background image

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA 

ŚPIEWAJĄCEGO WĘŻA

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Przełożyła: ANNA IWAŃSKA)

background image

Krótki wstęp Alfreda Hitchcocka

Witajcie,   miłośnicy   tajemniczych   opowieści!   Oto   nowe,   emocjonujące   przygody   Trzech 

Detektywów. Nasi przyjaciele działają zgodnie z dewizą: „badamy wszystko”, ale na pewno 
zmieniliby ją, gdyby wiedzieli, w co się wplątują tym  razem, próbując rozwiązać tajemnicę 
śpiewającego węża.

Pozostali jednak wierni swej dewizie i wkroczyli w mroczny świat czarów i guseł, gdzie 

tajemnice i intrygi wiodą ich od jednej zagadki do drugiej, aż... ale nie będę gadułą. Przyrzekłem 
solennie, że nie powiem zbyt wiele we wstępie, i dotrzymuję przyrzeczenia.

Przedstawię   Wam   tylko   Trzech   Detektywów.  Są   to   Jupiter   Jones,   Pete   Crenshaw   i   Bob 

Andrews.  Mieszkają w Rocky Beach, małym kalifornijskim mieście, nie opodal Hollywoodu. 
Kwaterę Główną urządzili sobie w starej przyczepie kempingowej, ukrytej na terenie składu 
złomu, należącego do Matyldy i Tytusa Jonesów, cioci i wuja Jupitera.

Chłopcy   tworzą   wspaniały   zespół.   Jupiter   jest   obdarzony   lotnością   umysłu   i   dużymi 

umiejętnościami   dedukcyjnymi.   Pete   jest   mniej   bystry,   lecz   za   to   silny   i   odważny.   Bob, 
rozmiłowany w nauce, jest mistrzem w badaniu przeróżnych  dokumentów  i książek. Razem 
rozwikłali niejedną zagadkę.

Nie powiem już ani słowa więcej, pora kończyć wstęp, i oddać głos bohaterom.

Alfred Hitchcock

background image

ROZDZIAŁ 1

Dziewczynka na koniu

— Jupe, wolałabym, żebyś nie siadał do śniadania w kąpielówkach — powiedziała ciocia 

Matylda.

Jupiter podciągnął rękawy dresowej bluzy i sięgnął po sok pomarańczowy.
— Idę popływać z Bobem i Pete’em — odparł — za chwilę tu będą.
— Nie jedz za dużo — powiedział siedzący naprzeciw wuj Tytus i strząsnął okruchy ze 

swych wielkich, czarnych wąsów. — Nie powinno się pływać z pełnym żołądkiem.

— Można dostać skurczów — dodała ciocia Matylda. Odsunęła filiżankę z kawą i sięgnęła 

po „Los Angeles Times”.

— Och, mój Boże! — westchnęła.
Jupiter spojrzał na nią z zainteresowaniem. Ciocia Matylda nieczęsto wzdychała.
— Miałam siedemnaście lat, kiedy ten film wszedł na ekrany. Widziałam go w Odeonie. Nie 

spałam potem chyba z tydzień — ciocia Matylda podała gazetę mężowi.

Jupiter   stanął  za  wujem  i  zajrzał  do  gazety.  Zobaczył  zdjęcie  szczupłego   mężczyzny,  o 

wydatnych kościach policzkowych, ściągniętych nozdrzach i przenikliwych ciemnych oczach. 
Mężczyzna wpatrywał się z natężeniem w kryształową kulę.

— To Ramon Castillo w filmie „Kolebka wampira” — powiedział Jupe. — Był mistrzem 

charakteryzacji.

— Trzeba go było widzieć w „Krzyku wilkołaka” — ciocia Matylda wzdrygnęła się.
— Widziałem — skinął głową Jupiter. — Był w telewizji w zeszłym tygodniu.

Wuj Tytus skończył czytać notatkę pod zdjęciem aktora.
— Piszą, że dwudziestego pierwszego będzie licytacja majątku Castilla. Chyba się na nią 

wybiorę.

Ciocia Matylda zmarszczyła czoło. Znała słabość męża do różnego rodzaju aukcji. Zależało 

jej na różnorodności towarów w ich składzie złomu, który słynął w okolicy jako miejsce, gdzie 
można   dostać   rzeczy   nie   do   znalezienia   gdzie   indziej.   Ludzie   przybywali   zarówno   w 
poszukiwaniu   belek   stalowych   i   wanien,   jak   i   rzadkich   staroci.   Jednakże   niektóre   z 
ekstrawaganckich zakupów Tytusa z trudem znajdowały nabywców. A cioci Matyldzie bardzo 
zależało na zysku.

— Wystawiają   na   licytację   całą   kolekcję   Castilla   —   mówił   wuj   Tytus.   —   Kostiumy, 

rekwizyty z filmów, jak ta kryształowa kula na przykład.

— Wielu kupców specjalizuje się w tych rzeczach — zauważyła ciocia Matylda. — Będą 

licytować wysoko.

— Tak, pewnie zlecą się też kolekcjonerzy — wuj Tytus złożył gazetę.
— O,   z   pewnością!   —   ciocia   Matylda   zbierała   naczynia   ze   stołu.   W   połowie   drogi   do 

zlewozmywaka zatrzymała się, nasłuchując. Z ulicy dobiegało klip-klap podków końskich. — 
To mała Jamison — powiedziała.

Jupiter podszedł do okna. Dziewczynka siedziała na wspaniałej brązowej klaczy, która z 

wysoko podniesioną głową kroczyła ulicą.

— Piękny koń — pochwalił Jupe. — Typowy okaz rasy Appaloosa.
Jeźdźca nie skomentował. Dziewczynka siedziała w siodle prosto, patrzyła przed siebie.
— Pewnie jedzie pogalopować po plaży — powiedziała ciocia Matylda. — Ta mała musi 

background image

być bardzo samotnym dzieckiem. Marie mówiła mi, że jej rodzice są w Europie.

— Tak, wiem — skinął głową Jupe.

Marie   była   gosposią   Jamisonów   i   przyjaźniła   się   z   ciocią   Matyldą.   W   wolne   popołudnia 
przychodziła często na herbatę i opowiadała o swych chlebodawcach. Jupiter dowiedział się, że 
pan Jamison nie szczędził pieniędzy na odnowienie starej posiadłości Littlefield, którą nabył 
parę miesięcy temu. Jak również, że żyrandol w jadalni był kiedyś ozdobą pałacu we Wiedniu, a 
pani   Jamison   posiadała   diamentowy   naszyjnik,   który   swego   czasu   zdobił   dekolt   cesarzowej 
Eugenii. Dowiedział się też, że dziewczynka miała na imię Allie i że koń był jej własnością. I w 
końcu,   że   w   wielkim   domostwie   Jamisonów   rezydowała   teraz   ciotka   Allie   z   Los   Angeles, 
zdaniem Marie, osoba bardzo dziwaczna.

Koń wraz z jeźdźcem zniknął za rogiem, a ciocia Matylda zabrała się do zmywania naczyń.
— Staraj  się  być   miły   dla  tej  dziewczynki   —  zwróciła   się  do  Jupitera   —  Jamisonowie 

mieszkają tylko o trzy przecznice dalej. Jesteśmy w gruncie rzeczy sąsiadami.

— Nie wydaje się zbyt towarzyska — odparł Jupe. —Chyba gada tylko z końmi.
— Może jest nieśmiała.
Jupe nie odpowiedział. W ulicę wjechali Bob Andrews i Pete Crenshaw na rowerach. Tak jak 

Jupe, byli w kąpielówkach, bluzach dresowych i wytartych trampkach.

— Do zobaczenia! — zawołał Jupiter i wybiegł na spotkanie przyjaciół.
Jako małe dziecko, był aktorem i nosił przezwisko Mały Tłuścioszek. Wciąż można było się 

domyślić dlaczego. Ale mimo nadwagi teraz szybko wyminął na rowerze kolegów, pierwszy 
wziął zakręt i pomknął w dół ku nadbrzeżnej szosie.

— Uważaj! — rozległ się za nim okrzyk Pete’a.
Jupe zobaczył przed sobą wysoki zad konia i usłyszał jego rżenie. Zakrył głowę rękami i 

skoczył w bok. Rower przewrócił się z łoskotem. Kopyta końskie uderzyły w ziemię, tuż koło 
głowy chłopca. Cienki pisk przeszył powietrze.

Jupiter przetoczył się w bok i usiadł. Koń stulił uszy, wierzgał i stawał dęba. Dziewczynka 

leżała na drodze.

Bob i Pete zeskoczyli z rowerów, Jupe zerwał się na nogi i w trójkę podbiegli do leżącej. 

Pete   pochylił   się   i   dotknął   jej   ramienia.   Dziewczynka   z   trudem   łapała   oddech,   ale   zdołała 
zaczerpnąć tchu na tyle, żeby wrzasnąć:

— Zabierz łapy!
— Hej! — odezwał się Bob. — Chcemy ci pomóc.
Usiadła i złapała się za kolano. Przez rozdarte dżinsy sączyła się krew. Allie nie płakała, ale 

jej spazmatyczny oddech przeszedł niemal w szloch.

— Zatkało cię kompletnie — powiedział Pete.
Zignorowała go i zwróciła się do Jupitera:
— Nie wiesz, że prawa strona drogi jest dla koni?
— Przepraszam — wyjąkał. — Zupełnie cię nie zauważyłem.
Wstała wolno. Popatrzyła na swego konia, po czym znów zwróciła twarz w stronę Jupitera. 

Miała złotobrązowe włosy i tego samego koloru oczy, które teraz płonęły złością

— Jeśli zrobiłeś coś mojej klaczy...
— Koniowi nic się nie stało — przerwał jej szybko Jupe.
Pokuśtykała w stronę konia, nawołując pieszczotliwie:
— Spokojnie, kochanie! Już dobrze, dobrze!
Klacz   uspokoiła   się,   podeszła   do   niej   i   oparła   pysk   na   jej   ramieniu.   Dziewczynka 

przeczesywała palcami końską grzywę.

background image

— Przestraszyli cię, tak, przestraszyli.
Zza zakrętu wyłoniła się ciocia Matylda. 
—Jupe! Pete! Bob! Co się tu dzieje?!
Dziewczynka   poklepała   pieszczotliwie   szyję   konia,   uchwyciła   łęk   siodła   i   usiłowała   się 

wspiąć. Koń cofnął się.

— Przytrzymaj go, Pete — powiedział Jupe. — Ja pomogę jej wsiąść.
— Nie potrzebuję waszej pomocy — warknęła dziewczynka. Ciocia Matylda podeszła do 

nich.   Popatrzyła   na   Allie   Jamison,   na   jej   zmierzwione   włosy,   rozdarte   dżinsy   i   krwawiące 
kolano.

— Co się stało?
— Wystraszyli mi konia — odparła Allie.
— I spadła — uzupełnił Pete.
— Nieszczęśliwy zbieg okoliczności — powiedział Jupiter.
— Widzę.   Jupe,   idź   i   powiedz   wujowi,   żeby   podjechał   tu   ciężarówką.   Odwiozę   pannę 

Jamison do domu. Trzeba jej opatrzyć kolano.

— Nikt nie musi mnie odwozić do domu — zaprotestowała Allie.
— Jupe‚ sprowadź ciężarówkę — powtórzyła ciocia Matylda. — A ty, Pete, weź lejce.
— Czy on gryzie? — zapytał Pete.
— Oczywiście, że nie — oświadczyła ciocia Matylda, która w istocie niewiele wiedziała na 

ten temat. — Konie nie gryzą, tylko kopią.

— Jeszcze lepiej — mruknął Pete.

background image

ROZDZIAŁ 2

Nocna wizyta

Ciężarówka stała już pod domem Jamisonów, gdy Jupiter, Bob i Pete wprowadzili konia na 

drogę dojazdową. Nikogo nie było  w szoferce,  widocznie  ciocia  Matylda  i Allie weszły do 
domu.

Pete przyglądał się masywnym kolumnom, wspierającym ganek.
—— Szkoda, że ciocia Matylda nie nosi dziś swej krynoliny — powiedział.
Jupe roześmiał się.
— Rzeczywiście, ten dom wygląda jak dwór dawnych farmerów z Południa. 
— I to duży dwór — dodał Bob. — Jak myślisz, gdzie tu trzymają konie?
Pete wskazał na zaplecze posiadłości.
— Tam jest ogrodzona łąka.
Jupiter skinął głową. Poprowadzili konia wzdłuż drogi dojazdowej. Za frontowym skrzydłem 

domu   było   patio,   wyłożone   kamiennymi   płytkami   i   ocienione   glicynią.   Następnie   oficyna 
kuchenna   i   wreszcie   brukowane   podwórze.   W   jego  głębi,   sąsiadując   z   ogrodzoną   łąką,   stał 
potrójny   garaż.   Jedne   jego   wrota   były   otwarte,   ukazując   podzielone   przegrodami   wnętrze. 
Różnego rodzaju sprzęty rozwieszone były na wystających ze ścian kołkach.

Drzwi kuchenne otworzyły się i wyjrzała z nich Marie, gosposia Jamisonów.
— Rozsiodłajcie, chłopcy, Królową Indiańską i zagnajcie ją na pole. Potem przyjdźcie tutaj. 

Panna Osborne chce się z wami widzieć

Pete popatrzył na klacz.
— Królowa Indiańska?
— Tak, Allie nazywa ją chyba Królewną — powiedział Jupiter. — Marie opowiadała to 

cioci Matyldzie.

— Kto to jest panna Osborne? — zapytał Bob.
— To ta ciotka, która mieszka tu pod nieobecność rodziców Aule — odparł Jupe. — Według 

Marie jest dość dziwaczna.

— Na czym polega ta jej dziwaczność?
— Nie wiem dokładnie. Przekonamy się, jak się z nią zobaczymy.
Jupe zdjął siodło. Bob otworzył furtkę w ogrodzeniu i koń pobiegł truchtem na łąkę. Znaleźli 

w garażu miejsce na siodło i wolny kołek na uzdę. Uporawszy się z tym wszystkim, weszli 
tylnymi drzwiami do domu, od razu do olbrzymiej, jasnej kuchni.

Marie wskazała im drogę do przestronnego holu. Szerokie schody prowadziły na piętro. Na 

lewo od nich była jadalnia. Wisiał tam sławetny żyrandol, a z okien roztaczał się widok na 
obrośnięte glicynią patio. Po prawej stronie znajdował się salon utrzymany w bladozłotej zieleni. 
Poza nim, przez otwarte drzwi, widać było następny pokój. Wzdłuż pokrytych boazerią ścian 
ciągnęły się półki wypełnione książkami.

Allie Jamison leżała na sofie w zielono-złotym salonie. Pod jej zranioną nogę podłożono 

ręcznik. Siedziała przy niej kobieta w wieku cioci Matyldy, może trochę starsza. Nosiła długą 
suknię z fioletowego aksamitu, ozdobioną przy szyi srebrną lamówką. Jej włosy miały lekko 
lawendowy odcień.

— Ciociu, mama mnie zabije, jak poplamię sofę — mówiła Allie. — Lepiej pójdę na górę i...
— Ależ, kochanie!  Leż  spokojnie. Przeżyłaś  szok. — Kobieta nie podniosła głowy,  gdy 

background image

chłopcy weszli do pokoju. Drżącymi rękami rozcinała nogawkę dżinsów Allie.

— Och, mój Boże! Wciąż krwawi.
— Paskudne   skaleczenie   —   odezwała   się   ciocia   Matylda,   usadowiona   w   fotelu   koło 

kominka. — Ale dzieci z tego wychodzą.

— Potrzebna mi pajęczyna — powiedziała ciocia Allie.
— Pajęczyna? — powtórzyła z niedowierzaniem ciocia Matylda.
— Pajęczyna? — zapytała Marie, która weszła do salonu, z miednicą wody w rękach.
Bob Pete spojrzeli pytająco na Jupe’a, który powiedział z uśmiechem:
— Tak, pajęczyna. Robią ją pająki.
Marie poczerwieniała z gniewu.
— W tym domu nie ma pajęczyn! Dbam o to. Zabijam pająki jak tylko się pojawią.
— Och, jaka szkoda! — westchnęła ciotka Allie. — No cóż, przynieś w takim razie złoty 

słoiczek z mojej szafki z lekarstwami. —

Spojrzała   wreszcie   na   chłopców.   —   Dziękuję,   że 

pomogliście mojej siostrzenicy. Można było uniknąć całego wypadku, gdyby zechciała założyć 
fioletowy szalik. Wiecie, że fiolet zabezpiecza?

— Naturalnie — odparł Jupiter z powagą.
Marie wróciła z małym pozłacanym słoiczkiem.
— Powinno pomóc. Nie jest tak skuteczne jak pajęczyna, ale dobre. Sama to sporządziłam 

— ciotka Allie odkręciła pokrywkę i posmarowała przeźroczystą maścią kolano dziewczynki.

— Czy Amerykańskie Towarzystwo Medyczne by to zatwierdziło? — zapytała Allie.
— Och,   kochanie,   nie   może   ci   zaszkodzić,   a   na   pewno   pomoże.   To   z   ziół,   które   sama 

zbierałam w czasie nowiu. Patrz! Już przestało krwawić.

— Przykro mi, ciociu, ale przestało, jeszcze nim ciocia mi to nałożyła. Co dalej? Zamówimy 

wózek inwalidzki?

— Myślę, że bandaż... — panna Osborne rozglądała się bezradnie.
— Dam sobie radę — Allie wstała z sofy i skierowała się do holu. Minęła chłopców, jakby 

byli niewidzialni. Zatrzymała się jednak u podnóża schodów.

— Dziękuję za przyprowadzenie Królowej Indiańskiej —zawołała.
— Drobiazg — odpowiedział Pete, który przez całą drogę trzymał się jak najdalej od konia.
— Jestem   pewna,   że   Allie   jest   wam   naprawdę   bardzo   wdzięczna   —   powiedziała   panna 

Osborne. — Byliście tacy mili i... och, obawiam się, że nie dosłyszałam waszych imion.

Ciocia Matylda wstała z fotela.
— Jestem Matylda Jones, a to jest mój bratanek Jupiter Jones.  A to Pete Crenshaw i Bob 

Andrews.

Panna Osborne wpatrywała się w Jupe’a. Jej fiołkowe oczy błyszczały zachwytem.
— Jupiter Jones. Ależ ty jesteś Mały Tłuścioszek!
Jupiter niezbyt lubił, by mu przypominano jego sceniczny pseudonim. Zaczerwienił się po 

uszy.

— Najmłodszy aktor... — uśmiechnął się Pete.
— Ach, przebywać w cudownym świecie filmu! — Panna Osborne oderwała rozmarzony 

wzrok od Jupitera i spojrzała przez okno. — Och, pan Ariel!

Jak na komendę, ciocia Matylda i chłopcy zwrócili głowy ku oknu. Na podjeździe stała 

taksówka, z której wysiadał mężczyzna w czarnym ubraniu. Jupiter pomyślał, że nie widział 
nigdy dotąd tak bladej twarzy u żyjącej osoby. Człowiek ten wyglądał, jakby całe dnie spędzał w 
piwnicy. Wyjął z bagażnika walizkę i skierował się do drzwi frontowych.

— Więc jednak zatrzyma się u nas! — panna Osborne była wyraźnie zachwycona. — Tak 

background image

tego pragnęłam.

— Nie będziemy przeszkadzać. — Ciocia Matylda zgarnęła chłopców do wyjścia.
Na ganku minęli czarno odzianego mężczyznę.
Ciocia Matylda przystanęła na chwilę, nim wspięła się do kabiny ciężarówki.
— Czy podwieźć was do rowerów? Musicie się pospieszyć, jeśli chcecie jeszcze popływać.
— Nie, dziękujemy — odparł Jupiter. — Przejdziemy się.
— Słyszał ktoś coś podobnego? — ciocia Matylda kręciła głową. — Pajęczyna na ranę. Co 

za pomysł!

— To jest stare ludowe lekarstwo na skaleczenia — powiedział Jupiter, który miał głowę 

naładowaną różnego rodzaju informacjami.

— Okropne!   —   rzekła   ciocia   Matylda.   Wsiadła   do   samochodu,   zatrzasnęła   drzwi   i 

uruchomiła motor.

— W każdym razie osobliwe — powiedział Pete. — Marie ma rację. Ciotka Allie Jamison 

jest dziwna.

— Jest niewątpliwie bardzo zabobonna — stwierdził Jupiter.
Przez   resztę   dnia   Allie   i   jej   ciotka   wywietrzały   mu   zupełnie   z   głowy.   Dopiero   późnym 

wieczorem,   gdy   zapadał   w   sen,   obrazy   z   domu   Jamisonów   pojawiły   się   w   jego   myślach. 
Przypomniał sobie o słoiczku z maścią z ziół zbieranych przy nowiu księżyca. Uśmiechnął się i 
podciągnął kołdrę pod brodę. Pogrążył się już we śnie, gdy wyrwało go zeń walenie do drzwi. 
Wyskoczył z łóżka, złapał szlafrok i wybiegł na korytarz. Ciocia Matylda była już w połowie 
schodów, tuż za nią wuj Tytus. Jupiter pobiegł w dół za nimi.

Ciocia Matylda otworzyła drzwi i do domu wpadła, jak szalona, Marie. Była w szlafroku i w 

rannych pantoflach.

— Matyldo! Och, Matyldo! — zawodziła.
— Marie, co się stało?!
— Czy mogę tu przenocować? — Marie opadła na krzesło i zaczęła szlochać.
— Dobrze, ale co cię tak przeraziło?
— Śpiew!
— Co?
— Śpiew. Tam w domu, u Jamisonów, jest coś, i to śpiewa —Marie chwyciła kurczowo rękę 

cioci Matyldy. — To było potworne. Nic takiego jeszcze w życiu nie słyszałam. Ja tam za nic nie 
wrócę!

background image

ROZDZIAŁ 3

Uparty klient

Ciocia Matylda delikatnie uwolniła rękę z uścisku Marie.
— Zatelefonuję do Jamisonów.
— Dzwoń, jak chcesz — Marie pociągnęła nosem — ale a tam nie wrócę!
Ciocia Matylda podeszła do telefonu i wykręciła numer sąsiadów. Po chwili odezwała się 

panna Osborne. Rozmowa była krótka.

— Panna Osborne nie słyszała niczego niezwykłego —oświadczyła ciocia Matylda.
— Może nie dla niej! — mruknęła Marie.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Chcę powiedzieć, że ona jest dziwna i dziwne rzeczy dzieją się w tym domu, i ja tam 

nigdy nie wrócę. Za nic!

Żadnych szczegółów nie udało się wyciągnąć od Marie. Powtarzała jedynie z uporem, że już 

tam nie wróci. Spędziła noc w pokoju gościnnym Jonesów a nazajutrz rano wuj Tytus odebrał jej 
rzeczy z domu Jamisonów i odwiózł ją do matki do Los Angeles.

— Ciekawe, co ona takiego usłyszała? — Zastanawiał się Jupiter po odjeździe Marie. Ale 

ciocia Matylda skwitowała to zruszeniem ramion.

Ta zagadka wciąż jeszcze zaprzątała myśli Jupe’a, gdy pewnego ranka, kilka dni później, 

wszedł do składu złomu. Dwaj pracownicy wuja, bracia — Hans i Konrad, Bawarczycy, zajęci 
byli   czyszczeniem   marmurowego   kominka,   uratowanego   ze   spalonego   domu   na   Hollywood 
Hilis. Był to nowy zakup wuja Tytusa.

— Pete jest w twojej pracowni — powiedział Hans.
— Pracuje nad czymś na drukarce — dodał Konrad.
Była to zbędna informacja. Już od bramy Jupiter słyszał charakterystyczny zgrzyt i stukot 

prasy drukarskiej. Zmajstrował ją sam z odszukanych wśród złomu części. Była sprawna, ale 
bardzo hałaśliwa.

Jupe   wszedł   między   sterty   stalowych   belek   i   różnego   rodzaju   rupieci.   Oddzielały   one 

narożnik   z   jego   pracownią,   od   reszty   placu,   gdzie   gospodarowała   ciocia   Matylda.   Całość 
otoczona była  drewnianym  płotem, do którego wuj Tytus przymocował blisko dwumetrowej 
szerokości dach, osłaniający od deszczu bardziej wartościowe przedmioty.

Pete stał pochylony nad prasą. Drukował wizytówki Detektywów. Z boku leżał już spory ich 

stosik. Jupe wziął jedną i przeczytał uważnie.

TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko 

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw 

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

Pete zatrzymał prasę.

— Jesteś zadowolony? — zapytał.

background image

Jupiter skinął głową.
— Dobra robota, Pete. Pomyśleć, że nasz zespół odniósł taki sukces! Kiedy zaczynaliśmy, 

nie spodziewałem się, że będziemy potrzebowali nowego zapasu wizytówek.

Pete milczał w zamyśleniu. Z niewielkim przekonaniem przyłączał się jakiś czas temu do 

kolegów.   Ale   nadzwyczajne   zdolności   dedukcyjne   Jupe’a,   talent   Boba   w   wyszukiwaniu 
informacji i jego własna sprawność fizyczna, świetnie się uzupełniały. Stworzyli zespół, któremu 
udało się wyjaśnić niejedną zagadkę, nie do rozwiązania dla dorosłych.

Swą siedzibę, zwaną Kwaterą Główną, Trzej Detektywi urządzili sobie w starej przyczepie 

kempingowej, ukrytej pod stertami złomu, w pobliżu pracowni Jupitera. Wuj Tytus podarował 
im przyczepę, gdy okazała się zbyt zniszczona, aby można ją było sprzedać. Wyreperowali ją i 
przystosowali do swoich potrzeb. Podzielili jej wnętrze na biuro, gdzie odbywali tajne zebrania, 
maleńkie   laboratorium   i   ciemnię   fotograficzną.   Mieli   nawet   własny   telefon,   opłacany   z 
pieniędzy, które dostawali za pracę w składzie. W biurze, oprócz biurka i krzeseł, była szafka, 
zawierająca teczki ze sprawozdaniami z ich detektywistycznych dochodzeń. Prowadzenie tych 
teczek należało do Boba.

— Nudzić tośmy się nie nudzili — odezwał się wreszcie Pete.
— O,   z   pewnością   —   Jupiter   spoglądał   na   trzymaną   w   ręku   wizytówkę.   Jego   wzrok 

zatrzymał się na trzech znakach zapytania. — Powszechny symbol nieznanego. Znak zapytania 
zawsze zaciekawia, jak każda tajemnica. Mnie, na przykład, intryguje Marie.

— Służąca Jamisonów?
— Tak.   Co   wprawiło   ją   w   takie   przerażenie?   Co   usłyszała?   Czy   było   to   rzeczywiście 

niesamowite, czy też poniosła ją wyobraźnia? Mówiła, że panna Osborne jest dziwna, ale nie 
wyjaśniła, na czym ta dziwaczność polega.

— Używa pajęczyny do opatrywania ran, to już jest... — Pete urwał na ostrzegawczy znak 

Jupitera.

Zza stert złomu dobiegł jakiś szelest. Pete wśliznął się tam bezgłośnie i po chwili Jupiter 

usłyszał jego głos:

— Zdawało mi się, że poczułem zapach konia.
— Ale śmieszne! — Allie Jamison ukazała się w pracowni, Pete tuż za nią.
— Jak długo stałaś tam i podsłuchiwałaś? — zapytał Jupe.
— Dostatecznie długo — odparła i nie czekając na zaproszenie usiadła na krześle koło prasy.
— Dostatecznie długo, żeby co?
Dziewczynka wzięła z drukarki wizytówkę chłopców.

— Moich zasobów finansowych nie starczyłoby na wynajęcie wziętego detektywa. Ile wy 

bierzecie?

— Chcesz wynająć Trzech Detektywów?

— Tak, od zaraz.
—   Musielibyśmy   wiedzieć,   o   co   chodzi,   żeby   zdecydować,   czy   nas   to   interesuje   — 

powiedział Jupiter.

— Ależ, interesuje cię. Jeszcze jak! Słyszałam waszą rozmowę. Umierasz z ciekawości, co 

wydarzyło się u nas tego wieczoru, kiedy Marie uciekła. Poza tym nie macie wyboru. Musicie 
się zająć moją sprawą.

— A to niby dlaczego? — zdziwił się Pete.
— Jesteście, kolesie, trochę nieostrożni — odparła Allie. —Na tylnym płocie tego składu jest 

namalowany pożar San Francisco w 1905 roku.

— W 1906 roku — sprostował Jupiter.

background image

— Co za różnica! Istotne, że na tym malowidle jest mały piesek. Zbadałam ten płot. Jeśli się 

włoży palec  w dziurę po sęku, w oku pieska, można  otworzyć  furtkę w płocie.  Macie  tam 
sekretne wejście. Jupe, czy twoja ciocia, wie o tym?

— To szantaż! — wykrzyknął Pete.
— Nie chcę od was pieniędzy — powiedziała spokojnie Allie. — Jeszcze wam zapłacę. Chcę 

tylko waszej pomocy. Słyszałam, że jesteście najlepsi w mieście, chociaż to może nie tak wiele 
znaczy.

— Stokrotne dzięki! — prychnął Pete.
— Nie ma za co. No, pomożecie mi, czy mam iść do twojej cioci?
Jupiter przysiadł na odwróconej do góry dnem skrzynce.

— O co właściwie ci chodzi?

— Chcę, żeby ten gad, Hugo Ariel, wyniósł się z mojego domu — powiedziała Allie.
— Ariel? Czy to nie ten blady facet, ubrany na czarno, który przyjechał do was w dniu 

wypadku?

— To on. Jak ma nie być blady, kiedy nigdy w dzień nie wychodzi z domu? Jego ojciec 

musiał być kretem.

— Tego dnia, kiedy przybył do was, wieczorem uciekła Marie. — Jupiter przygryzł wargę. 

— Rzeczywiście musiała usłyszeć coś dziwnego.

— Pewnie, że usłyszała — Allie zamilkła na chwilę, składając i rozkładając trzymaną w 

rękach   wizytówkę.   Nagle   straciła   całą   pewność   siebie.   —   To   ma   związek   z   Arielem   — 
powiedziała cicho. — To on wywołuje jakoś ten dźwięk. Nigdy przedtem nie słyszałam czegoś 
takiego.

— On mieszka teraz u ciebie? — zapytał Pete.
— Tak, i ciocia Pat sprawia wrażenie kompletnie nim zauroczonej. Z drugiej strony ciocia 

jest zupełnie stuknięta. Jeszcze nim Ariel się pokazał, co wieczór rysowała nożem okrąg wokół 
swojego łóżka. To miało powstrzymać złe moce. Teraz zapala świece. Mnóstwo świec. Jakieś 
specjalne  dostarczane  ze sklepu z Hollywoodu.  Są w rozmaitych  kolorach. Fiolet chroni od 
nieszczęśliwych   przypadków,   niebieski   od   czegoś   tam   jeszcze,   pomarańczowy   to   dobroć   a 
czerwony — potęga. Każdego wieczoru ciocia Pat i Ariel zamykają się w bibliotece i zapałają te 
świeczki.

— I co potem? — niecierpliwił się Jupe.
— Potem czasami słyszę ten dźwięk — Allie wzdrygnęła się. — Słychać go nawet na górze, 

a najwyraźniej w salonie, dochodzi z biblioteki.

— Marie mówiła, że to śpiew — powiedział Jupiter.
Allie spuściła oczy.
— Pewnie można to nazwać śpiewem, tylko... tylko nie słyszałam jeszcze, żeby ktoś tak 

śpiewał. To jest okropne, niesamowite.

