background image

MAY GRETHE LERUM

BUNT

background image

ROZDZIAŁ I

Chałupa   była   ciemna   i   pełna   dymu   jak   większość   kurnych   chat   wzdłuż   fiordu   u 

zachodnich   wybrzeży.   Stanowiła   niemal   część   samej   ziemi,   wyrosła   między   dwoma 

wysokimi, starymi drzewami pod urwiskiem. Tuliła się do leciwej obory, w której najniższe 

bale przy podmurówce niemal już zupełnie spróchniały. Przegniłe ściany ledwie się trzymały, 

w ciągu ostatniego pokolenia bowiem, nikt nie miał czasu ani chęci, by je smołować.

W chałupie panowała cisza, jak gdyby całkiem uszło z niej życie. Lecz w łóżku w 

kącie   dał   się   dostrzec   jakiś   ruch.   To   młoda   gospodyni   zmieniła   pozycję   w   gnieździe   z 

dziecinnych ciał, zapleśniałych baranic i brunatnoczerwonej wełnianej derki.

Dzień wciąż jeszcze był tylko obietnicą na wschodnim krańcu nieba.

Kobieta przetarła oczy, na wpół usiadła i obmacała pierś, tak samo obwisłą i pustą jak 

poprzedniego wieczoru. Westchnęła cicho, lecz bez rozczarowania. Niczego innego się nie 

spodziewała.

Zmrużyła  oczy i popatrzyła  na izbę. Światła starczało ledwie na tyle,  by dostrzec 

zarysy starych, wysiedzianych mebli. Stół umocowany do ściany, ława, żadnych krzeseł ani 

szafy, jedynie półka nad paleniskiem na drewniane miski i kilka łyżek. Ogień zagasł.

Teraz   już   i   dzieci   zaczęły   się   ruszać,   wydawały   dźwięki   przywodzące   na   myśl 

pobekiwanie nowo narodzonych jagniąt.

Troje z nich nie miało jeszcze czterech lat.

Najmniejsze urodziło się w święta.

Chłopczyk na pewno pożegna się ze światem, zanim zakwitną pierwsze tej wiosny 

podbiały.

Młoda   gospodyni   miała   zaciśnięte   wargi   i   głębokie   bruzdy   wokół   ust.   Jej   ciało, 

wychudzone tak jak puste piersi, przypominało jutowy worek, który ktoś w połowie opróżnił. 

Ramiona nawykły do pracy, a nogi do długiego chodzenia; oczy były zbyt ciemne, by dało się 

z nich coś wyczytać. Gdy budziła się tak jak w ten marcowy ranek, brakło w niej bodaj 

krztyny nadziei.

Maleńki  chłopczyk  nie ważył  więcej  niż dwadzieścia  marek

1

. Właściwie  sprawiał 

wrażenie mniejszego niż w chwili narodzin. Karmiła go nielicznymi wymieszanymi z krwią 

kroplami, które zdołała wycisnąć z piersi, dostawał też wywar z jęczmienia. Starsze dzieci nie 

spuszczały z matki wzroku, kiedy trzy razy dziennie zmuszała braciszka do przełknięcia burej 

cieczy.  Zwierzę drzemiące w ich brzuchach prowokowało brzydkie myśli. Gdyby nie ten 

1

 Marka - średniowieczna jednostka masy używana w krajach germańskich i na zachodzie Europy od 

XI w; XIII - XIX w. - 234 g - przyp. tłum.

background image

nieszczęsny malec, to być może pół kubka rzadkiej jęczmiennej kaszy ukoiłoby ich własny 

głód.

Izba ożyła. Kobieta napełniła kociołek wodą ze stągwi przy drzwiach, wsypała do niej 

parę garści marnego ziarna i włożyła resztki ryby z wczorajszego obiadu. Do garnka trafił 

jeszcze nieduży brunatny korzonek. Masa, która wkrótce zaperkotała w osmalonym garnku, 

ani trochę nie przypominała jedzenia, lecz kiedy na stole pojawiły się miski, dzieci rzuciły się 

do nich jak lisy do świeżej padliny.

Kobieta wzięła najmniejsze dziecko na kolana.

Maleńkie usteczka zacisnęły się, nie chciały znać smaku kropli spływających z palca 

karmiącej. Chłopczyk przytulił się do piersi matki i przez moment popatrzył jej prosto w 

oczy. Z trudem przełknęła ślinę i rozpięła bluzkę. Wargi dziecka dotknęły piersi jak przy 

pocałunku i zaraz potem mały zwiotczał w matczynych objęciach.

Pocałował ją na pożegnanie.

- A więc została sama, wdowa po Nilsie. Ostatni dzieciak już podziękował za życie.

Kobieta w niebieskiej koszuli wypiła z kubka piwo rozcieńczone Wodą i otarła usta, 

kilka kropli niczym małe strumyki pociekło po tysiącu zmarszczek na brodzie. Siwe kosmyki 

włosów wsunęła pod chustę. Druga odpowiedziała jej, kiwając ze smutkiem głową:

- To i lepiej, biedni malcy. Dobrze, że nasz Pan zabrał ich do siebie, wkrótce mógłby 

posłać i po jakieś stare ciało, tyle biedy...

- Musimy przeżyć nasze dni. Nikt nie wie, kiedy przyjdzie jego caas! - prychnęła ta w 

niebieskim, kołysząc się na chwiejnym trójnogim stołku.

Biedna   Johanne,   wdowa   po   Nilsie,   miała   czwórkę   małych,   ostatnie   urodziło   się 

miesiąc po tym, jak ojciec przed świętami wpadł pod lód. Wszystkie” zabrał głód, najmłod-

szego  najpierw,   to   oczywiste,   był   taki   maleńki,   bez   sił.   A   w   kolejne   mroźne   dni   lutego 

Johanne musiała zanieść wszystkie swoje dzieci, bure węzełki, na plebanię. Za każdym razem 

do owinięcia ciałek używała tej samej derki.

Teraz nie miała już się o kogo troszczyć. Zeszłej niedzieli wystraszyła wszystkich, 

przychodząc do kościoła otulona tą samą derką, jakby i ona pożegnała się już z życiem, ale 

nogi jeszcze ją niosły. Z ciemnych oczu biło oskarżenie, ludzie nie śmieli patrzeć w nie dłużej 

niż moment.

- Nikomu w tych czasach się nie przelewa - mruknęła kobieta w niebieskiej koszuli, 

jakby broniąc się przed zarzutami.

- A ci, którym starcza, pilnują swego. I przed poborcą podatków, i przed biedakami - 

dopowiedziała jej siostra, zamężna z chałupnikiem podlegającym dworowi Gjermund.

background image

Jeszcze przez chwilę posiedziały razem w milczeniu, zanim z wysiłkiem stanęły na 

nogi, by znów ruszyć do pracy na polach pana. Ciężkim krokiem szły po zmarzniętej ziemi, 

odruchowo   zerkając   na   rozpościerającą   się   nad   ich   głowami   niezgłębioną   ciężką   szarość 

nieba.

Wkrótce   miał   nastać   marzec,   lecz   ziemia   jeszcze   nie   odtajała,   zmrożone   grudy 

kaleczyły chude palce ludzi próbujących przyspieszyć powolną wędrówkę świata ku wiośnie. 

I chociaż składali ręce w modlitwie czy też ranili je do krwi o lód, w twardej skorupie rzadko 

udawało się znaleźć bodaj najmniejszy zapomniany korzonek.

- Nie zdołamy z tego wyżyć! Wszystkie piekielne siły sprzysięgły się przeciwko nam! 

Słońce spaliło plony na polach, a tę marną resztkę, którą udało nam się sprzątnąć i schować w 

piwnicy czy w spichrzu, chcą nam jeszcze teraz odebrać! Przyjaciele, nie możemy się na to 

zgodzić!

Głos młodego człowieka brzmiał przenikliwie, desperacja sprawiła, że wymachiwał 

rękami i skrzeczał jak sroka.

Pięciu, sześciu słuchaczy usadowionych  wzdłuż stołu mruknęło coś niezrozumiale, 

wszyscy mieli takie same wielkie pięści, palce niemal pozbawione paznokci od twardego 

życia na polowaniach w zimowe noce. Wystrojeni byli w jednaki mundur biedaków, nosili 

szare, wytarte spodnie z samodziału, a pod nimi grube kalesony; na ubraniach większości 

widniały łaty, gdzieniegdzie jednak błyskała naga skóra, widać kobietom brakło igieł i płótna 

do naprawy.

Mężczyzna stojący na środku izby głową sięgał niemal powały. Z belek zwieszały się 

narzędzia, grube haki niechętnie dźwigały ciężar.

- Nie możemy się na to godzić! Słyszeliście, co powiedział Niels Kvithovud! Wójt 

uważa   nas   za   durniów,   którym   nawet   dziecko   zdoła   ukraść   z   grzbietu   ostatnią   koszulę! 

Musimy   trzymać   się   razem,   pokazać   im,   że   tak   nie   jest,   inaczej   nie   będzie   końca 

wykorzystywaniu naszej niewolniczej pracy!

Głos mu się załamał, lecz słowa zawisły pod sufitem niczym gradowe chmury.

Mężczyźni”   wokół   stołu   z   troską   pokiwali   głowami.   Kręcąc   się   na   twardych 

siedziskach, wymienili  przestraszone spojrzenia. Nie w ich zwyczaju  leżało chwytanie za 

broń i bunt przeciw wójtowi i poborcy podatków. Niezgoda nie była drogą, którą zwykli 

kroczyć, oni umieli obchodzić się z pługiem, a walczyć - z kamieniami i upartymi korzeniami, 

z suszą i zimnem.

Zasiane niegdyś głęboko w ich duszy ziarno szacunku dla władzy rosło coraz większe 

i silniejsze nawet w najchudsze lata.

background image

- Ten nowy podatek nas wykończy, musiałbym sprzedać wszystko, co posiadam, żeby 

zapłacić talary, które wójt chce ze mnie wycisnąć. Każdy najmniejszy spłachetek ziemi... A 

czym nakarmię dzieci? Nie zasieję zboża we własnych chodakach, do czarta!

- Zabraliby ci i buty, Jensie Nyberget, gdybyś je miał - stwierdził inny krótko.

Młody człowiek wymachujący rękami złapał oddech po długiej przemowie. Podjął 

teraz, zachęcony niezadowoleniem zebranych:

- Podatek od butów! Od koni! Podatek od zapłaty służącym, od łodzi, podatek od 

ziemi, od ziarna, od lasów i łąki! Co będzie dalej, przyjaciele? Jeśli nie odpowiemy na to bro-

nią, wkrótce opodatkują powietrze, którym oddychamy!

- Rain - mruknął najstarszy. - Niels Kvithovud to być może szaleniec, uwodziciel i 

nicpoń, ale mówi dobrze. I wierzę mu, kiedy twierdzi, że wójt nas oszukuje. Jego wysokości 

na pewno nigdy nie przyszłoby do głowy tak nas obdzierać ze skóry, jak tego chcą wójtowie. 

Oby Bóg mu pobłogosławił!

Przyciszona rozmowa trwała.

Raz po raz tylko któryś zerkał na drzwi, tego wieczoru bowiem w niskiej izbie padały 

bardzo niebezpieczne słowa.

Tak suchego lata nie pamiętali najstarsi ludzie. Zboże na spękanych polach ginęło z 

pragnienia, kapusta więdła i zmieniała się w brunatne zgniłe grudki, zanim jeszcze wyrosła, 

poddała się nawet cebula, dając ludziom mniej, niż wiosną wsadzili w ziemię.

Spalone   słońcem   łąki   zbrązowiały   tak   samo   jak   pola,   ludzie   zadzierali   głowy   i 

ocieniając oczy spoglądali na zachód, skąd zwykle nad fiord nadciągały ciężkie od deszczu 

życiodajne chmury.

One jednak nie nadpływały.

Słońce bez przeszkód kontynuowało wędrówkę ze wschodu na zachód, od księżyca do 

księżyca.

Z nadejściem jesieni zarżnięto zwierzęta.

Mięso ułożono w beczkach lub sprzedano, statki z Bergen wracały puste, przywożono 

stamtąd zaledwie do polowy wypełnione sakiewki z pieniędzmi. Ceny spadały; za to, za co 

wcześniej dostawało się całą beczkę ziarna lub trzy beczki soli, ledwie udawało się teraz 

kupić kilka miarek.

Już   na   początku   października   niejedna   gospodyni   wymiatała   ze   spichrza   ostatnie 

resztki ziarna, a z nadejściem Bożego Narodzenia na cmentarzu pokrytym białym płaszczem 

śniegu pojawiały się kolejne czarne plamy.

Wzdłuż  brzegu,   tam   gdzie   mieszkały  wdowy,  kaleki,   dzieci   biedaków  i   złodzieje, 

background image

pustoszały kolejne szałasy. Przerażone dzieciaki z okolicznych zagród widywały trupy leżące 

pod płotem. To najbiedniejsi, przychodzili na żebry, lecz i tak nie mieli tu czego szukać. 

Karali współmieszkańców z tej samej wioski, nakazując im patrzeć w oblicze śmierci, gdy ci 

rano uchylali furtkę w ogrodzeniu, którym otaczali swoje domostwa i rodziny.

Na świecie szalała straszna wojna. Na całej Północy chleb zamieniano na wojskowe 

suchary,  a pługi  przetapiano na  kule. Król mobilizował  naród, i  bogaci, i  biedni  poznali 

nienasycone trzewia potwora wojny. Kolejne matki składały swoje dzieci w ofierze, coraz 

więcej   młodych   mężczyzn   umierało   na   długo   przed   dotarciem   na   pole   walki.   Ziemia 

protestowała przeciwko ludzkiemu złu, przelana krew zbrukała ją, zmusiła, by wstrzymała 

wydawanie płodów, dopóki z wolna nie obeschnie.

-   Słuchajcie,   przyjaciele,   oszukują   was!   Mydlą   wam   oczy!   Waszą   cierpliwość   i 

lojalność   wykorzystują   w   najokrutniejszy   sposób!   To   kłamstwo,   przyjaciele,   że   nasz 

miłościwy król żąda śmierci waszych dzieci, to nieprawda, że odejmuje wam chleb od ust. 

Byłem u jego wysokości, rozmawiałem z nim cztery razy, powiedział mi, jaka jest prawda.

Jasnowłosy   wysoki   mężczyzna   zebrał   na   polanie   blisko   setkę   ludzi,   kobiety   i 

mężczyzn. Większość stała z opuszczonymi rękami, znalazło się wśród nich również kilkoro 

dzieci,   które   blade   siedziały   na   ziemi,   wystawiając   buzie   na   ledwie   dające   się   wyczuć 

promienie słońca.

Nadchodziła wiosna, lecz wcale jej się nie spieszyło. Dzieci pogryzały pączki brzozy, 

w ustach robiło się od tego słodko, lecz przebudzone żołądki jeszcze natarczywiej domagały 

się jedzenia.

-   Posłuchajcie,   co   mówi   nasz   miłościwy   król,   którym   kieruje   dobroć   i   mądrość! 

Słuchajcie, przyjaciele, przeczytam wam jego własne słowa!

Mężczyzna,   noszący   na   silnym   ciele   całe,   nie   połatane   ubranie,   zaczął   czytać. 

Zgromadzeni na polanie podnieśli na niego wzrok, stał na płaskim kamieniu dumny niczym 

Bóg, a zwój papieru trzymał w ręku jak sztandar. Ludzie nie wszystkie słowa rozumieli, ale 

on był cierpliwy i czytał powoli.

Zwinął wreszcie papier.

Umilkł.

Niebieskie oczy zdawały się rzucać wyzwanie każdej ze zgarbionych postaci.

Zszedł z kamienia, zbliżył się do tych, którzy stali na gołej ziemi w samych tylko 

drewniakach.

Nie był jednym z nich, przy błyszczących butach ze skóry widniały bowiem srebrne 

zapinki. Ale ręce miał tak samo silne jak oni, a umysł jasny, bo brzuchowi nie brakowało 

background image

pożywienia.

-   Wójt   kłamie   -   oświadczył   cicho   Niels   Kvithovud.   -   Wmawia   wam,   że   podatek 

dzienny   pobiera   się   z   rozkazu   króla.   Twierdzi,   że   macie   płacić,   bo   nasz   kraj   walczy   o 

przetrwanie, każe wam składać ofiary dla naszego władcy i dla Boga, ale on łże.

Słuchacze stali nieruchomo z rozdziawionymi gębami. Tu i ówdzie zacisnęła się jakaś 

pięść.

Niels wtopił się w gromadę, kolejno zaglądając ludziom w oczy. Wyciągał do nich 

rękę, mocno ściskał.

Zanim zdążył podać dłoń wszystkim, przypieczętowując tym samym zmowę, gromada 

się powiększyła. Niels wrócił na swoje miejsce na kamieniu. Teraz wszyscy już czuli, że 

słońce grzeje.

- Nie będziemy się na to godzić! Pokażemy wójtowi, udowodnimy jego kłamstwa! 

Poborców   podatkowych   pognamy,   odbierzemy   to,   co   nam   skradli!   To   już   nie   walka   o 

zmniejszenie   podatków,   przyjaciele,   to   walka   przeciw   oszustwu,   bo   nasz   dobry   król,   na 

własne uszy słyszałem, jak to mówił, nie chce zagłodzić swego ludu po to, by wójtowie mieli 

czym napaść brzuchy!

Wzniósł zaciśniętą pięść ku wiosennemu niebu.

- Niech żyje król! • - Niech żyje! Niech żyje!

- Śmierć wójtowi i jego ludziom! Z gardeł zgromadzonych wyrwał się jednogłośny 

krzyk, lecz wciąż jeszcze nie starczyło im odwagi, by powtórzyć groźbę.

- Już dzisiaj odzyskamy skradzione nam dobra! Jeszcze tego wieczoru pójdziemy na 

dwór wójta!

Oczy jasnowłosego olbrzyma przypominały rozpalony ogień. Białe włosy, od których 

wziął się jego przydomek

, przed oczami ludzi jaśniały w słońcu niczym srebro. Widzieli, jak 

bardzo jest silny. Chociaż nie był młodzieńcem, lecz dojrzałym mężczyzną, któremu blisko 

do szóstego krzyżyka, krążyły w nim jednak soki życia, siły i odwagi. Był niczym źródło, 

które szczodrze obdarza śmiałością tych, którym jej brakuje.

- Do czarta, idę z tobą! Młody wieśniak w łachmanach podniósł niczym groźną broń 

trzymaną w ręku motykę, oczy zapłonęły mu, jakby odbił się w nich ogień gorejący w oczach 

przywódcy.

- Ja także, na co innego można liczyć?

- Pójdziemy za tobą! - podniosły się głosy, a ci, którzy nie mieli motyk, noży, wideł 

czy łomów, ujęli w spracowane ręce kamienie i z głośnymi okrzykami otoczyli Nielsa.

*

Kvithovud (norw.) - Białogłowy - przyp. tłum.

background image

Na   skraju   tłumu,   niemal   ukryty   za   szarymi   i   brązowymi   spódnicami   kobiet,   stał 

starszy mężczyzna, gładząc się po brodzie. Jego małe bystre oczka zwilgotniały. W jednej 

ręce ściskał lejce, chudy koń skubał pierwsze zielone pączki na drzewie.

Lensman czuł, że strach ciężko legł mu na piersi.

Był starym człowiekiem, tej zimy widział, jak przyjaciele i krewniacy mrą z głodu. 

Sam zachował jeszcze kilka uncji ziarna, na razie nie brakowało mu codziennej strawy. W 

piwnicy leżały podpłomyki, a mięso na stole pojawiało się częściej niż raz w tygodniu.

Ale chociaż brzuch miał pełny, w sercu odczuwał pustkę.

Spod   przymrużonych   powiek   obserwował   zgromadzonych,   słowa   utkwiły   mu   w 

gardle.

Jeśli pójdą za tym Kvithovudem, ruszą wprost w objęcia śmierci, nie zdołają wygrać. 

Wójt i jego ludzie to zbyt potężny wróg. Przecież wieśniacy nie nawykli do walki. Ci z ich 

synów, którzy poznali tajemnicę wojny, dawno już odeszli, by walczyć na innych frontach. 

Pozostali jedynie starcy, kalecy i ci, którzy mogli się wykupić od obowiązku służby.

Lensman ciężko wsiadł na wóz.

Niewiele mógł zrobić.

Ci ludzie, tacy dumni teraz, pewni, że świat da się zmienić...

Wkrótce się przekonają, że tak nie jest.

Lensman cmoknął na konia, zwierzę niechętnie zaczęło ciągnąć i wprawiło wóz w 

ruch.

Kiedy nabrali tempa, chłodny powiew wiatru z gór owionął twarz lensmana i być 

może przyniósł ze sobą pył, od którego oczy starego zaszły łzami.

Niels kroczył pierwszy w gromadzie, po obu jego stronach szli możni gospodarze. 

Nieśli pochodnie, chociaż wieczór jeszcze był jasny.

Zanim jednak dotrą do dworu wójta, zapadnie najczarniejszy mrok wiosennej nocy. 

Nie świecił księżyc, zza ciemnych chmur sączyła się jedynie lekka poświata.

W lesie otoczył ludzi gęściejszy mrok, lecz nawet on nie przydał im strachu.

Stopy   ślizgały   się   po   oblodzonych   korzeniach,   coraz   ktoś   się   potykał   na 

nierównościach, ale wszyscy sunęli naprzód ze wzrokiem utkwionym w pochodnie, których 

blask   wiódł   ich   między   usypiskami   głazów   i   zagajnikami   w   stronę   wielkiego,   bogatego 

dworu.

Widzieli już teraz światło, bijące z jednego z okien.

Wójta stać na palenie lamp dla drzew i podwórzowych psów.

Szli w milczeniu, prawie wszystko zostało już powiedziane. Niekiedy tylko rozlegał 

background image

się szczęk metalu, gdy jeden chłop wpadał na drugiego lub gdy stuknęły się żelazne łomy. 

Jeden z wieśniaków miał strzelbę, inny stary miecz, który zdołał ukryć  przed poborcami 

podatkowymi. Wielu niosło siekiery, ciężkie narzędzia drwali, naostrzone i wypolerowane 

tak, że tej nocy odbijało się w nich światło pochodni.

Patrzyli,   jak   włosy   Nielsa   barwią   się   od   płomieni.   Kiedy   tak   szedł   długim 

zdecydowanym krokiem, prowadząc ich do celu, przypominały ogień.

Wejdą do środka.

Przemówi w ich sprawie.

Jeśli się to okaże konieczne, będą walczyć, siłą wedrą się do domu znienawidzonego 

człowieka.

Niels zapowiedział:

-   Nie   oszczędzajcie   cudzego   życia,   jeśli   przyjdzie   wam   bronić   własnego,   ale   nie 

używajcie siły, jeśli słowa będą mogły odnieść ten sam skutek.

Wierzyli, że Niels swoją mową wystraszy wójta.

Żaden nie chciał splamić rąk krwią.

Na każdego ktoś czekał w domu.

Ludzie wójta naturalnie  zauważyli  ich już wcześniej, stali teraz szeregiem niczym 

cynowe żołnierzyki przed furtką prowadzącą do dworu. Było ich siedmiu, twarze kryły się w 

cieniu.

Niels zatrzymał się w odległości dwudziestu kroków, wystarczył jeden jego gest, a 

gromada ucichła. Kuksańcem w bok dał znak dwóm, którzy nieśli pochodnie, by towarzyszyli 

mu aż do strażników.

- Chcemy rozmawiać z wójtem - oświadczył głośno.

- Do środka nie wejdziecie - odparł jeden z ludzi wójta, lecz strach w jego głosie był 

równie wyraźny jak biały zając na tle pozbawionego śniegu leśnego runa.

- Twój pan pewnie śpi, syty,  upojony kosztownym winem. Przybywamy po to, co 

nasze, i nie wierzę, byście zdołali nas powstrzymać.

- Łamiecie prawo! To bunt i naruszenie praw wójta, kiepsko z wami będzie, chłopi!

Niels podszedł do tego, który przemawiał.

- Widzisz miecze, strażniku? Widzisz widły w ich rękach? Naładowane strzelby i 

naostrzone siekiery?

Mężczyzna zwilżył wargi, przeniósł ciężar ciała na drugą nogę, obrzucił wzrokiem 

gromadę, potem znów spojrzał na twarz Nielsa, lecz pod rondem kapelusza dostrzegł jedynie 

ciemną plamę.

background image

- Dajcie mu znać - Niels mówił wolno. - Dajcie wójtowi znać, ale sprawę, z jaką 

przychodzimy, przedstawimy sami.

Niels zauważył  niepokój wieśniaków, wiedział, że nie może dopuścić, by stali tak 

twarzą w twarz z siedmioma uzbrojonymi ludźmi. Już mocniej pochylili głowy, rozmawiali 

szeptem zaniepokojeni, niepewni. Dwóch próbowało ukryć broń przed oczami strażników.

- Przyjaciele, wchodzimy do środka! Nie czekamy na pozwolenie wójta, bo wszystko, 

co ma, zbudował na naszej krwawicy. Chodźcie za mną!

Zdawał sobie sprawę, że ryzykuje, zauważywszy jednak niepewność chłopów doszedł 

do wniosku, że rezygnacja wieśniaków stanowi poważniejsze zagrożenie niż kule żołnierzy.

Wiedział, że strażnicy nie zaatakują bez wyraźnego rozkazu wójta, a ten, jak na razie, 

się nie pokazał.

Gromada chłopów przeszła za swym przywódcą za ogrodzenie, twarde pięści usunęły 

uzbrojonych ludzi wójta na bok, żołnierze odskoczyli na widok strumienia ciał wlewającego 

się na dziedziniec. Zamknęli ten pochód, trzymając strzelby w pogotowiu, wystraszyła ich 

jednak liczebność gromady. Żaden z nich nie miał ochoty oddawać życia za swego pana, jeśli 

nie zostanie do tego zmuszony. W dodatku im również głód zaglądał w oczy, a z ludźmi, 

którzy wystąpili teraz przeciwko nim, nie raz wspólnie siedzieli pod sklepieniem kościoła.

Chłopi wdarli się do sieni, ale wielkie drzwi prowadzące do izby były zamknięte. 

Niels dał znak ludziom z łomami i po kilku minutach sztaba ustąpiła. Wpadli do pięknej izby.

I tu także paliły się świece, nie było jednak widać żywej duszy. Przy jednej ścianie 

prowadziły schody na górę, niezwykła konstrukcja, którą wójt zapewne skopiował z któregoś 

z mieszczańskich domów.

Ręce wyciągnęły się po chleb, wciąż leżący na stole po wieczerzy. Okruchy wciskano 

do kieszeni i do ust, chłopi byli niczym kruki spragnione padliny. Ten i ów pochylił się i jął 

lizać ciemną plamę na stole w miejscu, gdzie najwidoczniej szklanica wójta się przelała.

Niels nie mógł zapanować nad pogardą, jaka ogarnęła go na ten widok.

- Odwagi, przyjaciele! Wezwijcie go tutaj, pokażcie, że wydaliśmy już wyrok!

Głosy zabrzmiały z mocą, wrzask tłumu nabierał rytmu, Niels nie miał wątpliwości, że 

wójt dawno już zrozumiał, co się dzieje, ale nie chciał się pokazać. Tchórz!

Zatrzeszczały deski nad ich głowami.

Kroki.

Uchyliła się pokrywa w suficie i wójt zszedł po stromych schodach.

Ubrany był w mundur, podobny do tych, w których paradowali oficerowie. Na piersi 

coś mu błyszczało, na nogach miał buty sięgające niemal kolan.

background image

Zatrzymał się cztery stopnie nad podłogą. .

Niels widział, że urzędnikowi trzęsą się nogi, od tłustego ciała bił zapach strachu, lecz 

mimo to wysunął pierś w przód i dumnie oparł się na kolbie strzelby.

- Popełniliście poważne wykroczenie, wieśniacy. Spadnie na was królewski gniew za 

ten postępek, za ten bluźnierczy bunt przeciwko temu, którego Bóg i państwo obdarowali 

władzą. Nie wiecie, nędznicy, że taki czyn karany jest śmiercią?

Nie odpowiedzieli mu.

Nienawiść bijąca z ich twarzy sprawiła, że wójt dosłownie się zachwiał.

-   Straże,   usuńcie   stąd   tych   ludzi,   zakujcie   ich   w   żelazo   i   wezwijcie   lensmana. 

Czyżbyście zamienili się w kamienie, głupcy, zapominacie o swoich obowiązkach?

Całą izbę wypełniał ludzki tłum, stali jeden przy drugim niczym mur od drzwi do 

schodów, jedynie  Niels  miał  wokół siebie  nieco  wolnej  przestrzeni.  Wstąpił  na pierwszy 

schodek.

- Wydaje mi się, że wójt zobaczy dziś wieczorem, co to znaczy utracić władzę - rzekł 

groźnie.

I przesunął się o stopień w górę.

Jego twarz znalazła się teraz dokładnie naprzeciwko twarzy wójta, chociaż tamten stał 

o   dwa   stopnie   wyżej.   Urzędnik   był   jednak   niewysokim   mężczyzną,   zaś   Kvithovud,   by 

spojrzeć w oczy większości ludzi, musiał schylać głowę.

- To ty jesteś prowodyrem, Nielsie Kvithovud, będziesz odpowiadać za to wszystko, 

od dawna już bowiem mieszasz chłopom w głowie swoim niebezpiecznym gadaniem. Twoje 

życie w tej chwili dobiegło końca, Niels. Przekonasz się, że ting nie potraktuje łaskawie takiej 

niebywałej bezczelności!

Niels w uśmiechu pokazał zęby, oczy zmieniły mu się w wąskie szparki.

Zrobił ostatni krok w górę i stanął tuż przy wójcie, tak blisko, że czuł teraz przykry 

zapach potu, widział krople na czole pod rondem drogiego kapelusza.

- Sądzisz, wójcie, że coś wskórasz, jeśli odbierzesz stadu pasterza? Zapominasz widać, 

że masz do czynienia nie z owcami, lecz z wilkami. Ci ludzie, których okradłeś, są niczym 

wygłodzone zwierzęta, pójdą za mną z narażeniem życia. Być może zdołasz doprowadzić do 

tego, by mnie osądzono i skazano, ale co ci z tego przyjdzie w zimnym grobie, wójcie? Bo 

będziesz pierwszym, którego zmyje ta fala wygłodniałych ludzi, która wpłynie na twe bogate 

brzegi.

Któryś z chłopów wzniósł do góry nóż.

Wystarczył jeden ruch, by nóż ze świstem przeciął powietrze i drżąc utkwił w ścianie. 

background image

Trafił w kawałek płótna, na którym uwieczniono upiększoną twarz wójta.

Obraz zatrząsł się, jak gdyby chciał zsunąć się ze ściany, lecz ostrze utrzymało go w 

miejscu. Wielkie rozdarcie podzieliło poważne oblicze na dwie części.

Wójt odskoczył w tył.

Niels ruszył za nim w górę po schodach.

W  tym  czasie  gromada  opróżniała  wszystkie  naczynia  i beczki,  nie  pozostawiając 

nawet jednej rybiej ości.

Kiedy nastał świt, wójt trzęsącymi się rękami wręczył służącemu zwinięty list, który 

miał dotrzeć do okręgowego poborcy podatków i zarządcy dystryktu.

Za   zamkniętymi   na   dwie   sztaby   drzwiami   zasiadł   do   kolejnego   poplamionego 

kleksami pisma. Lensman również zaniedbał swe obowiązki, odwrócił się, gdy wójt zażądał 

aresztowania tych z wieśniaków, których rozpoznał.

Jawny bunt.

I to nie tylko prostych chłopów i biedaków, zbuntował się także i sam lensman.

Wójt czuł, jak zimny wąż strachu pełznie mu po plecach. Palce zdawały się sztywne i 

słabe, jak gdyby w ciągu tej nocy cała władza z nich wyciekła.

Pisał i pił, opróżnił pół dzbana wódki, wreszcie usnął niespokojnym snem z jedną ręką 

pod   głową,   a   drugą   na   kolbie   strzelby.   We   śnie   znów   powróciły   twarze   chłopów, 

wykrzywione zatwardziałą złością, przypominające maski bądź oblicza demonów, oświetlone 

blaskiem piekielnego ognia, jedna koło drugiej niczym zaklęty las. Otaczały go kręgiem coraz 

ciaśniejszym, coraz bliższym, błyskały zęby drapieżników, czuł, jak szarpią mu ciało.

Strzelba spadła na podłogę, a on zerwał się z krzykiem. Machnął ręką w stronę stołu i 

atrament rozlał się na ostatnim liście. W drzwiach stanęła żona z lampą w ręku i kamienną 

twarzą. Złoto na jej szyi również błyszczało jak broń, a koronki przy rękawach nocnego stroju 

wydały mu się szubienicami.

- Idź spać, kobieto! Nie plącz się po pokojach w środku nocy!

- Nie chcę dłużej żyć jak więzień we własnym domu. Oni znów tu są, tym razem 

pokażesz im, do kogo należy władza.

Dźwięki dobiegające z zewnątrz stały się realne, nie były już echem pijackiego snu, 

lecz rzeczywistością, taką samą jak ból stłuczonego ramienia.

Z przekleństwem na ustach znów złapał za strzelbę.

- Teraz, do diabła, już koniec! Niech mnie czarci porwą, popłynie krew! Nie będę 

czekał na ludzi króla ani na to, aż z chłopców wyrosną mężczyźni.

Biegiem minął żonę, kobieta popatrzyła za nim z myślą, że być może ostatni raz widzi 

background image

go żywego.

Wzruszyła   ramionami,   odetchnęła   głęboko.   Zdawała   sobie   sprawę,   że   zbyt   często 

udawała, iż nie dostrzega żebrzących matek. To ojcowie zmarłych dzieci już drugą noc z 

rzędu stali na dziedzińcu. To bracia zmarłych z głodu przyszli tutaj z siekierami i widłami w 

rękach, sądząc, że mają prawo żądać zadośćuczynienia.

Żona   wójta   wróciła   do   swej   alkowy   i   ukryła   szkatułkę   z   najpiękniejszą   biżuterią 

głęboko   pod   podłogą   między   dwiema   belkami.   Miseczkę   z   białym   cukrem   zaniosła   do 

kominka  i tam schowała. W to samo  miejsce trafiły pieniądze,  które miała  przy sobie, i 

nieduży pakiet listów. Włożyła  najmniej wyszukaną  ze wszystkich  swych  sukien i nawet 

naderwała ją po bokach. Rozpuściła włosy i położyła się na łóżku, nasłuchując krzyków i 

odgłosów walki dobiegających z podwórza.

Wśród zgiełku rozróżniła głos męża, słyszała drżący w nim strach, nerwowe rozkazy. 

Nigdy nie był odważny, ale też i nie było to konieczne, chronił go odwieczny autorytet, z 

jakim wiązała się sprawowana przez niego funkcja.

Dopiero teraz.

Świat nagle się odmienił.

Kobieta wstrzymała oddech, wciąż nasłuchując.

Nawoływania, trzask pękającej drogiej szyby, wreszcie strzały, na które tak czekała.

Krzyki i zawodzenie nabrały mocy. Ktoś wrzeszczał, bojąc się spotkania ze śmiercią, 

ktoś inny dawał upust nienawiści w strumieniu gorących przekleństw.

Odgłos   stóp   biegnących   po   dziedzińcu,   metaliczne   dźwięki   żelaza,   wszystko   to 

zaczęło cichnąć, po trosze dlatego, że zatkała uszy palcami.

Krew ciekła mu z brzucha, lecz rana nie była duża i wyglądała raczej niegroźnie. 

Mimo to twarze ludzi otaczających przywódcę przypominały lustrzane odbicie śmierci.

Zsunęli mu koszulę, odkrywając ranę, w którą wdarła się kula, nie wiedzieli jednak, co 

więcej mogą zrobić, nieczęsto bowiem mieli do czynienia z podobnymi postrzałami. Któryś 

pobiegł po żonę z nadzieją, że ona znajdzie radę, inny gorączkował się, że czym prędzej 

należy usunąć kulę, inaczej zniszczy ciało rannego od środka. Żaden jednak nie zdobył się na 

opalenie noża w płomieniu, nie śmiał nawet rozniecić koniecznego do tego ognia.

Pojaśniało na wschodzie, ale ludzie wójta bali się iść za zbuntowanymi.

Kiedy straże wystrzeliły po raz pierwszy, wieśniacy stanęli niczym słupy soli. Kilku 

śmignęło siekierami w powietrzu, markując próbę podjęcia walki, lecz zaraz rozbiegli się na 

wszystkie strony, rozpaczliwie ściskając w rękach kawałki chleba czy węzełki z ziarnem, 

które udało im się zabrać z komory wójta. Być może któryś poczuł ukłucie w sercu, przykre 

background image

uczucie   zdrady,   czy   uświadomił   sobie   własne   tchórzostwo,   teraz   jednak   ważniejsze   było 

jedzenie, jakie znaleźli, ważniejsze były głodne dzieci. Ważniejsze niż towarzysze, którzy 

leżeli na dziedzińcu dworu, nie czując już głodu ani strachu.

Przy przywódcy zostało jedynie trzech. Ciągnęli go po ziemi, byle dalej od ziejących 

ogniem luf, byle dalej od klęski i wykrzykiwanych przenikliwym głosem rozkazów wójta. 

Byle dalej od dworu, od światła bijącego z okien o potłuczonych szybach. W las.

Bali się choć przez chwilę odpocząć, zauważyli jedynie, że nikt nie idzie za nimi.

Wreszcie musieli położyć rannego na ziemi, pojękiwał cicho, z ust sączyła mu się 

krew. Obawiali się, że to już koniec, bo krew płynąca z ust często bywa oznaką zbliżającej się 

śmierci. Zauważyli plamę na kurtce, czerwień na własnych rękach i zrozumieli, że kula trafiła 

go w brzuch z lewej strony. Krew sącząca się z ust pochodziła z ran, jakie sam sobie zadał, 

przygryzając wargi. Niels Kvithovud gryzł się do krwi, by powstrzymać wzbierający w nim z 

pewnością  krzyk  bólu. Chłopi ze strachu coraz szerzej  otwierali  oczy,  porozumiewali  się 

szeptem, w ich słowach dźwięczał podziw dla dzielności tego człowieka i jego wytrzymałości 

na cierpienia.

Wreszcie   pojawiła   się   kobieta,   nieduża,   wystraszona,   z   włosami   zebranymi   pod 

chustką. Przerażona wodziła dookoła oczami, niosła jakąś torbę. Ręka jej się trzęsła, kiedy 

badała ranę.

- To groźne, bardzo groźne, boję się, że nie ma nadziei, trzeba go zabrać do domu, do 

ciepłego łóżka, dać coś na wzmocnienie...

Złożyła   ręce   nad   brzuchem   Nielsa,   czyniąc   w   powietrzu   jakieś   znaki,   wyglądało 

jednak na to, że sama w nie nie wierzy. Bez przekonania obłożyła ranę zielonkawą papką, 

uczyniła kolejne znaki, wreszcie wstała, przez chwilę patrzyła białowłosemu mężczyźnie w 

oczy, które zmatowiały od tłumionego bólu.

-   On   walczył   dla   nas,   Bóg   przyjmie   go   z   otwartymi   ramionami   -   oświadczyła   i 

odeszła.

background image

ROZDZIAŁ II

Nieartykułowane krzyki i chrząkania malca nikogo już nie przerażały. Czasami tylko 

jakaś stara babka nasuwała głębiej chustę na głowę lub odwracała się na jego widok albo 

dziecko chowało się za matczyną spódnicę, gdy spotkało go na drodze.

Benjamin syn Antona wyrósł już na dużego chłopca, miał cztery lata. Rok wcześniej 

po raz pierwszy sam wstał i nauczył się stawiać kroki. Masywne ciałko musiało znieść wiele 

nieprzyjaznych   spotkań   z   ziemią   i   podłogą,   wreszcie   jednak   chłopczyk   opanował   sztukę 

chodzenia i z uśmiechem przyjął możliwość swobody, jaką zapewniała mu nowa umiejętność.

Mimo   wszystko   jednak   najlepiej   się   czuł,   gdy   Amelia   woziła   go   w   topornym 

drewnianym wózku. Ojciec Karl dorobił do niego nowe duże kółka, zmajstrował też coś w 

rodzaju uprzęży, którą Amelia mogła obwiązywać się w pasie tak jak zaprzęga się konia. 

Benjamin głośno się cieszył, kiedy pozwalano mu wejść do wózka, a gdy nadeszła zima, nie 

ustąpił, dopóki wózek nie znalazł się w kącie izby.

Podczas   gdy   śnieg   grubą   warstwą   otulał   ziemię,   Benjamin   jeździł   po   ganku   i   po 

salonie w pięknym dworze na Wdowiej Zagrodzie.

Amelia kochała swego przyjaciela i nazywała go bratem.

Nie byli jednak spokrewnieni, wszyscy wiedzieli już, że Gjertrud, matka dziecka, nie 

była babką Amelii. Marja miała inną matkę, uwięzioną daleko na Północy. Może już nie żyła? 

Sama   Marja  nigdy  jej  nie  poznała,   a  co dopiero  Amelia.  Babcia   mieszkała   kiedyś   w  tej 

wiosce,   aż   do   czasu,   kiedy   wygnał   ją   stąd   niedobry   pastor.   To   sprawiedliwe,   że   umarł, 

myślała Amelia.

Dziewczynka przypięła prymitywną uprząż i mocno szarpnęła. Ciężko było ciągnąć 

wózek   w   ten  wczesny wiosenny dzień,  drogi  pokrywała   warstwa   błota,   większe  pojazdy 

wyżłobiły   w   niej   głębokie   koleiny.   Na   szczęście   Wdowią   Zagrodę   dzieliła   niewielka 

odległość od Vildegard, gdzie mama ostatnio prawie zamieszkała. Marja wysprzątała i na-

prawiła stare budynki w gospodarstwie sąsiadującym z Wdowią Zagrodą, przerobiła je też w 

taki sposób, że izby zrobiły się większe i jaśniejsze. Postawiono także całkiem nowy dom, 

który mama nazywała składem aptecznym. Przechowywała tam wszystkie swoje niezwykłe 

lekarstwa, które od czasu do czasu przypływały wielkim statkiem z dalekich stron. Trzymała 

tam   również   pojemniczki   z   najrozmaitszymi   cuchnącymi   płynami,   na   półkach   stały 

pudełeczka z różnymi proszkami. Amelia najbardziej lubiła pachnące wiązki suszonych ziół, 

wiszące pod sufitem, teraz jednak, na przedwiośniu, prawie nic już z nich nie zostało, mimo 

to   apteka   pachniała   jak   żadne   inne   miejsce   na   świecie   i   kiedy   z   rzadka   pozwalano 

background image

dziewczynce wejść do środka, wkraczała tam jak do świątyni.

Amelia wkrótce miała skończyć dziewięć lat.

Jej twarz otaczały jasne piękne włosy, niebieskie oczy były odrobinę jaśniejsze niż 

matki, szczupłe ciałko nie okazywało jeszcze oznak przyszłej dojrzałości. Często sprawiała 

wrażenie, że myśli o czymś bardzo smutnym. Niewiele jednak było trzeba, by buzia jej się 

rozpromieniała   i   otwierała   jak   kwiat   do   słońca,   odpowiadając   na   życzliwość   lub   radość 

innych   ludzi.   Amelia   znalazła   już   swoje   miejsce   w   życiu.   Nie   należała   do   osób,   które 

beztrosko   podchodzą   do   swoich   obowiązków,   od   dawna   zastępowała   matkę   i   potrafiła 

pielęgnować dziecko jak każda dorosła kobieta. Już jako dwulatka umiała uśpić swego brata 

bliźniaka i w wieku trzech lat przyuczyła  go do czystości. Jako czteroletnia dziewczynka 

wiedziała dobrze, jak należy przygotowywać jedzenie, a gdy żadnego z dorosłych nie było w 

domu, kroiła chleb. Tylko w naprawdę ciężkich chwilach szukała pociechy w łóżku matki. 

Mama   w   tamtym   czasie   często   sypiała   poza   domem,   niekiedy   zapominała   o   tym,   żeby 

przygotować dość chleba i owsianki, a tatuś każdego dnia musiał ciężko pracować na polu go-

spodarza. Kiedy wracał do domu, był zmęczony i smutny, często płakał, gdy wydawało mu 

się, że Amelia już śpi.

Uf!

W wiosenny słoneczny dzień oczy Amelii zwilgotniały.

Nie  trzeba  już o tym  myśleć.  Przecież  wszystko  jest znów  dobrze.  I to nie  tylko 

dobrze,   wręcz   wspaniale.   Pomyśleć,   że   Anton   podarował   im   Wdowią   Zagrodę   i   inne 

gospodarstwa! A mama odzyskała to, co pastor skradł kiedyś jej matce. Nagle stali się bogaci, 

tak bogaci jak lensman, a nawet bardziej. Tatuś mówił, że w całej wsi nie ma zamożniejszych 

od nich ludzi, Amelia widziała, jak bardzo jest z tego dumny, mamie także się to podobało, bo 

mogła teraz kupować wszystkie książki i lekarstwa, jakie tylko chciała. W dodatku zbudowała 

nowe magazyny na zboże i zimą rozdawała jedzenie ludziom. Dostawali je wszyscy, nawet ci, 

którzy odmówili mamie  mleka tamtego roku, kiedy Amelia  była  jeszcze bardzo malutka. 

Dziewczynka pochwalała postępowanie matki, lecz Karl Martin splunął w śnieg przed kobietą 

z Laa. Jej brat był taki twardy. Amelia wiedziała, że bardzo często się boi i jest mu smutno, 

ale przy dorosłych Karl Martin zawsze udawał dużego i zadziornego, tak jakby chciał być 

małym mężczyzną. Amelia dobrze go rozumiała, bycie dzieckiem nie miało żadnych zalet, 

niekiedy jednak nie mogła powstrzymać się od śmiechu na widok brata, który idąc szeroko 

rozstawiał nogi, lub jego piąstek zaciśniętych w kieszeniach spodni, no i czapki, którą dostał 

od ojca i właściwie w niej sypiał. Czapka była tak duża, że spadała mu na uszy, ozdobił ją 

starą monetą, bo jego zdaniem przypominała wtedy kapelusz żołnierza.

background image

Niemądra wojna!

To przez nią dorośli z takimi ponurymi minami spotykali się na dziedzińcu kościoła. 

To przez nią tatuś  Marty,  Linne i Astrid już nie żył,  wyruszył  na wojnę wraz z innymi 

żołnierzami i zginął. Żołnierze musieli dostawać cały chleb i wszystkie wełniane tkaniny, 

dlatego za każdą rzecz trzeba było słono płacić, tak mówił tatuś, i dlatego ludzie głodowali. 

Dlatego do drzwi mamy pukało tylu chorych i głodnych, było ich tak wielu, że w końcu nie 

miała co im dawać. W zagrodzie mieszkało teraz blisko dwadzieścia osób, a byli przecież 

jeszcze ci, którzy pracowali na polach albo w domu i dostawali za to jedzenie.

-   Wydawało   mi   się,   że   jesteśmy   bogaci,   ale   harujemy   ciężej,   niż   wtedy   kiedy 

musieliśmy zdzierać korę z drzew na chleb - powiedziała mama pewnego wieczoru.

Miała   smutną,   zmęczoną   twarz   i   była   brudna,   bardziej   brudna   niż   wówczas,   gdy 

cierpieli biedę i mieszkali w małej chacie w Oppdal.

Ale do prawdziwej biedy jeszcze im nie spieszno, nie dalej bowiem jak wczoraj mama 

na kolację podała pszenne placki z masłem, a przecież była zwykła środa.

Amelia parła do przodu, wózek zahaczał o kamienie i korzenie wystające z ziemi. 

Sapała ciężko, spocona pod grubą wełnianą sukienką, którą mama kazała jej włożyć, chociaż 

śnieg całkiem prawie już stopniał. Przed nią leżało Vildegard. Większość ludzi nazywała 

teraz to miejsce Domem Marji, tu właśnie przychodzili wszyscy chorzy, a także ci bliscy 

śmierci   z   głodu.   Przybywało   też   wiele   kobiet,   żeby   rodzić;   zwłaszcza   te   słabe,   które 

poprzednio chorowały albo nawet prawie umierały w połogu. Mama pomagała każdemu, ale 

niektórych   nie   udawało   się   uratować,   przeważnie   najmłodszych.   Serduszko   Amelii 

przepełniała troska o wszystkich małych i bezbronnych.

Popatrzyła na Benjamina w wózku, leżał z przymkniętymi powiekami, uśmiechając 

się leciutko.

- Chciałabym, żebyś mógł mi opowiedzieć, o czym myślisz, Benjaminie - powiedziała 

zdyszana i delikatnie pogładziła go po policzku, postanawiając chwilę odpocząć.

Chłopczyk uśmiechnął się jeszcze szerzej, otworzył oczy. Patrzyły tak mądrze, były 

ciemne z odrobiną zieleni i błękitu. Wargi miał jakby nieco za duże w stosunku do całej buzi, 

Amelia   zawsze   chowała   w   rękawie   ściereczkę,   żeby   mu   je   obetrzeć.   Na   twarzach   ludzi 

pojawiał się zawsze taki okrutny wyraz, kiedy widzieli, jak Benjamin się ślini. Amelia wolała 

pokazywać   im,   że   to   dobry   i   miły   chłopiec,   grzeczniejszy   i   mądrzejszy   niż   obdartusy 

biegające w koło i wykrzykujące brzydkie słowa z bezpiecznej odległości.

Benjamin  niewiele umiał powiedzieć,  ale potrafił mówić na inne sposoby.  Amelia 

zawsze go rozumiała, wiedziała, kiedy chce mu się pić, a kiedy jest zmęczony czy smutny. 

background image

Umiał wymówić jej imię, było to pierwsze słowo, jakiego się nauczył. „Mila”! Każdego ranka 

witał ją tym przepełnionym radością dźwiękiem, a kiedy przychodziła i rozpinała szelki, które 

nosił w łóżku, rozpromieniał się zadowolony. Amelii z początku nie podobały się te szelki, 

ale kiedy Benjamin nauczył się chodzić, zrozumiała, że mama miała dobry pomysł. Benjamin 

raz  w   środku  nocy  wyszedł  całkiem   sam,  szczęście  od  Boga,  że   i  ona   się  przebudziła  i 

zobaczyła puste łóżko. Wkrótce go odnaleźli, zsiniałego z zimna pod ścianą spichrza, mógł 

zamarznąć, na pewno coś go wystraszyło i uciekł z domu, żeby się schować.

Nareszcie dotarli na miejsce.

Tego dnia nie było tu wielu łudzi, na dziedzińcu stało, przestępując z nogi na nogę, 

kilka   kobiet,   jedna   z   nich   trzymała   na   biodrze   dziecko,   co   najmniej   dwu   -   albo   nawet 

trzyletnie, wciąż jednak ssało pierś matki zasłoniętą wielką chustą. Kobiety uśmiechnęły się 

do Amelii, pozdrowiły ją, pobłogosławiły.  Na Benjamina jednak ledwie zerknęły, Amelia 

wiedziała, że kobieta z dzieckiem pomyślała zapewne: „Dzięki Bogu, że to nie mój syn”.

Dziewczynka uprzejmie odwzajemniła uśmiech, postarała się jednak jak najprędzej 

wejść do środka. Benjamin chciał, żeby wzięła go na ręce, nie wyrósł jeszcze z tej radości, ale 

zrobił się już bardzo ciężki i Amelia z wielkim trudem wzięła go na barana. Chłopczyk zaraz 

objął   ją  za   szyję,  otoczył  nogami  w  pasie,   w  nagrodę   dostała   mokry  pocałunek   w   kark. 

Podrzuciła go żartobliwie, jak gdyby dźwigała na plecach worek ziemniaków.

- Mamo, mamo! Jesteś tu?

Nie doczekała się odpowiedzi, chociaż z wielkiej izby dobiegały różne odgłosy. Czy 

powinna   zajrzeć   do   środka?   Mama   zapowiedziała,   że   nie   wolno   jej   wchodzić   niespo-

dziewanie, bo to, co tam się działo, nie zawsze nadawało się dla oczu małej dziewczynki. 

Wśród chorych znajdowało się też wielu mężczyzn.

Amelia usiadła przy palenisku w pomieszczeniu będącym niegdyś zagrodową kuchnią. 

Nad starym i nad nowym paleniskiem wisiały kociołki z wodą. Zwykle królowała tu Gunda, 

kobieta o obfitych kształtach, która kiedyś pałętała się z włóczęgami, ale wreszcie uciekła od 

swoich  towarzyszy  i osiadła  w  wiosce. Nie mogła  znaleźć  pracy,  ludzie  uważali,  że jest 

brudna i kradnie. Trudno było jednak o bardziej czystą kucharkę niż Gunda i kiedy mama 

zorientowała   się,   że   Gunda   zna   się   również   na   leczniczych   roślinach,   kobieta   miała 

zapewnioną przyszłość. Gunda zawsze chowała coś dobrego dla Amelii, raz nawet podsunęła 

jej kawałek kupnego cukru, starczyło go prawie na miesiąc, bo dziewczynka lizała go po 

troszeczku tylko wieczorem. Przyjemnie było zasypiać ze smakiem słodyczy w ustach.

2 pokoiku za kuchnią, gdzie Gunda trzymała beczki na wodę, skrzynie z drewnem na 

opał i tym podobne, dobiegł odgłos przesuwanych garnków.

background image

Zaraz i sama Gunda stanęła w drzwiach, zapełniając je całą swą osobą, na okrągłej 

twarzy wykwitł uśmiech.

-   Amelia   i   Benjamin!   Jak   miło!   Przychodzicie   pomóc   starej   biedaczce,   kochane 

dzieci?

Amelia   podskoczyła   i   obdarzyła   Gundę   mocnym   uściskiem,   Benjamin   popełzł   po 

podłodze i mocno objął okazale łydki kobiety. Amelia już poznawała owo przyjemne uczucie, 

jakie ogarniało ją za każdym razem, gdy Gunda brała chłopca na kolana, rozmawiała z nim i 

pieściła go, jak gdyby był najzwyklejszym ślicznym dzieckiem. Gunda to jedyna osoba, która 

naprawdę kocha Benjamina, oprócz oczywiście mnie samej, pomyślała.

- Będziecie musieli dzisiaj zostać tu u mnie, malutka, mama ma bardzo dużo pracy. 

Tylu ludzi poważnie choruje... Mama biega jak smagana batem, ledwie udało mi się w nią 

wcisnąć trochę chleba z masłem, herbatę wypiła tylko do polowy, chociaż dodałam nawet 

miodu, może ty masz ochotę się napić? To herbatka z owoców czeremchy i dzikiej róży...

- Najpyszniejsza jaka może być - uśmiechnęła się Amelia.

- A tobie co zaproponujemy, młody człowieku? - Gunda wzięła się pod boki, pulchne 

ciało było tak miękkie, na jakie wyglądało, na kolanach mogło pomieścić się dwoje dzieci 

równocześnie.

Benjamin cmoknął parę razy i wymachując rękami wskazał szafkę; tam zwykle Gunda 

przechowywała słodkie mleko, gdy tylko udało jej się zdobyć kankę.

- Ach, tak? Masz ochotę na mleko?

- Aaaa! Aa!

Benjamina ogarnął jeszcze większy zapał, wstał, przytrzymując się stołu, i uderzył 

pięścią w blat, aż podskoczyły szklanki.

- Będzie mleko - zaśmiała się Gunda, stawiając na stole specjalny kubek Benjamina. 

Amelia wiedziała, że zrobił go tatuś, tak przemyślnie wywiercił w nim otworki, że Benjamin 

mógł sam z niego pić, nie rozlewając przy tym ani kropli.

Dziewczynka   zrzuciła   z   nóg   przemoczone   buty.   Tu,   przy   stale   płonącym   ogniu, 

panowało przytulne ciepło, chociaż para unosząca się z wrzątku czyniła pomieszczenie nieco 

wilgotnym, a dym z obu palenisk całkiem zasnuwał sufit. Dziwnie też pachniało, mydłem, 

zupą na mięsie,  kapustą i potem, ale zdaniem Amelii  nie był  to przykry zapach, to była 

kuchnia Gundy, zupa Gundy, jej mydło i jej pot. Poczucie bezpieczeństwa.

Z sąsiedniej izby dobiegł krzyk, stłumiony przez grube bale, wstrzymywany, a mimo 

to wdarł się boleśnie do uszu Amelii, chociaż bywała tu dostatecznie często, by słyszeć setki 

skarg cierpienia. Wiedziała, że na widok rzeczy dziejących  się za ścianą wielu dorosłych 

background image

mdleje. Mimo wszystko przychodzili jednak, kiedy bowiem śmierć pochyla się nad łóżkiem, 

człowiek nabiera odwagi i jest gotów znieść największy ból.

Amelię, chociaż siedziała przy ogniu, przeszedł dreszcz, na Gundzie krzyk zdawał się 

nie wywierać żadnego wrażenia.

- Zło trzeba złem wypędzać - powiedziała cicho, napełniając jednocześnie specjalny 

kubek Benjamina.  Chłopczyk  nie reagował na odgłosy,  pochłonięty smakiem i zapachem 

białożółtego   tłustego   napoju.   Niewiele   dzieci   w   jego   wieku   mogło   się   cieszyć   takimi 

wspaniałościami, świeże mleko było zbyt cenne, dało się przechować zaledwie przez kilka 

dni,   na  ogół   zbierano   śmietanę   i   wykorzystywano   na   bardziej   trwałe   produkty,   takie   jak 

masło, sery, kwaśna śmietana czy też kwaśna serwatka. Jedynie niebieskawe zsiadłe mleko 

było powszednim napojem uprzywilejowanych, którzy mieli co najmniej jedną krowę.

- Jak myślisz, mogę tam wejść? Chciałam porozmawiać z mamą.

Gunda zasznurowała usta, ale oczy patrzyły z dobrocią.

- Raczej nie powinnaś - odparła po chwili. - Może za jakiś czas, kiedy dziecko już się 

urodzi.

- A więc to poród? Ale kto tak krzyczał?

- Mamy poród, człowieka, którego ranił niedźwiedź, i jeszcze jednego, z brzuchem 

spuchniętym   jak   bania...   Marja   biega   od   jednego   do   drugiego,   mało   się   nie   rozerwie. 

Mówiłam   jej:   pozwól   Ragnhild,   Eddzie   i   Chłopakowi   czymś   się   zająć,   ale   nie,   ona 

wszystkiego chce dopilnować sama, ta twoja mama. Padnie, jeśli nie nauczy się odmawiać 

przynajmniej niektórym z tych, co żądają jej czasu.

Amelia wolno pokiwała głową. Słodka herbatka nagle jakby zgorzkniała w ustach. 

Mama nie może chyba „paść”, przecież jest taka silna, ze wszystkim sobie radzi. Ale mama 

ma za dużo pracy, tak było zawsze, późno kładzie się spać, wstaje pierwsza, czasami chyba 

nie śpi przez całą noc.

Buzia Amelii nad kubkiem spochmurniała. Och, gdyby była chociaż trochę większa, 

gdyby była choć taka jak Ragnhild, mogłaby więcej pomagać mamie. Bez względu jednak na 

to, jak bardzo Amelia się starała, i tak nic się nie zmieniało. Dziewczynka zwykle troszczyła 

się o jedzenie, pilnowała służących w domu, sprawdzała, czy jest porządek w piwnicy, w 

której przechowywano żywność, na strychu i w pokojach, przez cały czas opiekowała się 

Benjaminem, dbała o to, żeby ojciec miał czyste ubranie i potrawy, jakie najbardziej lubił, 

kiedy   mama   dłużej   musiała   zostać   w   Vildegard.   Również   Karl   Martin,   kiedy   czegoś 

potrzebował,   zwracał   się   do   niej,   nawet   Jonas   nadzorujący   ludzi   pracujących   w   polu   i 

opiekujący się zwierzętami pytał Amelię o radę. Rosła wtedy w dumę, czuła się jak mała 

background image

gospodyni.

- Na pewno niedługo będziesz mogła wejść. Spytam mamę, bo i tak muszę zanieść 

wodę, już się gotuje.

Gunda zdjęła z ognia ciężki miedziany kociołek. Ważył pewnie tyle samo co beczułka 

ziarna, ale rosła kobieta przyciągnęła parujące naczynie  pogrzebaczem i podniosła je, nie 

rozlewając na podłogę ani kropli wrzątku.

Amelia   zauważyła,   że   Benjamin   robi   się   śpiący.   To   pyszny   napój   sprawił,   że 

chłopczykowi zaczęły kleić się oczy. Kołysał się w przód i w tył, jak zwykle wtedy, gdy 

zasypiał.

- Chodź tu, Benjaminie, odpoczniemy trochę! Masz moją chustkę, połóż się na niej, a 

ja poczekam, aż się obudzisz.

Chłopczyk   stęknął,   przetarł   skośne   oczy,   z   kącika   ust   sączyło   mu   się   mleko,   ale 

Amelia nie przejmowała się tym i nawet nie wytarła mu buzi. Tutaj nikomu to nie prze-

szkadzało, tu, w kuchni Gundy, Benjamin mógł być sobą i niczego się nie wstydzić.

- Ci, ci - powiedział niewyraźnie. - Ci, ci, Mila! Dziewczynka uśmiechnęła się, chciał, 

żeby zaśpiewała mu piosenkę o ptaszku w krzaku róży. Tym, który o poranku ćwierkał swą 

radosną piosenkę...

Amelia zaśpiewała jedną zwrotkę i Benjamin już spał.

Ona także poczuła się senna. Przyłożyła się koło niego z myślą, że czas oczekiwania 

skróci się nieco, jeśli i ona na chwilę się zdrzemnie. Do domu nie musiała się spieszyć, 

postanowiła,   że   zaczeka   na   matkę.   O   zmierzchu   wrócą   razem,   może   uda   im   się   chwilę 

porozmawiać, jeśli mama nie będzie zanadto zmęczona.

