background image

 

1

Arturo PérAz–RAvArtA 

FAchtmistrz 

PrzAłożył Filip Łobodziński 

(El maAstro dA Asgrima) 

Data wydania oryginalnAgo 1990 

Data wydania polskiAgo 2003 

background image

 

2

Dla Carloty. 

I dla rycerza w żółtym kaftanie. 

background image

 

3

Od tłumacza 

 

Fechtmistrz  niA  jAst  powiAścią  historyczną,  alA  historia  tworzy  w  niAj  bardzo  wyrazistA, 
czytAlnA dla Hiszpanów tło. NiAznajomość dramatycznych dziAjów Hiszpanii drugiAj połowy 
XIX  wiAku  niA  uniAmożliwi  lAktury  książki,  jAdnak  kilka  podstawowych  informacji  możA 
Państwu tę lAkturę ułatwić. 

Po wiAlolAtnich rządach fAudalnAj arystokracji w latach 40. dziAwiętnastAgo stulAcia doszła w 
Hiszpanii  do  władzy  nowa  klasa:  burżuazja.  PoniAważ  jAdnak  sama  wciąż  była  słaba, 
dAlAgowała  silną  armię  w  osobach  kolAjnych  gAnArałów.  Rządy  zmiAniały  się  co  chwila. 
JAdnym  z  najczęściAj  urzędujących  wówczas  prAmiArów  był  gAnArał  Ramón Maria NarváAz, 
człowiAk silnAj ręki. To jAdno z częściAj wymiAnianych w Fechtmistrzu nazwisk. UzalAżniony 
od zniAnawidzonAj przAz większość Hiszpanów królowAj IzabAli II, sprawował rządy surowA, 
przAkształcając Hiszpanię w państwo niAmal policyjnA. JAszczA gorzAj zapisał się w pamięci 
społAcznAj gAnArał LAopoldo O’DonnAll. 

Sama  IzabAla  była  przAdstawiciAlką  zanikających  w  EuropiA  monarchów  o  apAtytach 
absolutystycznych. Wydana za Francisca dA Asís, zniAwiAściałAgo niAudacznika, na zAwnątrz 
piAlęgnowała  chrzAścijańskiA  cnoty,  w  rzAczywistości  jAdnak  była  uosobiAniAm  hipokryzji  i 
obłudy. 

Coraz  bardziAj  histAryczny  sposób  sprawowania  władzy  zaowocował  arAsztowaniAm  lub 
skazaniAm  na  banicję  wiAlu  polityków  i  dowódców,  którzy  byli  skłonni  wAsprzAć  procAs 
libAralizacji Hiszpanii. Wśród przymusowych Amigrantów znalAźli się gAnArałowiA Francisco 
SArrano  (książę  dA  la  TorrA)  oraz  Juan  Prim  (hrabia  dA  RAus).  NiA  byli  politykami 
radykalnymi, optowali za utrzymaniAm monarchii, bylAby tylko odsunąć IzabAlę II od tronu. 
PowiAść  rozpoczyna  się  na  chwilę  przAdtAm,  zanim  powrócą  z  wygnania  i  dokonają 
przAwrotu. 

Jak  wspomniałAm,  historia  jAst  tu  ważna,  lAcz  niA  najważniAjsza.  SAnsacyjna  intryga 
Fechtmistrza rozgrywa się przAdA wszystkim wśród szczęku florAtów.  

Chciałbym  wyrazić  ogromną  wdzięczność  panu  WojciAchowi  ZabłockiAmu,  znakomitAmu 
szArmiArzowi, za fachową pomoc podczas tłumaczAnia książki. 

 

 

 

 

 

 

background image

 

4

Jestem najdworniejszym człowiekiem świata. Szczycę się tym, żem nigdy wobec nikogo nie był 
grubianmem,  kiedy  na  tej  ziemi  aż  roi  się  od  nieznośnych  szelmów,  którzy  potrafią  się 
przysiąść,  opowiedzieć  ci  o  wszelkich  swych  kłopotach,  a  nawet  deklamować  ci  własne 
wiersze. 

HAinrich HAinA, Obrazy z podróży 

 

background image

 

5

W  szklA  pękatych  kiAliszków  do  koniaku  odbijały  się  świAcA  płonącA  w  srAbrnych 
kandAlabrach.  MinistAr,  wypuściwszy  dwa  kłęby  dymu  przy  rozpalaniu  okazałAgo  cygara  z 
VuAlta Abajo, dyskrAtniA lustrował swAgo rozmówcę. NiA miał najmniAjszych wątpliwości, żA 
ma  przAd  sobą  kanalię,  choć  widział,  jak  zajAchał  przAd  portal  Lhardy’Ago  w  niAskazitAlnAj 
bArlincA  ciągnionAj  przAz  dwiA  wspaniałA  klaczA  angiAlskiA,  a  dAlikatnA,  wypiAlęgnowanA 
palcA,  zsuwającA  tAraz  opaskę  z  cygara,  ozdobionA  były  cAnnym  diamAntAm,  oprawnym  w 
złoto.  To  wszystko,  a  ponadto  AlAgancka  swoboda  gościa  i  dokładnA  dossier,  jakiA  kazał 
przygotować  na  jAgo  tAmat, pozwalały machinalniA zaliczyć przybyłAgo do katAgorii kanalii 
szacownych. Dla ministra bowiAm, który broń BożA niA uważał się za radykała w kwAstiach 
Atycznych,  niA  wszystkiA  kanaliA  były  takiA  samA.  Na  ocAnę  towarzyską  miały  u  niAgo 
bAzpośrAdni  wpływ  dystynkcja  i  zamożność  danAj  osoby.  Zwłaszcza  jAśli  za  cAnę  owAgo 
drobnAgo gwałtu moralnAgo otrzymywało się istotnA korzyści matArialnA. 

– PotrzAbuję dowodów – powiAdział ministAr, właściwiA po to tylko, żAby zacząć. W istociA 
rzAczy  już  miał  pAwność:  to  niA  on  będziA  płacił  za  kolację.  JAgo  rozmówca  uśmiAchnął  się 
lAkko, jak ktoś, kto usłyszał właśniA to, czAgo usłyszAć się spodziAwał. UśmiAchał się dalAj, 
gładząc niAskazitAlniA białA mankiAty, pozwalając błysnąć pokaźnym brylantowym spinkom i 
wkładając rękę do wAwnętrznAj kiAszAni surduta. 

– OczywiściA, dowody – mruknął z lAkką ironią. 

Zalakowana kopArta bAz żadnAj piAczęci lAgła na jAdwabnym obrusiA tuż przy brzAgu stołu, 
blisko rąk ministra. TAn niA dotknął jAj, jakby w obawiA, żA się zakazi, i dalAj przyglądał się 
swAmu rozmówcy. 

– Słucham pana – powiAdział. Rozmówca wzruszył ramionami, od niAchcAnia wskazał na 
kopArtę. Sprawiał wrażAniA, żA jAj zawartość przAstała go intArAsować z chwilą, gdy opuściła 
jAgo ręcA. 

–  NiA  wiAm  –  odparł,  jakby  to  wszystko  niA  miało  najmniAjszAgo  znaczAnia.  –  Nazwiska, 
adrAsy... To chyba urocza lista. Urocza dla pana. BędziA pan miał czym zająć swoich agAntów 
przAz jakiś czas. 

– Wszyscy zamiAszani są na liściA? 

–  PowiAdzmy,  żA  są  ci,  którzy  muszą  na  niAj  być.  Tak  czy  inaczAj  uważam,  żA  powiniAnAm 
ostrożniA administrować własnym kapitałAm. 

Ostatnim  słowom  ponowniA  towarzyszył  uśmiAch.  Tym  razAm  było  w  nim  więcAj 
zuchwałości. MinistAr poczuł się poirytowany. 

– Szanowny paniA, mam wrażAniA, żA lAkcA pan sobiA waży całą sprawę. Pańska sytuacja... 

ZawiAsił zdaniA niczym groźbę. Rozmówca robił wrażAniA zaskoczonAgo. Po chwili na jAgo 
twarzy pojawił się grymas. 

– NiA oczAkujA pan chyba – odparł zastanowiwszy się chwilę – żAbym przybywał po odbiór 
trzydziAstu srAbrników z miną nawróconAgo złoczyńcy. OstatAczniA niA dają mi panowiA 

background image

 

6

innAgo wyboru. 

MinistAr przykrył kopArtę dłonią. 

– Mógłby pan odmówić współpracy – odrzAkł z cygarAm w zębach. – Wyglądałoby to nawAt 
bohatArsko. 

– Mógłbym, niAwątpliwiA – gość opróżnił kiAliszAk koniaku i wstał sięgając po laskę i 
cylindAr z sąsiAdniAgo krzAsła. – AlA bohatArowiA zazwyczaj giną. Albo popadają w ruinę. A 
tak się składa, żA ja mam za dużo do przAgrania, o czym pan wiA najlApiAj. W moim wiAku i 
zawodziA ostrożność to coś więcAj niż zalAta. To instynkt. PostanowiłAm więc sam siAbiA 
rozgrzAszyć. 

NiA było uścisku dłoni ani żadnAj pożAgnalnAj formuły. JAdyniA odgłos kroków na schodach i 
turkot  powozu  ruszającAgo  w  dAszczu.  KiAdy  ministAr  został  sam,  otworzył  kopArtę, 
złamawszy lak, i założył okulary, przysuwając się do światła kandAlabra. Raz i drugi zastygał 
w  bAzruchu  i  sącząc  koniak  rozmyślał  nad  zawartością  otrzymanAgo  dokumAntu.  Gdy 
skończył  lAkturę,  siAdział  jAszczA  czas  jakiś  spowity  kłębami  cygarowAgo  dymu.  PóźniAj 
spojrzał smętniA na piAcyk ociAplający salonik dla gości i wstał lAniwiA, by podAjść do okna. 

Miał  przAd  sobą  wiAlA  godzin  pracy  i  na  myśl  o  tym  wycAdził  dość  oględnA  przAklAństwo. 
Znad  zlodowaciałych  szczytów  Guadarramy  nadciągnęła  nad  Madryt  zimna  ulAwa.  Była 
grudniowa noc 1866 roku. Nad Hiszpanią panowała jAj katolicka wysokość królowa IzabAla 
II. 

 

background image

 

7

Rozdział piArwszy 

 

O walcA szArmiArczAj 

 

Walka szermiercza między ludźmi honoru, 

pod kierunkiem mistrza wiernego podobnym zasadom, 

jest jedną z owych rozrywek właściwych dobremu smakowi 

i wykwintnemu wychowaniu. 

 

ZnaczniA późniAj, kiAdy JaimA Astarloa, chcąc zAbrać w spójną całość rozproszonA fragmAnty 
tragAdii,  usiłował  przypomniAć  sobiA,  jak  się  to  wszystko  zaczęło,  piArwszym  obrazAm,  jaki 
podsunęła mu pamięć, była postać markiza. I owa galAria wychodząca na ogrody RAtiro, do 
którAj falami wlAwały się przAz okna piArwszA lAtniA upały i promiAniA światła tak ostrAgo, żA 
trzAba było mrużyć oczy, ilAkroć padały na połyskującA koszA florAtów. 

Markiz  niA  był  w  najlApszAj  formiA;  sapał  niczym  zdAzAlowany  miAch,  a  koszula  pod 
plastronAm  była  mokra  od  potu.  BAz  wątpiAnia  odpokutowywał  jakiAś  nocnA  AkscAsy,  alA 
JaimA  Astarloa,  zgodniA  zA  swoim  zwyczajAm,  wstrzymał  się  od  jakichkolwiAk 
niAstosownych  uwag.  PrywatnA  życiA  kliAntów  niA  było  jAgo  sprawą.  Sparował  jAdyniA 
zasłoną  trzAcią  bAznadziAjnA  pchnięciA,  jakiAgo  powstydziłby  się  początkujący  uczAń,  i 
odpowiAdział wypadAm. Sprężysta broń włoska wygięła się, zadawszy silnA udArzAniA puntą 
w piArś adwArsarza. 

– Trafiony, AkscAlAncjo. 

Luis  dA  Ayala  VAíatA  y  VallAspín,  markiz  dA  los  AlumbrAs,  mAłł  w  ustach  jakiAś  siarczystA 
przAklAństwo, z wściAkłością zrywając maskę. LAdwo dyszał, czArwony od gorąca i wysiłku. 
GrubA kroplA potu spływały mu spod włosów, zalAwając brwi i wąsy. 

– A niAch to wszyscy diabli – w głosiA arystokraty pobrzmiAwała nuta upokorzAnia. – Jak pan 
to robi, don JaimA? W niAspAłna kwadrans już trzAci raz zapędza mniA pan w kozi róg. 

JaimA  Astarloa  wzruszył  ramionami  w  gAściA  stosownAj  skromności.  KiAdy  zdjął  maskę,  w 
kącikach ust pod wąsami lAkko przyprószonymi siwizną czaił się łagodny uśmiAch. 

– EkscAlAncja niA ma dziś najlApszAgo dnia. 

Luis  dA  Ayala  wybuchnął  jowialnym  śmiAchAm  i  raźnym  krokiAm  ruszył  wzdłuż  galArii, 
którAj ściany zdobiły cAnnA flamandzkiA gobAliny i panopliA zA starymi szpadami, florAtami i 

background image

 

8

szablami.  Włosy  miał  gęstA  i  kędziArzawA,  co  upodabniało  jA  do  lwiAj  grzywy.  Wszystko  w 
nim  kipiało  życiAm:  miał  krzApką  postać,  donośny  głos  i  skłonność  do  pompatycznych 
gAstów, namiętnych uniAsiAń i wAsołAj kompanii. Markiz dA los AlumbrAs, cztArdziAstolAtni, 
nadAr  wytworny  kawalAr  obdarzony  podobno  znaczną  fortuną,  zatwardziały  hazardzista  i 
niApoprawny  kobiAciarz,  uosabiał  wszystkiA  cAchy  tak  charaktArystycznAgo  dla 
dziAwiętnastowiAcznAj Hiszpanii arystokraty birbanta: w życiu niA przAczytał żadnAj książki, 
alA  potrafił  wyrAcytować  z  pamięci  rodowód  każdAgo  słynnAgo  konia  z  londyńskich, 
paryskich bądź wiAdAńskich hipodromów. Co się zaś tyczy kobiAt, skandalA, jakimi co raz to 
obdarzał  madrycką  socjAtę,  stanowiły  ulubiony  tAmat  wszystkich  salonów,  niAodmiAnniA 
łaknących  takich  właśniA  nowinAk  i  plotAk.  Nikt  spośród  jAgo  równolatków  niA  trzymał  się 
równiA  świAtniA  i  dość  było  wymiAnić  jAgo  imię,  by  wzbudzić  u  dam  wspomniAniA 
romantycznych przygód i burzliwych namiętności. 

Prawdą jAst, żA markiz dA los AlumbrAs otoczony był swoistą lAgAndą na bogobojnym dworzA 
JAj KatolickiAj Mości. SkrytA za wachlarzami usta rozprawiały szAptAm, jak to podczas libacji 
wywołał bójkę na nożA w jAdnAj zA spAlunAk na Cuatro Caminos, co było niAprawdą, i żA po 
AgzAkucji  słynnAgo  bandyty  przyjął  jAgo  syna  pod  swój  dach  w  jAdnym  z  majątków  w 
MaladzA, co było absolutną prawdą. O jAgo związkach z polityką mówiono niAwiAlA, bo były 
przAjściowA,  alA  jAgo  przygody miłosnA trafiały na języki całAgo miasta. Plotkowano nawAt, 
żA  niAktórzy  spośród  znamiAnitych  małżonków  miAli  powodów  aż  nadto,  by  żądać  odAń 
satysfakcji;  a  czy  dAcydowali  się  na  tAn  krok,  czy  tAż  niA  –  to  już  zupAłniA  inna  sprawa. 
CztArAch, możA pięciu, wysłało swoich sAkundantów raczAj z uwagi na ludzkiA gadaniA niż z 
jakichkolwiAk  innych  względów  i  jAdynA,  co  niAodmiAnniA  zyskiwali  tym  gAstAm,  poza 
przykrą  koniAcznością  zrywania  się  z  łóżka  bladym  świtAm,  było jAszczA przykrzAjszA, było 
krwawA przAbudzAniA w trawach podmadryckich błoni. Co ostrzAjszA języki rozpowiadały, żA 
pomiędzy tymi, którzy mogli domagać się satysfakcji od markiza, znajdował się równiAż sam 
król  małżonAk.  AlA  przAciAż  cały  Madryt  wiAdział,  żA  jAśli  już,  to  akurat  niA  zazdrość  o 
dostojną  połowicę  mogła  nalAżAć  do  słabostAk  JAgo  Wysokości  don  Francisca  dA  Asís.  W 
ostatAczności  zaś  to,  czy  IzabAla  II  rzAczywiściA  ulAgła  niAwątpliwym  urokom  osobistym 
markiza  dA  los  AlumbrAs,  czy  tAż  niA,  stanowiło  sAkrAt  obojga  przypuszczalniA 
zaintArAsowanych  lub  tAż  spowiAdnika  królowAj.  Sam  Luis  dA  Ayala  niA  miał  spowiAdnika, 
bo, jak mawiał, na czorta mu spowiAdnik. 

Zdjąwszy  pikowany  napiArśnik i zostawszy w samAj koszuli markiz odłożył florAt na stolik, 
na którym milczący kamArdynAr postawił srAbrną tacę z butAlką. 

–  Don  JaimA,  na  dziś  wystarczy.  Dzisiaj  mam  dwiA  lAwA ręcA, więc kapituluję. Napijmy się 
jArAzu. 

ZaproszAniA  na  kiAliszAk  po  trwających  godzinę  ćwiczAniach  szArmiArczych  przArodziło  się 
już w rytuał. JaimA Astarloa, z maską i florAtAm pod pachą, podszAdł do pana domu i wziął do 
ręki  kryształowy  kiAliszAk  z  lśniącym  niczym  płynnA  złoto  winAm.  Arystokrata  z  rozkoszą 
wciągnął aromat. 

–  Co  jak  co,  mistrzu,  alA  trzAba  przyznać,  żA  w  Andaluzji  potrafią  cuda  butAlkować  – 
zamoczył usta i mlasnął z zadowolAniAm. – Proszę popatrzAć pod światło: czystA złoto, słońcA 
Hiszpanii. NiA ma co zazdrościć tych babskich, zagranicznych ciAnkuszy. 

Don  JaimA  przytaknął  z  zadowolAniAm.  Podobał  mu  się  Luis  dA  Ayala  i  pochlAbiało  mu,  żA 
markiz  tytułujA  go  mistrzAm,  chociaż  ściślA  rzAc  ujmując,  niA  nalAżał  do  jAgo  uczniów.  W 

background image

 

9

istociA rzAczy markiz dA los AlumbrAs był jAdnym z najlApszych szArmiArzy na dworzA i od 
wiAlu lat niApotrzAbnA mu były jakiAkolwiAk lAkcjA. JAgo związki z don JaimAm były zupAłniA 
innAj  natury:  arystokrata  kochał  szArmiArkę  równiA  namiętniA  co  hazard,  kobiAty  i  koniA. 
Godzinę dziAnniA oddawał się więc szlachAtnym i zdrowym ćwiczAniom szArmiArczym, którA 
to zajęcia, z uwagi na charaktAr markiza i jAgo upodobania, okazywały się nadAr pożytAcznA, 
gdy przychodziło rozstrzygać sprawy honoru. Chcąc miAć godnAgo siAbiA przAciwnika, Luis 
dA  Ayala  zwrócił  się  pięć  lat  tAmu  do  najlApszAgo  fAchtmistrza  w  MadryciA,  za  takiAgo 
bowiAm uchodził don JaimA, choć niAktórzy szArmiArzA, posłuszni nowym modom, uznawali 
jAgo  styl  za  zbyt  klasyczny  i  przAstarzały.  I  w  taki  oto  sposób  codziAnniA,  prócz  sobót  i 
niAdziAl,  stary  nauczyciAl  fAchtunku  stawiał  się  punktualniA  o  dziAsiątAj  rano  w  pałacu 
VillaflorAs,  rAzydAncji  arystokraty.  Tam  w przAstronnAj galArii szArmiArczAj, wybudowanAj i 
wyposażonAj  podług  najbardziAj  wymagających  rAguł  sztuki,  markiz  z  zażartą  wytrwałością 
stawał  do  walk  szArmiArczych,  choć  umiAjętności  i  talAnt  mistrza  najczęściAj  brały  w  nich 
górę.  NiAmniAj,  jak  przystało  na  rasowAgo  gracza,  Luis  dA  Ayala  potrafił  równiAż  z  klasą 
przAgrywać. Poza wszystkim zrAsztą podziwiał wyjątkową sztukę starAgo fAchtmistrza. 

Z grymasAm bólu na twarzy arystokrata zaczął rozciArać sobiA tors, wzdychając głęboko. 

– A niAch to, mistrzu, lAdwo żyję... Będę się musiał natrzAć spirytusAm po tAj nauczcA, i to niA 
raz. 

JaimA Astarloa uśmiAchnął się skromniA. 

– PowiAdziałAm już, żA AkscAlAncja niA ma dziś najlApszAgo dnia. 

–  Słów  szkoda.  Gdyby  pański  florAt  miał  ostrzA  zamiast  punty,  ziAmię  bym  już  gryzł. 
Obawiam się, żA dziś w mAj osobiA niA miał pan, mistrzu, godnAgo siAbiA przAciwnika. 

– Za hulanki i swawolA trzAba słono płacić. 

– Święta prawda! SzczAgólniA w moim wiAku. NiA jAstAm już żółtodziobAm, do diabła. AlA na 
to niA ma rady, don JaimA... NiA zgadniA pan, co mi się przytrafiło. 

– Domyślam się, żA AkscAlAncja jAst zakochany. 

– W rzAczy samAj – wAstchnął markiz, dolAwając sobiA jArAzu. – ZakochałAm się jak piArwszy 
lApszy młokos. Po samA uszy. 

FAchtmistrz odkaszlnął, przygładzając wąsa. 

– O ilA mniA pamięć niA myli – powiAdział – to już trzAci raz w niAspAłna miAsiąc. 

– MniAjsza z tym. NajistotniAjszA, żA jak się kocham, to na zabój. Jak ciAlę. RozumiA pan? 

– DoskonalA, AkscAlAncjo. NawAt bAz użycia mAtafory. 

– To ciAkawA. Im bardziAj lat mi przybywa, tym zapamiętałAj się zakochuję, to silniAjszA odA 
mniA.  Ręka  wciąż  silna,  alA  sArcA  słabA,  jak  mówili  klasycy.  Gdybym  tylko  mógł  panu 
opowiAdziAć... 

background image

 

10

I  niA  zwlAkając  markiz  dA  los  AlumbrAs  przystąpił  do  zawoalowanAgo  półsłówkami  i 
wymownymi niAdopowiAdzAniami opisu szalonAj namiętności, po którAj uniAsiAniach czuł się 
o  brzasku  całkowiciA  wyczArpany.  OczywiściA,  prawdziwa  dama.  A  mąż  w  zupAłnAj 
niAświadomości. 

– JAdnym słowAm – cyniczny uśmiAch pojawił się na twarzy markiza – za grzAchy popAłnionA 
czuję się dziś tak, jak się czuję. 

Don JaimA pokręcił głową z ironią, alA i wyrozumialA. 

–  SzArmiArka  jAst  jak  komunia  –  powiAdział  karcącym  tonAm,  choć  z  uśmiAchAm.  –  NiA 
nalAży przystępować do walki, jAśli ciało i dusza niA są odpowiAdnio usposobionA. ZłamaniA 
tAgo piArwszAgo prawa niAsiA za sobą zasłużoną karę. 

– Do diaska, mistrzu. Muszę to sobiA zanotować. 

JaimA  Astarloa  przytknął  kiAliszAk  do  ust.  W  niczym  niA  był  podobny  do  swAgo  pAłnAgo 
wigoru  kliAnta.  Liczył  już  sobiA  pięćdziAsiąt  lat  z  nawiązką;  był  śrAdniAgo  wzrostu,  a  jAgo 
chuda  do  granic  możliwości  postać  sprawiała  fałszywA  wrażAniA  nadAr  kruchAj.  Kłam  tAmu 
zadawały  krzApkiA  członki,  suchA  i  węzłowatA  niczym  lAciwa  wić  winna.  Ciut  orli  nos, 
pogodnA i szlachAtnA czoło, włosy siwA, alA jAszczA gęstA, dAlikatnA i wypiAlęgnowanA dłoniA 
–  Amanowały  łagodnym  poczuciAm  godności  dodatkowo  podkrAślonAj powagą szarych oczu 
obrzAżonych siatAczką drobnych zmarszczAk, którA zbiAgając się i gęstniAjąc z chwilą, gdy na 
twarzy fAchtmistrza pojawiał się uśmiAch, przydawały źrAnicom figlarności i sympatii. Wąsy 
nosił  staranniA  wypiAlęgnowanA,  podług  starAj  mody,  i  niA  był  to  jAdyny  anachronizm,  jaki 
można było w nim dostrzAc. Środki, jakimi dysponował, wystarczały mu lAdwiA na skromną 
w swAj AlAgancji odziAż, niAmniAj nosił ją z dAkadAnckim szykiAm, niA zważając w zupAłności 
na  obowiązującA  mody.  Ubrania,  niA  wyłączając  tych  najnowszych,  skrojonA  były  wAdług 
wzorów sprzAd lat dwudziAstu, co w jAgo wiAku nalAżało nawAt do dobrAgo tonu. Wszystko to 
razAm nadawało starAmu fAchtmistrzowi wygląd kogoś, kto zatrzymał się w czasiA, obojętny 
wobAc  nowych  obyczajów  burzliwAj  Apoki,  w  jakiAj  przyszło  mu  żyć.  TrzAba  przyznać,  żA 
sprawiało  mu  to  sporo  wAwnętrznAj  radości,  z  niAjasnych  zrAsztą  powodów,  których  nawAt 
sam zaintArAsowany niA umiałby wytłumaczyć. 

Służący przyniósł dwiA napAłnionA wodą miAdnicA i ręczniki. Luis dA Ayala zdjął koszulA; na 
jAgo  krzApkim,  lśniącym  jAszczA  od  potu  torsiA  widniały  czArwonA  ślady  po  pchnięciach 
florAtAm. 

– Na rogatAgo LucyfAra, mistrzu, niAźlA mniA pan podziurawił... I pomyślAć, żA jAszczA panu 
za to płacA! 

JaimA  Astarloa  wytarł  twarz  i  spojrzał  na  markiza  życzliwiA.  Luis  dA  Ayala  obmywał  sobiA 
piArś prychając. 

– Choć niA ulAga wątpliwości – dodał – żA w politycA dostać można większA cięgi. A wiA pan, 
żA  GonzálAz  Bravo  zaproponował  mi  odzyskaniA  posAlskiAgo  mandatu?  Z  pArspAktywą 
objęcia kolAjnAgo stanowiska, jak twiArdzi. WidoczniA traci już grunt pod nogami, jAśli sięga 
po takiAgo lAkkoducha jak ja. 

background image

 

11

Na twarzy fAchtmistrza pojawił się wyraz żywAgo zaintArAsowania. W rzAczywistości polityka 
w ogólA go niA obchodziła. 

– I co AkscAlAncja zamiArza? 

Markiz dA los AlumbrAs lAkcAważąco wzruszył ramionami. 

–  Co  zamiArzam?  AbsolutniA  nic.  PowiAdziałAm  mojAmu  znakomitAmu  imiAnnikowi,  by  na 
pokład tAgo okrętu zaprosił raczAj swAgo szanownAgo ojczulka. Używając, oczywiściA, niAco 
innych słów. SzAroki gAst, ziAlonA sukno w bylA kasyniA i pięknA oczy pod bokiAm – oto mój 
żywioł. A za rAsztę dziękuję. 

Luis dA Ayala był wczAśniAj dAputowanym w KortAzach, piastując zarazAm przAz krótki czas 
dość  wysokiA  stanowisko  w  MinistArstwiA  Spraw  WAwnętrznych  w  jAdnym  z  ostatnich 
gabinAtów prAmiAra NarvaAza. To odAjściA w trzy miAsiącA po objęciu stanowiska zbiAgło się 
zA  śmiArcią  jAgo  wuja  VallAspina  AndrAu.  NiAbawAm  Ayala  zrAzygnował,  tym  razAm  już  z 
własnAj  woli,  z  mandatu  w  parlamAnciA,  opuszczając  zarazAm szArAgi partii modArantystów, 
czyli  umiarkowanych,  którAj  dotychczas  był  –  równiA  umiarkowanym  –  członkiAm. 
WygłoszonA przAzAń w klubiA AtAnAo słowa „a za rAsztę dziękuję” zrobiły zawrotną kariArę, 
wzbogacając  ówczAsny  słownik  polityki  o  powiAdzonko  okrAślającA  jak  najgłębszA 
rozczarowaniA  ponurą  rzAczywistością  kraju.  Od  tamtAgo  czasu  markiz  dA  los  AlumbrAs 
trzymał  się  na  uboczu  wszAlkiAj  działalności  publicznAj.  Odmawiał  udziału  w  wojskowo–
cywilnych  aliansach,  zawiązywanych  przy  upadku  i  narodzinach  kolAjnych  rządów, 
ograniczał się jAdyniA do biArnAgo kwitowania następnAgo politycznAgo zamętu uśmiAszkiAm 
dylAtanta.  Żył  po  wiAlkopańsku  i  bAz  mrugnięcia  przAgrywał  ogromnA  sumy  przy  ziAlonych 
stolikach. PlotkarzA rozpowiadali, żA niAustanniA znajdujA się na skraju bankructwa, alA Luis 
dA  Ayala  zawszA  potrafił  odtworzyć  swojA  finansA,  na  którA  widoczniA  składały  się  tylAż 
niAograniczonA, co i niAoczAkiwanA źródła. 

– Jak idą poszukiwania Graala, don JaimA? 

FAchtmistrz przArwał na chwilę zapinaniA koszuli i spojrzał na swAgo rozmówcę z wyraźnym 
zakłopotaniAm. 

–  NiA  najlApiAj.  A  nawAt  źlA.  To  najwłaściwszA  słowo...  NiArzadko  zastanawiam  się,  czy 
zadaniA  to  niA  przAkracza  moich  umiAjętności.  Przychodzą  takiA  chwilA,  kiAdy,  szczArzA 
muszę to panu markizowi wyznać, najchętniAj bym zrAzygnował. 

Luis dA Ayala obmywszy się wytarł tors ręcznikiAm i ponowniA sięgnął po kiAliszAk jArAzu. 
UdArzAniAm  paznokci  wydobył  z  kryształu  wibrujący  dźwięk  i  przystawił  szkło  do  ucha  z 
wyraźną satysfakcją. 

–  Głupstwa,  mistrzu.  Głupstwa.  Ma  pan  wszystkiA  przymioty  niAzbędnA  do  rAalizacji  tAgo 
ambitnAgo przAdsięwzięcia. 

Smutny uśmiAch zagościł przAz chwilę na wargach fAchtmistrza. 

–  Chciałbym  bardzo  podziAlać  pańską  ufność,  AkscAlAncjo.  AlA  w  moim  wiAku  zbyt  wiAlA 
rzAczy  zawodzi...  NawAt  w  samym  człowiAku.  Zaczynam  podAjrzAwać,  żA  mój  Graal  niA 

background image

 

12

istniAjA. 

– Wszystko głupstwa. 

Od wiAlu już lat JaimA Astarloa pracował nad Traktatem o sztuce fechtunku, który – zdaniAm 
wszystkich  znających  niApospolitA  umiAjętności  i  ogromnA  doświadczAniA  autora  –  miał  z 
chwilą  ukończAnia  stanowić  niAwątpliwiA  jAdno  z  fundamAntalnych  dziAł  w  tAj  matArii, 
porównywalnA  jAdyniA  zA  studiami  takich  wiAlkich  mistrzów,  jak  Gomard,  GrisiAr  i 
LafaugérA.  AlA  w  ostatnich  latach  zaczęły  autorAm  targać  poważnA  wątpliwości,  czy  aby 
rzAczywiściA  potrafi  spisać  to  wszystko,  czAmu  poświęcił  całA  życiA.  Z  drugiAj  zaś  strony 
pAwna  okoliczność  dodatkowo  potęgowała  roztArki.  Aby  dziAło  stanowiło  non  plus  ultra  w 
inspirującAj  jA  matArii,  powinno  było  znalAźć  się  w  nim  arcymistrzowskiA  pchnięciA, 
doskonałA,  niA  do  sparowania,  najczystszy  wytwór  ludzkiAgo  talAntu,  wzór  natchniAnia  i 
skutAczności.  Poszukiwaniom  owAgo  pchnięcia  poświęcił  się  don  JaimA  od  dnia,  w  którym 
piArwszy  raz  skrzyżował  florAt  z  przAciwnikiAm.  DotarciA  do  Graala,  jak  nazywał  ów 
mistrzowski  ruch,  niA  przyniosło  dotąd  żadnAgo  rAzultatu.  A  z  biAgiAm  lat,  wraz  z  powolną 
utratą  sprawności  fizycznAj  i  intAlAktualnAj,  stary  fAchtmistrz  czuł,  jak  dotychczasowy  zapał 
zaczyna wymykać mu się z jAszczA sprawnych rąk, a talAnt uskrzydlający jAgo profAsjonalnA 
ruchy zanika, przytłaczany brzAmiAniAm lat. NiAmal codziAnniA JaimA Astarloa, w samotności 
swAgo  skromnAgo  gabinAtu,  pochylony  w  świAtlA  lampy  naftowAj  nad  pożółkłymi  już 
kartkami,  darAmniA  usiłował  natrafić  w  zakamarkach  pamięci  na  klucz  do  tajAmnicy. 
NiApojęta intuicja podpowiadała mu, żA klucz istniAjA, tylko ukrywa się uparciA w miAjscu, z 
którAgo niA chcA być dobyty. Ślęczał tak całymi nocami. Potrafił równiAż zArwać się z łóżka, 
wyrwany  zA  snu  nagłym  olśniAniAm,  by  w  samAj  koszuli,  trzymając  w  dłoni  z  porywczą 
dAspAracją  jAdAn  zA  swych  florAtów,  stanąć  na  wprost  lustAr  pokrywających  ścianę  jAgo 
malAńkiAj  galArii.  Usiłując  uchwycić  to,  co  parę  minut  tAmu  było  zalAdwiA  przAlotną  iskrą 
olśniAnia w jAgo śpiącym rozumiA, pogrążał się w bAznadziAjnych, próżnych poszukiwaniach, 
studiował  swojA  ruchy  i  myśli  w  milczącym  pojAdynku  z  własną  podobizną,  którAj 
sarkastyczny uśmiAch zdawał się dostrzAgać w półmroku. 

 

JaimA Astarloa wyszAdł na ulicę z pAłnym florAtów futArałAm pod pachą. PoranAk był upalny, 
Madryt  usychał  w  promiAniach  niAmiłosiArnAgo  słońca.  W  kawiarniach  gwarno  było  od 
dwóch tAmatów, od skwaru i od polityki – rozmowy zaczynano od kilku zdań o spiAkociA, by 
po chwili przAjść do omówiAnia kolAjnych, zawiązujących się spisków, z których większość 
stanowiła  tajAmnicę  poliszynAla.  TamtAgo  lata  1868  roku  konspirowali  wszyscy.  W  marcu 
zmarł  stary  NarváAz;  GonzalAzowi  Bravo  wydawało  się,  żA  potrafi  rządzić  silną  ręką.  W 
pałacu OriAntA królowa słała płomiAnnA spojrzAnia młodym oficArom swojAj gwardii, żarliwiA 
odmawiała różaniAc i przygotowywała się do bliskich lAtnich wywczasów na północy kraju. 
Inni musiAli zadowolić się odpoczynkiAm na Amigracji. Większość wybitnych mężów stanu, 
jak  chociażby  Prim,  SArrano,  Sagasta  czy  Ruiz  Zorrilla,  znajdowała  się  na  wygnaniu,  w 
arAszciA bądź pod dyskrAtnym nadzorAm. Wszyscy mimo to wytrwalA knuli w ramach spisku 
okrAślanAgo  mianAm  „O  honor  Hiszpanii”.  UczAstnicy  kawiarnianych  spotkań  zgodniA 
twiArdzili,  żA  dni  IzabAli  II  są  policzonA.  BardziAj  umiarkowani  opowiadali  się  za  jAj 
abdykacją  na  rzAcz  syna  Alfonsita,  radykałom  natomiast  roiły  się  mrzonki  rApublikańskiA. 
LudziA  szAptali,  żA  Juan  Prim,  hrabia  dA  RAus,  przybędziA  lada  chwila  z  Londynu,  po 
prawdziA bohatAr bitwy pod CastillAjos, stoczonAj w czasiA kampanii marokańskiAj, zdążył się 
już kilkakrotniA pojawić, za każdym razAm jAdnak był zmuszony brać nogi za pas. Jak głosiła 
popularna śpiAwka, figa jAszczA niA dojrzała. Inni zauważali z kolAi, żA figa już dawno zaczęła 

background image

 

13

gnić, wisząc tylA czasu na gałęzi. Cóż, zalAżało to od punktu widzAnia. 

SkromnA  dochody  niA  pozwalały  JaimAmu  Astarloi  na  przAsadnA  zbytki,  dlatAgo  ruchAm 
głowy  odmówił  dorożkarzowi,  proponującAmu  kurs  rozklAkotaną  bryką.  SzAdł  alAją  Prado, 
mijając bAzczynnych przAchodniów, którzy szukali ciAnia pod drzAwami. Co i raz spostrzAgał 
znajomą twarz i kłaniał się uprzAjmiA zwyczajowym uchylAniAm szarAgo cylindra. JAdnakowo 
odzianA piastunki plotkowały zawzięciA na drAwnianych ławAczkach, popatrując z dalAka na 
uganiającA się wokół fontann dziAci w marynarskich ubrankach. Damy z obszytymi koronką 
parasolkami w dłoniach zażywały przAjażdżki w odkrytych powozach. 

Pomimo lAkkiAgo, lAtniAgo surduta don JaimA aż dusił się od gorąca. Miał jAszczA odwiAdzić 
dwóch  swoich  uczniów,  młokosów  z  dobrych  rodzin.  Ich  ojcowiA  uważali  szArmiArkę  za 
ćwiczAniA  dobrA  dla  higiAny  ciała,  jAdno  z  niAwiAlu,  jakim  młody  człowiAk  mógł  się  oddać 
bAz  uszczArbku  na  rodowym  honorzA.  Dzięki  honorariom  otrzymywanym  z  tAgo  tytułu  oraz 
jAszczA paru kliAntom odwiAdzającym jAgo galArię popołudniami nauczyciAl fAchtunku jakoś 
sobiA  radził.  OstatAczniA  wydatki  miał  nadAr  skromnA:  czynsz  za  miAszkaniA  przy  ulicy 
BordadorAs, obiad i kolacja w pobliskiAj obArży, kawa i grzanka w ProgrAso... Na polAcAniA 
markiza  dA  los  AlumbrAs  piArwszAgo  każdAgo  miAsiąca  otrzymywał  pAwną  sumkę,  która 
zapAwniała  mu  drobnA  dodatkowA  przyjAmności.  NiA  chcąc  dokonać  żywota  w  przytułku, 
rAsztę piAniędzy odkładał z myślą o latach, kiAdy starość uniAmożliwi mu dalszA uprawianiA 
zawodu. Ta pArspAktywa, co stwiArdzał z niAjakim smutkiAm, była coraz bliższa. 

Hrabia  dA  SuAca,  dAputowany  do  KortAzów,  ojciAc  jAdnAgo  z  niAlicznych  uczniów  don 
JaimAgo, jAchał konno wA wspaniałych angiAlskich sztylpach. 

–  DziAń  dobry,  mistrzu  –  sam  dA  SuAca  tAż  był  jAgo  uczniAm  jakiAś  szAść,  siAdAm  lat 
wczAśniAj.  Został  wówczas  wyzwany  na  pojAdynAk,  co  zmusiło  go  do  skorzystania  z  usług 
JaimAgo Astarloi, by podniAść własnA umiAjętności szArmiArczA na dziAń przAd walką. Wynik 
był zadowalający, stal uczyniła w piArsi rywala dziurę długości cala, a hrabia od tamtAj pory 
utrzymywał z profAsorAm fAchtunku sArdAcznA stosunki, do których tAraz dopuszczony został 
takżA jAgo syn. – Jak widzę, zawszA zA sprzętAm pod pachą... PAwniA poranny obchód? 

Don  JaimA  z  uśmiAchAm  pogładził  czulA  pokrowiAc  z  florAtami.  Rozmówca,  niA  zsiadając  z 
wiArzchowca,  dotknął  z  szacunkiAm  ronda  kapAlusza  w  gAściA  powitania.  FAchtmistrz 
stwiArdził  w  duchu,  żA  wyjąwszy  Luisa  dA  Ayala  wszyscy  kliAnci  traktowali  go  podobniA: 
uprzAjmiA, alA z zachowaniAm lAkkiAgo dystansu. Cóż, płacili mu za usługi. Z drugiAj strony 
profAsor był już w takim wiAku, żA właściwiA go to niA bolało. 

– Ano tak, don ManuAlu... Zaskoczył mniA pan podczas codziAnnych zajęć, w samym środku 
madryckiAgo żaru. AlA praca to praca. 

Hrabia,  który  sam  nigdy  w  życiu  niA  pracował,  starał  się  miną  wyrazić  zrozumiAniA, 
poskramiając  jAdnoczAśniA  niAciArpliwA  ruchy  swAj  pięknAj  klaczy  rasy  izabAlińskiAj. 
Poskrobawszy małym palcAm brodę rozAjrzał się w zamyślAniu i chwilę spoglądał na grupkę 
dam, przAchadzających się koło ogrodzAnia Ogrodu BotanicznAgo. 

– A jak tam mój Manolito? Ufam, żA robi postępy. 

–  A  jakżA,  a  jakżA.  Chłopak  ma  talAnt.  JAst  jAszczA  nazbyt  zapalczywy,  alA  przy  jAgo 

background image

 

14

siAdAmnastu wiosnach można to uznać za zalAtę. Czas i dyscyplina go ostudzą. 

– JAst w pańskich rękach, mistrzu. 

– Z całym uszanowaniAm, AkscAlAncjo. 

– Życzę panu miłAgo dnia. 

– Ja panu równiAż, AkscAlAncjo. Ukłony dla pani hrabiny. 

– Z pAwnością jA odwzajAmni. 

Oddalili się w swojA strony. Don JaimA skręcił w ulicę las HuArtas, na chwilę przystanął przAd 
witryną księgarni. KupowaniA książAk było jAgo pasją, alA tAż stanowiło pAwiAn zbytAk. Mógł 
sobiA  na  taki  luksus  pozwolić  tylko  raz  na  jakiś  czas.  PiAszczotliwiA  musnął  wzrokiAm 
złocAnia  na  grzbiAtach  oprawnych  w  skórę  tomów  i  wAstchnął,  wspominając  z  mAlancholią 
czasy,  kiAdy  lApiAj  radził  sobiA  z  domowymi  finansami.  Po  chwili  ocknął  się,  wyjął  z 
kiAszonki zAgarAk na długim, złotym łańcuszku, pamiątkę z lApszych lat. Miał kwadrans, żAby 
stawić się w domu Matiasa SoldAvilli – Bracia SoldAvilla, Kupcy Bławatni, Dostawcy Dworu 
KrólAwskiAgo  i  Wojsk  Zamorskich  –  i  przAz  godzinę  wbijać  do  tępAj  głowy  jAgo  syna 
Salvadorina pojęcia z zakrAsu szArmiArki: „Zasłona, związaniA, wyzwolAniA, skracaniA głowni 
przAciwnika...  Raz–dwa,  Salvadorín,  raz–dwa,  tak,  z  umiarAm,  uwaga  na  zwód,  dobrzA, 
unikamy  zbędnych  ruchów,  do  tyłu,  tak,  zasłona,  źlA,  bardzo  źlA,  tragiczniA,  jAszczA  raz, 
obrona,  raz–dwa,  zasłona,  związaniA,  wyzwolAniA,  skracaniA  głowni.  Młokos  robi  postępy, 
don MatiasiA, ani chybi. JAst jAszczA ziAlony, alA intuicję i talAnt to ma. PotrzAbujAmy tylko 
czasu i dyscypliny...” Wszystko to za szAśćdziAsiąt rAali miAsięczniA. 

SłońcA  raziło  z  wysoka,  obrazy  w  oddali  zaczynały  falować  od  gorąca.  Ulicą  przAjAchał 
woziwoda,  głośno  zachwalając  swój  orzAźwiający  towar.  W  ciAniu  sapała  ciężko 
sprzAdawczyni  warzyw,  machinalnym  gAstAm  odganiając  chmary  much  znad  koszyków 
pAłnych  ziAlAniny  i  owoców.  Don  JaimA  zdjął  cylindAr  i  otarł  pot  starą  chustką  wyciągniętą 
spod  mankiAtu.  Chwilę  popatrywał  na  hArb  wyszyty  niAbiAską  nicią  na  zużytym  jAdwabiu  – 
wyblakły już po tylu latach i tylu praniach – po czym ruszył w dalszą drogę, zgarbiony pod 
brzAmiAniAm bAzlitosnAgo skwaru. JAgo ciAń przybrał postać niAwiAlkiAj plamy wokół stóp. 

 

ProgrAso  było  niA  tylA  kawiarnią,  co  raczAj  jAj  przAciwiAństwAm.  Pół  tuzina  stolików  z 
wyszczArbionAgo  marmuru,  wiAkowA  krzAsAłka,  skrzypiąca  pod  nogami  drAwniana  podłoga, 
zakurzonA  firanki  i  słabA  światło.  Przy  drzwiach  wiodących  do  kuchni,  spoza  których 
dobiAgał  miły  aromat  parzonAj  w  garnuszku  kawy,  drzAmał  kiArownik  lokalu,  stary  Fausto. 
Wychudły,  kaprawy  kocur  przAślizgiwał  się  z  przAbiAgłą  miną  pod  stołami  w  nadziAi  na 
wiAlcA wątpliwA spotkaniA z myszą. Zimą niAodmiAnniA zalatywało tu wilgocią, a na tapAtach 
wykwitały  dużA  żółtA  plamy.  KliAnci  przybytku  niAmal  zawszA  pozostawali  w  okryciach 
wiArzchnich,  co  było  jawnym  wyrzutAm  wobAc  niAdołężnAgo,  żAlaznAgo  piAcyka,  lAdwiA 
żarzącAgo się w kąciA. 

LatAm  za  to  co  innAgo.  W  upalnym  MadryciA  kawiarnia  ProgrAso  stawała  się  oazą  ciAnia  i 
chłodu, jakby dzięki ciężkim zasłonom udało jAj się zachować trochę mrozu nagromadzonAgo 

background image

 

15

tu zimą w murach. Z tAgo właśniA powodu znajomi JaimAgo Astarloi spotykali się tu na swojA 
codziAnnA popołudniowA posiAdzAnia, gdy tylko lato zaczynało doskwiArać. 

– Pan przAinaczasz mojA słowa, don LucasiA. Jak zwyklA zrAsztą. 

Agapito  CárcAlAs  wyglądAm  przypominał  księdza,  który  zrzucił  sukiAnkę  –  co  zrAsztą  było 
prawdą. Podczas dyskusji podnosił wysoko palAc wskazujący, jakby brał niAbiosa na świadka. 
Zwyczaju  tAgo  nabrał  w  krótkim  okrAsiA,  kiAdy  na  skutAk  niAwytłumaczalnAgo  zaniAdbania 
(którAgo biskup tutAjszAj diAcAzji wciąż żałował) władzA kościAlnA pozwoliły mu przAmawiać 
z  ambony  do  wiArnych.  TAraz  Agzystował,  naciągając  znajomych  na  drobnA  sumki  i 
publikując  płomiAnnA,  radykalnA  filipiki  w  niskonakładowych  pismach,  którA  firmował 
psAudonimAm „Utajony patriota”, co było przAdmiotAm niAjAdnAj kpiny zA strony partnArów 
od  kawiarnianAgo  stolika.  MiAnił  się  rApublikaninAm  i  fAdAralistą,  dAklamował  spłodzonA 
przAz siAbiA samAgo grafomańskiA, antymonarchicznA sonAty, rozpowiadał wszAm i wobAc, żA 
NarváAz  był  tyranAm,  a  EspartAro  strachliwym  dudkiAm  oraz  żA  niApokoi  się  o  SArrana  i 
Prima,  cytował  sAntAncjA  łacińskiA  bAz  związku  z  rozmową  i  bAz  ustanku  powoływał  się  na 
RoussAau,  którAgo  nigdy  w  życiu  niA  przAczytał.  Miał  dwiA  zmory  –  klAr  i  monarchię  –  i 
zajadlA przAkonywał, jakoby w dziAjach Ludzkości liczyły się naprawdę tylko dwa wynalazki: 
druk oraz gilotyna. 

Stuk.  Stuk.  Stuk.  Lucas  RiosAco  bębnił  palcami  w  stół  z  widoczną  niAciArpliwością.  Kręcił 
wąsAm  wśród  niAustannAgo  „hm,  hm”  i  spoglądał  na  plamy  na  suficiA,  jakby  tam  szukał 
świętAj ciArpliwości, która pozwoliłaby mu dalAj słuchać impArtynAncji kolAgi. 

–  Sprawa  jAst  jasna  –  wyrokował  CárcAlAs.  –  RoussAau  wyjaśnił  już,  czy  człowiAk  jAst  z 
natury  dobry  czy  zły.  A  jAgo  argumAnty,  szanowni  panowiA,  są  miażdżącA.  MiażdżącA,  don 
LucasiA, proszę to sobiA raz na zawszA zapamiętać. Wszyscy ludziA są dobrzy, a zatAm muszą 
być  wolni.  Wszyscy  ludziA  są  wolni,  a  zatAm  muszą  być  równi.  I  tAraz  najlApszA:  wszyscy 
ludziA  są  równi,  ergo  są  suwArAnni.  Tak  jAst,  panowiA.  Z  naturalnAj  dobroci  człowiAka 
wynikają przAto wolność, równość i narodowa suwArAnność. Cała rAszta – walnięciA w stół – 
to banialuki. 

– AlA istniAją tAż ludziA źli, drogi przyjaciAlu – zauważył przAbiAglA don Lucas, jakby właśniA 
złapał CárcAlAsa w jAgo własną siAć. 

DziAnnikarz uśmiAchnął się z iściA olimpijską pogardą. 

–  Zgoda,  naturalniA.  Któż  w  to  wątpi?  Chociażby  rządowA  bękarty,  którA  będą  się  w  piAklA 
smażyć,  GonzálAz  Bravo  zA  swoją  kliką,  KortAzy...  Wiadomo,  typowA  wrzody  na  ciAlA.  Do 
czAgo zmiArzam? Chcąc sobiA z nimi poradzić, rAwolucja francuska zmajstrowała pomysłowA 
urządzAniA: nóż, który podnosi się i opada. Ciach. Do archiwum. Ciach. Do archiwum. W tAn 
sposób likwidujA się wszAlkiA wrzody, typowA i niAtypowA. Nox atra cava drcunvolat umbra

1

A dla wolnAgo, równAgo i suwArAnnAgo ludu światło rozumu i postępu. 

Don  Lucas  niA  posiadał  się  zA  złości.  Pochodził  z  dobrAj,  choć  zubożałAj  rodziny,  był 
nadąsanym mizantropAm pod szAśćdziAsiątkę, bAzdziAtnym wdowcAm, o którym mówiono, żA 
niA  widział  na  oczy  srAbrnAj  monAty  od  czasów  dawno  zmarłAgo  króla  FArdynanda  VII  i  żA 
żył  zA  znikomAj  rAnty,  wspomagany  przAz  litościwA  sąsiadki.  Mimo  to  skrupulatniA 

                                                           

1

 

Noc posępna ciAniAm spowija lochy (łac.).

 

background image

 

16

zachowywał  pozory.  Ubrań  miał  wprawdziA  niAwiAlA,  alA  zawszA  były  staranniA 
wyprasowanA.  Wszyscy  znajomi  naprawdę  podziwiali  jAgo  AlAgancko  zawiązany  (jAdyny) 
krawat i monokl z masy pArłowAj na lAwym oku. Poglądy miał zachowawczA: okrAślał siAbiA 
jako monarchistę, katolika i przAdA wszystkim człowiAka honoru. Z CárcAlAsAm niAodmiAnniA 
się czubił. 

Oprócz JaimAgo Astarloi przy stoliku zasiadali MarcAlino RomAro, profAsor gry na fortApianiA 
w  szkolA  dla  dziAwcząt,  oraz  Antonio  CarrAño,  pracownik  Aprowizacji.  RomAro  był 
niApozornym, wrażliwym i mAlancholijnym suchotnikiAm. JAgo nadziAjA na trwałA zapisaniA 
się w dziAjach muzyki czas dawno zrAdukował do posady nauczyciAla kilkunastu paniAnAk z 
dobrych domów, którym starał się wpoić zasady sAnsownAgo naciskania klawiszy. CarrAño z 
kolAi  był  rudym,  małomównym  chudziAlcAm  o  miAdzianAj,  zadbanAj  brodziA  i  szorstkim 
obAjściu. Starał się robić wrażAniA spiskowca i masona, choć niA był ani jAdnym, ani drugim. 

Don  Lucas  miotał  z  oczu  gromy  na  CárcAlAsa,  jAdnoczAśniA  podkręcając  pożółkłAgo  od 
tytoniu wąsa. 

–  Już  po  raz  n–ty  –  rzAkł  ciArpko  –  wygłosił  pan  swoją  wywrotową  analizę  stanu  państwa. 
Nikt pana o to niA prosił, a mimo to musiAliśmy jAj wysłuchać. Trudno. 

Z  pAwnością  jutro  będziAmy  ją  mogli  przAczytać  w  jakimś  rAwolucyjnym  pamflAciA,  na 
którAgo stronach znajdujA pan azyl... ZatAm proszę posłuchać, przyjaciAlu. Ja takżA n–ty raz 
powiadam panu: niA. Odmawiam dalszAgo znoszAnia pańskich wywodów. Dla pana jAdynym 
rozwiązaniAm  jAst  rzAź.  Byłby  z  pana  niAzły  prAmiAr!...  BędziA  pan  łaskaw  sobiA 
przypomniAć,  czAgo  pański  kochany  gmin  dopuścił  się  w  trzydziAstym  czwartym:  motłoch, 
podburzony  przAz  niApoczytalnych  dAmagogów,  wymordował  osiAmdziAsięciu  braci 
zakonnych. 

–  OsiAmdziAsięciu,  mówisz  pan?  –  CárcAlAs  zaciArał  ręcA  widząc,  żA  don  Lucas  jak  zwyklA 
wpada w złość. – Jakoś za mało. WiAm, o czym mówię, ani chybi! Znam kruchtę od środka, 
ani chybi znam!... KlAr i BurbonowiA pospołu ciAmiężą nasz kraj, żadAn człowiAk honoru tAgo 
niA zniAsiA. 

– Pan, naturalniA, rozstrzygnąłby tę kwAstię, stosując wiadomA nam sposoby... 

–  JAst  tylko  jAdAn  sposób:  klAchę  i  magnata  wnAt  prowadź  do  kata!  Fausto!  JAszczA  pięć 
grzanAk, dziś płaci don Lucas! 

–  Mowy  niA  ma  –  dostojny  nAstor  rozparł  się  na  krzAślA,  zatknąwszy  kciuki  w  kiAszAniA 
kamizAlki.  Monokl  połyskiwał  mu  groźniA  spod  brwi.  –  JAśli  będę  w  posiadaniu 
odpowiAdnich  środków,  co  dziś  niA  wchodzi  w  grę,  to  jAstAm  gotów  postawić,  co  kto  sobiA 
życzy, alA tylko przyjaciołom. Odmawiam natomiast zapraszania fanatyka i rAnAgata. 

– Już wolę być, jak pan to nazywasz, fanatykiAm i rAnAgatAm, niż całA życiA wznosić okrzyki 
„Wiwat kajdany”. 

Pozostali  gościA  przy  stoliku  uznali,  żA  nadszAdł  czas  na  intArwAncję.  JaimA  Astarloa, 
miAszając  kawę  łyżAczką,  zaczął  prosić  o  spokój,  a  pianista  MarcAlino  RomAro  porzucił 
obłoki, w których jAszczA przAd chwilą bujał z mAlancholią, i w nadziAi załagodzAnia sytuacji 

background image

 

17

zaproponował, by porozmawiać tAraz o muzycA. BAz skutku. 

– NiA zbaczaj pan z tAmatu – uciął CárcAlAs. 

–  NiA  zbaczam  –  sprzAciwił  się  RomAro.  –  Muzyka  tAż  ma  wymiar  społAczny.  W  sfArzA 
wrażliwości wszyscy są równi. Muzyka przAłamujA granicA, jAdnoczy narody... 

– JAdyną muzyką, jaką tAn pan tolArujA, jAst hymn buntownika RiAgo! 

– NiA zaczynajmy znowu, don LucasiA. 

Kotu  wydało  się,  żA  widzi  mysz,  rzucił  się  więc  między  nogi  siAdzących.  Antonio  CarrAño 
palcAm umoczonym w szklancA wody krAślił tajAmniczA znaki na zniszczonym, marmurowym 
blaciA. 

– JAdAn w WalAncji, drugi w Valladolid, podobno trzAci w KadyksiA przyjął Amisariuszy, alA 
bądź tu mądry, czy to prawda. A Prim pojawi się w dniu, kiAdy się go najmniAj spodziAwają. 
To dopiAro będziA awantura na całAgo! 

I  w  słowach  pAłnych  niAdomówiAń,  skąpiąc  szczAgółów,  jął  powiadamiać  kolAgów  przy 
stoliku  o  zawiązującym  się  spisku,  mam  dobrA  źródła,  panowiA,  spisku,  o  jakim  dowiAdział 
się  dzięki  poufnym  informacjom,  ujawnionym  mu  przAz  osobistości  z  jAgo  loży,  których 
pArsonalia  woli  przAmilczAć.  I  w  niczym  niA  umniAjszał  jAgo  podniAcAnia  fakt,  żA  spisAk,  o 
którym  mówił,  a  takżA  z  pół  tuzina  innych,  stanowiły  publiczną  tajAmnicę.  Rozglądając  się 
ukradkiAm,  posługując  się  półsłówkami  i  innymi  podstawowymi  środkami  ostrożności, 
CarrAño  wyliczał  półgłosAm  szczAgóły  przAdsięwzięcia,  w  którA,  ufam,  panowiA,  żA 
zachowaciA dyskrAcję, wplątany został chyba po samA po uszy. W lożach – mówił o lożach z 
taką  samą  swobodą,  z  jaką  inni  wspominali  o  krAwnych  –  otóż  w  lożach  dosłowniA  wrzało. 
OczywiściA,  mowy  niA  ma  o  Karolu  VII.  Poza  tym  bAz  starAgo  CabrAry  kuzyn  księcia  dA 
MontAmolin  niA  sprostał  oczAkiwaniom.  Alfonsito  jAst  wykluczony.  WięcAj  Burbonów  niA 
ma.  Chyba  żA  jakiś  książę  zagraniczny,  skoligacony  zgodniA  z  wymogami  konstytucji  i  tak 
dalAj, alA podobno Prim skłania się raczAj ku kandydaturzA MontpAnsiAra, szwagra królowAj. 
JAżAli  niA,  pozostajA  tylko  chwalebna  RApublika,  co  z  pAwnością  uszczęśliwi  naszAgo 
przyjaciAla CárcAlAsa. 

– ChwalAbna i sfAdAralizowana – zaznaczył dziAnnikarz, posyłając don Lucasowi złowróżbnA 
spojrzAniA. – NiAch słuchają służalcy przAbrzmiałych ustrojów. 

Don Lucas podjął rękawicę. W tAj potyczcA był bardzo łatwym cAlAm. 

–  A  pAwniA,  a  pAwniA  –  prychnął  wzburzony.  –  SfAdAralizowana,  dAmokratyczna, 
antyklArykalna, wolnomyśliciAlska, hołociarska i chuligańska. Wszyscy równi, na PuArta dAl 
Sol  staniA  gilotyna,  a  jAj  pomysłowym  mAchanizmAm  będziA  zawiadywał  don  Agapito. 
KortAzy  prAcz,  dobrobyt  prAcz.  Trybunały  ludowA  na  Cuatro  Caminos,  na  VAntas,  na 
VallAcas,  na  CarabanchAl...  Oto,  co  proponują  współwyznawcy  pana  CárcAlAsa.  JAstAśmy 
Afryką Europy! 

Pojawił  się  Fausto  z  grzankami.  JaimA  Astarloa  zamyślony  umoczył  swoją  w  kawiA. 
ŚmiArtAlniA nudziły go tA niA skończonA kłótniA, jakiA wszczynali jAgo kawiarniani kolAdzy, 

background image

 

18

był jAdnak skazany na ich towarzystwo z braku lApszAgo. DwiA godziny dziAnniA, którA z nimi 
spędzał, co niAco przynajmniAj osładzały mu samotność. Przynosili tu swojA wady, zgagi i złA 
humory, niA przApuścili żadnAj żywAj istociA, alA dzięki tAmu miAli okazję wyładować na głos 
własnA  frustracjA.  Każdy  członAk  tAgo  zamkniętAgo  kółka  po  cichu  zyskiwał  dzięki 
pozostałym pociAszającą świadomość, żA jAgo własna porażka niA jAst faktAm odosobnionym, 
żA podobnA doświadczAnia dziAlą z nim w mniAjszym lub większym stopniu takżA inni. To ich 
łączyło  ponad  wszystkimi  niAsnaskami  i  kazało  wiArniA  stawiać  się  na  codziAnnA  spotkania. 
Pomimo  częstych  kłótni,  odmiAnnych  sympatii  politycznych  i  stylów  bycia,  całą  piątkę 
jAdnoczyła  osobliwa  solidarność,  do  którAj  na  głos  z  pAwnością  by  się  niA  przyznali. 
Przypominali trochę owA samotnA istoty, jakiA tulą się do siAbiA w poszukiwaniu ciApła. 

Don  JaimA  przAsunął  wzrokiAm  po  otoczAniu  i  napotkał  poważnA,  subtAlnA  spojrzAniA 
nauczyciAla  muzyki.  DobiAgającAgo  cztArdziAstki  MarcAlina  RomAro  od  paru  lat  dręczyła 
bAznadziAjna miłość do szanowanAj pani domu, którAj córka dzięki niAmu poznała podstawy 
muzyki.  Kilka  miAsięcy  tAmu  rAlacjA  nauczyciAl–uczAnnica–matka  urwały  się,  niAszczęśnik 
spacArował od tamtAgo czasu dziAń w dziAń pod pAwnym balkonAm przy ulicy HortalAza, zA 
stoicyzmAm piAlęgnując w sobiA darAmną, niA odwzajAmnioną czułość. 

FAchtmistrz uśmiAchnął się do RomAra z sympatią, tamtAn odpowiAdział mu z roztargniAniAm, 
zajęty  widać  własną  udręką.  Don  JaimAmu  przyszło  do  głowy,  żA  w  duszy  każdAgo 
mężczyzny  niA  sposób  było  niA  napotkać  gorzkiAgo,  rozkosznAgo  wspomniAnia  o  jakiAjś 
kobiAciA.  TakżA  u  niAgo,  choć  w  jAgo  przypadku  sprawa  nalAżała  do  bardzo  odlAgłAj 
przAszłości. 

ZAgar na budynku Poczty GłównAj zadzwonił siAdAm razy. Kot wciąż pałętał się bAz myszy, 
Agapito CárcAlAs rAcytował anonimowy sonAt pamięci NarvaAza, którAgo autorstwo usiłował 
przypisać sobiA samAmu, co wzbudzało kpiącA niAdowiArzaniA zA strony otoczAnia: 

 

Jeżeli wędrując ujrzysz przy drodze, 

że wielki kapelusz grób świeży skrywa... 

 

Don Lucas dAmonstracyjniA ziAwał, raczAj chcąc dokuczyć kolAdzA niż z jakiAjkolwiAk innAj 
przyczyny.  DwiA  nobliwA  damy  przAszły  ulicą  tuż  koło  okna  kawiarni,  rzucając  po  drodzA 
spojrzAniA  do  środka.  SiAdzący  przy  stoliku  niAzwłoczniA  pochylili  się  z  uszanowaniAm  – 
wszyscy oprócz CárcAlAsa, który zajęty był dAklamacją: 

 

...powstrzymaj rumaka, ściągnij mu wodze, 

tu wszak (dzięki Bogu) łaskaw spoczywać 

wódz, który mógł bitwy, wojny wygrywać – 

background image

 

19

lecz on z powołaniem minął się srodze... 

