background image

FRANCOIS MAURIAC 

 

 

Młodzieniec z dawnych lat 

 

PRZEŁOŻYŁA ZOFIA MILEWSKA 

background image

 

Rozdział I 

 

Nie  jestem  takim  chłopcem  jak  inni.  Gdybym  był  taki  jak  inni  chłopcy,  mając 

siedemnaście lat polowałbym  z  Laurentym,  moim  starszym  bratem, i  z naszym  rządcą, starym 

Duberc,  i  z  Szymonem  Duberc,  jego  młodszym  synem,  który  jest  klerykiem  i  o  tej  porze 

powinien  być  na  nieszporach,  i  z  Prudentym  Duberc,  jego  bratem,  który  namawia  Szymona, 

żeby  sobie  dał  spokój  z  proboszczem.  Mógłbym  strzelać  z  kalibru  24,  zamiast  wypłaszać 

zwierzynę po krzakach, jakbym był psem - zamiast udawać psa. 

Tak, udaję psa, ale równocześnie zastanawiam się, co ten Szymon ma w głowie. Podkasał 

sutannę ze względu na kolce i gałęzie; dlaczego jego grube łydki w pończochach z czarnej wełny 

pobudzają do śmiechu? Lubi polowanie tak, jak lubią je Diana i Stop. Ma żyłkę myśliwską, nie 

może się przemóc, ale wie, że o tej właśnie porze ksiądz dziekan odprawia nabożeństwo i patrzy 

na pustą ławkę, w której powinien znajdować się Szymon,  a jego tam nie  ma. Po nieszporach 

ksiądz  dziekan  przyjedzie  do  nas,  żeby  omówić  to  z  mamusią.  Mam  nadzieję,  że  będę  już  w 

domu,  chociaż  mi  nie  dowierzają  i  milkną,  gdy  się  tylko  zbliżam.  Zdaniem  mamusi  jestem 

pleciugą, a ksiądz dziekan uważa mnie za niesfornego ducha, ponieważ stawiam sobie pytania, 

których on nigdy sobie nie stawiał i jemu nikt nie stawiał, a już ja najmniej ze wszystkich; ale 

wie, że uważam go za głupiego. 

„Ty  wszystkich  uważasz?a  głupich.”  To  mi  zarzuca  mamusia.  No,  prawda,  że  w  domu 

tylko siebie uważam za inteligentnego, ale wiem, że nic nie wiem, ponieważ niczego mnie nie 

nauczono.  Moi  nauczyciele  poza  podstawowymi  wiadomościami  nie  mieli  mi  nic  do 

przekazania. Koledzy są ode mnie lepsi we wszystkim, co się liczy w ich oczach. Odnoszą się do 

mnie  pogardliwie  i  mają  powody,  żeby  mną  pogardzać:  nie  uprawiam  żadnego  sportu,  a  siły 

mam tyle co kurczak. Czerwienię się, kiedy rozmawiają o dziewczynach, a jeśli pokazują sobie 

fotografie,  odwracam  głowę.  Niektórzy  jednak  odnoszą  się  do  mnie  przyjaźnie,  może  nawet 

więcej niż przyjaźnie. 

Oni wiedzą, co będą robili, już mają swoje miejsce w świecie. A ja? Ja nie wiem, czym 

jestem.  Wiem  świetnie,  że  wszystko,  co  głosi  ksiądz  dziekan,  i  wszystko,  w  co  wierzy  moja 

matka,  wcale  nie  idzie  w  parze  z  tym,  co  istnieje  rzeczywiście.  Wiem  świetnie,  że  nie  mają 

absolutnie poczucia sprawiedliwości. Mierzi mnie religia, którą praktykują. A przecież nie mogę 

background image

obejść się bez Boga. I to właśnie sprawia, że w głębi duszy jestem różny od wszystkich, nie zaś 

to, że udaję psa i wypłaszam zwierzynę z krzaków zamiast polować z Laurentym, Prudentym i 

Szymonem  Duberc,  i  że  nie  podołałbym  nawet  strzelbie  kaliber  24.  Wszystko,  co  opowiada 

ksiądz dziekan, wydaje mi się idiotyczne, a także sposób, w jaki opowiada; a jednak wierzę, że 

to jest prawda, dla siebie samego odważyłbym się napisać: wiem, że to jest prawdziwe, tak jak 

gdyby  ślepiec,  będący  jednocześnie  rutynowanym  przewodnikiem,  prowadził  mnie  do 

prawdziwej  prawdy  drogami  absurdalnymi,  mamrocząc  po  łacinie  i  każąc  tak  samo  mamrotać 

rzeszom coraz mniej licznym, aż wreszcie już tylko trzodzie, która najwyżej potrafi paść się tam, 

gdzie  się  ją  na  pastwisko  zaprowadzi...  Ale  cóż!  Światłość,  w  której  idą,  aczkolwiek  jej  nie 

widzą, ja widzę, albo raczej jest już ona we mnie. Niech sobie opowiadają, co chcą: to przecież 

są  ci  nieucy  lub  też  idioci,  na  których  tak  się  wścieka  mój  przyjaciel  Donzac,  modernista. 

Niemniej  to,  w  co  wierzą,  jest  prawdziwe.  Oto  do  czego  dla  mnie  sprowadza  się  historia 

Kościoła. 

Mają  zająca,  upolowali  go  na  skraju  pola  Jouanhaut.  Powrót  był  potwornie  męczący: 

siedem’  kilometrów  po  tej  ponurej,  ale  dla  mnie  ukochanej  drodze  między  dwiema  ścianami 

sosen. „Wszystko to własność naszej pani, jak byś daleko nie spojrzał” - niezmiennie powtarza 

Duberc,  przez  caluteńką  drogę,  z  tą  osobliwą  dumą  muzyka...  Ohydnie  to  pisać.  Z  góry 

wiedziałem,  że  w  drodze  powrotnej  Szymon  kleryk  będzie  szedł  koło  mnie,  nic  zresztą  nie 

mówiąc. Teraz z kolei dzieckiem stał się Laurenty: bawi się kopaniem szyszki; jeśli doprowadzi 

ją tak do domu, wygra. 

Z Szymonem nie rozmawiamy o niczym. Na pewno proboszcz skarżył mu się na mego 

„niesfornego  ducha”  i  Szymon  podziwia  mnie  za  to,  że  mając  siedemnaście  lat  potrafię 

wzbudzać niepokój w tej istocie ograniczonej, która będzie miała nad nim władzę, jak długo jest 

klerykiem na wakacjach. 

Pragnę  tu  wyznać  wobec  Boga,  jaki  jestem  zakłamany:  obawy  w  dziekanie  i  może 

podziw  w  oczach  Szymona  budzę  dzięki  dość  mglistym  wiadomościom,  zapamiętanym  z 

wypowiedzi mojego przyjaciela Andrzeja Donzac, który pakuje mi w uszy wszystko, co wyczyta 

w  Rocznikach  lilozolii  chrześcijańskiej.  Wynosi  pod  niebiosa  niejakiego  ojca  Laberthonniere, 

oratorianina  redaktora  tego  czasopisma,  którego  nazwisko  przejmuje  naszego  dziekana 

obrzydzeniem: „To modernista, czuje się swąd herezji” - powtarza. Gardzę nim za posługiwanie 

się  tym  skojarzeniem  idiotycznym  i  okrutnym:  swąd  herezji!  Oni  zawsze  posyłaliby  na  stos 

background image

ludzi, którzy wierzą, oczy mając otwarte. 

Niemniej  jestem  zakłamany,  ponieważ  biję  w  nich  judzącymi  argumentami  Andrzeja, 

jakby  to  były  moje  własne,  i  mam  taką  minę,  jakbym  wiedział,  czego  oni  nie  wiedzą,  podczas 

gdy  jestem  nie  mniej  ciemny  od  nich...  Nie,  jednak  się  oczerniam.  Jak  powiada  Andrzej,  ja 

wgryzłem się w Pascala. Do czytania Pascala nie potrzebuję się zmuszać: zwłaszcza zapisków w 

opracowaniu  Brunsciwicga,  które  ofiarował  mi  Andrzej.  Ze  wszystkim,  co  wiąże  się  z 

PortRoyal, i ja czuję się związany. 

Czy  Szymon  Duberc,  choć  ma  przecież  maturę,  czytał  Pascala?  Podejrzewam,  że 

żadnego z pisarzy objętych programem nie poznał w oryginale, a poprzestaje na podręcznikach... 

Szedł koło mnie. Czułem zapach potu, jakim przesiąknięta jest jego sutanna. Nie dlatego, że jest 

brudny:  jest  czyściejszy  od  całej  swej  chłopskiej  rodziny,  która  w  ogóle  nie  uznaje  mycia,  a 

może i od nas, bo łowiąc ryby przy młynie prawie codziennie włazi do wody. Łowi szczupaki i 

płocie  uderzając  w  pnie  olch,  przy  których  zastawił  więcierze...  Ale  nie  będę  tu  opowiadał  o 

łowieniu ryb. 

Prawdę mówiąc nie tyle odór Szymona przyprawia mnie o mdłości, co te szóste paluszki, 

trzęsące się wyrostki, które ma u obu rąk i u obu nóg również, tak że jego buty robione na miarę 

wydają się jednakowo długie, jak szerokie: zupełnie nogi słonia. Ale szóste palce u nóg nieczęsto 

mam okazję oglądać, podczas gdy te nie rozczłonkowane chrząstki u obu jego dłoni wprost mnie 

fascynują.  Zresztą  wcale  nie  stara  się  ich  kryć  i  otwarcie  się  cieszy,  że  nadprogramowe  palce 

uwolnią  go  od  wojska.  Jego  starszy  brat,  Prudenty,  jest  innego  zdania:,.Mogłeś  wstąpić  do 

SaintCyr...” To jedyne słowa, jakie Prudenty kiedykolwiek przy mnie wypowiedział, zdradzające 

rolę kusiciela, jaką zdaniem mamusi i księdza dziekana odgrywa wobec młodszego brata. 

Obmyślałem powieść, którą mógłbym na ten temat napisać: Prudenty, wątły, chudy, ze 

sczerniałą  skórą  i  wszystkimi  zębami  zepsutymi,  zakochany,  to  wiem,  w  Marii  Duros,  swojej 

sąsiadce, córce cieśli, siostrze Adolfa Duros, który ma dwadzieścia lat i przypomina Herkulesa z 

obrazków w mojej historii greckiej - ten Prudenty przez brata porachowałby się ze światem, na 

którym  on  sam  jest  tylko  pleśnią...  Poza  tym,  że  jak  wszyscy  Dubercowie,  jest  inteligentny. 

Czego  dowodem  jego  bunt.  Według  mojej  koncepcji  w  historii,  którą  obmyślam,  Prudenty 

powinien wyrzec się Marii Duros i pchnąć ją w objęcia Szymona. W rzeczywistości Maria Duros 

zapewne  tak  samo  brzydzi  się  młodszym  bratem,  jak  starszym,  a  nawet  dużo  bardziej,  ze 

względu na owe paluszki i sutannę, która już mu przywarła do skóry... Zresztą bo ja wiem? Tak 

background image

sobie wyobrażam, jestem pewien, że to prawda, ponieważ znam chłopaka, którego Maria Duros 

kocha, a w każdym razie do niego chodzi; jest przyjacielem Adolfa, jej brata olbrzyma. 

A zresztą może ksiądz dziekan się nie myli, kiedy powtarza: Szymona nęka nie demon 

pożądliwości,  lecz  ambicji.  Na  dziewczęta  prawie  nie  patrzy.  Oczywiście  wiem,  że  był  tak 

chowany, żeby na nie nie patrzeć. Ale wszystko jedno, chyba jeszcze nie potrzebował naprawdę 

z sobą walczyć... Cóż ja mogę wiedzieć? Nic nie wiem o Szymonie, ani w ogóle o nikim. Nawet 

mamusia i ksiądz dziekan często mnie zaskakują. 

Po  powrocie  z  polowania  Lamenty  zaniósł  zająca  do  kuchni.  Ja  byłem  zmęczony  i 

wyciągnąłem się na kanapie w sieni. Przyszła mamusia i usiadła przy mnie. Położyła mi rękę na 

czole i zapytała, czy nie chce mi się pić. Miała ochotę porozmawiać. Widać porozumiała się już 

z  księdzem  dziekanem  na  temat  tego,  co  należy  mi  powiedzieć,  bo  uchodziłem  za  powiernika 

Szymona.  W  istocie  nic  podobnego.  To,  że  mnie  sobie  upodobał,  wcale  nie  przejawia  się  w 

słowach. Przepaść, jaka nas dzieli, bynajmniej mu nie przeszkadza. W każdym razie nigdy nie 

usiłował jej przeskoczyć. 

Zresztą  mamusia  również.  Kocha  mnie,  ale  się  mną  nie  interesuje.  Nie  interesuje  się 

niczym  oprócz  naszych  posiadłości,  i  może  tym,  co  zachowuje  wyłącznie  dla  siebie,  a 

przypuszczam,  że  są  to  skrupuły  religijne,  o  których  mam  pewne  pojęcie,  bo  pamiętam,  co  i 

mnie  dręczyło,  kiedy  byłem  mały,  z  czego  wyzwoliłem  się  całkowicie  lub  częściowo,  odkąd 

dzięki Donzacowi wykryłem, że zostaliśmy tak wytresowani, iż nieskończoność zawiera się dla 

nas  w  absurdalnych  zakazach,  w  tabelce  grzechów  powszednich  i  grzechów  rzekomo 

śmiertelnych. 

Ksiądz  dziekan  obarczył  widać  mamusię  misją  wybadania  mnie,  a  ja  umyślnie 

przymykałem  oczy,  jakbym  był  śpiący.  Nie  wysilając  się  na  żadne  wstępy  zapytała,  jak 

zachowywał się Szymon w czasie polowania. 

- Myślał wyłącznie o zającu i zapewne o minie, z jaką przywita go ksiądz dziekan, kiedy 

jutro rano przyjdzie mu służyć do mszy. 

Mamusia tylko na to czekała. Od razu wygarnęła wszystko, co miała do powiedzenia. 

- Ksiądz dziekan nie ma tak ciasnego umysłu. 

Nie  przywiązuje  absolutnie  wagi  do  faktu,  że  Szymon  w  wieku  dziewiętnastu  lat  woli 

polowanie od nieszporów. Nieszpory niedzielne nie są obowiązkowe. Ksiądz dziekan mówił mi, 

że nawet dla niego stanowią ciężką próbę. W wypadku Szymona wcale nie to jest ważne. 

background image

- No tak - powiedziałem. - Ważne jest, żeby go skazać, może wbrew jego woli, na życie, 

do którego nie został stworzony. 

Mamusi  „krew  uderzyła  do  głowy”,  jak  sama  to  nazywała.  Zrobiła  się  przeraźliwie 

czerwona: do czegóż ja się wtrącam? 

- Ależ mamusiu, przecież to właśnie ty mówisz. 

Z pewnością ja jeden nie wtrącam się do niczego, co dotyczy Szymona. 

Z  owym  brakiem  logiki,  który  nie  jest  szczególną  cechą  mamusi,  a  zdaniem  Donzaca 

odznaczają się nim wszystkie kobiety, stwierdziła, że w tym właśnie błądzę, że wtrącanie się w 

to uważa za mój obowiązek. 

-  Czyż  wy  nie  wierzycie  w  Łaskę?  Przypuszczacie,  że  Bóg  nas  potrzebuje  w  takich 

zmaganiach, jakie toczą się w duszy Szymona i są wyłącznie jego sprawą? 

-  Szymon  przez  cały  ten  czas  podlega  naciskom,  których  istnienia  wcale  nie 

podejrzewaliśmy:  tak,  prawdziwy  spisek.  Musisz  o  tym  wiedzieć,  to  bardzo  ważne:  widuje 

często,  od początku  wakacji, i  to  w sekrecie przed nami... No, zgadnij,  kogo? Mera, tak, pana 

Duport, który jest masonem, który poprzysiągł, że odciągnie go od Kościoła... 

- Przecież wszyscy wiedzieliśmy, że Szymon widuje się z panią Duport... 

-  Tak,  z  tą  wariatką,  ale  nie  z jej  mężem,  którego  widok  sutanny  doprowadza  do  szału. 

Wyobrażałam sobie, że Szymon przekracza próg Duportów tylko po południu, kiedy mer jest w 

tartaku. Przez długi czas tak było... Ale pani Duport osobiście nas ostrzegła... 

Pani Duport osobiście! Nie wierzyłem uszom. 

„Duportów  się  nie  widuje.”  W  języku  mamusi  oznacza  to,  że  nie  wymienia  się  z  nimi 

dorocznej wizyty (podczas letnich wakacji, które spędzamy w Maltaverne), czym chlubią się trzy 

czy  cztery  panie  z  miasteczka.  Ale  jest  to  też  prawda  dosłownie:  Duportów  się  w  ogóle  nie 

widzi, nie patrzy się na nich. Są wykreśleni z naszego malutkiego światka. Spróbuję wprowadzić 

trochę  ładu  w  historię  Duportów  i  Szymona.  Pani  Duport,  rzekomo  ładna,  bo  mnie  zawsze 

wydawała się stara, jest dużo młodsza od swojego męża („nie wiadomo, gdzie on ją wyszukał. 

Nie wiadomo,  skąd się  w ogóle wzięła...”) i  podejrzana,  gdyż nie pochodzi  z naszych stron, z 

tego,  co  się  nazywa  nasze  strony:  landy  spod  Bazadais.  Duportowie  mieli  córkę  jedynaczkę, 

Teresę, która urodziła się tego samego dnia co Szymon Duberc. Maria Duberc chodziła do nich 

na  posługi  i  przyprowadzała  z  sobą  małego  Szymona,  który  bawił  się  z  Teresą,  pozwalał  się 

tyranizować, słuchał jej we wszystkim, jak syn posługaczki powinien słuchać córki mera - ale i 

background image

dlatego,  że,  jak  mówiono  ze  śmiechem,  kochał  się  w  niej,  a  ona  w  nim,  najwięcej  zaś  w 

Szymonie  podobało  jej  się  to,  czego  ja  nie  cierpiałem,  te  jego  szóste  palce...  Teresa  umarła, 

chorowała tylko parę dni. Na zapalenie opon mózgowych? Rodzice zdali się na doktora Dulac, 

zastępcę mera, radykała i również masona. Jakaż była ich rozpacz... Pani Duport, która chodziła 

do kościoła w niedzielę, kryjąc się za filarami, odtąd przestała przychodzić, zrobiła się wrogiem 

Pana  Boga.  Codziennie  natomiast  bez  względu  na  pogodę  wędrowała  na  cmentarz.  W  sezonie 

nosiła na grób czereśnie, ulubiony owoc Teresy. Dzieci ze szkoły przychodziły, żeby je zjadać. 

Dziwactwa te studziły współczucie. Co więcej, nie zechciała przyjąć mamusi. Rzecz nie 

do wiary. W rezultacie już nikt z miasteczka nie przekroczył progu jej domu, poza Marią Duberc 

i  Szymonem  podczas  letnich  wakacji.  Od  nich  dowiedzieliśmy  się,  że  zieleń  z  dnia  pogrzebu 

wciąż jeszcze leży na kamiennej posadzce przedpokoju i że Marii Duberc nie wolno tego ruszać. 

Szymona  pani  Duport,  gdyby  tylko  mogła,  trzymałaby  przy  sobie  w  dzień  i  w  nocy. 

Przywracał  jej  Teresę,  stawał  się  Teresą.  Ale  Szymon  był  żywy,  to  był  mały  chłopiec.  Nie 

sposób  go  było  usadowić  na  krześle  niby  jakiś  przedmiot  ani  przez  cały  dzień  faszerować 

biszkoptami  czy  konfiturami.  Na  szczęście  uwielbiał  czytanie.  Przypominam  sobie,  że  kiedyś 

później,  podczas  pewnej  zabawy,  w  której  należało  w  możliwie  najmniejszej  ilości  słów 

wypowiedzieć, co każdy uważa za szczęście, Szymon najpierw napisał: „Polować i czytać”. A 

potem  poprawił:  „Czytać  i  polować”.  Pani  Duport  miała  pełny  komplet  SaintNicolas  illustró, 

Jourńal des voyages, powieści Juliusza Verne, Le toui de Flance de deux enfants i wiele jeszcze 

innych wspaniałości. Sadowiła Szymona pod oknem i mówiła: „Czytaj sobie, zapomnij o mnie”. 

Z  początku  Szymon  czuł  się  skrępowany  tym  wzrokiem  spoczywającym  na  nim, 

szczękiem  drutów,  na  których  stale  coś  robiła,  potem  się  przyzwyczaił;  co  drugi  albo  trzeci 

dzień,  a  nawet  codziennie,  jeśli  się  zapalił  do  lektury,  przychodził  po  południu,  zasiadał  pod 

oknem  w  pokoju  zapewne  dość  osobliwym,  lecz  nie  potrafił  go  opisać:  chłopi  nie  dostrzegają 

tego, co my widzimy, mimo że widzą to, czego my nie widzimy. Pewnego dnia poprosił panią 

Duport,  żeby mu  pozwoliła zabrać jakąś książkę do domu.  Wtedy, jeden jedyny  raz, wyraźnie 

odczuł, że się na niego rozgniewała. Żadna z książek, które czytała Teresa, których dotykały ręce 

Teresy,  nie  może  wyjść  za  próg  domu.  Ale  nazajutrz  powiedziała  Szymonowi,  że  byłoby  jej 

miło, gdyby czytał na głos, podczas gdy ona robi na drutach, i że będzie mu płaciła za godzinę, 

tak jak jego matce. 

Dziś  zastanawiam  się,  czy  właśnie  nie  owa  zapłata,  która  olśniła  Duberców,  uśpiła 

background image

niepokój,  jaki  w  mamusi  i  księdzu  dziekanie  powinien  był  wzbudzić  codzienny  kontakt 

dwunastoletniego ucznia seminarium z osobą tak zdziwaczałą, żoną mera masona. Prawda, że w 

tym  okresie  mer  prawie  nie  pokazywał  się  w  domu,  całymi  dniami  zajęty  swoim  tartakiem  i 

administracją gminy. Ponadto, o czym dowiedziałem się później, miał dwie kochanki, jedną w 

Bordeaux, drugą w Bazas. 

Oczywiście  pani  Duport,  skłócona  z  Bogiem  od  śmierci  Teresy,  nie  chodziła  już  do 

kościoła, ale Szymon zapewniał dziekana, że nigdy nie mówi z nim o religii. W rzeczywistości 

nie mówiła z nim o niczym, przyglądała się, jak czytał. „Z początku to mnie krępowało: jakby 

mnie  thciała  pożreć  oczami.  Ale  teraz  już  się  nie  przejmuję”  -  zapewniał  Szymon.  Nawet  nie 

odbierało  mu  to  apetytu,  kiedy  przynosiła  „podkurek”,  jak  Szymon  nazywał  podwieczorek: 

kubek kakao, chleb z masłem - i nie spuszczała z niego oczu, podczas gdy jadł. 

W  październiku,  kiedy  już  wszyscy  wracaliśmy  do  Bordeaux,  Szymon  przywoził  do 

seminarium drobne sumki pieniędzy, które zarobił. Ani księdzu dziekanowi, ani mamusi nawet 

przez myśl nie przeszło, że powinien może z tego zrezygnować. Już we wczesnym dzieciństwie 

zdumiewało mnie, w jak wielkim stopniu dla tych katolików pieniądze są czymś, czego się nie 

kwestionuje,  czego  się  nie  wyrzeka,  chyba  że  się  jest  istotą  o  szczególnym  powołaniu,  jak 

franciszkanie  czy  trapiści.  Poczynając  od  dwunastego  roku  życia  zacząłem  kształtować  sobie 

pewne  pojęcia,  które  Donzac  sprecyzował  mi  w  ubiegłym  i  w  tym  roku,  a  mianowicie,  że 

katolicy, którzy nas wychowali, bezwiednie przyjmują postawę sprzeczną z nakazami Ewangelii 

i ze wszystkich błogosławieństw Kazania na Górze uczynili przekleństwa: wcale nie są cisi, nie 

tylko nie są sprawiedliwi, ale sprawiedliwość ich mierzi. 

Zarzewiem  dramatu  stała  się  sutanna,  w  którą  przybrano  Szymona,  ledwie  ukończył 

piętnaście  lat.  Cóż  to  za  awans,  sutanna!  Pozyskał  prawo  do  komży  podczas  nabożeństw  i  do 

zasiadania  w  stallach  prezbiterium.  Aczkolwiek  w  miasteczku  nadal  mówiono  do  niego  po 

imieniu,  obcy  mimo  jego  dziecinnej  twarzy  nazywali  go  księdzem.  Ale  sutanna  u  mera!  Pani 

Duport  sądziła,  że  zgodzi  się  z  nią  rozstawać  ze  dwa  razy  w  tygodniu.  Oparł  się  temu,  jakby 

chodziło o zbawienie wieczne. Maria Duberc, dla której owa sutanna była spełnieniem marzenia 

całego  życia  o  plebanii,  gdzie  będzie  przecież  panią  i  w  kuchni,  i  w  pralni  -  ośmieliła  się 

pochwalić odmowę Szymona. 

Mamusia  i  ksiądz  dziekan  dojrzeli  wówczas  to,  co  ja  mając  czternaście  lat  jasno 

widziałem: że pani Duport nie zależało już na obecności małego przyjaciela Teresy, ale Szymona 

background image

Duberc takiego, jakim był i jaki we mnie budził wstręt, z tym Jego silnym zapachem, chłopską 

kościstością  i  tymi  nadliczbowymi  palcami.  Zobaczyliśmy  teraz,  że  nie  może  się  bez  niego 

obejść; godziła się na to jedynie w okresie roku szkolnego, który, jak sobie wyobrażam, był dla 

niej rodzajem liturgicznego adwentu  - czasem przygotowania na przybycie Szymona... Ale nie, 

teraz  mi  się  przypomina,  że  mamusia  ani  ksiądz  dziekan  niczego  nie  podejrzewali.  Oczy 

otworzyła  im  dopiero  pewna  wypowiedź  pani  Duport,  którą  Szymon  powtórzył  księdzu 

dziekanowi:  że  to  nie  dla  niej,  ale  dla  jej  męża  sutanna  jest  nie  do  zniesienia;  ona  natomiast 

przywykła  już  do  niej  i  nawet  dostrzega  dobre  tego  strony:  upewnienie,  że  Szymon  zawsze 

będzie dostępny, nikt go jej nie zabierze... 

- Żadna inna kobieta? - zapytałem. 

- No tak, pewno;- powiedziała mamusia. 

- Więc widocznie go kocha! 

Wyciągnąłem  ów  wniosek,  sam  się  nasuwający,  tonem  najbardziej  naturalnym,  i 

zdumiało  mnie  wrażenie,  jakie  wywołałem.  Prawda,  że  tego  roku  miałem  czternaście  lat,  ale 

traktowano mnie tak, jak dzisiaj nie traktuje się chłopców ośmioletnich. 

- Co ty opowiadasz? Ty pleciugo! Mówisz o tym, o czym nie masz pojęcia. 

- Widocznie mam, skoro mówię. 

- I nie wstyd ci, w twoim wieku? Co ksiądz dziekan o tobie pomyśli? 

- Prawdę nieraz wypowiadają usta dzieci - rzekł. 

Wstał i zaczął krążyć dokoła bilardu mrucząc: „Jakże ja mogłem być taki ślepy...” 

- Ależ księże dziekanie, nie sądzi ksiądz chyba... W wieku pani Duport! 

-  To  straszliwy  wiek,  niestety...  Chciałbym  zresztą  podkreślić,  że  moim  zdaniem 

Szymonowi nic tu nie zagraża; znam go... 

Urwał nagle, obawiając się, że powiedział za dużo. To, co wiedział o Szymonie, nawet 

dobre, podlegało tajemnicy spowiedzi. 

-  Tak  -  powiedziałem  -  ale  według  Szymona  ona  pożera  go  oczami,  podczas  gdy  on 

pożera „podkurek”. Może nadejść dzień, że jej to nie wystarczy... 

- Cóż ty tu chcesz insynuować? A w ogóle kto cię nauczył... 

- To prawda - powiedział dziekan półgłosem. - Istnieją kobiety wampiry... 

- I mężczyźni również - dorzuciłem niewinnie. 

- Mężczyźni? Jacy mężczyźni? 

background image

Wpatrywali się we mnie zaniepokojeni; do czego to miała być aluzja? No tak, zapewne, 

nie  miałem  tu  nic  konkretnego  do  powiedzenia,  albo  może  wolałem  zmilczeć,  wiedziałem 

jednak, że wampiry mężczyźni krążą wokół wszystkich piętnastoletnich chłopców; zbliżają się 

tylko wtedy, gdy wyczują przychylność. 

-  To  przerażające  -  powiedziała  mamusia.  -  Po  cóż  całe  to  zło?  -  dodała  głosem 

zadumanym, nie wiedząc, że stawia jedyne pytanie zdolne zachwiać wiarę. 

Próbuję przypomnieć sobie, co wymyślili, żeby  uchronić Szymona przed tym upiorem. 

Proboszcz  pod  pretekstem  polowania  spowodował,  że  zaprosił  go  jeden  z  jego  konfratrów  w 

Charente i przetrzymał u siebie do końca wakacji. Tego roku Szymon wrócił do seminarium nie 

wstępując już do Maltaverne. 

Co  do  mnie...  Czy  odważę  się  opowiedzieć  samemu  sobie  figla,  jakiego  spłatałem 

księdzu  dziekanowi?  Tak,  to  konieczne,  bym  sobie  jasno  uprzytomnił,  kim  jestem  w 

rzeczywistości.  Siódmego  września,  w  przeddzień  Narodzin  Najświętszej  Panny,  mamusia  nie 

tracąc  czasu  na  żadne  omówienia  oznajmiła  mi,  że  ksiądz  dziekan  będzie  mnie  czekał  od 

godziny  trzeciej,  do  spowiedzi:  „W  ten  sposób  wyspowiadasz  się  pierwszy,  nim  się  zejdą 

wszystkie kobiety”. Obcesowe wkraczanie w życie religijne czternastoletniego chłopca uważała 

za zupełnie naturalne. Byłem dzieckiem, za które w swoim mniemaniu czuła się odpowiedzialna 

przed Bogiem. Podrażniony, zirytowany, ale nie tak wściekły, jak byłbym dzisiaj, rozumiałem tę 

skrupulantkę, która przekazała mi swoją chorobliwą skłonność do skrupułów; nawet teraz, mając 

siedemnaście  lat,  jeszcze  nie  czuję  się  wyleczony.  Widać  nurtowało  ją  to,  co  ośmieliłem  się 

powiedzieć o wampirach, więc winienem się całkowicie oczyścić przed trybunałem pokuty. Nie 

oznaczało  to  oczywiście,  by  mogła  być  mowa  o  pogwałceniu  tajemnicy  spowiedzi;  mamusia 

wcale  nie  pragnęła  „wiedzieć”.  Aby  ją  uspokoić,  wystarczało,  że  zostaną  „zebrane  cugle”  jej 

małemu  synkowi,  który  zbliżał  się  do  niebezpiecznego  wieku.  Próbowałem  się  bronić:  Matka 

Boska wrześniowa nie jest świętem obowiązującym od czasu konkordatu. 

-  W  naszej  rodzinie  -  powiedziała  mamusia  -  pozostała  świętem  obowiązującym. 

Zawsześmy  tego  przestrzegali.  Nasi  dzierżawcy  w  tym  dniu  nie  wychodzą  z  wołami  w  pole. 

Zresztą ksiądz dziekan czeka na ciebie. Nie ma już o czym mówić. 

- Ale Laurentego nie zmuszasz. 

- On ma osiemnaście lat. Ty jesteś dzieckiem, za które odpowiadam. 

Zły duch mi podszepnął: 

background image

-  Jeżeli  źle  odbędę  spowiedź,  i  do  komunii  przystąpię  niegodnie.  Obydwa  te 

świętokradztwa ciebie obciążą. 

Zbladła, albo raczej jej policzki zszarzały. Rzuciłem się jej na szyję: „Ależ nie, to tylko 

żarty, wyspowiadam się i przystąpię do komunii...” Przytuliła mnie mocno. 

Wściekłość  ogarnęła  mnie  znowu  na  drodze  do  kościoła,  ale  zwróciła  się  całkowicie 

przeciwko  niewinnemu  dziekanowi.  Starałem  się  opanować:  nie  należało  jednak  odbyć  ziej 

spowiedzi...  „Ano  dobrze,  dobrze  -  mówiłem  sobie  -  dobrze,  powiem  mu  wszystko  i  nawet 

więcej, niżby chciał, i więcej, niż kiedykolwiek usłyszał”. 

Czytał brewiarz, siedząc przy konfesjonale. 

Przez chwilę jeszcze czytał, potem zapytał, czy jestem gotów, wszedł do swojpj budki, 

wziął  stułę.  Usłyszałem,  jak  odsuwa  się  deseczka,  i  zobaczyłem  jego  olbrzymie  ucho. 

Powiedziałem, że nie spowiadałem się od piętnastego sierpnia, załatwiłem się szybko z Confiteor 

i  wyrecytowałem moją zwykłą krótką litanię, która niewiele się zmieniła  od czasów pierwszej 

spowiedzi:  zgrzeszyłem  tym,  że  byłem  łakomy,  kłamałem,  byłem  nieposłuszny,  leniwy,  źle 

odmawiałem pacierz, źle słuchałem Mszy świętej, byłem zarozumiały, obmawiałem ludzi... 

-  Czy  to  wszystko?  -  Zdawał  się  rozczarowany.  Tak,  miałem  wrażenie,  że  istotnie 

wszystko. 

- Jesteś pewien, że nic innego cię nie dręczy? 

Bo nawet gdyby to były tylko myśli... 

Spytałem: 

- Jakie myśli? 

Nie nalegał. Miał nieufny stosunek do monstrum, jakim byłem, ale mogło to być również 

monstrum niewinności. 

- Czy zawsze spowiadałeś się szczerze? 

W  tym  momencie  szatan  wstąpił  we  mnie  i  podszepnął,  żebym  odpowiedział:  -  Nie, 

proszę ojca. 

- Jak to? Mam nadzieję, że nie chodziło o nic poważnego? 

- Nie wiem. Może o to, co najpoważniejsze. 

- Och, biedne dziecko! Twoja matka, twoi nauczyciele i ja sam dość usilnie strzegliśmy 

cię przed wszelkim uchybieniem świętej cnocie... 

Tak  nazywał  czystość.  Zaoponowałem,  nie  miałem  nic  poważnego  do  zarzucenia  sobie 

background image

pod  tym  względem.  W  danej  chwili  była  to  prawda.  Jak  niewinnym  chłopcem  byłem  jeszcze 

przed trzema laty... 

- Mówisz mi jednak, że chodzi o coś najpoważniejszego... Co to znaczy? 

- Czy to poważne, czy nie, ojciec sam osądzi. 

Po prostu: jestem bałwochwalcą. 

- Bałwochwalcą? Cóż ty opowiadasz? 

-  Co  ja  dosłownie  wielbię,  nie  śmiem  ojcu  powiedzieć.  Otaczam  potajemnie  czcią... 

Pamięta ojciec wielki dąb w naszym parku? 

-  Nie  taki  znowu  wielki  -  powiedział  proboszcz,  żeby,  przypuszczam,  sprowadzić  mnie 

na ziemię, na ten budzący zaufanie świat, gdzie wszystko się mierzy i waży. 

-  Dla  mnie  on  jest  bogiem.  Tak,  od  kiedy  doszedłem  do  rozumu,  nigdy  nie  przestałem 

uważać go za boga i wielbić. 

- Ojej, ojej! Jesteś poetą, to wiemy (Wymawiał „puetą”). W tym zresztą nie ma nic złego. 

- Wiedziałem dobrze, że ojciec mi nie uwierzy. 

Właśnie to do dzisiaj powstrzymywało mnie od wyznania mojego grzechu: przekonanie, 

że  nikt  mi  nie  uwierzy,  nawet  ojciec.  Jakże  jednak  ojcu  wytłumaczyć,  że  wymyśliłem  cały 

ceremoniał na cześć wielkiego dębu, składam mu ofiary... 

-  No,  no,  dajże  pokój!  To  jest  puezja  dozwolona,  biedny  głuptasie.  Co  tobie  chodzi  po 

głowie? Chyba że chcesz mnie nabrać? O, ale to już byłby ciężki grzech: nie wolno żartować z 

Boga. 

- Wcale nie żartuję z ojca, ale zdaję sobie sprawę, że ojciec nie może mi uwierzyć. 

- Wszyscy pueci, nawet katoliccy, wielbią przyrodę, to jest dozwolone. 

- To, co ja uprawiam, nie ma nic wspólnego z wzlotami Lamartine’a czy Wiktora Hugo. 

Niewątpliwie  wszystkie  drzewa  dla  mnie  mają  w  sobie  życie  i  boskość,  zwłaszcza  sosny  w 

parku.  Wolę  je  od  ludzi  -  dodałem  ogarnięty  uniesieniem  w  pewnym  sensie  sztucznym,  ale  i 

szczerym, któremu poddawałem się z rozkoszą. 

Tak,  ludzie  już  wtedy  budzili  we  mnie  lęk,  nawet  ci  jeszcze  nie  dojrzali,  z  którymi 

miałem  do  czynienia  w  gimnazjum.  Naszych  nauczycieli  zakonników,  nawet  najgorszych, 

naprawdę się nie bałem, ponieważ trzymani są w karbach pobożności i reguły. Ale koledzy! Już 

wtedy  byli  zdolni  do  wszystkiego.  Przypominam  sobie,  że  kiedyś  przesiedziałem  całą  pauzę  w 

ubikacji, tak bałem się piłki od „wybijanego”, którą ciskali we mnie z bliska... 

background image

- Dobrze, Alain, wróćmy jednak do spraw poważnych. 

-  Dlaczego  -  zapytałem  z  trwożnym  przejęciem,  które  nie  było  udane,  a  przecież 

świadome i samo się sobą upajające - dlaczego pozbawia mnie ojciec rozgrzeszenia, nie chcąc 

brać poważnie wyznań, jakie mu czynię? 

Proboszcz  ugniatał  palcami  twarz  właściwym  sobie  ruchem,  jak  gdyby  była  z  gliny. 

Nagle zapytał: 

- Czy wielbisz wszystkie drzewa, nie tylko wielki dąb? 

- Nie, wszystkie oczywiście są istotami żywymi, ale bogiem jest tylko wielki dąb. 

- Miałeś takie objawienie? 

Widziałem, jak chwieje mu się wielka głowa. 

Nie śmiał stuknąć się palcem w czoło. 

- Nie, żadnego objawienia nigdy nie miałem. 

Jak daleko sięgnę pamięcią, wielbiłem ziemię, drzewa... 

- A zwierząt nie? To już i tak lepiej. 

Nie, zwierząt nie... Ależ tak! 

-  Rzeczywiście  -  powiedziałem  -  zapomniałem,  ale  wszystko  mi  się  przypomina.  Zna 

ojciec ten nasz opuszczony folwark? 

- Tak, Silhet? 

- Gdy miałem siedem czy osiem lat, nie wiem już, kto czy co natchnęło mnie myślą, że w 

tych  opuszczonych  zabudowaniach  przebywa  nasza  oślica  Grisette,  która  zdechła  ze  starości 

przed  paru  miesiącami.  Wmawiałem  to  w  siebie  i  przekonywałem  Laurentego,  choć  jest  ode 

mnie starszy, żeby także uwierzył. Dla niego to była tylko zabawa, ale nie dla mnie. Chodziliśmy 

do  opuszczonych  zabudowań  folwarcznych  i  wygłaszaliśmy  idiotyczne  melodeklamacje  przed 

zamkniętymi  na  klucz  drzwiami:  „Grisette,  Grisette,  życzę  ci  miłych  świąt,  dostaniesz 

kandyzowane morele...” 

- Kandyzowane morele dla oślicy? 

Proboszcz usiłował się śmiać, sprowadzał rzeczy do ich właściwego rozmiaru. 

- To dlatego, że kiedy miałem siedem lat, nie wyobrażałem sobie nic lepszego na świecie 

od kandyzowanych moreli, ale Grisette dosłownie wielbiłem. Uprzytamniam sobie teraz, proszę 

ojca,  że  istotnie  popełniałem  tę  ohydę,  o  jaką  por  ganię  pomawiali  pierwszych  chrześcijan, 

mianowicie wielbienie oślej głowy. 

background image

Zamilkłem, szczerze przybity tym, co oto wykryłem, i proboszcz zamilkł również; może 

się  wahał,  czy  nie  odpędzić  mnie  od  konfesjonału,  bo  sobie  z  niego  dworuję.  Ale  cóż  można 

wiedzieć?  Czy  ja  z  niego  dworowałem?  Wiedział  z  doświadczenia,  że  jestem  chłopcem 

skłonnym  do  skrupułów,  chorującym  na  to  samo  co  mamusia.  Nagle  zapytał  głośno  i  niemal 

uroczyście: 

- Alain, czy ty wierzysz w Boga? 

- Och, tak, proszę ojca. 

- Czy wierzysz, że Jezus jest Chrystusem, Synem Boga żywego, że oddał za ciebie życie i 

że zmartwychwstał? 

Wierzyłem całym sercem, całą duszą. 

- Czy kochasz Najświętszą Pannę? 

- Kocham... 

-  No  to  już  nie  myśl  o  tych  wszystkich  głupstwach.  Jeżeli  zgrzeszyłeś,  udzielę  ci 

rozgrzeszenia, albo raczej sam Chrystus cię rozgrzeszy. 

Prędko wymknął się do zakrystii, jakby uciekał. 

Ledwie  zdążyłem  odmówić  pokutę  i  już  znalazłem  się  na  dworze,  w  skwarze  tego 

siódmego września. Wiatr był ciepły, tchnienie, jak poeci piszą z przyzwyczajenia, ale tego dnia 

ów banał był prawdziwy: oddech, tchnienie żywej istoty. Myślałem, że żartuję sobie z dziekana, 

a  odkryłem,  że  te  żarty  oczywiście  mnie  nie  wyzwoliły,  lecz  uświadomiły  mi  miłość,  która 

niezmiennie  była  dla  mnie  ucieczką,  schronieniem,  w  każdym  momencie  życia.  Adoracja,  w 

niczym  nie  naruszająca  tamtej  miłości,  tamtego  innego  uwielbienia,  jakie  żywiłem  dla  Boga 

katolickiego, zespolonego z chlebem i z winem, które zrodziły się z ziemi, ze słońca i deszczu. 

Takie dwa schronienia to wcale nie za dużo. Nigdy nie będę ich miał za dużo dla ucieczki przed 

ludźmi.  Dziś,  po  upływie  dwóch  lat,  moja  trwoga  z  dnia  na  dzień  się  rozrasta,  w  miarę  jak 

zbliżam się do tego, co wydaje mi się potworne ponad wszelkie wyobrażenie: życie w koszarach, 

wspólne  sypialnie.  Nie  zwierzałem  się  z  tego  nikomu,  nawet  Donzacowi.  Owa  trwoga  nie 

przejmuje mnie wstydem, wiem, że nie jest podłością, byle jej nie uzewnętrzniać, wypowiadając 

głośno: wówczas stałaby się tchórzostwem; czasami przychodzi mi nawet na myśl, jako ostatnia 

nadzieja, że może umrę, zanim stanę przed komisją poborową. 

Podczas  gdy  rozmyślałem  o  tych  sprawach  wracając  do  domu,  w  oczach  wciąż  jeszcze 

miałem dziekana takiego, jakim się okazał wobec zastawionej pułapki. On, figurujący na jednym 

background image

z  pierwszych  miejsc  listy  katolików  głupców,  którąśmy  obydwaj  z  Donzakiem  ułożyli 

równolegle z listą katolików inteligentnych, wzbudził we mnie podziw, gdyż wybrnął z taktem, 

jakiego nigdy nie przejawiał w życiu codziennym, jak gdyby przelotnie natchniony. Tak, został 

natchniony,  byłem  przekonany.  W  gruncie  rzeczy  bynajmniej  nie  upewniłem  się  o  własnej 

niewinności,  jeśli  chodzi  o grzech bałwochwalstwa, a w miarę, jak się spowiadałem, sam  weń 

uwierzyłem.  Inaczej  zresztą  uczucie  ulgi  nie  przejawiłoby  się  w  szaleńczym  wyścigu  dokoła 

parku,  na  który  namówiłem  Laurentego.  W  wyścigach  biję  go  prawie  zawsze,  mimo  że  jest  o 

cztery lata ode mnie starszy, bo on się zasapuje. 

Jak  przyjąłem  Komunię  świętą  następnego  dnia,  już  nie  pamiętam.  Z  naszych  komunii 

pamiętamy  nie  więcej  niż  ze  snów.  Przypominam  sobie  jednak  ten  dzień  ósmego  września 

sprzed trzech lat. 

Odmówiłem Laurentemu, który chciał, żebym z nim zapolował na skowronki na polach 

Jouanhaut.  Pamiętam,  co  odczuwałem  bardzo  silnie,  bo  do  tej  pory  często  ogarnia  mnie  takie 

pragnienie:  żeby  się  znaleźć  sam,  wędrować  sobie  przez  lasy,  przez  pola,  aż  do  całkowitego 

wyczerpania  chodzić  po  piaszczystych  drogach,  na  których  nie  do  pomyślenia  jest  spotkanie 

kogokolwiek,  poza  może  jakimś  gospodarzem,  który  prowadzi  woły  i  powie  mi  Aduchats 

dotykając beretu, czy poza pastuchem i jego stadem. Na tych landach bez wyrazu nikt nie mógł 

też  odczytywać  wyrazu  mojej  twarzy.  A  jednak  postanowiłem  zajść  do  kogoś.  Spośród  trzech 

czy  czterech  celów  spaceru,  nad  którymi  zwykle  się  wahałem;  źródła  Hure,  wielka  sosna 

(olbrzym, zwabiający ciekawych w promieniu kilkunastu mil), dom panien w Jouanhaut i „stary 

z  Lassus”,  wybrałem  starego,  może  dlatego,  że  przekroczył  osiemdziesiątkę,  niedługo  miał 

rozstać się z Lassus,  skąd nigdy nie chciał  się ruszyć. Od lat już nie polował,  chyba na dzikie 

gołębie  w  październiku.  Czym  wypełniał  sobie  dni?  Zrobił  bardzo  zdziwioną  minę,  gdy  mu 

kiedyś powiedziałem, że są ludzie tak szaleni, iż kupują książki. Poza lekarzem nie przyjmował 

nikogo.  Mawiał,  że  proboszcz  dostanie  go  po  śmierci,  ale  nie  za  życia.  Spadkobierców  (a 

spokrewniony  był  z  wszystkimi  wielkimi  właścicielami  ziemskimi,  nawet  z  nami,  ale  bardzo 

daleko) szczuł psami, jeżeli któryś próbował go nachodzić. Wszyscy się z tego śmieli, czując się 

jednakowo nienawidzeni. Jedyną ich nadzieję stanowił potworny lęk przed śmiercią, który, jeśli 

wierzyć notariuszowi, nie pozwoli staremu z Lassus zrobić testamentu. Ale Sekunda, która przez 

ponad  czterdzieści  lat  z  nim  sypiała,  a  teraz  go  obsługiwała,  dopięła,  zdaje  się,  że  uczynił,  co 

należało. Ona właśnie miała odziedziczyć te osiemset hektarów, albo raczej jej syn Kazimierz, 

background image

ponieważ całkowicie ulegała władzy tego brutala, którego jedynym zajęciem było polowanie na 

dzikie gołębie w październiku, co szło na rachunek starego z Lassus. Przez resztę roku, jeżeli był 

trzeźwy, obijał się koło domu, nosił wodę ze studni, piłował drzewo. Czy zobaczę go, czy nie, 

mało mnie to obchodziło. Należał raczej do kategorii przedmiotów niż istot ludzkich, jak wielka 

sosna, jak sam stary z Lassus. Nie mieli w sobie nic człowieczego w przerażającym znaczeniu 

tego słowa. Choć byli tacy gburowaci, nie należeli do gatunku, którego się bałem, od którego jak 

najprędzej chciałem uciec. 

Szedłem  więc.  Paprocie,  jeszcze  nie  tknięte  jesienią,  były  prawie  tak  wysokie  jak  ja 

wówczas,  bo  wyrosłem  dopiero  ostatniego  roku.  Paprocie  uważałem  za  wrogów,  gdyż  od 

dzieciństwa  mnie  uczono,  że  zawierają  kwas  pruski.  Toteż  ścinałem  co  dumniejsze  łby,  a 

czasami  rzucałem  się  w  ich  zbitą  gęstwę  i  wdychałem  zapach  zatrutych  soków,  jak  gdybym 

rozlewał ich krew. 

Kiedy  przechodziłem  koło  Silhet,  opuszczonego  folwarku,  gdzie  ongiś  wielbiłem 

Grisette,  posłyszałem  coraz  bardziej  zbliżający  się  tętent  i  ledwie  zdążyłem  uskoczyć:  panna 

Martineau minęła mnie cwałem, wcale nie widząc, a właściwie nie racząc mnie widzieć: jechała 

po męsku, jak Joanna D’Arc, jasne loki rozwiane od pędu wydawały się żywe: tak, uczepione do 

niej  żywe  węże.  Może  się  bała,  że  jej  się  nie  ukłonię?  Chociaż  byliśmy  spokrewnieni  i  choć 

państwo  Martineau  spokrewnieni  byli  z  „całą  śmietanką  towarzyską  landów”,  jak  mawiała 

mamusia,  ich  równieź  się  nie  dostrzegało,  nasze  rodziny  były  skłócone  od  paru  pokoleń.  Już 

dziadkowie  z  sobą  nie  rozmawiali.  Ale  do  panny  Martineau  stosowano  bojkot  osobisty  -  z 

przyczyn, które wtenczas (dziś jestem lepiej zorientowany) sprowadzały się dla mnie całkowicie 

do  tego  jej  jeżdżenia  konno  w  sposób  nie  przyjęty,  po  męsku,  i  do  faktu,  że  pracowała,  była 

lektorką, panną do towarzystwa baronowej de Goth w Bazas, osoby nie z naszego świata, z innej 

sfery, jak mówiła mamusia, z którą stosunki były nie do pomyślenia, której prywatne życie nie 

podlegało bezapelacyjnym osądom, jak życie ludzi z naszego świata, podobnie jak nie podlegają 

im  obyczaje  mrówek,  szopów  czy  borsuków.  „Rzekomo  ta  baronowa  de  Goth...  -  mówiła 

mamusia. - Ale nie, ty tego nie zrozumiesz.” 

Nigdy nie widziałem panny Martineau inaczej niż na koniu: jest z nim zrośnięta, jak moi 

ołowiani żołnierze ze swoimi rumakami. Ponieważ mieszka w Bazas, nigdy nie widuje się jej na 

mszy ani na żadnym pogrzebie... 

Dom  starego  oddzielony  był  płotem  od  zabudowań  folwarcznych.  W  ogrodzeniu  rosły 

background image

nędzne dalie hodowane przez Sekundę; pojawiła się ona na progu, gdy tylko psy, poczuwszy, że 

nadchodzę,  zaczęły  wściekle  ujadać.  Stary  zawołał  z  mieszkania:  Oueuaco?  Ręką  przesłoniła 

oczy i jak mnie poznała, krzyknęła w stronę uchylonych drzwi: Lou Thikoi de Jou Prot.’ Mały z 

lou Prat, dla starego z Lassus tak się nazywałem. 

Albowiem  las,  w  którym  mój  dziadek  postawił  sobie  dom,  nazywał  się  „lou  Prat”  i 

zachował  tę  nazwę  do  niezbyt  odległych  czasów,  kiedy  my  obydwaj  z  Laurentym 

przechrzciliśmy  go,  dlatego  że  w  gimnazjum  pewien  obleśny  i  głupi  chłopak  nazywał  się 

Louprat.  To  ja  narzuciłem  nazwę  Maltaverne,  od  tytułu  pewnego  opowiadania,  które  mi  się 

niezwykle  spodobało  w  jednym  z  numerów  SaintNicolas  z  lat  dziewięćdziesiątych;  ale  stary 

Lassus znał tylko dawne „Louprat”. 

Włosy  Sekundy  okrywała  czarna  fularowa  chustka,  jakie  noszą  staruszki;  jej  wargi 

wciągnęła  ohydna  pustka  ust.  Pokazał  się  i  stary,  zarośnięty,  kudłaty,  w  wyblakłej  trykotowej 

koszulce i ciepłych pantoflach pomimo upału. Utrzymywał, że nie wie, ile ma lat, ale bił się w 

szeregach wersalczyków;  Paryż dla niego to  nadal  byli komunardzi.  Nie mówił o tym  z nikim 

poza  Laurentym  i  mną,  bo  my  nie  należeliśmy  do  znienawidzonej  zgrai  spadkobierców  - 

zwłaszcza  ze  mną,  bo  mu  się  podobałem,  czułem  to  dobrze,  tak  jak  podobam  się  Szymonowi 

Duberc,  jak  podobałem  się  księdzu  Grillot,  który  stawiał  mi  dostatecznie  przy  egzaminach, 

nawet jeśli nic nie umiałem. 

- Ależ on rośnie! Ależ rośnie! Trzeba by mu położyć jaki kamień na głowę. 

Wyniknął spór pomiędzy starym a Sekundą. Nie umiem mówić w narzeczu, ale wszystko 

rozumiem. Stary kazał przynieść flaszkę piwa. Ona zaś wpatrywała się we mnie swymi bystrymi 

jak u kury oczkami i oponowała, dosyć już piwa wypił, to mu „oziębia żołądek”. Wprawdzie ja 

nie  należałem  do  grona  spadkobierców,  ale  czy  to  można  kiedy  wiedzieć?  Musiała  jednak 

ustąpić  i  postawiła  butelkę  i  szklanki  na  zardzewiałym  ogrodowym  stole.  Ponieważ  sterczała 

nadal o dwa kroki od nas, stary wrzasnął na nią: A 1’oustaou! Do domu! Poszła, ale na pewno 

podsłuchiwała zza uchylonych okiennic kuchennych. 

Trąciliśmy się, stary i ja. Patrzał na mnie z głębi swych osiemdziesięciu lat, zupełnie nie 

czując  się  skrępowany  milczeniem,  jakie  między  nami  zaległo...  Może  z  podświadomą 

melancholią?  Ale  nie,  jakież  idiotyczne  jest  słowo  „melancholia”  w  zestawieniu  z  tym  starym 

odyńcem,  co  mając  osiemdziesiąt  lat  przeżywał  zawsze  to  samo,  jakby  jeden  tylko  dzień,  ze 

strzelbą  pod  ręką  i  butelką  Medoc  do  każdego  posiłku,  jedynym  widzialnym  znakiem  swojej 

background image

zamożności  -  z  wyglądu  równie  niechlujny  i  nieokrzesany  jak  najbardziej  niechlujny  i 

nieokrzesany  z  jego  dzierżawców,  dla  których  był  postrachem.  A  przecież  właśnie  tęskną 

melancholię zdradziły pierwsze słowa, jakie do mnie powiedział: 

- W dziewięćdziesiątym  trzecim byłem w Bordeaux, siedziałem przez trzy dni w hotelu 

Montre. Była tam wanna... 

- Używał jej pan? 

- Coś ty? Zęby się rozchorować? 

Umilkł, i raptem podjął: 

-  Jadałem  naprzeciwko,  w  Chapon  Fin.  Co  za  wina  mają...  -  Znowu  umilkł,  potem 

zachichotał. Odwróciłem wzrok, żeby nie widzieć dwóch pieńków, jakie mu zostały na przedzie. 

Zapytał: 

- Byłeś ty w „pałacu” Trompette? 

- Panie Dupuy, przecież został zburzony przed z górą stu laty! 

- W dziewięćdziesiątym trzecim nie był zburzony, skoro tam chodziłem. 

Chichotał bez przerwy. Chateau Trompette to był dom publiczny, o którym rozprawiały 

po kątach na podwórzu gimnazjum „świntuchy”. 

- No, kosztuje to słono... Jeszcze nie dla ciebie. 

W tym momencie doznałem uczucia pewności, że nieśmiertelność dana jest małej tylko 

ilości dusz, zaś piekłem tych, którzy nie zostali wybrani, jest ich nicość. Zresztą Chrystus Pan 

obiecał nieśmiertelność jedynie niektórym ludziom: „... i życie wieczne w przyszłym świecie”. 

Albo  gdzie  indziej;  „...  kto  spożywać  będzie  ten  chleb,  nie  umrze”.  Inni  jednak  umrą.  Byłem 

przekonany, że jest to jeden z owych błysków „płomiennej intuicji”, o których Andrzej Donzac 

mawiał, że są szczególną łaską, i podziwiał je we mnie, uważając, że nadrabiają mój brak ducha 

filozoficznego.  Myśląc,  że  go  olśnię,  napisałem  mu  tegoż  jeszcze  wieczoru,  co  wykryłem 

odnośnie  nieśmiertelności  niektórych  ludzi,  ale  odwrotną  pocztą  wyśmiał  ten  mój  absurdalny 

pogląd:  „Albo  wszystkie  dusze  są  nieśmiertelne,  albo  żadna  nie  jest”.  Radowałem  się  tedy  w 

duchu, że nie pozostanie nic ze starego z Lassus, ani z Sekundy, ani z Kazimierza, nic, nawet na 

tyle, by zasilić najwątlejszy płomyk w wieczności. 

- To jeszcze nie na twój wiek... 

Poczuł  widać  jakieś  mgliste  wyrzuty  sumienia,  że  rozmawiał  ze  mną  o  Chateau 

Trompette, bo nagle zmienił temat i zapytał, co o nim mówią ludzie w miasteczku. 

background image

- Ciągle się głowią, czy pan podpisał już jaki papier... 

Ściszyłem głos ze względu na Sekundę, która na pewno podsłuchiwała. 

- Zastanawiają się, czy Sekundzie i Kazimierzowi dostanie się ten kąsek, a może już się 

dostał... 

Poruszyłem zakazany temat. Stary spojrzał na mnie złym okiem. 

- A ty jak myślisz? 

- O, na miejscu pańskich spadkobierców byłbym zupełnie spokojny. 

- Czemu to taki spokojny? 

Wiedziałem,  co  należało  odpowiedzieć  staremu  z  Lassus,  żeby  go  całkiem  wytrącić  z 

równowagi. 

- Lepiej nie mówić. Sekunda słyszy. 

- Głucha jest, przecież wiesz. 

- Jak chce, to słyszy, sam mi pan mówił. 

Ale  nalegał.  Czułem,  że  jest  speszony,  zaniepokojony.  Donzac  twierdzi,  że  umiem 

wzbudzać niepokój w sposób doskonały. Nie zawsze. Ale tego dnia na pewno. 

-  Niemożliwe,  żeby  ktoś  tak  przebiegły  jak  pan,  panie  Dupuy,  nie  rozumiał,  że  dopóki 

żaden papier nie został podpisany, w interesie Sekundy i Kazimierza leży, aby pan żył. 

Mruknął groźnie: 

- Nie mów mi o tym. 

- Przecież tylko o to chodzi, o nic innego. 

W chwili, kiedy pan podpisze, sytuacja zupełnie się odmieni: w ich interesie będzie... 

Przerwał mi jękiem, który zabrzmiał jak szczeknięcie: 

- Powiedziałem ci, żebyś o tym nie mówił. 

Wstał, zrobił parę kroków, powłócząc nogą chorą na podagrę. Odwrócił się i wrzasnął na 

mnie: - 

Beyt’ en! Wynoś się! 

- Nie chciałem pana urazić, panie Dupuy. 

- Jak by nie było, to przecież nie zbrodniarze: są do mnie przywiązani. 

Pokiwałem głową, naśladując jego chichot. 

-  Naturalnie,  pijawki  są  zawsze  przywiązane;  zresztą  za  bardzo  się  boją,  żeby  się  stać 

zbrodniarzami.  Gdyby  pan  podpisał  papier,  dobrze  wiedzą,  że  na  nich  pierwszych  padłoby 

background image

posądzenie,  w  razie  gdyby  przy  pańskiej  śmierci  coś  wydało  się  podejrzane,  i  że  pańscy 

spadkobiercy prowadziliby śledztwo bez litości. Co nie przeszkadza, że... 

