background image

Kasey Michaels

Czekając na miłość

przełożyła 

Magdalena Jędrzejak

background image

Melindzie McRae i Ronowi Henry'emu

 - za wypłynięcie na czyste wody!

background image

Niebawem się żenię - i jestem oczywiście tak nieszczęśliwy, jak tylko może być człowiek 

szukający szczęścia.

- Lord Byron

background image

1

Na   teren   Hyde   Parku   od   strony   Park   Lane   wkroczyli   dwaj   nieskazitelnie   przyodziani 
dżentelmeni.   Na   głowach   mieli   zawadiacko   przekrzywione   cylindry   o   najmodniejszych 
rondach, w prawicach dzierżyli po eleganckiej lasce, co krok wywijając nią u boku leniwe 
półkole,  obaj  roztaczali  wokół siebie  aurę prawdziwie  arystokratycznego  zblazowania,  na 
poły udawanego, na poły aż nazbyt autentycznego.
Jeden   ciemny   i   przystojny.   Drugi   jasnowłosy,   o   płowej   karnacji,   i   bardziej   niż   tylko 
przystojny;  wręcz po kobiecemu  ładny.  Obaj  utytułowani,  obaj majętni,  popularni, pewni 
siebie.
Błogo beztroscy i wolni od zobowiązań.
Zatrzymali się i przybrali wystudiowane pozy. Zdawali się przy tym chciwie łowić nozdrzami 
powietrze - w sposób, w jaki mógłby węszyć młody samiec, który usiłuje złapać trop samicy. 
Wymienili   wymowne   spojrzenia.   Musnęli   badawczym   gestem   nienagannie   zawiązane 
krawatki i obciągnęli mankiety.
Po części w roli drapieżników. Po części ofiar.
Hyde Park był onegdaj terenem łowieckim, pełnym jeleni, dzików i zwanych bykami danieli. 
Przez   wiele   wieków,   gdy   poranne   mgły   pierzchały   przed   zaspanym   słońcem,   w   cieniu 
tutejszych   drzew   toczono   pojedynki.   Później   wznosiły   się   tu   fortyfikacje,   a   gęsta   trawa 
upstrzona była obozami wojskowymi.
Niegdyś ziemiami tymi władali zbójcy - do czasu, gdy Karol II zażyczył sobie, by cały teren 
otoczono   wysokimi  murami,  William   II zaś  wpadł  na  szczęśliwy  pomysł,   by oznakować 
route du roi  ponad trzystoma ukrytymi w konarach drzew latarenkami. Duże, dekoracyjne 
jezioro o nazwie Serpentine, grzejące się w promieniach słońca, powstało z woli Karoliny, na 
której rozkaz wzniesiono na rzece Westbourne tamę, tak by królowa wraz z rodziną mogła 
zażywać relaksu na pokładzie jednego z dwóch jachtów, które kołysały się sennie na wodach 
jeziora.
Tak, Hyde Park był cudownym, spokojnym zakątkiem.
Niemniej, jak dobrze wiedzieli obaj mężczyźni, pozostał tym,  czym był u swego zarania... 
terenem łowieckim.
-   O,   rzuć   okiem   w   tamtym   kierunku,   Kippie   -   odezwał   się   ciemnowłosy   mężczyzna, 
dyskretnie przechylając głowę w lewo. - Chociaż nie muszę ci chyba mówić, gdzie patrzeć. 
Taką desperację czuć z daleka.
Kipp Rutland spełnił prośbę przyjaciela. Obejrzał się niespiesznie, w samą porę jednak, by 
ujrzeć,   jak   wynajęty   powóz   bez   mała   porywa   swego   woźnicę,   wiecznego   pechowca   i 
zubożałego   arystokratę   sir   Alvine'a   Clarke'a.   Mężczyzna   ubrał   się   najlepiej,   jak   to   było 
możliwe, co oznaczało, iż kołnierzyk i mankiety koszuli nosił najpewniej nie pierwszy raz 
wywinięte na drugą stronę, by ukryć ich siepiące się brzegi. Widać było, że do powożenia ma 
dwie lewe ręce; wisiał na lejcach, jakby od tego zależało jego życie, bez powodzenia usiłując 
ściągnąć na siebie uwagę młodej debiutantki i jej opiekuńczej mamy.
- Wiesz,  Kippie,  młody Ciarkę  ma  równe  szanse  wygrania  Newmark  na tej  szkapie,  jak 
zaciągnięcia panny O1iver do swojego mocno wyświechtanego łoża - skwitował ten widok 
Brady James, hrabia Singleton, nie bez odcienia litości w głosie. - Bogu dzięki poprzysiągłem 
sobie, że nigdy się nie ożenię, bo jak pomyślę, że to ja mógłbym teraz robić z siebie durnia... - 
Wzruszył ramionami z przyrodzoną elegancją.
- Jeśli ta uwaga ma w zawoalowany, pokrętny sposób dać mi do zrozumienia, że się nade mną 
litujesz, Brady - odpowiedział Kipp, baron Willoughby, idąc ścieżką u boku przyjaciela - to 
przyjmuję twoje współczucie z radością, obydwiema rękami. A więc jak, masz coś na widoku 
dla twojego serdecznego druha?
- Ja? - Szeroki uśmiech Brady'ego stał się zdecydowanie przekorny. - Oczekujesz, żebym to ja 

background image

wybrał dla ciebie żonę?
Kipp uchylił kapelusza na widok przejeżdżającego właśnie otwartego powozu, który zdawał 
się pękać w szwach, tyle wiózł chichoczących młodych panienek.
- Dlaczego by nie, Brady? Zawsze podziwiałem twój gust. Pomijając może tamtą satynową 
kamizelkę, w którą wystroiłeś się jakiś czas temu. Uwierz mi, powinieneś się był dobrze 
zastanowić, nim postanowiłeś pokazać się w niej publicznie.
- Jedwabną, nie satynową, poza tym mój służący dosłownie zaniemówił ze szczęścia, że mu ją 
sprezentowałem. Następnym razem dopilnuj, żebym słuchał się krawca, kiedy mam dobrze w 
czubie.   Wróćmy   jednak   na   chwilę   do   twojej   propozycji,   żebym   to   ja   wybrał   przyszłą 
baronową Willoughby, dobrze? Żebym zdążył odmówić przyjęcia tego zaszczytu, co chyba 
zrozumiesz.
- I ty mienisz się moim przyjacielem? - spytał Kipp z uśmiechem. - Zraniłeś mnie, Brady, 
dotknąłeś   do   żywego.   Och,   świetnie,   skoro   nie   chcesz.   Czy   przynajmniej   pomożesz   mi 
dokonać przeglądu dam do wzięcia i nie poskąpisz swej światłej porady?
- Przeglądu? A jak niby miałbym go przeprowadzić? Poprosić je uprzejmie, żeby raczyły 
odchylić głowy i otworzyć usta, żebym mógł obejrzeć im zęby? Nie, nie sądzę. Ale mniejsza 
z tym,  póki co chcę, żebyś  mi  jeszcze  raz wytłumaczył,  dlaczego  uważasz  za konieczne 
zaobrączkować się jeszcze przed końcem sezonu.
Kipp nie uśmiechał się już tak wesoło jak przed chwilą. Wcześniej podał Brady'emu jakiś 
bzdurny powód, który miał wyjaśniać powzięty przez niego zamiar zawarcia małżeństwa, coś 
o tym,  że nuży go sypianie  z kobietami,  jeśli musi  potem zrywać  się z łóżka, ubierać  i 
truchcikiem wracać do domu.
W tym, co powiedział Brady'emu, było trochę prawdy - matka przed śmiercią wymogła na 
nim  obietnicę,   że  wejdzie  w  związek   małżeński,   nim  skończy  trzydziestkę,   i  że  zadba  o 
ciągłość rodu, zanim osiągnie dojrzały wiek trzydziestu pięciu lat.
Trzydziestkę skończył jakieś pół roku temu i od tamtej pory dane matce słowo ciążyło mu na 
sumieniu   jak   kamień.   Osobiście   guzik   go   obchodziło,   czy   nazwisko   Rutland   zniknie   z 
powierzchni   ziemi,   a   tytuł   barona   Willoughby   przejdzie   na   jakiegoś   niedowierzającego 
własnemu szczęściu dalekiego kuzyna w Surrey. Bądź co bądź, on by już tego nie oglądał, 
prawda?
Nie. Siedziałby sobie na chmurce obok matki, błagając ją o wybaczenie, a ona szlochałaby 
cicho, kryjąc twarz w białych skrzydłach u ramion.
A   więc   ożeni   się,   żeby   dotrzymać   słowa   danego   nieboszczce   baronowej.   Prawdę 
powiedziawszy,   istotnie   był   to   jeden   z   powodów,   które   kryły   się   za   jego   dopiero   co 
rozpoczętym „polowaniem na żonę".
Jeden, ale nie jedyny, i raczej nie najważniejszy.
-   Mówiłem   ci,   Brady,   potrzebuję   następcy   -   mruknął   w   końcu   Kipp,   przyglądając   się 
kolejnym   trzem   otwartym   powozom,   z   których   każdy   wiózł   przydziałowy   ładunek 
debiutantek   silących   się   na   wyniosłe   miny,   a   mimo   to   wyglądających   na   równie 
zdesperowane jak chwilę wcześniej sir Alvin. - Traf chciał, że miałem okazję rzucić okiem na 
kuzynka z Surrey, przyjacielu, i drżę na myśl, że to cielę miałoby siedzieć w moim fotelu, 
siorbiąc moje wino. Czy też pojąc nim swoje wieprze, co wydaje się bardziej prawdopodobne.
- Dobrze, chcesz kłamać, to kłam - odparł hrabia przyjaźnie. - Mogę się z tym pogodzić. Ale 
czy na pewno życzysz sobie ślubu z tą, którą bym ci wybrał? Bo w Covent Garden jest taka 
apetyczna ruda tancerka...
- Pozycja, Brady - zaśmiał się Kipp. - Moja żona musi mieć odpowiednią pozycję. Społeczną, 
a nie notorycznie horyzontalną. Z tymi od horyzontalnej umiem sobie poradzić i radzę sobie 
sam, dziękuję ci bardzo.
-   Kobieta   z   pozycją.   Moralna.   O   znośnej   urodzie?   Myślę   sobie,   że   chciałbyś,   żeby   była 
przynajmniej znośna. I żeby ciągle nie siedziała ci w kieszeni ani nie uważała się za Bóg wie 

background image

kogo, tak, Kipp? Bo wtedy miałaby własne zdanie, a Bóg świadkiem, że tego u żony nie 
szukasz.   Sierota.   Tak,   dobrze   wychowana,   znośnie   ładna   sierota   z   pewną   pozycją.   Ze 
zdrowymi zębami, przez wzgląd na dzieci, rozumiesz? Nie ma nic gorszego, jak baronowa z 
zębami jak u osła.
- Ach, Brady - uśmiech Kippa wyrażał uznanie - wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. To co, 
bierzemy się do dzieła?
Panie   bawiły   w   Hyde   Parku   od   ponad   dwóch   kwadransów.   Abigail   Backworth-Maldon 
uprzytomniła sobie ten fakt dzięki ukradkowemu spojrzeniu rzuconemu na dużą kieszonkową 
„cebulę", którą upchnęła do torebki przed wyjściem z domu.
Jeszcze dwadzieścia pięć minut i poleci woźnicy odwieźć się na Half Moon Street, jako że 
zbyt długi pobyt w parku równałby się przybiciu do powozu tabliczki z napisem: „Panna bez 
posagu: chętnie wyjdzie za mąż dla pieniędzy".
Chociaż nie można było powiedzieć, by jej obecna towarzyszka i bratanica jej męża narzekała 
na brak wielbicieli. W rzeczywistości pannę Edwardine Backworth-Maldon niemal zawsze 
otaczał wianuszek adoratorów, ilekroć Abby pozwoliła podopiecznej wyjść z domu.
Na tym właśnie polegał cały problem.
Jeśli debiutantka w ogóle może być zbyt piękna, Edwardine Backworth-Maldon stanowiła 
najlepszy przykład na to, że nadmierna uroda może zaszkodzić. Rozbrajająco filigranowa, 
lecz   o   pięknych,   subtelnych   kształtach,   Edwardine   wyróżniała   się   nieskazitelną   cerą, 
różowymi   niczym   pączek   róży   usteczkami,   sterczącym   noskiem,   świetlistymi   błękitnymi 
oczami, wielkimi i okrągłymi jak spodki, oraz złocistą aureolą rozkosznych loczków.
Szekspir napisał kiedyś: „Od czasu do czasu umierali ludzie i zjadały ich robaki, ale to nie z 
miłości"

1

.

Zdaniem Abby Will Szekspir był tak pewien swego tylko z tego powodu, że nie miał nigdy 
okazji poznać Edwardine Backworth-Maldon. Znaleźliby się bowiem mężczyźni gotowi dla 
Edwardine Backworth-Maldon choćby i umierać.
A ona byłaby rozanielona i na tyle tępa, by dygnąć, grzecznie im podziękować... i podać 
szpadę, żeby mieli się czym przebić.
Co przekładało się na fakt, iż zdolności umysłowe Edwardine, choć przesadą było stwierdzić, 
że   nieistniejące,   to   jednak   przez   większość   czasu   siedziały,   by   tak   rzec,   pod   strzechą 
złocistych   loczków   i   wygodnie   rozparte,   z   nogami   na   aksamitnych   podnóżkach,   sączyły 
lemoniadę.
Było z niej romantyczne, zwyczajne i prostoduszne duże dziecko, Abby zaś wiedziała, że nie 
ma stworzenia, któremu groziłoby więcej niebezpieczeństw niż obdarzonemu romantyczną 
duszą   kobieciątku   (wystarczy   spojrzeć,   w   jakie   tarapaty   wpakowała   się   sama   Abby). 
Romantyczki   patrzyły   na   życie   przez   różowe   okulary,   to   samo   dotyczyłoby   zapewne   i 
Edwardine, gdyby nie fakt, że z oślim uporem wzbraniała się przed noszeniem szkieł. Abby 
zaś żyła w ustawicznym lęku, że krótkowzroczna dziewczyna podejdzie pewnego pięknego 
dnia do posągu Zeusa w czyjejś sali balowej i rozpocznie ożywioną konwersację dotyczącą 
perfekcyjnego występu orkiestry.
Dlatego też - jeśli się pamięta o ograniczeniach młodej panny - nie powinien zaskakiwać fakt, 
iż Edwardine nie mogła się nadziwić, i to w pozytywnym sensie, że jej obecność w Hyde 
Parku czy w wypożyczalni, a właściwie gdziekolwiek, dokąd tylko się udawała, budziła takie 
rozkoszne   ożywienie   wśród   panów.   Uważała,   że   jako   debiutantka   odniosła   błyskotliwy 
sukces, tym większy że sezon rozpoczęła z opóźnieniem „dzięki" drogim wujom.
Wujowie, kolejny temat, w który Abby wolała się zbytnio nie zagłębiać w taki cudowny, 
słoneczny   dzień.   Wdowa   Backworth-Maldon   wzdrygnęła   się   nieznacznie,   choć   wiosenne 
powietrze było dość ciepłe, na samą myśl  o starszawych szwagrach, upierających  się, by 
tytułowała ich „wujaszkiem Baileyem" i „wujaszkiem Dagwoodem".

1 * William Szekspir, „Jak wam się podoba", akt IV, scena 1, tłum. Leon Ulrich.

background image

Wujaszkowie  byli   najstarszymi  członkami  ekscentrycznego   rodu  Backworth-Maldonów,  a 
zarazem jego jedynymi obecnie pełnoletnimi męskimi przedstawicielami. Obaj zatwardziali 
starzy kawalerowie, czy to z wyboru, czy to dlatego, że w Anglii było więcej, niż to się 
powszechnie   mniema,   kobiet   obdarzonych   bodaj   krztyną   zdrowego   rozsądku,   przeżyli 
zarówno ojca Edwardine, jak i męża Abigail, który przyszedł na świat jakby po pewnym 
namyśle, piętnaście lat po trójce braci.
Można by przypuszczać, że w pięćdziesiątej piątej wiośnie życia oraz jako głowy - z tytułu - 
rodziny Backworth-Maldon panowie ci we wszystkim mają decydujący głos; starsi, stateczni, 
solidni przywódcy klanu. Można też twierdzić, że zięby potrafią śpiewać operowe arie albo 
też że katedrę świętego Pawła zbudowano w jedną noc. Nic z tego nie jest prawdą, niemniej 
jednak przypuszczać czy wierzyć w to można.
Abby udzieliła sobie w myślach porządnej reprymendy: dopiero teraz uświadomiła sobie, że 
Edwardine coś mówi. A to nigdy nie był dobry pomysł, pozwolić dziewczynie się odzywać.
Chociaż ulegało wątpliwości, czy olśnieni słuchacze zauważyliby cokolwiek, nawet gdyby z 
ust   pięknej   panny   padła   wypowiedź,   którą   człowiek   przy   zdrowych   zmysłach   musiałby 
zinterpretować  jako wytwór  umysłu  przypominającego  pudełko z kilkoma  zawiniętymi  w 
kolorowe   sreberka   pralinkami   spowitymi   przez   sieć   pajęczyn.   Człowiek   przy   zdrowych 
zmysłach,   ale   nie   ta   zgraja   oficerków,   nie-majętnych   młodszych   synów   i   podstarzałych 
łowców   fortun,   tłoczących   się   wokół   powozu,   sępów,   które   nie   zdążyły   się   jeszcze 
zorientować, jak dalece chybione były ich nadzieje na zdobycie więcej niż kilku pensów wraz 
z ręką pięknej Edwardine.
Zresztą   czy   ci   dżentelmeni   rzeczywiście   spodziewali   się   dostać   intelekt,   urodę   i   pełną 
sakiewkę w osobie jednej i tej samej debiutantki? Jeśli tak, to byli głupsi od Edwardine.
A to już oznaczałoby bezbrzeżną głupotę.
- Ależ panie Pickworth - szczebiotała radośnie Edwardine, bez trudu przywołując na twarz 
wyraz   ożywienia,   a   na   jej   alabastrowe   policzki   wypłynął   uroczy   rumieniec   -   jakże   to 
wspaniale,   przewspaniale   z   pańskiej   strony,   że   mnie   pan   zaprasza.   Oczywiście,   że   się 
zgadzam, by mi pan towarzyszył. Nigdy nie widziałam Vauxhall Gardens

2

, wie pan. Abby 

powiada, że lata świetności tych ogrodów dawno już minęły i że wycieczki w tamte strony są 
dość niebezpieczne. Ale pan mnie obroni, jestem tego pewna.
- Edwardine - wtrąciła Abby, uśmiechając się do pana Pickwortha, radośnie suszącego zęby 
głupca. W tej chwili przypominał jej psa myśliwskiego, który właśnie złapał trop. - Odnoszę 
wrażenie, że pan Pickworth nieco się pośpieszył. Wszakże nie ma dzisiaj z nami twojej matki 
i opiekunki, Edwardine, skutkiem czego pozostaje mi zastąpić ją w tej roli, tak jak mnie o to 
prosiła. Panie Pickworth, możesz pan powtórzyć swoje zaproszenie, jeśli pan tak miły, tym 
razem kierując je do mnie,  a ja zadecyduję,  czy panna Backworth-Maldon będzie  mogła 
wybrać się z panem do Vauxhall Gardens, czy też nie.
- Och, terefere - odezwała się na to Edwardine i nie całkiem znowu wdzięcznie klapnęła na 
obciągniętą aksamitem ławkę w powozie. Wyglądała uroczo z naburmuszoną minką. - Zaraz 
się zrobisz oficjalna i z miejsca powiesz nie, może się mylę? Tak jak robisz zawsze, kiedy 
Iggy prosi cię o coś zupełnie niewinnego, sam mi opowiadał, a ty od razu zachowujesz się, 
jakby to było coś jeszcze gorszego niż wtedy, kiedy spytał, czy może skoczyć z dachu, żeby 
się przekonać, czy umie fruwać. Nigdy się nie zgodzisz, prawda, Abby?
-   Nonsens   -   odparła   Abby,   odnotowując   z   ledwie   skrywanym   rozbawieniem,   że   pan 
Pickworth usiłuje poluzować palcem przyciasny nagle kołnierzyk. - Z radością spędzilibyśmy 
wieczór w Vauxhall. Twoi wujowie, twój brat Ignatius, twoja matka, nieodłączny towarzysz 
twojej   matki   Pieszczuś   i   ja.   Wyobrażam   sobie,   że   wesołą   stworzylibyśmy   gromadkę, 
spacerując malowniczymi dróżkami, wspólnie zasiadając do kolacji, a wszyscy jako goście 

2  Vauxhall   Gardens,   ogrody   położone   nad   Tamizą   po   stronie   Surrey,   stanowiące   miejsce   wypoczynku   za 
panowania Karola II.

background image

pana Pickwortha. Nazbyt pan uprzejmy, panie Pickworth, zaiste nazbyt uprzejmy.
Twarz pana Pickwortha wyraźnie  pobladła. W gruncie rzeczy gdyby natura obdarzyła  go 
ogonem, ten zwieszałby się teraz do samej ziemi.
- Ehem... znaczy się... ja, oczywiście... ile to było osób? Sz... sześcioro?
- Nie licząc Pieszczusia - uściśliła Abby, z pewną satysfakcją przypominając nieszczęśnikowi 
o nieznośnym pudlu jej szwagierki. Zastanowiła się przelotnie, czy mężczyznom nie więcej 
niż dwudziestotrzyletnim  przytrafiają  się ataki apopleksji. Później  jednak, z natury mając 
dobre serce, jeśli nawet towarzyszyło mu dość frywolne usposobienie, ucięła sprawę i - jeśli 
użyć  dwóch metafor - pozwoliła panu Pickworthowi urwać się z haczyka  i czmychnąć z 
podkulonym ogonem.
- Chyba że byłby to zbyt wielki kłopot? - spytała z nie najgorzej udanym zatroskaniem i 
dostrzegła natychmiast iskierkę nadziei w jego wylęknionych oczach. - Bądź co bądź, sir - 
kontynuowała uprzejmie - stanowimy dość liczną rodzinę, nieprawdaż, i wyobrażam sobie, że 
koszt takiego wieczoru, jaki pan zaplanowałeś, mógłby nadmiernie obciążyć pański budżet. 
Zatem sprawa załatwiona. Sumienie mi na to nie pozwala. Nie, nie, panie Pickworth, proszę 
nie nalegać, naprawdę muszę odmówić. Nie mogłabym sobie spojrzeć w oczy, gdybym się 
zgodziła.
Pan Pickworth, który nie zdążył nawet otworzyć ust z ewentualnym protestem (doprawdy, 
Abby przez chwilę niepokoiła się nawet, czy nie połknął języka), niemal rozszlochał się z 
wdzięczności. Jego nadzieje na wyciągnięcie Edwardine na samotny spacer po Dark Walk

3

 

skradzenie jej kilku całusów może i zostały zdruzgotane, ale za to oddaliła się wizja żywienia 
się zeschłymi skórkami chleba do czasu, gdy spłynie następna miesięczna renta.
- W dodatku, łaskawi panowie - oświadczyła Abby, jako że przynajmniej trzech adoratorów 
Edwardine wpatrywało się w nią nieżyczliwie - odnoszę wrażenie, że najwyższa pora, byśmy 
z   panną   Backworth-Maldon   wróciły   na   Half   Moon   Street.   Ale   chyba   nam   panowie 
wybaczycie?
- Który z nich to pan Pickworth? - spytała Edwardine ze zwykłą dla siebie, zakrawającą na 
tępotę naiwnością, skoro tylko powóz ruszył. Wierciła się na boki, a teraz, mrużąc oczy, 
usiłowała przyjrzeć się pozostałej w tyle grupce stojących przy drodze dżentelmenów. - To 
ten ubrany na niebiesko, Abby? Tak, sądzę, że to musi być ten w najjaśniejszym niebieskim 
ubraniu. Nie widziałam go za dobrze, ale głos miał najśliczniejszy. Jest zabójczo przystojny?
Abby przewróciła oczami.
-   Ma   kurzajkę   wielkości   guzika   na   samym   czubku   nosa   i   trzy   zęby.   Zielone.   Fatalne 
połączenie, biorąc pod uwagę kolor surduta - poinformowała podopieczną, która wolała się 
nie spierać. - Przestań się wreszcie oglądać i siądź prosto, Edwardine, a ja jeszcze raz ci 
powtórzę, że ośmielanie tych znakomitych, lecz biednych jak myszy kościelne dżentelmenów 
jest całkowicie bezowocne, bo przyjechałaś do Londynu po to, żeby złowić świetną partię. A 
z braku innych, lepszych zajęć podczas drogi powrotnej na Half Moon Street - bo widoków 
nie mogłabyś podziwiać nawet wtedy, gdybym ci je wskazywała palcem - spożytkujemy ten 
czas na omówienie różnicy między byciem adorowaną a uwiedzioną, zrujnowaną. Odnoszę 
wrażenie, że jeszcze tej subtelnej różnicy nie pojęłaś.
Pouczanie Edwardine na jakikolwiek temat o najmniejszym bodaj stopniu skomplikowania 
sprowadzało   się,   zdaniem   Abby,   do   walenia   głową   o   kamienny   mur.   Lepszym   jednak 
rozwiązaniem było skoncentrowanie się na towarzyskiej edukacji Edwardine niż na wysokim, 
jasnowłosym młodym dżentelmenie, który taksował dziewczynę oczami, zbytnio się z tym nie 
kryjąc, gdy powóz pań Backworth-Maldon wytaczał się z Hyde Parku.
Mężczyzna   ten,   jak   łatwo   się   zorientować,   człowiek   zamożny   -   do   tego   niewiarygodnie 
przystojny,   o   inteligentnym   spojrzeniu,   przechadzający   się   dostojnym,   choć   swobodnym 
krokiem   -   dokładnie   odpowiadał   wyobrażeniom   Abby,   gdy   szło   o   najśmielsze   plany 

3 Jedna z mniejszych i bardziej ustronnych alejek na terenie Vauxhall Gardens, stanowiąca miejsce schadzek.

background image

matrymonialne, jakie mogą ulegnąć się w marzeniach młodej damy.
Tyle że po prostu nigdy wcześniej nie wstawiała do tego równania Edwardine.
Zmysłowa   rudowłosa   piękność   przeciągnęła   się,   zamruczała   jak   kotka,   po   czym   usiadła, 
przyciskając różowe satynowe prześcieradło do nagich piersi. Przyglądała się, jak Kipp krąży 
po skąpanej w blasku świec sypialni w poszukiwaniu fragmentów garderoby, które wcześniej 
z niego zdarła.
Wspaniale było z niego zwierzę; opalona skóra lśniła migotliwym świetle, mięśnie naprężyły 
się,   gdy   wciągał   bryczesy   i   narzucał   koszulę.   Równie   przystojny   nago,   jak   w   stroju   od 
najlepszego londyńskiego krawca. Westchnęła ponownie, tym razem z żalem.
- Naprawdę musisz już iść, kochanie? Do świtu mamy jeszcze wiele, wiele godzin.
Kipp przyklepał fałdkę na krawatce i, przekrzywiwszy głowę, przestudiował swoje odbicie w 
lustrze.
Nie omieszkał też zerknąć na odbicie Roxanne. Przyjrzał się jej twarzy i w oczach wyczytał 
niejasną zapowiedź kłopotów. Na myśl natychmiast nasunęło mu się jedno słowo: zaborcza. 
Tak, wbrew wszystkim jej zapewnieniom, droga Roxanne stawała się zaborcza.
Jakaż nieatrakcyjna cecha u skądinąd atrakcyjnej kobiety.
Kipp włożył surdut, czując nagle, że musi wyrwać się z różowej, uperfumowanej- sypialni, 
zanim się udusi.
- Zdecydowanie wolę wychodzić frontowymi drzwiami, niż gramolić się po dachach, a więc 
owszem, Roxanne, naprawdę muszę  już zmykać.  A może zapomniałaś, co wydarzyło się 
ostatnim razem, gdy zapewniałaś mnie, że drogi sir Olney do bladego ranka nie oderwie się 
od karcianego stolika?
- Phi! - fuknęła lady Skelton, poprawiając dobre pół tuzina poduszek, nim ponownie się w nie 
zapadła. - Robi się z ciebie straszny nudziarz, Kippie - zbeształa go, po czym uśmiechnęła się, 
obnażając małe, ostre zęby. - Ale w łóżku jesteś cudowny. Po prostu cudowny.
Baron Willoughby - Kipp bowiem o wiele bardziej wyglądał na barona teraz, gdy ponownie 
miał na sobie wieczorową garderobę - odwrócił się i złożył pokłon lady Skelton i jej boskiej 
nagości.
- Cenię sobie twoje uznanie - odparł lekko. - Wolałbym jednak, by pozostało naszą słodką 
tajemnicą.
- Ha! Żeby cokolwiek powiedzieć, musiałabym znaleźć kogoś, kto jeszcze o tym nie wie. A 
uchowała się w Mayfair jakaś biedaczka, której nie zaciągnąłeś jeszcze do łóżka? - zadrwiła 
lady Skelton. Jasnowłosy bóg, tak go opisywano i opis pasował do niego jak ulał. Wyższy niż 
przeciętnie, delikatnie umięśniony, o twarzy, która byłaby piękna jak twarz kobiety, gdyby 
nie lekko kanciasta dolna szczęka i dołek w mocno zarysowanym podbródku.
Kipp był jej kochankiem od niespełna pół roku, ale już zaczynał się wymykać jej z rąk. Czuła 
to czy raczej przeczuwała. Utrzymała go przy sobie dłużej niż większość jego kochanek, lecz 
teraz jej czas dobiegał końca i chciała zrozumieć dlaczego.
Była za stara? Nie taiła przed nim wieku, wiedział, że jest młodsza od niego, trzydziestolatka, 
zaledwie   o  dwa   lata.   Wiedział,   że  jest  żoną  nudnego,   nieurodziwego,   lecz   majętnego   sir 
Olneya Skeltona.
Ten fakt, jak podejrzewała, tylko dodawał jej w oczach Kippa uroku, słyszała przecież plotki, 
pogłoski. Baron Willoughby nie uważał się za stworzonego do małżeństwa i wyżej cenił sobie 
uwodzenie   samotnych   żon.   Wszystkie,   jak   słyszała,   były   mu   niezmiernie   wdzięczne   za 
okazaną uwagę i wypowiadały się o nim z najwyższą sympatią nawet wówczas, gdy nic już 
ich z nim nie łączyło.
Roxanne,   choć   wdała   się   w   romans   z   Kippem   bez   zamiaru   zakochania   się   w   nim   -   i 
zakochana w nim nie była - zaczęła uważać się za wyjątek wśród notorycznie przelotnych 
miłostek  Kippa. Więcej  nawet, ostatnimi  czasy zaczęły się jej marzyć  akty rozwodowe i 
okrzyki „baronowa Willoughby", anonsujące jej wejście do sali balowej.

background image

A tu, proszę, obiekt jej ambicji zaczyna  sposobić się do tego, by jak motyl  wzbić się w 
powietrze, znaleźć następny kwiat i z innego pąka spić słodki nektar.
Łajdak.
-   Zobaczymy   się   na   balu   u   Selbourne'ów?   -   spytała   Roxanne   i   skuliła   się   wewnętrznie, 
słysząc, że do jej głosu wkrada się nuta desperacji. Nic dziwnego, że nie mógł się doczekać, 
kiedy się jej pozbędzie - jej zamiary były aż nazbyt czytelne. - Naturalnie niczego to nie 
zmienia, kochanie - poprawiła się szybko - ale skoro Olney wybiera się z wizytą do tego 
potwora, swojej matki, do Dorset, pomyślałam sobie, że może...
Pozwoliła, żeby sugestia dokończyła się sama - usiadła na szerokim łożu tak, by prześcieradło 
zsunęło się jej do pasa, i uniosła ramiona, by zebrać rozsypane na ramionach loki do góry. 
Czy istnieje taka ryba - zwłaszcza ryba płci męskiej, jako że samce są z natury leniwe - która 
dobrowolnie opierałaby się podobnej przynęcie? Nie chciałaby się przekonać, jakie rarytasy 
czekają na nią po drugiej stronie stawu?
Kipp pokusę odczuwał.  Roxanne mu  się podobała,  i to  bardzo. Była  piękna i  chętna,  w 
dodatku   mieli   za   sobą   kilka   całkiem   inteligentnych   rozmów,   przeprowadzonych   w   ciągu 
ostatnich miesięcy.
Byłoby łatwo, tak łatwo, zrzucić się z siebie ubranie i wrócić do tego kuszącego więzienia z 
różowej satyny. Kipp zerknął nawet na stojący na półce nad kominkiem zegar, zanim nakazał 
sobie powrót do najrozsądniejszego, jak wiedział, planu - powolnego, lecz nieuniknionego 
rozluźniania znajomości z lady Skelton.
Jakkolwiek  by na to patrzeć,  miał  niebawem  wstąpić  w związek  małżeński.  Kiedy tylko 
znajdzie odpowiednią kandydatkę...
- Wystawiasz mnie na ciężką próbę, Roxanne - wyznał szczerze, schylając się po laskę, która 
stała oparta o fotel. Następnie z wdziękiem wywinął nią łuk i zatknął ją pod ramię. - Ale jutro 
mam pracowity dzień i powinienem choć na chwilę przyłożyć głowę do własnej poduszki, 
zanim zapieje kogut.
Roxanne   przygryzła   wargę   w   uśmiechu,   decydując   się   na   śmielsze   zachowanie,   jeśli   to 
miałoby sprowadzić Kippa z powrotem do jej łóżka.
-   Odnoszę   wrażenie,   że   ten   dziarski   ptak   już   dwukrotnie   wyśpiewał   zbliżanie   się   świtu, 
kochanie. Dwukrotnie.
Kipp  zaśmiał   się szczerze,  niezbyt   poruszony sugestią,  która  kryła  się  za  tą  dwuznaczną 
uwagą,   acz   bez   wątpienia   pod   wrażeniem   podjętej   przez   Roxanne   próby   zabłyśnięcia 
ryzykownym dowcipem.
- Wstydź się, Roxanne - skarcił ją żartobliwie, obszedł łóżko i nachylił się, by ucałować jej 
gładkie białe czoło. - Coś mi się zdaje, że próbujesz mnie zdeprawować. Dobranoc, moja 
droga, śpij dobrze.
Pośpiesznie   przetoczyła   się   na   skraj   łóżka   i   w   ostatniej   chwili   powstrzymała   się   przed 
uczepieniem się jego rękawa.
- Do zobaczenia na balu u Selbourne'ów, Kipp?
Kipp   nabrał   powierza,   zdławił   westchnienie,   które   cisnęło   mu   się   na   usta,   i   posłał   lady 
Skelton zniewalający uśmiech.
- Do zobaczenia na balu u Selbourne'ów, Roxanne - poddał się. Następnie wyszedł z sypialni, 
sięgnął do portfela po hojny napiwek dla odźwiernego czekającego cierpliwie w westybulu i 
wymknął się w mrok nocy.

background image

2

Cocoa Tree Chocolate House, taką bowiem nazwę nosił lokal usytuowany pod numerem 64 
St. James Street, powstał w siedemnastym wieku jako niewinna kawiarenka. Z czasem jednak 
jego charakter zmienił się diametralnie. Obecnie mieścił się w nim prywatny klub, słynący z 
mocnych trunków i stołów do hazardu, największą zaś jego zaletą w oczach Kippa był fakt, że 
do zachodu słońca miejsce to niemal zawsze świeciło pustkami.
Usiadł przy stoliku w głębi sali i przygarbiony oddał się kontemplacji wszechświata i swojego 
w nim miejsca - czy też raczej tej części wszechświata, którą można dojrzeć na dnie kieliszka.
- Taak, najzwyklejsza strata czasu, nie uważasz? Równie dobrze można było szukać wiatru w 
polu,   tyle   samo   pożytku   przyniosła   nasza   wczorajsza   eskapada   do   Hyde   Parku,   a   do 
najprzyjemniejszych   nie   należała.   Chyba   się   nie   zdobędę   na   ponowną   wyprawę   dzisiaj, 
Brady, właściwie to na pewno się nie zdobędę.
- Co prawda, to prawda, Kippie - odpowiedział Brady po chwili, kiwając mądrze głową ze 
swego miejsca po drugiej stronie małego, okrągłego stołu. - Sam nie widzę w tym sensu.
Następnie ruszył do natarcia - ostrożnie - ponieważ się przyjaźnili i ponieważ świetnie zdawał 
sobie sprawę z tego, że Kipp cierpi.
- Ale coś mi się zdaje, że w ogóle się w to polowanie na żonę nie angażujesz, Kippie. Ciągle 
daje   o   sobie   znać   to   twoje   złamane   serce,   co?   Nie,   nie,   nic   nie   mówiłem,   jeśli   właśnie 
przemyśliwasz, czy nie rozkwasić mi nosa za moje wścibstwo. Zdaje ci się tylko, że coś 
przebąkiwałem. Nawet nie wymieniłem jej imienia, prawda?
- Prawdziwy z ciebie przyjaciel, Brady - burknął Kipp. Wiedział, do czego zmierza rozmowa, 
ale nie zamierzał dopomagać Brady'emu w sondowaniu swoich myśli i uczuć. - A teraz może 
byś   tak   wetknął   swój   szlachetny,   arystokratyczny   nos   we   własny   kieliszek   i   dał   mi   się 
spokojnie napić?
-   Załatwione,   jedno   i   drugie   -   odparł   Brady  i   mrugnął   wesoło,   by  dodać   natychmiast:   - 
Niemniej i tak wprost uwielbiam obserwować cię i słuchać, jak chorobliwie rozwodzisz się 
nad swą nieszczęsną, ubolewania godną przeszłością. Na tej twojej aż nazbyt  przystojnej 
gębie   pojawia   się   wtedy   niezwykle   interesująca   zmarszczka.   Może   kilka   takich   na   tym 
gładkim czole zdołałoby cię trochę zeszpecić, co reszta Londynu, z wyjątkiem pań, przyjęłaby 
jako dar od bogów.
Kipp pociągnął kolejny łyk wina. Stracił już resztki nadziei na to, że zdoła wymigać się od tej 
rozmowy, widząc, że Brady ani myśli zarzucić temat.
- Meny i Jack są w Filadelfii, wiesz, mieszkają tam niemal od roku - rzucił więc, gapiąc się w 
kieliszek. - Wesolutcy jak szczygiełki i nie kłopoczą się myślą o moim bólu. Nie - poprawił 
się uczciwie i potrząsnął głową - to nie tak. Merry teraz wie. Jack, mam wrażenie, wiedział od 
zawsze, nawet wtedy, kiedy jeszcze była z nas trójka dzieciaków. Boże, Brady, jaki ze mnie 
cholerny dżentelmen. Życzę im szczęścia i w miarę moich skromnych możliwości pomagam 
im to szczęście osiągnąć.
- Jack Coltrane to twój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, Kippie - powiedział z naciskiem 
Brady. Znał już tę historię - co prawda słyszał ją tylko raz, kiedy Kipp zalał się w pestkę i 
zebrało mu się na szczerość - ale współczuł mu całym sercem. Mimo to uważał, że przyjaciel 
powinien ten jeden ostatni raz wrócić do przeszłości, żeby móc na poważnie zabrać się za 
szukanie  żony i układanie  sobie życia.  - Powiedziałbym,  że nie miałeś  wyboru.  Sam mi 
mówiłeś, że Merry świata za Jackiem nie wiedziała, od kiedy była w powijakach.
- W porządku, Brady. - Kipp opróżnił kieliszek. - Jeśli masz mnie męczyć, aż ci powiem, 
równie dobrze mogę wszystko z siebie wyrzucić za jednym posiedzeniem.
- Ja? Męczyć ciebie? No, no, jestem urażony, Kippie. Tak, zdecydowanie urażony. - Brady 
wyszczerzył zęby w uśmiechu, przyciągnął bliżej krzesło i oparł się łokciami o porysowany 
blat. Świece palące się na okrągłym żyrandolu tuż nad ich głowami rzucały złote refleksy na 

background image

jego ciemnobrązowe włosy, ciemne oczy zdawały się niemal tańczyć. Przystojna, pociągła 
twarz o niezbyt regularnych rysach przybrała wyraz pełnego przebiegłości zadowolenia, jakie 
zdarza   się   widywać   u   kieszonkowca   na   Piccadilly   Circus   w   momencie,   gdy   chowa   do 
kieszeni najnowszy lup. - Proszę, mów dalej.
- Wiesz, Brady, jesteśmy siebie warci. Albo to, albo zadaję się z tobą, żeby samemu ukarać 
się za życie w grzechu, najczęściej dość przyjemnym.
- Ale przyznasz, że jesteśmy w tym całkiem nieźli, co? W grzeszeniu, znaczy się.
Kipp uśmiechnął się szeroko, niczym psotny archanioł rozbawiony dokazywaniem czarta.
- Pewnie tak. A teraz, jeśli zamkniesz się bodaj na chwilę, będę mógł ci opowiedzieć o liście 
od Jacka, który dostałem w zeszłym tygodniu. Szedł prawie trzy miesiące.
- Doprawdy? - Brady wziął kolejny łyk wina, widząc, że skóra wokół ust przyjaciela zbielała, 
tak mocno zacisnął usta. - Pisze o miejscowej florze i faunie, interesujących ludziach, jakich 
poznali,   o   planach   przywiezienia   ci   w   darze   kukurydzy,   tytoniu   i   tkanych   koców,   które 
zamierzają złożyć u twych stóp po powrocie?
- Niekoniecznie. Proszą, żebym został ojcem chrzestnym ich pierworodnego. Dziecka, które 
zapewne przyszło już na ten świat, jako że w każdej chwili oczekiwali jego narodzin.
Brady syknął, jakby go coś zabolało, odchylił się w krześle i czekał na dalszy ciąg opowieści 
Kippa.
- I zgodzę  się. Dlatego,  że życzę  im obojgu szczęścia, na które zasługują. To nigdy nie 
ulegało wątpliwości, Brady.  Uważam jednak, że zarówno Jack, jak i Merry będą o wiele 
szczęśliwsi, jeśli ożenię się przed ich powrotem z Ameryki, a zatem w ciągu najbliższego 
miesiąca   czy   dwóch.   Musi   ich   krępować   myśl,   że   usycham   z   żalu   na   moich   włościach, 
zaledwie   o   rzut   kamieniem   od   ich   szczęśliwego   domu,   ja,   wyzuta   z   egoizmu   ofiara 
nieodwzajemnionej miłości. Ej -zawołał do kelnerki - jeszcze jedną butelkę, jeśli łaska!
Brady milczał, rozdarty między wyrzutami sumienia, że sprowokował Kippa do tak trudnej 
dla niego rozmowy, a zadowoleniem, że nareszcie udało mu się wyciągnąć zwierzenia ze 
skrytego zwykle przyjaciela.
- Czyli  dostałem  w  końcu odpowiedź, którą znałem już wcześniej, a której mimo  to nie 
spodziewałem się usłyszeć. Jakimikolwiek kłamstwami tak zręcznie do tej pory raczyłeś mnie 
i siebie samego, tak naprawdę szukasz żony, ponieważ Merry będzie szczęśliwsza, wierząc, 
że ty jesteś szczęśliwy.
- Coś w tym guście, Brady, owszem. A że przychodzi mi do głowy tylko jedno rozwiązanie, 
nie pozostaje mi więcej niż kilka tygodni na znalezienie żony - przyznał Kipp, a następnie 
ponownie popadł w milczenie.
Brady wiedział, że nie musi niczego dodawać, że Kipp zapragnął w końcu, Bogu dzięki, 
odciąć się od przeszłości. Bądź co bądź się przyjaźnili.
Myśląc   o   tym   wszystkim,   spróbował   rozładować   ponurą   atmosferę,   jaka   zawisła   nad 
stolikiem.
- W takim razie, przyjacielu, wróćmy do tej malej blondyneczki, którą wczoraj przelotnie 
widzieliśmy w Hyde Parku. Do tego aniołka z ogromnymi błękitnymi oczami. Zamierzam 
oddać ci wielką przysługę i dowiedzieć  się, jak się nazywa, zrobić mały rekonesans. Co 
więcej, zdaje mi się, że przy odrobinie szczęścia powinniśmy ją zobaczyć jutro wieczorem na 
balu u Selbourne'ów. A nawet gdyby się tak nie stało, wiemy przynajmniej, że Sophie i Bram 
zafundują nam wieczór pełen wrażeń. Bram mówił mi niedawno, bodaj w ubiegłym tygodniu, 
że u nich w domu panoszy się kolejny zapchlony małpiszon - widać Giuseppe potrzebował 
towarzystwa.
- A tak, droga Sophie i jej menażeria. Dalej nie wiem, co ona widzi w naszym przyjacielu 
Bramie, a ty? Jak mu nieustannie powtarzam, całe szczęście, że ich córka jest podobna do 
Sophie. Ale mam szczerą nadzieję, że nie zmitrężysz zbyt wiele czasu, szukając stworzenia 
równie doskonałego jak nasza urocza księżna, Brady. Osobiście nie sądzę, żeby istniała druga 

background image

taka   kobieta.   Nie   jestem   zresztą   przekonany,   czy   w   ogóle   chciałbym,   żeby   to   była   taka 
piękność,   chociaż   przyznaję,   że   z   przyjemnością   przyglądałem   się   temu   słodkiemu 
jasnowłosemu cukiereczkowi z Hyde Parku.
- Ale zachodzi możliwość, że jest nazbyt ładna? To chcesz powiedzieć? Teraz to już zupełnie 
ciebie nie rozumiem, kolego. No dobrze, nie nazbyt ładna, skoro tak sobie życzysz. Ale ze 
zdrowymi zębami, pamiętaj - zastrzegł się Brady i wyszczerzył w uśmiechu własne, proste i 
tak białe, że aż lśniły. - Obawiam się, że w tym punkcie będę musiał być nieustępliwy. Tylko 
czy jesteś absolutnie pewien, że oszałamiająca piękność bardziej by ci nie odpowiadała? No 
wiesz, skoro ci tak ci spieszno założyć obrączkę na palec, to czemu by nie?
- Ponieważ nie interesuje mnie następna Sophie czy Merry Coltrane, jeśli mam być zupełnie 
szczery. A już z całą pewnością nie szukam małżeństwa dla miłości czy choćby dla kobiecej 
urody. Po prostu chcę żony, która da mi następcę zgodnie z życzeniem mojej matki, a później 
zajmie   się  swoimi   sprawami,   a   mnie   pozostawi   moje.   Myślę,   że   to   wystarczająco   dobry 
powód, nie uważasz?
- Skoro tak  mówisz,  przyjacielu  - mruknął  Brady i niezwłocznie  okrzyknął  się w  duchu 
jedynym człowiekiem w całej Anglii, który ma racjonalne przesłanki, by mniemać, iż uda mu 
się   odegrać   rolę   Kupidyna   wobec   Kippa   Rutlanda   z   jego  pragmatycznymi   poglądami   na 
sprawy   mariażu.   Mogło   mu   się   zdawać,   że   chce   małżeństwa   z   rozsądku,   że   trzeba   mu 
posłusznej, uległej, prawie że niewidzialnej małżonki, lecz Brady wiedział swoje.
A potrzebna mu była, jak uznał Brady, kobieta, która porządnie zalazłaby mu za skórę, umiała 
doprowadzić go na skraj obłędu i szaleńczo, namiętnie i bez ratunku rozkochała w sobie na 
przekór niemu samemu.
Teraz pozostawało mu jedynie ustalić tożsamość owej młodej blond piękności z parku, zająć 
Kippem jej najprawdopodobniej wolne serduszko, a przy okazji udowodnić jemu samemu, że 
szukał przyszłej żony w całkowicie nieodpowiednich ku temu miejscach - następnie rozgryźć, 
gdzie   owo   odpowiednie   miejsce...   odpowiednia   młoda   kobieta...   w   rzeczywistości   się 
znajduje.
Z poczuciem, że wreszcie znalazł się na właściwym  kursie, hrabia Singleton ujął w dłoń 
butelkę,   którą   przed   chwilą   przyniosła   kelnerka,   i   napełnił   puste   kieliszki.   Od   tej   chwili 
wszystko miało zmierzać w dobrym kierunku, ku przyszłości, w której Kipp - ze wsparciem 
Brady'ego, zawsze skorego, by służyć pomocą - znajdzie w końcu następną godną miłości 
kobietę. Bolesny temat Jacka i Merry Coltrane'ów i ich szczęśliwego małżeńskiego pożycia 
miał odejść w niepamięć.

- Abby? Abby, skarbie, to ty? Pewnie, że ty. A któżby inny. Chyba że jakiś włamywacz, a w 
takim wypadku muszę cię ostrzec, panie włamywaczu, że nie ma w tym domu niczego, co 
daje się ukraść, a więcej jest warte niż parę pensów. Abby? Zajrzyj no tutaj, chodź, chodź! 
Twoi wujaszkowie wpadli właśnie na wyśmienity pomysł!
- O nie, błagam, tylko nie to. Uchowaj Bóg przed kolejnymi  „wyśmienitymi  pomysłami" 
wujaszków - smętnie mruknęła pod nosem Abby,  podając pelisę i czepek zapominalskiej 
Edwardine,   ta   zaś   tanecznym   krokiem   popędziła   na   górę,   by   krótkowzrocznymi   oczami 
przestudiować swoje odbicie w lustrze. - Ty tchórzu! - zawołała bez przekonania w ślad za 
bratanicą   męża,   następnie   przygładziła   swoje   gęste,   jasne   włosy,   i   tak   niemiłosiernie   już 
ściągnięte w uroczysty kok przed przejażdżką na Bond Street, wyprostowała szczupłe plecy i 
weszła   do   niezbyt   schludnej   bawialni,   którą,   niestety,   należało   uznać   za   najokazalsze 
pomieszczenie w niewielkim domu wynajmowanym przez ich rodzinę na Half Moon Street.
Oczywiście, wujowie już czekali. Niemal stykali się głowami, na których ponad nierównymi, 
siwymi grzywkami odznaczała się coraz większa łysina, siedząc tuż obok siebie na strzępiącej 
się jaskrawo różowej narzucie, spod której wyzierało wypłowiałe lawendowe obicie sofy. 
Siedzieli i gratulowali sobie wzajemnie najnowszego przebłysku geniuszu.

background image

A także całkowicie ignorowali jej wejście, choć nie kto inny, a wuj Dagwood zawołał ją przed 
paroma sekundami.
Typowe. Bliźniacy Backworth-Maldon żyli we własnym, raczej osobliwym świecie, i stan ten 
trwał od zawsze. Abby powinna poczytywać sobie za szczęście - aczkolwiek opinie w tej 
kwestii były podzielone - że w ogóle o jej istnieniu pamiętali.
Podczas   gdy   obaj   panowie   na   zmianę   szczerzyli   zęby,   chichotali   i   radośnie   kończyli 
rozpoczęte przed brata i wygłaszane szeptem zdania, Abby opadła zrezygnowana na drugą 
sofę,   lustrzane   odbicie   tej,   na   której   rezydowali   wujowie,   oddzielonej   przekrzywionym 
okrągłym   stolikiem.   Nalała   sobie   filiżankę   wystygłej   herbaty   i   z   czułością   obserwowała 
szwagrów,   na   ich   wyraźne   żądanie   nazywanych   w   rodzinie   „wujaszkami".   Oklepane 
powiedzenie   „podobni   jak   dwie   krople   wody"   nie  przystawało   idealnie   do   Dagwooda   i 
Baileya   Backworth-Maldonów,   ale   też   i   niewiele   mijało   się   z   prawdą   -   dobrze   już   po 
pięćdziesiątce, bliźniacy zawsze od stóp do głów odziewali się identycznie. Nieszczęśliwym 
zaś zbiegiem okoliczności gusta, co się tyczy garderoby, obaj mieli fatalne.
Łączyły ich potężne łysiny i rzadkie, szarawe włosy, zapuszczone w grzywkę na wzór mnisi, 
niewysoka postura (mierzyli zaledwie dwa cale więcej niż Abby, a ona miała pięć stóp i trzy 
cale wzrostu). Mieli smętnie wykoślawione palce u stóp, skłonność do kataru i słodkiego 
niemal do mdłości pachnidła, którego, jeśli wierzyć nosowi, dzień w dzień wylewali na siebie 
przynajmniej pokaźne wiadro.
Dagwood był cięższy o dobre czterdzieści funtów, co stanowiło jedyny powód, dla którego 
Abby umiała odróżnić braci od siebie z jakąkolwiek pewnością. Jakież to dziwne, żeby jeden 
z   bliźniaków   żywił   namiętne   upodobanie   do   słodyczy,   tymczasem   drugi   stanowczo 
przedkładał nad nie warzywa i, jak to nazywał, „pochwały godną dietę, korzystną dla jelit i 
pozbywania się złych humorów itepe".
Jeden krępy,  drugi chudy jak szczapa, nie tyle wyglądali jak dwie monety o tym samym 
nominale, co, zdaniem Abby, stanowili żywą ilustrację starego powiedzenia „do grosza grosz, 
aż napełni się trzos". Bailey był groszem, Dagwood pękatym trzosem.
Trzosem pełnym  groszy,  niestety,  i taką właśnie realną, namacalną  wartość miał majątek 
każdego z bliźniąt Back-\worth-Maldonów z osobna i całej rodziny Backworth-Maldon razem 
wziętej.
Backworth-Maldonowie, za najlepszych czasów nie dalej niż o włos od szlacheckiej biedy, w 
najcięższe   tarapaty   popadli   cztery   lata   temu.   Stało   się   to   wkrótce   po   ślubie   Abby   z 
najmłodszym  bratem bliźniaków, Harrym,  mniej  więcej w tym  samym  czasie, gdy ojciec 
Edwardine, Chester, zmarł na zapalenie płuc, w które przerodził najzwyklejszy katar, jakiego 
nabawił się owego deszczowego lata.
Harry  ponosił   winę   za   utratę   niewielkiego   majątku,   jakim   dysponowała   niegdyś   rodzina, 
Abby zaś od czterech lat - z których ponad trzy już jako wdowa - żyła w poczuciu, że musi 
wynagrodzić bliskim jego skrajną głupotę - i to poczucie stanowiło całą jej schedę po mężu.
Chociaż nawet gdyby chciała, nie miałaby dokąd pójść ani czym się zająć. Wdowy, którym 
stuknął dwudziesty trzeci rok życia, za wszystkich krewnych mające tych opisanych powyżej 
i bez widoków na przyszłość, tak w sensie matrymonialnym, jak i finansowym, skazane były, 
jak się zdaje, na pełnienie roli filaru w rodzinach równie niewydarzonych jak ta, w którą 
weszła Abby jako pełna wielkich nadziei i zaślepiona panna młoda.
Jakby tego było mało, Abby najzwyczajniej ich kochała. Wszystkich bez wyjątku: Edwardine, 
jej ustawicznie nękanego przez pech, niezaradnego brata Ignatiusa, Hermione, wdowę po 
Chesterze, szwagrów. Och, niech będzie, jeden wyjątek by się znalazł. Serdecznie nie znosiła 
należącego do Hermione pudla o imieniu Pieszczuś. Ale też nikt, kto ma bodaj odrobinę oleju 
w głowie, by się temu nie dziwił.
Abby   pierwsza   dostrzegła   możliwość   finansowego   odrodzenia   rodziny   w   osobie   szybko 
dorastającej, czy raczej rozkwitającej, Edwardine. To dziecko mogło zrobić dobrą partię, i to 

background image

bez   wielkiego   wysiłku.   (Spraw,   Panie,   by   to   nie   wymagało   wysiłku,   bo   Edwardine 
ograniczana się do egzystowania na tym świecie raczej niż brania udziału w jego sprawach. I 
Boże broń, by musiała cokolwiek brać w swoje ręce).
Pomimo drobnych mankamentów plan był dobry i - Abby trzymała kciuki - do wykonania. 
Korzystny   mariaż   z   człowiekiem   szanowanym   i   obdarzonym   równie   godnym   szacunku 
majątkiem pomógłby rodzinie Backworth-Maldonów ponownie napełnić pustą kiesę. To z 
kolei, przy odrobinie szczęścia, położyłoby kres czteroletniej kampanii Dagwooda i Baileya 
mającej na celu odzyskaniu utraconej „fortuny".
Fortuny, z powodu której - jeśli Abby znała szwagrów choć trochę - została przed chwilą 
wezwana do bawialni.
Odstawiła pustą filiżankę i chrząknęła dyskretnie, starając się zwrócić jakoś uwagę wujów.
Podobne   subtelności   zazwyczaj   nie   przynosiły   skutku   i   nie   inaczej   stało   się   tym   razem. 
Wujowie byli tak dalece pochłonięci rozmową, że obecność Abby po prostu im umknęła.
- Powiadam ci, Dagwoodzie, to się uda. Daję głowę. Dość intryg, dość planów, co palą się na 
panewce,   wysiłków,   żeby   tego   człeka   na   tyle   zawstydzić,   żeby   postąpił   jak   należy. 
Zmasowany atak, oto czego trzeba.
- On zabrał...
- ... my odbierzemy.
- Nocą, szmatami owinie się kopyta, na twarzach maski...
- ... komu trzeba, w rękę wciśnie się monetę czy dwie, ktoś na chwilę odwróci głowę...
- ... najlepiej w stronę ściany, i wiesz co?
- ... rachu-ciachu, i już nas nie ma...
- ... byliśmy, ale się zmyliśmy...
- ... cali i zdrowi...
- ... a o świcie dyndamy na szubienicy!  - dokończyła  Abby, w końcu skupiając na sobie 
uwagę szwagrów. - Czyście obaj oszaleli? Chcecie strugać bohaterów i wykraść tę swoją tak 
zwaną „fortunę" sir Thurstonowi? To dlatego zgodziliście się na przyjazd do Londynu? To 
dlatego   dosłownie   zabijam   się,   żeby   wydać   za   mąż   waszą   bratanicę,   zanim   ktoś   nią 
przypadkiem potrząśnie i przekona się, że jej śliczna makówka jest tak pusta, że aż w niej coś 
grzechocze? Po to, żebyście mogli we dwóch ukraść byle konia?
- Nie „byle konia" - wymamrotał z urazą Bailey w wymiętą krawatkę, stanowiącą namacalny 
dowód jego zwyczaju spożywania w porze obiadu talerza zupy marchewkowej. - Backworth's 
Prize to medalista, i nie zapominaj o tym, moja mała. Bracie, powiedz jej.
- Wygrał Newmarket, i to dwukrotnie! - podkreślił Dagwood, och, chyba po raz tysięczny w 
ciągu czterech ostatnich lat, choć to jedynie przybliżona liczba. Faktem było, że gdyby Abby 
zliczyła   wszystkie   te   razy,   gdy  raczono   ją  opowieściami   o   chlubie   Backworthów,   gdyby 
zsumowała   wszystkie   te   godziny,   kiedy   musiała   wysłuchiwać   niekończących   się   tyrad, 
okazując na dodatek należyte zainteresowanie, najpewniej targnęłaby się na swoje życie.
-   Wygrał   w   pięknym   stylu,   bezkonkurencyjne   -   wpadł   mu   w   słowo   Bailey,   a   w   jego 
wodnistych niebieskich oczach pojawił się blask. - Daliśmy go na reproduktora, oto cośmy 
zrobili, i dzięki niemu przez trzy lata mieliśmy co do gęby włożyć.
- Dopóki Harry...
- Tak, tak, wiem - odparła Abby z westchnieniem. - Dopóki mój zmarły mąż nie przegrał go 
do   sir   Thurstona   Longhope'a,   który   waszym   zdaniem   oszukiwał   przy   kartach,   choć 
oczywiście nie macie na to żadnych dowodów, jak pozwolę sobie przypomnieć.
-   Mniejsza   z   tym.   Harry   opił   się   dżinu   jak   bąk,   nie   myślał   trzeźwo,   a   Longhope   to 
wykorzystał.
- Straszne, ale prawdziwe, Bailey - potaknął Dagwood. - Każdy wiedział, jaki z Harry'ego 
cholerny pijus - wybacz, Abby. A w ogóle to Backworth's Prize nie należał do Harry'ego, 
żeby mógł go sobie w karciochy przegrywać. Myśmy mieli prawo,  żeby go przegrać, jako 

background image

najstarsi, a przecież myśmy do stołu z tamtym człowiekiem nie siadali, nieprawdaż?
- Chociaż sam Longhope wcale się tym nie przejmował, co to, to nie. Zakradł się do naszego 
domu   jak   złodziej,   pozbawił   nas   fortuny,   kiedy   byliśmy   zajęci   pogrzebem   Chestera,   a 
Hermione doprowadzała nas niemal do obłędu swoimi spazmami i histerią, a przecież za 
życia Chester funta kłaków by za nią nie dał...
- ... a wszystko to właśnie wtedy, kiedy uczyliśmy się żyć w cieniu niezliczonych plotek, jakie 
gruchnęły po śmierci biedaczyska Harry'ego, i to w tak krępujących okolicznościach. Nie 
zapominaj o tym.
-   Straszne,   ale   prawdziwe,   Bailey.   Zadyndać   na   własnej   krawatce   jak   kurak  na   sznurku, 
czmychając po rynnie z buduaru lady Stanton. Wyobraź sobie widok, jaki powitał dobrych 
ludzi z Mayfair następnego ranka: Harry kołyszący się na wietrze jak flaga, z językiem bez 
wątpienia fioletowym i wysadzonym na wierzch, bryczesami nadal do połowy wciągniętymi 
na maszt - dokończył za brata Dagwood, po czym z głupią miną łypnął na Abby. - Ale nie 
będziemy o tym wspominać, prawda?
- Nie, naturalnie, że nie - odparła Abby z wymuszonym uśmiechem. Nie umiała już odczuwać 
zażenowania   wobec   wyczynów   zmarłego   męża,   jego   przygnębiająco   publicznego   końca. 
Złościł ją tylko fakt, że jako wrażliwa dziewiętnastolatka była dość głupia, by uważać go za 
wspaniałego   człowieka   -   do   chwili,   gdy   przegrał   jej   niewielki   posag   i   odkrył,   że   żona 
obchodzi go tyle, co zeszłoroczny śnieg. - Nie będziemy o tym wspominać. Nadmienimy 
jednak,   że   kradzież   ogiera   rozpłodowego   pierwszej   klasy   ze   stajni   sir   Thurstona   w 
Wimbledonie...
- Jak również wszelkiego potomstwa, jakiego nasz ogier dochował się w owych stajniach - 
przerwał Dagwood. - Wszystko to należy do nas, tytułem krwi. Przejażdżka do Wimbledonu 
niedługa, poza tym  nie ma  komu  nas zobaczyć,  skoro Longhope koczuje tu na Berkeley 
Square przez cały sezon. W trymiga dałoby się obrócić w tę i z powrotem, a potem do domu, 
do Syston, skoro świt.
Abby przyglądała się bliźniakom spokojnie, ale wyraz jej twarzy sprawił, że zamilkli.
- Jak już mówiłam - kontynuowała z uniesioną brodą i przez zaciśnięte zęby - nic z tego. Po 
pierwsze,   to   się   wam   nie   uda.   Po   drugie,   gdyby   się   nawet   udało,   sir   Thurston   od   razu 
wiedziałby, kto okradł jego stajnie, prawda? Ukraść konia - konie - o północy, sprowadzić je 
tutaj, a w porze śniadania siedzieć już w areszcie. Tego właśnie chcecie? Chcecie udowodnić, 
że bijecie Harry'ego pod względem skrajnej głupoty?
- No i? Do Syston wyruszamy bezpośrednio z Wimbledonu, pod osłoną nocy, kierujemy się 
na północ...
- ... bułka z masłem. Dzięki, że podsunęłaś nam tę myśl, Abby, serdeczne dzięki. Zawsze 
mówiłem, że masz głowę na karku.
- I zamierzam dopilnować, by tam pozostała. Nie mówiąc już o trzymaniu tegoż karku z dala 
od wszelkiego rodzaju powrozów. - Dźgnęła powietrze palcem wymierzonym w jednego z 
wujów,   następnie   w   drugiego,   po   czym   dla   większego   efektu   jeszcze   nim   pokiwała.   - 
Powiedziałam nie. Nie ukradniecie tego konia. Proszę mi obiecać, że nie będziecie się dłużej 
nad   tym   zastanawiać   i   będziemy   mogli   skoncentrować   się   na   całym   majątku,   jaki   wam 
pozostał: Edwardine. Zgoda?
Bracia   wymienili   spojrzenia,   które   w   ich   mniemaniu   bez   wątpienia   zaliczały   się   do 
konspiracyjnych oraz takich, których Abby przenigdy nie przechwyci, wzruszyli ramionami i 
przeprosili wylewnie.
- Zarzucimy  ten plan, Abby,  skarbie - przyrzekł  następnie Dagwood, Bailey zaś pokiwał 
uroczyście głową. - Zarzucimy, nigdy nie weźmiemy się za następny i będziemy wzorcowymi 
wujaszkami,   którzy   przyjechali   do   miasta   cieszyć   się   sezonem   i   wydać   za   mąż   swoją 
ukochaną bratanicę.
- Akurat! Oczywiście, że nie odstąpicie od tej bzdury - zaperzyła się Abby i skoczyła na nogi, 

background image

by móc z góry spiorunować ich wzrokiem - choć nie spodziewała się, by jej furia wywarła na 
nich jakiekolwiek wrażenie. - Byłabym  głupia, sądząc inaczej. Proszę jednak, abyście mi 
obiecali, że nie omieszkacie informować mnie o owocach waszego natchnienia, jak tylko się 
pojawią, dobrze? Dzięki temu reszta domowników będzie mogła cieszyć się luksusem, jakim 
jest wiedza, że przedstawiciele prawa zaczną niebawem dobijać się do naszych drzwi, żeby 
zakuć nas wszystkich w kajdanki, zanim to jeszcze nastąpi.
- Takie kochane dziewuszysko...
- ... takie troskliwe, takie...
- ... wspaniałe. Otóż to, wspaniałe. Niemniej to byłaby taka wielka frajda...
- Nie - przerwała Abby z naciskiem.
- ... uczernić twarze, mknąć przez kraj o północy...
- ... zakraść się do stajni...
- Och, och, och...! Przestańcie.
-... na paluszkach do środeczka, odszukać naszego konika...
- Powiedziałam nie, panowie! N-I-E, nie.
Jak już mówiliśmy, takie kochane dziewczynisko...
- ... zawsze się troszczy o nasze dobro. Chodźże tu, Abby, ucałuj swoich wujaszków!
Abby pokręciła głową, uśmiechnęła się i pogodziła z tym, co nieuniknione. Cmoknęła jeden 
pyzaty policzek, drugi zapadnięty i pozwoliła, by wujowie zrewanżowali się tym samym. 
Następnie znów spoważniała. Bóg świadkiem, że ktoś tu musiał być poważny, inaczej cała 
rodzina dawno już poszłaby z torbami.
- A teraz, panowie, przypominacie sobie zapewne, że wszyscy jesteśmy zaproszeni na małą 
kolację   dziś   wieczorem.   To   nasze   pierwsze   i   póki   co   jedyne   zaproszenie,   od   kiedy 
przeprowadziliśmy się do miasta. Nie sądzę, bym musiała wam powtarzać, jak ważne jest, 
żebyśmy wywarli jak najlepsze wrażenie na hrabim Hundleyu i jego żonce. Pozostaje jedynie 
trzymać   kciuki,   by  to   zaproszenie   pociągnęło   za   sobą   następne.   To   sprawa  pierwsza   na, 
panowie, jeśli mamy z powodzeniem wprowadzić Edwardine w towarzystwo.
- Hundley - chrząknął Dagwood. - Prawdopodobnie poprosi o zwrot tamtych  stu funtów, 
które pożyczyłeś od niego rok temu. Człek nie umie się zachować, nie zna czasu ani miejsca. 
Uważaj, bo będzie cię chciał zapędzić w kozi róg. Wiesz...
- ... stać na palcach...
- ... i trzymać się blisko pań...
- ... czujnie, żeby w razie czego schować się za spódnicą Hermione, pojmujesz mnie?
Abby westchnęła, zastanawiając się, jakąż to wielką  zbrodnię popełniła, że spotyka ją taka 
kara.
- Proszę was o trzy rzeczy, drodzy wujowie. Po pierwsze, bądźcie na czas gotowi do wyjazdu, 
żebyśmy nie musieli bardziej rujnować się na dorożkarza niż to konieczne. Po drugie, jeśli 
obecny będzie sir Thurston Longhope, a z całego serca modlę się, żeby tak się nie stało, niech 
żaden nie waży się nazwać go złodziejem prosto w twarz - czy za plecami! Mogę trzymać 
was za słowo?
Bailey,   który   nigdy   nie   mógł   pretendować   do   tytułu   eksperta,   gdy   w   grę   wchodziła 
matematyka, skinieniem głowy wyraził swoją zgodę.
Dagwood jednak zmarszczył brwi, po czym zapytał:
- Mówiłaś przecież, że będziesz miała trzy prośby, Abby. Chyba o czymś zapomniałaś?
Chciała  jak najszybciej  wyjść  z bawialni,  żeby popędzić  na górę i zagnać Edwardine do 
kąpieli, ale uśmiechnęła się jeszcze.
- Ach, tak. To, co zwykle, wuju Dagwoodzie - powiedziała. - I o ile się nie mylę, dzisiaj 
wypada kolej zamknięcia Pieszczusia w jakiejś szafce, żeby nie zawlokła tego jazgotliwego 
czworonożnego lejka z nami na kolację.

background image

3

Brady stał oparty o filar i patrzył, jak Kipp pochyla się nad dłonią piegowatej debiutantki, 
która od dłuższego czasu przestępowała z nogi na nogę w kącie sali balowej Selbourne'ów.
Baron Willoughby, jak wiedział Brady, był typem gościa, o jakim marzy każda gospodyni. 
Majętny, towarzyski, dowcipny i chętnie zapraszający do tańca wszystkie te biedulki, które 
podpierały zwykle ściany albo przesiadywały bezczynnie na obrzeżach parkietu.
I to wcale nie dlatego, by starał się być miły czy uprzejmy. Kipp szczerze lubił londyńską 
socjetę, jej dziwactwa, rozrywki i słabostki, i od lat spędzał w metropolii tyle czasu, ile tylko 
się dało. Znano go wszędzie, uważano za znakomitego kompana, jeśli nawet niekiedy nieco 
postrzelonego,   i   gdyby   skłonność   do   egzaltacji   leżała   w   naturze   Brady'ego,   mógłby 
stwierdzić, że Kipp nie ma na tym świecie ani jednego wroga.
Dlaczego? To proste i Brady nie musiał się nad tym pytaniem długo zastanawiać. Kipp dawno 
już stwierdził,  że  jest  o  wiele  szczęśliwszy,  będąc  szczęśliwym.   W  dodatku  łatwiej   było 
wybrać   szczęście;   niewątpliwie   łatwiej   niż   wówczas,   gdyby   przyszedł   na   świat   jako   syn 
szczurołapa. Kipp bynajmniej nie krył swej wielkiej wdzięczności wobec losu, który obdarzył 
go majątkiem, wygodnymi posiadłościami, rezydencją na Grosvenor Square czy przyjemną 
aparycją.
W   towarzystwie   postrzegano   go   jako   dobrze   ubranego   wesołka,   skorego   do   śmiechu   i 
wolnego w gniewie. Urodzonego flirciarza, przechodzącego lekko od kobiety do kobiety, 
nigdy nienawiązującego poważnego związku, ale też nie pozostawiającego za sobą łzy w oku, 
gdy równie gładko odchodził od jednej, jak wpadał w wyczekujące ramiona następnej.
W   skrócie   rzecz   biorąc,   ludzie   z   towarzystwa   postrzegali   Kippa   Rutlanda,   barona 
Willoughby, dokładnie tak, jak tego sobie życzył.
Brady wiedział swoje, znał prawdziwego Kippa tak dobrze, jak tylko można było go poznać. 
Wiedział, że w rzeczywistości Kipp diametralnie różnił się od wizerunku, jaki stworzyli mu 
inni,  czy nawet  on sam.  Owszem,  był  z  gruntu pogodny,  pełen  wrodzonego  optymizmu. 
Jednakże od urodzenia cechował się także sceptycyzmem i nigdy nie dał się wystrychnąć na 
dudka, jeśli nawet pozwalał czasem, by uważano inaczej.
I   szczęśliwy,   i   smutny   zarazem,   żartobliwy,   a   zarazem   poważny.   Czasem   nierozsądny, 
czasem zaś zgoła mędrzec. Umiał grać błazna, lecz i zmieniać się w filozofa. Interesował się 
ludźmi, a mimo to sam otwierał się rzadko i tylko w kontaktach z najbliższymi przyjaciółmi - 
a niekiedy nawet i wtedy nie.
Zaiste, myślał Brady, przykładając do oka monokl i szukając wzrokiem drobnej blondynki 
zauważonej w Hyde Parku, jego przyjaciela można by nazwać najbardziej skomplikowanym 
„nieskomplikowanym"   człowiekiem,   jaki   kiedykolwiek   zaszczycił   swoją   obecnością   salę 
balową Selbourne'ów.
Oprócz samego Brady'ego, naturalnie...
Abby przez ostatnie pół godziny gratulowała sobie w duchu, że ani razu nie wlepiła oczu we 
"wspaniały,  wysoko sklepiony sufit sali balowej Selbourne'ów ze zdławionym okrzykiem: 
„Ach, jakie cudo!"
Gdy bowiem niewidoczna gołym okiem Abby - parweniuszka siedziała z rozdziawionymi z 
podziwu   ustami,   pożerając   wzrokiem   pokryty   malowidłami   sufit,   kapiące   od   sztukaterii 
ściany, eleganckich lordów i damy przybierających dystyngowane pozy i stroszących piórka, 
ta przytomna, rozsądna, wręcz przebiegła Abby rozumiała dobrze, iż sala balowa stanowi 
najzwyklejsze targowisko matrymonialne i że wręcz prosi się o to, by wyeksponować w niej 
śliczną Edwardine.
Zaproszenie na bal u Selbourne'ów przyszło dopiero dziś rano, czy też raczej dostarczył je 
uśmiechnięty  młody   człowiek   w  doskonale   skrojonej   liberii,  a  towarzyszyły  mu  pisemne 
przeprosiny księżnej, że wysyła je tak późno.

background image

Jak gdyby Abby mogła poczuć się urażona faktem, że nadarza się jej taka znakomita okazja.
Skromnej kolacji, w której uczestniczyli poprzedniego wieczoru Backworth-Maldonowie, nie 
sposób było   uznać  za  udaną.  Nie  sposób,  hrabia  bowiem  czynił   aluzje  do wysokich  cen 
potraw, ilekroć któryś z gości odważył się włożyć do ust choćby jeden kąsek, później zaś słał 
zasępione spojrzenia pod adresem wuja Baileya, dopytując się, czy jego marynarka to aby nie 
nowy nabytek.
Żenująca, oto jakim mianem należało określić ową kolację. W dodatku, jak nietrudno było 
zgadnąć,   jedynym   powodem,   dla   którego   w   ogóle   zostali   zaproszeni,   było   umożliwienie 
hrabiemu niestrudzonego dopominania się o zwrot tamtych przeklętych stu funtów.
Doprawdy   przykra   sprawa,   uwzględniwszy   fakt,   iż   zaproszenie   od   barona   było   jedynym 
wartym wzmianki, jakie zaszczyciło popękaną marmurową półkę nad kominkiem w domu 
przy Half Moon Street.
Do czasu, rzecz jasna, gdy księżna Selbourne wezwała ich na swój bal.
Domek przy Half Moon Street zmienił się w istny dom wariatów. Abby dosłownie wepchnęła 
do wanny sparaliżowaną z przejęcia Edwardine, wyszorowała tę jej złotą burzę loków, aż 
zalśniły, po czym posłała ją na małą drzemkę. Sama tymczasem weszła w rolę pokojówki i 
wyprasowała najlepszą sukienkę małej, błagając wujów, bez powodzenia z resztą, by ubrali 
się w cokolwiek, byle nie te różowe satynowe marynarki i bryczesy.
Hermione   z   kolei   udała   się   do   łóżka   na   pełne   dwie   godziny,   z   ustami   wydętymi   jak   u 
obrażonej   dziewczynki,   rozżalona   na   Abby,   która   z   miejsca   ucięła   wszelkie   dyskusje   na 
temat, gdzie spędzi wieczór Pieszczuś.
Całe   to   bieganie   z   kąta   w   kąt,   nerwowa   krzątanina   i   próby   zorganizowania   wybitnie 
niezorganizowanej rodziny pozostawiły Abby niecałe pół godziny na własną kąpiel w mniej 
niż letniej wodzie. Jeszcze mniej czasu zostało jej na zamartwianie się myślą, że jej najlepsza 
suknia - trzyletnia,  albo i lepiej  - nadal spoczywała  w jednym  z kufrów i bez wątpienia 
strasznie się pogniotła.
Odziana już w niemodną, przyżółkłą i zdecydowanie wymiętoszoną suknię, z wilgotnymi 
jeszcze włosami upiętymi  w kok, zdołała jakoś zgromadzić wszystkich na dziesięć minut 
przed czasem w westybulu, gdzie zaczekali na pojawienie się dorożki.
Po przybyciu wujowie z miejsca pognali do jednej z sal karcianych, bez wątpienia w nadziei 
pożyczenia   więcej   pieniędzy   od   pierwszej   lepszej,   niczego   nieprzeczuwającej   duszyczki, 
która nie słyszała o skandalu, w którego oparach panowie Backworth-Maldonowie utracili 
swą „fortunę".
Na Ignatiusa, niestety, także nie można było liczyć. Pojawiał się i znikał, z wypomadowanymi 
włosami blond, wbity w zabójczo wąski w pasie wyjściowy surdut, podkreślający drobną, 
smukłą   sylwetkę,   drepcząc   za   co   ładniejszymi   pannami   służącymi,   krzątającymi   się   do 
rezydencji - wydawało się z resztą, iż jego wybujałe romantyczne zapędy zawsze skłaniały się 
w kierunku służby.
Edwardine natomiast bawiła w najdalszym kącie sali balowej, otoczona ciasnym wianuszkiem 
wielbicieli.   Abby   nie   odczuwała   szczególnej   pokusy,   by  przedrzeć   się   przez   ten   tłumek, 
roztrącając łokcie i bąkając przez zaciśnięte usta zdawkowe przeprosiny, by móc później w 
nagrodę wysłuchiwać oklepanych komplementów, którymi śliczna panna była już zapewne 
obsypana   na   wysokość   dobrych   trzech   stóp   od   swoich   nieprzyzwoicie   "wręcz   drogich" 
wsuwanych wieczorowych pantofli.
Owszem,   oczywiście   martwiła   się,   że   Edwardine   palnie   coś   głupiego   i   całkowicie 
niestosownego, ale też sądząc z min zebranych wokół niej panów, żaden nawet by tego nie 
zauważył. W dodatku wujowie zdążyli zrobić szybki rekonesans i zapewnili ją, że żaden z 
rozanielonych młodych amantów nie miał dość grosza przy duszy, by bodaj w żółwim tempie 
kierować myśli ku małżeństwie, a co dopiero przypuścić matrymonialną szarżę.
Co   oznaczało,   jak   pozwalały   mniemać   rzucane   szeptem   przez   wuja   Dagwooda   jego 

background image

błyskotliwe   przemyślenia,   iż   owych   młodzieńców,   zapewne   wiedzących   już,   że   rodzinie 
Backworth-Maldon daleko było do wypłacalności, interesowało ciało Edwardine, to fakt, ale 
niekoniecznie jej ręka.
- Pamiętam, że i ja nie byłem od tego za szczenięcych lat - wyznał wuj Dagwood, zionąc nie 
taką znów niemiłą wonią mięty i dżinu. - Te zdesperowane były zawsze takie chętne. Ale 
głowa do góry. Tutaj nic niestosownego stać się nie może, po prostu nie wypuszczaj jej na 
balkon, pojmujesz mnie?
Ze słowami wuja wciąż rozbrzmiewającymi jej w uszach i nieszczególnie nimi podniesiona 
na duchu, pogodziła się z myślą, że musi wziąć się w garść i sprawdzić, co u bratanicy. Nawet 
jeśli wolałaby zapomnieć na ten jeden jedyny wieczór, że przyszła na bal Selbourne'ów, by 
pilnować rodzinnej menażerii, a nie w roli debiutantki.
Prawdę powiedziawszy, Abby nie zależało na tym, by bodaj minutę dłużej przesiadywać obok 
szwagierki, która raźnie uskarżała się na przeróżne bóle i dolegliwości, sącząc przy tym, jak 
się zarzekała, czystą wodę, która, o czym Abby świetnie wiedziała, była w rzeczywistości 
dżinem. Co prawda Hermione wżeniła się do rodziny Backworth-Maldonów, niemniej łączyła 
ją   ze   szwagrem   Harrym   pewna   fatalna   skłonność,   objawiająca   się   w   wyborze   napojów 
orzeźwiających.
W najpiękniejszej karafce, podany w krysztale, pod nazwą Holland's czy też Geneva, jako 
Szewski Poncz czy Pokrzepiacz Serc, pozostawał tym samym - trunkiem ukochanym przez 
nieszczęśników wegetujących w obskurnych czeluściach Londynu. Ci, dla których los był 
mniej   łaskawy,   nazywali   dżin   Ostatnią   Zmianą,   Korbą,   Raz   a   Dobrze   czy   nawet   Goło   i 
Wesoło, płacąc pół pensa za szklanicę. Mocny trunek, a Hermione zachowywała  się tak, 
jakby istotnie piła wodę i, jak się zdawało, była równie niewrażliwa na jego działanie jak na 
niewygodę słoń, który przypadkowo usiadł na mrówce.
-   Tęsknię   za   Pieszczusiem   -   oznajmiła   Hermione,   wydymając   usta   i   wzdychając 
rozdzierająco. Westchnienie to uwolniło chmurę oparów dżinu, które owionęły Abby, tak że 
poczuła   się   zmuszona   do   rozłożenia   wachlarza   i   zaciekłego   trzepotania   nim   tuż   przed 
własnym   nosem,   szukając   równocześnie   w   torebce   jakiejś   miętówki,   którą   mogłaby 
poczęstować Hermione.
- Pieszczuś jest w domu i ma się dobrze, Hermione - odparła Abby, dyskretnie wręczając jej 
cukierek.
-   To   ty   tak   uważasz.   Osobiście   nie   rozumiem,   dlaczego   nie   mógłby   nam   towarzyszyć 
dzisiejszego wieczoru. Taka słodka psinka, mój ukochany skarbeczek. Jestem przekonana, że 
lady... lady... ehm... cóż, jakkolwiek się tam nazywa, nie miałaby nic przeciwko temu.
- Naszymi gospodarzami są książę i księżna Selbourne, Hermione. Selbourne. Se jak seler, 
którym będziemy się żywić, bo na nic innego nie będzie nas stać, jeśli nie uda się nam wydać 
Edwardine za mąż w ciągu kilku najbliższych tygodni, i bourne tak jak w słowie Melbourne, 
bo czasami tam właśnie chciałabym się znaleźć, tak bardzo daliście i nieustannie dajecie się 
mnie, biednej, we znaki. Proszę, żebyś koniecznie zadała sobie wysiłek zapamiętania tego 
nazwiska. Nawiasem mówiąc, masz świętą rację - dodała po chwili Abby pokrzepiająco. - 
Najzupełniej rozumiem, dlaczego książę i księżna mieliby czuć się uszczęśliwieni obecnością 
najdroższego Pieszczusia, który najpierw by ich pogryzł, a potem zrobił im pod nogami małą 
kałużę.
- Och, wstydziłabyś  się, Abigail! Przecież  wiesz, że nic nie poradzę na to, że Pieszczuś 
zapałał   do   ciebie   taką   niechęcią.   Zwykle   zachowuje   się   całkiem   spokojnie.   -   Hermione 
zmrużyła   oczy   i   zmierzyła   Abby   podejrzliwym   spojrzeniem.   -   Ponoć   psy   wyczuwają 
charakter człowieka, słyszałam, jak ktoś tak powiedział. Słodkie stworzonka boże. Być może 
Pieszczuś wyczuwa w tobie coś podłego, Abigail, coś, czego my śmiertelni nie dostrzegamy.
Abby   beznamiętnie   przyglądała   się   szwagierce,   tej   niewiarygodnie   przaśnej   z   wyglądu 
kobiecie   o   końskiej   twarzy,   włosach   nieciekawego   szarawego   koloru   i   malutkich,   zbyt 

background image

głęboko osadzonych, paciorkowatych brązowych oczach.
Edwardine odziedziczyła urodę po ojcu, tak jak intelekt, jakikolwiek był, po matce. Strach 
myśleć o katastrofie, jaką pociągnęłaby za sobą odwrotna kombinacja. Względnie inteligentna 
młoda dama o szczęce jak u zwierzęcia jucznego i z cerą, jaką jedynie miłosierni nazwaliby 
ziemistą. I taką Edwardine mieliby wydać za mąż przed końcem sezonu!
Biedna Hermione. Jak Abby, poślubiona dla posagu, którym jej mąż chciał choć na krótko 
załatać   dziury   w   budżecie   rodziny   Backworth-Maldonów.   Urodziła   dwoje   wyjątkowo 
urodziwych dzieci, które obchodziła tyle co nic, i została bez męża, za całe pocieszenie mając 
butelkę i tę wredną, rachityczną kupkę futra, która kochała ją z całym psim oddaniem.
- Masz rację - powtórzyła po chwili Abby, ogarnięta współczuciem dla Hermione, kolejnej 
odsuniętej   na   boczny  tor   oblubienicy   jakiegoś   Backworth-Maldona.   -   Pieszczuś   to   dobry 
zwierzak. Słodki jak miód. Dobre, kochane psisko. To ja jestem zła, a Pieszczuś to wyczuwa. 
Przepraszam cię z całego serca, Hermione, i przyrzekam, że się poprawię i nie będę więcej 
grzeszyć. Zresztą od razu pójdę sprawdzić, jak się ma twoja ukochana córka, jeśli pozwolisz, i 
przyłożę wszelkich starań, by się jakoś odkupić w surowych oczach Pieszczusia.
Hermione wytrzeszczyła na Abby swe małe, paciorkowate i nieco zamglone już oczy. Gdy 
Abby   wstała,   skinieniem   głowy   wyraziła   swoją   aprobatę,   jeśli   bowiem   Abby   mogła   na 
cokolwiek na tym świecie liczyć, to tylko na to, że sarkazm nie sprawdza się w odniesieniu do 
jej rodziny.
- Dobrze. Tak zrób. I wiedz, że modlę się za ciebie, Abigail.
-   Nie   wierzę   swojemu   szczęściu   -   odrzekła   Abby   i   pochyliła   się   nad   upudrowanym 
policzkiem   szwagierki,   nim   odwróciła   się   i   przewróciła   oczami.   Następnie   udała   się   w 
kierunku, w którym widziała ostatnio Edwardine, otoczoną przez dżentelmenów, którym nie 
była w stanie się przyjrzeć, niczym papuga powtarzającą słowa, których sensu nie rozumiała, 
a teraz zajętą najpewniej opowiadaniem o tym, jak to kiedyś proboszcz przyłapał ją z bratem 
Iggym podczas kąpieli w strumieniu, całkiem nago, prawda, jaka to przezabawna historia?
- Och, Boże, po co ja się w ogóle za to wzięłam? Musiałam być szalona - pomstowała pod 
nosem Abby, przepychając się przez tłum ich lordowskich mości, zbitych w hermetyczne 
grupki i zerkających na nią pobłażliwie, kiedy prześlizgiwała obok nich.
Choć naturalnie nie mogła ich winić za to, że na nią patrzą, czy raczej patrzą  przez nią, by 
zaklasyfikować ją jako kogoś bez znaczenia.
Abigail Backworth-Maldon wiedziała bowiem, że znaczenia nie ma. I to żadnego. Nie była 
majętna ani utytułowana, a już z pewnością nie była piękna. Postawiona obok Edwardine, 
która zdawała się wręcz absorbować światło, Abby plasowała się w głębokim cieniu.
Dawno   już   Abby   przyjrzała   się   sobie,   porównała   z   rozkwitającą   Edwardine,   i   nabyła 
niezłomnego przeświadczenia, iż jest raczej pospolita niż wyjątkowa.
Owszem, włosy miała gęste i długie, do tego w niebrzydkim odcieniu niemal złotego blondu. 
Ale były proste jak pogrzebacz, a wszyscy szaleli na punkcie loczków. Oczy miała dość 
niezwykłe, ciemnofiołkowe, tajemnicze, z wyraźną czarną otoczką wokół tęczówek.
Nikt jednak nie patrzył jej w oczy i znikły z nich figlarne iskierki, błysk humoru, umiłowanie 
życia, które, gdyby tylko na to pozwoliła, eksplodowałoby w niej z siłą, którą należałoby 
uznać za niebezpieczną u wdowy liczącej sobie dwadzieścia trzy wiosny i siłą rzeczy będącej 
poza głównym nurtem życia.
Powinna raz na zawsze wbić się w babcine czepce, skończyć z marzeniami. Rozumiała to, ale 
bezlitośnie upchnęła wszystkie do szuflady i opuściła domek na wsi w przekonaniu, że skoro 
sezon ma spędzić w Londynie, może przynajmniej udawać, że istnieje jakaś szansa na to, by 
sama złapała męża.
I to był cały zysk, jaki przyniosły jej dwa ostatnie tygodnie, od kiedy zamieszkała przy Half 
Moon Street. Równie dobrze mogłaby paradować spowita w całun albo błąkać się po całym 
mieście zupełnie nago, gdziekolwiek bowiem pojawiała się Edwardine, ku niej kierowały się 

background image

spojrzenia wszystkich, bezlitośnie przypominając Abby, kim jest - a wedle własnej miary nie 
była nikim szczególnym.
Abby,   oficjalnie   bardziej   towarzyszka   Edwardine   niż   przyzwoitka   wyznaczona   przez 
Hermione   -   niezdolną   do   upilnowania   śpiącego   susła,   a   co   dopiero   młodej   głupiutkiej 
dziewczyny - miała przekonać się, że po przyjeździe do Londynu w niczym nie różniła się od 
tamtej kobiety z małej rezydencji pod Syston.
Kobiety   solidnej.   Odpowiedzialnej.   Praktycznej.   Nie   rzucającej   się   w   oczy.   Przytomnej. 
Rozsądnej. Zrównoważonej.
I znudzonej do szpiku kości.
Krewni ze strony jej męża wierzyli, że ją znają, ale się mylili. Widzieli jedynie nerwową, 
zaniedbywaną żonę, nienaturalnie młodą wdowę oraz, w ostatnim czasie, despotkę - z czystej 
konieczności - zarządzającą ich życiem, trzymającą rękę na rodzinnych finansach i z miłością, 
lecz niezłomnie wszystkich tyranizującą, by, na miłość boską, zachowywali się jak ludzie.
Lecz   w   duchu,   w   cichości   serca,   Abby   była   zupełnie   inną   osobą.   Może   nawet   tuzinem 
różnych   osób.   Kobietą   praktyczną,   owszem.   Żywiącą   jednak   upodobanie   do   absurdu, 
obdarzoną   poczuciem   humoru   wręcz   wyjątkowym   i   w   dużej   mierze   opartym   na   żywej 
inteligencji oraz owym szczerym zamiłowaniu do purnonsensu i groteski.
Jak   inaczej   zdołałaby   przeżyć   rok,   potem   kolejny,   w   domu   pełnym   pustogłowych, 
egotycznych, aczkolwiek poczciwych Backworth-Maldonów?
Z drugiej  strony,  och, jakże marzyła  o ucieczce!  Zabezpieczyć  przyszłość  całej kochanej 
rodzinki,   wiedzieć,   że   są   szczęśliwi,   spokojni   i   wypłacalni,   potem   zaś   wyruszyć   w   rejs 
dookoła świata  lub przynajmniej  w te  jego zakątki,  które najbardziej  przemawiały jej  do 
wyobraźni.
Jakże tęskniła za przygodą, za rozkosznym dreszczem, jakiego doświadczała, dajmy na to, 
urodziwa Lucinda Pomeroy, bohaterka najnowszej powieści Araminthy Zane, uprowadzona 
przez piratów i oswobodzona przez najwspanialszego, najbardziej przystojnego ze wszystkich 
korsarzy na świecie.
Przystojny korsarz miał dla Abby twarz konkretnego mężczyzny, widzianego przelotnie w 
Hyde   Parku,   mężczyzny,   którego   nie   potrafiła   zapomnieć.   Wysokiego,   jasnowłosego, 
przystojnego jak najsłodszy z grzechów, pewnego siebie, o sylwetce jak wyjętej  ze stron 
książki, uśmiechu anioła... z tym że uśmiechał się do Edwardine.
Abby zatrzymała się w pół kroku, wciąż jeszcze z głową w chmurach, lecz w błyskawicznym 
tempie wracając na ziemię, i uniosła rękę, by ukryć otwarte, o zgrozo, ze zdumienia usta.
Wianuszek wielbicieli Edwardine rozpierzchł się, rozwiał jak dym.
I nic dziwnego.
Nawet najbardziej tępi oficerowie i drudzy w kolejności do tytułu synowie wiedzieli, kiedy 
zostają  zdeklasowani,   odsunięci  w  cień   tak   wyraźnie,  jak  Abby  w  promiennej   obecności 
bratanicy męża.
Nad Edwardine pochylali się teraz dwaj tylko mężczyźni i Abby natychmiast rozpoznała w 
nich nieznajomych z Hyde Parku.
Jeden wysoki, ciemny, po męsku przystojny, otoczony nimbem humoru i wielkopańskiego 
znużenia,   którego  nie   sposób  podrobić.   Interesujący.  Ale  właściwie  zupełnie  nie  w   typie 
Abby,   gdy   mowa   o   herosach,   w   których   mocy   leżało   powalenie   ją   na   jej   rozsądne   z 
konieczności kolana.
Drugi   równie   wysoki,   lecz   jasnowłosy,   upadły   anioł,   urzeczywistnione   marzenie   o 
mężczyźnie, tak piękny, iż wydawał się nierealny. I ten właśnie mężczyzna pochylał się teraz 
nad   dłonią   Edwardine,   a   ta   głuptaska   chichotała,   uśmiechała   się   płochliwie   i   desperacko 
usiłowała zogniskować spojrzenie rozszerzonych błękitnych oczu.
Abby westchnęła, wzruszyła ramionami i uprzytomniła sobie, że „przystojny" nie przekłada 
się na „inteligentny" - kto jak kto, ale Iggy dowodził tego niezbicie! Toteż powiedziała sobie 

background image

w duchu, że ani trochę  jej nie obchodzi, czy ten  adonis o włosach blond upatrzył  sobie 
Edwardine. Nie. Nie obchodzi jej to ani trochę.
Naprawdę nie.
To   jednak   nie   oznaczało,   że   nie   mogła   do   nich   podejść,   grzecznie   przerwać   rozmowę   i 
przedstawić się jako towarzyszka Edwardine.
-   Pani   Backworth-Maldon.   Jestem   oczarowany   -   odezwał   się   Kipp   po   kilku   banałach 
wygłoszonych przez Edwardine w przerwach między chichotaniem.
Pochylił się nad dłonią młodej wdowy - bo o tym, że owdowiała, dowiedział się od panny 
Backworth-Maldon: dziewczynie dosłownie nie zamykała się buzia, skutkiem czego zdążyła 
w   ciągu   zaledwie   pięciu   minut   ich   znajomości   wytrajkotać   niemal   wszystkie   rodzinne 
tajemnice, które mógłby chcieć usłyszeć lub też obawiać się, że usłyszy.
Z ustami tuż nad obleczoną w rękawiczkę dłonią dyskretnie przyjrzał się kobiecie. Doszedł do 
wniosku, że pełniła  funkcję przyzwoitki  Edwardine, a to czyniło  z niej  kogoś, na kim z 
pewnością chciał zrobić dobre wrażenie, chociaż sama na nim szczególnego wrażenia nie 
wywarła. Wyłączając może jej suknię, najbrzydszą chyba, jaką w życiu widział. Biedulka.
- Czyżby, milordzie? Jest pan oczarowany? A czemuż to? - odpaliła Abby, szybko zabierając 
rękę, a Kipp natychmiast spojrzał na nią znowu i dostrzegł w jej oczach błysk rozbawienia.
Interesująca.
Ale nie rozglądał się za wdową, choćby i interesującą.
-   Ha!   Tu   cię   ma,   Kippie   -   wtrącił   hrabia   Singleton   i   poklepał   go   po   plecach.   -   Wiesz, 
bezmyślnie powtarzamy te frazesy, ale cóż one naprawdę znaczą? Jesteś oczarowany, Kippie? 
Szczerze? Czy po prostu starałeś się być uprzejmy? Osobiście sądzę, że jesteś najzwyczajniej 
i   przyziemnie   uprzejmy.   Ja   natomiast   jestem   rozbawiony,   i   to   z   wielu   powodów.   Pani  - 
skończył, unosząc jej dłoń do ust - jestem rozbawiony naszym spotkaniem.
-   Milordzie   -   odrzekła   Abby,   nie   odrywając   wzroku   od   Kippa,   któremu   zaczęło   nagle 
dokuczać nieprzyjemne wrażenie, że dama właśnie oceniła jego charakter i dostrzegła w nim 
jakieś braki... i jest nim potężnie rozczarowana.
Cóż, mniejsza o to. Interesowała go nieszkodliwa panna Backworth-Maldon, a nie myszowata 
z   wyglądu,   choć   plująca   ogniem   hetera,   która   jak   nic   przedwcześnie   wpędziła   swojego 
mężulka do grobu. Irytująca kobieta.
- Czy mam  rozumieć,  pani - kontynuował  Kipp niezrażony,  zerkając nad Edwardine  (jej 
przepiękne błękitne oczy wydawały się jakby rozmarzone, gdy spozierała na niego, czy też 
mniej więcej w jego kierunku) - że jesteś przyzwoitką panny Backworth-Maldon?
- Ja się za nią nie uważam, milordzie - odparła Abby zadowolona, że w końcu udało się jej 
uwolnić   palce   z   uścisku   lorda   Singletona.   Wciąż   podenerwowana   początkową   wpadką, 
odpowiedziała Kippowi szczerze, może aż nazbyt szczerze. - Jej matka bawi w Londynie 
razem z nami. Ja jestem jej ciotką i bardziej kimś w guście opiekunki. Prawda, Edwardine?
Mała zachichotała i żartobliwie pacnęła Abby w przedramię.
- Och, jesteś przekomiczna, Abby! Ojej, jasne, że jesteś moją opiekunką. To okropne, ale 
zupełnie nie potrafię zajmować się sama sobą. Wszyscy mi po to powtarzają. Przecież chyba 
właśnie dlatego tutaj przyjechałaś, prawda, Abby? Żebyśmy znaleźli kogoś innego, kto się 
będzie mną opiekował, bo wtedy nie będziesz musiała czuć się jak...?
- Czyż ona nie jest rozkoszna? I to świetne poczucie humoru! - wpadła jej w słowo Abby, 
gdyż   Edwardine   wyraźnie   sposobiła   się   do   tego,   by   -   jak   Kipp   gotów   był   dać   głowę   - 
powtórzyć za ciotką jej własną opinię, niewątpliwie żenującą, że odgrywa w rodzinie rolę psa 
przewodnika.
Obserwował,   jak   pani   Backworth-Maldon   porywa   kieliszek   z   tacy   niesionej   przez 
przechodzącego obok służącego. Wprost wepchnęła go w różane i wydęte na kształt pączka 
usteczka bratanicy - przy czym przez cały czas piorunowała wzrokiem obu dżentelmenów, 
którzy mieli przed chwilą okazję usłyszeć, jak młoda  piękność sama  przyznaje, że szuka 

background image

obrońcy, co po prostu nie mieściło się w głowie.
- Chyba zaschło ci w gardle, poznaję po głosie, moje biedactwo. Masz, wypij to. Do dna.
- Ale, Abby, to przecież...
Kipp zakrył usta ręką, nie wątpił bowiem, że nie może sobie pozwolić na śmiech, jeśli istotnie 
chce pokonać tego małego, lecz ognistego smoka płci żeńskiej i zbliżyć się do pięknej panny 
Backworth-Maldon.
- Mamy dziś wyjątkowy wieczór, Edwardine, skarbie -oznajmiła Abby sucho, z przykrością 
konstatując, że właśnie zachęca bratanicę męża do spróbowania po raz pierwszy w życiu 
czegoś   mocniejszego   niż   lemoniada.   Co  też   ona  wyprawia?   Zadaje   nieuprzejme,   kąśliwe 
pytania,   sama   wytyka   niedoskonałości   Edwardine,   a   przecież   to   niewinne   dziecko   nie 
zasłużyło sobie na podobne traktowanie.
Dlaczego tak łatwo wytrącił ją z równowagi i spokoju dotyk barona, tembr jego głosu, jego 
uśmiech? Czy to możliwe, by zazdrościła Edwardine jej urody, tego, że pięknego barona 
ciągnęło do niej jak pszczołę do miodu?
No   tak,   powinnam   się   wstydzić,   dumała   smętnie   Abby,   ale   i   on   powinien,   skoro   tutaj 
przyszedł, żebym mogła przez niego zrobić z siebie kompletną idiotkę.
Naprawdę była gotowa sobie wmówić, że ten mężczyzna ją pociąga? I to dlaczego? Przez tę 
jego przystojną   twarz?   Szczyt  głupoty!  Harry  był  przystojny  - czyżby   tak  szybko  o  tym 
zapomniała? Jeśli nawet ten fakt istotnie wyleciał jej na chwilę z głowy, zadba to, by więcej 
się to nie powtórzyło, nie zapomni także, że jaśnie pan baron nie jest taki, jaki się wydaje, że 
to kolejny człowiek, który patrzy na nią, lecz naprawdę jej nie dostrzega.
I co też on teraz znowu wyrabiał? Coś gorszego jeszcze od patrzenia przez nią, jakby była 
niewidzialna: uśmiechał się, wyśmiewał się z niej, śmiały się te jego ciepłe brązowe oczy, 
chociaż to Edwardine podawał rękę.
Irytujący człowiek.
- Można? - Kipp zręcznie wyjął dziewczynie kieliszek z palców i podał go Brady'emu, który 
posłusznie wychylił jego zawartość jednym dużym haustem. - Pani Backworth-Maldon, czy 
będzie pani łaskawa zgodzić się, by panna Backworth-Maldon partnerowała mi w tańcu?
-   Och,   idźcie,   idźcie   -   odparła   Abby,   jedną   ręką   czyniąc   takie   gesty,   jakby   odganiała 
natrętnego owada, drugą pocierając czoło. Czuła zapowiedź zbliżającego się potwornego bólu 
głowy.   -   Ja   tu   sobie   zostanę   i   postaram   się   zabawiać   lorda   Singletona.   Co   pan   na   to, 
milordzie?
- Szczerze na to liczę - odpowiedział bezczelnie Brady. Z uśmiechem obserwował Kippa, 
który z kolei obserwował panią Backworth-Maldon. - Cóż, Kippie, zamierzasz sterczeć tutaj 
przez cały wieczór, jakbyś się bał, że przewrócisz się przy pierwszym kroku? No już, proszę, 
idźcie oboje. Idźcie na parkiet i niech się już zaczną te „ochy" i „achy" na widok pary tak 
urodziwej i zgranej, że zblednie przy niej światło wszystkich świec w sali.
- Abby?  Co on powiedział? - spytała Edwardine, a jej piękna twarz jeszcze wypiękniała, 
nabrawszy wyrazu dziecięcego zdumienia. - Czy milord mówił o mnie? On naprawdę uważa, 
że zaćmiewam blask świec? Powinnam mu podziękować?
Abby przekrzywiła głowę i spojrzała na Kippa pytająco. Czekała, by się odezwał, poczynił 
jakąś uwagę lub chociaż ledwie zauważalnym grymasem dał do zrozumienia, iż zdążył się 
zorientować, że bratanica jej męża ma tyle rozumu co osesek. A może zależało mu tylko na 
urodzie, może nie potrzebował niczego więcej?
Kipp poskąpił jej tej satysfakcji, aczkolwiek wiedział już, że popełnił wielki błąd, łudząc się, 
że   młodość   i   uroda   wystarczą   u   kobiety,   by   okazała   się   znośną   żoną.   Teraz   chciał 
przynajmniej, by jego wybranka umiała samodzielnie zliczyć do dziesięciu, nie przerywając 
co chwila, by poprosić go o pomoc. Ale gdzie tam, strzeliło mu do głowy, żeby pozwolić 
Brady'emu na wybranie kandydatki do tytułu baronowej Willoughby, no to ma za swoje.
Chociaż naturalnie nie znaczyło to, że kusiło go, by zastąpić głupią jak but pannę Backworth-

background image

Maldon złą jak osa panią Backworth-Maldon, kobietą z wielkim talentem do załażenia mu za 
skórę... zupełnie jak drzazga, uznał w duchu.
Nie, chciał jedynie jak najszybciej zatańczyć z młodą Edwardine, a następnie wyrwać się stąd 
i udać się gdziekolwiek, gdzie zdoła jakoś zapomnieć o idiotycznym pomyśle, by z szukania 
żony uczynić swą życiową misję.
-   Proszę   ze   mną,   panno   Backworth-Maldon   -   ponaglił,   widząc,   że   Abby   nie   zamierza 
odpowiedzieć bratanicy. -Nie chcemy, by taniec rozpoczął się bez nas, prawda?
Abby pogratulowała sobie w duchu opanowania: nie skrzywiła się ani też nie pokazała języka 
baronowi, oddalającemu się majestatycznie u boku Edwardine.

