background image

 

Juan Arias 

 

Wyznania pielgrzyma 

 

Rozmowy z Paulem Coelho 

 

 

(Las Confesiones del Peregrino) 

 

PrzełoŜył Marcin Małkowski 

 

 

 

 

 

 

W  ksiąŜce  wykorzystano  tłumaczenia  Tadeusza  Kubiaka,  Marka  Obarskiego  i Bronisława 

Zielińskiego

Rozmowy nad zatoką Copacabana 

 

Te rozmowy z Paulem Coelho prowadziliśmy w jego domu w Rio de Janeiro przy wspaniałej 

plaŜy Copacabana na początku lipca 1998, w gorączce Mundialu we Francji. Przerywały je tylko 

mecze, których pisarz nie mógł przegapić, bo obiecał komentować je dla prasy francuskiej. 

Podczas naszych długich rozmów, Coelho otworzył duszę i po raz pierwszy odsłonił bolesne 

chwile  z przeszłości:  przejście  przez  pustynię  narkotyków,  czarnej  magii  i satanizmu,  szpital 

psychiatryczny,  więzienie  i tortury.  Kiedy  się  Ŝegnaliśmy,  powiedział,  Ŝe  pragnąłby  nie  mówić 

o swoim Ŝyciu przez następnych dwadzieścia lat. 

W  spotkaniach  tych  brała  udział  moja  przyjaciółka,  brazylijska  pisarka  i poetka  Roseana 

Murray. Początkowo umawialiśmy się popołudniami, kiedy Coelho wracał ze spaceru po plaŜy, 

na który wybierał się zazwyczaj zaraz po przebudzeniu. Pisarz pracuje bowiem do późna w nocy, 

kładzie  się  spać  o świcie,  przesypia  poranek,  a popołudnie  poświęca  na  spotkania  z ludźmi,  na 

przeglądanie  stosów  korespondencji,  faksów,  maili  i na  rozmowy  telefoniczne  nadchodzące 

z czterech stron świata. 

Nasze  pogawędki  –  prowadzone  w jego  sypialni  z widokiem  na  plaŜę,  obok  komputera,  na 

którym pisze wszystkie swoje powieści – często przerywały wiadomości, które nagrywano mu na 

background image

automatyczną  sekretarkę.  Paulo  nadstawiał  wtedy  ucha  i w  zaleŜności  od  tego,  o co  chodziło, 

wstawał, aby podnieść słuchawkę, lub nie. Raz powiedział nam: „Przepraszam was na chwilę, ale 

właśnie mi przekazano, Ŝe otrzymałem faks od Borysa Jelcyna z zaproszeniem do Moskwy”. 

Pewnego popołudnia otworzył przy nas obfitą, jak co dzień, korespondencję. Zazwyczaj są to 

listy  od  nieznajomych,  czasami  bardzo  długie,  w których  ludzie  piszą  o tym,  co  czują,  gdy 

czytają  jego  ksiąŜki,  zadają  mu  najdziwniejsze  pytania  albo  otwierają  się  przed  nim  jak  przed 

dobrym czarodziejem. Tego dnia, pośród tuzina innych, był takŜe list od brazylijskiego ministra 

obrony.  Pisał,  Ŝe  przeczytał  Podręcznik  wojownika  światła.  „To  nie  jest  normalne  –  stwierdził 

Coelho. – Ludzie na stanowisku nie zadają sobie trudu, by pisać do mnie listy, choć często kiedy 

się  spotykamy,  mówią  mi,  Ŝe  czytają  moje  ksiąŜki,  jak  na  przykład  Szymon  Peres  podczas 

ostatniego  szczytu  gospodarczego  w Davos  w Szwajcarii,  gdzie  zbierają  się  najtęŜsze  głowy 

ś

wiatowej  ekonomii”.  Wspominając  tamto  spotkanie  w Davos,  na  które  z Brazylii  zaproszono 

jedynie  Coelho  i ówczesnego  prezydenta  Fernanda  Lnrique  Cardoso,  pisarz  powiedział,  Ŝe 

„prawdziwy popis magii” dają dziś ekonomiści i finansiści, a nie zwykli, zawodowi magicy. 

Widok  morza  w zatoce  Copacabana,  które  wraz  z wędrówką  słońca  po  niebie  przybierało 

coraz  to  inne  odcienie  błękitu,  sprawił,  Ŝe  Paulo  bardzo  często  w naszych  rozmowach 

przywoływał  metaforę  morza.  Zawsze  mówił  po  hiszpańsku,  w języku,  który  kocha  i którym 

ś

wietnie  włada.  Autor  Alchemika  nie  lubi  półśrodków,  jest  raczej  człowiekiem  skrajności 

i namiętności,  przywykłym  do  tego,  co  sam  nazywa  „dobrą  walką”.  Nie  unika  polemik,  choć 

cechuje go ogromna prostota, która sprawia, Ŝe nie ma w nim nadmiernej pewności siebie – umie 

słuchać i przyznawać się do błędów. 

Pewnego popołudnia musieliśmy na godzinę przerwać naszą rozmowę, poniewaŜ przyjechała 

przedstawicielka jego brazylijskiego wydawnictwa z fotografem, aby zrobić zdjęcia do promocji 

powieści Weronika postanawia umrzeć. Coelho chciał, abyśmy uczestniczyli w tej sesji, podczas 

której  uchwycono  go  we  wszystkich  moŜliwych  pozach,  nawet  boso,  siedzącego  po  turecku 

przed  komputerem.  Dla  nas,  obserwujących  maestrię  fotografa,  stało  się  jasne,  Ŝe  będą  to 

najlepsze zdjęcia Paulo, jakie do tej pory mu zrobiono. Dlatego wydawczyni zapytała: „No i co 

my  teraz  zrobimy  z poprzednimi?”.  Coelho  odparł:  „MoŜecie  je  wysłać  do  redakcji 

prowincjonalnych  gazet”.  W tym  momencie  moja  przyjaciółka,  Roseana,  zganiła  go  łagodnie: 

„Paulo,  robisz  dokładnie  to,  co  świat  zachodni  robi  z nami,  wysyłając  do  nas  swoje  śmieci!”. 

Coelho  bez  namysłu  przyznał  jej  rację  i poprosił,  aby  stare  zdjęcia  schowano  do  archiwum, 

a nowe teŜ wysłano na prowincję. 

Parę  dni  później  opowiedziałem  o tym  zdarzeniu  teologowi  Leonardowi  Boffowi.  Boff 

zawsze występował w obronie Coelho wobec jego krytyków, albowiem uwaŜa, iŜ w świecie tak 

beztroskim i obojętnym jego ksiąŜki rozbudzają umiłowanie tajemnicy i spraw ducha. Kiedy Boff 

dowiedział  się  o historii  ze  zdjęciami,  stwierdził:  „Zawsze  ceniłem  ludzi,  którzy  nie  boją  się 

background image

przyznać do własnych błędów. To właśnie znamionuje wielkość duszy”. 

W ciągu ostatnich dni spotykaliśmy się wieczorami. Przyzwyczajony do pracy w porze, gdy 

inni  idą  spać,  Paulo  czuje  się  wtedy  rześki  jak  ptaszek,  jest  nawet  bardziej  rozmowny. 

Przerywaliśmy dopiero wtedy, gdy zaczynały kleić nam się oczy, ale gdyby to zaleŜało tylko od 

niego,  moglibyśmy  przegadać  całą  noc.  Był  tylko  jeden  moment,  kiedy  pisarz  zarządzał  krótką 

przerwę: o północy. To dla niego rytualna pora, podobnie jak szósta wieczorem przed zachodem 

słońca. Prosi wtedy o kilka sekund ciszy na modlitwę. 

W  tych  wieczornych  rozmowach,  bardziej  intymnych  i sprzyjającym  zwierzeniom, 

uczestniczyły  niekiedy  inne  osoby.  Często  towarzyszyła  nam  jego  Ŝona,  Cristina,  delikatna 

i dyskretna.  W pewnej  chwili  Coelho  powiedział  do  niej:  „A  teraz  uwaŜaj,  bo  będę  mówił 

o rzeczach, o których nawet ty dotąd nie słyszałaś. Postanowiłem wyznać wszystko, obnaŜyć się, 

tak aby wszyscy wiedzieli, kim byłem  i kim jestem,  Ŝeby nie tworzyli sobie o mnie fałszywych 

wyobraŜeń”. 

Nocą zwykle rozmawialiśmy w jadalni po przeciwległej stronie domu. Na stole zawsze było 

coś  do  przegryzienia,  hiszpańskie  przystawki,  szynka,  ser,  a do  tego  wyborne  włoskie  wino. 

Wszystko to sprzyjało wyznaniom. O tej porze Ŝadne odgłosy świata zewnętrznego nie zakłócały 

naszego  spokoju,  milkły  telefony,  faksy  i komputery.  Wtedy  dom  oddychał  ciszą  nieobecną 

w ciągu dnia, kiedy cały świat szturmuje najmodniejszego obecnie pisarza. 

W  jednym  z tych  wieczorów  towarzyszyły  nam  trzy  młode  Hiszpanki:  siostry  Ana  i Paula 

oraz  ich  przyjaciółka  Maria.  Ich  ojcowie  pracowali  w jakiejś  wielkiej  korporacji  w Rio  de 

Janeiro,  a one  studiowały  w Madrycie  i na  wakacje  przyjechały  do  rodziców.  Poznałem  je 

w samolocie z Madrytu do Rio. Gdy tylko dowiedziały się, Ŝe będę pisał ksiąŜkę o Paulo Coelho, 

zabłysły im oczy. I kaŜda z nich pokazała mi powieść pisarza, którą właśnie czytała: BridęPiątą 

Górę i Na brzegu rzeki Piedry... W ich oczach wyczytałem, Ŝe marzyły o poznaniu go osobiście. 

Coelho,  bardzo  czuły  na  pewne  znaki,  zinterpretował  to  moje  spotkanie  jako  dobry  omen  dla 

zadania, które mieliśmy przed sobą. 

Spotkanie  pisarza  z młodymi  Hiszpankami  było  nie  tylko  pełne  wzruszeń,  ale  takŜe  bardzo 

bezpośrednie  i szczere.  Towarzyszył  nam  wtedy  człowiek  niezwykły  –  Mauro  Salles, 

przedsiębiorca  reklamowy,  intelektualista,  poeta,  osoba  otoczona  w Brazylii  wielkim 

szacunkiem. Paulo uwaŜa go za swojego ojca duchowego. Obaj razem z Ŝonami od lat świętują 

koniec roku w grocie w Lourdes. Mauro siedział między Hiszpankami, notował ich wypowiedzi, 

włączał się do rozmowy. 

Pisarz  i mag  Coelho  jest  wierny  pewnym  rytuałom  i wcale  tego  nie  kryje.  Tej  nocy,  kiedy 

zdecydował się poruszyć temat swoich bolesnych doświadczeń z czarną magią i satanistycznymi 

obrzędami, kazał zgasić światło i zapalić świece. „W ten sposób będzie mi łatwiej mówić o tych 

sprawach”  –  stwierdził.  I nie  musiałem  wcale  zadawać  mu  wielu  pytań  –  sam  opowiedział 

background image

wszystko. Przypominało to trochę dialog z samym sobą i rozpamiętywanie dawnych ran. 

Napięcie  i wzruszenie  dosięgło  szczytu,  kiedy  opowiadając  o swoim  duchowym  przeŜyciu 

w obozie  koncentracyjnym  w Dachau,  które  miało  całkowicie  odmienić  jego  losy,  wybuchnął 

płaczem.  Po  kilku  chwilach  ciszy,  chcąc  umniejszyć  wagę  tego  wydarzenia,  rzekł:  „Chyba  za 

duŜo wypiłem”. 

ZaleŜało  mu,  abyśmy  zakończyli  nasz  długi  wywiad  w tym  samym  miejscu,  w którym  go 

rozpoczęliśmy,  w jego  sypialni  z widokiem  na  plaŜę  Copacabana  skąpaną  w łagodnych 

promieniach  zimowego  słońca.  Kiedy  spytałem  go,  czy  uwaŜa  się  bardziej  za  maga  czy  za 

pisarza,  odpowiedział:  „Rzeczywiście,  jestem  teŜ  odrobinę  czarodziejem,  ale  tak  jak  są 

czarodziejami  wszyscy  ci,  którzy  potrafią  odczytać  tajemny  język  rzeczy,  szukając  swojego 

własnego przeznaczenia”. 

Chciałem  zachować  nieformalny  charakter  tych  przyjacielskich  rozmów  z pisarzem. 

Rozmów,  które  czasem  przeradzały  się  w polemikę,  czasem  zaś  w spowiedź  dzięki  intymnemu 

nastrojowi, który się między nami wytworzył. W geście zaufania Paulo Coelho nie chciał czytać 

spisanego  wywiadu  przed  publikacją,  dając  mi  całkowicie  wolną  rękę.  Dlatego  jeŜeli  gdzieś 

zaplątał się jakiś błąd, jest to tylko moja wina. 

Z całego serca dziękuję Mauro Sallesowi – osobie, która bodaj najlepiej zna Paula Coelho – 

za wsparcie moralne oraz wszelkie informacje, których z wielką szczodrością mi udzielił, abym 

mógł lepiej zgłębić bogatą i złoŜoną osobowość brazylijskiego pisarza. 

A czytelników prozy Coelho, tych dawnych i tych nowych, chcę zapewnić, Ŝe to właśnie im 

przy  kaŜdej okazji pisarz poświęcał  najwięcej uwagi.  Myślał o nich  zawsze,  gdy wydawał jakiś 

sąd albo odkrywał nieznaną stronę swojego bujnego i burzliwego Ŝycia. To oni są prawdziwymi 

bohaterami i odbiorcami tej ksiąŜki. Kim jest Paulo Coelho? 

Paulo  Coelho,  jeden  z najbardziej  znanych  pisarzy  na  świecie,  urodził  się  w dzielnicy 

Botafogo w Rio de Janeiro, dwudziestego czwartego sierpnia 1947 roku. Tego samego dnia, tego 

samego  miesiąca  i w  tym  samym  znaku  Panny,  co  jego  literacki  idol,  Jorge  Luis  Borges,  choć 

oczywiście  wiele  lat  później.  We  wczesnej  młodości,  gdy  juŜ  znał  na  pamięć  wiersze  Borgesa, 

postanowił poznać go osobiście. Wsiadł do autobusu w Rio de Janeiro i jechał czterdzieści osiem 

godzin  do  Buenos  Aires.  Po  wielu  perypetiach  odnalazł  pisarza,  a kiedy  stanął  przed  nim,  nie 

powiedział ani słowa. Spojrzał na niego, pomyślał: „Idole milczą”, i wrócił do Rio. 

Nie zaprzecza, Ŝe w jego ksiąŜkach jest wiele z Borgesa, poczynając od Alchemika, powieści, 

która  przyniosła  mu  światową  sławę.  Bez  wątpienia  to  właśnie  przykład  tego  genialnego 

argentyńskiego  pisarza  sprawił,  Ŝe  niespokojny  syn  inŜyniera,  Pedra  Cueimy  Coelho  de  Souza, 

i głęboko  religijnej  Lygii  Araripe  wbił  sobie  do  głowy,  Ŝe  będzie  pisarzem,  wbrew  woli  ojca, 

który chciał, by został prawnikiem. 

Paulo od dziecka marzył, by być artystą, co wcale nie cieszyło jego rodziców pochodzących 

background image

z wyŜszych  warstw  klasy  średniej.  Bardziej  interesował  się  twórczością  Borgesa,  Henry’ego 

Millera  czy  teatrem  niŜ  nauką.  Rodzice  wysłali  go  więc  do  najsurowszego  gimnazjum 

jezuickiego  San  Ignacio  w Rio  de  Janeiro.  Nauczył  się  tam  wprawdzie  dyscypliny,  ale  stracił 

wiarę w Boga. Nie stracił jednak zamiłowania do literatury, o czym świadczy fakt, Ŝe wygrał tam 

swój pierwszy konkurs poetycki. 

Ulegając woli ojca, który zaplanował dla syna karierę adwokata, zaczął studia prawnicze, ale 

szybko  je  porzucił.  Rodzice  postanowili  wyleczyć  syna  z miłości  do  sztuki,  zamykając  go 

w szpitalu psychiatrycznym, z którego trzykrotnie będzie uciekał. 

Kiedy  w gorączce  1968  roku  rodzą  się  ruchy  rewolucyjne  i hipisowskie,  Coelho 

nonkonformista,  zawsze  ciekaw  nowego,  rzuca  się  w wir  idei  Marksa,  Engelsa  i Che  Guevary. 

Chodzi na wiece i manifestacje uliczne. Działa w organizacjach lewicowych i ruchach pokolenia 

Peace and Love. 

Właśnie  wtedy  zaczyna  powątpiewać  w swój  ateizm  i poszukuje  nowych  doświadczeń 

duchowych: sięga po narkotyki i środki halucynogenne, wstępuje do sekt i poznaje arkana magii, 

podróŜuje po całej Ameryce Łacińskiej śladami Carlosa Castanedy. Próbuje zarabiać jako aktor 

w teatrze, wyjeŜdŜa do Stanów Zjednoczonych. Gdy nie ma juŜ pieniędzy, pomagają mu hipisi. 

Nie  zdradza  jednak  swojej  wielkiej  namiętności  –  pisarstwa.  Zdobywa  pierwsze  szlify  jako 

dziennikarz, tworzy alternatywne czasopismo „2001”. Wprawdzie udaje mu się wydać zaledwie 

dwa  numery,  ale  dzięki  jednemu  z opublikowanych  tam  artykułów  poznaje  producenta 

muzycznego Raula Seixasa, dla którego napisze później setki tekstów piosenek. Tak przychodzi 

pierwszy  wielki sukces.  Raul  Seixas zyskał  międzynarodową sławę jako  piosenkarz, a Paulo  za 

zarobione pieniądze kupił pięć mieszkań. Jednocześnie pisze dla dziennika „Globo” wydawanego 

w Rio  de  Janeiro,  a w  1974  roku  ukazuje  się  jego  pierwsza  ksiąŜka  na  temat  roli  teatru 

w nauczaniu. 

Są to dla niego takŜe najcięŜsze lata doświadczeń z czarną magią inspirowaną przez Aleistera 

Crowleya.  Na  stronach  niniejszej  ksiąŜki  opowiada,  jak  stanął  na  skraju  przepaści.  Potem 

przyszło najgorsze. 

Ocalał  z tego  piekła  niemal  cudem.  Wtedy  decyduje  się  połoŜyć  kres  narkotykowemu 

szaleństwu  i czarnej  magii,  ustatkować  się.  Pracuje  w kilku  wytwórniach  płytowych.  W 1976 

wyjeŜdŜa  do  Anglii  jako  korespondent  kilku  brazylijskich  gazet.  Tam  z górą  rok  poświęca  na 

pisanie swojej autobiografii. Jednak pewnego dnia gubi rękopis w jednym z londyńskich pubów 

i tak jego Ŝycie jest wciąŜ nieopisane. 

Po  trzech  nieudanych  małŜeństwach  oŜenił  się  w 1981  ze  swoją  obecną  towarzyszką  Ŝycia, 

malarką  Cristiną  Oiticicą.  Od  tej  pory  dzieli  z nią  swój  światowy  sukces.  Z Cristiną  wybrał  się 

w sześciomiesięczną  podróŜ  po  świecie,  która  zaprowadziła  ich  do  Niemiec.  W obozie 

koncentracyjnym w Dachau przeŜył duchowe doświadczenie tak silne, Ŝe znów dokonał się zwrot 

background image

w jego  Ŝyciu  i Paulo  w wieku  trzydziestu  czterech  lat  powraca  do  wiary  katolickiej  swoich 

przodków.  Wyrusza  w drogę  do  Santiago  de  Compostela  i w  ciągu  pięćdziesięciu  pięciu  dni 

przemierza na piechotę siedemset kilometrów szlakiem średniowiecznych pielgrzymów. 

Z tej wędrówki będącej swoistym wtajemniczeniem rodzi się jego debiut literacki Pielgrzym

Po  nim  napisze  Alchemika  oraz  kolejne  powieści,  które  postawią  go  w dziesiątce  najlepiej 

sprzedawanych autorów świata, budzącego tyleŜ miłości, co nienawiści. 

Paulo  Coelho  mówi  często  Ŝartem,  Ŝe  starczy  mu  pieniędzy  na  trzy  wcielenia,  ale  woli 

przekazywać co roku czterysta tysięcy dolarów ze swoich praw autorskich na rzecz fundacji jego 

imienia,  prowadzonej  przez  Cristinę.  Fundacja  ta  niesie  pomoc  porzuconym  dzieciom 

z najbiedniejszych  dzielnic  Rio,  starszym  ludziom  bez  dachu  nad  głową,  a takŜe  wspiera 

tłumaczenia  klasycznych  autorów  brazylijskich  na  inne  języki  oraz  badania  paleontologiczne 

w Brazylii,  którą  Paulo  uwaŜa  za  najbardziej  magiczny  zakątek  świata,  bo  jak  twierdzi,  nie 

istnieje tu róŜnica między sacrum i profanum, i nikt nie wstydzi się wierzyć w duszę. 

Trudno spotkać prawdziwe recenzje literackie analizujące dzieła Coelho. Mało kto rozumie, 

Ŝ

e Paulo Coelho to ktoś więcej niŜ pisarz. To przede wszystkim zjawisko społeczne i kulturowe, 

które  warto  zbadać.  Czasem  jego  czytelnicy  w Hiszpanii  pytali  mnie,  co  mówi  się  o nim 

w Brazylii. Dlatego przed opublikowaniem tej ksiąŜki szukałem jakiejś recenzji, która nie byłaby 

ani nadmiernie pochlebna, ani nie ocierała się o śmieszność, jak ta: 

Tygodnik „Veja”: «Co pan sądzi o twórczości Coelho?» 

Davi Arrigucci Junior: «Nie czytałem i nie podoba mi się». 

Znalazłem  artykuł,  dość  chyba  bezstronnie  analizujący  ten  fenomen.  Znany  pisarz 

i dziennikarz  Carlos  Heitor  Cony  opublikował  na  łamach  dziennika  „Republica”  w maju  1999 

roku artykuł zatytułowany „Dlaczego Paulo Coelho?” 

Podczas  Targów  KsiąŜki  w ParyŜu  miałem  okazję  przyglądać  się  osobiście  niezwykłemu 

wydarzeniu literackiemu i wydawniczemu naszych czasów. Paulo Coelho osiągnął tak ogromne 

międzynarodowe uznanie oraz popularność, jakich kultura brazylijska nigdy wcześniej nie znała. 

WciąŜ  jeszcze  istnieje  liczne  grono  osób,  które  ma  mu  to  za  złe.  Krytykują  nie  tylko  jego 

sukces, lecz takŜe uwaŜają jego pisarstwo za mierne, merkantylne, po prostu za pseudoliteraturę. 

Ja  inaczej  widziałbym  to  zjawisko.  Nie  naleŜę  do  osobistych  przyjaciół  pisarza  i choć 

darzymy  się  wzajemnym  szacunkiem,  a nawet  odnosimy  się  do  siebie  z Ŝyczliwością,  nigdy 

podczas spotkania nie zamieniliśmy ze sobą więcej niŜ pięćdziesiąt słów. Mimo to juŜ od dawna 

mam odpowiedź na nurtujące wszystkich pytanie dotyczące jego sukcesu. 

W  minionym  stuleciu  narodziły  się  dwie  utopie,  które  rzekomo  miały  rozwiązać  wszelkie 

problemy  ciała  i ducha.  Marks  i Freud,  kaŜdy  w swojej  dziedzinie,  stworzyli  reguły,  które 

wywarły wpływ na miliony ludzi, zaprzątniętych bądź myślą o sprawiedliwości społecznej, bądź, 

dzięki psychoanalizie, sprawiedliwości wobec samych siebie. 

background image

Na  przełomie  wieków  rozpadają  się  dwa  potęŜne  totemy  –  stały  bowiem  na  glinianych 

nogach.  Marksowi  nie  udało  się  uniknąć  poraŜki  ustrojów,  którym  „patronował”,  nawet  jeśli 

socjalizm  jako  taki  wciąŜ  pozostaje  marzeniem  ludzkości.  Z kolei  Freud  jeszcze  za  Ŝycia  był 

krytykowany,  rozszarpywany,  a jego  następcy  ogłosili  schizmę,  co  otworzyło  drogę  do  buntu. 

Dzieła Freuda traktowane są dziś raczej jako esej literacki, coraz mniej jako teoria naukowa. 

Upadek obu tych utopii obnaŜył pustkę w duszy ludzkiej na koniec stulecia i, jak to zwykle 

bywa,  zwrot  ku  mistycyzmowi,  w tym  magii,  był  nieunikniony.  I tu  właśnie  wkracza  nasz 

czarodziej,  który  –  z właściwą  sobie  prostotą  –  przypomina  świętych  ze  wszystkich  epok 

i wszystkich  religii,  wypowiada  słowa,  jakie  wszyscy  pragną  usłyszeć.  Słowa  te  bowiem, 

w pewnym sensie, drzemią w duszy kaŜdego z nas. 

Paulo  Coelho  odnalazł  te  słowa  w księgach  świętych  i świeckich,  w legendach  Wschodu 

i opowieściach  Zachodu.  Przyrządził  genialną  miksturę  Ewangelii  z magią  średniowieczną 

i nieznaną  nam  cudowną  poezją  wschodnią.  Z prostotą  człowieka,  który  nie  narzuca  niczego, 

przelał na papier swoje myśli i odczucia. 

Wielu  juŜ  próbowało  i nadal  próbuje  robić  to  co  on,  lecz  nie  osiągają  podobnego  sukcesu. 

Jeśli  o mnie  chodzi,  to  w Ŝyciu  osobistym  i zawodowym  mam  skłonność  do  strasznego 

pesymizmu,  do  negatywnego  i dość  okrutnego  widzenia  ludzkości,  a zatem  znajduję  się  na 

przeciwległym  biegunie.  Jednak  Paulo  Coelho  wzrusza  mnie  i chciałbym  pogratulować 

wszystkim,  którzy  podobnie  jak  on  starają  się  –  kaŜdy  na  swój  sposób  –  uczynić  człowieka 

lepszym, a Ŝycie mniej nieznośnym. 

Najmniej przychylni Coelho są zazwyczaj krytycy literaccy, którzy oskarŜają go, Ŝe nie umie 

pisać.  Dlatego  poprosiłem  o wypowiedź  jedną  z wielkich  pisarek  brazylijskich,  Nelidę  Pinon, 

cieszącą  się międzynarodową sławą. Jej ksiąŜki tłumaczone są na wiele języków. Do ubiegłego 

roku  Nelida  była  przewodniczącą  Brazylijskiej  Akademii  Języka  i jej  intelektualny  prestiŜ  jest 

niepodwaŜalny.  Z Paulem  Coelho  uczestniczyła  w dyskusji  panelowej  podczas  Targów  KsiąŜki 

w Barcelonie, Liber 1998. 

Ja  nie  mam  uprzedzeń  estetycznych.  Coelho  i ja  jesteśmy  częścią  tej  samej  sztuki,  choć 

gramy  zupełnie  inne  role.  Jest  to  pisarz,  którego  twórczość  przynosi  zaszczyt  mojemu  krajowi. 

To  człowiek  ze  wszech  miar  godny  szacunku,  bardzo  go  podziwiam.  Poznaliśmy  się  kiedyś  na 

stacji  benzynowej,  tankując  paliwo.  Ukłonił  mi  się  z szacunkiem  i jakby  nieśmiało. 

Powiedziałam: „Paulo, nie masz ochoty pójść coś zjeść?”. Tak się poznaliśmy. I wyznam pewną 

tajemnicę: zamierzamy napisać razem ksiąŜkę.  Mamy juŜ tytuł, ale pozwoli pan, Ŝe na razie go 

nie zdradzę. Znak to język, alfabet, którego się uczysz, by móc porozumiewać się z duszą świata. 

Paulo  Coelho  to  ktoś  więcej  niŜ  pisarz,  czego  wielu  krytyków  literackich  nie  rozumie.  Jest 

postacią o wielu twarzach, charakterystyczną dla  końca dwudziestego wieku. Jego  twórczość to 

coś  więcej  niŜ  fikcja  literacka,  dlatego  wywołuje  gwałtowne  emocje  i kontrowersje,  ale  teŜ  ma 

background image

swoich  Ŝarliwych  wyznawców.  Z tego  powodu  jego  relacje  z czytelnikami  są  równieŜ 

wyjątkowe.  Mogłem  się  o tym  osobiście  przekonać  w Rio  de  Janeiro,  w Centrum  Kulturalnym 

Banco de Brasil. Coelho pojawił się tam w ramach cyklu spotkań z czytelnikami, Ŝeby przeczytać 

fragmenty swojej ksiąŜki zatytułowanej Piąta Góra, a następnie publiczność – jakieś tysiąc osób 

–  zadawała  mu  pytania.  To  spotkanie,  mimo  protestów  pisarza,  przerodziło  się  w sesję 

psychoterapii grupowej. ChociaŜ pytania miały być przekazywane na kartkach, wbrew ustalonym 

regułom  ludzie  wstawali  z miejsc,  by  rozmawiać  z nim  bezpośrednio,  i wyznawali  publicznie, 

w jaki  sposób  jego  powieści  odmieniły  ich  Ŝycie.  Chcieli  wiedzieć  o nim  wszystko.  Gdy 

podchodzili  do  pisarza  po  autograf,  obejmowali  go  ze  łzami  w oczach.  Podpisywanie  ksiąŜek 

trwało wiele godzin i obfitowało w osobliwe zdarzenia. 

Sam  Coelho  uwaŜa,  Ŝe  jego  Ŝycie  koncentruje  się  głównie  wokół  pisarstwa.  O to,  by  mógł 

pisać,  walczył  od  wczesnych  lat  i sukces  przerósł  jego  najśmielsze  oczekiwania.  Ale  ten  pisarz 

uwielbia  zanurzać  się  w Ŝyciu,  badać  je,  rozszyfrowywać  sekretny  alfabet  wszechświata,  owe 

znaki – komunikaty wysyłane nam przez rzeczywistość. 

Takim właśnie znakiem rozpoczęły się nasze spotkania w Rio de Janeiro. Pierwsze miało się 

odbyć pierwszego lipca o drugiej po południu. Ustaliliśmy to sześć miesięcy wcześniej, ale gdy 

zjawiłem  się  pod  jego  domem,  okazało  się,  Ŝe  Paulo  jeszcze  nie  wrócił  ze  swojego  porannego 

spaceru  po  plaŜy.  Tak  jak  ma  to  w zwyczaju,  poszedł  napić  się  świeŜego  mleka  kokosowego 

i spotkać  z ludźmi,  którzy  rozpoznawszy  go,  podchodzą,  by  z nim  porozmawiać.  Postanowiłem 

poczekać  w pobliskim  barze.  Przyszedł  z półgodzinnym  opóźnieniem,  uśmiechnięty,  ale 

wyraźnie czymś zafrasowany. I zanim zdąŜyłem włączyć dyktafon, zaczął opowiadać mi o tym, 

co  mu  się  przydarzyło  i co  jego  zdaniem  było  takim  właśnie  „znakiem”,  zmuszającym  do 

refleksji  nad  Ŝyciem.  To  wydarzenie  okazało  się  na  tyle  waŜne,  Ŝe  poświęcił  mu  swój 

cotygodniowy  felieton  w dzienniku  „Globo”,  zatytułowany  „Człowiek  leŜący  na  ziemi”,  który 

przytaczam  poniŜej:  Był  pierwszy  lipca,  pięć  po  pierwszej  po  południu.  Jakiś  człowiek  około 

pięćdziesiątki leŜał na deptaku przy plaŜy Copacabana. Przechodząc tamtędy, rzuciłem na niego 

okiem  i poszedłem  dalej  w stronę  straganu,  gdzie  codziennie  piję  mleko  kokosowe.  Jak  kaŜdy 

mieszkaniec  Rio  de  Janeiro,  mijałem  leŜących  na  ziemi  męŜczyzn,  kobiety  i dzieci  setki  czy 

nawet tysiące razy. Jako człowiek, który wiele podróŜuje, natrafiałem na taki sam widok niemal 

we  wszystkich  krajach,  które  zdarzyło  mi  się  odwiedzić  –  od  bogatej  Szwecji  po  biedną 

Rumunię. Widziałem ludzi leŜących na ziemi w pogodę i niepogodę: podczas przenikliwych zim 

w ParyŜu,  Madrycie  czy  Nowym  Jorku,  przycupniętych  w pobliŜu  gorących  wylotów 

wentylacyjnych metra, pod palącym słońcem Libanu, na zgliszczach domów zniszczonych przez 

wojnę. Ludzie leŜący na ziemi – pijani, bezdomni, wyczerpani – to widok nieobcy chyba nikomu. 

Wypiłem  mleko  kokosowe  i musiałem  zaraz  wracać  do  domu,  poniewaŜ  byłem  umówiony  na 

wywiad  z Juanem  Ariasem,  dziennikarzem  z hiszpańskiego  dziennika  „El  Pais”.  W drodze 

background image

powrotnej  zauwaŜyłem,  Ŝe  ten  człowiek  wciąŜ  leŜy  na  ziemi,  w ostrym  słońcu,  i Ŝe  kaŜdy 

przechodzień zachowuje się dokładnie tak samo jak ja: zerka na niego ukradkiem i idzie w swoją 

stronę. I tak się stało, Ŝe choć sam sobie z tego nie zdawałem sprawy, moja dusza miała juŜ dosyć 

tego  widoku.  Gdy  zbliŜyłem  się  do  leŜącego,  coś  silniejszego  ode  mnie  kazało  mi  uklęknąć 

i spróbować go podnieść. Nie reagował. Przechyliłem mu głowę i zauwaŜyłem ślady krwi na jego 

skroni.  A jeśli  to  powaŜna  rana?  Otarłem  mu  krew  rąbkiem  podkoszulka  i wyglądało,  Ŝe  to  nic 

groźnego.  W tym momencie męŜczyzna wymamrotał: „Poproś, Ŝeby mnie nie bili”. A więc Ŝył. 

Teraz musiałem tylko odciągnąć go ze słońca i zawołać policję. Zaczepiłem pierwszego z brzegu 

przechodnia i poprosiłem, by pomógł mi przenieść rannego do pobliskiego cienia. Człowiek ten 

ubrany był w szary garnitur, niósł aktówkę i jakieś pakunki, ale odłoŜył wszystko na bok, aby mi 

pomóc  –  widocznie  jego  dusza  równieŜ  była  zmęczona  widokiem  tej  samej  sceny.  Kiedy  juŜ 

umieściliśmy  rannego  w cieniu,  postanowiłem  wrócić  do  domu.  Wiedziałem,  Ŝe  niedaleko  jest 

posterunek Ŝandarmerii, gdzie będę mógł prosić o pomoc. Ale zanim tam dotarłem, spotkałem po 

drodze  dwóch  policjantów.  „Naprzeciwko  takiego  a takiego  numeru  leŜy  pobity  męŜczyzna  – 

powiedziałem.  –  PołoŜyłem  go  w cieniu  na  piasku,  trzeba  by  wezwać  karetkę”.  Policjanci 

zapewnili  mnie,  Ŝe  zaraz  się  tym  zajmą.  W porządku,  spełniłem  swoją  powinność.  To  był  mój 

dobry  uczynek  tego  dnia!  Problem  oddałem  juŜ  teraz  w ich  ręce,  to  oni  mieli  sobie  z tym 

poradzić.  Zresztą  musiałem  się  spieszyć,  bo  hiszpański  dziennikarz  pewnie  juŜ  na  mnie  czekał. 

Nie uszedłem jednak nawet kilku kroków, kiedy zaczepił mnie jakiś obcokrajowiec i powiedział 

łamaną portugalszczyzną: „Ja juŜ mówiłem policji o tamtym człowieku. Ale powiedzieli, Ŝe jeśli 

to  nie  złodziej,  to  nie  ich  sprawa”.  Nie  słuchałem  go  dalej.  Wróciłem  do  policjantów, 

przekonany,  Ŝe  będą  wiedzieć,  kim  jestem,  bo  piszę  do  wielu  gazet,  czasem  pojawiam  się 

w telewizji.  Uwierzyłem,  Ŝe  moja  sława  wszystko  załatwi.  „Czy  jest  pan  jakimś  wysokim 

urzędnikiem?”  –  spytał  jeden  z nich,  gdy  coraz  usilniej  nalegałem,  aby  udzielili  pomocy  temu 

nieszczęśnikowi.  Najwyraźniej  nie  mieli  pojęcia,  kim  jestem.  „Nie,  ale  uwaŜam,  Ŝe  musimy 

działać natychmiast”. Stałem tam cały spocony, w podkoszulku poplamionym krwią, w szortach 

ze  starych  dŜinsów  z obciętymi  nogawkami.  Byłem  dla  nich  zwykłym,  anonimowym  facetem, 

którego  najmocniejszym  argumentem  jest  dusza  zmęczona  oglądaniem  ludzi  leŜących  na  ulicy. 

Dusza,  którą  przez  wiele  lat  wystawiałem  na  próbę,  nie  robiąc  dla  tych  ludzi  nic.  I to  właśnie 

wszystko  zmieniło.  Są  chwile,  kiedy  nagle  uwalniasz  się  od  wszelkich  zahamowań  i lęków.  Są 

chwile, kiedy twoje oczy mają inny blask i ludzie naprzeciw ciebie wiedzą, Ŝe tym razem wcale 

nie  Ŝartujesz.  Policjanci  poszli  ze  mną  na  komisariat  i zadzwonili  po  karetkę  pogotowia. 

W drodze  powrotnej  do  domu  rozwaŜałem  w myślach  trzy  lekcje,  jakie  dostałem  podczas  tego 

porannego spaceru: 

1. Wszyscy moŜemy powstrzymać coś złego, kiedy mamy czyste intencje. 

2. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ci powie: „Jak juŜ zacząłeś, to skończ”. 

background image

3. KaŜdy, kto jest głęboko przekonany o słuszności tego, co robi, posiada władzę wysokiego 

urzędnika. 

Juan Arias 

– Znaki, takie jak ten, który przydarzył ci się podczas dzisiejszego spaceru, umiejętność ich 

odczytania oraz ich rola w naszym Ŝyciu to temat, który często powraca w twoich ksiąŜkach. Ale 

jak rozpoznać, Ŝe chodzi o prawdziwy znak? Tak łatwo byłoby doszukiwać się ich w większości 

codziennych zdarzeń... 

Paulo Coelho 

– Masz rację. Gdybyśmy dostrzegali znaki we wszystkim, co nas otacza, łatwo popadlibyśmy 

w paranoję.  Na  przykład  w tej  chwili  widzę  róŜę  wyhaftowaną  na  torebce  twojej  przyjaciółki 

Roseany,  a na  ekranie  komputera  mam  właśnie  obrazek  świętej  Teresy  z Lisieux  z róŜą. 

Mógłbym  w tym  zobaczyć  jakiś  bardzo  konkretny  znak  poczucia  jedności  duchowej  ze  świętą 

Teresą,  ale  wtedy  moŜna  by  zwariować,  bo  na  widok  papierosów  marki  Galaxy  od  razu 

zaczynałbyś myśleć o galaktykach. Nie oto chodzi. 

– Czym w takim razie jest znak? 

–  Znak  to  język,  alfabet,  którego  się  uczysz,  by  móc  porozumiewać  się  z duszą  świata, 

z absolutem,  z Bogiem,  jakkolwiek  byśmy  to  nazwali.  KaŜdy  ma  swój  własny  alfabet  i uczymy 

się go na własnych błędach. Nasze poszukiwania duchowe są równieŜ indywidualną sprawą. Nie 

moŜna ich globalizować. 

Moim zdaniem  przez następne sto lat ludzkość będzie dąŜyć  ku duchowości.  Widzę, Ŝe juŜ 

dziś ludzie są bardziej otwarci na sprawy ducha niŜ w ubiegłym stuleciu. Zdaliśmy sobie sprawę, 

Ŝ

e slogan: „Religia to opium dla ludu” nie wytrzymuje próby  czasu,  tym bardziej, Ŝe ci,  którzy 

przy  nim  twardo  obstawali,  zapewne  nigdy  nie  spróbowali  opium.  Kiedy  zaczynamy  odkrywać 

religijność,  zanurzamy  się  w nieznane  morze.  A kiedy  ogarnia  nas  lęk  przed  nieznaną  głębią, 

szukamy  pomocy  u pierwszej  lepszej  osoby,  która  nam  się  nawinie.  Dzieje  się  tak  równieŜ 

dlatego, Ŝe potrzebujemy bliskości, styczności duchowej z innymi ludźmi. Ale zarazem musimy 

iść  o własnych  siłach,  tak  jak  na  pielgrzymkę.  Rozpoczynasz  ją  po  omacku,  w ciemności,  nie 

mając  pojęcia,  co  odkryjesz,  choć  masz  szczerą  nadzieję,  Ŝe  odkryjesz  jakąś  ścieŜkę  do  siebie 

samego,  do  swojego  przeznaczenia.  I te  tropy  prowadzą  nas  przez  przebogaty  alfabet  znaków, 

który pozwala przeczuć, co trzeba, a czego nie naleŜy robić. 

– Ale czy nie widzisz niebezpieczeństwa w tym, Ŝe dostrzeŜemy tylko te znaki, które chcemy 

zobaczyć, albo takie, które mogą sprowadzić nas z prawdziwej drogi? Skąd brać pewność, Ŝe to 

jest właśnie prawdziwy znak? 

– Na początku nie wierzymy w nic albo prawie w nic, następnie zaczynamy wątpić, sądzimy, 

Ŝ

e się pomyliliśmy, potem wszystko wydaje nam się znakiem, ale dopiero duŜo później, kiedy ten 

sam znak napotykasz na swojej drodze wielokrotnie, choć wcale go nie szukałeś, dopiero wtedy 

background image

zaczynasz rozumieć, Ŝe masz do czynienia z językiem, który wykracza poza rzeczywistość. 

–  Czy  mógłbyś  podać  jakiś  osobisty  przykład  czegoś,  co  przydarzyło  ci  się  ostatnio  i co 

zinterpretowałeś jako znak? 

–  Przed  chwilą  mówiłem  o obrazku  świętej  Teresy  z Lisieux,  który  mam  w komputerze. 

MoŜe  wam  się  to  wydać  dziwne,  ale  moja  wiara  w tę  francuską  świętą,  zrodziła  się  z całego 

łańcucha znaków. Jeszcze do niedawna nie miałem z nią nic wspólnego. Przeczytałem jej ksiąŜkę 

i moje  pierwsze  wraŜenia  były  raczej  niepochlebne  –  wydała  mi  się  biedną  histeryczką.  Jednak 

z czasem zaczęła być dla mnie coraz waŜniejsza. 

Wszystko  zaczęło  się  w zeszłym  roku,  parę  tygodni  zanim  poznałem  ciebie  w Madrycie. 

Wróciłem z Niemiec i poproszono mnie, bym został ojcem chrzestnym dziecka moich przyjaciół. 

Ksiądz, który odprawiał chrzest, podczas kolacji zaczął opowiadać mi o świętej Teresie i dał mi 

jej  ksiąŜkę.  Przy  poŜegnaniu  poprosiłem,  by  mnie  pobłogosławił,  poniewaŜ  miałem  przed  sobą 

długie tournee po świecie. Kiedy udzielił mi juŜ błogosławieństwa, ukląkł i powiedział: „A teraz 

ty  pobłogosław  mnie”.  Ja?!”  –  spytałem  zaskoczony.  PrzecieŜ  księŜa  błogosławią  ludzi,  a nie 

odwrotnie, ale on nalegał i by nie sprawić mu przykrości, pobłogosławiłem go. I wtedy wszystko 

się  zaczęło.  Podczas  Targów  KsiąŜki  ktoś  zbliŜył  się  do  mnie  –  zostawiłem  ksiąŜkę  od  księdza 

w hotelu,  bo  nie  lubię  podróŜować  objuczony  jak  wielbłąd,  a zwłaszcza  ksiąŜkami,  które  mnie 

nie  interesują  –  i powiedział:  „Mam  dla  ciebie  wiadomość  od  świętej  Teresy”.  Na  marginesie 

powiem  ci,  Ŝe  przyszła  taka  chwila  w moim  Ŝyciu,  Ŝe  jestem  w stanie  uwierzyć  absolutnie  we 

wszystko.  JeŜeli  ktoś  mi  powie:  „Chodź  obejrzeć  latające  konie”,  idę.  W pierwszym  odruchu 

staram się obdarzać zaufaniem kaŜdego człowieka, choć – muszę przyznać – jestem nieubłagany 

dla kłamstwa i fałszu. Ale widziałem juŜ tyle cudów w swoim Ŝyciu, Ŝe kiedy tamten nieznajomy 

powiedział mi, Ŝe ma dla mnie wiadomość od świętej Teresy, uwierzyłem. 

–  Ale  chyba  musiało  być  coś  jeszcze,  abyś  odebrał  to  jako  znak,  Ŝe  ta  święta  odegra  jakąś 

rolę w twoim Ŝyciu. 

– Oczywiście, ale od tamtej chwili zacząłem odkrywać rzeczy, o których nigdy wcześniej mi 

się nie śniło. Na przykład dowiedziałem się od mojego ojca – tego samego, który zamknął mnie 

w szpitalu  psychiatrycznym,  gdy  byłem  bardzo  młody  –  Ŝe  moja  matka  otaczała  świętą  Teresę 

szczególną czcią. Teraz powstaje francusko-kanadyjsko-amerykański film o moich podróŜach po 

ś

wiecie. Kiedy byliśmy w Japonii, kamerzysta mówi mi (a zaznaczam, Ŝe nigdy wcześniej o tym 

nie  rozmawialiśmy):  „Robię  film  o świętej  Teresie,  bo  to  moja  ulubiona  święta.  Czy  nie 

chciałbyś powiedzieć mi paru słów o niej? Wiem, Ŝe nie wierzysz w świętą Teresę, ale moŜe...”. 

„Jak  to  nie  wierzę  w świętą  Teresę?!”  –  wykrzyknąłem.  To  właśnie  są  znaki.  Opowiadam  ci  tę 

historię, aby wyjaśnić, Ŝe na początku znaki odrzucasz,  ale pojawiają  się coraz częściej,  mówią 

do ciebie twoim językiem, nie do pomylenia z Ŝadnym innym. 

– A jeśli się jednak pomylisz i pójdziesz za fałszywym tropem? Czy  nie  istnieje ryzyko,  Ŝe 

background image

zmarnujesz Ŝycie? 

– To sprawa delikatna. Według mnie największym niebezpieczeństwem nie jest wcale to, Ŝe 

mógłbyś  się  pomylić,  podąŜając  za  znakiem,  który  okaŜe  się  fałszywy.  Największym 

niebezpieczeństwem na drodze duchowych poszukiwań są guru, mistrzowie, fundamentalizm, to 

co nazwałem wcześniej duchową globalizacją. Kiedy ktoś mówi: Bóg to jest to albo tamto; mój 

Bóg jest potęŜniejszy niŜ twój... Tak wybuchają wojny. Jedynym sposobem, by tego uniknąć, jest 

zrozumienie,  Ŝe  poszukiwanie  drogi  duchowej  to  osobista  odpowiedzialność  kaŜdego  z nas, 

której  nie  moŜemy  przerzucić  na  barki  innych.  Lepiej  pomylić  się,  idąc  za  znakami,  w które 

wierzysz,  niŜ  dopuścić,  by  inni  decydowali  o twoim  losie.  Co  nie  znaczy,  Ŝe  krytykuję  religię. 

UwaŜam ją za bardzo istotną w Ŝyciu człowieka. 

– Czym więc jest dla ciebie religia? 

–  Pojmuję  religię  jako  sposób  wspólnego  oddawania  czci.  Mówię  „oddawania  czci”,  a nie 

posłuszeństwa.  To  dwie  zupełnie  róŜne  sprawy.  MoŜna  czcić  Buddę,  Allacha,  Boga,  Jezusa, 

kogokolwiek.  WaŜne  jest,  Ŝe  w jednej  chwili  grupa  ludzi  łączy  się  z tajemnicą,  czujemy  się 

bardziej zespoleni, bardziej otwarci na Ŝycie i rozumiemy, Ŝe nie jesteśmy samotni w świecie, Ŝe 

nie  Ŝyjemy  sami.  Tym  właśnie  dla  mnie  jest  religia,  a nie  jakimś  zbiorem  zasad  i przykazań 

narzuconych przez innych. 

– O ile się nie mylę, akceptujesz dogmaty wiary katolickiej, na którą się nawróciłeś parę lat 

temu. 

– JeŜeli o dogmaty chodzi, to moglibyśmy  długo  dyskutować. Jesteś skłonny zaakceptować 

dogmaty  tylko  dlatego,  Ŝe  tego  chcesz,  a nie  dlatego  Ŝe  ci  je  ktoś  narzuca.  Kiedy  byłem 

dzieckiem,  powtarzałem  jak  wszyscy,  nie  rozumiejąc:  Ŝe  Maryja  poczęła  bez  grzechu,  Ŝe  Jezus 

był Bogiem, Ŝe Bóg jest Trójcą.  Później poznałem teologie  prawicowe, liberalne i jeszcze duŜo 

innych.  To  są  formy  zmienne  i ewoluujące.  Ja  mam  pięćdziesiąt  lat,  a dogmaty  liczą  wieki. 

Zdaniem  Junga  dogmaty  są  z pozoru  absurdalne,  ale  stanowią  przejaw  najbardziej  oczywisty, 

magiczny  i zarazem  genialny  ludzkiej  myśli,  poniewaŜ  dzieją  się  poza  świadomością.  Dzisiaj 

akceptuję  dogmaty  całkiem  dobrowolnie  i z  całego  serca,  jakkolwiek  absurdalne  by  mi  się 

wydawały.  Nie jako  nakaz, nie  dlatego,  Ŝe  mnie  zmuszono, jak w przeszłości, tylko dlatego, Ŝe 

staram  się  być  pokorny  wobec  tajemnicy.  W gruncie  rzeczy  wszystkie  religie  mają  swoje 

dogmaty,  będące  paradygmatami  najgłębiej  ukrytej  tajemnicy.  UwaŜam,  Ŝe  to  bardzo  piękne. 