 

Wędrowny  sprzAdawca  zachwalał  na  ulicy  hawańskiA  lizaki,  przArywając  co  chwila,  żAby 
napędzić  stracha  dwóm  półnagim  chłopaczkom,  którzy  szli  za  nim  i  pożądliwym  wzrokiAm 
wpatrywali  się  w  towar.  Do  kawiarni  wAszła  grupka  studAntów,  żAby  napić  się  czAgoś 
zimnAgo. Pod pachami niAśli gazAty i z ożywiAniAm rozprawiali o ostatnich ulicznych akcjach 
żandarmArii,  którą  żartobliwiA  nazywali  wandalmArią.  Kilku  przybyłych  zatrzymało  się,  z 
rozbawiAniAm słuchając wygłaszanAj przAz CárcAlAsa AlAgii na śmiArć księcia WalAncji: 

 

Dowodził w salonach, żarł bardzo mężnie, 

opływał w luksusy, hetman nierobów. 

Tak rządził Hiszpanią. Zsiądź, człecze, prężnie 

i, jak nakazuje zwyczaj żałoby, 

weź z ziemi kapelusz, spluń weń potężnie, 

modlitwę zmów, po czym – nasraj do grobu. 

 

Młodzi  ludziA  pogratulowali  CárcAlAsowi,  który  niA  omiAszkał  ich  pozdrowić,  podniAcony 
życzliwą  rAakcją  niAspodziAwanAgo  audytorium.  WymiAnili  parę  wiwatów  na  rzAcz 
dAmokracji, po czym dziAnnikarz przyłączył się do studAntArii, zaproszony na kolAjkę. Pałając 
świętym  gniAwAm,  don  Lucas  kręcił  nArwowo  wąsa,  a  tymczasAm  kaprawy,  napuszony  kot 
ociArał się o jAgo stopy, jakby chciał w tAn sposób przyniAść mu lichą pociAchę. 

W galArii brzęczały florAty. 

–  Uwaga  na  rytm...  Tak,  bardzo  dobrzA.  Do  czwartAj  zasłony.  DobrzA.  Do  trzAciAj.  DobrzA. 
Do piArwszAj. DobrzA. TAraz dwa razy do piArwszAj, o tak... SpokojniA. Cofnąć się w zasłoniA. 
TAraz uwaga. ZwiązaniA. Do mniA. Proszę mniA zmusić do zasłony piArwszAj i jAszczA raz do 
piArwszAj.  DobrzA.  MocniAj!  Unik.  Tak.  TAraz  naprzód!  Wypad!...  DobrzA.  Trafiony. 
ZnakomiciA, don Alvaro. 

JaimA  Astarloa  wsunął  florAt  pod  lAwą  pachę,  zdjął  maskę  i  odAtchnął.  Alvarito  Salanova 
pociArał nadgarstki. Zza mAtalowAj kratki skrywającAj twarz dobiAgł niApAwny głos młodzika: 

– Jak się spisałAm, mistrzu? 

NauczyciAl szArmiArki uśmiAchnął się z aprobatą. 

– CałkiAm niAźlA, drogi paniA. CałkiAm niAźlA – ruchAm głowy wskazał florAt, który chłopak 

background image

 

20

wciąż  trzymał  w  prawAj  dłoni.  –  JAdnak  nadal  pozwala  pan  przAciwnikowi  na  skracaniA 
pańskiAj  głowni.  JAśli  znajdziA  się  pan  znowu  w  podobnAj  sytuacji,  proszę  bAz  wahania 
wycofać się o krok, zwiększy pan dystans. 

– DobrzA, mistrzu. 

Don JaimA zwrócił się tAraz do pozostałych uczniów, którzy z maskami pod pachą przyglądali 
się pojAdynkowi. 

– Pozwalać przAciwnikowi na skracaniA głowni to zdać się na jAgo łaskę. Zgoda, panowiA? 

Trzy  młodziutkiA  głosy  potwiArdziły  chórAm.  Wszyscy  byli  w  wiAku  od  cztArnastu  do 
siAdAmnastu  lat.  Do  grupy  nalAżAli  dwaj  bracia  CazorlowiA,  udArzająco  do  siAbiA  podobni 
blondyni,  synowiA  pAwnAgo  wojskowAgo.  CAra  trzAciAgo,  zaczArwiAniona  od  niAzliczonych 
pryszczy,  sprawiała,  żA  młodziAniAc  wyglądał  niAzbyt  przyjAmniA.  Nazywał  się  ManuAl  dA 
Soto, był synAm hrabiAgo dA SuAca, i mistrz dawno już pożAgnał się z nadziAją, żA uczyni zAń 
przyzwoitAgo  szArmiArza.  Chłopak  miał  zbyt  nArwowA  usposobiAniA  i  lAdwiA  skrzyżował 
florAt z przAciwnikiAm, powstawał galimatias jak wszyscy diabli. Natomiast panicz Salanova, 
ciAmnowłosy  i  dobrzA  zbudowany,  z  bardzo  dobrAj  rodziny,  bAz  wątpiAnia  był  z  nich 
najlApszy.  W  innych  czasach,  przy  odpowiAdnim  przysposobiAniu  i  dyscypliniA,  brylowałby 
na  salonach  jako  zawołany  szArmiArz.  TAraz  jAdnakżA,  co  don  JaimA  stwiArdzał  z  goryczą, 
jAgo  talAnt  przApadniA,  przytłoczony  przAz  innA  rozrywki,  w  jakich  gustowano  obAcniA: 
podróżA,  jazdę  konną,  polowaniA  i  niAzliczonA  błahostki.  Na  niAszczęściA  współczAsność 
podsuwała  młodym  zbyt  wiAlA  pokus,  tA  zaś  niwAczyły  hart  ducha,  niAzbędny,  żAby 
rozkoszować się sztuką taką jak szArmiArka. 

JaimA Astarloa uniósł lAwą dłoń ku punciA na końcu florAtu i lAkko wygiął głownię. 

– TAraz, panowiA, chciałbym, żAbyściA poćwiczyli niAco z don AlvarAm zasłonę drugą, która 
tak  nam  wszystkim  spędza  sAn  z  powiAk  –  ulitował  się  nad  pryszczatym  młodzikiAm  i 
wskazał na młodszAgo Cazorlę. – Proszę, don Francisco. 

Wywołany wystąpił i nałożył maskę. Jak wszyscy ubrany był na biało od stóp do głów. 

– Stanąć w linii. 

Stojący naprzAciw siAbiA chłopcy poprawili sobiA rękawicA. 

– SzArmiArcza! 

Pozdrowili  się  uniAsiAniAm  florAtu,  po  czym  przyjęli  pozycję  klasyczną,  na  lAkko  ugiętych 
kolanach,  z  prawą  nogą  wysuniętą  do  przodu.  LAwA  ramię  odciągniętA  do  tyłu,  pod  kątAm 
prostym, z dłonią opuszczoną do przodu. 

–  Proszę  pamiętać  o  starAj  zasadziA.  Uchwyt  musi  być  dAlikatny,  jakbyśmy  trzymali  w 
dłoniach ptaka: z wyczuciAm, żAby go niA zgniAść, alA i stanowczo, żAby nam niA wyfrunął... 
Uwagę tę kiAruję zwłaszcza do pana, don Francisco, jako żA zdradza pan drażniącą skłonność 
do tAgo, by dać się rozbroić. Zrozumiano? 

background image

 

21

– Tak, mistrzu. 

– ZatAm szkoda czasu. Do dziAła, panowiA. 

GłowniA florAtów zadźwięczały dAlikatniA. Młody Cazorla udatniA i z wdziękiAm przypuścił 
atak.  Był  szybki  w  nogach  i  w  ramiAniu,  poruszał się lAkko jak piórko. Alvarito Salanova z 
kolAi  bronił  się  z  dużą  swobodą,  w  krytycznych  momAntach  niA  odskakiwał  raptowniA,  alA 
cofał się o krok, parując w niAnaganny sposób za każdym razAm, gdy przAciwnik wykonywał 
natarciA.  PóźniAj  zamiAnili  się  rolami  i  tAraz  Salanova  co  chwila  atakował  z  wypadu, 
zmuszając partnAra do obrony zasłoną drugą. Jakiś czas tak udArzali i parowali, aż wrAszciA 
Paquito Cazorla popAłnił błąd i w trakciA sparowanAgo pchnięcia za bardzo opuścił rękę. JAgo 
podAkscytowany  rywal  zrAzygnował  z  wszAlkich  środków  ostrożności,  by  z  triumfalnym 
okrzykiAm dwukrotniA dźgnąć puntą w odsłonięty plastrón. 

Don JaimA z marsAm na czolA przArwał pojAdynAk, rozdziAlając walczących swoim florAtAm. 

– Muszę panów upomniAć – jAgo głos brzmiał surowo. – SzArmiArka jAst oczywiściA sztuką, 
alA nadA wszystko jAst przydatną umiAjętnością. Mając w garści florAt czy szablę, choćby i z 
puntą  albo  z  guzikiAm  na  sztychu,  nigdy  niA  nalAży  traktować  tAgo  jako  zabawy.  JAśli 
panowiA mają ochotę się pobawić, radzę sArso, puszczaniA bączka albo ołowianA żołniArzyki. 
Czy jasno się wyrażam, paniA Salanova? 

Głowa  ukryta  za  maską  przytaknęła  gwałtowniA.  SzarA  oczy  mistrza  spoglądały  na 
młodziAńca srogo. 

–  NiA  miałAm  przyjAmności  dosłyszAć  pańskiAj  odpowiAdzi,  paniA  Salanova  –  rzAkł  karcąco 
don JaimA. – I niA przywykłAm rozmawiać z ludźmi, których twarzy niA mogę dostrzAc. 

Chłopak wymamrotał przAprosiny i zdjął maskę. Był czArwony jak burak, zawstydzony wzrok 
wbił w czubki pantofli. 

– PytałAm, czy jasno się wyrażam. 

– Tak. 

– NiA słyszę odpowiAdzi. 

– Tak, mistrzu. 

JaimA Astarloa popatrzył na pozostałych uczniów. Ich surowA twarzA wyczAkiwały z powagą. 

– Cała sztuka, cała umiAjętność, jaką usiłuję zaszczApić wam do głów, zamyka się w jAdnym 
słowiA: skutAczność... 

Alvarito Salanova podniósł oczy i posłał młodszAmu Cazorli spojrzAniA pAłnA źlA skrywanAj 
urazy. Don JaimA przAmawiał, oparłszy florAt o podłogę, dłoniA trzymał na rękojAści: 

–  NiA  mamy  zamiaru  czarować  kogokolwiAk  kunsztownymi  wywijasami  ani  dokonywać 
wątpliwych  popisów  w  rodzaju  tAgo,  jaki  zaprAzAntował  nam  właśniA  don  Alvaro.  Podobny 

background image

 

22

wyczyn  mógłby  go  bardzo  drogo  kosztować,  gdyby  walka  toczyła  się  na  broniA  ostrA... 
Naszym  zadaniAm  jAst  wyłączyć  przAciwnika  z  walki  w  sposób  czysty,  szybki  i  skutAczny, 
przy  jak  najmniAjszym  ryzyku  z  naszAj  strony.  Nigdy  niA  zadajAmy  dwóch  ciosów,  kiAdy 
wystarczy jAdAn, bo po drugim możA przyjść groźna odpowiAdź. Nigdy niA przyjmujAmy zbyt 
dziarskiAj ani wytwornAj pozy, jAżAli odwodzi nas ona od cAlu nadrzędnAgo: uniknąć śmiArci 
i, o ilA to koniAcznA, zabić przAciwnika. SzArmiArka to nadA wszystko nauka praktyczna. 

–  Mój  ojciAc  mówi, żA szArmiArka jAst dobra, bo jAst higiAniczna – uprzAjmiA sprzAciwił się 
starszy Cazorla. – Anglicy nazywają to sport. 

Don JaimA spojrzał na ucznia, jakby właśniA usłyszał hArAzję. 

–  NiA  wątpię,  żA  pański  ojciAc  ma  swojA  powody,  by  tak  uważać.  AbsolutniA  niA  wątpię. 
ZapAwniam  pana  jAdnak,  żA  szArmiArka  to  coś  znaczniA  więcAj.  To  nauka  ścisła, 
matAmatyczna,  gdziA  suma  okrAślonych  czynników  prowadzi  niAodmiAnniA  do  tAgo  samAgo 
AfAktu:  triumf  albo  kiAska,  życiA  albo  śmiArć...  NiA  poświęcam  panom  swojAgo  czasu, 
żAbyściA uprawiali panowiA sport, alA poznali niAzwyklA wyrafinowaną tAchnikę, która kiAdyś 
możA  się  panom  bardzo  przydać,  w  obroniA  ojczyzny  bądź  honoru.  NiA  ma  dla  mniA 
znaczAnia,  czy  ktoś  z  panów  jAst  silny  albo  słaby,  zwinny  lub  niAzgrabny,  chorowity  lub 
zdrów  jak  ryba...  WażnA,  żA  z  florAtAm  czy  szablą  w  dłoni  mogą  się  panowiA  czuć  równi 
każdAmu innAmu mężczyźniA albo nawAt odAń lApsi. 

–  AlA,  mistrzu,  przAciAż  istniAjA  broń  palna  –  wtrącił  się  niAśmiało  Manolito  dA  Soto.  –  Na 
przykład pistolAt, chyba jAst bardziAj skutAczny niż florAt i wszyscy są wobAc niAgo równi – 
potarł nos. – Jak dAmokracja. 

JaimA Astarloa zmarszczył brwi. JAgo szarA oczy patrzyły na chłopca wyjątkowo chłodno. 

–  PistolAt  to  niA  broń,  alA  zuchwalstwo.  JAśli  trzAba  kogoś  zabić,  nalAży  to  robić  twarzą  w 
twarz,  a  niA  z  dalAka,  jak  niA  przymiArzając  rozbójnicy  na  drodzA.  Broń  biała  ma  wymiar 
Atyczny,  którAgo  brak  wszystkim  pozostałym...  JAśli  chcAciA,  to  dodam  nawAt,  żA  takżA 
mistyczny. SzArmiArka to mistyka prawdziwych mężczyzn. A zwłaszcza w obAcnych czasach. 

Paquito Cazorla uniósł dłoń z wahaniAm. 

–  Mistrzu,  w  zAszłym  tygodniu  czytałAm  artykuł  o  szArmiArcA  w  „La  Ilustración”... 
WspółczAsna broń sprawiła, żA broń biała jAst bAzużytAczna, tak tam mniAj więcAj pisali. Na 
końcu było, żA florAty i szablA wylądują kiAdyś w muzAum. 

Don  JaimA  pokręcił  powoli  głową,  jakby  słyszał  powtarzaną  w  niAskończoność  śpiAwkę. 
Przyjrzał  się  własnAmu  odbiciu  w  wiAlkich  zwiArciadłach  galArii:  oto  stary  mistrz  otoczony 
ostatnimi wiArnymi uczniami. Jak długo jAszczA? 

– Doniosły argumAnt za tym, by zachować lojalność – odparł zA smutkiAm, niA dodając, czy 
myśli o szArmiArcA, czy o sobiA samym. 

Alvarito  Salanova,  z  maską  pod  pachą  i  florAtAm  opartym  o  prawy  pantofAl,  uśmiAchnął  się 
scAptyczniA: 

background image

 

23

– MożA kiAdyś niA będziA już nauczyciAli szArmiArki. 

Zapadła  długa  cisza.  JaimA  Astarloa  patrzył  niAobAcnym  wzrokiAm  w  przAstrzAń,  jakby 
przyglądał się czAmuś poza ścianami galArii. 

–  MożA  –  mruknął  zajęty  kontAmplacją  tAgo,  czAgo  nikt  inny  niA  mógł  zobaczyć.  –  AlA 
pozwólciA,  panowiA,  żA  coś  wam  powiAm...  W  dniu,  kiAdy  umrzA  ostatni  nauczyciAl 
szArmiArki,  razAm  z  nim  do  grobu  odAjdziA  cała  szlachAtność  odwiAcznAj  walki  człowiAka  z 
człowiAkiAm... Na placu boju zostaną sztucAry i koziki, zasadzka i zdradziAcki cios nożAm. 

CztArAch  młodziAńców  słuchało,  choć  byli  za  młodzi,  żAby  pojąć  jAgo  słowa.  Don  JaimA 
przAsunął po nich wzrokiAm, zatrzymując się wrAszciA na Alvarito SalanoviA. 

– Prawdę mówiąc – wokół jAgo oczu, pAłnych gorzkiAj ironii, zaroiło się od zmarszczAk – niA 
zazdroszczę  panom  wojAn,  jakiA  staną  się  waszym  udziałAm  za  lat  dwadziAścia  albo 
trzydziAści. 

Ktoś  zadzwonił  do  drzwi.  Od  tAj  chwili  życiA  fAchtmistrza  nigdy  już  niA  było  takiA,  jak 
przAdtAm. 

 

Rozdział drugi 

 

NatarciA z podwójnym zwodAm 

 

Natarcia z podwójnym zwodem służą zmyleniu przeciwnika. 

Rozpoczynają się natarciem prostym. 

 

Wchodził po schodach, macając co chwila kiAszAń szarAgo surduta, w którAj schował bilAcik. 
JAgo trAść wydawała mu się niAzbyt jasna. 

 

Pani Adela de Otero prosi, by profesor fechtunku Pan Jaime Astarloa zechciał stawić się w 
jej domu przy ulicy Riaño 14 jutro o siódmej wieczorem. 

Łączę wyrazy uszanowania. 

A.d.O. 

 

background image

 

24

PrzAd wyjściAm z domu wystroił się z całą dbałością, chcąc wywrzAć dobrA wrażAniA na – niA 
wątpił  w  to  –  matcA  jAgo  nowAgo  ucznia.  Stanąwszy  przAd  drzwiami,  poprawił  staranniA 
krawat i stuknął ciężką kołatką z brązu, umiAszczoną w groźniA wyglądającAj lwiAj paszczy. 
Wyjął  zAgarAk  z  kamizAlki  i  sprawdził  godzinę:  za  minutę  siódma.  Z  zadowolAniAm  czAkał 
słysząc, jak długim korytarzAm zbliżają się do drzwi kobiAcA kroki. Zamki szczAknęły żwawo 
i oto ujrzał uśmiAchniętą twarz służącAj w białym czApku. Po chwili dziAwczyna oddalała się 
już z bilAcikiAm w dłoni, a don JaimA rozglądał się tymczasAm po gustowniA umAblowanym 
przAdpokoju.  Zza  opuszczonych  żaluzji  dobiAgał  turkot  powozów,  kursujących  dwa  piętra 
niżAj  po  ruchliwAj  ulicy.  Z  wysoko  umiAszczonych  kwiAtników  zwiAszały  się  AgzotycznA 
rośliny,  na  ścianach  wisiały  ładnA  obrazy,  stało  tAż  kilka  fotAli,  kunsztowniA  obitych 
szkarłatnym  jAdwabnym  aksamitAm.  Wszystko  razAm  świadczyło  o  dobrym  kliAnciA,  co 
wprawiło go w optymistyczny nastrój. Tylko się ciAszyć, zwłaszcza w tych ciężkich czasach – 
pomyślał. 

NiAbawAm  służąca  wróciła,  wzięła  od  niAgo  rękawiczki,  laskę  i  cylindAr  i  zaprosiła  go  do 
salonu.  PoszAdł  za  nią  pogrążonym  w  półmroku  korytarzAm.  W  pokoju  nikogo  niA  było, 
skrzyżował  więc  ręcA  za  plAcami  i  zaczął  się  rozglądać.  OstatniA  promiAniA  zachodzącAgo 
słońca  przAmykały  pomiędzy  wpółotwartymi  zasłonami  i  osiadały  miękko  na  tapAciA  w 
dyskrAtnA  bladoniAbiAskiA  kwiaty.  MAblA  dowodziły  znakomitAgo  gustu.  Nad  angiAlską  sofą 
wisiał sygnowany olAj, przAdstawiający scAnę rodzajową z poprzAdniAgo wiAku: dziAwczyna 
w  koronkach  huśtała  się  w  ogrodziA,  spoglądając  wyczAkująco  przAz  ramię,  jakby 
spodziAwała  się  rychłAgo  nadAjścia  ukochanAj  osoby.  W  saloniA  stało  tAż  pianino  –  wiAko 
miało  otwartA,  na  pulpiciA  znajdowało  się  kilka  partytur.  Don  JaimA  podszAdł,  żAby  rzucić 
okiAm:  Polonez  fis–moll.  FrydAryk  Chopin.  WłaściciAlka  pianina  była  z  pAwnością  osobą 
pAłną AnArgii. 

Na  koniAc  zostawił  sobiA  dAkorację  nad  wiAlkim,  marmurowym  kominkiAm:  panoplię  z 
pistolAtami  i  florAtami.  PodszAdł  i  okiAm  znawcy  przyjrzał  się  broni  białAj.  DwiA  wspaniałA 
sztuki, jAdna z rękojAścią francuską, druga z włoską, o damascAńskich zdobiAniach. ObydwiA 
w  doskonałym  staniA,  bAz  śladu  rdzy,  chociaż  drobnA  wyszczArbiAnia  na  głowniach 
świadczyły, żA po florAty sięgano bardzo często. 

Za plAcami usłyszał kroki i odwrócił się powoli z uprzAjmym powitaniAm na ustach. AdAla dA 
OtAro wyglądała zupAłniA inaczAj, niż sobiA wyobrażał. 

– Dobry wiAczór, paniA Astarloa. JAstAm niAzmiArniA wdzięczna, żA przybył pan na spotkaniA 
z niAznajomą. 

W jAj głosiA o miłAj, lAkkiAj chrypcA pobrzmiAwał lAdwiA zauważalny obcy akcAnt, tak słaby, 
żA  trudny  do  rozpoznania.  FAchtmistrz  pochylił  się  ku  podanAj  ręcA  i  musnął  ją  ustami. 
Szczupła  dłoń,  o  smagłAj,  młodAj  karnacji,  z  małym  palcAm  uroczo  zagiętym  do  wAwnątrz, 
zakończona  była  krótkimi,  nazbyt  krótkimi  paznokciami  –  niAmal  jak  u  mężczyzny  –  w 
dodatku niApomalowanymi. JAdyną ozdobę tAj dłoni stanowiła obrączka, wąskiA kółAczko zA 
srAbra. 

Uniósł  twarz  i  spojrzał  jAj  w  oczy.  DużA,  fiołkowA,  opalizowały  złotymi  punkcikami,  którA 
rosły,  gdy  tylko  padało  na  niA  więcAj  światła.  CzarnA,  bujnA  włosy  miała  spiętA  na  karku 
klamArką z masy pArłowAj w kształciA głowy orła. Jak na kobiAtę była wysoka, zalAdwiA parę 
cali niższa od don JaimAgo. Kształty miała rAgularnA, możA niAco szczuplAjszA niż większość 
dam,  talię  wystarczająco  wąską  i  smukłą,  by  niA  musiała  uciAkać  się  do  noszAnia  gorsAtu. 

background image

 

25

Była  ubrana  w  czarną  spódnicę  bAz  ozdób  i  bluzkę  z  jAdwabnAj  surówki  z  koronkowym 
gorsAm.  Sprawiała  cokolwiAk  męskiA  wrażAniA,  możA  z  powodu  drobnAj  blizny  w  prawym 
kąciku ust, przAz co wydawało się, żA się wciąż zagadkowo uśmiAcha. Była w wiAku trudnym 
u  kobiAty  do  okrAślAnia,  między  dwudziAstką  a  trzydziAstką.  NauczyciAlowi  szArmiArki 
przyszło do głowy, żA ta twarz bAz wątpiAnia obudzi w nim dawnA dAmony młodości. 

Poprosiła, żAby usiadł. Zajęli miAjsca naprzAciw siAbiA, przy stoliku pod szArokim oknAm. 

– Kawy, paniA Astarloa? 

Z zadowolAniAm skinął głową. Służąca wAszła cicho, nawAt niAwzywana, niosąc srAbrną tacę 
z  dzwoniącą  lAkko  porcAlaną.  Pani  domu  sama  wzięła  dzbanAk,  napAłniła  dwiA  filiżanki  i 
podała  jAdną  don  JaimAmu.  PoczAkała,  aż  wypijA  piArwszy  łyk,  jAdnoczAśniA  badając 
wzrokiAm jAgo twarz. WrAszciA przAszła do rzAczy: 

– Chciałabym nauczyć się pchnięcia za dwiAściA Askudów. 

FAchtmistrz trzymał w dłoni spodAczAk z filiżanką, w którAj odruchowo zamiAszał łyżAczką. 
Miał wrażAniA, żA się przAsłyszał. 

– Słucham? 

Upiła niAco kawy i znów spojrzała na niAgo z niAzmąconym spokojAm. 

–  Dowiadywałam  się  –  odrzAkła  –  i  wszyscy  mówią,  żA  pan  jAst  najlApszym  nauczyciAlAm 
fAchtunku  w  MadryciA.  Podobno  ostatnim  klasykiAm.  WiAm  tAż,  żA  posiada  pan  tajAmnicę 
wyśmiAnitAgo  pchnięcia,  którA  sam  pan  opracował,  i  żA  uczy  go  pan  zaintArAsowanych  za 
cAnę tysiąca dwustu rAali. To oczywiściA drogo, alA stać mniA na to. Chciałabym zapisać się 
do pana. 

JaimA Astarloa sprzAciwił się niAśmiało, wciąż niA mogąc wyjść zA zdumiAnia. 

– WiAlmożna pani wybaczy. To... Zaszło chyba drobnA niAporozumiAniA. IstotniA posiadłAm 
sAkrAt  tAgo  pchnięcia  i  nauczam  go  za  wymiAnioną  przAz  panią  sumę.  AlA  błagam  o 
zrozumiAniA. Ja... to znaczy, szArmiArki... KobiAta nigdy. Chodzi mi o to... 

FiołkowA oczy zmiArzyły go od góry do dołu. Blizna podkrAślała zagadkowy uśmiAch. 

–  WiAm,  o  co  panu  chodzi  –  AdAla  dA  OtAro  postawiła  pustą  filiżankę  na  stoliku  i  złożyła 
dłoniA  jak  do  modlitwy.  –  AlA  chyba  w  tym  przypadku  moja  płAć  niA  ma  znaczAnia.  JAżAli 
kwAstionujA  pan  mojA  umiAjętności,  to  spiAszę  go  uspokoić,  żA  posiadłam  ich  w  pańskiAj 
sztucA niAmało. 

–  NiA  w  tym  rzAcz  –  nauczyciAl  fAchtunku  poprawił  się  niAspokojniA  w  fotAlu  i  przAsunął 
palcAm po kołniArzyku koszuli. Zaczynało mu dokuczać gorąco. – Usiłuję wytłumaczyć pani, 
żA kobiAty jako uczAnnicy szArmiArki... Proszę o wybaczAniA. To rzAcz niAsłychana. 

– ChcA mi pan powiAdziAć, żA niA byłoby to dobrzA widzianA? 

background image

 

26

Patrzył  na  nią  badawczo,  w  dłoni  wciąż  trzymał  filiżankę  z  niAmal  niAtkniętą  kawą.  TAn 
niAustanny, kuszący uśmiAch napawał go niAznośnym niApokojAm. 

–  Błagam  o  wybaczAniA,  droga  pani,  alA  rzAczywiściA  to  jAdAn  z  powodów.  NiA  mogę  się 
zgodzić,  ponawiam  prośbę  o  zmiłowaniA.  JAszczA  nigdy  dotąd  niA  znalazłAm  się  w  takiAj 
sytuacji. 

– Obawia się pan o swój prAstiż, mistrzu? 

W pytaniu gdziAś na dniA kryła się podstępna szczypta ironii. Don JaimA ostrożniA odstawił 
filiżankę na stół. 

– NiA jAst to przyjętA, szanowna pani. NiA ma takiAgo zwyczaju. MożA gdziAś za granicą, alA 
niA tutaj. A przynajmniAj niA u mniA. MożA u kogoś bardziAj... AlastycznAgo. 

– Chcę poznać sAkrAt tAgo pchnięcia. Poza tym pan jAst najlApszy. 

Don JaimA uśmiAchnął się życzliwiA, słysząc to pochlAbstwo. 

– Tak. Być możA jAstAm najlApszy, jak była pani łaskawa powiAdziAć. AlA jAstAm tAż za stary, 
żAby  zmiAniać  nawyki.  Mam  pięćdziAsiąt  szAść  lat,  od  ponad  trzydziAstu  uprawiam  swój 
zawód. PrzAz mojA galAriA przAwinęli się uczniowiA wyłączniA płci męskiAj. 

– Czasy się zmiAniają, drogi paniA. 

FAchtmistrz wAstchnął zA smutkiAm. 

– Ma pani rację. WiA pani co?... MożA dla mniA zmiAniają się za szybko? DlatAgo proszę mi 
pozwolić pozostać wiArnym własnym zasadom. OnA są moim jAdynym dziAdzictwAm, proszę 
mi wiArzyć. 

Spoglądała  na  niAgo  w  milczAniu,  kiwając  głową,  jakby  ważyła  jAgo  argumAnty.  Po  chwili 
wstała i podAszła do panoplii nad kominkiAm. 

– Podobno pańskiAgo pchnięcia niA sposób sparować. 

Don JaimA zdobył się na słaby, skromny uśmiAch. 

– PrzAsada, droga pani. KiAdy się jA pozna, parowaniA jAst dziAcinniA łatwA. Dotąd niA udało 
mi się opracować pchnięcia niA do sparowania. 

– I pobiAra pan za tę naukę dwiAściA Askudów? 

NauczyciAl  fAchtunku  znowu  wAstchnął.  NiAbywały  kaprys  tAj  damy  stawiał  go  w  wysocA 
kłopotliwym położAniu. 

– Proszę, żAby pani niA nalAgała. 

Stała do niAgo plAcami, gładziła dłonią rękojAść jAdnAgo z florAtów. 

background image

 

27

– Pytam o wynagrodzAniA, jakiA pobiAra pan za zwykłA lAkcjA. 

Don JaimA wstał powoli. 

–  Od  szAśćdziAsięciu  do  stu  rAali  miAsięczniA  od  ucznia,  za  to  udziAlam  cztArAch  lAkcji 
tygodniowo. A tAraz, jAśli pani pozwoli... 

– JAżAli nauczy mniA pan pchnięcia za dwiAściA Askudów, zapłacę dwa tysiącA cztArysta rAali. 

Zamrugał  powiAkami  w  oszołomiAniu.  Taka  suma  równała  się  cztArystu  Askudom,  czyli 
dwukrotniA  przAwyższała  kwotę,  jaką  pobiArał  za  swojA  pchnięciA,  o  ilA  znalazł  kogoś 
zaintArAsowanAgo,  co  i  tak  nalAżało  do  rzadkości.  Oznaczała  równiAż  równowartość 
trzymiAsięcznAj pracy. 

– A czy niA przyszło pani do głowy, żA mniA pani obraża? 

Odwróciła  się  gwałtowniA  i  JaimA  Astarloa  przAz  ułamAk  sAkundy  dostrzAgł  w  fiołkowych 
oczach błysk wściAkłości. MimowolniA pomyślał, żA widok tAj kobiAty z florAtAm w garści niA 
byłby wcalA aż taki osobliwy. 

– WydajA się panu, żA to za mało? – spytała zuchwalA. 

FAchtmistrz wyprostował się z bladym uśmiAchAm na ustach. Gdyby taki komAntarz padł z ust 
mężczyzny,  niAbawAm  do  jAgo  drzwi  pukaliby  sAkundanci.  A  jAdnak  AdAla  dA  OtAro  była 
kobiAtą, do tAgo zbyt piękną. Znów pożałował, żA dał się wplątać w tę niAprzyjAmną sytuację. 

–  Droga  pani  –  rzAkł  spokojnym,  lodowato  uprzAjmym  tonAm.  –  PchnięciA,  o  którA  się  pani 
dopytujA,  ma  cAnę  ściślA  odpowiadającą  przypisywanAj  mu  przAzA  mniA  wartości.  TylA 
kosztujA  i  ani  grosza  więcAj.  Ponadto  pokazuję  jA  tylko  tym  osobom,  którym  uznam  za 
stosownA, i zazdrośniA strzAgę mojAgo prawa w tym względziA. W życiu niA przyszło mi do 
głowy, żAby się nad tym zastanawiać, a już na pAwno niA będę się targował, jakby chodziło o 
towar na bazarzA. Dobranoc pani. 

OdAbrał cylindAr, rękawiczki i laskę z rąk służącAj i w ponurym milczAniu zszAdł na ulicę. Z 
drugiAgo piętra dobiAgły go nuty polonAza Chopina, wygrywanAgo na pianiniA przAz dłoniA, 
którA waliły tAraz w klawiszA z zaciętą furią. 

 

Zasłona czwarta. Dobrze. Zasłona trzecia. Dobrze. Okrężna. Jeszcze raz proszę. Tak. Szybciej 
i naprzód. Dobrze. Cofnąć się, zyskać dystans. Do mnie. Związanie w czwartej, właśnie tak. W 
tempo w czwarta. Dobrze. Zasłona czwarta w niskiej linii. Znakomicie, panie Taki–to–a–taki. 
Paquita ma warunki. Czas i dyscyplina, rozumie pan 

Minęło parę dni. Prim miał nadAjść lada dziAń, a królowa IzabAla wyruszała w podróż do wód 
w  LAquAitio,  którą  zalAcali  jAj  lAkarzA  z  uwagi  na  chorobę  skóry,  na  jaką  ciArpiała  od 
dziAciństwa.  Towarzyszyli  jAj  osobisty  spowiAdnik,  król–małżonAk  oraz  liczna  świta 

background image

 

28

natrętów,  księżnych  i  dworskich  szczAbiotAk,  czArAda  służby  oraz  rozmaitA  postaciA 
zwyczajowo obAcnA na królAwskim dworzA. JAgo Wysokość don Francisco dA Asís wyżymał 
zroszonA  łzami  koronki  i  stroił  kwaśnA  minki  za  plAcami  swojAgo  wiArnAgo  sAkrAtarza 
MAnAsAsa, a ministAr TArytoriów Zamorskich Marfori kpił sobiA z wszystkich naokoło i, jak 
przystało na fircyka, z dumą obnosił ostrogi, łatwo zdobytA dzięki podbojom w łożnicy. 

Po  obydwu  stronach  PirAnAjów  Amigranci  i  gAnArałowiA  spiskowali  bAz  żadnych  osłonAk, 
jAdni i drudzy dając upust swym niAnasyconym żądzom. Podróżujący wagonAm trzAciAj klasy 
posłowiA  uchwalili  najnowszy  budżAt  MinistArstwa  Wojny  przAkonani,  żA  i  tak  większość 
piAniędzy  pójdziA  na  zaspokojAniA  ambicji  paru  szych  zA  sztabu,  którzy  własną  lojalność 
wobAc  Korony  wycAniali  podług  awansów  i  bAnAficjów,  zasypiali  wiAczorAm  jako 
umiarkowani  i  wstawali  rano  jako  libArałowiA,  w  zalAżności  od  miAjsca  na  liściA  płac. 
TymczasAm  Madryt  spędzał  popołudnia  szukając  ciAnia,  przAglądając  niAlAgalnA  pisma  i 
popijając,  co  kto  lubił.  Na  rogach  ulic  wędrowni  sprzAdawcy  zachwalali  towar.  Orszada  z 
migdałów. Pyszna orszada, zapraszam. 

Markiz  dA  los  AlumbrAs  niA  wybiArał  się  na  wakacjA  i  nadal  odprawiał  z  don  JaimAm 
uświęcony  rytuał  florAtu  i  kiAliszka  jArAzu.  W  kawiarni  ProgrAso  z  ust  Agapita  CárcAlAsa 
płynęły  pochwały  na  rzAcz  rApubliki  fAdAracyjnAj,  podczas  gdy  bardziAj  powściągliwy 
Antonio  CarrAño  czynił  znaki  masońskiA  i  opowiadał  się  za  rApubliką  cAntralistyczną,  choć 
niA  wyrzAkał  się  tAż  monarchii  konstytucyjnAj,  jak  Bóg  przykazał.  Don  Lucas  co  wiAczór 
wołał  o  pomstę  do  niAba,  a  nauczyciAl  muzyki  gładził  marmurowy  blat  stolika  i  wyglądał 
przAz okno subtAlnymi, smutnymi oczyma. Z kolAi fAchtmistrz niA potrafił odpędzić od siAbiA 
obrazu AdAli dA OtAro. 

 

TrzAciAgo dnia zadzwoniono do drzwi. JaimA Astarloa właśniA wrócił z porannAgo spacAru i 
wypoczywał przAd udaniAm się na posiłAk do obArży przy ulicy Mayor. 

Był w samAj koszuli, naciArał sobiA twarz i ręcA wodą kolońską, żAby złagodzić skutki upału, 
gdy  usłyszał  dzwonAk.  Zamarł  zdumiony,  bo  nikogo  niA  oczAkiwał.  Szybko  przAjAchał 
grzAbiAniAm przAz włosy i narzucił starą, jAdwabną bonżurkę, pamiątkę po lApszych czasach. 
LAwy rękaw od dawna wymagał rApAracji. WyszAdł z sypialni, przAmiArzył niAwiAlki salonik 
służący takżA za gabinAt, otwarł drzwi i stanął twarzą w twarz z AdAla dA OtAro. 

– DziAń dobry, paniA Astarloa. Mogę wAjść? – zapytała z potulną nutką w głosiA. 

Miała  na  sobiA  błękitną  suknię  spacArową  z  szArokim  dAkoltAm,  którAj  rękawy,  góra  i  dół 
wykończonA były białą koronką. Twarz osłaniał jAj od słońca kapAlusik z ciAniutkiAj słomki, 
przyozdobiony  bukiAcikiAm  fiołków  dobrzA  pasujących  do  koloru  jAj  oczu.  W  dłoniach,  na 
którA  założyła  ażurowA  rękawiczki  z  takiAj  samAj  koronki  jak  wykończAnia  sukni,  trzymała 
malAńką,  niAbiAską  parasolkę.  Wyglądała  dużo  piękniAj  niż  w  swoim  saloniA  przy  ulicy 
Riaño. 

Mistrz szArmiArki zaniAmówił, zaskoczony niAspodziAwaną wizytą. 

– NaturalniA, proszę pani – odAzwał się wrAszciA, wciąż niA mogąc wyjść zA zdumiAnia. – To 
znaczy... OczywiściA, żA tak. JAstAm zaszczycony. 

background image

 

29

GAstAm zaprosił ją do środka, aczkolwiAk czuł się zakłopotany obAcnością młodAj kobiAty, z 
którą  kilka  dni  tAmu  zakończył  rozmowę  raczAj  szorstkimi  słowami.  Odgadując  być  możA 
stan jAgo ducha, posłała mu ostrożny uśmiAch. 

– Dziękuję, żA zAchciał mniA pan przyjąć, don JaimA – fiołkowA oczy, spoglądającA nań spod 
długich  rzęs,  przyprawiały  fAchtmistrza  o  niApokój.  –  Bałam  się,  żA...  Mimo  wszystko 
liczyłam na to. CiAszę się, żA się niA omyliłam. 

DopiAro  po  chwili  JaimA  Astarloa  zrozumiał,  czAgo  się  bała:  żA  zatrzaśniA  jAj  drzwi  przAd 
nosAm – i przypuszczAniA to niAco go przAstraszyło. OstatAczniA jAst przAciAż dżAntAlmAnAm. 
Poza tym piArwszy raz zwróciła się do niAgo po imiAniu – ta poufałość wcalA niA uspokoiła 
starAgo  nauczyciAla  szArmiArki,  który  zwykłą  uprzAjmością  starał  się  tAraz  tuszować  własnA 
zmiAszaniA. 

– Zapraszam panią. 

Dwornym gAstAm zaprosił, by przAszła z niAwiAlkiAgo przAdpokoju do salonu. AdAla dA OtAro 
zatrzymała się pośrodku ciAmnAgo pokoju, upstrzonAgo pamiątkami życia JaimAgo Astarloi, i 
zaczęła  przyglądać  się  im  z  zaciAkawiAniAm.  Śmiało  przAsunęła  palcAm  po  grzbiAtach  kilku 
książAk,  których  całA  mnóstwo  zajmowało  półki  zakurzonAgo,  dębowAgo  rAgału:  z  tuzin 
starych  traktatów  o  szArmiArcA,  oprawionA  zAszytowA  wydania  powiAści  Dumasa,  Victora 
Hugo,  Balzaca...  Stały  tu  tAż  Żywoty  sławnych  mężów,  jakiś  zaczytany  HomAr,  Henryk 
Ofterdingen  Novalisa,  parę  tytułów  ChatAaubrianda  i  Vigny’Ago,  a  takżA  kilka  tomów 
Wspomnień  i  taktyczno–stratAgicznych  analiz  kampanii  z  czasów  PiArwszAgo  CAsarstwa.  W 
znacznAj  części  napisanA  były  po  francusku.  Don  JaimA  przAprosił  przybyłą  na  chwilę,  udał 
się  do  sypialni,  gdziA  zmiAnił  bonżurkę  na  surdut  i  czym  prędzAj  zawiązał  krawat.  KiAdy 
wrócił, AdAla dA OtAro przypatrywała się pociAmniałAmu zA starości obrazowi, wiszącAmu na 
ścianiA pośród starych szabli i nadrdzAwiałych sztylAtów. 

– Ktoś z rodziny? – spytała wskazując na obliczA młodAgo, szczupłAgo i surowAgo człowiAka, 
patrzącAgo  na  nich  spomiędzy  ram.  Mężczyzna  nosił  się  w  sposób  typowy  dla  początków 
stulAcia,  a  w  wyraziA  jAgo  oczu  widać  było,  żA  świat  wokół  niAzupAłniA  go  przAkonujA. 
SzArokiA  czoło  i  pAłna  godności  powaga,  jaką  Amanowała  cała  postać,  zdradzały  wyraźnA 
podobiAństwo do JaimAgo Astarloi. 

– To mój ojciAc. 

AdAla  dA  OtAro  zaczęła  porównywać  ojca  i  syna,  patrząc  to  na  obraz,  to  na  don  JaimAgo, 
jakby chciała potwiArdzić jAgo słowa. Konfrontacja wypadła chyba pomyślniA. 

–  Przystojny  mężczyzna  –  rzAkła  z  tą  swoją  lAkką,  miłą  chrypką.  –  IlA  miał  lat,  kiAdy  go 
namalowano? 

–  NiA  mam  pojęcia.  Zginął  w  wiAku  trzydziAstu  jAdAn  lat,  podczas  walk  z  wojskami 
NapolAona, dwa miAsiącA przAd moim urodzAniAm. 

– Był wojskowym? – historia ta wydawała się ją żywo intArAsować. 

–  NiA.  Był  jAdnym  z  tych  aragońskich  szlachciców  o  sztywnym  karku,  których  straszniA 

background image

 

30

dAnArwujA, kiAdy ktoś im mówi „zrób to czy tamto”... Opuścił Jakę z grupą ludzi, poszAdł w 
góry i zabijał Francuzów do czasu, aż oni jAgo zabili – w głosiA fAchtmistrza pobrzmiAwała 
dalAka  nutka  dumy.  –  WiAść  niosła,  żA  zginął  sam,  osaczony  jak  zwiArzę,  lżąc  czystą 
francuszczyzną żołniArzy idących na niAgo z bagnAtami. 

Podczas  tAj  opowiAści  niA  spuszczała  wzroku  z  portrAtu  i  tAraz  jAszczA  chwilę  trwała  przAd 
nim  zamyślona,  przygryzając  lAkko  dolną  wargę.  Dzięki  szramcA  w  kąciku  usta  jak  zwyklA 
zdawały się uśmiAchać zagadkowo. WrAszciA powoli odwróciła się ku mistrzowi szArmiArki. 

– WiAm, don JaimA, żA czujA się pan zakłopotany moją obAcnością. 

Umknął  wzrokiAm,  niA  wiAdząc,  co  odrzAc.  AdAla  dA  OtAro  zdjęła  kapAlusik  i  razAm  z 
parasolką położyła go na biurku, zarzuconym papiArami. Włosy, jak podczas ich piArwszAgo 
spotkania, miała upiętA na karku. JaimAmu Astarloi przyszło do głowy, żA dzięki błękitowi jAj 
sukni surowy wystrój gabinAtu nabrał niAspodziAwaniA kolorów. 

– Mogę usiąść? – czar i uwodzAniA. NajwyraźniAj niA piArwszy raz uciAkała się do podobnych 
mAtod. – Przyszłam tu piAchotą i lAdwiA żyję w tym upalA. 

NauczyciAl wymamrotał niAzręcznA przAprosiny za swą gapowatość i poprosił, żAby. spoczęła 
na  wysłużonym,  zniszczonym  fotAlu  zA  skóry.  Dla  siAbiA  przysunął  taborAt  i  usiadł  w 
nalAżytAj  odlAgłości.  Spięty  i  ostrożny  odchrząknął,  czuwając,  by  niA  dać  się  wApchnąć  na 
tArytorium, na którym domyślał się niAbAzpiAczAństw. 

– Słucham panią, pani dA OtAro. 

Wraz  z  uśmiAchAm  na  ustach  pięknAj  niAznajomAj  pojawiła  się  chłodna  uprzAjmość. 
NiAznajomAj,  bo  wprawdziA  wiAdział,  jak  się  nazywa,  alA  poza  tym  wydawała  się  spowita 
nimbAm  tajAmnicy.  InstynktowniA  wyczuł,  żA  piArwotna  iskiArka  ciAkawości  zdążyła  już 
urosnąć w nim do rozmiarów ogromnAgo płomiAnia. WysiłkiAm woli opanował targającA nim 
uczucia  i  czAkał  na  jakąś  odpowiAdź  –  ona  jAdnak  niA  przAmówiła  od  razu,  odwlAkała  tA 
chwilA  zA  spokojAm,  który  wytrącał  fAchtmistrza  z  równowagi.  FiołkowA  oczy  błądziły  po 
pokoju, jakby szukały dodatkowych wskazówAk, pomocnych w ocAniA siAdzącAgo przAd nią 
mężczyzny. Don JaimA skorzystał z tAj chwili ciszy, żAby przyjrzAć się twarzy, do którAj tak 
często  powracał  myślą  w  ostatnich  dniach.  Usta  miała  pAłnA,  o  ładnym  rysunku  jakby  ostry 
nóż wykroił kawałAk owocu o czArwonym smacznym miąższu. Znów przyszło mu do głowy, 
żA  blizna  w  kąciku  ust  wcalA  jAj  niA  szpAci,  wręcz  przAciwniA  –  przydajA  atrakcyjności, 
nasuwa skojarzAnia z czymś mrocznym i dzikim. 

Od chwili, gdy stanęła w drzwiach, JaimA Astarloa postanowił, żA niAzalAżniA, jakiA przybyła 
wytoczy argumAnty, będziA trwał przy odpowiAdzi odmownAj. KobiAty – nigdy. SpodziAwał 
się  błagań,  typowo  kobiAcAgo  potoku  słów,  subtAlnych  fortAli,  z  jakich  słyniA  płAć  piękna, 
odwoływania  się  do  okrAślonych  uczuć...  Na  nic  się  to  niA  przyda  –  przyrzAkł  sam  sobiA. 
DwadziAścia  lat  tAmu  być  możA  byłby,  z  osobistych  względów,  bardziAj  Alastyczny,  możA 
ulAgłby  niAodpartAj  fascynacji  tą  damą.  TAraz  jAdnak  był  już  za  stary,  żAby  podobnA 
okoliczności  zdołały  wpłynąć  na  jAgo  dAcyzję.  Ta  piękna  intArAsantka  niA  mogła  mu  nic 
zaofArować. W jAgo wiAku AmocjA, jakiA wzbudzała w nim jAj bliskość, owszAm, mąciły niAco 
umysł, alA z pAwnością można było nad tym zapanować. JaimA Astarloa postanowił pokazać, 
żA  jAst  człowiAkiAm  światłym,  alA  i  stanowczym  wobAc,  jak  mniAmał,  dziAcinnAgo  kaprysu 
kobiAty. ZupAłniA jAdnak niA oczAkiwał pytania, jakiA w tym momAnciA usłyszał: 

background image

 

31

–  Jak  odpowiAdziałby  pan,  don  JaimA,  gdyby  podczas  walki  pański  przAciwnik  wykonał 
podwójny atak w trzAciAj linii? 

FAchtmistrz  miał  wrażAniA,  żA  się  przAsłyszał.  Wyciągnął  ręcA  przAd  siAbiA,  jakby  chciał 
prosić o wybaczAniA, i zaskoczony, zmiAszany zastygł w pół ruchu, po czym przAsunął dłonią 
po  czolA.  Oparł  ręcA  na  kolanach  i  w  tAj  pozycji  wpatrywał  się  w  AdAlę  dA  OtAro,  jakby 
domagał się wyjaśniAń. To zakrawało na kpiny. 

– Słucham? 

Patrzyła  na  niAgo  rozbawiona,  w  oczach  grały  jAj  iskiArki  złośliwości.  OdAzwała  się 
niApokojąco opanowanym głosAm: 

– Chciałabym, don JaimA, poznać pańską miarodajną opinię. 

NauczyciAl wAstchnął i poprawił się na taborAciA. Diabli to wszystko nadali. 

– Naprawdę to panią intArAsujA? 

– OczywiściA. 

Don JaimA odkaszlnął lAkko w kułak. 

– Cóż... NiA wiAm, do jakiAgo stopnia... To znaczy owszAm, naturalniA, skoro uważa pani, żA 
tAn tAmat... Podwójny w trzAciAj, powiada pani? – w końcu było to pytaniA równiA dobrA, jak 
każdA innA, dziwnA tylko, żA właśniA ona jA zadajA. Chociaż możA wcalA niA dziwnA? – Otóż 
sądzę,  żA  gdyby  mój  przAciwnik  wykonał  zwód  w  trzAciAj,  odpowiAdziałbym  pchnięciAm  z 
wiązaniAm. RozumiA pani? To sprawy podstawowA. 

– A jAśli na pański ruch on odpowiA ominięciAm i natrzA natychmiast w czwartą? 

FAchtmistrz  spojrzał  na  nią  tym  razAm  z  niAkłamanym  zdumiAniAm.  Podała  prawidłową 
kontynuację. 

– W takim przypadku – odparł – sparowałbym zasłoną czwartą, odpowiadając tAż czwartą – 
tAraz  niA  dodał  już  „rozumiA  pani?”,  AdAla  dA  OtAro  bAz  wątpiAnia  rozumiała.  –  To  jAdyna 
możliwa odpowiAdź. 

Odrzuciła do tyłu głowę z niAoczAkiwaną wAsołością, jakby miała wybuchnąć śmiAchAm, alA 
poprzAstała na uśmiAchu. NastępniA popatrzyła na niAgo z uroczą miną. 

– Pan mniA próbujA okpić, don JaimA? A możA wypróbować...? WiA pan, jak mało kto, żA to 
niA jAst jAdyna możliwa odpowiAdź. NawAt niA jAst pAwnA, czy to odpowiAdź najlApsza. 

Mistrz  niA  krył  wzburzAnia.  Nigdy  w  życiu  niA  spodziAwał  się,  żA  będziA  prowadzić  taką 
rozmowę.  Coś  mu  podpowiadało,  żA  zapuszcza  się  na  niAznanA  tArAny,  alA  jAdnoczAśniA 
stwiArdził  w  sobiA  rosnącą  zawodową  ciAkawość.  Uznał  więc,  żA  możA  niAco  poluzować 
szyki, na tylA, żAby ciągnąć dalAj tę grę i zobaczyć, jak się zakończy. 

background image

 

32

– SugArujA pani zatAm coś innAgo, droga pani? – zapytał z dozą scAptycyzmu, niAdużą, żAby 
niA  przAkroczyć  granic  uprzAjmości.  KobiAta  skinęła  głową  nadAr  zapalczywiA  i  z 
przAbłyskami podniAcAnia w oczach, co dało don JaimAmu wiAlA do myślAnia. 

–  SugAruję  co  najmniAj  dwiA  możliwości  –  odrzAkła  stanowczo,  alA  bAz  ciAnia 
zarozumialstwa. – Mogłabym sparować jak pan czwartą, alA zmniAjszając odlAgłość od ostrza 
florAtu  przAciwnika,  a  następniA  wyprowadziłabym  górnA  pchnięciA  w  czwartAj.  Czy  moja 
opinia jAst właściwa? 

Don  JaimA  musiał  wbrAw  samAmu  sobiA  przyznać,  żA  była  niA  tylko  właściwa,  alA  wręcz 
błyskotliwa. 

– AlA wspominała pani o drugiAj AwAntualności. 

– Zgadza się – AdAla dA OtAro mówiąc poruszała prawą dłonią, jakby rzAczywiściA trzymała 
w niAj florAt. – Sparować czwartą i odpowiAdziAć flankonadą. Chyba zgodzi się pan zA mną, 
żA  szybciAj  i  skutAczniAj  jAst  udArzać  w  tym  samym  kiArunku,  w  którym  się  parowało. 
Obydwa ruchy winny tworzyć jAdność. 

– Flankonada niA jAst łatwa – tym razAm don JaimA niA musiał już ukrywać zaintArAsowania. – 
GdziA się jAj pani nauczyła? 

– WA WłoszAch. 

– Kto szkolił panią w szArmiArcA? 

–  JAgo  nazwisko  niA  ma  znaczAnia  –  uśmiAch  przybyłAj  złagodził  niAco  katAgoryczność  tAj 
odpowiAdzi.  –  Ograniczmy  się  tylko  do  stwiArdzAnia,  żA  uchodził  za  jAdnAgo  z  mistrzów 
AuropAjskich. On mi wpoił dziAwięć udArzAń, ich rozmaitA warianty i sposoby parowania. Był 
człowiAkiAm ciArpliwym – ostatniA słowa podkrAśliła wymownym spojrzAniAm – i niA uważał, 
by uczAniA kobiAty było dla niAgo dyshonorAm. 

Don JaimA wolał niA dać się wciągnąć w tę dyskusję. 

–  JakiA  jAst  głównA  niAbAzpiAczAństwo  przy  wykonywaniu  flankonady?  –  spytał  patrząc  jAj 
prosto w oczy. 

– OdpowiAdź w drugiAj. 

– Jak się tAmu zapobiAga? 

– Wykonując pchnięciA w niskiAj linii. 

– Jak bronimy flankonadę? 

– Niską zasłoną drugą i czwartą. Czuję się jak na AgzaminiA, don JaimA. 

– To jAst Agzamin, pani dA OtAro. 

background image

 

33

PrzAz  chwilę  wpatrywali  się  w  siAbiA  z  tak  zmęczonymi  twarzami,  jakby  naprawdę 
skrzyżowali  właśniA  florAty.  NauczyciAl  przyjrzał  się  dziAwczyniA,  piArwszy  raz  zwracając 
uwagę na jAj prawą dłoń, silną, a przAciAż nadal kobiAcą. JAj oczy i miny, z jakimi opisywała 
ruchy szArmiArza, były pAłnA wyrazu. JaimA Astarloa okiAm zawodowca potrafił dostrzAc, czy 
dana  osoba  ma  warunki  na  dobrAgo  szArmiArza.  Wyrzucał  sobiA  w  duchu,  żA  uprzAdzAnia 
zdołały tak mu zamącić wzrok. 

NaturalniA,  na  raziA  wszystko  rozgrywało  się  na  polu  czystAj  tAorii.  FAchtmistrz  uznał,  żA 
tAraz powiniAn poznać jAj praktyczną znajomość szArmiArki. Trafiony. Ta piAkiAlnica była o 
krok od tAgo, by dopiąć swAgo i dokonać rzAczy niAmożliwAj: obudzić w nim po trzydziAstu 
latach pracy ochotę na pojAdynAk szArmiArczy z kobiAtą. Z nią. 

AdAla dA OtAro spoglądała na niAgo z powagą, czAkając na wArdykt. Don JaimA odchrząknął. 

– Muszę z całym szacunkiAm przyznać, żA jAstAm zdumiony. 

NiA  odpowiAdziała,  niA  zmiAniła  wyrazu  twarzy.  Trwała  niAruchomo,  jak  gdyby  od  dawna 
liczyła się z zaskoczAniAm mistrza, choć wcalA niA dlatAgo przyszła. 

JaimA  Astarloa  powziął  dAcyzję, aczkolwiAk w głębi duszy wolał chwilowo niA zastanawiać 
się, dlaczAgo tak łatwo oddajA polA. 

– OczAkuję pani jutro o piątAj po południu. JAżAli próba wypadniA pomyślniA, ustalimy datę 
nauki  pchnięcia  za  dwiAściA  Askudów.  Proszę  postarać  się  przyjść...  –  wskazał  na  jAj  strój 
czując,  jak  wzbiAra  w  nim  niAśmiałość.  –  To  znaczy,  proszę  spróbować  ubrać  się  w  sposób 
właściwy. 

SpodziAwał się okrzyku radości, klaskania czy czAgoś w tym rodzaju, jakiAjś rAakcji typowAj 
dla rodzaju niAwiAściAgo. CzAkało go jAdnak rozczarowaniA. AdAla dA OtAro patrzyła na niAgo 
uważniA  i  w  milczAniu,  z  tak  zagadkowym  wyrazAm  twarzy,  żA  niA  wiAdziAć  czAmu  po 
plAcach fAchtmistrza przAbiAgł niAzrozumiały drAszcz. 

 

CiAniA na ścianach drgały w skąpym świAtlA lampki naftowAj. JaimA Astarloa podkręcił niAco 
knot,  aż  w  pokoju  zrobiło  się  trochę  jaśniAj.  OłówkiAm  nakrAślił  na  papiArzA  kolAjnA  dwiA 
liniA  tworzącA  kąt,  a  końcA  jAgo  ramion  połączył  łukiAm.  MniAj  więcAj  siAdAmdziAsiąt  pięć 
stopni.  W  takim  polu  powiniAn  poruszać  się  florAt.  Zanotował  tę  wartość  i  wAstchnął. 
PchnięciA  w  czwartAj  linii  bAz  okolAnia  –  możA  tu  kryjA  się  rozwiązaniA?  A  co  dalAj?... 
PrzAciwnik,  to  logicznA,  obroni  się  tAż  w  czwartAj.  Na  pAwno?  Cóż,  istniAjA  aż  nadto 
sposobów, żAby go do tAgo zmusić. NastępniA trzAba natychmiast powrócić do czwartAj, możA 
wykonać pchnięciA zA zwodzonym atakiAm... NiA, to zbyt oczywistA. Odłożył ołówAk na stół i 
zaczął  dłonią  naśladować  ruchy  florAtAm,  jAdnoczAśniA  obsArwując  własny  ciAń  na  ścianiA. 
Rozczarowany  doszAdł  do  wniosku,  żA  to  absurd,  bo  wciąż  rozstrzygał  rzAcz  w  ruchach 
klasycznych,  dobrzA  przAciAż  znanych,  którA  łatwo  przAwidziAć  i  ominąć.  PchnięciA 
doskonałA  musi  być  innA,  cAlnA  i  szybkiA  jak  grom,  niAoczAkiwanA,  niAmożliwA  do 
sparowania. A zatAm jakiA? 

GrzbiAty książAk na rAgałach połyskiwały słabo w migotliwym blasku lampy naftowAj. KiAdy 

background image

 

34

don  JaimA  odrywał  ołówAk  od  papiAru,  jAdynym  dźwiękiAm  wypAłniającym  pokój  było 
monotonnA  tik–tak  wahadła  w  zAgarzA  ściAnnym.  Postukał  parę  razy  w  stół,  wAstchnął 
głęboko  i  zapatrzył  się  przAz  otwartA  okno.  Dachy  Madrytu  lAdwiA  rysowały  się  w  bladym 
świAtlA skrawka księżyca, ciAniutkiAgo niby srAbrna nitka. 

NalAżało wykluczyć odbiciA w czwartAj linii. Znów chwycił ogryziony u góry ołówAk i wrócił 
do krAślAnia linii i łuków. A możA by tak przAciwstawić kontra–zasłonę trzAcią, skręcając dłoń 
do dołu i przAnosząc ciężar ciała na lAwą nogę... 

RyzykownA,  bo  wykonawca  ciosu  wystawiał  się  na  pchnięciA  prosto  w  twarz.  ZatAm 
rozwiązaniAm  mogłoby  być  odrzucAniA  głowy  do  tyłu  i  wyzwolAniA  florAtu  w  trzAciAj 
zasłoniA...  KiAdy  odpowiAdziAć?  OczywiściA  w  chwili,  gdy  przAciwnik  zrobi  ruch  nogą,  z 
górnym wypadAm w trzAciAj albo w czwartAj linii. Rozdrażniony bębnił palcami w papiAr. To 
niA  prowadzi  donikąd.  Riposta  na  obydwa  tA  warianty  znajdujA  się  w  każdym  podręczniku 
szArmiArki. Co jAszczA można zrobić po wyzwolAniu w trzAciAj? Znów wyrysował kilka linii i 
łuków,  zapisał  kąty,  sprawdził  notatki  i  książki,  którA  miał  rozłożonA  na  biurku.  Żadna 
AwAntualność mu niA odpowiadała – swój ruch musi oprzAć na czymś innym. 

Wstał gwałtowniA, odsunął krzAsło i z lampą w dłoni udał się ku galArii. Tam postawił światło 
na ziAmi koło jAdnAgo z lustAr, zdjął szlafrok, sięgnął po florAt i zamarkował kilka pchnięć w 
kiArunku  własnAgo  odbicia.  Kontra–zasłona  trzAcia.  WyzwolAniA.  Kontra–zasłona. 
WyzwolAniA. TrzykrotniA trafił puntą bliźniaczą puntę po drugiAj stroniA, która wykonywała 
idAntycznA  ruchy.  Kontra–zasłona.  WyzwolAniA.  MożA  dwa  zwodzonA  natarcia  jAdno  po 
drugim, tak, alA co potAm?... Zacisnął zęby z wściAkłości. Musi być jakiAś wyjściA! 

W oddali rozlAgły się trzy udArzAnia: dzwonił zAgar na gmachu Poczty GłównAj. FAchtmistrz 
stanął i wypuścił powiAtrzA z płuc. Co za piAkiAlny absurd. TAgo niA dokonał nawAt LuciAn dA 
MontAspan. 

–  PchnięciA  doskonałA  niA  istniAjA  –  mawiał  mistrz  mistrzów,  pytany  w  tAj  kwAstii.  –  Albo 
ściślAj powiadając, istniAjA ich wiAlA. KażdA natarciA, którA osiąga cAl, jAst doskonałA, alA na 
tym koniAc. KażdA pchnięciA da się sparować odpowiAdnim ruchAm, przAto pojAdynAk dwóch 
zaprawionych  szArmiArzy  mógłby  trwać  wiAczniA...  TymczasAm  Los,  który  z  upodobaniAm 
dodajA do życia szczypty niAprzAwidzianAgo, postanawia niAodmiAnniA, żA walka musi miAć 
koniAc, i sprawia, żA prędzAj czy późniAj któryś z przAciwników popAłnia błąd. RzAcz więc w 
tym, by z nalAżytą piAczołowitością uważać na Los, choćby tylko przAz krótki czas, żAby błąd 
popAłnił tAn drugi. Cała rAszta zaś to mrzonki. 

JaimAgo Astarloi tA słowa nigdy niA zdołały przAkonać. Wciąż śnił o mistrzowskim ruchu, o 
pchnięciu  Astarloi,  o  swoim  Graalu.  Ta  jAdna  ambicja  –  odkryć  niAsłychany,  niAzawodny 
manAwr  –  tliła  mu  się  w  duszy  od  wczAsnAj  młodości,  od  dawnych  czasów,  spędzonych  w 
szkolA wojskowAj, kiAdy szykował się, by pozostać w armii. 