background image

4

- Musimy się panu wydawać żałosne, prawda? - spytała Abby lorda Singletona. Nie miała siły 
dłużej zadręczać się myślą, że w oczach barona Willoughby wyszła na kompletną idiotkę, czy 
faktem,   że   Edwardine   dosłownie   przechodziła   samą   siebie,   by   wykazać   głębię   swego 
intelektu, którą zaledwie kilka cali dzieliło od zwykłej kałuży.
- Przeciwnie, pani Backworth-Maldon. Jestem zachwycony tak panią, jak i jej bratanicą - 
odparł Brady szczerze, pewny, że ta przenikliwa kobieta przejrzałaby każde najbardziej nawet 
niewinne kłamstewko.
Natomiast wierutne kłamstwa, blagi pełną gębą z rodzaju tych, których kolejka uformowała 
mu się teraz pod czaszką, przepychając się między sobą, byle szybciej trafić na język, rzadko 
bywały przez kogoś zdemaskowane... nawet przez jego przyjaciela Kippa.
Jakież cudowne figle płata los. Brady załatwił zaproszenia na bal dla rodziny Backworth-
Maldonów   z   tą   tylko   myślą,   by   raz   na   zawsze   ukazać   Kippowi   irracjonalność   jego 
postępowania, w nadziei, że Kipp nareszcie zrozumie, że piękna panna Backworth-Maldon i 
jej podobne nie są tym, czego szukał. Nie spodziewał się jednak, że znajdzie przy okazji 
kobietę wprost idealnie odpowiadającą potrzebom przyjaciela a już z pewnością nie w tej 
samej rodzinie, z której pochodziła chybiona kandydatka.
Niekiedy najlepsze pomysły człowiek zawdzięcza szczeremu trafowi. Pozostawało jedynie 
wykorzystać dobry kwadrans, jaki dzielił go od końca tańca i powrotu Kippa, upewnić się, 
czy   pani   Backworth-Maldon   rzeczywiście   stanowi   odpowiedź   na   jego   modły   w   raczej 
nieprzemyślanej intencji.
- Prawdę mówiąc - kontynuował - uważam, że w najmniejszym stopniu zasługujecie panie na 
to miano spośród wszystkich z tu obecnych. Bratanica pani, ponieważ sam i fakt  istnienia 
wydaje się czynić ją szczęśliwą, i ty, pani, ponieważ nie ulega dla mnie wątpliwości, iż jesteś 
kobietą  wybitnie  rozsądną. Chociaż  należałoby chyba  ostrzec, że w  hermetycznym  kręgu 
śmietanki towarzyskiej nadmiar zdrowego rozsądku bywa niebezpieczny.
Abby   uśmiechnęła   się,   siląc   się   spokój,   choć   jej   jedynym   marzeniem   było   natychmiast 
znaleźć się przy Hermione i ukryć za jej wachlarzem płonące policzki.
- Dziękuję za ostrzeżenie, milordzie - odparła po chwili, przekonana, że znowu w pełni nad 
sobą   panuje.   -   Jestem   dość   przezorna,   by   zawsze   otaczać   się   wystarczającą   liczbą 
nieszkodliwych szaleńców dla zrównoważenia tej mojej uparcie tkwiącej na karku głowy. 
Uparcie, lecz, mam nadzieję, nie nazbyt sztywno, przesada bowiem nigdy nie jest wskazana, 
nawet przesada w zdrowym rozsądku.
- A, kobieta praktyczna.
- Nie bardziej niż jestem do tego zmuszona, milordzie.
-   Na   balu   szukająca   sposobności,   by   wepchnąć   bratanicę   w   ramiona   pierwszego 
nadarzającego się kawalera?
Czy powinni rozmawiać tak szczerze? Abby nie była tego pewna. Niemniej hrabia należał do 
bon tonu, czy więc niestosownością mogłoby okazać się pójście w jego ślady? Co prawda nie 
znalazła żadnej wzmianki o podobnym  spoufalaniu się z płcią przeciwną, gdy wertowała 
książki zakupione z myślą o tym, by sprawdzić, jak Edwardine powinna się zachowywać w 
towarzystwie. Z drugiej strony wiedziała tyle, że równie dobrze mogło okazać się, że dla 
pospolitych, odstawionych na bocznych tor wdów istnieje odrębna lista zasad, niemająca nic 
wspólnego z tymi dla debiutantek o rozmarzonym spojrzeniu.
Patrzyła na Brady'ego ze spokojem, wiedząc już, że zdobędzie się na bezpośredniość.
- Czyż to nie zwykła praktyka?
- Ale bez żadnych nadziei dla siebie, pani Backworth-Maldon? Bez własnych marzeń?
Abby wyprostowała plecy. Może i nie znała wszystkich prawideł uprzejmej konwersacji, ale 
też   nie   spędziła   ostatnich   dwudziestu   trzech   lata   zagrzebana   na   tak   znowu   głębokiej 

background image

prowincji!
- Odnoszę wrażenie, że przeszliśmy od czczej paplaniny do wysoce  osobistej inkwizycji, 
milordzie. Wolno mi zapytać dlaczego?
Brady podał jej ramię, oparła na nim dłoń i ruszyli spacerem wokół sali.
- Nie słynę z taktu, pani. Upraszam o wybaczenie. Lecz byłaś tak cudownie szczera, mówiąc 
o swoich nadziejach wobec ślicznej bratanicy... proszę tylko spojrzeć, olśniewająco piękna z 
nich para, aż trzeba zmrużyć powieki, nieprawdaż? Pomyślałem sobie, że mogę zrewanżować 
się podobną szczerością, gdy idzie o moje nie tak znowu różne od twoich zamiary. Biorąc cię, 
pani, za kogoś w guście pokrewnej duszy, nic ponadto.
Abby, która od pewnego czasu obserwowała ukradkiem Edwardine i barona, zamarzyło się, 
że to ona tańczy w jego ramionach, ale natychmiast zawstydziła się podobnych myśli.
-   Przepraszam...?   Obawiam   się,   że   nie   uważałam.   Chyba   źle   usłyszałam   to,   co   pan 
powiedział?
Brady uśmiechnął się w duchu, spostrzegł bowiem, że w oczach Abby pojawił się tęskny 
błysk.   Jeszcze   wcześniej   w   oczach   Kippa,   gdy   patrzył   na   tę   kobietę,   widział   jakby   cień 
zmieszania. To może być całkiem zabawne. On przynajmniej świetnie się bawił, bez dwóch 
zdań.
- Jeśli zdawało się pani, iż przed chwilą wyznałem, że jestem tu dzisiaj w nadziei nakłonienia 
kogoś do małżeństwa, wówczas tak, pani Backworth-Maldon, dobrze mnie pani słyszała.
- Och. Siostry?
- Nie, pani, nie siostry - odparł Brady, zręcznie porywając z tacy dwa kieliszki wina i podając 
jeden Abby. - Pokusi się pani o jeszcze jeden strzał? Na początek proszę pomyśleć o pewnej 
jasnowłosej i wręcz nieobyczajnie przystojnej osobie.
- Przy... przystojnej? Nie pięknej? Chciałam powiedzieć, że Edwardine jest piękna. Ale żeby 
nazywać kobietę przystojną... cóż, zakładam, że gdyby poważnie zamierzał pan dopomóc tej 
dziewczynie w znalezieniu męża, to... och. - Spojrzała hrabiemu prosto w oczy i dostrzegła w 
nich psotne iskierki; Brady przyglądał się wyrazowi jej twarzy, widząc, że zaczyna do niej 
docierać sens jego słów.
- Och - powtórzyła głucho. - Cóż za niecodzienna myśl, milordzie.
-   Niech   to   będzie   nasz   mały   sekret,   pani   Backworth-Maldon   -   rzucił   na   widok   księżnej 
Selbourne, idącej  ku niemu  z rozłożonymi  w powitalnym  geście ramionami.  Ujął drobne 
dłonie kobiety i najpierw jedną, potem drugą uniósł do ust. - Sophie, piękniejesz z dnia na 
dzień.
-   Kłamca,   z   dnia   na   dzień   pęcznieję,   a   ci   wszyscy   plotkarze   strzępią   sobie   języki,   że 
powinnam ukryć się na strychu, jakby ciąża była jakąś straszną chorobą, być może nawet 
zaraźliwą - odparła wesoło księżna, wyswobodziwszy ręce, i czule objęła nimi swój wypukły 
brzuch. - Bram zaklina się, że wyglądam bardzo ładnie, ale mnie się zdaje, że raczej jakbym 
miała pęknąć w szwach, prawda?
Następnie zainteresowała się Abby, która dygnęła uprzejmie.
- Pani Backworth-Maldon, jeśli dobrze pamiętam z ceremonii powitania. Proszę mi wybaczyć 
moje wahanie, ale do witania gości znalazło się absurdalnie wręcz wielu chętnych i robili 
straszne   zamieszanie.   Ogromnie   się   z   mężem   cieszymy,   że   mogłaś,   pani,   przyjąć   nasze 
nieuprzejme zaproszenie z ostatniej chwili i być z nami dzisiejszego wieczoru. Taki ze mnie 
głuptas, że dowiedziałam się o twoim przybyciu do miasta dopiero dziś rano. Ale wybaczysz 
mi, prawda?
- Nie ma czego wybaczać, milady. To dla nas zaszczyt, że nazwisko Backworth-Maldon w 
ogóle obiło ci się, milady, o uszy, nie mówiąc nawet o zapraszaniu nas na dzisiejsze przyjęcie.
Abby zaczynała się czuć jak wyjątkowo niepozorna kaczka wrzucona znienacka do stawu 
pełnego łabędzi. Nie koniec na Edwardine. Nie koniec na baronie i hrabim. Czyżby wszyscy 
londyńczycy byli obdarzeni przez los równie uderzającą urodą?

background image

Księżna   bowiem   była   wprost   przepiękna   z   tym   swoim   kształtnym   ciałem   i   kwitnącym 
zdrowiem. Przy niej nawet sama Edwardine byłaby jedynie uroczym, nie w pełni jeszcze 
rozwiniętym brzydkim kaczątkiem.
Hrabia   i   księżna   przekomarzali   się   i   wymieniali   żartobliwe   uwagi,   Abby   zaś   ukradkiem 
przyglądała się stojącemu przed nią zjawisku.
Tak, księżna była piękna jak marzenie, filigranowa w tych swoich połyskliwych jedwabiach, 
nieskazitelna,   od   burzy   niesfornych   loków   poczynając,   na   drobnych   stopach   kończąc. 
Rozbrajające   brązowe   oczy   o   wejrzeniu   dziecka,   ale   też   niezdolne   ukryć   przyrodzoną 
inteligencję.   Wysoko   na   prawym   policzku   pojedynczy   pieprzyk.   Ciąża   wydawała   się 
przydawać jej urody raczej, niż ją gasić. Księżna była rozmarzona i dosłownie promieniała.
Abby pragnęła znienawidzić tę kobietę, lecz najzwyczajniej nie  potrafiła. Uśmiech księżnej 
był   nazbyt   szczery,   obejście   zbyt   pełne   wdzięku,   zachowanie   ujmująco   bezceremonialne. 
Toteż raczej niż poczuć zazdrość zazdrości, Abby pomyślała sobie, że wspaniale byłoby mieć 
w niej przyjaciółkę. Nie ze względu na tytuł, ale dlatego, że wyczuwała, iż księżna nie może 
być nikim innym, jak wrażliwą, ciepłą osobą.
Księżna mrugnęła do hrabiego w odpowiedzi na coś, co przed chwilą szepnął jej do ucha, i 
ponownie zwróciła się do Abby:
- Pani bratanica to takie śliczne dziecko. Pamiętam, jak się witałyśmy. Edwardine, jeśli się nie 
mylę?
- Nie myli się pani - odpowiedziała Abby i ponownie dygnęła z całym wdziękiem, na jaki 
mogła sobie pozwolić, nie zapominając, że dzierży w dłoni kieliszek. - I jeszcze raz dziękuję 
milady za jej wspaniałomyślne zaproszenie. Nie spodziewaliśmy się tyle serca.
- Wyobrażam sobie, czego się spodziewaliście, moja droga - szepnęła Sophie i nachyliła się 
bliżej, żartobliwym gestem nakazując Brady'emu, żeby się odsunął. - Mówić prosto z mostu, 
tak?
Abby   czuła   się   oszołomiona,   oszołomiona   uśmiechem   kobiety,   jej   pełnymi   serdeczności 
brązowymi oczami, widoczną troską.
- Dobrze - skapitulowała, uważając, by w jej głosie nie zabrzmiała wzmożona czujność.
-   Spodziewałaś   się,   moja   kochana,   że   w   najgorszym   razie   zostaniesz   wyśmiana,   a   w 
najlepszym zignorowana przez większość tych świętoszków, od których aż roi się w Mayfair. 
Z powodu twojego zmarłego męża i jego dość publicznego końca? Więcej nawet, gdybyś nie 
miała nadziei na wyswatanie bratanicy, prawdopodobnie przenigdy nie odważyłabyś się na 
przyjazd do miasta, tak?
Abby spojrzała na hrabiego. Zastanawiała się, czy mógł słyszeć coś z prowadzonej szeptem 
rozmowy   lub   choć   w   przybliżeniu   znał   jej   treść.   Mężczyzna   stał   jednak   spokojnie, 
uśmiechnięty,   z   miną   nadal   przebiegłą   i   zadowoloną   z   siebie,   tak   jak   przed   nadejściem 
księżnej.
Coś tu się ewidentnie święciło, jakby jakiś spisek zawiązał się między księżną a hrabim. 
Abby była o tym przekonana, choć nie znajdywała racjonalnych ku temu przesłanek.
A   może   wszystko   sprowadzało   się   do   tego,   że   ludzie   z   londyńskiej   socjety   uwielbiają 
napawać   się   własnym   sprytem,   a   szczególną   przyjemność   czerpią   z   wygłaszania   jak 
największej ilości bulwersujących uwag?
Ale jeśli nawet to prawda, to dlaczego, u nieba, uparli się na nią?
- Wszystko w porządku, pani Backworth-Maldon - powiedziała Sophie z otuchą w głosie i 
uścisnęła   nadgarstek   Abby.   -   Naprawdę.   Wiem,   co   to   skandal,   zarówno   mąż,   jak   i   ja 
doświadczyliśmy go na własnej skórze. I zapewniam cię, pani, że szepty ucichną, tylko głowa 
do góry i nie daj plotkarzom odczuć, że bolą cię ich spojrzenia i uwagi. Właśnie dlatego 
powiedziałam Bramwellowi, no wiesz, księciu, że po prostu musimy zaprosić ciebie i twoją 
rodzinę na nasz bal, kiedy tylko usłyszałam, że jesteście w mieście.
- Naprawdę? - Abby nie znalazła innej odpowiedzi. Mimo to, kiedy spojrzała ponownie na 

background image

hrabiego,   z   upodobaniem   studiującego   swoje   paznokcie,   zastanowiła   się,   w   jaki   sposób 
księżna dowiedziała się o jej przyjeździe do miasta.
Ale nie. To by się nie zgadzało. Skąd miałby wiedzieć o nim sam hrabia? A nawet gdyby 
wiedział, dlaczego miałoby go to obchodzić, nie mówiąc już o tym, by uznał za stosowne 
podzielić się swą wiedzą z księżną Selbourne?
Abby przemknęło przez myśl, czy aby nie wypiła za dużo wina. Albo to, albo nie wypiła go 
dość dużo.
- Och, tak  tak, jak najbardziej - zapewniała właśnie księżna z żarem, wytrącając Abby z 
zadumy. - My to dopiero wywołaliśmy skandal, kiedy się pobraliśmy, w dodatku musieliśmy 
ponownie przeżyć stary, wielce publiczny skandal związany z naszymi rodzicami, ale jakoś to 
przetrwaliśmy.   Nie,  zatryumfowaliśmy!   Ku   memu   szczeremu   rozbawieniu,   jestem   teraz 
bardziej   popularna   niż   kiedykolwiek,   a   zaproszenie   na   mój   bal   gwarantuje   wszystkim 
uczestnikom akceptację w towarzystwie. Zobaczy pani. Po dzisiejszym wieczorze otworzą się 
przed tobą, pani, wszystkie drzwi. A tego właśnie chciałaś dla swojej bratanicy, czyż nie tak?
Abby  coraz   bardziej   kręciło   się   w   głowie.   Nie   miała   zielonego   pojęcia,   o   czym   księżna 
szczebiotała tak wesoło, sama nigdy wcześniej nie wyjeżdżała ze wsi i nie miała w mieście 
żadnych koneksji, nie słyszała też o żadnym „starym, wielce publicznym skandalu" wokół 
nazwiska Selbourne.
Skoro   jednak   księżna   twierdziła,   że   zaprosiła   rodzinę   Backworth-Maldon   ze   względu   na 
skandaliczne   okoliczności   śmierci   Harry'ego,   cóż,   był   to   pierwszy   przypadek,   by   Harry 
uczynił cokolwiek, co bodaj w najmniejszym stopniu przysłużyłoby się rodzinie.
- Dziękuję ci, milady - odpowiedziała w końcu Abby. Nie była w stanie wydusić z siebie 
cokolwiek ponad to najprostsze zdanie.
- Sophie - poprawiła księżna  i cmoknęła  ją w policzek.  -Wszyscy przyjaciele  mówią  mi 
Sophie. Choć przyznaję, jestem egoistką, że proponuję, abyśmy zwracały się do siebie po 
imieniu. Ale gdybyś się zgodziła, nie musiałabym łamać sobie języka na tym „Backworth-
Maldon", a to nie może okazać się niczym innym, jak czystym błogosławieństwem podczas 
naszego następnego spotkania, czyż nie tak?
Abby   uśmiechnęła   się   i   odprężyła   wbrew   sobie.   Wiedziała,   jakim   wyróżnieniem   była 
propozycja księżnej.
- Abby. Byłabym zaszczycona, Sophie, więcej nawet niż tylko zaszczycona, gdybyś zechciała 
mówić do mnie po imieniu.
- Czy teraz mogę już przestać udawać, że jestem głuchy i ślepy, i włączyć się do rozmowy?
Abby zerknęła na hrabiego. Przypomniała sobie, że wcześniej zaczął mówić o czymś, czego 
najpewniej wolałaby nie słyszeć. A może raczej zbyt mocno chciała usłyszeć to, co próbował 
jej powiedzieć.
- Och, no dobrze - rzuciła i klepnęła go w ramię złożonym wachlarzem. Czuła się bardziej jak 
beztroska młoda dziewczyna niż jak wdowa i rodzinny pies przewodnik. - Jeśli obiecasz, mój 
panie, zachowywać się przyzwoicie, to dlaczego by nie.
- Nie, nie, Abby - zaprotestowała Sophie i mrugnęła figlarnie. - Może się do nas przyłączyć 
jedynie wówczas, gdy przyrzeknie, że będzie zachowywać się nieprzyzwoicie jak zwykle. 
Jesteś   w   swoim   zwykłym   nastroju,   Brady?   Bo   taką   właśnie   miałeś   minę,   nim   do   was 
podeszłam. Ale teraz muszę znowu was porzucić, niestety - nie pozwoliła mu odpowiedzieć. - 
Pełnię honory domu, jak wiecie, i muszę z wdziękiem krążyć od grupy do grupy, dbając o to, 
by wszyscy dobrze się bawili. A potem usiądę sobie w fotelu, w gronie matron i wdów, i oprę 
obolałe stopy na podnóżku, tak jak to obiecałam Bramowi, zanim biedaczysko osiwieje z 
niepokoju.
Westchnęła, położyła rękę z boku brzucha i odezwała się raz jeszcze.
- Abby, droga przyjaciółko, nie wierz w nic, co powie ci ten człowiek i obiecaj, że niebawem 
się   zobaczymy.   Brady,   trzymam   cię   za   słowo,   masz   przyprowadzić   do   mnie   Abby,   i   to 

background image

niedługo.  Koniecznie   niedługo  -  dodała,  puszczając   do  nich  oko  -  bo  wydaje   mi   się,  że 
rozwiązanie nastąpi, nim tydzień dobiegnie końca, może nawet wcześniej, niż skończy się ten 
wieczór.  To byłoby miłe,  gdyż  zaczynam już mieć  serdecznie dość swojego profilu, gdy 
przypadkiem zobaczę się w lustrze.
- Sądzisz... sądzisz, że dziecko może być w drodze już teraz? - Abby spojrzała na hrabiego, 
który zaczął nareszcie wyglądać jak zwyczajny człowiek, w dodatku rozczulający w swojej 
bezradności.
- Och, nie bądź taka przerażona - zachichotała Sophie. - Dzieci potrzebują o wiele więcej 
czasu, by przyjść na ten świat, niż to się zwykle uważa. Dotrwam do końca balu, słowo. 
Lubisz dzieci, Abby? Bo ja wprost je uwielbiam i bardzo chciałabym pochwalić się obojgiem 
moich dzieci, kiedy Brady przyprowadzi cię z wizytą. Co ty na to? Ale ty nie mów Bramowi 
o moich domysłach, Brady, bo inaczej wyrzuci wszystkich na zbitą twarz, oflaguje dom i 
znowu zmieni się najbardziej podenerwowanego, rozczulającego głuptasa, jakiego widziałam 
od czasów narodzin Constance.
-   Jeśli   sama   mu   nie   powiesz,   Sophie   -   ostrzegł   Brady   -   zmieni   się   w   najbardziej 
rozzłoszczonego głuptasa, jakiego w życiu widziałaś.
- Och, phi, Brady. Teraz zmykam. Brady, tylko nie zapomnij przyprowadzić do mnie Abby - 
dodała i uniosła się na palcach, by ucałować go w policzek. Następnie odsunęła się i mrugnęła 
do niego, stojąc tyłem do Abby. - I serdecznie ci dziękuję za przedstawienie mnie naszej 
nowej znajomej.
- Cóż za niesamowita i cudowna kobieta - zamyśliła się Abby, zapatrzona w oddalającą się 
sylwetkę  księżnej, jej piękne włosy barwy miodu  i jasnożółtą  suknię, która mogłaby być 
dziełem wróżek. - W dodatku taka miła. Od dawna ją znasz, milordzie?
- Dość długo, by wiedzieć, że mój przyjaciel Bram najprawdopodobniej nie będzie wiedział, 
czy ją wycałować, czy udusić, nim wieczór dobiegnie końca - odparł Brady i pokręcił głową. 
Następnie ujął Abby pod rękę i poprowadził ją ku dwóm wolnym krzesłom tuż przy szeroko 
otwartych drzwiach balkonowych.
Z radością powitali powiew wieczornego powietrza; sala balowa szybko nagrzewała się od 
tańczących ciał, natłoku istot ludzkich, jaki w towarzystwie uważano za konieczny, by ocenić 
jakiekolwiek wydarzenie towarzyskie jako sukces.
- Znam jej męża, księcia, od wielu lat - mówił dalej, gdy spoczęli. - Wspaniały człowiek. Ale 
małżeństwo z Sophie go odmieniło. Można ich czasem oglądać, jak z córeczką zażywają w 
Hyde Parku świeżego powietrza, istny obrazek rodzinnego szczęścia. To niemal przerażające, 
obserwować,   jak   człowiek   się   zmienia,   niemniej   wydaje   się   szczęśliwy.   Czasem   wręcz 
nieprzytomny ze szczęścia.
- Choć sam dla siebie nie chciałbyś pan takiego szczęścia - wtrąciła Abby. Zaczynała wierzyć, 
że potrafi go przejrzeć, a przynajmniej że jest tego bliska. - A mimo to takiego właśnie losu 
życzysz owej przystojnej osobie, o której rozmawialiśmy minutę temu?
- Jakże to ładnie z twojej strony, że nie zapomniałaś, pani, o czym dyskutowaliśmy, nim 
Sophie tak brutalnie nam przerwała. - Brady uśmiechnął się i uniósł kształtną brew. - Proszę 
mi jednak powiedzieć, pani Backworth-Maldon, czy wyobraża sobie pani naszego drogiego 
barona w Hyde Parku, pchającego przed sobą wózek ze swoją miniaturową kopią, z małżonką 
u boku, razem kłaniających się i rozsyłających uśmiechy na prawo i lewo?
Abby spojrzała w głąb parkietu; baron wciąż jeszcze brnął przez układ taneczny, pochłonięty 
prowadzeniem   krótkowzrocznej   Edwardine,   która   dryfowała   co   chwila   ku   całkowicie 
niewłaściwemu partnerowi.
Uprzejmy,   jak   zakładała   Abby,   w   przeciwnym   bowiem   razie   porzuciłby   Edwardine   przy 
pierwszej nadarzającej się sposobności i z krzykiem czmychnął z sali balowej. Bądź co bądź 
Edwardine   była   pięknym   dzieckiem,   do   którego   pociąg   odczuwać   mogło   jedynie   inne 
dziecko.   A   baron   był   mężczyzną,   doświadczonym,   starszym.   Niemożliwe,   by   bawiła   go 

background image

bezsensowna paplanina Edwardine lub fakt, że przez wadę wzroku ustawicznie myli kroki.
Ale  owszem,   umiała   go sobie  wyobrazić  na  spacerze  z  dzieckiem   w  Hyde  Parku.  Z  ich 
dzieckiem w Hyde Parku.
- Nie wiem, milordzie - odpowiedziała, zastanawiając się nad każdym słowem, nad każdym 
ochronnym   kłamstewkiem.   -   Z   pewnością   pan   jako   przyjaciel   potrafi   lepiej   to   osądzić? 
Obawiam się, że nie zastanawiałam się nad panem baronem... pod żadnym względem.
-   Ależ,   pani   Backworth-Maldon   -   zmartwił   się   Brady.   -   A   ja   już   sądziłem,   że   jesteśmy 
przyjaciółmi. Dobrze więc, podejmę rękawicę i powiem wprost, jaka myśl mi przyświeca, a 
zarazem położę kres tej przyjemnej, aczkolwiek nazbyt powolnej żonglerce słowami.
Boże drogi! Zmierzał do tego, czego się spodziewała!
-  Proszę  się  nie  fatygować  z  mojego  powodu,  milordzie   - odrzekła  szybko.  -  Już chyba 
wolałabym raczej powrócić do banalnej, grzecznościowej rozmowy, jeśli mam być szczera.
Z   największą   chęcią   obszernie   podyskutuję   chociażby   na   temat   pogody,   doprawdy   z 
największą chęcią.
- Kipp... baron Willoughby doszedł do wniosku, że powinien się ożenić - kontynuował Brady 
z uporem, wiedząc, że zyskał niepodzielną uwagę Abby. - Ponieważ przed paru laty doznał w 
miłości rozczarowania, nie szuka romantycznego ideału ze snów, ale po prostu żony. Kobiety, 
która urodzi mu dzieci i zajmie się własnymi sprawami, ściślej rzecz biorąc.
- Milordzie, doprawdy...
-   Nie,   nie,   proszę   nie   przerywać,   bardzo   proszę.   Jak   już   mówiłem,   baron   wyruszył   na 
matrymonialne łowy. Jestem tutaj, ponieważ błagał, żebym mu pomógł. I jak chyba oboje 
widzimy, moja pomoc rzeczywiście jest mu niezbędna, skoro chociaż przez chwilę poważnie 
brał pod uwagę bratanicę pani jako kandydatkę do tego mariażu.
- To okrutne słowa - rzuciła Abby, odruchowo stając w obronie Edwardine. Samej powtarzać, 
że   to   biedne   dziecko   ma   tyle   rozumu   co   pchła,   to   jedno,   ale   pozwolić,   by   obrażał   je 
nieznajomy, to już zupełnie co innego.
- Nie miałem na myśli niczego niepochlebnego pod adresem pani bratanicy, pani Backworth-
Maldon... - zmitygował się natychmiast Brady.
- Och, proszę mi mówić po imieniu, milordzie, jeśli tylko ma pan na to ochotę. Może i 
stanowi   to   straszliwe   naruszenie   etykiety,   niemniej   jestem   zdania,   że   nasza   rozmowa 
potoczyła się w sposób, który zwalnia nas od obowiązku dbania o trywialne uprzejmości. 
Poza tym księżna nie bez kozery stwierdziła, że darowanie sobie konwenansów wszystko 
znakomicie ułatwia.
-   Dziękuję   i   ufam,   że   mi   się   zrewanżujesz   tym   samym.   Mamy   przecież   stać   się 
współspiskowcami, jak również przyjaciółmi, na co liczę, w dodatku z niewątpliwą korzyścią 
dla   ciebie,   Abby,   jeśli   mnie   rozumiesz   -  sondował   Brady,   skłonny  zarzucić   temat,   który 
najbardziej leżał mu na sercu, byle tylko Abby Backworth-Maldon odprężyła się na tyle, by 
mógł przestać się obawiać, iż zaraz zerwie się z krzesła, spoliczkuje go i ucieknie ile sił w 
nogach.
Odwróciła się, by zmierzyć go uważnym spojrzeniem, w końcu zaś zapytała bez ogródek:
-   Współspiskowcami,   milordzie?   I   to   z   korzyścią   dla   mnie?   Przecież   twoim   zdaniem 
Edwardine   odpadła   w   przedbiegach,   a   niemożliwe,   żebyś   chciał   powiedzieć,   że   to   mnie 
widzisz jako ewentualną żonę dla barona Willoughby. Bo jeśli tak...
- To wzdragałabyś się na samą myśl? - przerwał brutalnie Brady i widząc, że Abby zrywa się 
z krzesła, złapał ją za rękę. - Zemdlałabyś przerażona taką perspektywą? Wolałabyś umrzeć, 
niż   rozważyć   możliwość  stania  się  baronową,   poślubienia   kogoś,  kto,   jak  jestem   pewny, 
nawet w twoich surowych oczach pozostaje nieprzyzwoicie wręcz przystojnym mężczyzną, 
najbardziej przystojnym, jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia. Och, w dodatku po uszy pławi 
się   w   swoim   majątku,   to   na   wypadek,   gdybyś   o   tym   nie   wiedziała.   No   tak,   naturalnie, 
małżeństwo z nim absolutnie nie wchodzi w rachubę. Co też ja sobie wyobrażałem?

background image

Usiadła.
- Dobrze - Brady uśmiechnął się. - Tak też myślałem. A teraz, skoro taniec się skończył, a 
Kipp i twoja bratanica zaraz do nas dołączą, dzisiejszego wieczora nie powrócimy już do tej 
pasjonującej rozmowy. Pozwól mi działać, jeśli łaska, a ja zaaranżuję na jutro spotkanie dla 
całej naszej czwórki i wtedy też ponownie sobie porozmawiamy.

background image

5

Nazajutrz po balu Selbourne'ów Kipp obudził się w kiepskim humorze, tak kiepskim, iż nie 
potrafił  tego faktu ukryć,  co zirytowało  go jeszcze  bardziej, zawsze bowiem szczycił  się 
swoją umiejętnością wywierania na innych wrażenia osoby z natury pogodnej.
Bo też i niemal zawsze był pogodny, do cholery!
Był również uprzejmy. Uprzejmy do przesady.
Co, niestety, tłumaczyło, dlaczego wczoraj pozwolił Brady'emu paplać niestrudzenie o tym, 
jak przemiło byłoby spotkać się z paniami Backworth-Maldon u Hatcharda.
Co   z   kolei   niewątpliwie   wyjaśniało   jego   kiepski,   czy,   gwoli   ścisłości,   fatalny   humor,   i 
pomysł, by wymówić się względnie niegroźnym „nagłym wypadkiem" w Willoughby Hall, 
który pozwoliłby mu zaszyć się na wsi.
Co   też   sobie   wyobrażał,   powtarzając   sobie,   że  może  wybrać   pierwszą   lepszą   z   tuzinów 
debiutantek stanowiących plon sezonu, trochę ją pouwodzić, a następnie ożenić się, dzielić z 
nią łoże, powierzyć jej zarząd nad swoimi siedzibami i wszystkimi sprawami domowymi - po 
czym błogo ją ignorować?
Tak naprawdę to wcale nie chciał zostać mężem. A już z pewnością nie widział się w roli 
piastuna.
A właśnie piastunką stała się pani Backworth-Maldon, jak się sama do tego przyznała, a on 
nie wątpił w konieczność otaczania panny Backworth-Maldon nieustanną opieką.
Ten   dzieciak   był...   po   prostu   dzieckiem!   Niezaradnym,   nieobytym,   rozchichotanym 
dzieckiem, które wciąż jeszcze miało mleko pod nosem, i niezdolnym do sięgnięcia myślami 
poza jego czubek. W dodatku o wiele dla niego za młodym.
Rządziłyby   nią   jego   ochmistrzynie,   a   nie   odwrotnie.   Nie   miałaby   zielonego   pojęcia   o 
zestawianiu menu, pilnowaniu służby czy występowaniu w roli gospodyni balu. Chichotałaby 
głupawo, konwersowała w sposób zdolny szarżującego byka wtrącić w letarg, oczekując, na 
domiar złego, że będzie kochać się z mężem w długaśnej nocnej koszuli i pod stosem kołder.
Och, tak, to byłoby cudowne, nieprawdaż?
Mimo to, jak radośnie podkreślił Brady, kiedy błyskawicznie zmyli  się z balu u Brama i 
Sophie, młoda i niewinna Edwardine Backworth-Maldon byłaby dokładnie taką żoną, jakiej 
zgodnie   z   własnymi   deklaracjami   życzył   sobie   Kipp,   gdy   zaczynał   rozglądać   się   za 
odpowiednią kandydatką.
Gorzej nawet. Młode, wrażliwe panienki zwykle się zakochują. A kochają łzawo, wylewnie, 
zwłaszcza tego, z kim straciły wianek.
A to, jak świetnie wiedział, było ostatnim, czego wymagał od przyszłej żony.
Dlaczego zatem założył rękawiczki, wziął cylinder z rąk Gilletta (ignorując jego grymasy) i 
ruszył  do Hatcharda,  by spotkać się z paniami  Backworth-Maldon i bez wątpienia  wciąż 
podśmiewającym się z niego Bradym Jamesem?
Dlatego,   że   jest   dobrym   człowiekiem,   otóż   dlaczego.   Dobrym   i   zacnym.   I   życzliwym. 
Dbającym o to, by nikogo nie ranić. Idiotą z dobrymi intencjami.
I desperatem.
Księgarnia Hatcharda mieściła się na Piccadilly pod numerem sto osiemdziesiątym siódmym. 
Cieszyła   się   szczególnymi   względami   monarchy,   co   czyniło   z   tego   przybytku   miejsce 
niezwykle prestiżowe. Oznaczało to również, e zawsze roiło się tam od wielkich państwa, 
którzy mogli co prawda nigdy nie wyjść poza okładkę kupionej tam książki, niemniej jednak 
cholernie skrupulatnie dbali o to, by kupić ją właśnie u Hatcharda.
W czytelni na tyłach odbyło się niegdyś inauguracyjne spotkanie Królewskiego Towarzystwa 
Ogrodniczego.   Z   czytelni   korzystał   także   zapalony   przeciwnik   niewolnictwa,   William 
Wilberforce, tam też odbywały się organizowane przez niego mityngi.
Właściciel William Hatchard był wyznawcą niezłomnej etyki chrześcijańskiej oraz wydawcą 

background image

czasopisma „The Christian Observer", jak również wielu publikacji Towarzystwa do spraw 
Polepszania Sytuacji Biednych, licznych pamfletów politycznych, a nawet wyboru książek 
dla dzieci.
Codziennie londyńskie gazety wykładano tu na stolikach przy kominkach, by mogli z nich 
skorzystać panowie, a nawet i panie. Służący towarzyszący państwu do księgarni Hatcharda 
cieszyli   się   przywilejem   korzystania   z   ławek   wystawionych   przez   pana   Hatcharda   przed 
księgarnię.
Czy   z   grubsza,   czy   ściśle   biorąc,   księgarnia   Hatcharda   była   przybytkiem   szacownym   i 
renomowanym, zgoła ostoją moralności.
Była również, jak każdy niemal skrawek parku, sklepik czy sala balowa w Mayfair, kolejnym 
podstawowym   terenem   łowieckim   dla   wszystkich   zainteresowanych   mariażem   dam   i 
dżentelmenów z towarzystwa.
Sama ta myśl sprawiła, że włos zjeżył się Kippowi na głowie, gdy wchodził do budynku.
Wiedział bowiem, co mogło się zdarzyć i najpewniej istotnie się wydarzy. Jeśli będzie dalej 
chodził na bale, partnerował debiutantkom w tańcu częściej, niźli wynikało z chęci sprawienia 
przyjemności  gospodyni,  jeżeli  będzie  co dzień pokazywać  się w miejscach powszechnie 
uważanych za matrymonialne tereny łowieckie z księgarnią Hatcharda na czele, wcześniej 
czy   później   ktoś   niechybnie   wyciągnie   jedyny   słuszny   wniosek,   że   baron   Willoughby 
nareszcie poszukuje żony.
A jeśli do tego dopuści, jeśli damy wydające przyjęcia i sprytne matki zwietrzą jego zamiary, 
będzie zgubiony. Zgubiony.
Nie. Musi szybko to załatwić. Miał już kandydatkę. Wybrał ją - okazała się nieodpowiednia, 
ale o to mniejsza - tylko ją, spośród tłumu „odpowiednich" młodych dam krążących po Hyde 
Parku niczym szukające okruchów gołębie. Nie zamierzał dłużej szukać, skoro tak czy inaczej 
cała ta sprawa nie miała dla niego zbytniego znaczenia. Potrzebował żony. Niczego więcej. 
Bądź co bądź musiał tylko poślubić którąś i dzielić z nią łoże. Nikt nie mówił, że będzie 
musiał jej słuchać.
Mimo to, choć zamierzał, nie przebierając w środkach, bronić się przed zgubą, omal się nie 
wzdrygnął,   gdy   przy   stoliku,   na   którym   piętrzyły   się   tomiszcza   poświęcone   historii 
starożytnej Grecji, spostrzegł Brady'ego, który dziko machał na niego obiema rękami, po obu 
flankach mając panie Backworth-Maldon.
Z   radością   i   nadzieją   skazańca   wiedzionego   właśnie   na   szubienicę   Kipp   uśmiechnął   się, 
pomachał mu w odpowiedzi i powlókł się w kierunku trzyosobowej grupy.
Przeciskając się między stolikami, a było ich niemało, zlustrował wzrokiem obie panie - z 
cichą nadzieją, że jego spojrzenie wyda się im nonszalanckie, a nie krytyczne - przez cały ten 
czas starał się nie zauważać przebiegłego, zadowolonego uśmieszku na gębie Brady'ego.
Edwardine   Backworth-Maldon   wyglądała   równie   ślicznie   jak   na   balu,   jak   wówczas,   gdy 
zobaczył ją w Hyde Parku. Z tym że jej oczy nie wydały mu się już łagodne i rozmarzone. Po 
prostu młode i jakby puste.
Puste w tym samym stopniu, jak iskrzące się inteligencją oczy jej ciotki pełne były czegoś, 
co, jak sobie mówił, nie mogło przecież być  zainteresowaniem jego osobą, jego chodem, 
ubiorem,   postawą,   a   tym   bardziej   już   krytyczną   oceną   jego   charakteru.   Niezwykle 
niepokojące wrażenie.
„Boże, broń mnie przed inteligentnymi kobietami" - westchnął bezwiednie Kipp, po czym 
uzmysłowił sobie, że Bóg słuchał go ostatnio aż nazbyt  uważnie, skoro postawił na jego 
drodze Edwardine Backworth-Maldon.
No dobrze, może  rzeczywiście  wolał  inteligentną.  Przypuśćmy,  ale tylko  przypuśćmy,  że 
byłaby to kobieta niegłupia, która spełniałaby jego oczekiwania, a zarazem w wystarczającym 
stopniu interesowała się resztą świata i swoimi sprawami, by być dla niego idealną żoną. 
Kobieta wyzuta z romantyzmu, której nie przyszłoby do głowy oddać mu swego wrażliwego 

background image

serduszka w ładnym papierku i zawiązanego na kokardę.
Z tą myślą kołaczącą w głowie - której nie ufał już tak, jak czynił to ponad trzydzieści lat - 
zatrzymał   się   na   chwilę,   z   pozornym   zainteresowaniem   pochylił   głowę   nad   atlasem 
geograficznym i zastanowił się nad Abigail Backworth-Maldon.
Inteligentna, owszem. Niezależna, jakże by inaczej. Samowystarczalna? A czy miała jakiś 
wybór, objuczona reputacją zmarłego męża, resztą rodzinnej menażerii i ładniutką, lecz tępą 
debiutantką bez posagu?
Poza tym pospolita. Bo była pospolita. Więcej nawet. O figurze nazbyt chłopięcej, wąskich 
biodrach, małych piersiach. Wypłowiałych włosach i karnacji bladej jak księżyc. Jedynie te 
fiołkowe oczy miały w sobie cokolwiek niezwykłego, interesującego.
Chociaż postawę miała godną pochwały. I, odwołując się do kryterium Brady'ego, zdrowe 
zęby.
Gdyby tylko ta dama znośnie się ubierała...
Kipp porzucił atlas na stoliku, pełen niesmaku do samego siebie.
Sądził, że najlepiej mu będzie z niewinną debiutantką.
A teraz kierował wzrok ku wdowie o ciętym języku.
Czy w ogóle wiedział, czego chce? Czego potrzebuje?
Owszem. Wiedział. Chciał Merry. Zawsze pragnął Merry i zawsze wiedział, że nigdy nie 
będzie należała do niego.
A jeśli Merry mieć nie może - a tak właśnie było - cóż to w ogóle miało za znaczenie, kogo 
wybierze?
- Kippie? Nogi ci wrosły w ziemię? Chodź tu i przywitaj się z paniami.
Przywołał na twarz kolejny radosny, jak miał nadzieję, uśmiech, i zadziwiony głębią własnej 
hipokryzji   podszedł   do   czekającej   nań   grupki,   pochylił   się   nad   dwiema   obleczonymi   w 
rękawiczki dłońmi i z trudem powstrzymał się przed wymierzeniem przyjacielowi kopniaka w 
piszczel.
- Czyżbym się spóźnił? - spytał. Wolał zignorować chichot Edwardine, która podniosła jakąś 
książkę,   otworzyła   ją   i   zaczęła   przeglądać,   niemalże   przyklejając   nos   do   każdej   kolejnej 
stronicy.
- Po tysiąckroć upraszam o wybaczenie.  A pani Backworth-Maldon zaraz zapyta  - dodał 
szybko - czy naprawdę upraszam po tysiąckroć, chciałbym się zatem poprawić, jeśli łaska. 
Zwrot   „po   tysiąckroć"   musi   wydawać   się   grubą   przesadą.   Czy   poprzestaniesz,   pani,   na 
jednych przeprosinach, jeśli zostaną złożone ze szczerego serca?
- Nie wybaczył  mi pan mojego wczorajszego żartu, nieprawdaż, milordzie? - odparowała 
Abby.   Mierzyła   go   uważnym   spojrzeniem,   wcale   nie   wyglądając   na   zakłopotaną   jego 
słowami.
Kipp drgnął, gdyż uświadomił sobie, że wśród wielu cech, które zdążył w niej zauważyć i 
które napawały go niechęcią, na pierwszy plan wybijał się niezwykle irytujący zwyczaj tej 
piekielnej kobiety odpowiadania pytaniami na jego pytania.
O   nie,   lepiej   już   pozostanie   przy   tej   ładnej   i   głupiej.   Wdówka   mogłaby   okazać   się 
niebezpieczna, a nie tylko kłopotliwa. Postanowił sobie wybrać jedną z nich, nim tydzień 
dobiegnie   końca,   najpierw   jednak   chciał   się  upewnić,   z   której   strony  grozi   mu   mniejsze 
niebezpieczeństwo. Nie wyobrażał sobie powodów, które mogłyby zmusić go rozpoczęcia 
polowania od nowa i handryczenia  się ze stadem wiecznie zajętych  swatami matek  i ich 
ograniczonych córek. Gra niewarta świeczki i tyle.
- Abby! - zakrzyknęła Edwardine piskliwie i z trzaskiem zamknęła książkę, skupiając na 
sobie uwagę wszystkich w promieniu dwudziestu stóp, po czym rzuciła ją na blat stolika i 
wskazała palcem, jakby spośród jej kart wyskoczyła  żmija. - Ci ludzie nie mają na sobie 
żadnego ubrania! Są nagusieńcy!
Trzej młodzi kawalerowie, którzy właśnie przechodzili obok stolika, zatrzymali się jak wryci, 

background image

łypnęli po sobie z lisimi minami i bez mała wdali w bójkę, wyrywając sobie z rąk książkę, od 
której z oczami okrągłymi jak spodki odsuwała się Edwardine.
Brady,   który   widział,   że   Kipp   przygląda   się   Abby,   i   bawił   się   niemal   tak   dobrze,   jak 
poprzedniego wieczoru - bądź co bądź z jego natchnionego pomysłu zrodził się najzupełniej 
wykonalny plan, przynajmniej jego skromnym zdaniem - uścisnął sobie w duchu rękę, nie 
mogąc nadziwić się swemu wrodzonemu geniuszowi. Z ładniutkiej Edwardine była zwykła 
gąska. Skończona gęś!
Abby   zajęta   była   pocieszaniem   bratanicy,   toteż   Kippowi   pozostało   jedynie   przechwycić 
książkę,  nim na dobre wpadnie komuś  w ręce. Podał ją, zamkniętą,  wdowie Backworth-
Maldon, która przyjęła ją dość ochoczo, aczkolwiek z lekkim przepraszającym uśmiechem na 
twarzy.
-   Dziękuję,   milordzie.   -   Otworzyła   książkę,   czy   też   raczej   album,   przekartkowała   go 
pobieżnie,   następnie   westchnęła,   po   czym   wyjaśniła,   z   ubolewaniem   kręcąc   głową:   -   To 
rzeźby, Edwardine. Szkice w tym albumie przedstawiają greckie rzeźby. I owszem, wiele z 
nich przedstawionych jest bez ubrania. Wiele nie ma także rąk czy głów, jak mogłaś sama 
zauważyć. Innymi słowy, skarbie, to książka poświęcona sztuce antycznej.
Trójka młokosów wtopiła się w tłum, nie tając rozczarowania, Edwardine natomiast stała 
zupełnie nieruchomo z policzkami, które oblekały się różem, po czym zajrzała ciotce przez 
ramię.
- Och - odezwała w końcu, a Kipp nieświadomie nachylił się bliżej, wbrew sobie ciekaw, co 
jeszcze może palnąć głupiutka panna.
Nie rozczarowała go.
- Ależ, Abby, to przecież okropnie niemądre ze strony tych Greków. Jak mogli pamiętać o 
tym, żeby wyrzeźbić pierś, a zapomnieć o głowach i rękach?
Brady odwrócił głowę i zakasłał. Zakrztusił się także, raz czy dwa razy.
Abby przewróciła oczami, po części rozbawiona, po części zrezygnowana.
Kipp natomiast,  oczyma  duszy widząc  siebie leżącego  na stoliku,  machającego  nogami  i 
wyjącego  ze   śmiechu,  mężnie   zaproponował,   by  we  czworo   opuścili   duszną   księgarnię   i 
przespacerowali się po pobliskim Berkeley Square oraz zaszli do Guntera na lody.

background image

6

Do   herbaciarni   Guntera   na   wschodnim   skraju   Berkeley   Square   dotarli   po   półgodzinie 
leniwego   spaceru   owego   ciepłego,   słonecznego   dnia,   który,   jak   się   zdawało,   skusił   całe 
Mayfair do zażywania świeżego powietrza.
Pochód   rozpoczynał   Kipp   z   Edwardine,   a   dłoń   młodej   panny   z   rozczulającą   ufnością 
spoczywała na jego łokciu. I sprawiała, że Kipp w o wiele większym stopniu czuł się jak 
starszy brat, ojciec nawet, niż starający.
Za nimi szli Abby i Brady, rozmyślnie trzymając się nieco w tyle, by móc pozwolić sobie na 
prywatną rozmowę.
- Byle nie nazbyt  daleko, moja droga - ostrzegł żartobliwym tonem Brady,  wskazując na 
przyjaciela.   -   Muszę   mieć   pewność,   iż   zdołam   go   powstrzymać,   jeśli   uzna,   że   jedynym 
rozwiązaniem   dla   człowieka   przy   zdrowych   zmysłach   jest   rzucić   się   pod   przejeżdżający 
powóz i w ten sposób zakończyć całą tę sprawę.
Abby pochyliła głowę i na próżno usiłowała powstrzymać się od śmiechu.
- Widziałeś, milordzie, wyraz jego twarzy, gdy Edwardine tak niewinnie wspomniała słowo 
„pierś"? - zapytała. - Chociaż istotnie było to zabawne, prawda?
- Kiedyś uczyni kogoś bardzo szczęśliwym człowiekiem, Abby, o to się nie lękaj. Jeśli tylko 
ten   ktoś   będzie   zamożny,   szaleńczo   zakochany   i   tak   samo   pozbawiony   rozumu   jak   ona, 
naturalnie. A dżentelmenów podobnych do tego, jakim posłużyłem się dla przykładu, zawsze 
jest w Londynie na pęczki.
-   Jakaż   to   pociecha   dla   mojej   skołatanej   głowy   -   odparła   Abby,   zastanawiając   się,   jak 
dyskretnie   przejść   do   tematu,   wokół   którego   krążyli   wczorajszego   wieczoru,   a   którego 
wspomnienie   nie   pozwoliło   jej   zasnąć   do   późna   w   nocy.   -   Ale   nadal   nie   widzisz   pan 
Edwardine w roli baronowej? Jako odpowiedzi na modły, które z taką zimną rozwagą wznosił 
baron, rozpoczynając matrymonialne łowy?
- Czyżbyś ty ją widziała, pani?
- To niewłaściwie postawione pytanie, milordzie. Bardzo słabo znam pana barona i trudno się 
chyba spodziewać, żebym orientowała się w jego upodobaniach, zgodzisz się pan chyba ze 
mną? Poza tymi głupstwami, które opowiadałeś mi wczoraj wieczorem, a które, jak jestem 
pewna, są grubo chybione, bo nie uwierzę, żeby był zainteresowany.
- Głupstwami? Zainteresowany? A! Mówisz pani o mojej sugestii, że w tobie mój przyjaciel 
znalazłby żonę niemal doskonałą?
- Tak, tak - klepała Abby szybko, rozglądając się dookoła w obawie, że ktoś mógłby ich 
podsłuchać, chodniki bowiem przeżywały istne oblężenie. - Pozwól, że podsunę ci pewną 
myśl,   milordzie.   Może   tak   wdrapie   się   pan   na   szczyt   katedry   świętego   Pawia   i   stamtąd 
wykrzyczy swoje sugestie? Ktoś mógł nie dosłyszeć.
-   Niech   droga   pani   mi   wybaczy   -   odparł   Brady   i   uścisnął   czubki   palców   Abby, 
spoczywających na rękawie jego świetnie skrojonego surduta. - Tajemnica, rzecz oczywista, 
ma   tu   kluczowe   znaczenie,   nieprawdaż?   Tym   bardziej   że   ostatnim   człowiekiem,   który 
powinien   usłyszeć   o   moim   planie,   jest   sam   Kipp.   W   mgnieniu   oka   czmychnąłby   do 
Willoughby Hall, to znaczy zaraz po tym, jak rozwaliłby mi nos za wtrącanie go w nie swoje 
sprawy. Widzisz, pani, zdarzało mu się mówić, że chce mojej pomocy, ale nigdy szczerze. 
Mniejsza o to, zastanawiałaś się, pani, nad moją propozycją?
A jakże. Bez wątpienia. Prawie przez całą noc i większość ranka.
- Istotnie mam jeszcze parę pytań, milordzie, przyznaję.
- Dobrze, zatem nie odrzuciłaś z miejsca mojej koncepcji. Słucham.
Powtarzając w myślach te nieliczne wnioski, jakie zdołała wyciągnąć, zaczęła:
- Sophie... chciałam powiedzieć, księżna Selbourne wiedziała wszystko o moim zmarłym... o 
naszej rodzinie. Przypuszczam, że nie dowodziłoby nadmiernej naiwności z mojej strony, 

background image

gdybym   podejrzewała,   że   także   i   ty,   milordzie,   wszystko   wiesz   o   naszych   sprawach, 
nieprawdaż? Nie tylko znasz nieistotne strzępy informacji... ale wszystko? Ze zarówno tobie, 
milordzie,   jak   i   panu   baronowi   nieobce   były   szczegóły   tego   skandalu,   zanim   bodaj 
przedstawiliście się Edwardine wczoraj wieczorem?
-  Taki  już przeklęty  los   socjety,  moja  droga  Abby -  odpowiedział   Brady  tak  ciepło,  jak 
potrafił.  - W którymkolwiek kierunku  człowiek  zrobi dwa kroki,  a zaraz  gruchną plotki. 
Wyobrażam sobie, że powinienem w tej sytuacji poniewczasie złożyć ci, pani, kondolencje w 
związku ze śmiercią twojego męża.
Abby   skwitowała   to   nieznacznym   machnięciem   ręki,   milcząco   przyjmując   kondolencje 
Brady'ego, a zarazem je zbywając.
- A moi szwagrowie, reszta rodziny? O nich także wszystko obaj wiecie?
- O tyle, o ile, owszem. Chociaż rodzina Backworth-Maldon nie pokazywała się w mieście od 
kilku lat, pamiętam dość dużo, by żywić pewność, iż muszą być... interesujący - przyznał 
Brady. - Ale, jeśli mam być szczery, niewiele mnie to nie obchodziło, dopóki nie poznałem 
ciebie, Abby. Wcześniej główną moją troską było obmyślanie, jak podsunąć twoją bratanicę 
Kippowi pod sam nos, by dostrzegł błąd swego rozumowania, skoro wierzy, że zadowoli go 
młoda, niewinna żona.
- Jakież to wyrachowane.
-   Wyrachowane?   -   Brady   uśmiechał   się   do   niej.   -   Wolę   słowo   „błyskotliwe",   lecz 
przypuszczam, że będę chyba musiał przystać także na to pierwsze. Ale wróćmy do tematu. 
Fakt, że młoda panna w sytuacji twojej bratanicy, pani, obydwiema rękami uczepiłaby się 
mężczyzny takiego jak baron Willoughby, nie pozostawał tajemnicą ani dla mnie, ani dla 
niego, rzecz jasna. Wydawała się idealna dla jego celów, a teraz szczęśliwie okazuje się, że 
doskonale   odpowiada   moim   planom.   Chociażby   dlatego,   że   mój   przyjaciel   życzy   sobie 
rychłego załatwienia sprawy, najchętniej w przeciągu tego tygodnia. Pamiętaj, moja droga, 
baron dopatruje się w całym tym projekcie transakcji handlowej, nie przyjemności.
- Doprawdy? Jakież to zimne postępowanie ze strony was obu, milordzie. Wie pan co? Nie 
lubią   pana.   Ani   pańskiego   przyjaciela   -   sprecyzowała,   prostując   plecy.   -   Sądziłam,   że 
mogłabym polubić, teraz jednak wiem, że byłam w błędzie.
- A to szkoda, bo ja się przekonałem, Abby, że lubię cię bardziej z każdym twoim słowem. 
Myślę, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić.
-   Och,   czyżby?   Nie   pochlebia   mi   twoja   sympatia,   milordzie,   przeciwnie...   Skoro   już 
przyznałeś, że obaj wiedzieliście o mojej rodzinie i jej... słabościach... możesz mi zdradzić, 
czy miały one cokolwiek z faktem niespodziewanego otrzymania przez nas zaproszenia na bal 
u   Selbourne'ów?   To   pańska   sprawka,   że   księżna   dowiedziała   się   o   nas   wszystkiego,   że 
zaprosiła   nas   do   siebie?   Chociaż   jestem   pewna,   że   znam   już   odpowiedź   na   to   pytanie. 
Zauważyłam, jak mrugnęła do ciebie, milordzie, gdybyś o tym nie wiedział.
- Rzucasz mi, pani, rękawicę?
- Raczej podejmuję tę mnie rzuconą - odparła Abby, piorunując go spojrzeniem.
- Dobrze więc, moja droga pani inkwizytor. Po pierwsze, pokuszę się o rekapitulację. Otóż 
my - Kipp i ja - ujrzeliśmy bratanicę pani w Hyde Parku, a mój przyjaciel baron, który mniej 
więcej   w   tym   samym   czasie   postanowił   rozpocząć   poszukiwania   przyszłej   małżonki, 
postanowił się o nią starać. Jak na razie świadczy to o wyrachowaniu?
- Ja także widziałam panów w parku - przyznała się Abby. - I widziałam, jak baron strzelał 
oczami za Edwardine. Proszę mówić dalej.
- Nie pozostało wiele do opowiedzenia. Owszem, udałem się prosto do Sophie, gdy tylko 
poznałem nazwisko pani bratanicy, i ubłagałem ją, by zaprosiła panią i pani rodzinę na bal. 
Co   nie   było   trudne,   zważywszy   że   Sophie...   no   cóż,   Sophie   to   Sophie.   Najzacniejsza   z 
zacnych, zawsze gotowa śpieszyć z pomocą. Tym bardziej kiedy opowiedziałem jej smutną 
historię pani rodziny.

background image

- Wspominała, już w rozmowie ze mną, że z osobami jej i jej męża wiąże się cień skandalu, 
jeśli tego stara się pan nie powiedzieć.
- O wiele więcej niż cień, Abby, ale to już przeszłość, chociaż przyznam, że bezwstydnie 
przypomniałem jej o skandalu, jakim okryła się rodzina Backworth-Maldonów, by pozyskać 
jej współczucie - i zaproszenie dla pani rodziny. Tak czy inaczej miałem nadzieję, że Kipp 
spotka się z twoją bratanicą, zatańczy z twoją bratanicą i znudzi się twoją bratanicą po same 
uszy, a wtedy zacznie słuchać mnie i moich poglądów na temat cech, jakie powinna posiadać 
jego żona.
- Ponieważ to ty, milordzie, masz mu wybrać żonę? Cóż to za bzdury!
- Być może - oparł, wzruszywszy ramionami. - Ale tylko na jego prośbę, Abby, tylko na jego 
prośbę, nawet jeśli sam nie traktował tej sprawy nazbyt poważnie. I tak oto przechodzimy do 
mojego   najnowszego   natchnionego   pomysłu,   tego,   do   którego   czyniłem   aluzje   wczoraj. 
Jestem pewny, że nie zapomniałaś.
-   Och,   owszem,   nie   zapomniałam.   Ile   natchnionych   pomysłów   rodzi   się   w   twej   głowie, 
milordzie, w ciągu jednego wieczoru?
- Brady. Prosiłem, żebyś zwracała się do mnie po imieniu. Nawet jeśli w tej chwili mnie 
nienawidzisz. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Przynajmniej trzy - swobodnie powrócił do 
poprzedniego wątku. - Widzisz, żywię pewne niewzruszone poglądy na temat cech, jakie 
powinna mieć żona mego dobrego, acz nie najbardziej przenikliwego przyjaciela, które kłócą 
się   z   jego   zdaniem,   chociaż   zaczynam   wierzyć,   że   jego   opinie   zaczęły   być   poddawane 
ciężkiej próbie. Ty jesteś wszystkim, czego dla niego szukałem, a czego on sam poprzysiągł 
unikać, co nie znaczy jednak, że prawda już do niego dotarła. Na razie zbytnio absorbują go 
własne humory,  użalanie się nad sobą i tym, co postrzega jako swój nieszczęsny los. To 
doskonale!
- Doskonale - powtórzyła głucho Abby i pokręciła głową, myśląc, że cała sytuacja staje się 
absurdalna. - Milordzie... Brady, czy nie przyszło ci do głowy,  że istnieje możliwość, że 
wczoraj wieczorem wypiłeś zbyt dużo wina?
-   Nie,   nie,   przeciwnie.   Byłem,   Bogu   dzięki,   najzupełniej   trzeźwy,   kiedy   poraziło   mnie 
natchnienie. Jesteś idealną kobietą dla Kippa. I wierzę, że uda mi się - czy też że tobie się uda 
- przekonać go, że jesteś dokładnie tą, której mu trzeba.
- Mnie... przekonać jego? Czyś  ty oszalał?  Przecież  można o mnie  wszystko  powiedzieć 
oprócz tego, że jestem doskonała, i oboje o tym wiemy.
- No dobrze, Abby - zgodził się i poklepał ją po ręce. - Może nie doskonała, nie według 
kryteriów, według których mierzy się twoim zdaniem doskonałość w towarzystwie. Jesteś 
jednak doskonała pod względami, których jeszcze nie rozumiesz.
- I nigdy nie zrozumiem, zrozumieć nie chcę - powiedziała Abby, zabierając rękę z jego 
ramienia w chwili, gdy minęli kolejny zakręt w drodze na Berkeley Square. - Myślę, że dość 
już tej rozmowy, Brady, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
Niemniej Brady nie zamierzał wypuścić sterów konwersacji ze swoich rąk czy też raczej nie 
zamierzał   wypuścić   z   rąk   Abby.   Nie   teraz,   kiedy   wiedział   już,   że   intuicja   dobrze   mu 
podpowiadała.
- On nie chce twojej bratanicy, ale jeśli dostanie ciebie, Abby, i tak spadnie na niego cały klan 
Backworth-Maldonów.   Wszyscy   ci   interesujący   Backworth-Maldonowie.   Pomyśl   o   tym, 
Abby. Miałby pełne ręce roboty niezależnie od tego, co mu się teraz wydaje, wbrew swemu 
przekonaniu, że wszystkie jego problemy rozwiążą się same. Nie mógłby dalej żyć tak jak 
teraz, ślizgając się po powierzchni życia, ale naprawdę go nie przeżywając, naprawdę się nim 
nie ciesząc. Potrzebny mu wstrząs. Może nawet tak silny, jak nowa miłość.
- Miłość - powtórzyła Abby, zwalniając kroku i ponownie ujmując Brady'ego pod rękę. - Czy 
to możliwe?
Brady natychmiast zorientował się, że posunął się za daleko, że powiedział zbyt wiele i zbyt 

background image

wiele marzeń rozbudził w sercu tej biednej kobiety.
- Wszystko  jest możliwe,  Abby.  Chociaż on na początku nie będzie na to patrzył  w ten 
sposób, to jasne. Zresztą ty, praktyczna duszo, nie życzysz sobie aż tyle, prawda?
- Prawda - powtórzyła Abby jak papuga. Czuła, że zaczyna się jej kręcić w głowie. - A jeśli 
nie uda ci się go przekonać, że jestem, hm, odpowiednia, poprzez podsuwanie mu mojej 
osoby pod sam nos, to proponujesz, żebym sama to zrobiła? Oświadczasz, że powinnam sama 
się oświadczyć? To właśnie chciałeś powiedzieć? Jak możesz uważać, że posunęłabym się do 
czegoś takiego?
- Abby, moja droga, droga pani Backworth-Maldon - rzekł Brady z szerokim uśmiechem i 
ujął jej ręce w swoje.
- Może dopiero ciebie poznałem, ale wierzę, że umiałabyś samemu diabłu powiedzieć, jaką 
temperaturę powinien utrzymywać w piekle. Jeśli mi się zaraz nie zwierzysz, że oddałaś serce 
jakiemuś wiejskiemu szlachetce i naprawdę nie interesuje cię mój plan, owoc natchnionego 
geniuszu...   -   nie   dokończył   rozmyślnie,   udając   zainteresowanie   przejeżdżającym   obok 
czterokonnym powozem.
Przez dłuższy czas przyglądała mu się spokojnie.
-   Twój   geniusz.   Twój   plan,   powiadasz?   Plan,   by   wydać   mnie   za   barona,   ponieważ   on 
potrzebuje żony, której nigdy nie pokocha, żeby dała mu dzieci, których sam pewnie nawet 
nie chce, oraz święty spokój, by mógł robić to, co robił przed ślubem. Na tym polega twój 
plan, milor... Brady?
Brady podrapał się po głowie. Aż skulił się, widząc jej śmiertelnie blade policzki. Czy to 
możliwe, że przed chwilą niepokoił się, iż roztacza zbyt kuszące wizje?
-   Słysząc   tak   odważne   postawienie   sprawy,   Abby,   sądzę,   że   powinienem   się   za   siebie 
wstydzić. A przecież mój plan wciąż jeszcze jest świeży, dopiero co się narodził i będę ci, 
pani,   wdzięczny,   jeśli   nie   poczujesz   się   nazbyt   nim   urażona,   jako   że   w   dużej   mierze 
obmyślałem go teraz na glos. Wybacz mi, proszę.
- Nie zamartwiaj  się, milordzie.  Skórę mam  z konieczności grubszą niż większość ludzi. 
Oprócz tego słyszałam, że szaleńcy często wypowiadają każdą swoją obłąkańczą, niespójną 
myśl w obecności tłumów i że powinno się wybaczać im ich uchybienia - odrzekła Abby, 
nieco już odprężona po jego przeprosinach, wciąż jednak zbyt ostrożna, by czuć się w pełni 
swobodnie.
-   Och,   jesteś   doskonała,   Abby.   Doskonała!   Skoro   tyle   już   powiedziałem,   obrażę   cię 
ponownie, bo wolałbym omówić sprawę, póki patrzysz na mnie nieco łaskawszym okiem. Nie 
wspomniałaś o tym, iż jako niezbyt majętna wdowa możesz żywić nie większe nadzieje na 
korzystny mariaż niż pchla, Abby. Co oznacza, że pozostaje ci wizja roztaczania opieki nad 
pozostałymi krewnymi, kiedy wydasz już za mąż bratanicę. Przywiązana do nich jako ich 
niewolnica, opiekunka. A wy wszyscy nieustannie pogrążeni w długach.
- Ojej, ależ z ciebie niepoprawny figlarz, Brady. Zapewne nie zmrużę dziś oka, beztrosko 
wyliczając sobie wszystkie uśmiechy losu, w jakie obfituje moje życie, a na które ty właśnie 
zwróciłeś mi uwagę. Czy cały świat tyle samo wie o nas, o mnie?
- Nie wszyscy, Abby. Wyobrażam sobie, że jest kilka takich osób, które nadal żyją w błogiej 
ignorancji. Na przykład banda tych śliniących się młokosów, którzy kręcą się wokół twojej 
bratanicy, zbyt oszołomieni jej urodą, by zadawać sobie jakiekolwiek istotne pytanie. Lecz 
tak, bardzo dobrze orientuję się w finansach Backworth-Maldonów, czy też raczej w ich 
braku,   powinienem   chyba   powiedzieć.   Widzisz,   byłem   przy   tym,   gdy   twój   zmarły   mąż 
przegrał  w karty wasz niewielki  dom,  swój powóz, nawet konie wierzchowe. Gdyby nie 
stracił przytomności z nadmiaru trunków, nim zdążył odejść od stolika, śmiem twierdzić, że 
w następnym rozdaniu postawiłby swojego osobistego służącego.
Abby uniosła dłoń, gestem nakazując Brady'emu milczenie, przyszło jej bowiem do głowy 
pewne pytanie. Pal licho wujaszków, ale naprawdę czekała na cokolwiek, co pozwoliłoby jej 

background image

uwierzyć w ich wersję.
- Byłeś  tam? Byłeś  przy tym,  jak Harry przegrał wszystko do sir Thurstona Longhope'a? 
Słyszałeś, jak stawia swoje konie? Wszystkie konie należące do Backworth-Maldonów? To 
znaczy, czy Harry rzeczywiście powiedział, że stawia wszystkie nasze konie? Nie tylko te, 
które trzymał tu, w Londynie?
Brady zmarszczył czoło, nie w pełni rozumiejąc nagłe zainteresowanie Abby i nieoczekiwaną 
zmianę tematu, czując jednak, że jego odpowiedź jest dla niej ważna.
- Które dokładnie stawiał? Nie sądzę, żeby sprecyzował to dokładnie, Abby, prawdę mówiąc. 
Myślę, że wszyscy założyliśmy, że chodziło mu o te bezużyteczne, przesadnie przystrojone 
szkapy, które zaprzęgał do kariolki, i konie pod wierzch, te, które trzymał w mieście. Bądź co 
bądź wszystko, co postawił, związane było z jego rezydencją w mieście, tu w Londynie.
Brady poczuł, że nos zaczyna go podejrzanie swędzieć, i podrapał się machinalnie. Czyżby sir 
Thurston popełnił nadużycie i domagał się czegoś ponad swoją wygraną, więcej niż stawiał 
pijany Harry Backworth-Maldon? Czy to właśnie dlatego ich rodzinie brakowało funduszy na 
pojawianie się w mieście przez tych ostatnich kilka lat? Ciekawe.
- To dla ciebie z jakichś powodów ważne, prawda, Abby? Jeśli zapytam, powiesz mi?
- Nie - odpaliła Abby i potrząsnęła głową, myśląc o wujach i o tym, jak podziałałaby na nich 
ta informacja - Przeciwnie, jeśli zostanie mi bodaj kropla oleju w głowie, nigdy nie napomknę 
o tym, co przed chwilą powiedziałeś, i to nikomu.
Brady   uważał,   że   różne   rzeczy   można   mu   zarzucić,   lecz   nie   brak   dobroduszności,   toteż 
niezwykle dobrodusznie temat zarzucił, jeśli nawet nie wyrzucił go z pamięci, i poprowadził 
rozmowę w innym kierunku:
- Zatem, jako że dotarliśmy niemal do Guntera, powróćmy szybko do wcześniejszej kwestii. 
Jeśli pozwolisz, żebym w skrócie przedstawił moją sprawę?
- Gdybym powiedziała, że mnie to nie interesuje - wyjaśniła z westchnieniem - że bardziej 
jestem urażona niż zaintrygowana, wiedziałbyś, że to kłamstwo, równie dobrze możesz więc 
mówić, co ci się żywnie podoba.
- Szczera i uczciwa, kiedy masz na to ochotę, nieprawdaż, Abby? Dobrze, to mi się podoba. 
W   porządku,   przyjrzyjmy   się   sytuacji   raz   jeszcze:   mój   przyjaciel   potrzebuje   żony.   Ty 
postąpiłabyś rozsądnie, znajdując sobie męża. I, jeśli pozwolisz, bym pokusił się jeszcze o 
kilka   domysłów,   to   nic   nie   dałoby   ci   więcej   szczęścia,   jak   bezpieczeństwo   płynące   z 
zamęścia,   rozkosz   bycia   wypłacalną,   a   na   dodatek   zwolnioną   z   obowiązku   doglądania 
kogokolwiek przez dłuższy czas.
Abby westchnęła, tym razem ze smutkiem.
- To owszem...
- Otóż to. Żadne z was nie szuka związku z miłości, przyprawiającego o szybsze bicie serc, 
chyba że się mylę  i masz romantyczne skłonności, których nie zdążyłem  jeszcze odkryć, 
niezależne   od   twoich   cudownie   pragmatycznych   poglądów   na   życie.   W   dodatku   twoje 
pojawienie się w życiu Kippa - pojawienie się w nim całej twojej rodziny - zdziała jeszcze 
jeden niewielki cud. Wątpię, czy Merry by uwierzyła w to, że Kipp bierze sobie na głowę 
twoich krewnych, nie będą w tobie zakochanym do szaleństwa. To idealne rozwiązanie, dla 
was obojga.
- Merry? Jak przypuszczam, to ta kobieta, która odrzuciła Ki... twojego przyjacielem...
- Nie, to kobieta, z którą dorastał, w pełni rozumiejąc, że nigdy go nie pokocha, że świata nie 
widzi za jego najlepszym przyjacielem. Ona i jej mąż, Jack Coltrane, mają niebawem wrócić 
z Ameryki i Kipp chce już wtedy nosić na palcu obrączkę. Jest przekonany, że bardziej się 
ucieszą, widząc go w roli szczęśliwego męża. Brzmi to trochę jak fragment romantycznej 
powieści, prawda?
- Araminthy Zane, mojej ulubionej pisarki. - Abby kiwnęła głową.
W tym momencie Brady mocno przygryzł wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

background image

- To twoja ulubienica? Doprawdy? Oto coś, na co nie liczyłem. Zatem w głębi serca istotnie 
jesteś romantyczką. Może to i dobrze.
Abby uznała, że za bardzo odkrywa się przed człowiekiem, który, jak się wydawało, widział 
w jej osobie rozwiązanie problemów barona, pionek w rozgrywanej przez siebie grze.
-   Nie   sądzę,   by   brak   rozsądku   i   romantyczne   usposobienie   było   konieczne   do   tego,   by 
czytywać   pannę   Zane.   Zawsze   jest   taka   zabawna,   z   tymi   jej   komediami   pomyłek   i 
podszywaniem   się postaci   pod inne  i  tym  podobnymi  sprawami,  których  tak   dużo w  jej 
powieściach. Chociaż teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, zawsze pojawia się także dawka 
intryg, czasem nawet rozlewu krwi, razem z tymi romantycznymi... hm... bzdurami. Taka 
przyjemna lektura, inspiracja do marzeń, ale nie sądzę, bym była zadowolona, gdyby to mnie 
przydarzyło się coś podobnego.
- W moim planie nie dochodzi do rozlewu krwi, daję ci słowo. A zresztą usłyszałaś już, na 
czym zasadza się cała intryga. Ale jeśli dzięki temu masz poczuć się lepiej, możemy myśleć o 
naszym małym spisku jako o nieoczekiwanym zwrocie akcji w jednym z błyskotliwych dzieł 
Araminthy   Zane.   Wszystko,   czego   teraz   potrzebujemy,   to   zapewnienie   Kippowi   twojego 
towarzystwa   przez   kilka   najbliższych   dni.   Jeśli   samodzielnie   nie   wpadnie   na   oczywiste 
rozwiązanie swoich problemów, to, ufam, sama mu tę myśl podsuniesz.
Spojrzał na Abby i uśmiechnął się.
- To jak, wchodzisz w to, Abby? Czy moja propozycja w ogóle cię interesuje? Bo musimy 
działać   szybko,   zanim   -  wybacz   -  Kipp   zwieje   z  krzykiem,   byle   dalej   od  uroczego,   acz 
otępiającego towarzystwa twojej bratanicy.
Abby zerknęła w kierunku barona i Edwardine; zatrzymali się właśnie przed herbaciarnią. 
Edwardine wyglądała  promiennie,  wręcz anielsko pięknie  w swym  zachwyceniu  ciepłym, 
wiosennym dniem.
Baron natomiast, jak się wydawało, uśmiechał się tylko dlatego, że tak wypadało.
Czy mogłaby się na to zdobyć? Czy będzie umiała z zimną krwią osaczać barona Willoughby, 
obserwując,   czatując   na   odpowiedni   moment,   by   zaproponować   zimne,   bezosobowe 
rozwiązanie tak jego, jak i własnych problemów, tak jak to podpowiadał jej Brady?
Czy może  nie  robić   nic,  pozwolić  mu   odejść,  zniknąć  z  jej   życia,  nim  na  dobre  w  nim 
zagościł?
Przepuścić szansę, by zostać baronową, mieć własny dom? Własne dzieci, własne życie? Czy 
znając siebie, mogłaby zdobyć to wszystko, nie ryzykując, że ceną będzie jej złamane serce?
Abby przyjrzała się baronowi. Kolejny raz uderzyło ją, jak bardzo jest przystojny. Uderzający 
był jednak także ledwie zauważalny wyraz znużenia, lekkie napięcie malujące się na jego 
twarzy. Jeśli tak zareagował na zwykły spacer z Edwardine, przypuszczała Abby, to istotnie z 
krzykiem uciekłby z Londynu, jak zgadywał Brady, po tygodniu zabawiania Edwardine czy 
jakiejkolwiek innej debiutantki, których stadko plątało się teraz po mieście.
Czy może pozwolić, by się jej wymknął? Czy chce, żeby się jej wymknął? Ma w ogóle szansę 
go zdobyć?
Czy będzie umiała spojrzeć sobie w oczy, jeśli nawet nie spróbuje?
- Nie sądzę, byśmy mieli więcej niż dwa dni, Brady, góra trzy - szepnęła rzeczowo, kiedy 
podchodzili do drzwi herbaciarni. - Ty aranżujesz spotkania, ale wszystko inne zostawiasz 
mnie. Zgadzasz się?
Brady odprężył się wewnętrznie, pełen zadowolenia, jakie ogarnia człowieka przekonanego o 
słuszności swego postępowania w chwili, gdy zabiera się do wywracania do góry nogami 
życia niczego nieprzeczuwającego przyjaciela.
- Och, zgadzam się z największą chęcią, moja droga Abby. Mam do ciebie ogromne zaufanie, 
niemal takie jak do własnych osądów. A teraz, moja ty bohaterko z powieści Araminthy Zane 
- spytał ciepło - bierzemy się do dzieła?

background image

7

Kipp lekkim krokiem zszedł po schodach rezydencji przy Grosvenor Square z uśmiechem na 
twarzy, pochłonięty sobie tylko wiadomymi  myślami, które doprowadziły go do wniosku, 
którym zdecydowanie nie chciał się z nikim dzielić.
- Witaj, Brady, stary przyjacielu. Wspaniały dzień na piknik, nieprawdaż?
Brady stał w holu wejściowym, podpierając się o jedną z solidnych białych kolumn. Teraz 
zaszczycił gospodarza dość szpetnym spojrzeniem, po czym jęknął, jakby prosta czynność 
zmarszczenia brwi sprawiła, że pod jego czaszką rozpoczął się koncert na kowalskie młoty i 
kowadła.
-   I   jak   ty   wyglądasz   -   odezwał   się.   Odepchnął   się   od   kolumny,   by   przyjąć   bardziej 
spionizowaną pozycję. - Wesolutki, oczy świetliste, dosłownie okaz zdrowia. Czy to aby na 
pewno ty wysadziłeś  mnie na Portman Square dzisiaj o czwartej nad ranem?  Nie jestem 
pewny, mój stary, ale coś mi się zdaje, że mam powody, żeby cię wyzwać na ubitą ziemię.
Kipp przeszedł obok niego i wziął od kamerdynera rękawiczki, kapelusz oraz laskę.
- Dziękuję, Gilletcie.
- Milordzie - odparł Gillett i pokłonił się majestatycznie, a w kościach coś mu strzyknęło. 
Kamerdyner był wysokim mężczyzną, o wyprostowanych mimo wieku ramionach i szczupłej 
sylwetce, przyodzianym w dobrze skrojoną biało-czarną liberię. Miał gęste włosy, teraz białe 
jak śnieg, prezencję udzielnego księcia, wszystkie talenty znakomitego majordomusa oraz, na 
największym   palcu   lewej   stopy,   narośl,   która   zdawała   się   żyć   własnym   życiem.   Choć 
wyglądał na dobrze utrzymanego sześćdziesięciolatka, od dawna już miał siedemdziesiątkę na 
karku.   -   Wracając   do   naszej   rozmowy   sprzed   kilku   dni...   Milord   jest   niezwykle   hojny, 
niemniej nadal uważam, że...
Kipp westchnął i przerwał leciwemu mężczyźnie skinieniem ręki.
- Czy musimy, Gilletcie? Naprawdę się śpieszę. Pędzimy na spotkanie z damami i w ogóle. 
Może jutro? Albo w przyszłym tygodniu?
-   Wedle   pańskiego   życzenia,   milordzie   -   odparł   kamerdyner,   pokłonił   się   ponownie,   by 
odwróciwszy się na pięcie odejść i pozostawić Kippowi niejasne wrażenie, że nie tyle on 
odprawił, co raczej został odprawiony.
- Co gryzie staruszka Gilletta? - spytał Brady, kiedy wyszli z Kippem z rezydencji i wsiadali 
do oznakowanego rodowymi herbami powozu czekającego na podjeździe.
- Chce odejść - burknął Kipp, moszcząc się na poduszkach. - Mówi, że jest za stary, że już go 
nie   potrzebuję,   że   te   nieliczne   kilka   dni,   jakie   mu   pozostały,   pragnie   przeżyć   w   jakimś 
zapomnianym   przez   Boga   zakątku   Walii,   jeśli   dasz   w   to   wiarę.   W   ubiegłym   tygodniu 
podwoiłem mu pensję w nadziei, że może to skłoni go do ponownego przemyślenia sprawy, 
ale widzi mi się, że mój plan spełzł na niczym. Naiwnie wierzyłem, że tam, gdzie zawiodło 
czterdzieści lat lojalności wobec rodziny, sprawę załatwi chciwość. Podejrzewam, że zgodzę 
się na jego odejście z końcem sezonu. Ale będzie mi go brakowało, nie wyobrażam sobie 
Londynu bez niego, przyznaję to szczerze.
Brady  usiadł   naprzeciwko   Kippa,  co   nie   było   jego  zamierzeniem,   jako  że   żołądek   nadal 
podchodził mu do gardła, a jazda plecami do kierunku jazdy sytuacji nie poprawiała.
-   Wiesz   co,   Kippie?   -   powiedział,   przekrzywiając   głowę.   -   Odnoszę   wrażenie,   że 
najzwyczajniej   nie   potrafisz   pożegnać   się   z   przeszłością,   rozstać   z   kimkolwiek   bądź 
czymkolwiek, co stanowi jej cząstkę. Pozwól człowiekowi odejść, na miłość boską. Chociaż 
masz rację co do tej Walii. Nie umiem sobie wyobrazić, dlaczego ktoś miałby chcieć tam 
zamieszkać.
-   Może   przez   wszystkie   te   lata   miał   tam   na   boku   jakąś   kobitkę   -   zasugerował   Kipp   ze 
znaczącym uśmieszkiem. - Nigdy nie wiadomo, prawda? Stary Gillett przez trzy tygodnie w 
roku   w   swoim   miłosnym   gniazdku,   gruchający   z   jakąś   dzikuską   imieniem   Blodwen   czy 

background image

Lilybet. Boże, Brady, to obraz, jaki wolałabym wymazać ze swojego umysłu.
-   Zrozumiałe.   Chociaż   nie   chce   mi   się   wierzyć,   by   od   kilku   dni   ta   twoja   mózgownica 
funkcjonowała   w   miarę   normalnie.   To   nasze   trzecie   wyjście   z   tą   beznadziejną   panną 
Backworth-Maldon. Wiem, bo liczyłem. Niemożliwe chyba, żebyś zamierzał uczynić z niej 
panią baronową? Bo jeśli tak, to bądź łaskaw wytłumaczyć mi, dlaczego po każdym spotkaniu 
z nią ciągniesz mnie wieczorem gdziekolwiek, gdzie można wypłukać z mózgu wspomnienie 
tej słodkiej idiotki? Nie sądzę, żeby któryś z nas pamiętał, kiedy to wlelibyśmy w siebie tyle 
wina, od... cóż, od dawna.
- Od mojego powrotu ze wsi, dokąd udałem się, by świadkować Jackowi podczas ceremonii 
odnawiania jego zaślubin z Merry, jakby nie mogli uwierzyć, że jeden raz wystarczy? Tak, 
wiem. To zdumiewające, że sama myśl o szczęściu małżeńskim potrafi sprawić, by skądinąd
wstrzemięźliwy człowiek bez mała rzucał się na głowę do kadzi z winem, nieprawdaż?
- Czyli poważnie myślisz o tym małej idiot... to znaczy, o pannie Backworth-Maldon? Nie 
wierzę.
- To właśnie lubię w tobie najbardziej, Brady, przynajmniej tak mi się zdaje. Zawsze można 
liczyć na twoją przenikliwość. Oczywiście, że nie zamierzam przykuć się obrączką do tej 
małej. Bawiła mnie z początku, ale myślę, że chyba bym ją udusił, gdybym po dzisiejszym 
spotkaniu miał ponownie znaleźć się w jej towarzystwie - spotkaniu, pozwolę sobie dodać, z 
którego zaaranżowaniem osobiście nie miałem nic wspólnego, jak zapewne pamiętasz.
Brady przyszczypywał  grzbiet swojego nosa, unikając wzroku Kippa. Ostrzegał Abby,  że 
zostało jej niewiele czasu.
- Tak, ehem, kiedy to proponowałem, spotkanie z paniami Backworth-Maldon i urządzenie 
wspólnego pikniku wydawało mi się dobrym pomysłem. Wybacz, że ten pomysł strzelił mi 
do głowy i że nie zorientowałem się, że działam wbrew twoim życzeniom.
- Zamierzasz dalej brnąć w tę dziecinadę, co, Brady? Naturalnie nie widziałeś, że podskakuję 
za ich plecami jak piłka i ściskam się za gardło, jakbym chciał się udusić, byłeś tylko przestał 
bardzo, bardzo prosić, żeby zgodziły się zostać dziś naszymi gośćmi? Czy bardzo byś się 
obraził, gdybym powiedział, że ci nie wierzę? Czy naraziłbym na szwank naszą przyjaźń, 
wyznając, iż podejrzewam, że powziąłeś jakiś plan, który ma coś wspólnego z tą młodą damą, 
a ze mną wszystko?
- Cóż za intryga. Obmyślasz kolejną książkę, Aramintho, skarbie? - spytał bezczelnie Brady. 
Wjeżdżali właśnie na teren, na którym odbywały się pikniki, tuż za obrębem miasta, i powóz 
zaczął zwalniać. - Nieważne, wybacz, że w ogóle wspomniałem o twoim sekretnym hobby. A 
otóż i jesteśmy na miejscu. Pięćset osób plus drugie tyle służby urządza sobie swojski piknik 
na wsi, w komplecie ze stolami, wygodnymi krzesłami, stertami lnianych obrusów i srebrnej 
zastawy, do tego odrobina dobrej muzyki. Jakżeż uwielbiam wiejską sielankę w wydaniu dam 
z mondu.
- Istotnie ci się ona podoba i sam o tym wiesz, idioto. - Kipp nie czekał, aż stangret otworzy 
drzwiczki: popchnął je z werwą i zeskoczył lekko na ziemię, patrząc na Brady'ego, który 
gramolił się za nim.
- Chyba cię już rozszyfrowałem, wiesz. Podsuwasz mi pod nos pannę Backworth-Maldon, 
wiedząc, że nie różni się zbytnio od większości marzycielskich debiutantek, jakie tu dziś 
zobaczymy, i masz nadzieję - jeśli tylko w międzyczasie nie oszaleję - że odzyskam zdrowy 
rozsądek i przestanę upierać się przy małżeństwie. Obwieszczę się zatwardziałym  starym 
kawalerem, tak jak ty to zrobiłeś. O to ci chodzi, Brady? Bo jeśli tak, to nic z tego. Postano-
wiłem, że... och, psiakrew, Roxanne.
Brady obejrzał  się w  samą  porę,  by zobaczyć  nacierającą na  nich lady Skelton;  głęboko 
wycięty gorset jej sukni w zielono-białe pasy groziłby właścicielce poważnym poparzeniem 
słonecznym, gdyby nie to, że z trzepotem otworzyła parasolkę, i obnażając w drapieżnym 
uśmiechu drobne zęby, okrężną drogą zbliżała się ku swej zdobyczy.

