background image

 

 
17. Bolesna rozłąka 
 

Jasper 

 

 

Po kilkunastu minutach wszedłem za Victorią do jej 

bloku. Wynajmowała w nim jedno z mieszkań na czwartym 

background image

piętrze. Nadal niepewnym krokiem przekroczyłem próg jej 
domu.  
- Rozgość się w salonie i czuj się jak u siebie – zwróciła się 
do mnie moja nowa znajoma, gdy ściągałem swoją kurtkę i 
niewielki plecak, w którym, jak sądziłem, zabrałem wszystkie 
swoje najważniejsze rzeczy – miałem w nim ciuchy, pieniądze 
i jedno ze zdjęć z sesji Alice, które jej zrobiłem na początku 
naszej znajomości… Wystarczyło jedynie przypomnienie 
sobie jej imienia, a znów poczułem w sobie ogromną pustkę. 
- Postaram się – uśmiechnąłem się do niej, chociaż nie byłem 
pewny czy nie wyszedł z niego jedynie grymas. 
- Zaraz do ciebie dołączę tylko troszkę się ogarnę – 
odwzajemniła uśmiech nie zważając na moje zakłopotanie i 
zniknęła za drzwiami, najprawdopodobniej łazienki. 
 

Zostawiłem swoje rzeczy w przedpokoju i usiadłem na 

kanapie. Czekając na Victorię rozejrzałem się po tym małym 
salonie. W porównaniu z moim domem to mieszkanie wydawało 
się bardzo małe. Jednak mimo wszystko było bardzo 
przytulne. Może to przez to, że wszystkie ściany i meble 
były w ciepłych kolorach. Nadal zastanawiałem się nad tym, 
co tutaj właściwie robiłem, ale w dalszych rozmyślaniach 
przerwało mi pojawienie się Victorii. Miała na sobie jedynie 
krótkie spodenki i bokserkę, a mimo, że w domu było ciepło 
patrząc na nią dostawałem gęsiej skórki. Swoje włosy upięła 
w niedbały koczek, ale mimo to nadal kilka ognistych loków 
opadało jej na twarz, z której zniknęły już resztki makijażu. 
Bez namysłu usiadła koło mnie w siadzie skrzyżnym i 
popatrzyła mi w oczy. Na jej ramionach dostrzegłem siniaki i 
kilka zadrapań. Chyba wtedy sobie o nich przypomniała i 
dlatego podciągnęła kolana pod brodę. Zorientowałem się, że 
prawie cała jej buzia była pokryta piegami, które według mnie 

background image

tylko dodawały jej uroku. Nie rozumiałem, dlaczego 
próbowała je ukryć pod makijażem. Jednak największą uwagę 
skupiłem na jej brązowych oczach, które patrzyły na mnie 
spod długich rzęs, które jeszcze pokrywały kropelki wody. 
Dlaczego tak bardzo przypominała mi Alice? 
- To chcesz ze mną pogadać? Czy jednak się rozmyśliłeś? – 
jako pierwsza na szczęście przerwała ciszę. 
- Nie, nie rozmyśliłem się – odpowiedziałem mając nadzieję, 
że sama zacznie mówić najpierw o sobie. 
- To świetnie! – dziewczyna uśmiechnęła się i po chwili 
zastanowienia dodała – Jako, że to ja cię tu ściągnęłam 
pierwsza opowiem ci o tym wszystkim… I nie myśl, że 
oczekuję od ciebie tego samego, bo wcale tak nie jest. Po 
prostu muszę się komuś w końcu wygadać – spojrzała na mnie 
niepewnie, a ja tylko kiwnąłem głową nie chcąc jej przerywać 
– Może uważasz, że to głupie, ale… Mam nadzieję, że to mi po 
prostu pomoże. A na pewno będzie lepsze niż gadanie do 
ścian. Najpierw musisz wiedzieć skąd wracałam, gdy na ciebie 
wpadłam. I naprawdę zależy mi na tym, żebyś nie wziął mnie 
za kogoś, kim nie jestem… Pracuje w klubie nocnym. Jestem 
striptizerką – wypowiadając te słowa znów skierowała na 
mnie swój wzrok. Nie wiedziałem do końca, czego ode mnie 
oczekuje, więc znów tylko kiwnąłem głową na znak, że mogła 
kontynuować – Ale to wszystko dlatego, że nie mam żadnej 
innej pracy, a muszę się jakoś utrzymywać. Nie mam nikogo, 
kto mógłby mi pomóc… - przerwała tak jakby nie była pewna, 
co miała powiedzieć w następnej kolejności. 
- Jeśli to dla ciebie jakiś problem to możesz się w każdej 
chwili wycofać, nie musisz mówić mi o sobie wszystkiego – 
odezwałem się w końcu, gdy zauważyłem jak bardzo jest 
roztrzęsiona. 

background image

- Jest w porządku. Po prostu nie wiedziałam, od czego mam w 
następnej kolejności zacząć… W wieku szesnastu lat trafiłam 
do domu dziecka. Mój ojciec był narkomanem i alkoholikiem… 
Bił i mnie i mamę, ale opieka społeczna zainteresowała się tym 
dopiero po śmierci mojej matki… Zabił ją, a była mi 
najbliższą osobą na świecie… Dlatego ja trafiłam do domu 
dziecka, a mój ojciec do więzienia – włosy zjeżyły mi się na 
karku... Nie tylko dlatego, że to czego właśnie się od niej 
dowiedziałem było straszne, ale również dlatego, że już 
kolejna rzecz łączyła ją z moją Alice – obie straciły rodziców 
w strasznych okolicznościach… Łza spłynęła Victorii po 
policzku. 
- Strasznie mi przykro – powiedziałem jej, chociaż 
wiedziałem, że te słowa niczego nie zmienią, nie zmniejszą jej 
bólu. 
- Właśnie tam poznałam Jamesa… - kontynuowała ocierając 
łzę z policzka i nie zważając na moje słowa – Zakochałam się 
w nim. Był ode mnie o dwa lata starszy, więc kiedy ja dopiero 
trafiłam do tego przytułku, on już z niego wychodził. Jednak 
mimo to codziennie mnie odwiedzał i obiecał, że na mnie 
zaczeka, a gdy stanę się pełnoletnia zamieszkamy razem. Nic 
dziwnego, że był dla mnie kimś w rodzaju księcia na białym 
koniu po wszystkim tym, co przeszłam – uśmiechnęła się sama 
do siebie – Ale byłam po prostu naiwna. W końcu tak jak 
obiecał zamieszkaliśmy razem. James miał piękny dom, 
obdarowywał mnie drogimi prezentami… Czułam się z nim jak 
w niebie. Jednak zaczęło mnie interesować czym zajmuje się 
mój ukochany i skąd ma tyle pieniędzy. Okazało się, że był 
dilerem narkotyków… - Victoria zaśmiała się cicho i otarła 
kolejną łzę z policzka – Córka ćpuna zakochała się w ćpunie. 
Byłam załamana, a do tego, krótko po tym dowiedziałam się, 

background image

że byłam w ciąży… Właśnie dlatego chciałam go jak 
najszybciej zostawić, mimo że się go bałam. Jednak, gdy 
zebrałam się na odwagę i powiedziałam mu o tym, co 
postanowiłam próbował mnie zabić… Dokładnie tak samo jak 
ojciec zabił moją matkę – Victoria wybuchnęła w tym 
momencie płaczem. Drżącą ręką uniosła skrawek swojej 
koszulki i pokazała mi bliznę na jej brzuchu – Lekarzom udało 
się mnie uratować, ale mojego dziecka już nie… 
 

Z każdym kolejnym zdaniem, które wypowiadała Victoria 

byłem coraz bardziej przerażony tym, co ta dziewczyna 
musiała przejść… Bez namysłu przytuliłem ją do siebie. 
Zacząłem ją delikatnie gładzić po plecach w nadziei, że 
przyniesie jej to ukojenie, gdyż żadne słowa nie mogły nic 
zdziałać.  
- I mimo, że udało ci się od niego uciec on nadal cię 
prześladuję, prawda? To on znalazł cię dzisiaj w klubie 
nocnym… - dokończyłem za nią żeby nie musiała już do tego 
wracać. Spojrzała na mnie oczami mokrymi od łez i pokiwała 
głową – Ale od teraz nie musisz się już bać. Nie pozwolę 
temu całemu Jamesowi chociaż raz cię jeszcze dotknąć – 
dokończyłem. 
- O nie! – dziewczyna szybko wyrwała się z moich objęć – Nie 
powiedziałam ci tego wszystkiego po to żebyś coś dla mnie 
robił albo mi współczuł! Nie będziesz niczego dla mnie 
ryzykował… Po prostu musiałam tylko się wygadać, a jak ci 
już powiedziałam nie mam nikogo… 
- Ale ja wiem, że niczego nie muszę dla ciebie zrobić. Chcę ci 
pomóc, a to jest różnica – odpowiedziałem jej łapiąc ją za 
zimną rękę. 