Fakt,  iŜ  czegoś  nie  pojmuję  rozumem,  nie  oznacza  wcale,  Ŝe  to  nie  jest  prawdziwe,  choć  nadal 

pozostaje tajemnicą. 

–  Najgorsze  jest  to,  Ŝe  religie  narzucają  nam  swoje  dogmaty,  wzbudzając  strach  przed 

wiecznym potępieniem. 

–  PrzeŜyłem  to  w młodości.  Dlatego  właśnie  porzuciłem  religię  i stałem  się  ateistą. 

Przekonano  mnie,  Ŝe  katolicyzm  jest  czymś  najgorszym  na  świecie,  kolejną  sektą.  Musiałem 

background image

przejść  długą  drogę,  zanim  do  niego  powróciłem.  Nie  mówię,  Ŝe  katolicyzm  jest  lepszy  czy 

gorszy  nizinne  religie,  ale  to  są  moje  korzenie  kulturowe,  moja  krew.  Był  to  mój  własny, 

całkowicie  wolny  wybór.  Mogłem  zwrócić  się  w stronę  islamu,  buddyzmu  albo  nicości.  Ale 

czułem,  Ŝe  potrzebuję  w swoim  Ŝyciu  czegoś  więcej  niŜ  ateizm,  i wybrałem  katolicyzm  jako 

pewną formę obcowania z tajemnicą oraz z ludźmi, którzy wierzą w to samo co ja. I nie ma to nic 

wspólnego  z księdzem,  który  odprawia  mszę.  Dogmat  jest  czymś,  co  wychodzi  poza  rytuał. 

A poszukiwanie tajemnicy jest poszukiwaniem wolności. 

–  Czy  nie  przeszkadza  ci,  Ŝe  dogmaty,  które  akceptujesz  jako  przejaw  obcowania  z istotą 

boską,  wyszły od instytucji, która stworzyła inkwizycję, bezlitośnie  zwalczającą wszystkich nie 

akceptujących dogmatów? 

–  Tak,  i z  tego  samego  Kościoła,  który  ciągle  jeszcze  nie  uznaje  prawa  kobiety  do  pełnego 

uczestnictwa w Ŝyciu eklezjastycznym. 

– Instytucji, która tyle razy naduŜyła swej władzy i zniewoliła wiele ludzkich sumień. 

– Tu w Ameryce Łacińskiej wiele od niej wycierpieliśmy, ale wam w Hiszpanii teŜ nie było 

lepiej. 

– Więc mimo wszystko to nie jest dla ciebie kłopotliwe... 

–  Nie,  bo  umiem  odróŜnić  to,  co  jest  esencją  religii,  od  zachowań  ludzi,  którzy  mogą  być 

dobrzy  albo  źli  i mogą  naduŜywać  religii  do  własnych  celów.  Widzą  religię  jako  grupę  ludzi 

tworzących jedno Ŝywe ciało, w którym rozwija się zarówno to co podłe, jak i to co wzniosłe. 

– JeŜeli dobrze zrozumiałem, zachowujesz z religii misterium i komunię wiernych. 

–  Tak.  Interesują  mnie  ludzie,  którzy  wierzą  w misterium,  nie  zaś  ci,  którzy  celebrują 

tajemnicę  i mogą  być  tego  niegodni.  Tajemnica  jest  ponad  wszystkimi,  którzy  ją  celebrują. 

W przypowieści  o dobrym  samarytaninie  Jezus  gani  zachowanie  lewity,  który  przechodzi  obok 

rannego  i nie  zatrzymuje  się.  I odwrotnie,  chwali  samarytanina,  który  pomaga  nieszczęśnikowi. 

A w tamtych czasach lewita uwaŜany był za człowieka świątobliwego, natomiast samarytanin za 

bezboŜnika. 

– UwaŜasz, Ŝe kaŜde poszukiwanie duchowe potrzebuje Kościoła jako instytucji? 

– Nie. Wręcz przeciwnie, musisz uwaŜać, kiedy wstępujesz do jakiegoś Kościoła, by tam nie 

próbowano  zdjąć  z ciebie  odpowiedzialności  za  twoje  czyny.  UwaŜam  tylko,  Ŝe  religia  sama 

w sobie  –  a nie  taka,  jak  się  ją  czasem  przedstawia  nie  stoi  w sprzeczności  z duchowym 

rozwojem  jednostki.  NajwaŜniejsze  to  oczyścić  swoje  wnętrze,  pozbyć  się  tego  co  zbędne, 

nauczyć  się  Ŝyć  tym  co  najwaŜniejsze,  być  zawsze  w drodze.  Pamiętam,  Ŝe  w czasach 

hipisowskich  mieliśmy  mieszkania  pełne  plakatów,  płyt,  ksiąŜek,  czasopism  i najróŜniejszych 

bibelotów. Nie było tam wolnej przestrzeni. Dziś wyzwoliłem się od tego. Jak widzisz, mój dom 

jest  bardzo  duŜy,  ale  pusty.  Zachowałem  zaledwie  kilka  symbolicznych  przedmiotów.  Nawet 

moje  ksiąŜki  są  ukryte,  bo  nie  chcę  wystawiać  na  widok  publiczny  tego,  co  w danej  chwili 

background image

czytam lub właśnie przeczytałem. 

– Bardzo mnie intryguje waga, jaką nadajesz pustce. Jest taki piękny wiersz Lao-tsy: 

Trzydzieści szprych jednoczy się w piastę koła. 

Pusty otwór sprawia, Ŝe staje się uŜyteczne. 

Lepimy naczynie z gliny. 

Dzięki pustce w środku moŜna go uŜywać. 

Wstawiamy drzwi i okna, budując dom. 

To pustka wewnątrz czyni go mieszkaniem. 

Korzyść jest z tego, co istnieje, A poŜytek z tego czego nie ma. 

–  Tak,  to  piękny  wiersz.  Ja  równieŜ  staram  się  dziś  maksymalnie  uprościć  swoje  Ŝycie, 

zatrzymać  tylko  to  co  najwaŜniejsze.  Nawet  kiedy  podróŜuję,  biorę  ze  sobą  jedynie  to  co 

niezbędne,  aby  czuć  się  swobodny  i lekki.  Budda  zwykł  mawiać:  „Bardzo  łatwo  impotentowi 

składać  śluby  czystości,  a biedakowi  odrzucić  bogactwa”.  Ja  wprawdzie  nie  ślubowałem 

czystości, ale z drugiej strony pomału odkrywam, czym jest Ŝycie i jak niewiele potrzeba, by Ŝyć 

szczęśliwie.  PodróŜuję  z niewielką  walizką.  I zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe  ta  maleńka  walizka 

sprawdza się zarówno w długich, jak i w  krótkich podróŜach. Nikt nie  moŜe czuć pełni, dopóki 

nie  nauczy  się  czynić  w sobie  pustki,  jak  to  zawsze  tłumaczyli  wielcy  mistycy  wszystkich 

wielkich religii. 

–  Kładziesz  duŜy  nacisk  na  to,  Ŝe  człowiek  musi  podąŜać  drogą  ducha,  obojętnie  jaką,  bo 

rzeczy  materialne,  choćby  najbardziej  poŜądane,  nigdy  nie  wystarczą,  by  uczynić  go  w pełni 

szczęśliwym. Czy nie sądzisz jednak, Ŝe czasami strach skłania nas do ucieczki w duchowość? 

–  Nie.  A wiesz  dlaczego?  Bo  we  wszystkich  epokach  zarówno  męŜczyźni,  jak  i kobiety 

wyruszali  na  poszukiwanie  nieznanego.  Zawsze  pociągało  ich  to,  co  nie  jest  oczywiste, 

namacalne,  materialne.  Szukali  tego  na  tysiące  sposobów,  czasem  błądząc,  czasem  wbrew 

zdrowemu rozsądkowi. 

– MoŜe dzieje się tak dlatego, Ŝe obszary poznane przez człowieka są coraz bardziej rozległe, 

więc stara się on badać za wszelką cenę to co nieznane. 

–  Właśnie.  Chodzi  o to,  Ŝe  czasem  wpadamy  w pułapkę  kłamliwych  utopii.  Utopia 

marksistowska  chciała  zmienić  wszystko,  wywracając  struktury  społeczne  do  góry  nogami 

i burząc  kapitalizm.  Nie  udało  się  jej.  Utopia  freudowska  uzaleŜniała  wyleczenie  duszy  od 

powrotu  do  przeszłości.  Inną  jeszcze  utopią  jest  konserwatyzm  uznający,  Ŝe  wszystko  da  się 

rozwiązać, pozostawiając sprawy swojemu biegowi, w bezruchu, bez Ŝadnych zmian, a jeŜeli juŜ 

trzeba  coś  zmienić,  to  tylko  na  tyle,  aby  wszystko  dalej  było  po  staremu.  I wszystkie  te  utopie 

XX wieku poniosły klęskę, a w kaŜdym razie w duŜej części. 

– Jaka jest alternatywa? 

–  Wielkie  poszukiwania,  podróŜe  do  nieznanych  miejsc,  przez  wzburzone  morza  najeŜone 

background image

niebezpieczeństwami,  zasadzkami,  mistrzami  i guru  wszelkiego  autoramentu,  którzy  usiłują 

narzucić nam swoją wizję świata i swoją wolę. Mówiłeś, Ŝe czasem ludzie zwracają się w stronę 

duchowości ze strachu, ale ze strachu ludzie takŜe potrafią leŜeć plackiem na plaŜy, nie próbując 

nic  zmienić.  Ludzkość  znajduje  się  na  rozstaju.  Z jednej  strony  biegnie  znana  juŜ  droga 

konserwatywna,  ustalone  zasady,  reguły,  nakazy  prawne,  religia  jako  prawny  system 

postępowania.  Z drugiej  –  ciemny,  nieznany  gąszcz,  niewiadoma,  nowe,  prawdziwa  kultura 

twórcza,  pytania,  na  które  jeszcze  nie  ma  odpowiedzi,  akceptacja  Ŝycia  jako  wielkiej  przygody 

duchowej. 

– Jeden z twoich krytyków twierdzi, Ŝe w XXI wieku, w nowym tysiącleciu, nikt nie będzie 

potrzebował twoich ksiąŜek. 

–  Tak  się  dziwnie  składa,  Ŝe  dla  mnie  nie  ma  znaczenia,  czy  wiek  się  kończy,  czy  nie.  To 

umowne. A zresztą za dwa lata juŜ nie będziemy mówić o końcu tysiąclecia, bo sami zobaczymy, 

Ŝ

e  nic  się  nie  zmieniło  i wszystko  jest  po  staremu.  Ci,  co  mnie  krytykują,  sądzą  być  moŜe,  Ŝe 

zdarzy się coś szczególnego, a ja jestem pewien, Ŝe nic się nie stanie. Problemy z ostatniej nocy 

1999  roku  pozostaną  aktualne  takŜe  pierwszego  dnia  nowego  tysiąclecia,  wszechświat  będzie 

istniał  dalej,  a ludzie  będą  mieć  te  same  obawy,  te  same  nadzieje  i tę  samą  ochotę,  by  szukać 

czegoś,  co  ugasi  to  pragnienie  nieskończoności,  które  ich  nie  opuszcza  od  wieków  i popycha 

w nieznane. 

W tym momencie przez niebo nad zatoką Copacabana przeleciał helikopter, ciągnąc za sobą 

ogromne ogłoszenie o otwarciu nowej stacji metra, które po piętnastu latach wreszcie dotarło do 

mitycznej plaŜy. Paulo powiedział, Ŝe poproszono go o pozwolenie na umieszczenie tam jednego 

zdania z jego ksiąŜki, ale nie zgodził się, nie chcąc robić reklamy politykom. 

–  Wracając  do  tematu  poszukiwań  duchowych,  czy  rzeczywiście  traktujesz  je  jak  wielką 

przygodę? 

– To wielka, ekscytująca przygoda. Weźmy przykład hiszpańskiej Grenady – miasta dla mnie 

magicznego.  W 1492  roku  Grenada  została  zdobyta,  a Boabdil,  ostatni  Maur,  wygnany.  Jaka 

mogła  być  następna  przygoda?  Przekroczenie  cieśniny  i Afryka,  to  wydawało  się  najbardziej 

rozsądne. Pewien człowiek, który widział poddanie się ostatniego Maura, powiedział: „Dlaczego 

Afryka? Afrykę juŜ znamy, chcę pieniędzy na podróŜ do Indii”. Jakie Indie? Po co? Bo przecieŜ 

bardziej  logiczna  była  Afryka.  Ten  człowiek,  Krzysztof  Kolumb,  mimo  wszystko  nie 

zrezygnował  ze  swojej  podróŜy  –  nie  przełoŜył  tego  na  następny  rok,  nie  zrobił  tego  teŜ  rok 

wcześniej.  Dokładnie  w tym  samym  roku,  w którym  odbito  Grenadę,  dwunastego  października 

1492 roku ów człowiek dopływa do wybrzeŜy Ameryki i cały strumień energii Hiszpanii, który 

zgodnie z wszelką logiką miał popłynąć w stronę Afryki, raptem skierował się ku Ameryce. 

– I dzięki Kolumbowi my tu dzisiaj jesteśmy. 

– Być moŜe. Trudno ocenić, ale na pewno gdyby nie Kolumb, losy Hiszpanii potoczyłyby się 

background image

inaczej.  Jedno  nie  ulega  kwestii,  Ŝe  to  nie  jakiś  system  polityczny  czy  wojskowa  strategia 

zmieniły plany ówczesnych polityków, ale jeden człowiek, uparty ryzykant. Właśnie tacy ludzie 

zmieniają świat. To się zdarza w naszych czasach w małych i duŜych sprawach. Pewnie, Ŝe dziś 

trudniej  jednemu  człowiekowi  odmienić  losy  świata.  Ale  gdyby  zebrać  do  kupy  wszystkich 

ryzykantów,  którzy  nie  dają  za  wygraną,  poszukują  niestrudzenie  nieznanych  lądowi  pozwalają 

się  prowadzić  energii  ducha,  zostanie  osiągnięta  masa  krytyczna  zdolna  odmienić  bieg  rzeczy. 

Dziś  jest  więcej  ryzykantów  duchowych,  niŜ  się  powszechnie  sądzi.  Wędrują  przez  nieodkryte 

lądy i to oni w końcu, nie wiadomo jak i kiedy, raptem zmienią kierunek wiatru historii. Dlatego 

ja  nie  lubię  tak  bardzo  kierować  się  logiką,  wolę  filozofię  paradoksu,  która  juŜ  wiele  razy 

wygrała ze wszystkimi logikami i oczywistościami. 

–  Czy  moŜna  w ogóle  rozpoznać  duchowych  ryzykantów  pośród  tłumu  tych,  którzy 

zadowalają się kawałkiem chleba powszedniego? 

–  MoŜna,  w ich  oczach  świeci  płomień  entuzjazmu.  Napisałem  ksiąŜkę  zatytułowaną 

Podręcznik wojownika światła. Mówię w niej o zwykłych ludziach wierzących w to co nieznane. 

Są mistrzami, nie będąc mistrzami. Prawda jest taka, Ŝe wszyscy bywamy i uczniami, i mistrzami 

wiele  razy  w ciągu  tego  samego  dnia.  Tak  jak  ten  cudzoziemiec,  który  uprzedził  mnie 

o zachowaniu policji wobec rannego męŜczyzny leŜącego przy plaŜy. On był moim mistrzem, bo 

sprawił, Ŝe uzmysłowiłem sobie, iŜ ja, jako Brazylijczyk, mogę coś poradzić. Wszyscy jesteśmy 

mistrzami  dla  innych.  Wojownicy  światła,  nowi  poszukiwacze  przygód  duchowych  rozpoznają 

się  nawzajem,  bo  choć  są  pełni  wad,  próŜności,  poczucia  winy  jak  wszyscy  inni  śmiertelnicy, 

mają  jednocześnie  coś,  co  ich  róŜni,  ów  ogień  w oczach.  PrzeŜywają  Ŝycie  z zapałem,  choć  nie 

czują się odmienni ani uprzywilejowani. 

–  To  jest  antidotum  na  defetyzm  i samotność  ogarniające  współczesnego  człowieka,  który 

sądzi, Ŝe nie ma juŜ miejsca na nic, co wykracza poza codzienność. 

–  Tak,  bo  wojownicy  wiedzą,  Ŝe  nie  są  sami.  Moje  ksiąŜki  są  tak  szeroko  czytane  –  czego 

wielu  nie  potrafi  sobie  wytłumaczyć  –  po  części  dlatego,  Ŝe  pomagają  czytelnikowi  rozpoznać 

siebie  w poszukiwaniach  duchowych.  Bo  pełne  są  znaków  i choć  o znakach  mówię  tylko 

w jednym akapicie Alchemika, to wszyscy doskonale rozumieją, o co mi chodzi. 

– Dlaczego? 

– Bo wszyscy podlegamy jednej wibracji. Pisarz jest tylko jeszcze jednym towarzyszem tej 

przygody, ale nie on przewodzi. Co nowego mówią moje ksiąŜki? Nic. Czym dzielą się z moim 

czytelnikiem?  Moim  Ŝyciem,  moim  doświadczeniem.  ToteŜ  czytelnik  z Japonii,  który  wyrósł 

w zupełnie  innej  kulturze  niŜ  moja,  mówi  mi:  „JuŜ  o tym  wiedziałem,  nie  umiałem  sobie  tylko 

tego  uświadomić,  ale  uwaŜam,  Ŝe  mówisz  o mnie”.  W powieści  Weronika  postanawia  umrzeć 

podjąłem  temat  szaleństwa  i samobójstwa.  Rękopis  odbiłem  w dziesięciu  kopiach  i dałem  do 

przeczytania  róŜnym  osobom.  I jakieŜ  było  moje  zdziwienie,  gdy  dowiedziałem  się,  Ŝe  kaŜda 

background image

z nich miała w swojej rodzinie przypadek samobójstwa albo szaleństwa. Dostałem faks z Anglii: 

„Przeczytałam  twoją  ksiąŜkę.  Oczarowała  mnie.  Jedyna  chwila  w moim  Ŝyciu,  I kiedy  byłam 

daleko od Boga, wydarzyła się, gdy próbowałam popełnić samobójstwo, ale przeŜyłam. Amelia”. 

OtóŜ  Amelia  pracuje  ze  mną  od  dwudziestu  lat  i nie  miałem  zielonego  pojęcia,  Ŝe  kiedyś 

próbowała popełnić samobójstwo. 

– Czyli pisarz jest katalizatorem doświadczeń innych ludzi? 

–  Tak,  funkcja  katalizatora  polega  właśnie  na  tym,  Ŝe  sam  nie  wchodzi  w reakcję,  ale  ją 

umoŜliwia,  ułatwia,  przyspiesza.  Dzięki  niemu  inni  odkrywają  róŜne  rzeczy.  Chłopak  studiuje 

prawo,  ale  nagle  zdaje  sobie  sprawę,  Ŝe  wolałby  być  ogrodnikiem.  Dostaję  tysiące  listów  od 

ludzi, którzy chcieliby zmienić pracę i poświęcić się uprawie ogrodu. Niektórzy się skarŜą, Ŝe ich 

rodziny  uwaŜają,  Ŝe  lepiej  być  inŜynierem,  ale  oni  pragnęliby  zajmować  się  ogrodem,  być  na 

ś

wieŜym powietrzu, obcować z przyrodą. 

– Wszystko to jest bardzo piękne. Ale czy nie zdarzyło się nigdy, Ŝe ktoś podąŜający za tym 

twoim przesłaniem poniósł klęskę? 

– Tak, ja sam. 

– śartujesz! 

–  Więc  teraz  na  serio.  Tak  naprawdę  nie  wysyłam  Ŝadnych  przesłań  do  nikogo.  Po  prostu 

opowiadam w moich ksiąŜkach to, co mi się w Ŝyciu przydarzyło. Nie, mówię, Ŝe to przydarzyło 

się mnie, ale wcale nie dodaję: zrób to samo. 

– Nie. 

– O moich tragediach, błędach, tarapatach, o tym jak mi się udało z nich wykaraskać, ale nie 

twierdzę,  Ŝe  to  jest  rozwiązanie  dla  wszystkich,  bo  Ŝycie  kaŜdego  człowieka  jest  inne 

i niepowtarzalne.  Gdybyśmy  ustawili  wszystkich  ludzi  na  ziemi  w jednym  rzędzie,  nie 

znaleźlibyśmy dwóch takich samych osób. 

Nie wierzę w przesłania zbiorowe, wierzę w elementy katalizujące i zapalające. Na przykład 

próbuję przekazać, na podstawie własnego doświadczenia, Ŝe przegrać i być pokonanym to nie to 

samo. Przegrywają ci, którzy nawet nie próbowali walczyć, a pokonani są ci, którzy byli zdolni 

do walki. I taka poraŜka nie przynosi wstydu. MoŜe być trampoliną do nowych zwycięstw. I jak 

trafnie  to  określa  Jose  Saramago  w twojej  ksiąŜce  El  amor  posible,  nigdy  nie  ma  poraŜek  ani 

zwycięstw ostatecznych, bo dzisiejsza poraŜka moŜe być jutrzejszym zwycięstwem. 

– Mówisz, Ŝe jesteś wierzący. Kim jest dla ciebie Bóg? 

–  Doświadczeniem  wiary.  Niczym  więcej.  UwaŜam,  Ŝe  próba  definicji  Boga  jest  pułapką. 

Zadano mi juŜ to pytanie na spotkaniu autorskim i odpowiedziałem wtedy: „Nie wiem. Bóg nie 

jest  dla  mnie  tym  samym,  czym  jest  dla  ciebie”,  i publiczność  zaczęła  bić  brawo.  Właśnie  to 

czują ludzie, Ŝe nie istnieje Bóg, który pasuje wszystkim, bo to jest bardzo indywidualne. 

– Leonardo Boff zwykł mawiać, Ŝe Bóg to wielka namiętność. 

background image

– W tym sensie Bóg jest taki sam dla wszystkich, gdyŜ wszyscy jesteśmy zdolni doświadczyć 

i pojąć wielką namiętność. 

– Kim jest w takim razie dla ciebie ateista? 

– Według mnie problem nie tkwi w wierze. Znam ateistów, którzy zachowują się tysiąc razy 

lepiej  niŜ  wielu  bardzo  bogobojnych.  Bo  bywa,  Ŝe  wierzący  ulegają  pokusie,  by  stać  się  sędzią 

swojego bliźniego, tylko dlatego, Ŝe wierzą w Boga. 

Dla mnie ateista to człowiek, który wyraŜa Boga jedynie poprzez swoje czyny. Czujemy się 

dziećmi Boga poprzez nasze czyny, a nie wyznanie wiary. „PokaŜ mi swoje czyny, a ja ci pokaŜę 

twoją  wiarę”,  mawiał  święty  Jakub.  Z drugiej  strony  my,  którzy  uwaŜamy  się  za  wierzących, 

musimy przyznać, Ŝe nasza wiara zawsze jest bardzo krucha. Teraz sądzę, Ŝe jest we mnie duŜa 

wiara, a moŜe dziś w nocy ta pewność zniknie? Wiara to nie jest linia prosta. 

– Sycylijski pisarz Leonardo Sciascia mawiał, Ŝe czasami wierzy w chodnik uliczny, a kiedy 

przechodzi przez ulicę, juŜ w niego nie wierzy. 

– Właśnie. RóŜnica jest taka, Ŝe człowiek wierzący jest przekonany, Ŝe istnieje. I, coś więcej, 

choć czasami nie czuje tej wiary. 

– Powiedziałeś kiedyś, Ŝe gdy łączysz się ze źródłem energii, czujesz przyjemność. Czym dla 

ciebie jest przyjemność? 

–  To  nie  takie  proste.  Zajmowałem  się  kiedyś  sadomasochizmem  i dowiedziałem  się,  Ŝe 

czasem przyjemność bierze się z bólu. Nie mam w zwyczaju uŜywać metafor. Borges twierdzi, Ŝe 

istnieją  cztery  prawdziwe  metafory,  ja  uŜyję  tylko  jednej:  dla  mnie  przyjemność  to  „dobra 

walka”, to znaczy coś zupełnie odmiennego od poczucia szczęścia, nie wiąŜę bowiem szczęścia 

z przyjemnością. Moje wyobraŜenie szczęścia jest bardzo nudne: to niedzielne popołudnie, kiedy 

nic  się  nie  dzieje.  W Podręczniku  wojownika  światła  mówię  o walce  i o  bitwie,  o entuzjazmie 

podjęcia  batalii  dla  osiągnięcia  czegoś,  co  da  ci  radość.  Czasem  przegrywasz,  innym  razem 

wygrywasz, niewaŜne, liczy się walka o osiągnięcie tego, czego pragniesz. Tak więc powiedzmy, 

Ŝ

e  przyjemność  to  wszystko,  co  robisz  z entuzjazmem:  moŜe  być  w tym  ból  i cierpienie,  ale  to 

nie przekreśla tej podstawowej przyjemności, Ŝe wiesz, iŜ walczysz o to, co kochasz. 

– A jednak wszyscy ludzie szukają takiego szczęścia, które uśmierzy ból. 

–  Sądzę,  Ŝe  to  pułapka.  Szczęście  to  pytanie  bez  odpowiedzi,  jak  na  przykład:  „Kim 

jestem?”. To nie są pytania uŜyteczne. Niemniej jednak ludzkość nie bez powodu strawiła tysiące 

lat na szukanie tego próŜnego szczęścia. Dla mnie szczęście to coś bardzo abstrakcyjnego.  I tak 

naprawdę nigdy nie jestem szczęśliwy. 

–  Nawet  wtedy,  gdy  wychodzi  twoja  nowa  ksiąŜka,  która  znów  sprzedaje  się  jak  świeŜe 

bułeczki? 

–  Nawet  wtedy.  Oczywiście  czuję  radość.  To  chwila  napięcia,  wyzwania  i to  sprawia  mi 

radość, bo jest owocem walki, którą prowadziłem z wielkim poświęceniem, ale szczęście – nie. 

background image

Szczęściem  byłoby  powiedzieć  sobie:  „Brawo!  Napisałem  ksiąŜkę,  która  cieszy  się 

powodzeniem. Sprawdziłem się jako pisarz. Mogę spać spokojnie”. A to nie jest prawda. Jestem 

człowiekiem  zadowolonym,  mam  swoje  wzloty  i upadki,  wygrane  bitwy  i sromotne  klęski,  ale 

przyjmuję  je  zawsze  z radością,  z radością  toreadora.  Tak  naprawdę  uwielbiam  corridę,  choć 

wiem, Ŝe to okropnie niepoprawne politycznie. 

– Ja za corridą nie przepadam. 

– A ja tak. Bo jest to chwila, kiedy stają naprzeciw siebie, oko w oko, Ŝycie i śmierć. Tam nie 

ma miejsca na filozofowanie, bo jedno z nich zginie – byk albo toreador. Dlatego znawcy corridy 

mówią, Ŝe zarówno byk, jak i toreador musi odczuwać radość. Byk, który nie ma w sobie radości, 

nie nadaje się do corridy. 

– Ale częściej umierają byki niŜ toreadorzy. 

–  To  prawda,  lecz  czasami  umiera  teŜ  toreador.  On  dobrze  wie,  zeza  kaŜdym  razem,  kiedy 

wychodzi  na  arenę,  ryzykuje  Ŝycie,  dlatego  przed  rozpoczęciem  corridy  modli  się  do  Matki 

Boskiej.  Kiedy w księgarniach pojawia się  moja  nowa ksiąŜka,  to  trochę  tak jakbym wychodził 

na  arenę  –  cieszę  się,  gdyŜ  podejmuję  nowe  wyzwanie,  choć  wiem,  Ŝe  to  moŜe  być 

niebezpieczne.  Walczyłem  o to,  wyszedłem  na  arenę,  wiedząc,  Ŝe  mogę  zostać  zwycięŜony, 

ukrzyŜowany,  ale  przepełnia  mnie  radość,  Ŝe  osiągnąłem  to,  co  chciałem:  stworzyłem  nową 

ksiąŜkę. 

–  Dla  mnie  Ŝycie  jest  jak  corrida.  Muszę  ciągle  ścierać  się  z bykiem  swojej 

odpowiedzialności i nigdy  nie wiem, czy temu  podołam.  Wszystko to sprawia mi radość, ale to 

nie jest szczęście. 

– Czym w takim razie dla ciebie jest nieszczęście? Kiedy czujesz się nieszczęśliwy? 

–  W chwilach  tchórzostwa,  kiedy  szukam  zbyt  łatwej  drogi.  Paradoksalnie,  czuję  się 

nieszczęśliwy, kiedy szukam wygodnego szczęścia. 

– UwaŜasz się  za osobę  kochającą,  skrajności.  W takim  razie nie powinieneś równieŜ lubić 

harmonii zdobytego spokoju, skoro wolisz radość walki. 

–  Masz  rację.  Nigdy  nie  szukałem  harmonii.  Sądzę,  Ŝe  Ŝycie  kończy  siew  chwili,  kiedy 

przestajesz walczyć i mówisz: „Doszedłem”. To byłoby szczęście, którego nie lubię i nie szukam. 

W całym  swoim  Ŝyciu  czułem  się  tak  dwa  albo  trzy  razy,  to  znaczy  w pełni  szczęścia, 

nieruchomy,  z uczuciem,  Ŝe  doszedłem  do  kresu  drogi.  Ale  trwało  to  krótko,  bo  dobry  Bóg 

bardzo szybko dawał mi kopniaka i znowu wprawiał mnie w ruch. 

UwaŜam,  Ŝe  ludzie  dzielą  się  na  tych,  co  szukają  świętego  spokoju,  i wojowników  światła, 

którzy  –  jak  to  określał  święty  Paweł  –  uwielbiają  walczyć,  nie  spoczywając  na  laurach 

zdobytego szczęścia. To ludzie, którzy lubią ciągłe wyzwania, starcia, poszukiwania bez końca. 

Wojownik światła jest jak toreador, który nie wyobraŜa sobie Ŝycia bez areny. śycie pisarza teŜ 

jest ciągłym wyzwaniem: iść na pierwszą linię ognia, naraŜać się i na gwizdy, i na owacje. 

background image

–  Gdybyś  miał  wytłumaczyć  grupie  młodych  ludzi,  kim  jest  Paulo  Coelho,  jak  byś  siebie 

opisał? 

– Jako pielgrzyma, który przemierza drogę, co nie ma końca. Jako pielgrzyma, który wie, Ŝe 

istnieje skarb, zmierza w jego stronę prowadzony przez znaki, jak pasterz z Alchemika. Dla niego 

waŜne  jest  dojście  do  skarbu,  ale  kiedy  dociera  na  miejsce,  spostrzega,  Ŝe  juŜ  nie  jest  taki  jak 

przedtem, zmienił się, jest kimś innym. Droga i poszukiwanie hartuje cię i przeistacza. Ja ciągle 

szukam. 

 

Początki 

 

Dzieciństwo  i młodość  Paula  Coelho  nie  były  łatwe,  za  to  bogate  w róŜnorodne  przeŜycia, 

czasem  skrajne  i okrutne,  jak  szpital  psychiatryczny  i więzienie,  gdzie  był  torturowany  przez 

bojówki  paramilitarne  podczas  dyktatury  w Brazylii.  Był  młodym  buntownikiem,  gotowym  na 

wszelkie  nowe  wyzwania,  nieodrodnym  dzieckiem  sześćdziesiątego  ósmego  roku,  czasu 

szaleństw  i łamania  utartych  zwyczajów.  Zawsze  poszukiwał  czegoś,  co  dałoby  mu  poczucie 

pełni,  nie  poddawał  się  rodzinnym  czy  społecznym  konwencjom.  Był  zdeklarowanym 

nonkonformistą, zdolnym jednakŜe przyznać się do błędów lub wycofać się, gdy przebrał miarę. 

Jak  wyznaje  na  kartach  tej  ksiąŜki,  nigdy  nie  czuł  nienawiści  czy  urazy  do  swoich  rodziców, 

którzy  trzykrotnie  zamykali  go  w szpitalu  psychiatrycznym.  Jest  przekonany,  Ŝe  zrobili  to  dla 

jego dobra. 

                        Juan Arias 

– Jakie było twoje dzieciństwo? Czy masz rodzeństwo? 

Paulo Coelho 

–  Mam  młodszą  siostrę,  jest  inŜynierem  chemikiem.  Ja  byłem  najstarszym  i najbardziej 

zbuntowanym dzieckiem w domu. Bardzo szybko odkryłem pewną Ŝyciową prawdę: jeŜeli jesteś 

najstarszy w rodzinie, cokolwiek by się działo, zawsze ciebie obwiniają, zawsze będziesz ofiarą. 

Na początku bardzo mi to przeszkadzało, bo oczywiście nie byłem za wszystko odpowiedzialny, 

aŜ pewnego dnia powiedziałem sobie: „A więc dobrze, skoro juŜ wszystkie winy zawsze zwalają 

na  mnie,  to  przynajmniej  będę  robił,  co  mi  się  podoba”.  Tak  zbuntowałem  się  przeciw 

niesprawiedliwości. 

– Jakie są twoje pierwsze wspomnienia z dzieciństwa? 

–  To  zabawne,  ale  mam  parę  wyraźnych  wspomnień  z bardzo  wczesnego  dzieciństwa. 

Mieszkaliśmy  w Botafogo,  przeciętnej  dzielnicy  Rio.  I powiem  ci  coś,  w co  zapewne  nie 

uwierzysz  i czego ja sam nigdy nie mogłem sobie wytłumaczyć. Pytałem nawet lekarzy, czy to 

moŜliwe, czy zdarzało się coś takiego innym dzieciom. Pamiętam bardzo dokładnie, Ŝe zaraz po 

urodzeniu  rozpoznałem  moją  babkę.  Pamiętam,  Ŝe  otworzyłem  oczy  i powiedziałem  sobie:  „To 

background image

jest moja babcia”. A przecieŜ dopiero co przyszedłem na świat. 

– A jak wspominasz swoich rodziców? 

–  Ojciec  był  inŜynierem,  pochodził  z rodziny  bardzo  przywiązanej  do  tradycji;  matka 

studiowała  muzeologię  na  uniwersytecie.  Mój  ojciec  jeszcze  Ŝyje,  ma  bardzo  dominującą 

osobowość i miał duŜy wpływ na matkę. 

– Chodziliście na msze? Byliście typową katolicką rodziną? 

– Pamiętam, Ŝe rodzice zmuszali mnie do chodzenia do kościoła co niedziela, a w ostatnich 

latach  gimnazjum  u jezuitów  chodziło  się  takŜe  w piątki.  Moje  wykształcenie  było  absolutnie 

formalistyczne.  Nie  wiem,  jak  teraz  jest  u jezuitów,  ale  wtedy  byli  bardzo  konserwatywni 

i surowi.  Moja  matka  dość  wcześnie  przeŜyła  kryzys  wiary.  Zaczęła  interesować  się  bardziej 

otwartą teologią, mniej dogmatyczną. Nie była to jeszcze teologia wyzwolenia, ale bardzo blisko 

i to  otworzyło  jej  oczy  na  wiele  spraw,  zaczęła  kwestionować  swoją  wiarę.  Poznała  bardziej 

otwartych  księŜy  oraz  środowisko  archeologów  i powoli  zaczęła  patrzeć  na  religię  pod  innym 

kątem, mniej sztywno i tradycyjnie. Działo się to w okresie, w którym nie byłem juŜ zbyt blisko 

rodziny. 

– Teraz jezuici są raczej postępowi, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata. 

–  W tamtych  czasach,  niestety,  uwaŜali  się  za  armię  Chrystusa.  Dali  mi  świetne  podstawy 

dyscypliny, ale takŜe wywołali wstręt do religii, więc zupełnie się od niej oddaliłem. Dlatego, na 

znak  protestu  przeciw  tamtym  sztywnym,  zamkniętym  strukturom,  kiedy  tylko  wyszedłem 

z jezuickiego  gimnazjum  –  dokąd  wysłali  mnie  rodzice,  bo  w szkole  publicznej  nie  dawałem 

sobie  rady  –  rzuciłem  się  w wir  najbardziej  skrajnych  ugrupowań  studenckich,  a przede 

wszystkim niewierzących. I zachłysnąłem się pismami Marksa, Engelsa, Hegla. 

– Czy byłeś niespokojnym duchem? 

–  Całkowicie.  Po  wielu  nieudanych  próbach,  a szczególnie  po  strasznych  doświadczeniach 

z czarną magią, o których jeszcze ci opowiem, stałem się ateistą. 

– Ale ostatecznie znów wróciłeś do katolicyzmu. 

–  Kiedy  wróciłem  do  duchowych  poszukiwań,  byłem  przekonany,  Ŝe  ostatnią  rzeczą,  do 

której się zwrócę, będzie katolicyzm, bo napawał mnie odrazą. Byłem święcie przekonany, Ŝe nie 

tędy  droga,  Ŝe  katolicki  Bóg  jest  prawicowy,  nie  ma  kobiecego  oblicza.  To  był  Bóg  surowy, 

pozbawiony  miłosierdzia,  współczucia,  tajemnicy.  Wtedy  zacząłem  eksperymentować  z innymi 

religiami i sektami, przede wszystkim przychodzącymi ze Wschodu. Próbowałem wszystkiego co 

się  dało:  Hare  Kriszna,  buddyzmu,  filozofii  joginów,  naprawdę  wszystkiego.  Do  kościoła 

zacząłem regularnie chodzić dopiero po powrocie z pielgrzymki do Santiago de Compostela. 

– Co studiowałeś na uniwersytecie? 

– Studiowałem prawo, ale z obowiązku, zresztą nigdy go nie skończyłem. Do końca szkoły 

ś

redniej  mój  odruch  buntu  był  całkowicie  stłamszony  przez  rodziców,  społeczeństwo, 

background image

ś

rodowisko.  W tym  okresie  całkowicie  zatrzymałem  się  w nauce,  przez  trzy  lata  nie  mogłem 

skończyć szkoły średniej, nie umiałem się z niej wygrzebać, aŜ w końcu moja rodzina zapłaciła, 

Ŝ

eby  dopuszczono  mnie  do  egzaminów.  Tak  było.  Ale  kiedy  juŜ  wybuchłem,  wybuchłem  na 

dobre. Stało się to zaraz po tym, jak dostałem się na uniwersytet. 

– A kiedy wybuchłeś, jak zareagowała twoja rodzina? 

– Za pierwszym razem zamknęli mnie w szpitalu psychiatrycznym, jak wariata. 

– Jak moŜna było zamknąć zdrowego na umyśle człowieka w szpitalu psychiatrycznym? 

–  Wtedy  było  to  moŜliwe.  W kaŜdym  razie  moim  rodzicom  się  udało.  Zamykano  mnie 

zresztą  trzy  razy,  bo  zawsze  uciekałem.  Ten  szpital  jeszcze  istnieje.  Niedawno  chciałem  się 

dowiedzieć,  jakie  powody  podali,  aby  zamknąć  mnie  z wariatami.  I nie  mogłem  uwierzyć 

własnym  oczom,  bo  powody  były  bardzo  banalne.  W karcie  pacjenta  napisano,  Ŝe  łatwo  się 

denerwuję, kłócę się na tematy polityczne, mam trudności w nauce, moja matka uwaŜa, Ŝe mam 

problemy seksualne, jestem bardzo niedojrzały jak na swój wiek i kiedy czegoś chcę, staram się 

to osiągnąć za wszelką cenę, co sprawia, Ŝe reaguję coraz bardziej gwałtownie. I to wystarczyło, 

by zamknąć mnie w szpitalu. 

– Jak się tam czułeś? 

–  Miałem  wtedy  siedemnaście  lat  i pragnąłem  tylko  jednego  –  pisać  ksiąŜki.  Właśnie 

zacząłem  pracować  jako  reporter  w pewnym  dzienniku  i przeczytałem  całego  Oscara  Wilde’a. 

Byłem  idealistą,  w głębi  duszy  myślałem  sobie,  Ŝe  jak  ktoś  chce  zostać  pisarzem,  powinien 

przejść  wiele  prób  –  szpital  psychiatryczny,  czemu  nie?  CzyŜ  nie  przytrafiło  się  to  innym 

artystom, jak choćby Van Goghowi? Widziałem w tym część mojej własnej legendy, mojej Ŝądzy 

przygód.  W szpitalu  pisałem  wiersze,  ale  w końcu  uciekłem,  bo  było  dla  mnie  jasne,  Ŝe  nie 

jestem  wariatem:  chciałem  po  prostu  Ŝyć  pełnią  Ŝycia,  tak  jak  mi  się  podobało.  Niektórzy  dziś 

sądzą,  Ŝe  dostałem  się  tam  z powodu  narkotyków.  To  nieprawda.  Wtedy  nawet  jeszcze  nie 

spróbowałem  narkotyków.  Moje  próby  ze  środkami  odurzającymi  zaczęły  się  o wiele  później, 

w wieku około dwudziestu lat. 

– Jaką lekcję wyniosłeś z tej ekstremalnej sytuacji, kiedy przebywałeś wśród wariatów, choć 

sam wariatem nie byłeś? 

– Będę z tobą szczery. Sądzę, Ŝe największym niebezpieczeństwem szaleństwa nie jest samo 

szaleństwo, lecz przyzwyczajenie się do niego. W szpitalu psychiatrycznym odkryłem, Ŝe mogę 

wybrać  szaleństwo  i spędzić  całe  Ŝycie  nie  pracując,  nic  nie  robiąc  i udając  wariata.  To  była 

bardzo  silna  pokusa.  W powieści  Weronika  postanawia  umrzeć  –  w formie  fikcji  literackiej  – 

opisałem  część  moich  doświadczeń  z tamtego  okresu.  JuŜ  trzeciego  dnia  w szpitalu  mówiłem 

sobie:  „No  dobrze.  Przyzwyczajam  się,  nie  jest  wcale  tak  źle,  a nawet  całkiem  wygodnie,  na 

dodatek nie docierają tu Ŝadne problemy ze świata zewnętrznego”. Panował tam taki spokój, jak 

w łonie matki. 

background image

– Jakie były twoje relacje z innymi pacjentami? 

–  Z wariatami?  Wszyscy  wydawali  mi  się  normalni.  Miewali  napady  szału,  tak  jak  ty  i ja 

w normalnym  Ŝyciu.  Trzeba  przyznać,  było  kilku  schizofreników,  którzy  stracili  kontakt 

z rzeczywistością,  ale  moŜna  ich  było  policzyć  na  palcach  jednej  ręki.  Z resztą  dyskutowałem 

o filozofii,  o ksiąŜkach  i w  ogóle  o wszystkim.  Mieliśmy  telewizję,  mogliśmy  słuchać  muzyki 

i całkiem nieźle się bawiliśmy. 

– A elektrowstrząsy? 

–  Nie  były  przyjemne,  ale  nie  myśl,  Ŝe  duŜo  czujesz.  Jak  mi  to  robili  wiele  lat  później 

w okolicach genitaliów, kiedy zostałem porwany i torturowany, ból był przejmujący, poniŜający 

i haniebny. Naprawdę nie do wytrzymania. Istny koszmar! 

–  Pierwszy  raz  wypuszczono  cię  ze  szpitala  za  dobre  sprawowanie.  Ale  za  drugim  razem, 

według zapisków szpitalnych, uciekłeś. Jak ci się to udało? 

– Znalazłem się na dziewiątym piętrze, na oddziale zamkniętym, nie mogłem stamtąd wyjść, 

bo uznano mnie za niebezpiecznego wariata.  Faszerowano mnie więc lekami – ogromną ilością 

leków – i poddawano elektrowstrząsom. Przebywałem na tym oddziale prawie dwa miesiące, nie 

docierało tam słońce, od tego faktycznie moŜna było zwariować. Była tam winda, ale obsługiwał 

ją  windziarz.  Pewnego  dnia  wsiadłem  do  windy  z jakąś  grupą  ludzi,  zjechałem  na  parter, 

wyszedłem głównym wejściem i poczułem się niesamowicie wolny. To było jak z Kafki. 

– To bardzo symboliczne – byłeś więźniem, ale tak naprawdę nim nie byłeś. 

–  To  niezmiernie  symboliczne.  W jednym  z opowiadań  Kafki  bohater  staje  przed  bramą 

zamku i pyta: „Czy mogą wejść?”. StraŜnik nie odpowiada, więc bohater odchodzi, a pod koniec 

Ŝ

ycia  wraca  i pyta  straŜnika:  „Dlaczego  nie  pozwoliłeś  mi  wtedy  wejść?”,  a straŜnik,  który  teŜ 

jest juŜ stary, odpowiada: „PrzecieŜ nie powiedziałem „nie”. Ty pytałeś, a mnie nie wolno było 

mówić.  Dlaczego  nie  wszedłeś?”  To  samo  mnie  przytrafiło  się  w szpitalu  psychiatrycznym. 

Jednak  w końcu  wsiadłem  do  windy,  tak  jak  stałem,  w piŜamie  i kapciach,  i po  prostu 

wyszedłem. Byłem bez grosza przy duszy, nie miałem absolutnie nic. Poszedłem na piechotą do 

przyjaciela, dał mi gitarę i trochę pieniędzy. Odchodząc zadałem sobie pytanie: „Co ja mam teraz 

z sobą począć?” Wtedy zacząłem podróŜować i pracować dorywczo. 

– Nie skontaktowałeś się z rodziną? 

–  Dopiero  po  dwóch  miesiącach,  kiedy  juŜ  było  ze  mną  bardzo  źle,  bo  nie  miałem  nawet 

najedzenie,  zadzwoniłem  do  rodziców.  Oczywiście  powiedzieli  mi,  Ŝebym  wracał  jak 

najszybciej, Ŝe nie będą mi robić Ŝadnych wyrzutów, Ŝe tym razem nie zamkną mnie w szpitalu. 

Wysłali mi pieniądze na powrót, bo byłem bardzo daleko od Rio, i w końcu wróciłem. Ale kiedy 

upłynął  rok,  znowu  zaczęli  się  mnie  czepiać:  „Paulo  oszalał,  teraz  dla  odmiany  chce  bawić  się 

w teatr”,  bo  moją  nową  pasją,  oprócz  pisarstwa,  stał  się  teatr.  Znowu  oddali  mnie  do  szpitala 

i znowu  uciekłem,  ale  tym  razem  uprzedzono  windziarza,  aby  miał  mnie  na  oku.  Za  drugim 

background image

razem  wykorzystałem  wizytą  u dentysty,  bo  mój  lekarz  doszedł  do  genialnego  wniosku,  Ŝe 

z powodu bólu zęba tracę panowanie nad sobą. Według niego nie pojmowałem, Ŝe ból pochodzi 

od zęba i dlatego byłem taki agresywny dla otoczenia. Wracając od dentysty, zwiałem. 

Znów  wyruszyłem  w podróŜ  i znów  wróciłem  do  rodziny,  bo  nie  miałem  pieniędzy.  JuŜ 

w progu powiedziałem: „Teraz naprawdę zwariowałem!”, bo wtedy byłem juŜ sam przekonany, 

Ŝ

e  coś  jest  ze  mną  nie  tak,  i nie  chciałem  więcej  uciekać.  Upłynęły  jakieś  dwa  tygodnie, 

pogrąŜyłem się całkowicie w apatii, nie reagowałem na Ŝadne bodźce ze świata. 

– To chyba teŜ nie było łatwe dla twoich bliskich? 

–  Prawdę  mówiąc,  w tamtej  chwili  nie  myślałem  o nich.  Myślałem  tylko  o sobie. 

Zrozumiałem to dopiero później. Ale przydarzyło mi się coś paradoksalnego, co radykalnie miało 

odmienić moje Ŝycie. Pewnego dnia, pamiętam, siedziałem w swoim pokoju, miałem tam biurko, 

łóŜko,  ubrania,  wszystkie  rzeczy,  które  kochałem,  i raptem  powiedziałem  sobie:  „Nie  mogę  tak 

dłuŜej Ŝyć”. Straciłem juŜ wtedy pracę w gazecie, straciłem przyjaciół i musiałem porzucić teatr. 

Pomyślałem,  Ŝe  moŜe  moi  rodzice  mają  rację,  Ŝe  jestem  naprawdę  szalony.  I po  raz  pierwszy 

zachowałem  się  jak  prawdziwy  wariat.  Zamknąłem  się  u siebie  i zacząłem  wszystko  niszczyć: 

podarłem  ksiąŜki,  które  tak  kochałem,  całą  serię  Sherlocka  Holmesa,  Henry’ego  Millera, 

połamałem  płyty,  roztrzaskałem  pamiątki.  Rozwaliłem  wszystko  w drobny  mak.  Kiedy  rodzice 

usłyszeli,  jak  systematycznie  demoluję  pokój,  natychmiast  zadzwonili  do  lekarza,  który 

prowadził mnie w zakładzie psychiatrycznym, ale go nie było. Zadzwonili do innego psychiatry, 

doktora  Fajardo,  którego  pamiętam  bardzo  dobrze,  bo  był  to  człowiek  bez  nosa,  bardzo 

interesująca  postać.  Kiedy  przyjechał,  otworzył  drzwi  do  mojego  pokoju  i ujrzał  całe  to 

pobojowisko, byłem pewien, Ŝe zabierze mnie prosto na oddział zamknięty. Ale jakieŜ było moje 

zdziwienie,  kiedy  spokojnie  i z  uśmiechem  zapytał  mnie:  „Co  się  stało?”.  „Nie  widzi  pan?  – 

odpowiedziałem. – Właśnie wszystko tu zdemolowałem”. A on, niczym nie zraŜony, rzekł tylko: 

„To świetnie! Teraz, kiedy juŜ wszystko rozwaliłeś, moŜesz zacząć nowe Ŝycie. Zrobiłeś właśnie 

to,  co  powinieneś  był  zrobić,  czyli  zniszczyłeś  negatywną  przeszłość,  aby  móc  zacząć  nowe 

pozytywne  Ŝycie”.  „Co  teŜ  pan  wygaduje?”  –  wybąkałem  do  tego  dziwnego  psychiatry,  który 

chwalił mnie za zniszczenie najukochańszych przedmiotów. Powtórzył wtedy: „Zrobiłeś właśnie 

to, co powinieneś był zrobić. Unicestwiłeś zmory przeszłości. Teraz twoje Ŝycie zaczyna się na 

nowo”. 