background image

- Sądziłem, że chciałeś ją sobie odpuścić - szepnął do Kippa Brady. - Jeśli tak, to nie wydaje 
mi się, by ta dama wychwyciła aluzję.
- Wiem. Ostatnio poważnie zastanawiam się nad celibatem, jeśli mam być szczery - odparł 
Kipp, po czym z przyklejonym do ust uśmiechem pochylił się nad obleczoną w rękawiczkę 
dłonią Roxanne. - Jakże cieszy mnie twój widok, lady Skelton. A jak ma się drogi małżonek, 
czy on także tu do nas dołączy?
Roxanne   zerknęła   w   stronę   Brady'ego,   po   czym   wydęła   wzgardliwie   usta,   najwyraźniej 
uznawszy go kogoś, kto zupełnie się nie liczy, albo też zakładając, że najpewniej nie będzie 
chciał szkodzić przyjacielowi.
- Olney? Tak, jest tutaj, zdążył odwiedzić mamusię w czasie zaiste rekordowym, niestety. Co 
gorsza,   mamusia   zobowiązała   go   do   spłodzenia   potomka,   chociaż   trudno   uwierzyć,   by 
jakakolwiek   kochająca  matka  chciałaby  dobrowolnie  narazić   własnego  wnuka  na  życie  z 
kopią Olneyowego podbródka, jeśli Olney w ogóle ma jakiś podbródek.
Podeszła bliżej i otarła się o Kippa biodrem.
-   Potrzebujemy   większej   pensji,   sam   rozumiesz,   przypuszczam   więc,   że   będę   musiała 
wypełnić   wolę   tej   starej   hetery   i   urodzić   czyjegoś  potomka.   Zobaczymy   się   wieczorem, 
kochanie? Czuję się, jakbyśmy się nie widzieli całe lata.
- Tańczyliśmy na balu u Selbourne'ów, Roxanne, jeśliś o tym zapomniała - odpowiedział 
Kipp, śląc wściekłe spojrzenia pod adresem Brady'ego, który pokasływał dziwnie, ewidentnie 
śmiejąc się w kułak. - A teraz wybacz, ale obawiam się, że hrabia i ja obiecaliśmy przyłączyć 
się do niewielkiej grupy, która, jak udało mi się zauważyć, właśnie tu zmierza.
- Znowu ta podfruwajka Backworth-Maldon, tak, Kipp? - modulowany zwykle  głos lady 
Skelton niebezpiecznie upodobnił się do pomruku wilczycy, broniącej swoich młodych.
-   Jeżeli   chcesz   mnie   zastąpić,   znajdź   na   litość   boską   kogoś   odpowiedniejszego   niż   to 
przesłodzone stworzenie o pustych oczach, z którym ostatnio widuje się ciebie na mieście. 
Niemożliwe, żeby miała więcej niż siedemnaście lat. To zniewaga. A może tak jak Olneyowi 
ktoś ci przykazał zapełnienie własnego pokoju dziecinnego. Jeśli tak, kochanie, to naprawdę 
uważam, że wszystko ci się pomyliło. Masz spłodzić niemowlę - a nie je poślubić.
Kipp obserwował oddalającą się Roxanne, jej kołyszące się kształtne biodra, które potrafiły 
działać jak czerwona płachta na byka - pod warunkiem, że byk był w odpowiednim nastroju. 
Następnie obrócił się twarzą do Brady'ego i posłał mu przepraszający uśmiech.
- Powinienem był pomyśleć o tym wiele miesięcy temu - odezwał się. - Powinienem był 
wiedzieć: uganiaj się za debiutantką, obrazisz kochankę. Pomyśl tylko, Brady, przy odrobinie 
szczęścia   mogę   dostać   za   żonę   dziewczątko   o   rozumie   komara   i   nożem   w   plecy   od 
odrzuconej kobiety, jedno i drugie w tym samym  tygodniu. - Pokręcił głową z mniej już 
wesołym   uśmiechem.   -   Nie   miałem   pojęcia,   że   małżeństwo   to   takie   niebezpieczne 
przedsięwzięcie. Dziw, że ktokolwiek się na nie decyduje.
- Gdybym tak mógł pokusić się o pewną sugestię... - zaczął Brady. Doszedł do wniosku, że 
nie znajdzie lepszej chwili, by wtajemniczyć Kippa w swój plan. Bądź co bądź nie obiecywał 
Abby,   że   będzie   trzymać   język   za   zębami,   prawda?   Kipp   może   obruszyć   się   na   jego 
wścibstwo,   ale   kiedy   dostrzeże   piękno   tego   planu,   opamięta   się.   Wystarczy,   żeby   Brady 
schodził mu potem z drogi, dopóki Kipp nie pochyli czoła wobec jego geniuszu.
-   Nie   teraz,   Brady   -   rzucił   Kipp   i   niechętnie   postąpił   krok   do   przodu   w   kierunku 
nadchodzących pań Backworth-Maldon. - Ach - zawołał, z łatwością wchodząc w zwykłą rolę 
czarującego i niezbyt poważnego dżentelmena - dopiero teraz naprawdę ukazało się słońce, 
moje panie, opromieniając urodę pań, wręcz o nią zazdrosne. Za pozwoleniem, znajdziemy 
wygodne krzesła, ale koniecznie w cieniu. W przeciwnym razie przyćmią panie światło dnia, 
które w obecności pań blednie tak bardzo, że zdaje się całkiem niknąć.
-   Co   on   chciał   przez   to   powiedzieć,   Abby?   Świecimy   jaśniej   niż   słońce?   A   to   dopiero 
niemądre, przecież gdybyśmy świeciły tak jasno, zostałby z nas popiół, prawda? - szepnęła 

background image

Edwardine, której obce były niuanse pochlebstwa, jak też myśl, że szepty powinny być o 
dobrą oktawę czy dwie cichsze, niż to miało miejsce w jej wydaniu.
Brady usiłował opanować kolejny atak kaszlu, Kipp wolał udawać, że niczego nie słyszał, 
Abby zaś ścisnęła dłoń bratanicy, tym ostrzegawczym gestem nakazując jej milczenie.
Był to czwarty dzień, jak to w skrytości ducha nazywała, ich znajomości, a z Abby zaczynało 
dziać się coś niepojętego - z każdym kolejnym spotkaniem baron Willoughby jak za sprawą 
czarów stawał się coraz bardziej przystojny, coraz bardziej intrygujący. Czy to dlatego, że 
istotnie był nad wyraz pięknym mężczyzną, czy też dlatego, że, jak sugerował Brady, mogliby 
stworzyć   udane,   cywilizowane   małżeństwo,   nie   umiała   sobie   powiedzieć,   lecz   dosłownie 
zalały ją wspomnienia jej własnego małżeńskiego łoża.
Harry   w   łóżku   był   cudowny.   Musiał   być,   skoro   zapraszano   go   do   tak   wielu.   A   już   z 
pewnością był objawieniem dla Abby, której nie dotykał wcześniej żaden inny mężczyzna.
Nie sądziła też, by mogła minąć się z prawdą, zakładając, że sypialniane talenta pana barona 
powinny okazać się równie kształcące. Nie wówczas, gdy widziała tamtą wysoką, rudowłosą 
kobietę, która patrzyła na niego z taką miną, jakby z trudem hamowała się, by nie zaciągnąć 
go w krzaki i błagać, by wziął ją tu i teraz.
- Jakiż z pana pochlebca, milordzie - wykrztusiła przez zaciśnięte zęby, zła na siebie za takie 
myśli,   za   obraz   barona,   bujnej   zieleni   dookoła   i   siebie   samej   wyciągniętej   na   słodkiej, 
chłodnej trawie.
Te żenujące myśli to wszystko jego sprawka i głupotą byłoby sądzić inaczej.
- Obawiam się, że nie zdołam zmusić się do skosztowania ani jednego z tych wszystkich 
smakołyków, jakie widziałyśmy z bratanicą obchodząc tutejsze tereny. Doprawdy mam już 
serdecznie... w bród twoich łaskawych słów, panie.
- Auć - syknął Brady, jakby coś go zabolało i, pochylony w stronę Kippa, szepnął nie mniej 
teatralnie niż Edwardine: - Pani Backworth-Maldon potrafi w piękne piórka przystroić obelgę, 
nie uważasz? Powiedziała „w bród", ale miała na myśli „doś..."
- Wiem, co pani miała na myśli, Brady - warknął na niego Kipp, piorunując wzrokiem Abby, 
która odwzajemniała się mu tym samym. Nie mogła bardziej różnić się od bratanicy. Uznał 
ten fakt za największą zaletę złośliwej wdowy, być może jedyną.
Niemniej wciąż się jeszcze nie zdecydował. Co powiedział Will Szekspir? „Jeśli masz coś 
zrobić, zrób to szybko". Może i poeta mówił o zamachu, lecz uczucia, z których zrodziła się 
ta   sentencja,   były   szczególnie   bliskie   Kippowi,   gdy   przykładał   je   do   swoich   planów   na 
dzisiejsze popołudnie.
- Pani Backworth-Maldon - powiedział, uczyniwszy krok do przodu i podając jej ramię - z 
największą chęcią pokazałbym ci, pani, prześliczny strumień nieopodal tego miejsca, który 
mogłaś przeoczyć, pierwszy raz spacerując po tej okolicy.
- Czyżby, milordzie? Jestem pewna, że moja bratanica będzie zachwycona.
- Ale kto wówczas, pani, znalazłby dla nas stolik w takim ścisku? - zripostował Kipp gładko, 
odnosząc niejasne wrażenie, że ta przeklęta kobieta złośliwie udaje niedomyślność. - Nie 
zabawimy   długo,   masz   pani   moje   słowo.   Hrabia,   jestem   przekonany,   będzie   niezmiernie 
zachwycony,   mogąc   strzec   panny   Backworth-Maldon   i   przygotować   wszystko   do   naszej 
małej   biesiady.   Wprost   uwielbia   takie   zajęcia,   jako   że   chlubi   się   swoimi   talentami 
organizatorskimi. Nieprawdaż, Brady?
Abby spojrzała na Brady'ego, ten jednak uśmiechnął się tylko i pokręcił głową. Czy miało to 
oznaczać, że nie ma z tym nic wspólnego - zastanawiała się - że jak ona nie domyśla się, co 
planuje baron, cokolwiek by to było? Gorzej, jeśli baron zamierzał przyprzeć ją do muru, 
prosząc, by oceniła jego szanse, gdyby poprosił wujów o rękę Edwardine.
Dobry Boże, cóż za przygnębiająca myśl!
Widząc   ponaglające   gesty   Brady'ego,   Abby   niechętnie   wzięła   Kippa   pod   ramię   i,   po 
prozaicznym  ostrzeżeniu pod adresem Edwardine, by patrzyła pod nogi - połać ziemi, na 

background image

jakiej urządzano pikniki, pełniła zwykle rolę pastwiska - pozwoliła, by powiódł ją na ubocze.
Był to dopiero drugi raz, kiedy tego mężczyzny dotknęła, ale z każdym reagowała na jego 
fizyczną bliskość ze zdwojoną siłą; teraz, kiedy się do niej uśmiechnął, niemal ugięły się pod 
nią kolana.
Wrona u boku pawia, oto jak musieli jej zdaniem wyglądać, jak bez wątpienia widzieli ich 
spacerowicze. Dlaczego dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że trzy czwarte jej skromnej 
garderoby   miało   odcień   brązu?   Brudnego   brązu.   Bezapelacyjnie   szpetnego,   niemodnego 
brązu   o   odcieniu   błota.   Zresztą   nie   miało   to   żadnego   znaczenia.   Gdyby   spowita   była   w 
najdelikatniejsze jedwabie i uginała się pod ciężarem brylantów, nadal pozostałaby tą samą 
pospolitą Abigail Backworth-Maldon.
- Słyszałaś, pani, dobre wieści? - spytał Kipp, wyczuwając, że jego towarzyszka pogrąża się 
w nastroju dalekim od beztroski.
Nie czul się dotknięty jej jawnym  brakiem entuzjazmu wobec tego sam na sam, dziwnie 
kolidującym ze zwykłymi kobiecymi reakcjami, którymi zdążył się serdecznie znużyć przez 
ostatnie   lata.   W   gruncie   rzeczy   reagowała   tak,   jak   miał   na   to   nadzieję.   Niezależna   do 
przesady. Trzymająca dystans. Zdecydowanie nie z tych zaborczych. To znakomicie wszystko 
ułatwiało, jego zdaniem.
- Dobre wieści? - powtórzyła Abby, czekając, aż Kipp odciągnie nisko zwieszającą się gałąź, 
żeby mogła przejść przodem ze słonecznej polany wprost w chłodny cień drzew.
- Księżna Selbourne powiła pięknego, zdrowego syna rankiem po balu. Książę nagryzmolił 
do mnie parę słów dziś skoro świt. Przepraszał, że nie zawiadomił mnie wcześniej, ale liczy 
na to, że zgodzimy się z Bradym zostać ojcami chrzestnymi jego następcy, dwoma z dobrego 
tuzina,   jaki   bez   wątpienia   będzie   tłoczyć   się   wokół   biednego   malca   przy   chrzcielnicy. 
Brandona Winsteada Cecila Seatona, już z wianuszkiem pomniejszych tytułów, a pewnego 
pięknego dnia dziesiątego księcia Selbourne. Bram - książę - powiada, że wciąż jeszcze nie 
doszedł do siebie po tych przeżyciach i że niezwykle trudno mu przekonać drogą małżonkę, 
żeby leżała w łóżku, co, jak niezłomnie wierzy, jest niezbędnie konieczne.
- Czyli rzeczywiście stało się tak, jak przewidywała? - Abby uśmiechnęła się ze szczerym 
zachwytem.  -  Uprzedzała,  że  to  wielce   prawdopodobne. Wspaniałe  przyjęcie  i  narodziny 
dziecka tego samego dnia. Muszę zamienić słówko z Br... z panem hrabią, Sophie pytała, czy 
przyprowadzi mnie z wizytą, kiedy będzie się już mogła pochwalić obojgiem dzieci.
Spojrzała na Kippa pytająco.
- Może srebrną filiżankę? Czy to byłby odpowiedni upominek? I lalkę dla siostry, małej lady 
Constance? Tak, tak będzie dobrze, bo nie chciałabym, żeby dziewczynka sądziła, że wszyscy 
o niej zapomnieli, skoro tylko na scenie pojawił się jej braciszek.
- Bardzo to pięknie z pani strony - rzucił Kipp, odnotowując w pamięci jej przejęzyczenie, to, 
gdy chciała najwyraźniej nazwać jego przyjaciela Bradym. I to drugie, gdy tak swobodnie 
mówiła o Sophie, nie tytułując jej księżną.
Coś się tutaj działo, coś, w czym Brady siedział po same uszy, Kipp był tego najzupełniej 
pewien. To było do niego niepodobne, tyle przeoczyć, pozwolić, by bodaj cień intrygi uszedł 
jego uwagi.
Ów   brak   uwagi   wiązał   się   zapewne   z   osobą   panny   Backworth-Maldon   i   koniecznością 
nieustannego   wysilania   się,   by   powiedzieć   cokolwiek,   co   mogłaby   przypuszczalnie 
zrozumieć.   Polityka   odpada.   Malarstwo   też.   Podobnie   literatura.   I   konie,   i   teatr,   i   nawet 
najbardziej nawet neutralne plotki.
Prawdę powiedziawszy, jego ostatnia rozmowa z dziewczyną sprowadzała się do tego, że 
przez   ponad   kwadrans   wysłuchiwał,   oszołomiony,   opowieści   o   tym,   jak   razem   z   matką 
odwiedziła wszystkie, ale to wszystkie londyńskie sklepy, żeby znaleźć niebieską wstążkę o 
odpowiednim odcieniu, pasującą do świeżo zakupionego kapelusika. Po dziesięciu minutach 
tego   monologu   zaczął   dla   rozrywki   wyobrażać   sobie,   że   zrywa  dziewczynie   kapelusik   z 

background image

głowy i wpycha go jej do gardła.
I on sądził, że mógłby poślubić kogoś takiego, jedną z wielu młodziutkich i naiwnych do bólu 
tegorocznych debiutantek, a potem zająć się własnymi sprawami? Najwyraźniej brakowało 
mu wtedy piątej klepki.
Na szczęście nie był  to permanentny brak, dzięki czemu podążał teraz za przyjaźniej już 
nastawioną i spokojniejszą panią Abigail Backworth-Maldon, układając w myślach mowę, 
formułując propozycję, którą miał jej niebawem złożyć.

background image

8

Abby zatrzymała się, poddając się pieszczocie słońca, zaledwie tylko wyszła z cienia drzew 
wprost na nasłoneczniony, porosły trawą brzeg niewielkiego strumienia, i zakrzyknęła:
- Och, jakiż on piękny, milordzie. Jak pan go znalazłeś?
Kipp rozejrzał się po małej polance. Aż nazbyt  dobrze pamiętał, jak odkrył to miejsce, i 
kobietę, którą tu przyprowadzał. Ile to czasu już upłynęło, od kiedy pożegnał słodką Alicję i 
zajął się lady Fairchild? Nie, nie Sheilą. Sheila była po Belindzie Masters, a przed... Boże, czy 
to nie wszystko jedno?
Miał ochotę solidnie sobą potrząsnąć. Wpadł w zły humor, co zdarzało mu się nieczęsto, i nie 
chciał, by ten humor przerodził się w nastrój kompletnie już pod psem, wiedział bowiem, że 
trudno było o mniej stosowną chwilę na uleganie słabości.
- Jak znalazłem ten zakątek, pani? - powtórzył, zdjął rękawiczki i wepchnął je do kieszeni. 
Zmierzył  Abby uważnym  spojrzeniem,  jakby chciał  ocenić, czy będzie  umiała  dochować 
tajemnicy.  - Nie wiem, czy zdobędę się na śmiałość... Jego psotna mina nie uszła uwagi 
Abby. Odprężyła się. Usiadła na trawie przy skupisku malutkich polnych kwiatów i zerwała 
kilka. Lepsze to, niż zemdleć, a czuła, że kolana wyprawiając pod nią coraz dziwniejsze 
harce.
- Wyobrażam sobie, milordzie - podniosła na niego wzrok - że masz  dość śmiałości,  by 
zdobyć się na lepsze rzeczy. Proszę mówić dalej. Obiecuję, że wszelkie tajemnice, jakie mi 
pan   wyjawi,   zabiorę   ze  sobą  do  grobu.  A   może   powinnam  najpierw  unieść   dwa   palce   i 
przysięgnąć na króliczą łapkę?
Kipp roześmiał się, szczerze ubawiony. Cóż za wspaniała, bezpretensjonalna kobieta, jeśli 
nawet okazała mu, nie raz i nie dwa, że uważa go za bezużytecznego fircyka, którego nigdy 
nie zdołałaby polubić. To stanowiło największą z jej zalet, to i oczywisty fakt, że nie darzyła 
go zbytnią sympatią.
- Przysięgnąć na króliczą łapkę? Nie słyszałem tego wyrażenia od... cóż, od bardzo dawna. 
Dobrze więc, pani, zaufam ci.
- Poczytuję to sobie za największe szczęście - odparła lekko Abby; zrywała kolejne kwiatki, 
modląc się, by nie zauważył drżenia jej rąk. - A teraz, jeśli tylko poczekasz, milordzie, aż 
znajdę   w   torebce   skrawek   papieru   i   ołówek,   bym   nie   uroniła   ani   słówka,   pisząc   mój 
ekscytujący artykuł do londyńskich gazet...
Kipp zaśmiał się, pełen uznania dla jej dowcipu i z każdą chwilą coraz bardziej zadowolony z 
podjętej   decyzji.   Może   i   nie   była   żadną   pięknością,   ale   przynajmniej   dawało   się   z   nią 
porozmawiać.   Rozsiadł   się   na   trawie,   nie   troszcząc   się   zbytnio   o   to,   że   będzie   później 
paradować w poplamionych na zielono spodniach.
- Dawno, dawno temu... - zaczął.
- A - przerwała Abby - to będzie bajka.
- To słyszałaś już pani tę historię? - Udał zaskoczenie. -Tę o krasnoludkach?
- Niech pan nie będzie niemądry - zaśmiała się Abby i uderzyła go w ramię bukiecikiem. 
Zawsze   łatwo   się   zaprzyjaźniała,   tak   z   mężczyznami,   jak   i   kobietami,   kiedy   jeszcze 
wystarczało jej czasu na życie towarzyskie. Niemniej nie mogła się nadziwić, że tak szybko 
opuszcza ją napięcie i że tak swobodnie czuje się w towarzystwie barona, swobodniej, niżby 
się kiedykolwiek tego spodziewała.
Co znakomicie się składało, zważywszy na to, że postanowiła właśnie dziś złożyć mu swoją 
propozycję. Nie pozostawało jej inne wyjście, skoro nabrała pewności, iż Brady'emu nie uda 
się   ponownie   wmanewrować   barona   w   kolejne   spotkanie   z   coraz   bardziej   niechętną   mu 
Edwardine.
- Pani pozwoli - Kipp wyjął bukiecik z jej uległych palców. - Umie pani pleść wianki ze 
stokrotek? - Splatał pojedyncze łodyżki tak, by kwiaty ułożyły się w równy rządek. - Uważam 

background image

swoje umiejętności w tym polu za jedno z mych największych osiągnięć.
- Albo oceniasz osobiste osiągnięcia niezwykle  skromną  miarką,  milordzie,  albo też zbyt 
długo żyłeś pod kloszem - odparła Abby zupełnie szczerze i przygryzła wargę, zła na siebie 
za tę szczerość. To miał być sposób na stworzenie właściwej atmosfery ku temu, by mogła 
wyrwać się ze swoją niewyobrażalnie zuchwałą propozycją, obrażanie go przy każdej okazji? 
- Proszę mi  wybaczyć,  milordzie. Zdaje mi się, niestety,  że wydobywasz  ze mnie to, co 
najgorsze, a nieraz słyszałam, że choć zdarza mi się ponoć błysnąć dowcipem, mój język 
prawie zawsze jest nazbyt szybki. Może gdybym wiedziała, po co milord przyprowadził mnie 
tutaj...
Kipp pochylił się nad kwiatami. Starannie połączył ze sobą końce wianka, następnie jednym 
ruchem   rozwiązał   kokardę,   na   jaką   zawiązany   był   szkaradny   słomiany   kapelusz   Abby, 
obszyty czymś w rodzaju sflaczałej falbanki. Przyglądała mu się przez cały czas i nie mógł 
nie zauważyć,  po raz kolejny zresztą, jak niezwykły  odcień mają jej poogromniałe nagle 
fiołkowe oczy. Układając wianek na jej bezlitośnie ściągniętych do tylu włosach, dal sobie 
ostatnią szansę, by opamiętać się (i rzucić do ucieczki), po czym spalił za sobą wszystkie 
mosty.
- Postanowiłem się ożenić - oznajmił i czekał na reakcję. Nie kazała mu czekać długo.
- Nie - wykrztusiła z trudem Abby, z niedowierzaniem kręcąc głową. - Nie, nie wierzę. Nie 
chciałam w to uwierzyć. Powtarzałam sobie, no dobrze, Abby,  jest  przystojny. Ale to nie 
znaczy, że od razu niemądry. Jego oczy mają nazbyt inteligentny wyraz, to po pierwsze, jego 
dowcip też nie jest przecież dziełem przypadku, Za bardzo mu zależy na tym, by uchodzić za 
jednego z tych bogatych, utytułowanych paniczyków z towarzystwa, gdzie pięknych twarzy 
jest na pęczki, ale intelektu ze świecą by szukać. I pomyśleć tylko, że chciałam...
Ze zgrozą przycisnęła do ust obie dłonie, jakby pragnęła na powrót wepchnąć sobie te słowa 
do   gardła.   Czy   naprawdę   to   powiedziała?   Naprawdę   wypowiedziała   na   głos   te   straszne, 
wszystko mówiące słowa, które zdawały się wisieć teraz między nimi?
-   Milordzie   -   wstała   chwiejnie,   otrzepując   ręką   spódnicę,   której   odrobina   koloru   mogła 
jedynie pomóc, nawet jeśli była to tylko plama z trawy. - Będzie pan musiał zwrócić się do 
moich   wujów,   to   nie   zależy   ode   mnie.   Mimo   to   jestem   pewna,   że   Edwardine   będzie 
uszczęśliwiona, dowiadując się, że tak wysoce pan ją sobie ceni...
Edwardine uważa, że jesteś dla niej przynajmniej o połowę za stary - dodała w duchu, z 
sercem nie tyle złamanym, co dość posiniaczonym. Nie, to nie serce ucierpiało, lecz duma. 
Cztery dni. Cztery dni i cztery noce wysiłków Brady'ego, by baron się nią zainteresował, a ten 
nawet jej nie widzi, nie dociera do niego, że ona w ogóle jest kobietą.
I co też ona sobie wyobrażała? Że sprowadził ją w taki śliczny zakątek, z dala od ludzi, żeby z 
nią porozmawiać, by ją poznać... okazać swoje zainteresowanie?
Czy do szczętu oszalała?
Kipp także się podniósł i złapał ją za rękę w chwili, gdy odwracała się, gotowa uciec między 
drzewa.
- Nie zrozumiałaś mnie, pani. Chcę się ożenić, ale to nie pani bratanicę jest moją wybranką.
Nie zdołał powściągnąć nieznacznego, krzywego uśmieszku.
- W istocie rzeczy, chociaż nieuprzejmie jest czynić podobne uwagi, zakładam, że szczerość 
pani sprzed chwili upoważnia  mnie  do tego, by zauważyć,  że śliczna bratanica pani jest 
ostatnią osobą, którą bym wybrał.
Abby znalazła się w kropce. Ulżyło jej, że baron nie żywi do niej urazy za tak niestosowny 
wybuch emocji, z drugiej jednak strony powinna go chyba zbesztać za tak zimny i pogardliwy 
stosunek do Edwardine.
Zapewne powinna także porządnie ugryźć się w język. Może dzięki temu niemądry uśmiech 
nareszcie znikłby jej z twarzy.
Bo już na pewno przydałoby się zapytać tego irytującego człowieka, czego w takim razie od 

background image

niej   chce.   Bo   przecież   nie   przypuszczał   chyba,   że   lepiej   będzie   za   jej   pośrednictwem 
przekazać tragiczne wieści Edwardine, żeby biedne romantyczne dziecko nie załamało się, 
utraciwszy jego względy? Ha! Nie dość że „biedne romantyczne dziecko" uważało go za 
starucha,   to   jeszcze   za   największego   nudziarza   pod   słońcem,   od   czasu   gdy   uprzejmie 
odmówił zabrania jej na obwoźną wystawę figur woskowych madame Tussaud.
-   A   więc   -   kontynuował   Kipp,   któremu   zdawało   się,   że   słyszy   odgłos   małych   trybików 
obracających się w głowie Abby - sądzisz pani zapewne, że przyprowadziłem cię tutaj, by 
przekonywać ją o tym, że nie miałem złych zamiarów, okazując pannie Backworth-Maldon 
tak szczególne atencje przez kilka ostatnich dni. Chociaż rozumiem, że mogłem rozbudzić 
nadzieje nie tylko w niej, lecz i w całej pani rodzinie, i za to najmocniej przepraszam.
- Dlaczego zatem tak usilnie zabiegał pan o jej względy, milordzie? - nie mogła zrozumieć 
Abby. Świetnie wiedziała, że fortele Brady'ego, by doprowadzić do spotkania we czworo, na 
nic by się nie zdały, gdyby baron ich sobie nie życzył z sobie tylko wiadomych powodów. 
Poza   tym   wolała   nie   ryzykować,   że   kiedyś   jako   siwa   jak   gołąbek   staruszka   będzie 
przesiadywać w swoim pokoiku na strychu podupadającej siedziby Backworth-Maldonów, 
łamiąc sobie głowę nad odpowiedzią na to pytanie.
- Mam powiedzieć prawdę? - spytał, pociągając ją z powrotem na chłodną trawę. Chciał 
spokojnie posiedzieć z nią i porozmawiać, a ponadto móc ją przytrzymać w wypadku, gdyby 
próbowała uciec, gdy on sam zbierze się w końcu na odwagę.
- A może niewinne kłamstewko, jeśli miałoby mniej mnie zaboleć? Mam przeczucie, że jesteś 
pan wytrawnym kłamcą - rzuciła Abby, zdarła z głowy wianek i cisnęła go do strumienia. 
Wianek popłynął z nurtem, by niemal natychmiast zatrzymać się na wystającym kamieniu.
I wtedy coś ją tknęło. Jej życie utożsamiał w tej chwili nieszczęsny wianek ze stokrotek - 
ugrzęzły w martwym punkcie, szybko więdnący, zmierzający donikąd.
Ponieważ   wbrew   temu,   co   postanowiła   zaledwie   kilka   chwil   wcześniej,   definitywnie 
postawiła krzyżyk na planie Brady'ego: przedłożyć czysto handlową propozycję małżeństwa 
mężczyźnie,   z   którego   obrazem   pod   powieką   zasypiała   nad   rankiem.   Po   prostu   nie 
znajdowała w sobie dość odwagi. Nie żeby on miał kiedykolwiek dowiedzieć się, jak mało 
brakowało, by polały się jej niemądre, babskie łzy.
Kipp obserwował Abby, usiłował rozszyfrować wyraz jej twarzy,  a z niejasnego powodu 
odnosił wrażenie, że nie ma na swoje obserwacje zbyt wiele czasu, i uzmysłowił sobie, że jest 
rozbawiony. Być może dlatego, że Abigail nawet nie drgnęła, nie mrugnęła okiem, nie dala 
po sobie niczego poznać. Przyjmowała to, co miał jej do powiedzenia, cokolwiek by to było, i 
najzwyczajniej w świecie odbijała piłeczkę.
Podrapał   się  po  uchu.  Szukał   słów,  dzięki   którym  jego  wyznanie   stałoby  się   żartobliwe, 
intencje beztroskie. Nie, niemożliwe było i pierwsze, i drugie. Zatem, choć nie było to po jego 
myśli, zdecydował się na nagą prawdę. Bez żartów, bez uśmiechów. Naga prawda, nawet jeśli 
nagrodą za jego prawdomówność i starania będzie policzek.
- Jak już wspomniałem, pani, z powodów, które zachowam dla siebie, jestem od pewnego 
czasu   poważnie   zainteresowany   ożenkiem.   Zapewne   zdaje   sobie   pani   sprawę,   że   nie 
podyktował tego kroku głos serca, a czego nie dyktował, nie może dyktować i teraz. To gwoli 
ścisłości.   Niemniej   nadal   uważam,   że   nadszedł   czas,   bym   się   ustatkował,   pomyślał   o 
następcy, tak jak to uczynił mój przyjaciel książę.
Zabrzmiało   to   strasznie   sucho  nawet   w   jego   uszach,   postanowił   więc   nadać   wypowiedzi 
cieplejszy ton i uderzył w nutę absurdu - było to pole, w którym czuł się najswobodniej.
- Zacząłem od bratanicy pani, wierząc, że wszystkie debiutantki są do siebie podobne, a po 
trzech dniach okazywania jej atencji doszedłem do wniosku, że jeśli wszystkie debiutantki są 
do   siebie   podobne,   nie   najgorzej   bym   na   tym   wyszedł,   gdybym   rozdał   swoje   ziemie, 
pieniądze   i   czmychnął   boso   na   jakiś   wysoki   azjatycki   szczyt,   by   marznąć   tam   w   samej 
bieliźnie i kontemplować bezsens życia.

background image

- Interesująco pan to ujął, milordzie - przerwała Abby. Podniosła z ziemi obły kamyk i rzuciła 
go w poprzek strumienia tuż nad samą wodą, obserwując, jak parokrotnie odbija się od tafli. - 
Ale sądzę, że wiem, co pan miał na myśli. Gdybym uwierzyła, że wszyscy mężczyźni są jak 
mój   zmarły   mąż,   Harry,   z   radością   dołączyłabym   do   pana   na   tym   szczycie,   gdzie 
śpiewałabym pieśni i zapuszczała włosy tak długo, aż mogłabym utkać z nich ciepły koc.
- Ale opium byśmy nie zażywali, tylko kapkę wina na rozgrzewkę - odparł Kipp, myśląc o 
wszystkich opowieściach, jakie w życiu przeczytał, jakie napisał jako Aramintha Zane. Abby 
bowiem niemal zacytowała jego słowa, mówiąc o tkaniu koca z własnych włosów. Dziwne. 
Nie wyglądała na miłośniczkę romantycznych powieści.
Ale też dopiero dziś zauważył jej niebrzydkie oczy i bijącą z nich inteligencję.
Popatrzył   na   nią,   jakby   widział   ją   po   raz   pierwszy.   Brzydka   suknia,   spod   której   rąbka 
wystawały praktyczne buty o nijakim fasonie. Włosy ściągnięte do tyłu tak mocno, że linia 
czoła wydawała się nieregularna. Za to skórę miała piękną: gładką, świetlistą, bez skazy, bez 
jednego choćby piega na drobnym, acz pospolitym nosie.
Podobnie   owal   twarzy,   o   wysokich,   wyraźnie   zarysowanych   kościach   policzkowych, 
podbródek świadczący o zdecydowaniu i braku egzaltacji. Proste białe zęby, którym nawet 
Brady   niczego   by   nie   zarzucił.   Nie   za   duże,   równe.   Być   może   przyjemny,   jeśli   nie   - 
zapierający dech w piersi widok pod tą bezkształtną suknią?
Boże, teraz to on żąda, ma nadzieję na więcej, niż mu do szczęścia potrzebne. Szukał żony, 
nie kochanki. Zimne to, wiedział, ale prawdziwe.
-   Tak,   hm...   -   mruknął   Kipp,   nakazując   sobie   powrót   do   sprawy   najistotniejszej:   do 
propozycji, jaką miał zaraz złożyć kobiecie, za której największy atut uważał umiejętność 
kierowania własnym życiem bez jego pomocy.
- Tak, hm? - powtórzyła złośliwym tonem i podniosła następny kamyk. Pocierała go między 
palcem wskazującym a kciukiem. - Mówił pan, że interesuje go ożenek i że moja bratanica 
odpadła   w   przedbiegach.   Nie   mylę   się?   Czemu   więc   przyprowadził   mnie   pan   tutaj? 
Zakładam,  że   chce  mnie  pan  prosić,   abym  delikatnie  rozwiała  nadzieje  Edwardine,   musi 
bowiem   nie   posiadać   się   ze   szczęścia   na   myśl   o   zostaniu   pańską   żoną.   Cóż,   proszę   się 
niepotrzebnie nie zamartwiać, milordzie, wszystkim się zajmę.
Rzuciła kamykiem w stronę strumienia; nie tyle zręcznie, co ze złością.
-   Poza   tym   -   znowu   nie   zdążyła   ugryźć   się   w   język   -   jeśli   wolno   mi   zrewanżować   się 
szczerością za szczerość, to najprawdopodobniej spadnie jej kamień z serca. Uważa, że jest 
pan dla niej o wiele zbyt sędziwy.
- Sędziwy, powiada pani? - roześmiał się Kipp. - Jestem zdruzgotany, pani, dosłownie zbity z 
nóg, powalony na kolana. Myśli pani, że niebawem dokonam smętnego żywota, uschnę? To 
może już lepiej podrepczę teraz do domu, wspierając się ciężko na lasce, by później mleć 
kleik bezzębnymi dziąsłami, niecierpliwie czekając, aż o ósmej zapakują mnie do łóżka.
- Pan się poczuł urażony - szczerze zdumiała  się Abby.  Zwróciła się przodem do niego, 
przyglądając się z uwagą. - Mam rację, prawda? Bo zauważyłam to, milordzie. Zauważyłam, 
że   zachowuje   się   pan   najbardziej   beztrosko   w   chwilach,   gdy   czuje   się   pan   szczególnie 
odsłonięty. Ja na przykład się robię dość paskudna, kiedy czuję się zagrożona. Może pański 
sposób jest lepszy?
Kipp przechylił głowę, zmrużył oczy tak, jak czynił to jego starty korepetytor, gdy usłyszał z 
ust ucznia coś nagannego.
- Czyżbym stał się zupełnie przezroczysty, łaskawa pani, że twierdzisz, jakobyś tak łatwo 
umiała mnie przejrzeć?
- A teraz chce mnie pan przestraszyć - odparła całkiem już odprężona - żebym przeprosiła za 
słowo prawdy. Chociaż mówię to z wielkim bólem, milordzie, na nic się to panu nie zda. Nie 
robi to na mnie najmniejszego wrażenia.
Prawdę mówiąc,  niewiele brakowało do tego, by zaczęła trząść się jak osika, przerażona 

background image

swoim prowokacyjnym zachowaniem. Coś jednak podpowiadało jej, że jaśnie wielmożny pan 
baron wolałby, żeby dalej wytaczała swe najcięższe działa, że z niezrozumiałych powodów 
chciał, by w ten właśnie sposób się zachowywała.
I rzeczywiście, grymas na twarzy Kippa przerodził się w kolejny szeroki uśmiech.
- Punkt dla pani, pani Backworth-Maldon. Punkt dla pani.
Dziwne,   nieprawdaż,   dumała   Abby,   całą   swoją   uwagę   kierując   na   wypatrywanie 
odpowiedniego kamyka. Była już na „ty" z hrabią Singleton. Jeszcze mniej czasu zajęło jej 
przejście   na   „ty"   z   tak   ważną   figurą,   jaką   była   księżna   Selbourne.   Lecz,   nie   wiedzieć 
dlaczego,  nieszczególnie  się jej spieszyło  do tego,  by zaproponować baronowi, z którym 
siedzieli sobie na zielonej trawce jak para przyjaciół z dzieciństwa, aby rozważył przejście do 
tak poufałych, swobodnych kontaktów.
To ją powinno zapewne przekonać - gdyby już się o tym nie przekonała - że ostatnim, co 
powinno chodzić jej po głowie, była myśl, żeby usiąść sobie obok tego mężczyzny, wyłożyć 
karty na stół i powiedzieć mu, że pozbawione miłości małżeństwo między nimi dwojgiem 
byłoby nie tylko wygodne, ale i wysoce logiczne. - ... to gwoli wyjaśnienia, pani Backworth-
Maldon,   i   proszę   mnie   dobrze   zrozumieć.   Byłoby   to   wyjątkowo   rozsądne,   cywilizowane 
małżeństwo,   wynikające   ze   wspólnoty   potrzeb,   wygody   i   oczekiwań   obu   stron,   między 
innymi   konieczności   powołania   kiedyś   na   ten   świat   mojego   następcy.   Byłbym   zatem 
zaszczycony,   gdyby   zgodziła   się   pani   zostać   moją   żoną.   -   Kamyk   wypadł   Abby   z 
bezwładnych palców. Powoli obróciła głowę, spojrzała na barona, powtórzyła w myślach jego 
słowa. Kilka puściła mimo uszu, ale i tak wydawało się jej, że słyszała dość, by rozumieć, co 
mówił, co proponował.
- Pani Backworth-Maldon? - ponaglił Kipp. Widział jej pobladłe policzki i zastanawiał się, 
czy aby nie na wyrost ocenił charakter tej kobiety. Zachodziła poważna obawa, że skończy się 
to histerią i omdleniem. - Słyszała mnie pani?
- Tak - odparła Abby przez ściśnięte gardło, po czym chrząknęła i powtórzyła na tyle głośno, 
by zagłuszyć nagły szum w uszach i usłyszeć własny głos: - Tak, tak. Słyszałam pana. Ale 
czy w tych okolicznościach, milordzie, nie powinien pan zwracać się do mnie po imieniu?

background image

9

Dziwne.  Świat   nie  zadrżał   w  posadach.   Oświadczył  się  kobiecie,   której   prawie  nie   znał, 
kobiecie, która prawie nie znała jego - a ona ogranicza się do propozycji, by zwracał się do 
niej mniej oficjalnie?
Kipp   patrzył   na   Abigail   Backworth-Maldon   przez   ładnych   parę   chwil,   usiłując   -   bez 
powodzenia - w ogóle ją zrozumieć. Nie dostała ataku histerii. Nie padła zemdlona u jego 
stóp. Nie spoliczkowała go, nie rozpłakała się, nie spytała go nawet, czy oszalał.
Właściwie to nijak nie zareagowała.
Fakt, wybrał ją głównie dlatego, że nie uważał jej za histeryczkę. Przeciwnie, za kobietę 
obdarzoną zdrowym rozsądkiem, chłodną, powściągliwą w obejściu. Niezależną, niezaborczą 
kobietę. Ale spodziewał się, że jego oświadczyny wywrą na niej jakieś wrażenie.
Cóż, no to się przeliczył.
- A ja będę mówić ci Kipp, tak jak robi to hrabia, dobrze? Czy nie uważasz, że tak będzie 
najlepiej?
Jej uprzejmy, rzeczowy ton niepokojąco przypominał głos jego matki, gdy wzywała go do 
siebie   na   rozmowę,   by  zakomunikować,   że   drogi   syn   z   pewnością   będzie   w   przyszłości 
zachowywał się lepiej, musi tylko przestać tak  brzydko podpierać się łokciami o stół czy 
wdrapywać się na drzewa. Bez krzyku, dama w każdym calu. Troskliwa i kochająca, owszem, 
ale jej obecność nieodmiennie sprawiała, że czuł się tak mały i nikczemny, iż bał się, że lada 
chwila skurczy się tak bardzo, że najzwyczajniej zniknie.
Dopiero wówczas w mózgu Kippa zapaliło się czerwone światełko. Gdzieś w zakamarkach 
umysłu zalęgła się niepokojąca myśl, czy aby nie wziął kęsa tak dużego, że się nim udławi. 
Widać nie docenił tej szarej myszki o oczach pełnych tajemnic. Była silną kobietą, kobietą, 
która nie toleruje głupoty. Ich dzieci wyrosną na ludzi dzielnych i porządnych, kochających 
matkę, lecz zawsze czujących przed nią respekt.
Boże, po tyloma względami była doskonała.
Jeżeli pewnego pięknego dnia nie postanowi objąć swoimi rządami także i jego, należałoby 
dodać. Zmarszczył brwi i ponownie zastanowił się nad swoim planem.
Nie ufał swojemu głosowi, ograniczył się zatem do rozłożenia rąk i pokiwania głową na znak, 
że zgadza się z tym, co właśnie powiedziała, cokolwiek to było. A tak, proponowała, by 
mówił jej po imieniu. Jakaż ona łaskawa.
- To dobrze - oznajmiła. Wstała, otrzepała spódnicę i zaczęła krążyć w tę i z powrotem. - A 
zatem, mi... Kippie, jeśli dobrze słyszałam, właśnie zaproponowałeś mi coś, co można by 
nazwać małżeństwem z rozsądku? Czy tak?
Kipp nie ruszył się z miejsca. Obserwował.
- Chyba zaczynam żałować pewnych moich sformułowań, ale tak, dokładnie to proponuję. 
Choć   nie   dostałem   odpowiedzi,   ośmielę   się   zauważyć.   Jeśli   mam   twoje   pozwolenie,   by 
kontynuować?
Abby była zdumiona, że nogi nie odmówiły jej posłuszeństwa, że nadal niosły ją wolnym, 
miarowym krokiem, nie ugięły się kolanach ani też nie poniosły jej biegiem między drzewa.
- A to nie wszystko? - spytała. Zatrzymała się, obróciła na pięcie i spojrzała na niego. - 
Sądziłam, że jasno postawiłeś sprawę. Może i mieszkałam na prowincji, ale w pełni zdaję 
sobie sprawę z tego, na czym zasadza się małżeństwo z rozsądku. W arystokracji ciągle się 
takie zawiera, dla prestiżu, pieniędzy czy z innych względów.
- Okropna z nas zgraja, z nas arystokratów - zgodził się Kipp, pocierając kark. - Interesowna, 
z upodobaniem dusząca się we własnym sosie, egoistyczna. Niemniej ten system sprawdza się 
od   wieków,   chociaż,   jakby   się   nad   tym   lepiej   zastanowić,   Prinny

4

  zapewne   nie 

rekomendowałby tej praktyki nazbyt usilnie.

4 Prinny - przezwisko używane za plecami księcia regenta z racji jego niskiego wzrostu.

background image

- Wielce to zachęcające. W takim razie pozwól, że podzielę się z tobą poglądami na temat 
małżeństwa   z   rozsądku,   twoich   powodów,   by   je   proponować,   i   moich,   by   je   rozważyć. 
Przekonajmy się, czy dojdziemy do wspólnych wniosków.
- Nadstawiam ucha, Abby, żeby nie stracić ani jednego słowa - odparł, zaczynał bowiem 
żałować, że nie ma pod ręką kartki i ołówka, tak jak ona żartem wspomniała o tym przed 
chwilą, żeby nie uronić ani joty z jej pompatycznej, bezczelnej tyrady. Bądź co bądź pewnego 
dnia zdoła może dopatrzyć się w jej wywodach jakiegoś humoru.
- Teraz to ty sobie dworujesz. Chcesz znaleźć sobie żonę, żeby dała ci następcę, to chyba 
najbardziej rozpowszechniona motywacja. Kobietę, która będzie umiała zająć się sama sobą, 
żebyś   mógł   dalej   żyć,   jak   ci   się   żywnie   podoba.   Rozsądnego  małżeństwa.   Wszystko   to 
dlatego, że przyjrzałeś się Edwardine i doszedłeś do wniosku, że ani ona, ani inne w jej wieku 
i jej pokroju nie są ku temu odpowiednie, po czym twój wzrok padł na mnie i pomyślałeś 
sobie: o raju, ta będzie jak znalazł. Raczej samowystarczalna jak na przedstawicielkę słabej 
płci. Z wyglądu na tyle pospolita, żeby wtopić się w tło, dość młoda, by mieć dzieci, i dość 
biedna, aby myśleć, że nawet małżeństwo z rozsądku to więcej, niż mogłoby się jej zamarzyć 
w najśmielszych marzeniach. A na dodatek kobieta, która przenigdy ci nie odmówi, byle 
tylko znaleźć się jak najdalej od swojej nad operatywnej rodzinki. Póki co trafiłam? A może 
coś przeoczyłam? Co tu można jeszcze dodać?
Kipp   wstał   i   wyciągnął   ręce,   jakby   chciał   zahamować   lawinę   domysłów   Abby...   i 
oczywistych prawd, których nie wahała się wypowiedzieć tak mężnie, że zaczynał się czuć 
jak ostatni łotr. Szubrawiec. Wręcz oportunista. Na pewno człowiek bez serca, bez uczuć. Jak 
w lustrze ukazała mu jego własne plany i to, co zobaczył, nie przypadło mu do gustu. Nic 
dziwnego, że przez  moment  przypominała  mu matkę.  Matka byłaby zbulwersowana jego 
bezdusznością, egoizmem. Nikczemnymi pobudkami.
- Wybacz mi, pani... Abby. Proszę. Cofam moją propozycję i błagam o wybaczenie.
- O nie - rzuciła Abby, idąc w jego stronę i modląc się, by w jej głosie brzmiała rozwaga, a 
nie desperacja. - Nie, nie i nie. Złożyłeś mi, panie, propozycję i teraz ode mnie tylko zależy, 
czy ją przyjmę, czy też odrzucę. A ja ją przyjmuję.
- Przy... przyjmujesz? - Kipp chciał się uśmiechnąć, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili. 
Zmrużył oczy i spojrzał na nią badawczo. Jak to się stało, że zaabsorbowanie własną osobą, 
poczucie, że oświadczając się, czyni jej niebywale wręcz wielką łaskę, przerodziło się w ulgę, 
gdy przyjęła jego oświadczyny?  - Do diaska, kobieto, dlaczego niby miałabyś  chcieć tak 
postąpić?
-   Dlaczego   miałabym   chcieć?   -   Abby   wsparła   się   rękami   o   biodra,   przechyliła   głowę   i 
odwzajemniła jego spojrzenie. - Wiesz chyba, że jesteś baronem, prawda?
Słuchając   jej   szczerej   odpowiedzi   poczuł   się   tak,   jakby   ktoś   wraził   mu   drzazgę   pod 
paznokieć. Roześmiał się ostentacyjnie.
- Cóż, zatem nici z moich nadziei, że zakochałaś się we mnie na zabój przez tych kilka dni, 
tak?
- A chciałbyś, żebym była zakochana?
-   Boże   broń!   To   ostatnie,   czego   chcę.   Zresztą   co   to   byłoby   za   małżeństwo   z   rozsądku, 
przyznasz sama, gdyby pojawił się w nim równie kłopotliwy element jak miłość.
Abby skubała końce wstążeczek, którymi na wysokości piersi obszyty był stan jej sukni.
- Nie sądzę, żebyśmy musieli się o to martwić, mi... mój Kippie. Bądź co bądź nie szukasz w 
małżeństwie miłości, to najzupełniej jasne. Wyobrażam sobie, że doznałeś rozczarowania w 
sprawach sercowych i teraz patrzysz na nie przez pryzmat własnego rozgoryczenia. Co brzmi 
wielce romantycznie, lecz musiało zapewne być wówczas ogromnie bolesne. Co do mnie, to 
także   zdążyłam   wyciągnąć   nauczkę,   smutną   zresztą,   że   miłość   dalece   różni   się   od   tych 
bezmyślnych,  rzewnych  bzdur, za które uważają ją ci, co o niej piszą. Jeśli będzie ci to 
pocieszeniem, mogę przynajmniej powiedzieć, że miłość nieodwzajemniona nie rozkwita, nie 

background image

jest w stanie przetrwać.
- Twój zmarły mąż - domyślił się Kipp i z dezaprobatą pokiwał głową. Wstydził się za cały 
ród męski, a jednocześnie kulił się wewnętrznie na myśl o swojej nieodwzajemnionej miłości 
do Merry. Nie powinno go dziwić praktyczne, pragmatyczne rozumowanie Abby. Przecież 
odzwierciedlało jego własne poglądy. Zaskoczył go jedynie fakt, że tak szybko go przejrzała, 
odgadła, dlaczego w ogóle zdecydował się na małżeństwo bez miłości, choć nie zamierzał 
naturalnie się przyznawać, ile prawdy tkwiło w jej domysłach.
- Tak. Harry - przyznała Abby i spuściła wzrok. Skręcała wstążki, których końce zaczynały 
się strzępić, i obserwowała własne palce, skubiące siepiące się nitki. - Otóż to. Kto się raz 
sparzył, ten na zimne dmucha, czyż nie tak się mówi?
Z trudem zostawiła wstążki w spokoju i spojrzała w twarz Kippa. Całe dni, całe dni i noce 
zastanawiała się, jak zwrócić się do tego człowieka, zaoferować samą siebie w obopólnie 
korzystnej transakcji. Co prawda nie wiedział o tym, wystarczało jednak, że ona wiedziała i 
że zdążyła dojść do paru wniosków przez tych kilka dni, a może raczej podczas ciągnących 
się w nieskończoność bezsennych nocy. Patrząc mu prosto w oczy, zrobiła głęboki wdech.
- Teraz, kiedy odrobinę lepiej rozumiemy się nawzajem, czy mogę zaproponować kilka - nie 
zastrzeżeń   czy   zasad,   oczywiście   -   ale   kilka   spraw   do   omówienia?   Jeśli   zamierzamy 
urzeczywistnić nasz plan, rzecz jasna.
- Nie wiem, Abby - odparł swobodnie Kipp, rozbawiony świadomością, że sytuacja nadal 
wydaje mu się, z grubsza biorąc, zabawna. - Jakich to spraw?
Znowu nabrała powietrza do płuc i wypuściła je powoli.
- Wolałabym,  milordzie, żebyś  nie miał kochanek. Przynajmniej nie tak, żeby ktokolwiek 
zauważył.
- Przez wzgląd na Harry'ego.
-   Przez   wzgląd   na   mnie,   sir.   Wystarczająco   wielu   ludzi   rozpuści   języki,   gubiąc   się   w 
domysłach, dlaczego, u nieba, wybrałeś mnie ponad Edwardine, ponad wszystkie kobiety w 
Londynie. Miałabym wziąć z tobą ślub, a potem przyglądać się, jak afiszujesz się na mieście z 
inną? Nie, nie zniosłabym tego. Naprawdę bym tego nie zniosła. Nie mam zbyt wiele dumy, 
ale trochę mi jej pozostało.
- Rozumiem twój punkt widzenia - odrzekł Kipp szczerze. - Zgoda. Żadnego afiszowania się 
z kochankami, jeśli kiedyś postanowię wziąć sobie jakąś. Chociaż - zastrzegł się natychmiast 
- nie oznacza to, że masz podstawy, by oczekiwać, że będę ci się spowiadał, ilekroć przyjdzie 
mi ochota wyjść z domu, podkreślam to, bo chcę być pewny, że dotrzymuję swojej części 
umowy. Oboje zachowujemy niezależność, Abby. To jeden z ważniejszych punktów, które 
proponuję wraz z małżeństwem. 
- Zgoda. - Z poczuciem, że postawiła pod znakiem zapytania jego, jak była pewna, wrodzone 
dobre maniery, pospiesznie wyłożyła kawę na ławę, zaczynała się bowiem j obawiać, że zaraz 
straci tupet: - A więc małżeństwo nasze byłoby związkiem z rozsądku, owszem, niemniej 
umowa obejmuje dzieci, skoro będziesz potrzebował następcy. Wspomniałeś już o tym, a ja 
na to przystaję. Sądziłam już, że macierzyństwo nie będzie mi dane, i cieszę się na myśl, że 
będę   trzymać   w   ramionach   własne   dziecko.   Dlatego   też,   w   rewanżu   za   twoją   obietnicę 
nieobnoszenia   się   z   kochankami,   chciałabym   wspomnieć   o   kilku   rzeczach,   jakie   mogę 
zaoferować ci w podzięce za twoje... hm... poświęcenie.
- Aa, targujemy się? Tak szybko? I jak to jest, że my, mężczyźni, nie przestajemy się dziwić 
zmyślności kobiet?
- Puszczę ten komentarz mimo uszu, bo odpowiedź jest aż nazbyt oczywista - powiedziała z 
naciskiem Abby, uśmiechając się szeroko, by ukryć  podenerwowanie. Mało brakowało, a 
sama by się zdradziła się przez tę wzmiankę o nieodwzajemnionym  uczuciu, jakim Kipp 
darzył niegdyś inną kobietę. Gdyby się zorientował, ile zdążyła się o nim dowiedzieć, jaką 
rolę odegrał w sprawie Brady, równie dobrze mogłaby od razu naciągnąć na uszy babciny 

background image

czepek,   wrócić   na   wieś   i   zacząć   się   zastanawiać   nad   założeniem   hodowli   kotów...   i 
żywieniem się nimi, jeśli ukochana rodzinka nie wymyśli jakiegoś sposobu na napełnienie 
pustych kieszeni.
Własny dom. Dzieci. Zabezpieczenie. Wolność. Tak wiele powodów, by poślubić barona. I 
tak ogromny wstrząs, że sam dostrzegał w tym małżeństwie pewne korzyści dla siebie...
Zamrugała rzęsami, czy raczej mrugnęła, i wbiła w Kippa rzeczowe spojrzenie, zdecydowana 
na całkowitą szczerość.
- Wracając do tematu. Po pierwsze, nie jestem dziewicą, a to może być tylko zaletą, wiem 
bowiem, czego spodziewać się po małżeństwie, po małżeńskim łożu. Nie ucieknę przed tobą 
z   krzykiem   ani   nie   wmówię   sobie,   że   musisz   być   we   mnie   zakochany,   żeby   czerpać 
przyjemność z obcowania ze mną. Rozumiem to, że mężczyźni mają... potrzeby. Ja mam je 
także, nie tylko z chęci posiadania własnych dzieci. Poza tym nie masz łba jak sagan ani 
jesteś   taki   znowu   szpetny,   rozumiesz   chyba.   Nie   byłoby   dla   mnie   szczególnie   wielkim 
poświęceniem pozwolić, żebyś... hm... kochał się ze mną.
- Abby, zaczynam sądzić, że nie jestem dla ciebie wystarczająco dobry - przerwał Kipp i 
ująwszy ją pod rękę, poprowadził w powrotnym kierunku.
-   Żartujesz   sobie,   bo   wprawiłam   cię   w   zakłopotanie,   prawda?   Bardzo   mi   przykro,   ale 
naprawdę uważam, że powinniśmy o tym porozmawiać teraz. Otwarcie. Szczerze. Podjąć 
rękawicę, jak to ktoś nazwał. No trudno, narobię sobie wstydu i ten jeden jedyny raz będę 
okropnie bezpośrednia. Widzisz, jako była mężatka mogę ci powiedzieć, że szczerze lubię... 
sam akt. Harry był w tym całkiem niezły, a przynajmniej wydawało się, iż kilka tuzinów 
innych kobiet jest zadowolonych z jego występów pozamałżeńskich.
- Mogę jedynie żywić nadzieję, że sprostam twoim oczekiwaniom - odparł przeciągle Kipp, 
unosząc gałąź, by mogła przejść. Równocześnie zastanawiał się, ile miał lat wówczas, kiedy 
ostatnio poczuł, że się czerwieni. Dawno temu, tego był pewien.
Puścił jej rękę, czekając, aż przejdzie przodem, a sam niemalże deptał jej po piętach, żeby 
skłonić   ją  do   przyśpieszenia   kroku.  Chciał   jak   najszybciej   znaleźć   się   przy   stoliku,  miał 
bowiem cichą nadzieję, że Brady zamówił ze dwie butelki wina. Bądź co bądź zniósł tyle 
szczerości, ile musi znieść mężczyzna, by czuć się w pełni usprawiedliwionym, sięgając po 
łyk czegoś mocniejszego.
- Nie martwię się zbytnio o twoje niebywałe zapewne umiejętności do amorów, milordzie - 
kontynuowała   Abby.   Przyłapała   się   na   tym,   że   z   niejasnych   powodów   nie   jest   w   stanie 
wymówić jego imienia czy tytułować go „sirem". W odniesieniu do niego taka poufałość 
zdawała   się   jej   czymś   nazbyt   intymnym,   nawet   jeśli   nie   czuła   się   znowu   tak   bardzo 
skrępowana, prowadząc poufałą konwersację z Bradym. Jakie to dziwne, wręcz niesamowite. 
I zdecydowanie idiotyczne, biorąc pod uwagę fakt, jak intymny był temat ich rozmowy czy 
też raczej przedmiot jej monologu.
Jednakże, ponieważ czuła się jak we śnie od chwili, gdy się oświadczył, może nie powinna 
walczyć z tym wrażeniem? W snach zawsze była bardziej śmiała. Poza tym najgorsze miała 
już za sobą i mogła teraz skoncentrować się na bardziej przyziemnych, za to mniej żenujących 
sprawach.
Kipp przyglądał się idącej przed nim Abby. Wciąż jeszcze nie mógł nadziwić się temu, co 
przed chwilą zrobił, wszystkiemu, co powiedziała ona, wszystkim sprawom, które skłoniły go 
do tego posunięcia. Szła zdecydowanym krokiem, głos miała spokojny i wiedział, że sam jest 
w równym stopniu wytrącony z równowagi, co ona, jak się wydawało, chłodna i opanowana.
Dotarli prawie na skraj ścieżki, gdy Abby zatrzymała się w miejscu dość szerokim, by mogli 
stanąć obok siebie.
- Nie pojmuję, dlaczego pozwoliłam, żebyś z powrotem mnie tu zagnał, skoro mamy jeszcze 
tyle do omówienia. A może byłam zbyt bezpośrednia? Wycofujesz się ze swojej propozycji?
- Ja? - Kipp obie dłonie przycisnął do piersi, szeroko rozkładając palce. - Wycofuję się? Cóż 

background image

za myśl?! Teraz to chyba najzwyczajniej bałbym się wykręcać sianem. Spotykałem się w 
większymi napadami histerii wśród roślin doniczkowych, a to każe mi wierzyć, że jakimś 
cudem odnalazłem jedyną w całej Anglii rozsądną, zrównoważoną kobietę, która odpowiada 
moim planom. Wątpię, czy w takiej chwili byłbym zdolny odmówić ci czegokolwiek.
- A to cudownie, milordzie. Czy wspomniałam o pieniądzach? - spytała Abby. Kąciki ust 
łaskotały ją od z trudem powstrzymywanego uśmiechu. O rajusiu, ależ miała ubaw teraz, gdy 
skończyło najgorsze! Zupełnie jak dziecko przez dwadzieścia trzy lata trzymane pod kluczem 
w   szkolnej   sali,   któremu   pozwolono   w   końcu   w   końcu   wyjść   na   dwór   się   pobawić.   - 
Naprawdę powinniśmy o tym pomówić, nie sądzisz?
- O pieniądzach - powtórzył głucho Kipp. - Z sypialni do skarbca szybciej niż w mgnieniu 
oka. Pani, nie życzysz sobie chyba, żebym ciebie uważał za swoją kochankę?
Abby podniosła na niego wzrok, wstrząśnięta, po czym uśmiechnęła się szeroko.
-   Ojej.   Nie   pomyślałam   o   tym.   Rzeczywiście   byłabym   kimś   w   guście   twojej   kochanki, 
prawda? To tak przyjemnie trąci zepsuciem. - Uśmieszek stał się zdecydowanie wyraźniejszy. 
- No i pięknie, zatem porozmawiajmy teraz o warunkach, dobrze?
- Koniecznie. - Kipp stał z rozłożonymi szeroko rękami. - Mam zacząć?
- Koniecznie - zawtórowała Abby, niemalże tańcząc. Żyła. Jak nigdy czuła, że żyje!
- Przyznam ci pensyjkę. Wielce hojną pensyjkę. Chociaż ty - dodał, puszczając oko - możesz 
myśleć o tym jako o wynagrodzeniu za usługę, jeśli tak wolisz, odnoszę bowiem wrażenie, że 
bawi cię odgrywanie roli osoby nieco występnej.
- To aż tak widoczne, milordzie? Powinnam się wstydzić. Lecz pomimo tego, że zamierzam 
cieszyć się przyznaną pensją - nie masz pojęcia, jak nudne może być życie, gdy się jej nie ma 
-   będę   potrzebowała   również   innych   funduszy.   Sumka   dla   moich   wujów   -   to   znaczy 
szwagrów - żeby zarówno oni, jak i matka Edwardine nie musieli obawiać się, że przyjdzie im 
żyć w skrajnej nędzy. Posag dla Edwardine wynika zupełnie naturalnie, do tego może jakieś 
małe przyjęcie na jej cześć lub coś w tym duchu, żeby mogła wybrać sobie odpowiedniego 
męża. Pensja dla Ignatiusa, ale niewielka, bo ten chłopak pakuje się w dość kłopotów tak, jak 
jest.
- To wszystko? Na tym koniec?
Abby przygryzła wargę, przebiegając w myślach listę warunków, które przyszły jej do głowy 
podczas długich nocnych godzin, podczas których chciała się jakoś przekonać, że istniały 
rzeczy, na których baron mógłby wyjść gorzej niż na ślubie z nią.
-   Cóż,   gdybyśmy   tak   mogli   zatrudnić   opiekuna   lub   kogoś   takiego   dla   wujów?   Widzisz, 
milordzie, skoro mam zajmować się twoim domem, być gospodynią i wszystko mieć na oku, 
naprawdę zabraknie mi czasu na zamartwianie się o rodzinę. Są zupełnie niezaradni, sam 
rozumiesz. Więc pomagając im, w gruncie rzeczy pomagasz sobie. - Zerknęła mu w twarz i 
zmarszczyła czoło. - Nadążasz chyba za moim rozumowaniem, prawda?
- Tak mi się zdaje, Abby. Chcesz, żeby rodzinka przestała ci się plątać pod nogami. Nie winię 
cię za to.
Poczuła,   jak   fala   gorąca   oblewa   jej   policzki.   Zarumieniła   się   po   raz   pierwszy,   od   kiedy 
rozpoczęli tę dziwaczną rozmowę.
-   Kocham   ich   gorąco,   milordzie,   proszę   mi   wierzyć.   –   Wzruszyła   ramionami   i   z 
westchnieniem zamknęła oczy. -Ale, och, jakże marzę o tym, by rozpiąć skrzydła, cieszyć się 
życiem. - Otworzyła oczy i znowu spojrzała na niego. -Czy to takie egoistyczne pragnienie?
- Nie bardziej niż moja chęć znalezienia żony, założenia rodziny, w nic się nie wikłając, 
przypuszczam - odparł szczerze.
Abby omiotła  wzrokiem łąkę,  setki  dam i  dżentelmenów, zajętych  ploteczkami,  flirtem  i 
opychaniem   się   w   najlepsze.   Ich   świetne   suknie,   eleganckie   surduty,   poczucie   własnej 
wartości, pewność siebie.
Może stać się jedną z nich. Stanie się jedną z nich.

background image

Musi tylko poślubić tego człowieka i nie zakochać się w nim.
Uda się jej to. Na pewno się uda.
Weszła na świeżo skoszoną trawę i wsunęła dłoń pod ramię Kippa.
- Dobrana z nas para, milordzie, nieprawdaż? Wydaje się wręcz logiczne, że trafiliśmy na 
siebie. Myślę, że zostaniemy bardzo dobrymi przyjaciółmi - powiedziała, widząc Edwardine i 
Brady'ego, którzy machaniem usiłowali zwrócić na siebie ich uwagę.
Edwardine   wesolutko   kiwała   smukłą   dłonią   w   przybliżonym   kierunku,   z   którego   się 
spodziewała   ich  nadejścia,   bez  wątpienia   nawet  ich  nie  widząc.  Brady  wymachiwał  ręką 
uniesioną wysoko ponad głowę w sposób, w jaki czyni to rozbitek, widząc na horyzoncie 
statek.
- Teraz jednak - dodała, z trudem ukrywając wesołość -jak mi się zdaje, wielmożny pan 
hrabia życzyłby  sobie, byśmy ponownie do niego dołączyli,  jako że wystarczająco długo 
zabawiał naszą Edwardine.
- A jak się w ogóle do tego zabrać, Abby, do zabawiania twojej małoletniej bratanicy? - spytał 
Kipp. - Trudno mi uwierzyć, by Brady przyszedł tu dziś z kieszeniami pełnymi nakręcanych 
bąków i pudełkiem, z którego na sprężynie wyskakuje diabełek, pod pachą.
-   Biedna   Edwardine   -   westchnęła   Abby,   czując   desperację   Brady'ego.   -   Powinnam   była 
wiedzieć, że szesnaście lat to za mało na udany debiut. Ale na swoją obronę dodam, że nie 
stać nas było na to, by zaczekać jeszcze jeden rok. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo cię 
zniechęci do wszystkich kobiet z wyjątkiem szarych myszek, które nie mają pstro w głowie, 
za to niezależność mają  we krwi. Co powiemy panu hrabiemu,  by wyjaśnić  naszą długą 
nieobecność?
Kipp   zatrzymał   się,   Abby   siłą   rzeczy   poszła   w   jego   ślady,   on   zaś   poddał   niebywale 
drobiazgowym oględzinom podeszwę swojego buta.
- Wdepnąłeś w coś? - spytała z nagłym zainteresowaniem.
- Jeszcze nie, droga pani - odparł w chwili, gdy spojrzała w dół i zobaczyła, że spód jego buta 
jest czysty. - Udaję tylko, żeby zyskać dla nas chwilę i żebym mógł wdepnąć w coś zupełnie 
innego, czy też raczej o coś innego zahaczyć. Tym czymś, Abby, jest pewien warunek, o 
którym   wcześniej   nie   pomyślałem.   Będę   chciał,   żebyśmy   uchodzili   przed   światem   za 
zakochaną  parę, jeśli czujesz się na silach, by temu podołać. To bardzo ułatwi sprawę z 
Bradym, jeśli mnie rozumiesz.
Abby przeniosła  wzrok z Kippa na Brady'ego,  jedynego poza nimi  dwojgiem człowieka, 
który,   jak   wiedziała,   będzie   świetnie   rozumiał,   jakie   pobudki   kierują   „zakochanymi". 
Dlaczego Kipp chciał, by nawet jego bliski przyjaciel myślał  co innego, skoro wcześniej 
właściwie to sam mu zlecił znalezienie dla siebie wygodnej żony? Cóż to zresztą miało za 
znaczenie?
A potem, poniewczasie, jakaś zapadka zaskoczyła jej w mózgu i wszystko stało się dla niej 
najzupełniej jasne. Kippa wcale nie obchodziło, co pomyśli Brady, co uzna ktokolwiek z 
towarzystwa.   Troszczył   się   o   jedną   jedyną   osobę.   O   Merry.   Kobietę   zaślubioną   jego 
najlepszemu przyjacielowi z dzieciństwa.
Abby miała być nie tylko „wygodną" żoną, instrumentem, dzięki któremu baron Willoughby 
zyska pożądanego dziedzica. Miała być wybiegiem, tarczą, parawanem dla uczuć Kippa i 
gwarantką spokoju Merry.
Jak, u nieba, mogła o tym zapomnieć? I dlaczego świadomość ta sprawiała jej ból? Czemu na 
tę myśl w piersi odzywało się ledwie odczuwalne ukłucie żalu?
-   Tak...   tak   zapewne   byłoby   najlepiej,   milordzie   -   odezwała   się   w   końcu,   zdecydowana 
spełnić jego prośbę.
- To dobrze. - Kipp nareszcie mógł się odprężyć. Wiedział, że najgorsze już minęło.
Przyszedł właściwy moment, by trochę się zabawić kosztem Abby. Na powrót umieścił jej 
dłoń na swoim przedramieniu i podprowadził ją bliżej.

background image

- Och, byłbym zapomniał. Dyspensę uzyskam jeszcze dziś. Już wcześniej zorientowałem się, 
co i jak, i będziemy mogli się pobrać z końcem tygodnia. Ściśle biorąc, w piątek.
Abby zamarła i szarpnięciem za rękaw zmusiła go, by się zatrzymał.
- Z końcem tygodnia? Z końcem tego tygodnia? Za pięć dni od dziś? Nie mówisz chyba 
poważnie? Niemożliwe, żebyś mówił poważnie!
- Unikam tego jak ognia, Abby, mówiono mi bowiem, że mój brak powagi jest wyjątkowo 
rozbrajający.   Jednakże   stwierdzam   z   przykrością,   że   teraz   mówię   śmiertelnie   serio. 
Zaplanowałem już dość duże przyjęcie... och, no dobrze, bal... przy Grosvenor Square w 
piątkowy wieczór. Jak co roku i takie tam, wszyscy nie mogą się doczekać. Pomyślałem sobie 
więc, dlaczego nie mielibyśmy pobrać się po południu i ogłosić to później na balu? Cóż 
prostszego?
Abby czuła się tak, jakby wewnątrz niej eksplodowała nagła, wszechogarniająca panika.
- Co prostszego? Twój mózg, jeśli rzeczywiście wierzysz, że mogę przygotować się do ślubu 
w ciągu pięciu dni. Oto co może być prostsze - niemal wypluła te słowa.
Nie czekała na odpowiedź. Cały jej takt, wszystko, co bodaj mgliście przypominało kobiecą 
delikatność, poszło z dymem, gdy mówiła, a raczej zastanawiała się na głos:
- Nie mam sukni, nie mam butów. A moje koszule nocne? Dobry Boże, jakże mogłabym 
przyjść do niego w jednej z tych koszmarnych... nieważne - urwała nagle i zacisnęła usta, 
uprzytomniając sobie, co właśnie powiedziała.
- W piątek, Abby - uciął dyskusję Kipp. Przyszło mu do głowy, że najpewniej pójdzie do 
piekła za myśli, które krążyły mu teraz po głowie, za te niezbyt porywające obrazy, jakie 
usłużnie podsuwała mu wyobraźnia. Abigail Backworth-Maldon w starej nocnej koszulinie, 
jak nic zakrywającej  ją od czubka nosa po czubki palców. Abigail Backworth-Maldon w 
cienkim jak mgiełka białym jedwabnym peniuarze.
Czy naprawdę sądziła, że to sprawiałoby mu jakąkolwiek różnicę?
Ograniczył się do najszczerszego stwierdzenia, jakie poczynił od rana.
- Ani o dzień później, moja droga, inaczej oboje zapewne stracimy odwagę. Poza tym nie 
wolno   ci   zapominać,   że   jestem   w   tobie   tak   gruntowanie   rozkochany,   że   nie   mogę   się 
doczekać, by zaciągnąć cię przed ołtarz. A przynajmniej w towarzystwie nie muszą wiedzieć 
nic więcej.
Abby z westchnieniem przyznała mu w duchu rację i niechętnie skinęła głową.
- Pomyśleć tylko - odezwała cię z cicha - że jeszcze pół roku temu myślałam, iż moje życie 
będzie   jak   jedno   długie,   przeciągłe   ziewnięcie,   przerywane   jedynie   okazjonalnymi,   acz 
absorbującymi   napadami   backworth-maldonowskiej   głupoty.   Tylko   dlaczego   to   zupełnie 
zwyczajne życie wydaje mi się nagle tak kuszące?

background image

10

Blade słońce nadal świeciło gdzieś nad Londynem, nie fatygowało się jednak, by przeniknąć 
wąskie, uwalane sadzą okna niechlujnej bawialni w wynajętym domu przy Half Moon Street.
Może to i lepiej, pomyślała z roztargnieniem Abby. Biegała z kąta w kąt, owinięta w za duży 
fartuch, osłaniający drugą co do świetności suknię. Odkurzała porysowane stoły i co chwila 
wzbijała w powietrze kolejny tuman kurzu, poprawiając i pusząc dekoracyjne  w zamyśle 
poduszki leżące na bliźniaczych kanapach.
Ustawiła   wazon   pełen   nadwiędłych,   wypłonionych   kwiatów,   które   odkryła   w   niewielkim 
ogródku za domem, na samym środku niskiego stolika stojącego między kanapami. Cofnęła 
się. Przechyliła głowę. Przymknęła oczy z cichą nadzieją, że jakoś to pomoże.
Nie pomogło. Poderwała wazon, który i tak zajmował zbyt wiele miejsca - co oznaczało, że 
nie miałaby gdzie postawić serwisu, gdyby komuś przyszła chęć na herbatę -i dzierżąc go 
pewnie w rękach, obeszła bawialnię, desperacko szukając jakiegoś miejsca, w którym nie 
wyglądałby tak rażąco. Czy żałośnie.
Półka nad kominkiem. Tak, to jest pomysł. Postawiła wazon na środku, zasłaniając większą 
część   przygnębiającego   obrazu   wyobrażającego   beagle'a   o   czerwonych   ślepiach, 
trzymającego w pysku jakieś ptasie truchełko.
Przyciągnęła  mały podnóżek przed jedyny w pokoju fotel i precyzyjnie  ulokowała go na 
miejscu, w którym dywan wytarty był do gołej osnowy. Potem odsunęła się o krok, odgarnęła 
niesforne pasemko włosów za lewe ucho i otaksowała wzrokiem swe dzieło.
- Cóż - mruknęła, postukując się pięściami w biodra - jeśli to nie każe baronowi ponownie 
zastanowić się nad moimi umiejętnościami prowadzenia domu, to nie wyobrażam sobie, co 
zdołałoby   go   do   tego   skłonić.   Mogłabym   się   założyć,   że   cele   dłużników   w   Newgate 
urządzone są z większym przepychem i w zdecydowanie lepszym guście.
Sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła z niej zegarek, dużą, staroświecką „cebulę". Zerknęła 
na cyferblat i zmarszczyła czoło. Zbyt wiele cennego czasu zmarnowała na przygotowanie 
wujów - starając się unikać przy tym używania wyrazów dłuższych niż dwusylabowe - do 
tego, co miało niechybnie tu nastąpić za niecałe pól godziny.
- Zajdzie do nas baron Willoughby zamienić z tobą słówko, wuju Dagwoodzie - zaczęła, gdy 
zdołała cudem zagnać ich do bawialni. - Wuju Baileyu, słuchasz mnie? Z tobą także będzie 
chciał  się zobaczyć,  jeśli  nawet wuj Dagwood jest o pięć minut  starszy.  Proszę, bądźcie 
łaskawi zostawić na chwilę ten bałagan i posłuchać mnie uważnie. O, dziękuję. No więc jak, 
wuju Baileyu, słyszałeś, co przed chwilą mówiłam?
- Jaki znowu bałagan, moja mała? Wypraszam to sobie. - Bailey Backworth-Maldon posłał 
swojej tabakierze ostatnie, tęskne spojrzenie, po czym odłożył mały lejek, którego używał do 
napełniania jej własnoręcznie sporządzaną tabaką. Zamaszyście strzepnął ubranie, prósząc 
brunatnym proszkiem na wszystkie strony świata, kichnął dubeltowo i łypnął na Abby z po 
mistrzowsku   odegraną   miną   urażonego   niewiniątka.   -   I   naturalnie,   że   słuchałem,   moje 
dziecko. Słuchałem z wielką uwagą. Słyszałem każde słowo, spijałem każde słowo z twoich 
ust. - Teatralnie puścił oko do brata. - Ale nie żałuj sobie, powtórz wszystko, jeśli cię to 
uspokaja.
- Powiedziałam - zagrzmiała Abby, patrząc prosto w jego wodniste, niebieskawe oczy - że 
dom się pali. Dach już się zawalił, ale możliwe, że zostało nam dość czasu, żebyście napełnili 
swoje tabakierki, zanim płomienie z trzaskiem sięgną schodów i nas pochłoną.
- A gdzie tam - zaprotestował Bailey i wydął dolną wargę. - Paplałaś coś o jakimś lobby. 
Nieprawdaż, Dagwoodzie?
- O Willoughbym - poprawił bliźniak, plując na róg dużej chustki do nosa i pocierając nią 
pomarańczową plamę na krawatce. - Że też próbujesz kręcić, bracie. Ona zawsze człowieka 
nakryje na kłamstwie. Szczwana z niej bestyjka, z tej naszej Abby, kiedy jej na czymś zależy.

background image

- Dziękuję, wuju Dagwoodzie, za ten, jak nie wątpię, komplement. - Abby szarpnęła się do 
przodu, zręcznie umieściła tabakierę, lejek i garnuszek z tabaką poza zasięgiem rąk Baileya. - 
Mam tylko nadzieję, że nie uznasz za konieczne, by przedstawić mnie w tak pochlebnym 
świetle baronowi Willoughby, gdy tu zajedzie.
-   Baronowi?   -   powtórzył   Bailey   i   spojrzał   na   Dagwooda.   -   Willoughby?   Baronowi 
Willoughby? - Pacnął plecami w oparcie fotela i wyszczerzył zęby w uśmiechu tak szerokim, 
że Abby dałaby sobie głowę uciąć, że widzi wszystkie jego trzonowce. - Niech skonam, 
Dagwoodzie,   tośmy   się   spisali!   Wydaliśmy   Edwardine   za   jakiegoś   barona.   Wiesz,   co   to 
oznacza?
- Nie będzie już potrzebowała nowych sukienek, świecidełek i fidrygałów, które kosztowały 
nas krocie...
- ... nie będzie wiecznie włazić pod nogi, zamęczać głupimi pytaniami...
- ... nie słuchając nigdy odpowiedzi, uważasz sobie. Zabierze do siebie Iggy'ego, jak myślisz? 
To już byłby prawdziwy dar od Boga. I tak chłopaka nigdy tutaj nie ma, a kiedy już jest, to 
ciągle łazi za człowiekiem z wyciągniętą ręką.
- I Hermione...
- ... i Pieszczusia.
Abby   niezwykle   starannie   zasłoniła   usta   dłonią,   by   ukryć   potężne   ziewnięcie.   Świetnie 
wiedziała,   że   przerywanie   wujom   i   próba   ponownego   zainteresowania   ich   właściwym 
tematem przedłużyłyby jedynie jej mękę. Poza tym sprawa wydawała się już przesądzona. 
Jeszcze kilka zdań, które jeden zacznie, a drugi dokończy, i bez wątpienia myśli bliźniaków 
popłyną ku ich największej pasji.
Wujowie jej nie rozczarowali.
- Bracie, ależ mi serce zabiło! A skroniach aż mi tętni. Tak, tak, bez dwóch zdań, w skroniach 
tętni mi jak, jak...
- Kopyta Backworth's Prize na Derby? Bracie? Myślisz? Czy to w ogóle do pomyślenia?
- Tak, tak, mógłby pomóc, nieprawdaż? Zaprosić do siebie, posadzić obok sir Thurstona, 
umożliwić nam przebywanie w jego towarzystwie, a my tymczasem poszukalibyśmy jego 
słabej strony, jego najczulszego punktu. Hazard, jak sądzisz? Może wist?
- Dwóch przeciwko jednemu, z baronem trzech. Według naszego starego planu wygrać w 
karty to, co Harry w karty przegrał. Przebić go...
- ... pokonać. Rozłożyć na łopatki...
- ... a wtedy zaproponować ostatnią rozgrywkę, szansę, żeby się odegrał. Niech tylko postawi 
Backworth's Prize...
- ... wszelkie jego potomstwo, jakiego Thurston mógł dochować się w stajniach...
- ... abrakadabra! I odzyskaliśmy naszą fortunę! Umęczona Abby dotrwała w milczeniu do 
samego końca z założonymi na piersi rękami, tupiąc o wyliniały dywan.
- Skończyliście wreszcie, wujaszkowie? - spytała niecierpliwie, kiedy się już zmęczyli. - A 
jeśli   tak,   to   czy   będę   niegrzeczna,   jeśli   przypomnę,   że   jedyne   zwycięstwa   w   waszych 
doświadczeniach z grami hazardowymi, czy to w partyjce wista, czy w zwykłej zabawie w 
ciuciubabkę, odniosłam ja? To dlatego odstąpiliście od tego planu, pamiętacie?
- Najprawdziwsza prawda...
- ... ma rację dziewczynisko.
- Niebawem coś wymyślimy, Dagwoodzie, daję ci słowo. Coś błyskotliwego.
- To świetnie - przerwała te wywody Abby i podeszła do nich, żeby jednemu zasłonić widok 
na   drugiego.   -   A   zatem,   jak   już   mówiłam,   baron   będzie   tu   lada   chwila,   żeby   z   wami 
porozmawiać i, miejmy nadzieję, otrzymać wasze błogosławieństwo. Innymi słowy, przyjdzie 
prosić o moją ręką.
- Twoją rękę?
- Jej rękę?

background image

Dagwood   i   Bailey   gruchnęli   śmiechem.   Dławili   się,   chrząkali,   parskali.   Klepali   się   po 
kolanach, porykując z uciechy. Ocierali załzawione oczy identycznymi chusteczkami - z tym 
że na chustce Dagwooda nie widniały plamy zupy marchewkowej.
Abby stała nieruchomo, wpatrzona w ścianę nad drzwiami prowadzącymi do miniaturowego 
holu   wejściowego.   Koniec   końców   wujowie   uspokoili   się,   radosne   rechotanie   wyraźnie 
przycichło i po kilku piskliwych chichotach, jakby na deser, wreszcie umilkło zupełnie. Wuj 
Bailey głośno czknął.
-   Ach,   Abby,   dziewczyno,   prawdziwe   z   ciebie   cudo!   -   wykrztusił,   pociągając   nosem,   z 
którego zaczynało właśnie kapać. - Nie przestajesz podnosić nas na duchu. Prosić o twoją 
rękę? Nie przeczę, że kobietka z ciebie na schwał, moja droga, ale... skąd taka myśl?
- Taa, przecież przyjechaliśmy tutaj po to, żeby wydać za mąż głuptaka?
- Edwardine nie jest żadnym głuptakiem, wuju Dagwoodzie!
- Nie, nie, oczywiście, że nie. Po prostu nie jest zbyt mądra. Zupełnie jak jej matka. Czyli 
chciałaś   wtrynić   baronowi   Edwardine,   a   on   zamiast   niej   wybrał   ciebie?   To   chcesz 
powiedzieć? Hm, niech skonam.
- Skonasz, i to niechybnie, jeśli coś zepsujesz, wuju - ostrzegła Abby, a następnie wbiła swoje 
najgroźniejsze spojrzenie w wuja Baileya.
Teraz już słuchali. Możliwe nawet, że coś do nich dotarło. Później czmychnęli na górę, by 
wykłócać   się   o   to,   który   z   kupowanych   po   dwie   sztuki   strojów   najlepiej   pasuje   do   roli 
opiekunów   wdowy   w   wieku   dojrzałym,   kobiety,   której   ich   pozwolenie   na   zawarcie 
małżeństwa było równie potrzebne jak kolejna dziura w podeszwie jej wieczorowych pantofli.
Edwardine i Hermione wysłała z jakąś sprawą na Bond Street, Iggy'emu dała pięciofuntowy 
banknot, który odkładała na czarną godzinę, i patrzyła, jak zmywa się błyskawicznie, żeby 
zdążyć na kogucią walkę. Wiedziała, że jak na jeden dzień wielmożnemu panu baronowi 
wystarczą sami wujowie. Zbyt wielu Backworth-Maldonów za jednym podejściem i biedny 
człowiek biegiem puści się w kierunku najwyższego górskiego szczytu w Azji!
Odezwała się kołatka przy drzwiach wejściowych, a Abby omal nie wyskoczyła ze skóry.
Na troczkach szlafroka zrobił się supeł i ledwie zdołała zedrzeć z siebie to cholerstwo przez 
głowę, niszcząc przy okazji to, co pozostało z jej surowego uczesania.
Przesunęła dłońmi po przodzie burej sukni, wzięła głęboki wdech i udała się do holu, żałując, 
że  nie  stać  ich  na  lokaja,  który  by ją tym  w   tym   wyręczył.  Niechlujna  kobiecina,  którą 
zatrudnili do gotowania i sprzątania, nie pofatygowałaby się otworzyć drzwi, nawet jeśli ktoś 
przystąpiłby do ich wyważania taranem.
Z drugiej strony, cóż to miało za znaczenie? Baron wiedział o ich przejściowych kłopotach. 
Więcej   nawet,   wydawało   się,   że   właśnie   te   kłopoty   stanowiły   jeden   z   jej   największych 
atutów, gdy zastanawiał się nad nią w roli swojej żony.
Tylko w roli. Mądrze zrobiłaby, nigdy o tym nie zapominając.
Trzymając rękę na skoblu, znowu głęboko odetchnęła, by się uspokoić. Skuliła się wyraźnie, 
gdy   kołatanie   rozległo   się   ponownie.   Zmówiła   w   myślach   ostatnią   krótką,   acz   żarliwą 
modlitwę,   by   nie   wydarzyło   się   nic,   co   skłoniłoby   Kippa   do   zmiany   zdania,   otworzyła 
gwałtownie drzwi i zatrzepotała rzęsami, oślepiona przez zachodzące słońce, które odnalazło 
w końcu drogę nad dachy Half Moon Street.
-   Milordzie?   -   spytała,   mrużąc   oczy,   nie   widząc   właściwie   niczego   poza   czyjąś   wysoką 
sylwetką,   fragmentem   świetnego   stroju   i   modnym   cylindrem   rzucającym   cień   na   twarz 
gościa.
- Abby - odparł hrabia Singleton przyjaźnie i wyminął ją, żeby wejść do holu. - Masz sadzę na 
policzku, moja droga - zauważył uprzejmie, ściągnął rękawiczki i podał je oniemiałej Abby. 
Następnie ujął ją za podbródek i otarł jej twarz nieskazitelnie białą chustką. - Od razu lepiej. 
To jak, będziemy tu stać jak dwa posągi czy zaprosisz mnie do środka?
- Ja... ja... oczywiście. Oczywiście, że możesz wejść. - Abby wskazała ręką wąskie wejście do 

background image

ciasnej bawialni. Brady nawet nie drgnął.
- Panie przodem - rzekł z ukłonem. - Ale nie ma się czym przejmować. Jestem pewny, że 
nauczysz się takich drobiazgów, nim się obejrzysz, skoro Kipp ma uczynić z ciebie panią 
baronową. Mówiłem ci już, że jestem z ciebie niebywale dumny? Jak mi to pochlebia, że nie 
pomyliłem się, pokładając w tobie tyle zaufania?
- Ja mu się nie oświadczyłam, Brady - sprostowała Abby, przysiadając na brzeżku jednej z 
kanap i wpychając porzucony fartuch pod poduszki.
Znieruchomiał z rękami wygiętymi do tyłu i dzierżącymi w górze poły płaszcza w chwili, w 
której miał usiąść naprzeciw Abby.  W tej osobliwej pozie, z uniesionymi  połami niczym 
ptasie skrzydła, spytał zdumiony:
- Nie oświadczyłaś się mu? Jak więc...? - Opadł ciężko na kanapę, aż jęknęła. - A niech mnie 
diabli...
- Diabli porwą, i to nas oboje, jeśli kiedykolwiek wydasz się przy nim, że wtajemniczyłeś 
mnie w jego plan poślubienia Edwardine czy jakiejkolwiek innej młodej kobiety, która, jak 
sobie wyobrażał, nie byłaby nadto kłopotliwa. Jeśli mu kiedykolwiek powiesz, że rozmyślnie 
podsuwałeś mu pod nos zarówno Edwardine, jak i mnie przez tych kilka dni. Jeśli ci się 
kiedykolwiek wymknie, że cokolwiek wiem o Merry. Jeśli kiedykolwiek piśniesz chociaż 
jednym   jedynym   słówkiem.   Ponieważ   on   myśli,   że   całe   to   małżeństwo,   jak   powiada,   z 
rozsądku, to wyłącznie jego pomysł.
- O żesz ty... - rzucił bezgłośnie Brady, ale natychmiast się zmitygował i przeprosił. Potarł 
usta i zacisnął kurczowo powieki, usiłując zebrać myśli. Po pewnym czasie uśmiechnął się. - 
Ale i tak miałem rację, nieprawdaż?
Abby   westchnęła   jak   ktoś,   kto   przez   całe   lata   zajmował   się   utwierdzaniem   w   dobrym 
samopoczuciu ludzi nie cechujących się szczególnym darem do wychwytywania niuansów w 
sytuacjach, które choćby w przybliżeniu zasługiwały na miano poważnych.
- Tak, Brady,  miałeś  rację. Wręcz  błysnąłeś  geniuszem.  A teraz pozostaje się nam tylko 
przekonać,   czy   potrafisz   trzymać   usta   na   kłódkę   i   napawać   się   swym   geniuszem   w 
roztropnym milczeniu.
Następnie wstała na znak, że i on powinien się podnieść.
- A teraz idź już, proszę, zanim dotrze tu jaśnie pan baron i zacznie zastanawiać się, co tutaj 
robisz, dobrze? Nie sądzę, żebym znalazła jakieś wyjaśnienie, a ty wyglądasz na o wiele za 
bardzo zadowolonego z siebie, żebym czuła się swobodnie. Odprowadzę cię do...
- Bill Lobby! To ty, chłopcze?
- Och, Boże, co ja Ci takiego zrobiłam... - jęknęła Abby. Ręce jej opadły, gdy do pokoju 
wpadł sprężyście wujaszek Dagwood i natarł na nich z otwartymi ramionami oraz uśmiechem 
tak szerokim, jak jego imponująca talia.
- Żaden Bill Lobby, Dagwoodzie, a Willoughby.  Czy ty w ogóle słuchasz tej dziewuszki? - 
poprawił wuj Bailey, pochrupując jabłko i wchodząc za bratem do bawialni. Następnie zasiadł 
na kanapie. - Szybki jest, co? Widać pili go, żeby się z nami rozmówić, pojmujesz mnie?
Abby marzyła, by podłoga rozstąpiła się pod nią i pochłonęła ją ze szczętem. Zachwycona 
mina   Brady'ego   także   nie   poprawiła   jej   humoru,   wiedziała   bowiem,   że   musiał   myśleć 
dokładnie   to   samo   co   ona.   Jak   też   baron   Willoughby   zareaguje   na   podobną   scenkę 
rodzajową?
Dając drapaka tak szybko i daleko, jak tylko  zdołała, zastanowiła się, czy nie zdążyłaby 
jeszcze odurzyć obu wujów laudanum, zawinąć w dywan i zamknąć na klucz w jakiejś szafce. 
Na   pociechę   pozostawał   fakt,   nawet   jeśli   to   niewiele,   że   zaczynała   dostrzegać   korzystną 
stronę wydania się za barona Willoughby, zanim ten zdąży lepiej poznać jej rodzinę.
- Poznajcie barona Singleton, wuju Dagwoodzie, wuju Baileyu - wycedziła przez zaciśnięte 
zęby czy raczej wykrztusiła słowo po słowie. Patrząc na nią, Brady uniósł zabawnie brwi, 
podszedł do braci i dokończył aktu oficjalnej prezentacji.

background image

- Jestem zachwycony, mogąc poznać was, panowie - powiedział, nie mijając się przy rym z 
prawdą. Zdążył się już zorientować, że niemożliwością było odprawić ich i mieć nadzieję, że 
wykażą   się   zdrowym   rozsądkiem   i   odejdą.   Och,   tak.   Kipp   w   nagrodę   za   swoje   wysiłki 
dostanie nie tylko nieuciążliwą połowicę. Dostanie także całą jej rodzinkę z wszystkimi jej 
wariactwami i dziwactwami. I dobrze mu tak, wmawiał sobie, że może po prostu wybrać 
odpowiednią kobietę, ożenić się z nią i wrócić do swojego dotychczasowego życia, jakby 
małżeństwo mogło w niczym nie zmącić biegu jego dni. Przez resztę życia wzdychać do 
Merry Coltrane? Ha! Nie po tym, jak przykuje się do Abby i jej krewniaków. Nie starczy mu 
czasu na użalanie się nad sobą!
- Singleton? - powtórzył  wuj Bailey i od góry do dołu omiótł gościa spojrzeniem. - Nie 
Willoughby? Hm, a czego pan tu chcesz? Wygląda o wiele zbyt szykownie, żeby występować 
w imieniu tamtego, nie, Dagwood?
- Kto to wie. Kto to wie. — Dagwood wpatrywał się w hrabiego, jakby usiłował ocenić jego 
intelektualne walory. - Niemniej gdyby udało się nam wyswatać obie w tym samym sezonie... 
prawda?
-   Pani   Backworth-Maldon?   -   Lewa   brew   Brady'ego   zdążyła   unieść   się   tak   wysoko,   że 
dotykała niemal linii włosów. - Czy mogę z panią zamienić słówko na osobności? Panowie - 
dodał i pokłonił się, modląc się w duchu, by udało mu się powściągnąć wybuch wesołości 
jeszcze przez kilka sekund - była to nadzwyczajna przyjemność.
Abby dosłownie pognała do holu wejściowego, skrupulatnie zamknęła drzwi do bawialni, po 
czym podała Brady'emu jego rękawiczki i kapelusz.
- Musisz natychmiast stąd wyjść, Brady - wysapała. Nie mogła się doczekać, żeby Brady 
przestał opierać się o ścianę, nie dowierzając swoim kolanom, i zaśmiewać się jak wariat. 
-Brady, proszę cię. - Pomknęła ku drzwiom i otworzyła je na oścież. - Gdyby baron zobaczył 
cię tutaj, najpewniej...
-   Hm,   może   się   mylę,   ale   prawdopodobnie   powiedziałby:   „Witaj,   Brady,   co,   do   diabła 
ciężkiego, tutaj robisz?" - zagrzmiał Kipp, wchodząc do holu.
Abby puściła klamkę i usiadła na niskim taborecie, który, choć mały, na tle mikrej ściany 
zdawał się nabierać potężnych rozmiarów. Usiadła czy też raczej ciężko na niego opadła.
- Mam koszmarny sen, prawda? To wszystko nie dzieje się naprawdę. Jestem u siebie w 
Syston, śpię we własnym łóżku i dręczą mnie senne koszmary. To coś w rodzaju ostrzeżenia z 
góry, żebym przenigdy nie myślała nawet o zabraniu Edwardine do Londynu.
- Rozumiem, dlaczego po uszy zakochałeś się w naszej drogiej pani Backworth-Maldon - 
mruknął   Brady,   wciągając   rękawiczki.   Może   i   stracił   część   powodów   do   napawania   się 
własną błyskotliwością, ale to nie znaczyło, by nie mógł się trochę zabawić. - Jest absolutnie 
niepowtarzalna   niczym   orzeźwiający   powiew   szczerości   w   naszym   Zatęchłym   mieście. 
Kobieta, której obce są fortele i wybiegi, bez żadnych ukrytych motywów. Ależ z was będzie 
para, tak bardzo jesteście do siebie podobni. Dwie bratnie dusze, które połączyła prawdziwa 
miłość. Jakże żałuję, że nie mogę dłużej z wami zostać, Kippie, posłuchać, jak stawiasz czoło 
czarującym wujom swej wybranki, zwierzasz się im ze swego wielkiego uczucia i szacunku 
dla tej damy, błagasz, by łaskawie zgodzili się na...
- Brady! - zakrzyknęli Abby i Kipp jednym głosem.
-   Mhm?   -   spytał   niewyraźnie   Brady   ze   zmarszczonym   czołem,   choć   nadal   silił   się   na 
rozbawioną minę. Niemal z powodzeniem. Niemal.
Kipp   łypnął   spod   oka   na   swoją   świeżo   upieczoną   narzeczoną,   następnie   zwrócił   się   do 
przyjaciela:
- Oboje nie wiemy, jak ci dziękować, serdeczny druhu, za wszystkie twoje dobre słowa. - 
Następnie, wskazując otwarte drzwi lekkim przechyleniem głowy, dokończył: - Ale zdaje się, 
że musisz już iść?
- A tak. Tak, właśnie zbierałem się do wyjścia, nieprawdaż? Wychodzę - przytaknął szybko 

background image

Brady. - Wpadłem jedynie, by prosić panią Backworth-Maldon o przyjęcie mojej pomocy w 
znalezieniu dobrej krawcowej. Wiesz, jaki ze mnie znawca w tej dziedzinie, Kippie, stary 
przyjacielu.   Jutro   o   dziesiątej,   tak,   pani   Backworth-Maldon?   Tak,   jestem   pewny,   że   tak 
właśnie się umawialiśmy. Cóż, zatem biegnę już.
- A ja porozmawiam z tobą później - ostrzegł go cicho Kipp i odsunął się, by Brady mógł 
przejść. - Masz to jak w banku, stary przyjacielu.
- Och, daruj sobie - odezwała się Abby, która odzyskała tymczasem nieco ze swojej ciężko 
doświadczonej   pewności   siebie.  Wstała  i  zamknęła,  czy niemal  zatrzasnęła,   drzwi  tuż  za 
plecami Brady'ego. - Przyszedł tu tylko po to, żeby przekonać mnie, iż koniecznie potrzebuję 
nowej   sukni   na   twój   piątkowy   bal.   A   może   sądzisz,   że   chciał   błagać   mnie   o   to,   bym 
zastanowiła się jeszcze nad małżeństwem z tobą, kornie upraszać, żebym to za niego się 
wydała? Może zamierzamy wymknąć się do Gretna Green jeszcze dzisiejszej nocy?
Kipp z namaszczeniem, palec po palcu, zsunął z dłoni rękawiczki i położył je na stoliku obok 
laski i cylindra.
- No to mamy dylemat - mruknął przeciągle, obserwując Abby, a ona obserwowała jego. Był 
dziwnie pewny, że z największą ochotą złapałaby mosiężną figurkę konia, jedyny bibelot, jaki 
stał na stoliku, i palnęła go nim w głowę. Czyż to nie dziwne, że tak bardzo bawiły go jej 
wysiłki, by go nie udusić na miejscu?
- Jeśli powiem: „Owszem, myślę, że Brady złożył  ci tę popołudniową wizytę, by błagać, 
żebyś z nim uciekła", to powinienem później zażądać satysfakcji od bliskiego mi człowieka, 
wyzwać go na pojedynek. Nieprzyjemna sprawa te pojedynki. Wstać przed świtem, łazić po 
mokrej   trawie,   możliwe,   że   dać   sobie   przestrzelić   dziurę   w   nowym   płaszczu.   Ale   jeśli 
powiem: „Nie, bardzo wątpię w to, że mojego przyjaciela przywiodły tu zachody miłosne", 
poważnie obrażę swoją narzeczoną, sugerując, jakoby nie była najbardziej oszałamiającym 
stworzeniem pod słońcem, zdolnym przekreślić lojalność Brady'ego, powolnego tęsknotom 
swego czułego, porażonego miłością serca, wobec mojej osoby.
Abby nie poruszyła się nawet. Mierzyła Kippa wzrokiem z bezpiecznej odległości, oddzielona 
od niego stolikiem, który bronił go przed nią, a może odwrotnie - sama nie była pewna.
- Skończyłeś już? - spytała w końcu, stojąc z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami. Zaciskała je 
w pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się jej w skórę. - Jeśli tak, to wujowie czekają na 
ciebie w bawialni. Pięć minut z nimi powinno wystarczyć, żeby zmazać ci ten wzgardliwy 
uśmieszek z twarzy.
- Bez wątpienia, moja droga. Bardziej gotów już nie będę. Prowadź. O, i nie jestem do końca 
przekonany, czy podoba mi się twoja nowa fryzura, choć i to z pewnością jakaś poprawa w 
porównaniu z tym przylizanym kokiem, w jakim wydajesz się gustować.
Obydwiema rękami przygładziła włosy, odgarniając do tyłu pasma prostych jak pogrzebacz 
włosów, którym udało się jakoś wysmyknąć.
- To na nic, milordzie - powiedziała wreszcie, gdy oparła się już plecami o drzwi bawialni. - 
Nie sądzę, żebyśmy się polubili.
- Wprost przeciwnie. - Kipp przesunął jej za ucho ostatni niesforny kosmyk. - Bardzo cię 
lubię i myślę, że ty lubisz mnie także. Ale nie zachwyca mnie myśl, by Brady miał podzielać 
mój pogląd.
- Zazdrosny, milordzie? - spytała Abby zbyt wstrząśnięta, by spierać się z nim o to, czy go 
lubi, czy też nie. - Nie wyglądałeś mi na zazdrośnika.
- I nim nie jestem, Abby. Poza tym miałaś mówić mi po imieniu.
- Och, naprawdę? - odparowała coraz bardziej rozzłoszczona. Wystarczająco rozzłoszczona, 
żeby wszystko odwołać, jakkolwiek bolesna byłaby to myśl. - Niechże się upewnię, czy w 
pełni cię rozumiem, milordzie. Tak wiele spraw omówiliśmy dziś po południu, że mogę mylić 
się w kilku punktach. Ty mógłbyś, jeśli byś tak zechciał, dyskretnie utrzymywać kochankę, 
ale mnie nie wolno wziąć sobie kochanka? Czy w tym rzecz? Czy tej części umowy nie 

background image

dopowiedziałeś? Uważasz, że to uczciwe?
- Uczciwe? - Kipp cofnął się o krok, myśląc nad jej słowami, ważąc je. - Nie, raczej chyba 
nie, jeśli nawet przypominam sobie, że to od ciebie wyszła taka propozycja. Mężczyźni od 
zawsze   żyją   tak,   jak   żyją,   biorą   sobie   kochanki,   to   reguła   stara   jak   świat   i   prawdę 
powiedziawszy, nigdy nie widziałem w tym niczego złego. Do teraz. No i mówiłaś przecież, 
że bardzo chętnie staniesz ze mną do łóżkowych potyczek, prawda? Wspominałem już, jak 
bardzo pochlebiają mi twoje szczere wysiłki, by uspokoić mnie w tym względzie?
- Boże Ty mój, ależ ty potrafisz być nieznośny! Nie mogę uwierzyć, że w ogóle wdaliśmy się 
w tę rozmowę. - Abby najchętniej zakleiłaby sobie czymś usta, bo, jak się wydawało, ten 
mężczyzna wydobywał z niej coraz to nowe pokłady utajonego ognia, który usiłowała przez 
ostatnie lata jakoś w sobie zdławić. Kipp mógł doprowadzać ją do szału, ale też sprawiał, iż 
całą sobą czuła, że wreszcie żyje.
-   Nieznośny?   Owszem,   zawsze   uważałem   nieznośny   charakter   za   jedną   ze   swoich 
szlachetniejszych cech. Jednakowoż przyznaję ci rację. Załącznik do naszej umowy byłby ze 
wszech miar wskazany.
Teatralnym gestem lewą dłoń położył na sercu, prawą uniósł jak do uroczystej przysięgi.
-   Niniejszym   ślubuję,   iż   nie   wezmę   sobie   kochanki,   a   w   zamian   proszę   tylko,   byś 
zrewanżowała mi się tym samym. Będziesz jednak mogła flirtować, ile dusza zapragnie, jako 
że i ja nie zamierzam sobie tego odmawiać. Mam flirt za przyjemną rozrywkę, a siebie za nie 
najgorszego flirciarza.
- Tak długo, jak będziemy pamiętać o tym, by obnosić się przed światem z naszą miłością - 
uściśliła   Abby   i   pokręciła   głową.   -   Nadal   myślę,   że   to   wszystko   na   nic,   milordzie,   nie 
zgodzisz się ze mną? Jesteś pewny, że dobrze to sobie przemyślałeś? Możesz stracić więcej, 
niż zyskasz.
Kipp aż nazbyt dobrze wiedział, co zyska - planował użyć Abby jako tarczy, za którą będzie 
mógł ukryć zbolałe serce przed Merry i Jackiem Coltrane'ami - i to właśnie skłoniło go do 
renegocjacji   warunków.   W   dodatku   czy   warto   byłoby   ponownie   zadawać   sobie   kłopot 
poszukiwania   kobiety,   której   mógłby   zaufać,   która   zrozumiałaby   założenia   małżeństwa   z 
rozsądku? Abigail Backworth-Maldon wpadła mu w ręce jak dojrzała śliwka, ale czy mógł 
liczyć, że szczęście uśmiechnie się do niego po raz drugi?
- Żadnego flirtowania - zgodził się smętnie i potrząsnął głową. - Boże, kobieto, jesteśmy 
narzeczeństwem od zaledwie kilku godzin, a już się czuję jak człowiek żonaty. Doprawdy, 
dotrzymujesz swojej części umowy ze skrupulatnością, która zakrawa na zemstę.
- Staram się jedynie chronić siebie samą, ale i ciebie, milordzie.
- To znaczy? - spyta! i rzucił jej spojrzenie spod przymrużonych powiek.
Abby skrzywiła się nieznacznie. Uzmysłowiła sobie, iż być może niepotrzebnie martwi się, 
czy Brady będzie trzymał język za zębami, czy nie powie za dużo. Sama była na najlepszej 
drodze.
- To znaczy - zaczęła, choć nie wymyśliła jeszcze, jak wybrnąć z tej przeklętej gafy - że masz 
swoje powody, by zawrzeć to małżeństwo, ja także, i choćbym nie wiadomo jak pragnęła, by 
świat uznał, że jestem twoją wybranką, a nie dogodnym narzędziem, którego wydajesz się 
potrzebować... oraz wierząc, że masz bardzo dobry powód, by chcieć, aby świat tak samo 
myślał o tobie, ja...
Omal nie przewróciła się na plecy, kiedy drzwi do bawialni otworzyły się gwałtownie, a do 
holu wtoczyli wujowie. Trajkotali jak nakręceni jeszcze wtedy, gdy wyhamowali w ciasnym 
holiku, zbyt zatłoczonym, by mogli przedrzeć się do schodów.
- ... a jeśli zatrzymamy się w mieście, przy wszystkich tych koneksjach, jakie zdobędziemy 
dzięki Abby...
- ... pewnikiem będziemy nadziewać się na tego szubrawca na każdym kroku!
-   Z   ust   żeś   mi   to   wyjął,   Bailey.   A   teraz   wszystko,   czego   nam   trzeba,   to   nowy   plan, 

background image

błyskotliwa intryga...
- ... może jeszcze poćwiczyć trochę z kartami, rozgryźć, co to takiego to atu. A ten to co za 
jeden, powiadam?
Wuj Bailey łypnął na Kippa, który był od braci wyższy o dobre pół stopy, jeśli nie więcej.
- Lobby, tak? Bill Lobby? To ty? Dobrze. Chcesz naszą Abby, tak? No to ją masz! A teraz, 
wybacz, ale mamy coś do zrobienia...
- ... zaplanowania.  - Ponieważ wuj Dagwood zamachał  właśnie rękami,  jakby przeganiał 
stadko gęsi, Abby cofnęła się i zrobiła mu przejście.
- Gustowny płaszczyk - zauważył na odchodnym wuj Bailey, przechodząc Kippowi niemal 
pod samym nosem.
Później błyskawicznie ulotnili się z holu, by, plotąc trzy po trzy, pomaszerować schodami na 
górę.
Abby patrzyła na Kippa przez kilka dłuższych chwil, po czym posłała mu krzywy grymas.
- Moim szwagrowie, wujowie Dagwood i Bailey Backworth-Maldon. Czy teraz pragniesz się 
wycofać, milordzie?
- Inaczej - kąciki ust zadrgały mu od z trudem powściąganego uśmiechu - czy ty jesteś pewna, 
że   chcesz   zadać   to   pytanie?   I  nigdy  już  nie   będę   zastanawiał   się,   dlaczego   tak   ochoczo 
zgodziłaś się na moją propozycję.
Abby   westchnęła,   czy   też   raczej   westchnąć   zamierzała,   skończyło   się   to   bowiem 
mimowolnym chichotem.
- Oj, niedobrze. Musisz sobie teraz wyobrażać,  że jesteś odpowiedzią na wszystkie moje 
modlitwy.
- A nie jestem? - odparował Kipp z niedowierzaniem, przekrzywiając na jasnych włosach 
cylinder pod zawadiackim kątem. - Mogę jedynie gubić się w domysłach, o co prosisz w 
żarliwych modłach, gdy wieczorem klękasz przy łóżku. Będę zgadywał, jeśli pozwolisz? O 
silny wiatr i mocny statek, jedno i drugie zmierzające na drugi koniec świata?
- Dla mnie, milordzie - zaśmiała się Abby - czy dla wujów?
- Punkt dla ciebie. Jak sama dziś powiedziałaś, Abby - mówił, zakładając rękawiczki i kręcąc 
elegancką laską, najpierw do góry, potem zamaszystym gestem w bok, nim zatknął ją pod 
pachę - myślę, że zostaniemy dobrymi przyjaciółmi. A zatem do jutra?
- Zatem do jutra, milordzie - przytaknęła, otworzyła drzwi frontowe i patrzyła, jak mężczyzna 
lekko zbiega po schodach do ulicy.
Potem zamknęła za sobą drzwi, oparła się o mocne drewno i powoli policzyła do dziesięciu, 
nim zadarła spódnicę i rzuciła się ku schodom w holu, wołając:
- Wujowie! Mogę was prosić na słowo?

