background image

Ze zbiorów

Zygmunta Adamczyka

background image

Marek Hłasko

Listy 

z Ameryki

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Sąsiedzi

 Manager domu (w Stanach każdy człowiek ma jakiś tytuł; w najgorszym wypadku jest się Vice

Presidentem lub  Officerem) wprowadził mnie na podwórko domu i powiedział:

- Pański apartament będzie dwadzieścia dziewięć. Jeśli  Pan usłyszy jakieś krzyki z apartamentu

dwadzieścia siedem,   proszę nie zwracać uwagi. To samo spod dziewiętnastego;   jeśli zaczną się

kłócić, to niech pan udaje, iż pan nie  słyszy. Natomiast dwadzieścia siedem to problem. Gdyby  się

zaczęli kotłować, proszę zawołać mnie lub połączyć  się przez operatora z policją. Ta samotna starsza

pani,  mieszkająca na dole, będzie mówić czasem do pana, ale  proszę nie zwracać uwagi. Jest chora

umysłowo i mówi  tylko do siebie. Ten gość, którego pan tam widzi, będzie  chciał od pana pożyczyć

pieniądze. Niech pan mu nie   daje. Pańskim sąsiadem będzie irlandzki policjant, który   mieszka z

matką. On jest spokojny przez cały tydzień;  w niedzielę lepiej...

Nie   dokończył;   potężny   blondyn   w   mundurze   oficera     policji   przeszedł   podwórkiem

obrzuciwszy   nas   bacznym    spojrzeniem   i   uśmiechnął   się   sadystycznie.  W   ten  sposób     zostałem

mieszkańcem domu w dzielnicy ludzi mało zarabiających.

Najbliższym moim sąsiadem jest Bob. Bob pracował niegdyś  jako agent reklamowy; pewnego

dnia pijany kierowca samochodu poturbował go tak dotkliwie, iż Bob poszedł do szpitala na długie

miesiące. Dzień ten, jakkolwiek pełen bólu, okazał  się jednak najradośniejszym w jego monotonnym

dotąd  życiu; Bob po wyjściu ze szpitala otrzymał kilkadziesiąt  tysięcy dolarów odszkodowania jak

również zaświadczenie,  że jest niezdolny do pracy. Bob raźno zabrał się do dzieła:  szybko przepił

część pieniędzy w Down-Town; resztę przegrał   w Las Vegas. Od tego czasu Bob szwenda się po

barach  opowiadając o sobie różne historie, a kiedy nie ma pieniędzy  na picie, staje na skraju ulicy i

tęsknym wzrokiem wpatruje  się w mijające go samochody. Treść jego marzeń jest dla  wszystkich

oczywista.

Bob   jest   myślicielem,   filozofem   i   wnikliwym   obserwatorem     życia   codziennego.   Jest

najkoszmarniejszym typem alkoholika; jest bowiem alkoholikiem-entuzjastą; alkoholikiem piejącym

hymny   na   cześć   życia.   O   ile   pamiętam,   spotkałem   się     tylko   raz   z   podobnym  typem   pijaka   w

literaturze; bodajże    w „Pojedynku” Kuprina spotykamy postać  pijącą  nałogowo   i wygłaszającą

entuzjastyczne   monologi   na   cześć   życia.   Bob     ma   po   temu   zresztą   pełne   podstawy;   otrzymuje

dwieście   dolarów miesięcznie jako niezdolny do pracy, a to starcza mu   na mieszkanie i na picie.

Ponieważ   jednak   jego   nogi   zostały     pogruchotane,   Bob   posuwa   się   zygzakami   i   nazywany   jest

„skaczący Bob”.

Bob   nie   dysponuje   również   własnym   uzębieniem.   Po   miesiącach   starań   otrzymał   nareszcie

sztuczną szczękę i wybrał  się na przejażdżkę do rodziny samochodem przyjaciół. Jadąc  w kierunku

2

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Santa   Monica,   Bob  uległ  czarowi   krajobrazu     i   otworzywszy  okno,   wychylił  się,   a   wtedy   wiatr

wydmuchnął     mu  szczękę.   O   tym  opowiadał   mi  wieczorem,   przekonując     mnie,   iż   powinienem

koniecznie   pożyczyć   mu   czterdzieści     dolarów   na   zakup   nowej   szczęki;   w   końcu   zadowolił   się

dwudziestoma pięcioma centami i poszedł.

Bob   należy   do   kategorii   „Rummys”.   „Rummys"   chodzą     tylko   po   pewnych   ulicach   nie

zapuszczając   się   nigdy   w   dzielnice   zamieszkane   przez   ludzi   lepiej   zarabiających.   „Rummys"

wchodzą do baru i w milczeniu kładą przed sobą na lado

dwadzieścia pięć centów; tyle płaci się tutaj  za kiepskie piwo. „Rummys" kładą pieniądze i

rzadko   kiedy   mówią   o   co   im     chodzi;   są   znani,   barmani   znają   ich   upodobania   i   możliwości.

Pijaństwo   odbywa   się   tutaj   w   milczeniu;   nikt   do   nikogo   nie     mówi;   wszyscy   obserwują   ekran

telewizyjny komentując z rzadka dramat miłosny lub obyczajowy; częściej komentują tutaj   walki

bokserskie czy zmagania zapaśników, a w niedzielę  zawody piłkarskie. Mało widzi się awantur; jak

powiedziałem,     pijaństwo   odbywa   się   w   milczeniu;   tego   rodzaju   niezbędne     akcesoria,   jakimi

dysponuje alkoholik w Polsce, jak na   przykład nóż sprężynowy, szpadryna czy bicz do łamania

kręgosłupa, są tutaj mało popularne w kręgach dojrzałych  uczuciowo alkoholików. Na tym szarym

raczej tle korzystnie  odbijają się długowłosi młodzieńcy zręcznie operujący kozikami. Grasują oni w

okolicach Sunset Boulevard i nie zapuszczają  się w naszą ponurą dzielnicę.

Bob jest również entuzjastą życia erotycznego i rewolucji  seksualnej. Pewnego dnia zjawił się

w towarzystwie Davida;   David właśnie wyszedł ze szpitala dla wariatów po czteroletniej kuracji

odwykowej; teraz razem z Bobem zabrali się do  dzieła, podkreślając w czasie pijaństwa konieczność

znalezienia dla Davida ukochanej; ten bowiem pozbawiony był  możliwości korzystania z wdzięków

kobiecych przez ostatnie  cztery lata.

Bob-David. Dialog przy barze

Bob: - Ja ci znajdę dziewczynę.
David: - Ja przez cztery lata nie pierdoliłem.  Pauza. Milczenie.
Bob (po chwili pełnej napięcia): - Ja mógłbym wytrzymać  jeszcze jeden kieliszek.
David: - Ale to ostatni. Potem pójdziemy i poszukamy  jakiejś dziewczyny.

Piją.

Bob:  - Prawdę powiedziawszy, to o tej porze nie ma tu   nikogo. Trzeba będzie poczekać do

wieczora.

David: - Dobrze. Ale pamiętaj, że ja cztery lata nie  pierdoliłem.

Opowieść o Bobie i Davidzie zakończę morałem: David   wrócił  do domu dla wariatów  dla

odbycia powtórnej kuracji  nie przespawszy się z nikim. Morał: alkohol... i tak dalej.

3

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

William

William   jest   moim   najbliższym   przyjacielem;   jest   on   również     przedstawicielem   kierunku

filozoficznego, o którym mówi się  „Amerykański sen". Tak więc William, który jest chwilowo  bez

grosza przy duszy i nie może znaleźć pracy, wierzy  głęboko, iż pewnego dnia wszystko się ułoży;

znajdzie pracę,  zarobi mnóstwo pieniędzy i tak dalej. W jaki jednak sposób to  może się stać? Nikt

tego nie wie.

I ja również tego nie wiem. Ktoś podobno powiedział,   iż pisanie o jakimś kraju jest rzeczą

możliwą   tylko     albo   po   dwudziestoczterogodzinnym   pobycie,   albo   po     dwudziestoczteroletnim.

Stwierdzenie to, jakkolwiek efektowne, nie wydaje się prawdziwe. W Stanach Zjednoczonych  każda

drobna obserwacja stanowi w sumie olbrzymie  zjawisko społeczne, nad którym pracuje tysiące ludzi

i któremu poświęcone są tysiące publikacji. Wchodząc  do drugstore'u i patrząc na okładki książek,

widzimy  obok książek kryminalnych lub magazynów typu „Poświęciłam małżeństwo dla przygody

miłosnej"   książki     związane   z   psychiatrią   i   problemami   erotycznymi,   napisane     przez   lekarzy

specjalistów. Laikowi trudno zorientować   się w wartości tych publikacji; na mnie osobiście duże

wrażenie zrobiły książki ,,Samotny tłum" i „Bunt człowieka  w wieku średnim". Jesteśmy świadkami

fenomenalnego     zjawiska,   polegającego   na   wzajemnym   mijaniu   się   ludzi;   na   nieumiejętności

nawiązania kontaktu; nieumiejętności  spędzania wolnego czasu.

William,   który   interesuje   się   literaturą,   nie   od   rzeczy   mówi,     że   gdyby   byt   pisarzem,

najważniejszą   sceną   dla   niego   byłoby     pierwsze   spotkanie   między   kochankami.   To   jest   według

Williama sprawa zasadnicza dla dobrego opowiadania. Ludzie   spotykają się, powiada William, i

pierwszymi wrażeniami są  zazwyczaj: nieufność i nadzieja. Jeśli ładna dwudziestoparoletnia kobieta

spotka   mężczyznę   w   tym   samym   wieku     i   powiedzą   sobie   w   rozmowie,   że   oboje   są   ludźmi

samotnymi,  z miejsca zaczynają działać w atmosferze klęski; zaczynają  grać z pozycji straconych.

Cóż działo się  z nimi przez tyle  lat;    dlaczego są  samotni;  dlaczego nie  udało  im się  założenie

rodziny czy nawiązanie trwałych związków przez tyle czasu;  i czy to, co oni sami o tym mają do

powiedzenia, stanowi  prawdę?

William powiada, iż film i telewizja wytworzyły pewne  schematy, które oddziałały na ludzi. W

filmach   zazwyczaj     spotykamy   samotnego   mężczyznę,   który   wchodzi   do   nocnego     lokalu;   tam

spotyka   piękną   dziewczynę   i   ratuje   ją   z   kłopotów.     Widzimy   to   codziennie   obserwując   serię

telewizyjną  Tighrope,   której bohater (glina w cywilu) wchodzi do baru, przez  sekundę obserwuje

siedzącą tam samotną dziewczynę, nawiązuje na jej temat rozmowę z barmanem; podchodzi do niej;

bije innego mężczyznę w zęby i odchodzi z nią. Od miesięcy  obserwuję dzielnego agenta i każdy

film o nim zaczyna się  w ten, i tylko w ten właśnie sposób. Tak samo zresztą dzieje  się niemalże w

każdym   filmie   przygodowym;   mężczyzna     spotykający   kobietę,   z   miejsca   ma   okazję

4

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

zademonstrowania     swej   odwagi,   determinacji   i   lekceważenia   obyczajów,   których     obejście,

jakkolwiek przynosi innym klęskę, dla niego i dla  niej okazuje się zbawienne.

Książki   poświęcone   przypadkom   histerii,   alkoholizmu   i   rozpaczy,   pisane   przez   lekarzy,

przynoszą zupełnie inny obraz od   obrazu stwarzanego przez film i telewizję. Ludzie są samotni;

boją  się  jednak zdradzania  swych uczuć i  swego poczucia  klęski. W końcu znajduje  jedynego i

prawdziwego  przyjaciela,  którym jest  psychoanalityk. Analityk  nie  podejmuje    jednak  decyzji  w

imieniu swego pacjenta; stara się raczej  zwrócić mu uwagę i skierować jego energię we właściwym

kierunku. Przyjaciółka Williama jest od siedmiu lat pacjentką lekarza analityka i chodzi do niego

codziennie,   przy czym godzina psychoterapii indywidualnej  kosztuje   dwadzieścia pięć dolarów.

Ponieważ przyjaciółka Williama   jest  idiotką, kuracja  przeciągnąć  się  może na  najbliższe   kilka

milionów lat świetlnych. I ona również nie spotkała   nikogo; i ona również obserwuje  Tighrope

patrząc na przystojnego agenta policji odchodzącego co wieczór z inną  dziewczyną.

William   jest   z   urodzenia   pesymistą,   do   czego   przyznaje   się     niechętnie,   gdyż   na   co   dzień

reprezentuje kierunek „Amerykańskiego snu". William twierdzi, iż z chwilą kiedy państwo  troszczy

się o obywateli tak bardzo jak to dzieje się w Stanach,  wytwarza się obojętność człowieka wobec

człowieka i człowieka  wobec bólu i cierpienia. Człowiek rodzi się, działa, żyje  i umiera nie umiejąc

zainteresować   swoim   losem   innych     ludzi.   Nikt   tu   nie   jest   głodny   i   w   każdego   wpajane   jest

przekonanie, iż własną energią i pomysłowością można zdobyć  wszystko. Ten schemat myślenia jest

obowiązujący   dla   wszystkich,   powiada   William,   i   człowiek   rzadko   wyzwala   się   z   tego     przed

ukończeniem trzydziestu lat życia. A przecież nie   wszyscy ludzie są pomysłowi, energiczni; i nie

wszyscy   poza     tym   pragną   zdobywania   fortun,   pałaców   i   luksusowych   jachtów.   W   naszym

społeczeństwie istnieje minimalna możliwość  kompromisu. Najgorszym tego wszystkiego wynikiem

jest,  według Williama, obojętność. Dzieci mało troszczą się o starych rodziców wiedząc, że jest im

wypłacana renta; że rodzice  mają samochód, aparat telewizyjny i telefon. Święta dzieci  spędzają z

rówieśnikami,  a   potem  -  kiedy  wstępują  w  związki     małżeńskie  - z  własnymi  dziećmi.  William

powiada: człowiek  czeka, aby go ktoś odwiedził, a pewnego dnia idzie odwiedzić  własne dzieci; i to

jest już właśnie starość.

William   jest   kimś,   o   kim   mówi   się  loser.  William   jest     inteligentny,   oczytany,   dobry   i

dostatecznie sceptyczny,  aby zachować zimną głowę. William potrafi wszystko: mówić  mądrze o

przeczytanej książce, wyśmiać zły film, krytykować   wybory i kandydaturę gubernatora; William

potrafi mówić  o armii, o wojnie w Wietnamie, i o wielu innych rzeczach.  Nie potrafi tylko jednej

rzeczy: nie potrafi pozbyć się  wiary, iż pewnego dnia w jego życiu zaistnieje wyjątkowa  sytuacja,

wyjątkowe spotkanie; pewnego dnia zjawi się  wyjątkowy człowiek, a wtedy życie Williama ułoży

się  inaczej.

5

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Judy i Kira

Judy jest tak śliczna, iż z punktu widzenia opowiadania nie   nadaje się na nic; nie nadaje się

poza tym do niczego  z każdego innego punktu widzenia, ponieważ ma dwadzieścia  sześć lat, troje

dzieci i trzy nieudane małżeństwa za sobą; jest   ponadto wiecznie na gazie. Judy stanowi wspólne

zmartwienie  moje, Williama i wszystkich mieszkańców domu.

Judy   otrzymuje   od   rządu   sześćdziesiąt   dolarów   tygodniowo.     Ta   suma   musi   starczyć   jej   i

dzieciom. Nie starcza, gdyż Judy   pije jak smok, a butelka whisky kosztuje jednak sześć dolarów.

Tak więc dzieci Judy latają głodne i bose; czasami karmi je   żona Williama, czasami inni ludzie.

Teraz   Judy   usiłowała     popełnić   samobójstwo;   odratowano   ją   jednak   i   jest   już   z   powrotem   w

świetnym humorze.

Patrząc czasem na nią i myśląc o jej nieudanym samobójstwie, myślę o opowiadaniu Adolfa

Rudnickiego „Pył",    którego bohaterka, Kira, również usiłuje  popełnić samobójstwo   po szeregu

nieudanych   afer   miłosnych.   Kira   jest   młoda,    ładna,   uganiają   się   za  nią   mężczyźni;   dziewictwo

straciła  będąc jeszcze właściwie dzieckiem; jako dojrzała kobieta  jedzie w noc wigilijną pociągiem

z Warszawy do Łodzi, aby  popatrzyć na choinkę, która jej przypomina dzieciństwo.

W   filmie   włoskiego   reżysera  Blow-up,  uznanego   za   arcydzieło   i   monument   myśli   ludzkiej

widzimy   bohatera,   długowłosego   młodzieńca,   mającego   doświadczenie   erotyczne   rozpustnego   i

bogatego starca; młodzieniec ten pewnego dnia  kupuje w antykwariacie drewniane śmigło samolotu;

symbol  czy też rekwizyt epoki, której nie może pamiętać; do której  odnosi się z pogardą i z którą nic

go nie sączy. Nie potrafi  przy tym wytłumaczyć, po co potrzebne mu jest to śmigło.

W   filmie   francuskiego   reżysera,   „Oszuści"   widzimy   młodzieńca,   który   ryzykuje   życie,   aby

wybawić kota z opresji, po   czym oświadcza zgromadzonym i struchlałym widzom: „Nie   cierpię

kotów".

Dramat   długowłosych   ludzi   nie   jest   rzeczą   łatwą   do   zrozumienia.   Dramaty   młodych   ludzi

zawsze uderzmy ostrością.  Dwudziestoczteroletni Iwan Karamazow prowadził rozmowy  z diabłem;

młody Werther zastrzelił się z miłości; Fabrycy  del Dongo postanowił zamknąć się w klasztorze, aby

w ascezie   i ciszy znaleźć ukojenie w rozpaczy; Adolf latami nie umiał   zdobyć się na zerwanie z

kobietą, gdyż nie chciał sprawiać jej  bólu; bohater powieści Faulknera odrzuca karierę, stanowisko,

następnie   możliwość   ucieczki   przed   karą   i   możliwość   samobójstwa,   wybierając   smutek,   który

pomoże mu zachować w pamięci ukochaną kobietę; młody Raskolnikow popełnia morderstwo snując

asocjację   między sobą   a  osobą  Cesarza  Francji;    Robert   Jordan,   bohater  powieści   Hemingwaya,

postanawia  przed śmiercią polatać trochę z karabinem po polu, wysadzić  parę mostów w powietrze i

to wszystko po to, aby nie będąc   ani komunistą, ani monarchistą, zginąć jak mężczyzna. Dramaty

tych wszystkich młodych ludzi mogą nam wydawać się  wyjątkowe, nawet sentymentalne, prawdziwe

6

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

lub   nie,   lecz     uderzają   one   ostrością.   Na   czym   jednak   polega   dramat   długowłosych?   Jest   to

niewątpliwie dramat ludzi zagadkowych.  Kazimierz Brandys napisał kiedyś: „Powiedziano mi, abym

poszedł do kabaretu STODOŁA, gdyż tańczy tam zagadkowa   młodzież. Nie pójdę. Ja też kiedyś

byłem zagadkowy i nikt nie  podglądał mnie w czasie tańca".