background image

- Pogadamy jeszcze o tym – stwierdziła podsiąkając nosem i 
przeszywając mnie wzrokiem… - A teraz twoja kolej, jeśli 
oczywiście chcesz – dodała. 
- Jasne – zgodziłem się – Ale moja historia nie jest jednak 
taka długa jak twoja… Ani taka straszna – wyjaśniłem na 
początku. Victoria tylko kiwnęła głową i oparła się o moje 
ramię, a ja mówiłem dalej – To może zacznę od początku. 
Moje dzieciństwo, podobnie jak twoje, było po prostu 
straszne. Moja matka zmarła przy moim porodzie, a ojciec 
był po prostu potworem… Nie interesował się mną tylko 
alkoholem i dziwkami. Właściwie cały ten czas spędzałem 
zamknięty w swoim pokoju. Miałem nadzieję, że chociaż w 
ten sposób odetnę się od jego wpływu. Bałem się, że mogę 
skończyć jak on – przyznałem nie wiedząc czy robię dobrze. 
- To ci nie grozi – przerwała mi Victoria pewnym głosem. 
- Dzięki, że tak sądzisz. Na szczęście pewnego dnia mój 
ojciec zmarł… - nie chciałem jej mówić, że co prawda w 
obronie własnej, ale to ja go zabiłem… Nie chciałem żeby się 
mnie wystraszyła, a na moje szczęście nie dopytywała się jak 
do tego doszło – Też miałem trafić do domu dziecka, jednak 
wcześniej zostałem adoptowany przez Carlisle’a i Esme. Byli 
oni bardzo młodzi, jednak mimo to chcąc pomagać takim 
dzieciakom jak ja czy ty, którzy wiele przeszli, adoptowali je 
i próbowali pomóc pozbierać się po tym wszystkim. Przez 
dłuższy czas miałem czwórkę przybranego rodzeństwa, 
którym udało się tak dobrać, że stworzyli ze sobą pary. 
Przez to czułem się jeszcze bardziej samotny... - 
przyznałem, a Vicktoria pogłaskała mnie po ręce. Nie miałem 
zamiaru płakać jak ona, ale właśnie zbliżyłem się do momentu, 
w którym musiałem wspomnieć o Alice... Czy mogłem jej o tym 
powiedzieć? - ...Nie tak dawno dołączyła do naszej rodziny 

background image

jeszcze jedna dziewczyna. Nazywała się Alice... Zakochałem 
się w niej, a ona we mnie... Byliśmy naprawdę szczęśliwi, ale... 
Ostatnio coś się popsuło. Pokłóciliśmy się i tym razem 
wydawało mi się, że już nie można tego odkręcić... Dlatego 
postanowiłem odejść, sądziłem i dalej tak sądzę, że tylko tak 
mogłem dać jej szczęśliwe życie... Beze mnie... - pominąłem 
wszystkie najważniejsze fragmenty, tak na wszelki 
wypadek... Wtedy zrozumiałem jak bardzo nadal kochałem 
Alice i nie chciałem o niej mówić byle komu... Byłem już też 
pewien, że nikt jej nigdy nie zastąpi. 
- Tak bardzo mi przykro... Widzę, że bardzo musiałeś ją 
kochać. - zaczęła mnie pocieszać Vicktoria patrząc mi w oczy 
- Ale może nasze spotkanie nie było przypadkiem... Może 
oboje potrafimy sobie nawzajem pomóc... Może uda nam się 
na nowo zacząć żyć. - dokończyła. 
- Może. - zgodziłem się z nią, chociaż po powrocie do 
przeszłości zrozumiałem, że to właściwie niemożliwe. Bez 
Alice byłem nikim i wszystko traciło sens. Nadal jednak 
próbowałem wierzyć, że razem z Vicktorią możemy nawzajem 
sobie pomóc... Jakkolwiek ta pomoc miałaby wyglądać.  
 

Vicktoria oparła głowę o moje ramię i po chwili 

zasnęła. Nie chciałem jej budzić, dlatego oparłem głowę na 
oparciu kanapy i też udało mi się zasnąć... 
 

Kiedy obudziłem się za oknem było już jasno, a 

Victorii już przy mnie nie było. Przez chwilę nawet nie 
wiedziałem gdzie jestem. 
 

Vicktoria 

 

 - Cześć śpiochu! - zawołałam, gdy weszłam do pokoju i 
zauważyłam, że Jasper się w końcu obudził. 

background image

- Hej... Która godzina? - odpowiedział nadal zaspanym głosem 
przeciągając się na kanapie. 
- Jest jedenasta, ale nie chciałam cię wcześniej budzić. 
Nigdzie mi się nie spieszyło i wydawało mi się, że tobie też 
nie. Wyszłam tylko na zakupy i przygotowałam ci śniadanie - 
uśmiechnęłam się do niego podając mu kanapki. 
- Dziękuję ci... Ale wiesz, że nie musiałaś - odpowiedział 
zakłopotany. 
- No jasne, wszystko jest ok. Sama już zjadłam i po prostu 
mi się nudziło - odpowiedziałam siadając obok niego. 
 

Jasper nic już nie odpowiedział tylko zabrał się za 

jedzenie, a ja nie miałam zamiaru mu w tym przeszkadzać. 
Zaczęłam pleść ze swoich loków warkocza, co wcale nie było 
proste, ale nie chciałam żeby mój gość czuł się skrępowany. 
Nie potrafiłam się jednak powstrzymać od obserwowania go 
kątem oka. Jego lekko falowane, miodowe włosy sięgające 
brody były w nieładzie. Miał na sobie tylko czarną koszulkę z 
krótkim rękawem i dżinsowe spodnie. Musiałam się 
powstrzymać od chęci spojrzenia mu w oczy... Byłam nim 
zauroczona. Nie rozumiałam jak ta jakaś dziewczyna, którą 
tak bardzo kochał mogła stać się szczęśliwa tylko bez niego... 
Po prostu totalnie jej nie rozumiałam. Gdy tak go 
obserwowałam i zdałam sobie sprawę jak bardzo wydawał się 
nieszczęśliwy miałam ochotę pomóc mu odzyskać te laskę, 
jeśli naprawdę była tego warta. Mimo wszystko nie chciałam 
żeby szukał pocieszenia w moich ramionach... Nie chciałam 
żeby przeze mnie dopadł go James... 
- To było pyszne - wyrwał mnie z zamyślenia Jasper, a ja 
pozwoliłam moim włosom pozostać w nieładzie. 
- Bardzo się cieszę, że ci smakowało - znów się do niego 
uśmiechnęłam... Każde spojrzenie w jego stronę wywoływało 

background image

uśmiech na mojej twarzy. Musiałam się opamiętać. 
- A teraz moja kolej - odwzajemnił mój uśmiech. 
- Co masz na myśli? - zdziwiłam się. 
- Skoro oboje nie mamy teraz niczego do roboty to może 
wybierzemy się na spacer po okolicy? Możemy też zrobić 
małe zakupy i to ja tym razem zrobię dla ciebie obiad - 
odpowiedział. 
- Nie wiem czy to dobry pomysł, bo jeżeli James zobaczyłby 
nas razem to... 
- Nie chcę już o nim słyszeć! - przerwał mi - Nie możesz się 
go przez całe życie bać. Zamierzam ci pomóc się od niego 
uwolnić - dokończył stanowczo. 
- Jasper... - jęknęłam tylko bezsilna. Jeszcze nigdy nie 
czułam się zarazem taka szczęśliwa i taka przestraszona. 
Jasper nie mógł narażać swojego życia dla kogoś takiego jak 
ja... 
-Vicktoria! Sama przyznałaś, że mogliśmy się spotkać z jakiś 
konkretnych powodów. Poza tym otworzyłaś się przede mną i 
nie mam zamiaru zostawić cię samej... No chyba, że sama 
będziesz tego chciała... - dokończył ciszej. 
 

Nie wiedziałam, co miałam mu odpowiedzieć na to 

wyznanie. Po prostu się wzruszyłam... Od śmierci mojej 
kochanej mamy nikt nie był dla mnie taki dobry... Po prostu 
się rozpłakałam i przytuliłam go z całej siły. Jasper 
oczywiście odwzajemnił mój uścisk. Po chwili odgarnął mi 
włosy z twarzy. 
- Już niczego nie będziesz musiała się bać. - dodał jeszcze. 
- Dziękuję ci. Po prostu za to, że jesteś... - szepnęłam 
drżącym głosem. 
 