Jupiter zmarszczył czoło.
— Marie powiedziała, że coś śpiewa. Nie ktoś, lecz coś. Uważała chyba, że ten dźwięk nie 

mógł być wydawany przez człowieka.

Allie podniosła głowę i spojrzała Jupiterowi w oczy.
— Słuchaj, to nie ma znaczenia. Ariel jakoś ten dźwięk wytwarza i ja nie mogę tego znieść. 

To się musi skończyć!

— To jest aż takie okropne?
— Straszne! Do tego stopnia, że nie możemy utrzymać żadnej pomocy domowej. Odkąd 

Marie odeszła, agencja przysłała już dwie gosposie. Uciekły następnego dnia. Wszystko tonie w 

background image

kurzu, a ja umieram z głodu. Jestem denną kucharką, a ciocia Pat jeszcze gorszą. W dodatku nie 
wolno mi nawet się poruszyć, bo mogłabym obudzić Ariela. Ten człowiek śpi całe dnie i błąka 
się po domu przez całe noce. Och, mam tego wyżej uszu! On się musi wynieść!

— Usuwanie niemiłych gości nie należy do zakresu naszych działań — powiedział Jupiter. 

— Myślę, że powinnaś porozmawiać panną Osborne i…

— Gardło sobie zdarłam od gadania z ciocią Pat! — przerwała mu Allie. — Uśmiecha się 

tylko,   jakby mi  brakowało  piątej  klepki,   i zmienia   temat.   Przeważnie  zaczyna   opowiadać  o 
swoich filmowych rupieciach.

— Filmowych rupieciach? — zdziwił się Pete.
— Zbiera rekwizyty ze starych filmów. Ma różności, od sztucznych rzęs Delly La Fante z 

„Wiosennej gorączki”, po miecz Johna Maybanksa z „Zemsty Marka”. Jak tylko jakaś stara 
gwiazda filmowa wykituje, albo chce się pozbyć swoich szpargałów, ciocia pędzi na aukcję. 
Wydaje na to wszystkie swoje pieniądze.

— To nie zbrodnia, raczej nieszkodliwe hobby — odezwał się Jupiter.
— Podobnie jak palenie świec, tylko że i świece, i Ariel to dla mnie za wiele! Musi się 

wynieść! Razem ze swoim potwornym śpiewem.

Pete oparł się o prasę drukarską.
— Wiesz, Jupe, to może być niezła zabawa. Możemy mu wpakować coś pod prześcieradło, 

nawpuszczać żab do wanny albo wsadzić zaskrońce do butów.

— Ariel może lubiłby zaskrońce — parsknęła Allie. —Nie, bez wygłupów. Trzeba się o nim 

czegoś dowiedzieć, czegoś poważnego.

— Żeby co? Znowu szantaż? — zapytał Jupe.
— Och, on aż się o to prosi. Panoszy się w moim domu i ignoruje mnie kompletnie. Od 

niego nic mi się nie uda wyciągnąć, bo w  ogóle ze mną nie rozmawia. Ciocia Pat też mi nie 
powie. Coś z nim jest nie tak, bo ona zmienia temat, jak tylko o nim mówię.

— Ale skoro ona wie... — zaczął Pete.
— Nie może wiedzieć o nim nic naprawdę złego — przerwała mu Allie. — W przeciwnym 

razie nie wpuściłaby go do domu. Jest może stuknięta, ale nie jest osobą złą. Muszę się o nim 
czegoś dowiedzieć. Skąd się wziął, po co tu przyjechał, co knuje? Coś, co bym mogła przeciw 
niemu wykorzystać. W tym możecie mi pomóc. Słuchajcie, ciocia Pat urządza dziś przyjęcie. Od 
rana wisi na telefonie, zaprasza gości, a Ariel miesza jakąś miksturę, którą nazywa ponczem. 
Przyjdą   więc   dziś   jacyś   ludzie   i   może   oni   naprowadzą   nas   na   pewne   informacje   o   Arielu. 
Przyjęcie odbywa się w moim domu, zapraszam was do siebie.

— Mamy pić poncz? — zapytał Pete.
— Nie musicie. Trzymajcie się na uboczu i obserwujcie gości. Potem możecie śledzić ich, 

jak już się rozejdą. Zresztą zdecydujemy jeszcze co dalej. Będę na was czekać o ósmej pod 
garażem. Lepiej przyjdźcie, bo inaczej pogadam z panią Jones o sekretnej furtce — Allie wstała i 
wymaszerowała zamaszyście z pracowni.

Jupiter i Pete w milczeniu słuchali jej oddalających się kroków.
— Czy nam się to podoba, czy nie, mamy nowego klienta — odezwał się w końcu Jupe. 

Odsunął na bok kratę za prasą drukarską, odsłaniając  otwór wielkiej  karbowanej  rury.  Była 
wyłożona wewnątrz kawałkami starych dywanów i biegła pod złomem. Na jej odległym końcu 
znajdowała się ruchoma klapa — drzwi do przyczepy kempingowej, czyli Kwatery Głównej. 
Było to tajemne przejście, zwane Tunelem Drugim.

— Idziesz do biura? — zapytał Pete.
— Tak. Bob chyba dziś nie pracuje w bibliotece. Zatelefonuję do niego i powiem mu, że 

background image

jesteśmy zaproszeni na przyjęcie.

— Zaraz tam przyjdę. Zabiję najpierw gwoździami tę luźną deskę w płocie. Nie uśmiecha mi 

się likwidowanie Czerwonej Furtki Pirata, ale jak się ma Allie Jamison w sąsiedztwie, trzeba być 
ostrożnym.

background image

ROZDZIAŁ 4

Śpiewający wąż

Zapadł zmierzch, kiedy Jupiter, Bob i Pete doszli pod dom Jamisonów.
— Niezbyt duże to przyjęcie — zauważył Jupiter.
Na podjeździe stały tylko trzy samochody — sportowy w pomarańczowym kolorze, zielony 

kombi i duże, czterodrzwiowe auto, bardzo zakurzone.

Minęli dom i dotarli do garażu na tyłach posiadłości Jamisonów. Allie tam na nich czekała.
— Już   wszyscy   przyszli   —   powiedziała.   —   Są   w   jadalni,   drzwi   na   patio   są   otwarte. 

Zachowujcie się cicho i chodźcie za mną.

Przemknęli   się   przez   wybrukowane   cegłą   podwórze   na   drogę   dojazdową.   Minęli   tylne 

skrzydło  i stanęli  na skraju patio.  Jupiter  odsunął gałązkę  glicynii  i  ponad ramieniem  Allie 
spojrzał w głąb jadalni.

To, co zobaczył, nie przypominało żadnego z tych przyjęć, jakie miał okazję dotąd widzieć. 

Pięć osób stało nieruchomo wokół stołu. Panna Patrycja Osborne nosiła długą fioletową suknię z 
szerokimi rękawami i wysokim kołnierzem. Obok niej stał Ariel, cały w czerni, tak jak zobaczyli 
go po  raz  pierwszy.  Jego  blada  twarz  połyskiwała   woskowo w świetle   długich  czerwonych 
świec, osadzonych w ciężkich, srebrnych lichtarzach. Czarne włosy miał ostrzyżone krótko i 
zaczesane do przodu tak, że nierówne kosmyki sięgały krzaczastych brwi.

Po lewej ręce Ariela stała szczupła kobieta w pomarańczowej, wieczorowej sukni. Podobnie 

jak panna  Osborne, miała  farbowane  włosy,  ale dobrała  kolor  dość  niefortunnie.  Płomienna 
czerwień jej fryzury gryzła się z pomarańczową barwą sukni. Stojąca obok blondynka wręcz 
wylewała się ze swej bladozielonej toalety. Piąty uczestnik przyjęcia zdawał się tu być zupełnie 
nie na miejscu. Opadał na oparcie krzesła, podczas gdy pozostali, wyprostowani czekali na coś. 
Także   jego   strój   pozostawiał   wiele   do   życzenia.   Marynarka   była   wytarta   i   zmięta,   a   spod 
niechlujnej sportowej  koszuli wystawał  rąbek dawno niepranego  podkoszulka. Przerzedzone, 
siwiejące włosy wymagały strzyżenia.

Allie   skinęła   na   chłopców   i   razem   wycofali   się   na   drogę   dojazdową.   Kiedy   byli   już   w 

bezpiecznej odległości, zatrzymali się.

— Urocza zgraja, co? — powiedziała Allie.
— Będą tak stać cały wieczór? — zapytał Pete.
— Skąd   mam   wiedzieć   —   Allie   wzruszyła   ramionami.   —Ten   w   tym   wymiętoszonym 

ubraniu ma sklep z delikatesami. Nazywa się Noxworth. Ten kościsty potwór w pomarańczowej 
sukni to Madelyn Enderby, fryzjerka cioci Pat. Twierdzi, że w pomarańczowym dobrze odbiera 
wibracje. Rzeczywiście, dygocze przez cały czas. A blondyna to właścicielka sklepu ze zdrową 
żywnością. Tyle zdołałam się dowiedzieć, nim Ariel nie spojrzał na mnie w ten swój wredny 
sposób. Wyraźnie nie życzy sobie mojego towarzystwa.

Od strony patio dobiegł ich słaby odgłos oklasków.
— Coś się tam dzieje — powiedziała Allie. — Chodźmy.
Wrócili na swój punkt obserwacyjny za drabinkami, wspierającymi pnącze glicynii. Panna 

Osborne   podawała   właśnie   Arielowi   kryształowy   kielich,   wypełniony   niemal   bezbarwnym 
płynem. Odebrał go z jej rąk, nie patrząc na nią, i wzniósł w stronę płonących świec. Jego twarz, 
gipsowato biała i nieruchoma, przypominała maskę, tylko błyszczące oczy przesuwały się od 
jednej twarzy do drugiej.

background image

— Możemy zaczynać — powiedział.
Zgromadzeni   w   jadalni   poruszyli   się.   Jupiterowi   zdawało   się,   że   usłyszał   czyjeś 

westchnienie.

— Nasze bractwo nie zebrało się w komplecie dzisiejszego wieczoru — mówił Hugo Ariel. 

— Być  może  więc  nie  zdołamy  niczego   dokonać.  Spróbujmy  jednak.  Może  doktor Shaitan 
będzie   wśród  nas   obecny   duchem.   Głos  węża   przemawia   nawet   z   odległości   wielu   mil.   — 
Dotknął ustami brzegu kielicha i podał go kobiecie w pomarańczowej sukni.

— Bractwo nigdy nas nie zawiedzie! — zaskrzeczała Pomarańczowa i upiła łyczek. — Ach, 

kiedy miałam te kłopoty z moją gospodynią...

— Cisza! — skarcił ją Ariel. — Pani zakłóca obrządek.
Zmieszała się i podała kielich pannie Osborne, która z kolei przekazała go nieszczęsnemu 

panu   Noxworthowi.   Upił   i   podał   kielich   blondynie,   a   ona   po   umoczeniu   ust   zwróciła   go 
Arielowi.

— Możemy usiąść — oświadczył ten ostatni. Gdy wszyscy zajęli miejsca, zwrócił się do 

panny Osborne: — Proszę wyrazić swe życzenie.

Ciocia Pat pochyliła głowę.
— Pragnę mieć kryształową kulę. Chcę, by coś stanęło na przeszkodzie Margaret Compton i 

nie mogła jej zdobyć.

— Czy mam wezwać w tej sprawie moce Beliala?
— Niech się tak stanie — odparła ciocia Pat.
Ariel potoczył wzrokiem po obecnych.
— A co wy powiecie?
— Mam własne problemy — odezwał się Noxworth.
— Problemy każdego z nas są problemami całego bractwa — upomniał go Ariel.
— Prośmy   Beliala,   aby   wysłał   tę   Compton   w   długą,   miłą   podróż   —   zaszczebiotała 

Pomarańczowa. — Począwszy od... kiedy to ma być, skarbie?

— Dwudziestego pierwszego — powiedziała ciocia Pat.
Ariel utkwił swe ciemne oczy w pannie Osborne, następnie w blondynie i wreszcie w panu 

Noxworth.

— Wszyscy wyrażają zgodę — zdecydował. Odchylił się do tyłu i zamknął oczy. Pozostali 

wpatrywali się w migotliwe płomienie świec. Przez kilka minut nic się nie działo. Siedzący 
wokół stołu znieruchomieli, tak że zdawali się być postaciami z obrazu.

Allie i chłopcy czekali w napięciu. Mijały sekundy i wreszcie — usłyszeli! W całkowitym 

już   mroku   wieczoru   rozbrzmiał   dźwięk.   Początkowo   słaby,   delikatnie   pulsujący,   zdawał   się 
wprawiać w  drganie otaczające ich powietrze. Był to śpiew, a równocześnie nie był śpiewem. 
Nie zawierał słów czy choćby sylab. Jedynie wznoszenie się i opadanie tonów, które nie miały 
melodii. Tonów na zmianę wysokich i przeszywających, a potem niskich i łagodnych. Dźwięk 
falował, zatrzymywał się na moment i wybuchał znowu przejmującym zawodzeniem.

Chłopcy słuchali z rosnącym lękiem. Było w tym niezwykłym śpiewie coś, co przejmowało 

grozą,  zdawał  się  mieć  jakąś diabelską  moc.  Wabił  ich  i  wciągał,   powodując  równocześnie 
udrękę. Bob przełykał nerwowo ślinę, Pete wstrzymywał oddech. Tylko Jupiter zachował dość 
przytomności umysłu, by skoncentrować się na rozgrywającej się przed jego oczami scenie.

Zgromadzeni   wokół   stołu   niemal   skamienieli.   Ariel   siedział   również   nieruchomo,   z 

odrzuconą w tył głową, z twarzą zwróconą ku sufitowi.

Wreszcie   Allie   nie   wytrzymała   i   wybiegła   z   patio.   Chłopcy   poszli   za   nią   wzdłuż   drogi 

dojazdowej. Upiorny śpiew zdawał się biec za nimi, jak emanacja zła.

background image

Na podwórzu Allie oparła się ze wzruszeniem o ścianę domu. Chłopcy powoli wracali do 

równowagi.

— Czy to jest to, co usłyszała Marie? — zapytał Jupe.
Allie skinęła głową w milczeniu. Pete przesunął ręką po włosach.
— Też bym uciekł — powiedział.
Allie odetchnęła głęboko.
— Ale ja nie mogę! To jest mój dom. To Ariel musi się wynieść!
— Niemożliwe, żeby to on wydawał ten dźwięk — powiedział Jupe. — Nawet jeden muskuł 

mu nie drgnął. Nikt nie byłby w stanie tego zrobić z tak nieruchomą twarzą.

— Niepodobna w ogóle wydawać z siebie czegoś takiego, a jednak on to jakoś robi — 

powiedziała Allie ponuro.

Z garażu dobiegło rżenie konia i stukot jego kopyt.
— Królewna! — zawołała Allie. — Tam ktoś jest!
Jupiter skoczył do drzwi garażu i rozwarł je na oścież. Nie zdążył wejść do środka. Zderzył 

się   z   kimś   w   progu   i   zwalił   się   do   tyłu.   Ciemna   postać   przecięła   podwórze   i   znikła   w 
ciemnościach.

— Jupe? — Pete przyklęknął koło leżącego kolegi.
— Nic mi się nie stało — Jupe podnosił się zręcznie. —Zauważyłeś, jak wyglądał?
— Klocowaty facet — powiedział Bob. — Niezbyt wysoki, z sumiastym wąsem.
Allie patrzyła na nich z respektem.
— Niewiele może ujść waszej uwagi. Jak mogłeś tyle zauważyć w ciemnościach, i to w tak 

krótkim czasie?

— Świeci   księżyc   —   odparł   Jupiter   —   a   poza   tym   detektywi   mają   wyostrzony   zmysł 

obserwacyjny. Czy zwróciłaś, na przykład, uwagę, że śpiew już umilkł?

W oknach kuchennych zabłysło światło. Chłopcy schronili się w cieniu garażu. Tylne drzwi 

domu otworzyły się.

— Kto tam jest? — zawołała panna Osborne.
— Tylko ja, ciociu — odpowiedziała Allie. — Sprawdzałam, czy wszystko w porządku z 

Królewną.

— Za bardzo przejmujesz się tym koniem. Chodź natychmiast do domu.
Drzwi   kuchenne   zamknęły   się.   Z   podjazdu   dobiegł   odgłos   uruchamianych   silników 

samochodowych.

— Przyjęcie skończone — szepnął Bob.
— Muszę iść — powiedziała cicho Allie. — Przyjdźcie rano.
— Dobra.
Stali chwilę, słuchając odgłosu jej kroków na podwórzu.
— Spływajmy stąd — odezwał się Pete. — Nikt mnie więcej nie namówi na słuchanie tego 

śpiewu.

background image

ROZDZIAŁ 5

Tajemnicze bractwo

Następnego ranka Trzej Detektywi stali oparci o płot i przyglądali się biegającej po łące 

klaczy.

— Niewielu ludziom powodzi się tak dobrze jak temu koniowi — zauważył Pete.
— Niewiele ludzi jada trawę — usłyszał za sobą. Chłopcy odwrócili się. Przed nimi stała 

Allie w swym codziennym stroju, dżinsach i bluzce. Ślad nie został po przeżyciach ubiegłego 
wieczoru, znów była w dobrej formie. Rzuciła im wyzywające spojrzenie.

— Więc? Żadnych błyskotliwych pomysłów?
— Czy coś się jeszcze wczoraj wydarzyło? — zapytał Jupiter, patrząc wymownie w stronę 

domu.

— Nic — odparła. — Już żadnego zwariowanego śpiewu, żadnego tajemniczego intruza z 

wąsami, nic. — Allie siadła okrakiem na górnej belce ogrodzenia. — A propos, co myślicie o 
tym intruzie? Co on tam robił, w tym garażu?

Bob z uśmiechem potrząsnął głową.
— Nic o nim nie wiemy, bez dowodów rzeczowych możemy się tylko domyślać, po co się w 

garażu ukrył. Może to złodziej, czekający na sposobność dostania się do domu. Albo włóczęga 
szukający noclegu.

— Mógł też mieć coś wspólnego z tym przerażającym śpiewem — podchwycił Jupe. — 

Hugo Ariel powiedział przecież, że głos węża dociera z odległości wielu mil.

— Przecież węże nie śpiewają — powiedziała Allie. —Syczą.
— Nie o to chodzi. Istotne, że przed przybyciem Ariela nigdy nie słyszałaś w domu tego 

dźwięku — mówił Jupiter — jest więc w jakiś sposób związany z Arielem. Z drugiej strony,  
wczoraj   wieczorem,   kiedy   słyszeliśmy   ten   śpiew,   patrzyliśmy   na   Ariela.   Siedział   w   twojej 
jadalni nieruchomo i wyglądał jak w transie. Z pewnością nie śpiewał. Ten dźwięk musiał więc 
powstać jakoś inaczej.

— Może to magnetofon? — wtrącił Pete. — Mogą teraz cuda robić z nagraniami. Jeśli Ariel 

posługuje   się   taśmą   magnetofonową,   ten   facet   w   garażu   mógł   być   jego   wspólnikiem. 
Zainstalował gdzieś to urządzenie i myśmy go wystraszyli.

— To możliwe — przyznał Jupiter. — Ale nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Ariel 

może nie mieć nic wspólnego z wąsatym intruzem. Nawet jeśli posługuje się magnetofonem, 
niekoniecznie musi mieć wspólnika.

— Znaleźliśmy się więc z powrotem w punkcie wyjścia, a Ariel ma dalej pokój i utrzymanie 

za   frajer   —   powiedziała   Allie.   —   Nie   powiem   też,   że   bym   przepadała   za   pozostałymi 
przyjaciółmi cioci Pat.

— Wczorajsi goście? — spytał Jupe. — Dziwny ten Noxworth.
— Mowa! Jak on może prowadzić delikatesy? Wydział sanitarny powinien je zlikwidować.
— Tak, jest niechlujny — Jupiter, jak zwykle, starannie dobierał słowa. — Jest jednak, wraz 

z pozostałymi, członkiem jakiegoś bractwa. Czymkolwiek ono jest, jego członkowie połączyli 
się   wczoraj   w   życzeniu,   by   niejaka   Compton   wybrała   się   w   długą   podróż   dwudziestego 
pierwszego, przed licytacją. Ma to umożliwić twojej cioci nabycie kryształowej kuli.

— Kompletne brednie! — prychnęła Allie.
Na twarzy Jupitera pojawił się uśmieszek wyższości,.

background image

— Myślę, że wiem, o jaką kulę chodzi.
— Naprawdę?
— Dwudziestego   pierwszego   odbędzie   się   aukcja   mienia   Ramona   Castilla,   dawnego 

gwiazdora filmowego. Na sprzedaż jest wystawiona między innymi kryształowa kula, rekwizyt z 
filmu   „Kolebka   wampira”.   Moi   wujostwo   mówili   o   tym   parę   dni   temu.   Twoja   ciotka   jest 
kolekcjonerką. Czyż kryształowa kula nie jest dla niej łakomym kąskiem?

— Pewnie ślinka jej cieknie na samą myśl o tej kuli.
— A pani Compton zapewne też zbiera rekwizyty filmowe?
— O tak, i to z wielkim powodzeniem. Ciocia Pat nie cierpi Margaret Compton. To bogata 

wdowa i ma dużo więcej pieniędzy niż ciocia. Jeśli ma chrapkę na tę kulę, będzie licytować tak 
wysoko, że ciocia Pat nie ma szans.

— I   Hugo   Ariel   paląc   świece   i   wywołując   dziwne   dźwięki   zapobiegnie   udziałowi   pani 

Compton w aukcji.

— Jakże miło z jego strony — skrzywiła się Allie. — Pytanie, dlaczego to robi? Nie może 

mu chodzić o pieniądze. Akcje cioci Pat przynoszą  bardzo małe dochody.  Jeśli zaszaleje w 
licytacji o kryształową kulę, niewiele jej zostanie dla Ariela.

— Nie znamy więc motywu — wtrącił Bob.
— Naszym celem — powiedział Jupiter — jest usunięcie Ariela z domu Allie. Nie jesteśmy 

pewni, czy ma wspólnika, zakładamy więc, że działa sam. Gdybyśmy mogli przeszukać dom, 
prawdopodobnie   znaleźlibyśmy   urządzenia,   których   używa   do   produkowania   swych 
wieczornych   śpiewów.   Wtedy   moglibyśmy   pokazać   je   pannie   Osborne.   Sądzę,   że   wówczas 
przestałaby wierzyć Arielowi.

— Wyrzuciłaby   go   na   zbity   pysk   —   zachichotała   Allie.   —Wspaniały   pomysł!   A   dom 

przeszukamy bez trudu, bo do Ariela ktoś dzisiaj dzwonił.

— Czy to coś niezwykłego? — spytał Jupe.
— O, tak. Nigdy nikt do niego nie dzwoni i on nigdy nigdzie nie wychodzi. Ale dziś rano 

zatelefonował jakiś pan i pytał o niego. Musiałam walić w drzwi jego pokoju, żeby go dobudzić.

— Nie   omieszkałaś,   oczywiście,   podsłuchiwać   z   drugiego   aparatu   —   powiedział 

uszczypliwie Pete.

— Niestety,  nie zdążyłam.  Usłyszałam tylko, jak powiedział: „bardzo dobrze”, i odłożył 

słuchawkę. Ale mówił potem do cioci Pat, że dziś wieczór będzie zebranie całego bractwa.

— Czy nie starałaś się dowiedzieć od cioci czegoś o tym bractwie? — zapytał Bob.
— Pewnie, że tak! Dużo mi powiedziała! Taki miły klub, do którego należy, i jak to miło z 

mojej strony, że interesuję się jej życiem towarzyskim. Dodała, że bardzo się cieszy na dzisiejszy 
wieczór. Wychodzą z panem Arielem. Jednym słowem, mamy dziś szansę przeszukać dom.

Jupiter zamyślił się, poszczypując dolną wargę.

— On może tę całą aparaturę nosić ze sobą. Możemy nic nie znaleźć.
— Nie chcesz nawet spróbować?! — rozzłościła się Allie.
— Masz rację, trzeba spróbować — zgodził się Jupe. —Umiesz przeszukiwać dom?
— No, nigdy tego nie robiłam, ale chyba nie wymaga to ukończenia specjalnych kursów.
— Dobrze, zrobisz to więc dziś wieczór. Na wszelki wypadek przeszukaj też garaż. Szukaj 

miniaturowego magnetofonu, drutów, wszystkiego, co wyda ci się obce w twoim domu.

— Co za szczęście, że was wynajęłam — powiedziała Allie. — Będę mogła sama odwalić 

całą robotę.

—   Szukaj   wszędzie   —   Jupiter   zignorował   złośliwą   wymówkę   —   pod   dywanami,   za 

kotarami, pod stołem, za listwą podłogi, także...

background image

— W glicynii? — wtrąciła Allie.
— Tak, w glicynii. Nie spadnij z kraty.
— Nie bój się. A co wy zamierzacie robić tym czasie?
— Śledzić twoją ciocię i Ariela.

background image

ROZDZIAŁ 6

Dom w Kanionie Torrente

— Jak to miło, że zechciał pan przyjechać własnym  samochodem — powiedział Pete z 

wdzięcznością.

Worthington uśmiechnął się. Prowadził swego wypucowanego forda Nadbrzeżną Autostradą. 

Nie spuszczał oczu z jadącej paręset metrów przed nim fioletowej corvetty panny Osborne.

— Ekstrawagancki rolls-royce ze złoceniami nie najlepiej nadaje się do śledzenia kogoś — 

powiedział.

Jakiś czas temu Jupiter brał udział w konkursie, ogłoszonym przez towarzystwo wynajmu 

samochodów.   Wygrał   pierwszą   nagrodę   —   trzydziestodniowe   użytkowanie   staroświeckiego 
rolls-royce   a   z   pozłacanymi   ozdobami.   Dostał   też   do   dyspozycji   doskonałego   angielskiego 
szofera, Worthingtona. Wielokrotnie woził on chłopców, kiedy prowadzili swoje dochodzenia. 
Po   upływie   przewidzianych   nagrodą   dni,   któryś   z   wdzięcznych   klientów   załatwił   Trzem 
Detektywom   prawo   do   nieograniczonego   korzystania   z   rolls-royce’a.   Z   biegiem   czasu 
Worthington  tak polubił chłopców i tak wciągnął  się w ich pracę, że niemal  uważał się za 
członka zespołu — nieoficjalnego czwartego detektywa.

Tego  ranka,  kiedy  Jupiter  zatelefonował  do  agencji  wynajmu   samochodów,   Worthington 

zaproponował chłopcom, że przyjedzie po nich własnym samochodem.

— Skręca w Bulwar Zachodzącego Słońca — powiedział teraz.
— Żeby nas tylko nie zatrzymało czerwone światło — jęknął siedzący obok Jupe.
— Nie ma obawy — Worthington włączył migacz i prześliznął się przez skrzyżowanie w 

momencie, gdy zapalało się pomarańczowe światło. — Mam nadzieję, że dojedziemy na miejsce 
przed zmrokiem.

Bulwar Zachodzącego Słońca rozciągał się przed nimi krętą, pnącą się w górę wstęgą. Po obu 

stronach stały eleganckie domy w pełnych kwiatów ogrodach. Od czasu do czasu corvetta ginęła 
im z oczu na zakrętach ulicy, ale wkrótce pojawiała się znowu przed nimi. W pewnej chwili 
zaczęła zwalniać.

— Jadą do Kanionu Torrente — powiedział Worthington. —Nie możemy ich teraz zgubić, 

wjeżdżają w ślepą ulicę.

W tym momencie wyminął ich z dużą szybkością pomarańczowy, sportowy samochód, po 

czym skręcił za corvettą.

— Fryzjerka cioci Pat — zauważył Jupiter.
— Trzeba tylko jechać za jej czerwonymi włosami — odezwał się z tylnego siedzenia Pete. 

— Pewnie płoną w ciemnościach.

Worthington   zaśmiał   się   i   skręcił   za   dwoma   pędzącymi   autami.   Po   pewnym   czasie 

pomarańczowy samochód zwolnił, zjechał na pobocze i stanął przy skrawku trawnika, który 
okalał wysoki, ceglany mur. Stały tam już inne samochody.  Chłopcy przycupnęli nisko, gdy 
Worthington mijał fioletową corvettę. Panna Osborne i Hugo Ariel właśnie z niej wysiadali.

Worthington spojrzał we wsteczne lusterko.
— Kobieta w pomarańczowej sukni macha ręką do panny Osborne.
Bob i Pete obserwowali ulicę przez tylną szybę samochodu.
— Widzę zakurzone auto, które stało wczoraj pod domem Allie — powiedział Bob.
— To tego faceta, co ma sklep z delikatesami — stwierdził Pete. — Sporo samochodów, 

background image

dużo ludzi tu się dziś zebrało.

Worthington zjechał na prawą stronę jezdni i zatrzymał się na poboczu.
— Policzyłem samochody. Jedenaście — powiedział.
Chłopcy przylgnęli do okien forda. Czerwonowłosa podeszła do Ariela i panny Osborne. 

Stali   teraz   pod   ogromną,   żelazną   bramą,   której   pręty   były   ostro   zakończone   u   góry.   Ariel 
rozmawiał chwilę z obiema paniami, po czym podszedł do bramy i sięgnął po coś ręką.

— Chyba telefon — powiedział Bob.
Miał rację. Ariel przyłożył słuchawkę do ucha, chwilę nasłuchiwał, powiedział parę słów i 

odłożył słuchawkę na miejsce. Dobiegł ich brzęczyk, Ariel pchnął bramę, która ustąpiła lekko. 
Przeszli przez nią wszyscy troje. Zamknęła się za nimi ze szczęknięciem.

Worthington i chłopcy czekali w milczeniu. Minęło piętnaście minut, żaden więcej samochód 

nie wjechał w ulicę ani nikt nie podszedł do bramy. Jupiter otworzył drzwi forda.

— Bractwo   musi   być   już   w   komplecie   —   powiedział.   —   Czas   dowiedzieć   się   czegoś 

bliższego o tym zebraniu.

Wysiedli i podeszli do bramy.
— Twój wuj by się temu nie oparł — powiedział Bob, oglądając z zachwytem misternie 

gięte żelazne esy-floresy.

— Wątpię, czy jest na sprzedaż — odparł Jupiter. Uchwycił błyszczącą, mosiężną gałkę 

klamki   i   usiłował   ją   przekręcić   w   jedną,   potem   w   drugą   stronę.   Nawet   nie   drgnęła.   — 
Zablokowana. Było do przewidzenia.

Pete podszedł do wgłębienia w murze, koło bramy.
— A gdybyśmy spróbowali posłużyć się tym telefonem? Musi mieć bezpośrednie połączenie 

z domem.

— To ryzykowne, Pete — ostrzegł Worthington.
Pete zachichotał i zdjął słuchawkę z przycisku. Usłyszał kliknięcie, następnie czyjś głos:
— Noc jest ciemna.
— Aha...   w   porządku,   wkrótce   będzie   —   powiedział   Pete.   —Reprezentuję   Koncern 

Herbatników,   w   tym   tygodniu   oferujemy   specjalne   ceny   na   czekoladowe...   —   rozległ   się 
ponowny klik i w słuchawce zapadła cisza.

— Nie są zainteresowani herbatnikami? — zapytał Jupe.
— Wyraźnie nie — Pete odłożył słuchawkę. — Co za kretyński sposób odpowiadania na 

telefon. Wiesz, co on powiedział? „Noc jest ciemna”.