Judy i Kira należą do jednego pokolenia. Zapoznały  się szybko z seksem; mają nawet pewne

pojęcia na temat  Freuda i wiedzą, iż sen, w którym natrętnie powtarza  się motyw wieży Eiffla nie

zawiera w sobie elementów   religijnych; obie wiedzą, jak zażywać pigułki pozwalające    uniknąć

zajścia w ciążę; ta cała wiedza nie przydała im  się jednak na wiele. Adolf Rudnicki kończy swoje

opowiadanie słowami: „Zabiło ją poczucie winy". William  odwożący nieprzytomną Judy do szpitala

powiedział to  samo. I to jest prawda.

Zabiło je obie poczucie winy. Jednakże nie wobec społeczeństwa; nie wobec ludzi żonatych, z

którymi nawiązywały   romanse; nie wobec dzieci, którym odbierały ojców; nie   wobec rodziców,

którym ich postępowanie przynosiło wstyd.  Zabiło je poczucie winy wobec siebie samych: poczucie,

że  straciły najlepsze lata swego życia w poszukiwaniu przygód,  które okazały się w rezultacie mało

ciekawe; rozbijały małżeństwa innych ludzi, lecz nie udało im się samym wyjść dobrze   za mąż;

straciły dużo czasu, pieniędzy i zdrowia nie myśląc  o tym, iż w tym samym czasie dojrzewały inne

młode kobiety   równie głupie,  egoistyczne i zimne jak i one, lecz mające  nad   nimi nieznaczną

przewagę młodości.

William powiada, że dla niego najpiękniejszą ze wszystkich   książek Faulknera  jest  książka

„Dzikie palmy. William  powiada, iż jest to książka prorocza; książka o umiejętności  wytwarzania w

sobie   napięć   uczuciowych.   Dzisiaj,   powiada     William,   seks   jest   sprawą   wątłego   schematu

obyczajowego:   Ty     spotykasz   kobietę,   opowiadasz   jej   o   swoim   nieudanym   małżeństwie;   ona

opowiada ci o nieudanym swoim; idziecie na  kolację, idziecie do lóżka - co dalej? Seks był kiedyś

ostatnią     stacją   w   pewnej   sytuacji;   dziś   jest   początkiem.   Seks   stanowił     „owoc   namiętności",

poświęcenia,   odwagi;   człowiek   żonaty     wiążący   się   z   inną   kobietą   występował   przeciw

społeczeństwu,  rodzinie i religii. Dzisiaj, powiada William, seks nie zawiera  w sobie tych napięć

uczuciowych, jakie zawierał niegdyś.   Chciałbym dziś zobaczyć autora, który napisałby książkę o

człowieku, który po prostu umarł z miłości tak jak Lucjan,  tak jak Eleonora. Dlatego „Dzikie palmy"

są w jakimś sensie  książką proroczą.

Być może jest tak istotnie. Jestem szczęśliwy widząc od   czasu do czasu nowe tytuły książek

poświęconych   Faulknerowi.     William   Faulkner,   którego   książki   w   roku   1944   nie   były   już

wznawiane, jest dzisiaj przedmiotem setek publikacji. W książce  Faulkner: Te Major Years  autor

podaje w indeksie, iż przy  pracy nad tą książką o autorze „Dzikich palm" korzystał  z pomocy 34

książek poświęconych Faulknerowi oraz z kilkuset artykułów krytycznych. Zwycięstwo Faulknera

wydaje     się   całkowite.   Myślę,   iż   najciekawszą   książką,   jaką   czytałem     w   roku   ubiegłym,   jest

„Faulkner   na   uniwersytecie".   Książka     „Papa   Hemingway"   opowiadająca   o   ostatnich   kilkunastu

latach   autora ”Śniegów Kilimandżaro” wydaje  się zbiorem płaskich    anegdot o starzejącym się

7

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

gadule mówiącym w stylu: „Jedna   z moich weneckich dziewczyn", lub opowiadającym o swym

wyimaginowanym stosunku z Matą Hari: „Pewnej nocy, jak  zwykle, wypierdoliłem ją porządnie..:'

O tym wszystkim mówiliśmy z Williamem do późnej nocy,  Głębię i powagę naszych rozmyślań

przerwał wesoły śpiew:  Roll me over and do it again... To Judy, która dziś rano opuściła  szpital po

nieudanej próbie pozbawienia się życia, wróciła  właśnie do domu z nowym narzeczonym. Patrząc na

jego   brudne długie włosy mam ochotę mordować i wyć. I mnie   również zabija poczucie winy; i

również wyłącznie wobec   mnie samego. Widzę siebie sprzed lat dziesięciu, ale nie   powiem tego

Judy. Niech i ona przejdzie sama swoją drogę.

Dramat  długowłosych jest  reakcją  na dramat  Williama,   który głęboko wierzy, iż spełni się

pewnego dnia jego sen; tak  mi to przynajmniej tłumaczyła jego żona. Być może jest tak;  być może

jest zupełnie inaczej. Dramaty ludzi, których twarzy  nie można dojrzeć, wydają się chyba każdemu

mało ciekawe.  Stanowią oni odsetek i trudno rzeczywiście zrozumieć o co im  chodzi, ponieważ oni

sami tego nie wiedzą. W Polsce, po  wojnie, patrzyliśmy wszyscy na dramat ludzi z AK, i to było dla

nas zrozumiałe; to pobudzało naszą wyobraźnię; wywoływało w nas uczucia gniewu, miłosierdzia i

rozpaczy.   W   dziesięć   lat   później   patrzyliśmy   na   dramat   rozczarowanych     komunistów.   Tutaj

patrzymy na dramat, co do którego  autentyczności ogarniają nas zastrzeżenia. Jest tu bunt  przeciw

społeczeństwu; lecz bunt wygodny; bunt nie grożący  konsekwencjami, i w tym tylko przypomina mi

to   dramat     młodych   komunistów,   postanawiających   zerwać   z   Partią     wtedy,   kiedy   Partia   sama

wezwała ludzi do złożenia legitymacji partyjnych.

Bruce, mój inny sąsiad, ma dwadzieścia cztery lata i od  dwóch lat jest instruktorem pilotażu.

Tak więc ja, starszy od   niego o lat dziesięć, jestem jego potulnym uczniem. Bruce jest   młodym

Amerykaninem o określonych ambicjach i o dużych  umiejętnościach. Szkoła, do której uczęszczam,

jest jedną   z tysiąca prywatnych szkół lotniczych. Bruce, kiedy przyszedł   tam po raz pierwszy w

swoim życiu, zapytany przez właściciela    szkoły, czemu chce  się poświęcić, powiedział, iż chce

zostać   instruktorem pilotażu. Na zapytanie, kto zapłaci za jego kurs,   Bruce odpowiedział: „Pan".

Wyśmiany przez właściciela,  powiedział: „OK. Zabiję kogoś i przyniosę panu pańskie  wszawe trzy

tysiące". Właściciel powiedział: „W jego twarzy  było coś takiego, iż musiałem mu uwierzyć, i Bruce

odwalił  cały kurs za darmo, a teraz pracuje dla mnie. To jest mój  najlepszy instruktor". Bruce jest

zimny i odważny i kocha  latanie. Ale nie ma w sobie bezmyślności wobec niebezpieczeństwa i nigdy

nie   naraża   swych   uczniów.   Zapytany     przeze   mnie,   co   myśli   o   dramacie   długowłosych,   Bruce

powiedział: „Ich rodzice zarabiają forsę, dają im samochody   i pieniądze na szkołę, więc czegóż

można od nich żądać? Ja  bym ich chciał zobaczyć na moim miejscu: uczyć kretyna, jak  m latać, i

dostawać za to siedem dolarów za godzinę. Keep the  nose down, Marek". Bruce ma świetną metodę

uczenia ludzi;  jeśli ktoś na przykład przechyla samolot ponad sześćdziesiąt  stopni na skrzydło, co

jest zabronione w czasie lotów treningowych, Bruce zrzuca ręce ucznia ze steru z taką siłą, że to się

musi pamiętać; po czym, po locie, wpisuje w książkę lotów:  „Uczeń wykazuje dużą poprawę". I

tak jest do następnego razu.

8

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Bruce należy do tego samego pokolenia co Judy i Kira.  Bruce ma dziecko; Bruce wie, że za ileś

lat pracy zarabiać  będzie dostatecznie dużo, aby znaleźć wiele wolnego czasu dla  siebie; czas ten

prawdopodobnie przeznaczy na dodatkowe  latanie, ale to już jego sprawa. William i Bruce nie lubią

się    nawzajem. William nazywa Bruce'a robotem; Bruce'a opinia    o Williamie  jest  równie  mało

skomplikowana.   William   powiada,   że   Bruce   jest   typowym   przykładem  amerykańskiej   arogancji.

„Jeśli ja mu powiem, że gdzieś w Chinach jest piękne  jezioro, Bruce nawet nie pozwoli mi skończyć

i powie, że to  nic w porównaniu z jeziorem w Michigan, nad którym leciał  w zeszłym tygodniu" -

powiada William. Bruce na to wszystko  odpowiada warknięciem: „To jest mój dom". Być może, iż

nie  jest to wiele warte jako wkład do nauki poznania świata; ale  któż z nas powie kiedyś te słowa?

Dom   jest   czymś,   co     akceptujemy;   wraz   z   niewygodami,   z   ciotką   neurasteniczką;     ze   scenami

małżeńskimi; z chorobami, kłótniami i przeprosinami. Tak samo Bruce akceptuje ten piękny kraj i

jego  siłę; jego dobrych i złych ludzi; jego wielkie i słabe momenty.  Jego akceptacja nie wynika z

bezmyślności, o którą wszyscy  tak chętnie posądzają Amerykanów; jego akceptacja wynika  z faktu,

iż Bruce uważa, że nie ma powodu, aby on sam uważał  siebie za mądrzejszego od wszystkich ludzi

rządzących tym   pięknym krajem. Jeśli nawet Bruce jest tylko małym kółkiem   w tej olbrzymiej

maszynie; jest on kółkiem piekielnie znającym  swą wartość.

Dzieci

Dzieci Williama i Judy bawią się razem. Dzieciom oczywiście nie wolno niczego zabraniać,

gdyż to  powoduje narastanie    kompleksów, które  później  odbijają  się fatalnie  - na czym?   - na

wszystkim; co do tego wszyscy są zgodni, nawet Bruce.

W związku z tym, kiedy jedziemy czasem z Williamem, jego  żoną i dziećmi do Disneylandu, a

dzieci jego drą się wniebogłosy, William nie mówi po prostu: ,,Trzymać dziób jeden  z drugim", lecz

wymyśla dla nich najrozmaitsze gry i przekrzykując je, mówi: „OK. Ja myślę teraz o zwierzęciu,

którego  imię zaczyna się na T". To pomaga; dzieci nie przestają się co  prawda drzeć zespołowo, ale

zaczynają się drzeć indywidualnie:  T for Tiger, T for Tiger...

Żona Williama pokazała mi wczoraj piękną książeczkę pod   tytułem: „Listy dzieci do Boga".

(Children's letters to God,  compiled by Eric Marshall and Stuart Hample).

„Dobry Boże - Kocham Cię, ponieważ jesteś dobry. Próbuję   być taki, jaki Ty jesteś. Jestem

dobry dla wszystkich ludzi; dla  matki i dla ojca, i dla moich dwóch sióstr. To musi być fajnie;  być

Bogiem i wiedzieć, że wszyscy Cię kochają. - Twój  Życzliwy Thomas".

Dobry Boże - Nie zdałem. Dziękuję Ci bardzo - Raymond".  „Dobry Boże - Nazywam się Robert

i chciałbym mieć  brata. Moja mama powiedziała, abym się udał w tej sprawie  do ojca; ojciec kazał

poprosić Ciebie. Myślisz, że mógłbyś to  zrobić? Życzę ci powodzenia - Robert".

„Dobry Boże - Mój młodszy brat ma cztery lata. Bądź  łaskaw zrobić coś, aby on przestał mnie

wściekać. - Twój  przyjaciel - Mark".

9

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

„Dobry Boże - I myślę, że to wspaniałe, w jaki sposób   nasi astronauci latają ponad światem.

Proszę Cię, uczyń  coś, aby nie spadli tylko na nasz dom. Twój przyjaciel  - Norman".

„Dobry Boże - Co będzie, jak Ty umrzesz? Nikt mi nie  chce tego powiedzieć. Twój przyjaciel -

Mike".

„Dlaczego nie możesz zrobić czegoś, żeby deszcz przestał  padać każdej soboty? - Rose".

,,Dobry Boże - Chłopcy są lepsi od dziewcząt. Ja wiem, że  Ty jesteś jednym z nich, ale mimo to

bądź fair. - Sylvia".  „Dobry Boże - Uczymy się teraz o Jonaszu i wielorybie.

Kiedy on go połknął i tak dalej. To jest najlepsza historia ze

wszystkich, które słyszałem, z akcją i napięciem. Mój tata  mówi, że to wszystko brzmi trochę

podejrzanie. Czy myślisz,  że to jest zabawne? - Twój Sidney".

„Dobry Boże - Jeśli  rzeczywiście  umiesz tak dużo, dlaczego   nie uczyniłeś,  aby rzeka była

dostatecznie duża i aby nie  zalało naszego domu, tak że musimy się teraz przeprowadzać  - Victor".

Nie   pisałbym  o  tym,   gdyby  nie  fakt,   iż   dla   mnie   dzieci     należą   nierozerwalnie   do  pejzażu

Ameryki.   Widzę   je   codziennie:   rano   jadą   do   szkoły   specjalnym   autobusem,   zaopatrzonym     w

czerwone   światła;   potem   wracają;   potem   czekają   na   samochód   z   lodami,   który   na   naszej   ulicy

pojawia się  około   czwartej;  potem siedzą  przy telewizorach  obserwując  przygody   „Człowieka-

Nietoperza". Pomiędzy godziną siódmą a dziewiątą  na naszej ulicy rozlegają się straszne ryki; jest to

pora,  w której dzieci trzeba oderwać od telewizora i położyć spać.

Dzieciom nie zabrania  się niczego i nie  bije  się  po łapach,    gdyż okazuje  się  to  zgubne w

przyszłości.   Nie   umiem   jednak     pozbyć   się   uczucia   zdziwienia   patrząc   na   dzieci   siedzące   przy

telewizorach   i   obserwujące   przygody   „Człowieka-Nietoperza";     przygody   agentów   policji   i

sadystycznych osobników działających w szulerniach, ciemnych ulicach i w barach z kobietami;  na

temat ich obyczajów można w najlepszym wypadku powiedzieć, iż są specyficzne. Co chwila pada

trup; co chwila  samochód zlatuje w przepaść eksplodując; w najlepszym  wypadku kowboj wyrzuca

kopnięciem   pokrwawionego   człowieka   mówiąc   przy   tym:   „Bierz   konia   i   wynoś   się   z   miasta".

Czyżby to nie odbijało się na psychice dzieci? Żona Williama  powiada, iż telewizja w jakiś sposób

rozładowuje   sadystyczne     instynkty  człowieka,  co   być  może   stanowi   część   prawdy.     W   książce

„Świat  seksu"  przeczytałem, iż ludzie  obserwujący    walki  bokserów czy zapaśników przeżywają

uczucia podobne  do orgazmu. Ponieważ książka ta została napisana przez  psychiatrę, trudno tutaj

zabierać głos; w tym kraju, w każdej  sprawie psychiatra ma głos decydujący.

Ale cóż na przykład myśli dziecko czytające bajeczkę

„Dlaczego  jelly fish  nie ma kości"  

1

? Proste: pewnego dnia   córka króla oświadczyła, że jest

chora. Doktor-ośmiornica po  gruntownym zbadaniu królewskiej córy oświadczył, iż potrzebna jest

niezbędnie  porcja  małpiej  wątroby.   Aby  wykonać     to   zlecenie,  wydelegowano  jelly   fish,  będącą

najlepszym pływakiem.

1

 

* Jelly fish - meduza. Amerykanie używają tej nazwy przenośnie:  „człowiek słabej woli

- galareta".

10

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Jelly  fish płynęła przez ocean i nagle zobaczyła tonącą   małpę. Zaofiarowała małpie pomoc;

małpa wskoczyła na jej  grzbiet i w ten sposób ocaliła swe życie. W czasie rozmowy,  jaka wywiązała

się pomiędzy rybą a małpą, ryba poprosiła  małpę, aby dała jej trochę swojej wątroby, gdyż jest to

niezbędne z punktu widzenia zdrowia córy królewskiej. Małpa  oświadczyła, iż chętnie to zrobi, ale

że zostawiła swoją wątrobę   na wyspie; tak więc ryba z małpą na plecach popłynęły   w kierunku

wyspy; małpa wyskoczyła na brzeg i wszedłszy na   drzewo powiedziała: „A teraz pocałuj mnie w

dupę".  Ryba   popłynęła  z powrotem i  opowiedziała  o swojej  przygodzie    doktorowi-ośmiornicy.

Doktor zameldował o tym królowi,   który wpadłszy we wściekłość polecił swoim giermkom bić

rybę; bili ją tak długo, aż pogruchotali jej wszystkie kości. Oto  dlaczego jelly fish nie ma kości.

Nie   jest   to   jednak   koniec   tej   budującej   historyjki.   Otóż   po     egzekucji   wykonanej   na   rybie

królewska córka oświadczyła, iż  wcale nie jest chora, o dolegliwościach zaś, o których myślała,  iż

pochodzą z chorej wątroby, nie warto w ogóle mówić, gdyż  są one rezultatem lekkiego bólu głowy.

Jest to najbardziej sadystyczna bajka, jaką znam. Mamy  w niej element odwagi i poświęcenia,

zniweczony   przez   zdradę;     element   oszukanej   wiary;   element   tortur   fizycznych;   element     nie

zawinionej kary, i to wszystko jest tylko wynikiem kaprysu  młodej i nudzącej się idiotki. Mamy tu

również element  trwałego kalectwa, który stanowi wytłumaczenie na zadawane  przez dzieci pytanie:

dlaczego jelly fish nie ma kości? Jest to najlepsze opowiadanie Sartre'a, jakie czytałem, i muszę przy-

znać, iż czytając jego ciężkie, teutońskie wypracowania nigdy  nie myślałem, że ten chłopak zajdzie

tak daleko.

Adolf Rudnicki powiada w którejś ze swych „Niebieskich  kartek", że młodzi ludzie wierzą, iż

przyczyną wszystkich ich   nieszczęść jest kobieta; tak więc gniew młodych spada na   kobietę. Tu

natomiast przyczyną wszystkich nieszczęść młodych ludzi są zawsze rodzice. Jeśli młody człowiek

jest  fajtłapą, pederastą, alkoholikiem i idiotą ogólnym, od razu  słyszymy, że dzieje się to dlatego, że

jego ojciec był pantoflarzem i matka dominowała. Jeśli dziewczę kurwi się, to  dlatego, iż ojciec był

niedołęgą   i   pantoflarzem;   jest   rzeczą     zastanawiającą,   iż   we   wszystkich   filmach   amerykańskich

poświęconych młodzieży nawet najbardziej mierni - tacy jak  Elvis Presley - aktorzy, grają dobrze,

jeśli przychodzi do  konfliktu między ojcem a synem.