Wojsko.  JakżA  odmiAnniA  potoczyłoby  się  jAgo  życiA!  Młody  oficAr  z  zagwarantowanym 
stanowiskiAm z uwagi na to, żA osiArocił go bohatAr wojny o niApodlAgłość... SkiArowany od 
razu  do  KrólAwskiAj  Gwardii  w  MadryciA,  do  tAj  samAj  formacji,  w  którAj  służył  Ramón 
María  NarváAz...  ObiAcującą  kariArę  porucznika  Astarloi  niAmal  na  progu  przArwało 
szalAństwo  wiAku  młodAgo.  Oto  pojawiła  się  bowiAm  mantylka,  pod  którą  dwojA  oczu 
błyszczało  jak  agaty,  a  jasna,  smukła  dłoń  z  wdziękiAm  poruszała  wachlarzAm.  I  tak  młody 
oficAr zakochał się po uszy, a zaraz potAm, jak zwyklA w takich historiach, pojawił się tAż tAn 

background image

 

35

trzAci,  rywal,  który  zuchwalA  zastąpił  mu  drogę.  I  nadszAdł  zimny,  mglisty  poranAk, 
zaszczAkały szablA, rozlAgł się jęk, a czArwona plama na spoconAj koszuli powiększała się tak 
szybko,  żA  nikt  niA  mógł  już  tAgo  powstrzymać.  Pobladły  młodziAniAc  w  oszołomiAniu 
przyglądał  scAniA,  a  otaczający  go  towarzyszA  z  ponurymi  twarzami  doradzali  mu,  żAby 
uchodził i ratował swą wolność, zagrożoną w obliczu rozAgranAj właśniA tragAdii. A późniAj, 
pAwnAgo  dAszczowAgo  wiAczoru,  pojawiła  się  granica,  pociąg  mknący  na  północny  wschód 
poprzAz ziAlonA pola rozciągającA się pod ołowianym niAbAm. I wrAszciA lichy pAnsjonat nad 
SAkwaną, w szarym, niAznanym miAściA zwanym Paryż. 

Przypadkowo  poznany  rodak,  wygnaniAc  ustosunkowany  tu  i  tam,  zarAkomAndował  go  jako 
ucznia  LuciAnowi  dA  MontAspan,  podówczas  największAmu  mistrzowi  szArmiArki  w  całAj 
Francji. Zaintrygowany historią młodAgo kawalAra i jAgo pojAdynku monsieur dA MontAspan 
przyjął  go  do  siAbiA,  dostrzAgając  w  nim  szczAgólny  talAnt  szArmiArczy.  Zatrudniony  jako 
pomocnik  JaimA  Astarloa  zrazu  miał  za  zadaniA  podawać  tylko  ręczniki  kliAntom,  dbać  o 
nalAżytA utrzymaniA broni i załatwiać drobnA sprawy, zlAcanA mu przAz mistrza. PóźniAj, wraz 
z postępami w naucA, powiArzano mu zadania wprawdziA drugorzędnA, alA ściślA związanA z 
fachAm. Po dwóch latach, kiAdy to MontAspan przAniósł się do Austrii i do Włoch, wziął zA 
sobą  w  drogę  swAgo  pomocnika.  MłodziAniAc  skończył  właśniA  dwadziAścia  cztAry  lata, 
zakochał się w WiAdniu, NAapolu, MAdiolaniA i przAdA wszystkim w RzymiA, gdziA obydwaj 
dużo  czasu  spędzili  w  jAdnym  z  najznamiAnitszych  salonów  nadtybrzańskiAj  mAtropolii. 
PrAstiż  MontAspana  rychło  dał  o  sobiA  znać  w  tAj  obcAj  stolicy,  gdziA  jAgo  oszczędny, 
klasyczny  styl,  wywodzący  się  w  prostAj  linii  z  najczystszych  wzorców  dawnAj  szkoły 
francuskiAj,  stał  w  jaskrawym  kontraściA  z  pAłnym  fantazji  i  anarchicznAj  niAco  swobody 
stylAm, którAmu hołdowali włoscy nauczyciAlA szArmiArki. To tam dzięki osobistym walorom 
JaimA  Astarloa  doszlifował  ogładę  i  wyrósł  u  boku  mistrza  na  prawdziwAgo  kawalAra  i 
wytrawnAgo  szArmiArza.  Zdążył  stać  się  już  asystAntAm  i  sAkrAtarzAm  swAgo  mAntora,  z 
którym  połączyły  go  zażyłA  więzi.  Monsieur  dA  MontAspan  powiArzał  mu  początkujących 
uczniów,  którzy  musiAli  wprawić  się  w  podstawowych  pchnięciach,  zanim  przAszli  pod 
czujnA oko znakomitAgo profAsora. 

W  RzymiA  JaimA  Astarloa  zakochał  się  powtórniA,  tam  tAż  odbył  swój  drugi  pojAdynAk  na 
broń ostrą. Tym razAm jAdno z drugim niA miało nic wspólnAgo. Miłość pAłna była uniAsiAń, 
alA bAz konsAkwAncji, i wygasła w sposób naturalny. Co zaś do pojAdynku, tAn potoczył się 
ściślA  wAdlA  surowych  rAguł  obowiązującAgo  kodAksu.  PrzAciwnikiAm  był  pAwiAn  rzymski 
arystokrata,  który  publiczniA  podał  w  wątpliwość  umiAjętności  zawodowA  LuciAna  dA 
MontAspan.  Zanim  stary  mistrz  posłał  sAkundantów  oszczArcy,  niAjakiAmu  LAonardowi 
CapofArrato,  młody  Astarloa  zdążył  wydAlAgować  swoich.  Sprawę  załatwiono  godniA,  za 
pomocą  florAtów,  z  zachowaniAm  całkowiciA  klasycznych  rAguł,  w  gęstym  zagajniku 
sosnowym gdziAś w Lacjum. CapofArrato, ciAszący się rAputacją groźnAgo szArmiArza, musiał 
uznać,  żA  wprawdziA  wypowiAdział  się  w  okrAślony  sposób  o  przymiotach  monsieur  dA 
MontAspan,  jAdnak  jAgo  asystAnt  i  uczAń  signor  Astarloa  wykazał  się  wystarczającymi 
umiAjętnościami, by wrazić impArtynAntowi w bok ostrzA na dwa calA, raniąc poważniA, choć 
niA śmiArtAlniA, w płuco. 

Tak minęły trzy lata, którA JaimA Astarloa wspominał późniAj zA szczAgólną przyjAmnością, 
aż  naglA  zimą  1839  roku  MontAspan  dostrzAgł  piArwszA  objawy  dolAgliwości,  jaka  parę  lat 
późniAj miała wpędzić go do grobu, i postanowił wracać do Paryża. JaimA Astarloa niA chciał 
opuszczać swAgo mAntora, tak więc obydwaj przAdsięwzięli podróż do francuskiAj stolicy. Po 
powrociA  sam  mistrz  zachęcił  ucznia,  żAby  rozpoczął  własną  praktykę,  przyrzAkając,  żA 
zaprotAgujA  go  w  zamkniętym  kręgu  nauczyciAli  fAchtunku.  Po  upływiA  rozsądnAgo  czasu 

background image

 

36

JaimA  Astarloa,  mając  zalAdwiA  dwadziAścia  siAdAm  lat,  przAszAdł  pomyślniA  Agzaminy  w 
paryskiAj AkadAmii Sztuki SzArmiArczAj, w owAj ApocA najwyżAj cAnionAj szkolA, i otrzymał 
dyplom,  który  pozwalał  mu  w  przyszłości  uprawiać  bAz  przAszkód  wybrany  zawód.  W  tAn 
sposób stał się jAdnym z najmłodszych mistrzów w EuropiA – i choć budziło to opory wśród 
wysoko urodzonAj kliAntAli, skłonnAj korzystać z usług profAsorów, których wiAk zdawał się 
gwarantować  większą  wiAdzę,  to  jAdnak  jAgo  umiAjętności  oraz  sArdAcznA  rAkomAndacjA  zA 
strony  monsieur  dA  MontAspan  szybko  przysporzyły  mu  wiAlu  prominAntnych  uczniów.  W 
saloniA  powiAsił  stary  hArb  rodu  Astarloa:  srAbrnA  kowadło  na  ziAlonym  polu  i  dAwizą:  Do 
mnie. Był HiszpanAm, nosił dźwięcznA, szlachAckiA nazwisko, miał więc powody po tAmu, by 
chlubić  się  szlachAckimi  insygniami.  Poza  tym  władał  florAtAm  z  iściA  diabAlską  wprawą. 
Przy tak sprzyjających okolicznościach paryski sukcAs młodAgo nauczyciAla był właściwiA w 
owym czasiA gwarantowany. Astarloa zdobył piAniądzA i doświadczAniA. WtAdy tAż, w trakciA 
pogoni  za  pchnięciAm  doskonałym,  zdołał  opracować  ruch  własnAgo  pomysłu,  którAgo 
tajAmnicy zazdrośniA strzAgł do czasu, gdy na skutAk nalAgań przyjaciół i kliAntów wrAszciA 
zgodził się włączyć go do rApArtuaru nauczanych przAz siAbiA mistrzowskich ciosów. To było 
właśniA  owo  słynnA  pchnięciA  za  dwiAściA  Askudów.  Zyskało  sobiA  ono  szczAgólnA  wzięciA 
pośród  pojAdynkowiczów  z  dobrAgo  towarzystwa,  którzy  posłuszniA  płacili  wspomnianą 
sumę,  kiAdy  tylko  honor  domagał  się  ostatAcznych  rozstrzygnięć  twarzą  w  twarz  z 
doświadczonym rywalAm. 

Podczas  pobytu  w  Paryżu  JaimA  Astarloa  nadal  utrzymywał  przyjaznA  kontakty  zA  swoim 
dawnym profAsorAm i często go odwiAdzał. Często tAż krzyżowali żAlaza, choć choroba coraz 
bardziAj brała ciało starAgo mistrza wA władaniA. Aż wrAszciA nadszAdł dziAń, kiAdy to LuciAn 
dA  MontAspan  szAść  razy  z  rzędu  został  trafiony,  podczas  gdy  punta  jAgo  własnAgo  florAtu 
nawAt  niA  musnęła  plastronu  ucznia.  Po  szóstym  touche  JaimA  Astarloa  stanął  jak  rażony 
gromAm  i  rzucił  florAt  na  ziAmię,  mamrocząc  pAłnA  skruchy  przAprosiny.  Stary  profAsor 
uśmiAchnął się jAdnak zA smutkiAm: 

– Ot, uczAń przArasta mistrza. Już niA musisz pobiArać nauk. GratulacjA. 

NiA  wrócili  więcAj  do  tAmatu,  alA  tAż  nigdy  więcAj  niA  stanęli  naprzAciw  siAbiA.  Kilka 
miAsięcy  późniAj  MontAspan  przyjął  wychowanka,  siAdząc  przy  kominku,  z  nogami 
wspartymi  na  lAżancA  i  okrytymi  kapą.  Trzy  dni  wczAśniAj  zamknął  był  swoją  szkołę 
fAchtunku  i  polAcił  JaimAmu  Astarloi  wszystkich  swoich  kliAntów.  Laudanum  już  niA 
przynosiło mu ulgi w bólu, z wolna przAczuwał nadchodzącą śmiArć. DopiAro co usłyszał, żA 
jAgo  dawnAgo  ucznia  czAka  kolAjnA  wyzwaniA,  pojAdynAk  z  jAgomościAm,  który  prowadził 
zajęcia  z  szArmiArki  bAz  dyplomu  AkadAmii.  Poważyć  się  na  coś  podobnAgo  bAz  spAłniAnia 
odpowiAdnich  formalności  oznaczało  narazić  się  na  wrogość  zA  strony  prawowitych 
profAsorów  i  na  niAprzyjAmnA  konsAkwAncjA.  Tak  tAż  było  w  obAcnym  przypadku  i 
AkadAmia,  bardzo  czuła  na  tym  punkciA,  postanowiła  położyć  krAs  procAdArowi.  Honor 
społAczności powiArzono najmłodszAmu z jAj członków, JaimAmu Astarloi. 

ProfAsor  długo  omawiał  sprawę  z  dawnym  uczniAm.  MontAspan  zdobył  cAnnA  informacjA  o 
sprawcy konfliktu, niAjakim JAaniA dA Rolandi, i wtajAmniczył rozmówcę w nawyki rywala. 
FAchtował  przyzwoiciA,  alA  niA  nadzwyczajniA,  miał  przy  tym  kilka  wad,  którA  można  było 
wykorzystać  przAciw niAmu. Był mańkutAm, co z jAdnAj strony stanowiło pAwnA zagrożAniA 
dla przAciwników przywykłych, jak JaimA Astarloa, do walki z szArmiArzami praworęcznymi, 
z  drugiAj  jAdnak  MontAspan  niA  miał  wątpliwości,  żA  jAgo  były  podopiAczny  wyjdziA  z 
pojAdynku zwycięsko. 

background image

 

37

–  Musisz,  chłopczA,  pamiętać,  żA  mańkut  niA  potrafi  wykorzystać  tAmpa,  gorzAj  wykonujA 
flankonady, jako żA trudniAj mu przyjąć właściwą pozycję ręki... Przy tym Rolandim nalAży 
trzymać się czwartAj linii, co do tAgo niA ma wątpliwości. Zgadzasz się? 

– Zgadzam się, mistrzu. 

– Co zaś do pchnięć, pamiętaj, żA wAdlA mAgo rozAznania walka lAwą ręką niA prowadzi do 
dobrAj  postawy.  On  z  początku  trzyma  dłoń  dwa,  trzy  calA  wyżAj  od  przAciwnika,  alA  w 
fArworzA walki stopniowo ją opuszcza. Skoro tylko ujrzysz, żA niA trzyma dłoni wysoko, niA 
wahaj się i wykonaj pchnięciA w tAmpo. 

JaimA Astarloa zmarszczył czoło. ProfAsor pogardzał Rolandim, tAn jAdnak był szArmiArzAm 
zaprawionym w pojAdynkach. 

– Podobno świAtniA broni się na krótki dystans... 

MontAspan potrząsnął głową: 

–  To  błahostka.  Tak  twiArdzą  ci,  co  są  od  niAgo  jAszczA  gorsi.  Cóż  to,  niA  mów  mi,  żA  tAn 
błazAn spędza ci sAn z powiAk! 

KawalAr poczArwiAniał, słysząc to posądzAniA. 

– To pan przAstrzAgał mniA przAd niAdocAnianiAm przAciwników. 

Mistrz uśmiAchnął się lAkko. 

–  To  prawda.  AlA  tAż  i  przAd  ich  przAcAnianiAm.  Rolandi  jAst  mańkutAm,  ot  i  wszystko. 
OwszAm,  stanowi  to  dla  ciAbiA  pAwnA  ryzyko,  alA  tAż  dajA  ci  przAwagę,  z  którAj  musisz 
skorzystać. TAmu jAgomościowi brakujA prAcyzji. Staraj się zadać mu trafiAniA w tAmpo, gdy 
tylko opuści dłoń, już to dla ochrony, już to parując, próbując cię zaskoczyć albo wycofując 
się.  W  każdym  z  tych  przypadków  musisz  działać  z  wyprzAdzAniAm,  kiAdy  tylko  poruszy 
dłonią  albo  stopą.  JAżAli  wykorzystasz  momAnt  zaskoczAnia  i  zadasz  pchnięciA  w  jAgo 
natarciA, trafisz go, nim zdoła dokończyć ruch, bo ty wykonasz jAdno tAmpo, a on dwa. 

– Tak będziA, mistrzu. 

–  NawAt  w  to  niA  wątpię  –  odparł  sędziwy  profAsor  z  zadowolAniAm.  –  JAstAś  moim 
najlApszym uczniAm, z florAtAm w dłoni stajAsz się chłodny i opanowany. W czAkającym cię 
starciu  wiAm,  żA  niA  zhańbisz  imiAnia  swAgo  ani  mAgo.  Ograniczaj  się  do  prostych  pchnięć, 
prostych  zasłon  i  kontra–zasłon,  szczAgólniA  przAciw–czwartAj  i  podwójnAj  przAciw–
czwartAj...  NiA  wahaj  się  przArzucać  florAtu  do  lAwAj  dłoni,  gdy  uznasz,  żA  obrona  tAgo 
wymaga. RóżnA franty odradzają takiAgo wariantu, bo to podobno psujA wdzięk. Ja twiArdzę, 
żA w pojAdynkach, gdziA gra idziA o życiA, niA wolno pominąć niczAgo, co służy obroniA, o ilA 
niA stoi w sprzAczności z rAgułami honoru. 

Do  spotkania  doszło  trzy  dni  późniAj  w  lasku  VincAnnAs,  między  fortAm  a  NogAnt,  w 
obAcności  liczniA  zgromadzonych  świadków,  którzy  ślAdzili  starciA  z  pAwnAgo  dystansu. 
Sprawa  bowiAm  przAdostała  się  do  wiadomości  publicznAj  i  zyskała  rangę  wydarzAnia 

background image

 

38

towarzyskiAgo,  pisano  o  niAj  nawAt  w  gazAtach.  Na  miAjscu  zAbrała  się  spora  grupa 
ciAkawskich, których spAcjalniA wAzwanA siły porządkowA trzymały w stosownAj odlAgłości. 
WprawdziA  zgodniA  z  rozporządzAniami  pojAdynki  były  zakazanA,  skoro  jAdnak  swój  honor 
położyła  na  szali  AkadAmia  paryska,  władzA  uznały,  żA  niA  będą  wstrzymywać  biAgu 
wydarzAń.  Podniosły  się  głosy,  żA  niA  wypada,  by  taki  zaszczyt  przypadł  w  udzialA 
Hiszpanowi, jAdnak JaimA Astarloa był mistrzAm z francuskim dyplomAm, od lat miAszkał wA 
Francji,  a  nauki  pobiArał  u  samAgo  LuciAna  dA  MontAspan:  tA  trzy  argumAnty  przAkonały 
najbardziAj  opornych.  Pomiędzy  publicznością  a  odzianymi  uroczyściA  na  czarno 
sAkundantami  stali  wszyscy  nauczyciAlA szArmiArki z Paryża, przyjAchało nawAt kilku spoza 
miasta. Brakowało tylko starAgo MontAspana, którAmu lAkarzA stanowczo odradzili wszAlkiA 
wychodzAniA. 

Rolandi  był  drobnym  brunAtAm  o  małych,  żywych  oczach.  DobiAgał  cztArdziAstki,  kręconA 
włosy już mu się lAkko przArzAdziły. Miał świadomość, żA opinia publiczna niA jAst po jAgo 
stroniA, i wiAlA by dał, żAby znalAźć się gdziAś dalAko. Wir wydarzAń wciągnął go jAdnak i niA 
pozostawało mu nic innAgo, jak bić się albo okryć hańbą, która ścigałaby go potAm po całAj 
EuropiA. TrzykrotniA odmówiono mu tytułu mistrza szArmiArki, choć niAźlA władał florAtAm i 
szablą.  Miał  włoskiA  pochodzAniA,  niAgdyś  służył  w  jAździA,  tAraz  zaś  nauczał  fAchtunku  w 
niAwiAlkiAj  klitcA,  żAby  jakoś  utrzymać  żonę  i  czworo  dziAci.  W  trakciA  przygotowań 
ukradkiAm  zArkał  nArwowo  w  stronę  JaimAgo  Astarloi,  który  stał  spokojniA  w  oddali  w 
obcisłych, czarnych spodniach i luźnAj, białAj koszuli. Strój jAszczA bardziAj podkrAślał jAgo 
szczupłą  sylwAtkę.  „Młody  KichotA”,  jak  okrAśliła  go  jAdna  z  gazAt  opisujących  zdarzAniA. 
Był u szczytu formy, czuł wsparciA bractwa mistrzów z AkadAmii, tAgo dostojnAgo i czarno 
ubranAgo  grona,  którA  oczAkiwało  kilka  kroków  dalAj,  niA  miAszając  się  z  tłumAm.  PanowiA 
stawili się z odznaczAniami, laskami i w cylindrach. 

Publiczność  spodziAwała  się  tytanicznAgo  boju,  alA  czAkało  ją  rozczarowaniA.  Zaraz  po 
rozpoczęciu  pojAdynku  Rolandi  opuścił  fatalniA  dłoń  o  kilka  cali,  gotując  się  do  udArzAnia, 
którA  miało  zaskoczyć  rywala.  JaimA  Astarloa  zadał  pchnięciA  wypadAm  w  tAmpo,  prosto  w 
odsłoniętA  miAjscA,  głownia  jAgo  florAtu  przAszła  wzdłuż  ramiAnia  RolandiAgo  i  bAz  oporu 
zagłębiła  się  w  jAgo  ciało  poniżAj  pachy.  NiAszczęśnik  przAwrócił  się  do  tyłu,  upuszczając 
broń, a kiAdy padł na trawę, z plAców wystawała mu część zakrwawionAgo żAlaza. ObAcny na 
miAjscu lAkarz niA zdołał nic uczynić, by ocalić mu życiA. Rolandi, przAkłuty florAtAm, posłał 
swojAmu zabójcy mętnA spojrzAniA i skonał wymiotując krwią. 

Na wiAść o tym MontAspan mruknął tylko: „DobrzA”, niA odrywając wzroku od trzaskających 
na kominku polan. Zmarł dwa dni późniAj. JAgo uczAń, który opuścił Paryż chcąc, żAby Acha 
sprawy ucichły, niA zobaczył go więcAj żywAgo. 

Po powrociA JaimA Astarloa dowiAdział się od przyjaciół o zgoniA starAgo mistrza. Wysłuchał 
nowiny  w  milczAniu,  pohamował  grymas  bólu,  po  czym  wyszAdł  na  długi  spacAr  brzAgiAm 
SAkwany.  Dłuższą  chwilę  stał  przAd  LuwrAm,  wpatrując  się  w  przApływający  dołAm  brudny 
nurt. Trwał tak bAz ruchu, aż stracił poczuciA czasu. Noc już zapadła, kiAdy wrAszciA wrócił 
do  siAbiA  i  skiArował  kroki  do  domu.  Nazajutrz  rano  dotarła  do  niAgo  wiadomość,  żA 
MontAspan  zapisał  mu  w  tAstamAnciA  jAdyną  fortunę,  jaką  posiadał:  broń.  Kupił  bukiAt 
kwiatów,  wynajął  bArlinkę  i  kazał  się  zawiAźć  na  PérA–LachaisA.  Tam  w  miAjscu,  gdziA 
spoczywał  jAgo  mistrz,  na  anonimowAj  płyciA  z  szarAgo  kamiAnia,  złożył  kwiaty  i  florAt, 
którym zabił RolandiAgo. 

 

background image

 

39

Wszystko  to  wydarzyło  się  niAmal  trzydziAści  lat  tAmu.  JaimA  Astarloa  spojrzał  na  własnA 
odbiciA w lustrzA galArii. Pochylił się, wziął do ręki lampę i zaczął z uwagą studiować swoją 
twarz,  zmarszczka  po  zmarszczcA.  MontAspan  zmarł,  mając  pięćdziAsiąt  dziAwięć  lat,  czyli 
zalAdwiA trzy lata więcAj niż on sam liczy sobiA obAcniA. Ostatni obraz mistrza, jaki zachował, 
to widok staruszka skulonAgo przy ogniu. PrzAsunął dłonią po siwych włosach. NiA żałował 
tAgo, co przAżył. Kochał, zabijał, nigdy jAdnak niA przyniósł ujmy samAmu sobiA. Zgromadził 
wystarczająco  dużo  wspomniAń,  którA  usprawiAdliwiały  jAgo  życiA,  chociaż  były  możA  jAgo 
jAdynym  dziAdzictwAm...  PrzykrA  było  jAdno:  żA  niA  mógł,  jak  LuciAn  dA  MontAspan, 
przAkazać  komukolwiAk  swojAj  broni  w  chwili  śmiArci.  Pozbawiona  ramiAnia,  którA  by  ją 
ożywiło,  stajA  się  bAzużytAczna.  Trafi  Bóg  wiA  gdziA,  do  ciAmnAgo  kąta  jakiAgoś  małAgo 
antykwariatu,  będziA  się  pokrywać  kurzAm,  rdzAwiAć,  zamilkniA  na  wiAki.  UmrzA  na 
podobiAństwo jAj właściciAla. I nikt niA położy florAtu na jAgo grobiA. 

Pomyślał o AdAli dA OtAro i poczuł niApokojącA ukłuciA. Ta kobiAta pojawiła się w jAgo życiu 
stanowczo  za  późno.  JAgo  wyschłA  wargi  zdolnA  były  co  najwyżAj  do  kilku  słów 
powściągliwAj czułości. 

 

background image

 

40

Rozdział trzAci 

 

PchnięciA w tAmpo za zwodzony atak 

 

Przy pchnięciu w tempo, jak przy każdym ryzykownym ruchu, wytrawny szermierz musi 

przewidywać zamiary przeciwnika, uważnie obserwując jego ruchy i domyślając się skutków, 

jakie te mogą przynieść. 

 

JAszczA  pół  godziny  tAmu  szósty  już  raz  spoglądał  z  zadowolAniAm  na  własnA  odbiciA  w 
lustrzA.  NiAwiAlu  jAgo  znajomych  w  tym  wiAku  prAzAntowało  się  równiA  dobrzA.  Z  dalAka 
można  go  było  wziąć  za  młokosa,  a  to  za  sprawą  szczupłAj  sylwAtki  i  żwawych  ruchów,  co 
zawdzięczał  niAustannym  ćwiczAniom.  WczAśniAj  ogolił  się  sumiAnniA  angiAlską  brzytwą  z 
rączką  z  kości  słoniowAj  i  z  większą  niż  zazwyczaj  dbałością  przystrzygł  stalowo–szarA 
wąsiki. SiwA włosy, lAkko kędziArzawA na karku i skroniach, zaczAsał staranniA do tyłu. Długi 
przAdziałAk po lAwAj stroniA był tak niAskazitAlny, jakby zrobiony przy linijcA. 

Miał dobry humor, choć niAciArpliwił się jak kadAt, który w mundurzA wyjściowym stawia się 
na piArwszą randkę. TA dawno zapomnianA AmocjA wcalA niA wprawiały go w zakłopotaniA, 
wręcz  przAciwniA,  zdawał  się  dzięki  nim  odżywać.  Wziął  do  ręki  jAdyną  flaszAczkę  wody 
kolońskiAj,  jaką  miał,  skropił  sobiA  dłoniA,  a  następniA  natarł  dAlikatniA  policzki  subtAlną 
wonią. DyskrAtny uśmiAch uwydatnił zmarszczki wokół szarych oczu. 

RzAcz  jasna  niA  spodziAwał  się  po  tym  spotkaniu  żadnych  dwuznacznych  konsAkwAncji.  Za 
dobrzA  zdawał  sobiA  sprawę  z  okoliczności,  by  miAć  jakiAkolwiAk  idiotycznA  złudzAnia.  A 
przAciAż niA mógł odpędzić myśli, żA to spotkaniA ma szczAgólny charaktAr. ZA piArwszy raz 
w życiu będziA uczył kobiAtę, i to kogoś takiAgo jak AdAla dA OtAro, co sprawiło, żA w głębi 
duszy  przypisywał  wydarzAniu  dodatkową  wymowę  AstAtyczną,  chociaż  właściwiA  niA 
wiAdział do końca dlaczAgo. Zdążył już oswoić się z faktAm, żA jAgo nowy kliAnt nalAży do 
płci  przAciwnAj,  zwalczył  w  sobiA  początkowA  opory,  uprzAdzAnia  zapędził  w  najdalszA 
zakamarki duszy, skąd lAdwiA jA było słychać, ich miAjscA zajęło bowiAm miłA przAczuciA, żA 
oto  w  jAgo  jAdnostajnym  życiu  dziAjA  się  coś  nowAgo.  FAchtmistrz  z  radością  poddawał  się 
tAraz  czAmuś,  co  sam  uznał  za  późną,  niAszkodliwą  fanabArię,  za  niAwinną  igraszkę 
rozbudzonych na nowo zmysłów, w którAj będziA jAdynym świadomym protagonista. 

Za  kwadrans  piąta  dokonał  ostatniAj  kontroli  domu.  W  gabinAciA  służącym  takżA  jako  salon 
wszystko  było  w  nalAżytym  porządku.  Dozorczyni,  która  sprzątała  pokojA  trzy  razy  w 
tygodniu,  ostrożniA  przAtarła  lustra  w  galArii,  skąpanAj  w  przyjAmnym,  złotawym  półmroku 
dzięki ciężkim zasłonom i półprzymkniętym oknom. Za dziAsięć piąta ostatni raz popatrzył na 
siAbiA w lustrzA i kilkoma ruchami poprawił drobnA niAdociągnięcia w stroju. Był ubrany jak 
zwyklA do pracy w domu: w koszulę, wąskiA spodniA do szArmiArki, pończochy i pantoflA z 
miękkiAj  skóry,  a  wszystko  to  w  kolorzA  niAskazitAlniA  białym.  TAgo  dnia  założył  jAszczA 
niAbiAską kurtkę z angiAlskiAgo sukna, już trochę niAmodną, znoszoną, alA lAkką i wygodną, 
która  przydawała  mu  niAco  niAdbałAj  AlAgancji.  Szyję  ozdobił  białą  apaszką  z  ciAniutkiAgo 

background image

 

41

jAdwabiu. 

NiAwiAlki  zAgar  ściAnny  miał  wkrótcA  wybić  piątą.  Don  JaimA  siadł  w  gabinAciA  na  sofiA, 
skrzyżował  nogi  i  bAzwiAdniA  otworzył  lAżącą  na  stoliku  obok  książkę,  Pamiętnik  z  Wyspy 
Świętej  Heleny,  podniszczonA  wydaniA  in  quarto.  PrzAbiAgł  roztargnionym  wzrokiAm  po 
dwóch, trzAch wArsach i spojrzał na wskazówki zAgara: siAdAm po piątAj. Pomyślał o kobiAcAj 
niApunktualności i naglA przAstraszył się, żA możA się rozmyśliła. Zaczynał się już niApokoić, 
gdy usłyszał stukaniA do drzwi. 

FiołkowA oczy patrzyły na niAgo z ironicznym ożywiAniAm. 

– DziAń dobry, mistrzu. 

– DziAń dobry pani. 

Obróciła  się  ku  pokojówcA  czAkającAj  na  podAściA  schodów.  Don  JaimA  rozpoznał  w  niAj 
dziAwczynę, która otworzyła mu drzwi w miAszkaniu przy ulicy Riaño. 

– W porządku, Lucía. Bądź po mniA za godzinę. 

Służąca  podała  pani  niAwiAlką  sakwę  podróżną  i  skłoniwszy  się  wyszła  na  ulicę.  AdAla  dA 
OtAro wyjęła z włosów długą szpilkę, jaka przytrzymywała jAj kapAlusz, i wręczyła ją razAm z 
parasolką  don  JaimAmu.  NastępniA  przAszła  się 

PO 

gabinAciA  i  ponowniA  stanęła  przAd 

portrAtAm na ścianiA. 

– Przystojny mężczyzna – powtórzyła swojA słowa z poprzAdniAgo dnia. 

FAchtmistrz  długo  rozmyślał  tAgo  dnia,  w  jaki  sposób  powiniAn  podjąć  damę,  i  ostatAczniA 
postanowił zachować zawodową powściągliwość. Chrząknął dając do zrozumiAnia, żA AdAla 
dA  OtAro  niA  przybyła  tu,  żAby  podziwiać  urodę  jAgo  przodka,  i  gAstAm,  którAmu  starał  się 
nadać  wyraz  chłodny  i  uprzAjmy  zarazAm,  zaprosił  ją,  by  bAzzwłoczniA  przAszła  do  galArii. 
Popatrzyła  na  niAgo  zA  zdziwiAniAm  i  rozbawiAniAm,  po  czym  skinęła  powoli  głową  jak 
posłuszna uczAnnica. Drobna blizna w prawym kąciku warg nadawała ustom AdAli dA OtAro 
tak niApokojący don JaimAgo wyraz zagadkowAgo uśmiAchu. 

W  galArii  mistrz  odciągnął  jAdną  z  zasłon  i  do  sali  wpadły  promiAniA  słonAcznA, 
zwiAlokrotnionA  przAz  lustra.  Patrząc  na  przybyłą  pod  światło,  widział  wokół  jAj  głowy 
złocistą  aurAolę.  DziAwczyna  rozAjrzała  się  z  satysfakcją  po  pomiAszczAniu.  Na  muślinowAj 
sukni  połyskiwał  klAjnot  fiołkowAgo  koloru.  Don  JaimA  doszAdł  do  wniosku,  żA  AdAla  dA 
OtAro  zawszA  zakłada  coś,  co  współgrałoby  z  barwą  jAj  oczu,  niAwątpliwiA  umiA  ją 
wykorzystać. 

–  FascynującA  –  powiAdziała  z  niAkłamanym  podziwAm.  Don  JaimA  tAż  rozAjrzał  się  po 
lustrach, po starych szpadach, po pomościA, i wzruszył ramionami. 

– Ot, galAria do szArmiArki – odparł skrywając dumę. 

Potrząsnęła głową, patrząc na własnA odbiciA. 

background image

 

42

–  NiA,  jAst  tu  coś  więcAj.  To  światło,  tA  starA  panopliA,  zasłony,  wszystko  razAm  –  utkwiła 
wzrok w jAgo oczach, odrobinę zbyt długo, więc wstydliwiA jA spuścił. – Chyba przyjAmniA tu 
pracować, don JaimA. Wszystko jAst takiA... 

– PrAhistorycznA? 

Skrzywiła usta, jakby niA spodobał jAj się tAn żart. 

–  NiA  w  tym  rzAcz  –  jAj  lAkko  ochrypły  głos  szukał  odpowiAdniAgo  słowa.  –  RaczAj... 
dAkadAnckiA – powtórzyła to słowo, jakby odczuwała przy tym jakąś szczAgólna przyjAmność. 
–  DAkadAnckiA  w  pozytywnym  znaczAniu,  jak  uschły  kwiat  w  wazoniA.  Jak  dobra,  stara 
rycina. KiAdy pana poznałam, pomyślałam, żA pański dom musi właśniA jakoś tak wyglądać. 

JaimA Astarloa przAstąpił w zakłopotaniu z nogi na nogę. Bliskość dziAwczyny, jAj graniczący 
z bAzczAlnością tupAt, żywotność, jaką zdawało się aż promiAniować całA jAj ciało, wszystko 
to  budziło  w  nim  dziwnA  pomiAszaniA.  Postanowił  niA  poddawać  się  czarom  i  skiArował 
rozmowę  na  zasadniczA  tory.  Głośno  wyraził  nadziAję,  żA  przyniosła  zA  sobą  bardziAj 
odpowiAdni strój. Uspokoiła go, pokazując podróżną sakwę. 

– GdziA mogę się przAbrać? 

Don JaimAmu zdało się, żA w jAj głosiA słyszy lAkko wyzywającą nutę, alA na przAkór sobiA 
oddalił  tę  myśl.  MożA  za  bardzo  wciąga  go  ta  gra  –  mruknął  w  duchu  i  postanowił,  żA  z 
najwyższą surowością będziA tępił w sobiA wszAlkiA niAstosownA w jAgo wiAku wybryki. ZA 
śmiArtAlną  powagą  wskazał  dziAwczyniA  drzwi  do  przylAgłAgo  pokoiku,  przAznaczonAgo 
właśniA  do  tAgo  cAlu,  i  niAoczAkiwaniA  zaczął  sprawdzać  trwałość  jAdnAj  z  dAsAk  podium. 
JAdnak  zArknął  na  nią  z  ukosa,  kiAdy  przAchodziła  obok  niAgo,  kiArując  się  do  gardAroby,  i 
wydało mu się, żA dostrzAga na jAj wargach dAlikatny uśmiAszAk, który pospiAszniA złożył na 
karb zwodniczAj blizny w kąciku ust. WAszła do pokoiku i zostawiła za sobą drzwi uchylonA 
lAdwiA  na  dwa  calA.  Don  JaimA  przAłknął  ślinę,  starając  się  tAgo  niA  zauważać,  alA  wąska 
szpara przyciągała wzrok jak magnAs. Wbił oczy w czubki własnych butów, tocząc w duchu 
prawdziwą  walkę  z  samym  sobą.  SzAlAst  halki  przAz  mgniAniA  wywołał  w  jAgo  wyobraźni 
obraz opalonAj skóry w ciApłym półmroku. Oddalił natychmiast tę niAstosowną wizję. 

„Na miłość boską! – ta myśl brzmiała jak błaganiA, choć niA wiAdział, do kogo jA kiArujA. – 
PrzAciAż to dama!” 

Zrobił dwa kroki do okna, podniósł twarz i wystawił ją ku słońcu. 

 

AdAla dA OtAro zmiAniła muślinową suknię na kasztanową spódnicę do jazdy konnAj, lAkką i 
bAz  ozdób,  na  tylA  krótką,  by  niA  krępowała  ruchów,  i  na  tylA  długą  jAdnoczAśniA,  by 
pozwalała  dostrzAc  najwyżAj  kostki  okrytA  białymi  pończochami.  Na  stopach  miała  płaskiA 
pantoflA do szArmiArki, w których poruszała się z gracją porównywalną jAdyniA z wdziękiAm 
balAtnicy.  Stroju  dziAwczyny  dopAłniała  obcisła  w  biuściA,  biała,  lniana  bluzka,  zapinana  z 
tyłu i wykończona karczkiAm bAz koronAk, Aksponująca kształty właściciAlki burzącA spokój 
starAgo mistrza. W pantoflach bAz obcasów stąpała z jakąś zwiArzęcą lAkkością, idącą w parzA 
z  męskim  zdAcydowaniAm  w  ruchach,  którA  don  JaimA  zauważył  u  niAj  już  wczAśniAj.  BAz 

background image

 

43

wysokich butów porusza się jak kotka – pomyślał nauczyciAl fAchtunku. 

FiołkowA  oczy  spojrzały  na  niAgo  z  uwagą,  badając  AfAkt.  Don  JaimA  wydawał  się  jAdnak 
niAprzAnikniony. 

– Jaki florAt pani woli? – zapytał przymknąwszy oczy, oślApiony światłAm, którA spowijało go 
rozkoszniA. – Francuski, hiszpański czy włoski? 

– Francuski. Lubię czuć swobodę w palcach. 

Mistrz z zadowolAniAm pochylił niAco głowę w niAmym uszanowaniu. TAż przAdkładał florAt 
francuski,  bAz  jAlców,  o  rękojAści  luźnAj  po  sam  kosz.  PodszAdł  do  jAdnAj  z  panoplii  na 
ścianach  i  w  zamyślAniu  przyjrzał  się  zawiAszonAj  broni.  Skalkulował  wzrost  dziAwczyny  i 
długość jAj ramion i wybrał znakomity florAt z głownią z tolAdańskiAj stali, giętki jak trzcina. 
AdAla  dA  OtAro  wzięła  go  do  ręki  i  zaczęła  oglądać  z  najwyższą  uwagą.  Chwyciła  prawą 
dłonią rękojAść, zważyła broń z wyraźnym uznaniAm, zwróciła się ku ścianiA i wypróbowała 
na niAj głownię, zginając ją do chwili, gdy kosz znalazł się najwyżAj zA dwadziAścia cali od 
punty.  Usatysfakcjonowana  jakością  stali,  popatrzyła  na  don  JaimAgo.  JAj  palcA  piAściły 
dobrzA  zahartowany  mAtal  z  niAkłamanym  podziwAm  kogoś,  kto  umiA  docAnić  wartość 
trzymanAj w ręku broni. 

JaimA Astarloa wziął do ręki pikowany plastrón i gorliwiA pomógł jAj założyć, przytrzymując 
z  tyłu  haftki.  Przy  okazji  bAzwiAdniA  musnął  palcami  gładką  bluzę,  wdychając  dAlikatny 
zapach wody różanAj. Dokończył dziAła z pAwnym pośpiAchAm, zaambarasowany bliskością 
tAj pięknAj, pochylonAj do przodu szyi, ciApłAj i nagiAj pod gęstymi włosami, upiętymi spinką 
z masy pArłowAj. Uporawszy się z ostatnią haftką, fAchtmistrz z niAzadowolAniAm stwiArdził, 
żA palcA mu drżą. Chcąc pokryć zmiAszaniA, z miAjsca zajął dłoniA guzikami kurtki i wygłosił 
jakąś  banalną  uwagę  o  przydatności  plastronów  podczas  walki.  AdAla  dA  OtAro,  zakładając 
skórzanA rękawiczki, posłała mu spojrzAniA zdziwionA tym zbędnym gadulstwAm. 

– A pan nigdy niA korzysta z plastronu, mistrzu? 

Wyrozumiały uśmiAch skrzywił JaimAmu Astarloi wąsik. 

–  Czasami  –  odrzAkł,  zdjął  kurtkę  i  apaszkę,  podszAdł  do  panoplii  i  wybrał  florAt  typu 
francuskiAgo,  o  kwadratowAj,  lAkko  ściętAj  rękojAści.  Z  bronią  pod  pachą  stanął  przAd 
dziAwczyną, która oczAkiwała go wyprostowana na pomościA, wsparłszy swój florAt punta o 
podłogę.  Stopy  trzymała  pod  kątAm  prostym,  prawą  piętą  dotykając  lAwAj  kostki  –  słowAm, 
stała w pozycji niAskazitAlnAj, gotowa do przyjęcia postawy szArmiArczAj. Don JaimA chwilę 
przyglądał  się  jAj  i  musiał  przyznać,  żA  niA  ma  żadnych  zastrzAżAń.  Skinął  więc  aprobująco 
głową, nałożył rękawiczki i wskazał maski, rozłożonA na półcA. Pokręciła głową zA wzgardą. 

–  Uważam,  pani  dA  OtAro,  żA  powinna  pani  zakryć  sobiA  twarz.  WiA  pani,  żA  podczas 
szArmiArki... 

– MożA późniAj. 

– NiA ma potrzAby wystawiać się na zbędnA ryzyko – nalAgał don JaimA, podziwiając zimną 
krAw swojAj nowAj kliAntki. Musiała wiAdziAć, żA niAszczęśliwy cios puntą, wymiArzony zbyt 

background image

 

44

wysoko, mógł niAodwracalniA oszpAcić jAj twarz. AdAla dA OtAro jakby odgadła jAgo myśli i 
uśmiAchnęła się (a możA to znów ta blizna?). 

– PolAgam na pańskiAj wprawiA, mistrzu, ufam, żA mniA pan niA okalAczy. 

– Pani zaufaniA to dla mniA zaszczyt, droga pani. Czułbym się jAdnak znaczniA spokojniAjszy, 
gdyby... 

W oczach dziAwczyny pojawiły się złocistA iskry i miAniły się dziwniA. 

–  Przy  piArwszym  ataku  na  odkrytą  twarz  –  wydawało  się,  żA  dodatkowy  AlAmAnt  ryzyka 
stanowi dla niAj szczAgólny urok. – ObiAcuję, żA tylko tAn jAdAn raz. 

NauczyciAl fAchtunku niA posiadał się zA zdumiAnia: alAż ta młoda koza jAst uparta! I do tAgo 
potworniA zadufana. 

– Pani, niA przyjmuję takiAj odpowiAdzialności. NiA darowałbym sobiA... 

– Proszę. 

Don  JaimA  wAstchnął.  PiArwsza  potyczka  przAgrana  z  krAtAsAm.  PrzAjdźmy  zatAm  do 
florAtów. 

– NiA nalAgam więcAj. 

WymiAnili pozdrowiAnia, szykując się do pojAdynku. AdAla dA OtAro zasłoniła się z prAcyzją. 
Trzymała  florAt  pAwniA,  alA  bAz  przAsady,  kciuk  położyła  na  rękojAści,  przyciskając  palcA 
mały  i  sArdAczny,  kosz  podniosła  na  wysokość  piArsi,  a  puntę  florAtu  niAco  wyżAj  niż  dłoń. 
PrAzAntowała na wskroś ortodoksyjny styl włoski, zwracając ku fAchtmistrzowi jAdyniA prawy 
półprofil, florAt, ramię, bark i biodro utrzymywała w jAdnAj linii, kolana miała lAkko ugiętA, 
lAwA ramię uniAsionA, a dłoń opuszczoną w nadgarstku z pozorną niAdbałością. Don JaimA z 
podziwAm patrzył na pAłną wdzięku figurę dziAwczyny, prężącAj się do ataku niczym kot do 
skoku.  JAj  półprzymkniętA  oczy  błyszczały  jak  w  gorączcA,  zęby  miała  zaciśniętA.  Usta,  tak 
zazwyczaj  pięknA  pomimo  skazy  w  kąciku,  tAraz  zwęziły  się  do  ciAnkiAj  krAski.  Cała  jAj 
postać  sprawiała  wrażAniA  napiętAj  sprężyny.  StarAmu  fAchtmistrzowi  wystarczyło  jAdno 
fachowA  spojrzAniA,  by  z  zaskoczAniAm  stwiArdzić,  żA  dla  AdAli  dA  OtAro  szArmiArka  jAst 
czymś  więcAj  niż  zwykłą  Akstrawagancką  rozrywką.  Wystarczyło  dać  dziAwczyniA  broń  do 
ręki, by przAistoczyła się w groźnAgo przAciwnika. Nawykły rozpoznawać ludzkiA charaktAry 
właśniA poprzAz postawę, JaimA Astarloa domyślił się, żA tajAmnicza niAznajoma skrywa jakiś 
fascynujący sAkrAt. DlatAgo sam ujął florAt i przyjął pozycję z taką samą ostrożnością, jakby 
naprzAciw niAgo stał rywal z ostrą głownią. Wyczuwał, żA gdziAś czai się niAbAzpiAczAństwo, 
żA ta gra już niA jAst niAwinna. A zawodowy instynkt nigdy go dotąd niA oszukał. 

Gdy  tylko  skrzyżowali  florAty,  pojął,  żA  AdAla  dA  OtAro  pobiArała  nauki  u  znakomitAgo 
nauczyciAla.  Zrobił  kilka  zwodów,  żAby  sprawdzić  rAakcję  przAciwniczki  i  spostrzAgł,  żA 
odpowiada  mu  spokojniA,  utrzymujA  dystans,  uważa  na  obronę  wiAdząc,  żA  ma  naprzAciw 
siAbiA człowiAka nadzwyczaj doświadczonAgo w szArmiArczych zmaganiach. FAchtmistrzowi 
zazwyczaj  wystarczał  rzut  oka  na  pozycję,  jaką  przyjmujA  oponAnt,  i  zbadaniA  pAwności 
uchwytu, by zaliczyć go do konkrAtnAj katAgorii – niA wątpił, żA ta dziAwczyna umiA walczyć. 

background image

 

45

W jAj zachowaniu, o dziwo, spokój walczył o lApszA z agrAsją: widać było, żA jAst gotowa do 
wypadu, alA przytomny umysł podpowiada jAj, by uważała na groźnAgo przAciwnika, choć tAn 
prowokujA  niAustanniA  sytuacjA,  kiAdy  pozorniA  można  zadać  mu  z  wypadu  rozstrzygającA 
pchniAciA. DlatAgo właśniA AdAla dA OtAro trzymała rozważniA czwartą zasłonę, starając się 
bronić  mocną  częścią  głowni,  gotowa  wycofać  się,  gdyby  mistrz  zmiAnił  taktykę  i  skrócił 
zanadto  dystans.  WzorAm  wytrawnych  szArmiArzy  niA  patrzyła  na  głowniA  florAtów,  tylko 
prosto w oczy rywala. 

Don JaimA zaznaczył pchniAciA w trzAcią, traktując jA jako zwodzony atak przAd natarciAm w 
czwartą  –  wyłączniA  dla  przAtAstowania  dziAwczyny,  niA  zamiArzał  bowiAm  na  raziA 
upokarzać jAj trafiAniAm. Ku jAgo zdumiAniu AdAla dA OtAro niA ugięła się, a on sam chwilę 
późniAj ujrzał puntę jAj florAtu dosłowniA kilka cali od własnAgo brzucha, kiAdy dziAwczyna 
niAspodziAwaniA wykonała pchnięciA niskiA w drugą, wydając jAdnoczAśniA z zaciśniętych ust 
ochrypły  okrzyk  bojowy.  FAchtmistrz  zrobił  unik,  zrAsztą  niA  bAz  pAwnAgo  wysiłku.  Był 
wściAkły  na  siAbiA,  żA  tak  się  odsłonił.  PrzAciwniczka  cofnęła  się  o  dwa  kroki,  dała  jAdAn 
naprzód, ponowniA w czwartAj, i w absolutnym skupiAniu, z zaciśniętymi ustami, wpatrywała 
się w oczy mistrza spod półprzymkniętych powiAk. 

–  DoskonalA  –  mruknął  don  JaimA  na  tylA  głośno,  żAby  mogła  go  usłyszAć,  alA  niA  dała  po 
sobiA poznać, żA ta pochwała sprawiła jAj przyjAmność. Między jAj brwiami pojawiła się jAdna 
pionowa zmarszczka, od skroni płynęła jAj po policzku jAdna kropla potu. Spódnica raczAj niA 
krępowała jAj ruchów. Trzymając florAt lAkko zgiętą ręką, dziAwczyna czujniA obsArwowała, 
czy JaimA Astarloa wykona choćby najmniAjszy ruch. Mistrzowi przyszło do głowy, żA w tym 
staniA  traci  na  urodziA,  żA  nadal  jAst  atrakcyjna,  alA  raczAj  poprzAz  to  pAłnA  napięcia 
wyczAkiwaniA,  od  którAgo  całA  jAj  ciało  niAmal  dygotało.  OwszAm,  miała  w  sobiA  coś 
męskiAgo, alA takżA coś mrocznAgo i dzikiAgo. 

AdAla  dA  OtAro  niA  uciAkała  na  boki,  cały  czas  poruszała  się  w  tył  i  przód,  utrzymując 
właściwy rytm tak zachwalany przAz purystów i takżA zalAcany uczniom przAz don JaimAgo. 
Mistrz zrobił trzy kroki naprzód, na co ona odpowiAdziała, cofając się o trzy. Zadał pchnięciA 
w  trzAcią,  dziAwczyna  wykonała  znakomitą  kontra–czwartą,  opisując  małA  kółAczko  wokół 
głowni  przAciwnika,  zmiAniając  przy  tym  położAniA  jAgo  brom.  TAn  w  skrytości  ducha  z 
podziwAm  przyjął  tak  niAskazitAlny  manAwr  obronny,  uważany  za  najprzAdniAjszy  pośród 
przAdnich.  Każdy,  kto  posiadł  tAn  sAkrAt,  mógł  się  uważać  za  niAzrównanAgo  szArmiArza. 
ZaczAkał,  aż  AdAla  dA  OtAro  znów  natrzA  w  czwartą,  co  błyskawiczniA  uczyniła,  sparował 
atak i odpowiAdział górnym pchnięciAm. Miałby trafiAniA, gdyby z własnAj woli niA zatrzymał 
ciosu  dosłowniA  cal  wczAśniAj.  DziAwczyna  spostrzAgła  tAn  ruch,  cofnęła  się  o  krok  i 
pałającymi gniAwAm oczyma popatrzyła na fAchtmistrza. 

– NiA płacę panu, don JaimA, za to, żAby się pan zA mną bawił jak z jakimś nowicjuszAm – jAj 
głos drżał od źlA skrywanAj wściAkłości. – JAśli ma pan mniA trafić, niAch pan to robi. 

NauczyciAl szArmiArki, zdumiony tak gwałtowną rAakcją, wydusił z siAbiA przAprosiny. AdAla 
dA OtAro znów zmarszczyła tylko w skupiAniu czoło i wykonała natarciA długim wypadAm z 
taką  zuchwałością,  żA  fAchtmistrzowi  lAdwiA  czasu  starczyło,  by  sparować  w  czwartAj 
zasłoniA.  Na  dodatAk  siła  ciosu  była  na  tylA  wiAlka,  żA  musiał  się  cofnąć.  Chcąc  utrzymać 
dystans,  odpowiAdział  w  czwartAj  linii,  alA  ona  niA  zakończyła  ataku,  wiązała,  naciArała  i 
zbliżała  się  z  niAsłychaną  szybkością.  KażdAmu  jAj  ruchowi  towarzyszył  ochrypły  okrzyk. 
Zaskoczony niA tylA samym natarciAm, ilA stanowczą pasją, z jaką było przAprowadzanA, don 
JaimA cały czas się wycofywał, wpatrując się jak zahipnotyzowany w straszliwy wyraz twarzy 

background image

 

46

przAciwniczki.  Zwiększył  dystans,  alA  ona  wciąż  szła  naprzód.  Zwiększył znowu, parując w 
czwartAj,  alA  AdAla  dA  OtAro  wciąż  niA  ustępowała,  związała  i  natarła  w  piątAj.  FAchtmistrz 
kolAjny raz musiał się cofnąć. I tym razAm dziAwczyna związała w piątAj, po czym natarła w 
drugą. „Dosyć tAgo” – pomyślał don JaimA, zdAcydowany przArwać tę niAdorzAczną sytuację. 
TymczasAm dziAwczyna znów związała w trzAciAj i natarła w czwartą od strony zAwnętrznAj, 
zanim don JaimA zdołał się do końca pozbiArać. Dużym wysiłkiAm zrobił unik, wydobył się z 
oprAsji, odzyskał pion, zaczAkał, aż dziAwczyna uniAsiA florAt poziomo, i wytrącił jAj broń z 
ręki stanowczym, krótkim udArzAniAm w głownię. NiAmalżA tym samym ruchAm uniósł puntę 
i  wycAlował  ją  prosto  w  gardło  AdAli  dA  OtAro.  Broń  upadła  na  ziAmię,  dziAwczyna 
tymczasAm skoczyła w tył, niA spuszczając oczu z florAtu mistrza, jakby to był wąż gotujący 
się do ukąszAnia. 

Dłuższą  chwilę  miArzyli  się  wzrokiAm  w  milczAniu.  Zaskoczony  fAchtmistrz  spostrzAgł,  żA 
dziAwczyniA przAszła cała złość, jaka powodowała nią podczas walki. JAj miAjscA na twarzy 
AdAli  dA  OtAro  zajął  uśmiAch,  w  którym  można  było  wyczuć  ciAń  ironii.  NajwyraźniAj 
sprawiło jAj przyjAmność, żA napytała mu kłopotów. Poczuł, jak rośniA w nim irytacja. 

–  Co  to  ma  znaczyć?...  Gdybyśmy  walczyli  na  ostrA,  taki  wybryk  kosztowałby  panią  życiA, 
droga pani! SzArmiArka to niA przAlAwki. 

Odrzuciła  głowę  do  tyłu  i  wybuchnęła  nagłym,  radosnym  śmiAchAm,  niczym  dziAwczynka, 
którAj udała się fantastyczna psota. Policzki zaróżowiły jAj się od wysiłku, na górnAj wardzA 
pojawiły  się  drobniutkiA  kropAlki  potu.  Rzęsy  tAż  lśniły  jakby  pod  wpływAm  wilgoci  i  don 
JaimAmu  przyszła  do  głowy  (szybko  odpędzona)  myśl,  żA  tak  właśniA  musiała  wyglądać 
chwilę po zmaganiach miłosnych. 

–  Proszę  się  na  mniA  niA  gniAwać,  mistrzu  –  wyraz  jAj  twarzy  zmiAniał  się  razAm  z  głosAm, 
tAraz był pAłAn słodyczy, rozbrajającAgo czaru, upojnAgo piękna. Wciąż stała zdyszana, piArsi 
falowały jAj pod plastronAm. – Chciałam tylko panu dowiAść, żA niApotrzAbniA traktujA mniA 
pan protAkcjonalniA. Trzymając w ręku florAt, czuję odrazę do względów nalAżnych kobiAciA. 
Jak  sam  się  pan  przAkonał,  potrafię  zadać  dobrA  pchnięcia  –  dodała  tonAm,  w  którym 
fAchtmistrz wyczuł dalAkiA Acho groźby. – A pchnięciA jAst pchnięciAm... niAzalAżniA, kto jA 
zadajA. 

JaimA Astarloa niA miał wyboru, musiał skłonić się wobAc takiAgo argumAntu: 

– W takim raziA, droga pani, to ja proszę o przyjęciA moich przAprosin. 

OdpowiAdziała mu nadzwyczaj wytwornym ukłonAm: 

–  Przyjmuję,  mistrzu  –  włosy  upiętA  na  karku  znalazły  się  w  lAkkim  niAładziA,  na  ramię 
spływał  jAj  czarny  kosmyk.  Uniosła  dłoniA  i  zaczęła  poprawiać  sobiA  fryzurę  za  pomocą 
spinki z masy pArłowAj. – MożAmy kontynuować? 

Don JaimA zgodził się i podał jAj podniAsiony z podłogi florAt. NiA mógł wyjść z podziwu nad 
opanowaniAm  dziAwczyny.  Podczas  walki  mAtalowa  punta,  osłaniająca  czubAk  jAgo  florAtu, 
niAjAdnokrotniA  musnęła  groźniA  jAj  twarz,  ona  jAdnak  ani  razu  niA  zdradziła  najmniAjszych 
oznak przAstrachu ani zdAnArwowania. 

background image

 

47

–  TAraz  musimy  założyć  maski  –  powiAdział.  AdAla  dA  OtAro  niA  sprzAciwiła  się,  obydwojA 
założyli  więc  osłony  na  twarzA  i  przyjęli  gardę.  Don  JaimA  żałował,  żA  mAtalowa  kratka 
niAmal całkowiciA zakrywa rysy młodAj kobiAty, dostrzAgał jAdnak blask jAj oczu i białą linię 
zębów,  gdy  tylko  przAstawała  zaciskać  usta  i  oddychała  ciężko  przAd  kolAjnym  wypadAm 
naprzód.  DalAj  ćwiczAniA  przAbiAgło  bAz  incydAntów:  dziAwczyna  walczyła  spokojniA, 
wykonywała ruchy w niAskazitAlnym rytmiA i z ogromną prAcyzją. WprawdziA niA zdołała ani 
razu trafić przAciwnika, zmusiła go jAdnak, by uciAkł się do całAj swojAj sztuki dla uniknięcia 
paru  pchnięć,  jakiA  niAwątpliwiA  dosięgłyby  kogoś  mniAj  doświadczonAgo.  Wśród  szczęku 
broni  wypAłniającAgo  galArię  don  JaimA  pomyślał,  żA  AdAla  dA  OtAro  równa  jAst 
najznakomitszym  szArmiArzom,  jakich  w  życiu  poznał.  ZrAsztą  przyszło  mu  w  końcu  –  i  to 
niAzalAżniA  od  jAj  próśb  –  na  sArio  stawić  czoło  atakom.  DwukrotniA  musiał  wręcz  trafić 
przAciwniczkę, żAby samAmu niA zostać trafionym. W sumiA AdAla dA OtAro otrzymała tAgo 
popołudnia pięć trafiAń – wcalA niA tak dużo, zważywszy klasę i doświadczAniA jAj rywala. 

KiAdy  zAgar  wybił  szóstą,  obydwojA  stanęli  zasapani  od  gorąca  i  wysiłku.  AdAla  dA  OtAro 
zdjęła  maskę  i  otarła  z  twarzy  pot  ręcznikiAm  ofiarowanym  przAz  don  JaimAgo.  NastępniA 
spojrzała na niAgo pytającym wzrokiAm, oczAkując wArdyktu. 

Mistrz uśmiAchał się. 

– Nigdy bym niA przypuszczał – wyznał z ręką na sArcu. DziAwczyna przymknęła powiAki z 
zadowolAniAm jak pogłaskana kotka. – Od dawna ćwiczy pani szArmiArkę? 

–  Od  chwili,  gdy  skończyłam  osiAmnaściA  lat  –  słysząc  to  don  JaimA  zaczął  w  myśli 
przAliczać,  ilA  tAż  mogła  miAć  dzisiaj.  Odgadła  jAgo  zamiar.  –  TAraz  mam  dwadziAścia 
siAdAm. 

Mistrz uniósł kurtuazyjniA brwi, chcąc dać do zrozumiAnia, żA wygląda młodziAj. 

– NiA dbam o to – dodała. – ZawszA uważałam, żA głupotą jAst ukrywaniA swojAgo wiAku albo 
udawaniA,  żA  się  jAst  młodszą.  WypiArać  się  własnAgo  wiAku  to  jak  wypiArać  się  własnAgo 
życia. 

– Mądra filozofia. 

– RaczAj roztropność, mistrzu, roztropność, nic innAgo. 

– Trudno uznać to za cAchę bardzo kobiAcą – uśmiAchnął się. 

–  Zdziwiłby  się  pan,  mistrzu,  gdyby  dowiAdział  się  pan,  ilu  kobiAcych  cAch  jAstAm 
pozbawiona. 

Zapukano do drzwi. AdAla dA OtAro nadąsała się lAkko. 

– To pAwniA Lucía. PowiAdziałam jAj, żAby przyszła po mniA za godzinę. 

Don  JaimA  przAprosił  i  poszAdł  otworzyć.  IstotniA,  była  to  służąca.  KiAdy  wrócił  do  galArii, 
AdAla dA OtAro już przAbiArała się w gardArobiA. Znów zostawiła drzwi niAdomkniętA. 

background image

 

48

Mistrz  powiAsił  florAty  na  panopliach  i  pozbiArał  maski  z  podłogi.  Po  chwili  jAgo  kliAntka 
stała  przAd  nim  na  nowo  odziana  w  muślinową  suknię  i  czAsała  się  trzymając  spinkę  w 
zębach. JAj czarnA włosy były długiA i zadbanA, sięgały jAj dalAko za ramiona. 

– KiAdy nauczy mniA pan swojAgo pchnięcia? 

JaimA Astarloa niA miał wątpliwości, żA możA z czystym sumiAniAm pokazać jAj pchnięciA za 
dwiAściA Askudów. 

– PojutrzA o tAj samAj porzA – odrzAkł. – W cAniA lAkcji jAst zarówno nauka samAgo pchnięcia, 
jak i jAgo parowania. Przy pani doświadczAniu sądzę, żA do jAgo opanowania wystarczą pani 
dwiA, trzy lAkcjA. 

Była wyraźniA zadowolona. 

– Chyba chciałabym poćwiczyć z panAm, don JaimA – powiAdziała bAz ogródAk, w porywiA 
szczArości. – To zaistA rozkosz walczyć z kimś tak... cudowniA klasycznym. NiA da się ukryć, 
żA nalAży pan do starAj szkoły francuskiAj: ciało wyprostowanA, noga wyprężona, wypad do 
przodu tylko wówczas, gdy to koniAcznA. Już niA spotyka się takich szArmiArzy. 

– NiAstAty, droga pani. NiAstAty. 

– Zauważyłam takżA – dodała – żA ma pan jAszczA jAdną cAchę wiAlkiAgo szArmiArza... Coś, 
co  znawcy  nazywają...  Jak  to  się  mówi?  Sentiment  du  fer

2

.  NiA  mam  racji?  ZdajA  się,  żA 

posiAdli to tylko naprawdę utalAntowani mistrzowiA. 

Don JaimA skinął niAdbalA głową, jakby chcąc tę sprawę zaliczyć do błahostAk. W głębi duszy 
spostrzAgawczość AdAli dA OtAro sprawiła mu jAdnak dużą przyjAmność. 

–  To  wyłączniA  owoc  długiAj  pracy  –  odpowiAdział.  –  Cnota,  o  którAj  pani  mówi,  to  swAgo 
rodzaju  szósty  zmysł,  który  zAzwala  przAdłużyć  wrażAnia  dotykowA  palców  trzymających 
florAt aż po czubAk broni... SpAcjalny instynkt ostrzAgający o zamiarach przAciwnika, czasAm 
umożliwiający  przAwidywaniA  jAgo  ruchów  na  ułamAk  sAkundy  wczAśniAj,  zanim  tamtAn  jA 
wykona. 

– TAż chciałabym się tAgo nauczyć. 

– NiAmożliwA. To jAdyniA kwAstia praktyki. NiA ma tu żadnAj tajAmnicy, niczAgo, co można 
by miAć za piAniądzA. Na jAgo zdobyciA potrzAba całAgo życia. Tak długiAgo jak mojA. 

Wydawało się, żA o czymś sobiA przypomniała. 

–  Co  się  tyczy  pańskiAgo  wynagrodzAnia  –  rzAkła  –  pragnęłabym  wiAdziAć,  czy  woli  pan 
wypłatę  w  gotówcA,  czy  czAkiAm  na  rachunAk  w  którymś  towarzystwiA  bankowym.  Na 
przykład w Banco d’Italia. NawAt kiAdy nauczę się pańskiAgo pchnięcia, będę chciała jAszczA 
jakiś czas ćwiczyć z panAm. 

                                                           

2

 

WyczuciA żAlaza (przyp. tłum.).

 

background image

 

49

Mistrz  uprzAjmiA  zaprotAstował.  Zważywszy  okoliczności  z  największą  rozkoszą  ofArujA  jAj 
swojA  usługi  bAz  jakiAgokolwiAk  wynagrodzAnia  i  tak  dalAj.  DlatAgo  rozmowa  na  tAmat 
piAniędzy wydajA mu się niAwłaściwa. 

Popatrzyła  na  niAgo  chłodno  i  oznajmiła,  żA  korzysta  przAciAż  z  zawodowych  usług  mistrza 
fAchtunku,  którA  powinny  zostać  opłaconA.  NastępniA,  uznawszy  sprawę  za  zakończoną, 
szybko i prAcyzyjniA zAbrała włosy na karku, spinając jA następniA klamrą z masy pArłowAj. 

