background image

Tadeusz Ratkowski

HASŁO 312

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1969

Okładkę projektował: Mieczysław Wiśniewski

Redaktor: Eugeniusz Stanczykiewicz

Redaktor techniczny: Jacek Zykus

Korektor: Maria Ossowska

background image

U PROGU TAJEMNICY

Instynkt doświadczonego pracownika kontrwywiadu mówił kapitanowi Piatkinowi, że ma tym razem do 

czynienia z czymś niezwykłym. Tego wrześniowego dnia 1943 roku do ziemianki szefa II wydziału sztabu 
brygady  partyzanckiej,   działającej   na   tyłach   frontu   na   pograniczu   RFSRR   i   Łotwy,   w   rejonie   Pskowa, 
przybyła   interesująca   grupa.   Znany   dobrze   braci   partyzanckiej   siedemdziesięcioletni   leśniczy   Iwan 
Stiepanowicz   wraz   ze   swą   niewiele   młodszą   żoną,   uzbrojeni   w   pistolet   maszynowy   i   parabellum, 
przybrawszy wielce groźną minę, przyprowadzili młodego gefreitra w mundurze Wehrmachtu.

— Jak wam udało się wziąć go do niewoli?  — zapytał staruszków nieco rozbawiony tym widokiem 

kapitan.

— Eh, wcale nie wzięliśmy, co wy, sam się oddał! — odpowiedział z chytrym uśmieszkiem leśniczy. — 

Wychodzę dziś rano na obchód rejonu, patrzę, stoi Niemiec. I co powiecie? Szybko podchodzi do mnie, 
zdejmuje z siebie broń, plecak, torbę, pcha mi to wszystko w ręce. Coś mi  tam długo gada, trochę po 
swojemu, trochę po naszemu. Z tego wszystkiego  wreszcie  zrozumiałem, że muszę go zaprowadzić do 
„russische Partisanen”, bo ma im coś bardzo ważnego do powiedzenia. Od razu uważnie rozejrzałem się 
dokoła, czy to aby nie jakaś specjalna zaczepka, próbo... próbo...

— Prowokacja — poprawił kapitan.
— No dobra, probokacja, bo może za frycem stoi w lesie stu innych, aby w ten sposób znaleźć do was 

drogę. Potem powiadam, że ja skąd, nic nie wiem o żadnych partyzantach, że już za stary na to jestem. A ten 
nic, tylko dalej swoje, dawaj, prowadź go do partyzantów. Ja dalej nic... I tak minęła godzina, dwie. No to co 
miałem robić? Widzę, że się lucyfer nie chce odczepić, to wziąłem do pomocy swoją staruchę i macie, 
przyprowadziłem go wam...

Niemiec   nie   wydawał   się   być   swoją   sytuacją   specjalnie   zmartwiony;   mało   tego,   widać   było,   że 

niecierpliwie czeka na rozmowę, że wiele się po niej spodziewa.

— Wiera! — krzyknął kapitan w głąb ziemianki do swej tłumaczki Orłowej, do wojny przewodniczki 

zwiedzających ZSRR wycieczek turystów zagranicznych i biegle stąd władającej między innymi językiem 
Schillera i Goethego. — Chodź tu, mamy niezwykłego gościa! Porozmawiaj z nim...

Z ziemianki wynurzyła się młodziutka, ładna dziewczyna z zadartym noskiem, ubrana w zdobyczną 

„panterkę”  i  kokieteryjnie  na  bok  założoną  czapkę  futrzaną,  spod  której   wymykały  się  niesforne,  jasne 
włosy. Wiera zasiadła za skleconym z desek stolikiem, rozłożyła przed sobą czysty arkusz papieru, skręciła 
w kawałku gazety potwornie grubą „kozią nóżkę” z machorki i dopiero teraz, spojrzawszy na jeńca takim 
wzrokiem,   że   ten   z   miejsca   powinien   zapaść   się   pod   ziemię,   wypaliła   jednym   tchem   jak   z   karabinu 
maszynowego:

— Imię, nazwisko, stopień, funkcja, nazwa i miejsce postoju jednostki, nazwisko i stopień dowódcy, 

stan liczebny, uzbrojenie, zadanie, w ogóle wszystko, co wiesz! I nie bujać, życie możesz sobie ocalić tylko 
mówieniem prawdy!

Niemca nie potrzeba było zachęcać do mówienia: zeznania zaczął składać tak szybko i szczegółowo, że 

tłumaczka chwilami zatrzymywała go, nie mogąc dokładnie notować. W pewnej chwili podniesieniem dłoni 
zupełnie przerwała przesłuchiwanie.

— Gieorgiju Iwanowiczu — zwróciła się do stojącego obok kapitana.  — Zdaje się, że to ciekawa 

historia. Posłuchajcie!

Klaus Werner, jak wynikała z zeznań, był radiotelegrafistą z  „Sonderschule IIC — Lorelei” we wsi 

Pessaari, oddalonej około 35 kilometrów od miejsca postoju brygady.  „Lorelei” — to kryptonim ośrodka 
Abwehry „Russland-Mitte”, w którym szkolono około 150 szpiegów i dywersantów. Po ukończeniu kursu 
ludzi tych przerzucano na zaplecze frontu z konkretnymi zadaniami. W ciągu kilku miesięcy uczono ich 
posługiwania   się   środkami   łączności   radiowej,   szyfrowania,   topografii,   sporządzania   środków 
wybuchowych, minowania, fałszowania dokumentów, mikrofotografii, słowem wszystkiego, co musiał znać 
każdy   agent   wywiadu   samodzielnie   działający   na   tyłach   przeciwnika.   Gorzej   było   z   werbunkiem 
kandydatów do współpracy z wywiadem hitlerowskim. Stara kadra agentów, rekrutujących się ze środowisk 
emigrantów rosyjskich, wyczerpała się już w początkowym okresie wojny. Na zajętych obszarach ZSRR 
Niemcy zaczęli szukać przeciwników władzy radzieckiej spośród elementów zdemoralizowanych, gotowych 
do zdrady własnej ojczyzny za pieniądze. Zwrócili też uwagę na obozy jenieckie, gdzie nieludzko gnębieni i 
torturowani żołnierze nie mieli żadnych szans przetrwania. Niektórzy z nich pozornie ulegali namowom 
pracowników Ahwehry, by tylko wyrwać się z niewoli. Z takich „agentów” wróg chętnie korzystał, chociaż 
w istocie przynosili mu ogromne szkody. Faktycznych zdrajców radziecki kontrwywiad demaskował bardzo 
szybko dzięki szerokiej  pomocy ludności.

O tych wszystkich bardzo interesujących szczegółach jeniec mówił z dużą znajomością rzeczy. Sprawiał 

background image

wrażenie człowieka, który niczego nie ukrywa.

— Zaraz, zaraz, Wiera — przerwał kapitan. — To bardzo ładnie z jego strony, ale zapytaj go, po co tu 

przyszedł? Co, nagle zapałał do nas taką miłością?

Dziewczyna powtórzyła pytanie gefreitrowi, który w odpowiedzi w milczeniu wręczył jej wyjęty z 

portfela list.

Drogi Klausie! — tłumaczyła głośno Orłowa. — Dziękuję Ci za pozdrowienia. Spieszę Cię zawiadomić,  

że Ojciec Twój przebywa teraz tam, gdzie dawno już pojechał wujek Friedrich. Pisze stamtądy że jest mu  
dobrze, ale chyba lepiej jest Twojej siostrze Klarze. Ojciec prosił Cię zawiadomić, że wkrótce spodziewa się 
tam   również   Ciebie,   a   to   dlatego,   że   głośni   ostatnio   wyszukali   spis   członków   drużyny   piłki   nożnej   z  
„Minerwy” w Munsterze. Całuje Cię i gorąco proszę — dobrze zastanów się nad tym, co piszę!

Twoja Hilda.

Niemiec,   zauważywszy   zdumienie   niczego   nie   rozumiejącej   rosyjskiej   dziewczyny,   zaczął   jej   coś 

szybko, długo i żarliwie tłumaczyć. Wiera raptem spoważniała, po czym zameldowała kapitanowi:

— To zaszyfrowany list od narzeczonej, który przywiózł mu wczoraj z Berlina kolega, powracający z 

urlopu na front. Z listu tego wynika, że ojciec Wernera dostał się do obozu koncentracyjnego w Dachau, 
gdyż tam właśnie osadzono przed wojną za aktywną działalność w partii komunistycznej ich przyjaciela, 
używającego pseudonimu  „wujek Friedrich”. Ojciec ostrzega syna,  że spodziewa się ujrzeć go wkrótce w 
obozie, bo  „głośni”, co oznacza gestapo, wydobyli skądś listę członków komórki KPD w fabryce sprzętu 
radiowego  „Minerwa” w Munster, gdzie Wernerowie pracowali do trzydziestego trzeciego roku. Gefreiter 
powiada,  że po dojściu Hitlera do władzy musieli z ojcem uciekać z Munster i podjąć pracę w zakładach 
Siemensa w Berlinie, gdyż palił się im już grunt pod nogami. W Berlinie przy kolejnej totalnej mobilizacji 
Klausa   jako   radiotechnika   powołano   do  wojsk   łączności   i   końcu   przydzielono   do  „Sonderstelle   IIC  — 
Lorelei”. Wczoraj, po otrzymaniu tego listu, Klaus Werner zorientował się, że nie ma ani chwili do stracenia, 
że dziś lub jutro przyjdzie po niego gestapo. Jak twierdzi, pozostało mu tylko jedno: uciekać do radzieckich 
towarzyszy! Mówi dalej, że wcześniej nie mógł tego uczynić, zdając sobie sprawę, że faszyści zemściliby 
się   na   starym,   samotnym   ojcu,   który  pozostał   w   Rzeszy,   ale   teraz   nie   miał   już   innego   wyjścia...   Dla 
wprowadzenia w błąd przełożonych i kolegów zostawił list, w którym zawiadamia, że idzie się utopić w 
Jeziorze Pskowskim z powodu zawodu miłosnego. Wyruszył więc do lasu i postanowił tak długo szukać, aż 
znajdzie kogoś z naszych ludzi. Poza tym chcę was poinformować, kapitanie, że może opowiedzieć wiele 
ciekawych rzeczy o „Lorelei”...

W ten sposób oficer kontrwywiadu radzieckiego po raz pierwszy dowiedział się o istnieniu w rejonie 

działania   brygady   partyzanckiej   ośrodka,   dostarczającego   wywiadowi   hitlerowskiemu   fachowo 
wyszkolonych ludzi, przerzucanych do całej północnej strefy I Frontu Białoruskiego, po raz pierwszy zetknął 
się   z   nazwiskiem   swego   bezpośredniego   przeciwnika,   majora   Abwehry  Krebsa,   poznał   poszczególnych 
instruktorów i wykładowców szkoły szpiegowskiej.

Nastały   słotne,   chłodne,   monotonne   dni   późnej   jesieni.   Mimo   brzydkiej   pogody   przed   dobrze 

zamaskowaną ziemianką sztabową partyzanci ciągle widywali kapitana, Niemca i tłumaczkę. Ich rozmowy 
trwały nieomal bez przerwy. Piatkin dzień po dniu pogłębiał zasób wiadomości o szpiegowskim ośrodku. Na 
podstawie   zeznań   Wernera   uzyskiwał   mnóstwo   nowych,   pozornie   błahych   szczegółów.   Dotyczyły   one 
systemu zajęć, dyscypliny, porządku wewnętrznego i ochrony w „Sonderschule”. Każdy drobiazg miał swoje 
znaczenie.

W miarę kompletowania tych informacji, które skrzętnie notowała Wiera, Piatkin zrozumiał, że same 

zeznania Niemca nie wystarczą, by w pełni poznać tajemnicę ośrodka Abwehry.

Werner był tylko radiotelegrafistą. Wiedział na pewno wiele, ale do najważniejszych spraw nie miał po 

prostu dostępu. Nie mógł na przykład powiedzieć, kogo i kiedy przerzucono na tyły wojsk radzieckich, gdzie 
ci agenci przebywali, kto nimi kierował... Było rzeczą oczywistą, że w specyficznych warunkach dyscypliny 
cechującej każdy wywiad — ścisłego rozgraniczania kompetencji i skrupulatnego przestrzegania tajemnicy 
służbowej — tylko jeden, jedyny czlowiek, skupiający w swym ręku wszystkie ogniwa, mógłby dostarczyć 
pełnych informacji. W Pessaari tym człowiekiem był sam komendant ośrodka, major Krebs.

Przez kilka dni kapitan nie dopuszczał tej myśli, ale w końcu skapitulował. Wpadł bowiem na pomysł 

zgoła   fantastyczny:   postanowił   porwać   komendanta  „Lorelei”   i   przekazać   go   do   Moskwy!   Pomyślne 
zrealizowanie   takiej   operacji   dałoby  bardzo   wiele.   Oficer   Abwehry   musiałby   w   odpowiednim   miejscu 
powiedzieć, gdzie i kogo przerzucił przez linią frontu, ujawnić drogi łączności, szyfry, wskazać miejsca 
działania agentów. W krótkim czasie wszystkie tajemnice „Lorelei” byłyby rozpoznane do najdrobniejszych 
szczegółów.

background image

Przyzwyczajony do realistycznego, chłodnego myślenia Piatkin od początku rozumiał, że jego pomysł 

zakrawa   wręcz   na   naiwną   mrzonkę,   że   takie   historie   zdarzają   się   tylko   w   sensacyjnych   filmach   i 
powieściach. Mimo to nie znalazł już w sobie sił, by kategorycznie odrzucić tę myśl. Przeciwnie, jego 
szaleńczy plan absorbował go coraz bardziej, nie pozostawiając miejsca na nic innego. Wbrew wszystkiemu 
postanowił doprowadzić go do końca.

Po dwóch tygodniach przyleciał z Wielkiej Ziemi samolot, by zabrać do Moskwy cennego człowieka, 

który dobrowolnie opuścił szeregi Wehrmachtu. Kapitan Piatkin, przejęty swym planem, mocno uścisnął 
dłoń byłego gefreitra.

— Powodzenia, Klaus! Trzymaj się! — powiedział na pożegnanie. — Pomogłeś nam wiele.
— Dziękuję za wszystko. Dzięki wam odnalazłem wreszcie swoje miejsce. — Niemiec pomachał ręką, 

gdy kukuruźnik odrywał się już od ziemi.

Samolot wkrótce zginął na horyzoncie.
Piatkin odprowadził go wzrokiem nie wiedząc jeszcze, że już niebawem najzupełniej przypadkowy 

splot okoliczności podsunie mu konkretne rozwiązanie jego planu...

ZLIKWIDOWAĆ PUŁKOWNIKA PETAKONA!

Szare,   kamienne   bloki   koszarowe,   otoczone   kilkoma   rzędami   drutów   kolczastych,   przez   które 

przepływa prąd wysokiego napięcia, najeżone przeszkodami przeciwpancernymi, okolone szerokim polem 
minowym, strzeżone czterema wieżami wartowniczymi z kaemami i obracającymi się reflektorami. Dookoła 
gęsta   sieć  posterunków,   a  przy  bramie  skomplikowana drobiazgowa   kontrola   pojazdów  i  ludzi.  Oprócz 
specjalnych przepustek pragnący dostać się na teren szkoły muszą legitymować się hasłem, zmienianym trzy 
razy na dobę.

Obszerny,   z   przepychem   urządzony   gabinet   majora   Krebsa,   komendanta   szkoły   Abwehry   we   wsi 

Pessaari. Szkarłatne pluszowe obicia, ciężkie ciemne meble, dyskretne światła kinkietów.

Za stołem uginającym się od wyszukanych zakąsek i trunków siedziało w kłębach dymu z cygar trzech 

oficerów: przybyły z Berlina z poleceniem szefa Abwehry, admirała Canarisa, pułkownik Wilhelm Campe 
— tęgi, łysiejący blondyn o wysokim inteligentnym czole i przenikliwym spojrzeniu głęboko osadzonych 
oczu; major Krebs  — szczupły brunet o ascetycznej twarzy mnicha, jastrzębim nosie i wąskich, mocno 
zaciśniętych   wargach,   wreszcie   jego   zastępca   leutnant   Bruno   Petersen,   Łotysz,   o   pospolitej   fizjonomii 
małomiasteczkowego fryzjera, nie spuszczający oczu z twarzy potężnego inspektora z samego Berlina.

Petersen — przed wojną major łotewskiej faszystowskiej organizacji wojskowej „Ajzsargi”, powiązany 

ściśle z hitlerowską V kolumną  — po wkroczeniu Niemców do Rygi, zrozumiawszy,  że nie wolno mu 
pominąć tak rzadkiej okazji, natychmiast oddał się do dyspozycji swych ideowych pobratymców. Majora 
„Ajzsargi”   skierowano   do   pracy   w   wywiadzie   na   stanowisko   zastępcy   komendanta  „Sonderschule   — 
Lorelei”. Tu jednak zdrajca wyraźnie wyczuwał nieufność wobec siebie jako do kogoś nie należącego do 
germańskiej  „rasy   panów”.   Zraniona   ambicja   i   pragnienie   zrobienia   kariery   za   wszelką   cenę   kazały 
Petersenowi czekać, aż zdoła wykorzystać coraz bardziej ujawniający się antagonizm między Abwehrą a 
Głównym   Urzędem   Bezpieczeństwa   Rzeszy,   między  wywiadem  Wehrmachtu   a   aparatem   szpiegowskim 
partii hitlerowskiej.

— A więc, meine Herren — pozornie obojętnie zaczął w pewnej chwili Campe. — Zapewne interesuje 

was, po co tutaj przyjechałem? Sprawa istotnie jest ważna, centrala chce wiedzieć, jak w ciągu ostatnich 
sześciu miesięcy rozwijała się wasza praca? Bardziej konkretnie: ilu wyszkoliliście ludzi, których następnie 
przerzucono na stronę bolszewików?

— Dziewięćdziesięciu trzech, Herr Oberst! — odpowiedział natychmiast major.
— A utrzymują chociaż z wami po przerzuceniu łączność? Co meldują? — z ironicznym uśmieszkiem 

pytał dalej Campe.

— Oczywiście, meldują... o trudnościach w zdobywaniu informacji, w nawiązywaniu kontaktów, o 

wadach  aparatury radiowej...  Wartościowych materiałów otrzymaliśmy ostatnio niewiele.

— I to wszystko?
— No, nie...
— Hm, jasne, wystarczy — przerwał inspektor, który zdążył już duszkiem wychylić swój kieliszek i 

nalewał następny.  — To mało pocieszające. My w centrali widzimy dwa zasadnicze powody tej niezbyt 
wesołej sytuacji — tu pułkownik Abwehry chwilę zamyślił się, po czym utkwiwszy zmrużone oczy w swych 
rozmówców dodał ściszonym głosem  — będę całkiem szczery, panowie. Tę niezwykle odpowiedzialną i 
ogromnie ważną pracę dla Rzeszy wzięły w pewnym zakresie w swe ręce niezbyt fachowe młodzieniaszki z 

background image

partii, SS i RSHA. Tym cywilom od Himmlera i Kaltenbrunnera wydaje się, że potrafią robotę poprowadzić 
lepiej  niż  mający doświadczenie  jeszcze  z   czasów  kajzera  Wilhelma  potężny  aparat  admirała Canarisa. 
Tymczasem, i tu tkwi druga przyczyna naszych niepowodzeń, do Berlina dotarły wiarygodne informacje z 
pewnego   źródła,   że   na   wasz   odcinek   frontu   został   niedawno   wysłany   wybitny   specjalista   rosyjskiego 
wywiadu,   niejaki   pułkownik   Petakon,   który  maskuje   się   u   partyzantów   jako   zwykły  kapitan.   Otóż   ten 
energicznie działający Petakon zdążył już u nas nasadzić swe wtyczki i w ten sposób udało mu się poważnie 
sparaliżować naszą pracę. Pozostaje, jak sądzę, tylko jedno wyjście: najpierw   zlikwidować   Petakona,   a 
dopiero potem wyszkolone przez was i wysłane do Rosjan typy zaczną wreszcie coś mówić! W innym 
wypadku  — Campe przerwał i powoli, akcentując każde słowo, zakończył  — nasze kierownictwo musi 
nieuchronnie dojść do wniosku, że również tu, w Pessaari, działają agenci rosyjskiego pułkownika, którzy, 
kto wie, czy nie opanowali już nawet komendy „Sonderschule”...

Krebs zbladł jak ściana, na czoło wystąpiły mu grube krople potu, a Petersen próbował rozpiąć haftki 

kołnierza, jakby zabrakło mu nagle powietrza.

—   Oczywiście   nie   możemy  zbyt   długo   czekać  —   nieubłaganie   ciągnął   dalej   Campe.  —   Centrala 

spodziewa się, że szybko zlikwidujecie tego pułkownika. Powodzenie tego przedsięwzięcia nie omieszka 
pociągnąć   za   sobą   waszego   awansu,   panowie.   W   przeciwnym   wypadku   będziemy   musieli   wyciągnąć 
wszelkie, logicznie nasuwające się konsekwencje...

— Herr Oberst, gotowi jesteśmy wykonać każdy rozkaz centrali — wydusił z siebie zaskoczony Krebs. 

— Ale co należy konkretnie robić? Nie mamy przecież ani sił, ani środków na jakąś większą operację 
przeciwko partyzantom w tych lasach...

— Byłbym zapomniał  — przerwał nagle Campe spojrzawszy na zegarek.  — Jest już dosyć późno. 

Zechce pan, leutnancie — kiwnął głową w stronę Petersena — powiedzieć mojemu kierowcy na wartowni, 
że wkrótce wyjeżdżamy. Niech się przygotuje.

Petersen,   który   słowa   o  „wyciągnięciu   logicznie   nasuwających   się   konsekwencji”   uznał   za 

niedwuznaczną   groźbę   pod  swoim  adresem,   szybko   zerwał   się   z   miejsca   i   z   uczuciem  ulgi   wybiegł   z 
gabinetu.

— Co pan sądzi o tym facecie?  — zapytał pułkownik majora.  — Czy przypadkiem nie pracuje dla 

bolszewików? Skądżeście go wytrzasnęli?

Krebs, naraz pomyślawszy, że w przypadku jakichś możliwych w każdej chwili nieprzyjemności, całą 

odpowiedzialność będzie można zrzucić na swego zastępcę, tego łotewskiego przybłędę, referował:

— Niewiele o nim wiem poza tym, że zarekomendował go w 1941 roku przywódca „Baltdeutschen” na 

Łotwie, sturmbannführer SS von Schnurre. Polecił go jako kogoś od dawna znanego z gorliwej pracy dla idei 
wielkiej Rzeszy Niemieckiej.

— Albo bolszewików — przerwał ze zjadliwym uśmieszkiem Campe. — Zapamiętajcie sobie majorze, 

gdyby  zauważył   pan   u   niego   coś   podejrzanego,   natychmiast  proszę   napisać   bezpośrednio   do   mnie   list 
specjalny, na mój osobisty adres, dopisując na kopercie „Do rąk własnych”. O, na ten oto adres, proszę — 
wręczył mu przygotowaną uprzednio karteczkę.

Major   starannie   schował   ją   w   portfelu   i   chciał   coś   powiedzieć,   gdy   w   drzwiach   stanął   Petersen, 

meldując, że szofer będzie o wyznaczonym czasie gotów do wyjazdu.

Pułkownik skinął głową i nie zdradzając się ani jednym gestem, kontynuował:
— Wracając do sprawy rosyjskiego pułkownika. Nie, nie, panowie, Petakona nie złapiemy tak łatwo. 

Jestem przekonany, że żadna akcja, nawet przy użyciu specjalnych oddziałów SS, nie da oczekiwanego 
rezultatu. Ściśle mówiąc, o czym dobrze wiecie, nie znamy dokładnie jego miejsca pobytu. Jest na pewno 
gdzieś tutaj, w pobliżu waszego ośrodka, ale nie można przecież na ślepo organizować obławy. Proponuję 
inne   rozwiązanie,   bardziej   elastyczne.   Do   rosyjskich   partyzantów   musi   udać   się   odpowiednio   dobrany 
człowiek. Najlepszym kandydatem byłby jakiś jeniec, oddany nam i pod każdym względem pewny. Agent 
powinien dotrzeć do partyzantów, zdobyć ich zaufanie i w odpowiedniej chwili albo sam zlikwidować tego 
pułkownika, albo zasygnalizować nam o miejscu jego pobytu. Czy macie panowie takiego kandydata?

— Ein Moment — Krebs uporczywie usiłując sobie coś przypomnieć aż podskoczył z miejsca. — Mam! 