- Młodzieniec z dawnych lat Przeszedłem na drugą stronę ogrodzenia; stary stał między 

daliami, wstrząśnięty do głębi nie tyle tym, że mogą go zamordować, ile tym, że mówiłem mu o 

jego  śmierci.  „Co?  Co?”  -  mamrotał.  Zbladł  jakoś  dziwnie,  wyglądało,  że  mógłby  zaraz  paść 

trupem. Zbrodniarzem mogłem się stać ja. Nie przyszło mi to na myśl. Atakowałem dalej, jakby 

ogarnięty szałem. 

- Co nie przeszkadza, panie Dupuy, zresztą niemożliwe, żeby pan o tym nie pomyślał, że 

na  takim  odludziu  jak  w  Lassus,  gdzie  nie  trzeba  się  obawiać  żadnego  świadka,  nietrudno  by, 

sam pan ‘przyzna, zgładzić kogoś bez większego ryzyka... 

- Beyt’ en! 

-  Nie  bardzo  się  orientuję  -  ciągnąłem  uparcie  tonem  zadumy  i  tak,  jakbym  mówił  do 

siebie  -  czy  uduszenie  pod  pierzynami  daje  się  wykryć  w  autopsji.  Istnieje  także  nieuchronne 

zapalenie  płuc,  jeżeli  starzec  spędziłby  całą  zimową  noc  nago,  przywiązany  do  łóżka  przy 

otwartym oknie, oczywiście pod warunkiem, że byłoby parę stopni poniżej zera. Ale i wtedy nie 

mam pojęcia, czy autopsja... 

- Wynoś się albo zawołam Kazimierza! 

Zobaczyłem,  że  Kazimierz  wychodzi  właśnie  z  zabudowań  folwarcznych.  Puściłem  się 

pędem, nie odwróciwszy nawet głowy, by rzucić ostatnie spojrzenie na Lassus, choć wiedziałem, 

że już tu nie wrócę, dopóki stary żyje... 

A więc nie, to wszystko nieprawda. Po prostu historia, którą sam sobie opowiedziałem. 

Wszystko  kłamstwo,  poczynając  od  tego,  co  mi  stary  opowiadał  o  Chateau  Trompette.  Cóż, 

powieść. 

A  czy  dobra,  czy  zła?  W  każdym  razie  kłamliwa,  brzmi  fałszywie.  Nie  zdążyłbym 

wypowiedzieć i trzech słów, już stary wpakowałby mi je z powrotem do gardła. Skądinąd nigdy 

nie  popełniłbym  śmiertelnego  grzechu  posądzania  o  zbrodnię  czy  zbrodnicze  zamiary 

Kazimierza i Sekundy, którzy w gruncie rzeczy przywiązani są do swojego starego dręczyciela. 

Mam  zresztą  inną  wersję  tej  historii,  którą  sobie  także  opowiadam,  a  w  niej  stary  nagle 

postanawia, że to  ja będę jego spadkobiercą. Wyobrażam  sobie, co zrobiłbym  za te pieniądze: 

zamieniłbym  Lassus  na  bibliotekę,  umieścilibyśmy  w  niej  razem  wszystkie  nasze  książki, 

Donzac i ja. Oddzieleni od świata ludzi żywych nieprzebranym księgozbiorem, a także i muzyką, 

background image

bo mielibyśmy pianino dla Andrzeja, a może i organy” czemu nie?... 

Czy  opowiadałem  sobie  tę  historię  w  drodze  powrotnej?  Nic  już  nie  pamiętam  oprócz 

tego, że byłem spokojny i szczęśliwy, jak bywam niemal zawsze wtedy, kiedy rano przystępuję 

do  komunii.  Rozmyślałem  nad  tym,  że  moje  młodzieńcze  życie  upływa  w  świecie  potworów, 

albo  raczej  wśród  karykatur  potworów,  z  których  jedne  mnie  kochają,  inne  się  boją.  Żadna 

dziewczyna nie zbliżyła się jeszcze do mnie tak, jak bywa w powieściach, chociaż w gimnazjum 

uważają, że mam „ładną twarz ”; ale jestem chudy i wcale nie mam mięśni. Andrzej mówi, że 

dziewczęta nie lubią zbyt chudych chłopaków. Ja wielbię tylko jedną, i tę widuję wyłącznie na 

koniu; jest równie niedostępna jak Joanna D’Arc. Zanadto mną gardzi, żeby chociaż spojrzała. 

No tak... 

Ale mnie właśnie to w niej się podoba, że nic mi nie grozi, że nie zsiądzie z konia, nie 

podejdzie  do  mnie  i  nie  będzie  wymagać,  abym  przestał  być  dzieckiem,  a  zachował  się  jak 

mężczyzna... Czy myślałem o tym wtedy, wracając z Lassus? Czy też znowu układam opowieść? 

Inne  dziewczęta  mnie  peszą:  na  przykład  te,  które  śpiewają  w  kościele  cisnąc  się  wokół 

fisharmonii siostry  Lodois...  Zwłaszcza córki  aptekarza, co noszą czarne  aksamitne wstążki  na 

szyjach, nabrzmiałych jak u gołębic... 

W  ciągu  tych  wakacji  nie  zdarzyło  się  nic,  co  by  wykraczało  poza  wąski  nurt  naszego 

życia.  Szymona  już  nie było.  O  pani  Duport  prawie  się  nie  mówiło,  krążyły  słuchy,  że  pije,  a 

nawet, według Marii Duberc, która nadal chodziła do niej na posługi, „wstaje w nocy, żeby się 

napić”. Trop Szymon - Duportowie zagubił się wśród innych; potem nadszedł dzień powrotu do 

szkół, powrotu do Bordeaux; Maltaverne stało się zaczarowaną wyspą, o której miałem marzyć 

do następnych wakacji, poprzedzających już przejście do ostatniej klasy. I podczas tych wakacji 

zdarzyło się tylko jedno: nawet mer pogodził się z faktem, że Szymon odwiedza dom Duportów 

w  sutannie.  Mamusia  i  ksiądz  dziekan  cieszyli  się  z  tego  jak  ze zwycięstwa,  lub  przynajmniej 

udawali,  że  się  cieszą.  Czy  pan  Duport  widywał  się  już  z  Szymonem  potajemnie?  Czy 

poczynając od tego właśnie roku zaczął odbierać go Kościołowi? Według słów Szymona, kiedy 

się  spotykali,  nigdy  nie  mówił  z  nim  o  religii,  ograniczał  się  do  okazywania  mu  uprzejmości, 

czasami pytał o zdanie  na ten lub  inny temat,  opowiadał  o swoich przyjaciołach  politycznych, 

których  widywał  na  posiedzeniach  Rady  Powiatowej.  Był  nawet  w  zażyłych  stosunkach  z 

młodym ministrem, Gastonem Doumergue: mógłby wszystko od niego uzyskać... 

Tego roku Szymon na temat mera jakby nabrał wody w usta. Trzeba było dopiero owego 

background image

gromu z jasnego nieba, wizyty pani Duport, która przyszła wczoraj do zakrystii po mszy księdza 

dziekana,  aby  odsłonić  knowania  swojego  męża.  W  relacji  mamusi  mer  jakoby  obiecał 

Szymonowi, że będzie go utrzymywał do końca nauk, a nawet dalej, jeżeli zechce kończyć ficole 

Superieure i potem się habilitować. 

Według  pani  Duport  nie  sposób  odgadnąć,  jak  Szymon  to  przyjął.  Miała  wrażenie,  że 

propozycja  go  nęci,  ale  się  waha.  Dziekan  bał  się,  by  przez  jakąś  interwencję  nie  utracić  go 

całkowicie.  Uprzytomniłem  mu,  jaki  popełnia  nonsens.  Przejrzałem  go  dobrze  w  tej  sytuacji  i 

pojąłem, że widzi już we mnie jedyną nadzieję rozplatania tego, co musiało się splątać w umyśle 

i  sercu  wiejskiego  chłopca,  który  został  przeflancowany  do  seminarium  i  nagle  zrobił  się  na 

szczeblu miasta powiatowego stawką w walce, jaka toczyła się we Francji pomiędzy państwem a 

Kościołem, albo raczej między masonerią a zakonami. 

Ja  wiedziałem,  że Szymon  uchyli  się  od  rozprawy,  nim  się  ona  rozpocznie.  Szymon  w 

seminarium musi mieć jakiegoś przyjaciela, któremu wszystko mówi; ja należę dla niego do rasy 

bogów,  jestem  synem  „naszej  pani  ”;  lubi  mnie,  prawda,  ale  jestem  w  jego  oczach  równie 

niedostępny jak dla mnie panna Martineau albo gwiazda zaranna. Nie powie nic, chyba że... 

Zawsze  wolałem  pisać  niż  mówić:  gdy  mam  pióro  w  ręku,  nic  mnie  nie  hamuje. 

Mógłbym, powiedziałem księdzu dziekanowi, napisać do Szymona list, który już mam w głowie. 

- Ależ on jest w teologii mocniejszy od ciebie! 

- A po co tu teologia? Wiem, od której strony przystąpić do ataku... 

Naprawdę  wiedziałem  to  dopiero  od  dwu  minut  i  moja  koncepcja  była  jeszcze  w 

zupełnych powijakach, ale jednak Jakaś dręga się przede mną rysowała. 

Dziekan nalegał; - Zmuś go do mówienia! 

- Powtarzam księdzu dziekanowi, że nie powie mi nic. Zresztą nikt przecież nikomu nic 

nie  mówi.  Ciekaw  jestem,  czy  istnieją  środowiska,  w  których  ludzie  porozumiewają  się  za 

pomocą pytań i odpowiedzi, jak w powieściach albo w teatrze... 

- Co tobie chodzi po głowie? A cóż my innego robimy całymi dniami? Co robimy w tej 

chwili? 

- To prawda, proszę księdza, ale tak zapowiadających się rozmów ile myśmy prowadzili 

w życiu, ksiądz dziekan i ja? Między mamusią a mną, jak daleko sięgnę pamięcią, padają tylko 

sentencje  na  każdą  okazję,  bardzo  często  w  narzeczu,  gdyż  bywają  też  przydatne  dla 

dzierżawców, dla służby. Może tak dalece dzieli ludzi wiek czy różnice społeczne, że nie istnieje 

background image

wspólny  język...  Ale  zauważyłem,  że  i  chłopi  także  między  sobą  nie  rozmawiają:  gdy  się 

spotkają,  pytają  się  wzajem:  As  dejunat?  Jadłeś  śniadanie?  Najważniejsze  i  nawet  jedyne 

zainteresowanie  życia  to  kwestia  pożywienia:  czy  dopiero  będą,  czy  już  je  obracali  w 

bezzębnych  dziąsłach,  jakby  przeżuwali.  A  czy  ci,  co  się  kochają,  mówią  to  sobie?  - 

Westchnąłem. Proboszcz powtórzył: - Co tobie chodzi po głowie? 

-  Gdyby  mamusia  tu  była,  dorzuciłaby  jeszcze:  pleciugo!  Tak,  i  wszystko  by  zostało 

powiedziane...  Ale  zawsze  można  napisać.  Mogę  napisać  do  Szymona  piękny  list,  który  on 

przeczyta raz, drugi, i schowa na sercu... 

-  Co  za  szalona  pycha!  i  -  powiedział  dziekan.  -  Za  kogo  ity  się  masz?  (I  po  chwili 

milczenia;) - A co ty jemu napiszesz? Sam nawet nie wiesz - napierał. 

- Wiem, jaki kierunek chcę obrać, czy raczej powinienem obrać... Bo ja nie chcę nic. 

Sądziłem, że kpię sobie z dziekana, niemniej i sam zaczynałem się przejmować. To, co 

chciałem  napisać  Szymonowi,  rozrastało  się  wszerz  i  wzdłuż  pod  moim  spojrzeniem 

wewnętrznym. Pilno mi już było nadać temu formę, aby mieć pewność, że tak cudowny utwór 

się nie zatraci. 

background image

Rozdział II   

 

Otwieram znów ten zeszyt po upływie z górą roku; przerwałem go nie z braku materiału, 

o Boże, ale to,  co przeżyłem,  było  ponad wszelkie komentarze, a przede wszystkim  zabiło we 

mnie dziecko. Nie, wcale nie prawda: stałem się inny, pozostając niezmieniony. Nie odtwarzam 

tego,  co  mogłem  napisać  mając  lat  siedemnaście.  Teraz  oto  zaczynam  rok  dziewiętnasty,  i  na 

pewno samorzutnie nie spisywałbym nic z moich przeżyć. Ale Donzac przywiązuje niedorzeczną 

według mnie wagę do sposobu, w jaki reagowałem na wydarzenia życia codziennego... Może nie 

tak  niedorzeczną.  Podstawą  wszystkiego  jest,  że  Donzac,  o  niebo  ode  mnie  inteligentniejszy 

(aczkolwiek  kiedyś  mi  napisał:  „Nie  jesteś  zupełnie  tak  inteligentny  jak  ja,  ale  prawie...”), 

wykazuje jałowość, która jego samego zadziwia: wszystko  rozumie, a niczego nie wyrazi.  Nie 

nadaje  kształtu,  nie  tworzy.  Ale  to  jeszcze  mało:  nie  umie  się  wypowiadać;  zdolny  do 

zaskakujących  sformułowań,  absolutnie  nie  potrafi  rozwijać  swoich  myśli.  Zawsze  moje 

wypracowania spotykał ten zaszczyt, że odczytywano je całej klasie, jego nigdy. Zdumiewało go 

to bardziej niż mnie: „No, pomyśleć, że to ty, a nie ja!  - wzdychał. - Ze ty będziesz kimś, a ja 

pozostanę nikim do samej śmierci!” Ale właśnie w tym jest wspaniały: nigdy nie uważał, że to 

niesprawiedliwe.  Wierzy,  że  zostanę  pisarzem,  nawet  wielkim  pisarzem,  podczas  gdy  on  przez 

całe życie będzie udzielał podstawowych wiadomości różnym tępym klerykom. Ale wierzy też, 

że  w  oparciu  o  jakikolwiek  mój  tekst  na  konkretny  temat,  który  narzuciło  mi  życie  w  takiej 

formie,  jak  je  przyjmuję,  on,  Andrzej  Doznać,  potrafi  dokonać  tego,  do  czego  ja  nie  byłbym 

zdolny,  a  co  nazywa  „odkryciem”.  Odkryciem  czego?  W  jego  pojęciu  chodzi  o  wydobywanie 

tajemnego momentu, w którym prawda życiowa, taka, z jaką się konkretnie spotykamy, łączy się 

z prawdą objawioną - z tym, co zostało objawione i co należy wydzielić spod nawarstwień, które 

zakrzepły wokół Słowa Bożego na przestrzeni dwóch tysięcy lat historii Kościoła... 

Tak oto uzgodniliśmy między sobą, że muszę czarno na białym, nie pomijając żadnych 

szczegółów,  przedstawić,  co  działo  się  w  Maltaverne,  zwierzyć  to  jemu  i  tylko  jemu, 

opowiedzieć mu okropną historię Szymona tak, jak mi się ułożyła w myślach, jak działa nadal i 

nurtuje mnie wewnętrznie. Stwierdzam, że nic, co we mnie zapada, nie może już zamrzeć, i że 

już  teraz  obciąża  mnie  cały  liczny  smutny  świat,  mroczny  i  żałosny...  Co  się  stanie,  kiedy 

zgromadzę  więcej  wspomnień,  niż  gdybym  żył  tysiąc  lat,  jak  mówi  Baudelaire? Jak  potworna 

będzie starość takiego człowieka jak ja. To właśnie nasuwa mi przypuszczenie, że umrę młodo... 

background image

Ale  nie!  Nieprawda:  nie  wierzę,  abym  umarł  młodo,  nie  wierzę,  bym  kiedykolwiek  musiał 

umrzeć, czuję się niewiarogodnie wieczny. 

Oto  więc,  jak  wszystko  się  odbyło,  poczynając  od  tej  rozmowy  z  proboszczem  i 

obietnicy, jaką mu złożyłem, że będę rozmawiał z Szymonem, przełamię jego milczenie listem, 

którego główne zarysy już miałem w głowie i na który niemożliwe, żeby nie odpowiedział. 

Zszedłem  ku  Hure,  strumieniowi  Maltaverne,  wiedziałem,  że  Szymon  łowi  tam  ryby. 

Była godzina czwarta, po drodze wziąłem z kredensu kiść winogron. Było trochę rosy, bo łąka to 

dawne  bagno.  Zauważyłem,  że  zarastające  brzeg  olchy  (dlaczego  nie  przywrócić  olchom  ich 

tutejszej  nazwy:  vergnes?),  że  przybrzeżne  vergnes  wydają  się  niebieskie.  Świerszcze  i  koniki 

polne, które płoszyłem, ciepły zapach mokradła, odgłosy tartaku pana Duport, turkot wózków na 

drodze  z  Sore,  wszystkie  wrażenia,  które  niosła  ta  chwila,  pozostaną  we  mnie  na  zawsze:  nie 

wyzbędę się ich nigdy, choćbym dożył nie wiedzieć jak późnej starości. 

Nie widziałem  Szymona na drugim krańcu łąki,  ale  go słyszałem. Przesłonięty vergnes 

usiadłem  na  brzegu  wody  wiedząc,  że  skoro  idzie  korytem  Hure  uderzając  po  pniach,  żeby 

płoszyć szczupaki i płocie, w końcu dojdzie do mnie i będzie musiał ze mną rozmawiać. Wtedy 

rozpocznę wielką grę. 

Usiadłem w miejscu, gdzie mięta porosła dywanem. Płowe i błękitne ważki unosiły się 

nad paprociami błotnymi, które mamusia nazywa paprociami rodzaju męskiego. We wrześniowy 

dzień  wakacyjny,  kiedy  mógłbym  zajmować  się,  tak  jak  inni  osiemnastoletni  chłopcy...  Ale 

naprawdę  czym  się  oni  zajmują?  Nie  śmiem  się  nawet  zastanawiać.  Mnie  jednak  w  tym 

momencie jakiż to szatan czy anioł opętał? A może duch komedianctwa? Ale w takim razie któż 

podszeptywał mi rolę? Kto kazał mi ją powtórzyć, zanim wyjdę na scenę? 

W równych odstępach czasu słyszałem chlupot wody, gdy Szymon stawiał krok, i raptem 

ujrzałem  go  między  dwiema  olchami:  był  w  kostiumie  kąpielowym,  obrzydliwie  biały  -  ową 

bielą,  która  sprawiała,  że  nigdy  nie  mogłem  znieść  widoku  nagości  takiej  właśnie  jak  ta, 

chłopskiej  kościstej  budowy,  mocnej,  a  równocześnie  jakby  wycieńczonej  życiem 

intelektualnym, na jakie skazany jest ów biedny „chłopek roztropek”. A może to raczej widoczne 

znamiona  męskości,  samcze  owłosienie  budzi  we  mnie  wstręt?  Nigdy  jednak  nie  zastanawiam 

się  nad  sprawami  tej  kategorii,  nabrawszy  od  wczesnej  młodości  nawyku  dopatrywania  się  w 

tym „grzesznych myśli”. 

Kiedy  Szymon  zrównał  się  ze  mną,  zawołałem:  -  Aduchats!  Odwrócił  się,  krzyknął: 

background image

„Och, przepraszam!”, wyskoczył na brzeg i spiesznie wciągnął spodnie na mokre majtki, włożył 

sweter.  Uderzyło  mnie,  że  nie  miał  sutanny.  Powiedziałem,  żeby  łowił  dalej.  Ale  on  już 

skończył, nic dzisiaj nie złapał. Ludzie z miasteczka przychodzili wczesnym rankiem i wyciągali 

więcierze. Zerkał na mnie spod oka i odwracał wzrok, zarazem chciał jak najszybciej odejść i - 

ośmielam się to napisać, ponieważ to jest prawda i ponieważ nikt nigdy tego nie przeczyta poza 

Donzakiem - ulegał mojemu urokowi; bardzo było ważne, żeby w tym momencie pozostał pod 

moim  urokiem  i  żebym  ja  sam  był  teraz  w  stanie  „płomiennej  intuicji”.  W  rzeczywistości 

Szymon myślał tylko, jak uciec, uciec ode mnie. Należało zatrzymać go siłą. Powiedziałem mu, 

że w ostatnich czasach wciąż się wystawia na ludzkie gadanie. Zasępił się. 

- Ludzie gadają? Kompletnie mi to obojętne. 

O, kurwa! 

Jakże  musiał  być  wzburzony,  żeby  mu  się  nasunęło  podobne  skojarzenie  i  żeby 

wypowiedział  ordynarne  słowo  w  mojej  obecności!  Zwłaszcza  że  jeszcze  raz  je  powtórzył: 

„Kurwa!” Co prawda każde zdanie Prudentego akcentowane bywało „kurwą” i podczas wakacji 

Szymon  słuchał  tego  całymi  dniami.  Obruszyłem się mówiąc, że mnie nie jest obojętne to,  co 

jego  dotyczy.  Wówczas  po  raz  pierwszy  może  odezwał  się  arogancko  do  jednego  z  synów 

„pani”: 

- To moje sprawy, nie pańskie. 

- I moje też, ponieważ mam do Szymona sentyment. 

Wzruszył ramionami i zachichotał drwiąco. 

- Dziekan panu powiedział, żeby mnie pociągnąć za język, żebym wyśpiewał wszystko, 

co się da? 

- Szymon bardzo się myli, jeżeli myśli, że stoję po stronie dziekana i pani. 

- Ale chyba nie jest pan jednak przyjacielem mera, co? 

-  O,  to  z  pewnością!  Ale  gdybym  ja  był  na  miejscu  Szymona  i  prowadził  tę  grę, 

zagrałbym na całego zarówno przeciw merowi, jak przeciw proboszczowi. 

- Możliwe, kiedy jednak nikt pana o to nie prosi... Też coś! Niechże cię! Co pan, mając 

osiemnaście lat, może wiedzieć o tym, czego inni nie wiedzą? 

- Ja właśnie dokładnie wiem to, czego oni nie wiedzą, co wiem tylko ja jeden. 

- Ho, ho! Coś podobnego! 

Szymon przystanął na środku łąki i wpatrzył się we mnie. 

background image

- Tupet to pan ma! 

- Cóż, wiem, co wiem, a i Szymon wie, że ja to wiem. 

- Co ja niby wiem? 

-  Że  w  Maltaverne  tylko  ja  nie  mam  bielma  na  oczach,  ja  i  Szymon.  Ale  Szymon  za 

głęboko w tym siedzi, żeby mieć jasne rozeznanie, za głęboko jest w to pogrążony. 

-  Zgoda, niech będzie. Jak pan sobie chce, panie Alain.  Ale ja bym  wolał,  żeby mi pan 

dał święty spokój. 

Ordynarny  wobec  mnie,  po  raz  pierwszy  w  życiu...  -  Spokój?  Przecież  Szymon  już 

ledwie może to wytrzymać. Ja mógłbym Szymona oświecić jednym słowem... No, nie, może nie 

jednym, przechwalam się: musiałbym mówić trochę dłużej... 

- Wcale nie chcę, żeby pan do mnie mówił. 

- Więc niech mi Szymon pozwoli napisać. Chce Szymon, żebym napisał? 

-  Jeszcze  nigdy  pan  tego  nie  zrobił,  nawet  kiedy  otrzymałem  niższe  święcenia  - 

powiedział z nagłą urazą - nawet kiedy dostałem pierwszą wielką nagrodę za celujące stopnie... 

Czy ja się W ogóle dla pana liczę? 

-  To Szymon  doskonale  wie, nie może Szymon  nie wiedzieć właśnie teraz, kiedy przez 

niego cierpię...   

- No nie! Także coś! A czym ja dla pana jestem? Syn chłopa, Szymon, którego wszyscy 

tykają... 

- Z wyjątkiem mnie. 

- Owszem, prawda, z wyjątkiem pana, ale dla pana ja zawsze byłem Szymon, a pan dla 

mnie panem Alain, nawet jak pan miał cztery lata. Pan Laurenty, pan Alain! A dajcież spokój! O, 

cholera! 

Nie panował już nad sobą. Przyśpieszył kroku. 

Musiałem niemal biec, żeby nie zostać w tyle. 

Nalegałem, żeby mi pozwolił napisać. 

- A jakim prawem mógłbym panu zabronić? 

- Proszę jednak obiecać, że Szymon przeczyta mój list. 

Tym  razem  utrafiłem  widać  we  właściwy  ton.  Przystanął,  znajdowaliśmy  się  akurat  w 

miejscu, gdzie łąka tworzy zakos. Cienie topoli już się wydłużyły. Musiała być piąta. Szymon 

powiedział: 

background image

-  Ależ  oczywiście,  że  przeczytam  list,  panie  Alain,  i  odpowiem  na  niego.  Proszę  się 

uspokoić. 

Ale co pan może więcej wiedzieć na mój temat od innych? 

-  Pierwsza  rzecz,  którą  mogę  powiedzieć  już  teraz,  nie  od  siebie,  lecz  w  imieniu 

Chrystusa... 

Cóż mógł począć, zamruczał tylko: „Och, no coś takiego!” To już była wielka gra. Moja 

siła polegała właśnie na tym, że wcale nie grałem: naprawdę wstąpił we mnie duch. 

-  Ci  głupcy  nie  wiedzą,  że  Chrystus  kocha  Szymona  takiego,  jaki  Szymon  jest:  młody 

człowiek, którego ponosi ambicja. Kocha w Szymonie wszystko, Szymona całego, dlaczegóż nie 

miałby kochać i tych ambicji, które w danej chwili tak nim zawładnęły? 

Chociaż  ani  jeden  mięsień  nie  drgnął  mu  w  twarzy,  czułem,  że  słucha  uważnie. 

Nacierałem dalej: 

-  Oni  wszyscy  są  jednako  ślepi,  i  ci,  i  tamci.  A my  dwaj,  Szymon  i  ja,  dobrze  przecież 

wiemy, że choćby Kościół przypominał owe stare, nie nadające się już do użytku przewody, z 

których drwi mer, a które mamusia i ksiądz dziekan mylą z prawdą, my dwaj wiemy, że przez te 

starodawne kanały wprawdzie nie gwałtownie, bardzo skąpo, ale przepływają jednak słowa życia 

wiecznego... 

To  Donzaca  teraz  recytowałem,  zupełnie  zresztą  nieświadomie.  Szymon  powiedział 

cicho: 

- Też coś... A niech no pan mi powie, moje wielkie ambicje w tym wszystkim to co? Pan 

nie  wie,  co  oni  mi  proponują.  Sam  pan  mówi  o  starych  kanałach...  Dobrze  pan  wie,  że  życie, 

prawda życia już nimi nie przepływa. 

-  Cóż, w  gruncie rzeczy nie zgadzam  się z tym,  co mówiłem  o starych przewodach, bo 

Kościół rzymski, jego liturgia, doktryna i nawet historia, zarazem święta i zbrodnicza, a wreszcie 

jego  sztuka,  której  uosobieniem  są  katedry,  śpiewy  gregoriańskie,  malarstwo  Prą  Angelicojest 

tym, co najpiękniejsze na świecie, podczas gdy to, co uosabiają panowie Loubet, Combe, Grand 

i  Petit  Palais  w Paryżu,  jest  w moich oczach najżałośniejszym  okresem  w dziejach ludzkości... 

Ale  dajmy  już  pokój.  Nie  o  to  przecież  idzie.  Tu  chodzi  o  Szymona  Duberc,  o  jego  losy 

doczesne, a równocześnie o życie wieczne. Otóż niech Szymon posłucha: bez względu na to, co 

przydaje w oczach Szymona blasku panu Duport, temu masonowi naszego powiatowego miasta, 

i  gdyby  nawet  było  to  jakieś  wyjątkowe  stanowisko  u  boku  senatora  Monis,  albo  nawet  w 

background image

Paryżu, u boku Gastona Doumergue... 

- Skądże pan wie? 

Skąd  wiedziałem?  Utrafiłem  dobrze,  niezupełnie  przypadkowo:  ten  Doumergue 

przyjeżdżał w zeszłym roku na inauguracyjne zebranie naszego Kółka Rolniczego i pan Duport 

przedstawił mu Szymona. 

- Wiem to, co Chrystus chce, żebym wiedział. 

Ale niech Szymon posłucha; co by Szymon nie zrobił w życiu świeckim, zawsze będzie 

bardziej czy mniej wykorzystywany przez partię, lecz bez daru krasomówstwa, którego przecież 

Szymon  nie  posiada,  zawsze  będzie  miał  stanowiska  podrzędne,  nigdy  wysoko  nie  zajdzie, 

zawsze będzie Szymonowi brakowało... 

Zawahałem się, bałem się go zrazić. Jedyne, co przychodziło mi na myśl,  to wyrażenie, 

którym niezmiennie posługiwała się mamusia: „elementarne wychowanie”. Szymon odgadł. 

- Ano tak, pewnie. Zawsze będę chłopem, wiejskim prostakiem, w dodatku takim, co się 

kiedyś uczył na księdza. 

-  Nie  to  chciałem  powiedzieć,  ale  zastanówmy  się:  sutanna  przeobraża  człowieka, 

jednocześnie  i  duchowo,  i  społecznie.  Sutanna  to  zmiana  skóry.  Marszałkowska  buława  w 

tornistrze  zwykłego  żołnierza  -  cóż  to  za  bzdura!  Natomiast  na  plecach  inteligentnego  kleryka 

już wisi kapelusz kardynalski, niech mi Szymon wierzy, i tylko od Szymona zależy, czy po niego 

sięgnie.  Tak,  wszystko  zależy  od  Szymona  inteligencji  i  woli.  Co  wcale  nie  przeszkadza,  że 

można być dobrym kapłanem, wiernym obowiązkom swojego stanu, nawet kapłanem świętym. 

Mało to mamy świętych biskupów, czy nawet świętych kardynałów? 

Cóż  za  genialne  posunięcie!  Ozdabiałem  aureolą  świętości  pierwsze  miejsce,  o  jakim 

Szymon marzył. Pokiwał głową. 

- Wszystko to już dawne dzieje, skończyło się, karta się odwróciła. Combe dał już sygnał 

do ostatecznej rozprawy z Kościołem... 

- Skądże znowu! Kościół, potęga licząca pięćset milionów dusz, poradzi sobie, niech mi 

Szymon  wierzy,  z  tym,  co  się  dzieje  w  jego  prowincji  francuskiej  dlatego,  że  duchowieństwo 

zarówno  zakonne,  jak  świeckie  wykazało  głupotę,  dało  się  wciągnąć  we  wszystkie  pułapki, 

zastawione przez polityków z nacjonalistycznej prawicy, a wierni, jak barany Panurga, poszli za 

nimi... 

- O, więc pan przyznaje, żeśmy popełniali błędy? 

background image

-  Ależ  wszystkie  możliwe,  oczywiście,  i  to  słowo  wydaje  mi  się  za  słabe,  bo 

sprzymierzanie się z oszustami ze sztabu generalnego po to, żeby trzymać niewinnego człowieka 

w  kryminale,  jest  nie  do  wybaczenia.  Tak,  Kościół  będzie  musiał  zapłacić,  spłacić  to  co  do 

grosza. Szymon popatrzył na mnie z osłupieniem. 

- Pan uznaje, że Dreyfus jest niewinny? Coś podobnego! 

- Ależ Szymonie, uznaję to, co bije w oczy: że idiotyczny antyklerykalizm Combe’a jest 

dokładnie  na  tym  samym  poziomie  co  idiotyczny  klerykalizm,  który  panował,  zawsze  panuje 

pośród  naszych:  możemy  go  studiować  nawet  tutaj,  w  naszym  mieście  powiatowym,  jakby  w 

kropli  wody  pod  mikroskopem:  stosunek  mojej  matki  do  dzierżawców,  zmuszanie  ich,  żeby 

umieszczali  córki  u  zakonnic,  ta  świecka  nauczycielka,  „pannica”,  którą  się  traktuje  jak 

zadżumioną, w kościele spycha do kąta... 

Szymon mruknął: - Ale w takim razie... 

-  W  takim  razie  co?  To,  że  nie  ma  ani  źdźbła  autentycznego  chrześcijaństwa  w  tych 

rzekomych chrześcijanach i że spotka ich los, na jaki zasługują już na tym świecie, w niczym nie 

zmienia przesłanek w problemie, jaki staje przed młodym duchownym, który pragnie wysunąć 

się  na  szczyty.  Trzeba  tylko,  żeby  Szymon  dobrze  zorientował  się  od  samego  początku,  wziął 

kurs na Paryż, na instytut Katolicki, a potem, jak by się dało, na Rzym. Ważne jest też, żeby stać 

się  niezastąpionym  dla  któregoś  z  ruchliwych  działaczy  na  wyżynach  Kościoła;  każdy  z  nich 

potrzebuje przy sobie takiej głowy jak Szymona, głowy, „do której wszystko wchodzi”, według 

określenia mamusi. Przeważnie sami nie są nazbyt mocni. 

- Ja też nie jestem za mocny. 

-  Ach,  najważniejsze  to  mieć  głowę,  „do  której  wszystko  wchodzi”.  Przypuszczam,  że 

podstawy Szymon ma? Tomizm potoczny, to, co Donzac nazywa „tomizmem niezachwianym”... 

Stanęliśmy  pośrodku  łąki,  na  wprost  domu.  Szymon  odwrócony  plecami  nie  zauważył 

dwóch czarnych brył, mamusi i dziekana, które wysunęły się na ganek. Ledwie nas spostrzegli, 

szybko się cofnęli. 

-  Oczywiście,  będzie  Szymon  musiał  się  dobrze  zapoznać  z  błędem,  który  należy 

zwalczać,  z  modernizmem.  Czy  Szymon  zaznajomił  się  choćby  pobieżnie  z  Newmanem, 

Maurice Blondelem, z Le Roy, Loisy, Laberthonnierem... 

Wyznał smętnie, że zaledwie słyszał ich nazwiska. 

- Donzac zaraz by sporządził dla Szymona całą bibliografię. 

background image

- Ale on się nimi zachwyca? 

- Tak, często jednak dziwi się głupocie ich przeciwników i poziomowi wiedzy, temu, że 

nie  próbują  się  im  przeciwstawiać  z  punktu  widzenia  tomizmu.  Świetnie  potrafi  uzbroić 

Szymona przeciwko nim, i to tak, że Szymon wcale nie będzie się wydawał  zacofany. Zresztą 

teologia to podstawa. Ważne będzie, żeby dobrze wybrać sobie specjalność, na przykład prawo 

kanoniczne,  słowem  jakąś  naukę  tego  rodzaju,  o  której  ja  nie  umiałbym  nic  Szymonowi 

powiedzieć, bo moja głowa jest tak zbudowana, ze wchodzą do niej tylko niektóre rzeczy. 

Skręciłem  w aleję, prowadzącą do wielkiego dębu, nie chciałem  już ryzykować, że nas 

zobaczą  z  domu.  Zmierzch  jeszcze  nie  zapadł,  ale  czuliśmy  chłód  strumienia.  Szymon  nie 

zamierzał  już  odchodzić.  To  przynajmniej  wygrałem.  Szedł  z  oczyma  spuszczonymi,  w  stanie 

skupienia,  które  upodobniało  go  do  głazu:  kiedy  o  nim  myślę,  wyłania  mi  się  z  pamięci  jego 

skamieniała,  blada  twarz  bez  warg,  jakby  zupełnie  bezkrwista,  oczerniona  nie  golonym  od 

wczoraj  zarostem.  Tak  właśnie  widzę  go  w  chwili,  gdy  zbliżaliśmy  się  do  wielkiego  dębu. 

Szepnął: „Za późno. Za późno”. 

- Nie, skoro Szymon jeszcze tutaj jest. 

Usiadłem  na  ławce  pod  dębem.  On  nadal  stał.  Miałem  wrażenie,  że  widzę  drgania 

skrzydeł wielkiego chrabąszcza, gotującego się do odlotu. Ochł Przytrzymać go za wszelką cenę. 

-  Dzięki  temu  wielkiemu  dębowi  -  powiedziałem  -  zrobiłem  teraz  niedawno  świetny 

kawał księdzu dziekanowi. 

- Pan robi kawały księdzu dziekanowi? 

Opowiedziałem mu o spowiedzi z siódmego września. Najpierw nie chciał wierzyć: „No 

nie!  Coś  podobnego!”  Śmiał  się.  Nigdy  dotąd  nie  widziałem,  żeby  się  śmiał  tak  serdecznie. 

Jeszcze zanim się go wtajemniczy w arkana modernizmu, trzeba by Szymona nauczyć używania 

szczoteczki do zębów. 

-  Najlepsze  -  powiedziałem  -  że  ja  naprawdę  od  dzieciństwa  uprawiam  to 

bałwochwalstwo. 

Przytuliłem policzek do ukochanego dębu, a potem na długą chwilę usta. Szymon siadł 

obok mnie. Już się nie śmiał. Zapytał; „Czy to była spowiedź świętokradcza?” 

- Nie, ksiądz dziekan orzekł inaczej. 

- Myślał o innych grzechach, których pan nie popełnia? 

Nie odpowiedziałem. Szymon mruknął: „Przepraszam”. 

background image

- Nie ma za co przepraszać, ale nie lubię mówić o tych sprawach. 

-  A jednak wiążą się one z całą tą historią, tym  całym sporem.  Tak, z tym,  co pan mer 

nazywa  „grzechem  przeciwko  naturze”  czyli  przymusowym  celibatem...  Cóż,  pan  nie  może 

wiedzieć  -  powiedział  nagle  jakoś  serdecznie  -  bo  pan  jest  anioł.  Może  raczej  pół  szatan,  pół 

anioł - dorzucił ze śmiechem. 

-  Dobrze  wiem,  do  czego  on  ciągle  nawraca,  niech  mi  Szymon  wierzy.  Naturalnie, 

człowiek  musi  najpierw  samego  siebie  doświadczyć,  zanim  przystanie  na  ten  warunek...  Jeśli 

jednak  ma  na  tyle  siły  i  odwagi,  jakaż  to  dla  niego  pomoc  na  drodze  wzwyż.  Niech  Szymon 

pomyśli, jakim ogromnym będzie ułatwieniem przy wspinaniu się ku górze, które ma się właśnie 

rozpocząć,  że  nie  trzeba  ciągnąć  za  sobą  dzieci.  Celibat?  Ależ  to  daje  Szymonowi  największe 

szansę. 

- Zgoda, ale przecież chodzi o czystość. Gdyby pan słyszał, co pan Duport mówi na ten 

temat... 

- No, te jego dwa lewe związki i te robotnice, którym każe do siebie przychodzić, czy to 

coś lepszego? 

- Może, ale czy gorszego? 

-  W  każdym  razie  problemu,  jaki  stawia  przed  nami  ciało  przez  współżycie  duszy, 

zdolnej  przyjąć  Boga,  z  najbardziej  zwierzęcym  instynktem,  małżeństwo  nigdy  jeszcze  nie 

rozwiązało. 

Szymon powiedział cicho: 

- Niemniej są tacy, co się kochają. 

- Owszem, Szymonie, są tacy, co się kochają. 

Ale może i do tego również trzeba mieć powołanie. 

-. Pan Duport twierdzi, że we mnie je zabito, i w panu także. Słowem przypuszcza... 

- Sam często winiłem za to wychowanie, jakie Otrzymaliśmy, mój brat i ja. Ale właśnie 

Laurenty jest  taki jak wszyscy. Dziewczynami zaczął  interesować się raczej  przedwcześnie. Ja 

urodziłem  się  inny...  Urodziłem  się  już  z  obrzydzeniem...  Wcale  nie  anielski,  jak  Szymon 

myśli... Ale powiem coś, co musi wydać się dziwne: lękliwy aż do tchórzostwa. U podstaw tego 

wszystkiego leży „błahe, ale prawdziwe wydarzenie. Czy zna Szymon jarmarki w Bordeaux, na 

placu Quinconces, w marcu i październiku? 

- Też coś! Czy pan myśli, że nas, kleryków, prowadzają na jarmarki? 

background image

- To jest miejsce jedyne w swoim rodzaju, cudowne i poetyczne. 

- Co? Jarmarki w Bordeaux? 

Wieśniak zawsze odruchowo podejrzewa, że jest przedmiotem kpin. 

-  Tak,  każdy  teatrzyk  zapowiada  wyjątkowe  widowisko.  Odizolowany  jest  własną 

muzyką  i  nie  słyszy,  co  grają  inne.  Tworzy  to  dziwaczną  kakofonię  w  powietrzu  nasyconym 

zapachem  karmelu  i  frytek...  i  ma  w  sobie  coś  pikantnego  przez  to  imię  kobiece  nad  malutką 

budą,  przez  te  dziury  w  płótnie,  gdzie  ukazuje  się  nagle  ramię  albo  udo  olbrzymki,  czy  przez 

malowidła, na których panowie i panie sączą szampana, zaś kelner we fraku ma trupią czaszkę 

zamiast głowy, i to jest śmierć. A za tło służy rzeka, statki na niej jakby płynęły po niebie... 

- Po co pan mi to opowiada? 

W  Szymonie  zbudziła  się  nieufność.  Prowokowałem  go  do  odlotu,  choć  starałem  się 

przecież  go  zatrzymać.  Znowu  zobaczyłem,  jak  drgają  okrywy  chrabąszcza.  Ciągnąłem  więc 

bardzo szybko: 

- Ze względu na błahe a prawdziwe wydarzenie, przez które narodziło się we mnie to, co 

Szymon  nazywa  aniołem.  Na  tym  jarmarku  w  Bórdeaux  wszedłem  kiedyś  do  „muzeum 

Dupuytren”. 

Były  tam  części  ciała  ludzkiego  z  wosku.  Intencje  na  pozór  umoralniające,  ale 

przedstawiony był i poród. 

- Nasza pani na to pozwoliła? 

- Nie, zupełnie wyjątkowo wyszedłem sam z pewnym kolegą. I nagle zobaczyłem... Będę 

to  widział  zawsze,  tak,  do  ostatniego  tchu...  Napis  głosił:  „Członek  Murzyna  zżarły  przez 

syfilis”. 

Przez chwilę obydwaj milczeliśmy. Nagle Szymon spytał: 

- Co dla pana znaczy czystość? Co by pan powiedział klerykowi, gdyby zapytał, dlaczego 

trzeba być czystym? 

-  Dlatego,  żeby  móc  oddawać  siebie.  Tak  mi  odpowiedział  pewien  młody  ksiądz,  u 

którego  się  przypadkowo  spowiadałem.  Zdolność  oddawania,  poświęcania  siebie  wszystkim  - 

mówił mi - co jest naszym powołaniem, wymaga czystości absolutnej. Tylko wtedy można nie 

stawiać sobie żadnych granic i nawet być nieostrożnym. 

-  No  nie!  Co  też  pan  mówi,  panie  Alain?  Pan  ze  mnie  robi  wariata?  Przed  chwilą 

przepowiadał  mi  pan,  nawet  obiecywał  zaszczyty  doczesne.  A  teraz  znowu  mowa,  żeby  się 

background image

poświęcać, zachować czystość, żeby można siebie oddawać... 

Zaśmiał  się  drwiąco,  dumny,  że  wytknął  mi  brak  konsekwencji.  Wziąłem  go  za  rękę. 

Była  wilgotna.  Poczułem  szósty  paluszek  bez  stawu,  podobny  do  zwierzątka,  które  mógłbym 

rozdusić  i  puściłoby  sok,  jak  mawiał  Laurenty,  kiedy  był  mały.  Przezwyciężyłem  wstręt  i 

powiedziałem: 

- Nie rozumiemy się. Oczywiście, na płaszczyźnie, na której rozgrywa się walka z panem 

Duport, nie mogę obiecywać nic innego niż sukcesy doczesne, dzięki którym w końcu stanie się 

może  Szymon  księciem...  i  to  wielkim  księciem  jednocześnie  według  świata  i  według  Boga; 

gdyż  godność  biskupia,  kardynalska,  byłaby  w  danym  wypadku  dla  Szymona  obowiązkiem 

stanu  i  miłości  chrześcijańskiej  w  stosunku  do  wiernych  i  do  całego  Kościoła;  pamiętajmy 

jednak: w każdej chwili podczas tego pięcia się ku zaszczytom, na każdym zakręcie triumfalnej 

drogi może z niej Szymon zejść, wyrzec się wszystkiego, zostać tym świętym, którym również, 

jak wiem, Szymon pragnąłby zostać. 

Skąd ja to wiedziałem? A może wizjonerstwo było cechą mojej osobowości? 

- Ja, świętym? O, kurwa! 

-  Tak,  świętym.  Może  Szymon  nie  wytrzyma  tego  pięcia  się  ku  zaszczytom,  raczej  da 

nurka w jakąś parafię na przedmieściu, może wstąpi do nowicjatu. Ale ja raczej widzę Szymona 

w parafii biedoty, gdzie rzucony zostanie niby kromka chleba do stawu z karpiami. 

-  A  dlaczegóż  nie  miałbym,  tych  możliwości  w  Paryżu,  w  środowisku  świeckim,  gdzie 

mam teraz spróbować moich sił? 

Nie puszczałem jego ręki, choć teraz była już mokra, ociekała potem. 

-  Nie,  jeżeli  Szymon  tam  się  dostanie,  trzeba  porzucić  wszelkie  nadzieje,  już  woda  się 

nad  nim  zamknie.  Nie  wykluczam,  że  i  tam  znajdzie  Szymon  pewne  korzyści,  ale  już  żadnej 

szansy ucieczki w stronę Boga. 

Oburzył się: 

- Co pan może o tym wiedzieć? Bóg nie będzie pana prosił o pozwolenie. Płacą nam za 

to, żebyśmy wiedzieli, iż Jego drogi nie są naszymi drogami. Dosyć nam tego nakładli w uszy. 

- Cóż, po prostu wiem - powiedziałem. - Nie musi mi Szymon wierzyć; ale jeśli Szymon 

zdecyduje się na Paryż, będzie zgubiony. 

Wiedziałem,  że  już  dokonał  wyboru.  Wiedziałem,  że  wszystko  to  źle  się  dla  niego 

skończy. Cofnął rękę, ja swoją otarłem chusteczką. Powiedział cicho: „Wyjeżdżam jutro przed 

background image

świtem”. Prudenty miał  go odwieźć bryczuszką  na pociąg do Villandraut; tu  nikt nie zauważy 

jego odjazdu. 

- Jeżeli pan nic nie powie. 

- Nie, Szymonie, nie powiem. 

Drogą  przechodziło  stado  owiec,  usłyszałem  nawoływania  pastucha.  Szymon  zakasłał. 

Powiedziałem stereotypowe zdanie mamusi: „Czuje się już  chłód strumienia”. Szymon jeszcze 

raz zapytał, czy nie powiem. Przyznał, że może lepiej, jeśli przygotuję dziekana i mamusię tak, 

by  mniej  odczuli  szok,  nie  uprzedzając  ich  jednak,  że  to  nastąpi  tak  rychło.  Poszedł  sobie 

ścieżką. Ruszyłem ku domowi, Laurenty właśnie wychodził, zawołał do mnie, że „spływa”: był 

u  nas  proboszcz,  a  co  więcej  i  stara  Duport...  Stara  Duport?  Laurentemu  nie  wydawało  się  to 

dziwne, jego nic nie dziwiło. 

W  sieni  paliła  się  już  wisząca  lampa,  choć  jeszcze  było  jasno.  Najpierw  zobaczyłem 

panią  Duport  w  żałobnym  woalu,  siedziała  naprzeciw  księdza  dziekana  i  mamusi  jakby 

skamieniała; oczy miała żółte, w wyglądzie coś otępiałego i niechlujnego, pomimo uwagi, jaką 

niewątpliwie  poświęciła  swemu  strojowi  wybierając  się  do  nas:  kobietę,  która  pije,  zawsze 

zdradzi  jakiś  jeden  kosmyk.  Ten  wzrok,  jakim  mamusia  patrzyła  na  pijaczkę,  która  ponadto 

miała może jakiś pociąg, skłonność do Szymona! „To nie do wiary, co ludzie w sobie kryją”  - 

musiała myśleć. To nie do wiary, że pani Duport znalazła się tutaj, w naszym domu. 

- Pani zna mojego syna Alaina? 

Pani Duport zwróciła ku mnie swoją maskę, martwą pomimo oczu ptasich czy krowich, 

przywodzących na myśl owoc jakiegoś mitologicznego skrzyżowania. Nie spuszczając ze mnie 

wzroku odparła, że Szymon często jej o mnie opowiadał. Wówczas dziekan rzekł, że na pewno 

może  mówić  o  wszystkim  w  mojej  obecności,  trzeba,  żebym  o  wszystkim  wiedział.  Ale  pani 

Duport  już  nie  chciało  się  mówić.  Wpatrywała  się  we  mnie  wielkimi  oczyma  świętej  krowy. 

Należała do gatunku, w którym wiem, że budzę apetyt. 

Ksiądz dziekan zrelacjonował mi więc pokrótce, z czym pani Duport przyszła: Szymon, 

być może, w ciągu roku uzyska dyplom w Paryżu, gdzie dostanie posadę w sekretariacie partii 

radykalnej,  przy  ulicy  Valois;  ale  za  owym  parawanem  krył  się  plan,  który  pani  Duport 

wyśledziła,  a  który  przewidywał  maksymalne  wyzyskanie  wszystkich  wspomnień  Szymona  z 

jego  pobytu  w  niższym  i  (wyższym  seminarium.  Z  każdego  z  tych  wspomnień  zdaniem  pana 

Duport  można  będzie  masę  wydobyć.  Kazał  pożyczyć  sobie  Szymona  notatki  z  wykładów, 

background image

studiował najdokładniej podręczniki historii i filozofii. 

- Jakże Szymon mógł się na to zgodzić? 

-  Wmówiono  w  niego,  że  przejrzenie  takich  zeszytów  prymusa  w  klasie  przyczyni  się 

wydatnie do jego nominacji. 

Tutaj wtrąciła się pani Duport: „Szymon jest zbyt bystry, aby nie rozumiał, iż popełnia 

zdradę”. 

Zaprotestowałem: 

-  Szymon  nie  przypuszczał,  że  pokazanie  zeszytów  szkolnych  może  pociągnąć  za  sobą 

jakieś następstwa. 

Istotnie, co można było z nich wydobyć? Z podręczników może, owszem. Podręczniki z 

mojego  gimnazjum,  na  użytek  katolickich  zakładów  wychowawczych,  nafaszerowane  były 

pociesznymi  zwrotami,  których  zestaw  zrobiliśmy  razem  z  Donzakiem.  W  każdym  razie  nie 

można uznawać za zdradę wyjawiania czegoś, co i tak było każdemu dostępne. Szymon chciał 

dotknąć zakazanego owocu. Dziekan zapytał, czy mi o tym mówił. 

- Zrozumiałem, że kości są rzucone. 

Dziekan się oburzył: 

- O, nie! On do nas wróci. 

Potrząsnąłem głową. Szepnąłem: 

- Jest stracony. 

-  Może  stracony  dla  nas  -  powiedział  gorąco  dziekan.  -  Ale  nie  zgubiony  ten  biedny 

chłopiec, o nie! Zgubiony nie jest. 

Jakże drogi mi był w owej chwili biedny kapłan. Zapewniłem go, że myślę tak samo jak 

on.  Co  do  mamusi,  na  pewno  nie  zabierze  głosu,  dopóki  pani  Duport  tu  jest;  ale  pani  Duport 

jakby przyrosła do fotela, który wypełniała swą masywną postacią. Patrzyła na mnie wcale nie 

ukradkiem: czułem na sobie jej wzrok. Aż mamusia, w każdej sytuacji wiedząca, co się robi, a 

czego  się  nie  robi,  podniosła  się  i  zmusiła  do  powstania  nas  także,  z  wyjątkiem  pani  Duport, 

chociaż  i  ona  musiała  w  końcu  zrozumieć,  że  mamusia  daje  jej  znak  pożegnania,  osłodzony 

zdawkowym  podziękowaniem  za  informacje,  jakich  udzieliła.  Wreszcie  i  pani  Duport  wstała, 

podeszła do ranie i powiedziała: 

-, - Niech pan mnie odwiedzi przed końcem wakacji. Porozmawiamy o nim. 

Przeprosiłem, odmówiłem, rok szkolny zaczynał się za dwa tygodnie. 

background image

-  Ależ  nie  dla  pana,  już  nie  tego  lata:  pan  przecież  zdał  maturę.  Szymon  mi  mówił,  że 

zostaje pan w Maltaverne, żeby zapolować na gołębie. 

A  więc  rozmawiali  o  mnie!  Takie  oto  istoty  się  mną  interesowały.  Panna  Martineau  z 

nikim o mnie nie rozmawia. 

- Och, ja i polowanie... 

- No to właśnie będzie pan miał czas. 

W  uśmiechu  mocno  zaciskała  usta,  jak  osoby,  które  muszą  skrywać  uzębienie. 

Proboszcz,  już  zirytowany,  powiedział  arbitralnym  tonem:  „Odprowadzę  panią,  proszę  pani”  i 

wyciągnął  ją  na  ganek.  Gdy  ruszyłem  za  panią  Duport  i  dziekanem,  mamusia  zaoponowała: 

„Nie, zostańl” Wróciliśmy do salonu. Opadła na fotel, twarz ukryła w dłoniach: żeby się modlić 

czy wściekać? Zdaje mi się, że próbowała się modlić i  walczyła ze wściekłością, która jednak 

wybuchła. 

Biedna  mamusia,  wszystko,  co  bałem  się,  że  powie,  wylało  się  z  niej  potokiem. 

Wyliczyła dokładnie, ile wydała na Szymona od dziesięciu lat. Im więcej się dla nich robi, tym 

bardziej cię okradają. Och! Dobrze nas w rezultacie naciągnęli! 

-  A  chociaż  nie,  przesadzam,  nie  naciągnęli  mnie,  bo  nie  miałam  cienia  złudzeń.  Jak 

mówi  ksiądz  dziekan,  trzeba  się  poświęcać,  dawać,  i  to  wiedząc,  że  się  nic  w  zamian  nie 

otrzyma. 

- Może to - jest prawda, jeśli chodzi o księdza dziekana - powiedziałem - ale nie dla nas. 

Nie przejmuj się, wół ci to wszystko odrobi. 

Mamusia, zaskoczona, spytała: - Jaki wół? 

- Ano ten stary wół roboczy, Duberc, który zarządza twoimi dziesięcioma folwarkami za 

trzysta franków rocznie i jest jedynym człowiekiem znającym granice posiadłości, tak że gdyby 

nas dzisiaj opuścił, bylibyśmy zdani na łaskę sąsiadów... 

-  A  czyja  to  wina,  że  ty  i  twój  brat  jesteście  do  niczego,  że  nie  potraficie  się  nawet 

zaznajomić z granicami... 

-  Doskonale  wiesz,  że  tego  się  nie  da  wyuczyć,  na  to  trzeba  być  człowiekiem 

miejscowym i spędzić tu cale życie. Nieraz sama widziałaś, jak Duberc rąbie w poszyciu leśnym, 

kopie w miejscu, które się niczym nie odznacza, i nagle spomiędzy pniaków ukazuje się kamień 

graniczny. Nie umiałabyś się bez niego obejść. Mógłby cię szantażować, żądać trzy razy tyle, ile 

mu płacisz, to jeszcze byłoby niewiarogodnie mało. 

background image

- O, już przesadzasz! Ma mieszkanie, światło, opał, ma mleko, pół wieprza. 

- No tak, nie wiedziałby, co robić z pieniędzmi, których mu nie dajesz. A zatem daje ci 

pracę darmo. 

Jęknęła: - Ty zawsze trzymasz ich stronę przeciwko mnie... 

W tym momencie zjawił się znowu dziekan. Odprowadził panią Duport do domu i udał, 

że idzie dalej, na plebanię. 

- Ale jeszcze wróciłem, musimy porozmawiać. 

- W każdym razie nie z tym głuptasem, który chełpił się, że zmieni zamiary Szymona, a 

teraz je pochwala, mnie zaś odmawia słuszności. 

-  Niczego  nie  obiecywałem.  Wydawało  mi  się,  że  wiem,  co  należy  powiedzieć 

Szymonowi. Nie omyliłem się, ale było za późno. 

- Tak czy inaczej my zrobiliśmy, cośmy mogli, ksiądz dziekan i ja. 

Mamusia  patrzyła  na  proboszcza.  Domagała  się  od  niego  aprobaty,  wyrazów  uznania. 

Milczał,  podobny  do  Szymona  przez  mocną  chłopską  budowę  kości  i  swoją  chudość:  wielki 

wysuszony  szkieleta  twarz,  którą  wciąż  ugniatał,  przypominała  bryłę  gliny,  z  dwojgiem  oczu 

niby  szkliste  krople.  Milczał,  mamusia  nalegała  dalej:  tak  czy  nie,  czy  nie  zrobili  więcej  niż 

możliwe?  Proboszcz  odpowiedział  półgłosem  jednym  słowem  w  naszym  narzeczu,  które  nie 

wiem, jak należy pisać: - Beleou (końcowe „u” z leciutkim naciskiem, co znaczy „być może”). 

Tego  beleou  nie  zrozumiałby  żaden  wieśniak  poza  promieniem  dwudziestu  kilometrów  wokół 

Maltaverne. 

- Chcieliśmy dać Kościołowi księdza. 

-  Tak  nie  można  stawiać  sprawy  -  powiedział  proboszcz.  -  Nie  dysponujemy  życiem 

innego  człowieka  nawet  po  to,  by  je  oddać  Bogu,  zwłaszcza  jeśli  zależy  od  nas  materialnie. 

Mogliśmy zrobić tylko jedno, w każdym razie mnie się zdawało, że chcę to zrobić dla Szymona, 

mianowicie  wyjawić  wolę  Bożą  temu  chłopcu,  czyli  pomóc  mu,  by  się  sam  w  sobie  lepiej 

rozeznał. 

Uderzyło mnie to, co proboszcz powiedział: „... mnie się zdawało, że chcę zrobić”. Nie 

mogłem  się  powstrzymać  i  mruknąłem;  „No  tak,  ale  kierowały  też  księdzem  inne  pobudki”. 

Mamusi znowu „krew uderzyła do głowy”. 

- Przeproś księdza dziekana, natychmiast! 

Proboszcz pokręcił głową: za co tu przepraszać? 

background image

Nie obraziłem go. 

Spojrzałem na niego, zawahałem się, wreszcie powiedziałem: 

-  Cóż,  ksiądz  dziekan  zdaje  się  miotać  podobnie  jak  my  grając  w  owej  niedorzecznej 

farsie,  trzeba  jednak  pamiętać  o  tej  zakazanej,  zatęchłej  plebanii,  gdzie  ksiądz  dziekan  spędza 

samotnie  wieczory,  i  o  ołtarzu,  przy  którym  odprawia  ksiądz  rano  mszę  w  niemal  pustym 

kościele. Ksiądz dziekan wie. 

- Co to ma wspólnego z Szymonem? - zapytała mamusia. 

-  I pamiętać o przegranej,  tej ustawicznie się powtarzającej  przegranej,  mniej  rażącej  w 

spotkaniach  z  przeciwnikami  niż  z  rzekomo  wiernymi.  Bo  wrogowie  swoją  nienawiścią 

świadczą chociaż, że Kościół potrafi jeszcze budzić namiętne uczucia. 

Proboszcz mi przerwał: 

- Lepiej już pójdę, znów zaczniesz pleść od rzeczy, jak to pani mówi. 

Wstał.  W  tej  chwili  wszedł  Laurenty.  Nie  cierpiałem  zapachu,  jaki  bił  od  niego  pod 

koniec  lata,  ale  ucieszyłem  się,  że  przyszedł.  Już  samą  swą  obecnością  tworzył  atmosferę,  w 

której wszystko się rozładowywało. Nic już nie miało znaczenia poza sidłami, które zastawiał, 

poza szczeniakiem Diany, którego tresował zakładając mu kolczastą obrożę, jak typowy brutal. 