— Bez   wątpienia   hasło   —   stwierdził   Jupiter.   —   Gdybyśmy   byli   członkami   bractwa, 

znalibyśmy odzew.

Bob przysunął twarz do prętów bramy.
— Rzeczywiście robi się ciemno. Popatrzcie, widać tylko zarysy budynku w głębi podjazdu. 

Ani jedno okno nie jest oświetlone.

Istotnie, w budynku zdawało się być zupełnie ciemno. Żadna lampa nie rozświetlała czarnych 

szyb. Dom stanowił ciężką bryłę na tle wieczornego nieba.

— Przecież tam musi być kilkanaście osób — powiedział Jupiter. — Widzieliśmy jedenaście 

zaparkowanych samochodów, z dwóch z nich wysiadły trzy osoby. Razem więc powinno ich 
tam być przynajmniej dwanaścioro.

— Co oni robią po ciemku? — zastanawiał się Worthington.
— W oknach mogą być grube zasłony — zauważył Jupiter.
— Może siedzą przy świecach — dodał Bob. — Świece zdają się mieć szczególne znaczenie 

dla tych ludzi. Grube zasłony nie przepuszczają światła świec.

background image

Chłopcy stali w gęstniejącym  mroku, pogrążeni w myślach.  Przywołali  na pamięć grupę 

ludzi   zgromadzonych   wczorajszego   wieczoru   w   jadalni   Jamisonów.   Znowu   widzieli   kielich 
podawany od ust do ust. Przypomniał im się upiorny śpiew.

— Ciekawe, czy dziś to znowu usłyszymy — wymamrotał Pete.
— Co takiego? — zapytał Worthington.
— Trudno powiedzieć — odparł Jupiter. — Dźwięki, które Ariel nazywa śpiewem węża. 

Jeśli chcemy się dowiedzieć czegoś więcej, musimy działać. Niczego tu nie wystoimy.

— Może jest jeszcze inna furtka — powiedział Bob.
— To   możliwe   —   przytaknął   Jupe.   —   W   dodatku   otwarta.   Często   ludzie   instalują 

skomplikowane   zamki   przy   frontowych   drzwiach,   a   zapominają   o   zamknięciu   któregoś 
bocznego wejścia. I policja ma pełne ręce roboty.

— Chodźmy więc sprawdzić — Pete ruszył pierwszy wzdłuż muru.
Jupiter zwrócił się do Worthingtona:
— Proszę   zaczekać   na   nas   w   samochodzie   i   proszę   uruchomić   silnik.   Może   będziemy 

musieli stąd uciekać, i to szybko. Bóg raczy wiedzieć, czym jest to bractwo.

— Zgoda   —   powiedział   Worthington   po   chwili   wahania.   —   Zawrócę   i   będę   trzymał 

samochód na chodzie.

Podszedł do swego forda, wsiadł, zatrzasnął drzwi i uruchomił silnik. Kiedy zataczał łuk, 

oblało   ich   ostre   światło   przednich   reflektorów   samochodu.   Ford   minął   bramę   i   stanął   na 
poboczu, parę metrów dalej. Światła zgasły i zrobiło się nagle bardzo, bardzo ciemno,

— Szkoda, że nie wzięliśmy latarek — powiedział Pete.
— Może to i lepiej — odparł Jupe. — Nie trzeba za bardzo zwracać na siebie uwagi.
Okrążali ostrożnie ceglany mur ogrodzenia. Szli wolno, zatrzymując się od czasu do czasu i 

nasłuchując. Ale zza muru nie dobiegał żaden dźwięk. W pewnym momencie Bob odskoczył i 
omal nie krzyknął. Jakieś małe stworzenie czmychnęło spod jego stóp i znikło.

— Lis — powiedział Pete.
— Widziałeś go?
— Nie, ale powiedzmy, że to był lis.
— Cicho! — syknął Jupe.
Obeszli mur dookoła i znaleźli się znowu na ulicy. Minęli pomrukujący lekko samochód 

Worthingtona   i   stanęli   ponownie   pod   bramą.   Niczego   nie   znaleźli.   Nie   było   drugiej   furtki. 
Stwierdzili jedynie, że posiadłość jest olbrzymia, z nikim nie sąsiaduje, i że dom w głębi wciąż 
tonie w ciemnościach.

— Musimy   przejść   przez   ogrodzenie   —   zdecydował   Jupiter.   —   Pete,   ty   jesteś 

najzwinniejszy. Oprę się o mur, a ty wejdź po moich plecach.

— Ty masz źle w głowie — stwierdził Pete.
— Nie ma innego sposobu — upierał się Jupe. — Mogę ja wleźć na mur pierwszy, ale 

byłoby lepiej, gdybyś to ty zrobił. Jak znajdziesz się na murze, wciągniesz mnie, a ja Boba. To 
jedyna droga dostania się do środka. Inaczej nie będziemy wiedzieć, co się dzieje w tym domu.

Pete westchnął, co zdarzało mu się wiele razy, odkąd przystąpił do zespołu detektywów.
— Nie jestem pewien, czy mam ochotę się tego dowiedzieć — mruknął, ale kiedy Jupe, 

zgięty,  oparł o mur uniesione nad głową ręce, zrobił, co do niego należało. Wdrapał się na 
ramiona kolegi, następnie uchwycił się oburącz górnej krawędzi muru i podciągnął się w górę.

Przez chwilę siedział okrakiem na szczycie ogrodzenia, usiłując przebić wzrokiem ciemne 

otoczenie budynku. I wtedy stało się. Przeraźliwe dzwonienie alarmu uderzyło ich uszy.

— Złaź! — wrzasnął Jupe.

background image

Nagle rozbłysły reflektory. Było ich z osiem, zainstalowano je na każdym załamaniu muru. 

Oślepiony jaskrawym światłem Pete trzymał się kurczowo cegieł na zwieńczeniu muru.

— Skacz! — krzyczał Jupe.
Pete siadł twarzą do ulicy, z nogami zwieszonymi na zewnątrz. Wparł ręce w cegły obok 

siebie i usiłował odbić się do skoku. Wtem cegła pod jego dłonią obsunęła się i spadła. Pete 
stracił równowagę i runął w tył, za ogrodzenie.

background image

ROZDZIAŁ 7

Wpadka

Pete wylądował na miękkiej trawie, przetoczył się i ukląkł. Alarm zamilkł. Pete osłonił oczy 

przed oślepiającym światłem. Na tle muru ogrodzenia zobaczył barczystą sylwetkę mężczyzny.

— No,   panie   wścibski,   czego   tu   szukasz?   —   mężczyzna   stał   nadal   nieporuszenie,   ale 

Pete’owi zrobiło się dziwnie słabo. Usiłował coś odpowiedzieć, tylko że słowa nie chciały mu 
się   wydobyć   ze   ściśniętego   gardła.   Próbował   wstać,   w   tym   momencie   mężczyzna   zrobił 
energiczny krok w jego stronę i Pete zamarł przykucnięty.

— Pete? — rozległ się głos Jupitera. — Pete, znalazłeś go?

Mężczyzna odwrócił się błyskawicznie i rozejrzał wokół.

— Kto to?

Zza muru dobiegł odgłos szybkich kroków i po chwili przy bramie pojawił się Jupe.

— Hej,   proszę   pana!   —   zawołał,   —   Widział   go   pan?   Pete   poczuł   ulgę.   Jupe   coś 

improwizował. Cokolwiek wymyślił, można było mieć pewność, że odegra to dobrze.

— Kogo? — zapytał mężczyzna.
— Kota — odparł Jupiter pogodnie. — Oberwę, jak go nie znajdę. To rasowy syjamczyk. 

Mama nie wie, że wypuściłem go z domu. Widziałem, jak przełaził przez ten mur.

— Łobuzy — mruknął mężczyzna.

— Pewnie siedzi gdzieś na drzewie.

— To pech — mężczyzna odgarnął z czoła pasmo siwiejących włosów i odwrócił się. — 

Zjeżdżaj stąd, smarkaczu — warknął pod adresem Pete’a.

Pete wstał.

— Halo! Proszę pana! — wołał Jupe. — Proszę mnie wpuścić, to pomogę przyjacielowi 

odnaleźć kota.

— Będzie potrzebował pomocy, jak dostanie dobrego kopa. — Mężczyzna uchwycił Pete’a 

za ramię i pchnął w stronę bramy.

— Mama mnie zabije! — błagał Jupe.
— Wszyscy mamy problemy. Odczepcie się, bo wezwę policję.
Jupiter  cofnął  się o krok i  uważnie  obserwował mężczyznę.  Ten  zbliżył  się  do bramy i 

sięgnął ręką do czegoś ukrytego  w bluszczu, obrastającym  wewnętrzną stronę muru.  Brama 
szczęknęła.

— Jeszcze raz przejdziesz przez ten mur, a będziesz miał poważniejsze kłopoty niż zgubiony 

kot. — Mężczyzna uchylił bramę, wypchnął Pete’a i zatrzasnął ją z powrotem.

— Gdyby pan przypadkiem zobaczył... — zaczął Jupe.
— Spływaj!

Jupe i Pete odeszli potulnie. Parę kroków dalej, przyklejony do muru, stał Bob. Reflektory 

zgasły i ogarnęły ich ciemności.

— O rany! — stęknął Pete.

— Dobra robota, Jupe — szepnął Bob.
Odgłos kroków mężczyzny ustał nagle.

— Czeka, żeby się upewnić, że odeszliśmy — cicho powiedział Jupiter. — Chodźmy lepiej 

na piechotę do Bulwaru. Dam znać Worthingtonowi, żeby jechał za nami. Jak ten facet zobaczy, 
że wsiadamy do samochodu, może mieć wątpliwości, czy chodziło tylko o kota.

background image

Poszli   w   stronę   Bulwaru   Zachodzącego   Słońca,   głośno   rozmawiając   o   tym,   jak   to   koty 

potrafią się wymykać, jakie cenne są koty syjamskie i jaka przeprawa z rodzicami czeka ich w 
domu. Kiedy mijali forda, Jupe szepnął Worthingtonowi, żeby ruszył za parę minut.

Zatrzymali  się na rogu Bulwaru, dobrze poza zasięgiem wzroku i słuchu kogokolwiek z 

tajemniczego domu.

— Interesujące miejsce — powiedział Jupiter. — W domu jest przynajmniej dwanaście osób 

i nie widać, żeby paliło się światło. Na szczycie ogrodzenia jest prawdopodobnie zainstalowane 
jakieś urządzenie elektroniczne, które uruchamia alarm. A brama otwiera się na hasło.

Ford podjechał cicho i chłopcy wsiedli.
— Co za wredny typ! — wyraził swoje oburzenie Worthington.
— Słyszał go pan? — spytał Pete.
— Był dostatecznie głośny. Kusiło mnie, żeby się jakoś włączyć. Mam nadzieję, że cię nie 

uderzył.

Pete rozsiadł się wygodnie.
— Nie, ale niewiele brakowało.
Mieli właśnie skręcić w Bulwar kiedy od strony Kanionu Torrente nadjechał samochód i 

stanął koło nich. Kierowca niecierpliwie przyciskał pedał gazu.

— Pomarańczowy wóz sportowy — powiedział Bob. — Fryzjerka spieszy się do domu.
— Przyjęcie   musiało   się   więc   skończyć   —   zaniepokoił   się   Jupiter.   —   Rozejrzyjmy   się 

szybko za jakimś telefonem. Allie przeszukuje dom. Nie możemy dopuścić, żeby Ariel z ciocią 
Pat ją przyłapali.

Worthington wjechał w Bulwar Zachodzącego Słońca.
— Niedaleko stąd jest budka telefoniczna, przy stacji benzynowej.
Zatrzymali się przy stacji i Jupiter poszedł do telefonu. Ledwie skończył wykręcać numer, 

odezwała się Allie.

— Spotkanie bractwa kończy się — powiedział. — Prawie niczego się nie dowiedzieliśmy. 

Skończyłaś przeszukiwać dom?

— Tak, i nic nie znalazłam.
— Wszędzie zaglądałaś?
— Przeczesałam   dom   gęstym   grzebieniem.   Posłużyłam   się   nawet   magnesem.   Nic,   poza 

zwałami kurzu.

— Jeśli więc Ariel ma jakieś urządzenie, nosi je ze sobą. Albo rzeczywiście ma wspólnika.
— Z czym może się wiązać pewne interesujące zdarzenie. Mam nowego służącego.
— Doprawdy?
— Tak, nie służącą tym razem, lecz służącego. Zatelefonował i powiedział, że jest właśnie w 

Rocky Beach i usłyszał, że szukamy pomocy domowej. Zapytał, kiedy mógłby się widzieć z 
panią domu.

— No?
— No i doszłam do wniosku, że skoro mama jest w Europie, ja jestem panią domu. Ciocia 

Pat jest nie bardzo przytomna i niezbyt interesuje się gospodarstwem.

— Allie,   chyba   nie   umówiłaś   się   z   kompletnie   obcym   człowiekiem,   który   telefonuje   i 

nawet...

— O, nawet więcej! Kazałam mu tu przyjść i przyjęłam go do pracy.
Jupiter milczał, czekając na dalsze rewelacje.
— Nie pytasz mnie, dlaczego go przyjęłam?
— Dlaczego go przyjęłaś?

background image

— Bo miał sumiaste wąsy! — Allie zrobiła dramatyczną pauzę. — Nie zdążyłam się dobrze 

przyjrzeć temu facetowi, którego wypłoszyliśmy wczoraj z garażu. Ale ten odpowiada waszemu 
opisowi i jeśli to on, musi go piekielnie interesować mój dom. Albo jest wspólnikiem Ariela. 
Jutro o ósmej rano ma się zgłosić do pracy.

— Co twoja ciocia na to powie?
— Pomyślę   jeszcze,   jak   jej   to   przedstawić.   Do   zobaczenia,   do   jutra!   —   Allie   odłożyła 

słuchawkę. Jupiter wrócił do samochodu.

— U Allie wszystko w porządku? — spytał Pete.
— Nie   wiem.   Albo   to   jest   najmądrzejsza   dziewczyna,   jaką   spotkałem,   albo   skończona 

idiotka, albo jedno i drugie.

— Jak można być mądrym idiotą? — roześmiał się Pete.
— Myślę, że Allie Jamison to potrafi — odpowiedział z przekonaniem Jupe.

background image

ROZDZIAŁ 8

Wąż 

atakuje

Kiedy   następnego   rana   Trzej   Detektywi   zajechali   rowerami   pod   dom   Jamisonów,   Allie 

siedziała na stopniach frontowego ganku z miną zadowolonego kota.

— Gosposia marzenie! — zawołała. — Posłuchajcie!
Z domu dobiegał warkot odkurzacza.
— Nie musiałam mu nic mówić. Zostawił walizkę w pokoju Marie, rozejrzał się po domu, 

poszedł prosto do schowka na szczotki i wziął się do roboty. Koniec z pajęczynami cioci Pat!

— Więc on tu będzie mieszkał? — zapytał Bob.
— Czy to nie cudownie! — entuzjazmowała się Allie. — Będziemy go mogli obserwować 

od rana do nocy.

— Miejmy nadzieję, że rzeczywiście będzie cudownie — powiedział Jupe. — Jak twoja 

ciotka zareagowała na to, że wynajęłaś służącego?

— A czyj to właściwie dom?! — fuknęła Allie. — Oświadczyłam jej, że dowiadywałam się o 

jakąś pomoc, a ten człowiek robił dobre wrażenie. Odpowiedziała jak to ona: „to miło z twojej 
strony, kochanie”, i poszła spać. Ona się nie wdaje w szczegóły.

— Gdzie on pracował przedtem? — zapytał Jupiter.
— Nie powiedział, a ja nie mam zwyczaju wtrącać się w cudze sprawy — odparła Allie 

wyniośle.

— Ach nie? No, to już szczyt! — nie wytrzymał Pete.
— Chcecie   go   zobaczyć?   —   zapytała   Allie.   —   Jeśli   to   ten   z   garażu,   myślicie,   że   go 

rozpoznacie?

— Ja chyba nie — odparł Jupe. — Zaledwie rzuciłem na niego okiem. Bob przyjrzał mu się 

lepiej. Gdybyś go rozpoznał, Bob, nie pokazuj tego po sobie.

Weszli do domu za Allie. Nowy służący pracował nad zielono-złotym dywanem w salonie. 

Podniósł głowę, dostrzegł ich stojących w holu i wyłączył odkurzacz.

— Panienka sobie czegoś życzy? — zapytał.
— Dziękuję, nic mi nie trzeba, Bentley — odparła Allie. —Wpadliśmy tylko, żeby się napić 

wody sodowej.

Bentley skinął głową i wrócił do pracy.
Allie poprowadziła chłopców do kuchni. Wyjęła z lodówki cztery butelki wody sodowej, po 

jednej dla każdego.

— No i co? To on?
— Nie   jestem   pewien   —   powiedział   Bob.   —   Jest   mniej   więcej   tego   samego   wzrostu   i 

budowy. Wąsy też podobne. Ale było ciemno i wszystko działo się tak szybko. Wyskoczył z 
garażu, powalił Jupe’a i uciekł.

— Nie wygląda na kogoś, kto zwala ludzi z nóg — odezwał się Pete. — Jest taki jakiś... no, 

nijaki.

— Pospolity — dorzuciła Allie. — Jest przeciętny. Nie za wysoki, nie za niski, nie za gruby, 

nie za chudy. Brązowe włosy i bezbarwne oczy. Można by go nie zauważyć, gdyby nie te wąsy. 
— Wyjęła z szuflady otwieracz do butelek i zdjęła kapsel. — No, a teraz mówcie, coście wczoraj 
zdziałali.

Jupiter   opowiedział   pokrótce   wydarzenia   poprzedniego   wieczoru.   Gdy   skończył,   Allie 

background image

uśmiechnęła się z satysfakcją.

— Jestem, okazuje się, lepsza od was. Udało wam się jedynie spaść z ogrodzenia, podczas 

gdy ja znalazłam kogoś w stu procentach tajemniczego.

— Przyszłaś do nas, żeby się pozbyć kogoś w stu procentach tajemniczego — zauważył Pete. 

— A propos, nie boisz się, że ten odkurzacz obudzi twego gościa?

— Ariel wyszedł — odparła Allie.
— Myślałem, że on nigdy nie wychodzi w dzień.
— Ale dziś wyszedł. Wziął rano samochód cioci i odjechał, nie wiadomo dokąd.
W   drzwiach   kuchni   pojawiła   się   ciocia   Pat,   w   seledynowym   szlafroku   przewiązanym 

fioletową szarfą. Jej lawendowe włosy były wzorowo uczesane.

— Allie, kto to jest ten człowiek w salonie? — zapytała.
— Nowa pomoc domowa — odpowiedziała Allie. — Przyjęłyśmy go wczoraj, ciociu. Nie 

pamiętasz?

— Ach tak, to miło. Jak, mówiłaś, on się nazywa?
— Nie mówiłam, ale nazywa się Bentley.
— Bentley, Bentley. Jak samochód. Zapamiętam. — Uśmiechnęła się z roztargnieniem do 

chłopców, którzy wymamrotali „dzień dobry. — Czy on urnie gotować?

— Powiedział, że tak.
— Wobec tego porozmawiam z nim o obiedzie. — Panna Osborne opuściła kuchnię.
Allie oparła się o zlew.
— Jest mi wszystko jedno, kim jest ten facet. Jeśli przyrządzi choć jeden godziwy posiłek, 

może nawet uciec ze wszystkimi srebrami — spojrzała przez okno i roześmiała się. — Patrzcie, 
jak Ariel zmaga się z corvettą cioci Pat!

Chłopcy wybuchnęli   śmiechem.   Ariel   skręcał   się  i  wyginał,   wystawiał   to rękę,  to  nogę, 

usiłując wydobyć swe długie ciało z samochodu.

Po chwili wszedł do kuchni. Jego zimne, ciemne oczy spoczęły przez moment na Allie, po 

czym minął ją bez słowa.

Allie zastąpiła mu drogę.
— Chyba nie poznał pan jeszcze moich przyjaciół — powiedziała.
Ariel przystanął, z wyraźną irytacją zgadzając się na przedstawienie sobie chłopców. Kiedy 

Bob ochoczo wyciągnął do niego rękę, niechętnie pozwolił uścisnąć swoją zwisającą dłoń. Nie 
powiedział ani słowa, ominął Allie, jakby była słupem, i wyszedł do holu zatrzaskując za sobą 
drzwi.

— Jak wam się to podoba! — wykrzyknęła Allie. — Zachowuje się tak za każdym razem. 

Traktuje mnie jak... jak przedmiot. Nawet bez tego okropnego śpiewu nie chciałabym go mieć w 
domu. Żeby wiedzieć, co on knuje!

—   Panie   Ariel!   —   dobiegł   ich   wysoki,   podekscytowany   głos   cioci   Pat.   —   Czy   się   to 

dokonało?

Allie podbiegła do drzwi i przyłożyła ucho do szpary.

— Nie   trzeba   się   niepokoić   —   odparł   Ariel.   —   Przekazano   życzenia   bractwa,   pani 

życzenie... Wąż został dostarczony. Wszystko jest w rękach Beliala. Trzeba czekać i ufać.

— Ale dwudziesty pierwszy już niedługo — mówiła drżącym głosem ciocia Pat. — Czy jest 

pan pewien, że Belial ma dość czasu? Och, być może to tylko głupi kaprys, ale ja tak bardzo 
pragnę to mieć. A jeśli Margaret Compton...

— Czyżby pani wiara się zachwiała? — w głosie Ariela był odcień złości.

— Oczywiście, że nie! — zawołała ciocia Pat. — Wierzę i ufam najgłębiej.

background image

— Proszę mi więc wybaczyć — powiedział Ariel — muszę teraz odpocząć. Te sprawy są 

bardzo wyczerpujące.

— Tak, rozumiem — powiedziała cicho panna Osborne. Ariel wszedł na schody.
— Och, ten próżniak! — mruknęła niechętnie Allie, odchodząc od drzwi. — Będzie się teraz 

wylegiwał przez resztę dnia.

— „Wąż został dostarczony” — zacytował Jupiter. — Co to może znaczyć?
— Może ktoś przysłał węża pocztą? — zastanawiał się Pete.

Allie potrząsnęła głową.

— Nie może chodzić o prawdziwego węża. Ciocia Pat ich nie znosi. To sposób, w jaki oni 

rozmawiają. Wczoraj mówili o głosie węża, który przemawia z odległości wielu mil, pamiętacie?

— Co gorsza. usłyszeliśmy go — powiedział Jupe.

— Tak, ale to nie był wąż. Węże nie śpiewają — obstawała przy swoim Allie.

— Coś się tu dzieje — mówił Jupiter. — Jakaś podejrzana sprawa, w której istotną rolę gra 

Ariel, dom w Kanionie Torrente, dziwaczny śpiew i być może twój nowy służący. Niestety, 
niewiele możemy na razie zrobić, możemy tylko obserwować. Muszę już wracać do składu. Daj 
nam znać, gdyby coś zaszło.

— Ja też muszę już iść. Pracuję dziś w bibliotece — powiedział Bob.
— A mnie czeka strzyżenie trawnika — odezwał się Pete.
— Wspaniali detektywi! — zawołała ironicznie Allie. —Każdy ma pełne ręce roboty, tylko 

nie w mojej sprawie. Trudno, idźcie, skoro musicie. Gdyby się coś stało, zadzwonię do was.

Chłopcy opuścili dom Jamisonów i rozeszli się, każdy do swoich zajęć. Jupiter już z daleka 

słyszał   pokrzykiwania   zirytowanej   cioci   Matyldy.   Hans   i   Konrad   rozładowywali   dużą 
ciężarówkę.

— Jupe! — zawołała ciocia Matylda na jego widok. —Właśnie cię potrzebuję.

— Tak, ciociu.
— Twój wuj zupełnie stracił głowę! Popatrz, ile on tego nakupił.
Ciężarówka była załadowana starymi, żelaznymi piecami.
— Piece na drewno! W dzisiejszych czasach! — pokrzykiwała ciocia Matylda. — Trzymali 

je   w   składzie   we   wschodnim   Los   Angeles,   żeby   wysłać   na   przetopienie,   i   twój   wuj   nie 
wytrzymał i je kupił. Cena była niska! Ciekawam, jak my to sprzedamy!

— Na pewno znajdzie się sposób — powiedział uspokajająco Jupiter.
— Akurat! Ale wszystko jedno, trzeba je wyładować. Pomóż Hansowi i Konradowi. Złóżcie 

je gdzieś, gdzie nie będę musiała na nie patrzeć. Co za pomysł!

Ciocia   Matylda   odeszła   energicznym   krokiem,   a   Jupiter   zabrał   się   do   roboty.   Szło   to 

niesporo,   gdyż   piece   były   ciężkie.   W   dodatku   ciągle   odpadały   im   drzwiczki.   Potem   ciocia 
zagnała go do innych zajęć. Dopiero o trzeciej po południu Jupe był wolny. Poszedł do domu, po 
drugiej stronie ulicy, żeby wziąć prysznic. W salonie siedział wuj Tytus i oglądał telewizję. 
Jupiter usłyszał, że nadawano lokalne wiadomości.

— Okropność! — wykrzyknął wuj Tytus.
— Co jest takie okropne? — zapytał Jupiter, wchodząc do salonu.
— Popatrz, co ludzie wyprawiają dziś na szosach.
Jupiter   spojrzał   na   ekran   telewizora.   Rozgrywała   się   tam   dość   typowa   scena.   Akcja 

ratunkowa   po   kraksie   samochodu.   Duży   samochód   osobowy   wpadł   na   barierę   mostu   nad 
Hollywoodzką Autostradą. Patrol policyjny dyrygował ruchem wokół miejsca wypadku. Głos 
spikera informował:

— Kierowca samochodu, pani Margaret Compton, została odwieziona do szpitala „Anioła 

background image

miłosierdzia”. Ofiara wypadku jest w dobrym stanie.

— Pani Margaret Compton! — wykrzyknął Jupe.
— Znasz ją? — spytał wuj Tytus.
— Tylko ze słyszenia. Przepraszam, wuju, muszę zatelefonować do klienta.

background image

ROZDZIAŁ 9

Tajne zebranie

Tegoż  dnia  o  siódmej  wieczór,  Jupiter  powiedział  cioci  Matyldzie,   że  musi   coś pilnego 

skończyć  w swojej pracowni że być  może wróci późno, po czym  udał się prosto do składu 
złomu. Bob i Pete czekali już na niego w pracowni, z rowerami.

— Spotykamy się z Allie w Zatoczce Swansona — oznajmił Jupe kolegom.
— Wychodzimy przez Zieloną Furtkę? — zapytał Bob.
Jupe skinął głową.
— Tak. Jest najbardziej oddalona od domu. Ciocia Matylda nie będzie mogła widzieć, że 

wychodzimy.

Pete podszedł do płotu, tuż obok pracowni. Wetknął dwa palce w szczelinę między deskami i 

pociągnął.  Dwie deski się uniosły.  Pete wytknął  głowę przez otwór i rozejrzał się dookoła. 
Oznajmił, że droga wolna. Jupiter wziął swój rower, oparty o prasę drukarską, i przesunęli się, 
jeden po drugim, przez otwór w płocie. Deski opadły na swoje miejsce.

Bob   odwrócił   się   i   w   zamyśleniu   patrzył   na   płot.   Był   pokryty   malowidłami   lokalnych 

artystów. W miejscu w którym przeszli wymalowany był wzburzony ocean i okręt zmagający się 
z wysokimi falami. Na pierwszym planie ryba wynurzyła głowę. jej okrągłe oko wpatrywało się 
w okręt.

— Allie odkryła Czerwoną Furtkę Pirata — powiedział ze smutkiem. — Miejmy nadzieję, że 

nie  obeszła  całego  płotu.   Byłoby  okropne,  gdyby  wiedziała,  że   ta  ryba  oznacza   miejsce,  w 
którym otwiera się Zielona Furtka.

— Jeśli to odkryje, będziemy musieli zlikwidować i tę furtkę i skonstruować inną — odparł 

Jupe. — Ale nie czas teraz łamać sobie nad tym głowę. Sytuacja jest nagląca.

— Właśnie — zgodził się Pete. — Jedziemy!
Wsiedli na rowery i puścili się w dół ulicą ku Nadbrzeżnej  Autostradzie.  W pięć minut 

później znaleźli się w Zatoczce Swansona. Allie Jamison czekała już na nich, oparta o wystającą 
z piasku skałę. Obok stał jej koń z puszczonymi luźno lejcami.

— Margaret Compton miała dziś wypadek na autostradzie — powiedziała na powitanie.
— Mówiłem im już o tym — Jupiter przysiadł na piasku naprzeciw Allie. — Czy zaszło coś 

po naszej rozmowie telefonicznej? Jak twoja ciocia?

— Bardzo przygnębiona. Nie przestała płakać od chwili, kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość w 

dzienniku.

Bob oparł się o skałę.
— Sprawy zaczynają przybierać szybki obrót.
— Błyskawiczny — przytaknął Jupiter. — Rano Ariel mówi pannie Osborne, że wąż został 

dostarczony i Belial spełni jej życzenie a po południu pani Compton ląduje w szpitalu. Ma teraz 
poważniejsze problemy niż aukcja, oczywiście nie weźmie udziału w licytacji.

— Ciocia Pat nie chciała, żeby to się tak stało — powiedziała Allie. — Kiedy usłyszała tę 

wiadomość, wykrzyknęła: „Przecież ona mogła się zabić, i to z mojej winy”. Ariel pomógł jej 
pójść na górę, do jej pokoju. Zamknęli drzwi, ale podsłuchiwałam z korytarza.

— Oczywiście — wtrącił Pete.
Allie go zignorowała.
— Ciocia mówiła, że nie miała pojęcia, że jej życzenie spełni się w taki sposób. Ariel na to, 

background image

że tak czy inaczej została wysłuchana i teraz ona musi coś zrobić. Nie bardzo dosłyszałam, o co 
chodzi, w każdym razie ciocia odmówiła zrobienia tego. Powiedział, że może okazać pewną 
cierpliwość, ale nie będzie czekał w nieskończoność, po czym wyszedł z jej pokoju. Wtedy 
poszłam do niej, ale nie chciała ze mną rozmawiać. Prosiła żebym ją zostawiła samą. Opuściłam 
więc pokój, ale nie odeszłam daleko.

— Stałaś pod drzwiami — wtrącił znowu Pete.
— Tak, i usłyszałam, że telefonuje. Poprosiła do telefonu pana Van Storena.
— Ile czasu zajęło ci dojście do drugiego aparatu? — zapytał Jupiter.
— Za   dużo.   Kiedy   podniosłam   słuchawkę   telefonu   na   dole,   ciocia   mówiła,   że   wyśle 

służącego z listem upoważniającym. „Doskonale, panno Osborne”, odpowiedział męski głos i 
skończyli rozmowę.

— Co potem? — zapytał Bob.
— Słyszałam   kroki   cioci   na   górze.   Kręciła   się   po   pokojach.   Potem   zawołała   do   siebie 

Bentleya. Widziałam, jak chował do kieszeni jakiś pakiet w brązowym papierze, kiedy od niej 
wychodził. Powiedział, że musi coś załatwić dla cioci, i odjechał jej samochodem.

— Ariel zainteresował się tym? — spytał Jupiter.
— Jeszcze jak! — odparła Allie. — Po odjeździe Bentleya wbiegł na schody z szybkością 

pocisku. Ciocia chyba spodziewała się jego ataku, bo na jego wrzaski odpowiedziała ostro, że 
wysłała Bentleya do Beyerly Hills po specjalny krem do twarzy.