Akurat   przechowuję   dosyć   interesującą   teczkę   pewnego   oficera   ROA*.   Jednostka   jego   stacjonuje   o 
pięćdziesiąt kilometrów stąd w miasteczku Karamyszewo. Wynalazł go w obozie dla jeńców rosyjskich pod 
Wielkimi Łukami stabsfeldwebel Forbach. Herr Oberst pozwoli, że udam się po tę teczkę?

*  „Russkaja   Oswoboditielnaja   Armia”   —   sformowane   przez   Niemców   oddziały   ze   zwerbowanych   jeńców 

radzieckich wykorzystywane do pełnienia różnych zadań na tyłach, m. in. do zwalczania partyzantów. Dowódcą ROA 
był generał Własow, skazany po wojnie na karę śmierci przez radziecki wojskowy trybunał za zdradę ojczyzny.

background image

Gdy Krebs wyskoczył jak z procy z gabinetu, Campe z tym samym szatańskim uśmieszkiem zwrócił się 

do leutnanta:

— A ten wasz Krebs nie pracuje czasem dla radzieckiego wywiadu? Proszę się nie bać, rozmawiamy w 

cztery  oczy...  Co,  na   razie   trudno   panu  cokolwiek   o tym  powiedzieć?  Zgoda,  ale   gdyby zaistniało   coś 
podejrzanego, proszę mi natychmiast zameldować. Oto adres, pod którym odnajdzie mnie pan najszybciej — 
przedstawiciel centrali Abwehry w Berlinie podał osłupiałemu leutnantowi identyczną karteczkę, jaką przed 
chwilą wręczył majorowi.

—   Otóż   to   właśnie   człowiek,   o   którego   chodzi!  —   zawołał   w   drzwiach   promieniejący   major, 

wymachując kartonową teczką.

Campe zaczął głośno czytać arkusz personalny:
—   Borys   Kowalow,   lat   dwadzieścia   osiem,   syn   przedrewolucyjnego   fabrykanta   sukna   w   Niżnim 

Nowogrodzie.   Aha,   a   to   jego   świadectwo   zwolnienia   w   maju   czterdziestego   roku   z   więzienia,   gdzie 
odsiadywał wyrok za działalność kontrrewolucyjną. No, dobrze. Notatka stabsfeldwebla: „...przy wzięciu do 
niewoli   nie   stawiał   oporu.   Ma   brata   stale   przebywającego   w   Paryżu,   byłego   oficera   armii   Wrangla. 
Manifestuje   swój   wrogi   stosunek   do   bolszewików.   Lojalny   wobec   Rzeszy   i   jej   führera.   Podporucznik 
dwudziestego siódmego samodzielnego batalionu ROA”.

Campe znów łyknął koniaku, powoli zapalił cygaro i zapytał podwładnych:
— Widzieliście tego Kowalowa?
— Nie, nigdy — odparł Krebs promieniejący na myśl, że to właśnie on podsunął kandydaturę, która tak 

bardzo zainteresowała wysłannika centrali. — Rozmawiał z nim tylko stabsfeldwebel Forbach.

— A gdzie jest teraz Forbach? — przerwał zniecierpliwiony pułkownik.
— Został zastrzelony w czasie starcia z partyzantami — wtrącił Petersen.
— Więc dlaczego, do diabła, nie zwerbowaliście tego syna fabrykanta do waszej szkoły? Co stało na 

przeszkodzie?

Komendant „Sonderschule” był przygotowany na to pytanie.
— O to samo pytałem Forbacha. Ten wyjaśnił, i to brzmi dosyć prawdopodobnie, że Kowalow pragnął 

zemścić się na bolszewikach w bezpośredniej walce, że chciał ich zabijać w polu. Nie doceniał widocznie 
całej wagi działalności naszego wywiadu.

Campe przymknął oczy i po chwili milczenia sprecyzował swą decyzję:
— No dobrze, na nic oryginalnego chyba się nie zdobędziemy.    Skontaktujcie się z dowódcą tego 

batalionu ROA. Niech przygotuje odpowiednią legendę przy waszej pomocy dla Kowalowa. Najdalej za 
tydzień   należy  go   skierować   do   lasu.   Musicie   przede   wszystkim  zatroszczyć  się   o  niezawodny  system 
łączności z tym agentem. O resztę niech on się martwi. Aha, byłoby lepiej, gdyby nikt z was nie rozmawiał z 
Kowalowem.  Po   co   ma   wiedzieć   o  „Sonderschule”.   W   razie   wsypy   mniej   powie.   To   byłoby  na   razie 
wszystko, czy macie jakieś pytania?

— Nie — odpowiedział lakonicznie Krebs.  — Chciałbym tylko przypomnieć, że przygotowałem dla 

pana pułkownika raport, o który pan prosił w szyfrówce z centrali...

— Pamiętam, majorze. Czy uwzględnił pan w nim wszystko zgodnie z poleceniem? Zależało mi na 

zestawieniu statystycznym za okres ostatniego półrocza. Liczba skierowanych do ośrodka, przeszkolonych z 
wynikiem  pomyślnym,   odrzuconych   i  odesłanych  do  oddziału   ,,Russland-Mitte”.   Interesowały  mnie   też 
pańskie uwagi o poziomie szkolonych agentów i możliwości wykorzystania ich do zadań długofalowych.

Major Krebs skinął głową na znak, że przygotował dokument zgodnie ze wskazówkami. Podszedł do 

ściany,   rozsunął   portierę,   nacisnął   zamaskowany  guzik.   Spadła   metalowa   klapa,   zasłaniająca   dyskretnie 
wbudowaną szafkę pancerną. Po nakręceniu kilku liter i cyfr na tarczy obrotowej przy zamku i otwarciu 
drzwiczek wyjął ze skrytki podłużną, szarą kopertę, gęsto oblepioną lakowymi pieczęciami. W jej prawym 
rogu u góry widniał napis „Geheime Reichssache”, niżej na środku znajdowało się nazwisko adresata: Oberst 
Wilhelm Campe, OKW Generalstab, Berlin, Abwehr III B/104/43.

Campe   zdążywszy   już   ubrać   się   do   drogi,   ku   zdumieniu   swych   podwładnych,   których   uderzyło 

nonszalanckie   obchodzenie   się   ze   ściśle   tajnym,   państwowej   wagi   dokumentem,   z   udaną   obojętnością 
wsunął kopertę do wewnętrznej bocznej kieszeni płaszcza, po czym idąc ku drzwiom niedbale odsalutował 
wyprężonym na baczność oficerom.

Krebs   i   jego   zastępca   w   milczeniu   spojrzeli   na   siebie  —   słowa   były  niepotrzebne.   Jeden   i   drugi 

odetchnął z ulgą: ważny gość z Berlina nareszcie odjechał...

background image

PODWÓJNA GRA

— Do Pskowa! — rzucił Campe kierowcy.
Samochód   zatrąbił,   nad   budką   wartowniczą   zapłonęło   zielone   światło,   bezszelestnie   otworzyła   się 

brama. Stojący obok niej żołnierz sprezentował broń.

Mercedes ostro ruszył z miejsca, pułkownik wygodnie oparł się o poduszki siedzenia. Alkohol powoli 

przestał   działać   i   Campe   oddał   się   rozmyślaniom.   Dygnitarz   z   centrali   Abwehry  nie   miał   bynajmniej 
powodów do zbytniej radości. Położenie na frontach i ogólna sytuacja polityczna III Rzeszy coraz  bardziej 
zmuszały   do   odpowiedzi   na   pytanie:   co   dalej?   Wiadomości   posiadane   przez   wywiad   Naczelnego 
Dowództwa   Wehrmachtu   rozpraszały   wszelkie   złudzenia   co   do   możliwości   wygrania   tej   wojny; 
niedwuznacznie zapowiadały szybko zbliżającą się katastrofę. Nie wszyscy jednak w OKW skłonni byli 
utożsamiać wojskową klęskę Hitlera z bankructwem idei Wielkiej Rzeszy. Ludzie reprezentujący interesy 
niemieckiego kapitału przemysłowego i finansjery w porę zorientowali się, że dotychczasowa współpraca 
USA  i   Wielkiej   Brytanii   z   ZSRR   musi   natychmiast  po  wojnie   ustąpić   miejsca   dążeniu   kół   rządzących 
głównych   państw   imperialistycznych   do   uzyskania   światowej   hegemonii,   skierowanej   swym   ostrzem 
przeciwko Związkowi Radzieckiemu i krajom, które odrzucą starą drogę rozwojową. Walcząc o zdobycie 
panowania nad światem monopole nie będą mogły nie wykorzystać zasobów i kadr byłej III Rzeszy.

Tej   szansy  nie   można   było   pominąć!   Należało   stopniowo   przestawić   się   na   bardziej   długofalową 

politykę, już teraz  — ryzykując często głową  — oddać swe usługi tym siłom, które jutro będą rządzić 
światem. Dla wielu ludzi Abwehry to szukanie kontaktu z dotychczasowym przeciwnikiem i przechodzenie 
na jego służbę było nie tylko „kontynuacją zawodu”, ale także niepowtarzalną okazją do uratowania własnej 
skóry. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że dla zbrodniarzy hitlerowskich nie będzie litości w powojennym 
świecie.

O   tym   właśnie   myślał   pułkownik   Campe.   Dotknąwszy   ręką   kieszeni   na   piersi,   gdzie   spoczywała 

tajemnicza, ważna koperta, spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta, za kilkanaście minut miał spotkać 
się na szosie o 27 kilometrów przed Pskowem z niejakim Svensonem, formalnie obywatelem szwedzkim, 
korespondentem  prasy  sztokholmskiej   na   froncie   wschodnim. Rzecz  jednak  w  tym,  że  rzekomy  Szwed 
przyjechał późną jesienią 1943 roku na pogranicze rosyjsko-łotewskie w zupełnie innych celach, niż pisanie 
korespondencji o przebiegu walk frontowych...

Dygnitarz z Berlina bacznie wpatrywał się w oświetloną księżycem białą wstęgę szosy. Wreszcie o 

kilkaset metrów w przedzie mrugnęła para reflektorów samochodowych. Widać było stojącego na skraju 
drogi obok sportowego wozu wysokiego, szczupłego mężczyznę, jednostajnie opuszczającego wyciągniętą 
rękę w górę i w dół na znak, że chce zatrzymać nadjeżdżający z przeciwnej strony samochód.

Seidler   odruchowo   zdjął   jedną   rękę   z   kierownicy   i   chwycił   za   leżący   obok   na   siedzeniu   pistolet 

maszynowy.

— Zostawcie, nie potrzeba! — usłyszał z tyłu głos nieco zdenerwowanego pułkownika.
Kierowca   nie   ośmielił   się   zauważyć,   że   należy  być   na   wszystko   przygotowanym   w   tym   gęstym, 

strasznym lesie, na pewno naszpikowanym tysiącem partyzantów, gdzie na każdym kilometrze może ktoś 
czatować   na   samochód   wiozący  wyższego   oficera   ze   Sztabu   Generalnego.   Coś   go  tknęło   i   na   wszelki 
wypadek   postanowił   zachować   się   czujnie.   Postój   w   lesie   mógł   być   nie   tylko   niebezpieczny,   ale   i 
zagadkowy...

Mercedes zatrzymał się przed nieznajomym. Ten, ubrany w elegancki, jasny raglan, pachnący wytworną 

wodą kolońską, skrzypiąc na śniegu grubymi podeszwami nowiutkich pantofli, zbliżył się do Campego, 
który uchylił drzwiczki limuzyny. Ukazując w szerokim uśmiechu rząd złotych zębów, zapytał z wyraźnym 
akcentem cudzoziemskim:

— Herr Oberst! Czy nie byłby pan łaskaw udzielić mi pomocy? Jestem dziennikarzem z Rygi, proszę, 

oto moje dokumenty — wyciągnął ku Campemu legitymację w skórzanym futerale. — Jechałem właśnie z 
Pskowa do Petaalva, do jednostki artyleryjskiej po materiały i naraz, pech, wóz mi stanął w drodze. Nie ma 
iskry... Licho wie, co się stało: świeca albo cewka indukcyjna? Może zechce pan polecić swemu kierowcy, 
żeby zajrzał do silnika. Będę naprawdę mocno zobowiązany.

Campe wziął do ręki legitymację korespondenta wojennego, zażądał paszportu, porównał ze sobą oba 

dokumenty, oddał je i dopiero wtedy zwrócił się do kierowcy:

— Zobaczcie, co się tam stało.
Gdy żołnierz skierował się do eleganckiego Buicka, Campe wysiadł z wozu, rozpiął płaszcz, wyciągnął 

papierosa, poczęstował cudzoziemca i zachęcającym głosem zaproponował:

— Może przespacerujemy się? Nogi mi  zupełnie zdrętwiały. A w pańskim wozie jest chyba jakieś 

poważniejsze uszkodzenie?

background image

— Przypuszczam — odparł dziennikarz i ciszej dodał: — Postarałem się tam coś niecoś zmajstrować, 

aby ten pański kierowca miał trochę roboty. Myślę, że będziemy mogli sobie nieco porozmawiać...

—  Musimy  być   ostrożni  —  przerwał   Campe.  —  Proszę   pamiętać,   gdyby  kierowca   szybko  usunął 

uszkodzenie   i   wrócił   przed   zakończeniem   rozmowy,   wówczas   przyjedzie   pan   za   mną   do   Pskowa,   do 
kabaretu oficerskiego  „Alhambra”. Mam tam stale zarezerwowany dla siebie gabinet. Słowem, pewność i 
dyskrecja... A propos, akurat dzisiaj występuje tam jeden jedyny raz Mizzi Keller z Berlina, warto zobaczyć, 
bardzo interesująca dziewczyna.

Dziennikarz   lekceważąco   machnął   ręką   i   raptownie   zmieniwszy   poprzedni   kordialny   ton   niezbyt 

taktownie mruknął.

— Co mi pan zawraca głowę takimi głupstwami! Mój czas jest zbyt drogi. Do rzeczy, co pan przyniósł?
Do Campego nikt nie mówił jeszcze takim tonem. Przez chwileczkę z goryczą pomyślał, że nieco 

wcześniej, kilka lat temu, ten bezczelny typ zachowywałby się inaczej. Już on, Campe, miałby na niego 
sposób:   jego   ludzie   w   Berlinie   czy  Rydze   rozszyfrowaliby,   kim  naprawdę   jest   ten   obywatel   neutralnej 
Szwecji. No, ale niestety czasy zmieniły się i trzeba było pić kielich goryczy do dna. Teraz oto potomek 
starej   pruskiej   rodziny  junkierskiej,   syn   znanego   oficera   cesarskiej   armii,   jeden   z   bardziej   zasłużonych 
pracowników Abwehry stoi przed tajemniczym agentem wywiadu zza oceanu i oferuje swój spadający w 
cenie na łeb i szyję towar. To było ich trzecie spotkanie od czasu, gdy Campe nawiązał kontakt ze Szwedem 
w Berlinie.

Dziennikarz, jakby domyślając się, co nurtuje jego rozmówcę, uprzedził na wszelki wypadek:
— Jeszcze jedno: niech pan nie próbuje ze mną żadnych sztuczek! Redaktor Svenson potrafi powiedzieć 

tam, gdzie potrzeba i komu potrzeba, z kim konkretnie, gdzie, kiedy i o czym rozmawiał... Nie wiadomo, kto 
by wówczas na tym wygrał, a kto przegrał. Jasne? Jedziemy obaj na tym samym wózku, my dear...

Campe, z największym wysiłkiem przełknąwszy upokorzenie i opanowawszy się, grzecznie wyjaśniał:
—  Panie redaktorze!  —  Słowa te specjalnie podkreślił, dając do zrozumienia, że ma przed sobą nie 

dziennikarza   sztokholmskiego,   Erica   Svensona,   ale   przede   wszystkim   agenta   amerykańskiej   OSS*, 
posługującego   się   paszportem  neutralnego   kraju.  —   Przyniesione   przeze   mnie   materiały  pozwolą   panu 
wyrobić   sobie   ogólny   pogląd   na   rozmach,   zakres,   metody   naszej   pracy.   Zetknie   się   pan   z   wysoko 
kwalifikowanymi, drogimi kadrami na tyłach bolszewików...

— Drogimi? Pan wie, pułkowniku Campe, że my dobrze płacimy. W Zurichu, do banku  „Jacobi und 

Söhne”,   wpłynęła   już   na   pańskie   nazwisko   odpowiednia   kwota.   To   w   tej   chwili   nie   stanowi   żadnego 
problemu. Mój szef dotrzymuje słowa. Nie ma pan chyba zamiaru zawisnąć na jednej szubienicy z tym 
waszym Hitlerem, Göringiem, Himmlerem, Keitlem. Jeżeli będzie pan lojalnie pracował dla nas...

— Dla naszej wspólnej sprawy — delikatnie poprawił Campe.
— Daj pan spokój z tymi subtelnościami. Pracujemy dla wspólnego interesu. No, ale szkoda czasu. Nie 

możemy chyba kupować kota w worku. Ma pan tę listę swoich chłopców?

Campe nie mógł powstrzymać się od uśmiechu na myśl o tym, jak jego rozmówca określa agentów 

wywiadu Wehrmachtu przerzucanych na zaplecze wojsk radzieckich. Agentów, których wywiad znanego 
mocarstwa pragnął zawczasu przejąć do własnej dyspozycji w przededniu nie ulegającej już kwestii klęski 
III Rzeszy.

— Taka imienna lista, panie, hm, Svenson, nie da jeszcze pełnego obrazu całego naszego wysiłku ani 

nie zorientuje pana, w jakiej mierze moi chłopcy, jak ich pan nazywa, mogliby być użyteczni w przyszłym 
starciu z rosyjskim komunizmem. Sądzę, że pańskie zainteresowanie w tym przedmiocie mogłoby raczej 
zaspokoić statystyczne zestawienie dotyczące efektywności działania jednej z naszych specjalnych placówek 
tego typu...

Pułkownik   wyciągnął   już   z   bocznej   kieszeni   płaszcza   otrzymaną   niecałą   godzinę   temu   kopertę   i 

otworzywszy ją próbował wydobyć z niej złożone kartki maszynopisu, gdy spostrzegł powracającego już po 
naprawie wozu kierowcę.

— No trudno, bałwan nam przeszkodził  — wymamrotał zirytowany.  — Niech pan szybko jedzie do 

Pskowa! Porozmawiamy w „Alhambrze”. Zaraz tam będę.

Seidler, stanąwszy o przepisowe trzy kroki przed oficerem, zameldował:
— Panie pułkowniku, rozkaz wykonany!
— O, bardzo dziękuję  — odpowiedział za Campego dziennikarz.  — Znalazł pan coś poważnego w 

instalacji elektrycznej? To dla mnie mocno zagadkowa historia...

Żołnierz wzruszył ramionami i z pewną ironią w głosie odpowiedział:

* Office of Strategic Service — służba wywiadowcza USA w okresie II wojny światowej.

background image

— Nic ciekawego, proszę pana. Dawałem już sobie radę nie z takimi zagadkowymi historiami...
Pułkownik Campe nawet przez ułamek sekundy nie mógł przypuszczać, że organizując z takim trudem i 

ryzykiem   spotkanie   na   szosie   przed   Pskowem   popełnił   ciężki   błąd.   Nie   podejrzewał   bowiem,   że   jego 
kierowca,   pozornie   zdyscyplinowany   i   wierny  szeregowiec,   już   od   dawna   był  agentem   centrali   SD   w 
Berlinie i wykonywał zadanie o specjalnym znaczeniu. M.in. polecono mu śledzić każdy krok inspektora 
Abwehry,   a   zwłaszcza   notować   wszystkie   bez   wyjątku   przypadki   kontaktów   pozasłużbowych   swego 
przełożonego, z którym jeździł od dwóch lat.

Cóż bowiem stało się? Seidler znalazłszy się w drogim sportowym wozie nie musiał tracić zbyt wiele 

czasu, by stwierdzić, że ktoś celowo zdjął izolację z przewodu łączącego cewkę indukcyjną ze świecą i stąd, 
rzecz   jasna,   „nie   było   iskry”...   Robota   była   szyta   zbyt   grubymi   nićmi  —  komuś   zależało   na   tym,   aby 
samochód zepsuł się i stanął na szosie. Komu i po co? Cudzoziemcowi, aby znaleźć pretekst do zatrzymania 
Mercedesa i porozmawiania z pułkownikiem bez świadków.

Nieprzerwanie obserwując przez szybę Buicka spacerującego po drodze oficera i tajemniczego cywila, 

Seidler   wyciągnął   notes   i   napisał:  Godz.   20.00.   Spotkanie   na  szosie   o  27  km   przed   Pskowem.   Wysoki,  
szczupły, elegancki cudzoziemiec. Sportowy Buick nr XR 270 — 016. Upozorowane uszkodzenie samochodu.

Ta lakoniczna notatka, przeznaczona dla właściwych ludzi kontrolujących wywiad OKW Wehrmachtu z 

ramienia wszechpotężnej RSHA, miała tego samego wieczoru znaleźć swój dalszy ciąg w zgoła niezwykłych 
okolicznościach...

OFICER ROA NIE WYKONUJE ZADANIA

Kapitanowi Piatkinowi wydawało się w pierwszej chwili, kiedy oficer dyżurny brygady obudził go 

około południa, że spał wszystkiego pięć, dziesięć minut. Rzeczywiście, miał za sobą niezwykle ciężką noc. 
Około trzydziestu kilometrów drogi na przełaj przez lasy i lekko zamarznięte bagniska trzeba było przebyć, 
by dotrzeć do mostu kolejowego przed miasteczkiem Laapula, w którym od kilku dni trwał wzmożony ruch 
niemieckich   wojsk   pancernych   i   kolumn   samochodowych,   wskazujący   na   jakieś   poważniejsze 
przegrupowanie sił nieprzyjaciela w tym rejonie. Ten właśnie most Piatkin upatrzył sobie do wysadzenia w 
powietrze, co wymagało dokładnego rozpoznania jego systemu ochrony, rozstawienia i zmiany posterunków 
wartowniczych. Przez trzy, cztery godziny Piatkin starannie zamaskowany w przydrożnych zaroślach koło 
mostu bacznie obserwował wszystko, co się na nim działo. Mżył drobny, dokuczliwy deszcz ze śniegiem, a 
kapitan rozciągnięty nieruchomo na ziemi zmarzł i przemókł do suchej nitki.

Kiedy potwornie zmęczony znalazł się wreszcie w swej ziemiance, padł jak kłoda na ławę i z miejsca 

pogrążył się w głębokim śnie. I naraz rozbudzono go. Kapitan siadł na wpół przytomny, przecierając oczy.

— Jakiś zdrajca bezczelnie pcha się do was! — meldował dowódca 1 kompanii, Sielcow.
— Zdrajca? — zapytał ze zdziwieniem Piatkin, zawijając nogę w onuce. — Chyba wypiliście o jednego 

za dużo?

— Melduję, że nie wypiłem, tylko rano spaliście i nie słyszeliście, jak znowu przyszła do nas jakaś 

faszystowska cholera.

— Co za cholera? Mówcie wreszcie do rzeczy!
— Oficer ROA. Mówi, że ma pilną, ważną sprawę i koniecznie musi z wami porozmawiać.
— Wzięto go do niewoli czy sam się poddał?
— Sam przyszedł, radiostację przyniósł, broń oddał, pistolet maszynowy i waltera.
— No to dajcie go tutaj!
Piatkin zabrał się do wciągania suszących się przy piecyku walonek, gdy naraz usłyszał stuknięcie 

obcasami.   Podniósł   głowę.   Stał   przed   nim   wysoki,   przystojny,   jasnowłosy,   około   dwudziestopięcioletni 
mężczyzna w mundurze niemieckiego leutnanta z tarczą ROA na rękawie.

Przybysz wyprężył się w postawie zasadniczej i głośno, wyraźnie przedstawił się:
— Lejtenant  Łazarew Aleksander Iwanowicz, rok temu zastępca dowódcy do spraw politycznych 7 

kompanii strzeleckiej 345 pułku piechoty 115 dywizji strzeleckiej, albo jak wolicie szeregowiec Kowalew 
Borys Pawłowicz...

— Zaraz, zaraz — przerwał zniecierpliwiony kapitan.  — Co za rebusy? Więc kim do licha koniec 

końców jesteś, lejtenantem czy szeregowcem?