„Przekonanie, dobre dla hołoty, że istnieje na świecie coś ważnego...” To sformułowanie Barresa 

Donzac chętnie powtarzał. Powiedziałem; 

- Odprowadzę księdza dziekana do bramy. 

Mgła znad strumienia nie dosięgła jeszcze alei. 

Proboszcz  powiedział:  -  Pachnie  jesienią.  -  Szepnąłem,  nie  wiem,  z  litością,  czy 

złośliwie: - Ta długa zima przed księdzem dziekanem... - Nie zareagował. Po chwili milczenia 

spytał, czy wiem, kiedy Szymon wyjedzie. 

- Ja ciebie nie pytam. Ale czy wiesz? 

Nie  odpowiedziałem.  Nie  nalegał,  ponieważ  jednak  dochodziliśmy  już  do  bramy, 

spytałem, czy stale odprawia mszę o siódmej rano. 

- Czy mogę przyjść jutro służyć do niej księdzu dziekanowi? 

Zrozumiał, chwycił mnie za rękę; będzie czekał. 

- Przyjdę trochę wcześniej, do spowiedzi. Bo może mamusia też będzie. 

- Nie, to nie jej dzień. 

Rzucił tę odpowiedź trochę spiesznie, jakby dla  uspokojenia mnie, a także uspokojenia 

background image

siebie.  Nie  rozmawialiśmy  już  do  samych  drzwi  plebanii.  Dopiero  tutaj  rzekł  półgłosem: 

„Omyliłem się”. Kiedy zaś zaoponowałem: „Ależ nie, księże dziekanie”, powtórzył z naciskiem: 

„Może się okazać, żem się omylił we wszystkim”. 

- Z wyjątkiem tego, co najważniejsze, księże dziekanie. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

-  Ksiądz  dziekan  wierzy  w  to,  co  robi.  Może  wlewał  ksiądz  nowe  wino  do  starych 

beczek,  tych,  które  mu  dano  w  seminarium.  Ale  to  nowe  wino  ksiądz  dziekan  odnawia 

codziennie, pomimo starych naczyń, pomimo starej teologii, która trzeszczy ze wszystkich stron. 

Proboszcz  westchnął,  pociągnął  mnie  lekko  za  ucho,  mruknął:  „Mały  modernista”,  i 

dodał serdecznie: „Do jutra!” 

background image

Rozdział III   

 

Czym była dla mnie ta msza o świcie i scena między Duberkiem a mamusią, kiedy  się 

dowiedziała, że Prudenty odwiózł Szymona na pociąg do Villandraut, zupełnie zatarło mi się we 

wspomnieniach  przez  to,  co  wydarzyło  się  w  Maltaverne  parę  dni  później.  Od  czego  jednak 

zacząć?  Widzę  siebie  któregoś  ‘z  owych  wieczorów  na  drodze  do  Jouanhaut.  Zdaje  się,  że 

wschodził księżyc. 

W  każdym  razie  w  moich  wspomnieniach  księżyc  króluje.  Cisza  była  taka,  że  kiedy 

przechodziłem most, słyszałem, jak Hure płynie po starych kamieniach. Chlupot słabiutki i błogi. 

O tej porze, przynajmniej jeśli miałem wierzyć moim ulubionym książkom, wszędzie spotykały 

się z sobą jakieś żywe istoty. Ponieważ istniała sceneria, musiało się coś rozgrywać. Dlaczego 

poza  mną?  Dlatego,  że  tylko  sceneria  bywa  nam  dana,  o  wszysstko  inne  sami  musimy  się 

potrudzić, a ja w wieku osiemnastu lat nie miałem siły... Siły do czego? Ani żeby umrzeć, ani 

żeby żyć. Odezwała się ropucha i to mi przypomniało, co mówiła moja babka na parę dni przed 

śmiercią (święta przecież niewiasta!), ze wolałaby być ropuchą pod kamieniem niż umierać. Jak 

gdyby życie ropuchy pod kamieniem nie stanowiło szczęścia, jak gdyby na świecie istniało inne 

szczęście  niżeli  ciche  przyzywanie  samiczki  i  przebywanie  z  nią  pod  kamieniami  albo  w 

splątanej  trawie  I  Dziś  zdaje  mi  się,  że  przeczuwałem,  iż  tej  nocy  coś  się  stanie.  Chłód 

strumienia na mojej twarzy był jak oddech śmierci... Ale może to sobie wyobrażam. 

Mamusia  przechadzała  się  w  alejce,  owinięta  szalem.  Pewno  odmawiała  różaniec. 

Powiedziała mi, że Laurenty źle się czuje, już się położył, więc żebym zachowywał się cicho. 

-  Co  to  za  pomysł,  że  zmuszasz  nas  do  mieszkania  w  jednym  pokoju,  jakby  brakowało 

pokoi w tej budzie! Nie mogę; zrozumieć, z czym to się u ciebie wiąże. 

Nie rozgniewała się. Próbowała tłumaczyć: 

- Nigdy się nie rozdzielaliście. 

- Boś ty tego chciała, podczas gdy my z Laurentym mamy zupełnie różne upodobania i 

nigdy nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. 

Mamusia jak zwykle zarzuciła mi, że „wszystkich uważam za głupich”. 

-  W  każdym  razie  -  podjęła  z  nagłą  pasją  -  głupcem  jest  Szymon.  Jak  pomyślę  o 

wszystkim, czego się tak z miejsca wyrzekł... 

- Ależ nie, nie wyrzekł się niczego istotnego. 

background image

Zachowa to, czego się nauczył, świadectwo maturalne... Z wszystkiego, co ci jest dłużny, 

będą korzystali inni, jeżeli to może cię pocieszyć. 

- Nie o to chodzi, dobrze wiesz. 

-  Tak  czy  inaczej  ty  o  tym  nie  możesz  myśleć  spokojnie.  Los  samego  Szymona  nie 

interesowałby  cię  więcej  niż  kogokolwiek  innego,  ponieważ  go  nie  kochasz.  Nie  zechcesz  mi 

chyba  wmawiać,  że  kochasz  Szymona?  A  nawet  gdybyś  go  kochała,  tak  jak  się  rozumie 

kochanie, no, tak jak go kocha pani Duport... 

- Idź już spać. 

-  Dopiero  wtedy  los  Szymona  w  wieczności  byłby  ci  doskonale  obojętny,  bo  przecież 

kochałabyś to, co w nim przemijające... 

Popchnęła mnie ku schodom. 

- Idź, zachowuj się cicho, żebyś nie zbudził brata, i nie chcę już nic więcej słyszeć... Ten 

chłopak wpędzi mnie do grobu. 

Zaprotestowałem, jeszcze za wcześnie na spanie. 

Przejdę się po parku. 

-  Tylko  włóż  coś  na  siebie.  Dosyć  mam  jednego  chorego.  A  jak  się  będziesz  kładł,  nie 

otwieraj okna. Laurenty kaszle. 

- On często kaszle w nocy - powiedziałem. - Kaszle przez sen. 

- Skąd - wiesz? Przecież ty się nigdy nie budzisz. 

- Słyszę go śpiąc. 

Jestem pewien, że tutaj nie zmyślam, przypominam sobie, że i ja przejąłem się tym, co 

mówiłem,  i  ogarnął  mnie  nagły  lęk  o  Laurentego,  jak  gdybym,  pragnąc  wywrzeć  wrażenie  na 

innych, sam również ulegał władzy uroku, który rzucałem, ale mój lęk trwał tylko kilka sekund. 

Znowu  znalazłem  się  w  mlecznych  ciemnościach  księżycowego  wieczoru,  taki,  jaki  bywam 

zawsze w owych godzinach: chłonąłem szept Hure, spokojną szemrzącą noc, podobną do innych 

nocy, tę samą światłość, w jakiej skąpany będzie kamień, pod którym nastąpi ostateczny rozkład 

ciała, co było mną. Czas płynie tak jak rzeka Hure, i ta Hure, zawsze tu obecna, wtedy też tutaj 

będzie, i będzie płynąć nadal... I to jest tak przerażające, że chciałoby się wyć. Jak sobie radzą 

inni? Czyżby wcale nie wiedzieli? 

A  ja  nie  wiedziałem,  że  noc,  która  się  właśnie  zaczynała,  niosąc  z  sobą  niezliczone 

agonie...  Ale  należałoby  mówić  o  tych  rzeczach  bez  fantazjowania  i  sporządzić  dla  Donzaca 

background image

dokładne  sprawozdanie,  zestawienie  faktów.  Wróciłem  do  domu.  To  był  ostatni  rok,  nim 

mamusia  kazała  założyć  elektryczność.  Tylko  jedna  lampa  paliła  się  jeszcze  nad  stołem 

bilardowym.  Wziąłem  lichtarz  i  poszedłem  do  naszego  pokoju  nad  sypialnią  mamusi,  pokoju 

chłopców. Miał dwa okna, był bardzo duży, nasze łóżka stały „głowa w głowę”, tak że obydwaj 

z  Laurentym  mogliśmy  spędzić  noc  razem,  wcale  się  nie  widząc,  tym  bardziej,  że  on  prawie 

zawsze wstawał o świcie. Kiedy byliśmy dziećmi, wieczorami sen morzył go nawet przy stole, i 

czasami trzeba go było zanosić do łóżka. Od dwóch lat już „latał”, jak mówiono, i to ja zwykle 

spałem,  gdy wracał  chyłkiem, z butami  w ręku. Kiedy się rano budziłem,  Laurenty już dawno 

gdzieś fruwał. 

Byłem  zupełnie  zdecydowany  otworzyć  okno  mimo  zakazu  mamusi.  Powietrze  było 

ciężkie.  Nie  poznawałem  zwykłego  zapachu  Laurentego,  zapachu  zwierzęcego,  ale  zdrowego. 

Gorączka  ma  pewną  woń,  którą  od  razu  wyczułem.  Spał  nie  chrapiąc,  lecz  oddychał  głośno. 

Zacząłem się rozbierać, kiedy weszła mamusia w szlafroku, z włosami splecionymi w warkocz, 

zbliżyła się do łóżka Laurentego i dotknąwszy jego czoła i szyi, co go nie zbudziło, powiedziała 

mi szeptem, że nie będę mógł tutaj spać; Laurenty może jej potrzebować, więc ona prześpi się na 

moim, ja zaś na jej łóżku. 

Nie kazałem się prosić i nawet nie rzuciwszy okiem na brata, przeniosłem się do pokoju 

65 musi na pierwszym piętrze, mniejszego niż nasz, bo dwa rogi odkrojono, jeden na ubikację, 

drugi na szafę; tak utworzyła się alkowa i w niej stało łóżko. Z rozkoszą otwarłem jedno okno i 

wsunąłem  się  do  łoża,  w  którym  zostałem  poczęty.  Dziwaczna  myśl,  urzekająca  i  nie  do 

zniesienia  zarazem,  którą  odpędzałem  w  owym  naturalnym  odruchu,  jaki  mi  został  z  czasów 

pełnego  skrupułów  dzieciństwa,  przekonany,  że  od  jednej  myśli  może  zależeć  cała  nasza 

wieczność. 

Aby się pozbyć natrętnie wracającej myśli, uciekłem się do tego, co służyło mi także do 

powolnego zapadania w sen: zacząłem sam sobie opowiadać, a zawsze miałem jakąś historię w 

pogotowiu. Ta, która wtedy właśnie była na war - sztacie, wydawała mi się zachwycająca. Tego 

roku po raz pierwszy przeczytałem Blaski i nędze życia kurtyzany z Komedii ludzkiej Balzaka i 

zrozpaczony,  że  Lucjan  de  Rubempre  popełnił  samobójstwo  w  więzieniu,  wymyśliłem  jego 

dzieje  od  nowa:  Lucjan  de  Rubempre  nie  został  skompromitowany  ani  uwięziony,  Karlosowi 

Herrerze  udał  się  podstęp,  wyłudził  od  barone  de  Nucingen  sumę,  konieczną,  by  Lucjan  mógł 

poślubić córkę diuka de Grandlieu. Zapobiegałem trudnościom. Dzięki poparciu diuka i Karlosa 

background image

Lucjan został członkiem ambasady w Rzymie, więc ślub odbył się niemal po kryjomu, w kaplicy 

ambasady, bez wiedzy Paryża, i wszystko, co mogłoby się ujawnić przeciw Lucjanowi, zostało 

zażegnane. Wkrótce potem Karlos Herrera postanowił umrzeć i stać się znowu Jakubem Colin, 

zbiegłym galernikiem, którym był w rzeczywistości. Udał, że ma nowotwór z rodzaju tych, co to 

już nie ma nadziei. 

Ktokolwiek  go  wówczas  widział,  uważał,  że  jego  los  jest  przesądzony.  Kazał  się 

operować  w  prywatnej  lecznicy  w  Szwajcarii,  uzależnionej  od  bandy.  Trup  innego  pacjenta 

zmienił się w zwłoki Karlosa, a Jakub Colin ruszył w świat... Ja zaś osuwałem się, zapadałem w 

sen  mocny,  głęboki,  zaludniony  ruchliwym  mrowiem,  z  którego  wynurzałem  się  dopiero,  gdy 

mnie musnęły pierwsze promienie, sączące się przez żaluzje. 

Wtedy jednak zbudziłem się w środku nocy, jak zagubiony w tym nie moim łóżku, które 

pachniało  mamusią.  Od  razu  uświadomiłem  sobie,  że  dzieje  się  coś  ważnego.  Tak  od  razu 

wiedziałem, że to sprawa wielkiej wagi. Ze schodów dochodziły spieszne kroki, których odgłosu 

nikt  nie  myślał  tłumić,  trzaskały  nie  pozamykane  drzwi.  Nad  moją  głową  rozgrywała  się 

tragedia. Laurenty? Dodawałem sobie otuchy: szczęknął dzbanek, miednica, pewno wymiotuje. 

Obróciłem  się do ściany. W tym  momencie weszła mamusia, światło lampy, którą trzymała w 

ręku, padało prosto na jej dużą, szarą twarz, potargane włosy. Zatrzymała się w progu: 

- Słuchaj, lepiej, żebyś wiedział... Laurenty dostał krwotoku, dotąd jeszcze trwa. Są przy 

nim doktor Dulac i dziekan. 

Zrobiłem ruch, jakbym chciał wstać, błagała, ażebym już tu dotrwał do świtu. 

-  I natychmiast pojedziesz do panien z Jouanhaut. Trzeba uciekać, uciekać  - powtarzała 

półprzytomnie. - Odetchnę dopiero, gdy będę wiedziała, że jesteś daleko. 

- Ale Laurenty... 

- Nie chodzi już o Laurentego, chodzi o ciebie. 

- Ale Laurenty, mamusiu? Co z Laurentym? 

Stała  jak  skamieniała,  wciąż  z  lampą  w  ręku,  duży  siwy  kosmyk  przecinał  jej  czoło. 

Wpatrywała się we mnie gorączkowo. 

-  Módl  się  za  twego  biednego  brata,  ale  naszym  pierwszym  obowiązkiem  jest 

odseparowanie ciebie. Oby Bóg pozwolił, żeby nie za póżno» 

Kiedy pomyślę, że mieszkacie w jednym pokoju, i w Maltaverne, i w Bordeaux, od lat... 

Jeszcze ubiegłej nocy oddychałeś tym samym powietrzem co on. 

background image

- Ale jak on, mamusiu, jak Lamenty? 

-  Zrobimy,  co  w  ludzkiej  mocy,  chyba  rozumiesz.  Zaraz  jutro  odbędzie  się  konsylium. 

Powinieneś jednak wiedzieć... 

Zawahała się. - Lekarz sądzi... - Urwała, zaczęła znowu informować mnie szczegółowo, 

co postanowiła, jeśli chodzi o mnie. Można by mniemać, że to nieszczęście dotyczyło tylko mnie 

jednego,  miało  znaczenie  i  konsekwencje  wyłącznie  przez  związek  ze  mną.  Miałem  wyjechać 

bez  bielizny,  bez  żadnych  ubrań  prócz  tego,  które  włożę  na  siebie,  ponieważ  wszystkie  moje 

rzeczy są w zakażonym pokoju. 

- Nawet cię nie pocałuję, i oczywiście ani się nie zbliżysz do pokoju Laurentego. Zresztą 

nie byłby w stanie... Lepiej, żeby ci nie został taki obraz... SfeiłJ - Och, nie ostatni, mamusiu, nie 

ostatni! 

- Naturalnie. Dobrze wiesz, że ja zawsze przewiduję najgorsze. Przyniosę ci kawy. Połóż 

się. 

Pozwoliłem  sobą  kierować,  zrobiłbym  wszystko,  co  chciała.  Nastraszyła 

dziewiętnastoletniego chłopca, jak straszyła malca, żeby był posłuszny. 

W Maltaverne był taki pokój i łóżko, w którym  umarł dziadunio, a w Bordeaux pokój i 

łóżko, w którym umarł tatuś. Teraz tu będzie pokój, łóżko, gdzie Laurenty... Nagle oddzielał się 

on we mnie od tego zera, jakim był jako najgorszy uczeń w klasie, i zaczynał żyć swoim nowym 

istnieniem. Nigdy nie powiedział słowa na inny fifi temat niż dzikie gołębie albo bekasy, albo 

zające  czy  psy.  Przygotowywał  się  do  Grignon,  lecz  rolnictwo,  którego  uczą  książki,  było  mu 

równie obojętne jak łacina czy hebrajski. Stale mawiał; 

„Ja zostanę chłopem naszej rodziny”. Ale w Maltaverne niczym się nie zajmował. 

-  Wy  wszystko  składacie  na  mnie  -  wyrzekała  mamusia,  aczkolwiek  nie  zniosłaby, 

gdybyśmy choć w najmniejszym stopniu wścibiali nos w jej sprawy, które w rzeczywistości były 

raczej naszymi, jako że Maltaverne należało do nas, ona była tylko prawną opiekunką. 

Tak błąkały się moje myśli, aż raptem utknęły na tym: „Teraz będę już tylko ja, będę w 

Maltaverne sam, sam jeden przeciw mamusi”. Tak, przyszło mi to do głowy, ale Bóg świadkiem, 

nie jako powód do radości, ponieważ było wykluczone, by i mamusia, maniacko rozkochana w 

ziemi, też o tym nie pomyślała, aby i jej podświadomie to nie poruszyło. Uwielbiała ziemię, ale 

inaczej niż ja, nienawidziła działów... Donzacowi, dla którego to piszę, nie potrzebuję wyjaśniać, 

że  nic  z  tego  wszystkiego  nie  krystalizowało  się  jeszcze  we  mnie  w  tę  posępną  noc,  nic  nie 

background image

zostało  wyznane,  uznane,  nazwane.  Dostosowuję  do  tamtych  godzin,  które  wycisnęły  na  mnie 

niezatarte  piętno,  zarys  myśli  w  takiej  postaci,  w  jakiej  je  wydzieliłem  w  ich  powiązaniach  i 

układzie podczas następnego tygodnia u starych panien w Jouanhaut. 

Czekając, aż się rozwidni, wyciągnąłem się w ubraniu na łóżku mamusi. Przyszła jeszcze 

raz,  nie  przekraczając  progu  pokoju  przyniosła  kawę  i  powiedziała,  że  Maria  Duberc  prasuje 

moją bieliznę, że będę miał to, co może mi być potrzebne. 

Mnie pozostanie tylko zebrać książki i papierzyska, jak nazywała wszystko, co pisałem. 

Zdrzemnąłem się. W półśnie usłyszałem turkot bryczuszki Duberca. Weszła Maria z tacą, 

czarna chusteczka, jakie noszą staruszki, spłaszczała jej głowę - cała była czarna tą połyskliwą 

czernią kur, miała też ich wystraszone oczy i kurzy kuperek. Od ucieczki Szymona, w której mu 

potajemnie dopomogli, mamusia nie odzywała się do Duberców, chyba tylko wydając polecenia. 

Maria zapewniała, że Laurenty teraz wypoczywa, pani od niego nie odchodzi. Doktor sprowadzi 

zakonnicę z przytułku w Bazas. Ach, łon piaou moussu LaurentI  - jęczała. On był ulubieńcom 

Duberców.  Och,  lou  praoul  Tej  ucieczki  bez  spojrzenia  na  konającego  brata  nigdy  sobie  nie 

daruję. Mamusia stała na straży, aby mi wzbronić wstępu do pokoju, gdzie na mgnienie, przez 

uchylone  drzwi,  dostrzegłem  w  chwiejnym  świetle  nocnej  lampki  poprzestawiane  meble, 

rozrzuconą bieliznę. Poddawałem się ulegle. Wszystko odbyło się tak, jak mamusia postanowiła. 

Mając dziewiętnaście lat pozwalałem się Jej przenosić niby niemowlę. Protestowałem słabo, ona 

nawet  nie  słuchała.  Mówiła;  „Jak  tylko  kryzys  minie,  zobaczysz  go.  Obiecuję  ci.  Przyślę  po 

ciebie. Będziecie rozmawiali  z daleka, powrócą jeszcze piękae dni.  Usadowimy  go w parku na 

słońcu. Las jest jeszcze najlepszym środkiem...” 

Ach,  mgła  tego  wrześniowego  ranka,  jej  zapach...  Ja  nie  umrę,  ja  będę  żył.  Mamusia 

zdążyła  przesłać  starym  pannom  list,  w  którym  donosiła  o  moim  przyjeździe  i  naszym 

nieszczęściu.  Panna  Luiza  i  panna  Adiia  czekały  na  mnie  w  zamęcie  uczuć,  niespodziewana 

uciecha,  jaką  im  sprawiało  moje  przybycie,  mieszała  się  ze  współczuciem  i  smutkiem.  Ale 

radość brała górę, zwłaszcza u panny Adiii, skazanej na współżycie z głuchą, która „rozumiała 

wszystko po ruchu warg”, o siedem kilometrów od miasteczka, w owym zapadłym kącie, gdzie 

kończyła  się  jedyna  droga,  a  dalej  były  już  tylko  wielkie  bezludne  landy,  aż  do  oceanu.  I  my 

wywodzimy się z jednego z takich starodawnych folwarczków na skraju olbrzymiego pola prosa, 

lubię  o  tym  myśleć.  Tego  ranka  nad  polem  dzwoniły  skowronki,  te  skowronki,  do  których 

Laurenty  nie  będzie  już  strzelał.  O  wschodzie  słońca  otworzono  dla  mnie  przestronny  pokój, 

background image

gdzie pachniało stęchlizną i gdzie, jak wiedziałem, ojciec starych panien popełnił samobójstwo, 

kiedy  zbankrutował,  ale  nikt  nie  wiedział,  że  ja  o  tym  wiem.  Położyłem  na  stole  Pascala  w 

opracowaniu Brunschvicga, maszynowy odpis Action Maurycego Blondela pożyczony mi przez 

Donzaca  i  Matiere  et  Memoire  Bergsona,  i  natychmiast  poszedłem  myszkować  w  bibliotece 

„bawialni”, która za dziecinnych czasów raczyła mnie takim szczęściem, iż wydaje mi się, że ci, 

co go nie zaznali, nie wiedzą, czym jest cud czytania wtedy, gdy nic z zewnątrz nie mąci gładkiej 

tafli dnia letnich wakacji, gdy krajobraz rzeczywisty harmonizuje z krajobrazem wymarzonym i 

nawet zapach domu jest już w nas, taki sam, jaki zostanie na zawsze, kiedy od wielu już lat dom 

przestanie istnieć. 

Wcale  nie  czytałem  Bergsona  ani  Pascala,  ani  Roczników  filozofii  chrześcijańskie),  ale 

Dzieci kapiptana Grania, Tajemniczą wyspę. Bez rodziny. 

Pokój Laurentego, taki jak go ujrzałem przez uchylone drzwi w posępnym świetle nocnej 

lampki,  tkwił  jednak  we  mnie.  Jego  obraz  na  sekundę  nie  opuszczał  mojej  świadomości, 

podsycał trwogę i smutek, ale może i radość, że mam dziewiętnaście lat i tryskam życiem. 

Posłyszałem,  jak  panna  Adiia,  która  przy  siostrze  nabrała  zwyczaju  krzyczenia  na  całe 

gardło, rozprawia z kucharką: - Jeżeli się to nieszczęście stanie, jakąże partią będzie pan Alain, 

trzy tysiące hektarów! 

- Ano pewnie, tylko póki jego mamusia żyje, to panią będzie ona... 

- Nie gadaj, mądralo!krzyknęła panna Adila. - Jego mamusia ma własny majątek, prawie 

tysiąc hektarów, kompletnie urządzony dom w Noaillan i Bóg wie ile pieniędzy w gotówce. 

- No tak, ale... 

Wyszedłem,  żeby  już  nie  słuchać.  Laurenty  nie  umarł,  żył.  Mamusia  kochała  nas 

obydwu. Po południu ksiądz dziekan przyniósł wiadomości: 

- Twoja matka jest jak zawsze godna podziwu. 

Siedzi  przy  Laurentym  przez część nocy, żeby  siostra miłosierdzia mogła się przespać. 

Postanowiła nie widzieć się z tobą, nawet z daleka. Godzi się na to poświęcenie. Niestety długo 

nie trzeba będzie czekać. - Po raz pierwszy tego dnia usłyszałem złowieszczą nazwę „galopujące 

suchoty”. Usłyszałem w sobie echo tego galopu, który unosił mojego starszego brata na zawsze 

w ciemność, gdzie i ja podążę za nim, może nie galopując, lecz stępa; a choć posuwam się tak 

wolno, w końcu stanę się podobny do starego z Lassus z tymi moimi trzema tysiącami hektarów 

i  zgrają  spadkobierców,  którzy  mnie  będą  napastowali,  których  będę  nienawidził  i  trzymał  od 

background image

siebie z daleka jak on. Potworność posiadania. 

Posiadanie,  to  zło  absolutne.  W  jaki  sposób  się  odeń  uwolnić?  Chętnie  zrzekłbym  się 

dóbr  tego  świata  -  nie  samego  świata,  nie  tej  bezprzytomnej  radości,  co  rozpierała  mi  piersi 

wtedy  pod  dębami  Jouanhaut,  podczas  gdy  galop  unosił  mojego  brata  w  noc,  która  się  nie 

skończy. 

Już  od  następnego  dnia  miałem  wrażenie,  że  w  domu  starych  panien  oglądam  gołym 

okiem jakby spadłego z nieba bakcyla posiadania: ohydną dziesięcioletnią dziewczynkę, Joankę 

Seris,  ich  spadkobierczynię,  która  z  tego  tytułu  co  pewien  czas  spędzała  tutaj  parę  dni  i 

przyjmowała  hołdy  dzierżawców.  Co  najdziwniejsze,  ów  potwór  jako  jedynaczka  miał  w 

przyszłości  posiadać  jeden  z  najrozleglejszych  majątków  na  landach,  w  którym  folwarczek 

starych panien zgubi się niby kropla w morzu. Ale dla tych zgłodniałych ziemi wilków liczył się 

każdy hektar. Joanka budziła we mnie wstręt. Była blada i nakrapiana, odnosiło się wrażenie, że 

w miejsce oczu ma także dwa fosforyzujące piegi, pozbawione brwi i rzęs. Półokrągły grzebień 

ściągał jej z czoła rzadkie włosy. Sprowadzono dzieci dzierżawców, żeby się z nią bawiły. Que 

diz  a  mamizelle?  Okazywały  jej  uległość,  jak  małe  muzyki  małym  bojarom  w  czasach 

pańszczyzny. Nazajutrz rano zaraz po obudzeniu usłyszałem, jak panna Luiza krzyczy do panny 

Adiii:  „...przecież  nawet  nie  o  dziesięć  lat  jest  od  niej  starszy.  Zaczeka!”  Panna  Adiia 

odpowiedziała  widać  samym  ruchem  warg,  bo  nie  usłyszałem  nic.  Głucha  upierała  się  przy 

swoim: „Nie ożeni się bez pozwolenia matki. Zaczeka, jak długo będzie trzeba...” O Boże! To 

chodziło o mnie i Joankę. Mówiło się o tym w okolicy, jak ongi o zaręczynach delfina Francji z 

infantką  hiszpańską.  Ale  teraz  już  tylko  ja  byłem  wytypowany,  Laurenty  nie  dzielił  ze  mną 

obrzydłego  niebezpieczeństwa.  O  tym,  że  w  umyśle  mamusi  sprawa  została  przesądzona,  nie 

miałem  wątpliwości.  Na  domiar  mała  szukała  mego  towarzystwa,  ta  ohyda  wdzięczyła  się  do 

mnie. I ona również o tym myślała. Tego właśnie tygodnia zawstydziłem się własnego nieuctwa, 

obojętności  w  stosunku  do  wszystkiego,  co  odnosiło  się  do  zagadnień  społecznych. 

Postanowiłem  przeczytać  Jauresa,  Guesde,  Proudhona,  Marksa...  Były  to  dla  mnie  tylko 

nazwiska. W każdym jednak razie wiedziałem lepiej niż oni, co to jest posiadanie. Z tego, że jest 

okradaniem, mógłbym sobie kpić, ale ono upadla, pomniejsza człowieka. 

background image

Rozdział IV   

 

Po dwóch latach, w Bordeaux, zaczynam nowy zeszyt. O pierwszy błagał Donzac, chciał 

wziąć go do Paryża, gdzie wstąpił do seminarium des Carmes. Dla niego też zabieram się znowu 

do  pisania  dziennika.  Dziennika?  Nie,  raczej  opracowanej,  uporządkowanej  relacji  z 

wszystkiego, co dzień po dniu przynosiły nam nasze dzieje, mamusi i moje, w ciągu tych dwu lat 

-  głównie  jednak  po  to,  aby  spróbować  sobie  uprzytomnić,  kim  się  stałem  od  czasu  śmierci 

Laurentego. 

Kim  się  stałem?  Czyżbym  się  stał  inny?  Czy  dwudziestojednoletni  chłopak, 

przygotowujący  się  do  dyplomu  z  literatury  w  Bordeaux,  różni  się  od  młodzieniaszka,  jakim 

wtedy byłem? Jest taki sam, i skazany na to, by już takim zostać, jeżeli nie umrę jak Laurenty. W 

sekretnych dziejach wielkich landów stary z Maltaverne, którego w sobie noszę, zajmie miejsce 

starego z Lassus, i jako starzec osiemdziesięcioletni będzie taką samą istotą ludzką, jaką jestem 

teraz,  a  gdy  zasiądzie’na  progu  swego  domu,  nieruchomy  i  już  jakby  skamieniały,  jakiś 

młodziutki poeta z roku 1970 będzie mu się przyglądał z daleka. 

Śmierć Laurentego nie zmieniła mnie, lecz zmieniła warunki mojego życia. Miesiące cale 

byłem jak porażony. Mamusia wszystko  wzięła  na siebie, a jeśli  chodzi  o mnie, troszczyła się 

tylko  o  moje  zdrowie  fizyczne.  Miałem  „zaciemnienie  na  lewym  płucu”.  Nie  ustawała  w 

zabiegach, aby mnie zwolnić od służby wojskowej. Cieszyłem się z tego, i umierałem ze wstydy. 

Zrobiłem się jeszcze bardziej dziki i miałem o to do niej żal. Kiedy już odpadł ów niepokój, z 

każdym dniem bardziej pochłaniało ją Maltaverne, a ponieważ w tym roku kupiliśmy samochód 

marki DionBouton, coraz tam zaglądała, chociażby na krótko. Odległość już nie istnieje. Jeszcze 

zeszłego  roku,  żeby  się  dostać  do  Maltaverne,  trzeba  się  było  dwa  razy  przesiadać. 

Transplantacja  zaczynała  się  już  w  poczekalni  dworca  Południe.  Wielkie  landy,  moja  jedyna 

ojczyzna,  były  równie  dalekie  jak  któraś  z  gwiazd.  Dzisiaj  wiem,  że  zaczynają  się  tuż  za 

rogatkami  Bordeaux,  i  jeśli  nic  się  nie  zepsuje  w  motorze  albo  nie  pęknie  opona,  możemy  w 

niespełna trzy godziny przebyć te sto kilometrów dzielące Bordeaux od Maltaverne. 

Piszę  byle  co,  żeby  tylko  nie  dotknąć  rany  jątrzącej  się,  odkąd  Laurenty  zasnął  snem 

wiecznym, Co właściwie zaszło między mamusią a mną? Co jej mam do zarzucenia? Wszystko 

wzięła  w  swoje  ręce,  mnie  z  wszystkiego  odciąża.  Gdy  jest  w  Maltaverne,  jak  właśnie  teraz, 

mogę  korzystać  w  Bordeaux  ze  swobody,  o  jakiej  mało  który  student  mógłby  marzyć,  mając 

background image

przy tym do własnej dyspozycji kucharkę i lokaja. Jeżeli nie potrafię tego wyzyskać, trudno winę 

przypisywać mamusi. 

- Czemu ty nie masz przyjaciół? Czemu nie przyjmujesz zaproszeń albo podpierasz tylko 

ściany i nie tańczysz? 

Nie tańczę, tak jak i nie poluję. Zupełnie tak samo... 

Nie,  nic  nie  jest  takie  samo.  To,  co  teraz  powiem,  należy  już  do  przeszłości,  a  nie  jest 

historią, która dopiero się tworzy, aczkolwiek dzieje się nadal. Donzac będzie umiał rozróżnić, 

co jest dokumentem skomentowanym, wyretuszowanym przeze mnie, a co z dnia na dzień i ze 

stronicy  na  stronę  kształtuje  nieuchronny  los.  Donzac  będzie  umiał  zinterpretować  kłamstwa, 

wynikające  z  przeoczenia,  i  bez  mojej  wiedzy  wydobędzie  z  nich  prawdę  -  tę  prawdę,  którą 

chciałbym  jednak  z  siebie  wydrzeć,  której  szukam  z  pasją  mnie  samego  przerażającą,  nie  ze 

względu na siebie, ale dlatego, że tu chodzi o mamusię, że demaskuję ją powoli, a w miarę jak 

odsłaniam jej prawdziwe oblicze, budzi we mnie lęk. 

Lecz już nie jestem sam. Już nie jestem zdany wyłącznie na nią. Ktoś się pojawił. Ktoś... 

Zaczęło  się  to  u  Barda,  księgarza  z  pasażu  łączącego  ulicę  SainteCatherine  z  placem  de  la 

Comedie.  Dość  późno  trafiłem  do  tej  ponurej  jaskini  książek.  Korzystałem  stale  z  księgarni 

Fereta w alei Intendance. U Barda pierwsze miejsca zajmują wydawnictwa Mercure de France. 

Literaturę piękną otacza się tutaj miłością. Na wystawie figurują nowocześni poeci. 

Zachodziłem tam wracając z uniwersytetu nieomal codziennie, od tego pierwszego dnia, 

kiedy zacząłem przerzucać pewną książkę, Amoralista, i jej lektura tak mnie pochłonęła, że aż 

podskoczyłem usłyszawszy nad uchem kobiecy głos: - Nawet jeżeli nie ma pan dużo pieniędzy, 

radziłabym to nabyć. To pierwsze wydanie, a takie wydania Gide’a... 

Podniosłem  oczy  i  w  półmroku  jaskini  zobaczyłem  pannę  Marię,  która  prowadzi  tu 

sprzedaż i zarządza całym sklepem (Bard, szef, prawie nie odchodzi od kasy, a garbaty subiekt 

Balege wykonuje cięższe roboty). Panna Maria nosi czarny fartuch i stara się być niewidzialna 

dla wszystkich, z wyjątkiem tych, na których spocznie jej wzrok, tak jak tego pierwszego dnia 

spoczął  na  mnie.  Jakiż  on  był...  czuły  i  drwiący  zarazem,  straszliwie  przenikliwy.  Jak 

wszystkich,  którzy  mnie  kochają,  przyciągnęło  i  wzruszyło  ją  we  mnie  to,  co  sprawia,  że  inni 

uciekają. Mimo woli oszukałem ją jednak. Tak uwielbiam książki, a kupuję ich tak mało i tak 

długo  się  waham,  nim  się  na  coś  zdecyduję,  i  żeby  już  wszystko  powiedzieć  -  tak  trudno  mi 

wydać chociażby franka, co więcej jestem tak źle ubrany, zawsze noszę ten sam krawat podobny 

background image

do  sznurka,  że  panna  Maria  wzięła  mnie  za  biednego  studenta.  Zdziwiło  ją  tylko,  o  czym 

dowiedziałem się później, że moje palto, mocno wprawdzie zniszczone, szyte było u krawca, a 

na  teczce  z  pięknej  skóry  widnieje  monogram.  Ale  wyglądałem  na  to,  że  kieszeń  mam  pustą. 

Pomyślała, że pochodzę pewno ze zrujnowanej albo skąpej ziemiańskiej rodziny, i odłożyła dla 

mnie tomy pierwszych wydań. - Zapłaci pan w przyszłym miesiącu - powiedziała. 

Od wyprowadzenia jej z błędu nie powstrzymało mnie jakieś niskie uczucie. Może rodzaj 

wstydu? Nie, raczej wielka radość, że ja sam wzbudziłem jej sympatię, świadomość, że mogłem 

spodobać  się  dziewczynie  tej  klasy,  która  nie  wie,  iż  jestem  dziedzicem  Maltaverne.  Na 

nielicznych  wieczorkach,  do  których  zmusza  mnie  mamusia,  żebym  się  przyglądał,  jak  inni 

tańczą,  wiem  doskonale,  że  one  wszystkie  przypatrują  mi  się  jednakowym  wzrokiem;  do 

smokinga  przypiętą  mam  niewidzialną  etykietkę:  tysiące  hektarów  landów,  kamienice. 

Wszystkie uśmiechają się w taki sam uległy sposób, robią taki sam wysiłek, żeby rozmawiać „o 

tym, co się wydaje interesujące”. Och, koncepcja „intelektualisty”, jaką te idiotki sobie tworzą... 

Nie,  już  nie  chcę  tego  rozważać.  Wystarczy,  aby  Donzac  zrozumiał,  jak  nieoczekiwanie 

szczęśliwy,  od  pierwszego  dnia,  poczułem  się  dzięki  tej  dziewczynie,  patrzącej  miłośnie  na 

biednego  studenta,  za  jakiego  mnie  brała.  Mój  opór  przed  pokazywaniem  się  z  nią  na  mieście 

przypisywała  obawie,  by  jej  nie  skompromitować,  gdyż  wydawałem  się  taki  anielski,  o  czym 

dowiedziałem się później i śmieliśmy się z tego razem. Prawdziwej przyczyny jednak Marii nie 

wyjawiam,  nie  jestem  zresztą  pewien,  czy  sam  ją  znam.  Niewątpliwie  pewną  rolę  odegrała 

świadomość, iż z chwilą gdy się znajdziemy za progiem mrocznej pieczary księgarni, nie da się 

długo utrzymać mitu o biednym studencie, lecz najważniejsze było to, że nie oddzielałem jej od 

księgarni, z którą mi się utożsamiała, tak samo jak nie oddzielałem panny Martineau od konia. 

Stanowiło to moją obronę, równocześnie pozwalając mi się Marią cieszyć, jak gdyby dla mnie 

niewyobrażalne były inne uciechy niż napawanie oczu w zaczarowanym półmroku księgarni; nie 

nastręczał się też żaden problem ze świata zewnętrznego, który mógłby coś skalać i którego na 

pewno nie umiałbym rozwiązać. 

Taka  sytuacja  mogłaby  trwać  w  nieskończoność,  ponieważ  i  Maria  się  do  niej 

przystosowała,  bo  harmonizowała  z  moim  obrazem  w  jej  sercu,  z  tym,  co  zwała  moją  cechą 

nietykalności: no7i me tangeze. Gdyby nie pewne przypadkowe spotkanie... 

Ale  ja  nie  wierzę  w  przypadek,  a  zbiegi  okoliczności  dowodzą  chyba,  że  nasze  życie 

istotnie  bywa  przedmiotem  machinacji,  Choć  była  duszą  księgarni  Barda,  szef  i  Balege  nie 

background image

uważali  za  słuszne,  że  pozwala  tylu  klientom,  a  między  nimi  ja  byłem  najwytrwałszy, 

przychodzić tutaj  i  miętosić książki,  których nie kupowali. Wyobrażała  sobie księgarnię w ten 

sam  sposób  co  Anatol  France  W  Cieniu  wiązów,  gdzie  opisuje  codzienne  spotkania  pana 

Bergeret  z  przyjaciółmi  w  księgarni  Paillota.  Zwierzyła  mi  się,  że  musi  walczyć,  zwłaszcza  o 

mnie,  ale  i  o  pewnego  młodego  nauczyciela  z  gimnazjum  w  Tałence,  który  spędzał  u  Barda 

każde  popołudnie  we  czwartek,  jedyny  swój  dzień  wolny  od  zajęć.  A  w  te  właśnie  dni  ja  nie 

przychodziłem, bo w czwartki zawsze panował tutaj tłok. „Taki sam z niego dzikus jak z pana, 

nikogo nie zna...” 

- Ale panią zna - odpowiedziałem gniewnie. 

Ten gniew wywołał jej uśmiech, myślała, że jestem zazdrosny. Czy tak było naprawdę? 

W każdym razie zrobiłem się zazdrosny natychmiast, wskutek bolesnej miny, jaką przybrałem: 

wydawało  mi  się,  że  człowiek  staje  się  zakochany  tak  samo,  jak  według  Pascala  staje  się 

religijny - 

„przechylając automat”. 

Zaniepokoił mnie wiek nieznajomego rywala. 

Był  o  kilka  lat  ode  mnie  starszy.  Budził  w  niej  litość  swą  absolutną  samotnością  i 

rozgoryczeniem nie do uleczenia, które zdradzały pewne jego wypowiedzi, jakby już za młodu 

przeżył  jakąś  niepowetowaną  klęskę.  Mówiła  o  nim  z  lubością  wzmagającą  się,  w  miarę  jak 

okazywałem coraz większy smutek, smutek, którego teraz nie symulowałem, lecz odczuwałem 

rzeczywiście, aż wkrótce i Maria już go nie mogła znieść. Byliśmy w tym momencie sami, za 

półkami książek po zniżonych cenach. Po raz pierwszy ujęła moją rękę i chwilę przytrzymała w 

swojej. 

-  Gdy  pomyślę  -  rzekła  -  że  nie  znam  nawet  pańskiego  imienia...  Znam  tylko  inicjały, 

zobaczyłam na pana teczce. Imię zaczyna się od A... Chyba przecież nie Artur albo Adolf? Może 

August? 

- Może Augustyn. 

Zbliżyłem  wargi  do  jej  uszka,  szepnąłem  „Alain”,  jakby  chodziło  o  jakąś  wielką 

tajemnicę, ona zaś powtórzyła to „Alain”, jakby się bała zapomnieć. Spytałem: - Jak mnie pani 

nazywa, myśląc o mnie? 

- Wcale nie nazywam. W dnie, kiedy pan nie przychodził, mówiłam sobie: anioł dziś nie 

przyszedł... 

background image

- Och - westchnąłem - i pani także? 

Nagle przypomniałem sobie ten wieczór w Maltaverne, gdy Szymon do mnie powiedział: 

„0, pan to jest anioł”. Że też pomyślałem o nim akurat w momencie, kiedy miał znowu pojawić 

się w moim życiu! Mnie samemu wydaje się to takie dziwne, że aż podejrzane: może bezwiednie 

komponuję znowu powieść, nadaję jej kształt. Lecz nie, z pewnością tak to się właśnie odbyło. 

Przypominam  sobie,  że  ruszyłem  do  drzwi  bez  pożegnania,  a  Maria  szła  za  mną  powtarzając 

półgłosem: - Co się panu stało? Nie chciałam pana urazić... 

-  Dziewczyny  nie lubią  chłopców  aniołów  - powiedziałem.  Staliśmy na progu, tuż przy 

sobie. W księgarni nie było już ani jednego klienta. - I zresztą słusznie. 

-  Czy  dlatego,  że  bywają  źli  aniołowie?  -  zapytała  Maria.  Zmuszała  się  do  uśmiechu, 

starała się rozproszyć chmurę. 

- Nie, złego anioła by kochały, cierpiałyby przez niego... 

- To zależy od dziewczyny - powiedziała. 

- Mnie nigdy nie pociągali brutale, proszę pana. 

Zawsze się ich bałam. 

- Podczas gdy ze mną czuję się pani bezpieczna? 

- Wszystko, co mówię, pana drażni. 

- A tego belfra z Talence, który przyjeżdża co czwartek, też się pani boi? 

- Ach, jeśli to z jego powodu pan się denerwuje... Biedny chłopak, tak mi przykro i boję 

się, że nie zdołam przed nim ukryć wstrętu, jaki we mnie budzi. Zmuszam się czasem, żeby go 

wziąć  za  rękę  i  nawet  przez  parę  sekund  ją  potrzymać,  co  jest  na  pewno  zasługą.  Wręcz 

niewiarogodne, ale on ma przy każdej dłoni sześć palców. Uczucie, jakiego doznaję w zetknięciu 

z tym czymś miękkim, taką chrząstką... 

Oparłem się o wystawę. - Szymon? - zapytałem. - Szymon jest w Bordeaux? 

- Pan go zna? Skąd pan go zna? 

-  Czy pani  wie, że on i  u obydwu nóg ma o jeden palec  więcej? No cóż, panno Mario, 

proszę  mu  w  czwartek  powiedzieć,  że  jeden  z  pani  klientów  nazywa  się  Alain  i  jest  aniołem, 

wtenczas  dowie  się  pani  wszystkiego  o  mnie,  o  mojej  matce,  moim  dzieciństwie,  stronach 

rodzinnych,  które  są  również  ziemią  ojczystą  Szymona  Duberc.  Nie  będę  pani  dzisiaj  o  nim 

mówił, bo jak to zrobić, nie odsłaniając pani całego mego smętnego życia, a na to bym się nie 

zdobył. Niech on przetrze drogę... A ja już tylko skoryguję jego relację. Opierając się na tym, co 

background image

on  pani  powie,  będzie  mi  łatwiej  wprowadzić  panią  w  te  moje  dzieje,  dla  nikogo  zresztą  nie 

ciekawe. 

Szepnęła: „Poza mną”. Zaraz też dowiedziałem się, jak mało wie o Szymonie, Nie mógł 

wytrzymać  Paryża  i  ledwie  uzyskał  dyplom,  możni  protektorzy,  którymi  się  chełpił,  dali  mu 

posadę w departamencie Bordeaux. 

- Twierdzi jednak, że tutaj czułby się bardziej samotny niż w Paryżu, gdyby nie ja. 

- Nie odwiedza rodziców? 

Tego nie wiedziała. Nigdy o nich nie mówił, tak jakby się wstydził. Pomyślałem sobie, że 

gdyby  przyjechał  do  Maltaverne,  moja  matka  musiałaby  wiedzieć,  że  tam  był.  Powiedziałem: 

„Zegnam”, pchnąłem drzwi. Raptem uprzytomniłem sobie, jaki mnie czeka wieczór, i zadrżałem. 

Cokolwiek  mnie  odstręczało  od  wychodzenia  z  Marią,  nagle  przestało  istnieć.  Wkrótce  i  tak 

dowie  się  wszystkiego  o  mnie  i  moich  bliskich.  Nawet  nie  spytałem,  czy  jest  wolna, 

powiedziałem:  -  Nie  trzeba  mnie  zostawiać  samego  dziś  wieczorem.  Mamusia  jest  na  wsi. 

Opuściła mnie. Opowiem to pani. - Chciałem Marię zaniepokoić, ale w niej radość wzięła górę 

nad niepokojem. 

Powiedziała,  żebym  jej  towarzyszył  do  domu:  „Wskoczę  tylko  na  chwilkę,  żeby 

uprzedzić matkę i zmienić suknię”. Sklep zamykało się za pół godziny. Umówiliśmy się, że się 

spotkamy przed Teatrem Wielkim. 

To było moje pierwsze spotkanie z kobietą, a miałem dwadzieścia jeden lat! Nie czekał 

mnie samotny wieczór! Wszedłem do kawiarni Bordeaux i zatelefonowałem do Ludwika Larpe, 

naszego  kamerdynera,  aby  go  uprzedzić,  że  przyprowadzę  na  kolację  znajomą.  Wyobrażałem 

sobie jego osłupienie. - Jakąś panią, panie Alain? 

- Tak, panią. - Zdaje mi się, że mamy tylko jeden befsztyk dla pana. - To niech Ludwik 

otworży puszkę pasztetu sztrasburskiego i przygotuje wino, jakie uzna za stosowne. 

Czekałem we mgle przed drzwiami parterowego domu, w którym mieszkała Maria przy 

ulicy L’EgliseSaintSeurin, aż zmieni suknię. Kiedy się znów ukazała, oswobodzona z pracy i z 

mrocznej księgarni, była to ona i nie ona. A ja po raz pierwszy w życiu, pełen dumy, podobny do 

wszystkich innych chłopców, szedłem w ów listopadowy wieczór, którego zapach pozostanie we 

mniei będę go czuł do końca moich dni, niecierpliwie chcąc znaleźć się już na placu Gambetty i 

w  alei  Intendance,  żeby  -  czy  ośmielę  się  przyznać?  -  no  tak,  żeby  mnie  zobaczono  u  boku 

młodej kobiety. Dlatego też zapytałem Marię: - Czy panią nie krępuje pokazywanie się w alejach 

background image

w asyście młodego człowieka? Bo moglibyśmy przejść bocznymi uliczkami... - Roześmiała się: - 

Och, wie pan, dla mnie... To raczej pan mógłby uważać, że go kompromituję... - Powiedziałem 

jej,  że  pochodzimy  ze  wsi,  spod  Bazadais,  w  Bordeaux  mamy  niewielu  znajomych.  Należało 

jednak  w  ciągu  dziesięciu  minut,  potrzebnych,  aby  dojść  na  ulicę  de  Cheverus,  gdzie 

mieszkałem, przygotować ją, że to komfortowe mieszkanie, kamerdyner... - Wie pani, my mamy 

dwa  tysiące  hektarów  sosen  -  powiedziałem  głupio.  Owa  cyfra  nie  zdawała  się  robić  na  niej 

wrażenia. A ja, idiota, dorzuciłem: 

- Nie licząc innych rzeczy. 

- Nie ma się czym chwalić. 

-  Wcale  się  nie  chwalę,  ale  ukrywałem  to  przed  panią.  Teraz  muszę  jednak  panią 

uprzedzić... 

- O, nie, drogi Alain, to zmienia wszystko. 

Nie pójdę na kolację do domu pańskiej matki podczas jej nieobecności i kiedy ona o tym 

nie wie. Znam pewną małą restauracyjkę w porcie, Eyrondo, tam pana zaprowadzę. 

Zaoponowałem,  że  to  niemożliwe,  już  telefonowałem  przecież  do  domu,  żeby  kolacja 

była jej godna. 

- Więc pan odwoła, jak przyjdziemy do Eyrondo. 

-  Nie  zna  pani  Ludwika  Larpe,  tego  naszego  kamerdynera.  Nigdy  się  nie  odważę... 

Otworzył  już  pasztet  sztrasburski.  Dla  niego  to  prawie  świętość.  A  zresztą  nienawidzę 

telefonować. Zrobiłem to dla pani, ale nie mogę się przyzwyczaić. Nie telefonuję prawie nigdy. 

- I nie wstyd panu? 

- Owszem, wstyd. Mamusia mi powtarza: choć uważasz się za tak inteligentnego, jesteś 

godny politowania. 

- Czas był, żebym się pojawiła. 

- Budzę w pani wstręt... 

-  Nie,  bo  mimo  owych  tysięcy  hektarów  pan  nigdy  nie  będzie  pasował  do  tego  świata, 

nigdy nie stanie się pan jednym z nich... Widuję ich kilku w mojej pracy, niewielu, bo niezbyt 

lubią  czytać.  Ale  jednak  mam  takich  klientów,  szukają  rzadkich  wydawnictw.  Przyglądam  im 

się: lada sklepowa, cóż to za bariera! Słucham, co mówią, obserwuję z boku, znam ich. 

- Ale mnie pani nie zna, Mario. Kiedy mnie pani pozna... 

Zasiedliśmy w  głębi restauracji, która musiała być dawniej  gospodą marynarzy, a teraz 

background image

przychodziło  się  tutaj  na  małże,  minogi,  prawdziwki  w  sezonie  grzybów.  Maria  podeszła  do 

kasy,  żeby  zatelefonować  do  mojego  domu.  Wróciła  śmiejąc  się  tak,  jak  nie  wiedziałem,  że 

potrafi się śmiać. 

- Proszę się uspokoić. Słyszałam, jak kamerdyner wołał do kucharki: „Odwołuje kolację! 

Dobrze zrobiłem, że nie otworzyłem pasztetu.” Uspokoił się pan? 

- Jestem śmieszny - powiedziałem żałośnie. 

Kiedy  myślę  o  tym  wieczorze,  zdumiewa  mnie  moja  zaciekła  potrzeba  zwierzeń,  brak 

dyskrecji, z jakim mówiłem o sobie, mówiłem i mówiłem bez końca, jakby ta młoda kobieta czy 

dziewczyna, o której nic nie wiedziałem, nie miała co opowiadać o swoim życiu, jakby się samo 

przez się rozumiało, że z nas dwojga tylko ja jestem interesujący. Tego wieczoru słuchała, nie 

stawiając  innych  pytań  prócz  takich,  jakich  mi  było  potrzeba,  abym  się  mógł  wyzwolić  z 

wszystkiego, co mnie dławiło. 

- Szymon Duberc powie pani więcej, niż ja bym się odważył... 

- Ależ jeśli pan sobie życzy, wcale mu o panu nie powiem. 

Zaprotestowałem,  przeciwnie,  zależało  mi,  aby  ów  wróg,  gdyż  stał  się  moim  wrogiem, 

namalował jej obraz Maltaverne jak najczarniejszymi barwami. 

- Zresztą o mnie nie będzie mówił nic złego, chyba że się zupełnie odmienił: mnie lubił. 

Po chwili milczenia zapytałem: 

- Czy przyznał się pani, że kształcił się w seminarium, już nosił sutannę? 

- Aha, teraz lepiej rozumiem, dlaczego ma taką minę, jakby był poza nawiasem... Księża 

go urabiali i przerabiali, a potem przepędzili... 

Zawahałem się, nim spytałem: 

- A czy dla pani coś takiego jak religia istnieje, Mario? 

- A dla pana, Alain? Pytam, chociaż wiem. 

Skąd mogła wiedzieć? Powtórzyłem: - A dla pani, Mario? - Powiedziała: - Jeżeli o mnie 

chodzi, to nie jest interesujące - i dodała: 

- Dla mnie wszystko się już w życiu rozegrało, mam dwadzieścia osiem lat. Chcę, żeby 

pan  znał  mój  wiek,  gdyby  przypadkiem  przyszło  panu  na  myśl,  że  jestem  zdolna  do  jakichś 

marzeń w związku z panem. 

Zapytałem: - Dlaczegóż by nie? - i nagle wstałem, jakby zdjęty przerażeniem: - Chodźmy 

jużl - A rachunek, mój mały Alain? 

background image

Kiedy znaleźliśmy się na chodniku nabrzeża, prawie już opustoszałego, gdzie mijały nas 

podejrzane typy, marzyłem, żeby jak najprędzej dojść na plac de la Comedie. Na tych ulicach po 

ciemku często zdarzają się napady, tak po północy. Powiedziała ze śmiechem, że sam wypiłem 

prawie butelkę Margaux, i niezbyt wierzy w to wszystko, co jej opowiadałem o Maltaverne. 

- Trzeba mi wierzyć, panno Mario. Zresztą zorientuje się pani, że takiej historii nikt nie 

mógłby  wymyślić,  no  i  Szymon  ją  pani  potwierdzi.  Do  śmierci  mojego  brata  byłem  święcie 

przekonany,  a  i  wszyscy  tak  samo,  ze  ja  jestem  ulubieńcem  matki.  To  przekonanie 

uszczęśliwiało  mnie.  Kiedy  Laurenty  od  nas  odszedł,  wstydziłem  się  tej  myśli,  a  jednak 

powracałem  do  niej  z  upodobaniem:  teraz  będziemy  już  tylko  we  dwoje  z  mamusią,  tak, 

potrafiłem  myśleć  o  tym,  że  już  nikt  na  świecie nie  stanie  między  nami.  Okazało  się  zupełnie 

inaczej: bardzo szybko mogłem się przekonać, że nigdy, w żadnym momencie życia nie czułem 

się  tak  od  niej  daleko,  że  nigdy  nie  byliśmy  bardziej  rozdzieleni.  Ale  nie  stanął  między  nami 

żaden człowiek. Pani nie uwierzy, jeśli powiem, że były to posiadłości. 

-  Jakie  posiadłości?  -  zapytała  Maria  z  nutą  zmęczenia  w  głosie,  nie  tyle  z 

zainteresowania, co przez grzeczność. 

-  Nasze,  chcę  powiedzieć:  moje,  ponieważ  Maltaverne  jest  spadkiem  po  ojcu  i  ja 

odziedziczyłem  część  Laurentego.  Ale  mamusia,  która  tam  wszystkim  zarządza  i  której 

przekazałem  cale  moje  uprawnienia,  uważa  siebie  za  wszechwładną  panią.  Oczywiście 

wiedziałem, jak bardzo kocha może nie samą ziemię w takim znaczeniu, jak ja ją kocham, ale 

stan posiadania... 

- Co za ohyda - powiedziała Maria. 

- Nie, to nie jest tak niskie, jak pani sądzi. 

To jest pociąg do władzy, do panowania nad rozległymi włościami. 

- I nad ludem niewolników. Wy jeszcze ciągle żyjecie w czasach pańszczyźnianych. Och, 

niech mnie pan odprowadzi. Boję się wracać sama... 

- Ależ nie, Mario, ja w całej tej sprawie jestem po stronie pokrzywdzonych. Naturalnie, 

odprowadzę panią, ale proszę mnie jeszcze wysłuchać: do śmierci Laurentego, i dopóki byliśmy 

dziećmi,  namiętność  mamusi  przejawiała  się  tylko  w  rzadkich  okolicznościach.  Była  naszą 

prawną  opiekunką.  Zarząd  majątkiem  uważała  po  prostu  za  obowiązek  stanu.  Wszystko,  mam 

wrażenie, zmieniło się od śmierci mojego brata, odkąd nabrała pewności, że nie będzie działów, 

że królestwo nie będzie podzielone. 

background image

- To potworne. 

- Bardziej, niż sobie pani może wyobrazić. 

Jeden z sąsiadów Maltaverne, Numa Seris, trochę z nami spokrewniony, posiada majątek 

drugi co do obszaru po naszym; jest wdowcem, zadręczył swoją żonę, umarła ze zmartwień... 

- Ze zmartwień się nie umiera - powiedziała Maria z rozdrażnieniem. 

-  Jak  Numa  wytrzymuje  te  aperitify,  kieliszki  koniaku,  czerwone  wino,  które  wchłania 

całymi  dniami,  uważając  je  za  jedyne  swe  szczęście  na  tym  świecie,  to  jest  tajemnica,  która 

nigdy nie budziła we mnie ciekawości.  Dziwiłem  się natomiast, że moja matka u niego bywa. 

Twierdziła,  że  musi  zasięgać  jego  rady  w  sprawach  sprzedaży  drzewa  lub  nieporozumień  z 

dzierżawcami, ale dość  prędko wykryłem,  co ją  łączy z tym  ohydnym  typem.  Ma on wstrętną 

córkę, której nie cierpieliśmy obydwaj z Laurentym. Na imię jej Joanka, ale my nazywaliśmy ją 

Weszką.  Pamiętam,  co  mi  Laurenty  powiedział  na  krótko  przed  śmiercią:  „Mam  szczęście,  że 

jestem  za  stary,  żeby  się  żenić  z  Weszką.  To  ty  ją  poślubisz”.  Potworny  żart  nagle  stał  się 

groźbą, która nade mną zawisła... 

-  Dlaczego  groźbą?  Przecież  pan  nie  jest  młodym  dziewczątkiem,  które  się  zmusza  do 

małżeństwa;  proszę  przyznać,  że  pańska  matka  ma  w  panu  utajonego  sprzymierzeńca,  który 

marzy o tym obrzydliwym związku, i tego właśnie sprzymierzeńca pan się boi. 