Dłonie Marji sczerwieniały i spuchły, jak często bywało wieczorem. Wiele razy w 

ciągu dnia myła je w ostrym mydle, a jeśli zdarzało jej się pielęgnować chorego na chorobę 

łatwo przenoszącą się na innych, również zanurzała ręce w naczyniu ze spirytusem, szczypało 

wówczas   iście   piekielnie,   zawsze   miała   bowiem   otarcia,   pęcherze   albo   inne   drobne 

skaleczenia. Nie były to rączki bogatej pani, bywało, że wyglądały gorzej niż poparzone palce 

Nadjany. Jednakże zdaniem Marji spirytus i mydło były bardzo ważne, bo wśród zapisków, 

jakie dostała z Kopenhagi, znalazła  krótki  fragment,  który mocno  wbiła sobie  do głowy. 

Jeden   ze   studentów   twierdził,   że   ludzie   chorują   za   sprawą   lekarzy,   rodzące   umierają, 

ponieważ   lekarze   przez   swoje   wędrówki   od   miejsc,   gdzie   wykonują   obdukcje,   do   łóżek 

położnic przenoszą na kobiety choroby. Student uważał, że spirytus czy też pewna substancja, 

której Marja nie znała, mogły temu zaradzić, Marja postanowiła więc spróbować. Ta teoria 

zgadzała się z tym, co Kari mówiła o myciu i o wrzątku, a ponadto sprawdzała się w praktyce. 

background image

W szpitaliku Marji nikt bowiem jeszcze nie zaraził się nową chorobą. Bardzo pilnowała, by 

chorych izolować od siebie, wolała położyć pacjenta na stryszku w stodole, aniżeli pozwolić 

mu spać przy innym zakaźnie chorym.

Dysponowała   teraz   oddzielną   izbą   dla   rodzących,   przebywały   tu   także   kobiety   z 

innymi dolegliwościami, typowymi tylko dla swojej płci. W jedynym pomieszczeniu z oknem 

stał duży stół, na nim rozgrywały się niezwykle dramatyczne sceny, tutaj usuwano wrzody lub 

też nawet całe członki. Ostatniej zimy Marji znów przyszło zagryźć zęby i odcinać z żywych 

ciał martwe już palce u rąk i stóp. Tego akurat zajęcia nienawidziła, na szczęście Chłopak 

zaczął przejmować od niej część tego rodzaju zadań. Nazywano go po prostu Chłopakiem, 

nikt bowiem nie wiedział, jakie nosi imię. Pojawił się pewnego lata, dźwigając węzełek pełen 

niewielkich  ostrych   nożyków  i  budzących   grozę  narzędzi.  Rozumiał  wszystko,  co  się  do 

niego mówi, lecz nigdy nie odpowiadał. Marja nie słyszała, żeby wydał z siebie jakikolwiek 

dźwięk, w dodatku poruszał się tak lekko i cicho, że prawie się go bała. Chłopak mógł być sy-

nem balwierza, w każdym razie chodził od wsi do wsi i zyskał sławę człowieka umiejącego 

puszczać krew. Nie mógł liczyć sobie więcej niż dwadzieścia lat, lecz miał mięśnie dorosłego 

mężczyzny, a oczy starca. Marja lubiła go, choć w jego towarzystwie zawsze czuła się trochę 

nieswojo. Było coś okropnego w osobie, która nigdy się nie odzywa.

Chłopak jednak okazał się zdolny,  bez niego nie dałaby sobie rady,  zajmował  się 

mężczyznami,  łatał skaleczenia i rany,  wiedział, co robić z przypadkowymi  postrzałami  i 

ramionami, które wypadły ze stawów. To odpowiednie zajęcie dla mężczyzny, uznała Marja, 

ona  sama   miała  pełne   ręce  roboty  przy  kobietach  i   dzieciach.   Zdarzało   się  jednak,   choć 

nieczęsto, że Chłopak stawał przed nią i patrzył na nią pewnym szczególnym spojrzeniem, 

oznaczało to, że składa odpowiedzialność na jej barki. Instynktownie wyczuwał, w czym 

Marja jest od niego lepsza, i zawsze okazywał wielki szacunek swojej pracodawczyni. W 

zamian za to Marja wtajemniczała go w niektóre ze swych sekretów, dawała ziołowe maści i 

specjalne nalewki, którymi mógł leczyć swoich pacjentów.

Dzisiaj mało go widziała, biegała od dziecka, które miało trudności z oddychaniem, do 

rodzącej. W przerwach wydzielała maści, leczące rany na łydkach, i soki na trawienie. To 

jednak   były   błahostki,   chociaż   zdawała   sobie   sprawę,   jak   wiele   znaczą   dla   tych,   którzy 

szukali jej pomocy. Najwięcej czasu poświęcała położnicy. Dziecko, które się dusiło, poczuło 

się lepiej, wkrótce też nadeszła Gunda, niosąc kolejne wiadro parującej wody.

- Dziękuję, Gundo, dobrze, że przyszłaś.

Marja   przeczytała   etykietkę   na   pojemniczku,   wyciągnęła   korek   i   wylała   kilka 

aromatycznych   kropli   na   miseczkę   stojącą   przy   dziecku.   Zalała   je   wrzątkiem   i   po   izbie 

background image

rozniósł się świeży mocny zapach.

- Prędko, nakryj go kocem! Przychyl twarz do wody, o, tak!

Dziecko znalazło się jakby w namiocie nad miseczką, matka trzymała je nad parą, z 

oczu ciekły jej łzy. Oczy dziecka także się podrażniły, lecz oddychało teraz zdecydowanie 

łatwiej.   Marja   uśmiechnęła   się   zadowolona,   stwierdzając,   że   anyżek   z   rumiankiem   w 

połączeniu z oparami spirytusu i odrobiną siarki działały doskonale.

- Trzymaj je tak, dopóki woda nie wystygnie, potem możecie iść do domu, weź to ze 

sobą, i gdyby znów były jakieś kłopoty, rób tak, jak widziałaś - poinstruowała krótko kobietę.

Wieśniaczka ukłoniła się trzy razy, podziękowała osiem, nazywając Marję aniołem.

- Przyślę jutro rano do was męża, przyniesie trochę masła albo sera.

- Dziękuję, to miło z twojej strony, ale przydałoby nam się raczej parę naręczy drewna 

albo jakieś stare łóżko, jeśli wam niepotrzebne.

Kobieta uśmiechnęła się.

- Oczywiście, dzięki tobie mamy jeszcze czworo dzieci w naszym własnym łóżku, 

dostaniesz więc, co tylko chcesz.

Marji   już   nie   było,   lecz   kobieta   nie   poczytała   tego   za   nieuprzejmość.   Odgłosy 

dobiegające z izby w głębi całkowicie usprawiedliwiały pośpiech Marji.

- Przyj, dasz radę, jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko jeden raz!

Rodząca   znów   zaniosła   się   krzykiem,   zawisła   na   szyi   teściowej,   spódnice   miała 

podciągnięte aż do pasa i widać było, że po wnętrzu smukłych białych ud spływa krew.

Marja przygryzła wargę, starając się ukryć niepokój za maską optymistycznej zachęty. 

Teściowa, pięćdziesięcioletnia kobieta, stała niczym drzewo, które nie ulega naporowi wiatru, 

lecz oczy pociemniały jej od strasznej prawdy, wymieniła spojrzenia z Marją, palcami dała 

znak,   że   czym   prędzej   należy   wezwać   księdza,   Marja   nie   widziała   powodu,   by   dłużej 

zwlekać, i przekazała wiadomość dalej.

Rzeczywiście, nie wyglądało to dobrze.

Kobieta rodziła raz wcześniej i już wtedy o mały włos nie przypłaciła tego życiem, 

dziecko zmarło  podczas porodu, a kiedy wreszcie się urodziło, okazało  się, że było  zde-

formowane. Marja wiedziała, że położnica jest wystraszona i umęczona ciążą pełną złych 

snów.   A   kiedy   nadszedł   wreszcie   dzień   rozwiązania,   okazało   się,   że   rozpoczęło   go 

skrzeczenie kruków nad fiordem, zły znak, uważali ci, którzy się na tym znali Poród ciągnął 

się już trzeci dzień.

Marja nie wiedziała, czy dziecko żyje czy też już umarło.

Przykładała ucho do wielkiego brzucha, lecz nie słyszała żadnego dźwięku. Dłońmi 

background image

wyczuwała  zarys   dziecięcego  ciałka,   było  źle   ułożone,   nóżki  skierowane   miało   w   stronę 

kanału rodnego. Marja od razu zorientowała się w grożącym niebezpieczeństwie, nie było 

jednak powodu, by się poddawać, dzieci już wcześniej przeżywały podobne porody, kobiety 

także.

Teraz, gdy popłynęła czerwona świeża krew, Marja wiedziała, że kobieta wykrwawia 

się na śmierć..

W pozycji stojącej przytrzymywała  ją teściowa, nogi przestały już ją nosić. Marja 

wiedziała, że taka pozycja może pomóc, chociaż kobiety w trakcie porodu wolały na ogół 

siedzieć w łóżku albo na stołku. Uklękła przy stopach położnicy, zbadała ją, lecz wyczuła 

jedynie miękkie pośladki dziecka. Biodra kobiety wyglądały na dość szerokie, ale mimo to 

dziecku coś zdawało się zagradzać drogę.

- Przecież ona już wcześniej rodziła - mruknęła Marja. - I tym razem więc musi się 

udać, ale coś jakby przeszkadza, jak gdyby ona była trochę inaczej zbudowana... Na twarzy 

teściowej widniał smutek, synowa w jej ramionach najwidoczniej straciła przytomność. Nie 

szkodzi, pomyślała Marja, chwila ulgi w bólach może przyda jej nowych sił.

- Dziecko nie urodziło się w taki sposób - ściszonym głosem wyznała teściowa.

Marja popatrzyła na nią zdziwiona.

Starsza kobieta z trudem przełknęła ślinę, odwróciła oczy.

- Mój Boże, ciągle mi to stoi przed oczami.

- Ale co takiego się stało, co?

- Dziecko umarło. Na pewno, musiało być nieżywe...

- I co?

- Musieliśmy... Położna... Musiała je wydobyć. Marja zrozumiała. O takich sprawach 

się nie mówiło, lecz przecież się zdarzały, musiały się zdarzać. Po to, by uratować życie 

kobiety, poświęcano życie dziecka. Uśmiercano je w łonie matki, by móc je wyjąć. To stra-

szne. Na myśl o takiej scenie Marja poczuła mdłości. Sama nie bardzo potrafiła sobie z tym 

poradzić, nawet gdy dziecko dawno już nie żyło. Gdyby żyło, nigdy nie byłaby zdolna tego 

zrobić. Księża nazywali to morderstwem, za taki postępek groziła kara śmierci, człowiek 

bowiem nie powinien wydawać wyroków w sprawach ostatecznych. Bóg we wszystkim miał 

swój cel, nawet w tragicznych losach tysięcy położnic i ich dzieci. Jedyne, co ludzie mogli 

zrobić, to próbować oszukać naturę, lecz i to także było grzechem. Bóg obdarzał kobietę 

tyloma dziećmi, ile zapisano w Jego księgach.

Marja usiadła, poczuła, że robi jej się słabo.

- Ona nie powinna nigdy... dlaczego... nie powinna mieć więcej dzieci.

background image

Twarz starszej kobiety była niczym kamienna maska.

- To żona naszego jedynego syna, miała urodzić mu dziedzica.

Marja popatrzyła w zmęczone oczy, błysnęła w nich duma, w wypowiadanych niemal 

szeptem słowach dźwięczała próba obrony.

- Nigdy nie wyjawiłaś jej prawdy? Powiedziałaś tylko, że poprzednie dziecko było 

zdeformowane?

W twarzy teściowej nie drgnął ani jeden mięsień.

Marja westchnęła, ujęła rodzącą za rękę, odnalazła delikatny rytm w rozszerzonych 

żyłach, dostrzegła lekkie poruszenie piersi nad wzdętym brzuchem.

Niebieskie cienie pod oczami rozszerzały się z wolna ku skroniom i kącikom ust.

- Ona już umiera, nic więcej nie zdołamy zrobić. Marja nie odpowiedziała. Starsza 

kobieta miała rację. Gniew Marji złagodził widok pomarszczonej dłoni na brzuchu młodej 

położnicy. Stara zrozumiała swój grzech, a może wcale nie był to grzech? Kolejne pokolenia 

wszak musiały przychodzić na świat, takie było prawo natury, gra, w której stawką było życie 

i śmierć, mniej heroiczna niż życie wojowników, lecz równie krwawa i okrutna. Taką walkę 

prowadzić musiały kobiety, a straty wśród nich były ogromne.

Zajrzała do chłopca, któremu usunięto paskudny wrzód na szyi, i podała mu kolejną 

porcję odurzającego lekarstwa dla złagodzenia bólu po operacji. Dziecko jednak i tak zanosiło 

się  bezgłośnym   krzykiem,   w  jego  spojrzeniu  pojawiło   się szaleństwo,  bliskie   było  utraty 

przytomności z bólu. Marja bała się zaaplikować mu zwiększoną porcję leku, wiedziała, że 

jest   trujący   i   można   go   stosować   jedynie   przez   pewien   czas.   Chłopiec   musiał   znieść 

cierpienie, choć był jeszcze dzieckiem i mało rozumiał z tego, co się wokół niego dzieje.

Marja   starała   się   chronić   swoje   serce   przed   chwilami   takimi   jak   ta,   widok   i   jęki 

wydawane przez udręczonych ludzi w szpitaliku gromadziły się w niej jak w jakimś wielkim 

naczyniu. Niekiedy zdarzało się, że przelewały się przez wierzch, uciekała wtedy do lasu na 

parę dni, krzykiem i płaczem wyrzucając je z siebie.

Ale za każdym razem naczynie stawało się coraz większe i mogło pomieścić coraz 

więcej ludzkiego cierpienia. Upłynął już blisko rok od ostatniego czasu, kiedy musiała je 

opróżnić. Nie bardzo wiedziała, czy to dobrze, czy wprost przeciwnie, nie powinna wszak 

zachowywać obojętności wobec takich męczarni, nie mogła jednak również dzielić cierpienia 

z chorymi tak, jak było na początku, takiej gehenny bowiem nie zniósłby żaden człowiek. 

Musiała   zachować   przytomną   głowę   i   zdolność   myślenia,   inaczej   stałaby   się   zupełnie 

bezradna.

Człowiek cierpiący na ból brzucha nie wołał tak głośno o jej współczucie.

background image

Był to rosły mężczyzna, chłop z wioski w samej głębi fiordu. Przywieźli go do niej 

przyjaciele, którzy twierdzili, że spożył zepsute jedzenie. Marja jednak prędko zorientowała 

się, w  czym  rzecz,  mężczyzna  napchał  brzuch  kaszą z  płatków  jęczmiennych  skradzioną 

pracodawcy. Natrafił na garnek, który gospodyni postawiła w piwnicy w sobotni wieczór, i 

dostrzegł możliwość najedzenia się do syta. Nic nie zaniósł dzieciom, pazerność sprawiła, że 

sam   opróżnił   całe   naczynie.   Wpuścił   nawet   do   piwnicy   psa,   żeby   odwrócić   od   siebie 

podejrzenia, myślał zapewne, że gospodyni złaja zwierzę za jego przestępstwo.

Chłopa dosięgła jednak sroga kara.

Jęczmienne   płatki   były   tylko   na   wpół   ugotowane,   gospodyni   zapewne   chciała   je 

podprażyć w piecu w niedzielę, kiedy cała rodzina wybierze się do kościoła, jedzenie byłoby 

w ten sposób smaczniejsze, niż gdyby gotowe miało stać całą noc.

Jęczmienne płatki w brzuchu mężczyzny napęczniały, ściągając na niego straszny ból, 

którego, jak mu się zdawało, nie przeżyje.

Marja podała mu tran i stopiony barani łój o nieprzyjemnym, ostrym zapachu. Chory 

jęczał i wzdragał się przed przyjęciem lekarstwa, lecz Marja umiała je wmusić. Wkrótce 

żołądek nieszczęsnego się opróżnił, tak jak to przewidziała. Życie mężczyzny nie było już 

zagrożone,   zapewne   jednak   do   końca   dni   czekały   go   problemy   z   trawieniem.   Kiszki 

mężczyzny, zdaniem Marji, rozciągnęły się tak, iż naprawdę mało brakowało, by pękły.

Odpowiednia  kara dla  żarłoka,  który będzie  głodował  przy zastawionym  stole,  bo 

żołądek nie przyjmie strawy.

Opuściła go bez poklepania po ramieniu i życzliwych słów, którymi zwykle pocieszała 

pacjentów.

Stopy ją bolały, miękkie skórzane buty zdawały się za ciasne. Marja wiedziała, że 

czeka ją ciężka noc, bo po dniu takim jak ten plecy i nogi zawsze okrutnie jej dokuczały. 

Owszem, mogła zażyć parę łyżek swego własnego lekarstwa, lecz nie śmiała. Wymieszane ze 

spirytusem okazywało się niebezpiecznym pomocnikiem. Gorzko już tego doświadczyła, gdy 

regularnie zażywała uspokajającej mikstury. Kiedy skończyły się zapasy, czekał ją przykry 

okres   bezsennych   nocy,   wsłuchiwanie   się   w   serce   tłukące   się   w   piersi   i   ból   języka 

dopominającego się o znajomy smak.

Lepiej nie próbować. Może wypije filiżankę herbatki, jeśli Gundzie coś zostało. Może 

zje kawałek chleba albo talerz kapuśniaku.

I odpocznie.

Odpocznie długo.

W drzwiach zderzyła się z pastorem. Z twarzy duchownego wyczytała, że wypełnił już 

background image

swoje zadanie.

- Umarła,  akurat kiedy pobłogosławiłem  dusze jej  i dziecka,  jak gdyby  specjalnie 

wstrzymywała  się i czekała  aż na tę chwilę... - Młody pastor złożył  dłonie w religijnym 

uniesieniu, jego wzrok stał  się daleki.  - Jakaż niezwykła jest ludzka  tęsknota  za dobrym 

Bogiem, kiedy padnie na nas cień śmierci. Płomień życia pali się wtedy uparcie...

-   Dobrze,   że   zdążyliście   na   czas,   pastorze,   dziękuję.   Czy   mogę   zaproponować 

filiżankę naparu z ziół? A może miskę ciepłego piwa, jeśli Gundzie coś zostało?

Młody   człowiek,   jąkając   się,   podziękował,   czekało   na   niego   jeszcze   wiele 

obowiązków.   Życzył   Marji   spokojnej   nocy   i   w   imieniu   Pana   wyraził   wdzięczność   za 

wszystko, co robi dla nieszczęsnych cierpiących ludzkich istot.

Marja   pożegnała   go   uniżenie.   Był   bardzo   dobrym   człowiekiem   jak   na   księdza, 

zupełnie innym niż straszny Revelin, który zginął w pożarze na plebanii.

Marja  nakazała  Ragnhild  obmycie  zmarłej  i   czuwanie   nad  zwłokami,   lecz  jak  się 

okazało, teściowa kobiety załatwiła już wszystko ze swoimi siostrami. Zanim Marja opuściła 

szpitalik,   zdążyła   jeszcze   pocieszyć   zrozpaczonego   wdowca,   przynieść   ciepłą   wodę   do 

obmycia   zwłok,   zmienić   opatrunek   popłakującemu   dziecku   i   wydać   połamanemu 

reumatyzmem   chłopu   z   Karstad   dodatkowy   zapas   nalewki.   Na   dworze   było   niemal   już 

ciemno, znad fiordu nadciągnął chłodny wiatr. Pomyślała o przytulnym kątku w królestwie 

Gundy, wiedziała jednak, że Karl czeka na nią. Gunda jeszcze nie spała, z kuchni dobiegały 

odgłosy krzątaniny. Marja poszła pożegnać się z pomocnicą i życzyć jej dobrej nocy.

- Siadaj, kobieto, wyglądasz, jakbyś jedną nogą stała już w grobie. Musisz wreszcie 

odpocząć,   zrób   sobie   kilka   wolnych   dni,   tutaj   wszystko   się   ułoży.   Poradzimy   sobie   z 

Chłopakiem i Ragnhild.

Marja podparła czoło ręką. Wirowało jej w głowie, pod powiekami tańczyły czerwone 

plamy. Być może Gunda ma rację, wiosna to przecież szczególnie trudny okres, Marja zawsze 

czuła się wtedy słaba, jakby wyzuta z sił.

- Gdybym tylko mogła trochę pospać, coś zjeść, jutro rano będę jak nowo narodzona, 

Gundo. Wiesz przecież, jestem młoda i silna.

Marja uśmiechnęła się lekko. Gunda popatrzyła na cieniutkie zmarszczki rozchodzące 

się od kącików jej oczu. Owszem, była silna i dość jeszcze młoda, ale takiego życia nikt długo 

nie wytrzyma.

Dopiero   teraz   Marja   zauważyła   dwa   ciałka   zwinięte   w   kłębek   na   podłodze   przy 

palenisku.

- Ona tak na ciebie czekała - powiedziała Gunda, spoglądając za wzrokiem Marji na 

background image

dzieci.

Marja poczuła ukłucie w piersi, zdawała sobie sprawę, że poświęca Amelii zbyt mało 

czasu. Gdy tylko dziewczynka trochę dorośnie, będzie mogła pracować u jej boku, na razie 

jednak zbyt wiele było w niej z dziecka, by mogła znieść to, co rozgrywało się w szpitaliku. 

Być może nigdy nie będzie w stanie się tym zajmować, Amelia bowiem zaliczała się do tych, 

którzy cierpienia ludzi i zwierząt odczuwają na własnym ciele.

- Biedna mała, bardzo była zawiedziona? Gunda uśmiechnęła się, jej oczy patrzyły 

łagodnie, bez cienia oskarżenia.

- Nie, dostała coś do picia, pogawędziłyśmy, potem oboje zasnęli, chcieli na ciebie 

zaczekać. Najlepiej będzie, jak ty ich obudzisz. Ale zmarzniecie w drodze do domu, poproszę 

Jensa, żeby was odprowadził.

- Nie, on na pewno już śpi. Chyba zostaniemy tutaj. Położę się przy dzieciach, wezmę 

tylko tę jedną świeżo upraną derkę, tu u ciebie zawsze tak ciepło.

Marja ciężko usiadła przy Amelii, delikatnie połaskotała policzek córeczki, pogładziła 

Benjamina po włosach i ucałowała oboje suchymi wargami. Osunęła się potem jak pijana i 

ledwie dotarło do niej, że Gunda otula ich kocem i stawia na noc osłonę wokół paleniska.

W domu zapanowała cisza, Marja zapadła w ciężki niespokojny sen.

Kiedy   stukanie   dobiegające   z   zewnątrz   dotarło   wreszcie   do   jej   głowy,   myślała   z 

początku, że to ludzie lensmana przyszli, by oderwać ją od najbliższych. Krzyczała przez sen, 

budząc   zaspaną   Amelię,   a   Benjamin   zaczął   gniewnie   wymachiwać   rączkami,   broniąc   się 

przed niewidzialnymi wrogami.

background image

ROZDZIAŁ III

Oczy miała jak zaklejone, wreszcie jednak zdołała się obudzić. Amelia obróciła się na 

bok   i   dalej   spała,   przytulona   do   niespokojnego   Benjamina,   otoczyła   go   tylko   ramieniem 

niczym dorosła kobieta, która pragnie chronić własne dziecko. Marja zasnęła tak jak stała, w 

ubraniu, spódnice miała teraz zmięte, włosy potargane. Trudno powiedzieć, by wyglądała na 

wypoczętą.

Walenie   w   drzwi   nie   ustawało,   mocując   się   z   ryglem   zniecierpliwiona   próbowała 

uciszać przybyłych.

W końcu uchyliła drzwi, do środka wpadło światło wczesnego poranka. Nad górami 

wisiało już jasne pasmo, odbijało się w pomarszczonej szarej wodzie fiordu.

- Kto tak woła? - spytała przez szparę w drzwiach, ujrzawszy obce twarze, w których 

nie rozpoznała żadnego z mieszkańców wioski.

- Bez imion, kobieto, przychodzimy do ciebie z rozpaczliwą prośbą, lecz błagamy, byś 

nie pytała nas o nic.

Postać   w   ciemnym   ubraniu   postąpiła   o  krok   w   tył,   odsłaniając   niższego,   również 

ciemno ubranego człowieka.

Marja   poczuła   w   sercu   jakby  ostrzegawcze   ukłucie,   właściwie   jednak   nic   w   tych 

mężczyznach   jej   nie   przerażało,   stali   w   progu   Vildegard   bez   broni,   jak   tylu   już   ludzi 

wcześniej przed nimi.

- Co się stało? - spytała cicho, otwierając drzwi na całą szerokość.

Wyższy zdecydowanym skinieniem głowy wskazał na fiord, Marja dostrzegła w dole 

przy przystani łódź, po stanie strojów przybyszów zorientowała się, że musieli dotrzeć tu 

wodą, najwidoczniej mocno wiosłowali, choć sprzyjał im wiatr.

- Nasz przyjaciel jest ranny, ma kulę w brzuchu. Nie przeżyje, jeśli mu się jej nie 

wyciągnie. Wierzymy, że mu pomożesz, dobra Marjo.

Marja mruknęła coś pod nosem, przetarła zapuchnięte oczy. Zmęczenie sprawiało, że 

nogi miała jak z ołowiu, plecy nie chciały trzymać się prosto, pragnęły jedynie ułożyć się z 

powrotem na twardym posłaniu przy piecu i odpoczywać.

- Wygląda mi raczej, że to Chłopak powinien się tym zająć - szepnęła.

W oczach mężczyzn pojawiła się rozpacz.

- Słyszeliśmy o tobie! Twoja sława sięga daleko, kobieto. Powiadają, że potrafisz 

uratować życie nawet temu, komu pisana jest śmierć.

- Co ty wygadujesz? Pilnuj języka w gębie, obcy, to niebezpieczne słowa!

background image

Marja nie lubiła takiego gadania, od razu czuła pazury przeszłości szarpiące jej serce. 

Wiedziała,   że   wciąż   jeszcze   poszeptuje   się   o   jej   zdolnościach,   niejeden   wierzył,   że   ma 

konszachty   z   królestwem   ciemności.   Ponieważ   jednak   okazywała   ludziom   życzliwość, 

niczego jej nie zarzucano. Niektórzy chyba również uważali, że straszna śmierć, jaka spotkała 

Revelina, była przynajmniej po części jej dziełem. Dlatego też trzymali język za zębami i 

zapewne   gdyby   ktoś   zechciał   przesłuchać   ich   na   temat   działalności   i   postępków   Marji 

Oppdal, milczeliby jak grób.

Dwaj przybysze  unikali jej wzroku, sprawiali wrażenie wystraszonych.  Marja była 

zmęczona, chciała, żeby sobie poszli, pragnęła pozbyć się nieproszonych gości i wrócić do 

łóżka. Potrzebującej kobiecie nie odmówiłaby na pewno, ani też choremu dziecku, natomiast 

mężczyzna   z   raną   postrzałową   nie   był   bohaterem   najbardziej   wzruszających   historii, 

domyślała się już zresztą, w czym rzecz.

- Jesteście buntownikami, prawda? Z tych, co to otwarcie sprzeciwiają się wójtowi i 

żądają zmniejszenia podatków?

Wyższy z mężczyzn po raz pierwszy popatrzył jej w oczy.

-   Masz   rację.   Ale   tym   razem,   droga   pani,   nie   chodzi   już   tylko   o   zmniejszenie 

podatków,   lecz   o   kłamstwa   i   oszustwa,   o   nikczemne   wykorzystywanie   pracy   uczciwych 

chłopów i władzy naszego wielkiego króla. Jest ktoś, kto nam przewodzi, mądrzejszy od 

większości   z   nas,   odwiedził   króla   w   jego   zamku   i   usłyszał   prawdę   wprost   z   ust   jego 

wysokości. To właśnie dla naszego przywódcy prosimy o pomoc. W twoich rękach jest nasza 

przyszłość, kobieto, bo bez niego chłopi znów utoną w morzu niewoli.

Słowa mówiącego zdawały się nie robić na Marji wielkiego wrażenia.

- Macie w łodzi Nielsa Kvithovuda?

Zaskoczeni mężczyźni wymienili spojrzenia. Nie przypuszczali, że ta kobieta może aż 

tyle wiedzieć o wydarzeniach rozgrywających się w Sogndalsfjasren.

Zaprzeczyć   jednak   nie   mogli.   Marja   wyglądała   na   bardzo   zadowoloną,   gdy 

potwierdzili jej przypuszczenia. Z oczu zniknęła przesłona zmęczenia, błysnęły w słabym 

świetle, przywodząc mężczyznom na myśl ślepia kota, czającego się przy mysiej dziurze.

- Przynieście go tutaj, przyjrzę się tej ranie.

Pospieszyli   w   dół   zbocza,   nie   mieli   czasu   na   otwieranie   i   zamykanie   furtki,   z 

młodzieńczą sprężystością przeskoczyli przez płot. Wkrótce zmienili się w dwa cienie po-

suwające się wzdłuż miedzy w stronę fiordu.

Marja   obróciła   się   powoli,   przeciągnęła.   Zdecydowała,   że   wystarczy   jej   już   snu, 

pewnie i kolejnej nocy położy się na dwie lub nawet na trzy godziny. Może w ciągu dnia uda 

background image

jej się wyrwać do domu i tam trochę odpocząć, pozwalając, by Anna się o nią zatroszczyła? 

Karlowi by się to podobało, Marja uśmiechnęła się na jego wspomnienie. Miała dobrego 

męża, który nieodmiennie starał się nieba przychylić swojej jakże często sprawiającej kłopot 

żonie. Wielkie szczęście, że trafił jej się taki mąż, powtarzała to sobie co dnia, nigdy bez 

ściśnięcia w sercu. Karl nie miał łatwego życia od chwili, w której poślubił młodziuteńką 

Marję, nie znając prawdy ani o jej pochodzeniu, ani też o jej uczuciach. Był wówczas niczym 

mokra glina w jej rękach, lecz nie kochała go aż do czasu, kiedy miękkie tworzywo zmieniło 

się w wypalone, mocne naczynie.

Taki właśnie był teraz Karl, nieugięty, wierny, dopóki ona wypełniała jego życie i była 

przy nim przynajmniej w myślach.

Marja wróciła do środka. Wyjęła sporą miskę, napełniła ją ciepłą wodą z wiszącego 

nad ogniem kociołka, obmyła twarz i ręce, lecz nie używała mydła, bo tak okropnie piekło. 

Zamiast   tego   natarła   dłonie   i   twarz   zmiękczającą   mieszanką   z   pszczelego   wosku,   wody 

różanej i rumianku. Środek ten odświeżał skórę, leczył zadrapania i pęknięcia powstałe za 

sprawą spirytusu i ługu.

Od razu poczuła się lepiej, miała ochotę umyć jeszcze włosy, ale wiedziała, że nie czas 

na to. Jakie to zresztą ma znaczenie,  że brudny przywódca buntowników ujrzy ją trochę 

nieogarniętą? Czuła się lekko podenerwowana, znała bowiem sławę, jaka ciągnęła się za tym 

człowiekiem, wiele o nim słyszała i myślała.

Niels Dankertsen Kvithovud z Nagloyri. Najprawdopodobniej przybył tam z Bergen i 

poślubił   wdowę   na   Bruervold.   Po   jej   śmierci   wiódł   niezmiernie   burzliwe   życie.   Tak 

przynajmniej  wynikało  z  relacji podróżnych  i wędrownych  handlarzy przybywających  do 

Lyster ze swymi towarami i opowieściami. Niels był mieszczaninem, już przed piętnastoma 

laty otrzymał oficjalne zezwolenie na handel i choć wydawało się to nieprawdopodobne, nikt 

się na niego nie skarżył. Miał dość bogactw, spał na puchu, a pił ze srebrnych kubków. Nie 

grzeszył przy tym chytrością, w dobrych czasach hojnie obdarowywał ludzi, a i w złych nie 

skąpił. Lubił mówić głośno i długo, Marja wyobrażała go sobie jako hałaśliwego człowieka, 

który uważa się za pępek świata i czuje, że żyje dopiero wówczas, gdy oczy wszystkich 

zwracają się na niego.

Z   pewnością   jest   nieznośny,   cóż,   może   teraz   spuści   z   tonu   i   zachowa   spokój,   w 

każdym razie już ona zadba o to, żeby poczuł, jak może zapiec słodycz władzy.

Mocno   związała   włosy,   starając   się   upiąć   również   cienkie   loki   na   skroniach,   na 

szczęście w kuchni było za ciem - - no na szukanie siwych włosów. Marja niekiedy czuła się 

już taka stara, jak gdyby opuściły ją wszystkie siły, a cały świat zmienił się w dziecko u jej 

background image

piersi, które potrzebuje jej na co dzień i pozostawia wycieńczoną i pustą. Na szczęście moje 

własne dzieci miewają się dobrze, pomyślała. Nie trzeba dłużej walczyć o to, by miały co 

włożyć do ust.

Łajała   się   w   myślach,   wywracając   spódnicę   na   lewą   stronę.   Spód   był   czerwony, 

niemal bez jednej plamki, spódnicę uszyto specjalnie tak, by dało się ją nosić na dwa sposoby. 

Na szczęście nie musiała się obawiać, że ranny ją teraz zobaczy i przekona się, że nawet 

dojrzała, zamężna kobieta na wieść o przybyciu Nielsa Kvithovuda stroi się i stroszy piórka.

Zauważyła w wyrazistych oczach rannego odrobinę lodowatego błękitu, błysnęło w 

nich poczucie siły i wyzwanie. Był inny, niż się spodziewała. Włosy rzeczywiście miał jasne, 

dało się to dostrzec nawet wśród brudu. Kleiły mu się teraz do czoła, zlepione zaschniętym 

potem, twarz ściągnęła mu się, naznaczyła bruzdami po zapewne ogromnie wyczerpującej 

podróży.   Jęknął   głośno,   przyciskając   rękę   do   brzucha.   Ktoś   przyłożył   do   rany   kawałek 

lnianego płótna, posmarowano ją również maścią.

Marja usunęła opatrunek.

Zapomniała o potężnej klatce piersiowej, prawie nie widziała nagiej, zdumiewająco 

młodzieńczej skóry tego mężczyzny.

Chłopak stał po przeciwległej stronie wąskiego stołu, swoje noże i obcęgi rozgrzewał 

już w ogniu pod ścianą. Dzbanek gorzałki czekał przygotowany razem ze stosikiem czystych 

kawałków płótna. Chłopak ujął rannego za szczękę, zmusił go do otwarcia ust i między zęby 

wsunął   mu   szczapkę   miękkiego   drewna.   Ranny   ożywił   się,   pluł   i   prychał,   przeklinając 

powtarzał, że to dobre dla bab i dzieci, a on i bez tego potrafi zachowywać się cicho.

Marja poczuła lekką irytację. To dopiero śmiałek!

- Miał może takie rany wcześniej, skoro tak dobrze wie, ile bólu może wytrzymać? - 

spytała z naciskiem.

Ranny odwrócił głowę, lodowato niebieskie oczy odpowiedziały na wyzwanie w jej 

słowach.

- Jestem gotów go znieść, piękna kobieto. Przymknął powieki, Marja wiedziała, że 

ściany izby mu odpływają, musiał stracić dużo krwi. Bóg jeden wie, w którym miejscu jego 

trzewi utkwiła kula.

Popatrzyła na Chłopaka, przyniósł z ognia swoje narzędzia, studził je teraz. Jedynie 

obcęgi do przypiekania przeciętych żył żarzyły się w płomieniach, syczących na palenisku. 

Marja popatrzyła na mężczyzn stojących przy drzwiach, zobaczyła, że na widok żelaza w 

ogniu z ich oczu zaczął bić czysty strach. Zadrżeli z lękiem, cicho coś do siebie mówiąc, 

złożyli ręce i mocno spletli palce. W niedużym pomieszczeniu, w którym dobrze napalono, 

background image

ich ubrania zaczęły parować.

-   Możecie   wyjść   -   powiedziała   Marja.   -   Idźcie   do   Gundy,   na   pewno   już   wstała. 

Poproście, żeby wam ugotowała po misce kaszy.

Zerwali się z wdzięcznością, w drzwiach potknęli jeden o drugiego i rzucili ostatnie 

spojrzenie   na   nieszczęsnego   towarzysza   leżącego   na   stole.   On   zapewne   nawet   tego   nie 

zauważył, bo Chłopak już zdążył wlać mu do ust pięć porządnych łyków wódki.

Mogli zaczynać.

Marja   pozwoliła   młodemu   człowiekowi   zanurzyć   ręce   w   misce   ze   spirytusem 

brzozowym, a potem w ciepłym wywarze z jałowca. Na płaskim brzuchu rannego zaperliła 

się woda, delikatnie obmyli ranę. Ranny na razie leżał nieruchomo, tylko powieki mu drgały.

Palce chłopca wcisnęły się w otwór po kuli.

Marja spostrzegła, że napotkały pewien opór, być może rana już zaczynała się goić. W 

świetle dwóch lamp ukazała się żółta ropa, Marja wiedziała, że to znacznie obniża szanse 

pacjenta na przeżycie.

- Wylej trochę z tej butelki - powiedziała, ale Chłopak sądził, że ma na myśli wodę, 

sama  więc   wzięła   leczącą   nalewkę,   rozsunęła   brzegi  rany  i  napełniła   ją  brunatną  cieczą. 

Mężczyzna na stole drgnął, z jego gardła wydobyły się dźwięki, nad którymi nie panował, 

lecz oczy patrzyły nieprzytomnie, oszołomione wódką. Mimo wszystko jednak wiedział, co 

się dzieje.

- Może trzeba przynieść pasy - zaproponowała - Marja.

- Nie! - zacharczał ranny i obiema rękami mocno uchwycił się krawędzi stołu.

Chłopak   wolno   pokręcił   głową.  W   jego  oczach   dało   się  wyczytać   współczucie,   a 

czegoś   podobnego   Marja   nigdy   dotychczas   u   niego   nie   zauważyła.   Być   może   ta   scena 

przywiodła mu na myśl jakiś fragment z jego tajemniczej przeszłości, może towarzysząc ojcu 

widział wielu mężczyzn, których ciała łatano po ranach, zadanych przez kule albo miecze 

podczas wojny. Marja przypuszczała, że tak właśnie jest, Chłopak zdawał się wiedzieć, co 

robi.

Prędkim ruchem naciął zdrową skórę przy ranie, nacięcie szybko wypełniło się krwią, 

która spłynęła bokiem. Marja przygryzła wargi, to samo uczynił człowiek na stole.

Chłopak   zagłębił   teraz   w   ranę   dwa   najdłuższe   palce,   lecz   ranny,   o   dziwo,   leżał 

spokojnie. Jedynie drganie twarzy świadczyło o tym, że wciąż jest przytomny.

- Czujesz ołów? - szeptem spytała Marja.

Chłopak ledwie widocznie skinął głową, lecz twarz miał zatroskaną. Wziął do ręki 

jedno ze swoich niezwykłych narzędzi; długie nożyce z zakrzywionymi końcami, zrobione ze 

background image

starannie wykutego żelaza ciężko spoczęły w jego dłoni.

Marja   zamrugała.   Z   wielkim   zainteresowaniem   obserwowała   spokojne,   wprawne 

ruchy Chłopaka. Nigdy jeszcze nie widziała go takim pewnym siebie, oto dziedzina, na której 

się   znał,   wielokrotnie,   może   nawet   aż   za   często   widział,   jak   robi   to   jego   ojciec,   Marja 

nabierała coraz większego przekonania, że młody człowiek jest synem balwierza.

Kawałek   metalu   ze   stukiem   trafił   do   drewnianej   miseczki   przy   biodrze   rannego. 

Chłopak ponownie wprowadził narzędzie do rany, razem z nim jeszcze jeden palec.

Rosłe ciało na stole trzęsło się teraz niekontrolowanie.

Chłopak na powrót wsunął rannemu do ust kawałek drewna, tym razem nie zostało 

wyplute.

Marja czuła pot spływający jej do oczu. Może dlatego wokół niej zaczęło się robić 

coraz ciemniej. Zorientowała się, że i ona mocno przytrzymuje się stołu, a jej ręka spoczęła 

na pobielałych kostkach dłoni wielkiego mężczyzny.

Chłopak wstrzymał oddech, wyciągnął z rany swój instrument i triumfująco podniósł 

go pod światło.

Kolejny kawałek ołowiu.

- Jest ich  więcej?  - spytała  Marja zdumiona.  Chłopak wypuścił  powietrze  z płuc, 

podniósł ramiona i opuścił je. Z jego oczu wyczytała, że nie ma żadnej pewności.

Położył szczypce przy zakrwawionym nożyku, odwrócił się i wypił łyk wódki, która 

została na dnie dzbana. Marja zrozumiała, że zrobił swoje. Teraz przyszła kolej na nią.

Pamiętała,   jak   na   początku   trudno   jej   było   wbić   twardy   metal   w   ludzką   skórę, 

pamiętała mdłości, które ją wtedy ogarniały, jak trzęsły się ręce przy tej czynności, bo w głębi 

ducha obawiała się, że ubliża dziełu stworzenia.

Wówczas jednak, tak jak i teraz, chodziło o ludzkie życie.

Przewlokła nić z końskiego włosia przez skórę mężczyzny, leżał teraz spokojnie, ale 

pierś poruszała mu się rytmicznie, oddychał, a więc żył. Marja mocno ścisnęła skórę, zanim 

wbiła igłę, wiedziała, że taki zabieg często łagodzi ból ukłucia. Kolejnymi szwami zamykała 

ranę. Wierzchnią warstwę skóry zostawiła otwartą, z nacięcia wciąż wypływało trochę krwi.

To dobrze, pomyślała Marja, krew oczyszcza.

Szepnęła  kilka  słów,  żeby  przygotować  chorego   na  to,  co   się  stanie,   i  polała  mu 

brzuch kolejną porcją brunatnej piekącej cieczy. Zdumiona stwierdziła, że mężczyzna leży tak 

samo nieruchomo, jeszcze bardziej zdziwiło ją, że na zakrwawionych wargach pokazał się 

cień uśmiechu. Przemyła mu też twarz, otarła zakrzepłą krew z kącika ust i oczyściła ranę, 

jaką sam sobie zadał. Wargi miał napuchnięte, nie skrywały białych, silnych zębów.

background image

- Już po wszystkim, przybyszu, będziesz mógł teraz odpocząć, zebrać siły. Czeka cię 

jeszcze ciężka przeprawa z gorączką, Kvithovud.

-   Jeśli   umrę,   to  w   każdym   razie   z  aniołem   u   swego   boku  -   wydobył   się   szept   z 

ochrypłego, przepalonego wódką gardła.

Zostawili go na twardym stole, zasnął, zanim jeszcze skończyli sprzątać. Marja okryła 

go derkami, pod głowę wsunęła starą poduszkę wypchaną słomą. Wstydziła się tego, że jej 

oczy samowolnie kierują się na mocne uda tego mężczyzny, wstydziła się, że jego ręce zdają 

się bezwiednie przyciągać jej własne. Jakże bardzo chciałaby dotknąć jego pulsującej szyi, 

nie tylko szorstkimi od pracy zmęczonymi dłońmi.

Pogasili lampy.

Chłopak pożegnał ją swoim zwykłym przyjacielskim spojrzeniem.

Po wyrazie jego twarzy poznała jednak, że w ten wczesny poranek na policzkach 

wykwitły jej rumieńce.

Karl powitał ją silnymi objęciami, przytulił do siebie, pogładził po włosach, pieścił 

ciężkie powieki.

- Moje biedne maleństwo, taka strasznie zmęczona. I brudna, jak włóczęga.

- Byłam tam potrzebna - stwierdziła po prostu i osunęła się na krzesło.

Światło marcowego poranka wpadło przez wysokie okna izby, Marja zdawała sobie 

sprawę, że wcale się od tego nie robi ładniejsza.

- Idź do alkowy, każę przynieść ci na górę balię gorącej wody.

- Sama przecież mogę iść do łaźni, wy macie pewnie co innego do roboty, pola już 

wkrótce będą nagie...

- Zrób tak, jak mówię, Marjo - rzekł łagodnie.

Marja z radością poszła na górę, ale nawet te kilka stopni, jakie musiała pokonać, 

zdawały jej się ciągnącą się milami drogą. Zdjęła suknie, zmarszczyła nos na widok plam 

pokrywających spódnicę i stanik. Bluzce też daleko było do czystości, a włosy zdawały się 

jednym wielkim kołtunem.

Łóżka jeszcze nie zaścielono, zagłębienie, jakie pozostawił w nim Karl, zachowało 

być   może   odrobinę   ciepła.   Skuliła   się   na   nim,   wdychając   woń   lnianego   płótna   i   ulotne 

wspomnienie pachnącego ziemią ciała męża.

Cudownie!

Kiedy ciężkie stąpanie po schodach oznajmiło, że kąpiel zaraz będzie gotowa, już 

spala.

Karl na widok półnagiego ciała żony w łóżku odsunął parobka i sam jednym silnym 

background image

ruchem przesunął balię za próg. Wsypał do wody słuszną porcję proszku przygotowanego 

przez Marję, powąchał zawartość innego pojemnika. W suszonych płatkach wyczuł zapach 

minionego lata i je także wsypał do balii. Patrzył, jak ciemne barwy w kontakcie z wodą 

jaśnieją w zadziwiający sposób, na powierzchni unosiły się teraz kwiaty. Zaiste kąpiel godna 

księżniczki!

Uniósł żonę do pozycji siedzącej.

Marja miała na sobie szarą wełnianą koszulę, ściągnął ją przez głowę, nie zważając na 

mamrotane pod nosem bezsilne protesty.

Delikatnie podniósł żonę z łóżka i pozwolił stopom dotknąć wody. Marja drgnęła, lecz 

powieki uniosła tylko do połowy.

- Ach, jak cudownie - westchnęła, tuląc się do jego szyi. - Nie puszczaj.

Karl zaśmiał się cicho.

- Nie puszczaj? Pocałował ją. Teraz już śmielej.

- Dobrze! Z głośnym pluśnięciem wylądowali w balii oboje, Karl trzymał zwiniętą w 

kłębek żonę na kolanach, nogi obojga wystawały ponad krawędź balii, woda przelała się na 

podłogę. Powietrze otaczające jej ciało w jednej chwili zdało się chłodniejsze, Karl zobaczył, 

że pokrywa się gęsią skórką, a piersi ściągają się, jak gdyby broniły się przed wilgocią i 

chłodem.

Serce zabiło mu mocniej, sprawiając, że po ciele rozeszło się nowe ciepło.

Polał   jej   twarz   wodą,   Marja   przymknęła   oczy,   lecz   zwróciła   się   w   jego   stronę, 

przyjmując pieszczotliwe strumyki niczym dary niebios.

Odwrócił ją delikatnie, ułożył tak, że leżała wsparta o krawędź balii i jego własne 

łydki. Wciąż sprawiała wrażenie, że ledwie wie, co się z nią dzieje.

Karl złapał przewieszone przez krzesło bawełniane płótno, ręcznik Gjertrud ozdobiony 

inicjałem. Delikatnie obmył oczy Marji, mniej spuchnięte teraz po odświeżającej wodzie.

Nikt nie ma równie pięknych warg jak ty, pomyślał i zapragnął powiedzieć to na głos. 

Dobycie słów zdawało się jednak zbyt trudne, czułość ściskała w gardle.

Wziął więc kawałek perfumowanego mydła, które Nadjana podarowała przyjaciółce, 

ten aromat niemal zagłuszył skromną woń suszonych ziół unoszących się w wodzie.

Otoczył ich niczym przytulny oszałamiający obłok przyjemności, Karl żałował teraz, 

że sam nie zdążył się rozebrać. Siedział oto w przemoczonych spodniach i koszuli, trzymając 

żonę nagusieńką jak nowo narodzone dziecko. Gdyby ktoś tu teraz 'wszedł, mógłby sądzić, że 

najbogatszemu   człowiekowi   we   wsi,   gospodarzowi   Wdowiej   Zagrody,   całkiem 

poprzestawiało się w głowie. Ludzie i tak uważali kąpiele, poza świętami Bożego Narodzenia 

background image

i   niekiedy  w   letni   dzień,   za   dziwactwo.   Czyż   więc   ktokolwiek   przy  zdrowych   zmysłach 

taszczyłby całą kadź wody na piętro po to, by jak dziecko wskoczyć do niej w ubraniu?

Karl cicho zaśmiał się do siebie. Był to śmiech pełen radości, pomieszanej ze słodkim 

wyczekiwaniem.

- Pochyl się, umyję ci włosy, najmilsza.

Marja usłuchała jak lunatyczka. Karl rozkoszował się dotykiem gładkiego mydła w 

długiej, ciemnej grzywie włosów, palcami rozczesywał sploty, na pewno ciągnął ją nieco zbyt 

mocno za delikatną skórę u nasady włosów na karku. Ale Marja tylko wzdychała, jak gdyby 

doświadczała cielesnej  rozkoszy,  czując, jak z każdym  jego ruchem spływa z niej brud i 

zmęczenie. Kiedy odrzuciła głowę w tył, woda lśniącym łukiem poszybowała na podłogę.

Karlowi zaparło dech w piersiach, kiedy Marja wychodziła z balii, nie wstydząc się 

rozpalonej skóry.

- Wytrzyj mnie! - nakazała.

Posłuchał, nie mógł jednak się oprzeć i później przycisnął ją mocno do siebie, aż 

przestraszona krzyknęła z udawanym gniewem.

- Ściągaj to mokre ubranie, szaleńcze! Inaczej się przeziębisz i całą wiosnę przeleżysz 

jak zasmarkany dzieciak.

Spodnie z plaśnięciem opadły na podłogę, za nimi  koszula. Drżący z zimna,  lecz 

rozchichotani przytulili się do siebie pod białą pościelą z najlepszej, przywiezionej z dalekich 

krajów bawełny.

Karl nie znał materii, której dotyk na skórze byłby przyjemniejszy.

Równać z nią mógł się jedynie aksamit, jaki zaofiarowała mu teraz Marja.

Do uszu Karla Martina dawno już dotarła wiadomość, chociaż nikt nie powiedział za 

dużo i zawsze zachowywano ostrożność, gdy tylko w rozmowie uczestniczył ktoś trzeci.

W izdebce na tyłach sali dla chorych umieszczono Nielsa Kvithovuda we własnej 

osobie. Pomieszczenie to przeznaczano zazwyczaj dla chorych zakaźnie albo też na przy-

gotowanie   zwłok   do   pogrzebu.   Przywódcy   buntowników   widać   to   nie   wystraszyło, 

powiadano,   że   spał   przez   bite   trzy  doby  i   zdaniem   Karla   Martina   już   samo   to   brzmiało 

dostatecznie strasznie. Pomyśleć tylko, że można spać w izbie razem z niepobłogosławionymi 

duchami   zmarłych!   Cóż,   widać   Kvithovuda   nie   tak   łatwo   wystraszyć.   Chłopiec   miał   w 

pamięci   rozliczne   historie,   jakie   opowiadano   o   tym   niezwykłym   człowieku.   Ciarki 

przechodziły   mu   po   plecach   na   myśl,   że   buntownik,   który   ośmielił   się   sprzeciwiać 

przedstawicielowi władzy i własnymi rękami zabił syna lensmana, znajdował się teraz tutaj, 

wśród nich.

background image

Mama przykazała mu, żeby trzymał język za zębami.

Mama surowo zmarszczyła brwi, kiedy poprosił, żeby w ten marcowy dzień zabrała 

go do szpitalika.

- Po co? - spytała wyraźnie zdziwiona nagłym  zainteresowaniem chłopca. Zwykle 

szerokim łukiem obchodził to miejsce, niechętnie nawet przynosił jej wiadomości z domu.

Na widok szczerej nadziei bijącej z oczu syna Marja złagodniała. Na pewno chciał z 

bliska zobaczyć słynnego Kvithovuda, może nawet zamienić z nim kilka słów, by później 

mieć się czym chwalić wśród kolegów.

- Pamiętaj, że nie wolno nam o tym mówić głośno, Karlu Martinie - upomniała go 

ostro. - Dobrze wiesz, że tego człowieka ścigają, ukrywanie go jest dla nas niebezpieczne.

-   Chyba   nie   bardzo   -   stwierdził   chłopiec.   -   Wszyscy,   których   znam,   podziwiają 

Kvithovuda i nikomu chyba nie przyszłoby do głowy wydać go pastorowi czy wójtowi.

Marja zmierzwiła synkowi włosy, Karl Martin zirytowany wykręcił się spod jej ręki.

- Dobrze, chodź ze mną, ale licz się z tym, że będziesz musiał pracować, potrzebuję 

drewna i wody. Gunda ma inną robotę.

- Zgoda - mruknął dzieciak zadowolony i mocniej nasadził czapkę na uszy.

W drodze do Vildegard szedł kawałek za matką. Marja maszerowała szybkim, lekkim 

krokiem. Łatwo było poznać, że ma za sobą trzy dni odpoczynku. Niechętnie zgodziła się na 

pozostanie w domu i spędzenie tych dni bez żadnych szczególnych zajęć. Niezwyczajną dla 

niej rzeczą było przesiadywać przez pół dnia na krześle, drzemać i za jedyne zajęcie mieć 

gładzenie puszystego futra podwórzowego kota.

Karl Martin również ledwie to wytrzymywał, zwykle bowiem sam się rządził, kiedy 

rodzice zajmowali się własnymi sprawami. Mógł wtedy krążyć po domu jak król po zamku i 

badać maleńkie pomieszczenia nad strychem. Teraz, kiedy ukochany szałas w pobliżu Oppdal 

zajęły dzieciaki Reiulfa, tam właśnie miał swoją sekretną kryjówkę.

Mama wydaje się dzisiaj taka młoda i wesoła.

Słyszał, że bawią się z tatą co wieczór.

Karl Martin dobrze wiedział, co oznaczają przenikające przez ściany odgłosy, lecz nie 

widział w tej czynności nic bardziej emocjonującego niż we wszystkich dziwnych pomysłach 

mamy.

Na pewno byli dla siebie dobrzy, i to wystarczy. Trzeba cieszyć się uśmiechniętymi 

twarzami,   kiedy   tylko   można,   doszedł   do   wniosku.   Wkrótce   znów   nadciągną   burzowe 

chmury,   chociaż   musiał   przyznać,   że   między   rodzicami   od   wielu,   wielu   już   miesięcy 

nieprzerwanie świeciło słońce.

background image

Jak dorośnie, nigdy się nie ożeni. Towarzysze zabaw to głupcy, już uganiali się za 

dziewczętami, ciągnęli je za warkocze albo na wyścigi starali się przekraść jak najbliżej i 

zadrzeć im spódnice tak, żeby ukazała się szara spodnia koszula. Najlepszą zabawą była, 

zdaje   się,   gonitwa   za   córkami   chałupników,   które   takiej   koszuli   nie   nosiły.   Karl   Martin 

prychał   pod   nosem   na   myśl   o   głupocie   kolegów   i   ani   trochę   nie   interesował   się   ich 

rozmowami, podczas których temat budowy łodzi i konstruowania szałasów coraz częściej 

zastępowały dyskusje o całowaniu.

Karl Martin postanowił zostać żołnierzem.

Na wojnie nie ma dziewczyn.

Tam   być   może   znajdzie   miejsce   dla   siebie   i   zostanie   bohaterem.   Kimś,   na   kogo 

wszyscy   zwrócą   uwagę,   nawet   mama   otworzy   usta   ze   zdumienia,   kiedy   zobaczy   go 

powracającego do domu w pięknym mundurze z medalami za uratowanie kraju. Wtedy być 

może zapomni na jakiś czas o wszystkim innym, zrozumie, jakiego wspaniałego ma syna.

Marja   wyprzedzała   go   o   jakieś   dziesięć,   dwanaście   kroków.   Na   drodze   biegnącej 

wzdłuż skraju lasu do Vildegard przyspieszyła. Widać już było grupkę ludzi, czekających pod 

szpitalikiem, siedzieli wokół paleniska na dziedzińcu, grzejąc przy ogniu zziębnięte ręce i 

stopy. Karla Martina nie zdziwiłoby, gdyby czekali tak przez całą noc.

- Biedacy - szepnęła Marja do siebie, z trudem przełknęła ślinę. W sercu ją zakłuło, 

zrozpaczeni ludzie czekali na nią na zimnie, a ona leniła się przez tyle dni. - Pospiesz się, Karl 

Martin, oni czekają.

- To znaczy, nie spotkam się z Nielsem...

- Pst! Nie wymieniaj tego imienia.

- Nie możesz o tym zapomnieć, mamo.

- Nie, synku, ale to później, później, kiedy już porozmawiam z nimi.

Podbiegła, Karl Martin zwolnił.

W piersiach zacisnął mu się paskudny węzeł, z którym tyle już razy musiał walczyć. 

Zatrzymał  się przed furtką, przysiadł na wilgotnej ziemi, chociaż wiedział, że wiosną nie 

wolno tego robić. Mógł zachorować.

I co z tego?

Na   szczęście   ludzie   czekający   na   Marję   potrzebowali   jedynie   jej   porady   i   trochę 

leków. Marja wielu z nich podejrzewała, że przyszli tutaj tylko dlatego, iż nic innego nie 

mieli do roboty.  Głodowali, życie było takie szare. Każdy powszedni dzień najuboższych 

wyglądał   identycznie   jak   poprzedni   bez   względu   na   porę   roku.   Dolegliwości   znosili   w 

milczeniu, nikt nie przyznawał się do nich głośno, za zaszczyt poczytywali sobie umiejętność 

background image

ich znoszenia w milczeniu.

Kiedy jednak ciężar stawał się niemożliwy do wytrzymania, mogli przyjść z nim do 

Marji. Wiedzieli, że zostaną wysłuchani, jeśli tylko cierpliwie poczekają i nie odepchną na 

bok ważniejszych pacjentów.

W gromadce znalazły się przede wszystkim kobiety, a także kilku starców, był też 

brodaty drwal, któremu dokuczał ropiejący palec.

Marja   namoczyła   czyste   kłaczki   wełny   w   wyciągu   z   mącznicy   lekarskiej, 

przywrotnika i kokornaku powojnikowego. Okład miał rozmiękczyć opuchnięty palec, resztę 

zaś załatwi ostry nożyk Chłopaka.

Jedna z kobiet zasłaniała ręką oko, Marja odsunęła jej palce na bok i spostrzegła, że 

oko jest czerwone i łzawi. Przy dolnej powiece zbierała się żółtozielona wydzielina.

- Przecierałam je kocim ogonem, próbowałam śliny i rybiego śluzu, ale tym razem nic 

widać chyba nie pomoże - poskarżyła się staruszka.

Marja pokiwała głową, stare rady wielokrotnie działały skutecznie, w każdym razie 

często się do nich uciekano, niektóre wykorzystywała i ona.

- Próbowałaś kobiecego mleka? - spytała. Kobieta pokręciła głową.

- Skąd miałabym je wziąć...? My, starzy, całkiem sami... Marja gestem przywołała 

młodą gospodynię z Vik, która zjawiła się tutaj z maleńkim synkiem.

Wkrótce kubek do połowy zapełnił się mlekiem i Marja mogła przemyć nim chore 

oko.

-   Stare   rady   są   zawsze   najlepsze   -   stwierdziła   i   posłała   staruszkę   do   Gundy,   by 

odpoczęła u niej i napiła się czegoś gorącego.

Młoda kobieta zaś dostała mieszankę ziół, arcydzięgla, kminku, krwawnika i jałowca, 

która miała pomóc na brzuch, opornie działający po porodzie.

Marja przyjmowała jednego pacjenta za drugim i jeszcze przed południem gromada 

zadowolona rozeszła się do domów.

Usiadła na chwilę w kuchni u Gundy.

- Słyszałam, że miewa się lepiej. Gunda potwierdziła jej słowa skinieniem głowy.

- O, tak, ten chłop jest wprost nieprzyzwoicie zdrowy.

Na   twarzy   pulchnej   kobiety   ukazał   się   uśmiech.   Marja   zdumiona   patrzyła   na 

uciekające spojrzenie Gundy. Kucharka nagle bardzo się przejęła wycieraniem drewnianych 

łyżek w kącie. Nie odwracając głowy, dodała:

- Tak, tak, zdrowy, zdrowy jak cielak na wiosnę. I jak chcesz wiedzieć, tak samo go 

roznosi.

background image

Marja   nie   powstrzymała   się   od   śmiechu.   Oczy   kucharki   błyszczały   irytacją,   lecz 

zdradził ją rumieniec na policzkach.

-   Gundo,   co   się   z   tobą   dzieje?   Doprawdy,   odnoszę   wrażenie,   że   ten   chłop   cię 

zauroczył! I taką masz ładną niebieską sukienkę!

Gunda pogroziła jej kopyścią.

- Cicho bądź, Marjo, nie śmiej się!

- Hi, hi, hi, naszej kucharce wróciła młodość! W dodatku kawał pięknej kobiety z 

ciebie, Gundo, jeśli tylko uczeszesz włosy tak porządnie jak dzisiaj, i ta sukienka...

I Gunda także się uśmiechnęła, ale zaraz prychnęła Marji w odpowiedzi i jak opętana 

zaczęła mieszać w garnku z owsianką.

Marja spoważniała.

Jeśli Kvithovud sprawił, że nawet Gundzie krew zaczęła prędzej krążyć w żyłach, to 

nic dziwnego, że i ona czuła w ciele taki niepokój. Na szczęście nocne uciechy z Karlem 

nasyciły ją, dodały sił. Zdołała trzymać pacjenta za rękę, nie pocąc się ani odrobinę, odchyliła 

na bok koszulę i spodnie, żeby obejrzeć ranę, i nie myślała przy tym o miękkiej męskiej 

skórze.   Potrafiła   nawet   wytrzymać   jego   krzywy   uśmiech,   zachowując   w   oczach   wyraz 

dostojnej i życzliwej troski.

Marja była dumna z siebie, z upływem lat nauczyła się coraz lepiej udawać, poza tym 

starała się nie zabawić zbyt długo w ciasnej izdebce przepełnionej zapachem Nielsa.