— Jestem lejtenantem...
— To znaczy byłem lejtenantem, a teraz zdrajcą ojczyzny!
— Proszę, zechciejcie mnie wysłuchać!
— Nie ma co słuchać, zasłużyłeś tylko na jedno...

background image

Człowiek w niemieckim mundurze zamilkł, zaczerwienił się i wybuclmął:
— No to na co czekacie, strzelajcie!
— Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany! W odpowiedniej chwili dowiesz się, co z tobą zrobimy...
Przybysz uśmiechnął się, ukazując równe białe zęby. Piatkin przyjrzał się uważniej oficerowi ROA: w 

młodej twarzy, w szeroko otwartych jasnych oczach było coś, co z miejsca wzbudzało zaufanie. Szef II 
wydziału ciągnął dalej:

— A teraz śpiewaj, gdzie, kiedy i jak dostali się do niewoli? Siadaj!
Przesłuchiwany westchnął; widać było, że opowiadanie o sobie kosztuje go dużo wysiłku.
— To nieciekawa historia... W maju zeszłego roku jechałem z rejonu Gorkiego z moim pułkiem na 

front. O jakieś dwie godziny jazdy za Wiaźmą zbombardowały nas Junkersy. Z pociągu zrobiła się krwawa 
kasza.   Od   wybuchu   bomby   zostałem   kontuzjowany,   straciłem   przytomność...   Z   rozbitego   doszczętnie 
wagonu wyniósł mnie do pobliskiego lasu żołnierz mojej kompanii, tenże właśnie Kowalow. Opiekował się 
mną przez kilka dni, dopóki Niemcy nie przeszli tam do natarcia. Odzyskałem na krótko przytomność akurat 
wtedy, gdy słychać już było ich czołgi i motocykle. Wtedy to właśnie dałem Kowalowowi rozkaz, żeby 
mmie zostawił, a sam uciekał i przedarł się do naszych. A ten do mnie powiada, że zostawi mnie jedynie pod 
tym warunkiem, jeżeli zdejmę naramienniki, zniszczę swoje dokumenty i zabiorę jego książeczkę żołnierską. 
W innym wypadku bowiem faszyści z miejsca mnie rozwalą jako oficera politycznego. Wepchnął mi jeszcze 
w ręce zaświadczenie o zwolnieniu z więzienia po odbyciu kilkuletniej kary. Mówił, że ten papierek ocali mi 
życie w niewoli. Mówiąc wam szczerze, może źle zrobiłem, ale zrozumcie mnie, nie chciałem tak głupio 
zginąć, nim zdołałem dojechać na front, nim zabiłem choć jednego faszystę!

— Rozumiem — rzekł po chwili milczenia Piatkin. — I co dalej?
— Tej nocy znaleźli mnie Niemcy, Trafiłem do obozu jenieckiego. Tam wkrótce jako tako wróciłem do 

siebie. Z początku  było  mi  bardzo, bardzo ciężko i chciałem jak najprędzej umrzeć. Ale któregoś dnia 
przyszło mi na myśl, że moja śmierć byłaby na rękę tylko faszystom, którzy dążą właśnie do fizycznego 
zniszczenia nas, że obowiązkiem człowieka radzieckiego jest żyć i walczyć, bo do końca wojny jeszcze 
daleko, wojny, w której musimy na pewno zwyciężyć. Ale jednocześnie zdałem sobie także sprawę z tego, 
że jeżeli chcę żyć, to muszę za wszelką cenę, za wszelką cenę, powtarzam., wydostać się za druty obozowe! 
Dlatego   gdy   hitlerowcy   zaczęli   werbować   nas,   półżywych   z   głodu   i   codziennych   męczarni,   do   ROA 
zgłosiłem się jako niby wróg władzy radzieckiej, na dowód czego przedkładając zaświadczenie Kowalowa o 
zwolnieniu z więzienia...

Kapitan zaczynał domyślać się reszty. Chcąc skłonić oficera ROA do dalszych zwierzeń, z udaną ironią 

wytrącił:

— I zacząłeś tak gorliwie służyć hitlerowcom, że nawet oficera z ciebie zrobili!
Łazarew umilkł, jakby wymierzono mu policzek, po czym przemógł się i ciągnął dalej:
— To zrozumiale, jako oficer ROA uzyskiwałem większą swobodę poruszania się, większe możliwości 

ucieczki.

— Jasne... I tak właśnie uciekłeś do nas?
— Nie, nie uciekłem, sami mnie do was przysłali.
— Kto przysłał, w jakim celu? — zapytał zdumiony kapitan.
— Zawezwał mnie dowódca mojego batalionu, major Dexler, i rozmawiając ze mną w cztery oczy 

polecił mi udać się do lasu, znaleźć partyzantów, którym miałem oświadczyć, że zdezerterowałem, że wraz z 
nimi   pragnę   walczyć   przeciwko   okupantowi.   Następnie   stopniowo   miałem   wkraść   się   w   ich   zaufanie, 
dotrzeć   do   jakiegoś   przebywającego   w   tym   rejonie   asa   wywiadu   radzieckiego,   niejakiego   pułkownika 
Petakona, i przy pierwszej nadarzającej się sposobności porwać go lub zabić.

— Pułkownika, powiadasz? — upewnił się z uśmiechem Piatkin.
— Tak. Dali mi też radiostację i szyfr, abym stale utrzymywał z nimi łączność. A to trucizna, którą 

ewentualnie miałem wsypać do jedzenia pułkownika — dodał wyjmując z kieszeni buteleczkę z maleńkimi 
białymi tabletkami.

Piatkin milczał i intensywnie o czymś myślał.
— Ale poczekajcie, to jeszcze nie wszystko — Łazarow wydobywał z kieszeni woreczek na tytoń, 

wyciągnął zeń książeczkę bibułki papierosowej, oderwał pierwszą kartkę i chuchnął na nią kilka razy.

— Co to znów za komedia? — zagadnął kapitan, coraz bardziej opanowany pewną myślą.
— To? Pamiętnik z podróży, który chciałbym ofiarować wam w prezencie. Jeździłem sobie służbowo 

od Pskowa do Daugapilis, bywało  się też w Dno, Ostrowie,  Porchowie. Otóż porobiłem pewne notatki 
mogące was być może zainteresować. Na przykład — tu przeglądając bibułkę pod światło zaczął czytać. — 
Dno.   Batalion   czołgów  Tygrys,   18   maszyn   z   działami   88   mm,   batalion   piechoty  zmotoryzowanej   318 
dywizji, kompania saperów...

background image

—  Poczekaj, poczekaj, po kolei  — szef II wydziału położył na stolo czystą kartkę papieru i zaczął 

notować podawane mu przez lejtenanta informacje, dotyczące  rozmieszczonych w promieniu około 100 
kilometrów   od   miejsca   postoju   partyzanckiej   brygady   sił   nieprzyjaciela,   numerów,   nazw   i   dowódców 
jednostek, ich stanu liczebnego, uzbrojenia... Kapitan, ogarnięty podziwem dla pamięci przybysza i jego 
umiejętności zbierania danych wywiadowczych, chwilami przerywał, zadając mu dodatkowe pytania lub 
porównując to, co mówił, ze swymi notatkami w maleńkim, zdobycznym notesie.

Upłynęło kilka dobrych godzin, partyzanci dawno zjedli już nie tylko obiad, ale i kolację, dawno już 

ułożyli  się  do snu,  a  w  ziemiance   sztabowej   dwaj  mężczyźni,  choć  już  opadali  z  sił,  nadal  prowadzili 
rozmowę. Teraz właśnie kapitan Piatkin postanowił dowiedzieć się od Łazarewa czegoś, co wiązało się z 
jego  „konikiem”,   który  od   pewnego   czasu   opanował   go   bez   reszty.   Jak   gdyby  mimochodem   zagadnął 
lejtenanta,   czy  nie   słyszał   czegoś   o  „Sonderschule”   w   Pessaari?   Czy  wiedział,   co   to   za   ośrodek?   Czy 
ewentualnie proponowano mu przejście do tej szpiegowskiej szkoły?

— Owszem. Nim zgłosiłem się do ROA, przyjechał kiedyś do obozu jenieckiego pewien feldwebel o 

nazwisku Forbach. Zawezwał mnie do siebie. Pytał się, kim jestem, co robiłem do wojny, jak dostałem się do 
niewoli? Zorientowałem się, że od tej rozmowy zależy bardzo dużo. Opowładałem mu o sobie cuda: że 
jestem synem fabrykanta,  mam brata  białogwardzistę  w Paryżu, że jestem wrogiem władzy radzieckiej, 
uwielbiam hitlerowski „nowy porządek”. Zapytał mnie wtedy, czy nie chciałbym dostać się do ich specjalnej 
szkoły w Pessaari, odbyć tam odpowiednie przeszkolenie, a następnie pracować dla ich wywiadu? Z miejsca 
zorientowałem się, że gdybym przyjął tę propozycję, znalazłbym się w zamkniętym środowisku, nie mając 
ani jednej wolnej chwili dla siebie, na pewno zostałbym poddany starannej obserwacji, krótko mówiąc, nie 
mógłbym nawet marzyć o jakiejkolwiek możliwości ucieczki. Odmówiłem. Wytłumaczyłem swoją decyzję 
tym, że wolę walczyć przeciwko „bolszewikom” w polu, że nie mam odpowiednich cech psychicznych do 
pracy w wywiadzie. Forbach kazał mi jeszcze zastanowić się, po tym wyjechał i już więcej nie widziałem 
go.

—  Przypomnij sobie dobrze, to bardzo ważne! Może widział  cię ktoś inny z Pessaari?  — nalegał 

kapitan.

— Nie, na pewno nie!
—  Czy oprócz ciebie próbowano zwerbować do tej szkoły jeszcze kogoś innego spośród jeńców w 

obozie?

—  Nie,   z   okresu   mojego   pobytu   w   obozie   jenieckim   nie   mógłbym   podać   ani   jednego   takiego 

przypadku...

— Należałoby zatem uważać, że gdybyś, powiedzmy, którego dnia zjawił się w tym ośrodku, nikt by cię 

nie rozpoznał coś ty za jeden?

Łazarew potwierdzająco kiwnął głową.
Szef wydziału rozpoznawczego celowo wspomniał o tym — szukał odpowiedzi na pytanie, nurtujące go 

od  samego   początku   rozmowy  z   Łazarewem:   Może   ten   oficer   ROA  jest   właśnie   człowiekiem,  którego 
szuka?   Może   on   właśnie   mógłby   odegrać   główną   rolę   w   realizacji   planu   porwania   komendanta 
„Sonderschule — Lorelei”?

Postanowił na razie nic nikomu nie mówić o swym niezwykłym pomyśle. Chciał opracować najpierw 

do najmniejszych szczegółów plan i przekonać się ostatecznie, czy ten niecodzienny przybysz rzeczywiście 
nadaje się do wykonania ryzykownego zadania. Ale już w tej chwili należało jedno uczynić — nie zrywać 
kontaktu wysłannika Abwehry z jego dotychczasowymi przełożonymi!

Z nadmiaru nurtujących go myśli kapitan raptownie podniósł się z miejsca i krążąc tam i z powrotem po 

ziemiance, wydał pierwszy rozkaz Łazarewowi:

— Jutro rano zabierzesz radiostację, pójdziesz z naszym radzistą Weresajewem na polanę koło wsi 

Łuczki, o dwadzieścia pięć kilometrów stąd, nawiążesz łączność, no, ze swoimi przełożonymi...

— Byłymi przełożonymi! — wtrącił z naciskiem oficer ROA.
— Dobrze,   byłymi   hitlerowskimi   przełożonymi — poprawił, uśmiechając się kapitan — i nadasz 

taki   oto   meldunek!   Zapisz   sobie:  Dostałem   się   do   partyzantów.   Przyjęli   mnie,   stopniowo   zyskuję   ich  
zaufanie.   Wszystko rozwija się pomyślnie. Rozmawiałem z pułkownikiem Petakonem. Wkrótce następny  
meldunek. Kowalow.

Łazarew szeroko uśmiechnięty wysłuchał rozkazu na baczność, po czym zapytał:
— Zechcecie może polecić, aby zwrócono mi mój pistolet maszynowy? Przyniosłem przecież ze sobą 

broń i dwa zapasowe magazynki.

Piatkin dłuższą chwilę myślał, wreszcie lekko zmieszany odparł:
— Zastanowię się. Mamy jeszcze czas. Idź na razie spać, jutro porozmawiamy...
Jednak były oficer ROA nie otrzymał swej broni ani jutro, ani pojutrze, ani przez wiele następnych dni. 

background image

Z faktu tego mógł wyciągnąć tylko jeden jedyny wniosek: nie ufają, mimo wszystko ciąży na nim hańba 
dostania się bez oporu do niewoli, nie chcą zrozumieć, że znienawidzony mundur feldgrau założył tylko po 
to, by wyrwać się do swoich. Aleksander Łazarew miał jeszcze długo trwać w tej bolesnej świadomości, nim 
wreszcie   zrozumiał,   że   oficer   sztabu   brygady   nie   oddał   mu   pistoletu   maszynowego   nie   przez   jakąś 
podejrzliwość wobec człowieka, który wczoraj jeszcze służył wrogowi, ale dlatego, ponieważ upatrzył go 
sobie do wykonania innego, nieporównanie ważniejszego zadania niż strzelanie do faszystów w zwykłych, 
partyzanckich walkach.

WIECZÓR W „ALHAMBRZE”

Po około półgodzinnej jeździe Mercedes znalazł się w Pskowie. Liczące przed wojną blisko 70 tysięcy 

mieszkańców ruchliwe, rozbudowujące się miasto, było teraz w połowie zniszczone i prawie całkowicie 
wyludnione.   Zatrzymawszy   samochód   na   rozwidleniu   ulic   przed   słupem   drogowym   kierowca   zapytał 
pułkownika:

— A teraz prosto do Rygi?
Campe udał, że zastanawia się, wreszcie machnął ręką:
— Nie, pojedziemy najpierw do „Alhambry”.
Seidler skręcił w kierunku widocznego z daleka dyskretnie oświetlonego gmachu, w którym przed 

wojną mieścił się klub komsomolski, przekształconego teraz w restaurację i lokal rozrywkowy dla oficerów 
okupacyjnej   armii.   Wjechawszy   na   dziedziniec   przed   wejście   do  „Alhambry”,   żołnierz   wyskoczył, 
pośpiesznie otworzył drzwiczki limuzyny i wyprężony na baczność oczekiwał dalszych poleceń.

— Zjadłbym coś... Podobno dzisiaj są tu także jakieś występy. A wy możecie gdzieś zaparkować wóz i 

też wstąpić do środka, do kantyny dla podoficerów. Tam ogrzejecie się  — dorzucił łaskawi inspektor z 
Berlina.

—   Rozkaz!   —   stuknął   obcasami   żołnierz   i   właśnie   w   tej   chwili,   spostrzegłszy   w   rzędzie   wielu 

parkujących samochodów eleganckiego, niedawno naprawianego przez siebie  Buicka, dodał z uśmiechem 
niekłamanego zadowolenia: — Ależ oczywiście, chętnie skorzystam z pańskiego zezwolenia, Herr Oberst!

Dla konfidenta SD zagadkowe spotkanie szosie z cudzoziemcem stawało się coraz bardzieji intrygujące. 

Co, u licha — pomyślał — wygląda na to, że umówił się na spotkanie z pułkownikiem...

Campe wszedł na  ciemną  od dymu  papierosowego, ciasno  zatłoczoną  salę.  Na estradzie  mniej  niż 

skromnie ubrana tęga blondyna śpiewała niskim głosem przy akompaniamencie pijanych oficerów, miarowo 
bijących w dłonie lub uderzających kuflami piwa w blat stolików.

Pułkownik rozejrzał się dookoła i lekkim kiwnięciem głowy przywołał zaaferowanego kelnera, który 

natychmiast przybiegł zginając się w niskim ukłonie.

— Zaprowadźcie mnie do gabinetu!
Kelner wydobywszy klucze poszedł pierwszy hallem, proponując po drodze z poufałym zawodowym 

uśmieszkiem:

—   Zamówić   koniaczek,   rum,   kawę?   A   może   coś   jeszcze?   Mamy   dziś   ciekawych   gości   prosto   z 

Berlina...

Campe odmówił.
—  Nie, dzisiaj nie. Koniak, kawa, jak zwykle! O, i pan tutaj, redaktorze!  — zwrócił się z udanym 

zdumieniem do spotkanego przy szatni Svensona — Jak widzę, dobrze naprawiliśmy samochód i dojechał 
pan bez przeszkód. Pan jest tu sam? Tak, a gdzie pan siedzi?

— Ciasno jest dzisiaj, nie mam na razie miejsca, panie pułkowniku...
— O, żaden kłopot. Proszę ze mną do mojego gabinetu. Z panem tak miło się rozmawia.
I   nie   przewidując   sprzeciwu   pułkownik   kordialnie   wziął   pod   ramię   Szweda.   Dwóch   innych 

korespondentów wojennych, stojących w hallu z braku miejsca na sali, z zazdrością odprowadziło wzrokiem 
swego   kolegę,   którego   w   tak   manifestacyjny  sposób   zaszczycał   swą   uwagą   jakiś   bardzo   ważny  oficer 
Wehrmachtu.

Nie   tylko   oni   zauważyli  Campego   i   Svensona  —   akurat   z   bufetu   dla   szeregowych   wychodził   po 

wychyleniu   kufla   piwa   Seidler,   zmierzając   na   salę   dla   oficerów,   gdzie   śpiewała   słynna   Mizzi   Keller   z 
Berlina. Po tym wszystkim, co stało się w ciągu ostatniej godziny, nie wolno było spuszczać oka z tej pary... 
Wspinając  się   na  palce   i  przepychając   przez  sporą  grupkę  oficerów,   żołnierzy  i  cywilnych  urzędników 
niemieckich, dla których zabrakło miejsca na sali, Seidler zdążył zauważyć kątem oka, że kelner wprowadził 
pułkownika z dziennikarzem do pokoju numer trzy. Konfident przeszedł obok tych drzwi, rysując sobie w 
pamięci plan sytuacyjny.

background image

Mam ich w garści  — stwierdził z satysfakcją.  — Okno gabinetu, w którym siedzi Campe i ten facet, 

wychodzi   na   tę   samą   stronę,   co   okna   wielkiej   sali   jadalnej.   Wystarczy  więc   po  prostu   przejść   na   tyły 
budynku  i dyskretnie zajrzeć stamtąd do wnętrza. To bardzo ciekawe, co mogą robić ci panowie...

Seidler natychmiast wybiegł na dziedziniec, okrążył budynek i bez trudu znalazł obok wielkiej witryny 

sali interesujące go okno. Niestety, było ono na wysokim parterze i aby cokolwiek zobaczyć, potrzeba było 
stanąć na jakimś metrowej wysokości przedmiocie.

Żołnierz rozejrzał się dookoła za jakąś ławką czy stolikiem, ale niczego  nie znalazł. W odległości 

kilkunastu   metrów   dostrzegł   jednak   przy  murze   tablicę   ze   sprzętem   przeciwpożarowym  —  hydrantem, 
toporami, wiadrami i beczką wypełnioną piaskiem. No cóż, z braku czegoś lepszego i beczka byłaby dobra! 
Po   chwili   był   już   przy  niej   i   zaczął   ją   przetaczać,   gdy  nagle   zatrzymało   go   władcze  „halt!”   i   szczek 
repetowanej broni. Jak spod ziemi wyrósł wartownik, trzymający w ręku karabin przygotowany do strzału.

— Co tu robisz? — warknął. Seidler nie stracił zimnej krwi.
— No, co ty — powiedział pojednawczym tonem.  — Daj kolego popatrzeć się na tę Mizzi. Co ci 

szkodzi? W tej przeklętej Rosji człowiek już zdążył zapomnieć, jak wygląda prawdziwa niemiecka kobieta...

Wartownik był jednak niewzruszony.
— Pryskaj stąd — przerwał, ale po chwili udobruchał się ujrzawszy wyciągnięte ku sobie dwie paczki 

dawno już nie widzianych papierosów „Juno”.

— No, niech cię diabli, patrz sobie. — Schował szybko do kieszeni płaszcza papierosy i obejrzawszy 

się dodał ciszej: — Tylko pamiętaj, jakby cię ktoś tu przyłapał, ja nic nie widziałem, rozumiesz?

Seider   wspiął   się   na   beczkę   postawioną   o   dwa-trzy  metry  przed   murem,   tak   że   widział   nie   tylko 

odwróconą doń tyłem krygującą się na estradzie śpiewaczkę, ale także pokój swego szefa. Poprzez uchylone 
firanki zauważył przy zastawionym butelkami i filiżankami stole Campego i zdenerwowanego, milczącego 
cywila. Niestety, występ śpiewaczki przy akompaniamencie pijanej sali i zamknięte okno nie pozwalały mu 
usłyszeć, o czym mówią pułkownik z cudzoziemcem.

A tymczasem mówił Campe:
— Więc przerwano nam w momencie składania wyjaśnień, dotyczących charakteru posiadanej przeze 

mnie analizy statystycznej...

— Jeszcze raz mówię, panie Campe — przerwał, uderzając dłonią w stół Szwed. — Czas to pieniądz. 

Krótko! Kupujemy waszą siatkę i nieźle płacimy. Ale przed tym pierwsze pytanie: co to za chłopcy, jakie 
mają kwalifikacje i jakie daliście im zadania? Drugie pytanie: ilu konkretnie ludzi macie w tej chwili do swej 
dyspozycji? Po trzecie, muszę zobaczyć, inaczej nie zapłacę, dokładny wykaz wszystkich podlegających 
panu agentów, którzy już zostali przerzuceni do Rosji!

— Rozumiem. Chciałbym przede wszystkim stwierdzić, że nasze wszechstronnie wyszkolone kadry, 

przerzucone do bolszewików z długofalowymi zadaniami, to całkowicie zaufani ludzie, to zaciekli wrogowie 
ustroju komunistycznego. Możemy być zupełnie pewni, że nie zmienią swego stanowiska bez względu na to, 
kto będzie wydawał im instrukcje: Berlin czy ewentualnie inne ośrodki.

— No dobrze, a ma pan ze sobą ich imienny spis?
— Hm, chwilowo nie, ale...
—   A   co   pan   ma?   Tylko   te   cyferki?   No   dobrze,   niech   je   pan   da!   —   dziennikarz   niedbale   wziął 

maszynopis usłużnie podany mu przez Campego, złożył go i schował do portfelu.  — Później dokładniej 
przeczytam.

— Może pan nie śpieszyć się  — wyjaśnił Campe. — Po zapoznaniu się proszę pismo oczywiście od 

razu zniszczyć. Mnie ono nie jest już potrzebne. Wziąłem je z jednej z podległych mi jednostek. Dałem tam 
do   zrozumienia,   że   jest   to   notatka   służbowa   przeznaczona   wyłącznie   dla   mnie   do   pracy  nad   szerszym 
studium, które ostatnio przygotowuję.

Dziennikarz bezceremonialnie machnął ręką na znak, że nie obchodziło go, w jaki sposób inspektor z 

Berlina uzyskał dokumenty, które mu wręczył przed chwilą.

— Dobrze, ale kiedy pan wreszcie dostarczy tę listę waszego towaru?
Pułkownik celowo zwlekał z odpowiedzią, jak gdyby czekając, że nabywający sam zaproponuje wyższą 

cenę. Ale agent, jak widać, był niezłym kupcem. Szeroko uśmiechając się klepnął po ramieniu berlińskiego 
dygnitarza i zapytał z chytrym zmrużeniem oka:

— A może chce pan już wycofać się z tego interesu? Proszę bardzo, niech się pan nie boi. Znajdę takich 

dziesięciu jak pan. Za pieniądze nie robi mi pan żadnej łaski!

Pułkownik Campe zagryzł wargi, spurpurowiał i dopiero po chwili wyszeptał upokorzony:
—  Nie   wycofuję   się.   Piątego   stycznia   o   godzinie   osiemnastej   w   Rydze   przed   pomnikiem   Karola 

przyniosę kopię takiej listy. To już chyba wszystko na dzisiaj, prawda? — zakończył cichym głosem.

Svenson skinął głową.

background image

—   Będę   musiał   zaraz   odjechać,   kierowca   może   coś   podejrzewać  —   Campe   wstał   od   stołu   i 

wyprostowany z godnością złożył ukłon.

— A ja jeszcze trochę zostanę — odparł dziennikarz i nie krępując się towarzystwa wyższego oficera 

głośno ziewnął.

*

Seidlera już nie było pod oknem. Wystarczyło mu tylko to, co zobaczył — na jego oczach pułkownik 

wręczył jakieś papiery zagadkowemu Szwedowi. Konfident SD postanowił zagrać w tej chwili w otwarte 
karty  —   nie   mógł   przegapić   doskonałej   okazji   zdemaskowania   jednego   ze   starszych   oficerów   centrali 
wywiadu Wehrmachtu. Nie ulegało przecież wątpliwości, że Campe celowo spotkał się z cudzoziemcem i 
przekazał   mu   jakieś   notatki.   Zagadkę   mogła   rozszyfrować   natychmiastowa   interwencja   w   najbliższej 
placówce SD lub gestapo.

Żołnierz pospieszył z ogrodu do hallu, szukając aparatu telefonicznego. Czas był drogi — lada chwila 

mógł zawołać go Campe i odjechaać, a cywil pozostawszy w „Alhambrze” na pewno zdążyłby dobrze ukryć 
kompromitujące go materiały i wtedy szukaj wiatru w polu, wtedy wali się cały plan...