Po tej rozmowie zgodziłam się na jego pomysł. Oboje 

ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy na dwór. Słońce świeciło i 

background image

oświetlało cały świat okryty śniegiem. To był piękny 
styczniowy dzień. Oprowadziłam mojego nowego 
współlokatora po najbliższej okolicy. Śmialiśmy się prawie 
cały czas, gdyż Jasper chciał oderwać mnie od czarnych 
myśli i cały czas rozśmieszał. Żałowałam tylko, że było tak 
zimno i nie mogliśmy posiedzieć razem na jednej z ławek w 
parku. Tak jak wcześniej mówił Jasper wstąpiliśmy też do 
kilku sklepów po składniki do obiadu, jaki miał zamiar nam 
przygotować. Oczywiście nie chciał mi zdradzać 
niespodzianki, więc zawsze czekałam na niego na zewnątrz.  
 

Gdy czekałam na mojego towarzysza pod sklepem już 

bardzo bliskim mojego domu usłyszałam za sobą czyjeś 
kroki... Zacisnęłam powieki modląc się, aby to nie był... 
- Cześć Ronnie - szepnął mi do ucha James i chwytając za 
rękę odwrócił w swoją stronę.  
Zawsze, gdy zjawiał się tak nagle byłam tak przerażona, że 
nie potrafiłam się nawet odezwać... Miałam ochotę uciekać 
jak zawsze, ale przecież musiałam tu poczekać na Jaspera. 
- Już nie chcesz się nawet ze mną przywitać? - uśmiechnął 
się złowieszczo. Odwróciłam wzrok w inną stronę... 
- Przykro mi, że za każdym razem kiedy się spotykamy nie 
masz ochoty ze mną gadać. Kiedyś byliśmy tak blisko, 
pamiętasz? - ujął moją twarz w dłonie, zmuszając mnie, abym 
spojrzała w jego oczy... 
- Daj mi po prostu spokój - odezwałam się wreszcie drżącym 
głosem usiłując zapanować nad łzami... Za każdym razem, gdy 
na niego patrzyłam przypominało mi się to wszystko co 
przeszłam... Nie rozumiałam jak mogłam być taka naiwna, jak 
mogłam mu pozwolić zabić nasze dziecko...  
- Och Ronnie, wiesz, że nigdy nie spełnię tej prośby -znów się 
zaśmiał - Nie dam ci spokoju dopóki nie dokończę tego co 

background image

zacząłem - mówiąc te słowa pogładził mnie po brzuchu... 
Myślałam, że zwymiotuje. 
- To dlaczego do tej pory tego nie zrobiłeś?! - udało mi się 
podnieść głos. 
- Bo świetnie się bawię. Poza tym zawsze udaje ci się mi 
wywinąć, uciec... Dopiero dzisiaj rozmawiasz ze mną tak 
długo i jestem chyba zbyt zaskoczony tym faktem by zacząć 
działać - puścił mi oczko. 
 

Zachowywał się tak jakby rozmawiał z jakąś dawną 

znajomą, którą udało mu się spotkać na ulicy. Żaden człowiek, 
który mnie mijał nie mógł po prostu się zorientować, że jest 
on dręczącym mnie psychopatą. Przełknęłam głośniej ślinę, 
gdy usłyszałam za sobą otwierane drzwi sklepu. 
- Vicktoria? Co się dzieje? - niestety to był Jasper i w 
niecałą sekundę znalazł się przy mnie. Złapał moją rękę i 
szybko przyciągnął do siebie. 
- No, no, Ronnie! Nie spodziewałem się tego po tobie... 
Czyżbyś znalazła sobie kogoś lepszego ode mnie? - nie 
wiedziałam co miałam teraz zrobić, aby ochronić przed nim 
Jaspera... 
- Każdy jest lepszy od ciebie! - warknął Jasper zasłaniając 
mnie już całym swoim ciałem - I jeżeli jeszcze raz zobaczę, 
że się do niej zbliżasz to pożałujesz tego! Obiecuję ci... - 
powiedział stając twarzą w twarz z Jamesem. 
- Jeszcze zobaczymy kto tu czegoś pożałuje - roześmiał się 
James i zniknął nam z oczu... 
 

Jasper szybko do mnie podszedł i znów mocno 

przytulił. 
- Nic ci nie zrobił? - chciał się upewnić przyglądając mi się. 
- Nie, nic... Ale od teraz tobie też już nie da spokoju... To 
wszystko moja wina! - znów się rozpłakała. 

background image

- Vicktoria! Ja wcale się go nie boję! I ty też już nie musisz, 
rozumiesz? Razem sobie z nim poradzimy i wszystko dobrze 
się skończy - zapewniał mnie głaskając delikatnie po plecach - 
A teraz szybko wracamy do domu, bo jest zimno, a ty cała 
się trzęsiesz - dodał łapiąc mnie za rękę i pociągnął w stronę 
mojego mieszkania. 
 

Alice 

 

 

Był już początek marca. Oznaczało to dla mnie tylko 

dwie rzecz - po pierwsze nie widziałam mojego ukochanego 
Jazza już od dwóch miesięcy, a po drugie byłam już w drugim 
miesiącu ciąży... Nadal nie wierzyłam w obie te rzeczy. Całe 
dnie przesiadywałam w swoim pokoju. Nie potrafiłam zacząć 
na nowo żyć... Nikt z rodziny poza Bellą nadal nie wiedział, że 
jestem w ciąży z Jazzem... Nie potrafiłam się zebrać na taką 
odwagę żeby im to powiedzieć. Wiedziałam jednak, że ten 
moment zbliżał się nieubłaganie. Gdy patrzyłam w lustro 
potrafiłam zauważyć już mój lekko zaokrąglony brzuszek. 
Miałam nadzieję, że Bella dotrzymała danej mi obietnicy i nie 
wie o tym nawet Edward... Wydawało mi się jednak, że gdyby 
się dowiedział nie dałby mi spokoju. 

 

 

A tymczasem jedyną osobą, która mnie odwiedzała 

była Bella. Nie miałam pojęcia jak udało jej się przekonać 
resztę rodziny żeby na aż tak długo dali mi spokój... 
Przynosiła mi jedzenie, które tylko czasami przechodziło mi 
przez gardło. Udawało mi się pozbywać przynoszonych przez 
nią kanapek odnosząc je do kuchni, gdy miałam pewność, że 
nikogo w domu nie spotkam. Starała się też ze mną 
rozmawiać. Zapewniała, że wszystko będzie dobrze, że mi 
pomoże, że mnie rozumie... Byłam jej za to wszystko bardzo 

background image

wdzięczna, ale widziałam, że sama była już tym wszystkim 
zmęczona. Mimo wszystko jednak nie naciskała mnie... 
 

Pewnego dnia, gdy obudziłam się dopiero około 

południa stwierdziłam, że muszę w końcu skończyć ze swoją 
biernością. Nie służyła mi ona, a więc dla dziecka również nie 
była dobra. A musiałam zacząć żyć właśnie dla niej, dla 
Cynthii. Szybko przebrałam się w jakieś czyste ciuchy. Nie 
zależało mi za bardzo na tym jakie miały być, ale bluzka 
musiała być szeroka. Przeczesałam tylko włosy i pewnym 
krokiem wyszłam z pokoju. Miałam nadzieję, że tym razem 
spotkam kogoś w domu. Zaczęłam schodzić po schodach 
kierując się do salonu. Sądziłam, że tam na pewno ktoś 
będzie. Jednak, gdy znalazłam się już jakoś w połowie drogi 
uświadomiłam sobie jak fatalnie się czuję. Byłam bardzo 
słaba i kręciło mi się w głowie. Nogi same się pode mną 
ugięły... Chciałam się złapać poręczy, ale było już za późno. 
Przed swoim upadkiem zdążyłam tylko krzyknąć... Zanim znów 
tak jak kiedyś zdążyła otoczyć mnie ciemność poczułam 
tylko, że strasznie bolał mnie brzuch oraz ręka i chyba 
usłyszałam nad sobą jakieś głosy... 
 

Bella 

 

 

Gdy tylko usłyszałam huk dobiegający z przedpokoju 

szybko tam pobiegłam zostawiając w kuchni Renesmee 
jedzącą śniadanie. Miałam bardzo złe przeczucie, które się 
potwierdziło, gdy zobaczyłam leżącą na ziemi Alice. Serce 
zabiło mi szybciej i od razu się przy niej znalazłam... Musiała 
spaść ze schodów... Cholera! Dlaczego znowu teraz? 
Trzęsącymi się rękami delikatnie ułożyłam jej głowę na 
swoich kolanach. 

background image

- Alice? Alice, słyszysz mnie? - zaczęłam lekko klepać ją po 
policzku, jednak moja przyjaciółka nawet nie drgnęła. 
- Esme!!! - zawołałam zrozpaczona, gdyż niestety tylko ona 
była w domu. Znalazła się przy mnie po kilku sekundach, 
- Boże!!! Co się stało? - przestraszyła się widząc 
nieprzytomną Alice. 
- To nie pora na wyjaśnienia! Proszę, dzwoń szybko do 
Carlisle'a i podaj mi telefon - poprosiłam ją. 
Na szczęście Esme wysłuchała mojej prośby i nic więcej nie 
mówiąc po chwili podała mi telefon. 
- Halo? - Carlisle odebrał już po pierwszym sygnale, na 
szczęście! 
- Carlisle musisz przysłać pod nasz dom karetkę i to jak 
najszybciej! Alice straciła przytomność i spadła ze schodów! 
Carlisle... Ona jest w ciąży... Błagam cię pospiesz się - 
tłumaczyłam mu wszystko co mi ślina na język przyniosła... 
- Bella, spokojnie! Karetka już jedzie, ja też! Wszystko 
będzie dobrze, ale wydaje mi się, że obie będziecie musiały 
coś nam wytłumaczyć - zakończył rozmowę Carlisle... Na 
szczęście: krótko, zwięźle i na temat. 
 