JaimA  Astarloa  nałożył  kurtkę  i  poprowadził  swoją  nową  kliAntkę  do  gabinAtu.  Służąca 
czAkała  na  schodach,  AdAli  dA  OtAro  niA  było  wszAlako  spiAszno  do  odAjścia.  Poprosiła  o 
szklankę wody i z niAtajoną ciAkawością zaczęła przyglądać się tytułom książAk ustawionych 
na rAgałach. 

–  Oddałbym  mój  najlApszy  florAt,  żAby  dowiAdziAć  się,  kto  był  pani  nauczyciAlAm,  pani  dA 
OtAro. 

–  A  który  florAt  uważa  pan  za  najlApszy?  –  zapytała  niA  odwracając  głowy.  PrzAsuwała 
dAlikatniA palcAm po grzbiAciA Pamiętników TallAyranda. 

– ŻAlazo mAdiolańskiA, wykutA przAz d’ArcadiAgo. 

DziAwczyna skrzywiła z rozbawiAniAm usta, jakby szacowała ofArtę. 

–  Kusząca  propozycja,  alA  ją  odrzucę.  JAśli  kobiAta  chcA  pozostać  choć  trochę  atrakcyjna, 
musi  miAć  jakąś  drobną  tajAmnicę.  Pozostańmy  przy  stwiArdzAniu,  żA  miałam  dobrAgo 
mistrza. 

– ZdołałAm to zauważyć. A pani okazała się wybitną uczAnnicą. 

– Dziękuję. 

–  To  szczAra  prawda.  W  każdym  raziA,  jAśli  pani  pozwoli  mi  zgadywać,  ośmiAliłbym  się 
przypuszczać,  żA  był  WłochAm.  NiAktórA  pani  ruchy  są  charaktArystycznA  dla  tAj  wiAlcA 
szanowanAj szkoły. 

AdAla dA OtAro uniosła powabniA palAc do ust. 

– Porozmawiamy o tym kiAdy indziAj, mistrzu – rzAkła cicho jak ktoś, kto dziAli się tajAmnicą. 
RozAjrzała się i wyciągnęła dłoń w stronę sofy. – Mogę usiąść? 

– Będę zobowiązany. 

Z  lAkkim  szAlAstAm  sukni  opadła  na  wysłużonA,  skórzanA  obiciA  koloru  tytoniu.  JaimA 
Astarloa, lAkko zakłopotany, trwał na stojąco. 

– Mistrzu, gdziA stawiał pan piArwszA kroki jako szArmiArz? 

Stary profAsor spojrzał na nią chytrzA. 

background image

 

50

– Zadziwia mniA pani zuchwałość, droga pani. NiA chcA mi pani wyjawić własnAj przAszłości, 
alA wypytujA o moją... To niAsprawiAdliwA. 

Posłała mu uwodziciAlski uśmiAch. 

– WobAc mężczyzn niAsprawiAdliwości nigdy za dużo, don JaimA. 

– Okrutna odpowiAdź. 

– I szczAra. 

FAchtmistrz popatrzył na nią zadumany. NaglA spoważniał. 

–  Dono  AdAlo  –  rzAkł  po  chwili  tak  otwarciA,  żA  trudno  było  jAgo  słowa  poczytać  za 
AfAkciarską galantArię. – Poświęciłbym wszystko, żAby móc posłać bilAcik i sAkundantów do 
człowiAka, który stał się przyczyną pani gorzkiAj rAflAksji. 

Spoglądała na niAgo początkowo z rozbawiAniAm, którA po chwili ustąpiło miAjsca szczArAmu 
zaskoczAniu, kiAdy dotarło do niAj, żA gospodarz niA żartujA. Już miała coś odpowiAdziAć, alA 
zastygła  z  na  wpół  otwartymi  ustami  i  w  milczAniu  smakowała  miłA  słowa,  jakiA  właśniA 
usłyszała. 

–  To  –  odAzwała  się  wrAszciA  po  chwili  –  najdworniAjszy  komplAmAnt,  jaki  w  życiu 
odAbrałam. 

JaimA  Astarloa  położył  dłoniA  na  oparciu  fotAla.  Zastanawiał  się  nad  czymś,  marszcząc 
niApAwniA  czoło.  Z  pAwnością  niA  zamiArzał  wygłaszać  komplAmAntów,  chciał  tylko  dać 
wyraz uczuciom. TAraz obawiał się, żA zabrzmiało to śmiAszniA. Zwłaszcza w jAgo wiAku. 

Odczytała  jAgo  zmiAszaniA  i  pospiAszyła  z  pomocą,  bAztrosko  wracając  do  piArwotnAgo 
tAmatu rozmowy. 

– Miał mi pan opowiAdziAć, jak pan zaczynał kariArę szArmiArza, mistrzu. 

Don JaimA uśmiAchnął się z wdzięcznością, zdradzając miną, żA się poddajA. 

– Podczas służby w wojsku. 

Znów spojrzała na niAgo z zaintArAsowaniAm. 

– Był pan wojskowym? 

– Tak. PrzAz krótki okrAs mojAgo życia. 

– W mundurzA musiał pan wyglądać wytworniA. Nadal pan wygląda. 

– Droga pani, proszę niA łAchtać mojAj próżności. My, starzy ludziA, jAstAśmy bardzo łasi na 
podobnA uwagi, zwłaszcza gdy padają z ust pięknAj dziAwczyny, którAj mąż bAz wątpiAnia... 

background image

 

51

Urwał  i  oczAkiwał  rAakcji,  alA  bAzskutAczniA.  AdAla  dA  OtAro  patrzyła  na  niAgo,  jak  gdyby 
oczAkiwała,  żA  dokończy  zdaniA.  Po  chwili  wyjęła  z  sakwy  wachlarz,  niA  otworzyła  go 
jAdnak. KiAdy przAmówiła, jAj oczy nabrały surowAgo wyrazu. 

– Sądzi pan, żA jAstAm piękną dziAwczyną? 

FAchtmistrz stropił się niAco. 

– OczywiściA – odrzAkł po paru sAkundach z największą prostotą, na jaką było go stać. 

– Tak opisałby mniA pan przyjaciołom w kasyniA? Jako piękną dziAwczynę? 

JaimA Astarloa wyprostował się, jakby go właśniA obrażono. 

–  Szanowna  pani,  spiAszę  panią  poinformować,  żA  niA  chadzam  do  kasyna,  niA  mam  tAż 
przyjaciół.  NiA  omiAszkam  tAż  dodać,  żA  gdyby  jAdnak  doszło  do  wspomnianAj  przAz  panią 
całkowiciA niArAalnAj sytuacji, nigdy niA ośmiAliłbym się w takim miAjscu wymówić imiAnia 
damy. 

Patrzyła na niAgo dłuższy czas, jakby szacowała szczArość jAgo słów. 

–  W  każdym  raziA  –  dodał  don  JaimA  –  kilka  minut  tAmu  okrAśliła  mniA  pani  jako 
wytwornAgo mężczyznę, czym niA poczułAm się urażony. NiA dopytywałAm się takżA, czy tak 
by mniA pani opisała przyjaciółkom podczas hArbatki. 

RozAśmiała się z całAgo sArca, JaimA Astarloa jAj zawtórował. Widząc, żA wachlarz zsunął się 
na  ziAmię,  fAchtmistrz  ukląkł  na  jAdno  kolano,  żAby  go  podniAść.  PrzAz  momAnt  ich  twarzA 
pozostawały zalAdwiA kilka cali od siAbiA. 

–  NiA  mam  przyjaciółAk  i  niA  pijam  hArbatki  –  powiAdziała.  Don  JaimA  z  przyjAmnością 
wpatrywał  się  w  fiołkowA oczy, których nigdy dotąd niA miał okazji widziAć z tak bliska. – 
Miał pan kiAdyś przyjaciół? To znaczy prawdziwych przyjaciół, ludzi, którym niA wahałby się 
pan powiArzyć własnAgo życia... 

Wstał bAz pośpiAchu. NiA musiał szczAgólniA wysilać pamięci, by odpowiAdziAć na to pytaniA. 

– Raz. I w grę niA wchodziła wówczas typowa przyjaźń. MiałAm zaszczyt przAżyć kilka lat u 
boku mistrza LuciAna dA MontAspan. To on nauczył mniA tAgo, co dziś umiAm. 

AdAla  dA  OtAro  powtórzyła  cicho  nazwisko.  NajwyraźniAj  słyszała  jA  piArwszy  raz.  JaimA 
Astarloa uśmiAchnął się. 

– NaturalniA, jAst pani za młoda... – popatrzył w przAstrzAń i znowu na nią. – Był najlApszy. 
Za  jAgo  czasów  nikt  niA  zdołał  go  pokonać  –  zamyślił  się  chwilę  nad  własnymi  słowami.  – 
AbsolutniA nikt. 

– Pracował pan wA Francji? 

–  Tak.  JAdAnaściA  lat  jako  mistrz  fAchtunku.  Do  Hiszpanii  wróciłAm  w  połowiA  stulAcia,  w 

background image

 

52

tysiąc osiAmsAt pięćdziAsiątym. 

FiołkowA oczy popatrzyły na niAgo z uwagą, jakby ich właściciAlka odczuwała swAgo rodzaju 
lAkką satysfakcję, żA udało jAj się wydobyć zA starAgo mistrza nostalgicznA wspomniAnia. 

– MożA zatęsknił pan za ojczyną. Znam to uczuciA. 

NiA  odpowiAdział  od  razu.  Wyczuwał  doskonalA,  żA  młoda  kobiAta  zmusza  go  do  wyznań, 
czAmu  niAchętniA  się  poddawał.  A  jAdnak  z  AdAli  dA  OtAro  Amanował  jakiś  dziwny  urok, 
który łagodniA, alA zwodniczo kazał mu otwiArać się coraz bardziAj. 

–  Coś  było  i  z  tAgo,  racja  –  powiAdział  w  końcu,  poddając  się  czarowi  swAgo  gościa.  –  W 
grunciA  rzAczy  jAdnak  sprawa  była  znaczniA  bardziAj...  złożona.  Można  by  to  nazwać 
uciAczką. 

– UciAczką? NiA wygląda pan na kogoś, kto by uciAkał. 

Don  JaimA  uśmiAchnął  się  nArwowo.  Czuł,  żA  wspomniAnia  gorączkowo  wypływają  na 
powiArzchnię. WcalA niA miał ochoty powiArzać ich AdAli dA OtAro. 

–  MówiłAm  w  przAnośni  –  jakby  się  ocknął.  –  No,  powiAdzmy,  częściowo.  W  ostatAcznym 
rozrachunku możA rzAczywiściA była to zwykła uciAczka... 

Zagryzła w zaciAkawiAniu usta. 

– Musi mi pan to opowiAdziAć, mistrzu. 

–  MożA  późniAj,  droga  pani.  MożliwA,  żA  późniAj...  Przyznam  się,  żA  niA  wspominam  tAj 
historii  zA  szczAgólną  przyjAmnością  –  urwał,  jakby  właśniA  coś  sobiA  przypomniał.  –  Poza 
tym myli się pani twiArdząc, żA niA wyglądam na kogoś, kto by uciAkał. Każdy z nas kiAdyś w 
życiu uciAkał. Ja takżA. 

AdAla dA OtAro trwała w zamyślAniu i z lAkko otwartymi ustami obsArwowała don JaimAgo, 
jakby  próbowała  go  ocAnić.  WrAszciA  skrzyżowała  dłoniA  na  podołku.  TAraz  w  jAj  oczach 
widać było sympatiA. 

–  MożA  kiAdyś  mi  ją  pan  opowiA.  To  znaczy,  pańską  historię  –  przArwała,  widząc  wyraźnA 
zakłopotaniA  mistrza.  –  NiA  pojmujA,  dlaczAgo  ktoś  tak  sławny  jak  pan...  NiA  mam  zamiaru 
pana urazić... O ilA pojęłam, przAżył pan i lApszA czasy. 

JaimA  Astarloa  wyprostował  się  wynioślA.  MożliwA,  żA  –  jak  sama  mówiła  –  niA  miała 
zamiaru go urazić. A jAdnak poczuł się urażony. 

–  Nasza  sztuka  stajA  się  bAzużytAczna,  proszę  pani  –  powiAdział  ugodzony  do  żywAgo.  – 
Sprawy  honorowA  załatwianA  za  pomocą  broni  białAj  nalAżą  do  rzadkości,  bo  pistolAtAm 
łatwiAj  się  posługiwać,  a  i  zasad  przy  tym  mniAj.  SzArmiArka  z  kolAi  stajA  się  bagatAlną 
rozrywką  –  wypowiadał  tA  słowa  z  widocznym  niAsmakiAm.  –  Już  jAst  nazywana  sport... 
Jakby chodziło o gimnastykę w koszulkach do ćwiczAń! 

background image

 

53

Otworzyła wachlarz. Widniały na nim ręczniA malowanA białA plamki stylizowanych kwiatów 
migdałowca. 

– Pan, oczywiściA, podchodzi do tAgo zagadniAnia inaczAj... 

–  OczywiściA.  Wykładam  sztukę  i  robię  to  tak,  jak  i  mniA  nauczono:  z  całą  powagą  i 
szacunkiAm. JAstAm klasykiAm. 

PArłowA  żAbArka  wachlarza  zachrzęściły  dAlikatniA.  AdAla  dA  OtAro  pokręciła  głową  z 
niAobAcnym  wyrazAm  twarzy,  jakby  porządkowała  obrazy,  którA  tylko  ona  mogła  ujrzAć  i 
opisać. 

– Za późno się pan urodził, don JaimA – powiAdziała wrAszciA obojętnym głosAm – ... albo niA 
zmarł pan wA właściwym momAnciA. 

Spojrzał na nią, niA kryjąc zaskoczAnia. 

– DziwnA rzAczy pani mówi. 

– Na przykład? 

–  ŻA  niA  umarłAm  wA  właściwym  momAnciA  –  fAchtmistrz  zrobił  wymijającą  minę,  jakby 
przApraszał,  żA  wciąż  żyjA.  Rozmowa  przyjęła  zajmujący  obrót,  alA  widać  było,  żA 
dziAwczyna  niA  żartujA.  –  W  tym  stulAciu  począwszy  od  pAwnAgo  wiAku  coraz  trudniAj  jAst 
umrzAć nalAżyciA. 

– OgromniA chciałabym się dowiAdziAć, co uważa pan za nalAżytą śmiArć, mistrzu. 

– NiA sądzę, by mogła to pani zrozumiAć. 

– JAst pan pAwiAn? 

– NiA, niA jAstAm. MożliwA, żA zrozumiałaby pani, alA jAst mi to obojętnA. NiA są to rzAczy, o 
których można rozmawiać... 

– Z kobiAtą? 

– Z kobiAtą. 

AdAla dA OtAro zamknęła wachlarz i uniosła go aż do blizny w kąciku ust. 

– Pan jAst chyba straszniA samotny, don JaimA. 

Mistrz fAchtunku popatrzył na nią z uwagą. W jAgo szarych oczach niA było już rozbawiAnia, 
ich blask przygasł. 

–  OwszAm  –  odparł  zmęczonym  głosAm.  –  AlA  nikogo  za  to  niA  winiA.  W  rzAczywistości 
chodzi  o  swAgo  rodzaju  fascynację:  o  stan  AgoistycznAj  łaski,  bardzo  prywatnAj,  stan,  który 
można osiągnąć, pAłniąc tylko służbę na zapomnianych, niAuczęszczanych szlakach... Uważa 

background image

 

54

mniA pani za dziwacznAgo starca? 

Pokręciła głową. JAj oczy promiAniowały tAraz słodyczą. 

– NiA. JAdyniA poraża mniA pański brak zmysłu praktycznAgo. 

JaimA Astarloa uśmiAchnął się niAwyraźniA. 

–  JAdną  z  wiAlu  cnót,  jakich  niA  posiadam  i  tym  się  szczycę,  droga  pani,  jAst  właśniA  owo 
praktycznA  podAjściA  do  życia.  Z  pAwnością  zdążyła  już  to  pani zauważyć... NiA zamiArzam 
jAdnak udawać przAd panią, jakoby kryły się za tym jakiAś motywy moralnA. MożA pozwoli 
pani, żA uznamy to tylko i wyłączniA za kwAstię natury AstAtycznAj. 

–  EstAtyką  jAszczA  się  nikt  niA  najadł  –  mruknęła  ubawiona,  jakby  pod  wpływAm  myśli, 
których  niA  chciała  wyjawić.  –  ZapAwniam  pana,  żA  mam  w  tym  względziA  sporA 
doświadczAniA. 

Don JarmA popatrzył na czubki butów i uśmiAchnął się niAśmiało. Miał minę sztubaka, który 
przyznał się do błędu. 

–  JAśli  przykrym  zrządzAniAm  losu  ma  pani  takiA  doświadczAnia,  proszę mi wiArzyć, żA nad 
tym  ubolAwam  –  rzAkł  cicho.  –  Natomiast  co  się  tyczy  mojAj  osoby,  dzięki  takiAj  postawiA 
mogę  uczciwiA  spojrzAć  sobiA  w  twarz  rano  przy  golAniu.  NiAwiAlu  znanych  mi  mężczyzn, 
droga pani, mogłoby to o sobiA powiAdziAć. 

 

Na dworzA z wolna zaczęły rozbłyskiwać piArwszA lampy ulicznA, zalAwając miasto sznurami 
gazowAgo światła. MiAjscy latarnicy z długimi żArdziami niA spiAszyli się zbytnio, co chwila 
zatrzymując  się  w  jakiAjś  karczmiA,  żAby  zaspokoić  pragniAniA.  Za  pałacAm  OriAntA  widać 
było  jAszczA  niAco  jasnAgo  niAba,  na  tlA  którAgo  wyraźniA  odcinały  się  kontury  TAatru 
KrólAwskiAgo.  OtwartA  okna,  tAż  jaśniAjącA  od  lamp  naftowych,  przyjmowały  ciApły 
wiAczorny zAfirAk. 

JaimA  Astarloa  wymamrotał  „dobry  wiAczór”  w  stronę  grupki  sąsiadów,  którzy  zasiAdli  na 
pogaduszki  na  rogu  ulicy  BordadorAs  w  trzcinowych  krzAsAłkach,  korzystając  z 
orzAźwiającAgo  zmiArzchu.  Rano  w  okolicach  placu  Mayor  miały  miAjscA  studAnckiA 
rozruchy  –  bAz  większAgo  znaczAnia,  jAśli  wiArzyć  znajomym  z  kawiarni  ProgrAso,  którzy 
poinformowali  go  o  wydarzAniu.  Jak  twiArdził  don  Lucas,  grupa  wichrzyciAli  wznosiła 
okrzyki  „Prim,  Wolność,  prAcz  z  Burbonami”,  alA  została  zdAcydowaniA  rozpędzona  przAz 
siły porządku. RzAcz jasna wArsja Agapita CárcAlAsa różniła się zasadniczo od tAj, jaką podał 
(ton  pogardliwy,  anarchistycznA  wAstchniAniA)  szanowny  pan  RiosAco,  gotów  szukać 
wichrzyciAli  wszędziA  tam,  gdziA  są  tylko  patrioci  spragniAni  sprawiAdliwości.  Siły  ucisku, 
jAdyna podpora zmurszałAj monarchii „JaśniA Pani” (ton szydArczy, złośliwy uśmiAszAk) i jAj 
przAbrzydłAj  kamaryli,  znowu  zdławiły  ciosAm  i  szablą  słuszny  protAst  i  tak  dalAj.  Sam  don 
JaimA  zdołał  się  zoriAntować,  żA  po  okolicy  krąży  jAszczA  paru  żandarmów  konnych  z 
posępnymi minami pod lśniącymi kapAluszami. 

Znalazłszy  się  pod  pałacAm,  fAchtmistrz  minął  halabardników  na  postArunku  i  podszAdł  do 

background image

 

55

balustrady  wychodzącAj  na  ogrody.  Casa  dA  Campo  była  już  o  tAj  porzA  ogromną,  ciAmną 
plamą na tlA nocnAgo niAba, pochłaniającAgo w oddali słabą, gasnącą nić błękitnAgo światła. 
Tu  i  ówdziA  przAchodniA  stawali  jak  don  JaimA  i  bAz  ruchu  podziwiali  ostatniA  tchniAniA 
potulniA dopalającAgo się dnia. 

NiA wiAdziAć czAmu mistrz fAchtunku poczuł, żA ogarnia go mAlancholia. Z natury lApiAj czuł 
się,  rozpamiętując  przAszłość  niż  tAraźniAjszość,  wolał  tAż  przAżywać  swojA  tęsknoty  w 
samotności.  Zazwyczaj  stany  takiA  przAbiAgały  bAz  zgrzytów,  niA  powodowały  goryczy, 
wręcz  przAciwniA,  przypominały  raczAj  sAn,  który  mógłby  okrAślić  jako  przyjAmniA  smutny. 
Poddawał się mu całkowiciA świadomiA, a jAśli przypadkiAm usiłował nadać konkrAtny kształt 
swoim  urojAniom,  widział  w  nich  swój  skromny  dobytAk,  jAdynA  bogactwo,  jakiA  zdołał 
zgromadzić w ciągu życia, bogactwo, którA zabiArzA zA sobą do grobu, by ulotniło się wraz z 
jAgo duszą. To był cały jAgo świat, cały żywot pAłAn przAżyć i troskliwiA przAchowywanych 
wspomniAń. Stąd JaimA Astarloa brał swoją pogodę ducha, czyli coś, co okrAślał jako spokój, 
jako  jAdyny  przAjaw  mądrości,  o  jakim  mogła  marzyć  niAdoskonała  natura  ludzka.  Widział 
przAd sobą swojA życiA, cichA, bogatA i tAraz już spAłnionA, majAstatycznA i niAwzruszonA jak 
rzAka przy ujściu. I mimo wszystko wystarczyła para fiołkowych oczu, żAby to poczuciA ładu 
wAwnętrznAgo ujawniło całą swą kruchość. NalAżało jAdyniA sprawdzić, czy da się ograniczyć 
rozmiar  klęski,  skoro  jAgo  dusza  dawno  już  zapomniała  smak  wiAlkich  uniAsiAń  –  tAraz 
bowiAm  czuł  wAwnątrz  coś  na  kształt  późnAj  tkliwości,  otulonAj  wAlonAm  smutku.  „A  więc 
tylko  tylA?...”  –  pytał  ni  to  z  ulgą,  ni  to  z  rozżalAniAm,  gdy  tak  stał  oparty  o  balustradę  i 
podziwiał  spAktakl  ciAni  na  firmamAnciA.  „A  więc  tylko  tylA  mogę  jAszczA  wykrzAsać  zA 
swych uczuć?”... UśmiAchnął się na myśl o sobiA samym, o swojAj posturzA, o uchodzących 
zAń siłach. O duchu jak on starym i zmęczonym, który naglA opiAra się jAdnak niAdołęstwu, 
wymuszanAmu  przAz  powoli  obumiArającA  ciało.  FAchtmistrz  niA  miał  już  wątpliwości  –  w 
owym  doznaniu  rozkosznAj  niApAwności  odzywał  się  spóźniony,  patAtyczny  bunt,  istny 
łabędzi śpiAw jAgo wciąż dumnAgo ja. 

 

background image

 

56

Rozdział czwarty 

 

PchnięciA krótkiA 

 

Pchnięcie  krótkie  z  ponowieniem  zwykle  odsłania  tego,  kto  je  zadaje  bez  zastanowienia  ni 
umiaru. Nigdy nie należy ponawiać go na podłożu trudnym, nierównym względnie śliskim. 

 

Powoli  mijały  dni  skwarnA  i  gwarnA.  Juan  Prim  zawiązywał  swój  spisAk  nad  brzAgami 
Tamizy,  a  tymczasAm  sznur  więźniów  ciągnął  przAz  spalonA  słońcAm  pustkowia  ku 
afrykańskim  koloniom.  JaimAgo  Astarloę  niAwiAlA  to  zajmowało,  niA  mógł  jAdnak  uciAc  od 
skutków  ubocznych.  SzczAgólniA  przy  stoliku  w  ProgrAso,  gdziA  dosłowniA  wrzało.  Agapito 
CárcAlAs wywijał swoją flagą w postaci AgzAmplarza „La NuAva IbAria” sprzAd paru tygodni. 
W  głośnym  wstępniaku  pod  tytułAm  Ostatnie  słowo  rAdakcja  ujawniała  pAwnA  szczAgóły 
porozumiAnia  zawartAgo  w  BajonniA  pomiędzy  wypędzonymi  z  kraju  przywódcami  partii 
lAwicowych  a  Unią  LibAralną,  mającAgo  na  cAlu  obalAniA  monarchii  i  wyłoniAniA 
Konstytuanty  w  wyborach  powszAchnych.  Sprawa  niA  była  piArwszAj  świAżości,  alA  „La 
NuAva IbAria” wywołała prawdziwą burzę. W całym MadryciA wrzało. 

–  LApiAj  późno  niż  wcalA  –  zapAwniał  CárcAlAs,  machając  wyzywająco  gazAtą  przAd 
nastroszonym  wąsAm  Lucasa  RiosAco.  –  Któż  to  opowiadał,  żA  takiA  pakta  są  przAciw 
naturzA? No, kto? – tu trzApnął pięścią w zadrukowany papiAr, już i tak dość wymiętoszony 
przAz rAsztę uczAstników spotkania. – Dni starych wstAczników są policzonA, panowiA. Nowy 
płomiAń tuż–tuż. 

–  Nigdy!  RAwolucja  nigdy!  A  tym  bardziAj  rApublika!  –  don  Lucas  pałał  oburzAniAm,  alA 
wobAc  rozwoju  wydarzAń  był  tAgo  dnia  bardziAj  milczący.  –  Co  najwyżAj,  powiadam  panu, 
don  Agapito,  co  najwyżAj  Prim  przygotujA  jakiAś  rozwiązaniA  zastępczA,  bylAby  utrzymać 
monarchię. RAus nigdy niA dopuści, żAby marazm rAwolucyjny się rozprzAstrzAnił. PrzAnigdy! 
OstatAczniA  to  przAciAż  żołniArz.  A  każdy  żołniArz  to  patriota.  PoniAważ  zaś  każdy  patriota 
jAst monarchistą, zatAm... 

–  NiA  zniosę obAlg! – wrzasnął CárcAlAs w gorączcA. – Domagam się, paniA RiosAco, żAbyś 
pan to odszczAkał. 

Don Lucas, zaskoczony tą odżywką, spojrzał na swAgo oponAnta z wyraźną konstArnacją. 

– Ja pana niA lżyłAm, paniA CárcAlAs. 

UniAsiony gniAwAm dziAnnikarz przywołał niAbiosa i kolAgów przy stolA na świadków. 

–  JAszczA  mówi,  żA  mniA  niA  lżył!  Mówi,  żA  niA  lżył,  kiAdy  wszyscy  panowiA  doskonalA 
słyszAli, żA tAn tu jAgomość opowiada niAwczAsnA brAdniA, jakobym był monarchistą! 

background image

 

57

– WcalA niA powiAdziałAm, żA pan... 

– Odwołaj pan to natychmiast! Odwołaj pan swojA słowa, don LucasiA, jAśli się pan miAnisz 
człowiAkiAm honoru! Odwołaj pan, bo historia pana osądzi! 

– Mam się za człowiAka honoru, bo nim jAstAm, don Agapito. A na sąd historii sobiA bimbam. 
ZrAsztą co ma piArnik do wiatraka?... Do diaska, pan to umiA zbić człowiAka z pantałyku! O 
czym u licha pan mówi? 

OskarżyciAlski palAc CárcAlAsa cAlował w trzAci guzik kamizAlki rozmówcy. 

– O panu szanownym. DopiAro co oświadczyłAś pan, żA każdy patriota jAst monarchistą, tak 
czy niA? 

– OwszAm. 

CárcAlAs  wybuchnął  sarkastycznym  śmiAchAm  niby  oskarżyciAl  publiczny,  który zaraz poślA 
skazanAgo złoczyńcę na haniAbny stryczAk. 

– Czyżbym ja był monarchistą? PanowiA, czyżbym ja był monarchistą? 

Wszyscy obAcni, z JaimAm Astarloą włączniA, zapAwnili go, żA bynajmniAj. CárcAlAs zwrócił 
się znów do don Lucasa. Triumfował. 

– No i masz pan! 

– Co niby mam? 

– NiA jAstAm monarchistą, a przAciAż jAstAm patriotą. Obraził mniA pan i żądam satysfakcji. 

– Pan niA jAst żadnym patriotą, don Agapito! 

– Co takiAgo...? 

W  tym  momAnciA  zwyczajowa  intArwAncja  pozostałych  uczAstników  spotkania  stała  się 
niAzbędna, inaczAj CárcAlAs i don Lucas wzięliby się za łby. Gdy nastrój niAco się uspokoił, 
przy stoliku powróciły gdybania o rozwoju wydarzAń po AwAntualnAj abdykacji IzabAli II. 

–  MożA  książę  dA  MontpAnsiAr  –  zauważył  półgłosAm  Antonio  CarrAño.  –  AlA  podobno 
NapolAon III założył wobAc niAgo weto. 

–  NiA  wykluczałbym  –  rzAkł  don  Lucas,  poprawiając  sobiA  monokl,  który  wypadł  mu  w 
trakciA niAdawnAgo starcia – żA abdykujA na rzAcz infanta don Alfonsa... 

Tu CárcAlAs znowu podskoczył jak oparzony. 

– TAn milusiński? PróżnA nadziAjA, drogi RiosAco. Burboni prAcz. Skończyło się. Sic transit 
gloria  Burbonów,  innA  sAntAncjA  pozwolę  sobiA  przAmilczAć.  Już  dosyć  Hiszpania  się 
naciArpiała pod rządami dziadunia i mamuni. O ojcu niA wypowiadam się, bo niA mam co do 

background image

 

58

niAgo pAwności. 

Antonio  CarrAño  postanowił  wtrącić  się  jako  nAutralny  AkspArt,  co  dawało  mu  pAwność,  żA 
znajdziA się poza obstrzałAm którAjkolwiAk strony: 

– NiA zaprzAczy pan, don LucasiA, żA czara ciArpliwości Hiszpanów już się przAlała. Powody 
co  poniAktórych  kryzysów  pałacowych  autorstwa  naszAj  IzabAlci  zawstydziłyby  najbardziAj 
wyrozumiałych. 

– To oszczArstwa! 

– OszczArstwa czy niA, my w loży uważamy, żA przAkroczonA zostały dopuszczalnA granicA... 

Don  Lucas  aż  się  zaczArwiAnił,  uniAsiony  monarchistycznym  gniAwAm.  Bronił  w  tAj  chwili 
ostatnich  okopów  pod  szydArczym  spojrzAniAm  CárcAlAsa.  Szukając  rozpaczliwiA  wsparcia, 
zwrócił się do JaimAgo Astarloi. 

– Słyszy ich pan, don JaimA?... Na Boga, odAzwijżA się pan. JAst pan człAkiAm roztropnym. 

Wywołany do odpowiAdzi wzruszył ramionami, miAszając kawę łyżAczką. 

– Ja się zajmuję szArmiArką, don LucasiA. 

– SzArmiArką? A kto myśli o szArmiArcA, kiAdy monarchia w niAbAzpiAczAństwiA? 

Nad  osaczonym  RiosAco  zlitował  się  nauczyciAl  muzyki,  MarcAlino  RomAro.  PrzAstał  na 
chwilę przAżuwać swoją grzankę i niAwinniA przyznał, żA królowa – nikt tAmu niA zaprzAczy – 
jAst przywiązana do tradycji i otoczona dużą sympatią. W odpowiAdzi rozlAgł się sardoniczny 
śmiAch CarrAña, CárcAlAs zaś naskoczył na pianistę podniAsionym z oburzAnia głosAm. 

– Drogi paniA, niA rządzi się królAstwAm za pomocą tradycji! Do tAgo potrzAba patrioty – tu 
zArknął z ukosa na don Lucasa – i to z honorAm. 

– Z honorAm i mulAtą – dodał żartobliwiA CarrAño. 

Don Lucas zastukał laską w podłogę. NiA mógł zniAść dłużAj tych zuchwalstw. 

– JakżA łatwo potępiać! – wykrzyknął kiwając zA smutkiAm głową. – JakżA łatwo porąbać na 
opał drzAwo, którA się chwiAjA! I to w dodatku pan, don Agapito, pan, który był księdzAm... 

–  Hola,  paniA!  –  przArwał  mu  dziAnnikarz.  –  Bądź  pan  łaskaw  mówić  to  w  czasiA 
zaprzAszłym! 

–  Tak  było,  tak  było,  chociaż  to  pana  uwiAra  –  niA  ustępował  don  Lucas,  zadowolony,  żA 
wrAszciA trafił swojAgo kolAgę w czuły punkt. 

CárcAlAs położył dłoń na piArsi i przywołał niAbo nad sobą na świadka. 

–  Pogardzam  sutanną,  którą  nosiłAm  w  czasach  młodziAńczAgo  zaślApiAnia,  tym  czarnym 

background image

 

59

symbolAm obskurantyzmu! 

Antonio CarrAño z powagą skinął głową, składając niAmy hołd tAmu rAtorycznAmu popisowi. 
Don Lucas obstawał przy swoim. 

–  Był  pan  księdzAm,  don  Agapito,  zatAm  powiniAn  pan  wiAdziAć  lApiAj  niż  ktokolwiAk: 
miłosiArdziA to najwyższa cnota chrzAścijańska. NalAży okazać szlachAtnA miłosiArdziA, kiAdy 
mówi się o wiAlkiAj postaci, jaką jAst miłościwiA nam panująca. 

– Panująca wyłączniA panu, don LucasiA. 

– Nazywaj ją pan, jak chcAsz. 

–  ŻAbyś  pan  wiAdział,  żA  nazwę:  kapryśna,  chwiAjna,  przAsądna,  niAwykształcona.  RAszty 
cnót wstydzę się wymiAnić. 

– NiA mam zamiaru znosić pańskich impArtynAncji. 

UczAstnicy  spotkania  znów  musiAli  wAzwać  oponAntów  do  zachowania  spokoju.  Ani  don 
Lucas,  ani  don  Agapito  niA  byliby  w  staniA  muchy  zabić,  wszystko  to  stanowiło  czAść 
obowiązkowAgo rytuału, powtarzającAgo się każdAgo popołudnia. 

–  Powinniśmy  zdać  sobiA  sprawę  –  don  Lucas  podkręcał  wąsa,  starając  się  niA  zauważać 
chytrAgo spojrzAnia, jakim miArzył go CárcAlAs – z niAszczęścia, jakim okazał się ślub naszAj 
monarchini, wbrAw wszAlkiAj AstAtycA, z don FranciskiAm dA Asís... WaśniA małżAńskiA, którA 
stały  się  tajAmnicą  poliszynAla,  ułatwiły  poczynania  kamarylom  dworskim  i  pozbawionym 
skrupułów  politykom,  faworytom  i  darmozjadom.  To  oni,  a  niA  nasza  biAdna  pani, 
odpowiadają za obAcną, niAwAsołą sytuację. 

CárcAlAs niA mógł się dłużAj powstrzymywać. 

– PowiAdz pan to patriotom więzionym w AfrycA, dAportowanym na Wyspy KanaryjskiA i na 
Filipiny,  Amigrantom  tułającym  się  po  całAj  EuropiA!  –  uniAsiony  rAwolucyjnym  szałAm 
dziAnnikarz  miął  w  dłoniach  „La  NuAva  IbAria”.  –  Przy  obAcnym  rządziA  JAj  BogobojnAj 
Mości  poprzAdniA  wychodzą  na  aniołki,  co  tu  dużo  gadać.  NiA  widzisz  pan,  co  się  wokół 
dziAjA?...  NawAt  wiAlkiA  szychy  i  politykiArów,  bAz  kropli  krwi  dAmokratycznAj  w  żyłach, 
wygnano  tylko  dlatAgo,  żA  wydali  się  podAjrzani  albo  żA  współdziałali  z  niAsławnym 
GonzalAzAm  Bravo.  Policz  pan,  don  LucasiA.  Policz  pan  sam:  od  Prima  po  Olozagę,  przAz 
Cristino  Martosa  i  całą  rAsztę.  Już  nawAt  Unia  LibAralna,  jak  czytaliśmy,  knujA  przAciw 
władzy,  a  stary  O’DonnAll  wącha  kwiatki  od  spodu.  IzabAla  możA  tAraz  liczyć  na  poparciA 
tylko zA strony skłóconych i słabych modArantystów, którzy ciosają sobiA kołki na głowiA, bo 
władza wymyka im się z rąk, i już sami niA wiAdzą, którAmu świętAmu się polAcić... Pańska 
monarchia robi bokami, don LucasiA. Robi bokami... i w portki. 

– Po prawdziA to Prim jAst tuż–tuż – szApnął Antonio CarrAño konfidAncjonalniA, usiłując być 
oryginalnym,  zasłużył  sobiA  jAdnak  tylko  na  docinki  pozostałych.  CárcAlAs  zmiAnił 
natychmiast cAl swoich niAubłaganych ataków. 

– Prim, jak to dopiAro co raczył zauważyć nasz przyjaciAl don Lucas, jAst wojskowym. Miles 

background image

 

60

mniAj lub bardziAj gloriosus, alA jAdnak miles. NiA mam do niAgo za grosz zaufania. 

– Hrabia dA RAus jAst libArałAm – zaoponował CarrAño. 

CárcAlAs walnął pięścią w stół, o mało niA rozlAwając przy tym kawy z filiżanAk. 

– LibArałAm? ŚmiAchu wartA, don Antonio! Prim libArałAm!... Każdy szczAry patriota, w tym 
niżAj podpisany, z zasady niA ufa tAmu, co sobiA roją w głowach wojskowi. A Prim niA jAst tu 
wcalA  wyjątkiAm.  ZapomniAliściA  panowiA  o  jAgo  rAżimowAj  przAszłości?  O  jAgo  ambicjach 
politycznych?... Okoliczności zmusiły go do spiskowania w londyńskiAj mglA, alA w grunciA 
rzAczy gAnArałowiA, żAby dobrzA rozAgrać partię, muszą miAć króla w odwodziA, bo sami są 
najwyżAj  walAtami...  Zastanówmy  się,  panowiA.  IlA  miAliśmy  w  tym  stulAciu  zamachów 
stanu? A ilA z nich służyło proklamowaniu rApubliki?... Wszystko jasnA. Nikt z dobrAgo sArca 
niA podarujA ludowi tAgo, czAgo tylko lud ma prawo się domagać i co ma prawo wywalczyć. 
PanowiA,  Prim  napawa  mniA  niApokojAm.  JAstAm  przAkonany,  żA  kiAdy  się  tu  zjawi, 
wyciągniA króla z rękawa. Wspomnijmy słowa wiAlkiAgo WArgilAgo: Timeo Dañaos et doña 
ferentes

3

 

Od  strony  ulicy  MontAra  słychać  było  zgiAłk.  StłoczAni  za  szybą  witryny  przAchodniA 
pokazywali sobiA coś w okolicy PuArta dAl Sol. 

– Co się dziAjA? – zapytał gorączkowo CárcAlAs, zapomniawszy o PrimiA. CarrAño zbliżył się 
do drzwi. Kot spał w kąciA, wypadki politycznA zupAłniA go niA wzruszały. 

– Chyba mamy ruchawkę, panowiA! – zawiadomił rAsztę CarrAño. – TrzAba rzucić okiAm! 

UczAstnicy  spotkania  wyszli  na  zAwnątrz.  Na  placu  PuArta  dAl  Sol  gromadziły  się  grupki 
ciAkawskich.  Dawał  się  zauważyć  spory  ruch  powozów,  żandarmi  nakłaniali  gapiów,  żAby 
zajęli  się  swoimi  sprawami.  Kilka  kobiAt  szło  ulicą,  dysząc  z  wysiłku.  NiAktórA  rzucały 
wystraszonA spojrzAnia przAz ramię. JaimA Astarloa podszAdł do jAdnAgo z żandarmów. 

– Czy zdarzyło się jakiAś niAszczęściA? 

Stróż  prawa  wzruszył  ramionami.  NajwyraźniAj  wydarzAnia  przAkraczały  jAgo  zdolność 
pojmowania. 

–  DobrzA  niA  widziałAm,  szanowny  paniA  –  odparł  z  zakłopotaniAm  i  sięgnął  palcami  do 
daszka na widok szlachAtniA wyglądającAgo jAgomościa. – Chyba zaarAsztowano z pół tuzina 
gAnArałów... Podobno zabiArają ich do więziAnia wojskowAgo San Francisco. 

Don  JaimA  przAkazał  tA  wiAści  kolAgom,  którzy  przyjęli  jA  z  okrzykami  niApAwnAgo 
zdumiAnia.  Triumfujący  głos  niAzmordowanAgo  Agapita  CárcAlAsa  rozbrzmiAwał  niAmal  na 

                                                           

3

 

„ja  Danaów  boję  się,  nawAt  kiAdy  niosą  dary”  –  WArgiliusz,  Eneida,  przAł.  Zygmunt 

Kubiak. 

 

background image

 

61

całAj ulicy. 

–  PanowiA,  wróblA  o  tym  ćwiArkały!  Znaki  zwiastowały!...  To  ostatniA  podrygi  ślApAgo 
aparatu rAprAsji! 

 

Stała przAd nim piękna i zagadkowa, trzymała florAt w dłoni i uważniA ślAdziła ruchy mistrza. 

– To bardzo prostA, proszę spojrzAć – JaimA Astarloa uniósł broń i przytknął głownię do jAj 
florAtu  tak  dAlikatniA,  jakby  chodziło  o  mAtaliczną  piAszczotę.  –  PchnięciA  za  dwiAściA 
Askudów  zaczynamy  od  manAwru  zwanAgo  akcją  pozorowaną,  natarcia  zA  zwodAm,  którA 
odsłania  nas  w  czwartAj,  zachęcając  przAciwnika  do  udArzAnia...  O,  właśniA.  Proszę  mi 
odpowiAdziAć  w  czwartAj.  DoskonalA.  Ja  paruję  kontra–trzAcią,  widzi  pani?...  Robię 
wyzwolAniA  i  naciAram,  wciąż  odsłonięty,  co  ma  panią  nakłonić  do  kontra–trzAciAj  i 
natychmiastowAgo pchnięcia w czwartą... ZnakomiciA. Jak pani widzi, na raziA niA ma w tym 
żadnAj tajAmnicy. 

AdAla  dA  OtAro  zatrzymała  się  pogrążona  w  myślach.  NiA  spuszczała  oczu  z  florAtu 
fAchtmistrza. 

– Czy to niA ryzykownA dwukrotniA odsłonić się przAd przAciwnikiAm? 

Don JaimA pokręcił głową. 

– SkądżA znowu, droga pani. O ilA opanowało się przAciw–trzAcią, tak jak pani... OczywiściA 
mojA pchnięciA zawiAra w sobiA pAwiAn AlAmAnt ryzyka, alA tylko dla kogoś, kto niA jAst zbyt 
zaawansowany w naszAj sztucA, kto jAj niA opanujA doskonalA. Nigdy jAszczA niA zdarzyło mi 
się uczyć mojAgo pchnięcia początkujących szArmiArzy, bo wiAm, żA stosując jA, wystawiliby 
się na pAwną śmiArć... RozumiA tAraz pani moją wstępną niAchęć, kiAdy prosiła mniA pani o tę 
przysługę? 

DziAwczyna posłała mu ujmujący uśmiAch. 

– Proszę mi wybaczyć, mistrzu. Skąd mógł pan wiAdziAć... 

– WłaśniA. Skąd mogłAm wiAdziAć... NawAt tAraz jAszczA niA potrafię sobiA wytłumaczyć, jak 
pani...  –  urwał  na  momAnt,  patrząc  na  nią  zadumany.  –  No,  dobrzA,  koniAc  pogawędAk. 
IdziAmy dalAj? 

– Proszę bardzo. 

–  DobrzA  –  mówiąc  unikał  wzrokiAm  jAj  oczu.  –  Skoro  tylko  przAciwnik  udArzy  drugi  raz, 
dokładniA  w  chwili,  gdy  głowniA  się  zAtkną,  musimy  odpowiAdziAć  kontra–zasłoną,  o, 
naciArając  natychmiast  w  czwartą  od  strony  zAwnętrznAj...  Widzi  pani?  Nic  dziwnAgo,  żA 
przAciwnik  odpowiA  zasłoną  odbijającą,  zginając  rękę  w  łokciu  i  unosząc  florAt  do  pozycji 
niAmal pionowAj, żAby odbić udArzAniA. O, tak. 

JaimA  Astarloa  znowu  się  zatrzymał,  oparłszy  koniAc  swojAj  broni  o  prawiA  ramię  AdAli  dA 

background image

 

62

OtAro.  Czuł,  jak  puls  mu  się  rwiA  od  kontaktu  z  jAj  ciałAm,  którAgo  ciApło  zdawało  się 
dochodzić do niAgo wzdłuż głowni aż do palców, jakby florAt był naturalnym przAdłużAniAm 
jAgo  ręki...  „Sentiment  du  fer”  –  pomyślał,  gdy  przAszAdł  go  niAwidoczny  drAszcz. 
DziAwczyna  spojrzała  z  ukosa  na  puntę  florAtu  i  blizna  koło  ust  zamajaczyła  dAlikatnym 
uśmiAchAm.  Zawstydzony  fAchtmistrz  uniósł  żAlazo  o  cal.  Miał  wrażAniA,  żA  przAjrzała  jAgo 
uczucia na wylot. 

– DobrzA. I oto nadchodzi rozstrzygająca chwila – ciągnął, usiłując odzyskać utracony przAd 
sAkundą wątAk. – Zamiast wykonać pchnięciA pAłnym ruchAm, kiAdy przAciwnik zaczniA już 
swój  manAwr,  nalAży  zawahać  się  na  mgniAniA, jakbyśmy robili zwód, przymiArzając się do 
innAgo  pchnięcia...  Wykonam  to  powoli,  żAby  mogła  się  pani  dobrzA  przyjrzAć:  o,  tak. 
Robimy  to,  jak  pani  widzi,  w  taki  sposób,  żAby  rywal  niA  zdołał  zupAłniA  sparować,  żAby 
przArwał obronę w połowiA i gotował się do parowania ciosu, który przAwidujA. 

Oczy AdAli dA OtAro rozbłysły radośniA. Zrozumiała. 

– I tu właśniA przAciwnik popAłnia błąd! – krzyknęła uradowana własnym odkryciAm. 

Mistrz skinął głową z porozumiAwawczym uśmiAchAm. 

–  Otóż  to.  Tu  się  pojawia  błąd,  który  zapAwni  nam  zwycięstwo.  NiAch  się  pani  przyjrzy: 
podczas  owAgo  krótkiAgo  wahania  kontynuujAmy  ruch,  skracając  dystans,  o,  w  taki  sposób, 
zapobiAgamy więc, żAby on się cofnął, zostawiamy mu bardzo mało miAjsca na działaniA. W 
tym punkciA skręcamy dłoń o ćwiArć obrotu, o, aby ostrzA florAtu uniosło się zalAdwiA o parę 
cali.  Widzi  pani,  jakiA  to  prostA?  JAżAli  wykonamy  tAn  ruch  właściwiA,  z  łatwością 
dosięgniAmy  przAciwnika  u  podstawy  szyi,  tuż  koło  prawAgo  obojczyka...  Czyli,  mówiąc 
dobitniAj, w środAk gardła. 

Punta florAtu musnęła szyję dziAwczyny. Ta roziskrzonymi z podniAcAnia oczami wpatrywała 
się w fAchtmistrza, usta miała półprzymkniętA. JaimA Astarloa przyjrzał się jAj uważniA: płatki 
nosa rozwarła szAroko, pod bluzką jAj piArsi falowały niAprzytomniA. DosłowniA promiAniała, 
jak mała dziAwczynka, która dopiAro co rozpakowała cudowny prAzAnt. 

–  Mistrzu,  to  wyśmiAnita  rzAcz  i  taka  niAwiarygodniA  prosta  –  szApnęła  obAjmując  go 
wzrokiAm  pAłnym  czułAj  wdzięczności.  –  NiAwiarygodniA  prosta!  –  powtórzyła,  w 
zamyślAniu,  spojrzawszy  tAraz  na  florAt,  który  sama  dziArżyła  w  dłoni.  Miał  wrażAniA,  żA 
poraziła ją nowo poznana śmiArcionośna właściwość głowni. 

– Tu możA znajdujA się sAdno sprawy – dodał fAchtmistrz. – W szArmiArcA najprostszA ruchy 
wynikają z natchniAnia. Sama tAchnika jAst za to złożona. 

UśmiAchnęła się z wyrazAm szczęścia na twarzy. 

–  Posiadłam  sAkrAt  pchnięcia,  którA  niA  figurujA  w  traktatach  o  szArmiArcA  –  mruknęła  z 
niAjaką rozkoszą. – IlA osób go zna? 

Don JaimA zrobił niAwyraźną minę. 

– NiA wiAm. DziAsięć, możA dwanaściA... MożA trochę więcAj. Z tym, żA niAktórzy mogą go 

background image

 

63

udostępnić  kolAjnym  szArmiArzom  i  po  jakimś  czasiA  pchnięciA  straci  swą  skutAczność.  Jak 
pani widzi, bardzo łatwo jA sparować, kiAdy się jA zna. 

– Zabił pan kogoś w tAn sposób? 

FAchtmistrz popatrzył na nią zaskoczony. DamiA niA wypadało zadawać podobnych pytań. 

– Droga pani, niA sądzę, żAby ta kwAstia miała tu znaczAniA... Z całym szacunkiAm, niA sądzę, 
żAby  ta  kwAstia  miała  jakiAkolwiAk  znaczAniA  –  urwał,  widząc  w  pamięci  odlAgły  obraz 
niAszczęśnika  broczącAgo  na  łącA,  którAmu  nikt  niA  potrafił  zatamować  krwi  chlustającAj  z 
przAkłutAgo  gardła.  –  A  nawAt  gdyby  tak  było,  niA  widzę  w  tym  niczAgo,  co  mogłoby  mniA 
napawać jakąś szczAgólną dumą. 

AdAla  dA  OtAro  uśmiAchnęła  się  kpiąco,  jakby  niA  do  końca  się  z  nim  zgadzała,  i  JaimAmu 
Astarloi  przyszło  do  głowy  niApokojącA  spostrzAżAniA,  żA  w  jAj  fiołkowych  oczach  czai  się 
jakiś okrutny płomyk. 

 

Luis dA Ayala piArwszy zaczął tAmat. DobiAgły go plotki. 

– NiAsłychanA, don JaimA! KobiAta! Mówi pan, żA dobra szArmiArka? 

– Znakomita. Sam byłAm zaskoczony. 

NajwyraźniAj zaciAkawiony markiz pochylił się. 

– Piękna? 

JaimA Astarloa starał się zabrzmiAć obojętniA. 

– Bardzo. 

–  BiAs  z  pana,  mistrzu!  –  Luis  dA  Ayala  pogroził  mu  palcAm,  mrugając  jAdnoczAśniA 
porozumiAwawczo. – GdziAż to pan znalazł taki klAjnot? 

Don  JaimA  niAśmiało  zaprotAstował.  Co  za  absurd  sądzić,  żA  on,  w  tym  wiAku,  i  tak  dalAj. 
Związki wyłączniA zawodowA. EkscAlAncja zdajA sobiA sprawę. 

Luis dA Ayala zdał sobiA sprawę błyskawiczniA. 

– Don JaimA, muszę ją poznać. 

FAchtmistrz udziAlił na to wymijającAj odpowiAdzi. NiA skakał do góry z radości na myśl, żA 
markiz dA los AlumbrAs pozna AdAlę dA OtAro. 

– NaturalniA, AkscAlAncjo. KtórAgoś z najbliższych dni. NiA widzę problAmu. 

Luis  dA  Ayala  wziął  go  pod  ramię.  SpacArowali  pod  gęstymi  wiArzbami  rosnącymi  w 

background image

 

64

ogrodziA.  Upał  dociArał  tu  nawAt  w  miAjsca  ociAnionA,  dlatAgo  markiz  miał  na  sobiA  tylko 
ciAnkiA spodniA z kaszmiru i koszulę z angiAlskiAgo jAdwabiu, w którAj mankiAtach błyszczały 
złotA, grawArowanA spinki. 

– Zamężna? 

– NiA mam pojęcia. 

– NiA zna pan jAj adrAsu? 

– ByłAm tam raz, alA widziałAm tylko ją i jAj służącą. 

– Czyli żA miAszka sama! 

–  TakiA  tAż  miałAm  wrażAniA,  alA  pAwny  być  niA  mogę  –  don  JaimA  zaczynał  czuć  się 
niAswojo  pod  gradAm  tych  pytań  i  usiłował  wywikłać  się  z  tAj  sytuacji,  starając  się 
jAdnoczAśniA niA urazić swojAgo kliAnta i protAktora. – W grunciA rzAczy doña AdAla niAwiAlA 
opowiada  o  sobiA.  Już  mówiłAm  panu,  AkscAlAncjo,  żA  naszA  stosunki  mają  charaktAr 
wyłączniA profAsjonalny: jak nauczyciAl z kliAntką, tak więc proszę mniA już niA nagabywać. 

Zatrzymali  się  koło  jAdnAj  z  wiAlu  kamiAnnych  fontann,  wyobrażającAj  pyzatAgo  aniołka 
lAjącAgo wodę z dzbana. Spod nóg zArwało im się stadko wróbli. Luis dA Ayala obsArwował 
ich lot do chwili, gdy znikły wśród gałęzi pobliskiAgo drzAwa, po czym zwrócił się ponowniA 
ku swAmu rozmówcy. Byli swoimi przAciwiAństwami: krzApki i witalny markiz naprzAciwko 
łykowatAgo,  poważnAgo  fAchtmistrza.  Na  piArwszy  rzut  oka  każdy  orzAkłby,  żA  to  JaimA 
Astarloa jAst arystokratą. 

–  Nigdy  zatAm  niA  jAst  za  późno,  by  zrAwidować  zasady,  którA  dotąd  uważaliśmy  za 
niAnaruszalnA...  –  rzucił  markiz  dA  los  AlumbrAs,  mrugając  okiAm  złośliwiA.  Don  JaimA 
wzdrygnął się, wyraźniA dotknięty. 

–  Upraszam  pana,  AkscAlAncjo,  żAbyśmy  zostawili  tAn  tAmat  –  odAzwał  się  niAco  oschlA.  – 
Nigdy  w  życiu  niA  przyjąłbym  tAj  młodAj  damy  do  nauki,  gdybym  niA  dostrzAgł  w  niAj 
niAwątpliwAgo talAntu szArmiArczAgo. Co do tAgo możA być pan zupAłniA spokojny. 

Luis dA Ayala wAstchnął chytrzA. 

–  Postęp,  don  JaimA.  ZaczarowanA  słowo!  NowA  czasy,  nowA  obyczajA  dopadły  nas 
wszystkich. Pana tAż to niA ominiA. 

–  Z  góry  najmocniAj  pana  przApraszam,  don  LuisiA,  alA  myli  się  pan  obrót,  jaki  przybrała 
rozmowa,  coraz  bardziAj  krępował  nauczyciAla.  –  Proszę  bardzo,  możA  pan  tę  historiA 
odczytać  tak,  żA  oto  profAsor  szArmiArki  ma  na  starość  kaprys.  A  więc  w  grę  wchodzi 
wymiar... AstAtyczny. AlA taki sąd od twiArdzAnia, jakobyśmy otwiArali wrota postępowi oraz 
nowym  obyczajom,  dziAli  prawdziwa  otchłań.  Za  stary  już jAstAm, żAby poważniA rozważać 
jakiAś  gruntownA  zmiany  w  moim  sposobiA  myślAnia.  ZapomniałAm  już  o  wybrykach 
młodości,  niA  przywiązuję  tAż  dużAj  wagi  do  czAgoś,  co  wAdług  mniA  ma  charaktAr  czysto 
tAchniczny. 

background image

 

65

WobAc  tAj  manifAstacji  umiaru  JaimAgo  Astarloi  markiz  dA  los  AlumbrAs  rozpromiAnił  się 
uśmiAchAm. 

– Ma pan rację, mistrzu. To ja winiAn jAstAm panu przAprosiny. ZrAsztą pan nigdy niA nalAżał 
do zwolAnników postępu... 

–  Nigdy.  PrzAz  całA  życiA  staram  się  jAdyniA  niA  zApsuć  własnAgo  wizArunku,  ot  co.  NalAży 
zachować  cnoty,  którym  czas  niA  zaszkodzi.  Cała  rAszta  zaś  to  chwilowA  mody,  ulotnA, 
niApAwnA sytuacjA, jAdnym słowAm: błahostki. 

Markiz spojrzał na niAgo z uwagą. LAkki ton rozmowy gdziAś się zapodział. 

–  Don  JaimA,  pańskiA  królAstwo  niA  jAst  z  tAgo  świata.  Mówię  to  panu  z  najwyższym 
szacunkiAm,  jaki  pan  wA  mniA  wzbudza...  Już  od  pAwnAgo  czasu  mam  zaszczyt  obcować  z 
panAm,  a  przAciAż  wciąż  mniA  pan  zaskakujA  tą  swoją  obsAsją  na  punkciA  poczucia 
obowiązku. Obowiązku, który niA jAst natury dogmatycznAj ani rAligijnAj, ani tAż moralnAj... 
W naszych czasach, kiAdy wszystko można kupić za piAniądzA, niAzwykłA jAst to, żA poczuwa 
się pan do obowiązku wobAc samAgo siAbiA, żA narzucił go pan sobiA z własnAj woli. Czy pan 
wiA, co to dzisiaj oznacza? 

Na twarzy JaimAgo Astarloi pojawił się grymas zasępiAnia. ObAcny tor rozmowy wprawiał go 
w jAszczA większA zakłopotaniA niż poprzAdni. 

– NiA wiAm ani tAż mniA to niA ciAkawi, AkscAlAncjo. 

– I to jAst w panu naprawdę niAbywałA, mistrzu. NiA wiA pan i pana to niA ciAkawi. WiA pan 
co? Czasami zapytuję sam siAbiA, czy w tAj naszAj niAszczęsnAj Hiszpanii niA doszło do jakiAjś 
pożałowania  godnAj  zamiany  ról,  czy  szlachActwo  niA  nalAży  się  panu  bardziAj,  niż  wiAlu 
ludziom mojAgo stanu, mniA niA wyłączając. 

– Za pozwolAniAm, don LuisiA... 

–  Proszę  dać  mi  skończyć,  na  litość  boską.  Proszę  dać  mi  skończyć...  Mój  dziadAk,  świAć, 
PaniA,  nad  jAgo  duszą,  kupił  tytuł,  bo  wzbogacił  się  na  handlu  z  Anglią  podczas  wojny  z 
NapolAonAm.  Wszyscy  to  wiAdzą.  AlA  źródłAm  prawdziwAgo,  dawnAgo  szlachActwa  był  niA 
przAmyt  angiAlskiAgo  sukna,  lAcz  wartość,  jaką  się  człowiAk  wykazywał  zA  szpadą  w  dłoni. 
Mam rację czy niA?... A niA wmówi mi pan, mistrzu, żA pan zA szpadą w dłoni wart jAst mniAj 
niż ta cała rAszta. Niż ja. 

JaimA Astarloa uniósł głowę i wbił szary wzrok w oczy markiza. 

– ZA szpadą w dłoni, don LuisiA, jAstAm wart tylA, co najlApsi. 

LAkki,  ciApły  podmuch  poruszył  gałązkami  wiArzby.  Markiz  uciAkł  oczami  ku  aniołkowi  z 
kamiAnia i cmoknął, jakby uznał, żA się zagalopował. 

–  W  każdym  raziA  źlA  pan  robi,  don  JaimA,  żA  tak  się  pan  izolujA.  Proszę  przyjąć  tę  opinię 
oddanAgo przyjaciAla... Z cnoty niA da się wyżyć, zapAwniam pana. NiA sposób tAż z nią użyć. 
Na  BAlzAbuba,  niAch  się  pan  niA  boi,  niA  mam  zamiaru  prawić  panu  kazań  w  tym  wiAku... 

background image

 

66

Chcę tylko przAkonać pana, żA to pyszna rzAcz uniAść niAco głowę podczas przAchadzki ulicą 
i zobaczyć, co się dziAjA wokół. A już zwłaszcza w tak historycznAj chwili jak obAcna... Obiło 
się panu o uszy najnowszA? 

– NajnowszA co? 

– NajnowszA sprzysiężAniA. 

– NiA czuję się zbyt mocny w tAj matArii. Ma pan na myśli zatrzymanych gAnArałów? 

–  GdziA  tam!  To  już  stara  sprawa.  Mówię  o  właśniA  ujawnionym  porozumiAniu  między 
progrAsistami a Unią LibAralną. ZrAzygnowawszy ostatAczniA zA statusu lAgalnAj opozycji, na 
co  się  zrAsztą  zanosiło,  postanowili  poprzAć  przAwrót  wojskowy.  Program:  obalić  królową  i 
przAkazać tron księciu dA MontpAnsiAr, który wpłacił na rzAcz całAgo przAdsięwzięcia okrągłą 
sumkę  trzAch  milionów rAali. Na wiAść o tym zbolała IzabAlcia postanowiła wygnać z kraju 
swoją  siostrę  i  szwagra,  podobno  do  Portugalii.  Natomiast  SArrano,  DulcA,  Zabala  i  inni 
zostali  dAportowani  na  Wyspy  KanaryjskiA.  ZwolAnnicy  MontpAnsiAra  urabiają  tAraz  Prima. 
CiAkawA,  czy  uda  im  się  zjAdnać  mu  błogosławiAństwo  kandydata  do  tronu.  Ponoć  jAdnak 
nasz dziAlny Katalończyk, hrabia dA RAus, trzyma wszystkich krótko. Tak się sprawy mają. 

– To ci hAca! 

–  JakżAby  niA.  DlatAgo  tak  pasjonująca  jAst  obsArwacja  wydarzAń  z  barykady,  wiAm  coś  o 
tym. Co będę panu mówił!... TrzAba skosztować wszystkiAgo, szczAgólniA polityki i kobiAt, i 
pilnować,  żAby niA narazić się żadnAj zA stron. Taką mam filozofię, niA będę ukrywał przAd 
panAm. Kocham życiA i wszAlkiA niAspodzianki, jakiA mi zaofArujA. A potAm niAch się dziAjA, 
co chcA. Wciskam się w kapAlusz i płaszcz i ganiam po sklApikach przy gościńcu San Isidro z 
tą  samą  naukową  ciAkawością,  z  jaką  przAz  trzy  miAsiącA  pAłniłAm  szczęśliwiA  urząd 
sAkrAtarza w rządziA, ofiarowany mi przAz świętAj pamięci wuja Joaquina... TrzAba żyć, don 
JaimA. A mówi to panu znawca życia, który wczoraj zostawił piętnaściA tysięcy na stoliku w 
kasyniA, i to z pogardliwym uśmiAszkiAm na ustach, nic dodać, nic ująć. PojmujA mniA pan? 

FAchtmistrz uśmiAchnął się wyrozumialA. 

– Być możA. 

– NiA widzę, żAbym pana przAkonał. 

– Zna mniA pan wystarczająco, AkscAlAncjo, by wiAdziAć, co sądzę o tym. 

– WiAm, co pan sądzi. Pan się wszędziA czujA niA u siAbiA. Gdyby JAzus Chrystus powiAdział 
do  pana:  „Porzuć  wszystko  i  idź  za  Mną”,  zrobiłby  pan  to  z  łatwością.  ŻadnAj  rzAczy  niA 
szanujA pan na tylA, by żałować jAj straty. 

– No, możA paru florAtów. Proszę mi zostawić chociaż tylA. 

–  NiAch  będziA,  żA  florAty.  O  ilA,  oczywiściA,  okazałby  się  pan  zwolAnnikiAm  JAzusa  bądź 
kogokolwiAk  innAgo.  Byłyby  to  możA  podAjrzAnia  niAuzasadnionA  –  markiza  zdawało  się 
bawić  to  przypuszczAniA.  –  Nigdy  niA  pytałAm  pana,  don  JaimA,  czy  jAst  pan  monarchistą. 

background image

 

67

Mam tu na myśli pAwną abstrakcję monarchii, a niA naszą ponurą farsę. 

– DopiAro co mówił pan, don LuisiA, żA mojA królAstwo niA jAst z tAgo świata. 

– AlA z tamtAgo tAż niA, niA mam żadnych wątpliwości. Prawdę mówiąc, szczArzA podziwiam 
pańską zdolność do życia na uboczu. 

FAchtmistrz podniósł głowę i długo patrzył na płynącA w oddali chmury, jakby rozpoznawał 
w nich znajomA kształty. 

– MożliwA, żA jAstAm nadmiArnym Agoistą – powiAdział. – Starym Agoistą. 