background image

11

- Jaśnie pan prosił, bym państwu przekazał, iż musiał z konieczności pozostać na mieście 
dłużej, niźli by sobie tego życzył, i polecił mi przed swoim powrotem podać państwu napoje.
- Dziękuję, Gillett. - Brady wziął pelisę, którą zdążyła właśnie zsunąć z ramion Abby, po 
czym podał ją kamerdynerowi. - Widzę, że twój okrutny pan nadal trzyma cię tu pod kluczem 
wbrew twojej woli. Powiedz mi, myślałeś kiedyś, żeby najzwyczajniej uciec?
Gillett wyprostował się bardziej niż zwykle i spojrzał na Brady'ego w sposób, którego nie 
zdarzało się hrabiemu czuć na sobie od czasu, gdy wezwano go do gabinetu dyrektora za to, 
że zaraz po porannym nabożeństwie rzucił w Williego Wilkinsa dziennikiem i rozwalił temu 
idiocie nos. Nigdy nie wybaczył Kwękającemu Williemu tego, że nie miał dość rozsądku, 
żeby zrobić unik, nawet jeśli był teraz markizem.
- Zapomnij, że o tym wspomniałem, staruszku. Powinienem był ograniczyć się do „dziękuję", 
jak rozumiem.
Abby,   która   oglądała   tymczasem   wysokie   sklepienie   pomieszczenia,   olbrzymi,   migotliwy 
żyrandol  na środku kapiącego  od ozdobnych  sztukaterii  sufitu  pomalowanego  w  różnych 
odcieniach kolorów gołębiego i starego złota, wróciła do rzeczywistości.
- A tak, naturalnie, dziękuję. Może byśmy się napili herbaty?
- Wedle pani życzenia - odparł Gillett z ukłonem, następnie poprowadził ich ku rzeźbionym 
drewnianym   drzwiom   o   skrzydłach   pomalowanych   na   chłodny   odcień   kości   słoniowej. 
Otworzył je energicznie, po czym odsunął się, by goście mogli przejść. - A właśnie, raczy 
pani wybaczyć. Jaśnie pan kazał mi również zaproponować towarzystwo pani Harris, gdyby 
państwo życzyli sobie obejrzeć posiadłość.
- Aha - tyle tylko zdołała wykrztusić Abby, zamarła bowiem na progu, rozglądając się po 
gigantycznej bawialni. Kiedy udało się jej ruszyć z miejsca, starała się ogarnąć wzrokiem 
wszystkie detale, wiedziała jednak, że było to niemożliwością.
Nigdy w życiu nie widziała tak wysokiego sufitu czy tylu malowanych sztukaterii. Fantazyjne 
esy-floresy, mgiełka listków, rzeźbione ażurowe gzymsy, zbity w gromadkę rój cherubinków 
tańczących nad jej głową na czystym  błękitnym niebie, po którym płynęły puszyste białe 
obłoczki.
I żyrandole. Żyrandole na całym suficie.
I   kolumny.   Marmurowe   kolumny   o  złotym   żyłkowaniu   wzdłuż   trzech   pokrytych  papier-
mache  
ścian, tworzące zaiste królewskie ramy dla obrazów tak wielkich, że postaci, które 
przedstawiały, były naturalnego wzrostu i niemal wydały się żywe.
Czyżby zadzierały te swoje arystokratyczne nosy, spoglądając na nią?
Kominek, który mógłby ogrzać cały dom Backworth-Maldonów w Syston, stał pod ścianą w 
głębi.   Front   i   część   kominowa   sięgające   niemal   do   sufitu   pomalowane   były   na   ten   sam 
jedwabisty odcień kości słoniowej, a misternie rzeźbiona całość do złudzenia przypominała 
ukwieconą altanę.
Pół tuzina okien wychodzących na ulicę rozpościerało się na całą wysokość ściany, nad nimi 
zaś głęboko w mur wcinały się zakratowane świetliki. Wpuszczały światło, słońce, stwarzały 
wrażenie przestrzeni, nieograniczonej przestrzeni.
Sprawiając, że Abby poczuła się malutka.
Gobelin   w   kolorze   starego   złota   z   wzorem,   na   który   składały   się   soczyście   zielone 
kwadratowe altany, złączone na rogach delikatnymi pomarańczowymi kwiatami, rozpościerał 
się niemal od ściany do ściany. Dywan, wedle jej oceny, przynajmniej mila na milę. Znalazła 
się na granicy innego świata, do którego nie prowadził żaden bezpieczny most, skazana na 
szok, jakiego doznaje człowiek bez ostrzeżenia przeniesiony do nieznanej krainy.
Prawdę mówiąc, pomieszczenie to można było śmiało nazwać ogrodem. Bawialnią niczego 
nie przypominała bardziej niż właśnie ogromnego, zamkniętego pod dachem ogrodu. Abby 

background image

zaś czuła się w nim równie pożądana jak ślimak, którego ogrodnik znajduje ukrytego wśród 
róż.
Co, u nieba, ona tu robi?
Rozmiary pomieszczenia był tak znaczne, że ustawione w trzech skupiskach fotele i sofy, 
stoły, a nawet szezlongi, pozostawiały dość miejsca na dwa karciane stoliki wraz z krzesłami, 
kilka delikatnych drewnianych komódek, parę pozłacanych stolików o blatach w kształcie 
półksiężyca, ustawionych w dużej odległości od siebie pod ścianą z oknami, oraz gigantyczną 
komodę o przeszklonych drzwiach, dwukrotnie wyższą od Abby i jeszcze o połowę od tego 
szerszą, pełną chińskiej porcelany wartej wszystkich skarbów tego świata - a i to byłoby 
chyba za mało.
Piękne. Tylko tak można było określić owo pomieszczenie. A było to jedno z wielu w tej 
rezydencji. Tej ogromnej rezydencji, która tchnęła bogactwem przekraczającym pojęcie Abby 
i   która   aż   nadto   zdolna   była   intruza   pochłonąć,   połknąć,   sprawić,   by   znikł   na   zawsze. 
Skazywała na niebyt, zaćmiewała, dominowała, pogrążała w swej otchłani.
Lodowata panika chwyciła Abby za gardło. Narastała.
Nie potrafię tutaj żyć, pomyślała.
Zaczęła   się   wycofywać   ku   drzwiom   prowadzącym   do   holu,   unosząc   ręce,   jakby   chciała 
odepchnąć od siebie to, co na nią napierało.
- Nie - powiedziała słabo, potrząsając głową. - Nie mogę, Brady. Naprawdę nie. To miejsce 
nie dla mnie. Boże, Brady, czy to miejsce dla kogokolwiek?
-   Trochę   wystraszona,   co,   Abby?   -   domyślił   się   Brady,   opierając   dłoń   na   jej   plecach   i 
popychając ją do wnętrza bawialni, poza zasięg uszu Gilletta. - A ja myślałem, że niczego się 
nie boisz, moja droga. Na pewno nie Kippa, nie małżeństwa z człowiekiem, którego prawie 
nie znasz, słania srogich spojrzeń madame Lucille, gdy odważyła się wymienić oburzającą 
cenę za tamten różowy tiul. Przypuszczam, że ta kobieta leży teraz w łóżku, cała przerażona, 
że mogłaby ci przyjść ochota ponownie odwiedzić jej salon.
- To nie jest zabawne, Brady. - Abby obróciła się jak fryga. - Gdzie też ja miałam głowę? Ja 
się do tego nie nadaję. Wdowa, córka nieżyjącego szlachetki, kobieta bez pozycji. Nie mam 
zaplecza, wiedzy i... och, Brady, co ja mam robić?
-  To  tylko   dom,   Abby.   - Brady ujął ją  za  ręce  i  poprowadził  do  najbliższej  kanapy,  by 
spoczęła. - Podłogi, ściany, sufity...
- Nie - wpadła mu w słowo, żałując, że nie umie ukryć drżenia rąk i przerażona .możliwością, 
odległą, niemniej wciąż realną, iż ze zdenerwowania zwymiotuje zaraz na bezcenny gobelin. - 
To o wiele więcej niż dom, Brady. Wszystko to uzmysławia, jakim człowiekiem jest baron i 
jaka powinna być jego żona. Patrzysz na Abigail Backworth-Maldon, Brady. Nasza służba 
domowa  w  Syston  to  kucharka,  dwie  pokojówki  i ogrodnik  starszy  niż  ziemia,  w  której 
grzebie, udając, że pracuje. Tutejsza służba będzie traktować mnie jak popychadło, słusznie 
zresztą, bo nie mam bladego pojęcia, co i jak odbywa się w takim pałacu.
Zerwała się na nogi i zaczęła krążyć w tę i z powrotem.
- Własnoręcznie poleruję srebra i zajmuje mi to jedno krótkie popołudnie. A w tym jednym 
pokoju jest dość sreber, żeby pół tuzina służby miało co robić przez tydzień!
Brady oparł się wygodniej i założył nogę na nogę.
- No i po krzyku. Każesz połowie tuzina służących przez tydzień polerować srebra. Widzisz, 
jak dobrze sobie radzisz?
- Nie o to chodzi! - Zacisnęła kurczowo dłonie. - Z tym srebrem to był tylko przykład, Brady, 
i świetnie o tym wiesz. Ja mam tutaj, w posiadłościach jaśnie pana, zarządzać, ułatwiać mu 
życie, dawać z siebie coś, co usprawiedliwiłoby moją pozycję. Nie mogę tylko publicznie 
wodzić za nim cielęcym spojrzeniem, rodzić dzieci, a później mówić: „Och, tak, dotrzymuję 
warunków naszej umowy, milordzie, a teraz proszę, wybierzmy się na lato do Włoch".
Panikowała, i to nie bez powodu. Nie oznaczało to jednak, by Brady zamierzał pomóc jej 

background image

wybrnąć z tarapatów. Nie wówczas, gdy w głębi serca wiedział, że ta rozbrajająca, oryginalna 
młoda kobieta uczyni z jego przyjaciela zupełnie nowego człowieka.
Brady obrał strategię.
Zdjął z kolana jakiś paproch, który osiadł właśnie na jego nienagannie skrojonych spodniach.
- Przyznaję się do tego, że nie znam cię zbyt  dobrze, Abby, ale przez całą naszą krótką 
znajomość nie przypuszczałem nigdy, że jesteś tchórzem. Teraz jednak mnie rozczarowałaś.
Abby   przestała   maszerować,   obróciła   się   powoli   i   spojrzała   na   niego   z   góry   pałającym 
wzrokiem.
- Nie powinieneś aby stać, jeśli dama stoi? Ale nie trudź się, proszę, bo ostatnie, czego bym 
sobie życzyła,  to robić ci jakąkolwiek  fatygę,  kiedy w oczywisty sposób tak znakomicie 
bawisz się moim kosztem. Bo bawisz się kosztem moim i barona, od kiedy się poznaliśmy. I 
nie uwłaczaj mi, oczekując, iż uwierzę w to, że podołam temu, czemu podołać niepodobna. A 
może ty rzeczywiście wyobrażasz sobie, że nie wiem, co próbujesz zrobić? Ja, która miliony 
razy stosowałam podobne chwyty na swojej rodzinie.
-   Wybacz   mi,   Abby.   Może   faktycznie   nadal   napawam   się   własną   błyskotliwością   i   nie 
zastanawiałem się nad wszystkim z twojego punktu widzenia. Co mam zrobić, jakie są twoje 
życzenia?
Abby westchnęła i rozłożyła ręce, po czym opuściła je z rezygnacją.
- Bądź mi przyjacielem, myślę. Bądź mi przyjacielem i pomóż!
- Och, jeśli tylko tyle.... - powiedział i odwrócił się w kierunku drzwi, przez które Gillett 
wtaczał właśnie barek z napojami, obładowany, Boże, zmiłuj się, kolejnym stosem sreber. - 
Gilletcie? Pani Backworth-Maldon ma poślubić jaśnie pana w najbliższy piątek, wiedziałeś o 
tym? Zostanie baronową, zamieszka u was, będzie tu gospodynią, panią tego domu. Wrócą 
wszystkie te przeurocze rzeczy, za jakimi musieliście wszyscy tęsknić od śmierci matki jaśnie 
pana. Cieszysz się?
-  Brady...  -   Abby   marzyła   o   tym,   by   go   uciszyć,   powstrzymać   przed   udzielaniem   jej 
„pomocy".
Kamerdyner zablokował kółka i strzepnął obleczone w rękawiczki dłonie.
- Tak, milordzie. Wszyscy jesteśmy świadomi tego faktu, aczkolwiek nie byłem świadom 
tego, iż miałem wydawać się go świadomy, jeśli mnie pan rozumie. Jednakże teraz z radością 
składam   ci,   pani,   najlepsze   życzenia   w   imieniu   własnym   i   całej   służby.   Będzie   dla   nas 
wielkim zaszczytem służyć pani.
Brady uśmiechnął się do Abby, która opadła na kanapę tuż obok niego, pojękując z cicha.
- A to świetnie, Gillett, świetnie! Widzisz, jaki z ciebie szczęściarz? Nie będziesz musiał zbyt 
długo czekać, by móc usługiwać kolejnej baronowej. Prawda, moja droga?
- Mogłabym cię zamordować ze śpiewem na ustach, wiesz - odszepnęła Abby,  następnie 
uśmiechnęła się do kamerdynera obdarzonego prezencją nie tyle sługi, co pana na włościach.
Mimo to wyglądał także na kogoś, z kim potrafiłaby się zaprzyjaźnić. Zawieranie przyjaźni 
nigdy nie nastręczało jej trudności. Dlaczego miałoby to się zmienić, kiedy będzie baronową? 
I dlaczego służący nie mieliby stać się zarazem jej przyjaciółmi? Jeśli nie było to przyjęte w 
towarzystwie, wcale jej to nie obchodziło. Nie wtedy, gdy cała jej przyszłość zależała od 
zdrowego instynktu, od jej początkowych posunięć.
- Gilletcie - zaczęła oficjalnym tonem - dziękuję ci za dobre słowa. Szczerze. Jednakże pan 
hrabia ma słuszność, nawet jeśli jest jedynym, który w pełni rozumie to, co sam przed chwilą 
powiedział. Obawiam się, że nie mam pojęcia, jak postępować z domostwem tak ogromnych 
rozmiarów. Zielonego pojęcia. Dlatego też - zawiesiła głos i spojrzała na Brady'ego, który 
kiwnął potakująco - chciałabym zdać się na twoje miłosierdzie, Gilletcie, twoje i wszystkich 
służących   w   nadziei,   że   będziecie   mogli   mnie   wspomóc,   nauczyć   mnie   wszystkiego,   co 
powinnam wiedzieć, by nie zakłócić absolutnie nieskazitelnego, jak widzę, sposobu, w jaki 
prowadzony jest dom pana barona.

background image

- Co ty na to, Gilletcie, staruszku? - spytał Brady, gdy mężczyzna skończył nalewać herbaty 
do dwóch filiżanek; dłoń, która nie drgnęła od ponad pięćdziesięciu lat, drżała teraz leciutko 
pod wpływem nagłych emocji. - Nadal chcesz uciekać? Nie, nie sądzę. A teraz spocznij tu 
sobie - o, tutaj - napij się orzeźwiającej herbaty i utnij sobie miłą pogawędkę z przyszłą panią 
baronową,   ja   tymczasem   pomyszkuję   w   barku   i   poszukam   czegoś,   do   czego   moje 
podniebienie bardziej przywykło.
- Miałbym usiąść, sir? Tak się nie godzi!
Abby   wyczuła,   że   oto   nadarza   się   jej   szansa,   jedna   jedyna   szansa,   by   z   zasadniczego, 
nobliwego kamerdynera uczynić swojego sprzymierzeńca; niepowtarzalna szansa, by zyskać 
pozycję   pani   tej   rezydencji,   zdobywając   zarazem   pomoc   i   szacunek   oraz   przyjaźń 
domowników.
I skorzystała z niej.
- Gilletcie - powiedziała, wstając i przejmując w swoje ręce stery rozmowy, ster swego życia, 
by mogło stać się takie, jakiego pragnęła. - Mogę nie wiedzieć wiele, pociesza mnie jednak 
myśl, że obecny tu lord Singleton wydaje się wiedzieć jeszcze mniej niż ja. Czy mogę prosić, 
by ktoś oprowadził mnie po domu, jak to wcześniej proponowałeś? Pani Harris, czy tak? 
Przypuszczam, że powinnam zacząć od kuchni, serca i duszy każdego dobrego domu. I, jak w 
każdej dobrej kuchni, z pewnością gotuje się coś smakowitego? Pan hrabia znajdzie sobie 
jakieś miłe zajęcie pod naszą nieobecność.
- Tak, jak najbardziej, pani, z pewnością się gotuje, pan hrabia z pewnością sobie znajdzie - 
przytaknął Gillett, niemal, choć nie całkiem, się uśmiechając. Cofnął się i gestem zaprosił 
Abby, by pierwsza weszła do westybulu, a potem zbliżyła się do obitych rypsem drzwi, które 
widziała, wchodząc do rezydencji.
Nie   minął   kwadrans,   a   siedziała   już   przy  dużym   blacie   roboczym   z   sosnowego   drewna, 
popijając herbatę i częstując się świeżymi drożdżówkami w towarzystwie najważniejszego 
człowieka w rezydencji przy Grosvenor Square - wliczając w to samego barona.
Nim   minęło   pół   godziny,   zdążyła   poznać   wszystkich   służących,   starannie   powtarzając   w 
duchu ich imiona, by dobrze je sobie zapamiętać.  Wszystkich  częstowała  drożdżówkami, 
rogalikami, chlebem z masłem i grubymi  plastrami szynki, wszelkimi smakołykami, jakie 
zdumiona i mile połechtana kucharka postawiła na stół do spróbowania.
Nim minęła godzina, cała służba jadła jej z ręki, tak dosłownie, jak i w przenośni.
Nie mogła uwierzyć, że tak niedawno czuła się jak ostatni tchórz, była przerażona, gotowa 
czmychnąć gdzie pieprz rośnie, wyrzec się marzeń.
Gdyby trzeba było później rozstrzygnąć, kto rządzi w siedzibie barona, sprawa okaże się 
prosta: władzę dzierżyła Abby wraz z całą służbą, on sam zaś będzie musiał po prostu jakoś 
się w tej sytuacji odnaleźć, próbując nie zapominać, że ma to, co chciał.
Ta myśl sprawiła, że na twarzy Abby wykwitł błogi uśmiech.
Z dyspensą w kieszeni, zdobytą po długim poranku przypochlebiania się i wznoszenia niemal 
błagalnych   próśb,   Kipp   przekroczył   progi   rezydencji   przy   Grosvenor   Square   i   zapytał 
młodego chłopaka „do wszystkiego", gdzie czekają goście.
- Jaśnie pan hrabia, za przeproszeniem, przyucza Henry'ego do hazardu w sali bilardowej, pan 
Gillett  kazał   powiedzieć.  A   ta  miła  młoda   dama  jest  gdzieś  na  górze  z  paniom  Harris   i 
chmarom pokojowych. Przed chwilom słyszałem, jak coś tam skrobiom. Se myślę, że coś 
wydziwiają z meblami na piętrze, za przeproszeniem jaśnie pana.
Kipp patrzył w pryszczatą twarz chłopaka przez dłuższą chwilę, dość długo, by zniknął z niej 
uśmiech.
- Dobrze, George, dziękuję.
- Nie szkodzi, jaśnie panie. Znaczy się, przyjemność jest cała jaśnie pańska... to jest, cała 
moja... To jest...
Kipp machnął ręką i minął czerwonego jak burak młokosa, który, jak pamiętał, pracował tu 

background image

od niedawna, odsłużywszy dwa ostatnie lata jako podkuchenny w Willoughby Hall. Gillett 
poczynił w przygotowaniu George'a do jego obowiązków wielkie postępy, nadal jednak w 
obejściu   chłopaka   dostrzegało   się   pewne   niedoskonałości,   które   należałoby   wyplenić.   A 
Gillett akurat chce odejść. Jak może?
Kipp w pierwszej kolejności chciał znaleźć Brady'ego. Wolał nie myśleć, co może dziać się 
na   górze   teraz,   gdy   energiczna   pani   Backworth-Maldon   znajdowała   się   w   jego   domu. 
Przestawia   meble,   tak?   Rzeczywiście   nie   zasypia   kobieta   gruszek   w   popiele.   Naturalnie 
spodziewał   się,   że   całe   jego   domostwo   znajdzie   się   wkrótce   w   jej   rękach,   ale   nie 
przypuszczał, że narzeczona tak szybko wskoczy w swoją rolę, i to obydwiema nogami.
Obecna sala bilardowa była niegdyś prywatnym gabinetem jego matki, pokojem, do którego 
udawała się, ilekroć chciała zaplanować menu, sporządzić listę gości, skonsultować się w 
sprawach finansowych, kaligrafować listy to przyjaciół. Jej obecność odciskała się na nim 
wówczas   wyraźnym   piętnem   -   od   lekkich,   kwiecistych   zasłon   na   wysokich   oknach   po 
chińskie   tapety   z   ręcznie   malowanego   akwarelami   jedwabiu,   różanej   barwy   kanapy   i 
delikatne białe meble.
Otworzył drzwi i cicho wszedł do środka, przez najkrótszą z chwil pragnąc ujrzeć na ścianach 
tamte jedwabne, zdobne w malowidła tapety, tamten delikatny biało-złoty sekretarzyk matki.
Gabinet pomalowano później na kolor ciemnozielonej trawy, podłogę ogołocono z dywanów, 
do ścian przykręcono stelaże na kije i postawiono w nim olbrzymi, obciągnięty zielonym 
filcem   stół  do  bilardu,  pochłaniający  większość  wolnej  przestrzeni.   Idealna   kryjówka  dla 
majętnego kawalera.
Rozebrany   do   koszuli   hrabia   Singleton   stał   pochylony   nad   stołem,   lewą   ręką   ustawiając 
podpórkę, prawą balansując kijem, zezując przy tym na ustawione na zielonym filcu kule 
bilardowe. Prawą stopę trzymał dziwacznie uniesioną, zapewne dla równowagi, na czoło zaś 
zsunął mu się kosmyk ciemnych włosów, częściowo przesłaniając pole widzenia.
- Brady? - zagadnął Kipp, rozbawiony tym widokiem. - Jak tam na wojnie?
-   Nie   teraz,   chłopie.   Zaraz   poślę   do   luzy   tę   śliczną   pomarańczową   bilę   i   wygram   pięć 
milionów funtów. Prawda, Henry?
- Święta prawda, milordzie - odparł lokaj. - W dodatku powinno wystarczyć, żeby prawie był 
remis, wedle moich słupków.
- Ha! Twój antytalent do najprostszej gry pod słońcem nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, 
Brady. I nie tę pomarańczową, ty idioto. Wal w niebieską. Tę przynajmniej masz szansę wbić 
do łuzy.
Brady cofnął kij i mocno uderzył jego czubkiem w białą, po czym zaklął, widząc, jak pod 
wpływem   siły   uderzenia   pomarańczowa   podskakuje   do   góry   niby   wystrzelona   z   procy   i 
wylatuje poza stół. Kilkakrotnie odbiła się od podłogi i łupnęła w róg, nim rozbawiony Henry 
zdołał ją złapać.
-   Ki   czort   -   warknął   Brady.   Wyprostował   się,   nie   odrywając   od   stołu   podejrzliwego 
spojrzenia; zastanawiał się, czy nie maczała w tym palców jakaś nieczysta siła i czy to aby nie 
jej zawdzięcza nieustającego pecha do gry. Podpórkę i kij wręczył Henry'emu, który przyjął 
także wepchnięty mu w rękę pięciofuntowy banknot i wyszedł z sali.
- No cóż, Kippie. W tylu innych dziedzinach moje umiejętności stanowią wręcz wzór do 
naśladowania. To nawet dobrze, że istnieje na tym świecie jeden jedyny nieistotny drobiazg, 
któremu jeszcze nie dałem rady. W innym razie mógłbym się znudzić, nie uważasz?
-   Za   umiejętność   gry   w   bilard   oddałbyś   wszystkie   siekacze,   Brady   -   zaśmiał   się   Kipp, 
podchodząc do barka. Nalał wina dla siebie i Brady'ego, wręczył mu kieliszek, a następnie 
oparł się biodrem o krawędź stołu. - Jak minął ci ranek z panią Backworth-Maldon?
Brady   skończył   wciskać   się   w   swój   płaszcz,   połknął   wino   jednym   haustem,   po   czym 
uśmiechnął się szeroko.
- Pozwoliła, bym mówił jej „Abby", z czego bardzo się cieszę. A ranek minął mi rozkosznie... 

background image

gdzieś w Londynie. Niestety, nie na Bond Street, ale dzięki, że pytasz. Natomiast zupełnie 
nieszczególnie udała się poranna wizyta u madame Lucille, dokąd poleciłeś mi zabrać Abby, 
by   mogła   wybrać   odpowiednią   suknię   na   piątek.   Nie,   u   madame   Lucille   zupełnie 
nieszczególnie, choć pewnie i tak przyśle ci rachunek.
Podstawił pusty kieliszek, poczekał, aż Kipp ponownie go napełni, i uśmiechnął się jeszcze 
szerzej.
- Na twoim miejscu bym zapłacił.
Kipp wysączył swoje wino i kolejny raz napełnił oba kieliszki. Już wiedział. Zanim jeszcze 
spytał Brady'ego, już wiedział. Nie rozumiał, skąd brała się ta wiedza, ale nie miało to znowu 
takiego znaczenia. Znaczenie miał fakt, że jego plan zafundowania sobie nieuciążliwej żony, 
która   uprzejmie   trzymałaby   się   w   tle,   pozwalając   mu   spokojnie   robić   swoje,   zaczynał 
raptownie przypominać plan zbudowania zamku na ruchomych piaskach.
Jego początkowe wrażenia wydawały się tak logiczne... Cicha szara myszka, wdowa z dobrej, 
acz nie nadzwyczajnej rodziny. O zdrowym rozsądku, zdolna bez mrugnięcia powieką rządzić 
tabunem niechętnie poddających się czyimś rządom domowników. Uczciwa, bezpośrednia i 
dość zdesperowana, by przystać na jego przedstawioną z czystego wyrachowania propozycję. 
Nienafaszerowana   bzdurnymi   wyobrażeniami   na   temat   wieczystej   miłości,   której   on   nie 
mógłby odwzajemnić, i niebudząca obaw, że mogłaby uciec z innym mężczyzną, powalonym 
na kolana przez jej uderzającą urodę.
Choć czuł się jak łotr - motywy jego postępowania i wnioski, jakie wyciągnął, nawet jego 
samego wprawiały czasem w zakłopotanie - nadal wierzył, że pod tak wieloma względami 
była doskonała.
Tak czy inaczej sprawy zaszły zbyt daleko, by mógł się wycofać, nawet jeśli obudziły się w 
nim wątpliwości. Uzyskał dyspensę, która umożliwiała ślub. Sam napisał i doręczył  tekst 
anonsu, który ukaże się we wszystkich piątkowych gazetach. W pamięci miał też ostatni liścik 
od   Roxanne,   pełen   błagań,   żeby   odwiedził   ją   dziś   wieczorem,   to   „porozmawiają",   choć 
natychmiast po przeczytaniu spalił go w kominku w swoim gabinecie.
Poza   tym   nie   chciał   się   wycofywać,   odwoływać   ślubu,   wykręcać   się   z   danego   słowa. 
Naprawdę nie chciał. Ponieważ oznaczałoby to, że będzie musiał zacząć od początku - wrócić 
na targowisko żon, znosić głupawe rozmowy z debiutantkami o cielęcych oczach, przebrnąć 
przez całą gamę swatających córunie „mateczek", gotowych podstawić mu nogę, gdy będzie 
przechodził obok... wyglądając na żałośnie samotnego i niekochanego po powrocie Merry i 
Jacka z Ameryki za kilka krótkich tygodni, góra za miesiąc.
- A co takiego stało się u Lucille? - spytał więc, gestem nakazując Brady'emu przejść z sali 
bilardowej do bawialni. - Wszystko, o co cię prosiłem, to żebyś skierował uwagę Abby na 
odpowiednią suknię, którąkolwiek z tych trzech, które, jak osobiście zapewniała mnie Lucille, 
będzie można dopasować i podszyć w sam czas na ceremonię i bal. Czy to takie trudne?
Brady opadł ciężko na kanapę, postawił sobie kieliszek na kolanie i, delikatnie obracając go 
dłonią, tak balansował nogą, by nie spadł na podłogę.
- Trudne? Nic łatwiejszego, ale tylko wówczas, gdyby twoja narzeczona była pazerną lisicą, 
ostrzącą sobie ząbki na twój majątek. Jak się okazuje, małe biedactwo ma skrupuły. Paskudna 
rzecz te skrupuły; osobiście staram się unikać ich za wszelką cenę. Kategorycznie odmówiła 
choćby oglądania czegokolwiek, zanim Lucille nie obieca jej, że rachunek przyjdzie prosto do 
niej - nie żeby istniała  taka potrzeba, wzięła bowiem wszystkie swoje fundusze ze sobą, 
przygotowana, by zapłacić na miejscu. Dwanaście funtów sześć szylingów, ściśle biorąc. Cały 
majątek, jaki Abby ma przy duszy.
- O Boże! - jęknął Kipp. Nie mógł dłużej tego słuchać.
- A tak, zdaje mi się, że i jego madame Lucille wzywała na pomoc w pewnym momencie. 
„Mon   Dieu,   madame!   Alors!”  -   informował   go   usłużnie   Brady,   bawiąc   się   setnie.   -   W 
każdym razie udało się nam wbić Abby w prześliczną suknię, ale potem zaczęła wypytywać 

background image

się o ceny...
- Nie mów mi.
- Och, ależ muszę. Proszę, to zbyt zabawne, bym chciał to zachować dla siebie. A mogę ci 
powiedzieć, przyjacielu, że ranek miał się już porządnie z górki, a twoja droga Franc. „Mój 
Boże, proszę pani! Tak nie można!". Narzeczona nadal jeszcze podnosiła krzyk, że rabunek 
pozostaje rabunkiem, choćby nie wiadomo jak usilnie owijać prawdę w bawełnę, czy, w tym 
przypadku, dość kosztowny biały jedwab. Tak, po pewnym zastanowieniu przypuszczam, że 
powinieneś się spodziewać od madame Lucille jakiegoś rachunku. Och, a czy wiedziałeś, że 
nasza droga madame Lucille niezwykle płynnie posługuje się cockney

5

, gdy jest wzburzona?

Kipp zignorował żartobliwy wywód przyjaciela, koncentrując się na sednie sprawy.
-   Czyli   nie   ma   sukni?   To   mi   próbujesz   powiedzieć,   tak?   Ani   sukni,   ani   wieczorowych 
pantofli. Ani szala, ani wachlarza, ani rękawiczek. Czy naprawdę zamierza powitać naszych 
gości w piątek wieczorem ubrana w jeden z tych burych worków, których aż nazbyt wiele 
miałem okazję oglądać w ostatnim czasie? Nie, nie odpowiadaj mi. Już znam odpowiedź. 
Boże, Brady, oni ją połkną.
-   A   tak,   zwróciłem   jej   na   to   uwagę.   I   wiesz   co?   Myślę,   że   wcale   jej   to   nie   obeszło, 
przynajmniej nie w wystarczającym stopniu, by przyjęła równie osobisty prezent jak ubrania 
od człowieka, który nie jest jeszcze jej mężem. Znów te paskudne skrupuły. Potrafi najeżyć 
się jak kaktus, kiedy się postara.
- Nawet kiedy się nie stara - dodał smętnie Kipp, po czym zatrzymał się nagle i spojrzał na 
sufit, w górze bowiem rozległ się głuchy łoskot. - A teraz, wedle moich źródeł, jest na piętrze 
i z powodów, których nie chcę chyba rozumieć, przepycha  meble z kąta w kąt. Chryste, 
Brady, w co ja się wpakowałem?
- Cóż, stary przyjacielu, gdybym był dość łatwowierny, żeby uwierzyć w bajeczki, jakimi 
zamierzasz karmić świat, powiedziałbym, że zakochałeś się w tej miłej dziewczynie po same 
uszy.
- Nic dziwnego, że wielu twoich „przyjaciół" nadal marzy o tym, żeby rozkwasić ci nos - 
skwitował ten przytyk Kipp. Nerwowo przegarnął ręką włosy, obojętny wobec myśli, że może 
do reszty zrujnować uczesanie, które i tak wydawało się bardziej dziełem wiatru niż fryzjera. 
- Rozumiem,  że to twój sposób, by mi  powiedzieć, że zdecydowanie się pośpieszyłem  z 
zawarciem umowy o małżeństwie, że powinienem był pozwolić, żebyś to ty wybrał dla mnie 
żonę, tak, albo że przynajmniej powinienem skonsultować się z tobą, zanim oświadczyłem się 
pani Backworth-Maldon... Abby. Naprawdę uważasz, że mógłbyś dokonać lepszego wyboru?
Brady uciekł wzrokiem i zakasłał, mocno przyciskając pięść do ust.
- Udawałbyś przynajmniej, że rozumiesz, iż najbezpieczniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić, 
kiedy   przyznaję   się,   jaki   ze   mnie   idiota,   jest   zachować   milczenie   -   powiedział   Kipp   z 
wyrzutem.
Do bawialni  wszedł właśnie  Gillett  i  uprzejmie  zapytał,  czy może  porozmawiać  z jaśnie 
panem w prywatnej sprawie.
- Och, błagam, nie teraz, Gillett - jęknął Kipp, czując się zbyt mocno przytłoczony jak na 
kogoś, kto zaledwie dzień wcześniej wierzył, że z powodzeniem rozwiązał wszystkie swoje 
kłopoty.   -   Nie   sądzę,   żebym   podołał   kolejnej   starannie   przygotowanej   mowie,   punkt   po 
punkcie   przedstawiającej   wszystkie   powody,   które   twoim   zdaniem   usprawiedliwiają   twą 
dezercję. Za trzy dni biorę ślub, wydaję bal tego samego dnia wieczorem i ani mi się śni brnąć 
przez jedno i drugie bez ciebie. Jeśli darzysz mnie bodaj krztyną sympatii, to czy możemy 
odłożyć to na później?
-   Przepraszam,   milordzie,   lecz   czuję   się   w   obowiązku   poruszyć   tę   sprawę.   Chciałbym 
anulować   moją   prośbę   o   pańskie   pozwolenie   na   wycofanie   się   ze   służby,   milordzie   - 
oświadczył Gillett, a Brady zakrztusił się winem. - Poznawszy tę młodą damę i w pełni ją 

5 Cockney - dialekt warstw niewyszktałconych Londynu (zwł. wschodniego).

background image

aprobując, mogę jedynie uznać to za gest należny nieboszczce pańskiej matce, gdybym mógł 
służyć jakąkolwiek i wszelką możliwą pomocą przyszłej pani baronowej tak długo, jak uzna 
to za stosowne. Sir?
- Taak, no i proszę, Kippie. Gillett to aprobuje. Nie można chyba chcieć więcej?
Kipp przeniósł wzrok z kamerdynera na przyjaciela. Na przyjaciela, który miał teraz taką 
minę, jakby obśmiewał się w duchu z dla siebie tylko zrozumiałego żartu.
Coś się tutaj szykowało. Kipp nie uważał się za szczególnie błyskotliwego człowieka, ale też 
na pewno nie tak tępego, by nie wyniuchać spisku, mając go pod samym nosem.
I wtedy doznał olśnienia. Skoro Abigail Backworth-Maldon radziła sobie z ekscentrycznymi 
szwagrami, pustogłową bratanicą męża i jej jakoby trudnym do ujarzmienia, choć póki co 
szczęśliwie nieoglądanym na oczy bratem, niewyraźnie wyglądającą kobietą, jaką była jej 
szwagierka... to uporanie się z jego domem, służącymi, przyjaciółmi - może nawet z całą 
Anglią i częściami Walii i Szkocji - nie mogłoby okazać się dla niej zbyt trudne?
Między innymi dlatego właśnie ją wybrał, cokolwiek by tu mówić.
Ale Abby była kobietą i jako kobieta nie ograniczy się do „radzenia sobie" z nimi. Postara się 
ich zawojować. Byłoby jednak lepiej, żeby, do cholery, nie próbowała zawojować jego.
Ta kobieta gromadziła sprzymierzeńców, otóż co robiła. Brady, Gillett, pewnie wszyscy z 
dołu,   od   najlichszej   pokojówki   po   ochmistrzynię.   Starała   się   zająć   taką   pozycję,   by 
niemożliwością   było   obejść   się   bez   niej,   jeśli   nawet   nigdy   nie   odczuwał   szczególnego 
zapotrzebowania na jej rządy, zanim wtargnęła na scenę.
Zamierzała zadbać o to - a zabrała się do tego z marszu - że jak już zostanie baronową, to 
będzie nią nawet wówczas, gdyby on sam zmienił zdanie.
Zamierzała   dać   mu   wszystko   to,   czego   od   niej   oczekiwał.   I,   będąc   kobietą   inteligentną, 
zwerbowała   jego   przyjaciela,   żeby   pomógł   jej   uwieńczył   dzieło,   nawet   zdrajcę   Gilletta 
owinęła   sobie   wokół   małego   palca.   Wygładzała   jego,   Kippa,   życie,   równocześnie   sama 
podstępnie wdzierając się w każdy jego fragmencik.
Czy to dobrze? Czy to źle? Czy małżeństwo z Abby ułatwi mu życie, jak na to liczył? A jeśli 
tak, bo nadal był co do tego pewny - żywił przynajmniej taką nadzieję - dlaczego czuł się tak 
nieswojo? Taki zagrożony. Wręcz bezbronny.
Ale, koniec końców, czy to miało jakiekolwiek znaczenie?
- Lepiej, żebym nie wiedział, co się tu szykuje, czyż nie tak, Brady? - spytał w końcu, czując, 
że łupie mu w skroniach.
- Tak, mój przyjacielu, tak właśnie sądzę - odparł Brady i zachichotał. - O, jeszcze jedno... 
Gilletcie, masz na surducie parę okruchów - skończył, po czym roześmiał się na całe gardło, 
gdy   nadzwyczaj   zasadniczy   i   nadzwyczaj   wstrząśnięty   kamerdyner   strzepnął   ślady   po 
zaimprowizowanym posiłku z Abby, skłonił się i szybko wyszedł.
Prawdę powiedziawszy, Brady nie przestał się śmiać nawet wówczas, gdy Kipp wypadł z 
pokoju i pomknął po schodach, zgrzytając zębami. A zgrzytał zębami, bo zdążył uprzytomnić 
sobie, że nie pozostawało mu nic innego, jak tylko pochwalić Abby za spustoszenia, jakie 
siała w jego życiu w imię niesienia mu pomocy.
Zamarł   z   nogą   na   drugim   schodku   od   góry,   nagle   bowiem   zdał   sobie   sprawę,   że   jest 
najzwyczajniej zły na Merry za to, że wpakowała go w taki bałagan.

background image

12

Moja droga pani Backworth-Maldon!
Dzień   dobry.   Znajdziesz,   pani,   wśród   innych   paczek,   suknie,   które   winnaś   założyć   na 
popołudniową ceremonię oraz bal dziś wieczorem, a także odpowiednie do nich dodatki. Jeśli 
wolno mi zasugerować to, co oczywiste - różową na wieczór, kość słoniową na ceremonię.  
Którąkolwiek wybierzesz, bądź pani łaskawa zabrać ze sobą tę drugą, jadąc na Grosvenor 
Square, jako że w żadnym razie na Half Moon Street nie powrócisz.
Nie muszę, mniemam, przytaczać tu warunków naszej umowy czy też obszerniej wyjaśniać  
mego usprawiedliwionego żądania, byś była ubrana, pani, stosownie do twej nowej pozycji 
społecznej. Nie sądzę także, bym potrzebował ci tłumaczyć, iż twój wygląd przekłada się na 
opinie, jakie zostaną w towarzystwie powzięte na temat mojego stosunku do ciebie.
Koszt wyżej wspomnianych zostanie potrącony od twej pierwszej kwartalnej pensji, jako że  
rozumiem,   iż   troszczysz   się   o   pozory.   Po   ceremonii   będziesz,   pani,   miała   święte   prawo 
przyssać się do mnie jak pijawka i cieszyć się nowo nabytą swobodą finansową - w granicach  
swojej pensji.
Mój powóz będzie do dyspozycji rodziny pani o drugiej po południu.
Spiesz się, pani, abyśmy mogli przebrnąć przez konieczne formalności jak najszybciej.

Twój uniżony sługa

Willoughby

Abby przeczytała ten krótki liścik dwukrotnie, rozdarta między pragnieniem, by powiesić, a 
następnie  poćwiartować jego autora... a chęcią,  by najzwyczajniej  go powiesić i mieć  ze 
wszystkim święty spokój. Z pewnością ani jej się śniło obłapiać go za szyję i obsypywać 
pocałunkami w podzięce za jego uprzejmość. Nie wówczas, gdy owa uprzejmość wynikała z 
troski o własną osobę, pozory jego stosunku do niej, o to, co by o nim mówiono, gdyby 
pokazała   się   na   balu   w   którejkolwiek   z   dwóch   najznośniej-szych   sukni,   w   których   już 
widziano ją w towarzystwie.
Następnie uzmysłowiła  sobie pewną rzecz. Coś, co tyczyło  jej samej, a co wcale jej nie 
zachwycało. Była to coraz większa łatwość, z jaką przychodziło jej przystawanie na plany 
jego lordowskiej mości, oraz coraz większa niecierpliwość, z jaką wypatrywała chwili, gdy 
będzie mogła „przyssać się do niego jak pijawka", trwoniąc beztrosko wyznaczoną pensję. 
Naturalnie nie powinna czuć się tak bardzo znowu zaskoczona. Zbyt wiele lat odkładała grosz 
do grosza i tak twardą ręką trzymała kiesę, że aż w niej coś piszczało, by mogła nie dostrzec, 
jakie wiele korzyści wynikało dla niej z planu, którego zarysy nakreślił Brady, z propozycji, 
jaką raczył jej złożyć pan baron.
Było to zupełnie tak, jakby ją kupił, kupił, bo tak mu się spodobało, i uczucie to nieustannie 
ciążyło  jej na sercu. To i myśl,  że nieświadomie zachowywał się zgodnie z planem jej i 
Brady'ego.
Otóż i coś, o czym nigdy nie wolno mu się dowiedzieć, jeśli bliska jej była własna skóra.
Jaka szkoda, że nie była  w tym  człowieku zakochana. Czułaby się o wiele mniej  winna, 
kochając go.
Albo winna jeszcze większej zbrodni.
-   Och,   popatrz,   Abby,   są   po   prostu   niebiańskie!   Czyż   baron   nie   jest   najcudowniejszym 
człowiekiem na świecie? A ty największą szczęściarą?
Abby spojrzała na Edwardine i usiadła na łóżku obok otwartych pudeł, z których wylewała się 
kaskada bibuły sięgająca do samej podłogi. Bratanica podziwiała właśnie dwie z sukien, które 
Abby przymierzyła w idiotycznie drogim salonie madame Lucille przy Bond Street.
- I halki. I buciki. Pończoszki. I, zobacz, Abby, wachlarz. Uwielbiasz wachlarze. Ależ ten 
baron musi cię kochać!

background image

Abby łypnęła na liścik, przeczytała go po raz ostatni i zmięła go w dłoni.
- Och, tak, Edwardine - powiedziała powściągliwie, ciskając papierową kulkę do kominka. - 
On mnie po prostu uwielbia, to fakt.
Potem zaś siedziała nieruchomo, rozpamiętując fragment liściku - że nie wróci już na Half 
Moon   Street.   No   tak,   chyba   rzeczywiście   nie   będzie   już   powodów   do   powrotu.   Zresztą 
zbytnio nad tym nie ubolewała, nie darzyła bowiem tego domu szczególnym przywiązaniem.
Tyle tylko, że czuła się w nim o wiele bezpieczniej niż w rezydencji przy Grosvenor Square.
Założyła tę w kolorze kości słoniowej.
Skromny fason tej sukni przypadł jej do gustu już w chwili, gdy zobaczyła ją po raz pierwszy 
u madame Lucille. Cała z najdelikatniejszego perkalu, o wysokim kołnierzyku, z potrójną 
falbaną   na   ramionach   i   o   długich,   przylegających   rękawach   wykończonych   lamówką   i 
zwieńczonych mankietami, które, obszyte dla dekoracji splecionymi z materiału warkoczami, 
sięgały niemal po czubki palców.
Poza ciemnozieloną, aksamitną wstążką w odcieniu mchu, którą była mocno ściągnięta tuż 
poniżej piersi, suknia wolna była właściwie od innych ozdób. Z przodu dość wąska, z tyłu 
wyposażona w dopełniający całość dobry tuzin materiałowych  warkoczy,  które podłapane 
jedynie na ramionach opadały swobodnie ku ziemi, tworząc krótki tren.
Na tym się jednak nie kończyło. Jedwabne pończochy w odcieniu kości słoniowej, miękkie 
jak puch ciemnozielone pantofle, które leżały jak ulał, oraz rękawiczki z safianu w odcieniu 
kości   słoniowej,   bardziej   nawet   od   pantofli   miękkie   i   prawie   jak   na   Abby   uszyte.   Mała 
torebka,   czy   raczej   ażurowy   prostokącik,   na   który   składały   się   zmyślnie   splecione   paski 
zielonego  aksamitu i perkalu w odcieniu kości słoniowej, zawieszony na cienkim złotym 
łańcuszku.
Abby wyglądała na posiadaczkę zdecydowanie większej sumy niż dwunastu funtów i sześciu 
szylingów.
Jedynie włosy, świeżo umyte,  proste i płowe jak zawsze, zawiodły jej nadzieje. Poniosła 
srogą klęskę, usiłując je zakręcić, ułożyć  ciężkie pasma w cokolwiek innego, byle  nie w 
zwykły, ciasno upięty kok.
Niemniej i tak odczuwała satysfakcję na myśl, że baron przysłał jej suknię, obie suknie. Nie 
tylko dlatego, że bon ton tak łatwo by go przejrzał, gdyby upierał się, że z miłości poślubia 
pospolitą, nieurodziwą wdowę, ale dlatego, że czuła się teraz lepiej uzbrojona, by spotkać się 
z nim, stanąć u jego boku, powtórzyć słowa przysięgi.
W dodatku nie brakowało jej wsparcia ze strony rodziny. Wujowie Dagwood i Bailey, w 
identycznych strojach z zielonej jak trawa satyny, pamiętających zamierzchłe dzieje - surdut 
Dagwooda niemalże rozłaził się w szwach - osłaniali jej flanki. Hermione i Pieszczuś oraz 
mała   srebrna   piersiówka   należąca   do   szwagierki,   nieodmiennie   utknięta   w   jej   torebce, 
maszerowały tuż za nimi.
Edwardine   zaś,   prowadzona   przez   brata   Ignatiusa,   stanowiła   wraz   z   nim   straż   tylną.   Po 
przybyciu do rezydencji Edwardine rozejrzała się na swój zwykły sposób krótkowidza ze 
słowami:
- To kościół? Wygląda jak kościół.
- Witaj, pani - rzekł Gillett, kłaniając się całej rodzinie Backworth-Maldonów zebranych w 
obszernym westybulu. - Ośmielę się zauważyć, jak pięknie pani dziś wygląda. Pan baron 
oczekuje na panią w bawialni.
- Dziękuję ci, Gilletcie - odparła Abby, po czym wzdrygnęła się, słysząc własny głos, który 
niewiele różnił się od ochrypłego szeptu. - Czy jest tam również pastor albo ktokolwiek inny?
- Tak, pani, a prócz pastora pan hrabia Singleton. Raczy pani pójść za mną...
Abby   posłusznie   podreptała   za   kamerdynerem,   ponieważ   zabrakło   jej   pomysłu   na   dalsze 
pytania, które odwlekłyby to, co nieuniknione. Drugim powodem była nieistotna sprzeczka, 
jaka wywiązała się między wujami, dotycząca tego, czy to Dagwood miał na sobie jeden z 

background image

butów Baileya, czy też może raczej to Bailey założył jeden z... cóż, był to spór, którego wynik 
można było spokojnie obstawiać bez obawy przegranej.
Ignatius, nieznacznie jedynie bardziej męska kopia siostry, chyłkiem podkradł się do Abby, z 
uśmiechem   szerokim   i   zdobywczym,   i   częściowo   tylko   ukrytym   za   uperfumowaną, 
koronkową chustką, którą trzymał przy ustach.
- Poczekaj no chwilę, Gillett, tylko zamienię słówko z cioteczką. Dzięki, staruszku. Niech 
mnie, cioteczko - zawsze nazywał ją „cioteczką Abby", choć był od niej młodszy tylko o dwa 
lata - naprawdę będziesz tutaj mieszkać? Ładnie żeś się z żartu urządziła. Moje gratulacje. 
Nie sądziłem, że cię na to stać.
- Dziękuję ci, Iggy - odparła ze słodyczą, wiedząc, że szczerzej już mówić bratanek Harry'ego 
nie potrafił. Poza tym świetnie zdawała sobie sprawę z tego, co zaraz usłyszy.
Nie   rozczarował   jej.   Iggy   nigdy   nie   rozczarowywał,   jeśli   tylko   zastanowić   się   dobrze, 
pomyśleć  o najgorszej  możliwej  rzeczy,  jaką  można  by w  danej  sytuacji  powiedzieć  lub 
zrobić, a następnie stanąć z boku i poczekać, aż on to powie lub zrobi.
- Toteż zastanawiałem się, cioteczko - kontynuował, a jego błękitne jak niebo oczy wyzute 
były z wszelkiej obłudy jak oczy dziecka, które to mylące wrażenie Abby dawno już nauczyła 
się ignorować. - Będąc takim dobrym bratankiem, kochającym itepe, i biorąc pod uwagę to, 
że będzie zapewne chciała mi jakoś wynagrodzić konieczność przejęcia sterów, do czego 
zostaję zmuszony, zaopiekowania się idiotami z naszej rodziny...
- Chcesz, żebym przyznała ci pensję, prawda, Iggy? - spytała, gdy zawiesił głos, uniósł brwi i 
wpatrzył się w nią wyczekująco. - Nic z tego.
- Ależ cioteczko, nie bądź niemiła. Najpewniej nie spodoba ci się to, co nastąpi, jeśli będziesz 
niemiła dla swojego ulubionego bratanka.
Abby  gestem   poleciła   Gillettowi,   by  odsunął   się   od   drzwi  do   bawialni   i  jeszcze   ich   nie 
otwierał. Następnie złapała szczerzącego się radośnie Iggy'ego za łokieć i wciągnęła go w róg 
westybulu.
- Grozisz mi, Iggy? Nie chciałabym myśleć, że mi grozisz.
- Grozić ci, cioteczko? Co ty opowiadasz? Miałbym być tak podły, tak nikczemny, żeby ci 
grozić! - Jego uśmieszek doprowadzał ją do furii. - Cóż, prawdę mówiąc, to chyba masz rację, 
skoro już o tym wspomniałaś. No i co ty na to?
Abby zachowała milczenie.  Wiedziała,  że wcześniej czy później Iggy przejdzie do sedna 
sprawy.
-  Przypominasz  sobie  ten  dzień,  kiedy to  razem  z  Edwardine  wybrałyście  się  na  piknik, 
cioteczko? - spytał po chwili, gdy skończył gmerać przy swoich opadających koronkowych 
mankietach   i   poklepywać   się   po   idiotycznie   długim   żabocie   koszuli.   -   Ja   także   się   tam 
wybrałem,   wiesz?   Dokazywaliśmy   sobie   z   koleżkami,   zażywaliśmy   świeżego   powietrza, 
docenialiśmy urodę dam, tak jak od nas, młodych, jurnych dżentelmenów się tego oczekuje.
Abby   nie   mrugnęła   okiem,   nie   drgnęła   jej   powieka,   choć   głowę   miała   zaprzątniętą 
domysłami, jaka może być następna wypowiedź Iggy'ego.
I dopiero wtedy rozczarował ją, ogarnęła ją bowiem głupia nadzieja, że może choć ten jeden 
jedyny raz chłopak zachowa się tak, jak sugerowałaby to jego anielska aparycja.
-  Jako  jedyny   mężczyzna   z  rodziny  tam  obecny  -  jako  jedyny  prawdziwy  mężczyzna  w 
rodzinie,   dodam   po   głębszym   zastanowieniu   -   i   widząc,   jak   chyłkiem   wymykacie   się   z 
baronem  tylko   we  dwoje,  uznałem  za   swój   obowiązek  was   śledzić.   Nie  mogłem  przecie 
dopuścić,   by   moją   cioteczkę   skompromitowano   lub   by   spotkało   ją   coś   jeszcze 
paskudniejszego, prawdaż? Znalazłem sobie przytulny kącik przy strumieniu, zmieniłem się 
w słuch, by nie stracić ni słówka, by w razie konieczności móc ruszyć ci na ratunek. Ale tobie 
ratunek nie był potrzebny, prawda, cioteczko?
- Słyszałeś? - W żołądku się jej przewracało.
- Każde cudowne, cudownie nikczemne słówko. - Roześmiał się na całe gardło. Następnie 

background image

nachylił się w jej stronę i ściszył głos do szeptu. - Jak to szło? A tak. Coś mniej więcej 
takiego: „Nie jestem dziewicą, ale to może być tylko zaletą". O to pytasz, cioteczko? Mam 
mówić dalej, wysilić mózgownicę i podać więcej przykładów? A potrafisz sobie wyobrazić, 
tylko wyobrazić, jakim pośmiewiskiem stałby się baron... gdybym wytężył głowę publicznie?
-   A   jeślibym   wspomniała   o   tym   baronowi...?   -   zasugerowała   Abby   dość   ryzykownie, 
zastanawiając się, jak wielkim afrontem wobec Gilletta byłoby złapać Iggy'ego za uszy i 
targać go za nie tak długo, aż zacząłby kwiczeć jak zarzynane prosie.
Musiała, acz niechętnie, oddać Iggy'emu honor. Czekał, czyhał na stosowną okazję, po czym 
wybrał   idealny   moment,   by   się   do   niej   zwrócić.   Nie   mogła   wytargać   go   za   uszy, 
spoliczkować, poinstruować Gilletta, by kazał dwóm lokajów wyrzucić jej bratanka z domu i 
zostawić w rynsztoku.
Była bezsilna.
I Iggy o tym wiedział.
- Mogłabyś napomknąć o tym jego lordowskiej mości, tak przypuszczam, gdybyś w ogóle 
była tego człowieka pewna. Ale nie jesteś, więc nic nie powiesz. Chce, żebyś ułatwiła mu 
życie, cioteczko, a nie zrujnowała jego reputację.
A zatem dyskusję dotyczącą konkretnej sumy odłożymy na później - wysokość pensji, parę 
drobnostek, o jakie mogę cię prosić od czasu do czasu. Bądź co bądź nie chcesz chyba, żeby 
pan młody musiał na ciebie czekać, prawda?
- Wiedz, że zemszczę się na tobie - powiedziała beznamiętnie Abby, podciągając za luźne 
rękawiczki. - Nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale pewnego pięknego dnia dostaniesz za swoje. 
Obiecuję ci to.
- Już trzęsę portkami, cioteczko. Było nie było ty i twoja oszałamiająca uroda - jak też chętka, 
by wskoczyć jego lordowskiej mości do łóżka - mogą rozmiękczyć jego serce tak dalece, że 
zadeklaruje ci miłość poza grób. A wtedy, cioteczko, będziesz zapewne mogła wyznać, jak to 
skomplikowałaś mu życie, zamiast  je ułatwić,  i napawać się swoją zemstą - odparował i 
pochylił się, by cmoknąć ją w policzek, a potem podprowadził ją do grupki oczekujących w 
holu.
Gdy Gillett otwierał na oścież drzwi, by ukazać bawialnię w całej okazałości, i anonsował ich 
przybycie, Iggy nie zdołał powstrzymać się przed czymś, co brzmiało zupełnie jak złośliwy 
chichot.
- Aczkolwiek jestem przekonany - poinformował Abby z cicha - że do tego czasu, latami 
czekając na chwilę, gdy podbijesz serce jego lordowskiej mości, będę bardzo, ale to bardzo 
dobrze się bawić.
Abby nie odezwała się słowem. Po prostu okręciła się na pięcie, upewniwszy się najpierw, że 
lewy obcas mocno wbił się Iggy'emu w śródstopie, po czym zostawiła go tam, gdzie stał, i 
weszła do bawialni.
Kipp, który czekał na zapowiedź z ust Gilletta z równym entuzjazmem, z jakim okrutnie 
cierpiący człowiek wita nadejście dentysty, który ma mu wyrwać ząb - tak czy owak, czeka 
go sporo bólu - podszedł do wejścia, by powitać gości.
- Dobrze wyglądasz, moja droga - powiedział Abby, ujmując ją za ręce i ciągnąc w głąb 
pomieszczenia.   Równocześnie   starał   się   uścisnąć   jej   palce   w   sposób,   jak   miał   nadzieję, 
dodający otuchy. - Widzę, że otrzymałaś mój liścik.
- Właściwie to nie, milordzie - warknęła rozzłoszczona jak żmija, na którą ktoś niebacznie 
nastąpił. - Musiał być dość suchy, bo rozsypał mi się w palcach, zanim zdążyłam odczytać 
choć jedno słowo.
Kipp poczuł, że szczęki same mu się zaciskają. Wiedział, że list był zwięzły, lecz i tak był 
niewątpliwie najlepszy spośród trzech, jakie napisał. Po prostu brakowało mu doświadczenia 
w kontaktach z narzeczonymi, które bardziej przypominały partnerki handlowe, kobietami, 
które miały niebawem rodzić jego dzieci, choć nie było mowy o miłości czy nawet choćby o 

background image

złudzeniu, że łączy ich jakiekolwiek uczucie.
- Pozwól, proszę, bym wszystkich przedstawił. Zaczniemy od wielebnego Peake'a?
Dzięki latom żeglugi po wodach etykiety towarzyskiej Kipp zdołał przebrnąć przez wzajemne 
prezentacje, znaleźć właściwe słowa, ubrać twarz w odpowiednie uśmiechy, a wszystko to, 
poddając przyszłą połowicę dokładnym oględzinom.
Ta suknia to był dobry wybór. Powściągliwa, ale nie bez wyrazu. Madame Lucille nie myliła 
się; w dniu, w którym pojawiła się w jej zakładzie Abby, wzięła dość dokładną miarę, by 
suknię można było wykończyć bez kolejnej przymiarki.
Za to włosy? Psiakrew. Jego oblubienica mogła być odpowiednio ubrana, by odegrać rolę 
młodej londyńskiej matrony, ale jej włosy, w połączeniu z wyprostowaną, niemal sztywną 
postawą   nadal   przywodziły   mu   na   myśl   nianię,   guwernantkę   albo   dyrektorkę   pensji   dla 
panien.
Czy ta masa lśniących, jasnych włosów otuliłaby jej ramiona burzą loczków, gdyby uwolnić 
ją spod tyranii surowej fryzury? Czy spłynęłaby kaskadą na piersi, piersi, które, jak mógł 
tylko żywić nadzieję, były równie kremowobiałe jak jej cera? Czy ta kobieta w ogóle miała 
jakieś piersi? Sam z pewnością niewiele widział na to dowodów, nie w tych sukniach, które 
wcześniej   nosiła,   i   nie   w   tej,   którą   teraz   miała   na   sobie:   obszyty   falbankami   stan   mógł 
skrywać istne cuda albo maskować mizerne w rzeczywistości kształty.
Dlaczego   obiecał   wyrzec   się   kochanek?   Był   wtedy   szalony?   Czy   najzwyczajniej   na   tyle 
przyparty do mury, by chcieć jak najszybciej ukryć się bezpiecznie za małżeństwem i mieć 
większość kłopotów zdjętych z głowy przed powrotem Jacka i Merry z Ameryki.
- Abby, moja słodka, wyglądasz cudownie - oznajmił hrabia Singleton, stając przed nią, i 
uniósł jej dłoń do pocałunku. - Ale jeszcze nie jest zbyt późno, żebyś się wycofała, wiesz? On 
nie jest ciebie wart.
Abby   uchwyciła   się   rąk   Brady'ego,   całą   siłę   woli   angażując   w   to,   by   przystąpić   do 
realizowania   planu,   do   czego   zgodnie   z   jej   własnymi   i   barona   deklaracjami   oboje   byli 
przygotowani.
- Och, nie mogłabym, Brady - odparła z uniesioną brodą i uśmiechem, który początkowo był 
bledziutki,   lecz   z   każdą   chwilą   stawał   się   bardziej   zdecydowany,   tak   jak   zdecydowanie 
narastało w jej duszy, umacniało się na kamień. - Za bardzo go kocham, zrozum.
Kipp obejrzał się raptownie na swoją narzeczoną. Zdumiał go jej spokojny głos, zdziwiła 
zdecydowana deklaracja uczuć. A potem przypomniało mu się, dlaczego w ogóle ją wybrał, 
ależ   tak,   to   miało,   do   czorta,   szansę   się   powieść.   Pani   Abigail   Backworth-Maldon   była 
nieporuszona. Praktyczna. Silna. Niezależna. I, jak widać, dość obyta z kłamstewkami.
Gdyby jeszcze miała piersi...
- Wasza lordowska mość?
- Hmm? - warknął Kipp i zmarszczył czoło, niezadowolony, że mu ktoś przerywa rozważania 
nad   tym,   czy   jest   najnikczemniejszym,   najbardziej   samolubnym   człowiekiem   w   całym 
Londynie, gdzie istniała ogromna konkurencja do tego niechlubnego tytułu.
- Właśnie mówiłem, milordzie - tłumaczył wielebny Peake ze zbolałą miną - że wszystko to 
wynikło doprawdy w ostatniej chwili i mam niewiele ponad kilka minut, nim będę musiał 
śpieszyć na pogrzeb lady Haver, gdzie mam odprawić nabożeństwo. Gdybyśmy zatem mogli 
przystąpić do ceremonii, jeśli wasza lordowska mość tak uprzejmy...?
- Jeśli wielebny obieca, że nie pomylą mu się słowa towarzyszące obu obrzędom, jakie ma 
zaplanowane na dzisiejsze popołudnie - usłyszał swój głos Kipp, po czym uśmiechnął się, gdy 
zarówno Abby, jak i Brady - czy raczej jedynie Abby i Brady - zaśmiali się z uznaniem dla 
jego żartu.
Hermione Backworth-Maldon tymczasem kryła się za potężną rośliną doniczkową, niestety, 
nie wystarczająco wysoką, by nie było widać, jak właśnie odchyla głowę, pociągając z malej 
srebrnej flaszeczki. Mały pies o białej sierści i wrednych czarnych ślepiach stał u jej stóp, 

background image

zadzierając chudą nogę i na psią modłę z upodobaniem tę samą roślinę „podlewał".
Edwardine Backworth-Maldon, zaiste prześliczna dziewczyna, nawet jeśli błysk w jej oczach 
nie miał nigdy być czymkolwiek innym niż zwykłym refleksem światła, siedziała na jednej z 
kanap, zdoławszy jakoś wysypać sobie na podołek cały talerz owoców w cukrze - a teraz była 
w najlepsze zajęta usuwaniem powstałego bałaganu, pakując sobie owoce kolejno do ust.
Wujowie   Backworth-Maldon   stali   tuż   obok   siebie   na   samym   środku   wielkiego 
pomieszczenia, bez mała trzymając się za ręce, i z lekko rozdziawionymi ustami chłonęli jego 
pełen przepychu wystrój. Kippowi przypominali dwóch zakonników bez habitów, łysawi i z 
grzywkami   w   strąkach   -   oraz   bohaterów   jednego   ze   sprzedawanych   za   pensa   rysunków, 
przedstawiającego   na   ich   pierwszym   londyńskim   przyjęciu   parę   chłopków   roztropków,   u 
których stóp siedzą jak zwierzątka domowe ich ulubione kurczaki o dziwacznych imionach.
Bratanek - bodajże Ignatius...? - ten dopiero musiał być dobry, uznał Kipp, obserwując, jak 
młodzieniec   niespiesznie   okrąża   bawialnię,   szacując,   jak   się   wydawało,   wartość   każdego 
mebla, jakby szykował się do licytowania ich na aukcji. Spacerował i długimi, smukłymi 
palcami wodził po blatach stołów i stolików, zwalniał, by pieściwym gestem musnąć każdą 
statuetkę, poklepać każdy element srebrnej zastawy. Ubrany zgodnie z ostatnim krzykiem 
mody - krzykliwie, afektowanie i dandysowato, do czego sam Kipp nigdy nie aspirował - 
chłopak był wysoki, szczupły,  równie urodziwy jak siostra i o wyglądzie niemal jak ona 
kobiecym.
Jedyną znaczącą różnicą między tą jasnowłosą, błękitnooką dwójką była żywa inteligencja, 
bijąca z oczu Ignatiusa Backworth-Maldon. Inteligencja, szczodrze okraszona przebiegłością.
Może warto byłoby mieć tego chłopaka na oku.
- Zadzwonię na Gilletta, żeby wezwał służbę - zaproponował Brady, przerywając Kippowi 
inwentaryzację dość dziwacznej rodzinki, która miała lada chwila stać się jego rodziną. - 
Mówiłeś chyba, że chcesz, żeby przy tym byli jako świadkowie?
- Owszem, tak mówiłem. To sugestia Gilletta, zresztą rozsądna - odpowiedział Kipp i wziął 
Abby   za   rękę.   Oboje   podążyli   za   pastorem,   kierując   się   ku   olbrzymiemu,   ozdobionemu 
sztukaterią kominkowi, przed którym miała się odbyć ceremonia.
- Zdenerwowany, milordzie? - odważyła się zapytać Abby i niespodzianie, bez przyczyny, 
którą zdołałaby czy choćby szczególnie  pragnęłaby pojąć, poczuła się zupełnie  spokojna. 
Śmiertelnie spokojna. Zupełnie jak więzień, który stracił resztki nadziei na ratunek i w końcu 
pogodził się z losem.
- Sparaliżowany - odparł uczciwie Kipp, gdy wielebny Peake uniósł małą, oprawną w czarną 
skórę książeczkę i zaczął ją kartkować. - Ty za to wydajesz się dość spokojna. Za każdym 
podejściem jest coraz łatwiej, przypuszczam?
- Jak już cię pochowam i po raz trzeci stanę na ślubnym kobiercu, milordzie, dam ci znać - 
rzuciła, a nagrodził ją zdławiony chichot Kippa i kolejny uścisk dłoni.
W tej samej chwili do bawialni weszli służący z Gillettem na czele i zajęli pozycje w dwóch 
rzędach wzdłuż okien.
Brady podszedł i stanął przy Kippie, gotowy podać mu obrączkę przekazywaną w rodzie 
Willoughbych z pokolenia na pokolenie, tę samą, którą Kipp zsunął matce z palca w dniu jej 
śmierci, tego samego dnia, gdy złożył jej obietnicę, że ożeni się i spłodzi następcę. Tego 
samego,   gdy   obiecał   jej,   że   przestanie   spoglądać   wstecz,   łudzić   się,   że   spełnią   się   stare 
marzenia.
Nigdy nie wspomniał matce o swoich uczuciach dla Merry, dziecka, z którym dorastał, z 
którym zdarzało mu się mieszkać pod jednym dachem. Ale ona wiedziała. W niewiadomy 
sposób jego matka zawsze wiedziała.
Zastanawiał się, czy mu się teraz przygląda, czy zaaprobowałaby jego decyzję. Wolał wierzyć 
w to pierwsze i nie wnikać w to drugie.
Przy pierwszych  słowach wielebnego  Peake'a Hermione wydobyła  z torebki chusteczkę  i 

background image

zaczęła szlochać o tyle gwałtownie, co i dźwięcznie.
- Czy bierzesz sobie tę kobietę za...
Słowa   te   zawirowały   w   powietrzu,   wznosząc   się   i   opadając,   przerywane   podobnym   do 
czkawki   łkaniem   Hermione,   szeptaniną   Edwardine:   „odsuń   się,   Iggy,   bo   nie   widzę"   i 
warknięciem Iggy'ego „i tak nie widzisz nawet własnego nosa, Eddy".
Do tego  doszedł  szmer  ściszonej  paplaniny wujów  Dagwooda i Baileya,  która miała  coś 
wspólnego z planami i fortunami. Koniec końców rozległo się jeszcze kilka krótkich, acz 
zajadłych warknięć Pieszczusia pod adresem lokaja, któremu Gillett polecił wydrzeć jakoś 
małą,   obszytą   jedwabnymi   frędzelkami   poduszkę   z   zaciśniętych   psich   szczęk   przed 
wyprowadzeniem pudla z pokoju.
A potem było już po wszystkim. Dziesięć minut, a Kipp wiedział już, że jego życie zmieniło 
się na zawsze.
Pastor Peake ogłosił ich małżeństwem, a niepoprawny Brady zasugerował, by Kipp pocałował 
pannę młodą.
- Och, to nie jest konieczne! - wybuchła Abby, nim zdołała się powstrzymać.
- Owszem, jest - odrzekł Kipp. Wiedział, do czego zmierza Brady, dlaczego namawia do tego 
pocałunku. Brady chciał, by przyjaciel zainicjował pierwszy fizyczny kontakt z Abby, co - 
nawet w przypadku, gdyby państwo młodzi nie w pełni jeszcze uświadamiali sobie powagę 
powziętego przed chwilą kroku - powinno rozwiać wszelkie ich wątpliwości.
Byli małżeństwem. W bogactwie i niedostatku, na dobre i na złe, niezależnie od motywów, 
wypowiedzianych czy nie, jakie nimi kierowały, byli małżeństwem.
Podczas gdy wielebny przestępował z nogi na nogę, wyraźnie zainteresowany tym, by jak 
najszybciej znaleźć się na ceremonii pogrzebowej lady Haver - w nadziei, że po nabożeństwie 
zostanie zaproszony na sutą stypę - Kipp zwrócił się ku swojej oblubienicy. Uśmiechnął się 
do niej. Zastanowił się, czy oblubienica aby nie zemdleje.
- Milady Willoughby - rzekł i lekko uniósł jej podbródek. Patrzył, jak jej piękne, wyraziste 
fiołkowe oczy ogromnieją na tle spopielałej nagle twarzy i zamykają się w trzepocie rzęs.
- Milordzie - szepnęła tak cicho, że bardziej odgadł te słowa, niż je usłyszał.
Usta miała ciepłe, tak niewiarygodnie uległe, z ochotą poddające się jego wargom. Kobieta, 
która   znała   smak   pocałunków.   Kobieta,   która   witała   je   z   radością,   odpowiadała 
instynktownie, wolna od dziewiczego wstydu i potrzeby udawania, że nie rozumie, co się 
dzieje.
Abby   gorączkowo   nakazywała   sobie   dalej   oddychać,   stać   nieruchomo.   Nie   uciekać.   Nie 
osuwać się na ziemię, nie wpadać mu w ramiona, nie przyciągać go do siebie, nie obejmować 
z całej siły.
Ileż to wody upłynęło od chwili, gdy ktoś ją całował, gdy jeszcze wierzyła, że jest w Harrym 
zakochana i tęskniła do jego pocałunków?
To musiała być zwykła żądza, ten żar odżywający teraz jej ciele, ogień, który zbyt długo 
trzymany  w  ryzach  wystrzelił  wielkim  płomieniem  w chwili,  gdy dotyk  tego mężczyzny 
dostarczył mu najmniejszej pożywki.
Ich ciała się nie stykały i jedyne, czym mógłby ją zatrzymać, gdyby chciała się odsunąć, była 
ciepła opuszka palca, nadal spoczywająca na jej podbródku. Pocałował ją mocniej. Poczuł, 
jak jej usta rozchylają się, nie broniąc mu niczego. Odpłacają pięknym za nadobne.
Abby   może   i   zapomniała,   lecz   nie   jej   ciało.   Ono   pamiętało   i   reagowało   spontanicznie. 
Stopniało jak wosk, gdy koniuszkiem języka musnął jej język. Odpowiedziała tym samym. 
Tak   rozpoczął   się   swoisty   pojedynek,   w   którym   żaden   z   przeciwników   nie   ustępował 
drugiemu.
Za sobą, poprzez nieoczekiwany szum w uszach, Kipp usłyszał w końcu śmiech Brady'ego, 
jego niemal kpiący aplauz, i odsunął się, usiłując odzyskać równowagę.
Przyglądał się, jak Abby - jak jego  żona  - dziękuje pastorowi, po czym przyjmuje łzawe 

background image

uściski od Edwardine, spokojnie poleca Hermione wstrzymać oddech i policzyć do dziesięciu, 
kręci głową i uśmiecha się do wujów.
W jednej chwili rozpalona, w drugiej zimna, a wszystko to bez mrugnięcia  okiem.  Taka 
spokojna.  Taka rzeczowa. Taka  opanowana, gdy on opanować  się nie  potrafił  w  obliczu 
zdrady, jaką popełniło jego ciało, ciało mężczyzny, wobec rzekomo racjonalnego, obojętnego 
umysłu.
Cudo nie kobieta.  Urodzony generał  w spódnicy,  a zarazem pełna  dobrowolnej  uległości 
kochanka, która wie, co lubi, a lubi pocałunki.
Czy to możliwe, że uważał kiedyś jej usta za nieciekawe? Czy możliwe, że za nieciekawą 
uważał samą Abby?
A teraz, gdy rozumiał już, że dotychczas mierzył nie siły na zamiary, a zamiary na siły, co 
miał, na Boga, z nią teraz począć?

background image

13

Sypialnia   składała   się   z   trzech   przylegających   do   siebie   pomieszczeń   różniących   się 
wielkością.   Ogromny   jak   pieczara   pokój   sypialny.   Mniejsza   garderoba.   Pokoik   wielkości 
króliczej nory przeznaczony dla pokojówki.
Pomieszczenie, w którym stały biało-złote meble, ściągnięte zapewne z Francji - Abby mogła 
się   jedynie   domyślać,   niemniej   ilość   złoceń   i   przeróżnych   esów-floresów   nasuwała   jej 
przypuszczenie, że komplet był francuski - zajmowała niegdyś matka barona i jej osobowość 
wciąż jeszcze przepajała jego atmosferę.
Niezwykle kobieca, ceniąca sobie piękno. Dostojeństwo. Ład. Porządek. Pani Harris zwróciła 
wcześniej   uwagę   nowej   lady   Willoughby   na   naturalnej   wielkości   portret   w   bawialni,   na 
którym Abby natychmiast rozpoznała migdałowe, brązowe oczy, ciemnobrązowe, wyraźnie 
zarysowane brwi, ten  sam odcień  włosów co u barona. Brakowało jedynie  łagodności w 
rysunku  ust. Nie, pełne  wargi i  mocny podbródek baron  miał  po zmarłym  ojcu, którego 
portret wisiał tuż obok podobizny małżonki.
Woląc nie myśleć o ustach świeżo upieczonego męża, czy też o swojej wcześniejszej na nie 
reakcji, Abby rozejrzała się i rozpoczęła drugą, bardziej gruntowną inspekcję nowej sypialni.
Na ścianach ręcznie malowane różane jedwabne tapety. Wysoki sufit upstrzony pierzastymi 
chmurkami   i   pyzatymi   cherubinkami.   Trzy   kobierce   rozrzucone   na   wyłożonej   parkietem 
podłodze niczym pobladłe ogrody pełne różu, żółci i prześlicznej ciemnej zieleni.
Biała   satynowa   kapa,   a   na   niej   przynajmniej   dwa   tuziny   poduszek   różnych   rozmiarów   i 
kolorów. Cieniutkie białe firanki na oknach sięgających od ziemi do sufitu. Wazony i figurki, 
i kruche czary. Finezyjnie rzeźbiony, ozdobiony białą sztukaterią kominek, podobny do tego 
w bawialni.
I drzwi do sypialni barona.
Także i o tym nie zamierzała teraz myśleć.
Abby czuła się jak królewna. Siedziała w malowanej wannie przed kominkiem, rozkoszując 
się drugą owego dnia kąpielą, zanurzona po szyję w pianie, zamiast jak zwykle spieszyć się z 
myciem w letniej wodzie głębokiej na dwa cale, żeby starczyło dla wszystkich domowników.
To pani Harris przyprowadziła ją na górę. Wcześniej Abby pożegnała się z rodziną i odesłała 
ją do domu, z powrotem na Half Moon Street, a sama mogła zająć się przygotowaniami do 
balu. Musiała prawie że odlepić od siebie rozhisteryzowaną Edwardine, obiecując, że tak, 
oczywiście, zawsze znajdzie czas na rozmowę z bratanicą, dopomoże, gdyby ta miała jakiś 
problem, jakikolwiek problem. Drzwi jej domu, drzwi rezydencji przy Grosvenor Square, 
zawsze będą stały dla niej otworem.
Edwardine   szlochała   i   zasypywała   ją   podziękowaniami,   po   czym   Abby   została   nareszcie 
uwolniona od jej towarzystwa, zastanawiając się w duchu, kiedy to zdarzyło się Edwardine w 
ogóle przeżywać jakiś problem. Z pewnością żaden, o którym Abby by pamiętała, chyba żeby 
Edwardine uważała za problem fakt bycia córką Hermione.
Abby wiedziała, że dla niej byłby to problem: być córką Hermione i dzięki Hermione oraz jej 
wskazówkom przetrwać resztę sezonu. Nawet histeria nie oddawałaby choćby ułamka  jej 
odczuć wobec takiego losu.
Nie podejrzewała jednak Edwardine o taką głębię. Ta dziewczyna zawsze tak dobrze sobie 
radziła,   przez   różowe   szkła   patrząc   na   świat   swoimi   krótkowzrocznymi   oczami,   nie 
dostrzegając   otoczenia,   nieświadoma,   jak   się   zdawało,   topniejących   finansów,   całkowicie 
wolna od refleksji równie przyziemnych, jak zastanawianie się, skąd wziąłby się jej następny 
posiłek, gdyby ktoś taki jak Abby nie liczył każdego pensa.
Później   jednak,   gdy   Backworth-Maldonowie   wychodzili,   Abby   dostrzegła   przelotnie 
Iggy'ego,   zauważyła   błysk   w   jego   oczach   i   zaczęła   się   zastanawiać,   czy   to   aby   nie   on 
przyprawił siostrę o atak histerii. Umyślnie ją przeraził? A jeśli tak, to w jakim celu?

background image

W jaki sposób zdenerwowanie Edwardine mogłoby pomóc Iggy'emu? Bo to chłopaczysko 
nigdy nie robiło niczego, co nie byłoby mu w jakiś sposób na rękę.
O tym także nie miała zamiaru myśleć. Zbyt wiele rzeczy trzeba było zrobić przed balem, 
przed towarzyskim debiutem w roli baronowej Willoughby.
Nie wspominając nawet o powrocie do sypialni po balu...
Sallyann,   nowa   pokojówka   Abby   -   jedyna,   jaką   Abby   kiedykolwiek   miała   wyłącznie   do 
swojej dyspozycji - dolała wiadro ciepłej, przyjemnie pachnącej wody do głębokiej, bogato 
zdobionej   wanny.   Abby  patrzyła,   jak   podnosi   się   para,   i   pozwoliła   swym   zmartwieniom 
rozpłynąć się w niej. Oparła się wygodnie, pławiąc się w tym, co można było jedynie określić 
jako szczyt dekadencji.
Z przyjemnością i łatwością mogłaby się do dekadencji przyzwyczaić.
- Dziękuję, Sallyann - zwróciła się do młodej pokojówki, niskiego, pulchnego rudzielca z 
tendencją do zanoszenia się chichotem, ilekroć Abby się odzywała. - Jest cudownie.
-   Tak,   psze   pani   -   odpowiedziała   Sallyann   i   zachichotała,   zasłaniając   ręką   usta,   a   jej 
piegowata twarz oblekła się intensywnym, nie do końca wdzięcznym rumieńcem. Przyniosła 
ze stolika niebieski szklany flakon i pokazała go Abby. - Pani życzy sobie umyć teraz włosy, 
psze pani?
Abby dotknęła najbardziej irytującego elementu swej aparycji, gęstej grzywy prostych jak drut 
jasnych włosów, związanych teraz szeroką wstążką, żeby się nie zmoczyły.
- Och, chyba nie, Sallyann. Wątpię, czy wyschłyby na czas, gdybyśmy je umyły.
Nieznacznie   przekręciła   się   w   głębokiej   wannie   i   podniosła   wzrok   na   pokojówkę,   której 
rozwichrzone rude loki naturalnie kręciły się tak mocno, iż zdawały się żyć własnym życiem. 
Abby oddałaby rok swojego życia za podobne loki, za jakiekolwiek loki.
- Sallyann? Wiesz cokolwiek o układaniu włosów? Byłabym niezmiernie wdzięczna za twoją 
pomoc, za jakąkolwiek pomoc, jakiej jesteś w stanie mi udzielić.
-   Jego   lordowska   mość   już   zarządził   dla   pani   wizytę   fryzjera   -   powiedziała   Sallyann.   - 
Powinien zaraz tu być, psze pani, więc lepiej, żeby już pani wyszła z wanny. Proszę. Ciepły 
ręcznik, podgrzany.
Abby przez chwilę napawała się myślą, że fryzurę ułoży jej specjalista, i tylko przez chwilę, 
do jej mózgu bowiem dotarły słowa Sallyann.
- Jego lordowska mość zamówił dla mnie fryzjera? Jakże to... niebywale łaskawie z jego 
strony.
Sallyann kiwnęła głową, zachichotała i ponownie zaczerwieniła się jak piwonia.
- O tak, psze pani, święta prawda, bardzo łaskawie. Alfie - jeden z lokajów, spotykam się z 
nim od kilku tygodni, pani rozumie - cóż, wszystko mi opowiedział. Jak to jego lordowska 
mość powiedział, że nie dopuści, żeby pani pokazała się dziś na balu z włosami ściągniętymi 
do tyłu jak stara panna, co uczy dzieci. Alfie osobiście zaniósł bilecik do mesje Parfaita z 
samego rana.
- Z samego rana, co ty powiesz - wycedziła Abby przez zaciśnięte zęby, w duchu śląc Kippa 
w miejsce znane z odoru siarki za to, że pozwolił, by jego służba -  ich  służba - usłyszała 
podobny komentarz. - Aż trudno to sobie wyobrazić. - Wstała i natychmiast poczuła chłód na 
rozgrzanej skórze, więc pozwoliła się owinąć dużym, ciepłym ręcznikiem. Wyszła z wanny i 
zaczęła się wycierać, trąc skórę ze zrodzoną ze złości energią, dzięki czemu chwilę później 
była już zupełnie sucha.
Tym,   co   najbardziej   jej   przeszkadzało,   uznała   w   końcu,   był   fakt,   że   Kipp   wydawał   się 
traktować ją jak rozpoczęty projekt, a nie jak swoją żonę.
Którą nie była, nie w pełnym znaczeniu tego słowa.
Ta myśl nadspodziewanie ją zasmuciła, co, naturalnym biegiem rzeczy, jeszcze bardziej ją 
rozzłościło.   Rozzłościło   irracjonalnie,   bo   rozumiała,   że   powinna   mu   raczej   podziękować. 
Bądź co bądź próbował jedynie być uprzejmy. Może zatem nie była tak naprawdę zła. Może 

background image

raczej   zabolało   ją   serce,   któremu   ciężkie   razy   zadała   myśl,   że   tak   wiele   potrzebowała 
zachodu, by się jako tako prezentować, i że Kipp to wiedział.
Sama nie była pewna, co właściwie czuje, poza tym, że nie czuje się już szczęśliwa czy bosko 
dekadencka, czy niezależna. A tak ważne było dla niej, by zachować niezależność chociażby 
tylko   w   najbłahszych   sprawach.   Potrzebowała   jakiegoś   przypomnienia,   że   nadal   jest 
człowiekiem,   który   ma   swoje   prawa,   a   nie   sprzętem,   który   Kipp   doprowadzał   teraz   do 
porządku w sposób, w jaki zleca się remont starego powozu - wszystko w zamian za pensję i 
całą resztę.
Machnięciem ręki zbyła Sallyann, która chciała jej pomóc, i szybko nałożyła bieliznę - sama, 
tak jak to czyniła od dwudziestu trzech lat, następnie zamaszystym gestem wsunęła ręce w 
rękawy starej podomki, przywiezionej na Grosvenor Square z resztą jej mizernej garderoby.
- Sallyann?
- Tak, psze pani? - Pokojówka, która zebrała ręczniki i przewiesiła je sobie przez rękę, w 
drugiej zaś wciąż jeszcze dzierżyła szklany flakon, odwróciła się, dygnęła i błysnęła zębami 
w   uśmiechu.   Jakaż   z   niej   była   radosna   dziewczyna.   Otwarta,   rozmowna,   rozbrajająco 
uprzejma i nieafektowana. Abby zaś najchętniej wysłałaby ją na księżyc, najchętniej na tę 
jego stronę, której nie widać z ziemi. W ten sposób zostałaby sama i mogłaby krzyczeć, 
wrzeszczeć - ciskać przedmiotami. Zarządził dla niej wizytę fryzjera? Zamyślał ubierać ją i 
stroić, jakby była lalką, którą sobie kupił, jak gdyby nie miała pojęcia, jak zająć się tymi 
sprawami samodzielnie? Niedoczekanie jego, do licha!
- W moim kufrze, na samym dnie, jeśli dobrze pamiętam, znajdziesz czekoladową suknię z 
tafty z długimi rękawami i prostym białym kołnierzykiem. Byłabym wdzięczna, gdybyś mi ją 
przyniosła.
Czoło dziewczyny zmarszczyło się.
- Teraz, psze pani? Ale ja właśnie miałam iść odprasować tę różową. Myślałam, że się pani na 
chwilkę położy, nim przyjdzie mesje Parfait. Wie pani, tę, którą ją pani przywiozła w dużym 
białym pudle? Prawdziwe cudeńko. A potem przyniosę talerzyk z kanapkami, bo później na 
balu najpewniej będzie pani w takich nerwach, że nic nie przełknie, tak przynajmniej twierdzi 
pani Harris.
Abby zaciągnęła poły podomki i przewiązała się paskiem, a dokładniej rzecz biorąc, ściągnęła 
się nim tak mocno, że zaparło jej dech w piersi.
- Naprawdę nie wydaje mi się, bym potrzebowała drzemki, Sallyann. Mam jednak życzenie 
zamienić   słowo   z   jego   lor...   z   moim   małżonkiem,   a   jako   że   jest   zbyt   wcześnie,   żebym 
przebrała   się   w   nową   suknię,   brązowa   mi   najzupełniej   wystarczy   -   wyjaśniła   Abby   ze 
słodyczą. - Poza tym  powinnam mieć  na sobie coś konkretniejszego niż podomka,  skoro 
spodziewamy się wizyty monsieur Parfaita, prawda?
Pokojówka   rozdziawiła   usta   i   natychmiast   je   zamknęła.   Zmarszczyła   brwi.   Wzruszyła 
ramionami, potrząsnęła chmarą rudych loczków.
- Ale... ale... tak, psze pani.
Dwadzieścia minut później, słysząc przez zamknięte drzwi wesołe pogwizdywanie - uchyliła 
je odrobinę, żeby upewnić się, czy to na pewno jej mąż i czy na pewno jest sam - zastukała, 
czy   raczej   trzykrotnie   zabębniła   knykciami   o   drewno,   a   następnie   jak   burza   wpadła   do 
mężowskiej sypialni.
Już wcześniej ją widziała, wtedy, gdy po rezydencji oprowadzała ją pani Harris, wiedziała 
także, że przypomina jej własną pod względem rozkładu pomieszczeń, jeśli nie wystroju.
W komnacie sypialnej barona dominowało ciemne wiśniowe drewno. Z niego zrobione były 
potężne meble pasujące do masywnego wiśniowego kominka, który przyjemnie kontrastował 
z tłoczoną tapetą w odcieniu kości słoniowej, całość zaś uzupełniały ciemne zasłony w odcie-
niu burgunda. Przed kominkiem  stała lśniąca  płytka  wanna z brązu, a przez jej krawędź 
przewieszonych było kilka wilgotnych ręczników.