Oddałam telefon Esme, ale bałam się poruszyć, aby 

nie pogorszyć stanu Alice... Bałam się, że może stracić 
dziecko, a byłam pewna, że tego nawet ona nie potrafiłaby 
już znieść... Dopiero po chwili zorientowałam się, że Esme 
klęczy przy mnie i głaszcze mnie delikatnie po plecach. 
- Bella? - niepewnie spojrzała mi w oczy - Co się znowu 
dzieje? 
- Alice jest w ciąży... A ojcem jest Jasper... Więcej nie mogę 
nic powiedzieć, Alice by tego nie chciała, a ja obiecałam jej, 
że dochowam tajemnicy... Jeśli będzie w końcu gotowa sama 
zacznie mówić... A co wydarzyło się dzisiaj nie mam pojęcia... 

background image

- mówiłam delikatnie bawiąc się krótkimi włosami Alice. Cały 
czas miałam nadzieję, że może się obudzi... 
- Tak bardzo mi przykro... Dlaczego cały czas wokół Alice 
dzieje się coś złego? Dlaczego nie może w końcu być 
szczęśliwa i bezpieczna? - dostrzegłam, że po jej policzku 
spływała łza. 
- Ja też się nigdy z tym nie pogodzę Esme, ale muszę 
powiedzieć, że chyba się do tego przyzwyczaiłam... Nikt z 
naszej rodziny nawet w połowie nie wycierpiał tyle co Alice... 
- dokończyłam ciszej, bo głos zaczął mi się łamać. 
 

Esme też już nic nie odpowiedziała. Obie siedziałyśmy 

w ciszy przy Alice tak jakby nasze zachowanie miało 
jakikolwiek wpływ na jej stan... Z niecierpliwością czekałyśmy 
aż nadjedzie karetka i uratuje zarówno Alice, jak i jej 
dziecko... 
 

Nie byłam pewna, ale chyba po jakiś dwudziestu 

minutach Carlisle i paru innych lekarzy weszło do naszego 
domu. 
- Tutaj jesteśmy! - zawołałam prawie równo z Esme, aby już 
ani sekunda, która mogła wiele znaczyć dla mojej przyjaciółki 
nie została zmarnowana... Już po chwili znaleźli się przy nas 
dwaj lekarze z noszami. Delikatnie położyli na nich Alice i 
powoli skierowali się z nią do karetki. 
- Już dobrze - zarówno mnie jak i Esme objął Carlisle'a - 
Chcecie jechać z nami? - spytał. 
- Oczywiście - znów odparłyśmy prawie chórem. 
- No to szybko do karetki! - zakończył naszą krótką 
rozmowę. Esme pobiegła zaraz za nim narzucając na siebie 
jedynie sweterek, a ja zabierając moją małą Renesmee z 
kuchni. Nie chciałam marnować czasu na poszukiwanie jakiejś 
kurtki, więc wybiegłam na dwór w bluzce z krótkim rękawem. 

background image

Mimo, że był już marzec nadal było zimno i gdzieniegdzie 
leżał jeszcze na ziemi śnieg.  
 

Gdy wszyscy znaleźliśmy się już w środku kierowca 

ruszył i jechał na sygnale najszybciej jak potrafił. Lekarze 
od razu zaczęli podpinać Alice do kroplówki i innych maszyn, 
których funkcji nie znałam, ale też nie raz już byłam do nich 
podłączona. Trzymałam na rękach Renesmee i starałam się 
żeby nie zwracała uwagi na to wszystko co działo się wokół. 
Sama znajdowałam się zaś w objęciach Esme i zamknęłam 
oczy, aby spróbować odciąć się od tego koszmaru. 
Wiedziałam, że wszystko musi być dobrze, ale mimo 
wszystko wolałam nie skupiać się na tym co się teraz działo. 
Lekarze porozumiewali się między sobą, ale ja nie 
próbowałam nawet skupić się na tym co mówią... Za bardzo 
się bałam... Do otwarcia oczu zmusił mnie dopiero cichy jęk 
Alice... Z przerażeniem patrzyłam na moją nową siostrę... 
Była strasznie blada i słaba... Jedną ręką złapała się za 
brzuch...  
- Tak strasznie boli... Proszę, ratujcie moją córeczkę! - 
szepnęła i znów straciła przytomność... 
- Carlisle... - wyszeptałam jeszcze bardziej przerażona... 
- Robimy wszystko co w naszej mocy - odpowiedział 
spokojnie... W takich momentach podziwiałam go. Był 
świetnym lekarzem i zawsze potrafił się skupić na tym co 
robił mimo, że od niego zależało życie pacjenta... A w tym 
przypadku jego przybranej córki... Mimo tego wszystkiego 
dawał sobie radę. 
 

W końcu karetka się zatrzymała i szybko wyszłyśmy 

z Esme na parking. Lekarze wyciągnęli z niej noszę i z 
Carlisle'em na czele rzucili się biegiem w stronę szpitala. 
Próbowałyśmy dorównać im kroku... Jednak zaraz po tym jak 

background image

weszłyśmy do szpitala zgubiłyśmy ich w labiryncie korytarzy. 
Zgodnie zadecydowałyśmy, że musimy znaleźć sobie jakieś 
miejsce żeby zaczekać... No właśnie, a więc teraz ta 
najgorsza część: bezradność i czekanie...  
 

Usiadłam na stołku obok Esme, która zabrała ode 

mnie moją Renesmee i teraz ona zaczęła ją przytulać. Byłam 
zadowolona, że mała była dzisiaj taka grzeczna... 
- Musimy zawiadomić wszystkich gdzie jesteśmy i co się 
dzieje - przerwała w końcu ciszę Esme. 
- Też tak sądzę - zgodziłam się z nią - Mogę się tym zająć. 
Tylko zostań z Nessie - poprosiłam ją. 
- No jasne... Dziękuję ci Bella - dodała jeszcze łapiąc mnie za 
rękę.  
 

Uśmiechnęłam się do niej i wyszłam przed szpital. 

Oczywiście najpierw wybrałam numer do Edwarda. 
- Halo? - mój ukochany odebrał dopiero po trzecim sygnale. 
- Cześć kochanie, nie przeszkadzam ci? - próbowałam 
beztrosko rozpocząć rozmowę, ale chyba nie do końca mi to 
wyszło... 
- Nie, teraz akurat siedzę sam w biurze, a o co chodzi? - 
spytał już trochę zaniepokojony... 
- Chodzi o to, że jestem teraz w szpitalu i... 
- Coś ci jest? Jak się czujesz? - Edward nawet nie dał mi 
dokończyć. 
- Ze mną wszystko jest ok... Ale z Alice już nie... - 
dokończyłam ciszej, a łzy znów same zaczęły mi napływać do 
oczu. Musiałam jednak zapanować nad głosem. 
- Bella, tak mi przykro. Cholera! Co znów jej się stało? - 
Edwarda również zdenerwowała ta wiadomość. 
- To nie jest rozmowa na telefon. Po prostu jak tylko uda ci 
się wyrwać przyjeżdżaj do szpitala, ok? - poprosiłam go... Nie 

background image

chciałam kolejnej osobie tłumaczyć tego, że Alice była w 
ciąży. Dowiedziały się tylko te osoby, które musiały, a 
reszcie powie sama, jeśli będzie na to gotowa. 
- No dobrze, będę najszybciej jak się da, tylko się już nie 
martw - mój ukochany szybko zakończył rozmowę, więc 
miałam nadzieję, że za niedługo się już tu pojawi. 
 

Następnie zadzwoniłam jeszcze do Emmeta i Rosalie, 

a rozmowa z nimi przebiegała podobnie jak z Edwardem... Tak 
bardzo martwiliśmy się wszyscy o Alice... Miałam nadzieję, że 
wszystko dobrze się skończy. 
 

Kiedy wróciłam do Esme okazało się, że moja 

córeczka na szczęście zasnęła. Usiadłam obok nich nic nie 
mówiąc i spróbowałam nie martwić się o Alice. Jednak nie 
potrafiłam się skupić na niczym innym. Cały czas słyszałam jej 
słowa wypowiedziane w karetce... Tak bardzo się o nią bałam. 
Na chwilę jednak miejsce strachu zastąpiła ciekawość. Alice 
nie powiedziała: 

ratujcie moje dziecko, tylko: ratujcie moją 

córeczkę... Dlaczego? Była dopiero w drugim miesiącu ciąży, 
więc skąd miała taką pewność, że to córeczka...? Chociaż w 
jej przypadku nic mnie już chyba nie mogło zdziwić... 
 