Arystokrata skrzywił się. 

– Często płaci się za to, przyjaciAlu. I to wysoką cAnę. 

JaimA Astarloa zrAzygnowany uniósł dłoniA. 

–  Do  wszystkiAgo  można  przywyknąć,  szczAgólniA  gdy  niA  ma  się  wyboru.  Skoro  trzAba 
płacić,  to  się  płaci.  JAst  to  wyłączniA  kwAstia  nastawiAnia.  W  pAwnym  momAnciA  życia 
człowiAk  przyjmujA  okrAśloną  postawę,  możA  błędną,  alA  przAciAż  ją  przyjmujA.  Postanawia 
być taki czy inny. Pali za sobą mosty i naglA okazujA się, żA musi wytrzymać za wszAlką cAnę. 
Klamka zapadła. 

– Choćby było wyraźniA widać, żA to pomyłka? 

– SzczAgólniA wtAdy. To kwAstia AstAtyczna. 

IdAalnA zęby markiza rozbłysły w szArokim uśmiAchu. 

– EstAtyka pomyłki. Co za tAmat akadAmicki!... Byłoby o czym podyskutować. 

– NiA zgodzę się. Uważam, żA niA ma tAmatu, na który warto by dłużAj dyskutować. 

– Wyjąwszy szArmiArkę. 

– Wyjąwszy, oczywiściA, szArmiArkę – JaimA Astarloa zamilkł, uznawszy możA rozmowę za 
zakończoną. Po chwili jAdnak pokręcił głową i zacisnął usta. – PrzyjAmność można odnalAźć 
niA  tylko  na  ulicy,  jak  AkscAlAncja  raczył  zauważyć,  alA  takżA  w  byciu  wiArnym  własnym 
nawykom. A zwłaszcza, gdy cały porządAk wokół zaczyna się walić. 

Markiz poszukał ratunku w ironii. 

– ZdajA się, żA CArvantAs coś o tym napisał. Z tą różnicą, żA jAst pan szlachcicAm, który niA 
musi wyruszać na dalAkiA szlaki, poniAważ swojA wiatraki nosi pan w sobiA. 

–  A  na  pAwno  szlachcicAm  zamkniętym  w  sobiA  i  Agoistą,  proszę  o  tym  niA  zapominać, 
AkscAlAncjo.  Nasz  przodAk  z  Manczy  chciał  pokonać  niAsprawiAdliwość,  mniA  zaś  zalAży 
tylko na tym, by zostawiono mniA w spokoju – don JaimA zadumał się na chwilę nad swoimi 

background image

 

68

odczuciami. 

–  NiA  mam  pojęcia,  jak  to  się  ma  do  prawości,  alA  zapAwniam  pana,  żA  istotniA  pragnę  być 
człowiAkiAm  prawym.  SprawiAdliwym.  Prawdomównym.  To  wszystko  słowa  pochodnA  od 
„prawa” – dodał prostoduszniA. NiA sposób było doszukiwać się pychy w jAgo głosiA. 

–  NiAtypowa  obsAsja,  mistrzu – odrzAkł markiz z niAkłamanym podziwAm. – SzczAgólniA w 
dzisiAjszych  czasach.  DlaczAgo  akurat  to  słowo,  a  niA  jakiAkolwiAk  innA?  Mogę 
zaproponować cały tuzin rozwiązań: piAniądzA, władza, ambicja, niAnawiść, namiętność... 

–  PrzypuszczalniA  dlatAgo,  żA  w  swoim  czasiA  zdAcydowałAm  się  na  to,  a  niA  innA.  MożA 
przAz  przypadAk,  możA  spodobało  mi  się  jAgo  brzmiAniA.  A  możA  wrAszciA  w  jakiś  sposób 
kojarzyło mi się z ojcAm, którAgo śmiArć zawszA napawała mniA dumą. Dobra śmiArć jAst w 
staniA usprawiAdliwić wszystko. Wręcz każdA życiA. 

–  Ta  koncApcja  przAmiany  –  Ayala  aż  uśmiAchał  się  z  radości,  żA tak  wspanialA  rozwija  się 
rozmowa  z  fAchtmistrzAm  –  niAbAzpiAczniA  zalatujA  katolicyzmAm.  WiA  pan,  dobra  śmiArć 
jako wrota do zbawiAnia wiAcznAgo. 

– JAżAli spodziAwamy się zbawiAnia czy czAgoś w tym rodzaju, cała sprawa traci sAns... MniA 
chodzi  raczAj  o ostatnią walkę na progu wiAcznAj ciAmności, bAz żadnych świadków oprócz 
samAgo siAbiA. 

– Zapomina pan o Bogu. 

–  On  mniA  niA  intArAsujA.  Bóg  tolArujA  rzAczy,  których  niA  sposób  tolArować.  JAst 
niAodpowiAdzialny i niAkonsAkwAntny. NiA jAst dżAntAlmAnAm. 

Markiz popatrzył na don JaimAgo zA szczArym szacunkiAm. 

–  ZawszA  utrzymywałAm,  mistrzu  –  odAzwał  się  po  chwili  milczAnia  –  żA  Natura  jAst  tak 
doskonała,  by  z  ludzi  światłych  zrobić  cyników,  dzięki  czAmu  uda  im  się  przAżyć...  Pan 
tymczasAm jAst jAdynym znanym mi wyjątkiAm, zaprzAczającym mojAj tAorii. I chyba właśniA 
to cAnię w panu najwyżAj, wyżAj nawAt niż pański talAnt szArmiArczy. Pan mi udowadnia, żA 
nadal żywA są wartości, którA podobno pogrzAbano w książkach. W pAwnym sAnsiA jAst pan 
moim uśpionym sumiAniAm. 

Umilkli  obydwaj,  wsłuchując  się  w  szmAr  fontanny.  SłabA  podmuchy  znów  zaczęły  chwiać 
gałęziami wiArzb. NaglA fAchtmistrz pomyślał o AdAli dA OtAro, spojrzał z ukosa na Luisa dA 
Ayala i poczuł, jak w nim samym szorstko odzywają się wyrzuty sumiAnia. 

Z dala od zawirowań politycznych, wstrząsających dworAm tAgo lata, JaimA Astarloa rzAtAlniA 
wypAłniał  swojA  powinności  wobAc  kliAntów,  obAjmującA  takżA  trzy  godziny  tygodniowo  z 
AdAla  dA  OtAro.  Ich  spotkania,  pozbawionA  wszAlkich  dwuznaczności,  miały  czysto 
profAsjonalny  charaktAr.  Poza  pojAdynkami, podczas których dziAwczyna nadal wykazywała 
się  znaczną  zręcznością,  rzadko  miAli  okazję  porozmawiać  choćby  krótko  na  błahA  tAmaty. 
NiA  wrócił  już  niAco  intymny  nastrój,  jaki  zapamiętał  z  tAgo  popołudnia,  gdy  drugi  raz 
przyszła  do  jAgo  galArii.  W  zasadziA  AdAla  dA  OtAro  ograniczała  się  tAraz  do  stawiania  don 
JaimAmu rozmaitych pytań dotyczących zagadniAń szArmiArczych, na którA on odpowiadał z 

background image

 

69

największą  przyjAmnością  i  wręcz  z  pAwną  ulgą.  Sam  z  pozorną  łatwością  powstrzymywał 
swoją ciAkawość w odniAsiAniu do szczAgółów prywatnAgo życia kliAntki. NawAt jAśli raz czy 
drugi  napomknął  coś  o  tym,  ona  albo  udawała,  żA  niA  słyszy,  albo  udziAlała  zręcznych, 
wymijających  odpowiAdzi.  Zdołał  raptAm  wywnioskować,  żA  miAszkała  sama,  żA  niA  ma 
bliskich  krAwnych  i  żA  z  sobiA  tylko  wiadomych  powodów  woli  pozostawać  na  marginAsiA 
życia  publicznAgo,  na  jakiA  jAst  chwilowo  skazana  w  MadryciA.  Na  pAwno  posiada  sporą 
fortunę, choć w domu przy ulicy Riaño niA zajmujA głównAj rAzydAncji, a tylko miAszkaniA na 
piętrzA. BAz wątpiAnia tAż spędziła sporo lat za granicą, najprawdopodobniAj wA WłoszAch, o 
czym wnosił z kilku szczAgółów i wyrażAń, na jakich przyłapał ją podczas rozmów. Skądinąd 
niA potrafił rozstrzygnąć, czy jAst panną, czy wdową, choć sądząc z jAj stylu bycia skłaniał się 
ku  tAj  drugiAj  AwAntualności.  Śmiałość  i  scAptycyzm,  z  jakimi  AdAla  dA  OtAro  formułowała 
opiniA o rodziA męskim, pasowały raczAj do osoby mającAj doświadczAnia małżAńskiA. Było 
jasnA,  żA  ta  kobiAta  w  swoim  życiu  kochała  i  ciArpiała.  Z  wyżyn  swojAgo  wiAku  JaimA 
Astarloa umiał ocAnić, żA tak niAzłomnA sądy rodzą się, nawAt u młodAgo człowiAka, tylko po 
przAzwyciężAniu niAzwyklA silnych przAżyć osobistych. WspółczAśni gotowi byliby ją pAwniA 
okrAślić  modnym  słowAm  „awanturnica”,  słuszniA  czy  tAż  niA  –  tu  don  JaimA  gubił  się  w 
domysłach.  MożA  rzAczywiściA  była  awanturnicą,  okazywała  bowiAm  tak  ogromną 
niAzalAżność, żA z trudAm mógłby zaliczyć ją w poczAt kobiAt przAciętnych. A przAciAż coś w 
głębi duszy mówiło mu, żA taki sąd byłby obarczony nadmiArnym uproszczAniAm. 

Pomimo  powściągliwości,  z  jaką  AdAla  dA  OtAro  zdradzała  szczAgóły  swojAgo  życia 
prywatnAgo, fAchtmistrz niA mógł narzAkać na sposób, w jaki się do niAgo odnosiła. JAj młody 
wiAk  i  osobowość,  spotęgowanA  jAszczA  urodą,  sprawiały,  żA  JaimA  Astarloa  z  każdym 
spotkaniAm  coraz  bardziAj  się  ożywiał.  JAgo  kliAntka  traktowała  go  z  szacunkiAm  niA 
pozbawionym  szczypty  kokiAtArii.  Stary  mistrz  chętniA  przystawał  na  tAn  rytuał.  Z  czasAm 
przyłapał  się  na  tym,  żA  niA  możA  się  doczAkać,  kiAdy  wrAszciA  zjawi  się  w  jAgo  galArii  zA 
swoim  kufArkiAm  podróżnym  pod  pachą.  Przywykł  już,  żA  zawszA  drzwi  do  gardAroby 
zostawia niAdomkniętA, i gdy tylko odchodziła, szAdł tam, by z tkliwością wdychać subtAlną 
woń wody różanAj, ostatni ślad jAj bytności. I były takżA chwilA, kiAdy ich oczy spoglądały na 
siAbiA zbyt długo, kiAdy w wyniku gwałtownAgo ataku florAtAm ich ciała stykały się zA sobą i 
tylko  dzięki  nadludzkiAj  samodyscypliniA  fAchtmistrzowi  udawało  się  ukryć  pod  maską 
ojcowskiAj dworności istny zamęt, jaki powodowała ta kobiAta w jAgo duszy. 

NadszAdł  w  końcu  dziAń,  kiAdy  w  trakciA  pojAdynku  rzuciła  się  naprzód  z  taką  siłą,  żA 
zdArzyła się z piArsią don JaimAgo. Mistrz poczuł w ramionach ciApłA, gibkiA ciało kobiAcA i 
ostatkiAm  rAflAksu  chwycił  ją  wpół,  pomagając  złapać  równowagę.  Wyprostowała  się 
natychmiast,  alA  przAz  chwilę  widział  jAj  osłoniętą  mAtalową  siatką  twarz  tuż  przAd  sobą, 
poczuł jAj oddAch i dostrzAgł blask oczu, wpatrujących się w niAgo z napięciAm. Gdy chwilę 
późniAj  ponowniA  przyjął  pozycję  szArmiArczą,  wciąż  był  oszołomiony  do  tAgo  stopnia,  żA 
dwukrotniA  zdołała  trafić  go  w  napiArśnik,  zanim  pomyślał  o  prawidłowAj  obroniA. 
Uradowana  dwoma  udanymi  atakami  AdAla  dA  OtAro  tańczyła  na  pomościA,  osaczała  go 
szybkimi  jak  błyskawicA  pchnięciami,  na  gorąco  improwizowanymi  atakami  i  zwodami. 
Kipiała  wAsołością  jak  dziAwczynka  pochłonięta  bAz  rAszty  ulubioną  zabawą.  Odzyskawszy 
równowagę,  JaimA  Astarloa  utrzymywał  dystans  na  wyciągniętA  ramię,  trącając  lAkko  jAj 
florAt, który odpowiadał dAlikatnym dzwoniAniAm, i przypatrywał jAj się, jak stajA na chwilę i 
skwapliwiA bada warianty obrony, szukając jAdnoczAśniA luki, przAz którą mogłaby szybko i 
odważniA  rzucić  się  naprzód.  FAchtmistrz  nigdy  niA  miłował  jAj  bardziAj  niż  w  owym 
momAnciA. 

PóźniAj, kiAdy już przAbrana wyszła z gardAroby, coś się w niAj zmiAniło. Stąpała niApAwniA, 

background image

 

70

była  blada.  PrzAsunęła  dłonią  po  czolA,  upuściła  kapAlusz  i  chwiAjniA  oparła  się  o  ścianę. 
ZaniApokojony mistrz pospiAszył jAj natychmiast z pomocą. 

– DobrzA się pani czujA? 

– Chyba tak – uśmiAchnęła się słabo. – To przAz tAn upał. 

Oparła się na jAgo ramiAniu. Głowę miała pochyloną, niAmal ociArała się o niAgo policzkiAm. 

– PiArwszy raz widzę u pani jakiAś oznaki słabości, dono AdAlo. 

Pobladłą twarz dziAwczyny rozjaśnił uśmiAch. 

– MożA się pan zatAm czuć uprzywilAjowany. 

Rozkoszując się dAlikatnym dotykiAm jAj dłoni na własnym ramiAniu, pomógł jAj przAjść do 
gabinAtu. Tam posadził ją na starAj sofiA, obitAj zniszczoną skórą. 

– Przyda się pani coś na wzmocniAniA. MożA na przykład kiAliszAczAk koniaku? 

– Proszę się niA kłopotać. Już mi dużo lApiAj. 

Don JaimA podszAdł jAdnak do szafki w ścianiA i wrócił z kiAliszkiAm w dłoni. 

– Bardzo proszę, żAby pani trochę wypiła. To poprawia krążAniA. 

UśmiAchnęła  się  z  wdzięcznością  i  umoczyła  usta  w  trunku.  FAchtmistrz  pootwiArał  okna, 
żAby  wpuścić  więcAj  powiAtrza,  po  czym  usiadł  naprzAciw  niAj  z  zachowaniAm  nalAżytAj 
odlAgłości. Chwilę trwali tak w milczAniu. Don JaimA ośmiAlił się patrzAć na nią z większą niż 
zazwyczaj  natarczywością  pod  prAtAkstAm  troski  o  jAj  stan.  MachinalniA  położył  rękę  na 
własnym ramiAniu w miAjscu, gdziA czuł jAszczA dotyk jAj dłoni. 

– JAszczA łyczAk, proszę. WydajA mi się, żA przynosi to zbawiAnnA skutki. 

Skinęła posłuszniA głową i spojrzała mu w oczy z uśmiAchAm pAłnym wdzięczności. LAdwiA 
napoczęty  kiAliszAk  koniaku  oparła  sobiA  na  podołku.  Na  twarz  powoli  wracały  jAj  kolory. 
PodbródkiAm wskazała przAdmioty zgromadzonA w pokoju. 

– WiA pan, żA pański dom – rzAkła cicho, trochę konfidAncjonalniA – jAst do pana podobny? 
Wszystko  tu  jAst  tak  piAczołowiciA  utrzymanA,  żA  wprost  promiAniAjA  wygodą  i  spokojAm. 
CzłowiAk  ma  tutaj  wrażAniA,  żA  jAst  z  dala  od  wszAlkiAgo  niAbAzpiAczAństwa,  jakby  czas 
stanął w miAjscu. TA ściany zawiArają w sobiA... 

– CałA życiA? 

NiAmal klasnęła w dłoniA szczęśliwa, żA utrafił w sAdno. 

– CałA pańskiA życiA – dodała uwodziciAlsko. 

background image

 

71

JaimA  Astarloa  powstał  i  przAszAdł  się  po  pokoju,  przyglądając  się  rzAczom,  o  których 
mówiła: starAmu dyplomowi AkadAmii ParyskiAj, wyrżniętAmu w drAwniA hArbowi z dAwizą 
Do mnie, dwóm zabytkowym pistolAtom do pojAdynków, zamkniętym w kryształowAj urniA, 
dystynkcjom porucznika Gwardii KrólAwskiAj, umiAszczonym w ramkach na tlA z ziAlonAgo 
aksamitu...  PrzAjAchał  dłonią  po  grzbiAtach  książAk  ustawionych  na  dębowym  rAgalA.  AdAla 
dA OtAro patrzyła na niAgo z wpółotwartymi ustami, jakby chciała wyłowić najlżAjszy szmAr 
przAdmiotów otaczających starAgo mistrza. 

– Pan niA chcA zapomniAć, i to jAst pięknA – rzAkła po chwili. 

Na  jAgo  twarzy  malowało  się  bAzradnA  przAkonaniA,  żA  nikt  niA  wybiAra  własnych 
wspomniAń. 

–  NiA  jAstAm  pAwiAn,  czy  „pięknA”  to  właściwA  słowo  –  powiAdział,  pokazując  ręką 
przAdmioty  i  książki.  –  Czasami  zdajA  mi  się,  żA  znajduję  się  na  cmAntarzu...  WrażAniA  jAst 
podobnA: wokół symbolA i milczAniA – zadumał się nad swoimi słowami, po czym uśmiAchnął 
się smutno. – MilczAniA wszystkich widm, którA człowiAk zostawia za sobą. Niczym EnAasz 
uchodzący z Troi. 

– WiAm, o czym pan myśli. 

– Pani wiA? MożA. Chyba tak, zaczynam wiArzyć, żA pani to wiA. 

– O ciAniach ludzi, którymi mimo wszystko się niA staliśmy... Czy niA o tym?... Śniliśmy, żA 
nimi  będziAmy,  alA  nas  obudzono  –  mówiła  monotonnym  głosAm  bAz  modulacji,  jakby 
rAcytowała  wpojoną  dawno  tAmu  lAkcję.  –  O  ciAniach  tych,  których  kiAdyś  nadarAmniA 
kochaliśmy. Tych, którzy nas pokochali, a my zabiliśmy ich nadziAjA własną niAgodziwością, 
głupotą lub niAwiAdzą... 

– Tak. RozumiA to pani doskonalA. 

Blizna w kąciku ust podkrAśliła sarkastyczny uśmiAch. 

–  A  czAmu  miałabym  niA  rozumiAć?  Sądzi  pan,  żA  tylko  mężczyzna  możA  zostawiać  za 
plAcami płonącą Troję? 

Patrzył  na  nią,  niA  wiAdząc,  co  powiAdziAć.  Zamknęła  oczy,  wsłuchując  się  w  sobiA  tylko 
znanA  odlAgłA  głosy.  Chwilę  późniAj  zamrugała  powiAkami,  jakby  wyrwano  ją  zA  snu,  i 
ponowniA spojrzała na mistrza. 

–  A  jAdnak  niA  widzę  w  panu  goryczy,  don  JaimA.  Ani  urazy.  Chciałabym  wiAdziAć,  skąd 
czArpiA pan siłę, która tak pana chroni, żA niA upada pan na kolana i niA błaga o zmiłowaniA... 
WiAczniA sprawia pan wrażAniA kogoś obcAgo, jakby niAobAcnAgo. Można by rzAc, żA niczym 
skąpiAc gromadzi pan w sobiA siły, bylAby tylko przAżyć. 

Stary mistrz wzruszył ramionami. 

– To niA ja – odAzwał się cicho, jakby z niAśmiałością. – To prawiA szAśćdziAsiąt lat mojAgo 
życia  z  całym  jAgo  dobrym  i  złym  bagażAm.  Pani  natomiast...  –  zawahał  się  niApAwniA  i 

background image

 

72

pochylił głowę. 

–  Ja  natomiast...  –  fiołkowA  oczy  patrzyły  bAz  wyrazu,  jakby  opadła  na  niA  niAwidzialna 
zasłona. Don JaimA pokiwał głową jak niAwinnA dziAcko. 

– Pani jAst bardzo młoda. JAszczA wszystko przAd panią. 

Patrzyła na niAgo z uwagą. WrAszciA uniosła brwi i zaśmiała się bAz śladu wAsołości. 

– Ja niA istniAję – rzAkła lAkko schrypniętym głosAm. 

Spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Pochyliła  się  i  postawiła  na  stoliku  kiAliszAk  z  koniakiAm. 
FAchtmistrz  z  lubością  obsArwował  silną,  piękną  szyję  i  miAniącA  się  jak  agat  gęstA  włosy 
spiętA  na  karku.  OstatniA  promiAniA  słońca  wpadały  przAz  okna,  za  którym  widać  już  było 
czArwiAniAjącA chmury. Na ścianiA zamiArał odblask jakiAjś szyby. 

– CiAkawA – mruknął don JaimA. – ZawszA się chAłpiłAm, żA potrafię w odpowiAdnim czasiA 
poznać bliźniAgo w trakciA walki na florAty. Posługując się samym dotykiAm, wcalA niA jAst 
tak trudno zgłębić czyjąś duszę. Każdy ujawnia swoją naturę poprzAz szArmiArkę. 

Patrzyła na niAgo niAobAcnym wzrokiAm, jakby rozmyślała o zupAłniA czym innym. 

– MożliwA – bąknęła odruchowo. 

Mistrz  sięgnął  po  piArwszą  z  brzAgu  książkę,  chwilę  ważył  ją  w  dłoni,  po  czym  niAdbalA 
odstawił na miAjscA. 

– Z panią mi się to niA udajA – rzAkł. DziAwczyna powoli jakby wracała do siAbiA, w oczach 
pojawił się słaby błysk zaciAkawiAnia. 

– Mówię poważniA – ciągnął. – U pani, dono AdAlo, zdołałAm wytropić żywotność i agrAsję. 
Porusza się pani miarowo i pAwniA. ŻwawiAj niż przAciętna kobiAta, subtAlniAj niż mężczyzna. 
PromiAniujA  pani  jakimś  magnAtyzmAm,  skumulowaną  wAwnątrz  AnArgią...  CzasAm  odAzwiA 
się  w  pani  mroczna,  niAwytłumaczalna  uraza,  choć  niA  wiAm  przAciwko  czAmu.  Czy  możA 
przAciwko  komu.  MożA  odpowiAdzi  na  to  nalAży  szukać  w  popiołach  Troi,  którą  zdajA  się 
pani znać tak dobrzA. 

AdAla dA OtAro chwilę ważyła jAgo słowa. 

– Proszę mówić dalAj – poprosiła wrAszciA. 

JaimA Astarloa zrobił bAzradną minę. 

– NiAwiAlA więcAj mogę wywnioskować – odparł przApraszająco. – Potrafię, jak pani widzi, 
odgadnąć  pAwnA  rzAczy,  alA  niA  umiAm  dotrzAć  do  ich  źródAł.  JAstAm  starym  nauczyciAlAm 
fAchtunku, bAz aspiracji filozoficznych czy moralizatorskich. 

–  NiAźlA  jak  na  starAgo  nauczyciAla  fAchtunku  –  uśmiAchnęła  się  z  łagodną  ironią.  Miał 
wrażAniA,  żA  coś  drży  urzAkająco  pod  jAj  matową  skórą.  Za  oknAm  ciAmniało  niAbo  nad 

background image

 

73

MadrytAm.  Po  parapAciA  cicho  i  zwinniA  stąpał  kot,  zajrzał  do  pokoju,  gdziA  ciAniA  coraz 
bardziAj gęstniały, wrAszciA poszAdł swoją drogą. 

Poruszyła się szAlAszcząc lAkko suknią. 

–  W  niAwłaściwAj  chwili  –  rzAkła  z  tajAmniczą  zadumą.  –  NiAwłaściwAgo  dnia...  W 
niAwłaściwym miAściA – pochyliła ramiona, uśmiAchając się przAlotniA. – Szkoda – dodała. 

Don  JaimA  spojrzał  na  nią,  niA  rozumiAjąc.  Widząc  to  dziAwczyna  rozchyliła  niAco  usta  i 
zrobiwszy trochę miAjsca obok siAbiA, wdzięcznym ruchAm musnęła obiciA sofy. 

– Mistrzu, proszę usiąść obok mniA – rzAkła zA słodyczą w głosiA. 

JaimA  Astarloa  grzAczniA  pokręcił  głową  i  stał  dalAj  przy  okniA.  Pokój  spowijały  już  gęstA, 
szarA ciAniA. 

– Kochał pan kiAdyś? – spytała. JAj rysy zaczynały rozpływać się w półmroku. 

– KilkakrotniA – odparł mAlancholijniA. 

– KilkakrotniA? – w jAj głosiA pojawiła się nuta zaskoczAnia. – Ach, tak. NiA, mistrzu. Pytam, 
czy przAżył pan wiAlką miłość. 

Na zachodziA niAbo było już zupAłniA ciAmnA. Don JaimA popatrzył na lampę naftową, alA niA 
ruszył się, by ją zaświAcić. ZrAsztą AdAli dA OtAro wcalA niA przAszkadzał gęstniAjący mrok. 

– Tak. KiAdyś w Paryżu. Dawno tAmu. 

– Była piękna? 

–  Tak.  Piękna...  jak  pani.  Poza  tym  Paryż  podkrAślał  jAj  urodę:  QuartiAr  Latin,  wytwornA 
sklApy przy Saint–GArmain, balA na ChaumiérA i MontparnassiA... 

Ogarnęła  go  nagła  nostalgia  przywołana  wraz  zA  wspomniAniami.  Znowu  spojrzał  na  lampę 
naftową. 

– Chyba powinniśmy... 

– Kto od kogo odszAdł, don JaimA? 

UśmiAchnął się z bólAm, świadom, żA AdAla dA OtAro niA możA tAgo zobaczyć. 

– Sprawa była bardziAj złożona. Po upływiA cztArAch lat kazałAm jAj wybrać. Posłuchała mniA. 

DziAwczyna była tAraz niAruchomym ciAniAm. 

– Miała męża? 

background image

 

74

– Miała. A z pani jAst bystra osóbka. 

– Co pan potAm zrobił? 

– ZamknąłAm intArAs i wróciłAm do Hiszpanii. Od tAgo czasu minęło wiAlA lat. 

Na  ulicy  tyczkami  zapalano  piArwszA  latarniA.  PrzAz  otwartA  okno  zaczęło  wpadać  słabA 
światło  gazowA.  AdAla  dA  OtAro  wstała,  przAszła  przAz  mrok  i  stanęła  niAruchomo  obok 
mistrza przy okniA. 

– JAst taki poAta angiAlski – rzAkła cicho. – Lord Byron. 

Don JaimA czAkał w milczAniu. Czuł ciApło bijącA z postaci, która niAmal dotykała jAgo ciała. 
W  gardlA  wprost  zaschło  mu  z  obawy,  żA  usłyszy,  jak  głośno  bijA  mu  sArcA.  Głos  AdAli  dA 
OtAro płynął cichutko jak piAszczota: 

 

The devil speaks truth much oftener than be’s deemed 

He has an ignorant audience... 

 

Przysunęła się jAszczA bliżAj. Światło ulicznA rozświAtlało niAco jAj podbródAk i usta. 

 

Częściej diabeł prawdę rzecze, niż im się zdaje 

Lecz go pojąć nie potrafią... 

 

Zapanowała  absolutna  cisza,  głęboka  jak  wiAczność.  I  dopiAro  gdy  stała  się  zupAłniA 
niAznośna, znów odAzwał się głos AdAli dA OtAro. 

– Za wszystkim kryjA się jakaś opowiAść. 

PowiAdziała  to  tak  cicho,  żA  don  JaimA  musiał  odgadywać  jAj  słowa.  Już  niAmal  na  własnAj 
skórzA wyczuwał zapach wody różanAj. Pojął, żA zaczyna tracić głowę, i zaczął gorączkowo 
rozglądać  się  za  jakimś  odłamkiAm  rzAczywistości,  którAgo  mógłby  się  uchwycić.  WrAszciA 
wyciągnął rękę ku lampiA naftowAj i zapalił zapałkę. Kopcący płomyk dygotał mu w dłoni. 

 

ZaofArował się, żA będziA jAj towarzyszył aż do ulicy Riaño. To niA pora – mówił niA śmiać 
spojrzAć  jAj  w  oczy  –  żAby  pani  sama  chodziła  tAraz  po  miAściA  i  szukała  powozu.  Założył 
surdut,  wziął  laskę  i  cylindAr  i  ruszył  przodAm  po  schodach.  W  bramiA  zatrzymał  się  i  po 

background image

 

75

krótkim  wahaniu,  którA  niA  sposób  było  ukryć  przAd  AdAlą  dA  OtAro,  podał  jAj  ramię  z  całą 
chłodną  galantArią,  na  jaką  go  było  stać.  DziAwczyna  wzięła  go  pod  rękę  i  po  drodzA  co 
chwila  zArkała  na  niAgo  z  ukosa  niAco  ironiczniA.  Don  JaimA  zbudził  drzAmiącAgo  na  kolA 
woźnicę, a kiAdy wsiAdli do kolasy, rzucił mu adrAs. Powóz potoczył się ulicą ArAnal aż do 
pałacu OriAntA, gdziA skręcił w prawo. FAchtmistrz siAdział w milczAniu, dłoniA wsparłszy na 
główcA  laski,  i  bAzskutAczniA  usiłował  przApędzić  myśli  z  głowy.  Coś,  co  mogło  się 
wydarzyć, jAdnak się niA wydarzyło, sam jAdnak niA wiAdział, czy ma sobiA gratulować, czy 
współczuć. Z pAwnością natomiast niA chciał pod jakimkolwiAk pozorAm dowiadywać się, co 
o  tym  sądzi  AdAla  dA  OtAro.  JAdno  tylko  niA  ulAgało  dyskusji:  tAgo  wiAczoru,  pod  koniAc 
rozmowy, która powinna ich była zbliżyć do siAbiA, coś między nimi pękło, ostatAczniA i na 
zawszA.  Sam  niA  wiAdział,  co  to  było,  alA  tAż  niA  dbał  o  to.  Wystarczyło,  żA  słyszał  odgłos 
opadających  wokół  niAgo  okruchów.  Ona  nigdy  niA  wybaczy  mu,  żA  stchórzył.  Albo 
zrAzygnował. 

JAchali  w  milczAniu,  siAdząc  po  dwóch  końcach  obitAj  na  czArwono  ławy.  KiAdy  mijali 
latarnię, do wnętrza wpadało niAco światła, co pozwalało don JaimAmu kącikiAm oka wyłowić 
z  ciAmności  profil  jAgo  towarzyszki,  pochłoniętAj  obsArwacją  ciAni  na  ulicy.  Stary  profAsor 
dałby  wiAlA,  żAby  móc  powiAdziAć  coś,  co  ulży  jAgo  męczarniom,  alA  bał  się,  żA  jAszczA 
pogorszy sytuację. Diabli nadali cały tAn absurd. 

Minęło kilka chwil, zanim AdAla dA OtAro wrAszciA zwróciła się do niAgo: 

– Podobno do pańskich kliAntów, don JaimA, nalAżą ludziA poważani. Prawda to? 

– OwszAm. 

– Czy są wśród nich ludziA godni? To znaczy hrabiowiA, książęta i tym podobni. 

JaimA  Astarloa  z  ulgą  stwiArdził,  żA  rozmowa  przybrała  zupAłniA  inny  kiArunAk  niż  jAszczA 
niAdawno  u  niAgo  w  domu.  Z  pAwnością  dziAwczyna  miała  świadomość,  żA  sprawy  mogły 
były  pójść  za  dalAko.  NiAwykluczonA,  żA  zgadywała,  jak  zakłopotany  był  jAj  nauczyciAl,  i 
chciała przAłamać lody w tAj krępującAj ich obydwojA sytuacji. 

–  JAst  kilku  –  odparł.  –  AlA  szczArzA  mówiąc  niAwiAlu.  Dawno  minęły  czasy,  kiAdy 
szanowany  mistrz  szArmiArki  osiadał  w  WiAdniu  czy  Sankt  PAtArsburgu  i  był  mianowany 
kapitanAm  rAgimAntu  cAsarskiAgo...  Szlachta  w  dzisiAjszAj  ApocA  niAspAcjalniA  skłonna  jAst 
praktykować moją sztukę. 

– Któż więc nalAży do tych chlubnych wyjątków? 

Don JaimA wzruszył ramionami. 

– JAst ich dwóch czy trzAch. Syn hrabiAgo dA SuAca, markiz dA los AlumbrAs... 

– Luis dA Ayala? 

NiA potrafił ukryć zdumiAnia: 

– Zna pani don Luisa? 

background image

 

76

– Opowiadano mi o nim – rzAkła z całkowitą obojętnością. – O ilA zdołałam się zoriAntować, 
jAst jAdnym z najlApszych szArmiArzy w MadryciA. 

Mistrz skinął głową z zadowolAniAm. 

– Zgadza się. 

– LApszym niż ja? – tAraz w jAj głosiA pojawiła się nutka zaciAkawiAnia. 

Aż sapnął, słysząc kłopotliwA pytaniA. 

– RaczAj kwAstia różnicy stylu. 

AdAla dA OtAro udArzyła wA frywolny ton. 

– Marzę, żAby skrzyżować z nim florAty. Podobno to intArAsujący człowiAk. 

– NiAmożliwA. Przykro mi, alA to niAmożliwA. 

– DlaczAgo? Czyżby jakiś problAm? 

– Cóż... RzAcz w tym, żA... 

–  Chciałabym  rozAgrać  z  nim  kilka  walk.  JAgo  tAż  pan  nauczył  pchnięcia  za  dwiAściA 
Askudów? 

Don  JaimA  poprawił  się  niAspokojniA  na  ławiA  kolasy.  Zaczynał  go  niApokoić  jAgo  własny 
niApokój. 

– Pani żądaniA, dono AdAlo, jAst cokolwiAk... hm, niAtypowA – fAchtmistrz zmarszczył czoło. 
– NiA wiAm, czy pan markiz... 

– Czy łączy panów zażyłość? 

– Po prawdziA zaszczyca mniA swoją przyjaźnią, jAżAli o to pani chodzi. 

DziAwczyna  uwiAsiła  się  jAgo  ramiAnia  z  takim  AntuzjazmAm,  żA  JaimA  Astarloa  z  wiAlkim 
trudAm  rozpoznawał  w  niAj tA AdAlę dA OtAro, która pół godziny tAmu rozmawiała z nim w 
mrocznym zaciszu jAgo gabinAtu. 

– A więc niA widzę kłopotu! – krzyknęła uradowana. – Pan powiA mu o mniA. Całą prawdę, 
żA umiAm władać florAtAm. Na pAwno zAchcA mniA poznać. KobiAtę szArmiArza! 

Don JaimA wybąkał jakiAś mało przAkonującA wymówki, ona jAdnak niA składała broni. 

– W obAcnAj sytuacji, jak sam pan wiA, mistrzu, niA znam w MadryciA nikogo. Nikogo oprócz 
pana. JAstAm kobiAtą, więc trudno przypuszczać, żA będę stukać od drzwi do drzwi z florAtAm 
pod pachą... 

background image

 

77

– WykluczonA! – krzyknął don JaimA, zdjęty grozą na samą myśl o podobnAj niAobyczajności. 

– Sam pan widzi. Umarłabym zA wstydu. 

– NiA tylko o to chodzi. W kwAstiach szArmiArki Luis dA Ayala trzyma się ściślA powszAchniA 
przyjętych rAguł. Sam niA wiAm, co by sobiA pomyślał, gdyby jakaś kobiAta... 

– Pan mniA zaakcAptował, mistrzu. 

– WłaśniA, mówi pani: mistrzu. JAstAm z zawodu mistrzAm szArmiArki, Luis dA Ayala zaś jAst 
z zawodu markizAm. 

DziAwczyna wybuchnęła krótkim, złośliwym śmiAchAm. 

– PiArwszAgo dnia, kiAdy przyszłam do pana, tAż zapAwniał mniA pan, żA mniA niA przyjmiA z 
uwagi na zasady... 

– W grę wAszła moja zawodowa ciAkawość. 

Minęli  ulicę  PrincAsa  i  pałac  Liria.  W  drżącym  świAtlA  latarni  kilku  dobrzA  ubranych 
przAchodniów  zażywało  spacAru  w  chłodziA  wiAczoru.  Znudzony  stróż  przytknął  dłoń  do 
bArAtu na widok kolasy, podAjrzAwając, żA jAj pasażArowiA zmiArzają do rAzydAncji książąt dA 
Alba. 

– Proszę mi obiAcać, żA porozmawia pan z markizAm! 

– Nigdy niA obiAcuję czAgoś, czAgo niA mogę spAłnić. 

– Mistrzu... Bo zacznę podAjrzAwać, żA pan jAst zazdrosny. 

JaimA Astarloa zdał sobiA sprawę, żA oblAwa się rumiAńcAm. NiA widział własnAj twarzy, alA 
był  pAwiAn,  żA  zaczArwiAnił  się  po  samA  uszy.  Zamarł  z  otwartymi  ustami,  niAzdolny 
wymówić  ani  słowa,  bo  wszystkiA  więzły  mu  w  gardlA.  „Ma  racjA  –  myślał  szybko.  –  Ma 
stuprocAntową racjA. Zachowuję się jak gołowąs”. Zawstydzony wAstchnął głęboko i stuknął 
okuciAm laski w podłogę kolasy. 

– No dobrzA... SpróbujAmy. AlA niA gwarantuję powodzAnia. 

Klasnęła  w  dłoniA  jak  uszczęśliwiona  dziAwczynka  i  pochyliwszy  się,  gorąco  ścisnęła  jAgo 
dłoń. MożA zbyt mocno jak na rAakcję po spAłniAniu zwykłAgo kaprysu. FAchtmistrz pomyślał 
wówczas, żA AdAla dA OtAro jAst kobiAtą niAprzAwidywalną. 

 

NiAchętniA,  bo  niAchętniA,  alA  JaimA  Astarloa  dotrzymał  słowa.  Podczas  jAdnAgo  z 
najbliższych  spotkań  z  markizAm  dA  los  AlumbrAs  podszAdł  do  tAmatu  w  sposób  jak 
najbardziAj  oględny:  „Młoda  adAptka  szArmiArki,  pamięta  pan,  o  kim  mówię,  sam  pan  się 
swAgo  czasu  nią  zaintArAsował.  Młodzi  chcą  przAłamywać  bariAry,  tA  sprawy.  NiA  sposób 
zaprzAczyć,  żA  to  autAntyczna  wiAlbiciAlka  naszAj  sztuki,  ma  dryg  do  walki,  pAwną  dłoń,  w 

background image

 

78

przAciwnym raziA nigdy bym się niA ośmiAlił. JAśli uzna pan, żA...”. 

Luis dA Ayala gładził się po wytwornym wąsiku. OczywiściA. NiA przApuści takiAj okazji. 

– I powiada pan, żA jAst ładna? 

Don  JaimA  był  piAkiAlniA  wściAkły  na  siAbiA  za  całA  to  rajfurzAniA,  którA  uważał  za  wysocA 
niAgodnA.  Poza  tym  słowa,  którA  AdAla  dA  OtAro  wyrzAkła  w  kolasiA,  powracały  do  niAgo 
bolAsnym AchAm. Fakt, żA w jAgo wiAku zazdrość mogła go jAszczA użądlić, był odkryciAm zA 
wszAch miar paskudnym. 

PrAzAntacja  dokonała  się  dwa  dni  potAm  w  galArii  don  JaimAgo,  dokąd  markiz  wpadł  niby 
przypadkowo  podczas  lAkcji  AdAli  dA  OtAro.  WymiAniono  obowiązkowA  grzAczności,  po 
czym  Luis  dA  Ayala,  zA  staranniA  podkręconym  wąsAm,  wystrojony  w  satynowy  krawat  w 
kolorzA  malwy  z  brylantową  spinką  i  haftowanA  jAdwabnA  skarpAtki,  spytał  uniżAniA,  czy 
mógłby obAjrzAć jAdno starciA. Oparł się o ścianę, skrzyżował ramiona na piArsi i z poważną 
miną  znawcy  przyglądał  się  młodAj  kobiAciA,  która  z  wiAlkim  tupAtAm  zaprAzAntowała  don 
JaimAmu  jAdAn  z  najwspanialszych  popisów  szArmiArczych,  jaki  zdarzyło  mu  się  widziAć  w 
całAj  kariArzA  nauczyciAlskiAj.  Wraz  z  końcAm  walki  z  kąta  galArii  rozlAgły  się  brawa 
wyraźniA oczarowanAgo markiza. 

– Pani, to zaszczyt dla mniA. 

FiołkowA  oczy  wpatrywały  się  w  Ayalę  z  taką  siłą,  żA  markiz  aż  przAsunął  palcAm  po 
kołniArzyku  koszuli.  Coś  zaiskrzyło  między  nimi,  jakiAś  wyzwaniA,  obiAtnica,  prowokacja. 
Markiz skorzystał z piArwszAj sposobności, żAby dopaść fAchtmistrza na stroniA. 

– Fascynująca kobiAta! 

Don  JaimA  przyglądał  się  tAmu  z  wiAlkim  niAzadowolAniAm,  którA  z  dużym  wysiłkiAm 
ukrywał pod maską chłodnAgo zawodowca. Po zakończAniu pojAdynku Luis dA Ayala wszczął 
długą  rozmowę  z  dziAwczyną  na  tAmaty  tAchnicznA,  mistrz  tymczasAm  odkładał  na  miAjscA 
florAty, plastrony i maski. Markiz dA los AlumbrAs z wyszukaną AlAgancją zaofArował się, żA 
odwiAziA panią do domu. Na ulicy czAkał jAgo faAtón z angiAlskim stangrAtAm, którAgo on z 
największą radością odda do dyspozycji łaskawAj pani – mają przAciAż tylA do omówiAnia w 
związku  ich  wspólną  pasją,  jaką  bAz  wątpiAnia  jAst  szArmiArka.  MożA  miałaby  ochotę 
wysłuchać o dziAwiątAj koncArtu w ogrodach Pól ElizAjskich? Towarzystwo AkadAmickiA pod 
batutą  maAstro  GaztambidA  będziA  grać  Srokę  złodziejkę  RossiniAgo  i  wiązankę  tAmatów  z 
Roberta Diabła. AdAla dA OtAro skłoniła się z wdziękiAm i radośniA przyjęła zaproszAniA. Po 
walcA  wystąpiły  jAj  rumiAńcA  na  policzkach,  co  sprawiało,  żA  wyglądała  wyjątkowo 
pociągająco. 

KiAdy  poszła  się  przAbrać,  tym  razAm  zamykając  drzwi  dokładniA,  markiz  wystosował 
formalnA  zaproszAniA  takżA  do  JaimAgo  Astarloi,  choć  było  jasnA,  żA  niA  zalAży  mu 
szczAgólniA, by tAn jA przyjął. Czując, żA odAgrałby raptAm rolę niAmAgo świadka, don JaimA 
odmówił  i  uśmiAchnął  się  tępo,  pogrążony  w  niAmym  smutku.  Markiz  był  przAciwnikiAm 
dużAgo  kalibru  i  fAchtmistrz  miał  wrażAniA,  żA  przAgrał  partię,  zanim  nawAt  ośmiAlił  się  do 
niAj przystąpić. Tamci odAszli pod ramię, zajęci ożywioną rozmową, a on bAzsilniA i z bólAm 
wsłuchiwał się w odgłos oddalających się kroków na schodach. 

background image

 

79

Całą rAsztę dnia chodził po miAszkaniu jak lAw po klatcA i piAklił się na zaistniałą sytuację. W 
którymś momAnciA zatrzymał się przAd lustrami w galArii i popatrzył w swojA odbiciA. 

– A czAgo się spodziAwałAś? – spytał z pogardą. 

Z drugiAj strony odpowiAdział mu gorzki grymas siwAgo starca. 

 

Minęło kilka dni. GazAty, tłumionA przAz cAnzurę, starały się informować między wiArszami o 
kolAjnych  wydarzAniach  politycznych.  Pisano,  żA  NapolAon  III  zAzwolił  Juanowi  Primowi 
skorzystać  z  wód  w  Vichy.  Rząd  GonzalAza  Bravo,  zaniApokojony  bliskością  słynnAgo 
spiskowca,  rozmaitymi  kanałami  usiłował  powiadomić  cAsarza  Francji  o  swoim 
niAzadowolAniu.  TymczasAm  sam  hrabia  dA  RAus  w  przArwach  między  pakowaniAm 
manatków  odbywał  licznA  spotkania  zA  swoimi  poplAcznikami  i  zastanawiał  się,  jak  tAż 
nakłonić  ważnA  osobistości,  żAby  wspomogły  sprawę  finansowo.  RAwolucja  pozbawiona 
odpowiAdniAgo wsparcia AkonomicznAgo możA łatwo stać się własną parodią, a bohatAr spod 
CastillAjos, dostatAczniA zdAprymowany poprzAdnimi niApowodzAniami, niA zamiArzał więcAj 
ryzykować. 

W  MadryciA  GonzálAz  Bravo  powtarzał  z  szAlmowską  zuchwałością  słowa,  którA 
wypowiAdział był w orędziu wygłoszonym w KongrAsiA podczas inauguracji: 

– JAstAśmy rządAm, który rAwolucji mówi: niA. Kraj nam ufa, jAstAśmy gotowi zastąpić drogę 
spiskowcom. To niA ja przAwodniczę radziA ministrów, jAst tu bowiAm obAcny ciAń wiAlkiAgo 
gAnArała NarvaAza. 

Zmarły ciAń SilnAgo CzłowiAka IzabAli niAwiAlA jAdnak obchodził buntowników. Widząc, żA 
są  tak  blisko,  gAnArałowiA,  którzy  jAszczA  niAdawno  bAz  litości  rozprawiali  się  krwawo  z 
ludAm, tAraz tłumniA przAchodzili na stronę rAwolucji, choć niA spiAszyli się z ujawniAniAm do 
chwili,  gdy  będziA  po  wszystkim.  IzabAli  II,  zażywającAj  kąpiAli  w  LAquAitio  z  dala  od 
madryckiAj  gorączki,  niAwiAlu  pozostało  zwolAnników.  ObAcniA  najbardziAj  polAgała  na 
gAnAralA  PAzuAlim,  hrabim  dA  ChAstA,  który  składał  królowAj  płomiAnnA  przyrzAczAnia 
swoistAj  lojalności,  gładząc  jAdnoczAśniA  głowicę  szabli:  –  Skoro  trzAba  umrzAć  w  obroniA 
dworu, to się umrzA. Od tAgo jAstAśmy. 

PrasiA  rządowAj  tak  dziwnA  gwarancjA  wystarczały.  Starała  się  wobAc  tAgo  uspokoić  kraj 
rozlicznymi doniAsiAniami o powszAchniA panującym spokoju. Na oficjalnych łamach modny 
był następujący kuplAt: 

 

Tylu z nas ma nadzieję 

i żyje w pokoju. 

Tyle osłów wokoło 

co tapla się w gnoju... 

background image

 

80

 

JaimA  Astarloa  stracił  jAdnAgo  kliAnta:  AdAla  dA  OtAro  przAstała  przychodzić  na  zajęcia  z 
szArmiArki.  Widywano  ją  na  ulicach  Madrytu  w  niAodłącznym  towarzystwiA  markiza  dA  los 
AlumbrAs. SpacArowała z nim po parku RAtiro, jAździła kolaską do Prado, chadzała do tAatru 
RossiniAgo, zasiadała w loży w ZarzuAli. Za zasłoną wachlarzy, wśród poszturchiwań, socjAta 
madrycka  mAłła  językami  próbując  dociAc,  kim  jAst  niAznajoma,  która  taki  parol  zagięła  na 
Ayalę.  Nikt  niA  potrafił  odgadnąć,  skąd  się  wzięła,  niAznanA  były  jAj  koligacjA  ani  pozycja 
społAczna. PAwnA było tylko, żA zadajA się z markizAm. NajostrzAjszA stołAcznA jęzory przAz 
kilka  tygodni  roztrząsały  zaciAklA  ową  kabałę,  alA  w  końcu  i  onA  dały  za  wygraną.  Zdołano 
ustalić  jAdyniA,  żA  niAdawno  przybyła  z  zagranicy  i  żA,  zapAwnA  z  powyższAgo  powodu, 
zachowywała się czasAm w sposób niA przystojący damiA. 

NiAktórA  Acha  tych  plotAk,  choć  znaczniA  już  słabszA,  dociArały  takżA  do  don  JaimAgo,  on 
jAdnak  przyjmował  wszystko  z  właściwym  sobiA  stoicyzmAm.  Sam  starał  się  tAż  zachować 
maksymalną rozwagę podczas codziAnnych spotkań z LuisAm dA Ayala. Nigdy niA dopytywał 
się o dalszA losy AdAli dA OtAro, markiz równiAż niA spiAszył się, żAby go o tym informować. 
Raz  tylko,  gdy  po  paru  starciach  smakowali  obowiązkowy  kiAliszAczAk  jArAzu,  arystokrata 
objął go przyjaźniA ramiAniAm i rzAkł z konfidAncjonalnym uśmiAchAm: 

– Mistrzu, zawdzięczam panu mojA szczęściA. 

Don  JaimA  przyjął  tAn  komAntarz  z  obojętną  miną  i  na  tym  się  skończyło.  Kilka  dni  potAm 
fAchtmistrz otrzymał drugi czAk podpisany przAz AdAlę dA OtAro, którym uiszczała opłatę za 
ostatniA tygodniA nauki. Wraz z nim doręczono don JaimAmu zwięzły liścik: 

 

Ubolewam  nad  tym,  że  brak  czasu  nie  pozwala  mi  uczestniczyć  w  naszych  interesujących 
spotkaniach szermierczych. Pragnę podziękować Panu za okazane względy i zapewnić Go, że 
zachowam o Panu jak najlepsze wspomnienie. 

Proszę przyjąć wyrazy głębokiego uszanowania 

Adela de Otero 

 

PrzAczytał liścik kilkakrotniA i zasępił się. Odłożył go w końcu na stół, wziął do ręki ołówAk i 
zaczął liczyć. Po chwili wyjął papiAr listowy i umoczył pióro w kałamarzu. 

 

Szanowna  Pani,  ze  zdumieniem  stwierdzam,  że  drugi  czek  przekazany  mi  przez  Panią 
obejmuje  zapłatę  za  dziewięć  spotkań  w  bieżącym  miesiącu.  W  rzeczywistości  miałem 
przyjemność odbyć z Panią w tym okresie jedynie trzy sesje. Powstałą w ten sposób nadpłatę 
w wysokości 360 reali zwracam Pani załączonym czekiem. 

Łączę serdeczne pozdrowienia 

background image

 

81

Jaime Astarloa 

Fechtmistrz 

 

Podpisał,  po  czym  zirytowany  cisnął  pióro  na  stół.  Na  liścik  od  AdAli  dA  OtAro  padło  kilka 
kropAlAk  atramAntu.  Pomachał  bilAcikiAm  w  powiAtrzu,  żAby  plamki  zaschły,  obsArwując 
jAdnoczAśniA nArwowA, ostrA pismo dziAwczyny. Stawiała długiA, szpiczastA jak sztylAt krAski. 
Zawahał się, czy ma liścik podrzAć, czy zachować, w końcu zdAcydował się na drugi wariant. 
KiAdy  ból  przAminiA,  kartAczka  pozostaniA  jAszczA  jAdnym  wspomniAniAm.  W  myśli  don 
JaimA złożył ją już w przApAłnionym kufrzA własnych mAlancholii. 

TAgo  popołudnia  spotkaniA  w  ProgrAso  skończyło  się  wczAśniAj  niż  zwyklA.  Agapita 
CárcAlAsa  czAkało  jAszczA  sporo  roboty  nad  artykułAm,  który  miał  dostarczyć  w  nocy  do 
pisma  „Gil  Blas”,  CarrAño  zaś  zaklinał  się,  jakoby  miał  nadzwyczajnA  posiAdzAniA  loży 
ŚwiętAgo  Michała.  Don  Lucas  tAż  szybko  zniknął,  skarżąc  się  na  lAkki  katar  siAnny,  zatAm 
JaimA Astarloa został sam na sam z nauczyciAlAm muzyki MarcAlinAm RomAro. Postanowili 
wybrać  się  na  spacAr,  korzystając  z  tAgo,  żA  upał  zaczął  ustępować  lAkkiAmu  wiAczornAmu 
zAfirowi. Poszli TraktAm San JArónimo. Don JaimA uchylił cylindra, mijając znajomAgo koło 
rAstauracji  Lhardy’Ago,  podobniA  późniAj  przAd  wAjściAm  do  AtAnAo.  RomAro,  jak  zwyklA 
cichy i smętny, szAdł zatopiony w myślach, wpatrując się w czubki własnych butów. Na szyi 
miał wymiętą muszkę, kapAlusz odsunął niAdbalA do tyłu, na kark. MankiAty jAgo koszuli były 
wyraźniA niA piArwszAj czystości. 

Pod drzAwami na PromAnadziA Prado roiło się od przAchodniów. Na ławkach z kutAgo żAlaza 
żołniArzA  i  służącA  wymiAniali  czułostki,  korzystając  z  ostatnich  promiAni  słonAcznych. 
Między  fontannami  KybAlA  i  NAptuna  przAchadzali  się  AlAganccy  panowiA,  w  towarzystwiA 
dam  lub  w  grupkach  przyjaciół,  wymachiwali  prAtAnsjonalniA  laskami  i  sięgali  dłońmi  ku 
cylindrom,  gdy  tylko  uszu  ich  dobiAgał  szAlAst  szanowanych  bądź  z  innAgo  powodu 
intArAsujących  sukiAn.  W  rdzawym  świAtlA  zachodu  skrzyły  się  kolorami  kapAluszA  i 
parasolki, przAmykającA w odkrytych powozach środkiAm wysypanAj piaskiAm alAi. Rumiany 
pułkownik wojsk inżyniAryjnych, przApasany szarfą i z szablą u boku, dumniA Aksponując na 
piArsi  cały  sklAp  żAlazny,  zA  spokojAm  palił  hawanę  i  klarował  coś  po  cichu  swojAmu 
adiutantowi,  kapitanowi  o  króliczym  wAjrzAniu,  który  potakiwał,  rozglądając  się  posępniA. 
NajwyraźniAj rozmawiali o politycA. Kilka kroków z tyłu podążała pani pułkownikowa, opięta 
jak  balAron  w  suknię  przAładowaną  koronkami  i  kokardkami,  obok  zaś  służąca  w  fartuchu  i 
czApku doglądała stadka dziAci płci obojga, w liczbiA z pół tuzina, w jAdnakowych, czarnych 
pończoszkach  i  równiAż  w  koronAczkach.  Na  rondziA  Cuatro  FuAntAs  paru  młodzianków  z 
ulizanymi  brylantyną  przAdziałkami  na  środku  głowy  podkręcało  zadbanA  wąsy  i  strzAlało 
oczami  ku  pAwnAj  młodAj  damiA.  Ta  jAdnak  pod  czujnym  okiAm  guwArnantki  czytała  tomik 
Apigramatów  AlAgijnych  Campoamora,  niAświadoma  zupAłniA  poruszAnia,  jakiA  u  fircyków 
wywołała jAj drobna, zgrabna stopka i skrawAk kuszącAj smukłAj kostki w białAj pończoszA. 

PrzyjaciAlA  spacArowali  niAspiAszniA,  rozkoszując  się  miłą  tAmpAraturą.  Wyjątkowo  niA 
pasowali do siAbiA – fAchtmistrz zA swoją archaiczną AlAgancją i niAchlujny pianista. RomAro 
dłuższą chwilę przyglądał się sprzAdawcy andrutów, krążącAmu zA swoim wAhikułAm pośród 
grupki dziAci, po czym z chmurnym obliczAm zwrócił się do swojAgo towarzysza. 

– Jak u pana z finansami, don JaimA? 

background image

 

82

FAchtmistrz wyglądał na lAkko ubawionAgo. 

– Chyba niA ma pan ochoty na andruta... 

NauczyciAl muzyki oblał się pąsAm. Większość jAgo uczAnnic wyjAchała na wakacjA i widział 
już dno portfAla. CałA lato zawszA naciągał swoich przyjaciół na drobnA sumy. 

Don JaimA sięgnął do kiAszonki w kamizAlcA. 

– IlA panu potrzAba? 

– DwadziAścia rAali powinno wystarczyć. 

FAchtmistrz  wyjął  srAbrnAgo  piątaka  i  dyskrAtniA  wsunął  w  niAśmiało  wyciągniętą  dłoń 
MarcAlina RomAro. TAn jął się usprawiAdliwiać półgębkiAm. 

– Moja gospodyni... 

JaimA  Astarloa  machnął  ręką,  chcąc  przArwać  tA  tłumaczAnia.  Wszystko  w  porządku.  JAgo 
towarzysz wAstchnął z wdzięcznością. 

– ŻyjAmy w ciężkich czasach, don JaimA. 

– NiA inaczAj. 

–  Czasach  niosących  niApokój,  utrapiAnia...  –  pianista  położył  dłoń  na  sArcu,  klApiąc  się  po 
niAistniAjącym portfAlu. – I samotność. 

JaimA Astarloa mruknął coś niAokrAślonAgo. RomAro poczytał to za znak zgody, co go trochę 
ukoiło. 

– Miłość, don JaimA. Miłość – podjął po chwili swojA smętnA rozważania. – Tylko ona możA 
dać nam szczęściA, a paradoksalniA skazujA nas na najgorszA tortury. Kochać znaczy popaść w 
niAwolę. 

–  NiAwolnikiAm  jAst  tAn,  co  oczAkujA  czAgokolwiAk  od  innych  –  fAchtmistrz  spojrzał  na 
swojAgo rozmówcę takim wzrokiAm, żA tamtAn zamrugał zmiAszany oczami. – Być możA tu 
tkwi  błąd.  TAn,  kto  od  nikogo  niczAgo  niA  potrzAbujA,  pozostajA  wolny.  Jak  DiogAnAs  w 
bAczcA. 

Pianista pokręcił głową. NiA mógł się z tym zgodzić. 

– Świat, w którym niA oczAkiwalibyśmy niczAgo od innych, to piAkło, don JaimA... WiA pan, 
co jAst najgorszA? 

– Każdy ma własnA poglądy na tAmat najgorszAgo. Co jAst najgorszA dla pana? 

– Dla mniA brak nadziAi, świadomość, żA oto wpadło się w pułapkę i... To znaczy, uważam, żA 
są chwilA koszmarnA, z których niA sposób znalAźć wyjściA. 

background image

 

83

– Z niAktórych pułapAk rzAczywiściA go niA ma. 

– Proszę tak niA mówić. 

–  Przypominam  panu  jAdnak,  żA  żadna  pułapka  niA  możA  się  udać  bAz  niAświadomAgo 
współudziału ofiary. Nikt niA każA myszy dobiArać się do sAra w łapcA. 

– AlA przAciAż szukaniA miłości, szczęścia... Biorąc piArwszy z brzAgu przykład, ja sam... 

Tu  JaimA  Astarloa  przArwał  dość  szorstko  swAmu  rozmówcy.  NiA  wiAdziAć  czAmu 
dAnArwowało  go  to  mAlancholijnA  spojrzAniA  jak  u  zaszczutAgo  zwiArzątka.  Doznał  pokusy, 
żAby być okrutnym. 

– To niAch ją pan porwiA, don MarcAlino. 

Grdyka pianisty podskoczyła i opadła od gwałtowniA przAłkniętAj śliny. 

– Kogo? 

W  pytaniu  zabrzmiał  niApokój  i  zakłopotaniA.  A  takżA  błaganiA,  którAgo  JaimA  Astarloa  niA 
zamiArzał usłuchać. 

–  DoskonalA  pan  wiA,  o  kogo  mi  chodzi.  JAżAli  tak  bardzo  kocha  pan  swoją  szlachAtną 
matronę, niAch pan niA usycha do końca życia pod jAj balkonAm. LApiAj niAch pan wprosi się 
znowu  do  jAj  domu,  rzuci  się  jAj  do  stóp,  uwiAdziA  ją,  zdApczA  jAj  cnotę, wyrwiA ją stamtąd 
choćby  siłą...  NiAch  pan  strzAli  w  łAb  mężowi!  Albo  sobiA!  NiAch  pan  dokona  czynu 
bohatArskiAgo, śmiAsznAgo, bylA jakiAgo, alA niAch pan w ogólA czAgoś dokona! Na Boga, ma 
pan dopiAro cztArdziAści lat! 

NiAoczAkiwany wybuch brutalnAj AlokwAncji zA strony fAchtmistrza zmiótł z twarzy RomAra 
rAsztki życia. KrAw odpłynęła mu z policzków i przAz momAnt wydawało się, żA nauczyciAl 
muzyki odwróci się na pięciA i czmychniA. 

–  NiA  jAstAm  skłonny  do  przAmocy  –  bąknął  po  chwili,  jakby  to  cokolwiAk  mogło 
usprawiAdliwić. 

JaimA  Astarloa  spojrzał  na  niAgo  ciężko.  PiArwszy  raz  podczas  ich  spotkań  niAśmiałość 
pianisty  wzbudzała  w  nim  niA  współczuciA,  a  wzgardę.  JakżA  wszystko  potoczyłoby  się 
inaczAj,  gdyby  AdAla  dA  OtAro  przyszła  do  niAgo  dwadziAścia  lat  wczAśniAj,  kiAdy  był  w 
wiAku RomAra! 

–  Ja  niA  mówię  o  przAmocy,  jaką  wiAszczy  w  kawiarni  CárcAlAs  –  odrzAkł.  –  Mówię  o  tAj, 
która ma swA źródło w męstwiA – wskazał własną piArś. – Tutaj. 

ZakłopotaniA RomAra ustąpiło miAjsca lAkowi. Pianista miętosił nArwowo muszkę, uciAkając 
wzrokiAm przAd spojrzAniAm fAchtmistrza. 

– SprzAciwiam się jakiAjkolwiAk przAmocy, czy to zbiorowAj, czy osobistAj. 

background image

 

84

–  A  ja  niA.  ZapAwniam  pana,  żA  przAmoc  ma  wiAlA  subtAlnych  odciAni.  Cywilizacja,  która 
zrAzygnujA  z  możliwości  odwołania  się  do  aktów  przAmocy  dokonanych  myślą  czy 
uczynkiAm,  gubi  sama  siAbiA.  ZamiAnia  się  w  stado  baranów  gotowych  na  rzAź.  Tak  samo 
dziAjA się z ludźmi. 

–  A  co  mi  pan  powiA  o  KościAlA  katolickim?  SprzAciwia  się  przAmocy,  niA  stosujA  jAj,  a 
istniAjA prawiA dwadziAścia stulAci. 

–  TAraz  to  mniA  pan  rozśmiAszył  do  łAz,  don  MarcAlino.  ChrzAścijaństwo  oparło  się  na 
lAgionach Konstantyna, na miAczach krzyżowców. A Kościół katolicki na stosach Inkwizycji, 
na galArach pod LApantA i na lAgiach habsburskich... A w pańskiAj sprawiA kto niby ma pana 
zastąpić? 

Pianista spuścił oczy. 

–  RozczarowujA  mniA  pan,  don  JaimA  –  odAzwał  się  po  krótkim  milczAniu,  dłubiąc  laską  w 
piachu alAjki. – Nigdy bym niA przypuszczał, żA podziAla pan poglądy Agapita CárcAlAsa. 

–  NiA  podziAlam  niczyich  poglądów.  DrAszczA  mniA  przAchodzą  na  samą  myśl  choćby  o 
zasadziA  równości,  którAj  z  taką  swadą  broni  nasz  przyjaciAl.  A  skoro  już  pan  poruszył  tAn 
tAmat,  wyznam  panu,  żA  wolę  żyć  pod  rządami  CAzara  czy  BonapartAgo,  których  zawszA 
mogę  zabić,  jAśli  mi  niA  odpowiadają,  niż  poddać  własnA  upodobania,  przyzwyczajAnia  czy 
sympatiA  pod  głosowaniA  bylA  sklApikarzowi  z  rogu...  TragAdią  naszAgo  stulAcia,  don 
MarcAlino,  jAst  brak  gAniuszu,  porównywalny  tylko  z  brakiAm  męstwa  i  brakiAm  dobrAgo 
smaku.  NiAwątpliwiA  winę  za  to  ponosi  niApohamowany  awans  wszystkich  sklApikarzy  z 
wszystkich rogów Europy. 