background image

Gęste, tej samej barwy co tapeta dywany w stylizowane złote lilie zakrywały całą podłogę. 
Olbrzymie łoże z baldachimem, czy raczej kaskadą aksamitu w odcieniu burgunda, i pościel 
niczym morze satyny w identycznym kolorze. Trzy gigantyczne szafy, pękające od ubrań jego 
lordowskiej mości, klimat zaś całej sypialni najpełniej oddawały ciemne portrety i potężna 
ilość wielkich lichtarzy z brązu.
Było to pomieszczenie, które mogło ją połknąć, pochłonąć, jakkolwiek podziwiała mocne 
kolory, ostre kontrasty. O wiele chętniej przyjmowałaby barona u siebie, onieśmielonego jak 
większość   mężczyzn   w   otoczeniu   tchnącym   kobiecością,   pełnym   koronek,   satyny, 
delikatnych mebli.
Ale nie teraz. Teraz najchętniej oglądałaby go w Hadesie, osmolonego po same brwi.
Jej małżonek relaksował się w jednym z dwóch identycznych foteli obitych skórą w kolorze 
burgunda, stojącym przed kominkiem. Siedział nisko w nim zsunięty,  z nogami opartymi 
wygodnie  o skórzany podnóżek, owinięty granatowo-burgundowym  szlafrokiem  od samej 
szyi po obleczone w skarpetki stopy. Gruby kosmyk wilgotnych jasnych włosów zwieszał się 
na leniwie przymrużone oczy. Rękę trzymał wysuniętą poza poręcz fotela, w dwóch palcach 
dzierżył opróżniony do połowy kieliszek czerwonego wina i kołysał nim powoli.
Gdyby   nigdy   nie   była   mężatką,   gdyby   nigdy   nie   widziała   mężczyzny   w   szlafroku   i 
skarpetach,   mogłaby   poczuć   się   onieśmielona.   Gwoli   ścisłości,   istotnie   czuła   się 
onieśmielona.
Co sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej rozzłoszczona, bardziej zdeterminowana.
- Rozleniwiony? A może rozanielony? Dumny i zadowolony z siebie? - pytała Abby, widząc, 
że nie zauważył jej wejścia. Zatrzasnęła drzwi łączące sypialnie z hukiem zwielokrotnionym 
przez echo.
Kipp omal nie upuścił kieliszka. Zaklął, zerwał się na nogi i spojrzał na osobę, która zakłóca 
mu spokój.
Była w jednej z tych cholernych brązowych kiecek, tak grubej, że materiał prawie się nie 
poruszał, gdy szła - nie, gdy maszerowała  - do środka. Drobne plecy miała  wojowniczo 
wyprostowane, z oczu pozostały wąskie szparki, a kształtny podbródek trzymała uniesiony 
tak wysoko, jakby szykowała się do wykonania salta w tył. Włosy nadal upięte były w idio-
tyczny ulizany kok, co pozwalało się domyślić, iż monsieur Parfait jeszcze się nie pojawił, by 
uczynić coś, co - jak Kipp miał szczerą nadzieję - okaże się cudem.
A jej mina? Cóż, ogromnie przypominała wyraz twarzy jego starej niani, tej, którą w skrytości 
ducha nazywał Żelaznym Zadkiem. Babsztyla lubującego się w biciu go po palcach, kiedy nie 
udawało mu się zapiąć koszuli jak należy, a szczególnie już w powtarzaniu mu, żeby się lepiej 
postarał albo z puddingu nici.
Toteż, naturalnie, wspomnienie to poważnie go zaniepokoiło, choć nie w większym stopniu 
niż ten cholerny zadarty pod sufit podbródek, ostrzegający, że zaraz rozlegnie się tyrada, od 
której uszy mu spuchną, jeśli nie zdoła jakoś rozbroić Abby czy chociażby na inny obiekt 
przekierować jej jawnej złości.
- Żono - powiedział  przeciągle,  kłaniając się niedbale. - Ale ładnie wyglądasz. Przyszłaś 
wyszorować po mnie wannę?
Nieznaczne, niemal niezauważalnie potknęła się, z determinacją sunąc w głąb sypialni, lecz 
twarz nawet jej nie drgnęła, nie mrugnęła okiem. W dalszym ciągu nacierała na niego jak 
furia z wyciągniętą przed siebie ręką i oskarżycielsko wyprostowanym palcem wskazującym.
- Zawarliśmy pakt, milordzie. Pobieramy się dla obopólnych korzyści, mamy ze sobą dzieci, 
zostawiamy się w spokoju. Przypominasz to sobie?
- Jak przez mgłę - odparł Kipp, rozsiadając się ponownie. Podniósł na nią wzrok i uśmiechnął 
się.   -   Może   powinnyśmy   byli   pomyśleć   o   tym,   żeby   wszystko   to   spisać,   zachować   dla 
potomności? Zapewne pamiętałabyś wówczas, że prosiłem, byś była tak miła, przez wzgląd 
na moją wyjątkowo cienką skórę i wybujałą, niestety, dumę, i pomogła mi zaprezentować 

background image

przed   towarzystwem   szczęśliwą   parę,   szczęśliwe   małżeństwo.   Waham   się,   czy   o   tym 
wspomnieć, ale w tej chwili na szczęśliwą nie wyglądasz.
-   Co   wspólnego   ma   publiczne   manifestowanie   dozgonnej   miłości   z   moją   fryzurą?   Czy 
sukniami? Chcesz powiedzieć, że jesteś tak płytki, że nikt nie dałby wiary, że pokochałeś 
mnie taką, jaka jestem? Za takiego człowieka ma cię socjeta?
Kipp udawał, że się nad tym zastanawia, wiedząc, że nie może pozwolić sobie na całkowitą 
szczerość.   Wszak   wszystko   inne,   co   powiedział   jej   do   tej   pory,   stanowiło   jedynie   sieć 
wygodnych, względnie wiarygodnych kłamstw, że w rzeczywistości ożenił się z nią dlatego, 
że nie mógł mieć Merry, a zatem było wszystko jedno, z kim się zwiąże. Jedynie to, by Merry 
uwierzyła,  że ożenił się z miłości, miało znaczenie. Ale nie zamierzał tą właśnie prawdą 
dzielić się teraz ze swoją świeżo upieczoną małżonką.
- Cóż, owszem - przywołał na twarz irytujący, jak miał nadzieję, uśmiech - skoro już o tym 
wspominasz. - Istotnie sądzę, że jestem człowiekiem płytkim, że słusznie za takiego uważa 
się mnie w towarzystwie. To przykre, ale niczego to nie zmienia, skoro doznałaś olśnienia, 
które tłumaczy twoje obecne wzburzenie, o kilka godzin za późno, bo po ceremonii.
Abby ugryzła się w język, by nie zdradzić się, że zna prawdę, zna prawdziwe powody jego 
propozycji,   która   szczęśliwie   ocaliła   ją   przed   życiem   w   ustawicznej   niepewności,   co 
przyniesie jutro, acz, szczerze powiedziawszy, także najzwyczajniej nudnym.
Musiała pielęgnować w sobie złość na niego, żeby nie współczuć mu dlatego, że doznał w 
miłości zawodu - ale serce się jej ściskało.
- I teraz oczekujesz, żebym pozwoliła się ubierać i stroić, i wystawiać na pokaz, że będziesz 
mnie oprowadzać ludziom przed nosem? Jak ulubionego konia?
-   O   rany,   aleś   mnie   przejrzała   -   sarknął.   Wstał   i   gestem   zaprosił   Abby,   by   zajęła   fotel 
naprzeciwko, ale rozmyślnie to zignorowała. Uśmiech spełzł mu z twarzy, gdy spojrzał na jej 
usta, przypomniał  sobie ich pocałunek po ceremonii  dwie godziny wcześniej. - Niemniej 
rozumiem   ten   pokaz   niezależności.   Jestem   pod   wrażeniem,   naprawdę.   Przepraszam,   że 
ośmieliłem się przypuszczać, iż zechcesz uciec się do kobiecych sztuczek. Padam na kolana - 
w przenośni, oczywista - by błagać cię o przebaczenie za to, że naiwnie podejrzewałem, iż 
mogłabyś   zechcieć   skorzystać   z   usług   fryzjera   czy   założyć   klejnoty,   które   przekazałem 
Gillettowi parę minut temu w nadziei, że cię w nich dziś zobaczę.
-   Klejnoty?   -   powtórzyła   Abby,   po   czym   natychmiast   skarciła   się   w   duchu   za   słabość 
charakteru. Ale był z niego łotr, tak ją kusić, zupełnie jakby wiedział, że cała biżuteria, jaka 
do niej należała (pierścionek z granatami i pasujący naszyjnik, które Harry podarował jej w 
dniu ich ślubu), poszła na spłatę mężowskich długów hazardowych parę lat temu.
176
- Tak, klejnoty. Prawdziwe cacka, jeśli nawet starożytne. Od pokoleń przekazywane pannie 
młodej. Skoro jednak uważasz, że twoja niezależność ucierpiałaby, gdybyś miała je założyć, 
nie   będę   się   z   tobą   spierał.   Zrobisz,   jak   uważasz,   żono.   A   skoro   już   mi   sama   o   tym 
przypomniałaś,   to  obiecaliśmy   sobie   chyba  nie   mieszać  się   nawzajem   do  swojego  życia, 
nieprawdaż?
Poddawał się? Cóż on wyprawia? Miał się nie poddawać. Miał walczyć o swoje prośbą i 
może nawet groźbą, a później przeprosić - żeby mogła z wdziękiem przyjąć jego przeprosiny 
- i suknię, i usługi monsieur Parfaita. I klejnoty. Broń Boże, żeby miała zapomnieć wzmiankę 
o   biżuterii   jego   matki,   bez   mała   wymachuje   jej   tymi   kosztownościami   przed   nosem, 
uśmiechnięty i zadowolony z siebie.
Był tak uprzejmy, a ona tak irracjonalnie niewdzięczna za całą jego uprzejmość.
A niech go diabli!
Abby uciekła oczami w lewo, potem w prawo. Wbiła wzrok w swoje pantofle. Przejrzał jej 
blef w grze, którą sama rozpoczęła, odwrócił sytuację i sprawił, że to ona wyszła na niemądrą, 
płytką i niewdzięczną. Niemniej natarła na niego jeszcze jeden, ostatni raz, po to tylko, by się 

background image

przekonać, czy uda mu się dalej kryć za fasadą uśmiechu.
-   Zatem   nie   miałbyś   nic   przeciwko   temu,   żebym   zeszła   na   bal   w   swojej   własnej   sukni, 
wyglądając jak teraz? Gdybym powiedziała ci, że uważam, że jedynym, co może mi pozwolić 
zachować   bodaj   pozory   niezależności,   jest   samodzielne   decydowanie   o   wyborze   sukni, 
fryzury, poleganie na własnym osądzie w kwestii stroju?
- Czy miałbym coś przeciw temu? Skądże znowu - odparł Kipp ze spokojem, łżąc jak z nut. 
Gdyby przedstawił Abby jako swoją małżonkę w jej obecnym stroju, już nazajutrz oboje 
byliby pośmiewiskiem całego Mayfair. Nie przejmował się tym, nie przejmował sobą, lecz ta 
dziwna kobietka zostałaby zniszczona. O czym dobrze wiedziała.
A wszystko to podyktowane nad wyraz chwalebną, godną polecenia, acz w tym przypadku 
fatalnie rozumianą dumą.
- Kłamiesz - oznajmiła Abby i ponownie zadarła podbródek, choć czuła, że w żołądku jej się 
ściska. Nie mogła zejść na dół w takim stroju. Nie minęłyby nawet dwie minuty, a już któryś 
z gości podałby jej płaszcz i polecił go powiesić albo jakaś dama poprosiła o zaprowadzenie 
jej do sali wypoczynkowej dla pań.
Nie odpowiedział, natarła więc ostrzej.
- Stanąłbyś u mojego boku i przedstawił mnie jako swoją żonę?
Kipp podszedł do niej, pochylił się i pieszczotliwym tonem szepnął jej wprost do ucha:
- Sprawdź to sama. - Mówiąc to, trącił palcem jej kok, po czym odsunął się. Po kolejnej 
chwili, jako że nie był z natury człowiekiem złośliwym, sam podsunął jej wyjście z sytuacji: -
Chociaż   uważam,   że   gdybyś   założyła   suknię,   którą   zamówiłem,   i   skorzystała   z   usług 
monsieur   Parfaita,   brylanty   mojej   matki   byłyby   korzystniej   wyeksponowane.   Zauważyłaś 
może jej portret w bawialni? Namalowany na zlecenie w dniu jej ślubu? Miała je na sobie, 
gdy do niego pozowała. Bardzo bym się ucieszył, gdybyś włożyła je dziś wieczorem, Abby, 
ku jej pamięci.
-   Brylanty?   -   Abby   wydała   nie   tyle   pełnowartościowe   słowo,   co   raczej   piśniecie, 
przypomniała   bowiem   sobie   właśnie   wspaniały   naszyjnik,   który   widziała   na   portrecie,   i 
wiedziała już, że została pokonana. A myślała, że to perły. Naprawdę lubiła perły.
Ale brylanty dosłownie uwielbiała, choć takie skarby nigdy nie znalazły się w jej posiadaniu. 
Czy   aż   tak   bardzo   pożądała   pięknych   przedmiotów,   ukazania   się   dziś   w   jak 
najkorzystniejszym świetle, gdy po raz pierwszy stawi czoło towarzystwu jako żona Kippa, że 
gotowa była narazić na szwank swoje zasady dla kilku błyszczących kamyków?
Naturalnie, że pożądała, naturalnie, że była gotowa je narazić.
Czy już tego nie uczyniła, poślubiając Kippa dla własnej wygody i, tak, również dla jego 
wielkiego majątku?
Oczywiście, że tak, i oboje to wiedzieli.
W istocie rzeczy teraz, kiedy spokojnie się nad tym zastanawiała, dochodziła do wniosku, że 
zareagowała równie idiotycznie jak większość kobiet - obiema rękami biorąc wszystko, co 
miał jej do zaoferowania, a później uskarżając się, że w pewnym sensie w tej jego hojności 
gubi samą siebie. Nie tego od niej chciał. A doprawdy nie chciał wiele.
Być może, pomyślała, a żołądku coś jej wywinęło kozła, to ona chciała od niego więcej? Nie 
sukni, nie biżuterii. Po prostu więcej. Więcej jego uśmiechów, więcej uwagi, więcej niego 
samego.
A to, jak wiedziała, było nie tylko głupie, ale i niemożliwe! Nic dziwnego, że tak się na niego 
rozzłościła.   Wolała   to,   niż   być   zła   na   siebie.   Gardząc   w   duchu   własną   głupotą,   szybko 
przyjęła pozę nieuciążliwej żony i dogodnej towarzyszki, tak jak tego od niej tego chciał - i 
tylko tego.
Wyjęła   Kippowi   kieliszek   z   ręki,   usiadła   na   fotelu,   na   którym   siedział   przed   chwilą,   i 
przywołała na twarz szeroki uśmiech. Włożyła w to całą siłę woli, ale jakoś się udało.
- Cóż, a zatem sprawa załatwiona, milordzie - powiedziała, unosząc kieliszek w geście toastu, 

background image

po czym opróżniła połowę jego zawartości. - Przyjmuję twoje podarunki.
- Wygrałem nasz spór? Jakież to satysfakcjonujące.
- I jakże nieprawdziwe. Niczego nie wygrałeś, milordzie Willoughby. Po prostu zmieniłam 
zdanie, to wszystko. Wolno mi chyba to zrobić, gdy słyszę przekonujący argument, prawda? 
To kwestia rozsądku. W dodatku nie chciałabym, żebyś pomyślał, że jestem uparta i obstaję 
przy czymś na własną niekorzyść.
- No tak, naturalnie - zgodził się Kipp, pełen uznania dla jej logiki, aczkolwiek wydala się mu 
dość pokrętna.
Abby rozluźniła się; była o sobie minimalnie lepszego zdania i znała się odrobinę lepiej niż 
przed godziną.
- Chciałam cię ukarać za twoje dość protekcjonalne wysiłki, by przejąć kontrolę nad moją 
garderobą,   koafiurą,   moim   życiem.   Chciałam   ci   dać   do   zrozumienia,   nie   pozostawiając 
miejsca na żadne wątpliwości, milordzie, że zgodziłam się na to małżeństwo, lecz nie zdałam 
się   na   ciebie   całkowicie,   że   pozostanę   sobą.   Odnoszę   jednak   wrażenie,   że   swoje   już 
powiedziałam, i wolno mi chyba wdzięcznie przystać na rozsądny kompromis.
- Wdzięczny kompromis? Tak, teraz widzę to wyraźnie. Nikt nie wygrał, nikt nie przegrał. Po 
prostu zmieniałaś zdanie. Sama z siebie, mam rozumieć? Kwestia rozsądku?
- Czyżbyś zamierzał sobie przypisywać zasługę także za mój rozsądek, milordzie?
Jej uśmiech był słodki jak miód, tak słodki, że niemal czuł jego smak. Ta nobliwa „niania" o 
niczym nie wyróżniających się rysach twarzy miała uśmiech kokietki.
Niezwykle denerwujące.
- Poczytywać sobie zasługę za to, co dzieje się w twojej głowie? Nigdy w życiu, moja droga. 
Ale rzeczywiście swoje już powiedziałaś, pani. Mam potrącić honorarium monsieur Parfaita z 
twojej   pierwszej   kwartalnej   pensji?   Bo   ten   człowiek   chyba   nadal   tu   jest,   mam   szczerą 
nadzieję?
-   Jest.   Zabrał   się   za   przycinanie   włosów   Sallyann,   bo   pomstował,   że   nie   zamierza   stać 
bezczynnie i że nie pozwoli się przestawiać z kąta w kąt. I nie, niczego nie potrącisz z mojej 
pensji, bo postanowiłam z wdzięcznością przyjąć wszystko od ciebie w prezencie ślubnym.
-   Kamień   spadł   mi   z   serca   -   mruknął   Kipp   i   podszedł   do   drzwi   łączących   sypialnie.   - 
Pobraliśmy   się,   pocałowaliśmy   i   posprzeczaliśmy   po   raz   pierwszy.   Spór   zakończył   się 
remisem, ponieważ ty po prostu zmieniłaś zdanie. Dużo materiału przerobiliśmy w ciągu 
kilku krótkich godzin, kilku krótkich dni. A ja przyłapuję się na myśli, że coraz bardziej 
podoba mi się nasz układ. Mam nadzieję, że i tobie?
Na wzmiankę o pocałunku Abby potknęła się o skraj własnej halki, zatrzymała się, nabrała 
powietrza i spojrzała na męża.
- Póki co nie narzekam, milordzie, owszem. Pytasz, czy podobał mi się tamten pocałunek, a 
jestem pewna, że tak - bez wątpienia w nadziei, że mnie tym zbijesz z tropu - pozwól, iż 
powiem, że podobał mi się bardzo. W istocie rzeczy przypuszczam nawet, że okażesz się 
całkiem interesujący jako kochanek.
Powiedziała   to   i   uśmiechnęła   się,   sugerując   Kippowi,   że   zamierza   odwzajemnić   się   tym 
samym. Twarz oblekła mu się ognistym szkarłatem, co ogromnie ją ucieszyło, skoro bowiem 
miała   już   być   wygadana   i   szczera,   równie   dobrze   mogła   cieszyć   się   wrażeniem,   jakie 
wywierała na nim jej postawa.
Nie zapytała nawet, czy tamten pocałunek sprawił przyjemność jemu, jak gdyby po prostu 
zakładała, że tak. Teraz to Kipp miał poczuć się niezręcznie i wiedział, że było to zgodne z jej 
życzeniami.   Cóż   za   dzielne   drobne   stworzonko.   Zupełnie   jakby   czerpała   przyjemność   z 
wygłaszania   skandalicznych   stwierdzeń,   lubowała   się   w   przypominaniu   mu   bez   końca   o 
warunkach, na których zawarli małżeństwo... i o tym, że była przygotowana na nie wszystkie.
- Podobał ci się, moja droga? Niebywale to satysfakcjonujące, pani - wymruczał, otwierając 
drzwi   między   sypialniami.   Ten   jej   irytujący   niewzruszony   spokój   w   obliczu   podobnie 

background image

intymnej dyskusji skłonił go do zadania kolejnego bulwersującego pytania: - Czyżbyś zatem 
chciała   powiedzieć,   jeśli   jeden   pocałunek   pozwala   wyciągnąć   jakiekolwiek   wnioski,   że 
mógłbym dorównać twojemu zmarłemu mężowi w sztuce kochania?
- Wszystko się okaże, milordzie - odpowiedziała i z przechyloną lekko głową badała wyraz 
jego twarzy. Zaczynała go poznawać, odczytywać jego myśli, rozumieć go - i uczyła się, jak 
wytrącać go z równowagi. Wiedziała, że zawsze kiedy czymś szczególnie się dręczył, silił się 
na wesołkowatość, która zresztą doprowadzała ją do szału. Myśl, że mogłaby mieć bodaj 
odrobinę władzy nad nim, że była zdolna do tego, by poruszyć go na swój skromny sposób, 
jeśli nawet budziła w nim emocje, które o miłość nawet się nie otarły, uderzała jej do głowy 
jak stare wino.
Przynajmniej, przypuszczała, nie będzie teraz musiała dzielić łoża z kimś zupełnie obcym.
- Widzisz - zaczęła, stojąc w progu już w bezpiecznej odległości - od kilku dni myślałam o 
Harrym,   porównywałam   go   z   tobą,   jak   to   sam   przed   chwilą   zasugerowałeś.   I,   szczerze 
powiedziawszy,   liczę   na   to,   że   przewyższysz   Harry'ego   w   tym   polu.   Wierzę   bowiem, 
milordzie, że po prostu lubisz kobiety, Harry natomiast raczej chyba nie, jeśli lepiej się nad 
tym zastanowić. Zatem tak, pocałunek z popołudnia był zdecydowanie satysfakcjonujący.
Zatrzasnęła za sobą ciemne drewniane drzwi i został sam, zapatrzony w przejście, w którym 
zniknęła, w myślach jak echo powtarzając końcówkę jej wypowiedzi.
Kpiarskiej.
Rzucającej mu wyzwanie.
Zaledwie pomyślał, że już ją rozumie, zmieniła się w inną osobę. Czasem skromna i cicha. 
Czasem błyskotliwa i spostrzegawcza. Niekiedy pruderyjna. Skora do gniewu, ale równie 
szybko na powrót spokojna. Czasem prowokująca, bardzo, do cholery, kusicielska, jak na 
kobietę o aparycji polnej myszy.
Niedawno sądził, że znalazł sobie wzór stateczności. A teraz zastanawiał się, czy na własne 
życzenie nie przykuł się obrączką do niezwykle irytującego chodzącego paradoksu. Kobiety, 
której nastrój, a nawet osobowość zmieniały się o wiele częściej niż kapelusze na głowach 
dam z wielkiego świata.
Ponownie napełnił kieliszek i zasiadł na fotelu. Długie nogi wyciągnął na podnóżku.
Zaśmiał się z cicha, gdy przypomniał sobie minę Abby, pełną zachwytu, potem znękaną w 
chwili, gdy wspomniał o rodowej biżuterii Willoughbych: zareagowała zupełnie jak dziecko, 
któremu ktoś nagle proponuje jakiś wspaniały smakołyk, ale dopiero wtedy, gdy najpierw zje 
całą obrzydłą owsiankę.
Ze zmarszczonym czołem przyjrzał się zawartości kieliszka, zastanawiając się, jaki w łóżku 
był Harry Backworth-Maldon.
I długo wpatrywał się w buzujący w kominku ogień, a w duszy zadawał sobie dwa kluczowe 
pytania: kim jest ta kobieta, którą poślubił z tak egoistycznych pobudek, i dlaczego nagle 
uznał, że warto zadać sobie trud poszukania odpowiedzi na to pierwsze pytanie.

background image

14

Abby nie zeszła na kolację.
Kipp zastukał do drzwi jej sypialni; gdy rozległ się drugi gong. Ujrzał zasapanego Francuza, 
który   gwałtownie   otworzył   drzwi   na   oścież   i   łypnął   na   niego   dość   nieżyczliwie,   nim 
opanował się trochę i zaprezentował pokłon dość elegancki jak na kogoś, kto w jednej ręce 
dzierży nożyczki, w drugiej zaś węzeł złotych włosów.
Fryzjer był wysokim mężczyzną pod czterdziestkę, chudym jak wiór i odzianym od stóp do 
głów w dość krzykliwą błękitną satynę, jakby spodziewał się, że może w każdej chwili zostać 
wezwany   na   dwór   francuski.   Koronki   pieniły   się   mu   wokół   szyi   i   nadgarstków.   Wąski 
brązowy pas, nafaszerowany nożyczkami i grzebieniami, zsunął mu się do połowy bioder.
Prezentował się śmiesznie, ale najwyraźniej o tym nie wiedział.
- Milord - odezwał się w końcu Parfait; mówił z silnym francuskim akcentem - czi takie 
przeriwniki są konieczni? To ja tu jestem konieczni, miszlę sobie.
Kipp niespodzianie przypał się na myśli, że czuje się lekko onieśmielony, a był to czysty 
idiotyzm, bo w końcu był baronem, do cholery, a wszystko, czym dysponowała ta szczapa, to 
monstrualna ilość włosów jego żony.
Niemniej zwyczaje ekstrawaganckich artystów typu Parfaita stanowiły dla Kippa zagadkę i 
wolał, żeby tak zostało. Postanowił opanować złość i przywołać nie oburzoną, a zatroskaną 
minę. Co do jednego nie miał wątpliwości: nie korciło go, by wejść do sypialni i zobaczyć, co 
ta grochowa tyka wyprawia z głową jego żony!
- Chciałem jedynie zapytać, czy milady jest gotowa, by zejść na kolację. - Gestem wskazał 
nożyczki i dodał: - Ale przypuszczam, że nie.
-   Najsupełniej   słuszni   pszipuszczenie,   milord   -   odparł   majestatycznie   Parfait   i   zamknął 
Kippowi drzwi przed nosem.
Co uprzytomniło temu drugiemu, że władza nad własnym domostwem na dłuższy już czas 
wymknęła mu się z rąk, od kiedy Abby po raz pierwszy przekroczyła  progi rezydencji i 
nawyczyniała tych swoich sztuczek, na czymkolwiek one polegały, tak że we własnym domu 
czuł się jak intruz?
Prawda. Abby Backworth-Maldonnie, Abby Rutland, baronowa Willoughby - nie przebywała 
tu   nawet   od   pięciu   godzin,   a   już   domowe   porządki,   które,   jak   wcześniej   wierzył,   miały 
jeszcze zbliżyć się do doskonałości, zostały całkowicie wywrócone do góry nogami.
Jakże to się stało? To nie powinno było się stać.
Odesłany z kwitkiem spod drzwi własnej żony. Odprawiony przez fryzjera.
Płakać się chce.
W korytarzu Kipp natknął się na nadchodzącą z przeciwnego kierunku Sallyann z ciężką, 
srebrną tacą w rękach.
Na jego widok dygnęła, usiłując nie uronić niczego z jej zawartości.
Kipp uniósł jedną z dwóch identycznych srebrnych przykrywek i ujrzał to, co, jak mętnie 
sobie   przypominał,   stanowiło   drugie   z   dań   planowanych   na   kolację.   Cienkie   plastry 
znakomitej, krwistej wołowiny i kilka prostych dodatków.
- A druga porcja? - spytał pokojówkę, wiedząc już, że co usłyszy. To by do Abby pasowało, 
zadbać o to, by monsieur Parfait został należycie nakarmiony - po czym zastanowił się, skąd 
to wie.
- To dla mesjera, milordzie. Są bardzo zajęci, milordzie - wyjaśniła Sallyann zdenerwowana, 
ze wzrokiem wbitym w jego buty. Następnie zerknęła na niego i zachichotała. - Ależ mamy 
przy tym przednią zabawę, milordzie, jeśli wolno mi to powiedzieć. Nie ma milszej pani od 
naszej jaśnie pani. Dobrze jaśnie pan trafił, co to, to na pewno.
- To ogromna radość słyszeć, że mam twoją akceptację - odrzekł Kipp, następnie uśmiechnął 
się tak dobrodusznie, jak tylko zdołał, pokojówka bowiem zaczerwieniła się jak burak, z 

background image

czym   nie   było   jej   szczególnie   do   twarzy,   a   jej   mina   sprawiła,   że   zaczął   się   obawiać   o 
nieskazitelny wygląd swoich wyglansowanych butów. - Nie zatrzymuję cię. Poinformuj jaśnie 
panią, że życzę sobie ujrzeć ją na dole za godzinę. Dobrze?
Sallyann z trudem przełknęła ślinę, jakby zrobiło się jej niedobrze, i dygnęła ponownie, omal 
nie upuszczając tacy, którą Kipp wolał na chwilę wyjąć jej z rąk i poczekać, aż dziewczyna 
się wyprostuje.
- Przepraszam, milordzie. Tak mi przykro, milordzie. Muszę biec, milordzie - wymamrotała 
tak szybko, że słowa zlały się w jedno, złapała tacę i pomknęła dalej.
- Nieuciążliwa, nieskomplikowana. Każde sobie, nikt nikomu nie utrudnia życia. Rozsądne, 
sensowne rozwiązanie, optymalny układ dla każdej ze stron. - Zatopił palce we włosach. 
Skręcił właśnie do dużego holu wejściowego, kierując się do bawialni, by zabrać Brady'ego i 
do   wszystkich   czortów   zjeść   coś,   nim   zacznie   z   głodu   podgryzać   meble.   -   Ha!   Gillett 
machnięciem ręki odprawił z bawialni służących, ledwie podali danie główne, następnie zajął 
swoje stanowisko po lewej stronie komody na wypadek, gdyby okazał się potrzebny. Kipp 
niejeden raz zastanawiał się, czy Gillett byłby skłonny nakarmić go łyżką, gdyby zaszła taka 
potrzeba, choć to, dlaczego karmienie miałoby okazać się niezbędne, nadal pozostawało dla 
niego zagadką.
- Zamknęła się na klucz w swoich komnatach, co? - odezwał się Brady po dłuższej ciszy, a w 
brązowych oczach coś mu zamigotało. Kilkakrotnie usiłował sprowadzić rozmowę na temat 
Abby, za każdym razem spotykał się z ostrą odprawą, ale był z natury nieustępliwy i ustąpić 
nie   zamierzał.   -   Ciekawostka.   Coś   ty   zrobił,   przyjacielu,   śmiertelnie   ją   wystraszyłeś 
mężowskimi zapędami? Wstydź się.
- Grzecznie zjedz swój groszek, Brady, bo nie dostaniesz deseru - rozkazał pół żartem, pół 
serio Kipp, udając, że nie słyszy zdławionego chichotu Gilletta. Kolejny wróg za bramami! - 
Jak już ci mówiłem, toaleta zabiera milady o wiele więcej czasu, niż przewidywała. Chociaż 
przyznam ci się, że czekam na jej wejście z pewnym drżeniem, biorąc pod uwagę błędny 
wzrok jej fryzjera.
- Parfait? Chyba to jego ściągnąłeś, prawda? Naturalnie, że tak, bo jest najlepszy. Błędny 
wzrok, powiadasz? U Parfaita? Cóż, to Francuz, nieprawdaż, choć słyszałem, że nożyczkami 
operuje jak artysta. Myślisz, że Abby mogła go nimi dźgnąć?
- Dlaczego miałaby to zrobić?
- Dlatego, że to ty go przysłałeś, Kippie - odparował Brady, biorąc do ust mały kawałek 
chleba posmarowanego masłem. Nie umiał sobie przypomnieć, kiedy ostatnio równie dobrze 
bawił się podczas posiłku. - Posłałeś jej również suknie, a obaj wiemy, że Abby przyjęła je 
tylko dlatego, że znalazła się pod przymusem. Odnoszę wrażenie, że twoja świeżo upieczona 
małżonka, jeśli moje obserwacje są trafne, nie przepada za dobroczynnością. Czy też za myślą 
- dokończył z uśmiechem - że mógłbyś być zdania, że potrzebna jej „renowacja".
-   Aleś   ty  przenikliwy   -  warknął   Kipp,   odpychając   od  siebie   talerz   z   prawie   nietkniętym 
posiłkiem. - Może powinieneś się był z nią ożenić, skoro ją znasz tak dobrze, jak mi się zdaje.
- Och, ale to nie ja jestem w niej zakochany po uszy i nie ja mam ogłosić ten fakt całemu 
światu już za kilka minut, czyż nie tak?
- Dlaczego ja zaprosiłem cię na kolację? - Kipp mierzył przyjaciela spokojnym wzrokiem.
- Dlatego, że potrzebny ci sprzymierzeniec, zgaduję. Bufor między tobą a twoją połowicą, 
gdy będziecie spędzać pierwszy wieczór jako mąż i żona. Swoisty wspornik, dzięki któremu 
przejdziesz przez ten wieczór tak gładko, jak to możliwe. Przyjaciel, który ci przypomni, 
jeślibyś  nie  pamiętał,  bardzo  ważkie  powody,   dla  których   obrałeś   tę  właśnie   drogę, jeśli 
prowadzącą   nie   ku   szczęściu,   to   przynajmniej   ku   jakiejś   harmonii   i   -   jeśli   wolno   mi 
zaryzykować to stwierdzenie - bezpieczeństwu.
- Doprawdy? Aż tyle? - Kipp odchylił się, gdy Gillett własnoręcznie zabrał się za ponowne 
napełnianie jego kieliszka. - Szczerozłoty z ciebie człowiek, Brady.

background image

- A tak, święta prawda, co? Po prostu szczerozłoty. Jestem choć trochę pomocny?
- Nie, Brady, ani trochę.
Brady odchylił  do tyłu  głowę i zaniósł się gromkim  śmiechem.  Śmiał  się, dopóki wyraz 
twarzy Kippa nie zmienił się, alarmując, że przyjaciel przeżywa właśnie swoisty szok.
- Kipp? - spytał z niepokojem, następnie obrócił się w krześle, by sprawdzić, co przykuło 
uwagę Kippa i odpowiada za jego zdumioną minę.
- Na miły Bóg! - Brady zerwał się na nogi, przeklinając się w duchu za ten mimowolny 
okrzyk zaskoczenia. Później zaś, jako że był sobą, człowiekiem, który w chwilach poruszenia 
nigdy nie lękał się popełnić fauxpas, a serce nosił nie tyle na dłoni, co na języku, dodał: - 
Abby? To ty? Wyglądasz cudownie. Kippie, czyż ona nie wygląda cudownie?
- Wyglądam lepiej, co nie jest wielkim osiągnięciem, zważywszy, jak prezentowałam się w 
moich starych sukniach i fryzurze, która była przekleństwem mojego życia. Trudniej byłoby 
sprawić, żebym wyglądała gorzej - odezwała się Abby, bo Kipp zaniemówił i przez chwilę 
wierzył, że mowy już nie odzyska. - Monsieur Parfait ślubuje, że zrobię furorę. Ale łatwo 
ponoszą go emocje, a w dodatku sądzę, że mnie lubi, nie mogę więc wierzyć jego słowom, 
nie zaprawiając ich dla zdrowia paroma łyżkami soli. Nawiasem mówiąc, czy wiecie, że robił 
kiedyś peruki dla Marii Antoniny, czy też raczej pomagał przy nich ojcu?
Kippowi szumiało w uszach, tak że ledwie ją rozumiał.
- Gdzie się podziały twoje włosy?
Wzdrygnął się, słysząc, jak to zabrzmiało, a słowa te zdawały się wisieć w powietrzu. Brady 
spojrzał na niego, ze smutkiem pokręcił głową, jakby wysoce nim rozczarowany. Z drugiej 
strony, jak wiedział Kipp, Brady prawdopodobnie nie zastanawiał się, jak długie, jasne włosy 
Abby wyglądałyby rozsypane na jego poduszce. Bo Kipp się nad tym zastanawiał. A teraz nie 
dowie się już nigdy.
-   To   znaczy   -   poprawił   się   szybko,   obchodząc   stół,   by   wziąć   Abby   za   rękę   -   nie 
przypuszczałem, że Parfait obetnie aż tyle.
- Ostrzygł mnie jak owcę, prawda? Nie potrafię powiedzieć, jakie to wyzwalające uczucie nie 
mieć takiej góry włosów leżących na głowie jak kamień - odpowiedziała Abby, zabierając 
dłoń, i usiadła na krześle, które Giliett dla niej odsunął. - Spóźniłam się na deser? Sallyann 
mówiła, że będą truskawki. Nigdy nie jadłam truskawek.
Abby dużo wysiłku wkładała w to, by wydawać się spokojna i naturalna - jakby siadanie do 
stołu ze świeżo upieczonym mężem i człowiekiem, który spiskował, by do tego małżeństwa w 
ogóle doszło, było czymś najzupełniej naturalnym.
Niemniej wiedziała, jak wygląda, i na pewno nie wyglądała ani nawet nie czuła się jak ta 
sama kobieta, której jego lordowska mość się oświadczył, której zaproponował małżeństwo z 
rozsądku zaledwie przed kilku dniami.
Tamta kobieta nosiła brzydką suknię. Włosy miała odgarnięte z twarzy i zwinięte w brzydki, 
przylizany kok.
Oblubienica   barona   tonęła   dziś   w   najdelikatniejszych   jedwabiach   różanej   barwy, 
współgrającej z bielą jej skóry, a na szyi i w uszach migotały diamenty.
Włosy   jego   żony   okalały   dziś   jej   twarz,   nie   dłuższe   niż   na   dwa   cale   i   przechodzące   w 
finezyjnie   wycieniowane   loczki   przy   odsłoniętych   uszach,   nad   czołem,   jej   kark   zaś 
pieszczotliwie muskały anglezy.
Dzisiaj jego żona czuła się tak, jakby naprawdę istniała szansa, że będzie dzielnie się trzymać, 
gdy on przedstawi ją towarzystwu jako swoją panią.
Szkoda tylko, że przy mężu czuła się tak zdenerwowana.
I jakże to miło, że wydawał się nie mniej zdenerwowany niż ona.
- Naprawdę wyglądasz znakomicie, Abby - powiedział Kipp, gdy Gillett rzucił się postawić 
przed nią czarkę z truskawkami w śmietanie. - Naprawdę.
Ugryzł się w język. Boże, nie lepiej od razu pójść do gabinetu i palnąć sobie w łeb? Co się z 

background image

nim działo? Mógł nie być największym mówcą świata, ale zawsze dość zręcznie radził sobie z 
komplementami, szczerymi czy po prostu grzecznościowymi.
Dlaczego   więc   nie   potrafił   powiedzieć   Abby   niczego,   co   byłoby   choć   połowicznie   do 
przyjęcia?
Na dodatek mimo że z pewnością wyglądała lepiej niż dotychczas - jak sama z humorem 
zauważyła, innej możliwości nie było - nie mógł szczerze stwierdzić, że jego małżonka w 
przedziwny   sposób   zmieniła   się   w   oszałamiającą   piękność.   A   wystarczająco   wiele 
oszałamiających piękności widział, wystarczająco wiele przewinęło się przez jego łoże.
Dlaczego zatem nie mógł oderwać od niej oczu?
Łamał sobie głowę nad odpowiedziami na pytania, na które odpowiedzieć nie sposób, i nawet 
nie   zauważył,   kiedy   jej   fiołkowe   oczy   stały   się   tak   ogromne,   iż   tylko   one   zdawały   się 
pozostać z jej twarzy.
Kipp uniósł kielich i wychylił całą jego zawartość.
- Dziękuję, milordzie. Miałeś rację, że nalegałeś. Monsieur Parfait to dokładnie to, czego mi 
było  trzeba  - zwróciła się do niego Abby,  następnie  przymknęła  oczy i po raz pierwszy 
skosztowała truskawek. Bezwiednie jęknęła z rozkoszy, następnie nieśmiało zlizała z wargi 
kropelkę śmietany. - Och, jakie to dobre.
Kipp z hukiem odstawił kieliszek.
Brady,   który   stał   w   milczeniu,   obserwując   wzajemne   zachowanie   małżonków   z   całym 
zainteresowaniem widza na pierwszorzędnym przedstawieniu, zakasłał, kryjąc usta dłonią, i 
pod byle pretekstem szybko się oddalił.
- Sophie cię pozdrawia za pośrednictwem Brama i moim - powiedział Brady, spacerując z 
Abby po obrzeżach sali balowej chwilę po tym, gdy nowa lady Willoughby powitała u boku 
małżonka   ostatniego   z   niekończącego   się,   jak   się   zdawało,   strumienia   gości.   Kippa   do 
rozmowy   o   wierzchowcach   wciągnął   jakiś   czerwony   na   twarzy   człowieczyna,   którego, 
pamiętała to jak przez mgłę, przedstawiono jej jako księcia czegoś tam.
Uśmiechnęła się, myśląc o przemiłej księżnej Selbourne.
- Tak? Cóż za urocza kobieta. Taka ciepła i troskliwa. Posłałam jej liścik z gratulacjami z 
okazji narodzin syna, a ona mi odpisała, że jego lordowską mość spotkało wielkie szczęście, 
że w końcu ma kogoś, kto będzie się o niego troszczył. Zakładam, że powiedziałeś jej o 
ślubie? Jest niezwykle opiekuńcza wobec przyjaciół, prawda?
- Niektórzy powiedzieliby, że wścibska czy nawet natrętna - odparł Brady z uśmiechem - ale 
„opiekuńcza" to o wiele milsze słowo. Mam nie spuszczać z ciebie oka przez cały wieczór, a 
następnie z samego rana złożyć Sophie sprawozdanie, opowiedzieć jej, co działo się na balu, 
minuta po minucie. Bram byłby tutaj jej oczami, naturalnie gdyby zdołała postawić na swoim, 
ale nie zgodził się odstąpić jej na krok, dopóki sama nie będzie mogła znowu bywać. Zdaniem 
Sophie, nastąpi to lada dzień. Dziewczyna rwie się do tego, jak powiada Bram, powtarza, że 
jest matką, nie inwalidką, i że jedynie mężczyzna byłby zdania, że musi przeleżeć w łóżku 
cały miesiąc, gdyby urodził dziecko, bodajże tak to brzmiało. To Sophie kazała przekazać 
tobie. Mówi dokładnie to, co myśli. Nie trzeba chyba dodawać - potrząsnął głową i znów się 
uśmiechnął - że Bram wygląda, jakby sam był na ostatnich nogach.
Abby uśmiechnęła się w odpowiedzi, lecz uśmiech zamarł jej na wargach, ujrzała bowiem, 
jak uderzająco piękna rudowłosa kobieta podchodzi właśnie do Kippa, opiera dłoń na jego 
ramieniu i zalotnie spogląda mu w twarz. Widziała ją wcześniej tamtego dnia na pikniku, w 
dniu gdy Kipp się jej oświadczył.
- Brady? - spytała cicho, nieznacznym skinieniem głowy prosząc, by spojrzał w głąb sali 
balowej we wskazanym przez nią kierunku. - Kto to, jeśliś tak miły.
Brady udawał, że wytęża wzrok, by zobaczyć cokolwiek z takiej odległości, choć zobaczył 
już dość, by znać odpowiedź na pytanie Abby.
- Lady Skelton, moja droga - poinformował ją - nikt, kto by się liczył. Już była w pół drogi do 

background image

drzwi, zanim ty weszłaś.
- A czy ona o tym wie? - rzuciła półgłosem Abby, gdy Kipp uśmiechnął się do niej i poklepał 
ją po ręce. - Albo on?
-   Och,   nie   przejmuj   się   tym,   Abby.   Kipp   ma   flirt   we   krwi.   Wątpię,   czy   umiałby   się 
powstrzymać. Ale na tym koniec. Jeśli ci coś obiecał, to obiecał i obietnicy dotrzyma. Bo 
złożył ci obietnicę?
- Składaliśmy je oboje - poprawiła i z rozmysłem odwróciła się tyłem do męża, śmiechem 
witającego wyszeptaną mu do ucha przez lady Skelton uwagę. - A jeśli zastanawiasz się, czy 
w grę wchodzi tu moje serce, to przyjmij moje zapewnienie, że tak nie jest. Niemniej duma 
mi nie pozwoli tolerować tego, by mój mąż flirtował ze swoją kochanką w dniu naszego 
ślubu. Dość zachodu mnie kosztuje to, by wypaść na tyle przekonująco w mojej nowej roli, 
by socjeta uwierzyła, że nasze małżeństwo nie jest najzwyklejszym oszustwem. Och, tak, i 
jeśli nie mówiłam ci tego ostatnimi czasy, to dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. 
Naprawdę to doceniam, nawet jeśli na to nie wygląda. A teraz bądź łaskaw podejść tam i 
przypomnieć   mojemu   małżonkowi,   że   jest   człowiekiem   żonatym,   dobrze?   Przynajmniej 
dzisiejszego wieczoru.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, Abby - odparł Brady i skłonił się dwornie. - Jesteś 
pewna, że chcesz zostać sama?  Wody dziś  roją się od rekinów, krążących  w nadziei, że 
zwietrzą krew.
-   Nic   mi   nie   będzie,   Brady,   poza   tym   widzę   Edwardine,   o  tam,   a  naprawdę   chcę   z   nią 
porozmawiać, upewnić się, czy doszła do siebie po południowym napadzie histerii.
Przyglądała się, jak Brady się oddala, po czym westchnęła z ulgą i wymknęła się na balkon w 
przekonaniu, że zasłużyła sobie na chwilę samotności.
Doprawdy, w głowie się jej kręciło i wątpiła, czy przypomni sobie choćby jedno nazwisko, 
gdyby ktoś ją o nie zapytał.
Od pięciu minut swędziało ją ramię, ale walczyła z pokusą, by się podrapać, aż do teraz. 
Wiedziała, że wszyscy w sali balowej wlepiali w nią oczy, próbując rozgryźć, dlaczego to 
jego lordowska mość ją poślubił. Na litość boską, dlaczego poślubił właśnie ją.
Nie, nie była to właściwa pora, żeby się drapać, choć to może i zdrowo - chyba żeby życzyła 
sobie sprowokować plotki, jakoby prowincjonalna żonka barona miała pchły.
Pozostawała   też   jej   rodzina,   cała   banda   Backworth-Maldonów,   z   niegasnącym   zapałem 
kursujących od jednej grupki arystokratycznych gości do drugiej, rozpowiadając każdemu, 
kto   tylko   zechciał   słuchać,   że   owszem,   tak,   istotnie   są   najbliższymi   krewnymi   pani 
baronowej, a czego życzyliby państwo się o niej dowiedzieć?
Przymuszenie   tej   zgrai   do   złożenia   przysięgi   milczenia   na   tyle   by   się   zdało,   co   próba 
nałapania deszczówki do sita.
Abby   oparła   się   biodrami   o   balustradę,   napawając   się   chłodnym   dotykiem   kamienia.   I 
jakkolwiek gorąco  marzyła, by bal  już  się skończył,  lękała  się myśli  o pozostałej  części 
wieczoru, chwili, w której baron otworzy drzwi dzielące ich sypialnie i upomni się o swoje 
prawa.
Pocałunek z popołudnia wstrząsnął nią do głębi jej jestestwa. Całowano ją wcześniej, i to 
setki   razy,   lecz   widocznie   Harry   nie   był   w   tej   czynności   tak   wprawny,   jak   dotychczas 
mniemała.
Lub też może zbyt długo była wdową i czuła się teraz jak marynarz, który tak wiele czasu 
spędził na morzu, że pierwszy port, do którego zawija, zdaje mu się rajem.
Wiedziała - od Hermione, od zmarłej matki - że kobiety aspirujące do tego, by uchodzić za 
damy, nie powinny czerpać przyjemności z aktu małżeńskiego, a ona bez ogródek, beztrosko 
wyznała baronowi, że jej osobiście sprawiał on przyjemność, i to wielką.
Ale sprawiał i nie widziała w tym powodu do wstydu, nie marzyła o tym, by resztę życia 
spędzić w czystości jak zakonnica. Zwłaszcza jeśli to życie miało okazać się bardzo długie...

background image

Był młody i przystojny, i schludny, i dość miły na swój arogancki sposób, mogła więc jedynie 
sądzić, że okaże się bardzo przyjemnym kochankiem. Niesamolubnym.
Niemniej jak to się działo, że potrafił wyzwalać w niej tak nieoczekiwaną namiętność jednym 
pocałunkiem?
Najwyraźniej do tej pory pokładała w nim zbyt mało nadziei.
Jeszcze jedna kwestia nurtowała Abby, świadomość, że: jak na razie niewiele uczyniła, by 
ułatwić mężowi życie. On prosił, a ona się zgodziła, by nie wtrącali się w swoje sprawy 
więcej niż to konieczne, by w miarę możliwości każde z nich szło własną drogą.
Problem polegał na tym, że nie potrafiła czuć się swobodnie, jedynie mieszkając z nim pod 
tym samym dachem i okazjonalnie ogrzewając mu łoże. No chyba że lubiłaby czuć się jak 
utrzymanka,  dobrze opłacana  dziwka. Musiała  sprawić,  by jego dom stał  się również  jej 
domem, lecz poufałość ze służącymi, proszenie ich o pomoc, wydawały się z niezrozumiałych 
powodów wywoływać wzburzenie jego lordowskiej mości.
Zupełnie tak, jak jego ingerencja w sprawy jej stroju i fryzury wzburzały ją.
Dotychczas żywiła nadzieję, że jakoś się dotrą. Teraz zastanawiała się, czy nie posypią się 
iskry, nie wybuchną kłótnie, do których nie powinno dochodzić, skoro dla żadnego z nich ich 
wzajemny stosunek nie miał większego znaczenia.
Zamknęła oczy i poprzysięgła sobie w duchu, że będzie w przyszłości mniej natrętna, że 
zajmie się swoimi sprawami i nie będzie wchodzić mu w drogę. Tylko o to prosił w zamian za 
swoje nazwisko, opiekę.
- Jeśli kontemplujesz, czy skoczyć, pozwól, że pomogę ci wejść na poręcz.
Abby   odwróciła   się   gwałtownie,   słysząc   kobiecy   głos,   dość   chropawy,   nienaturalnie 
melodyjny pomimo sarkastycznego tonu, zabarwiony jadem i czymś aż nazbyt zbliżonym do 
szczerej nienawiści.
- Lady Skelton - odezwała się, natychmiast poznając tę kobietę. - Jakiś problem?
-   Problem?   -   powtórzyła   Roxanne.   Cienkie,   wyskubane   brwi   uniosły   się   niemal   do   linii 
włosów w szyderczej imitacji udawanego zaskoczenia Abby.
Roxanne zbliżyła się do niej, a Abby odsunęła się od balustrady. Następnie kobieta obeszła ją 
dookoła,   taksując   oczami,   wzgardliwym   uśmieszkiem   kwitując   jej   suknię   i   jawnym   już 
śmiechem jej krótką fryzurę.
Abby odpowiedziała jej takimi samymi oględzinami, by ocenić, jak groźna może okazać się 
jej rywalka.
Były bowiem rywalkami.
Każda rozpoznała w drugiej wroga w sposób, w jaki potrafią tylko  kobiety:  bez jednego 
słowa, nie wiedząc o sobie nic prócz nazwiska. Instynktownie czuły, że się nie lubią i nie 
polubią nigdy, jedną mierził głos drugiej, jej wygląd, fakt, że cokolwiek je łączy.
Niczym para kogutów na posypanym trocinami ringu, gotowych dziobać się i drzeć pazurami, 
aż poleje się krew.
- Ach, tak, problem. Może coś, czemu mógłby zaradzić talerzyk suszonych śliwek? - spytała 
niewinnie   Abby,   wciąż   jeszcze   starając   się,   by   słodycz   nie   znikła   całkiem   z   jej   głosu. 
Pozwoliła, by wysączała się z niego swobodnie, w powietrzu krystalizując w jad.
-   Posłużył   się   tobą,   wiesz   -   mówiła   Roxanne,   ignorując   obraźliwą   aluzję   Abby.   - 
Wykorzystuje cię, żeby bronić się przed wszystkimi tymi dziewczątkami, którym zdawało się, 
że tytuł baronowej mają w kieszeni.
- I przed wszystkimi mężatkami, które patrzą na niego w ten sam sposób? - spytała Abby w 
przebłysku kobiecej intuicji, która poraziła jej umysł jak błyskawica. Patrzyła, jak rumieniec 
gniewu obleka dekolt i szyję lady Skelton, a następnie wpełza na jej policzki.
Boże miłosierny,  ta kobieta naprawdę hołubiła  w  głębi  duszy nadzieje, że pewnego dnia 
zostanie żoną Kippa? Brała pod uwagę skandal, jaki wybuchłby w razie rozwodu, i wcale jej 
to nie zrażało? I spodziewała się, że on na to pójdzie?

background image

Najwyraźniej lady Skelton nie znała męża Abby tak dobrze, jak znała go Abby, a Abby nie 
znała go najlepiej.
Możliwe, że baron nie wiedział, jakie plany powzięła wobec niego lady Skelton, co od niego 
miała nadzieję uzyskać. Czy lady Skelton stanowiła kolejny cichy powód, dla którego Kipp 
zdecydował się na małżeństwo z rozsądku, bo chciał się jej pozbyć? Może chęć pokazania się 
Merry i Jackowi Coltrane'om w roli szczęśliwego żonkosia nie była wszystkim, co skłoniło go 
do oświadczyn. Nic dziwnego, że tak gorliwie poszukiwał najmniej uciążliwego rozwiązania 
swoich rozlicznych dylematów, a następnie rozwiązanie to poślubił.
Ojej,   bo   też   faktycznie   rozwiązała   chmarę   jego   problemów,   prawda?   A   on   tymczasem 
dorzucił jej kolejny problem na głowę w postaci odtrąconej kochanki!
Abby nagle ujrzała siebie jako jedną z osaczonych bohaterek Araminthy Zane, uwięzłą w 
sieci intryg nie przez siebie uknutych, i nie mogła uwierzyć,  że rzeczywistość dorównała 
romantycznej fikcji.
Niemniej jednak, skoro już miała grać jakąś rolę, postać bohaterki z romansu nie była zbyt 
przykra.
Lady Skelton milczała, lecz Abby nie zamierzała pozostawić jej żadnych złudzeń:
-   Tak   właśnie   widziałaś   samą   siebie,   nieprawdaż,   lady   Skelton?   Piastującą   tytuł,   który 
przypadł mnie? Co za wstyd. Marzenia kolejnej matrony walą się w gruzy. Musisz czuć się 
zdruzgotana, nie mówiąc już o tym, jak zdegustowana. Zostać zastąpioną, to jedno. Ale zostać 
zastąpioną przeze mnie, takie małe, nieciekawe zero? Tak, to zdecydowanie zgroza.
- Nigdy nie będziesz go miała tylko dla siebie.
Abby   zawezwała   w   sukurs   cały   wrodzony   tupet,   po   czym   odważyła   się   na   grubą 
nieprzyzwoitość.   Wszystkie   najlepsze   bohaterki   z   książek   Araminthy   Zane   umiały,   gdy 
wystarczająco sprowokował je do tego Zły Potwór, zdobywać się na cudownie nieprzyzwoite 
tony.
- Nie będę? Jeszcze go nie miałam,  owszem,  ale noc jest jeszcze młoda, prawda? Może 
zechciałabyś ponownie to ze mną skonsultować jutro z samego rana?
- Dziwka! Mój Boże, prowincjonalny strach na wróble okazuje się zwykłą dziwką. - Roxanne 
uniosła   rękę   z   zamiarem   wymierzenia   rywalce   policzka   i   zorientowała   się   nagle,   że   jest 
odwrócona,   a   prawą   rękę   ma   przyszpiloną   do   pleców.   Poczuła,   że   coś   popycha   ją   na 
balustradę, i usłyszała szept Abby:
- Jeśli kontemplujesz, czy skoczyć, pozwól, że pomogę ci wejść na poręcz. Czyż nie tak się 
wyraziłaś, czy nie tak mi groziłaś?
Abby puściła jej rękę i cofnęła się, uśmiechnięta. Boże miły, nie uciekała się do przemocy 
fizycznej od tamtej nocy, gdy Harry wrócił do domu pijany i usiłował wepchnąć ją do łóżka. 
Miło było się przekonać, że nie wyszła z wprawy.
Roxanne uczyniła krok w jej kierunku, masując ramię, bardziej już powściągliwa.
- Nie wiem, dlaczego się z tobą ożenił, ale się dowiem. A wtedy, milady, dopilnuję, żebyś 
została starta w proch.
Abby poczuła się nagle znużona, znużona do szpiku kości. Czy naprawdę wyobrażała sobie, 
że to małżeństwo będzie dla niej wygodne? Jak na razie było zdecydowanie niewygodne, a 
trwała w nim zaledwie jeden dzień.
- Skoro tak pani twierdzi, lady Skelton. Z pewnością wolno pani próbować.
Wróciła do sali balowej na czas, by zobaczyć, jak Iggy oddala się pośpiesznie niby człowiek, 
który usilnie stara się pozostać niezauważony.
- Cholera - mruknęła pod nosem.
A wierzyła, że to małżeństwo da jej spokój ducha, trochę niezależności... Na razie wszystkim, 
co zyskała, były dodatkowe powody do zmartwień i kolejna osoba pod jej opieką.
Czy urodziła się po to, by wszystkimi się opiekować?
A czy urodził się ktoś, kogo powołaniem było opiekować się nią?

background image

15

Zatańczył z nią trzy razy. Dwa bezosobowe tańce.
I jeden walc.
Abby wirowała dookoła sypialni, ledwie dotykając stopami ziemi, z zamkniętymi oczami i 
uniesionymi  rękami, jakby nadal trzymał  ją w ramionach, a Sallyann uganiała się za nią, 
usiłując rozpiąć guziczki u jej sukni, przekonać milady, że jest już późno, bardzo późno, i że 
naprawdę powinna się już położyć.
- Żałuj, że mnie nie widziałaś, Sallyann - rozmarzyła się Abby, gdy zatrzymała się w końcu 
przed   łożem   i   oplotła   ramionami   jedną   z   czterech   drewnianych   biało-złotych   podpór,   na 
których   opierał   się   baldachim.   -   Och,   na   początku   czułam   się   dość   niepewnie,   ale   jego 
lordowska mość znakomicie znał kroki i po kilku chwilach całe zdenerwowanie uleciało mi z 
głowy.
- Tak, psze pani - wybąkała pokojówka, rozpinając ostatni guzik, po czym zaczęła namawiać 
Abby, by puściła podporę, tak by różowa suknia z jedwabiu Zsunęła się na ziemię. - A teraz 
gdyby milady raczyła zrobić krok i stanęła obok sukni? Najpierw jedna nóżka, potem druga. 
O tak, dobra dziewczynka.
Uwolniona od sukni Abby zaczęła znów tańczyć, niepomna westchnień Sallyann i jej dość 
bałwochwalczego uśmiechu.
-   W   kółko,   i   w   kółko,   i   w   kółko   -   powtarzała,   niemal   że   unosząc   się   nad   podłogą. 
Energicznym   wymachem   najpierw   jednej,   potem   drugiej   nogi   pozbyła   się   wieczorowych 
pantofli i jak fryga kręciła się dookoła w samych halkach, w uszach wciąż jeszcze słysząc 
muzykę skrzypiec.
- Jaśnie państwo baron Willoughby z małżonką. Wszyscy patrzą, wszyscy szepczą, wszyscy 
są pod wrażeniem, mimo woli pełni podziwu. Teraz jestem damą, Sallyann, damą - trajkotała 
do pokojówki, raz jeszcze wyhamowując przy łożu, i dla równowagi oparła dłoń o podporę, 
by   dosłownie   rzucić   się   na   materac,   po   czym   przewróciła   się   na   plecy   i   uśmiechnęła, 
spoglądając na draperie.
Ręce i nogi rozłożyła na śliskiej satynowej kapie, co chwila przesuwając je jak wówczas, gdy 
jako dziecko odciskała na śniegu „orzełka". Zaśmiewała się radośnie. Ale w jednej chwili 
oprzytomniała.
-   Sallyann!   -   wykrzyknęła,   przesuwając   szczupłe   ciało   ku   krawędzi   materaca.   -   Jego 
lordowska mość. Jego lordowska mość może tu być w każdej chwili, a ja, proszę, w samej 
bieliźnie. Szybko, pomóż mi znaleźć koszulę nocną.
- Otóż i myśl, która mnie samej nigdy by nie przyszła do głowy - zażartowała nieśmiało 
Sallyann,   zawstydzona   jak   dziecko,   i   pomachała   najładniejszą   z   koszul,   które   Abby 
przywiozła z domu, choć nie było to wiele, jako że o nocnej bieliźnie Abby nie można było 
powiedzieć nic ponad to, że jest praktyczna.
Abby   przyglądała   się   temu   szkaradzieństwu   przez   dłuższy   czas,   następnie   wzruszyła 
ramionami.
- Będzie musiała wystarczyć, jak przypuszczam. Ale obiecuję ci, Sallyann, że jutro we dwie 
przypuścimy   istną   szarżę   na   Bond   Street.   Mam   teraz   pensję,   wiesz,   bo   wielkodusznie 
postanowiłam w końcu pogodzić się ze szczodrością jego lordowskiej mości.
- Ale ani o chwilę za wcześnie - odezwał się jej mąż, wchodząc do sypialni, skutkiem czego 
rozchichotana, czerwona jak piwonia Sallyann czmychnęła pośpiesznie do holu.
Abby spojrzała za swoją koszulą, która znikała właśnie w holu wraz z pokojówką, następnie 
na swoją nową bieliznę - sięgającą do łydki halkę bez ramiączek, ledwie zakrywającą piersi - 
cóż,   przynajmniej   ich   połowę   -   i   drugą,   jeszcze   cieńszą,   narzuconą   na   wierzch   i   mocno 
ściągniętą w talii.
Wzruszyła ramionami, bo przyszło jej do głowy, że pewnie lepiej wygląda tak jak teraz, i 

background image

uśmiechnęła się do męża, nagle żywo zainteresowana wciągnięciem go w rozmowę.
- To był nad wyraz przyjemny wieczór, milordzie. Mam wielką nadzieję, że oceniasz mój 
występ za udany. No i ty, z takim uwielbieniem spoglądający mi w oczy, gdy tańczyliśmy 
walca?   Chociaż   wiele   osób   zapewne   uważa   mnie   teraz   za   czarownicę,   która   chyłkiem 
zaprawiła ci wino eliksirem miłości, myślę sobie, że przynajmniej drugie tyle mogło ci się 
udać przekonać, że kochamy się jak dwa gołąbki.
- Taki był chyba cel naszego przedsięwzięcia - stwierdził Kipp, wiele wysiłku wkładając w to, 
by patrzeć jej w oczy, a nie zachować się jak prostak i dokonać oględzin jej szczupłego ciała, 
którego   nie   starała   się   nawet   okryć.   Naturalnie   nie   sądził,   że   jest   wstydliwa.   Wiele 
argumentów  przemawiało  za małżeństwem  z wdową, z kobietą,  która  znała  mężczyznę  i 
wiedziała, co to przyjemność.
A potem poczuł, jak krew zaczyna tętnić mu w skroniach - postanowił sobie właśnie, że, do 
ciężkiej cholery, nauczy dziś tę kobietę, która do szału doprowadzała go swym spokojem, jak 
wygląda prawdziwa przyjemność, nawet jeśli do samego rana nie zajmowałby się niczym 
innym.
- Miałabyś ochotę na łyk wina? - spytał w połowie obrotu w kierunku swojej sypialni.
- Hmmm? - Abby nie zwracała na niego uwagi. O wiele za bardzo pochłaniało ją godzenie się 
z faktem, że jej mąż stoi w jej sypialni, odziany w ten sam szlafrok, w którym go wcześniej 
widziała. Tym razem jednak był boso, łydki także miał gołe, co pozwalało wnioskować, że z 
resztą   jego   ciała   zapewne   miało   się   podobnie.   Rój   motyli,   które,   jak   miała   wrażenie, 
zadomowiły się w jej brzuchu i niedawno położyły się spać, obudził się i zaczął latać  z 
trzepotem skrzydełek.
- Pytałem, czy napiłabyś się wina?
- Nie, milordzie - pokręciła głową - nie potrzebuję wina. Ale jeśli tobie...
- Mnie także nie jest ono potrzebne - przerwał jej Kipp, nim zdążyłaby doprowadzić go do 
szewskiej pasji. Jak ona śmie uspokajać jego. Najpewniej mogłaby zebrać wszystkie swoje 
doświadczenia z żałosnym Harrym i wepchnąć je do naparstka, a nadal zostałoby w nim dość 
miejsca na pięciotomowe wydanie „Zmierzchu cesarstwa rzymskiego" Gibbona. - I kiedy 
przestaniesz tytułować mnie milordem? Wobec Brady'ego jesteś mniej oficjalna, co można by 
poczytać za obrazę, skoro się już nad tym zastanawiam.
- Przepraszam, milordzie... Kippie. To dlatego, że tak naprawdę to nie znamy się najlepiej, nie 
uważasz?
- Czyli Brady'ego znasz lepiej?
Abby zastanawiała się przez moment. Ze zmarszczonymi brwiami usiadła na brzegu łóżka - 
nieświadoma tego, co robi.
- Brady, cóż, Brady'ego nie jest zbyt trudno zrozumieć.
- A mnie tak? - Kipp podszedł do łóżka i usiadł obok. Zauważył, nie pierwszy raz owego 
wieczoru zresztą, że subtelnie pachniała fiołkami. - Mam potraktować to jako komplement, że 
jestem od Brady'ego głębszy.
- Nie, nie głębszy. - Potrząsnęła głową. - Brady nosi w sobie zagadki, tak myślę, sekrety, 
które skrywa za tym swoim uśmiechem. Twoje są chyba po prostu staranniej ukryte.
Abby obróciła się ku niemu, spojrzała wprost w te przepastne brązowe oczy i postanowiła 
spróbować, czy uda się jej wyciągnąć z niego jeden sekret czy dwa.
- Chociaż niełatwo mi uwierzyć w to, że powody, które skłoniły cię do małżeństwa ze mną, 
nie sięgają głębiej niż te, o których mi mówiłeś, jestem niezmiernie wdzięczna, że to mnie 
wybrałeś, bo jestem przekonana, że będę lubiła być baronową. W gruncie rzeczy jestem na 
razie jedyną osobą, która na tym małżeństwie skorzystała, a wiem, że tak być nie powinno.
Opuściła wzrok i spostrzegła, że dotykają się biodrami. Zadziwiające, jak łatwo godziła się na 
fizyczną bliskość tego mężczyzny. Zastanawiała się, dlaczego.
-   Być   może   to   właśnie   przyczyna,   dla   której   jeszcze   nie   czuję   się   przy   tobie   w   pełni 

background image

odprężona.
Kipp oparł jej rękę na kolanie; nie drgnęła.
- Mnie wydajesz się całkiem odprężona.
- Dawno już nauczyłam się godzić z tym, co nieuniknione, milor... Kippie. - Po prostu nie 
zdawała   sobie   dotychczas   sprawy   z   tego,   jak   niecierpliwie   czekała   na   nieuniknioną 
kulminację dzisiejszego wieczora. Niemniej rozumiała świetnie, że znowu się z nią droczył, 
co powstrzymało ją od zwierzenia się z nieprzyjemnego epizodu z lady Skelton.
- To właśnie dlatego tu jesteśmy, Abby? Ponieważ to nieuniknione? Jakież to cywilizowane. 
Dobrze wiec, żono, bierzemy się do rzeczy. - Kipp wziął ją za rękę i lekko przyciągnął do 
siebie, żeby wstała, po czym niżej zsunął kapę i gestem zaprosił ją z powrotem, by się do niej 
przyłączyć. Rzucał jej wyzwanie, by przyszła do łóżka, dotrzymała swojej z nim umowy, 
dowiodła prawdziwości swej deklaracji, że „sam akt" sprawia jej wielką przyjemność.
Niech ją diabli, jeśli nie zachowa się dokładnie tak, jak tego chciał, nie wgramoli się na 
ogromne łoże, najpierw jednak rozwiąże troczki wierzchniej halki i pozwoli, by osunęła się na 
ziemię. Czyniąc to wszystko, opierała się o jego ramię, także wtedy, gdy wdrapywała się na 
materac, odsłaniając jego oczom niebywale interesujący widok kształtnych pośladków pod 
przylegającym białym muślinem.
Dobrnęła na środek łoża, wsunęła nogi pod nakrycie, ręce skrzyżowała na talii i czekała. 
Czekała, by do niej dołączył. By odważył się do niej dołączyć. Całą siłą woli nakazywała 
sobie   patrzeć   na   niego   bez   drżenia,   bez   jakiejkolwiek   oznaki   zdenerwowania.   Czy 
niecierpliwości. Bo, jak Bóg miły, nie mogła się doczekać.
Kipp sapnął głośno przez nos i potrząsnął głową.
- Ja chyba oszalałem - odezwał się bardziej do siebie niż do niej. Zostawił ją i obszedł pokój, 
gasząc kolejne świece, aż tylko dwie nadal paliły się na lichtarzu, nie licząc pełgających na 
kominku płomieni.
A ona nadal siedziała w tej samej pozie, oparta o poduszki, czekając na niego w półmroku.
Nie pożądał jej. Naprawdę nie. Nie umiał  przeboleć  jej chłodu, jej kamiennego  spokoju, 
biernego pogodzenia się z tą najintymniejszą częścią ich umowy.
I nie podobała mu się wizja tego, że miałby być oceniany za swoje wyczyny, porównywany 
do tego cholernego Harry'ego i że mógłby w czymś mu ustępować. Urażony tą możliwością, 
przeprosił w duchu każdą kobietę, z jaką mu się przez te lata zdarzyło sypiać, wszystkie, 
którym zarzucał jakiś niedostatek, na których miejscu pragnął widzieć Merry.
A zmieniał kobiety jak rękawiczki, tęsknił za kimś, kogo mógłby pokochać, za kimś, kto 
kochałby go dla niego samego, a nie za tytuł czy majątek, czy nawet za jego umiejętności 
jako kochanka.
Bo owszem, w łóżku był świetny, wiedział, jak zadowolić kobietę. Był to przyrodzony talent, 
który, miał nadzieję, nie zawiedzie go i teraz. Doszedł do tego wniosku, zdjął szlafrok i nagi 
wsunął się pod nakrycie.
I wtedy Abby go zaskoczyła.
- Gdybyś pomógł mi z tymi koronkami - odezwała się, siadając i odwracając się do niego 
plecami - myślę, że powinnam wykaraskać się z tego bez dalszej pomocy.
Powstrzymała   westchnienie,   które   cisnęło   się   jej   na   usta.   Wygłoszenie   tego   stwierdzenia 
kosztowało ją całą odwagę, na jaką potrafiła się zdobyć, gdy zmieniona w jeden wielki kłębek 
nerwów   czekała   na   dotknięcie   jego   palców.   Poczuła   na   skórze   ich   ciepło,   gdy   kolejno 
rozwiązywał koronkowe troczki. Obronnym gestem przycisnęła do piersi uwolnioną z ryżów 
halkę.   Zastanowiła   się  przelotnie,   czy   kiedykolwiek   zbierze   się   na   odwagę,   by  rozluźnić 
kurczowy chwyt, zsunąć cieniutką materię przez biodra i zostać całkiem naga, odsłonięta, i 
nagle  wyzuta  Z wszelkich  emocji  prócz obawy,  jakiej nie doświadczała  od czasów  nocy 
poślubnej.
Mimo to jeszcze gorzej byłoby pozwolić, żeby to on ją rozebrał.

background image

Kipp   przygryzł   wargę,   żeby   się   nie   roześmiać,   gdy   Abby   dosłownie   zanurkowała   pod 
nakrycie. Z rozbawieniem przyglądał się, jak cienka satynowa kołdra wzdyma się i opada, a 
spod niej ukazuje się to kolano, to łokieć. Później jednak już bez uśmiechu patrzył, jak Abby 
wyłania się ponownie, niezwykle starannie nakrywając piersi kołdrą, wydobywa spod niej 
białe zawiniątko, po czym ciska je na podłogę.
Ręce skrzyżowała na nakryciu, zadarła brodę i spojrzała mu prosto w oczy. Smukła, niemalże 
nazbyt  szczupła kobieta o kształtnych  ramionach i nieskazitelnej kremowobiałej skórze; z 
intrygującym  cieniem między piersiami, szopą potarganych włosów i fiołkowymi  oczami, 
które były szeroko otwarte i pełne paniki, choć dumny podbródek uniósł się odrobinę wyżej.
Wzruszyła   ramionami.   Czubkiem   języka   zwilżyła   suche   usta.   Mrugnęła,   a   następnie 
powiedziała nobliwym tonem:
- Jestem gotowa.
I przepadło. Kipp nie mógł się dłużej powstrzymywać. Z głową zatopioną w poduszkach 
wybuchnął śmiechem i śmiał się... i śmiał... i śmiał.
Do chwili, rzecz jasna, w której mu przyłożyła.
Wymierzyła mu cios, dokładniej rzecz ujmując, w sam środek klatki piersiowej.
- To nie jest zabawne - ostrzegła bliska łez. Uderzyła go znowu. - To bardzo, ale to bardzo 
poważne. Mamy tu skonsumować małżeństwo, pamiętasz? Przypieczętować umowę. Boże, 
ależ ty jesteś nieznośny!
Chwycił  ją za  rękę - czy raczej  pięść  - i przyciągnął  do siebie.  Przygarnął  mocniej,  nie 
przestając zanosić się śmiechem, choć nadal trzęsła się ze złości, a jej fioletowe oczy stały się 
niemal zupełnie czarne pod wpływem targających nią emocji.
Jaka szkoda, że te emocje, jak się zdawało, ukierunkowane były zwykle na to, by go zranić, 
może nawet okaleczyć na całe życie.
Kręciła się w jego uścisku, nie zważając na swoją i jego nagość, byle tylko się wyrwać, 
uwolnić ręce - nie wiadomo kiedy złapał obydwie - i stłuc go na kwaśne jabłko.
A potem stało się coś osobliwego.
Zauważyła jego uśmiech. Małe zmarszczki wokół kącików oczu.
On zastanawiał się, czy jej oczy zalśniłyby jak najpiękniejsze ametysty, gdyby wezbrało w 
niej uczucie inne niż gniew.
Oboje   przesunęli   się  nieznacznie.   Żadne   z   nich   nie   było   w   stanie   dłużej   udawać,   iż   nie 
dostrzega, jak mocno przyciśnięte do siebie są ich ciała.
Powędrował wzrokiem w dół, ku miejscu, gdzie się stykały, oplatane połyskliwą materią. 
Dwa jasne, miękkie wzniesienia napierały na jego tors, dwa skrawki różu mignęły mu przed 
oczami i natychmiast znowu się skryły, gdy Abby złapała następny krótki, płytki oddech.
Przestała się szamotać z mężem, pięści rozluźniały się powoli, ale nie puścił jej nadgarstków. 
Zdradzał ją jedynie urywany oddech, który jeszcze bardziej przyspieszył jego.
Spojrzał jej w twarz, już bez cienia uśmiechu, czując lekki zawrót głowy, z której, jak się 
zdawało, cala krew umyśliła sobie odpłynąć ku bardziej południowym regionom.
Odwzajemniła jego spojrzenie. Powieki jej znieruchomiały, źrenice miała czarne i ogromne, a 
oddech rwał się na lekko rozchylonych wargach.
Nic nie mówiła. O niczym nie myślała.
Czuła wszystko.
Kipp   puścił   w   końcu   jej   nadgarstki   i   zanurzył   dłoń   w   burzy   krótkich   jasnych   włosów. 
Pociągnął ją w dół, przycisnął do siebie. Nie opierała się.
Nie odrywając od niej wzroku, bez jednego słowa delikatnie uniósł jej głowę i nakrył jej usta 
swoimi.
I było zupełnie tak, jakby w mroku nad baldachimem eksplodowały sztuczne ognie, nagle 
rozjarzyło się oślepiające światło, sypiąc na nich deszczem migotliwych iskier, rozpalając ich 
oboje, wzniecając w ich ciałach żar i zapoczątkowując mniejsze eksplozje, które wstrząsały 

background image

nimi do głębi.
Wszelkie  zahamowania,  o jakie się Abby podejrzewała, wszystkie  bezimienne  lęki, które 
wcześniej ją dręczyły, rozwiały się jak dym, gdy Kipp przywarł do jej ust wygłodniałymi 
wargami, dłoń wsunął pod jej pośladki i przycisnął ją do siebie, aż poczuła, jak bardzo jej 
pragnął.
Odsunął się na chwilę i spojrzał jej w twarz z ciekawością, której nie rozumiała.  Potem 
przewrócił ją na plecy - i pocałował znowu, tym razem wsuwając język do jej ust.
Uniosła się lekko i oplotła rękami  jego ramiona,  palcami  uciskając gorącą skórę, równie 
spragniona jego bliskości, jak on wydawał się być spragniony jej ciała.
Pocałunek za odurzającym pocałunkiem. Błądzące dłonie, dwa oddechy zlane w jeden, dwa 
ciała zwarte w uścisku rozdzieliły się na chwilę, by Kipp mógł nakreślić pocałunkami szlak w 
dół jej szyi ku piersiom. Zawładnąć nimi - dłońmi, wargami, językiem.
Abby wygięła plecy w łuk, poddając się jego pieszczotom. Objęła go za głowę, a jej dłonie 
ponaglały, domagały się większej śmiałości. Poczuła, jak pod dotykiem prężnieją jej sutki. 
Fala przyjemności żarem oblała jej ciało, promieniując ku dołowi.
Kipp nieznacznie poprawił pozycję. Dłoni pozwolił pobłąkać się niżej, wiodąc palcami po jej 
płaskim brzuchu, między uda, aż jej dotknął.
Nie wierzył we własną reakcję, nie wierzył w jej. Pod opuszkami palców poczuł jednak, że 
jest wilgotna. Płonęła, domagała się, ale też dawała, dawała, dawała.
Jej szczupłe ciało było bardziej kanciaste, niż do tego nawykł, lecz te kanty go intrygowały. 
Twardy kontur miednicy, wąskość bioder. Ale była też miękka, taka miękka. Zafascynowała 
go jej szczupła talia, podłużne pęknięcie pępka, więc zsunął się niżej i musnął go językiem, 
ona   zaś   zdołała   jakoś   usiąść,   by   dalej   tulić   go   do   siebie,   orać   jego   skórę   krótkimi, 
zaokrąglonymi paznokciami, jakby chciała go napiętnować.
W sposobie, w jaki ta kobieta mu się oddawała, w jaki przyjmowała jego pieszczoty, nie było 
nic   z   wyrachowania.   Cienia   fałszywej   skromności,   oporów   wobec   bliskości,   której   był 
spragniony. Dłonie szukały i znajdowały. Żadnych póz, żadnych gierek, słów miłości, przez 
które nie mogła przemawiać prawda.
Jedynie  pośpiech,  ta  jakże  nagła  i  wszechogarniająca   namiętność,  spopielający  żar,  który 
trawił ich oboje.
I wtedy właśnie odepchnęła go, w chwili w której zupełnie się tego nie spodziewał. Upadł na 
bok, a ona wpatrywała się w niego tymi  bezdennymi  oczami barwy fiołków, sięgnęła po 
niego, objęła palcami, ważąc w dłoni jego ciężar.
Bez słowa przyciągnęła Kippa do siebie. Bez słowa rozchyliła uda. Jęknęła tylko raz, miękko, 
cicho, gdy w nią wszedł, wypełnił ją, zaczął się w niej poruszać.
Zawrzał, bardziej jeszcze rozpalony jej pośpiechem, ośmielony sposobem, w jaki podała mu 
szczuplutkie biodra, oplotła nogami jego biodra.
I   miała   rację.   Eony   upłynęły   od   chwili,   w   której   któremuś   z   nich   mogło   marzyć   się 
niespieszne uwodzenie. Ale nie dziś. Nie teraz, gdy połączyła ich namiętność równie gorąca, 
co niecierpliwa.
Dwoje nieznajomych, których połączył rozsądek, cieszących się sobą nawzajem bez cienia 
skrupułów.
Jedno wspólne ciało, jeśli nie życie.
Poruszał się w niej. Cofał się i napierał. Coraz szybciej i mocniej, a jej ciało zdawało się coraz 
bardziej rozluźnione, choć nadal ściśle oplatała go rękami i nogami.
Pozwalając mu na wszystko.
Trzymał ją w ramionach, trzymał z całej siły, niezdolny przestać, a ona odpowiadała na każde 
jego poruszenie, napierając na niego biodrami w wyznaczanym  przez niego tempie, a po 
chwili zaczęła dyktować je sama.
Poczuł, że paznokcie  wbijają się mu  w  plecy,  i uniósł głowę; oczy znów miała  otwarte. 

background image

Otwarte   i   pełne   niedowierzania.   Świadomości   zbliżającego   się   spełnienia.   Zaskoczenia 
szczodrze okraszonego przyjemnością.
Uśmiechnął się i wpił w jej usta. I tak rozpoczął się pojedynek na języki, wtórujący innemu, 
pchnięcie i odparowanie ciosu, który porwał ich oboje i uniósł, jakby razem ważyli mniej niż 
piórko. Wznosili się i opadali, coraz szybciej i szybciej, zmierzając ku spełnieniu, które do 
każdego z nich zbliżało się równie wielkimi krokami.
I co ty na to, Harry, staruszku, pomyślał Kipp, gdy Abby zesztywniała w jego ramionach. 
Całe jej ciało znieruchomiało na chwilę, gdy niepewnie balansowała na krawędzi rozkoszy, 
pojękując, po czym poczuł, jak pulsuje pod nim, opanowana rytmicznym skurczem, który 
zdawał się nie mieć końca.
Nagle zaczęła wiercić się w jego ramionach jak oszalała. Przyciągnęła go do siebie, nogami 
oplotła go jeszcze ciaśniej, kręcąc się pod nim, ponaglając i ponaglając w nieskończoność. 
Wyczuwała, że jej potrzebuje, by samemu wspiąć się na szczyt i skoczyć z jego krawędzi, 
nim wir przyjemności niespiesznie zniesie go na sam dół. Odpowiadała mu tą samą monetą, 
pozwalała   mu   brać,   poruszała   się   w   tym   samym   rytmie,   napierała   na   niego,   a   on 
zapamiętywał  się we własnych  doznaniach.  Brał ją szybko,  mocno,  teraz  myśląc  tylko  o 
własnej rozkoszy.
A potem było już po wszystkim. Leżeli oboje, oddychali z trudem, wciąż jeszcze opanowani 
drżeniem, a to, co się stało i jak się stało, powoli docierało do ich świadomości.
Oboje, jak na niewidoczny znak, przewrócili się na bok, dalej od siebie, i znowu na plecy, po 
czym zapatrzyli w jedwabny baldachim.
- Cóż - odezwał się w końcu Kipp, choć głos wciąż jeszcze odmawiał mu posłuszeństwa - z 
całą pewnością było to... interesujące.
Z drugiej strony odpowiedział mu jedynie szelest satynowej kołdry, którą Abby podciągnęła 
sobie pod samą brodę, zsuwając się nieco ku nogom łóżka.
Dobrze. Żadnych wymówek, żadnych wyrzutów, żadnych - Bogu dzięki - idiotycznych próśb, 
by powiedział coś miłego, łzawych deklaracji rzucanych jednym tchem, że ojej, sama nie 
wiedziała, że jest w nim zakochana, ale teraz już wie.
Niemniej gdy nadal milczała, zaczął się zastanawiać, czy jednak nie byłoby lepiej usłyszeć, że 
się w nim zakochała.
- Nie zamierzasz tutaj spać? - spytała, choć było to raczej stwierdzenie niż pytanie, a ściślej 
biorąc, bardziej rozkaz niż prośba.
Prawdę mówiąc, to owszem, zamierzał. Myśl, by obudzić się u boku żony i przekonać się, czy 
rano jest równie namiętna jak po zmroku, istotnie przemknęła mu przez głowę.
-   Nie.   Oczywiście,   że   nie   -   odparł   szybko,   odrzucił   nakrycie   i   wymknął   się   z   łóżka, 
przyglądając się jej, gdy z rozmyślną powolnością schylał się po szlafrok. - Dobranoc.
-   Dobranoc   -   odpowiedziała,   patrząc,   jak   wychodzi,   wysoki   i   silny,   mężczyzna,   który 
doprowadził ją na nieznane wcześniej szczyty fizycznej rozkoszy, jakiej istnienia nawet nie 
podejrzewała.
Czy jednak przyjemność odmieniła jej uczucia wobec niego? Czy w ogóle darzyła go jakimś 
uczuciem?
Jakimże  to zdeprawowanym  stworzeniem musiałaby być,  gdyby potrafiła  przyjmować  od 
niego przyjemność i odpowiadać, ofiarowując przyjemność, nic do niego nie czując?
Owszem, czuła. Pragnęła go. Bez wątpienia. Teraz bardziej niż kiedykolwiek. Od samego 
początku  wiedziała,  że nie będzie  jej  trudno leżeć  w jego ramionach,  czuć  na ciele  jego 
dłonie. Ale pożądanie to nie miłość. Co jest dobrą rzeczą, najpewniej bowiem uciekłby od 
niej z krzykiem, gdyby sprzeniewierzyła się ich porozumieniu i zakochała się w nim. Gdyby 
zaczęła domagać się od niego uczucia - od mężczyzny, który nadal był zakochany w żonie 
innego.
Nie.   Będzie   dla   niego   „wygodną"   żoną.   Będzie   udawać,   że   wierzy,   iż   ożenił   się   z   nią, 

background image

ponieważ łatwiej jest trwać w małżeństwie z rozsądku niż bodaj minutę dłużej obracać się na 
małżeńskim   targowisku,   jakim   była   londyńska   socjeta.   Dopomagać   mu   w   spełnieniu 
niewypowiedzianego jeszcze pragnienia, by jego przyjaciele uwierzyli, że jest szczęśliwy, 
zakochany w swojej żonie.
I więcej. Da mu dzieci, by mógł dotrzymać obietnicy złożonej przy matczynym łożu śmierci.
Będzie te dzieci kochać całym sercem i modlić się, by dane jej było kilkoro.
Zadba, by krewni po raz pierwszy w życiu mieli zabezpieczoną przyszłość.
I będzie cieszyć się tym, że jest baronową. Bardzo, ale to bardzo.
Zrobi wszystkie te rzeczy.
Ale też będzie chronić siebie. Nie zakocha się w nim.
Kipp   spał   jak   kłoda,   fakt,   którym   był   szczerze   zadziwiony,   gdy   obudził   się   nieco   po 
dziewiątej i zobaczył służącego dzierżącego w dłoniach tacę ze śniadaniem.
Ubrał się raczej szybko niż starannie. Spieszno mu było zejść na dół i zobaczyć, jak zachowa 
się żona, która, jak poinformował go służący, była na nogach od bladego świtu i zjadła swoje 
śniadanie na dole dobrą godzinę temu.
Poinstruowawszy służącego, że sam także będzie w przyszłości schodzić na śniadanie, Kipp 
udał się w kierunku schodów. Po drodze obciągnął rękawy surduta, zastanawiając się, jak 
Abby zareaguje na jego widok. Czy będzie onieśmielona, zawstydzona swoim wczorajszym 
wybuchem namiętności? Przypuszczał, że tak. Niemal miał nadzieję, że tak.
Ale czekało go srogie rozczarowanie.
-   Dzień   dobry   -   powitała   go   Abby   wesoło,   gdy   spotkali   się   w   holu   wejściowym;   oboje 
zmierzali do głównej bawialni. Ożywiona, jak się wydawało, i ubrana w suknię, w której się 
pobrali. Jej jasna kremowa skóra była na policzkach o odcień bardziej różowa niż zwykle, 
lecz oczy miała jasne i błyszczące. - Mam nadzieję, że dobrze spałeś. Bo ja tak. Cudowny 
materac, ani trochę nie zbity, niebo w porównaniu z tym, na którym sypiałam na Half Moon 
Street czy też w Syston, jeśli idzie o ścisłość.
A niech ją diabli! Naprawdę zamierzała zachowywać się tak, jakby do niczego między nimi 
nie doszło? Udawać, że nie wydobył  z niej jęków przyjemności, że nie dotykała  go, nie 
ponaglała   -   że   nie   rozbudził   jej,   aż   niemal   oszalała   z   pożądania,   a   potem   to   pożądanie 
zaspokoił?
Owszem, dokładnie to, jak odnosił wrażenie, było jej zamiarem.
On   jednak   nie   zamierzał   pozwolić,   by   zbyła   go,   jakby   nie   był   niczym   więcej   niż   tylko 
narzędziem.
Złapał ją za rękę chwilę wcześniej, niż zdążyła wejść do bawialni, obrócił ją gwałtownie i 
przyciągnął do siebie.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia, Abby? Nowy materac to jedyny powód, dla którego tak 
dobrze ci się spało?
- Co ty wyprawiasz? - wyszeptała przez zaciśnięte zęby. -Nie możesz sobie wybrać lepszego 
momentu, żeby dręczyć mnie dlatego, że nie padłam ci do stóp, dziękując za to, za cokolwiek 
powinnam   ci   twoim   zdaniem   dziękować?   Za   tobą   stoi   trzech   lokajów,   wiesz   o   tym?   W 
dodatku Edwardine...
-   Jesteśmy   teraz   małżeństwem,   Abby.   Lokaje   mogą   się   iść   obwiesić   -   rzucił   czy   raczej 
warknął na nią. Ręką podtrzymał jej głowę i przyciągnął ją bliżej, by pocałować.
Kolana ugięły się pod Abby, jakby były z wosku. Wosku tak miękkiego, że musiała złapać się 
klap jego surduta i trzymać się ich, jakby od tego zależało jej życie, inaczej bowiem haniebnie 
osunęłaby się na podłogę, co zapewne niesłychanie by go uradowało, tego była pewna.
Jego usta miały tak słodki smak. Ciało, które czuła przy swoim, było tak jędrne, udo, które 
wciskało się między jej uda, tak silne.
Tak bardzo chciała, by porwał ją w ramiona, poniósł na górę.
Tak bardzo chciała go udusić.

background image

- Abby...? Abbbeeee
Kipp drgnął, zaskoczony, żony jednak nie puścił.
- Co do czorta? Co to za skrzeczenie? Masz papugę, o której nic mi nie mówiłaś? Sophie ma 
papugę, samca, ale to przebrzydłe ptaszydło zostało zesłane na wieś za używanie języka, 
którego nie godzi się słuchać w grzecznym towarzystwie. Abby?
Abby zrobiła głęboki wdech, całą siłą woli nakazała sobie powrót na ziemię i zdołała jakoś 
wyplątać się z ramion Kippa.
- To Edwardine. Próbowałam ci powiedzieć.
- Powiedzieć mi co? - zaniepokoił się i, popatrując ponad jej głową, zajrzał do bawialni. - Ze 
ukłuła się szpilką do kapelusza? A w ogóle to co ona tutaj robi?
- Głównie płacze - odpowiedziała Abby z westchnieniem. Nieznośna dziewczyna przyjechała 
przed godziną i od tej pory nieustannie zanosiła się szlochem - z wyjątkiem połowy tuzina 
krótkich  przerw, by przypomnieć  Abby,  że obiecała  służyć  pomocą,  gdyby  kiedykolwiek 
okazała się potrzebna. Obiecała.
- Płacze? To ma być płacz? Boże miłosierny. - Kipp natychmiast poczuł się nieswojo jak 
większość mężczyzn w pobliżu płaczącej kobiety.
- Płacze i rozpacza, Kipp. To zdecydowanie głośniejsze.
- Cóż, wybacz mi, proszę. Jestem niezmiernie wdzięczny za twoje wyjaśnienie. W swojej 
zwykłej   męskiej   tępocie   przypuszczałem,   że   płacze,   bo   jest   zachwycona.   Dlaczego   do 
wszystkich diabłów płacze i rozpacza?
- Abbbeeee? Mówiłaś, że zaraz wrócisz! Słyszę czyjeś głosy. Jesteś tam? Na pewno tam 
jesteś! Już tam idę, i to w tej chwili, sama zobaczysz!
Rozległ  się głuchy łoskot, jakby coś  się przewróciło,  i brzęk tłukącego  się szkła, chwilę 
później bawialnię rozdarł kolejny histeryczny szloch.
Abby wzdrygnęła się.
- To chyba porcelanowa pasterka ze stolika, najbliżej którego ostatnio siedziała, bibelot, do 
którego, mam nadzieję, nie byłeś szczególnie przywiązany. Edwardine widzi nie dalej niż na 
odległość pięciu stóp przed sobą, a i to nie zawsze, rozumiesz...
Kipp zmełł w ustach przekleństwo. Naprawdę schodził z nadzieją na przyjemny poranek?
- Teraz, kiedy z jej oczu płyną strumienie łez - kontynuowała niewzruszenie Abby - szczerze 
dziwię się temu, że nie wzięła za mnie któregoś z portretów na ścianach i do niego nie kieruje 
swojej tyrady. Po namyśle taki wariant mógłby okazać się lepszy. Wykrzyczałaby się do woli, 
a ja mogłabym przejść do pokoju dziennego, oprzeć wygodnie nogi i wypić jeszcze jedną 
filiżankę herbaty.
- Cieszę się, widząc, że miałem rację. Niełatwo wyprowadzić cię z równowagi. Jednak, jeśli 
mogę powtórzyć pytanie, z góry lękając się odpowiedzi, dlaczego twoja bratanica płacze? A 
uściślając, dlaczego płacze rura?
Abby westchnęła. Wiedziała, że na niezmąconej tafli jeziorka, do którego Kipp w wyobraźni 
porównywał swoją przyszłość, wywoła zaraz niemałą falę.
-   Dlaczego   płacze,   Kippie?   Płacze,   czy  też   raczej   łka,   i   rozpacza,   bo  ma   szesnaście   lat. 
Szlochy   i   rozpacz   to   coś,   w   czym   szesnastolatki   są   najlepsze.   Chociaż   przyznaję,   że   to 
pierwszy   raz,   jeśli   dobrze   pamiętam,   kiedy   Edwardine   tak   otwarcie   uzewnętrznia   swoją 
melancholię. A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, to chciałabym już iść do niej, zanim 
zrzuci na ziemię ten piękny błękitny wazon, który stoi na stoliku obok fotela z satynową 
tapicerką.
- Och, Abby, mogłabym umrzeć! Zginąć marnie! I nikt by się tym nie przejął.
- Znowu zaczyna - jęknął Kipp i wzdrygnął się, bo histeria w glosie Edwardine zaczynała 
grozić roztrzaskaniem wszystkich okien w budynku. - Też byłaś taka, jak miałaś szesnaście 
lat?
Abby pokręciła głową, przypominając sobie przez chwilę, jaka była jako szesnastolatka.

background image

W   jakiej   była   sytuacji.   Zaślubiona   mężczyźnie,   który  śniadanie,   obiad   i   kolację   wypijał, 
zamiast jeść, i przepuścił cały jej posag pojedynczym rzutem kośćmi. Uczyła się, że młoda 
miłość łatwo obraca się w pył w zetknięciu z rzeczywistością. Dowiadywała się, że trzeba 
przyjmować   te   okruchy,   które   człowiekowi   dają.   Dawno   już   osierocona   przez   jednego   z 
rodziców, drugiego pochowała w kilka miesięcy po ślubie i uparcie borykała się z życiem, by 
jak najlepiej odnaleźć się w trudnej sytuacji.
Abby uśmiechnęła się do swojego nowego małżonka, by nie spostrzegł, jak bolesne było dla 
niej to pytanie.
-   Nie,   ani   trochę.   Myślę,   że   byłam   wyjątkowo   zrównoważona,   bez   krzty   histerii. 
Przypuszczam, że jestem wyjątkiem, który potwierdza regułę.
- Tu cię mam! - Edwardine jakimś cudem dotarła do drzwi i teraz opierała się o framugę, 
celując oskarżycielskim palcem w pół drogi między Abby a Kippem.
Ubrana była w najjaśniejszy odcień błękitu, włosy miała w malowniczym nieładzie, a jej oczy 
wyglądały jak dwa skąpane w deszczu bławatki. Mężczyzna o kilka lat młodszy i o wiele 
mniej od Kippa rozsądny zostałby natychmiast rażony w samo serce i nieba by jej przychylił, 
byle poczuła się szczęśliwa. Kipp jednak był zły, że na drodze wyrosła mu taka przeszkoda, 
choć nie odczuwał palącej  potrzeby,  by mieć  Abby tylko  dla siebie, jak jakiś stęskniony 
żonkoś czy ktoś w tym rodzaju.
Edwardine spoglądała przez chwilę w stronę Kippa, nie fatygując się nawet z nim przywitać, 
następnie, wydymając usta, zwróciła się do Abby.
- Teraz już nie mam nikogo, skoro ty mnie opuściłaś, Abby. Nikogo. Wujowie troszczą się 
tylko o siebie i swoje plany, Iggy jest samolubnym brutalem bez serca, a mamę obchodzi 
tylko Pieszczuś. Bardziej ode mnie kocha się nawet... nawet psa.
- Biedactwo - szepnęła do Kippa Abby. - Jest w tym trochę racji.
- Sporo racji, wyobrażam sobie - odpowiedział Kipp, zastanawiając się, czy wyszedłby na 
ostatniego łajdaka, gdyby odwrócił się na pięcie i nie wracał do domu, dopóki Abby nie 
zapanuje nad sytuacją.
Edwardine,   która   w   histerii   wyglądała   równie   pięknie   jak   wówczas,   gdy   na   swój 
krótkowzroczny sposób z uśmiechem brnęła przez swoje zazwyczaj szczęśliwe życie, wpadła 
Abby w ramiona.
- Obiecałaś mi, Abby. Obiecałaś.
- Abby - spytał ze znużeniem Kipp - co dokładnie jej obiecałaś?
- A Iggy... Iggy przysiągł mi, że pozwolisz mi się do siebie wprowadzić. Powiedział, że słowo 
to słowo i że na pewno nie złamiesz obietnicy, jaką mi dałaś. Och, Abby, nie wiem, co bym 
bez ciebie zrobiła!
- Co jej brat powiedział?
-   Iggy   wbił   ci   ten   pomysł   do   głowy,   Edwardine?   Och,   czyż   to   nie   cały   on,   złośliwy   i 
przebiegły   od   czubka   głowy   po   same   pięty.   Ale   ma   rację,   niech   go   licho.   Faktycznie 
obiecałam, że ci pomogę, jeśli będziesz mnie potrzebować.
-   Nie   myślisz   chyba...   -   Kipp   nerwowo   przegarniał   palcami   włosy.   -   A   jednak   myślisz, 
prawda? Och, Boże słodki! Abby...
- Zostaw nas, Kippie. Ja się tym zajmę.
- Jak? Pozwalając, żeby się tu wprowadziła?
Abby rzuciła mu spojrzenie znad złocistych loczków bratanicy, które łaskotały ją w nos tak 
bardzo,   że   czuła,   że   zaraz   kichnie.   W   rzeczywistości   wcześniej   nie   rozważała   tego 
rozwiązania,   ale   przeprowadzka   Edwardine   na   Grosvenor   Square,   oczywiście   na   krótko, 
mogłaby się okazać  nie  najgorszym  pomysłem.  Przynajmniej  nie musiałaby być  sama  ze 
swoim nowym mężem. - Nie wiem, możliwe, ale tylko na kilka dni, dopóki ona i Hermione 
nie dojdą do względnego porozumienia.
- Nigdy! - krzyknęła przenikliwie Edwardine prosto w i tak mocno już obolałe ucho Abby. - 

background image

Ona grozi, że nie pójdzie nigdzie, dokąd nie będzie zaproszony Pieszczuś. Nie będę mogła 
nigdzie bywać, Abby. Nigdzie! Już nigdy. I umrę jako stara panna.
-   Nie   może   być   -   zdziwił   się   jadowicie   Kipp;   nie   był   to   komentarz   wobec   ponurych 
przepowiedni Edwardine, lecz pomysłu Abby, by sprowadzić pod ich dach to pustogłowie, tę 
małą rozełkaną fontannę. - A jeśli zabronię, posłuchasz?
- Co? - spytała Abby, tknięta niejasnym wrażeniem, że chyba coś powiedział. - Co mówiłeś?
Pojawił się Gillett, znikąd, jakby się wydawało, dzierżąc kapelusz, laskę i rękawiczki Kippa.
- O, znakomicie. Dziękuję, Gilletcie. Może będzie najlepiej, by jego lordowska mość nie 
musiał się temu przyglądać, dopóki czegoś nie postanowię.
-   A   tak,   znakomita   robota,   Gillett   -   mamrotał   pod   nosem   Kipp,   zamaszyście   zakładając 
cylinder, i już maszerował ku drzwiom. - Od razu widać, że najlepiej mi zrobi, jak odszukam 
hrabiego Singleton i położę go trupem.
- Skoro musisz  - zawołała  za nim Abby tak  pogodnie, jak tylko  umiała,  nie słysząc  tak 
naprawdę ani jednego jego słowa.