Siedziałyśmy tak same bardzo długo. Esme już nawet 

zdążyła zasnąć razem z moją Renesmee. Ale ja cały czas 
wyczekiwałam pojawienia się kogoś z mojej rodziny. Przez 
korytarz cały czas przechodziło wiele lekarzy, pacjentów lub 
ich rodzin, a ja niestety nie rozpoznawałam nikogo z nich. 
Tak bardzo nienawidziłam tego czekania i bezradności... Na 
szczęście w końcu z tego letargu wyrwał mnie Edward. 
- Cześć, kochanie - przywitał się i przytulił mnie bardzo 
mocno. Z wielką przyjemnością zatopiłam twarz w jego 
ramionach... Już nie musiałam udawać silnej. Łzy zaczęły 
płynąć po policzku. 

background image

- Boję się - szepnęłam drżącym głosem. 
- Już nie musisz, jestem tu. Wszystko będzie dobrze - 
pocieszał mnie głaskając po plecach. Dopiero po chwili byłam 
w stanie się uspokoić i spojrzeć w jego oczy. Oboje 
usiedliśmy obok Esme śpiącej razem z naszą córeczką. 
- A teraz możesz mi wyjaśnić o co chodzi? - spytał spokojnie. 
- Bardzo bym chciała, ale nie wiem czy powinnam... Obiecałam 
Alice, że nikomu tego nie powiem - wahałam się... Czy mogłam 
wygadać kolejnej osobie to co Alice ukrywała? Wiedziałam, 
że przyjdzie na to czas, ale nie sądziłam, że stanie się to w 
taki dramatyczny sposób. Edward na szczęście nie poganiał 
mnie, tylko spokojnie czekał na to co miałam jeszcze do 
powiedzenia - Poczekajmy jeszcze na Carlisle'a, ok? Mam 
nadzieję, że niedługo poinformuje nas o stanie Alice i wtedy 
zdecyduje co zrobić... - zakończyłam ten temat. 
- No dobrze, jeśli uważasz, że tak będzie lepiej to możemy 
poczekać - zgodził się ze mną. Był taki kochany! Zawsze 
mogłam liczyć na jego wyrozumiałość. Między innymi właśnie 
za to tak bardzo go kochałam. 
 

Dopiero po jego przyjściu poczułam się spokojniejsza. 

W sumie to tylko oparłam głowę o jego ramię i złapałam go za 
rękę, ale to właśnie przy nim czułam się silna. Po upływie 
kolejnych ciągnących się w nieskończoność minut pojawili się 
przy nas również Emmett i Rosalie. Jednak Carlisle nadal się 
nie zjawiał... Zaczynałam obawiać się najgorszego, a wszyscy 
patrzyli na mnie zaciekawionymi oczami, wyczekując 
wyjaśnienia tego wszystkiego...  
- Hej! A więc tu wszyscy jesteście, a ja was szukałem - 
usłyszałam wreszcie głos mojego ojca. Wszyscy zerwali się na 
równe nogi, nawet Esme z moją córeczką. Wzięłam ją od niej 
na ręce.  

background image

- I co z nią? - nie dałam mu dokończyć ani odezwać się komuś 
innemu. 
- Opanowaliśmy sytuację. Chociaż nie było to łatwe i Alice i 
jej... 
- Carlisle... - znowu mu przerwałam i spojrzałam na niego 
znacząco, a później na Esme. Tylko moi „rodzice” dowiedzieli 
się o ciąży Alice, którą obiecałam trzymać w tajemnicy do 
momentu aż będzie w stanie o niej powiedzieć. Następnie 
pozostałym, a zwłaszcza Edwardowi, posłałam przepraszające 
spojrzenie - Wydaję mi się, że gdy Alice dojdzie już do 
siebie sama będzie chciała opowiedzieć o tym co się stało - 
dokończyłam. 
 

Na szczęście wszyscy się ze mną zgodzili i nikt nie 

zadawał mi kolejnych pytań, chociaż dostrzegłam w ich 
oczach błysk zaciekawienia. Tymczasem Carlisle zaprowadził 
nas pod salę Alice. 
- Czy mogłabym na razie sama do niej zajrzeć i zaczekać aż 
się obudzi? Naprawdę przepraszam was za te wszystkie 
tajemnice, ale... 
- Spokojnie Bella. Wszystko jest w porządku. Zawołaj nas po 
prostu jak Alice będzie gotowa. Wszyscy rozumiemy, że 
życie naszej „siostry” składa się chyba z samych problemów i 
nie chcemy jeszcze bardziej tego komplikować - przerwał mi 
Edward i uśmiechnął się do mnie splatając swoją dłoń z moją. 
Byłam mu naprawdę wdzięczna i odwzajemniłam uśmiech. 
Nikt też nie powiedział nic więcej, więc nie czekając już 
dłużej oddałam mu naszą córeczkę na ręce i weszłam szybko 
do sali. 
 

Alice leżała na jednym z trzech łóżek. Na szczęście 

jednak nikt więcej nie znajdował się w tej sali, co mnie 
bardzo ucieszyło. Nam wszystkim przyda się odrobina 

background image

prywatności. Usiadłam na stołku obok łóżka swojej 
przyjaciółki i złapałam ją za rękę. Była zimna, a ona sama 
wydawała mi się już tak blada jakby...  
 

Szybko odpędziłam od siebie te myśl i próbując się 

nie denerwować wsłuchałam się w otaczającą mnie ciszę, 
która była przerywana jedynie przez pikanie maszyny 
monitorującej pracę serca Alice. Biedulka była podłączona 
jeszcze do kilku innych i kroplówki. Byłam ciekawa co było 
przyczyną tego jej fatalnego stanu i miałam nadzieję, że 
później Carlisle nam wszystko wyjaśni. 
 

Po jakimś czasie zmęczona tym wszystkim musiałam 

zasnąć, bo z letargu wyrwał mnie dopiero ruch dłoni, którą 
trzymałam. Nie miałam pojęcia ile czasu tu przy niej 
spędziłam, ale odczułam ulgę, że za niedługo będę mogła w 
końcu zawołać tu resztę rodziny. 
- Bella? - Alice spojrzała na mnie, ale jej głos był tak słaby, 
że prawie nie zrozumiałam co do mnie mówiła. 
- Tak, jestem tutaj. Już wszystko jest w porządku - 
uśmiechnęłam się do niej. 
 

Alice jeszcze przez chwilę rozglądała się po sali. W 

końcu jednak poddała się i znów spojrzała na mnie 
zdezorientowana. Łzy zaczęły napływać jej do oczu. W tym 
momencie miałam ogromną ochotę przytulić ją z całych sił i 
obiecać, że nic już jej nie grozi... Ale nie mogłam. Dlatego 
tylko mocniej ścisnęłam jej dłoń. 
- Co... Co się znów stało? - spytała pociągając nosem. Jej 
serce, którego praca była monitorowana przez jedną z 
maszyn, zaczęło szybciej bić. 
- Nie denerwuj się Alice! Proszę cię... Po prostu źle się 
poczułaś i spadłaś ze schodów, pamiętasz? Potem straciłaś 
przytomność - zastanawiałam się czy miałam przypomnieć jej 

background image

o tym, że jest w ciąży... Miałam jednak nadzieję, że sama 
sobie przypomni i nie będę musiała jej bardziej stresować.  
 

Alice jeszcze przez chwilę wyglądała na zagubioną, 

ale w końcu musiała sobie wszystko przypomnieć, bo nowa 
porcja łez napłynęła jej do oczu. Widziałam, że starała się je 
powstrzymać, ale nie potrafiła. 
- Czy...? - chciała mnie o coś zapytać, ale jej głos odmówił jej 
posłuszeństwa. Nadal walcząc ze łzami przyłożyła swoją rękę, 
za którą ją trzymałam, do brzucha. 
- Przecież powiedziałam ci, że wszystko jest dobrze - znów 
się do niej uśmiechnęłam - I ciebie i twoje dziecko udało się 
uratować. 
 