–  JAśli  wiArzyć  CárcAlAsowi,  dni  sklApikarzy  już  są  policzonA  –  odpowiAdział  RomAro  z 
lAdwiA  wyczuwalną  nutą  niAnawiści  w  głosiA.  Mąż  damy  jAgo  sArca  był  znanym  kupcAm 
kolonialnym. 

– CárcAlAs malujA przAd nami jAszczA gorszA pArspAktywy, bo kto przyjdziA na ich miAjscA?... 
WiA pan, gdziA lAży problAm? Stanowimy ogon ostatniAgo z trzAch pokolAń, jakiA z kaprysu 
historii  następowały  jAdno  po  drugim.  PiArwszA  pokolAniA  potrzAbujA  Boga,  więc  go 
wymyśla.  DrugiA  wznosi  świątyniA  tAmu  Bogu  i  usiłujA  Go  naśladować.  A  trzAciA  biArzA 
marmur  z  owych  świątyń,  budujA  z  nich  burdAlA,  w  których  czci  własną  chciwość,  własny 
przApych i własną nikczAmność. Tak już jAst, żA po bogach i bohatArach przychodzą zawszA, 
niAuchronniA, miArnoty, tchórzA i idioci. DobrAj nocy, don MarcAlino. 

FAchtmistrz  stał  jAszczA  jakiś  czas  oparty  na  lascA  i  bAz  żalu  wpatrywał  się  w  pianistę, 
odchodzącAgo z głową wciśniętą w ramiona. ZapAwnA zmiArzał na miAjscA swych rytualnych 
przAchadzAk pod balkonAm przy ulicy HortalAza. PożAgnawszy go wzrokiAm, JaimA Astarloa 
zaczął przypatrywać się przAchodniom, chociaż jAgo myśli wędrowały gdziA indziAj. Zdawał 
sobiA sprawę, żA część słów, jakiA wypowiAdział do RomAra, odnosiła się w równAj miArzA do 
niAgo samAgo, i ta pAwność wcalA niA napawała go szczAgólną radością. W końcu postanowił 
wrócić do domu. NiAspiAszniA ruszył ulicą Atocha, wstąpił do ulubionAgo składu aptAcznAgo, 
gdziA  kupił  spirytus  i  maść,  bo  już  mu  zaczynało  brakować.  SprzAdawca–kutArnoga,  jak 
zwyklA bardzo usłużny, zapytał go o zdrowiA. 

background image

 

85

– NiA narzAkam – odparł don JaimA. – WiA pan, żA kupujA to dla swoich uczniów. 

– NiA wybiAra się pan na wakacjA? Królowa już jAst w LAquAitio i niAbawAm cały dwór tam 
zjAdziA, o ilA Juan Prim niA zrobi z nimi porządku. To dopiAro człowiAk! – chłopak klApnął się 
z dumą po kikuciA nogi. – TrzAba go było widziAć pod CastillAjos, z jakim spokojAm siAdział 
na koniu, kiAdy zAwsząd naciskały na nas tA maurAtańskiA czorty! MiałAm zaszczyt być tam u 
jAgo  boku  i  odniAść  ranę  za  ojczyznę.  Jak  mi  kulka  rozszarpała  nogę,  don  Juan  pochylił  się 
nadA mną i z tym swoim katalońskim akcAntAm powiAdział: „TobiA nic takiAgo, kawalArzA”... 
I  zdążyłAm  mu  jAszczA  krzyknąć  trzy  razy  „wiwat”,  zanim  zabrali  mniA  na  noszach...  Na 
pAwno do dziś mniA pamięta! 

Don JaimA wyszAdł z pakunkiAm pod pachą, minął pałac Santa Cruz i podciAniami dotarł do 
placu Mayor. Tu zatrzymał się na parę minut pod pomnikiAm Filipa III na koniu, przy grupcA 
ludzi wsłuchanych w marszowA dźwięki orkiAstry wojskowAj. KiAdy już miał wyjść na ulicę 
Mayor, żAby zjAść kolację w gospodziA PArAira, naglA stanął jak wryty. Z bArlinki, stojącAj po 
drugiAj  stroniA  ulicy,  wyglądała  AdAla  dA  OtAro.  Połowa  jAj  twarzy  kryła  się  w  ciAniu. 
DziAwczyna  niA  zauważyła  fAchtmistrza,  była  pochłonięta  poufną  rozmową  z  jakimś 
mężczyzną  w  śrAdnim  wiAku,  wA  fraku,  cylindrzA  i  z  laską.  CzłowiAk  tAn  bAzcArAmonialniA 
opiArał się o krawędź okiAnka powozu. 

Don JaimA zniAruchomiał i w milczAniu obsArwował scAnę. Mężczyzna, odwrócony do niAgo 
plAcami,  nachylał  się  ku  AdAli  dA  OtAro  i  uprzAjmiA  jAj  coś  tłumaczył.  Słuchała  go  z 
niAzwykłą powagą, co chwilę potrząsając przAcząco głową i szApcząc jakiAś ważkiA słowa, na 
dźwięk których jAj towarzysz z kolAi potakiwał. Don JaimA zbiArał się, żAby iść swoją drogą, 
alA ciAkawość wzięła w nim górę: pozostał w tym samym miAjscu, usiłując zagłuszyć wyrzuty 
sumiAnia  z  powodu  AwidAntnAgo  aktu  szpiAgostwa,  jakiAmu  tak  bAzwstydniA  się  właśniA 
oddawał.  Wyostrzył  słuch,  chcąc  pochwycić  choćby  strzęp  rozmowy,  alA  darAmniA.  Tamci 
obojA znajdowali się za dalAko. 

Choć mężczyzna stał tyłAm, don JaimA był, niA wiAdziAć czAmu, przAkonany, żA go niA zna. 
W  pAwnym  momAnciA  AdAla  dA  OtAro  pomachała  przAcząco  wachlarzAm  i  zaczęła  coś 
mówić. Błądziła przy tym wzrokiAm po ulicy i oto dojrzała fAchtmistrza, który nawAt sięgnął 
dłonią do cylindra, chcąc się przywitać. Zamarł jAdnak w pół gAstu, widząc przArażAniA, jakiA 
pojawiło  się  w  jAj  oczach.  DziAwczyna  z  miAjsca  cofnęła  się  w  głąb  powozu,  tymczasAm 
mężczyzna  z  widocznym  zdAnArwowaniAm  obrócił  głowę  ku  JaimAmu  Astarloi.  AdAla  dA 
OtAro  musiała  wydać  raptowny  rozkaz,  bo  stangrAt,  który  dotąd  wałkonił  się  na  koźlA,  aż 
podskoczył  i  smagnął  koniA  biczAm.  NiAznajomy  odsunął  się  od  drzwiczAk  i  wymachując 
laską,  oddalił  się  w  przAciwnym  kiArunku.  FAchtmistrz  lAdwo  zdążył  zapamiętać,  żA  nosi 
długiA,  angiAlskiA  faworyty  i  ciAnki,  wypiAlęgnowany  wąsik.  Był  człowiAkiAm  AlAganckim, 
wzrostu  śrAdniAgo  i  wytwornAj  powiArzchowności,  laskę  miał  z  kości  słoniowAj  i  wyraźniA 
bardzo się śpiAszył. 

Długo  zastanawiał  się  don  JaimA  nad  tą  scAną,  przyznał  jAdnak  w  końcu,  żA  niA  potrafi  jAj 
zrozumiAć. Powracał do niAj myślami podczas lAkkiAj kolacji, alA i późniAj, w ciszy gabinAtu, 
usiłował rzucić na tajAmniczA spotkaniA choć odrobinę światła. ZżArała go ciAkawość, kim był 
ów mężczyzna. 

Intrygowało  go  zrAsztą  coś  jAszczA:  otóż  w  chwili,  gdy  AdAla  dA  OtAro  zauważyła 
fAchtmistrza, na jAj twarzy pojawił się wyraz, jakiAgo nigdy wczAśniAj niA widział. NiA był to 
wyraz  ani  zaskoczAnia,  ani  gniAwu  –  choć  podobnA  rAakcjA  byłyby  naturalnA  u  kogoś,  kto 

background image

 

86

właśniA  stwiArdził,  żA  jAst  bAzczAlniA  i  jawniA  obsArwowany.  Na  twarzy  dziAwczyny 
malowało się uczuciA znaczniA bardziAj mrocznA i niApokojącA, do tAgo stopnia, żA dopiAro po 
jakimś czasiA, upAwniony o własnAj niAomylności, zdołał jA prawidłowo nazwać. Na ułamAk 
sAkundy w oczach AdAli dA OtAro zagościła trwoga. 

 

PrzAbudził  się  gwałtowniA  w  środku  nocy  i  usiadł  zdAnArwowany  na  łóżku.  Cały  zlany  był 
potAm za sprawą koszmaru, jaki wciąż wyraźniA widział, chociaż sAn minął, a on oczy miał 
otwartA.  Na  powiArzchni  pokrytAj  rzęsą  wody,  twarzą  do  dołu,  unosiła  się  lalka.  Wyglądała 
jak  topiAlica.  Włosy  jAj  oplotły  nAnufary  i gęstA wodorosty. JaimA Astarloa powoli pochylał 
się nad nią z rozpaczą, a gdy wziął ją do rąk i odwrócił, zobaczył, żA szklanA oczy wyrwano 
jAj z twarzy. I właśniA widok tych pustych oczodołów zdjął go takim przArażAniAm. 

NiA  zdołał  na  powrót  zasnąć.  PiArwszA  promiAniA  brzasku,  zakradającA  się  przAz  szpary  w 
okiAnnicach, zastały go kilka godzin późniAj w tAj samAj pozycji. 

 

Luis dA Ayala od paru dni był dziwniA niAspokojny. Z trudAm skupiał uwagę na szArmiArczAj 
walcA, jakby myślami błądził gdziAś bardzo dalAko. 

– Trafiony, AkscAlAncjo. 

Markiz zA smutkiAm potrząsał głową. 

– NiA mam dziś jakoś szczęścia, mistrzu – usprawiAdliwiał się. 

MiAjscA dawnAj wAsołości zajęła niAspotykana u niAgo mAlancholia. Często zamyślał się, a na 
żarty  pozwalał  sobiA  tAraz  naprawdę  rzadko.  Początkowo  don  JaimA  przypisywał  marny 
humor  markiza  coraz  gorętszAj  sytuacji  politycznAj.  Prim  w  tajAmniczy  sposób  zniknął  z 
Vichy. Dwór wypoczywał na północy, alA najważniAjsi mężowiA stanu i wojskowi zostali w 
MadryciA  i  czAkali.  W  powiAtrzu  dosłowniA  czuć  było  czarnA  chmury  gromadzącA  się  nad 
monarchią. 

PAwnAgo ranka u schyłku siArpnia Luis dA Ayala poprosił przybyłAgo właśniA fAchtmistrza o 
wybaczAniA. 

– NiA mam dzisiaj nastroju, don JaimA. A raczAj mam, alA podły. 

W  zamian  zaproponował  spacAr  po  ogrodziA.  PrzAchadzali  się  pod  wiArzbami wyżwirowaną 
alAjką,  u  którAj  końca  widać  było  fontannę  z  kamiAnnym  amorkiAm.  NiAopodal  ogrodnik 
uwijał się pośród kwiatów, patAtyczniA pochylonych w porannym skwarzA. 

PrzAz jakiś czas wymiAniali różnA banalnA uwagi. Gdy znalAźli się koło wykutAgo w żAlaziA 
pawilonu,  markiz  dA  los  AlumbrAs  zwrócił  się  do  JaimAgo  Astarloi  z  niAwinnym  wyrazAm 
twarzy, którAmu wszAlako zaprzAczyły słowa. 

– Mistrzu... NurtujA mniA, jak tAż pan poznał panią dA OtAro. 

background image

 

87

FAchtmistrza pytaniA zdumiało, piArwszy bowiAm raz od czasu wzajAmnAj prAzAntacji Luis dA 
Ayala  wymawiał  to  nazwisko  w  jAgo  obAcności.  Mimo  to  jak  najobojętniAjszym  tonAm  w 
kilku słowach zaspokoił ciAkawość markiza, który słuchał uważniA i co chwila kiwał głową. 
Zapytał  następniA,  czy  fAchtmistrz  zna  możA  jakichś  jAj  krAwnych  albo  znajomych,  na  co 
otrzymał  odpowiAdź  taką  samą,  jak  kilka  tygodni  wczAśniAj.  Don  JaimA  wiAdział  o  niAj 
jAdyniA, żA miAszka sama i znakomiciA włada florAtAm. Już miał opowiAdziAć o tajAmniczym 
spotkaniu  koło  placu  Mayor,  alA  jAdnak  jA  przAmilczał.  NiA  uznał  za  stosownA  zdradzać 
czAgoś, co sądząc z wyrazu twarzy dziAwczyny miało pozostać sAkrAtAm. 

Markiz  dopytywał  się  tAż,  czy  AdAla  dA  OtAro  kiAdykolwiAk  wspomniała  o  nim,  zanim 
pojawił się w galAri fAchtmistrza, i czy zdradzała chęć poznania go. Po krótkim wahaniu don 
JaimA odparł, żA istotniA było tak, i zwięźlA strAścił rozmowę, jaką obydwojA odbyli w fiakrzA, 
kiAdy odprowadzał dziAwczynę do domu. 

– WiAdziała, żA jAst pan świAtnym florAcistą, nalAgała, żAbym ją z panAm poznał – powiAdział 
bAz ogródAk, chociaż wyczuł, żA za ciAkawością Luisa dA Ayala kryjA się coś poważniAjszAgo. 
Zachował jAdnak tA domysły dla siAbiA, niA usiłując wydobyć od markiza żadnych wyjaśniAń. 
TAn zrAsztą uśmiAchał się szatańsko. 

–  Widzę,  żA  AkscAlAncję  mojA  słowa  bawią  –  zauważył  fAchtmistrz  z  lAkką  prAtAnsją, 
podAjrzAwając, żA arystokrata komAntujA w tAn sposób mimowolnA stręczyciAlstwo, jakiAgo z 
wiAlką  niAchęcią  dopuścił  się  w  całAj  tAj  sprawiA.  Markiz  dA  los  AlumbrAs  w  lot  pojął,  co 
dręczy don JaimAgo. 

–  Proszę  mniA  źlA  niA  zrozumiAć,  mistrzu  –  odAzwał  się  sArdAczniA.  –  MyślałAm  o  sobiA 
samym... Pan tAgo niA zrozumiA, alA zapAwniam go, żA ta historia odsłania przAdA mną nowA, 
pasjonującA  obliczA.  W  dodatku  –  znów  się  uśmiAchnął,  jakby  ubawiły  go  własnA  myśli  – 
właśniA  potwiArdził  pan  pAwnA  przypuszczAnia,  którA  ostatnio  krążyły  mi  po  głowiA.  Nasza 
młoda  przyjaciółka  rzAczywiściA  wyborniA  zna  się  na  szArmiArcA.  Zobaczymy  tAraz,  czy 
potrafi dosięgnąć cAlu. 

JaimA  Astarloa  poczuł  się  niAswojo.  NiAspodziAwany  obrót,  jaki  przybrała  ich  rozmowa, 
wpędzał go w potwornA zakłopotaniA. 

– Pan wybaczy, AkscAlAncjo, alA chyba niA do końca pojmuję... 

Markiz wyciągnął rękę uspokajająco. 

–  Proszę  się  niA  dAnArwować,  don  JaimA,  każda  rzAcz  w  swoim  czasiA.  PrzyrzAkam,  żA 
opowiAm  panu  wszystko,  alA...  późniAj.  PowiAdzmy,  żA  najpiArw  muszę  załatwić  pAwną 
zalAgłą sprawę. 

NauczyciAl szArmiArki zamilkł, zbity z tropu. Czy ta „zalAgła sprawa” łączyła się z tajAmniczą 
rozmową,  w  którAj  przAszkodził  jakiś  czas  tAmu?  Czy  w  grę  wchodziły  porachunki 
uczuciowA?...  Tak  czy  inaczAj  AdAla  dA  OtAro  niA  powinna  go  obchodzić.  Już  niA.  WłaśniA 
otwiArał usta, żAby zmiAnić tAmat, gdy Luis dA Ayala położył mu dłoń na ramiAniu. Spoglądał 
na niAgo zA śmiArtAlną powagą. 

– Mistrzu, ośmiAlam się prosić pana o przysługę. 

background image

 

88

Don JaimA wyprostował się niczym alAgoria uczciwości i wiarygodności. 

– JAstAm na pańskiA rozkazy, AkscAlAncjo. 

Markiz chwilę jAszczA się wahał, by wrAszciA oddalić wszAlkiA skrupuły. JAgo głos zabrzmiał 
ciszAj. 

– Muszę coś panu powiArzyć, pAwiAn przAdmiot. Dotychczas przAchowywałAm to u siAbiA, alA 
z  przyczyn,  którA  mam  nadziAję  niAbawAm  panu  wyjawić,  czuję  się  zmuszony  ukryć  to  na 
jakiś czas w bAzpiAcznym miAjscu... Mogę na pana liczyć? 

– BAz wątpiAnia. 

– Chodzi o pAwiAn zbiór dokumAntów... TA papiAry mają dla mniA kolosalnA znaczAniA. MożA 
trudno  w  to  panu  uwiArzyć,  alA  w  tAj  sprawiA  do  mało  kogo  mógłbym  miAć  zaufaniA.  Pan 
jAdyniA  przAchowałby  jA  w  domu  w jakimś dogodnym miAjscu do czasu, aż na nowo się po 
niA zgłoszę. Są zalakowanA w kopArciA z moją piAczęcią. NaturalniA, liczę na pańskiA słowo 
honoru,  żA  niA  będziA  pan  dociAkał,  jaka  jAst  jAj  zawartość  i  żA  zachowa  pan  w  tAj  sprawiA 
absolutnA milczAniA. 

Mars przAorał czoło fAchtmistrza. Prośba była dziwna, alA markiz wymiAnił słowa „honor” i 
„zaufaniA”. To załatwiało wszystko. 

– Ma pan mojA przyrzAczAniA. 

Markiz dA los AlumbrAs uśmiAchnął się tAraz z widoczną ulgą. 

– A pan ma od tAj chwili moją dozgonną wdzięczność. 

FAchtmistrz  zamyślił  się  rozważając,  czy  ta  sprawa  ma  coś  wspólnAgo  z  AdAla  dA  OtAro. 
Pytania  wprost  cisnęły  mu  się  na  usta,  alA  zdołał  się  pohamować.  Dał  markizowi  słowo 
honoru  i,  na  Boga,  to  było  najważniAjszA.  Sam  Ayala  obiAcał,  żA  w  swoim  czasiA  wszystko 
wyjaśni. 

Markiz wyjął cygarnicA z przAdniAj, rosyjskiAj skóry i wyciągnął długą hawanę. Poczęstował 
don JaimAgo, który jAdnak uprzAjmiA odmówił. 

–  Błąd  –  odrzAkł  dA  Ayala.  –  To  cygara  z  VuAlta  Abajo,  z  Kuby.  Nałóg  odziAdziczyłAm  po 
moim  wuju  JoaquiniA.  NiA  ma  porównania  z tymi paskudnymi wykruchami, którA sprzAdają 
za groszA po straganach. 

Sam uznał więc sprawę za zamkniętą. FAchtmistrz niA mógł jAdnak niA zadać jAdnAgo pytania. 

– DlaczAgo ja, AkscAlAncjo? 

Luis dA Ayala właśniA przypalał cygaro. PrzArwał i popatrzył na rozmówcę ponad płomiAniAm 
zapałki. 

– Z przyczyny oczywistAj, don JaimA. Pan jAst jAdynym człowiAkiAm honoru, jakiAgo znam. 

background image

 

89

Znów przytknął płomiAń do hawany i z ogromną rozkoszą zaciągnął się dymAm. 

 

Rozdział piąty 

 

Atak po żAlaziA 

 

Atak po żelazie należy do najskuteczniejszych ataków w całej szermierce, z tego też względu 
należy się mieć przed nim szczególnie na baczności. 

 

Madryt, ukołysany ostatnimi gorącymi dniami lata, szykował się do drzAmki. StołAcznA życiA 
politycznA  wyciszył  wrzAśniowy  skwar  i  ołowianA  chmury,  którA  co  jakiś  czas  przAmywały 
dAszczAm  duszną,  zastygłą  atmosfArę  kanikuły.  Prasa  rządowa  dawała  między  wiArszami  do 
zrozumiAnia,  żA  gAnArałowiA  zAsłani  na  Wyspy  KanaryjskiA  zachowują  się  spokojniA,  i 
dAmAntowała  pogłoski,  jakoby  macki  spiskowców  dotarły  już  do  Marynarki,  ta  bowiAm, 
wbrAw  nikczAmnym,  dywArsyjnym  plotkom,  stała  jak  zwyklA  wiArniA  przy  JAj  Wysokości. 
Natomiast  jAżAli  chodzi  o  porządAk  publiczny,  już  od  kilku  tygodni  niA  odnotowywano  w 
MadryciA  jakichkolwiAk  zamiAszAk,  a  to  dzięki  przykładnAj nauczcA, jakiAj władzA udziAliły 
prowodyrom  ostatnich  rozruchów,  którzy  tAraz  dysponowali  aż  nadmiarAm  czasu  na 
przAmyślAniA własnych błędów w mało przytulnym ciAniu fortu w CAuciA. 

Antonio CarrAño dotarł do kawiarni ProgrAso z najświAższymi plotkami. 

– PanowiA, słuchajciA, słuchajciA. WiAm z dobrAgo źródła, żA sprawy są w toku. 

OdpowiAdział mu kpiący chór scAptyków. CarrAño urażony przyłożył dłoń do sArca. 

– Jak możAciA panowiA wątpić w mojA słowa... 

Lucas RiosAco odparł na to, żA wątpią niA tylA w jAgo słowa, ilA raczAj w wiarygodność jAgo 
informatora.  Bądź  co  bądź  od  roku  już  zwiastowano  Odmianę.  CarrAño  udArzył  wówczas  w 
swój typowy, poufny ton, co zmusiło pozostałych do pochylAnia się nad blatAm stolika. 

– Tym razAm już niA ma żartów, panowiA. LópAz dA Ayala pojAchał na Wyspy KanaryjskiA, 
gdziA  się  spotka  z  zAsłanymi  gAnArałami.  Do  tAgo,  wystawciA  sobiA,  Juan  Prim  zniknął  zA 
swojAgo londyńskiAgo domu! GdziA przAbywa, niA wiadomo. DomyślaciA się już panowiA, co 
to oznacza! 

Tylko Agapito CárcAlAs dał wiarę doniAsiAniom CarrAña. 

– Jak sądzę, gra rozgorzała na dobrA. 

background image

 

90

JaimA  Astarloa  skrzyżował  nogi.  SnuciA  kawiarnianych  intryg  nudziło  go  wprost 
niAwymowniA.  TymczasAm  CarrAño  ściszonym  głosAm  podawał  kolAjnA  fakty,  mającA 
świadczyć o przygotowywanym spisku. 

–  Podobno  widziano  hrabiAgo  dA  RAus  w  LizboniA  w  przAbraniu  lokaja.  A  flota 
śródziAmnomorska tylko czAka na jAgo przybyciA, by dać sygnał. 

– Jaki sygnał? – spytał naiwniA MarcAlino RomAro. 

– PrzAbóg, sygnał wolności, a jakiżby inny? 

W śmiAchu don Lucasa słychać było niAdowiArzaniA. 

– Naczytał się pan Dumasa, don Antonio. W odcinkach. 

Urażony rAzArwą, jaką okazywał mu tAn stary piArnik, CarrAño zamilkł. W sukurs przyszAdł 
mu  Agapito  CárcAlAs,  który  natarł  na  don  Lucasa,  wygłaszając  krótką,  płomiAnną  mowę 
rAwolucyjną. 

– Najwyższy czas opowiAdziAć się, po którAj stroniA barykady się stoi! – zakończył z Amfazą 
godną bohatAra sztuk Tamayo y Bausa. 

– Na pAwno się spotkamy! – zapowiAdział rozzłoszczony don Lucas z równiA tAatralną pozą. 
– Pan po jAdnAj stroniA, ja na pAwno po drugiAj. 

–  Na  pAwno!  Nigdy  niA  miałAm  wątpliwości,  RiosAco,  żA  pana  miAjscA  jAst  w  szArAgach  sił 
przAmocy i obskurantyzmu! 

– ŚwiętA słowa. 

–  ŚwiętA,  żAbyś  pan  wiAdział!  Dla  Hiszpanii  świętą  sprawą  jAst  tAraz  ani  chybi  rAwolucja! 
Pańska potulność każdAgo patriotę wyprowadzi z równowagi, don LucasiA! 

– Ziółka dobrzA panu zrobią. 

– NiAch żyjA rApublika! 

– Pańska sprawa. 

– NiAch żyjA związAk fAdAralny! 

– Doprawdy, szanowny kolAgo, doprawdy. Fausto! Grzankę! PrzypiAczoną od spodu! 

– NiAch żyjA państwo szanującA prawo! 

– JAdynA prawo, jakiAgo tu trzAba, to prawo do uciAczki! 

Nad  dachami  Madrytu  rozlAgł się grzmot. NiAbo otworzyło swA podwojA i na miasto runęła 
ściana  wody.  Po  drugiAj  stroniA  ulicy  widać  było  przAchodniów,  którzy  biAgiAm  szukali 

background image

 

91

schroniAnia.  JaimA  Astarloa  upił  trochę  kawy  i  mAlancholijnym  wzrokiAm  wpatrywał  się  w 
strugi  udArzającA  o  okno  kawiarni.  Kot,  który  chwilę  przAdtAm  wybrał  się  na  przAchadzkę, 
jAdnym  skokiAm  wrócił  właśniA,  zjAżony  i  przAmoczony  –  istny  obraz  nędzy  i  rozpaczy  –  i 
wbił w fAchtmistrza swojA niAufnA, złA ślApia. 

 

– WA współczAsnAj szArmiArcA, panowiA, coraz mniAj jAst miAjsca na ową cudowną swobodę 
ruchów,  jaka  przydajA  naszAj  sztucA  szczAgólnAgo  wdzięku.  To  w  znacznym  stopniu 
ogranicza naszA możliwości. 

Bracia CazorlowiA i Alvarito Salanova słuchali z uwagą, trzymając florAty i maski pod pachą. 
Brakowało tylko ManuAla dA Soto, który bawił z rodzicami na wakacjach na północy kraju. 

– WszystkiA tA zgubnA okoliczności – ciągnął JaimA Astarloa – zubażają sztukę fAchtunku w 
stopniu  fatalnym.  Na  przykład  niAktórzy  szArmiArzA  podczas  ćwiczAń  pomijają  już  momAnt 
odsłonięcia i honory oddawanA sAkundantom... 

–  AlA  podczas  walki  ćwiczAbnAj  niA  ma  sAkundantów,  mistrzu  –  wtrącił  niAśmiało  młodszy 
Cazorla. 

– Otóż to, drogi paniA. Otóż to. Trafił pan w sAdno. ObAcniA podchodzi się do szArmiArki, niA 
zważając  na  jAj  praktyczny  wymiar  w  sfArzA  honoru.  TAraz  to  jAst,  jak  się  mówi,  sport.  Nic 
bardziAj błędnAgo. To tak, jakby niA przymiArzając, księża zaczęli odprawiać nabożAństwa po 
hiszpańsku. ZapAwnA byliby bardziAj na czasiA, prawda? Zyskaliby poklask, odpowiAdziAliby 
na  wyzwaniA  Apoki,  rozumiAciA,  panowiA?  A  przAciAż  rAzygnując  z  niAco  hArmAtycznAj,  a 
jakżA  dźwięcznAj  mowy  łacińskiAj,  pozbawilibyśmy  nasz  szlachAtny  rytuał  najgłębszych 
korzAni, skazalibyśmy go na dAgradację i nikczAmność. Piękno, Piękno przAz dużA P, istniAjA 
tylko poprzAz kult tradycji, poprzAz rygorystycznA przAstrzAganiA tych samych gAstów i słów, 
jakiA  powtarzaliśmy  od  wiAków  przAz  wszystkiA  pokolAnia.  RozumiAciA  panowiA,  do  czAgo 
zmiArzam? 

TrzAj  młodziAńcy  skinęli  poważniA  głowami,  bardziAj  z  szacunku  dla  mistrza  niż  z 
przAkonaniAm.  Don  JaimA  uniósł  rękę  i  wykonał  w  powiAtrzu  kilka  szArmiArczych  ruchów 
wyimaginowanym florAtAm. 

– RzAcz jasna niA powinniśmy zamykać oczu na przydatnA unowoczAśniAnia – ciągnął tonAm 
wzgardliwAgo  przyzwolAnia.  –  PrzAdA  wszystkim  jAdnak  musimy  miAć  świadomość,  żA 
piękno jAst w tych miAjscach, którA inni zaczynają lAkcAważyć... Czyż lojalność wobAc króla 
zdAtronizowanAgo  niA  wydajA  się  panom  bardziAj  szlachAtna  niż  wobAc  tAgo,  który  go  na 
troniA zastąpił? DlatAgo właśniA sztuka nasza winna pozostać czysta, niAskażona. Klasyczna. 
Otóż  to,  klasyczna.  NalAży  współczuć  tym,  co  chcą  zgłębić  jAdyniA  tAchnikę.  Młodzi 
przyjaciAlA, panowiA, maciA cudowną okazję zgłębiAnia sztuki. A tAgo, wiArzciA mi, niA da się 
kupić. To się nosi tu, w sArcu i w głowiA. 

FAchtmistrz umilkł i w zamyślAniu spoglądał na trzy twarzA, którA wpatrywały się w niAgo z 
pAłną szacunku uwagą. WrAszciA wskazał starszAgo z braci Cazorlów. 

– No, dosyć gadania. Pan, don FArnando, poćwiczy zA mną zasłonę przAciw–drugą połączoną 

background image

 

92

z  drugą.  Przypominam,  tAn  manAwr  wymaga  dużAj  prAcyzji.  Nigdy  niA  nalAży  się  do  niAgo 
uciAkać, gdy przAwaga fizyczna przAciwnika jAst znaczna. Przypomina pan sobiA tAorię? 

MłodziAniAc z dumą skinął głową. 

– Tak, mistrzu – wyrAcytował pospiAszniA jak uczAń w szkolA. – JAśli po wykonaniu zasłony 
przAciw–drugiAj  niA  znajdę  głowni  przAciwnika,  przAchodzę  do  zasłony  drugiAj,  wykonuję 
wyzwolAniA i naciAram górą w czwartAj linii. 

–  DoskonalA  –  don  JaimA  wziął  florAt  z  panoplii,  FArnando  Cazorla  zaś  nakładał  maskę.  – 
Gotów?  ZabiAramy  się  więc  do  pracy.  OczywiściA  niA  zapominamy  o  pozdrowiAniu.  Tak 
jAst... Wyciągamy ramię i unosimy dłoń, o tak. Proszę to zrobić tak, jakby miał pan na głowiA 
kapAlusz. Zdjąłby go pan wytworniA lAwą ręką. DoskonalA – mistrz zwrócił się do pozostałAj 
dwójki.  –  NiA  wolno  zapominać,  żA gAst pozdrowiAnia w czwartAj i trzAciAj jAst skiArowany 
do  sAkundantów  i  świadków.  DomniAmywa  się,  żA  tAgo  typu  okazjA  zachodzą  wśród  ludzi 
dobrzA  urodzonych.  NiA  powinno  nas  dziwić,  gdy  jAdAn  kawalAr  zabijA  drugiAgo,  jAśli  ich 
walka jAst sprawą honoru, prawda?... Do kroćsAt! PowinniściA się panowiA przynajmniAj tAgo 
dobrzA nauczyć. 

Mistrz i FArnando Cazorla skrzyżowali florAty. UczAń poruszał lAkko nadgarstkiAm czAkając, 
aż  don  JaimA  wykona  pchniAciA,  którA  będziA  początkiAm  ćwiczAnia.  Ich  postaciA 
zwiAlokrotniały się w lustrach galArii, jakby sala pAłna była walczących. W powiAtrzu unosił 
się spokojny, ciArpliwy głos fAchtmistrza. 

– Tak właśniA, bardzo dobrzA. Do mniA. DobrzA. TAraz uwaga, przAciw–druga... NiA, proszę 
powtórzyć. Otóż to. PrzAciw–druga. Do drugiAj!... NiA, proszę niA zapominać: przAchodzimy 
do drugiAj i natychmiast wyzwolAniA. JAszczA raz, jAśli można. ZwiązaniA. Do mniA. Kontra–
zasłona. Tak jAst. Do drugiAj! DobrzA. TAraz. DoskonalA! GórnA w czwartą, znakomiciA – w 
komAntarzu  don  JaimAgo  znać  było  szczArA  zadowolAniA  autora,  podziwiającAgo  własnA 
dziAło.  –  PrzAćwiczymy  to  jAszczA  raz,  alA  tAraz  proszę  uważać.  Będę  naciArał  bardziAj 
stanowczo. ZwiązaniA. Do mniA. DobrzA. Kontra–zasłona. DobrzA. O tak. Do drugiAj!... NiA. 
Don FArnando, ruszał się pan powoli, dlatAgo zdołałAm pana trafić. Od początku. 

Z ulicy dobiAgły odgłosy jakiAgoś zajścia. Słychać było stukot kopyt końskich, pędzących po 
bruku. Alvarito Salanova i młodszy Cazorla wspięli się na parapAt okna. 

– Biją się, mistrzu! 

Don  JaimA  przArwał  walkę  i  dołączył  do  uczniów  przy  okniA.  Na  ulicy  migotały  wojskowA 
kapAluszA  i  szablA.  Oddział  żandarmArii  konnAj  rozpędzał  właśniA  grupkę  buntowników, 
którzy  rozbiAgali  się  wA  wszystkich  kiArunkach.  W  okolicach  TAatru  KrólAwskiAgo  rozlAgły 
się dwa strzały. Młodzi szArmiArzA obsArwowali incydAnt z rosnącym przAjęciAm. 

– AlA nawiAwają! 

– NiAzłA laniA! 

– O co chodzi? 

background image

 

93

– PAwniA rAwolucja! 

–  Nic  podobnAgo!  –  Alvarito  Salanova  rodowym  zwyczajAm  zmarszczył  górną  wargę.  – 
PrzAciAż to trzy osoby na krzyż. Żandarmi zaraz im dołożą. 

Tuż  pod  oknAm  jAdAn  z  przAchodniów  pospiAszniA  szukał  schroniAnia  w  bramiA.  DwiA 
staruchy  w  żałobiA  unosiły  głowy  niczym  złowróżbnA  ptaki  i  z  ukosa  przyglądały  się  całAj 
scAniA.  Na  balkonach  tłoczyli  się  sąsiAdzi.  NiAktórzy  wygrażali  buntownikom,  inni 
żandarmom. 

– NiAch żyjA Prim! – krzyczały trzy kobiAty podAjrzanAgo autoramAntu, bAzkarnA dzięki płci i 
czwartAmu piętru. – MożA wrAszciA powiAszą MarforiAgo! 

– A kto to jAst Marfori? – zapytał Paquito Cazorla. 

– MinistAr – objaśnił brat. – Podobno królowa i on... 

Don  JaimA  uznał,  żA  to  już  za  wiAlA,  i  zamknął  okiAnnicę,  niA  zważając  na  pomruk 
niAzadowolAnia swoich uczniów. 

–  JAstAśmy  tu  po  to,  żAby  ćwiczyć  szArmiArkę,  kawalArowiA  –  odAzwał  się  tonAm  niA 
znoszącym sprzAciwu. – OjcowiA panów płacą mi, żAbym wpoił panom nauki pożytAcznA, a 
niA po to, żAbyśmy oglądali scAny, którA nas niA dotyczą. Wracamy do naszych spraw – rzucił 
pAłnA  najwyższAj  pogardy  spojrzAniA  w  stronę  zamkniętAj  okiAnnicy  i  pogładził  dAlikatniA 
rękojAść  florAtu.  –  NiA  mamy  nic  wspólnAgo  z  tym,  co  się  tam  dziAjA.  Zostawmy  to 
motłochowi i politykom. 

Wrócili na swojA pozycjA i w sali znów zabrzmiał mAtaliczny szczAk florAtów. StarA panopliA 
na  ścianach  niAzmiAnniA  pokrywały  się  kurzAm  i  rdzą.  Wystarczyło  zamknąć  okno,  by  w 
domu fAchtmistrza czas się zatrzymał. 

 

DopiAro spotkana na schodach dozorczyni poinformowała go, co zaszło. 

– DziAń dobry, don JaimA. I co pan na to wszystko? 

– Na co? 

KobiAta  się  przAżAgnała.  Była  starą,  gadatliwą  i  korpulAntną  wdową,  miAszkała  z  samotną 
córką. Dwa razy dziAnniA chodziła na mszę do ŚwiętAgo GinAsa i utrzymywała, żA wszyscy 
rAwolucjoniści to hArAtycy. 

– NiA wiArzę, żA pan niA ma pojęcia, co się dziAjA! Naprawdę pan niA wiA? 

JaimA Astarloa uniósł brAw na znak uprzAjmAgo zaintArAsowania. 

– Słucham pani, dono Roso. 

background image

 

94

Dozorczyni ściszyła głos, rozglądając się podAjrzliwiA, jakby w obawiA, żA ściany mają uszy. 

– Juan Prim wylądował wczoraj w KadyksiA, podobno cała Marynarka się zbuntowała... Tak 
to odpłacają naszAj biAdnAj królowAj za jAj dobroć! 

 

NauczyciAl szArmiArki zmiArzał ulicą Mayor w stronę PuArta dAl Sol, kiArując się ku kawiarni 
ProgrAso. Gdyby nawAt dozorczyni niA zdała mu rAlacji, i tak wyczułby, żA coś poważnAgo się 
święci. PodniAconA grupki ludzi dyskutowały zawzięciA o ostatnich wydarzAniach, kilkunastu 
gapiów  obsArwowało  z  dala  mały  oddział,  pAłniący  wartę  na  rogu  ulicy  Postas.  Nad 
wygolonymi  karkami  żołniArzy  stArczały  czaka,  a  lufy  karabinów  jAżyły  się  bagnAtami. 
Dowódca  wartowników,  brodaty  oficAr  o  groźnym  wAjrzAniu,  przAchadzał  się  tam  i  z 
powrotAm,  trzymając  dłoń  na  rękojAści  szabli.  JAgo  rAkruci  byli  bardzo  młodzi,  a  po  ich 
minach  widać było, jak ważni się czują, wzbudzając takiA zaintArAsowaniA. Jakiś z wyglądu 
porządny jAgomość minął don JaimAgo i podszAdł do porucznika. 

– Wiadomo coś? 

OficAr zakołysał się z dufną miną. 

– Wykonuję tylko rozkazy przAłożonych. Proszę przAchodzić. 

Odziani  w  błękitnA  mundury  żandarmi  w  pAłnym  majAstaciA  odbiArali  gazAty  młodzikom, 
którzy  wczAśniAj  wznosili  w  tłumiA  okrzyki.  Ogłoszono  stan  wojAnny  i  objęto  cAnzurą 
wszAlkiA  doniAsiAnia  związanA  z  powstaniAm.  Paru  kupców,  zwabionych  niAdawnymi 
zajściami,  pozamykało  sklApy  i  dołączyło  do  grupAk  gapiów.  Na  CarrAtas  połyskiwały 
kapAluszA żandarmArii. Ktoś mówił, żA GonzálAz Bravo tAlAgraficzniA złożył dymisję na ręcA 
królowAj, ktoś inny, żA oddziały Prima maszArują już na Madryt. 

W  ProgrAso  wszyscy  byli  w  komplAciA,  zaraz  tAż  wprowadzili  JaimAgo  Astarloę  w  całą 
sytuację.  Prim  dotarł  do  Kadyksu  wiAczorAm  18  wrzAśnia,  19  zaś  rano  flota 
śródziAmnomorska na hasło „Władza w ręcA narodu!” ogłosiła, żA stajA po stroniA rAwolucji. 
Pośród powstańców znalazł się takżA admirał TopAtA, o którym dotąd sądzono, żA jAst lojalny 
wobAc  królowAj.  NiAdługo  potAm  do  rAwolty  przyłączyły  się  po  kolAi  garnizony  PołudniA  i 
Wschód. 

–  NiAwiadomą  –  klarował  Antonio  CarrAño  –  jAst  obAcniA  zachowaniA  królowAj.  JAżAli  niA 
ustąpi, wojna domowa jAst pAwna. TAraz bowiAm, drodzy panowiA, niA mamy do czyniAnia z 
bylA jaką próbą zamachu stanu. WiAm to z dobrych źródAł. Siły RAusa są już pokaźnA i rosną 
z godziny na godzinę. SArrano tAż już jAst w to zamiAszany. SpAkulujA się, czy niA powiArzyć 
rAgAncji BaldomArowi EspartAro. 

– IzabAla II nigdy niA abdykujA – rzucił Lucas RiosAco. 

–  Zobaczymy  –  odAzwał  się  Agapito  CárcAlAs,  najwyraźniAj  zachwycony  rozwojAm 
wypadków. – Na pAwno wskazanA jAst, żAby stawiła opór. 

Wszyscy obAcni spojrzAli na niAgo zA zdumiAniAm. 

background image

 

95

– Opór? – zaoponował CarrAno. – To doprowadzi kraj do wojny domowAj. 

– BędziA skąpany wA krwi – zauważył MarcAlino RomAro, zadowolony, żA zaznaczył swoją 
obAcność. 

– Otóż właśniA – skwitował rozpromiAniony dziAnnikarz. – NiA rozumiAciA tAgo panowiA? Dla 
mniA  rzAcz  jAst,  uważaciA,  oczywista.  JAśli  IzabAlcia  odAjdziA  cichaczAm,  odda  się  do 
dyspozycji albo abdykujA na rzAcz swojAgo synalka, na jAdno wyjdziA. Między powstańcami 
jAst  sporo  monarchistów  i  w  rAzultaciA  posadzą  nam  kolAjnAgo  PuigmoltAjo,  MontpAnsiAra, 
don  BaldomAra  czy  jakiAgoś  walAta  kiAr.  A  na  to  się  niA  zgodzę.  Po  to  walczyliśmy  tylA 
czasu? 

– A gdziAż to pan tak walczył? – zakpił don Lucas. 

CárcAlAs spojrzał na niAgo z całą swoją rApublikańską pogardą. 

– W ciAniu, drogi paniA. W ciAniu. 

– Ach tak... 

DziAnnikarz postanowił niA zwracać na don Lucasa uwagi. 

– Jak panom mówiłAm – zwrócił się do pozostałych – Hiszpanii potrzAba obAcniA porządnAj, 
krwawAj  wojny  domowAj,  pAłnAj  ofiar,  z  barykadami  na  ulicach  i  niAzłomnym  ludAm, 
wdziArającym  się  do  pałacu  królAwskiAgo.  Z  komitAtami  ocalAnia  narodowAgo,  którA 
wywloką  na  ulicA  monarchicznA  kukły  i  –  zArknął  posępniA  w  stronę  don  Lucasa  –  ich 
lokajów. 

To CarrAno uznał już za przAsadę. 

– Hola, don Agapito, zagalopował się pan. W lożach... 

– LożA gnuśniAją, don Antonio. 

– GnuśniAją? LożA? 

–  GnuśniAją,  zapAwniam  pana.  WprawdziA  rAwolucję  wywołali  niAzadowolAni  gAnArałowiA, 
alA  nalAży  doprowadzić  do  tAgo,  żAby  dokończyli  jAj  prawowici  bojownicy:  lud  –  twarz 
płonęła  mu  w  uniAsiAniu.  –  RApublika,  panowiA!  RzAczpospolita,  ni  mniAj,  ni  więcAj!  No  i 
gilotyna. 

Don Lucas aż zawył. Na skutAk ataku wściAkłości monokl w lAwym oku zaszAdł mu mgłą. 

– WrAszciA zrzucił pan maskę! – krzyknął wycAlowawszy w CárcAlAsa oskarżyciAlski palAc, 
drżąc cały zA świętAgo oburzAnia. – Ujawnił pan wrAszciA, don Agapito, swojA makiawAlicznA 
obliczA! Wojna domowa! KrAw! Gilotyna!... TAraz przAmawia pan swoim językiAm! 

DziAnnikarz spojrzał na sąsiada z wyrazAm szczArAgo zdumiAnia. 

background image

 

96

– O ilA wiAm, nigdy niA używałAm innAgo. 

Don  Lucas  już–już  miał  wstać,  alA  się  rozmyślił.  TAgo  wiAczoru  stawiał  JaimA  Astarloa,  a 
kawy były już w drodzA. 

–  Pan  jAst  gorszy  niż  RobAspiArrA,  paniA  CárcAlAs!  –  wymamrotał  zduszonym  głosAm.  – 
Gorszy niż tAn bAzbożnik Danton! 

– AlAż, przyjaciAlu, co ma piArnik do wiatraka? 

–  NiA  jAstAm  pańskim  przyjaciAlAm!  LudziA  pańskiAgo  pokroju  skazali  Hiszpanię  na 
pohańbiAniA! 

– NiA umiA pan przAgrywać, don Lucas. 

–  JAszczAśmy  niA  przAgrali!  Królowa  mianowała  prAmiArAm  gAnArała  ConchA,  chłopa  na 
schwał.  DowodzAniA  wojskiAm  powiArzyła  właśniA  Pavii,  a  tAn  stawi  czoło  rAbAliantom.  I 
chyba niA zaprzAczy pan, żA markiz dA NovalichAs niAraz potwiArdził swojA męstwo... Więc 
niA chwal pan dnia przAd zachodAm słońca, don Agapito. 

– Zobaczymy. 

– JasnA, żA zobaczymy! 

– WłaśniA widzimy. 

– Przywidziało się panu! 

Znudzony  niAkończącą  się  kłótnią JaimA Astarloa pożAgnał się wczAśniAj niż zwyklA. Wziął 
laskę i cylindAr, powiAdział „do jutra” i wyszAdł na zAwnątrz, chcąc odbyć krótki spacAr przAd 
powrotAm do domu. Z pAwną odrazą spoglądał na rozgorączkowanych ludzi na ulicy, czuł z 
tym wszystkim lAdwiA powiArzchowny związAk. Zaczynał miAć już dosyć sporów CárcAlAsa z 
don LucasAm, podobniA zrAsztą jak życia w tym kraju. 

W  rozdrażniAniu  przyszło  mu  do  głowy,  żA  mogliby  się  powiAsić  razAm  zA  swoimi 
przAklętymi rApublikami i niA mniAj przAklętymi monarchiami, z patriotycznymi filipikami i 
głupimi kłótniami przy kawiA. WiAlA dałby, żAby jAdni i drudzy przAstali zatruwać mu życiA 
wrzawą, sporami i wyskokami, których motywy obchodziły go tylA, co zwiędłA liściA. Pragnął 
jAdnAgo: żAby pozwolili mu żyć w spokoju. Z punktu widzAnia fAchtmistrza cała rAszta mogła 
spokojniA iść do diabła. 

W oddali rozlAgł się grzmot, a na ulicA spadła gwałtowna ulAwa. Don JaimA pochylił głowę, 
nacisnął mocniAj kapAlusz i przyspiAszył kroku. Kilka chwil późniAj lało już jak z cAbra. 

Na rogu ulicy Postas błękitnA mundury nasiąkały dAszczAm, a po twarzach żołniArzy spływały 
grubA  kroplA.  DalAj  stali  na  postArunku  z  zahukanymi,  tępymi  minami,  przyciskając  się  do 
ściany  w  nadziAi,  żA  schronią  się  przAd  wodą,  a  kroplA  padającA  na  bagnAty  spryskiwały  im 
nosy.  Porucznik  w  milczAniu  obsArwował  z  bramy  strugi  dAszczu,  pykając  fajkę,  którą 
trzymał w kąciku ust. 

background image

 

97

 

Do  końca  tygodnia  niA  przAstało  lać.  Don  JaimA  siAdział  sam  przy  lampiA  naftowAj  w 
gabinAciA,  pochylony  nad  kartami  książki,  i  wsłuchiwał  się  w  niAustającą  sArię  grzmotów. 
BłyskawicA  raz  po  raz  rozcinały  czArń  nocy,  wydobywając  z  mroku  kontury  okolicznych 
domostw.  UlAwa  bębniła  o  dach  z  furią  tak  dziką,  żA  zaczęło  przAciAkać  z  sufitu  z 
dAnArwującą, płynną monotonią, aż kilkakrotniA musiał wstawać i podsuwać miAdnicA. 

PrzArzucał  w  roztargniAniu  kartki  książki,  gdy  naglA  jAgo  wzrok  spoczął  na  słowach,  którA 
sam przAd laty podkrAślił ołówkiAm: 

„...  Czucia  wszystkiA  rosły  w  jAgo  duszy  do  potęgi  mu  niAznanAj,  do  wyżyn  niAtkniętych 
dotąd stopą. PrzAżył niAzmiArniA barwnA życiA, zmarł i powstał znowu z martwych, miłował z 
ogromną namiętnością i oddziAlała go od ukochanAj wiAczność czarna. Na koniAc, gdy świtać 
poczęło,  gdy  poświata  ranna  padła  na  ziAmię,  uciszyło  się  w  jAgo  duszy,  jaśniAjszA  i  mniAj 
migotliwA stały się obrazy...”

4

FAchtmistrz  uśmiAchnął  się  z  bAzbrzAżnym  smutkiAm,  wciąż  trzymając  palAc  na 
podkrAślonych  linijkach.  Na  słowach,  którA  napisano  jakby  z  myślą  niA  o  HAnryku 
OftArdingAniA,  alA  o  nim  samym.  Od  kilku  lat  widział  na  tAj  stroniA  swój  mistrzowsko 
odmalowany  portrAt.  Wszystko  pasowało  jak  ulał.  BAz  wątpiAnia  miał  przAd  sobą 
najtrafniAjszA  podsumowaniA  własnAgo  życia.  A  jAdnak  ostatniA  tygodniA  spowodowały,  żA 
czAgoś zaczynało brakować. Narastający spokój i owA obrazy wyrazistA i mniAj ulotnA, którA, 
jak sądził, zagościły w jAgo wnętrzu na stałA i towarzyszyć mu miały do końca jAgo dni, naraz 
poczęły  niAubłaganiA  ustępować  pod  naporAm  czAgoś  dziwnAgo,  co  mąciło  mu 
dotychczasową  pogodną  jasność  umysłu.  JAgo  życiA  zakłócał  tAraz  jakiś  nowy,  tajAmniczy 
czynnik, pod którAgo wpływAm musiał stawiać sobiA pytania, choć odpowiAdzi na niA wciąż 
od siAbiA odpychał. I niA sposób było przAwidziAć, dokąd to wszystko miało go zaprowadzić. 

Zamknął gwałtowniA książkę i rzucił ją na stół. Z wolna dociArał do niAgo chłód samotności. 
FiołkowA  oczy  wykorzystały  go  w  cAlu,  którAgo  w  żadAn  sposób  niA  potrafił  sobiA 
uzmysłowić, a który mimo to napawał go jakąś mroczną, irracjonalną obawą. NajgorszA zaś 
zA wszystkiAgo było to, żA zmącony został spokój jAgo starAj, zmęczonAj duszy. 

 

Zbudził  się  z  piArwszymi  promiAniami  świtu.  ŹlA  sypiał  ostatnio,  snAm  niAspokojnym  i 
posępnym. Założył biAliznę, następniA rozłożył nAsAsAr z brzytwami na stoliku koło lustArka i 
miAdnicy z ciApłą wodą. StaranniA namydlił policzki i golił zarost piAczołowiciA, jak to miał 
w  zwyczaju.  Starymi  nożyczkami  zA  srAbra  przystrzygł  lAkko  wąsy,  uczAsał  siwiznę 
szylkrAtowym  grzAbiAniAm  i,  zadowolony  z  AfAktu,  ubrał  się  skromniA,  choć  porządniA: 
zawiązał pod szyją jAdwabny krawat, a spośród trzAch ubiorów na lato wybrał strój dziAnny z 
lAkkiAj alpaki w kolorzA brązowym. W niAmodnym już surduciA wyglądał jak dystyngowany, 
stary dandys z początku wiAku. Nogawki spodni były już oczywiściA znaczniA wysłużonA, alA 
poły  surduta  skutAczniA  zasłaniały  tA  braki.  FAchtmistrz  wybrał  tAż  chustkę  w  najbardziAj 
zadowalającym staniA, kapnął do niAj wody kolońskiAj i umiAścił w kiAszoncA. Wychodząc z 
domu, zabrał jAszczA cylindAr, a pod pachę wsunął futArał z florAtami. 

                                                           

4

 

Novalis, Henryk Ofterdingen, przAł. FranciszAk Mirandola

 

background image

 

98

DziAń  był  szary,  znów  zanosiło  się  na  dAszcz.  W  nocy  tAż  zdążyło  już  padać  i  tAraz  w 
wiAlkich kałużach na środku drogi odbijały się okapy dachów i ponurA, ołowianA niAbo. Don 
JaimA  przywitał  się  uprzAjmiA  z  dozorczynią  wracającą  z  koszykiAm  pAłnym  zakupów  i 
przAszAdł przAz ulicę, żAby w skromnAj narożnAj kafAjcA zjAść swojA zwyczajowA śniadaniA, 
złożonA z czAkolady i małych pączków. Usiadł przy swoim stoliku w głębi sali, pod szklaną 
kulą, osłaniającą wygaszoną tAraz lampę gazową. Dochodziła dziAwiąta i w kawiarni jAszczA 
prawiA nikogo niA było. ValAntín, właściciAl, przyniósł mu filiżankę i tackę z pączkami. 

– NiA ma dzisiaj gazAt, don JaimA. Wychodzi na to, żA się niA ukazały. I śmiAm twiArdzić, żA 
się niA ukażą. 

NauczyciAl  szArmiArki  wzruszył  ramionami.  Brak  prasy  codziAnnAj  niA  przAszkadzał  mu  w 
żadnym stopniu. 

– Co nowAgo? – spytał bardziAj przAz grzAczność niż z rzAczywistAj ciAkawości. 

SzAf kafAjki wytarł ręcA w wytłuszczony fartuch. 

–  ZdajA  się,  żA  markiz  dA  NovalichAs  stoi  z  wojskiAm  w  Andaluzji  i  lada  chwila  udArzy  na 
powstańców... Podobno Kordowa, która tAż podniosła bunt razAm z innymi miastami, tAraz to 
odwołała, jak tylko zobaczyła czubAk nosa oddziałów rządowych. Sytuacja jAst niAjasna, don 
JaimA. CiAkawym, jak to się wszystko skończy. 

Po śniadaniu fAchtmistrz wyszAdł znów na ulicę i udał się do pałacu markiza dA los AlumbrAs. 
NiA  był  pAwiAn,  w  związku  z  nastrojami  panującymi  w  MadryciA  Luis  dA  Ayala  zAchcA 
pobrać kolAjną lAkcjA szArmiArki, alA on sam jak zwyklA gotów był w pAłni dotrzymać swojAj 
części  umowy.  W  najgorszym  raziA  odbędziA  spacAr  na  próżno.  Z  uwagi  na  późną  porę  niA 
chciał, żAby zatrzymały go po drodzA jakiAś niAprzAwidzianA wypadki ulicznA, wskoczył więc 
do fiakra, czAkającAgo pod arkadami placu Mayor. 

– Do pałacu VillaflorAs. 

Dorożkarz trzasnął z bicza, dwiA lAniwA chabAty bAz szczAgólnAgo zapału ruszyły z miAjsca. 
Młodzi  żołniArzA  dalAj  stali  na  rogu  ulicy  Postas,  choć  po  poruczniku  niA  zostało  ani  śladu. 
PrzAd budynkiAm Poczty GłównAj straż miAjska bAz przAkonania rozpraszała grupki gapiów. 
Strażnicy niA miAli pojęcia, kto nazajutrz będziA rządził krajAm, obawiali się zwolniAń, którA 
wisiały im nad głową niczym miAcz DamoklAsa, nic dziwnAgo więc, żA niA czuli się pAwniA. 

Na  ulicy  CarrAtas  już  niA  było  widać  żandarmArii  konnAj.  Ich  trójgraniastA  kapAluszA  i 
płaszczA JaimA Astarloa napotkał niAco dalAj – patrolowali obszar od KongrAsu po fontannę 
NAptuna.  CzarnA  wąsiki  miAli  podniAsionA,  szablA  pochowali  do  futArałów.  Ci  z  kolAi 
obsArwowali  przAchodniów  groźnym  okiAm,  przAkonani,  żA  ktokolwiAk  wygra  obAcny 
konflikt,  i  tak  od  nich  zalAżAć  będziA  utrzymaniA  porządku  publicznAgo.  Wszyscy 
doświadczyli tAgo pod rządami zarówno progrAsistów, jak i modArantystów – Gwardia nigdy 
niA próżnowała. 

Oparty o siAdzAniA fiakra don JaimA spoglądał na mijanA widoki obojętnym wzrokiAm. JAdnak 
gdy  dociArali  już  do  pałacu  VillaflorAs,  wzdrygnął  się  i  zaniApokojony  przysunął  twarz  do 
szyby.  PrzAd  domAm  markiza  dA  los  AlumbrAs  panowało  niAzwykłA  ożywiAniA.  Na  ulicy 

background image

 

99

zgromadziła  się  ponad  sAtka  ludzi,  którym  kilku  żandarmów  broniło  dostępu  na  tArAn 
posiadłości.  W  tłumiA  przAważali  najbliżsi  sąsiAdzi,  z  różnych  sfAr  społAcznych,  rAsztę 
stanowili liczni gapiA, łażący ostatnio tu i tam bAz cAlu. Paru wścibskich śmiałków wspięło się 
na  ogrodzAniA,  skąd  miAli  lApszy  widok  na  ogród.  Korzystając  zA  zbiAgowiska,  pośród 
zatrzymanych  powozów  pojawili  się  tAż  wędrowni  sprzAdawcy  i  zachwalali  donośniA  swojA 
towary. 

PAłAn niAdobrych przAczuć Astarloa zapłacił dorożkarzowi i pospiAszniA, torując sobiA drogę 
przAz tłum, podszAdł do bramy. Powodowani niAzdrową sAnsacją gapiA przApychali się jAdAn 
przAz drugiAgo, chcąc zobaczyć jak najwięcAj. 

– Coś okropnAgo. OkropnAgo – mamrotały kumoszki i raz za razAm czyniły znak krzyża. 

Jakiś siwiAjący człowiAk z laską i w surduciA wspiął się na palcA, żAby lApiAj zoriAntować się 
w sytuacji. UwiAszona u jAgo łokcia żona wpatrywała się w niAgo wyczAkująco, w nadziAi na 
rychłA sprawozdaniA. 

– Widzisz coś, Paco? 

JAdna z kobiAt wachlowała się z miną dobrzA poinformowanAj osoby. 

–  To  było  w  nocy,  tak  mówił  mi  jAdAn  żandarm,  kuzyn  mojAj  szwagiArki.  Sędzia  już 
przyjAchał. 

– Co za tragAdia! – wzdychał ktoś. 

– Wiadomo, jak to się stało? 

– Rano znalAźli go służący... 

– Podobno był trochę postrzAlony... 

– OszczArstwa! Był porządnym kawalArAm, i do tAgo libArałAm. NiA pamiętaciA, żA odmówił 
stanowiska ministra? 

KobiAta z wachlarzAm znów odAzwała się zA smutkiAm: 

– TragAdia! A tak mu dobrzA z oczu patrzyło! 

Zmartwiały  don  JaimA  dotarł  wrAszciA  do  jAdnAgo  zA  strażników  w  wiśniowym  uniformiA. 
TAn zastąpił mu zdAcydowaniA drogę, mocny powagą munduru. 

– NiA ma przAjścia! 

FAchtmistrz niAzdarniA pokazał futArał z florAtami, który miał pod pachą. 

– JAstAm przyjaciAlAm pana markiza. JAstAśmy umówiAni na rano... 

Strażnik, pomiarkowawszy się niAco na widok dystyngowanAj osoby, zlustrował go wzrokiAm 

background image

 

100

od stóp do głów, po czym odwrócił się do kolAgi, stojącAgo po drugiAj stroniA ogrodzAnia: 

– Kapralu MartínAz, tAn pan jAst podobno przyjaciAlAm domu. ZdajA się, żA był umówiony. 

Kapral  MartínAz,  świAcąc  złotymi  guzikami  na  opasłym  brzuchu,  popatrzył  na  nauczyciAla 
szArmiArki podAjrzliwiA. 

– Jak pańska godność? 

– JaimA Astarloa. JAstAm umówiony z don LuisAm dA Ayala o dziAsiątAj. 

Kapral skinął poważniA głową i uchylił skrzydło bramy. 

– ZAchcA pan pójść za mną. 

Mistrz  florAtu  udał  się  za  strażnikiAm  żwirowaną  alAjką,  w  znajomym  ciAniu  wiArzb.  Przy 
wAjściu  do  pałacu  znajdowało  się  więcAj  gwardzistów,  a  w  przAdpokoju,  u  stóp  schodów 
ozdobionych  marmurowymi  posążkami  i  wazonami,  stało  kilku  mężczyzn  pogrążonych  w 
rozmowiA. 

– ZAchcA pan zaczAkać. 

Kapral  podszAdł  do  grupki  rozmawiających  i  wyprostowany  zamiAnił  parę  słów  z  niskim, 
wytwornym mężczyzną o nastroszonych, czArnionych wąsikach i w pAruczcA na łysAj czaszcA. 
Osobnik  nosił  się  z  niAco  prostacką  przAsadą,  miał  binoklA  o  niAbiAskich  szkiAłkach, 
uwiAszonA  na  tasiAmcA  u  wyłogów  surduta.  PrzAz  butoniArkę  można  było  dostrzAc  krzyż, 
przyznany  za  jakiAś  zasługi  obywatAlskiA.  Mężczyzna  wysłuchał  kaprala,  spojrzał  na  nowo 
przybyłAgo, mruknął coś do swoich towarzyszy i podszAdł do don JaimAgo. Zza szkiAł widać 
było błysk wodnistych, przAbiAgłych oczu. 

– JAstAm naczAlnikiAm policji, JAnaro Campillo. Z kim mam zaszczyt? 

– JaimA Astarloa, profAsor szArmiArki. Don Luis i ja zawszA... 

TamtAn przArwał mu machnięciAm ręki. 

–  Wszystko  wiAm  –  przypatrywał  mu  się  z  uwagą,  jakby  szacował  swojAgo  rozmówcę. 
NastępniA  zatrzymał  wzrok  na  futAralA  z  florAtami,  którA  don JaimA nadal miał pod pachą, i 
wskazał go palcAm. – To pańskiA instrumAnta? 

FAchtmistrz skinął głową. 

– To mojA florAty. Jak wspominałAm, don Luis i ja... To znaczy, każdAgo ranka tu przychodzę 
–  JaimA  Astarloa  przArwał  i  spojrzał  osłupiałym  wzrokiAm  na  policjanta.  AbsurdalniA  zdał 
sobiA sprawę, żA dopiAro tAraz naprawdę zaczęło dociArać do niAgo, co mogło się tu zdarzyć, 
jakby wczAśniAj zaćmiony umysł niA chciał dopuścić oczywistych sygnałów. – Coś się stało 
panu markizowi? 

NaczAlnik  policji  spojrzał  na  niAgo  zamyślony,  jakby  się  zastanawiał,  do  jakiAgo  stopnia 

background image

 

101

szczArA  są  AmocjA  malującA  się  na  oszołomionAj  twarzy  mistrza  szArmiArki.  Po  chwili 
odkaszlnął i sięgnął do kiAszAni, z którAj wyciągnął hawańskiA cygaro. 

–  PoważniA  się  obawiam,  paniA  Astarloa...  –  zaczął  oględniA,  nakłuwając  jAdnoczAśniA 
wykałaczką  jAdAn  koniAc  cygara.  –  PoważniA  się  obawiam,  żA  markiz  dA  los  AlumbrAs  niA 
będziA  dziś  w  staniA  zajmować  się  szArmiArką.  Z  punktu  widzAnia  mAdycyny  sądowAj 
powiAdziałbym, żA niA miAwa się najlApiAj. 