- Czy prędko mnie stąd wypuścisz? Nie mam czasu na dalszą kurację, nawet u takiego 

prześlicznego   anioła.   Moja   skóra   będzie   tęsknić   za   twoimi   dłońmi,   lecz   mimo   to   każda 

godzina spędzona tutaj to zbyt dużo. Wielu ludzi na mnie czeka - powiedział.

Marja rozłożyła ręce, mówiąc, że nie jest tu przecież więźniem i jeśli tylko chce, to 

może odejść już w tej chwili, ale ona wtedy nie da za jego życie nawet szylinga.

-   Rana   ledwie   zaczęła   się   goić   po   tym   zapaleniu,   wciąż   jeszcze   nie   opuściła   cię 

gorączka, ale zrobisz, jak zechcesz. W końcu trzymanie cię tutaj nie jest tylko i wyłącznie 

przyjemnością, wiesz chyba, że wyznaczono nagrodę za twoją głowę, Nielsie Kvithovud.

Ujął   ją   wtedy   za   rękę,   zaatakował   prędko   jak   wąż.   Zanim   Marja   zdążyła   się 

zorientować, co się dzieje, przyciągnął ją do siebie tak blisko, że była w stanie wyczuć roz-

maite odcienie jego zapachu.

- Każdy ma swoją cenę, piękna Marjo, chciałbym się dowiedzieć, jaka jest twoja.

Odeszła wtedy od niego, uciekła do domu na trzydniowy „odpoczynek”.

Pierwszego dnia jego obraz wirował jej przed oczami, drugiego od czasu do czasu 

tylko wracała do niego myślą, a na trzeci dzień obudziła się, czując przy sobie rozgrzane ciało 

background image

Karla i ślady jego miłości  w postaci ciepłej  wilgoci na skórze. Nie myślała  już wtedy o 

Nielsie i cieszyła się, że na jego wspomnienie serce nie uderza jej mocniej. Czuła się tak 

bezpieczna, że jeszcze tego samego dnia znów ruszyła w stronę Vildegard.

Teraz już tu była.

Siedziała przy stole Gundy, ze zdziwieniem obserwując, jak przywódca buntu wpływa 

również na starszą kobietę. Niels Kvithovud zaliczał się do tych, którzy samą swą obecnością 

potrafią zmienić nastrój w całym domu, wprawiając ludzi w niepokój, jaki ogarnia ich przed 

burzą. Tak w każdym razie działał na kobiety.

-   On   goni   za   spódniczkami,   uwodziciel   przeklęty.   Jego   ślad   wyznaczają   złamane 

dziewczęce serca i nieślubne dzieci - rzuciła Marja z gniewem.

Gunda nie przestawała mieszać  w garnku, owsianka wkrótce nie będzie miała ani 

jednej grudki, jak przecedzone mleko.

- Nie wolno nam sądzić wedle cudzych słów - oświadczyła, wyraźnie broniąc Nielsa, 

czym jeszcze bardziej rozsierdziła Marję. - Zaglądałaś do niego dzisiaj?

-   Nie,   uznałam,   że   to   niepotrzebne.   Gunda   burknęła   coś   niewyraźnie,   spróbowała 

owsianki prosto z łyżki.

- Wobec tego zaniosę mu jedzenie i powiem, że Marja niestety nie może go dziś 

odwiedzić, bo w ciele ma niepokój, a serce bije jej jak w galopie.

Słowa   wypowiedziane   zostały   żartobliwym   tonem,   lecz   Marja   domyślała   się,   że 

Gunda naprawdę potrafi dać rannemu coś podobnego do zrozumienia.

- Ja to wezmę - oświadczyła, wyrywając z rąk kucharki miskę z owsianką, aż szara 

masa pociekła jej po palcach. Zirytowana zaczęła dmuchać na poparzoną skórę i wybiegła z 

kuchni, wciąż mając w uszach cichy śmiech Gundy.

Niels rzeczywiście siedział już na łóżku, ktoś ułożył mu za plecami dobrze wypchane 

sienniki, wyglądało więc na to, że jest mu stosunkowo wygodnie. Kiedy drzwi się otworzyły, 

w jego oczach zabłysła nadzieja. Marja zrozumiała, że czekał właśnie na nią.

- Dzień dobry, Kvithovud, widzę, że dobrze się miewasz w swoim więzieniu. Byle 

tylko   kochana   Gunda   zanadto   cię   nie   rozpuściła,   bo   inaczej   nigdy   się   ciebie   stąd   nie 

pozbędziemy.

Podeszła aż do samego łóżka, postawiła miskę z owsianką na malutkim stoliku, Niels 

miał już dość sił, by sam po nią sięgnąć.

- Och, aniele, czy byłabyś tak dobra i zechciała mi pomóc? Pachnie tak cudownie, a 

jeśli ty będziesz mnie karmić, być może zdołam przełknąć łyżkę albo dwie.

Oczy   mu   się   śmiały,   ton   bezradności   w   głosie   brzmiał   fałszywie   niczym   w 

background image

przesuszonej wierzbowej fujarce.

-   Musisz   jeść   sam,   inaczej   wychudniesz   -   odcięła   się   i   zajęła   porządkowaniem 

rozmaitych pojemniczków w szafce pod ścianą.

Za   plecami   słyszała   skrobanie   łyżki   o   miskę,   odgłosy   świadczące   o   tym,   że   usta 

rozsmakowują się w owsiance. Niels więcej nic nie powiedział. Marja przesuwała słoiczki, 

przecierała je szmatką, składała kawałki płótna, mające służyć jako bandaże, układała rzeczy 

równiutkim   rządkiem.   W   końcu   nie   pozostało   jej   już   nic   więcej   do   zrobienia   i   musiała 

odwrócić się w jego stronę.

Oczy wciąż mu błyszczały, na wargach igrał uśmiech.

Wiem, o czym myślisz, mówiło jego spojrzenie, a ona w odpowiedzi gniewnie się 

zaczerwieniła.

- Dziękuję za jedzenie - rozległ się łagodny głos z łóżka. - Nie obejrzysz mojej rany? 

Dziś w nocy okropnie mnie swędziało, tam także.

Te aluzje, podwójne znaczenie każdej wypowiedzi...

Marja miała ochotę zatkać mu usta trzymanymi w ręku ściereczkami, żeby wreszcie 

umilkł, ale jakiś głos w niej szeptał, że są na to inne, równie skuteczne sposoby. Zranienie na 

wargach już mu się zagoiło, przypominała o nim jedynie niewielka opuchlizna w kąciku ust, 

wargi wyglądały na miękkie, choć były raczej wąskie, blade.

Powstrzymała własne myśli, karcąc się w duchu. Nabrała powietrza w płuca, teraz już 

nie odwracała wzroku.

- Muszę tu trochę posprzątać, przewietrzyć, potem przyślę Gundę z miską, żebyś mógł 

się umyć. Nie najpiękniej wyglądasz, jak tak leżysz.

Nieładnie z jej strony tak mówić, lecz on tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Dostatecznie pięknie. Nie podoba ci się zapach mężczyzny, aniele?

W   odpowiedzi  brutalnie   ściągnęła  z  niego  przykrycie.  Twardymi  ruchami  usunęła 

okład zakrywający ranę, drgnął, kiedy go odrywała, płótno przylepiło się i teraz z brzegów 

rany zaczęła się sączyć żywa krew. No cóż, dobrze mu zrobi pomyślenie o czym innym.

-   Delikatnie,   aniele,   tak   ostro   nie   wolno   się   obchodzić   z   nieszczęsnym   rannym 

człowiekiem.

- Zamknij gębę, Kvithovud! - warknęła i skupiła się na ranie.

Nabrała nieco spirytusu na szmatkę, to najlepszy środek na przemywanie.

- Mam nadzieję, że będziesz mógł za to zapłacić - powiedziała. - Wiem, że jesteś 

mieszczaninem,   posiadasz   wielkie   dwory   i   dość   tłustej   słoniny.   Od   takich   jak   ty   żądam 

zapłaty, żeby w ten sposób pomóc innym, których nie stać na leczenie.

background image

- Świetnie to rozumiem, aniele, słyszałaś chyba o mojej walce. Myślisz, że nie wiem, 

co to sprawiedliwość?

Marja pokiwała głową, teraz już poważna.

- Owszem, słyszałam o tym. Ryzykujesz własne życie i dobra. Wydaje mi się też, że 

nie robisz tego dla zysku.

- Zbyt dużo widzę cierpienia, aniele, dobrze znam niewolę biedaków. Wiem, że mogę 

coś zrobić, że ludzie mnie słuchają. Kiedy wyjechałem do Kopenhagi...

- A więc to prawda?

Skinął głową.

- Oczywiście. Rozmawiałem z jego wysokością, i to nie raz. Na koniec obiecał mi, że 

coś się zrobi z chciwymi wójtami. Wróciłem do domu z podyktowanymi przez niego słowami 

i sądziłem, że to coś zmieni, sam król bowiem powiedział, że jego celem nigdy nie było 

rabowanie   biedaków   i   odbieranie   chleba   od   ust   ich   dzieciom.   To   wójtowie   ponoszą   za 

wszystko   odpowiedzialność,   bo   to   oni   napełniają   kieszenie   tym,   co   nazywają   ofiarami 

wojennymi.

Marja zapomniała o sprzątaniu, uklękła przy łóżku rannego, zasłuchana w jego mocny 

głos.   Kiedy   mówił   o   swej   walce,   twarz   mu   płonęła,   z   oczu   biła   desperacja   i   smutek,   i 

nieugięty bunt.

- Ale dlaczego, Kvithovud? Dlaczego podejmujesz tę walkę, w której powodzenie 

chyba nikt nie wierzy? Ty, który masz wszystko, czego ci potrzeba, któremu niczego nie brak.

Niels wbił w nią wzrok, niebieskie oczy pociemniały mu teraz, gdy nie było już w 

nich rozbawienia, flirtu i bezczelności.

- Co ty o tym wiesz, aniele? Co wiesz o losie innych ludzi?

Spuściła wzrok przepraszająco.

Podniosła z ziemi wilgotną szmatkę.

Niels patrzył gdzieś przed siebie, lecz mówił dalej:

- Pewnego dnia wszystko się odmieni, aniele. Pewnego dnia lud powstanie i pokaże 

tym odzianym w czerń, że kraj należy do nas, że plony, które zbieramy, są nasze. Przyjdzie 

kres samowładnego rządzenia wójtów, bezlitosnego ściągania podatków od wdów i ubogich, 

nadejdzie kres władzy księży i poborców podatkowych, zniszczymy tę unię.

Marja odczuwała żar jego słów jako fizyczne ciepło, jej serce bez trudu odnajdowało 

ten sam rytm co jego; słowa, które wypowiadał, łatwo trafiały do przekonania. Zafascynowała 

ją ta strona jego osoby, zapał, odwaga i siła, przez którą rzucał urok na słuchaczy. Byli sami 

w   maleńkiej   izdebce,   lecz   jego   przemowa   trafiła   jej   prosto   do   serca,   wzbudziła   ochotę 

background image

przyjścia z pomocą buntownikom, umożliwiła wyobrażenie sobie rozwiązań, jakie bardzo 

rzadko przychodziły jej do głowy.

- Powiedzie się nam, aniele. Wiem, że się uda, bo czyż nie jest nas o wiele tysięcy 

więcej od tych, w których rękach spoczywa dziś cała władza? Czyż nie jesteśmy po stokroć 

silniejsi, choć mamy puste brzuchy,  a zamiast mieczy w rękach tylko siekiery?  Zapewne 

popłynie krew, już zresztą tak się stało, lecz jeśli cokolwiek ma się zmienić, trzeba liczyć się z 

tym, że będzie bolało, prawda?

Marja z powagą skinęła głową.

- Czy mogę coś zrobić, Kvithovud? Nie mam zbyt wiele pieniędzy w gotówce, ale 

moje zagrody są dobrze utrzymane, a spichrze wcale nie świecą pustkami...

Mężczyzna patrzył na nią z uznaniem.

- Takich jak ty potrzeba mi w tej walce. I twoje bogactwa zostały na pewno naruszone, 

i ty cierpisz od tych samych podatków co ja, ale wszystko, na czym ci zbywa, każda ilość 

wełny, żelaza czy srebra, jaką możesz dać... przyda się.

Marja pokiwała głową.

- Mogłabym sprzedać Reine... Rozmawialiśmy już o tym, kupić za to zboża, ceny w 

tym roku są tak wysokie, niejeden z głodujących zjada ziarno na siew.

Niels westchnął.

- Tak jest, to prawda, ludzie jedzą ziarno na siew. Marja skończyła sprzątanie, prędko 

uładziła spódnice, zanim niepokorne myśli zdążyły zająć się jego odsłoniętym ciałem.

- Dziękuję za tę chwilę rozmowy - powiedziała zwyczaj nie. - Bardzo ciekawie się 

ciebie słucha, jesteś taki zaangażowany w to, co robisz. Muszę przyznać, że podziwiam twoją 

odwagę i brak egoizmu.

To   były   poważne   słowa,   oświadczenie   zaufania.   Marja   spodziewała   się   równie 

formalnego podziękowania, lecz humor mężczyzny zmienił się gwałtownie niczym pogoda w 

letni dzień. Na ustach znów błysnął mu żartobliwy uśmiech.

- Odwagi mam dość i niesamolubstwa także, ale wśród męskich cech mam też inne, 

którymi się chwałę i które chętnie ci zaprezentuję później.

Jego ręka przypadkiem dotknęła zranionego miejsca, ten ruch przyciągnął spojrzenie 

Marji,   można   by   go   odczytać   jako   zupełnie   niewinny,   lecz   w   połączeniu   z   lubieżnym 

uśmieszkiem było to absolutnie niemożliwe. Na szczęście już wcześniej zaczerwieniły się jej 

policzki, obyło się więc bez gwałtownego rumieńca.

Prędko zdecydowała, że atak jest najlepszą formą obrony.

- Pilnuj się, Kvithovud, bo są lekarstwa, którymi potrafię ugasić w ciele mężczyzny 

background image

taki bezwstydny płomień.

Przyjął jej zwycięstwo, szepcząc cicho:

- Nie wątpię, aniele, nie wątpię...

background image

ROZDZIAŁ IV

Marja przez resztę dnia chodziła jak po rozżarzonych węglach. Na szczęście miała 

wiele zajęć, chociaż szpitalik opustoszał. Postanowiła wykorzystać okazję i zabrała się do 

porządnego wyszorowani? pomieszczeń. Ługowe mydło wżerało się w ręce aż do łokci, obie 

z Gundą ciężko sapały nad wiadrami z gorącą wodą, szczotkami i ścierkami. Mycia doczekały 

się także grube okna; w potężne ościeżnice wstawiono szyby, wcześniej otwory w ścianach 

zasłaniały tylko okiennice. Marja lubiła światło i uważała, że chorzy zdrowieją od samego 

patrzenia na wesołą grę kolorów w grubym zielonkawym szkle. Niektórzy mamrotali pod 

nosem, że pieniądze w tych trudnych czasach można by spożytkować lepiej, lecz Marja na 

temat szyb w oknach miała własne zdanie. Nie dręczyły jej wyrzuty sumienia, bo tylko ona 

wiedziała,   jak   wielka   część   Wdowiej   Zagrody   i   majątku   starego   pastora   zniknęła   w 

przepastnej   otchłani   potrzeb   ubogich   i   chorych.   Szkoła   także   kosztowała   niemało,   Marja 

kupiła tabliczki, srebrne rysiki, książki, a na dodatek wielką kolorowaną mapę do zawieszenia 

na ścianie. Starą mapę z demonami i straszydłami  zastąpiła nowa, niemiecka, pokazująca 

świat bez fantazyjnych ozdób w postaci potworów morskich i dziwacznych ludzi.

Dzieci uwielbiały opowieści Nadjany o odległych  miejscach, a teraz jeszcze lepiej 

mogły   je   sobie   wyobrażać.   Miasta   i   dalekie   kraje,   o   których   mówiła,   stawały   się   jakby 

bardziej rzeczywiste, kiedy mogła pokazać je na papierze i pozwolić, by własnymi oczyma 

odczytały zawiłe nazwy.

Nadjana.

Marję na  myśl   o przyjaciółce  ogarniał   spokój  i  poczucie   bezpieczeństwa.  Niezbyt 

często się spotykały teraz, gdy wieczory stawały się coraz jaśniejsze i wypełniała je praca. 

Ale i tak duńska „baronówna” na zawsze zawładnęła pokaźną częścią serca Marji. Kto by to 

przewidział   w   dniu,   w   którym   wdarła   się   w   życie   Marji   niczym   unicestwienie   dawnych 

nadziei? Przybyła tu jako żona Justitiana, co było ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich 

mieszkańców wsi, największym jednak dla Marji. A Marja na myśl o Justitianie wciąż czuła 

w piersi dawny ból. Już jako młoda dziewczyna złapała w sieci słabowitego syna pastora, 

przekonana, że Justitian stanie się jej drogą do zemsty, że będzie mogła posłużyć się nim, by 

uderzyć w jego ojca, bezlitosnego Revelina. To pastor wygnał z wioski jej matkę, posłał ją na 

śmierć, na bezludny szkier daleko na Północy, skradł Marji wszystko. Najokrutniejsze jednak 

było to, że skradł jej matkę. Była niemowlęciem, gdy zjawili się ludzie lensmana i zakuli 

dumną Marię w kajdany. Od tamtej pory nikt jej nie widział, tylko ojciec, który wyruszył na 

poszukiwanie żony i dla miłości porzucił dzieci.

background image

Całemu   nieszczęściu   winien   był   pastor.   Ojciec   Justitiana   w   oczach   Marji   stał   się 

uosobieniem zła. Teraz nie żyli już obaj, i pastor, i jego syn, ale została Nadjana, wdowa i ich 

jedyna spadkobierczyni. Tylko ona znała największą tajemnicę Marji, tylko ona wiedziała, że 

krew Justitiana wciąż żyje.

W bliźniętach Marji.

Nadjana oddała wszystko rodzinie Oppdalów, Karlowi wytłumaczyła, że czyni tak, 

ponieważ ma dług wobec matki Marji, kaprysy losu zdecydowały bowiem, że Nadjana w swej 

zagmatwanej przeszłości zetknęła się z kobietą ze szkieru.

Było to niemal zbyt nieprawdopodobne, by mogło być prawdziwe, lecz Marja musiała 

jej wierzyć.

Nadjana spotkała jej matkę na Północy, skąd z narażeniem życia uciekła w łodzi bez 

wioseł. Jej matka wciąż żyła na wyspie razem z mężczyzną, którego kochała. Marji zostało po 

niej zaledwie trochę ubrań, parę książek, kilka ozdób, srebrna tabakierka...

Nawet jako dorosłą kobietę Marję niekiedy potrafiło ogarnąć rozgoryczenie z tego 

powodu, że nigdy nie poznała w pełni swoich korzeni, z powodu zdrady, której doznała jako 

dziecko, i dręczącego poczucia, że została opuszczona.

W oczach  Marji zakręciły się łzy,  lecz powstrzymała  je, obeschły,  zanim  zdążyły 

wypłynąć.

Niedobrze myśleć o takich sprawach, kiedy człowiek jest zmęczony. Lepiej mieć u 

swego boku Nadjanę, gdy nie starczy odwagi.

Marja   zatęskniła   za   troskliwością,   za   siłą   i   spokojem   przyjaciółki.   To   dziwne, 

pomyślała, jaka moc mieści się w tym  kruchym,  wydelikaconym  ciele. Nadjana jest taka 

piękna, bez względu na wszystko jest i pozostanie piękna. Haftowana maseczka skrywała 

blizny,   nikt   tak   naprawdę   nie   wiedział,   jakie   rany   odniosła   Nadjana.   Marja   po   pożarze 

widziała czerwoną, nabrzmiałą skórę i żywe ciało nadpalone płomieniami. Gdy tylko Nadjana 

troszkę odżyła, pochowali wszystkie lusterka, twarz bowiem wyglądała doprawdy strasznie, 

Marja była jednak pewna, że Nadjana znalazła jakieś zwierciadło, bo sama sprowadziła maski 

i woalkę, z którą się nie rozstawała. Nie zdejmowała jej nawet przy Marji, nosiła z dumą, nie 

rozpaczając otwarcie za utraconą urodą.

Marja podjęła decyzję.

Dziś wieczorem pójdzie do Nadjany, posiedzi razem z nią, porozmawia o wszystkim, 

co w ostatnich dniach tak wzburzyło jej serce. Nadjana miała doświadczenie życiowe.

Nadjana wiele przeżyła z mężczyznami.

Jeśli ktokolwiek mógł powiedzieć jej właściwe słowa, pomóc poradzić sobie z tym 

background image

bezwstydnym, a zarazem tak pociągającym buntownikiem, to właśnie Nadjana.

Chłopczyk stracił cierpliwość, nie mógł dłużej czekać. Jasne się stało, że mama nie 

zamierza   doprowadzić   do   jego   spotkania   z   tym   interesującym   człowiekiem.   Karl   Martin 

zacisnął   zęby,   nożyk   trzymany   w   ręku   wbił   się   mocno   w   sęk   w   brzozowym   drewnie. 

Usadowił się na kamieniu ponad młynem,  miał tutaj swoje miejsce, derkę do siedzenia i 

resztki chleba w węzełku.

W dole Gunda trzepała na wiosennym słońcu koce. Chłopiec obserwował kołyszące 

się ciało kucharki, pochłonięte walką z kurzem i brudem. Kij, którym uderzała, zataczał łuk 

od jej dłoni do nieszczęsnej tkaniny. Mama potrafiła bić szybciej, lecz nie obracała trzepaczką 

z taką siłą.

Słońce świeciło nad okolicą. Karl Martin zapatrzył się na fiord, tak daleko jak mógł 

sięgnąć wzrokiem. Raz jeden był za górami, raz tylko oglądał inne miejsca.

Nóż upadł na kamień, z nieprzyjemnym zgrzytem osunął się między płytki łupku i 

granitu.   Karl   Martin   odrzucił   drewno.   Zamierzał   wystrugać   kubki,   które   dałoby   się 

przytroczyć do żołnierskiej torby, lecz nagle przeszła mu ochota.

Rozgoryczony oparł się o kamień. Czul, jak chłód zmrożonej ziemi przenika przez 

kurtkę aż do szpiku kości, do najdalszej głębi jego wnętrza.

Dzień chylił się już ku zachodowi.

I dzisiaj widać także nic więcej się nie wydarzy.

Długo   siedział   nieruchomo,   bez   zmrużenia   powiek   wpatrywał   się   w   horyzont, 

wreszcie oczy rozbolały go od patrzenia, blask wiosennego słońca oślepił go, otulił wzrok 

białą mgłą. Dopiero wtedy chłopiec spuścił oczy i podniósł się ciężko. Oczyścił nóż, ocierając 

go o spodnie z tyłu; na ostrzu pojawiło się niewielkie zadrapanie.

Karl Martin powlókł się do domu.

Amelia,   zdaje   się,   prosiła   kucharkę   o   usmażenie   naleśników   ze   słoniną   na 

podwieczorek, może zostało coś i dla tego, który nigdy nie pilnował pory posiłku.

Siedziały   każda   nad   swoją   filiżanką   drogiej   kawy,   Marja   nie   całkiem   jeszcze   się 

przyzwyczaiła do jej goryczy,  ale Nadjana drobnymi  łyczkami popijała czarny napój. Dla 

Marji starała się zawsze mieć dość kupnego cukru i śmietanki.

Nadjana   przymknęła   oczy.   Wśród   cieni,   rzucanych   przez   krawędzie   maski,   Marja 

widziała, że czarne jak sadza rzęsy drżą. Nadjana nosiła dzisiaj białą maskę, jedną z tych 

haftowanych.   Wspaniały   kawałek   rękodzieła,   nigdy   jednak   nie   zdoła   przewyższyć   urodą 

twarzy,   którą   zakrywał.   Marja   gotowa   była   się   założyć,   że   okaleczenia   nie   były   na   tyle 

poważne, by ciepły uśmiech Nadjany i jej niezwykle silna osobowość nie pozwoliły o nich 

background image

zapomnieć. Przyjaciółka jednak najwidoczniej postanowiła żyć w ukryciu. Marja wiedziała, 

że Nadjana nawet sypia w masce, był to jednak jedyny temat, na który dwie kobiety ze sobą 

nie rozmawiały.

- A więc on rozpala w tobie ogień, Marjo? Dolna warga Nadjany wskazywała na 

uśmiech. Marja zajrzała do środka kruchej filiżanki, podziwiała niebieski wzorek niemieckiej 

porcelany,   którą   Nadjana   przywiozła   aż   z   dalekiej   Kopenhagi.   Nikt   tutaj   nie   widział 

podobnych naczyń.

- Widzę to, moja droga. Rumienisz się jak dziewica w noc poślubną.

- Ach, Nadju, nie żartuj sobie z tego, nie drwij ze mnie, wszystko jest takie trudne, 

czuję się taka... niepewna.

Nadjana wolno pokiwała głową, oparła się o miękkie poduszki na meblach zrobionych 

na jej zamówienie.

- Opowiedz mi o nim.

Marja westchnęła ciężko.

- Ma białe włosy, ale nie jest jeszcze stary, tak mi się wydaje. Może mieć czterdzieści 

lat, trudno powiedzieć. Twarz wyrazista, dość szeroka... i lodowato niebieskie oczy. Wysoki...

Nadjana   zamruczała   z   zadowoleniem.   Marja,   słysząc   jej   reakcję,   nie   mogła 

powstrzymać się od uśmiechu, przyjaciółka zapewne wyobraziła sobie opisywanego mężczy-

znę i obraz przypadł jej do gustu.

-   Potrafi   znieść   ból   jak   kobieta,   najwyraźniej   niczego   się   nie   boi   i   jest   okropnie 

bezczelny w słowach.

Ciche   pomrukiwanie   zmieniło   się   teraz   w   głośny  śmiech.   „Baronówna”   odstawiła 

filiżankę tak gwałtownie, że Marja drgnęła przestraszona. Nadjana dłońmi w rękawiczkach 

uderzała o uda, a jej śmiech nie był  wcale śmiechem cnotliwej, zasadniczej szlachcianki. 

Marję z początku ogarnęła irytacja, zaraz jednak i ona zaczęła się śmiać.

-   Mój   Boże,   Marjo,   jesteś   naprawdę   zakochana!   Nigdy   nie   widziałam   bardziej 

rozmarzonego spojrzenia, przyznaj się, próbował ci wleźć pod spódnicę?

- Ależ, Nadja, damie nie wypada pytać o takie rzeczy.

- Żadna ze mnie, u diabła, dama, a już na pewno nie teraz, przy tobie. Wyznam ci coś, 

Marjo. Niekiedy męczy mnie rola nauczycielki w szkole, stoję tam taka zacna i przyzwoita, 

wtłaczam wiedzę do tych małych łebków, rodzice kłaniają mi się i wychwalają mnie, że tak 

się poniżam tylko i wyłącznie po to, by poszerzyć horyzonty dzieci biedaków. Uważają mnie 

za szlachetną, szkoda, że nie wiedzą, przed iloma mężczyznami uchyliłam wrota niebios.

Marja uśmiechnęła się. To rzeczywiście zabawne. Teraz, kiedy Justitian już nie żył, 

background image

ona jedna znała prawdę o przeszłości Nadjany. Nikomu we wsi nie przyszłoby nawet do 

głowy, że Nadjana, szlachcianka, zawiadywała największym domem nierządu w Kopenhadze. 

Co z tego, że był to bardzo ekskluzywny przybytek?

- Potrzebuję uspokojenia, Nadju. Powiedz mi, ty, która dobrze znasz się na podobnych 

historiach, że ta gorączka to coś, co wkrótce minie.

- To ty się wyznajesz na gorączkach, moja droga. Ja wiem tylko, że kiedy ogień już 

rozgorzeje,   a   brakuje   wody,   to   najmądrzej   jest   pozwolić   płomieniom,   by   się   wypaliły. 

Umierają wtedy same z siebie, kochana.

- Nie chcesz chyba powiedzieć...

- Ależ tak, niech to trwa, moja droga. Na pewno wiesz, jak zabezpieczyć się przed 

niepożądanymi rezultatami On za kilka dni wyjeżdża, prawda? Nikt nie musi się o niczym 

dowiedzieć, jeśli zdecydujesz się przyjąć to, co zaofiaruje ci życie.

Marja pokręciła głową. Smak kawy w ustach nabrał jeszcze większej goryczy.

-   A   Karl?   -   powiedziała   cicho.   -   Nie   mogę   tak   go   oszukać...   Nadjana   wciągnęła 

powietrze przez nos, wypiła łyczek ze swojej filiżanki, oblizała palce, którymi podniosła do 

ust smażony w cukrze owoc.

- Nikt ci nic na to nie poradzi, Marjo, ale ty i ja jesteśmy do siebie podobne, a z 

własnego  doświadczenia  wiem,   że  bardziej   żałuję  tego,   czego   nie  zrobiłam,   niż  tego,   co 

zrobiłam.

- Ja nie - odparła Marja z mroczną miną. Zrozumiała, że tym razem nie doczeka się 

pociechy   ani   nowych   sił,   po   które   przyszła.   Przyjaciółka   nie   zgasiła   żadnego   płomienia, 

dołożyła   raczej   tylko   do   ognia.   Czy   to,   co   mówiła,   mogło   być   prawdą?   Czy   ów 

niespodziewany pożar ugasić mogło jedynie to, co chciał jej ofiarować buntownik? Inaczej 

przez długi czas po jego wyjeździe będzie cierpieć?

- Nie poznaję swoich własnych uczuć - przyznała. - Nigdy tak nie czułam, nigdy tak... 

intensywnie.

- Naprawdę? Ale to nie jest chyba wielka miłość? Raczej czyste pożądanie, jak mi się 

wydaje.

Marja   musiała   stłumić   śmiech,   Nadjana   zawsze   była   taka   bezpośrednia. 

Prawdopodobnie jednak miała rację.

- Kobiety nawet nie przypuszczają, że mogą w nich mieszkać podobne uczucia, i to, 

do diaska, nic dziwnego. Harują od rana do wieczora, stale ciężarne, półśpiące ze zmęczenia. 

A ci niezdarni mężczyźni jakże często myślą tylko o sobie, daleko im do dobrych kochanków, 

Marjo. Ale to, co mi opowiadałaś, pozwala przypuszczać, że ten białowłosy dobrze zna się na 

background image

rzeczy.

Nadjana   znów   parsknęła   śmiechem,   ale   ochrypły   dźwięk,   jaki   wydostał   jej   się   z 

gardła, świadczył o tym, że nie jest to reakcja zawstydzonej młodej dziewczyny.

- Naprawdę wydaje mi się, że to ktoś dla mnie. Jeśli więc ty się nie odważysz, Marjo, 

chętnie go przejmę. Być może mężczyzna  jego kalibru uzna moją maskę i rękawiczki za 

pikantne szczegóły.

Nadjana   nie   starała   się   nawet   ukryć   goryczy,   jaka   zabrzmiała   w   tych   dosadnych 

słowach. Marja i tak wiedziała, że pod lekkim zwykle tonem musi kryć się całe jej mnóstwo. 

Uroda Nadjany przestała już być jej najbardziej skuteczną bronią, na szczęście przyjaciółce 

pozostał intelekt, urok i duma, wciąż więc uważano ją za niezwykłą kobietę.

- Możesz go sobie wziąć, tak mi się wydaje.

Kobiecy   śmiech   dźwięczący   wśród   ścian,   pobrzękiwanie   filiżanek   o   spodeczki, 

cmokanie   warg   kosztujących   przywiezionych   z   zagranicy   smakołyków   ułożonych   na 

srebrnym półmisku.

W rogu pokoju królował wielki, szeroki i nie najlepiej grzejący piec ze steatytu. Na 

jednej ze ścian umieszczono budzącą grozę dekorację: łeb tygrysa, jak żywy, ze szklanymi 

oczami. Choć futro trochę zszarzało, a część sierści tu i ówdzie wypadła, nie przeszkadzało to 

jednak, by każdy na widok tej osobliwości szeroko otwierał oczy. Obok wypchanej głowy 

drapieżnika wisiały skrzyżowane dwa pozłacane miecze, nieco dalej gobelin, przedstawiający 

porwaną dziewicę Rubensa, pięknie utkany z nici w barwach ziemi. Były także inne obrazy, 

na wszystkich widniały ludzkie postaci w niezwykłych pozach. W rogu, niemal ukryty przed 

wzrokiem przypadkowych  gości, połyskiwał biały marmur, piękne ciało młodego chłopca 

ogrzewał blask ognia na kominku, gdy tylko pamiętano o tym, by odsunąć gobelin i odsłonić 

mistrzowską rzeźbę. Podłogi nie skrzypiały, okrywały je grube dywany z wzorem w girlandy 

liści akantu.

Nadjana urządziła swój pokój tak, że ludzie, którzy tu przychodzili, mieli wrażenie, iż 

wstępują do innego świata. Jedynie wielki i ciężki stół pod ścianą przypominał, że znajdowali 

się w prostej chłopskiej wiosce, daleko od wspaniałych pałaców Kopenhagi.

Marja   pozwoliła   oczom   sycić   się   widokiem   kolejnych   pięknych   przedmiotów.   To 

niezwykłe, jak te obrazy potrafią przykuć wzrok, sprawić, że myśli ulatują gdzieś wysoko, a 

serce się raduje.

- Przyprowadź go tutaj, Marjo. Tu będziecie mieli spokój...

Marja chciała zaprotestować, powiedzieć coś, co ocaliłoby jej moralność i dumę, ale 

wobec Nadjany nie musiała udawać.

background image

- Może, jeśli nie da się tego uniknąć...

- Ależ da się, wystarczy jedno twoje „nie”! Nadja spoważniała teraz. Oczy w otworach 

maski rozbłysły.

- Nie powinnaś pozwolić, by ominęło cię coś dobrego, Marjo, jednocześnie wiem, że 

spoczywa na tobie odpowiedzialność. Karl... to dobry mąż, ale muszę ci coś wyznać, moja 

droga. Zawsze się zastanawiałam, jak on sobie radzi z taką namiętną kobietą jak ty. Owszem, 

wydaje się miły, na pewno jest czuły i troskliwy, ale brakuje mu dzikości bestii, brak mu tego 

błysku   w   oku,   od   którego   kobietom   uginają   się   kolana.   Ty   zaś   jesteś   silna,   inna,   mam 

wrażenie, że ten buntownik jest z takiej samej gliny jak ty, Marjo. Nie powinnaś umrzeć, nie 

posmakowawszy tego, co on może ci dać!

Marja czuła,  jak krew  pulsuje jej  w  żyłach,  słowa  Nadjany były  niczym  echo jej 

własnych myśli, które bała się dopuścić do świadomości. To, co Niels w niej wywołał... takie 

nieprzyzwoite, niekobiece... a właściwie bardzo kobiece!

Ciało nie dawało jej spokoju, zmuszało, by w potrzebie szukała Karla, mąż jednak 

mógł   jej   dać   tylko   łyk   wody,   jego   źródełko   nie   potrafiło   ugasić   pragnienia.   Starała   się 

odegnać głos Nielsa dźwięczący w uszach, przymykała oczy, by nie widzieć jego lodowato 

niebieskiego spojrzenia, kiedy Karl był przy niej i tulił ją jako czuły mąż w miłosnym akcie.

Gdy tylko jednak zasypiał u jej boku, myśli Marji wędrowały tam, gdzie chciały, a ona 

sama leżała wciąż niespokojna i rozpalona.

Nie   widziała   możliwości   rozwiązania   tej   sytuacji.   Nadjana   również   nie   potrafiła 

znaleźć innego wyjścia.

Istniały tylko dwa, a ona stała na rozdrożu.

- Muszę się z tym  przespać, niech dzieje się to, co ma się dziać. Może nie będę 

musiała wybierać - mruknęła Marja.

- To również pewien wybór, moja droga - cicho zauważyła Nadjana.

Marja wyczuła w jej głosie brak aprobaty, ale nie chciała z ust tej kobiety słyszeć 

wyrzutów.

Kontynuowały rozmowę, znalazły nowe tematy. Marja bardzo się interesowała tym, 

co   się   dzieje   w   szkole,   która   stanowiła   dla   niej   prawdziwy   symbol   wygranej   walki, 

wyraźniejszy niż dwory i zagrody czy pochowane w kufrach srebro. Do szkoły zaglądało w 

wolnych  chwilach coraz więcej dorosłych, by chłonąć nową wiedzę. Nadjana okazała się 

urodzoną nauczycielką, nikt tak barwnie jak ona nie potrafił opisać dalekich krain, odległych 

miejsc i obyczajów. Umiała nawet ożywić malcom suche liczby i dzieci, które dotychczas 

mozoliły   się   nad   rachunkami,   cieszyły   się   na   zabawę   w   handlarzy,   podczas   której 

background image

sprzedawały i kupowały, obliczały procenty od zysku i wymieniały sporządzone przez siebie 

„pieniądze”.

Nowy   pastor   osobiście   zajął   się   nauczaniem   religii,   wbijał   młodym   do   głów 

przykazania   i   uczył   ich   najważniejszych   wyjątków   z   katechizmu   Lutra   oraz   modlitw. 

Najbardziej gorliwi uczniowie studiowali również Pismo po łacinie, a niektórzy zaszli już tak 

daleko, że znali kilka tuzinów wyrażeń w tym jakże trudnym języku. Akurat do tej części 

kształcenia   pastor   nastawiony   był   bardzo   sceptycznie,   przecież   właśnie   łacina   odróżniała 

laików   od   uczonych.   Ale   przedstawione   z   uśmiechem   argumenty   Nadjany   sprawiły,   że 

zaakceptował ciekawość uczniów i nieraz wypowiadał przed nimi obco brzmiące życiowe 

maksymy   i   religijne   zasady,   ciesząc   się   rytmicznie   powtarzanymi   przez   dzieci   pięknymi 

frazami.

- Już niedługo nie będzie w wiosce osoby, która nie umiałaby się podpisać. Zdajesz 

sobie sprawę, co to znaczy? - mówiła rozradowana Marja.

Nadjana skinęła głową.

- Ale najgorszym naszym wrogiem jest głód. Coraz więcej dzieci siedzi w szkole bez 

sił,  osłabłych,   a  nikt  chyba  nie  zdoła  się  wiele   nauczyć,  kiedy kiszki  marsza  grają,  a  w 

żołądku aż kruczy za jedzeniem.

- Widzę, że i tobie głód nieobcy - zagadnęła Marja ostrożnie.

Tak   bardzo   pragnęła   dowiedzieć   się   czegoś   więcej   o   Nadjanie.   Mimo   wzajemnej 

otwartości, jaka panowała między przyjaciółkami, Marja znała przeszłość Nadjany jedynie w 

drobnych fragmentach.

Nadjana spuściła oczy, w tych szarych jeziorach nie było teraz ani odrobiny wesołości 

czy żartu.

- Towarzyszył mi przez pół życia - wyznała ściszonym głosem. - To głód poganiał 

mnie do przodu i on wpędził mnie w niedolę. Uciekałam przed nim, lecz wszędzie napo-

tykałam to samo. Ubóstwo, biedę, ból. Mój lud nie mógł już dłużej znieść cierpień. Nam, 

którzy stamtąd odeszliśmy,  wydawało się, że za niewidoczną granicą państwa znajdziemy 

nowe życie. Tak jednak nie było - szepnęła Nadjana.

Marja odważyła się zadać długo wstrzymywane pytanie.

- Skąd jesteś, Nadjano?

Przyjaciółka wyprostowała się na krześle. Marja słyszała, że przełyka ślinę.

-   Nie   wiem,   Marjo,   już   nie   wiem.   Moje   korzenie   nie   sięgają   głęboko,   już   nie. 

Odjechałam zbyt daleko, ale gdzieś na wschodzie, nieco bardziej na południe... jest wioska, 

gdzie   kowal   ma   swoje  palenisko   pomiędzy   dwoma   wysokimi   dębami.   Rzeka   płynie   tam 

background image

szeroka, spokojna, a jej woda chwyta promienie słońca tak, że wszystko lśni niczym złoto. To 

najdawniejsze z moich wspomnień.

Opowieść brzmiała jak początek baśni.

- Może kiedyś tam wrócisz? - spytała Marja. Zauważyła w przyjaciółce coś nowego, 

tęsknotę, której dotychczas nie wyczuwała.

- Może wrócę - odparła Nadjana cicho, niemal ze zdziwieniem, jak gdyby dopiero w 

tej chwili otworzyła się przed nią taka możliwość.

Ogień   na   kominku   się   wypalił,   węgielki   żarzyły   się   jeszcze   leciutko   pod   grubą 

warstwą popiołu, Nadjana wstała, by dołożyć do ognia, ale Marja drgnęła, wyrywając się z 

rozmarzonego rozleniwienia, jakie od dłuższej chwili spowijało pokój.

- Późno już - stwierdziła nagle. - Dawno już powinnam być w domu.

- Karl na ciebie czeka?

- Nie, nie dzisiaj. Wybrał się z nowym lensmanem oglądać jakieś kamienie graniczne, 

ma, zdaje się, świadczyć na tingu w sporze między Gjenstein a Halvorem Eide.

Nadjana pokiwała głową, leciutko  ucałowała Marję w  oba policzki,  tym  dziwnym 

zwyczajem,   do   którego   Marja   zdołała   wreszcie   przywyknąć   i   potrafiła   się   nawet 

odwzajemnić. Zapach Nadjany tkwił w jej nozdrzach niczym słodki sen jeszcze długo potem, 

jak   zamknęły   się   za   nią   drzwi   i   zagłębiła   się   w   noc,   mając   w   uszach   szczere   życzenia 

Nadjany.

Dzięki ci, Boże, za Nadjanę, pomyślała Marja, wędrując pod gwiazdami.

Nie wszystkim kobietom dane jest szczęście, by mieć taką przyjaciółkę. Jakże trudne 

byłoby wszystko bez Nadjany! Nie udzieliła jej żadnej rady, a właściwie przyczyniła nawet 

więcej rozterek, mimo to jednak już sama rozmowa z nią sprawiła, że dręczące Marję uczucia 

przestały się wydawać takie groźne.

Jutro znów zobaczy Nielsa.

Miała teraz odwagę, by się tym  radować, miała odwagę pozwolić rozpalonej krwi 

szybciej krążyć w żyłach. Zanim dotarła do głazu i płotu kuźni w pobliżu Wdowiej Zagrody, 

tęsknota tysiącem mrówek krążących po ciele wróciła jej przytomność.

Cieszyła   się,   że   tym   razem   czeka   ją   samotna   noc   w   wielkim   łożu.   A   kiedy   w 

ciemności dłonie zaczęły gładzić jej własne ciało, pozwoliła obrazom, głosowi i zapachom 

Nielsa towarzyszyć sobie w drodze przez biały tunel.

W małej izdebce było dość ciepła nawet i bez ognia na palenisku. Niels przespał wiele 

godzin dnia, głowę miał więc teraz jasną, pełną myśli.

W   ostatnie   noce   sam   w   tajemnicy   próbował   wstawać.   Chciał   ocenić   swoje   siły, 

background image

poczuć, jak wielki jest kłujący ból w brzuchu, sprawdzić, czy mięśnie po tak długim leżeniu 

w łóżku znów będą go słuchać.

Pierwszej nocy kolana się pod nim ugięły, ledwie zdołał jakoś wrócić na posłanie, w 

następną kilkakrotnie okrążył izdebkę, przez cały czas pilnie bacząc, by mieć w zasięgu ręki 

coś, na czym mógłby się wesprzeć, gdyby nogi znów odmówiły posłuszeństwa.

Dzisiejszej nocy ośmielił się na kilka ostrożnych podskoków. Przeciągnął się też parę 

razy, okręcił torsem z boku na bok, ale zaraz poczuł, że mięśnie wokół rany napinają się i 

ogarniają go mdłości.

Ból na pewno wytrzyma. Byle tylko zdołał powrócić do Sogndal nie zauważony przez 

władze, a będzie miał czym zająć myśli i zapomnieć o nożach, które raz po raz wbijały mu się 

w trzewia.

Najwyższa pora wyruszyć.

Już wkrótce.

Szkoda, że anioł jest taki niedostępny. Ta kobieta to prawdziwe wyzwanie. Nielsa 

najwyraźniej zaczynały nużyć rumieniące się dójki i bezbarwne mieszczki.

Na pewno się starzeję, pomyślał przygnębiony.

Nie   potrafię   już   przelotnie   rozkoszować   się   kobietami.   Pragnę   czegoś   więcej, 

potrzebuję większej namiętności!

A Marja nosiła w sobie niewyczerpane  źródło tłumionej dzikości, poznawał to na 

odległość, chociaż być może inni niczego nie zauważali, Niels jednak dobrze wiedział, gdzie i 

czego szukać na twarzy kobiety. Oblicze Marji było zmienne niczym morskie prądy, lecz w 

jej oczach stale płonął ogień sprawiający, że ich błękit przywodził na myśl niebezpieczne 

głębie.

Jakże chętnie by je zbadał, zobaczył, jak Marja całą sobą daje się porwać temu, co 

kobiety nazywają miłością.

Wiedział, że jest mężatką.

No cóż, to tylko zaleta, obejdzie się bez marudzenia, kiedy romans się zakończy.

Bez względu jednak na wszystko Marja Oppdal ma w sobie tak wiele dumy, że kiedy 

zabawa   dobiegnie   kresu,   na   pewno   nie   rzuci   mu   się   do   stóp.   Tego   właśnie   najbardziej 

nienawidził, tych proszących, błagających, upokarzających się kobiet. Były niczym dzieci, 

zawsze przecież wcześniej wiedziały, z kim mają do czynienia, nigdy im nie kłamał, niczego 

nie obiecywał, mimo to nie przestawały snuć beznadziejnych marzeń i gorzkimi oskarżeniami 

wprowadzały niepokój w jego serce.

Nie było ryzyka, że podobnie stanie się z Marją Oppdal, i ten fakt w jego oczach 

background image

przydawał jej jeszcze atrakcyjności. W dodatku podczas krótkiej rozmowy poprzedniego dnia 

zorientował się, że Marja rozumie jego pragnienia. Marji powiodło się jej własne powstanie. 

Tu, w głębi fiordu, zdołała założyć ów przybytek, słynący z uzdrawiania i leczenia. Jej sława 

niosła się daleko, być może równie daleko jak jego własna, ludzie bali się jej siły i władzy, 

postać   tej   kobiety   spowita   była   mrocznym   cieniem   tajemnicy,   Nielsa   dodatkowo   to 

podniecało, miał ochotę przedrzeć się przez aurę otaczającą Marję, odnaleźć kryjącą się za 

wszystkimi tymi  niesamowitymi  historiami kobietę. Pragnął także z nią porozmawiać, był 

pewien,   że   umie   więcej   niż   większość   ludzi.   Powiadano,   że   czyta   grube   księgi   i   czyni 

własnoręczne zapiski o życiu i społeczeństwie.

To bardzo interesujące, doszedł do wniosku Niels.

Przydałby   nam   się   ktoś   taki,   gdy   rozpocznie   się   ostateczna   walka.   Ktoś,   kto   na 

papierze zachowa nasze imiona i świadectwo naszych zmagań dla późniejszych pokoleń, jeśli 

ponieślibyśmy klęskę.

Przemknęło mu nawet przez myśl, że Marja Oppdal byłaby godna zostać jego żoną. 

Rzucił głową jak ogier, którego po raz pierwszy ktoś próbuje okiełznać. Ta myśl nie była mu 

przyjemna.

Nie miał zamiaru znowu się żenić.

Nie   istniała   kobieta,   która   zdołałaby   wprowadzić   w   życie   Nielsa   Kvithovuda 

dostateczne napięcie. Szukał go teraz wśród mężczyzn, w walce o nowe, wyższe cele. Była to 

gra   równie   niebezpieczna   i   emocjonująca   jak   namiętność.   Jej   reguły   jednak   były 

wyraźniejsze, mniej tu groziło zasadzek i niespodziewanych ataków od tyłu.

Niels z powrotem położył się na łóżku, z wysiłkiem podniósł ręce i wsunął je pod 

głowę.   Skóra   na   brzuchu   napinała   się   w   tej   pozycji,   niemal   z   przyjemnością   odczuwał 

znajomy   ból,   zdążył   już   do   niego   przywyknąć.   Rana   stała   się   teraz   już   jego   częścią, 

świadectwem,   które   przypominać   mu   będzie   niebezpieczeństwo,   na   jakie   się   wystawił. 

Igranie ze śmiercią podtrzyma jego młodość.

Ciągła  walka będzie  wywoływać  bicie  serca i sprawiać  mu  radość. Pewnego dnia 

zdobędzie   kontrolę   nad   władzami,   pewnego   dnia   stanie   się   niezwyciężonym   przywódcą, 

którego bać się będzie nawet wójt. Następnego dnia zaś być może czeka go klęska, w kolejny 

poranek wszystko, co zdoła zbudować, legnie w gruzach.

Ale będzie się pilnował. Kula ze starej strzelby strażnika oszczędziła mu życie, dotarła 

do niego niemal jak przyjaciel po to, by dać mu do zrozumienia, że sytuacja jest już naprawdę 

poważna i nie istnieje droga odwrotu.

Niels zacisnął zęby, zapatrzył się w ciemną powałę, przez szczelinę na samej górze 

background image

dłuższej ściany powoli zaczynało sączyć się światło.

Ona dzisiaj wróci.

Uśmiechnął się do siebie.

Nie zdoła trzymać się od niego z daleka, była bowiem jak on, tak samo pociągało ją 

niebezpieczeństwo i pokusy.

Wczoraj  pożegnał   ją  bezczelnymi   słowami,   z oczu  posypały  jej  się  iskry gniewu, 

dumnie uniosła głowę i odeszła.

Ale dzisiaj wróci.

background image

ROZDZIAŁ V

- Odwiedziła  dziś  w nocy Nadjanę - powiedziała  Lina, służąca,  znacząco  kiwając 

głową.

Dzień był już późny, ale gospodyni jeszcze spała. Karl Martin wzruszył ramionami.

- A czym młody pan zamierza się dzisiaj zająć? - dopytywała się Lina.

W młodości służyła na dworze w Kaupanger i dlatego była jedną z nielicznych, jakie 

Marja uznała za odpowiednie do zajmowania się izbami, których nagle stała się panią. Lina 

była jej bardzo wdzięczna, musiała bowiem opuścić wymarzone miejsce, kiedy jej potajemna 

przygoda   z   przystojnym   skrzypkiem   miała,   jak   się   okazało,   następstwa.   „Następstwo” 

siedziało właśnie przy kuchennym stole, żując żytni placek z solonym masłem. Zdaniem Kar-

la Martina dzieciak przypominał trochę Benjamina, który tak zapewne by wyglądał, gdyby 

był normalny.

-   Nie   wiem...   zajrzę   chyba   na   chwilę   do   stajni   do   Jo,   trzeba   mu   pomóc   przy 

smarowaniu uprzęży i przy szykowaniu sań do wstawienia do obory.

-   Bardzo   dobrze.   -   Lina   szybkim   ruchem   złożyła   trzy   duże   podpłomyki   z   serem. 

Podpłomyki moczyły się wcześniej w wodzie z piwem i całkiem zmiękły. - Masz, pozdrów 

go ode mnie,  powiedz mu,  że myślę  o posiedzeniu  przez  kilka  chwil w  słońcu jutro po 

południu, przecież to niedziela.

Karl   Martin   bez   słowa   skinął   głową,   już   on   przekaże   tę   wiadomość!   Okropnie 

kochliwa ta Lina. Słyszał wiele komentarzy pracujących  w polu mężczyzn  i woźniców o 

zapale, z jakim Lina starała się pozyskać ojca dla swego dziecka. Ale kto ją zechce, kiedy ma 

inny wybór?

Chłopiec wyminął stajnie, przekradł się za wielki brązowy budynek i zszedł na skały. 

Spędził tu niejedną chwilę. To tutaj znaleźć można było pierwsze wiosenne kiełki, tu kwitły 

podbiały,   podczas   gdy  w   innych   miejscach   leżała   jeszcze   gruba   pokrywa   śniegu   i   błota. 

Warstwa   gleby   była   tu   uboga   i   cienka,   Karl   Martin   czuł   skałę,   na   której   ślizgały   się 

drewniaki. Szedł dalej, zachwiał się, spod podbitego żelazem obcasa posypały się iskry. W 

jednej ręce niósł placki, w drugiej czapkę. Nie chciał ryzykować jej zabrudzenia, postanowił 

raczej zjechać na tyłku.

Wpadł w suche zarośla, ledwie zdołał utrzymać się na nogach. Tu zaczynał się lasek 

jarzębin i osik, teraz wiosną cienkie pnie stały bezlistne, jakby bezbronne. Powiadano, że 

mieszkają tu rysie, ale Karl Martin nigdy żadnego nie spotkał. W mroźne zimowe noce jednak 

ich   ślady   podchodziły   aż   do   stajni,   tropy   miękkich   kocich   łap   świadczyły   o   tym,   że 

background image

drapieżnika pociąga ciepły zapach żywej zdobyczy.

Karl Martin nie bał się lasu.

Gdy drzewa wreszcie przerzedziły się i wypuściły go na pola po drugiej stronie, mógł 

dojrzeć za wzgórzem dachy Vildegard.

Niels podjął decyzję. Dosyć już tego. Wczoraj dostał wiadomość, przyniósł ją młody 

Reinert.   Musi   natychmiast   wracać,   chłopi   go   potrzebują,   nie   powinien   dłużej   leżeć 

bezczynnie.

Ubrał się, poświęcając na to dużo czasu. Pasek w wytwornych spodniach uwierał go 

akurat w zranione miejsce. Zirytowany wyjął nóż i przeciął go, poprosił Gundę o kawałek 

sznurka i za jego pomocą umocował luźne spodnie na biodrach. Koszulę Gunda uprała i 

zacerowała,   wetknął   ją   w   spodnie,   przydałaby   mu   się   kamizelka,   dobrze,   że   miał 

przynajmniej kurtkę i buty.

Stopy   wydawały   mu   się   słabe,   pozbawione   sił,   buty   były   niemal   za   duże.   Niels 

przyglądał się swoim sprężystym łydkom, silne mięśnie wciąż napinały się pod skórą, zdawał 

sobie jednak sprawę, że wiek już wkrótce uczyni je słabszymi, bardziej wiotkimi.

Marja najwidoczniej zamknęła gdzieś na klucz i duży nóż, i pistolet. Zorientował się, 

że nie pozwalała na trzymanie tego rodzaju niebezpiecznych przedmiotów w szpitalu. No cóż, 

być może to mądre z jej strony, inaczej niejeden zawodzący nieszczęśnik mógłby zrobić z 

broni użytek w długie, wypełnione bólem noce.

- Jedynie Marja ma klucz - powiedziała mu Gunda.

- Poślij po nią - nakazał. - Bo dzisiejszej nocy muszę wyjechać.

- Marja przyjdzie, kiedy przyjdzie. Skoro jesteś taki zdrowy, sam możesz iść do niej 

po klucz. Rzadko daje go komuś do ręki, ale może tobie...

Zaglądał   w   uśmiechnięte   oczy  Gundy,   usiłując   dopatrzyć   się   czegoś   więcej   w   jej 

słowach, próbował znaleźć w nich inne znaczenie. Czyżby był dla Marji kimś wyjątkowym? 

W takim razie pokusa, by nie dbać o nic i zostać, mogła okazać się zbyt wielka.

Niels przejrzał papiery przyniesione przez Reinerta, młody syn kowala był jednym z 

najszybszych   wioślarzy,   jakich   znał.   Sam   zbudował   swoją   niedużą,   lekką   łódź,   nie 

przypominającą żadnej innej w okolicy, bardzo wąską, niedobrą do wyruszenia na morze. 

Stępkę miała ostrą jak nóż, a ławeczki tak wąskie, że mieścił się tam ledwie jeden męski 

zadek. Wiosła były długie z szerokimi mocnymi piórami, zrobione z najlżejszej, najtwardszej 

brzozy. Tą łodzią mógł tak wiosłować, że żaden powolny fjerding ani attring

 nie miał szans. 

Kiedy wiatr sprzyjał, Reinert siadał i wsuwał wiosła w okrągłe otwory, mogąc tym samym 

*

Attring (norw.) - wiosłowa łódź używana na północy Norwegii - przyp. tłum.

background image

poruszać się jeszcze szybciej.

Niels   uśmiechnął   się   na   wspomnienie   dzielnego   chłopaka.   Nie   miał   jeszcze 

osiemnastu lat, lecz już starał się zająć swoje miejsce wśród mężczyzn. Niels polubił go, 

Reinert zaliczał się do ludzi, którzy nie zadają pytań, a wciąż był dostatecznie młody, by 

rozpalały go płomienne słowa o niesprawiedliwości panującej na świecie. Takich właśnie 

potrzebował Niels, jeśli cokolwiek miało się odmienić. Młodych ludzi nie posiadających dość 

rozumu, by przestraszyć się śmierci.

Klamka u drzwi się poruszyła, Niels odruchowo zebrał papiery i pospiesznie wsunął je 

pod pocerowane przykrycie.

Z wysiłkiem podniósł się na nogi. Kto to może być? Marja? Na tę myśl krew uderzyła 

mu do głowy, przez sekundę poczuł, jak ogarnia go nieznośne wprost napięcie, po którym 

zaraz przyszło rozczarowanie. W uchylonych drzwiach stanął nieduży chłopczyk o włosach 

barwy piasku, ze starą czapką w dłoni. Miał długie członki, chude nogi sprawiały wrażenie, 

że uginają się jak u nowo narodzonego cielęcia. Ręce leciutko drżały, ale duże szaroniebieskie 

oczy patrzyły śmiało. Niels lekko się uśmiechnął.

- Dzień dobry! Kim jesteś, młody człowieku?

Karl   Martin   podnosił   oczy   coraz   wyżej,   aż   wreszcie   napotkał   jasne   spojrzenie 

mężczyzny, białe włosy i kwadratową brodę, która poruszała się, kiedy mówił. Odezwał się 

życzliwie, chociaż wyglądał tak groźnie.

Karl Martin chrząknął, żałując bardzo, że jego głos nie brzmi grubiej.

-   Jestem   Karl   Martin   Oppdal   -   oznajmił   wyraźnie.   -   Chciałem   tylko...   tylko 

powiedzieć, że moim zdaniem jesteś bardzo dzielny, panie Kvithovud.

Na wyrazistej twarzy mężczyzny ukazał się uśmiech. Niels otworzył drzwi i zaprosił 

chłopca do swego ciasnego królestwa.

- To bardzo miło z twojej strony, Karlu Martinie Oppdal. Jesteś pewnie synem Marji, 

tak?

Karl Martin skinął głową z trochę ponurą miną.

Niels, nieco tym  zdziwiony i zaciekawiony,  zauważył  w oczach małego przebłysk 

rozgoryczenia.

Zainteresował go ten dzieciak. Poza tym przyda mu się dla poprawy samopoczucia 

odrobina nieskrywanego podziwu.

-   Dużo   się   o   tobie   mówi,   Nielsie   Kvithovud,   jesteś   najdzielniejszym, 

najodważniejszym człowiekiem, o jakim słyszałem.

Niels na te naiwne słowa nie mógł powstrzymać  się od śmiechu, zaraz jednak się 

background image

opanował, widząc powagę w oczach chłopca.

- Przepraszam... przepraszam, mój młody przyjacielu, nie chciałem się śmiać. Zrozum 

jednak, dziwnie jest słyszeć takie słowa, kiedy przez tyle dni leżało się w łóżku bezradnie jak 

stara baba.

- Ty nie jesteś bezradny - oświadczył Karl Martin z niewzruszonym podziwem.

Zwilżył wargi, przypomniała mu się trzymana w ręku paczka.

- Proszę, przyniosłem dla ciebie podpłomyki, pomyślałem, że będą ci smakować, w 

środku jest masło i „stary” ser.

- Ach, serdecznie dziękuję, nareszcie jakaś odmiana od tej rzadkiej zupy i owsianki, 

którą stale karmi mnie kucharka.

Niels wziął podarunek, jego silna, wielka dłoń dotknęła chudych palców chłopca.

Zachęcony wdzięcznością mężczyzny Karl Martin ośmielił się powiedzieć coś jeszcze:

-   Chciałbym   dowiedzieć   się   o   tobie   czegoś   więcej,   panie   Kvithovud,   o   tym   jak 

walczyłeś z wójtem i jak zabiłeś syna lensmana.

Oczy Nielsa pociemniały. Przez sekundę Karl Martin przestraszył się, że uraził tego 

wielkiego mężczyznę, który zaraz go stąd wygoni. Po chwili jednak bruzdy wokół wąskich 

ust zmiękły i Niels przeczesał palcami jasną grzywkę.

- A więc tego chcesz, młody przyjacielu? Ale czy wiesz, że wójt dobrze płaci za takie 

informacje?

Karlowi Martinowi dech zaparło w piersiach.

- Nigdy bym... przysięgam na wszystkie świętości! Niels ugryzł kawałek podpłomyka 

i żując wpatrywał się w chłopca. Mały nie uciekał ze wzrokiem, jego oczy patrzyły otwarcie, 

bystro.

Dobry znak, pomyślał Niels, niejeden nie ośmieliłby się spojrzeć mi prosto w oczy.

- I z ciebie dzielny mały żołnierz. Karl Martin wyprostował plecy, starał się wyglądać 

dorośle.

-   Kiedyś   zostanę   żołnierzem   -   oświadczył   zdecydowanie.   Niels   pokiwał   głową, 

językiem oczyścił zęby.

- Hm, tak, tak.

- Nie lubisz żołnierzy? - ostrożnie spytał Karl Martin. Bystry dzieciak, potrafi wyczuć 

nastrój, pomyślał Niels. Odetchnął głęboko, poklepał łóżko obok siebie, skinął na chłopca. 

Karl Martin usiadł.  Mała buzia lśniła w uniesieniu niczym dziewiczy księżyc zwrócony ku 

słońcu.

-   Powiem   ci   teraz,   co   myślę,   młody   przyjacielu.   O   żołnierzach,   wójtach,   synach 

background image

lensmana i świecie.