background image

16

Wszystkie zegary, a było ich w rezydencji niemało, wybiły dziesiątą, niebo nad Londynem 
pociemniało, a baron wciąż jeszcze nie wrócił na Grosvenor Square. Posłał do domu liścik, 
zaadresowany do Abby, w którym informował, iż „sprawa niecierpiąca zwłoki" zatrzyma go 
do wieczora, i prosił, by nie czekała z kolacją.
Abby przeczytała liścik, zastanawiając się, nawet jeśli nie dłużej niż przez chwilę, czy jej mąż 
aby nie uciekł z domu. Czy ona go z niego nie przegnała.
Była to, w gruncie rzeczy, upojna myśl dopóty, dopóki nie zdała sobie sprawy, że by go jej 
brakowało.
Edwardine leżała już opatulona w łóżku w jednej z komnat gościnnych - jednej z tych, które 
mieściły się na innym piętrze niż sypialnie Kippa i Abby - i spała snem zadowolonych i 
sytych.
Została pocieszona. Zabrana na Bond Street i obdarowana nowym kapelusikiem, jak również 
parasolką, którą mieć musiała, bo inaczej uschłaby ze zgryzoty i umarła.
Do kolacji przesiadywała w bawialni, błogim uśmiechem witając powrót lokajów, uprzednio 
wysłanych  do domu  przy Half Moon Street, z niewielką  stertą bagaży oraz liścikiem do 
Edwardine - i tylko do niej - od matki, czyniącej aluzje do pewnej biednej, skrzywdzonej 
kobiety, która nieświadomie wyhodowała na piersi żmiję. Liścik opatrzony był postscriptum, 
w   którym   Hermione   zapytywała   córkę,   czy   nie   widziała   przypadkiem   ulubionej   zabawki 
Pieszczusia, a mianowicie jednego z porzuconych  rannych  pantofli Baileya.  Ten dopisek, 
oznajmiła Edwardine z uczuciem, dowodził jedynie jej racji. Gdyby nauczyła się chodzić na 
czworaka, szczekać, ślinić się i może nawet „zabrudziła" kilka dywanów, wtedy matka by ją 
pokochała.
W każdym razie mała przestała płakać. A to bez wątpienia był  dobry znak. Pozostawało 
jedynie  obmyślić,  jak  wyekspediować  przesadzoną  i   błyskawicznie  na  nowo  ukorzenioną 
Edwardine z rezydencji. Mogło to trochę potrwać, ale Abby była pewna, że coś wymyśli.
Jak na razie, niestety, owo „coś" wymagało pojawienia się kolejnego stosu bagaży i kolejnego 
przedstawiciela rodziny Backworth-Maldon na Grosvenor Square. Ale Abby nie chciała się 
nad tym zastanawiać akurat w tej chwili.
Abby i Sallyann skończyły wreszcie rozpakowywać dość kosztowne zakupy przywiezione z 
miasta, między innymi niezwykłe wdzięczną koszulę nocną, prawdziwe cudo, zarzekała się 
Sallyann, które powali jego lordowską mość na kolana i sprawi, że będzie dziękował Panu za 
to, że stworzył także krawcowe z drygiem do igły.
Oto jak miały się sprawy między Abby i Sallyann. Zaprzyjaźniły się, Abby bowiem nie za 
bardzo wiedziała, jak zachowuje się pani domu i, szczerze powiedziawszy, dowiedzieć się nie 
chciała.   Potrzebowała   przyjaciół,   sprzymierzeńców.   Poza   tym   Sallyann   wypełniła   pustkę, 
której istnienia w swoim życiu Abby nie podejrzewała - stała się powiernicą swej pani i, 
sądząc po jej zachowaniu, istotnie rozumiała fakt, że świeżo upieczona małżonka w obcym 
domu może bardzo przyjaciół potrzebować.
Sallyann asystowała Abby przy kąpieli, następnie wybrała dla niej koszulę i peniuar, który 
szczególnie się jej podobał, przezroczystą białą kreację o bufiastych rękawach, wokół dekoltu 
i   u   dołu   ozdobioną   malutkimi   pączkami   z   różowego   jedwabiu.   Zmięła   w   kulkę   ostatnią 
bibułę, którą wyściełane były pudła, i zostawiła panią siedzącą przy ogniu, ze stopami w 
eleganckich wsuwanych pantoflach opartymi na haftowanym podnóżku i filiżanką herbaty na 
stoliku pod ręką.
Abby siedziała tak kilka minut, delektując się herbatą i dumając, czy Kipp w ogóle wróci do 
domu i czy po powrocie zajrzy do jej sypialni.
Czy tak byłoby najlepiej - pozwolić, by zastał ją tutaj, zupełnie jakby na niego czekała, może 
nawet zamierzała zażądać wyjaśnień, dlaczego na cały dzień porzucił swoją świeżo upieczoną 

background image

małżonkę.
Nie. Raczej nie.
Mądrzej   postąpi,   jeśli   położy   się   do   łóżka   i   będzie   udawać,   że   śpi.   Wówczas   gdyby 
rzeczywiście wszedł do jej sypialni, miałby dylemat. Zachowałby się jak dżentelmen i cicho 
wymknął na palcach, zamknął za sobą drzwi? Czy jak gbur i lubieżnik obudziłby żonę i 
domagał się swoich mężowskich praw?
Tak. Myśl o jego konsternacji, frustracji nawet, wydawała się jej pocieszająca.
Poza tym to, co miała mu do powiedzenia, mogło spokojnie poczekać do rana. Tym bardziej 
że wiedziała już, iż to, co od niej usłyszy, wcale mu się nie spodoba. Ani trochę.
Przełknęła   ostatni   łyk   herbaty,   wstała   i   ruszyła   w   stronę   łóżka,   zdmuchując   po   drodze 
świeczki i rozwiązując satynowe troczki przy peniuarze.
Ale nim zdążyła wskoczyć do łóżka, usłyszała, że ktoś puka do drzwi łączących ich sypialnie. 
Zawahała się w do połowy zdjętym peniuarze, czy szybko nie wsunąć się pod kapy i nie 
udawać śpiącej.
Nie potrafiła. Zawarli umowę i jeśli chciał się z nią kochać, cóż, to także stanowiło część 
porozumienia. Nawet jeśli przez cały dzień nie zamienili słowa. Nawet jeśli tamten poranny 
pocałunek zawstydził ją równie mocno, jak nią wstrząsnął. Nawet jeśli chciał z nią sypiać po 
to tylko, by spłodzić dziecko, a później zapewne obnosić się z nią i jej wielkim brzuchem 
przed   wszystkimi   przyjaciółmi,   by   pokazać,   że   ależ   tak,   jest   bardzo,   ale   to   bardzo 
szczęśliwym człowiekiem.
Pomimo że od przeszło godziny czekała na jego powrót do domu, na to, by zastukał do drzwi, 
by chciał z nią spędzić noc. Obejmować ją, całować, zabrać znów na szczyty doznań, których 
wspomnienie   nie   odstępowało   jej   od   rana,   by  mogła   znowu   uśmiechać   się   bez   powodu, 
pogrążona w myślach, które niewiele miały wspólnego z Edwardine i jej problemami.
Szybko poprawiła peniuar, zwróciła się twarzą ku drzwiom i zawołała:
- Proszę.
Chwilę później drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Kipp w tym samym stroju, w którym 
wyszedł z rana. 
- Witaj, żono - odezwał się, otwarcie podziwiając jej nowe wdzianko. Doprawdy porządnie 
się   ogarnęła,   zmieniła   fryzurę,   ubrała   się   przyzwoicie.   Spodobał   mu   się   też   wyraz 
nieśmiałości, jaki zagościł w jej spojrzeniu, nieśmiałości i oczekiwania. Tak, z godziny na 
godzinę stawała się bardziej ludzka i to go cieszyło. Cieszyło go bardzo. - Ślicznie wyglądasz.
- No chyba - odpowiedziała, uciekając wzrokiem, i podeszła do pary foteli stojących po obu 
stronach kominka. Usiadła i opatuliła nogi cienkim materiałem. A potem jej fiołkowe oczy 
zabłysły i przypomniał sobie, jak wyglądała wczorajszego wieczoru. Zapatrzył się w nie i 
dostrzegł w nich namiętność. - Sądzę, że za moją przyczyną popadłeś dziś w poważne długi.
- Ale ani jeden pens nie poszedł w błoto, jestem tego pewien - skonstatował uprzejmie Kipp i 
zniknął na moment w swoich pokojach. Gdy wrócił, zajął drugi fotel, naprzeciw tego, na 
którym siedziała Abby. Na kolanach położył sobie spore pudło. Czuł się jak głupi dzieciak, 
który ma nadzieję, że uwielbiany rodzic ucieszy się z lichego prezentu, który pochłonął całe 
kieszonkowe.
Ta myśl nieco wyprowadziła go z równowagi, powiedział więc pośpiesznie:
- Ja także wydałem dziś trochę grosza. Chciałabyś zobaczyć, co ci kupiłem? Proszę o szybką 
odpowiedź, bo to bardzo ciężkie.
Abby   spojrzała   na   pudło   przewiązane   szeroką   niebieską   wstążką.   Było   tak   pokaźnych 
rozmiarów,   że   ledwie   widziała   znad   przykrywki   jego   błyszczące   oczy.   Rozluźniła   się. 
Zaczynało ją to bawić.
- Dlaczego?
- Dlaczego jest ciężkie? Nie, nie wiem czemu, ale wątpię, czy o to chciałaś zapytać. Dlaczego 
przynoszę ci prezent? Dlatego, że zwyczaj nakazuje, by pan młody wręczył pannie młodej 

background image

upominek,   oto   dlaczego.   Większą   część   dnia   zmarnowałem   z   Bradym,   który   usiłował 
namówić mnie na coś z biżuterii, futer czy nawet na twoją własną kariolkę. Choć istotnie 
spędziliśmy kilka interesujących godzin u Tattersalla, nim odrzuciłem tę ostatnią propozycję. 
Finalnie odesłałem go precz i sam dokonałem wyboru. Nie chcesz obejrzeć, czy po prostu 
wolisz, żebyśmy siedzieli tu oboje, aż mi się z trzaskiem załamią kolana?
Zaciekawiona wbrew sobie Abby gestem poprosiła, by postawił pudło na podłodze między 
fotelami, po czym uklękła i rozwiązała wstążkę. Gdy uniosła pokrywkę, luźne boki pudła 
rozchyliły   się,   ukazując   dużą   mahoniową   skrzynkę,   zdobną   w   finezyjny   orientalny   wzór 
inkrustowany w drewnie kością słoniową.
- Co to jest? - spytała, obiema rękami głaszcząc wieko, wodząc palcami po wzorze. - To 
piękne, ale nie mam bladego pojęcia...
Kipp poddał się własnemu podekscytowaniu. Nigdy nie sprawił podobnego prezentu żadnej 
kobiecie, z pewnością już nie takiej, która przewinęła się przez jego łóżko. Ale taki właśnie 
podarunek wydawał się odpowiedni dla Abby. Nie wiedział, skąd to wie, nie chciał śledzić 
toku swojego rozumowania, ale był z siebie zadowolony od chwili, w której jego wzrok po 
raz pierwszy padł na tę szkatułę.
Usiadł   przy   Abby   na   dywaniku   przed   kominkiem,   beztroski   jak   dziecko   w   swojskim 
przedszkolu, z jedną nogą podwiniętą pod siebie, wyciągając drugą, lekko zgiętą w kolanie, 
niepomny na swój majątek, tytuł. Ileż to czasu upłynęło, od kiedy ostatnio widział w oczach 
kobiety cokolwiek prócz chciwości? Ileż to czasu minęło, od kiedy tak wielką przyjemność 
sprawiało mu ofiarowanie komuś prezentu?
Krawatka mu się rozwiązała, jak zauważyła Abby, starając się nie patrzeć na jego uśmiech, 
najzupełniej   otwarty,   chłopięcy   uśmiech.   Święta   Anielko,   ależ   on   wydawał   się   z   siebie 
zadowolony!
- Poczekaj, podniosę wieko. - Jak powiedział, tak zrobił, nie spuszczając wzroku z jej twarzy, 
czekając na jej reakcję. Nikt nie miał równie wyrazistej, ekspresyjnej twarzy.
Jeśli nawet zdarzało mu się czasem dumać, czy aby nie poślubił zarazem kilku kobiet - a 
wszystkie one ukryte w ciele tego smukłego, szczuplutkiego stworzenia, którego nigdy nie 
można by nazwać pięknością, lecz którego twarz i postać intrygowały go, przyciągały jak 
magnes, ponieważ chciał poznać jej myśli, uczucia. Chciał wiedzieć, co mogła zaraz sobie 
postanowić albo kim się stać.
Kipp uniósł zamocowane za zawiasach wieczko i zauważyła, że bok szkatuły, który zwrócony 
był w jej stronę, w rzeczywistości składał się z dwojga drzwiczek, za którymi kryło się pół 
tuzina szufladek pełnych najrozmaitszych drobiazgów.
Szeroki uśmiech natychmiast wypłynął jej na usta. Sięgnęła do wnętrza szkatuły i odsunęła 
górną szufladkę, zawierającą sześć małych ołowianych koników z dżokejami na grzbiecie, 
które, jak szybko wyjaśnił Kipp, używane były do czegoś o nazwie gry w wyścigi.
Wyjęła do ręki dwie figurki, oczarowana precyzją detali, żywymi kolorami.
- Nie widzę kluczyka do nakręcania. Jak one się ścigają?
- Nie ścigają się - sprostował Kipp i, kolebiąc się na boki, szybko przesunął się po podłodze, 
aż znalazł się obok Abby. Sięgnął do szufladki i wyjął z niej potrzebne do tej gry kości. - 
Sama przesuwasz je po planszy po każdym rzucie. Pamiętam, że jako dziecko grałem w to z 
ojcem, w towarzystwie nadal się w to gra, czasem na idiotycznie wysokie sumy pieniędzy.
Abby jednak wcale go nie słuchała. Była zbyt pochłonięta otwieraniem pozostałych szufladek 
i   oglądaniem   ich   zawartości.   Zestaw   do   schimella   włącznie   z   kompletem   ośmiu   kości. 
Fascynujący   zestaw   domino   zrobionych   z   kości   słoniowej.   Tabliczka   obliczeniowa   do 
cribbage.   Bezik  oraz  dwie  tarcze   z  pokrętłem   do prowadzenia   punktacji  w  wiście.   Kilka 
pięknie ilustrowanych talii kart.
I  wtedy   uniosła   drugie,   wewnętrzne   wieczko   -   widząc   już,   że   na   spodzie   pierwszego 
skórzanymi pasami umocowana jest szachownica.

background image

-   Och...   och,   są   piękne!   -   wykrzyknęła,   gdy   jej   oczom   ukazały   się   figurki   szachowe. 
Wyrzeźbione   w   kości   słoniowej   i   jadeicie,   były   bardziej   dziełkami   sztuki   niż   zwykłymi 
pionkami   do   gry.   Delikatnie   ujęła   palcami   wycyzelowaną   figurkę   konia   szachowego, 
wyobrażonego z rycerzem na grzbiecie, całość zaś spoczywała na mającej kształt dzwonka 
podstawie i liczyła sobie przynajmniej osiem cali wysokości.
Chętniej wyjęłaby którąś z większych jeszcze figurek królów czy królowych, zbytnio jednak 
zatrważało ją ich kruche piękno, by odważyła się którejkolwiek dotknąć.
- I wszystko to dla mnie? - spytała w końcu, mrugając powiekami, by odegnać cisnące się do 
oczu łzy. - Wszystko to dla mnie?
Kipp   wyjął   figurkę   z   jej   zmartwiałych   palców   i   odłożył   ją   do   wyściełanej   aksamitem 
przegródki.
- Oczywiście, chyba że Brady ma rację i wolałabyś biżuterię?
- Brady nie mógłby bardziej się mylić - zapewniła go Abby, odkładając na miejsce ołowiane 
koniki   z   dżokejami,   zasunęła   szufladki,   zamknęła   drzwiczki   i   opuściła   górne   wieko. 
Ponownie oparła na nim dłonie i wodziła palcami, czule je gładząc. - Dziękuję ci, Kipp, z 
głębi serca. Zachowam to jak największy skarb do końca życia.
Pomógł jej wstać.
- Ale nie będziesz trzymać go pod kluczem, żeby był bezpieczny? Bo myślałem sobie, że 
moglibyśmy spędzić razem trochę czasu, pograć w coś, poznać się trochę lepiej. Umiesz grać 
w szachy? Mógłbym cię nauczyć.
Abby przechyliła głowę i pogłaskała Kippa po twarzy. Jakie to było cudowne uczucie, móc 
tak swobodnie go dotknąć.
-   Naprawdę   miły   z   ciebie   człowiek,   prawda?   -   spytała,   zadziwiona,   jak   wielkie   miała 
szczęście. - I tak, umiem grać w szachy - dokończyła, żartobliwie poklepując opuszkami 
palców jego policzek - i wielką przyjemność sprawi mi ogranie ciebie do nitki.
- Ha! Wyzwanie. A może wolałabyś  coś ciekawszego, milady?  - spytał Kipp, owładnięty 
nagłą sympatią wobec tej kobiety, która mogła stać się jego dobrą przyjaciółką. - Może mały 
zakładzik?
Abby cofnęła się i pogroziła mu palcem.
-   Nie,   nie   będziesz   mógł   wyrzucić   Edwardine   na   jej   śliczniutki   mały   nosek,   jeśli   mnie 
pokonasz. Bo co właśnie miałeś na myśli, prawda?
Uśmiech   Kippa   zbladł,   podobnie   zresztą   jak  myśl,   że   mogliby   do  łóżka   przenieść   partię 
szachów i wymyślać improwizowane kary za utratę każdego pionka.
Psiakrew, że też zapomniał o jej bratanicy.
- Czyli  ona jest tutaj? Myślałem,  że uda ci się załatwić  sprawę bez uciekania  się do tej 
konkretnej ostateczności.
- Ja również - odparła Abby dość, choć niezupełnie, szczerze. - To znaczy wiem, że chcesz, 
żeby twoje życie w jak największym stopniu pozostało takie, jak przed naszym ślubem, i 
wiem, że ja chciałam, by moi krewni żyli w dostatku i zdecydowanie z dala od moich oczu, 
przynajmniej przez większą część roku...
- Ale ani moje, ani twoje życzenie się nie spełni. To próbujesz powiedzieć?
-   Nie,   nie   to   próbuję   powiedzieć   -   zaprotestowała   Abby,   nagle   czując   się   nieswojo   w 
obecności człowieka, który przed chwilą tak ucieszył ją swoim cudownym podarunkiem. - Ty 
będziesz robił to, co zawsze, żył tak, jakbyś nie był żonaty. Na tym polega nasza umowa, 
prawda?   Tak   "właśnie   zachowałeś   się   dzisiaj,   sam   powiedz.   Zniknąłeś   z   Bradym,   nawet 
jednej myśli nie poświęcając połowie tuzina zaproszeń, jakie mogliśmy otrzymać na wieczór. 
A ja właśnie uświadomiłam sobie, że nie pozbędę się ukochanej rodzinki, dopóki nie zrobię 
czegoś więcej niż obrzucanie ich twoimi pieniędzmi w nadziei, że to rozwiąże wszystkie ich 
problemy.
Kipp wyszczerzył zęby w uśmiechu, ubawiony jej zgryzotą. Dlatego, że choć nigdy nie dałby 

background image

jej tego poznać, wcale nie był taki pewny, czy dostał wszystko, czego spodziewał się po ich 
umowie. Być może dostał więcej, niż chciał wytargować... i cieszył się z tego, choć nie za 
bardzo wiedział, jak się teraz zachować.
- Zatem nie wszystko w twoim nowym  życiu jest usłane różami, droga moja baronowo? 
Wielka szkoda.
- Po tej uwadze przypuszczam,  że bezowocnie  będzie apelować  do ciebie  o jakąkolwiek 
pomoc?
Kipp kiwnął głową raz czy dwa z dziwnym uśmiechem.
- Każde z nas idzie swoją drogą, czyż nie tak się umówiliśmy? Zatem nie, myślę, że ci nie 
pomogę. Gdybyśmy mieli po raz kolejny omawiać moje pobudki, jedna z nich, jak mi się 
zdaje,   miała   wiele   wspólnego   z   twoim   niezależnym   umysłem   i   pozorną   umiejętnością 
kierowania równie trudną zgrają, jaką stanowią twoi krewni. Wydawałaś się kimś, kto mógł 
mi obiecać niewzruszoną egzystencję.
- Czyli ja byłabym zmuszona rozwiązywać wszelkie moje problemy samodzielnie, w swoim 
czasie, na swój sposób? Udał, że rozważa te słowa przez parę chwil, świadom, że nie potrafi 
należycie się skoncentrować - nie wtedy, gdy przypomniał sobie, że do jej łóżka, z którego 
kapy już były zsunięte przed nocą, dzieli go zaledwie kilka kroków.
- W swoim czasie, na swój sposób? Dobrze. Brzmi to wykonalnie.
Abby zmrużyła oczy i dosłownie zmroziła go wzrokiem. Przypomniała sobie jeszcze jedną 
wiadomość, którą nie zdążyła się z nim podzielić.
- Tak długo, jak długo nie będę komplikować ci życia.
Kiwnął   ponownie   głową.   Oczy   mu   się   świeciły,   na   twarzy   miał   uśmieszek,   za   który 
najchętniej by go udusiła albo wycałowała.
- Bezwzględnie tak.
- Znakomicie - odezwała się w końcu Abby, rozwiązując szarfę, którą przepasana była w talii. 
Wzruszeniem ramion pozbyła się peniuaru, który spłynął do jej stóp, odsłaniając koszulę - i 
zarys jej szczupłego ciała, stała bowiem przed kominkiem. - A więc, jeśli to załatwione?
Wyciągnął po nią ręce i objął jej drobną talię.
- Wydaje mi się, żono, że mamy podobne apetyty.
- Możliwe - odpowiedziała, gdy porwał ją w ramiona i zaniósł do łóżka. - Albo to - zdobyła 
się na śmiałość, by się z nim podroczyć - albo mam wystarczająco dużo zmartwień, nie dając 
ci najmniejszych powodów do tego, żebyś narobił mi wstydu, znajdując sobie kochankę w 
ciągu tygodnia od naszego ślubu.
Kipp delikatnie opuścił ją na łóżko i położył się obok.
- Kłamczucha - wyszeptał jej do ucha. - Wcale by cię nie obeszło, gdybym  wziął sobie 
kochankę, jeślibym tylko dalej pokazywał się tutaj kilka nocy w tygodniu. Przyznaj się, Abby, 
po prostu ci się to podoba - mruczał, całując ją po szyi, dłonią nakrywając pierś. - I to - 
powtórzył i leciutko ucisnął jej sutek przez cienki materiał koszuli. - I to - szepnął, po czym 
wpił się wargami w jej usta w mocnym, odurzającym pocałunku.
Odsunął   się   i   uśmiechnął,   widząc   w   ciemnych   fioletowych   oczach   odblask   własnego 
pożądania, którego nie próbowała wcale ukrywać.
- Nie umiem ci powiedzieć, jak bardzo cieszy mnie twój szczery zapał.
Stopniała w jego ramionach. Żar, którego źródło znajdowało się gdzieś w dole jej brzucha, w 
jednej chwili rozbudził fizyczne potrzeby, przesycił tęsknotą za zaspokojeniem.
- Lubisz być dotykana - mówił cicho, dłonią wiodąc w dół jej ciała, ugniatając biodro, czując 
pod palcami jedwabistą skórę, a ona drżała pod nim konwulsyjnie. - Lubisz dotykać. Zapewne 
zgodziłaś się na to małżeństwo, żeby ktoś cię dotykał. Obejmował. Dawał przyjemność. Nie 
dla   pieniędzy,   pozycji.   Niczego   takiego.   A   ja   myślałem,   że   zdobyłem   ciebie   majątkiem, 
tytułem. A ty zgodziłaś się dla tego. Prawda?
Abby nie mogła mu odpowiedzieć. Nie chciała mu odpowiedzieć. Ponieważ miał rację. Miał 

background image

rację, a zarazem tak bardzo się mylił. Bo nie poślubiłaby każdego, kto by się jej oświadczył. 
Dostrzegła w Kippie jego dobroć, jego uprzejmość, wrażliwość.
Współczuła mu, czuła też z nim jakąś więź, bo miał złamane serce, tak jak złamane serce 
miała   ona   sama,   choć   pociągało   ją   także   jego   fizyczne   piękno,   wypełniało   jej   głowę 
marzeniami niegodnymi damy.
Wyobrażała sobie, co stałoby się, gdyby się w nim zakochała, i jak wyglądałoby ich życie, 
gdyby kiedykolwiek tę miłość odwzajemnił.
Ale gdyby mu cokolwiek o tym wspomniała, znienawidziłby ją, wolała więc ukryć się za 
fasadą kpiny.
- Naprawdę zamierzasz zostać w butach? - spytała, gdy uniósł jej koszulę i powiódł palcami 
po wewnętrznej stronie jej uda. - W butach z cholewami, jakże to oryginalnie.
- Cholera - zaklął Kipp, odsuwając się. Koszula powędrowała w dół, ponownie zakrywając jej 
kształtne biodra. Dał się ponieść tak bardzo, że zapomniał, że nadał jest ubrany? - Oczywiście 
nie   przyszedłem   tu   dzisiaj   w   innym   celu,   jak   po   to,   by   wręczyć   ci   mój   prezent.   Jeśli 
wybaczysz mi na chwilę?
Abby przygryzła wargę, powstrzymując śmiech.
- Oczywiście.
Podniósł się, ściągnął surdut, krawatkę i zaczął rozpinać koszulę.
- A buty? - zapytała przekornym tonem Abby, zsuwając się z łóżka i gestem pokazując, by 
podszedł do fotela. - Myślę, że bez pomocy się przy nich nie obejdzie, prawda?
- Aa, żona i służący w jednym. Ubiłem wyśmienity interes. - Usiadł. Na ustach błąkał mu się 
uśmiech.
Zanim Abby zdążyła pomyśleć, co robi, pokazała mu, żeby uniósł prawą nogę, stanęła nad nią 
okrakiem,   plecami   do   niego,   wiedząc   -   dzięki   nocom,   gdy   zmuszona   była   pijanemu 
Harry'emu pomagać w ściąganiu buciorów - że za moment poczuje na pośladkach lewy but 
Kippa i pomocne pchnięcie, gdy ona będzie szarpać za prawy.
Kipp zawahał się z uniesioną lewą nogą; wrodzone dobre maniery walczyły w nim o lepsze z 
podnieceniem, podniecenie z kolei walczyło z chęcią psoty. Następnie oparł but równiutko na 
środku siedzenia Abby, poczekał na szarpnięcie i wyprostował nogę.
Wylądowała na dywanie dobre sześć stóp od niego z bezgłośnym: ufff! i prawym butem 
wciąż jeszcze w rękach. Cisnęła nim za siebie z taką silą, że upadł z łoskotem.
- Niebywała dystynkcja - oświadczyła, gramoląc się z podłogi, otrzepała ręce i kiwnęła, żeby 
uniósł lewą nogę. - Próbujemy jeszcze raz?
- Naprawdę? - Uniósł nogę i uśmiechnął się szeroko. - Z chęcią, jeśli i ty masz ochotę.
- Och, mam - mruknęła Abby, podchodząc. Załapała but za czubek i piętę, po czym szarpnęła 
gwałtownie, tak że Kipp, i tak lekko już wytrącony z równowagi, zsunął się z fotela i klapnął 
siedzeniem na podłogę z oczami okrągłymi jak talerze.
- Pewnie na to zasłużyłem - odezwał się, zezując na Abby. Stała nad nim z rękami wspartymi 
na biodrach, zaśmiewając się, rozbawiona do łez. Krótkie jasne włosy i ogromne fiołkowe 
oczy nadawały jej wygląd leśnego duszka czy może raczej figlarnej leśnej nimfy. Niezwykle 
uwodzicielskiej nimfy spowitej w materię cienką jak pajęcza sieć, pod którą rysowały się 
małe, sterczące piersi i kontur ud, między którymi widać było niebywale interesujący cień. 
Tych jędrnych, białych ud, długich, mocnych i kształtnych nóg, których silny ucisk i swój 
własny zachwyt, gdy go nimi objęła, tak dobrze wciąż pamiętał.
Przesunął się do tyłu i oparł się plecami o przód fotela. Strzasnął z siebie koszulę i wyciągnął 
do Abby ramiona.
- Chodź tu, żono.
Potrząsnęła głową. Kosmyki włosów uderzyły o jej policzki, po czym ułożyły się w gładką 
fryzurę,  która niezwykle korzystnie  podkreślała  jej  regularne,  jeśli nawet dość zwyczajne 
rysy.

background image

- Aha - mruknęła. Cofnęła się o krok, drugi. Rozchichotana jak mała dziewczynka, lecz z 
błyskiem w oczach, który zdradzał doświadczenie kobiety.
- Mam cię w swej mocy i musisz wypełniać każdy mój rozkaz - powiedział Kipp, starając się, 
by zabrzmiało to jak najsrożej.
Abby przekrzywiła głowę, powtarzając w myślach te słowa.
-   Wiesz,   chyba   czytałam   coś   bardzo   podobnego.   Och!   Przypomniałam   sobie.   W   Mocy 
Korsarza, czyli Ambaras, w jakim się znalazła pewna brzemienna Angielka. Wyobraź sobie, 
że   dopiero   po   kilku   rozdziałach   zdałam   sobie   sprawę,   że   Ambaras   nie   jest   jakimś 
egzotycznym krajem. Prawda, jakie to niemądre?
- Dość - przyznał Kipp, z całej siły ciągnąc za drugi but. W końcu udało mu się go zdjąć. 
Powinien  być  ostrożniejszy,  pamiętać,  że lepiej  nie  cytować  własnych  słów  w  obecności 
oczytanej żony. Aramintha Zane była jego tajemnicą, jego słabostką i jeszcze nie dojrzał tego, 
by powiedzieć Abby o jej istnieniu. Wstał, za cały strój mając pantalony do kolan i długie 
skarpety, nagi tors... i zadał sobie pytanie, czy choć trochę przypomina pirata.
- Tak  - powiedziała  Abby,  nie  przestając się  cofać. Nie  była  w  stanie  oderwać oczu  od 
szerokiej piersi Kippa i bliska podziwu przyglądała się jego dłoniom zawadiacko wspartym o 
biodra, gdy stał na szeroko rozstawionych nogach, z odchyloną do tyłu głową, wpatrując się 
w nią. Śmiejąc się do niej. Podchodząc.
- To... to była panna Aramintha Zane - kontynuowała, pragnąc, by jej głos nie brzmiał tak 
nerwowo, defensywnie. - Wiesz, ta pisarka? Pamiętam, że trafiłam na dokładnie taką samą 
kwestię, albo coś bardzo zbliżonego, w powieści o kobiecie nazwiskiem Lucinda Pomeroy. 
Głupiutka książka, naciągana i romantyczna, ale niczego innego nie miałam pod ręką, więc ją 
przeczytałam. To... to była książka Hermione, rozumiesz, wcale nie moja.
Tym   razem   Kipp   nie   zapomniał   o   ostrożności   i   pracował   nad   tym,   by   jego   mina   była 
możliwie bez wyrazu, choć, parafrazując poetę, odnosił wrażenie, ta dama zarzeka się zbyt 
gorąco.   Czy   tak   bardzo   krępowała   ją   myśl,   że   mógłby   uznać   ją   za   romantyczkę?   Tak, 
oczywiście, że tak.
Zbliżył się do niej o kolejny krok, tak by musiała znowu się cofnąć, a zarazem znaleźć bliżej 
łóżka.
- Wyznam, że ja także nie czytuję powieści. To raczej dla kobiet, nie uważasz? Wyłączając 
ciebie,  oczywista,  bo zdaje mi  się, że ta  dama  przyrzeka  zbyt  wiele.  „Hamlet"  Williama 
Szekspira,   akt   III,   scena   2,  tłum.   Józef   Paszkowski.   Ty  przecież   romantyczką   nie   jesteś. 
Przyznaję się jednak, że trochę mnie to ciekawi. Powiedz mi, ta panna Pomeroy wpadła w 
ręce korsarzy? To musiało być dla niej okropne przeżycie, nie wątpię.
- Tak - odparła Abby, kiwając głową. - Bo było. Tyle że niemal natychmiast uratował ją 
Korsarz, bo pod takim był znany imieniem, po prostu Korsarz.
- Aha, zatem z pewnością było to dla niej cudowne przeżycie. A może nie było? Proszę, 
powiedz mi więcej.
Abby objęła ręką rzeźbiony wspornik na rogu łóżka i uwiesiła się go, jakby od tego zależało 
jej życie. Zwilżyła językiem spierzchnięte wargi.
- On... ten Korsarz wiele... żądał - mówiła, zamykając ze wstydu oczy. Trzeba by się było 
sporo naczytać między wierszami, by wysnuć taką teorię, lecz nie stanowiło to problemu dla 
kogoś o tak żywej wyobraźni jak Abby. - On... hmm... oczekiwał wdzięczności za swój czyn.
-   Wdzięczności.   -   Uśmiech   Kippa   stał   się   zdecydowanie   lubieżny,   choć   i   to   zbyt   mało 
powiedziane. - I jak postąpił? Przetrzymywał ją dla okupu? Linami przywiązał do masztu i 
kazał wychłostać?
- Nie. Nie chciał tego, bo w głębi serca był dobrym człowiekiem. Wręcz bohaterem, ponieważ 
pokonał okrutnych piratów.
Kipp wyciągnął rękę i dotknął policzka Abby. Opuszką palca powiódł w dół, aż do nasady 
szyi i zatrzymał się w miejscu, w którym wyczuwał przyśpieszony puls.

background image

- Aa, bohater pośród piratów. W dodatku dobry pirat. Obrońca spraw straconych, pogromca 
złoczyńców, oswobodzicie! naszej drogiej panny Pomeroy. Nuda.
- Ale potem uprowadził ją do swojego zamczyska na wyspie jako swoją brankę - odparowała 
Abby w obronie fikcyjnego Korsarza, który nie raz i nie dwa gościł w jej marzeniach, nawet 
tych, w których teraz ukazywał się z twarzą Kippa.
Kipp bawił się ramiączkiem jej koszuli. Gra. Rozpocznie grę, którą rozegrają we dwoje, po 
tysiąckroć bardziej ekscytującą od partii szachów.
- Aha, a potem ją zbezcześcił. Tak? - wyszeptał z ustami tuż przy jej uchu, leciutko skubiąc je 
zębami. - Jak ją zbezcześcił? Opowiedz mi, Abby. Jak ją zbezcześcił?
- Ja... - Abby nie mogła się ruszyć, z trudem dobywała głosu - ja nie wiem. Panna... panna 
Zane nie wdawała się w szczegóły. Były... były pewne sugestie, oczywiście, ale...
Kipp muskał wargami jej szyję, dobrze owe sugestie pamiętając, sformułowania, w które 
ubrał je dla najlepszego efektu. Wsunął nogę między uda Abby i własnym udem naparł na 
najintymniejszy skrawek jej ciała.
- Czego Korsarz zażądał od swojej branki? Powiedz choć tyle, ile pamiętasz.
Poczuła na biodrach jego dłonie. Ocierał się o nią tak długo, aż szerzej rozchyliła nogi i 
zaparła rękami o jego ciepły, nagi tors.
W uszach jej szumiało. W ustach wyschło. Serce tłukło się, jakby chciało wyskoczyć z piersi.
Była Lucindą, Kipp jej przystojnym,  zuchwałym Korsarzem. Prócz nich nie było nikogo. 
Spoczywali za zawartymi na klucz wrotami jego zamczyska, by za chwilę zewrzeć się w 
uścisku. Przywiedzieni w to miejsce, by, jak niejasno, ale też jakże kusząco ujęła to panna 
Zane, „zakosztować ekstazy, majestatycznej i pełnej chwały, której przeznaczeniem jest stać 
się udziałem zuchwałych dżentelmenów i uległych dam; ziemskiego zadziwienia, w którym 
mieli niebawem poznać największy i najwspanialszy dar dobrotliwych bogów".
Abby poczyniła ostatni słaby wysiłek, by się uspokoić.
- To... to niepoważne. Szalone.
- Może i szalone. Ale przyniosłem ci dzisiaj gry, Abby. Bo myślałem, że możesz je lubić. Bo 
lubisz, prawda? To co takiego zrobił Korsarz?
- On... - zaczęła, zamykając oczy, oddając się fantazji. - On... mówił różne rzeczy.
- Mówił różne rzeczy? - Kipp ścisnął jej pośladki, na przemian ugniatał je palcami i cofał 
rękę. - Jakie rzeczy?
Abby była zawstydzona, podniecona i niemal przerażona tym, że ją to podnieca. Palcami 
buszowała   w   gęstych,   zmierzwionych   włosach   na   jego   piersi,   aż   natrafiła   na   sutki.   Nie 
opierała się ochocie, by ich dotykać, ścisnąć je lekko.
Gdy zareagował i poczuła, jak twardnieją, pochyliła się i odważyła się trącić je językiem. 
Dreszcz, jaki przeszył go w tej samej chwili, dodał jej odwagi, uczynił ją bardziej zuchwałą. 
Chętniejszą do udziału w grze.
- Rzeczy - powtórzyła; w głowie miała pustkę, za to jej ciało nie radziło sobie z natłokiem 
wrażeń, niecierpliwością, jaka oblewała ją falami na zmianę gorąca i zimna.
- Niech sam zgadnę. - Dłonie Kippa znów zaczęły się poruszać. Tym razem podciągnęły jej 
koszulę do samej talii, po czym zajęły się guziczkami u jego spodni. - Basta, kobieto. Pakujże 
się do mojego wyrka i niechże cię wezmę, moja ty śliczna dzierlatko.
- Och, mężczyźni! - fuknęła Abby, najpierw jednak szturchnęła go, czy też raczej wymierzyła 
mu dwa energiczne razy. - Cienia pojęcia o romantyzmie!
Śmiejąc się, choć w uszach mu dzwoniło - jego żona, odnosił wrażenie, nie opanowała sztuki 
markowania ciosu - porwał ją w ramiona i ostrożnie przerzucił sobie przez ramię w możliwie 
piracki   sposób,   po   czym   cisnął   ją   na   środek   szerokiego   łoża.   Była   jego   branką,   on   jej 
prześladowcą. Obchodził się z nią ostrożnie, lecz nie delikatnie. Zupełnie tak, jak traktował 
Lucindę Korsarz we wszystkich wymyślonych przez niego, choć niespisanych scenach. Nie 
mógł tego uczynić, jeśli chciał ujrzeć powieść w druku.

background image

Abby upadła na plecy. Podrzuciło ją dwukrotnie na sprężystym materacu.
Po paru chwilach Kipp znalazł się obok niej. Zatrzymały go rozpięte spodnie, które zaczęły 
zsuwać   mu   się   z   bioder,   grożąc   upadkiem.   Milcząco   przeklinając   rzeczywistość,   mniej 
dogodną   od   świata   fantazji,   rozebrał   się   pośpiesznie,   nie   odrywając   spojrzenia   od  Abby, 
zastygłej w wyczekującej pozie.
Własnym ciałem przyszpilił jej biodra do materaca, złapał ją za nadgarstki i przycisnął je do 
poduszek, wysoko nad jej głową. Poprawił chwyt i oba trzymał już jedną ręką, by drugą mieć 
wolną i móc poddawać swoją brankę torturom, prowokować ją, dawać przyjemność.
Z uśmiechem, jak miał nadzieję, na tyle heroicznym, by się nie przelękła, wcisnął dłoń w 
dekolt jej koszuli i rozerwał ją na piersiach i niżej.
Abby zapragnęła nagle rozładować narastające między nimi dwojgiem napięcie.
-   Dwadzieścia   funtów   wyrzucone   za   okno,   mój   panie   Korsarzu   -   powiedziała   dość 
sarkastycznie, gdy szarpał cienki materiał, rozrywając go do samego dołu.
Kipp pochylił głowę i parsknął śmiechem z ustami przy jej obnażonych piersiach. Potem zaś, 
ponownie wchodząc w rolę, wydał niski, gardłowy pomruk, z jakiego bez wątpienia znani 
byli korsarze.
- Nie waż się choćby pisnąć, milady.  Jesteś teraz moją branką, całkowicie zdaną na mój 
kaprys, w mojej tylko władzy - pouczył ją groźnie, a ona szamotała się pod nim, czy to 
dlatego, by się uwolnić, czy też raczej dlatego, że dobrowolnie wcieliła się w rolę, którą dla 
niej stworzył. Nie wiedział, ale zaryzykował. Wsunął jej rękę między nogi.
Urywany oddech Abby przerodził się w jęk. Leżała pod nim, unieruchomiona, nie mogąc go 
objąć. Z koszuli pozostały tylko strzępy i całe jej ciało, obnażone w blasku świec, wystawione 
było   na   dotyk   jego   rąk.   A   one   błądziły.   Poznawały.   Dopominały   się   uległości,   a   Abby 
spieszno było ulec.
- Jesteś moją jasnoskórą angielską pięknością, moją słodką niewolnicą - mówił, ściszając głos 
do zmysłowego pomruku - i będziesz ogrzewać moje łoże dopóty, dopóki ja, Korsarz, będę 
ciebie pożądał.
- Mój ojciec dopilnuje, żebyś zawisł na szubienicy - ostrzegła go Aby, wciąż jeszcze się z nim 
zmagając.   Świetnie   wiedziała,   że   każde   jej   poruszenie   wyliczone   było,   by   bardziej   go 
podniecić. Tak jak jego słowa miały podniecić ją.
- Umarłbym  szczęśliwy,  zabierając  ze sobą wspomnienie tej nocy jako swoją największą 
nagrodę. Nie ma ucieczki, panno Pomeroy, ani dla mnie, ani dla ciebie. Należysz do mnie.
Palce dotarły do zwieńczenia ud. Szukały, aż znalazły i wślizgnęły się do środka. Uniosła 
biodra i naparła na niego.
Pragnęła tego. Pragnęła tego tak strasznie. Potrzebowała tych słów, nawet jeśli nie były jej 
własne. Jeśli nawet ona sama nie była  teraz Abigail  Rutland, a Lucindą Pomeroy,  której 
kwieciste kwestie powstały w wyobraźni Araminthy Zane.
- Tak. Tak, mój Korsarzu. Nie zdołam dłużej z tobą walczyć mym wątłym kobiecym ciałem. 
Rób ze mną, co zechcesz. Jestem twoja.
Kipp pochylił głowę, całkowicie zaabsorbowany grą, wszystkimi gierkami, które rozgrywały 
się   między   nimi.   Nie   chciał   jedynie   zastanawiać   się   nad   powodami,   dla   których   oboje 
próbowali się za nimi ukryć, ukryć w nich. Następne słowa wyszeptał z ustami na jej ustach, 
stanowczo rozsuwając jej uda. Uniósł się nad nią i wszedł. Wypełnił ją. Wpatrzył głęboko w 
te cudne fiołkowe oczy.
- Dopóki nie wyparują wszystkie morza, dopóki wszystkie gwiazdy nie runą z nieba... jestem 
twój.

background image

17

Poranne słońce wlewało się przez wysokie okna bawialni, Abby zaś drobnymi kroczkami 
przechadzała   się   po   dywanie   w   taki   sposób,   by   stawiać   stopy  w   środku   kwadratów,   nie 
następując na ukwiecone obrzeże każdej delikatnej kratki, trochę tak jak w grze w klasy.
Gra.
Gierki. Oboje dali się wciągnąć w jakieś gierki, ona i Kipp. Nieszkodliwe fantazje, wcielanie 
się w inne postaci, odgrywanie ról. Ona jako Lucinda Pomeroy.  Kipp jako nieustraszony 
Korsarz.
Głupie gierki. Niebezpieczne gierki.
Dlaczego? Dlaczego wyszli z własnych ról? Dlaczego uciekali się do uników? Dlatego, że 
wydawało się to jedynym  sposobem, by mogli zjednoczyć  się bez poczucia winy, tak by 
żadnego z nich nie nękał wstyd czy żal? Wyrzuty sumienia?
Ponieważ myśl, że mąż i żona mieliby darzyć się tak niespodziewaną namiętnością, bez słowa 
o miłości, a wszystkie więzi między nimi wynikać z pragmatycznego małżeństwa z rozsądku, 
każdemu z nich musiałby być obmierzła?
Żeby Kipp nie czuł się tak, jakby kupował jej względy? Żeby ona nie czuła się jak kupiona i 
sowicie wynagradzana metresa?
Wszystko to było możliwe.
Tak jak wiarę, że mogliby rzeczywiście darzyć  się jakimś uczuciem, można było jedynie 
uznać   za   absurd,   nieprawdopodobieństwo,   wręcz   niemożliwość.   Może   nawet   niemile 
-widzianą ostateczność.
W dodatku, gdyby uczucie to było nieodwzajemnione, za niewątpliwą niedogodność dla nich 
obojga.
Dwoje nieznajomych, którzy wiedzieli o sobie tyle, co nic i pobrali się nie z takich powodów, 
z jakich powinni. Wciąż mieli przed sobą tajemnice.
I poza łóżkiem nie tak już dopasowani, jak w nim.
Abby co prawda zgodziła się, by każde z nich żyło własnym życiem, nie wtykając nosa w 
życie drugiego. Niemniej mógł przynajmniej zaoferować swoją pomoc w obmyślaniu planu, 
jak pozbyć się jej rodzinki, prawda?
Nie, raczej się tego nie spodziewała. Backworth-Maldonowie to jej problem i to ona będzie 
musiała wymyślić, co zrobić, by mieć go - i ich - z głowy. Chociaż jak ten cel osiągnąć, nie 
dusząc Iggy'ego i nie zakopując jego ciała w ogrodzie, jeszcze nie miała pojęcia.
Dumała, spacerując po bawialni z nisko opuszczoną głową i pieczołowicie stawiając stopy w 
kolejnych kwadratach, gdy nagle wzdrygnęła się i nastąpiła na krawędź w chwili, gdy do 
pomieszczenia wszedł Kipp ze słowami:
- Dzień dobry, żono. Zgubiłaś coś?
-   Zgubiłam?   Och.   Och,   skądże   znowu.   Po   prostu   byłam   skoncentrowana,   to   wszystko   - 
sprostowała.   Usiłowała   nie   zauważyć,   jak   ładnie   wyglądał   w   surducie   koloru   butelkowej 
zieleni i bufiastych pantalonach, a jego wyglansowane wysokie buty przypomniały jej o... 
cóż, o czymś, o czym lepiej dla niej byłoby zapewne zapomnieć.
A potem oczy się jej rozszerzyły,  gdy za Kippem spostrzegła stojącego w holu Iggy'ego, 
suszącego radośnie zęby i przebierającego w powietrzu palcami w geście powitania.
Wynoś się, wynoś - rozkazała mu bezgłośnie, nieznacznym ruchem obu rąk pokazując, żeby 
sobie poszedł.
To, rzecz jasna, było błędem, uśmieszek na jego twarzy bowiem urósł wyraźnie, a sam Iggy 
wparadował do bawialni, życząc cioteczce i wujaszkowi kapitalnego ranka.
- Dzień dobry - odpowiedział Kipp z automatyczną uprzejmością, choć w głowie nie mu się 
nie mieściło, by ten chłopaczyna mógł sobie ubrdać, że ma prawo uważać go za wuja. Do 
czego, jak Bóg miły, ten pozer i idiota miał zapewne jakieś podstawy, jeśli nawet brakowało 

background image

mu instynktu samozachowawczego.
Tak czy inaczej - Ignatius Backworth-Maldon? Na dodatek w jego domu? Jakże to się z stało? 
Kipp przyjrzał się młodzieńcowi, aż nazbyt przystojnemu, w stroju nieco zbyt irymuśnym, by 
nie zasługiwać na miano krzykliwego. W koszuli, której wykrochmalony żabot dotykał uszu. 
krawatce zawiązanej z finezją graniczącą z absurdem i płaszczu, którego krój aż nazbyt wiele 
zawdzięczał   przesadnie   wywatowanym   ramionom,   które   miały   stwarzać   wrażenie   talii 
wąskiej jak pień młodego drzewa.
Następnie  spojrzał  na Abby,  która stała  nieruchomo  z  dłońmi  splecionymi  przed  sobą,  z 
wyrazem   twarzy   gdzieś   w   pół   drogi   między   minami   skazańca   wiedzionego   na   ścięcie   i 
srogiego kaznodziei gotowego wygłosić grzmiące kazanie pełne ogni piekielnych i oparów 
siarki, poświęcone występkom Grzechu.
- Niech zgadnę. Twój bratanek przyjechał wcześniej, jest na nogach od samego rana, bo 
roznosi go młodzieńcza werwa, i wpadł z wizytą  do ulubionej cioteczki i swojej jedynej 
siostry? - zasugerował Kipp, by choć w ten sposób Abby dopomóc, gdy czekał na dalsze 
wyjaśnienia.
-   Co?   Tylko   z   wizytą?   Jeszcze   ci   nie   powiedziała,   wujaszku?   Droga   cioteczka,   zbyt 
zakochana,  by pamiętać  o sprawach tak przyziemnych,  jak jej łaskawe zaproszenie,  bym 
spędził resztę sezonu pod waszym dachem.
Iggy, drobiąc kroczki, minął Kippa, by rozsiąść się na jednej z kanap. Lewą nogę założył na 
prawą,   błyskając   długimi   butami   na   idiotycznie   wysokim   obcasie   i   obrzeżoną   koronką 
chustką do nosa, którą uniósł, by wystudiowanym gestem musnąć kąciki ust.
- Niezgorzej mi się spało, na śniadanie, biorąc z grubsza, także nie narzekam. Prosiłbym 
jednak,   cioteczko,   byś   dopilnowała,   aby   bekon   był   w   przyszłości   bardziej   chrupiący. 
Niezmiernie ci dziękuję. W Kippie krew zawrzała.
-   Jeszcze   raz   nazwie   mnie   „wujaszkiem",   Abby,   i   wyrzucę   twojego   drogiego,   uroczego 
bratanka na jego wypomadowany łeb - ostrzegł życzliwie, równocześnie piorunując wzrokiem 
tę   nadętą   purchawkę,   którą,   niech   Bóg   go   ma   w   opiece,   musiał   teraz   wliczyć   w   poczet 
krewniaków.
- Lepiej sobie idź - poradziła młodzieńcowi Abby, którego zadziorny uśmiech przybladł nieco 
pod srogim spojrzeniem Kippa. - Mieliśmy umowę, a ty grubo przesadziłeś, nie oczekuj więc, 
że będę ciebie bronić przed jego lordowską mością, jeśli jeszcze raz otworzysz usta i palniesz 
kolejne głupstwo. Naprawdę nie będziesz już tak ślicznie wyglądał z rozkwaszonym nosem, 
sam rozumiesz.
- Pogadamy później, cioteczko. - Iggy dość ochoczo skoczył  na równe nogi i wyszedł z 
bawialni. Drzwi wejściowe otworzyły się i zamknęły zaledwie kilka chwil później.
A Abby została z mężem całkiem sama.
- Istnieje, jak przypuszczam, jakieś wyjaśnienie? Zastanawiam się tylko, czy chcę je usłyszeć.
Abby nie była obeznana z kobiecymi sztuczkami. Znakomicie wiedziała też, że nie należy do 
typu kobiet, które mdleją. Wysiłki, by zaprezentować święte oburzenie, zaprowadziłyby ją 
donikąd, nie wątpiła bowiem, że wina spoczywa po jej stronie.
Zatem pozostawała jedynie szczerość, która w ogóle nie wchodziła w rachubę, i robienie 
uników, co obdarzone było pewnym powabem.
-   Wczoraj   wieczorem   powiedziałeś   mi,   milordzie,   żebym   rozwiązywała   swoje   problemy 
wedle mojego uznania i bez uciekania się do twojej pomocy.
- Powiedziałem tak? Powiedziałem to wszystko? - Kipp przykrył dłonią usta i starał się zebrać 
myśli. - Mogę być zmuszony do zmiany stanowiska, jeśli jedyny sposób, w jaki zamierzasz 
rozwiązywać   swoje   problemy,   to   puszczanie   luzem   po   moim   domu   dwojga   Backworth-
Maldonów w ciągu doby od naszego ślubu.
- Długo tu miejsca nie zagrzeją - obiecała mu Abby. Miała nadzieję, że to prawda, że znajdzie 
sposób, by ukarać Iggy'ego za jego podły szantaż. - Edwardine przebaczy matce, a Iggy... cóż, 

background image

przyrzekłam sobie, że się za niego wezmę, w taki czy inny sposób.
Kipp uniósł brew. Boże, ależ podobała mu się ta kobieta.
-   To   brzmi   złowróżbnie.   Powinienem   współczuć   chłopakowi   czy   po   prostu   dziękować 
szczęśliwym  gwiazdom,  że nigdy nie ślubowałaś wziąć się ze mnie?  Niemniej  szczegóły 
pozostawię tobie, pod warunkiem, że obiecasz nie nękać kucharki prośbami, by przypalała 
bekon na skwarkę.
- Pomyślałam sobie, że odrobina surowego bekonu byłaby jak znalazł, bo nie sądzę, bym była 
zdolna denerwować żywego prosiaka, upychając go pod srebrną przykrywkę, żeby Iggy miał 
niespodziankę - odpowiedziała Abby i odprężyła się, gdy Kipp śmiechem nagrodził jej żart. - 
A   teraz,   skoro   już   to   sobie   wyjaśniliśmy,   i   po   moim   zapewnieniu,   że   będę   w   miarę 
możliwości trzymać  bratanicę  i bratanka z dala od twoich oczu, myślisz, że moglibyśmy 
omówić stertę zaproszeń, które leżą na półce nad kominkiem? Wydaje mi się, że zostaliśmy 
na dzisiejszy wieczór zaproszeni we wszystkie możliwe miejsca, a ponieważ nie orientuję się, 
które zaproszenia są ważne, a które powinno się odrzucić, pomyślałam, że mógłbyś  mnie 
poinstruować, co i jak.
Kipp skłonił się jej ceremonialnie, godząc się na wejście w rolę sekretarza towarzyskiego, i 
przyniósł   zaproszenia,   których   uzbierał   się   dobry   tuzin.   Abby   tymczasem   usiadła   przy 
niewielkim sekretarzyku w rogu bawialni. Przyniósł sobie krzesło, usiadł i ułożył na blacie 
bilety wizytowe w kształt wachlarza.
Przypomniał sobie, jak wyglądała ubiegłej nocy, jaka była w dotyku, jak smakowała. Fantazje 
o północy.
Otrząsnął   się   z   tej   wizji,   odsunął   wspomnienie   w   najdalsze   zakamarki   umysłu.   Słońce 
bowiem wzeszło, a nocne godziny stanowiły zupełnie inny świat.
- To zaproszenia tylko na dzisiejszy wieczór - poinformowała Abby. - W biurku są stosy 
innych, ale kiedy już posortowałam je według daty, nie wiedziałam, co dalej.
- Zatem słusznie postąpiłaś, zwracając się do mnie. Dobrze. Jest kilka sposobów, na jakie 
można się do tego zabrać, wiesz? - zaczął i uśmiechnął się, gdy ich kolana zetknęły się pod 
blatem, a Abby drgnęła, lecz nie odsunęła nóg. Być może także dla niej noc nie skończyła się 
z nastaniem dnia?
- Po pierwsze - kontynuował - można zamknąć oczy, przetasować ten bałagan kilka razy, a 
następnie  wylosować  trzy.  Ja tak robię, i to często. Po drugie, najzwyczajniej  w świecie 
wybieramy wszystkie bilety tej samej wielkości lub te, które mają ten sam kolor.
Abby kiwnęła głową; oczy jej się śmiały, choć minę miała śmiertelnie poważną.
-   Albo   też   moglibyśmy   zdjąć   ze   ściany   miecz,   który   wisi   w   twoim   gabinecie,   i   rzucić 
wszystkie zaproszenia w powietrze, a potem sprawdzić, które udało ci się nadziać na ostrze, 
nim opadły na podłogę.
-   Tak,   istnieje   i   taka   możliwość   -   zgodził   się   Kipp,   przeglądając   bilety   wizytowe   i 
zastanawiając   się,   dlaczego   każdy   bal,   każdy   raut,   każda   proszona   kolacja,   wszystkie 
wydawały się tak cholernie nudne wobec wizji spędzenia wieczoru w domu z żoną, oboje 
pochyleni   nad   szachownicą   -   odnosił   wrażenie,   że   żonine   strategie   mogłyby   okazać   się 
niezwykle interesujące.
Nad wyraz interesujące.
- Ach, a co ty na to? - spytał w końcu, układając bilety na kupkę, a potem skrupulatnie drąc je 
na pół, jeden po drugim.
Abby   wpatrywała   się   w   niego,   a   oczy   miała   okrągłe   jak   spodki.   Przejrzała   wcześniej 
zaproszenia i znalazła dwa od hrabich, jedno od księcia i jedno od samej lady Jersey. Mogła 
nie wiedzieć zbyt wiele o londyńskiej socjecie, była jednak świadoma tego, iż lady Jersey nie 
należała do osób, które można bezkarnie lekceważyć.
- Możemy tak zrobić?
Kipp pomógł Abby wstać, po czym popychając ją, żeby obeszła sekretarzyk, a on sam mógł 

background image

położyć ręce na jej talii, pokierował ją w stronę holu.
- Możemy i właśnie tak zrobiliśmy. A skoro mamy taki piękny dzień, co byś powiedziała na 
propozycję   męża,   by   towarzyszył   ci   podczas   spaceru   na   świeżym   powietrzu?   Będziemy 
trzymać się z dala od Hyde Parku, jako że nie jestem w odpowiednim nastroju ku temu, żeby 
przez cały czas uchylać kapelusza i wysłuchiwać głupawych gratulacji z okazji naszego ślubu.
Abby walczyła ze sobą, by nie przytulić się do jego boku, nie stopnieć jak wosk, bezpieczna 
w swobodnym, acz nie bezosobowym uścisku.
- Myślę, że bardzo by mi się to spodobało, Kippie - odparła półgłosem, gdy Gillett, który 
wydawał się zawsze uprzedzać następne życzenie pana, ukazał się w holu z ich okryciami 
przewieszonymi   przez   ramię.   -   Daleko   stąd   do   Covent   Garden?   Na   wsi   pokonywałam 
spacerem całe mile, ale może tu w mieście nie jest to przyjęte? - spytała, zakładając krótkie 
bolerko z niebieskiego aksamitu, które tak ładnie kontrastowało z jasnoniebieską muślinową 
suknią od madame  Lucille  - jedną z połowy tuzina,  które dostarczono  już na Grosvenor 
Square, a następne dwa tuziny, jeśli nie więcej, miały nadejść w ciągu kilku najbliższych dni 
lub tygodni.
Zawiązała   bladoniebieską   wstążkę   pod   jedwabnym   pikowanym   czepkiem,   którego 
koronkowe falbanki okoliły jej twarz, nie wchodząc jednak w oczy, jak to miało się z tak 
wieloma czepkami.
- Ale i tak bardzo chciałabym  zobaczyć  Covent Garden. Kucharka mówi,  że można tam 
dostać absolutnie najlepsze owoce i warzywa, jak również piękne kwiaty.
-   Nie   mówiąc   o   innych   delikatesach   i   innych   widokach   mniej   już   zachwycających   - 
odpowiedział Kipp, gdy Gillett zmarszczył czoło na znak dezaprobaty. - A zatem do Covent 
Garden. - Kiwnął na Gilletta, by otworzył drzwi, co ten niechętnie uczynił, i podał Abby 
ramię.   -   Ruszamy?   Gilletcie?   Gdybyśmy   nie   wrócili   w   porze   kolacji,   sugerowałbym 
przeczesanie wód Tamizy.
Wyszli na ganek i zatrzymali się, oddychając głęboko rześkim wiosennym powietrzem. Kipp 
zatknął sobie laskę pod jedno ramię, drugie podał żonie.
- Zdecydowanie śliczny dzień na przechadzkę. Być może nawet zdrową, a w takiej sytuacji 
nasz wspólny znajomy, Brady, z płaczem dopominałby się o swoją kariolkę - zażartował, gdy 
ruszyli   trotuarem.   Następnie   skierowali   się   ku   Oxford   Street,   Kipp   bowiem   doszedł   do 
wniosku, iż najlepiej będzie udać się dłuższą, lecz bezpieczniejszą trasą z Oxford Street, przez 
Charing Cross Road, a następnie do katedry świętego Pawła w Covent Garden.
Jakakolwiek   byłaby   ostateczna   trasa,   w   głowie   nigdy   Kippowi   by   nie   postało,   żeby 
przemierzać ją nocą, chyba że powozem, a i to zdecydowanie tylko wówczas, gdyby był 
uzbrojony.
- A skoro o Bradym mowa, to podesłał dziś z rana liścik, w którym uprasza o wybaczenie, że 
nie   przyszedł   pożegnać   się   osobiście.   Zdaje   się,   że   został   z   takiego   czy   innego   powodu 
wezwany do którejś z posiadłości - szczegóły są tu zbyt nudne, jak się zarzekał, by warto je 
było powtarzać.
-   Och,   to   fatalnie.   Będzie   go   nam   brakowało.   -   Abby   odczuwała   szczery   żal   z   powodu 
wyjazdu  świeżo  zdobytego  przyjaciela,  szybko  jednak  doszła   do wniosku, że  dość  miała 
zmartwień,   jakich   nastręczali   jej   krewni,   bez   Brady'ego   plączącego   się   pod   nogami, 
tajemniczo   uśmiechniętego   i   radującego   się   w   duchu   powodzeniem   swojego   planu.   Nie 
sądziła, by ją kiedykolwiek zdradził, tak jak w mgnieniu oka uczyniłby to Iggy - na byle 
zawołanie   -   lecz   jego   nieobecność   sprawiała,   że   tego   pięknego   ranka   miała   o   jedno 
zmartwienie mniej.
- Nic się nie bój, Abby. Wróci, nim się obejrzysz, w dodatku przywiezie pewnie dobry tuzin 
niemądrych   historyjek   do   opowiedzenia.   A   teraz,   co   wiesz   o   katedrze   świętego   Pawła, 
mieszczącej się w Covent Garden? - zapytał ją Kipp i uśmiechnął się, widząc, że bez cienia 
żenady wcieliła  się w  rolę  turystki;  przyglądała  się niektórym  budynkom,  uśmiechała  do 

background image

innych i jawnie już chichotała, gdy małoletni czyściciel „pomagał" im przejść przez ulicę, 
usuwając przed nimi końskie odchody i śmiecie.
-   Ach,   to   łatwe   -   odparła   i   poklepała   się   po   kieszeni.   -   Przygotowałam   się,   studiując 
przewodnik, który znalazłam u ciebie w bibliotece.
- U nas w bibliotece - poprawił i zastanowił się, dlaczego to sprostowanie wydaje mu się 
istotne.
- No dobrze, u nas w bibliotece. Dziękuję. Pozwoliłam sobie również przynieść naszą książkę 
na spacer, żebym mogła sprawdzić wszystko, czego ty mógłbyś nie być tak pewny, jak bym 
sobie tego życzyła. Katedra świętego Pawła, na przykład, to ostatni projekt Inigo Jonesa, 
ulubionego architekta króla Karola I. Jones przebudował tę budowlę w zgodzie z nowymi 
podówczas   koncepcjami   renesansu   -   stanowiącymi   jedynie,   rzecz   jasna,   odrodzenie 
klasycznych kultur świata antycznego. Niektórzy uważają ją za najświetniejszą z jego prac, 
choć Horacy Walpole uznał ją za szkaradzieństwo, jako że był rozkochany we wszystkim, co 
narodziło się w Anglii, i tylko w tym.
Kipp był pod wrażeniem wiedzy Abby i jej zainteresowania tematem.
- Coś jeszcze?
Abby zaczynała się rozgrzewać.
- Tylko to, że Jones pozostał wierny porządkowi architektonicznemu ustanowionemu przez 
starożytnych Greków i Rzymian i że w tym właśnie duchu wzniesiony jest między innymi 
duży kamienny portyk o frontonie podtrzymywanym przez kolumny, gdzie każda kolumna 
mierzyła jedną trzecią szerokości katedry, było także wiele innych pomiarów, które wydawały 
się imponujące, kiedy o tym czytałam. Nie powierzyłam ich jednak pamięci. Kipp parsknął 
śmiechem.
- A więc twój skromny rozmówca ma za co być wdzięczny. Z tym że ja mam dla ciebie 
historię, historię z rodzaju tych, które przemawiają do mojej romantycznej niekiedy duszy. 
Chciałabyś jej posłuchać?
Szli energicznie, tak że trudno było to nazwać przechadzką, Abby miała pewne problemy z 
dotrzymywaniem mężowi kroku, chociaż raczej padłaby trupem, niż by się do tego przyznała. 
Mimo to gdyby udało się jej sprawić, żeby nie przestawał mówić, możliwie, iż musiałby 
zwolnić, by samemu nie stracić tchu.
- Z największą chęcią wysłucham tej historii. Jest prawdziwa?
- Och, niewątpliwie - zapewnił ją Kipp. - Mroczniejsza część naszej opowieści, łącznie z 
niezbędnym  bohaterem, niejakim Johnem Rivettem,  skromnym  kotlarzem.  Widzisz, posąg 
biednego   zdekapitowanego   Karola   I   mieścił   się   wówczas   w   katedrze   świętego   Pawła   i 
parlament   zlecił   panu   Rivettowi   przetopienie   go   na   złom.   Posągi   monarchów   w   takich 
czasach, sama rozumiesz. Jednak dzielny pan Rivett zamiast stopić, posąg ukrył. Sprzedawał 
niewielkie wazoniki i figurki z mosiądzu, który, jak twierdził, w ten sposób uzyskał, później 
zaś posąg podarował Karolowi II, gdy monarchia została przywrócona. Pomnik stoi obecnie 
na Cha-ring Cross; będziemy go mijać za kilka minut. Zawsze uważałem, że król powinien 
zlecić   panu   Rivettowi   wykonanie   własnego   posągu   w   brązie,   by   wystawić   go   gdzieś   w 
Covent Garden, lecz tak się stać nie miało, a pan Rivett zbladł w ludzkiej pamięci, kolejny 
bezimienny bohater.
- No cóż, teraz czuję się głupio - wyznała Abby, na której wiedza Kippa wywarła wielkie 
wrażenie. - Proszę, ja tu strzelam faktami i liczbami, a ty dotarłeś do sedna sprawy jedną 
opowieścią. Widać, że bardzo kochasz historię.
- Tylko co dziwniejsze fakty - poprawił Kipp i uśmiechnął się do niej. Myślał, jak ładnie 
wyglądała w tym czepku. Rześkie powietrze namalowało na jej policzkach urocze kolorki, w 
jej oczach zaś i uśmiechu zdawało się przeglądać słońce.
Dziwił się, że tak ładnie się prezentowała jak na kobietę, której nie można  było nazwać 
pięknością. Jak na niezwyczajną zwyczajną kobietę.

background image

Próbował sobie wyobrazić taką radość z długiego na milę spaceru po Londynie - nie zawsze 
najmilszymi jego ulicami - na twarzy którejkolwiek ze swoich znajomych, ale poddał się. 
Tylko Merry cieszyłaby się z takiej pieszej wyprawy, widząc w niej wielką przygodę.
Czekał   na   ukłucie   żalu,   które   odzywało   się   w   jego   piersi   za   każdym   razem,   gdy 
nieoczekiwanie pomyślał o Merry, ilekroć wspomnienia o Merry i życiu, do jakiego tęsknił, 
opadały go w chwili, gdy miał opuszczoną gardę, i zalewały jego serce, niwecząc dobry 
nastrój.
Nic   takiego   się   nie   stało.   Żadnego   ukłucia.   Cienia   żalu.   Jedynie   lekki   uśmiech,   gdy 
przypomniał sobie dziecko, dziewczynkę i kobietę, którą się stała, a on patrzył, jak mu się 
wymyka z rąk - ku Jackowi i własnemu szczęściu.
Kipp nakrył dłoń Abby, wczepioną w jego rękaw, swoją i nieznacznie ścisnął jej palce.
- Jesteśmy prawie na miejscu. Może udałoby się nam znaleźć budkę, w której wciąż jeszcze 
sprzedają lemoniadę. Miałabyś ochotę?
- Tak, dziękuję, z chęcią. - Abby spojrzała na męża i zobaczyła, że się uśmiecha, że jego oczy 
nabrały nowego, pełnego łagodności wyrazu,  i omal  nie potknęła  się o wystającą kostkę 
brukową. Kipp podtrzymał ją natychmiast i szli dalej, lecz teraz już obejmował ją w talii 
ramieniem.
Jakże naturalnie wpadli w nawyk bezwiednego dotykania się. Zapewne to nocne zażyłości 
pomogły im czuć się dobrze z fizyczną bliskością, której, Abby była tego pewna, inaczej 
unikaliby jak zarazy.
Pozwoliła sobie na słabość i przytuliła się do niego. Rozkoszowała się ciepłem jego dłoni na 
swoich   plecach,   wyczuwając   nagle,   że   są   ze   sobą   Zestrojeni   pod   względami   bardziej 
doniosłymi od miarowego, zharmonizowanego rytmu ich kroków. Co się wydarzyło? Bo coś 
wydarzyło się na pewno. Wyczuwała, że w Kippie zaszła jakaś zmiana, zmiana tak niewielka, 
że wątpiła, czy ktokolwiek prócz niej cokolwiek by zauważył.
Zadowolony. Ot to. Nagle wydawał się zadowolony.
Abby ponownie skupiła uwagę na nierównym trotuarze, wzięła głęboki wdech, by uspokoić 
skołatane nerwy, i uśmiechnęła się ukradkiem, patrząc na bruk pod stopami. Czuła, że kocha 
każdą kostkę brukową jak Londyn długi i szeroki.
W   milczeniu   pokonali   kilka   przecznic.   W  pewnym   momencie   Abby  zauważyła   szyld   na 
ścianie   jednego   z   wysokich,   wąskich   budynków,   anonsujący   Księgarnię   Antyczną 
Waterfielda, specjalność pamflety.
- Moglibyśmy się zatrzymać i zajrzeć przez okno? - spytała Kippa i podbiegła do budynku, 
nim zdążył odpowiedzieć.
W brudnym, małym oknie wystawowym leżały księgi o rozpadających się grzbietach i sterty 
pożółkłych pamfletów, tak wysokie, iż groziły runięciem, a wszystkie wyglądały na stare od 
kilkudziesięcioleci. Abby podniosła do oczu ręce i ułożyła je w kształt lornetki, starając się 
odczytać wyblakłe litery na tym, który leżał na samym wierzchu.
- Ojej - powiedziała cicho parę chwil później, odsuwając się od szyby. Popatrzyła na Kippa, 
który wcześniej zerkał sponad jej ramienia. - Czy to to, co myślę?
- To by zależało, Abby - odparł. - Ja mógłbym uważać, że to interesujący epizod w historii, 
godny utrwalenia ze względu na swój związek z dziejami Covent Garden. Rozprawa czysto 
intelektualna, wartościowa wedle mojej wykrzywionej, jak sam przyznam,  oceny tego, co 
czyni naszą historię interesującą.
- Och, phi - mruknęła Abby i przewróciła oczami. - Ten pamflet wnosi równie znaczący 
wkład w historię, jak należąca do wuja Dagwooda kolekcja końskich odchodów o osobliwych 
kształtach.
- Końskich odchodów? Żartujesz sobie, prawda? Abby zmarszczyła nos.
- Tylko żeby nie przyszło ci do głowy jego zapytać, czy żartuję - ostrzegła pól żartem, pól 
serio. Raz jeszcze podeszła do okna i wytężyła wzrok z nosem przylepionym do szyby: Dam 

background image

z Covent Garden lista sporządzona ręką Harrisa: czyli Kalendarz Męskich Przyjemności, na 
rok 1773. Dokładny opis szczególnie znanych kobiet swawolnych do Covent Garden jako i do 
innych zakątków naszej metropolii uczęszczających.
Odwróciła   się,   zerknęła   na   Kippa,   który   próbował   zachować   możliwie   neutralny   wyraz 
twarzy.
- W dodatku to drugie wydanie, możemy więc zakładać, że pożyteczna lista pana Harrisa 
cieszyła się dużym wzięciem. A teraz, mężu, skoro usłyszałam już, czego twoim zdaniem ten 
pamflet dotyczy, czy chciałbyś się dowiedzieć co ja, twoja niewykształcona żona z prowincji, 
sądzę na temat tego, co kryje się na tych stronicach?
-   Chyba   bym   się   bał   -   zażartował   Kipp,   równocześnie   przeklinając   w   duchu   swój   brak 
rozsądku, że nie przekonał Abby do wyprawy kariolką. - A już ledwie żyję ze strachu.
-   Akurat   -   odparowała   Abby   ze   śmiechem,   po   czym   spojrzała   przed   siebie,   gdzie   ulica 
zdawała się wyraźnie rozszerzać. Rozpoznała katedrę świętego Pawła: skąpana w jasnych 
promieniach słońca wyglądała niemal zupełnie tak, jak na ilustracji w przewodniku. - Och, 
przepięknie tu! - A potem zmarszczyła brwi. - Ale jaki bałagan!
- Jedno nierzadko idzie w parze z drugim - stwierdził filozoficznie Kipp, gdy wkroczyli do 
centralnej części Covent Garden, czyli „piazza", olbrzymiego placu, na którym, prócz tego, że 
między obskurnymi budkami z jedzeniem walały się gnijące warzywa i owoce oraz zwiędłe 
kwiaty, panował taki zgiełk i ścisk, jakich Abby nigdy w jednym miejscu nie widziała. Psy 
tak chude, że żebra sterczały im przez skórę, grzebały w odpadach w poszukiwaniu resztek, 
ponadto, jako że poranny handel na targowisku dobiegł już końca, na placu boju pozostali 
niemal sami żebracy i śmieciarze. - Rozczarowana?
-   Straszliwie   -   odpowiedziała   Abby   cicho,   potrząsając   głową,   i   przycisnęła   do   nosa 
chusteczkę, żeby obronić się przed fetorem, którym wisiał nad targowiskiem jak ołowiana 
chmura.
Nic natomiast nie mogło obronić jej przed głośnym pokrzykiwaniem straganiarzy.
- Wstążki po czworaka za metr!
- Figi tureckie, dojrzałe! Knedle będą paluszki lizać! Przed nawoływaniem mężczyzny, który 
jak maczugą wymachiwał baranim udźcem:
- Komu dwa razy do gara za śmieszne grosze? Atrakcja gratis!
-   Nie   rozumiem.   O   czym   on   mówi?   -   spytała   Abby,   gdy   ich   minął;   w   brzuchu   się   jej 
przewracało, zdążyła bowiem rozeznać się w gatunku tego mięsa.
- Zwołuje gospodynie z domów przy tej ulicy, żeby wyszły na dwór z wiadrami wrzątku - 
wyjaśnił Kipp. - Za drobną opłatą kilka razy zanurzy ten udziec w wodzie, co ma rzekomo 
zmienić ją w bulion.
Abby   przyglądała   się,   jak   dwie   kobiety   objuczone   wiadrami   wyłaniają   się   z   jednego   z 
pięknych niegdyś  domów, które Inigo Jones zbudował w nadziei na uczynienie z Covent 
Garden najpiękniejszego zakątka Londynu.
- Myślałam, że wiem, co to bieda - powiedziała ze smutkiem - ale widzę, że się myliłam. Taki 
cudowny pomysł: kościół, domy projektu Jonesa, sklepione arkady, teatry.
Myśl,   że  oni   cokolwiek   zauważają?  I  co   znaczyłoby   dla   nich  piękno,   skoro  wiodą   takie 
straszne życie?
Kipp  otworzył   już  usta,   by  odpowiedzieć,  pomstując  w   duchu  na  księcia  Bedford,   który 
dopuścił, by marzenia jego przodków obróciły się w taką ruinę dla tych marnych groszy, jakie 
pobierał od straganiarzy za dzierżawę, gdy poczuł, że ktoś szarpie go za brzeg surduta.
- Kupi jaśnie pan laleczkę dla swojej pani? Takom malutkom?
Kipp sięgał już do kieszeni po monetę, gdy zza dzieckiem ukazała się nagle ogorzała kobieta 
o wydatnym brzuchu i na odlew uderzyła je w tył głowy.
- Hola, Giną. Co to ja ci mówiłam o takich aliganckich waszmościach? Małom? Uszów nie 
umyłaś, dzieciaku?

background image

Wyszarpnęła szmacianą lalkę z odrażająco brudnych rączek dziecka i wcisnęła w nie o wiele 
większą, wyjętą z wiklinowego kosza, który nosiła na przedramieniu.
-  I żadnej   jałomożny.   Za  akajowd,  tyż  coś. Żeliwna  Gerta  dla  ciebie  naraża   się na  tych 
niebezpiecznych  ulicach,  a ty jak mi  dziękujesz? Po co se urabiam ręce po łokcie,  żeby 
szybko szyć? Pokaż mu tom, Giną. Powiedz mu, że starczy ahcyd. I tak jom kupi dla swojej 
lafiryndy.
Abby stała i przysłuchiwała się temu, a oczy robiły się jej coraz większe.
Biedne   dziecko,   nie   więcej   niż   dziesięcio-   czy   dwunastoletnie,   chyba   że   smutne   życie 
zahamowało jej wzrost, tak jak zdeformowało jej drobne ciało. Taka smutna twarzyczka, taka 
smutna mała dusza. Dziewczynka nawet nie drgnęła, gdy kobieta wymierzyła jej cios, jakby 
dostatecznie nawykła do złego traktowania, by jeszcze reagować. Mierzwa rudawobrązowych 
włosów, które nie oglądały grzebienia i szczotki - ani wody, ani mydła - od nazbyt dawna, 
jeśli w ogóle.
Ciało   dziewczynki,   zgarbione   i   zastygłe   w   wykrzywionej   pozie,   na   którą   przykro   było 
patrzeć, było za szczupłe i spowite w łachmany, niezakrywające szpiczastych łokci i kolan. 
Wychudła, wynędzniała twarzyczka, oczy o stalowym odcieniu nieba w burzowy poranek, 
których spojrzenie wydawało się dziwnie niezogniskowane, wodziły to w jedną, to drugą 
stronę, gdy mała przekrzywiała głowę pod dziwacznymi kątami jakby...
- O Boże, Kipp - wyszeptała Abby. - Czy ona jest niewidoma? Czy to jej matka? I co ona 
mówi?
- Za chwilę, Abby - poprosił Kipp. - A póki co, chcesz tę lalkę? Mały błazen kosztuje dwa 
pensy, ale ta większa jest o wiele droższa, całe dziesięć pensów.
- Skąd ty to wiesz? - spytała zdumiona.
- To język targowiska - wyjaśnił, nie śpiesząc się z informacją, że studiował ten żargon do 
jednej   z   powieści   Araminthy   Zane.   Nie   zamierzał   również   mówić   jej,   że   Żeliwna   Gerta 
uważała ją za jego metresę, jego utrzymankę. - Niektóre słowa wypowiadają wspak, sądząc, 
że nikt nie zrozumie. Za akajowd, Abby, czyli  za dwojaka. Dwa pensy. Ahcyd. Dziesięć 
pensów. Rozumiesz? Chociaż w literowaniu w przód nie są zbytnio biegli, zdarza się więc 
słyszeć prawdziwe perełki.
Abby jednak już go nie słuchała. Żeliwna Gerta doszła najwyraźniej do wniosku, że mała 
Giną nie przykłada się do żebraniny i przyłożyła jej kolejny raz, tak mocno, że dziewczynka 
zatoczyła się na przygiętych nogach.
-   Jak   ci   nie   wstyd,   kobieto!   Jeszcze   raz   dotknij   tego   biednego,   niewinnego   dziecka,   a 
dopilnuję, żebyś znalazła się w areszcie! - krzyknęła Abby tak głośno, że więcej niż tylko 
kilka głów obejrzało się w jej stronę, więcej niż kilka osób kręcących się w pobliżu wtopiło w 
cienie   pod  arkadami  na  wypadek,   gdyby   ajcylop   (policja,  rzecz  jasna)  uznała   za  słuszne 
sprawdzić, co powoduje taki raban.
„Polycja" nigdy ruszyłaby palcem w bucie, żeby pomóc małej Ginie ani też nie spróbowałaby 
odholować Żeliwnej Gerty do aresztu. Kobieta zdobyła sobie ten przydomek z racji tego, iż 
przeżyła miażdżące uderzenie w głowę żeliwnym garnkiem, po czym podniosła się na nogi i 
dosłownie   wypatroszyła   rywalkę   zepsutymi   nożycami.   Żeliwna   Gerta,   najwyraźniej 
świadoma swojej reputacji, wydała niski, gardłowy pomruk i uczyniła jeden groźny krok w 
kierunku Abby, nim malezyjska laska Kippa błysnęła w powietrzu, a jej szpic zrobił dość 
pokaźny dołek w tłustym brzuchu kobiety.
-   Ani   kroku   dalej,   jeśli   łaska.   W   istocie   rzeczy   poczytałbym   sobie   za   prawdziwe 
błogosławieństwo, gdybyś  się, pani, cofnęła, och, czy ja wiem, o sześć kroków. Twoje... 
perfumy   są   raczej   męczące   -   wycedził   Kipp   ze   słodyczą,   podrywając   laskę   do   góry   i 
wyćwiczonym gestem wywinął nią koło, po czym ponownie zatknął ją pod ramię. - Och, tak 
jest nieco lepiej. A zatem odnoszę wrażenie, że omawialiśmy kwestię zakupu jednej z pani 
lalek?

background image

-   Nie.   Nic   podobnego   -   zaprotestowała   zdecydowanie   Abby,   szperając   w   głębi   małej 
niebieskiej   torebki,   którą   nosiła   zawieszoną   na   nadgarstku.   -   Omawialiśmy   kupno   tego 
biednego, kalekiego, niewidomego dziecka. Mam dwanaście funtów. Aktsanuwd, jako że na 
razie nie przedyskutowaliśmy wysokości mojej pensji. Wystarczy?
- Abby - rzucił Kipp ostrzegawczym tonem, przygotowując się do tego, by wyłożyć żonie 
kilka podstawowych faktów życia. Ale gwałtowne uniesienie podbródka ostrzegło go, by tego 
nie robił. Powstrzymał go wyraz jej twarzy. Łzy w jej oczach sprawiły, że pękało mu serce. 
Wtedy właśnie ponownie otworzył usta i powiedział coś, co zdumiało nawet jego samego:
- Och, niech będzie. Ale pozwolisz, żebym to ja odtąd prowadził negocjacje, jeśliś tak miła.
Żeliwna   Gerta   oblizywała   opuchnięte   wargi,   a   jej   budyniowate   ciało   podrygiwało   i 
przelewało się. Zwęszyła już fortunę, która miała za chwilę wpaść jej w ręce.
- Toż to nie sprzedaje się rodzonego dziecka, wielmożny panie. Nie mojom Ginę. Słabiutkom, 
ślepom bidule.
-   Dość   już   tego   dobrego,   serdecznie   dziękuję.   -   Ton   głosu   Kippa   nabrał   stalowych   nut, 
zdradzając   skrajne   obrzydzenie.   Inaczej   się   nie   dawało,   jeśli   chciał   wyrwać   się   z   tego 
obskurnego miejsca możliwie szybko, a istotnie ogromnie mu na tym zależało. Będzie musiał 
obnażyć przed Abby kilka prawd o Londynie, o jakim nie pisuje się w podręcznikach. - Po 
pierwsze, dobra kobieto, to dziecko nie jest ślepe ani kalekie. Po drugie, szczerze wątpię, czy 
to twoje dziecko, raczej nieszczęsna sierota, którą zatrudniłaś, żeby sprzedawała twój towar 
damom o wrażliwych sercach, takim jak moja żona. Albo też dobrowolnie uczestniczy w tym 
oszustwie, choć wzdragam się na tę myśl. A po trzecie, ponieważ moja pani sobie tego życzy, 
weźmiesz za nią dziesięć funtów, a na dodatek dostaniemy te lalki. No i co, dobiliśmy targu? 
Masz pięć sekund na podjęcie decyzji.
- Nie jest kaleka? Ani... ani niewidoma? - wyszeptała Abby, po czym ujrzała, jak odchylona 
do tylu głowa dziewczynki pochyla się nisko, a jej szare oczy, wbite w niebo, nagle ogniskują 
się i patrzą wprost na nią. Dziewczynka wyprostowała przygięte ciało, zyskując tym samym 
dodatkową   stopę   wzrostu,   a   wyraz   twarzy,   który   zaczął   nagle   zdradzać   inteligencję,   w 
czarodziejski sposób dodał jej co najmniej trzy lata, może nawet więcej. Mrugnęła do Abby i 
uśmiechnęła się krzywo.
Zdumiona tym raptownym „ozdrowieniem", tą niebywałą metamorfozą, Abby zwróciła się do 
Kippa zaniepokojonym tonem:
- Na miły Bóg, skąd ty to wszystko wiedziałeś? Nie, nie, to nieważne. Porozmawiamy o tym 
później.
- Owszem, porozmawiamy. Nadal chcesz kupić to... to biedne małe dziecko?
- A ty porzuciłbyś ją na pastwę takiego życia? Oczywiście, że chcę ją wykupić, uwolnić z tej 
niewoli.
- Niech będzie, przez wzgląd na ciebie - skapitulował Kipp, gdy Abby podała pieniądze i 
wzięła podany w zamian kosz z lalkami. - Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że nie możemy jej 
zatrzymać. Ten babsztyl może i traktował ją jak zwierzątko domowe, ale ona nim nie jest.
- Oczywiście, że nie - fuknęla Abby, gdy Kipp machnięciem ręki zatrzymał dorożkę z myślą o 
podróży powrotnej na Grosvenor Square. - Po prostu zawieziemy ją do domu, wykąpiemy ją, 
znajdziemy jakieś ubranie zamiast tych szmat. Pusty brzuch wypełnimy dobrym  gorącym 
posiłkiem, obandażujemy jej stopy. Tak, to na początek wystarczy. Potem możemy...
-   Powiedziałaś   „oczywiście,   że   nie"   -   przypomniał   jej   Kipp,   gdy   Giną   wdrapała   się   do 
dorożki, po czym pomógł Abby wsiąść. - Ale nawet gdybym wymienił dobre dwa tuziny 
powodów, dla których nie możemy jej zatrzymać, nie będziesz mnie słuchać, Abby. Czy tak?
Abby uśmiechnęła się do niego, gdy usiadł obok i gestem kazał dorożkarzowi ruszać w drogę.
- Oczywiście, że nie - odparła i mrugnęła do Giny.