Stanęliśmy przed jej drzwiami. Trzymała już klucz w ręku. Powiedziała: - Zegnam pana, 

Alain. Proszę nie przychodzić do księgarni przed piątkiem. Najpierw zobaczę się z Szymonem 

Duberc. 

Może potem wszystko wyda mi się inne. - Trzasnęły drzwi. Zostałem sam na chodniku 

wąskiej  uliczki  dzielnicy  SaintSeurin.  Przysiadłem  na  schodku  u  wejścia,  łokcie  oparłem  na 

kolanach i rozpłakałem się. Moja rozpacz nie była udawana, a jednak w ścisłym znaczeniu była. 

Mój  ból  sam  się  sobą  upajał.  Niemniej  prawdziwe  łzy  spływały  mi  przez  palce,  prawdziwe 

łkania daremnie usiłowałem powstrzymać. 

Drzwi za moimi plecami znowu się otworzyły. Wyprostowałem się, ukazała się Maria z 

lampą w ręku. Jeszcze nie zdjęła kapelusza. Powiedziała: 

- Na szczęście zobaczyłam pana przez judasza. - Wpuściła mnie przykazując, żebym się 

zachowywał  jak  najciszej,  mimo  że  sypialnia  matki  była  od  podwórza,  i  wprowadziła  do 

wąskiego  pokoju,  zapewne  salonu.  Był  zimny  i,  sądząc  po  zapachu,  nie  używany.  Parę  foteli, 

przesłoniętych pokrowcami. Nawet świecznik miał na sobie osłonę. Maria kazała mi siąść obok 

background image

siebie na kanapie. Wciąż jeszcze płakałem, więc powiedziała: 

- Jakiż z pana dzieciuch! I to nawet nie chłopak piętnastoletni. Najwyżej dziesięć lat. Aż 

ma się ochotę zapytać; no i co, już po tym wielkim smutku? 

To ona wzięła mnie w ramiona. Przytuliłem twarz do jej szyi. Znieruchomiała, jak gdyby 

ptak przysiadł jej na palcu, a mnie zdumiewał ów błogi spokój, szczęście. Stawiałem pierwsze 

kroki. Nareszcie pozwoliłem się „dotknąć”, w zupełnie dosłownym znaczeniu. Godziłem się na 

to, że nie będę już „nietykalny”. Najpierw otarła mi oczy swoją chusteczką, potem na mgnienie 

przycisnęła do nich usta, i dłużej już rękę, ręka była chłodna. W pewnej chwili pogłaskała mój 

policzek: nic więcej. Znowu zacząłem mówić, a ona z cierpliwością słuchała. 

- Wstyd mi - rzekłem - że przedstawiłem pani tak okrutny obraz mojej biednej mamusi. 

Dobrze wiem, co w historii, którą pani opowiedziałem, nie wytrzymuje krytyki. Jak pani 

wytłumaczyć,  kim  jest  moja  matka?  Kiedy  jedyny  raz  odważyłem  się  sam  wszcząć  z  nią 

rozmowę  o  jej  planach  związanych  z  małą  Seris,  wyjaśnić  przyczyny  mojej  odrazy,  wcale  nie 

próbowała  w  nie  wnikać,  ponieważ,  choć  może  się  to  pani  wydać  zupełnie  niewiarogodne,  w 

najlepszej  wierze  przekonana  jest,  że  to,  co  nazywam  miłością  fizyczną,  nie  istnieje  dla  ludzi 

pewnego pokroju, do jakich my oboje, ona i ja, należymy, że to jest wymysł powieściopisarzy, 

że  istnieje  obowiązek,  którego  spełnienia  Bóg  wymaga  od  kobiety  dla  przedłużania  gatunku  i 

jako rodzaju środka na bestialstwo mężczyzn; nie kryła przede mną, że z tym właśnie najtrudniej 

jej się pogodzić w całym dziele stworzenia. Przyznałem, że tak ścisłe związanie duszy, zdolnej 

pojąć Boga, z ciałem o zwierzęcych popędach istotnie rozwiera przed duchem ludzkim otchłań. 

Obruszyła się gwałtownie: to jest próba, z której chrześcijanin winien wyjść zwycięsko, przede 

wszystkim  nie dając się  zwieść temu, co opowiadają książki,  które  dla  mnie są treścią życia... 

„Ale  ty  jesteś  moim  synem  -  dodała  -  i  znam  cię,  i  doskonale  wiem,  że  będziesz  tak  samo 

brzydził się tymi rzeczami, tym... Nie możesz wiedzieć...” 

W tym momencie pomyślałem o moim ojcu, którego wcale nie znałem, najłagodniejszym 

i  najbardziej  tkliwym  z  ludzi.  Szepnąłem:  -  Biedny  tatuś...  -  Powiedziała  z  urazą,  prawie 

szeptem:- 

O, przysięgam ci, że niczego mi nie oszczędził. Nigdy się nie opierałam. - Powtórzyłem: 

-  Biedny  tatuś.  -  Po  chwili  milczenia  spytałem,  pamiętam,  matkę,  czy  nie  miałaby  wyrzutów 

sumienia  wydając  nieszczęsną  Joankę  w  ręce  takiego  męża  jak  ja,  który  na  pewno  by  od  niej 

uciekał. - Ależ chłopcze kochany, to byłoby dla niej szczęście. Kiedy ci już da syna, zostawisz ją 

background image

w spokoju, a ona będzie czuła się dumna, że przyczyniła się do powstania włości, które swoim 

obszarem i jakością ziemi będą przewyższały wszystkie inne w okolicach Bazadais i pozwolą jej 

właśnie,  malutkiej  Seris,  działać  dla  dobra  całej  zależnej  od  niej  ludności:  jedyna  prawowita 

radość, jaka na tym świecie przypada w udziale kobietom naszych rodzin... 

Biedna  moja  matka;  Maria  wyraziła  zdziwienie,  że  nie  wytknąłem  jej  wyraźnie  tego 

bałwochwalczego uwielbienia dla ziemi,  tak gorszącego u katoliczki  równie się afiszującej  jak 

ona. 

-  O,  od  tej  strony  może  się  oprzeć  na  wielu  argumentach,  na  bardzo  konkretnych 

obowiązkach  wobec  swego  stanu.  Dla  mamusi  zło  zawarte  jest  w  owej  pożądliwości,  której 

wcale  nie  odczuwa  i  która  u  niej  łączy  się  z  odrazą.  Nie  pojmuje,  aby  duma  z  posiadania  i 

panowania  mogła  wiązać  się  z  grzechem.  Czy  kiedykolwiek  czytała  -  chcę  oczywiście 

powiedzieć:  rozważała  -  niektóre  słowa  Chrystusa,  we  mnie  budzące  drżenie?...  Nie,  to 

nieprawda: ja nie drżę bardziej niż ona. 

Zamilkliśmy. 

Trochę później szepnąłem: 

- Co by mamusia powiedziała, gdyby nas tutaj ujrzała? 

- Nie zimno ci? 

- Nie, jesteś ciepła jak gniazdo. 

Maria powiedziała cicho; - „Pierwsze ty z ukochanych ust”.  - Poprawiłem: - „Pierwsze 

tak”... 

Jeszcze  trochę  później  odgarnęła  mi  włosy,  przytuliła  do  nich  usta,  i  teraz  ja  z  kolei 

zacytowałem Verlaine’a:”. „a niekiedy całuje cię w czoło, jakby dziecię”. 

Trwaliśmy tak przez pewien czas, w zupełnym bezruchu. Nagle wyprostowała się, ujęła 

moją głowę w dłonie. 

- Rozstań się z nią! Tak, z twoją matką. Odejdź od niej, zostaw jej wszystko i zacznij żyć 

sam. 

Powiedziałem smutno: 

- Nic nie może sprawić, żeby to wszystko nie należało do mnie. 

- Jesteś we władaniu swoich włości. Zostaniesz mężem Weszki. 

Przytuliłem się do niej. Chwilę milczałem i powiedziałem: 

- Jak mam opuścić mamusię? Była dla mnie wszystkim w życiu. Zrozum, moją tragedią 

background image

jest nie to, że sobie przywłaszcza te posiadłości, tylko że je woli ode mnie. 

- Czyli, że cię z nimi zdradza! 

- To jest tak prawdziwe, że może z twoją pomocą w końcu się jej wymknę. 

- Cóż ja dla ciebie mogę, biedny chłopcze? 

Mogę uczynić cię bardziej świadomym, a więc i bardziej nieszczęśliwym, ale nie mogę 

natchnąć cię wolą, której nie posiadasz.. 

Zaprzeczyłem,  przecież  już zmieniła  mnie  więcej,  niż mógłbym  sobie  wyobrazić  przed 

paroma tygodniami. Teraz pojmuję, że szczęście polegałoby na ucieczce od matki, ale nie widzę, 

jak  zdołałbym  się  bez  niej  obejść,  nie  będąc  w  stanie  sam  zająć  się  majątkiem.  Oczywiście, 

zależało  mi  na  nim,  wcale  się  tego  nie  wstydziłem,  zależało  bardziej  niż  na  czymkolwiek  w 

świecie. Maltaverne było wszystkim, co kochałem. Natomiast ziemie Numy Serisa nie znaczyły 

nic w moich oczach. Weszka jednak budziła we mnie lęk. Przez całe życie słyszałem, jak matka 

chełpi się, że zawsze osiąga to,  co sobie zamierzy. Kiedy miała ochotę na jakieś sosny, nieraz 

czekała  latami,  ale  w  końcu  zawsze  je  nabyła.  O  najmniejszej  działce  do  kupienia  notariusz 

zawiadamiał  albo  ją,  albo  Numę  Serisa.  Prowadzili  grę  we  dwoje,  kolejno  jedno  ustępowało 

drugiemu.  Czułem  się  najważniejszą  kartą  w  ich  ostatecznej  rozgrywce  -  kartą,  na  której  od 

śmierci Laurentego matce zależało namiętnie, czego już nie ukrywała, lecz nieraz wybuchało to 

tak  gwałtownie,  iż  wydawało  mi  się  niepodobieństwem,  bym  się  kiedykolwiek  zdołał  jej 

wymknąć. 

Maria zapytała, ile Weszka ma lat, i uspokoiła się na wiadomość, ze dopiero dwanaście. 

- Zatem, biedaku mój mały, masz co najmniej siedem, może nawet osiem lat, żeby temu 

zapobiec, w pierwszym rzędzie przez ożenek z inną. Weszce wcale by nie zależało, żebyś choć 

przez chwilę o niej myślał, gdybyś nie był synem swojej matki i równocześnie synem tej ziemi, 

Maltaverne: to one cię trzymają. 

- Tak, ale teraz tyś się pojawiła. 

Odsunęła  się  trochę  i  zanuciła:  „Musimy  się  rozstać.  Godzina  snu  nadeszła”,  po  czym 

otworzyła mi drzwi. 

Szedłem wielkimi krokami środkiem opustoszałej ulicy. 

Ofiarą radości i siły, jaką w sobie czułem, stawała się matka. W gruncie rzeczy wyrok, 

jaki  na  nią  wydałem,  ukształtował  się  już  we  mnie  dużo  wcześniej.  A  oto  teraz,  wieczorem, 

wszystko  się  połączyło:  i  ja  podzielałem  odrazę,  od  której  przejawienia  Maria  nie  zdołała  się 

background image

powstrzymać, a co więcej, kiedy już moje kroki rozbrzmiewały na naszych starych dostojnych 

schodach, czułem też niewspółmierny żal do mamusi, że mnie opuściła; żal za to przestępstwo, 

że nie jestem jej milszy nad wszystko... Ale było coś jeszcze gorszego. Nieskończenie wyżej niż 

mnie  ceniła  rozkosz  panowania,  stara  regentka  królestwa  swego  syna  -  a  tego  syna  z  góry 

składała  w  ofierze,  już  go  w  myślach  poświęciła  kojarząc  z  Weszką,  bez  żadnego 

usprawiedliwienia, nawet tego, iż nie wie, czym jest miłość fizyczna. Widziała, jak cierpiał mój 

ojciec.  Mój  ojciec!  Ojcze!  Ukochany,  chociaż  nieznany.  Kiedyś,  pamiętam,  miałem  może 

dziesięć czy dwanaście lat, gdy wracałem wieczorem z gimnazjum, wpadło mi nagle do głowy, 

dosłownie opętała mnie myśl,  żeś  ty nie umarł.  Ułożyłem  sobie nie wiem  już jaką historię, żeś 

wrócił  z  dalekiej  podróży,  że  zastanę  cię  w  domu.  Pędziłem  jak  szalony  roztrącając 

przechodniów.  Przeskakując  stopnie  wbiegłem  tymi  samymi  schodami,  po  których  teraz 

szedłem. Mamusia pod chińską lampą przesłuchiwała Laurentego z katechizmu. Fotel biednego 

tatusia naprzeciw niej był pusty. Ojcze, pozostała z ciebie tylko zawieszona nad łóżkiem mamusi 

fotografia, powiększenie Nadara... 

background image

Rozdział V   

 

O piątej byłem w księgarni, a chociaż Maria zmarszczyła brwi, od pierwszego wejrzenia 

zorientowałem  się,  że  zadowolona  jest,  iż  jej  nie  posłuchałem;  lecz  ostatni  klienci  jeszcze  ją 

nudzili. 

Powiedziała,  żebym  przyszedł  po  nią  za  pół  godziny.  Padało,  pod  osłoną  parasola 

obnosiłem  moje  szczęście  i  dumę.  Oglądałem  się  w  szybach  wystawowych.  Już  nie  byłem 

podobny do anioła, ale do chłopca, którego kocha dziewczyna. I to nie byle jaka. Miłość mnie 

nie  zaślepiała:  Maria  o  wiele  przerastała  swoją  pozycję  społeczną  (to  burżuazyjne  pojęcie 

pozycji,  jak  gdyby  było  dziwne,  że  Maria  góruje  nad  idiotkami  z  mojego  środowiska!).  Była 

bardziej oczytana, niż myślałem,  że może być oczytana kobieta: kobiety z mojej  rodziny poza 

powieściami  z  Wydawnictwa  Dobrej  Książki  nie  czytały  prawie  nic.  Nade  wszystko  jednak 

uderzała w niej trafność sądu i to, co miała wspólnego z moją matką: chęć, wola kierowania, a 

nawet dominowania. Subiekt Balege mawiał; „Zęby szef jej nie miał...” 

Tego  właśnie  dnia,  kiedy  się  spotkaliśmy  pod  filarami  Teatru  Wielkiego,  gdzie  na  nią 

czekałem z powodu deszczu, i potem zasiedliśmy w kawiarni na rogu EspritdesLois, w oparach 

absyntu,  których  nienawidzę,  wyznała  mi  w  swój  przejrzysty,  nieomal  brutalny  sposób  to,  co 

uważała, że powinienem o niej wiedzieć;  - ... co ci już mówiłam: nie mogłabym żywić żadnej 

skrytej  myśli  na  twój  temat,  i  nigdy  nie  będę  marzyła  o  tym,  o  czym  marzą  wszystkie  młode 

dziewczyny,  kiedy  są  kochane  i  zakochane...  -  Jej  ojciec,  poborca  podatkowy  z  Medoc 

(przypomniałem  sobie  o  tej  historii)  porzucił  żonę,  zgrał  się,  sprzeniewierzył  parę  milionów  i 

powiesił się w jakiejś stodole. 

Co robić? Co mówić? Nieporadnie ująłem jej rękę, ale ją cofnęła. I dodała rzeczowo: 

-  Ale  to  jeszcze  nie  koniec  (głosem  bezbarwnym,  jakby  zeznawała  przed  sądem, 

bezpośrednio po tragedii). 

Pewien przyjaciel rodziców umieścił ją’u Barda. 

-  Ten  przyjaciel  był  w  wieku  mojego  ojca,  znali  się  od  dziecka.  W  pierwszym  okresie 

pozostał  wiernym  przyjacielem.  Ale  okazało  się  to  ponad  jego  siły,  i  w  końcu  musiałam  mu 

zapłacić. 

Napastował  mnie;  matka  przymykała  oczy,  a  mnie  wtedy  było  wszystko  jedno.  Nie 

wyobrażałam sobie, czym to później będzie. Zdziwisz się; rozumiem twoją matkę bardziej, niż 

background image

mógłbyś  przypuszczać,  nie  ów  bałwochwalczy  stosunek  do  ziemi,  ale  jej  wstręt  do  spraw 

cielesnych. Błogosławię cię, ciebie przede wszystkim, że nie jesteś podobny do tej sfory psów, 

co  mnie  napastowały.  Nawet  Balege!  Tak,  ten  garbus.  Chełpi  się  podbojami  i  naprawdę  je 

miewa. 

Należała do starego mężczyzny. Przyzwoliła na to. Nie śmiałem podnieść oczu na Marię. 

Zapytałem prawie szeptem: - Kto panią od niego wyzwolił? 

- Angina pectoris. Bał się, że umrze. 

Może  płakała,  ale  nie  widziałem  jej  oczu.  Przede  wszystkim  czułem  się  zażenowany, 

byłem wstrząśnięty. Powtarzałem z zakłopotaniem: - Niech pani nie płacze. 

-  Ja  nie  płaczę  z  powodu  tego,  co  zrobiłam,  ale  dlatego,  że  pan  znowu  mówi  do  mnie 

„pani”. 

-  O,  to  nieumyślnie.  Słuchaj,  Mario,  teraz  lepiej  rozumiem,  dlaczego  wolisz  mnie  od 

innych.  Jesteś  dziewczyną,  która  wydana  została  bestiom,  wyrwała  im  się  i  teraz  już  zawsze 

będzie się ich bała. 

Nie  odpowiedziała,  chciała,  czułem,  powiedzieć  mi  coś  innego.  Po  dość  długim 

milczeniu odważyła się wreszcie: 

-  Niepokoi  mnie  także,  że  jesteś  chłopcem  katolickim.  Alain,  czy  mam  cię  odciąć  od 

tego, co jest twoim życiem? 

Powtórzyłem:  -  Moim  życiem?  -  Te  słowa  mnie  zdumiały:  nie  skrupuły,  o  jakich 

świadczyły, ale ich trudno uchwytny patos, pewna nuta w głosie. Nie uświadomiłem sobie tego 

w  pierwszej  chwili,  dopiero  po  godzinie,  kiedy  wolno  wchodziłem  na  schody  przy  ulicy  de 

Cheverus, poraził mnie, a później do głębi  przejął  popłoch, jaki Maria we mnte wznieciła. Nie 

wiązał  się  on  z  ‘trudnościami  natury  religijnej,  o  jakich  napomknęła,  ale  z  tym,  ze  o  nich 

przypomniała, zasugerowała; i raptem, na podeście pierwszego piętra, gdzie pachniało gazem i 

gdzie  nabierałem  tchu,  powiedziałem  głośno:  -  Nie  mówiła  szczerze.  -  Błysnął  nagle  płomień 

intuicji. 

Zacząłem  się  szamotać.  Czy  ów  dar,  którym  się  chlubiłem,  nie  był  tworem  mojej 

wyobraźni?  Albo  raczej  może  Donzac  mi  go  wmówił?  Szaleństwem  było  oszukiwać  samego 

siebie. Próbowałem nabrać otuchy. Przypomniałem  sobie słowo po słowie wszystko,  co Maria 

mówiła  w  kawiarni,  i  jej  motywy,  powody,  ukazały  mi  się  w  bezlitosnym  świetle:  rozmowa 

przygotowana,  to  zupełnie  oczywiste,  żebym  z  jej  własnych  ust  dowiedział  się  o  kradzieży 

background image

popełnionej  przez  ojca,  o  całej  tej  ponurej  sprawie,  i  jakie  miało  to  dla  niej  skutki.  Teraz  już 

żadna  plotka  nie  mogła  jej  zagrażać.  Zabezpieczyła  się.  Prawdopodobnie  oczekiwała  innej 

reakcji  z  mojej  strony  w  chwili,  gdy  mnie  tym  zastrzeli.  Czemu  dorzuciła  zdanie,  takie 

niespodziewane: „Jesteś chłopcem katolickim...” 

„Jesteś  chłopcem  katolickim,  chłopcem  katolickim...”  Do  licha!  Oznaczało  to,  że  poza 

małżeństwem, z czego, jak zapewniała, oczywiście ona rezygnuje, albo raczej: co rzekomo nie 

przychodzi jej w ogóle do głowy, między nami nic nie będzie możliwe. O tym właśnie należało 

mnie  koniecznie  przekonać.  Odpowiedziałem  jej  lekko,  żeby  się  nie  troskała  o  katolickiego 

chłopca, pogodzi się on z sytuacją grzesznika, do której na swój sposób już się przyzwyczaił. 

- Tak, Mario, możesz być spokojna: felix culpa! Jeżeli kiedykolwiek wina może być winą 

szczęśliwą... 

A jednak Maria nie myliła się: nigdy się nie odciąłem od życia sakramentalnego. Myśl o 

tym była mi nie do zniesienia. Dziwne, że to odgadła. Skąd mogła wiedzieć? Jak tu uwierzyć, 

aby kobieta z jej środowiska, robiąca wrażenie tak obojętnej na sprawy religijne jak ona, mogła z 

nielicznych moich wypowiedzi na ten temat wywnioskować, że udział w sakramentach jest mi 

bardziej potrzebny niżeli chleb i  wino nie konsekrowane? Ona musiała wiedzieć. Od kogoś  się 

dowiedziała. Od kogo? 

O  Boże,  Boże!  Na  ponurym  podeście  schodów  zrozumiałem  to  nagle,  doznałem 

olśnienia.  Okłamała  mnie.  Szymon  Duberc  musiał  zobaczyć  mnie  W  księgarni,  o  czym  nie 

wiedziałem,  i  powiedział  Marii:  „Ja  go  znam,  tego  pani  biednego  studenta,  znam  go,  pani 

anioła”. Są w zmowie. Ostatecznie nic nie uzasadniało, by mogła wiedzieć, że cierpię na chorobę 

chłopców  przeświadczonych,  iż  żadna  kobieta  nie  może  ich  pokochać  dla  nich  samych.  Czy 

Szymonowi  zwierzałem  się  z  tego  kiedy?  Chyba  nie...  Ależ  tak!  Zwierzałem  mu  się,  gdy 

rozmawialiśmy o jarmarku w Bordeaux, o tych  woskowych częściach ludzkiego ciała. „On jej 

powtórzył. A ona natychmiast ze szczególnym naciskiem zaczęła mówić o swoim wstręcie. Gra 

w stosunku do mnie na upatrzonego”. Powtarzałem sobie: „Nie masz żadnego dowodu! Padasz 

ofiarą arabskiego bajarza, który siedzi w tobie i w nieskończoność wymyśla różne historie, aby 

zapełniać  nimi  puste  miejsca  między  książkami,  jakie  czytasz,  aby  mur  bez  żadnych  szczelin 

bronił cię przed życiem. Tym razem jednak historia, którą sobie opowiadasz, naprawdę dotyczy 

ciebie. 

Prawdziwa  jest  czy  zmyślona?  Jaki  w  niej  udział  wyobraźni?  W  którym  dokładnie 

background image

miejscu odtwarza rzeczywistość?” 

Przeszedłem  przez  salonik  mamusi,  dzielący  nasze  sypialnie.  Mimo  że  od  dwóch  lat 

mieliśmy  elektryczność,  potarłem  zapałkę  i  zapaliłem  lampę  naftową,  tę  samą,  która  w 

dzieciństwie oświetlała moje ówczesne lektury, odrabianie lekcji, przygotowania do egzaminów. 

Usiadłem  na  łóżku,  nie  odrywając  wzroku  wewnętrznego  od  zespołu  faktów,  przy  których 

kolejno sobie powtarzałem: „To niczego nie dowodzi...” - nie mogąc się jednak przekonać: tak, 

Maria  starannie  przygotowała  dzisiejsze  wyznania  w  kawiarni;  tak,  miała  nadzieję,  że  upiecze 

dwie,  a  raczej  trzy  pieczenie  przez  swoje  zwierzenia:  zawczasu  storpeduje  wszystko,  co 

mógłbym usłyszeć na temat jej przeszłości; przybierała postawę, mającą sprawiać wrażenie, że 

nie  żywi  żadnych  skrytych  myśli  o  małżeństwie;  ale  jednocześnie  przypomniała  mi  o  życiu 

sakramentalnym i zakomunikowała, że postanowiła go nie burzyć, tak więc, gdybym nie mógł 

obejść się bez Marii, trzeba by jednak powrócić do myśli o małżeństwie... No tak, mało jednak 

prawdopodobne, by mogła mieć jakieś nadzieje. 

A poza tym istniała przecież jej sympatia do mnie. 

Tego, wydawało mi się, mogłem być zupełnie pewny. Nieczęsto się podobałem, ale gdy 

się podobałem, wiedziałem o tym. Cudze pragnienia odgaduję nieomylnie. 

Zauważyłem, że na łóżku leży poczta: gazety, jeden tylko list, od mamusi. Podsunąłem 

list  pod  lampę.  Nie  mam  odwagi  go  przepisać.  Po  co  narzucać  Donzacowi  tę  lekturę?  Nie 

interesuje się tego rodzaju spekulacjami. Mamusia opóźniała powrót o parę dni. Pisała mi, że gra 

warta  jest  świeczki.  Numa  Sens  zrezygnował  z  kupna  Tolose,  które  klasą  ziemi  przewyższa 

wszystko  w  naszym  powiecie  (teraz  na  niego  przypadała  kolej  dokonania  transakcji). 

„Utrzymuje,  że  nie  posiada  potrzebnego  kapitału.  Ma  go,  oczywiście,  ale  myśli  sobie,  że  w 

rezultacie Tolose i tak jemu przypadnie bez sięgania do kasy, jak Ty poślubisz jego córkę. Nie 

przywiązuje absolutnie wagi do tego, co mu dałam do zrozumienia na temat Twojej niechęci do 

małżeństwa.  Oczywiście  nie  domyśla  się,  jak  gwałtowną  czujesz  antypatię.  Po  cóż  go 

uprzedzać? Mamy przed sobą najmniej dziesięć lat. Możesz się zmienić. Zmienisz się...” 

Nie  istniało  nic  innego  -  nawet  jej  religijność  faryzejska  i  bałwochwalcza,  z  której 

zachował się tylko naskórek. Wszystko przeżarte zostało od wewnątrz. Ale wewnątrz nigdy nic 

nie  było.  Patrzałem  na  ten  pokój,  który  należał  do  mnie  i  w  którym  moja  osobowość  nie 

zaznaczała  się  niczym  poza  książkami  i  pismami.  Brązowa  tapeta,  zawsze  królująca  w  naszej 

rodzinie:  „Wasza  babka  uwielbia  brązowy  kolor”.  Wszystkie  sprzęty  w  guście  SaintSulpice: 

background image

najgorsza brzydota, zrodzona z braku kultury. 

Wziąłem z biurka ostatnie fotografie współczesnego malarstwa, które Donzac przysłał mi 

z Paryża, „żeby kształcić moje oko”. Jak jednak wytworzyć sobie pojęcie o obrazie, jeśli nie ma 

kolorów?  Nigdy  nie  oglądałem  innych  malowideł  niż  „Tintoretto  malujący  zmarłą  córkę”  albo 

„Każdy  ma  swoją  chimerę”  Henn  Martina  z  muzeum  w  Bordeaux,  gdzie  chroniliśmy  się,  gdy 

padało. 

Nie  wiem  dlaczego  owe  błahostki  przyszły  mi  na  myśl  w  tym  właśnie  momencie,  w 

zamarłym domu, gdzie życie istniało już tylko dzięki dwojgu starym służącym, śpiącym teraz w 

pokoju na poddaszu. 

Jak  za  każdym  razem,  gdy  jestem  tak  nieszczęśliwy,  że  bliski  śmierci  -  mówię  to 

dosłownie (bo Donzac wie, że w naszej rodzinie dużo było samobójstw) - ukląkłem przy łóżku i 

znów  się  rozpłakałem,  ale  tym  razem  wspierając  czoło  o  niewidzialne  ramię.  Cała  moja 

religijność zawierała się w tym geście nieszczęśliwego dziecka, tylu innym ludziom wydającym 

się  pewno  niedorzecznością  i  przejawem  tchórzostwa:  zupełnie  tak,  jakby  osaczony  jeleń 

okazywał  tchórzostwo,  kiedy  wpada  do  jeziora,  uchodząc  przed  psami.  A  ja  wiedziałem,  że 

nastąpi  głęboki  spokój  i  że  chociażbym  żył  cały  wiek,  i  gdyby  nawet  wszyscy  filozofowie  i 

wszyscy  uczeni  wyparli  się  Chrystusa,  i  gdyby  nawet  nikt  przy  Nim  nie  został,  ja  trwałbym 

nadal,  nie  po  to,  żeby  służyć  bliźnim,  jak  prawdziwi  chrześcijanie,  nie  dlatego,  że  kocham 

bliźnich  jak  siebie  samego:  tylko  dlatego,  że  potrzebne  mi  jest  to  koło  ratunkowe,  bym  mógł 

unosić się na fali, utrzymać się na powierzchni tego okrutnego świata - abym nie zatonął. 

W  takim  oto  kierunku  biegły  moje  myśli  owego  wieczoru,  dopóki  klęczałem  z  twarzą 

ukrytą w pościeli. Rozczuliłem się. Wróciłem do koncepcji, która błyskała mi niezliczone razy, a 

nawet  w  pewnym  okresie,  zaraz  po  pierwszej  komunii,  zupełnie  mnie  opętała:  wstąpię  do 

seminarium. 

Ale  mamusia  bezapelacyjnie  orzekła,  że  nie  mam  powołania,  i  zmobilizowała  przeciw 

tym  pomysłom  wszystkich  księży,  z  jakimi  mogłem  się  zetknąć.  Dziś  mam  dwadzieścia  jeden 

lat,  nikt  nie  ma  nade  mną  władzy.  Pozbędę  się  wszystkiego,  i  to  od  razu.  Oderwę  od  siebie 

majątki, zostawię mamusi. Niechże je sobie zabierze; ale by od tego umarła. Bo jej opętaniem 

było  wieczne dziedziczenie, przezwyciężanie śmierci  drogą dziedziczenia. Gdybym  się usunął, 

zostawali  nam  tylko  kuzyni...  Państwo  pożarłoby  wszystko.  „A  poza  tym  -  kończyła  zwykle 

dyskusję - ten problem się w ogóle nie nasuwa. Nie masz powołania, to przecież bije w oczy.” 

background image

Cokolwiek  służyło  jej  namiętności,  nie  podlegało  dyskusji,  biło  w  oczy.  Ale  cóż!  Należało  po 

prostu odejść, nie oglądając się za siebie... 

Boże  mój,  choć  tak  bardzo  ją  kochałem,  a  kochałem  ją  do  szaleństwa,  to  nie  matkę 

kocham  bardziej  niż  Ciebie.  Czuję  do  niej  głęboki  żal,  który  się  już  nigdy  nie  da  załagodzić. 

Prawda  wygląda  tak,  że  i  ja  również,  tak  samo  jak  ona,  wolę  od  Ciebie  Maltaverne,  tylko  z 

innych  powodów  niż  mamusia:  nie  chodzi  o  posiadłości  jako  posiadłości,  o  posiadanie  w 

znaczeniu takim, jak ona je rozumie; nie odważyłbym się wyznać tego nikomu poza Donzakiem. 

Nie mogę odejść od tej ziemi, drzew, od tego strumienia, nieba między wierzchołkami sosen, od 

tych  ukochanych  olbrzymów,  zapachu  żywicy  i  bagien,  który  dla  mnie  (to  szaleństwo!)  jest 

zapachem moich rozpaczy. 

Tak  sobie  myślałem  tego  wieczoru.  Ściągnąłem  z  siebie  ubranie,  wcale  się  nie  myłem, 

zapadłem się w sen, zatonąłem. 

background image

Rozdział VI   

 

Taca  ze  śniadaniem,  rozsunięte  zasłony,  zza  których  wyjrzało  blade,  ale  jakby  letnie 

słońce z dnia świętego Marcina, obudziły mnie - odmienionego, już nie zrozpaczonego chłopca. 

Czułem  w  sobie  jasność  umysłu  i  oschłość,  myśl  działała  sprawnie,  wolna  od  snu  i  nocy: 

wiedziałem,  co  należy  zrobić,  czy  w  każdym  razie  spróbować.  Maria  umówiła  się  ze  mną  na 

chwilę  przed  zamknięciem  księgarni:  około  szóstej  miałem  tam  spotkać  Szymona,  który 

również,  jak  zapewniała,  przychodził  mniej  więcej  o  tej  porze.  Zapomniała  jednak,  co 

powiedziała mi dawniej, że Szymon spędza w księgarni całe czwartkowe popołudnia, przyjeżdża 

bezpośrednio  z  Talence,  zaraz  po  obiedzie.  Powinienem  tedy  na  niego  czyhać  i  zatrzymać  go, 

zanim wejdzie do sklepu. 

To była jedyna szansa dowiedzenia się, czy istniał spisek pomiędzy nim a Marią, i to taki 

spisek, jaki sobie wyobraziłem. Na pewno będzie się starał mnie okłamać, ale wiedziałem, że nie 

zdoła.  Należał  do  nikłego  grona  istot,  nad  którymi  dana  mi  została  władza  -  władza  w  sensie 

absolutnym. To zupełne szaleństwo, co tutaj piszę; lecz piszę wyłącznie dla Donzaca, który wie, 

o czym mówię: „Jest jednym z tych, których fascynujesz” - twierdzi. Bardzo szybko dowiem się 

wszystkiego, jeżeli uda mi się spędzić z nim pół godziny gdziekolwiek, byle nie na ulicy. Ale 

jakże  go  spotkać  bez  pudła?  Przyjechawszy  z  Talence  tramwajem  będzie  szedł  piechotą  ulicą 

SainteCatherine.  Nie  mogę  się  z  nim  minąć,  jeśli  będę  czatował  od  drugiej  na  rogu 

SainteCatherine i Galeries, chyba że dziś dla przygotowania wspólnego planu bitwy postanowili 

razem zjeść obiad... Ale nie, ona poza domem może jadać tylko wieczorami, w południe nie, ze 

względu na matkę. 

Mówiła mi o tym, tak już to między sobą ustaliły. Matka przygotowuje wspólny posiłek... 

Więc Szymon spotka się z nią dopiero w księgarni, o drugiej. Wystarczy dość wcześnie stanąć 

na czatach. 

Byłem  tam  już  o  wpół  do  drugiej,  przy  wejściu  do  Galeries  od  ulicy  SainteCatherine. 

Bardzo trudno, mimo tłumu przechodniów, nie zwracać na siebie uwagi.  Robiłem wrażenie, że 

czekam  na  kogoś,  ale  także,  że  czekam  na  byle  kogo:  młody  człowiek,  stojący  bez  ruchu  na 

chodniku,  zawsze  jest  przynętą.  Mógłbym,  oczywiście,  oglądać  wystawy,  bałem  się  jednak 

ryzykować, że przeoczę Szymona. Opanowała mnie jakaś przesadna, namiętna chęć zobaczenia 

go, a równocześnie broniłem się przed tą nadzieją z powodu przesądu, jaki mam od dzieciństwa, 

background image

że nigdy nic nie dzieje się tak, jak się spodziewamy, nie należy niczego układać sobie z góry tak, 

jak sobie życzymy. 

A jednak się spełniło; około trzeciej Szymon ukazał się nagle w polu mojego widzenia 

(on  mnie  nie  widział),  sztywny  jak  zwykle,  wyprostowany,  napuszony,  z  tą  postawą,  która 

imponuje,  a  której  wyuczył  się  w  seminarium,  w  wysokim  kołnierzyku  podejrzanej  jakości, 

może celuloidowym,  w miękkim czarnym kapeluszu z szerokim rondem  - pedagog od stóp  do 

głów, niewiarogodnie postarzały. Ileż on miał lat? O cztery starszy ode mnie: dwadzieścia pięć, 

czy  to  możliwe?  Niewątpliwie  wyrażenie  „człowiek  bez  określonego  wieku”  w  jego  wypadku 

nabierało  pełnego  sensu.  Przedwcześnie  postarzały  przez  udręki,  nękające  go  od  dzieciństwa, 

cierpienia, w których zawsze był pogrążony, a teraz wyraźnie w nich zatonął. Czy spostrzegłem 

to wszystko w tym właśnie momencie, na pierwszy rzut oka? Nie, zmyślam, zmyślam, a jednak 

musiało to być prawdą. 

Odkąd go znałem, wydawał się jakby zanurzony w płynie, który go parzył. Na pewno nie 

jest moim wymysłem osobliwe, kamienne tworzywo, w którym zdawały się rzeźbione jego rysy. 

I  nie  jest  wymysłem  młoda  krew,  od  której,  gdy  mnie  zobaczył,  raptownie,  na  mgnienie 

zapłonęła ta spopielała twarz, ani uśmiech trwający parę sekund, a potem nagła panika; - Nie, nie 

teraz, panie Alain, jeszcze nie teraz - bronił się, gdy wziąłem go za rękę. Domyśliłem się trafnie: 

nie miał widzieć się ze mną przed spotkaniem w księgarni. 

- Chwileczkę, Szymonie, musimy porozmawiać - Nie, ja obiecałem. 

- Ale Szymon nie wiedział, że mnie spotka. 

To spotkanie było niezależne od Szymona, ale wynikło z... 

-  Chce  pan  powiedzieć;  z  woli  Bożej?  Nic  się  pan  nie  zmienił,  panie  Alain...  Dość  na 

pana spojrzeć. 

-  Bożej?  Nie  wiem.  W  każdym  razie  ja  tego  chciałem.  Czatuję  tu  od  godziny  i  już 

Szymona nie puszczę, Marii powie Szymon, co zechce, albo nie powie nic... 

I nagle, w tej właśnie chwili, natchnienie podsunęło mi słowa, na które czekał: 

- Co nas to obchodzi, Szymona i mnie? Jej sprawa jest czymś zupełnie odrębnym. Chodzi 

o naszą sprawę, Szymonie, o sprawę Maltaverne, o naszą tajemnicę... 

Krew  znowu  zabarwiła  jego  skamieniałą  twarz.  Powtórzył:  -  O  naszą  tajemnicę,  naszą 

żałosną tajemnicot panie Alain... 

-  Szymonie,  zna  Szymon  może  cukiernię  Prevosta,  gdzie  się  pija  czekoladę,  o  parę 

background image

kroków stąd, w alei Tournay? O tej porze nie ma w niej nikogo. Zajdziemy tam na chwilę, na jak 

długo Szymon będzie chciał. 

Nie opierał się. Doszliśmy do placu Comedie. 

Odwraca?  ku  mnie  sztywno  osadzoną  głowę  i  mówił.  Opowiedział,  że  nie  ma  nic  do 

zarzucenia panu Duport, dzięki niemu mógł przebyć w Paryżu drugi rok studiów, a dzięki panu 

Gastonowi  Doumergue  dostał  nominację  na  nauczyciela  drugiej  klasy  w  gimnazjum 

departamentu SeineetOise. - Ale nie brali pod uwagę mojej wymowy. Nigdy by mi na myśl nie 

przyszło,  jakie  wrażenie  zrobi  mój  akcent  w  Paryżu,  zwłaszcza  w  klasie  dwunastoletnich 

chłopców. Nieraz pan przy mnie mawiał: „Lubię tylko drzewa, zwierzęta i dzieci”, więc radzę, 

żeby pan wykreślił ten ostatni rodzaj. Nie ma pan pojęcia, do czego są zdolne. - Dostał okrutne 

cięgi. - My z Gironde nią zdajemy sobie wcale sprawy, jakie wrażenie robimy w Paryżu, ledwie 

otworzymy usta.  - Przeniesiono  go tedy do Talence.  -  Ale nawet  w  Talence...  -  Maria obiecała 

mu  pomóc.  Znała  metodę  poprawiania  wymowy.  Pocieszyłem  go,  że  już  jest  wielka  zmiana  i 

jego akcent nie razi. Czy jeździ czasem do Maltayerne? 

-  Gdzie  tam!  To  drogo  kosztuje...  Ale  właściwie  nie,  nie  o  to  chodzi.  Naprawdę  to 

dlatego, że pani wciąż tam teraz przebywa, zresztą pan sam wie. O mnie nawet nie można przy 

niej wspomnieć. I zresztą ja też, przepraszam za szczerość, dosłownie nie mogę na nią patrzeć... 

Już  nie  mówiąc  o  pani  Duport.  Ta  jest  bez  przerwy  pijana,  po  prostu  się  boję.  Rodzice 

przyjeżdżali dwa razy do Talence. Opłaciłem im drogę. Prudenty był raz, spał w moim pokoju, w 

moim łóżku... Wyobraża pan sobie... 

Weszliśmy  do  Prevosta.  Rzeczywiście  o  tej  porze  była  tu  tylko  jedna  para  popijająca 

czekoladę.  -  Przypomną  się  Szymonowi  podwieczorki  u  pani  Duport  -  powiedziałem  ze 

śmiechem.  Ale  on  się  nie  zaśmiał,  żarty  się  go  nie  imały,  już  był  106.  nieufny  i  zjeżony. 

Pedantycznie smarował chleb masłem, maczał go w czekoladzie, jadł żarłocznie, nic nie mówił. 

Nie mieliśmy już dużo czasu. 

-  Dziwne,  że  Maria  chciała  mnie  oszukać  -  powiedziałem.  -  Dlaczego  ukrywała,  że 

Szymon jej o mnie mówił, że wszystko od Szymona wie... 

- To dziewczyna, która mówi tylko to, co chce powiedzieć... 

- I która w stosunku do mnie ma pewne dobrze ukryte zamiary. Cóż, w rezultacie jestem 

niezłym kandydatem na męża. 

- O! Co pan też... Przecież nie jest wariatka. 

background image

Za młodego Gajaca, ekspedientka z księgarni? 

Nawet  już pomijając wszystko,  co się o niej  wie. Zbyt  jest na to  inteligentna... A poza 

tym  ona  pana  zna,  chociaż  raz  wyrwało  jej  się  przy  mnie  (pan  jej  aby  nie  powie,  że  ja 

powtórzyłem): „Jakbym zechciała tego pańskiego anioła, jakbym go naprawdę chciała, tobym go 

miała...”  Nawet,  zdaje  mi  się,  powiedziała  tak:  „Jak  zechcę,  to  go  będę  miała”.  Ale  również 

dobrze mogło to znaczyć... 

Mówił z ustami zapchanymi chlebem i czekoladą. Powiedziałem:  - No, ale wydostałem 

się z sieci. 

- Z jakiej sieci? Nie ma tu żadnej sieci. Ona pana kocha, wie pan? To w każdym razie jest 

pewne. Byłem nawet dosyć zazdrosny, miałem do pana żal... Nie, nieprawda, nie miałem żalu. 

W  gruncie  rzeczy  zawsze  byłem  przekonany,  że  panu  wszystko  się  należy.  Więc  zgoda, 

umówione, spotkaliśmy się w Galeries przy ulicy SainteCatherine, zresztą to i prawda. Tylko o 

jednym jej nie powiemy, o tej rozmowie u Prevosta... 

Zapłaciłem, wstałem. Do księgarni szło się najwyżej pięć minut. 

-  Nie  uwierzy  nam  -  powiedziałem  nagle  -  tak  samo,  jak  i  ja  nie  wierzyłem.  Szymon 

kłamie na dwie strony. To, że Szymon ją okłamuje, mogę jeszcze zrozumieć. Ale mnie! 

Mruknął: „A kto ja dla pana jestem?” Nie odpowiedziałem. Ponieważ wchodziliśmy już 

do  Galeries,  w  ostatniej  chwili  postanowiliśmy  nie  bawić  się  w  żadne  komedie  i  powiedzieć 

Marii,  w  jakich  okolicznościach  naprawdę  się  spotkaliśmy.  Zobaczyła  nas  zaraz  na  progu 

księgarni,  pełnej  czwartkowych  klientów,  obrzuciła  szybkim  i  przenikliwym  spojrzeniem,  nie 

odwzajemniając  naszego  uśmiechu,  i  znowu  zajęła  się  nudzącymi  ją  klientami.  Szymon 

powiedział: - Ona mi tego nie przebaczy. Tak samo jak nie może sobie przebaczyć ukrywania 

przed panem, że dzięki mnie wszystko o panu wiedziała. Ale jednak prawda, że spodobał się pan 

jej wtedy, kiedy myślała, że pan jest biedny. 

Miała właśnie wolną chwilę i podeszła do nas. Teraz już uśmiechnęła się i zrobiła gest, 

jakby nas wypychała za drzwi. 

- Skoro się już spotkaliście, nie macie tu nic do roboty. Ja bym was krępowała. 

Ponieważ zaprotestowałem i powiedziałem, że wrócimy po nią, gdy zamkną księgarnię, 

oschle  nam  zabroniła.  Mówiła  do  nas  obydwu,  ale  naprawdę  patrzyła  tylko  na  mnie.  Tylko  ja 

istniałem.  Dotknęła  wskazującym  palcem  mojego  czoła:  -  Jeden  Bóg  wie,  co  się  tutaj  dzieje  - 

powiedziała - co też znowu pan sobie umyśli... Trudno! Tak czy inaczej pan Duberc nic panu o 

background image

mnie nie powie, nic o mnie nie wie. 

Odwołał  ją  jakiś  klient.  Myślałem,  że  Szymon  niedosłyszał,  ale  wybuchnął  gniewem, 

ledwie znaleźliśmy się za progiem: 

- Aha! Nic o niej nie wiem?’ Wiem dużo więcej, niż przypuszcza, i o tym, co najbardziej 

w świecie chciałaby przed panem ukryć i od czego sądzi, że jestem bardzo daleki. 

Znacznie częściej, niżby się wydawało, przeżywałem sytuację tego z dwóch, na którego 

kobieta nie patrzy, i budziło to we mnie najwyżej jakąś mglistą zazdrość - wcale nie podobną do 

goryczy,  jaka  wezbrała  w  Szymonie,  nieomal  rozpaczy,  bo  miał  przekonanie,  że  jego  to  już 

zawsze będzie spotykało; - Moja dola to stara Duport. No, żegnam... - Przytrzymałem go za rękę 

i poprosiłem, żeby wstąpił ze mną na ulicę de Cheverus: „Odpocznie Szymon  chwilę w moim 

pokoju...” Poszedł, ale niechętnie, ze zwieszoną głową. Co on wiedział o Marii? Co insynuował? 

Nie odczuwałem bólu.  Chciałem  po prostu  wiedzieć. Tak, żeby się wszystko  o niej wyjaśniło. 

Była  to  tylko  ciekawość,  jakby  oderwana,  obojętna.  Ale  przepuściłem  moment,  kiedy  Szymon 

mówiłby  przez  mściwość.  Teraz  nie  wolno  już  było  niczego  ryzykować.  Wchodził  na  nasze 

schody niemal z namaszczeniem. Zrobiły na nim ogromne wrażenie. 

-  Owszem  -  powiedziałem  -  schody  są  niczego.  Przed  dwustu  laty  umieli  w  Bordeaux 

budować... Ale te wnętrza! Co myśmy z nich zrobili! 

Wprowadziłem  go  do  salonu,  w  którym  Mounestet,  tapicer  mojej  matki,  przystroił,  jak 

mówił, okna mnogością fałdów, chwostów, frędzli i pomponów, które Szymona olśniły; 

- Ależ to wspaniałe! 

- Ohydne. Niech Szymon sobie przypomni, jak wygląda kuchnia Szymona rodziców,’ ta 

wasza kuchnia z szynkami zawieszonymi u pułapu, duży wiejski zegar, bijący jak serce, kredens, 

uboga prostota glinianych misek, cynowe talerze, zapach mąki i smażonego tłuszczu, lecz przede 

wszystkim ten święty półmrok, w którym przebywa Bóg, półmrok z obrazu „Uczniowie idący do 

Emmaus”. 

- Też coś! Zupełnie, jakby pan naprawdę wierzył w to, co mówi. 

-  Wnętrze  domu  mieszczańskiego,  takiego  jak  nasz,  to  szczyt  brzydoty.  Jak  tylko 

człowiek  ze  wsi  zaczyna  awansować  i  też  chciałby  mieć  salon,  przechodzi  do  mieszczaństwa, 

czyli do brzydoty. 

Szymon powtarzał; - Też coś! 

Wprowadziłem go do buduarku mamusi. 

background image

- To tutaj przebywa nasza pani - powiedział z nutą szacunku i nienawiści. 

-  Dużo  nie  przebywa.  Niech  Szymon  pomyśli,  czym  jest  moje  życie  w  tym  zamarłym 

domu. My sami zajmujemy całe jedno skrzydło. Ale przyznaję, że to ja tworzę pustynię. Zawsze 

bałem się ludzi... 

- Zwłaszcza dziewczyn? 

- Nie więcej niż chłopców. 

- Ale nie Marii? Bo ona mówi: „Oswajam go...” 

Po jego wąskich wargach przemknął uśmiech, znany mi od dzieciństwa. 

- Co takiego Szymon o niej wie, czego Maria się nie domyśla, że Szymon wie? 

- O, panie Alain, proszę zapomnieć, co mi się przed chwilą w złości wyrwało. Nie byłoby 

ładnie, żebym panu opowiadał... Chociaż - dodał - pomogłoby to panu ją zrozumieć. Ona panu 

nie powiedziała wszystkiego o sobie, ale przez to, co zataiła, mogłaby stać się panu droższa, albo 

wstrętna... Bo z panem co można wiedzieć? 

-  Kto  mógł  Szymonowi  mówić  o  niej  w  Ta”  lence?  A  tu  nikogo  Szymon  nie  zna.  Nie 

wierze Szymonowi. 

- Ano zgoda, dobrze. Niechże pan nie wierzy. 

Ja pana o nic nie pytam. 

Zesztywniał. 

- Ale ja Szymona pytam o wszystko. Niech mnie Szymon poratuje, skoro wie, przez co 

stałaby mi się droższa albo wstrętna. Nie można zostawić mnie w takiej niepewności. Co ja będę 

teraz sobie wyobrażał? 

Trwogę odczuwałem rzeczywiście, ale równocześnie grałem po to, żeby przełamać jego 

ostatnie wahania. I na moich policzkach zobaczył prawdziwe łzy, które może by nie popłynęły, 

gdybym był sam. Taki już jestem. Niech mi Bóg wybaczy. 

Przypadek,  dzięki  któremu  Szymon  zdobył  to,  co  wiedział,  nie  miał  w  sobie  nic 

nadzwyczajnego.  Garbaty  subiekt  Balege  mieszkał  w  dzielnicy  SaintGenes.  W  czwartkowe 

wieczory, jak zawsze po zamknięciu księgarni, wracał tramwajem do SaintGenes, tym samym, 

który dochodzi do Talence i którym jeździł Szymon. Na początku zamieniali tylko parę słów. 

- Ale i jego, tego Ouasimodo, Maria także interesuje, opętała go. Mieszka samotnie, bez 

rodziny ani przyjaciół, jestem pierwszą żywą istotą, która słucha z zaciekawieniem, a nawet, co 

odgadł,  z  nie  mniejszym  niż  jego  własne  przejęciem,  kiedy  mówi  o  Marii,  a  jest  w  tym 

background image

niewyczerpany. 

Nie  będę  tutaj  na  użytek  Donzaca  odtwarzał  całego  opowiadania  Szymona.  Nie  będę 

rekonstruował tej sceny z kłamliwą prawdą „narracji”. Dla Donzaca istotna jest tylko informacja, 

że  odkąd  się  dowiedziałem  o  nieszczęściach,  które  zwaliły  się  na  tę  dziewczynę  i  nadal  ją 

przytłaczają,  odczułem  ulgę,  zrobiło  mi  się  lżej,  łatwiej  mi  jest  oddychać.  Obecnie,  w  świetle 

tego,  co  Balege  zdradził  Szymonowi,  rozumiem,  dlaczego  Maria  zdawała  się  przejawiać 

wyczucie  skrupułów  praktykującego  katolika,  jakim  jestem,  i  jego  zobowiązań.  Kiedy  mi 

przypominała  o  praktykach  religijnych  i  o  moim  przyzwyczajeniu  do  życia  sakramentalnego, 

przynajmniej na początku nie było w tym żadnego wyrachowania, żadnego zamysłu wymuszenia 

małżeństwa.  Starczyło,  że  Szymon  nakreślił  jej  obraz  mego  dzieciństwa  pełnego  skrupułów, 

mojej  matki  i  jej  hiszpańskiej  religijności,  przytłaczającej  atmosfery  Maltaverne,  aby  ta 

dziewczyna, która wszystko rozumie, wszystko umie wyczuć, pojęła mój dramat, gdyż w jakimś 

sensie bardzo był bliski  jej  własnego. Córka  rozpustnego poborcy  podatkowego, była zarazem 

córką niezwykle pobożnej matki, religijnej jednak w sposób bardziej chyba światły niż mamusia. 

A to dlatego, że pewien wybitny zakonnik, o którym nie powiem nic, co pozwoliłoby Donzacowi 

ustalić jego tożsamość, co roku spędzał letnie miesiące w SoulacsurMer, gdzie mieszkała rodzina 

Marii. Był kierownikiem duchowym zarówno matki, jak córki. Maria własnowolnie została jego 

sekretarką i czymś jeszcze więcej: ulubioną uczennicą. Jemu zawdzięcza swoje zainteresowania 

intelektualne, kulturę, tak zaskakującą u dziewczyny z prowincji, ale również, zdaniem Balege’a, 

całkowite  w  tym  okresie  życia  oddaniew  jej  mniemaniu  Kościołowi,  a  w  rzeczywistości 

człowiekowi. 

Nie  mam  oczywiście  żadnych  podstaw,  aby  wierzyć  temu,  co  może  zniekształcając 

przekazał mi Szymon z gadaniny Balege’a. Dość że wyczułem, iż ów tragiczny odpływ wiary, 

raptowny odpływ z duszy, którą całkowicie wypełniała, musiał być w wypadku Marii związany 

z  odkryciem  (iluż  młodych  katolików  to  przeżyło!),  że  święty,  któremu  w  swym  mniemaniu 

zaufali, w rzeczywistości sam był również tylko biedną istotą z ciała i krwi, podobną do innych, 

gorszą  od  innych  przez  tę  maskę  na  twarzy,  na  którą  był  skazany  i  nie  mógł  jej  zerwać. 

Odwróceni  od  Boga  przez  tego,  kto  ich  nawracał...  Tak,  znałem  niejeden  taki  przypadek.  Ale 

zaczynam  puszczać  sobie  wodze.  Imaginuję  tutaj  to,  co  tylko  podejrzewam.  Cóż  ja  wiem 

pewnego z całej tej historii? Ze po skandalu ojcowskiego samobójstwa Maria musiała wycofać 

się  z  pewnych  stanowisk,  zajmowanych  w  organizacjach  młodzieżowych,  którym  patronował 

background image

zakonnik,  i  że  przeżyła  to  boleśnie;  że  przyjaciel,  który  również  był  penitentem  ojca  X  i  jego 

fanatycznym  wielbicielem,  umieścił  ją  u  Barda  i  poróżnił  się  z  ojcem  X  z  jej  powodu.  Jak  to 

naprawdę  było,  Balege  nie  może  wiedzieć  nic  pewnego.  Choćby  między  tymi  dwoma 

pięćdziesięcioletnimi  mężczyznami,  z  których  jeden  całkowicie  ulegał  drugiemu,  nie  zdarzyło 

się  nic  ponad  to,  co  wybucha  między  dwoma  chłopakami  w  barze  czy  na  ulicy  z  powodu 

dziewczyny, wyobrażam sobie, że nie trzeba nic więcej sobie wyobrażać, aby zrozumieć obecną 

areligijność  Marii,  równocześnie  zaś,  jak  dalece,  w  oparciu  o  własne  doświadczenia,  pojmuje 

ona mój dramat osobisty... 

-  I  Szymon,  i  ja  -  powiedziałem  -  jesteśmy  tak  samo  jak  ona  ofiarami  faktu,  że  słowo 

Syna Człowieczego, Syna Bożego, nie może nam być przekazane inaczej niż przez grzeszników. 

Ale nie tylko Jego słowo. On się z nimi utożsamia. To jest przyczyną owych niepowodzeń, które 

trwają od dwóch tysięcy lat. 

- Pan, panie Alain, ocalił swoją wiarę. 

- A Szymon? Więc Szymon sądzi, że ją stracił? 

Nie  odpowiedział,  na  chwilę  przesłonił  twarz  swymi  obiema  potwornymi  dłońmi. 

Westchnął: 

- Co to znaczy wierzyć? Co znaczy wiarę utracić? Myślałem, że ją straciłem. Pan Duport 

za pośrednictwem jednego ze swoich przyjaciół, profesora Sorbony, kazał mi zrobić zestawienie 

wszystkich dowodów, dla których istnienie Boga jest niemożliwością. Proszę się nie śmiać: nic 

się pan nie orientuje w naukach współczesnych, panie Alain, ani ja również... 

- Lecz dla nas dwóch istnieje inna niemożliwość: żeby w pewnym danym momencie nie 

zjawił się ktoś, kto wypowiedział pewne słowa... 

- Komu się pewne słowa przypisuje. 

- Tak, i pewne gesty. 

-  My  należymy  już  do  ostatnich,  którzy  przywiązują  do  tego  wagę.  Pan  nigdy  nie 

wychynął  ze  swojej  nory,  panie  Alain.  Gdyby  pan  wiedział,  jak  dalece  w  Paryżu  to  wszystko 

przestało już istnieć, jak dalece jest to już sprawa przebrzmiała... 

- Ale my dwaj wiemy, że to istnieje... 

-  Co  pan  ma  na  myśli  mówiąc  „to”?  To,  co  panu  wpajali  od  wczesnego  dzieciństwa,  a 

mnie pakowali do głowy, odkąd wstąpiłem do seminarium? 

-  Nie,  Szymonie:  to,  co,  przeciwnie,  ostaje  się  pomimo  owych  formuł,  owych 

background image

mechanicznych  frazesów,  tresury,  i  co  nie  podlega  automatowi,  jaki  jest  w  nas...  Ale  Szymon 

mnie rozumie. Tylko jeden Szymon może mnie zrozumieć! 

Zapytał ściszonym głosem, z Ramowanym napięciem: - Co sprawia, że pan w to wierzy? 

Po  cóż  jednak  przedkładać  Donzacowi  rozmowę  uporządkowaną  i  wycieniowaną,  w 

której  zresztą  wszystko,  co  istotne,  pochodzi  od niego?  Chciałbym  odgraniczyć,  wyodrębnić  z 

kontekstu to, co miało wagę podczas spotkania z tamtego wieczoru i może odmieniło moje życie, 

co sprawiło, że to życie na zawsze stało się już różne od tego, jakim byłoby, gdyby ów upiór, 

Szymon, na nowo się w nim nie pojawił... albo raczej nie! Należałoby napisać: co nie dozwoliło, 

by moje życie przeobraziło się w chwili, kiedy Maria miała zmienić jego bieg, coś, co sprawiło, 

że  strumyk  landyjski  wrócił  w  swoje  koryto,  między  olchy  podobne  do  nieprzedajnych 

strażników... Jestem pewien, ze tego właśnie wieczoru, nie później, za sprawą Szymona stałem 

się  zdolny  traktować  moją  matkę  jak  wroga,  bo  wtedy,  w  małym  saloniku  przy  ulicy  de 

Cheverus, Szymon otworzył mi oczy: a już nigdy nie przekroczył jego progu, ponieważ matka 

nazajutrz wróciła z Maltaverne po nabyciu Tolose. 

Odtąd co  czwartek około czwartej  chodziłem  do Barda,  gdzie Szymon  na mnie czekał. 

Maria  w  niewoli  klientów  uśmiechała  się  do  mnie  z  daleka.  Wychodziliśmy  obydwaj  z 

Szymonem, Zabierałem go do Prevosta. Nie siadałem naprzeciwko, żeby nie widzieć, jak macza 

posmarowany masłem rogalik w czekoladzie. Z Marią spotykaliśmy się po zamknięciu księgarni, 

już  nie  w  jej  ulubionej  kawiarni  na  rogu  ulicy  EspritdesLois  (od  kiedy  moja  matka  wróciła, 

staliśmy się ostrożni), ale w lodowatym salonie przy ulicy 1’Ćglise SaintSeurin. 