Karl Martin słuchał, coraz szerzej otwierając oczy, i czuł, jak wstępuje w niego nowa 

siła. Jak gdyby moc i sława tego wielkiego człowieka płynęły niewidzialną rzeką i napełniały 

puste miejsce w nim samym.  Jasne niebieskie oczy pochwyciły spojrzenie Karla Martina, 

przytrzymując je jak w objęciach, wchłaniając w siebie, aż wreszcie chłopczyk cały zamienił 

się w słuch i wzrok.

Teraz Niels mówił już nie tylko do chłopca, lecz także do siebie samego. Smakował 

słowa, odnajdywał je w głębi serca. Świadomość, że zapadają w umysł małego jak ziarno w 

żyzną glebę, sprawiła, że Niels odnalazł w sobie nową siłę, nową wolę, by nie ustawać. Nowy 

powód, prosty i oczywisty.

-  To   wbrew  ludzkiej   naturze,   sprzeczne   z  porządkiem  ustanowionym   przez   Boga, 

Karlu Martinie. Nie słuchaj księży, oni bowiem cedzą prawdę przez ciemne szaty, które dają 

im   władzę,   mówią   tylko   to,   co   jeszcze   mocniej   wciska   cię   w   pył.   Nie   słuchaj   wójtów, 

asesorów i lensmanów, wielkich gospodarzy ani urzędników, bo oni żyją w świetle,  mój 

młody przyjacielu, i nie zechcą podzielić się niczym z tymi, którzy są na dole. Ale kiedyś 

położymy temu kres! Nikt nie będzie odejmował resztek od ust biedakom, by jeszcze bardziej 

napaść tych, którzy i tak są tłuści.

Chłopiec   czuł   własne   wyschnięte   wargi,   oddychał   prędko,   niemal   unosił   się   w 

powietrzu.

-   My   jesteśmy   bogaci   -   stwierdził   zachrypniętym   głosem.   Niels   powoli   odwrócił 

głowę, znów pochwycił jego spojrzenie.

- Tak, twoi rodzice są bogaci, jak ja, ale i tak wiemy,  czym  jest sprawiedliwość. 

Jestem gotowy na ofiary, nie tylko z mojego srebra, a ty?

Dzieciak zdecydowanie kiwnął głową, oczy mu zabłysły.

- Wiem, gdzie ojciec trzyma srebro, na pewno przyda ci się bardziej niż nam.

A   więc   chłopiec   dla   myśli   o  bohaterstwie   gotów   był   zdradzić   najbliższych,   Niels 

uznał, że nadszedł czas na najważniejszą część tej rozmowy.

-   Tego   ci   robić   nie   wolno,   Karlu   Martinie,   ale   przydasz   mi   się,   mój   dzielny 

przyjacielu.

Chłopiec wstrzymał oddech, siedział prosto jak prawdziwy mały żołnierz.

-   Najpierw   jednak   musisz   zrozumieć,   że   sprawy,   którymi   się   zajmuję,   są 

niebezpieczne. Czy wiesz, czego może się od ciebie wymagać?

To   był   ostatni   sprawdzian   i   Karl   Martin   miał   tego   świadomość.   Odparł   głośno   i 

wyraźnie:

background image

- Mojego życia, panie Kvithovud.

Niels uroczyście, z powagą skinął głową.

Chłopiec urośnie w tym roku, Niels wychwytywał już tego oznaki w drobnym ciele, 

wyciągało się niczym gałązka wierzby, miękko i giętko. Niels wiedział, że z takiej materii 

powstają ci najbardziej wytrzymali. Tacy, jakich on potrzebował, walka bowiem zapowiadała 

się na twardą i długą.

- Kto wie, że tu jesteś?

- Nikt.

- Rozumiesz, że tak właśnie powinno być? Karl Martin kiwnął głową.

- Oczywiście.

Krew tętniła mu w żyłach, odczuwał jej pulsowanie nawet w koniuszkach palców. 

Niels poderwał się gwałtownie, wyrósł ponad chłopcem jak skała. Silne ręce złapały chude 

ramionka Karla Martina, dźwignęły go w górę, aż stanął na łóżku. Syn Marji mógł teraz 

patrzeć prosto w twarz tego, którego tak podziwiał. Niels uroczyście podniósł prawą rękę, 

lewą zaś przyłożył do serca.

- Będę walczył o sprawiedliwość, o uwolnienie ludu od ciężaru podatków i wyzysku 

przez  władze. Memu  wodzowi towarzyszyć  będę  w  walce i  w zwycięstwie,  a  moje  usta 

pozostaną zamknięte na siedem pieczęci, aż wybije godzina zwycięstwa.

Karl   Martin   nigdy   jeszcze   nie   przeżył   chwili   tak   uroczystej,   ściszonym   głosem 

powtarzał   słowa,   drobna   piąstka   zacisnęła   się   w   powietrzu,   w   śmiało   patrzących   oczach 

skierowanych na Nielsa zapłonął ogień.

- Jesteś teraz jednym z moich ludzi - oświadczył olbrzym, poklepując Karla Martina 

po ramieniu tak mocno, że chłopiec musiał napiąć wszystkie mięśnie, by wytrzymać tę pie-

szczotę.

Niels  uśmiechnął  się. Podszedł do spakowanego  węzełka  pod ścianą,  wyciągnął  z 

niego jedną z dwóch swoich czapek.

-   Dostaniesz   to   jako   znak,   będziesz   tutaj   moimi   uszami,   ale   pamiętaj,   oszczędzaj 

słowa, słuchaj wszystkiego i bądź przygotowany, by o tym opowiedzieć, gdy w jakiś ciemny 

wieczór do twoich drzwi zapuka posłaniec. Takie jest twoje zadanie, zrozumiałeś?

Karl Martin z zapałem pokiwał głową.

- Ale chyba ty sam przyjdziesz? Chyba jeszcze cię zobaczę?

Niels znów się uśmiechnął.

- Tak, zobaczysz mnie jeszcze, lecz nikt nie wie, kiedy wybije godzina. Takie jest już 

moje życie, działam w stosownym czasie.

background image

Karl Martin doskonale potrafił to zrozumieć. Zadał ostatnie pytanie:

- Skąd będę wiedział, że ten, który przybywa, to naprawdę twój człowiek?

Niels uśmiechnął się z uznaniem, bystry dzieciak, ostrożny, bardzo dobrze.

- Przyniesie ze sobą moją pieczęć, wypatruj orła z rybą. A teraz wracaj do domu, 

zanim zaczną cię szukać, i pamiętaj, nikomu ani słowa. Nikomu, chyba że przyniesie orła i 

rybę.   Nie   jestem   pewien,   czy   mama   cię   zrozumie,   kobiety   są   pod   tym   względem   dość 

bojaźliwe, pewnie już wiesz - dokończył konspiracyjnym szeptem.

To chyba ostatnie, co mógłbym powiedzieć o mamie, stwierdził w duchu Karl Martin, 

ale Niels chyba nie zna jej zbyt dobrze. Głośno zaś oświadczył:

- Ani słowa nikomu, prędzej umrę, niż cię zdradzę, Kvithovud.

W   nagrodę   czekało   go   poklepanie   po   chudych   plecach,   odwieczny   znak   męskiej 

przyjaźni, tak brutalne w swej życzliwości, że Karl Martin niemal stracił oddech.

- Zegnaj, żołnierzu! Karl Martin nie wiedział, czy powinien zasalutować, jak czynili 

umundurowani mężczyźni na placu ćwiczeń. Wreszcie podniósł pałce do nowej czapki.

Niels wyprężył się, odpowiedział.

Gdy tylko chłopiec wyszedł, osunął się na łóżku, z całych sił usiłując powstrzymać 

wzbierający w nim śmiech. Brzuch aż mu się trząsł, powodując piekielny ból, ale powaga 

chłopca   i   płomienna   młodzieńcza   odwaga   poprawiły   mu   humor.   Potrzebował   tego, 

bezwarunkowy podziw, nawet jeśli pochodził od młodziutkiego naiwnego chłopczyka, dobrze 

robił zmęczonej duszy.

Oczy matki udało mu się rozpalić jedynie gniewem.

Ale serce chłopca już należało do niego.

Sen odchodził bardzo powoli, wiedziała, że pora jest już późna.

Żałowała, że nikt nie obudził jej dużo, dużo wcześniej. W ciele odczuwała niepokój, 

twarz miała wilgotną jak od potu. Czy coś jej się śniło? Czy we śnie przeżyła coś, od czego 

czuła się rankiem tak źle?

Z   powrotem   opadła   na   poduszki,   usiłując   zebrać   myśli,   rozcierała   rękę,   w   której 

zdawało się wędrować tysiące mrówek, bo przez całą noc przyciskała ją głową. Miejsce Karla 

było rzecz jasna puste, nie spał przy niej tej nocy.

Była u Nadjany.

Marja zwilżyła wyschnięte wargi wodą z karafki stojącej na stoliku przy łóżku, woda 

podziałała orzeźwiająco.

Najwyższa pora wstawać. Dzisiaj także musi iść do szpitalika, czas bowiem zebrać 

pierwsze,   silnie   działające   pączki   w   ogrodzie,   najwcześniejsze   zioła   powoli   zaczynały   w 

background image

wiosennym   słońcu wychylać   się z  ziemi,  czas   dojrzeć   ponacinane  brzozy,  z  których  sok 

niczym złocista krew spływał do drewnianych naczyń i wiaderek. Brzozowy sok to dobre 

lekarstwo, można z niego ugotować syrop, który dawał się mieszać z wyciągami z innych 

ziół,   albo   też   pozwolić,   by   sfermentował   na   nieklarowną   żółtawą   ciecz,   której   nikt   nie 

nazwałby winem, posiadającą jednak niezwykłą, niemal magiczną moc.

Wiele było do zrobienia, zima nie okazała się łaskawa nawet dla życia uśpionego w 

ziemi, ziołowy ogród również potrzebował opieki.

Odsuwała od siebie obrazy, jakie pojawiły się w jej głowie zaraz po przebudzeniu. 

Wstała, gratulując sobie, że nie pozwoliła ciału ulec owemu drżeniu, które ostatnio tak bardzo 

ją dręczyło. Zdecydowanym krokiem zeszła na dół, nogi miała miękkie, stąpały niepewnie, 

ale głowę jasną, myślała trzeźwo, ręce zaś spokojne, gotowe do pracy.

O, nie.

On nie zdoła odebrać jej kontroli.

Być   może   to   rozmowa   z   Nadjaną   dodała   jej   sił,   może   nie   wypowiedziane   słowa 

wyleczyły ją z gorączki. Marja czuła teraz jedynie cień słodkawego bólu na myśl o swym 

szczególnym pacjencie. On już wkrótce wyjedzie, spieszy mu się, by znów narażać życie, 

Marja musiała z niechęcią przyznać, że podziwia odwagę rannego, ale jego, Kvithovuda, stać 

na to. Powiadano wszak, że nie miał żony ani dzieci.

Postanowiła, że równie dobrze może go wyrzucić.

Jeszcze dzisiaj, jest już dostatecznie zdrowy.

Będzie   to   odpowiedni   sposób   przywołania   go   do   porządku,   a   zarazem   wspaniałe 

zwycięstwo jej rozsądku.

Kiedy weszła do izdebki za główną salą dla chorych, miał już wszystko spakowane i 

gotów był wyruszyć. Gunda nie powiedziała ani słowa, tylko znad miski z owsianką przy-

glądała się Marji wszechwiedzącym spojrzeniem.

- Wyjeżdża już dzisiaj - krótko oświadczyła  Marja i odwróciła się, żeby wyrzucić 

resztki z drewnianego naczynia.

Gunda za jej plecami zmrużyła oczy.

- Tak, tak, tak to już jest, zdaje mi się, że będę za nim tęsknić.

Marja popatrzyła na nią, rozbawienie w jej oczach zalśniło niczym promienie słońca 

na niespokojnej wodzie.

- Powinnaś poszukać sobie męża, Gundo. Kucharka zaniosła się głośnym śmiechem, 

raz po raz ocierała łzy, uderzała pięścią w stół.

- Chyba to rzeczywiście racja, Marjo! Uwarz mi czarodziejski napój, który sprawi, że 

background image

znów będę młoda i piękna, a żaden chłop mi się nie oprze.

Marja również wybuchnęła śmiechem.

- Wcale ci to niepotrzebne, Gundo, starczy, że postawisz przed mężczyzną tę swoją 

niezwykłą zupę na mięsie, a już masz czarodziejski wywar, który go zauroczy.

- Owszem, zupa jest dobra - zachichotała Gunda. - Ale chciałabym takiego, co potrafi 

nie tylko siorbać zupę.

- Mężczyźni, którzy oblizują masło z palców, są zazwyczaj dobrymi kochankami - 

stwierdziła Marja chytrze i wybiegła z kuchni, żeby myśli Gundy mogły swobodnie dalej 

krążyć  tym  samym  torem. Starsza kobieta miała  za sobą poplątaną przeszłość, ale Marja 

wiedziała, że na pewno znaleźliby się wdowcy albo starzy kawalerowie, którzy potrafiliby 

docenić Gundę jako kucharkę i jako kobietę.

Marja   zajrzała   do   izby   chorych.   Nikogo   tam   nie   było,   ale   na   zewnątrz   przed 

szpitalikiem również dzisiaj czekała nieduża grupka łudzi.

Większość pochodziła z wioski, lecz niektórzy przybyli z Fortun, Nes i Dalsdalen. 

Marja   wiedziała,   że   służące   zajmą   się   drugą   kolejką,   tymi,   którzy   przychodzili   tutaj   z 

kubkami i talerzami, prosząc o trochę chleba albo mleka. Mleka było niewiele, cztery krowy 

od dawna już dostawały zbyt marną paszę, zresztą będą się cielić, puste wymiona wisiały pod 

napęczniałymi brzuchami. Marja rozdawała ludziom swoje specjalne sycące ciastka, przepis 

na nie wymyśliła sama, i razem z Gundą napiekły cale stosy. Użyła do nich grubo zmielonej 

mąki z jęczmienia, owsa i żyta, dodała też bogatych w tłuszcz nasion trzech różnych roślin, a 

także wieprzowego i baraniego tłuszczu. Do rozluźnienia ciasta używały wywaru z mięsa, 

formowały potem grube na palec placuszki i piekły je powoli na płycie nad paleniskiem. 

Ciastka były twarde jak kamienie z wierzchu, za to miękkie wewnątrz. Jedno, rozpuszczone w 

wodzie  na   pożywną   papkę,  starczało,   by  karmić   dziecko  przez  trzy  dni.  Bogaty  dodatek 

kminku, szczawiu i fenkułu nadawał im nieco gorzki smak, lecz sprawiał jednocześnie, że 

wygłodzony żołądek dobrze znosił nieoczekiwanie tłuste pożywienie. Marja nie słyszała, by 

ktoś chorował po zjedzeniu jej ciastek, jak to często bywa, gdy po długotrwałym głodzie 

żołądek nagle się wypełnia.

Ludzie dziękowali z pokorą, Marja zwykle odpowiadała im skinieniem głowy. Nie 

lubiła tych mamrotanych pod nosem błogosławieństw, uniżonej wdzięczności. Nic wielkiego 

przecież nie robiła, jej przecież na niczym nie zbywało, ciastka kosztowały ją nie więcej, niż 

mogła sobie na to pozwolić, wystarczyło, że sprzedała jedną czy dwie sztuki srebra z wielkiej 

szafy we Wdowiej Zagrodzie.

Z czasem rozdawanie jedzenia przejęły pracujące u niej dziewczęta. Marja bardzo się 

background image

z tego cieszyła, ludzie bowiem nazywali ją aniołem, a to niezbyt jej się podobało. Najbardziej 

irytowało ją, że Kvithovud również tak o niej mówił, i to takim tonem, w którym dawało się 

wyczuć ironię. Zdawał sobie sprawę, że daleko jej do eterycznej istoty z niebios, Marja była 

bardziej z krwi i kości niż większość kobiet. W żyłach płynęła jej czerwona, pulsująca krew, a 

kształtne ciało było skłonne poddać się uściskom równie łatwo jak wilgotna glina.

Dzisiaj Niels przekona się, że Marja ma w sobie również coś z twardego granitu.

Weszła do jego izdebki bez pukania.

Najwyraźniej nie był zaskoczony, nie drgnął nawet, nie wystraszył się, jak można by 

się było spodziewać po ukrywającym się człowieku. Na wpół leżał na łóżku, Marja zauważyła 

wypchany,   zawiązany   worek   pod   ścianą.   Dostrzegła,   że   na   stopach   ma   świeżo   natarte 

tłuszczem buty, a na grzbiecie kurtkę.

Stwierdziła, że zdobył nad nią przewagę, i to sprawiło, że maska na moment opadła jej 

z twarzy. Marja prędko jednak wzięła się w garść, całą siłę wkładając w spojrzenie, które 

skierowała w lodowato niebieskie oczy.

- Widzę, że jesteś gotów do podróży. To dobrze, bo przyszłam właśnie powiedzieć, że 

potrzebujemy tej izby dla kogoś, kto jest bardziej chory od ciebie.

- A więc jesteśmy zgodni - odparł łagodnie, irytując ją cichym, łaskoczącym uszy 

głosem.

Marja była przygotowana na odparcie jego siły, na agresję, od której miękły jej nogi. 

Wiedziała,   że   najbardziej   pociąga   ją   w   nim   jego   brutalność.   W   chwilach,   kiedy   traciła 

kontrolę   nad   sobą,   wyobrażała   sobie   swe   własne   bezbronne   ciało   w   jego   ramionach, 

kompletnie   pozbawione   woli,   choć   jednocześnie   nienawidziła   tej   myśli.   Przeciwko   temu 

wszak właśnie walczyła przez całe swoje życie, to ona zawsze chciała być żelazem zdolnym 

rozłupać kamień.

Pod sufitem brzęczała mucha, ożywiona fałszywym ciepłem izby. Jeśli znajdzie drogę 

na zewnątrz, zginie.

Wiosna nocami wciąż niosła ze sobą bezlitosny chłód.

- Miałem nadzieję, że przyjdziesz, nie chciałem wyruszać bez podziękowania ci i bez 

pożegnania, Marjo.

W jego głosie nie było nawet cienia prowokacji, Marja zatęskniła za tym, w jednej 

chwili bowiem poczuła się taka niepewna.

-   Chciałem   cię   także   prosić   o   wybaczenie   za   moje   nazbyt   śmiałe   słowa,   źle 

postąpiłem. Wiem, że jesteś zacną kobietą, twój mąż może być z ciebie dumny.

Marja dostatecznie panowała nad sobą, by dostojnie skinąć głową, ale coś wzbierało w 

background image

jej piersi, chciała niemal splunąć. On nie taki powinien być, nie tak powinien do niej mówić, 

szacunku graniczącego z ubóstwieniem dość okazywano jej na co dzień.

Wyciągnął do niej teraz rękę, choć właściwie miała ochotę ją uderzyć, podała mu 

dłoń. Na miłość boską, pocałował ją w rękę, tak jak wystrojeni w koronki baronowie, o 

których opowiadała Nadjana! Widać i on nauczył się czegoś w Kopenhadze. Zaraz też podjął 

tym samym obrzydliwie uprzejmym tonem:

- Wyrazy  szacunku, piękna  pani,  i najszczersze  podziękowania  za  to, co zrobiłaś. 

Winien ci chyba jestem życie.

- Być może - prychnęła Marja, przyciągając rękę do siebie. - Ale twoje życie i tak ma 

dosyć niepewną wartość i zapowiadam, nie przychodź tu znów i nie oczekuj, że będę cię 

łatać, jeśli nie zachowasz większej ostrożności!

Tylko tak mogła wyrazić ściskający ją za serce lęk, który odkryła zaskoczona. Ten 

człowiek wiódł niebezpieczne życie, nie miał szans na to, by dożyć sędziwego wieku.

Badała jego oczy, szukała bezwstydu, który tak ją rozpalił, lecz go tam nie znalazła. 

Poczuła ciężar na piersi, jakiś niezwykły smutek.

- Jesteś bardzo szczególną kobietą - stwierdził. Ciężar zapadł jeszcze głębiej, uwierał 

niczym gorący kamień w jej wnętrzu. Wargi jej zadrżały, wiedziała bowiem, że Niels mówi 

teraz szczerze. Wybrał najłatwiejszą drogę ucieczki od intymności, którą w tak prosty sposób 

przywołał między nimi.

-   I   to   ty   mówisz,   Kvithovud?   Ty,   za   którym   ciągną   się   wszystkie   te   historie   z 

kobietami? Ileż to uszu słyszało podobne wyznanie? Nie jestem głupia, mój dobry człowieku, 

na pewno nie jestem głupia i taka gadka nie zrobi na mnie wrażenia, Bawidamek!

- Rzeczywiście, nie robi na tobie wrażenia - powtórzył z uśmiechem, wciąż jednak bez 

wesołości   w   oczach.   -   Mój   Boże,   Marjo,   potrafisz   odsunąć   moje   słowa   jak   wiatr,   który 

porywa siano, ale wiedz, że nigdy nie spotkałem kobiety takiej jak ty. Twoja siła mogłaby się 

równać z moją...

Marja przełknęła ślinę, nie chciała zrozumieć wagi usłyszanych słów. O tak szczerym 

wyznaniu z ust Nielsa Kvithovuda mogłaby marzyć każda kobieta, lecz jej, Marji, sprawiło 

ono rozczarowanie. Czuła się nieswojo, nie miała do czynienia z bestią, która pojawiała się w 

jej snach. Brakowało jej władczości Nielsa, jego twardych dłoni, bezczelności. Okazywał jej 

teraz niesłychaną życzliwość, wokół ust pojawiła się miękkość niemal taka jak u Karla.

Być może to odgadł.

A może to ona postąpiła nagle o krok naprzód i odpowiedziała na jego szczerość, 

przyciskając wargi do jego ust.

background image

Nie   pojmowała,   jak   to   możliwe,   że   nogi   jeszcze   ją   niosą,   lecz   wreszcie   stanęła 

zamroczona w dużej sali dla chorych. Najwidoczniej wyrwała się z jego objęć, a może sam 

pozwolił jej odejść.

Nie,   to   niemożliwe.   Twarz   piekła   tam,   gdzie   podrażniły   ją   jasne   kępki   zarostu, 

szczególnie na policzkach zwilżonych słoną cieczą. Marja ukryła twarz w dłoniach, całe ciało 

wbrew jej woli zaniosło się krzykiem sprzeciwu, szalonym protestem. Na piersiach wciąż 

czuła   nacisk   jego   silnych   dłoni,   które   zdarły   stanik   sukni   niemal   do   łokci.   Na   brzuchu 

wyczuwała wspomnienie owej niebezpiecznej twardości, jego męskość.

To na pewno on pochwycił ją akurat w momencie, gdy myśli się wyłączyły, a ciało 

zmieniło w magnes.

Jego usta były równie stanowcze jak we śnie, otaczające ją ramiona ściskały z taką 

samą mocą, był w stanie objąć ją całą. Marja nie należała do niskich kobiet, lecz on i tak 

uniósł ją z ziemi, podwajając tym  samym  poczucie bezradności i oszołomienia. Była  jak 

złapana w pułapkę, szła za jego ruchami, ułożyła się pod nim na pocerowanej derce, którą 

sama kiedyś łatała i zszywała. On był wszędzie, usta nie zadowoliły się smakiem jej warg. 

Silna dłoń wplątała się nagle we włosy, zmusiła do spokoju, pokazując, że nie ma już drogi 

odwrotu, jak wtedy gdy jagnię zabłąka się do gawry przebudzonego niedźwiedzia i silne pa-

zury wbiją się w miękką wełnę.

Nie, nie jagnię, lecz młoda, spragniona przygód samica rysia.

Także ofiara, pozbawiona szans wobec ataku drapieżnika.

Ukąsił ją w szyję.

Marja próbowała utrzymać wzrok na świetle bijącym z okien, błagając niebo, by nikt 

w tej chwili tu nie wszedł. Drzwi, w których on zniknął, wciąż kołysały się w przeciągu na 

zawiasach. Powietrze z dworu chłodziło jej twarz, policzki nie płonęły już takim ogniem, lecz 

wiatr nie docierał do pożogi szalejącej pod jej skórą. Bała się, że ogień wkrótce ją strawi.

On zdążył zwilżyć jej ramiona ustami, posmakować krwi perlącej się na szyi, gdy 

poczuł na piersi jej równie niebezpieczne zęby. Marja wcisnęła się w twarde podłoże, jej ręce 

zarazem przyciągały go i odpychały, uda napinały się, jak gdyby chciały go odrzucić, lecz już 

w następnej chwili zacisnęły się wokół niego w śmiertelnym uścisku. Zachowywała się jak 

wygłodzone zwierzę, chociaż strawa, jaką jej zaofiarował, była gorsza od trucizny. Mimo to 

jednak pragnęła się nim sycić, chciała, by wypełnił ją po brzegi, chciała poczuć, że jej ciało 

po raz pierwszy nie jest głodne. Wszystko inne przestało mieć znaczenie.

Dopiero kiedy zerwał z niej spódnicę, odsłonił brzuch i uda, gdy jego skóra zapłonęła 

ogniem przy jej skórze, opamiętała się w krótkiej chwili dojmującego poczucia winy.

background image

W ostatnim przebłysku świadomości, niczym u umierającego człowieka, szarpnęła go 

za włosy, by uwolnić się z jego objęć. Wyczuł rozpacz jej oporu, lecz nie puszczał.

- Nie! - krzyknęła.

Niels pojął powagę i ostrzeżenie w głosie Marji, mimo to jednak nie był w stanie 

spełnić jej żądania.

Przytrzymał ją, znów przycisnął usta do jej warg, postanowił ryzykować z nadzieją, że 

słowo, które wydarło się z jej gardła, było jedynie częścią gry. Prędko przesunął się w inne 

miejsce, lecz nie wypuszczał jej dłoni z uścisku, twarz opuściła się w dół, drapiąc delikatną 

skórę między piersiami i dalej w dół brzucha.

Marja wpadła w panikę.

Niczym ranna rysica zgięła się wpół z imponującą siłą i sprężystością. Potoczył się w 

tył, ciągnąc ją za sobą. Znów ukąsiła, tym razem po to, by zabić. Korzystając z zaskoczenia 

wywołanego atakiem, wyrwała mu się, dłońmi zasłaniając piersi. Musiał ją puścić.

Na szczęście wiele mogę znieść, pomyślał Niels z goryczą, czując, jak krew pulsuje 

mu  w   lędźwiach,  i  patrząc   na  dwie  rany  na  brzuchu.  Jedna  z   nich,  ta   głębsza,   była  już 

zamknięta, druga, powierzchowna, broczyła krwią. W skórze odcisnęły się dwa półksiężyce, 

jej zęby. Iście piekielny ból był jednak niczym w porównaniu z żarem ogarniającym ciało.

Marja   była   tuż   przy   drzwiach,   rzucił   się   za   nią,   lecz   już   w   momencie   skoku 

zorientował się, że jest za późno. Z głośnym przekleństwem złapał swój worek, spodnie i 

kapelusz i wyminął ją jednym susem.

Bez pożegnania.

Nie poświęcił nawet chwili, by pozdrowić Gundę, nie miał odwagi się z nią żegnać, 

wiedział bowiem, że kucharka jest przyjaciółką Marji.

Pognał w stronę wody, ku grupce zagród przy przystani, tam podobno był zajazd. Jeśli 

szczęście będzie mu sprzyjać, znajdzie kogoś, kto zgodzi się przewieźć rannego przywódcę 

buntowników na otwarty fiord.

Parł  do  przodu, ani  razu  nie   odwrócił   głowy,  pragnął  wymazać   z  oczu  jej  obraz, 

ostatnie   wspomnienie,   jak   potykając   się   uciekała   przed   nim.   Niczym   zranione   zwierzę 

wymykała się z pułapki, którą sama sporządziła, lecz w oczach miała siłę stu mężczyzn.

Tym razem zwyciężyła.

Niels przyspieszył kroku. Pragnął zmusić swe ciało do posłuszeństwa, lecz wargi i 

zęby Marji zostawiły na jego skórze piętno, od którego nie przestawały się rozchodzić po 

lędźwiach palące promienie.

Gdy miał już za sobą pola, oddzielające ich od siebie coraz bardziej, z każdym coraz 

background image

szybciej stawianym krokiem nabierał pewności:

Musi tu wrócić.

Marja Oppdal dała temu wszystkiemu początek i nie zamierzał pozwolić, by to ona 

zdecydowała o końcu. Własnym pożądaniem zawiązała osnowę, a teraz tkanina musi zapełnić 

się jego wzorem i wybranymi przez niego barwami. Wszak ona była tylko kobietą, nie mógł 

przyjąć niepewności, jaką napełnił go stawiany przez nią opór, nie mógł pozwolić, by prosta 

wieśniaczka zachwiała jego niezmiennym jak góry przeświadczeniem o własnej mocy.

Jeszcze tu wróci.

Ślad po ukąszeniu Marji piekł go nawet wiele godzin później, gdy siedział w łodzi, 

przyglądając się żaglom wydymanym przez wiatr.

Z daleka widział Wdowią Zagrodę, lecz Vildegard kryło się za drzewami.

Ptaki   krążące   nad   jego   głową   pod   szarym   wiosennym   niebem   wykrzykiwały 

ostrzeżenie.

Czyżby to ona je przysłała?

background image

ROZDZIAŁ VI

Akurat kiedy ludzie nabierali już otuchy, a promienie słońca stopiły ostatnie zaspy 

śnieżne na polu zagrody Nigard, zima pokazała, że nie została jeszcze pokonana.

Duże płatki śniegu od nowa zatańczyły w powietrzu, które zaledwie przed dwoma 

dniami było już przedwiosennie łagodne. Nadciągnęły gniewne chmury, a nad fiord nadpełzł 

znów szary mrok i woda utraciła szmaragdową barwę. Kwiecień, odległy zaledwie o kilka 

dni, nie przyniesie zielonych łąk i zakwitających brzegów strumieni. Tego roku oznaczać miał 

przedłużoną udrękę, mroczny głód i przemoczone wełniane ubrania.

Być   może   pogoda   nie   była   tego   powodem,   a   może   jednak?   W   niskich   ciemnych 

kojcach   w   wioskowych   oborach   zaczęły   przychodzić   na   świat   jagnięta   bez   iskry   życia. 

Wieśniacy   wynosili   zdechłe   chude   zwierzęta   do   dołów   za   oborą,   później   oczyszczali   się 

modlitwami   i   ogniem,   stojąc   wśród   zamieci   spluwali   na   świeżo   rozkopaną   ziemię.   W 

niektórych zagrodach przeżywała zaledwie ósma część przychówku, nawet dorosłe zwierzęta 

musiały się poddać.

Wściekła zaraza?

Przekleństwo?

Urok?

Ludzie   kulili   się   w   sobie,   bo   równie   złych   znaków   jak   te,   które   pojawiły   się   tej 

wiosny, rzadko doświadczano. Do czysta wyskrobywali dna beczek ze zbożem, aż wreszcie 

do garnka trafiało więcej wiórów niż ziarna. Po jagniętach przyszła kolej na dzieci.

W  ciągu  dwóch  niedziel,  kiedy odbywały  się  nabożeństwa,  w  ziemi  cmentarza   w 

Lyster pochowano dziewięcioro dzieci. Dwoje z nich ułożono w zesztywniałych ramionach 

Sigrid Dale, miały spocząć wraz z nią. Troje towarzyszyło do grobu staremu Vika - Johsowi, 

pozostałe   miały   osobne   mogiłki   w   skutej   mrozem   skorupie   i   własne   trumienki   z   nie 

heblowanych desek.

Marja   naprawdę   wierzyła,   że   mała   Astrid   przetrzyma,   że   polewka   ze   słodkim 

mlekiem, miodem i płatkami zbożowymi przywróci siłę czterolatce z Solgarden.

Pewnego   dnia   o   wczesnym   poranku,   kiedy   Marja   półprzytomna   po   kolejnej 

nieprzespanej nocy doczłapała do Vildegard, matka już czekała z dziewczynką. Pierwsza w 

kolejce, ze spuszczoną głową, przyciskała do siebie ciałko dziecka, Marja zauważyła jedynie 

kosmyki włosów przy szyi matki. Brunatna chusta chroniła je obie, nie dawała jednak osłony 

przed  wiatrem.  Marja  zagoniła  wszystkich   czekających   do  stodoły,   tam   przynajmniej   nie 

wiało.   Mogli   chwilę   odpocząć,   chociaż   z   ubitych   kul   siana   pozostało   już   tylko   parę 

background image

wystrzępionych kupek w kącie.

Gospodyni   z   Solgarden   była   młoda,   miała   gładką   cerę,   nie   skończyła   jeszcze 

dwudziestu lat. Być może nie znała prawdy o przeszłości swego rodu, lecz w oczach widniał 

cień wstydu.

Czy wiedziała, jaki zawód sprawiono matce Marji?

Czy wiedziała, jak Solgarden opuściło przyjaciółkę, gdy zaczęły się jej kłopoty?

Czy wiedziała, że Maria poszła tam i spotkała się tylko z uprzejmą obojętnością?

Teraz gospodyni z Solgarden stała z dzieckiem w objęciach, stukając do drzwi Marji.

Marja czuła pulsowanie krwi, gdy otwierała drzwi i wpuszczała potrzebujących do 

środka, jednego za drugim.

Mała   Astrid   Johanne   Emilie   Johnsdatter   Solgarden   nie   cierpiała   na   żadną   rzadką 

chorobę, dziecko było po prostu wygłodzone. Marja wypytywała ostrożnie, wiedziała, jak 

ważne jest, by nie obnażać całego ludzkiego upokorzenia. Zorientowała się jednak, że na 

Solgarden i mali, i duzi przeszli ciężką zimę. Ziarno skończyło  się jeszcze przed Bożym 

Narodzeniem, kapusta w piwnicy zgniła, dwie z trzech krów padły, zapewne dlatego, że pasza 

po   bezbożnie   wprost   suchym   lecie   była   wyjątkowo   niedobra.   Gdy   zjawili   się   poborcy 

podatkowi, oznajmiając nowe cyfry i stawiając nowe żądania, nie było dość masła ani soli, by 

zapłacić. Srebro z kufrów skończyło się już poprzednim razem, teraz pozostało jedynie kilka 

ukrytych   głęboko   talarów.   Wójt   groził,   że   zagroda   pójdzie   pod   młotek,   nawet   sam 

zaofiarował się, że ją przejmie, by mogli spłacić należny podatek na wojsko. Ocaliła ich stara 

babka, miała jeszcze srebrną, pozłacaną broszkę. Dzięki temu ludzie wójta trzymali  się z 

daleka, przynajmniej do tej pory. Gdy przyszli ostatnio, zabrali ziarno na siew. Trzeba było 

sprzedać część mebli, tak samo piękne gobeliny babki, a nawet najnowszy miedziany imbryk.

Młoda gospodyni wypłakiwała się przed Marją, która słyszała podobne historie już sto 

razy wcześniej, lecz i tak nie pozostała nie poruszona. Wzięła dziecko na kolana, pozwalając, 

by matka otarła oczy krajem chusty. Mokre plamy świadczyły o tym, że nie pierwszy raz 

wsiąkają w nią łzy.

- Dlaczego nie przyszliście tutaj, Johanno? Pytanie Marji padło bez tonu wyrzutu, 

łagodnie i delikatnie niczym muśnięcie skrzydeł motyla.

Z ciemnych oczu Johanny spływały po policzkach wilgotne strumyki aż do ust, wokół 

których pojawiły się delikatne zmarszczki.

- Ja chciałam, ale Ivar, teść, się sprzeciwiał. Mówił, że my, w Solgarden, mamy coś 

nie dopowiedzianego z wami w Oppdal.

Marja powoli skinęła głową.

background image

- Czy on wie, że tu jesteś? Kobieta zaszlochała.

-   Nie...   ale   malutka   umiera.   Wykradłam   się   nocą,   stałam   tu   i   czekałam,   może 

przynajmniej do obiadu nie zauważą, że mnie nie ma.

Marja rozchyliła chustę. Przypuszczała, że dziecko śpi, ono jednak patrzyło na nią, 

chociaż nie mogło zatrzymać spojrzenia w jednym miejscu.

- Ile ona ma lat? Dwa? Trzy?

- Cztery skończy latem, jeżeli... Marja rozumiała. Dziewczynka miała jasne jak len, 

cienkie włosy,  ale na czaszce widniały duże, bezwłose plamy.  Półotwarte usta odsłaniały 

krótkie, nierówne zęby. Na Solgarden najwidoczniej od dawna nie powodziło się najlepiej.

-  Na  pewno  postawimy   ją  na   nogi,  Johanno.  Zrobię   dla  was   wszystko,  co   mogę, 

obiecuję. Wiem, że ciężko ci było tu przyjść, i bardzo to szanuję.

- Jeśli ona umrze, to i tak na nic się to nie zda. Wtedy nie będę miała nawet domu, do 

którego   mogę   wrócić.   Sprzeciwiłam   się   im...   Ale   może   teściowa   przebaczy,   jeśli   mała 

wyżyje.

Marja zaniosła dziecko bliżej paleniska i tam je rozebrała. Nauczyła się przestrzegać 

tego zwyczaju, wszyscy pacjenci cierpiący na niewyjaśnione choroby musieli być rozebrani i 

zbadani, na wszelki wypadek. Na wypadek zarazy. Ludzie byli przecież teraz tacy słabi, po 

dwóch zimach głodu i równie pozbawionych pociechy latach zaraza zniszczyłaby całą wieś, 

pomyślała Marja, czując, jak ramiona pokrywają jej się gęsią skórką.

Na małym ciałku nie było jednak ani śladu wysypki, ale dzieciak okazał się tak chudy, 

że Marję znów przeszły ciarki. Tylko brzuszek sterczał, napięty i obolały. Ręce i nogi były 

niczym   kości   obciągnięte   jedynie   cieniutką   warstewką   skóry.   Zebra   wystawały   jak   u 

wyklutego właśnie pisklęcia, oczy spoglądały z głębokich ciemnych dołów, rzęsy wypadły.

Matka znów zaniosła się płaczem. I ona sprawiała wrażenie całkiem wycieńczonej. 

Sama była chuda jak szczapa.

- Idź do Gundy, przypuszczam, że gotuje już owsiankę. Co prawda starczy po trochu 

dla wszystkich, ale ty nie powinnaś być ostatnia w kolejce.

Kobieta   wyszła   z   wahaniem,   w   spojrzeniu   posłanym   córeczce   było   zbyt   wiele   z 

pożegnania.

Dziecko łapczywie piło cienką zupę, w oczach zabłysły mu iskierki życia, Marja miała 

nadzieję, że to dobry znak. Dodała do zupy szczyptę suszonych listków glistnika jaskółczego 

ziela,   ono   delikatnie   oczyści   małe   ciałko   i   sprawi,   że   żółć   znów   będzie   się   wydzielać. 

Dziewczynka dostała też trochę kminku i arcydzięgla i kilka czarnych jagód w napoju, żeby 

pomogły jej w utrzymaniu jedzenia.

background image

Zwróciła jednak zupę.

Marja   dolała   do   pożywienia   jeszcze   trochę   wody,   dodała   maleńką   dawkę   arniki 

górskiej i sok z lipy. Może to zdoła uspokoić mały wyschnięty żołądek?

Niestety, wszystko się powtórzyło, z dziewczynki o mało nie wyszły całe wnętrzności. 

Marja nie na żarty się wystraszyła, widząc jej spojrzenie; żółty blask w oczach Astrid był 

oznaką zbliżającej się śmierci.

Mięśnie brzucha wciąż nie dawały spokoju ciałku czterolatki, dręczyły ją, chociaż 

żołądek był już pusty. Dziecko było zbyt wycieńczone, by reagować na ból, ale po wielkich 

rozszerzonych oczach Marja poznała, że bardzo cierpi.

Stanęła   ze   słoiczkiem   oznaczonym   trupią   czaszką,   zawierał   silnie   działającą 

mieszankę belladony, sporyszu i czarnego bzu. Podawała ją zwykle ludziom cierpiącym na 

niebezpieczne konwulsje albo starszym,  dotkniętym  niedomaganiem serca, mięśnie się od 

tego   rozluźniały,   ciało   uspokajało   się,   mogło   zebrać   siły.   Środek   uśmierzał   również   ból, 

niemal równie skutecznie jak cudzoziemskie opium z dalekich aptek.

Jedna łyżeczka wystarczała dla dorosłego. Dwie mogły zabić.

Marja nabrała szczyptę brunatnego proszku i wolno rozpuściła ją w dużej łyżce  do 

zupy.

Dziecko wypiło, nawet nie skrzywiło ust pomimo gorzkiego smaku.

Marja czuła echo uderzeń serca dziewczynki jak ledwo wyczuwalny palcami rytm. 

Siność nabrzmiałych żył na chudziutkim nadgarstku kontrastowała z żółtobiałą skórą.

Za plecami usłyszała kroki, to na pewno matka.

Dobrze, powinna tu być w godzinie, gdy zadecydują się losy dziecka.

Dopiero teraz Marja zauważyła siniaki na przedramionach kobiety, widziała również 

ślady dawnych ran na czole i żółtozielony pierścień otaczający oko.

Usiadły   razem,   chociaż   Marja   kilkakrotnie   wybiegała   z   izby,   bo   ktoś   akurat   jej 

potrzebował. Chciała jednak być tutaj, przy dzielnej matce i jej pozbawionym sił dziecku.

- Wygląda lepiej - powiedziała Johanna przez łzy, a wdzięczność i nadzieja bijąca z jej 

oczu ugodziły Marję prosto w serce. - Już jej pomogłaś, jesteś wspaniała, prawdziwy anioł.

- Cicho, Johanno, na razie jeszcze nic nie wiadomo - szepnęła Marja.

Nie podobał jej się nierówny puls dziecka, wiedziała jednak, że lekarstwo właśnie tak 

działa.

- Ona już nie cierpi - powiedziała uszczęśliwiona matka.

Przynajmniej tym słowom Marja mogła przyświadczyć.

- Ach, dziękuję ci, dziękuję, nie potrafię powiedzieć, jak trudno było patrzeć na jej 

background image

ból... Niekiedy myślałam, że powinnam ją od niego wyzwolić, ale ponieważ ciotka zmarła w 

połogu, a nasz Johannes także odszedł... od tamtej pory mój Ola nie jest sobą.

Drżącą ręką dotknęła sińca wokół oka.

Marja przymknęła powieki, kielich z wolna się przepełniał, wkrótce ból wyleje się z 

niego, doprowadzając ją do szaleństwa, ból i cała reszta.

W czasie ich rozmowy dziecko przestało oddychać.

Pierwsza zauważyła to Johanna, rzuciła się w stronę córeczki, lecz ciało w pół ruchu 

opamiętało   się   i   z   powrotem   opadło   na   krzesło.   Marja   usłyszała   tylko   krótki   szloch,   a 

spodziewała   się  zawodzenia  i   przeraźliwych  oznak   boleści,   oczekiwała  gróźb,  oskarżeń   i 

rwanych z głowy włosów.

Ale   kobieta   jedynie   skuliła   się   w   sobie,   zwinęła   jak   wyżęta   ścierka.   Wąskimi 

kościstymi dłońmi gładziła buzię dziewczynki, wreszcie wstała niezdarnie, chwiejnie zrobiła 

kilka kroków i zatrzymała się na środku izby.

- Jestem teraz sama, całkiem sama. Cała izba wstrzymała oddech wraz z dzieckiem. 

Marja poczuła pierwsze krople spływające z kielicha w jej wnętrzu niczym krople kwasu 

drążącego trzewia. Niby echo z jej oczu popłynęły łzy.

- Zostaniesz tu, Johanno, tutaj wielu potrzebuje dzielnej kobiety jak ty.  Potrzebna 

jesteś mnie.

Objęły się, teraz miały śmiałość, by wypłakać swój ból.

Dobrze   było   u   Nadjany.   Zdumiona   Johanna   szeroko   otworzyła   oczy,   choć   żal   i 

rezygnacja   przysłaniały   jej   wzrok   niczym   mgła.   Nie   mogła   zrobić   nic   innego,   jak   tylko 

wyciągnąć   rękę   i   delikatnie   głaskać   piękne   przedmioty,   które   baronówna   sprowadziła   do 

swego domu.

Nadjana krzątała się wokół nich, ugotowała słodką kawę, częstowała słodyczami  i 

suszonymi   owocami.   Marja   jadła   i   zachęcała   Johannę,   obie   potrzebowały   zbawiennego 

działania cukru.

Karl spędzał z nimi ten pierwszy wieczór. Zawsze gdy Marję dopadały owe niezwykłe 

ataki   płaczu,   na   twarzy   wypisany   miał   strach.   Tym   razem   radził   sobie   lepiej,   rozumiał 

bowiem   powód   łez.   To   potrafił   przyjąć,   mógł   nawet   uczestniczyć   w   żałobie,   rozumiał 

poczucie beznadziejności, wiedział, że głód powoli, lecz skutecznie niszczy wioskę.

- Nie tylko tutaj tak się dzieje - oświadczył schrypniętym głosem - nie tylko tutaj, cały 

kraj jest w ruinie, słyszałem o miejskich dzieciach, które nie dostają mleka, i o ludziach, 

mieszkających wysoko w górach, którzy od suszy i mrozu z wolna niszczeją jak one. Wydaje 

mi się, że to koniec, chyba nasz Pan stracił już cierpliwość do nas, marnych ludzi.

background image

Marja uścisnęła go za rękę w kruchej próbie dodania mu otuchy, lecz sama miała jej 

jakże mało.

- Coś musi dać się z tym zrobić - stwierdziła Nadjana ledwie słyszalnie.

- Sądzisz, że ja o tym nie myślę? - odparła Marja z ponurą miną. - Ale nie potrafimy 

nic poradzić i właśnie to jest takie okrutne. Kolejki pod drzwiami z dnia na dzień stają się 

coraz   dłuższe,   a   ciastka,   które   rozdajemy,   oznaczają   tylko   kilka   dodatkowych   tygodni 

cierpienia, po których ludzie wreszcie i tak się poddają.

- Ale słudzy wójta są tłuści - zauważył Karl z goryczą, patrząc przy tym na Marję.

Wiedziała, o czym myśli  mąż. Nazwisko, które miał na końcu języka, paliło ją w 

ostatnim czasie we dnie i w nocy. Teraz, słysząc słowa Karla, ośmieliła się wreszcie wy-

powiedzieć je w jego obecności.

- Niels Kvithovud, on jest nadzieją wielu ubogich.

Karl uderzył pięścią w stół.

Nadjana drgnęła przestraszona, obawiała się chyba o swój serwis, a może nawet i o 

kruchy mebel.

- Do diaska, pokażemy, że mamy śmiałość, by go poprzeć! Marjo, sprzedajmy kilka 

zagród, zastawmy trochę srebra, kupmy za to strzelby,  noże, żeby uzbroić tych, którzy z 

każdym dniem tracą siły i odwagę. Dajmy im broń do ręki, Marjo, a może wtedy uwierzą w 

siebie.

Trzy kobiety nie spuszczały z niego oka, jedna rozjaśniła się ufnie, dwie pozostałe 

miały na twarzy jedynie smutek.

- Ja też się w to włączę - oświadczyła podniecona Nadjana. - I ja mam parę rzeczy, bez 

których mogę się obyć.

Marja westchnęła ciężko, Johanna zaś jakby była nieobecna, kręciła na palcu srebrny 

pierścionek, który dostała w dzień zaślubin.

- Nie chcę patrzeć, jak moje dzieci umierają u stóp pachołków wójta. Mogę troszczyć 

się  o cudzych  zagłodzonych  malców,  mogę  się  poświęcać,  pracować   dzień  i  noc, by  im 

pomóc, ale własnego syna nie złożę w ofierze. I ty także nie, Karlu.

Karl  zarumienił  się zawstydzony,  nie  miał  wcale  zamiaru dawać  strzelby Karlowi 

Martinowi, raczej w innych chłopcach widział żołnierzy buntowników.

- Broń niczego nie rozwiąże - odezwała się Johanna, włączając się w rozmowę równie 

nagle, jak przedtem się z niej wyłączyła.

Marja popatrzyła na nią z uznaniem, ta kobieta była dzielna i miała swoje ideały. Oto 

potrafi zaledwie w kilka godzin po śmierci córeczki przemawiać na rzecz pokoju.

background image

-   To   ty  kroczysz   drogą   do   zwycięstwa,   Marjo.   Aby  zwalczyć   te   udręki,   potrzeba 

jedzenia, troski i miłości. Dzielisz się tym, co masz, i to jest nasz ratunek. Walka prowadzi 

tylko do szybszej śmierci.

- Ale co robić, kiedy już nie ma czym się dzielić? - spytał Karl grobowym głosem. 

Żadna mu nie odpowiedziała.

Jeszcze   tego   samego   wieczoru   Marja   zastała   go,   jak   wyjmował   obijaną   srebrem 

szkatułkę   pełną   dokumentów   własności,   starannie   poskładanych   papierów   i   ciężkich 

poczerniałych monet.

Ułożył je w dwóch stosikach, spostrzegła, że w świetle lampy twarz mu promienieje.

Było   w   nim   zdecydowanie,   przywołujące   dobre   uczucia.   Kochany   Karl,   jakiejż 

niesprawiedliwości dopuściła się wobec niego! Oby nigdy nie poznał myśli, które krążyły jej 

po głowie, gdy sen brał ją w swe objęcia. Oby nigdy nie dowiedział się o jej tęsknotach, 

związanych z tym niezwykłym, przerażająco namiętnym buntownikiem.

Podeszła do męża, pogładziła go po włosach, po twardych mięśniach pleców. Jej Karl 

nie był szczególnie rosły, a już na pewno nie przy jasnowłosym olbrzymie z Sogndal. Ale był 

żylasty,  wytrzymały jak postronki z wierzbowych witek, które zwykle przygotowywał  do 

wiązania  stosów  drewna   nawet  teraz,  kiedy  był  dość  bogaty,   by  wyznaczyć   ludzi  do  tej 

roboty.

Tym razem ulżyło jej szybciej, już po dwóch dniach odpoczynku poczuła, że nacisk w 

piersiach ustępuje. Słone łzy wciąż płynęły jej z oczu, a żrąca rozpacz tkwiła głęboko, nie 

była jednak już tak czarna jak w najczarniejszych chwilach.

Uchwyciła  się dobroci kiełkującej w jej sercu, przytrzymała ją mocno, smakowała 

wszystkimi zmysłami.

Dziś   wieczorem   być   może   znów   będzie   ze   swym   mężem,   bez   budzących   wstyd 

obrazów, bez niebezpiecznego pożądania człowieka, który miał śnieg we włosach.

Amelia   należała   do   tych,   którzy   najciężej   przeżywali   spadające   na   okolicę 

nieszczęścia. Gdy bicie kościelnych dzwonów znowu żałośnie poniosło się ponad pokrytą 

brudnym   śniegiem   ziemią,   dziewczynka   znieruchomiała   na   stołku,   zapominając   nawet 

podnosić   do   ust   łyżkę   z   jedzeniem.   Marja   szturchnęła   ją   delikatnie,   poprosiła,   by   jadła. 

Benjamin   popłakiwał,   i   jemu   nie   podobał   się   ten   dźwięk,   przede   wszystkim   dlatego,   że 

Amelia zrobiła się taka dziwna.

- Bóg zabrał do siebie jeszcze jednego biedaka. Marja patrzyła na córkę, niebieskie 

oczy spoglądały zbyt poważnie jak na dziecko. Kruche ciało Amelii co prawda zaczęło się już 

zmieniać, lecz i tak daleko jej jeszcze było do kobiety. Tylko względem Benjamina pełniła 

background image

obowiązki matki, cała sprawa posunęła się już tak daleko, że nikt nie śmiał nawet zastąpić 

dziewczynki.   Musiała   być   przy   nim,   kiedy   się   budził,   karmiła   go,   ubierała,   myła, 

podtrzymywała, kiedy uczył się chodzić, pocieszała, gdy upadał. Nie miała bodaj godziny 

spokoju, lecz nigdy się na to nie skarżyła, przeciwnie. Nazywała samą siebie żywym aniołem 

stróżem Benjamina. Marji nie bardzo się to podobało. Dzieciństwo dziewczynki było już na 

zawsze   stracone,   teraz   zaś,   jeśli   nic   się   nie   zrobi,   groźny   cień   zawiśnie   także   nad   jej 

młodością.   Nieprzyjemna   myśl   nie   dawała   Marji   spokoju,   niekiedy   żałowała   nawet,   że 

ustąpiła Karlowi i przyjęła Benjamina pod swój dach. Owszem, kochała go, potrafił naprawdę 

zauroczyć, lecz wobec szczęścia córki Benjamin nie znaczył dla niej aż tak wiele. Amelia 

była jej najdroższa, chociaż wpadała w zupełnie niezrozumiałe dla niej nastroje i różniła się 

od matki i wyglądem, i usposobieniem.

- Szkoda ci tych, którzy umierają? - spytał Amelię Karl Martin.

Siostra bliźniaczka pokręciła głową, wzięła do ust z łyżki nieduży kawałek kapusty z 

zupy, przeżuła.

- Nie, tych mi nie szkoda, bo Bóg przyjmie ich do siebie, jeśli byli tutaj dobrzy. A 

dzieci na pewno idą do nieba, w każdym razie te najmniejsze, bo przecież one nie zrobiły nic 

grzesznego.

Karl   Martin  uśmiechnął   się  leciutko.  Marję  zirytowała  na  wpół  rozbawiona  twarz 

syna. Najwidoczniej nie darzył wielkim szacunkiem religijnych przemyśleń siostry.

- Pastor mówi, że wszystkie dzieci przychodzą na świat z grzechem - zauważył krótko 

i dalej jadł zupę, słone mięso i chleb z masłem. Karl oddawał zwykle synkowi co najmniej 

połowę swego mięsa, w dodatku najlepsze kawałki.

- W tym domu nigdy szczególnie nie słuchaliśmy księży - rzekła Marja, a mąż posłał 

jej karcące spojrzenie. Było w nim również wiele miłości.

- Ja już dziękuję - powiedziała  Amelia. - Wydaje mi  się, że Benjamin potrzebuje 

pomocy.

Pomogła mu zejść ze stołka, wyszczerzył zęby w uśmiechu, trzymając się za brzuch. 

Wyraz jego buzi wystarczał za całą przemowę, musieli spieszyć się do wygódki.

-   Ten   dzieciak   się   zamęcza   -   cicho   zauważyła   Marja,   kiedy   Karl   Martin   również 

podziękował za jedzenie i wyszedł z izby. Karl cmoknął i lekko wzruszył ramionami.

- Sama tego chce...

- To nie może dłużej tak trwać. Wkrótce już będzie dość dorosła, by poznać inny 

świat, wkrótce zjawią się zalotnicy...

- Wkrótce? Będą musieli poczekać, przynajmniej dopóki nie skończy siedemnastu lat, 

background image

a to jeszcze dużo czasu.

- A ty czekałeś, aż dziewczyny skończą siedemnaście lat? - spytała Marja ostro.

Karl zaczerwienił się.

- Nie wiedziałem, ile masz...

- Miałam prawie siedemnaście. Karl kawałkiem chleba starannie wycierał talerz.

-   Lecz   być   może   były   inne...   -   Marja   mówiła   w   napięciu,   z   przebudzonym 

zaciekawieniem.

Karl   zachował   się   tak   jak   syn,   podniósł   się   gwałtownie,   uprzejmie   dziękując   za 

jedzenie, prawą ręką złapał leżącą na stole czapkę i już był za drzwiami. Marja za jego pleca-

mi zaśmiała się życzliwie, ale żałowała, że jej troska o Amelię znów się rozmyła. No cóż, 

jeszcze przez pewien czas można poczekać. Najbardziej przykre było to, że Amelii brakło 

czasu, by chodzić z nią do szpitalika, Marja wiele się pod tym względem po niej spodziewała. 

Pewnego dnia córka będzie musiała przejąć jej pracę, kiedy ona sama się już zestarzeje, 

chociaż na szczęście jeszcze do tego daleko.

Amelia miała talent, być może również ową szczególną zdolność, którą Kari pewnego 

dnia zdołała przebudzić w Marji, lecz która wkrótce wyparowała z niej niczym spirytus z 

drewnianej   miski.   Amelia   posiadała   również   instynkt   podpowiadający,   jak   powinna 

opiekować się ludźmi, nie brakowało jej także miłości ani współczucia.

Marja sama posprzątała ze stołu. Lina, widząc to, prychnęła pogardliwie, Marja lubiła 

jednak mieć zajęcie dla rąk, kiedy myśli zataczały zbyt szerokie kręgi.

Amelia to dobra dziewczynka. Pewnego dnia będzie musiała zetknąć się ze światem 

zewnętrznym,   będzie   musiała   stać   się   twardsza,   silniejsza,   inaczej   wszyscy   będą   ją 

wykorzystywać.

Tak jak my, szepnął chochlik w jej głowie.

Tak jak my ją wykorzystujemy, robiąc z niej potulną służącą w naszym zagmatwanym 

świecie.

Marja postanowiła, że należy coś z tym zrobić. Potrzebowała takich spraw, którymi 

mogła się zająć, potrzebowała całego mnóstwa problemów, które należy rozwiązać, i ludzi, 

którym trzeba pomóc. Nic jak to nie pomagało na odpędzenie niesfornych myśli. Nic nie było 

lepsze niż ciężka  praca  dla osoby,  której  w  bezsenne noce krążą przed oczami  zakazane 

obrazy.

Karl   sprzedał   Reine,   Vesleslstta   i   Nordstebu,   a   także   rybny   staw   przy   Dalselva. 

Teigane przekazał sąsiadowi, który od dawna wzdychał z zazdrością, pragnąc powiększyć 

swoje łąki i pastwiska. Dwa olbrzymie świeczniki z najmniejszej izby zawiózł na targ do 

background image

Kaupanger razem z najlepszymi kocami i kubkami z Wdowiej Zagrody. Marję na ten widok 

zabolało serce, pomyślała, że Antonowi mogłoby się to nie spodobać, ale i on przecież był 

przychylny ludziom. Marja przypuszczała więc, że zrozumiałby, jaka bieda zmusiła ich do 

pozbycia się wspaniałych przedmiotów.

Karl przywiózł do domu srebrne monety i ziarno.

Marja   zaraz   napiekła   swoich   twardych   suchych   ciastek,   które   jakby   natychmiast 

dostawały nóg. Później, z wiosną, Karl podejmował kolejne wyprawy, sprzedał wielki kufer, 

jedną ze starych Biblii i wszystkie suknie po Gjertrud i pierwszej żonie Antona. Prawie nic za 

nie nie dostał, wreszcie jednak żona kupca z Kaupanger zgodziła się dać trzy talary i kilka 

przypochlebnych słów.

Kiedy wrócił do domu na Wielkanoc, przywiózł nowiny.

Przypadkiem, niespodziewanie, spotkał Nielsa Kvithovuda.

-   Z   początku   wcale   go   nie   poznałem,   olbrzym   o   czarnych   włosach,   w   czarnym 

kapeluszu, ubrany w łachmany jak włóczęga, ale kiedy się do mnie odezwał i popatrzył tymi 

niebieskimi oczami, to zrozumiałem. Prosił, żebym cię pozdrowił i podziękował.

Marji dech zaparło w piersiach.

- Co więcej mówił?

-  Coraz  gorzej  się  dzieje,  również   i  tam,  cała   wieś  jest  niczym   beczka  prochu,  a 

Kvithovud to płomień. Słyszałem nowiny z Hallingdal, napływają zresztą ze wszystkich stron 

kraju. Ludzie się burzą, a urzędnicy czują strach. W Hallingdal wysłali dragonów przeciwko 

chłopom...

Marja zadrżała. Czyżby sprawy zaszły aż tak daleko?

- Ta wojna. Brat teraz walczy z bratem...

- I siostra z siostrą. Nielsowi towarzyszyła kobieta, Anna, tak ma na imię, ruda, w 

podartym ubraniu, ale temperament, jakich mało. Jest jego najbliższą zaufaną, wyznaczył ją, 

zdaje się, by poprowadziła lud, jeśli... No cóż, nie tak łatwo go dostaną. To dopiero śmiałek! - 

stwierdził Karl z uznaniem, lecz bez zazdrości.

Marja zamyślona pokiwała głową. Karl chrząknął lekko.

- On... chętnie przyjął od nas srebro. Powiedział jednak, że boi się tak otwarcie wieźć 

je z Kaupanger. Przywiozłem wszystko do domu, prosił, bym przesłał je przez posłańca do 

Sogndal za kilka tygodni.

Akurat w środku orki.

- Uznał, że najlepiej by było posłać kobietę. Gdybyś miała czas, to by, jego zdaniem, 

nie wzbudziło niczyich podejrzeń.

background image

Cóż   za   nieprawdopodobna   bezczelność!   Rozmawiał   uprzejmie   z   jej   mężem   i 

nakłaniał,   by   ten   wysłał   żonę   wprost   w   objęcia   uwodziciela!   Marja   nie   wiedziała,   jak 

zareagować, miała nadzieję, że jej twarz nie zdradza zbyt wiele.

-   Zobaczymy   -   powiedziała   zamyślona.   -   Jeśli   w   Vildegard   nie   będzie   za   dużo 

roboty...

Karl kiwnął głową. Oczywiście, to warunek. Jeśli nie, to może poślą Linę.

-  Dobry  pomysł   - podchwyciła   Marja.  - Ona  na  pewno  chętnie   zobaczy rodzinną 

wioskę.

background image

ROZDZIAŁ VII

Pięciu mężczyzn, wszyscy ubrani w kurtki z samodziału, koszule i długie spodnie. 

Wszyscy w ciężkich butach, trzej w schodzonych żołnierskich kamaszach.

W   maleńkiej   izdebce   wyczuwało   się   wilgoć   i   duchotę,   ogień   na   palenisku   nie 

poprawiał nastroju, przeciwnie, migotał w przeciągu, rzucając cienie na ludzi i sprawiając, że 

ich   ponure   twarze   wydawały   się   jeszcze   bardziej   posępne.   Mężczyźni   siedzieli   wokół 

krzywego stołu; w ciągu ostatnich lat nikt nie wydał ani grosza na naprawę pasterskiej chaty. 