Mnie interesuje jednak odpowiedź na pytanie, co myśli  dziecko czytające bajkę o jelly fish. Tu

opinie pedagogów-psychiatrów są podzielone. Jedni twierdzą, iż dziecko czytające bajkę rozumie, że

chodzi tu o postacie i sytuacje  umowne; drudzy twierdzą, że dzieje się przeciwnie, że  świat baśni

jest  rzeczywistym światem dziecka i że dziecko   wpierw będzie rozumieć przygody psa Pluto, a

później    dopiero  zagadnienia   ministra   McNamary.  W  jednej   z tych    książek czytamy  historię   o

chłopcu,   który   panicznie   bał     się   lotu   samolotem   i   nie   umiał   powiedzieć   dlaczego.   Aby     więc

zademonstrować mu, iż latanie nie jest niebezpieczne,   ojciec zdał egzamin PP  (Privat Pilot);  po

czym to samo  uczynna jego matka i tylko rak uratował teściową i teścia  od zdawania tego egzaminu.

Jednak dziecko w dalszym  ciągu bało się latania; zaprowadzone do psychiatry, po  szeregu seansów,

11

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

dziecko wyjaśniło: „Otóż gdy widzę odlatujący samolot, obserwuję, .że samolot maleje. Po prostu

nie chcę być tam w środku i zostać zgnieciony. To wszystko."

Opinie psychiatrów-pedagogów są podzielone i nie będę zabierać głosu, gdyż wydaje mi się, iż

ze wszystkich ludzi na  świecie ja sam mam najmniej kwalifikacji pedagogicznych.  Kiedy patrzę na

amerykańskie dzieci i wstrząsający dramat  długowłosych, przypomina mi się rozmowa, którą

przeprowadził bohater „Podrostka" ze swoim ojcem. Otóż na rosyjskie  pytanie: „Co robić w życiu?"

- młodzieniec otrzymuje następującą odpowiedź: „Najlepiej nic nie robić. Przynajmniej  będzie się

miało czyste sumienie, że się w niczym nie  uczestniczyło". Muszę szczerze wyznać, iż trafność i

słuszność  tej odpowiedzi poruszyły mnie tak głęboko, iż jestem jej  wierny od lat przynajmniej

piętnastu; i myślę, iż uda mi się  wytrwać w tej wierze, dopóki pewnego dnia nie odejdę drogą

wszystkich ludzi.

Opinie psychiatrów na temat stosunku dziecka do gwałtowności są podzielone i trudno tu kusić

się o rzeczowy osąd tej   sprawy. Czyhałem parę dni temu artykuł lekarza psychiatry,   w którym

doktor powiada, iż dziecko należy uczyć rozumienia   gwałtowności, brutalności i przemocy, aby

mogło   wkroczyć     w   życie   uzbrojone   w   wiarę,   iż   człowiek   jakkolwiek   bity     i   poniewierany   w

ostatecznym   wyniku   zdolny   jest   jednak   do     odniesienia   zwycięstwa.   Tak   więc   bohater   filmu

rysunkowego,   który jest kotem wysadzanym w powietrze, elektryzowanym,   przejeżdżanym przez

walec drogowy i tak dalej, na końcu   otrząsa się przecież i niszczy sadystyczną mysz, której za-

wdzięcza tak wiele utrapień. Taka jest rola pedagogiczna   gwałtowności i przemocy w książkach i

filmach przeznaczonych dla dzieci.

Trudno mi o tym myśleć w ten sam sposób. Nie jestem   wcale przekonany, że dziecko tak

właśnie   należy   przygotowywać   do   rozumienia   życia.   Sam   będąc   dzieckiem   podczas     okupacji

widziałem tak wielu zabitych, zmasakrowanych  i publicznie rozstrzeliwanych ludzi, że nie robiło to

na mnie  wcale wrażenia; i przypuszczam, iż podobnie działo się  z wieloma ludźmi, którzy dzisiaj są

w moim wieku. Po wojnie   dzieci na gruzach Warszawy bawiły się przeważnie w rozstrzeliwanie

Żydów.   Lata   powojenne   przyniosły   nową   falę   terroru,   tym  straszniejszego,   że   pochodzącego   od

Polaków;   tak więc nie widziałem już zabijania ludzi na ulicach, ale   czytałem artykuły z rozpraw

sądowych   przeciw   ludziom     z   RAF-u;   ludziom   z   AK;   czytałem   sprawozdania   z   procesu

Doboszyńskiego i biskupa Kaczmarka. Wcześnie rozszedłszy  się ze swoją rodziną, przebywałem w

rozmaitych   środowiskach,   w   których   każde   nieporozumienie   kończyło   się   bójką,     w   najlepszym

wypadku na pięści. Nie wiem, czy jestem   typowym produktem; lecz dla mnie jest oczywiste, że

stanowię   produkt   czasu   wojny,   głodu   i   terroru.   Stąd   też   bierze   się     nędza   intelektualna   moich

opowiadań; ja po prostu nie   potrafię wymyśleć opowiadania, które nie kończyłoby się   śmiercią,

katastrofą, samobójstwem czy też więzieniem. Nie  ma w tym żadnej pozy na silnego człowieka, o co

posądzają   mnie niektórzy. Jest to infantylizm intelektualny, wynikający   z faktu nieumiejętności

oceniania  człowieka,  absolutnej    nieznajomości  wartości  życia  ludzkiego, prawdziwości  ludzkich

12

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

zapatrywań i czystości pragnień. Ja o tym wszystkim  doskonale wiem już od lat, niemniej nie jestem

w stanie  wymyślić innych opowiadań jak właśnie opowiadania tego  rodzaju.

Pytano mnie  kiedyś, dlaczego wciąż  piszę o tych dwóch    opryszkach zabijających psy. Nie

wiedziałem tego z początku;  teraz przypomniało mi się, iż jako dziecko czekałem kiedyś na  stacji

wraz z matką na pociąg odchodzący z dworca Warszawa - Służewiec. Zobaczywszy pięknego psa

podszedłem do  niego i zacząłem się z nim bawić, aż do chwili kiedy silne  kopnięcie butem w twarz

odrzuciło mnie do tyłu; pies należał  do Niemca, który miał po temu powody, aby polskie dziecko

nie   dotykało   jego   psa.   Dalej:   mieszkając   jako   dziecko   poza     Warszawą,   jechałem   kiedyś   do

Warszawy i widziałem polską  kurwę jadącą z niemieckim oficerem, podczas gdy jej pies  biegł za

pociągiem. W pewnym momencie oficer zastrzelił   psa; i śmiał się wraz z tą polską kurwą. Dalej:

znów jako   dziecko dostałem od matki kundla Miki; kundla tego zastrzelili   nudzący się żołnierze

niemieccy.

Aby zrozumieć to, o czym mówię, należy pomieszkać trochę  w Niemczech i obserwować ich

stosunek do zwierząt; czuły,   przyjacielski, opiekuńczy. W naszym kraju Niemcy nienawidzili nie

tylko nas, lecz również naszych zwierząt. Adolf  Rudnicki słusznie pisze, iż nienawiść Niemców była

nie   nienawiścią panów, lecz nienawiścią lokajów. Trudno zaiste   wyobrazić sobie kraj, w którym

mały kapral przemawia do  półpijanych ludzi w piwiarni oświadczając im, że stanowią  najbardziej

wartościowy element żyjący na świecie i to upoważnia ich do popełniania zbrodni.

Tak więc ja sam jestem produktem tych czasów i jest to   prawdopodobnie krzyż, którego nie

pozbędę się nigdy. Czy   jednak obserwowanie gwałtowności i przemocy pomogło mi   w życiu? Z

całym   przekonaniem   odpowiadam:   nie.   Wręcz     przeciwnie;   będąc   na   Zachodzie,   jako   dorosły

człowiek,  musiałem uczyć się elementarnych rzeczy, szacunku dla innych  ludzi, poszanowania ich

spokoju, ich prawa do odpoczynku;   i nie jestem wcale pewien, czy nauczyłem się tego w stopniu

dostatecznym. Będąc dorosłym człowiekiem musiałem uczyć  się prawidłowego przechodzenia przez

jezdnię,   nieprzekraczania   dozwolonej   szybkości   w   czasie   prowadzenia   samochodu;     musiałem

wreszcie   uczyć  się  rzeczy dla   mnie   najtrudniejszej:     rozmowy  z  urzędnikami  i   policjantami   bez

uczucia strachu.  I tego również nie nauczyłem się do dziś. Idąc w Niemczech  ulicą stale schodzę na

jezdnię, gdyż oczekuję, że człowiek  idący naprzeciw mnie kopnie mnie nagle lub uderzy pięścią  w

twarz;   i   nie   przyjdzie   mi  nawet   do   głowy,  iż  ja,   ważący   dziś     przeszło   dziewięćdziesiąt   kilo,   i

uprawiający   forsowną   gimnastykę,   mógłbym   takiego   człowieka   rozłożyć,   gdyby   rzeczywiście

przyszła mu ochota, aby mnie uderzyć. Tak więc moja  lekcja i moje „wychowanie w gwałtowności"

nie   przyniosły,     jeśli   o   mnie   chodzi,   rezultatów   zadowalających.   Uznawszy     nawet,   iż   jestem

najnieznośniejszym z ludzi, nie myślę, aby to   wszystko, co widziałem, było rzeczą obojętną, w

czasie kiedy   kształtował się mój charakter. Obserwując dzieci patrzące na   kopiących się ludzi i

słysząc głos speakera: „Jaka szkoda dla tych z was, którzy nie macie kolorowej telewizji. Killer Kard

Koks właśnie  rozcina  skórę  na czole Riska Romerro;  Romerro   wspaniale  krwawi; każdy z was

powinien mieć color TV.  Nawet nie wiecie, co tracicie..." - doznaję uczuć raczej  niedobrych, wbrew

13

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

opiniom   psychiatrów.   Pocieszam   się   jednak     tym,   że   jak   powiedział   Voltaire,   każde   generalne

stwierdzenie  jest fałszywe, włącznie z tym, które niniejszym uczyniłem.

Moja kariera w przemyśle filmowym

Siedziałem czekając na prezydenta kompanii, dla której  miałem pracować. Nagle drzwi otworzyły

się z hukiem i jakiś  człowiek o straszliwej twarzy i przekrwionych oczach wbiegł do  pokoju. Za nim

pędem wbiegło kilkanaście sekretarek, maszynistek, asystentów i osobników, których płci nie udało

mi się  zidentyfikować, gdyż wszyscy zdradzali tak krańcowe wyczerpanie fizyczne i psychiczne, iż

twarze ich stały się niemożliwe do  odróżnienia.

- To pan napisał tę pierdoloną historię o lotnikach?  - zahuczał prezydent. - I co? Pan by chciał, aby

kobieta  w końcu odeszła od swego męża? I kto to ma finansować?  Niech pan wymyśli coś innego

dla tej kurwy. Niech jej mąż  zginie przy lądowaniu.

- To niemożliwe - powiedziałem. - Jej mąż jest doświadczonym lotnikiem i pracując jako pilot

rolniczy ląduje co  czterdzieści pięć minut. Założywszy nawet, iż musi lądować  na miękkim terenie i

że lądowanie takie musi odbywać się na   flapsach zamkniętych do dwudziestu pięciu stopni i przy

otwartej przepustnicy...

Prezydent przerwał mi władczym ruchem ręki.

- To niech go szlag trafi w innych okolicznościach. Pan  przecież nie myśli poważnie, że ta kurwa

może odejść na   końcu, zostawiwszy swego męża. Odejść z innym mężczyzną!   Nam nie wolno

produkować filmów niemoralnych. -Odwrócił  się do jednego ze swych sekretarzy. - Fred, zawieź go

gdzieś.

Zapomniałem, jak się nazywa ta miejscowość. Tam są takie  dziwne skały. To mu się przyda.

Miotając klątwy ruszył przed siebie; tłum sekretarzy, maszynistek, asystentów i doradców wybiegł

za   nim.   Widziałem     go   jeszcze,   jak   pędził   podwórzem   wznosząc   obie   pięści   nad     głową.   Nie

widziałem już nigdy potem ani jego, ani tych  dziwnych skał, które niewątpliwie mogłyby zmienić

mój  pogląd na kobiety, odchodzące od swych mężów; i tak to się  w ogóle skończyło.

„Kultura" 5/1967, Paryż

Nowy sąsiad - Nathan

Piękną  Judy  wyrzucono  z trzaskiem za  pijaństwo   i  nocne     igraszki.  Na jej  miejsce   zjawił   się

Nathan: człowiek po   czterdziestce cierpiący na chorobę Parkinsona. Widziałem,   jak wnosi swoje

walizki na górę, i pomogłem mu. Wieczorem  tego samego dnia Nathan przyszedł do mnie i otworzył

przede  mną serce. Otóż tak jego, jak i piękną Judy wyrzucono  z poprzedniego miejsca zamieszkania

za niemoralne prowadzenie się. Nathan, jako człowiek chory, nie należy do   zdobywców kobiet,

pewnego jednak dnia poznał jakąś dziewczynę i ta zamieszkała u niego, dzieląc z nim stół i łoże, pod

jednym jednak warunkiem: Nathan musiał zaakceptować jej  kochanka, Mulata.

14

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

- Zgodziłem się - powiedział Nathan. - Jestem chory  i nie liczyłem nigdy na to, że będę miał jakąś

dziewczynę;  tak więc wziąłem ją do siebie i wychodziłem, kiedy tamten  przychodził. Ale po jakimś

czasie   właściciel   domu   wezwał     mnie   do   siebie   i   powiedział   mi,   że   muszę   ją   wyrzucić     albo

wyprowadzić się, ponieważ moje życie prywatne stanowi obrazę moralności i sąsiedzi skarżą się na

mnie.  Płakałem jak dziecko i mówiłem mu, że jestem chory  i że żadna kobieta nie chce żyć ze mną,

ale to nie  pomagało. Tak więc wyprowadziłem się, a ona odeszła.  I teraz będę sam.

- Nie będziesz sam - powiedziałem. - Znajdziesz jakąś  inną kobietę.

- Znowu z Mulatem?  - To lepsze od niczego.

- Może.   Ale   nie   powinien   mnie   wyrzucać.   Znał   mnie   tyle     lat   i   wiedział   przecież,   że   jestem

wstrętny.

Istotnie, nie należy on do urodziwych; jego prawa ręka drży   bez przerwy; prawa połowa jego

twarzy jest sparaliżowana  i Nathan wygląda jak zły i zabawny duch z jasełki. Od czasu  do czasu

spotykamy się na schodach czy też na parkingu  i pytam go zawsze o jego sprawy. To nieprawda, że

chorzy nie  lubią, aby przypominać im o ich chorobie. Nathan uwielbia  rozmowy na temat swojej

choroby, lekarzy  i  cen   artykułów    medycznych;  Nathan,   którego  życie  erotyczne  stanowi  od  lat

dwudziestu nieprzerwane pasmo klęsk, uwielbia rozmowy na   temat kobiet; tak więc jeśli o niego

chodzi, jestem dobrze  poinformowany.

Któregoś dnia siedząc na słońcu usłyszałem głośne klaskanie, podobne do tak zwanego bicia po

mordzie. Chyżo   pobiegłem w tamtą stronę i istotnie miałem możność   zaobserwowania, jak jakaś

młoda osoba bije Nathana po  twarzy, po czym pędem biegnie do swego samochodu  i znika.

-   Nic   jej   nie   powiedziałem   -   rzekł   Nathan   trzymając   się   za     spuchniętą   jagodę.   -   Po   prostu

poznaliśmy się, zaprosiłem ją  na kawę i powiedziałem, że zawsze może do mnie przyjść,  nawet jak

mnie nie ma, ale pod dwoma warunkami.

- I co to było?

- Nie wolno jej kraść i przyprowadzać kochanków.

- A skąd ty wiesz, że ona by kradła i przyprowadzała  kochanków?

- Jeśli przychodzi do mnie? Przecież jestem wstrętny...

- Jesteś idiota - powiedziałem. - I jesteś również tyranem.  To prawda, każdy chory jest tyranem;

tyranem jest również  Nathan, który zwala się do mnie rano i ględzi godzinami  o swojej chorobie, o

złych kobietach, o złych ludziach.  Niekiedy wożę go jego własnym samochodem, gdyż prawo  jazdy

Nathana opatrzone jest stemplem limited, co w jego wypadku oznacza, iż nie wolno mu oddalać się

od miejsca  zamieszkania o więcej niż dziesięć mil. Czasem wożę go na  lotnisko i Nathan obserwuje

lądujące i startujące samoloty.   Chciałem go wziąć ze sobą, lecz nie pozwolono mi. Nathan   jest

chory i nie powinien latać.

Nathan   tyranizuje   mnie  i   nienawidzę  go  nienawidząc    własnej   nienawiści;   i   wiem,  że   ilekroć

zapuka do mych  drzwi, otworzę mu i słuchać będę jego nieartykułowanego  bełkotu. Nathan nie ma

dokąd iść; rodzice przysyłają mu  trochę pieniędzy; pomaga mu bogata siostra, jednak nie  pozwalają

15

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

mu się żenić, twierdząc, iż kobieta, która go  poślubi, uczyni to tylko dla pieniędzy. Tak więc Nathan

był sam, a teraz ma mnie, a ja mam jego i nienawidzimy  się nawzajem; ale w końcu lepsze to od

samotności, królowej  chorób.

William, mój inny sąsiad, powiada, że dla niego Freud jest   przede wszystkim moralistą. Freud

pochylony   nad   nędzą     ludzką   powiedział   światu,   iż   człowiek   nie   jest   brudny,   nikczemny,

zawstydzający; Freud związał człowieka do kupy,  wyjaśniając przyczyny schorzeń i wskazując je.

Myślę, iż  w tym, co mówi William, jest dużo prawdy; zresztą w tym  kraju Freud uważany jest za

świętego i nawet gdybym myślał   inaczej, nie powiedziałbym tego. W czym jednak Freud  może

pomóc Nathanowi, który mówi o sobie, że jest wstrętny; który   z własnego nieszczęścia zbudował

sobie kapitał, egzystencję,  filozofię; nie wiem tego.

Któregoś dnia Bruce i ja poszliśmy na piwo, a w parę minut   później przyszedł Nathan i usiadł

przy ladzie prosząc o Coca-colę, właściciel baru powiedział mu, że nie ma Coli i Nathan  wyszedł

uderzając głową o szyld With Cola things are going  belfer.

- To nie jest dobre dla przedsiębiorstwa - powiedział  właściciel baru. - On tu siedzi godzinami i

obserwuje ludzi.  A ci, co tu przychodzą, chcą mieć przecież dobry czas, nie?  A któregoś dnia on tu

przylazł, a Freddy był już równy  i powiedział mu, żeby przestał się trząść, a ktoś ujął się za nim i

Freddy dostał po zębach i kotłowali się tu przez dziesięć  minut, zanim zabrała ich policja.

Ale kim był ten człowiek? Wracałem do domu i byłem  bardzo szczęśliwy tego dnia myśląc, kto to

nakładł Fredowi  po ryju; i wszystko ukazało mi się nagle w innym świetle;  zrozumiałem, że nikt z

nas nie bywa samotny całkowicie;   samotny bez nadziei; i kładąc się spać pomyślałem sobie,   iż

muszę uczynić coś dobrego dla Nathana. Znajdę mu   dziewczynę  i  będę żyć z nią, kiedy jego nie

będzie.  W końcu on ma więcej pieniędzy ode mnie. Tym pokrzepiony  usnąłem.

Czarny kaczor z Malibu

Szwendając się bez sensu po mieście, pojechałem pewnego   dnia do Malibu i stanąłem na molo

czekając na prom obok  jakiegoś starego człowieka, który usiłował złowić rybę. Kiedy  był już bliski

sukcesu, z wody wychynął czarny kaczor  i połknął rybę zerwawszy ją z haka. Stary człowiek wpadł

we  wściekłość.