Najpierw jednak trzeba, by Donzac wiedział, co wyznał mi Szymon w ów wieczór, gdy 

przyszedł  na  ulicę  de  Cheverus.  Tajemnicę  tę  jemu  powierzył  brat,  Prudenty,  opowiedział  ją 

podczas  swoich  jedynych  odwiedzin  w  Talence.  Moja  matka  wcale  nie  była  tak  bardzo,  jak 

sądziłem,  przeświadczona  o  mojej  uległości  i  o  własnym  ostatecznym  zwycięstwie.  W  wieku 

dwudziestu  jeden  lat  mogłem  stać  się  łupem  pierwszego  spotkanego  człowieka,  pierwszej 

spotkanej  kobiety.  Niebezpieczeństwo  kryło  się  w  tym,  że  ktoś,  zwabiony  moim  majątkiem, 

mógł zagiąć na mnie parol. Mój wrogi stosunek do małżeństwa bynajmniej jej nie uspokajał, bo 

dobrze  rozumiała,  że  małżeństwo  stanowiło  dla  mnie  jedyną  pewną  obronę  przed  Weszką. 

Niebezpieczne lata w mniemaniu mamusi, to były moje studenckie lata w Bordeaux. Wiedziała, 

że  nie  byłbym  zdobyczą  łatwą.  Znała  siłę  bezwładności,  jaką  przeciwstawiałem  wszelkim 

próbom  usidlenia.  Ale  starczyć  mogło  jedno  spotkanie,  aby  zbudził  się  we  mnie  mężczyzna 

background image

podobny do innych, gorszy od innych. Dopóki nie wrócę do Maltaverne, nie powrócę na zawsze, 

nie  można  było  mówić  o  wygranej.  Dopiero  gdyby  mnie  tam  wreszcie  sprowadziła,  gdybym 

zarzucił tam już kotwicę, spełniłoby się wszystko, co sobie postanowiła. 

Najważniejsze,  jak  wyjaśniła  staremu  Dubercowi  (od  niego  to  Prudenty  dowiedział  się 

wszystkiego, co przekazał bratu), nie dać się zaskoczyć. 

„Już  nie  trzymam  go  w  ręku,  powtarzała,  czuję,  że  mi  się  wymyka.”  Jeżelibym 

postanowił się ożenić, według mamusi byłoby najgorzej, gdybym uczynił wybór odpowiedni, nie 

budzący  żadnych  zastrzeżeń.  Ale  nawet  wtedy  potrafiłaby  wynaleźć  jakieś  przeszkody  nie  do 

pokonania; zawsze się takie przeszkody znajdą.  Musiałbym  uznać jej veto jako bezapelacyjne. 

Mimo  moich  sukcesów  w  nauce,  którymi  się  pyszniła  w  dniu  rozdania  nagród,  oceniała  mnie 

według skali wartości, przyjętej w jej środowisku, identycznej jak ojca Grandet. We Francji nic 

się  nie  zmieniło  od  czasów  Balzaka.  „Biedne  stworzenie”  -  oto  czym  byłem  dla  matki,  mimo 

wszystkiego, co przeczytałem. 

Jeślibym się zatem upierał, wycofa się do swoich posiadłości w Noaillan i zostawi mnie 

samego z dwoma tysiącami hektarów na głowie. To jeszcze nie najgorsze: abym nie miał żadnej 

odsieczy, uzyskała od Duberców obietnicę, że wyprowadzą się w ślad za nią do Noaillan, tak że 

nie miałbym innego wyjścia jak poddać się, nie mogąc równocześnie obejść się i bez matki, i bez 

naszego  rządcy.  Byłoby  to  dla  mojego  dobra,  ocaliłaby  mnie  wbrew  mojej  woli.  Jakbym  ją 

słyszał: „Nosiłam cię w moim łonie i będę cię nosić do końca życia”. 

Szymon  początkowo  mówił  tonem  obojętnym  i  jakby  z  obowiązku:  „Powinien  pan 

wiedzieć, panie Alain...” Ale nagromadzona w nim od wczesnego dzieciństwa uraza do „pani” 

jęła  powoli  przebijać  z  każdego  słowa.  A  jeśli  chodzi  o  moje  uczucia...  Mamusia  wcale  nie 

musiała tu być, żeby wprowadzić mnie w rodzaj osłupienia. Trzymała mnie w ręku, miała rację, 

będąc o tym przekonana. Wzdychałem: „Nie ma na to żadnego lekarstwa”. 

-  Ależ  jest,  panie  Alain,  jest  lekarstwo.  To  Maria  wpadła  na  pomysł.  Ona  pana 

wyswobodzi, byle się pan zgodził. 

Uparł się, nie chciał mi nic więcej powiedzieć. 

To do niej, nie do niego należało wyłożenie mi planu, jaki wymyśliła. Raptem, po chwili 

milczenia,  powiedział  z  nagłą  pasją,  jakby  półprzytomny:  -  Co  do  mnie,  przysięgam,  panie 

Alain,  jakby  się  pan  kiedy  znalazł  bez  rządcy,  bez  nikogo,  no  cóż,  dobrze  pan  wie,  że  znam 

granice tak samo jak mój ojciec. Niech pan tylko da znak, ja zaraz przylecę. O, tylko niech pan 

background image

nie myśli, że wszystko rzucę dla pana. Nie, ale zrezygnuję z piekła, jakim jest dla mnie życie w 

Talence, żeby znowu być w Maltaverne... 

- A Maltaverne to ja. 

Odwrócił głowę, wstał. 

- Do czwartku, w księgarni. 

Słuchałem,  jak  cichną  kroki  Szymona  na  schodach,  potem  jak  zamykają  się  ciężkie 

drzwi. Otrząsałem się z osłupienia, które było na wpół odegrane, czy raczej jakie okazywałem 

zawsze,  kiedy  mamusia  pojawiała  się  na  scenie.  Ale  tego  wieczoru,  gdy  znalazłem  się  sam, 

owładnęła mną zimna wściekłość nie tylko na nią, ale i na Marię, że pozwalała sobie na robienie 

jakowychś  planów:  wściekłość  człowieka,  który  uchodzi  za  najsłabszego  i  budzi  w  kobietach 

litość, podczas gdy wewnętrznie przepełniony jest siłą bez granic. „Jeszcze zobaczą! Zobaczą!” 

Co  one  miały  zobaczyć?  Najważniejsze  -  zachować  zimną  krew.  Jednej  radosnej  rzeczy 

dowiedziałem się tego wieczoru: że Szymon wszystko rzuci na moje pierwsze wezwanie. „Aby 

uciec z piekła”, powiedział. Możliwe... Lecz nie zrobiłby tego dla nikogo innego. Co by się nie 

zdarzyło, nie będę sam. 

background image

Rozdział VII   

 

Matka  moja  wróciła  z  Maltaverne  na  trzeci  dzień,  jeszcze  rozogniona  batalią,  jaką 

stoczyła,  żeby  nabyć  Tolose;  sto  hektarów  sosen  i  stuletnich  dębów,  o  pięć  kilometrów  od 

miasteczka. Numa Seris uznał cenę za zbyt wygórowaną. Ona natomiast przekonana była, że jest 

to  znakomita lokata.  Po obiedzie  zasiedliśmy  przy  jej  ulubionym  kominku  w  małym  saloniku. 

Zapytałem  roztargnionym  tonem,  jaki  przybieram,  gdy  w  grę  wchodzą  kwestie  tego  rodzaju, 

skąd się wzięły pieniądze, które jej pozwoliły na kupno Tolose. 

- Och, sięgnęłam do rezerw, zawsze je posiadam. 

-  No  tak:  z  kopalniaków  i  tegorocznego  zbioru  żywicy.  Nie  licząc  wyrębu  sosen  w 

Brousse... 

Spojrzała  na  mnie.  Miałem  obojętny  wyraz  twarzy,  dobrze  jej  znany,  co  ją  zapewne 

uspokoiło. 

- Najważniejsze jest - powiedziała - mieć pieniądze, a nie wiedzieć, skąd pochodzą... 

-  Dla mnie to  jest  ważne. Jeżeli zapłaciłaś za Tolose ze swoich dochodów osobistych z 

Noaillan, Tolose należy do ciebie. Jeżeli zaś z dochodów Maltaverne... 

„Krew jej uderzyła.” 

- Co tobie chodzi po głowie? Nasze interesy są przecież wspólne, dobrze o tym wiesz. 

- Ale nie są wspólne z interesami państwa. 

Przyznaj, że byłoby niemiło, gdyby kiedyś przyszło płacić podatek spadkowy z Tolose, 

która w rzeczywistości należy do mnie. A poza tym nasze interesy nie zawsze będą połączone: 

nie ślubowałem celibatu. 

Nie kwapiłem się przerywać milczenia, jakie po tym zapadło. Trwało długo, tak mi się 

przynajmniej  zdaje.  Wreszcie  mamusia  powiedziała  półgłosem:  -  Ktoś  cię  chyba  buntuje.  Kto 

ciebie buntuje? 

Zrobiłem  najbardziej  zdumioną  minę,  na  jaką  się  mogłem  zdobyć.  Przypomniałem 

mamusi, że skończyłem właśnie dwadzieścia jeden lat, i nie potrzebuję niczyjej pomocy, aby się 

nad  pewnymi  sprawami  zastanawiać.  Tutaj  już  wybuchnęła,  zarzuciła  mi  niewdzięczność: 

zarządzała naszym majątkiem ostrożnie i wyjątkowo szczęśliwie, co wszędzie stawiano za wzór, 

powiększyła go w sposób niewiarygodny; jeżeli sobie życzę, może wycofać się do Noaiłłan i nie 

będzie  się  do  niczego  mieszała.  Zachowałem  chłód  słuchając  tej  groźby.  Pokiwałem  głową  i 

background image

nawet się uśmiechnąłem. Mamusia wyszła z saloniku, przeszła do swojego pokoju i zamknęła się 

na  zasuwę,  zgodnie  z  niezmiennym  rytuałem,  którego  przebieg  postanowiłem  tego  wieczoru 

przełamać: nie pójdę, jak zwykle, stukać do jej drzwi i błagać: „Mamusiu, otwórz.” 

Dorzuciłem  polano  do  ognia  i  siedziałem  bez  ruchu,  w  stanie  spokojnej  desperacji, 

będącej  przeciwieństwem  pokoju, jaki daje Bóg i  jakiego istnienie już w pewnych momentach 

życia przeczuwałem. Lecz co dnia stawał mi się dalszy; albo raczej „dobra tego świata” otaczały 

mnie coraz grubszą powłoką, a ja zmieniałem się w nieubłaganego sędziego mojej matki, choć 

przecież  oboje  byliśmy  zaangażowani  w  tę  rozgrywkę  o  posiadanie  ziemi,  która  należy  do 

wszystkich i do nikogo, i która nas posiądzie. 

Tym  razem  już  nie  wygra.  Mamusia  już  nigdy  nie  wygra.  Może  to  przeczuwała. 

Pamiętam jej okrzyk; - Ktoś ciebie buntuje! - Zaledwie tu zjechała, musiała widać, jak czyniła 

zawsze,  pytać  Ludwika  Larpe  i  jego  żonę  o  moje  zachowanie.  Kolacja  zamówiona  dla  jakiejś 

pani, a potem, w godzinę później, przez samą tę panią odwołana telefonicznie - to aż nadto, aby 

mamusię zbulwersować. Po chwili to się zresztą potwierdziło. 

Usłyszałem odgłos zasuwy i drzwi się otworzyły. Nie czekała, aż przyjdę ją przeprosić, 

robiła  pierwszy  krok.  Usiadła  znowu  na  zwykłym  miejscu  na  -  przeciw  mnie,  jak  gdyby  nic 

między nami nie zaszło. 

- Zastanowiłam się, Alain. To prawda, że zapominam, ile ty masz lat, i wciąż cię traktuję 

jak małego chłopca, którym już nie jesteś. Przejmowałam na siebie wszystkie ciężary, ciebie w 

nic nie włączając. Tyś tego chciał. Ale cóż za szczęście, jeżeli wreszcie zechcesz zainteresować 

się tym, co będzie twoim obowiązkiem stanu. Nie zawsze będę przy tobie. 

Umilkła  sądząc,  że  wstanę,  by  ją  ucałować,  ale  siedziałem  nieruchomy  i  milczący. 

Wówczas przypomniała mi, że do śmierci Laurentego nie zakupiła ani jednego hektara, ani też 

nie  dokonała  najmniejszej  lokaty  inaczej  niż  jako  nasza  prawna  opiekunka  i  w  imieniu  nas 

obydwu.  Odkąd  Laurentego  nie  ma,  do  nabycia  Tolose,  chodziło  jedynie  o  drobne  skrawki 

ziemi,  zupełnie  bez  znaczenia.  W  wypadku  Tolose  trzeba  było  działać  szybko,  ponieważ 

sprzedawca  groził,  że  się  cofnie.  Musiała  podpisać  akt  i  tegoż  samego  dnia  przelać  pieniądze, 

przyznaje  jednak,  że  popełniła  błąd  działając  tak  pośpiesznie.  Zrobi,  co  należy,  i  zwróci  z 

własnych posiadłości do kasy Maltaverne sumę zapłaconą za Tolose. 

-  A  gdybyś  się  żenił,  Tolose  będzie  moim  prezentem  osobistym.  Ale  któż  się  żeni  w 

wieku dwudziestu jeden lat? 

background image

- Bo to jest wiek służby wojskowej. To również zostaje mi oszczędzone: wymigam się od 

wszystkiego. Może nie od małżeństwa. 

- Mam nadzieję, że nie. 

Ani jednym słowem czy gestem nie okazałem, że się zgadzam; nasze milczenie zrobiło 

się nie do zniesienia. Wstaliśmy i powiedzieliśmy sobie dobranoc. 

Jeszcze  nie  wybiła  dziesiąta.  Przyszło  mi  na  myśl,  że  oboje,  każde  w  swoim  pokoju, 

będziemy  mieli  głowę  zajętą  tą  samą  istotą;  dla  mamusi  była  to  nieznana  kreatura,  którą 

zaprosiłem  wieczorem,  podczas  jej  nieobecności,  i  która  zmieniła  mnie  do  tego  stopnia,  że 

zażądałem  oto  rozliczeń  w  związku  z  Tolose;  ale  dla  mnie  ta  kobieta  również  była  nieznana, 

chociaż przez parę  chwil  trzymałem  ją w ramionach,  choć sądziłem,  że  mnie kocha:  okłamała 

mnie, wiedziała, że o tym wiem, i nie podjęła dotąd żadnej próby, by się dowiedzieć, co się we 

mnie dzieje... 

Od  spotkania  z  Szymonem  nie  byłem  jeszcze  w  księgarni:  już  całe  trzy  dni!  Maria 

musiała dojrzeć w tym znak jej potępienia i nie usiłowała walczyć. Dziki gołąb, którego oswoiła, 

przestraszył się, odleciał; postara się o mnie zapomnieć. O taką reakcję ją posądzałem. A potem 

przypomniałem sobie, co Szymon mówił o planie Marii, żebym nie był skazany na poślubienie 

Weszki. O planie Marii, ułożonym przez Marię. 

Postanowiłem milczeć jak grób do czwartku, dnia umówionego spotkania z Szymonem. 

Ale  nazajutrz  wracając  z  Uniwersytetu  już  nie  mogłem  wytrzymać.  Próbowałem  się  oprzeć. 

Wstąpiłem,  jak  niemal  co  dzień,  do  katedry,  która  znajduje  się  na  mojej  drodze;  jest  nawet 

krócej, gdy się przez nią przejdzie. Zwykle zatrzymywałem się dłużej. Nigdzie indziej na świecie 

nie czułem się tak jak tutaj, bezpieczny od ludzi i  jakby spowity ową miłością bezbrzeżną, od 

której  byłem  odcięty  na  wieki,  ja,  bogaty  młodzieniec,  który  „odszedł  zasmucony,  posiadał 

bowiem bardzo duży majątek”. 

Tym  razem  nie  przebywałem  tam  długo.  Poszedłem  ulicą  SainteCatherine  do  Galeries 

Bordelaises. Jeszcze nie przestąpiłem progu księgarni, gdy Maria mnie zobaczyła; od pierwszego 

wejrzenia spostrzegłem, że cierpiała. Cierpienie ją postarzało. To już nie była młoda dziewczyna, 

ani też młoda kobieta: istota, która cierpiała od lat, ale teraz cierpiała przeze mnie. Dobrze znam, 

i  Donzac  rcrwnież,  tę  cechę  mojej  natury,  nie  wiem,  czy  bardzo  osobliwą,  czy  wspólną  wielu 

ludziom,  że  gdy  mi  na  kimś  zależy,  pragnę  jego  cierpienia  po  to,  aby  siebie  upewnić. 

Natychmiast  odczułem  wielki spokój, jeszcze nim zamieniliśmy choć słowo. Tylko ukradkiem 

background image

uścisnęliśmy sobie dłonie. Powiedziałem jej, żeby przyszła do Prevosta, jak tylko będzie wolna, i 

do  tego  momentu  zabijałem  czas  wałęsając  się  niby  bezpański  pies  po  krętych  uliczkach 

zamarłych  dzielnic  SaintMichel  i  Sainte”  Croix.  Później  czekałem  u  Prevosta  nad  filiżanką 

czekolady,  oddając  się  bez  reszty  zwierzęcej  radości  wypoczynku.  Nareszcie  weszła. 

„Uróżowała sobie policzki”, jakby powiedziała moja matka głosem potępienia. 

- Nie przyszłam się bronić. Uwierzy pan, w co zechce... Byle nie w to, że powodowałam 

się niskimi pobudkami. Wiedziałam,  że jeśli  pan zobaczy się z Szymonem  Duberc beze mnie, 

nasza sprawa się skończy, nim się rozpoczęła... 

- Ja również, Mario, okłamałem panią. Oszukiwaliśmy się wzajemnie, aby się nie utracić. 

- Nie traci się tego, co się posiadało. Nie, Alain, ja cię nie straciłam. 

Nie  straciła  mnie,  lecz  chciała  mnie  ocalić.  Uważała,  że  jestem  w  śmiertelnym 

niebezpieczeństwie, jeżeli dla mężczyzny śmiercią jest związanie się wbrew woli z kobietą, która 

budzi  w nim odrazę w takim  stopniu,  jak Weszka budziła we mnie. Moja matka wiedziała, że 

czas pracuje na jej korzyść, że każdy wygrany rok zbliża ją do spełnienia marzeń, które pieściła 

w każdej minucie swego życia. 

-  Należy  ją  ubiec,  skoro  na  szczęście  wiemy,  od  której  strony  będzie  atakować... 

Najpierw jednak, Alain, ponieważ wszystko zależy od pana, musi się pan sam zorientować, czy 

jest  z  nami,  którzy  chcemy  go  wyzwolić.  Szymon  Duberc  zapewnia,  że  pan  się  zdecydował. 

Może było tak w wieczór waszego spotkania, a dziś jest już trochę inaczej? 

Starała  się  pochwycić  mój  wzrok,  ale  że  siedzieliśmy  obok  siebie,  łatwo  mi  się  było 

uchylić.  Powiedziałem,  że  jestem  zdecydowany  na  wszystko  i  na  nic,  ze  nigdy  nie  wrócę  do 

jarzma, z którego duchowo już się wyzwoliłem, ale do mnie musi należeć ocena środków, jakie 

mi zostaną przedstawione. 

Nie bardzo wiem, jak się stało, że od tej chwili nasza rozmowa toczyła się głównie wokół 

Szymona Duberc. Opowiadała mi o nim swobodnie i, mam wrażenie, bez ukrytych myśli, to zaś, 

co powiedziała, nadało nowy sens propozycji, z jaką wystąpił Szymon: że wszystko rzuci nie po 

to,  żeby pójść  za mną, „ale uciec z piekła Talence”.  Biedny Szymon.  Piekło nosił  w sobie. W 

Paryżu był o krok od samobójstwa. Tak było zawsze, powstrzymywała go jedynie resztka wiary, 

która  w  nim  przetrwała  i  uchroniła  go  także  od  wszelkich  zakusów  jego  nowych  panów, 

chcących się nim posłużyć. 

Próbowali  go  namówić,  by  napisał  wyznania  wiejskiego  chłopaka,  sprowadzonego  z 

background image

właściwej  sobie  drogi  przez  bogatą  dewotkę.  Plan  książki  miał  być  mu  dostarczony,  jemu 

pozostałoby tylko coś w rodzaju wypełniania szufladek. Szymon się zbuntował, nie nalegano, a 

ponieważ  w  sekretariacie  pracował  ku  ogólnemu  zadowoleniu,  tolerowano  go...  Nagle 

wybuchnąłem: 

-  A więc żeby mówić o Szymonie, czekałem na  panią przeszło  dwie godziny dzisiaj  po 

południu, mordowałem się w labiryncie tych ponurych ulic... 

- Tak, prawda, mówię panu o nim, bo nie mam odwagi mówić o nas, ponieważ wiem, że 

pan będzie myślał... Ale jakże by pan mógł to myśleć? 

Przecież pan wie, czyją jestem córką, o ile lat jestem od pana starsza, jak je przeżyłam, 

albo raczej co ze mnie zrobiono w ciągu tych właśnie lat... Co starzy mężczyźni ze mnie zrobili. 

Ochr jaka ja byłam w pańskim wieku, Alain, jaka ja byłam... 

Nie, teraz na pewno nie grała, bo jeżeli - cóż to za komediantka! Potworne musiało być 

dla  niej  moje  milczenie.  Milczałem  nie  przez  brak  wrażliwości,  ale  dlatego,  że  moje  słowa 

dobrze  wychowanego  chłopca,  jedyne,  jakie  mi  przychodziły  do  głowy,  byłyby  gorsze  niż 

obelgi. 

Muszę  być  pewien,  powiedziała  Maria,  że  nie  włącza  się  w  te  konszachty  dla  jakichś 

własnych  korzyści,  poza  może  przyjemnością  w  rodzaju  tej,  jaką  nam  sprawia  uwolnienie 

muchy,  zanim  ją  pająk  pochłonie.  I  w  końcu  przedstawiła  mi  swój  plan  wojenny:  podczas 

najbliższego  pobytu  mojej  matki  w  Malteverne  zawiadomię  ją  listownie,  że  zaręczyłem  się  z 

„księgarką  od  Barda”.  Maria  godziła  się,  bym  się  nią  posłużył,  a  istotnie  należała  do  rodzaju 

kobiet, jakie w mojej matce mogłyby budzić największą zgrozę: jej środowisko, wiek, wszystko, 

co  mamusia  bardzo  szybko  wykryłaby  o  rodzinie  i  przeszłości  Marii  -  to  aż  nadto,  by  mi 

postawiła kategoryczne  ultimatum;  ponieważ zaś ja bym  się oparł, wycofałaby się do swojego 

Noaillan i zabrała ze sobą Duberców. 

W tym miejscu przerwałem Marii; uważałem za niewiarygodne, by Dubercowie oderwali 

się od Maltę verne: byli z Malteverne zrośnięci jak ostryga ze swoją muszlą. Zdaniem Marii z tej 

strony nie należało się niczego obawiać, stary Duberc wiedział, że chodzi tylko o podstęp mający 

mnie uchronić od sideł niecnej kobiety miejskiej. On również, jak „wielmożna pani”, marzył o 

przyszłym panowaniu nad włościami Numy Serisa, i we własnym pojęciu był nie do zastąpienia. 

Nie miał wątpliwości, że już w pierwszym tygodniu wezwałbym go z powrotem. 

Po chwili milczenia zapytałem: 

background image

- Czy pani sądzi, że ona temu nie poradzi? 

Nie zna pani mojej matki. 

-  Znam  pana,  Alain.  Jej  siła  polega  na  pańskiej  słabości.  Pan  jest  właścicielem 

wszystkiego. Pan ma wszystko w ręku, ale ona ma pana. 

Nie oponowałem. Maria wstała i wyszła sama. 

Lepiej, żeby nas nie widywano razem. Ustaliliśmy, że znowu we czwartek spotkamy się z 

Szymonem  w  księgarni,  Mimo  że  nie  spóźniłem  się  na  kolację,  mamusia  na  podeście 

wypatrywała mojego powrotu. Zobaczyłem jej dużą bladą twarz wychyloną przez poręcz: „No, 

jesteś!” Już się nigdzie nie oddali, będzie mnie wciąż miała na oku, oto na czym ma polegać jej 

pierwsza  obrona.  Skądinąd  nie  wyobrażałem  sobie,  żeby  plan  Marii  dał  się  urzeczywistnić 

inaczej niż w czasie pobytu mamusi w Maltaverne. O moich zaręczynach powinna dowiedzieć 

się listownie. Na powiedzenie jej tego prosto w oczy nigdy bym się nie zdobył. A gdybym się 

nawet zdobył, ryzykowałbym, że mnie od razu przejrzy. Ilekroć próbowałem ją okłamać, zawsze 

mnis natychmiast zawstydzała. 

Przez całą tę zimę, chociaż nikomu nie kazała mnie śledzić, nie uciekała się do żadnego 

szpiegowania, wiedziała, że co czwartek wracam z tajemnej schadzki z nieznanymi jej wrogami. 

W wieczory, kiedy Maria czekała za drzwiami od ulicy L’EgliseSaintSeurin i wpuszczała mnie 

do lodowatego salonu, po powrocie do domu, kiedy bez względu na późną godzinę wchodziłem 

do  matki  na  rytualny  i  obowiązkowy  pocałunek,  nic  nie  pomagało,  że  przystawałem  najpierw 

przy  umywalni  dla  służby,  myłem  sobie  twarz  i  ręce;  matka  przytulała  mnie  do  siebie, 

sprawdzała, czy poczuje obcy zapach. Co nie znaczy, by kiedykolwiek o tym  ze mną mówiła. 

Wiedziałem, że wie. Byliśmy wzajem potwornie dla siebie przejrzyści. 

Zresztą  tej  zimy  miała  niezbity  dowód,  że  ją  oszukuję.  Chociaż  nie  cierpię  tańczyć, 

przyjmowałem  bez  skrzywienia  wszelkie  zaproszenia  i  prawie  co  wieczór  wychodziłem  w 

smokingu  lub  we  fraku.  Matka  przed  wyjściem  mówiła:  „Wszystko  mi  opowiesz...”  i 

wypytywała  mnie  po  powrocie.  Chciała  dokładnie  wiedzieć,  jak  się  odbyła  zabawa,  i  bardzo 

szybko zorientowała się, że nie wiem nic, bo albo wcale tam nie byłem, albo zaszedłem jedynie 

na  chwilę;  zresztą  bez  trudu  uzyskiwała  potwierdzenie.  Zawsze  tylko  się  pokazywałem  na 

tańcach.  I  był  tez  inny  dowód:  już  nie  widywała,  bym  przystępował  do  komunii,  i  stale 

urządzałem się tak, żeby nie chodzić na te same msze co ona. Nawet w Boże Narodzenie zaprosił 

mnie na wigilię pewien kolega ze wsi. 

background image

Ludwik  Larpe  oddawał  zawsze  pocztę  mamusi,  osobiście  ją  sortowała.  Nigdy  nie 

natrafiła na żaden podejrzany list. Nie wpadła ani na ślad Marii, ani też Szymona. Obecnie nie 

wychodziliśmy  już  razem  na  miasto.  Wyrzekliśmy  się  spotkań  u  Prevosta  czy  w  ulubionej 

kawiarni  Marii  na  rogu  ulicy  EspritdesLois.  Widywaliśmy  się  albo  w  księgarni,  po  jej 

zamknięciu, w „klitce” Marii, albo w salonie przy ulicy L’Eglise SaintSeurin. Ponieważ nie było 

mowy, aby Szymon mógł przekroczyć próg domu przy ulicy de Cheverus, więc ja, jeśli pogoda 

dopisywała,  odwiedzałem  go  niekiedy  w  Talence.  Wynajmował  tam  pokój  z  utrzymaniem  u 

pewnej wdowy, w parterowym domu, jakie mieszkańcy Bordeaux zwą szopami. Długo nie mógł 

pogodzić  się  z  myślą,  że  ma  mnie  tam  przyjmować:  niewiarogodny  jest  dystans,  jaki  się 

utrzymuje  między  klasami  społecznymi  za  zgodą  biednych,  a  często  wbrew  woli  bogatych, 

którzy wstydzą się swego bogactwa tak jak ja. 

Pokój  był  banalny,  mahoniowe  meble,  okna  wychodziły  na  ogród  proboszcza,  dalej 

biegła  droga  do  Bayonne.  Wszędzie  czasopisma,  książki,  nie  powieści  ani  poezje,  ale  Pascal, 

Boutroux, autobiografia Świętej Teresy, Święty Franciszek z Asyżu Joergensena, tom świętego 

Jana  od  Krzyża...  Przy  pierwszej  bytności,  gdy  zdziwiłem  się  tymi  książkami,  powiedział: 

„Uzupełniam wykształcenie religijne, dzięki panu”, i natychmiast zmienił temat. Wtedy zdałem 

sobie sprawę, że dla niego spełnienie marzenia: on i ja w Maltaverne, to kwestia życia. Marzenie 

szaleńcze, a przecież możliwe do urzeczywistnienia. 

Choć z nas trojga on był najbardziej niecierpliwy, nie uważał za słuszne nalegań Marii, 

żeby już zaraz przystąpić do działania i żebym wymógł na matce pozwolenie na samotny wyjazd 

do  Paryża  albo  do  Nicei,  skąd  doniósłbym  jej  o  moich  zaręczynach.  Zdaniem  Szymona  było 

ogromnie  istotne,  aby  bomba  wybuchła  podczas  pobytu  matki  w  Maltaverne,  odległego  od 

Noaillan  o  parę  kilometrów,  tak,  by  demonstracyjna  i  natychmiastowa  przeprowadzka  jej  i 

Duberców  mogła  nastąpić  niezwłocznie.  Nie  będziemy  długo  czekali;  aczkolwiek  matka 

postanowiła  nie  zostawiać  mnie  już  samego,  musi  przecież  pojechać  do  Maltaverne  dla 

załatwienia spraw żywicy i kopalniaków i dla obliczenia sosen z różnych wyrębów. 

Nie przewidzieliśmy, że mając Diona może wyjeżdżać o świcie i tegoż jeszcze wieczoru 

być  z  powrotem  w  Bordeaux.  Dwukrotnie  nocowała  w  Maltaverne,  ale  tylko  przez  jedną  noc, 

więc  trudno  to  nazywać  pobytem.  Tak  upłynął  dwudziesty  drugi  rok  mojego  życia,  w  ciągu 

którego niepostrzeżenie i stopniowo Maria zmieniła dzieckoanioła w istotę podobną do innych 

mężczyzn; dziecko jednak istniało nadal, i po chwilach zespolenia wracało znowu, wcale nie po 

background image

to, żeby Marię przeklinać: tuliło się do niej, dawało się ukołysać. 

W  tym  roku  jedną  miałem  pociechę  -  że  Szymon  otworzył  serce  dla  nadziei.  Swe 

przyszłe  życie  w  Maltaverne  widział  jako  ucieczkę  w  zacisze,  gdzie  on  i  ja,  czy  byłbym  tam 

obecny,  czy  nie,  będziemy  razem  szukali,  aż  wreszcie  znajdziemy:  tak,  razem  dokonamy 

odkrycia. Jakiego odkrycia? Mówił, że otworzyłem mu oczy na to, co oczywiste, a mianowicie, 

że  niemal  wszystko,  czego  wrogowie  Kościoła  nienawidzą  w  Kościele,  istotnie  godne  jest 

nienawiści, i zawsze takie było, w każdym momencie dziejów ludzkich, podobnie jak faryzejska 

religia  „pani”.  Zaciekle  atakował  formy,  które  podziwiali  inni,  jak  chociażby  Huysmans, 

zapamiętały  wielbiciel  śpiewu  gregoriańskiego.  A  przecież  te  zachwyty  były  równie  daremne, 

jak  złorzeczenia.  My  dwaj  wiedzieliśmy,  iż  w  pewnym  momencie  dziejów  Bóg  się  objawił  i 

objawia  się  nadal  w  niezwykłym  powołaniu  niektórych  mężczyzn  i  kobiet,  mających  tę  cechę 

wspólną, że bez zastrzeżeń włączają krzyż w swoje życie. 

- Co właśnie panu jest niedostępne, panie Alain, bo pan jest bogatym młodzieńcem... Ale 

mnie nie. Ja jestem biedny i zawsze będę biedny. Nie powinien pan dawać mi ani grosza więcej, 

niż pani daje mojemu ojcu. I tak będę przecież korzystał z owej łaski oświecenia, jaka na pana 

spływa, tych natchnień. 

Ostrzegałem go przed złudzeniem, że istnieją niezawodne metody, aby dotrzeć do Boga 

w  sposób  wyczuwalny;  przypomniałem,  że  to  właśnie  ze  wszystkiego  jest  najmniej  zależne  od 

naszej  woli,  i  już  samo  takie  pragnienie  zdradza,  że  szukamy  uszczęśliwienia,  które  znowu 

sprowadzi nas do tego, od czego chcieliśmy uciec. 

Nic się więc nie zdarzyło. Ponieważ był to  mój drugi  rok studiów, omijałem wszystkie 

trudności pod pozorem przygotowań do egzaminu. Maria i Szymon dostosowywali swoje plany 

strategiczne  do  okazji,  jakich  dostarczą  wielkie  wakacje.  Nie  mogli  pojąć,  że  chłopak 

dwudziestodwuletni waha się, nie decyduje na podróż bez matki - i to nie tylko ze względu na 

przykrość,  jaką  by  jej  wyrządził,  ale  dlatego,  że  sam  jest  jeszcze  dzieckiem,  które  wpada  w 

panikę,  gdy  matka  zostawi  je  na  chwilę  w  wagonie,  wychodząc  kupić  gazetę:  w  podróżach 

bardziej jeszcze niż w codziennym życiu ona wszystko brała na siebie. Ale nigdy nie pomagała 

mi  w  studiach,  tak  jak  Maria  w  okresie  przed  egzaminem  pisemnym,  kiedy  to  co  wieczór  po 

zamknięciu księgarni spotykałem się z nią przy ulicy L’EgliseSaintSeurin. Uzyskałem od matki, 

że godzina kolacji została przesunięta. 

Tak upłynął rok, który zgodnie z naszą wolą miał być rokiem dramatu, a nic się w nim 

background image

nie stało - poza tym, co działo się w nas, w każdym z nas, a o czym nie mogę powiedzieć nic, co 

nie  byłoby  zrodzone  z  wyobraźni  albo  przedstawione  tak,  nawet  jeśli  chodzi  o  mnie,  żeby 

zainteresowało Donzaca. Wydaje mi się, że moja dusza była jakby przyćmiona, a przygotowania 

do  egzaminów  sprawiły,  że  wszystko  inne,  nawet  Boga,  umieściłem  na  marginesie.  Na  temat 

Marii już się nie zastanawiałem, ponieważ cierpiała. 

Nawet  Boga...  Tu  Donzac  znowu  odnajdzie  swój  wpływ.  Głosił,  że  czasami  należy 

udzielać  naturze  wakacji.  Wiedziałem,  że  Maria  jest  smutna,  bo  między  nami  dwojgiem 

wszystko się miało skończyć, ale z czasów, kiedy pracowała dla ojca X, zachowała wspomnienie 

o  pewnym  mistyku,  który  zbudował  doktrynę  opartą  na  tym,  co  zwał  „sakramentem  danej 

chwili”.  Mawiała  do  mnie:  „Ta  chwila  została  mi  dana,  ty  tutaj  jesteś  i  ja  jestem,  nie  patrzę 

dalej”. 

Niemniej  i  w tym  okresie opadały  mnie  czasem  wątpliwości  na temat  Marii. Okłamała 

mnie, mogła  więc okłamać znowu. Wyobrażałem sobie, że potrafiłaby  świetnie odgrywać rolę 

istoty,  która  cierpi  przeze  mnie,  takiej,  jaka  właśnie  była  mi  nieodzowna  po  to,  bym  sam  nie 

cierpiał.  Może  nie  odsłoniła  przede  mną  całkowicie  swojego  planu.  Może  krył  on  w  sobie 

podstęp  jej  tylko  znany  i  pewnego  dnia  okaże  się,  że  jestem  z  nią  związany  na  teraz  i  na 

wieczność. Ale miałem się na baczności, nie dam się zaskoczyć, będzie mnie trzymała jedynie 

na tyle, na ile ja zechcę... Z nas trojga tylko Szymon promieniał nadzieją.. 

background image

Rozdział VIII   

 

Wszystko  zaczęło  się  w  momencie,  kiedyśmy  najmniej  się  tego  spodziewali.  W  lipcu 

otrzymałem dyplom z odznaczeniem. Ponieważ nie chciałem towarzyszyć mamusi do Dax, gdzie 

powinna  była  przeprowadzić  kurację,  ona  też  nie  pojechała,  aby  nie  tracić  mnie  z  oka,  i 

znaleźliśmy  się  sam  na  sam,  zresztą  niemal  ze  sobą  nie  rozmawiając  poza  nie  dającymi  się 

uniknąć  słowami,  w  Maltaverne,  gdzie  sierpniowy  żar  z  nieba  był  prawie  nie  do  zniesienia; 

stawaliśmy się podobni do jakichś nocnych ptaków, co wychodzą z dziupli dopiero o zmroku. 

Maria,  uwięziona  w  księgarni,  pożegnała  mnie  łzami,  ale  szaleńczy  projekt  podsunięty 

przez  Szymona  dodawał  jej,  jak  mówiła,  sił  do  życia  w  Bordeaux,  gdzie  mnie  już  nie  będzie. 

Niebawem miała się znów ze mną zobaczyć i wreszcie poznać Maltaverne. 

Matka zgodziła się dotrzymać obietnicy, danej kiedyś starym Dubercom, że pojadą z nią 

do  Lourdes  na  pielgrzymkę  diecezjalną  między  siedemnastym  a  dwudziestym  sierpnia.  Mieli 

podróżować  Dionem,  co  Duberców  najbardziej  zachwycało,  choć  zarazem  budziło  w  nich  lęk; 

ponieważ  Ludwik  Larpe  wraz  z  żoną  był  na  urlopie,  zostawałem  w  Malteverne  sam,  tylko  z 

Prudentym (ale on był naszym sprzymierzeńcem), zdany na obsługę jego żony, którą poślubił w 

styczniu, biednej niewolnicy drżącej przed nim ze strachu, która na pewno będzie milczała, jeśli 

jej  nakaże.  Mieszczańskie  domy  miasteczka  też  prawie  opustoszały,  jako  że  ich  właścicielki, 

stare  owce  skupione  wokół  księdza  dziekana,  powyjeżdżały  do  Lourdes  albo  na  wywczasy,  w 

góry lub nad morze. 

Maria i Szymon mieli zamieszkać u Duberców. Dalej nie wybiegaliśmy myślą. Nad tym, 

co  zajdzie  między  nami,  a  potem  miedzy  mną  a  matką,  gdy  wróci,  nie  chciałem  się  nawet 

zastanawiać. Widziałem natomiast dobrze, że w miarę jak zbliżała się godzina jej wyjazdu, coraz 

bardziej  ją  niepokoiło,  że  mnie  zostawia  w  Maltaverne  samego.  Dlaczego,  pytała,  nie  mogę 

spędzić  tych  trzech  dni  w  Luchon,  gdzie  by  do  mnie  przyjechała,  powierzywszy  Duberców 

księdzu  dziekanowi?  Świadomie  odmówiłem  dość  szorstko,  co  ją  uraziło,  przede  wszystkim 

jednak,  jak  to  wiem  dzisiaj,  ostrzegło,  że  kryje  się  za  tym  jakaś  nieczysta  sprawa. 

Utrzymywałem,  że  z  góry  się  cieszę  na  to  sam  na  sam  z  Maltaverne,  nieoczekiwanie 

oswobodzonym  od  wszelkiego  ludzkiego  elementu.  Już  nie  nazywała  mnie  „pleciugą”, 

przyglądała mi się usiłując odgadnąć, co się tai pod tymi niedorzecznymi słowami. 

- A co będziesz robił przez te trzy dni? 

background image

-  Będę  spacerował.  Pójdę  jeszcze  raz  do  starego  z  Lassus  zobaczyć,  jaki  będę  za 

sześćdziesiąt lat, kiedy będę starym z Maltaverne. 

Drżałem,  żeby  mamusia  się  nie  rozmyśliła,  nie  wynalazła  jakiegoś  pretekstu  dla 

odwołania wyjazdu. Uspokoiłem się dopiero, gdy usłyszałem, że warkot silnika Diona na drodze 

coraz się bardziej oddala, i stojąc na ganku wdychałem z rozkoszą mgłę zapowiadającą skwarny 

dzień,  nieskończenie  długi  dzień  oczekiwania.  Szymon  i  Maria  przyjeżdżali  pociągiem 

wieczornym. Prudenty  miał  sam  jechać na stację i  przywieźć ich do Maltaverne krótszą drogą 

przez zagajniki, pod wieczór zawsze bezludne. 

Żona  Prudentego  gruntownie  wysprzątała  pokój  jego  rodziców,  zasłała  łóżko 

najpiękniejszą  pościelą.  Powiedziałem,  żeby  na  wszelki  wypadek  przygotowała  też  pokój 

gościnny  w  pałacu  (jak  nazywała  nasz  dom),  gdzie  pani  będzie  wygodniej  ze  względu  na 

łazienkę. Usłuchała nie okazując zdziwienia. 

Nie  chciałbym  w  związku  z  owym  wieczorem  i  nocą  napisać  tutaj  nic,  co 

przypominałoby opowiadania, które w gimnazjum budziły zazdrość Andrzeja Donzac. A jednak 

trzeba, aby ten świadek mojego życia wiedział, że była to chwila, która to życie rozjaśnia, nadaje 

mu sens, ponieważ była to noc grzechu, a przecież i noc łaski. 

Wziąłem walizkę i idąc przodem zaprowadziłem ją do gościnnego pokoju, nie pytając o 

zdanie  ani  jej,  ani  Szymona.  W  jasnej  letniej  sukience,  w  słomkowym  kapeluszu,  była  to  inna 

Maria  niż  ta  od  Barda,  dziewczyna,  jakiej  nie  znalem,  a  kiedyś  znali  ją  inni.  Tylko  przelotnie 

mnie to zabolało. 

Później zebraliśmy się we troje w jadalni i pożywiliśmy się szybko i w milczeniu. To ona 

poprosiła, żebyśmy się przeszli do parku. Przystanęła na ganku. Zarzuciłem jej na ramiona moją 

starą  uczniowską  pelerynę.  Powoli  zeszła  ze  schodów.  Powiedziała:  „Wszystko  tu  już  znam 

poprzez  ciebie.  Wszystko  jest  takie  do  ciebie  podobne”.  Oświadczyłem,  że  gdyby  poczuła  się 

rozczarowana, nigdy jej tego nie wybaczę. 

Znała  sosny  w  Soulac,  osmagane  przez  morze,  przy  których  sosny  z  Maltaverne 

przypominają olbrzymów. Trzymałem ją pod rękę, żeby nie zeszła z alei. - To jest wielki dąb? - 

Poznała  go,  choć  był  podobny  do  wielu  innych,  zgodnie  z  rytuałem  przycisnąłem  do  niego 

wargi, a potem zamieniliśmy z Marią nasz pierwsza pocałunek. 

„Co  najbardziej  lubię  w  Maltaverne...”  Na  ten  temat  byłem  wprost  niewyczerpany  i 

Maria do znudzenia musiała słuchać o moim wrogim stosunku do pięknych miejsc, i o tym, że 

background image

naprawdę przyroda wzrusza mnie jedynie tutaj, gdzie jestem jedynym, do którego znajduje ona 

dostęp,  tylko  do  mnie  i  do  ludzi,  którzy  ją  kochają  przeze  mnie,  we  mnie.  Nie  doszliśmy  do 

strumyka, bo łąka pewno była mokra, ale staliśmy nieruchomo i w milczeniu, wsłuchując się w 

ów szmer cichutki a trwający nieprzerwanie i mający tak trwać na wieczność. 

- Czemu - pytałem Marię - to, czego nie odczuwam nad brzegami wielkich rzek, nawet 

oceanu, daje mi właśnie ta płynąca woda, na którą jako dziecko puszczałem stateczki wyrzynane 

z kory sosnowej? 

Tam daleki jest człowiek od uświadamiania sobie, jak efemeryczne jest jego istnienie, od 

wyczuwania  tego  nieomal  fizycznie.  A  przecież  szmer  Hure  tego  właśnie  nauczył  małego 

chłopczyka w owe minione letnie noce, kiedy przystawał, aby wsłuchiwać się w ciszę, wibrującą 

cykaniem  świerszczy  i  przeszywaną  łkaniem  nocnych  ptaków,  rechotem  żab,  ciszę,  w  której 

uchwytny był najlżejszy szelest gałęzi. 

Zatrzymaliśmy się pośrodku alei, wsłuchując się w ciszę. Maria powiedziała półgłosem: - 

Wydaje mi się, że ktoś tutaj chodzi, słyszę chrzęst igliwia.  - Ale nie, to wiatr lub może łasica; 

nocą tyle zwierząt pożera się nawzajem albo parzy. 

- A i my cóż robimy innego? A przecież jesteśmy inni. 

Tej oto nocy przeżyliśmy chwile, kiedy najbardziej może bliscy byliśmy prawdy, którą 

przeczuwaliśmy  oboje  (wiem,  gdyż  rozmawialiśmy  o  tym  długo,  stojąc  boso  na  balkonie  w 

porze  największego  uciszenia),  że  miłość  ludzka  daje  nam  przedsmak  miłości,  która  nas 

stworzyła  -  niekiedy  zaś,  jak  tej  właśnie  nocy,  dla  nas  obojga,  choćby  nie  wiedzieć  jak  była 

grzeszna,  przypomina  miłość,  jaką  Stwórca  darzy  swe  stworzenie,  a  stworzenie  żywi  dla 

swojego  Stwórcy,  i  że  szczęście,  jakie  przepełniało  i  Marię,  i  mnie,  było  jakby  wybaczeniem 

udzielonym nam już z góry. 

Zasnąłem.  Obudziło  mnie  łkanie.  Wziąłem  ją  w  ramiona;  czemu  płakała?  W  pierwszej 

chwili nie zrozumiałem, co powtarzała szeptem: - Już nigdy. Nigdy. 

- Ależ nie, Mario: zawsze i na zawsze. 

Obruszyła  się:  -  Sam  nie  wiesz,  co  mówisz.  Najdziwniejsze,  że  w  tym  momencie  nie 

ostało się nic z moich podejrzeń. Oczywistość tego, że doprowadziła mnie, może nie podstępem, 

na pewno z miłości, ale przecież doprowadziła do złożenia uroczystej obietnicy, iż zwiążę się z 

nią na zawsze - wobec objawienia, jakim była ta noc, nie grała żadnej roli. Nie ma kłamstwa w 

szczęściu, które dają sobie dwie ludzkie istoty. W każdym razie ta prawda odnosi i odnosiła się 

background image

do mnie, bardziej może niż do innych chłopców w moim wieku, ponieważ Maria mnie uleczyła, 

wyzwoliła z jakiegoś niepojętego zakazu. Może na chwilę? Ale nie: na zawsze! Na zawsze! 

-  Widzisz  -  mówiłem  -  w  naszym  planie  nie  podobało  mi  się  i  nawet  uważałem  za 

wstrętne właśnie to,  że mam okłamywać matkę, wmawiać w nią, że chcę się z tobą ożenić. A 

teraz, kochanie moje, powiem jej patrząc prosto w oczy: „Przyprowadzę ci moją narzeczoną...” I 

to będzie prawda. Płaczesz? Dlaczego ty płaczesz? 

- Twoją narzeczoną... Masz rację: przynajmniej to okaże się prawdą. Byłam jednak twoją 

narzeczoną „naprawdę”, jak mówią dzieci. 

Zapytałem, czy tej nocy nie była moją żoną „naprawdę”. 

- Tak, tej nocy... Zostanie jednak ta noc. 

Powiedziałem:  -  I  wszystkie  noce,  jak  długo  będziemy  żyli...  -  Koguty  z  folwarku  do 

folwarku  dawały  znać,  ‘że  świta.  Żona  Prudentego  wkrótce  pewno  wstanie.  Maria  przed 

powrotem  do  swojego  pokoju  chciała  jeszcze  wyjść  ze  mną  na  balkon,  pomimo  mgły,  którą 

gałęzie sosen zdawały się z siebie odzierać. Westchnęła: 

- Maltaverne, patrzę na ciebie, patrzę, jakbym się bała, że mogę o tobie zapomnieć. 

Powiedziałem:  -  „Ktoś  idzie  aleją”.  -  Wróciliśmy  do  pokoju.  Zapewne  Prudenty  ‘albo 

jego  żona.  W  każdym  razie  przez  mgłę  byliśmy  niewidzialni  i  rozmawialiśmy  półgłosem. 

Uścisnęliśmy  się  po  raz  ostatni,  w  pośpiechu.  Wróciła  do  swego  pokoju,  a  ja  z  rozkoszą 

zapadłem w sen, z którego wyrwała mnie żona Prudentego wnosząc tackę ze śniadaniem. Pani 

podała już kawę. Zapytałem, czy to ona lub jej mąż chodzili około szóstej przed domem. Nie, to 

nie oni. Najpewniej... Zawahała się. „Pani” pozwoliła Joance Sśris bawić się w parku, kiedy pana 

nie ma. Przychodziła tu  stale, czuła się jak u siebie. Dziś rano przyszła z pewnością wyciągać 

więcierze, które zastawiła w Hure z wieczora. 

- Była tu wczoraj wieczorem? 

- O, ale się skryła, wcale jej nie było słychać. 

Ubrałem się prędko i zeszliśmy się we troje w kuchni Duberców na naradę. Nie ulegało 

wątpliwości,  że  moja  matka  zleciła  Weszce  śledzić  nas  i  ledwie  tu  zjedzie,  dowie  się  o 

wszystkim.  Nie  mieliśmy  już  wyboru.  Postanowiłem  wyjechać  razem  z  nimi  do  Bordeaux  i 

Prudentemu powierzyć list oznajmiający matce o moich zaręczynach. Szymon zamieszka ze mną 

przy ulicy de Cheverus, będzie sypiał w łóżku Laurentego. Prawda, że Bordeaux w sierpniu jest 

nie  do  wytrzymania.  Ale  zdaniem  mamusi  „nasz  dom  przy  ulicy  de  Cheverus  to  lodownia”. 

background image

Jeżeli akcja będzie się rozwijała tak, jak przewidzieliśmy, skoro tylko matka wraz z Dubercami 

opuści Maltaverne, osiądziemy tu i zostaniemy na zawsze. 

Z nas trojga Szymon zdawał się najbardziej przejęty tym wszczęciem działań wojennych. 

Musiał rozumieć, czym była ta noc dla Marii i dla mnie, ale chyba z tego powodu nie cierpiał. 

Spędziliśmy  ranek  w  kuchni  Duberców,  ważąc  każde  słowo  listu,  który  miał  zadać 

pierwszy  cios  mojej  matce  i  który  Prudenty  powinien  jej  wręczyć,  gdy  tylko  wysiądzie  z 

samochodu.  Pierwsza  wersja,  wyłącznie  moje  dzieło,  patetyczna  i  pełna  wściekłości,  w  której 

dawałem upust wszystkim moim żalom, zachwyciła Szymona, ale nie Marię, i pozwoliłem się jej 

przekonać. Zdecydowaliśmy się na list krótki i poprawny. „Przyjmowałem tutaj w czasie Twojej 

nieobecności pewną młodą kobietę, z którą jestem zaręczony i którą jak najrychlej chciałbym Ci 

przedstawić.  Znamy  się  od  szeregu  miesięcy.  Pracuje  u  księgarza  Barda  i  jest  bardzo 

wykształcona. W młodości los ciężko ją doświadczył...” Wspomniałem smutny koniec jej ojca, o 

czym  matka  na  pewno  wiedziala.  Szymon  zapytał:  -  Nie  boi  się  pan,  że  dostanie  ataku 

apopleksji?  -  Czułem,  że  on  sam  wzburzony  jest  tymi  zaręczynami  (aczkolwiek  sądził,  iż  są 

całkowicie  fikcyjne).  Żeby  młody  Gajac  miał  się  żenić  z  ekspedientką  od  Barda!  Rzecz  tak 

niewiarogodna, że pani wcale nie uwierzy i zwęszy jakiś podstęp. 

Należało  się również upewnić, czy Prudenty nie zdradzi.  Miał zawsze wielkie ambicje, 

jeśli  chodzi  o  brata.  A  oto  Szymon  zamierza  wracać  do  Maltaverne  i  wszystkie  jego  dyplomy 

pójdą na marne. Prudenty, choć starszy od Szymona, nie mógł liczyć na objęcie miejsca po ojcu, 

jako że nie umiał ani czytać, ani pisać, najwyżej może rachować; ale ten powrót Szymona, jakąż 

musiał być porażką w jego oczach. 

Podczas gdy obaj bracia rozprawiali w kuchni, Maria powiedziała, że chciałaby zobaczyć 

Hure,  w  nocy  słyszała  tylko  szmer  strumienia.  Lecz  Weszka  nas  szpiegowała,  może  pójdzie 

naszym śladem, kryjąc się za sosnami. Nie mogłem znieść myśli o natknięciu się na tę wstrętną 

dziewczynkę. Byłbym zdolny ją udusić. 

Maria  spytała,  czy  nie  możemy  dojść  do  Hure  omijając  park.  Tak,  oczywiście,  nie 

brakowało  piaszczystych  dróg,  gdzie  nie  było  żadnej  szansy,  że  Weszka  się  może  zaczaić. 

Wyszliśmy. Resztki świeżości utrzymywały się jeszcze wraz z pasmami mgły, ale już odezwał 

się  jeden  konik  polny,  odpowiedział  mu  drugi,  trzeci,  jeszcze  się  nie  zgrały.  Powiedziałem  do 

Marii;  -  Nie  myśl,  za  zmuszę  cię  do  życia  w  tym  potwornym  klimacie.  Będziemy  się  w  nim 

zatapiać  tylko  w  pewnych  okresach...  -  Nie  odpowiedziała.  Szła z  trudem,  grzęznąc  w  piasku. 

background image

Układanie listu musiało być dla niej okropne. Powiedziała: 

- Uczucia, jakich twoja matka dozna czytając go... No cóż, słuszne będą i zrozumiałe. Nie 

wie, że jestem o dziesięć lat od ciebie starsza... I czym byłam przez te lata... I ty czym jesteś... 

- Czym ja jestem? Gdzież tu zasługa, że się miało dzieciństwo przeciągane tak długo, aż 

stałem  się  potworem,  którego  ty  zwiesz  aniołem?  A  jeśli  chodzi  o  ciebie,  Mario,  ci,  którzy 

powinni cię chronić, okazali się drapieżnymi wilkami... 

Zobaczyłem,  że  płacze.  Byliśmy  na  łące  nad  brzegiem  Hure.  Usiedliśmy  na  powalonej 

olsze. 

Płakała nadal, przytulona do mnie. Powiedziałem: 

-  Uważaj  na  pokrzywy.  -  Te  pokrzywy  dokoła  nas  miały  się  zmienić  w  moim 

wspomnieniu  w  miętę,  której  pachnące  liście  będę  rozcierał  w  palcach;  mizerny  strumyk  pod 

olchami, z których parę  już ścięto, będzie mi się kojarzył,  jak kojarzył  się zawsze, z rozpaczą 

wieczystego  przemijania:  unosił  mnie,  jak  wszystko,  i  nie  liczyłem  się  więcej  niż  kawałki 

sosnowej kory strugane na statki, któreśmy nań puszczali obydwaj z Laurenlym. Zaś ta kobieta 

przy mnie, już teraz nie płacząca, biedne kobiece ciało, które inni wykorzystywali, a za którego 

los ja zgodziłem się wziąć odpowiedzialność do końca mego życia... 

Mgły  się  nie  rozpraszały,  lecz  i  odrobina  słońca,  jaka  przez  nie  przenikała,  działała 

przytłaczająco.  Dzień  zapowiadał  się  burzowy.  Może  wreszcie  spadnie  deszcz  na  landy, 

zamierające  z  pragnienia,  gdzie  co  dnia  to  tu,  to  ówdzie  wybuchał  ogień  zaprószony,  jak 

mówiono,  przez  pastuchów;  wystarczało  jednak,  by  promień  słońca  padł  na  kawałek  szkła  ze 

stłuczonej  butelki...  Jakaż  osobliwa  alchemia  w  mojej  duszy  przeobrażała  wszystkie  te  drobne 

zjawiska bez znaczenia - jak gdyby to, że przeminęły, dawało im prawo do przeobrażeń. 

Czekać  godziny  odjazdu  lepiej  było  u  Duberców,  gdzie  panował  chłód.  Zamierzaliśmy 

wsiąść  w  pociąg  na  stacji  Nizan,  o  dziesięć  kilometrów  od  Maltaverne.  Mieliśmy  jechać 

bryczuszką Prudentego. Uprzedziłem Marię, że trzeba wyruszyć, ledwie przełkniemy ostatni kęs, 

kiedy jest taki upał, że nawet inwentarz zostaje w budynkach. Maria szepnęła; „Nawet Weszka.” 

Długa jazda bryczuszką, w słońcu, o drugiej po południu, w chmarach bąków i much, po 

drodze  pełnej  kurzu  i  wybojów,  to  był  koszmar,  którym  kończył  się  dla  nas  sen  letniej  nocy. 

Siedziałem na tylnej ławeczce, obok pocącego się Szymona. Trzymałem rękę za plecami Marii, 

aby łagodzić wstrząsy. Była sztywna i milcząca, a ja dzięki zdolności wyczuwania tego, czego 

inny człowiek nie chce wypowiedzieć, wiedziałem, że w jej sercu czarowne Maltaverne z nocy 

background image

zamieniło  się  w  ziemię  przeklętą,  od  której  należy  uciekać  nie  oglądając  się  wstecz. 

Posłyszeliśmy trąbkę samochodu, potem hałaśliwy warkot motoru. Stara klacz Stella skoczyła w 

bok.  Minęła  nas  wielka  maszyna  z  potworem  w  okularach  za  kierownicą.  Wzbił  taki  tuman 

kurzu, że Prudenty musiał na chwilę przystanąć na skraju drogi. 

Pociąg  się  spóźnił.  Czekaliśmy  niemal  sami  na  rozpalonym  peronie  zapadłej  stacyjki, 

wśród klatek, w których kury zdychały z pragnienia. 

background image

Rozdział IX   

 

Maria błagała, żebym nie przychodził na ulicę L’EgliseSaintSeurin podczas nieobecności 

jej matki, przebywającej w Soulac. Mogliśmy widywać się do’woli w klitce za księgarnią. Kiedy 

się  wchodziło  do  naszego  domu  przy  ulicy  de  Cheverus,  schody  wydawały  się  miejscem 

rozkoszy. W ciągu trzech dni, które spędziliśmy we dwóch z Szymonem czekając odpowiedzi od 

„naszej  pani”,  często  wychodziliśmy  z  saloniku  i  zasiadaliśmy  na  stopniach  tych  lodowatych 

schodów. 

Nocami, które były znacznie gorsze niż dnie, wyłaniały się nieprzebrane roje komarów, 

największych  i  najbardziej  jadowitych,  jakie  kiedykolwiek  istniały  na  tej  szerokości 

geograficznej.  Ponieważ  ja  miałem  moskitierę,  wystarczało  mi  upewnić  się  dobrze,  czy  żadna 

drapieżna bestia nie zamknęła się ze mną w klatce. Ale z łóżka Laurentego moskitierę już zdjęto. 

Nazajutrz  zobaczyłem,  że  Szymon  ma  twarz  zniekształconą  przez  ukąszenie  w  powiekę. 

Zdziwiło go, że wydawałem się tym zmartwiony. 

- Ależ to głupstwo, panie Alain. Też coś, jakby się człowiek miał przejmować komarem, 

jakimś bąblem na oku. 