– A jak zareagowali na to twoi rodzice? 

–  Byli  bardzo  wyrozumiali  i zgodzili  się  z tym,  co  mówił  ten  osobliwy  lekarz.  Powiedzieli 

mi:  „Teraz  juŜ  będzie  dobrze,  zaczniesz  wszystko  od  początku,  najgorsze  juŜ  za  tobą. 

Pozbieramy  wszystko,  co  zniszczyłeś,  i wyrzucimy  na  śmietnik”.  Tamten  człowiek  uratował 

mnie,  bo  ja  naprawdę  stanąłem  juŜ  na  skraju  szaleństwa,  a najgorsze  było  to,  Ŝe  się  z tym 

pogodziłem, zrezygnowałem z walki o siebie. 

background image

– Utrzymywałeś kontakt z tamtym psychiatrą? 

–  Tamtego  dnia  na  poŜegnanie  powiedział:  „Teraz  ja  zajmę  się  twoim  leczeniem”.  Byłem 

u niego jakieś kilkanaście razy, aŜ wreszcie rzekł: „Od dziś musisz juŜ chodzić o własnych siłach. 

Praktycznie jesteś juŜ zdrowy.  Wprawdzie trochę szalony, ale kaŜdy z nas ma w sobie odrobinę 

szaleństwa”. I wtedy eksplodowała we mnie cała moc buntu. Powiedziałem sobie w duchu: jeŜeli 

nie ma znaczenia, Ŝe jestem trochę szalony, i jeśli kaŜdy musi stawić czoło własnemu szaleństwu, 

to  powinienem  teraz  nauczyć  się  Ŝyć  pełną  parą,  robić  wszystko,  na  co  mam  ochotę,  niczego 

sobie  nie  Ŝałować.  Straciłem  wszystko  –  pracę  w redakcji,  przyjaciół,  teatr,  nawet  dziewczynę, 

która zostawiła mnie, bo kiedy trafiłem do szpitala nie mogliśmy się widywać. 

– Czułeś nienawiść albo urazę w stosunku do swoich rodziców za to, Ŝe cię wysłali do domu 

wariatów, mimo Ŝe nie byłeś chory? 

–  Nie,  nigdy.  Byli  przekonani,  Ŝe  ich  nienawidzą,  ale  to  nieprawda.  Wysłali  mnie  tam 

z miłości, wprawdzie miłości pokrętnej, dominującej, desperackiej, ale koniec końców z miłości. 

Nie zamknęli mnie w szpitalu z nienawiści czy dlatego, Ŝe chcieli się mnie pozbyć, tylko dlatego 

Ŝ

e  chcieli  pomóc  mi  w urządzaniu  sobie  dorosłego  Ŝycia.  Był  to  szalony  akt  rozpaczy,  który 

dotknął bardziej ich samych niŜ mnie. Ale jednocześnie wszystko to dało mi moŜliwość stoczenia 

dobrej walki, stanięcia oko w oko z samym sobą. 

– Kiedy niedawno odkryłeś prawdziwe powody, dla których rodzice zamknęli cię w szpitalu 

psychiatrycznym, jak zareagowałeś? 

–  Poczułem  jedyny  raz  nienawiść  i gniew  przed  paroma  tygodniami,  gdy  przeczytałem 

w aktach  szpitalnych,  dlaczego  mnie  zamknęli.  I wściekłem  się,  bo  podali  przyczyny  tak 

absurdalne, Ŝe aŜ trudno mi było uwierzyć. Ale paradoksalnie najbardziej odczuł to mój angielski 

wydawca,  na  którym  skrupił  się  cały  mój  gniew.  „Nie  mogę  juŜ  wytrzymać  w tym  podłym 

hotelu!”  –  darłem  się  jak  opętany.  Zasypywałem  go  telefonami,  niezadowolony  z wyjazdu  do 

Dublina,  gdzie  podpisywałem  ksiąŜki  i gdzie  wziąłem  udział  w programie  telewizyjnym,  który 

mi  się  nie  spodobał.  Aten  biedak,  Bogu  ducha  winien,  pytał  tylko:  „Dlaczego  jesteś  tak 

zdenerwowany?”.  Poszliśmy  później  do  parku,  wyjaśniłem  mu  wszystko  i odzyskałem  pogodę 

ducha.  To  był  jedyny  raz,  gdy  zareagowałem  tak  gwałtownie  z powodu  tamtej  historii  ze 

szpitalem.  Ale  naprawdę  nie  chowam  urazy  do  rodziców.  Przyrzekłem  sobie,  Ŝe  nie  będę 

przywoływał  tego  bolesnego  doświadczenia,  dopóki  będą  Ŝyć  moi  rodzice,  a robię  to  teraz, 

poniewaŜ mama juŜ nie Ŝyje, a ojciec jest bardzo stary, choć w pełni sił umysłowych i kibicował 

mi wiernie przy wydaniu ksiąŜki Weronika postanawia umrzeć. Sądzę, Ŝe fakt, iŜ opowiedziałem 

tamtą  historię,  sprawił  mu  wielką  ulgę.  A jeszcze  bardziej  się  ucieszył,  kiedy  dowiedział  się 

z wielu listów, które do mnie napływają, Ŝe nie tylko on zrobił coś takiego swojemu dziecku, Ŝe 

to samo zdarzało się w wielu innych rodzinach. 

– Czy twoi rodzice próbowali kiedykolwiek wytłumaczyć się przed tobą? 

background image

–  Nie,  nigdy  nie  próbowali,  ale  przeprosili  mnie.  Powiedzieli:  „Wybacz  nam,  to  był 

największy błąd naszego Ŝycia”, ale nigdy nie wytłumaczyli mi, dlaczego tak postąpili. Jednak to 

dotknęło nas wszystkich, bo jak mówi Jose Ortegay Gasset: Ja to jestem ja i okoliczności mojego 

Ŝ

ycia”. Bez wątpienia ucierpieliśmy wszyscy. 

– I wtedy zostałeś hipisem? 

– Tak. Ruch hipisowski był dla mnie nową rodziną, nową wspólnotą plemienną. Próbowałem 

dostać się na uniwersytet, ale to juŜ nie było to. I właśnie wtedy rzuciłem się w wir narkotyków 

i seksu.  Jakiś  czas  sądziłem  nawet,  Ŝe  jestem  homoseksualistą,  bo  moja  matka  wbiła  mi  do 

głowy,  Ŝe  mam  jakieś  problemy  seksualne.  Pomyślałem,  Ŝe  aby  pozbyć  się  wątpliwości,  trzeba 

spróbować.  I tak  teŜ  zrobiłem.  Za  pierwszym  razem  wcale  mi  się  to  nie  spodobało,  być  moŜe 

dlatego, Ŝe byłem zbyt spięty. Upłynął rok, a ja ciągle miałem wątpliwości i znów spróbowałem. 

Tym  razem  juŜ  nie  byłem  spięty,  ale  teŜ  mi  to  nie  przypadło  do  gustu.  I wtedy  powiedziałem 

sobie: do trzech  razy  sztuka, spróbuję ostatni raz i jeśli tym  razem  mi się takŜe nie spodoba, to 

znaczy,  Ŝe  nie  jestem  homoseksualistą.  No  i nie  spodobało  mi  się.  Miałem  wtedy  dwadzieścia 

trzy  lata.  W owym  czasie  grałem  w teatrze,  a w  tym  środowisku  było  wielu  homoseksualistów, 

sądziłem więc, Ŝe ja teŜ jestem, choć nie zdaję sobie z tego sprawy. I tak w końcu dowiedziałem 

się, na czym stoję. 

– Uwolniony od tej obsesji, zacząłeś znowu pracować i podróŜować. Rozpierała cię młodość. 

Jak ją wspominasz? 

–  Zacząłem  udzielać  korepetycji  kandydatom  do  szkoły  teatralnej,  grałem  takŜe 

w przedstawieniach dla dzieci. Były to prace dorywcze – przez dwa czy trzy miesiące w roku – 

które pozwalały mi przez resztę roku podróŜować, co wtedy było bardzo tanie. Pamiętam, Ŝe nie 

znając  angielskiego  przejechałem  przez  całe  Stany  Zjednoczone  i dotarłem  do  Meksyku  za 

dwieście dolarów. W Stanach kupowałeś bilet autobusowy za dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów 

i mogłeś jeździć po całym tym ogromnym kraju przez półtora miesiąca. Nie miałem pieniędzy na 

noclegi,  więc  spałem  w autobusie  osiem  godzin  i dojeŜdŜałem  do  jakiejś  mieściny,  o której  nie 

miałem bladego pojęcia, ale było mi wszystko jedno, a w ten sposób poznałem wiele ciekawych 

miejsc.  Jeździliśmy  zawsze  grupą,  bo  hipisi  są  bardzo  solidarni.  Wtedy  kompletnie  wsiąkłem 

w kulturę hippie. 

– A co się stało z twoją pasją pisarską? 

–  W tamtym  czasie  nie  pisałem,  ale  kiedy  wróciłem  do  Brazylii,  odkryłem  prasę 

alternatywną, underground, zjawisko, które powstało za czasów dyktatury wojskowej. Nie była to 

prasa  lewicowa,  raczej  coś  dla  tych,  którzy  szukali  alternatywy  nie  mieszczącej  się  w Ŝadnym 

systemie:  Beatlesi,  Rolling  Stonesi,  Peter  Fonda  z amerykańską  flagą  i Easy  Rider.  To  była 

klasyka amerykańskiej kultury pop. Moja ówczesna dziewczyna – bo kobiety zawsze odgrywały 

waŜną rolę w moim Ŝyciu – miała mieszkanie, ale byliśmy bez grosza. Pewnego dnia zaczęliśmy 

background image

szukać  pracy.  W jakiejś  firmie,  która  mnie  zatrudniła,  stał  powielacz,  więc  przyszedł  mi  do 

głowy  pomysł,  by  załoŜyć  czasopismo.  Ukazały  się  wprawdzie  tylko  dwa  numery,  ale  to 

zadecydowało o mojej przyszłości. Dzięki tej gazecie poznałem producenta muzycznego z CBS, 

Raula  Seixasa,  który  był  moim  rówieśnikiem  i wkrótce  potem  stał  się  sławnym  piosenkarzem 

rockowym. 

– W wielu środowiskach do dziś jesteś bardziej znany jako autor przebojów Seixasa niŜ autor 

powieści. 

–  Raul  spytał,  dlaczego  nie  piszę  tekstów  piosenek.  On  był  częścią  systemu,  producentem 

wielkiej wytwórni płytowej, a my, hipisi, mieliśmy wiele uprzedzeń wobec wszelkich systemów. 

Iść pod prąd wszystkiego co ustanowione i bezpieczne – to była nasza filozofia. Zdecydowałem 

się  wtedy  zrobić  to  zupełnie  na  zimno,  bo  wiedziałem  juŜ,  jak  jest  po  obu  stronach  barykady. 

Raul  był  producentem  Jerry’ego  Adrianiego,  piosenkarza  śpiewającego  bolera  w stylu  Julia 

Iglesiasa,  czego  zupełnie  nie  trawiłem.  Mówiłem  sobie:  „PrzecieŜ  tego  faceta  nie  da  się 

słuchać!”.  A jednak,  mimo  moich  uprzedzeń,  okazał  się  ostatecznie  człowiekiem  wspaniałym, 

uroczym,  naprawdę  fantastycznym.  Był  kiedyś  program  telewizyjny  Poeto,  pokaŜ  swoją  twarz, 

w którym  brali  udział  róŜni  tekściarze  brazylijscy  i róŜni  wykonawcy.  Mój  producent  zapytał 

mnie,  któremu  wykonawcy  powierzyłbym  zaśpiewanie  moich  tekstów,  a ja  bez  namysłu 

odpowiedziałem, Ŝe Adrianiemu, bo naprawdę na to zasługiwał. Pamiętam, Ŝe Adrianiego bardzo 

wzruszyło to, Ŝe wybrałem właśnie jego. To był swoisty hołd dla niego, odegrał bowiem bardzo 

istotną rolę w Ŝyciu Raula i moim. 

– Od tej chwili wiodło się wam znacznie lepiej. 

–  Bez  wątpienia.  Pomyśl  tylko,  pierwszy  raz  w Ŝyciu  z dnia  na  dzień  stałem  się  bogaty. 

Jednego dnia brakowało mi na kino czy na restaurację, a następnego miałem czterdzieści tysięcy 

dolarów  na  koncie,  istne  szaleństwo!  W pierwszej  chwili  pomyślałem,  Ŝe  zafunduję  sobie 

sportowy  samochód,  ale  ostatecznie  kupiłem  mieszkanie.  Moi  rodzice  z powodu  tej  osobliwej 

zaleŜności,  jaka  zachodzi  między  pieniądzem  i sukcesem,  zaczęli  mnie  rozpieszczać.  Miałem 

wtedy  dwadzieścia  cztery  lata  i mój  ojciec  pomógł  mi  w kupnie  tego  mieszkania.  PoŜyczył  mi 

jeszcze  trzydzieści  tysięcy  dolarów,  które  zresztą  zaraz  mu  zwróciłem,  bo  moja  dobra  passa 

trwała.  Do  tego  stopnia,  Ŝe  w 1978  roku  miałem  trzydzieści  lat  i pięć  mieszkań.  Bywa,  Ŝe  na 

twojej drodze pojawiają się ludzie opatrznościowi niczym drogowskazy i całkowicie odmieniają 

twoje  Ŝycie.  Takim  człowiekiem  był  dla  mnie  z pewnością  psychiatra  Fajardo,  Raul  Seixas, 

a później  inna  osoba,  którą  spotkałem,  kiedy  wyszedłem  z więzienia.  To  zresztą  znamienne,  Ŝe 

nie instytucje, ale pojedynczy ludzie kierują twoje Ŝycie na dobre lub złe tory. 

– Byłeś takŜe więźniem politycznym. Czy to prawda, Ŝe porwano cię i torturowano? 

– Tak. Trzy razy. U mnie wszystko zdarza się trzy razy.  W Alchemiku, jeśli pamiętasz, jest 

takie przysłowie: „Wszystko, co zdarzyło się raz, moŜe juŜ nie przydarzyć się nigdy więcej, ale 

background image

to, co zdarza się dwa razy, zdarzy się na pewno i trzeci”. Często tak właśnie patrzą na Ŝycie: to 

znaki i symbole, które pojawiają się na mojej drodze. Tak naprawdę byłem więziony sześć razy, 

trzy razy w zakładzie psychiatrycznym i trzy razy w zakładzie karnym. 

– Co było gorsze? 

– Więzienie było po tysiąckroć gorsze. To było najokrutniejsze doświadczenie mojego Ŝycia, 

bo  oprócz  tego  co  tam  przeŜyłem,  po  wyjściu  na  wolność  byłem  traktowany  jak  trędowaty. 

Ciągle słyszałem wokół siebie: „Lepiej się do niego nie zbliŜaj, siedział w więzieniu, na pewno 

nie bez powodu”. 

Więzienie  to  nienawiść,  okrucieństwo,  złowroga  siła  i całkowita  bezradność.  Pierwszy  raz 

trafiłem  tam  prosto  z kolacji,  którą  jadłem  w gronie  przyjaciół  w stanie  Parana  i ktoś  dokonał 

napadu na pobliski bank. Nosiłem wtedy długie włosy i nie miałem przy sobie dokumentów, a to 

wystarczyło,  Ŝeby  mnie  wsadzić  do  pudła.  Przetrzymali  mnie  tam  przez  tydzień,  ale  włos  mi 

z głowy nie spadł. 

– A kolejnym razem? 

–  To  było  powaŜniejsze  i bardziej  niespodziewane,  bo  wtedy  juŜ  pracowałem  z Raulem. 

Byłem  znanym  autorem  tekstów  piosenek  i zarabiałem  krocie.  Na  dodatek  byłem  juŜ  dosyć 

wtajemniczony  w arkana  czarnej  magii  i czułem  się  prawie  wszechmocny.  A jednak  znów 

znalazłem się za kratkami. 

– Dlaczego cię zatrzymano? 

–  Pamiętam,  jakby  to  było  wczoraj.  Zaczęliśmy  wtedy  z Raulem  hołdować  utopijnej  idei 

społeczeństwa  alternatywnego.  Podczas  koncertu  w Brasilii  wygłosiłem  parę  słów  na  temat 

naszej  wizji  społeczeństwa  i jak  chcemy  je  zmienić.  Wszystko  to  wydawało  mi  się  dziecinnie 

niewinne.  Byliśmy  młodymi  idealistami.  Ale  następnego  dnia  Raul  otrzymał  wezwanie  na 

policję.  Poszedł,  ja  z nim.  Czekałem  na  korytarzu,  kiedy  jego  przesłuchiwali.  W pewnym 

momencie Raul wyszedł, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Poszedł zadzwonić i powiedział mi: 

„To  o ciebie  im  chodzi,  nie  o mnie”.  Kiedy  zbierałem  się  do  wyjścia,  zapytano  mnie:  „Gdzie 

idziesz?”.  „Napić  się  kawy”  –  odpowiedziałem.  „Nie,  nie,  poproś  kolegę,  niech  ci  przyniesie”. 

I juŜ  stamtąd  nie  wyszedłem.  Na  początku  nie  przejąłem  się  tym  zbytnio,  bo  miałem  nawet 

romantyczną wizję wiezienia. Myślałem, Ŝe więzienie polityczne stanowi część naszej przygody. 

– Czy twoi rodzice w jakiś sposób ci pomogli? 

–  Tak.  Udało  im  się  znaleźć  adwokata,  który  mnie  uspokoił  i zapewnił,  Ŝe  nie  zrobią  mi 

krzywdy,  Ŝe  wszystkie  te  okropności  na  temat  tortur,  o których  chodziły  słuchy  w czasach 

dyktatury, nie dotyczą mojej osoby. To działo się juŜ pod koniec reŜimu wojskowego w Brazylii 

i generał  Ernesto  Geisel  zarządził  właśnie  polityczną  odwilŜ.  Istniała  jednak  ultraprawicowa 

frakcja  twardogłowych,  trzęsąca  całą  tą  machiną  wojenną,  która  rozprawiła  się  z partyzantką. 

Wiedzieli, Ŝe jestem jednym z zapaleńców, którzy naleŜą do społeczeństwa alternatywnego, i Ŝe 

background image

nie  mam  nic  wspólnego  z partyzantką,  ale  mieli  juŜ  mało  więźniów  politycznych,  bo  prawie 

wszystkich wykończyli,  więc musieli znaleźć nowych wrogów, aby usprawiedliwić jakoś swoje 

istnienie.  Kiedy  przyjechał  mój  adwokat,  wypuścili  mnie,  bo  zgodziłem  się  podpisać  jakiś 

dokument, w którym przyznałem, Ŝe rząd nie jest odpowiedzialny za wydarzenia i tym podobne 

bzdury. 

– Ale najgorsze przyszło dopiero później! 

–  Tak,  tuŜ  po  wyjściu  z więzienia  pewne  ugrupowanie  paramilitarne  porwało  moją  Ŝonę 

i mnie,  kiedy jechaliśmy taksówką. Pokazałem  im papiery,  które podpisałem w więzieniu, a oni 

powiedzieli  mi:  „W  takim  razie  to  prawda,  Ŝe  jesteś  partyzantem,  bo  nie  wróciłeś  prosto  do 

domu”. I dodali, Ŝe na pewno konspiruję w podziemiu ze swoimi towarzyszami z opozycji. Nikt 

nie wiedział, co się z nami stało. Dla mnie były to najgorsze dni w moim Ŝyciu. Lecz tym razem 

rodzice nie mogli mi pomóc, bo nawet nie wiedzieli, gdzie jestem. 

– Gdzie was zawieźli? 

– Nie wiem. Po moim uwolnieniu rozmawiałem o tym z paroma osobami i podejrzewamy, Ŝe 

to  było  gdzieś  na  ulicy  Barao  de  Mezquita,  gdzie  znajdowały  się  koszary  wojskowe  otoczone 

ponurą sławą miejsca tortur, ale nikt tego nie wie na pewno, bo pierwsze, co ci robią, kiedy cię 

porywają,  to  wkładają  ci  na  głowę  kominiarkę,  która  zasłania  ci  oczy.  Zdejmowali  mi  ją  tylko 

wtedy, gdy byłem sam. Moja rodzina nie miała pojęcia, gdzie jestem. 

To  nie  było  więzienie,  państwo  odŜegnało  się  od  jakiejkolwiek  odpowiedzialności  –  byłem 

zatrzymany  przez  jakieś  ugrupowanie  paramilitarne,  tak  przynajmniej  twierdzili,  i najbardziej 

bałem  się,  Ŝe  przeniosą  mnie  do  Sao  Paulo,  gdzie  represje  były  jeszcze  gorsze.  Wielokrotnie 

rozmawiałem  o tym  z ojcem  Betto,  bo  to  był  dla  mnie  horror.  Powiedział  mi,  Ŝe  najgorsze  są 

zawsze pierwsze dni. Tak teŜ było ze mną. 

– Jak długo byliście z Ŝoną przetrzymywani? 

–  Przez  tydzień,  ale  tam  kaŜdy  dzień  wydaje  się  całym  rokiem,  bo  jesteś  całkowicie 

zagubiony, bezsilny, z nikim nie moŜesz zamienić słowa. Jedyną osobą, której twarz widziałem, 

był fotograf, bo musiał mi zdjąć kominiarkę, Ŝeby zrobić zdjęcie. No a tortury... 

Paulo  Coelho  nie  chciał  szczegółowo  opisywać  tortur,  by  nie  przeŜywać  raz  jeszcze 

najgorszych  i najbardziej  poniŜających  chwil  swojego  Ŝycia.  Podczas  tortur  miał  zawsze  na 

głowie kominiarkę. Ale wydaje mu się, Ŝe po latach rozpoznał jednego ze swoich oprawców i, Ŝe 

on takŜe rozpoznał swoją ofiarę. 

– Co chcieli z ciebie wydobyć tymi torturami? 

– Chcieli, Ŝebym sypał, co wiem o partyzantce w Bahii, a ja nie wiedziałem nic, nie miałem 

o niczym pojęcia. Ich technika była następująca: jeŜeli facet jest winny, musi szybko wyśpiewać, 

bo później przywyknie do tortur.  W pierwszej chwili nie reagujesz. Pamiętam,  Ŝe  wywlekli nas 

z taksówki.  Najpierw  zobaczyłem  hotel  Gloria  i ich  broń,  wszystko  to  działo  się  w ułamku 

background image

sekundy. „Wyłaź!” –  wrzasnęli w kierunku mojej Ŝony i wyciągnęli ją  za włosy. Spojrzałem na 

hotel  i pomyślałem:  „Zaraz  zginę.  Czy  to  nie  głupie  umierać,  patrząc  na  hotel!?”  Takie  bzdury 

przychodzą  do  głowy  w najtragiczniejszych  chwilach.  śonę  wsadzili  do  jednego  auta,  mnie  do 

drugiego. Dla niej było to z pewnością duŜo gorsze przeŜycie, bo straszyli, Ŝe ją zabiją, mnie nie. 

Związali  mnie,  naciągnęli  mi  kominiarkę  na  głowę  i powiedzieli,  Ŝebym  siedział  cicho,  to  ujdę 

z Ŝyciem.  Ale  jak  mogłem  być  spokojny  ze  świadomością,  Ŝe  wiozą  mnie  do  jakiegoś  obozu 

koncentracyjnego,  Ŝe  będą  mnie  tam  torturować!  A ja  nie  mogłem,  nawet  gdybym  chciał, 

powiedzieć im nic, bo nie miałem najmniejszego pojęcia o partyzantce. 

Tu  Coelho  opowiedział  mi  bardzo  intymny  epizod,  który  do  dziś  nie  daje  mu  spokoju. 

Któregoś dnia zaprowadzono go w kominiarce do ubikacji, gdzie w sąsiedniej kabinie była jego 

Ŝ

ona. Rozpoznała jego głos i zapytała: „To ty Paulo? Jeśli to ty, powiedz do mnie coś, proszę”. 

Wpadł  w panikę  i choć  rozpoznał  doskonale  jej  głos,  nie  odwaŜył  się  odezwać.  Tak  dowiedział 

się, Ŝe ona jest w tym samym więzieniu i zapewne jest tak samo torturowana jak on. Ale wtedy 

nie  znalazł  w sobie  dość  odwagi,  by  powiedzieć  do  niej  choćby  słowo  i wrócił  do  celi.  Paulo, 

z wilgotnymi  oczami,  wyznał  mi:  „To  było  największe  tchórzostwo,  za  które  będę  się  kajać  do 

końca  Ŝycia”.  Kiedy  juŜ  oboje  wyszli  z więzienia,  poprosiła  go  o jedno:  aby  nigdy  juŜ  nie 

wypowiedział jej imienia. I Coelho dotrzymał słowa. Zawsze kiedy o niej opowiada, mówi o niej 

„moja Ŝona bez imienia”. 

Juan Arias 

– Porozmawiajmy o twoim Ŝyciu prywatnym. Czy bronisz do niego dostępu? 

Paulo Coelho 

– Nie, ale najpierw trzeba zdefiniować, co dokładnie rozumiesz przez moje Ŝycie prywatne. 

– To co jest poza twoim Ŝyciem publicznym, twoja intymność. 

– Kiedy wracam do Brazylii, staje się raczej samotnikiem, nie dlatego Ŝe bronię dostępu do 

mojego Ŝycia prywatnego ani Ŝe mam coś do ukrycia – choć jak kaŜdy, mam swoje tajemnice, ale 

ukrywam  je  w sposób  najbardziej  jawny  z moŜliwych,  zgodnie  z załoŜeniem,  Ŝe  najlepszym 

kłamstwem jest prawda. Robię to tak otwarcie, Ŝe zazwyczaj ludzie mówią, z niedowierzaniem: 

„To niemoŜliwe!”. 

– Czy uwaŜasz się za człowieka towarzyskiego? 

– Nie. Jestem raczej niezbyt towarzyski. Uwielbiam swoją pracę, którą wykonuję z radością 

i entuzjazmem. JeŜeli mam wybrać się w podróŜ, podróŜuję; jeśli muszę wystąpić publicznie – co 

dla mnie jest najtrudniejsze – to występuję. JeŜeli chodzi o wywiady, sprawiają mi mniej kłopotu, 

bo przypominają zwykłą rozmowę, ale publiczne wystąpienia są dla mnie prawdziwą męczarnią. 

–  A te  ciągłe  podróŜe?  PrzecieŜ  więcej  niŜ  połowę  roku  jesteś  w ciągłych  rozjazdach  po 

ś

wiecie. 

– To prawda, Ŝe spędzam więcej czasu zagranicą niŜ tutaj, bo jak wiesz, dziś wydawca chce, 

background image

by  autor  promował  swoje  ksiąŜki.  Prawdę  mówiąc,  te  wszystkie  podróŜe,  hotele,  lotniska 

przyjmuję,  jeŜeli  nie  z przyjemnością,  to  przynajmniej  ze  stoicyzmem,  nie  przeszkadza  mi  to  – 

taka  jest  moja  filozofia  Ŝyciowa.  Dzięki  podróŜom  mogę  spotkać  się  osobiście  z moimi 

czytelnikami,  „zbadać  ich  puls”,  podzielić  się  z nimi  moimi  nadziejami  i pomysłami.  Podczas 

tych  spotkań  zdarzają  się  chwile  naprawdę  wzruszające.  Lubię  to  i to  mnie  wzbogaca.  A poza 

tym  za  kaŜdym  razem  poznaję  interesujących  ludzi,  którzy  zaczynają  odgrywać  waŜną  rolę 

w moim  Ŝyciu.  Na  przykład  ty  i ja  spotkaliśmy  się  dzięki  jednej  z takich  moich  podróŜy  do 

Madrytu, gdzie promowałem Piątą Górę. 

– DuŜo podróŜujesz, mimo Ŝe boisz się latać samolotem. 

–  Kiedyś  bałem  się,  ale  dzisiaj  juŜ  nie.  Przeszło  mi  raz  na  zawsze  w Avili,  mieście  świętej 

Teresy,  wielkiej  hiszpańskiej  mistyczki.  Doznałem  tam  bardzo  silnego  religijnego  przeŜycia 

i wszystkie  moje  małe  lęki,  między  innymi  strach  przed  lataniem,  zniknęły.  A skoro  juŜ  o tym 

mówimy,  nigdy  nie  zapomnę  pewnego  lotu  z czasów,  kiedy  jeszcze  się  panicznie  bałem.  Obok 

mnie  siedziała  pewna  kobieta,  która  przez  cały  czas  piła.  W pewnej  chwili  patrząc  na  mnie, 

rzekła:  „Proszę  nie  sądzić,  Ŝe  jestem  alkoholiczką,  po  prostu  umieram  ze  strachu”.  I zaczęła 

opisywać mi w najdrobniejszych szczegółach to, co mogłoby nam się przydarzyć, gdyby samolot 

raptem  się  popsuł  i zaczął  spadać.  Opowiadała  z takim  przejęciem,  z tyloma  szczegółami,  jak 

gdyby właśnie to przeŜywała. Temat strachu poruszyłem w powieści Piąta Góra

– W takim razie jesteś człowiekiem, który niczego juŜ się nie boi? 

– No nie, mam jeszcze swoje małe lęki, na przykład przed publicznymi wystąpieniami. 

– A jak się zachowujesz w obliczu strachu? 

–  Jeśli  mam  być  z szczery,  zawsze  bałem  się  wielu  rzeczy,  ale  zazwyczaj  okazywałem 

odwagę w obliczu niebezpieczeństw – to jedna z moich zalet. Strach nigdy mnie nie paraliŜował. 

– Potrafisz go w sobie pokonać, czy po prostu go jakoś znosisz? 

– Nigdy nie opanowuję strachu, lecz stawiam mu czoło. Opanować strach znaczy zwycięŜyć, 

a ja  go  nie  zwycięŜam,  ja  z nim  Ŝyję,  ale  nie  pozwalam,  by  mnie  sparaliŜował.  I idę  dalej. 

Odwaga to strach, który zmawia modlitwy. 

– A strach przed śmiercią? 

– Nie boję się śmierci, bo juŜ wiele razy stałem z nią twarzą w twarz. W czasach, gdy brałem 

narkotyki  i oddawałem  się  czarnej  magii,  byłem  przeświadczony,  Ŝe  zaraz  umrę.  Patrząc  na  to 

z perspektywy czasu sądzę, Ŝe strach przed śmiercią albo przed tym, w jaki sposób będę umierał, 

nie  miał  nigdy  duŜego  znaczenia  w moim  Ŝyciu.  Na  przykład  strach  przed  lataniem  samolotem 

był nie tyle obawą przed śmiercią, ile strachem przed ciągłymi zmianami, przed zagubieniem. 

– Kiedy przestałeś bać się śmierci? 

–  Po  pielgrzymce  do  Santiago  de  Compostela.  Doświadczając  tam  czegoś  dla  mnie 

ciekawego i waŜnego, przeŜyłem własną śmierć. Od tego momentu nigdy więcej nie obawiałem 

background image

się śmierci. Teraz wręcz przeciwnie, myśl o śmierci wzbudza we mnie wielką chęć Ŝycia. Bardzo 

pięknie mówił o śmierci Castaneda, i on teŜ jej się nie bał. 

–  Ale  pewnego  dnia  śmierć  przyjdzie  po  ciebie,  jak  po  nas  wszystkich.  Jak  dziś  sobie 

wyobraŜasz śmierć? 

–  W mojej  pierwszej  powieści  Pielgrzym  opisuję  śmierć  jako  swoistego  anioła,  spokojną 

postać,  która  zawsze  przy  mnie  stoi,  odkąd  odbyłem  pielgrzymkę  szlakiem  jakubowym. 

Oczywiście  jestem  w pełni  świadomy,  Ŝe  muszę  umrzeć.  Dlatego  nie  inwestuję  w mnoŜenie 

bogactwa, inwestuję w samo Ŝycie. I sądzę, Ŝe tego właśnie brakuje naszej cywilizacji. Dopiero, 

kiedy  jesteśmy  w pełni  świadomi  nieuchronności  naszej  śmierci,  czujemy  się  w stu  procentach 

Ŝ

ywi. 

– Zatem nie boisz się śmierci. A przegranej? 

– Trudno mi pojąć, czym jest przegrana. Bez względu na to co się stanie w przyszłości, nie 

będę  mógł  uwaŜać  siebie  za  kogoś  przegranego,  bo  otrzymałem  od  Ŝycia  duŜo  więcej,  niŜ 

oczekiwałem, rzeczywistość przerosła moje najśmielsze marzenia. A więc klęska – na pewno nie, 

ale mógłbym doznać poraŜki. A wtedy lizałbym rany i zaczynał wszystko od nowa. 

–  O ile  wiem,  obawiasz  się,  Ŝe  po  twojej  śmierci  ukaŜą  się  drukiem  teksty,  których  nie 

chciałeś opublikować za Ŝycia. 

–  Tak,  i w  tej  kwestii  byłem  bardzo  stanowczy,  gdy  sporządzałem  testament.  Cały  mój 

majątek  zapisałem  fundacji,  o której  ci  wspominałem.  W testamencie  zastrzegłem  takŜe,  iŜ  nie 

Ŝ

yczę  sobie  pod  Ŝadnym  pozorem,  aby  ktokolwiek  opublikował  coś,  czego  nie  pozwoliłem 

opublikować  za  Ŝycia.  Zresztą  byłoby  to  trudne,  bo  zawsze  ilekroć  piszę  jakiś  tekst 

i postanawiam tego nie publikować, po prostu to niszczę, aby uniknąć niebezpieczeństwa, które 

czyhało  na  tylu  pisarzy.  Nie  wydaje  mi  się  przyzwoite,  gdy  teksty,  których  autor  nie  chciał 

publikować za Ŝycia, są wydawane po jego śmierci. Chyba, Ŝe taka by była ostatnia wola pisarza. 

– Czy wierzysz w reinkarnację? 

–  To  co  mnie  naprawdę  uspokaja,  to  fakt,  Ŝe  Ŝyję,  a nie  myśl  o ewentualnej  reinkarnacji. 

Nigdy  nie  zapominam  o śmierci,  trochę  tak  jakby  siedziała  naprzeciw  mnie,  przypominając 

w kaŜdej chwili: „UwaŜaj, rób porządnie to, co masz do zrobienia; nie zostawiaj na jutro tego, co 

moŜesz zrobić dziś; pozbądź się poczucia winy i nienawiści do samego siebie”. Tak, śmierć jest 

najbardziej naturalną rzeczą, jaka moŜe nam się przydarzyć. 

–  Wracając  do  twojego  Ŝycia  prywatnego,  co  najbardziej  przeszkadza  ci  w kontaktach 

z ludźmi? 

– Przyjęcia, na których często muszę bywać. Kiedy są to ludzie ksiąŜki, wydawcy, księgarze, 

czuję się dobrze, ale nie znoszę być przedstawiany jakimś waŜnym osobistościom. Często jednak 

nie mogę odmówić, szczególnie, gdy prosi mnie o to ktoś, kto bardzo mi pomógł. Nie odpowiada 

mi  rola  sławnej  osoby.  Muszę  bywać  na  takich  przyjęciach  –  czasami  nawet  całkiem  nieźle  się 

background image

tam  bawię  –  ale  zapewniam  cię,  Ŝe  staram  się  ich  unikać,  jak  mogę.  Wolę  zostać  w hotelu  i w 

spokoju poczytać ksiąŜkę lub zrobić cokolwiek innego. 

– A kiedy jesteś tutaj w Brazylii, u siebie? 

–  Kiedy  podróŜuję,  Ŝyję  w stałym  napięciu,  wydatkuję  energię  i dopiero  tu,  w domu  ją 

w sobie  odnawiam.  Teraz  ukazała  się  moja  nowa  ksiąŜka  o Weronice  i będę  musiał  znowu 

jeździć po świecie, ale gdyby nie to, z przyjemnością nie wychodziłbym z domu przez cały boŜy 

dzień. Dziś na przykład jestem zaproszony na ślub. Wysłałem prezenty, ale wszyscy juŜ wiedzą, 

Ŝ

e nie przyjdę, bo siedzę w domu. Bardzo się z tego cieszę, uwielbiam mój komputer i spacery po 

plaŜy. 

– Umiesz być sam? 

– Umiem. Prawdą jest teŜ, Ŝe nigdy nie  jestem zupełnie sam, bo zawsze  obok jest Cristina, 

moja Ŝona, ale ona siedzi w swojej pracowni, naprzeciwko, a ja przed komputerem. Czasami nie 

rozmawiamy ze sobą całymi godzinami, ale kaŜde z nas czuje obecność drugiego. Bezgranicznie 

uwielbiam spacery po plaŜy Copacabana, którą mam tuŜ obok. Dla mnie taki spacer po wstaniu 

z łóŜka – niezbyt wcześnie, bo pracują do późna w nocy – jest rytuałem, którego nie mogę sobie 

darować. Lubię spacerować, spotykać się z ludźmi i robić wszystko jak najzwyczajniej. 

– Chyba niełatwo ci Ŝyć zwyczajnie, od kiedy stałeś się dla wielu osobistością, do której nie 

ma dostępu. 

– Ciekawe zjawisko, kiedy stałem się sławny, ludzie zaczęli mówić: „Wiem, Ŝe jesteś bardzo 

zajęty...”. A to wcale nieprawda, nie jestem bardzo zajęty. „Nie masz czasu na nic i dla nikogo”, 

i to teŜ nie jest prawda ani w moim przypadku, ani w przypadku dziewięćdziesięciu procent osób, 

które  stały  się  sławne.  Widzisz,  dziś  obudziłem  się  o dwunastej,  bo  chciałem  obejrzeć  mecz, 

następnie  miałem  długi  wywiad,  później  zdrzemnąłem  się  chwilę.  Nie  mam  nic  specjalnego  do 

roboty. Przygotuję felieton, bo wiem, Ŝe zbliŜa się termin oddania gazety do druku, ale od kiedy 

wróciłem do Brazylii dziesiątego czerwca, nic wyjątkowego jeszcze nie zrobiłem. 

– Ale tak dzieje się nieuchronnie z wszystkimi sławnymi ludźmi. Traktuje się ich jak istoty 

z innej planety, które nie mają czasu oddychać. 

– To tworzy  barierę  między  mną i przyjaciółmi. Nawet najbliŜsi myślą, Ŝe coś się we  mnie 

zmieniło  i powoli  zaczynają  mnie  traktować  inaczej.  A przecieŜ  tak  naprawdę  nic  się  nie 

zmieniło. Niektórzy moi znajomi mówią nawet: „Wolałem Paula z czasów, kiedy nie było wokół 

niego tyle szumu”. Jak oni mogą tak mówić, skoro ja ciągle jestem taki sam? Przeciwnie, teraz 

bardziej doceniam moich starych przyjaciół, bo wiem, Ŝe ich przyjaźni nie zawdzięczam sławie, 

bo przyjaźnili się ze mną juŜ wcześniej, kiedy byłem nikim. 

– Ale kiedy ktoś staje się osoba, medialną, trudno by nie był w ten sposób postrzegany nawet 

przez dawnych przyjaciół. 

– Z pewnością, ale ja wciąŜ istnieją, a moją podporą są moje przyjaźnie. JeŜeli stracę kontakt 

background image

z serdecznymi  przyjaciółmi,  ta  równowaga  zostanie  zachwiana.  JuŜ  kiedyś  mi  się  to  zdarzyło, 

popełniłem ten błąd,  kiedy pisałem teksty piosenek. UwaŜałem się  za  króla świata,  zaczynałem 

mieć  sławę,  pieniądze,  pracowałem  w międzynarodowym  koncernie  fonograficznym  i od  razu 

zmieniłem przyjaciół.  Mówiłem sobie: „Teraz jestem  kimś i nie  mam juŜ nic wspólnego  z tymi 

hipisami  i ich  pomysłami”.  I co  się  stało?  OtóŜ  w dniu,  w którym  straciłem  pracę,  zostałem 

zupełnie  sam.  Ludzie,  których  uwaŜałem  za  moich  nowych  przyjaciół,  przestali  do  mnie 

dzwonić, a dawnych teŜ juŜ straciłem. Wtedy powiedziałem sobie: „JeŜeli kiedykolwiek dostanę 

od Ŝycia jeszcze jedną szansę, za wszelką cenę utrzymam wszystkie przyjaźnie”. 

– Udało ci się? 

–  Nie  całkiem,  lecz  tym  razem  nie  było  w tym  mojej  winy,  bo  bardzo  dbałem  o to,  by  nie 

utracić  przyjaciół  z powodu  czegoś  tak  ulotnego  jak  sława.  Nie  jest  to  jednak  łatwe,  bo  to  oni 

zachowują się dziś bardziej oficjalnie w stosunku do mnie, to oni stwarzają dystans. Na początku, 

kiedy  pojawiał  się  w prasie  jakiś  artykuł  o mnie,  wszyscy  dzwonili,  by  mi  powiedzieć,  Ŝe  go 

przeczytali albo, Ŝe widzieli mnie w telewizji. Dziś rozmawiam z papieŜem, lecz nikt nie dzwoni, 

Ŝ

eby powiedzieć: „Widziałem cię z papieŜem”. 

– Zazdroszczą ci? 

– Nie, nie sądzę, Ŝeby to była zazdrość, raczej wydaje im się, Ŝe stałem się nieprzystępny, Ŝe 

osoba,  którą  przyjmuje  nawet  papieŜ,  nie  moŜe  utrzymać  dawnych  przyjaźni.  Ale  mylą  się. 

Staram się zachować dziecięce spojrzenie na świat i właśnie to pozwala mi iść naprzód. JeŜeli to 

stracę,  stracę  cały  mój  entuzjazm.  Dlatego  lubię  kontakty  z czytelnikami,  których  spotykam 

podczas  moich  wypadów  w głąb  Brazylii.  Brazylia  to  fantastyczny  kraj.  Jej  mieszkańcy, 

szczególnie  ci  z prowincji,  to  ludzie  otwarci,  pełni  godności,  nie  dają  się  łatwo  onieśmielić. 

A zauwaŜam,  Ŝe  sukces  często  trochę  onieśmiela  nawet  najbliŜszych.  Dlatego  dziś  została  mi 

garstka serdecznych przyjaciół, którzy nie pozwolili się onieśmielić, którzy mają być moŜe takie 

same  problemy  jak  ja.  Oni  mnie  rozumieją  i nie  oddalają  się.  Dziś  jestem  przystępny,  a jeśli 

bywam  nieprzystępny,  to  tylko  wtedy,  gdy  chodzi  o sprawy,  które  mnie  nie  interesują.  Jednak 

zawsze, ilekroć tracę dawnych przyjaciół, zdobywam nowych. Być moŜe nie są to ci, którzy będą 

się  wspinać  ze  mną  na  szczyt  góry,  ale  w gruncie  rzeczy  są  dobrymi  przyjaciółmi,  na  których 

mogę liczyć. 

– Jak się bronisz przed nieuchronną zazdrością, którą muszą wzbudzać twoje sukcesy, przede 

wszystkim u innych pisarzy? 

– Przed zazdrością bronię się magicznymi zaklęciami. Tworzę zaporę ochronną, bo otwarcie 

z nią  nie  walczę.  Moim  zdaniem  zazdrość  jest  najbardziej  niszczycielskim  z siedmiu  grzechów 

głównych. Dlatego Ŝe zawistni nie mówią: „Chcę teŜ to mieć!”, lecz: „Nie chcę, aby on to miał”. 

To  bardzo  podłe,  bo  zawistni  spychają  świat  w dół.  Wiem,  Ŝe  mogę  zniszczyć  się  sam,  Ŝe  Bóg 

moŜe  mnie  zniszczyć,  ale  zazdrości  się  nie  poddam.  Zazdrość  niszczy  tylko  tego,  kto  nosi  ją 

background image

w sercu jak jadowitego węŜa. 

 

Młodość 

 

Przez całą burzliwą młodość Paulo Coelho działał w najbardziej lewicowych ruchach, był tak 

radykalny,  Ŝe  nawet  Beatlesi  wydawali  mu  się  konserwatywni.  Marzył  o społeczeństwie 

alternatywnym,  zgłębiał  ideologię  marksistowską.  Przyszło  mu  za  to  drogo  zapłacić:  szpitalem 

psychiatrycznym, więzieniem i torturami. 

Jaką  ma  wizję polityki i etyki  dziś,  kiedy jest juŜ człowiekiem  spełnionym,  o ugruntowanej 

sławie  światowej,  cenionym  przez  najbardziej  wpływowych  ludzi  na  kuli  ziemskiej 

i uwielbianym przez czytelników? Cały czas uwaŜa się za „zwierzę polityczne”, ale zarazem chce 

trzymać  się  z dala  od  pokusy  jakiejkolwiek  partyjności.  W głębi  duszy  pozostał  romantykiem 

wierzącym, Ŝe tolerancja, uszanowanie tajemnicy i owej części szlachetnej magii, która kryje się 

w Ŝyciu  kaŜdego  człowieka,  moŜe  sprawić,  Ŝe  nasz  świat  będzie  mniej  nieszczęśliwy,  mniej, 

okrutny  i pełen  marzeń,  które  pewnego  dnia  się  spełnią.  Dlatego  uwaŜa,  Ŝe  w bezwzględnym 

ś

wiecie przemocy i niezaspokojonej Ŝądzy władzy trzeba za wszelką cenę chronić dziecko, które 

nosimy  w sobie,  nie  zatracać  niewinności,  jeŜeli  chcemy  zrozumieć,  kim  jesteśmy  i po  co 

Ŝ

yjemy. 

Juan Arias 

– Mieszkasz  tutaj, w Brazylii, choć  przez połowę roku przemierzasz świat wzdłuŜ i wszerz. 

W tym  rozwijającym  się  kraju,  pełnym  bogactw  naturalnych,  jest  ciągle  czterdzieści  milionów 

biedaków Ŝyjących na marginesie społeczeństwa, pozostawionych całkowicie samym sobie. Przy 

nich wszyscy jesteśmy bogaczami. Zanim stałeś się sławny, miałeś sporo kłopotów finansowych. 

Teraz jesteś bogaty, zarabiasz miliony dolarów i mieszkasz we wspaniałym apartamencie w Rio 

de Janeiro, przy cudownej plaŜy... Na pewno wielu twoich czytelników chciałoby wiedzieć, jakie 

są twoje zapatrywania na politykę i etykę wobec wyzwań Trzeciego Świata. 

Paulo Coelho 

– Oczywiście moja wizja świata i polityki zmienia się z czasem. Poznałem róŜne skrajności, 

widziałem ich dobre i złe strony. W pewnym sensie wszyscy jesteśmy sierotami naszych marzeń 

o społeczeństwie  bardziej  sprawiedliwym,  o które  walczyliśmy  i za  które  przyszło  nam  czasem 

słono  zapłacić.  Dziś  jestem  przekonany,  Ŝe  to  nie  wielkie  ideologie  odmieniają  świat.  Wiele 

z nich poniosło klęskę, a nowe, jeszcze groźniejsze mogą nadejść, sądząc po rozlicznych ruchach 

fundamentalistycznych,  które  się  rodzą.  WciąŜ  czuję  się  człowiekiem  zaangaŜowanym 

politycznie,  lecz  polityka,  która  wyłania  się  z moich  ksiąŜek,  burzy  mury  konwencji 

kulturowych, z których rodzi się fanatyzm. 

Podobnie  jak  hiszpański  filozof  Fernando  Savater  wierzę,  Ŝe  najwaŜniejsza  jest  postawa 

background image

etyczna  kaŜdego  z nas,  by  społeczeństwo  przyszłości  było  coraz  mniej  okrutne  i coraz  bardziej 

braterskie. 

– Idąc tym tropem, jaka jest twoja osobista postawa? 

–  Jestem  przekonany,  Ŝe  dziś  kaŜdy  powinien  zrobić  coś  na  rzecz  społeczeństwa.  Dlatego 

głęboko wierzę w nową falę solidarności międzyludzkiej, która wzbiera na całym świecie, przede 

wszystkim  wśród  młodzieŜy.  Aby  nie  pozostawać  w złudnym  kręgu  dobrych  chęci,  chciałem 

zrobić  coś  konkretnego  na  miarę  swoich  moŜliwości  i stworzyłem  fundację  nazwaną  moim 

imieniem, która, mam nadzieję, mnie przetrwa. 

– Jakie są jej zadania? 

–  Na  początku  muszę  powiedzieć,  Ŝe  wszystkim  zajmuje  się  moja  Ŝona,  Cristina.  To  ona 

czuwa  nad  tym,  aby  cele  fundacji  były  skrupulatnie  spełniane.  Od  samego  początku  chciałem, 

aby  była  to  sprawa  powaŜna  i przejrzysta.  Mam  pięć  celów:  pomoc  bezdomnym  dzieciom 

w Brazylii  i ludziom  starszym,  osamotnionym  i bez  środków  do  Ŝycia;  tłumaczenie  na  języki 

obce  klasycznych  autorów  brazylijskich,  by  świat  poznał  bardzo  bogatą  kulturę  mojego  kraju. 

Przede wszystkim chodzi tu o klasyków juŜ nieŜyjących, by uniknąć zbędnej zawiści i zranionej 

dumy.  Czwarty  cel  to  badania  nad  prehistorią  Brazylii,  niepisaną  historią  tego  kraju,  który  tak 

kocham.  Właśnie  zastanawiamy  się,  w jaki  sposób  opublikować  wyniki  naszych  badań. 