Od zeszłego roku stała pusta. W zagrodzie nie było już krów ani owiec, których należało 

dopilnować.

Niels   przemawiał.   Chociaż   byli   wysoko   w   górach,   pokonali   trudne   do   przebycia 

usypiska głazów i niedostępne szczyty, mówił cicho. Był dobrym mówcą, wiedział, że można 

zniżyć  głos niemal do granicy słyszalności i w ten sposób przyciągnąć uwagę. Słuchacze 

utkwili oczy w jego twarzy, nawet na moment nie spuszczali z niej wzroku, chłonęli każdy jej 

grymas, każde płomienne słowo.

-   Wczoraj   zabrali   starego   dziadka   z   Lar   -   oznajmił   Niels.   Pozwolił,   by  słowa   na 

moment zawisły w powietrzu, i podjął z nie pozbawioną dramatyzmu goryczą: - Przywiązali 

go do drzewa na Księżym Wzgórzu i bili końskimi batami, aż zemdlał i musiano go zanieść 

do domu jak zarżnięte zwierzę. On ma ponad sześćdziesiąt lat, żona zmarła w zeszłym roku, 

synowie harują dla innych, a i tak nie są w stanie uzbierać dość, by nakarmić swoje kobiety i 

dzieci. Wszystko, co im zostało, zabrali poborcy podatkowi. Niewiasty chodzą teraz na żebry, 

jedna z nich wybrała się do Fjora i zajmuje się tym obskurnym handlem, jaki się tam uprawia.

Krótka   przemowa   nie   powiedziała   im   nic   nowego,   lecz   Niels   i   tak   osiągnął 

zamierzony skutek.

- Zdarli staremu skórę z pleców, wygnali jego synów z zagród i z ziemi. On nie był 

pierwszy.

Po kolei patrzył każdemu z mężczyzn w twarz.

- Następnym razem być może przyjdzie kolej na któregoś z was.

Czterej wieśniacy siedzieli całkiem nieruchomo, słychać wprost było, jak zgrzytają 

zaciśniętymi zębami.

- Trzeba położyć temu kres - oświadczył jeden, krzyżując ręce na piersiach.

Niels podjął spokojnie:

-  Jutro  Hansehagen  idzie   pod młotek.  Wójt zaproponował   już  siedemdziesiąt  pięć 

talarów, a tyle warte są same krowy.

background image

- Zdzierstwo! - padło oburzone słowo z krótszego boku stołu.

- Złodziejstwo! - krzyknął inny.

-  Nie  pozwolimy!   - oświadczył   trzeci,   lecz  jego głos   był   zbyt   młody,   by znaleźć 

odpowiedni   ton.   Słowa   zabrzmiały   przenikliwie,   rozpłynęły   się   w   rozmowie   jak   krew   w 

wodzie.

Niels wyciągnął do niego wielką dłoń, najmłodszy ujął ją, z dumą przypieczętowując 

święte przymierze.

- Wybiła godzina - oświadczył Niels. - Sprawy zaszły już za daleko.

- Tak! Trzeba coś z tym zrobić! Mężczyźni zaczęli wiercić się na stołkach, wilgotne 

drewno trzaskało w ogniu.

Niels usiadł, oparł się o stół. Jego rosłe ciało zdawało się zapełniać cały blat, był 

niczym góra. Wargi ledwie się poruszały, niemal wypluwał słowa:

- Zajmiemy zagrodę wójta. Tym razem się nam powiedzie. Tym razem przypłaci to 

krwią.

Wieśniacy patrzyli na niego zaskoczeni. Tego się nie spodziewali. Wszyscy słyszeli o 

tamtej przykrej historii owego pamiętnego wieczoru, kiedy rozwścieczeni chłopi zaatakowali 

dwór wójta. Skończyło się to wstydem i ukaraniem wielu uczestników rebelii. Trzej dobrzy 

ludzie oddali w tej walce życie, bez żadnego pożytku.

- Nasi trzej towarzysze nie zginęli na próżno. Nie możemy pozwolić, by ich śmierć nie 

miała sensu! Kiedy krew wójta wsiąknie w tę samą ziemię, a jeszcze możniejsi panowie 

zadrżą w swoich koronkowych strojach, wówczas odwaga naszych przyjaciół nie przepadnie 

jak kropla wody w morzu. Wykrzyczymy ich imiona, będziemy domagać się swoich praw 

głośno, tak by wszyscy nas usłyszeli. Ale nie tylko słowami i krzykiem będziemy się bronić, 

pokażemy, do czego jesteśmy zdolni z bronią w rękach!

Mężczyźni podchwycili:

-   Tak!   Tak!   Niels   nieznacznie   podniósł   głos,   ledwie   zauważalnie   wywoływał   w 

słuchaczach napięcie, takie jak w strunach skrzypek wygrywających weselne pieśni.

- Nie mamy nic do stracenia, towarzysze! Być może któremuś przyjdzie złożyć w 

ofierze własne życie, nie będę tego przed wami ukrywał, lecz czy nie lepiej zginąć w walce, 

niż powoli umierać na łożu boleści pod opieką kobiet, podczas gdy głód szarpie trzewia?

- Walka! Walka!

- Będziemy się bić!

- Dopadniemy go!

-   Ja   go   zabiję,   tego   szczura,   potwora,   krwiopijcę!   To   znów   najmłodszy,   bardziej 

background image

zapalczywy   od   innych,   nie   myślący   tak   trzeźwo   jak   pozostali,   przejęty   ideałami.   Niels 

przypuszczał, że młody zapaleniec może mu się przydać, lecz także okazać niebezpieczny, jak 

młody ogier pozbawiony cugli.

-   Żaden   z   nas   go   nie   zabije   -   oświadczył   z   mocą.   Mężczyźni   umilkli   nagle,   nie 

pojmując.

- Wybrałem już kogoś, kto się tym zajmie, mam gotowy plan. Gdy nadejdzie czas, 

poznacie więcej szczegółów. Ufam oczywiście każdemu z was... - Przesunął wzrokiem po 

obecnych, zobaczył, że tylko jeden nie odpowiedział śmiało na wyzwanie w jego oczach. - 

Jesteście cennymi ludźmi, moimi najbliższymi. Nasza walka nie dobiegnie końca z chwilą 

śmierci wójta. Jest więcej wójtów, to trochę tak, jak z trollami. Gdy odrąbie się im głowę, na 

jej miejsce wyrastają dwie nowe. Mylicie się, sądząc, że ta bitwa będzie ostatnia. Dwór wójta 

to dopiero początek. Odzyskamy  tam chwałę, pokażemy ludziom bodaj odrobinę światła, 

damy nową wiarę i nadzieję. Musi nas bowiem być więcej, musimy przyciągnąć do siebie 

każdą kobietę i każdego mężczyznę...

- Z kobietami w każdym razie nie będzie kłopotu - mruknął któryś i słuchający do tej 

pory w napięciu mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem.

Niels pozwolił im na to, wiedział, że jego sława uwodziciela nie zaszkodzi sprawie.

- Niewiele mogę wam teraz powiedzieć. Potrzeba nam czasu. Trzeba przygotowań, bo 

tym   razem   nie   pójdziemy   z   gołymi   rękami.   Myślę,   że   należy   liczyć   co   najmniej   parę 

miesięcy, może koło świętego Jana, kiedy ludzie i tak się gromadzą. Noce są wtedy jasne, to 

dla nas  korzystniej, bo nie  pójdziemy  w ciemną  noc jak żebracy!  Nadciągniemy  niczym 

burza,   będziemy   palić   i   żądać   tego,   co   nam   się   należy!   I   w   dalszym   ciągu   odmawiamy 

płacenia podatków. Przysięgnijcie na to!

Mężczyźni   zamruczeli   coś   pod   nosem.   Oczywiście,   łatwo   było   odmówić   płacenia 

ostatniego podatku dziennego, bo po prostu nie było czym płacić. Dobry król Frederik będzie 

się musiał w swej wojnie obyć bez szylingów od wieśniaków w Sogndal.

Niels był zadowolony. Mężczyźni płonęli. Wszystkim wyznaczył już zadania, mieli 

działać   wśród   ludzi   niczym   apostołowie,   być   jego   uszami   i   oczami,   lecz   także   ustami. 

Wszędzie, gdzie gorzał najmniejszy płomyk buntu, powinni go rozdmuchać i zadbać o to, by 

ogień   się   rozprzestrzeniał.   Należało   głośno   mówić   o   każdej   niesprawiedliwości,   żadne 

nieszczęście udręczonego chłopa nie powinno zniknąć w ludzkiej niepamięci.

A   kiedy   chłopscy   synowie   powrócą   do   domu   w   resztkach   swych   żołnierskich 

mundurów, nie wolno milczeć przed nimi o ofiarach, jakie na ich rzecz ponosić musieli ludzie 

z wiosek położonych nad fiordem.

background image

Wypili znów za powodzenie swojej walki, za zerwanie niewolniczych okowów. Byli 

teraz odważni, silni i rozpłomienieni. Wódka dodała im sił, przydadzą się, przed nimi długa, 

trudna droga i wielki ciężar do przeniesienia.

Broń czekała zapakowana w solidne skrzynie. Przy poruszeniu groźnie zgrzytał metal, 

choć   skrzynie   przewidująco   wyłożono   trocinami   i   wełną.   Było   ich   cztery,   po   jednej   dla 

każdego z mężczyzn. Niels kolejno ich odciążał albo pomagał iść w miejscach, gdzie zbocze 

było szczególnie strome lub głazy wyjątkowo trudne do przebycia.

Poczuł nagle dawny ból w dole brzucha, odzywał się za każdym razem, gdy stawiał 

prawą stopę na nierównej ścieżce. Najwidoczniej nie całkiem jeszcze doszedł do siebie, nie 

odzyskał dawnej formy. Z uporem zacisnął zęby, wydłużając krok. Mężczyźni mieli kłopoty z 

dotrzymaniem mu tempa, w ten sposób przywódca demonstrował swoją siłę. Cieszył się, że 

nie wiedzą, jak wiele go to kosztuje.

Napięcie w szyi, obolałe mięśnie, podniecenie wywołane rozmową w starej pasterskiej 

chacie, wszystko to tkwiło w nim i pulsowało przy każdym kroku. Wreszcie serce odnalazło 

ten sam rytm co stopy, mógł oddychać, nie czując przy tym bólu w starej ranie. Ale skrzynie 

raniły ramiona niczym paznokcie kobiety.

Wkrótce dotarli do bitej drogi. Z brzegu za kępą olszyny będą mieli widok ponad 

lasem. Tam poświęcą chwilę na odpoczynek, jeszcze dużo czasu do pory, gdy koguty zaczną 

piać w położonych w dole zagrodach. Niels wziął się w garść, zmusił oddech do spokoju, nie 

chciał pokazać, że w piersiach zapiekło go już z braku powietrza. Nie chciał, by mężczyźni 

się zorientowali, że najchętniej rzuciłby się na ziemię i ciężko dyszał. Zacisnął zęby, zmobi-

lizował siły na pokonanie ostatniego odcinka do punktu obserwacyjnego i wreszcie bolącymi 

rękami podniósł skrzynię ku niebu, by móc potem postawić ją na ziemi.

Pod   nimi   rozciągał   się   fiord,   spokojny   wąski   jęzor   wody,   pozwalający   niemal 

zapomnieć   o   tym,   że   gdy   w   wiosenną   noc   zrywał   się   wicher,   potrafi   zmienić   się   w 

parskającego wściekle potwora. Nieco dalej małe wysepki, jedna rozległa na tyle, by jesienią 

wypasać tam owce. Za ciasnym przesmykiem wody otwierały się i po lewej ręce roztaczał się 

widok na Sogndalsfjasren. Coraz dalej i dalej te same wody pieściły brzegi Fimreite, Feios i 

Helia. Jeszcze dalej fiord się rozszerzał, wiodąc ku otwartemu morzu. Ta sama woda unosiła 

ludzi na swym grzbiecie, ta sama woda, może tylko zieleńsza, uderzała rozbawiona o brzegi 

w głębi fiordu.

Wyzywająco, prosząco, niczym posłanie nocnego zalotnika do czarnowłosej kobiety o 

przymrużonych oczach.

Niels z trudem przełknął ślinę, żałując, że piersiówka jest pusta. W ustach piekło go, 

background image

wargi groziły popękaniem, serce nie chciało się uspokoić nawet teraz, gdy ciało wspierało się 

o zimną skałę.

Dalej spoglądał na fiord.

W głowie szumiał mu niepokój, krew gromadziła się jakby gdzieś w piersi, grożąc, że 

wybuchnie. Kolana mu zmiękły. Przypominała mu się własna słabość, a o tym myśleć nie 

lubił. Wiedział jednak, że i na tę chorobę istnieje lekarstwo, które już niedługo znajdzie się w 

zasięgu jego ręki. Z grymasem bólu zerwał się na nogi, ciesząc się, że półmrok skrywa wyraz 

jego twarzy.

Już niedługo ujrzy swój własny dom w Naglcyri.

Na szczęście czeka tam na niego Margreta.

Leżała   w   łożu   pod   czerwonym   baldachimem,   w   najlepszym   dworze   Kvithovuda, 

Kvamshaugen. Ogarnął ją niepokój, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem, lecz nie miała 

łez.

Dla Anny Margrety Jorgensdotter łzy nie były rzeczą zwyczajną.

Ubrana w najlepszą suknię zeszła na dół do kuchni i patrząc w oczy starej Ragnilde 

krótko nakazała jej przynieść butelkę słodkiego wina z piwniczki Nielsa.

Stara spojrzała na nią spod przymkniętych powiek, głębokie zmarszczki napięły się 

wokół zamglonych zaćmą oczu staruszki.

Margreta musiała prosić ją jeszcze raz, ostrzejszym tonem:

- Do diabła, będziecie mieć do czynienia z Nielsem! Wszystkim wam pokaże drzwi! 

Nie mówił wam, że ja go tu zastępuję? A wy odmawiacie mi butelki najzwyklejszego wina? 

Przeklęte babska, przekonacie się...

- Myślę, że Anna sama może zejść po butelkę. Owszem, gospodarz zapowiedział, że 

możesz   swobodnie   poruszać   się   po   domu,   ale   że   mamy   usługiwać   prostej   dziewce 

podkuchennej? Nie... o tym nigdy nie wspominał.

Mało brakowało, a zaczęłaby uderzać na oślep. Czuła, że pięści same się zaciskają w 

bezsilnym gniewie. Do jakiego stopnia, u diabła, można być bezczelnym?

Wreszcie jakoś się opamiętała. Uśmiech wyższości ukazał się na bladej twarzy, piwne 

oczy zwróciły się na starą i dwie przygarbione służące, kryjące się za jej plecami.

- Rozumiem was - powiedziała cicho. - Wy nieszczęsne, bezradne w całej tej niedoli, 

bez nadziei na coś więcej niż nowa para butów na święta. Zdechniecie w brudzie, zaharujecie 

się na śmierć w ciemnych piwnicach i na spalonych polach. Rozumiem wasze tęsknoty, kiedy 

widzicie, co spotkało waszą dawną przyjaciółkę.

Prychnęły   śmiechem   i   odwróciły   się   do   niej   plecami,   udawały,   że   ostatnie   przed 

background image

wieczorem wycieranie garnków i naczyń to jedyna na świecie rzecz, jaką warto się zająć. 

Margreta zasłoniła dłonią usta, chichocząc. Przyjemne uczucie widzieć, jak w ich oczach 

zapała   się   zielona   zazdrość.   Jakie   dziwne   potrafi   być   życie?   zastanawiała   się,   niosąc   z 

piwnicy   do   umeblowanej   na   czerwono   sypialni   Nielsa   dwie   brzuchate,   zatkane   korkiem 

szklane butelki.

Tak już jest.

W   chwili   największej   biedy   wzniosła   się   nagle   na   najwyższe   szczyty.   Uboga 

dziewczyna, żebracze dziecko, kuchenna niewolnica.

Teraz była jedyną panią tego domu. No cóż, może trochę w tym przesady, słyszała 

inne, mniej zaszczytne określenia.

Tak, była upadłą kobietą. Ladacznicą, jak niejeden by ją nazwał. Wszystko jedno, woli 

być sytą, pięknie ubraną nałożnicą niż ubogą dziewicą z odartymi ze skóry kolanami, która 

budzić się może jedynie z nadzieją na kolejny dzień ciężkiej pracy.

Ta noc będzie się jej dłużyć.

Najprawdopodobniej Niels zjawi się w którymś  momencie, przychodził najchętniej 

pod osłoną najciemniejszej nocy. Będzie na niego czekać.

Margreta przymknęła oczy, sącząc słodkie, niemal gęste, lepkie wino. Z zagranicy. 

Jedna z wielu rzeczy, którymi Niels lubił sobie dogodzić.

Dziwny z niego człowiek. Odkąd pojawił się w Sogn, mnóstwo wokół niego było 

zamieszania.  Żaden   ting  nie  odbył   się  bez  sprawy,   na której   Niels   Kvithovud  nie   rzucał 

oskarżeń bądź nie odpierał ataków. Najlepiej się czuł, kiedy wokół jego głowy szalała burza. 

Miał wiele srebrnych monet i ziarno w spichrzu, miał zagrody, dokumenty zezwalające na 

handel i dość talarów, by spełnić każdą swoją zachciankę. Mimo to nie poprzestawał na tym, 

chodził po chatach najuboższych i prawił o sprawiedliwości.

Margreta nie mogła się na nim wyrozumieć. Ale komu to potrzebne? Po co wiedzieć, 

dlaczego to robi? Starczy, że i ją wciągnął, starczy, że uznał ją za osobę, której towarzystwa 

szukał, i postanowił dzielić z nią swoją walkę.

Przysięgła   mu   wierność,   obiecała,   że   pójdzie   za   nim   wszędzie.   Towarzyszyła   mu 

zawsze kilka kroków z tyłu, przyklaskiwała i głośno sławiła jego imię. Za jej sprawą wieści o 

nim rozchodziły się od chaty do chaty, od wsi do wsi. Ze swymi bujnymi rudymi włosami 

Margreta była niczym pochodnia u jego boku. Jej ogień go rozpalał, zdołała utrzymać go przy 

sobie już przez dwa lata.

Zawsze, co prawda, miał inne kobiety. Skoro tak musi być... Zdawała sobie sprawę, że 

nigdy nie będzie należał do niej w pełni, jak koń w stajni czy kozioł na pastwisku. Dopóki 

background image

jednak wciąż mogła pokazać mu coś nowego, dopóki miała nowe sztuczki, które mogła mu 

zademonstrować, dopóty trwał przy niej.

Gdzieś w głębi jej duszy rozdzwonił się delikatny ton. Buńczuczne myśli snuła już 

tyle razy wcześniej. Trudno zliczyć ile. Nie dbała o gadanie kobiet, nie dbała o to, że Niels 

nigdy nie obiecał jej ani kluczy do domu, ani pierścionka.

Tylko   w   takie   jak   ten   późne   wieczory   nadpełzała   nie   wiadomo   skąd 

niewypowiedziana żałość. Przykre myśli, od których serce zdawało się zanosić krzykiem.

Wcześniej nie miała świadomości, że w ogóle tak może być. Nie uzmysławiała sobie, 

że   tkwi   w   niej   coś   więcej   niż   pożądanie   i   wola   walki.   Kochała   każdy   dzień   pełen 

dramatycznych wydarzeń, uwielbiała pomieszane ze strachem podniecenie, gdy docierały do 

niej wieści o kolejnych zarzewiach buntu lub gdy ludzie gromadzili się wokół Nielsa, z czcią 

wręcz słuchając jego słów, jak gdyby płynęły z najwyższej ambony.

Długie dni, kiedy ranny przebywał w ukryciu, zniszczyły ją. Niczym udręczony pień 

drzewa, toczony przez robaki, czuła w sobie coraz większą pustkę.

Gdyby nie wrócił...

Zawsze zdawała sobie sprawę ze swej pozycji i bała się chwili, w której wniosą do 

domu trumnę Nielsa, a ją samą stąd wyrzucą. Oznaczałoby to pożegnanie z winem, ciastkami 

i dniami pełnymi emocji. Pozostałby wówczas jedynie odór ubóstwa, gorszy niż wcześniej. 

Może   więzienie?   Takiego   sposobu   życia   nie   traktowano   przecież   łagodnie,   tylko   Niels 

potrafił   omamić   pastora   i   zmusić   go,   by   pozdrawiał   ją   wciąż   z   przyjazną   miną,   gdy 

przypadkiem spotykali się u kupca.

Zaczynało  się w niej rodzić nowe uczucie. Długie rozstanie uczyniło z niej małą, 

bezbronną kobietę. Gdy wreszcie się zjawił, z pozoru w dobrej formie, miała ochotę rzucić 

mu się na szyję i uścisnąć go mocno, tak mocno, żeby nigdy już nie wypuścić go z objęć.

Wiedziała,   że   on   nienawidzi   takich   scen,   zamiast   tego   więc   popatrzyła   na   niego 

zalotnie i przycisnęła jego dłoń do piersi.

- Myślałam już, że chcesz pozwolić przerębli całkiem zamarznąć - szepnęła ochryple i 

bez wstydu objęła go za biodra, wodząc językiem po wargach.

Margreta opróżniła pierwszą butelkę.

Życie nie wydawało jej się ani trochę łatwiejsze. Przeciwnie, jeśli to możliwe, uczucia 

jawiły się jeszcze bardziej zagmatwane. Jej wrodzona siła zdawała się kruszeć. Coraz częściej 

bolesne troski zapadały w serce, odzywało się to, przed czym tak długo się broniła. Nawet 

pogarda dawnych przyjaciółek raziła teraz niczym nóż wbijany w pierś.

Coś się zmieniało.

background image

Naciągnęła koce na głowę, chroniąc się przed nocą i wirującymi uczuciami. Ważne, 

by się nie poddawać. Niels nie znosi słabych, zapłakanych bab.

Obudziła się gwałtownie o szarym świcie, łóżko było puste, lecz serce waliło jej jak 

po   długim   marszu.   Margreta   wyplątała   się   spod   okryć,   postawiła   nagie   stopy   na   zimnej 

podłodze. W domu panowała cisza, nawet zwierzęta wciąż jeszcze były spokojne. Musiało 

być bardzo wcześnie.

Z   podwórza   nie   dobiegały   żadne   odgłosy,   ale   na   palcach   wyszła   na   ganek   i 

nasłuchiwała.   Przy   podwórzowej   studni   ujrzała   znajomą   postać.   Rosły   mężczyzna   lekko 

przechylony nad cembrowiną wylewał na głowę wiadro lodowatej wody.

Margreta uśmiechnęła się leciutko. Serce zabiło jej mocniej, zimne powietrze wydało 

się tylko przyjemnie chłodne.

Wrócił.

Podniósł głowę i obrócił ją w stronę domu. Przyciągnęła jego spojrzenie, podniosła 

rękę na powitanie. Jej powolny ruch przytrzymał jego wzrok, nocna koszula zsunęła się z 

ramion, o wiosennym poranku stanęła całkiem naga. W miejscu, gdzie zobaczyć mogli ją 

wszyscy, gdyby tylko nieco wcześniej wychynęli ze swoich jam i znaleźli się na podwórzu.

Spostrzegła, że Niels zwilża wargi językiem, chociaż twarz miał mokrą od źródlanej 

wody, koszulę także, lecz najwidoczniej nie zamierzał jej zdjąć.

Wolnym krokiem przeszła przez wąski ganek, lekko muskając ręką rzeźbioną belkę 

balustrady.

Dawna Margreta powoli odzyskiwała kontrolę. W piwnych oczach nie widać było ani 

śladu łez, wokół czerwonych ust nie rysował się nawet cień smutku.

Zatrzymała   się   przy   drzwiach   komory,   ustawiła   nogi   po   obu   stronach   szpary   po 

brakującej desce. Przez sekundę ich oczy się spotkały, bo on podniósł wzrok, zanim zniknął w 

wejściowych drzwiach na dole. Wiedziała, że dzieli ich tylko jeden oddech.

- Witaj w domu - zdążyła go jeszcze pozdrowić. Wreszcie był przy niej, potoczyli się 

w tył do sypialni, padli na łóżko.

- Jak można tak się wystawiać? Grzeszna kobieto, co za pomysł! Nie masz bodaj 

odrobiny wstydu, ty rudowłosa dziwko!

Takie słowa wywoływały zwykle u niej jedynie głęboki śmiech, wiedziała bowiem, że 

są częścią gry. Tym razem sprawiły jej ból, lecz zagruchała do niego, chcąc odpędzić niemiłe 

wrażenie.   Pozwoliła   paznokciom   drapać   go   przez   mokre   płótno,   Niels   zrzucił   koszulę   i 

przycisnął lodowaty tors do jej ciepłego brzucha, wilgotnymi ustami chłonąc dotyk jej warg. 

Mocne dłonie objęły ją za pośladki, pochwycił ją, powalił bezbronną.

background image

Margreta   walczyła,   chciała   to   przeciągnąć,   pragnęła   przyzwyczaić   się   do   jego 

bliskości. Niels zwykle wysoko cenił igraszki, niebezpieczne, zakazane zabawy, jakie tylko 

ona znała. Tym razem jednak był twardy, niemal brutalny.

Zacisnęła   uda,   rękami   objęła   go   za   szyję   i   przyciągnęła   jego   twarz   do   swojej, 

jednocześnie chłonąc go w siebie. Zanurzyła lewą dłoń w miękkie wilgotne włosy. Układały 

mu się na czole jak pasma mokrego srebra, poczuła na twarzy kropelki wody. Może tak 

właśnie on wygląda, kiedy płacze, przyszło jej do głowy i ucałowała jego oczy.

- Nie - szepnął zachrypniętym głosem i podniósł się do pozycji siedzącej.

Złapał ją za ręce, Margreta zlizywała kropelki wody, skrzywił się na ten widok.

- Co innego będziesz piła, moja droga. Uśmiechnęła się, był teraz tak blisko, lodowato 

niebieskie oczy widziały tylko ją, aż w piersi coś jej zaśpiewało.

Wstał   bardzo   powoli,   sam   zsunął   brudne   spodnie.   Margreta   ujrzała   jego   dawny 

uśmiech. Poczuła, jak i ją ogarnia chęć do zabawy. Znała owo szczególne uczucie w podbrzu-

szu, przywodzące na myśl śmiech lub mokrą ziemię.

Leżała, muskając paznokciami własną skórę, Niels obrócił się, wskazał podłogę za 

sobą,   gdzie   pierwsze   promienie   wpadającego   przez   okno   porannego   słońca   rysowały 

kratkowany wzór.

- Tam.

Nie poczołgała się po podłodze, lecz podniosła się miękko i przeszła tam, gdzie chciał. 

W   oczach   płonęła   mu   żądza,   lecz   również   coś,   co   przypominało   nienawiść.   Ramiona 

Margrety  pokryły   się gęsią  skórką,  jasne  włoski  podniosły się  z  chłodu  i  napięcia,   jakie 

zapanowało między nimi. Na szeroko rozstawionych nogach stanęła w pozbawionych ciepła 

promieniach i spuściła włosy na twarz, kiedy on jednym ruchem znalazł się w niej i zaraz się 

wycofał.

Oboje upadli, żadne z nich nie potrafiło zachować równowagi. Margreta nie odczuła 

bólu przy upadku, choć zwaliło się na nią również jego ciężkie ciało. Niels wsunął palce w jej 

włosy,  zatopił  twarz w rudości i cicho przeklinając  czuł, jak mięśnie  napinają mu  się w 

ostatnich konwulsjach.

- Kocham cię - szepnęła, delikatnie głaszcząc go po plecach. - Gotowa jestem umrzeć 

dla ciebie, wiesz? Naprawdę mogłabym umrzeć.

Niels leżał nieruchomo w milczeniu, wciąż w niej był, lecz iluzja bliskości zaczęła się 

już rozwiewać.

Nie przestawała mu szeptać do ucha, wciąż tuliła  go do siebie mocno, a zarazem 

łagodnie.

background image

Niels z wysiłkiem odrzucił głowę, słońce poraziło jej oczy, widziała teraz tylko białą 

ciemność i na jej tle cień mężczyzny.

-   Nie   chcę   słuchać   takich   głupstw   -   warknął,   wyrywając   się   spod   jej   miękkich 

pieszczot. - Ubieraj się, kobieto, jeśli chcesz iść ze mną na plebanię. Muszę pomówić ze 

starym Heibergiem, a ty może dodasz coś od siebie, po kobiecemu. Muszę dowiedzieć się 

nowin o synach Reinerta Ollsona.

Margreta   w   milczeniu   pokiwała   głową.   Niels   miał   w   sobie   dawne   okrucieństwo, 

nieprzejednanie, a jednocześnie pojawiło się w nim coś nowego, znacznie groźniejszego.

Obojętność.

background image

ROZDZIAŁ VIII

- W kuchni stoi jakaś obca kobieta. Twierdzi, że musi rozmawiać osobiście z tobą.

W   głosie   Margrety   drżała   podejrzliwość,   w   kącikach   jej   ust   czaił   się   ledwie 

dostrzegalny smutek, oczy przestały już promienieć ciepłem.

Niels burknął coś, otarł usta i wsunął stopy w buty, które wcześniej zrzucił pod osłoną 

wspaniałego stołu. Margreta uważnie starała się wybadać jego twarz.

- Nazywa się Lina Vikheim, przybywa, zdaje się, z daleka, bo ma torby podróżne i 

konia.

Ani znaku potajemnej namiętności, dźwięk tego imienia zdawał się nie budzić w nim 

żadnych uczuć.

Uszczęśliwiona Margreta z ulgą dolała piwa do kubka.

- Chyba nie spieszy się tak, że nie możesz skończyć jedzenia? - stwierdziła, siadając 

mu na kolanie i wsuwając dłoń pod koszulę, by dotknąć gołej piersi. - Może znajdzie się i 

chwila na krótką poobiednią drzemkę...

- Później - oświadczył Niels i odepchnął ją. - Wszystko w swoim czasie, Margreto.

Patrzyła,   jak   wychodzi   ciężkim   krokiem.   Niels   lubił   otaczać   się   pięknymi 

przedmiotami, a także pięknymi kobietami, ale w tym pokoju, pełnym szklanych karafek, de-

likatnie kutych żelaznych sprzętów, barwnych gobelinów o łagodnych kolorach i meblach na 

cienkich nóżkach przypominał jej niezdarnego niedźwiedzia w domku dla lalek.

Ogryzła nogę kury, którą on wcześniej oczyścił z mięsa niemal do czysta. Wyobrażała 

sobie, że na kości pozostał smak jego ust, wcierała w wargi złoty, gładki tłuszcz.

Zabrała do połowy opróżniony kubek na górę i tam postanowiła zaczekać na Nielsa. 

Jeśli   będzie   siedzieć   cicho   na   pięterku,   być   może   wychwyci   bodaj   urywki   rozmowy   z 

nieznajomą. W bawialni wszak okna były otwarte, lato wreszcie, jak się zdawało, zawitało na 

dobre.

Margreta ciężko oparła się o mocną, nasmołowaną ścianę. Przez szparę w podłodze 

ganku mogła obserwować próg wejściowych drzwi. Nikt tamtędy nie przechodził. Z kuchni 

dobiegały   krzyki   i   śmiech,   również   dla   służby   nadeszła   pora   popołudniowego   posiłku. 

Dziewczęta pracujące w domu flirtowały z nowymi parobkami, stara kucharka zarumieniona 

kręciła się w koło, podtykając im podkradane smaczne kąski. Tej wiosny nawet kawałek 

mocno zasolonej słoniny zaliczał się do rarytasów.

Wreszcie jednak zakwitła czeremcha, można też było ugotować zupę na szczawiu, 

kiełkach kminku i pokrzywy. Na stół wystawiono również jaja mew i chudą jak to wiosną 

background image

rybę, wraz z resztkami kury, która musiała oddać życie, by odmienić trochę strawę panu na 

Kvamshaugen.

Margreta   na   wysokim   ganku   skryła   się   przed   oczami   wszystkich.   Nasłuchiwała, 

nastawiała uszu, aż rozbolała ją głowa. Wychwyciła jedynie dobiegające z dołu pojedyncze 

dźwięki wydawane przez niewieści głos. Niels widać zamknął okno.

Kobieta wyszła wreszcie, Margreta siedziała nieruchomo niczym mucha na ścianie, 

patrząc, jak kochanek żegna ją z szacunkiem. Usiłowała dostrzec jego oczy, lecz pozostawały 

skryte   pod   grzywką.   Słyszała,   jak   serdecznie   jej   dziękował   i   prosił,   by   przekazała 

pozdrowienia i stokrotne dzięki swej gospodyni. I jeśli mógłby w czymkolwiek dopomóc, 

niech nie wahają się, by po niego posłać. Może potrzeba czegoś do opieki nad chorymi?

Margreta  wciąż   podsłuchiwała,   usiłowała   wyczytać   coś   z  ruchów   Nielsa,  dostrzec 

jakieś uczucia na twarzy kobiety. Brązowe zwyczajne włosy, szara codzienna sukienka, ale 

chusta w czerwone róże była  doprawdy piękna. Margreta wstrzymała  oddech, chciała się 

przekonać, czy pocałuje ją na pożegnanie, ale nie, tylko mocno uścisnął jej rękę, jak gdyby 

tym gestem chciał coś przypieczętować. W piersi wciąż ją kłuło, lecz powoli wracał spokój. 

Przybycie tej kobiety sprawiło, że zdała sobie wreszcie sprawę z tego, co ją dręczy: czysta 

zazdrość.

Niels   musiał   spotkać   jakąś   inną.   Inaczej   nie   potrafiła   sobie   wytłumaczyć   jego 

dziwnego zachowania ostatnio. Nigdy nie próbował ukrywać swoich przelotnych romansów, 

nie raz dodawał smaku ich łóżkowym zabawom, opowiadając pikantne szczegóły z podbojów 

innych kobiet. Margreta nie bardzo to lubiła, nigdy jednak zanadto się tym nie przejmowała. 

Niels był niepokornym duchem, nigdzie nie mógł zaznać spokoju, a przy jego apetycie nic 

dziwnego, że posilał się to tu, to tam.

Byle tylko wracał do domu, do niej.

Kobieta   ruszyła   w   stronę   bramy.   Czekało   tam   na   nią   dwóch   chłopaków,   silnych, 

rosłych,   długonogich,   stali   niewzruszenie,   jak   gdyby   wyrośli   wprost   z   ziemi.   Margreta 

bacznie obserwowała stojącą między nimi kobietę. Nieznajoma ani razu nie odwróciła głowy, 

drobnym zdecydowanym krokiem ruszyła drogą i zniknęła za zakrętem. To nie mogła być ta, 

a jeżeli tak, to z Nielsem jest już naprawdę źle. Ona bowiem nie interesowała się nim bardziej 

niż ot, zwykły przechodzień, Margreta bez trudu to zauważyła.

Po cichutku zeszła na dół. Zanim całkiem odzyska spokój, musi jeszcze spojrzeć w 

jego oczy.

Niels   właśnie   się   ubierał,   włożył   już   czerwoną   kurtkę   i   mocował   się   z   węzłem 

kokardy, która wedle ostatniej mody powinna widnieć na szyi wśród koronek. Wąskie niebie-

background image

skie spodnie miały ten sam krój co pludry, w których paradowali żołnierze, uszyto je jednak z 

lepszego materiału,  ozdobiono srebrnymi  guzikami  i czerwonym  haftem.  Na nogi wsunął 

czarne skórzane buty bez spinek, włosy zebrał na karku i związał w maleńki koński ogon. 

Margreta zachichotała, niezwykłe było widzieć go takim wypięknionym. Ale strój doskonale 

podkreślał jego męską urodę, miała ochotę zerwać go z niego, zatrzymać przy sobie, nagiego 

jak noworodka.

- Pomóż mi z tą przeklętą kokardą, zaraz się uduszę!

Zaśmiała się i przekrzywiwszy głowę, podeszła do niego. Musiała stanąć na palcach i 

podnieść ręce do góry, by wyprostować i mocno naciągnąć jedwabną wstążkę. Co by zrobił, 

gdyby...

Margreta   zawiązała   kokardę,   Niels   wyburczał   jakieś   podziękowanie   i   z   pewnym 

zawstydzeniem przejrzał się w lustrze na komodzie przy łóżku.

- Pięknie wyglądasz - powiedziała cicho. - Dokąd się wybierasz?

- Na plebanię.

- Znów?

-   To   ważne   spotkanie.   Poproś   kucharkę,   żeby   przygotowała   dwie   butelki   mojego 

najlepszego koniaku.

- Już go nie ma. - Co?

- Wypiłam wszystko - wyznała szczerze, nie bojąc się spojrzeć mu prosto w oczy. - 

Byłam taka samotna... i bałam się o ciebie, potrzebowałam jakiejś pociechy, żeby zasnąć.

Westchnął zirytowany, lecz nic na to nie powiedział.

- Poszukaj więc tego angielskiego wina. I najlepszej gorzałki od Arnolda - Ziemniaka.

Wyszła,   pragnęła   jak   najprędzej   wykonać   polecenie,   wdzięczna   za   okazaną   jej 

wielkoduszność.   Spotkania   na   plebanii   się   nie   obawiała,   nie   było   tam   żadnych   dam,   na 

których Niels i jego strój mogły wywrzeć wrażenie. Jedynie pastorowa, lecz w niej Margreta 

nie widziała zagrożenia.

Obce jej dotychczas podobne myśli zaczynały ją męczyć. Kiedy Niels opuścił dom, 

postanowiła położyć się na chwilę. Ostatnio czuła się niezwykle zmęczona, w dole brzucha 

coś   ją   pobolewało,   jak   tuż   przed   comiesięcznym   przekleństwem.   Leżąc   w   łóżku   zaczęła 

rachować na palcach i zdumiona zdała sobie sprawę, że od ostatniego razu upłynęło już wiele 

czasu.

Oznaczało to, że Niels zostanie ojcem.

Promienny uśmiech rozjaśnił jej twarz.

W piersiach wezbrała radość.

background image

Teraz miała na niego haczyk, i to najlepszy, najpewniejszy pod słońcem. W uszach 

słyszała już dźwięk kościelnych dzwonów, a w oczach miała blask szlachetnych kamieni.

Niels bowiem pomimo dwóch poprzednich małżeństw był bezdzietny.

Margreta   złożyła   dłonie.   Rzadko   to   robiła,   chyba   że   znalazła   się   w   prawdziwej 

biedzie. Pierś wciąż rozsadzała jej radość.

- Dzięki Ci, dobry Boże, dzięki! Teraz on już nigdy, przenigdy mnie nie opuści!

Lina powróciła do domu, przynosząc serdeczne pozdrowienia, Marja wypytała ją o 

wszystko, o co tylko śmiała. Wykazała bardzo wiele opanowania, zezwalając służącej  na 

wyjazd. Długo bawiła się myślą o własnej wyprawie, wiedziała, że Karl przyjąłby jej pomysł 

dość naturalnie. Myśl o tym, że znów zobaczy Nielsa, o tym, że na jego widok serce jej 

podskoczy, wspomnienie silnych, wąskich, śmiertelnie niebezpiecznych warg... Nie, nie mo-

gła   jechać.   Równałoby   się   to   z   pożegnaniem   się   z   Karlem   na   zawsze.   Gdyby   bowiem 

pojechała do białowłosego, być może nie zdołałaby się od niego oderwać. Tak mocno działały 

te lodowato niebieskie oczy. Tak łatwo dawała się porwać jego brutalnemu urokowi i bez 

trudu potrafiła  sobie wyobrazić,  co stanie  się w Sogndal,  bez niewidzialnej  sieci  Karła i 

bliźniąt, która mogłaby ją uratować.

Pozwoliła więc wyruszyć Linie i liczyła godziny do jej powrotu. Teraz Lina płynie 

łodzią, teraz już do niego idzie, w tej godzinie być może siedzi twarzą w twarz z nim, właśnie 

z nim.

Marja przez te dni pracowała po szesnaście godzin na dobę, lecz dręczący ją niepokój 

wcale nie malał. Karl prosił, by więcej odpoczywała, zmusił ją nawet, by wybrała się z nim na 

krótko do letniej zagrody po narzędzia schowane tam zeszłego lata.

Marja rozkoszowała się górskim powietrzem i okolicą budzącą się do życia po zimie. 

Z radością patrzyła w dół na rozkwitającą wioskę. Doszli do miejsca, które owego lata, po 

powrocie   Justitiana   do   domu,   uznali   za   swoje.   Tam   kochała   się   z   Karlem,   wygłodniała, 

przesycona rozpaczliwą tęsknotą za czymś, co nie mogło się spełnić.

Karl   później   delikatnie   gładził   jej   brwi,   śmiała   już   wtedy   odpowiedzieć   na   jego 

otwarte spojrzenie.

-   Dziś   wieczorem   mogłabyś   się   wybrać   do   Nadjany   i   Johanny.   Zwykle   po   takiej 

wizycie masz lepszy humor.

- Johanna wciąż jest w żałobie, ale dzielnie się spisuje.

- Johanna to silny człowiek.

- Nikt by tego nie przypuścił - cicho odparła Marja.

- A już na pewno nie Ola z Solgarden. Słyszałem, że chodzi po wsi i się odgraża, 

background image

głupio mu, że baba tak od niego uciekła.

- Ona wcale nie uciekła, to on ją wyrzucił. W każdym razie powiedział, że może nie 

wracać, skoro była w moim zarażonym domu.

- Stara zadra. Szkoda, że niezgoda sprzed dwóch czy trzech pokoleń jeszcze dzisiaj 

zadaje rany.

- Zawsze tak jest - zauważyła Marja z ponurą miną. - Grzechy przodków ciągną się 

przez siedem pokoleń...

Przytuliła się mocniej do męża, napawając przyjemnym spokojem. Czuła się przy nim 

tak ciepło i bezpiecznie, obejmujące ją ramiona nie żądały nigdy niczego więcej niż to, co 

sama była gotowa dać. Karl miał takie miękkie wargi, zawsze takie delikatne, pełne szacunku 

w pocałunkach. Dodawał jej tym sił, karmiła się jego miłością na co dzień i własnych uczuć 

nie wahała się określać tym mianem.

Z Nielsem to co innego.

To   tak   jak   klacz,   która   rzuca   łbem,   kopie   i   ucieka   przed   ogierem,   aż   trzeba   ją 

przytrzymywać, lecz gdy nie ma drogi odwrotu, parska ogarnięta chucią.

Marja wciąż przełykała ślinę. Objęcia Karla były tak samo ciepłe, miała jednak ochotę 

się z nich wyrwać. Nie powinien być blisko niej, gdy nachodzą ją takie myśli. Był na to za 

czysty, za czuły, za dobry.

Podnieśli się z wilgotnego wrzosu, otrzepali nawzajem włosy i ubranie, zmysły Marji 

stały się jakby odarte ze skóry, ptasi krzyk wdzierał jej się do uszu, a od ostrego blasku w 

górach zakręciło jej się w głowie. Wsparła się o ramię męża,  powędrowali razem w dół 

ścieżki, Karl w jednym ręku trzymał ciężkie narzędzia, w drugiej ściskał drobną piąstkę żony.

- Chyba rzeczywiście zrobię tak, jak mówisz, zajrzę do Nadjany. Zamknęła już szkołę, 

ostatni dzień nauki był przed zwiastowaniem, w marcu.

- Dobrze, idź i zostań, jak długo tylko zechcesz. Z milczącą wdzięcznością uścisnęła 

go za rękę, Karl okazywał jej taką wyrozumiałość. Jego szczodrość i poświęcenie dla niej 

zdawały się nie mieć granic. Poczuła się przez to jeszcze ohydniejszym potworem.

Przyjaciółki nie zastała w domu, ale na drzwiach wisiała pięknie ozdobiona karta z 

grubego woskowanego papieru. „Rezyduję w zajeździe”. Marja nie mogła powstrzymać się 

od śmiechu, czytając zabawne sformułowanie Nadjany, lecz że ona tam „rezydowała”, to 

pewne. Nadjana być może nie była baronówną czystej krwi, lecz w wiosce nikt nie miał 

wątpliwości   co   do   jej   szlachetnego   pochodzenia.   Mogła   nawet   spędzić   kilka   kolejnych 

wieczorów w towarzystwie grubiańskich mężczyzn w zajeździe w Dosen, a i tak nikt nie 

podawał   w   wątpliwość   jej   czci.   Nadjana   żartowała   z   nimi,   opowiadała   o   swoim   życiu, 

background image

najczęściej były to zmyślone historie, a mężczyźni słuchali, szeroko otwierając oczy, i na 

wyścigi stawiali jej szklaneczki jabłecznika, zachowując się z największą delikatnością, jakby 

zainspirowani jej osobą.

Dawniej  Marja nie  posiadałaby  się  z gniewu,  kiedyś   to  ona  była   królową Dosen, 

uśmiechała się zalotnie, skupiając na sobie uwagę wszystkich. Kiedyś... lecz było to dawno 

temu, teraz przestało ją to już interesować. Wówczas starała się podlizać ludziom, zauroczyć 

ich i w ten sposób zdobyć władzę. Teraz nie miało to już żadnego znaczenia. Zdobyła wszelką 

władzę, jaką chciała. Zresztą nie przykładała już do tego tak wielkiej wagi. Dziwne, jak mało 

to   znaczy,   kiedy   ma   się   wszystkie   pieniądze   i   zdobędzie   pozycję,   o   jakiej   się   marzyło, 

pomyślała Marja.

Drzwi do zajazdu stały uchylone, ze środka dobiegał głośny śmiech, nazajutrz bowiem 

wypadała sobota i ludzie potrzebowali wszelkiej radości, jaką tylko mogli sobie sprawić teraz, 

gdy ta straszna zima nareszcie się skończyła.

Większości nie stać było, by coś zamówić, zdarzało się jednak, że i sam gospodarz 

częstował.  Godził  się  na  spuszczone  spojrzenia   wieśniaków  i  nie  traktował   surowo  tych, 

którzy przyszli tu, łaknąc towarzystwa innych albo tęskniąc za głośną piosenką. Podawał im 

wodę   do   picia   i   pozwalał   siedzieć,   akurat   bowiem   niewielu   podróżnych   potrzebowało 

zajmowanych przez nich miejsc.

Marja przywitała się z wielkim mężczyzną o czerwonej twarzy. Za każdym razem gdy 

go widziała, czuła się nieswojo, wiedziała, że ten człowiek jej pragnie. Pogodził się jednak z 

myślą, że to niemożliwe. Wystarczyło, że miał jej klejnot, łańcuszek, który złożył się w całość 

w tak zaskakujący sposób. Łańcuszek Kari, łańcuszek starej Anny Lundestad, który matka 

Marji przechowywała jak największy skarb.

- Szukasz może Nadjany? - spytał gospodarz. Marja kiwnęła głową.

- Jest tutaj. Twój syn także.

- Karl Martin? Tutaj? Karczmarz znacząco pokiwał głową.

- Może i jest najmłodszym klientem, ale nie mogłem przecież odmówić szklaneczki 

piwa dziedzicowi Wdowiej Zagrody!

Z oczu Marji sypnęły się błyskawice.

- Nie obsługujesz chyba dzieci, Dosen? Jeśli tak, będziesz miał do czynienia ze mną. 

Wszystko jedno, czy chodzi o mojego syna czy nie!

Rozbawionemu karczmarzowi zaświeciły się oczy.

Marja dumnie zadarła głowę, wyminęła go i ujrzała Karla Martina siedzącego przy 

najwspanialszym stole i podnoszącego kubek do ust. Zdecydowanym krokiem ruszyła w jego 

background image

stronę, by poważnie się z nim rozmówić, lecz Nadjana uspokoiła ją leciutkim gestem.

- To tylko woda z odrobiną piwa - szepnęła. Marja spokojniejsza usiadła przy stole. 

Zaraz też stanął przed nią kieliszek słodkiego likieru z czarnych jagód.

- Na zdrowie. - Nadjana mrugnęła do Karla Martina.

Ku swemu wielkiemu zdziwieniu Marja wyczuła w głosie przyjaciółki ton świadczący 

o lekkim upojeniu. Chłopiec siedział milczący jak zwykle, lecz Marja nie mogła oprzeć się 

wrażeniu, że przerwała jakąś bardzo ważną rozmowę.

- Że też chce ci się tu tak tkwić! - rzucił jej niespodziewanie chłopiec.

W jego głosie brzmiało tyle goryczy, że Nadjana nie na żarty się zaniepokoiła.

- O co ci chodzi, mały Karlu?

- Nie nazywaj mnie tak, nie jestem kopią ojca.

Był wyjątkowo agresywny tego wieczoru, rozgniewany. Nadjana dostatecznie dobrze 

znała  dzieciaka,   by mu  na  to  pozwolić.  Postanowiła  odpowiedzieć   na  zadane  nie  wprost 

pytanie, pomyślała bowiem, że być może on dobrowolnie zdradzi jej później jakieś swoje 

tajemnice.

- Przyjemnie mi tutaj. Myślałam, że nuda mnie zabije, wszyscy wieśniacy...

Zachichotała, chłopiec ledwie się uśmiechnął. Nadjana znów spoważniała, w tonie jej 

głosu pojawiło się zaufanie.

- Nie mogłam przecież zostawić Justitiana, a kiedy umarł... okazało się, że mam tu 

przyjaciół. Polubiłam tutejszych ludzi, to było dla mnie nowe. Zrozum, ja... nigdy nie miałam 

szczególnie wielu przyjaciół... w domu.

- Ja też nie - wyznał chłopiec.

Nadjana   odczuła   coś   na   kształt   matczynych   uczuć.   Mogła   rozmawiać   z   Marją   o 

większości spraw, nie wahała się ani chwilę, kiedy przyjaciółka jej zdaniem popełniała jakiś 

błąd.   Lecz   akurat   gdy   chodziło   o   tę   nadzwyczaj   drażliwą   kwestię   wychowania   dzieci, 

Nadjana milczała. Ani jednym słowem nie chciała pogłębiać wyrzutów sumienia, dręczących 

Marję, gdy myślała o dzieciach. Serce ściskało jej się, gdy uświadamiała sobie, że dzieci 

Marji   zbyt   prędko   dorosły.   Brakło   im   bliskiego   kontaktu   z   rodzicami,   ale   przecież   tylu 

malców   miewało   się   jeszcze   gorzej.   Nawet   jednak   w   najbiedniejszych   chatach   Nadjana 

zauważała oczy dzieci i ich mocne więzy z rodzicami i własnym domem. To nadzwyczaj 

ważne, Nadjana świetnie o tym wiedziała, jej samej bowiem brakowało tego w życiu.

- Masz przecież Amelię i rodziców™ I kolegów ze szkoły. Karl Martin w odpowiedzi 

wypuścił  tylko  powietrze  przez  nos. Ludzie  wokół nich  hałasowali,  lecz  ich  prowadzona 

półgłosem rozmowa trwała dalej. Chłopiec wciąż jeszcze odnosił się do niej z wielką rezerwą, 

background image

niewiele   słów   wypowiedział,   lecz   mimo   to   Nadjana   wyczula   łączącą   ich   nową   bliskość. 

Rzadką, jakże cenną otwartość u tego zamkniętego w sobie dziecka. Nakryła dłonią jego rękę, 

ich dłonie miały niemal tę samą wielkość.

Chłopczyk starannie ukrywał uczucia, lecz oczy szare jak dym nie •uciekały.

- Oni cię bardzo kochają, Karlu Martinie. Nawet jeśli nie tak wiele o tym mówią. 

Wiem o tym.

Karl Martin znów dmuchnął przez nos.

- A dlaczego mieliby mnie kochać? Nie umiem obchodzić się z pługiem, jestem na to 

za mały, nie umiem liczyć tak prędko ani pisać tak pięknie jak Amelia, nie potrafię nawet 

porządnie zaprzęgnąć konia, ojciec aż się mnie wstydzi..

- Jesteś mądrym chłopcem, dużo umiesz...

- Będą jeszcze ze mnie dumni, pokażę im! Jest ktoś, kto uważa, że jestem bardzo 

ważny, a mianowicie...

Mało brakowało, a by się zdradził, w porę jednak ugryzł się w język. Niels powiedział 

wszak jasno i wyraźnie, że nikt nie może o niczym się dowiedzieć, nawet Nadjana, choć Karl 

nie znał osoby umiejącej tak jak ona trzymać język za zębami.

Przymknął oczy, pozwolił słowom wypływać z ust, odczuwał przy tym niebezpieczną 

wręcz  ulgę, Nadjana słuchała go uważnie, jej zainteresowanie  sprawiło, że z ust chłopca 

popłynął wodospad wezbrany tak jak wówczas, gdy zimą puszczają lody.

- Chcę stąd wyjechać,  w świat. Byle  tylko  ta wojna potrwała, zanim nie skończę 

czternastu lat. Wtedy będę mógł się zaciągnąć, wyjechać stąd, a potem wrócić do domu z 

honorem... Albo zginąć.

Nadjana wstrząsnęły słowa chłopca. Poznała, że dzieciak naprawdę myśli to, co mówi. 

Te jego słowa o śmierci i zaszczytach nie są tylko czczą gadaniną. Widać było, że już nieraz 

snuł podobne myśli. Wiedział, co z sobą niosą, lecz mimo to nie zaniechał ich, to groźne, 

bardzo groźne.

- Jesteś jeszcze dzieckiem, Karlu Martinie, daj sobie czas na dzieciństwo, nie walcz o 

dorosłość   przed   czasem,   bo  w   tym   nie   znajdziesz   szczęścia.   Żałuję,   że   nigdy  nie   byłam 

dzieckiem...

Popatrzył na nią.

- Mówisz prawdę? Nadjana zdecydowanie pokiwała głową.

- Nie zgadzam się z tobą, ja chcę dorosnąć, prędko. Wtedy będę mógł robić to, na co 

przyjdzie mi ochota. Wyjadę w świat, może zobaczę wszystkie te wspaniałości, o których 

opowiadałaś. Do Kopenhagi, do Anglii, aż do Afryki i na koniec świata!

background image

- Może, pewnego dnia - uśmiechnęła się Nadjana.

- Kiedy dorosnę... Chłopiec poruszył w niej nowe, czułe struny. Nie tylko jego troski 

rozsadzały pierś Nadjany pod wyszywanym perełkami gorsem sukni. Karl Martin rozdrapał 

jej własne rany, zmusił ją, by powróciła do przykrych myśli. Ale kiedy pojawiła się Marja, 

Nadjana odsunęła troski i sięgnęła po kielich, rozbrzmiała pieśń i uniosła się pod powalą.

Gdy jednak kilka godzin później usiadły obie w saloniku Nadjany, Marja dowiedziała 

się o dręczącym przyjaciółkę smutku.

- Bardzo tęsknię, Marjo... chociaż nie wiem, za czym.

- Może brak ci Ogrodu, pięknych ludzi i miejsc w Kopenhadze?

- Już nie, ale coś szarpie mnie za duszę. Marja pokiwała głową, i jej takie uczucie nie 

było obce.

- Może powinnaś wrócić do domu, tam gdzie się urodziłaś, choć nie wiem, gdzie to 

jest...

Nadjana patrzyła przed siebie zamglonym wzrokiem.

- Gdzie to jest... - powtórzyła.

- Pochodzisz ze Wschodu, prawda? Z tego wielkiego kraju?

Nadjana wolno skinęła głową.

-  Chyba   tak,  ale  mało  pamiętam.   Byłam  jeszcze  dzieckiem...  Stale   w  podróży,   w 

ucieczce, tak można to nazwać. Jedyne wspomnienie, jakie zachowałam, to wspaniała szeroka 

rzeka i trochę domów, niskich, z grubymi murami. Tamtejsi ludzie nie ubierali się tak jak my. 

Pamiętam kobiety w kolorowych chustach i jakiś taniec...

Lekko   zabębniła   palcami   o   poręcz   fotela,   przymknęła   oczy   i   cichutko   zanuciła 

niepewną melodię. Zdaniem Marji przypominało to cygańską pieśń.

- Czyżbyś była Cyganką? - spytała delikatnie. Nadjana pokręciła głową, nie przestając 

nucić jak w transie lub upojeniu.

- Nie, nie, nie to. Mieliśmy dom nad rzeką.

- Przybyłaś  na Skjaervaer, z Północy, prawda? Może pochodzisz z jednego z tych 

handlowych  miast, do których dwa razy do roku wyruszają od nas łodzie, wioząc ryby i 

zboże?

- Nie... Jechaliśmy długo. Wyruszyliśmy daleko, daleko na północ. To musiało być 

bardziej na południe i dalej na wschód... ale nie wiem.

Marji przyszedł do głowy pewien pomysł.

- A przecież język, Nadjano? Znasz chyba tamten język? Rosyjski czy jakiś taki? Na 

pewno mogłabyś tam trafić, kierując się już samą mową.

background image

Przyjaciółka przestała nareszcie wystukiwać rytm melodii, popatrzyła Marji prosto w 

oczy.

- Wydaje mi się, że ten język przepadł wraz z resztą mego dzieciństwa. Pamiętam 

zaledwie kilka słów. Upłynęło wszak blisko pięćdziesiąt lat, moja droga.

Marja  całkiem   zapomniała,   że  przyjaciółka  wcale   nie  jest  jej   rówieśnicą.   Nadjana 

miała prawie pięćdziesiąt lat, nikt by się tego nie domyślił. Ironia losu sprawiła, że maska i 

rękawiczki   zasłaniające   utraconą   bezpowrotnie   urodę   czyniły   z   niej   jednocześnie   osobę 

wiecznie młodą, przynajmniej do czasu, gdy białe włosy pozostawały równie bujne jak teraz, 

a głos tak samo łagodny.

Marja westchnęła, cieszyło ją, że nie wszystko jest jasne.

-   Szczerze   mówiąc,   nie   przyjmuję   tego   z   przykrością,   Nadjano.   Oczywiście 

współczuję twojej tęsknocie, lecz jednocześnie jestem na tyle egoistką, żeby się cieszyć, bo 

nie zniosłabym myśli, że stąd wyjedziesz...

Nadjana pochyliła się miękko i położyła głowę na kolanach Marji.

- Ja czuję podobnie, jesteś dla mnie jak siostra, Marjo, ale nie wiem... Jeśli ta tęsknota 

stanie się silniejsza, będę musiała wyjechać.

Marja rozumiała to, wiedziała, do czego zdolne są doprowadzić ból i żal. I jej nie były 

obce, choć inaczej.

- Wiem, o czym mówisz, Nadjano. Płakałabym, lecz na pewno bym cię zrozumiała.

Głowa Nadjany na jej kolanach zrobiła się jakby cięższa, Marja gładziła przyjaciółkę 

po   włosach,   wyciągnęła   szpilki   i   spinki,   podtrzymujące   ciężką   fryzurę   pod   kapeluszem. 

Nadjana westchnęła z rozkoszą, jaką wywołały te zmysłowe pieszczoty. Jakże intymne, lecz 

wyrażające jedynie przyjaźń.

Siostry.

Siostry duchem.

- Mam wrażenie, że coś rozrywa mnie na kawałki, Nadjano - wyznała Marja. - W 

dzień i w nocy mam go przed oczami i przeraża mnie ten widok. Nie mogę się go jednak 

pozbyć. Wżarł się we mnie i moje ciało aż krzyczy za...

Nie za kochaniem, to złe słowo, lecz inne były zbyt  obrzydliwe. Marja doszła do 

wniosku, że Nadjana i tak zrozumie, nie musi więc kończyć zdania.

Ciało   przyjaciółki   drżało   leciutko   z   rozbawienia,   Nadjana   potrafiła   śmiać   się   z 

najbardziej nawet rozpaczliwych sytuacji, nikt jednak nie czuł przy tym, że nie traktuje go z 

dostateczną powagą.

- Nie potrafię ci pomóc, Marjo. Udzieliłam ci już jednej rady, nie dość chyba jednak 

background image

dobrej. Mimo to uważam, że nie ma innego sposobu, by odzyskać spokój, moja droga, lecz 

zdaję sobie sprawę, jak duże jest ryzyko.

- Przez swoje pożądanie mogę utracić wszystko - twardo powiedziała Marja.

- To nie tylko pożądanie, Marjo. W tym twoim opętaniu kryje się coś więcej.

Nadjana wstała, żartobliwie zerkała sponad maski, lecz Marja pojęła powagę kryjącą 

się w jej słowach.

-   Potrzebujesz   po   prostu   kogoś,   kto   umiałby   nad   tobą   zapanować,   moja   bojowa 

przyjaciółko. Kogoś, kto okazałby się silniejszy niż ty. Pragniesz, by cię brano, wykorzysty-

wano, aby ktoś dominował nad tobą i wyzyskiwał cię, bo ze wszystkiego, co niesie życie, 

tego jedynie nie zaznałaś.

To były prawdziwe słowa, lecz jakże straszne. Nikt chyba niczego podobnego nie 

pragnie, a już na pewno nie taka silna kobieta jak ona.

Marja sięgnęła po kubek z herbatą, wystygłą i zgorzkniałą.

Opróżniła go jednym łykiem, nic więcej nie było już do powiedzenia.

Milczenie, jakie zapanowało między nimi, było jak zawsze przyjazne. Są ludzie, z 

którymi można razem milczeć, pomyślała Marja już chyba po raz setny w obecności Nadjany.

background image

ROZDZIAŁ IX

Nareszcie czerwcowe upały wzięły górę, mokre pola zaczęły schnąć. Ludzie modlili 

się z nadzieją, błogosławili słońce, błagając, by tegoroczne lato przyniosło lepsze plony.

A plony zapowiadały się dobrze, zboże wschodziło, choć pola tego roku były mniejsze 

niż zazwyczaj. Zielona trawa wyrosła już na tyle mocno, by przykryć ziemię, brunatną po 

mokrej, chłodnej wiośnie. Od trzech dni słońce grzało niczym niebiańskie ognisko, ludzie z 

wolna przypominali sobie, jak przyjemnie opalać ręce i nogi pod letnim niebem.

Marji upał niezmiernie dokuczał. Nawet w izbach Vildegard wprost z niej parowało. 

Całe   ciało,   które   od   wielu   tygodni   zdawało   się   nadzwyczaj   rozgrzane,   zaczęło   gorzeć. 