— Wierzysz w to?
— Nie, i Ariel też nie uwierzył. Zamknął się jednak, kiedy Bentley wrócił z kremem. Ale to 

było kłamstwo. Ciocia Pat nie kupuje kremów. Robi je sobie sama z płatków róży, gliceryny i 
jeszcze tam czegoś.

— Starałaś się dowiedzieć prawdy od cioci albo od Bentleya? — pytał Jupe.
— Nie   musiałam.   Wiem,   dokąd   Bentley   pojechał   naprawdę.   Pan   Van   Storen   jest 

współwłaścicielem   firmy   Van   Storen   i   Chatsworth   w   Beyerly   Hills.   To   doskonały   zakład 
jubilerski.   Tak   się   też   składa,   że   znam   szyfr   do   sejfu   w   sypialni   mamy.   Otworzyłam   go   i 
stwierdziłam, że naszyjnik mojej mamy znikł.

Chłopcy siedzieli na piasku, łapczywie słuchając słów Allie. Gdy skończyła mówić, milczeli 

przez dłuższą chwilę. Wreszcie odezwał się Jupiter:

— Jeśli   cię   dobrze   zrozumiałem,   twoja   ciocia   wręczyła   bezcenny   naszyjnik   cesarzowej 

Eugenii kompletnie obcemu człowiekowi i kazała mu go zawieźć do jubilera?

— Nigdy nie mówiłam, że ciocia Pat jest specjalnie mądra — odparła Allie. — Ale jest 

dorosła, więc oczekuje się od niej pewnej odpowiedzialności. Przypuszczam, że mama podała jej 
ten szyfr, żeby mogła wyjąć kosztowności, na przykład w razie pożaru.

— Czy twoja ciocia orientuje się, że ty wiesz o zniknięciu naszyjnika? — zapytał Bob.
— Pewnie. Przygwoździłam ją w tej  sprawie, jak tylko  dorwałam ją samą.  Twierdzi, że 

mama poleciła jej oddać naszyjnik do czyszczenia.

— Dość nieprawdopodobne — powiedział Jupiter.
Allie zmarszczyła nos.
— Oczywiście. Nawet jeśli mama chciała, żeby oczyszczono naszyjnik pod jej nieobecność, 

nie jest to takie pilne. A przede wszystkim ciocia nie musiała wysyłać Bentleya. Van Storen i 
Chatsworth przysłaliby swojego człowieka po naszyjnik.

— A więc, zależało jej na dostarczeniu naszyjnika do jubilera tak, żeby Ariel nie wiedział — 

mruknął Jupe. — Myślę, że da się z tego wszystkiego wyciągnąć kilka wniosków.

— Jakich?

background image

— Po pierwsze, wypadek pani Compton był spowodowany, a raczej twoja ciocia sądzi, że 

był spowodowany, jej życzeniem. W każdym razie czuje się winna, bo wezwała jakieś moce 
bractwa. Po drugie, Ariel domaga się od niej teraz czegoś w zamian i stał się napastliwy. Czy 
widział, że Bentley wyszedł z domu z jakąś paczką?

— Nie — odparła Allie — na pewno nie. Zobaczył Bentleya dopiero w momencie, gdy ten 

wsiadał do samochodu.

— A czy wiedział o naszyjniku w sejfie?
— Tego nie wiem, ale raczej nie. Chciał tylko wiedzieć, po co ciocia wysłała Bentleya.
— Pozostaje więc sprawa tajemniczego Bentleya. Czy to on ukrywał się w garażu w czasie 

przyjęcia u twojej cioci? Jeśli tak, dlaczego starał się dostać do twojego domu? Z drugiej strony, 
może być po prostu kimś, kto usłyszał, że szukacie służącego. Jednego możemy być pewni: nie 
jest wspólnikiem Ariela. Gdyby był Ariel nie zareagowałby tak na wysłanie Bentleya.

Jupiter zamilkł i pogrążył się w myślach. Swoim zwyczajem poszczypywał dolną wargę. W 

jakiś sposób przyspieszało to tok jego myśli.

— Musimy   się   natychmiast   dowiedzieć   kilku   rzeczy   —   odezwał   się   w   końcu.   —   Po 

pierwsze, czy naszyjnik istotnie został dostarczony do zakładu jubilerskiego.

— Psiakość, że też nie pomyślałam o tym wcześniej! — wykrzyknęła Allie. Przecież mogę 

zatelefonować do Van Storena i Chatswortha. Zrobię to natychmiast!

— Lepiej poczekaj z tym do rana — powiedział Jupe. — Możesz zatelefonować z biura 

składu,  będziesz  wtedy miała   pewność,   że  nikt   cię   nie  podsłuchuje.  Jutro  rano  musimy   też 
wyjaśnić,  czy wypadek  pani  Compton  miał  związek  z  bractwem.  Może  Ariel  dostarczył  jej 
żywego węża?

— Ależ ciocia Pat nigdy by się na to nie zgodziła! Nie lubi Margaret Compton ale nawet 

najgorszego wroga nie naraziłaby na to, żeby znalazł żywego węża w przesyłce.

— Ariel   powiedział   jednak,   że   waż   został   dostarczony.   Co   to   może   znaczyć?   Co 

dostarczono?

— Nie mam pojęcia.

— Ariel powiedział także — odezwał się Bob — że twoja ciocia może być spokojna, bo 

wszystko  jest w rękach Beliala.  Sprawdziłem  w bibliotece.  Belial  to imię  demona.  Tak  jak 
doktor Shaitan, o którym napomknął, to jedno z określeń szatana.

Pete wzdrygnął się.

— Diabły, demony i węże. Niezłe towarzystwo!

Allie   usiadła,   nabierała   pełne   garście   piasku   i   przesypywała   go   między   palcami   w 

zamyśleniu.

— W co też wplątała się ciocia Pat? — powiedziała cicho.
— Jeszcze   nie   wiemy   —   odparł   Jupiter.   —   Obawiam   się,   że   to   może   być   bardzo 

niebezpieczne.

background image

ROZDZIAŁ 10

Złota kobra

Następnego dnia Allie zjawiła się w składzie złomu wczesnym rankiem. Wyglądała, jakby 

nie spała całą noc. Podeszła do oczekujących jej przed biurem Trzech Detektywów.

— Ciocia Pat płacze, Ariel dla odmiany śpi a Bentley myje okna — zdała krótko relację.
— Ciocia Matylda natomiast zmywa talerze po śniadaniu —powiedział Jupiter. — Droga 

wolna, możesz telefonować do jubilera.

Allie   weszła   do   biura   i   zasiadła   za   biurkiem.   Wykręciła   numer   telefonu   Van   Storena   i 

Chatswortha   a   następnie,   doskonale   imitując   głos  cioci   Pat   zapytała   kiedy  naszyjnik   będzie 
gotów   do   odebrania.   Słuchała   przez   chwilę,   powiedziała   „doskonale,   dziękuję”   i   odłożyła 
słuchawkę.

— Mają naszyjnik — zwróciła się do chłopców. — Powiedzieli, że potrwa to parę dni i że 

porozumieją się przed odesłaniem go. Uff, co za ulga!

— Naszyjnik jest więc bezpieczny — powiedział Jupiter.
— Kim by nie był twój nowy służący w każdym razie nie jest złodziejem. Teraz musimy się 

dowiedzieć, czy wąż pojawił się wczoraj w jakiś sposób w życiu pani Compton.

— Ciągle myślisz, że chodzi o żywego węża? Na przykład, że Ariel podrzucił Margaret 

Compton węża do samochodu? — Allie wzdrygnęła się na samą myśl o tym.

— To z pewnością wywołałoby u każdego kierowcy wystarczający szok, żeby władować się 

na   barierę   mostu   —   powiedział   Jupiter.   —   Nie   możemy   jednak   założyć,   że   tak   doszło   do 
wypadku. Trzeba to sprawdzić.

— Jak zamierzacie to zrobić? — zapytała Allie.
— Ja idę do biblioteki poczytać o wężach, demonach i dziwacznych kultach — odparł Bob.
— A ja się wybiorę z Pete’em do szpitala, odwiedzić panią Compton — powiedział Jupe. — 

Hans jedzie małą ciężarówką do Los Angeles. Możemy się z nim zabrać.

Allie wstała i podeszła do drzwi.
— Idę do domu. Postaram się nie spuścić z oka Ariela i Bentleya.
— Zatelefonujemy do ciebie po powrocie — powiedział Jupiter.
Skinęła głową i wyszła. Przez otwarte drzwi zobaczyli zajeżdżającą ciężarówkę.
— Gotowi?! — zawołał Hans.
Jupe i Pete wsiedli do kabiny kierowcy. Niemal przez całą drogę do Los Angeles milczeli, 

pogrążeni w myślach. Na Bulwarze Vermont Jupiter poprosił Hansa, by się zatrzymał przed 
małą kwiaciarnią. Kupił afrykańskiego fiołka w doniczce, napisał parę słów na karteczce i kazał 
to   wszystko   zapakować.   Potem,   już   bez   zatrzymywania   się,   Hans   dowiózł   ich   do   szpitala 
„Anioła Miłosierdzia”.

— Chcecie, żebym na was zaczekał? — zapytał. — Po co wy właściwie idziecie do tego 

szpitala?

— Musimy porozmawiać z jedną panią o wężach — odpowiedział Pete.
Hans wytrzeszczył oczy.
— Nie przejmuj się, Hans — Pete machnął ręką. — Lepiej nie zadawaj pytań. Szczęśliwi, 

którzy nie wiedzą.

— Załatwię to sam — powiedział Jupe, wysiadając z ciężarówki. — Jeden będzie mniej 

zwracał uwagę niż dwóch.

background image

— Okay — zgodził się Pete chętnie. — Zaczekam z Hansem.
Jupe, dzierżąc swój kwiatek, wszedł na schody wiodące do głównego wejścia do szpitala. W 

holu podszedł do recepcji.

— Czy pani Margaret Compton przyjmuje odwiedzających? — zapytał.
Recepcjonistka przejrzała szybko rejestr pacjentów.
— Pokój 203, wschodnie skrzydło — powiedziała. —Winda w głębi, na prawo.
Jupiter podziękował, poszedł ze swoim fiołkiem  do windy i wjechał na pierwsze piętro. 

Wylądował na wprost pokoju pielęgniarek. Lekarz rozmawiał przez telefon, jedna pielęgniarka 
ustawiała na tacy małe flakoniki, a inne rozmawiały, nie zwracając na Jupe’a uwagi.

Jupiter odchrząknął.
— Pani Margaret Compton pokój 203. Czy można ją teraz odwiedzić?
Jedna z pielęgniarek podniosła głowę.
— Właśnie dostała środek nasenny.
— Och — Jupiter ułożył swą okrągłą, wesołą twarz w wyraz smutku. — Nie będę mógł 

przyjść później, a tak bym chciał zobaczyć ciocię. Pracuję po południu w aptece. Szef obetnie mi 
dniówkę, jak się spóźnię.

— No dobrze. Tylko poczekaj chwilę, sprawdzę, jak się twoja ciocia czuje.
Pielęgniarka, z szelestem sztywnego fartucha, odeszła w głąb korytarza. Po paru minutach 

wróciła.

— Nie śpi jeszcze. Możesz do niej wejść, ale nie siedź długo. Potrzebuje dużo snu.
Jupiter zapewnił, że zostanie tylko parę minut, i udał się spiesznie do pokoju 203. Drzwi były 

otwarte. W jedynym łóżku, jakie tu stało, leżała kobieta o okrągłej, rumianej twarzy i bujnych 
siwych   włosach.   Kołdra   wybrzuszała   się   na   gipsie,   który   unieruchomił   ją   od   stóp   do   pasa. 
Zwróciła ku chłopcu zaspany wzrok.

— Pani Compton? — zapytał Jupiter.
Szare oczy pod ciężkimi powiekami spoczęły na fiołku w rękach Jupe’a.
— Jak miło — szepnęła.
— To   niezwykle   ładny   fiołek   —   powiedział   Jupe   —   z   zachodniego   targu   kwiatów. 

Klientowi, który go kupił, bardzo zależało, żeby dostarczyć doniczkę bezpośrednio pani.

Kobieta sięgnęła pod poduszkę i wyjęła etui z okularami. Założyła je i wyciągnęła rękę.
— O, kartka. Podaj mi ją, proszę.
Jupiter postawił doniczkę na nocnym stoliku i wręczył chorej karteczkę, którą sam napisał.
— Z   najlepszymi   życzeniami   powrotu   do   zdrowia  —   przeczytała   i   obróciła   kartkę   ze 

zdziwieniem. — Bez podpisu. Zupełnie jak wczorajszy pakiecik. Też była dołączona kartka i też 
bez podpisu. Co za roztargnienie zapominać o podpisie.

— Może będę mógł pani pomóc ustalić, od kogo są kwiaty —powiedział Jupiter szybko. — 

Mężczyzna, który kazał je dostarczyć, był wysoki, bardzo szczupły, czarnowłosy, o niezwykle 
bladej twarzy.

— Hmm... — pani Compton zdawała się zapadać w sen.
Jupiter rozpaczliwie szukał w myślach sposobu, by napomknąć o wężu, gdy poruszyła się i 

odezwała sennym głosem:

—   Zabawne,   człowiek,   który   dostarczył   wczoraj   pakiecik,   tę   kobrę,   też   tak   wyglądał. 

Ciekawam, kto... kto...

— Kobrę? — zapytał głośno Jupe.
— Tak, mała, śliczna.., śliczna...
— Kobra! — Jupiter niemal krzyczał. — To niezwykłe! Czy pani kolekcjonuje płazy?

background image

Szare oczy otworzyły się.
— Ach, nie, nie prawdziwa kobra! Bransoletka. Ja nie lubię zwykle... — powieki opadły 

znowu.

— Pani nie lubi biżuterii w kształcie węża? — podsunął szybko Jupe.
— Tak, nie lubię, węże są wstrętne. Ale to było takie ładne, że zaraz założyłam. Żebym 

wiedziała, kto to przysłał... Pokażę ci, mam w torebce. — Sięgnęła niezręcznie do szuflady 
nocnego stolika.

Jupiter  otworzył  szufladę  i  podał jej  niedużą  torebkę.  Chwilę  mocowała  się z zamkiem, 

wreszcie otworzyła torebkę i zagłębiła w niej rękę.

— Patrz. Czy to nie...
—   Bardzo   interesujące   —   Jupiter   wziął   bransoletkę   i   zaczął   obracać   ją   w  rękach.   Była 

istotnie   ładna.   Złocony   krążek   z   zapięciem   w   kształcie   głowy   kobry,   delikatnie   zdobionej 
niebieskimi   i   zielonymi   kamyczkami.   Jupiter   przesunął   palcem   po   wewnętrznej   stronie 
bransoletki. Była idealnie gładka.

— Miała ją pani na ręce wczoraj, prowadząc samochód? — zapytał.
— Tak. To było wczoraj? Wydaje mi się tak dawno... — odwróciła głowę, zamykając oczy. 

— Co za głupia historia. Ni z tego, ni z owego odpada koło.

— Odpadło   koło   w   pani   samochodzie?   Tak   się   to   stało?   Nic   nie   zaszło   wewnątrz 

samochodu?

Otworzyła oczy ze zdziwieniem.
— Wewnątrz? Nie. Koło odpadło. Zobaczyłam, jak toczy się przede mną po szosie, i nagle 

most, i... i…

Delikatny szelest dobiegł Jupitera od drzwi. Odwrócił głowę. Pielęgniarka stała w progu 

patrząc na niego z wyrzutem.

— Już idę — powiedział. Podał bransoletkę pani Compton i uśmiechnął się do niej. — 

Szybkiego powrotu do zdrowia!

— Mówiłam ci, żebyś nie siedział długo — skarciła go pielęgniarka.
— Przepraszam — Jupiter potulnie opuścił pokój i szybko poszedł do windy.
— Udało się? — zawołał Pete, gdy tylko zobaczył  Jupe’a wychodzącego ze szpitala. — 

Powiedziała ci coś?

— Bardzo dużo — Jupe podszedł do ciężarówki i wgramolił się na siedzenie obok Pete’a.
— Ma ze sobą węża.
— Węża? — zdumiał się Hans. — Tu, w szpitalu?
— Och, to nie jest prawdziwy wąż! To bransoletka z głową kobry.
— Może to jakiś trik — powiedział  Pete. — Borgiowie mieli  pierścienie  ze skrytką  na 

truciznę, albo igłę, która wyskakiwała i mogła kogoś zabić.

Jupiter potrząsnął głową.
— Zbadałem   ją   dokładnie.   Żadnych   sztuczek.   To   tylko   bransoletka,   którą   zresztą   Ariel 

dostarczył osobiście. Poza nią, w samochodzie nie było żadnych węży w czasie kraksy. Jeśli ktoś 
mi wytłumaczy, jak bransoletka mogła spowodować odpadnięcie koła, zjem z ochotą wszystkie 
żelazne piece kupione przez wuja Tytusa!

background image

ROZDZIAŁ 11

Sekretne akta Bentleya

Po powrocie, Jupe i Pete usiedli w pracowni Jupitera. Niemal natychmiast światło nad prasą 

drukarską zaczęło migotać. Był to sygnał, że w Kwaterze Głównej dzwoni telefon.

— To może być Allie — powiedział Jupe. — Dałem jej nasz numer.
Pete odsunął kratę i pierwszy wczołgał się do Tunelu Drugiego. Kiedy Jupiter wgramolił się 

do przyczepy przez klapę w podłodze, Pete rozmawiał już przez telefon.

— Dostała węża, ale to tylko bransoletka. Nie mogła jej wyrządzić krzywdy.
Teraz Pete słuchał, a Jupitera dobiegł podekscytowany głos Allie.
—Koło odpadło i tyle — powiedział Pete. — Zwykły wypadek.
Słuchał przez chwilę, po czym wykrzyknął:
— Ale myśmy dopiero co wrócili!
Słuchawka   rozgadała   się   znowu.   Pete   westchnął,   przysunął   sobie   kartkę   papieru   i   coś 

zanotował.

— Dobrze. Zaraz po obiedzie — powiedział i skończył rozmowę.
— O co chodzi? — zapytał Jupiter.
— Ciocia Pat i Ariel zamknęli się na klucz w bibliotece, a Bentley poszedł na zakupy. 

Dzwoniła, bo Bentley dał jej listy z referencjami. Jeden od jakiejś pani z Berntwood, która 
przeniosła się do Kansas City. Podobno jej mąż dostał tam pracę. Allie starała się uzyskać jej 
telefon w Kansas City, ale nie mają tego nazwiska w spisie. Drugi list był od jakiegoś profesora. 
Allie próbowała zatelefonować do niego i okazało się, że telefon został wyłączony.

— Mocno podejrzane — powiedział Jupiter. — Powinna była sprawdzić Bentleya, nim go 

przyjęła do pracy.

— Ale nie zrobiła tego i teraz chce, żebyśmy się tym zajęli. Powiedziała Bentleyowi, że 

musi go ubezpieczyć i on dał jej swój adres domowy: Santa Monica, Północny Tennyson, numer 
1854. Allie chce, żebyśmy natychmiast pojechali i sprawdzili, czy Bentley rzeczywiście ma tam 
mieszkanie, i w ogóle żebyśmy zebrali jak najwięcej informacji.

— Na co ty jej powiedziałeś, że pojedziemy tam po obiedzie?
— No pewnie. Jak się zaraz nie pokażę w domu, mama da mi szkołę.
— Ciocia   Matylda   także   zaczyna   się   niecierpliwić   —   westchnął   Jupe.   —   Masz   rację. 

Pojedziemy do Santa Monica po obiedzie.

— Tańczymy, jak nam Allie zagra — mruknął Pete.
— Jest naszym klientem. Nie powinna była tak od razu przyjmować Bentleya do pracy, ale 

stało się. A teraz chciałaby dowiedzieć się o nim czegoś więcej. I słusznie. Zatelefonuję do Boba 
i powiem mu, że spotykamy się koło centrum handlowego przy autostradzie, powiedzmy o... 
siódmej. Odpowiada?

— Może być.
— A więc do siódmej.
Spotkali się punktualnie. Parę minut po siódmej jechali na rowerach wzdłuż Nadbrzeżnej 

Autostrady   do   Santa   Monica.   Północny   Tennyson   okazał   się   małym   placykiem   u   wylotu 
Jedenastej ulicy. Stał tam duży, zdobiony sztukaterią dom, oznaczony numerem 1856. Tabliczka 
na trawniku informowała, że numer 1854 znajduje się na tyłach budynku.

— Pewnie mieszkanie nad garażem — powiedział Jupiter i wszedł w alejkę prowadzącą na 

background image

zaplecze budynku. Po chwili wrócił, kiwając głową. — Zgadza się. Mieszkanie na piętrze, nad 
podwójnym garażem.

— Jak masz zamiar dowiedzieć się, czy Bentley tu rzeczywiście mieszka? — zapytał Pete.
— Zapytamy o niego w tym  domu — zdecydował Jupe. — Możemy być,  na przykład, 

przyjaciółmi jego siostrzeńca Freddiego. Jechaliśmy właśnie z Westwood i postanowiliśmy tu 
wpaść.

Bob skinął głową.
— Wystarczy na początek.
Jupiter   podszedł   zdecydowanym   krokiem   do   drzwi   frontowych   i   nacisnął   dzwonek. 

Odczekał dobrą chwilę i zadzwonił ponownie. Nikt nie otworzył.

— To by było na tyle, jeśli chodzi o twój genialny pomysł —odezwał się Pete.
Jupiter podniósł rower i wprowadził go w alejkę.
— Przyjmijmy, że Bentley istotnie tu mieszka. Często sporo da się powiedzieć o człowieku, 

kiedy obejrzy się miejsce, w którym żyje.

—Włazimy tam? — zapytał Pete.
— Zajrzyjmy przez okno — odpowiedział Jupe.
Okazało się to nader proste. Do mieszkania nad garażem prowadziły zewnętrzne schody. 

Kończyły się małym podestem. Były tu drzwi wejściowe i nie zasłonięte niczym okno.

— Mamy szczęście — Jupiter przycisnął nos do szyby.  Pete stanął obok niego, a Bob, 

wspinając się na palce, zaglądał do środka nad ich ramionami.

Pokój był rozświetlony ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Padały na przeciwległą 

ścianę, pod którą stały półki z książkami, a obok duże biurko. Bliżej okna był stół, na którym 
piętrzyły się papierowe teczki na akta i leżało kilka książek. W pokoju znajdował się także 
mniejszy stolik z maszyną do pisania, obrotowe krzesło biurowe, stojąca lampa i kanapka okryta 
brązową, sztruksową narzutą.

—Wygląda bardziej na biuro niż na mieszkanie — zauważył Pete.
Jupiter odsunął się od okna.
— Nasz tajemniczy służący lubi czytać. Prawdopodobnie również pisze.
Bob przycisnął twarz do szyby i zagwizdał.
— Zobaczcie tytuły tych książek na stole! „Czary, ludowa medycyna i magia”. To nowość. 

Kupiliśmy to do biblioteki w tym tygodniu. Dalej „Praktyki Voodoo — rytuał i rzeczywistość”.

— Nic o wężach? — zapytał Pete.
Jupiter nacisnął klamkę u drzwi, ale nie ustąpiła. Zaczął uważnie oglądać okno.
—Jest nie zamknięte — stwierdził.
Wymienili   spojrzenia.   Rozejrzeli   się   bacznie   po   pustym   podwórzu.   Okna   frontowego 

budynku były ciemne i głuche.

— Zdrowo oberwiemy, jak nas przyłapią — powiedział Pete.
—Nie musza nas przyłapać — Jupiter pchnął okno, otworzyło się bezgłośnie.
W kilka chwil byli w środku. Na półkach znaleźli wiele książek o rytuałach prymitywnych 

plemion,   o   ludowych   obrządkach,   także   kilka   prac   o   czarnej   magii   i   jej   praktykach 
wykonywanych współcześnie.

— Ten facet musi czuć się jak u siebie w domu z Arielem i ciotką Pat — zaśmiał się Pete.
—Jeśli   przeczytał   te   wszystkie   książki,   ma   całe   moje   uznanie   —   powiedział   Bob.   — 

Starałem się przebrnąć ostatnio przez niektóre z nich. Ciężka sprawa.

— Trudno sobie wyobrazić takiego znawcę okultyzmu w roli gosposi. — Jupiter pochylił się 

nad stołem i zaczął odczytywać napisy z kartek przypiętych do teczek z aktami: — „Klienci 

background image

Mary”, „Zielony trójkąt”. — Była także gruba teczka z notatką: „Bractwo Niższego Kręgu”. — 
Zastanawiam się, czy to nie chodzi o nasze” bractwo. Ależ tak!

— Coś tam znalazł? — zainteresował się Bob.
Jupiter wyjął z teczki dwie kartki.
—To są uwagi o pannie Patrycji  Osborne. W ciągu ostatnich dziesięciu lat należała  do 

pięciu różnych sekt, prenumerowała dwa magazyny astrologiczne, odbyła podróż do Indii, gdzie 
wysłuchiwała wykładów tamtejszego mędrca. Skróciła pobyt, gdyż nie odpowiadała jej indyjska 
kanalizacja. Na końcu jest informacja, że maju zamieszkała w Rocky Beach, a niedawno do 
tego samego domu przybył Hugo Ariel.

— Co tam jest jeszcze? — dopytywał się Pete.
Jupiter wertował kartki.
— Tu jest wyciąg z konta bankowego panny Osbomne.  No, ma umiarkowane  dochody. 

Trudno ją nazwać bogatą.

—Chodzi mu więc o pieniądze? — zastanawiał się Pete.
— Chyba tak. O, tu jest raport o stanie majątkowym Noxwortha. Oprócz delikatesów ma 

posiadłość   we   wschodnim   Los   Angeles.   Jest   bogatszy,   niżby   można   przypuszczać   z   jego 
wyglądu.

— Jest coś o tej Pomarańczowej? — zapytał Pete.
— Tak. Madelyn Enderby, fryzjerka. Należała do szeregu dziwnych ugrupowań. Ma zakład 

fryzjerski   i   niezłe   dochody.   Posiada   otwarte   konto   u   maklera   giełdowego   w   Dolinie   San 
Fernando.

— Jeszcze ktoś, kogo znamy? — spytał Bob.
— Właścicielka   sklepu   ze   zdrową   żywnością.   Okazuje   się,   że   ta   żywność   daje   duże 

dochody.  Zamierza  otworzyć  drugi sklep. — Jupiter  przejrzał pozostałe  kartki.  — Reszta  o 
ludziach, których nie znamy.

— Magia, czary — Bob przesunął ręką po książkach na stole — i pieniądze.
—Być może idą w parze — powiedział Jupe.
Pete   wysunął   szufladę   biurka.   Leżało   w   niej   kilka   spinaczy   biurowych   i   miniaturowy 

magnetofon.

— Niezła rzecz. Możesz to nosić w kieszeni.
Bob wyjął aparacik z szuflady.
— Śliczny, na baterie. — Przycisnął jeden z guzików i otworzył się mały schowek, ukazując 

maleńki mikrofon. —Wspaniałe. Trzymasz to w kieszeni i nagrywasz, co chcesz. Wywiad nie 
ma chyba lepszych.

— W środku jest taśma — powiedział Jupiter. — Ciekawe, co jest na niej nagrane. Potrafisz 

ją przewinąć?

Bob manipulował chwilę przyciskami. Wreszcie dały się słyszeć szmery, trzaski i w końcu 

słowa: „Możemy zaczynać”.

—To głos Ariela? — wykrzyknął Bob.
— „Nasze bractwo nie zebrało się w komplecie dzisiejszego wieczoru. Być może więc nie 

zdołamy niczego dokonać. Spróbujmy jednak...”

— Założył podsłuch u Allie w domu! — zawołał Pete.
— Musiał ukryć to urządzenie w pobliżu drzwi do jadalni — próbował się domyślić Bob.
Słuchali dalej taśmy. Skrzekliwego głosu Madelyn Enderby, skargi Noxwortha, prośby Pat 

Osborne. Wreszcie mały pokój wypełnił niesamowity śpiew. Ten sam śpiew, który wystraszył 
Marie, który skłonił Allie do szukania u nich pomocy.

background image

— Głos węza — szepnął Jupiter.
Bob wzdrygnął się i postawił magnetofon na biurku. Nie wyłączył go jednak i wywołujące 

grozę dźwięki płynęły wciąż i wciąż. Taśma powoli dobiegała końca. Dziwny śpiew przeszedł w 
cichy szloch i zamarł. Z magnetofonu wydobywał się już tylko delikatny szmer. Jupitera nagle 
ogarnął chłód. Zdał sobie sprawę, że słońce już zaszło i pokój pogrążył się w mroku. Jakaś 
postać zamajaczyła przy drzwiach. Spojrzeli na nią wszyscy trzej... Bentley!

background image

ROZDZIAŁ 12

Niewyjaśniona tajemnica Bentleya

— O rany — wykrztusił Pete.
Bob   szybko   wyłączył   magnetofon.   Jupiter   stał   bez   ruchu.   W   myślach   przebiegł   szybko 

wszystkie możliwe wyjaśnienia, których mógłby udzielić Bentleyowi. Doszedł do wniosku, że 
żadne nie jest dość prawdopodobne. Powiedział więc tylko:

— Już wychodzimy.
— Tą samą drogą, którą weszliście? — zapytał spokojnie Bentley, nie ruszając się od drzwi. 

— Przez okno, prawda?

W   jego   gniewnym   głosie   nie   było   ani   pogróżki,   ani   zmieszania.   Zmieniła   się   też   jego 

postawa. To nie był już potulny służący. Była w nim jakaś godność i stanowczość. Jupiter czuł, 
że nic nie jest w stanie ruszyć go od drzwi. Coś musiał szybko wymyślić, żeby utorować sobie i 
przyjaciołom drogę wyjścia z pułapki.

.

— Daj mi tę taśmę — zwrócił się do Boba.
Bob wyjął z aparatu małą kasetkę i podał Jupiterowi.
— Ta taśma jest moją własnością! — powiedział Bentley.
— Proszę mi powiedzieć, jak pan to nagrał? — zapytał Jupiter, wyciągając równocześnie 

rękę z taśmą w stronę Bentleya. — Ukrył pan magnetofon na patio?

Stało się to, czego Jupe oczekiwał. Bentley doskoczył do niego i złapał go za przegub ręki. 

Droga przez drzwi była wolna.

— Uciekajcie!   —   krzyknął   Jupe.   Gdy   Bob   i   Pete   wybiegli,   wypuścił   taśmę   i   kopnął 

Bentleya w kolano. Taśma poszybowała przez pokój, a Bentley zachwiał się, zwolnił chwyt i 
zatoczył  się na bok. Jupe rzucił się do ucieczki. W drzwiach dopadł go Bentley i złapał za 
koszulę na plecach. Jupiter wyszarpnął się i zbiegł jak szalony po schodach.

Bentley nie usiłował ich gonić. Stał na podeście z kawałkiem koszuli Jupe’a w ręku i patrzył, 

jak chłopcy wskakiwali na swe rowery i odjeżdżali w popłochu.

Ujechali spory kawał, nim odważyli się przystanąć.
— Jak myślicie, kto będzie miał większe kłopoty, my czy Bentley? — wysapał Pete. — Jeśli 

da znać na policję, możemy powiedzieć o tych jego aktach i o nagraniu.