- Znowu się tu pojawił, skurwysyn! - krzyczał tupiąc nogami.  - Ile razy mam już rybę na haku, tyle

razy ten skurwysyn zrywa  mi ją i ucieka, jakby w całym Pacyfiku nie było innych ryb oprócz  tej,

którą ja właśnie łowię. Ja go znam, tego skurwysyna. Raz mi  wlazł na hak, a kiedy go odczepiłem,

uszczypał mnie w rękę.

Znów zarzucił wędkę i staliśmy tam razem w słońcu patrząc   na wodę a kiedy stary poderwał

wędkę,   czarny   kaczor   z   wdziękiem   zerwał   ją   z   haka   i   odpłynął.   Wściekłość   rybaka   przeszła

wszystkie pojęcie.

16

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

- Zastrzelę skurwysyna! - krzyczał. - On mi to robi  specjalnie na złość. Znam go od roku. Od roku

nie złowiłem  ryby, a to jedyna przyjemność, jaką mam, od czasu jak  pogrzebałem żonę. Nie mam

nikogo   na   świecie;   wędka,     licencja,   benzyna,   to   wszystko   kosztuje.   On   się   uwziął   na     mnie.

Zastrzelić tego drania, to jeszcze nagroda.

Odszedłem;   po  kilku  dniach   wróciłem   tam  znowu   i   słyszałem   skrzekliwy,   ostry   głos   starego;

powiedziano mi, że on tak  szaleje od roku. Stary nazywa się Douglas, ale dla przyjaciół,  jak to sam

mi powiedział, jest  po prostu osobnikiem imieniem   Doud. Tak więc odwiedzam czasem starego

Douda,  kiedy   łowi  ryby w Malibu,   słyszę jego  misternie   skonstruowane    przekleństwa  i  widzę

wspaniale  poruszającego  się  kaczora,    odpływającego  z  rybami Douda.  A  potem  Doud  idzie  do

samochodu i jedzie do Westwood, gdzie jest barmanem i przez  całą noc sprzedając piwo opowiada o

czarnym kaczorze i o jego  nikczemności.

Tydzień  temu, jadąc   do Santa  Monica   na lotnisko,  miałem    jeszcze   nieco   czasu  i  pojechałem

zobaczyć, jak idą sprawy   starego Douda. Na molo było pusto i cicho; Doud siedział   patrząc w

przygnębieniu na swoje chude piszczele. Wędkę  odrzucił.

- Co jest, Doud? - zapytałem. - Ryba nie bierze?  - Bierze - powiedział.

- Dlaczego nie łowisz?

- Nie mam nerwów do tego - powiedział. - Wiesz, tego  skurwysyna już nie ma.

- Kaczora?

- Tak. Nie ma go już od paru dni.

- Przykro mi - powiedziałem. - Muszę już iść na lotnisko.

- Nie ma go - powiedział Doud. - Po prostu go nie ma. Czy  opowiadałem ci, jak mi wlazł na hak, a

ja go odczepiłem  i darowałem mu życie, a ten czarny skurwysyn uszczypał  mnie w grabę?

- Nie - powiedziałem. - Nie mówiłeś mi tego. A teraz  muszę już iść.

I już nigdy nie widziałem starego Douda łowiącego ryby na  molo w Malibu; często myśląc o nim

przypominam sobie to,  co przeczytałem kiedyś, że człowiek starzeje się nie poprzez  lata, lecz tylko

dlatego, że zdradza swoje ideę; i że kiedy  umiera twoja idea, umierasz i ty.

Opis oglądania

Jedną z rzeczy, które zadziwiają  mnie w Stanach,  jest    tak zwany  show.  Ta nazwa nie oddaje

precyzyjnie kryjących  się za nią treści; ale patrząc na przykład na Alan Burke  Show wiemy, iż mistrz

prowadzący   tę   imprezę,   poważny     brodacz   upozowany   na   Mefista,   będzie   lżyć   swych   gości,

wyrzucać   ich   precz;   patrząc   na  David   Susskind  Show   wiemy,     że   Susskind   jest   człowiekiem

czarującym i nie każe nikomu  wychodzić za drzwi; patrząc na Noe 1'yne Show  z góry  wiemy, że

mamy  do  czynienia   z  tak   zwanym  człowiekiem     szorstkim,   lecz   to   wszystko.   Nie   wiemy  nic   o

gościach,   którzy wystąpią dziś wieczorem; nie znamy również treści,   która wypełni ten wieczór.

Gościem   może  być  oficer   policji    walczący   z  Cosa   Nostra;   pisarz   Norman  Mailer   lub  tancerka

17

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

prezentująca swe wdzięki w nocnym lokalu. Pamiętam,  że w Niemczech urządzono kiedyś podobną

imprezę; impreza upadła jednak, gdyż prowadzący wieczór zadał gościom  pytanie: „Cóż to jest? W

oborze stoi - Kaśka ją doi".  Impreza upadła, gdyż tłumnie zebrani przedstawiciele narodu poetów i

myślicieli nie byli w stanie sklecić odpowiedzi.

Pyne jest w tej chwili chyba najpopularniejszym organizatorem tego rodzaju imprez. Zdaje się, że

to „Time"   nazwał go złym człowiekiem roku, na co Pyne, w sensie   filozoficznego wyjaśnienia,

oświadczył, że kiedy był dobrym   człowiekiem, zarabiał tylko czterdzieści  kawałków rocznie,   a

teraz, już jako nikczemnik, zarabia ponad czterysta tysięcy.   Zważywszy położenie nieszczęśnika

zarabiającego   czterdzieści   tysięcy   zielonych   rocznie,   musimy   jego   wyznanie   potraktować   jako

całkowicie szczere i całkowicie nas zadowalające.

Pyne jest przystojnym człowiekiem po czterdziestce i potrafi   swoich gości trzymać krótko przy

zębach. Nie wyrzuca ich co  prawda za drzwi, jak Alan Burke, który oponentom przerywa  zwracając

się do swych pomocników: „Wyrzucić won tego wszarza! Co ten idiota tu robi?" Pyne do końca

usiłuje   przeciwników pognębić intelektualnie i kiedy nie udaje   mu się to, pyta: ,,Jaki jest pański

stosunek do wojny  w Wietnamie? Jeśli pytany odpowie na przykład: ,,Nienawidzę tej wojny" - Pyne

wytknie   swemu   rozmówcy     brak   patriotyzmu   i   zrozumienia   polityki   amerykańskiej;     jeśli   zaś

człowiek zapytany odpowie, iż wojnę tę całym  popiera sercem, Pyne zwróci mu gniewną uwagę, że

wojna   nie jest sprawą, którą można lubić. Jeśli zaś ten system   zawiedzie, Pyne przyczepi się do

podatków czy czegoś  w tym rodzaju i ponieważ mało jest na tym świecie ludzi  doskonałych, uda mu

się wreszcie znaleźć jakiś punkt  i wykończyć przeciwnika.

Tej zimy często padał deszcz w Kalifornii i godzinami  siedziałem przed telewizorem. Widowiska

telewizyjne nie  wnoszą w rozumienie życia nic rewelacyjnego: Gośćmi są  czarownicy, politycy, pro

i contra segregacji rasowej, miłośnicy  rewolucji seksualnej, duchowni i zwolennicy zabiegu przery-

wania ciąży, natomiast uczą nas one jednego - zrozumienia  istoty wolności słowa. Obserwując Noe

Pyne   Show,  widziałem     i   słyszałem   ludzi   nazywających   prezydenta   Johnsona   bandytą     i

dopominających się o sąd nad nim, jako nad zbrodniarzem  wojennym. Trudno mi wyobrazić sobie -

mimo całego szacunku  dla nowego kanclerza  Niemiec  z uwzględnieniem  jego     świetlanej  wręcz

przeszłości - abym w Niemczech ujrzał  i usłyszał pewnego dnia człowieka, który głośno powie swoje

imię i nazwisko i oświadczy, że członek organizacji o charakterze zbrodniczym nie nadaje się na

głowę państwa. Czy jest  to możliwe we Francji, w Anglii; i jak by to było w mateczce  Rosji?

Ale   człowiek   miotający   klątwy   na   prezydenta   najpotężniejszego   kraju   świata   znika;   na   jego

miejsce zjawia się pani, która  o sobie mówi, że jest czarownicą i że żyje już od lat ośmiuset.  Pani ta

trzyma na szyi olbrzymią jaszczurkę. Ledwie przebrzmiały jej skrzydlate słowa, a już na jej miejsce

zjawia się   człowiek protestujący przeciw projektowanej ustawie o legalizacji zabiegu przerywania

ciąży. Bredzi:  skończył swoje    i  przepadł  ze sceny, teraz pojawia  się pierwszy człowiek,   który

wyskoczył   z   samolotu   bez   spadochronu   -   spadochron     podał   mu   w   powietrzu   inny   skoczek.

Wybełkotał swoją  kwestię; zastępuje go inny, który napisał książkę o tajemnicach Hollywood. Istotę

18

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

dyskusji stanowi fakt, iż podobno Tony Curtis - aktor grający w filmie  Some like   it hot  wraz z

Marilyn Monroe  - odpowiedział na pytanie    dziennikarzy, co czuł, kiedy całował nieodżałowaną

MM:  „To było tak, jakbym całował Adolfa Hitlera". Odchodzi;  jakiś starzec zajmuje jego miejsce i

pyta, dlaczego w zawodowym boksie zawodnikowi wagi ciężkiej nie wolno   tłuc zawodnika wagi

piórkowej i że w związku z tym  on uważa, że Amerykanie nie powinni walczyć w Wietnamie,  a

wybrać   sobie   nieco   poważniejszego   przeciwnika.   Na   pytanie     Pyne'a   czy   porównuje   wojnę   w

Wietnamie do walki bokserów,  odpowiada, iż chodziło mu o metaforę o charakterze filozoficznym.

Wygwizdany odchodzi; na jego miejsce zjawia   się pani .Murzyn, kobieta-szpieg, komunista-agent

prowokator  pracujący niegdyś dla FBI. Pani-Murzyn napisała teraz  książkę o swych przejściach w

charakterze   podwójnego     agenta.   Jej   zeznania   nie   wnoszą   nic   ciekawego   do   naszej     wiedzy   o

patriotach   komunistycznych,   z   wyjątkiem   tego,     co   mówi   na   temat   dyskryminacji   w   partii,

antysemityzmu  i tego wszystkiego, co znamy choćby z artykułu Juliusza  Mieroszewskiego pt. Mein

Kampf opublikowanego w „Kulturze".

Alan Burke w jakiś sposób naśladuje Pyne'a. Jednak  Pyne w jakiś sposób robi od czasu do czasu

dobrą   robotę;     Burke   jest   podobny   do   zapaśnika   walk   wolnoamerykańskich.     Jest   bezczelny,

krzykliwy, chamski i brutalny. Ponieważ   nosi brodę i okulary, uchodzi za rodzaj autorytetu nau-

kowego we wszystkich sprawach, począwszy od tego, w jaki   sposób powinien  prowadzony być

pojedynek,   a   skończywszy     na   sprawie   Niepokalanego   Poczęcia   Najświętszej   Marii     Panny.

Osobiście  nie  lubię  tego pętaka,  od czasu,  jak obwieścił  wszystkim, iż James  Joyce  jest  niczym

więcej  jak   tylko pisarzem pornograficznym. Ponieważ, jak powiedziałem, Burke nosi brodę, nie

trudno   wyobrazić   go   sobie   na     Sycylii,   gdzie   zapewne   nazywano   by   go  commandatore  lub

professore.

David Susskind Show nie należy do agresywnych. Susskind  jest człowiekiem olbrzymiego wdzięku

i taktu, i dlatego udaje  mu się czasem pokazać ludzi i ich myślenie, nie obrażając ich  przy tym i nie

ośmieszając. Johnny Carson Show jest podobno  najzabawniejszy. Wystarczający powód, aby się tym

nie zajmować.

Ze świata grozy

W „Los Angeles Times" przeczytałem następującą historię: Amerykanie zlikwidowali jakąś wieś w

Wietnamie,    stanowiącą   punkt   przerzutowy   partyzantów.   Po   akcji   reporter   podszedł   do   jakiegoś

żołnierza, który wyglądał na  wyraźnie rozwścieczonego, i zapytał go, co myśli o tym  wszystkim.

- Ach - powiedział żołnierz - obrzydło mi to wszystko.  Rozumiem, że jest wojna, rozumiem, że

zabijamy komunistów, bo inaczej  oni zabiją nas - ale zabijać  krowy i szczeniaki, to zupełnie co

innego. Tego nie powinno się od nas  wymagać.

Przeczytawszy powyższe, uszczęśliwiony pobiegłem do Williama. Bill przeczytał i powiedział, że

to  nie  jest  znowu aż   takie  curiosum. Pokazał mi inny wycinek gazetowy. Była tam   historia  o

19

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

człowieku   pracującym   w   więzieniu   Alcatraz   i   od     dwudziestu   lat   taszczącym   ludzi   do   komory

gazowej.

- Strażniku - powiedział reporter. - Pan ma okropny  zawód. Co panu pomaga w wykonywaniu tych

przeklętych  obowiązków?

- Nie wiem - powiedział strażnik po chwili namysłu. - Ja  po prostu lubię ludzi, to wszystko.

Epoka komputerów

Czytając   pisma   codzienne   i   przeglądając   tygodniki   ilustrowane   mam   często   okazję   czytania   i

oglądania dowcipów  na    temat  komputerów.  Jak  wiadomo, przed  paru  laty eksperymentowano z

komputerem-swatem. Kandydat na małżonka   i kandydatka na małżonkę powierzali swe przyszłe

szczęście  komputerowi dostarczając mu danych na temat swych upodobań, uzdolnień, zalet i wad;

komputer dokonywał błyskawicznej selekcji. Ten przerażający pomysł jest tematem  wielu komedii i

dowcipów, niemniej sprawa komputera jest  wciąż aktualna.

Alan Burke, którego nie cierpię tak jak i Nathana, jest mi  potrzebny tak jak i Nathan; parę dni temu

patrząc  na  jego     show miałem okazję  zapoznania  się  z profesorem  R.  Profesor     R. pracuje  nad

komputerem, który ma zrewolucjonizować  zagadnienia sądownictwa. Po prostu nie będzie potrzebny

sąd  nad człowiekiem, który, dajmy na to, wypatroszył sześć osób  w San Francisco. Policja dostarczy

komputerowi danych  dotyczących miejsca zbrodni, charakteru zbrodni, przeszłości  oskarżonego, a

komputer   błyskawicznie   przeanalizuje   te   elementy   i   wyda   wyrok.   Profesor   skończył   i   wodził

triumfalnym   wzrokiem po zebranych. Ludzie wstawali i zadawali mu   pytania, na które profesor

odpowiadał w sposób logiczny.  A co, zapytał ktoś, jeśli zeznania świadków okażą się nieprawdziwe.

Jeżeli zabójca, którego świadek widział z odległości  dwustu jardów, okaże się kim innym lub kimś

podobnym do   samego profesora R.? Profesor odpowiedział na to w sposób   naukowy, tak jednak

zawile, iż nie jestem w stanie przytoczyć  jego odpowiedzi. Wtedy podniósł się inny przedmówca,

który   był profesorem prawa, i usiłował ośmieszyć profesora R.;   również i te zarzuty profesor R.

odparował   zwycięsko,   opatrując     je   szyderczymi   komentarzami.   Triumf   profesora   R.   i   jego

przerażającego komputera wydawał się całkowity. W tym  momencie brutalny Burke powiedział do

niego:

- A jednak, profesorze, zapomniał pan o jednej rzeczy.

Pański komputer wyklucza omyłkę. Jednak wiara w sprawiedliwość polegać musi również i na wierze

w  omyłki.  Tak     więc   sędzia  pochylony  nad  oskarżonym  może  się   omylić   na     jego   korzyść   lub

niekorzyść. Ale wyrok człowieka nad  człowiekiem musi polegać na miłosierdziu, na tym, co  sędzia

czuje do człowieka wbrew oskarżonemu. Czy wbudował pan guzik opatrzony czerwonym światłem z

napisem  charity?

Profesor nie wbudował tego guzika i przyznał, iż jest to  niemożliwe. Kładąc się spać, pomyślałem

sobie, że pomyliłem   się w stosunku do brutalnego brodacza Burke'a; a usypiając   doszedłem do

20

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

przekonania, iż jednym z najpiękniejszych  doświadczeń życiowych jest pomyłka, tak długo, jak lubi

się  ludzi i świat.

Chemia

Graham Greene  w swej  książce  „Nasz człowiek w Hawanie"    pisze, że tematem numer jeden

rozmów   w  Hawanie   jest   seks.     Powyższa   obserwacja   uczyniona   przez   mistrza   prozy  katolickiej

świadczy, iż Greene nie spędził ani godziny swego życia   w Los Angeles. Należy przypuszczać

jednak, iż jest to strata  najmniej bolesna ze wszystkich, z punktu widzenia hrabstwa  Los Angeles.

Stendhal w rozdziale poświęconym Irlandii pisze, iż w życiu   Irlandczyka postacią najbardziej

straszliwą jest ksiądz wkraczający w życie człowieka i niszczący je według swych   idiotycznych

dogmatów; nad życiem duchowym mych przyjaciół czuwa psychoanalityk. Oczywiście frustracja jest

zagadnieniem   numer   jeden.   Ponieważ   jednak,   jak   już   pisałem,     psychiatra   jest   ostatecznym

autorytetem we wszystkim począwszy od kupna samochodu aż do koloru trumny nie   ośmielę się

zabrać głosu w tej sprawie.

Czuję  się   ogłupiony seksem.   Tu  każda reklama   poparta   jest    seksualnym symbolem. Siedząc  na

lotnisku i czekając na swój lot czytam często pismo „Pilot and Plane". Na ostatniej   stronie tego

pisma widzę ilustrację samolotu Piper Cherokee.   Na skrzydle samolotu stoi powabna blondyna, a

wiatr  owiawszy sukienkę wokół jej smukłych nóg, obnaża w sposób dyskretny, lecz jednoznaczny jej

kuszące wdzięki. Podpis: „KOCHANIE. Kiedy pierwszy raz polecisz naszym  nowym Cherokee 140 i

wylądujesz miękko i bezpiecznie,  nie pomyślisz inaczej o Cherokee jak: KOCHANIE". Na  drugiej

stronie czasopisma artykuł: Sex and the simple engine.  Autor badacz, naukowiec, opisuje, co działo

się pewnego  dnia na lotnisku, kiedy przeszła dziewczyna w minisukience.  Mechanik nalał benzyny

92 miast 82; ktoś popatrzył chwilę  na dziewczę i obliczył TC (True Cors) 300 zamiast 030,  co w

konsekwencji  miast zaprowadzić go na północny   wschód zaprowadziło  go na północny zachód.

Jeszcze ktoś   tam popełnił inną straszliwą omyłkę, która w konsekwencji    pozbawiła  go licencji

pilota. I tak dalej i tak dalej.

Siedząc przed telewizorem widzę setki razy dziennie  reklamy rozmaitych środków medycznych,

kosmetycznych,     spożywczych;   każda   z   nich   jest   misternie   skomponowanym     scenariuszem,

dowodzącym, iż używanie tego właśnie środka  uchroni cię od klęski erotycznej, co w konsekwencji

uchroni   cię od utraty żony, pracy, przyjaciół; uchroni cię od alkoholizmu, rozpaczy, samotności.