Promienie słońca kłuły ją, drażniły obolałą skórę. Przenikał ją dreszcz, jakby od czyjegoś 

dotyku.

Zaciskała zęby i cały czas starała się mieć coś do roboty. Karl chciał również w tym 

roku wysłać ją w góry do letniej zagrody, lecz Marja się sprzeciwiła, uznała, że gospodyni w 

wielkim dworze to nie wypada. Nie mogła też zostawić ogródka z ziołami w Vildegard.

- Phi, ogródkiem może zająć się Amelia, i Edda świetnie sobie radzi z roślinami. 

Johanna też na pewno by pomogła, sama mówiłaś, że to mądra i zdolna kobieta.

Marja mruknęła coś tylko, wymówiła się tym czy tamtym. Karl z szerokim uśmiechem 

podszedł do niej i mocno objął.

- Wolisz zostać ze mną,  prawda? Nie podoba ci się myśl  o samotnych  nocach w 

pasterskiej chacie tylko w towarzystwie dójek!

Musiała się uśmiechnąć i z niemądrą miną pokiwała głową.

Karl zaś szepnął jej do ucha:

- Ostatnio jesteś taka gorąca... Szczęśliwy ze mnie chłop.

Drżała w jego objęciach, wykręcała się z bólem, wiła w sieci kłamstw. Karl jednak 

potraktował to jako żartobliwe zaproszenie.

Łódź cumująca przy pomoście tuż koło Dosen była mała i niepozorna. Siedział w niej 

rosły  mężczyzna   w   prostym   stroju,   na   plecach   dźwigał   skromny  węzełek.   Najwidoczniej 

nikogo   nie   musiał   pytać   o   drogę,   ludzie   patrzyli,   jak   idzie   w   górę   szerokiej,   wysypanej 

żwirem ścieżki od przystani, mija gospodę i kieruje się wzdłuż zagajnika ku kościołowi i 

plebanii.   Przybysz   ruszył   dalej   w   stronę   Wdowiej   Zagrody,   nie   zważając   na   to,   że   pot 

błyszczącymi strumykami ścieka mu po twarzy. Zanim dotarł do dworu, zrzucił koszulę, lecz 

gdy przeszedł na drugą stronę potoku płynącego poniżej, zatrzymał się, obmył twarz i tors, a 

potem znalazł w węzełku czystą, śnieżnobiałą koszulę i wciągnął ją przez głowę. By móc to 

background image

zrobić, na moment zdjął brązowy kapelusz, koszula i białe włosy na chwilę zlały się w jedno. 

Obcisłe   niebieskie   spodnie   uszyto   z   tkaniny   zupełnie   innego   gatunku   niż   samodziałowe 

nogawice, które nosił podczas morskiej przeprawy.

Niels miał uczucie, jakby stał wśród falującego podnieconego tłumu. Upajało go to 

nawet jeszcze bardziej niż minuty tuż przed wybuchem walki.

Głęboko wciągnął powietrze, podniósł wzrok na zagrodę, jaśniejącą w blasku letniego 

słońca. Na polach garstka ludzi pełła chwasty, kosiła pierwszą trawę. Niektórzy dźwigali też 

•wiadra wody, którą wylewali w redliny. Po marcu, kwietniu i połowie maja, kiedy to niebo 

przypominało  jedną nie kończącą się deszczową chmurę,  czerwiec zapowiadał  się bardzo 

suchy.

Niels  zostawił węzełek z ubraniem przy strumieniu. Nie szedł jednak do dworu z 

pustymi rękoma. Do paska przypiął sakiewkę, która podczas marszu lekko uderzała go o udo. 

Nawet to zwyczajne wrażenie wprawiało go w stan napięcia. Dotyk skórzanej sakiewki nabrał 

nowego znaczenia, bo we wszystkim, co się działo wokół niego, kryło się to jedno:

Pożądanie kobiety, którą wkrótce miał spotkać.

Karl przyjął Nielsa z otwartymi ramionami, uśmiechnął się szeroko na jego widok i 

pozdrowił przybysza, serdecznie go witając.

- To dopiero niespodzianka! Chyba wszystko w porządku, Kvithovud?

- Tak, tak, oczywiście na tyle, na ile może być w dzisiejszych czasach.

-   Zachodź   do   środka,   zaraz   poślę   po   Marję,   jest   w   Vildegard,   jak   zwykle.   Lina 

przygotuje nam coś do picia, jak będziemy na nią czekać. Może kubek piwa albo wino? A 

może kawa?

Karl sprawiał wrażenie tak zachwyconego odwiedzinami, że Nielsowi aż zrobiło się 

głupio. Uprzejmie wymówił się od propozycji, tak jak powinno być, lecz Karl zgodnie ze 

zwyczajem nalegał, aż wreszcie na stół w małej izbie trafiło zarówno piwo, jak i filiżanki do 

kawy.

Karl z dumą rozłożył ręce.

- Prościej tu u nas, być może, niż przywykłeś, Kvithovud. Zrozumiałem, że masz w 

Sogndal wzorowe gospodarstwo, a ponadto nazbierałeś całe mnóstwo pięknych rzeczy.

- I to  piękna zagroda,  najlepsza  we wsi. Możesz być  dumny,  Oppdal,  bo takiego 

żyrandola nigdy w życiu nie widziałem. Przynajmniej od lat kiedy jako mieszczanin żyłem w 

Bergen.

Karl   pokiwał   głową,   półksiężyc   uśmiechu   zawisł   mu   na   twarzy.   Zaproponował 

gościowi, by wypili za plony i za zdrowie.

background image

Piwo było świeże i chłodne, słodkie od miodu, którego Marja używała, by częściowo 

zastąpić nie najlepszy słód. Gawędzili o tym i o owym, Niels wypytywał o nowiny z wioski, 

Karl chciał dowiedzieć się czegoś więcej o powstaniu.

- Już wrze - odparł Niels cicho, z powagą, lecz Karl zauważył wyraz zadowolenia 

rysujący   się   wokół   jego   ust.   -   Ludzie   mają   już   dość,   są   przyparci   do   muru,   coraz   po-

wszechniej odmawiają płacenia podatków. Przy ostatnich rozliczeniach tylko paru zapłaciło, 

reszta zaklina  się, że nie odda już wójtom ani szylinga.  Na razie mamy  zaledwie trzech 

zabitych i kilku poszkodowanych, musi jednak dojść do ostatecznej rozprawy. Jesteśmy do 

niej przygotowani.

Karl spuścił głowę, przyglądając się swoim złożonym na kolanach chłopskim rękom. 

Nie były obeznane z bronią, chociaż Karl miał strzelby, noże, a nawet bagnety. To po Antonie 

odziedziczył  całkiem pokaźny zbiór. Swojej starej strzelby nie tykał od wielu już lat, nie 

starczyło mu nawet sił, by na nią patrzeć po tamtym strasznym dniu w górach.

Niels jak gdyby czytał w jego myślach. Podjął bowiem cicho, niemal szeptem:

- Potrzeba nam broni. Potrzebujemy pieniędzy,  kijów, beczek z ziarnem, bandaży, 

wszystkiego. Najważniejsza jest jednak broń, to bowiem nasza jedyna droga do zwycięstwa.

- Wciąż się obawiam rozlewu krwi - wyznał Karl, kierując spojrzenie na przybysza. - 

Kobiety, dzieci, młodzi mężczyźni, którzy nam jeszcze zostali... Czy w istocie warto?

Nielsowi pociemniała twarz. Karl wyczuł gniew, choć gość mówił cicho, spokojnie.

- Wielu z nas umrze dla tej sprawy, od kul bądź z głodu, ale ja wierzę w łaskę króla, to 

mądry pan, nie pragnie wojny z własnymi poddanymi, kiedy Szwedzi mordują nas na polach 

bitew. Królowi zależy na spokoju. Gdy zrozumie, że tego buntu nie da się stłumić, podda się i 

zniesie niewolę podatków. Wtedy czeka nas dobre życie w tym kraju.

Karl nie podzielał w pełni tego przekonania, lecz pokiwał wolno głową. Niezwykłe 

oczy przybysza i jego wyraziste słowa zapewne potrafiły hipnotyzująco działać na wszelkiego 

rodzaju słuchaczy. Nielsa łatwo wyobrazić sobie jako rozmawiającego z samym królem, tak 

jak i z najnędzniejszymi wieśniakami.

- Nie przybywasz tu chyba, żeby... agitować? Niels nie odpowiedział, wyjrzał przez 

okno.

- Przybywam po prostu, żeby podziękować. Hojne dary przysłałeś, Karlu Oppdal. Tak 

hojne, że nie obrażę się o to, co teraz powiedziałeś. Wiem, że trzymasz naszą stronę, i ro-

zumiem twój strach, by i tej wsi nie ogarnęła pożoga.

Dwaj mężczyźni zmierzyli się wzrokiem, zapanował między nimi niepokój, tak bardzo 

bowiem różnili się od siebie. Mimo to jednak Niels musiał przyznać, że Karl jest od niego 

background image

bogatszy, silniejszy. To on bowiem miał Marję. Zaproponował gospodarzowi szczyptę tabaki, 

Karl przyjął ją z wahaniem.

- Zostaniesz chyba na obiedzie? Gość podziękował.

- Mam też parę innych spraw w wiosce, lecz chętnie przez kilka godzin skorzystam z 

twej gościnności. Do zapadnięcia zmroku.

Karl zrozumiał, że sprawy być może nie dają się załatwić w blasku dnia. Poczuł, jak 

do   serca   podpełza   mu   nieprzyjemny   strach.   Od   tego   człowieka   wprost   bił   zapach 

niebezpieczeństwa.   Karl   odgadywał,   że   Niels   Kvithovud   nie   przyniesie   ze   sobą   niczego 

dobrego.

Nastrój,  jaki  zapanował   między   nimi,   trudno   było   określić   jako  swobodny.   Nagle 

nieoczekiwanie do izby wpadła Amelia z Benjaminem, próbującym dogonić ją na chwiejnych 

nogach. Dziewczynka przystanęła gwałtownie, ujrzawszy w pokoju ojca i obcego mężczyznę. 

Szeroko otworzyła oczy, wystraszona i zawstydzona.

- Wejdź, Amelio, przywitaj naszego gościa i przestań tak się bać.

- Przepraszam,  tatusiu,  nie powinnam tak tu wchodzić... Tylko  się bawiliśmy,  nie 

wiedziałam, że ktoś przyszedł w odwiedziny.

Wygładziła   sukienkę,   naśladując   dorosłe   kobiety,   twarz   miała   zarumienioną   od 

zabawy. Delikatnie ujęła Benjamina za rękę i podeszła do gościa. W jej jasnych oczach wi-

dniało coś na kształt oporu.

Niels   odpowiedział   na   spojrzenie   dziewczynki.   Zauważył,   że   jest   bardzo   ładna,   a 

wyrośnie zapewne na jeszcze piękniejszą. Gdy przyjdzie czas, mężczyźni ślinić się będą na 

widok   jej   delikatnego,   proporcjonalnego   ciała.   Pod   prostą   sukienką   rysowały   się   już 

zapowiedzi piersi, wznosiły się i opadały, bo Amelia zdyszała się podczas zabawy.

- To Benjamin Antonssonn Enkesetet

 - oznajmiła Amelia z powagą.

Benjamin ukłonił się aż do ziemi, zanosząc się przy tym głośnym śmiechem.

Oczy Amelii zatrzymały się na twarzy Nielsa, biło z nich wyzwanie i uśpiona niechęć.

Niels niepewnie przywitał się z chłopcem.

Karl powiedział zaś:

- A to Amelia, moja córka. Wkrótce skończy dziewięć lat, tak jak jej brat, Karl Martin.

Niels pokiwał głową, a więc bliźnięta. Chłopca poznał już dobrze, a teraz spotkał się z 

jego siostrą. Dziewczynka nie była podobna do matki ani też do ojca. Miała w sobie jakąś 

kruchość, ale Niels domyślał się, że drzemią w niej' tajemne siły. Przyjdzie dzień, kiedy stanie 

się   niebezpieczną   kobietą,   brak   jej   chyba   jednak   dumy,   tak   charakterystycznej   dla 

*

Enkesetet (norw.) - Wdowia Zagroda.

background image

gwałtownego charakteru matki.

- Prawdziwie piękna z ciebie panna - rzekł Niels miękko. - Widzę też, że jesteś mądra 

i silna.

Amelia nie zareagowała na pochwały. Mocniej tylko ścisnęła rączkę Benjamina, a jej 

spojrzenie, posłane Nielsowi, było nieprzyjemnie pozbawione zainteresowania.

- Czy mogę już odejść, ojcze? Karl dość niechętnie skinął głową. Obecność dzieci być 

może   rozładowałaby   napięcie   zalegające   w   pokoju.   Najwyraźniej   jednak   Amelia   też   je 

wyczuła i chciała przed nim uciec.

- Może wypiłabyś szklankę słodkiego piwa razem z nami? Benjamin także?

Amelia uśmiechnęła się uprzejmie.

- Nie, dziękuję, chyba nie. Mamy z Benjaminem tyle zajęć.

Prędko się pożegnała i wyszła, ciągnąc chłopca za sobą.

- Piękna córka, ale prędka. Może się trochę wstydzi? Karl uśmiechnął się ciepło, z 

oczu biła mu duma i miłość.

-   Amelia   nie   jest   wstydliwa,   ale   to   dziwna   osóbka,   chadza   własnymi   ścieżkami   i 

niechętnie szuka towarzystwa innych ludzi. Ma przecież Benjamina, przyjaźni się też z małą 

pastorówną. Marja trochę się o nią niepokoi, ale jestem pewien, że Amelia wybierze właściwą 

drogę w życiu.

Niels cmoknął lekko.

-   Niedobrze,   żeby   dziecko   samo   sobą   kierowało.   Karl,   słysząc   tę   bezpośrednią 

krytykę, jeszcze bardziej zesztywniał na krześle. Wreszcie wstał.

-   Muszę   chyba   przypomnieć   Linie,   że   wieczorem   spodziewamy   się   więcej   gości. 

Oczekuję małżonków Siursen z Mannhammar. Zajmij się czymś przez ten czas. Czytasz? Tu 

na półkach stoją książki.

Karl   zdecydowanym   krokiem   opuścił   pokój.   To   wielka   nieuprzejmość   pozostawić 

gościa samego, lecz obraźliwe słowa Nielsa dotyczące Amelii wzbudziły w wieśniaku bunt. 

Marja zapewne zachowałaby się jeszcze gorzej, nie znosiła bodaj jednego krytycznego słowa 

na temat sposobu wychowania dzieci. Mimo to, a może właśnie dlatego, płakała po nocach, 

obwiniając się, że jest złą matką.

Karl postanowił wyjść żonie na spotkanie, ostrzec ją przed tym bezczelnym typem, 

któremu   posłali   tyle   pieniędzy.   Zgrzytał   zębami   ze   złości,   w   Sogndal   znajomość   z 

Kvithovudem   wydawała   się   naprawdę   miła,   dlaczego   więc   teraz   zrobiło   się   tak 

nieprzyjemnie? Co się odmieniło w zachowaniu tego mężczyzny?  Co kryło się w niespo-

kojnych   jasnych   oczach,   w   które   Karl   nie   mógł   patrzeć   bez   przeczucia   grożącego   im 

background image

niebezpieczeństwa?

Osiodłał Czarnego, jedynego konia pod wierzch, jaki im został. Ogier pocwałował po 

zboczach,   wprost   unosił   się   nad   ziemią.   Karl   chylił   się   pod   nisko   rosnącymi   gałęziami, 

przyciskając policzek do szyi galopującego wierzchowca.

Nie zdołała ukryć zaskoczenia, lecz Karl w jej rozszerzonych zdziwieniem oczach nie 

dostrzegł nic nienaturalnego. Przedstawił przebieg nieprzyjemnej rozmowy, twierdził, że gość 

się zmienił. Nic dziwnego, że Marja była tak wstrząśnięta.

- On mi się nie podoba, Marjo, ale musimy dziś wieczorem zachować się jako tako 

uprzejmie, bardzo więc proszę, nie daj się sprowokować.

Karl obawiał się wybuchu Marji.

- Wiem, że potrafi być bezczelny i nieprzyjemny. Gunda skarżyła się wtedy, kiedy był 

u nas. Ja nie miałam problemów z przywołaniem go do porządku.

Marja   starała   się,   by   jej   głos   brzmiał   zwyczajnie.   Serce   waliło   jej,   jakby   chciało 

wyskoczyć z piersi i niczym dowód zdrady lec u stóp Karla.

Karl ujął ją pod rękę, na moment przyciągnął do siebie.

- Na pewno zaraz po obiedzie nas opuści. Twierdził, że chce załatwić jakieś sprawy 

we wsi. Musimy zachować  się jak przyzwoici  ludzie,  nie możemy  stracić  czci,  ubliżając 

gościowi. Ale mówię  ci, Marjo, jest w tym  człowieku coś wstrętnego, niebezpiecznego... 

Więcej nie umiem powiedzieć. A co ty o tym myślisz?

-   No...   być   może   -   szepnęła   bez   tchu.   Dłonie   spływały   jej   potem.   Rozpaczliwie 

ściskała kosz z czystymi fartuchami, odwróciła twarz i nie patrząc na Karla powiedziała: - 

Muszę je rozwiesić i zaraz potem przyjdę. Zaczekaj na mnie w cieniu pod brzozą.

-   Mam   Czarnego,   podwiozę   cię   do   domu,   nie   boisz   się?   Marja   roześmiała   się 

wymuszenie, odgarnęła włosy.

- Oczywiście, że nie. Żałuję, że nie pozwalasz mi czasem samej go dosiąść.

Karl   zachichotał.   Jak   by   to   wyglądało,   gdyby   siedziała   okrakiem   na   koniu   jak 

mężczyzna? I tak niejeden zmarszczy nos, jeśli zobaczy go wiozącego żonę w ten sposób.

Marja poruszała się wolno, jak we śnie rozwieszała zniszczone płócienne fartuchy na 

sznurze pod ścianą domu. Potrzebowała chwili samotności, czasu na przetrawienie szoku, na 

przygotowanie się do przedstawienia, które musi odegrać. Karl nie miał pojęcia o tym, co 

działo się w jej sercu, najwidoczniej jednak wyczuł coś w postawie Nielsa, co przywiodło na 

niego poczucie zagrożenia. Gdyby wiedział... Marja wstrzymała oddech, zakłuło ją w piersi.

Dobry Boże, pomóż mi, dodaj mi sil, czuję bowiem, że cała moja odwaga uchodzi ze 

mnie jak piasek z dziurawego worka.

background image

Siedząc na karym koniu przed Karlem i czując, jak ziemia pod nimi faluje, z całych sił 

starała się opanować. Sztywno poddawała się rytmowi jazdy, dłonie Karla w pasie stały się 

jedynie podtrzymującą ją uprzężą. Gdybyż  istniały równie silne liny,  zdolne utrzymać  jej 

serce w miejscu, w którym powinno zostać! W głębi duszy jednak budziła się już pewność: ta 

sprawa będzie miała przerażający koniec. Ona nie zdoła się oprzeć, już na myśl bowiem, że 

wkrótce   zobaczy   Nielsa,   czuła,   jak   ciało   jej   mięknie.   Ruchy   konia,   ciepło   bijące   od 

siedzącego z tyłu Karla, letnie słońce tak nieprzyjemnie oślepiające, a w uszach dźwięczące 

słowa   Nadjany   -   wszystko   to   w   gruzy   obracało   teraz   obronne   budowle,   które   z   takim 

mozołem stawiała. Znów pozostała jej jedynie cienka, krucha skorupka sumienia i poczucia 

godności. Wystarczy jedno spojrzenie Nielsa, jeden nieostrożny ruch, by rozbić ją na drobne 

kawałeczki jak dzieje się wtedy, gdy ktoś próbuje grać w piłkę kurzym jajem.

Obiad przeszedł łatwiej, niż się spodziewali, gdyż Siursen był wesołym człowiekiem i 

przez dłuższy czas skupiał na sobie uwagę zebranych, opowiadając niesamowite historie z 

podróży w interesach na drugą stronę gór. Pani była bardziej powściągliwa, chuda drobna 

kobieta, jadła jak ptaszek i kiwała głową jak dzwoneczkiem. Niels próbował ją oczarować, 

zasypując komplementami, i sprawił, że policzki jej się zarumieniły z czystego zakłopotania. 

Astrid nie lubiła być ośrodkiem zainteresowania.

Marję   ogarnęła   irytacja,   aż   zaczęło   ściskać   ją   w   piersi,   musiała   sama   przed   sobą 

przyznać, że drażni ją Niels tak ofiarnie i dwornie nadskakujący temu szaremu wróbelkowi. 

Dlaczego do niej prawie się nie odzywa? Dlaczego jej nie prawi komplementów? Przecież to 

aż rzuca się w oczy! Karl musiał się już zorientować, że w zachowaniu Nielsa wobec niej jest 

coś dziwnego. Gospodarz jednak sprawiał wrażenie zupełnie spokojnego. Nie przestawał się 

uśmiechać, wciąż wznosząc nowe toasty. Lina nie miała chwili spokoju, kręciła się jak fryga. 

Tego wieczoru na stół trafić musiało wszystko, co najlepsze.

Nieco później, gdy należycie się już posilono, nadeszła pora na rozmowy o interesach. 

Marja zorientowała się, że Karl i Siursen coś planują. Wspominał jej kiedyś, że zamierzają 

wspólnie kupić szkutę, na przewozie produktów i towarów na wielki targ w mieście można 

było   bowiem   sporo   zarobić.   Wielu   już   trudniło   się   transportem   i   właściwie   dziwne,   że 

Wdowia Zagroda dotychczas się tym nie zajęła.

Marja zamieniła kilka słów z sympatycznym gościem, chwaląc jego talent do handlu.

- Ale mamy przecież wśród nas prawdziwego kupca. Nie mógłbyś czegoś doradzić 

tym niedoświadczonym handlarzom?

Uśmiechnęła się pięknie do Nielsa, z oczu bila jej wesołość, zdawała sobie sprawę, że 

zauważył czubek języka leciutko muskający kącik ust.

background image

Niels chrząknął, otarł usta serwetką, wyciągnął nogi pod stołem. Jasnoniebieskie oczy 

błysnęły w stronę Marji, dostrzegł bowiem prowokację w jej spojrzeniu. Przedstawiono go 

jako kupca Dankertsena z Sogndal, podróżującego w interesach, Siursen dostatecznie dobrze 

jednak orientował się w sprawach, by domyślać się, że nieznajomy to człowiek, o którym 

niejedno słyszano. Ojciec Nielsa Kvithovuda nosił zdaje się imię Dankert...

- Tak, z tego żyję. Mam cztery łodzie, jedna z nich jest całkiem nowa, to szczególna 

łódź z północy, można nią żeglować po otwartym morzu. Potrzeba do niej ośmiu ludzi, ale 

załoga jest dobra. Właściwie mógłbym się jej pozbyć, i tak czasy są marne. Mam zresztą do 

załatwienia inne rzeczy, wymagające kapitału...

Napotkał zainteresowane spojrzenie Siursena.

Zdawał  sobie sprawę, że  wszyscy wiedzą,  kim  jest, lecz  tym  się nie  przejmował. 

Siursen był uczciwym człowiekiem, na pewno nie żył w przyjaźni z władzami.

Mężczyźni  zdominowali rozmowę,  zapominając  o tym,  że przy stole wciąż siedzą 

kobiety. Marja w duchu prychała ze złością. Wieczór okazał się zupełnie inny, a ona tak się 

przygotowywała, by zachować na twarzy kamienną maskę! Tymczasem on ledwie się do niej 

odzywa,  to nieuprzejme  i  bardzo dziwne.  Po takim  zachowaniu  wszyscy natychmiast  się 

domyśla, że między nimi coś jest.

Gwałtownie   podniosła   się   od   stołu,   odgarnęła   włosy,   z   oczu   w   stronę   mężczyzn 

posypały się iskry.

- Myślę, że poszukamy sobie z Astrid jakiegoś przyjemnego miejsca. Wy, jak widzę, 

macie inne zainteresowania.

Karl odparł prostodusznie:

- O, tak, dobrze, pewnie nudzi was ta rozmowa, ale zaczekajcie, aż ubijemy interes, a 

przekonacie się, że taka łódź może przewozić nie tylko narzędzia i mięso, lecz na przykład 

materiały na suknie!

Marja wypuściła powietrze przez nos i ujęła Astrid pod ramię. Wyszła tak szybko, że 

piękna suknia z brokatu zaplątała się jej wokół nóg.

Za  plecami   usłyszała   cichy chichot   Nielsa  i  wesoły komentarz,   z którego   Siursen 

serdecznie się śmiał.

- Z tego, co słyszałem, wyjechał prosto z Deseń. Dziwny człowiek ten Kvithovud, a ty 

co o tym myślisz?

- Owszem, dziwny, nieuprzejmy, niegrzeczny, bez manier. Nie pojmuję, że ludzie tak 

się do niego garną i tak wierzą w to, co mówi, że gotowi są dla niego zginąć.

- Wcale nie dla niego giną - z ponurą miną zauważył Karl. - To przez tę biedę. Niels 

background image

Kvithovud ma rację, to prawdziwe niewolnictwo. W każdym razie podziwiam jego odwagę, 

nie boi się o własną skórę.

Marja zaplatała wilgotne włosy w sześć twardych warkoczy, spanie w takiej fryzurze 

było prawdziwą udręką, lecz wiedziała, że następnego ranka będzie miała pięknie falujące 

włosy. Nazajutrz wypadała niedziela, wybierali się do kościoła, później zaś najważniejsze 

damy  w  parafii   jak  zwykle   planowały spotkanie  u  nauczycielki,   Nadjany,   by cieszyć   się 

nawzajem swoim towarzystwem i głośno czytać z rozmaitych budujących ksiąg. Z czasem 

atmosfera na spotkaniach stawała się coraz lżejsza, przestały już wymawiać się duchowym 

alibi,   i   gdy   pastorowa   z   córką   pożegnały   się   już,   niedzielna   powaga   przeradzała   się   w 

swobodną   wesołość.   Nadjana   odgrywała   zwykle   krótkie   przedstawienia,   była   niezwykłą 

imitatorką, panie zaśmiewały się do łez, gdy naśladowała wygłoszone tego dnia kazanie. Zza 

maski płynęły słowa, wypowiadane niekiedy głosem nowego pastora, to znów rozbrzmiewał 

grzmiący bas dzwonnika. Nadjana cytowała również chętnie fragmenty najnowszych sztuk, 

znała bez liku krótkich sonetów, a także śmielszych miłosnych piosenek z wielkiego świata. 

Kobiety chłonęły jej występy, tak samo jak kandyzowane śliwki.

Marja i Nadjana, kiedy inne panie już wyszły,  często siedziały razem,  czując, jak 

wypite kieliszeczki przyjemnie grzeją w żołądku, a w głowie szumi echo głosów i śmiechów, 

ploteczek i historyjek ze wszystkich zakątków wsi.

Tego wieczoru jednak Nadjana była zmęczona i milcząca. Marja posłała ją do łóżka, 

surowo zapowiadając, że musi się wyspać. Niepokoiła się o przyjaciółkę, ostatnio Nadjana 

bardzo schudła, wyglądała niemal na chorą, choć za każdym razem, gdy się spotykały, jej 

dłonie poruszały się tak samo szybko, a z ust płynęły równie wesołe jak zawsze słowa.

Poza tym Marja nie miała śmiałości, by wypowiedzieć na głos jego imię. Wczorajsze 

nieprzyjemne   spotkanie   tkwiło   w   niej   wciąż   niczym   świadomość   mogącej   się   wydarzyć 

katastrofy. W żołądku ściskało ją i piekło, winna temu była przede wszystkim złość, że nic 

nie okazało się takie, jak oczekiwała.

Ścieżkę prowadzącą do domu znała już tak dobrze, że wędrówka nią napełniała ją 

spokojem. Marja nosiła lekkie buty, z najlepszej cielęcej skórki, ściśle przylegały do stopy, 

miały haftki ze srebra, a podeszwę ze świńskiej skóry, nie z drewna! Wędrowała, leciutko 

stąpając   po   leśnym   podszyciu,   zboczyła   ze   ścieżki,   by   zebrać   bukiecik   rumianków 

jaśniejących na polanie. Siedziała tutaj dawno temu. Przez myśl jej wówczas nie przeszło, że 

ziemia, w którą wsiąkają jej łzy, będzie kiedyś należeć do niej.

Pani   na   Wdowiej   Zagrodzie   zapragnęła   ułożyć   się   w   miękkiej   trawie   na   chwilę 

odpoczynku,   coś   jednak   ją   popędzało,   chociaż   wieczór   nie   był   jeszcze   późny  i   Karl  nie 

background image

spodziewał się jej wcześniej niż za dwie albo może trzy godziny. Z każdym krokiem zbliżała 

się do domu, stopy same ją niosły, niedzielną suknię musiała podnieść aż nad kolana, gdy 

mijała pachnące ciężko różane krzewy przy mostku.

W lesie cicho zagwizdał jakiś ptak.

Marja drgnęła, w tym dźwięku czaiło się coś strasznego. Choć letnia noc była ciepła, 

ciarki przeszły jej po plecach, odwróciła się gwałtownie, poszukując źródła dźwięku.

Nic.

Wszędzie cicho.

Dlaczego serce wali jej jak ze strachu? Wieczór był wszak jasny i piękny, znajdowała 

się   w   dobrze   znajomej   okolicy,   w   drodze   do   bezpiecznego   domu.   Nikt   nie   ośmieli   się 

wyrządzić jej tu żadnej krzywdy.

Ptak poskarżył się znów. Czyżby coś zakłóciło spokój w gnieździe? A może są w tym 

zagajniku, tak blisko Wdowiej  Zagrody,  jakieś drapieżniki?  Dzieci zwykle  się tu bawiły. 

Trzeba położyć temu kres, postanowiła Marja. Chciała się już odwrócić, iść dalej, ramiona 

pokryły się gęsią skórką.

I wtedy usłyszała ciche wołanie. Wabienie. Dźwięki, których na pewno nie wydał 

żaden ptak ani zwierzę.

- Niels - szepnęła cicho.

A  więc tak,  zaśpiewało  w  jej  ciele.  Stał  na skraju lasu w  ciemnym  ubraniu, lecz 

nietrudno było go dojrzeć, bo jaśniał gors koszuli. Marja się wystraszyła.

Nie odezwał się więcej, nie prosił, by podeszła, po prostu stał. A jej stopy nie chciały 

słuchać, nie chciały zawrócić i skierować się na właściwą ścieżkę, pragnęły pobiec do niego, 

choć nawet o to nie prosił.

Uciekaj,   nakazała   sobie   w   duchu   Marja,   jeszcze   chwila,   a   będzie   za   późno.   Nie 

wmawiaj sobie, że zamienicie kilka uprzejmych słów, nie wierz, że jesteś panią w tej grze. 

Uciekaj, uciekaj!

Nawet teraz jednak ciało nie chciało jej słuchać.

Nie   wiedziała,   jak   długo   tak   stoją,   jakby   wrośnięci   każde   we   własne   miejsce, 

przyglądając się sobie w milczeniu jak dwa dzikie zwierzęta, które znalazły się w tym samym 

rewirze.

Bez słów zrozumiała obowiązujące reguły.

Wiedziała,  że on za nią nie pobiegnie, nie był  gwałcicielem.  Gdyby  ruszyła  teraz 

swoją drogą, nigdy więcej już by go nie zobaczyła.

Mimo to strach dręczył ją niczym zmora, dłonie drżały, letnia noc zdała się chłodna i 

background image

upalna zarazem, bo policzki ją paliły, a jego oczy były niczym płonący lód.

Dzieliło ich od siebie może piętnaście kroków i przepaść równie głęboka jak ta, nad 

którą kiedyś  się potknęła. Zaszlochała  ogarnięta  bólem,  czuła  się złowiona  przez  światło 

bijące  spod jasnej  grzywki.  On nawet nie  drgnął, stał  na szeroko rozstawionych  nogach, 

całkiem prosty, jedną ręką tylko dotykał pnia drzewa.

Gdy poruszył się nieznacznie, jak gdyby chciał zawrócić, było już za późno. Marja 

rzuciła się w przód. Biegła, czuła, że wiatr rozwiewa jej włosy, drobne gałązki kaleczą stopy, 

ale wreszcie gorące wargi zapiekły na twarzy.

- Wiedziałem, że przyjdziesz - w jego głosie zabrzmiało zwycięstwo, a Marja, słysząc 

je, zaczęła się szarpać, by się uwolnić.

- Nie możesz przyjmować wszystkiego za pewnik, Kvithovud!

Oczy mu się zwęziły,  już kiedyś  widziała go takim. Tym razem nie uciekła, stała 

dumna jak zawsze.

- Masz gorączkę we krwi, kobieto. Wiem, że cierpisz tak samo jak ja, wiem od dawna. 

Teraz dokonałaś wyboru i już się nie wykręcisz.

- Ty też nie - odparła powoli i przyłożyła rękę do jego szyi. Wyczuła rytm krwi pod 

lekko wilgotną skórą, przycisnęła palce do pulsującej tętnicy, zataczała nimi bolesne kręgi.

- Ty jesteś... inna.

Wyszeptał   to   schrypniętym   głosem.   Marja   zastanawiała   się,   z   jakimi   kobietami 

dotychczas przestawał. Prawdopodobnie z dziwkami i nieszczęśliwymi, łatwo dającymi się 

uwieść córkami wieśniaków, takimi, które bez trudu dawały się zauroczyć pochlebstwami. 

Mógł potem od nich czerpać, nie dając nic w zamian. Przekona się, że tym razem będzie 

inaczej.

Nie pozwoliła mu na przejęcie inicjatywy, lecz sama stawiała żądania.

Jej ręce pragnęły tego, we śnie tęskniły za słodyczą wędrówki po jego skórze, teraz 

były twarde, wręcz brutalne i nie zważając na protesty rozumu, niespodziewanie zerwały z 

niego koszulę.

- Jesteś, zdaje się, mocny w pysku, Kvithovud, bezczelny i bezlitosny, a tak przy tym 

przebiegły, że młode dziewczęta na jedno twoje słowo mdleją i są ci uległe. Zobaczymy, czy 

masz się czym popisać, gdy już przyjdzie co do czego. Cały czas patrzyła w jego oczy. Wciąż 

biła   z   nich   wesołość   i   żądza,   lecz   Marja   znalazła   także   to,   czego   szukała:   odrobinę 

niepewności, jakby zdziwionego lęku, kryjącego się gdzieś we wnętrzu olbrzyma. Przydało 

jej to odwagi, przycisnęła się do niego biodrami, stali niczym drzewo o dwóch pniach w 

środku lasu, zrośnięci ze sobą od ziemi do pasa. Obejmował ją teraz, lecz kiedy chciał ścisnąć 

background image

mocniej, stanowczo się temu sprzeciwiła.

- Ryzykuję wszystkim, co mam, Niels. Naprawdę uważasz, że warto?

W odpowiedzi usłyszała jedynie pomruk, wcisnęła bowiem ręce pomiędzy ich zwarte 

ciała, w gorąco, od którego topnieli, i pomimo dzielącej ich sukni i skórzanych spodni łączyli 

się w jedno.

Mój   Boże,   ona   niczego   nie   oszczędza.   Nie   zostawia   sobie   nawet   najmniejszej 

pociechy dla własnego sumienia, bodaj cienia protestu, którym później, niczym tarczą, mo-

głaby odpierać zarzuty. Ta kobieta niczego chyba nie robi do połowy, postanowiła do niego 

przyjść, zdecydowała też najwidoczniej, że tu niepotrzebny romantyzm, piękne słówka ani 

żadna przygrywka.

Zdjęła już nawet stanik sukni i stała przed nim w samej tylko koronkowej koszuli.

- Zdejmij ją - szepnął. - Świecisz w ciemności.

Z wyrazem głodu w oczach usłuchała. Jej ciało wyglądało na ciało osiemnastolatki, 

tylko piersi miała dojrzalsze. W spojrzeniu, jakim go teraz obrzuciła, również niewiele było z 

młodej dziewczyny.

Musieli wreszcie osunąć się na trawę, Marja poczuła, że również tu, pod koronami 

drzew, ziemia jest ciepła, nagrzana. Nagle obojgu przestało się spieszyć, ucichli, walka o wła-

dzę była rozstrzygnięta i zakończona. W jego oczach znów odmalowało się zdumienie. Lękał 

się jej, jak gdyby dopuścił do siebie śmiertelnego wroga. Dłońmi przesunął po krągłościach 

jej ciała, okazując im uwielbienie. Marja leżała rozluźniona, pozwalała mu badać wszystkie 

zakątki,   które   pragnął   poznać.   Rozbawiony   uśmiech   na   wargach   nie   świadczył   wcale   o 

zawstydzeniu, nawet kiedy ciało zapłonęło najgorętszą tęsknotą za nim. Uśmiechnął się do 

niej, ścięgna na szyi napięły mu się jak postronki, widziała, jak on walczy, by zachować tę 

iluzję, że wciąż w pełni się kontroluje. Gdy usiadła powoli i przyłożyła usta do jego drobnych 

twardych sutek, poczuła, jak nagle zgięły mu się plecy. Od jej niespiesznych pieszczot dech 

zaparło   mu   w   piersiach,   przegrywał.   Szybko   jak   błyskawica   po   raz   ostatni   zaatakował 

wzniesiony przez nią obronny mur. Jego ręce i usta były wszędzie, ona nie uchylała się przed 

tym, takie bowiem były nie wypowiedziane na głos reguły. W uszach jej szumiało, miała 

wrażenie,   że   całe   ciało   się   czerwieni,   lecz   nawet   przy   jego   gorącym   oddechu 

rozdmuchującym centrum ognia zdołała powstrzymać pożogę.

Złapał  ją za włosy,  przytrzymał,  nawijając czarny kosmyk  wokół nadgarstka, lecz 

chwyt osłabł niczym u umierającego, gdy zdołała jednak do niego dotrzeć ustami i popatrzyła 

mu prosto w oczy, podczas gdy świat groził zagładą.

- Czarownica - mruknął, a Marja wiedziała, że to komplement. W dodatku określenie 

background image

podobało jej się bardziej niż „anioł”, w każdym razie gdy padało z ust tego demona.

„W koronach drzew nad nimi niósł się lekki szum, Niels umieścił teraz kolano między 

jej nogami, moc mięśni naprężonych pod skórą uświadomiła jej, że nie mogą już dłużej tak 

się dręczyć. W decydującym momencie przytrzymał jej ręce w trawie, swobodne miała teraz 

tylko oczy, lecz ich blask przemawiał wyraźnie i starczył, by wprawić go w drżenie pomimo 

fizycznej przewagi.

- Prawie brak mi śmiałości, jesteś... niebezpieczna.

- Owszem - odparła głuchym głosem, dobiegającym niczym z wnętrza ziemi. - Lecz 

teraz nie masz już wyboru.

Pragnęła  go zmusić,  by zbliżył  się do niej  jeszcze bardziej, pragnęła  poczuć jego 

gorąco aż do dna, wiedziała bowiem, że bez tego nigdy nie odzyska spokoju. Oczy, którymi 

przez cały czas go przytrzymywała, dopełniające całości pieszczotom, teraz spojrzały gdzie 

indziej. Skryła je przed nim, wiedząc, że tylko w ten sposób może dodać mu odwagi.

Teraz, teraz, teraz!

Nagłe nie było go przy niej, jak gdyby oderwały go od niej ludzkie dłonie, ledwie 

mogła nad sobą zapanować, gdy usłyszała warkliwe przekleństwa. Wyciągnęła ręce po jego 

ciało, krzycząc z bólu niespełnionej rozkoszy. Nie zorientowała się w sytuacji, dopóki nie 

wskazał jej różanych zarośli. Trzask łamanych gałązek zdradzał, że jest tam jakieś życie. Ktoś 

uciekał.

Jęk, kolejne przekleństwa.

- Do diabła, rzucił kamieniem! Trafił mnie w sam środek pleców!

Marja   drżała   ze   zdenerwowania   i   wstrzymywanego   podniecenia.   Sytuacja   była 

naprawdę   nieprawdopodobna.   Zdołała   jakoś   strawić   świadomość,   że   zostali   odkryci,   gdy 

jednak pełna prawda dotarła do jej zamroczonego umysłu, mogła zareagować jedynie cichym 

szlochem.

- Na Boga, wydaje mi się, że to twój dzieciak, Karl Martin...

Zanim w pełni zrozumiała, co się stało, on naciągnął już spodnie i pomknął przez 

krzaki róży. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła, były plecy pokryte czerwonymi krwawiącymi 

zadrapaniami, pozostawionymi przez różane ciernie.

background image

ROZDZIAŁ X

Uciekła stamtąd z sercem walącym  w piersi, z oczami  zaślepionymi  bezbrzeżnym 

wstydem  i lękiem.  Pobiegła  tą samą  drogą, którą przyszła,  i zbudziła  Nadjanę całą  serią 

niezrozumiałych, bełkotliwych dźwięków. Zaspana przyjaciółka w pierwszej chwili nie mogła 

wydobyć z Marji, co się właściwie stało, ponieważ jednak była bystrą kobietą, wystarczyło, 

że wśród szlochów wychwyciła kilka słów, i już miała cały obraz.

- O Boże! - westchnęła cicho. Zaraz jednak wzięła się w garść, wiedząc, że bezradność 

to ostatnie, czego w tej chwili potrzebuje Marja.

- Wszystko będzie dobrze. Niels... pobiegł za małym? Marja kiwnęła głową. Szloch 

wciąż wyrywał się z jej piersi niczym banieczki powietrza z wrzącej masy. Siedziała w ledwie 

narzuconej   sukience,   nie   ubierała   się   starannie,   po   prostu   uciekła   z   tamtego   strasznego 

miejsca w lesie. Do domu wszak wrócić nie mogła.

Nadjana była teraz już spokojniejsza, myślała trzeźwiej, próbowała analizować.

-   To   znaczy,   że   Karl   Martin   wie   o   twoich...   namiętnościach.   Cóż,   może   to   nie 

najpiękniejszy widok dla dziecka. Niemniej jednak to część życia. Jak sądzisz, co on myśli?

-   Ja...   nie   mam   pojęcia.   Nigdy   nie   potrafiłam   zrozumieć   tego   dziecka!   -   Suche 

szlochanie Marji powoli przechodziło w płacz. - Jeśli on go złapie... może zabić dzieciaka. On 

jest niebezpieczny!

Nadjana nie była pewna, czy Marji chodzi o mężczyznę czy o chłopca. Bez wątpienia 

obaj stanowili teraz dla niej zagrożenie.

- Nie wydaje mi się, by go zabił, lecz może rzeczywiście złapie chłopca, a wtedy 

dobrze, żebyś i ty tam była, kiedy wrócą do miłosnego gniazdka.

Marja, słysząc ironiczne rozbawienie w glosie Nadjany, załkała histerycznie.

-   Nie   mogę   tam   wrócić,   oszalałaś?   Nadjana   podeszła   do   przyjaciółki.   Palcem 

spowitym w koronki wzięła Marję pod brodę.

-   Musisz.   To   jedyne   słuszne   wyjście.   Natychmiast   biegnij   tam   z   powrotem, 

porozmawiaj z chłopcem, wyjaśnij mu, powiedz mu coś, żeby zrozumiał, że to jedna z ciem-

nych stron życia dorosłych. Wytłumacz, że lepiej zrobi, oszczędzając ojcu prawdy. Wydaje 

mi się, że Karl Martin zrozumie. Przekonasz się, że można mu wierzyć, jeśli tylko okażesz 

mu odrobinę szczerości i zaufania.

Marja nie wyobrażała sobie, jak zdoła stanąć twarzą w twarz ze swym małym synkiem 

i rozmawiać z nim o takiej sprawie. Przecież ona ledwie miała z nim kontakt, wystarczał 

jedynie, by przekazywać chłopcu najprostsze polecenia.

background image

Marja   przekradła   się   między   drzewami   i   odnalazła   miejsce   w   pobliżu   różanych 

krzewów,   lecz   Karla   Martina   tam   nie   było.   O   drzewo   opierała   się   natomiast   rosła, 

przygarbiona postać, rozłożysta klatka piersiowa lekko błyszczała od potu. Zorientował się, 

że Marja nadchodzi, poznała to po jego lekkim drgnieniu.

W   milczeniu   podeszła   do   niego,   ledwie   jakiś   ton   w   powietrzu   przypominał   o 

pożądaniu, które tak niedawno ich połączyło. Miał zatroskaną twarz, ona zaś zamkniętą, tak 

jak zamyka się po zachodzie słońca kwiat rozchylający płatki do jego promieni.

-   Złapałeś   go?   Niels   skinął   głową.   Marja   mówiła   szeptem,   strach   grubą   warstwą 

zdawał się otaczać jej osłabły głos.

- Co było dalej?

- Rozmawialiśmy.

- O czym?

Zaczęła dygotać, objęła się więc sama rękami. Niels, nie patrząc na nią, odparł równie 

cicho:

-   Męskie   rozmowy,   Marjo,   ale   z   chłopcem   wszystko   jest   w   porządku,   on   potrafi 

milczeć, kiedy trzeba. To odważny chłopczyk, bardzo go lubię.

- Lubisz go? - zdenerwowała się Marja. - Jak możesz tak mówić? Ledwie go przecież 

widziałeś, on wszystko zniszczył, zobaczył nas i teraz na pewno...

Niels przyciągnął Marję do siebie, wpadła wprost w jego objęcia. Z jego rąk biła teraz 

tylko i wyłącznie siła, zniknęło gdzieś ciepło i namiętność. Przytrzymywał ją mocno, jakby 

była rozbrykanym cielęciem.

- Uspokój się, sama wybrałaś tę grę. Nie skończyliśmy jej.

Marja zapłoniła się. Te słowa były prawdziwe, lecz żądzę stłumił teraz niepokój i 

szok. Kiedy więc przycisnął usta do jej warg w brutalnym pocałunku, nie był to wstęp do no-

wej gry, lecz przypieczętowanie jakiegoś sprzysiężenia.

- Doszliśmy do końca drogi - zaprotestowała, a jej oczy przypominały teraz chłód 

stawu.

- Wydaje mi się, że nie - odparł wolno, znów ciężko oddychając.

Ogarnięta gniewem na własne niewierne jej ciało, wyrwała się z jego uścisku.

- Był w tym jakiś sens - oświadczyła z mocą. - Karl Martin ocalił mnie przede mną 

samą.

- Ciebie nikt nie zdoła ocalić, Marjo. Nikt inny niż ty sama. Bo żądzę, która w tobie 

płonie, ugasić mogę jedynie ja. I ty dobrze o tym wiesz.

Odchodząc słyszała jeszcze cichy śmiech i z każdym krokiem rosła jej pewność, że 

background image

Niels mówił prawdę.

Dopiero następnego dnia wieczorem zorientowała się, że Karl Martin zginął.

Amelia była przerażona, Lina płakała i skarżyła się, Karl bliski był załamania z lęku o 

synka.

- Gdzie on jest? Co się stało?

Marja odnosiła wrażenie, że jest całkiem pusta w środku. Nerwowa wędrówka Karla 

po pokoju przyprawiała ją o jeszcze większy niepokój. Czuła, że przy każdym  okrążeniu 

depcze   jej   serce.   Na   końcu   języka   miała   już   słowa   wyjaśnienia,   mało   brakowało,   a   nie 

wytrzymałaby i wyznała mu wszystko. Gdyby bowiem znał całą historię, gdyby dowiedział 

się, co przeżył Karl Martin... zrozumiałby, że synek nie mógł wyjechać razem z obcym. Marja 

nie   przestawała   wyobrażać   sobie   oczu   syna   płonących   nienawiścią   do   białowłosego 

buntownika, który przybył znienacka i natychmiast skupił na sobie uwagę matki.

-   Prawdopodobnie   uciekł   gdzieś   w   góry.   Wielu   jego   rówieśników   jest   teraz   na 

górskich   pastwiskach   razem   z   matkami,   ciotkami   i   młodszym   rodzeństwem.   Karl   Martin 

zawsze lubił góry. Myślę, że przeżył zawód, kiedy oznajmiłam, że w tym roku nic z tego nie 

będzie...

Starała się, by jej głos brzmiał spokojnie, a argumenty przekonująco. Karl zatrzymał 

się w swej wędrówce na środku izby.

- Tak myślisz? Może rzeczywiście masz rację, Marjo. Tak, tak musi być. Ale ten łobuz 

powinien nas uprzedzić, nie wolno mu tak uciekać, nikomu nie mówiąc ani słowa.

Amelia wpatrywała się w gniewne twarze rodziców, wiedziała, że są przestraszeni, 

lecz przede wszystkim chyba źli.

Ach, dlaczego nie porozmawiała z Karlem Martinem wczoraj wieczorem? Obudziła 

się, kiedy wszedł do izdebki, w półśnie widziała, jak idzie po kurtkę, która przez lato wisiała 

na stryszku nad jej pokoikiem. Uciszając ją schodził z drabiny, życzył dobrej nocy i prosił, by 

nie wstawała.

-   Dokąd   idziesz?   -   spytała,   była   jednak   tak   zmęczona   i   śpiąca,   że   odpowiedź 

najwidoczniej zginęła gdzieś we mgle snu.

Dlaczego? Dlaczego nie wstała? Dlaczego go nie uścisnęła? Może namówiłaby go, 

żeby   został?   W   oczach   Amelii   zakręciły   się   łzy   z   poczucia   winy.   Między   nią   a   bratem 

bliźniakiem nie zawsze układało się najlepiej, niekiedy bywał taki daleki, nieprzystępny, jak 

gdyby jej świat ani trochę go nie obchodził, teraz jednak, kiedy zginął, Amelia czuła w sercu 

wielką ziejącą jamę.

Z   lękiem   wcisnęła   się   w   kącik   kanapy,   Benjamin   wyczuł   jej   niepokój   i   siedział 

background image

spokojnie na podłodze, kołysząc się w tył i w przód, popiskując cichutko jak ptaszek. Tatuś 

przestał wreszcie krążyć po pokoju i mocno tulił mamę. Amelia powoli odetchnęła. Dobrze, 

że między nimi tak jest. Mimo wszystko jednak na twarzy mamy widać było coś dziwnego, 

jak gdyby głaskanie ojca po włosach sprawiało jej ból. Najwyraźniej strasznie się boją o Karla 

Martina.

- Pójdę dzisiaj w góry - oświadczyła Amelia. - Poszukam go. Wrócę jutro wieczorem z 

wiadomością, dam sobie radę.

Zatroskaną twarz Marji rozjaśnił uśmiech. Oderwała się od Karla, podeszła do córki i 

wzięła ją na kolana jak malutkie dziecko.

- Moja droga, zrozum, to niemożliwe. Droga do Fjellbu jest taka długa.

- Szłam tamtędy już wcześniej - stanowczo odpowiedziała Amelia.

W   oczach   zapłonął   jej   upór.   Marję   ucieszyło   to   zdecydowanie   córki,   od   dawna 

przecież niepokoiła ją uległość Amelii, tym razem dziewczynka okazała inicjatywę i odwagę, 

w dodatku będzie musiała zostawić Benjamina, co także wyjdzie jej na zdrowie, pomyślała 

Marja.

- Duża już z ciebie dziewczynka - powiedziała miękko. - Ale czy jesteś pewna, że tego 

chcesz?

Amelia z uporem patrzyła przed siebie.

- Tak.

Podszedł do nich Karl, pogładził ją po ramieniu.

- Lepiej będzie, jak pójdę z tobą, Amelio, wyruszymy razem.

Marja posłała mu surowe, ostrzegawcze spojrzenie i Karl umilkł.

- Naprawdę zechcesz  to zrobić dla nas, Amelio?  Rzeczywiście  trochę  się o niego 

boimy,   wspaniale   byłoby,   gdybyś   mogła   wrócić   jutro   i   dać   nam   znać,   że   wszystko   w 

porządku.

Dziewczynka uśmiechnęła się leciutko.

- Już zaraz idę, powiem tylko Benjaminowi, że załatwię pewną sprawę i niedługo 

wrócę.

Karl przygryzł wargę, lecz zdecydowane spojrzenie Marji sprawiło, że uścisnął tylko 

córkę i życzył jej dobrej drogi.

Zostali sami. Marja miała ochotę uciec stąd, znaleźć jakieś zajęcie, ostatnio dużo było 

do zrobienia. Nie powinna siedzieć bezczynnie, ale Karl zatrzymał  ją, z jasnych oczu bił 

strach i surowość.

- Niedobry chłopak, co on wymyśla? Dziwne dziecko. Zawsze trzymał się na uboczu, 

background image

ale żeby nie pokazał się przez całą dobę? Gdzie może być? Co zrobimy, jeśli nie ma go na 

Fjellbu, jeśli...

Marja przełknęła płacz, nie chciała się załamywać, wiedziała jednak, że chłopiec jest 

najprawdopodobniej zupełnie gdzie indziej. Niels z nim rozmawiał, Niels widział go jako 

ostatni, poza Amelią, bo chłopiec zakradł się do niej po ciepłe ubranie. Mogło się to zgadzać z 

jego ewentualnym zamiarem wybrania się w góry, pasowało jednak również do przeprawy 

łodzią...

Im dłużej Marja myślała o sprawie, tym większego nabierała przekonania, że Niels 

zabrał małego z sobą. Nie bardzo mogła pojąć, jak Karl Martin zgodził się wyruszyć z tym 

obcym mężczyzną, który w dodatku zhańbił imię jego ojca. Ale tego chłopca zawsze trudno 

było   zrozumieć.   On   był   zdolny   chyba   do   wszystkiego,   drugiemu   człowiekowi   trudno 

prześledzić jego myśli.

Nie   mogła   nic   powiedzieć   Karlowi,   nie   potrafiła   znaleźć   żadnego   dobrego 

wytłumaczenia.   Karl  nie  wiązał   Nielsa  ze  zniknięciem   synka.  Zapewne  nawet  mu  to  nie 

przyszło do głowy.

- Jeśli okaże się, że nie ma go w górach, to jutro zastanowimy się, co robić. A teraz 

miejmy nadzieję, że Amelia go znajdzie. Nie zaszkodzi chyba jednak, jeśli wybierzesz się do 

wioski i popytasz o niego...

Karl kiwnął głową ucieszony, że może zająć się czymś konkretnym. Nie potrafił ukryć 

swego   strachu.   Marji   serce   na   jego   widok   płakało   w   piersi,   wiedziała,   jak   mocno   mąż 

związany jest z synem. Uświadomiła sobie, że upłynęły już lata, odkąd przestała myśleć o 

tym, że jej dzieci nie są dziećmi Karla. Przez resztę życia będzie musiała radzić sobie z tą 

tajemnicą, lecz teraz wiedział o niej tylko jeden żyjący człowiek. Nadjana. A jej milczenia 

Marja była pewna.

Głośno powiedziała:

- Może on jest u Nadjany...  Dobrze się przy niej  czuje. Mają chyba  jakieś  swoje 

tajemnice.

- Czy Nadjana nie zrozumiałaby, że się o niego niepokoimy, i nie przysłałaby go do 

domu?

Marja kiwnęła  głową. No tak, to racja. Nie zaszkodzi jednak z nią porozmawiać. 

Nadjana zawsze potrafiła poradzić coś mądrego w trudnych sprawach.

Karl już wkładał odświętne ubranie, postanowił zaprząc konia do wózka i spędzić 

kilka godzin w Dosen. Teraz, w środku sianokosów, zapewne nie będzie tam tłoczno, zwykle 

jednak w gospodzie przesiadywali ludzie, którzy wiedzieli najwięcej o tym, co dzieje się w 

background image

wiosce. Karl lubił znaleźć sobie miejsce w półmroku karczmy, zamówić kubek piwa albo 

jabłecznika i przysłuchiwać się rozmowom toczącym się wokół stołów. Niekiedy sam nawet 

włączał się w nie mające końca dyskusje o pogodzie, zbiorach i wyzwaniach rzucanych przez 

los.

Marja patrzyła, jak odjeżdża. W sercu ściskało ją, w oczach piekło. Musiała przywołać 

całą swoją siłę, żeby nie osunąć się na krzesło przy stole i nie zawodzić. Wolno przeszła do 

sypialni,  naciągnęła  nową suknię, włosy splotła  mocno w warkocz, otaczający głowę jak 

korona. Jeszcze lekka chustka na głowę dla ochrony przed słońcem i była gotowa.

Na zewnątrz upał uderzył ją, zdawał się lec ciężarem na ramionach. Z bijącym sercem 

minęła  krzewy róży,   oczy  same  skierowały  się  na  zagajnik,   szukając   rosłej  postaci,  lecz 

oczywiście nikogo tam nie było. Szybko wyminęła zarośla, czując dławienie w gardle. Droga 

do domku Nadjany była krótka, lecz każdy krok przypominał jej o rozpaczliwej ucieczce 

poprzedniej   nocy   w   sukni   ledwie   zakrywającej   ciało,   z   palącym   smakiem   jego   ust   na 

wargach.

Nadjana zapraszając ją do środka miała poważną minę.

- Tak mi przykro, Marjo, to wszystko moja wina. Udzieliłam ci marnych rad...

- Słuchałam tylko samej siebie - uśmiechnęła się Marja gorzko, z czułością ściskając 

przyjaciółkę.

Oczy Nadjany błyszczały, maseczka kryła łzy, lecz Marja dostrzegła wilgotne ślady na 

szyi przyjaciółki.

- Co się z nim mogło stać? - westchnęła, kiedy już opowiedziała Nadjanie o kłopocie.

Przyjaciółka ujęła ją za rękę.

- Wybacz mi, Marjo, chyba rzeczywiście się wygłupiłam, ale przestań się lękać. Karla 

Martina nie ma w górach, tak jak myślisz. Wyjechał z Nielsem.

Marja szeroko otworzyła usta ze zdumienia.

- Skąd wiesz? Znasz Nielsa? Ale przecież...

- Nie znam go - spokojnie odpowiedziała Nadjana. - Jedynie ze słyszenia. I ty, i Karl o 

nim mówiliście. Spotkałam go dzisiejszej nocy, pierwszy i ostatni raz.

Wśród całego nieszczęścia w głosie Nadjany zabrzmiało rozbawienie.

- I muszę przyznać, że teraz rozumiem cię jeszcze lepiej, moja droga przyjaciółko. On 

jest rzeczywiście kimś szczególnym.

Marja wśród łkań nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.

- Owszem, ale nie pojmuję, jak Karl Martin mógł wyruszyć z nieznajomym, zwłaszcza 

po tym, co zobaczył.

background image

- Niejednego nie wiesz, Marjo. Twój syn już wcześniej spotkał Nielsa. Wtedy, kiedy 

Niels leżał ranny w Vildegard... Przypuszczam, że tam się zaprzyjaźnili, Karl Martin wielbi 

Nielsa  jak  bohatera,  traktuje  go  niczym   gwiazdę   z  nieba.  Wydaje   mi   się, że  chłopiec  w 

zachwycie pragnie pójść w ślady buntownika i posmakować wielkiego świata.

- Trudno chyba nazwać wielkim światem Sogndal? - cierpko zauważyła Marja.

-   Dla   ciebie   i   dla   mnie   może   nim   nie   jest,   ale   dla   Karla   Martina...   Ten   chłopak 

strasznie   chce   podróżować,   o   tym   akurat   wiele   rozmawialiśmy   -   nie   bez   zawstydzenia 

przyznała Nadjana.

Marja spuściła wzrok.

- To was łączy, prawda? Nadjana przełknęła ślinę.

- Tak, twój syn... bardzo go pokochałam, to tajemnicza dusza.

- Tak jak ty, Nadjano.

- Tak, jak ja. Ale, Marjo, nie gniewaj się na mnie, wiem, że może to być dla ciebie 

trudne, twój syn jest bardzo szczególny, matce być może niełatwo go zrozumieć, nie myśl o 

mnie   źle,   nie   myśl,   że   może   moimi   pytaniami   i   życzliwością   wdarłam   się   na   zakazany 

obszar...

Marja popatrzyła przyjaciółce prosto w oczy.

- Jeśli Karl Martin naprawdę okazuje ci zaufanie i opowiada o swoich sprawach, to 

tylko się z tego cieszę. Bardzo niepokoiłam się o niego i ulgę mi sprawi świadomość, że 

ktokolwiek jest w stanie do niego dotrzeć. Ze wszystkich ludzi na świecie, ciebie, Nadjano, 

wybrałabym na chrzestną matkę mego syna.

W oczach Nadjany znów zalśniły łzy, wargi leciutko jej drżały.

- Dziękuję ci, Marjo, jesteś taka życzliwa. Odnoszę wrażenie, jakbyś wręcz dzieliła się 

ze mną swymi dziećmi, to dla mnie wielka pociecha.

Marja wiedziała,  że przyjaciółka  chciała  mieć  dzieci,  była  już jednak za stara, by 

urodzić własne, i że dokucza jej myśl o odejściu z tego świata bez pozostawienia po sobie 

śladu.

- Pojadę do Sogndal i sprowadzę go z powrotem - oświadczyła Marja zdecydowanie. - 

Pomóż mi tylko wymyślić, co mam powiedzieć Karlowi...

Nadjana westchnęła.

- Cóż za zawiła sytuacja, strasznie dużo kłamstw, Marjo, i przemilczeń. Tak wiele 

może się nie udać. Nie wydaje mi się słuszne, byś po niego jechała. Karl Martin potrzebuje 

czasu, musi zatęsknić za domem, zrozumieć, że trawa na waszych łąkach jest równie zielona 

jak gdzie indziej. Sądzę, Marjo, że powinnaś dać mu ten czas.

background image

Czarne   włosy   zalśniły,   gdy   Marja   podnosiła   głowę   i   trafił   w   nie   akurat   promień 

słońca.

- Nie - sprzeciwiła się ostro. - On jest za mały, w dodatku tam jest niebezpiecznie. 

Wkrótce cała wioska może stanąć w ogniu. Niels... będzie jednym z pierwszych, nie chcę, 

żeby Karl Martin się w coś mieszał. Jest jeszcze dzieckiem, zafascynowanym żołnierzami, 

wojną, bronią. Nie podoba mi się to.