Alice 

 

 

Gdy tylko to usłyszałam nowe łzy zaczęły napływać mi 

do oczu - tym razem płakałam jednak ze szczęścia, dlatego 
nie chciałam ich powstrzymywać. Myśl, że z moją małą 
Cynthią wszystko było w porządku napełniała mnie spokojem i 
radością. To było wynagrodzenie tego wszystkiego co 
musiałam wycierpieć. 
- Nawet nie wiesz jak bardzo jestem teraz szczęśliwa - 
uśmiechnęłam się do Belli ocierając łzy. W końcu udało mi się 
zapanować nad własnym głosem.  
- Wydaję mi się, że mogę to sobie wyobrazić - znów się do 
mnie uśmiechnęła. Była dla mnie taka kochana! Wiedziałam, że 
nigdy nie dam rady odwdzięczyć się jej za to wszystko. 
Dopiero wtedy lepiej się jej przyjrzałam. Jej długie 
kasztanowe włosy były w nieładzie i co jakiś czas nerwowo 
zakładała je sobie za ucho, a pomimo uśmiechu jej twarz i tak 
wyglądała na bardzo bladą i zmęczoną. 

background image

- Przepraszam cię za wszystko - udało mi się znów coś 
powiedzieć i w tym momencie miałam ochotę się do niej 
przytulić, ale jednak wolałam na razie pozostać w bezruchu. 
- Alice za nic nie musisz mnie przepraszać, naprawdę... To 
raczej ja powinnam przeprosić ciebie. Przez to wszystko co 
się stało musiałam powiedzieć o twojej ciąży Carlisle'owi i 
Esme... Pozostali jednak dalej nic nie wiedzą i czekają na 
zewnątrz. Chciałam dochować twojej tajemnicy, ale... 
- Bella nie żartuj sobie nawet! Uratowałaś moją córeczkę... A 
ona jest dla mnie w tym momencie najważniejsza. Nie 
potrzebnie robiłam z tego wszystkiego tajemnicę. Jeszcze 
przed tym wypadkiem chciałam się do wszystkiego 
przyznać... Możesz wszystkich tu przyprowadzić - znów 
poczułam ukłucie w sercu, gdy przypomniałam sobie, że 
mówiąc "wszyscy" nadal miałam nadzieję, że zobaczę wśród 
nich Jaspera... A do tego nie ugryzłam się w język 
zdradzając płeć swojego dziecka... Gdybym nie widziała 
przyszłości i była normalna nie wiedziałabym nic o takich 
rzeczach – A poza tym to nigdy nie będę wstanie 
odwdzięczyć ci się za to wszystko: za to, że byłaś ze mną i 
opiekowałaś się mną w najgorszych chwilach mojego życia, za 
to, że dla mnie okłamywałaś najbliższych ci ludzi, których 
kochasz, a przede wszystkim za to, że jesteś moją najlepszą 
przyjaciółką – dodałam mając nadzieję, że udało mi się 
odwrócić jej uwagę od tego co powiedziałam wcześniej. Poza 
tym właśnie tak o niej myślałam i byłam pewna, że nie dam 
rady jej się odwdzięczyć nawet gdybym żyła sto lat. 
- Bardzo się cieszę, że mogłam ci tak pomóc, ale sądzę, że z 
tym odwdzięczaniem się trochę przesadzasz. Wystarczy mi, 
żebyś znów była zdrowa i szczęśliwa – uśmiechnęła się 
mocniej ściskając mnie za rękę – I nawet nie wiesz jak mi 

background image

ulżyło, spadł mi kamień z serca. W takim razie zaraz po nich 
pójdę – dokończyła.  
 

Przez chwilę przyglądała mi się tak jakby nadal 

chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała czy powinna… 
Widziałam w jej oczach niepewność. 
- A wiesz co mogło być przyczyną twojego złego 
samopoczucia? – spytała w końcu, ale nie sądziłam żeby 
właśnie to ją martwiło. 
- Głównie to chyba moja bierność… No i nie zawsze jadłam to 
co mi przynosiłaś – przyznałam się ściszonym głosem… 
Dopiero teraz zrozumiałam jak bardzo nierozsądne było to z 
mojej strony. 
- Alice… - jęknęła patrząc na mnie karcącym wzrokiem. 
- No przepraszam! Po prostu to wszystko co na mnie spadło 
przerosło mnie… I… Sama nie wiem…  
- Spokojnie, nie przepraszaj. Powinnam była o tym pomyśleć. 
Teraz zawsze będę z tobą siedzieć dopóki czegoś nie zjesz – 
uśmiechnęła się do mnie i poczochrała mi włosy. 
- No dobrze, dobrze… Ale ja też będę mądrzejsza – 
zapewniłam. 
- A tak naprawdę to chciałam ci powiedzieć, że wydaję mi się, 
że powinnaś poinformować o wszystkim… 
- Proszę! Nie wymawiaj jego imienia… - przerwałam jej 
czując, że znów oczy zaczynają mnie piec. Musiałam 
powstrzymać kolejną falę łez. 
- Ale on powinien wiedzieć skarbie… Rozumiem, że możesz go 
teraz nienawidzić za to, że cię zostawił, ale to jest też jego 
dziecko i również jest za nie odpowiedzialny… 
- Proszę cię Bella… Nie dam rady spojrzeć mu w oczy po tym 
wszystkim… Kocham go i tęsknię za nim, dlatego to wszystko 
jest tak cholernie trudne, ale… 

background image

- Dobrze, Alice. Przepraszam, że znów ci o nim 
przypomniałam. Jeszcze będziemy mieć czas żeby o nim 
porozmawiać – przyznała ocierając jedną z łez spływających 
po moim policzku. 
- Dzięki – spróbowałam uśmiechnąć się przez łzy – A teraz 
zawołaj tu wszystkich – zgodziłam się woląc mieć już to 
wszystko za sobą. Byłam pewna, że tak czy siak nie będę 
mogła powstrzymać łez w ich obecności. 
- Ok. I pamiętaj, że jestem z tobą. Będę mogła mówić za 
ciebie jeśli nie dasz rady. Ale obiecuję ci, że po wyznaniu 
prawdy poczujesz się lepiej – zapewniła mnie Bella zbliżając 
się do drzwi. 
 

Kiwnęłam tylko głową i czekałam aż wróci do mnie z 

resztą rodziny. Nie trwało to zbyt długo, więc pewnie musieli 
czekać tuż przy mojej sali. Zaraz za Bellą trzymającą na 
rękach Renesmee wszedł Edward. Gdy tylko na mnie spojrzał 
jego twarz przepełniła się smutkiem. Lekko się do niego 
uśmiechnęłam, ale musiało mi to kiepsko wyjść, gdyż dalej 
patrzył na mnie z tym samym wyrazem twarzy… Bałam się 
jego reakcji na to, gdy się dowie o mojej ciąży z… Jasperem. 
Nie potrafiłam uwierzyć, że jedno imię mogło tyle dla mnie 
znaczyć i sprawiać tyle bólu.  
 

Zaraz za nimi wszedł Carlisle i Esme. Carlisle 

wyglądał na bardzo zamyślonego, ale wchodząc posłał mi 
ciepły uśmiech. Tak samo jak Esme, która uśmiechając się 
przez łzy powstrzymywała się od rzucenia się na mnie i 
uściskania mnie. Oni, tak jak i Bella wiedzieli już o mojej 
ciąży, którą ukrywałam przez dwa miesiące, a mimo to nie 
widziałam w ich oczach gniewu. Tylko troskę… Troskę 
rodziców o córkę… Znów miałam ochotę się rozpłakać. Tak 
bardzo przypominali mi w tym momencie moich rodziców, 

background image

których tak niedawno straciłam, a od tego momentu 
wydarzyło się jeszcze tyle nieszczęść… Byłam ciekawa jakby 
zareagowali, gdyby się dowiedzieli, że ich nastoletnia córka 
zaszła w ciążę… 
 

W następnej kolejności pojawiło się już moje 

ostatnie przybrane rodzeństwo – Emmett i Rosalie. Emmett 
na szczęście jak zawsze szeroko się uśmiechnął na mój 
widok. Tym razem to ja musiałam się powstrzymać żeby nie 
przytulić go z całej siły. Byłam mu wdzięczna za to, że 
zachowywał się tak jakby nic się nie stało… Chociaż z drugiej 
strony nie wiedział jeszcze, że jestem w ciąży. Rosalie idąca 
za nim również posłała mi uśmiech, ale widziałam w jej oczach 
strach. O mnie? Naprawdę byłam wzruszona, że tak im 
wszystkim na mnie zależało mimo, że weszłam z butami w ich 
życie i sprowadzałam tyle nowych problemów. 
 