— Akta i taśmę może z łatwością ukryć lub zniszczyć — powiedział Jupiter. — Jesteśmy 

winni włamania, a jemu nic nie udowodnimy. Widział nas u Allie. Jeśli będzie chciał wnieść na 
nas skargę, wie, gdzie nas szukać.

— Co robimy? — zapytał Bob.
— Wracamy do składu, zdajemy ze wszystkiego sprawę naszemu klientowi i czekamy co 

dalej. Być może Bentley nic nie zrobi. Musiałby przecież składać jakieś wyjaśnienia, gdybyśmy 
zeznali o tych raportach o stanie majątkowym różnych ludzi. Mógłby być w kłopotliwej sytuacji.

— Myślisz, że to szantażysta? — spytał Pete.
— Kto wie? Może. W każdym razie trzeba się porozumieć z Allie. Jedziemy do Kwatery 

Głównej.

— Swoją drogą, Allie mogła nas uprzedzić, że Bentley wybiera się do domu — powiedział 

Pete ze złością.

— Na pewno nie wiedziała — bronił jej Jupe.
Jak się okazało, miał rację. Już czołgając się przez Tunel Drugi, słyszeli telefon dzwoniący w 

background image

biurze Kwatery Głównej.

— Tak mi przykro, chłopaki! — wykrzyknęła Allie, gdy tylko Jupiter podniósł słuchawkę. 

Przełączył odbiór na głośnik tak, że wszyscy trzej mogli słyszeć całą rozmowę.

— Bentley nas przyłapał — powiedział Jupe.
— Tak mi przykro — powtórzyła. — Starałam się dać wam znać, ale już was nie zastałam. 

Niespodziewanie zakomunikował mi, że zapomniał wziąć coś ze swego mieszkania i musi tam 
pojechać. Nie mogłam mu przecież zabronić.

— Mogłaś choć próbować go zatrzymać — odparł Jupe.
— Straciłem pół koszuli i teraz on wie, że go szpiegujemy. Nie masz już pomocy domowej.
— Myślisz, że już tu nie wróci?
— Może  okazać  się  na  tyle  bezczelny,  żeby się  zjawić  — powiedział  Jupiter  po  chwili 

wahania.   —   Dostaliśmy   się   do   jego   mieszkania.   Znaleźliśmy   zastanawiające   informacje 
dotyczące twojej cioci i innych osób. Na przykład raporty o stanie majątkowym. Nasuwa się 
myśl,   że   będzie   próbował   szantażować.   Poza   tym,   to   on   ukrywał   się   wtedy   w   garażu.   Ma 
nagranie z przyjęcia.

— To bez znaczenia. Ciocia Pat nie ma nic do ukrycia. Jest absolutnie czysta.
— Dlaczego więc tak się przejmuje wypadkiem pani Compton?
Allie nie odpowiedziała.
— Co ona teraz robi?
— Siedzi na górze w swoim pokoju. Płacze.
— A Ariel?
— W bibliotece. Nie wiem, co tam robi.
— Słyszałaś znowu ten śpiew?
— Nie. Cicho tu jak w grobie i równie wesoło.
— W każdym razie trzymaj oczy otwarte i daj nam znać, gdyby Bentley wrócił.
Lecz Bentley nie wrócił. Następnego rana Allie zatelefonowała do Jupitera do domu, by mu 

przekazać tę wiadomość.

Jupiter   postanowił   udać   się   ponownie   do   Santa   Monica.   Pojechali   w   trójkę   i   zastali 

mieszkanie nad garażem puste. Jupe spróbował dowiedzieć się czegoś w głównym budynku. 
Tym   razem   drzwi   otworzyła   drobna   kobieta.   Powiedziała,   że   jej   lokator   znad   garażu 
wyprowadził się i nie podał nowego adresu.

— Czy pamięta pani może nazwę firmy przewozowej, którą wynajął? — spytał Jupiter.
— Sam się przeprowadził. Zajechał samochodem z przyczepą i sam wszystko załadował. 

Nie miał tego wiele.

Jupiter podziękował i wrócił do czekających na ulicy kolegów.
— Chyba nie usłyszymy więcej o Bentleyu — powiedział. — Sam nie wiem, czy mnie to 

cieszy, czy martwi.

background image

ROZDZIAŁ 13

Diamenty cesarzowej

— Brak mi Bentleya — mówiła Allie do Jupitera dwa dni później. — Przynajmniej ktoś się 

ruszał w tym domu. Ciocia Pat siedzi w swoim pokoju i rozmyśla albo siedzi na patio i rozmyśla. 
Ariel wisi nad nią cały czas. Nie spuszcza jej z oka.

— Jest z nią teraz?
— Nie. Poszedł do fryzjera.
— O czym oni rozmawiają?
— W ogóle nie rozmawiają.
Jupiter błądził wzrokiem za biegającą po łące klaczą. Stali oboje z Allie oparci o ogrodzenie 

zagrody, na tyłach posiadłości Jamisonów.

— Boję się, że twoja ciocia dała się wciągnąć w coś groźnego — powiedział. — Bob czytał 

ostatnio   wiele   o   praktykach   czarnoksięskich.   Wymieniają   między   innymi   takie   rzeczy,   jak 
rysowanie   nożem   kręgu   wokół   łóżka.   Piszą   o   różnych   sposobach   wywoływania   duchów   i 
rzucania czarów przy zapalonych świecach.

— Ciocia już od dawna nie zapala świec — odparła Allie.
— Aukcja rzeczy Castilla  odbędzie się już w przyszłym  tygodniu. Czy twoja ciocia ma 

zamiar wziąć w niej udział? Może być pewna, że pani Compton się nie zjawi.

— Wiem. Ma nogę złamaną w dwu miejscach. Jest unieruchomiona na miesiące. Ale wątpię, 

czy   ciocia   Pat   skorzysta   z   okazji.   Zdaje  się   nie   bardzo   wiedzieć,   co   się  wokół   dzieje.   Jest 
zupełnie otępiała, Jedyne, do czego jest zdolna, to codzienny telefon do szpitala, do pielęgniarek, 
żeby zapytać o zdrowie pani Compton.

Od strony domu dobiegł warkot motoru. Allie odwróciła głowę. Czarna limuzyna zatrzymała 

się na podjeździe. Wysiadł z niej szofer i otworzył tylne drzwi samochodu. Ukazał się elegancko 
ubrany mężczyzna z paczuszką w dłoni. Jupe wybałuszył oczy. Takie szyki rzadko zdarzały się 
w Rocky Beach, zwłaszcza o jedenastej rano.

Allie zmrużyła oczy i osłoniła je dłonią.
— Van Storen i Chatsworth! Wszystko musi być u nich w wielkim stylu. Nie mogą po 

prostu dostarczyć  czegoś, jak każdy sklep. Chyba naszyjnik mamy wrócił do domu. Chodź! 
Zobaczymy wielką scenę wręczania!

Wśliznęli   się  do   domu   kuchennymi   drzwiami.   Panna   Osborne   odbierała   właśnie   w  holu 

pakiecik z rąk posłańca. Seledynowy szlafrok z fioletową szarfą był  wymięty i poplamiony, 
jakby nie zdejmowała go od kilku dni. Jej ręce drżały lekko, gdy wręczała pokwitowanie.

— Allie, moja droga! — zawołała załamującym się dyszkantem. — O, Jupiter. Dzień dobry.
Elegancki posłaniec skłonił się i wyszedł.
— Naszyjnik twojej mamy. Otwórz paczkę i zobacz, czy oczyścili go starannie.
Allie rozerwała opakowanie i otworzyła ciemnozielone, skórzane pudełko. Na białej satynie 

ułożony był naszyjnik. Zawierał ponad sto wspaniałych, skrzących się diamentów.

— Imponujące, co? — zwróciła się do Jupitera.
— Moja droga, to antyk — powiedziała ciocia Pat.
— I ciężki jak ołów. Mamę boli szyja ile razy go nosi — Allie zamknęła pudełko. — Wolę 

perły. Przynajmniej nie potrzebujesz uzbrojonego strażnika, kiedy je zakładasz.

— Och — panna Osbomne nasłuchiwała niespokojnie — czy to samochód zajechał?

background image

— Tak — odparła Allie — wilkołak z Rocky Beach wraca od golibrody.
— Allie, włóż naszyjnik do sejfu — powiedziała szybko ciocia Pat.
Z   tylnego   podwórza   dobiegł   trzask  drzwi  samochodowych.   Panna  Osbomne   spojrzała  w 

stronę kuchni i ukryła ręce w kieszeniach.

— Natychmiast, kochanie.
— Dobrze, ciociu — Allie wbiegła na schody akurat w momencie, gdy Hugo Ariel zjawił się 

w holu, rozsiewając zapach wody kolońskiej.

— Pogadam z tobą później! — zawołała Allie do Jupitera z górnego podestu.
— Dobrze, będę czekał na ciebie — odpowiedział Jupe i wyszedł.
W  składzie   złomu  ciocia   Matylda  zagoniła  go  zaraz  do  pracy.   Starał  się  przebywać  jak 

najbliżej swej pracowni, by zobaczyć, czy żarówka nad prasą drukarską nie migocze. Wreszcie o 
piątej Allie zatelefonowała.

— Jak ci się podobał występ cioci Pat dziś rano?
— Niemal fachowy — odparł Jupiter. — Było oczywiste, że nie chciała, żeby Ariel wiedział 

o dostarczeniu naszyjnika.

— Musiała dać znać jubilerowi, jak tylko Ariel zamówił wizytę u fryzjera. Zależało jej, żeby 

przywieźli   naszyjnik   pod   jego   nieobecność.   Jednego   nie   rozumiem.   Jeżeli   to   tak   cholernie 
ważne,   żeby   trzymać   naszyjnik   z   dala   od   Ariela,   po   co   kazała   go   zwrócić?   Van   Storen   i 
Chatsworth mogli go mieć u siebie aż do powrotu mamy.

— Może jest jej potrzebny.
— Do czego? Przecież to naszyjnik mamy!
— Właśnie! Jeśli więc należy do twojej mamy i znasz szyfr, możesz go zabrać z sejfu. Czy 

zgodziłabyś się, żeby Trzej Detektywi zaopiekowali się nim przez krótki czas? Chciałbym coś 
ważnego sprawdzić. Uda ci się niepostrzeżenie wynieść naszyjnik z domu?

— Oczywiście! Mam ponczo, które noszę czasem do konnej jazdy. Można pod nim wynieść 

nawet żywego koguta.

— Świetnie.   Przynieś   naszyjnik   do   mojej   pracowni,   kiedy   tylko   będziesz   mogła.   Będę 

czekał na ciebie. Bądź spokojna, u mnie będzie bezpieczny. Na pewno bezpieczniejszy niż w 
twoim domu. Teraz kończę, bo muszę zatelefonować w pilnej sprawie do naszego przyjaciela 
Worthingtona.

Allie   przyszła   do   składu   jeszcze   przed   szóstą.   Spieszyła   się   do   domu   zostawiła,   więc 

Jupiterowi zielone pudełko i pożegnała się. Zaraz po jej odejściu Jupe schował naszyjnik do 
szuflady biurka w Kwaterze Głównej.

Wczesnym rankiem następnego dnia Worthington zajechał do składu rolls-royce’em.
— To   wielka   odpowiedzialność,   Jupe   —   powiedział,   gdy   Jupiter   wręczył   mu   zielone 

pudełko. — Diamentowy naszyjnik, który należał kiedyś do cesarzowej!

— Tylko   pan   może   to   zrobić.   Ani   ja,   ani   Bob,   ani   Pete   nie   mamy   szansy,   żeby   nas 

potraktowano poważnie.

Worthington pokiwał głową.
— Tak.   Postaram   się   to   załatwić   jak   najlepiej   i   zachowam   najwyższą   ostrożność. 

Powinienem wrócić koło drugiej.

— Będziemy na pana czekać.
Istotnie,   dochodziła   druga   po   południu,   gdy   Worthington   zjawił   się   ponownie.   Jupiter 

oczekiwał go przy bramie i poprowadził do swej pracowni, gdzie zebrali się już Bob, Pete i 
Allie.

— Panno Jamison — powiedział Worthington siadając na krześle — to piękne, lecz nic 

background image

niewarte. — Wyjął naszyjnik z pudełka i położył sobie na kolanach.

— Nic   niewarte?!   —   Allie   zeskoczyła   ze   skrzynki,   na   której   siedziała   okrakiem.   — 

Naszyjnik mamy?! Należał do cesarzowej Eugenii. Jest bezcenny!

— Przykro mi — powiedział Worthington ze strapioną miną — ale to nie jest naszyjnik 

cesarzowej Eugenii. To imitacja. Prosiłem o oszacowanie u trzech jubilerów. Powiedziałem, że 
znalazłem naszyjnik wśród rzeczy odziedziczonych po niedawno zmarłej krewnej. To sztuczna 
biżuteria.

— Sztuczna biżuteria... — Allie wyglądała, jakby się miała za chwilę udławić. — Proszę mi 

to dać!

— Masz zamiar porozmawiać o tym z ciocią? — zapytał Jupiter.
— Porozmawiać?! Wcisnę jej ten śmieć do gardła, a potem zmuszę do powiedzenia, co 

zrobiła z prawdziwym naszyjnikiem.

— Tego możemy  się domyślić  bez tak drastycznych  środków — powiedział  Jupiter. — 

Sama to podejrzewałaś. Kazała firmie Van Storen i Chatsworth zrobić imitację, a prawdziwy 
naszyjnik przechować do powrotu twoich rodziców.

Allie usiadła z powrotem.
— Niebywałe. Czuję się, jakbym odkryła, że tuman klasowy jest Albertem Einsteinem. Uff, 

naszyjnik jest bezpieczny!

— Coś mitu nie gra — odezwał się Pete. — Po co ta imitacja? Co twoja ciocia zamierza z 

nią zrobić?

Allie zmarszczyła czoło.
— Cały ten hokus-pokus ma związek z Arielem. Ciocia robi wszystko,  żeby on się nie 

dowiedział, że naszyjnik opuszcza dom i wraca.

— Może obawia się, że Ariel ukradnie naszyjnik? — zastanawiał się Bob.
— Świetnie! Niech kradnie tę imitację i się wynosi!
— Nie, nie sądzę, żeby to było takie proste — powiedział Jupiter. — W jakiś sposób ten 

naszyjnik jest związany z wypadkiem pani Compton, z tajemną mocą śpiewającego węża i w 
ogóle ze wszystkim, co dotyczy bractwa.

— Słyszałaś jeszcze śpiew tego węża? — spytał Bob.
— Nie. W moim domu już nikt nie śpiewa.
— Boisz się?
— Tak, trochę.
—   Tobie   nic   nie   grozi   —   odezwał   się   Jupe.   —   Jak   długo   Ariel   nie   podejrzewa   cię   o 

spiskowanie przeciw niemu, nie jesteś w niebezpieczeństwie. A Bentley,  mimo że jest w to 
wszystko jakoś wmieszany, nie robi wrażenia groźnego człowieka.

— Ja się nie boję o siebie — odparła Allie. — Ariel w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. 

Jestem   dla   niego   nieznośnym   bachorem,   i   tyle.   Boję  się   o  ciocię   Pat.   Dziś   wieczór   znowu 
wybiera się na zebranie tego obmierzłego bractwa. Słyszałam, jak rozmawiali o tym. Rano Ariel 
powiedział, że doktor Shaitan zwołuje wszystkich członków do Kanionu Torrente i ciocia musi 
pójść. Nie chciała, bardzo płakała, ale idzie.

— Świetnie! — wyrwało się Jupiterowi.
— Świetnie?! To jest okropne. Serce mi się ściska, kiedy widzę ją w takim stanie.
— Niestety, będziesz musiała to dzielnie znosić, póki nie odkryjemy tajemnicy tego bractwa 

— powiedział Jupiter i zwrócił się do Worthingtona: — Czy mógłby pan...

— Oczywiście! Z przyjemnością złożę ponowną wizytę w Kanionie Torrente.
— Jadę z wami — oświadczyła Allie.

background image

— Allie, proszę! — zaprotestował Pete.
— To   moja   ciotka,   Ariel   siedzi   w   moim   domu   i   wszystko   ostatnio   kręci   się   wokół 

naszyjnika mojej mamy. Nie możecie mnie wyłączać. Panie Worthington, gdzie mam na pana 
czekać?

— Myślę, że na parkingu przed centrum handlowym...
— Świetnie. O której?
— O wpół do ósmej. Czy to odpowiednia pora?
— Doskonała. Do zobaczenia o siódmej trzydzieści!
Allie założyła swoje ponczo, ukryła pod nim pudełko z naszyjnikiem i odeszła zamaszyście.
— Rezolutna młoda osoba — powiedział Worthington.
„O, tak”, pomyśleli Trzej Detektywi.

background image

ROZDZIAŁ 14

Tajemne moce doktora Shaitan

Worthington punktualnie zajechał swym czarnym lordem na umówione miejsce. Allie i Trzej 

Detektywi czekali już na niego. Zaciśnięte usta Allie świadczyły o determinacji.

— Mam zamiar dostać się do tego domu — oświadczyła, sadowiąc się obok Worthingtona.
— Dostaniemy się tam wszyscy — zapewnił Jupe — mamy pewien plan.
— Jaki?

— Dowiesz się, poczekaj.

Przyszło jej długo czekać. Gdy wjechali w Kanion Torrente, ulica była pusta.
— Świetnie! — zawołał Pete. — Jesteśmy pierwsi.

Worthington minął dom za ceglanym murem i zaparkował nieco dalej. Bob wysiadł.

— Ukryję się w tej kępie oleandrów naprzeciw bramy. To dobry punkt obserwacyjny.

— Świetnie — skinął głową Jupe.

Bob   zdążył   właśnie   przykucnąć   wśród   oleandrów,   gdy   ukazał   się   pierwszy   samochód. 

Przyjechała   Madelyn   Enderby.   Podeszła   do   bramy   i   sięgnęła   po   telefon   we   wnęce.   Bob 
zamierzał już wyjść z ukrycia, ale pojawiła się fioletowa corvetta. Za kierownicą siedział Ariel. 
Obok   panna   Osborne   z   pochyloną   głową,   przytykała   chusteczkę   do   oczu.   Ariel   zatrzymał 
samochód i pomógł jej wysiąść. W tym momencie w bramie odezwał się brzęczyk. Ariel wraz z 
panną Osbomne i Madelyn Enderby weszli do środka.

W parę minut później przed bramą zaparkował niebieski cadillac. Wysiadł z niego szczupły 

szatyn i skierował się do wnęki w murze. Bob wysunął się ostrożnie z kępy oleandrów, starając 
się   nie   czynić   najlżejszego   szmeru,   i   przeciął   ulicę.   Gdy   znalazł   się   przy   bramie,   szczupły 
mężczyzna mówił właśnie do słuchawki: „zejdę do niższego kręgu”, po czym odłożył słuchawkę 
i odwrócił się.

— Dobry wieczór — powiedział Bob. — Szukam numeru 1483 przy Kręgu Torrente.

— Tu jest Kanion Torrente — odpowiedział mężczyzna. — Jesteś na niewłaściwej ulicy.

Odezwał się brzęczyk, mężczyzna otworzył bramę i wszedł do środka. Bob wrócił do forda.

— „Zejdę do niższego kręgu” — powiedział do oczekujących w samochodzie. — Na: „noc 

jest ciemna”, musisz odpowiedzieć: „zejdę do niższego kręgu”.

— Hasło! — Allie pierwsza wyskoczyła z samochodu.
— Proszę być w pogotowiu — zwrócił się Jupiter do Worthingtona, wysiadając.

— Będę czuwał.
Doszli do bramy i Jupe sięgnął po słuchawkę.
— Noc jest ciemna — odezwał się matowy głos.

— Zejdę do niższego kręgu — odpowiedział Jupe grubym głosem.

Znowu   rozległ   się   brzęczyk.   Pete   przekręcił   gałkę   klamki   i   otworzył   bramę   bez   trudu. 

Prześliznęli   się  przez   nią  wszyscy   czworo.  Zatrzasnęła   się  za  nimi.  Bob  spróbował  obrócić 
klamkę od wewnątrz, ale nie ruszyła się.

— Tam,   na   prawo   od   bramy,   jest   guzik   ukryty   w   bluszczu.   Widziałem,   jak   ten   typ   go 

przyciskał, kiedy mnie stąd wyrzucał — powiedział Pete.

Bob zbliżył się do oplecionego bluszczem muru.
— Widzę go.
— Nie dotykaj! — syknął Jupiter. — Możesz włączyć jakiś alarm. W razie czego, wiemy, 

background image

gdzie jest.

— Chodźmy do tego domu —- powiedziała Allie.
— Nie, musimy zaczekać — zatrzymał ją Jupe. — Sądząc z poprzedniego spotkania bractwa, 

powinno przyjść więcej osób.

Ukryli się w ciemnym kącie ogrodu, skąd mieli dobry widok na bramę. Otwierała się jeszcze 

wielokrotnie, wpuszczając następnych gości.

— Przyszło jeszcze osiem osób. Oprócz Madelyn Enderby, panny Osbomne, Ariela i tego 

faceta, którego podsłuchałem przy bramie. Razem dwanaścioro — obliczył Bob. — Tak, jak 
poprzednim razem.

Odczekali   na   wszelki   wypadek   jeszcze   dziesięć   minut,   ale   nikt   więcej   się   nie   zjawił. 

Postanowili przystąpić do akcji.

— Uważajcie — szepnął Pete. — Nie mam ochoty natknąć się na tego draba, który mnie 

wtedy przyłapał.

Szli przez trawnik, wolno i bezgłośnie. Gdy znaleźli się już blisko ściany domu, dostrzegli 

wąską smugę światła, przesączającego się zza niedosuniętej do końca zasłony w jednym z okien. 
Oddalili się nieco i okrążyli budynek.

— Tu są jakieś drzwi — powiedział Jupiter cicho. — Zaczekajcie.

Podkradł   się   ostrożnie   do   ściany   budynku,   po   czym   uważając,   by   się   nie   potknąć   o 

niewidoczny w mroku stopień, podszedł blisko. Wymacał klamkę, lecz drzwi były zamknięte na 
klucz.

Allie oglądała uważnie tylną ścianę domu.

— To okienko jest otwarte — wskazała. — Jest tak wysoko, że nie zadali sobie trudu, żeby 

je zamknąć.

— Pewnie spiżarnia — Jupiter patrzył z powątpiewaniem na okienko. — Jest bardzo małe.

— Ja przejdę — powiedziała Allie szybko.
— Nie, nie przejdziesz. Nie jesteś aż tak cienka — stwierdził Bob.
— Ale ty jesteś, Bob — Jupe klepnął przyjaciela po ramieniu. — Bądź ostrożny.

— Spokojna głowa.

Pete oparł się rękami o ścianę domu i Bob wspiął się na jego ramiona.

— Sięgasz? — zawołała Allie.
— Ciii — uciszył ją Jupe.
Bob uchwycił się oburącz framugi okna, stęknął podciągając się i po chwili zniknął z ich 

pola widzenia. Czekali w napięciu. Raptem zamek szczęknął delikatnie i drzwi się otworzyły.

— Chodźcie — szepnął Bob. — Wszyscy są gdzieś z frontu.
Znaleźli się w dużej kuchni. Sprzęty majaczyły niewyraźnie w słabej poświacie. Przemknęli 

się cicho do drzwi w przeciwległej ścianie. Prowadziły do obszernego holu. Stłoczyli się w tych 
drzwiach, rozglądając się uważnie. Na lewo szerokie schody wiodły na górę. Naprzeciw nich 
znajdowały się drzwi w łukowatym obramowaniu. Przez szparę pod nimi sączyło się światło.

Jupiter cofnął się do kuchni. Przez okno świecił mgliście księżyc. Z mroku wydobył się zarys 

pieca  kuchennego,   słychać   było   kapanie  wody z  kranu.  Jupe wypatrzył   drugie  drzwi  na tej 
ścianie. Stanowiły tylko ciemną plamę w pewnej odległości od pierwszych. Szturchnął Boba i 
wskazał je. Bob skinął głowa,. Jupiter ujął Allie za rękę i poprowadził ją do drugich drzwi. 
Weszli w kompletną ciemność. Bob i Pete tuż za nimi.

Szli krok za krokiem, potykając się o sprzęty. Pete wyciągnął rękę i natrafił na jakiś miękki 

materiał. Pewnie obity aksamitem fotel lub kanapa.

W końcu, tuż nad podłogą, zarysowała się smuga światła. Drzwi! Jupiter puścił rękę Allie, 

background image

zrobił dwa kroki do przodu i przesunął ręką po drewnianej powierzchni. Natrafił na klamkę, 
nacisnął ją delikatnie i pociągnął lekko do siebie. Drzwi uchyliły się. W parocentymetrowej 
szparze ukazał się hol. Tym razem znajdowali się dokładnie naprzeciw łuku, który obramowywał 
oświetlony pokój.

— Bractwo jest w komplecie — dobiegł go znajomy głos.
Uchylił drzwi trochę szerzej i wszyscy skupili się wokół niego. Przez szerokie, łukowate 

przejście widać było niemal całe wnętrze pokoju. Pośrodku stał ogromny, okrągły stół, nakryty 
czarnym   obrusem.   W   srebrnych   lichtarzach   płonęły   smukłe,   czarne   świece.   Wokół   stołu 
zgromadzonych było dwanaście osób. Wszyscy stali, każdy za swoim krzesłem. Ariel zdawał się 
tu   być   centralną   postacią.   Stał   na   wprost   łuku.   Krzesło   przed   nim   różniło   się   od   innych. 
Przypominało tron. Pozłacane kobry wiły się wokół poręczy i oparcia. Obok Ariela zobaczyli 
pannę Osborne. Sprawiała wrażenie zupełnie zagubionej.

Wszyscy stali bez ruchu. Zdawali się na coś czekać. Jupe dostrzegł, że zarówno na ścianach, 

jak i na oknach pokoju zawieszono czarny materiał, który lekko poruszał się w przeciągu.

— Bractwo jest w komplecie — powtórzył Ariel głośniej.

Na schodach  dały się słyszeć  kroki. Po chwili  jakaś postać  w długiej  czarnej  pelerynie, 

przesłoniła im widok. Zatrzymała  się na chwilę, po czym  weszła do pokoju, okrążyła  stół i 
zasiadła na oplecionym  wężami tronie. Wtedy zobaczyli  twarz przybysza.  Jupe usłyszał, jak 
stojący obok Pete przełyka głośno ślinę. Jeśli Hugo Ariel był trupio blady, ten człowiek sprawiał 
wrażenie widma. Biała twarz zdawała się wypływać z czerni, w którą był spowity od stóp do 
głów.   Nawet   włosy   miał   ukryte   pod   ściśle   przylegającym   do   głowy   czarnym   kapturem. 
Olśniewająco białą dłonią owinął się szczelniej peleryną  i skinął lekko głową. Gdy wszyscy 
usiedli, zaklaskał dwukrotnie. Hugo Ariel oddalił się i powrócił z tacą, na której stał srebrny 
puchar. Podał go mężczyźnie na tronie. Ten uniósł puchar i rzekł:

— Belialu, obdarz łaską wszystkich obecnych!

— Wysłuchaj nas, Molochu! — powiedzieli wszyscy chórem.

Mężczyzna   wręczył   puchar   pannie   Osbomne.   Wzięła   go   z   taką   miną,   jakby   się   miała 

rozpłakać.

— Belialu, obdarz łaską wszystkich obecnych — powiedziała drżącym głosem. Upiła łyk i 

podała puchar następnej osobie, przy akompaniamencie wezwania do Molocha.

Rytuał ten powtarzał się, póty puchar nie powrócił do rąk siedzącego na tronie. Ten wręczył 

go Arielowi.

Teraz Ariel postawił na stole, przed tronem, mały kosz żelazny na nóżkach, z żarzącym się 

wewnątrz węglem drzewnym. Mężczyzna w czerni wstał i wyciągnął ręce nad koszykiem.

— Asmodeuszu, Abaddonie i Eblisie, wejrzyjcie na nas! —zawołał.

Ariel wręczył mu srebrny talerz. Mężczyzna zanurzył w nim dłoń, po czym skropił żarzące 

się węgle.

Słup dymu wystrzelił w górę. Słodkawy zapach dotarł aż do grupki po drugiej stronie holu.
— Belialu, usłysz nas! — zawołał białolicy. — Ześlij tajemną moc węża, by nas strzegła! 

Daj nam ujrzeć twoje oblicze! Daj nam usłyszeć twój głos!

Zaległa martwa cisza. A potem, najpierw cicho, zaczął się okropny śpiew. Allie poruszyła się 

niespokojnie, jakby chciała uciekać. Jupiter chwycił ją za rękę i przytrzymał.

Upiorny dźwięk narastał. Brzmiał coraz głośniej, coraz bardziej przeszywającymi tonami.
Mężczyzna w czerni ponownie skropił żar. Kłąb dymu buchnął z koszyka i nagle... coś się 

zaczęło poruszać w kipiącej masie.

— Belial   obdarzył   nas   łaską!   —   obwieścił   mężczyzna.   —Wąż,   nieśmiertelny   wąż   jest 

background image

między nami!

Allie, Bob, Pete i Jupiter patrzyli  w osłupieniu. Z dymu  wynurzała się wijącym  ruchem 

ogromna kobra. Jej zielono-błękitne ciało migotało, spod spłaszczonego kaptura głowy rzucały 
błyski czerwone oczy. Widowisku wciąż towarzyszył straszny śpiew. Zawodzące tony przeszły 
w pulsujące piski. Jupe z trudem powstrzymał się od zatkania sobie uszu. Dziwna pieśń zaczęła 
powoli przycichać. Dym przerzedzał się. Kobra jakby zbladła i wreszcie rozpłynęła się. Śpiew 
ustał.

— Dobro jednego jest dobrem wszystkich — powiedział mistrz ceremonii. — Złączmy ręce.

Pat Osbomne patrzyła prosto przed siebie, ale posłusznie położyła ręce na stole.

Z głębi holu dobiegły ciche kroki i po chwili ktoś pojawił się w kręgu światła. Jupiter trącił 

Pete’a   łokciem.   Był   to   ów   muskularny   osobnik,   z   którym   mieli   do   czynienia   pamiętnego 
wieczoru. Wszedł do pokoju i podszedł do mężczyzny na tronie. Pochylił się nad nim i szepnął 
mu coś do ucha.

— Niemożliwe! — wykrzyknął tamten. — Nikt nie mógł wejść poza obecnymi!
— Więc powinno ich być trzynaścioro. Panna Enderby, panna Osbomne i pan Ariel weszli 

razem. Pozostali wchodzili pojedynczo. Otwierałem bramę jedenaście razy. Gdzieś musi być 
trzynasta osoba.

Mężczyzna w czerni wstał.

— Prawdopodobnie  na terenie  posiadłości  jest  intruz  — powiedział.  — Możecie  odejść. 

Zwołam was ponownie w odpowiednim czasie.

Allie i chłopcy cofnęli się. Jupiter cicho zamknął drzwi.

— Nakryją nas — szepnął Pete.
Z przeciwległego pokoju dobiegało szuranie krzeseł i szmer głosów.

— Co za pech! — mruknął Jupe. — Ten facet od bramy umie liczyć.

— Chodźmy — ponaglał Bob, — Za parę sekund zaczną przeszukiwać dom.