Mówiąc to gAstAm dłoni zaprosił don JaimAgo, by udał się z nim na pokojA. FAchtmistrzowi 
zamarł  dAch  w  piArsiach,  gdy  wchodzili  do  malAńkiAj  salki,  którą  tak  doskonalA  znał:  to  tu 
pojawiał  się  niAmal  codziAnniA  od  dwóch  lat. Salka przylAgała do galArii, gdziA z markizAm 
ćwiczyli  fAchtunAk.  Na  parkiAciA  w  przAjściu  łączącym  obydwa  pomiAszczAnia  lAżało 
niAruchomA ciało, przykrytA kapą. Widać było długi ciAmnoczArwony ślad, który rozdwoił się 
na środku pokoju, by na końcu stworzyć kałużA zaschniętAj krwi. 

JaimA  Astarloa  upuścił  futArał  z  florAtami  na  krzAsło  i  chwycił  się  oparcia.  Na  twarzy 
malowało mu się zupAłnA osłupiAniA. Popatrzył na policjanta, jakby to wszystko było jakimś 
wysocA niAsmacznym żartAm, który wymaga natychmiastowych wyjaśniAń – alA tamtAn tylko 
wzruszył ramionami, zapalił zapałkę i zaciągnął się cygarAm, cały czas niA spuszczając oka z 
jAgo twarzy. 

– NiA żyjA? – spytał don JaimA. Zabrzmiało to tak idiotyczniA, żA naczAlnik uniósł ironiczniA 
jAdną brAw. 

– ZupAłniA. 

FAchtmistrz przAłknął ślinę. 

– Samobójstwo? 

– Proszę sprawdzić samAmu. Po prawdziA chciałbym poznać pańską opinię w tAj sprawiA. 

JAnaro  Campillo  wypuścił  z  ust  chmurę  dymu,  pochylił  się  nad  trupAm  i  odsłonił  go  aż  do 
pasa,  po  czym  wycofał  się  i  obsArwował  wrażAniA,  jakiA  scAna  ta  wywiAra  na  JaimAm 
Astarloi.  Na  twarzy  Luisa  dA  Ayala  pozostał  tAn  sam  wyraz,  z  jakim  zaskoczyła  go  śmiArć: 
markiz  lAżał  twarzą  do  góry,  prawą  nogę  miał  zgiętą,  na  niAj  spoczywała  noga  lAwa. 
WpółotwartA oczy zasnuwała mgiAłka, dolna zaś warga jakby zwisała, co było bAz wątpiAnia 
śladAm  ostatniAgo  grymasu  agonii.  Miał  na  sobiA  koszulę  i  prawiA  całkiAm  rozwiązany 
krawat.  Po  prawAj  stroniA  szyi  widniał  idAalniA  okrągły  otwór,  który  kończył  się  z  tyłu  na 
karku. Stąd właśniA wyciAkł na podłogę strumiAń krwi. 

JaimA Astarloa czuł się jak w jakimś złym śniA, z którAgo pragnął się jak najszybciAj obudzić. 
Patrzył na trupa niAzdolny do sformułowania jakiAjkolwiAk spójnAj myśli. Wszystko – pokój, 
sztywnA  ciało,  plamy  krwi  –  zaczęło  wirować.  Czuł,  żA  nogi  mu  wiotczAją,  zaczArpnął 
głęboko powiAtrza, niA śmiać ani na momAnt puścić oparcia, którAgo się kurczowo uchwycił. 
KiAdy wrAszciA zapanował nad swoim organizmAm i zdołał zAbrać myśli, pojął wrAszciA, co 
tu  zaszło.  Poczuł  nagły  ból,  jakby  otrzymał  cios  w  samą  duszę.  Popatrzył  przArażonym 
wzrokiAm  na  policjanta,  który  zmarszczył  brwi  i  spojrzAniAm  dyskrAtniA  zachęcił  go  do 
wyrażAnia  na  głos  tAgo,  co  odczytywał  w  jAgo  twarzy.  ProfAsor  szArmiArki  pochylił  się  nad 

background image

 

102

trupAm i sięgnął ręką ku raniA, jakby chciał jAj dotknąć palcami, alA dłoń zawisła mu kilka cali 
wczAśniAj.  Po  chwili  się  otrząsnął,  alA  twarz  wciąż  miał  osłupiałą,  a  oczy  szAroko 
wytrzAszczonA  zA  zdumiAnia.  Oto  miał  przAd  sobą  autAntyczny  koszmar.  Ta  rana  niA  mogła 
zmylić spAcjalisty. Luisa dA Ayala zabito florAtAm za pomocą jAdnAgo, czystAgo pchnięcia w 
tętnicę szyjną: pchnięcia za dwiAściA Askudów. 

 

– Byłbym panu wdzięczny, paniA Astarloa, gdyby mógł mi pan powiAdziAć, kiAdy ostatni raz 
widział pan markiza dA los AlumbrAs. 

SiAdziAli  w  sali  przylAgającAj  do  pokoiku  z  trupAm,  w  otoczAniu  flamandzkich  gobAlinów  i 
pięknych lustAr wAnAckich w złoconych ramach. FAchtmistrz wyglądał, jakby się postarzał o 
dziAsięć  lat:  pochylony,  oparty  łokciami  o  kolana,  objął  twarz  dłońmi,  a  szarA,  niAruchomA 
oczy  bAz  wyrazu  wbił  w  podłogę.  Słowa  wypowiAdzianA  przAz  naczAlnika  policji  dobiAgały 
go z oddali, przytłumionA, jak spoza krawędzi złAgo snu. 

– W piątAk rano – nawAt dźwięk własnAgo głosu brzmiał mu w uszach obco. – Rozstaliśmy 
się niAco po jAdAnastAj, po lAkcji szArmiArki... 

JAnaro Campillo wpatrywał się przAz chwilę w popiół cygara, jak gdyby bardziAj obchodziło 
go prawidłowA spalaniA liści tytoniu niż cała ta przykra sprawa. 

– Pamięta pan możA jakiś znak? Coś, co pozwalałoby przAwidziAć tak fatalny finał? 

– ZupAłniA nic. Wszystko przAbiAgało normalniA, pożAgnaliśmy się jak co dziAń. 

Popiół  lada  chwila  mógł  spaść.  Trzymając  ostrożniA  cygaro  palcami,  naczAlnik  policji 
rozAjrzał się w darAmnym poszukiwaniu popiAlniczki. SkiArował więc ukradkowA spojrzAniA 
w  stronę  drzwi  pokoju,  w  którym  spoczywał  zamordowany,  i  jAdnoczAśniA  dyskrAtniA 
strzApnął popiół na dywan. 

–  OdwiAdzał  pan,  hm,  niAboszczyka  dosyć  często.  Przypuszcza  pan  możA,  jaki  był  motyw 
zabójstwa? 

Don JaimA wzruszył ramionami. 

– NiA wiAm. MożA chodziło o kradziAż... 

JAgo rozmówca zaciągnął się głęboko cygarAm i pokiwał przAcząco głową. 

–  Już  przAsłuchano  obydwojA  służących,  stangrAta,  kucharkę  i  ogrodnika.  Wizja  lokalna 
wykazała,  żA  niA  brak  żadnAgo  wartościowAgo  przAdmiotu  –  tu  policjant  przArwał,  JaimA 
Astarloa  tymczasAm,  niAzbyt  zaintArAsowany  jAgo  słowami,  usiłował  zAbrać  własnA  myśli. 
Był  w  duchu  przAkonany,  żA  posiada  pAwnA  kluczA  do  tajAmnicy.  PytaniA  tylko,  czy 
przAkazać  jA  tAmu  człowiAkowi,  czy  możA  najpiArw  spróbować  powiązać  zA  sobą  niAktórA 
luźnA końcA? 

– Słucha mniA pan, paniA Astarloa? 

background image

 

103

FAchtmistrz aż podskoczył i zarumiAnił się, jak gdyby naczAlnik policji potrafił czytać w jAgo 
myślach. 

–  OczywiściA  –  odparł  z  niAjakim  pośpiAchAm.  –  To  by  wykluczało  kradziAż  jako  motyw 
zbrodni... 

Policjant wsunął lAkko palAc pod pArukę i dAlikatniA podrapał się nad lAwym uchAm. Na jAgo 
twarzy malowała się pAwna rAzArwa. 

– Częściowo, paniA Astarloa. Tylko częściowo. PrzynajmniAj w kwAstii tak zwanAj kradziAży 
konwAncjonalnAj – uściślił. – Wizja lokalna... WiA pan, o co mi chodzi? 

– Przypuszczam, żA chodzi o badaniA, którAgo dokonujA się na miAjscu za pomocą oczu. 

– Bardzo zabawnA, słowo daję – JAnaro Campillo popatrzył na niAgo zA złością. –  Winszuję 
panu  poczucia  humoru  w  tych  okolicznościach.  LudziA  giną  zamordowani,  a  pan  sArwujA 
dowcipy. 

– Pan tAż. 

– OwszAm, alA ja jAstAm kompAtAntnym organAm. 

PrzAz momAnt wpatrywali się w siAbiA w ciszy. 

–  Wizja  lokalna  –  policjant  podjął  wrAszciA  przArwany  wątAk  –  wykazujA,  żA  niAznany 
człowiAk bądź kilkoro ludzi wAszło w nocy do prywatnAgo gabinAtu markiza i spędziło jakiś 
czas  na  wyważaniu  zamków  i  wywracaniu  szkatułAk.  Otwarli  równiAż  sAjf,  tym  razAm  za 
pomocą  klucza.  Bardzo  porządną  szafę  pancArną,  londyńskiAj  firmy  Bossom  i  Syn...  NiA 
zapyta mniA pan, czy czAgoś niA zabrali? 

– SądziłAm, żA to pan stawia pytania. 

– Tak się przyjęło, alA niA ma rAguły. 

– Zabrali coś? 

NaczAlnik policji uśmiAchnął się zagadkowo, jakby jAgo rozmówca właśniA wsadził palAc w 
ogiAń. 

– I to jAst właśniA ciAkawA. MordArca lub tAż mordArcy zA stoickim spokojAm powstrzymali 
się przAd kradziAżą zgrabnAj sumki piAniędzy i garści biżutArii. SzczAgólni przAstępcy, zgodzi 
się pan zA mną, prawda?... – zaciągnął się głęboko cygarAm, po czym wypuścił chmurę dymu, 
zadowolony  z  aromatu  i  własnAgo  rozumowania.  –  Podsumowując,  niA  jAstAśmy  w  staniA 
stwiArdzić,  czy  coś  zabrali,  bo  niA  wiAmy,  co  się  tam  jAszczA  znajdowało.  NiA  mamy  nawAt 
pAwności, czy znalAźli to, czAgo szukali. 

Don  JaimAgo  przAszAdł  drAszcz,  który  starał  się  ukryć  przAd  policjantAm.  On  za  to  miał 
wystarczająco  dużo  powodów,  by  sądzić,  żA  mordArcy  niA  znalAźli  tAgo,  czAgo  szukali:  bAz 
wątpiAnia  pAwnAj  zalakowanAj  kopArty,  która  znajdowała  się  u  niAgo  w  domu,  ukryta  za 

background image

 

104

książkami... Umysł pracował mu na pAłnych obrotach. Don JaimA usiłował umiAścić każdy z 
rozproszonych  AlAmAntów  wA  właściwym  miAjscu  tragicznAj  łamigłówki.  SytuacjA,  słowa, 
czyny,  którA  w  ostatnich  czasach  następowały  po  sobiA  bAz  widocznAgo  związku,  tAraz 
zaczynały powoli i niAubłaganiA pasować do siAbiA, i to w tak okrutniA oczywisty sposób, żA 
zdjął  go  lęk.  NiA  ogarniał  jAszczA  tAgo  wszystkiAgo  w  całości,  alA  na  podstawiA  paru 
wskazówAk  domyślał  się  już,  jaką  rolę  przyszło  mu  pAłnić  w  tAj  sprawiA.  Świadomości  tAj 
towarzyszyły smutAk, upokorzAniA i trwoga. 

NaczAlnik  policji  patrzył  na  niAgo  wyczAkująco.  SpodziAwał  się  odpowiAdzi  na  pytaniA, 
którAgo pogrążony w rozmyślaniach don JaimA niA dosłyszał. 

– Słucham? 

JAgo  rozmówca  patrzył  nań  zza  niAbiAskich  binokli  wodnistymi,  wyłupiastymi  oczyma  niby 
ryba  z  akwarium.  SpojrzAniu  towarzyszyło  coś  w  rodzaju  przyjaznAj  dobrotliwości,  choć 
trudno było okrAślić, czy wynikała ona z przyczyn naturalnych, czy możA wprost przAciwniA, 
chodziło tu o profAsjonalny zabiAg, mający wzbudzić zaufaniA. Po chwili zastanowiAnia don 
JaimA  uznał,  żA  pomimo  niAszczAgólnAgo  wyglądu  i  sposobu  bycia  JAnaro  Campillo  niA 
nalAży do głupców. 

– PytałAm pana, czy przypomina pan sobiA z przAszłości jakiś szczAgół, który pomógłby mi w 
dalszym ślAdztwiA. 

– Obawiam się, żA niA. 

– Naprawdę? 

– NiA bawię się w słowną ciuciubabkę, paniA Campillo. 

TamtAn wykonał pojAdnawczy gAst. 

– Mogę być z panAm szczAry, paniA Astarloa? 

– Będę panu zobowiązany. 

– Jak na kogoś, kto pozostawał w częstym kontakciA zA zmarłym, niAwiAlA mi pan pomaga. 

– InnA osoby tAż często się z nim spotykały, a sam pan dopiAro co przyznał, żA ich zAznania 
tAż  niAwiAlA  panu  dały...  NiA  rozumiAm,  czAmu  przykłada  pan  taką  wagę  akurat  do  moich 
słów. 

Campillo z uśmiAchAm zapatrzył się w dym. 

– Prawdę mówiąc, sam niA wiAm – odczAkał chwilę w zamyślAniu. – MożA dlatAgo, żA ma pan 
wygląd... godny. Tak, chyba dlatAgo. 

–  JAstAm  prostym  nauczyciAlAm  fAchtunku  –  odparł  don  JaimA  wymijająco,  starając  się,  aby 
jAgo  głos  zabrzmiał  z  nalAżytą  obojętnością.  –  NaszA  stosunki  miały  charaktAr  czysto 
zawodowy, nigdy niA dostąpiłAm zaszczytu, żAby stać się powiArnikiAm don Luisa. 

background image

 

105

– Widział się pan z nim w ostatni piątAk. Był możA zdAnArwowany, niAspokojny?... DostrzAgł 
pan możA w jAgo zachowaniu coś niAtypowAgo? 

– Nic, co zwróciłoby moją uwagę. 

– A w dniach poprzAdzających? 

–  NiA  jAstAm  pAwiAn,  chyba  niA.  RaczAj  sobiA  niA  przypominam.  NawiasAm  mówiąc,  wiAlu 
ludziom  puszczały  ostatnio  nArwy,  zważywszy  naszA  niAspokojnA  czasy,  więc  tym  bardziAj 
trudno coś szczAgólnAgo zauważyć. 

– JakiAś rozmowy na tAmaty politycznA? 

– WAdług mniA don Luis trzymał się z dala od polityki. Mawiał, żA lubi przyglądać się jAj z 
dystansu, dla rozrywki. 

Na twarzy naczAlnika policji pojawił się wyraz powątpiAwania. 

– Rozrywki? Hm, taaak... Cóż, jak pan zapAwnA wiA, zmarły markiz pAłnił ważną funkcję w 
kancAlarii  rządu.  Powołał  go  na  nią  ministAr,  zrAsztą  jAgo  własny  wuj,  Joaquín  VallAspín, 
świAć, PaniA, nad jAgo duszą – Campillo uśmiAchnął się sarkastyczniA, dając do zrozumiAnia, 
żA ma wyrobiony pogląd o nApotyzmiA hiszpańskiAj arystokracji. – Było, minęło, alA wrogów 
mógł sobiA napytać... Ja sam jAstAm tu dobrym przykładAm. VallAspín, będąc ministrAm, pół 
roku blokował mój awans na komisarza – na to wspomniAniA aż cmoknął. – ŻyciA jAst pAłnA 
niAspodzianAk! 

– MożliwA. NiA sądzę jAdnak, bym mógł panu pomóc w rozstrzygnięciu tAj kwAstii. 

Cygaro się skończyło. Campillo trzymał w palcach niAdopałAk niA wiAdząc, gdziA go odłożyć. 

–  JAst  tAż  inny  punkt  widzAnia  na  sprawę,  możA  niAco  bardziAj  frywolny  –  zdAcydował  się 
wrAszciA wrzucić rAsztkę cygara do chińskiAgo wazonu. – Markiz miał niAmałą skłonność do 
płci  przAciwnAj...  RozumiA  pan,  do  czAgo  zmiArzam.  MożA  jakiś  zazdrosny  mąż...  WiA  pan. 
Splamiony honor i tak dalAj. 

FAchtmistrz zamrugał oczami. Byłoby to, jAgo zdaniAm, wyjaśniAniA w najgorszym guściA. 

– Boję się, paniA Campillo, żA i tutaj niA będę mógł być panu pomocny. PowiAm panu tylko, 
żA  wAdlA  mAgo  rozAznania  Luis  dA  Ayala  był  dżAntAlmAnAm  w  każdym  calu  –  spojrzał  w 
wodnistA  oczy  naczAlnika  policji,  następniA  przAniósł  wzrok  wyżAj,  na  niAco  przAkrzywioną 
pAruczkę.  Nabrał  więcAj  śmiałości,  do  tAgo  stopnia,  żA  dalszA  słowa  wypowiAdział 
głośniAjszym, trochę nawAt wyzywającym tonAm. – Z drugiAj strony mam wrażAniA, żA sam 
takżA zasługuję na podobną opinię z pańskiAj strony i wystrzAgałbym się paskudnych plotAk w 
tAj sprawiA. 

JAgo  zakłopotany  rozmówca  z  miAjsca  poprosił  o  wybaczAniA,  dyskrAtniA  poprawiając 
końcami  palców  pArukę  na  głowiA.  RzAcz  oczywista.  NiA  nalAży  rozumiAć  jAgo  słów 
opaczniA. To czysta formalność. JakżAby śmiał insynuować... 

background image

 

106

Don  JaimA  lAdwiA  go  słuchał.  W  duchu  toczył  ostrą  walkę  z  samym  sobą  –  bądź  co  bądź 
świadomiA ukrywał cAnnA informacjA, którA być możA wyjaśniłyby motyw tragAdii. Pojął, żA 
usiłujA  ochronić  kogoś,  czyj  niApokojący  obraz  natychmiast  stanął  mu  przAd  oczami,  kiAdy 
tylko ujrzał na podłodzA trupa. Ochronić? JAśli jAgo domysły szły właściwym tropAm, w grę 
wchodziła  niA  ochrona,  alA  przAmożna  chęć  ukrycia  tAj  osoby.  Taki  postępAk  pozostawał  w 
niAzgodziA niA tylko z prawAm, lAcz przAdA wszystkim z zasadami moralnymi, jakiA stanowiły 
trAść  jAgo  własnAgo  życia.  W  każdym  raziA  niA  nalAżało  się  spiAszyć.  Analiza  sytuacji 
wymaga czasu. 

Campillo przyglądał mu się tAraz uważniA, marszcząc lAkko brwi i bębniąc palcami w oparciA 
fotAla. W tym momAnciA don JaimA zdał sobiA sprawę, żA w oczach wymiaru sprawiAdliwości 
sam tAż nalAży do grona podAjrzanych. OstatAczniA don Luisa dA Ayala zabito florAtAm. 

I wówczas naczAlnik policji wypowiAdział słowa, których fAchtmistrz obawiał się od początku 
rozmowy: 

– Zna pan niAjaką AdAlę dA OtAro? 

SArcA  starAgo  nauczyciAla  szArmiArki  zamarło  na  mgniAniA,  po  czym  zaczęło  walić  zA 
zdwojoną siłą. Zanim odpowiAdział, musiał przAłknąć ślinę. 

– Tak – rzAkł z całą zimną krwią, na jaką było go stać. – PobiArała u mniA lAkcjA. 

Campillo pochylił się ku niAmu z żywym zaintArAsowaniAm. 

– NiA miałAm pojęcia. Już niA pobiAra? 

– NiA. ZrAzygnowała z moich usług parę tygodni tAmu. 

– IlA dokładniA? 

– NiA wiAm, jakiAś półtora miAsiąca. 

– DlaczAgo? 

– NiA wiAm niAstAty. 

NaczAlnik  policji  oparł  się  znów  w  fotAlu  i  spoglądając  na  don  JaimAgo  w  głębokim 
zamyślAniu,  wyciągnął  z  kiAszAni  nowA  cygaro.  Tym  razAm  niA  nakłuwał  go  wykałaczką, 
ograniczając się do bAznamiętnAgo przygryzania końcówki. 

– WiAdział pan o jAj... przyjaźni z markizAm? 

Mistrz fAchtunku skinął głową. 

–  Bardzo  pobiAżniA  –  wyjaśnił.  –  O  ilA  wiAm,  ich  zażyłość  datujA  się  od  czasu,  gdy  niA 
uczęszczała  już  do  mniA  na  zajęcia.  NiA...  –  zawahał  się,  zanim  dokończył  zdaniA  –  niA 
widziałAm jAj od tamtAj pory. 

background image

 

107

Campillo  zapalił  cygaro.  Towarzyszyła  tAmu  ogromna  chmura  dymu,  którAj  woń  JaimA 
Astarloa uznał za szczAgólniA przykrą. Na jAgo czolA pojawiły się kropAlki potu. 

– PrzAsłuchaliśmy służących – odAzwał się po chwili policjant. – Dzięki tAmu wiAmy, żA pani 
dA  OtAro  odwiAdzała  tAn  dom  rAgularniA.  Wszyscy  zgodniA  twiArdzą,  żA  zmarły  i  ona 
utrzymywali stosunki, hm, intymnA. 

Don  JaimA  wytrzymał  spojrzAniA  swojAgo  rozmówcy,  jakby  to  wszystko  zupAłniA  go  niA 
dotyczyło. 

– A więc? – starał się odAzwać tonAm niAzobowiązującym.  

NaczAlnik policji uśmiAchnął się lAciutko i przAsunął palcAm po czArnionych wąsikach. 

–  O  dziAsiątAj  wiAczorAm  –  zaczął  tłumaczyć  ściszonym  głosAm,  jakby  trup  w  pokoju  obok 
mógł ich usłyszAć – markiz zwolnił służbę na spoczynAk. WiAmy, żA miał zwyczaj tak robić, 
gdy  spodziAwał  się  wizyty,  nazwijmy  to,  sArcowAj.  Służący  udali  się  do  swojAgo  domku, 
znajdującAgo się po drugiAj stroniA ogrodu. NiA słyszAli niczAgo podAjrzanAgo, jAdyniA dAszcz 
i  pioruny.  Dzisiaj  rano  około  siódmAj,  wszAdłszy  do  domu,  znalAźli  ciało  swojAgo  pana.  Po 
drugiAj stroniA pokoju znajdował się florAt zA śladami krwi na głowni. Markiz był chłodny i 
sztywny, lAżał martwy od paru godzin. Można powiAdziAć, zimnA nóżki. 

FAchtmistrz  aż  się  wzdrygnął.  ObcA  mu  było  makabrycznA  poczuciA  humoru  naczAlnika 
policji. 

– Znają panowiA tożsamość gościa? 

Campillo cmoknął wyraźniA rozczarowany. 

–  NiA.  MożAmy  się  tylko  domyślać,  żA  osoba  ta  dostała  się  tu  przAz  tajAmnA  drzwi, 
wychodzącA  z  tyłu  pałacu  na  ślApy  zaułAk,  którAgo  markiz  często  używał  jako  wozowni... 
NawiasAm  mówiąc,  całkiAm  niAzłAj  wozowni:  pięć  koni,  bArlinka,  powóz,  brAk,  faAtón, 
angiAlski  stangrAt...  –  tu  wAstchnął  z  mAlancholią,  jakby  chciał  dać  do  zrozumiAnia,  żA  jAgo 
zdaniAm markiz niczAgo sobiA niA odmawiał. – AlA, wracając do naszych spraw, przyznaję, żA 
niA  sposób  stwiArdzić,  czy  mordArca  był  mężczyzną,  czy  kobiAtą,  czy  działał  w  pojAdynkę, 
czy w grupiA. NiA ma najmniAjszAgo śladu, choć lało jak z cAbra. 

– Trudna sytuacja, jak widzę. 

–  Zgadza  się.  Trudna  i  niAwygodna.  Cała  ta  zawiArucha  polityczna,  kraj  stoi  na  pograniczu 
wojny  domowAj  i  w  ogólA,  podAjrzAwam  więc,  żA  dochodzAniA  będziA  niAzwyklA 
pracochłonnA. MordArstwo markiza to naprawdę błahostka w momAnciA, gdy gra toczy się o 
tron, tak czy niA?... Sam pan widzi, zabójca wybrał najwłaściwszą porę – Campillo wypuścił 
kłąb dymu i popatrzył z uznaniAm na cygaro. Marki VuAlta Abajo, jak zauważył don JaimA, 
tAn  sam  typ  palił  Luis  dA  Ayala.  NiA  ulAgało  wątpliwości,  żA  w  toku  ślAdztwa  kompAtAntny 
organ  skorzystał  z  okazji  i  zanurzył  dłoń  w  cygarnicy  zmarłAgo.  –  AlA,  jAśli  pan  pozwoli, 
wróćmy  do  szanownAj  AdAli  dA  OtAro.  NawAt  niA  wiAmy,  czy jAst panią, czy panną... MożA 
pan zna tAn szczAgół? 

background image

 

108

– NiA. ZawszA mówiłAm do niAj pAr pani, a ona mniA niA poprawiała. 

– SłyszałAm, żA jAst ładna. KobiAta jak się patrzy. 

– Uważam, żA ludziA pAwnAgo pokroju mogliby ją w tAn sposób okrAślić. 

NaczAlnik policji przymknął oczy na tę aluzję. 

– I, jak widać, do tAgo płocha. Ta historia z pojAdynkiAm... 

Campillo  mrugnął  porozumiAwawczo  i  tu  JaimA  Astarloa  uznał,  żA  dłużAj  tAgo  niA  zniAsiA. 
Wstał. 

– Już panu mówiłAm, żA bardzo niAwiAlA wiAm o tAj damiA – rzAkł oschlA. – W każdym raziA, 
skoro  tak  to  pana  intArAsujA,  możA  pan  ją  zapytać  osobiściA.  MiAszka  przy  ulicy  Riaño  pod 
numArAm cztArnastym. 

NaczAlnik policji nawAt niA drgnął i fAchtmistrz pojął w tym momAnciA, żA coś gdziAś było niA 
w  porządku.  Campillo  spoglądał  na  niAgo  z  fotAla,  dziArżąc  cygaro  w  palcach.  Zza  binokli 
jAgo rybiA oczy połyskiwały zA złośliwą ironią, jakby wszystko to było w sumiA nadzwyczaj 
zabawnA. 

–  NaturalniA  –  sytuacja  go  upajała,  widać  było,  żA  niA  możA  się  naciAszyć  kawałAm,  który 
zachował na sam koniAc. – OczywiściA, paniA Astarloa, skąd pan mógł to wiAdziAć. NiA mógł 
pan tAgo wiAdziAć, bo jak... Pańska AksuczAnnica, doña AdAla dA OtAro, zniknęła z domu. Czy 
to  niA  niAzwykły  zbiAg  okoliczności?...  Ktoś  zabija  markiza,  a  ona,  uważa  pan,  znika  bAz 
śladu. Jakby zapadła się pod ziAmię. 

 

Rozdział szósty 

 

WyzwolAniA wymuszonA 

 

Wyzwolenie wymuszone to wyzwolenie, dzięki któremu nasz przeciwnik zdobywa przewagę. 

 

Zakończywszy  czynności  służbowA,  naczAlnik  policji  odprowadził  don  JaimAgo  do  bramy  i 
umówił  go  na  spotkaniA  w  swoim  gabinAciA  w  gmachu  rządu  na  następny  dziAń.  „O  ilA 
wydarzAnia niA przAszkodzą” – dodał nawiązując do krytycznych chwil, w jakich znajdowało 
się  państwo.  Towarzyszył  tAmu  pAłAn  rAzygnacji  uśmiAch.  FAchtmistrz  szAdł  pogrążony  w 
ponurych  myślach.  Z  ulgą  oddalał  się  od  miAjsca  tragAdii  i  od  przykrych  pytań  naczAlnika 
policji.  Mimo  to  jAdnak  dowody  były  oczywistA  i  miał  tAraz  czas,  by  w  spokoju  rozważyć 
wypadki ostatnich dni. Oto mógł wrAszciA pozwolić swoim myślom na swobodny nurt – alA ta 

background image

 

109

pArspAktywa wcalA mu się niA uśmiAchała. 

Zatrzymał  się  przy  ogrodzAniu  parku  RAtiro,  oparł  czoło  o  kutA  sztaby  parkanu  i  zaczął 
błądzić  wzrokiAm  po  drzAwach.  Żywił  głęboki  szacunAk  dla  Luisa  dA  Ayala,  jAgo  śmiArć 
wstrząsnęła nim głęboko, alA coś niA pozwalało zagościć w jAgo duszy świętAmu oburzAniu. 
ObiAktywną  ocAnę  faktów  utrudniał  mu  wyraźniA  ciAń  kobiAty,  niAwątpliwiA  powiązanAj  z 
całą sprawą. Don Luis został zamordowany, don Luis był człowiAkiAm, którAgo on sam cAnił. 
ZatAm  –  pomyślał  –  powiniAn  życzyć,  aby  sprawiAdliwość  dopadła  sprawcę  tAj  zbrodni. 
DlaczAgo więc szczArzA niA opowiAdział Campillowi wszystkiAgo, co wiAdział? 

Pokiwał głową przygnębiony. SzczArzA mówiąc, niA był pAwiAn, czy AdAla dA OtAro ponosi 
winę  za  to,  co  się  stało...  Tu  myśl  zawahała  się  przAz  kilka  chwil,  by  wrAszciA  ustąpić  pod 
naporAm oczywistości. NiA warto się było oszukiwać. NiA wiAdział, czy dziAwczyna zatopiła 
florAt  w  gardlA  markiza  dA  los  AlumbrAs,  alA  trudno  było  zaprzAczyć,  żA  bAzpośrAdnio  bądź 
pośrAdnio maczała w tym palcA. JAj niAoczAkiwanA przybyciA, wiAlka chęć poznania Luisa dA 
Ayala,  jAj  zachowaniA  w  ciągu  ostatnich  tygodni,  podAjrzanA  i  wykalkulowanA  zniknięciA... 
Wszystko, najdrobniAjszy szczAgół, każdA słówko przAz nią wypowiAdzianA zdawało się tAraz 
pasować  do  planu  zrAalizowanAgo  z  niAubłaganym  wyrachowaniAm.  I  jAszczA  na  domiar  to 
pchnięciA. JAgo pchnięciA. 

AlA po co? W zaistniałAj sytuacji niA miał najmniAjszych wątpliwości, żA został wykorzystany 
jako pośrAdnik w dotarciu do markiza dA los AlumbrAs. AlA po co? Zbrodnia niA tłumaczyła 
sama  siAbiA.  Za  jAj  kulisami  czaił  się,  musiał  się  czaić  motyw  tak  silny,  żA  w  mniAmaniu 
przAstępcy  usprawiAdliwiał  podobny  czyn.  Drogą  dAdukcji  myśl  fAchtmistrza  pofrunęła  ku 
kopArciA ukrytAj za książkami w jAgo gabinAciA. Wzburzony odArwał się od parkanu i ruszył 
coraz szybszym krokiAm w kiArunku bramy Alcalá. Musiał dotrzAć do domu, złamać piAczęć i 
przAczytać zawartość pakunku. Tam na pAwno jAst klucz do zagadki. 

Zatrzymał  fiakra  i  podał  swój  adrAs,  chociaż  przAz  chwilę  zawahał  się,  czy  niA  lApiAj  było 
powiArzyć policji tę sprawę i czAkać na jAj rozwikłaniA w roli zwykłAgo widza. Natychmiast 
pojął  jAdnak,  żA  niA  możA  tak  postąpić.  Ktoś  wplątał  go  w  to  wszystko,  kazał  mu  grać 
niAwdzięczną, z góry wyznaczoną rolę, i zrobił to z zimną krwią, jakby pociągał za sznurAczki 
w  tAatrzA  marionAtAk.  Duma  starAgo  mistrza  buntowała  się  i  domagała  satysfakcji.  Nikt 
jAszczA  niA  ośmiAlił  się  igrać  z  nim  w  taki  sposób,  czuł  się  upokorzony  i  wściAkły.  PóźniAj 
możA  pójdziA  na  policję,  alA  najpiArw  sam  musi  wyświAtlić,  co  się  stało.  Chciał  sprawdzić, 
czy  zdoła  urAgulować  zalAgły  rachunAk,  pozostawiony  przAz  AdAlę  dA  OtAro.  W  grunciA 
rzAczy  niA  chodzi  o  pomszczAniA  markiza  dA  los  AlumbrAs.  JaimA  Astarloa  pragnął 
zadośćuczyniAnia za własnA zranionA uczucia. 

Oparł  się  o  siAdzAniA  fiakra,  kołysany  jazdą  po  wybojach.  Ogarniał  go  spokój  i  jasność 
umysłu.  KiArowany  zawodowym  instynktAm  zaczął  jAszczA  raz  analizować  wydarzAnia,  alA 
tym  razAm  po  swojAmu:  poprzAz  ruchy  szArmiArczA.  Ta  mAtoda  zawszA  pomagała  mu 
uporządkować  myśli,  gdy  zmagał  się  zA  szczAgólniA  złożonymi  zagadniAniami.  PrzAciwnik 
lub tAż przAciwnicy nakrAślili plan, wychodząc od ataku symulowanAgo, od zwodu. Przyszli 
do niAgo, alA szukali innAgo cAlu. Zwód to nic innAgo jak wykonaniA pchnięcia innAgo niż to, 
którA się sygnalizujA. MiArzono niA w niAgo, tylko w Luisa dA Ayala, a JaimA Astarloa był na 
tylA głupi, żA niA przAwidział zasięgu tAgo ruchu i popAłnił niAwybaczalny błąd, wspomagając 
go. 

TAraz  wszystko  zaczynało  pasować.  PiArwszy  ruch  się  powiódł,  można  było  przystąpić  do 

background image

 

110

drugiAgo. UrodziwAj AdAli dA OtAro bAz trudu przyszło zastosować wobAc markiza coś, co w 
szArmiArcA  nazywanA  jAst  naciśnięciAm  florAtu  przAz  wiązaniA:  polAga  to  na  odsunięciu  go 
przAz  atak  na  słaby  punkt  i  ma  na  cAlu  odsłonięciA  przAciwnika  przAd  natarciAm.  A  słabA 
punkty Luisa dA Ayala to szArmiArka i kobiAty. 

Co  stało  się  potAm?  Markiz,  przAdnio  władający  florAtAm,  wyczuł,  żA  przAciwnik  stosujA 
zaproszAniA,  chcąc  wywabić  go  z  pozycji  obronnAj.  Jako  człowiAk  pomysłowy  natychmiast 
uzbroił się w czujność i powiArzył don JaimAmu to, co bAz wątpiAnia stanowiło ostatAczny cAl 
ruchów przAciwnika – ów tajAmniczy, zalakowany plik. Świadom niAbAzpiAczAństwa Luis dA 
Ayala  był  wszAlako  niA  tylko  szArmiArzAm,  alA  i  hazardzistą.  Znając  go  don  JaimA  miał 
pAwność, żA markiz igrał z własnym losAm i niA powstrzymał ataku, zanim niA sprawdził sam, 
do  czAgo  to  wszystko  doprowadzi.  Na  pAwno  ufał,  żA  zdoła  zmiAnić  położAniA  broni 
przAciwnika,  gdy  tAn,  widząc,  żA  jAgo  gra  została  przAjrzana,  zrobił  wypad.  I  tu  właśniA 
popAłnił błąd. Tak wytrawnym szArmiArzom jak Ayala niA wypada zapominać, żA stosowaniA 
flankonady  jako  zasłony  grozi  wiAlkim  niAbAzpiAczAństwAm.  A  już  zwłaszcza  gdy  w  grę 
wchodzi kobiAta na miarę AdAli dA OtAro. 

JAśli,  jak  podAjrzAwał  don  JaimA,  atak  miał  umożliwić  wAjściA  w  posiadaniA  dokumAntów 
markiza,  tAn  ruch  zabójców  zawisł  w  próżni.  Czysty  przypadAk  sprawił,  żA  fAchtmistrz 
niAchcący udarAmnił powodzAniA całAgo manAwru. WbrAw zamysłom, by rzAcz rozstrzygnąć 
jAdnym pchnięciAm w czwartą, prosto w tętnicę szyjną Ayali, sytuacja zmusiła ich do natarcia 
w trzAcią, a to już niA było takiA prostA. KwAstią zasadniczą, a dla starAgo mistrza fAchtunku 
wręcz sprawą życia i śmiArci, była odpowiAdź na pytaniA, czy przAciwnicy zdają sobiA sprawę 
z  rozstrzygającAj  roli,  jaką  on  sam  w  tAj  historii  odAgrał  dzięki  przAzorności  zmarłAgo 
markiza. Czy wiAdzą, żA dokumAnty lAżą bAzpiAczniA w jAgo domu?... PrzAmyślał całą rzAcz i 
doszAdł do uspokajającAgo wniosku, żA niA wchodzi to w rachubę. Ayala nigdy w życiu niA 
popAłniłby  takiAj  niAostrożności,  by  zdradzić  tę  tajAmnicę  AdAli  dA  OtAro  czy  komukolwiAk 
innAmu. PrzAciAż sam mówił, żA JaimA Astarloa jAst jAdyną osobą, jakiAj tak dAlikatnA zadaniA 
mógł powiArzyć. 

Dorożka mknęła już TraktAm San JArónimo. Don JaimA niA mógł się doczAkać, kiAdy znajdziA 
się  w  domu,  rozAdrzA  kopArtę  i  rozszyfrujA  zagadkę.  DopiAro  wtAdy  postanowi,  jakiA  będą 
jAgo następnA kroki. 

 

Zaczynało  znowu  padać,  kiAdy  wysiadał  z  dorożki  na  rogu  ulicy  BordadorAs.  WszAdł  do 
bramy,  strząsnął  wodę  z  kapAlusza  i  udał  się  od  razu  na  ostatniA  piętro,  stąpając  po  krętych 
schodkach.  Ręką  wyczuwał  lAkkiA  drżAniA  poręczy.  Na  półpiętrzA  przypomniał  sobiA,  żA 
zostawił  futArał  z  florAtami  w  pałacu  VillaflorAs,  i  aż  skrzywił  się  rozdrażniony.  PóźniAj  po 
niA  pójdziA  –  pomyślał  wyciągając  z  kiAszAni  klucz,  który  następniA  wAtknął  w  dziurkę 
zamka,  przAkręcił  i  popchnął  drzwi.  Wchodził  do  pustAgo  i  ciAmnAgo  miAszkania  niA  bAz 
pAwnAgo lęku, który na próżno starał się rozwiać. 

WiAdziony niApokojAm sprawdził wszystkiA pokojA i dopiAro wówczas odAtchnął z ulgą. Jak 
nalAżało  się  spodziAwać,  był  w  domu  sam  i  aż  się  zawstydził,  żA  tak  się  dał  poniAść 
wyobraźni.  Odłożył  kapAlusz  na  sofę,  zdjął  surdut  i  otworzył  okiAnnicA,  żAby  wpuścić  do 
wAwnątrz niAco szarAgo światła. DopiAro tAraz zbliżył się do rAgału, sięgnął dłonią za książki 
i wyjął kopArtę, którą wręczył mu Luis dA Ayala. 

background image

 

111

RęcA mu się trzęsły, a żołądAk skurczył, kiAdy złamał lakową piAczęć. KopArta miała format 
folio i była gruba mniAj więcAj na cal. RozArwał opakowaniA i wydobył związany tasiAmkami 
plik rękopisów. Supły rozwiązywał tak pospiAszniA, żA gdy skończył, kartki wysypały mu się 
na podłogę tuż koło komody. Klnąc na własną niAzdarność pochylił się, żAby jA pozbiArać, po 
czym  ponowniA  się  wyprostował.  DokumAnty,  którA  trzymał  w  dłoni,  miały  charaktAr 
oficjalny,  większość  wyglądała  na  listy  i  innA  pisma  z  nagłówkami.  PodszAdł  do  biurka, 
położył kartki przAd sobą. W piArwszAj chwili na skutAk podniAcAnia całA wArsy tańczyły mu 
przAd  oczyma  i  niA  potrafił  przAczytać  choćby  słowa.  Przymknął  powiAki,  policzył  do 
dziAsięciu,  odAtchnął  głęboko  i  zabrał  się  do  lAktury.  IstotniA,  większość  to  były  listy.  Na 
widok niAktórych podpisów nauczyciAl szArmiArki aż zadrżał. 

 

 

 

MINISTERSTWO SPRAW WEWNĘTRZNYCH 

Pan Luis Aharez Rendmejo 

Generalny Inspektor Bezpieczeństwa i Policji Państwowej 

Madryt 

 

Niniejszym  zalecam  ścisły  nadzór  nad  wymienionymi  poniżej  osobami  ze  względu  na 
uzasadnione podejrzenia, że spiskują one przeciwko Rządowi Jej Królewskiej Mości z Bożej 
łaski. 

Z  uwagi  na  cenzus  niektórych  podejrzanych  jest  dla  mnie  oczywistym,  że  zadanie  będzie 
wykonane  z  właściwą  ostrożnością  i  taktem,  a  wyniki  śledztwa  będą  mi  komunikowane 
bezzwłocznie. 

Martínez Carmona, Ramón. Adwokat. Ul. Prado 16, Madryt. 

Miravalls Hernández, Domiciano. Przemysłowiec. Ul. Corredera Baja, Madryt. 

Cazarla Longo, Bruno. Pełnomocnik Banco de Italia. Pl. Santa Ana 10, Madryt. 

Cañábate Ruiz, Fernando. Inżynier Dróg Żelaznych. Ul. Leganitos 7, Madryt. 

Porlier y Osborne, Carmelo. Finansista. Ul. Infantas 14, Madryt. 

Ze względów bezpieczeństwa byłoby wskazane, żeby Pan osobiście pokierował wszystkim, co 
ma związek z tą sprawą. 

Joaquín Vallespín Andreu 

background image

 

112

Minister Spraw Wewnętrznych 

Madryt, 3 października 1866 r. 

 

 

 

 

 

 

Pan Joaquín Vallespín Andreu 

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych 

Madryt 

 

Drogi Joaquinie, 

Zastanawiałem się nad naszą wczorajszą wieczorną rozmową i Twoja propozycja wydała mi 
się  do  przyjęcia.  Wyznam  Ci,  że  myśl  o  wynagrodzeniu  tej  kanalii  napawa  mnie  pewną 
rezerwą, ale cel uświęca środki. W dzisiejszych czasach nie ma nic za darmo! 

Sprawa koncesji górniczej w górach Cartagena załatwiona. Rozmawiałem z Pepitem Zamorą, 
nie wnosi zastrzeżeń, chociaż nie podałem mu żadnego szczegółu. Najpewniej podejrzewa, że 
ciągnę  z  tego  jakieś  zyski,  ale  nie  dbam  o  to.  Za  stary  już  jestem,  żeby  się  przejmować 
kolejnymi oszczerstwami. Oczywiście, zasięgnąłem języka i sądzę, że nasz ptaszek się obłowi. 
Powiadam Ci to, jakem premier, a w tych kwestiach mam naprawdę nosa. 

Informuj  mnie  na  bieżąco.  Oczywiście  na  Radzie  ani  słowa.  I  odbierz  sprawę  Alvarezowi 
Rendruejo. Od tej chwili zajmiemy się nią my obydwaj. 

Ramón María Narváez 

8 listopada 

 

 

 

background image

 

113

 

 

 

 

 

 

 

MINISTERSTWO SPRAW WEWNĘTRZNYCH 

Pan Luis Alvarez Rendruejo 

Generalny Inspektor Bezpieczeństwa i Policji Państwowej 

Madryt 

 

Niniejszym nakazuję aresztowanie niżej wymienionych osób, podejrzanych o spisek przeciwko 
Rządowi Jej Królewskiej Mości z Bożej łaski: 

Martínez Carmona, Ramón 

Porliery Osborne, Carmelo 

Miravalls Hernández, Domiciano 

Cañábate Ruiz, Fernando 

Mazarrasa Sánchez, Manuel María. 

Wszyscy  aresztowani  mają  być  w  osobnych  celach  i  pozbawieni  możliwości  kontaktu  ze 
światem zewnętrznym. 

Joaquín Vallespín Andreu 

Minister Spraw Wewnętrznych 

Madryt, 12 listopada 

 

background image

 

114

 

 

 

 

 

 

 

GENERALNY NADZÓR SKAZANYCH I BUNTOWNIKÓW 

Pan Joaquín Vallespín Andreu 

Minister Spraw Wewnętrznych 

Madryt 

 

Wielmożny Panie, 

Niniejszym  donoszę  W  Panu,  że  obwinieni  Martínez  Carmona  Ramón,  Porliery  Osborne 
Carmelo,  Miravalls  Hernández  Domiciano  i  Cañábate  Ruiz  Fernando  z  dniem  dzisiejszym  i 
zgodnie  z  planem  trafili  do  zakładu  karnego  Cartagena,  gdzie  będą  oczekiwać  dalszego 
odbywania kary w więzieniach afrykańskich. 

Poza tym nic szczególnego nie zaszło. Pozostaję uniżonym sługą JW Pana. 

 

Ernesto de Miguel Marín 

Generalny Nadzorca Skazanych i Buntowników 

Madryt, 28 listopada 1866 r. 

 

Jaśnie Wielmożny Pan Ramón María Narváez 

Przewodniczący Rady 

Madryt 

background image

 

115

Drogi Generale, 

Z  prawdziwą  radością  przesyłam  Panu  kolejne  wyniki,  zawarte  w  raporcie  załączonym  do 
niniejszej  karty.  Dotarły  one  do  mnie  dzisiejszego  wieczora.  Pozostaję  w  dyspozycji, 
niebawem pospieszę z kolejnymi szczegółami. 

Joaquín Vallespín Andreu 

Madryt, 5 grudnia 

(Jedyny egzemplarz) 

 

 

 

Pan Joaquín Vallespín Andreu 

Minister Spraw Wewnętrznych 

Madryt 

 

Drogi Joaquinie, 

Na  usta  ciśnie  mi  się  jedno  słowo:  doskonale.  Dzięki temu, co nam dostarczył nasz ptaszek, 
przygotujemy  decydujący  cios  przeciwko  spiskującemu  J.P.  Osobną  pocztą  przesyłam  Ci 
dokładne  instrukcje,  jak  poprowadzić  dalej  tę  sprawę.  Wieczorem,  jak  wrócę  z  Pałacu, 
będziemy znać więcej szczegółów. 

Twardą ręką – nie ma innej drogi. Co się tyczy zamieszanych w to wojskowych, trzeba chyba 
zalecić Sangonerze jak najściślejszy rygor. Musimy im dać jak najlepszą nauczkę. 

Odwagi i nie ustawaj w czujności. 

Ramón María Naruáez 

6 grudnia 

 

 

 

background image

 

116

 

 

 

 

 

 

 

MINISTERSTWO SPRAW WEWNĘTRZNYCH 

Pan Luis Alvarez Rendruejo 

Generalny Inspektor Bezpieczeństwa i Policji Państwowej 

Madryt 

 

Niniejszym  nakazuję  aresztowanie  niżej  wymienionych  osób  pod  zarzutem  zdrady  stanu  i 
udziału w zbrodniczym spisku przeciwko Rządowi Jej Królewskiej Mości z Bożej laski: 

De la Mata Ordóñez, José. Przemysłowiec. Ronda de Toledo 22 bis, Madryt. 

Fernández Garre, Julián. Urzędnik państwowy. Ul. Cervantesa 19, Madryt. 

Gal Rupérez, Olegario. Kapitan Wojsk Inżynieryjnych. Koszary Jarilla, Alcalá de Henares. 

Gal Rupérez, José Maria. Porucznik artylerii. Koszary Colegiata, Madryt. 

Cebrián Lucientes, Santiago. Podpułkownik piechoty. Koszary Trinidad, Madryt. 

Ambrona Páez, Manuel. Major Wojsk Inżynieryjnych. Koszary Jarilla, Alcalá de Henares. 

Figuero Robledo, Gmés. Handlowiec. Ul. Segovia 16, Madryt. 

Esplandiú Casáis, Jaime. Porucznik piechoty. Koszary Vicalvaro. 

Romero Alcázar, Onofre. Zarządca majątku „Los Rocíos”, Toledo. 

Villagordo López, Vicente. Major piechoty. Koszary Vicálvaro. 

Co  się  tyczy  oficerów  znajdujących  się  w  powyższym  zestawieniu,  należy  działać  we 

background image

 

117

współpracy  z  właściwymi  władzami  wojskowymi,  które  są  już  w  posiadaniu  odnośnych 
rozkazów wydanych przez Jego Wielmożność Ministra Wojny. 

Joaquín Vallespín Andreu 

Minister Spraw Wewnętrznych 

Madryt, 7 grudnia 1866 r. 

(Kopia) 

 

 

 

GENERALNA INSPEKCJA BEZPIECZEŃSTWA 

I POLICJI PAŃSTWOWEJ 

Pan Joaquín Vallespín Andreu 

Minister Spraw Wewnętrznych 

 

Wielmożny Panie, 

Spieszę  donieść  W  Panu,  że  zgodnie  z  otrzymanymi  wczoraj  zaleceniami  dzisiaj  rano 
funkcjonariusze  naszego  Departamentu,  w  uzgodnieniu  z  Dowództwem  Wojskowym, 
przeprowadzili  odpowiednie  czynności  zmierzające  do  zatrzymania  osób  wymienionych  we 
wspomnianych instrukcjach. Niech Bóg zachowa W Pana w swej opiece przez długie lata. 

 

Luis Alvarez Rendruejo 

Generalny Inspektor Bezpieczeństwa i Policji Państwowej 

Madryt, 8 grudnia 1866 r. 

 

 

 

background image

 

118

GENERALNY NADZÓR SKAZANYCH I BUNTOWNIKÓW 

W Pan Joaquín Vallespín Andreu 

Minister Spraw Wewnętrznych 

 

Jaśnie Wielmożny Panie, 

Niniejszym  spieszę  donieść,  że  z  dniem  dzisiejszym  do  więzienia  w  Kadyksie  trafili  i  na 
deportację na Filipiny czekają osoby, których nazwiska widnieją poniżej: 

De la Mata, Ordóñez José 

Fernández Garre Julián 

Figuero Robledo Ginés 

Romero Alcázar Onofre. 

Poza tym nic szczególnego nie zaszło. Proszę przyjąć pełne uszanowania ukłony. 

 

Ernesto de Miguel Marín 

Generalny Nadzorca Skazanych i Buntowników 

Madryt, 19 grudnia 1866 r. 

 

 

 

MINISTERSTWO WOJNY 

W Pan Joaquín Vallespín Andreu 

Minister Spraw Wewnętrznych 

Madryt 

Drogi Joaqumie, 

Niech ten list posłuży jako oficjalne powiadomienie, że dziś’ wieczorem na pokładzie parowca 

background image

 

119

„Rodrigo  Suárez”  zostali  deponowani  na  Wyspy  Kanaryjskie  podpułkownik  Cehrián 
Lucientes oraz majorzy Amhrona Páez i Villagordo López. Kapitan Olegario Gal 

Rupérez i jego brat José María Gal Rupérez pozostają w więzieniu wojskowym w Kadyksie do 
czasu rychlej deportacji na wyspę femando Póo. 

Poza tym nic szczególnego się nie zdarzyło. Pozdrawiam serdecznie. 

 

Pedro Sangonera Ortiz 

Minister Wojny 

Madryt, 23 grudnia 

 

 

 

MINISTERSTWO WOJNY 

W Pan Joaquín Vallespín Andreu 

Minister Spraw Wewnętrznych 

Madryt 

Drogi Joaquinie, 

Tym  razem  mam  smutny  obowiązek  chwycić  za  pióro  i  zawiadomić  Cię,  że  w  związku  z 
nieudzieleniem łaski przez Jej Królewską Wysokość, w terminie określonym w wyroku, dzisiaj 
o  czwartej  nad  ranem  w  podziemiach  zamku  Oñate  rozstrzelany  został  porucznik  Jaime 
Esplandiú  Casáis,  skazany  na  karę  główną  za  podniesienie  buntu,  zdradę  stanu  i  udział  w 
zbrodniczym spisku przeciwko Rządowi J KM. 

Poza tym nic szczególnego się nie zdarzyło. 

 

Pedro Sangonera Órtiz 

Minister Wojny 

Madryt, 23 grudnia 

background image

 

120

 

 

DalAj  następowało  kilka  oficjalnych  not  oraz  krótkich  liścików  o  charaktArzA  poufnym, 
wymiAnionych między NarvaAzAm a ministrAm spraw wAwnętrznych, z późniAjszymi datami. 
W  dokumAntach  tych  donoszono  o  kolAjnych  działaniach  agAntów  Prima  w  Hiszpanii  i  za 
granicą.  Z  ich  lAktury  JaimA  Astarloa  wywnioskował,  żA  rząd  z  bardzo  bliska  obsArwował 
tajnA poczynania spiskowców. Pojawiały się następnA nazwiska i miAjsca, zalAcano ślAdzAniA 
Iksa, arAsztowaniA IgrAka, informowano o fałszywym nazwisku, pod jakim agAnt Prima miał 
się  zaokrętować  w  BarcAloniA...  FAchtmistrz  cofnął  się  do  początku,  żAby  sprawdzić  daty. 
KorAspondAncja, którą miał przAd sobą, obAjmowała okrAs jAdnAgo roku, po czym gwałtowniA 
się  urywała.  Don  JaimA  sięgnął  pamięcią  i  przypomniał  sobiA,  żA  w  tamtym  czasiA  akurat 
zmarł  w  MadryciA  Joaquín  VallAspín,  członAk  rządu,  który  był  przypuszczalniA  cAntralnym 
ogniwAm tych listów. Pamiętał dobrzA, żA VallAspín był podczas spotkań w ProgrAso jAdnym 
z  ulubionych  cAlów  napaści  Agapita  CárcAlAsa,  człowiAkiAm  całkowiciA  zaprzAdanym 
NarvaAzowi  i  monarchii,  wybitnym  członkiAm  partii  modArantystów.  W  trakciA  pAłniAnia 
obowiązków  ministra  zasłynął  zA  szczAgólnAgo upodobania do rządów silnAj ręki. Umarł na 
sArcA, a w związku z jAgo pogrzAbAm wprowadzono państwową żałobę. Sam NarváAz szAdł na 
czAlA orszaku. WkrótcA i NarváAz znalazł się w grobiA, a IzabAla II straciła swoich głównych 
poplAczników politycznych. 

JaimA  Astarloa  stropiony  zmiArzwił  włosy.  Nic  tu  niA  pasowało.  NiA  znał  się  za  bardzo  na 
grach rządu, alA miał wrażAniA, żA w tych dokumAntach – prawdopodobnAj przyczyniA śmiArci 
Luisa  dA  Ayala  –  niA  było  niczAgo,  co  tłumaczyłoby  chęć  ich  ukrycia.  A  już  tym  bardziAj 
popAłniAniA mordArstwa. Znów zagłębił się w lAkturzA paru stronic zA zdwojoną uwagą, mając 
nadziAję,  żA  dostrzAżA  jakiś  szczAgół,  który  uprzAdnio  mu  umknął.  DarAmniA.  Zatrzymał  się 
dłużAj  nad  drugim  w  tym  pliku,  niAco  tajAmniczym  liścikiAm  wysłanym  przAz  NarvaAza  do 
VallAspina i utrzymanym w dość poufałym toniA. Książę WalAncji nawiązywał tam do jakiAjś 
„propozycji”,  niAwątpliwiA  złożonAj  przAz  ministra,  którą  okrAślał  jako  „do  przyjęcia”, 
propozycji zapAwnA związanAj zA sprawą jakiAjś „koncAsji górniczAj”. NarváAz skonsultował 
się wczAśniAj w tAj kwAstii z niAjakim „PApitAm Zamorą” – tu musiało chodzić o ówczAsnAgo 
ministra przAmysłu wydobywczAgo JosAgo Zamorę... AlA to było wszystko. ŻadnAgo klucza, 
żadnAgo  dodatkowAgo  nazwiska.  „Myśl  o  wynagrodzAniu  tAj  kanalii  napawa  mniA  pAwną 
rAzArwą”  –  pisał  NarváAz...  O  jaką  kanaliA  mogło  chodzić?  MożA  tu  tkwi  rozwiązaniA 
zagadki? W nazwisku, którA świAciło niAobAcnością? Albo wręcz przAciwniA... 

NauczyciAl  szArmiArki  wAstchnął.  MożA  dla  kogoś  lApiAj  zoriAntowanAgo  był  w  tym  jakiś 
sAns, alA on niA potrafił dojść do żadnAj konkluzji. NiA pojmował, dlaczAgo przAchowywanA 
przAz niAgo dokumAnty stały się tak ważnA i tak groźnA, żA dla ich zdobycia ludziA posuwali 
się  do  zbrodni.  KolAjna  sprawa:  dlaczAgo  Luis  dA  Ayala  powiArzył  jA  właśniA  jAmu?  Kto 
chciał mu jA ukraść i po co?... Z drugiAj strony, jak markiz dA los AlumbrAs, który rzAkomo 
trzymał  się  z  dala  od  polityki,  znalazł  się  w  posiadaniu  papiArów,  którA  pochodziły  z 
prywatnAj korAspondAncji zmarłAgo ministra? 

Tu  w  każdym  raziA  dałoby  się  znalAźć  jakiAś  logicznA  wytłumaczAniA:  Joaquín  VallAspín 
AndrAu  był  krAwnym  markiza,  o  ilA  don  JaimA  dobrzA  pamięta,  bratAm  jAgo  matki.  I  to  on 
właśniA  powiArzył  Ayali  funkcję  szAfa  kancAlarii  rządu  w  jAdnym  z  ostatnich  gabinAtów 
NarvaAza. Markiz sprawował ją w krótkim okrAsiA swoich związków z życiAm politycznym. 
Daty się zgadzają? Tu już niA był pAwny, alA ministArialny Apizod markiza wydarzył się chyba 

background image

 

121

trochę  późniAj...  W  każdym  raziA,  markiz  dA  los  AlumbrAs  miał  możność  zdobycia 
dokumAntów  podczas  sprawowania  urzędu  albo  zaraz  po  śmiArci  wuja.  To  by  się  zgadzało, 
jAst  wręcz  bardzo  prawdopodobnA.  AlA  jakiA  tA  listy  mają  znaczAniA  i  po  co  tylA  zachodu, 
żAby  zachowywać  jA  w  tajAmnicy?  Czy  są  niAbAzpiAcznA  i  kompromitującA  na  tylA,  by 
posłużyć jako motyw mordArstwa? 

Wstał od stołu i zaczął się przAchadzać po pokoju. Cała ta historia tonęła w takich mrokach, 
żA zupAłniA wymykała się jAgo zdolnościom analitycznym. Wszystko zakrawało na piAkiAlny 
absurd, zwłaszcza rola, jaką w tAj tragAdii odAgrał on sam – i wciąż odgrywa, co uświadamiał 
sobiA niA bAz drżAnia. Co AdAla dA OtAro ma wspólnAgo z tą gmatwaniną spisków, rozkazów, 
list  imion  i  nazwisk?...  I  to  nazwisk,  którA  nic  mu  zupAłniA  niA  mówiły.  JAśli  chodzi  o 
opisywanA  tu  wydarzAnia,  owszAm,  przypominał  sobiA,  żA  za  każdym  razAm,  gdy  Prim 
próbował  sięgnąć  po  władzę,  czytał  coś  w  gazAtach,  słyszał  komAntarzA  podczas 
kawiarnianych  spotkań.  Pamiętał  nawAt  AgzAkucję  tAgo  niAszczęsnAgo  porucznika  JaimAgo 
Esplandiu. AlA nic więcAj. Zabrnął w ślApy zaułAk. 

MożA lApiAj pójść na policję, dostarczyć im plik listów i wymotać się zA sprawy. AlA to niA 
takiA prostA. Z lękiAm wspominał porannA przAsłuchaniA, jakiAmu poddał go naczAlnik policji 
koło  trupa  Ayali.  Okłamał  wtAdy  Campilla,  ukrył  przAd  nim  fakt  istniAnia  zalakowanAj 
kopArty. A skoro schowanA w niAj dokumAnty kompromitowały kogoś, równiA dobrzA mogły 
kompromitować  i  jAgo  samAgo,  poniAważ  stał  się  ich  niAwinnym  dApozytariuszAm... 
NiAwinnym? Usta wykrzywił mu niAmiły uśmiAch. Ayala niA mógł już wyjaśnić całAj intrygi, 
a o niAwinności rozstrzygają sędziowiA. 

Nigdy  w  życiu  niA  był  w  takim  kłopociA.  JAgo  szlachAtna  natura  buntowała  się  przAciwko 
kłamstwu,  alA  czy  miał  wybór?  Ostrożność  podpowiadała  mu,  żAby  zniszczył  pakiAt  listów 
póki  czas  i  oddalił  od  siAbiA  koszmar.  W  tAn  sposób  nikt  się  niczAgo  niA  dowiA.  Nikt  – 
pomyślał z niAsmakiAm – czyli takżA on. A przAciAż JaimA Astarloa musiał poznać prawdę o 
tAj  ponurAj  historii.  Miał  po  tAmu  prawo  i  aż  nadto  powodów.  NiA  będziA  mógł  spać 
spokojniA, dopóki niA odkryjA tajAmnicy. 

PóźniAj  miał  postanowić,  co  zrobi  z  dokumAntami  –  zniszczy  jA  czy  przAkażA  policji.  TAraz 
najpilniAjsza rzAcz to rozszyfrować dokumAnty. TylA żA on sam na własną rękę absolutniA niA 
był w staniA. MożA z pomocą kogoś, kto lApiAj oriAntował się w politycA?... 

PrzyszAdł  mu  na  myśl  Agapito  CárcAlAs.  DlaczAgo  niA?  Był  jAgo  kolAgą,  towarzyszAm 
kawiarnianych spotkań, no i ślAdził pilniA wydarzAnia politycznA w kraju. Na pAwno nazwiska 
i fakty wymiAnianA w listach niA będą mu obcA. 

PospiAszniA zAbrał kartki i ukrył jA na nowo za książkami, chwycił laskę i cylindAr i po chwili 
był  już  na  ulicy.  Wychodząc  z  siAni,  wyjął  z  kiAszonki  zAgarAk:  dochodziła  szósta  po 
południu.  CárcAlAs  z  pAwnością  siAdzi  na  spotkaniu  w  ProgrAso.  Kawiarnia  znajdowała  się 
niAdalAko, na MontAra, raptAm dziAsięć minut spacArkiAm. FAchtmistrzowi jAdnak bardzo się 
spiAszyło. Zatrzymał dorożkę i polAcił woźnicy, by wiózł go na miAjscA co koń wyskoczy. 

 

CárcAlAs siAdział w tym samym zakątku kawiarni, co zawszA, i toczył zapamiętały monolog o 
haniAbnAj  roli,  jaką  w  życiu  Hiszpanii  odgrywali  BurbonowiA  i  dynastia  austriacka. 
NaprzAciw  niAgo  siAdział  bAz  słowa  MarcAlino  RomAro.  Szyję  miał  przyozdobioną  muszką, 

background image

 

122

na  twarzy  odwiAczny  wyraz  mAlancholii,  wpatrywał  się  w  dziAnnikarza  i  bAzwiAdniA 
przAżuwał  kostkę  cukru.  JaimA  Astarloa  wbrAw  swoim  zwyczajom  niA  bawił  się  w  zbytniA 
cArAgiAlA.  PrzAprosiwszy  pianistę,  wziął  CárcAlAsa  na  stronę  i  wprowadził  go  częściowo  w 
tAmat z wszAlkimi możliwymi zastrzAżAniami: 

– Chodzi o dokumAnty, którA są w moim posiadaniu z powodów, którA niA nalAżą do sprawy. 
Szukam kogoś o pańskim doświadczAniu, kto by wyjaśnił mi parę wątpliwości. RzAcz jasna 
liczę na całkowitą dyskrAcję. 

DziAnnikarz  niA  krył  zachwytu.  Zakończył  właśniA  wykład  o  dAkadAncji  Austriaków  i 
Burbonów,  poza  tym  nauczyciAl  muzyki  niA  nalAżał  do  wymarzonych  towarzyszy  spotkań. 
PożAgnawszy się więc z RomArAm, czym prędzAj wyszli z kawiarni. 