Nadjana   nić   więcej   już   nie   powiedziała,   lecz   z   jej   gwałtownych   ruchów   Marja 

wyczytała sprzeciw.

- To ty jesteś jego matką, musisz zrobić to, co twoim zdaniem jest dla niego najlepsze, 

ale mam nadzieję, że przynajmniej na jakiś czas odrzucisz myśl, by jechać za nim. Tak będzie 

najlepiej dla wszystkich.

Marji   serce   waliło   jak   młotem.   Nie   mogła   skierować   swego   gniewu   na   Nadjanę, 

wiedziała, że przyjaciółka na to nie zasługuje. Ale to przecież głupota pozwalać dziecku na 

taki wyjazd.

Nadjana szepnęła:

- Wiem, że mnie obwiniasz, uważasz, że mogłam go zatrzymać, ale powiem ci, Marjo, 

że gdyby tak się stało, całe to błoto rzucono by w twarz tobie i Karlowi. Chłopiec groził... 

Musiałam go puścić. Musiałam obiecać, że nie zaalarmuję was, dopóki sami o niego nie 

spytacie.  Niels  przyrzekł,   że  się nim  zaopiekuje,  a  wydaje   mi   się, że  to  człowiek,   który 

dotrzymuje słowa.

Gniew minął. Głos Nadjany brzmiał spokojnie, oczy przybrały miękką, szarą barwę, 

przywodzącą na myśl wełnę jagniąt.

Marja zacisnęła zęby.

- Muszę go stamtąd zabrać, Nadjano, on jest za mały. Sądzę, że mnie nie zdradzi, 

zrozumie bowiem, jak ciężko dotknęłoby to jego ojca. A Karl Martin bardzo go kocha....

Nadjana   w   milczeniu   pokiwała   głową.   Tajemnica   unosiła   się   w   pokoju,   falowała, 

wreszcie zapadła im w serca.

-  Wydaje  mi   się, że  to  ja powinnam  się  wybrać   - rzekła   Nadjana  z  wahaniem.  - 

Pozwól, że wytłumaczę Karlowi, jakie marzenia snują się chłopcu po głowie, opowiem o tym 

bałwochwalczym podziwie dla Nielsa, wyjawię mu wszystko, oprócz tego, co stało się w 

lesie. Sądzę, że zdołam mu przetłumaczyć, że chłopcu potrzeba czasu i że ściąganie go tu na 

siłę wszystko tylko jeszcze pogorszy. Bo pobyt w domu stanie się dla niego więzieniem, czy 

ty to rozumiesz, Marjo? Jeśli tak nagle przytulisz Karla Martina do siebie, on może zacząć się 

dusić, a wtedy wszystko będzie stracone...

background image

Marja   rozumiała,   że   słowa   Nadjany   są   słuszne,   lecz   mimo   to   w   jej   wnętrzu   coś 

krzyczało głośniej.

Jedź za nim!

Przywieź go do domu!

I ledwie słyszalnie, głos płynący nie z serca, a z ciała.

Niels, Niels!

Margrecie   nie   bardzo   podobała   się   obecność   dziecka   w   domu,   drażniły   ją 

porozumiewawcze spojrzenia, jakie Niels wymieniał z obcym chłopcem. Tak bardzo chciała 

mu opowiedzieć o życiu, jakie zaczęło się w niej rozwijać, o ich synu, który przyjdzie na 

świat za pół roku... Ale ta wiadomość mogła się przydać na jakąś gorszą chwilę, kiedy po-

trzeba jej będzie przewagi nad nim, czegoś, co go rozbroi, lub gdy otwarcie przyjdzie jej 

walczyć o jego względy.

Chłopiec   zachwycony   nie   spuszczał   spojrzenia   z   Nielsa,   był   niczym   bezszelestnie 

poruszający się niewolnik u stóp swego władcy. Wierne, psie spojrzenie irytowało Margretę, 

przeganiała dzieciaka, nie chciała, żeby węszył. Trudno było bowiem przewidzieć, gdzie się 

schowa, mógł podsłuchać słowa nie przeznaczone dla jego uszu.

Karl Martin także nie darzył sympatią tej kobiety.

Prędko pojął, jak się mają sprawy, zresztą Niels wprost mu powiedział, że to jego 

kobieta.

- Twoja żona?

- No, nie żona - zagrzmiał  śmiechem  Niels. Karl Martin zafrasował się, dużo się 

zastanawiał   nad   tą   stroną   swego   bohatera.   Niels   najwidoczniej   nie   przejmował   się 

małżeństwem,   szacunkiem   dla   współmałżonka   i   wszystkim   tym,   o   czym   tata   tak   ładnie 

potrafił mówić, w dodatku...

Chłopiec musiał zacisnąć oczy na wspomnienie owego strasznego widoku, jaki ujrzał 

w lesie. Wstrząs, kiedy zorientował się, że kobietą jest jego matka... Nigdy tego nie zapomni. 

Wpadł   wtedy   we   wściekłość   przemieszaną   z   rozpaczą   i   kamień,   który   wówczas   rzucił, 

poleciał z taką siłą, że Niels wciąż jeszcze skarżył się wśród śmiechu na bolesny siniak pod 

łopatką. Nie poprosił chłopca o wybaczenie, lecz w pewnym sensie trochę mu wszystko wy-

jaśnił. Mówił, że Marja to piekielnie interesująca kobieta i że nie zawsze trzeba bać się życia.

Karl Martin najbardziej chciał o tym zapomnieć, a teraz i tak wszystko to już minęło. 

Mama została w domu, na pewno zmartwiona, żałuje tego, co zrobiła. Może zastanawia się, 

gdzie on jest? Ale Nadjana pewnie już im powiedziała. Karl Martin tęsknił za nią, zawsze 

potrafiła tak dobrze go zrozumieć, zachęcała do mówienia, które przynosiło mu ulgę, chociaż 

background image

później czuł się nieswojo.

Niebezpiecznie jest zanadto się zdradzać.

Nielsowi na pewno by się to nie podobało.

On w każdym razie nie mówił o kobietach, rozprawiał jedynie o ważnych sprawach 

głosem pełnym powagi, rozmawiał z nim jak z dorosłym i Karl Martin kochał go za to.

Podróż do Sogndal już sama w sobie dostarczała nowych niezwykłych wrażeń.

Noc   była   jasna,   zbliżała   się   pełnia   lata,   na   niebie   wisiał   też   blady   żółty   księżyc. 

Niedużą łodzią Nielsa łatwo się płynęło, ruchy wioseł sprawiały, że wprost unosiła się na 

wodzie. Łagodny wietrzyk w plecy również pozwalał nabrać większej szybkości, jak gdyby 

sama  przyroda  pragnęła  popchnąć  Karla Martina  ku wielkiej  przygodzie.  Niels  wiosłując 

opowiadał o walce.

Tak żywo opisał chłopcu atak na dwór wójta, że Karl Martin na przemian radował się i 

wzdychał wstrząśnięty. Wyobrażał sobie dumnych wieśniaków, tchórzliwego wójta w nocnej 

koszuli... Ależ musieli się cieszyć,  gdy cofał się po schodach na górę. To zaś, co zaszło 

później, było okrutne, należało się zemścić.

- Następnym razem, Karlu Martinie. Gdy pójdziemy następnym razem, to będziemy 

mieć w rękach nie tylko lemiesze od pługa i siekiery do rąbania drew. Pokażemy sługom 

wójta, jak mało ich jest i jacy są bezbronni. A sam wójt...

- Zginie!

W oczach chłopca zapłonął ogień. Niels zadowolony pokiwał głową, widząc taką wolę 

walki. Przyda się ten chłopak, naprawdę.

O  świcie  zrobili  przerwę  tam,   gdzie  Lysterfjord  styka  się  od zachodu   z szerokim 

fiordem. W osłoniętym miejscu wyciągnęli łódź całkiem na brzeg, podzielili się skromnym 

prowiantem, który mogła przygotować im Nadjana. Nie było to pożywienie godne mężczyzn, 

ale   miodowe   ciastka   napełniły   usta   chłopca   rozkosznym   smakiem.   Popili   je   wodą,  Niels 

łyknął jeszcze z flaszki przytroczonej do pasa. Uśmiechnął się trochę skrzywiony, cmoknął, a 

potem kuksnął Karla Martina w bok, mówiąc:

- Masz, daleko zaszedłeś, młody człowieku, muszę  ci więc zaproponować choćby 

kropelkę.

Karl Martin chętnie wziął od niego butelkę, wódka pachniała ostro. Przymknął oczy i 

wypił łyk. Jeszcze zanim dotarła do żołądka, stracił oddech i zaczął się krztusić. Gardło mu 

się ścisnęło, wykaszlał wszystko na ziemię i na rękę Nielsa. Mężczyzna śmiał się głośno, 

mocno waląc go w plecy.

-   Trochę   treningu,   a   wszystko   będzie   dobrze,   chłopcze.   Jakież   upokorzenie,   tak 

background image

strasznie się zblamował! Poczuł się nieco lepiej, kiedy po chwili odpoczynku Niels ściągnął 

koszulę i pozwolił słońcu spiekać szeroką pierś.

- I ty się rozbierz, to cudowne!

- Ale podobno niezdrowe, nie wolno się rozbierać...

- Oczywiście, że zdrowe. A znam też coś, co jest jeszcze zdrowsze. Chodź!

Podniósł chłopca, koszula i spodnie Karla Martina trafiły na stos razem z ubraniem 

Nielsa. Z hałasem i krzykiem pobiegł prosto do fiordu. Karl Martin nie mógł powstrzymać się 

od śmiechu, dorosły mężczyzna pluskał się w przejrzystej wodzie, plując i otrząsając krople z 

włosów niczym pies.

- Chodź! Karl Martin znalazł się teraz na znajomych ścieżkach, nieraz już się kąpał w 

niebezpiecznym zakolu rzeki. Skoczył, szybując w powietrzu łukiem, rozciął powierzchnię 

wody w odległości kilku zaledwie łokci od ciała Nielsa. Gdy wynurzył się na powierzchnię, 

na jego twarzy malował się triumf.

- Do diaska, chłopcze, prawdziwy z ciebie twardziel! Widać, że woda to dla ciebie nie 

pierwszyzna.

Karl Martin tylko pokiwał głową, zrobił kilka długich ruchów, wkładając w nie całą 

swoją siłę, chcąc pokazać, jak świetnie sobie radzi. Niels płynął za nim, potrafił utrzymać się 

na   wodzie,   lecz   nie   mógł   się   mierzyć   z   elegancją   chłopca.   Na   jego   prośbę   Karl   Martin 

wykonał jeszcze jeden skok, tym razem Niels zaczął klaskać i głośno wołać: Brawo!

Bardzo to pomogło urażonej godności Karla Martina. Później obaj biegali nago po 

słońcu jak dzieci, obaj znali już mroczne strony życia na tyle dobrze, by radować się chwilą 

beztroskiej zabawy. Wkrótce jednak nadszedł czas na dalszą podróż. Niels przerwał swawole 

równie gwałtownie jak wszystko, co robił. Karl Martin od silnego uderzenia w plecy stracił 

niemal równowagę, ale lekkim krokiem pomknął do łodzi i znalazł swoje miejsce na dziobie. 

Nie oglądali się w tył, z każdym mijanym cyplem oczy Karla Martina otwierały się coraz 

szerzej, chłonął nowe krajobrazy, nowe widoki, wszystkie nieznane miejsca.

Niezwykła rzecz.

Nad   ich   głowami   zaczęła   krążyć   mewa,   jej   głośny  krzyk   najwidoczniej   zirytował 

Nielsa.

Żałuję, że nie zostawiłem trochę ciastek, pomyślał Karl Martin, mógłbym jej rzucić i 

patrzeć, jak nurkuje.

Nagle wiosła się zatrzymały i zanim Karl Martin pojął, co się właściwie dzieje, rozległ 

się ostry huk i mewa  wpadła do wody z pluskiem dwadzieścia  łokci  od burty.  Chłopiec 

wzburzony odwrócił się do Nielsa, żeby zadać pytanie dlaczego.

background image

Powstrzymał   go   przed   tym   rozbawiony   uśmiech   mężczyzny.   W   wyciągniętej   do 

chłopca dłoni ciężko spoczywał pistolet.

- Weź go, teraz twoja kolej! Łódź i zabita mewa unosiły się na lśniącej od słońca 

wodzie.

- Weź, jest naładowany, teraz ty będziesz strzelał, celuj w mewę!

- Przecież ona już nie żyje! Niels wychylił się w przód, oparł na wiosłach, jego wielka 

twarz  zdawała  się  jakby zamknięta,   oczy  lśniły  lodowatym  błękitem,   widać  w  nich  było 

żądanie.

- Najpierw musisz nauczyć się trafiać w martwe przedmioty. Dopiero potem możesz 

celować w... żywe.

Karlowi drżała ręka, zaledwie kilka razy wcześniej trzymał taką broń. Raz wypalił ze 

strzelby taty, do tej pory pamiętał ból ramienia. Czy ten błyszczący pistolet również potrafi 

uderzać tak mocno? W takim razie nie zdoła go utrzymać, wyskoczy mu z dłoni i wpadnie do 

wody.

Niepewnie podniósł wzrok na Nielsa, mężczyzna siedział nieruchomo jak kamień i 

patrzył nań wyzywająco. Karl Martin przełknął kulę rozsadzającą mu gardło. Podniósł drżące 

ręce,   wyprostował   je,   przyłożył   wskazujący   palec   do   spustu,   ciepłego   prawie   jak   ludzka 

skóra.  Wycelował  niby żołnierz  na placu  ćwiczeń.  Mewa  zmieniła  się w  zamgloną  białą 

plamę wśród zieleni. Nie leżała w jednym miejscu, plama wirowała przed jego oczami, wre-

szcie jednak nie mógł już dłużej trzymać ciężkiej broni, rozbolały go ręce. Palec zacisnął się 

wokół spustu, w momencie gdy poczuł, że zapalnik dotyka prochu, przymknął oczy. Miał 

wrażenie,   że   urywa   mu   ręce,   gdy  broń   wypaliła,   posyłając   ładunek   prosto   w   wodę.   Nie 

wypuścił jej jednak, serce mu waliło ze strachu, widział jedynie oczy Nielsa, czuł ciężar broni 

i bolący punkt na policzku, w który uderzył go pistolet.

- Nie najgorzej - wolno powiedział Niels. Karl Martin nie potrafił stwierdzić, czy w 

głosie naprawdę brzmi uznanie czy też drwina.

- Będziemy  więcej  trenować,  później. Każdy mężczyzna  powinien  umieć  strzelać. 

Jeśli ktoś nie potrafi się bronić, nie ma czego szukać w bitwie. Powinien raczej zostać w 

domu i pomóc kobietom mieszać w garnkach.

Karl Martin uśmiechnął się niepewnie.

- Dziękuję, że pozwoliłeś mi spróbować. To... dobry pistolet.

Niels odburknął cicho:

- Oczywiście, że tak. Później wiosłował w milczeniu, a Karl Martin dość miał zajęcia 

z wpatrywaniem się w nieznane szczyty gór, mijane zagrody i wioski przesuwające się przed 

background image

oczami.   Gdy  wpłynęli  na  wielki  fiord,  przeżył  rozczarowanie.   To  przecież   tylko   nieduża 

zatoka, mniejsza niż Lyster.

Ale Niels jeszcze przyspieszył, po twarzy spływał mu teraz pot.

- Już niedługo będziemy w domu, Karlu Martinie. Dostaniemy porządne jedzenie i 

czyste ubranie, a jutro wybierzesz się ze mną, spotkamy się z ludźmi, to wielka tajemnica, ale 

ja ci ufam.

Karl Martin w roztargnieniu kiwnął głową. Dostrzegł coś na brzegu, co błyszczało w 

słońcu. Jakiś powóz, nawet kariolka, pomalowana na błyszczący czerwony kolor, dekorowana 

złotem!

Dopiero gdy zeszli na ląd, Karl Martin zdał sobie sprawę, że powóz czeka właśnie na 

nich.

background image

ROZDZIAŁ XI

Ludzie szeroko otwierali oczy, gdy lśniący powóz toczył się na cienkich malowanych 

kółkach. Ciągnące go konie były mocnej budowy, wydawały się trochę nie na miejscu przy 

tym  arcydziele.  Karlowi Martinowi cisnęła  się na usta setka pytań,  lecz  Niels pchnął  go 

jedynie na obite czerwoną materią siedzenia i milczał. Jechali długo po prostych dobrych 

drogach, a potem ścieżką, przypominającą  te wydeptane przez bydło. Powozem szarpało, 

konie parskały, człowiek siedzący wysoko na koźle przeklinał i wywijał batem.

Niels wreszcie uznał, że pora otworzyć usta.

- To powóz radczyni,  jest taka miła,  że oddała go do mojej  dyspozycji.  Widzisz, 

młody przyjacielu, w najbliższych dniach trochę sobie pojeździmy.

Karl Martin zmienił się w jeden wielki znak zapytania.

- Ale... co... dlaczego...? Niels śmiał się pod nosem.

-   Wydaje   ci   się,   że   to   powstanie   biedaków,   dlaczego   więc   jeździć   tak   okazale? 

Powiem ci coś, Karlu Martinie, złoto i czerwony aksamit to tylko marzenia. Dla ludzi, z 

którymi się spotkamy, już sam widok tego powozu odświeży to marzenie, ożywi je. Pokaże 

im, jakie bogactwo ma ten kraj. Powiem im, że za podatki, które wyciągnął od nich wójt, każ-

dy wieśniak mógłby sobie sprawić taki powóz. Później zaś udowodnię im, jak fałszywe jest to 

bogactwo, jak mało znaczy, gdy się nie ma wolności. Na letnim tingu, przypadającym za 

cztery dni, będą krzyczeć ze zdziwienia i strachu.

Karl Martin nie wątpił w to ani przez chwilę. Oczy Nielsa miały magiczny wpływ na 

wszystkich, z którymi się stykał, jego mocny głos potrafił się zmienić, wyrażając wszystko: 

od najgłębszej żałoby po nieznoszący sprzeciwu rozkaz. Wszyscy wiedzieli, jak wspaniałym 

jest przywódcą, jak potrafi zapanować nad tłumem.

Karl Martin przytrzymywał się mocno krawędzi ławki, podskakiwał na sprężynach 

siedzenia, przez chwilę miał wrażenie, że zagłębiają się wprost w pierwotną puszczę. Droga 

wiodła stromo, konie męczyły się w upale.

- Już niedługo  będziemy na miejscu - cicho powiedział  Niels, jakby chciał  dodać 

otuchy parskającym zwierzętom.

Powitała ich Margreta, ubrana w jasnoszarą suknię z czerwonymi wstążkami. Rude 

włosy nie pasowały do czerwieni wzdłuż rękawów i przy kraju spódnicy, lecz Karl Martin i 

tak   uznał   ją   za   piękną   kobietę.   Na   jej   pełnych   wargach   widniał   szeroki   uśmiech,   ciało 

zdawało się witać Nielsa. Chłopiec poczuł się zakłopotany, patrząc, jak buntownik całuje tę 

kobietę,  całkiem  niemal  ją przy tym  gniotąc.  Ona jednak  nie przestawała  się  uśmiechać, 

background image

oblizała wargi po pocałunku i bezczelnie wsunęła rękę pod kurtkę Nielsa.

- Przywiozłem ze sobą nowego mężczyznę - oznajmił jej Niels.

Karl Martin wstrzymał oddech, gdy kobieta podeszła do niego.

Zmrużyła oczy, na twarzy odmalowała się jej jakby senność. Wzięła się teraz pod boki 

i stanęła w pozie, która, zdaniem Karla Martina, nie pasowała do pięknej sukni.

- Ach, tak? A cóż to za jeden? Na co ci on, Niels?

- Jestem Karl Martin Oppdal, syn Karla Oppdala i... Marji, z Lyster, proszę pani.

Przypomniał sobie o dobrym wychowaniu, ukłonił się nisko.

Kobieta krótko skinęła mu głową, w zmrużonych oczach zalśnił niepokój. Nie była 

pewna, czym  Niels zajmował się podczas swej nieobecności. Karl Martin zacisnął wargi, 

poczuł się nieswojo. Czy tak było we wszystkich domach? Zamężne kobiety i mężczyźni 

zdradzali się nawzajem, oszukiwali? Czy wszyscy byli tacy? A może to, co myślał o wier-

ności i małżeństwie, jest jednym wielkim oszustwem? Nie miał jednak czasu, by dłużej to 

teraz roztrząsać.

Zajęto się końmi, w jednej chwili wokół Nielsa zakręcił się tuzin ludzi. Jeden mówił 

przez drugiego i ciągnąc go za ubranie, zadawał pytania i domagał się odpowiedzi.

Gospodarz wrócił do domu.

Niels kolejno ich odsyłał, mówiąc, że nie ma czasu na podobne sprawy. Doglądaniem 

gospodarstwa sami muszą się zająć najlepiej jak potrafią. Ujął kobietę pod ramię i gestem dał 

Karlowi Martinowi znać, by szedł za nimi.

- Siadaj tam - wskazał mu miejsce. - I słuchaj uważnie, a lepiej zrozumiesz, czym się 

zajmuję. Będziesz dla mnie bardzo ważnym  człowiekiem, Karlu Martinie, dlatego musisz 

starać się ze wszystkich sił.

Poklepanie po plecach wystarczyło, by chłopiec podniósł głowę i poczuł się silny i 

mądry. Niels odezwał się do Margrety, kobieta wyszła i nagle uchyliły się drzwi, których Karl 

Martin wcześniej nie zauważył.  Wyłonili  się z nich czterej mężczyźni,  wszyscy w stroju 

wieśniaków. Jeden miał czarne, jakby spalone dłonie. Może był kowalem?

Podejrzliwie   popatrzyli  na   chłopca,   lecz   ich  spojrzenia  nie   zatrzymały   się  na  nim 

dłużej, byli zajęci sobą i przywódcą, który wrócił do domu.

Karl Martin spostrzegł, że to prawdziwi żołnierze, choć nie nosili pięknych mundurów 

i błyszczących butów. Dłonie zaciskali w pięści, a w oczach gorzała wola walki.

- Do tingu zostały jeszcze cztery dni, ale wciąż wiele spraw jest nie załatwionych, 

choć do większości wiosek dotarło już ostrzeżenie.

- O nikim nie zapomnieliśmy - powiedział jeden z żołnierzy Nielsa.

background image

- Czy broń już rozdana? Dwaj pokręcili głową.

- Nie cała, osiem strzelb i trochę pałek leży w oborze Munthego, zabierzemy je jutro 

do Olmhem.

Niels pokiwał głową zadowolony.

- Myślę, że zajmę miejsce przy brzozie - rzekł jakby do siebie.

Spojrzenie jasnych oczu omiotło zebranych.

- Ty pójdziesz ze mną, Reinercie. I Margreta. I chłopiec. Reszta wie, co ma robić.

Zamruczeli w odpowiedzi, wszystko było jasne. Niels wstał, wyprostowany górował 

nad wszystkimi.

- No cóż, pozostaje nam tylko modlić się o łaskawe jutro i o to, byśmy urządzili 

prawdziwie piekielne przedstawienie. Będzie lepiej niż w królewskim teatrze, obiecuję.

Mężczyźni nie poważali się na taką samą wesołość, wzdłuż ścian przekradli się na 

zewnątrz, wciąż poważni, niemal ponurzy. O Nielsie dało się powiedzieć wiele dobrego, być 

może   okaże   się,   że   doprowadzi   do   prawdziwie   wielkiego   powstania,   lecz   te   bezustanne 

przechwałki, nie zawsze w porę... Trudno je przełknąć. Dla nich sytuacja była straszliwie 

poważna, mogli chwycić za miecz lub też umrzeć z głodu. W domu czekały na nich żony i na 

widok powracających ukrywały trumienne koszule, które szyły po cichu.

Dzieci płakały, cała wieś odczuwała niepokój, jaki przyniosło ze sobą lato. Nie mieli 

już drogi odwrotu, ostateczna walka musiała wreszcie się rozegrać.

Mężczyźni   żegnali   się   w   milczeniu,   odeszli   do   swoich   zajęć.   Niels   sprawiał,   że 

wierzyli w zwycięstwo, zresztą w co innego mogli wierzyć? Niekiedy jednak przychodziło im 

do głowy, że mają do czynienia po prostu z dużym chłopcem.

W izbie została jedynie Margreta. Przez cały czas siedziała w milczeniu przy swoim 

krańcu stołu, z jedną nogą na stołku, opierała się na kolanie jak mężczyzna.

Dziwna   kobieta.   Karl   Martin   potrafił   wyobrazić   ją   sobie   w   łachmanach   dziewki 

służącej, całą sobą nie pasowała do tego wspaniałego dworu.

Niels ma dziwaczny gust do kobiet, przemknęło mu przez głowę.

Mężczyzna utkwił teraz wzrok w chłopcu.

- Dziś wieczorem wybierzemy się we dwóch, pójdziemy w góry.

Więcej   nie   powiedział,   lecz   Karl   Martin   posłusznie   zszedł   na   dół   do   kuchni   po 

prowiant i nowe długie buty przydzielone mu na rozkaz Nielsa.

Wędrowali przez kilka godzin, wieczór był łagodny, ciepły. Niels niósł coś ciężkiego 

w worku, lecz nic więcej nie mówił. Karl Martin z podziwem wpatrywał się w mocne łydki 

przed sobą na ścieżce. Nagle się zatrzymali. Niels podniósł rękę i wskazał coś.

background image

-   Widzisz   tę   stertę   kamieni   i   kawałki   drewna   na   czubku?   Karl   Martin   starał   się 

zapanować nad zdyszanym oddechem.

- Tak.

Niels postawił węzełek na ziemi i wyjął z niego trzy pistolety. Ten, z którego strzelali 

w łodzi, drugi większy, z czarnego, błyszczącego od smaru metalu z drewnianą rękojeścią, a 

wreszcie prawdziwe arcydzieło, Karl Martin nigdy czegoś podobnego nie widział. Broń miała 

krótką,   lecz   grubą   lufę,   a   rękojeść   ze   szlachetnego,   połyskującego   czerwienią   drewna, 

nabijaną srebrem. Kurek miękko szczęknął. Broń przywodziła chłopcu na myśl jelenie, wodę 

igrającą na kamieniach, wszystko, co swobodne, piękne i eleganckie...

- Wspaniały - szepnął bez tchu. Niels uśmiechnął się lekko. Wychwycił podziw w 

oczach chłopca, z namaszczeniem pogładził broń, a potem podał ją Karlowi Martinowi.

- Jest twój. Pod stopami Karla Martina zadrżała ziemia.

- Naprawdę? Niels uśmiechnął się tylko.

- Oczywiście. Przyszliśmy tutaj, żebyś nauczył się go używać. Zaczynamy już teraz.

Przez całą jasną noc ładowali broń i strzelali. Pierwsze wystrzały wystraszyły chłopca, 

z czasem jednak uszy jakby zdrętwiały i napięcie przeradzało się w oszołomienie za każdym 

razem, gdy spadał trafiony kulą kawałek drewna.

-   Masz   wrodzony   talent,   tak   jak   przypuszczałem.   Z   takiej   odległości   zawsze   już 

wcelujesz - pochwalił go Niels.

-   Spróbujmy   wydłużyć   odległość   -   zapalił   się   chłopiec.   Policzki   miał   czerwone, 

poplamione prochem, a prawa ręka dawno już by mu się chyba oberwała, gdyby nie przy-

trzymywała jej na miejscu siła woli.

- Myślę, że dosyć na dzisiaj. Jutro w nocy znów poćwiczymy.

Spakowali   wszystko,   powrotny   marsz   był   łatwiejszy.   Karl   Martin   nigdy   nie   brał 

udziału w podobnie emocjonujących wydarzeniach, oto stawał się prawdziwym żołnierzem. 

Szkoda, że nikt go nie widzi u boku samego Nielsa Kvithovuda. Zrozumieliby wtedy, że Karl 

Martin Oppdal jest prawdziwym mężczyzną i że jego imię kiedyś zasłynie.

Poczucie szczęścia wypełniało  mu  pierś słodkim smakiem aż do chwili, gdy oczy 

same mu się zamknęły i zapadł w głęboki sen. Nie pamiętał, co mu się śniło, zresztą sny 

zawsze wylatywały mu z głowy już rano, wiedział jednak, że napięcie nie opuściło ciała 

nawet na drugiej stronie magicznej granicy i nawet gdy się przebudził, jego echo wciąż tkwiło 

w członkach.

Chłopiec nie słyszał krzyków ani twardych słów, lecz służący i goście w wielkim 

dworze Kvithovuda leżeli, uśmiechając się pod nosem. Margreta to prawdziwa beczka z pro-

background image

chem, tej nocy urządziła iście karczemną awanturę, biedny Niels miał najwidoczniej kłopot z 

jej   uciszeniem.   Słyszeli   przekleństwa,   sypiące   się   z   ust   kobiety   niczym   błyskawice,   huk 

przedmiotów   rzucanych   o   ściany   i   miękki   odgłos   stóp   mknących   po   podłodze.   Coś 

najwidoczniej   musiało   ją   wyprowadzić   z   równowagi,   ludzie   nastawiali   uszu,   chcąc   do-

wiedzieć  się, o co  chodzi. Ktoś  mruknął,  że  kobieta  najwidoczniej  zapomniała,  gdzie  jej 

miejsce.   Była   wszak   jedynie   nałożnicą,   Kvithovud   wolał   pozostać   dumnym   wdowcem   z 

Nagloyri, miał dość kobiet, z którymi  mógł się zabawiać, wiedział,  że nigdy mu ich nie 

zabraknie. Dlaczego więc tak bardzo spoufalił się z tą jedną?

Wreszcie jego gniewny głos przedarł się przez kobiece krzyki i zapadła cisza.

Ludzki   tłum   falował   to   w   jedną,   to   w   drugą   stronę,   ręce   wyciągały   się   w   górę, 

monotonnie   powtarzając   słowa   przysięgi,   jak   gdyby   stojący   przed   nimi   człowiek   był   co 

najmniej pastorem.

Niels czuł, jak upojna świadomość władzy dodaje mu sił niczym płynąca w żyłach 

świeża krew. Ludzie ofiarowali mu to, czego pragnął. Pełne, bezwarunkowe posłuszeństwo.

- Nastały nowe czasy, wieśniacy! Już jutro (dzieci ujrzą nowy świat, przygotujemy dla 

nich drogę, nastąpi kres niewoli, odbierzemy, co nasze, to, na co harowaliśmy w pocie czoła!

Kobiety także podjęły wołanie.

- Stawcie się, dobrzy ludzie, przyjdźcie jutro na ting, pokażemy urzędnikom, że nie 

mogą już dłużej nadużywać władzy i niszczyć ludu!

Rozległo się jednogłośne potwierdzenie, wszyscy byli gotowi.

- Wezmę ze sobą siekierę! - krzyknął któryś, wychudzony, z dzikością w oczach.

-   Weźmiemy   kije   i   laski,   wszystko,   co   możemy   znaleźć!   Nielsowi   oczy   płonęły. 

Podniósł rękę i zgromadzenie  umilkło.  Wystarczyła  jedna jego mina,  a nastrój tłumu  się 

odmienił.   Ustąpił   rozżarzony   fanatyzm,   wszyscy   stali   teraz   w   milczeniu,   poważni,   nagle 

wystraszeni. Cisza, jaka zapadła, przypominała milczenie nad grobem.

- Przyjaciele - szepnął Niels. Ledwie go teraz słyszeli. - Wiedzcie, że nie dotrzemy do 

celu   bez   strat.   Trzej   dobrzy   ludzie   już   nie   żyją,   musimy   uczcić   ich   pamięć.   Być   może 

przyjdzie nam złożyć w ofierze i innych, lecz kiedy wielu maluczkich połączy się, zdołają 

pokonać wielkich. I pamiętajcie, że mamy za sobą największego z nich, samego króla. Jak 

wiecie, rozmawiałem z nim i mam  jego słowo na to, że odmawiając  płacenia  podatków, 

postępujemy sprawiedliwie. Dlatego też wolno nam odebrać to, co zostało nam skradzione.

Tłum   ciężko   westchnął,   jakieś   dziecko   zaniosło   się   płaczem,   kobiety   zaczęły   się 

zbierać wokół czerwonozłotego powozu, wiedziały, co zwykle dzieje się po przemowie.

Margreta strzegła powozu, przyciszonym głosem rozmawiała ze stojącymi najbliżej. 

background image

Nie   zazdrościły   jej   być   może   pięknego   stroju,   wspaniałego   mężczyzny   i   niezwykłego 

powozu. Pragnęły jednak jej jedzenia i świadomość, że miała go dość, by najeść się do syta, 

nie dawała im spokoju i kazała z zaciśniętymi zębami, z pokornym szeptem „Bóg zapłać”, 

schylać się i przyjmować niedużą porcję mąki lub pół wiadra jęczmienia na kaszę. Gdyby to 

jeszcze Niels sam rozdzielał dary, wówczas można by przyjść po nie z podniesioną głową, on 

bowiem wiedział i rozumiał, z jakiej materii utkany jest honor biedaka.

Ta kobieta jednak...

W jej krzywym  uśmiechu  kryła  się pogarda, jak gdyby  na rozdzielanym  łaskawie 

chlebie budowała własną pozycję.

- Patrzcie na mnie, ja też byłam biedna, ale wypłynęłam na powierzchnię i zaliczam 

się do grona zwycięzców!

Dzieci piszczały za jedzeniem, nawet najmniejsze rozumiały, że kiedy zapełnią się 

kosze, worki i fartuchy, to już niedługo zabulgocze garnek z owsianką.

Było to odpowiednie zakończenie spotkania po wygłoszonej przemowie. Za trzy dni 

żaden z nich nie zostanie w domu, pomyślał Niels. To będzie demonstracja siły, którą asesor 

poczuje aż do szpiku kości. W ciągu tygodnia jego raport dotrze do władz dystryktu i być 

może jeszcze dalej, ale im potrzeba dużo czasu. Nie podejmą żadnych kroków, aż do chwili, 

gdy otrzymają nowy raport, tym  razem napisany krwią wójta. Powinni zobaczyć  tłum na 

placu tingu, zrozumieć wolę chłopów, ich narastający sprzeciw. Każdego starego dziadka, 

każde dziecko, wszystkich zbuntowanych przeciwko odbieraniu im resztek życia!

Gdy trzydziestu uzbrojonych mężczyzn wpadnie jak burza do dworu wójta, władze 

będą wiedziały, że buntowników popierają tłumy. Zrozumieją, że ukaranie któregokolwiek z 

nich może się okazać śmiertelnie groźne.

Niels czuł się bezpieczny.

Wprawdzie   być   może   właśnie   on   był   najbardziej   zagrożony,   bo   zapewne   za   jego 

głowę wyznaczono już wysoką cenę, na razie jednak nikt nie chciał nic zrobić, nikt nie chciał 

ryzykować oskarżenia, że zaatakował Kvithovuda od tyłu, musiałby bowiem czym prędzej 

spisać testament.

W powozie w drodze do domu ręce Margrety były rozbawione i bezczelne. Wilgotne 

usta błyszczały, a oczy patrzyły tak wyzywająco, że Niels poczuł, jak ogarnia go podszyty 

żądzą   gniew.   Kobieta   najwyraźniej   nie   przejmowała   się   nawet   obecnością   chłopca.   Jej 

pieszczoty, tak jawnie nieskromne, w jednej chwili obudziły irytację Nielsa.

Odepchnął jej dłoń od krocza, z oczu posypały mu się błyskawice.

- Panuj nad sobą, kobieto! Takie zachowanie nie przystoi na oczach ludzi!

background image

Karl Martin nie mógł się pohamować, słowa wyrwały mu się ze szczerego serca:

-   Widziałem   już   to   i   owo.   Niels   rozdziawił   usta,   a   potem   wybuchnął   gromkim 

śmiechem, poklepując chłopca po plecach. To dopiero odpowiedź!

W oczach Margrety błysnęła podejrzliwość, jak gdyby domyślała się prawdy kryjącej 

się  w   komentarzu.  Przypomniała  sobie   Linę  z   Lyster,  tę,   która  przyjechała  z   darami  i   z 

pieniędzmi  od  rodziców   chłopca.  Coś   najwidoczniej  się  działo,   coś  odmieniło  Nielsa.  W 

zbliżeniach z nią nie okazywał już takiego zapału. Zrobił się twardy, jeszcze twardszy niż był 

przedtem. Bywał surowy, a niekiedy wręcz zimny. No cóż, nie wybrała sobie romantycznego 

cukierkowatego lalusia...

Niemniej   jednak   nowa,   wręcz   okrutna   strona   jego   osoby   przyprawiała   ją   o 

wewnętrzny płacz. Czuła się coraz bardziej rozdarta.

Instynktownie   złożyła   ręce   na   brzuchu,   kuląc   się   w   kącie   powozu.   Pogardliwie 

wypuściła powietrze przez nos i zadarła wysoko głowę. Nie może pokazać, jak bardzo jest 

wrażliwa, wtedy bowiem, wiedziała, zirytowany ją wygna. Niels nienawidził delikatności, łzy 

stanowiły dlań większe zagrożenie niż kule. Dowiedziała się o tym ostatniego wieczoru. Coś 

wtedy w niej pękło, jakaś struna, napięta dotychczas niczym cięciwa łuku. Nie rozumiała, co 

to może być ani dlaczego tak się stało. Ot, po prostu rozgorzała kolejna kłótnia między nimi, 

dyskusja,   w   której   żadne   nie   było   zwycięzcą.   Skoczyli   sobie   do   oczu,   a   siarczyste 

przekleństwa   fruwały   od   ściany   do   ściany.   Po   takich   wybuchach   ich   połączenie   bywało 

zwykle bardzo gorące i namiętne. Kiedyś jej się to podobało.

Teraz pojawiła się w niej nowa ostrożność, pragnienie, by ktoś się nią opiekował, 

łagodnie pocieszył.

Margreta wiedziała, że to próżne marzenia. Musi umieć oddawać, musi być twarda i 

silna. W każdym razie do czasu, aż dziecko przyjdzie na świat.

Dzień, w którym  odbywał  się ting, zmienił się w wielką zabawę, lecz wesołość i 

optymizm podszyte były przeczuciem zagrożenia.

Mężczyźni   i   kobiety   spotkali   się   już   poprzedniego   wieczoru,   a   gdy   o   poranku 

sędziowie stawili się na ting, na placu zaczerniło się od ludzi. Przybył  osobiście wójt. W 

otoczeniu sześciu uzbrojonych strażników spocony piął się po zboczu ze wzrokiem wbitym w 

ziemię, podczas gdy w uszach rozbrzmiewały mu wykrzykiwane rytmicznie żądania:

- Dość podatków! Nic więcej nie odbierzesz!

Niels  szedł przodem,  trzymając  w ręku duży,  opatrzony pieczęcią  dokument.  Przy 

wtórze   okrzyków   zachęty   stanął   pod   ścianą   budynku   sądowego   i   zaczął   czytać.   Było   to 

kolejne oświadczenie, sformułowane wprost: wieśniacy zaklinają się na wszystkie świętości, 

background image

iż   nie   zapłacą   więcej   żadnych   podatków.   Odmowa   płatności   nabrała   więc   formalnego 

charakteru,   tym   razem   papier   cały   był   aż   czarny   od   nazwisk   i   gmerków.   Dokument 

przekazano asesorowi, przyjął go z kamienną twarzą. Margreta stała u boku Nielsa, lecz on na 

nią nie patrzył. Obserwowała spojrzenia, jakie wymienili między sobą asesor, wójt i pastor, 

wyczuwała wprost zapach ich trwogi. Cały plac tingu zdawał się ożywać, ludzkie twarze 

tworzyły zwartą białą masę, nakrapianą pełnymi goryczy ciemnymi oczyma pod szarymi i 

czarnymi nakryciami głowy.

Czternastu wieśniaków oskarżonych o niepłacenie podatków po cichu uwolniono z 

łańcuchów, wmieszali się w tłum. Lensman akurat patrzył gdzie indziej. Niels triumfował, 

żadna z wyznaczonych na dzisiaj spraw nie zostanie odczytana. O czymś podobnym nigdy 

dotychczas nie słyszano. W taki opór trudno wprost uwierzyć, ludzie czuli, jak gdyby ktoś 

otworzył im oczy: można protestować, można walczyć. Nawet z władzami.

Świadomość  tego  sprawiała,  że  w   Sogndal  w   późnych   nocnych   godzinach  wrzało 

życie. W każdej chacie gromadzili się ludzie, z nadzieją rozprawiając o nowych czasach. Nie 

zapomniano o trzech zabitych, nie zapomniano o ofiarach i srogich karach, jakie spadły na 

tych, od których wiosną wszystko się zaczęło.

Niels zauważył, że głód zyskał nowego towarzysza: pragnienie krwi.

Karlowi   Martinowi   dni   upływały   szybko   niczym   nie   kończący   się   strumień 

emocjonującego szczęścia. Przez cały czas przebywał w pobliżu Nielsa, przez wszystkie go-

dziny dnia pozostawali nierozłączni. Kvithovud rozmawiał z nim jak z dorosłym,  zresztą 

prawdę powiedziawszy, Karl Martin w czasie tych krótkich dni bardzo dojrzał. Ból mięśni po 

próbach z pistoletem był już jedynie wspomnieniem, które odzywało się z rzadka leciutkim 

ukłuciem.

Karl Martin z dumą pokazał pistolet czterem najbliższym ludziom. Niels chwalił go 

przed nimi, chłopiec pęczniał z dumy, mało brakowało, a uniósłby się pod sufit. Ani razu nie 

zatęsknił za domem, niekiedy tylko wspominał wieczorami i żałował, że Amelia nie może 

zobaczyć wspaniałego dworu, nic więcej. Pocieszał się, że kiedy wróci do domu, siostrze 

pierwszej   opowie   swoją   historię.   Chłopiec   oczyma   wyobraźni   widział   już,   jak   wraca   na 

Wdowią Zagrodę na szlachetnym rumaku, a wspaniały pistolet błyszczy mu u pasa. Od chaty 

do chaty będzie się niosła wieść przekazywana szeptem: to wraca młody Karl Martin, to on 

stał u boku Kvithovuda i pomścił rozlew krwi we dworze wójta. Ojciec i matka zrozumieją 

wreszcie, jakiego mają syna. Mama złoży ręce i chociaż na chwilę zapomni o szpitaliku. 

Będzie chciała go wysłuchać.

Mama,   zdaje   się,   żywiła   wielki   podziw   dla   Nielsa,   wszystkie   kobiety   się   za   nim 

background image

uganiały, Karl Martin w pewnym sensie potrafił to zrozumieć. Niels to silny mężczyzna o 

mocnych ramionach, a przy kurtce ma srebro. Karl Martin miał skończyć wprawdzie dopiero 

dziewięć łat, lecz już pojmował grę toczącą się między płciami. Kobiety szalały za każdym, 

kto nosił mundur, a czerwona kurtka Nielsa i jego niebieskie spodnie stały się jego symbolem. 

Wyglądał jak żołnierz. Wielu wieśniaków chciało się do niego upodobnić, wiązali czerwone 

przepaski   na   kapeluszach   albo   na   ramieniu   jako   oznakę,   po   czyjej   stronie   stoją.   Pieczęć 

przedstawiającą orla i rybę stała się także w okolicznych zagrodach ulubionym motywem 

snycerskim i kowalskim.

Karl Martin pogładził błyszczący pistolet. Taki piękny, wprost nieopisanie piękny... 

Myślał   o tym,  co  mówił  Niels,  i  o tym,  co  powinien  odpowiedzieć.  Miał  cały dzień   do 

namysłu, ale musiał dać szczerą odpowiedź.

Czy ośmieli się wycelować tę broń w człowieka?

Dla Sprawy?

Gdyby to był ktoś, kogo zna? Z kim nie ma żadnych zatargów?

Karl Martin nie był tego pewien. Moc, której przydawała mu broń, wydawała się taka 

nierzeczywista. Pomyśleć  tylko, starczy ją nabić, a potem odwieść kurek i wypalić. Kula 

wypadnie  wtedy z krótkiej  lufy i  zabije wszelkie  życie,  jakie  tylko  stanie  jej  na drodze. 

Wystarczy, że podniósłby rękę, wycelował i strzelił, a świnia ryjąca w ziemi na podwórzu 

padłaby   zakrwawiona.   Gdyby   zechciał,   sam   mógłby   umrzeć   w   ciągu   kilku   sekund. 

Doprawdy, to nie mieści się w głowie! Karl Martin ledwie mógł to pojąć.

Ludzkie życie.

Ile właściwie jest warte?

Mama walczyła  do ostatniej kropli krwi, żeby uratować ubogich nieszczęśników z 

objęć śmierci.

Zdaniem Nielsa śmierć często przynosiła większą chwałę niż życie.

Karl Martin czuł, jak mocno wali mu serce.

Istnieją ludzie, którzy zasługują na śmierć. Wrogowie, którzy chcą skrzywdzić albo 

skraść czyjąś własność. W celowaniu do nich z pistoletu nie ma nic złego. To prosta nauka 

wieśniaków - żołnierzy.

Większość z nich ginęła teraz w walce z cudzoziemcami i mocarstwami, pragnącymi 

podbić ich kraj. Niektórzy jednak zostali.

Jeden z nich wolnym krokiem poszedł na swoje posłanie i zasnął z bronią przyciśniętą 

do ciała, jak gdyby był to żywy człowiek albo lina ratunkowa rzucona tonącemu.

- Masz zabić wójta, Karlu Martinie Oppdal. Przełknął wypowiedziane cichym głosem 

background image

słowa bez mrugnięcia okiem.

- Jesteś najlepszy, jedyny, który się do tego nadaje. Gdy wybuchnie zamieszanie, nikt 

nie zwróci uwagi na kręcącego się chłopca. My, pozostali, zajmiemy dwór, nadciągniemy ze 

wszystkich stron, będziemy hałasować i strzelać, aż straże będą mieć pełne ręce roboty z 

odpędzeniem   nas   od   bramy.   W   tym   czasie   ty   znajdziesz   drogę,   wejdziesz   przez   okno. 

Potrafisz się wspinać po linie, prawda?

Chłopiec   poczuł,   że   coś   płynie   mu   po   wewnętrznej   stronie   ramion,   coś   lepkiego, 

ciepłego. Pot. Ale nie bał się, oczy śmiało patrzyły na Nielsa, dłonie zaciskały się na pi-

stolecie, dodawał spokoju i siły.

Ręka Nielsa na ramieniu, świdrujący wzrok.

-   Składam   ten   ciężar   na   twoje   barki.   Jesteś   teraz   moim   najważniejszym 

sprzymierzeńcem, osobą, na którą spadnie chwała za wykonanie tego, co ja rozpocząłem. Nie 

zawiedziesz mnie, Karlu Martinie.

Ostatnie słowa były właściwie zbędne.

Karl Martin się nie bał. Na pewno uda mu się wycelować z okna, podczas gdy odgłosy 

walki i szczęk broni sprawią, że tłusty wójt zadygocze ze strachu.

Karl   Martin   widział,   jak   biedacy   zdzierają   korę   z   drzew.   Widział   tuziny   nowych 

krzyży na cmentarzu, drżał, wysłuchując opowieści o batożeniu ludzi, którzy nie zapłacili 

podatków. Na własne oczy widział też ręce bez palców Larsa Botnena. Wójt kazał mu je 

odciąć za kradzież kiełbasy z pełnego spichrza.

Żaden chrześcijanin nie powinien tak postępować.

Wójt stał się symbolem niesprawiedliwości, wyzysku, wszelkiego zła.

W czerwonej, okrągłej jak księżyc twarzy Karl Martin zdołał nawet zobaczyć cienie 

swego   własnego   wielkiego   osamotnienia.   Pragnął   je   zniszczyć.   Niels   obdarował   go   tym, 

czego potrzebował.

W ciągu tych dni Karl Martin ani razu nie poczuł wbijającego się w serce ciernia 

samotności.

background image

ROZDZIAŁ XII

Chłopiec da sobie radę.

Niels zacisnął zęby, chwycił kolejną skrzynkę i podniósł ją bez większego wysiłku na 

półkę w oborze. Niekiedy w momencie dźwigania kłuło go w ranie na brzuchu, dzisiaj jednak 

czuł   się   prawie   nietykalny.   Wciąż   nie   opuszczało   go   upojenie,   wywołane   poklaskiem 

rozradowanego   tłumu.   Nikt   nie   śmie   go   tknąć!   Przynajmniej   dopóki   będzie   postępował 

ostrożnie. Niech inni biorą na siebie najniebezpieczniejsze zadania, przestępstwa, których nie 

można puścić płazem.

Takie jak zabójstwo wójta.

Chłopiec sobie z tym poradzi. Naprawdę dobrze już posługiwał się pistoletem, zresztą 

wójt to duży, łatwy cel. Tłuścioch pewnie nawet nie zrozumie, co się dzieje, gdy ujrzy nagle 

w izbie niedorostka.

Dzieciak podczas zamieszania może wcisnąć się przez okno i oddać śmiercionośny 

strzał do niczego się nie spodziewającego wójta. Prawdopodobnie w tej samej izbie będą 

jeszcze dwaj lub trzej inni, wójt to kawał tchórza, na pewno przez cały czas pozostawi przy 

sobie przynajmniej jednego strażnika, podczas gdy inni toczyć będą walkę na śmierć i życie, 

by utrzymać bramę zamkniętą. Karl Martin musi działać szybko, Niels wbił mu to już do 

głowy, nie wolno mu się wahać. Gdy tylko zobaczy wójta przed sobą, powinien strzelać. Dla 

pewności każe chłopcu zabrać dwa pistolety.

Strażnicy zapewne prędko zrozumieją, co się stało, i Karl Martin będzie miał bardzo 

małą   szansę   ucieczki.   Niels   zdawał   sobie   sprawę,   że   odrobina   szczęścia   nie   wystarczy. 

Chłopiec stanie się jedną z wielu ofiar tej bitwy, młody człowiek, nieduża cegiełka. Lepiej 

jednak   utracić  dzieciaka   niż   któregoś   z  dorosłych,  uzbrojonych  mężczyzn.  Oni  mogą   się 

jeszcze przydać, bo później, po wszystkim, niebezpieczeństwo wyjęcia spod prawa zawiśnie 

nad głową Nielsa, co do tego nie było wątpliwości.

Musiał podjąć to ryzyko.

Najprawdopodobniej jednak powstanie okaże się tak gwałtowne, że władze nie będą 

miały   innego   wyjścia,   jak   tylko   pozwolić   chłopom   wygrać   i   spełnić   ich   żądania.   Ciężki 

podatek dzienny zostanie zniesiony, a księgi długów zniszczone. Być może następny wójt, 

wiedząc już, na co stać ludzi, również potraktuje to jako nauczkę i zacznie odnosić się do nich 

z większym szacunkiem.

Niels uśmiechnął się pod nosem.

Nastaną nowe czasy.

background image

Ludzie jednak nie przestaną mówić o Nielsie Kvithovudzie.

Poszedł   do   Margrety.   Ostatnio   sprawiała   wrażenie   bardzo   nerwowej.   Być   może 

popełnił głupstwo, wtajemniczając ją we wszystkie plany, lecz kobieta była wygadana, miała 

energię i ślepą odwagę, która dla niego bardzo się liczyła. Margreta nie wahała się przed 

powiedzeniem każdemu prawdy w oczy. Potrafiła wprawić ludzi w gniew, przedstawiać im 

niesprawiedliwość w taki sposób, że nawet on podziwiał jej talent. Gdyby była mężczyzną, 

mogłaby się z nim mierzyć. Urodziła się jednak kobietą, dlatego też musiała całkowicie mu 

się podporządkować. Wiedział, że pójdzie za nim na śmierć, jeśli okaże się to konieczne, i na-

zwie   to   jeszcze   ofiarą   na   ołtarzu   miłości.   Nigdy   nie   rozmawiali   na   ten   temat,   raz   tylko 

usłyszał z jej ust to słowo.

Ostrzegł ją wtedy i więcej go nie wypowiedziała. Związek, jaki ich łączył, był innego 

rodzaju. Jeśli ona będzie liczyć na coś więcej, sprowadzi na siebie tylko kłopoty, a na to jest 

prawdopodobnie za mądra.

Margreta   najwyraźniej   wcale   się   go   nie   spodziewała,   bo   jej   piersi   pod   kołdrą 

podnosiły się i opadały w rytmicznym oddechu, leżała na boku, twarzą zwrócona w stronę 

okna.   Koc   miała   najlepszego   gatunku,   kupiony,   miękki   i   czysty,   materac   wypchany   był 

warstwą wełny i drugą puchu. Dziewki służące trzepały go w każdy piątek, Niels bowiem 

bardzo pilnował, by wygodnie się wysypiać między kolejnymi wyprawami.

Zwalił się przy niej, przycisnął się do jej ciała, zerwał okrycia i tylko cienka koszula 

oddzielała jej okrągły zadek od narastającego w nim pożądania.

Mruknęła coś przez sen, wiedział, że się budzi. Rozorał zębami jej skórę na karku, 

napełnił usta rudymi, słodkimi od potu włosami i zamknął ramiona wokół niej, torując sobie 

drogę w jej ociężałe snem, nagle drżące od chłodu ciało. Gdy próbowała mu się wyrwać, 

zaklął głośno i przytrzymując, brutalnie odwrócił na plecy.

Nie było to niczym innym jak gwałtem, ona nigdy tak z nim nie walczyła, nigdy nie 

wykrzykiwała takich głupich kłamstw. Później jednak, gdy zobaczył, że zalana jest krwią, 

uprzytomnił sobie, że być może mówiła prawdę.

- Zabiłeś swoje dziecko - szlochała cicho.

Nie widział łez, lecz leżąca przy nim kobieta zmieniła się. Zgasło jakieś światło w jej 

oczach, nawet płomienne włosy zdawały się tracić część blasku. Zaklął cicho i odszedł.

Przeklinał ją, lecz przede wszystkim siebie.

Nadjana   patrzyła,   jak   łódź   Marji   spokojnie   rusza   od   przystani.   Długo   próbowała 

odwieść   ją   od   wyjazdu,   przez   cały   dzień   szukała   nowych   argumentów,   Marja   jednak 

pozostawała na nie głucha i okazała upór jak klacz, którą ktoś rozdrażnił. Nadjana czuła, jak 

background image

żołądek   ściska   jej   się   w   twardą   zimną   kulę,   szczękała   zębami,   choć   było   ciepło,   niemal 

gorąco. Trzymała za rękę Amelię, był z nimi także Benjamin. Karl pożegnał się przy bramie, 

najwidoczniej   nie   sprzeciwiał   się   tej   wyprawie.   Z   początku   chciał   wyruszyć   sam,   by 

sprowadzić syna - zbiega, lecz wzdragał się na myśl o upokorzeniu, jakiego mógł doznać od 

Kvithovuda. Jeśli on rzeczywiście miał coś wspólnego z ucieczką Karla Martina? Młodzi 

chłopcy   potrafią   być   ślepi   na   sprawy   przynoszące   wstyd   ojcom.   Karl   w   milczeniu   więc 

cierpiał, uświadamiając sobie, że nie miał dość sił, by pomóc chłopcu odnaleźć lepsze ma-

rzenia. To gadanie o żołnierzach... ta przeklęta wojna, która sprawiała, że nawet mali chłopcy 

tracili głowę.

Nadjana opowiedziała mu bardzo delikatnie i w wielkim skrócie o pragnieniu Karla 

Martina   wyprawienia   się   w   wielki   świat.   Starała   się   uspokoić   Karla   zapewnieniami,   że 

chłopiec zapewne sam odnajdzie drogę do domu, gdy życie mu dokuczy, a głód mocniej da 

się we znaki. Karl dostrzegał słuszność jej argumentów. Owszem, słyszano już wcześnie o 

żądnych przygód nicponiach, którzy musieli wracać do rodzinnego domu i pięknie prosić o 

łaskę. Nigdy jednak nie przypuszczał,  że jego rodzonemu synowi może  wpaść do głowy 

podobny   pomysł.   Nadjana   wspomniała   także,   że   chłopiec   być   może   chce   również 

wypróbować uczucia rodziców.

-   Może   poczuł   się   zapomniany,   próbuje   coś   na   was   wymóc.   Wydaje   mi   się,   że 

niedobrze za nim jechać, zmuszać do powrotu, wykorzystajcie raczej ten czas na zastano-

wienie się, co mu powiecie, kiedy wróci - oświadczyła.

Marja krzyknęła wtedy:

-   Nie   ma   mowy!   Tam   jest   niebezpiecznie!   Całe   wioski   objęła   już   wojna,   ludzie 

Kvithovuda przed niczym się nie cofają! Nie chcę, by Karl Martin się w to mieszał!

- Nie zdołasz uchronić go przed życiem - padła zaskakująca odpowiedź Karla.

Były to ostatnie słowa, jakie od niego usłyszały, lecz Marja machnęła ręką i zaczęła 

pakować węzełki, szykując się do podróży.

Na   każdym   cyplu,   który   mijali,   stały   wielkie   stosy   drewna   zebranego   na   brzegu. 

Nazajutrz miały zapłonąć i świecić jako wici wzdłuż fiordów.

Marji wydawało się, że łódź ledwie sunie po wodzie, jakby cały świat znieruchomiał, 

niczym tuż przed zejściem lawiny. Nawet letnie niebo zdawało jej się groźne, szaroczarne 

chmury   zbierały   się   na   horyzoncie.   Drżała   z   zimna,   mocniej   otuliła   się   peleryną,   uszytą 

niestety z najlepszego, najcieńszego sukna, nie mogącą więc dać jej wiele ciepła.

Liczyła poruszenia wioseł. Czterej mężczyźni wytężali siły, łódź bowiem nie została 

przystosowana   do   pokonywania   dłuższych   odległości.   Żagiel   zwisał   z   masztu,   nawet 

background image

najlżejsze tchnienie wiatru nie przychodziło im z pomocą.

Marja skuliła się, przymknęła oczy. Obraz Nielsa jak zwykle tkwił pod powiekami. 

Pozwoli sobie teraz przyjrzeć mu się uważniej, spróbuje uporządkować uczucia. Przeważał w 

niej czający się lęk o syna, lecz jednocześnie czuła tęsknotę za mroczną namiętnością Nielsa.

On jest niebezpieczny, pomyślała po raz setny. Musiała mocno wziąć się w garść, by 

serce nie oszalało jej w piersi. Zawstydzona przyznała przed sobą, że nawet niespodziewane 

zniknięcie   Karla   Martina   stawało   się   nieistotne   w   porównaniu   z   tym   jednym,   co   się 

rozpoczęło i żądało dokończenia. Inaczej nigdy nie zazna spokoju.

• Wypożyczyła konia pod wierzch u Munthego. Najmłodszy z synów zaofiarował się 

odprowadzić ją aż do dworu Nielsa. Miał w pobliżu letnią zagrodę i mógł się tam wybrać, 

nawet o tak wczesnym poranku.

Jechali szybko. Młody chłopak z początku zerkał na nią spod oka, zastanawiał się 

pewnie,  jakiego  tempa  może  się  spodziewać  po  takiej   damie.  Marja przy kilku  okazjach 

ukradkiem dosiadała Czarnego, jeździła jednak za mało, by czuć się całkiem bezpiecznie. 

Zorientowała się, że siwa klacz łatwiej daje się prowadzić, zwierzę słuchało nawet lekkiego 

ściągnięcia cugli i kłusowało bez oporu. Koń dobrze znał drogę, omijał kamienie i zwalone 

drzewa, strzegł też jeźdźca przed zwisającymi nisko gałęziami. Chłopak jadący na gniadym 

pociągowym koniu uśmiechał się zachęcająco i chwalił Marję. Widok kobiety dosiadającej 

konia należał do rzadkości. Szeroka czarna sukienka Marji nadawała się do konnej jazdy, 

układała się w fałdy wokół nóg w wysokich butach i strzegła jej skromności nawet, kiedy 

wierzchowiec przyspieszał, a wiatr chwytał w objęcia włosy i ubranie.

Podróż mijała szybko, niemal za szybko. Marja odkryła, że przyjemność sprawia jej 

jazda   na   żywym,   silnym   zwierzęciu.   W   kontakcie   jeźdźca   i   konia   było   niemal   coś 

zmysłowego. Czuła, że policzki jej płoną, umysł się rozjaśnia, a myśli stają się lżejsze.

Dotarli   do   płotu   oddzielającego   pola   Olego   od   ziemi   sąsiadów.   Ujechali   jeszcze 

kawałek i chłopak zdjął czapkę.

- Jesteśmy na miejscu. Tu jest furtka, czy mam iść i zgłosić twoje przybycie?

Łydki Marji lekko teraz drżały, lecz zdołała zsiąść z konia o własnych siłach.

-  Nie,  dziękuję -  odparła.  -  Pójdę  chyba   sama.   Myślę,  że  ktoś   już  wstał,  chociaż 

przybywam o bezbożnie wczesnej porze.

Chłopak dostał dwie monety za pomoc, obiecała mu jeszcze talara przy zwrocie konia.

- Zaprowadź jeszcze, proszę, Huldrę do stajni... Marja nabrała powietrza w płuca, 

otrzepała suknię z kurzu i końskiej sierści. Poprawiła koronki przy szyi, spięte srebrną broszą. 

Na głowie miała haftowany nakrochmalony czepiec, oznakę jej pozycji i statusu. Podczas 

background image

konnej jazdy czepiec zsunął się do tyłu i ciasny warkocz otaczający głowę rozplótł się i opadł. 

Przytrzymując w ustach szpilki do włosów, splotła dwa wieńce na karku. Surowa fryzura, ale 

potrzebna jej będzie cała siła i choćby pozorowana kontrola nad sobą.

Ostrożnie zbliżyła się do zabudowań, leżały jedno przy drugim, ustawione na kształt 

podkowy. Na środku okazały dom mieszkalny, wysmołowany na brązowo, z białymi oknami. 