background image

18

Abby się myliła. Ginie nie była potrzebna kąpiel. Były jej potrzebne dwie.
I wcale nie współpracowała.
Trzeba było Abby, Sallyann, pani Harris, chichoczącej Tweeny oraz groźby użycia sznurów i 
knebla, nim Giną dała się wreszcie uprosić i w ogóle weszła do wanny. Walczyła z myjką i 
mydłem. Wyła, gdy piana spłynęła jej z włosów i dostała się do oczu, że „szczypie i do 
imentu je wypali", następnie umiejętnie sklęła Abby od stóp do głów i z powrotem, że jest 
gorsza od Żeliwnej Gerty i bardziej jeszcze podła.
Ale koniec końców to Abby była górą. Nim wyszorowały wannę i ponownie ją napełniły na 
drugą kąpiel dla Giny, dziewczynka albo pogodziła się z losem, albo ablucje zaczęły sprawiać 
jej przyjemność. Baraszkowała w pianie, dmuchała nią na Abby i wydawała się oczarowana 
słodko   pachnącym   olejkiem,   którym   Sallyann   ją   natarła   przed   owinięciem   ogrzanym 
ręcznikiem.
Abby   odpoczywała   teraz   w   ciepłym   patchworkowym   szlafroku,   sama   również   świeżo 
wykąpana. Sączyła gorącą herbatę i przyglądała się Ginie, którą posadziły przed kominkiem, 
by Sallyann mogła wyszczotkować jej mokrą miedzianą czuprynę.
Dziecko - nie, raczej dziewczyna, sądząc po tym, co widziały, gdy była rozebrana do kąpieli - 
niewątpliwie zachowywała się o wiele spokojniej, w czym pomógł talerz kanapek oraz kilka 
wyczarowanych przez panią Harris ciepłych drożdżówek z masłem, które w mig znikły w 
przepastnym brzuchu Giny.
Miała na sobie jedną z brunatnych sukni Abby, o kilka cali za długą - dziewczyna nie mogła 
mieć więcej niż pięć stóp wzrostu. Pod innymi względami ubranie pasowało całkiem nieźle i 
wyglądało na niej o wiele lepiej niż kiedykolwiek na Abby.
Nie   skarżyła   się,   kiedy   Sallyann   ciągnęła   ją   za   włosy,   zirytowana,   że   pomimo   próśb 
dziewczyna  ciągle kręci głową, a jej szare oczy o żywym,  inteligentnym  spojrzeniu były 
rozbiegane,   przyglądając   się   wszystkiemu,   chłonąc   otoczenie.   Najprawdopodobniej,   jak 
sugerowała pokojówka, szacowały wartość każdego przedmiotu, który spróbuje podwędzić, 
nim ucieknie.
Abby podobnych obaw nie żywiła. Czuła się zadowolona ze swoich osiągnięć jak na jedno 
popołudnie. Uratowała niewinną istotę przed spustoszeniami, jakie czyni nędza, i dowiedziała 
się, że jej mąż pod uśmiechami i żartobliwością ukrywa duszę prawdziwego dżentelmena. 
Troskliwe serce.
A Giną, ku jej niemałemu zaskoczeniu, okazała się wcale niebrzydką dziewczyną, zapewne 
piętnasto- czy szesnastoletnią, o gęstych, straszliwie skołtunionych włosach, które lekko się 
kręciły, niebywale szlachetnych rysach pod warstwą brudu i sztucznych owrzodzeń, które 
odlepiły jej z czoła i policzków. Miała zdrowe zęby, proste i kształtne kończyny, można się 
też było spodziewać, że przy odrobinie troski rany na jej biednych, zmaltretowanych stopach, 
małych i wąskich stopach damy, niebawem się wygoją.
W kominku nadpalony pniak osunął się na kratę z dźwiękiem, który przerwał panującą od 
ponad trzech kwadransów ciszę, wszyscy bowiem próbowali dojść do siebie po wcześniejszej 
batalii.
- A paniusia to pewnie mama? - spytała w końcu Giną, wbijając wzrok w Abby.
- Mama? - Abby potrząsnęła głową. - Przepraszam, nie rozumiem.
Giną przewróciła oczami, pełna obrzydzenia, i mruknęła coś pod nosem.
- Burdelmama - powtórzyła, tym razem głośniej, jakby Abby miała problemy ze słuchem. - 
Madam. Szefowa tego bajzlu. A tamten typek dla paniusi rajfurzy, co nie?
Sallyann   wydała   zdławiony   okrzyk,   upuściła   szczotkę   i   stojąc   za   plecami   dziewczyny, 
obydwiema rękami zasłoniła jej usta.
- No, no, wstydziłabyś się! - skarciła ją ostro. - To lady Willoughby, a jego lordowska mość 

background image

to baron Willoughby. Bajzelmama i stręczyciel? Jestem już w połowie zdecydowana, żeby 
przynieść mydło i wyszorować ci ten twój niewyparzony język!
Giną zdjęła z siebie ręce Sallyann z wprawą kogoś, kto od dawna troszczy się sam o siebie, 
skoczyła na równe nogi i posłała pokojówce rozjuszone spojrzenie.
- Dotknij mnie  jeszcze  raz, a owinę ci uszy twoimi  własnymi  flakami  i udrapuję z nich 
prześliczną kokardę! - wycedziła ostrzegawczo.
Następnie zwróciła się ku Abby, która usilnie starała się pojąć, o czym mówiły tak Giną, jak i 
Sallyann, i zaczynała w końcu wierzyć, że trafnie rozszyfrowała ich słowa... równocześnie 
dziwiąc się nagłej zmianie na lepsze, jaka zaszła w wypowiedziach Giny, niezależnie od ich 
treści.
-   Ty   myślisz,   że   to   dom   publiczny?   -   spytała   Ginę,   która   właśnie   zadzierała   spódnicę, 
niemalże załamana jej długością. - Och, Gino, tak mi przykro. W głowie mi nie postało... 
nigdy nie sądziłam... po prostu chciałam uratować cię przed tamtą straszną kobietą.
Przerzuciwszy sobie fałdy spódnicy przez ramię, Giną zbyła jej słowa machnięciem ręki i 
zaczęła   kursować   od   ściany   do   ściany,   pogrążona,   jak   się   wydawało,   w   wewnętrznej 
rozmowie. Raz czy dwa odwróciła się, by spojrzeć na Abby, po czym szła dalej, nie zważając 
na swoje obandażowane stopy.
Wreszcie   podjęła   decyzję,   cofnęła   się   i   stanęła   przed   Abby.   Dygnęła   niezręcznie. 
Powiedziała:
-   Proszę,   niech   milady   mi   wybaczy.   Nie   stawiałabym   oporu,   gdybym   wiedziała,   że   nie 
szykujecie mnie dla jakiegoś... jakiegoś klienta. Ja... ja myślałam, że dam radę. Myślałam: 
dziewczyno, dzięki temu przez jakiś czas nie będziesz na ulicy. Broniłam się przed tym tak 
długo, że wydawało się to wiecznością, przed staniem się jedną z nich, ale jeszcze jeden dzień 
tych   dziwnych   póz   i   udawania   ślepego   półgłówka   u   Gerty   i   rzuciłabym   się   do   Tamizy, 
dziękując wodom, że są takie głębokie.
- Och, psze pani - jęknęła Sallyann, a jej wrażliwe serce zmiękło. Zerwała się, podeszła do 
Giny i poklepała ją po plecach. - Dopilnuję, żeby przygotowano ci jeden z pokoi na strychu, 
dobrze?
Gdy Sallyann wyszła, Abby gestem zaprosiła Ginę na fotel naprzeciwko tego, na którym 
siedziała, przez dłuższy czas patrzyła na nią, po czym spytała:
- Jak to jest, że teraz mówisz tak dobrze, Gino?
- Regino - poprawiła dziewczyna z westchnieniem, ponownie rozglądając się po pokoju. - To 
kolejny z moich snów, prawda? Obudzę się za chwilę, czując na plecach kopniaka Gerty 
jeszcze przed świtem, choć pół nocy szyłam znowu te szmaciane lalki, a ona powie mi, że 
pora   wciskać   klientom   nasz   towar.   Ale   to   ładny   sen.   -   Uśmiechnęła   się   do   Abby.   - 
Przynajmniej jestem w nim czysta.
Abby   odstawiła   filiżankę   i   złożyła   ręce   na   podołku.   Wbrew   niej   samej   ogarnęło   ją 
współczucie jak wtedy,  w Covent Garden, i wiedziała, że mogłaby serdecznie polubić tę 
młodą nieznajomą kobietę.
- Opowiesz mi, jak doszło do tego, że znalazłaś się u Gerty? Tylko jeśli sama tego chcesz, 
oczywiście.
- Dobrze. Będę udawała, że to mi się nie śni. Miło jest nie musieć  ukrywać  się za tym 
okropnym złodziejskim żargonem. Gdyby ktokolwiek pomyślał, że próbuję być lepsza, niż 
jestem, czy choćby zachowywać się zgodnie z moim wiekiem, nie przeżyłabym  w Seven 
Dials nawet jednego dnia, milady sama rozumie. A było tak, że pierwszego dnia zabrali mi 
cały bagaż, jaki miałam, nawet buty. Włosy obcięłam sama, zanim ktoś dla nich by mnie 
zabił. Milady może nie wierzyć, ale Żeliwna Gerta była moją wybawicielką. Z nią nikt nie 
śmie zadzierać.
A   potem   zerknęła   na   talerz   z   kanapkami,   stojący   na   półce   nad   kominkiem,   i   ponownie 
odezwał się w niej głód. Wzięła parę kanapek z mięsem, jakie jeszcze na nim pozostały, i 

background image

wróciła na fotel. Opowiadała między kęsami.
- Wychowywałam się u ciotki i wuja, oni mnie uczyli. Na południe od Londynu, w Little 
Woodcote, w tamtejszej parafii, na jednej z włości rodziny Kenwardów, oby zgnili w... o 
przepraszam, milady. Jak niechybnie zauważyłby mój wuj, gdyby był tutaj z nami, popadłam 
w złe nawyki przez ostatnie miesiące.
- Kenwardowie? - spytał Kipp wchodząc do pokoju i kłaniając się żonie. - Wybacz, moja 
droga,   ale   drzwi   między   pokojami   były   otwarte   i   muszę   przyznać   się   do   niewinnego 
podsłuchiwania. - Skinął głową w kierunku Reginy, która zerwała się z fotela i dygnęła, po 
czym  upewnił się jeszcze: - Mówisz o tych  Kenwardach? Może o George'u Kenwardzie, 
hrabim Allerton?
Regina   przytaknęła,   o   wiele   bardziej   onieśmielona   w   obecności   barona   Willoughby   niż 
wcześniej, gdy miała go za dobrze ubranego rajfura.
- No to wspaniale - powiedział Kipp, stając za fotelem żony, i oparł jej dłoń na ramieniu. - I 
jakże romantycznie, nie uważasz? Moja ślubna żona ratuje siostrzenicę pastora z czeluści 
londyńskiej nędzy. Aramintha Zane byłaby z ciebie ogromnie dumna, moja droga, po czym 
natychmiast podkradłaby tę historię i wywróciła ją do góry nogami, tak że Regina stałaby się 
uprowadzoną   księżniczką   niebawem   przywróconą   na   właściwe   jej   miejsce.   Jesteś 
uprowadzoną księżniczką, panno?
- Bliss - wymamrotała Regina, wciąż jeszcze nie śmiąc spojrzeć Kippowi w oczy. - Regina 
Bliss. I nie, milordzie, żadna ze mnie uprowadzona księżniczka. Jestem po prostu kimś, kto 
został  bez  dachu nad głową,  gdy wujostwo zginęli  w strasznym  wypadku  podczas  jazdy 
powozem, kimś, kto głupio uważał, że może przyjechać do Londynu i zatrudnić się jako bona 
u jakiejś rodziny kupieckiej. Ciotka była dobrą nauczycielką, świetnie radzę sobie z igłą. - 
Usta   jej   zadrgały.   -   Ale   nikt   mnie   nie   chciał.   Nikt   oprócz   Gerty.   Więc   szyłam   dla   niej 
szmaciane lalki, a potem pomagałam je sprzedawać.
Uniosła twarz. Śliczne szare oczy miała pełne łez, gdy patrzyła na Abby, na Kippa:
- Pół roku w  Londynie,  milordzie,  milady,  a ledwie  uszłam  cało.  Gerta to  był  awans  w 
porównaniu z pierwszymi  straszliwymi  tygodniami.  Pro... prostytuowanie  się stanowiłoby 
kolejny szczebel w górę. Milordzie, milady, zawdzięczam wam życie.
- Czujesz się jak bohaterka dnia, przyznaj się? - spytał Kipp, bijąc jej pionka koniem.
Abby   westchnęła,   wstała   i   sięgnęła   pod   suknię.   Ostrożnie   wyjęła   podwiązki,   następnie 
wygładziła suknię i ponownie usiadła.
- Uważam, że jesteś bardzo miłym człowiekiem, że pozwoliłeś mi zabrać Reginę do domu, i 
nigdy ci się za to nie odpłacę. A  teraz, proszę, usiłuję się skupić, żeby cię pokonać, aż 
zostanie z ciebie rozełkany, jęczący cień człowieka.
Kipp przez kilka chwil zachowywał milczenie, napawając się świadomością, iż jego żona 
siedzi przy stoliku naprzeciwko niego, mając na sobie niewiele ponad halkę i suknię. Uśmiał 
się jedynie  wówczas, gdy przegrała  buty,  śmiech  bowiem nie był  mu  już w głowie, gdy 
została zmuszona do zdjęcia pończoch. Naprawdę uważała za konieczne, by unieść jedną 
nogę,   potem   drugą,   a   następnie   powoli   zsunąć   jedwabną   pończochę,   wiedząc,   że   ją 
obserwował?
Co chciała w ten sposób zdobyć? Wygraną? Czy jego?
A teraz, niech ją diabli, Kipp doświadczał pewnych nieznacznych trudności z oddychaniem, a 
głowę zamiast grą miał zajętą obmyślaniem manewrów, by Abby jak najszybciej przeniosła 
się z fotela na łóżko.
- Tak, wiem, jakie to musi być trudne, koncentrowanie się na tym,  żeby mnie zniszczyć, 
znaczy się. Co to ja mówiłem? A tak. Prawdziwa bohaterka, ta moja żona. Pod wspólny dach 
sprowadza nie dziecko, ale prawie już dojrzałą kobietę. Dziewczyna ładnie się wysławia, ergo 
musi być wolna od grzechu, bez ciągot do przywłaszczania sobie cudzej własności. A już na 
pewno niemożliwością jest, by kłamała, nieprawdaż? Chociaż nie omieszkam czym prędzej 

background image

posłać umyślnego do Little Woodcote już jutro, żeby sprawdził jej historyjkę. Póki co, czy 
ostrzegłaś Gilletta, by trzymał srebra pod kluczem? Mniejsza o to, i tak jestem pewny, że w 
całym domu poprzybijał już gwoździami wszystko, co ewentualnie dałoby się wynieść.
- Ty jej nie wierzysz, Kippie? Bo ja jak najbardziej, podobnie Sallyann i pani Harris. Więcej 
nawet, pani Harris na dobre już wzięła Reginę pod swoje skrzydła i będzie pilnować, żeby 
dziewczyna miała robotę, czy to przy igle, czy to przy innych zajęciach, jakie chodzą pani 
Harris   po   głowie.   Cieszy   się,   że   ma   podopieczną.   My   mamy   nową   pokojówkę,   Kippie. 
Przecież   to   nie   tak,   jak   byśmy   ją   adoptowali,   chociaż   istotnie   przyznam,   że   nie   mogę 
nacieszyć się moim przedsięwzięciem. Laufer bije twojego konia.
Kipp posłał szachownicy chmurne spojrzenie.
- A niech to diabli, faktycznie. Widzę, że będę musiał przestać się z tobą cackać i zacząć 
uważać   -   powiedział,   ściągając   koszulę,   surdut   bowiem   zdjął   trzy   bicia   wcześniej.   - 
Mężowska uprzejmość ma swoje granice, rozumiesz chyba.
Abby uniosła kieliszek z winem i pociągnęła kolejny łyk.
- Ha! Nie próbuj mi wmawiać, sir, że nie uważałeś, ani mi się śni w to wierzyć. Po prostu 
jestem w tym lepsza, i tyle.
Uśmiechnęła się szeroko i zabawnie poruszyła brwiami.
- Jest ci wystarczająco ciepło, milordzie? A może mam wezwać kogoś, żeby rozniecił ogień? 
Och, nie. To mogłoby okazać się dla ciebie nieco krępujące, nieprawdaż?
Mówiąc to, uciekła spojrzeniem. Wiedziała, że trudno byłoby jej zachować spokój, gdyby 
zbyt długo przyglądała się nagiej piersi Kippa, przypominała sobie, jak tuliła do niej głowę, 
jak ogarniał ją ramionami, przyciągał do siebie. Nie wolno jej było zapominać, że toczyła się 
między nimi gra... Zupełnie nowa i inna gra co noc...
-   Możliwe,   że   Edwardine   jutro   się   wyprowadzi   z   powrotem   na   Half   Moon   Street   - 
powiedziała mu, chcąc zacząć rozmowę, która nie miała nic wspólnego ze stawkami, jakie 
ustalili: fragment garderoby za utraconego pionka lub figurę.
- Naprawdę? Cóż, to dobra wiadomość. Zabierze ze sobą twojego bratanka z piekła rodem? 
Nie, nie odpowiadaj. Ta obmierzła mała pijawka nie zwolniłaby swoich kwater, choćby dom 
stał w ogniu, a płomienie lizały go po uszach. Dlaczego Edwardine się wyprowadza?
Abby ukryła grymas, który wypełzł na jej twarz na wzmiankę o Iggym, i odpowiedziała na 
ostatnie pytanie Kippa.
- Przebąkiwała coś o Reginie i o nas wszystkich, wymordowanych w łóżkach. W gruncie 
rzeczy mówiła dość obrazowo, o nożach i wyprutych flakach, i głowach turlających się po 
schodach, podczas gdy Regina i jej przyjaciele bandyci plądrują dom. Och, i o zgwałconych 
kobietach,   oczywiście.   Czyż  to   nie  urocze?  I  bez   wątpienia  wszystkimi   tymi   bajeczkami 
karmił ją Iggy,  który nigdy nie przepuści okazji, by zdenerwować to biedne łatwowierne 
dziecko. Ach, piękny ruch, milordzie. Odnoszę jednak wrażenie, że moja wieża bije twojego 
laufra.   Pozwolę   sobie   zasugerować,   że   być   może   twoim   pantalonom   byłoby   o   wiele 
wygodniej na podłodze, w towarzystwie koszuli, butów i skarpet? I surduta, i kamizelki, i 
krawatki, i... cóż, to chyba wszystko. Na razie.
Kipp wstał i zaczął rozpinać guziki u spodni, ciekaw, czy Abby odwróci wzrok, czy też 
odważy się przyglądać, jak będzie się rozbierał. Spojrzał jej prosto w oczy i zobaczył plamy 
szkarłatu wykwitające na jej policzkach. Uśmiechnął się lubieżnie. Boże, ależ podobała mu 
się ta kobieta. Naprawdę mu się podobała.
- Zdaje mi się, że ta dama bawi się zbyt dobrze - powiedział przekornie, po czym odrzucił 
zdjęte spodnie i ponownie usiadł, świadom, że tylko jeden fragment odzieży dzieli go od 
ukazania niezbitego dowodu jego podniecenia.
Nie   zamierzał   pozwolić,   by   pokonała   go   w   prostej   partyjce   szachów.   Zmrużył   oczy   i 
studiował szachownicę, wytężając głowę i obmyślając następny ruch. Uprzytomnił sobie, że - 
jeśli tylko Abby to dostrzeże - miał przed sobą jeszcze trzy posunięcia, nim żona zbije jego 

background image

króla.
Jak się jej udało ustawić go w defensywie? Przecież był skoncentrowany na grze, tego był 
pewny.   Jeśli   tylko   nie   wyobrażał   sobie   widoku   Abby,   siedzącej   naprzeciw   niego   z 
obnażonymi   piersiami,   silącej   się   na   nonszalancję,   udającej,   że   gra   nie   podnieca   jej   tak 
bardzo, jak jego... jak bez wątpienia podniecała jego.
To   nie   ulegało   wątpliwości.   Już   go   miała.   Niemniej   mógł   przynajmniej   zbić   jej   pionka, 
którego rozmyślnie poświęciła, i tak właśnie zrobił. Nie po to, by odwlec nieuniknione, lecz 
dla samej przyjemności patrzenia, jak zzuwa z siebie suknię.
- Łajdak. Niektórzy, jak słyszałam, grywają na słomki - fuknęła Abby, świetnie wiedząc, jakie 
myśli chodzą mu po głowie. - Och, no trudno - westchnęła, podchodząc do niego i odwracając 
się plecami, a jego oczom ukazał rządek guzików, których rozpięcie wymagało pomocy. - 
Bądź tak miły...
Oto i dylemat gotowy. Gdyby wstał...
Zawahał się, a Abby ugięła lekko nogi w kolanach, żeby łatwiej mu było sięgnąć. Raz czy 
dwa razy wyprostował i zgiął palce, zadziwiony, że nagle stały się takie niezdarne, zupełnie 
jakby miał dwie lewe ręce.
Nie poddał się jednak i zaczął powoli rozpinać guzik po guziku, odsłaniając coraz większy 
fragment   jasnych   pleców   Abby,   i   odkrył   niewielki   pieprzyk   pod   jej   lewą   łopatką,   który 
wcześniej uszedł jego uwagi.
Nie   zastanawiając   się   nad   tym,   co   robi,   rozwiązał   ramiączka   jej   halki,   zawiązane   na 
ramionach na kokardkę; niespiesznie pociągnął za wolne końce jednej wstążki, potem drugiej, 
obnażając   całą   długość   prostych,   kształtnych   pleców,   aż   oczom   jego   ukazała   się   para 
dołeczków   tuż   poniżej   jej   talii,   a   wówczas   Abby   wyprostowała   się   i   posłała   mu   kpiący 
uśmieszek.
- Prawdziwy z ciebie optymista, co? - zadrwiła i wzruszeniem ramion uwolniła się z sukni. 
Zamierzała pozwolić, by się zsunęła, przytrzymując halkę. W teorii manewr ten wydawał się 
dość rozsądny, tyle że nie wzięła pod uwagę ciężaru spodu sukni, składającego się z wielu 
warstw materiału, w związku z czym suknia pociągnęła za sobą halkę i w mgnieniu oka Abby 
stała już przed mężem jak najzupełniej au naturek.
Pisnęła rozpaczliwie i zakryła  się rękami, jedną wysoko, drugą niżej, po czym  odwróciła 
głowę, jakby to, że sama Kippa nie widziała, oznaczało, że on z kolei nie widzi jej. - Och, do 
ciężkiego diabła, kobieto, gra się skończyła - zaklął półgłosem Kipp i zerwał się na nogi, 
omal nie wywracając przy tym stolika, uniósł Abby w ramionach i popędził w stronę łóżka.
Minął tydzień. Dni upłynęły Abby w atmosferze odprężenia, choć pracowicie, jako że wespół 
z panią Harris łamały sobie głowy nad ustaleniem menu i zaplanowaniem drugiego przyjęcia 
wydawanego corocznie przez barona. Tym razem miał to być niewielki raut - dla nie więcej 
niż dwustu gości.
Spędzała  czas  z Reginą,  która okazała  się pożytecznym  domownikiem:  robiła  zakupy,  w 
olbrzymich   zresztą   ilościach,   i   wszędzie,   dokądkolwiek   się   udawała,   zabierała   ze   sobą 
Edwardine, na dobre już u ciotki zadomowioną, a przy okazji odkryła, że o względy bratanicy 
Abby, wcześniej już popularnej, ubiegali się teraz prawie wszyscy niezamężni dżentelmeni w 
Londynie.
Ten nowy sukces, wyjaśnił jej Kipp, miał trochę wspólnego z urodą Edwardine, niemniej 
więcej zawdzięczał temu, że jej nowy wujaszek na lewo i prawo rozpowiadał o swojej decyzji 
przyznania dziewczynie dziesięciu tysięcy funtów po jej ślubie.
Wszystko, byle pozbyć się Backworth-Maldonów z domu!
Wieczory   Abby   również   miała   wypełnione,   Kipp   bowiem   uznał,   że   powinni   jako   para 
przypuścić atak na towarzystwo, widując się z ludźmi i będąc widzianymi, wejść w role, na 
których odgrywanie się zgodzili.
To   oznaczało,   że   Kipp   nadal   flirtował   dość   często,   tańczył   z   innymi   kobietami,   słał   im 

background image

uśmiechy, a one wdzięczyły się do niego i szeptały mu do ucha swoje tajemnice.
Ze   swojej   strony   Abby   wydawała   się   bardzo   dobrze   radzić   sobie   z   pozycją   baronowej, 
zwłaszcza że Sophie, księżna Selbourne, wymusiła na mężu, by przystał na jej powrót do 
towarzystwa zaledwie w kilka tygodni po narodzinach syna.
Sophie,   zdaniem   Abby,   piastowała   pozazdroszczenia   godną   pozycję   najpopularniejszej 
kobiety   w   Londynie.   A   że   Abby   widywano   nieodmiennie   u   jej   boku,   przyniosło   to   taki 
skutek,   iż   niebawem   sama   stała   się   niesłychanie   ważną   personą,   którą   trzeba   było   znać, 
pozyskać jej względy, mienić swoją przyjaciółką.
Pozwalała zatem, by prawiono jej komplementy,  sama także oddawała się flirtowaniu, co 
przychodziło jej z łatwością dzięki pięknym nowym sukniom oraz przyrodzonej pewności 
siebie i przyjaznemu usposobieniu. Ponura wdowa, której dni spełzały na doglądaniu stadka 
krewniaków,   noce   zaś   na   zamartwianiu   się   dramatycznym   stanem   rodzinnych   finansów, 
została dzięki małżeństwu z Kippem wyzwolona, urosły jej skrzydła.
Wzleciała.
Przez cały długi dzień, przez całe wieczory bawiła się w najlepsze, podśmiewając się z Kippa 
i   przymykając   oko   na   jego   flirty.   Podobnie   on   nigdy   nie   wypytywał   jej   o   najnowsze 
osiągnięcia   w   dziedzinie   ripost  i  trzepotania  wachlarzem,   spacerów   na  balkon   z  pełnymi 
atencji młodymi dżentelmenami, którzy ze skóry wychodzili, by się jej przypodobać.
Ilekroć bywali w towarzystwie, Kipp szczególnie dbał o to, by wszystkie walce przetańczyć z 
nią, by z roztargnieniem całować ją w rękę, gdy stali obok siebie, rozmawiając z przyjaciółmi. 
I nawet wówczas, gdy pozwalał, by flirtowała, nawet wtedy, gdy tańczył w parze z jakąś 
rozchichotaną debiutantką, pilnował się, by często spoglądać na żonę, i przybywał z odsieczą, 
gdy jakiś nudziarz uparcie raczył ją wywodami na temat struktury parlamentu.
Była szczęśliwa, gdy okazywał jej atencję. Z całego serca marzyła, by nie była to tylko część 
ich gry.
Na przyjęciach zawsze pojawiali się razem. Razem wychodzili. Każdy by uwierzył, że są w 
sobie bardzo zakochani i tolerancyjni wobec swoich słabostek.
Dawali sobie z Kippem wolność, jakiej oboje oczekiwali, żadnych pytań, żadnych oskarżeń... 
ponieważ co noc wracali do siebie, razem kładli się do łóżka. Cieszyli się sobą.
Układ doskonały. Dogodne małżeństwo. Bez prawdziwych więzi uczuciowych, to fakt, lecz 
ze szczerą troską, z obopólną autentyczną sympatią, wzajemnym szacunkiem, który zdawał 
się każdego dnia urastać w siłę.
Gdyby tylko nie wdawał się w pogaduszki z lady Skelton.
Gdyby tylko Iggy przestał grozić, że powie lady Skelton i nowym przyjaciołom Abby, jak 
wyrachowana była ich matrymonialna umowa.
Gdyby  tylko   Abby  nie  wiedziała,  że  zakochuje  się,  gorąco,  namiętnie   i  bez  ratunku,  we 
własnym mężu.
Niemniej byli sobie przyjaciółmi. Nigdy się nie kłócili.
Czy mogłaby prosić o więcej?
Kipp, pogwizdując cicho, zmierzał w kierunku schodów dla służby. Planował zejść na dół do 
kucharki, żeby pochwalić ją za wczorajszy posiłek - drobna uprzejmość, jakiej nauczyła go 
matka, i jedna z wielu przyczyn, dla których był tak bardzo przez służbę lubiany.
Zaledwie   postawił   stopę   na   pierwszym   schodku,   ujrzał   nadchodzącego   z   przeciwnego 
kierunku szczupłego młodzieńca, cofnął się więc, by chłopak, który dosłownie uginał się pod 
ciężarem srebrnej tacy, mógł wejść na górę.
Nie dość że szczupły, młodzieniec był także niezwykle drobnej postury; o mało nie spadł ze 
schodów, gdy taca przesunęła mu się w dłoniach. Ubrany był w skromny brązowy komplet, 
którego mankiety strzępiły się, jakby były najzwyczajniej obcięte, a który mimo to nadal 
wydawał się dla niego za duży - co oznaczałoby, że chłopak kurczył się zamiast rosnąć albo 
też że nabył ten strój z drugiej ręki, chociażby w sklepie z używaną odzieżą.

background image

Włosy   młodzieńca   miały   przyjemny   jasnobrązowy   odcień,   a   na   karku   przewiązane   były 
czarną wstążką. Na twarzy nie widać było nawet cienia zarostu, a więc zapewne nie wszedł 
jeszcze w wiek, w którym można pokusić się o zapuszczenie brody. Kipp dawał mu nie 
więcej niż siedemnaście lat, raczej mało jak na służącego, jeśli rzeczywiście taką właśnie 
funkcję tutaj pełnił.
Kipp zatrzymał  chłopaka, nim ten zdążył  dojść do połowy holu. Wpatrzył  się w niego z 
wytężoną uwagą, wydało mu się bowiem, że chłopak chciał dygnąć, nim zdecydował się na 
osobliwy pokłon i zaczął szybko wycofywać się, omal nie upuszczając przy tym tacy.
-   Jesteś   z   młodym   Backworth-Maldonem,   tak?   -   spytał,   a   chłopiec   rozdygotał   się   tak 
gwałtownie, że na tacy zaczęły podskakiwać naczynia. - Służysz u niego? Jak, do czorta, tego 
małego   półgłówka   stać   na   służącego?   Nieważne,   zaczynam   przypuszczać,   że   znam 
odpowiedź na to pytanie. Jak ci na imię, chłopcze?
Do holu wpadła Regina Bliss, objuczona naręczami prześcieradeł do pocerowania, i omal nie 
zderzyła   się   ze   służącym.   Stojąc   plecami   do   Kippa   i   nieświadoma   jego   obecności, 
wytrajkotała:
-   Och,   Skowronku,   przepraszam.   Zawsze   dokądś   pędzę,   prawda?   Nie   zauważyłam   cię. 
Niesiesz panu śniadanie, co? Do jajecznicy trafiło kilka ostrych kości, mam nadzieję? Zajrzyj 
do mnie później, to popracujemy jeszcze nad tym twoim ściegiem. Naprawdę zauważyłam u 
ciebie duży postęp. Co? Co ci jest, Skowronku? Co cię tak przeraziło?
Skowronek raz czy dwa razy zerknął w bok, pokazując Reginie, żeby się obejrzała. Następnie 
czmychnął ku schodom, potrącając Kippa, i czym prędzej pognał na górę, Regina zaś głośno 
przełknęła ślinę i dygnęła, dostrzegając wreszcie pana domu.
- Dzień dobry, Regino - odezwał się, patrząc, jak bledną jej policzki, a dłonie zaczynają drżeć. 
- Chyba się już trochę zadomowiłaś, prawda?
- Tak, milordzie, dziękuję, milordzie - wykrztusiła półprzytomna ze zdenerwowania. - Czy 
mogę coś zrobić dla waszej lordowskiej mości?
Pokręcił głową.
- Dość już zrobiłaś, Regino, dziękuję. Wróć do swoich zajęć - powiedział, a plan prawienia 
komplementów kucharce w jednej chwili wywietrzał mu z głowy. Zawrócił na pięcie i ruszył 
w kierunku głównych schodów.
Dotarł do holu wejściowego i z jedną nogą wciąż jeszcze na schodach zagrzmiał:
- Abby!
Pojawiła się w holu od strony pokoju dziennego, ze zmarszczonym czołem i zaniepokojonym 
wyrazem twarzy.
- Kipp? Stało się coś złego?
Zagotowało się w nim. Dosłownie czuł, że krew wrze mu w żyłach.
- Złego? Czy stało się coś złego?  Jak mi  Bóg miły,  skądże  taka myśl,  Abby?  Jakoś się 
zdradziłem? Może to przez ten dym, co puścił mi się z uszu? Pozwól do bawialni, jeśli łaska.
Abby   nigdy   wcześniej   nie   widziała   go   naprawdę   rozgniewanego.   Kiedy   był   wzburzony, 
podenerwowany lub czuł się w najmniejszej mierze zagrożony, ukrywał się za żartobliwymi 
uwagami, niepoważną atmosferą, która miała rozładowywać gniew, izolować go od bólu.
Lecz teraz był zły. Naprawdę, naprawdę zły. Opanowany. Zimny. Sarkastyczny. Przerażający.
- Kippie? - spytała, stojąc przed jedną z kanap w bawialni; uznała,  że łatwiej  jej będzie 
zachować trzeźwość umysłu, jeśli zostanie na nogach. - Jest jakiś problem? Z pewnością nie 
Regina. Pani Harris powiada, że jest z niej najzupełniej zadowolona.
Kipp nerwowo przechadzał się po dywanie i zastanawiał się, gdzie nauczył się tak wielkiej 
samokontroli. Zbył słowa Abby machnięciem ręki, by warknąć:
- Możliwe, że byłoby lepiej, gdybyś to ty odbyła rozmowę z naszą nową pokojówką. Odnoszę 
wrażenie, że wiele byś się od niej nauczyła. Och, a przy okazji... twój bratanek ukrywa w 
swoich pokojach kobietę, doskonale przebraną za służącego.

background image

Zawiesił dla większego efektu głos, po czym kontynuował:
- Owszem, tak. Wprowadził się sam i ściągnął tu sobie swoją podfruwajkę. Zapewne uwił 
sobie wcale przytulne gniazdko. Ten cholerny bufon każe jej podawać sobie śniadanie, jeśli 
mieści ci się to w głowie. Mnie tak, bo widziałem,  jak niosła tacę na górę. Na imię jej 
Skowronek. Pasuje do niej, bardzo pasuje. A ja za to płacę, prawda, przynajmniej pośrednio? 
Inne żony wydają pensje na stroje, Abby, nie widząc najmniejszej potrzeby, by cokolwiek 
oddawać bratankom, żeby mogli sobie pozwolić na prywatne lafiryndy.
Abby nie wiedziała, czego się spodziewać, ale z pewnością nie oczekiwała tego.
- Iggy ukrywa... Iggy ma co? - Zrobiło się jej niedobrze i osunęła się na kanapę, dosłownie 
runęłaby   na   podłogę,   gdyby   nie   bliskość   pożytecznego   mebla.   -   Żałosny   niewdzięcznik. 
Zamorduję go... - rzuciła cicho.
Kipp zaprotestował teatralnym rozłożeniem ramion.
- O nie. Nie, nie... nie, proszę cię. Nie mógłbym ci na to pozwolić. Doprawdy. To ja go 
ukatrupię.
W panice skoczyła na równe nogi.
- Nie! Nie wolno ci... znaczy... ee... znaczy, to mój bratanek, Kippie. I ja się tym zajmę.
- Tak, jak zajmowałaś się do tej pory? Jak? Z chęcią bym się dowiedział. Szczerze. Może nie 
dasz   mu   deseru,   odeślesz   do   jego   pokojów   bez   kolacji?   Nie,   to   nie   byłaby   szczególnie 
skuteczna kara, prawda? Tam przecież czeka na niego Skowronek, zajęta pastowaniem mu 
butów.
Abby zaczęła nerwowo dreptać po pokoju. Próbowała zebrać myśli, postanowić, jak postąpić 
z bratankiem męża - szantażystą, żeby samej nie trafić do aresztu.
- Och, bądźże cicho, Kipp - palnęła bez zastanowienia. - Powiedziałam, że się tym zajmę, i 
tak właśnie będzie.
Zrobiła   jeszcze   trzy   kroki,   nim   usłyszała   własne   słowa.   Słowa,   które   wróciły   echem   w 
zapadłej nagle zimnej ciszy.
Pomyślała dwie rzeczy. Po pierwsze, istotnie udało się jej uciszyć Kippa, co nie mogło być 
takie złe, ponieważ wcześniej wyraźnie nabrał wiatru w skrzydła i mógłby słać obelgi pod 
adresem   Iggy'ego   bez   końca,   gdyby   tylko   dała   mu   bodaj   ćwierć   szansy.   A   po   drugie, 
prawdopodobnie powiedziała najgorszą rzecz, jaką tylko mogła powiedzieć.
A potem pojawiła się trzecia myśl. Był zły, owszem, ale nawet w połowie nie znał sytuacji - 
być może nawet w jednej czwartej. Gdyby jednak skonfrontował się z Iggym, przyparł go do 
muru, zagroził mu, gdyby przestraszył tego żałosnego, tchórzliwego gada, dowiedziałby się o 
wszystkim.
A wszystkiego wiedzieć po prostu nie mógł.
Zatem Abby, nie widząc przed sobą innej drogi, postanowiła być równie zła jak Kipp. Co nie 
było znowu takie trudne, zważywszy że w całej tej sytuacji zachowywał się jak skończona 
świnia. Ją winić za grzechy Iggyego. Ze też ma czelność?!
- Mówię poważnie, Kippie - wycedziła, obracając się jak fryga, i wbiła pałający wzrok w 
powietrze tuż obok jego twarzy. Nie potrafiła spojrzeć mu prosto w oczy. Nie w tej chwili. - 
Iggy jest moim krewnym. Moim problemem. Jeśli myślisz, że nie poradzę sobie z tym małym 
idiotą bez twojego wtrącania się we wszystko, to radziłabym jeszcze raz się zastanowić. A 
poza tym, zgodziliśmy się nie wchodzić sobie w paradę, mylę się? Czyż nie na tym zasadzała 
się nasza umowa?
Kipp oddychał głęboko przez nos, jak byk na sekundę przed przypuszczeniem szarży.
- Twój krewny sprowadza sobie kobietę pod mój dach, pani!
- Twój dach? Och, czyżby? A więc tak się rzeczy mają, milordzie? Robisz raban wokół tego, 
jak to się wszystkim dzielimy, jacyśmy ze sobą zaprzyjaźnieni, jak wszystko, co twoje, należy 
także do mnie... wokół wszystkich miłych drobiazgów, jakie wynikają z naszej umowy. Ale 
kiedy jeden drobiazg nie spotyka się z twoją aprobatą...

background image

- Drobiazg? Jezus, Maryja, kobieto, czy ty siebie nie słyszysz? Nie słuchałaś mnie? - Kipp 
potarł   usta   i   zaczął   powoli   liczyć   do   dziesięciu,   usiłując   odzyskać   panowanie   nad   sobą. 
Zawsze nad sobą panował. Dopóki w jego życie nie wtargnęła Abby, niech ją diabli. Teraz 
był... był... cóż, był cholernie pewny tego, że daleko mu do szczęścia.
Jak się okazało, Abby istotnie go nie słuchała. Popatrywała w stronę wejścia, na Gilletta, 
który stał, potrząsając głową i załamując ręce. Gillett wyglądał jak zmartwiona stara kobieta o 
posturze generała - dziwne połączenie, które ostrzegło Abby, że coś jeszcze się wydarzyło.
- Gilletcie? - spytała i skuliła się, gdyż Kipp z impetem opadł na fotel, przy czym wymknęło 
mu się kilka niezbyt parlamentarnych wyrażeń.
- Milordzie, milady - zaczął powoli Gillett, po czym resztę mowy wyrzucił z siebie jednym 
tchem:   -   Pan   Dagwood   Backworth-Maldon   czeka   w   holu   wejściowym,   oświadczył,   że 
wydziedziczył brata i nie zamierza ani jednej chwili dłużej przebywać w jego towarzystwie. 
Najchętniej,  jak  mi   przed  chwilą   powiedział,  zdarłby  sobie  własną   twarz,  gdyby  to  było 
możliwe, żeby nigdy więcej nic nie przypominała mu brata, gdy przypadkowo zerknie w 
lustro.
Gillett błagalnie spojrzał na Kippa, który usiłował właśnie zamknąć usta.
- Przywiózł bagaż, milordzie.
- Oczywiście. Oczywiście, że tak - wycedził Kipp, gdy udało mu się dobyć głosu. Podniósł się 
z fotela i podszedł do Abby z rękami założonymi na plecach. Obszedł ją dookoła, wpatrując 
się w nią, po czym zatrzymał się, a jego oczy ciskały pioruny:
- I mam rozumieć, że tym także sama się zajmiesz? Bez mojej pomocy, tak jak to kazałem ci 
rozwiązywać twoje problemy? Pamiętasz, o czym mówię, prawda? O problemach, które, jak 
twierdziłaś, nigdy nie wpłyną na moje życie? O tych, które nie będą na mojej głowie?
- Och, chrzań się, Willoughby - Abby niemal wypluła z siebie te słowa i chciała przejść obok 
męża, byle  tylko  nie patrzeć  na niego ani sekundy dłużej. Zakochana w nim?  Naprawdę 
zaczynała wierzyć, że mogłaby się w nim zakochać? Zawsze musiał postawić na swoim, tak 
jak jemu było wygodnie.
Czy kiedykolwiek zastanowił się chociaż, że mogłaby potrzebować jego pomocy, że mógłby 
sam ją zaproponować? Bez wątpienia i tak by odmówiła, właściwie już to zrobiła. Ale mógł 
przynajmniej powstrzymać się od napawania się faktem, iż osuwała się coraz niżej i niżej w 
głąb przepaści, mógł przestać rozwodzić się nad swoim zdenerwowaniem. Przecież to chyba 
niemożliwe, aby uważał, że ona cieszy się z rozwoju wypadków?
- Chrzań się? - powtórzył Kipp i, z zębami wyszczerzonymi w krzywym uśmiechu, złapał ją 
za ramię i przyciągnął do siebie. Dobry Boże, jakże bardzo chciał ją pocałować. Całować, aż 
oboje zapomną o całym bożym świecie. Zanieść ją na górę i rzucić na łóżko, zobaczyć, jak jej 
gniewne   oczy   zmieniają   się   w   głębokie   ametystowe   jeziora   pełne   namiętności,   o   jakiej 
Aramintha Zane mogłaby napisać tomy, nie powtarzając ani jednego słowa. Zatopiliby się w 
tym nastroju.
Tak, chciał zabrać ją do łóżka.
Natychmiast po tym, jak całą jej rodzinkę wyprawi statkiem do Ameryki.
Pewniej   stanął   na   nogach,   dosłownie   i   w   przenośni,   gdy  przypomniał   sobie,   że   to   tylko 
umowa, że kocha Merry, że wszystkim, czego chciał od Abby, było przyjemne życie bez 
uczuciowych komplikacji i ochrona przed litością Merry. By mu była przyjaciółką, jeśli to 
możliwe.
-   Pozwolisz   mu   się   tu   wprowadzić,   prawda?   -   spytał,   gdy   w   końcu   odwzajemniła   jego 
spojrzenie, gdy jej rozszerzone fiołkowe oczy wpatrzyły się w niego z niesłabnącą furią. - 
Wszystkich ich tutaj sprowadzisz, prędzej czy później. Bo mnie nienawidzisz, tak? Nie wiem 
dlaczego, ale mnie nienawidzisz. Chcesz mnie pokarać za jakiś grzeszek czy niedociągnięcie, 
które mi przypisujesz, czy tak?
- Tobie? Naprawdę wierzysz, że wszystko się kręci wokół ciebie, ciebie dotyczy? Oczywiście, 

background image

że tak! Jesteś najbardziej płytkim,  śmiesznym,  nieznośnym  człowiekiem, jakiego w życiu 
poznałam - oświadczyła Abby z żarem. - A znając moją rodzinę, rozumiesz chyba, jak wiele 
to znaczy!
Kipp gapił się na nią przed dłuższy czas. Czy to możliwe, że tak niedawno uważał ją za osobę 
spokojną, w gruncie rzeczy nieuczuciową, która nigdy nie traciła nad sobą kontroli, osobę, 
która potrafiła wyjątkowo chłodno i racjonalnie uporać się z każdą sytuacją? Podziwiał ją za 
jej opanowanie, wyważony charakter.
Ale   dosłownie   uwielbiał   ją   za   to,   że   czasem   je   traciła,   urywała   się   z   krótkiej   smyczy 
samokontroli,   którą   wcześniej   poluźniała   tylko   w   łóżku,   bo   tylko   tam   nie   miała   się   na 
baczności, tylko tam pozwalała, by górę wzięło pożądanie. W łóżku zawsze wydawała się mu 
prawdziwsza. Teraz zaś uświadomił sobie, choć był to dla niego wstrząs, że nareszcie ujrzał 
prawdziwą Abby poza pościelową scenerią, w jej prawdziwym życiu. Nie opanowaną. Nie 
odgrywającą ról. Niewdająca się w gierki.
Nawet seks był dotychczas grą, w której uczestniczyli oboje.
Aż do teraz.
Od tej kłótni, od tego siarczystego policzka, jaki wymierzyło mu życie, wszystko się dla 
Kippa zmieniło i zachodził w głowę, dlaczego to się stało i jak.
Nie była już jego nieuciążliwą żoną. Była Abby. Całą Abby. Wykroczyli  poza wzajemne 
uprzejmości, pożądanie. Zachowywali się zupełnie jak małżeństwo. Tak, tak. Dokładnie tak. 
Zachowywali się jak mąż i żona. Prawdziwi mąż i żona. Widząc, robiąc i czując wszystko - 
to, co dobre, oraz to, co złe.
Co zatem miał teraz z nią zrobić? Co ma w ogóle robić?
- W takim razie zniknę ci z oczu, pani. Nie spodziewaj się mnie do bardzo późna, jeśli w 
ogóle.
-   Och,   wypisz   wymaluj   cały   ty.   Ma   być   miło,   ma   być   przyjemnie   i   niezobowiązująco. 
Dlaczego miałabym oczekiwać od ciebie czegokolwiek innego, skoro nie patrzysz dalej niż na 
czubek swego nosa? Cóż, nie pędź do domu przez wzgląd na mnie, milordzie, bo mnie także 
niespieszno ponownie cię oglądać.
Następnie wyrwała się z jego chwytu i ciężkim krokiem wypadła z bawialni, nim zdążyłaby 
uwiesić mu się na szyi i błagać, by jej, na miłość boską, pomógł. Żeby, na miłość boską, ją 
pokochał.

background image

19

W rezydencji na Grosvenor Square zapanował wyraźny chłód, kładąc się cieniutką warstewką 
lodu na każdej wymianie zdań między Kippem a Abby w ciągu długiego, smutnego tygodnia, 
dwóch dni, sześciu godzin i, jako że zegar nad kominkiem melodyjnie ogłosił właśnie, iż 
minęło następne pól godziny, dokładnie trzydziestu minut.
Nadal bywali na tych samych przyjęciach, przychodzili i wychodzili razem. Nadal uśmiechali 
się i flirtowali. Nadal rezerwowali dla siebie wszystkie walce. Jak dotąd wywiązywali się z 
warunków umowy.
Publicznie.
Spali jednak w osobnych łóżkach.
I przestali się śmiać.
Czwartego   dnia   do   rezydencji   przy   Grosvenor   Square   w   porze   kolacji   zawitał   Bailey 
Backworth-Maldon, za pośrednictwem Gilletta oświadczył, iż nie widzi powodu, by jego brat 
miał stołować się lepiej od niego, i oznajmił, że zamierza tu zostać.
Na   dodatek,   jak   ujął   to   Gillett   w   odniesieniu   do   Dagwooda,   wujaszek   Bailey   przywiózł 
bagaże.
Kipp nie odezwał się słowem, bo szczęki miał zaciśnięte tak mocno, że z wysiłku rozbolały 
go zęby.
Hermione przybyła następnego popołudnia - tak, z bagażami - by ogłosić, że cała rodzina 
stołuje się lepiej  niż  ona (Backworth-Maldonowie wiele życiowych  decyzji  podejmowali, 
kierując się rozkoszami stołu, w ten czy inny sposób) i że osobiście nie widzi najmniejszego 
powodu, by się do nich nie przyłączyć.
Zrezygnowała   już   z   wynajmu   domu   przy   Half   Moon   Street,   jak   na   wstępie   wyjaśniła 
oniemiałej   Abby,   nie   dostrzegała   bowiem   sensu   w   trwonieniu   świeżo   przyznanej   pensji, 
czekając, aż jej niewdzięczne dzieci przypomną sobie o osobie, która cieszyła się, choć jej 
biedne ciało zostało dosłownie rozerwane na dwoje, że daje im życie.
Kolejna lodowata rozmowa odbyła się po przyjeździe Hermione:
-   Ona   też?   Na   tym   koniec,   pani,   czy   też   zamierzasz   niebawem   importować   Backworth-
Maldonów z zamorskich krain?
- Nie sądzę, niemniej poważnie się zastanawiam, czy nie zacząć spacerować po ulicach i 
proponować zupełnie obcym ludziom, żeby wprowadzili się do rezydencji.
- Zastanawiasz się? Ha! Już zaczęłaś spraszać Bóg wie kogo, a może zapomniałaś o Reginie 
Bliss?
-   W   tym   domu   są   czterdzieści   dwa   pokoje,   Kippie,   przynajmniej   były,   kiedy   ostatnio 
sprawdzałam, nie wliczając w to pokojów dla służby. Nawet nie będziesz wiedział, że tu są. I 
nie martw się. Jestem o krok od znalezienia rozwiązania, chociażby tylko w kwestii Iggy'ego, 
który niewątpliwie wyleci stąd pierwszy. Wystarczająco już nadużył mojej cierpliwości. Z 
wujkami natomiast może być odrobinę trudniej, bo wciąż jeszcze nie zdołali wykoncypować, 
jak odzyskają swoją fortunę.
- Fortunę? Jaką fortunę?
- O nie. Nie myśl, że ci o tym opowiem, żeby móc wysłuchiwać kolejnej płomiennej tyrady o 
tym, jak to ściągam swoje problemy z Backworth-Maldonami do twojego domu. Nie chcesz 
niczego wiedzieć, pamiętasz? Nie chcesz, by cię w cokolwiek wciągano. Chcesz, żebym sama 
rozwiązywała swoje problemy i nie interesowała się twoimi. Taką mamy umowę.
- W ten sposób naszą umowę pojmuję ja, ulegam jednak wrażeniu, że ty interpretujesz ją 
inaczej, pani. Jak na kogoś, kto obiecywał mi monotonne życie, życie niezmienione pomimo 
naszego   ślubu,   dosłownie   przechodzisz   samą   siebie,   by   jak   najskuteczniej   to   życie 
skomplikować. W każdym kącie, w każdym zakamarku natykam się na ciebie, ilekroć się 
tylko ruszę. Wyobrażam sobie, że to kwestia tygodni, zanim ogołocisz moją salę bilardową i 

background image

zmienisz ją... w... nieważne, pal to licho!
- Jesteś nieznośny! I raczej śmieszny, to na wypadek, gdyby tak bardzo pochłaniały cię te 
twoje głupie fochy, że przesłaniają ci cały świat. Powiedziałam, że wszystko załatwię, zajmę 
się wszystkimi, i tak zrobię. Po prostu potrzebuję trochę więcej czasu.
- Czasu, żeby zająć się wszystkimi Backworth-Maldonami, pani, pokuszę się o uściślenie. Ja 
Backworth-Maldonem nie jestem i nie potrzebuję, by się mną zajmowano. I nieszczególnie 
mam na to ochotę, dodam.
- Oczywiście, że nie.
- Ha! Znów ta sama śpiewka. Oczywiście, że nie, oczywiście, że nie. Cóż, nie łudź się, że nie 
wiem,   co   to   oznacza,   moja   miła.   Wybacz   zatem,   pani,   że   sprawię   sobie   przyjemność   i 
odrobinę się powtórzę. Mną nie musisz się zajmować, wcale mi tego nie potrzeba.
- Nie, rzeczywiście ci nie potrzeba, fakt. Po prostu zawsze musisz dostać to, czego chcesz i 
tak jak chcesz. Wszyscy mają robić to, na co ci przyjdzie ochota, zachowywać się wedle 
twojego widzimisię. Gillett nie może wyjechać do Walii, bo nie możesz znieść myśli, że 
miałbyś  się z nim rozstać - bo przecież jego życie znaczy tylko tyle, ile wnosi w twoje. 
Dziwię się, że nie zachowałeś wszystkich zabawek z dzieciństwa, że nie kazałeś wypchać 
swojego   pierwszego   kuca   i   postawić   na   postumencie.   Nie   potrafisz   się   uwolnić   od 
przeszłości, a zamykasz się na wszystko, co nowe.
- To jakaś bzdura.
- Czyżby? A czy nie właśnie dlatego ożeniłeś się ze mną? Żebyś mógł dalej być taki, jaki 
byłeś, być tym, kim byłeś - kurczowo trzymając się tego, co już minęło, zamiast spojrzeć 
przed siebie i zobaczyć, co może przynieść przyszłość?
- A to już kłamstwo.
- Nie, Kippie. W tym także się mylisz. My jesteśmy kłamstwem. Sam jeszcze do tego nie 
doszedłeś?
Zapadło   chwilowe   milczenie,   Kipp   bowiem   obserwował,   jak   do   bawialni   wmaszerowuje 
Pieszczuś, spokojnie podchodzi do zasłon i zadziera nogę. Lepiej skoncentrować się na psie, 
na   swoim   gniewie,  niż   zastanawiać  się   nad  tym,   co  Abby  powiedziała,  jak  go  dotknęła, 
dlaczego obudziło się w nim poczucie winy. Na pewno nie dlatego, że mogła mieć rację. 
Racji mieć po prostu nie mogła.
- Chcę, żeby ten stwór znalazł się pod kluczem.
Do   pomieszczenia   drobnym,   sprężystym   kroczkiem   wszedł   właśnie   Ignatius   Backworth-
Maldon   w   swoich   długich   butach   na   czerwonym   obcasie,   porywając   po   drodze   talerz   z 
kandyzowanymi owocami, żeby zabrać go ze sobą na górę.
- Kto? Iggy? Czy ty aby odrobinę się nie ośmieszasz? Zdążyłam już pozbawić go Skowronka, 
której jest o wiele lepiej u Sophie. Czy też było, dopóki nie ukradła dwóch srebrnych lichtarzy 
i zniknęła bez śladu, zapewne w celu znalezienia nowego protektora. Sophie dała mi słowo, 
że się tym nie przejęła, jako że nie każdy wielkoduszny czyn musi przynosić taki sukces, jak 
w przypadku Reginy.
- Nie, nie mówię o tym bufonie. Tam. Szczuś.
- Pies Hermione? Wabi się Pieszczuś.
- Może ty tak uważasz. Ja jednak wierzę w nazywanie rzeczy po imieniu.
Abby wyszła z pokoju, nim zdradziłby ją uśmiech.
Kipp   naprawdę   był   dobrym   człowiekiem,   pomimo   wszystkich   swoich   wad,   gdy   szło   o 
chorobliwe przywiązanie do przeszłości i nieumiejętność przyjmowania czegokolwiek - lub 
kogokolwiek - nowego. Zacnym człowiekiem. Serdecznym  i współczującym,  i na wskroś 
cudownym. Po prostu sam o tym nie wiedział.
Kippowi nie dane było doświadczyć prywatnego objawienia, dzięki któremu zrozumiałby, że 
jest dobry, zacny i serdeczny - cóż, taki, za jakiego miała go Abby. Przynajmniej nie tego 
ranka, to było pewne.

background image

Humor   nieznacznie   mu   się   poprawił,   gdy   Brady   James,   hrabia   Singleton,   sprawił   mu 
niespodziankę, pojawiając się w mieście pełne dwa tygodnie, jeśli nie więcej, wcześniej niż 
się go spodziewano. Dość przyjemnie spędzili godzinę na grze w bilard, po której Brady był 
Kippowi   winny   dwie   swoje   posiadłości   i   pierworodnego,   nim   służący   jakiś   czas   temu 
wysłany do Little Woodcote wrócił na Grosvenor Square.
- Spotkałeś się z pastorem i jego żoną? - spytał mężczyznę Kipp, retorycznie, bo tyle właśnie 
przed chwilą się od niego dowiedział.
Brady, który, korzystając z nieuwagi Kippa, wyhamował białą bilę, nim wpadła do narożnej 
łuzy, zainteresował się nagle:
- Jakim pastorem i jego żoną? Coś mnie tu ominęło?
- Cicho, Brady - rzucił protekcjonalnym  tonem Kipp. - Usiłuję coś zrozumieć. Walterze, 
wybacz ten wtręt. Mów dalej, proszę.
-  Tak,   milordzie   -  rzucił   służbiście   Walter,  a   jego  wydatne   jabłko   Adama  zadrgało,  gdy 
wyprostował się jak długi, mając na końcu języka raport obejmujący najmniejszy szczegół 
podróży do Little Woodcote. Skrupulatny był człek z tego Waltera Beama i było dla niego 
najzupełniej  jasne,  że  jego lordowska  mość  spodziewa  się  nie  mniej   niż  wyczerpującego 
raportu.
- Wsiadłem do dyliżansu, milordzie, w samiuśkim White Horse, i całe mile jechałem jako 
pasażer wewnętrzny, znaczy się, we środku, a nie obok woźnicy na koźle - i dziękuję jego 
lordowskiej mości, że dał pieniądze na opłatę, bo trochę se popadało, jakeśmy wyjechali za 
miasto, i jako pasażer zewnętrzny mógłbym się na śmierć zaziębić. Zatrzymaliśmy się w „Pod 
Koroną i Winogronami" na posiłek, i królik był zdeczko żylasty, ale czego można się spodzie-
wać   po   zajeździe   pocztowym,   zawsze   to   powtarzam.   Kiedy   już   se   ulżyłem,   po   jakiejś 
godzinie ruszyliśmy dalej i...
Kipp, który zastanawiał się, czy pomasować się po bolącej głowie, czy też kijem bilardowym 
pomacać głowę Waltera, zamachał rękami, uciszając go na moment.
- O pastorze, Walter, jeśli laska.
Brady wyczuł, że poukładane życie przyjaciela pod jego nieobecność jeszcze bardziej się 
skomplikowało. Oparł się biodrem o krawędź stołu i powiedział:
- Och, czy ja wiem, Kipp. Osobiście chętnie bym się jeszcze czegoś dowiedział o tym króliku.
- Zamknij... się... - wycedził Kipp i Brady opadł ciężko na fotel i zajął się swoim kieliszkiem 
wina. - A więc, Walterze, mówisz, że widziałeś się z pastorem?
- Tak, milordzie, pewnie, żem się widział. Z nim i z jego żonką, i siódemką dzieciaków. 
Pastoruje w Little Woodcote od kilkunastu lat, powiada, ku zadowoleniu hrabiego Allertona, i 
nigdy o żadnej Reginie Bliss nie słyszał.
- Psiakrew.
Brady pytająco uniósł jedną brew.
- Psiakrew? Dlaczego psiakrew, Kippie? I kim, do diabła, jest Regina Bliss? Dla mnie brzmi 
to jak fałszywe nazwisko, z rodzaju tych, w których gustują ulicznice, albo jeszcze gorzej.
Kipp przegarnął włosy, w duchu śląc Brady'ego dokądkolwiek, byle nie tam, gdzie teraz był.
 - Dziękuję ci, Walterze. Możesz odejść.
- Tak, doprawdy, Walter, teraz możesz już odejść - zawtórował Brady, po czym poczekał, aż 
drzwi  zamkną  się za mężczyzną,  i  dodał: - a  teraz  możesz  mi  opowiedzieć,  co się tutaj 
wyprawia i jaka w tym rola Abby, bo jeśli żadnej nie odgrywa, to będę potężnie zdziwiony. 
Jednakże,   zanim   zaczniemy,   pozwól,   że   powiem,   jak   cieszy   mnie   to,   że   znakomicie 
wyglądasz, widać, że dobrze się tobą zajmowano. Zycie w stadle małżeńskim dobrze ci robi, 
stary przyjacielu. Tego właśnie najbardziej ci było trzeba, spokojnej, poukładanej egzystencji, 
nieuciążliwej, uległej żony ścielącej ci życie różami, pozoru domowej sielanki, ponad którą 
nie mogłeś niczego pragnąć, nie mylę się, prawda?
- Wiesz, Brady, od dobrych kilku tygodni walczę ze swoją podejrzliwością, ale po prostu nie 

background image

potrafię   otrząsnąć   się   z   wrażenia,   że   swoim   zrzędzeniem   wmanewrowałeś   mnie   w   to 
małżeństwo, łącznie z wyborem panny młodej. Nie wiem, jakim cudem, ponieważ byłem 
przekonany, że ślub z Abby to tylko i wyłącznie mój pomysł, ale jesteś zdecydowanie zbyt 
zadowolony z siebie, żebym miał spokojną głowę. Chcesz mi wmówić, że się mylę?
- Raczej nie - przyznał Brady i błysnął zębami w uśmiechu. - Ale sam przyznaj, Kippie, kiedy 
ostatnio pomyślałeś o Merry albo o Jacku?
- To nie ma nic do rzeczy - zacietrzewił się Kipp, po czym warknął: - Czego? - ktoś bowiem 
zapukał właśnie do drzwi, czy też raczej zaczął w nie łomotać.
Drzwi uchyliły się lekko i w szparze między framugą ukazała się głowa wuja Baileya, w ślad 
za którą wepchnęła się po chwili reszta jego ciała... oraz ciało bliźniacze w osobie, rzecz 
jasna, wuja Dagwooda.
-   Przeszkodziliśmy   ci   w   czymś,   chłopcze?   Nie,   gdzie   tam.   Tym   bardziej,   że   mamy   do 
omówienia coś ważnego...
- ... krytycznej wagi, żeby nie skłamać. Krytycznej. Prawda, Bailey?
Brady dyskretnie pociągnął  nosem i doszedł do wniosku, iż bliźniacy Backworth-Maldon 
wydają zapaszek do złudzenia przypominający woń gnijącego ogródka, następnie wygodnie 
oparł   się   w   fotelu   i   skrzyżował   nogi   w   kolanach,   z   zadowoleniem   przyglądając   się 
przedstawieniu. Bo tego, że będzie świadkiem przedstawienia, był równie pewny jak faktu, że 
wieczorem w domu czeka na niego gorąca kolacja.
Wujowie Backworth-Maldon wymienili konspiracyjne spojrzenia, po czym wuj Bailey posłał 
Kippowi szeroki uśmiech i raz czy dwa klepnął go w ramię, jakby dodając mu otuchy.
- Kippie? - wtrącił Brady, widząc, że bracia woleli zachować podniosłe, jak bez wątpienia 
mniemali, milczenie. - Waham się, czy o tym wspomnieć, ale ci dwaj zacni panowie mają na 
sobie kapcie. Czyżby to znaczyło... czy to możliwe?
- Owszem, Brady, mieszkają tutaj - wycedził Kipp przez zaciśnięte zęby. - Przejściowo.
- Dobry człek, ten nasz milord. Wszystkich nas przygarnął....
- ... i Edwardine, i Iggy'ego...
- ... Hermione i nawet Pieszczusia.
- Pieszczusia? - przerwał Brady, spoglądając na Kippa, któremu ze złości poczerwieniał kark. 
- Och, a niech mnie, przyjacielu. Pieszczuś?
- Pies, Brady. Pies. - Gniewna odpowiedź i mordercze spojrzenie Kippa uciszyły Brady'ego, 
nie licząc cichego chichotu, którego nawet najsroższe spojrzenie nie zdołałoby powstrzymać.
Wuj Dagwood niestrudzenie paplał dalej:
- Wszystkich nas sprowadził, jedno po drugim. Tak dobrze nie jadałem od lat. Abby mówi, że 
to przez to wielkie serce milorda...
- ... i dlatego właśnie tu jesteśmy, żeby pogadać o tym twoim wielkim sercu, chłopcze luby. 
Widzisz...   -  wyjaśnił   wuj   Bailey,   ponownie   poklepując   Kippa   po   ramieniu   -  właśnieśmy 
wyniuchali, że Longhope zamierza dać Backworth's Prize na rozpłód, i to tutaj, w Londynie...
- Jak nic brakuje mu forsy, skoro sprowadza Prize do miasta, żeby móc wszystkim wykluwać 
nim oczy, puszyć się i takie tam.
- ... no tośmy ruszyli głowami. Jakbyś złożył Longhope'owi wizytę, powiedział, że chcesz, 
żeby nasz ogier pokrył twoje klacze...
- ... mógłbyś go wypożyczyć na jakiś tydzień...
- ... a potem oddać mu zupełnie innego konia. Longhope to kiep...
- ...nawet się nie pozna. To plan doskonały, luby chłopcze. Sam się dziwię, że nie wpadliśmy 
na to wcześniej.
- Doskonały.
Kipp stał w milczeniu, przysłuchując się gorączkowej wymianie zdań pomiędzy wujami, nie 
ulegało bowiem wątpliwości, że ani on, ani Brady nie mieli w niej uczestniczyć. W końcu, 
przekonany, że już się wygadali, wpatrzył się w nich złym wzrokiem i spytał, choć rozsądek 

background image

podpowiadał, by tego nie robić:
- Co wy, do ciężkiej cholery, wygadujecie? Zarówno Bailey, jak i Dagwood rozdziawili usta, 
by odpowiedzieć, co natychmiast uświadomiło Kippowi jego błąd.
-   Mniejsza   z   tym,   panowie.   Jestem   pewny,   że   Abby   wszystko   mi   wyjaśni,   prawda?   - 
zasugerował pośpiesznie i jowialnym gestem objął każdego z braci ramieniem, machnięciem 
ręki dając Brady'emu znak, by zeskoczył z fotela i otworzył drzwi do holu. Chwilę później 
bracia znikli im z oczu, a Kipp ciężko zaparł się plecami o drzwi, starannie wcześniej je 
zamknąwszy.   Na   ustach   błąkał   mu   się   nieznaczny   uśmiech,   gdy   szukał   spojrzeniem 
Brady'ego.
- Są nieco ekscentryczni - wyjaśnił przyjacielowi.
-   A   Prinny   jest   odrobinkę   pucołowaty   -   odpowiedział   z   uśmieszkiem   Brady.   -   Masz 
jakiekolwiek pojęcie, o czym tak zaciekle trajkotali?
- To niewłaściwe pytanie, Brady. Powinieneś zapytać, czy ja w ogóle chcę wiedzieć, o czym 
trajkotali?  Nie wydaje  mi  się. Poza tym  obiecałem  Abby,  że nie  będę się wtrącać  w jej 
sprawy, tak jak ona obiecywała mi, że poradzi sobie ze swoją rodzinką bez mojej asysty. 
Wszystko to należy do naszej umowy małżeńskiej, rozumiesz.
- I nie jesteś ani trochę ciekawy?
- Och, jestem ciekaw, Brady. Ale skoro ostatnimi czasy nie odzywamy się z Abby do siebie, 
podejrzewam, że będę musiał trwać w stanie błogiej ignorancji. A zresztą, sam się nad tym 
zastanów, Brady. A może ty chciałbyś się dowiedzieć, o czym, do diabła, mówili ci dwaj?
Brady pokręcił głową.
- Myślę, prawdę powiedziawszy, że wolałbym posłuchać o tej całej Reginie Bliss i pastorze 
Little Woodcote.
- Święta prawda. - Kipp targnął za sznur, który uruchamiał dzwonek w kwaterach służby. 
Niemal natychmiast pojawił się służący,  któremu Kipp polecił powiadomienie Reginy,  że 
proszona jest na rozmowę z panem. Gdy z Bradym czekali na przyjście nowej pokojowej, 
Kipp zreferował mu pokrótce wydarzenia, które zaszły w Covent Garden i później, w sypialni 
Abby.
- Żadne z niej dziecko? Ma szesnaście lat albo i więcej, jak twierdzi Abby? - zdziwił się 
Brady dokładnie w chwili, w której od strony drzwi dobiegł ciche skrobanie zapowiadające, 
jak spodziewał się Kipp, pojawienie się Reginy Bliss, czekającej, aż zostanie zaproszona do 
środka. - A jej historyjka to jedno wielkie kłamstwo?
- Seria kłamstw, to chyba trafniejsze - odrzekł Kipp i zmarszczył brwi. - A teraz czeka mnie 
zaszczytne zadanie odsiania fałszu od prawdy, żeby potem najpewniej złamać Abby serce, 
odsyłając tę dziewczynę precz, nim, jak obawiała się Edwardine, wymorduje nas w łóżkach.
- Jak na razie nieboszczykiem nie jesteś - powiedział z naciskiem Brady i wydął językiem 
policzek. - Och, otwórz wreszcie te drzwi, Kipp. Coś mi się zdaje, że powinienem osobiście 
się przyjrzeć tej pannie Bliss.
Jednak zamiast kłamliwej pokojowej w drzwiach ukazała się Abby, cierpliwie czekająca na 
zaproszenie do środka - wiedziała, że ten pokój stanowił prywatne sanktuarium Kippa i w 
równym stopniu nęciło ją, by zakłócać jego spokój, co pośpieszyć z wyznaniem, że tęskniła 
za nim, samotnie kładąc się do łóżka. Choć tęskniła straszliwie.
- Brady! - wykrzyknęła, gdy tylko Kipp otworzył i pomknęła przez pokój, by go uściskać. - 
Och, Brady, jak dobrze cię znowu widzieć! - Obejmując go, szybko szepnęła mu do ucha: - 
On nadal o niczym nie wie, więc jeśli masz dla mnie bodaj odrobinę sympatii, staniesz na 
głowie, żeby nigdy nie dowiedział się o twoim udziale w całej sprawie. Rozumiesz?
- Piękniejesz z dnia na dzień, Abby. Szczęściarz z tego Kippa. - Brady żartobliwie cmoknął ją 
w ucho, powoli, by szepnąć: - Jesteś bezpieczna jak w skarbcu, moja droga. Zwłaszcza że 
cenię sobie własną skórę.
Kipp stał nieruchomo jak głaz, patrząc, jak Abby obejmuje Brady'ego. Patrząc, jak Brady 

background image

obejmuje Abby.
Kipp   naprawdę   był   dobrym   człowiekiem.   Zacnym   człowiekiem.   Troskliwym   i 
współczującym, i na wskroś cudownym.
Gdyby   jednak   Brady   nie   zabrał   niebawem   łap   od   jego   żony,   byłby   rozdarł   serdecznego 
przyjaciela na sztuki.
Abby nie zamierzała pozwolić, by Brady sobie poszedł, wiedząc, że stanowi on jedyny bufor 
między  nią  a  Kippem,   nawet  wtedy,   gdy Kipp  złapał   ją  za  rękę  i pociągnął  za  sobą  do 
bawialni, zapowiadając, że muszą odbyć „rozmowę".
- A spodoba mi się ta „rozmowa"? - odważyła się spytać Abby. Miała nadzieję, że zobaczy 
uśmiech na twarzy Kippa, ta jednak dosłownie stężała. - Nie, chyba raczej nie.
- To by zależało, pani - wycedził Kipp, sadowiąc się na kanapie naprzeciw niej, i oparł dłonie 
na kolanach. - Widzisz, muszę ci powiedzieć, że twoje małe znalezisko z zeszłego tygodnia, 
twoja nowa szwaczka, nie jest tym, za kogo się podaje.
- O, to świetnie, Kipp, czyli porozmawiamy o tym, co to za jedna ta Regina Bliss - ucieszył 
się Brady, nalewając wszystkim po kieliszku wina. - Szwaczka, powiadasz? A ty uznałeś za 
konieczne, by wywiadywać się o zwykłą szwaczkę? Zastanawiam się dlaczego. Niemniej 
jestem   niezmiernie   wdzięczny,   że   dopuszczacie   mnie   do   swoich   domowych   spraw.   To 
wykładnik waszych uczuć dla mnie, otóż co o tym sądzę. Albo też, po pewnym namyśle, 
mam tu być kimś w rodzaju rozjemcy?
Abby na moment zamarło serce, niemniej  usiłowała zachować możliwie najspokojniejszy 
wyraz   twarzy,   a   równocześnie   ignorować   promienne   uśmiechy   Brady'ego,   który 
nieoczekiwanie wydał się jej nagle najzupełniej zbędny.
- Nie? No to kim ona jest?
Kipp zapadł się plecami w poduszki i popatrzył na Abby, szacował jej reakcję.
- Kim? Kłamała, a to czyni z niej oszustkę, to po pierwsze. Czy jest kimś gorszym, to nie 
zostało jeszcze ustalone.
Wstał i zaczął maszerować po pokoju, nie był bowiem w stanie usiedzieć na miejscu, dalej 
spoglądać na Abby, nie wówczas, gdy patrzeć na nią znaczyło tyle, co jej pragnąć.
- Wiem, że uzgodniliśmy - cóż, ty uzgodniłaś, bo przyznam, że dla mnie szczegóły wciąż 
jeszcze rysują się mgliście - że zajmiesz się wszystkim, co w twoim przekonaniu nie dotyczy 
mojej osoby. Niemniej uważam, że powinienem być obecny przy twojej rozmowie z Reginą, 
po to chociażby, by uspokoić się, że nie zaprosiliśmy pod nasz dach zwykłej przestępczyni. 
Gillett wysłał po nią kogoś, dodam tytułem sprostowania, mogłabyś  więc zastanowić się, 
jakie pytania dobrze byłoby jej zadać.
- Ja mam dobry tuzin - wtrącił Brady, po czym szybko zajął się swoim winem, nim Kipp 
zdąży wyrzucić go na złamaną twarz.
-   Przestępczyni?   Och,   Kipp,   doprawdy!   Jak   mogłeś   w   ogóle   coś   podobnego   pomyśleć? 
Regina   ma   takie   dobre   maniery...   chciałam   powiedzieć,   że   z   pewnością   nie   dała   mi 
najmniejszych   powodów   do...   ojej.   Nie   rozumiem.   Dlaczego   miałaby   nas   okłamywać, 
Kippie?
- Możliwe, że prawda nie okazałaby się taka milutka i przyjemna, jak opowiastki o tym, jaka 
to z niej porządna dziewczyna, wypędzona z posiadłości Allertona po śmierci wuja i ciotki. 
Wuja pastora, jeśli pamiętasz. Och, a otóż i ona sama. Wejdź, Regino - powiedział sucho i 
skinieniem głowy zasygnalizował żonie, że do niej należy pierwsza salwa.
-  Milordzie,  milady,  panie   hrabio...  - przywitała  się  Regina  i  dygnęła  z  szacunkiem   pod 
adresem całej trójki. Jej szare oczy omiotły duże pomieszczenie, niepewnie zatrzymując się 
na Bradym,  nim po dłuższej chwili wbiły się w dywan pod jej stopami. - Państwo mnie 
wzywali?
Abby patrzyła na dziewczynę, którą ocaliła, zabrała do własnego domu. Do domu Kippa. 
Taka ładna panna, teraz, kiedy zjadła kilka porządnych posiłków, i ubrana była w granatową 

background image

sukienkę i biały fartuszek. Młoda, inteligentna, schludna. Ale kłamliwa?
- Tak, Regino, wzywaliśmy.  Ehm...  wydaje się... to znaczy,  nie uszło naszej uwagi, że... 
ehm... jego lordowska mość poinformował mnie...
- O nie, tak to do niczego nie dojdziemy - przerwał jej Kipp, wydawało się bowiem, że Abby 
nie zdoła nigdy powiedzieć tego, co zostać powiedziane musiało. - Regino, okłamałaś nas. 
Posłałem kogoś do Little Woodcote i ten ktoś spotkał się z pastorem i jego małżonką, którzy 
jak najbardziej nadal są pośród żywych i nigdy o Reginie Bliss nie słyszeli. A więc, masz nam 
cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie?
- Przypuszczam - odezwała się w końcu Regina - że nie uwierzą państwo, że pomyliła mi się 
nazwa miasteczka? Ze nie brzmi ona Little Woodcote?
- Och, podoba mi się ta mała szelma! - zawołał Brady, siadając na drugiej sofie, i uśmiechnął 
się   do   Reginy,   która   przechyliła   głowę   i   bezwiednie   odpowiedziała   mu   uśmiechem,   nim 
szybko oprzytomniała, a jej wyrazista twarz oblekła się w wyraz wielkiego żalu i skruchy.
- Brady, zachowuj się. Nie, Regino, nie uwierzylibyśmy w to - odparła Abby, dokładając 
wszelkich starań, by irytacja, która ją ogarnęła, nie dała się słyszeć w jej głosie. Jak Regina 
mogła to jej zrobić, ją okłamać? Czy prawda była aż tak okropna?
- Tak mi przykro, psze pani - westchnęła Regina, pochylając głowę. - Ale czy przyjęłaby 
mnie pani, gdybym powiedziała prawdę? O ileż lepiej zmyślić pastora i jego żonę, o ileż 
lepiej być niewinną sierotą, niż pasierbicą, która uciekła z nieszczęśliwego domu po śmierci 
matki. Nie mogłam przecie ryzykować, że milady mnie tam odeśle, bo umarłabym, dosłownie 
padłabym  trupem,  gdybym  musiała wrócić do tego okropnego człowieka  i jego okropnej 
przędzalni wełny. On... on chciał, żebym tam pracowała, pani, szesnaście godzin dziennie, jak 
gdyby połowa przędzalni nie była moją prawowitą własnością, tak jak wcześniej należała do 
mojego ojca. Nie zostałabym tam ani dnia dłużej, kiedy zabrakło mamy.
Pojedyncza łza spłynęła po policzku Reginy i kapnęła na biały fartuszek.
- U... uciekłaś z domu? Od niegodziwego ojczyma? - spytała, a serce znów się w niej ścisnęło. 
- A twoja matka nie żyje? Och, ty małe biedactwo. Kipp, czy ty się nie wstydzisz?
-   To   ty   wierzysz   w   te   oczywiste   androny?   -   żachnął   się   Kipp,   bliższy   osłupienia   niż 
kiedykolwiek dotychczas. - Abby, na litość boską...
- Ja jej wierzę - wpadł mu w słowo Brady, gdyż oczy Abby, skierowane ku mężowi, zdawały 
się krzesać ametystowe iskry. - A może nie. Ale co to ma za znaczenie? To jasne, że dobra z 
niej dziewczyna. Chyba nawet ty to dostrzegasz, prawda, Kippie?
-  Ale   ja  patrzę  oczami,   Brady  -  zagrzmiał   Kipp  z  naciskiem,   wiedząc,   że  uroda   Reginy 
wywarła na Bradym piorunujące wrażenie. - Na marginesie, ona nie ma więcej niż szesnaście 
lat.
- Auć - syknął Brady i skulił się. - Tak czy siak, wierzę jej. Niegodziwy ojczym bywa gorszy 
niż sam diabeł. Pewnie nawet ma rogi i całą resztę.
- Możesz już odejść, Regino - rzucił Kipp, skrajnie zirytowany, nie zamierzał jednak wdawać 
się w spór z żoną i przyjacielem z powodu wierutnych kłamstw dziewczyny - ale jeszcze do 
tego wrócimy.
- Tak, milordzie - rzuciła Regina i, dygnąwszy, dosłownie wybiegła z pokoju.
- Nadal nie mówi prawdy, chyba wiesz o tym - dodał Kipp pod adresem Abby, która właśnie 
uświadomiła sobie, że kolejna cegiełka wylądowała na stosie problemów, jakie już dźwigała 
na swoich barkach.
- Wiem - odrzekła z westchnieniem. - Zajmę się tym.
- Oczywiście. - W głośnym śmiechu Kippa nie wyczuwało się wesołości.
- A wiecie co - zaczął Brady tonem namysłu i odstawił pusty kieliszek - gdybym nie był 
mądrzejszy, powiedziałbym, że ta cała Regina to ktoś żywcem wyjęty z tych niepoważnych 
powieści Araminthy Zane, za którymi tak przepadają wszystkie panie, co ty na to, Kippie? 
Tajemnicza piękność, nieznana przeszłość, niebezpieczeństwo tuż? Abby? Czytujesz pannę 

background image

Zane, prawda? I co myślisz? Powiedziałbym, że czai się tu przygoda. Wszystko, czego pannie 
Bliss potrzeba, to odpowiedni bohater. Kippie, jakiego bohatera ty życzyłbyś sobie dla panny 
Bliss?
- Czy ty aby nie jesteś umówiony z krawcem? - warknął Kipp, doszedł bowiem do wniosku, 
że przyjaciel bawi się aż nadto dobrze, w dodatku jego kosztem. - Tak, jestem tego zupełnie 
pewny, podobnie jak tego, że obiecałem ci towarzyszyć, żeby nie skończyło się to dla ciebie 
kolejną krawiecką katastrofą. Idziemy?
Abby nie ruszyła  się z fotela, gdy obaj pokłonili  się jej i pożegnali  uprzejmie,  po czym 
opuścili  pokój, pochłonięta  roztrząsaniem  problemu,  jaki stanowiła  osoba panny Bliss... i 
osoby   wujów,   wiecznie   mamroczących   pod   nosem   o   odzyskaniu   Backworth's   Prize...   i 
Hermione, która z samego rana wyraziła pogląd, że spodziewa się, iż wszyscy przeniosą się 
do Willoughby Hall po końcu sezonu... i Edwardine, która zapałała uczuciem do młodego 
lorda Wilkinsa, drugiego do schedy po ojcu i bez grosza przy duszy... i Iggy'ego, za którego 
sprawą nad jej głową wisiał - w przenośni - miecz Damoklesa... oraz osoba Kippa, który nie 
wiedział, że się w nim zakochała i zapewne znienawidziłby ją, gdyby o tym się dowiedział.
Jaka   szkoda,   że   nie   była   katoliczką.   Nagle   bowiem   poczuła,   że   z   największą   ochotą 
wstąpiłaby do klasztoru.

background image

20

Kipp zostawił Brady'ego u krawca, po czym resztę dnia spędził, włócząc się po Londynie i 
obrzucając   się   w   duchu   najróżniejszymi   wyzwiskami,   wśród   których   nieodmiennie 
figurowało słowo „idiota". Głupi idiota. Uparty idiota. Niepoprawny idiota. Zdziecinniały, 
rozmarudzony idiota. Idiota z tych, co to jak rzep uczepili się przeszłości i ignorują każdą 
myśl o przyszłości. Z tych głupszych nawet niż but z lewej nogi.
Z tych, którzy ciągle się czegoś boją.
Dużo też rozmyślał na temat wszystkiego, co powiedziała mu Abby od czasów pierwszej 
prawdziwej kłótni, o co go oskarżyła, i wiedział, że ani razu nie minęła się z prawdą.
Problem w tym, że lubił Abby. Szczerze ją lubił. Bardzo. Bardziej niż bardzo.
Na dodatek nie wiedział, co, do diabła, z tym począć.
Szukał nieuciążliwej żony, tarczy, za którą chciał się ukrywać po powrocie Merry i Jacka z 
Ameryki.
Znalazł jednak przyjaciółkę. Dobrą przyjaciółkę.
Bardzo dobrą przyjaciółkę.
Więcej nawet niż przyjaciółkę?
Kipp   odesłał   powóz   do  domu   i   na  Grosvenor   Square   wrócił   z   Bond   Street   na   piechotę, 
usiłując w jakiś sposób poukładać sobie wszystko w głowie. Nie zwracał szczególnej uwagi 
na to, co działo się wokół niego, jako że pochłonięty był rozważaniami, czy Abby uciekłaby 
od niego, gdyby zasugerował - napomknął tylko - że mogliby stać się kimś więcej niż bardzo 
dobrymi przyjaciółmi.
Ta myśl natychmiast starła się z inną: bądź co bądź Merry także była jego bardzo dobrą 
przyjaciółką - i wystarczy spojrzeć, czym się to skończyło.
Miłość nieodwzajemniona nie mogła przetrwać, Kipp teraz o tym wiedział, podpisywał się 
pod tym całym sercem. Lecz czy pomimo tej wiedzy umiałby to serce po raz drugi narazić na 
szwank? W chwili obecnej nie wydawało mu się, by Abby chciała czegokolwiek prócz jego 
głowy podanej na srebrnej tacy, choć wcale jej o to nie winił.
Ponieważ był idiotą.
Całą gamą rozmaitych idiotów w jednym.
Uzgodnili, że każde z nich będzie żyło swoim życiem, olśnią socjetę pokazem małżeńskiego 
przywiązania, spotkają się w łóżku, a pod innymi względami wzajemnie dadzą sobie święty 
spokój. Durny, durny plan.
Przez   pewien   czas   dość   zabawnie   było   przyglądać   się,   jak   Abby   usiłuje   zapanować   nad 
stadkiem krewniaków, nadszedł jednak czas, by się wtrącił, dowiedział, co w trawie piszczy - 
nawet   jeśli   miałoby   go   to   zabić   -   by   później   zaproponować   żonie   swoją   pomoc.   Być 
bohaterem jak Korsarz, rozwiązać kilka problemów, okryć się chwałą, przyjąć płynące z głębi 
serca podziękowania Abby i poczekać, aż wpadnie mu w ramiona i padną, już oboje, prosto 
do łóżka.
Psiakrew,   ależ   pragnął   znowu   znaleźć   się   w   łóżku   Abby.   Jakże   za   nią   tęsknił.   Za   jej 
śmiechem. Jej nierozwagą. Namiętnością.
Raptem uwagę jego zwróciła para idąca po drugiej stronie trotuaru. Roxanne i Iggy, razem, co 
też,   u   nieba?   Kippowi   nie   przychodziła   do   głowy   gorzej   dobrana   para...   kochanków? 
Śmieszne! Lecz co w takim razie pozostawało? Przyjaźń? Też nie do pomyślenia.
Usta Kippa ściągnęły się, gdy tknęła go inna myśl. Spisek. Para spiskowców.
Tak. To brzmiało sensownie, w ten sam pokrętny sposób, w jaki Aramintha Zane natychmiast 
uznałaby to za najzupełniej logiczne, wręcz nieuniknione. Spiskowali. Ale spiskowali nad 
czym? Przeciwko komu?
Nie, nie, to już było głupie pytanie. Znał ich cel, tylko jeden bowiem wchodził w rachubę. 
Jego żona. Jego żona, która ewidentnie wbrew logice pozwoliła Iggy'emu pozostać pod ich 

background image

dachem po incydencie ze Skowronkiem.
Psiakrew! Jakiż był  z niego dureń, że wcześniej tego nie zauważył.  Abby kochała swoją 
rodzinę, nie należała jednak do osób, które dają sobie wchodzić na głowę. Iggy w mgnieniu 
oka znalazłby się na bruku, chyba że czymś jej zagrażał, być może nawet w jakiś sposób 
zagrażał samemu Kippowi, skoro Abby tak usilnie dbała o to, by w nic męża nie angażować, 
wolała się z nim kłócić, niż pozwolić, by jej pomógł.
Co prawda nie oferował jej pomocy ze szczerego serca, jeżeli w ogóle z serca.
Idiota. Psiakrew, ależ byt z niego idiota.
Postanowił, że zacznie dosyć skromnie, najpierw upora się z najłatwiejszymi do pokonania 
przeszkodami, potem zabierze się za Iggy'ego... i Abby.
- Panowie? - odezwał się kordialnie, gdy wujowie, zapukawszy, weszli do pokoju. - Jakże to 
uprzejmie z waszej strony, że tak szybko zeszliście na dół. Jeśli tylko zechcielibyście spocząć, 
o tam, będziemy mogli przejść do sedna sprawy, dobrze?
Wuj   Dagwood   łypał   na   Kippa   podejrzliwym   wzrokiem   jak   stary   puchacz,   wuj   Bailey 
natomiast dokonywał oględzin gabinetu Kippa, jednego z niewielu pomieszczeń, do których 
bracia nie zdążyli jeszcze wtargnąć od czasu oblężenia rezydencji.
- Jakiej to sprawy, luby chłopcze?
-   Nie   zachowuj   się   jak   osioł,   Dagwoodzie   -   prychnął   wuj   Bailey,   szturchając   bliźniaka 
łokciem w żebra. - Chłopak nam pomoże, oczywista. Przecież już go prosiliśmy. To przez tę 
twoją dietę,  wiesz.  Ani  jedna  myśli   nie  usiedzi  ci  w  łepetynie   dłużej  niż  do  następnego 
posiłku. I to widać, bracie, widać - dokończył, tym razem za cel kuksańca obierając wydatny 
brzuch Dagwooda, po czym usiadł i skrzyżował ręce na piesi, zasłaniając przy okazji plamę 
po zupie z marchwi. - Wal śmiało, młodzianku, jak zamierzasz nam pomóc?
Kipp przysiadł na rogu biurka, dziwiąc się, nie po raz pierwszy zresztą, jak udało się Abby nie 
oszaleć wśród tych niezwykle interesujących ludzi. Przyglądał się, jak bliźniacy walczą o 
miejsce na małej kanapie, poszturchując się niby para sztubaków, którzy uciekli z lekcji, w 
końcu   jednak   usadowili   się   jakoś,   przygładzili   zszarzałe   aureolki   cienkich   włosów   i 
przywołali wyraz oczekiwania na wykrzywione w uśmiechach twarze.
- A więc, po pierwsze, panowie, powiem wam, co udało mi się wyciągnąć od Gilletta, który 
wydaje się lepiej orientować w waszym... hm, problemie niż ja.
- Co? - Wuj Bailey wychylił się do przodu, nie wstając z kanapy, za to niemal wyskakując ze 
skóry. - Abby ci nie mówiła? Nie opowiedziała ci, jak...
- ... ten psubrat Harry upił się do imentu...
- ... przepuścił Backworth's Prize...
-   ...   nasz   majątek.   Nie   zapominaj   o   tym,   bracie.   Nasz   majątek.   A   wszystko   przez   tego 
parszywego Longhope'a.
- Już ja wiem, czemu Abby mu nie powiedziała, bracie. Przecież to przez nią Harry nas 
załatwił, wdeptał nas w ziemię. Biedna dziewczyna od tamtej pory stara się jakoś nam to 
wynagrodzić, choć nie robi tego w miły sposób, dusi każdy grosz, zanim komukolwiek go 
odda.
-   Prawda,   prawda.   Ale   teraz   jego   lordowska   mość   już   tak   zrobi,   żebyśmy   odzyskali 
Backworth's Prize. Kapitalnie, no nie?
Kipp przysłuchiwał się wymianie uwag między bliźniakami, czując się jak widz dość dziwnej 
rozgrywki, jakby słownej gry w zośkę, by przerwać w chwili, w której, jak miał nadzieję, 
zdążyli powiedzieć swoje i dojrzeli do tego, by posłuchać.
- Po pierwsze, nie mieszajmy do tej dyskusji mojej żony, dobrze? Przeszła już dość dużo, ani 
z waszą zasługą, ani moją. Po drugie, wujowie, nie poproszę Longhope'a o waszego ogiera, 
żeby odesłać mu innego. Nie wiem, dlaczego. Plan jest dobry, jest sensowny. Przypuszczam, 
że to tylko kwestia tego, że nie widzę siebie w roli kandydata do zawiśnięcia na szubienicy, 
gdyby coś się mimo wszystko nie powiodło. Wybaczycie mi, mam nadzieję.

background image

- Wybaczyć mu? Jak myślisz, bracie?
- A to tak można? Wybaczyć  komuś  coś, czego nie zrobił? Kipp wbił palce we włosy i 
przegarnął je, rozumiejąc w końcu, dlaczego Abby nie oszalała przy „wujaszkach". Udało się 
dzięki jej cudownemu poczuciu humoru, upodobaniu do absurdu... a rzadko kiedy zdarzało 
mu się widywać coś bardziej absurdalnego niż bliźniacy Backworth-Maldon.
- Panowie, jeśli pozwolicie, żebym mówił dalej? Powiedziałem, że wam pomogę, i to właśnie 
uczynię. Więcej nawet, mój plan jest już w toku - mój plan, którym dzielić się z wami nie 
widzę potrzeby - i, jak mam nadzieję, Backworth's Prize znajdzie się w waszych stajniach w 
Syston w przeciągu tygodnia.
- Doskonale! - wykrzyknął wuj Dagwood, zrywając się na nogi.
- Pierwsza klasa! - zawołał ze wzruszeniem wuj Bailey, wydobywając dużą białą chustkę do 
nosa i ocierając nią oczy. - Wielki z ciebie człowiek, chłopcze. Wielki, wielki człowiek.
- Tak, wiem - odparł Kipp nieskromnie, następnie przeszył braci płonącym spojrzeniem. - 
Lecz, niestety, moje serce nie jest tak czyste, jak mniemacie. Powiedziałem, że mam nadzieję 
na   powrót   waszego   konia   do   Syston.   Nie   mówiłem,   że   znajdzie   się   tam   na   pewno, 
nieprawdaż? Nie, wcale tak nie mówiłem. Ponieważ, mili panowie, istnieje kilka warunków, 
kilka przysług, o które chciałbym was poprosić w zamian za moją pomoc. Nielicho wstydzę 
się, że taki ze mnie okrutnik, ale jest, jak jest.
- Warunki? - spytał wuj Dagwood i klapnął na kanapę. - Czego sobie życzysz? Mamy za 
darmo dopuścić naszego ogiera do twoich klaczek?
Kipp zastanawiał się przez chwilę, po czym kiwnął głową.
- Zgoda, brzmi to dość uczciwie. Ale nie o to chciałem was prosić, nie tego potrzebuję.
Wuj Bailey na powrót upchnął chustkę do kieszeni.
- No to czego ci trzeba?
- Zastanówmy się - powiedział Kipp lekkim tonem, popukując się palcem w brodę. - Jak 
wyrazić to delikatnie? A co tam, może lepiej po prostu powiem to szybko. Chcę, żebyście się 
wynieśli, panowie. Najchętniej z samego rana, żebyście bladym świtem jechali już do Syston. 
Myślicie, że dalibyście radę?
Bracia wymienili spojrzenia.
- Elgin Marbles już widzieliśmy...
- ... farsę w Covent Garden zaliczyliśmy wczoraj wieczorem...
- ... dałoby się wytrzymać bez Hermione i tej kulki sierści przez jakiś czas, bez zbytniego 
problemu.
- Och, czyżbym zapomniał wspomnieć, że wasza szwagierka i bratanica będą podróżować z 
wami? Oraz ten przebrzydły mały kundel? Ogromnie się wstydzę.
-  Zabrać  ze   sobą  panie?   W  zamian   za  Backworth's   Prize?   Myślę,   że  jakoś  byśmy  sobie 
poradzili, dla Backworth's Prize... Ale nie będzie to miła podróż, tyle mogę ci powiedzieć, 
luby chłopcze.
- Czy będziemy nadal dostawać naszą pensję? - zainteresował się wuj Dagwood, przymrużył 
podejrzliwie oczy i ze współczuciem poklepał pojękującego Baileya po plecach.
-   Tylko   wówczas,   jeśli   będziecie   w   Syston,   żeby  ją   odebrać,   gdy  będzie   pojawiać   się   z 
końcem   każdego   kwartału   -   uściślił   Kipp   i   rozmowa   dobiegła   końca,   bliźniacy   bowiem 
pędzili już pakować bagaże.
-   Gillett?   -   odezwał   się   dziesięć   minut   później   Kipp,   odnalazłszy   kamerdynera   w   jego 
prywatnym  saloniku przy kuchniach.  Zastał  go siedzącego  w  swobodnej  pozie  na fotelu, 
moczącego stopę z haluksem w naczyniu z gorącą wodą. - Nie, nie, nie wstawaj, człowieku, 
miejże litość. Gilletcie, mam do ciebie pytanie. Nadal chcesz mnie opuścić, wyjechać do 
Walii?
Gillett, który od nazbyt wielu lat zachowywał się zbyt ceremonialnie, by nie postąpić tak 
samo   i   teraz,   wytarł   szybko   stopę   i   podniósł   się   z   fotela,   by   z   uwagą   przyjrzeć   się 

background image

chlebodawcy:
- Opuścić pana, sir? Zamyślałem opuścić moją posadę.
Kipp uśmiechnął się, lecz jego uśmiech był pełen smutku. Kolejny raz uświadomił sobie, że 
Abby miała słuszność. Postrzegał emeryturę Gilletta jako dezercję, co rzeczywiście było dość 
śmieszne.
- Tak, tak, oczywiście, Gilletcie. Kiepsko dobrałem słowa, prawda? Ale odpowiesz na moje 
pytanie? Wiem, że zgodziłeś się zostać, żeby pomóc mojej żonie w ciągu pierwszych tygodni 
po ślubie, sam to zaproponowałeś i dziękuję ci za to. Tylko powiedz, czy nadal życzysz sobie 
odejść... z posady u mnie?
Ramiona   Gilletta   jakby   obwisły,   czy   też   raczej   w   całej   jego  postawie   zaszła   nieznaczna 
zmiana,  lecz to starczyło,  by Kipp w jednej  chwili uprzytomnił  sobie, jak bardzo Gillett 
posunął   się   w   latach,   jaki   musiał   być   zmęczony,   jak   chętnie   usiadłby   przed   własnym 
kominkiem we własnym domu. Oparł dłoń na ramieniu Gilletta i uścisnął je.
- Poczekałbyś z tym do końca sezonu, stary przyjacielu? Jeszcze tylko kilka tygodni, a potem 
wszyscy wybierzemy się do Willoughby Hall po twoje rzeczy i będziesz mógł ruszać do 
Walii. Zgadzasz się?
-   Tak,   milordzie,   dziękuję   panu   -   powiedział   Gillett,   a   jego   podbródek,   choć   uniósł   się 
odrobinę wyżej, zadrgał, w oczach zabłysły tamowane łzy. - I... sir? Dobry z pana chłopiec, 
milordzie, zawsze pan taki był. Bardzo się cieszę szczęściem pańskim i milady.
- Dziękuję ci, Gilletcie - odparł Kipp szczerze, po czym pośpiesznie wyszedł z pokoju, żeby 
dobry, stary sługa nie czuł się zakłopotany, a jego pan nie zachował się w sposób, którego 
twardy mężczyzna musiałby się wstydzić.
Drzwi dzielące sypialnie Kippa i Abby otworzyły się gwałtownie i natychmiast zatrzasnęły z 
hukiem.
- Tu jesteś! Co ty, do diabla, sobie wyobrażasz, że tak się zachowujesz?
Kipp spojrzał sponad książki, którą czytał, czy też raczej udawał, że czyta, i uśmiechnął się do 
żony.
- Czytam? - podpowiedział usłużnie. Zastanawiał się przy tym, czy to możliwe, by reszta 
świata wiedziała, jak pięknie wygląda jego zwyczajna zdawałoby się żona, kiedy wpada w 
złość. Choćby nawet w morderczą furię.
- On czyta - powtórzyła Abby jadowicie. - A czemuż to, Kippie? Nie masz więcej nosów, 
które mógłbyś wściubiać w moje sprawy?
- Rozmówiłem się z twoimi wujami - oznajmił, kiwając głową.
- Tak, niech cię diabli, już z nimi rozmawiałam. Z nimi, z Hermione - która zrejterowała do 
łóżka, nawiasem mówiąc, nie licz więc na to, że w najbliższym czasie uda ci się ją wykurzyć 
z Grosvenor Square. Z Edwardine, która z rozkoszą wróci do domu, bo, jak twierdzi, socjeta 
jest przemiła, ale osobiście woli poczekać jeszcze jeden rok i ewentualnie dopasować sobie 
okulary   przed   powrotem   do   Londynu.   To   kolejny   z   twoich   pomysłów,   nieprawdaż? 
Dopasowanie Edwardine okularów. Jakbym sama nie próbowała jej namówić!
- Być  może nie miałaś  do tego należytego podejścia, pani - podsumował Kipp, po czym 
zamknął książkę i odłożył ją na stolik. - Być może gdybyś napomknęła jej, że w ubiegłym 
tygodniu młody Wilkins oświadczył się trzem debiutantkom - i trzy razy dostał kosza - a 
potem   wspomniała   jej,   że   może   łatwiej   byłoby   jej   przejrzeć   ludzi,   gdyby   w   ogóle   ich 
widziała.
- Och, aleś ty z siebie zadowolony - wycedziła Abby, puszczając się nerwowym truchtem po 
pokoju.
- To wada, jedna z wielu, przed którymi powinienem cię był zapewne ostrzec jeszcze przed 
ślubem - odparł zgodnie Kipp i podszedł, by nalać im obojgu wina. - Nie wiem, czy się 
zdobędę na to, by wyznać, że pozwoliłem sobie również zatrudnić zarządcę, który zajmie się 
posiadłością Backworth-Maldonów, człowieka, którego usilnie  rekomendował  mój  własny 

background image

zarządca. Powinien być  na miejscu, nim twoja rodzina zdąży bardziej jeszcze zaszkodzić 
swoim finansom.  Co do Hermione,  wujom pozostawię przekonanie  jej, że przenosiny do 
Syston jutro skoro świt leżą w jej najlepszym interesie. Pokładam wielką wiarę w twoich 
wujach i ich egoizmie.
- Wcale że nie są... och, niech to licho. Owszem, to egoiści. Samolubni do szpiku kości. 
Wszyscy oni, chociaż bardzo ich kocham. Cóż, chociaż bardzo kocham większość z nich - 
dodała, gdyż przypomniał się jej zdradziecki Iggy. - Ale teraz będziesz najpewniej chciał, 
żebym   podziękowała   ci   za   wyrękę   w   rozwiązywaniu   moich   problemów,   a   muszę   ci 
powiedzieć, że wolałabym chyba połknąć cytrynę, i to w całości.
- Nie winię cię za to - zapewnił, podając jej kieliszek, i gestem zaprosił na jeden z foteli przed 
kominkiem. - Ale zauważysz chyba, jak mam nadzieję, że nie próbowałem nawet rozwiązać 
sprawy twojego bratanka. Nie wiem dlaczego, ale odczuwam dziwną pewność, że ty zajmiesz 
się nim o wiele rzetelniej, niż bym kiedykolwiek zdołał.
Nie napomniał o Roxanne i swoim głębokim przekonaniu, że Abby zajmie się także jego byłą 
kochanką,   ponieważ   sam   będzie   obserwował,   czujny,   gotów   wkroczyć   w   momencie,   w 
którym uzna, że mógł przecenić niespożyte, jak zakładał, siły swojej żony.
Abby przygryzła wargę, żeby powstrzymać uśmiech, gdyż właśnie przypomniał się jej plan, 
który   opracowały   we   dwie   z   Sophie:   plan   ukarania   Iggy'ego   wieczorem   w   dniu   rautu. 
Poderwała głowę i spojrzała na Kippa, a jej oczach zabłysła nadzieja.
- Raut. Pozostali... wyprowadzają się przed piątkowym przyjęciem?
Kipp kiwnął głową i usta same mu się uśmiechnęły, choć starał się zapanować nad mimiką. 
Nie zdołał jednak zachować powagi, widząc, że Abby rozsiada się wygodnie i unosi kieliszek 
w geście toastu.
- Koniec z zamartwianiem się, że wujkowie będą opowiadać każdemu, kto się nawinie pod 
rękę, jak to Harry przepuścił ich wyimaginowaną fortunę. Koniec odciągania Edwardine od 
schodów i balkonów, nim napyta sobie biedy. Koniec z chowaniem się po kątach, ilekroć 
Hermione porządnie sobie podchmieli, a ten cholerny pudel obsika każdą doniczkę w sali 
balowej. Może teraz miałabyś ochotę mi podziękować, żono? Przychodzi mi na myśl kilka 
sposobów, ot tak, nawet nie muszę się zastanawiać.
Abby pokręciła głową i machnęła ręką, żeby dał sobie spokój.
- Dlaczego, Kipp? Dlaczego mi pomogłeś, i to po tym, jak byłam dla ciebie taka niemiła? 
Powiedziałam ci takie straszne rzeczy...
-   Powiedziałaś   mi   samą   prawdę,   Abby   -   zapewnił   ją   Kipp,   gdy   głos   się   jej   załamał   i 
zamrugała powiekami, jakby coś wpadło jej do oka.
- Cóż, nie będę się z tobą spierać. - Uśmiechnęła się ponownie i podciągnęła nogę pod siebie. 
Była o wiele bardziej zadowolona z siebie i z życia w ogólności teraz, gdy między nią i 
Kippem zdawały się powracać przyjazne stosunki. - Kto ci powiedział o Backworth's Prize?
- Gillett, w dużej mierze, choć sam niewiele wiedział ponad to, że Longhope w oszukańczy 
sposób zawłaszczył sobie ich konia po tym, jak Harry przegrał z nim w karty. Och, i wiem 
także, że twoi wujowie obmyślili sobie, żebym wypożyczył Backworth's Prize jako ogiera 
rozpłodowego, a następnie zwrócił inne zwierzę, za co, gdybym się zgodził, zawisnąłbym na 
stryczku, więc naturalnie się nie zgodziłem. Jest coś jeszcze?
- Och, tak, Kippie. I to dużo, dużo - wyjaśniła z uśmiechem. - Gdybyś tylko wiedział, ile 
planów uknuli ci dwaj z biegiem lat. Oszukać Longhope'a w karty, najzwyczajniej wykraść 
konia.   W   zeszłym   tygodniu   chcieli   wydać   Edwardine   za   syna   Longhope'a,   dopóki   nie 
zwróciłam ich uwagi na fakt, że chłopak nie ma więcej niż dwanaście lat. Strasznie mi ich 
było   żal,   zwłaszcza   że   uważam,   iż   mają   rację   i   Longhope   istotnie   ich   oszukał,   ale   nie 
wiedziałam, jak im pomóc. No to powiedz mi, jak odzyskałeś Backworth's Prize? Uśmieszek 
Kippa stał się zdecydowanie chochlikowaty.
-  Prawdę?  Zrobiłem  coś,  na  co  Panna   Dwanaście  Funtów,  Sześć  Pensów  najpewniej   nie 

background image

wpadłaby nawet w ciągu dekady. Kupiłem go.
Zakrztusiła się winem, po czym wbiła w niego roziskrzone oczy.
- Ku... kupiłeś? Milordzie, Kipp, jesteś geniuszem!
- Jestem, jestem - zgodził się uprzejmie. - Jestem także dobry i zacny, nie mówiąc o kilku 
innych zaletach, za które co poniektórzy komplementowali mnie nieświadomie przez cały 
boży   dzień.   W   istocie   rzeczy   mądrze   byś   postąpiła,   gdybyś   w   ciągu   najbliższych   pięciu 
sekund powiedziała mi coś kąśliwego, inaczej przyzwyczajaj się do myśli, że mogę w każdej 
chwili pęknąć Z dumy.
- Dureń - parsknęła śmiechem Abby.
- W porządku, to było niezłe - odparł Kipp i z powagą pokiwał głową. - Niezłe, jak na 
początek. Bo też i jestem durniem, Abby, bez dwóch zdań. A na dodatek egoistą, to taki 
gratisowy dodatek do tej pierwszej cechy. Samolubnym w równym stopniu, co twoi krewni, z 
którymi niebawem się pożegnamy. A może myślisz, że pomogłem im z mojej wielkiej miłości 
dla nich?
- Wielkiej miłości dla., nie, raczej nie - skapitulowała Abby. Zastanawiała się, ile jeszcze 
zdoła wysiedzieć na miejscu tak blisko, a przecież tak daleko od niego, nim narobi sobie 
wstydu i wpakuje mu się na kolana, żeby zacałować go na śmierć. - Czemu więc zadałeś 
sobie tyle fatygi, żeby się nimi zająć?
Kipp wstał i podał rękę Abby, by także się podniosła.
Położył   sobie   jej   smukłą   dłoń   na   przedramieniu   i   poprowadził   żonę   w   kierunku   swojej 
garderoby.
- Chciałem, żeby wszystkie małe problemy były rozwiązane, żono, tak by w naszym życiu 
zostało dość miejsca na te większe. Bo nadal mamy problemy, nieprawdaż?
Abby zatrzymała się, zerknęła na męża. Czy wiedział o Iggym? O Roxanne? Wydawał się 
wiedzieć wszystko oprócz tego, że się w nim zakochała. A może wiedział i to? Czyżby chciał 
przypomnieć jej o warunkach umowy?
- A mamy?
Kipp uniósł palcem jej podbródek, uniósł jej twarz, by na niego spojrzała.
- Owszem, żono, mamy. Nie jest to jednak nic takiego, co nie mogłoby poczekać, bo teraz 
mam dla ciebie prezent. Potraktuj go jako przeprosiny za moje zachowanie w ostatnim czasie.
- Prezent? - powtórzyła Abby, ponownie dając mu się przyłapać w chwili, gdy nie miała się 
na   baczności.   W   chwili,   gdy   pomyślała,   że   zna   tego   człowieka,   zaskoczył   ją   kolejnym 
pomysłem, jaki zrodził się w jego nieprzeniknionym, żywym umyśle. - W twojej garderobie? 
- I wtedy usłyszała dźwięk. Coś jakby cichy chrobot. Cichsze jeszcze popiskiwanie. Zwróciła 
oczy na odprężonego teraz, roześmianego męża. - Co u nieba? Przecież nie zamknąłeś tu 
chyba Pieszczusia?
- Szczusia? Nie powiedziałbym!
- Ale... ale trzymasz tu jakieś zwierzę, Kippie, tak?
- Otwórz drzwi, żono, po prostu otwórz drzwi. Chyba że wolisz stać tutaj i zasypywać mnie 
pytaniami przez najbliższy kwadrans.
Otworzyła.
Przez drzwi wytoczyła  się grubiutka, puchata i rdzawa kulka sierści na czterech krótkich 
łapach, merdająca ogonem, który wydawał się zbyt długi, by mogło go udźwignąć drobne 
ciałko. Para długich, opadających uszu. Mały pyszczek kończący się aksamitnym noskiem. 
Dwoje dużych, ciemnobrązowych ślepków, które nie mogły się doczekać, by zobaczyć cały 
cudowny, podniecający świat.
Abby   uklęknęła   i   wyciągnęła   ręce   do   szczeniaka,   który   popędził   do   niej,   natychmiast 
wpakował się jej na kolana i wyciągnął jak struna, żeby polizać ją po twarzy, uszach.
- Och, aleś ty słodka! - wykrzyknęła Abby, tuląc do siebie psiaka. - Och, Kippie, prawda, jaka 
ona słodka? Prawda? Bo to jest ona? Rasowa?