Skontaktowałem  się  juŜ  w tej  sprawie  z naszym  Ministerstwem  Kultury,  a takŜe  myślałem  nad 

rozpowszechnieniem  tego  w internecie.  I w  końcu  piąty  kierunek,  jedyny,  który  zniknie  wraz 

z moją  śmiercią,  bo  jest  to  coś  bardzo  osobistego:  postanowiłem  spełniać  Ŝyciowe  marzenia, 

a nawet  kaprysy,  ale  ja  sam  decyduję,  komu  pomogę,  a komu  nie.  MoŜe  to  być  gitara, 

księgozbiór dla zapalonego miłośnika ksiąŜek albo pokrycie kosztów pielgrzymki do Santiago de 

Compostela, co sam przeŜyłem i co diametralnie odmieniło moje Ŝycie. 

– Musisz być osaczony ze wszystkich stron! 

–  Rzeczywiście,  w codziennej  stercie  listów  lwia  część  to  prośby.  I nie  ukrywam,  Ŝe  zgoda 

albo  odmowa  często  zaleŜy  od  mojego  humoru  danego  dnia.  Daję  się  prowadzić  intuicji.  Całą 

resztą zajmuje się zarząd fundacji. 

– Ile pieniędzy przeznaczasz na fundację? Bo słyszałem na ten temat niestworzone historie. 

– Przeznaczam co roku trzysta tysięcy dolarów z moich praw autorskich. Z powodu mojego 

przejęzyczenia w wywiadzie, jakiego udzieliłem w zeszłym roku, urosło to do czterystu tysięcy. 

A skoro  tak  powiedziałem,  Ŝeby  nie  wyjść  na  kłamcę,  przeznaczyliśmy  dodatkowe  sto  tysięcy 

dolarów na zakup nowego  domu  dla porzuconych dzieci z faveli, bo dotychczasowy jest juŜ  za 

mały.  Obawiam  się,  Ŝe  ta  moja  pomyłka  będzie  co  roku  kosztowała  mnie  sto  tysięcy  dolarów 

więcej. 

–  Dlaczego  zdecydowałeś  się  ujawnić  działalność  twojej  fundacji?  Na  początku  nikt  nic 

o niej nie wiedział, pracowaliście dyskretnie. 

background image

– To prawda, ale pewnego dnia ukazała się notka w jakiejś gazecie i dzięki niej odkryłem ze 

zdumieniem całą sieć cichej solidarności społecznej. Tysiące ludzi ofiarowało nam swoją pomoc. 

Takie rzeczy pozwalają ci pojednać się z rodzajem ludzkim, bo wtedy mówisz sobie, Ŝe wcale nie 

jest tak źle, jak sobie wyobraŜałeś. Odkryłem poza tym, Ŝe ta sieć cichej solidarności jest bardzo 

zróŜnicowana, bo łączy nie tylko młodych idealistów z ludźmi dojrzałymi, którzy chcą zrobić coś 

dla innych, choć często sami niewiele mają, ale takŜe bogatych przedsiębiorców, szefów wielkich 

firm.  A wspólny  dla  nich  jest  entuzjazm,  z jakim  starają  się  zrobić  gest  naprawdę  konkretny 

wobec najbardziej potrzebujących. I to na dodatek bez zbędnego szumu, jakby na paluszkach, jak 

pisze Ewangelia, tak by nie wiedziała twoja lewa ręka, co czyni prawa. 

– A gdzie siebie sytuujesz na scenie politycznej? 

–  UwaŜam  się  za  człowieka  polityki,  choć  nie  człowieka  partii.  Traktuję  moje  ksiąŜki  jako 

pewną formę polityki, bo nie tylko uświadamiam ludziom wiele spraw, opowiadając im o mojej 

Własnej Legendzie, o przebudzeniu pierwiastka kobiecego, o konieczności podarcia Podręcznika 

Dobrych  Manier  i zapłacenia  ceny  za  swoje  marzenia,  to  na  dodatek  ostrzegam  ich  przed 

fanatyzmem wszelkiego autoramentu, przed tymi, którzy usiłują zawładnąć ich sumieniem, przed 

fałszywym  kultem  nauki  i przed  hipokryzją  pewnych  polityków,  którzy  zamiast  słuŜyć 

obywatelom, posługują się nimi, by zaspokoić swoje zachcianki. 

– I nigdy nie kusiło cię, zwaŜywszy na otaczającą cię sławę, by zająć się polityką w jakiejś 

partii? 

–  Kandydować  w wyborach?  To  mnie  zupełnie  nie  interesuje.  Polityka  tradycyjna  ma  juŜ 

swoich  liderów  i popularnych  przedstawicieli.  Mnie  interesuje  polityka  innego  typu.  Próbuję 

zburzyć mur pomiędzy społeczeństwem a władzą, połączyć fikcję z rzeczywistością – czy to nie 

jest przypadkiem polityka? 

– Często podkreślasz, Ŝe uprawianie polityki oznacza takŜe robienie czegokolwiek dobrze i z 

entuzjazmem. 

– Tak. Moja polityka to powtarzanie na wszelkie moŜliwe sposoby, Ŝe naleŜy iść przez swoje 

Ŝ

ycie  z entuzjazmem,  Ŝe  kaŜdy  jest  odpowiedzialny  za  własny  los  i nie  powinien  zdawać  się 

z tym  na  nikogo,  Ŝe  w świecie  pisarz,  nawet  najbardziej  sławny,  nie  jest  waŜniejszy  od 

sprzedawcy orzechów kokosowych albo policjanta, który czuwa nad twoim bezpieczeństwem na 

ulicy, choć temu pisarzowi moŜe się czasem wydawać niesłusznie, Ŝe jest waŜniejszy od innych. 

Dla  mnie  polityką  jest  próba  zmiany  tego,  co  ja  nazywam  „Akademią”,  to  znaczy 

konwencjonalnej, skostniałej i biurokratycznej wiedzy, uwaŜanej za źródło jedynej mądrości, za 

władzą  dla  wybrańców.  Trzeba  na  nowo  popuścić  cugli  kreatywności,  oddać  głos  zwykłemu 

człowiekowi;  uznać,  Ŝe  nie  chcemy  uprzywilejowanych  mędrców,  którzy  wykorzystują  tytuły 

i zaszczyty,  by  narzucać  swoje  wzorce  innym.  Sądzę,  Ŝe  tu  pomoŜe  internet,  który  wreszcie 

wszystkim  da  głos,  choćby  nawet  miał  on  brzmieć  fałszywie.  O ile  rządzący  nie  popsują 

background image

internetu,  przywłaszczając  go  sobie,  powstanie  doskonałe  forum  uniwersalnej  dyskusji,  z której 

nikt nie będzie czuł się wykluczony. MoŜe stworzyć zdrową anarchię, poza kontrolą tych, którzy 

mają władzę nad światem. Ale zapewne jest to kolejna utopia, w którą chcę wierzyć. 

–  A jeŜeli  ktoś  zapyta  cię,  jakie  jest  dziś  twoje  zdanie  o nowych  ruchach  wyzwoleńczych 

Trzeciego  Świata,  takich  jak  na  przykład  Ruch  Zapatystów  w Chiapas  w Meksyku  albo 

Movimiento Sin Tierra [MST] – „ludzi bez ziemi” w Brazylii, co wtedy odpowiesz? 

–  Zawsze  mam  jasne  stanowisko.  Nigdy  nie  wykręcam  się  od  odpowiedzi,  jestem  za  albo 

przeciw, ale nigdy nie milczę, zawsze się angaŜuję. 

– W takim razie co powiesz o tych ruchach? 

–  To  zaleŜy.  W Zapatystach  dostrzegam  ich  wątek  romantyczny,  ale  nie  znam  ich  zbyt 

dobrze. JeŜeli zaś chodzi o MST, który znam lepiej, przyznaję, Ŝe nie zawsze zgadzam się z nim, 

bo moim zdaniem czasem działa niekonsekwentnie. 

Następnego dnia Paulo sam powrócił do tego tematu. Obawiał się, iŜ jego stanowisko mogło 

wydać się niezbyt jasne dla czytelników, i martwiło go to. 

– Powiedziałeś, Ŝe nigdy nie wykręcasz się od odpowiedzi na sporne kwestie polityczne, Ŝe 

nigdy nie robisz uników. 

–  To  prawda,  ale  nie  w tym  rzecz.  Od  kiedy  stałem  się  sławny,  wszyscy  chcą  znać  moją 

opinię  na  kaŜdy  temat,  nawet  najbardziej  błahy,  od  śmierci  księŜniczki  Diany  począwszy,  na 

piłce  noŜnej  kończąc.  JeŜeli  chodzi  o piłkę,  to  przynajmniej  lubię  ten  sport  i trochę  się  na  nim 

znam, ale są rzeczy, o których nie mam zielonego pojęcia, a jednak jestem zmuszany wygłaszać 

o nich  opinie.  Podobnie  z polityką.  Polityka  nie  jest  mi  obca,  poniewaŜ  ona  rządzi  naszym 

Ŝ

yciem.  Nie  moŜna  być  politycznie  neutralnym,  bo  to  by  znaczyło,  Ŝe  pozwalasz,  aby  inni 

decydowali o twoim Ŝyciu i twoich sprawach. Trzeba być aktywnym uczestnikiem. A ja przecieŜ 

nie jestem ani zawodowym politykiem, ani politologiem. 

–  Ale  na  przykład  na  temat  ruchu  MST  nie  jest  tak  trudno  wyrobić  sobie  zdanie.  Macie 

w Brazylii duŜo informacji na ten  temat, chodzi mi raczej o to, w którą stronę zwraca się twoje 

serce. 

– To nie tylko kwestia serca. Trzeba przemyśleć to zjawisko. Moim zdaniem ten ruch bardzo 

dobrze zapowiadał się w konkretnych akcjach. W Brazylii istnieją ogromne latyfundia, a więc to 

całkiem  logiczne,  Ŝe  MST  próbuje  przejąć  te  tereny  i stworzyć  nowy  ład  społeczny.  A jednak, 

prawdopodobnie z braku doświadczenia, robią oni rzeczy, które podobają mi się znacznie mniej. 

Na przykład zajmują cudzą własność, a tego nie da się usprawiedliwić. Pod koniec zeszłego roku 

spotkałem się osobiście z liderem tego ruchu, Joao Pedro Stedile, na przyjęciu u przedstawiciela 

Unesco  w Brasilii.  Wydał  mi  się  osobą  bardzo  rozsądną,  ale  sądzę,  Ŝe  wykorzystuje  swoją 

gigantyczną  władzę  w sposób  niezbyt  trafny  politycznie.  Chodzi  mi  tu  o tradycyjną  politykę. 

Obawiam  się,  Ŝe  moŜe  on  być  manipulowany  przez  siły  prawicowe,  tak  jak  kiedyś  partyzantka 

background image

brazylijska  stała  się  marionetką  w ich  rękach.  Sądzę,  Ŝe  chłopi  bez  ziemi  przesadzają 

w niektórych  kwestiach,  co  mnie  smuci  i niepokoi,  bo  to  moŜe  zaszkodzić  demokratycznej 

lewicy, która umacnia się w kraju. 

– Nie widzisz nic pozytywnego w tym ruchu? 

– AleŜ widzę  mnóstwo pozytywów, dlatego smuci mnie  fakt, Ŝe  mógłby  być wykorzystany 

instrumentalnie  z powodu  swoich  błędów.  Ale  najwyraźniej  zaczyna  tworzyć  koalicję  z innymi 

siłami  politycznymi,  i to  dobrze.  Zawsze  trzeba  zrównowaŜyć  surowość  pewnych  ideologii  ze 

współczuciem,  aby  wyczuć  moment,  w którym  przyszło  nam  Ŝyć.  PT,  lewicowa  Partia 

Pracujących Luiza Ignacia Luli, jest według mnie bardziej dojrzała. MST moŜe przydać się PT, 

pod warunkiem, Ŝe nie straci poczucia politycznego realizmu. 

–  W mijającym  wieku było zbyt duŜo  krwi, zbyt duŜo wojen.  śyjemy w czasach  przełomu, 

bardzo wzburzonych i niepewnych. Wiemy, Ŝe najbliŜsze lata nie przyniosą nic spektakularnego, 

jak sam juŜ powiedziałeś. Ale, jak twierdzi Saramago, zbliŜamy się do kresu pewnej cywilizacji. 

I nie  jesteśmy  w stanie  odgadnąć,  jaka  będzie  ta,  która  właśnie  się  rodzi.  Z jakimi  odczuciami 

Ŝ

egnasz tę epokę? Z obawami czy z nadzieją? 

–  Trudno  tu  prorokować.  Mogę  jedynie  powiedzieć,  Ŝe  decydujące  będzie  to,  co  stanie  się 

przez najbliŜszych pięćdziesiąt lat. One naznaczą nowe tysiąclecie. Wiele będzie zaleŜeć od tego, 

czy  ludzie  zechcą  wejść  na  drogę  powaŜnych  i gruntownych  poszukiwań  duchowych.  Malraux 

juŜ  powiedział,  Ŝe  przyszły  wiek  będzie  wiekiem  ducha  albo  go  nie  będzie.  Inni  twierdzą,  Ŝe 

będzie  wiekiem  kobiecości.  W przeciwnym  razie  istnieje  niebezpieczeństwo,  Ŝe  wybuchnie 

bomba fundamentalizmu, który paradoksalnie, według mnie, będzie pozbawiony wiary. 

–  Jakie  moŜe  być  antidotum  na  ten  nowy  fundamentalizm,  który  zaczyna  nas  zewsząd 

osaczać? 

– MoŜe to się wyda banalne, ale trzeba zrozumieć, Ŝe poszukiwanie własnej drogi duchowej 

to  poszukiwanie  odpowiedzialności  za  własne  czyny,  bez  przerzucania  jej  na  mistrzów  czy 

kapitanów statku. Trzeba kultywować ideę tolerancji, która mówi, Ŝe jest miejsce dla wszystkich 

w sferze religii, polityki czy kultury. śe nikt nie powinien nam narzucać swojej wizji świata. Jak 

mówi  Jezus:  „W  domu  Ojca  mego  jest  mieszkań  wiele”.  Nie  ma  powodu,  byśmy  wszyscy 

gnieździli  się  na  jednym  piętrze,  czy  mieli  te  same  poglądy.  Bogactwo  jest  w wielości, 

w róŜnorodności.  Inaczej  to  faszyzm!  Fundamentalizm  spycha  nas  w mroki  najgorszego 

zacofania  z przeszłości.  Trzeba  otwarcie  głosić,  Ŝe  moŜna  być  ateistą,  muzułmaninem, 

katolikiem, buddystą czy agnostykiem i Ŝe nie stanowi to Ŝadnego problemu. KaŜdy jest panem 

swojego  sumienia.  Jeśli  nam  się  to  nie  uda,  nieuchronnie  wybuchną  wojny,  bo  to  znaczy,  Ŝe 

będziemy postrzegać kaŜdego, kto jest odmienny, jako wroga, którego naleŜy zwalczyć. 

–  Czy  w Davos  ze  wszystkimi  wielkimi  guru  światowej  ekonomii  zastanawialiście  się  nad 

niebezpieczeństwem globalizacji ducha? 

background image

–  W Davos  ze  zdziwieniem  stwierdziłem,  Ŝe  ci,  którzy  mają  władzę  ekonomiczną 

i polityczną, 

są 

takŜe 

zainteresowani 

kwestią 

nowej 

duchowości, 

związanej 

nie 

z fundamentalizmem, ale z wolnością ducha. Zrobił na mnie wraŜenie na przykład Szymon Peres, 

który  opisał  mi  swój  pomysł,  jak  zaprowadzić  pokój  na  Bliskim  Wschodzie.  Powiedział,  Ŝe 

trzeba  „sprywatyzować”  pokój,  czyli  uwewnętrznić  go.  To  znaczy,  Ŝe  kaŜdy  człowiek  miałby 

pokochać  pokój  i uczynić  z niego  cel  swojego  Ŝycia.  A to  z kolei  zakłada,  Ŝe  damy 

pierwszeństwo tolerancji przed nietolerancją. I najwaŜniejsze, Ŝe ta idea pochodziła z Izraela. 

– Czego konkretnie boisz się najbardziej w tym wieku globalizacji? 

–  Niepokoi  mnie,  Ŝe  idea  globalizacji  ekonomicznej  rozciągnie  się  kiedyś  na  globalizację 

Boga. Tak jak przeraŜa mnie idea jednorodnej kultury stworzonej na miarę wszystkich, tak boję 

się  idei  jednego  szablonowego  Boga,  dogmatycznie  uznanego  przez  wszystkich,  Boga 

nieosobistego,  w miejsce  tego,  co  kaŜda  istota  ludzka  odkrywa  –  zaleŜnie  od  „koloru”  swojego 

sumienia. Kultura i religia muszą wyraŜać duszę jednostki. Wspólnotę ludzi wierzących powinien 

tworzyć  zbiór  osób  wolnych,  oryginalnych  i róŜnorodnych,  obdarzonych  własnym, 

indywidualnym bogactwem duchowym.  Wielkim niebezpieczeństwem rynku globalnego byłoby 

stworzenie  kultury  będącej  uniwersalną  kontrolą  umysłów.  Stąd  do  nowej  formy  nazizmu  juŜ 

tylko mały krok. 

–  Mówisz  wiele  o walce,  o bitwach,  o wojownikach  światła  –  to  zresztą  temat  przewodni 

jednej z twoich ksiąŜek. Wielu ludziom wojownik kojarzy się raczej z wojną niŜ z pokojem. Jak 

określiłbyś prawdziwego wojownika światła? 

– To bardzo proste. Na poziomie jednostki zaakceptować siebie samego jako osobę rozdartą 

wprawdzie przez lęki, lecz która mimo wszystko walczy z nimi i idzie naprzód w poszukiwaniu 

Własnej  Legendy.  Na  poziomie  społecznym:  omijać  z daleka  wszelkie  przejawy 

fundamentalizmu  kulturowego,  politycznego  czy  religijnego;  unikać  wszystkiego,  co  zakłada 

wykluczenie  innych  ludzi,  a zwłaszcza  tych,  którzy  róŜnią  się  od  nas,  otworzyć  się 

z entuzjazmem 

na 

wszelkie 

formy 

nowej 

ekspresji, 

komunikacji 

międzyludzkiej, 

współuczestnictwa i – jeśli pozwolisz, choć to słowo wyświechtane – miłości. 

– Przy jakiejś okazji, jeśli  sobie dobrze przypominam,  we  Włoszech, wspomniałeś o „etyce 

ryzyka”. Co to według ciebie znaczy? 

– Dla mnie  etyka ryzyka oznacza umiejętność  odwaŜnego  dąŜenia do celu, mimo  Ŝe wokół 

nas słychać tylko  głośne nawoływania  do bezruchu. Społeczeństwo coraz mocniej  narzuca nam 

ś

ciśle  określone  normy  zachowania.  Odwaga  wyłamania  się  z tych  reguł  to  właśnie  ryzyko 

prawdziwego  poznania,  które  zazwyczaj  oznacza  zerwanie  z tradycyjnymi  i przestarzałymi 

dogmatami. W tym tkwi mądrość szaleńca, która jest tematem jednej z moich powieści. 

– Czy  uwaŜasz,  Ŝe  nowe technologie  i odkrycia naukowe  mają skutki raczej negatywne dla 

rozwoju ducha? 

background image

– Nie. Co prawda, wiele osób myśli, Ŝe technika wszystkim zachwiała, Ŝe odebrała nam całe 

człowieczeństwo,  ale  ja  w to  nie  wierzę  i jest  to  jedna  z niewielu  rzeczy,  z którymi  się  nie 

zgadzam  z Saramago,  kiedy  w wywiadzie  z tobą  mówi  o swoich  obawach  przed  nową 

technologią. 

–  On  raczej  skarŜy  się,  Ŝe  nowe  technologie  nie  są  dla  jego  pokolenia,  Ŝe  urodził  się  zbyt 

późno.  Trudno  jednak  nie  przyznać  mu  racji,  kiedy  mówi,  Ŝe  listu  elektronicznego  „nigdy  nie 

zmoczy niczyja łza”. 

–  Moim  zdaniem  technika  i zdobycze  naukowe,  od  internetu  po  telefon  komórkowy  i inne 

nowinki, które nas czekają, to naturalne dąŜenie ludzkości do wygody. WaŜne, abyśmy nie czcili 

tych  wynalazków  niczym  boŜków  i nauczyli  się  ich  uŜywać  jako  narzędzi,  które  ułatwiają  nam 

Ŝ

ycie  i pozwalają  lepiej  komunikować  się  z bliźnimi,  nic  więcej.  Bo  największym  grzechem 

ludzkości  jest  brak  komunikacji,  samotność,  kiedy  czujemy  się  odrzuceni  i niekochani,  kiedy 

zapominamy,  Ŝe  zostaliśmy  stworzeni,  abyśmy  się  spotykali  i przeglądali  siew  sobie  nawzajem 

jak w lustrze.  I wszystko, co ułatwia  nam spotkanie i porozumienie, sprawia, Ŝe jesteśmy  mniej 

nieludzcy i bardziej solidarni. 

 

Wizja kobiety 

 

ś

eby  poznać  Paula  Coelho,  trzeba  wiedzieć,  jak  istotną  rolę  w jego  Ŝyciu  i twórczości 

odgrywa  pierwiastek  kobiecy.  Jak  sam  przyznaje  w tych  rozmowach,  kobieta  zajmowała 

i zajmuje do dziś najwaŜniejsze miejsce w jego Ŝyciu. On, który przede wszystkim stąpał ścieŜką 

wojownika  światła,  ścieŜką  walki,  w zgodzie  ze  swoją  męską  toŜsamością,  pewnego  dnia 

zapragnął  odkryć  kobietę  w sobie.  I w  ten  sposób  poznał  nowy  rys  swojej  osobowości: 

współczucie,  umiejętność  poddania  się  Ŝyciu  bez  oporu.  Było  to  równieŜ  spotkanie  z kobiecym 

obliczem  Boga.  Dziś  ksiąŜek  Coelho  nie  moŜna  zrozumieć  bez  tej  wizji  kobiety  i jej  miejsca 

w nas  i poza  nami.  Dwa  jego  dzieła:  Brida  i Weronika  postanawia  umrzeć  mają  w tytule  imię 

kobiety,  a w  wielu  innych  postacie  kobiece  są  pierwszoplanowe.  Lecz  powieść,  która  najlepiej 

chyba  kreśli  kobiecą  stronę  duszy,  to  Na  brzegu  rzeki  Piedry  usiadłam  i płakałam,  napisana 

z punktu widzenia kobiety. 

Juan Arias 

–  Porozmawiajmy  o kobiecej  stronie  twojej  duszy,  bo  jestem  przekonany,  Ŝe  wiek  XXI 

będzie przede wszystkim wiekiem kobiet. 

Paulo Coelho 

–  I ja  jestem  pewien,  Ŝe  najbliŜsze  stulecie  będzie  naznaczone  obecnością  kobiety 

w społeczeństwie. MęŜczyzna przeŜywa dzisiaj głęboki kryzys toŜsamości. Kobieta przynajmniej 

zdaje  sobie  sprawę,  czego  chce  i ile  jej  jeszcze  brakuje  do  pełnej  autonomii  po  wielu  wiekach 

background image

absolutnej  dominacji  męŜczyzn.  JeŜeli  chodzi  o mnie,  moŜemy  mówić  o dwóch  rzeczach: 

o kobiecie w moim Ŝyciu i o kobiecie, która jest we mnie. 

– Zacznijmy o tego, jaką rolę pełni twoim Ŝyciu kobieta. 

–  W pewnym  sensie  moim  Ŝyciem  całkowicie  rządziła  kobieca  energia.  Skoro  mają  być  to 

szczere zwierzenia, wyznam ci coś bardzo osobistego, bardzo znamiennego w moich stosunkach 

z kobietami. Bo to, co przydarzyło mi się z moją pierwszą miłością, przydarzało mi się później ze 

wszystkimi  kobietami,  które  spotkałem  na  swojej  drodze,  a takŜe  z moją  obecną  Ŝoną,  Cristiną. 

Był taki czas, kiedy bardzo chciałem zająć się teatrem. To była wielka pasja mojego Ŝycia, choć 

oczywiście  najwaŜniejsze  było  zawsze  pisanie.  Nie  miałem  wtedy  ani  grosza.  Poza  tym  byłem 

skłócony z rodziną, która nie akceptowała moich artystycznych ambicji i oczekiwała, Ŝe zdobędę 

szacowny  zawód  adwokata,  lekarza  czy  inŜyniera.  I tak  zamknęli  mnie  w szpitalu 

psychiatrycznym. Byłem czarną owcą w rodzinie, ale jak kaŜdy dobry wojownik nie dawałem za 

wygraną  i nadal  walczyłem  o swoje  marzenia  –  chciałem  grać  w teatrze.  To  był  jeden 

z najtrudniejszych momentów w moim Ŝyciu, choć dzisiaj zdaję sobie sprawę, Ŝe tak naprawdę te 

próby  hartowały  mój  charakter  i siłę  woli.  To,  Ŝe  dziś  jestem  pogodny,  bez  wewnętrznych 

konfliktów,  zawdzięczam  przede  wszystkim  tamtym  bitwom  z rodzicami,  które  mogły  mnie 

zniszczyć raz na zawsze, ale dzięki Bogu mnie wzmocniły... Tak więc w tamtych czasach miałem 

zamiar  grać  w teatrze,  ale  nie  bardzo  wiedziałem,  do  kogo  się  zwrócić,  i wtedy  w moim  Ŝyciu 

pojawiła się kobieta, a właściwie jeszcze dziecko. Ja miałem osiemnaście lat, ona siedemnaście. 

To,  co  się  wtedy  stało,  wiele  mówi  o ludzkiej  naturze,  a w  tym  przypadku  o naturze  kobiety. 

W Brazylii  bardzo  hucznie  świętuje  się  osiemnaste  urodziny.  Rodzice  organizują  wielkie 

przyjęcie, podczas którego solenizantka otrzymuje kosztowne prezenty od krewnych i przyjaciół. 

Fabiola, niebieskooka blondynka, była naprawdę śliczna i czekały ją wspaniałe podarki. To było 

jej  pierwsze  wielkie  przyjęcie.  Ja  czułem  się  przy  niej  trochę  niezręcznie,  bo  nie  dość,  Ŝe  nie 

miałem grosza przy duszy, to na dodatek musiałem prosić ją o pieniądze na papierosy. Było mi 

naprawdę cięŜko. 

– Zaprosiła cię na to przyjęcie? 

– Nie,  ale  zrobiła duŜo  więcej.  W tajemnicy  przede  mną poprosiła rodzinę i przyjaciół, aby 

zamiast prezentów dali jej pieniądze. A potem przyszła do mnie i powiedziała: „Paulo, wiem, Ŝe 

od  dawna  marzysz  o teatrze,  więc  będziesz  grał.  Na  urodziny  zamiast  prezentów  dostałam 

mnóstwo pieniędzy. Masz. Teraz moŜesz spełnić swoje wielkie marzenie”. 

Myślałem,  Ŝe  śnię.  Otworzyły  się  przede  mną  nowe  horyzonty.  Na  początku  Fabiola 

pomagała mi nawet w pracy. Minęło parę lat, stanąłem na nogi, zaczęło mi się nieźle powodzić. 

W międzyczasie  rozstaliśmy  się.  AŜ  pewnego  dnia  –  pracowałem  wtedy  jako  tekściarz 

i scenarzysta  w telewizji  Globo,  najwaŜniejszej  stacji  telewizyjnej  w Brazylii  –  Fabiola  mnie 

odwiedziła. 

background image

– Chciała do ciebie wrócić? 

–  Nie.  Poprosiła  o przysługę,  a ja  jej  odmówiłem.  W tamtej  chwili  Bóg  był  świadkiem,  na 

jakie dno niewdzięczności upadłem. Było tak: przyszła taka radosna i powiedziała: „Paulo, wiem, 

Ŝ

e  nie  zajmujesz  się  juŜ  teatrem,  ale  piszesz  scenariusze  dla  telewizji,  to  cudownie!”,  i dodała: 

„Chciałabym  cię  o coś  prosić.  Dowiedziałam  się,  Ŝe  twój  szef  jest  właścicielem  teatru, 

i pomyślałam sobie, Ŝe mógłbyś mnie z nim poznać, bo chciałabym zostać aktorką”. Powtarzała 

się  moja  historia  z czasów,  kiedy  ja  chciałem  grać  w teatrze,  a ona  pomogła  mi  w tym, 

rezygnując wielkodusznie ze swoich urodzinowych prezentów. 

– CzyŜbyś zapomniał, ile ona dla ciebie zrobiła? 

– Skąd! Jak mogłem zapomnieć? Po prostu stchórzyłem, bo nie miałem odwagi przedstawić 

jej  szefowi.  Odpowiedziałem:  „Fabiola,  nie  mogę  ci  pomóc”.  Odeszła  zasmucona.  Wówczas 

myślałem  tylko  o sobie,  ale  po  jakimś  roku  dotarła  do  mnie  podłość,  jaką  jej  wyrządziłem, 

i zacząłem  się  tego  bardzo  wstydzić.  W głębi  serca  błagałem  Boga  o jeszcze  jakąś  okazję,  by 

pozbyć się z wyrzutów sumienia. 

– I dał ci ją? 

–  Tak,  bo  Bóg  najpierw  ukazuje  ci  to,  co  jest  w tobie  złe,  a następnie  daje  ci  moŜliwość 

poprawy. Tak się złoŜyło, Ŝe Fabiola ostatecznie nigdy nie zajęła się teatrem i została rzeźbiarką. 

Odniosła sukces, bo rzeczywiście jest w tej dziedzinie fantastycznie utalentowana. Pewnego dnia, 

kiedy  juŜ  stałem  się  w Brazylii  sławny,  spotkaliśmy  się  w jakimś  barze  i powiedziała  mi:  „To 

wspaniałe,  Paulo,  swoimi  ksiąŜkami  odniosłeś  triumf!”.  Poczułem  straszny  wstyd  za  to,  co  się 

wydarzyło w przeszłości, i patrząc jej prosto w oczy spytałem: „Co, ciągle jesteś dla mnie miła, 

chociaŜ zachowałem się wobec ciebie jak łajdak?” Ale ona zdawała się nie słyszeć tego pytania. 

Nawet  nie  musiałem  jej  prosić  o wybaczenie.  Uznałem  wtedy,  Ŝe  szczyt  wielkoduszności 

człowieka  polega  na  tym,  Ŝe  on  nie  potrzebuje  wybaczenia,  poniewaŜ  nigdy  się  nie  obraził  – 

a gdy wybaczasz, to znaczy, Ŝe czujesz się lepszy i upokarzasz tego, kto przeprasza. 

– A więc nie dość, Ŝe ci wybaczyła, po prostu zapomniała o wszystkim, byś nie musiał czuć 

się poniŜony? 

–  Bez  wątpienia.  Ale  dała  mi  kolejną  szansę.  „Nie  wracajmy  juŜ  do  przeszłości  – 

powiedziała. – MoŜe to i lepiej, Ŝe nie zajęłam się wtedy teatrem? Rzeźba daje mi wiele radości 

i satysfakcji,  dlatego  chciałam  prosić  cię  o jeszcze  jedną  przysługę”.  Strasznie  się  ucieszyłem 

i odpowiedziałem:  „Proś,  o co  zechcesz,  tym  razem  cię  nie  zawiodę”.  Wyznała  mi,  Ŝe  marzy 

o tym,  aby  jej  rzeźba  stanęła  na  jednym  z publicznych  placów  w Rio  de  Janeiro.  „Fabiola, 

niewaŜne,  ile  to  będzie  kosztować  –  odrzekłem  bez  namysłu.  –  JuŜ  teraz  mogę  ci  obiecać,  Ŝe 

będziesz  miała  taki  pomnik,  zapłacę  za  niego  i załatwię  wszystkie  niezbędne  formalności,  aby 

mógł stanąć w mieście”. 

– I dotrzymałeś słowa? 

background image

–  Tak.  Rzeźba  stoi  na  placu  Nossa  Senhora  da  Paz.  Jeśli  chcesz,  moŜesz  ją  tam  obejrzeć. 

Przedstawia  dwoje  dzieci,  mnie  i ją.  Fabiola  chciała,  aby  na  pomniku  było  napisane,  Ŝe  to  ja 

jestem ofiarodawcą. Ale kategorycznie odmówiłem i powiedziałem: „Nie. Ja ci nic nie daję. To 

ty  dałaś  mi  szansę  odkupienia  dawnego  grzechu  w stosunku  do  ciebie”.  To  bardzo  waŜna 

historia, która pozwala zrozumieć moje Ŝycie, dlatego ci ją opowiedziałem. 

– Tak naprawdę ta kobieta dała ci szansę, byś pogodził się z najlepszą, stroną siebie samego 

i ujrzał swoje najgorsze strony. 

–  Tak  czy  inaczej,  wszystkie  kobiety,  które  przeszły  przez  moje  Ŝycie,  pojawiały  się 

w momentach dla mnie kluczowych. Brały mnie za rękę, akceptowały mnie, powodowały zmiany 

w moim Ŝyciu. 

– TakŜe twoja obecna Ŝona, Cristina? 

– Ona takŜe. Jesteśmy razem od osiemnastu lat. Zachęcała mnie do pisania. Powiedziała mi 

pewnego dnia: „Chcesz być pisarzem? Więc będziemy podróŜować”. Dzięki Cristinie przeŜyłem 

rzeczy  niezwykłe,  poznała  mnie  z interesującymi  ludźmi,  zawsze  była  wspaniałą  towarzyszką, 

serdeczną przyjaciółką. A kiedy nadszedł sukces, nie pozwoliła, by woda sodowa uderzyła mi do 

głowy,  i pomogła  mi  zachować  prostotę.  Zawsze  szła  ze  mną  ręka  w rękę,  nigdy  nie  walczyła 

przeciw  temu,  co  dla  mnie  było  waŜne,  szanowała  mnie,  wspierała,  zaszczepiała  we  mnie 

entuzjazm, ilekroć go traciłem, dodawała otuchy w chwilach słabości. 

Jak wszystkie pary czasem się kłócimy. Obecnie spędzam prawie dwieście dni w roku z dala 

od  niej,  ale  zawsze  czuję  jej  bliskość,  a ona  z miłością  zajmuje  się  fundacją  i poświęca  swojej 

pasji – malarstwu. 

– Jak się poznaliście? 

– W okropnym momencie mojego Ŝycia. Byłem wtedy jakby opętany przez diabła, związany 

z satanistami.  Kiedy  po  raz  pierwszy  przyszła  do  mnie,  na  stole  leŜała  ksiąŜka  o satanizmie. 

Zapytałem ją: „Co dziś  robisz?”.  Odparła,  Ŝe idzie na  plac śpiewać z ewangelikami.  Poszedłem 

posłuchać i całkowicie mnie oczarowała. Od tego momentu jesteśmy razem.  Wie, Ŝe uwielbiam 

kobiety,  ale  nie  zadręcza  mnie,  jest  wierna  swoim  wartościom  i przecieŜ  jesteśmy  juŜ  tyle  lat 

razem z miłości. 

– A twoje poprzednie kobiety? 

–  Wszystkie  były  lepsze  dla  mnie  niŜ  ja  dla  nich.  JuŜ  ci  wspomniałem  o Fabioli.  Moja 

pierwsza  Ŝona  Vera,  Jugosłowianka,  sporo  ode  mnie  starsza  –  miała  trzydzieści  trzy  lata,  a ja 

dwadzieścia  –  nauczyła  mnie  najwaŜniejszych  rzeczy  w związku,  od  seksu  po  umiejętność 

dialogu. Moja druga Ŝona, kobieta bez imienia, została porwana wraz ze mną przez ugrupowanie 

paramilitarne i okazałem się wobec niej podłym tchórzem. Trzecia teŜ była dla mnie kimś bardzo 

waŜnym.  Miała  dziewiętnaście  lat,  a ja  dwadzieścia  dziewięć.  Pracowała  ze  mną  w wytwórni 

płytowej  Polygram.  Choć  wtedy  uwaŜałem  się  za  całkiem  normalnego  faceta,  zachowałem  się 

background image

w stosunku do niej okropnie i wyrządziłem jej wiele zła. Taki byłem. Jednak bez tych wszystkich 

kobiet, o wiele dojrzalszych od mnie, byłbym nikim. Dziś jeszcze, oprócz Cristiny, dającej mi tak 

duŜe poczucie równowagi, we wszystkich moich zawodowych relacjach przewaŜają kobiety, od 

agentów literackich po wydawców. Kobiety są obecne w kaŜdej minucie mojego Ŝycia. 

–  MoŜe  dlatego,  Ŝe  je  dobrze  rozumiesz.  Nie  wszyscy  męŜczyźni  budzą  ten  rodzaj  miłości 

w kobietach. Ale jak jest z tą kobietą, która mieszka w tobie? 

–  Prawdę  mówiąc,  długo  broniłem  się  przed  kobiecą  stroną  mojej  osobowości.  Wojownik, 

którym  jestem,  woli  toczyć  bitwy,  a to  raczej  rozwija  poczucie  męskości.  Dlatego  długo  nie 

wiedziałem,  co  to  współczucie,  umiłowanie  Ŝycia,  aŜ  do  dnia,  kiedy  odkryłem  w sobie  kobiecy 

aspekt, a on jest bardzo istotny, bo bez niego nigdy nie staniemy się prawdziwymi, spełnionymi 

męŜczyznami. 

– Co sprawiło, Ŝe uświadomiłeś sobie potrzebę pierwiastka Ŝeńskiego? 

– Przez całe Ŝycie walczyłem z przeszkodami, które stawały na mojej drodze, podejmowałem 

waŜne decyzje, jak choćby porzucenie z dnia na dzień narkotyków. Ale Ŝycie, czy tego chciałem 

czynie,  narzucało  mi  swoją  wolę.  Nieraz  złościłem  się  na  siebie,  plułem  sobie  w brodę,  Ŝe  nie 

wiem  nic  o Ŝyciu,  Ŝe  nie  potrafię  kierować  swoim  losem.  Próbowałem  więc  się  rozluźnić  i Ŝyć 

chwilą.  W tych rzadkich momentach, kiedy udawało mi się poddać ufnie nurtowi Ŝycia, czułem 

się  lepiej,  to  było  tak,  jakby  los  prowadził  mnie  za  rękę.  Po  czym  te  same  problemy  wracały, 

znowu  musiałem  brać  się  w garść,  podejmować  decyzje,  trzymać  ster  w raku  –  nie  wystarczało 

mi poddanie się biegowi rzeczy. 

AŜ  kiedyś  po  mojej  pieszej  pielgrzymce  do  Santiago  de  Compostela,  która  była  dla  mnie 

momentem  zwrotnym,  postanowiłem  równieŜ  przeŜyć  to,  co  w RAM  –  bardzo  starej  tradycji 

duchowej  sprzed  pięciuset  lat,  zrodzonej  w łonie  Kościoła  katolickiego,  do  której  przystąpiłem 

wraz  z trzema  innymi  adeptami  –  znane  jest  pod  nazwą  „drogi  kobiecej”,  choć  niektórzy 

nazywają ją „drogą rzymską”. Ma ona na celu ukazanie nam Ŝeńskiej strony naszej osobowości. 

Z tamtego  doświadczenia  narodziła  się  moja  powieść  Brida.  To  historia  pewnej  kobiety,  którą 

poznałem podczas tamtej wędrówki i której koleje losu są bardzo podobne do moich. W pewnym 

sensie Brida jest właśnie tą kobietą, której szukałem w sobie. 

– Dlaczego nazywa się tę drogę kobiecą? 

–  Bo  w przeciwieństwie  do  tradycyjnej  pielgrzymki  do  Santiago  de  Compostela,  która 

kształtuje  przede  wszystkim  silną  wolą,  opartą  na  dyscyplinie,  wysiłku  i wytrwałości,  droga 

kobieca, wedle tradycji RAM, odkrywa i rozwija w tobie współczucie, budzi zadumą i poczucie 

bliskości ze źródłem Ŝycia, z ziemią. Droga do Santiago jest aktywniejsza, bardziej wojownicza. 

Dlatego  zazwyczaj  mówią,  Ŝe  jest  bardziej  „jezuicka”,  bo  przecieŜ  załoŜycielem  jezuitów  był 

ś

wiaty  Ignacy  Loyola,  były  Ŝołnierz.  Droga  kobieca  zaś  jest  bardziej  kontemplacyjna,  jakby  po 

linii  trapistów,  którzy  oddają  się  medytacji  i starają  się  odkryć  głębiny  ducha.  To  rodzaj 

background image

religijności  bardziej  kobiecy  niŜ  religijność  jezuicka.  Trapiści  bowiem  duŜo  pracują  własnymi 

rękoma,  uprawiają  ogrody,  poświęcając  się  zarazem  medytacjom.  Jezuici  są  bardziej 

przedsiębiorczy i częściej uczestniczą w bitwach tego świata. 

– Na czym dokładnie polega ta droga? 

–  Wielu  ludziom  moŜe  się  to  wydać  głupie,  ale  dla  mnie  było  to  siedemdziesiąt 

najwaŜniejszych,  niezapomnianych  dni  Ŝycia.  Kiedy  wyruszasz  w taką  pielgrzymkę,  musisz 

całkowicie zmienić swój punkt widzenia. PodąŜasz własnym rytmem i Ŝaden mistrz nie mówi ci, 

którędy  masz  iść.  NajwaŜniejsze  były  sny.  Bo  czyŜ  sny  nie  są  od  najbardziej  zamierzchłych 

czasów  częścią  kobiecej  duszy?  A w  ciągu  dnia  miałem  jak  najdosłowniej  robić  to,  co  mi  się 

przyśniło. 

– Czy musiałeś interpretować te sny? 

– Nie chodziło o Ŝadną interpretację, tylko o wykonanie co do joty tego, o czym śniłeś. JeŜeli 

na  przykład  przyśnił  ci  się  dworzec  autobusowy,  to  powinieneś  udać  się  na  najbliŜszy  dworzec 

i zobaczyć, co ci się tam przydarzy. Pewnej nocy śnił mi się mecz piłki noŜnej. Następnego dnia 

Brazylia miała grać z Danią. Pamiętam, śniło mi się, Ŝe Dania wygrała 3:2. Kiedy oglądałem ten 

mecz na jawie i był juŜ remis 2:2, powiedziałem, Ŝe musi paść jeszcze jeden gol. I rzeczywiście, 

mecz zakończył się wynikiem 3:2, tak jak śniłem, tyle Ŝe dla Brazylii. 

– A jeśli nic ci się nie śniło? 

– Zawsze coś misie śniło. Podobnie się dzieje, gdy poddajesz się psychoanalizie. Wcale nie 

ś

ni  ci  się  więcej,  po  prostu  lepiej  pamiętasz  swoje  sny.  Kiedy  czasem  oznajmiałem  mojemu 

mistrzowi, Ŝe nic mi się nie śniło, odpowiadał: „Na pewno coś ci się śniło, zawsze coś się śni”. 

Wtedy mówiłem: „Ale śnił mi się tylko jakiś warsztat samochodowy”. A on na to: „A co ty byś 

chciał, Ŝeby ci się śniła Matka Boska? To szukaj teraz tego warsztatu i zobacz, co się stanie”. 

– Czy nigdy nie miałeś wraŜenia, Ŝe się pomyliłeś? 

– Raz naprawdę się pomyliłem i omal nie przypłaciłem tego Ŝyciem. W moim śnie pojawiło 

się  słowo  Gez,  które  jest  nazwą  górskiego  szczytu,  ale  równieŜ  pewnej  kapliczki  w pobliskim 

miasteczku. PoniewaŜ wydawało mi się, Ŝe to słowo odnosiło się do góry, więc tam poszedłem. 

To  była  bardzo  trudna  góra  do  wspinaczki  i o  mały  włos  nie  złamałem  tam  karku.  A chodziło 

jednak o kapliczkę o tej samej nazwie. 

– W istocie pierwsze bóstwo w historii było rodzaju Ŝeńskiego. To Gaja, bogini płodności – 

Ziemia. MęŜczyźni, najczęściej wojownicy, z czasem zaczęli oddawać cześć męskiemu bóstwu. 

Wtedy  kobietę  zepchnięto  na  drugi  plan,  a Bóg  przyjął  postać  surowego  pana,  wymierzającego 

sprawiedliwość, ferującego wyroki, spragnionego krwawych ofiar. 

–  Dlatego  nie  podoba  mi  się  sposób,  w jaki  religie  skradły  Bogu  kobiece  oblicze,  oblicze 

współczucia,  miłości  doŜycia,  ludzi  i rzeczy.  Tworzenie  jest  procesem  kobiecym,  powolnym, 

tajemniczym,  związanym  nie  tyle  z naszą  maską,  Ŝelazną  logiką,  ileŜ  istotą  kobiecości,  bo 

background image

przecieŜ kobieta jest obrończynią Ŝycia i nie kocha wojen, które zabijają owoce jej łona. 

– Co nazywasz „kobiecym przebudzeniem”? 

–  To  wyraŜenie  nie  ma  nic  wspólnego  z seksualnością,  tylko  z twórczym  myśleniem, 

wykraczającym poza konwencjonalną logiką. Jak wiesz, wielu pisarzy sięga po symbol kobiety, 

by uchwycić ów osobliwy mariaŜ intuicji z logiką, bliski marzeniom sennym. Według Ewangelii 

Ŝ

ona  Poncjusza Piłata miała sen sprzeczny z racjonalnym umysłem swojego  męŜa,  Poncjusz  jej 

nie posłuchał i popełnił błąd. W dramacie Szekspira Juliusz Cezar Ŝona przyszłego wtedy cesarza 

ostrzega go przed niebezpieczeństwem, które sławetnego marcowego wieczoru czyhało na niego 

w Senacie.  Ale  Juliusz  Cezar  logicznie  pomyślał,  Ŝe  kobieta  nie  moŜe  mieć  pojęcia 

o politycznych zawiłościach sytuacji, w której się znalazł. I on równieŜ popełnił błąd. 

– Czy łatwo ci było odnaleźć w sobie pierwiastek Ŝeński? 

–  Nie,  był  to  proces  powolny  i trudny,  bo  musiałem  wyzbyć  się  zasad  stworzonych  przez 

oficjalną wiedzę, która jest z zasady maską i gardzi przymiotami kobiety. Tak jakby w historii nie 

istniał  Ŝaden  inny  filozof  prócz  Kartezjusza.  A przecieŜ  byli  takŜe  mistycy,  oni  nie  patrzyli  na 

ś

wiat  jedynie  przez  pryzmat  kartezjańskiej  logiki,  w której  dwa  i dwa  zawsze  daje  cztery. 

Posługując się tylko logiką, tracimy kontakt z tajemnicą, z bogactwem świata wyobraźni. Dlatego 

tak bardzo jest mi bliska wschodnia filozofia paradoksu, która nie jest filozofią linii prostej, lecz 

koła,  gdzie  wszystko  moŜe  być  i nie  być  jednocześnie,  bo  Ŝycie  nie  jest  robotem  z gotowymi 

odpowiedziami  na  wszystko.  śycie  jest  nieprzewidywalne  i w  kaŜdym  ułamku  sekundy  moŜe 

odmienić swój bieg. 

–  A propos  „dwa  plus  dwa  równa  się  cztery”  w klasycznej  matematyce,  hiszpański  filozof 

Fernando Savater powiedział mi: „Wzajemnych uczuć nie da się zmierzyć, a inteligencja operuje 

zawsze  stałymi  wielkościami,  które  moŜna  policzyć.  Dwa  i dwa  daje  cztery  w matematyce, 

podczas  gdy  dwa  nieszczęścia  i dwa  nieszczęścia  nie  tylko  dają  cztery  nieszczęścia,  ale  teŜ 

czasami sprawiają, Ŝe wyskakujesz przez okno”. 

– UwaŜam, Ŝe to wspaniałe zdanie. 

–  Jedno  jest  pewne,  Ŝe  nasza  wiedza,  zwłaszcza  na  zachodzie,  a mniej  w kulturach  choćby 

afrykańskich, jest zasadniczo męska. 

– Czasem potrzeba nam namacalnych symboli, aby lepiej zrozumieć i dlatego przemawia do 

mnie obraz gołębia i węŜa, czyli tradycja Ducha Świętego – waŜne jest nie tyle, by gromadzić, ile 

umieć odczytać ów język zbiorowej podświadomości, który nazywamy anima mundi. To właśnie 

jest język gołębia. Z drugiej strony istnieje kult gromadzenia, kult węŜa, klasycznie pojmowanej 

mądrości. Nie moŜemy  zadowolić się tylko jedną bądź drugą, musimy pogodzić ze sobą  obie – 

i logikę, i intuicję. Pewnie dlatego tak bliski mi jest wizerunek Niepokalanej z węŜem u stóp. 

–  Leonardo  Boff  w swojej  ksiąŜce  El  aguila  y la  gallina  [Orzeł  i kura]  przytacza  pewną 

afrykańską  baśń,  która  dokładnie  ilustruje  to,  o czym  mówisz.  Orzeł  jest  tam  częścią  tajemnicy 

background image

niebios, którą kaŜdy z nas nosi w sobie, nawet jeśli o niej zapomnieliśmy, natomiast kura latająca 

tuŜ nad ziemią to konkret, logika kartezjańska, w której nie ma wiele miejsca na marzenia ani na 

to co nadprzyrodzone i nieprzewidywalne, ale to takŜe rzeczywistość, z którą trzeba się liczyć. 