Mimo wszystko spał dobrze i wyszedł o świcie. Na mszę? Nie śmiałem pytać, ale prawdę 

mówiąc byłem tego pewien. Po śniadaniu spotkaliśmy się w księgarni, mrocznej i chłodnej, do 

której o tej porze rzadko zachodzili klienci. Bard przebywał w Arcachon, zdając się całkowicie 

na  Marię.  Balege  chorował,  albo  udawał  chorego.  Na  wystawie  nowości  odkryłem  Antologię 

współczesnych  poetów  Leautauda  i  van  Bevera,  i  robiłem  coraz  nowe  odkrycia.  Zwłaszcza 

pewien poemat niejakiego Francis Jammesa Za kilka dni spadnie śnieg zachwycił mnie, wprost 

„przeszył”  radością,  lecz  nie  mogłem  dzielić  entuzjazmu  ani  z  Marią,  nieczułą  na  ten  rodzaj 

poezji,  ani  z  Szymonem,  w  ogóle  nieczułym  na  poezję,  który  zresztą  znacznie  bardziej  i 

trwożniej  niż  my  wyczekiwał  odpowiedzi  od  „pani”.  Ponaglał  mnie,  żeby  wracać  do  domu:  - 

Akurat o tej porze listonosz przynosi pocztę. 

Przecięliśmy  ulicę  SainteCatherine  i  zeszliśmy  wąską  uliczką  Margaux  ku  ulicy  de 

Cheverus. Szedłem trochę z tyłu za Szymonem, z myślą zaprzątniętą nie wiem już jaką historią, 

którą  sobie  opowiadałem,  zapatrzony  w  chodnik.  Nagle  w  uszy  uderzył  mnie  okrzyk  pełen 

przerażenia, choć wydany stłumionym głosem: 

- Nasza pani już jest. Pani przyjechała. 

background image

Strwożony  podniosłem  głowę.  Tak,  Dion,  dobrze  znany  smok,  stał  nieruchomo  przed 

drzwiami. Co należało robić? Poradziłem Szymonowi, żeby wracał do księgarni i zaraz ostrzegł 

Marię.  Sam  stawię  czoło  matce  i  przyjdę  do  nich,  jak  tylko  będzie  to  możliwe.  Nie  kazał  się 

prosić i natychmiast odpłynął. Zazdrościłem mu tchórzliwie, samotnie musiałem zmierzyć się z 

groźnym i rozwścieczonym bóstwem. Jak mogliśmy być na tyle głupi, by wyobrażać sobie, że 

nie  odpowie  inaczej  niż  listem,  nie  przewidzieć,  że  pojawi  się  tu  we  własnej  osobie  i  zaraz 

przystąpi do natarcia? 

W  rzeczywistości  nie  była  to  wcale  jej  pierwsza  reakcja,  upłynęły  przecież  trzy  dni  od 

chwili, gdy Prudenty oddał jej nasz list. Bardzo szybko się dowiedziałem, co ją skłoniło do tego, 

by mnie zaskoczyć przy ulicy de Cheverus. Zaledwie wszedłem do saloniku, gdzie stała, jeszcze 

w kapeluszu, przyciągnęła mnie do siebie: 

- Mój biedny chłopcze. Całe szczęście, że nie przybywam za późno. 

Była przeświadczona, że to, co mi - powie o tej „kreaturze”, oderwie mnie od niej i nie 

będę  już  mógł  wspominać  jej  inaczej  niż  z  odrazą.  Dowiedziałem  się,  że  przez  dwa  dni  była 

jakby ogłuszona naszym listem. Potem udała się na plebanię zasięgnąć rady księdza dziekana, i 

to,  czego  się  tutaj  dowiedziała,  przekraczało,  jak  mi  oznajmiła,  w  swojej  ohydzie  i  tak  dość 

ohydną  historię  poborcy.  Ksiądz  dziekan  wtedy,  gdy  skandal  wybuchnął,  był  wikarym  w 

Lesparre. Podczas lata utrzymywał może nie stałe, lecz dość zażyłe stosunki z ojcem X. Dzięki 

temu  poinformowany  był  o  innym  skandalu,  który  nie  wybuchnął:  skandalu  nieporównanie 

gorszym od tamtego. 

W oczach mojej matki kobieta, zdolna uwodzić księdza, zakonnika, grzeszyć z nim lub 

tylko,  jak  się  poprawiła,  usiłować  z  nim  grzeszyć  (jeżeli  rzeczywiście  nic  tam  nie  zaszło,  jak 

zapewniali go przyjaciele ojca X - należało wystrzegać się popełnienia grzechu bezpodstawnego 

sądu),  taka  kobieta  była  opętana,  była  istotą  wyklętą,  z  którą  już  sam  kontakt  musiał  zakażać 

przekleństwem, zupełnie jak choroba wstydliwa a nieuleczalna. 

- Sam nawet, widzisz, oniemiałeś ze wstrętu... 

- Ależ nie, mamusiu kochana, ja o tym wiedziałem. 

- Wiedziałeś! 

Zdumienie  odjęło  jej  mowę.  Wiedziałem  i  chciałem  dać  moje  nazwisko  tej  kreaturze, 

zapoznać ją z matką, oddać jej Maltaverne, związać się z nią na zawsze? Ukryła twarz w obu 

dłoniach gestem teatralnym i dobrze mi znanym: - Boże - jęknęła - com ci zawiniła? - Ów szept 

background image

żalu do Boga niemal zawsze towarzyszył takiemu gestowi. I tym razem także. 

- Postaraj się zrozumieć, mamusiu. 

Zwróciłem jej uwagę, że to samo wydarzenie wygląda inaczej zależnie od tego, z jakiej 

strony się patrzy.  Zgromadzenie, do którego należał  ojciec X, zmobilizowało  wszystkie siły  w 

jego obronie, zwalając całą winę na nikczemną kobietę, histeryczną dziewczynę, która chciała go 

zgubić,  ale  nie  zdołała.  Takie  właśnie  echa  dosłyszał  nasz  dziekan.  A  przecież  była  to 

młodziutka dziewczyna, niezwykle pobożna, żarliwa uczennica ojca Xi którą dotknęło straszliwe 

nieszczęście i nie miała innego oparcia niż w nim. 

-  Wiem,  czym  była  podczas  całej  tej  sprawy,  której  ponurych  konsekwencji  wcale  nie 

znasz:  młodą  męczennicą.  Tak,  właśnie  męczennicą.  I  okazała  się  -  dodałem  -  kobietą,  którą 

miałem szczęście spotkać na mej drodze. 

- Tyś oszalał, mój biedny chłopcze, ona cię doprowadziła do szaleństwa! 

Nie była już zagniewanym bóstwem, na któreśmy czekali, ale złamaną matką, zgnębioną 

katoliczką, raczej umocnioną niż zachwianą w swoich przekonaniach tym, co jej powiedziałem. 

Zresztą  nigdy  nie  widziałem,  by  mamusia  poddawała  się  jakimś  argumentom,  by  choć  robiła 

wrażenie,  że  ich  słucha.  Zaczęła  szukać  w  torebce  chustki,  wciąż  stojąc  na  środku  pokoju  i 

wpatrując  się  w  potwora,  jakim  się  oto  stałem.  Wytarła  nos,  osuszyła  oczy.  Próbowałem  ją 

przyciągnąć i ucałować, ale się uchyliła, jakby się bała mnie dotknąć. Może bała się naprawdę? 

- Posłuchaj, Alain. 

Dobrze  wiedziała,  że  jestem  opętany,  urzeczony,  że  nic  ode  mnie  nie  uzyska,  ale  już 

najmniejsze  ustępstwo,  jakie  mógłbym  zrobić  dla  matki,  to  pewien  czas  na  zastanowienie, 

zwłoka, która biorąc pod uwagę mój wiek byłaby wskazana, nawet gdyby chodziło o zaręczyny 

normalne, z młodą dziewczyną z naszej sfery. Mamusia mówiła nie podnosząc głosu, czuła się 

na  pewnym  gruncie.  Któż  by  nie  przyznał,  że  propozycja  jest  rozsądna?  Wyraziłem  zgodę  w 

dosyć mglisty sposób. 

- Powiedzmy, rok... Za rok wrócimy do tej sprawy. 

10  -  Młodzieniec  z  dawnych  lat  Poczułem  stryczek  na  szyi.  Zacząłem  się  bronić, 

przystałem na cztery miesiące, dzielące nas od nowego roku. Cztery miesiące to był jednak czas, 

aby  ochłonąć,  zobaczyć,  co  będzie.  Poprosiła,  abym  ten  okres  poświęcił  jej  całkowicie,  nie 

oddalał się od niej, żebyśmy się już nie rozstawali do Bożego Narodzenia. 

-  Z  zastrzeżeniem  -  powiedziałem  na  wszelki  wypadek  -  że  z  początkiem  roku 

background image

akademickiego moja praca może wymagać, abym pojechał do Paryża. 

- Jaka praca? 

- Magisterska. 

- Twoja? Magisterska? Jaka magisterska? 

- Przecież ci o tym mówiłem. Nigdy nie słuchasz, gdy mówię ci o mojej pracy. Na temat 

początków ruchu franciszkańskiego we Francji. Doradził mi to mój profesor, Albert Dufourcg. 

Już  nie  słuchała.  Zdjęła  kapelusz,  wolno  wyciągając  długie  szpilki.  Zapytałem,  czy  nie 

zamierza  wrócić  do  Maltaverne.  Ależ  nie,  już  mnie  nie  zostawi  samego.  Depeszowała  do 

Ludwika Larpe i jego żony. Będą tu dziś wieczorem. 

-  A potem wyjedziemy,  dokąd zechcesz, albo  zostaniemy w  Bordeaux. Jestem  na twoje 

rozkazy, jak w gruncie rzeczy byłam zawsze. 

Co robić? O Boże! Jak mogłem ulec tej dziecinnej koncepcji (ale ulegliśmy jej wszyscy 

troje),  że  siłą  rzeczy  do  planu,  jaki  ułożyliśmy,  dostosuje  się  rzeczywistość,  że  wszystko 

odbędzie  się  tak,  jak  myśmy  postanowili,  że  moja  matka  zareaguje  w  taki  sposób,  jak  myśmy 

umyślili, że będzie reagowała. 

-  Jeszcze  o  jedno  chcę  ciebie  prosić,  Alain,  ale  mi  nie  odmówisz:  mianowicie,  byś 

zgodził się zobaczyć z księdzem dziekanem. Będzie tu jutro na  obiedzie. Porozmawiasz z nim 

albo nie. 

Matka  przeszła  do  swojej  sypialni,  a  ja  do  pokoju  Laurentego,  szybko  zapakowałem 

walizkę  Szymona  Duberc,  ściągnąłem  bieliznę  z  łóżka  i  wepchnąłem  ją  pod  komodę.  Z  tą 

właśnie walizką ujrzeli mnie Maria i Szymon, gdy wkroczyłem do księgarni, przybity i spocony. 

Maria,  zajęta  sprzedażą  Przewodnika  po  Francji  PoSudniowoZachodniej,  przyszła  wkrótce  do 

klitki,  gdzie  Szymon  zasypywał  mnie  pytaniami.  „Och,  Szymonie  kochany  -  mówiłem  - 

przysięgam, że nasza pani nie zamierza umierać, wcale nie umarła.” 

Złożyłem  im  najwierniejsze,  na  jakie  mnie  było  stać  sprawozdanie  z  tego,  co  zaszło 

pomiędzy  matką  i  mną.  „Wygrała  ze  mną,  jak  zwykle,  i  tak  już  zostanie  na  zawsze...”  Maria 

zaoponowała. 

-  Oj,  biedny  chłopcze,  przecież  jeszcze  nigdy  nie  był  pan  w  takim  stopniu  panem 

sytuacji, jeśli pan naprawdę tego chce. Nie ma rzeczy, na którą pańska matka się nie zgodzi za 

cenę zerwania naszych zaręczyn... W każdym razie obecnie, bo nie należy się łudzić, z jednego 

nie  zrezygnuje  nigdy,  z  tysiąca  hektarów  Serisa,  z  tego,  by  jeszcze  przed  śmiercią  zapanować 

background image

nad tym królestwem sosen i piachu, nad tym rozpalonym piecem... 

- Ależ Mario - przerwałem jej półgłosem - jesteśmy zaręczeni „naprawdę”. 

Potrząsnęła  głową,  a  ponieważ  Szymon  przeszedł  do  księgarni,  żeby  nas  zostawić 

samych, powiedziała: 

-  Tak,  tyś  w  to  wierzył,  przynajmniej  w  ciągu  kilku  minut  naszej  nocy.  Bądź 

błogosławiony za tych kilka minut. Ale dobrze wiesz, że to nie było „naprawdę”... 

- Dlaczego, Mario? Dlaczego? 

Uczucie ulgi, jakiego doznałem, budziło we mnie zgrozę. Szymon wrócił do nas, wcale 

nas nie widząc, pochłonięty własnymi myślami. 

-  Byliśmy  idiotami  -  powiedział.  -  W  pierwszej  chwili  myślałem,  że  Prudenty  nas 

oszukał.  Ale  nie,  nasza  pani  z  pewnością  przez  parę  dni  miała  taki  zamiar,  żeby  pana 

szantażować tym, że opuści Maltaverne i zabierze mojego ojca ze sobą. Wie jednak, że nawet nie 

wyjeżdżając  z  naszej  osady  można  by  znaleźć  na  miejsce  po  moim  ojcu  więcej  kandydatów, 

niżby  pan  zdołał  obejrzeć  w  ciągu  jednego  dnia.  Jeśli  chodzi  o  to,  że  ojciec  zna  wszystkie 

granice, to oczywiście jest wygodne, ale przecież można posłużyć się katastrem. 

- Możliwe też - powiedziałem do Marii - że kiedy moja matka dowiedziała się od księdza 

dziekana,  jaka  pani  jest,  co  pani  zrobiła  z  księgarni  Barda,  zrozumiała,  co  umiałaby  pani 

wydobyć  z  Maltaverne.  Mówiąc  między  nami  moja  matka  ma  niezasłużoną  opinię  kobiety 

interesu.  Jej  gwałtowna  żądza  własności  przejawia  się  w  pysze,  jaką  w  niej  budzi  posiadanie 

sosen  na  pniu,  podczas gdy  wiele  z  nich  powinno  się  ściąć,  bo  próchnieją  i  tracą  na  wartości. 

Gdyby  pani  stała  się  właścicielką  Maltaverne,  znalazłaby  pani  sposób  na  wydobycie  od  razu 

setek tysięcy franków tak, aby przy tym majątek nic nie ucierpiał. A nawet przeciwnie... 

Spytała mnie ze śmiechem, czy próbuję ją skusić, czy wzbudzić w niej żal. A ponieważ 

się oburzyłem, westchnęła: 

- Ach, pan jest nieodrodnym synem „naszej pani” (i już ciszej:) - w gruncie rzeczy masz 

równie nieugiętą wolę jak ona. 

- Tak - szepnąłem spuszczając głowę. - Wie pani, jaka myśl mnie prześladuje? Wiem, do 

kogo będę podobny w roku 1970. Często opowiadam, pani o starym z Lassus... 

Maria wyszła, odwołał ją jakiś klient, ale Szymon mnie usłyszał. 

- A ja, panie Alain, czym będę w roku 1970? 

Albo  raczej  do  czego  bym  doszedł,  bo  w  tych  latach  zostanie  już ze  mnie  tylko  kupka 

background image

kości.  Ja  nie  byłbym  niczym.  Gdy  tymczasem  pan  będzie  naprawdę  żył,  nie  wiem,  co  pan 

przeżyje,  ale  to  będzie  życie,  o  którym  będzie  można  opowiadać,  które  pan  sam  będzie  mógł 

sobie opowiadać, ponieważ mnie, pańskiego świadka, już wtedy nie stanie. I w roku 1970 będzie 

pan nadal dostawał pierwsze nagrody za wypracowania, zobaczy pan. Ale ja... 

-  No,  teraz  już  wiemy,  że  znajduje  się  Szymon  z  powrotem  w  punkcie,  z  którego 

wyszedł.  Królestwo, które Szymon  we własnym mniemaniu  już opuścił, nosił  Szymon  stale  w 

sobie, i jest ono wszędzie tam, gdzie i Szymon się znajduje. 

-  Przenigdy!  -  obruszył  się  z  tłumioną  pasją,  co  przy  jego  wymowie  zabrzmiało 

komicznie. - Tez coś, czy pan sobie wyobraża, że pójdę ich błagać, żeby mnie znowu wzięli? 

Nie  odpowiedziałem,  ale  po  chwili  milczenia,  gdy  zauważyłem,  że  się  uspokoił, 

zapytałem obojętnym tonem, czy widuje czasami księdza dziekana. Nie, nie widywał  go już.  - 

Ale od czasu do czasu pisujemy do siebie. On się mnie nie wyrzekł. 

-  Jutro  będzie  na  obiedzie  przy  ulicy  de  Cheverus.  Jeżeli  Szymon  zechce,  namówię  go, 

żebyśmy zaszli potem do księgarni, mniej więcej o tej porze... 

Tym razem Szymon nie wybuchnął i nawet krew lekko zabarwiła jego kamienną twarz, 

jak  pierwszego  dnia,  kiedy  mnie  ujrzał  na  ulicy  SainteCatherine.  Powiedział:  -  Bardzo  chętnie 

bym  go znów zobaczył... ale jako przyjaciela, co? Nie jako kierownika duchowego. To się już 

skończyło. Już nie potrzebuję nikogo, żeby wiedzieć, co powinienem robić. 

-  Może  nikogo  poza  nim,  Szymonie.  Zawsze  istnieje  ktoś,  kto  zarówno  jeśli  chodzi  o 

dobre, jak o złe rozeznaje się w nas lepiej niż my sami, lepiej nas rozszyfrowuje. Dla mnie takim 

człowiekiem był Donzac, potem Maria, a i Szymon także. 

- Ja, panie Alain? Ja? Cóż ja panu dałem? 

- Szymon jest przejrzysty, pomaga mi wierzyć w Łaskę. Pozbawiony wszystkiego, czym 

ja  byłem  zasypywany  i  przytłaczany,  aż  się  zatracę  pod  ciężarem  moich  „wielu  posiadłości”, 

podczas gdy Szymon... 

Donzac  zrozumie,  że  nadaję  tutaj  formę  temu,  co  było  treścią  naszych  wypowiedzi  na 

zapleczu  księgarni,  gdzie  dokonała  się  między  Szymonem  a  mną  nasza  pamiętna  wymiana: 

każdy z nas ujrzał jasno i określił, do czego drugi jest powołany. Oczywiście, nie od tego dnia 

zacząłem  myśleć  o  pisaniu:  pisałem  właściwie  zawsze;  lecz  od  tego  dnia  myślę,  że  mógłbym 

spróbować zostać pisarzem choćbym miał sam siebie wydawać. To, co piszę obecnie, jestem w 

trakcie  pisania  -  mógłbym  wydrukować.  A  ostatni  rozdział...  Wystarczyłoby  mi  strawestować 

background image

ostatni  rozdział  Szkoły  uczuć:  „Nie  podróżował,  nie  znał  melancholii  statków  oceanicznych, 

chłodu  przebudzeń  pod  namiotem,  oszołomienia  krajobrazem  i  ruinami,  goryczy  zrywanych 

uczuć. Nie wrócił, ponieważ nigdzie nie wyjechał...” 

Kiedy  doszedłem  do  końca  Galeries,  spostrzegłem,  że  gwałtowny  deszcz  po  burzy 

zalewa  uszczęśliwione  miasto.  Przeczekałem  do  końca  ulewy  wraz  z  innymi  przechodniami, 

wszyscy się cieszyli i głośno dzielili się swoją radością. Ale ja czułem się wyzwolony nie tylko 

przez ten burzowy deszcz. Wrócę tutaj jutro, umówiliśmy się na spotkanie. Lecz wyszedłem już 

z księgarni, wyszedłem z niej zupełnie. To, dlaczego pewnego dnia tam wstąpiłem, ostatecznie 

się  już  wypełniało.  Wydobywałem  się  z  Maltaverne  i  z  mego  nieskończenie  długiego 

dzieciństwa i obejmowałem jednym spojrzeniem życie, jakim będę teraz żył, jakie mi Szymon 

przepowiadał  z  głębokim  przekonaniem,  i  oto  byłem  równie  przekonany  jak  on,  równie 

przeświadczony, i pewien, że nie umrę, chociaż dokoła mnie choroba, która zabrała mego brata 

Laurentego,  porywała  co  dnia  tylu  chłopców  i  tyle  dziewcząt,  i  choć  ja  także  miałem  to 

zaciemnienie na lewym płucu; ale ja nie umrę, ja będę żył, zacznę teraz żyć. 

Skoro deszcz ustał i mogłem już przejść ulicę SainteCatherine i przez Margaux dojść do 

ulicy  de  Cheverus,  wiedziałem,  że  dla  mnie  zamknięcie  się  z  Szymonem  w  Maltaverne  nie 

wchodzi  już  w  rachubę:  wyjadę  do  Paryża  po  to,  aby  mnie  spotkało  wszystko,  co  ma  mnie 

spotkać  -  każda  rzecz  i  każdy  człowiek  o  swojej  godzinie.  A  przecież  nie  utracę  nic  z  owego 

Maltaverne, skąd się wyrywałem, zabiorę je ze sobą, będzie moim  skarbem,  takim  samym  jak 

skarb,  któryśmy  z  Laurentym  zakopywali  pod  sosną,  by  go  odnaleźć  podczas  następnych 

wakacji: pudełeczko, w którym było tylko parę kulek z agatu... 

Donzac  będzie  miał  rację,  jeśli  nie  uwierzy,  że  wszystko  to  zarysowało  mi  się  tak 

wyraźnie  zaraz  po  wyjściu  z  księgarni,  wtedy  gdy  deszcz  po  burzy  zalewał  ulicę 

SainteCatherine;  poszczególne  jednak  elementy  owej  wizji  tkwiły  już  we  mnie  -  i  radości  z 

poczucia,  że  przekroczyłem  próg,  że  zrobiłem  początek,  doznaję  oto  teraz,  w  miarę  jak  piszę. 

Radość!  Łzy  radości!  Wędrówka  bez  kresu,  w  której  nawet  burze  w  gruncie  rzeczy  będą 

rozkoszami.  Mam  dwadzieścia  dwa  lata.  Mam  dwadzieścia  dwa  lata.  To  i  tak  okropne,  że  nie 

mam lat piętnastu, że nie mam osiemnastu, najwyższy czas, żeby się zacząć cieszyć. Wiem, że 

teraz już każdy rok będzie stopniem, po którym będę schodził... Lecz zatrzymuję się na stopniu 

dwudziestu dwu lat, właściwie tworzę sobie złudzenie, że się zatrzymuję, bo przecież w istocie 

ani Hure, ani czas nie zatrzymują swojego biegu. 

background image

Rozdział X   

 

Mamusia czekała na mnie na podeście schodów, lecz już nie udręczona i zaniepokojona, 

jak  sobie  wyobrażałem.  Stała  przede  mną  wściekła  i  sinoblada,  taka,  jakiej  się  spodziewałem, 

kiedy wysiądzie z samochodu, ale wtedy taka nie była. Bóg raczy wiedzieć, co w czasie mojej 

nieobecności doprowadziło ją do tego stanu. 

- Ona tutaj spalał Ośmieliłeś się ją sprowadzić i położyć w łóżku twojego biednego bratał 

Tę szelmęl Jak mogłem tego nie przewidzieć? Ledwie się odwróciłem na pięcie, wszczęła widać 

polowanie i węch zaprowadził ją prosto do bielizny pościelowej, niedbale ukrytej pod komodą. 

- Brudna bielizna, i to jaka brudna! Spałeś w niej także. W domu twojej matki, w łóżku 

twego  brata.  Czy  mogło  mi  przyjść  do  głowy,  że  jesteś  zdolny  do  podobnego  bezeceństwa?  I 

jeszcze masz czelność się śmiać, nieszczęsny chłopczel Co ona z ciebie zrobiła! 

-  Ja  się  nie  śmieję,  uśmiecham  się  smutno,  że  znowu  popełniasz  twój  zwykły  grzech 

bezpodstawnego sądu. Kobieta, którą znieważasz, wcale jej nie znając, nigdy tu nie była. Przyjm 

do  wiadomości,  że  gdyby  przyszła  (chwilę  się  wahałem),  niepotrzebne  by  nam  było  łóżko 

Laurentego. 

Nie zareagowała. Widocznie nie zrozumiała. 

- A więc kto nocował w tym pokoju, w tej pościeli? Kogoś tu sprowadził z ulicy? 

- Kogoś, kogo znasz, mamusiu, kogo znasz od urodzenia. 

Myślała, że z niej kpię. Kiedy rzuciłem jej nazwisko Szymona Duberc, na parę sekund 

oniemiała. 

- Och, już tylko jego tu brakło. Tego zaprzańca! 

- Utrata wiary nie jest zaparciem się Boga. 

Kleryk, który opuszcza seminarium, to ofiara fałszywego kroku. 

- Przeszedł do wrogów, dobrze o tym wiesz. 

- A jeśli ci powiem, że w obydwa poranki, które tutaj spędził, chodził na prymarię? 

Prawdę  mówiąc  me  miałem  na  to  niezbitego  dowodu.  Mógł  wychodzić  o  świcie  z 

chłopskiego  nawyku.  Nie  zdołałem  się  jednak  oprzeć  pokusie  speszenia  mojej  biednej  matki, 

która w tym momencie wzbudziła we mnie litość. Powiedziałem jej, że należy się cieszyć, nie 

zaś smucić tym, czego się teraz dowiaduje. 

- Podczas gdy przeprowadzałaś tutaj rewizję i szukałaś śladów moich zbrodni, spotkałem 

background image

się  właśnie  z  Szymonem,  z  którym  byłem  umówiony,  i  uzyskałem  jego  zgodę  na  to,  że  się 

zobaczy z księdzem dziekanem. Ale nie tutaj, nie bój się. 

Ludwik Larpe w letniej białej kurtce otworzył drzwi i oznajmił; - Podano do stołu. 

Nie  przypominam  sobie,  abym  widział  kiedy  matkę  tak  zbitą  z  tropu  jak  podczas  tego 

obiadu, zachwianą w swoich pewnikach, w swym zasadniczym przeświadczeniu, że zawsze ma 

rację, na każdy temat, a już szczególnie w tym, że ludzie są na pewno tacy, jakimi ich widzi, i 

nie mogą być inni. Jeśli jej nie oszukałem, jeśli ten mały Duberc co rano chodził na mszę, źle go 

sądziła. To, co jej opowiadałem o szelmie, łatwo mogła w całości odrzucić i trzymać się utartego 

wyobrażenia: naiwny chłopiec, którego usidliła zepsuta kobieta. Kobiety tej nigdy przecież nie 

pozna.  Szymon  natomiast  pojawiał  się  znowu.  Nigdy  zresztą  całkowicie  nie  zszedł  dotąd  ze 

sceny, pozostał tematem spornym pomiędzy dziekanem a mamusią. 

Skąd  bierze  się  wszystko,  co  piszę  tu  na  jej  temat,  jeżeli  nie  z  mego  odczucia 

wewnętrznego i z pewnego pojęcia, jakie sobie o mamusi urobiłem? Czyżbym, odkąd prowadzę 

ten  dziennik,  próbował  tylko  podsuwać  Donzacowi  obraz  Maltaverne  z  wyobraźni,  równie 

nierealny  jak  Piękność  czy  Bestia  albo  Czupurek?  Jak  wyglądała  rzeczywistość?  Moja  matka, 

której  apetyt  dopisuje  niezmiennie,  zawsze  zwracająca  ogromną  uwagę  na  to,  co  jej  podają, 

postrach  kucharki  przez  swe  bezapelacyjne  wyroki,  tego  wieczoru  nie  tknęła  niczego,  ledwie 

skończyłem posiłek, wycofała się do swojego pokoju, zostawiając mi swobodę wyjścia z domu. 

Ale nie wyszedłem, a że nie chciałem uronić ani sekundy z nocy ochłodzonej deszczem, który 

spadł  po  burzy,  otworzyłem  wszystkie  okna,  co  ze  względu  na  komary  zmuszało  mnie  do 

siedzenia po ciemku, bez czytania. 

Lektura do tego stopnia jest wszystkim w moim życiu (nieraz zastanawiam się nawet, czy 

nie rozgrzeszała mnie ona od udziału w życiu), że może mając dwadzieścia dwa lata wcale bym 

nie  wiedział,  co  kryje  się  za  banalnym  zwrotem  „życie  wewnętrzne”,  gdyby  komary  mego 

rodzinnego  miasta  nie  zmuszały  mnie  często  do  siedzenia  bez  ruchu  naprzeciw  wyiskrzonego 

płatu nieba ponad dachami, zamkniętego w ramie okna. Może nigdy nie wiedziałbym tego, co 

wiem i co jest tak niewiarogodne, że nie mówię o tym nikomu, bo uznano by mnie za pyszałka 

albo głupca, albo za szaleńca: mianowicie, że słowa „Królestwo Boże jest w każdym z was” są 

prawdziwe dosłownie, i wystarczy tylko zagłębić się w siebie, aby się doń dostać. 

To,  czego  doświadczyłem  owego  wieczoru,  sprawia,  że  jest  on  pamiętną  datą  w  moim 

życiu,  bo  osiągnąłem  to  Królestwo  jak  nigdy  przedtem,  mimo  że  byłem  w  stanie  ciężkiego 

background image

grzechu - o tym nie mogę wątpić. Byłem zaś wychowany w przekonaniu, że grzech śmiertelny 

całkowicie  odcina  człowieka  od  Boga,  co  pobudza  winowajcę  do  tego,  by  się  z  sytuacją 

pogodził, powiedział sobie: „przepadło to przepadło” i już nie walczył. Tego wieczoru słysząc 

wezwanie,  tak  dobrze  mi  znane,  przytłoczony  poczuciem  winy,  uciekłem  się  do  wykrętu 

Donzaca  polegającego  na  mówieniu  sobie:  „Gdybym  był  jednym  z  owych  niezliczonych 

chrześcijan,  żarliwych,  lecz  pozbawionych  spowiedzi,  gdyż  są  kalwinami  czy  luteranami, 

prosiłbym o wybaczenie bezpośrednio Tego, kto jest we mnie. Skrucha doskonała, wbrew temu, 

w co nam każą wierzyć, jest dostępna i nie stanowi wyłącznego przywileju świętych, jest dla nas 

osiągalna w tej samej mierze jak Królestwo Boże:  to  jest klucz, niezawodnie otwierający jego 

wrota”. 

Zacząłem  tedy  rozpamiętywać  wszystko,  co  zaszło  pomiędzy  mną  a  Marią,  i 

stwierdziłem,  że  nie  potrafię  wzbudzić  w  sobie  żalu,  że  w  moim  poczuciu  ów  grzech  nie  był 

winą,  lecz  łaską,  że  najgorsze,  co  mogło  mnie  było  spotkać,  to  gdyby  żadna  kobieta  nie 

wkroczyła w moje życie... Ale nie, wówczas właśnie brak owej kobiety byłby łaską. Teraz już 

nie ja mówiłem do siebie. Ogarnął mnie głęboki spokój. Chwilami nuciłem sobie pieśń Racin’ea 

na melodię Mendelssohna, której wyuczono nas w gimnazjum, albo na melodię Gounoda, którą 

wolał ksiądz dziekan: 

Serca, o Panie, które Cię miłuje, Pokój i ciszę któż w świecie naruszy? Kiedy Twej woli 

szuka,  zbywszy  siebie  -  Jest  11  na  ziemi,  nawet  w  samym  niebie  Szczęście  prawdziwsze, 

większa radość duszy Nad pokój serca, które Cię miłuje? 

Rano mamusia nie wstała z łóżka. Okiennice były zamknięte. Migreny, na które cierpiała, 

wcale nie przypominały migren innych kobiet. Leżała w ciemności, z okładami gulardowej wody 

na czole. Poleciła mi, żebym ją wytłumaczył przed księdzem dziekanem. Może wyolbrzymiała 

ból,  aby  umożliwić  nam  to  spotkanie  w  cztery  oczy,  jej  ostatnią  nadzieję.  Dziekan  z  trudem 

ukrywał radość, jaką mu sprawiło, że będziemy jedli sami. Jego twarz o obwisłych policzkach, 

które  stale  ugniatał  niczym  miąższ  chleba,  zazwyczaj  stroskaną  i  chmurną,  rozjaśniło 

uszczęśliwienie  naiwne  i  dziecinne.  Bardzo  się  jednak  zestarzał,  jego  tonsura  już  nie 

potrzebowała fryzjera; a przede wszystkim wcale się już nie puszył: to zwłaszcza sprawiało, że 

różnił  się  od  księdza  znanego  mi  w  dzieciństwie.  Nie  miał  już  takiej  wyniosłej,  pewnej  siebie 

postawy. 

Ledwie rozpoczął jakieś aluzje, aby okazać posłuszeństwo dyrektywom „pani” i skłonić 

background image

mnie  do  mówienia,  uchyliłem  się.  Zapewniłem  go,  że  matka  niepotrzebnie  się  trapi,  że  jedna 

tylko kobieta w straszliwy sposób absorbuje moje życie, i to właśnie ona, więc dla mnie istnieje 

tylko jeden problem: jak by się od niej wyzwolić, choćby za cenę małżeństwa niedorzecznego w 

oczach  świata.  Miałem  się  na  baczności,  by  całkowicie  nie  uspokoić  księdza  dziekana,  robić 

tylko wrażenie, że jeszcze nic nie postanowiłem. 

- Ale - ciągnąłem dalej - to nie ja jestem dla księdza dziekana interesujący (ponieważ zaś 

jął  protestować:),  chciałem  powiedzieć,  że  w  tym  momencie  nie  dla  mnie  powinien  ksiądz 

skakać do wody, ale na ratunek Szymona, którego zresztą widuję codziennie. Tak, to jest właśnie 

odpowiednia  chwila,  by  go  wyciągnąć  na  brzeg;  tym  razem  jednak  on  już  sam  pójdzie  tam, 

dokąd się poczuje powołany, ksiądz dziekan winien jedynie asystować, aby mu ułatwić wyjście. 

Proszę  się  tylko  wystrzegać  i  pamiętać,  że  wystarczy  napomknąć  przy  nim  o  „kierowaniu”,  a 

natychmiast się zjeży. 

Słuchał z uwagą pełną skromności, bardzo wzruszającą. Biedny nasz dziekan cały swój 

gorący a nie wyżyty instynkt ojcowski wyładowywał na tym wiejskim chłopcu, oczywiście nie 

pozbawionym  serca,  ale  stwardniałym  i  zgorzkniałym,  o  którym  mówił  teraz  nieprzerwanie;  - 

Ani na chwilę nie straciłem go z oczu, wiesz, zawsze czuwałem nad nim z daleka, choć się wcale 

nie domyślał. Podczas pierwszej zimy w Paryżu przechodził zapalenie płuc. Nawiązałem kontakt 

z  gospodynią,  u  której  mieszkał,  smarowałem  jej  łapę  i  przysyłała  mi  komunikaty  o  jego 

zdrowiu,  po  kryjomu,  ma  się  rozumieć.  Szymon  pomyślałby,  że  to  już  jego  ostatnia  godzina, 

gdyby zobaczył, że kręcę się koło jego łóżka. 

Ponieważ  moja  matka  leżała,  nic  nie  stało  na  przeszkodzie,  by  dziekan  spotkał  się  z 

Szymonem  raczej  przy  ulicy  de  Cheverus  niżeli  w  księgarni.  Zgodził  się,  „tylko  trzeba,  żeby 

pani pozwoliła”. Kiedy przedstawiłem mamusi naszą prośbę przez uchylone drzwi, przerwała mi 

głosem, jakim mówiła, kiedy się źle czuła: „Róbcie, co chcecie, bylebym ja go nie oglądała”. 

Rozmowa odbyła się w małym saloniku i trwała niemal dwie godziny, po czym Szymon 

odpłynął w swoją stronę nie pożegnawszy się ze mną. Uzgodnili między sobą, że jeszcze przez 

rok  zostanie  w  Talence,  gdzie  proboszcz,  „święty  ksiądz  Moureau”,  przyjaciel  dziekana,  miał 

zająć się Szymonem i przygotować go do powrotu, oczywiście nie do seminarium w Bordeaux, 

ale może w IssyIesMoulineaux. Wymagało to wielu przemyśleń i starań. 

Ze  swej  strony  przyrzekłem  dziekanowi,  że  wkrótce  ujrzy  mnie  w  Maltaverne:  matka 

dopięła  w  końcu,  że  wyraziłem  zgodę  na  wyjazd,  ale  wyraźnie  niechętnie.  Utrzymywałem,  że 

background image

muszę najpierw porobić nieodzowne dla mojej pracy notatki w bibliotece miejskiej; nie sądzę, by 

ktokolwiek mógł się pochwalić, że mnie tam widywał... 

Otwieram ten zeszyt po upływie dwóch miesięcy. To, co przeżyłem, nie dawało się ująć 

żadnym  opisem,  było  nie  do  wyrażenia;  pewien  rodzaj  wstydu  jest  nieprzekazywalny. 

Cokolwiek  zdołam  tu  powiedzieć,  będzie,  jak  i  wszystko  dalsze,  jedynie  ustawianiem, 

ujmowaniem w formę. Spróbuję jednak: muszę dotrzymać obietnicy danej Donzacowi... Prawdę 

mówiąc  na  co  mi  pretekst,  jaki  sobie  stwarzam?  Jak  gdybym  nie  znajdował  przyjemności  w 

ponownym przeżywaniu tego wstydu, godzina po godzinie, aż do końca sprawy, lub raczej do 

tego rozdziału moich dziejów, który się dopiero zaczyna! 

Piszę to dwudziestego października, trzymając zeszyt na kolanach, w naszym szałasie do 

polowań na gołębie, w miejscu zwanym La Chicane, o całe kilometry oddalonym od wszystkich 

folwarków. Powietrze jest mgliste i łagodne, dzień, w którym powinny być wielkie przeloty, ale 

grzywacze nie lecą; ciepło jest, marudzą jeszcze na dębach i opychają się żołędziami. Widzę z 

profilu  spiczasty  nos  i  wydatną  szczękę  Prudentego,  który  obserwuje  szlaki  niebieskie  między 

wierzchołkami,  gdzie  pojawią  się  ptaki,  jeżeli  się  pojawią.  Jakiś  -  dzierżawca  gwizdnąwszy 

najpierw podchodzi do Prudentego i pyta: 

- Passa? palumbes? 

- Nade! Nade! 

Podobnie jak Hure, tych parę olbrzymich, rozłożystych dębów osłaniających nasz szałas 

dawało  mi  jakby  wyczuwalne  poczucie  wieczności,  w  przejmujący  sposób  uprzytamniało 

tymczasowość,  która  jest  naszym  losem.  To  jeszcze  nic,  że  się  jest  myślącą  trzciną,  ale  być 

myślącym  owadem,  i  to  takim,  który  choć  ma  nie  wiedzieć  jak  krótki  okres  życia  przed  sobą, 

zawsze  znajdzie  jednak  czas  na  spóikowanie  -  to  już  jest  ohyda.  Spróbuję  z  tego,  co  się 

wydarzyło, utrwalić okruchy, które wydają mi się możliwe do wysłowienia. 

Nie bywałem w bibliotece miejskiej nie dlatego, że prawie co wieczór chodziłem na ulicę 

L’Eglise  SaintSeurin.  Z  Marią  spotykałem  się  dopiero  po  zamknięciu  księgarni,  łatwo  więc 

mogłem pogodzić to, czego wymagała praca magisterska, z wymaganiami mojej miłości. Ale w 

ciągu  owych  dusznych  i  wlokących  się  godzin  w  mieście,  ociężałym  od  skwaru,  nie  byłem 

zdolny  do  niczego  oprócz  czekania...  Więc  cóż  z  tego?  Gdzie  tu  jest  tragedia?  To  zdarza  się 

wszystkim i każdemu w pewnym wieku, w pewnych okresach życia. Tak, trzeba być katolikiem, 

jakim  ja  jestem,  albo  być  nim  w  przeszłości,  jak  Maria,  aby  mieć  przekonanie,  że  chodzi  o 

background image

więcej niż życie, kiedy ulegamy instynktowi, który zapewnia rozmnażanie się żywym gatunkom. 

Albo raczej trzeba należeć do gatunku katolików bezkompromisowych, z jakich się wywodzę: na 

ile by sobie pozwolili, nie szukają wymówek. Jeśli się gubią, gubią się z pełną świadomością. 

O jednym już nie wątpiłem, o dobrej wierze Marii w dniu, kiedy przejawiła lęk, że może 

mnie  odciąć  od  Boga,  a  ja  przypuszczałem,  „że  nie  mówi  szczerze”.  Wyrzekła  się  Boga  dla 

siebie,  nie  dla  mnie.  Utrzymywała,  że  powstałem  ze  stopu,  w  którym  to,  co  pochodzi  od 

Chrystusa,  miesza  się  z  tym,  co  pochodzi  od  Kybele...  Ale  jej  zdaniem  pierwiastek  katolicki 

dominuje: „Nie chciałabym cię zniszczyć”  - powtarzała. Oponowałem przypominając jej naszą 

noc w Maltaverne. Czemu, zastanawialiśmy się, teraz jest inaczej? Czemu te niemal cowieczorne 

ukradkowe  powroty  na  ulicę  Eglise  SaintSeurin,  podczas  gdy  rozstając  się  w  przeddzień 

postanawiamy  zgodnie,  że  to  już  ostatni  raz?  Czemu  te  ponawiające  się  upadki  tak  mało  były 

podobne  do  snu  naszej  letniej  nocy,  kiedy  to  w  jednej  chwili  odsłoniła  się  przede  mną  pełnia 

szczęścia  na  świecie  -  jak  gdyby  nasze  dwie  dusze  uzyskały  tego  wieczoru,  tego  jednego 

wieczoru, pozwolenie, aby zespoliły się z sobą, w chwili gdy zespalały się ciała? A teraz znowu 

skazany byłem na uczucie odrazy. Kto mnie nauczył odrazy? 

„Co tobie chodzi po głowie?” - powiedziałaby biedna mamusia. Maria nie była podobna 

do  żadnej  innej  może  dzięki  temu,  że  ongi  była  dziewczyną  pobożną.  W  tym  również  nie  ma 

kłamstwa:  wszystko,  co  przecierpiała,  nieskończenie  przerastało  moje  udręki.  Cierpienie  ją 

postarzało,  a  raczej  przywracało  jej  prawdziwy  wiek,  podczas  gdy  ja,  jak  twierdziła, 

zachowywałem  anielski  wygląd  -  nawet  skrzydła  miałem  nie  pomięte,  mówiła  żartobliwie  i 

smutno. 

Przy  ulicy  de  Cheverus  oczekiwała  mnie  mamusia,  krążąc  po  pokojach  z  tragicznym 

wyrazem  twarzy,  jaki  miewała  w  okresach  największych  bólów.  Przeciągałem,  jak  mogłem 

najdłużej,  pozór  studiowania  w  bibliotece  miejskiej.  Zażądała,  bym  jej  chociaż  określił  termin 

naszego wyjazdu. 

Nie  chciałem  ustalać  żadnego.  Po  tygodniu  przestała  mnie  pytać  o  cokolwiek  i  już  nie 

udawała, 11 - Młodzieniec z dawnych lat że pozwala się oszukiwać. Wiedziała, skąd wracam co 

wieczór, i wiedziała, że ja o tym wiem. Umyślnie całowała mnie długo, żeby coś zwietrzyć, lecz 

była ślepa, nie dostrzegała tego, co napełniłoby ją radością, gdyby umiała przejrzeć: sądziła, że 

schwytany  jestem  w  sieć  pajęczą,  i  rzeczywiście  byłem  -  ja,  czy  raczej  moje  ciało  podczas 

godzin  oczekiwania,  i  później,  na  przeciąg  paru  minut.  Ale  moja  matka  absolutnie  nie 

background image

wyczuwała,  że  nie  było  już  mowy  o  tym,  abyśmy  mieli  związać  się  na  zawsze,  Maria  i  ja:  z 

mojej niewoli w chwili obecnej wnioskowała o niewoli wiecznej. 

Wychodziłem  wieczorami, po kolacji, najedzony i  znużony. Mamusia  wiedziała, że nie 

aby  grzeszyć:  niezmiennie  prosiłem,  żeby  mi  towarzyszyła.  Odmawiała,  ale  była  spokojna. 

Czasami  wracałem  po  godzinie,  czasami  później,  jeśli  słuchałem  koncertu  na  powietrzu,  jakie 

dawano  na  placu  Quinconces  podczas  letnich  miesięcy;  przeważnie  jednak  poprzestawałem  na 

lodach w kawiarni de la Comedie, albo mimo komarów wałęsałem się po tarasach parkowych, z 

dala od tłumów stłoczonych wokół dętej orkiestry 57 pułku. 

Teraz, pod koniec sierpnia, miałem pewność, że nikogo tutaj nie spotkam. Tego jednak 

wieczoru  usiadłem  na  ławce,  na  skraju  terasy,  gdzie  już  siedział  jakiś  młodzieniec  z  fajką. 

Ulokowałem się możliwie najdalej, nie patrząc w jego stronę. Zagadnął mnie drwiącym tonem: 

- Ty w sierpniu w Bordeaux? Więc nie wyjechałeś do Arcachon czy Pontaillac, albo do 

Luchon? 

Poznałem w nim studenta humanistyki nazwiskiem Keller, jednego z tych katolików, co 

to  „idą  do  ludu”,  członka  ruchu  Sillon,  chłopaka  z  rodzaju  takich,  którym  działam  na  nerwy 

nawet nie otwierając ust. 

-  Prawdopodobnie  dlatego  -  odparłem  pewnym  szczególnym  tonem  -  że  mam  tu  coś 

lepszego do roboty. 

Mruknął:  -  U  ciebie  to  nie  dziwne.  -  Gdy  przed  dwoma  laty  spotykaliśmy  się  na 

uniwersytecie, ów apostoł, początkowo oczarowany, próbował mi prawić kazania; był to jednak 

okres, kiedy w moim pojęciu Pod okiem barbarzyńców Barresa dawało odpowiedź na wszystko i 

dostarczało  mi  gotowych  sformułowań  do  obrony  przed  kolegami  „o  donośnym,  obelżywym 

śmiechu”. Przeciwstawiałem im „gładką powierzchnię”. Nie odmawiałem sobie tej przyjemności 

i wobec Kellera, który bardzo szybko zaliczył mnie do gatunku najbardziej godnego wzgardy na 

tym świecie: do nadętych burżujów. 

-  Co  ty  o  mnie  wiesz?  -  odparłem.  -  Tylko  to,  co  ci  zademonstrowałem,  żebyś  mi  dał 

święty spokój, jak się też wkrótce stało. Z takim samym powodzeniem mogłem ci był odegrać 

numer „piękna dusza”, za czym przepadasz. 

- No i cóż te twoje maski osłaniają? To nie musi być nic pięknego... 

- Wcale nie proszę, żebyś patrzał. 

Zapewne zostało to powiedziane w sposób, który speszył owego katolika, bo natychmiast 

background image

podjął: 

- Wybacz, przyznaję, że nie miałem prawa odzywać się z taką wyższością. Wszyscyśmy 

biedacy. 

-  Oczywiście,  Keller,  ale  od  takiego  biedaka  jak  ja,  rozpieszczonego,  psutego, 

cierpiącego  tylko  samolubnie,  daleko  jest  do  biedaka  jak  ty,  łaknącego  i  pragnącego 

sprawiedliwości. 

- O, w]iesz, mimo wszystko i ja szukam własnych satysfakcji... Powinniśmy się częściej 

widywać - dorzucił z zapałem. - Już ci nie będę prawił kazań. 

Miałem ochotę komuś się zwierzyć. Dusiłem się. 

Powiedziałem mu: 

- Chętnie, ale przechodzę zły okres. Czuję się bardzo opuszczony przez Boga. 

Wziął moją rękę i chwilę przytrzymał w swojej. 

-  „Kiedy  myślisz,  żeś  daleko  ode  mnie,  właśnie  wtedy  jestem  blisko  ciebie”.  Znasz  te 

słowa z Naśladowania? 

- Ale tu nie chodzi jedynie o oziębłość, oschłość; ja żyję w grzechu. 

- W grzechu? 

-  Tak,  i  kobieta,  z  którą  to  czynię,  pragnie  tak  samo  jak  ja,  abyśmy  się  wyrzekli...  Jest 

jednak taka chwila w ciągu dnia, gdy to już nie zależy ani od niej, ani ode mnie. 

- „Wiłem, rozumiem - powiedział Keller poważnym głosem. - No, cóż, będę się modlił, 

poproszę o modlitwy. Jestem bardzo zaprzyjaźniony z przełożoną wizytek. 

- Och, nie - żachnąłem się. - Nie warto. To przecież bagatela, zupełna bagatela... 

- Ty to nazywasz bagatelą? 

Wstałem, przybrałem znowu ton, który na uniwersytecie tak irytował Kellera: 

- Owszem, bo jestem pokorny, jeśli chodzi o pokorę nie lękam się porównania z nikim, 

nie sądzę, by jakikolwiek mój krok mógł mieć najmniejsze znaczenie. 

- A jednak najbłahszy z takich kroków angażuje wieczność. Nie wierzysz w to? 

- Wierzę... Lecz ten nie bardziej niż inny. Najgorsze we mnie, widzisz, nie są moje czyny 

ani nawet myśli, Keller. Najgorsza we mnie jest ta obojętność w stosunku do żaru, jaki owładnął 

tobą,  tak,  tobą,  katolikiem,  ale  także  i  młodymi  wojującymi  socjalistami,  anarchistami... 

Najgorsza we mnie jest obojętność na cudze cierpienie, godzenie się na własne przywileje... 

- Bo jesteś burżuj, wielki burżuj, trzeba go w tobie uśmiercić. Uśmiercimy go, zobaczysz. 

background image

- Burżuje są twardzi. I ja pochodzę z tych chłopów landyjskich, co każą pracować swoim 

starym rodzicom, póki nie zdechną, a jak wezmą małą dziewczynkę na służbę, taką gouge, jak je 

nazywają  w  narzeczu,  wytrzymać  może  tylko  dlatego,  że  to  jest  wiek,  w  którym  się  wszystko 

zniesie... 

Umilkłem  zawstydzony,  że  się  wywnętrzam  przed  tą  piękną  duszą  przypadkowo 

spotkaną, i wstałem: 

- Zegnaj, Keller. Nie idź za mną. Zapomnij o tym, co ci powiedziałem. Zapomnij o mnie. 

- Wyobrażasz sobie, że cię zapomnę? Zobaczymy się znowu po wakacjach. Obiecaj mi... 

Biedny  Keller.  Będzie  się  modlił,  cierpiał  za  mnie,  zmuszał  do  modlitwy  i  cierpienia 

święte niewiasty. Co za szaleństwo! A jednak nic na świecie nie robiło na mnie takiego wrażenia 

jak  świętych  obcowanie,  ta  przekazywalność  zasług:  mój  gniew  na  niego  pochodził  stąd,  że 

mieszał się do moich najskrytszych spraw, a ja nie wątpiłem, iż może wywrzeć na nie wpływ, 

odmienić  ich  bieg.  Co  nie  znaczy,  bym  sądził,  że  to,  co  się  stało,  wiązało  się  z  naszym 

spotkaniem  w  Ogrodzie  Botanicznym.  To,  co  się  zdarzyło,  było  w  porządku  rzeczy,  mogło,  a 

nawet  musiało  się  zdarzyć:  mamusia  nie  wytrzymywała  już  niepewności  i  trwogi,  czas  mijał, 

musiała zadziałać. 

Nazajutrz  rano,  ledwie  otworzyłem  oczy,  wiedziałem,  że  o  zwykłej  godzinie  nie  będę 

potrzebował  dzwonić  do  domu  przy  ulicy  L’Eglise  SaintSeurin,  Maria  będzie  czekała  za 

drzwiami. Nie padało, ale musiało padać gdzie indziej, bo był to dzień wytchnienia. Po południu 

włóczyłem się więc jak zbłąkany pies po nabrzeżu. Doszedłem do doków. Wróciłem tramwajem, 

na tylnej platformie, w tłoku robotników portowych. Znów się trochę wałęsałem. Zresztą to, co 

robiłem  do  wyczekiwanego  momentu,  nie  ma  większego  znaczenia.  Około  wpół  do  siódmej 

Marii  nie  było  za  drzwiami,  dzwoniłem  na  próżno.  Coś  ją  musiało  zatrzymać.  Postanowiłem 

przejść się jeszcze w pobliżu, już nie mogłem się opanować. Na dziesięć minut pogrążyłem się w 

mroku  SaintSeurin,  najciemniejszego  kościoła  w  całym  mieście,  po  czym  wróciłem  pod  dom 

Marii. I w tej chwili ją zobaczyłem, przechodziła ulicę. Była zdyszana i blada. Wyciągnęła klucz 

z  kieszeni:  -  Wchodź  prędko,  -  Popchnęła  mnie  do  salonu  z  zamkniętymi  okiennicami.  Nim 

jeszcze zdjęła kapelusz, oznajmiła: - Widziałam twoją matkę. 

- Gdzieś ją widziała? Czy z nią rozmawiałaś? 

-  A  tak,  wyobraź  sobie!  Pokazywałam  właśnie  książkę  pewnemu  klientowi.  Nagle 

poczułam  się  skrępowana  przez  wlepiony  we  mnie  wzrok  jakiejś  pani  w  czerni,  trochę 

background image

korpulentnej,  wyglądającej  na  osobę  bardzo  zamożną,  która  weszła  przed  chwilą.  Od  różu 

doznałam  wrażenia,  że  nie  jest  to  zwykła  klientka,  ale  ktoś,  kogo  ja  interesuję,  i  w  tym 

momencie  ujrzałam  ciebie,  tak,  Alain,  pojawiła  mi  się  twoja  anielska  twarz,  oddzieliła  się  od 

tego dużego władczego oblicza Agrypiny czy może Atalii. Poznałam twoją matkę, tak podobną 

do  obrazu,  jaki  sobie  o  niej  wytworzyłam.  „Pożerać  kogoś  oczami”,  wiesz,  to  może  być 

dosłownie  prawda.  Powiedzenie,  że  mnie  pożerała  oczami,  to  jeszcze  za  mało,  ona  mnie 

szarpała. 

Wydawało  mi  się,  ‘że  wiem,  co  znaczy  być  czyimś  wrogiem.  Ale  nie,  nienawiść, 

prawdziwa  nienawiść  zdarza  się  rzadziej  niż  przypuszczamy;  mordowanie  człowieka  pomału, 

żeby się dobrze nasycić - gdyby to było bezkarne, teraz już wiem, jak mogłoby wyglądać. 

-  Czy  należało  pozwolić  jej  wyjść?  Co  byś  ty  zrobił,  Alain?  Ja  uległam  pierwszemu 

odruchowi,  po  prostu  ciekawości.  Podeszłam  do  niej,  zapytałam  tonem  możliwie  najbardziej 

zawodowym:  „Czym  można  pani  służyć?”  Wydała  się  zaskoczona.  Odparła,  że  wstąpiła  tylko 

rzucić  okiem  na  ostatnie  nowości.  „No  tak  -  powiedziałam  -  a  może  także  i  na  mnie?” 

Wyobrażasz  sobie  jej  minę  w  tym  momencie.  „Pani  wie,  kim  jestem?”  „Ja  wszystko  o  pani 

wiem, proszę pani”. Zbladła, szepnęła: „On pani o mnie mówi? Nigdy bym się tego po nim nie 

spodziewała!” Zaprotestowałam: „O, wcale nie dzięki temu, co on mi opowiadał, wiem o pani 

wszystko, ale dlatego, że pani wycisnęła na nim swoje piętno, urabiała go pani i formowała, jest 

tak bardzo pani dziełem, ciągle jeszcze, nawet teraz, kiedy się już pani wymknie. Wiem o pani 

wszystko w takiej samej mierze, jak wiem wszystko o nim”. Powiedziała: „To są tylko słowa...” 

identycznym głosem, jakim pewno dawniej nazywała ciebie „pleciugą”. Mruknęła groźnie: „Nie 

sposób rozmawiać w tym sklepie...” „Ale z tyłu jest pokoik. Jeśli pani zdecydowałaby się tam 

wejść...”  Zgodziła  się.  Poprosiłam  Belege’a,  żeby  przez  chwilę  zajął  się  klientami,  i 

wprowadziłam twoją matkę do klitki. 

- Mamusia w klitce? 

-  Tak,  wyobraź  sobie,  znalazłyśmy  się  w  tym  kojcu  nos  w  nos,  według  twojego 

określenia. 

Pierwsze  słowa,  jakie  do  mnie  skierowała,  nie  harmonizowały  z  jej  furią:  widać 

przygotowała  je  na  zimno,  zanim  przyszła,  i  mam  wrażenie,  że  w  miarę  jak  mnie  nimi 

częstowała,  sama  się  uspokajała,  powoli  dostrajała  się  do  ich  tonacji.  Zapewniła  mnie,  że  nie 

pozwala sobie na żadne osądzanie mojej osoby, a zresztą tak jej zależy, aby wszystko dobre, co 

background image

jej  o  mnie  mówiłeś,  było  prawdą,  że  bardzo  chce  w  to  wierzyć.  „Jeżeli  jednak  jest  pani  ową 

istotą  wyjątkową,  której  obraz  mi  namalował  (wbrew  jej  woli  pogarda  syczała  z  tych  słów), 

niemożliwe, aby kochając Alaina, jak rzekomo pani go kocha, nie przyznała pani, że trudno, by 

coś gorszego spotkało chłopca dwudziestodwuletniego, a w stosunku do wielu spraw mającego 

wciąż jeszcze lat piętnaście...” 

„Miał piętnaście lat, proszę pani, zanim mnie spotkał.”...Znakomicie pojęła, co chciałam 

przez to powiedzieć, zacisnęła szczęki, ale się pohamowała i ciągnęła: „Trudno, by spotkało go 

coś gorszego niż małżeństwo z kobietą o tyle od niego starszą i proszę mi darować, jeśli to panią 

zaboli, ale cóż, kobietą z przeszłością...” „O, tak - przerwałam - i z teraźniejszością, a dlaczego 

nie  z  przyszłością?”  Całkiem  na  zimno  starałam  się  ją  zirytować,  żeby  wygarnęła  wszystko. 

Podjęła znowu: „Czy sądzi pani, że na całym świecie znalazłaby się choć jedna matka, której by 

plany  takiego  małżeństwa  nie  przeraziły?  Nie  będę  pani  przypominać,  co  sprawia,  że  związek 

między  naszymi  dwiema  rodzinami  jest  dosłownie  nie  do  pomyślenia...”  „Oczywiście,  proszę 

pani... przede wszystkim dlatego, że ja nie należę do żadnej rodziny. Alain, o, tak, on jest młody 

Gajac, typowy syn rodu...” 

Przerwałem Marii z irytacją; 

- Wyśmiewałaś się ze mnie przed moją matką! 

Chciałaś zabłysnąć, wziąć nad nią górę, pognębić ją, i posłużyłaś się do tego moją osobą! 

- Tak - powiedziała -’ przyznaję, że te porachunki sprawiały mi jakąś dziką przyjemność, 

że z pełną satysfakcją pozwalałam sobie na arogancję. Najbardziej aroganckie, co miałam już na 

końcu języka, byłoby powiedzenie: pani syn prosił mnie o rękę, ale może być pani spokojna, nie 

ma  mowy,  żebym  się  zgodziła.  Kocham  jego,  ale  nie  jego  majątki,  którymi  się  brzydzę,  nie 

środowisko,  które  budzi  we  mnie  wstręt...  Mogłam  też  przyznać  jej,  że  różnica  wieku  między 

nami stanowi istotnie niebezpieczeństwo dla naszego szczęścia, dla mnie jeszcze większe niż dla 

ciebie.  No  tak...  Ale  wtedy,  Alain,  odkryłabym  karty  i  zdjęła  jej  z  serca  olbrzymi  ciężar: 

natychmiast stałaby się znowu panią twego losu, straciłbyś szansę przetargu, jaką ci darowałam: 

nie ma rzeczy, na którą twoja matka się nie zgodzi, byłem ja się usunęła. Musiałam zatem grać 

dalej i doprowadziłam tę grę do końca. Początkowo przyznawałam rację, udawałam, że trafiają 

do  mnie  jej  argumenty.  Przytaknęłam,  że  z  punktu  widzenia  społecznego,  a  nawet  z  każdego 

punktu widzenia jestem niewątpliwie wcieleniem żony, jakiej matka jedynaka równie bogatego 

jak ty nie może sobie życzyć... „Chyba - dodałam - że mogłaby się przydać jako ochrona przed 

background image

czymś jeszcze gorszym...” 