Chłopiec z dziewczyną  wracają do domu; on chłodno się z nią żegna, a ona idzie do  przyjaciółki i

powiada: „Uścisk dłoni miast pocałunku".  Przyjaciółka skupia się przez chwilę w sobie i wreszcie,  z

męką wyraziście malującą się na twarzy, powiada: „Czy   jesteś pewna, iż twój oddech jest OK?"

„Ależ ja myję zęby",  powiada nieszczęsna. „To nie wystarcza. Musisz używać  - etc. etc."

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ - ZALEDWIE JEDEN TYDZIEŃ   PÓŹNIEJ. Ta sama dziewczyna z rym

samym chłopakiem   wracają późno do domu. Tym razem on nie podaje jej ręki, ale   namiętnie ją

21

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

obejmuje   i   zamyka   jej   usta   długim,   przeciągłym     pocałunkiem,   który   wstrząsa   do   głębi   jej

jestestwem. Ona poddaje mu się. Zaciemnienie; rozlegają się nad nimi chóry  aniołów i my wiemy,

my wierzymy, my jesteśmy najszczęśliwsi   na świecie wierząc, iż wywiązała się sytuacja, o której

rosyjska  pieśń ludowa powiada:

Pareń diewuszku j... 

 Choczei paznakomiisia...

Głos speakera: „Nasz taki a taki produkt uchroni cię od  samotnego powrotu do domu". I znowu

chóry aniołów. Inna  reklama: młodzi mają się ku sobie, on wyciąga ku niej drżącą  dłoń, ona podaje

mu swoją i nagłe - trzask - on nie trzyma   w dłoni jej pięknych szponów, on trzyma... szczotkę.

Speaker     mówi   tonem   zagniewanego   Pana   Boga   karcącego   Onana:   „Czy     on   chciałby   ściskać

szczotkę miast twojej dłoni? NIE: Tydzień  później: dziewczyna użyła środka zmiękczającego skórę i

widzimy, że tym razem on trzyma jej dłoń, aby potem, ruchem  szalonym i spragnionym, przytulić jej

ciało do siebie i - jak  powiadał niezastąpiony Tadeusz Dołęga-Mostowicz - „Ciała  ich splotły się w

zagadkowy hieroglif natury".

W każdym drugstorze można nabyć publikacje poświęcone   życiu erotycznemu samicy ludzkiej.

Mój znajomy lekarz nie  bez racji powiada, że istnieją tysiące publikacji poświęconych  zagadnieniu,

w jaki sposób samica ludzka powinna zostać   zaspokojona; nie znana mu jest natomiast ani jedna

książka   wyjaśniająca, w jaki sposób samica ludzka powinna uszczęśliwić mężczyznę. Książki te

zostały przeważnie napisane   przez lekarzy-psychiatrów i oparte są na autentycznych wypadkach;

każdy z tych wypadków został opatrzony fachowym  komentarzem ze szczególnym uwzględnieniem

symboli erotycznych.

Książki   tego   rodzaju   rozchodzą  się   w  milionach   egzemplarzy,   a   autorzy   ich   zarabiają  ciężkie

pieniądze. O wartości  naukowej tych publikacji trudno wyrokować; być może, iż  jedna na sto jest

rzeczywiście w jakiś sposób pożyteczna. Nie  mogę jednak oprzeć się wrażeniu, iż ta ofensywa seksu,

począwszy od reklam mydła i szpilek do włosów, wykorzystywana jest przez cwaniaków, żerujących

na tym tak, jak na  każdym ludzkim pragnieniu zawsze żerowano. I nie mogę  oprzeć się wrażeniu, iż

za tymi tysiącami publikacji wciąż  jeszcze kryją się marzenia o dobrych mężczyznach i kobietach  i

o tym, co kiedyś nazywano miłością, a co dziś nazywa się już  tylko chemią.

Szkoła

Szkoła lotnicza, której jestem uczniem, jest szkołą prywatną. Właścicielką szkoły jest Mrs. Betty

Miller, wyjątkowo  przystojna i miła kobieta, która jest najlepszym lotnikiem-kobietą świata i która

pewnego dnia przeleciała ze Stanów  do Australii jednomotorowym samolotem. Szkoła obwieszona

jest dyplomami honorowymi, nadanymi jej za zasługi  na polu krzewienia lotnictwa. Pucharów nie

jestem w stanie   zliczyć. O szkole tej chciałbym napisać parę słów, gdyż   wydaje mi się w jakiś

sposób charakterystycznym zjawiskiem.

22

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Ucząc się pilotażu w Europie, byłem przez cały czas  obwarowany zakazami i przestrogami. Nie

wolno mi było  właściwie niczego, gdyż wszystko połączone jest z niebezpieczeństwem; nie wychylaj

się ponad sześćdziesiąt stopni na   skrzydle; nie podnoś i nie opuszczaj nosa powyżej czy poniżej

trzydziestu stopni; a przede wszystkim - nie ufaj samolotowi.  W Ameryce jedną z pierwszych lekcji

jest   spadanie   przy    wyłączonym  (power-off)  silniku   i   przy   włączonym  silniku    (power-on).  Dla

nowicjusza nie jest to przyjemne. Spadanie  w pozycji power-off odbywa się następująco: zamyka się

prawie   do końca przepustnicę i ciągnie się ster ku sobie tak długo, aż   nos samolotu uniesie się

krytycznie; wtedy zapala się światło   ostrzegawcze i samolot spada. Tak więc trzeba natychmiast

opuścić nos, przez co redukuje się kąt natarcia; otwiera się  przepustnicę i samolot wyłazi z tego. Nie

jest   to   przyjemne,   ale   w   tym   kraju   uczą   czegoś   wręcz   przeciwnego;   absolutnego     zaufania   do

samolotu oraz tego, iż mając zaufanie do   samolotu możesz ufać sobie i wykaraskać się z każdej

sytuacji.   Lubię   to   właśnie;   chcę   nareszcie   zaufać   innym     ludziom,   że   zbudowany   przez   nich

przedmiot   jest   dobry     i   bezpieczny.   Zbyt   długo   żyłem  w  kraju,   w  którym  spuszczenie   wody  w

klozecie mogło spowodować zawalenie się  domu, naciśnięcie klamki spadek napięcia prądu w całym

województwie; i nie chcę już dłużej, patrząc na ogólny widok  rzeźni na Pradze, wpadać w zadumę

na temat ciemnych sił  przyrody, które ujarzmił człowiek - jak o tym napisał Jerzy  Zaruba.

Również   nauka   nawigacji   odbywa   się   inaczej.   W   Europie     była   to   męka   i   nuda;   nauczyciel

rozkładał mapy, kreślił na   nich linię i ględził. Amerykanie wyświetlają filmy, produkowane, o ile

pamiętam, przez firmę SANDERS. Filmy te  stanowią ilustrację; są zabawne i dowcipne; Amerykanie

atakują wyobraźnię człowieka poprzez obrazy, poprzez sytuacje; obrazy są nieraz ciekawe, a przede

wszystkim tak atrakcyjne, że nawet największy tępak obserwuje je z zainteresowaniem. W ten sposób

człowiek uczy się szybciej; wiele szkół   prywatnych robi z kogoś, kto już ma prywatną licencję,

zawodowego pilota w cztery i pół miesiąca, co jest rzeczą  zmuszającą do szacunku.

Nasz nauczyciel Ray jest starym pilotem i był przez lata  instruktorem pilotażu, ale pewnego dnia

rzucił to, gdyż musimy   uczyć kobiety. Tu trzeba dodać, czytałem to w piśmie lotniczym, iż panie

absolutnie nie nadają się na instruktorów  pilotażu z powodu idiotyzmu. Myślę, iż każdy miżoginista

będzie szczęśliwy przeczytawszy powyższe.

Uczniowie   przychodzący   wieczorem   dzielą   się   na   dwie     zdecydowanie   przeciwstawne   sobie

kategorie. Jedni przyjeżdżają Porsche, Jaguarami i Fordami Cobra; drudzy samochodami starymi i

biednymi. Ci właśnie są dobrymi pilotami;   oczy zamykają im się ze zmęczenia, piją bez przerwy

kawę,  często zasypiają, ale Ray nie budzi ich nigdy. To robotnicy, którzy chcą zostać zawodowymi

pilotami. Ci latają dobrze  i zdają pisemne egzaminy; nie mają ani czasu, ani pieniędzy  do stracenia.

Jeżdżący Jaguarami i Porsche nie uważają na  lekcjach; ci mają czas, aby wynająć sobie instruktora,

który  wbije im do głowy to, czego nie wbije im Ray, płacą pięć  dolarów za godzinę. Ci pilotami

nigdy nie będą, choć właściwie  pieniądze robią cię dobrym pilotem.

Jeden ze śpiących nazywa się Jerry i wygląda jak bandyta   z filmu o Dzikim Zachodzie.  Jego

ponurą gębę wykrzywia  czasem uśmiech tak straszliwy, że wielokrotnie, patrząc na  niego, myliłem

23

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

się z przerażenia w najprostszych obliczeniach.  Jerry wrócił z Wietnamu i odwala szkołę na zasadzie

»GI bill". Jerry odwozi mnie czasem do domu; Jerry jest milczący,  a jeśli rzuca przed siebie kwiaty

swych   myśli,   to   porównać   to     mogę   tylko   do   pewnego   marynarza   z   Odessy,   Wasyla,   którego

poznałem w Hajfie i który potrafił kląć przez piętnaście   minut, nie powtarzając się słowem. Tu

trzeba   dodać,   iż     pomysłowość   Amerykanów   jest   równie   zastanawiająca;   z   tym     jednak   że

Amerykanie   w   przekleństwach   są   bardziej   precyzyjni,   podczas   gdy   Rosjanie   zdradzają   wyraźne

zamiłowanie  do ekstazy religijnej.

- Jerry - powiedziałem kiedyś do niego - dlaczego chcesz  zostać zawodowym?

- Ty tego nie zrozumiesz - powiedział Jerry. - Ja właśnie  wróciłem z tej pierdolonej wojny. Kiedyś

przeleciałem nad  liniami. To było wcześnie rano. Ty nie wiesz, jak pięknie  wygląda las, kiedy rano

nad nim przelatujesz. Jak pięknie  i spokojnie wygląda ziemia. kiedy patrzysz na nią z góry,  nigdy

nie wierzysz w to, że tyle na niej zła i nieszczęść.

Ponury Jerry powiedział właściwie wszystko i każdy pilot  zgodzi się chyba z tym. Autor „Nocnego

lotu" napisał, iż  zawsze czuł się niespokojny, kiedy niebo było zbyt błękitne  i zbyt spokojne; spokój

bezchmurnego nieba zawsze przynosił   jeśli nie burzę, to silny wiatr, co jest prawdą. Nie wiem,

dlaczego   to,   co   powiedział   przerażający   Jerry,   jest   dla   mnie     najpiękniejszą   rzeczą,   jakiej

dowiedziałem się o lotnictwie.

Bruce,   mój   sąsiad   instruktor,   twardy,   zimny   i   przystojny   jak     diabeł,   wyśmiał   mnie,   kiedy

powtórzyłem mu oświadczenie  straszliwego Jerry'ego zapomniawszy dodać, iż to nie moje  własne

słowa.

- Jesteś głupcem, Marek - powiedział. - Kiedy latasz, to  podlegasz przecież innemu ciśnieniu. To

jest chyba jasne,   nie? Gdyby było inaczej, nie potrzebowałbyś maski i oxygenu,   kiedy jesteś na

dwudziestu tysiącach. I jeszcze jedna rzecz;  kiedy lecisz, to nie patrz na ziemię, lecz na altimetr i

MC. To  na pewno będzie lepsze dla ciebie, jeśli ci zależy, aby  wylądować.

Nienawidziłem go tego dnia;  nie  mogę jednak myśleć   o nim inaczej  jak o piekielnie  dobrym

instruktorze.   Hemingway   napisał   kiedyś,   iż   najbardziej   zdumiewającym     człowiekiem,   którego

poznał, był pewien portier hotelu  w Kairze. „Jedną ręką otwierał drzwiczki samochodu - powiedział

Hemingway - drugą zdejmował czapkę, a trzecią  wyciągał po napiwek". Człowiek ten w porównaniu

z Bruce'em wydaje się śmiesznym w swej niezgrabności tworem   natury. Bruce potrafi jedną ręką

pchać elewator, podczas  gdy ja ciągnę, drugą ręką zamykać przepustnicę, podczas  gdy ja usiłuję ją

otworzyć;  trzecią  ręką  wydziera  mi mikrofon z ręki, przez który ja  usiłuję   połączyć  się  z Santa

Monica Ground Control na częstotliwości 121.9, i łączy  się z Wieżą na częstotliwości 120.1; czwartą

ręką zamyka   flapsy, podczas gdy ja usiłuję je otworzyć; i wreszcie,   ostatnią ręką klepie mnie po

plecach i mówi, że czynię  dalsze postępy.

Śmierć prawdziwego człowieka

24

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Dzisiaj, piętnastego maja tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego  siódmego roku, dostałem wiadomość

o śmierci mego wydawcy,  doktora Josefa C. Witscha. Czternaście miesięcy temu, J.C.W.  obchodzie

sześćdziesięciolecie swych urodzin, a wtedy my, autorzy domu wydawniczego Kiepenheuer Witsch,

pisaliśmy  o Nim do księgi pamiątkowej, którą wydano w Jego wydawnictwie i w tajemnicy przed

Nim, aby sprawić mu niespodziankę. Wkrótce  potem J.C.W.  zachorował, a teraz   odszedł drogą

wszystkich ludzi. Ale droga, którą zmarły szedł   za życia, nie była drogą wszystkich. Zmarły był

człowiekiem     kochającym   literaturę,   kochającym   ludzi   piszących   i   pomagającym   im.   Był

człowiekiem wielkiej siły; wiedział o tym  i potrafił innym dać siłę. Przez lata dodawał mi otuchy;

martwił się, kiedy przynosiłem mu rzeczy kiepskie i cieszył  się, kiedy przynosiłem mu rzeczy nieco

lepsze.   J.C.W.   był     walczącym   katolikiem;   katolikiem   pozbawionym   hipokryzji,     a   więc   typem

katolika znanym raczej z literatury - o charakterze dydaktycznym a nie z życia. Był walczącym anty-

komunistą; był antyfaszystą; próbując uciec z Niemiec został  zatrzymany na granicy szwajcarskiej i

odesłany   do   Niemiec.     Kiedyś,   kiedy   powiedziałem   mu,   iż   pewną   książkę   uważam   za     utwór

pornograficzny, odparł: „Jesteś głupcem. To jest   książka o miłości. Każda książka o miłości jest

książką  o Bogu.

Był człowiekiem wielkiej  siły fizycznej  i wielkiej  urody.   Mając  lat  sześćdziesiąt wyglądał  na

mężczyznę po czterdziestce.   Prowadził samochód po ulicach Kolonii z przeciętną szybkością stu

dziesięciu   kilometrów   na   godzinę.   Mówił   z   silnym     akcentem   ludzi   urodzonych   i   wyrosłych   w

Kolonii   i   diabelnie     ciężko   było   się   z   nim  porozumieć;   sam   o   sobie   powiadał,     iż   kolończyka

rozpoznałby   bez   trudu,   nawet   gdyby  spotkał     się   z   nim   na   Saharze   i   gdyby  zaczęli   mówić   po

francusku.  Nasza literatura straciła w Zmarłym wielkiego przyjaciela.  Tak więc niech pamięć o nim

będzie święta, lecz niech  nie będzie spokojna. Niech stanie się pamięcią nawołującą  do walki, do

prawdy, do niszczenia przemocy, do gromienia    głupoty- taką, jakim było życie tego pięknego i

niespokojnego  człowieka.

W zastępstwie Wacława Zbyszewskiego - Marek Hłasko

Sprawiedliwy z Sodomy.

Dalszy ciąg mojej kariery w przemyśle filmowym

Larry jest producentem filmowym i wygląda tak, jak   powinien wyglądać producent; jest ciężki,

słoniowaty,  nie    wyspany, pali  cygaro i ożywia się  tylko na  dźwięk telefonu.    Później  w swym

reportażu o Hollywood pisze o roli telefonu.   Tu istotnie każdy czeka na telefon. Telefon może z

żebraka   uczynić człowieka pracującego;  z maszerującego na piechotę    - właściciela  samochodu

Lincoln Continental; z wszarza nie  mającego czym zapłacić za mieszkanie - właściciela apartamentu.

Telefon może również pozbawić cię wszystkiego, co  masz, i sprawić, że nikt cię nie zapyta, jak ci

idzie. Tak długo,  jak sympatyczny głos panienki z Generał System nie oznajmi  ci, że na skutek nie

zapłaconego rachunku nie będziesz już  miał telefonu. I wtedy jesteś już niczym.

25

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Larry zadzwonił do mnie i powiedział mi, iż chce się ze   mną spotkać; Larry przysłał po mnie

samochód i kazał mi  podać filiżankę kawy, po wypiciu której uwierzyłem po raz  pierwszy w życiu,

że istnieje  zło absolutne. Larry kazał mi   opowiedzieć sobie o mnie; wypytał  mnie o stan mego

zdrowia;    o  mój  stosunek  do  religii,   skrzywił się   niechętnie,   kiedy    powiedziałem  mu,   iż  życiu

religijnemu nie poświęcam wiele  czasu; wypytał mnie o moją żonę i zapałał oburzeniem, kiedy  po

długiej rozmowie przyznałem mu się, iż przed wstąpieniem  w związki małżeńskie miałem przedtem

dwie kobiety. Ochłonąwszy uspokoiwszy się na widok mej skruchy i wstydu,  Larry zapytał mnie,

ile  zarabiam, co jem na śniadanie,   a wreszcie oświadczy)  mi, iż będzie mówił do mnie nie jak

producent, ale jak ojciec, gdyż jestem wyjątkowo luby sercu  jego. Larry następnie począł mówić o

sobie;   skreśliwszy     w   kilku   mistrzowskich   zdaniach   swoją   trudną   młodość,   służbę     w   wojsku,

przebyte   choroby,   powiedział   mi,   iż  muszę   szczególnie   uważać,   gdyż  w   tym  mieście   jest   wielu

łobuzów, którzy  będą mi obiecywać złote góry, wykorzystają mnie i nie zapłacą  ani grosza. Ale nie

będzie tak. Nie stanie się tak, ponieważ on, Larry, otoczy mnie swoją osobistą opieką; udzieli mi

wskazówek i obroni przed ludzką nikczemnością. Wreszcie Larry   zakończył stwierdzeniem, że w

tym mieście był do tego czasu  jeden tylko człowiek uczciwy; ale teraz jest już nas dwóch.

- OK - powiedział Larry. - Ja chcę zrobić film o człowieku,   o włóczędze, który pewnego dnia

odkrywa w sobie miłość do  Boga. - Larry zaszlochał rozdzierająco; ukoiłem go. Larry  mówił dalej: -

I ten pierdolony włóczęga, ten zasrany skurwysyn pewnego dnia zrozumie, iż nie warto żyć bez Boga,

i staje się innym człowiekiem. co ty na to?