–  Ta  ksiąŜka  Boffa  jest  cudowna,  ale  w Ewangeliach  równieŜ  moŜna  znaleźć  wiele 

podobnych przykładów, jak choćby chwila kiedy Jezus mówi, Ŝe przyszedł nie po to, aby znieść 

stare prawa, tylko po to by je wypełnić. Istotnie, czasem zdarza się, Ŝe szacunek i posłuszeństwo 

wobec prawa paraliŜują cię i nie pozwalają Ŝyć, z drugiej jednak strony nie moŜna pogrąŜyć się 

w całkowitej anarchii. Inny fragment Ewangelii, który bardzo lubię, to ten, w którym Jezus mówi 

do swoich uczniów, Ŝe gdy wejdą między ludzi, muszą być „roztropni jak węŜe i nieskazitelni jak 

gołębie”. Dlatego musimy stąpać mocno po ziemi, być konkretni i obiektywni, ale jednocześnie 

umieć przyglądać się biegowi rzeczy, czerpać przyjemność z ich kontemplacji i starać się odkryć 

ów  sekretny  język,  który  przemawia  bardziej  do  naszej  podświadomości,  do  naszej  kobiecej 

strony, niŜ do naszego rozsądku. 

– Często mówisz o kobiecym sposobie myślenia. Co to znaczy? 

–  To  przeciwieństwo  tego,  co  zazwyczaj  nazywamy  kartezjańskim  systemem  myślenia. 

Myśleć w sposób kobiecy, to myśleć w sposób odmienny od klasycznej, męskiej logiki, która tak 

długo  dominowała  myśl,  zwłaszcza  zachodnią  –  dominuje  do  dziś.  Mimo  rozlicznych  bitew, 

które  kobieta  stoczyła  o swoją  autonomię,  wciąŜ  przyznaje  się  jej  zbyt  mało  miejsca  w tym,  co 

nazywasz Akademią, czyli w oficjalnej nauce. W Hiszpanii na przykład tylko raz kobieta objęła 

urząd rektora uniwersytetu. 

–  I pewnie  sprawowała  tę  funkcję,  kierując  się  kryteriami  bardziej  męskimi  niŜ  sami 

męŜczyźni. 

–  Tak  jak  wielkie  kobiety  w polityce,  od  Goldy  Meir  do  Margaret  Thatcher,  które  były 

bardzo męskie. 

– I w tym cały szkopuł. Dlatego kobiecym systemem myślenia nazywam co innego. Kobieta 

nie pozwala wznosić murów między sacrum i profanum, to logika tajemnicy, tego co niepojęte, 

cudu.  JeŜeli  idziesz  kobiecą  drogą  i przyśni  ci  się  warsztat  samochodowy,  po  przebudzeniu 

musisz go odnaleźć i sprawdzić, co ci się tam przydarzy. To całkiem pozbawione logiki, a więc 

bliŜsze temu co niewyraŜalne, nowe, co ma związek z najgłębiej skrywaną częścią naszego bytu. 

To właśnie dla mnie jest pierwiastek Ŝeński. 

–  Stwierdziliśmy,  Ŝe  wiek  XXI  będzie  z pewnością  kobiecy,  bardziej  „matriarchalny”  niŜ 

poprzedni, bardziej płynny. Jak sądzisz, jaka będzie w nim rola kobiety? 

–  Taka  sama  jak  męŜczyzny.  Bo  ja  nie  mówię  o kobiecie,  tylko  o kobiecym  pierwiastku. 

Spójrzmy  dla  przykładu  na  to,  co  stało  się  z najbardziej  śmiałymi  ruchami  feministycznymi: 

kobiety  próbowały  zdobyć  część  władzy,  ale  po  to  by  sprawować  ją  w ten  sam  sposób  co 

męŜczyźni. Nie o taką kobiecość mi chodzi. Kobieta musi umieć utrzymać w równowadze swoją 

background image

energię  Ŝeńską  i męską,  tak  samo  męŜczyzna  musi  umieć  utrzymać  harmonię  między  tymi 

dwiema energiami, z których jest stworzony, męską i Ŝeńską. 

– Chciałem zapytać cię o kwestię, o której męŜczyźni rozmawiają niewiele. Zgadzamy się, Ŝe 

my,  męŜczyźni,  skoro  nie  składamy  się  w stu  procentach  z pierwiastka  męskiego,  musimy 

rozpoznać w sobie kobiecą stronę. Ale ciągle nie przyjmujemy do wiadomości, Ŝe kobieta takŜe 

poszukuje męskiej cząstki, którą nosi w sobie, i wciąŜ pragniemy, by była coraz bardziej kobieca. 

Moim zdaniem to bardzo egoistyczne. Bo sądzimy, Ŝe my będziemy pełniejsi, jeŜeli odkryjemy 

naszą  stronę  Ŝeńską,  podczas  gdy  kobiecie  odmawiamy  prawa  do  jej  elementu  męskiego. 

Stworzyliśmy  społeczeństwo,  w którym  władza  wymaga  cech  męskich,  co  automatycznie 

wyklucza kobietę z kierowniczych stanowisk. Czy to ci się wydaje sprawiedliwe? 

–  W zasadzie  zgadzam  się  z tobą,  tyle,  Ŝe  ten  problem  nie  jest  ani  twój,  ani  mój,  tylko 

samych  kobiet.  Powinniśmy  odrzucić  ten  wieczny  paternalizm  w stosunku  do  nich.  Masz  rację, 

jeŜeli my odkrywamy naszą kobiecość, to nic nie powinno stać na przeszkodzie, by i one odkryły 

w sobie własną męskość, choć wolelibyśmy widzieć w nich uosobienie czystej kobiecości. Ale to 

one muszą stoczyć tę bitwę. Muszą chwycić miecz i walczyć, nie moŜemy ich w tym wyręczyć. 

Jeśli  potrafią  walczyć,  odkryją  w sobie  męską  energię.  Podobnie  jak  rozpętały  kiedyś  pierwszą 

rewolucję  feministyczną,  dąŜąc  do  zniesienia  dyskryminacji  i,  przynajmniej  w teorii,  takiego 

samego dostępu do władzy jak męŜczyźni, tak teraz powinny rozpocząć drugą bitwę. Ale kiedy 

juŜ zdobędą  władzę, będą  musiały unikać sprawowania  rządów na  męską  modłę, bo wtedy  uda 

nam się jedynie zastąpić męŜczyznę kobietą, a cała reszta będzie po staremu. 

Dlatego kiedy kobieta zajmuje wysokie stanowisko, musi zrobić wszystko, aby piastować je, 

nie zapominając o swojej kobiecości, bo struktury społeczne są w duŜej mierze męskie. Kobiety 

muszą  przełamać  ten  schemat,  wprowadzając  trochę  Ŝeńskiej  energii  i na  niej  budować 

społeczeństwo, w którym współistniałyby elementy pozytywne zarówno ze świata męŜczyzn, jak 

i kobiet. 

 

Mag 

 

Zanim  Paulo  Coelho  stał  się  słynnym  pisarzem,  znany  był  w pewnych  kręgach  jako  mag, 

któremu  przypisywano  nadprzyrodzone  moce,  jak  choćby  wywoływanie  deszczu.  W naszej 

rozmowie  zdecydował  się  wyznać  wszystko  na  temat  swoich  bolesnych  doświadczeń  z magią. 

Porzucił  ją,  kiedy  zrozumiał,  Ŝe  ociera  się  o bezmiar  Zła  i Ŝe  ta  droga  prowadzi  w przepaść. 

Coelho  wciąŜ  jednak  wierzy  w magiczny  wymiar  Ŝycia,  bo  uwaŜa,  Ŝe  wszyscy  jesteśmy  zdolni 

rozwinąć  drzemiący  w nas  potencjał,  a kaŜdy,  kto  tego  pragnie,  moŜe  odczytać  tajemny  język, 

którym przemawia otaczający nas świat. 

Juan Arias 

background image

– Czy nadal wierzysz w magiczny wymiar Ŝycia? 

Paulo Coelho 

–  Całkowicie.  Ale  trzeba  rozróŜniać  pojęcie  „magiczny”  od  „magii”.  Magia  jest 

instrumentem, jej skutki  są magiczne.  Magia to narzędzie, jak  młot,  miecz, instrument.  MoŜesz 

tylko magicznie się nim posługiwać. 

– Ciągle czujesz się magiem? Wielu ludzi pamięta, Ŝe byłeś kiedyś magiem. 

– Teraz teŜ jestem magiem, tak jak magiem moŜe być  kaŜdy. Oczywiście szanuję duchową 

tradycję  katolicyzmu,  ale  wierzę  głęboko,  Ŝe  wszyscy  posiadamy  talenty,  których  w sobie  nie 

rozwijamy, bo oficjalna nauka ich nie akceptuje, a o nas mówi „przesądni” czy jeszcze gorzej. Ja 

jestem  człowiekiem,  który  podobnie  jak  mag,  stara  się  rozwijać  swoje  uśpione  moce,  co  wcale 

nie oznacza, Ŝe czuję się lepszy czy gorszy od innych. 

Te nasze rozmowy to teŜ magia, bo odprawiamy pewien rytuał i tylko ode mnie zaleŜy, czy 

zechcą się otworzyć przed tobą i powierzyć ci moje tajemnice. W tej chwili jesteś nie tyle sobą, 

ile uosobieniem ciekawości wszystkich moich czytelników. Jesteś tu, by zadawać mi pytania, to 

twoje zadanie. To samo robiłeś w swojej ksiąŜce-wywiadzie z Saramago El amor posible. Kiedy 

ją  czytałem,  dostrzegłem  wiele  pytań,  które  chciałbym  zadać  jako  czytelnik,  aby  poznać  lepiej 

tego znakomitego portugalskiego pisarza. Takie rzeczy wydają mi się prawie święte, bo dotykają 

najintymniejszej sfery naszego ja. 

– Miałeś takŜe do czynienia z niszczycielską czarną magią. Jak to wspominasz? 

Nagle Coelho zapragnął zrobić przerwę. ZbliŜała się  północ, a dla niego ta  godzina  między 

dniem a nocą jest święta i rytualna. W Ŝadnym innym momencie naszej rozmowy Coelho nie był 

bardziej spięty  i niespokojny niŜ wtedy,  gdy zajęliśmy się  kwestią czarnej magii. Był świadom, 

Ŝ

e  zaraz  wyjawi  najwaŜniejsze  i najboleśniejsze  momenty  swojego  Ŝycia,  i wiele  go  to 

kosztowało. Powiedział, Ŝe chce zgasić światło i zapalić świece. Tak teŜ zrobiliśmy. 

–  Świat  magii  jest  mało  znany.  Twoi  czytelnicy  z pewnością  chcieliby  wiedzieć,  co  ci  się 

przydarzyło. 

–  Spróbuję,  wytłumaczyć  ci  to  w chronologicznym  porządku.  Wykształcili  mnie  jezuici, 

którzy zaszczepili mi pewne pojęcie Boga. Dla mnie – nie wiem jak dla innych – było to bardzo 

złe przeŜycie, bo właśnie tam straciłem wiarę dzieciństwa. Próba narzucenia człowiekowi wiary 

to  najlepszy  sposób  na  to,  by  się  zbuntował  i przeszedł  na  drugi  biegun.  Słyszałem,  Ŝe  Fidel 

Castro teŜ uczył się u jezuitów. Dla mnie bunt wobec narzuconej siłą edukacji religijnej oznaczał 

ucieczkę  w marksizm.  Właśnie  wtedy  zacząłem  czytać  Marksa  i Engelsa.  Był  to  czas  dyktatury 

wojskowej w Brazylii i pewnie dlatego zacząłem sięgać po wszystko, co było wtedy zabronione, 

bez wyboru. Jedną z takich zakazanych lektur była literatura marksistowska, uwaŜana niemal za 

demoniczną.  Czułem  się  ateistą,  ale  nie  trwało  to  długo,  bo  miałem  w duszy  ciekawość  pisarza 

i zacząłem  zadawać  sobie  klasyczne  pytania:  Kim  jestem?  Co  ja  tutaj  robię?  Dokąd  idę?  Skąd 

background image

przychodzę? Nie pamiętam dokładnie, ile miałem wtedy lat. Było to mniej więcej w 1969 roku, 

kiedy ruch hipisowski z całym swoim ładunkiem mistycyzmu eksplodował w Brazylii. 

– Z wielkim entuzjazmem przyjąłeś narodziny tego ruchu. 

– Zadawałem sobie mnóstwo pytań. Na początku wydawało mi się, Ŝe była to jakaś ucieczka 

od  rzeczywistości,  bo  byłem  przesiąknięty  ideami  marksistowskimi,  chciałem  walczyć 

o wolność, braterstwo i wzniosłe ideały. Tak naprawdę jednak było we mnie wiele sprzeczności, 

bo  walczyłem  o dyktaturę  proletariatu,  chodziłem  na  manifestacje,  a zarazem  uwielbiałem 

Beatlesów.  Było  coś  we  mnie,  co  wykraczało  poza  czysty  marksizm  i sprawiało,  Ŝe  na 

manifestacjach skandowałem: Sergeant Pepper’s! Na dodatek uwielbiałem teatr. 

– W istocie twoje poszukiwania były bardziej duchowe niŜ polityczne. 

– Tak naprawdę bardziej pociągał mnie świat duchowości i właśnie tego świata szukałem po 

omacku  we  wszystkich  kierunkach,  byle  dalej  od  mojej  tradycyjnej  religii.  I tak  dotarłem  do 

kosmogonii  hinduskiej,  w którą  wpadłem  z całym  impetem.  Zacząłem  recytować  wszystkie 

mantry,  jakie  tylko  wpadły  mi  w ręce,  uprawiać  jogę,  medytację  i co  tylko  miało  jakikolwiek 

związek z duchowością Wschodu. 

– Czy byłeś wtedy kawalerem? 

–  Nie,  byłem  juŜ  po  ślubie  z pierwszą  Ŝoną,  która  miała  pieniądze,  więc  nie  musiałem  się 

o nic  martwić  i zajmowałem  się  tylko  czytaniem.  A czytałem  najróŜniejsze  rzeczy,  od  Poranka 

magów  Louisa  Pauwelsa  i Jacques’a  Bergiera  po  literaturę  wywodzącą  się  z materializmu 

historycznego. Mieszkałem wtedy w hipisowskiej komunie i nagle przyszła mi do głowy pewna 

ciekawa  refleksja.  Myślałem  tak:  gdybym  Ŝył  w 1928  roku,  jechał  samochodem  i w  pewnej 

chwili wyszedłby mi pod koła Hitler, a ja bym go niechcący przejechał, to czyŜ nie odmieniłbym 

losu  milionów  ludzi,  nie  mając  o tym  pojęcia?  A tymczasem  zamknęliby  mnie  do  więzienia  za 

zabójstwo. Nikomu nawet do głowy by nie przyszło, Ŝe ta ofiara wypadku byłaby w przyszłości 

znienawidzonym  Hitlerem,  ja  teŜ  bym  nie  wiedział,  Ŝe  zabiłem  potencjalnego  ludobójcę  i tak 

naprawdę odmieniłem cały ład społeczny, całą epokę, losy całego świata. Zacząłem się nad tym 

zastanawiać i powiedziałem sobie: To obłęd! Nie do wiary! W takim razie musi być więcej takich 

rzeczy  na  ziemi,  o których  nie  mamy  pojęcia.  Pod  wpływem  tych  przemyśleń  i mitologii 

hinduskiej szukałem nowych doświadczeń, tak jak wszyscy, którzy wkraczają na drogę duchową. 

– Wtedy zacząłeś szukać mistrzów, którzy wtajemniczyliby cię w sferę ducha. 

– No właśnie. W takiej chwili pokładamy całą naszą nadzieję i zaufanie w kimś, kto pewnego 

dnia  bardzo  nas  zawiedzie,  ale  w początkowej  fazie  wydaje  nam  się  waŜny  i niezbędny,  bo 

prowadzi nas za rękę przez labirynty i tajemnice Ŝycia. Przechodziłem od mistrza do mistrza, od 

sekty  do  sekty,  wyznawałem  wiele  filozofii,  aŜ  wreszcie  mój  niepokorny  charakter  sprawił,  Ŝe 

zacząłem szukać tego,  co jest najbardziej  radykalne, co było najbardziej  na lewo w lewicowym 

poszukiwaniu duchowości. 

background image

– Chciałeś odciąć się od swoich przyjaciół i szukać czegoś innego. 

–  Tak,  ale  miałem  jeszcze  inny  powód,  który  dziś  wydaje  mi  się  bardzo  głupi:  chciałem 

uwodzić  kobiety,  szokować,  robić  na  nich  wraŜenie  swoją  wiedzą  tajemną.  Rozglądałem  się  za 

tajną społecznością, która byłaby uznawana za najczarniejszą owcę. Dowiedziałem się o pewnej 

sekcie,  której  nie  chcę  teraz  nawet  nazwać  z imienia.  Powiedzmy,  Ŝe  była  to  społeczność  dnia 

Apokalipsy. Miała ona wielkiego guru. Czytałem wszystko, co znalazłem na jego temat. Działo 

się  to  w okresie,  kiedy  próbowałem  pisać  i stworzyłem  czasopismo  alternatywne.  śeby  jak 

najwięcej dowiedzieć się o tej osobie, poszedłem zrobić wywiad do czasopisma z kimś, kto miał 

wiele wiedzieć. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem u niego ledwie kilka ksiąŜek. A sądziłem, Ŝe 

ludzie, którzy mają duŜą wiedzę, mają teŜ wielką bibliotekę. 

W  tym  momencie Ŝona  Paula wyjęła aparat, aby zrobić nam zdjęcie. Coelho poprosił, Ŝeby 

tego nie robiła: „Rozmawiamy o magii, a magowie twierdzą, Ŝe wizerunki mają niezwykłą moc. 

Na przykład Castaneda nie pozwalał się fotografować. Nie została po nim Ŝadna fotografia. Ja nie 

jestem  Castaneda,  ale...”.  Cristina  mimo  to  chciała  pstryknąć  zdjęcie.  Była  noc  i flesz  nie 

zadziałał. „A widzisz – rzucił Paulo. – Mówimy o magii i zdjęcie nie wychodzi”. 

–  Wróćmy  do  człowieka,  do  którego  poszedłeś  na  wywiad.  Miał  ci  opowiedzieć  o sekcie 

uprawiającej czarną magię. 

–  Wydało  mi  się,  Ŝe  rozmowa  z nim  jest  bardzo  owocna,  a te  trzy  czy  cztery  ksiąŜki,  które 

miał, niezmiernie interesujące. Zapytałem go o autora, odpowiedział: Aleister Crowley. Była tam 

ze mną moja Ŝona, Ŝona bez imienia, i oboje wyszliśmy zafascynowani. 

– Jaka wyglądała ta tajemnicza sekta? 

–  Było  to  stowarzyszenie,  które  zaczęło  formować  się  na  początku  XIX  wieku  i stawiało 

sobie  za  cel  „totalne  poszukiwanie  w totalnej  anarchii”,  co  dwudziestotrzyletniemu  młokosowi 

mogło  się  wydać  najwyŜszym  ideałem.  Napisałem  później  o tym  ksiąŜkę,  ale  Cristina  nie 

pozwoliła mi tego opublikować. Przeczytała tekst z duŜym zainteresowaniem, a kiedy doszła do 

końca,  spojrzała  na  mnie  wzrokiem  Matki  Boskiej  z Aparecida,  patronki  Brazylii  i rzekła:  „Nie 

publikuj  tej  ksiąŜki,  ona  mówi  o twoich  doświadczeniach  ze  Złem”.  Odpowiedziałem:  „AleŜ 

Cristina, to tylko tragiczne przeŜycie”. Lecz ona nalegała: „To fascynujące, ale nie publikuj jej, 

bo mogłaby zostać źle odczytana”. Więc wykasowałem tekst z pamięci komputera. Tamtej nocy 

nie zmruŜyłem oka. Następnego dnia poszedłem na obiad z moim wydawcą i powiedziałem mu: 

„Rzuć  na  to  okiem,  bo  będziesz  ostatnią  osobą,  która  to  przeczyta”.  Spojrzał  na  mnie  jak  na 

szaleńca, bo ksiąŜka miała juŜ iść do druku. Powiedziałem mu, Ŝe mam zamiar ją zniszczyć. 

I  tak  teŜ  zrobiłem.  Zachowałem  tylko  jeden  Rozdział  opowiadający  o moim  pierwszym 

spotkaniu z Raulem. Całą resztą wyrzuciłem. 

– Jaki nosiła tytuł? 

–  Społeczeństwo  alternatywne.  Abyś  lepiej  zrozumiał  moją  ówczesną  fascynację,  muszę  ci 

background image

trochę  opowiedzieć  o samym  Crowleyu.  To  bardzo  dziwna  postać  w dziejach  magii.  Jeśli 

przyjrzysz się jego zdjęciu w internecie, zobaczysz oblicze Zła. Crowley był diaboliczną postacią 

o bardzo  silnej  osobowości.  Pojawił  się  w Anglii  w momencie,  gdy  klasyczna  magia  – 

z masonerią  i innymi  tajnymi  stowarzyszeniami  –  popadła  w dekadencję.  I tu  nagle  zjawia  się 

ktoś  taki  i mówi:  „Koniec  z sekretami!”.  Zaczyna  publikować  wszystkie  ksiąŜki,  które  dotąd 

krąŜyły  w podziemnym  obiegu,  i zakłada  swoją  sektę  z własnym  systemem  społecznym, 

politycznym, ideologicznym, który, jak kaŜdy system, ma swoją sztandarową księgę, jak Kapitał 

albo  Biblia  –  Księgę  praw,  podyktowaną  mu  rzekomo  przez  anioła  w Kairze.  Jest  to  bardzo 

przejrzysta  deklaracja  zasad.  Przedstawia  teorię  systemu  władzy,  którą  moŜna  by  streścić  tak: 

istnieją słabi i silni, a rządzi prawo dŜungli. Słabi są niewolnikami, silni mają władzę i wolność. 

Wszystko to napisane stylem niesamowicie solidnym, magicznym, mistycznym, jak zresztą cała 

twórczość Crowleya. Zafascynowany i lekkomyślny zarazem, zacząłem wcielać w Ŝycie te nauki, 

z dobrym skutkiem. 

Na  stronie  internetowej  poświęconej  Aleisterowi  Crowleyowi  moŜna  przeczytać:  „Postać 

enigmatyczna  i powszechnie  krytykowana,  nie  tylko  w jego  epoce,  zdominowanej  przez 

wiktoriańską  moralność,  która  okrzyknęła  go  „najbardziej  perwersyjnym  człowiekiem  świata”. 

TakŜe  w naszych  czasach,  wśród  tych,  co  pretendują  do  miana  znawców  Człowieka  i jego 

Systemu,  imię  Crowleya  przywołuje  aurę  zła  i perwersji,  która  niesłusznie  czyni  z niego 

czarnoksięŜnika,  a wręcz,  co  jeszcze  bardziej  absurdalne,  ucznia  Szatana.  Najczęściej  jednak 

zapomina  się  w jego  biografiach,  Ŝe  był  człowiekiem  szukającym  rozwoju  duchowego,  Ŝe 

naprawdę był Magiem w najszerszym tego słowa znaczeniu”. 

– Wtedy ślepo wierzyłeś tamtej sekcie. 

–  Szczerze  mówiąc,  wierzyłem  i nie  wierzyłem,  wierzyłem  nie  wierząc,  choć  trzeba 

przyznać, Ŝe  mnie  to uwiodło.  Właśnie wtedy na mojej drodze pojawił się Raul Seixas, sławny 

piosenkarz, który miał tak ogromny wpływ na moje Ŝycie. Wprowadziłem Raula do tej sekty. Nie 

stawiała  Ŝadnych  szczególnych  wymagań,  nie  rządziły  nią  Ŝadne  prawa,  mogłeś  być  potworem 

albo  aniołem,  było  tam  miejsce  dla  kaŜdego.  Panowała  całkowita  swoboda  seksualna 

i intelektualna. Chodziło o to, aby doprowadzić doświadczenie władzy do granic ostatecznych. 

– Nie przeraŜało cię to? 

–  Patrzyłem  na  to  wszystko  bez  przekonania  albo  widziałem  tylko  strony  pozytywne. 

W tamtym  czasie  byłem  dość  podatny  na  wpływy  i widziałem  duŜe  zmiany  w Ŝyciu  moim 

i innych  członków  sekty.  Dopiero  później  zacząłem  zdawać  sobie  sprawę,  Ŝe  granica  między 

białą  magią  a czarną  jest  czasem  bardzo  subtelna.  Chodzi  o to,  Ŝe  w czarnej  magii  próbujesz 

wywierać wpływ na losy innych. To jest właśnie ta granica, bariera i przepaść. Jeśli pójdziesz do 

kościoła, zapalisz świeczkę Matce Boskiej i powiesz: „Chcę poślubić taką to a taką osobę” – to 

w tym  momencie  zaczyna  się  juŜ  czarna  magia,  chociaŜ  jesteś  w świątyni.  JeŜeli  natomiast 

background image

pójdziesz na rozstaje dróg i złoŜysz ofiarę demonom, prosząc o zdrowie, bo się źle czujesz – to 

jest  biała  magia,  bo  nie  starasz  się  panować  nad  innymi.  Cała  róŜnica  polega  na  tym,  czy 

ingerujesz  w cudze  Ŝycie,  czy  nie.  Wszystko  miało  wtedy  w moim  odczuciu  pełno  znaczeń, 

jakbym  widział  symbole  w ciągłym  ruchu.  Tak  więc  postanowiliśmy  z Raulem  oddać  naszą 

muzykę  w słuŜbę  tej  tajnej  sekty.  Między  słowami  pieśni  ukryliśmy  deklarację  jej  zasad, 

docierające  podprogowo  do  świadomości.  Były  to  mantry  całkowicie  techniczne,  precyzyjne, 

doskonałe, Zło bowiem bywa bardzo precyzyjne. 

– Jak to się stało, Ŝe zaciąłeś widzieć w tym dominację Zła? 

–  Wtedy  jeszcze  nie  widziałem  Zła,  raczej  rewolucję,  bo  Crowley  głosił  początek 

Apokalipsy:  „Ja  jestem  Ŝyciem,  na  które  czekacie.  Przybyłem,  aby  przeobrazić  całe 

społeczeństwo”.  Wydawało  mi  się,  Ŝe  to  jest  w porządku  i praktykowałem  rytuały,  choć  nie 

wszystkie, bo nie chciałem rozstać się z pewnymi wierzeniami z dzieciństwa, jak anioł stróŜ czy 

ś

więty Józef. 

– Czy ta sekta była skrajnie antyreligijna? 

– Tak, całkowicie. Ja takŜe byłem wtedy zagorzałym przeciwnikiem katolicyzmu i, jak juŜ ci 

mówiłem,  porzuciłem  wiarę  moich  rodziców,  ale  w głębi  duszy  nigdy  nie  wyrzekłem  się 

pewnych elementów dawnej wiary. 

– Kiedy zorientowałeś się, Ŝe ta sekta jest ucieleśnieniem zła? 

– Pewnego dnia, tuŜ przed moim aresztowaniem (mam na to świadków, moŜesz zadzwonić 

i zapytać)  byłem  w domu,  kiedy  nagle  zaczęło  się  ściemniać.  Miałem  coś  konkretnego  do 

zrobienia, juŜ nie pamiętam co.  Moja  Ŝona bez imienia  gdzieś wyszła, więc byłem sam. Robiło 

się  coraz  ciemniej.  Pomyślałem  sobie,  Ŝe  to  skutek  uboczny  pewnego  narkotyku,  który  kiedyś 

wziąłem.  Wtedy  juŜ  nie  szprycowałem  się  ani  nie  brałem  psychotropów,  to  był  rok  1974. 

Sięgałem jeszcze czasem po kokainę. 

– Co właściwie się wtedy stało? 

–  Był  jeszcze  dzień,  a wokół  mnie  zapadał  zmrok.  To  była  ciemność  namacalna,  fizyczna, 

a nie wytwór mojej wyobraźni. W pierwszej chwili pomyślałem, Ŝe umieram. 

– Czy widziałeś coś w ciemności? 

–  Tak,  bo  nie  zajmowała  całej  przestrzeni.  Tak  jakby  nagle  świeca  na  stole  zaczęła  dymić 

i ten  dym  wypełniał  dom.  To  był  czarny  gęstniejący  dym,  który  chwilami  przesłaniał  mi  cały 

widok, ale przede wszystkim mnie przeraŜał. 

– Nie było innych zjawisk? Tylko ten dym? 

– Najgorsze były dźwięki, których nie potrafię, ci opisać. 

– Był jeszcze ktoś w domu, czy byłeś całkiem sam? 

– Byłem sam w moim własnym mieszkaniu, bogaty i zadowolony z siebie. Ale ta ciemność 

między  podłogą  a sufitem  napawała  mnie  tak  przemoŜnym  lękiem,  Ŝe  wpadłem  w panikę. 

background image

Poczułem,  Ŝe  przyszło  Zło.  W pierwszej  chwili  zacząłem  to  łączyć  z moimi  wizytami  u pewnej 

kobiety, do której chodziłem na seanse autosugestii. 

– Jak zareagowałeś na to dziwne zjawisko? 

– Teraz juŜ nie pamiętam, czy to ja zadzwoniłem do kogoś z grupy, czy ten ktoś zadzwonił 

do  mnie  i powiedział  drŜącym  głosem,  Ŝe  zdarzyło  mu  się  dokładnie  to  samo.  Wtedy 

zrozumiałem, Ŝe to się dzieje naprawdę, Ŝe to nie halucynacje. Tamten człowiek znał sektę, lepiej 

ode mnie. Nie mogliśmy skontaktować się z naszym guru, bo nie miał telefonu – w Rio, w latach 

siedemdziesiątych,  telefon  był  rzadkością.  Byłem  zagubiony  i przeraŜony.  Chciałem  koniecznie 

coś  zrobić,  więc  powtarzałem  sobie  uparcie:  musisz  o tym  zapomnieć,  pomyśl  o czymś  innym. 

Zacząłem  liczyć  wszystkie  płyty,  jakie  miałem  w domu,  a było  ich  wiele.  Kiedy  skończyłem 

liczyć płyty, zacząłem liczyć ksiąŜki, ale ciemność nie rozpraszała się ani na chwilę. 

– Kiedy policzyłeś juŜ wszystko, co się dało, co zrobiłeś? 

– PoniewaŜ strach ciągle mnie trzymał, powiedziałem sobie, Ŝe jedynym ratunkiem moŜe być 

pójście do kościoła, ale jakaś siła nie pozwalała mi ruszyć się z domu, ciągle miałem poczucie, Ŝe 

ś

mierć  nadejdzie  lada  chwila.  Wtedy  wróciła  moja  Ŝona,  która  naleŜała  do  tej  samej  sekty. 

Okazało  się,  Ŝe  ona  teŜ  widziała  tę  czerń.  I tak  pomału  dowiedzieliśmy  się,  Ŝe  wszyscy 

członkowie owej sekty doświadczyli tego samego. Czułem obecność Zła, widoczną i namacalną. 

Tak jakby Zło mówiło: „Wzywaliście mnie i oto jestem”. 

– Jak długo juŜ naleŜałeś do tej sekty? 

–  Około  dwóch  lat.  Przypomniałem  sobie,  Ŝe  w czasach  kiedy  braliśmy  z Ŝoną  sporo 

narkotyków, duŜą ulgę  przynosiło picie mleka lub  skrapianie twarzy  zimną wodą. Ale w tamtej 

chwili  ani  ona,  ani  ja  nie  mieliśmy  odwagi  przejść  przez  tę  okropny  półmrok,  Ŝeby  dotrzeć  do 

łazienki.  W końcu  jakoś  się  udało,  skropiliśmy  sobie  twarze  wodą  i poczuliśmy  się  lepiej. 

Wzięliśmy  prysznic,  ale  kiedy  wyszliśmy  z łazienki,  wszystko  było  jak  przedtem,  ciemność 

ciągle zalegała  w mieszkaniu,  groźnie i tajemniczo.  W tym  momencie przypomniała się  mi cała 

moja dziecięca religijność. I przestało być waŜne, czy umrę, a najwaŜniejsza była pewność, Ŝe ta 

dziwna energia istnieje naprawdę, Ŝe jest rzeczywista, wręcz namacalna. 

– Czy podczas rytuałów tej tajemnej społeczności wzywaliście czasami Zło? 

– Zawsze, ale rozumiejąc Zło jako bunt, niejako Zło samo w sobie. 

– To była sekta satanistyczna? 

–  W porównaniu  z tym,  co  tam  przeŜyliśmy,  rytuały  satanistyczne,  które  znałem  bardzo 

dobrze, były niczym. Tamto było o wiele bardziej złowrogie. 

– Groźniejsze niŜ Kościół Szatana? 

–  I to  znacznie  bardziej,  bo  to  była  sekta  o ściśle  określonej  strukturze,  wyznająca  jasno 

sformułowaną  filozofię.  Odprawialiśmy  tam  konwencjonalne  rytuały  magiczne,  ale  to  było 

królestwo mocy w najczystszej formie. Czasami robiliśmy inwokacje Zła i uzyskiwaliśmy bardzo 

background image

konkretne  efekty,  ale  nigdy  nie  były  tak  rzeczywiste  jak  owa  czerń,  która  zapanowała  w moim 

domu. 

– Do czego zobowiązywaliście się podczas tych rytuałów i inwokacji? 

– Do niczego. Mieliśmy władzę absolutną. Diabeł igra z tobą tak samo jak kokaina, wmawia 

ci,  Ŝe  masz  nieograniczoną  moc.  Kokaina  daje  ci  to  samo  wraŜenie  panowania  nad  światem, 

całkowitego  bezpieczeństwa,  ale  to  są  tylko  pozory.  Prawda  jest  taka,  Ŝe  to  ty  jesteś 

niewolnikiem. 

– Wróćmy do tamtego doświadczenia. Jak to wszystko się skończyło? 

–  Była  sobota,  około  dziesiątej  rano.  W końcu  wziąłem  do  ręki  Biblię.  Otworzyłem  ją  na 

chybił-trafił i natknąłem się na akapit z Ewangelii, w którym Jezus pyta pewnego człowieka, czy 

ten  wierzy,  a on  odpowiada:  „Wierzę,  ale  zaradź  mojemu  niedowiarstwu”.  Przeczytałem  ten 

werset  i złoŜyłem  sobie  pewną  obietnicę,  taką  samą  jak  później  w kwestii  narkotyków. 

Powiedziałem:  „Kończę  z tą  sektą  raz  na  zawsze”.  I wtedy  wszystko  znikło.  Kiedy  wiele  lat 

później rozmawiałem o tym z moimi przyjaciółmi z sekty, dowiedziałem się, Ŝe wszyscy przeŜyli 

to samo co ja. 

– Jak odszedłeś z tej sekty? Nie próbowano cię zatrzymać? 

–  Poszedłem  porozmawiać  z jednym  z guru,  a on  tłumaczył  mi,  Ŝe  to  był  mój  rytuał 

inicjacyjny.  Odpowiedziałem  mu:  „NiewaŜne,  od  tej  chwili  juŜ  nie  jestem  jednym  z was”. 

Mojego mistrza wtedy tam nie było, więc wysłałem mu telegram. Oczywiście miałem kłopoty ze 

zredagowaniem  tego  telegramu,  bo  panowała  wtedy  dyktatura  w Brazylii  i wszystko  było 

cenzurowane.  W aktach  tej  tajnej  sekty  na  pewno  mają  sporo  na  mój  temat,  moje  listy,  moje 

artykuły, tysiące innych rzeczy. 

– Nigdy cię nie prześladowali, Ŝe odszedłeś od nich? 

–  Nigdy.  Oczywiście  naciskali  na  mnie,  wmawiali  mi,  Ŝe  jestem  tchórzem,  głupcem,  Ŝe 

przekonam się jeszcze, ile stracę. Ale nie byłem prześladowany. I nie wierzę w to, co czasem się 

podaje  w telewizji,  Ŝe  sekty  swoich  byłych  wyznawców  nękają  aŜ  do  śmierci.  Po  prostu  nie 

wierzę. 

– Niektóre sekty chyba jednak to robią. 

–  W szanujących  się  stowarzyszeniach  są  zadowoleni,  kiedy  jesteś  z nimi,  ale  jeśli  juŜ 

zdecydujesz się odejść, nic się nie dzieje. Przynajmniej mnie nigdy nie prześladowano, a było to 

przecieŜ jedno z najniebezpieczniejszych tajnych stowarzyszeń. 

– Mimo tych strasznych  przeŜyć  z czarną magią  ciągle uwaŜasz się za  maga.  Nie obawiasz 

się, Ŝe to moŜe w pewien sposób zaszkodzić twemu wizerunkowi? 

– Nie, bo ja inaczej pojmuję magię. To siła, jaką posiada kaŜdy, przynajmniej potencjalnie. 

Być  magiem  to  rozwijać  zdolności  poznawcze,  których  nie  uznaje  oficjalna  nauka.  Mag  to 

zwykły człowiek, tyle, Ŝe świadomy, iŜ pod powierzchnią widzialnego istnieją inne światy, inne 

background image

Ŝ

ywioły,  inne  prądy.  To,  co  się  kryje  pod  pozorem  rzeczy,  ów  sekretny  język,  którym 

przemawiają,  jest  niedostrzegalny,  ale  tak  samo  prawdziwy  jak  miłość,  której  teŜ  nie  moŜna 

dotknąć. 

– Czy uwaŜasz ten wymiar magii za jakąś nadprzyrodzoną moc? 

–  Wręcz  przeciwnie.  Prawdziwym  magiem  jest  ten,  kto  –  jak  powiedział  Jezus,  walczy 

o jawność.  Mag  ma  odsłaniać  przed  ludźmi  to,  co  władza  chce  przed  nimi  zataić,  obnaŜyć  te 

kręgi,  które  posługują  się  tajemnicą,  aby  zawładnąć  wolą  innych,  mamiąc  ich  fałszywą  potęgą, 

która  potrafi  tylko  niszczyć.  W naszym  społeczeństwie  jest  wielu  ludzi,  którzy  zasłaniają  się 

tajemnicą,  aby  przejąć  kontrolę  nad  innymi.  Dlatego  ten  ma  więcej  władzy,  kto  panuje  nad 

informacją. Oglądałem raz w teatrze sztukę o rewolucji w jakimś kraju, gdzie ministrem kultury 

zostaje dotychczasowy cenzor, poniewaŜ on juŜ wszystko wie, wszystko kontroluje. Prawdziwy 

mag nie daje się zdominować kastom tych, którzy twierdzą, Ŝe posiadają całą wiedzę świata. 

– Jedno jest pewne: wiele osób boi się magii. 

– I dobrze, bo magia moŜe być bardzo niebezpieczna. Porównałbym ją do energii jądrowej – 

zaleŜy  do  czego  jej  uŜyjesz.  MoŜesz  z niej  zrobić  bombę  atomową  albo  prąd  elektryczny.  Nie 

kaŜda  energia  atomowa  jest  zła,  tak  jak  i nie  kaŜda  magia.  Trzeba  umieć  odróŜnić  jedno  od 

drugiego. 

– Nie odpowiedziałeś jeszcze na jedno pytanie. Czy wierzysz w diabła? 

– Wierzę w uosobienie sztucznego demona! 

– Co chcesz przez to powiedzieć? 

–  śe  jest  diabeł  –  lewa  ręka  Boga,  ale  istnieje  takŜe  inny,  będący  wytworem  zbiorowej 

podświadomości,  która  go  ucieleśnia.  Czym  jest  na  przykład  słowo?  Uosobieniem  myśli.  Tak 

samo jak uosabiasz miłość, wymawiając słowo „kocham”, moŜesz uosobić diabła, wzywając jego 

imię.  Ale  w chwili,  gdy  w swoim  Ŝyciu  zapalisz  światło,  zniszczysz  go,  bo  on  ma  tylko  tyle 

władzy, ile sam mu dasz. 

– Ty przecieŜ na własne oczy widziałeś uosobienie diabła. 

– Bo przedtem sam mu dałem władzę nad sobą. Ale dziś nie ma juŜ władzy nade mną, bo mu 

jej odmówiłem. A teraz, Juan, porozmawiajmy o czymś innym... 

 

Narkotyki 

 

Niektórzy  przyjaciele  Coelho  próbowali  ukryć  jeden  z najboleśniejszych  rozdziałów  Ŝycia 

pisarza:  koszmar  narkotyków.  Albo  starali  się  to  bagatelizować,  jakby  narkotyki  były  w jego 

Ŝ

yciu nic nieznaczącym epizodem. On sam się z tym nie zgadza. Nie ma zamiaru wymazywać ze 

swojej  historii  tej  ciemnej  strony,  która  niemal  doprowadziła  go  do  śmierci,  jak  sam  tu 

z niesamowitą szczerością opowiada.  Wyszedł z tego  doświadczenia tak bardzo wyczerpany, Ŝe 

background image

jeszcze  dziś  ma  bardzo  konserwatywne  poglądy  w kwestii  narkotyków  i sprzeciwia  się  nawet 

zniesieniu kar za ich posiadanie. 

Juan Arias 

– Co sprawiło, Ŝe definitywnie skończyłeś z narkotykami? 

Paulo Coelho 

–  Narkotyków  nie  odstawia  się  z dnia  na  dzień.  W moim  przypadku  wychodziłem  z tego 

etapami. Najtrudniejszy  okres, kiedy brałem przeróŜne narkotyki i środki halucynogenne, nawet 

te najsilniejsze i najgroźniejsze, to lata siedemdziesiąte. A rzuciłem je z wielu róŜnych powodów. 

– Dlaczego jesteś tak bardzo przeciwny obecnej antynarkotykowej polityce informacyjnej? 

–  Bo  na  tym  polu  opowiada  się  straszne  bzdury,  zarówno  jeŜeli  chodzi  o narkotyki,  jak  i o 

papierosy. Najgorsza  rzecz, jaką moŜna  zrobić, to je demonizować, przedstawiać je jako środki 

straszne,  nieprzyjemne  i bezsensowne.  To  moŜe  doprowadzić  tylko  do  tego,  Ŝe  całe  pokolenie 

młodych ludzi rzuci się na narkotyki. 

– Dlaczego? 

–  Bo  wystarczy  powiedzieć  młodzieŜy,  Ŝe  narkotyki  są  złe,  aby  zaczęły  ich  fascynować. 

Osobiście  głęboko  wierzę  w siłę  buntu,  bez  niego  nie  wyobraŜam  sobie  Ŝycia.  A młodzieŜ 

buntuje się dla zasady, niemal fizjologicznie. 

– Dlaczego ty zacząłeś brać narkotyki? 

–  To  był  właśnie  bunt,  bo  były  zakazane,  a wszystko  co  zakazane  mnie  fascynowało. 

Narkotyki  były  dla  mnie  i dla  pokolenia  68  formą  protestu  przeciwko  rodzicom,  jednym  ze 

sposobów  kontestacji.  Zawsze  popadałem  w skrajności,  nie  cierpiałem  półśrodków  i,  dzięki 

Bogu, nie zmieniłem się. Podpisuję się pod zdaniem z Biblii, które mówi: „Obyś był zimny lub 

gorący!  A tak,  skoro  jesteś  letni,  chcę  cię  wyrzucić  z mych  ust”.  Po  stokroć  wolę  być 

wojownikiem  światła,  walczyć,  dlatego  trudno  mi  przyjąć  harmonię  wszechświata.  Najlepiej 

symbolizuje  to  słońce,  które  jest  Ŝyciem  i światłem,  a wcale  nie  jest  harmonijne.  Jest  wielką 

atomową eksplozją, która cię zabije, jeśli się do niej zanadto zbliŜysz. 

–  A więc  twoje  wejście  w narkotyki  było  przejawem  buntu  przeciwko  zakazom 

i konwencjom krępującym ówczesne społeczeństwo. A dlaczego je rzuciłeś? 

– Ze strachu. Zaszedłem juŜ daleko: kokaina, halucynogeny, LSD, pejotl, meskalina i jeszcze 

inne specyfiki. Odstawiłem najmocniejsze, zostałem przy kokainie i marihuanie. Jednak dziś dla 

mnie  kokaina  jest  istnym  szatanem,  diabelską  energią,  która  daje  ci  złudne  poczucie 

wszechmocy, a tak naprawdę niszczy cię, odbierając ci zdolność do podejmowania decyzji. 

– Wtedy nie zdawałeś sobie z tego sprawy? 

–  Nie,  ciągle  byłem  na  kokainie  i nic  się  nie  działo  o dziwo,  nie  działała  na  mnie  jakoś 

specjalnie. To było fantastyczne, miałem wraŜenie ogromnej władzy i dobre samopoczucie. 

– Jednak w końcu doprowadziła cię do silnej paranoi. 

background image

–  Rzeczywiście,  kiedy  wyszedłem  trzeci  raz  z więzienia,  moja  paranoja  nasiliła  się  do  tego 

stopnia,  Ŝe  Ŝycie  tutaj,  w Rio  de  Janeiro,  stało  się  dla  mnie  nie  do  zniesienia.  Na  ulicy  miałem 

wraŜenie,  Ŝe  jestem  śledzony,  zdawało  mi  się,  Ŝe  mój  telefon  jest  na  podsłuchu.  Pamiętam,  jak 

podczas Mundialu w 1974 roku, gdy Brazylia grała z Jugosławią, pomyślałem, Ŝe wreszcie mogę 

spokojnie wyjść, ulice będą puste, bo wszyscy oglądają mecz, nawet wojskowi, i nikt nie będzie 

mnie śledził.  Byłem  zdesperowany i powiedziałem sobie: „Albo wyjdę dziś, albo nie wyjdę juŜ 

nigdy”. 

– I wyszedłeś? 

– Tak, i pamiętam, Ŝe ulice były całkowicie wyludnione. Rozglądałem się wokół i mówiłem 

do  siebie:  „Jeśli  ktoś  mnie  teraz  śledzi,  od  razu  go  zauwaŜę”.  Lecz  przyszło  takie  stadium 

paranoi,  Ŝe  to  stało  się  nie  do  zniesienia.  Postanowiłem  wyjechać  do  Stanów  Zjednoczonych, 

choć nie było to fair wobec moich bliskich. Tylko Raul pojechał ze mną do Nowego Jorku. 

– Ale w Nowym Jorku takŜe brałeś narkotyki. 

–  Tak.  Kokaina  była  modna,  choć  ja  ciągle  byłem  na  nią  wyjątkowo  odporny,  jeśli 

oczywiście  nie  liczyć  paranoi  oraz  poczucia  nieograniczonej  władzy.  Ale  w Nowym  Jorku 

przeholowałem.  Do  dziś  to  świetnie  pamiętam.  Był  to  dzień  dymisji  Nixona,  ósmy  sierpnia. 

Miałem  tam  dziewczynę.  Mieszkaliśmy  w hotelu  Village.  Nafaszerowaliśmy  się  oboje  kokainą. 

I wtedy  po  raz  pierwszy,  a brałem  juŜ  od  roku,  poczułem  jej  destrukcyjną  moc.  Miałem 

niesamowity  odlot.  Później  obejrzeliśmy  ustąpienie  Nixona  i poszliśmy  się  przejść  po  Time 

Square,  a stamtąd  do  dyskoteki.  Kiedy  wróciliśmy,  o dziwo  nie  kochaliśmy  się.  Pamiętam,  Ŝe 

moja dziewczyna  spała  naga.  Doczekałem do dziewiątej rano,  nie  mogąc zmruŜyć oka.  I wtedy 

coś mnie tknęło. Powiedziałem sobie: „Jak tak dalej pójdzie, kokaina mnie zniszczy”. Wyjrzałem 

przez okno, ulica była pusta. To nie było nic  konkretnego, tylko silne przeczucie,  Ŝe idą prostą 

drogą  do  śmierci.  Do  tamtej  chwili  byłem  spokojny  i nawet  jeśli  widziałem,  jak  narkotyki 

niszczyły wielu moich przyjaciół, niewiele sobie z tego robiłem. Ale tamtego dnia zrozumiałem, 

Ŝ

e jeśli nie rzucę tego w diabły, skończę jak oni. 

– I rzuciłeś? 

– Tak, złoŜyłem przysięgę, co zdarza mi się rzadko: „JuŜ nigdy więcej nie wezmę kokainy”. 

A z narkotykami naprawdę bardzo trudno powiedzieć: „Nigdy więcej”. Przysiągłem przed moją 

nagą dziewczyną. 

– I dotrzymałeś słowa? 

– Do dzisiaj tak. Choć zdarzało mi się jeszcze później palić marihuanę. Ale kokainę rzuciłem 

na zawsze. Nie przysięgałem, Ŝe rzucę papierosy, i ciągle palę, choć wiem, Ŝe mi to szkodzi. Ale 

narkotyki  to  zamknięty  rozdział.  Dlatego  ósmy  sierpnia  1974  roku,  dzień,  w którym  ustąpił 

Nixon, był bardzo waŜny dla mojego przyszłego Ŝycia. 

– Ale później skończyłeś takŜe z marihuaną. 

background image

– Tak, kiedy byłem z Cristiną w Amsterdamie. Zdałem sobie sprawę, Ŝe po marihuanie mam 

zawsze  te  same  objawy,  w gruncie  rzeczy  nic  wielkiego,  Ŝe  lepiej  z tym  skończyć.  Od  tamtej 

chwili, a był rok 1982, nie spróbowałem juŜ Ŝadnej niedozwolonej uŜywki. 

– Jak sądzisz, dlaczego dziś młodzieŜ tak szaleje za narkotykami? 

–  Z tego  samego  powodu  co  nasze  pokolenie,  choć  jest  moŜe  i inny  powód:  bo  dorośli 

przedstawiają je jako coś strasznego. Później młodzi palą jointa i zdają sobie sprawę, Ŝe to wcale 

nie takie straszne, Ŝe seks jest po tym przyjemniejszy. 

– Co naleŜałoby w takim razie mówić? 