Rozglądając się zauważył metalowy szyldzik z napisem „Vervaltung” na drzwiach jednego z pokojów. 

Tu chyba znajdę telefon — pomyślał.

Zapukał i wszedł.
Drzemiący w fotelu za biurkiem łysy, w podeszłym wieku podoficer przetarł pięściami oczy i burknął 

coś niezrozumiałego.

—   Heil   Hitler!   —   Seidler   stanął   na   baczność   i   wyrecytował   jednym   tchem:  —   Jestem   kierowcą 

pułkownika Campe z Berlina. Przed chwili zepsuł mi się wóz, nie mogę go naprawić, a za kilka godzin 
pułkownik musi być w Rydze. Proszę pozwolić mi zatelefonować do komendy garnizonu! Chcę prosić o 
przysłanie mi pomocy.

— A dzwońcie, co mi tam! — warknął kierownik „Alhambry” i dalej zapadł w drzemkę.
Żołnierz wykręcił dobrze mu znany numer placówki gestapo w Pskowie.
— Sturmführer Borsig, słucham! — rozległ się w słuchawce obcy głos.
— Tu Hermann Seidler z jednostki WXS-3366 — podał kryptonim ujawniający wszystkim placówkom 

gestapo na terenach okupowanych, że mają do czynienia z agentem centrali SD, który wykonuje zadanie 
szczególnej wagi państwowej. — Przyślijcie natychmiast pomoc, zepsuł mi się samochód. Uszkodzenie jest 
poważne i wymaga jak najszybszej interwencji!

— Proszę podać jeszcze raz numer jednostki — usłyszał.
— WXS-3366, powtarzam WXS-3366. Czy zrozumieliście?
— Tak, zrozumiałem  — głos w słuchawce zabrzmiał innym tonem.  — Co wysłać? Czy wystarczy 

pluton SS i dwóch funkcjonariuszy cywilnych?

— Więcej pracowników cywilnych! Ale pośpieszcie się, bo jest bardzo mało czasu, a uszkodzenie zbyt 

poważne!

— Rozumiem! Za pięć minut sam przyjeżdżam z ludźmi. Jak was znaleźć?
—   Siedzę   w   czarnym  Mercedesie  na   parkingu   przed   wejściem   do  „Alhambry”.   Wóz   ma   tablicę 

rejestracyjną WH 721-080. Czekam!

Seidler akurat zdążył przejść z hallu kabaretu do Mercedesa i zająć miejsce za kierownicą, gdy przed 

bramę   zajechała   błyskawicznie   ciężarowa   „buda”,   z   której   zeskoczyło   na   ziemię   około   trzydziestu 
esesmanów i cywilnych gestapowców. Z kabiny kierowcy wyszedł oficer w mundurze SS i dojrzawszy w 
rzędzie ustawionych samochodów czarnego Mercedesa zbliżył się, porównał tablicę rejestracyjną z trzymaną 
w ręku kartką. Kierowca otworzył drzwiczki limuzyny i pytająco spojrzał.

— Sturmführer Borsig z gestapo — przedstawił się funkcjonariusz. — Wasze dokumenty!
Seidler wręczył mu przygotowaną uprzednio legitymację. Gestapowiec uważnie przeczytał i z uznaniem 

skinął głową.

— Proszę siadać — zaproponował niezbyt regulaminowo szeregowiec. — Mamy bardzo mało czasu. Tu 

w  „Alhambrze”,   w   gabinecie   numer   trzy   albo   na   sali,   znajduje   się   wysoki,   chudy,   elegancko   ubrany 
cudzoziemiec. To jest jego samochód — wskazał dłonią na stojący w głębi parkingu wóz. — Dziesięć minut 
temu   ktoś   wręczył   cudzoziemcowi   jakieś   dokumenty.   Sprawa   pachnie   szpiegostwem.   Trzeba   działać 
błyskawicznie. Proszę niezwłocznie obstawić cały budynek i nikogo nie wypuszczać z wyjątkiem mojego 
szefa,   pułkownika   Campe   z   centrali   Abwehry.   Zatrzymajcie   cudzoziemca   pod   byle   jakim   pretekstem, 
wylegitymujcie i dokładnie zrewidujcie. Jeśli znajdziecie przy nim wspomniane dokumenty, zabierzcie go do 
urzędu. Za trzy godziny zatelefonujcie do Rygi, Centrala „Wotan”, wewnętrzny 72-54. Stamtąd otrzymacie 

background image

dalsze   wskazówki.   Przypuszczalnie   jutro   rano   facet   specjalnym   samolotem   poleci   do   Berlina,   o   resztę 
zatroszczą się moi przełożeni z RSHA.

— A jeśli nic przy nim nie znajdziemy? — zapytał oficer.
— Wykluczam taką możliwość. Gdyby jednak, przeproście go, tłumacząc się pomyłką. Wiecie chyba, 

jak należy postępować w takich sytuacjach?

— Oczywiście. Zawsze coś się znajdzie. Uprzedzam jednak, że o wszystkim zamelduję...
Seidler roześmiał się.
— To wasza sprawa. Działam zgodnie z pełnomocnictwami. Mam prawo żądać od was pomocy. Zresztą 

szkoda czasu. Czy wszystko jest jasne?

— Jasne. Postaramy się zatrzymać gościa bez hałasu.
— To bardzo ważne. Życzę powodzenia. Heil Hitler!
Podlegający bezpośrednio jednemu z wyższych funkcjonariuszy centrali SD w Berlinie Seidler nie miał 

ani obowiązku, ani nawet prawa tłumaczyć funkcjonariuszowi gestapo wszystkich szczegółów niecodziennej 
sytuacji. Nie mógł mu zwłaszcza powiedzieć, że cudzoziemcowi przekazał materiały pułkownik Abwehry, 
którego on sam od dłuższego czasu obserwował. Seidler mógł żądać tylko pomocy, wszystko inne należało 
do jego przełożonych.

Oficer szybko przeszedł do swych ludzi. Gestapowcy, otrzymawszy odpowiednie instrukcje, podzielili 

się na mniejsze grupki. Część rozstawiła się na ulicy i dziedzińcu, reszta weszła do hallu. Bacznie wszystko 
obserwujący Seidler oparł głowę o szybę i czekając na powrót pułkownika Campe, udawał, że drzemie.

Po kilkunastu minutach na schodach kabaretu ukazał się Campe. Widząc, że kierowca nie podjechał po 

niego, podszedł do limuzyny i zapukał w szybę. Seidler, udając rozbudzonego, podniósł głowę.

— No, spaliście, jak widzę! Wyruszamy człowieku. Za dwie godziny muszę być w Rydze.
Kierowca potakująco skinął głową. Mercedes bezszelestnie ruszył z miejsca.

DOKUMENT ZMIENIA WŁAŚCICIELI

Zaraz po wyjściu Campego kelner uchylił lekko drzwi, domyślając się, że mężczyzna, którego gościł 

pułkownik z Berlina, dysponujący zarezerwowanym gabinetem, musi być chyba jakąś ważną i wpływową 
figurą.

— Czy szanowny pan jeszcze zostaje? — zapytał.
Szwed w milczeniu potwierdził niedbałym ruchem głowy.
— Czym mogą jeszcze służyć?
— Mocnej kawy!
— Z kawą są, hm, pewne trudności, szanowny panie...
Mężczyzna wyjął grubo napchany portfel i bez słowa położył na stole pięćdziesięciomarkowy banknot.
Kelner, już od dawna nie otrzymujący tak hojnych napiwków, wybiegł z gabinetu i po chwili wrócił z 

tacą, na której dymiła filiżanka z aromatycznym płynem.

— A teraz proszę mi nie przeszkadzać, chcę być sam! — powiedział z udaną flegmą gość.
Gdy kelner opuścił gabinet, Svenson wypił spory łyk kawy, wydobył otrzymane od Campego pismo i 

zaczął je czytać. Dokument pozornie nie był zbyt interesujący, toteż po kilkunastu minutach tej lektury 
odczuł znużenie. W głowie szumiało mu po wypitym koniaku, którym obficie go częstował pułkownik. 
Pomyślał, że warto byłoby umyć się zimną wodą i zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.

Schowawszy   do   portfela   raport   komendanta   „Lorelei”   dziennikarz   wyszedł   do   hallu.   Tu,   szukając 

toalety, zwrócił uwagę na coś nowego: w lokalu pojawiło się sporo osobników w czarnych, skórzanych 
płaszczach, wysokich butach z cholewami i tyrolskich kapeluszach. Ludzie, których w czwartym roku wojny 
w   całej   okupowanej   Europie   każdy   mógłby   od   razu   rozpoznać   jako   funkcjonariuszy   gestapo.   Szwed 
zauważył   jeszcze   na   dziedzińcu,   przed   wejściem   do   „Alhambry”,   odwróconego   plecami   żołnierza   w 
stalowym hełmie, opartego o karabin ustawiony między nogami.

Oho, to jakaś niepokojąca historia! — pomyślał. — Trzeba dokładniej zobaczyć, co się stało.
Po chwili znalazł się w toalecie. Była pusta. Jedynie u drzwi siedziała na taborecie przygarbiona kobieta 

w starszym wieku. Okno wychodziło na ulicę. Svenson szybko podszedł, otworzył je, wychylił się i bacznie 
rozejrzał. Tak, nie ulegało wątpliwości — budynek był dookoła starannie obstawiony łańcuchem żołnierzy i 
cywilów. Wszystko wskazywało na to, że Niemcy przyjechali po kogoś i w tej chwili prawdopodobnie 
szukają go już w samym gmachu. A może chodzi o jakiegoś rosyjskiego partyzanta, któremu udało się 
przeniknąć do lokalu rozrywkowego dla oficerów Wrhrmachtu? Wyjrzał jeszcze raz na dziedziniec. To, co 
zobaczył,  bardzo   go   zaskoczyło.   Przy  jego   samochodzie   majstrowali   dwaj   cywile   w   czarnych   skórach. 

background image

Przestraszył się, rewizja mogła go kosztować drogo. Gdyby znaleźli sprawozdanie Campego, nie byłoby dla 
niego żadnego ratunku. Trzeba natychmiast działać! — postanowił. Kto wie, czy gestapowcy nie czekają już 
w gabinecie numer trzy...

Ale współpracownik OSS nie zamierzał zupełnie zniszczyć sprawozdania komendanta  „Sonderschule 

IIC  —   Lorelei”.   Stanowiło   ono   zbyt   cenny   dokument.   Nie   tylko   pozwalało   zorientować   się,   jakimi 
możliwościami   kadrowymi   i   technicznymi   rozporządza   na   tym   odcinku   frontu   wschodniego   wywiad 
niemiecki,  ale   było   także   niedwuznacznym   dowodem  współpracy  pułkownika   Abwehry  z   amerykańską 
służbą  specjalną.  Dowodem, który zmuszał  tego nadętego,  pyszałkowatego  hitlerowca  do wykonywania 
dalszych rozkazów. Chodziło tylko o to, aby pismo chwilowo gdzieś dobrze schować, a potem wydostać je, 
kiedy gestapo zakończy akcję i odjedzie.

Staruszka, zauważywszy cywila stojącego przy otwartym oknie, nie zdziwiła się zbytnio. Pracując od 

wkroczenia   Niemców   do   miasta   jako   sprzątaczka   w   toalecie   „Alhambry”,   była   już   przyzwyczajona   do 
widoku gości, którzy wypiwszy o jeden kieliszek za dużo raptem zapragnęli samotności... Dobrze wiedziała, 
co w takim wypadku należy do jej obowiązków. Wziąwszy ręcznik, mydło i szklankę wody podreptała do 
swego klienta, wskazując mu głową drzwi do najbliższej kabiny.

Svenson, udając kompletnie pijanego, wychylił podaną szklankę, wymamrotał coś w podziękowaniu i 

zamknął się w ubikacji. Gdzie by tu schować ten papier?  — zastanawiał się, rozglądając dookoła. Uwagę 
jego zwróciło wiszące na ścianie lustro w ciężkiej, metalowej ramie. Szybko wydobył dokument, złożył 
starannie i wsunął z boku lustra między ramę a ścianę. Po chwili podszedł do umywalki, umył ręce, twarz, 
zmoczył   włosy,   wytarł   się   ręcznikiem  i   zaczesał.   Jeszcze   raz   dokładnie   sprawdził   zawartość   kieszeni   i 
portfela. Nie, sam diabeł by teraz niczego przy nim nie znalazł.

Rzuciwszy  na   talerzyk   babci   monetę   wyszedł   na   korytarz   pewnym   krokiem   i   udał   się   do   swego 

gabinetu. Zatrzymał go czyjś władczy głos:

— Halt! Geheime Staatspolizei!
Stało przed nim dwóch barczystych Niemców. Jeden z nich odwrócił klapę płaszcza i zażądał:
— Ihre Dokumenten, bitte!
—  Proszę  — spokojnie przedłożył legitymację prasową korespondenta wojennego, wystawioną przez 

Propaganda-Abteilung przy OKW w Berlinie oraz paszport obywatela Królestwa Szwecji.

Obaj   funkcjonariusze   niezwykłe   starannie   obejrzawszy   papiery   z   porozumiewawczym   uśmiechem 

spojrzeli na siebie, jak gdyby mówiąc: Mamy ptaszka! Cudzoziemiec, wysoki, szczupły, elegancki, wszystko 
się zgadzało. Jeden z nich jeszcze zapytał:

— Ma pan tu ze sobą samochód?
— Tak.
— Jakiej marki?
— Buick, sportowy kabriolet.
Gestapowcy nagle zapomnieli o dobrych manierach. Ten, który pytał o samochód, widocznie starszy, 

błyskawicznie włożył rękę w kieszeń spodni, a drugi brutalnie chwycił Svensona za ramię i z siłą popchnął 
go naprzód, prowadząc do oddzielnego, pustego pokoju. Tu kazano mu stanąć twarzą do ściany i podnieść 
ręce na kark. Jeden z funkcjonariuszy, najpierw fachowo obmacawczy go od góry do dołu, czy nie ma przy 
sobie broni, zaczął podawać drugiemu, siedzącemu przy stole, wszystko, co kolejno wydobywał z kieszeni.

Dziennikarz nie tracił tupetu:
—   Panowie,   to   jakaś   omyłka!   Co   to   jest?   Ja   złożę   protest.   Jestem   dziennikarzem,   szwedzkim 

obywatelem...

Skrupulatna rewizja zakończyła się tym,  ani u Szweda, ani w gabinecie  Campego, ani wreszcie  w 

samochodzie   niczego   podejrzanego   nie   znaleziono.   Gestapowcy   przybrali   mocno   niewyraźne   miny. 
Wezwany sturmführer Borsig też nie bardzo wiedział, co zrobić z tym fantem. Wyglądało na to, że agent 
centrali SD, udający szofera, który zawezwał pilnej pomocy, został po prostu wystawiony do wiatru... No, 
już ja mu zatelefonuję! — pomyślał wściekły z powodu niepowodzenia całej akcji szef placówki gestapo. Z 
drugiej  strony nie  mógł   się  oprzeć  złośliwej  radości,   że  grający  „ważnego”  kolega  z  samej  „góry”   tak 
brzydko wpadł...

Sytuacja była  bardzo przykra. Szwed mógł  poskarżyć  się gdzieś wyżej, omyłka agenta SD groziła 

wybuchem skandalu w Berlinie. Nie pozostawało nic innego, jak tylko przeprosić cudzoziemca i przedstawić 
mu incydent jako fatalne nieporozumienie.

— Panie redaktorze — ze skruszonym uśmiechem tłumaczył się szef gestapo. — Jest mi niesłychanie 

przykro   za   omyłkę,   której   padł   pan   ofiarą.   Godzinę   temu   otrzymaliśmy   poufną   wiadomość,   że   w 
„Alhambrze” znajduje się groźny rosyjski terrorysta, który chciał rzucić bombę na salę. Rozumie pan chyba, 
że   naszym   obowiazkiem   było   jak   najszybsze   podjęcie   wszelkich   środków   ostrożności...   Jeszcze   raz 

background image

wyrażam swoje głębokie ubolewanie — zakończył stukając obcasami.

Svenson nie miał żadnego powodu do przypuszczenia, że mogła być jakakolwiek inna przyczyna nalotu 

gestapo na „Alhambrę” i poddania go brutalnej rewizji. Bo o tym, że dostał godzinę temu niezwykle ważny, 
ściśle tajny dokument — wiedziało tylko dwóch ludzi: on, Svenson, i Campe. Ani on, ani Campe nie mogli 
przecież zdradzić.

Wkrótce po tym gestapo przerywało akcję w lokalu. Svenson odetchnął z ulgą. Upewniwszy się, że nikt 

go nie śledzi, udał się do toalety po ukryty dokument. Sięgnął dłonią pod lustro. Ale co to? Niczego nie 
znalazł!   Jeszcze   raz   przesunął   palcami   wzdłuż   obwodu   lustra,   po  tym   pomógł   sobie   długim,   srebrnym 
ołówkiem. I znów bez wyniku. Na podłodze również nic nie leżało. Maszynopis w zagadkowy sposób ulotnił 
się jak kamfora!

Svenson spocił się, zbladł jak kreda i gorączkowo zastanawiał się, co ma czynić. Opanował się nieco, 

przybrał obojętny wyraz twarzy i wyszedł z kabiny. Od razu podszedł do staruszki, nadal drzemiącej przy 
drzwiach,   i   zapytał,   czy   nie   znalazła   przypadkiem   w   ubikacji   po   jego   wyjściu   zgubionego   pisma 
maszynowego.

Babcia coś sennie wymamrotała po rosyjsku, w języku, z którego nie rozumiał ani słowa. Powtórzył 

jeszcze raz pytanie, możliwie zrozumiale objaśniając na migi, o co mu chodzi. Staruszka na wszystko kiwała 
tylko głową, co mogło oznaczać, że albo nie rozumie, co się do niej mówi, albo niczego nie znalazła.

Co Szwed mógł zrobić? Niewiele. Był bezsilny. Na pewno nie miało sensu prosić Niemców o pomoc w 

odszukaniu szpiegowskich dokumontów, które w pierwszym rzędzie pogrążyłyby jego, redaktora Svensona. 
Trudno, stało się — pomyślał zrezygnowany. Ostatecznie pismo, które przekazał mu Campe, nie było znów 
tak   cenne  —  próbował   siebie   pocieszyć.   Najbardziej   wartościowe   materiały   dygnitarz   Abwehry   miał 
dostarczyć   mu   dopiero   5   stycznia   w   Rydze.   A   o  to,   że   maszynopis   podpisany  przez   majora   Krebsa   z 
„Sonderschule” Pessaari mógłby dostać się w ręce gestapo i kosztować głowę pułkownik Campe  — o to 
Szwed najmniej się martwił.

Zresztą — przyszło mu jeszcze na myśl — mało prawdopodobne jest, aby papiery znalazło gestapo. Po 

pierwsze, zatrzymano go akurat po wyjściu z toalety i od razu po zrewidowaniu przerwano akcję w całym 
lokalu. Stąd wniosek, że do toalety już nikt z gestapowców nie wchodził. Po drugie, gdyby jakimś cudem 
zdołali   oni   odnaleźć   dokument,   z   pewnością   nie   zwolniono   by  go   tak   gładko,   w   dodatku   jeszcze   tak 
wylewnie przepraszając...

W rzeczywistości ściśle tajna notatka służbowa miała po wielu perypetiach dostać się do kogoś innego. 

Cóż bowiem stało się w ciągu tych kilkunastu dramatycznych minut?

Od razu po wyjściu Svensona z toalety zatrudniona w lokalu rozrywkowym dla „panów niemieckich 

oficerów” Maria Gierasimowna podreptała do ubikacji w celu sprzątnięcia jej. Wycierając szmatką lustro 
spostrzegła, że wypadło spod niego kilka złożonych bibułek maszynopisu. A to Nikołaj ucieszy się!  — 
pomyślała, chowając papier. Mąż ostatnio narzekał, że nie ma już w czym palić tytoniu, który hodował sobie 
w ogródku.

Nikołaj Timofiejewicz rzeczywiście ucieszył się, ale ku zdziwieniu żony nie zapalił w przyniesionym 

papierze ani jednego papierosa. Coś go po prostu tknęło. Pieczątki, cyfry, tablice, dziwne znaki — wszystko 
wskazywało na to, że trzyma w ręku jakiś być może ważny dokument, przypuszczalnie zagubiony przez 
niezbyt trzeźwego Niemca.

Stary wiedział, co powinien uczynić w takim wypadku każdy uczciwy człowiek. Żonie nie powiedział o 

swym spostrzeżeniu ani słowa i nie zwlekając, jeszcze przed śniadaniem, udał się do mieszkającego opodal 
przedwojennego   nauczyciela   miejscowej   szkoły   średniej,   który,   jak   słusznie   przypuszczał,   mógł   mu 
zorganizować   kontakt   z   towarzyszem  „Wiktorem”.   Pseudonimu   tego   używał   przebywający   w   ukryciu 
sekretarz zakonspirowanego miejskiego komitetu partii. Po ewakuacji Pskowa pozostał on na miejscu celem 
zorganizowania ruchu oporu na zapleczu frontu. Sąsiad Nikołaja Timofiejewicza wysłuchał w milczeniu 
niecodziennej prośby i obiecał, że „coś się zrobi”.

Tego samego dnia, o zmierzchu, do stojącego na dalekim przedmieściu domku staruszków zapukał 

młody człowiek. Po kilkunastu minutach nieznajomy wyszedł na ulicę, bacznie rozglądając się, czy ktoś go 
nie śledzi. Za cholewą buta miał dobrze ukryte sprawozdanie komendanta „Lorelei”. Po pułkowniku Campe, 
redaktorze  Svensonie, Marii Gierasimownie i jej mężu dokument znów miał zmienić właściciela...

DALSZE PERYPETIE PISMA

Teraz,   gdy   znalazł   się   już   odpowiedni,   jak   się   wydawało,   człowiek   do   realizacji   planu   porwania 

komendanta „Lorelei”, Piatkin przystąpił do systematycznego przygotowywania zamierzonej operacji. Szef 

background image

II wydziału zawsze działał zgodnie z zasadą „podstawę sukcesu stanowi należyte rozpoznanie przeciwnika”. 
Innymi słowy, trzeba było zacząć od zebrania maksimum wiadomości o ośrodku wywiadowczym w Pessaari. 
I wtedy rozpoczęło się to, co Gieorgij Iwanowicz nazywał „wędrówkami po świecie”.

Tak   więc   któregoś   dnia   kapitan,   niepozornie   ubrany   i   zaopatrzony   w   przyzwoicie   sfabrykowany 

„ausweiss”, wybrał się w teren. Takie wojaże nie były dlań pierwszyzną. Poza stroną czysto „służbową” — 
zbieraniem informacji wywiadowczych czy wydawaniem bieżących instrukcji licznym współpracownikom 
we wsiach i miasteczkach  — wędrówkom tym przyświecał jeszcze inny cel. Ludziom na okupowanych 
obszarach potrzeba było stale przypominać, że wróg przebywa na tej ziemi tymczasowo, że ludzie radzieccy, 
wbrew hitlerowskiej propagandzie, bynajmniej nie załamali się, ale prowadzą nadal walkę, przybliżając 
nieuchronny dzień wyzwolenia.

Jako pierwszy etap swej drogi kapitan wybrał Psków. W mieście zamierzał porozmawiać bezpośrednio 

z   towarzyszem  „Wiktorem”,   przywódcą   podziemia   antyfaszystowskiego,   utrzymującym   stały   kontakt   z 
działającą   w   pobliżu   brygadą   partyzancką.   Oficer   kontrwywiadu   wiedział,   kim   był   ten   człowiek. 
Wielokrotnie już przekazywali sobie różne informacje.

Od razu też skierował się na rojny i gwarny bazar. Nikomu z tłoczących się tu ludzi nie chciało się 

pracować na hitlerowców, a przecież w jakiś sposób trzeba było zdobywać najskromniejsze środki do życia.

Mieszkańcy miasta wymieniali tu resztki odzieży i mienia domowego na nieco ziemniaków i warzyw, 

dowożonych przez okolicznych rolników. Pełno tu było zwykłych gapiów. Pomiędzy straganiarzami kręcili 
się sprzedawcy „bimbru”, ktoś głośno zachwalał budzik, inny pchał każdemu do ręki zardzewiały czajnik, 
jakoś kobiecina rozłożyła przed sobą na wpół zjedzony przez mole kołnierz futrzany, buty filcowe i kilka 
wypchanych ptaków. Wynędzniały, bezzębny staruszek obnosił metalowe łańcuszki, zachwalając swój towar 
jako carską biżuterię. Nie brakowało w  tym  tłumie żołnierzy niemieckich, szukających czegoś, co można 
byłoby przesłać jako pamiątkę z Rosji do rodzin w Rzeszy.