Piętrowy,   miał  ganek  na  dole  i  na  górze.  Marja  zauważyła   dym  unoszący się  z  jednego 

komina. Budynek z lewej strony był jeszcze większy, chociaż prosty, bez ozdób: obora i 

stajnia. Dalej spichrz pomalowany na czerwono, biało i niebiesko. Obok mniejszy domek, za-

pewne   kurnik.   Marja   usłyszała   dobiegający   ze   środka   hałas,   a   zza   uchylonych   drzwi 

wydobywał się ostry zapach. Szła wolno, rozglądając się za ludźmi.

Przy  studni  stała  młoda  kobieta.  Wylewała   sobie  właśnie   na głowę  wiadro  wody, 

krople ściekały z ciemnych włosów, zmoczoną miała również bluzkę. Drżała z zimna, na 

pewno dopiero opuściła ciepłe łóżko.

- Szczęść Boże - Marja pozdrowiła ją głośno i podbiegła.

- Witaj - odparła tamta ostrożnie.

- Szukam Nielsa Kvithovuda - oznajmiła Marja. - To jego dwór?

Owszem, tak było. Kobieta poprosiła, by Marja usiadła i cierpliwie poczekała, a ona 

sprawdzi, czy gospodarz już nie śpi. Kogo miała zapowiedzieć?

Marja   podała   swoje   imię,   kobieta   najwidoczniej   nigdy   wcześniej   go   nie   słyszała. 

Nosiła niebieską spódnicę i szary, obciskający piersi stanik. Pewnie chłopka, zatrudniona przy 

sianokosach.

Marja nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą począć. Chłopak z końmi zniknął w stajni, 

usłyszała dobiegające ze środka męskie głosy. A jeśli on...

Niels mógł tam być. Marja nie potrafiła zapanować nad dziewczęcą gorączką we krwi.

Na   Boga,   pomyślała,   co   się   ze   mną   dzieje?   Czy   nie   wyrosłam   już   z   podobnych 

reakcji? Przecież niewiele mi brakuje do trzydziestki.

Mogła zmusić ręce do spokojnego leżenia na kolanach, mogła zmusić wargi, by nie 

drżały, i nogi, by zachowały spokój. Oddychając powoli, równo, umiała sprawić, by policzki 

nieco jej zbladły, ale tępego, słodkiego bólu w dole brzucha pozbyć się nie zdołała.

Za plecami na wysypanej żwirem dróżce usłyszała ciężkie kroki. Wiedziała, że to on. 

Chciała natychmiast się odwrócić, pochłonąć go wzrokiem, lecz nie ruszyła się z miejsca. 

Powoli tylko odwróciła głowę. Udawała, że zaskoczył ją jego widok. Ubrany był w niebieskie 

spodnie, obcisłe i lśniące, uszyte zapewne z jedwabiu, kurtkę miał zarzuconą na ramiona. 

Biała koszula o prostym kroju, jaki noszą wieśniacy, lecz z najlepszego adamaszku, w ma-

background image

towym   materiale   lśniły   wtkane   motywy,   dostrzegła   orła.   Zaraz   pochwyciły   ją   oczy 

mężczyzny.

- Witaj, Marjo Oppdal, witaj w moim dworze! Marja wstała, podała mu rękę.

-   Szczęść   Boże,   Niels,   i   dziękuję!   Żadne   nie   wiedziało,   co   dalej   mówić.   Marja 

dostrzegła jakiś ruch za zasłoną w oknie na piętrze, Niels poszedł za jej wzrokiem, zwrócił się 

w stronę domu.

- Wejdziesz chyba do środka i tam opowiesz mi, z czym przybywasz?

- Przychodzę po syna - odparła cicho. Niels westchnął ciężko, powoli pokręcił głową.

- Tak, twój syn rzeczywiście jest tutaj. Zanim jednak dumna matka wtargnie do środka 

i złapie go za ucho, muszę ci coś powiedzieć.

Pozwoliła,   by   podał   jej   ramię,   i   poszła   razem   z   nim.   Wyczuwała,   że   Niels   jest 

spokojny, że ruchy ma wręcz opóźnione. Napięcie między nimi legło w powietrzu niczym 

mgła, Marja z trudem hamowała się, by nie zdradzić się spojrzeniem i nie wyjść naprzeciw 

milczącemu wyzwaniu bijącemu z całego jego ciała.

Wprowadził   ją   do   niewielkiej   izdebki.   Były   tu   meble   przypominające   jej   pokój 

Nadjany. Przy jednej ścianie stała olbrzymia szafa zdobiona rzeźbieniami, malowanymi na 

niebiesko, czerwono, gdzieniegdzie łuszczyło się złoto. Pod ścianą długi stół, ciężki, lecz nie 

pozbawiony   stylu.   Nie   pasował   jednak   do   krzeseł   na   wygiętych   delikatnych   nogach, 

zdających się pochodzić wprost z kobiecych marzeń. Na ścianach wisiały gobeliny i obrazy o 

wyrazistych barwach. Również na suficie widniał kiedyś jakiś motyw, warstwa wapna miała 

go ukryć, tymczasem podkreślała ruchy pędzla malarza. Bujne róże, namalowane zdecydowa-

nymi pociągnięciami w ostrych kolorach.

Niels powiedział coś do niej. Poprosiła o wybaczenie, zamyślona nie usłyszała, co 

mówił.

- Spytałem, po co tu przyjechałaś? Nadjana powiedziała ci chyba, że nie ja zwabiłem 

tu chłopca. Siedział przy lodzi, kiedy miałem odjeżdżać.

Marja westchnęła ciężko.

- Owszem, wiem, ale boję się o niego. To, co robisz, jest niebezpieczne.

- Istnieją bardziej niebezpieczne rzeczy - odparł cicho.

Zdjął kurtkę, w rozcięciu szerokiej koszuli widać było szeroki pas nagiej skóry, od 

szyi niemal aż do pępka. Rękawy miał podwinięte. Włosy obciął, Marja zauważyła teraz, że 

jakby mu się przerzedziły. Białe niczym śnieg natychmiast przyciągały uwagę do jego twarzy, 

w której niebieskie jak lód oczy potrafiły świecić i błyskać.

Dobrze wiedziała, co Niels ma na myśli, co może być groźniejsze od buntu, który 

background image

wkrótce miał wybuchnąć wśród ludzi.

Nie było sensu protestować, udawać skromnej. Prędko ominęli stadium zalotów, w 

lesie  zapomnieli  o wszystkim.  Byli  tak szczerzy w  swym  pożądaniu,  że Marję  wciąż  na 

wspomnienie tamtej chwili ogarniało przerażenie.

- Przyjechałaś, by zakończyć to, co rozpoczęliśmy, prawda?

W jego głosie brzmiała powaga. Patrzył na nią tak przenikliwie, że czuła jego wzrok 

bezpośrednio na skórze.

Z podniesioną głową odpowiedziała na spojrzenie niebieskich oczu, spostrzegła, że 

biegną od nich głębokie bruzdy. Dopiero teraz zauważyła, że ma do czynienia z dobrze już 

dojrzałym mężczyzną.

- Wprawiłeś mnie w straszny niepokój. Kiwnął głową.

- Ty mnie również.

Nie   potrafili   znaleźć   dalszych   słów,   oboje   zawstydzeni   faktem,   że   nie   odczuwają 

potrzeby, by cokolwiek upiększać, zdobić cokolwiek pozłotą miłości.

- Kocham mego męża, naprawdę go kocham, dlatego tak mało z tego rozumiem. Chcę 

pozbyć się tej gorączki z krwi i sądzę, że z tobą jest podobnie, Nie należysz do mężczyzn, 

którzy potrafią żyć z nie dokończoną myślą.

Niels śmiał się teraz cicho. Pochylił się w przód na krześle, podłożył ręce pod brodę 

jak chłopak, a w oczach pojawiła się drwiąca wesołość.

- Masz całkowitą rację. Nie mogłem spojrzeć na żadną kobietę, by nie widzieć w niej 

twojej twarzy. Do diabła, straszna jest twoja moc, czarownico!

Marja   zmrużyła   oczy.   Wstała,   przyglądała   mu   się   uważnie,   zdejmując   pelerynę 

wystudiowanym ruchem.

-   Moją   czarodziejską   moc   łatwo   złamać.   Słyszałam   o   twojej   sławie,   Nielsie 

Kvithovud, nie kąpiesz się dwa razy w tej samej wodzie, i ja też nie mam zamiaru tego 

robić...

Był już przy niej, blisko, groźny w swej przewadze.

- Najlepiej więc będzie ten jeden raz porządnie cię pognębić.

Nie dotknął jej ust, tylko przycisnął wargi do szyi, przestraszyła się, że zostawi ślad, i 

odepchnęła go niechętnie, ale on złapał za warkocz i mocno przytrzymał.

- Jest ranek, Nielsie Kvithovud. Widziano, jak przychodzę. Najpierw chcę pomówić z 

Karlem Martinem, mam mu wiele do powiedzenia. Jutro wieczorem wracamy.

Niels dobrze skrywał teraz swoje uczucia. Żołnierz walczył w nim z kochankiem.

-   Zostaniecie   chyba   przez   kilka   dni?   Skorzystacie   z   mojej   gościnności?   Chłopiec 

background image

dobrze   się   tu   czuje,   on   dorasta,   Marjo.   Powinnaś   go   zobaczyć   wśród   ludzi,   mówi   takie 

mądrości, że całkiem ich rozbraja.

Marja uśmiechnęła się uprzejmie.

- Ale Karl Martin musi wrócić do domu, do swego ojca, i to jak najprędzej.

Niels mocno ujął ją za ramiona.

- Marjo, popełniasz błąd, przywiązując go tak mocno do siebie. Chłopiec jest już duży, 

a wkrótce będzie dorosły. Sam postanowił oderwać się od was. Zaproponowałem mu dach 

nad głową, tu może robić to, co lubi, czyścić moją broń, chodzić ze mną... Dla niego to 

przygoda, rozumiesz?

Marja chciała zaprotestować, nie podobał jej się pouczający ton w głosie Nielsa, a 

jego słowa wcale jej nie uspokoiły, przeciwnie.

- Karl Martin nie może pokochać broni! Nigdy nie zostanie żołnierzem, nigdy!

Niels uśmiechnął się wprost w jej rozgniewane oczy, przeraziła ją lśniąca w nich siła. 

Widniało   tam   też   coś   jeszcze,   coś   przywodzącego   na   myśl   nieobliczalnego,   drapieżnego 

ptaka. Przeszedł ją dreszcz.

- Twój syn już jest małym żołnierzem, Marjo. Jest nim od dawna, chociaż ty tego nie 

zauważyłaś.

Słowa   raziły   ją   mocno,   nie   mógł   ich   dobrać   lepiej.   Przełknęła   z   trudem   ślinę, 

wiedziała, że łatwo odgadnąć dręczące ją wyrzuty sumienia. Między nimi nie było miejsca na 

takie dyskusje, rozmowa stawała się zbyt intymna. Marja nie chciała, by Niels w taki sposób 

zaglądał do jej wnętrza. Zaczynał się liczyć dla niej jako osoba, a tak być nie powinno. Miał 

być tylko ciałem, żądzą, marzeniem.

- Wystrzegaj się pouczania innych, jak powinni wychowywać dzieci - oświadczyła 

podniesionym głosem. - O ile wiem, żadnego nie udało ci się spłodzić.

Twarz Nielsa napięła się, Marja pożałowała swoich słów już w momencie, gdy je 

wypowiadała. Jeśli on dotknął jej ukrytych ran, to i ona trafiła w miejsce czulsze, niż się tego 

domyślała.

-   Nie   bądź   taka   wyniosła,   Marjo.  Spłodzenie   dziecka   nie   jest   żadną   sztuką,   dużo 

większą jest wychowanie go. Bez względu jednak na wszystko, moja droga, możesz utracić 

swoje dzieci, zanim się obejrzysz. Lepiej więc ich nie mieć.

Nie miał takiego zamiaru, ale w jego słowach kryła się groźba. Uznała ją za kolejną 

raniącą replikę.

Zaskoczona poczuła, że płonący w niej żar z wolna zaczyna się wypalać. Mogła teraz 

obserwować  jego sylwetkę,  nawet  wyobrażać  sobie  miękką   skórę,  wspominać  smak   jego 

background image

warg,   a   głos   jej   się   nie   załamywał.   Ogarnęło   ją   uczucie   przypominające   mdłości,   nie 

pochodzące jednak z żołądka.

Nielsowi odmienił się humor, zmienił również taktykę.

- Nie będziemy tak stać tu i się droczyć, Marjo Oppdal, nie po to przyszłaś. Chodźmy 

do Karla Martina, porozmawiasz z nim. Sądzę jednak, że lepiej będzie, jak ja pójdę pierwszy i 

przygotuję go na twoją; wizytę.

Marja wyraziła zgodę skinieniem głowy, zdawała sobie sprawę, że syn może nie być 

zachwycony jej przybyciem.

- Później mam dużo zajęć. Dzisiejszy dzień jest bardzo ważny, czeka nas też pełna 

emocji noc. Wieś się burzy, Marjo. Chłopi naprawdę przekuli lemiesze na miecze, więcej 

zdradzić ci nie mogę, powiem tylko, że dziś wieczorem moje życie zawiśnie na włosku.

Marja   zorientowała   się,   że   dramatyzm   jego   słów   nie   jest   przesadzony.   To,   co 

powiedział,   zapadło  jej   w  serce,  zwiększając  jeszcze   niepokój.  Uczucia,  jakie  żywiła  dla 

niego, odmieniały się tak prędko. W jednej chwili czuła się chłodna i głupia, w następnej bała 

się, że utraci coś, czego nigdy nie miała. Teraz pragnęła go poprosić: „nie umieraj”.

Język jednak jej nie słuchał, bo to być może byłoby odpowiednim zakończeniem tego 

opętania.

Zaczął gładzić jej ciało tak intymnie, jak gdyby należeli do siebie przez całe życie. 

Wodził   palcami   po   liniach   sukni,   palce   musnęły   sznurówkę   stanika   i   Marja   zadrżała, 

uświadamiając sobie, że przez cienki materiał bluzki mógł wyczuć jej piersi.

- Zaczekasz jedną dobę, prawda? Tylko o to cię proszę. Przymknęła oczy, obiecała. 

Nie wiedziała dlaczego, czuła jedynie narastający mdły niepokój. Wciąż jeszcze jednak szalał 

w niej ogień, wciąż pragnęła złapać go za ręce i stawiać większe żądania, lecz lodowato 

niebieskie oczy przestały ją już tak pociągać, widniało w nich raczej coś, co budziło jej lęk.

Gdy wrócił  i oznajmił,  że Karl Martin  podniósł krzyk  i groził,  że ucieknie  dalej, 

niepokój zmienił się w rozpaczliwy strach.

- Co ty mówisz? Coś ty z nim zrobił? On nie chce widzieć rodzonej matki?

Niels stał nieruchomo jak pomnik. Ręce skrzyżował na piersi, nogi rozstawił szeroko. 

Był przeszkodą.

- Ja nie kłamię,  Marjo. Dlaczego miałbym  cię oszukiwać? Musisz pogodzić  się z 

reakcją Karla Martina. Jemu nie jest łatwo.

Oczy Marji zwęziły się w dwie szparki.

- Przyprowadź go do mnie, Niels, inaczej, obiecuję, czekają cię kłopoty.  Porwałeś 

cudzego syna!

background image

Niels zdrętwiał. Rozgorzała między nimi otwarta walka o władzę, lecz na innej, nie 

cielesnej płaszczyźnie, pojedynek o to, które z nich ma silniejszą wolę.

-   Chyba   się   zapominasz,   Marjo   Oppdal.   Nie   jesteś   już   królową   w   swoim   małym 

królestwie, jesteś moim gościem, a tu, w tym dworze, ja rządzę!

Spojrzenie jego oczu wpalało się w nią, ale Marja postanowiła odgonić strach. Wśród 

gróźb, twardych słów i jawnej demonstracji władzy wyczuwała, że nie przestała się dla niego 

liczyć. Być może Niels nie da się przestraszyć, lecz bez wątpienia pozwoli się kupić.

- Obudziły mnie twoje słowa, Niels. Wydaje mi się, że rozumiem teraz wszystko o 

wiele lepiej. Jeśli stąd teraz odejdę, to ze swobodnym sercem, bo to było tylko pożądanie, 

zwykła żądza, kusiło mnie jedynie twoje ciało. Widzę teraz, że jesteś żałosnym stworzeniem, 

chcesz wykorzystać moje dziecko, by mnie szantażować. To gasi ogień.

- Nie wierzę - szepnął z uporem. - Spójrz na siebie, policzki ci płoną. Czujesz, jak 

krew pulsuje ci w żyłach, wiesz, że gdybym cię teraz dotknął, byłabyś stracona.

-   Spróbuj   tylko   -   szepnęła   bez   tchu.   Rzucił   się   na   nią,   całował   każdy   fragment 

odsłoniętej skóry, najpierw wnętrze nadgarstków, ramiona, sznurówka przy staniku już się 

rozplotła. Marja jęknęła cicho i zacisnęła zęby. Stała prosto jak struna, nie wiedziała jednak, 

jak długo  myśli  zdołają  kontrolować  ciało.  To niebezpieczna  gra. Niels  postawił  wysoką 

stawkę,   teraz   jego   usta   nie   wahały   się   przed   niczym,   szukały   wszystkich   zakamarków, 

wsuwały   wszędzie,   gdzie   tylko   dłonie   zdołały   dotrzeć   i   zedrzeć   osłaniające   ją   ubranie. 

Zanosił się śmiechem płynącym aż z gardła.

Mdłości minęły, zasłona sprzed oczu nareszcie opadła.

- Już za późno, Niels - rozległy się słowa w jego uszach.

Marja nie odpychała go, nie broniła się przed jego dotykiem, nawet nie odwróciła 

twarzy   przed   pocałunkami   i   rozbawionym   łaskotaniem   języka.   Mimo   to   jednak   Niels   z 

wyrazem mogącym przypominać przerażenie na twarzy cofnął się chwiejnie. Puścił ją, jak 

gdyby jej skóra nagle zaczęła go parzyć.

Marja nie naciągała ubrania, stała na środku izby z jedną piersią odsłoniętą, włosy 

niczym  czarna chmura  otaczały jej głowę. Dzieliła  ich odległość dwóch kroków. Z oczu 

sypały jej się iskry, walka była już przesądzona. Jako zwyciężczyni mogła pozwolić sobie na 

blady uśmiech.

Niels dyszał ciężko jak rozwścieczony byk, jasna skóra stała w płomieniach, Marja nie 

wahała się obrzucić spojrzeniem jego udręczonego ciała. Był ubrany, lecz w swym pożądaniu 

bardziej nagi niż ona.

- Odjeżdżamy już zaraz. Nie ustąpię, dopóki chłopiec ze mną nie pojedzie. Możesz po 

background image

niego posłać już teraz albo zaczekać, aż przyjdzie lensman.

Diabelski  uśmieszek  rozpalił  mu  oczy,  Marję przeszedł  dreszcz, oparła  się jednak 

pokusie   okrycia   nagiej   skóry.   Byłaby   to   oznaka   słabości,   dowód   na   to,   że   boi   się   jego 

spojrzenia.

- Lensman będzie miał dzisiaj co innego do roboty, moja droga.

Wolnym krokiem ruszył ku drzwiom i zawołał głośno:

- Margreta! Potem znów odwrócił się do Marji.

- Lepiej będzie, jak naciągniesz łaszki. Margreta jest śmiertelnie zazdrosna.

Rudowłosa kobieta musiała zauważyć, co się działo w tej izbie, lecz być może jej oczy 

przesłoniły   opary   wódki.   Marja   pozwoliła   sobie   pomyśleć   o   niej   ze   współczuciem,   ta 

biedaczka miała ciężkie życie u boku Kvithovuda. Nieszczęsna dziewczyna dała się porwać 

jego niezwykłej mocy przyciągania. W bladej twarzy Marja potrafiła wyczytać wielki smutek, 

lecz również stanowczą wolę przeżycia. Rudowłosa podeszła do Nielsa, pocałowała go, objął 

ją jak swoją własność, chłodno przedstawił je sobie, jak gdyby chciał zaznaczyć, że nic sobie 

nie robi z chłodu Marji. Gdy jednak objął dłonią pierś rudowłosej, uśmiechając się lekko do 

Marji, była to tak prostacka demonstracja siły, że Marja ledwie powstrzymała się od śmiechu. 

Myśl o Karlu Martinie budziła w niej jednak coraz większy niepokój. Odetchnie, gdy syn 

usiądzie nareszcie przed nią na koniu, unoszącym ich jak najdalej od tego mężczyzny i ko-

szmaru, w jaki ją wciągnął.

Odpowiedziała pełnym goryczy uśmiechem.

- Widzę, że masz inne zajęcia, Kvithovud. Najlepiej będzie, jak zostawię was samych. 

Poproś swoich ludzi, żeby wyprowadzili mojego konia.

-   Jej   się   wcale   nie   spieszy   -   rzekł   Niels,   tym   razem   zwracając   się   do   Margrety, 

patrzącej na nich rozbieganym wzrokiem. Widać było, że ta kobieta jest albo pijana, albo 

niedorozwinięta.

- Weź ze sobą Krestjana i zaprowadź ją do izby... gościnnej, zadbaj o to, żeby miała 

spokój. Żeby nikt nie zapowiedziany jej nie przeszkadzał.

Kobieta wolno skinęła głową. Niels uszczypnął ją w policzek. Marja dostrzegła teraz 

na jego twarzy oznaki czegoś na kształt szaleństwa, przestał być piękny i pociągający. Teraz 

budził w niej już tylko przerażenie. Resztkami sił panując nad sobą, zdecydowanie ruszyła ku 

drzwiom. Nie zmusi jej, żeby tu została.

Jednym skokiem znalazł się między nią a kobietą, która pilnowała wyjścia, opierając 

się rękami o framugę z obu stron.

Marja próbowała go odepchnąć, lecz on ani drgnął. Rozpaczliwie wyciągnęła rękę do 

background image

uśmiechniętej twarzy przypominającej teraz straszną maskę.

Była kompletnie nieprzygotowana na cios, od którego świat wokół niej zawirował, 

ujrzała jeszcze niewzruszone oblicze Margrety i osunęła się na ziemię.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Izba mieściła się między sypialnią Margrety a stryszkiem na wełnę. Nie miała okien, a 

za sprawą solidnych zwojów wełny pod ścianami mogły stamtąd wydobywać się zaledwie 

przytłumione   odgłosy.   Mimo   to   Margreta   leżała,   nasłuchując,   czekała,   aż   czarnowłosa 

nieznajoma ocknie się i zacznie krzyczeć.

Drżała lekko, zmarzła. Na myśl o uwięzionej przeżegnała się z wdzięcznością, że ona 

sama może cieszyć się swobodą. Niestety, ostatnie dni pokazały, że stąpa po bardzo cienkim 

lodzie.

Przestała już płakać. Przeżyła jedną noc pogrążona w najczarniejszej rozpaczy, teraz 

jednak mogła znów chodzić z podniesioną głową i stawiać czoło światu z tą samą chłodną 

dumą. Przynajmniej wtedy, gdy wzmocniła się kilkoma łykami wódki. Ostatnio może trochę 

przesadzała, teraz jednak zamroczenie powoli opuszczało jej ciało, czuła się jak przeżuta i 

wypluta.

Wkrótce nadejdzie czas, by wyruszyć.

Niels za stodołą zgromadził dwa tuziny mężczyzn. To oni właśnie mieli przypuścić 

szturm, podniecić tłum i skłonić do wpłynięcia na zakazane obszary niczym nie dająca się 

powstrzymać  fala powodzi. Margreta znała tę taktykę, wiedziała, że zabiorą wszystko, co 

znajdą.   Będą   zamaskowani,   twarze   przewiążą   chustkami,   innym   wystarczą   policzki 

wysmarowane   sadzą   i   kapelusze   nasunięte   głęboko   na   oczy.   Bez   względu   na   wszystko, 

zdaniem Nielsa, powstanie chaos tak wielki, że ludzie wójta nie zdołają nikogo rozpoznać. On 

sam pójdzie z gołą głową, tylko z czerwoną przepaską na czole. Pozostali także je dzisiaj 

nosili, widziała, jak pozdrawiają się z powagą i krążą w napięciu, a czerwone paski materiału 

powiewające na wietrze umacniają ich poczucie więzi.

Pocięto na nie jej niedzielną suknię. Nie przejęła się tym, kto by dbał o sukienkę?

Tylko ten kolor jej się nie podobał, to zły znak. Wróży krew...

Margreta stanęła przy oknie. Ubrana była w spodnie i szeroką kurtkę, włosy schowała 

pod mocno zawiązaną chustką, lecz i tak nikt nigdy nie wziąłby jej za mężczyznę.

Wciąż   czuła   się   obolała   i   pusta.   Serce   nie   przestawało   krwawić   jej   z   żalu   za 

kiełkującym w niej życiem, które tak prędko przestało istnieć. Ale wypływająca z jej wnętrza 

krew   powoli   zaczynała   stawać   się   coraz   ciemniejsza,   co   oznaczało,   że   rana   wkrótce   się 

zabliźni.

Niels   swoją   brutalnością   zabił   dziecko.   Nie   potrafiła   powiedzieć,   czy   go   za   to 

nienawidzi. W jednej chwili przeklinała i życzyła mu śmierci, w następnej zaś serce pod-

background image

chodziło jej do gardła i sztywniała ze strachu na myśl o tym, że być może tej nocy on pożegna 

się z życiem.

Teraz, gdy popołudnie dusiło od upału, a ludzie szykowali się do sobótkowej nocy...

Nie wiedziała, co czuje.

Wolno   zeszła   po   schodach   na   światło   słońca.   Biedacy   przemienieni   w   dzielnych 

wojaków powitali ją jak maskotkę. Niels siedział w pewnym oddaleniu od zgromadzonych, w 

otoczeniu   czterech   najbliższych   ludzi,   Reinerta,   syna   Munthego   i   dwóch   wyrośniętych 

przyrodnich braci z Navarsete.

Ruszyła w ich stronę bezszelestnie, wpatrzona w silne plecy okryte czerwoną kurtką. 

Żaden nie podniósł głowy, zasłuchani byli w ciche słowa Nielsa. Margreta instynktownie się 

zatrzymała,   na   wpół   ukryła   za   drzewem.   Stąd   docierały   do   niej   urywki   słów   przemowy 

dowódcy. Mówił o tym, co się wydarzy, rozdzielał zadania, instruował, co powinni mówić na 

późniejszych przesłuchaniach, a czego nie.

Margretę ogarnęło niekontrolowane drżenie.

Co to wszystko znaczy? Niels zawsze jej powtarzał, że nikt nie śmie tknąć ani jego, 

ani jego ludzi, władze bowiem będą się obawiały masowego buntu.

-   Chłopiec   najprawdopodobniej   nie   ujdzie   z   tego   z   życiem,   to   żółtodziób,   mleko 

ledwie wyschło mu pod nosem. Ma zaledwie dwa strzały. Jeśli szczęście będzie mu sprzyjać, 

to zastanie wójta samego i wtedy ma pewną szansę, ale ten tchórz na pewno trzyma przy 

sobie przynajmniej jednego człowieka. Jego baba, tak mi doniesiono, sypia gdzie indziej.

Margreta musiała mocniej przytrzymać się pnia.

A więc wójt zginie, to już postanowione. Zabójstwo stanowiło nieodwołalną część 

planu. To już nie był  wyłącznie bunt wzywający do sprawiedliwości, żądanie miejsca do 

życia.

Chłopiec pójdzie prosto na śmierć.

Wycofała się po cichu.

Przebiegła przez dziedziniec, czując, jak ból przenika przez kruchą osłonę do jej serca.

Zanim wstanie świt, nieznajoma straci swego syna.

To nie ma sensu.

Niels   zabił   swoje  własne  dziecko,   może   nie  zdając   sobie   sprawy,  co   robi.  Nawet 

skłonna była mu to wybaczyć, musiała patrzeć w przyszłość, inaczej zostanie całkiem sama. 

Ale ta obca, być może i ona go kochała, zaufała mu, a teraz chciał ukarać ją w najokrutniejszy 

z możliwych sposobów.

Margreta   nie   wątpiła,   że   plan   Nielsa   na   pewno   stanowi   część   kary.   Cóż   takiego 

background image

uczyniła mu ta kobieta, by doprowadzić go do takiej ślepej nienawiści?

Margreta zapukała w zamknięte na klucz drzwi, dopiero potem je otworzyła i wstąpiła 

w   ciemność.   Pachniało   tu   nagrzaną   od   słońca   wełną.   Czarnowłosa   stała   przy   ścianie, 

promienie światła padały na jej twarz. Wydłubała dziurki między belkami, by móc wyglądać.

Stanęły naprzeciwko siebie, jedna w świetle, druga w cieniu.

- Jesteś bardziej więźniem niż ja - odezwała się Marja. W dumnym głosie zabrzmiała 

nieskrywana pogarda.

Margreta skinęła głową.

- Tak, on ma mnie na własność.

- Nieszczęsna - szepnęła Marja. Promienie słońca rysowały na jej jasnych policzkach 

smugi, jak gdyby zostawione przez ciosy.

- Zamierzam cię stąd wypuścić, Marjo.

- Chyba się z tym nie spieszy, prawda? Margreta była wstrząśnięta.

- Nie chcesz wyjść i odnaleźć syna? Grozi mu ogromne niebezpieczeństwo! Zdaje się, 

że nie rozumiesz powagi sytuacji.

-   Oczywiście,   że   rozumiem.   Niels   to   śmiertelnie   niebezpieczny   przyjaciel   i   Karl 

Martin na pewno też to zrozumie, ale do jutra mogę zostać. Zdążę wtedy zabrać stąd syna.

- Nie!

Krzyk Margrety był tak bezradny, choć to ona miała klucz do drzwi. Zrozpaczona 

chwyciła Marję za ramię i popchnęła w stronę wyjścia. Nie chciała zdradzać strasznego planu, 

nie mogła  znieść  myśli  o pogardzie,  z jaką potraktuje ją ta kobieta,  kiedy się dowie, że 

Margreta kocha mordercę dzieci.

-   Idź   już,   odszukaj   go   natychmiast,   znajdź   swoje   dziecko!   Ono   jest   w 

niebezpieczeństwie, zabierz je stąd, opuśćcie to miejsce tak szybko, jak tylko możecie. Dziś 

wieczorem będzie już za późno!

Marja   zrozumiała,   że   kobieta   ma   powody,   by   tak   się   zachowywać.   Ogarnęła   ją 

wdzięczność, napłynęło poczucie siostrzanej więzi.

Oświadczyła z powagą:

- Jesteś odważną niewolnicą, Margreto. Pewnego dnia i ty znajdziesz w sobie dość 

siły, by się mu sprzeciwić.

- Być może - odparła rudowłosa schrypniętym głosem. - Ale teraz już idź, prędko! 

Ruszaj do zajazdu w Fjora, a ja prześlę wiadomość Karlowi Martinowi, powiem, że ma się 

tam z kimś spotkać, będzie myślał, że to wiadomość od Nielsa.

Marja podziękowała jej raz jeszcze, teraz musiała tylko przekraść się nie zauważona 

background image

do stajni, gdzie czekał pożyczony koń. Zanim Marja zdążyła pomyśleć, Margreta ściągnęła 

spodnie i kurtkę.

- Weź to, wygodniej będzie ci się jechało, i jeśli szczęście nam dopisze, mężczyźni 

wezmą cię za mnie.

Kolejne   prędkie   podziękowania   i   Marja   poczuła,   że   serce   uderza   jej   teraz 

niebezpiecznie szybko. Zapomniała o bólu skroni, o spuchniętej wardze i zdrętwiałym karku. 

Pojęła nagle, jakie ryzyko podejmuje Margreta. Gdyby Niels się o tym dowiedział, mógł ją 

zabić. Po tym, co Marja widziała wcześniej tego długiego dnia, zrozumiała już, że tkwi w nim 

okrucieństwo nie dopuszczające żadnej litości. Być może ono właśnie stanowiło jądro owego 

braku   uczuć,   czyniącego   go   tak   niezwykłą   postacią.   Marja   wstydziła   się   teraz   swej 

prymitywnej żądzy, tego, że w ogóle pozwoliła, by kierowało nią pożądanie do mężczyzny o 

lodowatych oczach.

W drzwiach zdyszana pożegnała się prędko, serce waliło jej jak młotem. Margreta 

straszliwie pobladła.

-   Uważaj   na   siebie,   Margreto,   i   nie   wahaj   się   zwracać   do   mnie   o   pomoc,   jeśli 

czegokolwiek będziesz potrzebowała.

Margreta odgarnęła włosy, nie chciała dziękować, lecz w jej oczach Marja dostrzegła 

nową pewność siebie. Ta kobieta być może zdoła się podnieść, pewnego dnia zerwie łańcuchy 

i wyrwie się z mocy tego niezwykłego mężczyzny. Marja miała wielką nadzieję, że tak się 

stanie. Margreta okazała przynajmniej odrobinę współczucia i rozsądku w tym kotle gwałtu, 

buntu, rozpaczliwego protestu biedaków.

Marja   biegnąc   do   stajni   wstrzymała   oddech,   jej   koń   pasł   się   za   domem,   ktoś 

przywiązał go do drzewa. Sztywnymi palcami rozwiązała cugle, nie szukała siodła, nie mogła 

ryzykować, że ktoś ją zobaczy. Prawdopodobnie jednak nikt poza Margreta, Krestjanem i 

Nielsem   nie   wiedział   o   jej   uwięzieniu.   Na   półce   przy   drzwiach   do   stajni   wisiały   juki, 

przytroczone wcześniej do siodła. Marja zabrała je, nieudolnie przywiązała sobie w pasie, 

uderzały ją w  uda, gdy tylko  koń zaczął  się poruszać. Zmusiła  się, by jak najspokojniej 

dojechać do furtki, wiedziała, że jeśli Niels wciąż tkwi ze swymi ludźmi za stodołą, to nie 

może jej widzieć. Gdy tylko wyjechała na drogę, uderzyła piętami w bok konia. Silna klacz 

ruszyła z kopyta, podrzucając ciało Marji tak, że unosiło się niemal w powietrzu. Marja nie 

zdążyła się nawet wystraszyć konia, a już była za zakrętem i dwór Kvithovuda zniknął jej z 

oczu. Ściągnęła wtedy mocno cugle, odzyskała kontrolę nad zwierzęciem, a potem zsunęła się 

z   jego   grzbietu,   czując,   jak   szloch   rozsadza   jej   piersi.   Pogrzebała   w   worku   i   znalazła 

odświętną suknię, którą z jakiegoś powodu zabrała ze sobą. Zła była teraz, że to najlepsza 

background image

suknia, jaką miała, i że wzięła ją w nadziei, iż będzie mogła się w niej pokazać Nielsowi. 

Teraz wyglądała w niej dość dziwnie, zwłaszcza że jechała bez siodła. Ludzie będą się gapić, 

trudno, takie samo zdziwienie wzbudziłaby, gdyby zjawiła się w spodniach.

Do   zajazdu   było   dość   daleko,   w   dodatku   pobłądziła   na   krzyżówce   przy   Kvam, 

zorientowała   się,   że   popełniła   błąd,   dopiero   wówczas,   gdy   dookoła   zaczęły   się   wznosić 

strome zbocza.

Zawróciła, pojechała dalej.

Słońce odpoczywało nad pasmem wzgórz.

Było czerwone jak krew. Wkrótce istoty, które ożywają tylko w sobótkową noc, wyjdą 

na   świat.   Marja   zawsze   lubiła   mrożące   krew   w   żyłach   opowieści   o   czarach   i   dziwach, 

rozgrywających się w tę noc. Lubiła rozbawiony płomień ognisk, fiord w tych godzinach 

zawsze był taki urokliwy...

Pośladki bolały ją już tak, że ledwie mogła siedzieć.

Ostatni  kawałek   drogi do  domu   Munthego   był  bardzo  nieprzyjemny,   nie  tylko   ze 

względu na spojrzenia, jakimi obrzucali ją biedacy i chude dzieci. Oddawszy konia z ulgą 

ruszyła pieszo, mijając nieliczne domy przy drodze nad zatoką.

Przy Elvebakken ujrzała pięciu bardzo młodych mężczyzn, odpoczywających w cieniu 

zwieszających  się  gałęzi  brzóz.  Byli  żołnierzami,   lecz  wciąż   jeszcze  chłopcami.   Mieli  tu 

ćwiczyć przez pewien czas, później przy wtórze okrzyków radości wysyłano ich w nieznaną 

przyszłość, na ważną wojnę prowadzoną przez króla. Marji posmutniały oczy, zapragnęła 

podejść do nich i poprosić, by wrócili do domu. Dla nich jednak nie było żadnego wyjścia. To 

synowie najuboższych wieśniaków, na ogół nie posiadających ziemi. Odsługiwali za innych, 

za tych, których stać było na wykupienie się od ryzyka, że skończą jak mięso armatnie.

Gdy ich mijała, nie mogła nie usłyszeć nieprzyzwoitego komentarza, rzuconego przez 

któregoś.

Wolno  odwróciła  głowę, posłała  im uśmiech  i  łagodne spojrzenie,  jakiego  się nie 

spodziewali.

- Widzę, że macie dobry humor, chłopcy. Czy mogę was prosić o przysługę?

Poderwali się jak jeden mąż, ożywieni.

Marja   przeszukała   kieszenie,   znalazła   sakiewkę   ukrytą   wśród   obszernych   fałd 

spódnicy. Wyjęła dziesięć talarów, chłopcom zaświeciły się oczy.

- Pożyczcie dla mnie konia, dobrego konia pod wierzch. Takiego, który zdoła unieść 

rosłego mężczyznę. Powiedzcie, że zostanie zwrócony za dwa tygodnie. Resztę zatrzymajcie 

dla siebie...

background image

Nie   mogli   uwierzyć,   że   dostają   takie   bogactwo.   Koń   nie   będzie   kosztował   nawet 

połowy.

Odeszli, kłaniając się w pas i spierając, jak podzielą się pieniędzmi. Marja położyła się 

w cieniu drzew, szum rzeki koił skołatane nerwy jak uspokajająca kołysanka. Głowa bolała ją 

teraz równie mocno jak siedzenie, przymknęła oczy.

Najwidoczniej musiała się zdrzemnąć, kiedy bowiem je otworzyła, otaczało ją pięciu 

chłopców, a za ich plecami parskał koń. Od razu zauważyła, że to ogier. No cóż, niech i tak 

będzie.

Nie   pytała   o   cenę,   podziękowała   im   tylko.   Żołnierze   ze   swym   nieoczekiwanym 

bogactwem skierowali się do karczmy, lecz jeden został przy niej.

Ten   ostatni   był   młodziutkim   jasnowłosym   chłopcem,   miał   szczupłe   dłonie,   twarz 

pokrywał mu puch. Marja widziała, jak zbiera się na odwagę, widać bardzo chciał uchodzić 

za mężczyznę. Zapytał niepewnie:

- Czy mogę zrobić dla ciebie coś jeszcze? Stwierdziła z zadowoleniem, że nie liczył na 

zarobek.

Błysk w oku zdradził jej jego myśli. Przyjęła to jako komplement.

- Nie, chyba nie, ale dziękuję.

Młodzieniec spytał ostrożnie o to, kim jest i co taka pani robi sama w wiosce, w której 

czai się niebezpieczeństwo.

Pozwoliła   mu   mówić,   naprowadziła   na   temat   zagrożenia,   odważyła   się   nawet 

wypowiedzieć głośno imię Nielsa. Twarz chłopca pociemniała.

- Dziś wieczorem spotka swój los, piękna kobieto. Znasz go?

Pokręciła głową, nie kłamała.

Chłopak rozejrzał się dokoła, bardzo chciał wywrzeć na niej wielkie wrażenie.

-   Nie   powinienem   nic   o   tym   mówić,   piękna   pani,   ale   niepokoję   się   o   twoje 

bezpieczeństwo. Musisz jak najprędzej stąd odejść, bo wieczorem, dziś wieczorem, wieś za-

leje się krwią.

Nie musiała nawet zadawać pytań, chłopca i bez tego ogarnął zapał. Zarumienił się, 

opowiadając, spluwał jak mężczyzna, udawał twardego. Bardzo chciał jej zaimponować.

- Dragoni już jadą! Cztery statki, będą tu późnym wieczorem. Ktoś szepnął komuś, że 

to   się   stanie   dzisiaj,   chłopi   się   uzbroili,   a   ten   Kvithovud...   Ludzie   powiadają,   że   znów 

poprowadzi ich na dwór wójta.

Marja słuchała z przerażeniem.  Treść zdradzonej  jej  szeptem  tajemnicy zaczęła  w 

pełni do niej docierać.

background image

Dziś wieczorem wieśniacy znów zaatakują dwór wójta, odbiorą sobie z nawiązką to, 

co   stracili   w   poprzedniej,   nieudanej   próbie   buntu.   Zażądają   zwrotu   honoru   poległych 

towarzyszy, pokażą władzom, że są potężni i niebezpieczni.

Ale ktoś ich zdradził.

Wójt siedzi zapewne i zaciera ręce, bezpieczny w przekonaniu, że dwustu ludzi z 

twierdzy Bergenshus pospieszy mu z pomocą.

To będzie straszna bitwa.

Marja wyobrażała sobie zanoszących się krzykiem, zalanych krwią wieśniaków. Co 

mogą   zrobić   wobec   dwustu   wyćwiczonych   żołnierzy?   Nie   pomoże   im   nawet   dwukrotna 

liczebna przewaga.

- Muszę iść - szepnęła bez tchu.

- Czy mogę cię odprowadzić?

- Nie. Chociaż... owszem, chętnie. Do zajazdu.

Bez niczyjej pomocy wskoczyła na konia, dosiadła go okrakiem, po męsku, chłopiec 

poprowadził wierzchowca w górę Trehestbakken i dalej, między starymi drzewami.

Młody żołnierz nie potrafił ukryć swoich myśli.

Miał ją za damę...

W zajeździe nikt nie widział Karla Martina, Marja nie chciała tracić czasu na czekanie. 

Musi tam wrócić, odnaleźć chłopca i ostrzec innych. Oby tylko nie było za późno. Jeśli Niels 

zdecyduje się posłać swoich ludzi do zagrody wójta, czeka ich krwawa jatka. Marja nie wątpi-

ła, że miękkie usta młodego żołnierza powiedziały prawdę. Chłopi przegrają tę bitwę, zanim 

jeszcze się zacznie. Marja zacisnęła zęby, każdy ruch konia sprawiał ból już i tak obolałym 

plecom, była niewprawnym jeźdźcem, napinała mięśnie, chcąc ustrzec się przed upadkiem. Z 

zaciśniętymi zębami ściągała jednak cugle, wpatrzona w drogę przed sobą nie pozdrawiała 

ludzi ciągnących do wsi. Na jej widok usuwali się na bok, sprawiali wrażenie, że ani trochę 

się im nie spieszy, szli ubrani odświętnie na tańce i zabawę. Marja jednak wychwyciła w ich 

oczach błysk napięcia i odgadła, że co najmniej połowa z nich wie, jaki dramat wkrótce się tu 

rozegra.

Margreta   nie   wierzyła   własnym   oczom,   kiedy   nieznajoma   wjechała   konno   na 

podwórze. Policzki pokrywał jej rumieniec, z dzikością w oczach wykrzyczała imię Nielsa.

Co to ma znaczyć? Czy może jednak łączyło ich coś, o czym Margreta nie wiedziała? 

Czyżby się wygłupiła? Może Marja była zaufaną Nielsa i odegrała przed nią komedię?

Poczucie zagrożenia napłynęło z nową siłą. Sądziła już, że Niels uwierzył w historię o 

ucieczce   więźniarki.   Widział   wszak   siekierę   i   zniszczone   drzwi,   które   Margreta 

background image

własnoręcznie porąbała zaraz po odjeździe Marji.

Podbiegła  do Marji, która bliska  omdlenia  zsunęła  się z  konia, dysząc  ciężko  jak 

miech kowalski. Piękna suknia na brzegach była wystrzępiona jak łachman. Musiała w drodze 

zaczepiać nią o krzaki i drzewa, pękła też z boku, z rozdarcia wychylała się pierś.

Niels usłyszał widać przenikliwe kobiece głosy i podniecone gdakanie dochodzące z 

kurnika, biegiem okrążył stodołę. Szeroko otworzył oczy, kiedy poznał kobietę stojącą na 

podwórzu.

Marja ruszyła w jego stronę, zauważył jej nagą skórę, spostrzegł, że jasnoniebieskie 

wstążki przy sukni wyszyto najlepszym jedwabiem, widział drogie angielskie koronki przy 

dekolcie i u rękawów. Wystarczył  moment, by się opanował, choć zapragnął zacisnąć jej 

dłonie na szyi.

Ona, o dziwo, nie miała w sobie ani cienia lęku, zbliżyła się do niego, we włosy 

zaplątały się gałązki i paprochy. Dziwnie wyglądała w stroju szlachcianki z czerwoną twarzą i 

dłońmi krwawiącymi od ściskania rzemiennych cugli.

Poczuł, jak serce ściska mu się w piersi.

- Przychodzę cię ostrzec, przynoszę straszne wieści. Musisz je usłyszeć, tylko ty jeden.

Wypowiedziała te słowa z trudem, nie tracąc czasu na złapanie oddechu po szalonej 

jeździe. Mówiła bez ładu i składu, wymachując rękami, nie mogła ustać w miejscu. Teraz 

dostrzegł w jej oczach lęk i desperację.

- Karl Martin, gdzie on jest? Nie znalazłam go, muszę...

Chciała   gdzieś   biec,   ale   Niels   zaczął   chichotać.   Na   poły   niósł   ją   do   domu,   choć 

protestowała z krzykiem, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.

Po schodach w górę, z powrotem do izdebki, przesyconej zapachem wełny. Framuga 

wciąż była kupą wiórów, żadnych drzwi nie da się tutaj zamknąć.

Głos Nielsa był  niczym cięcie mieczem. Trzymał  Marję za rękę tak mocno, jakby 

chciał ją wyrwać. Twarz wykrzywiał mu grymas, gniewne usta rozchyliły się jak paszcza 

drapieżnika. Marja ledwie śmiała oddychać, z trudem pojęła wypowiedziane z sykiem słowa:

- Jesteś głupsza, niż myślałem. Uciekłaś, żeby znaleźć dzieciaka. Ta historia w pełni 

mnie przekonuje, że jesteś kompletną wariatką. Myślisz, że w to uwierzę, czyżbyś aż tak mnie 

nie znała?

Potrząsał nią, aż zęby dzwoniły jej w ustach.

Za jego plecami Marja dostrzegła bladą jak kreda twarz Margrety.

Rozpaczliwie zaczęła się szarpać, próbowała go uderzyć, z oczu trysnęły jej teraz łzy, 

nie posiadała się z gniewu i rozpaczy.

background image

- To prawda, co mówię, dwustu dragonów! Musisz mi uwierzyć! Wszyscy zginiecie 

albo zostaniecie pojmani. Wszyscy!

Niels przechylił głowę w tył, śmiał się głośno.

- Głupia babo, myślisz, że bym o tym nie wiedział? Cóż za idiotyczne kłamstwa! Nie 

wiesz, że lensman to mój 'wierny przyjaciel? Wydaje ci się, że nie powiedziałby mi o tym, 

gdyby władze naprawdę chciały przysłać aż takie siły?

Pchnął ją do tyłu, Marja upadła na kłąb wełny.

-   Chętnie   zabiłbym   cię   własnymi   rękami,   jeszcze   słowo,   a   tak   się   stanie!   A   jeśli 

ruszysz się z podłogi, to Margreta rozerwie cię na strzępy!

Odpiął od paska pistolet i rzucił go rudowłosej. Zdążyła go złapać, zanim upadł na 

podłogę. Marja widziała, jak wbija wzrok w Margretę, wyczuła groźbę i władzę nad nią, jaką 

demonstrował bez słów. Margreta zadrżała.

- Musisz mi uwierzyć - zatkała Marja. Margreta stała, mierząc do niej z pistoletu.

- Chyba mnie nie zastrzelisz? Nie zrobisz tego dla tego diabła?

Margreta opuściła broń.

-   Nie,   nie   zrobiłabym   tego.   Ale   błagam   cię,   zostań   tu,   dopóki   on   nie   wyjedzie. 

Zostań... Inaczej odbierze życie i tobie, i mnie. A wtedy nie będziesz miała żadnych szans, by 

uratować syna.

- A więc ty mi wierzysz? Wiesz, że ten młody żołnierz mówił prawdę?

W oczach Margrety błysnął gniew.

- Mnie nie musisz okłamywać. Rozumiem, że jesteś w rozpaczy, ja też uważam, że on 

posunął się za daleko, ale wciąż jeszcze masz szansę, żeby zabrać stąd chłopca. Gdy tylko 

wszyscy wyjadą, wypuszczę cię. Dogonisz wtedy Karla Martina, bo on pojedzie na końcu.

- Wszystko, co powiedziałam, jest prawdą. Boję się nie tylko o mego syna, innym też 

nie wolno zaatakować dworu wójta, uwierz mi, Margreto, przysięgam na Biblię i na własne 

życie!

Margreta poczuła się niepewnie. Tego już było dla niej za dużo, wypadki ostatnich dni 

wprawiły ją w stan paraliżu. O niczym więcej nie chciała słuchać. Marja wciąż jeszcze nie 

rozumiała, że Karl Martin nie tylko znajdzie się na linii ognia. Wciąż nie zdawała sobie 

sprawy, jak okrutny jest plan Nielsa. Niech i tak będzie. Nawet nie wiedząc tego, pojedzie za 

chłopcem i zabierze go ze sobą. Nie trzeba jej mówić, że Niels przygotował dzieciaka do 

morderstwa.

- Siedź spokojnie, Marjo, masz jeszcze czas. Na zewnątrz cichły głosy i stukot kopyt. 

Ale   dopiero   gdy   ptaki   rozpoczęły   wieczorną   piosenkę,   Margreta   machnęła   pistoletem, 

background image

pozwalając Marji wybiec.

Koń gdzieś zniknął, Marja przed oczami miała tylko mgłę. Pragnęła jedynie osunąć się 

na   ziemię,   poddać   się,   pozwolić,   by   ciemność   zakończyła   ten   koszmar,   by   wszystko 

odpłynęło. Ale myśl o Karlu Martinie utrzymywała w niej resztki rozsądku. Pobiegła drogą, 

serce biło już ostrzegawczo,  nogi nie chciały jej nieść. Zrozpaczona  pojęła, że nie  zdoła 

przebiec całej drogi. Przybędzie za późno.

Nagle za jej plecami rozległ się tętent kopyt i turkot kół po kamieniach i wyschniętym 

na słońcu żwirze. Odwróciła się i zobaczyła wolno jadącego staruszka, wózek ciągnęła stara 

szkapa, stały na nim trzy beczki, prawdopodobnie z piwem. Najwidoczniej chciał je sprzedać 

w wiosce, a może słyszał, co ma się stać, i znalazł wymówkę, by wybrać się tu i zobaczyć.

Marja nie myślała o tym, że twarz ma spuchniętą, mokrą od płaczu i brudną. Chłop 

przeraził się na jej widok, jakby zobaczył upiora. Zdołała jakoś wytłumaczyć mu, że jest w 

potrzebie.   Niechętnie   pozwolił,   by   pogoniła   konia,   koła   wózka   głośno   zaprotestowały 

przeciwko takiej prędkości, chłop mocno trzymał się krawędzi, a oczy ze strachu mało nie 

wyszły mu z orbit. Ta kobieta ani chybi zamierza zabić ich oboje razem z koniem, popędzała 

go, jakby gonił ich sam diabeł.

Pęd   powietrza   oślepiał   jej   piekące   oczy,   serce   wciąż   miała   w   gardle.   Za   każdym 

zakrętem spodziewała się ujrzeć oddział Karla Martina, ale droga wciąż była pusta.

Już   kiedy   okrążyli   cypel,   gdzie   cumował   nieduży   prom,   dobiegła   ją   wrzawa, 

dochodząca z dworu wójta. Powietrze rozdarły wystrzały, sobótkowe ogniska płonące nad 

fiordem w jednej chwili zmieniły się w zapowiedź śmierci i cierpienia. Marję zmroził chłód. 

Staruszek zmrużył oczy, zaklął cicho.

- Jedź do domu wójta - nakazała.

- Nie, do diabła! Za stary jestem i za dużo wycierpiałem, żeby teraz się tak narażać.

- To zsiadaj, sama pojadę!

- To mój wózek, kobieto! Protestował gniewnie, zanim jednak zorientował się, co się 

dzieje, Marja obutą nogą zepchnęła go na drogę. Piwo z beczek musiało wyciec już dawno, 

grzechotały teraz za jej plecami, przyprawiając uszy o ból. Nie zdołały jednak zagłuszyć 

krzyków i odgłosów walki.

Jakieś   dzieci   uskoczyły   do   rowu,   ale   żadna   z   małych   buź   nie   była   twarzą   Karla 

Martina. Wyminęła je więc bez zatrzymywania, modląc się w duchu, żeby koń nie poniósł. 

Stara szkapa toczyła już pianę z pyska i choć Marja nie przestawała jej poganiać, z każdym 

krokiem biegła coraz wolniej. Wreszcie stanęła w miejscu.

Marja   zeskoczyła   na   ziemię,   zostawiając   konia   z   wózkiem,   i   pobiegła   dalej, 

background image

zadzierając spódnicę nad kolana.

W   miejscu,   gdzie   droga   się   zwężała,   napotkała   uciekających   mężczyzn.   Mieli 

wystraszone, poranione twarze, ona jednak nie widziała krwi, sączącej się z ran, ani sza-

leńczego śmiertelnego strachu w oczach. Gnała naprzód, mając w uszach wystrzały wciąż 

wybuchającej broni.

Dotarła do płotu otaczającego dwór, pokonała go jednym skokiem. Suknia rozdarła się 

jeszcze dalej, lecz ona tego nie widziała. Dobiegła na tyły stajni, walczył tam tuzin mężczyzn, 

niektórzy w niebieskich mundurach dragonów. Kilku leżało na ziemi, tak jak padli. Wołała 

syna po imieniu, głos ledwie chciał ją słuchać. Pochłonęło go wycie tłumu i odgłosy walki, 

część podwórza spowijał dym. W gardle zapiekło ją, cała scena wydała jej się ulotna, nie-

rzeczywista jak okrutny sen.

Marja   potknęła   się   o   coś,   o   człowieka.   Zobaczyła   zdumione   oczy   dragona, 

prawdopodobnie ten moment przypłacił życiem, bo zaraz rzuciło się na niego dwóch ciężkich 

chłopów.

Marja biegła dalej, nie przestając krzyczeć. Szukała postaci mniejszej od wszystkich 

walczących.

I nagle ujrzała ją, pełznącą przy samej ścianie. Chłopiec wyminął węgieł domu, rzuciła 

się   za   nim.   Broń  dragonów   wybrała   inny  cel   niż   zabłąkane   w   wir   walki   dziecko   i   jego 

przerażona matka.

- Karl Martin! Karl!

Dźwięki cichły w jej głowie, pozostał po nich jedynie drżący huk. A kiedy ujrzała 

śmiertelnie wystraszone spojrzenie chłopca, miała wrażenie, że są tutaj sami, tylko we dwoje.

Zobaczyła, że wargi syna układają się w bezgłośnie szeptane słowo „mama”.

-   Karl,   chodź   tutaj!   Nie...   Tuż   obok   coś   huknęło,   gromada   dragonów   wypadła   z 

głównego wejścia dworu. Marja widziała, jak chłopi osuwają się pod kulami, innych dosięgły 

bagnety.  Straciła wzrokowy kontakt z synem, rozdzieliły ich walczące ciała. Pomknęła w 

kierunku, gdzie zniknął jej z oczu, i nie zauważyła olbrzyma, który zgięty wpół uciekał przed 

pojedynkiem.

Niels   rozpoznał   najpierw   jej   suknię,   resztki   błękitu   przeświecały   jeszcze   wśród 

brudnych   plam.   Zaskoczenie   wywołane   atakiem   dragonów   zamąciło   mu   w   głowie.   Gdy 

jednak przez linię ognia przebiegła kobieta z włosami rozwianymi na podobieństwo czarnego 

sztandaru, nie mógł już dłużej myśleć, że to tylko fantazja. Ruszył w przód, czołgał się po 

ziemi, schowany za korytami do pojenia koni. Wreszcie wyjrzał ponad nimi i pobiegł za 

Marją.

background image

Chłopiec pierwszy dopadł tylnego węgła domu, matka była tuż, tuż.

Niels  widział, jak gniew  na twarzy chłopca sztywnieje w histeryczną maskę. Karl 

Martin wycelował pistolety w matkę, życząc, by poszła do piekła.

A przecież już tam chyba byli.

Marja ledwie zauważyła mężczyznę, który zatrzymał się przy niej, nie widziała także 

żołnierzy na dachu.

Złożyli się do strzału, wycelowali w białą czuprynę. Huknął wystrzał, jeden z wielu. 

Marja nie mogła pojąć, co się stało, dopóki nie zauważyła padającego Nielsa. Karl Martin 

zniknął w chmurze dymu i kurzu.

Zaniosła   się   przeraźliwym   krzykiem,   złapała   chłopca   za   nogę   i   odciągnęła   go   od 

bezwładnego ciała mężczyzny, które niemal całkiem go przykryło. Z początku myślała, że 

Niels nie żyje, usłyszała jednak, że coś do niej mówi.

Nadbiegali dwaj dragoni.

Nielsowi krew ciekła z ust, lecz w oczach wciąż paliło mu się życie, błyszczała w nich 

ta sama drwiąca wesołość.

Ten człowiek musi być szaleńcem.

- Idź z nią, Karlu Martinie, i tak jesteś bardzo dzielnym młodym człowiekiem.

Chłopiec przestał ciskać przekleństwa, rozpacz na jego twarzy zmieniła się w strach, 

gdy   ujrzał,   jak   potężny,   nieśmiertelny   Niels   osuwa   się   tuż   przy   nim.   Po   jego   słowach 

zaszlochał cicho, zapomniał o całej udawanej twardości i wtulił twarz w suknię matki.

Niels nakazał z sykiem:

- Idźcie stąd, uciekajcie, inaczej...

- Jesteś skończony, Nielsie Kvithovud! Nie wywiniesz się z tego!

Mogła go opluć, bo on nie był w stanie podnieść się na nogi. Cieszyło ją, że widzi, jak 

pełza w kurzu, ale wokół nich płynęła krew ludzi, których przywiódł do klęski, a przez to 

radość miała gorzki smak.

Niels   leżał   z   twarzą   przyciśniętą   do   ziemi.   Gdy   biegiem   kierowali   się   w   stronę 

zagajnika, ledwie słyszeli, co mówi:

- To nie koniec... to się dopiero zaczyna.

Marja mocno ściskała kruchą dłoń syna, swobodną, bo Karl Martin rzucił pistolety na 

pierś rannego bohatera. Nagle zorientowała się, że salwy wystrzałów ucichły. Umilkły też 

krzyki i zawodzenia.

Dragoni wciąż jeszcze gonili uciekających  chłopów, pragnęli dopaść jak najwięcej 

tych, którzy poszli za Kvithovudem i sprzeciwili się władzy. Ktoś mówił także o dziecku, 

background image

które   walczyło   jak   mężczyzna   i   zraniło   trzech   dragonów.   Liczyli,   że   odnajdą   większość 

zbuntowanych jeszcze przed wschodem słońca, wioska była bowiem za mała, by ukryć ich 

ślady.

Białowłosa kobieta spotkała ich w miejscu, gdzie droga dochodziła niemal do samej 

wody. Kilka łokci dalej na falach unosiła się nieduża szkuta.

Nadszedł czas pożegnania.

background image

POSŁOWIE

Rola,   jaką   Niels   Kvithovud   odegrał   w   historii   Sogndal,   została   przedstawiona   w 

ogólnych   zarysach   zgodnie   z   prawdą   historyczną.   Był   on   przywódcą   rebelii,   bogatym 

kupcem, panem na Nagkryri.

Latem 1713 roku, wkrótce po letnim tingu, wójt zwrócił się do wojska o pomoc w 

odparciu ataku Kvithovuda i wieśniaków rozsierdzonych uciskiem i podatkami.

Niels  Kvithovud, oskarżony o popełnienie  wielu przestępstw, został  aresztowany i 

osadzony   w   twierdzy   w   Bergen.   Płomień   buntu   nie   wygasł   jednak   wśród   ludu.   Gdy 

Kvithovuda prowadzono pod sąd, jego zwolennicy stawili się liczną gromadą, grożąc użyciem 

siły  i  uwolnieniem   swego   przywódcy.   Wielu   z  nich   poprzysięgło   sobie   zrealizować  plan 

Nielsa,   otwarcie   grozili   wójtowi.   Osobą   krzyczącą   najgłośniej   i   podtrzymującą   płomień 

gniewu była Margreta Jorgensdotter.

Również asesor i zarządca dystryktu uświadomili sobie, jak wielki jest niepokój ludu. 

Obawiano   się   nawet   wybuchu   wojny   domowej.   Zastanawiano   się   nad   wypuszczeniem 

Kvithovuda,   zamiast   tego   jednak   pojmano   jego   najbliższych   ludzi   wraz   z   „niecnotliwą 

białogłową, będącą i pozostającą nadal w służbie Hvidhofveda, Anną Margreta...”

31   lipca   1714   roku   Nielsa   Kvithovuda   i   Annę   Margretę   skazano   na   śmierć   za 

„sprzeczne   z   prawem   gromadzenie   ludu,   podburzanie   i   podżeganie   do   buntu   przeciwko 

rozporządzeniu JKM o poborze podatków i za wszczęcie rebelii w Sogndal...”

Dwunastu   innym   uczestnikom   powstania   wymierzono   długie   kary   więzienia   i 

grzywny.

Następnego roku ciężkie podatki zniesiono.

Niels   i   Margreta   odwołali   się   od   wyroku   i   po   siedmiu   latach   więzienia   zostali 

uwolnieni. Powrócili do Sogndal.

W wyroku wydanym przez sąd najwyższy czytamy o Annie Margrecie:

„Ona, słaba, pozbawiona samodzielności niewiasta, nie może być uznana za głównego 

organizatora buntu czy jakiejkolwiek rebelii...”