— Uciekajcie — powiedział Jupe. — Ja zostaję.
— Chyba żartujesz.
— Bynajmniej   —   mówił   cicho   Jupe.   Jego   głos   tonął   niemal   zupełnie   w   gwarze 

opuszczających dom. — Wyjdźcie cichaczem tamtą drogą, którą przyszliśmy. A potem naróbcie 
hałasu. Najlepiej niech któreś wdrapie się na ogrodzenie, żeby włączyć alarm. Niech myślą, że 
przepłoszyli   intruza.   Uciekajcie   do   samochodu   i   powiedzcie   Worhingtonowi,   żeby   na   mnie 
czekał na rogu Bulwaru Zachodzącego Słońca. Wymknę się stąd, jak tylko będę mógł.

— Uważaj na siebie, Jupe.
— Będę ostrożny.

Słyszał,   jak   przemykali   się   przez   kuchnię,   jak   otwierały   się   i   zamykały   drzwi.   Potem 

dobiegły   go   ich   głosy   z   zewnątrz.   Allie   coś   krzyknęła.   Rozdzwonił   się   alarm.   Zapłonęły 
reflektory. Z ulicy dał się słyszeć warkot ruszających samochodów.

Czekał. Po jakimś czasie zaległa cisza. Otworzył drzwi i objął wzrokiem hol. Był pusty. 

Przebiegł go szybko. Znalazł się w pokoju, gdzie niedawno odbywał się okropny rytuał. Ukrył 
się za jedną z Czarnych zasłon. Po chwili usłyszał kroki na podjeździe. Mieszkańcy domu weszli 
do holu i drzwi wejściowe zamknęły się.

— To tylko dzieciaki. Wiesz, jak wścibskie są dzieci.
— Masz rację Max — Jupe rozpoznał głos mężczyzny w czerni. — Widziałem, jak uciekali 

przez mur.

Jupe uśmiechnął się do siebie. Allie, Bob i Pete umknęli bezpiecznie.

background image

ROZDZIAŁ 15

Plany wielkiego kapłana

Jupiter   zauważył,   że   czarna   zasłona   jest   w   jednym   miejscu   nieco   rozdarta.   Stał   teraz 

nieruchomo, przyciśnięty do ściany, tylko jego palce pracowały gorączkowo, żeby powiększyć 
dziurę w zasłonie. Uzyskał wreszcie wcale dobry widok na część stołu z tronem. Ktoś wszedł do 
pokoju i przekręcił kontakt. Rozbłysło górne światło.

Jupiter omal nie westchnął z ulgą. W migotliwym świetle świec pokój miał jakiś mroczny 

urok, który teraz prysł. Jupe zauważył, że obrus na stole jest zakurzony, a zasłony tandetne i 
obwisłe. Srebrne świeczniki zaś wyszczerbione i upstrzone matowymi plamkami.

Dwaj   mężczyźni   wyglądali   równie   nędznie   jak   sam   pokój.   Jeden   z   nich,   ów   barczysty, 

nazwany Maxem, przechodził od jednej świecy do drugiej i zdmuchiwał płomień. Twarz miał 
zniszczoną, dwie głębokie bruzdy biegły od oczu po kąciki ust. Widać było początki otyłości. 
Podwójny podbródek opadał na kołnierz ciemnej koszuli. Jego towarzysz siedział w niedbałej 
pozie na tronie, bezmyślnie uderzając dłonią w rzeźbioną kobrę. Odsunął się wraz z fotelem i 
położył nogi na stole. W jasnym świetle Jupiter zobaczył, że kredowa bladość jego twarzy nie 
była naturalna. Wokół ust i nosa utworzyły się grudki jakiejś zielonkawobiałej masy.

— Ten telefon przy bramie to kompletny niewypał — odezwał się.
Max zdmuchnął ostatnią świecę i usiadł ciężko.
— Słuchaj — powiedział — jak chcesz, mogę stać przy bramie i sprawdzać każdego. Ale to 

też nic nie da. Nie wygrasz z bachorami. Zawsze się jakoś dostaną. I będą gadać. Zebraliśmy tu 
niezłą dolę. Zwińmy manatki i wynieśmy się stąd. Możesz się bawić w doktora Shaitana w San 
Francisco albo w San Diego, albo w Chicago. Zabierajmy się stąd, póki nie zrobi się gorąco.

— Ależ, Max, najlepszy kąsek dopiero się szykuje — odparł drugi mężczyzna. Ściągnął swój 

czarny   kaptur,   odpiął   go   i   odrzucił.   Jupiter   omal   nie   wybuchnął   śmiechem.   Wielki   kapłan 
Bractwa Niższego Kręgu miał płomienno rude włosy! Wyciągnął z kieszeni zmiętą chusteczkę i 
zaczął wycierać twarz. Zielonkawa masa schodziła pasmami, ukazując różową skórę.

— Czy musisz   to  robić  tutaj?   — zapytał  Max  ze  złością.  —Paskudzisz  tym   świństwem 

dookoła.

— Zamyśliłem się. — Doktor Shaitan miętosił chusteczkę w dłoniach. — Ustrzelenie tego 

stada baranów zabrało nam sporo czasu. Z tą Enderby poszło jak w zegarku, kiedy jej gospodyni 
wyjechała do Dubuque. Ze starym Robertsonem też. Złożył piękną daninę, gdy śpiewający wąż 
dał się ubłagać i powstrzymał firmę budowlaną od wznoszenia wielkiego budynku koło jego 
domu. Pat Osbomne jeszcze nie zapłaciła, ale zapłaci, I to grubo. Już Hugo Ariel tego dopilnuje.

— To może być tak grube, że sobie połamiemy na tym zęby — mruknął Max.
— Nie bój się. Trzeba tylko znać odpowiednich ludzi na rynku. — Shaitan uśmiechnął się. 

— Ellis odwalił dobrą robotę z tą Compton. Nikt niczego nie podejrzewał. Zauważyłeś dzisiaj, 
co się dzieje z Pat Osbomne?

— Jest wystraszona.
— I to bardzo! — Shaitan zaśmiał się z satysfakcją. —Będzie jeszcze bardziej przerażona, 

jeśli się nie wywiąże ze swoich zobowiązań. Trochę opornie idzie z Noxworthem. Ale postaramy 
się, żeby się pozbył tych przebłysków świadomości. On ma prawdziwą forsę. Żądnych trefnych 
towarów. Czysta forsa. Jak konkurencyjny sklep upadnie, będzie nam zobowiązany. Wierz mi, 
warto się tu jeszcze trochę pokręcić.

background image

— Rzeczy, o które te głupki się kłopoczą... — Max prychnął pogardliwie. — Jedna baba 

chce mieć kryształową kulę jakiegoś aktora filmowego, a drugi nie może znieść, że sklep po 
drugiej stronie ulicy ma więcej klientów niż jego nędzne delikatesy. Przecież ten Noxworth ma 
więcej pieniędzy, niż może policzyć. Co mu za różnica?

— To nie chodzi o pieniądze — powiedział Shaitan. — Chodzi o władzę. Ci ludzie chcą 

uwierzyć, że mają władzę nad swoim losem i losem innych. My zaś przekonujemy ich, że ją 
istotnie mają.

— Jak   zamierzasz   przekonać   Noxwortha?   Jego   konkurent   też   będzie   miał   wypadek   na 

autostradzie?

—   Brak   ci   wyobraźni,   Max   —   doktor   Shaitan   złączył   palce   i   wpatrywał   się   w   nie   z 

rozmarzeniem. — Nie, śpiewający wąż dokona tego inaczej. To będzie ryzykowne, ale na pewno 
skuteczne.   W   każdym   razie,   Noxworth   nie   urwie   nam   się   z   haczyka.   Przypilnujemy,   żeby 
dostarczył  węża osobiście i żeby był  świadkiem jego mocy.  Nie wywinie  się nam.  I panna 
Osbomne też się nie wywinie. — Przeciągnął się i ziewnął. — Padam ze zmęczenia. Idę do 
łóżka.

— Zostawiłeś swój kaptur! — zawołał za nim Max.

— Wezmę go rano — Shaitan był już na schodach.

— Niechluj — mruknął Max. Wstał, odsuwając hałaśliwie krzesło i poszedł w stronę drzwi. 

Pstryknął kontakt i światło zgasło. Parter domu zaległy ciemności.

Jupe słyszał ciężkie kroki Maxa na schodach, potem trzaśnięcie drzwi i wreszcie szum wody 

w rurach. Wyśliznął się zza zasłony, przeszedł na palcach przez pokój, hol i wreszcie kuchnię. Z 
ulgą stwierdził, że drzwi wyjściowe nie są zamknięte. Bezgłośnie opuścił dom i skierował się ku 
bramie. Przystanął na chwilę i obejrzał się. Kilka okien na piętrze było oświetlonych. W jednym 
z nich zobaczył wyraźnie profil mężczyzny. Miał otwarte usta i odchyloną do tyłu głowę. Doktor 
Shaitan płukał gardło. Jupe uśmiechnął się. Żałował, że nie może sfotografować demonicznego 
wielkiego kapłana przy tej czynności.

Wreszcie znalazł się przy bramie. Odszukał w świetle księżyca przycisk wśród bluszczu. 

Alarm się nie włączył i nie zabłysły reflektory. Ale z domu dobiegł jakiś niewyraźny odgłos. 
Przyciśnięcie guzika musiało coś uruchomić. Jupe nie tracił czasu na zastanawianie się nad tym. 
Uchwycił klamkę i otworzył bramę. Nagle, ku jego zaskoczeniu, rozbłysły reflektory.

— Hej! Hej, ty tam! Stój!

Jupiter wybiegł na ulicę nie odwracając się. Poznał od razu głos Maxa.
— Stój, powiedziałem!
Jupiter biegł. Wtem coś zwaliło się na niego, przygniatając go do ziemi.

— Nie   podnoś   się,   idioto!   —   usłyszał   nad   samym   uchem.   Rozległ   się   huk,   gruby   śrut 

przeleciał nad jego głową i trzepnął w oleandry po drugiej stronie ulicy.

— Nie ruszaj się — powiedział znowu człowiek, który go przyciskał płasko do ziemi.

Jupiter   skurczył   się   odruchowo,   słysząc   ponowny   huk   wystrzału.   Pociski   przeleciały   ze 

świstem tuż koło niego.

— Teraz!  — Ucisk zwolnił  się i Jupe zerwał się na równe nogi. Zobaczył  plecy swego 

wybawcy,  który pędził w stronę ślepego końca ulicy.  Obejrzał się na moment  i zawołał do 
chłopca: — Uciekaj!

Jupe pobiegł w przeciwnym kierunku, ile tylko miał sił w rozdygotanych nogach.

Ford Worthingtona na rogu Torrente i Bulwaru Zachodzącego Słońca był na chodzie. Tylne 

drzwi otworzyły się. Jupiter rzucił się na siedzenie.

— Szybko! Uciekajmy! — krzyknął.

background image

Worthington ruszył z takim impetem, że Jupe stoczył się na podłogę.
— Co zaszło?! Mów! — dopytywała się Allie.
— Pod bramą spotkałem mężczyznę z wielkim wąsem i jasnymi włosami. Czy to wam kogoś 

przypomina?

— Bentley?

— Jestem niemal pewien. Bardzo chciałbym go znowu spotkać, żeby mu podziękować.

— Za co? — zdziwiła się Allie.

— Gdyby nie on, byłbym podziurawiony jak sito. Przyjaciel doktora Shaitana stracił dziś 

cierpliwość do młodocianych intruzów. Co gorsza, ma dubeltówkę.

background image

ROZDZIAŁ 16

Kłopoty cioci Pat

— To są i nie są czary — powiedział Bob.
Trzej   Detektywi   zebrali   się   w   swej   Kwaterze   Głównej   i   rozpatrywali   wydarzenia 

poprzedniego wieczoru. Bob przyniósł z sobą kilka książek i swoje notatki. Jedna z książek 
nosiła   tytuł  „Czary,   ludowa medycyna   i  magia”.   Taką  samą  książkę  widzieli  w mieszkaniu 
Bentleya.

— Ci ludzie postępują tak, jakby ją przeczytali — powiedział Bob. — Zresztą równie dobrze 

mogłaby  to  być   każda  inna  książka  o  czarach,   niezależnie   od tego,  czy dotyczy   praktyk   w 
Zachodnich  Indiach,  czy  wśród  tubylców  w  Australii.  Postępowanie  jest  mniej  więcej  takie 
samo. Tylko że to, co wyczyniają te typy w Kanionie Torrente, nie może w ogóle działać.

— Ponieważ ofiara czarów nie wierzy w nie? — zapytał Jupiter.
— Tak jest, ponieważ ofiara nie wierzy.
— Czy moglibyście, z łaski swojej, wytłumaczyć mi, o czym mówicie? — irytował się Pete.
— To proste. — Bob wziął do ręki jedną z książek. — To jest napisane przez doktora 

Henry’ego W. Barristera, profesora antropologii na uniwersytecie w Ruxton. Podróżował po 
Afryce, Ameryce  Południowej, Meksyku i Australii. Wszędzie badał praktyki  czarnoksięskie 
tubylców. Indiański guślarz rzuca urok na ofiarę, wbijając igły w woskową lalkę. W Meksyku 
czarownik wchodzi do głębokiej jaskini, pali świece, odmawiając zaklęcia, na koniec przecina 
nić, która symbolizuje życie ofiary. Gdy ofiara dowiaduje się o tym, zaczyna chorować i umiera.

— Nie rozumiem.
— Ofiara wierzy, rozumiesz? — powiedział Jupe. — Wie, że urok został na nią rzucony, i 

wierzy w jego moc. Wierzy, że musi umrzeć, i rzeczywiście umiera.

— To znaczy, że jeśli wierzysz w takie rzeczy, one mogą ci wyrządzić krzywdę? — Pete 

zbladł.

— Jeśli wierzysz dostatecznie mocno, to tak — odparł Bob. — Autor tej książki widział 

ludzi, którzy chorowali i umierali, bo przeraziła ich rzucona na nich klątwa.

— Więc Ariel i Shaitan robią to samo, tyle że posługują się wężem — powiedział Pete. — 

Dostarcza się węża i trach!, zaczynają się duże kłopoty.

— Dokładnie tak — skinął głową Jupiter — ale to nie jest prawdziwa magia. Ponieważ, jak 

powiedział Bob, ofiara nie wierzy w czary. Margaret Compton nie była przerażona śpiewającym 
wężem.   Dla   niej   to   była   tylko   dziwaczna   bransoletka.   To   ciotka   Allie   uwierzyła,   że   wąż 
spowodował wypadek. Ma teraz wyrzuty sumienia i boi się. Chciała się pozbyć pani Compton na 
jakiś czas, ale nie jest złą osobą. Nie życzyła jej nic złego. My oczywiście wiemy, że nie waż był 
przyczyną wypadku. Usłyszałem wczoraj dość, żeby się domyślić, że to człowiek imieniem Ellis 
spowodował w jakiś sposób odpadnięcie koła w samochodzie pani Compton.

— A teraz Shaitan i jego kumpel planują coś, co ma wyeliminować konkurentów Noxwortha 

— powiedział Bob ponuro.

Jupiter potarł czoło.
— Według tego, co powiedział wczoraj Max, chodzi o sklep po drugiej stronie ulicy, który 

ma więcej klientów niż Noxworth.

— Inny sklep mu przeszkadza? — spytał Pete. — Przecież to głupota.
— Tak, dla nas, ale nie zapominaj, jakie absurdalne problemy mają ci ludzie. Dla panny 

background image

Osborne   najważniejsze   jest   zdobycie   kryształowej   kuli   Ramona   Castilla.   Panna   Enderby 
pokłóciła się ze swoją gospodynią i wezwała przeciw niej moce węża. Zupełne głupstwa mogą 
wzbudzić silne emocje. No i jest jeszcze żądza władzy. Mówił o tym wczoraj Shaitan. Ci ludzie 
chcą mieć nad czymś władzę. A Shaitan chce pieniędzy. Zastanawiam się, czego chce Bentley? 
Najmuje się do pracy jako służący. Znika, kiedy zostają odkryte jego zainteresowania magią i 
czarami. O co mu chodzi?

— Może też  o pieniądze  — odezwał się Bob. — Może to rzeczywiście  szantażysta?  W 

każdym razie, powinieneś być mu wdzięczny. Uchronił cię od gradu pocisków.

— Jestem mu wdzięczny. Musiał dostrzec strzelbę w rękach Maxa. Dlatego skoczył na mnie, 

zepchnął mnie  z linii strzału i trzymał  na ziemi dopóty,  dopóki Max nie wyładował całego 
magazynku.   Niemniej   stanowi   zagadkę.   Nie   ma   już   natomiast   wątpliwości   co   do   Bractwa 
Niższego Kręgu. To po prostu banda przestępców, którzy nabierają zabobonnych i naiwnych 
ludzi. Co robimy?

— Dajmy znać na policję — zaproponował Pete.
— Czy nam uwierzą? — kręcił głową Jupe. — Nie mamy dowodów.
— Jest ofiara — poparł swą propozycję Pete. — Pani Compton.
— Wypadek. Koło odpadło. Jak ktoś to sprytnie zmajstrował, nie wykryją dlaczego. Nawet 

jeśli uda nam się przekonać policję, żeby zrewidowali dom w Kanionie Torrente, co znajdą? 
Dwóch facetów i parę czarnych świec. Nie, jeszcze za wcześnie na odwoływanie się do policji. 
Potrzebujemy dowodów.

— A co z Arielem? — wtrącił Bob. — Terroryzuje pannę Osbomne. To wiem na pewno.
— Nigdy się do tego nie przyzna, a ona nie odważy się zeznawać przeciw niemu — zbił i ten 

argument Jupiter. — Zbyt się go boi. Jest tak zastraszona, że w końcu da to, czego bractwo od 
niej chce.

— Możemy się wszyscy domyślić, co to jest — powiedział Pete.
Jupe skinął głową.
— Oczywiście. Nie mogą się domagać od niej pieniędzy, bo ich nie ma. Chcą naszyjnika 

cesarzowej. Trefny towar, na którym można sobie połamać zęby chyba, że się zna odpowiednich 
ludzi na rynku.

— Na szczęście naszyjnik jest bezpieczny u jubilera — powiedział Bob.
W tym momencie z dworu dobiegło wołanie.
— Jupe! Jupiter, gdzie jesteś? Jupiterze Jones!
Jupe zerwał się z krzesła.
— To Allie!
Pete ruszył pierwszy do Tunelu Drugiego.
— Chwili spokoju od tej męczyduszy — mruczał, gramoląc się przez rurę.
Allie stała koło biura składu. Gdy podbiegli do niej, zauważyli, że ma oczy pełne łez i 

brzydką czerwoną plamę na policzku.

— Doktor Shaitan jest u mnie w domu! — wyrzuciła z siebie.
— On to zrobił? — spytał Pete.
— Co?
— Na policzku. Wygląda, jakby ktoś cię uderzył.
— Nie, to ciocia Pat — Allie odgarnęła włosy z twarzy.
— Żartujesz! Ciocia cię walnęła?
— Och, to tak wyszło. Nie chciała w gruncie rzeczy. Była przerażona i nie bardzo wiedziała, 

co robi. Zajechał przed dom wielki czarny samochód i wysiadł z niego Shaitan w pelerynie, 

background image

kapturze, jednym słowem w pełnym rynsztunku. Ten drugi drab był w uniformie szofera. Kiedy 
ciocia   ich   zobaczyła,   kazała   mi   wyjść   z   domu.   Odmówiłam.   Wtedy   odwinęła   się   ...   i 
zainkasowałam policzek. Potem wypchnęła mnie przez drzwi kuchenne i zamknęła je na klucz 
— Allie zaśmiała się gorzko. — Nigdy nie przypuszczałam, że ją stać na taką stanowczość.

— Teraz wzywamy policję! — krzyknął Pete.
— Nie, to niemożliwe. Nie rozumiesz? Ona jest sama w domu z tymi  ludźmi. Mogą jej 

wyrządzić krzywdę, jak zobaczą policję.

— Ależ nie możemy jej zostawić samej! — zawołał Jupiter. — Szybko! Biegiem!
Puścili się pędem do domu  Jamisonów. Gdy dobiegali  do posiadłości, czarny samochód 

właśnie wyjeżdżał z podjazdu, Ariel wyprostowany na przednim siedzeniu, obok Maxa, z tyłu 
doktor Shaitan, otulony peleryną.

Drzwi frontowe zastali otwarte. Allie wpadła do domu z impetem, krzycząc:
— Ciociu!!
Panna Osbomne wyglądała jak lawendowy cień na tle złotozielonego salonu.
— Allie? Allie, tak mi przykro. Doprawdy nie chciałam cię uderzyć.
Allie podbiegła do niej.
— Nic ci się nie stało, ciociu?
— Nie,   nie.   Wszystko   w   porządku.   —   Łza   stoczyła   się   po   policzku   panny   Osborne   i 

zatrzymała się drżąca na jej brodzie.

— Pan Ariel i...
— Doktor Shaitan? — poddał Jupiter.
Panna Osbomne wymacała drżącą ręką krzesło za sobą i opadła na nie.
— Domagali się naszyjnika? — pytał Jupe. — Czy dała im pani imitację?
Panna Osbomne przenosiła zdumione spojrzenie z jednego chłopca na drugiego, wreszcie 

zatrzymała się na Allie.

— Wy wiecie?
— Wiemy, że w domowym sejfie jest imitacja naszyjnika —odparł Jupiter. — Domyślamy 

się, że Shaitan żąda od pani naszyjnika cesarzowej Eugenii i że Ariel przebywał tu, by to na pani 
wymóc. Czy oni pani grozili?

Ciocia Pat rozpłakała się.
— To było okropne! Okropne! Mówili, że muszę złożyć ofiarę. — Z nagłym przypływem 

energii opanowała szloch, wyciągnęła chusteczkę, wytarła oczy i nos. — Wywiodłam ich w 
pole. Udawałam, że się ociągam. Dałam im czekać. Czy nie sprytnie? Teraz mają imitację, a 
prawdziwy naszyjnik jest w bezpiecznym miejscu.

— W sejfie firmy jubilerskiej? — zapytał Jupe.
— W sejfie firmy jubilerskiej? Ach, nie. Zwrócili go wraz z imitacją. Był w zwyczajnej, 

papierowej torebce i ukryłam go w kieszeni, a potem dobrze schowałam.

— Jest więc nadal w domu? — spytała Allie.
— Oczywiście, a gdzieżby? Jest w bezpiecznym miejscu. Nikt go nigdy nie znajdzie, a ja nie 

zdradzę, gdzie jest, nikomu, nawet tobie.

Allie objęła ją serdecznie.
— Dobrze, ciociu. Nie chcę, żebyś mi powiedziała. Musimy jednak zawiadomić policję.
— Nie!
— To   jest   przestępstwo,   proszę   pani   —   powiedział   łagodnie   Jupiter.   —   To,   czego   się 

dopuścili wobec pani, nazywa się wymuszeniem. Pani musi o tym powiedzieć komendantowi 
Reynoldsowi.

background image

— Nie!
— Proszę pani, to są niebezpieczni ludzie i bynajmniej nie mają zamiaru zakończyć swej 

działalności. Jeśli nie zezna pani wszystkiego na policji, niewinni ludzie mogą ucierpieć.

— Niewinna osoba już ucierpiała, i to z mojej winy. Nie mogę! Nie chcę! Nie wiecie, o co 

mnie prosicie! Nie macie pojęcia, jakie to może pociągnąć skutki!

— Dobrze  —  powiedział   Jupiter.  —  Proszę  tylko  pomyśleć  o  jednym.  Ile   czasu  zajmie 

doktorowi Shaitanowi odkrycie, że naszyjnik jest fałszywy? Co wtedy się stanie?

Panna Osbomne milczała.
— Proszę o tym pomyśleć — powtórzył Jupe — i proszę nie zwlekać zbyt długo.

background image

ROZDZIAŁ 17

Pete ostrzega

Trzej Detektywi opuścili dom, pozostawiając pannę Osbomne zatopioną w myślach.
— Ta kobieta jest naprawdę głupia — powiedział Pete.
— Jeszcze jak! — zawołał Bob. — W dodatku nic nie możemy zrobić bez jej zeznań.
— Możemy zrobić jedną rzecz — odezwał się Jupiter. —Wiemy, że Shaitan planuje coś, co 

ma   wyeliminować   konkurenta   Noxwortha.   Wiemy,   że   jest   to   sklep   naprzeciw   delikatesów 
Noxwortha. Możemy odszukać ten sklep i ostrzec  właściciela.  Z pewnością  jest następnym, 
który otrzyma węża.

— Myślisz, że nam uwierzy? — spytał Pete.
— Prawdopodobnie nie — odparł Jupe. — Jednakże możemy mu zostawić naszą wizytówkę 

i poprosić, żeby zatelefonował do nas, kiedy wąż, w jakiejkolwiek formie, pojawi się w jego 
życiu. Gdy otrzyma węża, będzie zaintrygowany i myślę, że da nam znać.

Po powrocie  do składu, zasiedli  w biurze wuja Tytusa.  Jupiter wziął  się do wertowania 

książki telefonicznej.

— Mam! Delikatesy Noxwortha. Róg Beverly i Trzeciej.
— Świetnie. Dzwonimy po Worthingtona? — spytał Bob.
Jupiter skrzywił się.
— Nie   nadużywajmy   Worthingtona.   Możemy   pojechać   do   Los   Angeles   autobusem.   Nie 

będzie trudności z odszukaniem sklepu. Jest tylko jeden problem. Uważam, że nie powinniśmy 
jechać wszyscy. W razie, gdyby Shaitan zjawił się znowu u Jamisonów, Allie będzie się starała 
skontaktować z nami. Wolę zostać na miejscu, na wszelki wypadek.

— Ja bym też wolał zostać — powiedział Bob.
— Okay, ja pojadę — zaofiarował się Pete. — Ale gdyby rzeczywiście Allie potrzebowała 

pomocy, wezwijcie lepiej policję. Bóg raczy wiedzieć, co te bandziory zrobią, jak odkryją, że 
naszyjnik jest fałszywy.

Pete   pojechał   do   Santa   Monica   i   tam   przesiadł   się   na   autobus   do   Los   Angeles.   Około 

południa stał już na rogu Beverly i Trzeciej. Delikatesy Noxwortha były dokładnie naprzeciw 
przystanku autobusowego. Pete stwierdził z rozbawieniem, że sklep pasuje doskonale do jego 
właściciela. Szyby wystawowe były nie umyte od dawna. Na parkingu koło sklepu walały się 
papiery, puszki i skrawki gazet. Pod samymi drzwiami sklepu leżały kawałki zielonego szkła z 
rozbitej butelki. Nikt nie robił tu porządków.

Pete rozejrzał się po tej stronie ulicy, na którą wysiadł z autobusu. Cały parter najbliższego 

budynku  zajmował  punkt  naprawy telewizorów  i sklep spożywczy.  Błyszczące  chromowane 
litery na szyldzie informowały, że H. Hendricks oferuje smaczne produkty. Wnętrze sklepu było 
dobrze widoczne przez czyste, duże szyby. Wysoki mężczyzna, o czarnych, kręconych włosach 
nakładał właśnie sałatkę warzywną do kartonowego pojemniczka. Przed ladą, pulchna kobieta 
sprawdzała swą listę zakupów. Na białym,  lśniącym czystością kontuarze, ustawione były w 
idealnym porządku różne produkty.

Pete   przyjrzał   się,   na   wszelki   wypadek,   najbliższemu   sąsiedztwu.   Był   to   jedyny   sklep 

spożywczy po tej stronie ulicy. Odczekał, aż pulchna klientka wyjdzie, i wszedł do środka.

— Pan Hendricks? — zapytał.
— Słucham.

background image

— Ach, więc to pan? To znaczy, pan jest właścicielem tego sklepu?
Mężczyzna za kontuarem zmierzył Pete’a spojrzeniem od stóp do głów. Pete odwzajemnił 

mu się i stwierdził, że pan Hendricks jest niezwykle muskularny, a w jego czarnych włosach nie 
ma ani śladu siwizny. Bił od niego spokój, spojrzenie brązowych oczu było baczne i czyste. Pan 
Hendricks wyglądał na człowieka, który potrafi dbać o swoje sprawy.

— Szukasz   pracy,   synu?   —   zapytał.   —   W   zeszłym   tygodniu   przyjąłem   chłopca   do 

rozwożenia zakupów, ale jeśli...

— Nie, nie szukam pracy — przerwał mu Pete szybko. — Chciałem się tylko upewnić, czy 

pan jest właścicielem.

— Ważne dla ciebie, kto cię obsługuje? No, dobra, jestem Hendricks i jestem właścicielem 

tego sklepu. A teraz mów, czego sobie życzysz?

— Przyszedłem pana ostrzec. Ja wiem, że to się panu może wydać głupie, ale coś złego ma 

się panu przytrafić. Nie wiem dokładnie co, ale to może być groźne. — Pete położył na ladzie 
wizytówkę Trzech Detektywów i dopisał na niej numer telefonu w Kwaterze Głównej. Po chwili 
namysłu umieścił także numer telefonu do biura składu złomu. — Gdyby zobaczył pan węża...

— Zatelefonuję do zoo — powiedział pan Hendricks.
— Nie to miałem na myśli. To nie będzie żywy wąż. Coś w kształcie węża, kobry. Figurka 

albo szpilka do krawata. Jeśli ktoś panu dostarczy kobrę, proszę zatelefonować. Gdyby pod 
jednym z tych numerów nie było nikogo, to pod drugim na pewno ktoś się odezwie.

Hendricks nawet nie spojrzał na wizytówkę. Miał minę, jakby czekał na puentę dowcipu.
— Myślimy, że będziemy mogli panu pomóc — dodał Pete. — To bardzo poważna sprawa. 

Ktoś chce się do pana dobrać. Kiedy zobaczy pan węża, niech pan pamięta, to znak, że coś złego 
pana spotka. Jeśli zechce pan współpracować z nami, możemy...

— Och, już wystarczy! — przerwał mu Hendricks.
— Chcemy panu pomóc.
— Powiedziałem, że mam tego dość! — Spojrzenie brązowych oczu stwardniało.
— Może zmieni pan zdanie, kiedy pojawi się wąż.
Hendricks zaczął okrążać kontuar i Pete wycofał się do drzwi.
— Proszę telefonować o każdej porze.
— Zabieraj się stąd!
Nic innego nie pozostawało Pete’owi, jak usłuchać. W autobusie do Rocky Beach odtworzył 

sobie  w głowie całą scenę w sklepie  i pomyślał  gorzko, że nie spisał się, jak należy.  Jupe 
zrobiłby to o niebo lepiej! O, Jupe potrafi być przekonujący.

W nie najlepszym nastroju wszedł w bramę składu. Jupiter polewał z węża zegar słoneczny, 

ostatni zakup wuja Tytusa. Bob przyglądał się temu, siedząc opodal.

— Konkurent Noxwortha nazywa się Hendricks — zakomunikował Pete. — Twardy facet.
— Ostrzegłeś go? — zapytał Bob.
— Ostrzegłem.   Zostawiłem   mu   naszą   kartę,   numery   telefonów   do   biura   i   do   Kwatery 

Głównej... Wyrzucił mnie ze sklepu.

— Nie uwierzył ci — Jupiter zakręcił wodę. — Spodziewaliśmy się tego. Jak dostanie węża, 

może zmienić zdanie i zatelefonować do nas.

— Myślę,  że nie mamy  co na to czekać — powiedział  Bob. — Powinniśmy już iść na 

policję. Jak chcesz uchronić przed nieszczęściem kogoś, kto cię nie traktuje poważnie?