Wszyscy stanęli po obu stronach mojego łóżka, a 

Bella ponownie złapała mnie za rękę. Starałam dodać sobie 
odwagi biorąc głęboki oddech przed rozpoczęciem swoich 
wyjaśnień. 
- A więc chciałam zacząć od przeprosin… - odezwałam się 
niepewna czy mój głos nie odmówi posłuszeństwa, ale na 
szczęście nie było tak źle, więc kontynuowałam: - 
Przepraszam was za sprawienie wam kolejnych kłopotów i 
zmartwień swoim zachowaniem przez ostatnie dwa miesiące i 
dzisiejszy wypadek… Ale najbardziej przepraszam was za to, 
że nie potrafiłam odwdzięczyć waszej troski i miłości 
najzwyczajniejszym zaufaniem, ponieważ… - znów łza 
spłynęła mi po policzku i nie wiedziałam czy będę w stanie 
kontynuować, gdyż całym moim ciałem wstrząsnął szloch. 
- Spokojnie, Alice – Bella znów zacisnęła uścisk na mojej 
ręce, a ja niepewnie spojrzała najpierw na nią, a potem na 

background image

każdego z rodziny. Nikt nie wydawał się być na mnie zły, 
natomiast wszyscy mieli zasmucone miny…  
- Ponieważ od dwóch miesięcy ukrywałam przed wami fakt, że 
jestem w ciąży – znalazłam w sobie siły żeby dokończyć to co 
miałam im do powiedzenia. Przez twarze wszystkich 
przeszedł cień przerażenia i szoku… 
- A ojcem jest? – Edward przeszył mnie wzrokiem, a moje 
serce znów ścisnęło się z bólu i strachu przed jego reakcją 
na moją odpowiedź… 
 

Bella nie czekając na moją odpowiedź spojrzała na 

niego tym samym karcącym wzrokiem, którym spojrzała na 
mnie, gdy byłyśmy tu jeszcze same.  
- Jasper – przyznałam szybko, aby mieć to już za sobą. 
Niestety nie powstrzymałam kolejnej fali łez, przez co 
musiałam wyglądać jeszcze bardziej żałośnie.  
 

Reakcje moich najbliższych były różne. Edward 

wyglądał na wściekłego, ale nie byłam pewna czy na mnie, czy 
na Jaspera, który teraz w jego oczach skrzywdził mnie 
jeszcze bardziej niż przypuszczał. Na szczęście Bella złapała 
go za rękę i próbowała uspokoić. Carlisle i Esme nadal nie 
wyglądali na złych tylko na zmartwionych. Oczy Esme 
wypełniło tylko więcej łez. Może nadal miała nadzieję, że to 
wszystko nie działo się naprawdę… Rosalie tylko zakryła usta 
ręką ukrywając swoje rosnące przerażenie, a uśmiech na 
twarzy Emmetta lekko przygasł jednak nie zniknął, co znów 
sprawiło mi wielką radość. 
- Mimo wszystko to wspaniała wiadomość! Teraz będę mógł 
cię rozbawiać swoimi uwagami za dwóch – Emmett pogładził 
mnie delikatnie po brzuchu i wywołał uśmiech na mojej 
twarzy jednocześnie powstrzymując kolejne łzy. 
- No właśnie Alice! Dziecko to błogosławieństwo, a my 

background image

wszyscy jesteśmy z tobą – Rosalie odezwała się zaraz po 
swoim ukochanym. Boże, pokochałam ich wtedy jeszcze 
mocniej.  
- A poza tym, to po tym wszystkim co spotykało cię na 
każdym kroku twoje zachowanie wcale nie było dziwne… Nie 
byłaś pewna co powinnaś zrobić, ale od teraz pamiętaj, że 
masz nas – dodała Esme przez łzy również gładząc mnie po 
brzuchu. 
- Kochamy cię – zapewniła Bella. 
- I nie pozwolimy cię już nikomu skrzywdzić – dodał Edward. 
 

Nie mogłam uwierzyć w to wszystko co właśnie 

usłyszałam… Oni mnie naprawdę kochali. 
- Dziękuję wam – odpowiedziałam drżącym głosem nie 
powstrzymując już kolejnych łez, gdyż one były już łzami 
szczęścia. 
- I będziemy cię lepiej pilnować – dodał stanowczo Carlisle – 
Byłaś tak bardzo wyczerpana, niedożywiona i odwodniona, że 
to, że dzisiaj po tym jak najbardziej oczywistym omdleniu 
udało nam uratować się zarówno ciebie i dziecko to był po 
prostu cud… Gdy jechaliśmy karetką do szpitala byłem 
prawie pewien, że możesz poronić i jednocześnie przerażony 
tym kolejnym nieszczęściem, które mogło cię dosięgnąć – 
mówił gładząc mnie po włosach i cały czas patrząc w oczy. Nie 
był na mnie zły, ale bał się o mnie, co w moim przypadku było 
zupełnie zrozumiałe. Gdy wspomniał o moim stanie zrobiło mi 
się wstyd, a gdy wspomniał o poronieniu dostałam gęsiej 
skórki. 
- Jeszcze raz bardzo za to wszystko przepraszam. To się 
już nie powtórzy – zapewniłam ich wszystkich. 
- A my ci w tym pomożemy – uśmiechnął się w końcu Carlisle – 
Będziesz musiała bardzo na siebie uważać, bo podejrzewam, 

background image

że nie będziesz chciała zostać w szpitalu ani chwili dłużej jak 
będzie to konieczne. 
Pokiwałam głową na znak, że miał rację, a on znów się do mnie 
uśmiechnął. 
 

Jeszcze przez jakiś czas wszyscy zostali ze mną w 

sali. Rozmawiali ze mną, próbowali mnie rozbawić i pocieszyć. 
Byli kochani. Nawet nie wiedzieli ile to dla mnie znaczyło. 
Najbardziej byłam im wdzięczna za to, że nie pytali jak do 
tego wszystkiego doszło i dlaczego Jazz odszedł… Miałam 
nadzieję, że rozumieją, że jeszcze nie jestem gotowa na 
dalszą konfrontację z przeszłością. 
 

Wszyscy wyszli dopiero, gdy Carlisle ich o to poprosił 

mówiąc, że jest już późno. Obiecał mi, że tylko jedną noc 
miałam spędzić w szpitalu na obserwacji, a następnego dnia, 
jeśli mój stan się nie pogorszy, będę mogła wrócić do domu. 
Bardzo mi ulżyło mimo, że bałam się tej nocy. 
- Ale może będzie lepiej jeśli ktoś z nas zostanie z nią tej 
nocy – wtrącił Edward jakby czytając w moich myślach, gdy 
wszyscy mieli już wychodzić – Oczywiście wiem, że miałaby 
tu świetną opiekę, ale jednak pacjentów jest cały szpital i 
nikt nie miałby na nią oka przez cały czas. Ja mogę z nią 
zostać i w razie czego zawołam lekarza. Jutro i tak sobota, 
więc nie będę musiał spieszyć się do pracy, a wam wszystkim 
przyda się odpoczynek – zakończył Edward. 
- Muszę przyznać, że to dobry pomysł – zgodził się Carlisle – 
Dam tylko znać swoim kolegom, że tu będziesz i że o 
wszystkim wiem. 
 

Wszyscy zgodzili się na ten plan. Pożegnali się ze 

mną i zaczęli wychodzić. Edward pocałował jeszcze tylko 
Belle na pożegnanie i przytulił swoją córeczkę. Bella jak 
zawsze chciała sama się poświęcić i ze mną zostać, ale 

background image

Edward nie miał zamiaru ustąpić. Nie dziwiłam mu się. Jak już 
zauważyłam wcześniej Bella wyglądała na zmęczoną i 
zasługiwała na przespaną noc, a nie taką jaka czekałaby ją  
tutaj, ze mną. Moja przyjaciółka martwiła się też pewnie, że 
mogę nie mieć ochoty na przebywanie sam na sam z 
Edwardem po tym wszystkim. Ale po pierwsze nie chciałam 
jej znów martwić, a po drugie byłam po prostu szczęśliwa, że 
tej nocy nie zostanę sama. Dlatego uśmiechnęłam się do niej 
kiedy wychodziła. 
 

Gdy już w końcu drzwi się zamknęły i wszyscy opuścili 

salę Edward usiadł na stołku przy moim łóżku, na którym 
wcześniej siedziała Bella. Próbując zapomnieć o wszystkich 
jego złych czynach, a skupić się na dobrych, jak na przykład 
ocalenie mnie i Jaspera przed Jacobem, spojrzałam mu w 
oczy. 
- Dziękuję ci, że chciałeś tu ze mną zostać. Nawet nie wiesz 
ile to dla mnie znaczy – wyznałam żeby przerwać ciszę, która 
zaczęła nas otaczać. 
- Oczywiście nie ma za co, Alice. Zasłużyłaś na to. A 
zwłaszcza z mojej strony. Ja też chciałem cię dziś 
przeprosić… Za tą sytuację dwa miesiące temu, gdy Bella 
przyprowadziła cię roztrzęsioną do naszego pokoju, a ja 
zamiast ci pomóc pogorszyłem tylko sytuację… Nie 
powinienem się mieszać w sprawy między tobą i Jasperem – 
wyznał równie szczerze Edward. Musiałam jednak odwrócić 
od niego wzrok, gdyż moje oczy znów stały się mokre od łez… 
Przez te jedno imię… 
- Przeprosiny przyjęte – szepnęłam żeby mój głos nie 
zadrżał. 
- Oj Alice, proszę cię nie płacz! Nie chciałem ci o tym 
przypominać, ale musiałem cię za to przeprosić. Myślę, że 