–  śe  narkotyki  są  niebezpieczne,  właśnie  dlatego  Ŝe  czujesz  się  po  nich  tak  fantastycznie, 

wcale  nie  zauwaŜasz,  jak  powoli  zŜerają  cię  od  środka,  niszczą  twoją  wolę,  robią  z ciebie 

automat  niezdolny  do  podjęcia  Ŝadnej  decyzji,  stajesz  się  niewolnikiem.  Dlatego  mówię,  Ŝe  są 

diaboliczne,  bo  są  straszną  pułapką,  wielkim  oszustwem.  Kiedy  Ŝyłem  z tą  kobietą,  którą 

porwano i torturowano razem ze mną w jakimś wojskowym więzieniu, przez dwadzieścia cztery 

godziny  na  dobę  faszerowaliśmy  się  czym  popadło.  Byliśmy  po  prostu  wykolejeni.  Jak  gdyby 

nigdy  nic  przewoziliśmy  do  Stanów  Zjednoczonych  narkotyki  w walizce.  Było  nam  wszystko 

jedno,  czy  wsadzą  nas  do  paki,  czy  nie,  nie  zastanawialiśmy  się  nad  tym.  Nie  wiem,  jak  bym 

skończył,  gdybym  dalej  szedł  tamtą  drogą.  Prawdopodobnie  tak  jak  niejeden  z moich 

nieszczęsnych przyjaciół... Powtarzam, Ŝe kokaina to narkotyk diabła, bardzo niebezpieczny. Ale 

większość ludzi przemawiających do młodzieŜy nie ma pojęcia, o czym mówi, bo sami nigdy ich 

nie spróbowali. Dlatego ich propaganda jest nieodpowiedzialna i zakłamana. 

Włącza  się  Cristina.  Opowiada,  Ŝe  widziała  ostatnio  plakat  kampanii  antynarkotykowej,  na 

którym  ogromy  jaszczur  wkłada  sobie  do  nosa  człowieka  i je  jego  mózg.  A na  innym  plakacie 

w Anglii były rady dla tych,  którzy nie potrafią rzucić – co zrobić, Ŝeby narkotyki jak najmniej 

szkodziły. 

–  Muszę  to  opowiedzieć  mojemu  znajomemu,  który  pracuje  w reklamie.  Nie  moŜna 

oszukiwać  młodych  ludzi.  Sądzę,  Ŝe  dzisiejsze  kampanie  informacyjne  raczej  zachęcają  do 

narkotyków i napędzają nowych klientów. 

– A co mówisz o narkotykach publicznie? 

–  Zawsze  mówią,  Ŝe  jestem  przeciw,  bo  na  własnej  skórze  doświadczyłem,  jak  bardzo  są 

groźne.  I jestem  w tym  względzie  konserwatystą:  nie  zgadzam  się  na  zniesienie  kary  za 

posiadanie narkotyków, choć moŜe się to wydać sprzeczne, bo mówiłem wcześniej, Ŝe narkotyki 

najbardziej kuszą dlatego, Ŝe są zakazane. Mimo wszystko, po moich cięŜkich doświadczeniach, 

wolę, aby były zakazane. 

 

Nowa droga 

 

background image

W wieku trzydziestu czterech lat, porzuciwszy szaleństwa młodości, Paulo Coelho wyruszył 

w podróŜ  ze  swoją  Ŝoną  Cristiną,  szukając  nowej  drogi  duchowej.  Podczas  tej  podróŜy, 

w najbardziej  nieprawdopodobnym  miejscu,  na  terenie  hitlerowskiego  obozu  koncentracyjnego 

w Dachau,  doznał  bardzo  silnego  przeŜycia  duchowego,  które  na  nowo  pogodziło  go 

z katolicyzmem. Musiało być ono bardzo silne, skoro opowiadając mi o tym prawie dwadzieścia 

lat później, Coelho wybuchnął płaczem. 

Juan Arias 

–  Miałeś  trzydzieści  cztery  lata,  kiedy  postanowiłeś  wreszcie  zostać  osobą  powaŜną 

i zrównowaŜoną. 

Paulo Coelho 

–  Przeszedłem  juŜ  zbyt  duŜo  i popełniłem  zbyt  wiele  szaleństw.  Moja  Ŝona  bez  imienia 

odeszła  ode  mnie.  Miałem  za  sobą  juŜ  trzecie  małŜeństwo,  z Cecilią.  W 1981  oŜeniłem  się 

z Cristiną.  Straciłem  pracę  w Polygramie,  ale  nie  musiałem  się  martwić  o pieniądze,  bo  byłem 

właścicielem  pięciu  mieszkań,  a na  koncie  miałem  wtedy  siedemnaście  tysięcy  dolarów. 

Zacząłem  znowu  tęsknić  za  czymś  nieokreślonym,  co  zniknęło  z mojego  Ŝycia,  które  przestało 

być moim Ŝyciem. 

– I znów udałeś się w podróŜ. 

–  Właśnie.  Powiedziałem  do  Cristiny:  „Mam  trzydzieści  cztery  lata  i niedługo  będę  stary, 

zacznijmy Ŝyć, pojedźmy w świat szukać sensu Ŝycia, wróćmy do miejsc naszej młodości”. Tak 

wyruszyliśmy  w wielką  podróŜ.  Przejechaliśmy  całą  Europę  wzdłuŜ  i wszerz.  Odwiedziliśmy 

między  innymi  kraje  komunistyczne,  gdyŜ  w głębi  duszy  wciąŜ  byłem  socjalistą  i chciałem 

poznać  tę  rzeczywistość  z bliska.  W Jugosławii  kupiliśmy  samochód  w ambasadzie  Indii 

i wyruszyliśmy  do  Niemiec,  gdzie  mieszkała  wtedy  siostra  Cristiny.  Za  mercedesa,  którego 

normalnie  nie  moŜna  tam  było  kupić,  zapłaciliśmy  tysiąc  dolarów  –  był  w świetnym  stanie, 

bardzo  piękny,  z dyplomatyczną  rejestracją.  To  była  fantastyczna  podróŜ,  pełna  przygód. 

Dojechaliśmy  do  Bonn,  gdzie  mieszkała  moja  szwagierka,  która  właśnie  urodziła  córeczkę. 

Potem  zatrzymaliśmy  się  w Monachium,  bo  zawsze  ciekawiła  mnie  historia  drugiej  wojny 

ś

wiatowej.  Nigdy  nie  widziałem  obozu  koncentracyjnego,  a bardzo  mnie  to  interesowało. 

Postanowiliśmy udać się do Dachau. Pamiętam, była niedziela i nie wiem dlaczego, poszliśmy do 

kościoła  na  mszę.  Później  dopiero  pojechaliśmy  do  obozu.  Zaparkowałem.  Było  kompletnie 

pusto, luty, zero stopni, mroźny wiatr wiał nam prosto w twarz. Weszliśmy. W muzeum nie było 

Ŝ

ywej duszy, zaczęliśmy zwiedzać i w pewnej chwili poczułem jakieś wielkie wzruszenie. 

–  Rzeczywiście,  kiedy  pierwszy  raz  zwiedza  się  obóz  koncentracyjny,  człowiek  czuje,  Ŝe 

krew  zamarza  mu  w Ŝyłach.  Nigdy  nie  zapomnę  wraŜenia  w celi  śmierci  w obozie  Auschwitz 

w Polsce. 

– Ja to widziałem na filmach, ale one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, przejmującą 

background image

i straszną. W jednym z baraków spotkaliśmy rodzinę, która straciła w obozie krewnego, i to mnie 

szczególnie  poruszyło,  bo  o ile  obóz  był  przeszłością,  ta  scena  działa  się  na  moich  oczach. 

Zwiedziliśmy  potem  dom  straŜników  obozu  i jeden  mały  barak.  Wszystko  to  było 

przygnębiające. A gdy wyszliśmy, ogromny kontrast: po lewej stronie od bramy bujna roślinność, 

rzeka, po prawej dawne piece krematoryjne. 

– Ja nie miałem odwagi wejść do krematorium. Dla mnie są to miejsca przeklęte, dowód na 

upadek ludzkości. 

–  Potworność!  –  wyrwał  mi  się  okrzyk  i moja  wyobraźnia  zaczęła  pracować.  Zamknąłem 

siew  toalecie,  Ŝeby  zastanowić  się,  co  się  ze  mną  dzieje.  Wpadające  tam  poranne  światło  było 

jakieś inne, piękne, całkowite przeciwieństwo wszystkiego wokół. 

– Takie kontrasty w obozach koncentracyjnych wywołują dreszcze. Nie mogę zapomnieć, jak 

w Auschwitz,  przy  jednej  z zardzewiałych  rur,  którą  w tamtych  straszliwych  czasach  musiała 

lecieć woda, wyrósł maleńki polny kwiat, być moŜe dzięki jednej kropli wody, która tam spadła. 

–  Kiedy  wyszedłem  z toalety,  dochodziło  południe.  Poszliśmy  z Ŝoną  w stronę  samochodu, 

który  zaparkowałem  w pobliŜu  budki  stróŜa.  Na  skraju  Dachau  są  trzy  kaplice:  katolicka, 

Ŝ

ydowska  i chyba  protestancka.  Weszliśmy  do  kaplicy  katolickiej,  zapaliliśmy  świeczkę 

i ruszyliśmy  w drogę  powrotną.  Samochód  stał  daleko,  było  przenikliwie  zimno.  Kiedy  tak 

szliśmy, rozległy się dzwony na Anioł Pański. 

– Te same dzwony wzywały więźniów na apel... 

–  I wtedy  odleciałem  wyobraźnią  bardzo  daleko.  Jako  pisarz  przywykłem  tworzyć  nastroje, 

widziałem baraki przepełnione więźniami,  kaŜdą komórką ciała czułem to upodlenie człowieka. 

Szedłem, zmagając się z tą straszną wizją. W pewnej chwili zatrzymałem się i zobaczyłem napis 

na dachu straŜnicy: „Nigdy więcej...”. Ta myśl, Ŝe to juŜ nigdy się nie powtórzy, uspokoiła mnie 

na chwilę, bo to niemoŜliwe, aby człowiek mógł jeszcze raz dopuścić się takiego barbarzyństwa. 

– Niestety nie miałeś racji. 

– I raptem właśnie to do mnie dotarło, Ŝe wcale nie jest pewne, Ŝe to się nigdy nie powtórzy, 

bo juŜ się powtórzyło i będzie się jeszcze powtarzać. PrzecieŜ ja sam doświadczyłem na własnej 

skórze okrutnych tortur zadanych mi przez inną istotę ludzką, mojego bliźniego, byłem poniŜony 

i bezbronny.  Myślałem  o brudnych  wojnach,  o ludziach  ginących  wtedy  w Salwadorze. 

Myślałem  o matkach  na  placu  Majowym  w Argentynie,  o wojskowych,  którzy  zrzucali 

niewinnych ludzi z samolotów, o bestialstwach i torturach w więzieniach dyktatorów. 

– I zdałeś sobie sprawę, Ŝe człowiek ciągle jest tak samo szalony i podły. 

–  Poczułem  rozpacz,  bezsilność  oraz  całkowitą,  beznadziejną  daremność.  Pomyślałem:  ta 

cholerna  ludzkość  nigdy  się  niczego  nie  nauczy;  jesteśmy  skazani  na  powtarzanie  tych  samych 

błędów.  To,  co  się  wydarzyło  w Niemczech  w latach  czterdziestych,  dzieje  się  teraz  na  moim 

kontynencie.  Ale  zarazem  wydawało  mi  się  niemoŜliwe,  aby  człowiek  nie  wyciągnął  Ŝadnej 

background image

lekcji  z przeszłości.  I zacząłem  powtarzać  sobie  to,  co  napisał  kiedyś  inny  pisarz:  „śaden 

człowiek  nie  jest  samoistną  wyspą”.  Gdzie  ja  to  czytałem?  W jakiej  ksiąŜce?...  I powolutku 

przypomniałem  sobie  cały  akapit:  „JeŜeli  morze  zmyje  choćby  grudkę  ziemi,  Europa  będzie 

pomniejszona...  Śmierć  kaŜdego  człowieka  umniejsza  mnie”.  Kto  to  napisał?  –  zastanawiałem 

się. Tkwiło  mi w pamięci jeszcze ostatnie zdanie: „Nie pytaj,  komu bije dzwon:  bije on tobie”. 

Kiedy przyszedłem do siebie, stałem pośrodku obozu koncentracyjnego, dzwony dzwoniły wokół 

mnie  i byłem  wstrząśnięty,  bo  raptem  zrozumiałem,  jak  w chwili  olśnienia,  Ŝe  te  wszystkie 

dzwony biją dla mnie. 

Tu trzeba było przerwać nagranie, bo Paulo Coelho wybuchnął płaczem. Po kilku sekundach, 

jakby bagatelizując swoje wzruszenie, powiedział: „Przepraszam. Chyba za duŜo wypiłem”. 

I to nie był jakiś akt symboliczny, bo w chwili, kiedy odkryłem, Ŝe te dzwony biją dla mnie, 

i zrozumiałem, Ŝe ja teŜ muszę zrobić coś, aby zatrzymać tę ohydę, tę straszną prawidłowość, Ŝe 

ludzkość  nie  wyciąga  wniosków  ze  swoich  szaleństw,  usłyszałem  głos  i zobaczyłem  postać. 

Pojawiła  się  i znikła.  Nie  miałem  czasu  z nią  porozmawiać,  ale  jej  obraz  został  mi  pod 

powiekami. 

– I co zrobiłeś? 

–  Wróciłem  do  samochodu,  opowiedziałem  tę  historię  Cristinie,  popłakałem  się, 

a następnego  dnia  o wszystkim  zapomniałem.  Znowu  nie  wiedziałem,  komu  bije  dzwon. 

Uznałem, Ŝe to było jeszcze jedno doświadczenie mojego Ŝycia. Upłynęły kolejne dwa miesiące, 

dalej podróŜowaliśmy. AŜ pewnego dnia w Amsterdamie postanowiliśmy spędzić noc w hotelu, 

który  teraz  juŜ  nie  istnieje,  bo  był  nielegalny,  ale  za  to  bardzo  tani  i po  prostu  fantastyczny. 

Właśnie  tam  podjąłem  decyzję,  Ŝe  przestaję  palić  marihuanę,  a Cristina  właśnie  tam  po  raz 

pierwszy  i ostatni  wzięła  LSD.  Na  parterze  hotelu  był  bar.  Piliśmy  z Cristiną  kawę,  kiedy  ktoś 

wszedł  i teŜ  zamówił  kawę.  Pomyślałem:  „Ja  go  skądś  znam,  tylko  skąd?”.  Po  chwili 

przypomniałem sobie, Ŝe widziałem tę osobę w obozie koncentracyjnym. Przestraszyłem się, Ŝe 

moŜe mnie śledzić w związku z wydarzeniami z 1974 roku, kiedy zajmowałem się czarną magią. 

Jednocześnie byłem ciekaw i pomyślałem sobie, Ŝe jeśli go nie zaczepię, odejdzie i juŜ nigdy go 

nie spotkam. 

– I podszedłeś do niego? 

–  Tak,  wstałem  i powiedziałem:  „Spotkaliśmy  się  dwa  miesiące  temu”.  Spojrzał  na  mnie 

i odpowiedział  po  angielsku:  „Pan  chyba  oszalał?”.  „Nie,  nie  oszalałem,  widziałem  pana  przed 

dwoma  miesiącami”.  Byłem  poruszony,  bo  stanęła  mi  przed  oczami  cała  sytuacja  z obozu 

koncentracyjnego.  A zarazem  bałem  się,  bo  słyszałem,  Ŝe  sekty  czasem  prześladują  swoich 

byłych członków, choć nigdy w to tak naprawdę nie wierzyłem.  Wtedy on powiedział do mnie: 

„Usiądź!”,  i zaczął  mi  zadawać  pytania.  W czasie,  gdy  mnie  przepytywał,  coraz  bardziej 

utwierdzałem się w przekonaniu, Ŝe to on mi się ukazał w obozie. 

background image

– I co ci powiedział? 

–  Powiedział:  „MoŜe  mnie  widziałeś,  istnieje  przecieŜ  coś  takiego  jak  widmo  astralne,  bo 

raczej nie mogłeś mnie spotkać przedtem. Zdarza się tak po zaŜyciu środków halucynogennych”. 

Poprosiłem, by nie odchodził, bo czułem podskórnie, Ŝe to opatrznościowa postać w moim Ŝyciu. 

On mówił dalej o widmie astralnym i w końcu rzekł: „Widzę, Ŝe masz jakieś problemy. Pracuję 

w międzynarodowej  firmie,  mam  na  imię  Jean,  chyba  mogą  ci  jakoś  pomóc,  ale  musisz  mi 

szczerze  powiedzieć,  czy  tego  chcesz”.  Odpowiedziałem,  Ŝe  muszę  się  zastanowić.  „Zawsze 

przychodzę  tu  na  kawę  o tej  porze,  jutro  mi  odpowiesz,  masz  dwadzieścia  cztery  godziny,  nie 

więcej.  Jeśli  nie  przyjdziesz,  uznam,  Ŝe  nie  chcesz  mojej  pomocy”.  Nie  wiedziałem,  czy  ten 

człowiek  chce  mojego  dobra,  czy  mojej  zguby.  Rozmawiałem  z Cristiną,  nie  spałem  całą  noc. 

Czułem się całkowicie zdezorientowany. 

– Co w końcu postanowiłeś? 

– Zgodziłem się. I wtedy rozpoczął się nowy rozdział mojego Ŝycia i mój powrót do Kościoła 

katolickiego.  Człowiek  ten  naleŜał  do  katolickiego  zakonu  RAM  (od  łacińskich  słów  Rigor, 

Amor,  Misericordia  –  Surowość,  Miłość,  Miłosierdzie).  To  on  opowiedział  mi  o całej  historii 

zakonu, o jego symbolice zakorzenionej w Kościele. Spędził wiele czasu w Watykanie. Od tego 

czasu  zacząłem  się  interesować  tą  starą  katolicką  tradycją,  tradycją  węŜa.  AŜ  pewnego  dnia 

pojechaliśmy razem do Norwegii i dał mi tam ten pierścień, który noszę, z dwugłowym węŜem. 

Zacząłem  uczyć  się  języka  symboli,  nie  jakiegoś  chrześcijańskiego  ezoteryzmu,  lecz 

chrześcijańskiej symboliki. 

– Czy Kościół akceptuje te nauki? 

– To bardzo stara tradycja. 

– Wstąpienie do zakonu RAM pogodziło cię z katolicyzmem. To zakon mało znany. Czy ma 

wielu członków? 

– Adepci tego zakonu mało o nim mówią. Jest to zakon  załoŜony ponad  pięć  wieków temu 

w łonie Kościoła katolickiego. Uczy języka symboli, przekazywanego głównie ustnie, ale to nic 

tajnego. RAM jest raczej praktyką sacrum, a nie jego teorią. Dlatego jest nas niewielu. W grupie 

jest zawsze czterech uczniów. 

 

Pisanie 

 

Wielu krytyków uparcie odmawia twórczości Paula Coelho wymiaru literackiego, ustawiając 

jego  ksiąŜki  na  półce  z poradnikami  psychologicznymi  lub  z ezoteryką.  Coelho  zaś  uwaŜa,  Ŝe 

musi  pisać  prostym  językiem,  aby  docierać  do  wszystkich  czytelników.  UwaŜa  się  za  bajarza, 

a swoje  ksiąŜki  chciałby  widzieć  w księgarni  w dziale  literatury  lub  filozofii.  Tym,  którzy 

przyłapują  go  na  błędach  gramatycznych,  odpowiada  z ironią,  Ŝe  niektórzy  znawcy  literatury 

background image

znajdowali je nawet w Don Kichocie Cervantesa. Nikt nie zaprzeczy, Ŝe jest jednym z dziesięciu 

najlepiej  sprzedających  się  pisarzy  świata.  Jego  ksiąŜki  rozeszły  się  w ponad  trzydziestu 

milionach  egzemplarzy,  choć  jego  dorobek  literacki  obejmuje  zaledwie  kilkanaście  tytułów. 

W ciągu paru lat Coelho sprzedał więcej ksiąŜek niŜ Jorge Amado przez całe swoje długie Ŝycie. 

W tym rozdziale opowiada o swoim procesie twórczym –  Ŝeby pisać,  musi najpierw kochać się 

z Ŝyciem. 

Juan Arias 

– Dlaczego czujesz potrzebę pisania? 

Paulo Coelho 

–  Jedyny  sposób  dzielenia  się  miłością  to  praca,  a moją  pracą  jest  pisanie,  tak  jak  pracą 

taksówkarza jest prowadzenie samochodu. 

– Czy ktoś ci narzucił pisanie, czy to był twój wybór? 

–  Całe  Ŝycie  marzyłem  o pisaniu.  Zawsze  do  tego  dąŜyłem,  czasem  wbrew  rozsądkowi, 

nieraz błądząc, ale się nie zniechęciłem. To był mój świadomy wybór. 

–  Powiedziałeś  kiedyś,  Ŝe  do  pisania  potrzebujesz  połączenia  ze  źródłem  energii.  Co  to 

znaczy? 

– Lubię sięgać po pojęcia rodem z alchemii, będącej duszą świata, albo do podświadomości 

zbiorowej Junga. Łączę się z przestrzenią, w której zawiera się wszystko. 

– Pisze o tym Borges. 

–  U Borgesa  to  się  nazywa  Alef,  punkt  gdzie  zbiegają  się  wszystkie  rzeczy  świata.  Alef 

pochodzi z kabały, to pierwsza litera hebrajskiego alfabetu. Jest punktem skupiającym wszystko 

w tym  samym  czasie.  W opowiadaniu  Borgesa,  zatytułowanym  właśnie  Alef,  pewien  człowiek 

idzie  ulicą,  potyka  się  i upada.  Bezwiednie  trafia  właśnie  w taki  punkt  przestrzeni,  gdzie  widać 

wszystko naraz: wszystkich ludzi, lasy, rzeki, wszystkie wszechświaty. 

– Czy tego właśnie doświadczasz, gdy piszesz? 

–  Jest  taki  moment  w trakcie  pisania,  kiedy  czujesz  zmęczenie,  ale  mimo  to  piszesz  dalej 

z powodu dyscypliny, jaką sobie narzuciłeś. W pewnej chwili, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo 

jak,  łączysz  się  z czymś,  co  sprawia  ci  przyjemność,  jakby  ze  źródłem  energii  i wtedy  czas 

zaczyna płynąć bardzo szybko. Sądzę,  Ŝe  w takim właśnie  momencie  twórczym  człowiek łączy 

się  z bliźnimi.  śycie  ma  dla  mnie  waŜny  wymiar  symboliczny,  bo  jesteśmy  nie  tylko  istotami 

ludzkimi, lecz równieŜ swoistymi symbolami. 

– Bardzo lubisz symbol wody. 

–  MoŜe  dlatego  Ŝe  zawsze  mam  ją  tutaj  przed  oczami,  kiedy  pracuję  i odpoczywam: 

wspaniały Ocean Atlantycki i dostojną plaŜę Copacabana. Woda jest wyjątkowo symboliczna, to 

bowiem  podstawa  Ŝycia  i tworzenia.  W morzu  dochodzi  teŜ  do  konfliktu,  wtedy  powstaje  fala, 

a to  sprawia,  Ŝe  moŜemy  odróŜnić  morze  od  lądu.  I w  tej  strefie,  czasem  spokojnej,  czasem 

background image

wzburzonej, czasem zgubnej, zawiera się akt twórczy. 

Szanuję tajemnicę. Wiem, Ŝe zdarzają się rzeczy, których nie rozumiemy, i trzeba uszanować 

tę tajemną sferę. 

–  Podobno  czasami  zaczynasz  pisać  coś,  czego  później  Ŝałujesz  i porzucasz  tekst  albo  go 

niszczysz. 

– To prawda. Kiedy zaczynam pisać, nie wiem, czy robię dobrze. Piszę przede wszystkim dla 

siebie,  bo  jestem  swoim  pierwszym  czytelnikiem.  Kiedyś  dawałem  moje  ksiąŜki  do  czytania 

innym przed publikacją. Teraz nie. Radzę sobie sam. I kiedy zdaję sobie sprawę, Ŝe to, co piszę, 

nie działa, porzucam to.  Tak wydarzyło się ostatnio z ksiąŜką o Cyganach.  W pewnej chwili po 

prostu przestałem ją pisać. 

– Po czym poznajesz, Ŝe tekst nie działa? 

– Stwierdzam, Ŝe nie jest szczery, Ŝe nie płynie. To się czuje. 

– Jak wybierasz tematy do swoich ksiąŜek? 

–  Jestem  pisarzem  zaangaŜowanym  politycznie,  ale  moje  poszukiwania  są  głównie  natury 

duchowej.  Dlatego  właśnie  najwięcej  o tym  piszę.  Był  taki  czas,  kiedy  uwaŜałem,  Ŝe  potrafię 

odpowiedzieć  na  kaŜde  pytanie,  ale  teraz  zdaję  sobie  sprawę,  Ŝe  to  niemoŜliwe,  a nawet 

ś

mieszne.  Mógłbym  wszystko  wytłumaczyć,  powołując  się  na  mistrzów  czy  guru,  ale  to  nie 

wychodziłoby  ode  mnie.  A przecieŜ  ciągle  jesteśmy  sami  dla  siebie  tajemnicą  i jednego  jestem 

pewien:  musimy  dawać  to,  co  w nas  najlepsze.  Tylko  to  moŜe  nam  dać  prawdziwe  spełnienie. 

JeŜeli w Ŝyciu nie  kierujesz się  szczerością, oszukujesz samego siebie i oszukujesz innych, lecz 

to jak kaŜde kłamstwo ma krótkie nogi, bo imperium zła teŜ się rządzi swoją logiką. 

– Co sprawia, Ŝe piszesz nową ksiąŜkę? 

–  Dam  ci  obrazowy  przykład.  Właśnie  wróciłem  z Japonii,  gdzie  przez  wiele  dni 

podpisywałem  ksiąŜki.  Widziałem tam bardzo pomysłowe urządzenie do płoszenia jeleni,  które 

skojarzyło mi się z moim procesem twórczym. Urządzenie to składa się z wydrąŜonego w środku 

bambusa, który napełnia się wodą. Kiedy bambus jest juŜ pełen, woda wylewa się i spada na coś, 

co  powoduje  straszliwy  łoskot,  a to  z kolei  płoszy  jelenie.  To  urządzenie  stało  się  dla  mnie 

symboliczne,  bo  my  tak  samo  napełniamy  się  i w  pewnej  chwili  musimy  się  tym  podzielić. 

MoŜemy to nazwać miłością albo potrzebą uczestnictwa w Ŝyciu, ale tak naprawdę, gdy robimy 

coś z entuzjazmem, czujemy potrzebę podzielenia się tym z drugim człowiekiem. 

– A jak ty się „napełniasz”? 

–  To  się  dzieje  poza  moją  świadomością,  jakbym  po  akcie  miłosnym  z Ŝyciem  zaszedł 

w ciąŜę  i nigdy  nie  wiem,  kto  był  ojcem.  Przez  dwa  lata  –  tyle  mniej  więcej  czasu  zazwyczaj 

upływa  między  powstaniem  jednej  a drugiej  ksiąŜki  –  nie  robię  nic,  nic  nie  notuję,  ale  jestem 

całkowicie  otwarty  na  Ŝycie.  I w  pewnej  chwili  coś  wchodzi  we  mnie  i mnie  zapładnia.  Wtedy 

przychodzi potrzeba pisania. 

background image

– A jak się orientujesz, Ŝe jesteś bliski „poczęcia”? 

–  Zaczynam  czuć...  moŜe  nie  złość,  raczej  pewne  rozdraŜnienie.  Wtedy  mówię  do  siebie: 

czuję się pełny, brzemienny, gotowy do „wydania na świat”. 

–  Czyli  musisz  być  otwarty,  aby  przyjąć,  a później  spalić  kokon,  by  odsłonić,  co  nosisz 

w sobie? 

–  To  jest  właśnie  klasyczna  formuła  w alchemii,  którą  moŜna  streścić  tak:  roztopić  się 

i zastygnąć.  Rozproszyć  i skupić.  Rozkurczyć  i skurczyć.  To  tak  jak  z mechanizmem  serca 

i tyloma innymi w przyrodzie. 

– Czy w trakcie pisania waŜna jest dla ciebie dyscyplina, czy wolisz anarchię? 

–  Anarchię  lubię  kiedy  indziej,  ale  przy  pisaniu  dyscyplina  jest  podstawą.  To 

zdyscyplinowanie  jest  chyba  jedyną  pozytywną  rzeczą,  jaką  wyniosłem  z czasów  mojej 

młodości, z gimnazjum jezuitów. Zazwyczaj kiedy siadam przed komputerem, Ŝeby zacząć pisać, 

ogarnia  mnie  straszliwe  lenistwo.  Mówię  sobie:  przecieŜ  juŜ  napisałeś  dość  ksiąŜek,  jesteś 

znanym pisarzem, czego ci trzeba więcej? To są oczywiście wybiegi mojego lenistwa. Początek 

jest zawsze trudny. Później historia zaczyna płynąć. A gdzieś tak w połowie ksiąŜki opuszcza cię 

juŜ ten początkowy entuzjazm i wiesz, Ŝe jeszcze daleko do końca. Właśnie wtedy wielu pisarzy 

się poddaje. 

– Czy ty takŜe jak inni pisane masz jakieś manie w czasie pisania? 

–  O tak,  mnóstwo.  Na  przykład  kiedy  zaczynam  pisać,  nie  mogę  przerwać  nawet  na  jeden 

dzień,  bo  jeśli  przerwę,  tracę  wątek  i nie  jestem  w stanie  pisać  dalej.  W podróŜy  piszę 

w samolotach i hotelach. Dopiero w tym roku złamałem tę zasadę przy pisaniu ostatniej powieści 

Weronika postanawia umrzeć.  Musiałem przerwać pracę na kilka miesięcy. Dzięki Bogu, udało 

mi  się  do  tego  wrócić,  co  oznacza,  Ŝe  w przypadku  manii  teŜ  mogą  być  pewne  odstępstwa  od 

reguły.  Inną  moją  manią  jest  to,  Ŝe  muszę  pisać  swoje  ksiąŜki  tutaj,  w Brazylii,  obok  mojej 

Copacabany. 

–  Co  ciekawe,  prawie  wszystkie  twoje  ksiąŜki  czerpią  inspirację  z Hiszpanii,  a Ŝadna 

z Brazylii. 

–  To  jeden  z paradoksów.  W dzieciństwie  miałem  nianię,  Hiszpankę.  Stąd  chyba  bierze  się 

mój sentyment do Hiszpanii i cała moja wyobraźnia kieruje się w tamte strony. Akcja większości 

moich powieści toczy się w Hiszpanii. Ale do pisania potrzebuję pewnego dystansu i muszę być 

tutaj, choć dopadają mnie tysiące problemów. By tworzyć, potrzebuję zmęczenia codziennością. 

Inaczej mówiąc, czuję się Brazylijczykiem do szpiku  kości i dlatego do pisania trzeba  mi mojej 

Brazylii. 

– Co oznacza dla ciebie być Brazylijczykiem? 

–  To  znaczy  Ŝyć  w jedynej  na  świecie  kipiącej  mieszance  ras  i kultur,  z wpływami 

afrykańskimi,  japońskimi,  europejskimi,  indiańskimi.  Ten  koktajl  tysiąca  rzeczy  nauczył  nas, 

background image

Brazylijczyków,  tolerancji  dla  świata  ducha  ze  wszystkim,  co  magiczne  i wyraŜa  się  poprzez 

symbole, przede wszystkim w muzyce, tańcu i poezji. 

– W Europie juŜ nie ma tej tolerancji. 

–  Jest,  ale  zapomnieliście  o niej.  Cofnijmy  się  do  historii,  kiedy  nomadzi  zeszli  z gór,  aby 

zbudować  pierwsze  osady.  Kto  wybierał  na  nie  miejsce?  Czym  się  kierował?  Nie  kryteriami 

logicznymi,  lecz  magicznymi.  Tak  było  w czasach,  kiedy  Bóg  jeszcze  nie  miał  imienia  ani 

konkretnego miejsca, bo towarzyszył ludziom w ich wiecznej tułaczce. Politeizm i imiona Boga 

powstają  wraz  z pierwszymi  osadami.  Osada  rodzi  się,  kiedy  ludzie  odkrywają  rolnictwo 

i zaczynają rozumieć, Ŝe mogą się wyŜywić bez ciągłego przenoszenia się z miejsca na miejsce. 

Wtedy  teŜ  pojmują  powolny  upływ  czasu,  jaki  jest  potrzebny  od  zasiania  ziarna  do  zebrania 

plonu.  Taka  teŜ  jest  moja  mentalna  podróŜ  pisarza.  W okresie  pierwszego  osadnictwa  człowiek 

zaczyna odkrywać związek między aktem miłości i brzemiennością. Dopóki nie zrozumiano tego 

procesu,  nie  wiadomo  było,  kto  jest  ojcem.  Człowiek  stopniowo  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  do 

kiełkowania, rodzenia i wzrostu potrzeba czasu. 

– Ludzie wznoszą świątynie, a wokół nich się osiedlają. 

–  Pierwszy  mur  powstaje  nie  wokół  miasta,  lecz  wokół  świątyni.  Tak  rodzi  się  kasta 

kapłanów,  władza  świętości.  Bóg  ma  juŜ  imię  i ołtarz,  a część  ludzi  przywłaszcza  go  sobie. 

Zostało oddzielone sacrum – świątynia, gdzie skupia się władza – od profanum, którym jest świat 

poza świątynnym murem. 

– I ten podział przetrwał do naszych czasów. 

– Zmienia się wprawdzie struktura miasta, zmieniają się środki transportu, systemy społeczne 

i rządy, ale symbol tego muru, tego podziału na sacrum i profanum jest wciąŜ aktualny. Podział 

ten burzy Jezus w Ewangelii. Do pewnej Samarytanki mówi on, Ŝe nadejdzie dzień, kiedy ludzie 

będą  czcić  Boga  nie  w świątyni  tej  czy  tamtej,  tylko  „będą  oddawać  cześć  Ojcu  w Duchu 

i prawdzie”. A w przypowieści o dobrym Samarytaninie wychwala go za to, Ŝe pomaga rannemu 

na  drodze,  mimo  Ŝe  Samarytanie  byli  ateistami,  bezboŜnikami,  a krytykuje  lewitę,  człowieka 

sacrum, świątyni. 

Teraz wielu ludzi zaczyna rozumieć, Ŝe aby dostąpić misterium i zaszczepić je w nasze Ŝycie, 

trzeba zburzyć podział na sacrum i profanum. Gdy mur runie, sacrum i profanum wzajemnie się 

przenikną. I to właśnie dzieje się w Brazylii. 

– Europejczycy czują tą własną inność. 

–  A wiesz  dlaczego?  Bo  w Brazylii  ta  wielka  mieszanka  ras  i kultur  nie  zostawiła  czasu  na 

wzniesienie  muru  wokół  ołtarza.  Do  Brazylii  afrykańscy  niewolnicy  przywieźli  swoje  rytuały 

i zmieszali  się  z chrześcijanami.  Tak  zrodził  się  ekumenizm,  który  wprawdzie  nie  zawsze  się 

sprawdza, ale mimo wszystko jest lepszy niŜ dominacja jednej religii nad innymi. PoniewaŜ nie 

zbudowano tego muru, który oddziela sacrum od profanum, magię od rzeczywistości, misterium 

background image

przeniknęło  do  wszystkich  dziedzin  Ŝycia.  Sacrum  wdarło  się  do  profanum.  Dlatego 

Brazylijczycy  nie  wzdragają  się  tak  bardzo  na  sprawy  ducha  i akceptują  kaŜde  doświadczenie 

przesycone  duchowością  i tajemnicą.  Nie  wiem,  czy  zauwaŜyłeś,  Ŝe  druŜyna  Brazylii  to  jedyni 

piłkarze świata, którzy wychodzą na boisko, trzymając się za ręce, aby przekazać sobie energię. 

Ronaldo zawsze jest na końcu tego pochodu i ma jedną rękę wolną, dotyka nią murawy boiska, 

by  zaczerpnąć  z niej  energii  z ziemi.  Jeśli  przyjedziesz  do  Rio  na  sylwestra,  tu,  na  plaŜy 

Copacabana,  ujrzysz  niewiarygodne  widowisko.  Znajdziesz  się  wśród  miliona  katolików, 

ubranych  na  biało  i rzucających  kwiaty  do  morza,  jak  kaŜą  dawne  afrykańskie  obrzędy.  Tutaj 

wszystkie wierzenia współistnieją ze sobą, wierni i teologowie potrafią  godzić je bez wyrzutów 

sumienia. Dlatego mówię, Ŝe fakt bycia Brazylijczykiem ma duŜy wpływ na moją twórczość, bo 

tutaj wszyscy kierują się intuicją, nie wstydzą się duchowości czy magii, są duŜo bardziej otwarci 

na  paradoks  niŜ  na  kartezjańską  logikę.  Są  niezwykle  ludzcy  i otwarci  na  wszystko,  co  jest 

tajemnicą. 

– Dlatego tutaj mieszkasz? 

–  Wybrałem  Ŝycie  w Brazylii,  a konkretnie  w Rio  de  Janeiro,  które  jest  najŜywszym 

i najcudowniej  niekonwencjonalnym  miastem  świata.  JuŜ  ci  mówiłem,  Ŝe  jestem  człowiekiem 

skrajności. William Blake napisał: „Droga skrajności wiedzie do pałacu mądrości”. Wierzę w to. 

Dlatego kiedy piszę ksiąŜką, to „po brazylijsku”, czyli z pasją. W Rio jest wiele spokojniejszych 

miejsc,  pośród  zieleni,  ale  ja  chcę  mieszkać  właśnie  tu,  w dzielnicy  Copacabana.  Tu,  między 

morzem  a lasem  tropikalnym,  zobaczysz  silne  kontrasty.  Chodnik  obok  plaŜy  jest  czarno-biały, 

biedni  i bogaci  Ŝyją  ciasno  obok  siebie.  Są  teŜ  inne  dzielnice  mieszane,  ale  ta  ma  silną 

osobowość, która pasuje jak ulał do mojej natury i tutaj dobrze mi się pisze. 

– A propos sylwestra, spędzasz go w Rio? 

–  Mogę  ci  zostawić  mój  dom  na  sylwestra,  bo  my  koniec  roku  spędzamy  w grocie 

Massabielle  w Lourdes.  W 1989  obchodziłem  tam  samotnie  swoje  urodziny  i było  to  mocne 

przeŜycie.  Odtąd  postanowiliśmy  z Cristiną  spędzać  ostatni  dzień  roku  w grocie  objawień.  Jest 

tam zazwyczaj bardzo zimno, zbiera się nie więcej niŜ pięćdziesiąt osób, ludzi z najróŜniejszych 

stron  świata  i z  najróŜniejszymi  uczuciami,  połączonych  atmosferą  prostej  modlitwy.  Za 

pierwszym razem bardzo mnie to poruszyło, Matka Boska niemal oczarowała mnie. To miałem 

na myśli, mówiąc ci o religii jako o wspólnym oddawaniu czci. 

– A co robicie w sylwestra? 

–  Właściwie  nic.  Nie  ma  radości  ani  smutku,  tylko  pogoda  ducha.  Prawie  zawsze  pada. 

Zazwyczaj  jemy  skromną  kolację  w hotelowej  restauracji,  a następnie  wszyscy  Ŝyczymy  sobie 

szczęśliwego Nowego Roku. Tak obcujesz z bliska z tajemnicą wiary. Jednego roku pojechałem 

do  groty  rano.  Jakiś  męŜczyzna  siedział  tam  i medytował.  Kiedy  wróciłem  wieczorem,  jeszcze 

tam  był.  MoŜe  wypełniał  jakieś  śluby,  nie  wiem.  W Lourdes  w nocy,  kiedy  jest  mało  ludzi, 

background image

wszystko jest niesamowicie magiczne. 

– Ale czy nie sądzisz, Ŝe dziś magia wyszła trochę z mody w społeczeństwie zdominowanym 

przez produkcję, konsumpcję, nowe technologie i globalizację rynku? 

– Coś ci powiem, Juan, cała ta globalizacja rynku światowego, te wszystkie giełdy i tak dalej, 

to  są  dopiero  prawdziwe  czary.  Najmagiczniejsze  z magicznych.  Bo  nie  powiesz  mi,  Ŝe  dziś 

ekonomiści  coś  rozumieją.  Są  zagubieni,  niezdolni  do  jakiejkolwiek  prognozy,  nic  nie  mogą 

zaplanować.  Magia  rynków  światowych  nadchodzi  z giełd  i wystarczy,  Ŝe  japońska  dostanie 

kataru,  by  wszyscy  nagle  się  pochorowali  na  śmiertelną  grypę.  Wszyscy  ekonomiści  podlegają 

skutkom magii, której nie umieją i nie mogą kontrolować. 

Wszyscy  ci  guru,  ci  najwyŜsi  kapłani  ekonomii  mają  swoją  religię,  swoje  dogmaty,  swoje 

misteria,  którymi  Ŝonglują,  by  wywrzeć  wraŜenie  na  biednych  śmiertelnikach,  lecz 

w rzeczywistości z tej magii giełd wychodzą nadzy, bez Boga. 

– Zdaje się, Ŝe ty teŜ grasz na giełdzie. 

–  Bardzo  rzadko.  I zawsze  przeciwstawiam  się  maklerom  i wprawiam  w zakłopotanie 

mojego  bankiera.  Mówię  mu  na  przykład:  „Te  akcje,  które  spadają,  zaraz  wzrosną”.  On 

odpowiada mi, Ŝe nie, a ja, Ŝe tak. A kiedy rzeczywiście rosną, on mnie pyta: „Skąd wiedziałeś?” 

Odpowiadam mu: „Mam kobiecą intuicję, a poza tym wiem, Ŝe jeŜeli tak bardzo spadły, to muszą 

wzrosnąć.  Wy  mówicie,  Ŝe  to  niemoŜliwe,  podajecie  tysiące  powodów,  a ja  znam  po  prostu 

odwieczny  ruch  morza,  gdzie  po  odpływie  następuje  przypływ”.  Ot  i wszystko.  Oni  gubią  się 

w naukowych prognozach. My sądzimy, Ŝe oni wiedzą, ale ci wszyscy ekonomiści tak naprawdę 

nic nie wiedzą. To tak jak siły Dobra i Zła. Jeśli pewnego dnia siły Zła postanowią zdewaluować 

pieniądz w Brazylii i zrujnować jej gospodarkę, zrobią to i Ŝaden ekonomista nic tu nie poradzi, 

Ŝ

aden  rząd  tego  nie  zahamuje.  Dlatego  ja  się  w to  nie  mieszam,  trzymam  pieniądze  na 

ksiąŜeczkach oszczędnościowych i juŜ. 

– A więc wierzysz w Zło? 

–  Dobre  pytanie.  Wierzę  w dwa  rodzaje  Zła:  w zło  naturalne  i sztuczne.  Jako  monoteista 

wierzę  w Zło  naturalne,  które  jest  lewą  ręką  Boga,  czyli  w historie,  które  się  przytrafiają.  Zło 

sztuczne to sprawy, które stwarzamy sami i projektujemy w czasie, bo to jest świat symboliczny, 

który staje się rzeczywistością. Aby rozproszyć ciemności, wystarczy zapalić światło, bo przecieŜ 

nie moŜna zapalić ciemności. 

– I ty mówisz, Ŝe nie lubisz metafor! 

– Pewne sprawy moŜna wytłumaczyć tylko poprzez obrazy. Ale wracając do Zła: nazywamy 

tak  rzeczy,  które  się  dzieją  i nie  moŜemy  ich  zrozumieć,  choć  głęboko  ranią.  Klasyczny  jest 

przykład Hioba. 

–  Nie  uwaŜasz,  Ŝe  istnieje  niebezpieczeństwo,  Ŝe  zaczniemy  usprawiedliwiać  cierpienie 

i niesprawiedliwość, zamiast zwalczać ich przyczyny? 

background image

–  Zawsze  istnieje  takie  niebezpieczeństwo  i wszelkie  poszukiwania  duchowe  niosą 

niebezpieczeństwo. Trzeba być czujnym. Ale zapewniam cię, Ŝe nie poznałem nigdy człowieka, 

który by szedł drogą duchową i usprawiedliwiał cierpienie, a nie starał się mu zaradzić w miarę 

swoich moŜliwości. 

– Istnieją jednak ludzie, którzy szczycą się swoją duchowością, a w gruncie rzeczy nie robią 

nic, aby zmienić ten niesprawiedliwy świat. 

–  Nie  naleŜy  uogólniać.  Kto  zmienił  moje  Ŝycie?  Ludzie,  którzy  oświecili  mnie  swoim 

przykładem,  ale  do  tego  musieli  być  widoczni  i bez  kompleksów  pokazywać  swoje  cnoty.  JuŜ 

Ewangelia mówi, Ŝe nie zapala się świecy, aby ją schować pod korcem, przeciwnie, stawia się ją 

na  świeczniku,  aby  świeciła  wszystkim.  Ja  takŜe  widziałem  straszne  rzeczy  w swoim  Ŝyciu, 

spotkałem  ludzi,  którzy  próbowali  mną  manipulować  w sferze  magii  i ducha.  Nawet  ja  sam 

w latach  sześćdziesiątych  próbowałem  manipulować  innymi.  Ale  przecieŜ  ludzie  nie  są  tacy 

głupi,  jak  sądzimy,  i umieją  odróŜnić  tych,  co  prowadzą  ich  ku  światłu,  od  tych,  co  zapędzają 

w ciemności.  Parę  dni  temu  widziałem  w telewizji  program  o sektach.  Boję  się  sekt,  ale  ten 

program  był  po  prostu  nie  do  przyjęcia.  Wyglądało  na  to,  jakbyśmy  wszyscy  byli  maleńkimi 

dziećmi niezdolnymi do samodzielnego myślenia. 

– Miliony ludzi czytają twoje ksiąŜki i pod ich wpływem zmieniają swoje Ŝycie. Czy to nie 

jest wielka odpowiedzialność dla pisarza? 

–  Poprzednia  dygresja  pomoŜe  moim  czytelnikom  lepiej  mnie  zrozumieć,  bo  pisarz  pisze 

o tym,  co  czuje  i przeŜywa.  Oczywiście  czuję  się  odpowiedzialny,  i to  bardzo,  bo  widzę  skutki 

moich ksiąŜek. A takŜe dlatego, Ŝe jestem świadomy niejednego błędu, jaki popełniłem w Ŝyciu. 

Wiem, Ŝe jestem sławnym pisarzem, tłumaczonym na dziesiątki języków, bardzo kochanym, 

ale takŜe szkalowanym, nielubianym i wręcz znienawidzonym. Ale obecnym i Ŝywym. Pierwsze 

pytanie, jakie sobie zadaję jako pisarz, to czy jestem w zgodzie z sobą samym, i na razie sądzę, 

Ŝ

e  tak.  Poza  tym  jeŜdŜenie  po  świecie  i opowiadanie  po  wielokroć  w wielu  róŜnych  miejscach 

o tej samej ksiąŜce zmusza mnie do ciągłych przemyśleń nad tym, co napisałem. 

–  Czy  nie  przeszkadza  ci  to,  Ŝe  oprócz  pisarza  twoi  czytelnicy  widzą  w tobie  guru  lub 

mistrza? 

– To jest problem. Czasem niepokoi mnie ta cienka granica między pisarzem a guru i zadają 

sobie pytanie, czy podołam wyzwaniu. To bardzo niebezpieczna mina. Do tej pory udało mi się 

ją  omijać,  ograniczając  się  w mojej  profesji  pisarza,  do  tego  co  mam  do  powiedzenia  w moich 

ksiąŜkach i zadziałało to jak katalizator. 

–  Federico  Fellini,  kiedy  go  pytano  o wydarzenia  minione  bądź  przyszłe,  odpowiadał: 

„Wszystko juŜ powiedziałem w moich filmach”. 

–  To  bardzo  ładne.  Prawda  jest  taka,  Ŝe  do  tej  pory  broniłem  się,  aby  nie  wypaść  z roli 

pisarza. Pięć lat temu mogłem spędzać Ŝycie na prowadzeniu wykładów i konferencji, zarabiając 

background image

w ten  sposób  krocie.  W samej  Brazylii  sprzedałem  sześć  milionów  ksiąŜek.  Gdybym  pobierał 

jednego dolara za udział w spotkaniu ze mną, zbiłbym fortunę. Ale nie zrobiłem tego. 

– Jak przyjmujesz krytykę swego stylu pisania? 

–  Krytycy  takie  mają  zadanie  i nam,  pisarzom,  bardzo  pomagają.  Nigdy  nie  czuję  się 

osobiście  uraŜony  krytyką,  bo  świadomie  piszę  ksiąŜki  w sposób  bardzo  zwyczajny,  lekki 

i potoczysty,  tak,  aby  wszyscy  mogli  mnie  zrozumieć.  Dlatego  czasem  rozlegają  się  oburzone 

głosy, Ŝe nie umiem pisać, Ŝe jestem zbyt prosty. Mnie się wydaje, Ŝe nie istnieje jeden sposób 

pisania.  KaŜdy  pisarz  ma  odrębną  osobowość,  indywidualność  i kaŜdy  pisze  dla  swojego 

odbiorcy.  Z wielką  miłością  i czułością  odnoszę  się  do  ludzi  prostych,  którzy  są  takŜe  szczerzy 

i prawdziwi. To z nimi się utoŜsamiam. Nigdy nie przeciwstawiam się moim krytykom, a kiedy 

ich  spotykam,  jestem  dla  nich  bardzo  miły,  nie  z cynizmu  czy  z poczucia  zwycięstwa,  bo 

sprzedałem miliony ksiąŜek, tylko dlatego, Ŝe jestem szczery. 

– Za to bardzo się wściekasz na niektórych swoich wydawców. 