W tym momencie do składu podjechał samochód patrolowy policji.
— Wygląda na to, że policja przyszła do nas — mruknął Jupe.
Z samochodu wysiadł komendant Reynolds i zbliżył się do chłopców.

background image

— Czy możecie mi powiedzieć, mniej więcej, nad czym teraz pracujecie?
— Ktoś złożył na nas skargę? — zapytał Jupiter.
— Miałem telefon z Los Angeles. Wydział dla nieletnich tamtejszej policji. Pytali, czy was 

znam. Musiałem przyznać, że tak. — Szef policji w Rocky Beach wskazał palcem na Pete’a.

— To ty złożyłeś dziś wizytę sklepikarzowi o nazwisku Hendricks.
Pete poczuł, że mu nagle wyschło w gardle.
— Zostawiłeś waszą kartę i numer telefonu. Dlatego zwrócili się do mnie. Hendricks złożył 

skargę, że staracie

 

się go zastraszyć.

— Zastraszyć go?! — wykrzyknął Pete. — Ja go nie straszyłem. Starałem się go ostrzec!
— Dla Hendricksa to brzmiało jak pogróżka. Zechcecie mi wyjaśnić, o co chodzi?
— Z przyjemnością! — przystał ochoczo Jupiter.
— Doskonale. Słucham.
Jupiter zdecydował, że mówienie o Allie i jej ciotce, byłoby sprzeczne z etyką zawodową. 

Poza tym, opowiedział o wszystkim. O tajemniczym domu w Kanionie Torrente i odbywających 
się tam dziwacznych  praktykach. Przyznał, że zakradli się do owego domu,  i zrelacjonował 
podsłuchaną rozmowę między Shaitanem i Maxem.

— Jesteśmy   pewni,   że   panu   Hendricksowi   grozi   niebezpieczeństwo   —   powiedział   na 

zakończenie. — Kiedy tylko przywołają moce śpiewającego węza...

Komendant podniósł rękę.
— Wystarczy. Dajecie się zbyt ponosić emocjom. Los Angeles jest pełne wariatów palących 

świece i zawodzących do księżyca. Gdyby aresztowano każdego, kto uważa, ze ma dojście do 
nadprzyrodzonych potęg, nie starczyłoby miejsca w więzieniach. Wytłumaczę was przed policją 
w Los Angeles, ale nie będzie to łatwe. Proszę was, żebyście się na przyszłość trzymali z daleka 
od cudzych domów. Chyba że chcecie któregoś dnia zainkasować kilka kul z dubeltówki.

— Powinieneś   był   mu   powiedzieć   o   pannie   Osbomne   i   naszyjniku   —   mruknął   Pete   po 

odjeździe komendanta.

— Nie mogłem — odparł Jupiter. — Allie jest naszym klientem i obowiązuje nas tajemnica. 

Zresztą panna Osborne i tak by wszystkiemu zaprzeczyła.

W   biurze   odezwał   się   telefon   i   Jupiter   poszedł   go   odebrać.   Wrócił   po   chwili   mocno 

zasępiony.

— Allie dzwoniła. Moce śpiewającego węża zostały wezwane przeciw cioci Pat. Właśnie 

dostarczono kobrę.

background image

ROZDZIAŁ 18

Groza narasta

Allie oczekiwała ich na frontowym ganku. W rękach trzymała kobrę. Tym razem była to 

statuetka,   mniej   więcej   piętnastocentymetrowej   wysokości.   Ciało   węża   układało   się   w 
połyskliwe   zwoje,   z   których   wznosiła   się   zakapturzona   głowa   o   czerwonych   błyszczących 
oczach.

Allie wprowadziła ich do salonu. Postawiła kobrę na stoliku.
— Kto to przyniósł? — zapytał Jupiter.
— Nie wiem. Ktoś zadzwonił do drzwi frontowych i zostawił na ganku pudełko.
— To chyba bez znaczenia, kto je przyniósł — powiedział Pete.
— Tak myślę. Istotne, że pudełko wpadło najpierw w ręce cioci Pat. Drżała, jeszcze nim je 

otworzyła. Wiedziała.

— Co potem? — pytał Bob.
— Zobaczyła węża i przeczytała kartkę.
Jupiter pochylił się nad białym kartonowym bilecikiem, leżącym na stole.
— BELIAL UPOMNI SIĘ O SWOJE. DUSZA JEST CENNIEJSZA OD DIAMENTÓW  — 

odczytał.

— Wypisali to wielkimi literami. Chcieli mieć pewność, że groźba podziała.
— Jak zareagowała? — zapytał Bob.
— Zemdlała. Nigdy nie widziałam nikogo w omdleniu. Nie wiedziałam, co robić. Po chwili 

oprzytomniała i zaczęła jęczeć. Zaprowadziłam ją na górę i położyłam do łóżka.

— Może teraz zechce rozmawiać z policją — powiedział Bob.
— Nie  ma   mowy.  Prosiłam,  tłumaczyłam,  że  teraz  mamy  prawdziwe  dowody  rzeczowe, 

kobrę i tę kartkę. Powtarzała tylko, że i tak jest już za późno i że tylko jedno może ją jeszcze 
uratować: wręczenie Shaitanowi prawdziwego naszyjnika.

Jupiter aż podskoczył.
— Chyba nie zamierza tego zrobić?!
— Nie może, ja mam naszyjnik. Znalazłam go.
Wszyscy trzej patrzyli na Allie wyczekująco.
— Jakiś czas temu oglądałyśmy film w telewizji. To była szpiegowska historia i kobieta-

szpieg schowała mikrofilm w pudełku z solami do kąpieli. Ciocia nie jest zbyt pomysłowa. Dziś 
rano, po waszym wyjściu, poszłam zaraz do łazienki i znalazłam naszyjnik we flakonie z solami.

— Mam nadzieję, że go dobrze ukryłaś — powiedział Pete.
—   W   razie   gdybym,   na   przykład,   została   rozgnieciona   przez   buldożer   przed   powrotem 

rodziców, szukajcie w worku z owsem w garażu.

— Nieźle — skinął głową z uznaniem. Pete.
— Tak, wszystko pięknie tylko, że znalazłam się w niełatwej sytuacji. Teraz do mnie należy 

decyzja. Ciocia Pat leży w łóżku i patrzy w sufit. Obawiam się, że jest chora, naprawdę chora.

— Jej stan może się jeszcze pogorszyć  — odezwał się Jupiter. — Zwłaszcza, że już od 

dłuższego czasu nie czuje się dobrze.

— Tak, od wypadku pani Compton.
— Nie powinnaś zostawać z nią sama. Poproszę ciocię Matyldę, żeby przyszła ci pomóc.
Allie rozpogodziła się.

background image

— Jupe, to świetny pomysł. Twoja ciocia jest taką silną i trzeźwą osobą. Jak myślisz, czy 

gdybyśmy jej opowiedzieli całą historię, skłoniłaby ciocię Pat do mówienia?

— Ciocia Matylda jest z żelaza — odparł Jupe — ale obawiam się, że w tym wypadku 

będzie bezsilna. Twoja ciocia zbyt się boi Shaitana i Ariela. Nie, nie ma co wprowadzać cioci 
Matyldy w całą sprawę. Powiemy jej tylko, że panna Osborne cierpi na załamanie nerwowe i ty 
nie możesz sobie sama poradzić.

— Co jest zresztą zgodne z prawdą — przyznała Allie.
Jupiter zatelefonował do cioci Matyldy i nie minęło piętnaście minut, gdy ta zjawiła się w 

domu Jamisonów. Szybko zorientowała się w sytuacji, ze zmarszczonym czołem przyjrzała się 
leżącej w łóżku bezwładnej Pat Osborne i energicznie ujęła sprawy w swoje ręce. Po pierwsze, 
stwierdziła, że Allie wygląda marnie i potrzebuje małej drzemki, a chłopcy mają się natychmiast 
wynosić.

— Możecie z wujem zjeść dziś obiad na mieście — zwróciła się do Jupitera. — Zostanę tu 

na noc, a jutro zobaczymy co dalej.

Wymaszerowała zamaszyście do kuchni, skąd niebawem dobiegł ich trzask drzwi lodówki i 

spiżarni oraz brzęk garnków.

Jupiter uśmiechnął się do Allie.
— W każdym razie, będziesz dziś miała dobry obiad.
—  Nie   wiem  czy  to  mądrze,  żebyśmy   sobie   stąd  poszli   —powiedział  Pete.   —  Czy  nie 

powinniśmy czuwać tu na zmianę, w razie gdyby coś się stało?

— Najgorsze   już   się   stało   —   odpowiedział   Jupe.   —   Nie   sądzę,   by   próbowali   dalszych 

nacisków w najbliższym czasie. Zresztą, ciocia Matylda stawi czoła wszystkiemu. Nie mogę 
sobie wyobrazić, by istniało na tym świecie coś, czego by się bała.

Zabierali się do wyjścia, ale Jupiter zatrzymał się jeszcze i zwrócił do Allie:
— Twoja ciocia jest zbyt  przerażona, by mówić z policją, ale przecież ty możesz. Sama 

powiedziałaś,  że   decyzja   należy  teraz   do  ciebie.  Zatelefonuj  na   policję  i  powiedz   wszystko 
komendantowi Reynoldsowi.

Allie potrząsnęła głową.
— Nie, to by było okropne. Ciocia się wciąż obwinia za wypadek pani Compton. Poza tym 

jak wytłumaczyć policji, że jest ofiarą czarów?

Drzwi do kuchni raptem się otworzyły.
— Jupe!   —   zawołała   ostro   ciocia   Matylda.   —   Bob!   Pete!   Zabierajcie   się   stąd!   Dajcież 

wreszcie odpocząć temu dziecku.

Chłopcy wyszli potulnie. Dopiero późnym wieczorem Jupiter odważył się zatelefonować do 

Jamisonów. Telefon odebrała ciocia Matylda. Oświadczyła krótko, że Allie śpi, panna Osborne 
nie śpi i że sytuacja jest doskonale opanowana. Nakazała Jupiterowi iść do łóżka i więcej nie 
telefonować.

Jupe   poszedł   do   łóżka,   ale   długo   nie   mógł   zasnąć.   Kiedy   wreszcie   zapadł   w   sen,   miał 

nieprzyjemne   koszmary.   Szedł   wilgotnym,   śmierdzącym   stęchlizną   korytarzem,   przed   nim 
migotał płomień świecy. Coś oślizgłego pełzało koło jego nóg. Obudził się z ulgą, jeszcze przed 
świtem. Zaczął  rozmyślać  o statuetce  węża na stoliku w salonie Jamisonów, o Pat Osborne 
wyczerpanej i chorej z trwogi. Zamajaczyła mu trupio blada twarz Shaitana, otulonego czarną 
peleryną.   Przypomniał   sobie,   jak   jeszcze   przedwczoraj   widział   go   rozwalonego   w   niedbałej 
pozie na tronie, snującego leniwie swe nikczemne plany. Nagle zaczęło mu się spieszyć. Sam, w 
biały dzień, przyszedł do Jamisonów, żeby wymóc daninę od panny Osborne. Dlaczego?

Jupe uśmiechnął się do siebie. Chyba wie dlaczego. W oślepiającym świetle reflektorów, 

background image

Shaitan i jego wspólnik zobaczyli jego, Jupitera Jonesa — wścibskiego chłopca, który wetknął 
nos   w   sprawy   podejrzanych   mieszkańców   tajemniczego   domu.   A   Bentley?   Tajemniczy 
nieznajomy   z   sumiastym   wąsem,   który   szybką   akcją   zniweczył   ich   próbę   wyeliminowania 
niebezpiecznego świadka. Bentley musiał im również napędzić strachu.

Jupiter   kręcił   się   i   przewracał   z   boku   na   bok.   Gdyby   tylko   mógł   odszukać   Bentleya. 

Tajemniczy wąsacz może być kluczem do całej sprawy. Ale ani rusz nie mógł wymyślić sposobu 
na wywabienie Bentleya z ukrycia. Tymczasem Pat Osborne jest coraz bardziej chora. Czy jej 
lęk,   jej   wiara   w   potęgę   Shaitana   są   dość   silne,   by   ją   mogły   zabić?   A   Hendricks,   niczego 
nieświadom właściciel sklepu spożywczego? Co jemu się stanie?

Nagle Jupiter  przypomniał  sobie książkę o czarach,  jedną z tych,  które przyniósł  Bob z 

biblioteki.   Książkę   napisaną   przez   profesora  uniwersytetu   w  Ruxton.   Ruxton  leży   niespełna 
trzynaście kilometrów od Rocky Beach. Jupe odprężył się. Znajdzie sposób, by pomóc pannie 
Osborne.   Obejdzie   się   bez   Bentleya.   A   jeśli   Shaitan   zaczął   się   spieszyć,   to   i   lepiej.   Trzej 
Detektywi muszą przejść do walki obronnej. Jupiter wiedział już, nim znów zapadł w sen, jaki 
podjąć następny krok.

background image

ROZDZIAŁ 19

Wąż 

atakuje ponownie

Był wczesny ranek, gdy Trzej Detektywi zjawili się w domu Jamisonów. Ciocia Matylda 

wchodziła właśnie na górę z tacą ze śniadaniem dla panny Osborne. Allie popijała w kuchni sok 
pomarańczowy.

— Zdecydowałam, co zrobić z naszyjnikiem — oznajmiła.
— Oddam go Van Storenowi i Chatsworthowi. Niech oni się o niego martwią.
— Doskonały pomysł! — pochwalił Bob.
— A jakie wy macie plany? — zapytała Allie.
— W Los Angeles jest niejaki Hendricks — odpowiedział Jupiter. — Jest konkurentem 

Noxwortha i prawdopodobnie następną ofiarą bractwa. Myślę, że otrzyma węża niebawem może 
nawet dzisiaj. Shaitanowi zaczęło się spieszyć. Będzie chciał czym prędzej uzyskać pieniądze od 
Noxwortha. Jednym słowem, zaraz jedziemy do Los Angeles.

— A co z ciocią Pat? Jest w okropnym stanie.
— Ciocia   Matylda   się   nią   opiekuje.   Ty   też   możesz   przy   niej   czuwać.   Van   Storen   i 

Chatsworth mogą przecież przysłać kogoś po naszyjnik.

— Dobrze, a co mam zrobić, jak Shaitan się tu zjawi?
— Nie ma obawy — powiedział Jupiter. — Twoja ciocia jest chora, gdyż wierzy w moc 

węża i Shaitan wie o tym doskonale. Nie będzie ryzykować ponownej wizyty. Będzie czekał, aż 
ona po niego pośle.

— Wątpię, czy będzie w stanie to zrobić. Ledwie się rusza. Jest niemal sparaliżowana.
— Jest pewien sposób, żeby pomóc twojej cioci, ale to wymaga czasu. Teraz musimy się 

zająć Hendricksem. Obawiam się, że w jego sprawie nie ma chwili do stracenia.

— Co zamierzacie zrobić?
— Ustawimy się na warcie przed jego sklepem — odpowiedział Bob.
— Idę z wami! — oświadczyła Allie.
— Nie ma mowy — zaoponował Pete. — Shaitan może nie przebierać w środkach, a z tym 

Hendricksem też niełatwa sprawa.

— Idę! — upierała się Allie. — Słuchajcie, jeśli nie ma wielkiego pośpiechu z ciocią Pat, a 

Shaitan się tu nie wybiera, naszyjnik jest bezpieczny tam, gdzie jest. Nie mogę się kisić w domu, 
podczas gdy wy będziecie polować na drani, którzy narobili mi tego całego bigosu. Idę!

Do kuchni weszła ciocia Matylda z pełną tacą.
— Proszę pani — zwróciła się do niej Allie spiesznie —muszę pojechać do Los Angeles. 

Chcę się zobaczyć z lekarzem cioci Pat. Czy Jupiter może jechać ze mną?

Ciocia Matylda patrzyła na nią z zafrasowaną miną.
— Tak, myślę, że powinnaś sprowadzić do niej lekarza. Nie jest z nią dziś ani trochę lepiej i 

nic nie chce jeść. Ale możesz przecież zatelefonować. Po co jechać taki kawał drogi?

— Nie pamiętam nazwiska lekarza cioci i nie ma jego numeru w notatniku. Wiem tylko, 

gdzie mieści się ten gabinet. To jest na Wilshire, koło kościoła. Na miejscu odszukam go bez 
trudu.

— Musi  być  prostszy  sposób  —  kręciła   głową  ciocia   Matylda.   —  Może   zapytać  panny 

Osborne?

— Mogę zapytać, ale wiem, że mi nic nie powie. Czy pani nie zauważyła? Nie można z niej 

background image

wydobyć ani jednego słowa.

— No dobrze — zgodziła się wreszcie ciocia Matylda —tylko pospieszcie się. Jupe, poproś 

Hansa, żeby was zawiózł ciężarówką. Autobusami stracicie cały dzień.

Allie podziękowała i uścisnęła ją serdecznie, po czym wybiegła z domu wraz z chłopcami.
Hans z ochotą zgodził się na przejażdżkę do miasta.
— Róg Beverly i Trzeciej — podał adres Pete. Wraz z Jupe’em i Bobem wspiął się na tył 

ciężarówki. Allie usiadła koło Hansa w szoferce.

Gdy zajechali na miejsce, Jupe poprosił Hansa, by zaparkował ciężarówkę w bocznej ulicy.
— Chcecie, żebym poszedł z wami? — zapytał Hans, sięgając do klamki, by otworzyć Allie 

drzwi.

—   Nie   —   powiedział   Jupe   —   zaczekaj   na   nas   tutaj.   Odpocznij   sobie.   To   może   trochę 

potrwać.

— Okay — Hans wyciągnął gazetę spod siedzenia i rozsiadł się wygodnie.
Wrócili   do   głównej   ulicy  i   skierowali   się   do   sklepu   Hendricksa.   Pete   wskazał   sklep   po 

przeciwnej stronie ulicy.

— To delikatesy Noxwortha.
Allie  z niesmakiem  pokręciła  nosem  na widok zaśmieconego  parkingu i  brudnych  szyb. 

Raptem   drzwi   sklepu   Hendricksa   otworzyły   się   i   wybiegł   z   nich   mały   chłopiec.   Hendricks 
wyszedł za nim i zawołał:

— Już tu dziś nie wracaj!
Jupiter przyspieszył kroku. Znalazł się pod drzwiami sklepu w momencie, gdy Hendricks 

wkładał klucz do zamka.

— Przepraszam, sklep zamknięty — powiedział do Jupe’a.
— Z powodu węża — stwierdził Jupe.
Hendricks wyprostował się, spojrzał w bok i zobaczył Pete’a.
— Znowu ty!

.

— Chcemy panu pomóc — powiedział Pete nieśmiało.
— Ach tak? Gliny już mnie oświeciły co do was. Zespół prywatnych detektywów czy coś w 

tym rodzaju. Wydaje wam się, że tropicie wielkiego czarownika. A ja wam powiem, że jesteście 
bandą pomyleńców, ale nie mam zamiaru wdawać się w procesy z wami, więc zamykam sklep i 
tyle. Wynocha stąd!

— Otrzymał więc pan węża — powiedział spokojnie Jupiter.
Hendricks złapał go za koszulę na piersi i przyciągnął do siebie.
— To ty przyniosłeś? Jeśli tak, skręcę ci kark!
Jupe nawet nie starał się uwolnić.
— Nie, myśmy nie przynieśli węża, ale wiemy, że to musi być kobra z oczami z czerwonych 

kamieni. Jak to panu dostarczono?

Hendricks przez dłuższą chwilę studiował twarz Jupe’a.
Wreszcie puścił go, otworzył drzwi sklepu i wskazał na kontuar.
Stała tam statuetka, taka sama, jak ta otrzymana przez pannę Osborne.
— Wyszedłem na minutę na zaplecze. Kiedy wróciłem, to stało na ladzie.
— Rozumiem — skinął głową Jupe.
— Rozumiesz? Cieszę się. Teraz zabierz swoich przyjaciół i idźcie sobie stąd. Wezwałem już 

policję, ale na wszelki wypadek nie chcę tu nikogo. Uciekajcie stąd! Szybko!

W tym momencie mała dziewczynka podbiegła w podskokach do drzwi sklepu. Hendricks 

ujął ją za ramię, zawrócił i pchnął delikatnie.

background image

— Biegnij do mamy i nie wychodź już dziś z domu.
Dziewczynka gapiła się na niego wielkimi oczami.
— Do domu! — wrzasnął Hendricks i mała uciekła.
— Klienci! — gderał. — Jak termity. Nie można się od nich opędzić.
Zza   węgła   domu   wyszedł   mężczyzna   w   poplamionych   niebieskich   spodniach   i   zbyt 

obszernej, zniszczonej marynarce. Zbliżył się niepewnie do grupki pod sklepem.

— Mógłbym dostać kawy? — poprosił.
Allie   przyglądała   się   przybyszowi   z   zainteresowaniem.   Widziała   w   swoim   życiu   kilku 

żebraków,   ale   ten   był   szczególnie   obszarpany.   Musiał   nie   mieć   koszuli,   gdyż   w   otwarciu 
wytartej marynarki widać było różową, pomarszczoną skórę. Siwe włosy nie były strzyżone od 
miesięcy, a policzki pokrywał parodniowy zarost.

— Mógłbym dostać kawy? — powtórzył. — Może kawałek chleba, jeśli łaska? Nie jadłem 

od dwu dni.

Hendricks sięgnął do kieszeni i wyciągnął plik banknotów. Wyłuskał jeden i nie spojrzawszy 

nawet na jego wartość, wcisnął żebrakowi do ręki.

— Sklep zamknięty. Facet naprzeciwko sprzeda panu, co pan chce.
— Dobry   z   pana   człowiek   —   powiedział   włóczęga   z   wdzięcznością.   Odwrócił   się 

niezręcznie, potknął i wpadł na stojak z gazetami przy drzwiach.

— Cholera! — zaklął Hendricks
Włóczęga   miotał   się   chwilę   w  stercie   rozsypanych   gazet   wymachując   rękami   i   nogami. 

Mruczał coś przepraszająco Pozbierał się wreszcie i odszedł wolno.

— Hej, panie! — zawołała Allie. — Niech pan zaczeka!
Pochyliła się nad kupą zmiętych gazet i wyłowiła spośród nich mały, czarny przedmiot.
— Zgubił pan radio!
Włóczęga zaczął biec.
— Allie — odezwał się Jupiter bardzo spokojnie — Allie, daj mi to.
— Dobry Boże! — zawołał Hendricks.
Allie spojrzała na małe czarne pudełko które trzymała w dłoni.
— Co to jest? O co chodzi?
Hendricks złapał pudełko i rzucił je na oślep. Zatoczyło długi łuk w powietrzu i wylądowało 

na   trotuarze   po   drugiej   stronie   ulicy.   Odbiło   się   dwukrotnie   i   uderzyło   w   ścianę   sklepu 
Noxwortha   Nastąpił   błysk   i   rozległ   się   huk.   Szyldy   delikatesów   rozsypały   się   z   brzękiem. 
Jupe’owi mignęła na chwilę przerażona twarz Noxwortha.

Hendricks rzucił się w pogoń za włóczęgą.
— To była bomba! — krzyczała przerażona Allie. — A ja myślałam, że to radio!
— Allie,   moja   droga,   wiodłaś   nieświadome   życie   —   powiedział   Pete   z   pobłażaniem   — 

Żebracy raczej nie miewają aparatów tranzystorowych.

background image

ROZDZIAŁ 20

Czarownik pilnie poszukiwany

W drodze powrotnej Allie jechała z chłopcami na platformie ciężarówki.
— Teraz z pewnością policja zechce przesłuchać ciocię Pat — powiedziała.
— Będą na pewno bardzo delikatni — pocieszał ją Jupiter.
— W końcu ona nie jest przestępcą.
— Wolałabym, żeby można było tego w ogóle uniknąć.
— Chyba nie ma wyjścia — odezwał się Bob. — Teraz, kiedy policja przekonała się, jak 

niebezpiecznym człowiekiem jest Shaitan, musimy powiedzieć wszystko. Także o twojej cioci i 
o naszyjniku.

— Muszę przyznać, że byłaś fantastyczna. Gdybyś nie znalazła tej bomby, sklep Hendricksa 

wyleciałby w powietrze — Pete zaśmiał się. — Byłbym niepocieszony. Co za facet! Jak wam się 
to podobało‚ wspaniale zgarnął w biegu tego rzekomego żebraka! I jak go unieruchomił, i czekał 
spokojnie, aż gliny przybiegną!

—   Większą   zabawę   miałem   obserwując   minę   Noxwortha   —   powiedział   Jupe.   —   W 

najmniejszym stopniu nie spodziewał się, że to jego szyby polecą.

Ciężarówka zatrzymała się przed domem Allie. Ciocia Matylda wybiegła natychmiast na ich 

spotkanie.

— Gdzieście się podziewali? — wołała. — Pannie Osborne znacznie się pogorszyło. Doktor 

Peters jest teraz u niej. Musiałam po niego zatelefonować. Znaleźliście jej lekarza?

— Nie, nie znaleźliśmy. — Jupiter szedł spiesznie ku drzwiom frontowym. W progu spotkał 

się z doktorem Petersem.

— Czy ona ma tutaj jakichś bliskich krewnych? — zapytał lekarz.
Allie wysunęła się przed Jupe’a.
— W tej chwili tylko mnie.
— Muszę ją zabrać do szpitala. Ona nie chce wyrazić zgody.
Allie wyminęła doktora Petersa i pobiegła na górę, przeskakując po dwa stopnie na raz. Jupe 

ruszył za nią.

Panna Osborne wyglądała jak pomarszczona lalka, w swym wielkim łożu z baldachimem. 

Odwróciła się tyłem do Allie, gdy ta weszła do pokoju.

— Ciociu, musisz się z tego otrząsnąć — błagała Aule. —Już po wszystkim. Shaitan to 

przestępca i wkrótce zostanie ujęty przez policję.

Panna Osborne nie poruszyła się. Allie złapała ją za ramię i potrząsnęła.
— Staraj się z tego wydobyć! Proszę cię! Musisz pójść do szpitala.
Panna Osborne dotknęła ręki Allie.
— Naszyjnik — szepnęła. — Weź go, proszę...
Allie odsunęła się.
— Nie.  Nie  możesz  dać  naszyjnika   Shaitanowi.  Czy  nie  słyszałaś,  co  ci  powiedziałam? 

Shaitan pójdzie do więzienia i nie będzie mógł już nikogo skrzywdzić.

— Wydałaś go? — przerażenie malowało się na twarzy cioci Pat. — Allie, on oskarży mnie!
— Nonsens! — Allie uchwyciła ciocię za przegub dłoni. —Oprzytomnij, ciociu, proszę!
— Daj jej spokój — Jupiter ujął Allie za łokieć i wyprowadził z pokoju. — Ona nie może się 

z tego otrząsnąć. Nie widzisz? Shaitan w więzieniu przeraża ją jeszcze bardziej niż Shaitan na 

background image

wolności. Możemy zrobić tylko jedną rzecz. Z ogniem trzeba walczyć za pomocą ognia.

— Jak?
— Ona została zaczarowana...
— Jupiterze Jones, wygadujesz brednie!
— Ale twoja ciocia w to wierzy, i to ją zabija. Musimy zdjąć z niej klątwę. To jest we 

wszystkich   książkach   z   dziedziny   antropologii.   Jeśli   na   nią   rzucono   klątwę,   trzeba   znaleźć 
innego czarownika, który by tę klątwę z niej zdjął.

Allie oparła się ze znużeniem o ścianę.
— Skąd weźmiemy czarownika?
— Chyba wiem skąd — Jupiter zszedł ze schodów na dół.
W   holu   Bob   i   Pete   kręcili   się   wokół   stroskanej   cioci   Matyldy.   Doktor   chodził   tam   i   z 

powrotem po salonie.

— Ten profesor uniwersytetu w Ruxton — powiedział Jupiter do Boba — ten, który napisał 

książkę o magii... Pamiętasz jego nazwisko?

— Bannister. Nie. Barrister. Henry Barrister.
— Tak, przypominam sobie. Ruxton jest w dolinie, zaraz za wzgórzami — Jupiter ruszył w 

stronę kuchni. Bob i Pete za nim.

— Czyżbyś zamierzał to zrobić? Chyba się domyślam.. —powiedział Bob.
— Tak jest — odparł Jupe. — Mieliśmy do czynienienia z czarną magią, teraz potrzebujemy 

dobrej wróżki. Barrister jest w sam raz. W każdym razie zna się na rzeczy — I zadzwonił do 
informacji.

— Żeby tylko był w domu — westchnął po chwili, wykręcając podany mu numer.
Telefon po drugiej stronie linii dzwonił i dzwonił. Wreszcie dał się słyszeć charakterystyczny 

klik, ktoś podniósł słuchawkę.

— Czy to profesor Barrister z uniwersytetu w Ruxton?
Bob i Pete słuchali w napięciu.
— Świetnie! Moje nazwisko jest Jupiter Jones, panie profesorze, potrzebna mi jest pańska 

pomoc. To nie jest łatwe do wyjaśnienia przez telefon, ale tu jest kobieta, na którą rzucono 
klątwę i my...

Jupiter urwał i słuchał.
— Tak, jest bardzo chora — powiedział po chwili i znowu słuchał.
— Wczoraj dostarczono jej małą paczkę. Była w niej statuetka węża.
— Telefonuję z Rocky Beach — powiedział po małej przerwie.
— Ta kobieta nazywa się Patricia Osborne.
Jupe słuchał znowu, po czym powiedział radośnie:
— Bardzo dziękuję! To szalenie miło z pańskiej strony —podał adres Jamisonów i odłożył 

słuchawkę.

— Przyjeżdża — oznajmił Pete’owi i Bobowi. — Powiedział, że przywiezie kogoś, kto może 

zdjąć klątwę.

— Wspaniale! — wykrzyknął Pete. — Może przywiezie czarnoksiężnika?
— Zobaczymy.
Drzwi do kuchni uchyliły się i ciocia Matylda wetknęła głowę.
— Co robicie?
— Znalazłem lekarza, ciociu. Doktor Barrister.
— Dzięki Bogu! Doktor Peters nie radzi sobie z panną Osborne. Może jej lekarz spisze się 

lepiej.

background image

— Miejmy nadzieję. Już jest w drodze.
— Świetnie.   Posiedzę   z  nią   tymczasem.   Aha,   jeden  z   was,  chłopcy,   powinien   się  zająć 

koniem.

Allie wpadła do kuchni.
— Ja zaopiekuję się Królewną!
— Doktor przychodzi — oznajmił Jupiter.
— Znalazłeś jakiegoś? To wspaniale!
Ciocia Matylda poszła na górę, a doktor Peters pochrząkując i obiecując przyjść później, 

opuścił dom. Chłopcy wyszli na frontowy ganek i usiedli na schodach. Po paru minutach Allie 
przyłączyła się do nich.

— Kiedy tu będzie? — zapytała.
— Już niedługo — odparł Jupe.
Istotnie,   niebawem   w   ulicę   wjechał   samochód   i   skręcił   w   podjazd.   Kierowca   wysiadł   i 

szybkim krokiem skierował się do drzwi frontowych.

— Jupiterze Jones! — zawołał.
Cała czwórka wpatrywała się ze zdumieniem w przybysza.
— Panno Jamison, tak mi przykro — zwrócił się do Allie.
— Nie miałem pojęcia, że sprawy zajdą tak daleko.
Jupiter wstał.
— Proszę tylko powiedzieć, kim pan jest?
— Jestem   doktor   Barrister.   Powinienem   być   bardziej   przewidujący.   Myślałem,   że   to 

zwyczajni, nieszkodliwi amatorzy magii.