-  Och  -  krzyknąłem  -  nie  rzuciłaś  jej  chyba  w  twarz  tej  pasji  do  ziemi,  Numy  Serisa, 

Weszki?! 

- Nie, nic jej w twarz nie rzucałam, wyłożyłam to wszystko, ale w taki sposób, żeby nie 

wyszła  trzasnąwszy  drzwiami.  Pochwaliłam  się,  że  już  obecnie  zerwałam  wszystkie  niemal 

więzy, które  cię krępowały,  ale stwierdziłam  też, że całkowicie jeszcze  cię nie oswobodziłam; 

dodałam, że bez trudu mogłabym ci wykazać, iż nie trzeba być czarodziejem na to, aby patrzeć, 

jak  rosną  sosny,  które  przecież  rosną  same,  ani  żeby  zbierac  żywicę  rękami  dzierżawców,  a 

pieniądze  pakować  do  swojej  kieszeni;  zamiast  pozwalać  próchnieć  tym  drzewom,  które  od 

dawna powinny być ścięte i w ten sposób tracić miejsce, które powinno się wykorzystać na nowy 

siew,  nauczyłabym  cię  prowadzić  prawidłowe  wyręby,  przynoszące  ci  stałe  wielkie  dochody 

roczne, z czego wasi dzierżawcy nie mają nic... Ale, dorzuciłam, my to zmienimy i będziemy się 

dzielili z dzierżawcami pieniędzmi za wyręby. Tak już sobie postanowiliśmy oboje z Alainem... 

- To nieprawda - zawołałem - nie okłamałaś jej tak! 

- A właśnie że tak! Zrobiłam sobie tę przyjemność. 

Ten niedobry głos Marii już parę razy słyszałem, wyrywał się jej, kiedy dawała czasem 

upust goryczy, która się w niej nagromadziła w ciągu smutnej młodości, ale trzeba było dopiero 

spotkania z moją matką, ażeby tamy puściły i rozlała się owa fala, która i mnie obryzgała w tej 

chwili.  Nagle  znalazłem  się  po  stronie  matki.  Uprzytomniłem  to  sobie  po  okrzyku,  jaki  się  ze 

mnie wydobył: 

- No wiesz! Do czegóż ty się mieszasz? 

-  Aha  -  krzyknęła  z  wściekłością  -  to  zupełnie  jak  „kto  ci  powiedział”  Hermiony! 

Ciekawa  jestem,  czy  tak  oburza  cię  obraza,  jaka  spotkała  twoją  matkę,  czy  raczej  może  ów 

pomysł, żeby się dzielić z dzierżawcami pieniędzmi za wyrąb sosen? Czy to nie z obawy, że ja 

chcę ci może tę kość odebrać, itak nagle pokazujesz mi pazury? Och, ty nieodrodny synu twojej 

matki! Jak tak, to leć ją pocieszać! 

Bąknąłem:  -  Mario,  najmilsza...  -  Chciałem  ją  do  siebie  przyciągnąć,  ale  mnie 

odepchnęła, zupełnie nie panowała nad sobą. 

-  W  każdym  razie  jednego,  obawiam  się,  ty  nigdy  nie  będziesz  umiał;  brać  kobiety  w 

ramiona. Tego się nie można nauczyć. 

Otrzymawszy  ten  cios  najpierw  go  nie  odczułem,  stałem  nieruchomo,  z  opuszczonymi 

background image

rękami. Musiała widać zauważyć, jak się zmieniłem na twarzy, i w mgnieniu oka oprzytomniała. 

Jęknęła: - Alain, malutki mój... - Ale teraz ja z kolei odepchnąłem ją i gwałtownie zatrzasnąłem 

za sobą drzwi od ulicy. 

background image

Rozdział XI   

 

Pada na dęby w Chicane. Ledwie uchwytny szmer deszczu potęguje odcięcie od świata 

tego  zapadłego  kąta  landów.  Za  schronienie  służy  mi  malutka  jadalnia,  zbudowana  z  bali 

sosnowych i  osłonięta paprociami  tak, że zlewa  się w jedno z szałasem  i  nie odstrasza gołębi. 

Posiada  piecyk  kuchenny,  gdzie  Laurenty  piekł  skowronki,  ustrzelone  na  polu  Jouanhaut;  nie 

lubił polowania na dzikie gołębie, bo to zmusza do siedzenia nieruchomo. Oto już cztery lata, jak 

się nie rusza, biedny chłopiec, nie rusza się już to, co z niego zostało. To, co zostało z młodej 

pełnej życia istoty... Nic nie ma znaczenia. Takie stwierdzenie niewiele pomaga na udrękę, jeśli 

ją  rodzi  jakiś  fakt  konkretny,  nieszczęście,  które  już  się  stało,  jest  dokonane,  nieodwracalne, 

które trzeba będzie dźwigać przez te sześćdziesiąt lat życia, jakie dla siebie przewiduję; lecz ja 

będę  usiłował  tę  udrękę  przezwyciężyć,  podejmując  w  moim  zeszycie  opowieść  od  momentu, 

gdzie ją przerwałem, na nowo przeżywając tę historię minuta po minucie, aż do ostatniego ciosu, 

który mnie ugodził. 

A zatem drzwi Marii zamknęły się za mną: skończone, tym razem na dobre skończone. 

„Alain, malutki mój!” Jej ostatnie słowa złoszczą mnie zamiast wzruszać. O, nie jestem „twoim 

malutkim”.  Choć  jesteś  o  tyle  starsza,  nie  mogłabyś  jednak  być  moją  matką.  Schodzę  ulicą 

L’Eglise SaintSeurin, biegnę do mamusi, może już bliskiej śmierci. Czasami narzeka na serce, 

często  mówi:  „W  naszej  rodzinie  umiera  się  na  serce”.  Ludwik  Larpe  czeka  na  podeście  i 

oznajmia,  że  pani  ma  migrenę  i  nie  przyjdzie  do  stołu.  Wchodzę  bez  pukania  do  jej  pokoju. 

Leży, ale nie po ciemku, jak kiedy bardzo cierpi. Zapaliła lampkę przy łóżku. Jest bardzo blada, 

uśmiecha się do mnie i wydaje się spokojna. Staram się niczym nie zdradzić, ale jakże by mogła 

nie  zauważyć,  że  jestem  wzburzony?  Przyciąga  mnie  do  siebie,  a  ja  wybucham  łkaniem  jak 

dawniej,  gdy  mi  wybaczała  po  jakimś  napadzie  złości,  i  mówiła  do  mnie:  „Ładnie  okazujesz 

skruchę”. 

- Co się stało, moje biedne dziecko?. 

- Spotkała cię przykrość, wiem. 

-  Ach,  już  wiesz?  Tak,  to  było  nieprzyjemne...  ale  i  przyjemne  zarazem.  Cóż  mnie 

obchodzi,  co ta biedna dziewczyna o nas myśli. Istotne jest, że w gruncie rzeczy, tu  trzeba jej 

oddać sprawiedliwość, zdała sobie sprawę z dystansu, jaki was dzieli, dystansu nie do przebycia, 

teraz już jestem spokojna... 

background image

- Powiedziała ci, że się mnie wyrzeka? 

-  O,  może  nie  tak  dokładnie,  ale  zrozumiałam:  zagrała  piękną  rolę.  To  ona  nie  chce 

twoich pieniędzy, twoich majątków, twojego burżuazyjnego środowiska. To ona daje ci kosza, 

rozumiesz? (Roześmiała się, tak bardzo wydawało jej się to komiczne). Ja chętnie się zgadzam. 

Nic więc nie odbyło się tak, jak mi Maria zrelacjonowała. Odtworzyła przede mną scenę 

na wpół wyimaginowaną. Dlaczego? Aby zemścić się za to, że została pobita? Gdyż widocznie 

tak się skończyło, skoro mamusia wróciła uspokojona. 

-  Tak,  jestem  uspokojona.  O,  nie  tylko  przez  jej  perorę  przeciw  wszystkiemu,  co 

uosabiamy w jej oczach, ale również, biedny synku, przez to, że ją widziałam. Przyznaję - dodała 

natychmiast - że oczy ma bardzo piękne. Tego jej nie można odmówić. Ale wygląda na znacznie 

starszą, niż jest: to kobieta pracująca, prawda? 

- Tak - powiedziałem - i dużo przecierpiała. 

- Och, tego rodzaju cierpienia... 

Mamusia przezornie ugryzła się w język. Po chwili milczenia zapytałem: 

- Czy rozmawiałyście o Maltaverne? 

-  No nie... Na tyle bezczelna jednak nie była,’ jeśli nie liczyć tej jej napaści  na  wielkie 

majątki i wielkich obszarników. 

- Założyłbym się, że oburzała się na sprzedaż wyrębów, z której zyskiem nie dzielimy się 

z dzierżawcami? 

Postawiłem  to  pytanie,  jakby  nigdy  nic.  Siedząc  trochę  w  cieniu,  obserwowałem  dużą 

bladą twarz, na którą padało światło lampy, nie pojawiło się na niej nic poza zdumieniem. 

- Co tobie chodzi po głowie? Wyobrażasz sobie, jaką bym jej dała odprawę, gdyby sobie 

pozwoliła...  Ale  ty  nic  nie  jadłeś,  synku  kochany.  Jest  kura  w  galarecie.  Idź,  a  o  mnie  bądź 

spokojny, jestem zadowolona. 

Byłem  głodny  i  jadłem  żarłocznie,  czemu  Ludwik  Larpe  przyglądał  się  z  satysfakcją. 

Mówiono,  że  jako  dziecko  i  później,  jako  młody  chłopak,  byłem  chorobliwie  wrażliwy,  i  sam 

także  w  to  wierzyłem.  Tylko  ja  jeden  wiedziałem,  w  jam  kiego  potwora  obojętności  mogę  się 

nagle zmieniać, i to nie tylko w stosunku do innych ludzi, ale nawet do siebie. Dlaczego to na 

mnie Maria się rozwścieczyła? Dlaczego zemściła się na mnie za to, że mamusia potraktowała ją 

z  góry,  dała  jej  radę  tak,  jak  zawsze  radziła  sobie  z  dzierżawcami,  ze  służbą,  z  lokatorami, 

dostawcami, Numą Serisem, i bardziej niż z kimkolwiek innym ze swoim nieszczęsnym synem? 

background image

Może Maria nagle znienawidziła mnie za wszystko, co ją we mnie zachwycało: za moją słabość, 

za  nieuleczalne  dzieciństwo?  Cóż  mi  znów  chodziło  po  głowie?  Wyrwała  się  gwałtownie  z 

ostatniego  marzenia  o  szczęściu,  które  dla  niej  uosabiałem...  A  ja? Ja?  Leżąc  w  mgle  siatki  od 

komarów  słuchałem,  jak  krwiożercze  bestie  brzęczą  dookoła.  Nie  miałem  wątpliwości,  że 

wkrótce pojawią się inne, bardziej groźne. Powtarzałem w duchu: a ja? Zaciskałem zęby; o, nie, 

nie byłem tak wrażliwy, jak oni wszyscy sobie wyobrażali, ani też nie byłem taki słaby.. 

Po dwóch dniach wyjechaliśmy do Maltaverne. 

W  przeddzień  chciałem  pożegnać  się  z  Szymonem.  Umówiłem  się  z  nim  w  Talence, 

gdzie mogliśmy rozmawiać swobodnie. Nie zdołałem go skłonić, żeby przyjechał w ślad za mną, 

choć na parę dni. Nie tylko ze względu na „panią”, najbardziej bał się Duportów. Wyczułem, że 

jest spokojny, odprężony; nazwisko księdza Moureau bezustannie powracało mu na usta. Oddał 

się w ręce księdza Moureau. Wyznałem, że dla mnie takie całkowite jak Pascala zdanie się na 

kierownika  duchowego  byłoby  jedną  z  najtrudniejszych  rzeczy  na  świecie,  wręcz  nie  do 

pomyślenia. Jeszcze rok w gimnazjum już go nie przerażał. Miał to być okres „rekolekcji”, jak 

mówił. Później wstąpi  do seminarium w  Issy.  -  Pan będzie już wtedy w Paryżu, będziemy się 

widywali.  -  Nie  wątpił,  że  dostanę  się  do  Paryża,  że  nadal  będę  obdarzany  i  zasypywany  tym 

wszystkim, co on zdoła może poznać jedynie przeze mnie, we mnie. Powiedziałem żartobliwie, 

że będzie więc zdobywał świat per procura, i podczas gdy ja będę dążył do własnej zguby, on 

będzie pracował na swoje zbawienie. - Na zbawienie nas obydwóch - odparł ściszonym głosem. 

Nie  wiedziałem,  że  i  on  także  miał  mi  zadać  cios.  Zawsze  uważałem,  że  jest 

nieszkodliwy, nie może zrobić mi nic dobrego ani złego - tak, najbardziej nieszkodliwy z ludzi. 

Nie zamieniliśmy słowa na temat Marii i to milczenie ciążyło w jakiś niepojęty sposób. Odkąd 

pamięcią  sięgnę,  przywykłem  słyszeć  od  mamusi,  czujnej  i  dociekliwej:  „Ty  coś  przede  mną 

taisz”. I sam również nabrałem nawyku odkrywania tego, co inni przede mną zatajali. W chwili, 

gdyśmy się rozstawali, zapytałem Szymona, czy wie, jak stoją sprawy pomiędzy Marią a mną. 

Owszem,  widział  się  z  nią  wczoraj.  Pożałowałem,  że  wymówiłem  jej  imię.  Czułem,  że  ten 

prostak nie wykaże taktu. Nie wykazał go rzeczywiście i powiedział: - Zupełnie jak po wyrwaniu 

zęba... Ale to lepiej dla was obojga - dodał. - Tak czy siak, nigdy przecież nie wierzyła... Pan ją 

posądzał,  że  myśli  o  małżeństwie...  Z  takiej  rodziny,  jak  ona  pochodzi?  Niechże  się  pan 

zastanowi! Pewno, przy jej inteligencji może by zdołała doprowadzić pana do ołtarza, ale dobrze 

wiedziała,  że  to  byłoby  piekło.  Nie  jest  szalona.  Tylko  jak  by  ta  historia  dłużej  się  ciągnęła, 

background image

mogłaby jej zepsuć to, co jest już właściwie sprawą przesądzoną, chociaż niby stary Bard bardzo 

uważający nie jest. 

- A cóż ma Bard do prywatnego życia Marii? 

-  No  jakże?  To  już  ułożone,  w  pewnej  dziedzinie  nic  między  nimi  nie  było  i  nic  nie 

będzie.  Stary  Bard  ma  siedemdziesiąt  lat.  Prawdę  powiedziawszy  Maria  poślubi  księgarnię. 

Faktycznie on zrobił się tam buchalterem, a ona jest duszą. Wie pan, dla niej księgarnia to jest 

wszystko  w  życiu.  Mógłbym  przysiąc,  że  woli  ją  od  Maltaverne.  Wystarczy  posłuchać,  jak 

opowiada o pokrzywach nad Hure, o muchach, o telepaniu się z powrotem bryczuszką, o starej 

kobyle, którą cięły bąki, o czekaniu na stacji w Nizan... 

- Któż jednak winien wczuć się w Maltaverne, w te krwawiące sosny, w tę ziemię jałową 

i zbolałą, jeżeli nie ona... 

- Ale skąd, panie Alain, na to trzeba się tam urodzić, i żeby dziadkowie i pradziadkowie 

się tam urodzili. Tylko my dwaj... Ona jest miastowa, nie zna nawet ulic, żyje w zamknięciu, a 

nie na wolnym powietrzu. 

- Więc Szymon sądzi, że Bard i Maria... 

- Och, dopiero jak się skończy ruch przedświąteczny, może koło piętnastego stycznia. 

- A zatem ja to ostatnie wakacje, na jakie sobie pozwoliła... Swoją drogą potworność. 

-  Wcale  nie,  ponieważ  nic  tam  nie  było  i  nic  nie  może  być,  dla  nich  to  po  prostu 

urządzenie sobie życia... 

- Zresztą, ho cóż! - wykrzyknąłem. - Przywykła do starców. 

- To źle tak mówić, panie Alain, to źle. 

-  Jacyż  ohydni  są  starcy,  jeśli  nie  trzymają  się  z  dala  od  młodych  istot,  wprost 

obrzydzenie  bierze,  i  ci  starzy  pisarze,  którzy  mają  czelność  pisać  o  tym  w  swoich  książkach, 

wcale  się  nie  wstydzą.  Pomyśleć,  że  była  w  ich  rękach!  Ale  mnie  jednak  nabrała.  Zawsze  tak 

bywa: kiedy Balege pójdzie na emeryturę, będzie sobie mogła zafundować dwudziestoletniego 

ekspedienta. 

- Nie, panie Alain, ona pana kochała, kocha nadal. 

-  Pięknie,  to  będzie  kochała  dwudziestoletniego  ekspedienta,  a  potem  razem  zamordują 

Barda, żeby się mogli pobrać. W gruncie rzeczy to bardzo w stylu Zoli, ta księgarnia w pasażu. 

- Och, panie Alałn, jak można! To źle tak mówić... 

-  Ona  zresztą  też  ma  w  sobie  coś  z  Zoli:  wszystko,  czego  właściwie  nie  cierpię.  Cóż 

background image

Teresa  Raguin  mogłaby  zrozumieć  w  Maltaverne?  A  jednak  podobało  jej  się,  wie  Szymon, 

podobało  jej  się  wieczorem,  kiedy  przyjechaliście,  i  potem  w  nocy,  jeszcze  o  świcie,  dopóki 

słońce nie zaczęło prażyć, kiedy nam się zdawało, że sosny błogosławią nas oboje rozłożystymi 

konarami...  Ale  nie,  błogosławiły  tylko  mnie,  tylko  mnie  znały,  ona  nie  miała  z  nimi  nic 

wspólnego. 

I nagle wybuchnąłem: 

-  Ma  się  rozumieć,  że  jest  stworzona  dla  Barda!  Zresztą  nie  jest  tak  wiele  od  niego 

młodsza. 

- Och, panie Alain! 

-  Z  chwilą,  gdy  kobieta  nie  jest  już  prawdziwie  młoda,  przechodzi  od  razu  na  drugą 

stronę, na stronę Barda. 

Nie wiedziałem, że ból może się we mnie obrócić w taką furię. - I pomyśleć - krzyczałem 

- że tylu księży jęczy potajemnie z powodu celibatu, podczas gdy właśnie najpiękniejsza w ich 

życiu jest możliwość unikania wszystkich tych psich spraw! A do tego psy są nawet czystsze! 

-  Och,  panie  Alain,  pan  mówi  od  rzeczy,  jak  często  powtarza  nasza  pani.  Ciało  jest 

świętością, przecież pan wie. 

12 - Młodzieniec z dawnych lat Wybuchnąłem łkaniem: - Tak, wiem. - Szymon nie miał 

pojęcia, co należy robić i mówić, kiedy taki pan jak pan Alain płacze w jego obecności. On od 

wczesnego  dzieciństwa  nigdy  nie  płakał  przy  ludziach,  a  nawet  gdy  był  sam.  Łzy  to  jeszcze 

jeden z moich przywilejów. 

Opanowałem  się  prędko,  otarłem  oczy,  przeprosiłem  go:  to  tylko  zaskoczenie  jej 

małżeństwem  ze  staruchem.  Już  oswajałem  się  z  tą  myślą.  Poślubiała  księgarnię,  czy  to  nie 

najlepsze? Wszystko w porządku... Wsiadłem do samochodu. Z Szymonem miałem zobaczyć się 

na początku roku akademickiego. W Dionie cierpienie odezwało się na nowo. Uczucie zupełnie 

różne od tego,  co zwykle nazywałem cierpieniem.  Odczuwałem ból  fizyczny, fizycznie nie do 

zniesienia. Ona wiedziała, wiedziała od początku, zafundowała sobie takiego młokosa jak ja, nim 

zwiąże się na dobre. Kiedy zostanie panią Bard, będzie prowadzić się przykładnie. Co to za ból? 

Nie  potrwa  długo.  Gdybym  nie  musiał  wyjeżdżać  jutro  do  Maltaverne,  umówiłbym  się  z 

Kellerem,  zabrałby  mnie  do  Sillon,  może  tam  kogoś  bym  spotkał...  Powiedział  mi:  „Sillon  to 

przyjaźń”. Ludzie się kochają, i to jest miłość, bez żadnych świństw. 

Nazajutrz  byliśmy  już  w  Maltaverne.  Nie  chciałem  słyszeć  o  Luchon  ani  o  życiu 

background image

hotelowym, gdzie by to nie było. Mamusia widziała, że jestem nieszczęśliwy, ale to tylko sprawa 

paru  dni,  przeszedłem  operację.  Musiała  nastąpić  nieunikniona  reakcja.  Jeśli  zaś  o  nią  chodzi, 

widziałem,  że  jest  odprężona,  jak  może  nie  była  od  lat,  uspokojona  jak  ktoś,  kto  dopiero  co 

ocalał z śmiertelnego niebezpieczeństwa. Ani przez chwilę się nie domyślała, że jeszcze nigdy 

nie była tak bliska tego, co dla niej byłoby klęską nad klęskami. Nigdy nie była tak bliska jak w 

okresach między chwilami wytchnienia, które jeszcze bywają mi udzielane. To, co piszę teraz, 

piszę  wyłącznie  dla  siebie,  nawet  Donzac  tego  nie  przeczyta,  bo  nie  ma  nic  bardziej 

wstydliwego,  bardziej  godnego  pogardy  niż  kiedy  człowiek  udaje,  że  chce  umrzeć,  ale  nie 

umiera. Nieudane samobójstwo zawsze jest podejrzane; lecz jeśli nawet na takie nie można się 

zdobyć! Już lepiej nie dawać ludziom powodu do uciechy. 

Niemniej  w okresie między wizytą u Szymona  w przeddzień wyjazdu do Maltaverne a 

dniem  dzisiejszym  coś  nie  pozwoliło  mi  ulec  szaleńczemu  pragnieniu,  by  zasnąć  na  zawsze, 

owej  chęcinieżycia,  ale  co?  Nie  mam  pojęcia,  co  lekarze  wiedzą  o  tej  chorobie,  wiem  jednak, 

czym jest nieszczęsna istota, będąca tylko ogniwem pewnego rodu, której pradziad i stryjeczny 

pradziad  utopili  się  w  lagunie  Techoueyre,  może  na  skutek  choroby  zwanej  przez  pasterzy 

pelagrą i popychającej, jak mówią, do topieli każdego, kogo dotknie. Wiem, że ich choroba jest 

taka  sama  jak  wszystkie  choroby,  których  zarodek  nosi  człowiek  w  sobie:  wyzwala  zabójcze 

dawki  lęku,  stanowi  jądro  naszej  istoty  od  chwili  przyjścia  na  świat,  a  tai  się  już  w  naszym 

pierwszym kwileniu. 

Podczas  tych  ostatnich  tygodni  spędzonych  u  boku  mamusi  jakby  odrodzonej, 

uspokojonej  i  pozwalającej  mi na wszystko,  zadającej  sobie mnóstwo fatygi,  aby mnie karmić 

rakami i borowikami, doszedłem wewnętrznie do wniosku, że od śmierci odgradzało mnie tylko 

moje  niedołęstwo.  „Ty  nie  umiesz  nic  zrobić  tymi  swoimi  łapami  -  często  wzgardliwie 

powtarzała mi mamusia - nie potrafiłbyś nawet być tragarzem”. 

Tak,  i  nawet  się  zabić.  Laguna  w  Techoueyre  dziś  już  jest  za  płytka.  Jeśli  chodzi  o 

trucizny...  Co  można  kupić  w  aptece  bez  recepty?  Za  wielki  tchórz,  by  odważyć  się  na  taką 

śmierć  jak  Anny  Kareniny,  pod  kołami  pociągu,  za  wielki  tchórz,  by  skoczyć  w  przepaść,  za 

wielki tchórz, by nacisnąć cyngiel. 

Najosobliwsze, że jedyne, co mi jest nieodzowne, moja wiara w życie przyszłe, zaledwie 

wchodziła  tu  w  rachubę.  Jakby  spoza  definicji  dziecinnego  katechizmu,  zakazów  kazuistów, 

dobiegał  mnie  głośny  śmiech,  który  szydzi  z  nich:  ci  głupcy  utożsamiają  z  morderstwem  akt 

background image

swobodnego opuszczenia tego świata... Po pierwsze nie jest ono swobodne, ponieważ to dążenie 

bywa nam przekazywane jak wszystko, co zabija nas z dnia na  dzień, od urodzenia do śmierci. 

Odkąd  tutaj  wróciłem,  ziemia  Maltayerne  jest  w  moich  oczach  już  tylko  tym,  czym  jest 

rzeczywiście:  jałowymi  i  ponurymi  landami,  które  w  końcu  strawi  ogień.  To  mój  wzrok  je 

przeobrażał, wzrok o sile magicznej. Podobnie z Marią: i ziemia Maltaverne, i Maria na zawsze 

już zostaną tym, czym są. Straciłem wobec nich moją moc przeobrażania. Zwłaszcza że Maria 

nie wierzy, abym to z jej powodu chciał umrzeć. 

Próbuję  się  modlić,  ale  słowa,  w  miarę  jak  je  wymawiam,  zatracają  wszelki  sens,  a 

schronienie  poza  słowami,  do  którego  tak  często  się  uciekałem,  przekonany,  że  to  stan 

kontemplacji, jest już tylko bramą otwartą na próżnię, na nic. 

Jeszcze  raz  powtarzam,  bywają  chwile  wytchnienia.  Z  nagła  odzyskuję  chęć  do  życia. 

Wiem, że nie potrwa to długo, ból znów mną owładnie, korzystam jednak z czasu, jaki mi jest 

dany,  ażeby  nabrać  tchu.  W  którąś  piękną  noc  wstałem  i  boso  wyszedłem  na  balkon,  gdzie 

staliśmy z Marią wsparci o balustradę. Tak, było tu przecież, co moje oczy raz jeszcze widziały, 

to  samo  niebo,  na  którym  bladły  gwiazdy,  i  czuby  sosen  zdające  się  tak  niebu  bliskie,  i  moje 

oczy,  które  na  nie  patrzyły,  i  serce  przepełnione  rozpaczą.  Wszystko  niewątpliwie  było, 

kłamałem  twierdząc,  że  nie  ma  nic,  a  to,  że  ja  nie  miałem  już  klucza  do  tego  niedorzecznego 

świata, wcale nie dowodziło, aby on nie istniał. 

Okresy  wytchnienia  stawały  się  coraz  częstsze,  aż  do  wydarzenia,  które  zrelacjonuję  - 

właściwie do tego, co zdawało mi się jedynie wydarzeniem, a było miejscem na mojej drodze, 

gdzie  miałem  zostać  napadnięty,  schwytany  za  gardło,  jak  gdyby  pokusa  samobójstwa  była  u 

mnie tylko zwiastunem nieszczęścia, mającego spaść na nas lada chwila. Chociaż we wrześniu 

nikt się już nie kąpie przy młynie pana Lapeyre, bo woda jest lodowata, dzień był tak ciepły, że 

na wszelki wypadek wziąłem kąpielówki. Zapewne tkwiła też we mnie myśl, że tego dnia może 

uda  mi  się  wreszcie  skończyć,  gdyż  istniały  pełne  szansę,  że  będę  sam.  Wiedziałem,  że  nie 

znajdę  w  sobie  odwagi  na  taki  koniec  jak  Anna  Karenina,  ale  na  taki  jak  Ofelia...  kto  wie  - 

pewno dlatego, iż zdawałem sobie sprawę, że instynktownie robiłbym ruchy, które nie dałyby mi 

pójść na dno. Myślałem o tym mgliście, jak o wypadku, który mógłby się zdarzyć. Wyobrażałem 

sobie, jak będzie wyglądała rozpacz mamusi, rozpacz Marii. Ludzie powiedzieliby, jak mawiano 

zawsze: że dostałem skurczu, ataku serca. Świadków by nie było. 

Zszedłem piaszczystą drogą prowadzącą do młyna i zauważyłem z niezadowoleniem, że 

background image

jakiś  samotny  chłopiec  kąpie  się  w  stawie.  Woda  jest  tak  zimna,  że  długo  nikt  w  niej  nie 

wytrzyma.  Postanowiłem  tedy  zaczekać,  póki  teren  się  nie  uwolni,  i  wśliznąłem  się  pod 

paprocie, skąd sam niewidoczny mogłem nie tracić go z oka. Jest jakaś przyjemność trudna do 

wyznania, ale ja się przyznaję, w oglądaniu kogoś, kto nas nie widzi, nie wie, że jesteśmy obok, 

sądzi,  że  jest  sam.  W  istocie  to  przyjemność  boża.  Bardzo  szybko  zorientowałem  się,  że  mój 

kąpiący  się  chłopiec  jest  dziewczyną,  tak  co  prawda  smukłą  i  długonogą,  że  można  się  było 

omylić.  Już  niezupełnie  mała  dziewczynka.  Zresztą  z  dziewczynami  nigdy  nie  wiadomo, 

dziewczyny  nigdy  nie  są  dziećmi,  dzieciństwo  zostało  im  odjęte.  Ta  musiała  być  małą 

dziewczynką, bo kąpała się w trykotowym kostiumie, jak chłopiec. Dziewczyna z osady nigdy 

by  sobie  na  to  nie  pozwoliła.  Wyszła  z  wody,  usiadła  w  słońcu  na  brzegu,  żeby  się  osuszyć, 

rozejrzała  się  dokoła.  Wszędzie  pustka  i  cisza  południowych  godzin.  Szybko  opuściła  górę 

kostiumu, niewinnym ruchem obnażyła chudziutkie łopatki i piersi, ledwie zarysowane. Uczucie, 

jakiego  wówczas  doznałem,  to  nie  to,  o  co  może  mnie  posądzać  Donzac:  rozkosz  fauna.  Nie, 

małe dziewczynki jeszcze nie budzą we mnie zdrożnych myśli. Zupełnie jak gdyby dłoń, która 

ściskała mi gardło, nagle się rozwarła (gdybym  był  wiedział!), jak  gdyby  ktoś  położył  ręce na 

moich ślepych oczach, zaraz je cofnął - i nagle przejrzałem. Przecież już jedna taka istota to cud, 

a na świecie były ich całe miliony - na tym świecie, którego nie znałem, którego zresztą nic ani 

nikt nie każe mi przemierzać, jeżeli będę wolał siedzieć w pokoju, tam, gdzie są moje książki i 

gdzie nie ma innych ludzi. 

Dziewczynka długą chwilę stała w słońcu, a myśl, jaką we mnie zrodziła, tak mało była 

grzeszna,  że  patrząc  na  nią  miałem  poczucie  -  cenne  zapewne  jedynie  dla  mnie,  i  ogarniające 

mnie  zawsze  na  widok  młodego  ciała,  jeżeli  jest  pięknepoczucie  oczywistości  Boskiego 

istnienia. Bóg istnieje, chyba widzicie. Ten sam więc głos, krzyczący mi w ucho: „Wszystko jest 

tutaj,  wszystko  jest  dostępne,  zabij  i  pożrej...”  -  ten  sam  głos  podszeptuje  również:  „Ale  ty 

możesz wybrać, wyrzec się wszystkiego i szukać Mnie, i to jest właśnie jedyna przygoda”. 

Dziewczynka zniknęła w paprociach i wyszła z nich po chwili ubrana krótko, z włosami 

ściągniętymi  do  tyłu  półokrągłym  grzebieniem,  trochę  zanadto  uwydatniającym  czoło,  niezbyt 

ładna, o ile mogłem ocenić z tak daleka. Ale ja wiedziałem, bo widziałem ją rozebraną, że jest 

piękna, nie pięknością utrwaloną w niektórych rysach, ale taką, która polega na linii, mającej się 

zatrzeć,  związanej  z  momentem  przemiany.  Dostrzegłem  oto  chwilę  pomiędzy  brzaskiem  a 

świtem, czy raczej między świtem a porankiem - cud, który nie potrwa długo, i już istnieje, choć 

background image

się jeszcze naprawdę nie zaczął. 

Pozwoliłem  jej  odejść  i  ruszyłem  za  nią,  lecz  z  daleka.  Szła  wyprostowana  i  poważna 

niby dorosła panna, raptem wbiegła w paprocie, wskakiwała jak kózka, nachylała się podnosząc 

coś, nie wiem co, i znowu szła dalej. W pewnej chwili zeschły patyk trzasnął pod moim butem. 

Odwróciła  się,  podniosła  rączkę  do  oczu,  aby  zobaczyć,  kto  idzie,  i  nagle  -  czyżby  mnie 

poznała? Poderwała się, zniknęła na zakręcie, a kiedy i ja do niego doszedłem, popędziła widać 

na przełaj przez las, bo już jej nie zobaczyłem. 

background image

Rozdział XII   

 

Gdy  wróciłem  z  młyna,  głowę  mając  jeszcze  zajętą  tą  przestraszoną  dziewczynką  z 

kąpieli, mamusia czekała mnie na ganku. Zawołała, że dostałem depeszę. Podała mi ją otwartą. - 

Otworzyłam  naturalnie.  Od  Szymona...  Ależ  on  ma  tupet.  -  Przeczytałem:  „Konieczne 

niezwłoczne spotkanie. 

Proszę depeszować, czy możliwe jutro Talence”. 

- Jeżeli wolno mi coś ci doradzić, zażądaj, żeby najpierw napisał, o co mu znów chodzi. 

-  Nie,  nie  znam  człowieka  bardziej  powściągliwego  niż  on.  Musi  mieć  jakieś  bardzo 

poważne powody. Pojadę jutro rano. Zaraz powiem szoferowi. 

- Oczywiście. To twój samochód i twój szofer. 

We  mgle  o  świcie  koguty  z  Maltayerne  odpowiadały  kogutom  z  odległych  samotnych 

folwarków.  „Okrzyk  powtarzany  przez  tysiączne  straże.”  Domyślałem  się,  że  to  Maria  mnie 

wzywa i że spotkam ją u Szymona. Nawet nie czułem ciekawości, postanowiłem uchylić się od 

wszelkich rokowań; z komediantką nie warto udawać, że się wierzy w prawdziwość postaci, jaką 

odgrywa,  choćby  grała  z  największym  przekonaniem  i  najzręczniej  oszukiwała  nawet  siebie. 

Donzac  mówi  o  powieściach  Bourgeta,  że  to  groszowa  psychologia.  Słusznie,  i  taką  właśnie 

drobną  monetą  my  sobie  nawzajem  płacimy.  Poza  tym,  mimo  że  teraz  właśnie  osiągnąłem 

pewien etap spokoju, byłem jednak zbyt wyczerpany, nie odczuwałem już nic. 

W  samochodzie  śmiałem  się  sam  na  myśl,  że  ze  wszystkich  moich  żalów  do  Marii 

zachowało  się  jedynie  to,  co  powiedziała  Szymonowi  o  pokrzywach  nad  Hure,  o  muchach, 

bryczuszce  i  o  stacji  w  Nizan  -  to,  że  się  odżegnała  od  Maltaverne,  niewdzięcznica,  niegodna, 

idiotka. 

Nie było jej u Szymona, kiedy tam zajechałem, ale miała się zjawić około południa. Bard 

szalał, ponieważ, jak poinformował mnie Szymon, Maria musiała przerwać pracę. Zabija ją, że 

nie mogła osobiście mi wyjaśnić owych planów małżeństwa, w jej mniemaniu sprowadzającego 

się do pewnego układu, żeby księgarnia nie przeszła w obce ręce. Szymon przyznał, że trochę w 

zbyt czarnych barwach odmalował Marii moją wściekłość, kiedy mi oznajmił bez ogródek o tych 

planach, sądząc, że je znam. 

- Szymon wszystko powtarza - rzuciłem ze złością. - Zawsze wszystko jątrzy. Dyskrecja 

jest cnotą, której niestety nie można się nauczyć. 

background image

Bronił się słabo. Musiał mieć dużo innych grzechów tego typu na sumieniu. 

Maria  wysiadła  z  tramwaju  trochę  przed  dwunastą.  To,  co  miało  lada  chwila  spaść  na 

mnie jak grom, a wtedy było ode mnie tak dalekie i niewyobrażalne, teraz, kiedy się już stało, 

nie pozwala mi skupić uwagi na chaotycznej rozmowie, jakąśmy z Marią prowadzili w pokoju 

Szymona, gdzie zostawił nas samych. Muszę jednak przyznać ku pochwale Marii, że zaledwie 

ujrzała moją smutną minę, niepokoiła się już wyłącznie o mnie. Może posiadam dar budzenia w 

kobietach uczuć zatroskanej i strwożonej matki. Ujęła moją głowę w obie dłonie i powiedziała: - 

Nie podobają mi się twoje oczy. 

Przyjmowałem bez dyskusji wszystkie argumenty, jakie mi podała odnośnie małżeństwa, 

jakby mnie to już nie obchodziło. Parę godzin, które mnie dzielą od owych wyjaśnień Marii, od 

śniadania w bistro Talence, gdzie nas Szymon później zaprosił - tych parę godzin wydaje mi się 

otchłanią  czasu  prawie  nieskończoną,  raną,  która  przedzieliła  moje  życie  na  dwa  światy:  jak 

gdyby prawdziwa przyczyna męki została mi z nagła odsłonięta, jak gdyby banalna wiadomość, 

parę  słów  pod  fotografią  w  „La  petite  Gironde”,  którą  mi  rano  wraz  z  kawą  przyniosła 

konsjerżka  przy  ulicy  de  Cheverus,  starczyła,  aby  jednym  pchnięciem  strącić  mnie  w  próżnię 

bezdenną, w którą nadal spadam nieprzerwanie. 

A zatem rano, gdy wypiwszy parę łyków kawy spojrzałem z roztargnieniem na pierwszą 

stronę  dziennika,  wydało  mi  się,  że  majaczę:  ta  dziewczęca  twarz  z  włosami  ściągniętymi  z 

wypukłego  czoła,  bez  uśmiechu,  była  mi  znajoma.  To  dziewczynka  spod  młyna.  A  poniżej, 

kursywą:  „Joanka  Seris  wyszła  przedwczoraj  po  południu  z  domu  swojego  ojca,  pana  Numy 

Seris, i dotąd nie wróciła. Przypuszcza się, że to jakaś eskapada, co się już zdarzało. Miała na 

sobie  sweterek  w  paski,  białe  pantofle  na  sznurku,  była  bez  pończoch,  włosy  ściągnięte 

półokrągłym grzebieniem”. Dalej następował adres Numy Serisa, numer jego telefonu. To była 

Weszka.  Nim  zasiadłem  i  jąłem  przeżuwać  i  przetrawiać  wszystko,  co  mój  trwożny  niepokój 

mógł zaczerpnąć z tej informacji, przez długą chwilę rozmyślałem o figlu, jaki mi ktoś spłatał: 

więc ja Weszkę widziałem przy młynie pana Lapeyre i wydała mi się cudna. Nie mogło to być 

przypadkiem, zbyt dobrze było wyreżyserowane. Jak napisano: „To uczynił wróg...” Tak, wróg 

ukazał  mi  ją  tak  uroczą,  ale  przeraziła  się  mojego  widoku,  uciekła  i  zniknęła,  może  już  na 

zawsze. 

Byłem  jedynym  świadkiem.  Należało  bezzwłocznie  wracać  do  Maltaverne,  ale 

umówiłem się na dwunastą z Marią i Szymonem. Powiem im wszystko i zrobię, co mi doradzą. 

background image

Niewątpliwie to po prostu jakaś eskapada, nie wiedziałem, że jej się zdarzały: nigdy o niej przy 

mnie nie mówiono. Dlaczego ze mnie drwisz, Boże mój? 

Ubrałem się spiesznie, wyszedłem, kupiłem dwa inne dzienniki bordoskie, znalazłem w 

nich  tę  samą  fotografię,  tę  samą  notkę;  wstąpiłem  do  hallu  rredit  Lyonnais  i  dziennika  „La 

France” przy ulicy PorteDijeaux, gdzie wywieszano ostatnie komunikaty: nic na temat zniknięcia 

małej  Seris.  Wróciłem  na  ulicę  de  Cheverus.  Wyznaję,  iż  drżałem  ze  strachu,  pociłem  się  z 

niepokoju. Strachu przed czym? Niepokoju o co? Byłem pewien, że trzeba być przygotowanym 

na  najgorsze.  Jeśli  zaś  to  najgorsze  się  stanie,  no  cóż,  tym  razem  znajdę  już siły  i  środki,  aby 

przejść  na  tamten  świat.  Wróg  mnie  nie  dostanie,  choćby  jak  najlepiej  funkcjonował  jego 

mechanizm. 

Zupełnie jakbym obiema rękami trzymał pętlę, jeszcze luźno zawieszoną wokół szyi, lecz 

zaciskającą  się  z  sekundy  na  sekundę.  W  południe  czekałem  u  drzwi,  otworzyłem,  nim 

zadzwonili. Nie wiem, jaką miałem minę. Maria zawołała: - Alain, co się stało? - Nie mogłem 

mówić,  pokazałem  im  fotografię.  No  więc  co?  Już  widzieli,  najpierw  nawet  się  śmieli. 

Eskapada... Żachnąłem się: - Nie ma gię z czego śmiać, jestem w to zaplątany. 

- Alain, tyś chyba oszalał. 

Zacząłem więc opowiadać im całą historię, nie poznawałem własnego głosu. Już się nie 

śmieli.  Maria  powiedziała:  -  Zjemy  obiad,  potem  pojedziesz.  Jeszcze  dziś  przed  wieczorem  ją 

odnajdą. 

Złożysz zeznania zaraz, jak przyjedziesz. - Ponieważ i tak nic bym nie przełknął, Maria 

zaproponowała, żebyśmy poszli na filiżankę czekolady do Prevosta. 

- Wszystko sprowadzi się tylko do niemiłej konieczności składania zeznań... 

- I że jej nazwisko dostało się do gazet - wtrącił Szymon. 

Maria zmierzyła go wzrokiem, wzruszyła ramionami i zaproponowała, żebyśmy zaszli do 

księgarni, skąd zatelefonuje do swego najlepszego klienta, kierownika działu informacji w „La 

petite Gironde”: może wyjadę już uspokojony. 

Ponieważ o tej porze księgarnia była zamknięta,  weszliśmy do niej od tyłu. Znajomego 

Marii  nie  było  w  redakcji,  ale  miała  jego  numer  domowy  i  dość  prędko  się  z  nim  połączyła. 

Podała  mi  słuchawkę.  Owszem,  jest  coś  nowego:  „Jakiś  robotnik  zbierający  żywicę  zobaczył 

małą, przebiegała koło niego tak szybko, jak gdyby ją przestraszył ktoś czy coś, czy nawet jak 

gdyby  ją  ktoś  gonił.  Robotnik  jest  badany  bez  przerwy.  To  dopiero  jeden  świadek,  ale...” 

background image

Wypuściłem słuchawkę z ręki. 

- Alain, skąd ta panika? 

-  Ten  robotnik  nie  skłamał,  biegła,  ponieważ  się  bała.  To  mnie  się  tak  bała.  Mnie,  bo 

dopiero co patrzyłem, jak się kąpała... 

-  Tak,  ale  w  kwadrans  później  byłeś  już  w  Maltaverne,  gdzie  ci  oddano  depeszę 

Szymona. Czym ty się niepokoisz? 

Szymon pokręcił głową: 

- A niechże panią, pani uważa, że nie ma się czym frasować... 

- Cicho, głupcze! - krzyknęła ze złością. - Niech no pan spojrzy na jego biedną twarz. 

Chciałam  poprosić, żeby mu  pan towarzyszył  do Maltaverne,  ale po namyśle sądzę, że 

lepiej,  aby  był  sam,  niż  z  panem...  A  właściwie  nie.  Ja  pojadę.  Pan  niech  zostanie  tutaj  do 

przyjścia  Balege’a.  Pan  mu  wytłumaczy...  I  w  razie  potrzeby  pomoże  pan.  Będę  z  powrotem 

jutro rano. 

- Tylko co nasza pani powie, jak panią „zobaczy? 

- Zobaczy również swojego syna, jedno spojrzenie jej wystarczy: zrozumie, nie jest taka 

jak pan, co nie rozumie nic. 

Poczułem się wyswobodzony, oddawałem się w jej ręce, nic okropnego nie mogło mnie 

spotkać,  dopóki  ona  przy  mnie  będzie.  Nabierałem  tchu.  Samochód  toczył  się  z  szybkością 

idącego człowieka po zatłoczonej ulicy SainteCatherine. Potem zaczynała się droga do Leognan, 

i  już  zaraz  sosny.  Maria  wzięła  mnie  za  rękę.  Spytała:  -  Już  się  nie  boisz?  -  Tak,  już  się  nie 

bałem, ale wiedziałem, że to znowu wróci. Obecnie rozumiałem, że nie mogę być podejrzewany, 

lecz  za  niespełna  dziesięć  minut  może  już  nie  będę  tego  pewny.  Wtedy  może  mi  się  właśnie 

wydać oczywiste, że wszystko mnie obciąża. 

-  Nawet  ty, Mario,  gdyby  cię pytano i  gdybyś  powiedziała wszystko,  co wiesz, byłabyś 

świadkiem obciążającym... 

- Uważaj, kochanie, znów się załamujesz... 

-  Pamiętasz,  rano  w  dzień  naszego  wyjazdu,  kiedy  chciałaś  zobaczyć  Hure  i 

poprowadziłem cię drogą na przełaj, bo wiedzieliśmy, że mała nas śledzi, przypominasz sobie, 

co ci o niej mówiłem? Powiedziałem: „Uduszę ją”. 

- Śniło ci się, Alain. W każdym razie to nie ma znaczenia dla nikogo. 

-  Niemniej  gdyby  cię  pytano,  twoim  obowiązkiem  byłoby  przypomnieć  te  zdradzieckie 

background image

słowa. 

-  Które co zdradzały, poza chwilowym  rozdrażnieniem,  jakie ja też odczuwałam, każdy 

by odczuł... 

-  Wiedziała,  że  jej  nie  cierpię,  skoro  tak  się  mnie  bała,  skoro  wystarczyło,  że  mnie 

poznała na tym zakręcie drogi, by pobiegła w las, gdzie czyhał na nią ten człowiek. 

- To wina przeznaczenia, jak mówi Charles Bovary, w żadnym razie nie twoja. 

-  Jakiś  patyk  trzasnął  mi  pod  butem,  odwróciła  głowę  i  zobaczyła  mnie.  Mogłem 

postawić nogę obok tego patyka, i szłaby sobie dalej piaszczystą drogą, aż do Maltaverne. A ja 

zobaczyłem  ją  nagą  właśnie  w  tym  momencie,  w  tym  momencie  odkryłem,  że  się  co  do  niej 

myliłem, że stała się tak różna od małej dziewczynki, którą przezywaliśmy Weszką, Jak motyl 

różny jest od poczwarki... 

Po chwili milczenia Maria szepnęła: - Jakież to druzgocące dla twojej matki. 

- W gruncie Keczy rozumiesz ją? 

Tak, rozumiała. Nie mówiliśmy już nic. Chwilami brała mnie za rękę, ściskała lekko, by 

mi  przypomnieć  o  swojej  obecności:  -  Nie  bój  się,  jestem  tu.  -  Tak  właśnie  mówiła  mamusia, 

kiedy się bałem w nocy. Maria znała tę moją ułomność, miała okazję obserwować ją z bliska na 

przykładzie  jednego  ze  swoich  starców.  -  Powiedziałeś  Szymonowi,  że  przywykłam  do 

starców... - Naprawdę wszystko powtarzał. 

- Tak, wszystko powtarza. Więc istotnie, widziałam, jak jednego z moich starców o mało 

nie zabiły koszmary, które sam sobie tworzył. 

W  Villandraut,  gdzie  zatrzymaliśmy  się,  żeby  wziąć  benzynę,  ludzie  rozprawiali  przed 

garażem. 

Kiedy  szofer  zasiadł  znów  za  kierownicą,  powiedział:  -  Łajdak  się  przyznał,  udusił  ją, 

schował ciało w zagrodzie dla owiec i stamtąd po nocy przewiózł na taczkach do głębokiej jamy 

w Hure, powyżej młyna. - Obiema dłońmi zasłoniłem twarz, nie po to, by ukryć przed Marią łzy, 

ale by już nie widzieć tego świata, którego nie miałem odwagi opuścić. 

Mamusia  siedziała  sama  w  salonie  z  zamkniętymi  okiennicami,  była  dosłownie 

zdruzgotana i wcale nie zareagowała na obecność Marii. Czy ją w ogóle poznała? 

-  Nie  chciałam,  proszę  pani,  żeby  jechał  sam  po  ciosie,  jaki  spadł  na  niego  dziś  rano. 

Spojrzała na mnie czujnie. 

- To był dla ciebie cios? 

background image

->- Tak straszny, że nie możesz sobie wyobrazić: bo to mnie mała się przelękła, na mój 

widok wpadła w panikę. 

Mamusia  powtarzała  znużonym  głosem:  -  Co  ty  opowiadasz?  -  Ale  bardzo  szybko 

zaczęła  uważać.  Kiedy  skończyłem,  powiedziała:  -  Teraz,  gdy  już  złapali  zbrodniarza,  już  się 

przyznał, nie warto, byś w ogóle coś mówił; wszystko to musi zostać między nami. 

- O, nie! - zaoponowała Maria. - To jest ważne dla tego nędznika, który odpowie głową. 

Zeznania  Alaina  poświadczą,  że  mała  rzeczywiście  była  przestraszona,  że  wpadła  do  lasu,  że 

wszystko  odbyło  się  tak,  jak  ten  człowiek  mówił,  a  nie  uwierzono  mu:  ta  dziewczyneczka 

zziajana, zdyszana... 

- Tak - powiedziałem - zgubiło ją to, że dyszała... 

Chciałem od razu iść na żandarmerię, ale według słów mamusi wszyscy byli teraz przy 

młynie: morderca pokazywał miejsce, gdzie wrzucił ciało. 

Nie chciałem czekać. To mamusia zapytała Marię: 

- Pani go nie opuści? 

Zainteresowałem  ich  mniej,  niż  się  spodziewałem.  Trzymali  już  mordercę  i  mieli 

wyłowić zwłoki  - Sierżant,  który mnie pytał,  zdawał  się absolutnie nie przywiązywać wagi  do 

tego,  co  uważałem,  że  winienem  powiedzieć  o  lęku,  jaki  z  pewnością  mój  widok  wzbudził  w 

małej Seris. Dla nich była to już sprawa załatwiona. Po powrocie spałem dwie godziny ciężkim 

snem. Dowiedziałem się później, że przez ten czas mamusia i Maria rozmawiały o mnie, a raczej 

Maria starała się usilnie zaniepokoić mamusię na mój temat. Wyczuła widać, że osiągnęła cel, 

ponieważ  wyjechała  na  stację  o,  szóstej,  już  bez  widzenia  się  ze  mną.  -  Ale  wyjechała  - 

zapewniła mnie mamusia - zupełnie o ciebie spokojna. 

Świeżo zbudzony w mamusi niepokój zajmował ją, odwracał trochę jej myśli od zwłok 

dziecka, które nieustannie miała przed oczyma. W ciągu nocy, którą spędziła przy mnie, w łóżku 

Laurentego,  wykryłem,  że  przywiązana  była  do  małej  Seris  innymi  więzami  niż  brudne 

wyrachowanie, jakie jej przypisywałem, że kochała to dziecko bez matki i ono ją kochało. 

- Ale ty nie wiedziałeś, ponieważ nie wolno mi było o niej mówić, nie mogłeś wiedzieć, 

jak wielka była jej miłość do ciebie. 

- Miłość do mnie? 

- Tak, choć się to wydaje niewiarogodne u dziewczynki dwunastoletniej. Nigdy bym nie 

myślała, że to jest możliwe, albo co najwyżej mogłabym się gorszyć, gdybym na własne oczy nie 

background image

obserwowała tego kultu, adoracji przepojonej czułością małego dziecka, a przecież już kobiety - 

w  pełni  jednak  czystej  i  niewinnej,  to  wiem  na  pewno,  bo  nie  przestawała  mówić  mi  o  tobie. 

Jeżeli zdołam stłumić bunt przeciwko potworności tego, co przeszła ta niewinna istota, to tylko 

dzięki  myśli,  że  teraz  nie  czujesz  już  do  niej  nienawiści,  że  po  niej  płaczesz,  że  jej  nie 

zapomnisz, że nie jest już dla ciebie Weszką... 

- Ależ chyba nie wiedziała, że nazywałem ją Weszką? 

- Wiedziała. Nie ja jej to powtórzyłam, jak się domyślasz. Numa Seris dowiedział się od 

Duberców,  pewno  od  twojego  kochanego  Szymona,  i  któregoś  wieczoru,  gdy  się  upił, 

powiedział małej. Płakała, jak ona płakała... 

A  teraz  płakaliśmy  w  ciemności  oboje  z  mamusią,  zmagając  się  z  tą  sprawą  nie  do 

zniesienia,  z  świadomością,  co  przeszło  to  biedne  dziecko,  biedne  dziecinne  ciało,  tego 

zbrukania, pohańbienia... 

-  Alain,  ‘ty  który  przeczytałeś  wszystkie  książki,  wiesz  przecież  wszystko,  co  ludzie 

zdołali  napisać  na  temat  zła,  na  które  Bóg  pozwala,  kiedy  chodzi  o  takie  dziecko,  o  małą 

dziewczynkę...  dlaczego  przed  śmiercią  jej  ciało  i  dusza  wydane  zostały  na  pastwę  tej  ślepej 

bestii?  Gdzie  jest  sens  takiej  męki,  której  co  dnia  poddawane  są  jakieś  dzieci?  A  przecież  my 

wiemy tylko o tym, o czym donosi prasa. Ale ileż dzieci, wszędzie, na całym świecie... 

Umilkła czekając mojej odpowiedzi. Płakałem nadal nad tym dziecinnym pohańbionym 

ciałem, którego wszystka woda Hure nie zdoła już obmyć. Wreszcie powiedziałem. 

- Może zło bywa uosobione. 

- Wobec tego taka istota gdzieś - jest, została stworzona, obdarzona tą mocą. 

-  Mamusiu,  nie  masz  innej  odpowiedzi  niźli  13  -  Młodzieniec  z  dawnych  lat  to  Ciało 

nagie, gdyż było przecież nagie, oplwane, przybite do drzewca, z którego naigrawali się mędrcy, 

a  było  Ciałem  Pana.  Odpowiedź  ta  dziewczyneczka  na  zawsze  już  tuli  do  serca.  Teraz  i  na 

zawsze.  A  my  wkrótce  dowiemy  się  tego,  co  obecnie  tylko  przeczuwamy  za  każdym  razem, 

kiedy się jednoczymy z tym Ciałem znieważanym, ukrzyżowanym i wyniesionym do chwały. 

- Tak, ja wierzę, wierzę. 

Po raz pierwszy w życiu usłyszałem, jak szlocha, szlocha z miłości. 

-  Kochałam  ją,  tę  malutką,  jak  nie  kochałam  nigdy  nikogo,  nawet  ciebie.  Mówiłam  jej: 

musisz  być  wykształcona,  ja  nigdy  o  niczym  nie  mogę  rozmawiać  z  Alainem.  W  naszych 

rodzinach  nie  ma  kobiet  dla  takiego  chłopca  jak  on.  Choć  więc  chodziła  tylko  do  szkoły 

background image

powszechnej, póki nie otrzymała świadectwa, uczyła się teraz z naszym nauczycielem, który jest 

bardzo  inteligentny,  przygotowuje  się  do  magisterium  z  literatury.  Uczyła  się  też  łaciny  z 

księdzem proboszczem, który otwierał jej umysł na sprawy ciebie interesujące. On również teraz 

się z nimi zapoznał. Biedny dziekan, nawet nie przypuszczasz, jaki masz na niego wpływ. Nie 

daję ci usnąć. Trzeba spać, synku kochany. 

- Dla mnie nie sen jest ważny, ale że jesteś tutaj. 

Przez  pewien  czas  nic  do  siebie  nie  mówiliśmy.  Wiatr  jesiennej  nocy  przydawał  głosu 

sosnom Maltaverne, i płakały wraz z nami nad dziewczyneczką, żywcem wydaną bestii nie po 

to,  by  ją  pożarła  jak  dziewicę  Blandynę,  ale  by  została  najbardziej  pohańbiona,  jak  może  być 

pohańbione  stworzenie  Boże  na  tym  świecie,  a  jej  ostatnie  spojrzenie  padło  na  plugawo 

wykrzywioną twarz... Mamusia odezwała się znowu; 

-  Jeżeli  można  wierzyć  tej  osobie  (ta  osoba,  to  była  Maria),  wbiłeś  sobie  w  głowę,  że 

poleciłam  biednej  malutkiej  śledzić  was  w  czasie  mojej  nieobecności.  Jak  mogłeś  sądzić,  że 

byłabym  zdolna...  Zapewne,  mówiłam  jej  za  dużo.  Byłyśmy  tak  z  sobą  blisko,  kiedy 

przyjeżdżałam do Maltaverne, a ciebie tu nie było! Wiedziała wszystko o moich obawach, odkąd 

ta  osoba  weszła  w  twoje  życie.  Właściwie  mówiłyśmy  wyłącznie  o  tobie.  Ale  jeżeli  malutka 

podpatrywała was podczas tego pobytu, nie ja ją o to prosiłam, widać sama z siebie, na własny 

rachunek. Nigdy bym nie uwierzyła, że jest możliwe, aby dziewczynka w tym wieku mogła być 

równie  zazdrosna  jak  ona.  Mówiła  mi,  co  wycierpiała  przez  ciebie  przez  ten  wieczór  i  noc, 

mówiła  mi  wszystko.  Wszystkośmy  sobie  mówiły.  Dobrze  wiesz,  że  nie  byłam  zazdrosna. 

Oddałabym  życie  za  to,  byś  ją  pokochał.  Ona  wierzyła,  że  ją  wreszcie  pokochasz,  i  we  mnie 

budziła tę wiarę. Koszmarne jest, że to była prawda, że ją pokochałeś w godzinę przedtem, nim 

została zgwałcona i uduszona... 

-  Tak,  i  teraz  będę  ją  kochał,  choćbym  dożył  nie  wiem  jak  późnej  starości,  będę  ją  w 

sobie piastował, będę ją tulił do serca, biedną malutką Weszkę, moją jedyną miłość. 

Wtem usłyszałem, że mamusia się śmieje. Tak, śmiała się. Powiedziała: 

-  A  wiesz,  jak  mściła  się  za  to,  że  nazywaliście  ją  Weszką?  Nie  nazywała  tej  osoby 

inaczej,  tylko  „haczyk”,  bo  często  słyszała,  jak  się  niepokoję,  że  ta  dziewczyna  „zarzuciła  na 

ciebie haczyk”... 

Teraz już milczenie między nami zapadło na dłużej; potem usłyszałem, że matka zasnęła, 

jej oddech stal się ciężki, nieomal chrapliwy, jak gdyby przedzierał się przez łzy, których jeszcze 

background image

nie  wylała.  Ja  nie  spałem,  na  nowo  przechodziłem  w  duchu  przebytą  drogę,  a  była  to  droga 

krzyżowa:  pierwsza  stacja  -  śmierć  mojego  brata;  druga  stacja  -  ta  zgwałcona  dziewczynka. 