background image

-   Ona,   jak   słusznie   zauważyłaś,   moja   droga,   ale   nie   jest   żadnym   rasowcem.   To   pies. 
Prawdziwy pies. Nie jestem zbyt pewny jej genealogii, chociaż sierść podpowiadałaby, że ma 
w   sobie   trochę   z   setera.   Widzisz,   jakie   ma   długie   łapy?   Jak   urośnie,   będzie   ważyła 
dwadzieścia parę kilo i sięgnie ci do pasa. Prawdziwy pies, Abby. Podoba ci się? Myślisz, że 
ją polubisz?
- Już ją uwielbiam - powiedziała Abby, wstając ze szczenięciem w ramionach. Spojrzała na 
Kippa, a łzy płynęły  jej  po twarzy...  by zostać natychmiast  zlizane  przez wiercącego się 
psiaka. - Jesteś taki miły, wydaje się, że zawsze wiesz, co by mnie ucieszyło, jak mnie... cóż, 
uszczęśliwić.   Wiesz,   Kipp,   zdarzają   się   chwile,   kiedy   myślę,   że   zupełnie   na   ciebie   nie 
zasługuję.
Kipp poklepał szczeniaka po łebku.
- Wiesz, Abby - odezwał się - myślę sobie, że dzisiejszy dzień był w sumie wspaniały. W 
gruncie   rzeczy   przychodzi   mi   do   głowy   tylko   jedna   rzecz,   która   uczyniłaby   go   w   pełni 
wspaniałym. Chciałabyś się dowiedzieć, co to takiego?
Abby mocniej przycisnęła do siebie szczeniaka, uśmiechając się w duchu, choć wyraz twarzy 
miała powściągliwy - taką przynajmniej żywiła nadzieję.
- Filiżanka gorącej, aromatycznej herbatki i parę bułeczek od naszej kucharki?
Kipp udawał, że się chwilę namyśla, po czym potrząsnął głową.
- Partyjka szachów?
Uśmiechnął się.
- Cieplej, Abby. Cieplej.
- Wiem! - wykrzyknęła, stawiając szczeniaka na podłogę. - Jutro odsyłasz moich krewnych do 
Syston. Jako osoba ciekawa świata, chcesz zapewne dowiedzieć się czegoś więcej o Syston. 
Oczywiście. Hm, niech się zastanowię. Syston mieści się w Leicestershire, znanego w całej 
Anglii ze swych owiec, bydła rogatego...
Zachichotała, gdy Kipp warknął, zgarnął ją w ramiona i dosłownie podbiegł do łoża, żeby 
upuścić ją na przykryty kapą materac i samemu rzucić się obok niej.
- ... oraz myśliwych - wykrztusiła bez tchu, nim zamknął jej usta swoimi.
Przemknęła jej przez głowę myśl, że nareszcie znalazła się łóżku Kippa, i zastanowiła się 
przelotnie, przez jedną krótką chwilę, czy oznaczało to, że ich związek jakoś się zmieni.
Ale już w następnej wszystkie myśli ulotniły się, Kipp oderwał się od niej i uniósł głowę, by 
wejrzeć jej prosto w oczy, i powiedział:
- Lubię cię, Abigail Rutland. Bardzo, bardzo cię lubię.
Nie odpowiedziała, a Kipp sklął się w duchu za swój totalny brak elokwencji; on, który 
potrafił wysławiać się z tak wielką swadą, gdy pisał jako Aramintha Zane. Gdzież się ta 
umiejętność podziała? Dlaczego czuł się tak nieporadny,  własne słowa wydawały mu  się 
groteskowo banalne, choć niemożliwością wydawało się połączenie tych cech?
-   Abby?   -   spytał,   gdy   minął   kolejny   moment,   zdenerwowany   jak   nieśmiały   młodzik 
wyjmujący   zza   pleców   bukiecik   zmiętych   stokrotek   z   nadzieją,   że   spodoba   się   jego 
ukochanej.
Uśmiechnęła się. Śmiały się jej usta, jej oczy, te cudowne fiołkowe oczy, gdy pogłaskała go 
po policzku.
- Ja też cię lubię, Kippie. Bardzo, bardzo.
Ciało Kippa stało się nagle lekkie jak piórko, dusza wypełniła uniesieniem, serce rozśpiewało 
się w piersi. Niemalże zakręciło mu się w głowie i na samą myśl, że mógłby,  psiakrew, 
rozpłakać się z radości, szybko wtulił twarz w szyję Abby.
Była w tym i namiętność, tak jak pojawiała się zawsze od pierwszego razu, ale też coś się 
zmieniło. Pragnął jej, pragnął rozpaczliwie, lecz nie w taki sposób, jak dotychczas. Teraz 
chciał wziąć ją powoli, wziąć ją delikatnie, musiał nauczyć się na pamięć każdego cala jej 
ciała, każdy ucałować, poczuć na sobie jej usta, jej dłonie.

background image

Ich ubrania zniknęły, zupełnie tak, jakby Aramintha Zane przewidziała każdy ruch w taki 
sposób, by najlepszy efekt przychodził  minimalnym  wysiłkiem.  Leżeli nadzy i ciasno do 
siebie   przytuleni   na   satynowej   kapie,   a   skóra   Abby   lśniła   mleczną   bielą   na   tle   ciemnej 
burgundowej czerwieni.
Pocałował ją. Czule, łagodnie. Dostrzegł w jej oczach nieme pytanie. Uśmiechnęła się, gdy 
pogłaskał jej krótkie, gęste włosy, powiódł palcem po policzku i zatrzymał go na ustach, by 
poczuć, jak ona muska wargami jego opuszkę w nieśmiałym pocałunku.
- Jesteś piękna - powiedział, a słowa te płynęły z głębi serca. - Jesteś najpiękniejszą kobietą, 
jaką znam, jaką kiedykolwiek poznam.
Patrzył, jak jej pierś, szyja i policzki oblekają się leciusieńkim odcieniem różu, subtelnym jak 
kolor różanych płatków.
-   Nie,   nie   jestem   -   zaprotestowała,   nagle   zawstydzona,   i   niespodziewanie   zapragnęła   się 
okryć, gdy wstyd i zmieszanie oraz wyraz oczu Kippa - sprawiły, że poczuła się zupełnie jak 
panna młoda w pierwszą w swoim życiu noc z mężczyzną.
- Nigdy nie sprzeczaj się z mężem, kobieto, nie wtedy, kiedy mówi prawdę - ostrzegł Kipp z 
uśmiechem, a jego dłoń powędrowała w dół jej szyi, odnalazła pierś, nakryła palcami małą, 
doskonałą w kształcie wypukłość. Nachylił się, by znów ją pocałować. - Piękna.
Abby westchnęła i oddała  mu  się tak jak nigdy dotąd, na przekór namiętności,  która im 
obojgu nakazywała szaleńczy pośpiech. Zastygła, leżąc w bezruchu, pozwalając, by się nią 
zajął. By ją całował. Dotykał. Smakował.
Sama czuła, jak się pod nim zmienia. Przeistacza w nową Abby, w nową kobietę. Kobietę, 
która śmiałaby myśleć zarazem o mężu i miłości.
Taki był delikatny. Taki delikatny. Jakby z największą czułością oddawał cześć jej ciału.
Wyciągnęła do niego ramiona, niespiesznie, po to tylko, by go objąć, by poczuć jego bliskość, 
jego ciepło. Uspokajała go, szepcząc coś bez słów, i zastanawiała się, czy wiedział, co się z 
nią działo, że niszczył ją, dając zarazem nowe życie, nową nadzieję.
Czy mógł pogodzić się z myślą, że owszem, ludzie kochają więcej niż jeden raz w życiu? Czy 
to właśnie przydarzyło się jemu, im obojgu?
Kipp wślizgnął się w nią i przycisnął się do niej na kilka chwil, odnosząc wrażenie, że zatraca 
cząstkę samego siebie, a cząstka jej staje się nim. Ręce mu drżały, w głowie huczało. Nigdy 
nie czuł się gorzej. Nigdy nie czuł się lepiej.
Czy potrafiłaby zapomnieć, jak zranił i zdradził ją ten przeklęty Harry? Czy umiałaby jemu 
wybaczyć zimną, bezosobową propozycję małżeństwa z rozsądku? Czy miłość może zrodzić 
się z namiętności, wzrosnąć na przyjaźni?
Abby mocno obejmowała Kippa. Dłońmi wodziła po jego plecach, a on zaczął w powolnym, 
niespiesznym   tempie   poruszać   się   w   jej   wnętrzu.   Cały   świat   skurczył   się   do   dwojga 
splecionych ciał, splecionych tak mocno, iż stały się jednością.
Pożądanie narastało w nich i, zjednoczone, wybuchło z nową siłą. Poruszali się w pełni ze 
sobą  zestrojeni,   ich  ciała   bowiem  nie   znały  wątpliwości.  Wiedziały  już,  że   są  dla  siebie 
stworzone,   nie   potrzebowały   słów,   by   wyrazić   wszystko,   co   mogły   chcieć,   zapragnąć 
wyrazić.
Czy mogłaby mnie kiedykolwiek pokochać?
Czy mógłby mnie kiedykolwiek pokochać?
A potem było już po wszystkim, choć nic się nie skończyło. Żadne z nich nie poruszyło się 
przez jeszcze wiele długich minut, żadne nie chciało wypuścić drugiego z ramion, odsunąć 
się, ponownie się rozdzielić.
Całował ją chyba tuzin razy, a ona dotykała jego twarzy, głaskała jego włosy, odgarniała mu 
je z czoła, uśmiechając się, rozpaczliwie szukając słów, które nie zniszczyłyby tej niezwykłej 
chwili, żadnych jednak nie znalazła.
W końcu Kipp, gdy już wiedział, że wiele się o sobie nauczył,  choć - wciąż jeszcze nie 

background image

wiedział dość wiele, ucałował Abby w czubek nosa i przetoczył się z niej na bok. Chciał 
wstać i poszukać swojego szlafroka, żeby mogła się nim okryć, bo wieczór zrobił się chłodny.
Czy mogłaby go kiedykolwiek pokochać?
Czy mógłby ją kiedykolwiek pokochać?
- Zostaniesz na noc - powiedział Kipp. Nie pytał, nie prosił, po prostu stwierdził. - Abby 
uśmiechnęła się i kiwnęła głową na znak zgody.
Ich pierwsza noc w jednym łóżku. Prawdziwie pamiętny dzień.
Kipp usiadł, postawił bose stopy na podłodze i w tej samej chwili zaklął pod nosem.
Abby natychmiast się domyśliła, co było tego przyczyną. Szczenię, które może i wyglądem 
zupełnie Pieszczusia nie przypominało, także umiało postarać się o własną kałużkę.
To nic, pomyślała i roześmiana podciągnęła nakrycie pod samą brodę, moszcząc głowę na 
poduszkach. Nieważne. I tak jesteśmy przyjaciółmi.

background image

21

Płynęły   dni   i   w   końcu   nadszedł   wieczór   rautu,   który   miał   być   debiutem   Abby   w   roli 
gospodyni - balu, który odbył się w dniu ślubu, nie liczyła, była bowiem zbyt oszołomiona, 
by móc uczciwie uważać się chociażby za jego pełnoprawną uczestniczkę.
Przez   cały   ostatni   tydzień   była   albo   bardzo   zajęta,   albo   rozpaczliwie   starała   się   za   taką 
uchodzić. Bawiła się z Hero, bo takie imię nadała suczce, którą dostała od Kippa. Pomagała 
pani Harris i Gillettowi w kwestiach dekoracji, jedzenia, wyboru muzyków, którzy mieli grać 
ukryci za parawanami, jako że nie planowano tańców.
Tylko  dwustu  gości,  którzy wleją się  przez drzwi  frontowe,  zostaną  powitani  przez  parę 
gospodarzy   i   pozostawieni   samym   sobie,   by   swobodnie   przechadzać   się   po   zmyślnie 
połączonych pokojach, raczyć się winem, pozwalać, by w ścisku ktoś ciągle deptał im po 
palcach   i   poszturchiwał   łokciem,   po   czym   oddalić   się,   robiąc   miejsce   dla   czekającej   na 
schodach nowej fali gości.
Jedynie garstka miała zabawić dłużej niż kwadrans, a przecież potrzeba było godziny, żeby 
stangret wymanewrował tak, aby powóz zajechał pod same drzwi, potem jeszcze pół godziny 
tłoczenia się na schodach i kolejne trzydzieści minut oczekiwania na dworze, aż stangret 
odnajdzie ich i odwiezie do domu.
Abby uznała całe to przedsięwzięcie za nieszczególnie mądry obyczaj, ale wątpiła też, czy 
ktokolwiek przyjrzał się kiedyś londyńskiej socjecie i odważył się określić ją jakimkolwiek 
innym mianem niż „cudowna".
Przyjęcie   było   najmniejszym   z   jej   problemów.   Zamierzała   je   jednak   wykorzystać,   by 
rozwiązać problem znacznie większy, a jeśliby wszystko dobrze poszło, to może nawet i dwa.
Owe „większe problemy", jak wyraził się Kipp, nadal bowiem czekały na rozwiązanie. Było 
to oczywiste, biorąc pod uwagę fakt, że i ona, i Kipp zachowywali się w swojej obecności tak 
nerwowo, by zacytować wujaszków, jak mysz, która właśnie znalazła stojącą na podłodze 
stajni miseczkę z mlekiem.
Abby mniej skrępowana czuła się tylko w sypialni. Spędzała noce w łóżku męża, albo on 
spędzał je u niej i często kochali się, gdy nad miastem budził się świt.
Przyłapywała go na tym, że za dnia często przyglądał się jej ukradkiem, i wiedziała, że sama 
patrzy na niego aż nazbyt często. Razem jadali każdy posiłek, grywali po kolacji w szachy i 
przez   cały   tydzień   stronili   od   towarzystwa.   Woleli   zostawać   w   domu,   sporadycznie 
zapraszając na wieczór Brady'ego czy kilku innych przyjaciół, dbając jednak o to, by wizyta 
szybko się kończyła, a noc należała już tylko do nich.
Dlatego że długie nocne godziny wydawały się jedyną porą, która nie wymagała słów.
Tak   więc,   chociaż   życie   Abby  o   wiele   się   uprościło,   gdy   Kipp   relegował   jej   krewnych, 
równocześnie stało się dwakroć dla niej trudniejsze. Zabrakło buforu między nią a mężem. 
Zostali tylko we dwoje (bo Iggy'ego nie liczyła). Tylko dzięki Brady'emu, zdaniem Abby, nie 
zmieniła się w rozdygotany cień dawnej siebie, tym bardziej że zaczynała podejrzewać, iż 
pewnej pięknej nocy poprosi Kippa, aby dolał jej wina, a potem nie wytrzyma i jednym tchem 
powie, jak bardzo go kocha, i spyta, czy on także kocha ją.
Tego   wieczoru   Brady   był   ich   jedynym   gościem   na   kolacji,   ponieważ   Sophie   wcześniej 
wysłała   im   liścik,   w   którym   z   żalem   wyjaśniała,   że   w   grę   wchodzi   albo   kolacja,   albo 
przyjęcie, bo nie może tak wielu godzin spędzać z dala od dziecka. Sophie nie najęła mamki. 
Postanowiła   sama   karmić   synka,   tak   jak   wcześniej   karmiła   córkę,   a   jeśli   nawet   takie 
zachowanie nie było przyjęte w wypadku kogoś z książęcym  tytułem, to na taką głupotę 
Sophie najzwyczajniej kicha.
Abby rozpromieniła się na myśl o Sophie i podziękowała dobremu Bogu za to, że obdarzył ją 
taką   przyjaciółką,   kobietą,   która   chętnie   się   śmiała,   czerpała   z   życia   garściami   oraz,   co 
stanowiło już kropkę nad i, miała wszystkie atrybuty pierwszorzędnego spiskowca.

background image

- Co cię tak rozweseliło, żono? - spytał Kipp z drugiego końca idiotycznie długiego stołu. - 
Przecież chyba nie truskawki?
Abby spojrzała na swój deser, na swój ulubiony deser, i pokręciła głową.
- Nie, po prostu myślałam o Sophie, to wszystko. Obiecała przyjść wśród ostatnich gości, 
żebyśmy mogły sobie usiąść i porozmawiać dłużej niż minutę.
Brady kiwnął głową.
- To samo mówił mi Bram dziś po południu. Bardzo podkreślał, żebym też się nie śpieszył z 
wyjściem,   a   miał   przy   tym   niepokojący   uśmieszek   na   twarzy.   Powinienem   się   o   czymś 
dowiedzieć, Abby? Bram wspomniał o jakiejś niespodziance.
- Nie, Brady, nie chciałbyś zepsuć przygotowanej przez Abby niespodzianki, prawda? - spytał 
Kipp, gdy Abby umilkła, gdyż właśnie dotarło do niej, że Sophie, oczywiście, wprowadziła w 
plan swojego męża. Sophie prawdopodobnie wszystkim się dzieliła ze swym małżonkiem.
Czy będzie  kiedykolwiek  czuła  się równie swobodnie w  stosunku do Kippa?  Miała  taką 
nadzieję całym swoim sercem, pomimo iż rozumiała, że w tej nowej zażyłości między nimi, 
w uczeniu się, jak dostrzegać potrzeby drugiej strony, brakowało najważniejszego elementu - 
szczerości.
Straciła apetyt na truskawki i odsunęła od siebie talerz.
- Wybacz, Abby - bąknął Brady, wymieniając spojrzenia z Kippem, który nagle wydawał się 
równie posępny jak jego małżonka. A jako dobry przyjaciel, w dodatku świadom, że napięcie, 
jakie wyczuwało się w pomieszczeniu, miało najpewniej dużo wspólnego z jego znakomitym, 
acz najwyraźniej chybionym pomysłem, by Abby i Kippa ze sobą wyswatać, chciał poprawić 
atmosferę,   spytał   więc:  -  No  a  jak  się  ma   nasza  mała  panna  Bliss?  Wciąż   tu  jest,  mam 
nadzieję?
- I wciąż pozostaje zagadką - odpowiedziała Abby, uszczęśliwiona tą zmianą tematu. - Kipp 
się tym gryzie, ale osobiście nie widzę niczego, na co można by się uskarżać. Robi wszystko, 
o co ją poproszę, łącznie z wyprowadzaniem Hero, kiedy po prostu brak mi na to czasu. Szyje 
jak   anioł,   zaczęła   uczyć   część   służących   czytania   i   uważa,   że   mój   bratanek   Ignatius 
najprawdopodobniej ma wśród swoich przodków szakala. Zatem tak, nie najgorzej się nam 
układa, nawet jeśli nie zaufała mi dotąd w wystarczającym stopniu, żeby opowiedzieć mi 
swoją historię.
- Choć naturalnie raczy nas całym mnóstwem historyjek - wtrącił Kipp, sięgając po kieliszek. 
- Możesz wierzyć, albo nie, Brady, ale ta dziewczyna cytuje Szekspira.
Brady przypatrywał się chwilę najpierw przyjaciółce, potem przyjacielowi.
- I nie jesteś ciekawy? Nie korci cię, żeby się dowiedzieć, kim, u diabła, ona jest? Mój Boże, 
ludzie, musicie mieć mnóstwo spraw na głowie, skoro nie zaintrygowała was panna Bliss i jej 
tajemnice.
- Ha! - wykrzyknął Kipp i podniósł się, widząc, że Ab-by wstaje. Zbliżał się czas, by zająć 
pozycje i przygotować się na przyjęcie pierwszych gości. Jadalnia znajdowała się na tyłach 
rezydencji, a mimo to słyszał turkot powozów przed domem i wiedział, że wieczorny wyścig 
od przyjęcia do przyjęcia niebawem rozpocznie się na dobre. - Ciebie zaintrygowały szare 
oczy Reginy i jej idiotyczne kędziorki. Już ja cię znam, Brady, pamiętasz?
- Kogo, mnie? - Brady wyszczerzył zęby w uśmiechu. -A tak, znasz mnie bardzo dobrze, 
przyjacielu. A teraz zmykajcie bawić się w pana i panią domu, dobrze? Pomyślałem, że na 
trochę   schronię   się   do   sali   bilardowej,   poćwiczę   rękę.   Bo   to   pomieszczenie   jest   chyba 
wyłączone z przyjęcia, prawda?
- Tak, Brady - uspokoiła go Abby i przechylając głowę, ucałowała go w policzek. Brady tak 
łatwo dawał się odczytać, taki był z niego niepoprawny flirciarz, taki dobry przyjaciel. - Masz 
moje   pozwolenie,   żeby   się   tam   ukryć,   przynajmniej   na   najbliższe   trzy   godziny.   Ale   z 
wybiciem  jedenastej  spodziewam  się zobaczyć  cię  w  bawialni.  Było  nie  było  nie  chcesz 
chyba przegapić mojej niespodzianki, prawda?

background image

- Poza tym - odezwał się Kipp, biorąc Abby za rękę i kładąc ją sobie na przedramieniu - 
rzeczywiście przydałoby się mu trochę ćwiczeń. Z tego, co słyszałem, jest teraz Henry'emu 
dłużny klejnoty z korony królewskiej, jeśli tylko wymyśli jakiś sposób, żeby wydostać je z 
Tower.
Kipp zdawał sobie sprawę, że puszy się jak paw, stojąc u boku Abby, patrząc, jak wita gości. 
Z dumą obserwował, jak dba o to, by każdemu z nowo przybyłych poświęcić parę chwil, a to 
komplementując czyjąś piękną suknię, a to chwaląc urodę córki czy też pytając o zdrowie 
młodszego syna, dochodzącego do siebie po niefortunnym upadku z konia.
Wydawała się wszystkich znać ta mała szara myszka z prowincji, która zmieniła się w lwicę 
salonową, baronową, kobietę mającą własne zdanie, panią swojego serca, o niepowtarzalnej 
umiejętności zjednywania sobie ludzi, bycia z nimi za pan brat.
Kilka   tygodni   wcześniej   wtapiała   się   w   tło   w   tych   swoich   burych   strojach,   z   włosami 
ściągniętymi w kok, a jej dowcip odzywał się jedynie pod przymusem. A teraz brylowała, 
promieniała. Jej uśmiech sprawiał, że robiło mu się ciepło na sercu, a dusza topniała w nim 
jak wosk.
Nigdy się nie dowiedzą wszyscy ci ludzie, którzy dygali i bili pokłony,  przychodzili tu i 
znikali. Nigdy się nie dowiedzą, ile w niej ognia, ile żaru, jaka jest nieujarzmiona i cudowna.
Ponieważ należała  do niego. Z rozsądku, poprzez oszustwo, w następstwie podyktowanej 
wyrachowaniem decyzji, która oferowała jej wiele, choć odbierała więcej, była jego.
I nie jego.
- Jeśli mogę prosić was o uwagę - zaczęła Abby, stojąc w bawialni, gdy muzycy odegrali już 
fanfarę, tak jak ich o to prosiła, co natychmiast uciszyło te trzy tuziny gości, jeśli nie więcej, 
którzy znajdowali się w rezydencji w momencie, w którym zegar wybił jedenastą.
Sophie trzymała się blisko, by nie przegapić ani szczegółu wymierzanej przez przyjaciółkę 
zemsty, Abby zaś zwróciła się do bratanka, by stanął obok niej przed białym, zdobnym w 
sztukaterię kominkiem.
- A to pysznie - wyszeptała Sophie do Kippa i Brama, który stał obok niej, dostrzegła też, że 
Brady przedziera się przez tłum w ich kierunku. - Mówiłam Abby, że może liczyć na to, że 
wśród najbardziej opieszałych gości znajdą się najznamienitsze figury spośród londyńskiego 
bractwa, bo nie będzie im się chciało wystawać w tym ścisku na schodach w oczekiwaniu, aż 
zostaną wpuszczeni. Trudno o lepszą widownię, prawda?
- To zależy - odmruknął Kipp; patrzył, jak Iggy kieruje się ku ciotce, rozpływając się w 
uśmiechu. - Jest tu zdecydowanie zbyt wielu świadków, jeśli planuje go zamordować.
Sophie uderzyła go w ramię wachlarzem, po czym przytuliła się do boku męża, a ten otoczył 
ją ramionami.
-  Bratanek  twej  małżonki  musiał   być   bardzo,  ale  to  bardzo  niegrzecznym  chłopczykiem, 
Kippie - skonstatował Bram, upierając się brodą o czubek żoninej głowy. - Ponieważ dobrze 
przyjrzawszy się temu małemu bufonowi oraz, ufam, trafnie go oceniwszy, powiedziałbym, 
że czeka go wyjątkowo paskudna niespodzianka. Jedno wiem ponad wszelką wątpliwość - 
przenigdy nie chciałbym wypaść z łask mojej żony albo twojej.
Kipp   rozejrzał   się   i   stwierdził,   że   Roxanne   nadal   tkwiła   w   sali,   jakby   zapuściła   w   niej 
korzenie, pomimo tego, że przybyła - nieproszona - w pierwszej fali gości bite dwie godziny 
wcześniej.   Nie   odstępował   Abby   na   krok   przez   cały   ten   czas,   pewny,   że   wzgardzona 
kochanka nie spróbuje żadnych sztuczek tak długo, jak on będzie trzymał się wystarczająco 
blisko, by w razie czego złapać ją za ucho i zawlec na dół do jej powozu. To, że została tak 
długo i że towarzyszyła Iggy'emu, dopóki Abby go nie wezwała, mówiło mu, że Roxanne 
wyraźnie się do czegoś szykuje. Do jakiegoś niemiłego figla, bez wątpienia.
Teraz   jednak   Abby   ponownie   zabrała   głos,   otoczywszy   ramieniem   plecy   Iggy'ego, 
spoglądając na niego z taką matczyną miłością w oczach, że Kipp zaczynał poważnie obawiać 
się o bezpieczeństwo tego młodocianego idioty.

background image

- Dziś, panowie i panie, mam przyjemność ogłosić, iż bratanek mój, Ignatius Backworth-
Maldon, skończył dwadzieścia jeden lat i stał się mężczyzną. Wszystkiego najlepszego, mój 
drogi   -  zwróciła   się  do  Iggy'ego   i  ucałowała  go  w  policzek,   a  znudzony  tłumek   udawał 
grzecznościowe oklaski i gratulacje, jakby nie mieli gdzieś faktu, że jakiś towarzyski „nikt" 
osiąga właśnie pełnoletniość.
-   Mówiłam   już   Iggy'emu,   że   dzisiejszego   wieczoru   będę   miała   dla   niego   niespodziankę, 
prezent,   o   którym   marzył   od   czasów,   gdy   biegał   w   krótkich   porciętach,   prezent,   który 
uważałam za leżący poza zasięgiem moich, kochającej ciotki, możliwości - zawahała się i 
posłała Kippowi uśmiech - dopóki mój najdroższy mąż nie sprawił, że każde moje życzenie 
stało się możliwe.
-   Zaczyna   się   -   zaszeptała   Sophie,   wiercąc   się   z   przejęcia.   -   Kretynek   spodziewa   się 
brylantowej szpilki do krawata i spinek. No i faktycznie będzie spięty aż miło, i to przez 
dłuższy czas. A teraz proszę, bądźcie cicho, bo nie chcę przegapić ani słowa.
- To nie my cały czas trajkoczemy,  kiciu - podkreślił Bram, a Brady zaniósł się cichym 
chichotem.
- Tak więc, drodzy moi przyjaciele, jestem zachwycona, że jesteście tu dzisiejszego wieczoru, 
by dzielić z Iggym radość w chwili, w której spełnia się marzenie jego życia. - Wpatrzyła się 
z dumą w bratanka i ponownie go ucałowała, a on zamrugał oczami w nagłym oszołomieniu i 
nie bez cienia lęku, bezgłośnie mnąc w ustach słowa: „marzenie życia"?
Uśmiech Abby stał się zgoła anielski i widząc to, Kipp mruknął:
- O Panie, już ja znam ten wyraz twarzy. Zaraz przypuści atak. Zapamiętajcie sobie, co teraz 
powiem: jej następne słowo będzie brzmiało „oczywiście". To, oczywiście, oznacza ni mniej, 
ni więcej, jak tyle, że za moment zrobi dokładnie to, na co ma ochotę, i że diabli z tymi, 
którzy   są   odmiennego   zdania,   bo   guzik   ją   to   obchodzi.   Dokładnie   przez   tę   strategię 
wylądowałem z Reginą na karku, Brady, możesz mi więc zaufać, że wiem, o czym mówię.
Abby, która zrobiła właśnie dramatyczną pauzę, oznajmiła donośnie:
- Wy, oczywiście, musicie wszyscy zachodzić w głowę, cóż to podarunek, o czymże młody 
człowiek może marzyć przez całe swoje życie. Drogi bratanku, dokonałam tego. Kupiłam ci 
stanowisko w armii królewskiej, tak jak zawsze tego pragnąłeś. Dziękuję Bogu, że z większą 
częścią świata żyjemy dziś w pokoju, choć wiem, jak spieszno ci wykazać się na polu bitwy. 
Ale wyobrażam sobie, że w niedługim czasie ojczyznę ktoś zagniewa i twoje życzenie będzie 
mogło się dopełnić. Wyjeżdżasz z samego rana, by dołączyć do twojego regimentu. Czyż to 
nie cudownie?
- O Boże - wykrztusił Kipp, z trudem łapiąc oddech, z takim trudem przychodziło mu ukrycie 
iście szatańskiej wesołości. - Iggy żołnierzem? Równie łatwo mogę sobie ciebie wyobrazić w 
kościele, Brady.
- Wypraszam to sobie - zastrzegł się Brady i wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Głowę daje, że 
byłby ze mnie pastor jak ta lala. I z pewnością prawiłbym piekielnie dobre kazania, pełne 
ognia i czego tam jeszcze.
Kipp obserwował, jak Iggy, którego przystojna twarz pobladła tak, że zlewała się z białym 
marmurowym kominkiem, usiłuje wyrwać się z objęć Abby, równocześnie zaś podchodzi do 
niego   kilku   dżentelmenów   -   wśród   których   nie   zabrakło   wojennych   weteranów   -   by 
pogratulować i uścisnąć mu dłoń, potrząsając nią tak długo, że musiał się zapewne czuć, 
jakby miała wypaść z zawiasów.
- Musi pojechać, wiecie sami. Jeśli będzie się uchylał, zostanie napiętnowany jako tchórz i 
nigdy nie będzie mógł pokazać się w towarzystwie. Biorąc pod uwagę wszystko, do czego się 
posunął,   by   wcisnąć   się   do   bon   tonu,   nie   ma   innego   wyjścia,   jak   zgrywać   bohatera   i 
odmaszerować ze swoim regimentem co najmniej na rok. Jak zauważyła Abby, Bogu dzięki 
mamy pokój. Nie sądzę, żebym zdołał zdzierżyć myśl, że od tego idioty miałby zależeć los 
iluś żołnierzy, gdyby było inaczej.

background image

-   Z   ust   mi   to   wyjąłeś   -   zawtórowała   dźwięcznie   Sophie,   ocierając   z   policzków   łzy 
rozbawienia.  -  Nie ma  innego   wyjścia,   jak  przyjąć  cudowny  dar Abby  i udawać,  że  nie 
posiada się z radości, prawda? Spójrz na niego, Bram. Zdaje mi się, że za chwilkę cała jego 
kolacja wyląduje na tej jego ohydnej kamizelce. Czułabym dla niego litość, gdyby nie był z 
niego taki nieskończenie wredny chłopak.
Kipp zamarudził chwilę z przyjaciółmi. Zaśmiewał się, gdy Bram z Bradym zastanawiali się 
głośno,   jak   dobrze   będzie   się   Iggy'emu   maszerowało   w   jego   długich   butach   na   obcasie, 
dopóki nie spojrzał przypadkiem w kierunku Abby i nie przekonał się, że rozglądała się po 
tłumie z bojowym błyskiem w oczach.
Natychmiast   domyślił   się,  kogo  szukała   spojrzeniem,  i  zaczął  przedzierać   się  przez   tłum 
składających gratulacje jak najbliżej żony. Ruszyła w przeciwnym kierunku i wkrótce znikła 
mu z oczu.
Abby podeszła do lady Skelton i nim ta zorientowała się, co się święci, złapała ją za łokieć i 
bezceremonialnie pociągnęła w kierunku wyjścia do opustoszałego holu.
- Wszystko  w  porządku,  Gilletcie  - zapewniła  wyraźnie  zaniepokojonego kamerdynera.  - 
Lady   Skelton   będzie   potrzebowała   swojego   okrycia   już   za   chwilę,   najpierw   jednak 
zamienimy słówko na osobności. Będziemy w sali bilardowej.
- Niedoczekanie twoje - syknęła Roxanne, nie stanowiła jednak godnej przeciwniczki dla 
zdeterminowanej Abby i niebawem stała już oparta o krawędź stołu bilardowego, Abby zaś 
przekręcała klucz w zamku.
- W tej chwili, lady Skelton - zaczęła Abby; starając się stać jak najbardziej wyprostowana, 
jak najbardziej nieruchomo, z dłońmi swobodnie splecionymi przed sobą - zastanawiasz się 
zapewne, dlaczego wysłałam ci zaproszenie na dzisiejszą uroczystość. Odpowiedź jest prosta, 
oczywiście. Nie uszło mej uwagi, że ty, pani, i mój bratanek od tygodni zachowujecie się 
niczym papużki nierozłączki. A że znam Iggy'ego i wiem, iż tak już jest skonstruowany, że 
kochać go nie sposób, nabrałam pewności, że pani nim zainteresowanie nie jest romantycznej 
natury.
Lady   Skelton   opanowała   się   po   chwilowej   utracie   pewności   siebie,   przyćmionej 
chaotycznymi rozważaniami, czy aby nie zbagatelizowała tej małej wiejskiej wdówki i czy 
nie okaże się to błędem, który stanie jej kością w gardle.
- Twój irytujący bratanek nie budzi mojego zainteresowania ani romantycznej natury, ani 
żadnej innej.
- A fe, milady - ofuknęła ją Abby z uśmiechem - znowu kłamstewka? Na nic się to nie zda, 
zwłaszcza teraz, gdy jesteśmy zamknięte w tym pokoju, a ja mam jedyny klucz. Najwyższy 
czas na prawdę, moja pani. Dlaczego ty i Iggy trzymacie ze sobą? Niemożliwe chyba, żebyś 
nadal   hołubiła   w   sercu   cień   nadziei,   że   Iggy   przybiegnie   do   ciebie,   wołając,   że   moje 
małżeństwo legło w gruzach i niebawem się rozpadnie, tak żebyś ty mogła wkroczyć i złożyć 
mojemu mężowi serdeczne kondolencje?
Piękne zielone oczy Roxanne zwęziły się w szparki. Kobieta wychyliła się całym ciałem do 
przodu i wbiła w Abby bazyliszkowy wzrok.
- Nigdy nie zdołasz go zatrzymać - wycedziła, zgrzytając zębami. - Był mój, nim zawarliście 
to skandaliczne małżeństwo, i jeszcze będzie. Bo ja wiem, dlaczego się z tobą ożenił. Wiem 
wszystko co do joty dzięki twemu niezwykle rozmownemu małemu bratankowi.
-   Mojemu   niezwykle   rozmownemu   małemu   bratankowi,   który   niebawem   nas   opuszcza   - 
uściśliła swobodnym tonem Abby. - Nie zapominałabym o tym na twoim miejscu, milady. 
Powiadasz, że Iggy powiedział ci, jak to było? Wszystko, co do joty. Mogę zatem zakładać, iż 
wspomniał także o tym, że nie jestem szczególnie miłą osobą, gdy ktoś, kogo kocham, jest w 
moim   poczuciu   zagrożony?   Ze   nigdy   nie   rejtereruję   z   placu   boju   i   że   niekonieczne 
przestrzegam reguł, gdy wytaczam działa przeciwko komuś, kogo uważam za wroga? Jest w 
Syston taki handlarz warzywami, chociażby, który oszukiwał klientów, a który jeszcze teraz 

background image

zapewne wzdryga się na samo moje imię.
Roxanne cofnęła się o krok i ponownie oparła o stół bilardowy.
- Ktoś, kogo kochasz? Czy nie tak powiedziałaś? - Szyderczy grymas ją zeszpecił, postarzył o 
lata. - A może chcesz mi wmówić, że i Kipp ciebie kocha? Matko Boska, czy on wie, że jego 
z rozsądku poślubiona żona cierpi na halucynacje?
Abby zadbała  o to, by zwątpienie,  które nagle ją ogarnęło, nie odbiło się na jej  twarzy, 
niemniej   przytyk   Roxanne   trafił   w   dziesiątkę.   Dała   się   ponieść   złości,   stąd   ta   beztroska 
wzmianka o miłości, która bezwiednie się jej wyrwała.
- Lepiej skoncentruj się na tym, co wiesz, milady - rzuciła te słowa jak wyzwanie, prosto w 
twarz  wykrzywioną   w  nienawistnym   uśmieszku.   - A  wiesz  tyle,   że  nieobce  mi  są  twoje 
nadzieje, twoje plany, i jeśli nie lubisz krwawych wojen, zejdziesz teraz z placu boju.
- On jest mój - warknęła Roxanne, a uśmiech spełzł jej z twarzy. Zaczęła zbliżać się do Abby, 
która   zastanowiła   się,   czy   rywalka   aby   nie   zrozumiała   jej   opacznie,   czy   dosłownie   nie 
odebrała jej słów i nie ustąpi bez bijatyki, z gryzieniem, kopaniem i szarpaniem za włosy, 
bijatyki, która w Kippie wzbudziłaby obrzydzenie do nich obu.
- Twój - Abby pokręciła głową. - To ja z nim żyję. Ja z nim śpię. I to ja budzę się w jego 
ramionach. Jakimże więc sposobem twój, pani?
Roxanne   zamaskowała   mimowolny   dreszcz   względnie   eleganckim   wzruszeniem   ramion. 
Piękna z niej była kobieta, tego nie sposób jej było odmówić. Abby zdumiała się, nie po raz 
pierwszy, że Kipp nazwał piękną ją samą. Nie była głupia. Wiedziała, że gdy szło o piękno 
fizyczne, nie dorastała lady Skelton do pięt. Ale że wierzyła w szczerość komplementów, 
którymi ostatnimi czasy obsypywał ją Kipp, nadeszła kolejna, pełna nadziei myśl, że całkiem 
możliwe, owszem, by ten mężczyzna rzeczywiście zaczynał zakochiwać się w swojej żonie.
- A więc, pani - nalegała Abby wobec milczenia Roxanne - czym to tłumaczysz?
Roxanne dotknęła diamentowej kolii, jakby ten gest sprawiał jej olbrzymią przyjemność.
- Zawsze był człowiekiem pożądliwym. Przypuszczam, że dosiadłby każdej klaczy, która nie 
zrzuciłaby   go   z   grzbietu.   Ale   poznałam   go   pierwsza.   Miałam   go   pierwsza   -   podkreśliła 
Roxanne, oddychając z coraz większym trudem, z każdą chwilą bardziej rozwścieczona. - Był 
mój, dopóki ty się nie napatoczyłaś. Dopóki nie popełniłam błędu, małej omyłki w ocenie, i 
nie wystraszyłam go tak, że wpakował się w to żałosne małżeństwo. Teraz jestem mądrzejsza 
i skłonna czekać na właściwy moment, ale on wróci. Potrzebuje mieć w łóżku kobietę, a nie 
nic znaczące, przaśne stworzenie takie jak ty. Zobaczysz, jeszcze jeden miesiąc, nie dłużej, i 
znowu będzie obsypywał mnie klejnotami, tak jak to robił wcześniej. Takimi jak te śliczności.
Na twarzy Abby wykwitł mimowolny uśmiech. Nie chciała tego, lecz dosłownie rozpłynęła 
się w uśmiechu. A potem roześmiała się i dokończyła dzieła teraz, gdy rywalka tak uczynnie 
sama otworzyła przed nią furtkę:
- Klejnoty?  To takie prezenty Kipp ci sprawiał?  Och, biedaczko,  tak cię  wykorzystywał, 
prawda? Mężczyźni potrafią być gorsi od dzikich bestii, kiedy nic nie czują.
- Och, czyżby? - Roxanne podeszła tak blisko, że Abby poczuła jej tchnący winem oddech. - 
A jakież to wielkie dary złożył tobie, aż zyskałaś pewność, że ciebie nie wykorzystuje?
Abby potrząsnęła głową, westchnęła i podniosła na Roxanne oczy, w których malowała się 
szczera litość. Wiedziała, że nie ma kobiety tak gruboskórnej, by zdołała jakoś wypaczyć sens 
słów, które zaraz padną.
-   Dał   mi   szczeniaka,   milady.   Szczeniaka,   tylko   dla   mnie.   Przykro   mi,   lecz   jeśli   wiesz 
cokolwiek o moim mężu, zrozumiesz, że twój dar pochodził z jego skarbca, mój zaś to dar 
mężczyzny,  który w  swych  wyborach  kieruje się głosem  serca.  Teraz  jednak, jak jestem 
głęboko przekonana, czeka już na ciebie, pani, powóz wezwany przez Gilletta.
Roxanne, pobladła na twarzy i z rozdziawionymi ustami, gapiła się na nią, Abby zaś wyjęła 
klucz   z   kieszeni   i   otworzyła   drzwi.   Patrzyła,   jak   Roxanne   podchodzi   do   nich   powoli, 
powłócząc nogami jak staruszka.

background image

Lady Skelton zatrzymała się jeszcze i przez dłuższą chwilę spozierała na nią bez słowa.
- Pies. To zupełnie do Kippa niepodobne, zupełnie niepodobne.
- I tu się mylisz, milady. To cały on. Po prostu nigdy tak naprawdę go nie znałaś, prawda?
- Dlaczego? Dlaczego się z tobą ożenił? Iggy nie miał racji, teraz to widzę, pewnie zwodził 
mnie, bo jest przebiegły jak wy wszyscy, wy obrzydliwi Backworth-Maldonowie, i cieszyły 
go te drobne upominki ode mnie. Iggy w wojsku? Koń by się uśmiał, ale dobrze, że dostał za 
swoje. Ale nadal nie rozumiem. Nigdy nie zrozumiem, jak mógł wybrać ciebie.
Wyprostowała   zgarbione   plecy   i   odzyskawszy   poczucie   godności,   okryła   się   nim   jak 
jedwabną peleryną.
- Nigdy go nie kochałam, wiedz to. A teraz będzie pewnie co rok robił ci brzucha, a sam 
zmieni się w największego nudziarza i smętka pod słońcem. Lituję się nad wami obojgiem.
Następnie lady Skelton opuściła pokój. Rezydencję. Życie Abby.
Pozostawiając   ją   w   samotności,   by   mogła   zamartwiać   się   „większymi   problemami",   jak 
określił je Kipp, choć pewnie sama znała je lepiej od niego.
Odczekała kilka minut, żeby wziąć się w garść, po czym wyszła z sali bilardowej i zderzyła 
się   z   Iggym   -   dosłownie,   jako   że   od   ostatnich   pięciu   minut   uganiał   się   po   rezydencji   z 
zamiarem uduszenia jej na miejscu.
Uciekł się do kolejnej groźby.
- Jak mogłaś mi to zrobić? Czego miałbym szukać w wojsku? Niech cię diabli! Teraz muszę 
się zaciągnąć, bo przylepią mi etykietkę cykora. A mama  będzie pewnie dziergała mi na 
drutach skarpetki i słała pudła zgniecionego ciasta z zakalcem, powtarzając wszystkim wokół, 
że jej syn stał się mężczyzną. Niech cię diabli, niech cię diabli, niech cię diabli! Wszystkim 
powiem, cioteczko. Po prostu chciałem cię uprzedzić, nim wrócę do bawialni, i wszystkim, co 
do jednego, powtórzę co słyszałem tamtego dnia nad strumieniem.
Abby uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.
- Zrobisz, jak zechcesz, Iggy. Zupełnie mnie to nie obchodzi.
Iggy'ego wbiło w ziemię.
- Nie... nie obchodzi?
Uśmieszek na ustach Abby przerodził się w szeroki, najprawdziwszy uśmiech szczęścia.
- E tam. Ani trochę. Och, i właśnie minąłeś się z lady Skelton, która uznała za konieczne 
nagle wyjść. Biedna kobieta, wydawała się roztrzęsiona.
Ze   zbielałymi   wargami   zaciśniętymi   w   linijkę,   oczami   okrągłymi   jak   talerze,   Iggy   nie 
wyglądał nawet w połowie tak przystojnie jak zwykle. Miał minę kogoś, kto spodziewa się 
cukierka, a przez omyłkę wgryza się w wyjątkowo cierpką cytrynę.
- Rozgromiłaś ją? Jak?
- Czy to ważne, Iggy? To, że już wiesz, nie wystarcza, żebyś zaczął zastanawiać się, co mogę 
planować dla ciebie? - spytała Abby, poklepując go po ramieniu. - A teraz, jak sądzę, przyszła 
już pora, żebyś pomyślał o spakowaniu twojej znakomitej nowej garderoby zakupionej na mój 
koszt i odesłaniu większej jej części do Syston. Pomyśl tylko, jutrzejszy wieczór zastanie cię 
już z twoimi... jak się to nazywa, towarzyszami broni. Nim miną dwa tygodnie, będziesz miał 
już   nowiutkie   mundury,   to   także   część   mojego   prezentu.   Przypuszczam,   że   w   mundurze 
będziesz   wyglądał   na   bohatera   pełną   gębą,   bo   przystojny   z   ciebie   potworek.   Tak,   tak, 
mundury   i   nie   najgorsza   kwartalna   pensja,   póki   będziesz   się   przyzwoicie   sprawował. 
Jednostka   w   Indiach   i   ani   złamanego   szeląga,   jeśli   sprawować   się   nie   będziesz.   Moja 
przyjaciółka, księżna Selbourne, twierdzi, że załatwienie ci przeniesienia to dla niej pestka. 
Słówko szepnięte do odpowiedniego ucha i...
Iggy   przysunął   się   i   pochylił   się   nad   nią   jak   człowiek   doprowadzony   niemal   do   użycia 
przemocy fizycznej, wiedzący jednak, że tego progu przekraczać nie warto.
- Prezencik pożegnalny, cioteczko - wyszeptał ochryple, widząc, że Kipp wchodzi do holu i 
rzuca   się   w   ich   stronę.   -   Zajrzyj   do   biurka   swojego   męża,   cioteczko.   Do   tego   w   jego 

background image

prywatnym gabinecie. Myślisz, że znasz tego człowieka? Wątpię.
Potem roześmiał się głośno, objął Abby z siłą, która wykraczała poza granice serdeczności, a 
graniczyła z chęcią zadania bólu, potrząsnął ręką lekko oszołomionego Kippa i w paru susach 
znalazł się na schodach.
Zanim Kipp doprowadził Abby z powrotem do bawialni, większość gości zdążyła już wyjść, 
by powtórzyć cały cykl oczekiwania, stania, rozmawiania, oczekiwania w innej rezydencji na 
innym placu.
Sophie i Abby uściskały się gorąco, Sophie wciąż w ekstazie po sukcesie z Iggym, Abby 
zdecydowanie bardziej przygaszona, w uszach bowiem wciąż rozbrzmiewały jej pożegnalne 
słowa bratanka. Było z niego wredne chłopaczysko. Zawsze to wiedziała. Nie oznaczało to 
jednak, że był głupi. Jeśli rzeczywiście szperał w biurku Kippa i znalazł tam coś, co mogło ją 
zdenerwować, dziwił tylko fakt, że tak długo czekał, by jej dokuczyć.
By jej zagrozić.
Na pewno nie był na tyle głupi, żeby grozić Kippowi. Nawet Backworth-Maldon płci męskiej, 
który pokrewieństwo z Harrym miał wypisane na czole - i nie tylko - musiał mieć więcej 
rozumu.
Toteż kiedy przyjęła już od wszystkich gratulacje i póki jeszcze umiała cieszyć się, że tak 
łatwo przyszło jej „rozgromienie" lady Skelton, złożyła ostatnim gościom życzenia dobrej 
nocy i poszła na górę objęta ramieniem Kippa... starając się nie myśleć, że mogłaby później 
cicho zejść na dół i rzucić okiem na zawartość mężowskiego biurka.
- Jesteś raczej cicha jak na kobietę, która rozgromiła wroga, nie oddając nawet jednego strzału 
- zauważył Kipp, wchodząc za nią do jej pokoju, po czym gestem przegnał Sallyann, by móc 
samemu odegrać rolę pokojówki. Stanął i rozpiął zapięcie diamentowego naszyjnika żony, po 
czym pocałował ją w kark. - Jak bohaterka z powieści Araminthy Zane.
Abby zamknęła oczy i osunęła się mu w ramiona.
- Jaka tam bohaterka, Kippie - zaprotestowała. - Możliwe, że posłałam krewniaka na śmierć, 
wiesz?
Chwycił ją za ramiona i obrócił twarzą do siebie.
-   Nic   podobnego.   Sophie   opowiedziała   mi   o   przydziale   Iggy'ego   i   chłopak   będzie   miał 
szczęście, jeśli w ogóle wytknie nos z Dover. Nudno w tym Dover, że aż piszczy, niemniej z 
woli królewskiej musi być nieustannie pod bronią. Dużo czasu będzie gapił się na morze i 
jeśli choć trochę znam twojego bratanka, bogacił się, przymykając oczy na przemytników.
-  Zagroził,   że  powie   każdemu,   kto  się  nawinie,  że   zawarliśmy   małżeństwo   z  rozsądku  - 
rzuciła   jednym   tchem   Abby,   niezdolna   tej   jednej   jedynej   tajemnicy   zachować   ani   chwili 
dłużej. - Widział, jak odchodzimy w kierunku strumienia tamtego dnia, poszedł za nami i 
słyszał każde słowo. Przechyliła głowę i wbiła wzrok w podłogę.
- Szczególnie utkwiło mu w pamięci, jak to mówiłam o tym, że nie jestem dziewicą.
Palce Kippa zacisnęły się na jej ramionach, on zaś zastanawiał się, czy nie zostawić żony, jak 
tu stała, nie wbiec po schodach, przeskakując po dwa stopnie, i nie wyrzucić Iggy'ego przez 
okno jego sypialni. Potem się jednak rozluźnił. Przypomniał sobie, że Abby w końcu się 
przed nim otworzyła, i przygarnął ją do siebie, mówiąc:
- Już po wszystkim, żono. Żałuję, że wcześniej mi nie powiedziałaś, bo cały miesiąc łożyłem 
na tego małego bękarta, ale z pewnością odpłaciłaś mu się za sprowadzenie do naszego domu 
kochanki, za to, że ci groził. Tak jak groziła ci lady Skelton? - dokończył i poczuł, że Abby 
sztywnieje w jego ramionach.
Odepchnęła się od niego i podniosła zaskoczone oczy:
- To ty wiedziałeś? Skąd? Uznał, że dość już prawd jak na jeden wieczór.
- Skąd? Pani, pozwolisz sobie przypomnieć? Jam jest Korsarz. Wiem wszystko.
Abby   uśmiechnęła   się   słabo.   Naprawdę   starała   się   otrząsnąć   z   irracjonalnie   posępnego 
nastroju. Pomimo tego, że dziś wieczorem odsłonili przed sobą skrawek prawdy, nadal bawili 

background image

się w gierki. Nadal kryli się za gierkami.
- A jam ci Lucinda Pomeroy, bohaterka ekstraordynaryjna - odpowiedziała i roześmiała się, 
gdy zgarnął ją w ramiona i popędził do łóżka.

background image

22

Kipp budził się powoli. Wyciągnął rękę, by przytulić do siebie Abby, bez słów wyrazić to, co 
wciąż   lękał   się   powiedzieć,   czego   przez   pół   życia   nie   spodziewał   się   powiedzieć   nigdy. 
Wyprostował ramię na szerokość materaca, powiódł nim w górę i w dół, po czym otworzył 
oczy i zobaczył, że druga połowa łóżka jest pusta.
To było do Abby niepodobne. Zawsze tu leżała, gdy się budził, czasem jeszcze spała, czasem 
była zupełnie rozbudzona i wsparta o poduszki przyglądała się, jak spał.
Usiadł, odgarnął włosy z oczu i rozejrzał się po sypialni.
- Abby? - odezwał się, gdy ją zauważył. Stała przed łóżkiem, w pełni ubrana i z marsem 
czole, który wydał mu się uroczy. - Która godzina? Co się stało?
- Co się stało? A co by się mogło stać?
Kipp oprzytomniał w jednej chwili. W głosie Abby brzmiała nuta, której nigdy dotąd nie 
słyszał, nuta, która mówiła, że jej opanowanie wisi na bardzo cienkim włosku. Wyskoczył z 
łóżka, narzucił na siebie szlafrok, który służący zapobiegliwie wieszał zawsze na krześle w 
buduarze pani, i przewiązał się paskiem.
- Co to? - spytał, spoglądając na papierowy rulon, który Abby kurczowo zaciskała w dłoni. - 
Robiłaś listę? Matka uwielbiała robić takie listy, choćby tylko po to, by móc skreślać z niej 
każde swoje osiągnięcie.
-   Doprawdy   -   rzuciła   Abby,   a   jej   głos   był   zimny   jak   woda   z   dna   studni.   -   Zatem 
przypuszczam,   że   powinnam   skreślić   z   listy   jakąś   pozycję,   nieprawdaż?   Kto   jest   twoim 
mężem, Abby?  Oto pytanie, na które mam już odpowiedź. Powinnam zapisać ją tuż pod 
pytaniem, a potem skreślić. Moim mężem jest Aramintha Zane!
Rzuciła w niego zwitkiem kartek, a on złapał je odruchowo, rozpoznając w nich pierwszy 
rozdział   swojego   najnowszego   dzieła   -   tego,   w   którym   zaplanował   sobie   małżeństwo   z 
rozsądku, kilka brawurowych wyczynów wobec złowieszczych szpiegów obcego wywiadu i 
niezmiernie szczęśliwe zakończenie. Przewrócił pierwszą stronę i ujrzał własne pismo: Długa 
droga miłości, czyli Awanse Angeliny Bolton, pióra pani Araminthy Zane.
- Psiakrew - zaklął bezgłośnie i rzucił kartki na łóżko. - Abby, zamierzałem ci powiedzieć...
- Czyżby, Kipp? A kiedy to byś mi powiedział? Kiedy już całkiem skończysz obmyślanie 
fabuły   i   znajdziesz   jej   zakończenie?   Gdy   już   naiwnie   dostarczę   ci   materiału   do   postaci 
Angeliny? Kiedy uznasz, że dość długo wykorzystywałeś mnie jako... pożywkę?
Przegarnął palcami włosy.
- To nie tak, cholera - zaprotestował,  choć świetnie  wiedział,  że było  dokładnie  tak.  Od 
pewnego czasu pisał ich historię, w pewnym sensie notował ją, by dopisać do niej szczęśliwe 
zakończenie. Szczęśliwe zakończenia pisał przez całe swoje życie, szukając w tym pociechy, 
przekonując   samego   siebie,   że   nie   ma   rzeczy   niemożliwych.   -   Abby,   ja   mogę   to 
wytłumaczyć...
Zaczęła krążyć w tę i z powrotem, wymachując ramionami i kręcąc głową, jakby chciała 
zaprzeczyć temu, czego się dowiedziała.
- Gierki. Ciągle te gierki. Czy wymykałeś się cichaczem na dół, kiedy ode mnie wychodziłeś, 
żeby zapisać sobie wszystko,  co powiedziałam,  co zrobiłam?  I czemu  do tej pory byłam 
ślepa?  Teraz  wszystko  wydaje  mi  się takie  jasne. Byłeś  Korsarzem,  odbijającym  innemu 
mężczyźnie   pisaną   mu   pannę   młodą,   by   zatrzymać   ją   dla   siebie?   Pobożne   życzenia,   co, 
Kippie? To w ten sposób zachowałeś swoją Merry - stając się Araminthą Zane? A teraz ja. 
Kim   jestem   ja,   Kipp?   Kolejną   twoją   bohaterką,   jeszcze   jedną   kopią   Merry?   Kipp,   który 
właśnie układał w głowie pełne skruchy przeprosiny, zesztywniał nagle, a każdy jego zmysł 
znalazł się w stanie pogotowia.
- Coś ty powiedziała?
Abby zawróciła gwałtownie i stanęła jak wryta. Obiema rękami zakryła usta i zwróciła na 

background image

Kippa rozszerzone oczy. Żołądek się w niej przewrócił, gdy uświadomiła sobie, co uczyniła, 
jak głupio się zdradziła.
- To ty wiedziałaś? - spytał oskarżycielsko Kipp. - Jak się dowiedziałaś? Jak? I kiedy, do 
jasnej cholery. - Palnął się w czoło, wściekły, że dopiero teraz dostrzegł to, co oczywiste. – 
Brady.
Abby niespodziewanie znalazła się w defensywie, niemniej i tak zamierzała porządnie złoić 
niewrażliwe siedzenie Kippa.
- To nieważne, Kippie - warknęła. - Ale owszem, wiedziałam. Przecież wysłałeś Brady'ego, 
żeby znalazł ci żonkę, nieprawdaż? Cóż, wybrał mnie. Ty także, jeśli pamiętasz.
Kipp tarł obolałe czoło.
- I powiedział ci. Oczywiście, że tak. Opowiedział ci o Meny, o Jacku, o moim biednym, 
żałosnym   złamanym   sercu.   Teraz   widzę   wszystko   jak   na   dłoni.   Bardzo   to   godne   prozy 
romantycznej, pani, gratuluję wam obojgu. Pchał mi cię przed oczy, gdziekolwiek bym się 
ruszył, a ty wszystko o mnie wiedziałaś, dokładnie wiedziałaś, co Zrobić, by zwrócić moją 
uwagę. Zabiję go!
- Dlaczego? - odparowała z furią Abby; prawda wylewała się przez jej usta szybciej, niż w 
myślach formowały słowa, tak spieszno było jej wyrzucić z siebie ostatnią już tajemnicę, żeby 
nareszcie   było   po   wszystkim.   -   Nie   miałam   okazji   zwrócić   się   do   ciebie   z   propozycją 
małżeństwa, kiedy już zdałeś sobie sprawę, że Edwardine to chybiona kandydatka.
- Brady chciał, żebyś to ty mi się oświadczyła? Mój Boże, to się robi coraz gorsze, prawda? 
Gdzie też ja, do diabła, podziałem głowę, że nie przejrzałem tej idiotycznej intrygi?
- Nigdy na poważnie nie sądziłam, że się na to zdobędę, Kippie. Poza tym ty mnie ubiegłeś, 
pamiętasz? Chyba że to Brady był  wtedy ze mną nad strumieniem,  a mnie wszystko się 
miesza?   Ale   teraz   wszystko   jest   wyjaśnione,   wyłożyliśmy   kawę   na   lawę,   by   tak   rzec. 
Wiedziałam.   Tak,   psiakrew,   wiedziałam.   A   ty   kłamałeś.   Kłamałeś,   podając   powody,   dla 
których   chcesz   się   ze   mną   ożenić,   a   już   z   całą   pewnością   w   sprawie   Araminthy   Zane. 
Pominięcie prawdy to też kłamstwo, oczywiście.
- Oczywiście. Cóż, pani, to jasno mi mówi, że nie dojdę donikąd, chyba że chciałbym kręcić 
się   w   kółko,   które   mi   tutaj   nakreślasz.   Wychodzę   -   oznajmił   beznamiętnie,   idąc   już   w 
kierunku swojej sypialni.
- I dobrze - zaperzyła się Abby i energicznie kiwnęła głową. - Nie krępuj się - zawołała za 
nim, nim rzuciła się na łóżko i rozpłakała się, jakby miało jej pęknąć serce.
Z tym że pęknąć już nie mogło. Pękło w chwili, w której wysunęła szufladę i wyjęła z niej 
tamte   przeklęte   kartki.   Roztrzaskało   się   na   milion   małych,   wystrzępionych,   obolałych 
kawałków, gdy pomyślała o wszystkich tych nocach, które spędziła w ramionach Kippa, i 
wielu wieczorach spędzonych na grze. Zawsze te gierki.
Ale teraz gierki się skończyły i nadszedł czas, by odeszła.
Kipp i Brady siedzieli przy ulubionym stoliku w klubie przy Bond Street, gdy Bramwell 
Seaton, książę Selbourne, wszedł do sali i przyłączył się do nich.
- Obaj jeszcze żywi, jak widzę - odezwał się Bram, siadając, i kiwnął na jednego z kelnerów, 
by   przyniósł   mu   kieliszek.   -   To   więcej   niż   oczekiwałem,   prawdę   mówiąc,   choć   Sophie 
zarzekała   się,   że   jesteś   zbyt   rozsądny,   Kippie,   a   ty,   Brady,   zbyt   kochany,   byście   mogli 
poważnie skoczyć sobie do gardeł. I jeśli będzie to komuś pociechą, sama Sophie też musiała 
trochę się przed Abby potłumaczyć, biorąc pod uwagę fakt, że zaprosiła ją do nas na bal tylko 
dlatego, że prosił o to Brady, i na początku przyjaźniła się z nią po to, by nie ominęło ją nic z 
tej   hecy.   Jednakże   ponownie   okrzyknęły   się   przyjaciółkami,   toteż   uznałem,   że   można   je 
bezpiecznie zostawić same, żeby przynieść ci ten liścik.
-   Liścik?   -   Kipp   zmierzył   złożoną   kartkę   papieru   takim   wzrokiem,   jakby   zawierała 
wiadomości dotyczące metody obranej na jego egzekucję. - Od Abby?
- Nie, od mojej kucharki - zirytował się Bram i podał mu liścik, Brady zaś z całej siły starał 

background image

się być niewidzialny, jako że jego rozprawa z Kippem nie należała do łatwych i mógł mieć 
tylko nadzieję, że Abby nie postanowiła wystosować do jego przyjaciela pożegnalnego listu.
Kipp wziął kartkę i wyprostował ją powoli. Uświadomił sobie, że po raz pierwszy ogląda 
pismo żony. Cała ona. Litery niemalże proste, żadnej kwiecistości, kreski ciemne i śmiałe. 
Nie było zwyczajowych grzeczności na początku, od razu przechodziła do tego, co uważała 
za   sedno   sprawy.   Oboje   okrutnie   się   rozczarowaliśmy.   Okłamywaliśmy   się,   mówiąc   o 
pewnych  sprawach, a inne przemilczając.  Para z nas głupców, Kippie, para skończonych 
głupców. Przez kilka dni będę mieszkać u Sophie, na jej zaproszenie, mówiła mi bowiem, że 
Constance ma niewielką gorączkę i że mogłabym być jej pomocna, później jednak wracam do 
Syston. Tak bardzo cię przepraszam, Kipp. Tak bardzo, bardzo przepraszam. A.
- To był pomysł Sophie, nawiasem mówiąc - wyjaśnił Bram, gdy Kipp ponownie złożył list i 
zatknął zwitek za kamizelkę. Dopił zawartość kieliszka, wstał i gestem zaprosił Brady'ego, by 
mu towarzyszył. - Constance jest zdrowa jak rybka, mój mały aniołek. Ale znasz Sophie, 
zawsze próbuje sterować życiem innych w ich najlepiej rozumianym interesie. Dała ci nie 
więcej niż trzy dni, przyjacielu. Nie sądzę, żebym musiał radzić ci, byś ich nie zmarnował.
Brady zatrzymał się przy krześle Kippa i pochylił się, by spytać cicho:
- Czy kiedykolwiek powiedziałeś jej, że ją kochasz? Kipp pokręcił głową i westchnął.
- Nie myślisz, że już czas, stary przyjacielu?
Kipp nakrył dłoń Brady'ego, która opierała się pokrzepiająco na jego ramieniu.
- Nadszedł czas na wiele rzeczy.
Abby siedziała na podłodze w bawialni rezydencji na Portland Square, turlając jaskrawą piłkę 
w   kierunku   Constance,   ta   zaś   zanosiła   się   chichotem   i   słała   ją   w   odwrotnym   kierunku. 
Ogromnie   pokochała   to   miłe   dziecko   o   burzy   takich   samych   jak   u   Sophie   loczków,   z 
pięknymi, szlachetnymi rysami twarzy jak u matki i zastanawiała się, nie po raz pierwszy, jak 
wyglądałoby dziecko jej i Kippa.
Czy ich córeczka miałaby jego lekko kręcące się jasne włosy, czy jak ona gęste, proste jak 
pogrzebacz i ciężkie pasma? Czy miałaby urodę swojego ojca, może tylko kilka cech matki, 
takich jak oczy czy cera?
Abby mieszkała u Sophie od dwóch dni, choć nie potrzebowała - więcej niż kilku minut, by 
upewnić   się,   że   o   jej   dziecku   można   było   powiedzieć   wiele   rzeczy   -   że   jest   słodkie, 
inteligentne, ładne... ale z całą pewnością nie to, że jest chore...
Uśmiechnęła się na myśl o tym, co Sophie zrobiła, jak potrafiła łgać w żywe oczy, byle tylko 
Abby nie wynajęła dorożki i nie kazała się zawieźć do najbliższego zajazdu pocztowego, a 
stamtąd do bezpiecznego Syston.
Sophie potężnie ją zbeształa podczas pierwszego wspólnego popołudnia, tłumacząc zaistniały 
konflikt między nią a Kippem na swój urokliwy, acz niewolny od dobrodusznej manipulacji 
sposób.
Kipp miał wybuchowy charakter, nawet jeśli skrywał go za uśmiechem i zabawnymi żartami. 
Z drugiej strony Abby też miała niezgorszy charakterek. Zatem, jak widziała to Sophie, oboje 
muszą nauczyć się myśleć, nim coś powiedzą, wzajemnie zgadzać się z grubsza ze swoimi 
wnioskami,   a   potem   zrobić   jedną   ważną   rzecz...   zachować   spokój,  chłód   i   niewzruszone 
opanowanie, jakiekolwiek zaistniałyby okoliczności.
Wrzeszczenie na siebie, jak Sophie odważnie nazwała rzecz po imieniu, można uznać jedynie 
za   marnotrawienie   energii   i   Abby   musiała   się   z   nią   zgodzić.   Ludzie   niemal   zawsze 
przekonywali się, iż muszą się zgodzić z Sophie.
- Jesteście  najlepszymi  z przyjaciół,  Abby,  a to równie cudowne, co rzadko spotykane  - 
podkreśliła Sophie, gdy piły herbatę w jej prywatnej bawialni.
- Z tego, co mi mówiłaś, pożądanie jest dla was swoistą grą, którą rozgrywacie między sobą, 
czasem frenetycznie, czasem łagodnie, lecz zawsze ku obopólnej satysfakcji - perorowała 
dalej,   a   policzki   Abby   oblekły   się   szkarłatem   wobec   tak   bezpośrednich   wywodów 

background image

przyjaciółki. - I to właśnie znalazłaś w jego szufladzie. Opowieść o miłości, napisaną dla 
ciebie przez męża, pełną wszystkich jego nadziei, że koniec okaże się szczęśliwy - że okaże 
się szczęśliwym początkiem, powinnam chyba powiedzieć, tak? - że też oboje jesteście zbyt 
niemądrzy i uparci, by zrozumieć, co się wam trafiło. Mój Boże, ty wiedziałaś, co masz, już 
pierwszej nocy, której zabrał cię do łóżka. Ejże, nie strój mi tu niewiniątka, moja droga. Mó-
wiłam ci, że sztukę zadowalania męża i siebie mam we krwi. Nie ma nic złego w cieszeniu się 
sobą nawzajem, czyż nie tak?
- Myślę, że za dużo mówię, kiedy płaczę. Nie, zdecydowanie mówię zbyt wiele, kiedy płaczę 
- stwierdziła smętnie Abby, a Sophie roześmiała się, lecz niemal natychmiast spoważniała 
ponownie.
- Problem, tak jak ja go widzę - upierała się Sophie -zasadza się w tym, że oboje zawarliście 
to małżeństwo z powodów, które nie miałyby znaczenia, chyba  żebyście zakochali się w 
sobie, czy tak? Teraz jednak, gdy to się już stało, te problemy, te oszustwa, wydają się niemal 
nie do przezwyciężenia. Ale można je przezwyciężyć, moja kochana Abby, można, jeśli tylko 
jest  miłość.   Po  prostu   zostań   tutaj,  pozwól,  by złość   wyparowała   z  Kippa,  a   jego  duma 
podgoiła  się,  to   sama  zobaczysz.  Będzie  tu   już  niedługo,  porozmawiacie,  a  potem  oboje 
będziecie mogli być tak szczęśliwi, jak na to zasługujecie. Zaufaj mi w tej materii, Abby, ja 
nigdy się nie mylę. Nie w sprawach miłości.
Abby przystała więc na ten fortel, na przekór wszystkiemu nie tracąc nadziei, że Sophie ma 
rację, że Kipp przeczyta jej liścik i przybiegnie na Portland Square... by nakrzyczeć na nią, 
cisnąć jej oskarżenia prosto w twarz... i wyznać, że ją kocha.
Tak   jednak   się   nie   stało.   Wczoraj   nie   przyszedł.   Nie   przyszedł   i   dziś,   choć   zegar   nad 
kominkiem właśnie wybił trzecią. Abby podjęła niezłomną decyzję, że jeśli Kipp nie pojawi 
się jutro po popołudniu, wyjedzie z Londynu. Brała poprawkę na jego upór, dawała mu czas 
na to, by, na miłość boską, uświadomił sobie to, co ona już wiedziała, ale nie zamierzała 
przesiadywać tutaj, bezużyteczna jak kurzajka na nosie Prin- ść.
Od   strony   zewnętrznego   holu   dobiegł   ją   odgłos   zamieszania.   Abby   wyciągnęła   ręce   do 
Constance, która natychmiast poraczkowała po podłodze jak krab i umościła się wygodnie na 
jej kolanach.
Abby wzdrygnęła się w duchu, wiedząc, że bezwstydnie wykorzystuje dziecko jako tarczę. 
Ale jeśli to rzeczywiście Kippa głos przed chwilą słyszała, tak jak się jej zdawało, wolała 
mieć zajęte ręce, żeby nie kusiło jej, by zerwać się na równe nogi i pobiec do niego, przytulić 
go do siebie.
Następnie drzwi otworzyły się i do środka zamaszystym krokiem wpadł Kipp, z cylindrem i 
rękawiczkami wciąż jeszcze w dłoniach. Zatrzymał się tuż przed nią i musiała poluzować 
chwyt na nagle wiercącej się Constance, uprzytamniając sobie, że widocznie obejmowała ją 
zbyt mocno.
- Pani - rzucił Kipp ze spokojem, który doprowadzał ją do szału, i przykląkł obok niej, by 
żartobliwie uszczypnąć Constance w pyzatą bródkę - kiedy wracasz do domu?
Abby nie wiedziała dokładnie, co takiego powie Kipp, jeśli i kiedy pojawi się na Portland 
Square, niemniej z pewnością nie spodziewała się tego.
-   Bawię   się   znakomicie,   przebywając   tu   u   Sophie.   Hero   jest   zachwycona   Constance   tak 
bardzo, że Sophie postanowiła powiększyć swoją menażerię o kilka szczeniąt. Poza tym, jak 
już wspomniałam ci w liście, wkrótce wyjeżdżam do Syston.
Dostrzegła, że mięsień na policzku Kippa zaczyna drgać jakby w tiku nerwowym.
- A wcale że nie. Wracasz do domu.
- Czemuż to?
- Ponieważ jesteś moją żoną, do cholery - nie wytrzymał, przeklinając w duchu swoją skrajną 
głupotę. Tak długo i usilnie rozmyślał, całą noc i cały dzień planował każde słowo, jakie dziś 
miało paść, a potem jedno spojrzenie na Abby i znowu zmienił się w żałosnego choleryka.

background image

Abby podała mu Constance, potem wstała i podeszła do najbliższej kanapy.
- To za mało, Kippie - powiedziała, przyglądając się, jak usiadł naprzeciwko, nadal piastując 
w ramionach córeczkę Sophie. Tak naturalnie wyglądał z dzieckiem na ramionach...
- Nie - wykrztusił z trudem po kilku chwilach. - Masz rację, Abby, to za mało. - Pozwolił, by 
Constance wsadziła mu paluszki do ust, następnie ujął jej drobną rączkę i ucałował ją. - Mój 
ojciec zmarł, zaledwie osiągnąłem wiek, w którym zacząłem doceniać jego obecność w moim 
życiu   -   zaczął   bez   dalszych   wstępów.   -   Matka   zmarła   tuż   po   tym,   jak   osiągnąłem 
pełnoletniość. Na swój sposób Merry i Jack także mnie opuścili.
Potrząsnął głową i zaśmiał się, krótko, sucho.
- Nawet Gillett. Odbierałem jego odejście jako zdradę, oto kolejna osoba, którą kochałem, 
chce   mnie   porzucić.   Trzymanie   w   tajemnicy   Merry,   Araminthy   Zane...   i   innych   spraw... 
ważne było o tyle, że gdybym  wyznał ci prawdę, kiedy zaczęło ci zależeć na tym, by ją 
poznać... cóż, ty też byś mnie opuściła. I opuściłaś.
Abby ukradkiem otarła mokre oczy. Całą siłą woli powstrzymywała się przed rzuceniem się 
przed   Kippem   na   kolana,   złożeniem   na   jego   kolanach   skołatanej   głowy.   Tyle   prawdy. 
Ofiarował jej tyle prawdy, którą nigdy wcześniej z nikim się nie podzielił, prawdopodobnie 
nawet z samym sobą.
- Pięknie to wszystko zagmatwałem, co, Abby? Ożeniłem się z tobą z zupełnie niewłaściwych 
powodów. Wymusiłem na tobie zgodę na to, byśmy żyli każde własnym życiem, byśmy czuli 
się wolni, by żyć  własnym życiem.  Ale ja nie czuję się wolny,  Abby.  Czuję się spętany 
okowami własnego egoizmu i głupoty.
- Ja także nie wyszłam za ciebie ze szczególnie altruistycznych pobudek, Kippie - zdołała w 
końcu   powiedzieć.   -   Brady   wymachiwał   mi   tobą   przed   nosem   jak   jakimś   wspaniałym   i 
chwalebnym  trofeum,  wybawieniem  przed okolicznościami,  które stały się prawie nie do 
wytrzymania, a ja uchwyciłam się go, uchwyciłam się ciebie obydwiema rękami. A później, 
kiedy Iggy zaczął mnie dręczyć, nie miałam dość wiary w ciebie, by się do ciebie zwrócić, 
powiedzieć  ci  prawdę.  By wyznać  ci,  że  z  rozmysłem   zastawiłam  na  ciebie   pułapkę,  by 
skłonić cię do małżeństwa. Żadne z nas nie wyszło tu na bohatera, Kipp.
Wstał, podszedł i podał jej Constance.
- Może i masz rację. - Nachylił się, by ucałować Abby w policzek. - Jak to się stało, że 
mieliśmy tyle szczęścia, a zarazem mieliśmy go tak niewiele? Nie, nie odpowiadaj. Jeszcze 
nie teraz. Zbyt długo ci przeszkadzałem, Abby, teraz już zostawię cię samą.
Kiwnęła   głową  i  ukryła   twarz  we  włosach   dziewczynki,   by  nie  patrzeć,   jak  wychodzi,   i 
zaniosła się płaczem.
Sophie pojawiła się niecałą minutę później. Niemal tanecznym krokiem wpadła do pokoju, by 
klapnąć na tę samą poduszkę, na której Kipp siedział zaledwie moment wcześniej, a przecież 
zdawało się, że było to w poprzednim życiu.
- No i? Nie siedź tak, skrapiając mojej córki łzami. Powiedział, że cię kocha?
Abby podniosła wzrok, ledwie widząc przyjaciółkę przez łzy.
- Tak. Tak, Sophie, powiedział.
Zegar wybił szóstą. Kipp siedział w fotelu w sali bilardowej, wychylony do przodu, z jednym 
z ulubionych wachlarzy Abby w dłoniach. Rozkładał go i składał. Rozłożył kolejny raz.
Jak do tego doszło? Jak doszło do tego, że wkroczyła w jego życie w wyniku tak na zimno 
ułożonego planu, a koniec końców stała się mu niezbędna do szczęścia?
Teraz wiedział o niej o niebo więcej, spędziwszy kilka godzin z Gillettem, by dowiedzieć się 
wszystkiego, co wiedział kamerdyner,  a czego nie wiedział  on sam.  Nie pofatygował  się 
zapytać.
Wiedział o Harrym, wszystko o Harrym, jak trudne było to małżeństwo, o ile trudniejsze 
jeszcze okazały się lata po jego niechlubnej śmierci.
I zastanawiał się, jak Abby mogłaby znaleźć w sobie dość odwagi, by znów kogoś pokochać.

background image

Zastanawiał się, skąd on będzie czerpać odwagę, by Żyć dalej, jeśli pokochać go nie zdołała.
Jak otworzyć oczy rano, wiedząc, że nie ujrzy jej obok siebie?
Mógł   jej   powiedzieć,   że   ją   kocha,   podczas   popołudniowej   wizyty,   ale   nie   starczyło   mu 
odwagi.   Po   prostu   się   bał.   Harry   niewątpliwie   zapewniał   ją   o   swojej   miłości,   a   potem 
bezwstydnie ją wykorzystał  i równie bezwstydnie  pozbył  się jej, jak wyrzuca się zbędny 
przedmiot, gdy przestała mu być potrzebna.
Świetnie rozumiał, do czego sprowadzał się jego problem. Jakże mogłaby mu uwierzyć, skoro 
napomknął   o   miłości   dopiero   wówczas,   gdy   od   niego   odeszła?   Po   wszystkich   tych 
kłamstwach i niedopowiedzeniach, które ich dzieliły, nie było chyba gorszego momentu na to, 
by wyznać jej miłość i mieć nadzieję, że mu uwierzy.
Kipp rozejrzał się po pomieszczeniu, które tak niemiłosiernie odarł z przeszłości, usiłując 
uchronić się przed wspomnieniami o matce. Głupiec, głupiec, po trzykroć głupiec. Nigdy 
matki nie zapomni, zapomnieć nie chciał. Ale tyle w życiu stracił. Merry. Jacka. Wszystkich 
ich   wydarł   więc   ze   swojego   życia   i   całym   sercem   rzucił   się   w   miałką   rozrywkę,   jakiej 
dostarczał Londyn, wiecznie świadom obecności cieni w swoim życiu, nieustannie usiłując je 
rozproszyć.
Uśmiechnął  się  ze smutkiem.  Mógłby puścić  z dymem  całe  miasto,  a i  tak nie  zdołałby 
zapomnieć Abby.
Tego, jak śmiały się jej oczy, gdy była szczęśliwa.
Jak ciemniały, gdy budziło się w niej pożądanie.
O jej zwyczaju odpowiadania pytaniami na jego pytania.
O jej pełnym miłości sercu, dość wielkim, by pomieścić cały klan Backworth-Maldonów, całą 
londyńską   socjetę,   każdego   służącego   i   każdą   służącą   w   rezydencji   -   nawet   sprytną 
sprzedawczynię szmacianych lalek, którą przyjęła do własnego domu.
O jej odwadze, pomysłowości, talencie do rozwiązywania nietypowych problemów w typowy 
dla siebie pełen inwencji sposób.
Umiejętności stania pewne na własnych nogach, stawiania czoła światu... by potem stopnieć 
w   jego   ramionach...   rozgorzeć   w   jego   ramionach   jak   pochodnia...   przekomarzać   się, 
zaśmiewać i droczyć z nim, gdy tulił ją do siebie.
Złożył wachlarz i przycisnął do niego czoło.
Kochał Merry, tu nie mijał się z prawdą. Ale nie w sposób, w jaki kochał Abby, nigdy nie tak, 
jak   kochał   Abby.   Merry   była   chłopięcym   marzeniem,   nierealną   fantazją,   może   nawet 
elementem   niewypowiedzianej   rywalizacji   między   nim   a   jego   najlepszym   przyjacielem 
Jackiem. Teraz to widział, widział jasno jak na dłoni.
Merry była jego dzieciństwem.
Abby - całym życiem.
- Szukałam cię.
Kipp  ścisnął   wachlarz   tak  mocno,   że  jego  rękojeść  trzasnęła  mu   w  palcach   jak  zapałka. 
Podniósł   wzrok,   zobaczył   stojącą   w   progu   Abby   z   Hero   w   ramionach.   U   jej   stóp   stało 
kartonowe pudło.
Wróciła do domu. Wróciła do niego.
- Abby? - spytał bez tchu, nie śmiąc uwierzyć własnym oczom.
Omal się nie potknął, zrywając się na nogi.
- Ja też ciebie szukałem - odparł i obszedł stół bilardowy, by zatrzymać się w bezpiecznej 
odległości trzech stóp od niej. - Szukałem ciebie przez całe moje życie.
Schyliła się, pozwoliła Hero zeskoczyć na ziemię i wyprostowała się ponownie, by spojrzeć 
na niego z uwagą:
-   Czy   jest   jeszcze   coś,   co   chciałbyś   mi   powiedzieć,   Kipp?   Coś,   czego   nie   powiedziałeś 
wcześniej?
Z trudem przełknął ślinę, lecz nadal dławiło go w gardle. Słowa wcześniej wydawały się takie 

background image

niezbędne, takie zaś zbędne w tej chwili, że niemal śmieszne. Zdumiał się przelotnie, że 
poetom takie banały uchodziły przez wszystkie te stulecia.
- Tak - rzekł w końcu, uśmiechając się do żony. - Zastanawiam się, czy rozważyłabyś moją 
prośbę o przywrócenie tego pokoju do porządku, o przywrócenie mu wyglądu z czasów, gdy 
żyła moja matka, a potem zgodziła się, żeby należał do ciebie. Gillett na pewno ci pomoże, bo 
doskonale wie, jak wtedy wyglądał. - Uśmiechnął się niezbyt mądrze. - Gra Brady'ego i tak 
nie jest funta kłaków warta.
Usta   Abby   zadrgały,   w   jej   sercu   wezbrało   tyle   miłości,   że   nie   ufała   swojemu   głosowi, 
powiedziała więc tylko:
- Oczywiście - i rzuciła się w jego stęsknione ramiona.

background image

Epilog

Mam wielką nadzieję, iż będziemy

kochać się przez całe nasze życie

tak bardzo, jakbyśmy nigdy się nie pobrali.

- Lord Byron

Niecałe dwa tygodnie później Abby przyglądała się z lekkim rozbawieniem, jak bóstwo o 
wspaniałych rudych włosach i w sukni w kolorze morskim wbiega do bawialni w rezydencji 
przy Grosvenor Square i wpada w wyciągnięte ramiona jej męża.
- Kippie! - zakrzyknęła zjawa, ściskając go i pozwalając, by odpowiedział tym samym. - Och, 
aleśmy się za tobą stęsknili! W dodatku Gillett właśnie nam powiedział, że się ożeniłeś! To 
wspaniale!
Za małżonką wszedł do pokoju Jack Coltrane, potrząsając głową i z czułością patrząc, jak 
Kipp unosi Merry do góry i parokrotnie okręca w powietrzu, nim w końcu postawił na ziemię.
-   Milady?   -   odezwał   się,   uprzejmie   kłaniając   się   Abby.   -   Proszę,   wybacz,   pani,   tak 
powściągliwe i chłodne obejście mojej żony. Bardzo stara się okazywać entuzjazm, zawsze 
jednak z trudem przychodzi jej uzewnętrznianie emocji.
- O tak - odparła Abby, wstała i podała rękę przyjacielowi Kippa z dziecinnych lata, usiłując 
nie stracić powagi. - Widzę, że to istotnie może stanowić pewien problem. Witamy w domu, 
panie Coltrane. Spodziewamy się waszego przyjazdu od kilku ostatnich tygodni, a Kipp przez 
cały ten czas wiercił się jak na szpilkach, tak spieszno mu było znowu was zobaczyć.
- Nie panie Coltrane, a Jack, bardzo proszę - odrzekł, a Abby przyglądała się temu niezwykle 
wysokiemu mężczyźnie, niemal tak wysokiemu, jak Kipp. Włosy miał kruczoczarne, oczy 
zielone jak szmaragdy. Idealna oprawa dla urody Merry.
Kiedyś Abby czułaby się onieśmielona w obecności tylu pięknych ludzi, lecz miłość Kippa 
dodała jej pewności .siebie i zadowolenia z własnej aparycji, jak również, chociaż sama Abby 
nie zdawała sobie z tego sprawy, dodała jej urody. Miłość do męża nadała jej miękkości, biła 
z niej łuną, której nie zauważyłby tylko ślepiec.
- Jack! - zawołał Kipp i podszedł uściskać przyjaciela. Zaczęli poklepywać się po plecach w 
pełen serdeczności sposób, w jaki witają się mężczyźni, Zgoła piorąc się na kwaśne jabłko, 
gdy spotykają się po dłuższym niewidzeniu. - Nasze zaproszenie zastało was w dokach, jak 
rozumiem. Zatrzymacie się u nas na kilka dni przed powrotem na wieś, prawda?
- Bez wątpienia. Tym moim biednym, starym nogom wydaje się, że nadal podrygujemy w 
wodzie to w górę, to w dół jak jakie spławiki i sądzę, że przydałoby im się parę dni spokoju, 
nim pojmą, że na powrót znalazły się na stałym lądzie. A że w naszej rezydencji wszystkie 
meble   są   w   pokrowcach   przeciw   kurzowi,   bylibyśmy   głupi,   nie   korzystając   z   waszej 
gościnności, drogi przyjacielu - dał się słyszeć kolejny głos, bardzo niski i tubalny, do pokoju 
zaś wszedł jeszcze wyższy, potężniejszej jeszcze postury mężczyzna o ciemnej karnacji. W 
ramionach trzymał okryte kocem zawiniątko.
- Walter! - ucieszył się Kipp i pokręcił głową, uśmiechnięty od ucha do ucha. - Ty wspaniały 
dzikusie, wydajesz się większy za każdym razem, gdy cię widzę. Abby, kochanie, to Walter, 
wspólnik Jacka, mentor i bardzo dobry przyjaciel. Pamiętasz, opowiadałem ci o nim?
- Pamiętam, pamiętam - odpowiedziała Abby, gdy Merry wzięła opatulone dziecko z rąk 
Indianina, następnie stanęła obok niego, wyglądając zupełnie tak, jakby dla ochłody schroniła 
się właśnie w cieniu wysokiego, opiekuńczego drzewa. - Bardzo się cieszę, że mogę pana 
poznać, Walterze. - Abby uśmiechnęła się i rozłożyła szeroko ręce. - Was wszystkich.
- Nawet nie w połowie tak bardzo, jak my - oznajmiła Merry, bezpośrednia jak zawsze. - 
Zaczęliśmy się już zastanawiać, czy Kipp nie stanie się aby zrzędliwym starym kawalerem, 

background image

opiekującym  się psami  i pijącym  o wiele za dużo porto po kolacji. Chciałabyś  zobaczyć 
naszego syna, milady? Na imię ma John.
- A ja jestem Abby, tak będzie prościej - zaproponowała Abby i razem z Merry podeszły do 
kanapy. Usiadły, a Merry odwinęła małego człowieczka, który dał znać o swojej obecności, 
dopominając się czegoś krzykliwie. Spojrzała na małego, pulchnego cherubinka o oczkach 
błękitnych jak oczy jego matki i gęstej czuprynie tak ciemnej jak włosy ojca.
- Och, jakie słodkie dziecko!
Kipp gestem zaprosił Jacka i Waltera, by przyłączyli się do niego przy barku; wino dla Jacka i 
siebie, szklanica lemoniady dla Indianina.
- Boże, ale się cieszę. - Podał im napoje i uśmiechnął się. -To opowiadajcie, jak się wam 
podobało w Filadelfii? Całą już we dwójkę wykupiliście?
Jack   i   Walter   opowiadali   na   zmianę,   Kipp   zaś   przysłuchiwał   się   im   jednym   uchem. 
Obserwował żonę i Merry,  zachwycającymi  się niemowlęciem, które spoczywało teraz w 
ramionach Abby, i, jak się wydawało, zadowolonymi ze swojego towarzystwa. Na pewno 
byłyby dobrymi przyjaciółkami i sąsiadkami. Abby bardzo szybko się zaprzyjaźniała.
- ... a potem kupiliśmy Independence Hall i urządziliśmy tam piekarnię.
Kipp gwałtownie obrócił głowę. Zamrugał oczami.
- Co mówiłeś?
Jack roześmiał się serdecznie.
- Zastanawiałem się, czy cokolwiek zdoła zwrócić twoją uwagę. Jest urocza, Kipp. Jesteś 
szczęśliwy?
- Szczyt subtelności, Jack - skwitował to Walter sucho, sącząc lemoniadę. - Jestem niezwykle 
kontent, mogąc uważać się za swojego ucznia.
- Szczęśliwy? - Kipp pokręcił głową. - Szczęśliwy to mało powiedziane wobec tego, co czuję, 
przyjaciele, podobnie jak stwierdzenie, że szczęściarz ze mnie, nie oddaje nawet ćwierci tego, 
jak wielkie szczęście w końcu uśmiechnęło się do mnie. - Raz jeszcze spojrzał na Abby, 
wyobrażając sobie, że trzyma w ramionach ich dziecko. - Uśmiechnęło się do nas obojga.
- Wyjechali?  Z samego  rana, powiadasz? Cóż, a to rozczarowanie  - zmartwił  się Brady, 
całując Abby w policzek, po czym wziął podany przez Kippa kieliszek wina. - Będę miał 
nauczkę, żeby się nie szwendać po wsi, kiedy przyjdzie mi taki kaprys, prawda?
- Nic nie szkodzi, Brady - uspokoiła go Abby i poklepała po ramieniu. - Nadal planujesz 
spędzić   z   nami   święta   Bożego   Narodzenia   w   Willoughby   Hall,   nieprawdaż?   Wtedy   ich 
poznasz.
- Jacka już poznałem - przypomniał sobie Brady - w czasach, gdy zakazano mu wstępu do 
domu  rodzinnego, jak mi  się zdaje. Dobry człowiek, jeśli nawet odrobinę męczący.  Jego 
Merry jest piękna?
- Niezwykle - odparła Abby, uśmiechając się do Kippa, który odpowiedział, puszczając do 
niej oko. - A teraz, masz jeszcze jakieś pytania, czy możesz już zdradzić nam, gdzie to się 
szwendałeś przez cały ubiegły tydzień?
Brady wzruszył ramionami.
- Tu i tam. Ot, miejski dżentelmen podziwiający uroki sielskiej wsi. - Łypnął na Kippa. - 
Zatrzymałem   się   w   Little   Woodcote   na   kilka   dni,   przeprowadziłem   niezwykle   dyskretny 
wywiad o waszą pannę Bliss, takie tam.
- Nie może być - zdumiał się Kipp, z niedowierzaniem kręcąc głową. - Zachowujesz się przy 
naszej pokojowej jak pies, który patrzy na kość, co? Powtarzam ci, Regina ma szesnaście lat, 
na   pewno   nie   więcej   niż   siedemnaście.   O   wiele   dla   ciebie   za   młoda.   Poza   tym   Abby 
wyprułaby   z   ciebie   flaki,   gdybyś   spróbował   zrobić   z   jej   podopiecznej   swoją   kolejną 
kochankę.
- Kochankę? - Brady przycisnął do piersi obie dłonie, z przesadą manifestując szok, który 
miał ogarnąć go na słowa Kippa. - Jakby podobna myśl kiedykolwiek wpadła mi do głowy. 

background image

Jestem   ciekaw,   nic   więcej.   Czy   to   teraz   zbrodnia,   być   ciekawym?   Poza   tym   mnie   nie 
oszukasz. Aż was skręca, żeby się dowiedzieć, jakie przywiozłem informacje, prawda?
- Nieprawda - odpowiedziała stanowczo Abby.
- Wielka szkoda - oświadczył Brady z uśmiechem, który miał w zamyśle doprowadzać do 
obłędu - ale jakoś to przeżyję. Po prostu pokonferuję bezpośrednio z panną Bliss. Za waszym 
pozwoleniem, naturalnie.
- Udzielone - powiedział Kipp z westchnieniem, kręcąc głową wobec uporu przyjaciela. - Ale 
mam nadzieję, że oplącze cię tyloma kłamstwami, że przez tydzień nie trafisz do domu.
Później tego samego wieczora Sallyann wyszła z sypialni w chwili, w której pojawił się Kipp, 
wiedząc, że jej usługi nie będą już pani potrzebne. Rzadko kiedy potrzebne bywały, jako że 
pan i pani przez cały czas gruchali i jedli sobie z dziobków jak para gołąbków i chcieli być 
sam na sam o wiele częściej, niż to w odniesieniu do par małżeńskich w pewnych kręgach 
uważano za stosowne.
Abby odwróciła się plecami do Kippa, który rozpiął zapięcie przy jej naszyjniku z pereł, 
zsunął jej suknię z ramienia i ucałował ciepłą skórę.
- Brady bywa wprost nieznośny, prawda? - westchnęła. - Myślisz, że naprawdę pojechał do 
Little Woodcote, Kippie? Że naprawdę dowiedział się czegoś o Reginie? Może powinniśmy 
go byli wysłuchać.
- Absolutnie nie, skarbie, bo ostatnią rzeczą, jakiej chcę, jest go do czegokolwiek zachęcać - 
odpowiedział Kipp, wprawnie rozpinając jej suknię, zdążył  się bowiem stać prawdziwym 
ekspertem w dziedzinie rozbierania żony na czas. - Poza tym sądzę, że na razie starczy intryg, 
dość mieliśmy swoich, nie uważasz? Po prostu pozwolimy mu robić, co zechce. Zobaczysz, 
nic groźnego z tego nie wyniknie.
Ujął ją za rękę i podprowadził do łóżka.
- O wiele chętniej porozmawiałbym o moim pomyśle, by ponownie zabrać cię do Willoughby 
Hall i przez kilka tygodni przetrzymać cię tam jako swoją brankę. W sypialni, jak myślę.
Abby odwróciła się i wpadła mu w ramiona.
- Hmmm, podoba mi się to. Mów mi. Jakbyś traktował swoją brankę? Przychodziłbyś  do 
mnie co noc, usiłując skraść mi wianek, by przekonać się, że sam szaleńczo, bezpowrotnie 
zakochujesz się we mnie?
Uśmiech Kippa był jak samo słońce.
- Coś w tym duchu - wymruczał, zsuwając suknię z drugiego ramienia Abby, aż spłynęła falą 
jedwabiu do jej stóp. -Ale odnoszę wrażenie, że będę potrzebował odrobiny pomocy przy 
fabule, jako że nadal rysuje się dość mgliście. Może gdybyśmy przełożyli obrady do chwili, 
gdy znajdziemy się w łóżku...?
- Kocham cię, Aramintho Zane - powiedziała Abby, gdy wziął ją na ręce.
- A ja kocham ciebie, żono. Nie mówię ci tego dość często, wiem, ale kocham cię całym 
sercem i duszą.
- Mój ty głuptasie - wyszeptała cichutko, obejmując go za szyję, gdy ostrożnie kładł ją na 
materac. - To ty nie wiesz? Powtarzasz mi to codziennie...