– JuŜ ci tłumaczę dlaczego. Na początku nie miałem Ŝadnego doświadczenia i podpisywałem 

kontrakty na tłumaczenia nie na dany kraj, ale na język. I tak moje ksiąŜki przyjeŜdŜały do Indii 

z Anglii  czy  Irlandii  i chciano  je  sprzedawać  po  piętnaście  dolarów,  kiedy  średnia  cena  ksiąŜki 

wynosi tam trzy dolary. A w tym kraju Ŝyje pięćset milionów mieszkańców. Sprzeciwiałem się. 

Wymusiłem, aby moje ksiąŜki były  wydawane w danym  kraju i sprzedawane po  lokalnej cenie, 

Ŝ

eby nie były importowanym luksusem. Tak samo było tutaj w Ameryce Łacińskiej i w Afryce. 

Na  przykład  pokłóciłem  się  z moim  portugalskim  wydawcą,  który  wysyłał  moje  ksiąŜki  do 

Afryki w cenie obowiązującej w Europie. I mówiłem mu: „Mario, jesteś socjalistą i nie wierzysz 

w Boga. Ja wierzę, ale twoje serce socjalisty musi zrozumieć, Ŝe nie moŜemy sprzedawać ksiąŜek 

w Afryce po tak wysokich  cenach.  Trzeba je tam  drukować”.  I teraz  mamy juŜ tanie  ksiąŜki na 

przykład w Angoli czy na Wyspach Zielonego Przylądka. 

– Dlaczego chowasz swoją bibliotekę? 

– Mówiłem ci, Ŝe krępuję się pokazywać, co czytam czy przeczytałem. W 1973 roku miałem 

dom pełen ksiąŜek. Pewnego dnia, kiedy wróciłem z pracy, zobaczyłem, Ŝe półki mojej biblioteki 

zawaliły się pod cięŜarem ksiąŜek, i pomyślałem, Ŝe gdybym w tamtym momencie był w domu, 

niechybnie  bym  zginął  przywalony  ksiąŜkami.  Przypomniałem  sobie,  jak  Borges  stawał  przed 

swoją biblioteką i zadawał sobie pytanie: „Ilu z tych ksiąŜek nigdy nie przeczytam?”. I zacząłem 

się zastanawiać: „Po co mi te wszystkie ksiąŜki, skoro wiem, Ŝe i tak ich nie przeczytam? Na kim 

chcę  zrobić  wraŜenie?”  I postanowiłem  wtedy,  Ŝe  moja  biblioteka  nie  przekroczy  czterystu 

ksiąŜek,  co  i tak  jest  zbyt  duŜo,  gdybym  chciał  je  kiedyś  przeczytać  jeszcze  raz.  I nie  myśl 

przypadkiem, Ŝe trzymam je tutaj, w salonie, są gdzie indziej, zamknięte w szafie. 

– Czy uwaŜasz, Ŝe w swoich ksiąŜkach przekraczasz jakieś granice? 

–  śeby  być  pisarzem,  trzeba  mieć  trochę  fantazji  i umieć  wykraczać  poza  granice,  łamać 

background image

schematy  przyjętych  konwencji.  Zawsze  staram  się  pogodzić  rygor  ze  współczuciem,  tak  jak 

mamy odrobiną rozsądku, by nie robić pewnych głupstw. Ale przede wszystkim nie moŜna zabić 

tego  dziecka,  które  nosimy  w sobie.  Sądzę,  Ŝe  moje  ksiąŜki  są  czytane  właśnie  przez  dziecko, 

które  w nas  mieszka.  Dlatego  piszę  historie,  które  się  podobają,  nie  redaguję  rozpraw 

filozoficznych,  nudnych  wielkich  teorii.  Jeśli  ktoś  chce  dowiedzieć  się,  co  sądzę  o Ŝyciu 

i ludziach,  przeczyta  ten  wywiad.  Po  to  rozmawiam  teraz  z tobą.  Ale  jeśli  chcę  opowiedzieć 

o granicach szaleństwa i rzeczywistości, wtedy piszę powieść opartą na jakiejś ciekawej historii 

i w niej jest wszystko. Ale ta historia mówi do dziecka w nas, bo to właśnie ono jest kapitanem 

dającym rozkazy mózgowi i całej reszcie. 

–  Ktoś  mógłby  ci  zanucić,  Ŝe  to  poszukiwanie  dziecka,  które  nosimy  w sobie,  jest  obawą 

przed spotkaniem z naszą dorosłością. 

– A co to jest ta dorosłość? Czym jest dojrzałość? Początkiem dekadencji, bo kaŜdy dojrzały 

owoc albo zostanie zjedzony, albo zgnije. Bać się tego dziecka, które w nas Ŝyje? ToŜ to głupota! 

Kto z nas moŜe o sobie powiedzieć, Ŝe dojrzał, jest w pełni dorosły, nie potrzebuje wiary w Boga 

i sam jest wzorem do naśladowania dla innych? Tylko szaleniec mógłby tak powiedzieć. Prawda 

jest taka, Ŝe podlegamy ciągłej ewolucji, dojrzewamy i rodzimy się w kaŜdym ułamku sekundy. 

– Są teŜ tacy, co twierdzą, Ŝe niczego się nie boją. 

–  Właśnie.  W jednej  z moich  ksiąŜek  bohater  pyta,  co  to  jest  odwaga.  Odwaga  to  strach, 

który umie się modlić. Głęboko w to wierzą, bo ten, co się nie boi, nie moŜe teŜ być odwaŜny. To 

wielki  paradoks,  bo  jeśli  się  nie  boją,  to  wyskoczą  przez  okno  albo  nie  cofną  się  przed 

nadjeŜdŜającym  samochodem.  Człowiek  odwaŜny  odczuwa  strach,  ale  nie  daje  się  zastraszyć, 

a to spora róŜnica. 

– Kim byli twoi idole z młodości? 

–  Zasadniczo  jeden  muzyk  John  Lennon  i jeden  pisarz  Jorge  Luis  Borges.  Byłem  nim 

zafascynowany  do  tego  stopnia,  Ŝe  aby  poznać  osobiście  tego  wielkiego  Argentyńczyka, 

pewnego  dnia  wsiadłem  do  autobusu  z moją  ówczesna  dziewczyną  i pojechałem  do  Argentyny. 

Jakimś cudem udało mi się dowiedzieć, gdzie mieszka. Przychodzimy pod wskazany adres. Tam 

mówią nam,  Ŝe siedzi  przed hotelem obok domu. ZbliŜam  się do niego.  On siedzi przy stoliku. 

Nie  zmruŜyłem  oka  w podróŜy  przez  czterdzieści  osiem  godzin,  tak  chciałem  z nim 

porozmawiać,  ale  kiedy  stanąłem  przed  nim,  zaniemówiłem.  „Stoję  przed  swoim  idolem,  ale 

idole  milczą”  –  pomyślałem  w duchu  i nie  odezwałem  się  ani  słowem.  Moja  dziewczyna  nie 

mogła tego zrozumieć. Wytłumaczyłem jej, Ŝe tak naprawdę pragnąłem zobaczyć tylko swój mit 

i udało mi się. Słowa były zbyteczne. 

– Identyfikowałeś się z nim przez całe Ŝycie. 

–  Niewątpliwie.  Borges  miał  ogromny  wpływ  na  moją  twórczość.  Uwielbiam  jego  prozę 

i poezję.  Czuję  się  dumny,  Ŝe  jesteśmy  spod  tego  samego  znaku  –  urodziłem  się  dwudziestego 

background image

czwartego sierpnia jak on, choć oczywiście wiele lat później. 

– Wolisz jego prozę czy poezję? 

–  Uwielbiam  bez  wyjątku  wszystko,  co  napisał.  Jego  wiersze  czytałem  tysiące  razy,  wiele 

z nich znam na pamięć. 

– Nie wierzę! Spróbujesz powiedzieć któryś? 

– Proszę bardzo. MoŜe być sonet? Posłuchaj na przykład tego: 

Nie będę szczęśliw juŜ. 

To nieistotne. Chyba. 

Na świecie tym są inne rzeczy; 

Jakakolwiek chwila głębokości przeczy 

I wielkości morza. 

ś

ycie jest ulotne 

I  choć  godziny  –  długie,  dźga  ta  szpica,  Mroczna  zagadka,  co  na  nas  czyhała,  Śmierć,  to 

drugie morze, ta druga strzała, Co ma nas uwolnić od słońca i księŜyca 

Oraz miłości. Szczęście, coś mi dała 

I zabrała, w proch będzie roztarte; 

Co było wszystkim, nic nie będzie warte. 

I tylko radość smutku mi została, Ten marny zwyczaj, co mnie pcha ku górom, Na Południe, 

ku drzwiom pewnym i murom. 

Coelho wyrecytował sonet zatytułowany 1964 [II] z tomu El otro, el mismo, bez błędu, bez 

zająknienia, w czystym dialekcie kastylijskim. 

– Gdzie chciałbyś, aby stały twoje ksiąŜki w księgarni? 

–  Jedne  w dziale  literatury,  inne  filozofii,  ale  nie  w ezoteryce.  I mówię  to  bez  wstydu 

i pruderii, lecz z dumą. 

– Jakim jesteś czytelnikiem? 

–  Moja  relacja  z ksiąŜkami  jest  niemal  magiczna  i tutaj  teŜ  mam  róŜne  swoje  dziwactwa. 

Przede  wszystkim  czytam  tylko  te  ksiąŜki,  które  sam  kupię,  nigdy  nie  te,  które  dostaję 

w prezencie. Codziennie dostaję kilkanaście ksiąŜek i nawet ich nie otwieram. 

– Ale w ten sposób moŜesz przegapić jakieś arcydzieło! 

– JeŜeli to naprawdę dobra ksiąŜka, wcześniej czy później dowiem się o tym. Wtedy pójdę do 

księgarni i ją kupię. UwaŜam, Ŝe pisarz nie powinien dawać w prezencie swoich ksiąŜek. śaden 

szewc nigdy nie przysłał mi butów, dlaczego niby mam otrzymywać ksiąŜki? 

– Nie mów mi,  Ŝe nigdy nie zrobiłeś  wyjątku. Na pewno  kiedyś podarowałeś  komuś swoją 

ksiąŜkę  i przeczytałeś  jakąś  ksiąŜkę,  którą  ci  ktoś  przysłał.  Sam  pokazałeś  mi  list  od  ministra 

obrony Brazylii, w którym on dziękuje ci za ksiąŜkę Podręcznik wojownika światła, która bardzo 

mu się podobała. 

background image

– Oczywiście są wyjątki. W tym wypadku minister sam poprosił mnie o tą ksiąŜkę. 

– ZałoŜę się, Ŝe przeczytałeś mój wywiad-rzekę z Jose Saramago, który ci wysłałem. 

– Przeczytałem, i to niejeden raz. Ale to co innego. Miałeś zrobić ze mną podobny wywiad, 

ale  teŜ  byłem  bardzo  ciekaw  osobowości  tak  sławnego  i cenionego  pisarza  jak  Saramago. 

Podobnie zresztą było z twoją ksiąŜką Un Dios para el Papa. Nie wiedziałem nawet zresztą, Ŝe 

juŜ  jest  w księgarniach.  Powiedziano  mi  o tym  w Madrycie,  więc  poprosiłem  cię  o nią,  bo 

chciałem  poznać  bliŜej  papieŜa  Wojtyłę.  Ale  zazwyczaj,  jeśli  mam  ochotę  przeczytać  jakąś 

ksiąŜkę, choćby przez wzgląd na autora, nie chcę jej dostać w prezencie. Wolę kupić. 

– Ale fundacja twojego imienia czasami daje w prezencie ksiąŜki. 

– To prawda, fundacja  kupiła ostatnio dwanaście tysięcy  moich  ksiąŜek w celu  ofiarowania 

ich bibliotekom w więzieniach, szpitalach i tak dalej. Wydawca zapytał mnie, czy ma sprzedać je 

po  cenie  produkcji,  ale  powiedziałem,  Ŝe  ma  być  to  normalna  cena  detaliczna,  jakbym  je  kupił 

w księgarni. 

Naszej rozmowie przysłuchuje się jego mała siostrzenica. Coelho mówi, Ŝe kiedyś podarował 

jej Alchemika i pyta: „Przeczytałaś?”. Siostrzenica kręci głową, Ŝe nie. Wujek udaje oburzonego: 

„Jak  to!  KsiąŜki  twojego  wujka  czyta  cały  świat,  a ty  jedna  nie!  Gdybyś  kupiła  tę  ksiąŜkę  za 

swoje kieszonkowe, na pewno byś ją przeczytała”. Moja przyjaciółka, aby troszkę sprowokować 

Coelho,  wręczyła  mu  po  południu  swój  tomik  poezji  ze  słowami:  „Daję  ci  tę  ksiąŜkę,  Ŝebyś  ją 

wyrzucił do kosza”. Coelho uśmiecha się, całuje ją i mówi: „Musisz mi ją zadedykować”. 

– Czy jesteś jakoś obecny w swoich ksiąŜkach? 

–  Tak  naprawdę  jestem  wszystkimi  postaciami  z moich  ksiąŜek.  Jedyna  postać,  którą  nie 

jestem, to alchemik. 

– A to dlaczego? 

–  Bo  alchemik  juŜ  wszystko  wie,  a ja  wiem,  Ŝe  nie  wiem  wszystkiego.  Oczywiście 

Alchemiku jestem Pasterzem, Sprzedawcą Kryształów, a nawet Fatimą. W innych powieściach 

zawsze  jestem  głównym  bohaterem.  Nawet  Bridą.  W dwóch  jestem  całkowicie  sobą:  w As 

Valkirias  i w  Pielgrzymie.  Bo  większość  moich  ksiąŜek  nie  jest  fikcją.  To  prawdziwe  historie, 

które sam przeŜyłem. Nawet Weronika postanawia umrzeć, moja ostatnia powieść, to nic innego 

jak zbeletryzowana historia mojego trzykrotnego pobytu w szpitalu psychiatrycznym. 

– Czujesz się pisarzem pielgrzymującym? 

–  Wszyscy  pisarze  muszą  być  w ciągłym  ruchu,  przynajmniej  wewnętrznie.  Nie  sądzę,  aby 

Proust  duŜo  się  przemieszczał  fizycznie,  ale  on  teŜ  sporo  podróŜował.  Wszystkie  wielkie 

klasyczne  dzieła  literatury  to  opowieści  o wielkich  podróŜach,  od  Biblii  po  Boską  komedię,  od 

Don  Kichota  po  Iliadę.  To  zawsze  poszukiwanie  Itaki,  zawsze  metafora  narodzin  i śmierci,  tej 

wielkiej podróŜy, którą musimy odbyć wszyscy, czy tego chcemy, czy nie. 

 

background image

Spotkania 

 

Paulo  Coelho  ma  miliony  czytelników  na  wszystkich  kontynentach  i we  wszystkich 

językach. Trudno powiedzieć, jacy są, bo są bardzo róŜni. Z tysięcy listów, jakie dostaje pisarz, 

nie  wyłania  się  jeszcze  dość  jasny  ich  obraz.  Wiadomo  jedynie,  Ŝe  autor  czuje  się  wobec  nich 

raczej  przyjacielem  niŜ  mistrzem,  a przede  wszystkim  współtowarzyszem  podróŜy.  On  z kolei 

ma  pewien  wgląd  w uczucia,  jakie  budzi  wśród  czytelników,  dzięki  podróŜom  po  świecie. 

Odkrywa  wówczas  entuzjazm,  jaki  wywołują  nie  tylko  jego  ksiąŜki,  ale  sama  jego  obecność. 

W tym rozdziale opowie o kilku wzruszających, magicznych, zaskakujących spotkaniach. 

Juan Arias 

– Porozmawiajmy o tym, kim są twoi czytelnicy. 

Paulo Coelho 

–  Muszę  ci  powiedzieć  przede  wszystkim,  Ŝe  mój  związek  z tą  ogromną,  anonimową  masą 

jest  bardzo  intensywny,  daleki  od  relacji  mistrz  –  uczeń  czy  pisarz  –  czytelnik.  To  jak 

z przyjaciółmi, z którymi dzielę się czymś bardzo intymnym, tym co mamy  wszyscy i co w nas 

najlepsze. Zobacz choćby ostatni list, jaki do mnie przyszedł. Jest bardzo dziwny. Młody chłopak 

przesyła  mi  zdjęcie,  na  którym  jesteśmy  obaj.  Spotkaliśmy  się  na  jakiejś  promocji  ksiąŜek 

w Anglii.  To  list  bardzo  kobiecy,  ozdobiony  rysunkami.  Pisze,  Ŝe  uczy  się  portugalskiego,  Ŝe 

w nocy śnią mu się anioły. Wysyła to zdjęcie, Ŝebym mu je podpisał. Ja nic nie pamiętam, ale on 

przypomina mi, gdzie się poznaliśmy i jak go to spotkanie poruszyło. Pisze mi teŜ o Alchemiku

Listów jak ten dostaję tysiące, czasem mają po osiem, dziesięć stron. Piszą do mnie przewaŜnie 

prości ludzie, bo waŜne osobistości z reguły nie mają na to czasu. 

– Jak uwaŜasz, jesteś czytany częściej przez męŜczyzn czy przez kobiety? 

– Na początku czytało mnie więcej kobiet, ale to się zmieniło. Kiedy zacząłem spotykać się 

z czytelnikami,  dziewięćdziesiąt  procent  audytorium  stanowiły  kobiety,  dziesięć  męŜczyźni. 

Teraz  proporcje  są  sześćdziesiąt  do  czterdziestu.  MęŜczyźni  juŜ  nie  boją  się  okazywać  emocji, 

stoją w kolejce po mój autograf tak samo jak kobiety. I sądzę, Ŝe pośród czytelników zachodzi ta 

sama proporcja. Ale nie wiem tego na pewno. 

– Czy miałeś jakieś niespodzianki? 

– Wiele razy. Czasem spotykam ludzi, których nigdy bym nie podejrzewał, Ŝe czytają moje 

ksiąŜki.  Myślę,  Ŝe  moi  czytelnicy  naleŜą  do  bardzo  róŜnych  światów.  Łączy  ich  wszystkich 

bardzo emocjonalny stosunek do mnie. Nie ma tutaj znaczenia, czy piszę dobrze, czy źle, rodzi 

się jakieś braterstwo, swoista wspólnota dusz. Kiedy czasem myślę o nich, jak wychodzą z domu, 

wsiadają do autobusu, wchodzą do księgarni i bywa, Ŝe stoją w kolejce po moją ksiąŜkę, jestem 

naprawdę poruszony. 

– Jak sądzisz, dlaczego odniosłeś taki sukces? 

background image

– Kiedy ludzie czytają moją ksiąŜkę, na pewno mówią sobie: „Mógłbym napisać ją sam, ta 

ksiąŜka  mówi  o rzeczach,  które  znam,  ale  o których  zapomniałem  w natłoku  codziennych 

spraw”.  To  jest  właśnie  to,  co  nazywamy  zbiorową  podświadomością.  Sądzę,  Ŝe  moje  ksiąŜki 

łączą  się  z jakimś  tajemniczym  procesem  twórczym,  który  wiele  zawdzięcza  kobiecej  stronie 

ludzkiej  duszy.  A ta  część  w nas,  która  nie  wznosi  murów  między  sacrum  i profanum,  umie 

posługiwać się intuicją, magicznym wymiarem istnienia, na co dzień posługuje się paradoksem. 

– Czy sądzisz, Ŝe jesteś dla młodych dzisiaj tym, kim Castaneda był dla pokolenia 68? 

–  W przedmowie  do  Pielgrzyma,  mojego  debiutu  literackiego,  cytuję  Castanedę 

i utoŜsamiam  Petrusa  z Don  Juanem,  ale  nie  uwaŜam  się  za  kontynuatora  jego  dzieła.  Podczas 

mojej  pielgrzymki  do  Santiago  de  Compostella  odebrałem  najwaŜniejszą  w Ŝyciu  lekcję:  to,  co 

nadzwyczajne,  nie  jest  przywilejem  kilku  wybrańców,  lecz  nas  wszystkich,  zwykłych 

ś

miertelników.  I jestem  naprawdę,  pewien,  Ŝe  wszyscy  jesteśmy  przejawem  boskości  Boga. 

U Castanedy  przeciwnie,  tylko  wybrani  mogą  dotrzeć  do  tajemnicy,  choć  nadal  pozostaje  on 

moim idolem. Zawsze powtarzam, Ŝe odmienił moje Ŝycie. Kiedy umarł w kwietniu 1998 roku, 

napisałem o nim artykuł w dzienniku „Globo”. 

– Zdaje się, Ŝe pielgrzymka do  Santiago de Compostela była bardzo  waŜnym wydarzeniem 

w twoim Ŝyciu. 

–  W pewnym  sensie  było  to  dla  mnie  wydarzenie  przełomowe.  Na  początku  pielgrzymki 

myślałem,  Ŝe  tylko  nielicznym  wybrańcom  dane  będzie  dotrzeć  do  tajemnicy  ducha.  Z tego 

powodu w połowie drogi przeŜyłem bardzo głęboki kryzys. 

– Niektórzy wątpią nawet, czy naprawdę szedłeś przez tyle dni. 

–  Wiem  o tym  i niestety  nie  mam  na  to  wpływu.  Ale  to  znaczy,  Ŝe  nie  przeczytali  mojej 

ksiąŜki,  gdzie  opowiadam  o tym  niezwykle  dla  mnie  waŜnym  doświadczeniu,  bo  gdyby  ją 

przeczytali, nie mogliby tego powiedzieć. Gdybym nie odbył tej pielgrzymki, trudno by mi było 

opisać  ją  w najdrobniejszych  szczegółach,  dzień  po  dniu,  a przede  wszystkim  niemoŜliwe,  by 

wywołała takie zamieszanie w moim Ŝyciu. Tamto przeŜycie zetknęło mnie ze zwykłymi ludźmi, 

którzy  okazali  się  bardzo  mądrzy  i udało  im  się  przełamać  moje  schematy  myślowe.  Pewnego 

dnia  –  nigdy  tego  nie  zapomnę  –  w jakimś  wiejskim  barze  spotkałem  chłopaka,  który  był 

wprawdzie niewykształcony i zapewne nie miał pojęcia, kim był Proust, ale powiedział mi rzeczy 

tak  fantastyczne  o Ŝyciu,  Ŝe  osłupiałem.  Inny  nie  odezwał  się  nawet  słowem,  ale  okazał  mi 

przyjaźń i pomoc, do jakiej ja nigdy nie byłem zdolny, pomimo całej mojej religijności, wiedzy 

i otwartości na sprawy ducha. 

– I wróciłeś odmieniony. 

–  To  była  radykalna  zmiana,  o sto  osiemdziesiąt  stopni.  I właśnie  wtedy  powstał  w mojej 

głowie  pomysł,  by  napisać  o tym  dla  tych  właśnie  ludzi,  których  czasem  uwaŜamy  za 

ignorantów,  a w  których  przecieŜ  drzemią  ogromne  pokłady  głębokiej  mądrości.  UwaŜałem  się 

background image

za  pisarza,  choć  nigdy  przedtem  nie  odwaŜyłem  się  pisać.  Wielką  lekcją  wyniesioną  z tamtej 

pielgrzymki było zrozumienie, Ŝe największe piękno jest w prostocie. Dlatego mój dom, jak sam 

widzisz,  jest  urządzony  wyjątkowo  skromnie  i prawie  pusty.  Dopiero  tam,  w kącie  salonu,  stoi 

kwiat. I jest piękny, bo wokół nie ma nic innego. Prostota jest największym pięknem. 

– Potem długo mieszkałeś w Madrycie. 

–  Przez  kilka  miesięcy  i nie  opuściłem  chyba  Ŝadnej  corridy.  To  były  bardzo  szczęśliwe 

czasy.  Po  pierwsze,  nic  nie  musiałem  robić.  Po  drugie,  nie  miałem  juŜ  zamiaru  stać  się 

wybrańcem, nie twierdziłem, Ŝe cierpienie jest święte, Ŝe zawiłość to mądrość, a to co wyszukane 

–  w dobrym  guście.  I juŜ  ślepo  nie  wierzyłem  w ten  idiotyczny  pogląd,  Ŝe  im  bardziej  coś  jest 

trudne, tym waŜniejsze. 

– Jeśli juŜ mówimy o zwykłych ludziach, czy wiesz, Ŝe konserwatywni teologowie katoliccy 

nie uznają objawień Matki Boskiej, z dość ciekawego powodu: gdyby miała coś do powiedzenia 

ludzkości, nie posługiwałaby się dziewczynami tak prostymi i niewykształconymi jak wizjonerki 

z Lourdes czy Fatimy. 

– Tak jakby Jezus był wielkim mędrcem swoich czasów! Nie był. I aby głosić swoją prawdę, 

otoczył się nie mędrcami, lecz prostymi rybakami. Jest taka interesująca powieść science fiction 

zatytułowana  Czarna  chmura.  To  opowieść  o chmurze,  która  przemierza  światy  i galaktyki, 

wysysając  z nich  całą  mądrość.  Chmura  jest  mądrością  całkowitą  i ma  zamiar  połknąć  takŜe 

Ziemię.  Człowiek  porozumiewa  się  z chmurą  i wyjaśnia  jej,  Ŝe  na  Ziemi  istnieją  juŜ  istoty 

rozumne, więc niech idzie sobie gdzie indziej. Lecz jeszcze inni ludzie proszą: Zanim odejdziesz, 

przekaŜ  nam  swoją  wiedzę,  gdyŜ  jesteś  taka  mądra.  Wybierz  najmądrzejszego  spośród  nas 

i załatw  to  z nim.  Czarna  chmura  łączy  się  z mędrcem,  który  w wyniku  tego  kontaktu  dostaje 

wylewu krwi do mózgu. Ale zanim umiera, do szpitalnej sali wchodzi sprzątacz, i wtedy mędrzec 

mówi chmurze, Ŝe powinna przekazać swoją mądrość nie jemu, tylko właśnie temu sprzątaczowi. 

– Dlaczego? 

– Bo świat mędrca jest juŜ poukładany i spotkanie z chmurą mu ten jego świat przewraca do 

góry  nogami.  Natomiast  człowiek  prosty,  kierujący  się  zdrowym  rozsądkiem,  bez  uprzedzeń, 

przejąłby  nową  wiedzę  bez  problemu  i z  radością.  Czarna  chmura  Freda  Hoyle’a,  klasyczne 

dzieło literatury science fiction, bardzo pasuje do tego, co ci mówią o swoich czytelnikach. Piszą 

dla  dziecka,  które  nosimy  w sobie.  Pełno  jest  fałszywych  mitów  o niewinności  i dzieciach,  tak 

jakby  niewinność  sprawiała,  Ŝe  ludzie  są  głupi.  Nie,  istnieje  niewinność  entuzjazmu, 

niespodzianki,  przygody,  którą  najlepiej  czują  przede  wszystkim  dzieci.  To  właśnie  chciał  nam 

dać  do  zrozumienia  Jezus  w Ewangelii,  kiedy  mówi,  Ŝe  będzie  uczył  mądrości  maluczkich, 

a ukryje ją przed mędrcami i moŜnymi tego świata. I to cała filozofia mojej twórczości. 

– Powiedziałeś,  Ŝe podczas twoich spotkań z czytelnikami na całym świecie  zdarzały  ci się 

rzeczy niezwykłe, czasem wręcz magiczne. 

background image

–  I na  szczęście  mam  świadków,  którzy  mogą  to  potwierdzić,  bo  inaczej  nikt  by  mi  nie 

uwierzył.  Opowiem  ci  dwie  takie  historie.  Raz  miałem  wykład  w księgarni  Books  &  Books, 

w Miami,  na  temat  ksiąŜki  Na  brzegu  rzeki  Piedry  usiadłam  i płakałam,  której  bohaterką  jest 

kobieta o imieniu Pilar. W pewnej chwili powiedziałem tak: „Gustave Flaubert stwierdził kiedyś: 

Madame  Bovary  to  ja”.  I dodałem:  „Pilar  to  ja”.  I jak  zwykle  podczas  moich  amerykańskich 

wykładów  zacząłem  czytać  fragmenty  ksiąŜki.  Podczas  lektury  usłyszeliśmy  straszliwy  łoskot, 

jakby się zwaliło coś cięŜkiego. Ale nie przerwałem czytania. Kiedy skończyłem, powiedziałem: 

„Zobaczmy  teraz,  co  się  stało”.  Okazało  się,  Ŝe  z wysokiej  półki  spadła  ksiąŜka.  Podniosłem  ją 

i nie  mogłem  uwierzyć  własny  oczom:  to  była  Madame  Bovary  Gustave’a  Flauberta.  Mam  tą 

ksiąŜkę  tutaj.  MoŜe  ci  to  potwierdzić  Michael  Kaplan,  właściciel  księgarni,  który  zdumiał  się 

najbardziej.  Wiele  takich  rzeczy  mi  się  przydarza.  Druga  historia  teŜ  wydarzyła  mi  się  Miami. 

Miałem  wtedy  tournee  po  Stanach  Zjednoczonych,  a zaraz  stamtąd  jechałem  do  Japonii.  Nie 

przywykłem  jeszcze  do  tych  ciągłych  podróŜy  po  świecie,  a wtedy  program  ustalali  wydawcy. 

Teraz robię to ja. Jeśli to moŜliwe, jeden  miesiąc podróŜuję, jeden odpoczywam.  W ten sposób 

nie jest  to  tak wyczerpujące. Zazwyczaj wydawca nie  towarzyszy  mi w podróŜy, jedzie  ze  mną 

ktoś inny, kto czasem nie ma nic wspólnego z wydawcą. W Miami była ze mną przedstawicielka 

Harpera,  Shelley  Mitchell.  Szliśmy  do  księgarni,  gdzie  miałem  spotkanie  autorskie.  Była  ósma 

wieczór. „Poczekaj chwilę – powiedziała Shelley – dam tylko całusa swojemu chłopakowi i zaraz 

wracam”.  Zostałem  sam.  Stany  Zjednoczone  to  trudny  kraj  i ja  na  dodatek  byłem  zmęczony 

ciągłymi  podróŜami.  Przysiadłem  gdzieś  trochę  obraŜony,  smutny,  zgorzkniały  i samotny 

pośrodku tego brzydkiego miasta i mówię do siebie: „Co ja tu robię? Po co mi to? PrzecieŜ moje 

ksiąŜki  sprzedają  się  dobrze  i bez  tego.  Tęsknię  za  Brazylią,  za  domem”.  Zapaliłem  papierosa 

i pomyślałem:  „I  jeszcze  ta  małpa  zostawia  mnie  tu  samego  i jak  gdyby  nigdy  nic  idzie  się 

całować z narzeczonym”. 

– I wyobraŜam sobie, Ŝe właśnie wtedy przydarzyło ci się coś niezwykłego. 

–  Przechodziły  akurat  trzy  kobiety  z dwunastoletnią  dziewczynką.  Mała  odwróciła  się 

w kierunku jednej  z nich  i powiedziała:  „Czytałaś Alchemika?” Skamieniałem.  Kobieta, pewnie 

mama tej dziewczynki, odpowiedziała jej coś, czego nie dosłyszałem, a dziewczynka upierała się: 

„Musisz  koniecznie  przeczytać  tę  ksiąŜkę,  jest  bardzo  piękna”.  Nie  wytrzymałem.  Wstałem, 

podszedłem  do  nich  i powiedziałem:  „Jestem  autorem  Alchemika”.  Matka  popatrzyła  na  mnie 

podejrzliwie  i zawołała  wystraszona:  „Uciekajmy,  to  jakiś  wariat!”  Poszedłem  do  Shelley  do 

sklepu, gdzie poszła ucałować ukochanego, i poprosiłem, Ŝeby wytłumaczyła tym paniom, Ŝe nie 

jestem  wariatem.  Udało  nam  się  je  dogonić,  choć  zaczęły  uciekać  w popłochu.  Shelley 

powiedziała  im:  „Jestem  Amerykanką,  a ten  pan  nie  jest  wariatem,  tylko  naprawdę  autorem 

Alchemika”. Wtedy dziewczynka z radością wyznała: Ja w to od razu uwierzyłam, ale one nie”. 

Shelley  powiedziała  do  niej:  „Widzisz,  to  jest  dobra  lekcja  na  przyszłość.  Daj  prowadzić  się 

background image

swojej  intuicji,  bo  nie  zawsze  mamy  mają  rację”.  Zaprosiłem  je  do  księgarni.  Przedstawiłem 

wszystkim dziewczynkę, opowiedziałem całą historię i poprosiłem o oklaski dla niej.  Pamiętasz 

naszą  rozmowę  o znakach?  Kiedy  straciłem  energię  i entuzjazm,  kiedy  poczułem  się  pusty 

i wypalony,  ta  mała  przyniosła  mi  znak  z nieba,  anioł  posłuŜył  się  nią,  aby  dodać  mi  otuchy 

i przekonać mnie, jak waŜne jest, bym spotykał się osobiście z moimi czytelnikami. 

– Co odpowiesz tym, którzy twierdzą, Ŝe nie moŜesz być dobrym pisarzem, bo budzisz zbyt 

wiele entuzjazmu wśród prostych ludzi? 

–  śe  to  jest  faszyzm  kulturalny.  Ci  intelektualiści  mają  usta  pełne  słów  o demokracji 

i tolerancji, a w głębi duszy uwaŜają, Ŝe zwykli ludzie to idioci. 

– Jesteś autorem znienawidzonym i kochanym. Czym jest dla ciebie miłość? 

–  To  rodzaj  magii,  energia  atomowa,  która  moŜe  dać  ci  spełnienie  lub  rozerwać  cię  na 

strzępy.  Miłość  jest  dla  mnie  najbardziej  niszczycielską  i zarazem  najbardziej  twórczą  siłą  na 

ś

wiecie. 

Wielu  czytelników  Paula  Coelho  marzy,  by  go  kiedyś  spotkać,  usiąść  z nim  przy  jednym 

stole i zadawać tysiące pytań. Trzem młodym Hiszpankom: siostrom Pauli i Anie Gomez oraz ich 

przyjaciółce Marii Chamorro, spełniło się to marzenie. 

Poznałem  je  w samolocie  z Madrytu  do  Rio  de  Janeiro,  którym  leciałem  na  rozmowę 

z Coelho.  Paula  studiuje  architekturę,  Ana  psychologię,  Maria  pedagogikę.  Co  ciekawe, 

wszystkie  trzy  akurat  czytały  jego  powieści  i bardzo  chciały  poznać  osobiście  pisarza,  którego 

tak podziwiają.  W ten sposób zrodził się ostatni rozdział tej ksiąŜki.  W domu Coelho do późnej 

nocy  siedziały  trzy  młode  Hiszpanki,  a takŜe  Ŝona  pisarza,  Cristina,  oraz  jeden  z najbliŜszych 

przyjaciół Coelho, Mauro Salles, poeta i bardzo znany w Brazylii intelektualista. 

Pauli,  przyszłej  architektce,  spodobało  się  rozplanowanie  mieszkania  pisarza.  To  co 

najintymniejsze,  czyli  łóŜko  i stolik  do  pracy,  pisarz  ustawił  w najpiękniejszej  części  domu 

z widokiem na zatokę, po drugiej stronie zaś, mniej reprezentacyjnej urządził salon. 

Ana  i Maria  były  zachwycone,  Ŝe  pisarz  rozmawia  z nimi  tak  bezpośrednio.  Miały 

ś

wiadomość, jak bardzo dzielą ich wiek, doświadczenia Ŝyciowe i kulturowe róŜnice, ale Coelho 

nie  dał  im  wcale  tego  odczuć.  Wyznały  potem,  Ŝe  to  spotkanie  bardzo  je  wzbogaciło,  bo 

rozmowa  przebiegała  nie  tylko  na  płaszczyźnie  intelektualnej,  ale  przede  wszystkim  poruszyła 

bardzo głębokie emocje. 

Paulo  równieŜ  był  poruszony  –  nigdy  jeszcze  młodzi  ludzie  nie  zadawali  mu  tak 

dociekliwych i szczerych pytań. 

Paulo Coelho 

–  Nim  zaczniemy  rozmawiać,  chciałbym  coś  wyjaśnić.  Nie  sądźcie,  Ŝe  mam  gotową 

odpowiedź  na  kaŜde  pytanie.  Będziemy  sobie  gawędzić  po  przyjacielsku  i wzajemnie  się  przy 

tym poznawać, zgoda? 

background image

Paula Gomez 

–  Paulo,  ty  tak  dobrze  znasz  młodych  ludzi.  Jak  wytłumaczysz,  Ŝe  młodzieŜ  u nas, 

w Hiszpanii  –  nie  wiem,  jak  to  jest  w Brazylii  –  jest  zrozpaczona,  nie  wie,  czego  się  trzymać, 

dokąd iść. Oczywiście, nie wszyscy, bo na przykład ja się tak nie czuję. 

Paulo Coelho 

– Skoro nie jesteś zrozpaczona, to co czujesz? 

Paula Gomez 

–  Czuję  coś,  co  odnajduję  w twoich  ksiąŜkach  i co  powoli  odkrywam.  Wydaje  mi  się,  Ŝe 

przychodzi  taka  chwila,  kiedy  odkrywamy  siebie  samego  i zauwaŜamy,  Ŝe  mamy  w sobie 

potencjał,  który  ujawnia  się  nieoczekiwanie  w zetknięciu  ze  światem  zewnętrznym.  W takich 

chwilach  czuję,  Ŝe  Ŝyję,  czuję  się  wolna  i szczęśliwa.  Zadaję  sobie  wtedy  pytanie,  na  ile  twoje 

ksiąŜki  są  uniwersalne,  bo  nieraz,  biorąc  którąś  z nich  do  ręki,  odnoszę  wraŜenie,  Ŝe  to  list 

adresowany specjalnie do mnie. 

Paulo Coelho 

–  Wszystko  to,  sądzę,  ma  związek  z poszerzaniem  świadomości.  Opowiadałem  Juanowi 

i Roseanie  o tym,  jak  zostałem  pisarzem.  Kluczem  do  mojej  pracy,  oczywiście  w ogromnym 

uproszczeniu,  jest  to,  co  w Alchemiku  nazywam  Własną  Legendą.  I choć  wydaje  się  ona 

tajemnicą, to jest właśnie racją naszego bytu. Czasem nie widzimy jej wyraźnie, więc próbujemy 

sprzeciwić się przeznaczeniu, a wtedy czujemy się słabi i tchórzliwi. Ale mimo to nasza własna 

historia  toczy  się  dalej  i uświadamiamy  sobie,  po  co  tu  jesteśmy.  Tak  więc  dla  mnie 

poszukiwanie  duchowe  jest  poszerzaniem  świadomości.  Na  przykład,  kiedy  bierzesz  do  ręki 

kieliszek  wina,  to  tak  jakbyś  doznała  nagłego  olśnienia,  bo  z kaŜdym  łykiem  dociera  do  ciebie 

szum  winnic,  odgłosy  winobrania,  gwar  ludzi  przy  pracy...  totalna  świadomość  wszystkiego. 

ś

ycie przynosi mi właśnie to. I na tym się skupiam, by czerpać radość i entuzjazm, a nie Ŝeby się 

umęczać. 

Paula Gomez 

– I wtedy czujesz się naprawdę sobą? 

Paulo Coelho 

–  Dokładnie  tak.  Myślę,  Ŝe  przez  wieki  zapisała  się  księga,  która  nigdy  fizycznie  nie 

powstała,  a którą  ja  nazywam  Podręcznikiem.  To  zbiór  zasad,  których  musimy  przestrzegać  od 

pokoleń. Czasem nie wiemy nawet, dlaczego trzeba się nimi kierować, ale one po prostu są i bez 

względu na wszystko ciągle się im podporządkowujemy. JeŜeli na dwudziestej stronie tej księgi 

jest napisane: naleŜy iść na studia, zrobić dyplom, załoŜyć rodzinę między dwudziestym piątym 

a trzydziestym rokiem Ŝycia, a ty tego nie zrobisz, popadniesz w konflikt z całym światem. 

Juan Arias 

– Mówisz o systemie społecznym, który jest nam z góry narzucony. 

background image

Paulo Coelho 

– Tak. O systemie narzuconym nam od pokoleń. PoniewaŜ księga ta nie jest zbyt jasna, a na 

dodatek  niewidzialna,  walczymy  z nią  po  omacku.  KaŜdy  młody  człowiek  zderza  się  z jej 

nakazami  i albo  intuicyjnie  walczy,  albo  się  poddaje.  Jeśli  pogodzi  się  z nimi,  zaczyna  Ŝyć  nie 

swoim  Ŝyciem,  lecz  Ŝyciem  swoich  rodziców,  rodziny,  społeczeństwa,  środowiska.  ChociaŜ 

jestem optymistą, uwaŜam, Ŝe kiedy wpadniesz w głęboki kryzys, po nim nastąpi przemiana, bo 

docierasz do kresu wytrzymałości, padasz, podnosisz się i wracasz z nowymi siłami. 

Juan Arias 

– Twoja filozofia jest bardzo heglowska. 

Paulo Coelho 

–  Bez  wątpienia.  Sądzę,  Ŝe  młodzi  ludzie  juŜ  zdali  sobie  sprawę  z istnienia  Podręcznika 

i chcą  go  zmienić.  Właśnie  teraz  jesteśmy  w takiej  fazie,  choć  jeszcze  czasami  Podręcznik 

wygrywa. Poprzednie pokolenie próbowało wyjść poza jego ramy przez sport, gimnastykę i cały 

styl  yuppies.  Obecne  pokolenie  jest  chyba  trochę  inne.  UwaŜam  jednak,  Ŝe  poszukiwania 

duchowe  są  jednym  z symptomów  zdrowego  buntu,  który  nadchodzi.  Głęboko  wierzę 

w uzdrowicielską  moc  religii,  sądzę,  Ŝe  zbliŜamy  się  do  punktu,  w którym  zdrowy  bunt 

wybuchnie z wielkim impetem. 

Paula Gomez 

– Mnie osobiście podróŜe pomogły się wyzwolić z nakazów tego Podręcznika. 

Paulo Coelho 

– Mnie takŜe, kiedy byłem w twoim wieku. 

Maria Chamorro 

–  Piąta  Góra  oparta  jest  na  historii  biblijnej  i na  jej  kanwie  rozwijasz  opowieść,  w której 

zawierasz  swoje  przemyślenia,  trochę  tak  jakbyś  chciał  utrzymać  równowagę  między  tym,  co 

ludzkie,  a tym,  co  duchowe.  MoŜe  taki  jest  twój  styl,  a moŜe  po  prostu  unikasz  skrajności,  by 

dotrzeć do wszystkich ludzi. Chcesz powiedzieć, Ŝe nasz los jest w rękach Boga, czy wymyślasz 

prostą historię tak, aby kaŜdy mógł zrozumieć, Ŝe Bóg jest ludzkością? 

Paulo Coelho 

– Przede wszystkim w Piątej Górze ukazuję nie tyle Boga, ile ciszę Boga. To chwila, kiedy 

Bóg milczy, a zdaje się mówić: „Pomogę ci, ale dopiero wtedy, gdy podejmiesz te decyzje, które 

masz podjąć”. 

Marta Chamorro 

–  Jasne,  wszystko,  co  się  w twoim  Ŝyciu  wydarza,  bardziej  wynika  z twojej  ufności  niŜ 

z przypadku,  bo  w chwili,  gdy  zaczynasz  ufać,  zaczynasz  teŜ  widzieć.  Jeśli  nie  ufasz,  masz 

zamknięte oczy. Dopiero, gdy robisz krok naprzód albo dokonujesz wyboru, pojawiają się znaki 

i twoje Ŝycie nabiera sensu. 

background image

Paula Gomez 

– Ale to znaczy zaufać czemuś, czego nie znasz... 

Paulo Coelho 

– ... i nigdy nie poznasz. 

Paula Gomez 

–  To  po  prostu  działa.  Dotarłam  do  punktu,  w którym  odnalazłam  coś,  co  mnie  uwalnia, 

uszczęśliwia. PodróŜ była tu tylko iskrą zapalną. 

Paulo Coelho 

–  W wielu  ksiąŜkach  poruszam  temat  podróŜy.  Wiesz  dlaczego?  NaleŜę  do  pokolenia 

hipisów,  którzy  włóczyli  się  po  świecie,  chłonąc  inne  kultury.  A w  Ŝyciu  człowieka  podróŜ  ma 

bardzo waŜny aspekt symboliczny. Kiedy podróŜujesz, to juŜ nie jesteś sobą, musisz być bardziej 

otwarta,  bo  wiesz,  Ŝe  zwiedzanie  zabytków,  muzeów  czy  kościołów  nie  jest  prawdziwym 

przeŜyciem. Ja rzadko zwiedzam, tylko wtedy, gdy mam na to naprawdę wielką ochotę. Zgadzam 

się  z Henrym  Millerem,  Ŝe  to  nie  to  samo,  kiedy  ci  mówią:  „Notre-Dame  jest  fantastyczna, 

musisz  ją  zobaczyć”,  a ty  jedziesz  zobaczyć  tę  katedrę,  która  rzeczywiście  jest  fantastyczna, 

i dochodzisz do wniosku, Ŝe tak naprawdę znalazłaś się w ParyŜu, bo cię  ktoś do tego nakłonił. 

Ale  jeśli  nagle  wyjdziesz  zza  zakrętu  i natkniesz  się  na  Notre-Dame,  to  zupełnie  co  innego. 

Katedra jest wtedy cała twoja, ty ją odkryłaś. Często w podróŜach odkrywamy prawdziwe cuda, 

maleńkie kościółki, urokliwe zakątki, których nie ma w przewodnikach. PrzeraŜają mnie czasem 

te wszystkie przewodniki. 

Juan Arias 

–  Ostatnio  w Wenecji  znaleźliśmy  niesamowite  miejsca,  a przecieŜ  byłem  w Wenecji  juŜ 

przedtem parę razy, tylko, Ŝe zawsze zwiedzałem to miasto z przewodnikiem w ręku. Tym razem 

powiedzieliśmy  sobie:  pójdźmy  gdzie  nas  oczy  poniosą,  i znaleźliśmy  cudowne  zaułki, 

ujrzeliśmy  niesamowite  sceny.  Widzieliśmy  na  przykład  staruszka,  który  musiał  mieć 

z dziewięćdziesiąt  lat,  szedł  zgarbiony  pustą  ulicą,  a jego  kroki  słychać  było  tak,  jakby  były  to 

kroki całej ludzkości, zmęczonej i pozostawionej swojemu losowi. 

Paulo Coelho 

– I o to właśnie chodzi, trzeba dać się ponieść z ufnością dziecka, Ŝe nic złego nie moŜe się 

nam  przydarzyć.  Wiesz,  Ŝe  z miastem  poznanym  w podróŜy  połączą  cię  twoje  przeŜycia 

i napotkani  ludzie.  Spodoba  ci  się  jakiś  kraj  dlatego,  Ŝe  ludzie  są  tam  mili,  radośni,  serdeczni, 

albo dlatego, Ŝe odkryjesz tam najpiękniejszą rzecz, jaką dotychczas widziałeś. Wiesz, Ŝe musisz 

być otwarty na ludzi, więc się otwierasz. JuŜ nie chroni cię twoje środowisko, jesteś istotą ludzką, 

a człowiek  skazany  jest  na  samotność,  i choćbyś  podróŜował  z kimś  jeszcze,  jesteś  zarazem 

zawsze  sam.  Tutaj,  w Rio  mam  przyjaciół,  spotykam  się  z nimi,  spaceruję  po  plaŜy,  zazwyczaj 

jednak  widuję  wciąŜ  te  same  osoby,  rozmawiam  o tych  samych  sprawach.  Natomiast,  kiedy 

background image

jestem  na  Tajwanie  i ruszam  w miasto,  rozmawiam  z pierwszą  napotkaną  osobą,  dyskutuję 

z taksówkarzem, jednoczę się z innymi, choć na pierwszy rzut oka to okropne miejsce. 

Juan Arias 

– Mówi się, Ŝe podróŜe to najlepszy uniwersytet Ŝycia. MoŜesz czytać tony ksiąŜek o jakimś 

mieście,  ale  dopiero,  gdy  tam  pojedziesz,  przekonasz  się  na  własne  oczy,  Ŝe  wszystko,  co 

czytałeś, na niewiele ci się zdało. 

Paulo Coelho 

–  Zgadza  się.  Z dala  od  swojego  środowiska  tracisz  pewność  siebie  i poczucie 

bezpieczeństwa, jesteś zagubiony i zdany na pomoc innych. To takŜe część człowieczej doli: dać 

się prowadzić, jak w Alchemiku. MoŜesz być w podróŜy, ale ta podróŜ w duŜej mierze zaleŜy od 

ludzi, którzy pomogą ci odnaleźć drogę, choć twoja droga jest juŜ gdzieś zapisana. 

Masz kontakt z tym, co fizyczne i z tym, co metafizyczne, czego zbyt dobrze nie pojmujesz, 

tak jak nie rozumiesz wartości pieniądza, który przecieŜ jest tak zakorzeniony i waŜny w twoim 

Ŝ

yciu, a zarazem tak bardzo metaforyczny.  W obcym  kraju nie wiesz, co jest drogie, a co tanie, 

cały  czas  coś  tam  przeliczasz.  Z drugiej  strony  musisz  uprościć  swoje  Ŝycie,  starasz  się 

zmniejszyć cięŜar walizki, bo trudno taszczyć ze sobą własną próŜność. Ja sam, wiecznie między 

jednym lotniskiem a drugim, zabieram ze sobą tylko maleńką walizkę, bo wiem, Ŝe bagaŜ ciąŜy. 

Pewnego  dnia  zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe  mógłbym  spędzić  resztę  Ŝycia  z tą  właśnie  jedną 

walizeczką. 

Juan Arias 

– Roseana przyjechała do Madrytu na trzy miesiące. Zdębiałem, kiedy zobaczyłem, Ŝe miała 

tylko bagaŜ podręczny. 