Słaby  i  taki  bezbronny,  skąd  wezmę  siły,  by  postawić  choćby  jeden  jeszcze  krok?  Och, 

wyciągnąć  się  na  gołej  ziemi,  w  dobrze  mi  znanym  zakątku  Maltaverne,  który  nazywałem 

Pięknością, kiedy byłem mały. Dlaczego Pięknością? Wyciągnąć się i czekać, dopóki nie zasnę 

snem, z którego się nie budzi. 

Wreszcie zasnąłem. Kiedy się obudziłem, mamusi już nie było w pokoju. Musiała pójść 

na mszę. Ja nie próbowałem się modlić, nie w odruchu buntu, ale dlatego, że takie nieszczęście 

daje  poczucie  nieobecności  -  oczywiście  nie  braku  istnienia,  wydaje  się  jednak 

niepodobieństwem, aby Ktoś wtedy był, a przecież jest: oto tajemnica wiary niezniszczalnej w 

tych,  którym  dana  została  jej  łaska,  wiary,  zdolnej  ostać  się  nawet  wobec  morderstwa 

dziewczynki, i to morderstwa, o którym już sama myśl sprawiała, że mógłbym wyć monotonnie 

jak torturowane zwierzę. 

Każde z nas zaraz po obudzeniu pogrążyło się na nowo we własnym bólu, obwarowało 

się w nim znowu. Uciekając od dziennikarzy (moje zeznania pojawiły się w prasie), począwszy 

od  tego  ranka  chodziłem  polować  na  dzikie  gołębie:  nasza  La  Chicane  jest  nie  do  wykrycia,’ 

zupełnie niedostępna. Co prawda, z chwilą gdy morderca znalazł się pod kluczem, przyznał się 

do wszystkiego, na miejsce tej sprawy pojawiały się w gazetach inne. Całe zagadnienie polegało 

na tym, by znaleźć siły do dalszego przeżywania mych własnych problemów, do zdecydowania 

się, w którym pójść kierunku. Maria napisała mi, że powinienem wyjechać do Paryża, gdy tylko 

będę czuł się na siłach: „... to, co Twój Barres nazywa ziem, wyrwanie się spośród swoich, jest 

jedynym  lekarstwem  po  ciosie,  jaki  na  Ciebie  spadł,  jedyną  nadzieją  uleczenia.  Niewątpliwie 

wszystko,  co  się  stało,  zawsze  już  w  Tobie  będzie,  gdziekolwiek  się  znajdziesz.,  ale  może 

dlatego,  że  posiadasz  dar,  który  tak  podziwiasz  u  innych  -  odnajdowania  w  sobie  przeszłości 

żywej,  ekshumowania  jej.  Tak  właśnie  myśli  o  Tobie  Szymon,  z  przekonaniem,  które  czasem 

bywa aż nudne, w rezultacie jest jednak wzruszające: »0n kiedyś będzie wielki, zobaczy pani«, 

powtarza. Za to go zresztą lubię pomimo tych jego gminnych manier, tych cech wynaturzonego 

chłopa, monstrum, jakie zrobiliście z niego w Maltaverne: on w Ciebie wierzy. Nie kocha Cię 

tak bardzo, jak sobie wyobrażasz, może czasami nawet Cię nienawidzi, ale w Ciebie wierzy. A 

przecież ufność, jaką inni w nas pokładają, wskazuje nam naszą drogę. Po Donzacu my oboje z 

Szymonem wskazujemy Ci Twoją drogę, poza którą nie ma dla Ciebie żadnej drogi prawdziwej. 

background image

...  Jedyną  przeszkodę  widzę  w  osobie  Twej  matki,  i  na  pewno  nie  ja  będę  Ci  radziła, 

żebyś  ją  zlekceważył.  Jeśli  odczuwam  jakieś  wyrzuty  sumienia  wspominając  naszą  sprawę,  to 

właśnie  w  związku  z  biedną  »panią«,  której  obraz  potwornie  sobie  uprościłam  na  podstawie 

tego, jak wyście mi ją namalowali. Ty i Szymon. Przypominasz sobie, co mówiłam podczas jej 

coraz  częstszych  wyjazdów  do  Maltaverne,  że  »zdradza  Cię  z  twoimi  posiadłościami”.  Więc 

widzisz,  dzisiaj  wiemy,  że  Cię  zdradzała  z  Weszką  -  bo  tutaj  wchodziła  w  grę  miłość, 

aczkolwiek nie było w niej związków ani ciała, ani krwi”. 

Tak, wreszcie zrozumiałem: stara kobieta przelała na małą dziewczynkę całą czułość, o 

którą w ciągu jej długiego życia nikt nie dbał, może poza mężem, który bez wątpienia budził w 

niej  fizyczny  wstręt,  poza  mną,  ale  ja  zawsze  byłem  dla  niej  istotą  niezrozumiałą,  innej  rasy, 

mimo  że  mnie  urodziła;  samą  swą  obecnością  pogłębiałem  otchłań  samotności,  w  jaką  biedna 

„pani” byłaby się zapadła, gdyby nie majątki, które utrzymywały ją na powierzchni, gdyby nie 

praktyki nabożne, które wytyczały jej dni... Ale istniało to dziecko, którego ja nie cierpiałem, a 

ono mnie kochało, i ona je kochała. 

Tak, jeśli  chodzi  o tę przeszkodę, problem nie polegał  na tym,  jak ją omijać. Mamusia 

aprobowała  mój  zamiar  wyjazdu  do  Paryża,  prosiła  jednak,  bym  jeszcze  rok  zaczekał. 

Przyznałem,  że  mógłbym  w  Bordeaux  prowadzić  studia  przygotowawcze,  potrzebne  do  pracy 

doktorskiej.  Akurat  ważna  była  ta  praca!  Tu  szło  o  moje  życie  (nareszcie  ‘Się  o  tym 

przekonałem). Należało spróbować ostatniej szansy, wyrwać się z korzeniami z tej ziemi, gdzie 

zostałem ugodzony w serce, i dokonać próby przesadzenia, tak zwanego u nas „przepikowania” 

na obcy grunt - z tą koncepcją, którą zawdzięczam nie tylko Donzacowi, Szymonowi, Marii, ale 

może  także  ludziom  interesu,  z  jakich  się  wywodzę:  z  koncepcją  wyzyskania  mojego 

koszmarnego  dorobku,  aby  niczego  nie  zmarnować.  „Nic  się  nie  powinno  marnować”, 

powtarzano  nam  jako  dzieciom,  lecz  wtedy  chodziło  o  kawałki  chleba  lub  ogarki  świec.  Teraz 

tym,  co  nie  powinno  się  zmarnować,  było  dla  mnie  cierpienie,  jakie  sam  przeżyłem  i  jakiego 

byłem przyczyną, i była mała dziewczynka zatopiona przez zabójcę w strumieniu, który w moim 

sercu  będzie  płynął  pod  tymi  olchami  do  ostatniego  mojego  tchnienia,  była  ta  matka 

przytłaczająca i sama przytłoczona. W oparciu o ten oto kapitał trzeba mi będzie żyć. Wszystko, 

co  jeszcze  mnie  spotka,  choćby  moja  droga  była  nieskończenie  długa,  pozostanie  na  zewnątrz 

zaklętego kręgu, obrysowanego wokół tej części mojego życia. 

Mamusia  powtarzała:  -  Co  by  się  nie  mówiło,  ze  smutku  się  nie  umiera.  Ludzie  nie 

background image

umierają ze swoich smutków. Nawet jeżeli się nie pocieszą, i tak nie umierają; ale ja umrę, ja już 

umieram.  Zaczekaj  trochę,  nie  opuszczaj  mnie.  -  Nie  mogłem  jej  odpowiedzieć,  że  dla  mnie, 

który  mam  dwadzieścia  dwa  lata,  to  nie  jest  takie  proste  i  należy  jednak  spróbować  żyć. 

Codziennie  zabierałem  do  Chicane  któryś  z  tomów  Balzaca  mojego  ojca  w  wydaniu 

Charpentiera  z  roku  1839,  z  którego  pewne  tytuły  nie  zostały  wznowione  w  wydaniu 

kompletnym jego dzieł. Balzac nie jest moim ulubionym pisarzem: jest zbyt prostacki (mówię o 

stylu).  Ale  to  pisarz,  który  działa  na  mnie  najbardziej  bezpośrednio  jako  źródło  impulsu,  by 

niechciećumierać.  Nie  cierpię  tego  gatunku  ambitnych  młodzieńców,  jakich  opisuje,  ich 

drapieżności; a jednak budzą we mnie chęć, bym  ja także spróbował  moich szans na drogach, 

które będą mi właściwe i które muszę wykryć. 

Na razie znajduję się nadal wewnątrz kręgu: nie jest to jeszcze przeszłość do odtwarzania 

i  przekazywania,  nie  są  to  przeżycia  minione,  ale  to,  co  przeżywam  tutaj  i  teraz;  jest  też 

mamusia,  jeszcze  żyjąca,  której  nie  mogę  pozwolić  umrzeć  samotnie  z  tą  wizją  uwielbianej  i 

zgwałconej  dziewczynki  o  oczach  straszliwie  otwartych.  Powiedziała  mi:  -  W  każdej  minucie 

dnia  i  nocy  widzę  ją  martwą,  ale  oczy  ma  rozwarte  z  przerażenia.,  Codziennie  zachodziła  do 

starego  Seris,  który  pił  mniej,  niż  się  obawiała,  ponieważ  chciał  uporządkować  swoje  sprawy, 

„nim się poważnie zabierze do picia”. 

-  Dasz  wiarę  -  mówiła  mamusia  -  że  na  pogrzebie,  gdzie  wszyscy  płakali,  stary  Seris 

zdawał się wzruszony tylko twoimi łzami. Właściwie to mógłby mieć do ciebie żal, nawet jeżeli 

nie  wie,  że  mała  tyle  przez  ciebie  wycierpiała.  Ale  nic  podobnego!  I  wiesz,  z  czym  do  mnie 

wystąpił?  Żebyśmy  dokonali  fikcyjnej  sprzedaży  całego  jego  majątku,  tak  że  faktycznie 

zostałbyś jego spadkobiercą, spadkobiercą malutkiej... 

- Za nic na świecie! - żachnąłem się. 

-  Naturalnie  -  powiedziała  mamusia.  -  Nie  może  być  o  tym  mowy.  Byłam  tak  pewna 

twojego stanowiska, że odmówiłam w imieniu nas obojga, pewna, że to pochwalisz. Wówczas 

zaproponował  mi  sprzedaż  rzeczywistą,  przy  czym  on  zachowałby  prawo  użytkowania.  Ty 

musisz zdecydować. 

- Ależ mamusiu, zrobię, co zechcesz. 

- Co ja zechcę? Ja już nie chcę nic. Sama myśl o jakichś korzyściach z tej śmierci budzi 

we  mnie  zgrozę.  Posiadłość  Serisa  zostanie  podzielona  między  paru  siostrzeńców,  a  zatem 

przestanie istnieć. 

background image

I tego sobie życzę; żeby nie pozostało nic, co do niej należało. Najchętniej bym widziała, 

żeby  się  wszystko  spaliło.  Zresztą  Numa  Seris  sądzi,  że  tak  się  naprawdę  stanie,  W  końcu 

wszystko się spali. 

- Dlaczego miałoby się spalić raczej teraz niż w bliższej czy dalszej przeszłości, biedna 

moja mamusiu? Odkąd bije dzwon alarmowy i radzą sobie z ogniem... 

-  Właśnie  dlatego,  zdaniem  Serisa,  że  za  parę  lat,  jeśli  uderzy  dzwon,  nie  poruszy  już 

nikogo;  nikogo już nie będzie na folwarkach.  Ludziom coraz trudniej godzić się na to,  by żyć 

niczym wilki w tych zapadłych kątach, karmiąc się czarnym chlebem i kruszadą. Seris powiada, 

że  uczeni  amerykańscy  nie  potrzebują  już  naszej  żywicy  dla  wydobywania  z  niej  ekstraktu 

terpentyny i coraz mniej będą używali naszych sosen na kopalniaki i podkłady kolejowe. Więc 

wszystko  się  spali  -  powtarzała  mamusia  z  jakąś  desperacką  satysfakcją  -  bo  już  nie  będzie 

nikogo... A zresztą dlaczego tylko drzewa miałyby być oszczędzone? One także pomrą, żywcem 

spalone. To lepiej niż... 

...Sądziłeś, że ja kocham ziemię dla ziemi. A ja widziałam malutką i ciebie jako panów 

wszystkiego tutaj,  widziałam  siebie czuwającą nad wami obojgiem, nad  waszymi interesami, i 

patrzącą na jej szczęście przy tobie. Kiedy dziekan prawił mi kazania, powtarzał w kółko: „Nie 

zabierze pani przecież swoich folwarków z sobą!”, mówiłam mu; 

„Ale  na  śmiertelnym  łożu  będę  się  cieszyła  wiedząc,  że  będą  należały  do  dzieci  i  że 

zostawiam  je  w  możliwie  najlepszym  stanie”.  Mówiłam  dziekanowi,  że  własność  jest  trwała, 

prawda, że ma przeciw sobie podziały, ale rozrasta się przez małżeństwa i spadki i drwi sobie ze 

śmierci. Teraz wiem, że to nieprawda. Ale co jest prawdą, Alain, co jest prawdą? 

Nie miałem innego wyjścia jak oddać się w ręce Boga,  czekać na znak od Niego  - ów 

znak,  który  będzie  może  wezwaniem  dosłyszalnym  jedynie  dla  mnie  -  abym  nie  czekał,  aż 

wybije moja godzina. Było to równoznaczne z absolutnym niebraniem w rachubę tego, co działo 

się w mojej matce, bez mojej wiedzy i bez jej wiedzy: tak, co dosłownie „działo się” w niej, co 

się  zmieniało  i  co  miało  znaleźć  wyraz  w  niespodziewanej  decyzji,  którą  podjęła  i  która  mnie 

dawała wolność. 

W  dzień  Wszystkich  Świętych  zanieśliśmy  kwiaty  małej  Seris.  Uderzyło  mnie,  że 

mamusia nie odmówiła De profundis, jak miała w zwyczaju, każąc nam obydwu, Laurentemu i 

mnie, klękać na grobie biednego tatusia. „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie, o Panie...” Czy 

to patos owego błagania mimowolnie dźwięczał w jej głosie? Czy moja własna trwoga do tego 

background image

głosu się dostrajała? Podczas ostatnich świąt żadne wołanie nie wzbiło się z głębokości otchłani, 

na której brzegu stała mamusia, stary dąb, jeszcze zielony, ale już rażony piorunem. Nie uklękła, 

nie poruszała wargami. 

W drodze powrotnej oznajmiła mi: 

-  Powzięłam  właśnie  decyzję.  Nie  pojadę  do  Bordeaux.  Będę  czekać  tutaj.  Więc  ty 

możesz ruszyć do Paryża, jak mówiła ta osoba, kiedy cię tu przywiozła: „Trzeba, żeby się ruszył 

do Paryża...”, powtarzała. 

- Ale czekać na co, mamusiu? 

Powtórzyła: - Czekać... - Przypomniałem jej, że nie będzie już nawet księdza dziekana, 

który  miał  dokonać  żywota  w  Bordeaux,  nie  jako  pasterz  którejś  z  miejskich  parafii,  czego 

zawsze pragnął i spodziewał się, ale jako kapelan u zakonnic. 

- Wiem, a po jego następcy trudno mi wiele oczekiwać. 

Jeszcze  go  nie  znaliśmy:  nie  chciał  przyjść  do  nas,  dopóki  nie  odwiedzi  w  parafii 

wszystkich,  co  do  jednego,  dzierżawców.  W  grubiański  sposób  dał  do  zrozumienia  biednemu 

dziekanowi, że on stanowczo nie zamierza być „proboszczem dla pałacu”. 

- Głód wypędza wilka z lasu - mówiła mamusia - i już niedługo zobaczę, jak przyjdzie z 

wyciągniętą  ręką,  A  co  do  dzierżawców,  będą  go  wzywali,  jak  to  mają  w  zwyczaju,  żeby 

poświęcił chlewy. Skądinąd dziekan uważa, że jego następca ma słuszność, że myśmy się mylili, 

może się okazać, że myliliśmy się we wszystkim. 

Szła drogą energicznym krokiem, odpowiadając na ukłony, wyważając skinienia głową i 

uśmiechy  stosownie  do  znaczenia  kłaniających  się,  a  przecież  w  tym  momencie  swego  życia 

przypominała mi muchę, której mój sąsiad w klasie, pokazując dla zabawy degradację Dreyfusa, 

oberwał łapkę, potem skrzydełko. Tak właśnie mamusię każdy dzień ogołacał z jej pewników. 

Nic nie było prawdziwe z tego, w co wierzyła, lecz najbardziej kłamliwe było to, co pomieszała 

z  Prawdą  objawioną.  Nawet  jeśli  nie  była  tego  w  pełni  świadoma,  stało  się  tak  oczywiste,  że 

docierało  do  niej  poprzez  ponure  otępienie  istoty,  porażonej  tragedią  dziecka,  które  kochała 

najbardziej na tym świecie: wszystko inne mogło jej zostać odjęte, nie odczuwała już nic. 

-  Kiedy  nas  wszystko  zawodzi  -  powiedziałem  do  niej  -  kiedy  czujemy  się  opuszczeni, 

kiedy  nadchodzi  godzina,  która  przyjść  musi  zawsze,  dla  każdego  z  nas,  gdy  my  z  kolei 

wzdychamy: „Ojcze, czemuś mnie opuścił?” - to właśnie jest godzina porażki ostatecznej, którą 

zapowiada  Krzyż.  Ten  Krzyż,  który  jest  jej  znakiem  szokującym  i  nie  do  zniesienia  dla  istoty 

background image

młodej  albo  w  sile  wieku  -  aż  do  dnia,  kiedy  staje  się  już  nieodłączny,  ściśle  przywiera  do 

naszego ciała... 

Mamusia przerwała: 

- I do naszego serca. 

Zdumiały  mnie  te  słowa  w  jej  ustach.  Skąd  mogła  wiedzieć,  że  to  zawsze  nasze  serce 

bywa  ukrzyżowane?  Może  mamusia,  czegośmy  nie  wiedzieli,  przeżywała  wszystko  jedynie 

sercem? Jej  czułość dla Joanki  musiały poprzedzać inne tkliwe Uczucia,  jak gdyby zwiastuny. 

Próbowałem sobie przypomnieć. Nie mogłem  odnaleźć w pamięci  nic, może tylko, po śmierci 

mojego ojca, raz czy dwa razy do roku odwiedziny w naszym starym domostwie, w którym nie 

pojawiał się nikt, pewnej przyjaciółki z klasztoru, Sary M., Irlandki czy Angielki; towarzyszyła 

jej  mała  dziewczynka,.”wychowanka”,  jak  powiedziała  nam  mamusia.  Przybywały  z  daleka 

niczym ptaki morskie, które burze napędzają ku brzegom w okresach zrównania dnia z nocą. Z 

przyjściem na świat tej dziewczynki imieniem Andrea wiązała się jakaś tajemnica z rodzaju tych, 

o których mamusia mawiała: „To nie dla was”. Nic nie było dla nas, ale wszystko zapadało we 

mnie i nic się już nie zagubi. 

Ostatniąwalkę w swoim odwrocie podjęła mamusia prosząc, abym w Paryżu zamieszkał 

w ośrodku studentów katolickich, odpowiedziałem jednak stanowczo, że mając dwadzieścia dwa 

lata przekroczyłem już odpowiedni wiek, a to, że nie znam nikogo w Paryżu, nie tylko mnie nie 

przeraża,  ale  właśnie  najbardziej  pociąga:  zacząwszy  od  niczego,  spróbować  odwiecznie 

podejmowanego  na  nowo  podboju  wielkiego  miasta  przez  młodego  chłopca  z  prowincji,  bez 

żadnych listów polecających w kieszeni. 

- Ale jak ty będziesz żył? 

-  W  zasadzie  jak  pilny  student,  uważający,  by  nie  stracić  żadnej  możliwości.  W 

pierwszym rzędzie możliwości stawiam łaskę niektórych spotkań. 

Mamusia zapytała: - Które wychodzą na dobre czy na złe? 

-  To  nigdy  nie  bywa  tak  proste.  Wydaje  mi  się,  że  wszystkie  nasze  spotkania,  nawet 

najgorsze, są zrządzeniem. 

- Cóż ty o tym wiesz, mój biedny głuptasku? 

Rzeczywiście,  cóż  wiedziałem?  Przecież  sam  wlasnowolnie  wydzielałem  sens  z  moich 

przeżyć, ustawiałem je według własnych koncepcji, to ja przypisywałem Istocie Nieskończonej 

ludzkie zamierzenia - i tylko ja zadowalałem się tym, co wymyśliłem. 

background image

Mamusia  już  mnie  nie  słuchała.  Zapytała,  jaką  sumę  będzie  mi  musiała  wysyłać 

miesięcznie, i nie wyobrażała sobie, bym mógł odpowiedzieć, że nie powinna się w to mieszać: 

aby  dysponować własnym  majątkiem,  nie potrzebuję żadnych pośredników. Do ostatka będzie 

sprawdzała  moje  wydatki,  będzie  spędzała  wszystkie  niedzielne  popołudnia  nad  księgami 

rachunków. 

background image

Rozdział XIII   

 

Ten  wrzesień  był  cudowny.  Mamusia  miała  towarzyszyć  mi  do  Bordeaux,  dopomóc  w 

pakowaniu  i  wrócić  sama  do  Maltaverne,  już  tak  postanowiła,  ale  powtarzałem  jej,  że  nie 

chciałbym decydować zawczasu, zostanę przy niej, jeśli uznam za potrzebne, chociaż w niczym 

już nie jestem jej pomocny, co dobrze widzę. Nawet nie udawała, że się opiera. 

Na  dwa  dni  przed  ustaloną  datą  naszego  wyjazdu  poprosiła,  żebym  jej  towarzyszył  do 

młyna  pana  Lapeyre.  Przyznałem  się,  że  i  ja  myślałem,  by  raz  jeszcze  przejść  tę  drogę,  nie 

czułem się jednak na siłach. 

- Ale we dwoje - powiedziała - będziemy mogli. 

Włożyła miejski kapelusz, czarne rękawiczki i otworzyła parasolkę od słońca. Nie nosiła 

żałoby, nie miała prawa nosić żałoby po Joance, z którą nie była spokrewniona, ale w jej ubraniu 

nie  pojawiało  się  już  nic,  co  mogłoby  świadczyć  o  wakacyjnej  swobodzie,  jak  gdyby  malutka 

nieboszczka, wciąż obecna w myślach, zmuszała do ustawicznego przestrzegania form. 

Mamusia, która w codziennym życiu bardzo mało chodziła, kroczyła jakoś dostojnie po 

piaszczystej  drodze  usłanej  sosnowym  igliwiem.  Gdy  doszliśmy  do  młyna,  wzięła  mnie  pod 

rękę, czego nigdy nie robiła. 

- To stąd ją zobaczyłem - powiedziałem. - W pierwszej chwili myślałem, że to chłopiec. 

Przystanęła.  Patrzyła  na  gładką  taflę  śluzy,  nie  zmarszczoną  najlżejszym  podmuchem. 

Poprosiła, żebym ją zaprowadził w paprocie, w to miejsce, gdzie wtedy siedziałem. 

- Zdaje mi się, że to tu. Tak, to było tutaj. 

Stała  chwilę,  twarzą  zwrócona  ku  uśpionej  wodzie;  nigdy  przy  nas  nie  płakała,  a  teraz 

zobaczyłem, że znowu przykłada do oczu wierzch dłoni w rękawiczce. Powiedziała: - Pożycz mi 

chusteczkę. 

- Trzeba już wracać, mamusiu, wrócimy krótszą drogą. 

Nie odpowiedziała, wyszła z lasu, zmierzała do śluzy. Nie, niepodobieństwo, by miała tę 

pokusę. Wziąłem ją pod rękę, ale się wyswobodziła. Jakże długo ciągnęły się minuty, podczas 

których  widziałem  w  wodzie  zniekształcone  odbicie  matki  w  kapeluszu  i  rękawiczkach,  jak 

chodziła w mieście, i tę otwartą parasolkę! - Wracajmy - powiedziała w końcu. 

Ruszyliśmy  piaszczystą  drogą,  która  dla  małej  Sens  miała  być  ostatnią  drogą  na  tym 

świecie. Musiałem pokazywać mamusi, z jakiej odległości patrzyłem, gdy szła sobie grzecznie 

background image

albo biegła i bawiła się w biednego Czerwonego Kapturka. 

-  Och  -  szepnęła  -  to  ten  zakręt,  ku  któremu  pobiegła,  kiedy  cię  ujrzała...  -  Tak...i  tędy 

wpadła w las. 

Zupełnie jakby się starała odnaleźć trop zwierzyny, mamusia wypytywała, nie odrywając 

oczu  od  ziemi:  -  Jesteś  pewien,  że  to  tutaj  wpadła  w  las?  -  Sama  dalej  nie  weszła.  Stała  bez 

ruchu,  wyprostowana  ponad  paprociami,  twarzą  zwrócona  ku  sosnom,  które  widziały... 

Spróbowałem ująć jej rękę, ale ją cofnęła i nie odwracając głowy rzuciła półgłosem: 

-  To  dlatego,  żeś  ją  przestraszył.  Gdybyś  odnosił  się  do  niej  obojętnie,  co  byłoby 

naturalne ze strony chłopca w twoim wieku w stosunku do dziecka, nie przyszłoby jej na myśl 

uciekać, nic by się nie stało. Na to, żeby się tak przerazić, musiała wiedzieć o twojej nienawiści. 

-  Ależ mamusiu, skąd! Wiedziała, a mogła wiedzieć  jedynie od ciebie, o moim  wrogim 

stosunku do tego małżeństwa, ułożonego z góry dla interesu... 

- To nie było dla interesu. Toś ty aii przypisywał takie pobudki. 

- Nigdy nie mówiłaś nic, co mogłoby mi nasunąć przypuszczenie, że istniały inne... 

- Boś ty jej tak nie cierpiał, że nie miałam nawet odwagi wymówić przy tobie jej imienia. 

Ledwie bym  otworzyła  usta, zmusiłbyś mnie do milczenia, wyszedłbyś trzasnąwszy drzwiami. 

Wiedziała,  że  ją  nazywasz  tym  ohydnym  przezwiskiem.  Dlatego  umarła.  Tak,  już  była 

śmiertelnie ugodzona, kiedy wbiegła do lasu. Już dawno zraniłeś jej serce. 

- Mamusiu, jesteś zbyt niesprawiedliwa. Chciałem ją chwycić pod ramię, ale odepchnęła 

mnie nieomal brutalnie i szła sama, a ja w ślad za nią powtarzając; - Zbyt jesteś niesprawiedliwa, 

zbyt niesprawiedliwa. - Wtem odwróciła do mnie głowę i rzuciła wyzywająco: 

- Tak, to ty. Ty... 

- Jakże możesz nie rozumieć, mamusiu kochana, że gdybym ja miał być odpowiedzialny 

za to nieszczęście, przede wszystkim odpowiedzialna musiałabyś być ty, która zrobiłaś, co tylko 

możliwe, aby taki chłopak jak ja nabrał  obrzydzenia do twoich planów.  W przeszłości zawsze 

decydowałaś  za  mnie  o  wszystkim,  ale  przecież  miałem  jeszcze  przed  sobą  całe  życie,  mam 

dwadzieścia  dwa  lata,  i  oto  nagle  okazuje  się,  że  chcesz  nim  dysponować  według  swego 

widzimisię,  a  co  byś  teraz  nie  mówiła,  nie  chodziło  o  nic  poza  majątkami  Serisa.  Nigdy,  w 

żadnym momencie nie mogłem się domyślić twojego uczucia dla tego dziecka... 

-  Ponieważ  bałam  się,  że  będziesz  się  jeszcze  bardziej  irytował,  gdybyś  wiedział,  że  ją 

kocham... 

background image

- Więcej niż mnie? 

Nie  odpowiedziała.  Wchodziła  na  ganek  Maltaverne,  przystając  na  każdym  stopniu.  W 

sfeni Jaszcze raz mnie odepchnęła. 

- Muszę zostać sama. Już nikt nie jest mi potrzebny. Zrozum mnie: nikt. 

Usłyszałem,  jak  zamykają  się  drzwi  jej  pokoju,  i  podszedłem  do  kominka.  Zerwał  się 

wiatr, poruszyły się  gałęzie za oknami, jak gdyby  dawały mi znaki.  Potężna, stłumiona skarga 

zlewała się z niemym wołaniem we mnie, z wyrzutem, czynionym Bogu z czułością i rozpaczą. 

Nie  zapaliłem  lampy.  Na  co  się  decydować?  Powiedzenie,  że  matka  teraz  mnie  już  nie 

potrzebuje, to jeszcze za mało: moja obecność stała się jej wstrętna. To nie zmieniało faktu, że 

winienem czuwać nad nią, być w pobliżu na pierwsze wezwanie. Jej uraza osłabnie, siłą rzeczy 

będzie musiała szukać we mnie oparcia, bo już nikogo poza mną nie ma. Tak, jeśli jednak nie 

zechce się stąd  ruszyć,  co się ze mną stanie? Czy  spędzimy  całą zimę w Maltaverne tylko  we 

dwoje,  czy  będę  siedział  samotnie  przy  ulicy  de  Cheverus,  a  Ludwik  Larpe  będzie  mnie 

obsługiwał? 

Myśli  te  snuły  się  bez  żadnego  związku  przez  nieokreślony  czas,  który  spędziłem  bez 

lampy  przy  ogniu,  a  mrok  gęstniał  i  widziałem  już  tylko  dwie  sine  plamy  moich  rąk, 

spoczywających  na  chudych  kolanach,  potem  zaś  usłyszałem  ciężkie,  powolne  kroki  matki  na 

schodach. Nie była to jeszcze pora posiłku. Wracała więc do mnie. Weszła. Nie wstałem z fotela. 

Położyła  mi  rękę  na  głowie  i  odgarnęła  włosy,  jak  do  wieczornego  pocałunku,  kiedy  byłem 

dzieckiem;  ale  tego  wieczoru  obeszło  się  bez  pocałunku.  Zaczęła  jednak  mówić  do  mnie  ze 

słodyczą trochę sztuczną, zupełnie do niej niepodobną: 

-  Musimy  zapomnieć,  cośmy  sobie  powiedzieli,  14  -  Młodzieniec  z  dawnych  lat  mój 

biedny  chłopcze.  Byliśmy  wzajem  dla  siebie  niesprawiedliwi.  Swego  czasu  przykro  mi  było, 

kiedy  utrzymywałeś, że  między nami wcale nie  ma wymiany myśli, że  nigdy nie prowadzimy 

rozmów,  tego,  co  się  nazywa  rozmową,  jak  w  teatrze  albo  w  powieściach.  No  więc  teraz,  na 

drodze z młyna, powetowaliśmy to sobie. 

- Tak, wszystko się z nas wylało mimo naszej woli.   

- O tym, co wylało się z nas, a w każdym razie ze mnie, zapomnij. Szukałam kogoś, do 

kogo mogłabym mieć żal, winnego, na kogo mogłabym zrzucić odpowiedzialność. I ty również... 

Wzajem się oskarżaliśmy... 

-  Tak  -  rzekłem  powściągliwie  -  jak  przed  sądem  przysięgłych  dwaj  współwinni 

background image

oskarżają jeden drugiego. 

Powiedziała:  -  Przestań.  -  Nie  widziałem  jej,  ale  słyszałem,  że  płacze.  Wstałem, 

ucałowałem ją, przeprosiłem. 

- Nic się nie stało z naszej winy, mamusiu: my nie mogliśmy spowodować nic gorszego 

niż nieporozumienie, które w końcu by się załagodziło, które załagodziłoby się bardzo szybko, 

ponieważ  chciałem  jak  najprędzej  dowiedzieć  się,  kim  była  dziewczynka  kąpiąca  się  przy 

młynie, i dowiedziałbym się tegoż jeszcze wieczoru, gdyby nie depesza Szymona... 

- To by nic w niczym nie zmieniło. Wszystko się już dokonało. 

-  Tak,  mamusiu,  i  ani  ty,  ani  ja  nie  mieliśmy  najmniejszego  udziału  w  tym 

niewiarogodnym  zbiegu  okoliczności.  Lecz  tego  rodzaju  zbrodnie  zawsze  popełniane  bywają 

wskutek przypadkowego spotkania. Zawsze można? Ta mała poszła inną drogą... 

Szepnęła:  -  Teraz  już  się  stało.  To  się  zdarzyło,  to  się  dokonało.  -  Zamilkliśmy. 

Widziałem tylko niewyraźny kształt w fotelu naprzeciw siebie. 

- Słuchaj, Alain, nie żonglujmy słowami i pomówmy rzeczowo. Jeśli chodzi o ciebie, nie 

ma co rozważać, trzeba, żebyś wyjechał. Tak będzie lepiej dla nas obojga. Będziesz często do 

mnie  pisywał;  listami  ludzie  się  nie  drażnią.  Będziesz  mi  opisywał  swoje  życie,  cóż,  tę  część 

życia, o której będziesz mógł mi opowiadać. Ja zajmę się twoimi interesami; jeśli się rozchoruję, 

wystarczy  zadepeszować.  Dion  będzie  czekał  na  ciebie  w  Bordeaux,  wieczorem  możesz  być 

tutaj. 

- Tak, z daleka łatwiej ci będzie mnie znosić, na nowo do mnie przywykniesz... 

Jeszcze i tym razem nie zareagowała. Czy w ogóle dosłyszała i zrozumiała? Zapytała: 

-  Nadal  zdecydowany  jesteś  na  pojutrze?  Tak  czy  inaczej  musisz  co  najmniej  dzień 

spędzić w Bordeaux... 

- Nie, mamusiu. Mam tutaj książki, które chcę z sobą zabrać. Samochód odwiezie mnie 

wprost na pociąg do Paryża. Odchodzi o jedenastej cztery. 

- Ale prawie wszystkie ubrania są przy ulicy de Cheverus... 

- Mam tutaj wszystko, co jest potrzebne studentowi, którym zamierzam być w pierwszym 

okresie i którego nikt nie będzie zapraszał, ponieważ nikogo nie zna. 

- Przecież nawiążesz jakieś znajomości... 

-  Może...  Ale  gdybym  miał  zacząć  bywać  w  świecie,  najpierw  muszę  się  przyjrzeć,  jak 

ludzie ubierają się w Paryżu. Pamiętasz, co przeszedł biedny Lucjan de Rubempre, gdy zjechał 

background image

do Paryża ubrany według mody z Angouleme? 

Zapytała ściszonym głosem, tonem, jakim pyta ktoś, kto nie oczekuje odpowiedzi: - Któż 

to jest Lucjan de Rubempre? 

- Daj spokój, mamusiu. Przecież czytałaś Stracone złudzenia. Dałem ci je do czytania. 

-  Och,  dobrze  wiesz,  że  ja  nie  jestem  tobą:  z  tego,  co  czytam,  nic  BIL  nie  zostaje, 

przelatuje przeze mnie... 

Zaczęła  grzebać  w  ogniu,  łokciami  wsparta  o  kolana,  jak  to  robiła  zawsze,  aż  raptem 

powiedziała: 

 

-  Trzeba  będzie  zadepeszować  do  tej  osoby,  zęby  czekała  cię  na  dworcu  i  wsadziła  do 

pociągu. 

-  O,  nie,  mamusiu,  już  nie  musi  mnie  nikt  wsadzać  do  pociągu.  Zresztą  nie  cierpię 

dworców,  prawie  tak  jak  cmentarzy.  Moje  nowe  życie  rozpocznie  się  pojutrze  o  jedenastej 

cztery. Odrodzę się o tej godzinie. 

Weszła żona Prudentego i oznajmiła, że podano do stołu. 

- I pomyśleć - rzekła mamusia wstając - że chętnie będę jadła, jestem głodna. 

Siedzieliśmy naprzeciw siebie pod wiszącą lampą, która filowała i pachniała naftą. Nagle 

ogarnęło mnie uczucie radości na myśl o tym tak bliskim już wyjeździe, wyjeździe do nowego 

świata, do innego życia. 

Nie, to nie była radość, raczej niecierpliwość, jaką odczuwa się w tunelu nieskończenie 

długim i dusznym: trzeba się z niego wydostać za wszelką cenę, możliwie jak najszybciej, uciec 

na zawsze, nie odwracając głowy, unosząc w sobie cały swój skarb. 

Matka podniosła się ciężko, zasiedliśmy znowu każde w swoim fotelu. Dołożyła polano 

do ognia i podciągnęła spódnicę, jak widziałem,  że robiła zawsze, by wystawić nogi na ciepło 

płomieni. 

Nagle powiedziała nie patrząc na mnie: 

-  Im  dłużej  o  tym  myślę,  tym  bardziej  jestem  przekonana,  że  byłoby  przyzwoiciej, 

gdybyś zawiadomił tę osobę o twoim wyjeździe i podał jej godzinę odjazdu pociągu. 

- Swoją drogą zabawne, przyznaj, biedna mamusiu, że to ty... 

Urwałem  w  porę,  obawiając  się  przyczynić  choćby  w  najlżejszym  stopniu  do  jej 

cierpienia. 

background image

- Owszem - powiedziała - myślałam o niej niedobrze. Widziałam w niej istotę, która była 

niebezpieczna  dla  szczęścia  mojej  małej  dziewczynki.  Nie  wyobrażałam  sobie,  nieszczęsna 

wariatka, że to, co ma zabić jej szczęście, zabije najpierw ją, moją biedną dziecinkę, i jakie to 

będzie zabójstwo. Wszystko wydaje mi się tak bardzo różne dzisiaj, ludzie, rzeczy... Albo raczej 

widzę ich takimi, jacy są, nie gorsi ani lepsi. Ach, teraz nie będzie mi już trudno być posłuszną 

przykazaniu: „Nie sądźcie...” Tak, już nie będę sądziła. Ale poza tym tę osobę znam lepiej, niż 

myślisz. Nigdy ci nie opowiadałam dokładnie o tym, cośmy sobie powiedziały, ona i ja, przez 

dwie  godziny,  kiedy  spałeś  jak  zabity  po  złożeniu  zeznań  w  żandarmerii.  Nie  odgrywała 

komedii,  przysięgam  ci.  Miała  w  głowie  tylko  jedno:  żebym  nie  spuszczała  cię  z  oczu,  bo 

uważała, że dolega ci to samo, co obserwowała u zakonnika, który odegrał tak wielką rolę w jej 

życiu.  Zrozumiałam,  czym  byłaby  dla  ciebie,  czym  jeszcze  mogłaby  być;  a  teraz  co  mnie 

obchodzi, ona czy inna. 

Byłaby dla ciebie tym, czym ja byłam, opiekowałaby się tobą, strzegła, nic w zamian nie 

żądając. Teraz rozumiem sens tego, coś mi kiedyś o niej powiedział, że przecierpiała więcej niż 

którakolwiek dziewczyna w jej wieku: przekroczyła granicę, poza którą nie ma już nic; ja choć 

jestem  taka  stara,  żyłam  nadzieją,  nienawidziłam  wszystkiego,  co  jej  zagrażało.  Ale  teraz... 

właściwie dlaczego nie ona? Ja przez jakiś czas może jeszcze pociągnę, ale długo to nie potrwa. 

Zostaniesz sam. Więc czemu by nie ona? 

-  Nie,  mamusiu,  nie  zaczynaj  znowu,  nie  zaczynajmy  oboje.  Muszę  się  wyrwać  z 

martwoty, jaką było moje życie tutaj, i wyrwę się. Jeśli bym miał przez to zginąć, im prędzej, 

tym lepiej. Ale nie, ja będę żył. Będę żył! 

- Jesteś niewdzięcznik, zawsze zresztą byłeś. 

Ta osoba wie o tym teraz, jak ja wiedziałam zawsze. 

-  Tego,  co  tylko  ona  mogła  mi  dać  i  co  mi  dała,  nie  zapomnę  nigdy,  choćbym  dożył 

najpóźniejszej starości. Ale zrozum mnie, mamusiu, ja też przekroczyłem pewną granicę, poza 

którą nie chodzi już o to, żeby być szczęśliwym, lecz żeby zapanować nad życiem. Okazuje się, 

że tę granicę ja przekroczyłem mając lat dwadzieścia dwa, a ty, gdy ci wybiła sześćdziesiątka. 

Niewątpliwie to właśnie mówiłem mamusi w przeddzień wyjazdu do Paryża. Ale teraz to 

już  jest  literatura.  Odkąd  prowadzę  ten  zeszyt,  przetwarzałem  wszystko  samorzutnie,  bez 

żadnych  ukrytych  zamiarów,  dlatego  tylko,  że  zawsze  byłem  pierwszy  z  wypracowań  i  dalej 

szedłem szlakiem pilnego ucznia, jakim byłem. Obecnie nadszedł czas, bym spojrzał śmiało i nie 

background image

konając ze wstydu na tę pokusę, jakiej będę mógł ulec, dopiero gdy mamusi już tutaj nie będzie: 

żeby rezultatem całego tego cierpienia stała się książka, powieść za trzy franki. Nowy zrodzony 

we mnie człowiek wykaże swoją siłę i odwagę ośmielając się wykorzystać do własnego sukcesu 

owe dzieje, które przemienia się w tworzywo książki, powieści za trzy franki. 

Z  tego,  cośmy  sobie  jeszcze  powiedzieli  w  ciągu  całego  długiego  wieczoru,  nim 

ruszyliśmy  w  milczeniu  do  naszych  sypialni  (trzymając  w  ręku  te  same  lampy  naftowe  z 

dawnych lat, ponieważ z pierwszego piętra nie mogliśmy zgasić elektryczności), nie pozostało 

mi  w  pamięci  nic;  zapewne  poświęciłem  temu  zbyt  mało  uwagi,  otwartymi  oczyma 

wpatrywałem się bowiem w oczywistość, której nigdy jeszcze nie sprecyzowałem sobie jasno: że 

dla  mnie  wyrzeczenie  się  matki  i  wyrzeczenie  się  Marii  było  właściwie  nakazem  tej  samej 

konieczności; nie wynikało z wrodzonego egoizmu czy okrucieństwa, ani z oschłości w stosunku 

do  innych  ludzi.  To,  co  wreszcie  doszło  we  mnie  do  głosu  i  czemu  miałem  być  posłuszny  z 

zimną  konsekwencją,  wiązało  się  z  upartym  pragnieniem  przeżycia,  i  moje  podwójne 

wyrzeczenie stanowiło jego nieodzowny warunek. 

Leżąc  w  lodowatej  pościeli,  w  której  długo  musiałem  się  rozgrzewać,  w  tym  wiejskim 

domu,  przez całą noc późnej  jesieni  rozważałem wszystko  metodycznie.  Naftowa lampa paliła 

się nadal, lecz - nikły krąg jej światła nie rozpraszał mroku, w którym tonęła sypialnia, mroku 

sprzyjającego  widmom  umarłych  i  żywych;  zastanawiałem  się,  czy  absolutny  brak  wyrazu 

jakiegoś pokoju hotelowego w Paryżu zdoła je odżegnać. Co nie znaczy, żebym się ich bał; ale 

potrafię żyć owym nowym, nieznanym mi życiem tylko pod warunkiem, że zmuszę mary, aby 

we mnie usnęły, nie odciągały mojej uwagi od walki, jaką postanowiłem prowadzić. 

Nie  pozostanę  sam,  wiedziałem  o  tym.  Wiedziałem,  że  będę  kochany.  Ale  zawczasu 

postanowiłem,  że  już  nikogo  nie  będę  sobą  obciążał.  Wystarczająco  się  tutaj  oczerniam,  nie 

potrzebuję  zatem  dodawać  więcej  czarnej  barwy  do  obrazu  własnej  osoby.  Tego  wieczoru  nie 

obmyślałem,  jak  wykorzystywać  innych,  zmuszać,  by  służyli  memu  powodzeniu  czy  mojej 

przyjemności.  Nie  wiem,  co  Chrystus  nazywa  grzechem  przeciwko  Duchowi,  który  zresztą  w 

Jego oczach był nie do odpuszczenia, ale wiem, zawsze wiedziałem, co jest grzechem przeciw 

człowiekowi.  Malutka  Seris,  uduszona  i  zgwałcona,  to  jedynie  plugawy  i  niepomiernie 

wyolbrzymiony  obraz  zbrodni  duchowej  popełnianej  bezkarnie  przez  tyle  istot  ludzkich,  które 

nie  poczuwają  się  do  odpowiedzialności,  może  rzeczywiście  nie  są  odpowiedzialne.  Ja,  Boże 

mój, cokolwiek bym uczynił, jestem odpowiedzialny przed Tobą. Będę usiłował na nowo stać się 

background image

czysty, ponieważ nie mogę się bez Ciebie obejść - och, dobrze to wiem. I Ty wiesz: gdybym się 

urodził w innym środowisku, może mógłbym obejść się bez tej całej reszty, ale nie bez Ciebie. 

Taka  była  treść  mojej  modlitwy  przedostatniej  nocy  w  Maltaverne:  szybowałem 

pomiędzy czasem minionym a tym, który miał nadejść, pomiędzy tym, co przecierpiałem, a tym, 

co  miałem  przecierpieć  i  co  wiązało  się  ze  spotkaniami,  z  porażkami,  z  nieporozumieniami, 

chorobami,  z  wydarzeniami  nie  dającymi  się  przewidzieć.  Stale  myślałem  jedynie  o  moich 

dziejach osobistych, jak gdyby dzieje Francji zupełnie mnie nie dotyczyły. 

Biorę  znów  do  rąk  ten  zeszyt  w  pokoju  równie  cichym  jak  mój  pokój  w  Maltaverne. 

Okno wychodzi na ogród hotelu Esperance przy ulicy de Vaugirard, naprzeciw seminarium des 

Carmes.  Pomruk  Paryża  wydaje  się  bardziej  zgłuszony  niż  szum  sosen,  miotanych  wiatrem  w 

okresach  zrównania  dnia  z  nocą;  jestem  spokojny,  nie  cierpię.  Wczoraj  rano,  niedziela, 

sprzedawałem  po  sumie  dziennik  Sangniera  „La  Democratie”  przed  kościołem  SaintSulpice. 

Poszedłem zapisać się przy  Boulevard Raspail nazajutrz po przyjeździe. Takie zajęcie zlecono 

mi jako wprowadzenie, i to pomimo mego tytułu magistra, którym mam wrażenie, pochwaliłem 

się pierwszy raz w życiu. Zapewne słusznie poddali mnie takiej próbie, była decydująca: więcej 

mnie  nie  zobaczą.  Przed  pięciu  czy  dziesięciu  laty  byłbym  się  pewno  nagiął:  dzisiaj  już  za 

późno.  Zatem  na  razie  nic  do  roboty  poza  odwiedzaniem  bibliotek  i  zbieraniem  podpisów, 

chodzeniem na wykłady, jak student między studentami, tak aby na zewnątrz nie przejawiało się 

nic z tego, co noszę w sobie i co zapewne nie jest cięższe niż to, co dźwiga wielu z nich - ale ta 

sprawa  obciąża  mnie,  nie  kogoś  innego,  a  ja  jestem  w  stanie  niczego  z  niej  nie  uronić,  nie 

zagubić niczego z młodości tak różnej od innych, zarazem bardziej zbytkownej i bardziej ubogiej 

niż jakakolwiek inna, zwłaszcza zaś bardziej samotnej; a swoją drogą, chociaż tak mało postaci 

występowało w tej tragedii, któryż chłopak miał taką właśnie matkę i który nosi w sercu malutką 

dziewczynkę, uduszoną i pohańbioną? 

Ostatnie  strony  tego  zeszytu  muszą  odpowiedzieć  jasno  na  pytanie,  pozornie  całkiem 

proste, które jednak od przyjazdu do Paryża usiłuję omijać. Andrzej Donzac mieszka naprzeciw 

mojego  hotelu  w  seminarium  des  Carmes  i  sądzi,  że  jestem  jeszcze  w  Bordeaux.  Dlaczego  nie 

dałem  mu  znaku?  Początkowo  liczyłem  na  przypadkowe  spotkanie,  wydawało  mi  się 

nieuniknione, jak gdyby ulica de Vaugirard była ulicą de Cheverus. Uczciwie mówiąc obawiam 

się  tego  spotkania.  Dlaczego?  Przecież  dobrze  wiem,  że  muszę  do  niego  doprowadzić. 

Potrzebuję  przewodnika  w  Sorbonie,  nie  kogoś  spieszącego  się  i  obojętnego,  ale  przyjaciela 

background image

takiego jak Donzac, który wie, jaki jestem, i zajmie się mną tak długo, jak będzie potrzeba - w 

Sorbonie, w bibliotekach, ale także w muzeach. Jestem tu o dwa kroki od Luksemburga, od tej 

sali  Caillebotte’a,  gdzie  wiem,  że  Andrzej  bywa  niemal  codziennie,  kazał  mi  przysiąc,  że  nie 

pójdę  tam  bez  niego:  chce  być  przy  tym,  jak  po  raz  pierwszy  zobaczę  „Balkon”  Maneta. 

Zaczekam, nie śpieszy mi się; ulica Paryża jest ponad wszystkie muzea. 

Co  prawda  mam  bardziej  naglący  powód  do  odszukania  Donzaca;  chciałbym  jak 

najprędzej dostać w ręce moje zeszyty, które są u niego. Ach, to najważniejsze. Bo gdyby ogień 

strawił  zgrzybiałe  seminarium  lub  gdyby  Donzac  nagle  umarł...  Dzienniki  wczesnej  młodości, 

cóż za szaleństwo cale życie stawiać na tę kartę. A jednak to właśnie czynię. Dzięki Bogu tylko 

ja jeden na świecie wiem o tym i mogę się śmiać. 

Muszę  też  mieć  czym  zapełniać  cztery  strony  cotygodniowego  listu  do  mamusi.  Stany 

duszy  na  nic  się  jej  nie  zdadzą,  trzeba  mieć,  jak  mówi,  „coś  do  opowiedzenia”.  Do  tej  pory 

donosiłem  prawie  wyłącznie  o  moim  hotelu,  pożywieniu,  obsłudze.  Dwie  krótkie  odpowiedzi 

mamusi wiążą się z jej zdrowiem i sprzedażą drzewa. 

Lecz  drążmy  trochę  dalej.  Donzac,  przynajmniej  na  razie,  należy  do  tego  podłoża, 

piaszczystego gruntu, z którego dopiero co się wyrwałem, żeby nie umrzeć. Boję się, że z chwilą 

gdy się spotkamy, już sama jego obecność może rozproszyć urok, jaki rzuca Paryż. Jak określić 

ów czar, który mnie upaja tak, że jestem jak pijany? Pławię się w rzece ludzkiej, pozwalam się 

jej nieść, płynę na powierzchni chodników albo nurkuję do barów w piwnicach, jak Taverne du 

Pantheon  na  rogu  Boulevard  SaintMichel  i  ulicy  Souffiot.  W  Bordeaux  byłem  młodym  Gajac, 

który  bał  się  ludzi;  ale  w  Paryżu  jestem  nikim,  nieznany,  jak  tylko  istota  ludzka  może  być 

nieznana, bez nazwiska, skoro już nie można być bez twarzy - a prawda, że od łowców twarzy aż 

się  tutaj  roi,  ale  ich  się  nie  boję,  bo  w  tego  rodzaju  łowach  trzeba,  aby  zwierzyna  była  też 

przychylna, jestem zaś pewien, że taki nie będę nigdy. 

Chodzę  tedy  nocami  tak  daleko,  jak  tylko  nogi  mogą  unieść.  O,  teraz  wiem,  dlaczego 

przez tyle lat zaprawiałem się do marszu w lasach Maltaverne, gdy wykrywałem „wielką sosnę” 

albo odwiedzałem „starego z Lassus”. 

W pierwsze wieczory nie przekraczałem Sekwany. Opierałem się łokciami o balustrady 

mostów, balustrady, które lubię ze względu na to, że Baudelaire i Maurice de Guerin też się o nie 

opierali, ale również ze względu na tyle postaci z fantazji. Deklamowałem sobie Statek pijany (z 

Rimbaudem  zaznajomiłem  się  dopiero  w  tym  roku)  i  Wiktora  Hugo,  który  wyłania  się  tam  z 

background image

każdego  kamienia.  A  potem  pewnego  wieczoru  przeszedłem  wreszcie  Sekwanę,  i  teraz 

przechodzę  ją  prawie  codziennie.  Przy  bocznych  bramach  Luwru,  we  wnękach  pałacu,  stoją 

kamienne  ławy,  na  których  w  nocy  nikt  nigdy  nie  siada.  Wypoczywam  przypatrując  się  tej 

słynnej,  zawsze  wyniosłej  scenerii...  Ale  w  roku  1907  Stephen  Pichon,  Briand,  Barthou  (co 

prawda  i  Clemencenu,  i  Picquart.”)  -  to  postacie  z  krainy  Liliputów,  miotające  się  w 

szekspirowskiej scenerii. Wracam  ulicą de Rivoli, do Place de la Concorde.  I tu  jeszcze scena 

jest nadal pusta, na czas antraktu: w roku 1907 nic się tu nie dzieje. Ale to, co się będzie działo, 

ja zobaczę, mam przecież dwadzieścia dwa lata. Zawsze byłem opętany historią, lecz o tym nie 

wiedziałem,  Paryż  uświadomił  mi  to  opętanie.  Wpatruję  się  w  obydwa  pałace  Gabriela  i  w 

zebrane  tu  symbole  miast,  zwłaszcza  Strasburga,  który  zdobią  wieńce  i  zblakłe  sztandary,  i 

myślę o tym, co już kiełkuje w owej krainie Liliputów z roku 1907, a co jeszcze zobaczę... 

Doszedłszy do końca, zatrzymuję się u Webera,. w jedynej wielkiej kawiarni, do której 

odważam się wejść poza tymi z Ouartier Latin. Nie pozostało we mnie nic z wstydliwej obawy 

przed wydatkami, tak mnie krępującej w Bordeaux. Każę sobie podać tuzin ostryg, pół butelki 

Mumma.  Nie  bardzo  wiem,  jaką  mam  minę  ani  na  kogo  wyglądam,  ani  za  kogo  mnie  biorą. 

Prawdę  mówiąc  czy  wracałbym  tak  do  Webera,  gdyby  nie  dwie  osoby,  które  zobaczyłem  tu 

pierwszego wieczoru i zawsze tu widuję? Stara przychodzi pierwsza. Ma siwe włosy, obcięte na 

Joannę D’Arc. Tak, stara Joanna D’Arc, do niej jest właśnie podobna. Podają jej zimne mięsa i 

karafkę  wina.  Pali,  wpatrzona  w  drzwi  wejściowe.  Druga  przychodzi  trochę  przed  północą, 

zmęczona i głodna: z jakiej pracy przychodzi? I ona też jest Joanną D’Arc, ale jasnowłosą i w 

wieku Joanny D’Arc. Drugiego wieczoru, kiedy ją widziałem, spojrzała na mnie i poznała. Stara 

obserwowała ją w lustrze. 

Żeby  wrócić,  wsiadam  w  omnibus  miejski  z  ogumionymi  kołami  i  latarniami,  których 

kolor wskazuje, że przejeżdża ulicą Vaugirard. 

Czasami  pogoda  jest  tak  fatalna,  że  nie  mogę  wyjść  z  kawiarni  przy  Boulevard 

SaintMichel.  Unikam  tylko  Harcout  ze  względu  na  przesiadujące  tam  prostytutki,  nędzne, 

nachalne i zarażone. W takie wieczory staję się pastwą mojej największej obsesji. Tajemnica zła, 

która była dla mnie tylko pewnym pojęciem teoretycznym, mrowi się tu przed moimi oczyma. 

Odnoszę wrażenie, że bestia, która rzuciła się na małą Seris w lesie koło młyna pana Lapeyre, 

tutaj  snuje  się  wszędzie,  ale  każdego  potwora  zdają  się  jakby  pilnować  wszystkie  inne,  więc 

błąka się ze zdartą już maską, z oczami oszalałymi i tymi ohydnymi ustami, które powinno się 

background image

chować. 

Nie odważyłem się jeszcze dotrzeć do Montmartre’u. Z fauną Quartier Latin jestem już 

obeznany, mam tu swoje nawyki, ale Montmartre budzi we mnie lęk. Często słyszę, jak o nim 

mówią  w  barze  Pantheon,  gdzie  zawsze  jest  tłoczno  i  gdzie  byle  kto  do  ciebie  zagaduje. 

Odpowiadam chętnie, ponieważ jestem nikim. 

A potem kładę się około drugiej, zapadam w sen, jakiego nie znałem w Maltaverne, gdzie 

mnie  budziły  o  świcie  koguty.  W  Paryżu,  gdy  się  ze  snu  wynurzam,  ci,  co  pracują,  od  wielu 

godzin są już przy swoim zajęciu. Za późno na mszę, z wyjątkiem niedziel. W południe zjadam 

obiad  z  innymi  studentami  z  tego  hotelu:  jedyny  moment  w  ciągu  dnia,  kiedy  rozmawiam  z 

ludźmi  mnie  podobnymi,  którzy  znają  moje  imię  i  nazwisko  i  wiedzą,  z  jakiej  prowincji 

przybyłem do Paryża, nie cierpią albo uwielbiają Maurrasa, i są mi tak obojętni, że ich wcale nie 

widzę. 

Potem  znowu  zaczynam  się  wałęsać;  ale  celem  popołudniowych  wypraw  bywają 

kościoły, aczkolwiek w istocie chodzi o te same wędrówki co w nocy: przychodzę pytać Cię o 

przyczyny  tego,  co  moje  oczy  widziały  po  nocy,  Boże.  Zaczynam  zawsze  od  SaintSulpice, 

schodząc  wąską  uliczką  Ferou,  przy  której  mieszkał  mój  ojciec  jako  student  w  ostatnim  roku 

Cesarstwa. I w kościele moja marszruta nigdy się nie zmienia: przystaję zaraz przy wejściu, po 

prawej,  przed  freskiem  Delacroix.  Jestem  zarazem  i  Jakubem,  i  aniołem:  to  właśnie  ja, 

zmagający się z samym sobą; gdyż pozornie unoszę się na fali, ale to pozór, jestem sprężony i w 

napięciu  domagam  się  odpowiedzi,  siedząc  za  głównym  ołtarzem,  naprzeciw  Madonny  dłuta 

Pigalle’a, której Donzac nie cierpi, ale ja ją lubię. Przebywam tam, jak długo mogę wytrzymać, 

po czym wychodzę od ulicy Servandoni. Skręcam nad Sekwanę i idę brzegiem do NotreDame. 

Pogrążam  się tu,  tonę jak w kościele SaintAndre w Bordeaux, lecz historia ludzka, jaka się tu 

rozgrywała, przesłania mi Boga. 

Niekiedy budzę się przed świtem. Słyszę na bruku koła zapóźnionej dorożki. Wydaje mi 

się  wtedy,  że  już  nic  nie  może  mi  się  zdarzyć  na  tym  świecie,  że  już  nic  mi  się  nie  zdarzy, 

wszystko już wypite, wszystko zjedzone, że ta noc na balkonie Maltaverne, z Marią, która mnie 

kochała,  jest  wszystkim,  co  miało  być  mi  dane;  że  jestem  owym  żebrakiem,  który  dostał  już 

jałmużnę i nie może nic więcej oczekiwać od nikogo - nawet od złego losu, bo jeśli chodzi o to, 

ja także już otrzymałem, co mi się należało, w dniu, kiedy ta mała dziewczynka biegła przede 

mną po drodze z młyna pana Lapeyre, a potem suchy patyk trzasnął pod moim butem, i ona się 

background image

obejrzała. 

A  jednak  coś  mi  się  zdarzyło,  lecz  to  jest  tak  mało,  że  nawet  nie  wiem,  jak  zapisać. 

Wczoraj  wieczorem  u  Webera  stara  Joanna  D’Arc  nie  pojawiła  się;  widocznie  chora;  nie 

przypuszczałem,  by  młoda  przyszła,  Spoglądałem  jednak  na  drzwi.  Weszła  o  zwykłej  porze, 

usiadła, zagłębiła się w kartę, jakby nie wiedziała, że zamówi zimne mięsa, a potem podniosła 

oczy, spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.