Powiedziałem szczerze, że pomysł jego jest niczym innym   jak monumentem myśli  ludzkiej, a

kiedy Larry chciał mi  przerwać, zgromiłem go za niewiarę w potęgę własnego  umysłu.

- Jest tylko jedna rzecz - powiedziałem. - Jako dziecko   przeczytałem opowiadanie o włóczędze,

którego wynajął misjonarz, aby go łódką zawiózł do Indian. Nudzili się jak dwa  psy i ten misjonarz

chciał nawrócić tego włóczęgę, ale ten  powiedział, że nie wierzy w Boga, i koniec. Wreszcie złapali

ich Indianie. Przywiązali ich do słupa i kazali misjonarzowi  wyprzeć się Boga, gdyż inaczej spalą go

żywcem. Misjonarz  wyparł się, bo nie miał wyboru. Ale włóczęga stanowczo  odmówił. „Ja tam nic

się na tym nie znam - powiedział. - Ale  mój ojciec wierzył w Boga, a był to tęgi pijak i najsilniejszy

człowiek w stanie Kentucky. I dziadek mój też wierzył   w Boga, a był z niego najlepszy gracz w

pokera i miał   najszybszą prawą rękę. Ja się na tym nic nie znam; ale to jest   Bóg ojców moich.

Misjonarza puścili, ale tego włóczęgę  spalili żywcem.

- Kto to napisał? - zapytał Larry blednąc gwałtownie.  - O ile pamiętam, Jack London.

- Nic się nie przejmuj - powiedział Larry. - Jedź do domu  i myśl nad tym.

- A co z prawami?

- Zostaw to mnie. Ja wiem, jak to ukraść.

Uskrzydlony tą myślą wróciłem do domu. Szybko połączyłem się z przedstawicielstwem firmy

Jaguar i zapytałem, ile  kosztuje najlepszy model. Zamówiłem; zadzwoniłem do pięknej Judy i

zaprosiłem ją na wycieczkę do Palm Springs.  Kazałem sobie przynieść z Super-Marketu butelkę

26

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

whisky.  Zamówiłem długodystansową rozmowę z Paryżem; wymówiłem mieszkanie i właśnie

czytając gazetę szukałem ogłoszenia  dotyczącego domu z basenem pływackim, kiedy zadzwonił

telefon. To był Larry; mówił jak stary i chory człowiek.  Płakał i trząsł się, a wreszcie powiedział

mi, co się stało:  projekt, nasz projekt, już w międzyczasie ukradli inni.

„Kultura" 7-8/1967, Paryż

Panowie bez krawatów,

czyli pamiętnik nikczemnika

 W tym roku obchodzę osiemnastolecie tak zwanej działalności przestępczej. Często myśląc o tym

skromnym jubileuszu  niepokoiłem się, iż to tak wiele znaczące dla mnie święto  spędzę w ciszy i

zapomnieniu; stało się jednak zupełnie  inaczej dzięki życzliwości i serdeczności policji hrabstwa Los

Angeles. Wdawszy się w awanturę, zostałem zaproszony przez  deputowanych szeryfa do złożenia im

wizyty i już na miejscu,  drogą łagodnych perswazji, pozbawiony zostałem sznurowadeł  i paska, po

czym udałem się na spoczynek.

Po   częściowym   odzyskaniu   przytomności,   uniosłem   ze   snu     skroń   i   postanowiłem   również

odzyskać wolność. Długie  łomotanie do drzwi nie przyniosło skutku. Na dole jakaś  młoda kobieta

wrzeszczała histerycznie i od czasu do czasu  słyszałem monotonny głos policjanta, pytający:

- Jak się pani nazywa? Jak się pani nazywa?

Młoda osoba musiała znajdować się pod działaniem jakiegoś   narkotyku, gdyż odpowiedzi jej

wprowadzały w zdumienie nie  tylko policjanta, ale również moich współtowarzyszy, obiecujących

młodzieńców z więzienia San Quentin, których przedwczoraj zwolniono warunkowo, a którzy teraz

oczekiwali na   transport do więzienia Centralnego w Los Angeles, skąd mieli   wrócić do swego

poprzedniego przytuliska, aby następnie   znów powrócić do miejsca, w którym ich zaaresztowano

pod     zarzutem  sfałszowania   czeku   opiewającego  na   sumę  czternastu    dolarów.   I  tak   na   kolejne

pytanie policjanta „Jak się pani  nazywa" młoda osoba odpowiedziała: »Kitty Golden Cunt", po czym

poczęła bredzić: „Czy są w ogóle diabły? A jeśli są,   to co diabeł robi na deszczu? Moja matka

zawsze mówiła, że  jeśli mężczyzna nie ożeni się do trzydziestki, to potem nie  ożeni się, nawet żeby

go rąbać siekierą".

Młodą osobę uznano za chwilowo niezdolną do złożenia  zeznań i zaproponowano jej spędzenie

nocy na koszt hrabstwa  Los Angeles. Postanowiono wobec tego opróżnić celę, w której  siedziałem

wraz z mymi młodymi druhami, i zaprowadzić tam   dziewczynę. Najpierw wyprowadzono mnie.

Kiedy przechodziłem obok śpiącej dziewczyny i usiłowałem przekonać  policjanta, że jestem już w

stanie udać się do domu na  własnych nogach, policjant powiedział ostrzegawczo:

- Uważaj brudny skurwysynu! To jest kobieta, nie?  Umieszczono nas w sąsiedniej celi, gdzie były

tylko dwa  łóżka, na których smacznie spali jacyś panowie o wyglądzie  łachudrów. Kiedy

obudziliśmy ich prosząc, aby ustąpili nam  nieco miejsca, spotkaliśmy się ze wściekłym oporem

popartym  argumentacją moralną, polegającą na stwierdzeniu, iż obaj  panowie nie posiadają stałego

27

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

miejsca pobytu i że czekanie na  transport do więzienia Centralnego stanowi być może jedyną  okazję

do wygodnego wyspania się. Ponieważ mnie kompletnie  zawiódł kunszt oratorski, a młodzieńcy z

San Quentin nie  należeli do ludzi o usposobieniu gadatliwym, skończyło się na  tym, iż jeden z nich

kopnął bezdomniaka w twarz, drugi  bezdomniak zszedł już w milczeniu i położył się obok swego

towarzysza na ziemi, a ja położyłem się na dolnym łóżku  z chudszym przestępcą.

Koło godziny dwunastej obudzono nas ku wyraźnemu  niezadowoleniu wszystkich mieszkańców

celi i misternie  skuwszy nas kajdanami wyprowadzono do samochodu policyjnego, który brzegiem

Pacyfiku powiózł nas ku Los Angeles.  Jeden z młodzieńców, należący do tak zwanych specjalistów-

wróżek, głośno dzielił się swymi myślami ze mną:

- Reszta parolu - sześć miesięcy. Sfałszowanie czeku może  być dwa, może być pięć. Opieranie się

w czasie aresztu, to  może być pół roku. Pijaństwo za kierownicą po raz trzeci, znowu pół. Wszystko

zależy od tego, czy mój adwokat każe mi  powiedzieć „winny" czy „niewinny". I w ogóle wszystko

zależy od sędziego.

Przyjechawszy do więzienia Centralnego spotkaliśmy się   z żywym i uprzejmym przygięciem. I

podczas   kiedy   niektórzy     z   nas   pozbywali   się   raźno   swych   rzeczy,   inni   musieli   poddać     się

oględzinom  dwumetrowego   policjanta   w   wieku   lat   może     dwudziestu   dwóch,   który  do   każdego

więźnia zwracał się per  „synu", nawet jeśli więzień miał lat sześćdziesiąt. Zapadł mi  w serce dialog,

który przeprowadził z pewnym beznogim  starcem.

- Stanowczo domagam się mojej nogi - mówił starzec.  - Nie miałeś nogi, synu – mówił łagodnie

policjant.

- Owszem, oficerze, miałem - mówił rozgoryczony patriarcha. - Każdemu więźniowi przysługuje

prawo do drewnianej  nogi, sztucznej szczęki, a nawet okularów w drucianej oprawie.

- Klnę się na Boga, synu, że nie miałeś nogi - mówił  policjant z męczeńskim uśmiechem.

- Pan jest oficerem policji, prawda?

- A co? Może nie wyglądam na takiego?

-   To   dlaczego   nie   zna   pan   regulaminu   obowiązującego     w   Federal   Correctional   Institution,

Texacarana?

- Przecież my nie jesteśmy w Texacarana. To jest więzienie  Centralne w Los Angeles.

- To jak to się stało, że ja jestem tutaj? - powiedział ze  zdziwieniem patriarcha. - Przecież jeszcze

dwa dni temu  byłem w Texacarana.

- A czy nie wstąpiłeś na piwo, po tym jak cię zwolnili  stamtąd?

Na twarzy patriarchy odbiła się męka myślenia.

- Owszem, wstąpiliśmy - powiedział. - Co leci przeciw  mnie, oficerze?

- Pijaństwo i włóczęgostwo, synu.

- Włóczęgostwo? Przecież nie mam nawet nogi.

- Prawo nie myli się nigdy - powiedział policjant. - Nie  utrudniaj mi, synu.

28

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Widziałem, jak patriarcha odpełza do następnego stołu,  gdzie zapytano go o imię i datę urodzenia

matki. Patriarcha  nie mógł sobie tego przypomnieć, więc inny oficer powiedział  uprzejmie:

- To nie szkodzi, synu. Podaj, co chcesz. Chodzi o to, aby  była choć o dzień starsza od ciebie.

Czekając   na   swoją   rozmowę   z   dwumetrowym   policjantem,     patrzyłem   na   rozbierających   się

młodych ludzi o długich   włosach. Nie myślę, abym widział w życiu coś podobnego.   Byli to w

większości   narkomani;   ich   wyniszczone   stare   twarze     kontrastowały   w   sposób   przerażający   z

wychudłymi ciałami  o mięśniach w stanie atrofii. Wyglądali jak statyści z filmu  o Bergen-Belsen;

brudu ich nie da się opisać, a nogi ich  - jakby to powiedział Mistrz Gałczyński - wydzielały niepo-

kojący, metafizyczny zapach.

- Synu - powiedział dwumetrowy.

Podszedłem do ściany zniewolony do tego jego uśmiechem,  o którym on zapewne myślał, iż jest

uprzejmy; ale który  niewątpliwie niósł w sobie elementy zachęty. Rewizja odbywa  się w ten sposób,

iż szeroko rozkraczywszy nogi trzeba oprzeć  się rękami o ścianę. Stojący za tobą policjant wsuwa

swoją  nogę między twoje, tak aby przy próbie oporu zręcznie  wytrącić ci ziemię spod nóg. Więzień

pada   wtedy   twarzą   na     betonową   posadzkę,   co   stwarza   niezapomniane   efekty   humorystyczne   i

zapewne   przyczynia   się   do   wesołości,   a   tym     samym   zdrowia   moralnego   innych   bandytów.

Zauważywszy  moje nieśmiałe próby utrzymania równowagi, co nie stanowiło  mojej mocnej strony

owej nocy, dwumetrowy policjant powiedział łagodnie:

- Co z tobą, synu? Przecież już tu byłeś, nie?

Następnie   przeszedłem   do   skromnie,   lecz   gustownie   urządzonego   atelier   w   celu   sporządzenia

fotografii   pamiątkowej,     która   stanowić   będzie   mój   mały   wkład   w   trud   założenia     albumu

przestępców.   Fotografem   nie   był   jednak   policjant,     tylko   więzień   o   duszy   niewyżytego   artysty.

Człowiek oczekujący przede mną wyglądał na zawodowego dusiciela i twarzy jego trudno odmówić

było siły i ekspresji; z jakiegoś jednak  powodu, mimo iż twarz oczekującego rozjaśniał żywy, we-

wnętrzny uśmiech, fotograf nie był zadowolony.

- Troszkę w lewo, Harry - mówił spoza kamery. - Tak,   teraz lepiej. O, nie, nie. Przedtem było

lepiej. Nie gniewaj się,  Harry, ale naprawdę wyglądasz jak podlec. Teraz jest dobrze.   - Błysnęło

światło i Harry odszedł w bok, dyskretnie brzęcząc  kajdanami.

Stanąłem   przed   kamerą   starając   się   wyglądać   swobodnie,     a   jednak   godnie   jak   przystało

okolicznościom; artysta nie był  jednak zadowolony i ze mnie.

- Śmiej się!

- Nie mam powodu.

- Chcesz mieć chyba dobre zdjęcie, nie? Nie będzie ci  wstyd, jeśli wyglądać będziesz jak jełop?

Powiedz: nie będzie  ci wstyd?

- Nie mam powodu, aby się uśmiechać - powiedziałem  małodusznie, myśląc o kosztach adwokata i

sądu.  Odpowiedź moja zdumiała i być może nawet zgorszyła  artystę.

29

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

- Co to znaczy? - powiedział. - Spójrz na Harry'ego.  Dostanie najmarniej dziesiątkę, a dawno nie

zrobiłem lepszego  zdjęcia.

Aby mnie przekonać i pomóc w przezwyciężeniu mej   nędznej małoduszności, Harry zabrzęczał

porozumiewawczo  kajdanami i artysta uznał, iż zdjęcie będzie w porządku.

Czekając na oficera pochłoniętego pobieraniem odcisków  daktyloskopijnych, słyszałem rozmowę,

jaką prowadził z pewnym panem, również wyglądającym na jednego z tych, których  nie powinniśmy

spotykać na wąskim moście.

- Co jest? Spokojnie. Rękę trzeba trzymać luźno.  - Kiedy dostałem kulę w przegub.

- Od kogo?

- Od kogoś, kto chciał mnie zastrzelić.  - I co się z nim stało?

- Ktoś go zastrzelił.

- A ty pewnie nie wiesz kto?  - Nie.

- Jesteś dobry chłopak - powiedział policjant i skinął  na mnie.

Znalazłszy się w celi usiadłem obok jakiegoś pana, który  umilał swym towarzyszom czas gawędą

towarzyską:

-  I  wtedy   wyprowadzili   Johnny'ego.   Johnny   trzymał   się     jeszcze   na   nogach,   ale   wyglądał   na

wykończonego. Za nim  szedł ksiądz i też nie wyglądał lepiej i myliła mu się modlitwa,  tak że trwało

to długo, zanim przywiązali Johnny'ego do   fotela. A potem rozcięli mu rękawy koszuli i założyli

elektrody  i jeszcze jedną na czubek głowy.

- A nogi? - zapytał inny więzień.

- Nogi  też.  A  potem puścili   przez niego prąd   i wtedy   widać     było,  jak   wszystkie  jego  włosy

wyprostowały się nagle...

- Prostują włosy? Gdzie? - zainteresował się nagle jakiś   kędzierzawy Murzyn siedzący do tego

czasu   w   milczeniu.     Kiedy   jednak   udzielono   mu   życzliwych   informacji,   usunął   się     w   bok,

wyglądając nie wiadomo dlaczego na człowieka zniechęconego.

Owej nocy jadąc ze stacji szeryfa w Malibu do więzienia  Centralnego wsłuchiwałem się w radio.

Słyszałem głos jakiejś  młodej kobiety mówiący do wszystkich radiowozów: „Podejrzanego widziano

na  rogu Fuller  i Sunset. Podejrzany krwawi   i jest  uzbrojony. Ucieka w kierunku Santa Monica

Boulevard.     Potwierdźcie".   Potem   usłyszałem   kilkanaście   głosów,   podających   numery   swych

jednostek i wypowiadających słowo Roger.  Przez chwilę trwała cisza, a potem któryś z policjantów

działających   na   tamtym   terenie   powiedział:   „Mamy   go.   Sprowadźcie   ambulans".   Młoda   kobieta

powiedziała:  „Roger.   W Fordzie Fairlane, rocznik prawdopodobnie pięćdziesiąt    siedem, ucieka

podejrzany   o   posiadanie   narkotyków.   Numer     licencji   nie   zidentyfikowany;   kolor   czarny   lub

ciemnoniebieski.   Potwierdźcie.   Podejrzanego   widziano  uciekającego   z  Santa   Monica   w  kierunku

South".  I  znów   usłyszałem   głosy   policjantów   podających   numery   swych   jednostek.   A   nim

skręciliśmy  na autostradę, usłyszałem głos policjanta, znów tak samo  spokojny i beznamiętny jak i

30

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

głos młodej kobiety: „Mamy go.  Oper and out"; na co znów młoda kobieta odpowiedziała Roger  i

znów usłyszałem inną transmisję.

Słowa  Roger,   Over,   Out  należą   do   frazeologii   lotniczej     i   policyjnej.   Słowo   Roger   oznacza

potwierdzenie;   słowa  over     and   out  oznaczają:   „Otrzymałem   twoją   ostatnią   transmisję     i   nie

spodziewam się od ciebie odpowiedzi". Tak więc   w sprawie tych dwóch ludzi, z których jeden

uciekał zakrwawiony w stronę południową, podczas gdy drugi w tę samą  stronę uciekał skradzionym

samochodem, nie będzie się już  więcej mówić tej nocy przy pomocy radia. Czekają ich godziny,  a

może miesiące śledztwa; po czym wyrok i kara. Ale kim byli  ci ludzie? Nie wiedziałem; mogłem o

tym tylko myśleć  patrząc na innych więźniów.

Być może wmieszali się w zbrodnie przez głupotę; być  może zostali namówieni przez innych; być

może zawinili tu  rodzice, przyjaciele czy ich żony. Lecz teraz nie było to już  ważne; teraz nie byli

już tymi samymi ludźmi, którymi byli  przed pięcioma minutami. Ich działanie, ich myślenie, nawet

ich funkcje fizjologiczne zależeć będą od myślenia, działania   i fizjologii innych ludzi. Stając się

więźniem stajesz się dla  samego siebie człowiekiem nowym i nie znanym. To, co było  dla ciebie

rzeczą naturalną przed minutą, może stać się  przestępstwem teraz; to co napawało cię ohydą przed

minutą,   musi stać się teraz dla ciebie rzeczą normalną. Nim odsłonisz   swoje myśli przed innymi

ludźmi, musisz wpierw odsłonić  swoje ciało, którego być może się wstydzisz; które być może  jest

brzydkie i słabe i brudne z powodu tobie znanego, ale   który innym wyda się niewystarczającym

usprawiedliwieniem.  Tym innym, którzy także stali się innymi.

A potem musisz jeszcze odkryć swoje myśli. Od twej  inteligencji i od twego sprytu zależeć będzie,

czy odkryjesz je   w sposób dla ciebie korzystny.  Sartre w swej książce o Jean Genet, mówi:  The

fascination that ihe police have for ihe Chief is  manifesied by ihief s tempiation to confess when he

is arrested. In   the presence of ihe examining magisirale who quesiions him, he is   seized wiih

giddiness; the magistrale speaks gently to him, perhaps  with kindness, explaining what is expected

of him; practically  nothing; an assent. If only once, just once, he dit what was asked  of him, if he

uttered the ‘yes' that is requested, harmony of minds  would be achieved. He would be told, 'That’s

fine ; perhaps he  would be congratulated. It would be the end of haired. The desire  to confess is the

mad dream of universal love; it is, as Genet himself  says, the tempiation of the human. W tym, co

napisał Sartre, jest  zalążek prawdy, czemu nie należy się dziwić.