Paulo Coelho 

–  Kiedy  uprzytomnisz  sobie,  Ŝe  to,  co  wziąłeś  na  trzy  dni,  starczy  ci  na  trzy  miesiące, 

podróŜujesz juŜ zawsze z małą walizką. Ta symbolika podróŜy porusza bardzo głębokie kwestie 

psychologiczne,  dlatego  we  wszystkich  religiach  tak  waŜna  jest  pielgrzymka  i odrzucenie  tego, 

co zbyteczne. 

Juan Arias 

–  W podróŜy  musisz  takŜe  się  wysilić,  by  zrozumieć,  co  ludzie  do  ciebie  mówią  w obcym 

języku. 

Paulo Coelho 

–  To  tak  jak  z bagaŜem.  Kiedy  podróŜujesz,  jesteś  zmuszony  uprościć  swoje  Ŝycie,  bo  za 

parę dni zabraknie ci słów, aby rozmawiać z ludźmi. Ale to uproszczenie języka zmusza cię do 

uproszczenia  wszystkiego,  takŜe  w sobie  samym.  Kiedy  miałem  dwadzieścia  lat,  przejechałem 

Stany Zjednoczone, znając ledwie parę słów po angielsku. Pod koniec podróŜy czułem się duŜo 

prostszy,  bo  brakowało  mi  słów,  aby  dyskutować  o wielkich  problemach  egzystencjalnych, 

background image

i musiałem zredukować swój język do elementarza. I to naprawdę bardzo dyscyplinuje. 

Maria Chamorro 

– Znaki moŜesz spotkać tam, gdzie mieszkasz, ale często dopiero podróŜ albo silne przeŜycie 

pokazują  ci  to,  czego  wcześniej  nie  dostrzegałeś,  choć  zawsze  miałeś  to  przed  oczyma.  Więc 

podróŜ to takŜe wstrząs. 

Ana Gomez 

– KaŜdy człowiek przeŜywa swój rozwój boleśnie.  Kiedy byłam mała, bolały mnie nogi po 

prostu dlatego, Ŝe rosłam. Podobnie czuję się teraz, czytając twoje ksiąŜki. One mnie „bolą”. 

Paulo Coelho 

– Jak to, ja ci sprawiam ból? 

Ana Gomez 

– Bo twoje ksiąŜki są dla mnie ciągłą konfrontacją z samą sobą. Widzę, Ŝe się rozwijam, ale 

ta  zmiana  czasem  boli,  dlatego  nie  tylko  wzbogacam  się,  ale  takŜe  wyrzucam  z siebie  to,  co 

zbyteczne. 

Paulo Coelho 

–  To  bardzo  dobrze  powiedziane.  Świetnie  wyraził  to  Conan  Doyle  w swojej  pierwszej 

powieści,  kiedy  doktor  Watson  spotyka  Sherlocka  Holmesa  i dyskutują  na  temat  jakiejś 

oczywistości,  na  przykład  Ŝe  ziemia  jest  okrągła,  Sherlock  Holmes  okazuje  zdziwienie  i mówi: 

„Jak  to?!  Ziemia  jest  okrągła?!”  „AleŜ  oczywiście!  –  odpowiada  Watson.  –  CzyŜbyś  o tym  nie 

wiedział?”  „Nie.  Nigdy  o tym  nie  myślałem  i zapomnę  o tym  czym  prędzej,  bo  mój  umysł  nie 

moŜe  tego  przyswoić,  ma  ograniczoną  pojemność!”  A więc  wiem,  Ŝe  ziemia  jest  okrągła,  ale 

poniewaŜ nie przyda mi się ta informacja ani w Ŝyciu, ani w pracy, zapominam ją bardzo szybko, 

Ŝ

eby  zarejestrować  inne  fakty,  które  są  mi  bardziej  przydatne.  Tak  więc  chodzi  nie  tylko 

o dodawanie,  ale  takŜe  odejmowanie,  jak  choćby  nakazów,  które  bezwiednie  przyjęliśmy  pod 

wpływem Podręcznika. 

Ana Gomez 

–  Niektórzy  ludzie  nie  lubią  czytać  ksiąŜek,  które  zmuszają  ich  do  zastanawiania  się  nad 

swoim  Ŝyciem,  do  stawiania  sobie  pytań  kim  są.  To  bardzo  ludzki  strach.  Rzeczywiście,  moŜe 

mnie  boleć  to,  Ŝe  idę  naprzód,  Ŝe  przebudowuję  całą  moją  hierarchię  wartości.  Osobiście  wolę 

myśleć  o sobie,  Ŝe  jestem  zerem,  ale  dalej  szukać,  niŜ  zamknąć  oczy  ze  strachu,  Ŝe  jeszcze 

zobaczę w sobie coś, co mi się nie spodoba. Dlatego chciałam cię spytać, czy kaŜdy jest w stanie 

wyłamać się z Podręcznika? 

Paulo Coelho 

–  Opowiem  ci,  co  mi  się  przydarzyło  podczas  pielgrzymki  do  Santiago  de  Compostella. 

Gdzieś  po  tygodniu  czy  dziesięciu  dniach  marszu,  sam  nie  wiem,  zacząłem  dostrzegać  w sobie 

wszystko  co  najgorsze  i najobrzydliwsze.  Czułem  się  podły,  miałem  ochotę  się  mścić,  no  po 

background image

prostu koszmar.  Wtedy  poszedłem do mojego przewodnika i powiedziałem: „Przemierzam  tutaj 

ś

więtą drogę, starając się dać z siebie to, co najlepsze, a zamiast zmienić się na lepsze, wychodzi 

ze mnie to co marne i nikczemne”. Odpowiedział mi: „Tak jest teraz, później zobaczysz światło. 

Na razie odkrywasz, jaki naprawdę jesteś. Jeszcze nie nastąpiła w tobie przemiana, ale po prostu 

zacząłeś  o wiele  wyraźniej  widzieć  małość  twojego  świata,  a to  zawsze  rozjaśnia  wiele  spraw”. 

Kiedy zapalimy światło i widzimy obrzydliwe pająki, gasimy czym prędzej lampę, Ŝeby tego nie 

oglądać.  Przechodzimy  przez  bolesny  proces  wzrostu,  bo  najpierw  widzimy  wcale  nie  to  co 

w nas najlepsze, tylko co najciemniejsze. Jasność przychodzi dopiero później. 

Maria Chamorro 

– Nie potrafimy siebie kochać, bo przecieŜ, kiedy twierdzimy, Ŝe jesteśmy źli, to dowód na 

to,  Ŝe  brak  nam  miłości  do  siebie  samych.  Sądzę,  Ŝe  trzeba  w sobie  akceptować  nawet  własną 

małość,  uświadomić  sobie  własne  słabości  i pokochać  siebie  z całym  dobrodziejstwem 

inwentarza. 

Paulo Coelho 

– Ja to widzę trochę inaczej.  Wszystko jest w ciągłym ruchu i zawsze moŜliwa jest zmiana. 

Niemniej  zwykle  paraliŜuje  nas  poczucie  winy.  Widzisz  coś,  co  chciałabyś  mieć,  a dręczą  cię 

wyrzuty  sumienia,  bo  uwaŜasz,  Ŝe  na  to  nie  zasługujesz.  Ja  sam  na  początku  naszej  rozmowy 

powiedziałem:  nie  jestem  nikim  wyjątkowym,  abyście  nie  sądziły,  Ŝe  macie  do  czynienia 

z mędrcem znającym odpowiedzi na wszystkie pytania, tylko ze zwykłym śmiertelnikiem. W ten 

sposób  pomogłem  wam  i sobie.  Chciałem,  abyście  nie  miały  mojego  fałszywego  obrazu  i od 

pierwszej  chwili  zaakceptowały  mnie  takiego,  jaki  jestem.  I na  dodatek  bez  tego  idiotycznego 

poczucia winy. 

Maria Chamorro 

–  Ale  zawsze  wpierw  akceptujesz  samego  siebie,  a dopiero  później  pokazujesz  się  innym 

taki, jaki jesteś. Bo jest wiele nakazów, które nas paraliŜują: tego się nie robi, tego się nie mówi, 

tamtego nie wypada... 

Paulo Coelho 

– Niewątpliwie. 

Ana Gomez 

–  śeby  zrobić  ten  krok,  musisz  przyjąć,  Ŝe  masz  swoje  prawa,  Ŝe  jako  człowiek  moŜesz 

wyjść poza ten Podręcznik. 

Paulo Coelho 

–  I Ŝe  to  nie  grzech.  Jako  katolik  myślę  często  o pierwszym  cudzie  Jezusa,  Ŝe  nie  był 

„politycznie  poprawny”.  Nie  przywrócił  wzroku  ślepcowi,  zdrowia  paralitykowi,  tylko 

przemienił  wodę  w wino.  Rzecz  bardzo  przyziemna,  świecka,  doczesna  –  po  prostu  zabrakło 

wina. To nie było wcale niezbędne do zbawienia ludzkości, bynajmniej. Podczas wesela w Kanie 

background image

Galilejskiej skończyło się wino i Jezus zapytał sam siebie: „Co robić?”. I nie zawahał się: „Mam 

moc, aby przemienić wodę w wino, więc zrobię to”. Na dodatek przemienił ją w wyborne wino. 

Dla  mnie  tym  symbolem  chciał  powiedzieć:  Spójrzcie,  chociaŜ  przede  mną  bolesne  chwile,  ta 

droga jest drogą radości, a nie cierpienia. Nieuniknione, wcześniej czy później i tak nas dopadnie, 

nie da się go ominąć, ale teŜ na siłę nie trzeba go szukać. 

Juan Arias 

–  Błędem  niektórych  religii  jest  uznanie  ofiary  za  cel  sam  w sobie.  Zawsze  mówię,  Ŝe  za 

kaŜdym  razem,  gdy  Jezus  napotykał  cierpienie,  starał  się  temu  zaradzić.  Mógłby  przecieŜ 

powiedzieć:  Nie przejmuj się, cierp, a to cierpienie cię uszlachetni. Ale nie,  on nie mógł znieść 

ludzkiego  cierpienia  i leczył  wszystkie  choroby,  przede  wszystkim  wśród  najbiedniejszych,  bo 

oni są najbardziej pokrzywdzeni. 

Paulo Coelho 

–  Całkowicie  się  zgadzam.  Nie  mogłem  uniknąć  wszystkich  cierpień,  jakich  w Ŝyciu 

doznałem,  ale  teŜ  ich  nie  poszukiwałem  po  to,  by  składać  siebie  na  ołtarzu  ofiarnym.  Słowo 

„poświęcenie”  nawiązuje  do  świętego  obowiązku,  ale  dotyczy  bardziej  zaangaŜowania  w to,  co 

robisz.  Są  chwile,  w których  musisz  zrezygnować  z jednej  rzeczy,  aby  wybrać  inną,  ale 

poświęcenie jako rezygnacja sama w sobie nie ma sensu. 

Maria Chamorro 

–  Wydaje  mi  się,  Ŝe  najwaŜniejsze  jest  nie  tyle  poświęcenie,  ile  poczucie,  Ŝe  jest  się 

kochanym. Wtedy wszystko się zmienia. Dla misjonarzy waŜna jest miłość, a nie poświęcenie. 

Juan Arias 

–  Wtedy  to  juŜ  nie  jest  poświęcenie.  Miłość  pomaga  znieść  wyrzeczenia  i zaakceptować 

drugą  osobę,  ale  wynagradza  cię  tak  szczodrze,  Ŝe  juŜ  trudno  to  nazwać  ofiarą.  Znam  księdza 

w Rio  de  Janeiro,  który  codziennie  karmi  czterystu  Ŝebraków.  On  czuje  się  szczęśliwy. 

Oczywiście  nie  jest  mu  łatwo:  szuka  codziennie  Ŝywności  dla  czterystu  biedaków  i Ŝyje  razem 

z nimi. Ale nie mam wątpliwości, Ŝe czuje się naprawdę szczęśliwy, bo to, co dla kaŜdego z nas 

byłoby poświęceniem, dla niego nim nie jest, inaczej byłby masochistą. 

Maria Chamorro 

– Nie byłoby to zdrowe. 

Juan Arias 

– I nie czułby się szczęśliwy. 

Maria Chamorro 

– Kiedy coś mi nie wychodzi i usłyszę słowa: „Postaraj się! Zrób to jeszcze raz i zobaczysz, 

Ŝ

e ci się uda”, próbuję tak długo, aŜ w końcu rzeczywiście mi się to udaje, ale gdy ktoś mi powie: 

„Jesteś do niczego!”, poddaję się, bo jestem pewna, Ŝe zrobię to źle. 

Paula Gomez 

background image

– Chciałabym jeszcze wrócić do podróŜy i poczucia wolności. Widzę w tym pewien szkopuł. 

W podróŜy  dość łatwo czuć się wolnym, odkrywać siebie samego; to cię wzbogaca,  czujesz się 

tak,  jakbyś  był  zakochany.  Przeczytałam  ksiąŜkę  Francesco  Alberioniego  Kocham  cię  i podróŜ 

kojarzy  mi  się  z narodzinami  miłości,  która  raptem  uwalnia  cię  od  wszelkich  kłopotów.  Ale 

problem  zaczyna  się,  kiedy  wracasz  z podróŜy  do  codziennej  rzeczywistości.  Dla  mnie 

najtrudniejsze  jest  to,  Ŝe  muszę  Ŝyć  z ludźmi,  którzy  nie  odkryli  jeszcze  tego,  co  ja,  i to  mnie 

spycha  z powrotem  w ramy  Podręcznika.  Z jednej  strony  byłabym  zachwycona,  gdyby  i oni 

mogli odkryć to co ja, ale z drugiej – czy oni rzeczywiście muszą to odkryć? 

Paulo Coelho 

–  Tak,  to  duŜy  problem.  Obserwuję  coś  takiego  tu  na  plaŜy.  Rano  jest  pusta,  przychodzi 

matka  z dzieckiem  i siada,  przychodzą  chłopcy  pograć  w piłkę,  później  przychodzą  ślicznotki, 

uwodzące  na  skąpe  bikini.  Następna  matka,  która  przyjdzie,  nie  usiądzie  juŜ  w pobliŜu  tych 

dziewczyn, bo będzie czuć się trochę brzydka, ani obok tych, co grają w piłkę, bo przecieŜ z nimi 

nie  zagra.  Wtedy  siada  oczywiście  obok  tamtej  matki,  ich  dzieci  zaczynają  się  bawić.  Piękni 

młodzieńcy  siadają  obok  ślicznotek.  PlaŜa  zaczyna  porządkować  swój  świat.  Rozumiesz?  I tak 

pomału zaczynają tworzyć się plemiona matek z dziećmi, plemiona ślicznotek, podrywaczy. Ale 

trzeba trochę czasu, aby wszystko znalazło swoje naturalne miejsce. Nie moŜemy tego zmienić. 

Matki z dziećmi są matkami z dziećmi, piłkarze chcą uprawiać sport i i daje im to wiele radości, 

to  ich  sposób  czczenia  Boga.  Dlatego  często  mówię  o wojowniku  światła,  o chwili,  gdy  nagle 

odkrywam  spojrzenie  kogoś,  kto  jak  przeczuwam,  szuka  tego  samego  co  ja,  mimo  iŜ  oboje 

jesteśmy  niedoskonali.  Mamy  swoje  kłopoty,  swoje  chwile  tchórzostwa,  ale  czujemy  teŜ,  Ŝe 

jesteśmy zdolni coś zmienić, Ŝe jesteśmy w drodze. Nie chodzi o to, Paula, aby przekonać ludzi 

do swoich racji, tylko aby znaleźć tę osobę, która tak jak ty czuje się na świecie samotna i myśli 

podobnie. Czy wyraŜam się dość jasno? 

Paula Gomez 

– Problem w tym, Ŝe takich ludzi jest bardzo niewielu, a przynajmniej ja niewielu spotkałam. 

Paulo Coelho 

–  Są  ich  całe  zastępy  i co  ciekawe,  pisarz  albo  ksiąŜka  bywają  katalizatorem  takich 

procesów. Jeśli przeczytasz ksiąŜki Henry’ego Millera czy Borgesa, zauwaŜysz, Ŝe coś cię z nimi 

łączy, poczujesz z nimi wspólnotę. Tak więc  ksiąŜka, film, w ogóle  sztuka posiada właściwości 

katalizatora, bo pomaga ci odkryć, Ŝe nie jesteś sama, Ŝe jest ktoś, kto myśli podobnie jak ty. 

Juan Arias 

– Na przykład widzisz kogoś w samolocie z pewną konkretną ksiąŜką i juŜ wiesz, Ŝe moŜesz 

z nim porozmawiać. 

Paula Gomez 

–  Kiedyś  jechałam  pociągiem  do  Saragossy  z moim  ojcem  i babcią,  i usiadłam  obok 

background image

dziewczyny,  która  czytała  Bridę.  Poprzedniego  dnia  byłam  na  Targach  KsiąŜki  w Madrycie 

i wahałam  się  długo,  czy  kupić  Piątą  Górę,  czy  właśnie  Bridę,  i w  końcu,  nie  wiem  dlaczego, 

wybrałam Piątą Górę. Gdy  siedziałam w pociągu,  patrzyłam na dziewczynę, której nie znałam, 

na ksiąŜkę, którą trzymała w ręku, i myślałam: „Co za zbieg okoliczności, wczoraj przeglądałam 

akurat  tę  ksiąŜkę”.  Wreszcie  nie  wytrzymałam  i jej  o tym  powiedziałam.  „Ja  teŜ  się  wahałam 

między Piątą Górą i Bridą”– odrzekła. A ja na to: „Piąta Góra? Spójrz, mam ją tutaj w torbie”. 

Na  dodatek  okazało  się,  Ŝe  jest  córką  przyjaciółki  mojej  ciotki  z Saragossy.  Ja  juŜ  tylko  się 

rozglądałam,  gdzie  jest  ukryta  kamera,  bo  byłam  przekonana,  Ŝe  to  wszystko  musi  być 

ukartowane. 

Paulo Coelho 

– Doskonale cię rozumiem, ja teŜ miewam wraŜenie, Ŝe ktoś filmuje to, co mi się przytrafia. 

Paula Gomez 

– Czasem zdarza mi się, Ŝe otwieram Biblię na chybił trafił i wydaje się, jakby przemawiała 

tylko do mnie. I pytam sama siebie: jak to moŜliwe? 

Paulo Coelho 

– To tak jakby anioł mówił ustami innych. 

Juan Arias 

–  Ta  historia  z pociągu  jest  bardzo  znacząca.  Kiedy  widzisz  kogoś  z ksiąŜką,  którą  lubisz, 

moŜesz  bez  problemu  nawiązać  z nim  rozmowę,  bo  wydaje  ci  się,  Ŝe  ten  ktoś  nadaje  na  tych 

samych falach co ty. 

Paula Gomez 

– Studiuję architekturę i bardzo interesuję się sztuką. Mam wraŜenie, Ŝe sztuka współczesna 

skupia w sobie wiele namiętności i jeśli masz szczęście poznać jakiegoś malarza, odkrywasz, Ŝe 

obraz przekazuje wiele emocji współczesnych ludzi. Co sądzisz o sztuce współczesnej? 

Paulo Coelho 

– Sądzę, Ŝe sztuka jest zawsze manifestem pokolenia, przekładem uczuć tego pokolenia dla 

jego współczesnych. Oczywiście trzeba oddzielić to, co jest sztuką, od sezonowej mody. Historię 

moŜna  opowiadać  na  róŜne  sposoby,  a architektura  naleŜy  do  najbardziej  niesamowitych,  bo 

opowiada  długie  dzieje  ludzkości.  Istnieje  wiele  teorii,  wiele  ksiąŜek  o budowlach,  w których 

odzwierciedla  się  cała  ludzka  wiedza.  I to  począwszy  od  piramid,  poprzez  katedry  gotyckie, 

gdzie widać dokładnie, Ŝe chodzi nie tylko o wzniesienie gmachu. Odbija się w nich Ŝycie epoki, 

są sposobem przekazywania wiedzy o świecie następnemu pokoleniu. 

ś

ycie  jest  jak  karawana,  która  nie  wie,  skąd  wychodzi  ani  dokąd  zmierza.  W czasie  tej 

wędrówki  rodzą  się  dzieci  i słuchają  historii  babci,  która  widziała  wiele  ciekawych  rzeczy. 

Później  babcia  umiera,  dzieci  stają  się  dziadkami,  opowiadają  o swojej  podróŜy  i umierają. 

Historia przekazuje potomnym doświadczenia naszego pokolenia, z serca do serca, sztuka zaś – 

background image

Ŝ

e uŜyję pojęcia z alchemii – przekazuje kwintesencję rzeczy. Bo jak wytłumaczyć, jaki był świat 

w 1998  roku,  kiedy  spotkali  się  pisarz,  malarka,  trzy  studentki  z Madrytu,  dziennikarz,  poetka, 

inny  wielki  poeta?  Tego  nie  da  się  wytłumaczyć.  A tymczasem  wyrazi  to  poezja,  malarstwo, 

rzeźba czy budowla, której ty przekaŜesz swoje uczucia. Pewnego dnia twoje wnuki staną przed 

nią i zobaczą, co stworzyłaś jako architekt, i być moŜe, nie poznają całej historii, tak jak my nie 

wiemy dokładnie, kto zbierał winogrona na to wino, które pijemy, ale poczują, tak jak my, wielką 

przyjemność.  To  właśnie  jest  kwintesencja.  Sztuka  nie  jest  niczym  innym  jak  przekazywaniem 

karawanie  Ŝycia  tego,  co  poznaliśmy.  Jest  duŜo  przesady  we  współczesnej  sztuce.  Czasem  ma 

ona niewiele wspólnego z prawdziwą sztuką, poruszającą serca, nie tylko ogląda własny pępek. 

Juan Arias 

–  Hiszpański  filozof  Fernando  Savater  mówił  mi,  Ŝe  budujemy  i pozostawiamy  po  sobie 

ś

lady, bo wiemy, Ŝe musimy umrzeć. Tak rodzi się cywilizacja. Zwierzęta, nieświadome swojej 

ś

mierci, nie zostawiają po sobie śladu. 

Paulo Coelho 

– MoŜe faktycznie z powodu tęsknoty za wiecznością mamy dzieci i stawiamy katedry, choć 

uwaŜam, Ŝe to coś więcej, bo inaczej artyści nie mieliby dzieci. Kiedy masz juŜ dzieci, wiesz, Ŝe 

pozostawisz  po  sobie  trwały  ślad  i nie  potrzebujesz  tworzyć  Ŝadnych  innych.  Sądzę,  Ŝe 

zostawiamy  po  sobie  to  wszystko  z potrzeby  dzielenia  się,  bo  kochamy  Ŝycie.  Nie  dlatego  Ŝe 

musimy umrzeć, tylko dlatego Ŝe jest w nas miłość, którą chcemy się podzielić. Kiedy miłość nas 

wypełnia, pragniemy natychmiast przekazać to innym i ta potrzeba nas inspiruje. 

Ana Gomez 

– A takŜe potrzeba opowiedzenia o tym, bo pisarz jest po to, by opowiadał nam o Ŝyciu. 

Paulo Coelho 

– śeby przeŜywać Ŝycie. Otrzymujesz je, przekształcasz i dzielisz się nim. Jak powiedziałem 

w Pielgrzymie,  „agape”  to  miłość,  która  wykracza  poza  siebie  samą  i właśnie  tym  trzeba  się 

dzielić. 

Juan Arias 

– Skoro juŜ o tym mówisz, jak odróŜnić „agape” od „erosa”? W Pielgrzymie rozróŜniasz trzy 

typy miłości. 

Paulo Coelho 

–  „Eros”  to  miłość  między  dwiema  osobami,  „filos”  to  miłość  poznania,  „agape”  to  miłość 

wykraczająca poza zwykły fakt, czy ktoś podoba mi się, czy nie. To miłość, o której Jezus mówi: 

„Miłujcie  waszych  nieprzyjaciół”.  Mogę  miłować  wrogów  i symbolicznie  ich  unicestwiać  bez 

litości. To jest moja własna prawda, mój sposób widzenia świata. Pojęcie antagonizmu rozumiem 

jako centrum tworzenia. śycie jest walką, ani dobrą, ani złą, po prostu walką, zderzeniem energii. 

Jeśli  wykonuję  jakiś  ruch,  to  popycham  ileś  atomów  czy  cząsteczek  powietrza,  które  z kolei 

background image

poruszają  następne  i w  ten  sposób  nawet  najmniejszy  mój  ruch  odbija  się  echem  w najdalszym 

zakątku wszechświata. Wszystkie moje gesty, wszystkie słowa, które wypowiadam, wszystko, co 

myślę,  jest  skutkiem  zderzenia  róŜnych  Ŝywiołów.  To  leŜy  u podstaw  stworzenia,  w momencie 

znanym jako Big Bang, wielki wybuch, początek. 

Kiedy miałem chyba osiemnaście lat, przeczytałem ksiąŜkę, która wywarła na mnie ogromny 

wpływ  –  Mahabharatę.  To  święta  księga,  klasyka  literatury  hinduskiej,  coś  jak  Don  Kichot  dla 

was,  Hiszpanów.  W tej  epopei  zawiera  się  cała  historia  Indii.  Król  zapisał  w spadku  królestwo 

bratankowi  zamiast  synowi.  Oczywiście  syn  nie  godzi  się  na  to  i ogłasza,  Ŝe  będzie  walczyć. 

Bratanek przyjmuje wyzwanie. Wojna domowa jest nieunikniona. Ślepy król stoi na wzgórzu nad 

polem  bitwy.  Ruszają  do  boju  dwie  armie  –  jedna  królewskiego  syna,  druga  bratanka,  kroczą 

wojska  ze  sztandarami,  wojownicy  uzbrojeni  w łuki  gotowe  do  strzału.  W tym  momencie 

pojawia  się  Bóg,  aby  przyjrzeć  się  bitwie.  Generał  jednego  z wojsk  wsiada  do  rydwanu 

bojowego, odłącza się od swoich ludzi, staje na środku pola bitwy, rzuca łuk, strzały, odwraca się 

w kierunku  Boga  i mówi:  „To  straszne!  Za  chwilę  rozpocznie  się  tutaj  prawdziwa  jatka, 

będziemy się zabijać, umierać. To jest wojna domowa, a przecieŜ po jednej, i po drugiej stronie 

są ludzie dobrzy i szlachetni. Mój mistrz jest po jednej stronie, moja matko po drugiej. To będzie 

rzeź. Więc ja nie mam zamiaru walczyć, składam się tutaj w ofierze”. Bóg mu odpowiada: „Co ty 

wyprawiasz? Bitwa się zaczyna. To nie pora na wątpliwości. Jeśli los przywiódł cię tutaj, walcz. 

Teraz  idź  i zacznij  się  bić.  Później  podyskutujemy  o reszcie,  ale  w tej  chwili  czeka  cię  bitwa”. 

Tak  więc  Bóg  mówi  mu,  Ŝe  bitwa,  jaką  ma  stoczyć,  jest  częścią  ruchu  świata.  To  część 

odwiecznego konfliktu między wszystkimi siłami kosmosu. 

Juan Arias 

– Czyli pojmujesz świat jako bitwę? 

Paulo Coelho 

– Jeśli tę myśl doprowadzić do skrajności, wszystko jest konfliktem, nie w sensie złej walki, 

tylko  dobrej  walki,  tego  ruchu  Wszechrzeczy.  Kończy  się  podróŜ,  wracasz  do  domu  i pytasz: 

A teraz co? I rodzi się konflikt, ale to jest konflikt twórczy, bo pcha cię naprzód. 

Juan Arias 

– Chcesz przez to powiedzieć, Ŝe nie moŜesz nie wybrać. 

Paulo Coelho 

–  MoŜesz  wybrać  między  dwiema  klasycznymi  drogami,  medytacją  albo  dobrą  walką,  ale 

musisz  wybrać.  Jeśli  jesteś  mnichem  trapistą,  buddystą  czy  jakimś  innym,  zamykasz  się 

w klasztorze  i oddajesz  medytacji.  Ale  jeśli  jesteś  człowiekiem  czynu,  zostaniesz  jezuitą,  który 

w duchu  ma  walkę.  Musisz  wybrać  pomiędzy  jogą  działania  a jogą  bezruchu.  Nie  moŜesz 

zatrzymać się pośrodku, bo nie ma Dobra ani Zła, jak powiedział Bóg w Mahabharacie, jest tylko 

ruch. A skoro jest ruch, często widzimy rzeczy raz z punktu widzenia Dobra, raz Zła. 

background image

Juan Arias 

– Czasem jednak niełatwo odróŜnić siły Dobra od sił Zła. 

Paulo Coelho 

–  Kiedy  toczysz  bitwę,  to  oczywiste,  Ŝe  dostrzegasz  siły  negatywne,  i walczysz  przeciwko 

nim.  W ksiąŜce Na brzegu rzeki Piedry... opisuje, coś, co przydarzyło się mnie samemu. Byłem 

w Olite  ze  świetną  hiszpańską  przewodniczką  z Saragossy  i chciałem  pójść  do  kościoła. 

Podszedłem,  drzwi  były  otwarte,  chciałem  wejść  do  środka,  ale  jakiś  człowiek  przy  drzwiach 

zatrzymał  mnie:  „Nie  wolno”.  „Jak  to  nie  wolno  wejść?”,  zapytałem.  „Nie  wolno,  bo  jest 

południe i kościół jest zamknięty”. Przeprosiłem go, wyjaśniłem, Ŝe przyjechałem z daleka tylko 

na  kilka  dni,  i poprosiłem,  Ŝeby  pozwolił  mi  wejść  na  parę  minut.  „Nie,  nie  moŜna,  bo  jest 

dwunasta. Kościół będzie otwarty dopiero od trzeciej”. Niemal zacząłem go błagać, by dał mi się 

pomodlić przez chwilę, ale był nieprzejednany. Zbuntowałem się. „Jak to nie?! Wejdę na chwilę 

i pan będzie mnie pilnował”. Bo nie było w tym  Ŝadnej logiki, on przecieŜ siedział  tam tak  czy 

inaczej i nic nie miał do roboty przez kilka godzin. Ten człowiek był symbolem sytuacji, w której 

musisz  powiedzieć  „nie”  prawu,  władzy,  autorytetom.  Na  drodze  staje  przeciwnik,  a wojownik 

czy  podróŜnik  symbolicznie  zabija  go  albo  sam  zostaje  zabity,  bo  tamten  moŜe  być  przecieŜ 

silniejszy. Wprawdzie zostałem poniŜony, ale lubię walkę. 

Juan Arias 

–  To  przypomina  sytuację,  gdy  uczniowie  Jezusa  naruszyli  święto  szabatu,  a Jezus  gani 

faryzeuszy i tłumaczy im, Ŝe szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. 

Paulo Coelho 

–  W grę  wchodzą  dwie  energie.  Jesteś  nieubłagany,  bo  idziesz  do  przodu,  nie  bacząc  na 

konsekwencje,  ryzykujesz  skok  w przepaść  z ufnością.  Nie  obraŜam  tego  człowieka,  nie 

przeszkadzam mu w obiedzie, nie zatrzymuję go. Nie, to on nie pozwala mi wejść, tylko dlatego 

Ŝ

e  sądzi,  Ŝe  ma  nade  mną  władzą.  Z tym  się  nie  zgadzam.  Zapominam  o prawie  i zabijam  go 

symbolicznie – wchodzę do kościoła. 

Juan Arias 

–  Nie  przypomina  ci  to  sceny  z Ewangelii,  w której  Jezus  wymawia  posłuszeństwo  swoim 

rodzicom? 

Paulo Coelho 

– Niewątpliwie, Jezus często przeciwstawiał się Marii i Józefowi. 

Juan Arias 

– To szokuje wielu katolików. 

Paulo Coelho 

–  I kiedy  matka  idzie  do  Niego,  by  z Nim  porozmawiać,  On  odpowiada:  „KtóŜ  jest  moją 

matką?”. 

background image

Paula Gomez 

– Kiedyś myślałam, Ŝe on odrzuca własną matkę i braci, ale teraz rozumiem, Ŝe jest to raczej 

otwarcie na innych, a nie odrzucenie. 

Juan Arias 

– Nie. Oznacza to, Ŝe muszę iść dalej swoją drogą, a ty nie moŜesz mi w tym przeszkodzić. 

Paula Gomez 

–  Ale  to  takŜe  otwarcie  umysłu  na  innych.  Z perspektywy  naszych  czasów  moŜemy 

pomyśleć, Ŝe jeśli zwrócisz się tak do swojej matki, jej się to nie spodoba, ale jeŜeli potraktujesz 

to jako otwarcie na ludzi, nie moŜe mieć ci tego za złe. 

Juan Arias 

– To właśnie mówi  Paulo: musisz wybrać,  musisz ruszyć  w podróŜ,  choćbyś  miała sprawić 

ból  własnej  matce.  To  nie  znaczy,  Ŝe  jej  nie  kochasz.  To  jest  konflikt  między  miłością  do  niej, 

której  nie  odrzucasz,  a miłością  do  siebie  samej,  która  kaŜe  ci  iść  własną  drogą.  W tej  trudnej 

konfrontacji musisz podjąć decyzję. 

Paulo Coelho 

–  Konflikt  z rodziną  jest  kwestią  kluczową.  Często  mówię,  w swoich  ksiąŜkach  o tarciach 

z moimi rodzicami, którzy byli bardzo surowi. Jednak muszę im podziękować, bo oni teŜ mi się 

przeciwstawili i dali mi wykształcenie, starli się ze mną w dobrej walce. 

Paula Gomez 

– Mówisz, Ŝe trzeba Ŝyć kaŜdą chwilą. Istnieje droga, ale jest takŜe wiele rzeczy, które trzeba 

przeŜyć. Nie chodzi o to, by powiedzieć: pójdę tędy i zobaczymy, co się stanie. W kaŜdej sytuacji 

musisz zadecydować, czy  wejdziesz do  kościoła, czy nie.  Sądzisz, Ŝe  trzeba się przeciwstawiać 

za wszelką cenę? 

Paulo Coelho 

–  Nie,  ostre,  totalne  starcie  moŜe  potrwać  jeden  dzień,  dwa,  a potem  opuszczacie  siły. 

Dlatego w Piątej Górze kładę ciągle na szali rygor i współczucie. Są takie chwile, kiedy musisz 

powiedzieć „nie”, i takie, kiedy musisz pozwolić się nieść i patrzeć, dokąd cię to zaprowadzi. To 

nie ma nic wspólnego z siłą twoich postanowień i nie oznacza braku decyzji. Decydujesz, kiedy 

pozwalasz  się  prowadzić,  i decydujesz  takŜe,  kiedy  się  przeciwstawiasz.  Ale  podejmujesz 

decyzje, nie stoisz na rozstaju. 

Juan Arias 

– We wszystkich religiach rozdroŜa uznawane są za miejsca święte. 

Paulo Coelho 

–  Tak,  począwszy  od  Merkurego,  boga  rozstajnych  dróg.  Tutaj,  w Brazylii,  jeśli  wyjdziesz 

w piątek  wieczorem,  zobaczysz,  jak  składa  się  w ofierze  jedzenie  na  skrzyŜowaniach  dróg,  bo 

tam właśnie, we wszystkich religiach, patrzą bogowie. 

background image

Maria Chamorro 

– Niedawno rozmawialiśmy w domu o kosmosie i chaosie. Mówiliśmy, Ŝe chaos jest częścią 

kosmosu, co z kolei potwierdzałoby, Ŝe wszystko ma jakiś sens, nawet chaos. Tu, w Rio, gdzie na 

kaŜdym  kroku  napotkać  moŜna  ogromny  kontrast  między  dzielnicami  zamoŜnymi  i favelami, 

bogactwo i nędza zderzają się ze sobą i mieszają. RozdroŜa, gdzie patrzą bogowie, są symbolem 

takich  przełomowych  momentów  w naszym  Ŝyciu.  Wiesz,  Ŝe  na  skrzyŜowaniu  musisz  podjąć 

decyzję: iść w prawo czy w lewo, choć jakaś siła trzyma cię w miejscu, bo boisz się nieznanego, 

bez względu na to czy jest dobre, czy złe. A nawet, jeśli w końcu na coś się decydujesz, zawsze 

trochę Ŝałujesz, Ŝe nie poszedłeś w drugą stronę. 

Paulo Coelho 

–  To  właśnie  jest  problem,  Mario.  Wielu  ludzi  zadaje  mi  pytanie:  A gdyby  w twoim  Ŝyciu 

zdarzyło się to czy tamto? W moim słowniku nie ma trybu warunkowego, nie ma słowa gdyby. 

Jest w nim nie wiem ile tysięcy słów, ale tego gdyby nie ma. To gdyby moŜe mnie zniszczyć, bo 

jeŜeli  w jakimś  momencie  podjąłem  decyzję,  wybrałem  drogę,  to  idę  nią  dalej  i nie  rozwaŜam, 

czy jest słuszna. Tak postanowiłem i juŜ. Jeśli zaczynam wzdychać: Ach, gdybym wtedy zrobił to 

czy tamto... – wszystko psuję. 

Maria Chamorro 

–  Moim  zdaniem,  choć  moŜemy  zdecydować,  jaką  iść  drogą,  to  nigdy  nie  wiemy,  czy  jest 

ona dobra, czy zła. W takim razie moŜe wątpienie teŜ jest dobre? 

Paulo Coelho 

–  Wybacz,  Mario,  ale  mówiłem  teraz  o ufności,  a wątpienie  nie  ma  z nią  nic  wspólnego. 

Wątpliwość  pojawia  się  w momencie  decyzji,  ale  wyklucza  zaufanie.  Rozumiesz?  Mogę  cię 

zapewnić, Ŝe do końca Ŝycia będziesz mieć wątpliwości. Ja zawsze miałem i z upływem lat mam 

ich coraz więcej, ale nie przeszkadza mi to podejmować decyzji. Wątpić nie znaczy dociekać, czy 

się  mylę,  czy  mam  rację.  Podejmuję  decyzję,  a później  mogę  to  jeszcze  raz  przemyśleć. 

Z upływem  lat  zrozumiałem,  Ŝe  zawsze  istnieje  moŜliwość  poprawy,  zawsze  jest  jakaś  druga 

szansa. 

Maria Chamorro 

–  Czy  mówimy  o wątpliwościach  przed  podjęciem  decyzji,  czy  juŜ  po?  To  są  wątpliwości, 

kryzysy, plątanina dróg. Jeśli nie udało  ci się zrealizować jakichś planów, sprawy wymknęły ci 

się z rąk, to musisz dalej szukać albo wejść w starcie, które pozwoli ci odnaleźć drogę. Dlatego 

kryzys jest dobry. 

Paulo Coelho 

– Kryzysy zawsze są dobre, bo zmuszają cię do podjęcia decyzji. 

Mauro Salles 

– Chińczycy słowo „kryzys” tłumaczą jako szansa. 

background image

Paula Gomez 

–  Mój  chłopak  powiedział  mi  dokładnie  to  samo  na  lotnisku,  kiedy  wylatywałam  do  Rio, 

tylko nie uŜył słowa kryzys, ale kłopot: „Paula, Chińczycy słowo „kłopot” tłumaczą jako szansa”. 

Paula Gomez 

–  Mam  przyjaciółkę  Włoszkę,  która  niedługo  przyjedzie  do  Rio.  Powiedziała  mi  kiedyś: 

„Zawsze  miałam  obsesję  na  punkcie  doskonałości,  choć  nie  zdawałam  sobie  z tego  sprawy. 

Często wprowadzałam ludzi w błąd i udawało mi się uchodzić za doskonałą. Wiesz, co to znaczy 

doskonałość,  prawda?”.  Odpowiedziałam  jej,  Ŝe  nie  wiem.  „Być  doskonałym  –  odparła  –  to 

znaczy  być  całością.  Człowiek  nie  moŜe  być  całością  bez  swojej  ciemnej  strony,  ale  musi 

utrzymywać  między  ciemną  a jasną  stroną  równowagę.  To  znaczy  być  doskonałym”.  Takie 

podejście  cię  uwalnia,  pozwala  ci  zaakceptować  swoje  człowieczeństwo,  zobaczyć,  Ŝe  jesteś  – 

jak mówiła Maria – chaosem i kosmosem zarazem. 

Paulo Coelho 

–  Nawet  Jezus  się  złości,  kiedy  ktoś  mu  mówi,  Ŝe  jest  dobry.  „Dlaczego  Mnie  pytasz 

o dobro? Jeden tylko jest Dobry” – odpowiada. 

Mauro Salles 

–  Paulo  mówił  o pielgrzymce,  o drodze  jako  poszukiwaniu  własnej  toŜsamości.  Pytam,  czy 

chodzi o zadanie, które kiedyś wypełnisz, czy teŜ trwa ono wiecznie? Czy jest to zdarzenie czy 

proces? Za tym pytaniem kryje się sens lub bezsens pielgrzymowania. 

Paulo Coelho 

– Kiedyś starałem się odpowiedzieć na słynne pytanie: Kim jestem? Teraz nawet nie próbuję. 

To juŜ nie jest pytanie, to odpowiedź: Jestem. I od momentu kiedy jestem, nie mogę odpowiadać, 

muszę w pełni być. To samo powiedział Bóg, kiedy MojŜesz zapytał: „Jakie jest Twoje imię?” – 

„Jestem,  który  Jestem”.  Sądzę,  Ŝe  jesteśmy,  i nic  poza  tym.  I tu  zaczyna  się  pielgrzymka. 

Dawniej miałem cele – moim zdaniem zawsze  warto mieć jakiś cel, jakiś pomysł, organizować 

trochę swoje Ŝycie – ale teraz rozumiem, Ŝe sama droga jest wielką radością. 

Mauro Salles 

–  To  znaczy,  Ŝe  celem  jest  proces.  Wielu  ludzi  frustruje  się  tym,  Ŝe  nie  dochodzą  do  celu 

swojej  pielgrzymki  czy  drogi  duchowej,  bo  nie  rozumieją,  po  co  naprawdę  wyruszyli.  Trzeba 

pamiętać,  Ŝe  my  tu  wszyscy  czegoś  szukamy,  kaŜdy  na  swój  sposób  i powodowany  innymi 

przyczynami. 

Paulo Coelho 

–  Jest  taki  wiersz  Kawafisa,  świetnego  greckiego  poety  –  Itaka.  Itaka  to  rodzinne  miasto 

Ulissesa, do którego pragnie powrócić  po wojnie. Zaczyna się tak: „Kiedy  wyruszasz  w podróŜ 

do Itaki, pragnij tego, by długie było wędrowanie...”. A kończy tak: „Gdy dobijesz do tej wyspy, 

bogaty we wszystko, co zyskałeś po drodze, nie oczekuj wcale, by ci dała bogactwo Itaka. Itaka 

background image

dała ci tę piękną podróŜ”. 

Kiedy  po  siedemdziesięciu  dniach  marszu  po  raz  pierwszy  ujrzałem  katedrę  w Santiago  de 

Compostela,  to  był  wstrząs.  Powiedziałem  sobie:  „Oto  miejsce,  do  którego  za  wszelką  cenę 

chciałem  dotrzeć,  i koniec,  teraz  muszę  podjąć  decyzję”.  Do  tej  pory  było  jasne,  Ŝe  muszę 

pielgrzymować,  a kiedy  doszedłem  do  celu,  pomyślałem:  „I  co  mam  teraz  zrobić?  Co  mam 

począć  z tą  całą  katedrą,  z tym  wszystkim?”.  Sens  podróŜy  zawarty  jest  w słowach  Antonia 

Machado, hiszpańskiego poety: „Wędrowcze, nie ma drogi, drogą jest wędrowanie”. 

Mauro Salles 

– Na pogrzebie Jacqueline Kennedy oczekiwano, Ŝe towarzysz ostatnich lat jej Ŝycia wygłosi 

uroczystą mowę pogrzebową. A on tylko przeczytał wiersz Haka, zacytowany tu przez Paula. 

Paulo Coelho 

– NiemoŜliwe! Nic o tym nie wiedziałem. 

Mauro Salles 

– Wcześniej rozmawialiśmy o rozstajach dróg, o „tak” i o „nie”, czy iść naprzód, czy wstecz. 

Wydaje mi się, Ŝe najgroźniejszym uczuciem podczas drogi jest właśnie takie „być moŜe”, które 

dopuszcza wahanie w miejscu, gdzie krzyŜują się drogi. Te słowa paraliŜują, przerywają podróŜ. 

Powiedziałeś, Paulo, Ŝe to nie ma nic wspólnego z wątpieniem, ale wielu ludzi sądzi, Ŝe to „być 

moŜe”  jest  formą  działania.  Jeśli  chcemy  wartościować  wątpienie  i ufność,  to  wątpienie  jest 

dobroczynne, a „być moŜe” jest niedobre, bo unicestwia działanie. 

Ana Gomez 

–  Największym  dramatem  człowieka  jest  konieczność  wyboru,  bo  oczywiście  wolałoby  się 

mieć wszystko. Ale trzeba wybierać. 

Paulo Coelho 

– I tu zachodzi paradoks, bo kiedy wybierasz, masz wszystko, absolutnie wszystko. W chwili 

kiedy wprawiasz w ruch swoją moc podejmowania decyzji, wszystkie drogi zbiegają się w jedną 

drogę, tę, którą właśnie pójdziesz. 

Ana Gomez 

– Ale kiedy juŜ idziesz jedną drogą, to czy nie rezygnujesz z tego, co mogło ci się przydarzyć 

na drugiej? 

Paulo Coelho 

– Nie. I to nie jest metafora, to rzeczywistość. W Alefie Borgesa wszystkie drogi są tą samą 

drogą,  ale  musisz  wybrać  jedną,  by  ujrzeć  po  drodze  wszystkie  te,  których  nie  wybrałaś.  To 

metafora, bo nie musisz z niczego rezygnować. Droga, którą idziesz, zawiera w sobie wszystkie 

drogi. 

A wracając do Jezusa, powiedział On: „W domu Ojca mego jest wiele mieszkań”. Wszystkie 

drogi prowadzą do tego samego Boga. My mamy swoją drogę, to nasz wybór, ale tych dróg jest 

background image

sto  lub  dwieście.  StaroŜytni  mawiali,  Ŝe  jest  osiem  albo  dziewięć  sposobów  umierania.  Jeśli 

wybierzesz swoją drogę, to jest to twoja własna historia, twój los, twoja legenda. Nie powinnaś 

iść  drogą  swojego  ojca  albo  małŜonka,  bo  to  nie  są  twoje  drogi,  i dotrzesz  do  kresu  Ŝycia,  nie 

doświadczywszy swojej własnej. Drogi innych nie zawierają twojej, ale twoja zawiera wszystkie 

inne. A teraz zjedzmy coś i napijmy się wina... 

Pisarz  był  pod  duŜym  wraŜeniem  tej  rozmowy  ze  studentkami,  która  wciągnęła  wszystkich 

innych gości. Po krótkiej przerwie na przekąskę – hiszpańską szynkę i ser oraz wyborne włoskie 

wino, które ktoś mu podarował – jeszcze trochę gawędziliśmy. 

– Chciałabym cię zapytać, czy nie bałeś się opowiedzieć Juanowi intymnych szczegółów ze 

swojego Ŝycia, które pojawią się w ksiąŜce. To przecieŜ trochę tak, jakby cię ktoś obnaŜył. 

Paulo Coelho 

– Nie boję się  nagości,  wręcz  przeciwnie. UwaŜam,  Ŝe to obowiązek pisarza. Bardzo łatwo 

ukryć się za jakąś ksiąŜką i stworzyć pewien obraz, który później się za tobą wlecze. PrzeŜyłem 

to  juŜ  w show  biznesie:  narzucono  mi  rolę  sławnego  faceta,  odegrałem  ją  i co?  Dwa,  trzy  lata 

później źle się to dla mnie skończyło. Przyrzekłem sobie, Ŝe nigdy więcej nie będę grał roli idola. 

Jestem sławny, ale chcę być prawdziwy, nie chcę nosić masek. 

Ana Gomez 

– Musisz się przygotować, Ŝe to będzie szok dla wielu twoich czytelników. 

Paulo Coelho 

–  Mam  taką  nadzieję.  Jezus  dobrze  to  ujął:  „I  poznacie  prawdę,  a prawda  was  wyzwoli”. 

Poznanie Prawdy to jedyny sposób, by stać się człowiekiem wolnym. To właśnie daje mi ochotę 

do  dalszego  pisania.  Opowiadanie  Juanowi  o całym  moim  Ŝyciu  bez  tajemnic  moŜe  nie  jest 

politycznie  poprawne  w tej  chwili,  ale  na  dłuŜszą  metę  ja  będę  się  czuł  bardziej  wolny,  a moi 

czytelnicy zrozumieją, Ŝe to jest moja prawda, i zaakceptują mnie takiego, jaki jestem, choć mój 

rozwój jeszcze trwa, wciąŜ jestem w ruchu. 

Paula Gomez 

– Czego szukasz w pisaniu? 

Paulo Coelho 

–  Siebie  samego.  Przez  całe  Ŝycie,  w kaŜdej  jego  chwili  przechodziłem  wewnętrzne 

przemiany i ciągle jeszcze nie całkiem siebie znam i rozumiem. Piszę takŜe, aby dowiedzieć się, 

kim  jestem  w konkretnym  momencie  pisania.  Później  przeistaczam  się  i muszę  napisać  kolejną 

ksiąŜkę.  W ten  sposób  mogę  się  dzielić  moimi  metamorfozami,  moimi  twarzami,  moimi 

odcieniami. Dopóki jestem uczciwy i szczery wobec siebie – co nie jest wcale łatwe, to kwestia 

samodyscypliny – moja osobowość przenika do ksiąŜek, które piszę, a jeśli tam jest, z pewnością 

będę  potrafił  przekazać  poza  słowami  energię  tej  osobowości.  MoŜe  mój  światowy  sukces 

zawdzięczam  jedynie  temu,  Ŝe  przekazuję  coś,  co  wykracza  poza  słowa  moich  ksiąŜek?  Ale 

background image

trudno mi to wytłumaczyć.