Piatkin podszedł do jednego ze straganów. Sprzedawano tu używane obuwie. Spokojnie odczekał aż 

oddalą się klienci i w odpowiedniej chwili podał sprzedawcy za ladą całkiem niewinnie brzmiące hasło:

— Czy macie buty z cholewami numer czterdzieści dwa z mińskiej fabryki, ale z podwójną futrówką?
Właściciel straganu obrzucił pytającego badawczym spojrzeniem.
— Mamy takie buty, ale z Połocka — odpowiedział i obejrzawszy się dodał: — Wejdźcie za przegrodę, 

do szefa. Tam przymierzycie.

Piatkin z aprobatą kiwnął głową. W uzgodnionym szyfrze znaczyło to, że towarzysz  „Wiktor” gotów 

jest przyjąć go.

Kapitan      wszedł   na     zaplecze     straganu,   gdzie w ciasnej słabo oświetlonej komórce mieściła 

pracownia szewska. Podchodząc do drobnego, siwowłosego mężczyzny w okularach, siedzącego na zydlu i 
trzymającego między kolanami but na kopycie, Piatkin w półmroku potknął się o jakąś skrzynię. Działacz 
partyjny, a obecnie szewc zaopatrzony w wydaną przez władze okupacyjne kartę rzemieślniczą, podniósł 
głowę i z uśmiechem podszedł ku przybyszowi.

— Uważaj, Gieorgiju Iwanowiczu, nie łam nóg, muszą ci wystarczyć na dojście do Berlina!
— A ty, towarzyszu „Wiktorze” — odciął się Piatkin — nie ucz innych, a sam lepiej pracuj dla wielkiej 

Rzeszy!

— Siadaj! — „Wiktor” podsunął stolik. — Opowiadaj, co w świecie słychać.
Kapitan zaczął mówić o ofensywie radzieckiej na kierunku smoleńskim, rozwoju walki partyzanckiej na 

zapleczu wroga, o nieuchronnie zbliżającym się dniu zwycięstwa. Z kolei towarzysz „Wiktor” przekazał jak 
zwykle cenne informacje wywiadowcze o zmianach w składzie garnizonu w Pskowie, wymienił jednostki, 
które   ostatnio   przemaszerowały   przez   miasto   w   drodze   na   front   lub   po   rozbiciu   zostały   wycofane   z 
przedniego   skraju   na   tyły.   Wiadomości   te   uzupełniał   dokładnymi,   rzeczowymi   spostrzeżeniami, 
świadczącymi o nastrojach przygnębienia wśród niemieckich żołnierzy i oficerów.

Z   kolei   szef   II   wydziału   przeszedł   do   właściwego   celu   swej   wyprawy   do   Pskowa.   Jak   gdyby 

mimochodem   zapytał,   czy   sekretarz   ma   jakieś   dane   na   temat   garnizonu   we   wsi   Pessaari?   Towarzysz 
„Wiktor”, jak się okazało, uzyskał o tym garnizonie nieco informacji. Doniesiono mu mianowicie, że stoi 
tam   batalion   wojsk   SS,   jakaś   specjalna   szkoła,   której   nie   zdążył   jeszcze   należycie   rozpoznać,   oraz 
przydzielona   do   niej   kompania   pomocnicza,   używana   do   różnego   rodzaju   prac   gospodarczych   w   tej 
jednostce.   Niektórzy   ludzie   wspomnianej   kompanii,   zwłaszcza   wykazujący   się   szczególną   gorliwością 
łotewscy  faszyści, a także ściągnięci z całej Europy białogwardziści, czasami wyznaczani są w tej szkole do 
pełnienia różnych funkcji.

— A kto konkretnie melduje wam o wszystkim? — zapytał Piatkin.
—   W   Pessaari   mamy   pewnego   starszego   towarzysza  łotewskiego,   uczestnika   Rewolucji 

Październikowej. Po wkroczeniu Niemców przeniósł się tam na wieś do rodziny, aby zanadto nie wpadać w 

background image

oko hitlerowcom i ich pomocnikom. Staruszek lubi sobie rozmawiać z rozmaitymi ludźmi, między innymi z 
żołnierzami tej kompanii wartowniczej. Od czasu do czasu przychodzi tu do mnie do Pskowa i jak usłyszy 
coś ciekawego, dzieli się tym ze mną.

— Jak nazywa się ten staruszek?
— Jan Karlis.
— Dajcie znać Karlisowi, że wkrótce zgłosi do niego pewien młody człowiek ode mnie. Wymieni 

hasło: „Przyjeżdżam od ciotki Marty z Tuły”. Niech mu udzieli wszelkiej jak najdalej idącej pomocy.

Następnie uzgodniono sposób pilnego przekazywania wszystkich nawet pozornie błahych informacji 

dotyczących garnizonu Pessaari. Gieorgij Iwanowicz nie uznał za stosowne choćby jednym słowem zdradzić 
się, dlaczego tak bardzo interesuje go „Sonderschule — Lorelei”. Tego wymagała bezwzględnie panująca w 
jego pracy zasada, że o pewnych sprawach powinien wiedzieć tylko ten, kto musiał wiedzieć. Nie chciał 
ponadto mówić o swym planie operacji w Pessaari przed przygotowaniem wszystkich jego elementów, a 
było ich przecież wiele.

Rozmowa obu mężczyzn  zbliżała się już ku końcowi. Sekretarz, jak gdyby przypominając sobie o 

czymś, rzekł jeszcze z zagadkowym uśmiechem:

— A tu mam coś dla was, gdyby wam dokuczała bezsenność, przeczytajcie to sobie w łóżku — podał 

starannie złożone kartki maszynopisu, które dwa dni temu doręczono mu, twierdząc, że znalazła je staruszka 
Maria Gierasimowna, sprzątaczka w niemieckim kabarecie oficerskim „Alhambra”.

Piatkin rozłożywszy kartki na kolanie przysunął bliżej lampę naftową. Słabo znając niemiecki, nie mógł 

zrozumieć treści dokumentu. Ale tknął go podpis: major Krebs! Ponadto podłużna pieczątka w lewym rogu 
pierwszej stronicy  „Sonderschule IIC — Lorelei” oraz nadruk „Geheime Staatsache” miały dostatecznie 
jasną wymowę. Kapitan od razu zorientował się, że pismo, które trzymał w ręku, mogło odegrać kapitalną 
rolę w rozszyfrowaniu tajemnicy ,,Lorelei”...

Zaczynało już ściemniać się, gdy Piatkin po pracowicie spędzonym dniu mijał w drodze powrotnej 

ostatnie zabudowania Pskowa. Do godziny policyjnej, po której gęsto snujące się niemieckie patrole strzelały 
bez   pardonu   do   każdego   napotkanego   na   ulicy  człowieka,   pozostało   akurat   tyle   czasu,   by  dotrzeć   do 
przecinającej   szosę   ścieżki,   skąd   całkiem   bezpiecznie   po   całonocnym   marszu   można   było   dojść   do 
pierwszych   partyzanckich   posterunków.   Przed   nieoczekiwanymi   przygodami   chronił   kapitana   dobrze 
schowany pistolet. Piatkin mimo woli dotknął kieszeni watowanej kurtki, gdzie na wysokości piersi tkwił 
niezawodny, zdobyczny wałter. W tej samej chwili z ostatniego domu przy drodze wyszedł zataczając się, 
widać mocno pijany, wysoki, opasły policjant.

Ujrzawszy idącego   z  przeciwka   samotnego   mężczyznę   już   z  daleka   krzyknął:  „Halt!”  Gdy  Piatkin 

posłusznie przystanął, policjant zaczął go wypytywać o nazwisko, imię, miejsce zamieszkania, skąd idzie, u 
kogo i po co był w Pskowie, z czego się utrzymuje?...

Grubas po grzecznych, rzeczowych i zdecydowanych odpowiedziach kapitana przez chwilę zastanowił 

się i w końcu wybełkotał:

— Dobra, pójdziemy na komisariat, a tam dokładniej zobaczymy, coś ty za ptaszek?
Piatkin uważnie rozejrzał się — droga była pusta.
— Panie władzo, mam ausweiss i legitymację pracownika tartaku, należącego do władz niemieckich. 

Muszę zaraz iść do pracy, panowie oficerowie będą gniewać się, gdy przyjdę późno...

— No, pokaż ten ausweiss i legitymację! — zmiękł trochę policjant.
Kapitan rozpiął kurtkę, wydobył ausweiss i udał, że szuka legitymacji. Korzystając z chwili nieuwagi 

policjanta,  zdążył błyskawicznie  wyszarpnąć  odbezpieczony pistolet.  Jeden  strzał wybawił  go z  opresji. 
Olbrzym z cichym jękiem zwalił się na ziemię. Piatkin odebrał swój ausweiss, schował pistolet i dokumenty 
znalezione przy policjancie, wciągnął ciało do przydrożnego rowu. Jeszcze  raz obejrzał się, skręcił w pole i 
na przełaj dotarł do lasu.

O świcie, po nocnym forsownym marszu, dotarł do obozu brygady.

RODZI SIĘ KONKRETNY PLAN

Jak każdego dnia rano Wiera zameldowała się u swego szefa w ziemiance sztabowej w celu otrzymania 

nowych  zadań.  Tym  razem dziewczyna   była  czymś  wyraźnie  wzburzona:  trzęsły  się  jej  ręce,   nerwowo 
zaciągała się gryzącym dymem z grubego „skręta” ściśniętego między wargami.

Kapitan,   który   przespał   się   już   kilka   godzin   po   nocnej   wyprawie,   badawczo   przyjrzał   się   swej 

tłumaczce.

— Co ci się stało? — zapytał. — Ech, Wiera, Wiera, znowu dymisz jak komin fabryczny! Zobaczysz, 

background image

któregoś dnia napiszę do rodziców, jak się sprawujesz!

Dziewczyna zdawała się nie zwracać uwagi na żartobliwy ton przełożonego.
—  Poczekajcie na razie z tym pisaniem! Dobrze, że chociaż znaleźliście nas po powrocie żywymi. 

Wczoraj było nam tu gorąco, wymacała karna ekspedycja. Chyba kompania esesmanów była już nie dalej 
jak sto metrów stąd. Niewiele brakowało, żeby nas okrążyli...

— Wiem, słyszałem już o tym — przerwał kapitan. — I to cię tak zdenerwowało?
— Nie, nie tylko. Chciałam wam powiedzieć, że gdyby nie on...
— Co za on? — zapytał zaintrygowany oficer.
— No,  Łazarew! Nie brał udziału w walce, bo nie daliście mu broni. Raptem gdzieś znikł. Potem 

okazało się, że znalazł u jakiegoś zabitego Niemca kilka granatów, poszedł z nimi i przeczekał schowany w 
zaroślach,   aż   przejdzie   hitlerowska   tyraliera.   W   pewnej   chwili   podczołgał   się   pod   niemiecki   karabin 
maszynowy i wybił obsługę. Gdy esesowcy  podchodzili  już  pod  nasze  ziemianki, zatrzymał  ich  kilkoma 
seriami z  tyłu. Hitlerowców  z  miejsca  ogarnął  popłoch.  Przypuszczali widocznie, że wpadli w zasadzkę, 
że mają do czynienia z większymi siłami. Zaczęli uciekać jak opętani, a wtedy nasi chłopcy ruszyli do 
przodu i przepędzili Niemców z lasu.

Piatkin pokręcił głową z podziwem i uśmiechnął się.
— Zuch! To bardzo ładnie z jego strony!
Wiera nagle przestała panować nad sobą i bardzo nieregulaminowo tupnęła nogą.
— Ale bardzo nieładnie z waszej strony! Dlaczego nie oddajecie mu broni? Jeżeli nie macie do niego 

zaufania,   to   go   rozstrzelajcie.   A   tak,   to   po   prostu   nieludzkie.   Dlaczego   dręczycie   dobrego,   uczciwego 
chłopca? On tak cierpi... — zakończyła wybuchając płaczem.

Masz babo placek! Wygląda na to, że nasza Wieroczka zadurzyła się w lejtenancie — pomyślał kapitan.
—  Dość!  — przerwał jej z udaną ostrością.  — Szeregowiec Orłowa, nie zapominajcie, że jesteście 

żołnierzem,  że   pracujecie   w   specjalnej   służbie!   Kto   was   nauczył   w   ten   sposób   zwracać   się   do   swego 
przełożonego?

Dziewczyna momentalnie stanęła na baczność i ściągnęła usta jak dziecko bliskie płaczu. Przez chwilę 

panowało milczenie.

—   Siadaj   —   dodał   już   miękko   kapitan.  —   Słuchaj   uważnie,   co   ci   teraz   jako   pracownikowi 

kontrwywiadu powiem. Jesteś pierwszą osobą, z którą rozmawiam na ten temat. Przede wszystkim, skąd 
przyszło ci na myśl, że nie ufam temu twojemu Łazarewowi? Że nie oddałem mu pistoletu maszynowego? A 
nie pomyślałaś sobie czasem, że to może świadczyć o tym, iż mam do niego więcej zaufania niż do każdego 
innego człowieka z naszej brygady?

— Tak, tak — ciągnął dalej zauważywszy zdumienie w szeroko otwartych oczach Wiery —  to brzmi 

trochę dziwnie, prawda? Musisz pamiętać o jednym, wytypowałem tego „dobrego, uczciwego chłopca” do 
wykonania pewnego specjalnego, bardzo ważnego zadania. O tym dowiesz we właściwym czasie. A ty masz 
do mnie pretensje, że nie dałem mu broni, tak jakbyśmy za mało mieli ludzi w brygadzie gotowych do walki. 
Jesteś oburzona, że nie pozwalam, aby tego bardzo cennego człowieka nie sprzątnęła w pierwszym lepszym 
starciu faszystowska kula! A może ja właśnie chcę, aby lejtenant Aleksander Łazarew wrócił z tej wojny z 
wielkim orderem? Ech, ty głuptasku  — zakończył kapitan i po ojcowsku pogładził dziewczynę po jasnej 
głowie.  —  Możesz   zresztą   dać   do   zrozumienia  Łazarewowi,   że   w   pełni   mu   ufam  i   wiele   się   po   nim 
spodziewam.

Wiera głęboko westchnęła i z przejęciem rzekła:
— Dziękuję wam, Gieorgiju Iwanowiczu, gorąco dziękuję!
Piatkin jeszcze chwilę nad czymś zastanawiał się, po czym wyciągnął z kieszeni kartki, które otrzymał 

od towarzysza „Wiktora”.

— No, dosyć tego dobrego, czas zabrać się do roboty. Zobacz, co to jest.
Wiera rozłożywszy kartki referowała:
— Na  tyle,  na  ile  zrozumiałam,  komendant  jakiejś  „Sonderschule  IIC  —  Lorelei”  omawia  wyniki 

działania swej jednostki w okresie ostatnich sześciu miesięcy. W rubrykach podaje liczbę, jak pisze, elewów, 
przeciętne wyniki jakichś egzaminów. W dalszej rubryce pod tytułem  „skierowani na tyły” znowu jakieś 
cyfry. Mowa dalej o łączności radiowej, materiałach fotograficznych, metodach szyfrowania. Pełno cyfr, 
kryptonimów. Prawdę mówiąc, nie bardzo rozumiem, o co chodzi...

Piatkin, jak zwykle gdy coś ważnego przychodziło mu do głowy, zaczął krążyć po ziemiance.
— Co jeszcze jest w tym piśmie? — zapytał.
—   To   sprawozdanie   jest   adresowane   do   Oddziału   IIIB   Abwehry   w   Berlinie.   Zaopatrzone   jest   w 

pieczątkę „Sprawy państwowej wagi”, to znaczy, że jest więcej niż ściśle tajne. Należą się wam gratulacje 
kapitanie, za zdobycie tych papierów! Gdyby gestapo dowiedziało się, że ten dokument jest w waszym ręku, 

background image

ktoś z tej „Sonderschule” na pewno musiałby drogo za to zapłacić...

Dziewczyna nie skończyła jeszcze, gdy oficer kontrwywiadu raptem przystanął w miejscu jak wryty.
— Poczekaj, coś powiedziała?
Orłowa nieco przestraszona zachowaniem się swego przełożonego, którego znała jako zawsze bardzo 

opanowanego, powtórzyła:

— Ja nic, pomyślałam tylko, że Niemcy na pewno nie pogłaskaliby po głowie kogoś, kto oddał czy 

zgubił taki dokument, i to z nadrukiem „Geheime Reichssache”...

Piatkin zaczął znów nerwowo krążyć po ziemiance. Dziewczyna, sama nie wiedząc o tym, podsunęła 

mu  pewien   niezwykle  interesujący pomysł.  A  gdyby  tak  —  zastanawiał  się  kapitan  —  wykorzystać  tę 
sytuację,   wyręczyć   jakiegoś   inspektora   z   Berlina   i   występując   w   jego   charakterze   pociągnąć   do 
odpowiedzialności komendanta „Lorelei” jako winnego wydostania się na zewnątrz dokumentu, który nosił 
jego podpis? Czysta fantazja czy okazja, o jakiej można tylko marzyć?

Na samą myśl o tym kapitanowi zrobiło się gorąco. Usiadł na ławce, rozpiął kurtkę, wydobył woreczek 

z tytoniem i drżącymi palcami usiłował zawinąć „skręta”. Wiera pośpiesznie podała mu ogień. Głęboko 
zaciągnął się dymem, znów zerwał się z ławki i zaczął krążyć jak lampart po klatce. Sprawcę należało 
gruntownie przemyśleć i zrodzony nagle pomysł szczegółowo, do najmniejszej drobnostki opracować. Do 
tego potrzeba było przede wszystkim absolutnego spokoju.

Kapitan zwolnił swą pracownicę.
— Weź ten papier  — powiedział kierując się do drzwi  — i możliwie szybko przygotuj mi dokładne 

tłumaczenie na piśmie. A ja przez ten czas przejdę się trochę po lesie...

Po około dwugodzinnym spacerze kapitan Piatkin powrócił do obozu uspokojony, uśmiechnięty. Miał 

powód do zadowolenia  — przyniósł ze sobą opracowany w ogólnych zarysach plan operacji, plan, nad 
którym   bezustannie   myślał   od  dnia,   gdy  po  raz   pierwszy  zetknął   się   z   nazwą  „Lorelei”   w   zeznaniach 
niecodziennego zbiega z Wehrmachtu — antyfaszysty, gefreitra Klausa Wernera.

Plan  zakładał,  że  do  szkoły Abwehry w  Pessaari  uda  się  trzech  — czterech   specjalnie   dobranych, 

poinstruowanych   i   należycie   wyekwipowanych   ludzi   w   charakterze   wysłanników   centrali   SD   w   celu 
wyjaśnienia zagadki przeniknięcia poza mury „Sonderschule” ściśle tajnego dokumentu. Przedstawiając go 
komendantowi ośrodka, funkcjonariusze SD wytłumaczą, że dokument został znaleziony przy jednym ze 
zlikwidowanych ostatnio pracowników wywiadu radzieckiego. W toku wstępnego śledztwa, prowadzonego 
w   przyspieszonym   tempie,   wysłannicy   z   Berlina   zażądają   szczegółowych   wyjaśnień,   a   następnie, 
wykorzystując moment zaskoczenia, wyprowadzą majora Krebsa pod pretekstem na przykład wyjazdu do 
placówki SD w Rydze w celu dalszego przesłuchania. Gdy komendant „Lorelei” znajdzie się poza obrębem 
szkoły, o resztę zatroszczą się partyzanci...

Ta ryzykowna, nieprawdopodobnie zuchwała akcja musiała być przeprowadzona błyskawicznie, by nie 

wywołać alarmu w szkole. Jej powodzenie uzależnione było przede wszystkim od swobodnego przedostania 
się na ściśle strzeżony teren „Lorelei”. Oficerów SD powinien ktoś wprowadzić do szkoły. Piatkin, rzucając 
wysoką stawkę na jedną kartę, doszedł do wniosku, że ma już takiego człowieka. Obserwował go od dawna i 
teraz, ważąc na zimno szanse, postanowił zaryzykować...

Na pniu ściętej sosny siedział Łazarew i starannie czyścił zdobyty poprzedniego dnia, rozebrany na 

części niemiecki pistolet maszynowy. Kapitan zbliżywszy się podniósł z rozpostartej na ziemi szmaty zamek 
nie znanej mu dotychczas broni i uważnie oglądając go, zauważył:

—  Ładna   sztuka.   To   ostatnia   zdobycz,   co?   Meldowano   mi   właśnie,   że   wczoraj   bardzo   ładnie 

popisaliście się w walce! Postanowiłem formalnie wystąpić o przyznanie wam odznaczenia.

— Ku chwale ojczyzny! Mam nadzieję, towarzyszu kapitanie, że teraz już pozwolicie mi stale chodzić z 

tym pistoletem, że już nabraliście do mnie dostatecznego zaufania? — odparł z goryczą lejtenant.

Kapitan dłuższą chwilę milczał, westchnął i zaproponował:
— Może wstąpimy do mnie! Chciałbym z wami spokojnie, rzeczowo porozmawiać.
W ziemiance Piatkin poczęstował rozmówcę wytrawnym niemieckim cygarem, przechowywanym na 

wyjątkowo ważne okazje, po czym przystąpił do rzeczy.

— Słuchajcie lejtenancie  — specjalnie podkreślił to ostatnie słowo, którego po raz pierwszy użył w 

rozmowie z Łazarewem  — postanowiłem niczego nie ukrywać i zagrać z wami w otwarte karty. Mam 
nadzieję, że zdążyliście już chyba domyślić się, jakiego rodzaju obowiązki pełnię tu w brygadzie. Wiem od 
kogoś, a od kogo to pozostanie na  razie moją  tajemnicą — kątem oka kapitan dostrzegł rumieńce na twarzy 
młodego oficera  —  że czujecie się skrzywdzony, że macie do mnie żal za to, że nie powierzyłem wam 
broni. Tłumaczycie to sobie tym, że nie mam do was zaufania. Nie mam co prawda obowiązku wyjaśniania 
wam motywów swojego postępowania, ale ponieważ jesteście, jak słyszę, hm, nieco nerwowy i uczulony na 
punkcie swojej osoby — kapitan w dalszym ciągu delikatnie kpił sobie z Łazarewa, który siedział jak na 

background image

rozżarzonych  węglach, nie wiedząc, co ze sobą zrobić  — uczynię w danym wypadku  pewien wyjątek. 
Zadam wam pewne pytanie: jakbyście postąpili wy, lejtenant Aleksander Łazarew, na moim miejscu,  gdyby 
pewnego  pięknego  dnia zgłosił się do was ktoś w mundurze niemieckiego oficera i z miejsca zaofiarował 
swoje usługi?

Lejtenant przerwał zrywając się z miejsca:
— Ale ja chyba dosyć długo starałem się wytłumaczyć wam mój szczególny przypadek!
— Tak, pamiętam, pamiętam, ale na czole nie mieliście napisane, że można wam całkowicie, absolutnie 

wierzyć, że nie jesteście kimś specjalnie nasłanym przez Abwehrę! A w służbie, jaką tu reprezentuję, nie ma 
miejsca na sentymenty, na jakieś osobiste sympatie czy antypatie. Tu trzeba być bezwzględnie pewnym, że 
ma się do czynienia z człowiekiem w pełni i bez zastrzeżeń zasługującym na zaufanie, który nigdy nie 
zawiedzie.