W   ciekawym   piśmie   „Psychology   Today"   znajdujemy   artykuł   pt.  The   Psychology   of   Police

Confessions.  Między   innymi     opisany   tu   został   casus   Whitmore'a;   historia   o   człowieku,     który

przyznał się do całego szeregu nie popełnionych zbrodni.   W czerwcu 1964 policjant Frank Isola

przybył   na   pomoc   Mrs.     Elbie   Borrero,   która   została   napadnięta   przez   jakiegoś   osobnika     w

Bronxville, części dzielnicy Brooklyn. Napastujący zbiegł;  Mrs. Borrero opisała go jako Murzyna, 5

stóp 9 cali wzrostu,  ze śladami ospy, ważącego około 165 funtów, ubranego  w płaszcz deszczowy, z

którego   udało   jej   się   w   czasie   walki     z   napastującym   urwać   guzik.   Guzik   ten   stanowił   jedyny

materiał obciążający w tej sprawie.

31

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

O godzinie ósmej dnia następnego policjant Frank Isola  i detektyw Richard Aidala zaaresztowali

George'a Whitmore'a,   Jr. pod zarzutem usiłowania dokonania gwałtu na wspomnianej    już Mrs.

Borrero. Whitmore był osobnikiem stosunkowo   niskiego wzrostu - około 5 stóp i 5 cali - i ważył

zaledwie 140   funtów. Ale Whitmore miał na sobie płaszcz deszczowy bez   jednego guzika i był

Murzynem.  Został aresztowany, ponieważ,   jak cytuje autor:  There was a reasonable ground for

suspicion  supported by circumstances sirong in themselves.

Mrs. Borrero zidentyfikowała go jako napastnika i o godzinie  10.30 tego samego ranka Whitmore

zeznał, iż usiłował dokonać   gwałtu na oskarżającej. Około południa tego samego dnia Whitmore

zeznał również, że zamordował za pomocą noża  niejaką panią Edwards.

Przeglądając rzeczy należące do Whitmore'a detektyw Bulger  znalazł fotografię białej dziewczyny.

Przez osiem ostatnich  miesięcy, poprzedzających aresztowanie Murzyna Whitmore'a,  Bulger i inni

funkcjonariusze policji pracowali nad wykryciem  podwójnego morderstwa, popełnionego na dwóch

młodych     dziewczynach,   Janice   Wylie   i   Emily   Hoffert,   które   zostały     zasztyletowane   w  swoim

mieszkaniu w dzielnicy Manhattan.   Bulger rozpoznał zdjęcie znalezione w rzeczach Whitmore'a

jako fotografię jednej z zamordowanych dziewczyn - Janice   Wylie. O godzinie 16.00 Whitmore

„pękł" i zeznał, iż jest  również mordercą dwóch dziewczyn - było to jego trzecie  zeznanie w ciągu

dwudziestu   godzin   i   policjanci   oświadczyli:     „Znaleźliśmy   przestępcę;   nie   ma   co   do   tego

wątpliwości".  Zeznanie Whitmore'a zostało spisane na 61 stronach; zawierało  wszelkie niezbędne

detale łącznie ze szkicem mieszkania,  w którym Whitmore „zamordował" dwie dziewczyny.

Jednak w dwa tygodnie później policja  odkryła, iż zdjęcie   znalezione przy Murzynie nie było

wcale zdjęciem zamordowanej miss Wylie. W międzyczasie Whitmore został już  osądzony i skazany

za próbę gwałtu; nieco później odkryto, iż  guziki płaszcza należącego do Whitmore'a were different

in size,  shape, design and consiruction From the button Mrs. Borrero had  torp off her attacker’s

coat.  District Attorney dzielnicy Brooklyn,   S.A. Lichtman,  powiedział:  We have nailed George

Whitmore on  the button, to speak so.

W październiku tego samego roku mieszkaniec Nowego   Jorku, Nathan Delaney, poinformował

policję, iż przyjaciel   jego Richard Robles przyznał mu się do zamordowania dwóch   dziewcząt.

Rozpoczęto   nowe   śledztwo,   przy   czym   okazało   się,     iż   znaleziona   przy   Whitmorze   fotografia

przedstawia Arlene  Franco, która oświadczyła policji, iż zdjęcie to po prostu  wyrzuciła. Whitmore

znalazł je   i zatrzymał  dla siebie.  Zarówno   Arlene  Franco,  jak  i George  Whitmore  mieszkali  w

Wildwood  i kiedy dwóch świadków przysięgło, iż widziało Whitmore'a w Wildwood tej samej nocy,

kiedy zostały zamordowane dwie  dziewczyny na Manhattanie, George Whitmore został zwolniony.

Zagadką pozostaje, dlaczego przyznał się do szeregu nie  popełnionych przez siebie przestępstw.

Whitmore twierdzi, iż  był bity; policja temu zaprzecza. Na to właśnie stara się  odpowiedzieć autor

artykułu, Philip G. Zimbardo.

Metody policji, o których czytamy w książkach i które   pokazywano nam w kinie, nie mają nic

wspólnego z rzeczywistością, powiada autor. Pokój, w którym odbywa się przesłuchanie, nie jest

32

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

ciemną   norą,   w   której   jedynym   źródłem     światła   jest   silna   lampa   świecąca   wprost   w   oczy

przesłuchiwanego.   Pokój,   w  którym  odbywa   się   śledztwo,   według   Zimbardo,     sprawia   wrażenie

pokoju prywatnego, a jeśli  nawet w oknie są   kraty, przypominają  one raczej  wrota wiodące do

ogrodu.   Pokój jest jednak nagi; bez obrazów; przesłuchiwany powinien   siedzieć na krześle bez

poręczy, tak aby każdy ruch jego ciała  mógł być obserwowany; przesłuchiwany powinien znajdować

się jak najbliżej przesłuchującego, gdyż: When a person is close  to another physically, he is closer

psychologically.  Przesłuchujący   powinien być ubrany skromnie i unikać krawatów w krzykliwych

kolorach;   oddech   jego   nie   może   być   w   żadnym    wypadku   nieprzyjemny   dla   przesłuchiwanego.

Przesłuchujący  musi kontrolować swoje odruchy, a wreszcie autor artykułu  dochodzi do słusznego

wniosku, iż przesłuchującym nie można  zostać; trzeba się nim urodzić.

Artykuł ten jest dość przerażający i prawdopodobnie nie   zwróciłbym na to wszystko większej

uwagi, gdyby nie natrętnie  powtarzająca się forma „on", mężczyzna. Tak więc postanowiłem zajrzeć

do bibliografii i znajdujemy tu między innymi  następującą pozycję:  Communist Interrogation and

Indocirination   of Enemies  of the State.  L.E. Hinkle, H.C. Wolff in Archives   of Neurology and

Psychiatry. Tak, teraz łatwiej mi zrozumieć  ten artykuł i rzeczywiście podpisałbym się chętnie pod

zdaniem   Sartre'a   o   „obłędzie   uniwersalnej   miłości".   Nie   tylko     ja;   wielu   drwali   pracujących   w

rześkim klimacie Północy, któregoś z Krajów Oddalenia, również chętnie przyłączyłoby  się do opinii

laureata Nagrody Nobla. Niestety, jest na to zbyt  późno; władze sowieckie niechętnie przystępują do

tego, co   nazywa się  w  Stanach „powtórnym otworzeniem sprawy".   Przypadek nieszczęśliwego

Murzyna jest niewątpliwie tragiczny, tak jak i tragiczną była sprawa Chessmana; mówiąc  jednak o

tym chciałbym, aby pokazano mi kraj, w którym   skazany na śmierć człowiek dwanaście lat może

walczyć  o swoje życie.

Dlaczego jednak ludzie ci przyznali się do rzeczy nie  popełnionych. Nie robią tego z powodów, o

których   pisze     Sartre,   Koestłer,   i   inni.   Więzień   mówi   rzeczy   dziwne   do     przesłuchującego   go

człowieka,  gdyż człowiek  siedzący przed   nim jest  wspomnieniem jego samego. Wspomnieniem

wolnego   świata; porażek i zwycięstw; smutków i radości; lecz wciąż   jeszcze jest wspomnieniem

świata, który uważało się za własny;  za nieszczęśliwy i nienawistny; lecz, choćby nawet w stopniu

minimalnym, w skali kroku i szeptu - wolny. człowiek  siedzący naprzeciw ciebie jest tobą samym;

tym, kim byłeś,   ale czym już nigdy nie będziesz, gdyż kara, podejrzenie czy   wspomnienie nocy

spędzonej w niewolnictwie wlec się będzie  za tobą do końca twych dni. Tak więc ten, który siedzi

naprzeciw ciebie, jest tobą, tym, kim byłeś; jemu wolno ująć   słuchawkę telefonu, wstać, zapalić

papierosa - podczas gdy ty   każdy swój ruch musisz skoordynować z jego wolą. Nie,   pojedynek

między sprawiedliwością i występkiem nie jest  oparty na prawie równego z równym, na szczęście

dla nas   samych. Jak każde ludzkie poczynanie, pojedynek ten jest   opisem głupoty nas samych,

którzy wplątaliśmy się w nierówną  walkę, w życie.

Tak więc więźniowie  mówią brednie, które zostaną  przeanalizowane  przez fachowców. Podają

nazwiska ludzi, którzy  zmarli; mówią o swoich żonach, o nieszczęściach; podają  fakty, które w ich

33

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

mniemaniu okażą się im pomocne, a które  mogą ich zniszczyć; ale mówią, mówią, mówią, ponieważ

siedzący naprzeciw  nich  jest człowiekiem; ma takie  same  nerki, oczy i serce,  które i ty masz, i

dlatego mówisz do niego  jak do samego siebie, gdyż on jest tobą, a ty może jeszcze  kiedyś będziesz

nim; i na tym się to wszystko kończy. Może  jednak nie kończy się i na tym? Może istnieje jeszcze

jedno  uczucie, jakiego doznaje przesłuchiwany wobec przesłuchującego - uczucie zazdrości. Może

ty chciałbyś być nim! Może  wyobrażasz sobie, iż nim jesteś; iż to od twojej woli zależeć  będzie los

innego; a więc mówiąc zazdrościsz, zazdrościsz,  zazdrościsz, jak każda ofiara, która marzy o tym,

aby stać się   katem; aby z niszczonego stać się niszczącym; z bitego   - bijącym. Czyżby o tym

wszyscy zapomnieli?

Rano opuściłem gościnne mury więzienia Centralnego  w Los Angeles żegnany uprzejmie, lecz w

sposób pełen  powagi, dającej mi w jakiś sposób nadzieję, iż więzy przyjaźni  zadzierzgnięte między

nami  pozostaną  trwałe  i  niezniszczalne;    gościnność  zaś,  szczerze okazana  mi  przez wszystkich,

pozwala  mi również żywić nadzieję, iż znajdę tam zawsze przytulisko  i ludzi, którzy otoczą mnie

ojcowską   opieką,   kiedy   zajdą     odpowiednie   po   temu   okoliczności.   Dzień   ten   był   jednym     z

najpiękniejszych i najbardziej słonecznych w mym życiu;  był jedynym dniem, który spędziłem bez

poniżających godność  ludzką trosk materialnych.

„Kultura" 10/1969, Paryż

Zadziwiający człowiek pająk

Pewnego   dnia,   po   szeregu   błyskotliwych   sukcesów   w   branży   filmowej   oraz   sukcesów

towarzyskich, odniesionych dzięki darowi  żywego słowa w więzieniu  Centralnym   Los Angeles,

znalazłem się bez grosza przy duszy. Dzięki  jednak życzliwości ludzkiej otrzymałem pracę tragarza.

O umówionej godzinie, czysto umyty i ogolony, stanąłem   przed obliczem szefa, który patrzył na

mnie chwilę w milczeniu, a potem powiedział:

- Pan będzie pracował jako zadziwiający człowiek pająk.  Co pan na to?

Powiedziałem, iż przez całe życie nie marzyłem o niczym  innym, jak właśnie o przeobrażeniu się

w zadziwiającego  człowieka pająka; i że na chwilę tę czekałem trzydzieści cztery  lata; i oto właśnie

sny moje stały się prawdą.

- Widzi pan - powiedział mój szef. - Nasza firma zajmuje   się kolportażem komiksów. Nie ma

gówna,   którego   by  pan     u   nas   nie   znalazł.   Mamy  wszystko:   „Miłość   dziewczyn",     „Prawdziwe

wyznania", „Misja nie do wykonania", „Człowiek-Nietoperz" i tak dalej. Myto rozprowadzamy po

mieście. Pan  będzie w grupie „Przygody"; pana kierownikiem będzie  Mickey, czyli automatycznie

będzie pan w podgrupie „Fantastyczne"  czyli że również automatycznie  stanie się pan członkiem

sekcji „Zdumiewający człowiek pająk". Jasne?

- Oczywiście - powiedziałem.

- Czy pan był kiedy zatrzymany przez policję?  - Nie.

34

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

Mój szef spojrzał na mnie raz jeszcze.

- Komu pan to mówi? - powiedział z rozbawieniem.  Przeszedłem na salę i zbliżyłem się do mego

kierownika,  Mickeya. Przedstawiłem mu się i zapytałem jak mam do  niego mówić, na co Mickey

powiedział, żeby mówić mu po  imieniu. Następnie dał mi fartuch, na plecach którego namalowany

był   człowiek   wyglądający   jak   potomek   Nikity     Chruszczowa   i   Florence   Nightingale;   twór   ten

wplątany był  w jakąś pajączynę; pod zachwycającym wizerunkiem biegł  olbrzymi napis:

ZADZIWIAJĄCY CZŁOWIEK PAJĄK

I to byłem ja.

Praca zaczynała się o godzinie siódmej rano. Na salę  wjeżdżał olbrzymi samochód ciężarowy, a

ja i jeszcze  inny człowiek o twarzy syfilityka-sadysty, na którego fartuchu wymalowane było serce

przebite strzałą oraz napis:  PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT zabieraliśmy się do  dzieła.

- Ty bierz   swoje,  a ja  będę  brał swoje   - powiedział    PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.  -

Uważaj,  żeby nam się    wszystko nie  popierdoliło.  Jeżeli  dołożysz swojego PAJĄKA    do moich

kurew, to Francesco dostanie szału.

- Kto to jest Francesco?

- Kierowca ciężarówki - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT. - To jest skurwysyn.

On potem pójdzie do   Mickeya, powie, że jego wóz miał przestój z naszej winy,   i w piątek obaj

wyskakujemy z roboty. Jasne?

Zaczęliśmy zrzucać paczki, a Francesco stał patrząc na nas  z szyderczym uśmiechem i opatrując

nasz wysiłek komentarzami nie nadającymi się do powtórzenia nawet w towarzystwie filmowców.

Jego słowa miały w sobie dużo zachęty; co  nie było bez znaczenia, jeśli weźmie się pod uwagę, iż

ciężar  jednej paczki wynosił najmniej czterdzieści kilo. Po kilkunastu  minutach wszedł powolnym

krokiem na salę jakiś starzec o wyglądzie człowieka stojącego nad grobem. Na plecach  patriarchy

wypisane było: SEKSUOLOGIA. WSPANIAŁY  KOCHANEK. Ciężko dysząc i wybałuszając oczy

w śmiertelnym wysiłku, SEKSUOLOGIA wdrapał się na ciężarówkę  i szepnął mi na ucho:

-   Uważaj!   Mickey   tu   był   dwa   razy   i   widział,   jak   siedzisz.     -   Przecież   dźwig   odjechał   -

powiedziałem. - Musieliśmy  czekać na następny.

- W naszej firmie się nie siada - powiedział SEKSUOLOGIA. WSPANIAŁY KOCHANEK. -

Nawet  jeśli  nie  ma   dźwigu, musisz stać.  Jeśli  Mickey cię  zobaczy, to  wykopie cię   od razu. -

Charcząc i dysząc z wysiłku SEKSUOLOGIA.   WSPANIAŁY KOCHANEK zlazł z ciężarówki i

patrząc  przed siebie błędnym wzrokiem odszedł; jego rybie oczy  łzawiły.

Mickey wszedł na salę i krzyknął:  - Przerwa.

Widziałem, jak PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT podnosił akurat paczkę i puścił ją w tym

samym momencie, kiedy  rozległ się ryk Mickeya. Wszyscy usiedliśmy, gdzie kto mógł,  i każdy jadł

przyniesione  ze  sobą   sandwicze.  Nagle   na  salę     wszedł  jakiś   garbus,  wyglądający   przy  tym jak

przejście Żydów   przez Morze Czerwone w jednej osobie. Na plecach miał   napis: HERKULES,

CZŁOWIEK MIĘŚNI. Garbus płakał  rozdzierająco.

35

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

- Dlaczego ten bękart płacze? - zapytałem.

- Nie wiesz dlaczego? - zapytał PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT.

- Nie.

- Nasz szef ma dziwne poczucie humoru - odparł PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - Widzisz,

on nas wszystkich  tak ponazywał, żeby nas krew zalewała, jak o tym myślimy.  Ten garbus najpierw

był TARZAN, SYN KNIEI, potem go   zrobili PIĘKNO I SIŁA MĘŻCZYZNY, a teraz jest HER-

KULES. Kiedy ja tu przyszedłem, kiedy dali mi ten fartuch  i gdy zobaczyłem, że już nie jestem Billy

Andersonem, tylko PIERWSZĄ MIŁOŚCIĄ DZIEWCZĄT, poszedłem do szefa  i mówię: „Szefie,

czy nie mógłbym być CZŁOWIEKIEM  BESTIĄ, MORDERCĄ DO WYNAJĘCIA?" A on popatrzył

na  mnie i powiedział:  „Moim zdaniem ty wyglądasz jak   PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT".

Odwrócił się do swojej  sekretarki i powiedział: „Susan, czy to nie jest najprzystojniejszy chłopak w

Down-Town?" A Susan na to: „Tak, panie  Fischbajn". A on do mnie: „I co, teraz mi wierzysz?" I tak

się  skończyło.

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT zamyślił się. Jego  ponura twarz syfilityka-sadysty stężała;

czółko, które normalnie miało wielkość znaczka pocztowego, zniknęło zupełnie;   zdawało się, że

szczęka wyrastała mu wprost z głowy.

- A ja przecież nawet seks muszę kupować - powiedział  PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. -

Tak jak inni kupują  kartofle. Jestem wstrętny i nikt mnie nie chce. Kiedyś  poszedłem do jednego

baru z kurwami na Vine Street i one  tam siedziały i piły whisky, którą kupowali im faceci,  a potem

wyprowadzali je ze sobą. Więc ja też chciałem kupić  jednej i zapytałem ją, co ona pija, a ona mi na

to: „Ja piję   Seven and Seven. A ty co? Krokodyle gówno?" I nie chciała   nawet ze mną mówić.

Wtedy jakiś szofer taksówki powiedział mi, że zna w Down-Town jedną prostytutkę, która  nazwała

siebie   Josephine,   i   że   mnie   tam   zawiezie.   Zawiózł     mnie,   kazał   zapukać   do   drzwi   trzy   razy   i

powiedzieć, że  Harry mnie przysyła. On miał czekać na dole. Zapłaciłem  mu osiem dolarów za kurs;

poszedłem na górę, zapukałem;   otworzył mi jakiś Murzyn. Ja mówię: ,,Chciałbym się   widzieć z

Josephiną". Czy wiesz, kim był ten Murzyn? To  był zapaśnik, który zabił człowieka na ringu, za co

odebrali   mu licencję; nie umiał udawać i bił się naprawdę. Ten   Murzyn dostał szału i potem ja

leżałem trzy tygodnie  w szpitalu.