background image

zdążyłaś poznać mnie na tyle, że wiesz, że bywam dość 
wybuchowy, ale… Mimo wszystko od tamtego dnia czuję się 
tak strasznie winny tego wszystkiego… - próbował dalej się 
tłumaczyć, ale ja nie potrafiłam już zapanować nad bólem, 
który wypełniał całe moje ciało… Jak zawsze kiedy 
próbowałam wrócić myślami do przeszłości. 
- Proszę cię przestań – jęknęłam powstrzymując szlochanie. 
- Alice… Ale ja po prostu nie mogę patrzeć na to jak znów 
cierpisz. Proszę cię powiedz co mogę zrobić… Miałem 
nadzieję, że moje przeprosiny choć trochę ci pomogą – 
Edward złapał mnie za rękę. Zdecydowanie wolałabym żeby to 
była Bella, jednak postanowiłam nie wyrywać się z jego 
uścisku. Znów zebrałam w sobie siłę, aby odwrócić się w jego 
stronę. Jego oczy były przepełnione bólem dokładnie tak 
samo jak moje. 
- Cofnąć czas – odparłam nie powstrzymując już kolejnych 
łez moczących moją twarz. Czułam się tak jakby już nic poza 
nimi we mnie nie istniało… 
- Alice… Rozumiem, że musisz bardzo cierpieć, ale musisz się 
też pozbierać. Zacząć znów żyć. Jeżeli chodzi o Jaspera… 
Nie powinienem sądzić, że mógł ci coś zrobić, to było z mojej 
strony beznadziejne, a zwłaszcza, że… - obserwowałam go 
cały czas nie zważając już na rozmazujący się przez łzy 
obraz. 
- Że co? – spytałam łamiącym się głosem. Na niego też już nie 
zwracałam uwagi. 
- Że kiedy porwał cię Jacob zwierzył mi się, a ja jemu… 
Alice… - jego uścisk na mojej dłoni stał się mocniejszy – Ja 
wiem, że na samym początku waszej znajomości, gdy 
zaciągnął cię do studia fotograficznego chciał cię zgwałcić – 
zacisnęłam powieki, aby nie pozwolić wypłynąć kolejnym 

background image

łzom… O n  w i e d z i a ł… Poczułam się tak bardzo 
zawstydzona w jego towarzystwie… A do tego przed oczami 
stanął mi tamten dzień, nasz pierwszy pocałunek… Stłumiłam 
w sobie kolejny atak płaczu, jednak Edward nie zważając na 
to kontynuował – Wiem też, że się powstrzymał i że czuł się 
okropnie przez to co się wydarzyło. I wiem też, że do niego 
wróciłaś… Mimo, że chciał cię skrzywdzić wróciłaś i zostałaś 
przy nim, a on przy tobie… Alice… Nie wiem dlaczego Jasper 
odszedł, nie wiem jak zaszłaś w ciążę, ale sądząc po tym jaka 
byłaś roztrzęsiona wtedy w styczniu… Muszę cię zapewnić o 
jednym. Po dwóch miesiącach przemyśleń jestem pewny 
jednego: Jasper bardzo cię kocha i nie mógł cię skrzywdzić 
tak jak chciał na początku, gdy się poznaliście… 
 

Jego słowa rozbrzmiewały echem w mojej głowie i 

słyszałam je jeszcze, gdy wokół nas już zapadła cisza 
przerywana tylko moim szlochaniem. 
- Alice powiedz coś, proszę – Edward zaczął delikatnie 
głaskać mnie po głowie. 
- Ale ja nie mam nic do powiedzenia… Właśnie od tych 
pieprzonych dwóch miesięcy mam taki mętlik w głowie, że 
niczego nie jestem już pewna… Przecież gdyby Jasper mnie 
kochał nie zostawiłby mnie po tym wszystkim – żaliłam się mu 
dalej. Skoro on chciał to ciągnąć, ja też mogłam. 
 

Edward 

 

- Alice, ale wy w ogóle ze sobą nie rozmawialiście od tamtego 
dnia! Jasper mógł pomyśleć, że zostawiając cię robi dobrze – 
broniłem go dalej. Po pierwsze dlatego, że byłem facetem, a 
to wyjaśnienie wydawało mi się sensowne, a po drugie 
dlatego, że widziałem jak Alice bez niego cierpi… Może 

background image

popełnił błędy, ale kto ich nie robi? Mimo wszystko musiał być 
dobrym człowiekiem skoro Alice go pokochała i nadal kochała, 
nawet jeśli sądziła, że było inaczej. 
- Naprawdę tak myślisz? – odezwała się w kocu nadal nie 
mogąc się uspokoić. 
- Tak, właśnie tak myślę – chciałem żeby jeszcze raz 
spróbowali ze sobą być, a zwłaszcza ze względu na ciążę 
Alice. Nie wiedziałem ile może jeszcze znieść sama, ale 
wiedziałem, że Jasper potrafił się nią zaopiekować. Może nie 
byłem w tym wszystkim tak doinformowany jak Bella, ale 
wolałem wyrzucić z siebie to wszystko co myślałem na ten 
temat od tego feralnego początku stycznia. 
 

Alice wyglądała na zamyśloną, ale również w dalszym 

ciągu bardzo zmęczoną. 
- Jutro jeszcze o tym pogadamy, jak wrócimy już do domu. 
Jeśli będziesz uważać, że nie dasz rady sam będę mógł go 
poinformować o twoim stanie, a teraz już odpocznij i śpij – 
powiedziałem jeszcze nadal głaskając ją po głowie. 
 

Kiwnęła tylko głową na znak, że się ze mną zgadza i 

od razu zamknęła oczy. Głaskałem ją jeszcze przez chwilę, 
dopóki nie byłem pewny, że zasnęła, a potem złapałem ją za 
rękę. 
 

Sam nie mając nic do roboty zasnąłem po jakimś 

czasie na stołku i miałem nadzieję, że obudzę się razem z 
Alice dopiero rano, że wszystko będzie dobrze i razem 
wrócimy do domu… 
 

Oczywiście tak się nie stało… Ze snu wyrwał mnie 

cichy jęk Alice. Dziewczyna mocniej ścisnęła moją rękę, 
którą ją trzymałem. 
- Edward… Boli… - szepnęła zrozpaczona łapiąc się za brzuch. 
Cholera! Zerwałem się na równe nogi i pobiegłem szybko 

background image

szukać lekarzy, gdy tylko znalazłem się na korytarz zacząłem 
krzyczeć jak wariat, aby się tu zjawili. 
 

Na szczęście w dość krótkim czasie przybiegło do 

mnie dwóch lekarzy. Szybko wyjaśniłem im o co chodzi i 
zaprowadziłem do sali, w której leżała Alice… Gdy wywozili ją 
z niej była już nieprzytomna i cała mokra od potu… Wolałem 
nie marnować czasu lekarzy pytając ich o to co zamierzają. 
Zresztą nie obchodziło mnie to – mieli tylko pomóc mojej 
siostrze i kropka. Usiadłem, więc przed salą, w której przed 
chwilą oboje tak spokojnie spaliśmy i musiałem czekać na 
rozwój wydarzeń… Nie miałem na razie zamiaru informować 
kogoś z rodziny o tym co się działo – nie chciałem ich martwić 
i budzić… Była druga w nocy.  
 

Nie potrafiłem się pogodzić z tym, że większość ludzi 

właśnie teraz spokojnie spała w swoich domach i łóżkach, a 
Alice znów musiała cierpieć. Modliłem się tylko żeby nie 
poroniła… Nie mogła, nie mogła, nie mogła! Przecież to ją już 
mogło dobić! Nie dałaby sobie rady… 
 

Wtedy zrozumiałem co musiałem zrobić. Nawet jeśli 

Alice miałaby mnie za to znienawidzić do końca życia… 
Musiałem zadzwonić do Jaspera, poinformować go o 
wszystkim i prosić żeby zjawił się tu jak najszybciej… 
 
 
 
 

Hej  Wiem, że ostatni rozdział został dodany rok temu i pewnie 
wszyscy już nie kojarzycie mojego ff-a (znowu), ale kilka osób prosiło 
mnie o jego dokończenie i samej mi na tym zależy (nadal). Tym razem 
będę mieć czas na pisanie, bo matura już zdana, studia zaklepane i 
wakacje do października! :D Więc jeśli chcecie poznać finał tej 
historii proszę o pozostawienie komentarza! Ja z wielką 

background image

przyjemnością wrócę do świata, który zaczęłam tworzyć będąc 
jeszcze w gimnazjum – ciekawe doświadczenie   
A rozdział dedykuję wszystkim, którzy nie zapomnieli o mnie (mimo 
wszystko) i dotarli do końca rozdziału, który mam nadzieję, że was 
nie zawiódł! Obiecuję (tym razem na pewno), że kolejny nie pojawi się 
później niż za miesiąc  

                                                                                 

Ewu$