Allie z trudem łapała oddech.
— Pan... pan zgolił wąsy!
Profesor Barrister, znany im jako Bentley, dotknął swej górnej wargi.
— Nie były prawdziwe. Myślałem, że jeśli chcę się zabawić w detektywa, muszę wystąpić w 

przebraniu.

background image

ROZDZIAŁ 21

Biała magia Mary

Profesor Barrister siedział w salonie Jamisonów i obracał w rękach figurkę kobry.
—   Misternie   wykonana   rzecz   —   powiedział.   —   Ale   nie   mieli   przecież   do   czynienia   z 

prymitywnymi osobami. Woskowa lalka nie byłaby dość przekonująca.

— Czy to ma znaczenie jakiego przedmiotu używa czarownik? — zapytał Pete.
— Żadnego. Istotne jest, by ofiara wierzyła, że została uroczona. Rolę gra tylko siła sugestii. 

Ofiarę ogarnia paraliżujący strach i nie może się od niego uwolnić.

— Czy może pan pomóc? — spytała Allie. — Czy zdoła pan przekonać ciocię, że zdjął pan z 

niej klątwę?

— Ja nie. Czy wyglądam na czarownika?
Zarówno Allie, jak i chłopcy musieli przyznać, że nie. Barrister czy Bentley — był to wciąż 

ten sam łagodny spokojny człowiek.

— Twoja ciocia widziała mnie zresztą z odkurzaczem w tym domu — powiedział. — Nie 

uwierzy  we mnie,   ale  sądzę,  że  uwierzy  w Marę.  Mara jest wielce  przekonująca.  Czeka  w 
samochodzie. Wyjaśniłem jej całą sprawę i wie, co należy zrobić.

— Jest czarownicą? — spytał Bob.
— Jest Cyganką i zdaje się mieć pewien dar. Potrafi, na przykład, wyleczyć kurzajki i cieszy 

się sławą bardzo dobrej wróżki. Urnie też odprawić rytuał, który gwarantuje odesłanie klątwy z 
powrotem do tego, który ją rzucił. Musicie jej w tym pomóc, ale to wam się spodoba. Idę po nią.

Opuścił pokój i wrócił po chwili z niemłodą kobietą o pomarszczonej twarzy. Jej włosy były 

przewiązane licznymi  szarfami. Nosiła wyblakłą, różową bluzkę i szeroką, zieloną spódnicę, 
sięgającą aż do zdartych butów. Otaczał ją zapach kurzu i starej odzieży, ale równocześnie biła 
od niej żywotność. Jej czarne oczy płonęły pod gęstymi brwiami. Wzięła w ręce statuetkę węża.

— To to?
— Tak — odparł profesor Barrister — to to.
— Ha! — Mara kiwnęła głową Allie i chłopcom. — Będziemy pracować razem. Zrobicie, co 

wam każę, i nie odzywajcie się ani słowem. Rozumiecie?

— Rozumiemy — odpowiedział za wszystkich Jupe.
— Ta kobieta jest na górze?
— Tak — powiedziała Allie.
— No to chodźmy — Mara wyszła do holu, dzierżąc węża w rękach. U stóp schodów stanęła 

twarzą w twarz z ciocią Matyldą.

— Na litość Boga najwyższego! — wykrzyknęła zszokowana ciocia Matylda.
— Wszystko w porządku ciociu — uspokajał ją Jupiter. — Może zechce ciocia poczekać na 

dole z doktorem Barristerem?

— Doktor Barrister? Lekarz panny Osborne jest tutaj? Dlaczego mnie nie zawołaliście? Co 

wy tam znowu kombinujecie?

— Doktor Barrister  wszystko  wyjaśni.  Panie  profesorze‚  to moja  ciocia,  Matylda  Jones. 

Zajmuje się panną Osborne.

—   Miło   mi   panią   poznać   —   powiedział   Barrister.   —   Proszę   wejść   do   salonu   i   usiąść. 

Wszystko wytłumaczę. Zapewne trudno będzie pani uwierzyć, ale proszę mnie wysłuchać.

Ciocia Matylda stała nieporuszona.

background image

— Jupiterze, chcę, żebyś mi tu natychmiast powiedział...
— Kobieto! — przerwała Mara. — Stoisz mi na drodze.
— Co?! — wykrzyknęła ciocia Matylda.
— Mam ważną pracę do wykonania — powiedziała Mara.
— Jeśli mi w tym przeszkodzisz pożałujesz.
Harde oczy Cyganki spotkały się z nieustępliwym spojrzeniem cioci Matyldy. Przez chwilę 

trwał ten pojedynek, po czym ku zdumieniu Jupitera‚ ciocia Matylda odsunęła się na bok. Mara 
miała istotnie dar.

Weszli na górę i Allie poprowadziła Cygankę do pokoju panny Osborne. Ciocia Pat nie 

zareagowała na ich wejście. Zdawała się nie widzieć Mary, dopóki ta nie stanęła w nogach łóżka 
i nie zawołała:

— O, przeklęta! Słuchaj mnie, a będziesz żyła!
Panna Osborne zadrżała pod kołdrą.
— Więcej poduszek — poleciła Mara. — Podeprzyj jej głowę, żeby mogła lepiej widzieć.
Allie  wybiegła  z  pokoju  i  wróciła   z  trzema  poduszkami.  Uniosła   ciocię   do  półsiedzącej 

pozycji i podparła ją.

— Patrz! — Mara trzymała węża w wyciągniętej ręce. — To on przynosi zło.
Panna Osborne wzdrygnęła się.
— Belial — wyszeptała. — Wąż jest posłańcem Beliala.
— Ha! — zagrzmiała Cyganka. — Dziesięć duchów posiadam, a każdy potężniejszy od 

Beliala, i ten, kto go wezwał, będzie cierpiał od klątwy.

Obeszła łóżko i przysunęła statuetkę w stronę panny Osborne.
— Weź to do rąk.
— Nie! Nie mogę!
— Musisz to trzymać, kobieto. — Mara ujęła dłonie cioci Pat i zamknęła jej drżące palce na 

posążku. — Trzymaj to mocno, jeśli chcesz się ratować!

Po raz pierwszy błysk nadziei pojawił się w oczach panny Osborne. Zacisnęła palce wokół 

węża. Mara sięgnęła w fałdy swej obszernej spódnicy i wydobyła zielony szmaciany woreczek.

— Zieleń jest kolorem wiosny — powiedziała. — Kolorem życia. Włóż przedmiot zła do 

tego zielonego worka.

Nie odrywając wzroku od twarzy Mary, ciocia Pat zrobiła co jej kazano.
— Dobrze — Mara zaciągnęła wiązanie woreczka i zwróciła się do Allie: — Zamknij drzwi 

na klucz i zapal świecę.

Świec   było   w   pokoju   pod   dostatkiem.   Stały   na   wszystkich   sprzętach   wokół,   zielone, 

fioletowe, czerwone i białe.

— Zapal czerwoną — poleciła Mara. — Czerwona ma siłę. A gdy Allie wykonała polecenie, 

dodała: — Teraz niech nikt nic nie mówi.

Wszyscy zamilkli, wszyscy oprócz Mary. Wysokim, piskliwym głosem wypowiadała słowa 

w niezrozumiałym dla nich języku. Trzymała przed sobą woreczek zawierający kobrę i do niego 
się zwracała, zawodząc i nucąc. Jej głos brzmiał to łagodnie jak kołysanka, to jak szorstka, sroga 
groźba.

Nagle przycisnęła zielony woreczek do piersi, odrzuciła w tył głowę, jej oczy obracały się 

dziko. Na koniec padła na podłogę.

Ciocia Pat wytrzeszczyła oczy. Mara leżała z otwartymi ustami, z jej gardła wydobywał się 

okropny, gulgocący dźwięk, a potem seria wysokich zawodzących tonów. Mara śpiewała —
śpiewała pieśń węża.

background image

Przerażające dźwięki płynęły i płynęły. Mara wygięła się w łuk, tak że tylko jej głowa i stopy 

dotykały podłogi. Potem zaczęła się toczyć z boku na bok, kołysząc woreczek w ramionach. Jej 
otwarte oczy zdawały się niewidome. Szarfy w jej włosach odwijały się jedna za drugą i długie, 
siwe pasma zakryły jej twarz.

Pieśń nie ustawała. Rozbrzmiewała coraz głośniej i głośniej, coraz wyżej, przeszywająca, 

przejmująca dreszczem grozy.

Pat Osborne siedziała na łóżku wyprostowana. Patrzyła jak urzeczona na Cygankę. Po chwili 

Marą wstrząsnął potężny dreszcz, krzyknęła i jej ciało opadło bezwładnie. Wydawało się, że śpi.

Allie i chłopcy czekali w napięciu. Nagle ciszę przerwał głos cioci Matyldy:
— Jupe! Co się tam dzieje?! Otwórz drzwi!
Mara jęknęła i usiadła. Ścisnęła woreczek, który wciąż tkwił w jej rękach. Uśmiechnęła się.
— Widziałam   go   —   powiedziała.   —   Człowiek   w   czerni.   Jego   twarz   jest   bardzo   blada. 

Walczy. Jest w splotach węża.

— Jupe, otwórz w tej chwili drzwi! — wołała z korytarza ciocia Matylda.
Mara podniosła się z podłogi i podeszła do panny Osborne. Podała jej zielony woreczek.
— Stało się, co obiecałam.
Ciocia Pat drżącymi rękami rozsunęła wiązanie woreczka. Zajrzała do środka, potrząsnęła 

nim. Był pusty.

— Moje moce są silne — powiedziała Mara. — Wąż wrócił użądlić tego, kto go wysłał. 

Potęga Beliala została złamana i Belial odwrócił się od swego mistrza. Nie masz się już czego 
obawiać. — Podeszła do drzwi i otworzyła je przed ciocią Matyldą. — Możesz wejść. Kobieta w 
łóżku jest znowu zdrowa.

background image

ROZDZIAŁ 22

Ostatni atak węża

— To jest jak cud — mówiła Allie do Trzech Detektywów. —Ciocia Pat zjadła wieczorem 

zupę i herbatniki z mlekiem, a rano dwa jajka. Teraz jest znowu głodna. — Wzięła dwie grzanki 
i posmarowała je masłem. — Nie wiem, co bym zrobiła bez twojej cioci, Jupe.

— Ona jest zawsze tam, gdzie jej potrzebują — odparł Jupiter. — Do rana zdążyła nabrać 

przekonania, że cała historia ze śpiewającym wężem nigdy się nie wydarzyła, chociaż doktor 
Barrister zrobił co mógł, żeby jej wszystko wytłumaczyć. Ona po prostu nie przyjmuje takich 
rzeczy do wiadomości. Pracuje teraz w składzie, jakby nigdy nic i pilnuje, by Hans i Konrad nie 
obijali się bezczynnie.

Allie nalała mleko do szklanki i postawiła ją wraz z grzankami na tacy.
— Jak to się stało, że was dzisiaj nie zagoniła do roboty?
— Komendant   Reynolds   przyjechał   do  nas  rano   —   powiedział   Jupe.  —   Policja   w  Los 

Angeles chce, żebyśmy się ponownie zgłosili do nich. Wstąpiliśmy do ciebie po drodze.

— Komendant ma jakieś wiadomości? — spytała Allie.
— Ellis, ten rzekomy włóczęga, jest w więzieniu — odpowiedział Bob.
— Odpowiednie miejsce dla podkładacza bomb — skinęła głową Allie.
—   Komendant   Reynolds   mówił,   że   śpiewa   jak   kanarek   —powiedział   Pet.   —  Noxworth 

zresztą też. Policja zwinęła już Ariela i Maxa. Byli w Kanionie Torrente. Noxworth nie wiedział, 
że chcą podłożyć bombę w sklepie Hendricksa. Wyobrażał sobie, że załatwią to jakoś inaczej.

— Jednym słowem mają wszystkich, oprócz jednego... —powiedziała Allie.
— Doktora Shaitana — dokończył Jupe.
— Nie zabrali go? — zapytała Allie, sadowiąc się przy stole.
— Nie było go w Kanionie Torrente — odparł Jupiter. —Znikł. Zostawił wszystkie swoje 

rzeczy, nawet samochód. Komendant Reynolds sądzi, że zdążył już zbiec do Kanady.

Allie oparła nogi na poprzeczce krzesła.
— A co ty sądzisz?
— Jesteś wciąż naszym klientem — powiedział Jupiter. —Nie możemy uznać sprawy za 

zamkniętą, póki Shaitan nie znajdzie się za kratkami.

— To sobie długo, długo poczekasz — dobiegło ich od drzwi.
Allie obróciła się błyskawicznie na krześle. Chłopcy zastygli na swoich miejscach. Człowiek, 

zwany   Shaitanem,   stał   w   drzwiach   prowadzących   z   kuchni   do   holu.   Wyglądał   jak   owego 
wieczoru, gdy prowadził ponury obrządek. Tyle, że jego czarna peleryna była zszarzała od kurzu 
i pokryta główkami ostów. W ręce trzymał pistolet.

— Byłam bardzo nieostrożna, nie zamykając drzwi frontowych na klucz — odezwała się 

Allie. — Byle kto może się przybłąkać.

— Dużo ludzi błąkało się ostatnio po tym domu — powiedział Shaitan. — Ale już sobie 

poszli. Nie ma nikogo z wyjątkiem was i tej głupiej baby.

— Jest pan świetnie poinformowany — rzekł Jupe. — Obserwował pan dom ze wzgórza za 

łąką?

Shaitan skłonił się lekko przed Jupiterem.
— Nużące zajęcie. Wędrówka górskim szlakiem do Rocky Beach była również męcząca. 

Uznałem jednak, że bezpieczniej będzie zostawić samochód, kiedy zobaczyłem zajeżdżającą pod 

background image

mój dom policję.

— Tak z czystej  ciekawości... — odezwał się Pete. —Jak się panu udało uciec? Policja 

zaaresztowała Maxa i Ariela.

— Szczęśliwym trafem byłem w ogrodzie, gdy zajechali.
— Zwiał pan więc przez ogrodzenie i zostawił swych kumpli na łasce losu? — zapytał Bob.
— Kto by tego nie zrobił? — mruknął Shaitan. — A teraz ta głupia kobieta jest zapewne na 

górze? Wy czworo pójdziecie przodem. Chcę mieć pewność, że żadne z was nie wyjdzie z domu 
podczas mojej małej pogawędki z panną Osborne.

— Nie zobaczy się pan z moją ciocią — powiedziała Allie stanowczo.
— Allie, on ma pistolet — syknął Pete ostrzegawczo.
— Mam to w nosie! Już dość narozrabiał. Nie zobaczy się z nią! — Podparła się pod boki i 

patrzyła   wyzywająco   w   twarz   Shaitana.   —   Wiem,   czego   tu   chcesz.   Chodzi   o   naszyjnik 
cesarzowej Eugenii. No więc nie ma go tu i ciocia Pat nie wie, gdzie jest, więc spływaj. Nic już 
nie dostaniesz!

— Jeśli jest w banku lub u jubilera‚ da się go odebrać —powiedział Shaitan spokojnie. — 

Panna Osborne zatelefonuje. Jeśli zaś jest tu gdzieś ukryty, da się go znaleźć.

— Nie ma go w...
— Allie! — krzyknął Jupe.
Oczy Shaitana przeniosły się z Allie na Jupitera i z powrotem na Allie.
— Chciałaś powiedzieć że nie ma go w banku? Jest u jubilera? Nie. Coś mi mówi, że nie ma 

go   również   u   jubilera.   Chyba   także   nie   w   domu?   Gdzieżby,   więc   ktoś   ukrył   tak   bezcenny 
naszyjnik? — Zbliżył się do Allie. — Ty wiesz i mi powiesz.

Allie cofnęła się.
— Nie wiem.
— Oczywiście,  że wiesz. Wiesz, gdzie go nie ma, więc musisz wiedzieć, gdzie jest. — 

położył wolną rękę na ramieniu Allie i zacisnął palce. — Gdzie jest?

— Trzymaj łapy z daleka od niej! — wrzasnął Pete.
— Nie powiem! — krzyczała Allie. — Wynoś się!
— Powiesz — Shaitan zacisnął mocniej rękę na jej ramieniu i zaczął nią potrząsać.
— Przestań! — nie wytrzymał Bob.
Nagle dobiegło ich rżenie konia i niespokojny stukot kopyt.
— Co to? — zapytał Shaitan.
— To tylko Królewna, moja klacz.
— Ach, Appaloosa — powiedział Shaitan. — Tak wiem o niej. Bardzo lubisz tego konia. 

Ma... ma boks w garażu.

Nikt się nie odezwał.
— Nie w domu, a więc w garażu — zaśmiał się Shaitan. —Tak, naszyjnik jest schowany w 

garażu i nikt nie może się do niego dostać, nie drażniąc konia. Tak go schowałaś, co?

Allie bez słowa wyszarpnęła się z jego uchwytu.
— Na dwór! Wszyscy! — zakomenderował Shaitan.
Na dźwięk ponownego rżenia konia zaczął ich ponaglać.
— Szybciej! Ruszać się! Do garażu, pokażcie mi, gdzie jest naszyjnik!
— Nie pokażę! — Allie była bliska łez.
— Rób, co ci każe — powiedział Jupiter. — Nie jesteś kuloodporna.
— Nie ujdzie daleko — dodał Bob.
—   To   się   zobaczy   —   Shaitan   wymownym   ruchem   pistoletu   nakazał   im   wyjść   tylnymi 

background image

drzwiami na podwórze i zagnał ich pod garaż. Drzwi garażu były częściowo otwarte. Jupiter 
rozwarł je na oścież i weszli do środka.

— No, gdzie to jest? — ponaglał Shaitan.
Królewna zarżała radośnie na widok Allie, potrząsając swą dużą głową. Shaitan popatrzył na 

konia.

— W boksie? — rozważał. — Nie, nie może być w boksie. Nie ryzykowałabyś, żeby koń 

stratował naszyjnik lub go połknął. Więc gdzie? Zastanówmy się. W sianie? Może być w sianie. 
A może w owsie?

W tym momencie Allie zesztywniała lekko.
— Jest w owsie! — wykrzyknął Shaitan. — Wsadziłaś go do worka z owsem. — Ustawił 

chłopców pod boksem konia i pchnął Allie w stronę worków z paszą.

— Wyciągaj naszyjnik! — rzucił ostro. — Wkładaj rękę do worka, bo ci ją połamię!
Ostrożnie, nie oglądając się na konia, Pete otworzył zamek w drzwiczkach boksu.
— Ruszaj się! — Shaitan złapał Allie za rękę i wykręcił ją do tyłu.
— Au, to boli! — krzyknęła Allie.
Pete odsunął się i spojrzał na klacz. Jej uszy leżały płasko.
—Wio, Królewna! — zawołał i pchnął drzwi boksu.
Królewna   ruszyła   jak   furia.   Przez   moment   biła   kopytami   o   cementową   podłogę   garażu, 

następnie runęła na Shaitana z piskliwym rżeniem.

Shaitan puścił rękę Allie i wycelował rewolwer w konia.
— Nie!! — Allie uderzyła go całą mocą w ramię.
Rozległ się potężny huk wystrzału. Zdawało się, że garaż rozpadnie się od eksplozji. Chłopcy 

wyraźnie usłyszeli jak pocisk odbił się od podłogi i uderzył w ścianę.

Klacz waliła podkowami o podłogę. Jej szyja była naprężona, pysk otwarty, miękkie wargi 

obnażyły  zęby.  Raptem wbiła  je w ramię  Shaitana. Ten  wrzasnął i upuścił rewolwer, który 
potoczył się po podłodze. Jupiter przykucnął. Nie odrywając oczu od zmagającego się z koniem 
Shaitana, wymacał leżący na podłodze rewolwer i podniósł go.

— W porządku, Allie! — krzyknął. — Zabierz konia.
Podbiegła do klaczy i objęła jej szyję.
— Spokojnie‚ mała. Puść. Spokojnie.
Królewna zostawiła Shaitana, który opadł bezwładnie  w  kąt garażu, przyciskając do siebie 

zranioną rękę. Jupiter stanął naprzeciw niego, zagradzając drogę do drzwi.

— Nie próbuj stąd wyjść — powiedział spokojnie. — Nie jestem najlepszym strzelcem i 

mógłbym cię niechcący poważnie zranić.

Shaitan widział rewolwer w ręku Jupitera. Nie odezwał się słowem. Siedział, przytrzymując 

zranioną rękę i ciężko dyszał.

— Zadzwonię po komendanta Reynoldsa — odezwał się Bob. — Będzie tu w pięć minut.
— Nie ma pośpiechu — powiedział Jupiter pogodnie. Allie wprowadziła klacz z powrotem 

do boksu. Pete popatrywał na nią z uśmiechem.

— Zawsze mi się zdawało, że konie gryzą. Nie przypuszczałem tylko, że to może się nam 

przydać.

background image

ROZDZIAŁ 23

Alfred Hitchcock zadaje kilka pytań

— Zaprosiłem   was   do   siebie   —   powiedział   pan   Hitchcock   —   ponieważ   umieram   z 

ciekawości. Przeczytałem o podłożeniu bomby w Los Angeles. — Znany reżyser wskazał ręką 
na plik  gazet,  leżących  przed  nim  na biurku. — Piszą, że  świadkami  wydarzenia  byli  trzej 
chłopcy i dziewczynka, mniej więcej w ich wieku. Nie podają nazwisk, ale byłem pewien, że 
chodzi o was.

— Tak, byliśmy tam — odparł Bob i podał panu Hitchcockowi teczkę ze swymi notatkami.
— Od   razu   domyśliłem   się,   że   pracujecie   nad   nowym   przypadkiem.   —   Pan   Hitchcock 

otworzył   teczkę   i   zabrał   się   do   czytania   relacji   ze   sprawy,   którą   Bob   nazwał   „Tajemnicą 
śpiewającego węża”.

W gabinecie zaległa cisza, którą zakłócał jedynie szelest przewracanych kartek.
— Nieprawdopodobne — odezwał się wreszcie reżyser — jak ludzie są łatwowierni. A ta 

kobra, którą widzieliście w Kanionie Torrente, to zapewne jakiś trik techniczny?

— W suficie mieli projektor, który rzucał obraz węża na słup dymu — powiedział Pete. — 

Wydawałoby się, że to nie może się udać, że trzeba by jakichś specjalnych  okularów, żeby 
odnieść wrażenie, że widzi się żywego węża. Jednakże przy falowaniu dymu złudzenie było 
pełne. To, na co patrzyliśmy, to był żywy, trójwymiarowy wąż.

— Nawet myśmy się dali nabrać — wtrącił Jupiter — a co dopiero ci ludzie, którzy chcieli 

uwierzyć w węża. Oczywiście wąż musiał śpiewać. Śpiew węża był częścią triku, trzeba było 
jakoś pokryć szum projektora.

— Każda rzecz zwykła się dziać nie bez powodu — uśmiechnął się pan Hitchcock. W jaki 

sposób wąż śpiewał?

— To   był   Ariel   —   odparł   Jupiter.   —   Myśleliśmy,   że   produkuje   dźwięk   przy   pomocy 

jakiegoś urządzenia. Okazało sio, ze nie było mu to potrzebne. Ariel jest brzuchomówcą. Może 
wydawać najdziwniejsze dźwięki bez widocznego wysiłku. Wpadliśmy na to dzięki Marze.

— Utalentowana osoba z tej Mary.
— O tak — zgodził się Jupe. — Jest świetnym imitatorem. W drodze do Rocky Beach, 

profesor Barrister przegrał jej taśmę nagraną w czasie przyjęcia u Allie. Nim dojechali do domu 
Jamisonów, była wstanie powtórzyć pieśń węża. Zaaranżowała też sprytnie znikniecie węża z 
zielonego woreczka. Nie chciała się do tego przyznać ale profesor Barrister jest pewien, że miała 
drugi identyczny woreczek, ukryty w fałdach spódnicy,  i  zamieniła je niepostrzeżenie tarzając 
się po podłodze. Panna Osborne dostała z powrotem pusty woreczek a Mara wyszła z wężem.

— To bardzo stary trik — zauważył pan Hitchcock.
—   Czy   profesor   Barrister   powiedział   wam,   dlaczego   interesowało   go   bractwo   i   panna 

Osborne?

— Pisze książkę o psychologii zabobonu — wyjasnł Jupiter. — Zna wiele dziwnych grup 

kultowych w Los Angeles. Był nawet członkiem kilku sekt i spotykał tam nieraz panno Osborne. 
Znał ją wiec jeszcze nim został służącym Bentleyem. Niespodziewanie panna Osborne, jak i 
Madelyn Enderby wycofała sio ze wszystkich sekt.

— I to go zaintrygowało?
— Tak, ponieważ było nietypowe dla takich osób. Odniósł wrażenie, że obie te panie szukają 

czegoś specjalnego wśród tych grup kultowych. Pomyślał więc, że być może trafiły do jakiejś 

background image

szczególnej sekty, gdzie wreszcie znalazły to czego szukały. Poprosił swoją żonę, by udała się 
do   zakładu   fryzjerskiego   panny   Enderby.   Szczęśliwie   Madelyn   Enderby   jest   niebywale 
gadatliwa. Opowiadała mnóstwo o bractwie. Profesor Barrister dowiedział się nazwisk i adresów 
wszystkich członków. Zaczął dochodzić, kim są te osoby, i stwierdził, że wszyscy są ludźmi 
majętnymi.

— Czy to wzbudziło jego podejrzenia?
— Z   początku   nie.   Grupa   zamożnych   osób,   płacących   niezłe   pieniądze   za   możliwość 

siedzenia w domu w Kanionie i słuchania śpiewu węża — to nie jest aż takie dziwne. Sam 
jednak   nie   mógł   się   dostać   do   bractwa.   Prawo   do   uczestnictwa   nabywało   się   jedynie   za 
zaproszeniem   a  zaproszenia  nikt   nie  proponował   ani  jemu,  ani  jego żonie.   Prawdopodobnie 
Shaitan sprawdzał kandydatów i uznał profesora za osobę niebezpieczną. Tak, więc profesor 
Barrister mógł tylko obserwować dom w Kanionie Torrente, a kiedy Hugo Ariel przeprowadził 
się do Jamisonów, postanowił i tam trochę powęszyć.  Przy tym bardzo interesowała go Pat 
Osborne. Jest idealnym obiektem dla kogoś, kto studiuje psychologię zabobonu. Różniła się też 
od   reszty   członków   bractwa.   Nie   miała   mianowicie   wiele   pieniędzy.   Oczywiście   Shaitan 
wiedział o jej bogatych krewnych.

—  Czy to Madelyn Enderby roztrąbiła wokół, że służąca Jamisonów odeszła?
— Tak, to ona, i ta wiadomość podsunęła mu pomysł przyprawienia sobie wielkich wąsów i 

wkręcenia się do domu Jamisonów. Chciał z bliska obserwować pannę Osborne. Potem nastąpił 
wypadek   pani   Compton,   Pat   Osborne   wysłała   naszyjnik   do   jubilera   i   profesor   zaczął   się 
niepokoić.

— Wtedy wziął się na dobre do obserwowania domu w Kanionie Torrente — podjął Bob.
— Był tam, gdy wraz z Pete’em i Allie przełaziliśmy przez ogrodzenie i włączył się alarm, 

był też, na szczęście, gdy potem uciekał Jupe.

— Nie zdawaliście sobie wtedy sprawy, że macie go po swojej stronie — wtrącił reżyser. — 

Popsuliście mu szyki, przeszukując jego mieszkanie w Santa Monica. To go wystraszyło z domu 
Jamisonów. Ale po co w ogóle miał to mieszkanie? Mówiliście, że mieszka stale w Ruxton.

— To był kamuflaż — powiedział Pete. — Musiał mieć adres w pobliżu Rocky Beach, w 

razie gdyby ktoś chciał go sprawdzić. Mówił, że przydało mu się to, bo miał tam spokój i mógł 
dużo pracować. Ma czworo dzieci.

Pan Hitchcock zaśmiał się.
— Niezbyt oryginalny kamuflaż, mieszkanie i wąsy.
— Myślę, że wąsy nie były mu potrzebne — zauważył Jupe. — Pat Osborne i tak by go nie 

poznała, ten rodzaj fizjonomii zapomina się natychmiast.

— Zatelefonowaliście, więc do niego, gdy była wam potrzebna dobra wróżka.
— To był istny cud — uśmiechnął się Jupe. — Nie trzeba było nic tłumaczyć. Był już 

zorientowany w sytuacji i miał nagranie śpiewu węża, co okazało się bardzo przydatne. Policja 
wykorzystała jego kartotekę, by wezwać wszystkich członków bractwa na konfrontację.

— Szkoda, że nie mógł pan tam być! — wykrzyknął Pete.
— Trzeba   było   widzieć   ich   miny,   jak   zobaczyli   Shaitana   bez   peleryny,   kaptura   i   całej 

maskarady!   Wyglądał   jak   zalękniony   krasnoludek.   Jego   prawdziwe   nazwisko   brzmi   Henry 
Longstreet. Znany jest również jako Harry Długa Rączka, bo był złodziejem kieszonkowym. 
Ariel nazywał się przedtem Johny Boye i był już raz aresztowany. Handlował po parkingach 
samochodowych   sfałszowanym   środkiem   do   czyszczenia   chromu.   Max   jest   byłym 
włamywaczem. Ellis natomiast, rzekomy żebrak i sprawca wypadku pani Compton, ma niezłą 
kartotekę na policji. To człowiek, który za pieniądze zrobi wszystko.

background image

— Allie opowiedziała wszystko swojej cioci — dodał Jupiter. — Na niewiele się to zdało. 

Panna Osborne przesiaduje teraz całymi dniami na patio i dla odmiany zastanawia się, kiedy by 
tu pojechać do Hollywoodu i skontaktować się z Marą.

— Beznadziejny przypadek — roześmiał się pan Hitchcock. — Powiedzcie mi jeszcze, co 

się właściwie stało z gospodynią panny Enderby?

— Nic — odparł Bob. — Wyjechała do Dubuque na zaproszenie siostry. Szczęśliwy zbieg 

okoliczności. Panna Enderby była przekonana, że zawdzięcza ten wyjazd Belialowi.

— A co dzieje się z tym facetem, który obawiał się, że postawią wielki budynek koło jego 

posiadłości?

— Grunt nie był dość stabilny na wznoszenie drapacza chmur — powiedział Jupe. — Ale 

znowu zasługę przypisano Belialowi.

— O, jeszcze coś zabawnego — przypomniał sobie Pete.
— Pamiętałam tę kulę kryształową, od której wszystko się zaczęło? Allie ją kupiła. Ale po 

wszystkim, co zaszło, ciocia Pat już jej nie chciała. Allie zaniosła, więc kulę do szpitala, w 
prezencie dla pani Compton.

— Bardzo miły gest — skinął głową pan Hitchcock.
— O, tak! — przyznał Pete. — Allie jest fajna, ale chyba odetchnę z ulga, jak wyjedzie na 

jesieni do szkoły prywatnej. Potrzebujemy Czerwonej Furtki Pirata, a poza tym... ta dziewczyna 
jest dość męcząca. Zmyśla kłamstwa jak nikt, i coś w niej jest takiego, że zawsze musi postawić 
na swoim.

— Na to wygląda — powiedział pan Hitchcock. — Możecie jednak wziąć rekompensatę. 

Błądźcie dla niej mili, a pewnie da wam pojeździć na swojej klaczy.

— O, bardzo dziękuję — mruczał Pete. — Już bym wolał siedzieć w domu, niż mieć do 

czynienia z tym koniem.