- Pewnie chciał ci zrobić kawał - powiedział człowiek  POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM.

- Kto?

- Ten szofer taksówki - powiedział POGRZEBCIE MNIE  ŻYWCEM.

- Tak myślisz? - zapytał PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.

- Człowiek czasem myśli, że jest śmieszny, jak upierdoli  drugiego - powiedział POGRZEBCIE

MNIE ŻYWCEM.

- Ja go jeszcze znajdę - rzekł PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT.

- Oni nas tu wszystkich wpierdolili - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. - Żeby dostać

tę pracę, musisz  należeć do związku. Nasz szef nikogo nie wyrzuci, bo Związek  by go wykończył w

36

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

jeden dzień. Daddy Hoffa nie pozwoliłby  nikomu z nas nic zrobić. Dlatego my dostajemy dwa pięć-

dziesiąt trzy na godzinę, a nasz szef musi tyle płacić; on  nienawidzi Daddy Hoffy i odgrywa się na

nas. Ja na przykład  jestem po dwóch zawałach serca, czterech operacjach przepukliny, nie mam ani

jednego własnego zęba. i dlatego mój szef  pchnął mnie na tę serię o bandycie, który grzebie ludzi

żywcem.  W   zeszłym  miesiącu   zagrzebał   dwie   małe   dziewczynki,  zakonnicę   i   swojego   własnego

teścia. A to wszystko  dlatego, że w młodości coś się z nim stało i on, zdaje się,  nienawidzi ludzi.

Tak to przynajmniej wygląda.

-   Powiedz   PAJĄKOWI,   jak   nazywałeś   się   przedtem   -   powiedział   PIERWSZA   MIŁOŚĆ

DZIEWCZĄT.

- Wolałbym o tym nie mówić.  - Powiedz mu.

-   OK   -   powiedział   POGRZEBCIE   MNIE   ŻYWCEM.     -   Przedtem   nazywałem   się   JOE

ZMARTWYCHWSTANIEC.  To o takim jednym chłopaku z Kansas City, który porywał  trupy.

- I co z nimi robił?

-   Ja   nie   wiem.   Akurat   jak   to   się   miało   wyjaśnić,   przeszedłem   do   innej   grupy   -   powiedział

POGRZEBCIE MNIE  ŻYWCEM.

-  Nasz   szef   zawsze  tak   robi   -  zauważył   PIERWSZA   MIŁOŚĆ   DZIEWCZĄT.   -  Jak   ktoś   się

naprawdę zainteresuje, co tam piszą w tych śmieciach, to zaraz przesuwa cię na inną   robotę. Ja

jestem PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT, a nawet nie wiem, o czym tam jest.

- To wszystko dlatego, że nasz szef nienawidzi Daddy  Hoffy - powiedział POGRZEBCIE MNIE

ŻYWCEM. - Daddy  był dobrym człowiekiem, chciał nam nawet dać opiekę  dentystyczną. Teraz go

zamknęli, ale nasz szef boi go się dalej.

- On nienawidzi Hoffy, bo Hoffa był kierowcą ciężarówki  i gdyby powiedział dziś jedno słowo, to

cały kraj by stanął  - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - Tylko  że Daddy tego nie

zrobi. Daddy nie pozwoli nikomu nas  wpierdolić, ale nie może się mieszać w sprawy wewnętrzne

naszego szefa. Dlatego on nas wszystkich zrobił błaznami.

Mickey wszedł na salę i krzyknął:  - Let ś go!

Tym razem nie było ciężarówki do wyładowywania. Ja   i PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT

układaliśmy na kupę  stare komiksy i zdzieraliśmy z nich okładki.

PIERWSZA   MIŁOŚĆ   DZIEWCZĄT   odszedł   na   chwilę,     więc   ja   sam   zdzierałem   okładki   i

układałem stosy tych śmieci,  ale potem wrócił i stanął koło mnie.

- Gdzie są okładki? - zapytał.

- Nie wiem - powiedziałem. - Ktoś je wziął przed chwilą.  - Wielkie Nieba! My to wszystko

musimy ułożyć na kupę  i przykryć jedną okładką. O czym to teraz jest?

Wziąłem jeden z oddartych komiksów i zacząłem czytać:  „Pierwszy raz Tom wziął mnie siłą na

Cmentarzu Wojskowym w Darlington. Działo to się nocą. Do dziś jeszcze  pamiętam jego kosmatą

rękę wciskającą się niby kleszcze  w moje, bezbronne i niedoświadczone wtedy jeszcze uda..."

37

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

- OK - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.  - Przykryjemy to Donaldem Duckiem i

wszystko będzie  w porządku. - Zerwał okładkę z DONALDA DUCKA i przykrywszy nią paczkę,

zręcznie zawiązał ją sznurkiem i rzucił  następnemu z nas.

Ludziom pracującym po drugiej stronie stołu musiało się także coś pomylić. Słyszałem, jak jeden

z nich usiłował  zidentyfikować tekst z okładką:

„Wtedy w ręku Johnny'ego błysnął krótki, meksykański  nóż. Johnny wbił go w brzuch Murzyna i

jednym ruchem,   śmiejąc się szatańsko, wyrwał mu wnętrzności. - To cię   nauczy w przyszłości

szacunku dla białego człowieka, czarny  psie - powiedział Johnny i spokojnie odszedł na bok  śmiejąc

się upiornie". Czytający przerwał i powiedział po  chwili:

- W przyszłości?  - No tak?

- Ale jak ten człowiek może mieć przyszłość? Przecież  Johnny wyrwał mu wszystkie kiszki.

- Nie znasz się na literaturze - powiedział jego przyjaciel.  - To jest wszystko gówno, ale musi być

prawda, nie?  Przecież jeśli sprzedają tego miliony tygodniowo i każdy  zeszyt kosztuje dwadzieścia

pięć centów, więc to nie może być  całkiem głupie, nie? Czytaj teraz z tej kupy.

„Powiedziałem   ci,   abyś   nigdy   nie   wracał   do   tego   miasta,     rzekł   szeryf   i   cofnął   się   o   krok.

Błyskawicznym ruchem  sięgnął do biodra, ale Billy The Kid był szybszy. Dwa strzały  zlały się w

jeden i ciało szeryfa bezwładnie osunęło się na  ziemię..."

Przerwałem na chwilę zdzieranie okładek i usiłowałem  przemyśleć tę scenę. Jeśli szeryf sięgnął

do biodra ruchem  błyskawicznym, a Billy The Kid był jeszcze szybszy, to jak  szybki musiał być

ruch Billy'ego? Nie umiałem sobie na to  odpowiedzieć. Ale uderzony byłem precyzją tej sceny: Billy

strzelił celniej i już nie szeryf, lecz ciało szeryfa osunęło się   bezwładnie na ziemię. Gdyby autor

usunął słowo „bezwładnie",  byłby to kawałek tęgiej prozy, ale każdy musi przecież  wygłupiać się

jakoś w pisaniu. Do dziś nie rozumiem kombinacji finansowych przeprowadzanych przez bohaterów

powieści Balzaca; nie rozumiem bełkotu Żeromskiego; nie  rozumiem, dlaczego Jerzy Andrzejewski

pisze tak mało, i nie  rozumiem, dlaczego ja zacząłem pisać w ogóle.

-  I  jeszcze jednej  rzeczy nie rozumiem - powiedziałem   głośno. - Dlaczego szef nazwał mnie

ZADZIWIAJĄCY  CZŁOWIEK PAJĄK.

-   On   ci   wymyśli   coś   innego   -   powiedział   PIERWSZA     MIŁOŚĆ   DZIEWCZĄT.   -   ŚWIAT

KOBIET odchodzi niedługo do Wietnamu, gdzie będzie kapelanem, i wtedy może  przerzuci cię na

ŚWIAT KOBIET. Czy twoja żona żyje?

- A czy ja wyglądam na zadowolonego?

- Więc może cię przerzuci na ŚWIAT KOBIET. Tam  przedtem pracował jeden taki, którego żona

kompletnie  zrujnowała, i dlatego szef go tam postawił.

- A dlaczego ŚWIAT KOBIET ma być kapelanem?

- ŚWIAT KOBIET jest księdzem. Księdzem-robotnikiem.   Dużo jest takich. Ale teraz ŚWIAT

KOBIET ma też już dosyć  i jedzie na wojnę. ŚWIAT KOBIET to takie pismo ze  zdjęciami nagich

38

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

dziewczyn i tam jest jeszcze o tym, że one   za jedną godzinę modelowania zarabiają pięćdziesiąt

zielonych.  Zresztą popatrz sobie na niego.

Odwróciłem się w lewo i zobaczyłem jakiegoś człowieka  zrywającego okładki z pisemka ŚWIAT

KOBIET. Oczy miał  wbite w niebo i krzywił się za każdym razem, kiedy dotykać  musiał okładki.

Natychmiast po jej zerwaniu ukazywało się  zdjęcie nagiej kobiety leżącej na pluszowej kanapie, w

pozie  jednoznacznie zachęcającej do jak najszybszego położenia się  na niej, nawet bez uprzedniego

kładzenia się na kanapie.  Podpis brzmiał: „Teresa W. ma tylko dziewiętnaście lat i całe  życie przed

sobą. Kocha sport, muzykę i taniec". Nie zdołałem   przeczytać nic więcej o Teresie W.; ŚWIAT

KOBIET zrywał  okładki z męczeńskim wyrazem twarzy, szepcząc przy tym  słowa modlitwy.

Z drugiego końca sali dobiegły nas straszne krzyki. To   Mickey rozmawiał z jakimś kulawym

człowiekiem,   którego     lewy   but   ważyć   musiał   chyba   z  piętnaście   funtów,   i   dzięki     temu   kulas

wyglądał trochę jak diabeł z operetki, której  producenci już przed premierą zrozumieli, że pójdą na

żebry,  więc do roli diabła zaangażowali najtańszego aktora w mieście.

Chude   plecy   kulawego   diabla   pokryte   były   pomarszczonym     fartuchem   z   napisem:   ŚWIAT

SPORTU.

- Co to ma wspólnego ze sportem? - mówił Mickey swym  jadowitym głosem. - Zawsze wszyscy

mylicie okładki. Proszę,  przeczytaj mi kawałek tego.

- Nie muszę czytać - powiedział ŚWIAT SPORTU.  - Wiem, o czym to jest.

- A więc o czym?

- O takim jednym bandycie, który miał narzeczoną, i wtedy  go właśnie zamknęli.

- I co dalej?

- A potem on urwał się z więzienia i przyszedł do  niej, aby go ukryła, i trafił na jej ślub z jakimś

innym    człowiekiem.   I  zadusił   wszystkich   weselnych   gości,   a   Murzynowi,   który   grał   na   trąbce,

wyrwał oczy, wyrzucił go  przez okno, a za nim wyrzucił trąbkę krzycząc szyderczo:  „Teraz nikt nie

zarabia tak dobrze jak ślepcy-trąbkarze".  To wszystko.

- A co to wszystko ma wspólnego ze sportem? - zapytał  Mickey.

-  Ja   myślę,   że   człowiek,   który  własnoręcznie   zadusił   wszystkich   gości   weselnych   i   wyrzucił

ciężkiego   Murzyna   przez     okno,   musiał   mieć   trochę   krzepy   -  powiedział   z   godnością     ŚWIAT

SPORTU. - Przynajmniej z mojego punktu widzenia.  Ja jestem chory na polio, nie przyjęto mnie do

wojska i nie  mam nawet prawa jazdy.

- Twój punkt widzenia jest bez żadnej wartości - powiedział  Mickey. - Trzymaj się tekstu.

- A dla mnie ten człowiek był siłaczem.  - Ale u nas jest bandytą.

- A co, nie ma już silnych bandytów?  - To nie należy do rzeczy.

- A z mojego punktu widzenia człowiek, który zadusił  własnymi rękami wszystkich gości, musiał

być wyrobiony  sportowo - z godnością odpowiadał ŚWIAT SPORTU. - Ja  bym tego nie umiał i ty

byś tego nie umiał.

- Ja ci tłumaczę jak człowiekowi: ten gość był bandytą. To  była broń do wynajęcia.

39

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

- To jeszcze  niczego nie dowodzi - powiedział ŚWIAT   SPORTU. - Baby Chessman też był

bandytą, a w więzieniu  uprawiał sport, podnosił ciężary i czytałem o nim w gazecie,  że miał bicepsy

jak wąż kobra. Jedno nie przeszkadza  drugiemu.

Mickey odszedł, a PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT  powiedział do mnie:

-   To   nasz   szef   zrobił   z   tego   kulasa   ŚWIAT   SPORTU.     Przedtem   on   był   DEMONEM

SZYBKOŚCI, CZYLI WYZWANIEM PRZESTWORZY, ale nikt nie kupował tych   komiksów, i

stary przesunął go na ŚWIAT SPORTU. Trzeba   go było wtedy widzieć. Patrzyliśmy wszyscy na

niego; byłem  pewny, że mu serce pęknie ze złości. Był czerwony jak ktoś,  kogo mają wieszać, tylko

że zapodział im się gdzieś sznur  i trzeba trochę poczekać. Czerwony i blady. Podszedł do  kulasa i

powiedział: „OK, od jutra jesteś ŚWIAT SPORTU.  Wyrzuć te śmieci. I własnoręcznie począł drzeć

resztki  DEMONA SZYBKOŚCI.

- Przerwa - powiedział Mickey.

Kupiłem sobie butelkę mleka i kanapkę z szynką, a siedzący   koło mnie POGRZEBCIE MNIE

ŻYWCEM mówił do jakiegoś człowieka, który zdjął fartuch i o którym nie wiedziałem  nic ponadto,

iż spał chrapiąc smacznie, podczas gdy POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM rozwijał kunszt oratorski:

- Przez cały czas myślałem sobie, że kiedy stuknie mi   sześćdziesiątka, pójdę  na emeryturę  i

wynajmę sobie jakiś tani  pokój na Brodwayu w Santa Monica. Posiedzę trochę nad  morzem, ugotuję

sobie obiad, a potem pójdę do piwiarni  i będę mówił z ludźmi, a jak się trafi ktoś fajny, to kupię mu

piwo. Wiesz, w tych małych barach liczą dwadzieścia, a nawet   piętnaście centów za piwo. Ja nie

mam dzieci, żona moja  umarła i cały czas myślałem, że kiedy będę już stary, to pójdę  do baru i będę

gadał z ludźmi. Ja tam nie jestem żaden pijak,   ale lubię usiąść i pogadać. I w końcu ten dzień

przyszedł;   wynająłem  sobie   pokój  i   chodziłem  do  barów   i  opowiadałem    ludziom,  że  zrywałem

okładki z komiksów i układałem  je na kupę. I że tak było przez czterdzieści lat. I co?  Ludzie nie

chcieli mnie słuchać. Ile czasu można opowiadać,  że zrywa się okładkę i rzuca na kupę? A ja nic

innego  nie umiałem tym ludziom opowiedzieć, bo ani nie piłem,  ani nie jeździłem nigdzie; raz tylko

pijany Murzyn trzasnął  mnie samochodem, a kiedy leżałem na jezdni, podszedł  do mnie i kopnął

mnie w dupę mówiąc: „Nie szwendaj  się na drugi raz ulicami, kiedy ja jeżdżę i piję". Odjechał  i

nigdy go nie złapali. Tak więc opowiadałem im o tych  okładkach, aż w końcu ci właściciele tanich

barów   na     Brodwayu   wyrzucali   mnie,   kiedy   wchodziłem   trzeźwy,   krzycząc:   „Pijakom   nie

sprzedajemy". Widocznie goście poprosili   ich, aby mnie wyrzucali. Wtedy wróciłem tutaj i szef

przyjął mnie z powrotem i z JOE ZMARTWYCHWSTAŃCA zrobił  mnie POGRZEBCIE MNIE

ŻYWCEM. Rozumiesz?

Śpiący obudził się i powiedział:

- Jasne. Miałeś rację. Ja tam żadnej nie wierzę. Moja żona   była też z Południa i też odeszła z

jakimś wszarzem i nigdy  o niej nie słyszałem.

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT podszedł do mnie  blady.

40

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

- Czy pamiętasz, gdzie położyłeś tę paczkę przykrytą   DONALDEM DUCKIEM? - zapytał. -

Mickey szaleje.

- Leży tam jeszcze, na stole.

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT porwał paczkę i gumką starł mój monogram.

- Przyjacielu! - krzyknął do jakiegoś Meksykanina. - Pokaż  mi tę twoją paczkę. Co ty tam masz?

- Twoja i innych - powiedział Meksykanin TWOJA  I INNYCH.

- Pokaż to na chwilę. Nie widziałem nigdy tego śmiecia.  TWOJA I INNYCH rzucił mu paczkę i

PIERWSZA  MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT czytał przez chwilę tekst.

- Dobra historia - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT. - Jak ty się nazywasz?

- TWOJA I INNYCH.  - Ale przedtem?

- Carlos Romeo.

PIERWSZA MIŁOSĆ DZIEWCZĄT zmazał mój autograf  i szybko napisał dwie litery: „C.R." A

potem przerzucił  paczkę poprzez całą salę, Murzyn zaś stojący przy maszynie,  która zbijała paczki

w kwadratowe bryły, owiązał ją drutem  i rzucił na ciężarówkę.

-   Dlaczego   nazywasz   się   TWOJA   I   INNYCH?   -   zapytałem.     -   Moja   żona   pierdoli   się   ze

wszystkimi.

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT powiedział do mnie  szeptem:

- Oni będą myśleli, że to ten bękart przykrył tę historię...  - Wiem - powiedziałem. - „Pierwszy raz

Tom brał mnie   nocą na cmentarzu wojskowym w Darlington. Do dziś jeszcze   i tak dalej...» A

myśmy to przykryli DONALDEM DUCKIEM.

-   Oni   będą   myśleli,   że   zrobił   to   TWOJA  I  INNYCH     powtórzył   PIERWSZA   MIŁOŚĆ

DZIEWCZĄT. - I w piątek  wykopią go z roboty. Mickey przyjdzie i powie: „OK, to  twój ostatni

dzień". Ale Mickey nie robi tego nigdy, kiedy   jest sam na sam z człowiekiem. On to powie, jak

TWOJA  I INNYCH będzie pracował jeszcze do wieczora i tylko  szczęki będą mu chodzić, ale nie

powie Mickeyowi nic  więcej jak tylko: I'm sorry, sir. Thank you for giving me  a chance. I to koniec.

- Dlaczego wybrałeś jego?

- On nie należy do Związku. Nie przepracował jeszcze  trzydziestu dni.

- A jak poznają twój charakter pisma?

- Nie poznają - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM

.   -   PIERWSZA   MIŁOŚĆ   DZIEWCZĄT   odsiedział     swoje   za   sfałszowanie   czeku.   On   nas

wszystkich wyciąga  z kłopotów.

- Tak - powiedział ze smutkiem PIERWSZA MIŁOŚĆ   DZIEWCZĄT. - Ja wszystkim zawsze

pomagam. Ale jak ja  raz poprosiłem, żeby mi zmienili imię, to nikt nie chciał  nawet słuchać. I to jest

wolny kraj.

- A jak się chciałeś nazywać? - zapytałem.

- PEŁEN SZLACHETNOŚCI DUSICIEL - powiedział   PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. -

Ale nawet i to się nie  udało.

41

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki

„Kultura" 3/1968, Paryż

42