— A czy wczoraj nie wypróbowaliście mnie dostatecznie?
— Nie! — odparł, wyraźnie żartując kapitan.  — Chcę was jeszcze raz wypróbować i po to was tu 

wezwałem! — tu zmieniając ton i wyraz twarzy, zapytał przechodząc na „ty”:

— Jak z twoim zdrowiem?
— Jak? Normalnie.
— Możesz wykonać pewne nie bardzo łatwe i nie bardzo bezpieczne zadanie?
Lejtenanta z radości zamurowało. Kapitan, nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej:
— Uważnie słuchaj i dokładnie naucz się na pamięć tego, co ci teraz powiem! Otrzymasz legitymację 

podoficera okupacyjnej rosyjskiej policji z miasta Dno i pójdziesz do Pskowa, gdzie władzom przedstawisz 
się   jako   uciekinier   przed   Armią   Czerwoną,   która   tydzień   temu   zajęła   tę   miejscowość.   Następnie,   po 
rejestracji, udasz się z Pskowa w rejon wsi Pessaari. Tam na miejscu nawiążesz kontakt z niejakim Janem 
Karlisem. Hasło: „Przynoszę pozdrowienia od ciotki Marty z Tuły”. Tenże Karlis z początku urządzi cię u 
któregoś z rolników koło Pessaari. Tam uzyskasz u miejscowego starosty dobrą opinię jako lojalny wobec 
hitlerowców. Rozumiesz chyba, że im gorszym łotrem okażesz się, tym lepiej... Następnie wstąpisz jako były 
policjant   do   kompanii   roboczej,   przydzielonej   do   rozlokowanej   w   Pessaari   jednostki   pod   nazwą 
„Sonderschule — Lorelei”. Jak to uda ci się zrobić, twoja rzecz. Niemiecki zdaje się dobrze znasz, prawda? 
No, to nie zaszkodzi, jak się pochwalisz, że po matce jesteś pół krwi Niemcem, a mamusię odpowiednio ci 
spreparujemy. W  „Lorelei” stopniowo zdobędziesz zaufanie przełożonych, tu znów pozostawiam pole dla 
twojej inicjatywy. Chodzi o to, ażebyś w  końcu otrzymał jakąś funkcję w tej jednostce. Nie będzie to na 
pewno  łatwe, ale spróbować można. I teraz najważniejszy element twojego zadania: co będziesz robił wśród 
Niemców?   Przede   wszystkim   staraj   się   wzorowo   wykonywać   rozkazy   nowych   przełożonych,   bądź 
zdyscyplinowany i koleżeński, a przy okazji... Sam się chyba domyślasz, prawda? Otwórz szeroko oczy, 
patrz i słuchaj. Po pewnym czasie, gdy przyzwyczaisz się do swej roli, wykonaj plan całego obiektu. Chodzi 
o każdy szczegół: położenie mieszkań  dla kadry, rozstawienie posterunków, system sygnalizacji i haseł, 
łączność   wewnętrzna...   Krótko   mówiąc,   wszystko   jest   ważne.   O   swych   spostrzeżeniach   będziesz   mi 
meldował.  — Kapitan Piatkin przerwał na chwilę i po namyśle dodał:  — To byłoby na razie wszystko. 
Ostrzegam: żadnych notatek, polegaj wyłącznie na swojej pamięci. A teraz powtórz dokładnie to, co ci 
powiedziałem.

Łazarew streścił otrzymane instrukcje, nie popełniając żadnego błędu. Piatkin z uznaniem skinął głową, 

zadowolony z pierwszej próby, i uśmiechając się powiedział cichym głosem:

— Kontaktować się będziemy poprzez naszą łączniczkę Lizę. Będzie przychodzić do Jana Karlisa jako 

handlarka. Z nią właśnie uzgodnisz bardziej konkretny sposób przekazywania mi wiadomości. Będę cię 
zawiadamiał o dalszych poleceniach. Masz — podał kartkę — do wieczora postaraj się wykuć na pamięć ten 
szyfr.

— Rozkaz!
— Wyruszysz jutro o świcie. Do 31 grudnia musisz wykonać zadanie. Dasz sobie radę do tego czasu?
— Postaram się — szepnął zmienionym głosem Łazarew. — Może nawet wcześniej...
— Nie trzeba ani wcześniej, ani później, tylko w ściśle wyznaczonym czasie. O dokładnym terminie 

wykonania zadania, o twoich bardziej szczegółowych, konkretnych obowiązkach zostaniesz powiadomiony 
na jakiś tydzień przed akcją.

Spoglądając na promieniejącego lejtenanta, dla którego nareszcie skończyło się nieznośne poczucie, że 

jest traktowany z podejrzliwością godzącą w jego imię, Piatkin ciągnął dalej:

— Nauczyłeś już naszego radzistę posługiwania się swoim nadajnikiem, zapoznałeś go z szyfrem? Tak? 

Więc powiesz Wieresajewowi, że rozkazuję mu, aby jutro rano udał się z radiostacją do lasu o jakieś 25 
kilometrów stąd, ale w przeciwległym kierunku niż ostatnim razem! Tam niech nada niby twój taki oto 
meldunek,   słuchaj:  Petakon   odleciał   na   krótko   do   Moskwy,   wezwany   po   instrukcje.   O   jego   powrocie  

background image

natychmiast zamelduję. Kowalow.

Łazarew powtórzył jak echo tekst.
— Teraz pamiętaj, o tym, cośmy tu rozmawiali, nikt nie może wiedzieć ani słowa! Nikt! No, na razie to 

byłoby wszystko  — zakończył oficer sztabu.  — Idź, przygotuj się. Wymarsz do Pskowa jutro o godzinie 
siódmej. A ja dzisiaj jeszcze coś niecoś przygotuję ci z papierków i ubrania.

Lejtenant mimo zwolnienia go stał w miejscu ze spuszczonymi oczyma, przestępując z nogi na nogę, 

jakby chciał coś powiedzieć, ale nie znajdował odpowiednich słów. Wreszcie przemógł się i nienaturalnie 
cicho poprosił:

— Towarzyszu kapitanie, skoro nie wolno mi nic mówić, to nie chciałbym, aby ktokolwiek pomyślał, że 

to moje zniknięcie jutro oznacza, że zdradziłem i wróciłem do hitlerowców, od których przyszedłem...

Oficerowi kontrwywiadu nietrudno było rozszyfrować, kogo ma na myśli młody mężczyzna. Musiałby 

być naprawdę ślepy i głuchy, aby nie zauważyć, że pomiędzy lejtenantem a urodziwą tłumaczką sztabową 
wywiązało się szczere, nieukrywane uczucie...

— Dobra, rozumiemy się! Ten ktoś będzie wiedział, że poszedłeś z trudnym i zaszczytnym zadaniem! 

Masz na to moje słowo!

Łazarew zarumienił się i prawie wybiegł z ziemianki.
Gieorgija Iwanowicza czekała teraz delikatna, misterna praca — trzeba było odpowiednio wyposażyć w 

drogę człowieka, udającego się do jaskini lwa. Podążył do swego „laboratorium”. Był to podręczny składzik, 
gdzie Piatkin z gorliwością chomika gromadził najrozmaitsze przedmioty, które partyzanci zdobywali w 
akcjach   na   nieprzyjacielu.   Leżały   tu   systematycznie   posegregowane   części   umundurowania,   obuwie, 
bielizna, odzież, wszelkiego rodzaju dokumenty, portmonetki, zapalniczki, papierośnice, pióra wieczne...

Kapitan   przede   wszystkim   poszukał   zaopatrzonego   już   we   właściwe   pieczątki   i   podpisy  blankietu 

legitymacji służbowej członka policji zorganizowanej przez hitlerowców na okupowanych obszarach ZSRR. 
Stale mając na uwadze, że najmniejszy błąd może udaremnić całą akcję i kosztować niejedno życie ludzkie, 
Piatkin bardzo starannie wpisał specjalnie dobranym atramentem dane personalne Aleksandra Łazarewa, 
zmieniając  mu  tylko  imię i  nazwisko  panieńskie  matki.   Była  nią   teraz  Emma   z  domu  Müller.   Niemka 
nadwołżańska,   urodzona   w   mieście   Engels.   Następnie   dobrał   bryczesy,   buty   z   cholewami,   kurtkę 
mundurową, czapkę. Nie zapomniał także o pewnej sumie rubli i marek.

Pracę tę wyczerpany Piatkin skończył późno w nocy. Spojrzał na zegarek. Za pięć godzin wyruszy 

lejtenant Łazarew. Za pięć godzin rozpocznie się wielka, najeżona niebezpieczeństwami gra!

ŁAZAREW DOSTAJE SIĘ DO „SONDERSCHULE”

Pierwsze   wiadomości,   jakie   oficer   kontrwywiadu   otrzymał,   dotarły   doń   pośrednią   drogą,   poprzez 

towarzysza  „Wiktora”.  Świadczyły   one   o   tym,   planowana   akcja   rozwija   się   pomyślnie,   ściśle   według 
założenia. Lejtenant na drugi dzień po wymarszu z miejsca postoju brygady bez trudności dotarł do Pskowa. 
Przy rogatce miejskiej posterunek niemiecki, skrupulatnie legitymujący przechodzące osoby, nie wyraził 
żadnych   zastrzeżeń   co   do  dokumentów,   jakie   okazał   policjant   z   miasta   Dno,  który  nadal   chciał   służyć 
sprawie Wielkich Niemiec. W Pskowie, po zarejestrowaniu się w komendzie garnizonu, Łazarew wyraził 
chęć   osiedlenia   się   niedaleko   od   miasta,   we   wsi   Pessaari.   Wkrótce   potem,  przy  pomocy  Jana   Karlisa, 
„policjant” otrzymał tam posadę nadzorcy w oddalonym o kilka kilometrów od wsi gospodarstwie rolnym, 
zarządzanym przez intendenturę miejscowego garnizonu.

Przez bite cztery tygodnie nie było o Łazarewie żadnej wiadomiości. Kapitan, rzadko kiedy tracący 

zimną krew, bliski już był przyznania się do błędu — chwilami nawet zaczął zadawać sobie pytanie, czy nie 
dał się nabrać, czy młody człowiek, którego wysłał z tak odpowiedzialnym zadaniem, po prostu nie zakpił 
sobie   z   niego...   To   samo   pytanie   trapiło   też   Wierę.   Dziewczyna   pobladła,   schudła,   a   podkrążone   od 
bezsenności oczy mówiły, jaki ból sprawia jej niepewność, czy ukochany mężczyzna okazał się godny jej 
uczucia...

Aż wreszcie rankiem 5 listopada do ziemianki II wydziału przybyła łączniczka Liza. Ledwo trzymając 

się na nogach po nocnym, forsownym miarszu poprzez ośnieżone pola i wertepy przyniosła sensacyjną, 
wręcz niewiarygodną wiadomość: Aleksander Łazarew został dowódcą plutonu kompanii wartowniczej w 
„Sonderschule   —   Lorelei”!   Karteczka   wyjęta   z   dziupli   drzewa,   służącej   za   skrzynkę   pocztową,   po 
rozszyfrowaniu zawierała lakoniczny, ale bogaty w treść meldunek: Służę w Lorelei. Za 10—15 dni dalszy 
meldunek.

Cóż bowiem działo się z Łazarewem w ciągu tych długich czterech tygodni, w których nie dawał o 

sobie znaku życia? Lejtenant dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że przede wszystkim musi zdobyć zaufanie 

background image

wroga, że musi wykorzystać każdą sposobność do wykazania, jak wiernie służy hitlerowcom, jak zaciekle 
nienawidzi ludzi radzieckich.

Młody nadzorca szybko zasłynął ze swej gorliwości wobec nowych chlebodawców. Powszechnie znany 

był z tego, że wystarczyło tylko, aby w pobliżu pojawił się ktoś w szarozielonym mundurze, a natychmiast 
rozlegały   się   jego   krzyki,   którymi   zagrzewał   do   bardziej   intensywnego   wysiłku   spędzonych   tu   do 
niewolniczej pracy rosyjskich i łotewskich chłopów.

Łazarew, skierowany do Pessaari ze specjalnym zadaniem przez kapitana Piatkina, rozumiał jednak, że 

demonstrowaną gorliwością i krzykiem nie otworzy sobie drogi do otoczonej rzędem kolczastych drutów 
szkoły.   Czas   upływał,   a   jemu   ani   razu   nie   udało   się   zetknąć   z   kimkolwiek,   kto   służył   w   tajemniczej 
jednostce. Widział tych ludzi tylko z daleka, parę razy udało mu się nawet dostrzec wyjeżdżające z bramy 
samochody z jakimś sprzętem, ale te obserwacje w niczym nie mogły mu pomóc. Był po prostu bezradny i z 
coraz większym niepokojem spoglądał na kalendarz.

Oficer urodził się jednak pod szczęśliwą gwiazdą. Wrota „Sonderschule” miało mu niebawem otworzyć 

zetknięcie się w niecodziennych okolicznościach z kwatermistrzem ośrodka szkoleniowego Abwehry.

Pod koniec października przyjechał do majątku major von Seydlitz. Na miejscu zamierzał zorientować 

się, czym można by urozmaicić z zebranych plonów stół oficerskiego kasyna. Na dostawy z Niemiec od 
wielu miesięcy przestał już bowiem liczyć. Ograniczały się one zresztą zawsze do papierosów, trunków i 
niektórych gatunków konserw. Przy okazji major chciał także wybrać dla siebie to i owo — trochę słoniny, 
masła, szynki, dziczyzny — celem wysłania dla głodującej rodziny w Rzeszy.

Zarządca majątku Hoffman, sprowadzony z głębi Estonii Niemiec, nie omieszkał zaprosić gości do swej 

willi   na   śniadanie.   Po   spożyciu   sutego,   obficie   zakropionego   wódką   posiłku   obaj   panowie   przeszli   do 
saloniku myśliwskiego na cygaro.

Usadowiwszy się w głębokim, wygodnym fotelu major zaczął z zainteresowaniem oglądać wiszący na 

ścianie pod kolekcją jelenich rogów drogi, elegancki sztucer.

Hoffman przymilnie zauważył:
— Pan major zapewne jest namiętnym myśliwym?
— O tak, pochodzę z Prus Wschodnich, w mojej posiadłości rodowej za starych, dobrych czasów przed 

wojną  często  urządzałem polowania.   Ale  teraz,  w tym nudnym,   szarym życiu   garnizonowym,   to  senne 
marzenie...

Hoffman ze zrozumieniem pokiwał głową i zaproponował:
— No, jeśli pan major życzy sobie, można byłoby coś niecoś zorganizować. Nawet dobrze się składa, 

bo akurat wczoraj doniesiono mi, że koło naszego gospodarstwa pojawił się dzik, który nocami wychodzi na 
pole i niszczy zasiewy. Tak czy inaczej musimy go koniecznie zastrzelić.

Major z miejsca ożywił się i spojrzał na zegarek:
— Co prawda, nie mam zbyt wiele czasu, ale gdyby można było takie polowanko szybko przygotować, 

sprawiłby mi pan dużą przyjemność...

Zarządca zerwał się z fotela i stuknął obcasami.
— Pan major pozwoli, że zawołam ludzi do nagonki i polecę zabrać psy! To kwestia piętnastu minut...
Niedługo po tej rozmowie wjechały do lasu sanie z majorem i zarządcą majątku, za którymi biegło kilka 

chartów. Po obu stronach leśnej przesieki posuwało się rzędem, tworząc nagonkę, kilkunastu robotników 
rolnych   z   jadącym   na   czele   konno   Łazarewem.   Po  dojściu   do  stanowisk   na   skraju   lasu,   przed   którym 
rozpościerało się zaorane pole, psy z głośnym ujadaniem rzuciły się gdzieś w bok w zarośla. Po blisko 
godzinnym oczekiwaniu na wolną przestrzeń wypadł wściekle chrząkający ciężki odyniec, opędzając się od 
napastujących go chartów. Przystanąwszy na chwilę ruszył wprost na majora, trzymającego w pogotowiu 
odbezpieczony sztucer.

Von Seydlitz odczekał, aż zwierzę zbliży się na dogodną odległość, po czym spokojnie celując strzelił. 

Jednakże majora po kilku kieliszkach wódki widocznie zawiodła ręka. Pocisk zranił lekko dzika w grzbiet, 
jeszcze bardziej go rozjuszając. Spuściwszy łeb ruszył w kierunku strzelającego doń człowieka. Sytuacja 
stawała   się   krytyczna...   Gdy  od   zwierzęcia   dzieliło   go  już   zaledwie   kilka   metrów,   von   Seydlitz   objęty 
strachem nie celując strzelił po raz drugi, oczywiście znów nie trafiając. Teraz Niemiec już całkowicie stracił 
panowanie nad sobą. Rzuciwszy broń panicznie rzucił się do tyłu, grzęznąc w zaspach śnieżnych. Lada 
sekunda odyniec rozszarpałby go swymi potężnymi kłami. I właśnie wtedy stało się coś niespodziewanego. 
Stojący w pobliżu oficera Łazarew błyskawicznie podbiegł do leżącego w śniegu sztucera, zarepetował go i 
krótko zmierzywszy się celnym strzałem zabił zwierzę.

Na odgłos wystrzału major zatrzymał się, obejrzał, blady jak kreda podszedł do opływającego posoką 

martwego dzika. Spostrzegłszy, komu zawdzięczą wybawienie od niechybnej śmierci, kilkakrotnie mocno 
uścisnął mu dłoń. Pięknego strzału pogratulował także swemu pracownikowi Hoffman.

background image

—  Jak   odwdzięczę   ci   się   za   uratowanie   mi   życia?  —  zapytał  trzęsący  się   jeszcze   ze   strachu   von 

Seydlitz.

Łazarew stanął na baczność i najczystszą niemczyzną głośno, z dobrze udaną skromnością odparł:
— To naprawdę głupstwo! Rad jestem, że mogłem tą drobnostką przysłużyć się oficerowi dzielnego 

niemieckiego Wehrmachtu! Gdyby pan major zechciał dać mi możliwość dalszego, bardziej skutecznego 
służenia Rzeszy i jej wielkiemu führerowi, byłoby to dla mnie najwyższą nagrodą.

— Kim jesteś? Czym mogę ci konkretnie pomóc?
—  Z pochodzenia  jestem  Niemcem,  matka   moja   nazywała  się  Emma  Müller.  Do  niedawna  byłem 

żołnierzem, służyłem w rosyjskiej policji w mieście Dno. Na skutek, hm, planowego wyrównywania linii 
frontu  znalazłem się  przypadkowo tu,  gdzie  pracuję  jako  nadzorca,  ale  pragnę  znów  założyć   mundur  i 
ponownie trzymać broń!

Oczywiście   lejtenant   Łazarew   nie   znał   jeszcze   przydziału   służbowego   majora,   na   którego   cześć 

zarządca folwarku urządził polowanie. Wiedział jednak, że sam fakt uratowania życia wyższemu oficerowi 
niemieckiemu może stanowić całkiem dobrą rekomendację dla tych, którzy mieliby zadecydować o jego 
dostaniu się do „Sonderschule”.

Von Seydlitz był nieco zaskoczony i odpowiedzią, i tym, że odważny młodzieniec biegle mówi po 

niemiecku. Poszukawszy wzrokiem Hoffmana, kiwnął nań palcem i odszedł z nim na bok, wypytując go 
zapewne,  jakiego  jest  zdania  o swoim  pracowniku.   Opinia  widocznie  wypadła  pozytywnie,  gdyż  major 
wróciwszy do Łazarewa poklepał go po ramieniu i powiedział:

— To bardzo ładnie z twojej strony, że chcesz służyć! Potrzebujemy takich ludzi! Zabierz swoje rzeczy i 

zaraz pojedziesz ze mną do Pessaari. Tam cię przedstawię komuś i postaram się coś zrobić dla ciebie. A teraz 
niech twoi ludzie załadują dzika na sanie! Tylko pośpiesz się, nie mam zbyt wiele czasu!

— Zum Befehl, Herr Major! — ryknął rozpromieniony lejtenant odmeldowując się.
Wypadki,   jak   należało   oczekiwać,   potoczyły   się   teraz   szybko.   Kwatermistrz   przedstawił   młodego 

człowieka dowódcy kompanii obsługi, wydając mu pochlebną opinię. Mimo tej rekomendacji Łazarew przez 
trzy dni był przesłuchiwany przez oficera kontrwywiadu i tylko dzięki przytomności umysłu zdołał jakoś 
przebrnąć przez tę próbę nerwów. Potem skierowano go do prac porządkowych pod  „troskliwą opieką” 
kilku żołnierzy bacznie obserwujących każdy jego krok. Wreszcie po dwóch tygodniach wezwał go do siebie 
major   Krebs,   któremu   znowu   towarzyszył   oficer   Abwehry,   na   krótką,   rozmowę.   Tym   razem   wszystko 
potoczyło   się   pomyślnie.   Łazarew   został   tymczasowo   wyznaczony   na   stanowisko   dowódcy   plutonu 
wartowniczego, otrzymał też funkcyjny stopień feldwebla. Jego nazwisku w legitymacji służbowej nadano 
czysto niemieckie brzmienie Lessner.

Zaskoczony   takim   obrotem   sprawy,   Łazarew   podejrzewał,   że   jest   to   kolejny   sprawdzian   jego 

umiejętności i prawdomówności. Niemcy nie spuszczali bowiem z niego czujnego wzroku. Już jednak po 
kilku dniach zrozumiał, co kryło się za tą zmianą. Powody były aż nadto oczywiste: w ośrodku trwały 
przygotowania   do   ewakuacji.   Z   tego   względu   uległ   rozluźnieniu   niezwykle   ostry   system   wewnętrznej 
dyscypliny. Co więcej, po odwołaniu na front kilkunastu żołnierzy i podoficerów kompania wartownicza 
zaczęła odczuwać kłopoty kadrowe. Każdy zdolny do służby żołnierz przyjmowany był teraz z otwartymi 
rękami. W plutonie Łazarewa było tylko dwóch Niemców, resztę stanowiła zbieranina Łotyszów, Litwinów i 
Białorusinów.

Po pierwszym tygodniu wzorowo pełnionej służby Łazarew udał się na spacer do pobliskiego lasu. W 

pewnej chwili zatrzymał się przed rozłożystą sosną. Była to  „skrzynka pocztowa”, którą wyszukał wraz z 
poznaną w domu Karlisa łączniczką „Lizą”. Korzystając z tego, że nikt go nie śledzi, Łazarew zdjął czapkę, 
scyzorykiem rozpruł podszewkę, wyjął złożone dwie kartki i wsunął je do dziupli.

Treść zaszyfrowanego meldunku była lakoniczna:  Przesyłam plan obiektu. Do budynków na terenie  

ścisłym nie mam prawa wstępu. Oczekuję dalszych instrukcji. Ł.

W tym samym miejscu w blisko miesiąc później Łazarew miał znaleźć kartkę zapisaną kolumnami cyfr. 

Po rozszyfrowaniu treści odczytał następującą instrukcję:

W związku z planowaną operacją, o której zostaniecie dodatkowo zawiadomieni, polecam:
1) Wyznaczonej nocy objąć służbą oficera dyżurnego.
2)   Zastępcą   waszym   powinien   być   ktoś   dobrze   wam   znany,   co   do   którego   istnieje   pewność,   że  

podporządkuje sią waszym zaleceniom.

3) W chwili zbliżenia sią naszych ludzi do obiektu przebywać na wartowni. W ściśle określonym czasie  

wyjechać  saniami  z terenu  szkoły.  Jeżeli  wasz zastępca  nie będzie  spał, należy  pod pierwszym  lepszym  
pretekstem wysłać go z wartowni i czymś zająć. Wykluczy to możliwość jakichkolwiek komplikacji.

4) W określonym miejscu koło obiektu spotkać się z trzema naszymi ludźmi, przebranymi za oficerów  

SD, którzy podadzą umówione hasło. Wjechać z nimi na teren szkoły.

background image

5) Od tej chwili przejść pod ich rozkazy i ściśle wypełniać ich polecenia.
6) Po zakończeniu operacji opuścić wraz z naszymi ludźmi szkołę i udać sią na wyznaczone miejsce.
W kolejnym meldunku,  noszącym datę 23 grudnia 1943 roku, kapitan Piatkin nie owijał rzeczy w 

bawełnę.   Nie   ukrywając   niczego,   dokładnie   przedstawił,   na   czym   ma   polegać   zbliżająca   się   operacja 
oznaczona  kryptonimem „Dosiego Roku”. Podał też termin jej przeprowadzenia — noc z 31 grudnia na 1 
stycznia 1944 roku — i hasło „312”, na podstawie którego Łazarew miał rozpoznać wysłanników Piatkina.

Nietrudno było domyślić się, dlaczego oficer kontrwywiadu wybrał akurat noc sylwestrówą. Za tą datą 

przemawiało kilka istotnych względów. Nie ulegało wątpliwości, że tego dnia Łazarew łatwiej będzie mógł 
otrzymać służbę oficera dyżurnego. Po wtóre, co też było oczywiste, sylwestrowy wieczór skłoni wielu 
oficerów   do   odwiedzenia   nieźle   zaopatrzonego   bufetu.   Alkohol   nie   sprzyja   zachowaniu   przytomności 
umysłu. W takiej sytuacji zapewne nikt nie zorientuje się w porę, co się stało. Gdyby nawet ktoś próbował 
zorganizować opór lub pościg, to w warunkach ogólnego zaskoczenia nie powinien on sprawić zbyt dużego 
kłopotu.

Na pierwszy rzut oka ta drobiazgowo i przemyślnie opracowana operacja rokowała, mimo ogromnego 

ryzyka, całkowite powodzenie. W ciągu siedmiu dni, które pozostały do Nowego Roku, pewne zupełnie 
nieprzewidziane wydarzenie spowodowało jednak, że plan trzeba było w ostatniej chwili uzupełnić nową, 
dodatkową akcją.

KOŃCOWE PRZYGOTOWANIA

15   grudnia   kapitan   Piatkin   miał   już   skompletowaną   całą   trójkę  „oficerów   SD”,   którzy   w   noc 

sylwestrową   mieli   zjawić   się   w   ośrodku   w   Pessaari   celem   wyciągnięcia   ostrych   konsekwencji   wobec 
komendanta szkoły  „podejrzanego o współpracę z wywiadem radzieckim”. Dwaj z nich byli Łotyszami, 
walczącymi w jednym z samodzielnych pododdziałów brygady. Szefowi II wydziału, od pewnego czasu 
starannie poszukującemu kandydatów do przeprowadzenia operacji  „Dosiego Roku”, od razu rzucili się w 
oczy  ci   dwaj   w   średnim  wieku,   dosyć   ładnie   spisujący  się   w   walkach,   wysocy,   szczupli   mężczyźni   o 
wąskich, długich czaszkach, włosach koloru słomy i wodnistoniebieskich oczach. Niestety, obu Łotyszów — 
posługujących się w brygadzie pseudonimami „Rudi” i „Karl” — cechował pewien istotny brak: słabo znali 
niemiecki, ale z braku czegoś lepszego...

Na tych dwóch partyzantach skończyły się możliwości kadrowe kapitana Piatkina. Brakowało wciąż 

tego   trzeciego,   kto   miałby   i   odpowiednią   powierzchowność,   i   biegle   mówiłby   po   niemiecku,   i   co 
najważniejsze, którego walory osobiste gwarantowałyby pomyślne wykonanie niebezpiecznego zadania. Nie 
pozostawało zatem nic innego, jak zwrócić się do towarzysza „Wiktora” w Pskowie o udzielenie pomocy, o 
„wypożyczenie” potrzebnego człowieka.

Tymczasowo  „odkomenderowanym”   okazał   się   wkrótce   inżynier   Dymitr   Szmygin,   pracownik 

elektrowni miejskiej. Mówił doskonale po niemiecku, znał ten język jeszcze z okresu I wojny światowej, 
kiedy jako żołnierz armii carskiej dostał się do niewoli i przez kilka lat przebywał w obozie jenieckim. 
Inżynier,   mimo   pozornej   flegmy  i   ociężałości,   odznaczał   się   niepospolitą   odwagą   i   opanowaniem.   Pod 
nosem okupanta udało mu się na przykład założyć w warsztatach elektrowni montownię radiostacji dla 
działających w obwodzie oddziałów partyzanckich.

Wyłoniła   się   jednak   poważna   trudność   ze   sprowadzeniem   Szmygina.   Zniknięcie   jego   z   Pskowa 

niechybnie pociągnęłoby za sobą represje Niemców wobec żony i dzieci. Ale i na to, dzięki pomysłowi 
Gieorgija   Iwanowicza,   znalazła   się   rada  —   ustalono,  że   Dymitr   Szmygin   zostanie  „przypadkowo 
rozstrzelany” przez Niemców...

Inżynier przed wyjściem z mieszkania, ze specjalnie przysłanym po niego „leśnym chłopcem”, przebrał 

się, pozostawiając w domu ubranie, w jakim codziennie udawał się do pracy, oraz swą kennkartę. Tej samej 
nocy w podmiejskich gliniankach, gdzie okupant zazwyczaj dokonywał masowych egzekucji ludności, stała 
się dziwna rzecz. Jeden ze szczególnie zmasakrowanych trupów w tajemniczy sposób zmienił ubranie, przy 
czym w marynarce jego znalazły się dokumenty świadczące o tym, że Niemcy wśród wielu innych osób 
rozstrzelali   jednego   z   pracowników   okupacyjnego   zarządu   miejskiego,   inżyniera   pskowskiej   elektrowni 
Szmygina...

W pierwszym rzędzie należało teraz wytypowanym ludziom poprawić kondycję. Na pierwszy rzut oka 

bowiem obaj partyzanci po niełatwym, pełnym walk i wyrzeczeń życiu leśnym, a Szmygin po przeszło 
dwuletniej, głodowej wegetacji pod okupacją hitlerowską, bardziej przypominali kandydatów do sanatorium 
niż pełnych krzepy, rumianych, korzystających ze wszystkich dóbr doczesnych oficerów SD. Na rozkaz 
dowódcy brygady kucharz obozowy miał obowiązek karmienia całej trójki wszystkim, co było najlepszego 

background image

w   skromnym   składzie   żywnościowym:   zdobytymi   na   Niemcach   konserwami   mięsnymi   i   rybnymi, 
tłuszczem, czekoladą. W okolicznych wsiach kupiono wołowinę, prosiaka i kilka kurczaków. Uznano nawet 
za konieczne ulokować ich razem w specjalnie odgrodzonym miejscu w ziemiance sztabowej i wprowadzić 
tam   bezwzględnie   obowiązujący   porządek   dzienny,   przypominający   warunki   sanatoryjne:   pobudka   o 
godzinie 8, po 14 godzinny odpoczynek poobiedni, capstrzyk o godzinie 22.

W tym porządku dziennym mieściły się też godziny tak zwanego wyszkolenia bojowego, prowadzone 

pod ścisłym nadzorem kapitana Piatkina. Składały się na nie kierowane przez Szmygina ćwiczenia nad 
przyswojeniem   sobie   właściwego   akcentu,  „wkuwanie”   na   pamięć   najczęściej   używanych   zwrotów   w 
potocznej niemczyźine, nauka obowiązujących w Rzeszy zwyczajów towarzyskich. Stale aż do znudzenia 
powtarzano szczegóły operacji, a także rozwiązywano wiele praktycznych problemów, na przykład takich, 
jak zachowanie się w razie zatrzymania grupy przez patrol garnizonowy jeszcze przed wejściem do szkoły 
czy postępowanie w przypadku zetknięcia się jej na terenie z prawdziwymi oficerami SS.

W   czasie   tych   praktycznych   zajęć   Piatkin   i   Szmygin   zwracali   szczególnie   dużą   uwagę   na   takie, 

zdawałoby się, drobiazgi, jak odpowiedni wyraz twarzy, postawa, sposób chodzenia czy siedzenia przy stole, 
częstowania papierosami, podawania ognia itp.

Pozostawało jeszcze jedno niesłychanie ważnej zadanie: umundurowanie i wyekwipowanie grupy. W 

tym kapitan nie pozwolił się przez nikogo zastąpić. Znów zamknąwszy się w swym „laboratorium” i surowo 
zabroniwszy  niepokojenia   siebie   pod   jakimkolwiek   pozorem,  Gieorgij   Iwanowicz   wybrał   wśród   swych 
„skarbów”  mundury,  bieliznę, obuwie, czapki,  pasy,  niezbędne dystynkcje i odznaki, torby polowe i na 
dodatek pejcze. Pamiętał też o takich drobiazgach, jak notesy, pióra wieczne, chustki do nosa, wygrzebał 
skądś dwie paczki papierosów francuskich „Gitanes”, a nawet butelkę berlińskiej wody kolońskiej. Mundury 
trzeba było dopasować, dokładnie oczyścić, to i owo zacerować, przeszyć.

Najmniej kłopotów miał kapitan z przygotowaniem dokumentów. Zrzucił je po prostu w specjalnym 

zasobniku samolot z Wielkiej Ziemi. Centrala w Moskwie, poinformowana drogą radiową, wyraziła zgodę 
na przeprowadzenie operacji i przesłała czyste blankiety potrzebnych dokumentów. Należało tylko wpisać 
dane   personalne   i   wkleić   zdjęcia.   Szmygin   został   hauptsturmführerem   Eberhardem,   Rudi   i   Karl  — 
untersturmführerami Zellerem i Waechterem.

Po   którymś   z   rzędu   drobiazgowym   sprawdzeniu,   czy   w   ostatniej   chwili   nie   pominięto   czegoś   w 

wyekwipowaniu trójki, po generalnej repetycji mającej wskazać, czy grupa ściśle przyswoiła sobie założenia 
instrukcji, wszyscy byli już gotowi do wyjazdu. We wsi Welten, o 35 kilometrów od Pessaari, Piatkin obrał 
mieszkanie   pewnego   znanego   sobie   towarzysza   na  „podstawę   wyjściową   do   natarcia”   na   ośrodek 
szkoleniowy Abwehry. Jednak tuż przed wyruszeniem, rankiem 26 grudnia, zjawiła się niespodziewanie w 
obozie goniąca resztkami sił i zatrwożona, czy nie przychodzi za późno, łączniczka Liza. Przyniosła ze sobą 
nadzwyczajne, pilne doniesienie od Łazarewa. Treść jego meldunku wprowadzała pewne ważne zmiany do 
opracowanej już akcji. Niemców trzeba było zawiadomić o pewnym rzekomo zaistniałym wydarzeniu, gdyż 
w innym wypadku cały plan skazany byłby z góry na niechybne fiasko...

NIEPRZEWIDZIANE KOMPLIKACJE

Wigilia Bożego Narodzenia w kasynie oficerskim „Sonderschule”. Na sali rojno, gwarnie, świątecznie. 

Zapalona  choinka, chóralnie  śpiewane kolędy,  wspólna, obficie zakrapiana kolacja zorganizowana przez 
komendę   dla   wykładowców,   instruktorów   oraz   oficerów   i   podoficerów   kadry.   Beztroski   nastrój   jeszcze 
bardziej wzmaga alkohol na stołach. Wszystko w ten wieczór pozwalało choćby na krótko nie myśleć o 
coraz   bardziej   dotkliwym   laniu,   jakie   niezwyciężonemu   dotąd   na   wszystkich   frontach   Wehrmachtowi 
sprawiała idąca niepowstrzymanie naprzód Armia Czerwona. Pozwalało zapomnieć, że zaledwie w ciągu 
dwóch lat zdobywcy prawie całej Europy wyparci zostali do pogranicznych rejonów ZSRR, prawie tam, 
skąd wyruszyli. I mimo wszystko pragnęło się wierzyć, że karta jeszcze odwróci się...

Lessner-Łazarew   podszedł   do   bufetu,   przy   którym   zauważył   kilku   kolegów   ze   swej   kompanii. 

Pamiętając o tym, po co znalazł się w Pessaari, feldwebel musiał dążyć do nawiązania jak najszerszych 
znajomości, do zyskania sobie popularności. Zbliżając się do kontuaru z uszanowaniem usunął się na bok 
przepuszczając   zastępcę   komendanta,   leutnanta   Bruno   Petersena,   z   którym   nie   miał   dotąd   sposobności 
służbowego   zetknięcia   się.   Leutnant   usiadł   przed   bufetem   na   wysokim   krzesełku   barowym,   wyciągnął 
papierośnicę i zaczął szukać zapałek w kieszeni, gdy obserwujący go feldwebel szybko pobiegł i usłużnie 
pstryknął mu przed nosem zapalniczką. Petersen przypalił, wymamrotał coś w podziękowaniu, spojrzał na 
nie znanego młodego podoficera o ładnej inteligentnej twarzy. Tłumiąc czkawkę gestem ręki zaprosił go, by 
zajął wolne miejsce.

background image

— A jak to się stało, że cię dotąd nie widziałem? Chyba nowicjusz, co? — zapytał.
Lessner-Łazarew   przepisowo   wymienił   swe   nazwisko   i   funkcję.   Petersen   zmrużył   oczy,   jak   gdyby 

kojarząc sobie coś z tym nazwiskiem, i bardziej uważnie spojrzał na Łazarewa.

— Ach, to ty? Prawda, coś niecoś słyszałem ostatnio ciekawego o tobie... — przerwał, z trudem usiłując 

sobie coś przypomnieć.

Wypiwszy podany mu przez barmana arak Petersen nagle zbladł, na czoło wystąpiły mu grube krople 

potu, głowa ciężko spadła mu na piersi. Zdążył jednak jeszcze ocknąć się, kilka razy mocno zaciągnąć się 
papierosem  i   zapłacić.   Wreszcie   niezdarnie   zszedł   z   wysokiego   krzesełka   i  skierował   się   ku  wyjściu   z 
kasyna.

Odprowadziwszy swego przełożonego do drzwi Łazarew zastanawiał się nad tym, co ostatnio mógł 

słyszeć zastępca komendanta o niedawno służącym tu dowódcy plutonu wartowniczego, jednym z kilkunastu 
podoficerów'w szkole. Raptem zauważył na podłodze upuszczony przez Petersena kalendarzyk. Podniósł go 
i szybko wybiegł na dwór, by zwrócić zgubę właścicielowi. Nie znalazłszy Petersena na słabo oświetlonym 
dziedzińcu, podążył w kierunku jego mieszkania. Tuż przed wejściem do domku leutnant leżał na ścieżce i 
mrucząc   coś   pod   nosem,  z   trudem  usiłował   wstać.   Łazarew   wziął   go   pod   ramię,   oczyścił   ze   śniegu   i 
wprowadził do pustego mieszkania.

— Dobry chłopiec z ciebie  — powiedział Petersen, chowając oddany kalendarzyk.  — Tak  zawsze 

trzeba postępować z przełożonym. Porządek musi być. Wiesz co, napijemy się na to konto — zaproponował 
nieoczekiwanie, podchodząc do oszklonej szafy, gdzie stała pękata butelka hiszpańskiego rumu.

— Czy nie za dużo dla pana, Herr Leutnant? — zapytał bez większego przekonania Łazarew.
— Jesteś po prostu głupi! — Petersen machnął ręką.  — Dzisiaj robię wyjątek, a w ogóle, jak śmiesz 

zwracać uwagę oficerowi? Mam ochotę na rum, cóż w tym dziwnego. Rum, rozumiesz, świetny trunek! Piję 
wcale nie ze słodkiego życia, ale co ty możesz wiedzieć...

Łazarew napełnił kieliszek oficera i sam skosztował płynu jednym łykiem.
— Ty wiesz swoje i ja wiem swoje — ciągnął bez sensu Petersen.  — Dwa dni temu przyjechał tu 

pułkownik   Campe   z   Berlina,   taki   nadęty   ważniak.   I   mnie,   mnie   oficerowi  „Ajzsargów”,   mnie   od   lat 
zwalczającemu komunizm, robił różne wymówki. Jesteś dobry chłopak, to ci powiem: on mi nie wierzy! 
Stale coś wynajduje, kręci nosem, podejrzewa, że ja... Ale ty nic nie wiesz, za młody jesteś. Ja jednak 
udowodnię, że to właśnie on ma nieczyste sumienie. — Petersen przerwał zastanawiając się, czy nie za dużo 
powiedział.

Łazarew współczująco uśmiechnął się i prowokował rozmówcę do dalszych zwierzeń:
— No cóż, trzeba powiedzieć trudno, bo co pan może zrobić inspektorowi aż z Berlina?
— Nie, nie masz racji — usłyszał w odpowiedzi. — Mogę coś zrobić, i to wiele. Spisałem sobie numery 

teczek, jakie pan oberst przeglądał i z których sobie coś długo notował. No, niech teraz tylko ktoś o tym 
wszystkim dowie się z RSHA, to wtedy z tym Campem potańcują!...

Łazarew, który nie pił dużo, ale za to nieubłaganie dolewał oficerowi, teraz grzecznie wtrącił:
— Tak, ma pan niewątpliwie rację twierdząc, że niekiedy w Wehrmachcie nie docenia się należycie 

Niemców spoza Rzeszy, jak pana na przykład pana z Łotwy czy mnie z Rosji. O, choćby ja! Od dawna nie 
zważając na niebezpieczeństwo, pracowałem dla sprawy Wielkich Niemiec. I w rezultacie co? Dosłużyłem 
się wysokiego stopnia podoficera... To ma być wdzięczność, docenianie ludzi?...

Petersen,   zdawający  się   już   zasypiać   nad   którymś   tam  z   rzędu   kieliszkiem  rumu,   niespodziewanie 

ożywił się:

— Słusznie rozumujesz chłopcze. Powiem ci coś jeszcze, bo podobasz mi się. Akurat wczoraj byłem w 

gabinecie   Krebsa,   tego   karierowicza   i   pupilka   inspektora   z   Berlina.   Właśnie   wtedy   zameldował   się 
podoficer... zaraz, jak mu tam, chyba Lutze, tak na pewno Lutze. Przychodzi więc i powiada, że ty wcale nie 
jesteś Lessner czy Łazarew. On ciebie podobno pamięta z ROA, już nie wiem, z którego batalionu. W 
każdym razie ten Lutze służył krótko w tym batalionie przed skierowaniem do nas, ale nie to jest ważne. On 
mówi, że ty się wówczas inaczej nazywałeś... To dopiero byłby dobry kawał!  — roześmiał się niezbyt 
przytomnie   Petersen.  —  Dowódca  plutonu  wartowniczego   Lessner   nie   jest   tym,  za  którego   się   podaje. 
Wyobrażasz sobie?...

Lejtenantowi Łazarewowi naraz przebiegły po plecach ciarki! Tylko tego brakowało, żeby go teraz 

rozpoznano. Opanowawszy się i z najbardziej zimną krwią rzekł:

— Przecież to bzdura! Pan major Krebs na pewno nie uwierzył...
—   Nie,   nie!   —   przerwał   szybko   Petersen.  —   Krebs   nie   uwierzył,   ale...   Jesteś   porządny  chłopiec, 

powiem ci otwarcie. U nas nie ma wyjątków. Na razie niczego się nie bój, rób dalej swoje. Będą tylko ciebie 
obserwować i jeśli coś stwierdzą, to... No, nie chciałbym być wówczas w twojej skórze. Ale nie martw się, 
ten Lutze znany jest z takich kawałów. Na pewno wymyślił sobie całą historię, żeby zarobić na urlop. Nie 

background image

wyglądasz na bolszewickiego prowokatora. Krebs  — leutnant machnął ręką lekceważącym gestem  — ma 
inne sprawy na głowie. Za miesiąc wyjeżdżamy stąd, a on do tego czasu chce jeszcze dostać order i awans. 
Campe mu powiedział, że gdzieś w tych stronach działa jakiś as rosyjskiego wywiadu. Za jego schwytanie 
Berlin obiecuje złote góry. Krebs zapalił się do tej roboty i wierzy, że właśnie jemu przypadnie nagroda!

Łazarew zaczął intensywnie myśleć. Za siedem dni ma odbyć się operacja. W żadnym przypadku nie 

może tu być Krebsa, w przeciwnym razie nie ma co marzyć o służbie w noc sylwestrową. Z Lutzem na razie 
pół biedy. Zanim zdążą sprawdzić jego oświadczenie, uzyskać nowe informacje i świadków, upłynie na 
pewno trochę czasu.

Leutnant dostrzegł zasępioną twarz Łazarewa. Klepnął go po ramieniu i pocieszająco powiedział:
—   A   ty   się   jednak   martwisz,   ambitny   jesteś.   To   ładnie   z   twojej   strony.   Jak   jutro   spotkasz   tego 

donosiciela, jak mu tam, Lutze, to powiedz mu parę słów. Ja go i bez tego wyślę na urlop, niech jedzie do 
swojej Trudy. Co ci jeszcze chciałem powiedzieć — Petersen zastanowił się. — Aha, nalej ostatni kieliszek i 
uciekaj stąd!

Po chwili oficer z trudem podniósł się z krzesła, chwiejnym krokiem dobrnął do tapczanu i runął nań jak 

długi. Łazarew zgasił światło i bezszelestnie opuścił pokój. Na dworze uderzył go w twarz mroźny powiew 
rześkiego powietrza. Z kasyna dolatywał głos śpiewających Niemców.

Nazajutrz, w pierwszy dzień świąt, Łazarew wyszedł na spacer do wsi. Korzystając z okazji wstąpił do 

domu Karlisa i zakomunikował mu, że jak najszybciej musi zobaczyć się z Lizą. Stary nie miał zwyczaju 
zadawania   zbędnych   pytań.   Zrozumiał,   że   człowiek,   którego   zarekomendował   towarzysz  „Wiktor”,   ma 
widocznie coś bardzo ważnego do przekazania. Tego samego dnia w Pessaari zjawiła się wezwana w trybie 
alarmowym Liza.

Przed zapadnięciem zmroku łączniczka wyjęła z dziupli sosny kartkę z następującym meldunkiem do 

kapitana Piatkina: Zaczyna być gorąco. Krebs jest na moim tropie. Rozpoznał mnie podoficer Lutze, jestem  
obserwowany. Powierzenie mi służby oficera dyżurnego 31 grudnia stoi pod znakiem zapytania. Krebsa 
należy na tę noc koniecznie wyciągnąć z „Lorelei”. Ustaliłem, że jest on osobiście zainteresowany w ujęciu 
Petakona. Wykorzystajcie radiostację Kowalowa. Operacja uda się, jeśli będzie w szkole Petersen. Wie dużo  
jako zastępca Krebsa. Ł.

Po rozszyfrowaniu meldunku szef II wydziału brygady wezwał radzistę Wieresajewa i polecił mu nadać 

w imieniu Kowalowa następującą depeszę: Bardzo pilne! 31 grudnia w godzinach 21— 24.00 przylatuje z 
Moskwy Petakon. Rejon zrzutu — polana leśna w pobliżu wsi Waagala. Jeśli zawczasu rejon ten otoczycie  
odpowiednimi silami, będzie okazja ujęcia rosyjskiego pułkownika. Działajcie szybko! Kowalow.

Dopiero teraz można było wyruszyć do Welten. O świcie 27 grudnia załadowano na zaprzężone w 

trójkę rączych koni sanie ciężki kufer, zawierający cały ekwipunek „oficerów SD”. Na kufrze usiadł mający 
powozić Gieorgij Iwanowicz. Z jego lewej strony zajęła miejsce blada, wychudła, nieruchomo spoglądająca 
w śnieżną dal Wiera. Z tyłu rozsiedli się Szmygin, Rudi i Karl. Obok każdego z nich leżały gotowe do 
strzału   pistolety   maszynowe,   a   w   sianie   pod   nogami   znajdowała   się   ponadto   skrzynka   granatów.   W 
odległości kilometra przed saniami miała posuwać się silna grupa ubezpieczająca, złożona z najbardziej 
doświadczonych partyzantów.

Stojący przed ziemianką sztabową w otoczeniu oficerów i zwiadowców dowódca brygady, pułkownik 

Aleksiejew, pożegnał kawalkadę podniesieniem ręki.

— Szczęśliwej drogi, towarzysze! — powiedział ciepło. — Wracajcie zdrowi!
Piatkin   szarpnął   lejcami.   Wypoczęte   konie   ostro   ruszyły   do   przodu.   Na   drodze   sanie   mknęły   jak 

huragan.

Rozpoczęła się operacja „Dosiego Roku”.

SYLWESTROWI GOŚCIE

— Sieg heil! Sieg heil! Sieg heil!...
W głośniku radiowym na wartowni słychać było transmisję wiecu noworocznego w hali berlińskiego 

Pałacu Sportowego. Po ogłuszających rykach tłumu i rnarszach wojskowych włączył się ze studia spiker, 
uroczyście   zapowiadając,   że   za   piętnaście   minut   doktor   Goebbels   wygłosi   przemówienie   do   narodu 
niemieckiego i żołnierzy Wehrmachtu wykonujących zadania bojowe na wszystkich frontach Europy.

Pełniący służbę oficera dyżurnego w „Sonderschule” feldwebel Lessner-Łazarew spojrzał na zegarek i 

zbudził drzemiącego na kanapie swego pomocnika, obergefreitra Dutschke.

— Pójdziecie do kasyna, znajdziecie na sali leutnanta Petersena i zameldujecie, że za kwadrans ma w 

radio przemawiać pan minister Goebbels. Chcę wiedzieć, czy w związku z tym pan komendant nie będzie 

background image

miał dla mnie jakichś specjalnych poleceń? Odpowiedź niezwłocznie przetelefonujcie mi, będę czekał. Przy 
okazji zajrzyjcie też do kuchni i powiedzcie szefowi, aby przyniesiono nam na czas kolację. Wszystko jasne?

— Tak jest!
Po wyjściu obergefreitra Łazarew otworzył drzwi do sąsiedniej izby i zaprosił do siebie dowódcę warty, 

unterfeldwebla   Mitthofa,   w   celu   wspólnego   wysłuchania   tego,   co   miał   niebawem   powiedzieć   minister 
propagandy Rzeszy.

Nie upłynęło nawet dziesięć minut, gdy na stoliku Łazarewa rozległ się ostry dzwonek telefonu. Mówił 

z kasyna obergefreiter Dutschke:

—  Herr Feldwebel, melduję, że leutnant Petersen jest, jakby to powiedzieć, bardzo rozbawiony po 

kolacji. O przemówieniu radiowym już wie i nie ma dla nas żadnych poleceń. Poza tym rozkazał mi wynieść 
się do wszystkich diabłów! Chciałbym teraz pójść na kolację.

Łazarew, chociaż usłyszał głos tylko swego pomocnika, zerwał się na równe nogi i ze słuchawką przy 

uchu stanął na baczność, przybierając poważny wyraz twarzy. Obserwujący go dowódca warty nie mógł 
powstrzymać się od ironicznego uśmiechu.

— Zrozumiałem! — krzyknął Łazarew do słuchawki, gdy Dutschke wyłączył się. Mimo że nikt mu już 

nie   odpowiadał,   mówił   dalej   stanowczym   głosem:  —   Tak   jest,   zrozumiałem.   Rozkaz!   Powtarzam: 
natychmiast  wyjechać   saniami.   Tak,   rozumiem,   saniami   ze   względu   na   zaspy  na   drodze.   Wyjechać   do 
batalionu SS we wsi po trzech panów oficerów. Natychmiast idę po sanie i wyjeżdżam! Po powrocie zaraz 
zamelduję!

Na nieme pytanie kolegi Łazarew wyjaśnił:
— Dzwonił Petersen. Kazał mi wyjechać saniami do wsi po jakichś ważnych oficerów. Przyjechali 

dzisiaj z Rygi na inspekcję. Chcą spędzić noc u nas, a nie w batalionie. Ponieważ nie znają hasła, trzeba po 
nich wyjechać. Tak mi się nie chce wyruszać w tę lodowatą noc — westchnął.

— Trudno, nic nie poradzisz, służba — zauważył ze współczuciem Mitthof. — A oni też nie mieli kiedy 

przyjechać...

— Diabli nadali — odparł zirytowany Łazarew, wkładając płaszcz.  — Zamiast człowieku bawić się, 

trzeba tłuc się gdzieś po tych przeklętych wertepach. Jak wróci mój pomocnik, proszę mu powiedzieć, gdzie 
pojechałem. Niech nie opuszcza dyżurki. Przypuszczam, że za jakąś godzinę będę z powrotem. Część!

— Weź na wszelki wypadek pistolet maszynowy — podpowiedział Mitthof. — Nigdy nic nie wiadomo.
— Masz rację — zgodził się Łazarew.
Była dokładnie godzina 23.00, gdy przed domkiem Petersena zatrzymały się sanie. Wysiadło z nich 

trzech wysokich, szczupłych mężczyzn w mundurach oficerów SD. Towarzyszący im Łazarew wybiegł na 
ganek i nacisnął guzik dzwonka.

Po   chwili   w   lekko   uchylonych   drzwiach   ukazała   się   głowa   ordynansa,   szeregowca   Vogtmanna, 

estońskiego   Niemca.   Zasadnicze   jego   zadanie   polegało   na   dokładnym   obserwowaniu   i   donoszeniu   o 
wszystkim, co wydawało się podejrzane w postępowaniu Petersena. Tego rodzaju nieomal jawne śledzenie 
nie należało w wywiadzie Wehrmachtu do spraw niezwykłych.

Zirytowany tym, że blisko północy zerwano go ze snu, Vogtmann na widok nie znanego podoficera 

niezbyt grzecznie warknął:

— Pana leutnanta nie ma w domu. Nie wrócił jeszcze z kasyna. Nie mamy o czym rozmawiać...
Chciał zatrzasnąć drzwi, ale Łazarew zdążył wepchnąć koniec buta za próg i odsunąć ordynansa pod 

ścianę. Momentalnie cała czwórka znalazła się w pokoju zastępcy komendanta.

— Co bydlaku, nie widzisz, kogo masz przed sobą?! — krzyknął ostro Szmygin, przeistaczając się w 

jednej sekundzie w hauptsturmführera Eberharda. — Co to za porządki?

Ordynans   struchlał   na   widok   trzech   oficerów   służby   bezpieczeństwa   Rzeszy.   Stuknął   obcasami, 

pokornie stając na baczność.

— Zaprowadź do gabinetu!  — polecił feldwebel.  — Tam panowie zaczekają, dopóki nie sprowadzę 

leutnanta.

Oho, zaczyna się ciekawie — pomyślał z ulgą ordynans. — Centrala nareszcie przysyła kogoś z góry, 

żeby zrobić porządek z tym Petersenem. Widocznie musiał poskutkować mój ostatni raport...

— Chciałbym wyjaśnić — zaczął niepewnie Vogtmann — że ja...
— Co ty? — przerwał mu Szmygin.  — Dyscypliny nie znasz. O tym chciałeś powiedzieć? Już my 

ciebie nauczymy szacunku. Na front pójdziesz, szczeniaku! Tam jest twoje miejsce, a nie tutaj!

— Hauptsturmführer, pozwolę sobie zameldować...
— Milczeć! Ani słowa! Wynoś się natychmiast do swojej izby i nie przeszkadzaj! — Szmygin wskazał 

mu pejczem drzwi.

Ordynans   wycofał   się   niezwłocznie   zupełnie   zdruzgotany   kategorycznym   tonem   oficera.   Nie 

background image

spodziewał się, że on — konfident, szczerze oddany inspektorowi Abwehry, któremu przesyłał tajne raporty 
— zostanie tak potraktowany przez przedstawicieli SD. Zagryzł z wściekłości wargi i zamknął się w swoim 
maleńkim pokoju. Nic mnie więcej nie obchodzi — pomyślał, tłumiąc w sobie gniew. — Niech się teraz sam 
Petersen gimnastykuje, ale na front nie pójdę...

Korzystając z nieobecności ordynansa Rudi i Karl poprzecinali przewody telefoniczne i ukryli leżący na 

tapczanie pistolet.

Po upływie kilkunastu minut w otwartych drzwiach stanął wyprężony Łazarew, a obok niego wynurzył 

się z cienia wyraźnie zakłopotany leutnant Petersen. Na widok czarnych mundurów i obcych twarzy oficer 
zbladł i wyciągnął ramię.

— Heil Hitler!
— Heil! — odpowiedział niedbale Szmygin, zachęcając ruchem ręki leutnanta, by zajął miejsce przed 

biurkiem. Petersen, zamroczony nieco alkoholem, poruszał się jak automat.

— Gdzie jest komendant? — zapytał hauptsturmführer.
— Wyjechał trzy godziny temu na akcję do wsi Waagala...
— Chodzi o Petakona?
Leutnant potwierdził ruchem głowy. Jeszcze był zaskoczony i nie wiedział, co ma oznaczać ta wizyta w 

środku sylwestrowej nocy.

— A pan, jego zastępca, co w tym czasie robi? — Szmygin spojrzał na Petersena surowym wzrokiem. 

— Bal sobie urządza, pije, demoralizuje podwładnych złym przykładem... Teraz już rozumiem, dlaczego u 
was zdarzają się takie skandaliczne wypadki!

—   Przepraszam,   nie   wiem,   o   co   chodzi   —   zdobył   się   na   odwagę   leutnant.  —   Jestem   zastępcą 

komendanta i mam prawo wiedzieć, skąd panowie przyjechali. Jak dotąd, podlegamy centrali Abwehry.

Szmygin podniósł się z krzesła i zapytał:
— Czy otrzymaliście szyfrówkę z Rygi?
— Tak jest! — wtrącił  zręcznie  Łazarew.  — Przed chwilą odebrał  ją mój pomocnik, obergefreiter 

Dutschke. Czy mam przynieść?

— Nie, nie potrzeba. Mam inny dokument, który najlepiej rozwieje wątpliwości leutnanta — powiedział 

chłodnym tonem Szmygin. — Zna pan to pismo? — podał Petersenowi sprawozdanie statystyczne podpisane 
przez majora Krebsa, które dwa miesiące temu wręczył on inspektorowi centrali Abwehry w Berlinie.

Leutnant spojrzał na dokument i niepewnym głosem odparł:
— Chwileczkę, no tak, to oryginalny raport Campe, gdy był u nas na inspekcji. Teraz już rozumiem — 

uspokoił się. — Ale jak to pismo dotarło do was?

— Pytania ja mam prawo zadawać! — Szmygin podniósł głos i uderzył dłonią w biurko. — Dokument 

znaleźliśmy przy zatrzymanym agencie wywiadu rosyjskiego. Co prawda figuruje na nim podpis majora 
Krebsa, ale pan, jako jego zastępca, ponosi w tym przypadku odpowiedzialność na równi z nim. Nie muszę 
chyba   specjalnie   tłumaczyć,   czym   to   pachnie?   Z   upoważnienia   szefa   wydziału   czwartego   zarządu 
Sicherheitdienst   w   stolicy  mam   przeprowadzić   śledztwo   w   tej   dosyć   zagadkowej   sprawie.   Dowód   jest 
niezbity. Albo pociągniemy pana do odpowiedzialności za zdradę tajemnicy państwowej, albo... — Szmygin 
przerwał, spoglądając badawczo na przybitego leutnanta.

— Albo co? — wykrztusił przestraszony Petersen.  — Zawsze służyłem ze wszystkich sił führerowi i 

Niemcom. Nie ponoszę żadnej winy, to jakieś nieporozumienie!

—   Może   pana   uratować   tylko   całkowita   szczerość.   Bardzo   nas   interesuje,   jaką   drogą   i   za   czyim 

pośrednictwem tajemnice Abwehry przenikają do wroga? Już najwyższy czas, żeby raz na zawsze skończyć 
z takimi skandalami. Reichsführer Himmler na ostatniej odprawie w RSHA w jak najbardziej kategoryczny 
sposób   potępił   karygodny   bałagan   w   organach   Abwehry.   Wyciągnęliśmy   z   tej   odprawy   odpowiednie 
wnioski. Wobec zdrajców będziemy bezlitośni!

— Jeszcze raz oświadczam, że za zagubienie dokumentu nie ponoszę żadnej odpowiedzialności!  — 

wykrzyknął   pobladły  Petersen.  —  Nie   miałem  z  tym   pismem  nic   wspólnego.   Wszystkiemi   winien   jest 
Campe. Nie wiem, czy mogę mówić o pewnych sprawach w obecności feldwebla Lessnera...

Szmygin uśmiechnął się znacząco.
— Szkoda, że nie zna pan dobrze swoich podwładnych. On jest nie tylko poza kręgiem jakichkolwiek 

podejrzeń, ale także bez obaw można przy nim mówić o sprawach, które pana zdaniem są znane tylko 
nielicznej grupie personelu szkoły. Więc co z tym pułkownikiem? Na jakiej podstawie pan go podejrzewa? 
Ważne są tylko dowody, a nie przypuszczenia. Słucham.

—   Campe   był   tutaj   tydzień   temu   i   kazał   sobie   podać   charakterystyki   naszych   wychowanków   w 

„Russland-Mitte”...

— Co znowu za charakterystyki? — zainteresował się z obojętnym wyrazem twarzy Szmygin.

background image

Petersen   poruszył   się   niecierpliwie.   Skwapliwie   zapalił   podanego   mu   papierosa   i   wyrzucił   jednym 

tchem:

— Nie wiem, czy może być coś bardziej cennego niż te charakterystyki. Chodzi o naszych najlepszych 

absolwentów, skierowanych po przeszkoleniu do oddziału rozpoznawczego „Russland-Mitte”...

— No i co? — nalegał hauptsturmführer. Cóż w tym dziwnego? Miał chyba prawo to zrobić?
— Owszem, miał. Ja jednak uważam, że ten Campe to podejrzana sztuka. Jest w jego zachowaniu coś, 

co   rzuca   się   w   oczy.   Na   wszelki   wypadek   zapisałem   sobie   pseudonimy   tych   absolwentów.   Jeśli   w 
najbliższym czasie któryś z nich zostanie ujęty przez kontrwywiad rosyjski, będzie to dla mnie oczywistym 
sygnałem, że Campe działa na rzecz wroga, że przekazuje informacje, które udostępniamy mu tutaj. Tak 
mogło być, ze sprawozdaniem statystycznym...

— A gdzie jest ten spis? Niech pan pokaże, może rzeczywiście posądzamy pana niesłusznie. Może przy 

pańskiej pomocy uda nam się zdemaskować bolszewickiego agenta? Gdyby tak się stało, czeka pana awans i 
służba na bardziej odpowiedzialnym stanowisku.

Uspokojony Petersen wyciągnął z portfela gęsto zapisaną kartkę. Szmygin wziął ją do ręki, pobieżnie 

przeczytał i włożył do swojej torby polowej.

—   To   wszystko   jest   niewątpliwie   ciekawe  —   zauważył  hauptsturmführer  —   ale   jaką   mogę   mieć 

gwarancję, że nie wymyślił pan historii z tymi charakterystykami? Wykaz samych pseudonimów jeszcze o 
niczym nie mówi. Chciałbym sam zobaczyć te charakterystyki, porównać pseudonimy, potwierdzić pańskie 
uwagi na marginesie spisu. W przeciwnym razie zmuszony będę uznać, że w ten dosyć zręczny sposób 
chciał pan nas wprowadzić w błąd i odwrócić uwagę od spraw zasadniczych. Zależy nam na zeznaniach 
prawdziwych, uprzedzałem pana na wstępie.

Leutnant nie zdradził niepokoju, odzyskał już pewność siebie. Szmygin grał rolę bezbłędnie, nic nie 

można   mu   było   zarzucić.   Przypuszczalnie   tak   właśnie   rozmawiałby   z   oficerem   Abwehry   autentyczny 
wysłannik centrali SD. Inicjatywa była ciągle w jego rękach, wykorzystywał ją w każdym pytaniu.

— Jeśli ma pan jakieś wątpliwości, to będę mógł przedstawić wyciągi z tych charakterystyk do wglądu 

— oświadczył śmiało Petersen. — Krebs zostawił mi klucz do swego mieszkania. Wiem, że tam jest ukryta 
szafa pancerna. Major przechowuje w niej broń i niektóre podręczne dokumenty, potrzebne na wypadek 
pilnej pracy w domu. Budynek jest zresztą strzeżony — dodał leutnant. — Nie wykluczam, że znajdziemy 
tam interesujące pana dokumenty. Proszę bardzo, możemy tam zaraz pójść...

— A kiedy przypuszczalnie wróci Krebs? — zapytał Szmygin.
— Trudno mi powiedzieć, chyba za dwie godziny. Czy woli pan poczekać?
Hauptsturmführer spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina dwudziesta czwarta. Czy warto ryzykować? 

Szmygin zamienił z feldweblem kilka słów, rozmawiali szeptem, ale Petersen od razu zorientował się, że 
oficer SD wyraźnie uzależnia swą decyzję od stanowiska Lessnera. A więc to tak wygląda  — pomyślał 
zdumiony leutnant.  — Ten niby nadwołżański Niemiec, rzekomo podoficer policji okupacyjnej, na pewno 
nie jest tym, za kogo się podaje. Nie ulega teraz wątpliwości, że od początku grał podwójną rolę. Jakże 
śmieszne   były  podejrzenia   podoficera   Lutze!   Lessner   to   członek   centrali   SD,  specjalnie   skierowany  do 
„Sonderschule”. Przybył na pewno po to, by obserwować kadrę szkoły, by rozpoznać kanały przeciekania 
informacji... To odkrycie zupełnia zdetonowało Petersena.

— Uważam, że możemy iść! — powiedział feldwebel. — Szkoda czasu.
Na widok Petersena i oficerów SD wartownik przed domem Krebsa wyprężył się i stuknął obcasami. Po 

chwili wszyscy byli już w przytulnym mieszkaniu komendanta  „Lorelei”. Leutnant  odsunął kotarę i po 
krótkiej   manipulacji   otworzył   pancerną   szafę.   Na   półkach   leżały   różne   dokumenty:   teczki   personalne, 
skoroszyty wypełnione meldunkami, sprawozdania, bruliony z tajnymi notatkami...

Szmygin jednym rzutem oka ocenił wartość tego bogactwa.
—  Czy  nie   sądzicie,   że   przechowywanie   tylu   ważnych   dokumentów  w   mieszkaniu   jest   wyraźnym 

naruszeniem obowiązujących przepisów? — zwrócił się do towarzyszących mu oficerów.

—   Na   pewno,   hauptsturmführer!   —   przyznał   lakonicznie   untersturmführer   Zeller.   —   To   jest 

niedopuszczalne!

— Ja też tak uważam  —  dodał Petersen  — proszę, oto są charakterystyki, o które panu chodziło  — 

podał   Szmyginowi   plik   starannie   złożonych   papierów.  —   Możs   pan   porównać   pseudonimy   z   moim 
wykazem. Jestem przekonany, że nie znajdzie pan żadnego błędu.

— Dobrze, sprawdzę, ale nie tutaj  — oświadczył z namysłem hauptsturmführer.  — Sprawa  nabiera 

innego charakteru. Teraz już nie mam żadnych wątpliwości, że nie ponosi pan żadnej winy za zagubienie 
dokumentu, który dziwną drogą trafił do rosyjskiego wywiadu...

— No więc  — ucieszył się Petersen.  — Od razu przecież mówiłem. Ma pan w ręku klucz do całej 

zagadki: Krebs i Campe, dobrana para! Przeczuwałem, że jest coś nienormalnego w tych inspekcjach i nie 

background image

pomyliłem się.

— Gratuluję! — pochwalił go hauptsturmführer. — Pozostaje nam tylko jeszcze jedna formalność. Na 

powrót Krebsa w tym stanie rzeczy nie mam zamiaru czekać. Widzę celowość innego rozwiązania.

Oficerowie SD z uwagą spojrzeli na swego szefa.
—   Na   podstawie   udzielonych   mi   pełnomocnictw  —   oświadczył   urzędowym   tonem   Szmygin  — 

deponuję w waszej obecności, jako pełnoprawnych świadków, wszystkie dokumenty przechowywane wbrew 
ustalonym przepisom w mieszkaniu majora Krebsa! Co innego podręczne notatki i wyciągi, a co innego 
prywatna tajna kancelaria. To jest karygodne!

— Hauptsturmführer, czy jednak nie warto zaczekać na powrót komendanta?  — zapytał nieśmiało 

leutnant. — Chodzi przecież o wypadek nadzwyczajny...

— Nie, Krebs do nas przyjedzie! — odparł Szmygin. — Proszę przygotować jakąś walizkę, zabieramy 

wszystko! Pan jako świadek i zastępca komendanta pojedzie także z nami!

Petersen zawahał się na moment.
— Teraz, w nocy? Po co? Nie mogę opuszczać szkoły...
— Powiedziałem, że chodzi o formalność  — przerwał mu  zniecierpliwionym głosem Szmygin.  — 

Pojedziemy do dowódcy batalionu SS w Pessaari. Oddam tam dokumenty na przechowanie do rana. Mimo 
wszystko mam większe zaufanie do naszych żołnierzy z SS-Waffen niż do tej zbieraniny w waszej szkole. To 
chyba jasne, prawda? A pana przesłucham w charakterze świadka i natychmiast zwolnię. Rano pod ścisłą 
eskortą SS udamy się do Rygi z całym bagażem. Proszę być przygotowanym na kolejne wezwanie razem z 
majorem Krebsem.

— Jeśli tak, to wolałbym przyjechać  osobno  — stwierdził uspokojony Petersen.  — Domyślam się 

bowiem, że po tym, co tutaj panowie ustalili, kariera Krebsa zakończy się raczej niezbyt przyjemnie...

— Nie tylko Krebsa — wtrącił Lessner. — Pan inspektor Campe, jego przyjaciel, także to i owo będzie 

musiał powiedzieć.

Pakowanie   dokumentów   do   dwóch   walizek   nie   trwało   długo.   Przed   opuszczeniem   mieszkania 

komendanta „Lorelei” Szmygin polecił feldweblowi:

— Proszę zadzwonić do dowódcy batalionu, sturmbannführera Hartmanna, i uprzedzić go o naszym 

przyjeździe.   Niech   przygotuje   osobny  pokój   i   skrzynię   pancerną.   Najdalej   za   pół   godziny  będziemy  u 
niego...

Łazarew   wszedł   do   sąsiedniego   pokoju   i   po   wykręceniu   kilku   zer,   nie   słysząc   w   ogóle   odbioru, 

powtórzył głośno polecenie. Potem oddał słuchawkę Szmyginowi, który dokończył rozmowę:

— Tak, za pół godziny — mówił, robiąc pauzy. — Nie, będzie także twój dobry znajomy. Znacie się na 

pewno. Co? Tak, jakiś ciepły pokój. Oczywiście, przenocujemy. Na miejscu powiem ci resztę. Heil Hitler!

Była   godzina   1.20,   gdy   sanie   zatrzymały   się   przed   bramą  „Sonderschule”.   Z   wartowni   wyszedł 

obergefreiter Dutschke i zaciekawionym wzrokiem obejrzał pasażerów.

—   Zaraz   wracam   —   poinformował   go   Łazarew.  —   Odwiozę   tylko   panów   oficerów.   Później   ty 

pojedziesz po leutnanta Petersena do batalionu, ja będę musiał skontrolować posterunki. Otwórz bramę!

Wartownik   sprezentował   broń,   gdy   sanie   opuszczały   teren   szkoły.   Przez   kilka   minut   panowało 

milczenie. Szmygin poczęstował Petersena papierosem, a potem zwrócił się do Łazarewa:

— Znacie może krótszą drogę?
— Owszem. Trzeba dojechać do skrzyżowania przed lasem i dalej na przełaj przez pola. Pokażę ci — 

trącił w ramię milczącego żołnierza, który trzymał lejce.

Po kwadransie dotarli do skraju lasu. Konie rwały galopem po wypolerowanej skorupie śniegu.
— Teraz w lewo — podpowiedział leutnant, bacznie obserwując drogę i mijane zagajniki.
— Pan się myli — poprawił go Szmygin. — W prawo i ani słowa więcej!
Petersen odwrócił się gwałtownie i dostrzegł lufę pistoletu wymierzoną prosto w pierś. Z drugiej strony 

trzymał go w szachu untersturmführer Zeller. Zrozumiał. Na czoło wystąpiły mu krople potu, pod czaszką 
przebiegła przeraźliwie jasna myśl...

*

Zebrali się w komplecie przed ziemianką szefa II wydziału. Partyzanci z zainteresowaniem oglądali 

oficerów w czarnych mundurach i roztrzęsionego leutnanta, który z niedowierzaniem wpatrywał się w obce 
twarze.

Piatkin podszedł do Łazarewa i długo ściskał jego dłoń.
—  W   imieniu  służby  wyrażam  wam  podziękowanie   za   wzorowe  wykonanie   zadania   bojowego  — 

powiedział wzruszonym głosem. — Ojczyzna może być z was dumna! Jeszcze Wiera chce wam osobiście 

background image

podziękować...

Dziewczyna   nie   mogła   jednak   wymówić   słowa.   Szeroko   otwartymi   oczyma   spoglądała   na   swego 

chłopca w niemieckim mundurze z dystynkcjami feldwebla.

Partyzanci   odeszli,   pozostawiając   w  spokoju   młodą   parę.   Czekała   ich   ważna   praca:   nazajutrz   miał 

wylądować samolot z Wielkiej Ziemi...

background image

KRZYŻÓWKA Z TYGRYSEM

POZIOMO:   1)   pseudonim   konspiracyjny   sekretarza   miejskiego   komitetu   partii,   działającego   w 

podziemiu   podczas   okupacji   hitlerowskiej   w   Pskowie,   4)   starszy  towarzysz   łotewski   współpracujący  z 
partyzantami  radzieckimi  w   rozszyfrowywaniu   działalności   hitlerowskiej   „Sonderschule”   w  Pessaari,   7) 
odznaczenie, 9) imię tytułowego bohatera polskich komedii filmowych, 10) pancerz, szyszak, tarcza itp., 11) 
pewna   suma  pieniędzy,   12)   tłumaczka  kapitana   Piatkina,   do   wojny  przewodniczka   wycieczek   turystów 
zagranicznych   zwiedzających   ZSRR,   15)   prowizoryczny   mostek,   18)   miasto   w   pow.   chojnickim,   21) 
przyrząd do łączenia dwóch elementów, 24) wydawnictwo o charakterze ilustracyjnym, 26) radiotelegrafista 
z „Sonderschule II C - Lorelei”, który przeszedł na stronę partyzantów radzieckich, 27) potwarz, 28) miasto 
w RFSRR, wielokrotnie wspominane na stronicach tomiku, 29) machorka, 30) wieczysta dzierżawa.

PIONOWO: 1) posag, 2) objaw życia, puls, 3) krążek lub wałeczek z otworem, 4) roślina drzewiasta, 5) 

rodzaj ciastka z kremem, 6) podziałka mapy, 8) miejscowość kilkakrotnie wspominana w tomiku (albo spód, 
część naczynia), 13) cios, uderzenie, 14) organ czepny grochu, 16) bywa, że kręci się w oku, 17) ptak 
śpiewający, 18) świadome, zaplanowane posunięcie, 19) część walki bokserskiej, 20) pniak z korzeniami, 
karcz, 21) porozumienie spiskowców, 22) pułkownik hitlerowski,   inspektor   Abwehry   z   Berlina,   23) 
pokrywa na zawiasach, 25) ptak albo owad.

„Zwan”