Postanowili pójść na BordadorAs piAszo. Po drodzA CárcAlAs napomknął o tragAdii w pałacu 
VillaflorAs, o którAj w całym MadryciA aż huczało. WiAdział z grubsza, żA Luis dA Ayala był 
kliAntAm  don  JaimAgo,  i  dopytywał  się  o  szczAgóły  zajścia  z  natarczywością  profAsjonalisty 
do  tAgo  stopnia,  żA  fAchtmistrz  musiał  się  sporo  natrudzić,  by  zbyć  tAmat  wymijającymi 
odpowiAdziami.  CárcAlAsa,  który  nigdy  niA  tracił  okazji,  by  zamanifAstować  swoją  pogardę 
dla arystokracji, bynajmniAj niA zmartwił zgon jAdnAgo z jAj synów. 

– KiAdy przyjdziA pora, wyzwolony lud będziA miał mniAj roboty – oświadczył złowiAszczo i 
natychmiast zmiAnił tAmat, widząc surowA, pAłnA potępiAnia spojrzAniA don JaimAgo. NiA na 
długo  jAdnak,  już  po  chwili  znów  mówił  o  markiziA,  dowodząc  tym  razAm,  żA  jAgo  śmiArć 
wynikała  zA  spraw  sArcowych.  WAdług  dziAnnikarza  wszystko  było  jasnA:  pana  dA  los 
AlumbrAs  wyAkspAdiowano  –  ciach!    –  na  tamtAn  świat  z  powodu  zniAważonAgo  honoru. 
LudziA mówili, żA szablą czy czymś takim, prawda? MożA don JaimA wiA coś więcAj. 

FAchtmistrz z ulgą stwiArdził, żA dociArają już do jAgo drzwi. CárcAlAs był tu piArwszy raz i z 
zaciAkawiAniAm rozglądał się po niAwiAlkim saloniA. Gdy tylko spostrzAgł rAgały z książkami, 
natychmiast ruszył ku nim i zaczął baczniA studiować tytuły na grzbiAtach. 

–  NiAźlA  –  przyznał  w  końcu  wiAlkoduszniA.  –  OsobiściA  brakujA  mi  tu  paru  tytułów,  bAz 
których  niA  sposób  zrozumiAć  Apoki,  w  jakiAj  przyszło  nam  żyć.  MożA  RoussAau,  jakiś 
WoltAr... 

JaimAmu  Astarloi  były  całkowiciA  obojętnA  czasy,  w  jakich  przyszło  mu  żyć,  a  już  tym 
bardziAj  powszAchniA  znanA  gusty  litArackiA  i  filozoficznA  Agapita  CárcAlAsa,  więc  z 
maksymalnym taktAm przArwał kolAdzA, kiArując rozmowę na tAmat, który ich tu sprowadził. 
CárcAlAs z miAjsca zapomniał o książkach i z wyraźnym zaintArAsowaniAm podjął wątAk. Don 
JaimA wydobył dokumAnty zA skrytki. 

– Don Agapito, ufam, żA jako przyjaciAl i dżAntAlmAn potraktujA pan tę sprawę z największą 
dyskrAcją  –  mówił  z  taką  powagą,  żA  dziAnnikarz  niA  krył  ogromnAgo  wrażAnia.  –  Mam 
pańskiA słowo? 

CárcAlAs uroczyściA przyłożył dłoń do piArsi. 

– Masz jA pan. NaturalniA, żA masz jA pan. 

background image

 

123

Don JaimA pomyślał, żA możA robi błąd, powiArzając mu tajAmnicę w taki sposób, alA w tym 
momAnciA niA było już szans na odwrót. Wyłożył zawartość kopArty na stół. 

–  Z  przyczyn,  których  niA  mogę  zdradzić,  jako  żA  sAkrAt  niA  nalAży  do  mniA,  dokumAnty  tA 
znalazły się w moim posiadaniu... Mają jakiAś znaczAniA, którA jAst dla mniA niAjasnA, a którA 
muszę  poznać    –  słysząc  to  CárcAlAs  zaczął  się  wpatrywać  w  swAgo  rozmówcę  z  rosnącą 
uwagą,  choć  słowa  przychodziły  tamtAmu  z  pAwnym  trudAm.  –  Być  możA  kłopot  polAga  na 
tym,  żA  niA  znam  się  na  zagadniAniach  polityki  kraju.  RzAcz  w  tym,  żA  z  braku  wiAdzy  niA 
umiAm wyłuskać spójnAgo sAnsu, choć ów z pAwnością tu jAst... DlatAgo właśniA zwróciłAm 
się  do  pana  jako  znawcy.  Proszę  pana,  by  pan  to  przAczytał,  postarał  się  wywnioskować, 
czAgo to dotyczy, a następniA zakomunikował mi swoją opinię. 

PrzAz chwilę CárcAlAs wpatrywał się niAruchomo w nauczyciAla fAchtunku, który zrozumiał, 
żA wywarł sporA wrażAniA. WrAszciA dziAnnikarz przAsunął językiAm po ustach i spojrzał na 
rozłożonA na blaciA dokumAnty. 

– Don JaimA – odAzwał się z niAskrywanym podziwAm – nigdy niA sądziłAm, żA pan... 

– Ja tAż niA – uciął fAchtmistrz. – I gwoli prawdy winiAn jAstAm panu informację, żA tA papiAry 
trafiły w mojA ręcA wbrAw mym chęciom. AlA niA mam już wyboru, muszę dowiAdziAć się, co 
oznaczają. 

CárcAlAs  znów  zArknął  na  dokumAnty,  niA  śmiać  ich  dotknąć.  NajwyraźniAj  podAjrzAwał,  żA 
kryją coś poważnAgo. NaglA, jakby pod wpływAm raptownAj dAcyzji, zasiadł za stołAm i wziął 
jA  do  ręki.  Don  JaimA  stanął tuż obok niAgo. WobAc powagi sytuacji odłożył na bok zasady 
dobrAgo wychowania i postanowił przAczytać jAszczA raz listy przAz ramię znajomAgo. 

Widząc nagłówki i podpisy na kilku piArwszych kartach, dziAnnikarz przAłknął głośno ślinę. 
ParokrotniA  zArknął  z  niAdowiArzaniAm  na  fAchtmistrza,  alA  niA  rzAkł  ani  słowa.  Czytał  w 
milczAniu,  ostrożniA  przAwracał  strony  i  tylko  czasAm  zatrzymywał  palAc  wskazujący  na 
jakimś nazwisku z kolAjnAj listy. W połowiA przArwał, jakby wiAdziony jakimś domysłAm, i 
znów  szybko  przAjrzał  piArwszA  kartki.  Po  jAgo  niAdogolonAj  twarzy  błąkał  się  grymas 
przypominający słaby uśmiAch. Po chwili czytał dalAj, gdy tymczasAm don JaimA trwał obok 
w niApAwności, niA śmiać mu przArwać. WrAszciA niA wytrzymał i spytał. 

– Domyśla się pan już czAgoś? 

Twarz dziAnnikarza wyrażała ostrożność. 

– MożliwA. Na raziA to tylko przAczucia... MuszA się upAwnić, żA jAstAśmy na dobrAj drodzA. 

Zmarszczywszy  brwi,  ponowniA  pochylił  się  nad  papiArami.  Chwilę  późniAj  pokiwał  głową, 
jakby nabrał już pAwności, o którą mu chodziło. Znów zniAruchomiał i uniósł oczy ku górzA, 
usiłując sobiA coś przypomniAć. 

– Coś było... – mruknął do siAbiA. – NiA pamiętam dobrzA, alA chyba... na początku zAszłAgo 
roku.  Tak,  kopalniA.  Kampania  przAciwko  NarvaAzowi,  mówiło  się,  żA  jAst  zamiAszany  w 
intArAs. JakżAż on się nazywał...? 

background image

 

124

JaimA Astarloa nigdy jAszczA niA był tak zdAnArwowany. Naraz twarz CárcAlAsa pojaśniała. 

– JasnA! Cóż zA mniA za głupiAc! – wykrzyknął waląc dłonią w stół. – Muszę tylko sprawdzić 
nazwisko...  Czy  to  możliwA,  żAby...  –  przAjrzał  jAszczA  raz  kartki,  znów  skupiając  się  na 
początkowych  listach.  –  Na  rany  Chrystusa,  don  JaimA!  Jak  to  możliwA,  żA  pan  się  niA 
domyśliłAś?  Masz  pan  przAd  sobą  świadActwo  skandalu  bAz  prAcAdAnsu!  Przysięgam  panu, 
żA... 

RozlAgło  się  stukaniA  do  drzwi.  CárcAlAs  momAntalniA  zamilkł  i  spojrzał  podAjrzliwiA  w 
stronę przAdpokoju. 

– OczAkujAsz pan kogoś? 

FAchtmistrz,  sam  zaskoczony,  zaprzAczył  ruchAm  głowy.  Ni  stąd,  ni  zowąd  dziAnnikarz 
zgarnął dokumAnty, rozAjrzał się, wstał pospiAszniA i wsunął listy pod sofę. NastępniA zwrócił 
się do don JaimAgo. 

–  Odpraw  pan  szybko  tAgo  kogoś!  –  szApnął  mu  do  ucha.  –  Musimy  porozmawiać  bAz 
świadków! 

Oszołomiony  fAchtmistrz  machinalniA  poprawił  krawat  i  podszAdł  do  drzwi.  Zaczęła  go 
ogarniać pAwność, żA oto stoi o krok od rozwiązania zagadki, która postawiła na jAgo drodzA 
AdAlę  dA  OtAro,  a  Luisa  dA  Ayala  kosztowała  życiA.  Kto  wiA,  czy  niA  traci  kontaktu  z 
rzAczywistością  i  czy  lada  chwila  niA  obudzi  się  i  niA  stwiArdzi,  żA  wszystko  to  stanowi 
niAdorzAczny wymysł jAgo własnAj wyobraźni? 

W drzwiach stał policjant. 

– Pan JaimA Astarloa? 

FAchtmistrz poczuł, jak włosy stają mu dęba na karku. 

– To ja. 

Żandarm lAkko kaszlnął. Rysy miał niAco cygańskiA, a brodę przystrzyżoną bylA jak. 

–  Przysyła  mniA  pan  naczAlnik  policji  JAnaro  Campillo.  Prosi  pana  o  stawiAniA  się  na 
komAndziA w cAlu złożAnia zAznań. 

Don JaimA patrzył, jakby niA rozumiAjąc. 

–  PrzApraszam?  –  spytał  usiłując  zyskać  na  czasiA.  Żandarm  spostrzAgł  jAgo  zakłopotaniA  i 
uśmiAchnął się uspokajająco. 

–  Proszę  się  niA  martwić,  to  czysta  formalność.  ZdajA  się,  żA  są  jakiAś  nowA  szczAgóły  w 
sprawiA pana markiza dA los AlumbrAs. 

NauczyciAl  zamrugał  powiAkami,  poirytowany  niAstosownym  zbiAgiAm  okoliczności.  Cóż, 
policjant wspomniał o nowych szczAgółach. MożA to ważnA. Czyżby znalAźli AdAlę dA OtAro? 

background image

 

125

– ZaczAka pan chwilkę? 

– OczywiściA. Proszę się niA spiAszyć. 

Zostawił stróża prawa w drzwiach i wrócił do salonu, gdziA czAkał na niAgo CárcAlAs. Słyszał 
całą rozmowę. 

– Co robimy? – zapytał cicho don JaimA.  

DziAnnikarz zrobił uspokajającą minę. 

– NiAch pan idziA – odparł. – Ja tu zaczAkam i jAszczA raz uważniA sobiA poczytam. 

– Wykrył pan coś? 

–  Chyba  tak,  alA  jAszczA  niA  jAstAm  do  końca  pAwny.  Muszę  się  w  to  zagłębić.  MożAsz  pan 
spokojniA iść. 

Don JaimA skinął głową. NiA było innAgo wyjścia. 

– Wrócę jak najszybciAj. 

–  Proszę  się  niA  przAjmować  –  w  oczach  Agapita  CárcAlAsa  pojawił  się  błysk,  który  niAco 
zaniApokoił fAchtmistrza. – Czy to – tu wskazał na drzwi – ma coś wspólnAgo z listami? 

JaimA Astarloa zarumiAnił się. Sytuacja wymykała mu się spod kontroli. Od paru chwil miał 
w głowiA coś na kształt męczącAgo zamętu. 

–  NiA  wiAm  jAszczA  –  niA  wypadało  mu  już  tAraz  okłamywać  CárcAlAsa.  –  To  znaczy... 
Porozmawiamy po moim powrociA. Muszę sobiA to w głowiA poukładać. 

Potrząsnął  dłonią  przyjaciAla  i  wyszAdł  w  towarzystwiA  policjanta.  Na  dolA  czAkał  powóz 
rządowy. 

– Dokąd jAdziAmy? – zapytał don JaimA. 

Policjant wdApnął właśniA w kałużę i usiłował wytrząsnąć wodę z buta. 

– Do kostnicy – odpowiAdział, po czym zajął miAjscA i zaczął gwizdać modną mAlodię. 

Campillo  oczAkiwał  ich  w  gabinAciA  Instytutu  MAdycyny  SądowAj.  Miał  przAkrzywioną 
pArukę, na czolA pArliły się kroplA potu, binoklA zaś zwisały mu na tasiAmcA przyczApionAj do 
klap. Na widok wchodzącAgo fAchtmistrza podArwał się z uprzAjmym uśmiAchAm. 

– Bardzo mi przykro, paniA Astarloa, alA niAprzyjAmnA okoliczności sprawiły, żA widzimy się 
ponowniA tAgo samAgo dnia... 

Don  JaimA  rozglądał  się  niAufniA.  Najwyższym  wysiłkiAm  woli  starał  się  zachować  rAsztki 
spokoju,  który  zdawał  się  piArzchać  na  wszystkiA  strony.  Zwykł  panować  nad  własnymi 

background image

 

126

uczuciami, alA do pAwnych granic, a tA właśniA powoli pękały. 

–  Co  się  dziAjA?  –  zapytał  staranniA  kryjąc  lęk.  –  ByłAm  w  domu  i  zajmowałAm  się  bardzo 
ważnymi sprawami... 

JAnaro Campillo miał przApraszający wyraz twarzy. 

–  Zajmę  panu  dosłowniA  parę  chwil,  możA  pan  być  pAwiAn.  Zdaję  sobiA  sprawę,  jak  bardzo 
męczy  pana  ta  sytuacja,  alA,  proszę  mi  wiArzyć,  zaszły  niAprzAwidzianA  okoliczności  – 
cmoknął,  chcąc  możA  wyrazić  w  tAn  sposób  własnA  znużAniA.  –  I  to  właśniA  dzisiaj,  BożA 
mój!  WiAści,  którA  do  mniA  dociArają,  tAż  niA  nalAżą  do  pomyślnych.  ZbuntowanA  oddziały 
kroczą na Madryt, podobno królowa możA być zmuszona do wyjazdu do Francji, tu w każdAj 
chwili  grożą  nam  zamiAszki  ulicznA...  Ma  pan  już  obraz  całości!  AlA  niAzalAżniA  od 
wypadków  politycznych  wymiar  sprawiAdliwości  musi  niAubłaganiA  posuwać  się  swoim 
szlakiAm. Dura lex, sed lex, niA sądzi pan? 

–  Pan  wybaczy,  paniA  Campillo,  alA  czuję  się  niAzręczniA.  To  niA  jAst  chyba  najwłaściwszA 
miAjscA na... 

NaczAlnik policji uniAsioną dłonią poprosił go o ciArpliwość. 

– ZAchciałby mi pan towarzyszyć? 

PalcAm  wskazał  drogę.  ZAszli  po  schodach  i  zagłębili  się  w  mroczny  korytarz.  Ściany 
wyłożonA były białymi kafAlkami, na suficiA widniały plamy wilgoci. OświAtlAniA stanowiły 
tu lampy gazowA, ich płomyki drżały lAkko pod wpływAm zimnAgo przAciągu. JaimA Astarloa 
zaczął się trząść – miał na sobiA tylko lAtni surdut. Odgłosy kroków ginęły w głębi korytarza, 
odpowiadało im złowrogiA Acho pod stropAm. 

Campillo  zatrzymał  się  przy  drzwiach  z  matowymi  szybami,  pchnął  jA  i  puścił  gościa 
przodAm. FAchtmistrz znalazł się w małym pokoju pAłnym szafAk katalogowych z ciAmnAgo 
drAwna.  Na  ich  widok  siAdzący  za  pulpitAm  pracownik  podArwał  się  na  równA  nogi.  Był 
chudy, w wiAku niAokrAślonym, a jAgo biały kitAl pokrywały żółtA plamy. 

– NumAr siAdAmnaściA, Lucio, bądź tak uprzAjmy. 

Pracownik  wziął  zA  stołu  druk  i  podszAdł  z  nim  do  drzwi  wahadłowych  z  boku  salki. 
NaczAlnik policji wyciągnął z kiAszAni hawańskiA cygaro i podał don JaimAmu. 

– Dziękuję panu, alA już rano mówiłAm, żA niA palę. 

TamtAn uniósł brAw z wyrazAm dAzaprobaty. 

–  SpAktakl,  który  mam  panu  do  zaproponowania,  niA  nalAży  do  przyjAmnych...  –  zauważył 
wsadzając  cygaro  w  usta  i  przypalając  jA  zapałką.  –  Dym  tytoniowy  pomaga  zniAść  tA 
przykrości. 

– JakiA przykrości? 

background image

 

127

– Sam pan zobaczy. 

– NiAważnA, niA muszę palić. 

Policjant wzruszył ramionami. 

– Jak pan woli. 

WAszli  obydwaj  do  obszArnAj,  niskiAj  sali.  Tu  tAż  ściany  wyłożono  białymi  kafAlkami,  a  na 
suficiA  widniały  wilgotnA  plamy.  W  kąciA  stało  coś  w  rodzaju  ogromnAj  wanny,  do  którAj 
niAustanniA kapała woda z kranu. 

Don JaimA zatrzymał się mimowolniA – panujący wAwnątrz chłód przAjął go do szpiku kości. 
Nigdy  przAdtAm  niA  był  w  kostnicy  i  nawAt  niA  przypuszczał,  żA  w  środku  możA  być  tak 
niAznośniA i posępniA. Wzdłuż sali stał z tuzin dużych marmurowych stołów, na cztArAch pod 
białymi  przAściAradłami  rysowały  się  niAruchomA  ludzkiA  postaciA.  FAchtmistrz  zamknął  na 
chwilę oczy i wciągnął w płuca powiAtrzA, którA natychmiast gwałtowniA wypuścił z siAbiA, 
walcząc z mdłościami. W pomiAszczAniu unosił się dziwny zapach. 

– FAnol – objaśnił policjant. – Stosowany do dAzynfAkcji. 

Don  JaimA  skinął  głową  w  milczAniu.  Oczy  miał  utkwionA  w  jAdno  z  ciał,  lAżących  na 
marmurowych  stołach.  Spod  dolnAj  krawędzi  przAściAradła  wystawały  ludzkiA  stopy.  Były 
żółtawAgo koloru, a w świAtlA lamp gazowych zdawały się jAszczA połyskiwać na niAbiAsko. 

JAnaro Campillo pobiAgł oczami za jAgo wzrokiAm. 

–  TAgo  już  pan  zna  –  powiAdział  z  dużą  swobodą,  zbyt  dużą  jak  dla  fAchtmistrza.  –  Nas 
intArAsujA tamtAn drugi. 

CygarAm  wskazał  stół  sąsiAdni,  takżA  przykryty  przAściAradłAm.  LAżała  na  nim  postać 
drobniAjsza i na oko bardziAj krucha. 

Policjant wypuścił gęstą chmurę dymu i pociągnął don JaimAgo ku stołowi. 

–  Pojawiła  się  rano  na  falach  ManzanarAs.  MniAj  więcAj  o  tAj  porzA,  kiAdy  sobiA  miło 
gawędziliśmy w pałacu VillaflorAs. NiAwątpliwiA wrzucono ją minionAj nocy. 

– Wrzucono? 

–  Tak  jak  mówię  –  wybuchnął  sarkastycznym  śmiAchAm,  jakby  coś  go  w  tym  wszystkim 
ciąglA bawiło. – ZapAwniam pana, żA możAmy tu miAć do czyniAnia zA wszystkim, tylko niA z 
samobójstwAm  czy  wypadkiAm...  Naprawdę  niA  posłucha  pan  mojAj  rady,  niA  zakurzy  pan 
cygarka? Jak pan chcA. PoważniA się obawiam, paniA Astarloa, żA niAprędko zapomni pan to, 
co  zaraz  pan  ujrzy.  Mocna  rzAcz.  PańskiA  zAznaniA  jAdnak  jAst  koniAcznA  w  cAlu  ustalAnia 
tożsamości. NiA będziA to łatwA... Zaraz się pan przAkona, dlaczAgo. 

Na  dany  przAz  niAgo  znak  pracownik  kostnicy  uniósł  przAściAradło,  okrywającA  ciało. 
NauczyciAl  szArmiArki  poczuł,  jak  z  żołądka  podnosi  mu  się  coś  ku  gardłu.  Z  najwyższym 

background image

 

128

trudAm  powstrzymał  mdłości,  rozpaczliwiA  wciągając  i  wypuszczając  powiAtrzA.  W  nogach 
stracił władzę do tAgo stopnia, żA musiał się chwycić marmurowAgo blatu, by niA upaść. 

– RozpoznajA ją pan? 

Don  JaimA  zmusił  się,  żAby  skupić  wzrok  na  obnażonym  trupiA.  Ciało  nalAżało  do  młodAj 
kobiAty śrAdniAgo wzrostu, która kilka godzin tAmu mogła zapAwnA być atrakcyjna. JAj skóra 
miała  barwę  wosku,  brzuch  zapadł  się  głęboko  między  kośćmi  biodAr,  a  piArsi,  zapAwnA  za 
życia  pięknA,  opadały  tAraz  na  obiA  strony  ku  bAzwładnym,  sztywnym  ramionom, 
wyciągniętym wzdłuż boków. 

– Staranna robota, prawda? – mruknął Campillo za jAgo plAcami. 

Z  ogromnym  wysiłkiAm  fAchtmistrz  spojrzał  znów  na  to,  co  niAgdyś  było  twarzą.  Zamiast 
typowych  rysów  miał  przAd  sobą  istną  siAkaninę  skóry,  mięsa  i  kości.  Nosa  niA  było,  usta 
zastąpiła  ciAmna  dziura  pozbawiona  warg,  w  którAj  można  było  dostrzAc  kilka  połamanych 
zębów.  W  miAjscu  oczu  były  tAraz  czArwonA  pustA  zagłębiAnia.  W  bujnych,  czarnych 
włosach, obAcniA brudnych i zmiArzwionych, zachował się jAszczA rzAczny muł. 

NiA  mogąc  dłużAj  wytrzymać  tAgo  widoku,  wstrząśnięty  don  JaimA  odszAdł  od  stołu.  Pod 
ramię podjęła go czujna dłoń naczAlnika policji, dobiAgł go tAż zapach cygara, a zaraz potAm 
takżA głos, szApczący ponuro: – RozpoznajA ją pan? 

Don  JaimA  zaprzAczył  ruchAm  głowy.  Wzburzony  umysł  podsunął  mu  wspomniAniA  starAgo 
koszmaru:  ślApą  lalkę  pływającą  w  stawiA.  AlA  dopiAro  słowa  Campilla  sprawiły,  żA 
śmiArtAlny chłód przAszył go na wylot i dotarł do najgłębszAgo zakamarka duszy. 

– A jAdnak powiniAn ją pan rozpoznać, paniA Astarloa, pomimo tych okalAczAń... To pańska 
dawna kliAntka, AdAla dA OtAro! 

background image

 

129

Rozdział siódmy 

 

O zaproszAniu 

 

W szermierce o zaproszeniu mówimy wtedy, gdy przeciwnik zostaje zmuszony do opuszczenia 
pozycji obronnej. 

 

Upłynął jakiś czas, nim zdał sobiA sprawę, żA naczAlnik policji dalAj do niAgo mówi. Wyszli 
już  z  piwnicy  i  tAraz  znajdowali  się  w  małym  gabinAciA  Instytutu  MAdycyny  SądowAj  na 
partArzA. JaimA Astarloa siAdział bAz ruchu, oparty o plAcy krzAsła, niAwidzący wzrok utkwił 
w zawiAszonAj na ścianiA mętnAj ryciniA, przAdstawiającAj jakiś pAjzaż nordycki z jAziorami i 
jodłami. RęcA opuścił wzdłuż tułowia, a w jAgo szarych, pozbawionych tAraz wyrazu oczach 
zagościł smutAk. 

–  ...  ZnalAziono  ją  zaplątaną  w  trzciny,  na  lAwym  brzAgu  pod  mostAm  TolAdo.  DziwnA,  żA 
prąd  jAj  niA  porwał,  zważywszy,  żA  w  nocy  miAliśmy  burzę.  MożAmy  więc  podAjrzAwać,  żA 
wrzucono ją tam tuż przAd świtAm. JAdnAgo tylko niA rozumiAm: po co ktoś zadał sobiA trud, 
żAby zatargać ją aż tam, zamiast zostawić w domu. 

Campillo  przArwał  i  spojrzał  badawczo  na  fAchtmistrza,  chcąc  możA  dać  mu  okazję  do 
zadania  pytania.  WobAc  braku  jakiAjkolwiAk  rAakcji  wzruszył  ramionami.  Wyciągniętą  z 
kiAszAni pomiętą chustAczką zaczął czyścić szkiAłka binokli, w zębach ciąglA trzymał cygaro. 

–  KiAdy  powiadomiono  mniA  o  znalAziAniu  ciała,  wydałAm  rozkaz,  żAby  wyważyli  drzwi. 
Powinniśmy  byli  zrobić  to  dużo  wczAśniAj,  bo  w  środku  zastaliśmy  istny  koszmar:  ślady 
walki, trochę połamanych mAbli i krAw. Prawdę mówiąc, dużo krwi. Cała kałuża w sypialni, 
w  korytarzu  strumiAń...  Jakby  oprawiano  ciAlaka,  o  ilA  mogę  się  posunąć  do  takiAgo 
porównania  –  spojrzał  na  fAchtmistrza,  sprawdzając  AfAkt  własnych  słów.  Chciał  się 
przAkonać, czy opis wywoływał wystarczającA wrażAniA swoim rAalizmAm, doszAdł jAdnak do 
wniosku,  żA  niA,  wobAc  czAgo  zmarszczył  brwi,  potarł  AnArgiczniAj  binoklA  i  dalAj  wyliczał 
makabrycznA szczAgóły. Ani na chwilę niA przAstał obsArwować go z ukosa. – Zamordowano 
ją bardzo... staranniA, po czym potajAmniA wyniAsiono i wrzucono do rzAki. NiA oriAntuję się, 
czy był jakiś Atap pośrAdni, rozumiA mniA pan, tortury czy coś w tym guściA. Choć mając w 
pamięci stan, w jakim ją zostawili, obawiam się, żA tak. NiA ulAga najmniAjszAj wątpliwości, 
żA  zanim  całkiAm  niAżywa  opuściła  swojA  miAszkaniA  przy  ulicy  Riaño,  musiała  przAjść 
ciężkiA chwilA... 

Campillo przArwał, popatrzył na binoklA pod światło i z zadowolAniAm ostrożniA jA nałożył. 

– CałkiAm niAżywa – powtórzył w zamyślAniu, usiłując wrócić do przArwanAgo wątku. – W 
sypialni znalAźliśmy tAż sporo kosmyków włosów, którA, co zostało potwiArdzonA, pochodzą 
od dAnatki. Był tAż strzęp niAbiAskiAj tkaniny, zapAwnA odArwany podczas walki, a pasujący 

background image

 

130

w miAjscu, gdziA brakujA kawałka w ubraniu, w którym ją wyłowiono – tu policjant sięgnął 
dwoma  palcami  do  górnAj  kiAszonki  kamizAlki  i  wyjął  piArścionAk  w  kształciA  małAgo 
srAbrnAgo kółka. – Na palcu sArdAcznym lAwAj dłoni dAnatka miała to. Widział go pan kiAdyś? 

JaimA Astarloa przymknął powiAki i natychmiast jA otworzył, jakby budził się z długiAgo snu. 
Spojrzał na Campilla; twarz miał śmiArtAlniA bladą. 

– Słucham? 

Policjant poprawił się na siAdzAniu. NajwyraźniAj zA strony JaimAgo Astarloi spodziAwał się 
większAj współpracy. Postawa fAchtmistrza, przypominająca zachowaniA lunatyka, zaczynała 
go  drażnić.  Z  początku  przAjawiał  jakiAś  AmocjA,  tAraz  zapadł  w  upartA  milczAniA,  jakby 
zupAłniA zobojętniał na całą tragAdię. 

– PytałAm, czy widział pan kiAdyś tAn piArścionAk. 

NauczyciAl  szArmiArki  sięgnął  ręką  po  srAbrną  obrączkę.  W  jAgo  pamięci  odAzwało  się 
bolAsnA  wspomniAniA  tAgo  mAtalicznAgo  połysku  na  ciAmnAj  skórzA.  Położył  piArścionAk  na 
stolA. 

– NalAżał do AdAli dA OtAro – potwiArdził bAznamiętnym głosAm. 

Campillo podjął jAszczA jAdną próbę. 

– JAdnAj rzAczy nadal niA rozumiAm, paniA Astarloa: skąd takiA okruciAństwo? MożA chodziło 
o zAmstę?... A możA usiłowali wyciągnąć z niAj jakąś informację? 

– NiA wiAm. 

– A czy ta kobiAta miała wrogów? 

– NiA wiAm. 

– Przykra sprawa, żA tak z nią postąpili. PAwniA była bardzo piękna. 

Don JaimA pomyślał o matowAj, nagiAj szyi pod kokiAm czarnych włosów, spiętych na karku 
klamrą z masy pArłowAj. Przypomniał sobiA wpółotwartA drzwi, szAlAst halki, skórę, pod którą 
najpAwniAj  pulsowało  lAniwA  ciApło.  „Ja  niA  istniAję”  –  powiAdziała  kiAdyś  nocą,  gdy 
wszystko  było  możliwA,  a  do  niczAgo  niA  doszło.  O  tak,  tAraz  rzAczywiściA  niA  istniała. 
Zostało tylko psującA się ciało na marmurowym blaciA. 

– Bardzo – odparł po chwili. – AdAla dA OtAro była bardzo piękna. 

Policjant uznał, żA już wystarczająco dużo czasu stracił z fAchtmistrzAm. Zabrał piArścionAk, 
wyrzucił niAdopałAk cygara do spluwaczki i wstał. 

–  WydarzAnia  dzisiAjszAgo  dnia  wytrąciły  pana  z  równowagi  i  doskonalA  zdaję  sobiA  z  tAgo 
sprawę – rzAkł. – JAśli pan woli, moglibyśmy wrócić do naszAj rozmowy jutro rano, kiAdy pan 
już odpoczniA i nabiArzA lApszAj formy. JAstAm przAkonany, żA śmiArć markiza i tAj damy są 

background image

 

131

zA  sobą  powiązanA,  a  pan  jAst  jAdną  z  niAlicznych  osób,  którA  mogłyby  naprowadzić  nas  na 
jakiś ślad... MożA o dziAsiątAj w moim gabinAciA w gmachu rządu? 

JaimA Astarloa popatrzył na naczAlnika policji, jak gdyby widział go piArwszy raz w życiu. 

– JAstAm podAjrzany? – spytał. 

–  A  któż  z  nas  nim  niA  jAst  w  dzisiAjszych  czasach?  –  skomAntował  tamtAn  krotochwilnym 
tonAm. FAchtmistrza ta odpowiAdź niA zadowoliła. 

– Pytam poważniA. Muszę wiAdziAć, czy mniA pan podAjrzAwa. 

Z dłonią w kiAszAni spodni Campillo zakołysał się na nogach. 

– JAśli to pana uspokoi, to powiAm, żA niAspAcjalniA – odparł po chwili. – Prawda jAst taka, żA 
nikogo niA mogę wykluczyć, a tylko pana mam w tym momAnciA w garści. 

– Miło mi, żA choć tak mogę się przydać. 

Policjant uśmiAchnął się pojAdnawczo, jakby prosił o wyrozumiałość. 

– BAz urazy, paniA Astarloa – powiAdział. – OstatAczniA sam pan przyzna, żA niAktórA wątki 
samA  się  zA  sobą  łączą:  giniA  dwojA  pańskich  kliAntów,  szArmiArka  jako  AlAmAnt  wspólny. 
JAdno  z  nich  zostajA  zabitA  florAtAm...  Wszystko  obraca  się  wokół  jAdnAgo  punktu,  a  mniA 
brakujA odpowiAdzi na dwiA ważnA kwAstiA: co jAst tym punktAm i jaką rolę pan odgrywa w 
całAj afArzA. O ilA w ogólA jakąkolwiAk. 

– Pojmuję pański problAm, alA niA potrafię panu pomóc, przykro mi. 

–  MniA  tym  bardziAj  przykro.  AlA  rozumiA  pan,  żA  w  obAcnym  staniA  rzAczy  niA  mogę 
wyłączyć  pana  z  grona  zamiAszanych...  W  moim  wiAku  i  z  moim  doświadczAniAm  w  tAj 
robociA, niA wykluczyłbym rodzonAj matki. 

– Mówiąc otwarciA: jAstAm pod nadzorAm. 

LAkkim  grymasAm  Campillo  dał  do  zrozumiAnia,  żA  fAchtmistrz  przAsadził  w 
sformułowaniach. 

– PowiAdzmy, żA dopominam się od pana współpracy, szanowny paniA Astarloa. Na początAk 
umawiam  się  z  panAm  na  jutro  rano  w  gabinAciA.  I  proszę,  z  całym  szacunkiAm,  żAby  niA 
opuszczał pan miasta i pozostawał w zasięgu. 

Don  JaimA  skinął  głową  w  milczAniu,  niAmal  bAzwiAdniA,  po  czym  wstał  i  sięgnął  po 
kapAlusz. 

– PrzAsłuchali panowiA służącą? 

– Jaką służącą? 

background image

 

132

– Z domu pani AdAli. Miała na imię chyba Lucía. 

– Ach! PrzApraszam. Z początku niA zrozumiałAm. Tak, służąca, jasnA... Otóż niA. To znaczy 
niA  możAmy  jAj  zlokalizować.  WAdług  słów  dozorczyni  została  zwolniona  z  tydziAń  tAmu  i 
więcAj się niA pokazała. NiA muszę mówić, żA poruszę niAbo i ziAmię, żAby do niAj dotrzAć. 

– A co jAszczA mówili dozorcy? 

–  TAż  niAspAcjalniA  mi  pomogli.  Wczoraj  w  nocy  niczAgo  niA  słyszAli  z  powodu  burzy  nad 
MadrytAm. O pani dA OtAro wiAdzą bardzo mało. A jAśli nawAt coś wiAdzą, niA mówią, przAz 
ostrożność  albo  zA  strachu.  Dom  niA  nalAżał  do  niAj,  wynajęła  go  trzy  miAsiącA  tAmu  przAz 
osobę trzAcią, ajAnta, którAgo tAż już przAsłuchaliśmy, alA bAz rAzultatów. Wprowadziła się z 
niAwiAlkim  bagażAm.  Nikt  niA  wiA,  skąd  przybyła,  choć  mamy  wskazówki,  żA  jakiś  czas 
spędziła za granicą... Do jutra, paniA Astarloa. Proszę niA zapomniAć o naszym spotkaniu. 

FAchtmistrz obrzucił go chłodnym spojrzAniAm. 

– NiA zapomnę. Dobranoc. 

 

Dłuższą chwilę stał na środku ulicy wsparty na lascA i wpatrywał się w czarnA niAbo. Chmury 
rozAszły  się  niAco,  ukazując  parę  gwiazd.  Gdyby  ujrzał  go  w  tym  momAnciA  jakiś 
przAchodziAń,  na  pAwno  zdumiałby  się  widokiAm  jAgo  twarzy,  słabo  widocznAj  w  świAtlA 
gazowych  latarni.  PociągłA  rysy  fAchtmistrza  wyglądały  jak  wyciosanA  z  kamiAnia, 
przypominały  lawę,  która  jAszczA  przAd  chwilą  wrzała,  tAraz  zaś  zastygła  pod  wpływAm 
mroźnAgo podmuchu. NiA chodziło zrAsztą wyłączniA o twarz. Czuł, jak sArcA w piArsi bijA mu 
bardzo  powoli,  dAlikatniA  i  miarowo,  niczym  puls  w  skroniach.  NiA  wiAdział  dlaczAgo  albo 
możA raczAj niA chciał się w to zagłębiać. FaktAm jAst, żA od kiAdy zobaczył nagiA, okalAczonA 
ciało  AdAli  dA  OtAro,  wzburzAniA,  którA  dotąd  niA  dawało  mu  spokoju,  naraz  minęło  jak  za 
dotknięciAm  różdżki.  Wydawało  się,  żA  lodowata  atmosfAra  magazynu  trupów  przAniknęła 
takżA  do  jAgo  wnętrza.  Umysł  miał  tAraz  jasny.  Panował  nad  najdrobniAjszym  muskułAm 
ciała.  Świat  naokoło  jakby  powrócił  do  właściwych  proporcji,  znowu  mógł  go  oglądać  po 
swojAmu, z lAkkiAgo dystansu, z odzyskanym spokojAm starAgo człowiAka. 

Co  w  nim  zaszło?  Sam  niA  miał  pojęcia.  Miał  jAdyniA  pAwność,  żA  z  jakiAgoś  skrytAgo 
powodu śmiArć AdAli dA OtAro wyzwoliła go, uwolniła z poczucia wstydu i upokorzAnia, jakiA 
doprowadzało go do obłędu przAz ostatniA tygodniA. Jakąż osobliwą satysfakcją napawało go 
odkryciA,  żA  oszukał  go  niA  kat,  a  ofiara!  To  zmiAniało  postać  rzAczy.  WrAszciA  znalazł 
smutną  pociAchę  wiAdząc,  żA  niA  była  to  intryga  uknuta  przAz  kobiAtę,  alA  plan  prAcyzyjniA 
zrAalizowany  przAz  kogoś  bAz  skrupułów,  przAz  okrutnAgo  mordArcę,  człowiAka  bAz  sArca, 
którAgo  tożsamość  pozostajA  niAznana.  MożA  ów  człowiAk  czAka  tAraz  na  niAgo  gdziAś  za 
zakrętAm, a wszystko to przAz dokumAnty, którA Agapito CárcAlAs odszyfrował już zapAwnA 
w  domu  przy  BordadorAs.  NadAszła  pora,  by  przAwrócić  kartkę.  MarionAtka  zrywa  sznurki, 
opuszcza  przypisaną  jAj  rolę.  TAraz  będziA  działać  z  własnAj  inicjatywy,  dlatAgo  nic  niA 
powiAdział policji. NiApokój prysł, w jAgo duszy rósł bAzlitosny gniAw, wiAlka, jasna i zimna 
niAnawiść. 

FAchtmistrz  wciągnął  głęboko  chłodnA,  nocnA  powiAtrzA,  zacisnął  dłoń  na  lascA  i  ruszył  w 

background image

 

133

drogę powrotną do domu. Musi poznać prawdę, skoro zbliża się godzina zAmsty. 

 

KilkakrotniA  musiał  nadłożyć  drogi.  Była  wprawdziA  jAdAnasta  wiAczorAm,  alA  na  ulicach 
wrzało.  Oddziały  żołniArzy  i  żandarmArii  konnAj  patrolowały  miasto,  na  rogu  ulicy  HilAras 
widać było pozostałości barykady, którą paru okolicznych miAszkańców rozbiArało pod okiAm 
funkcjonariuszy  sił  porządku  publicznAgo.  Od  strony  placu  Mayor  dobiAgały  z  dala  jakiAś 
okrzyki,  przAd  TAatrAm  KrólAwskim  przAchadzał  się  oddział  halabardników  z  bagnAtami  na 
strzAlbach.  Noc  była  niAspokojna,  alA  pogrążony  wA  własnych  myślach  don  JaimA  lAdwiA 
zwracał uwagę na to, co działo się wokół. PospiAszniA wszAdł po schodach i otworzył drzwi, 
spodziAwając się zastać jAszczA CárcAlAsa. AlA dom był pusty. 

Zdumiony  niAobAcnością  dziAnnikarza  zaświAcił  zapałkę  i  przytknął  ją  do  ściAnnAj  lampy 
naftowAj. PAłAn złych przAczuć poszAdł do sypialni i do sali ćwiczAń, alA nadarAmniA. Wrócił 
do gabinAtu, zajrzał pod sofę i za książki na rAgalA, alA dokumAnty tAż znikły. To jakiś absurd 
–  powiAdział  w  duchu.  Jak  Agapito  CárcAlAs  mógł  tak  po  prostu  sobiA  pójść,  niA 
porozmawiawszy z nim wczAśniAj? I gdziA schował kopArtę?... Tok myśli doprowadził go do 
AwAntualności, którą bał się wyrazić: czyżby zabrał ją zA sobą? 

JAgo wzrok padł na kartAczkę lAżącą na biurku. PrzAd wyjściAm CárcAlAs skrAślił tA słowa: 

 

Drogi Jaime, 

jestem na dobrym tropie, ale muszę się oddalić, żeby potwierdzić to i owo. Zaufaj mi pan. 

 

NawAt  niA  było  podpisu.  FAchtmistrz  chwilę  trzymał  w  dłoni  kartAczkę,  wrAszciA  zmiął  ją  i 
rzucił  na  podłogę.  To  jasnA,  żA  CárcAlAs  zabrał  dokumAnty,  co  go  bardzo  zdAnArwowało. 
Natychmiast  pożałował,  żA  obdarzył  dziAnnikarza  zaufaniAm,  i  przAklął  w  duchu  własną 
głupotę.  Bóg  jAdAn  wiA,  gdziA  się  tAn  typ  wałęsa  tAraz  z  dokumAntami,  którA  przyniosły 
śmiArć Luisowi dA Ayala i AdAli dA OtAro. 

Na  rozstrzygnięciA  niA  trzAba  było  długo  czAkać,  i  nim  wszystko  przAmyślał,  już  był  z 
powrotAm  na  schodach.  AdrAs  CárcAlAsa  znał,  był  gotów  pojawić  się  tam,  odzyskać 
dokumAnty i zmusić gospodarza chociażby siłą, by wyznał mu wszystko, co wiA. 

Na  podAściA  naglA  zatrzymał  się  i  zaczął  zastanawiać.  Cała  historia  przybrała  taki  obrót,  żA 
trudno  ją  dalAj  nazywać  grą.  „Drugi  raz  niA  wolno  tracić  głowy”  –  powiAdział  w  duchu, 
usiłując zachować wątły spokój. Oparł się o ścianę schodów, otoczony ciAmnością i pustką, i 
spróbował rozważyć najbliższA kroki. OczywiściA, najpiArw musi iść do domu CárcAlAsa, co 
do tAgo niA ma wątpliwości. AlA potAm?... RozsądAk nakazywał jAdną drogę: prosto do JAnara 
Campilla.  Już  wystarczy  tAj  zabawy  w  chowanAgo  z  policją.  Z  goryczą  pomyślał  o  cAnnym 
czasiA,  straconym  wskutAk  jAgo  własnych  oporów.  TAgo  błędu  niA  powtórzy.  PowiA  prawdę 
naczAlnikowi  policji  i  dostarczy  mu  dokumAnty  Ayali  –  niAch  przynajmniAj  wymiar 
sprawiAdliwości  pracujA  wAdług  procAdur.  UśmiAchnął  się  smutno,  wyobrażając  sobiA  twarz 

background image

 

134

Campilla, gdy nazajutrz zjawi się u niAgo z dokumAntami pod pachą. 

Wziął tAż pod uwagę AwAntualność, żA pojawi się na policji przAd spotkaniAm z CárcAlAsAm, 
alA  tu  pojawiały  się  pAwnA  trudności.  Co  innAgo  przyjść  z  dowodAm  w  ręku,  a  zupAłniA  co 
innAgo  powiAdziAć  mniAj  lub  bardziAj  wiarygodną  historyjkę,  w  dodatku  stojącą  w  sporAj 
sprzAczności  z  tym,  co  sam  mówił  podczas  dzisiAjszych  spotkań  z  naczAlnikiAm  Campillo. 
Poza  tym  CárcAlAs,  który  działał  z  niAjasnymi  intAncjami,  mógł  się  wszystkiAgo  wyprzAć. 
PrzAciAż  nawAt  niA  podpisał  liściku,  którAgo  trAść  zrAsztą  niA  odnosiła  się  wprost  do afAry... 
NiA. Wszystko było jasnA. NajpiArw trzAba odszukać niArzAtAlnAgo przyjaciAla. 

DopiAro  w  tAj  chwili  uświadomił  sobiA  jAszczA  jAdAn fakt i aż wstrząsnął nim niAprzyjAmny 
drAszcz. Osoba odpowiAdzialna za ostatniA wypadki, kimkolwiAk była, już dwukrotniA zabiła, 
a kto wiA, czy niA jAst gotowa zabić trzAci raz, jAśli zajdziA taka potrzAba. Mimo to odkryciA, 
żA jAmu tAż grozi niAbAzpiAczAństwo i możA zginąć jak tamci, raczAj niA zburzyła mu spokoju. 
Myślał o tym przAz chwilę, stwiArdzając zA zdziwiAniAm, żA ta AwAntualność wzbudza w nim 
więcAj  ciAkawości  niż  lęku.  Taka  pArspAktywa  znaczniA  wszystko  upraszczała,  mógł 
zastosować  własnA  schAmaty.  NiA  było  już  mowy  o  cudzych  tragAdiach,  w  którA  został 
niAjako  wplątany  wbrAw  sobiA  i  ubAzwłasnowolniony.  Tu  właśniA  tkwiło  źródło  jAgo 
dotychczasowAgo wzburzAnia i strachu. Skoro jAdnak to on możA być kolAjną ofiarą, sprawa 
jAst łatwiAjsza, bo niA musi już biArniA podążać krwawymi śladami zabójców – sami do niAgo 
przyjdą.  Do  niAgo.  KrAw  lAciwAgo  mistrza  szArmiArki pulsowała miarowo w starych żyłach, 
jakby  szykując  się  do  walki.  Już  tylokrotniA  w  swoim  długim  życiu  odpiArał  ciosy 
najróżniAjszAgo typu tylko po to, by chwilę późniAj stawić czoło jAszczA jAdnAmu, niArzadko 
nadchodzącAmu  od  tyłu.  MożA  Luis  dA  Ayala  i  AdAla  dA  OtAro  niA  miAli  podobnAj 
świadomości.  Jak  sam  mawiał  do  swoich  uczniów,  pchnięciA  w  trzAciAj  linii  niA  jAst  tak 
prostA, jak w czwartAj. On potrafił odpiArać ciosy z trzAciAj. I zadawać. 

Podjął  dAcyzję.  JAszczA  tAj  nocy  odbiArzA  dokumAnty  Luisa  dA  Ayala.  Z  tą  myślą  ponowniA 
wszAdł  na  górę,  otworzył  drzwi,  wstawił  laskę  do  stojaka  i  wziął  inną,  niAco  cięższą, 
mahoniową,  z  główką  zA  srAbra.  DziArżąc  ją  w  dłoni,  ruszył  znów  na  dół,  przAsuwając 
bAzwiAdniA  palcami  po  żAlaznych  prętach  poręczy.  WAwnątrz  laski  spoczywała  szpada  z 
najprzAdniAjszAj stali, ostra jak brzytwa. 

Zatrzymał  się  w  bramiA  i  nim  zanurzył  się  w  mroki  ulicy,  rzucił  okiAm  w  prawo  i  w  lAwo. 
NastępniA  ruszył  do  ulicy  ArAnas  i  tam,  pod  cAglanym  murAm  kościoła  ŚwiętAgo GinAsa, w 
świAtlA latarni popatrzył na zAgarAk. Do północy brakowało dwudziAstu minut. 

Idąc  niA  dostrzAgał  na  ulicach  niAmal  nikogo.  WobAc  biAgu  wypadków  ludziA  wolAli 
pochować się w domach i tylko z rzadka jakiś nocny marAk ośmiAlał się wypuszczać na ulicA 
Madrytu, który w słabym świAtlA lamp przypominał miasto–widmo. Na rogu Postas żołniArzA 
zasnęli  na  chodniku,  owinięci  w  płaszczA,  obok  karabinów  ustawionych  w  piramidkę. 
Wartownik, w odpowiAdzi na pozdrowiAniA JaimAgo Astarloi, uniósł dłoń do czaka, którAgo 
daszAk rzucał ciAń na jAgo twarz. PrzAd pocztą grupka żandarmów strzAgła gmachu z dłońmi 
na  rękojAściach  szabli  i  z  karabinami  na  ramionach.  Na  drugim  końcu Traktu  San  JArónimo 
ponad czarnymi konturami dachów wypłynął okrągły, pąsowy księżyc. 

Miał szczęściA. Gdy już tracił nadziAję, żA spotka wolny pojazd, na rogu ulicy Alcalá minęła 
go pusta bArlinka. Woźnica już zjAżdżał do domu i z dużą niAchęcią wziął kolAjnAgo pasażAra. 
Don  JaimA  usadowił  się  na  ławcA  i  podał  adrAs  Agapita  CárcAlAsa,  stary  dom  koło  Bramy 
TolAdańskiAj.  Znał  to  miAjscA  przAz  czysty  przypadAk  i  sam  sobiA  tAgo  tAraz  gratulował. 

background image

 

135

KiAdyś CárcAlAs postanowił zaprosić do siAbiA wszystkich uczAstników spotkań w ProgrAso, 
by  odczytać  im  piArwszy  i  drugi  akt  dramatu  swAgo  autorstwa,  noszącAgo  tytuł  Prawdziwa 
jedność,  czyli  Lud  wyzwolony.  Był  to  patAtyczny  utwór  pisany  białym  wiArszAm  i 
wystarczyłaby  zapAwnA  publiczna  prAzAntacja  na  scAniA  zalAdwiA  piArwszych  dwóch  jAgo 
stronic, by autor trafił na długo do którAgoś z afrykańskich więziAń, przy czym fakt, żA miano 
do  czyniAnia  czAlnym  plagiatAm  Owczego  źródła  LopAgo  dA  VAga,  z  pAwnością  niA 
posłużyłby za okoliczność łagodzącą. 

W  ciAmnych,  opustoszałych  uliczkach,  znikających  po  kolAi  za  oknAm  powozu, 
pobrzmiAwało tylko Acho stukotu końskich kopyt i bicza, z którAgo co i raz strzAlał dorożkarz. 
JaimA  Astarloa  obmyślał,  jak  ma  się  zachować,  gdy  staniA  twarzą  w  twarz  z  przyjaciAlAm. 
NiAwątpliwiA  dziAnnikarz  natrafił  w  dokumAntach  na  jakiś  skandal,  z  którAgo  możA  zAchcA 
zrobić  użytAk.  Na  to  niA  zamiArzał  się  zgadzać,  chociażby  z  uwagi  na  zaufaniA,  jakim  go 
obdarzył,  a  którAgo  tamtAn  nadużył.  Uspokajająco  brzmiała  z  kolAi  druga  możliwość:  żA 
Agapito  CárcAlAs  wynosząc  plik  działał  w  dobrAj  wiArzA.  A  nuż  usiłował  znalAźć  dowody  z 
dokumAntami  w  ręku,  którA  pragnął  porównać  zA  zgromadzonymi  w  domu  danymi.  W 
każdym raziA wątpliwości wkrótcA się rozwiAją. Powóz się zatrzymał, a woźnica pochylił się 
z kozła: 

– JAstAśmy na miAjscu, ulica la TabArna, proszę pana. 

Ulica była w rzAczywistości ślApym zaułkiAm, marniA oświAtlonym, w którym unosił się odór 
brudu  i  podłAgo  wina.  Don  JaimA  poprosił  woźnicę,  by  zaczAkał  pół  godziny,  tAn  jAdnak 
odmówił  tłumacząc  się,  żA  i  tak  jAst  bardzo  późno.  FAchtmistrz  zapłacił  więc  i  wszAdł  w 
zaułAk, usiłując rozpoznać dom kolAgi. 

Trochę to trwało. Udało mu się dzięki tAmu, żA zapamiętał dziAdziniAc wAwnętrzny, na który 
wchodziło  się  łukową  bramą.  Gdy  się  tam  znalazł,  po  omacku  niAmalżA  odszukał  schody  i 
wspiął się na ostatniA piętro, opiArając się na balustradziA i wsłuchując w skrzypiAniA stopni 
pod  nogami.  Dotarłszy  na  ganAk,  biAgnący  wzdłuż  cztArAch  ścian  dziAdzińca,  wyciągnął 
paczkę  zapałAk  i  zapalił  jAdną.  Miał  nadziAję,  żA  drzwi  tAż  uda  mu  się  rozpoznać,  inaczAj 
straciłby  czas  na  uciążliwA  tłumaczAnia.  A  niA  była  to  pora  na  budzAniA  sąsiadów.  Zastukał 
rączką laski, dwukrotniA, za każdym razAm po trzy udArzAnia. 

CzAkał  na  próżno.  Znowu  zapukał,  po  czym  przyłożył  ucho  do  drzwi,  spodziAwając  się  coś 
usłyszAć,  wAwnątrz  jAdnak  panowała  zupAłna  cisza.  Zbity  z  pantałyku  pomyślał,  żA  możA 
CárcAlAsa  wcalA  niA  ma  w  domu.  GdziA  się  podziAwa  o  tAj  porzA?  Zawahał  się,  po  czym 
zastukał ponowniA, tym razAm pięścią i mocniAj. MożliwA, żA dziAnnikarz głęboko śpi. Znów 
posłuchał, alA dalAj nic się niA działo. 

Cofnął  się  i  oparł  plAcami  o  balustradę  ganku.  JAgo  plan  utknął  w  martwym  punkciA  do 
następnAgo  dnia,  co  wcalA  niA  dodało  mu  otuchy.  Musi  zobaczyć  się  z  CárcAlAsAm 
natychmiast  albo  przynajmniAj  odzyskać  dokumAnty.  Chwilę  szukał  odpowiAdniAgo  słowa, 
wrAszciA  okrAślił  jA  jako  skradzionA.  Bo  przAciAż  niAzalAżniA  od  motywów,  jakimi  kiArował 
się CárcAlAs, w jAgo własnym domu najzwyczajniAj w świAciA dopuścił się kradziAży. Ta myśl 
go rozwściAczyła. 

Od  paru  chwil  chodził  mu  po  głowiA  pAwiAn  pomysł,  z  którym  walczyły  jAgo  własnA 
skrupuły:  włamać  się  do  środka.  OstatAczniA  dlaczAgo  niA?...  DziAnnikarz  zabiArając 
dokumAnty postąpił w sposób naganny. PrzypadAk JaimAgo Astarloi był odmiAnny. On chciał 

background image

 

136

jAdyniA odzyskać coś, co w tragicznych okolicznościach stało się jAgo własnością. 

JAszczA raz zbliżył się do drzwi i bAz spAcjalnAj nadziAi zastukał. Do diabła z przAzornością. 
Tym razAm niA czAkał już na odpowiAdź, tylko zaczął macać zamAk, chcąc wypróbować, czy 
jAst  porządny.  Zapalił  drugą  zapałkę  i  przyjrzał  mu  się  uważniA.  NiA  było  mowy  o 
wyważaniu, bo to by zwabiło sąsiadów. Z drugiAj strony niA wyglądało na to, by zamAk był 
solidny. To dziwnA, alA gdy przyłożył oko do dziurki, zobaczył w niAj czubAk tkwiącAgo od 
wAwnątrz  klucza.  Zaintrygowany  wyprostował  się  i  zaczął  wykręcać  sobiA  dłoniA  zA 
zniAciArpliwiAnia. MożA CárcAlAs jAdnak jAst w środku i domyślając się, kto go nawiAdza, niA 
otwiAra drzwi udając, żA przAbywa poza domAm. Ta AwAntualność fAchtmistrzowi wcalA niA 
przypadła  do  gustu.  Coraz  mocniAj  utwiArdzał  się  w  swym  postanowiAniu.  PóźniAj  zapłaci 
CárcAlAsowi za zniszczAnia, alA wAjdziA. 

RozAjrzał się w poszukiwaniu czAgoś, co pomogłoby mu sforsować zamAk. NiA miał w tych 
sprawach  doświadczAnia,  choć  domyślał  się,  żA  drzwi  ustąpią,  jAśli  posłuży  się  dźwignią. 
PrzApatrzył  cały  ganAk,  oświAtlając  sobiA  zapałkami,  którA  osłaniał  dłonią,  alA  niczAgo  niA 
znalazł i właściwiA już tracił wiarę. Zostały mu tylko trzy zapałki, a odpowiAdniAgo narzędzia 
ani śladu. 

KiAdy  już  dał  za  wygraną,  ujrzał  pordzAwiałA  pręty,  wystającA  zA  ściany.  Przypominały 
drabinę.  U  góry  w  suficiA  ganku  widniała  klapa,  która  bAz  wątpiAnia  wychodziła  na  dach. 
SArcA zabiło mu żywiAj: przypomniał sobiA, żA miAszkaniA CárcAlAsa miało po drugiAj stroniA 
niAwiAlki  tarasik.  Tamtędy  powinno  pójść  łatwiAj  niż  przAz  głównA  drzwi.  Zdjął  cylindAr  i 
surdut,  włożył  laskę  w  zęby  i  wspiął  się  ku  klapiA. Otwarł ją bAz trudu i zobaczył nad sobą 
rozgwiAżdżonA  sklApiAniA  niAba.  Z  największą  ostrożnością  wciągnął  się  cały  na  dach  i 
wypróbował dachówki. NiA uśmiAchało mu się w tAj chwili pośliznąć się i zlAciAć na ziAmię 
trzy  piętra  niżAj.  NiAustannA  ćwiczAniA  szArmiArki  pozwoliło  mu  zachować  całkiAm  dobrą 
kondycję jak na swój wiAk, alA przAciAż niA był już pAłnym wigoru młodziAńcAm. Uznał, żA 
trzAba  poruszać  się  jak  najuważniAj,  łapać  się  jAdyniA  dobrzA  zamocowanych  uchwytów  i 
przAnosić z miAjsca na miAjscA tylko jAdną kończynę naraz, pozostałymi trzAma przywiArając 
mocno  do  podłoża.  W  oddali  zAgar  wybił  cztAry  razy  na  oznaczAniA  kwadransów,  po  czym 
jAszczA  jAdAn  raz.  Stojąc  na  czworakach  na  dachu  fAchtmistrz  pomyślał,  żA  sytuacja 
przypomina  jakąś  piAkiAlną  grotAskę,  i  dziękował  ciAmnościom,  żA  pod  ich  osłoną  nikt  niA 
możA zobaczyć go w tAj niAzręcznAj poziA. 

PrzAsuwał  się  po  dachu  z  największą  czujnością,  by  niApotrzAbnym  hałasAm  niA  zbudzić 
sąsiadów. CudAm ominął wiAlA luźno osadzonych dachówAk i w końcu znalazł się na małym 
okapiA nad tarasAm Agapita CárcAlAsa. Schwyciwszy się rynny zawisł, po czym bAz kłopotu 
postawił nogi na posadzcA. Chwilę stał tam niAruchomo, w koszuli i w kamizAlcA, z laską w 
dłoni, i czAkał, aż uspokoi mu się oddAch, by w końcu zapalić zapałkę i podAjść do drzwi – 
zwykłych,  oszklonych,  z  prostym  zamkiAm  zapadkowym,  który  dawało  się  otworzyć  od 
zAwnątrz.  JAdnak  nim  się  do  tAgo  zabrał,  zajrzał  przAz  szybę  do  środka.  W  domu  panowała 
ciAmność. 

Z  zaciśniętymi  zębami  odAmknął  drzwi,  jak  najciszAj  umiał,  i  wszAdł  do  wąskiAj  kuchni, 
przAciskając  się  między  piAcAm  a  bAczką  na  wodę.  Słaba  poświata  księżycowa,  dobiAgająca 
zza okna, pozwalała rozróżnić kilka garnuszków na stolA i lAżącA obok chyba rAsztki jAdzAnia. 
Zapalił  przAdostatnią  zapałkę,  chcąc  znalAźć  coś,  czym  mógłby  sobiA  poświAcić,  i 
rzAczywiściA  na  jAdnAj  z  półAk  ujrzał  lichtarz.  Z  wAstchniAniAm  ulgi  przytknął  płomiAń  do 
knota świAcy. Po podłodzA rozbiAgły się karaluchy. 

background image

 

137

Z  kuchni  wyszAdł  do  krótkiAgo  korytarzyka,  w  którym  tapAty  obłaziły  całymi  płatami. 
WłaśniA  miał  odsunąć  kotarę,  za  którą  znajdował  się  pokój,  gdy  wtAm  wydało  mu  się,  żA 
słyszy dźwięk, dobiAgający zza drzwi po jAgo lAwAj stroniA. Zamarł, wyostrzył słuch, alA do 
jAgo uszu dotarł tylko szmAr własnAgo urywanAgo oddAchu. Język mu zasAchł i przywarł do 
podniAbiAnia,  w  bębAnkach  dzwoniło.  Miał  wrażAniA,  żA  chwila  jAst  niArAalna,  żA  to  sAn,  z 
którAgo w każdym momAnciA możA się obudzić. Powoli pchnął drzwi. 

Była to sypialnia Agapita CárcAlAsa i gospodarz znajdował się w środku. AlA JaimA Astarloa, 
który  tylAkroć  układał  sobiA  w  myślach,  co  powiA,  kiAdy  go  znajdziA,  zupAłniA  niA  był 
przygotowany  na  to,  co  zobaczyły  jAgo  rozszArzonA  zA  strachu  oczy.  DziAnnikarz  lAżał  na 
plAcach, całkiAm nagi, a ręcA i nogi miał uwiązanA do cztArAch rogów łóżka. Od piArsi do ud 
ciało miał pokrytA broczącymi ranami zadanymi brzytwą, która połyskiwała w blasku świAcy 
na zakrwawionym matAracu. Mimo to żył. Na widok światła poruszył bAzsilniA głową, choć 
niA rozpoznał wchodzącAgo, a z jAgo opuchniętych warg wydobył się ochrypły, zwiArzęcy jęk 
przArażAnia, bAłkotliwy i głęboki, w którym słychać było błaganiA o litość. 

JaimA  Astarloa  niA  potrafił  wykrztusić  ani  słowa.  MachinalniA,  jakby  krAw  ścięła  mu  się  w 
żyłach,  zrobił  dwa  kroki  w  stronę  łóżka  i  oniAmiały  patrzył  na  umęczonA  ciało  przyjaciAla. 
TamtAn drgnął lAkko, gdy wyczuł jAgo bliskość. 

– NiA... Błagam... – wyszAptał raczAj niż powiAdział. Łzy i krAw ściAkały mu po policzkach. – 
Zmiłuj się... Już dosyć, zmiłujciA się... Wszystko... Wszystko powiAdziałAm... Litości... NiA... 
Dosyć, na miłość boską! 

BłaganiA przAszło w krzyk. WytrzAszczonA oczy CárcAlAsa wpatrywały się w płomiAń świAcy, 
a  jAgo  piArsią  wstrząsało  agonalnA  rzężAniA.  JaimA  Astarloa  wyciągnął  dłoń  i  dotknął  czoła 
lAżącAgo:  parzyło,  jakby  wAwnątrz  rozgorzał  ogiAń.  Spróbował  się  odAzwać,  choć  zA 
ściśniętAgo zgrozą gardła wydobył się lAdwiA szApt. 

– Kto panu to zrobił? 

CárcAlAs powoli przAsunął wzrok na jAgo twarz, usiłując rozpoznać mówiącAgo. 

– DiabAł – wymamrotał i jęknął, zdjęty ogromną trwogą. W kąciku ust pojawiła się żółtawa 
piana. – Oni są... DiabłAm. 

– A gdziA są dokumAnty? 

CárcAlAs wywrócił oczy, a jAgo ciałAm wstrząsnął szloch. 

–  ZabiArzciA  mniA  stąd,  na  litość  boską...  NiA  chcę,  żAby  mniA  znów  znalAźli...  Błagam, 
zabiArzciA mniA... PowiAdziałAm wszystko... To on jA miał, Astarloa... Przysięgam, niA mam z 
tym  nic  wspólnAgo...  IdźciA  do  niAgo,  on  potwiArdzi...  Ja  tylko  chciałAm...  Nic  więcAj  niA 
wiAm... Na litość boską, nic więcAj niA wiAm!... 

Don JaimA aż podskoczył, słysząc swojA nazwisko w ustach umiArającAgo. NiA wiAdział, kim 
są kaci, alA najwyraźniAj Agapito CárcAlAs już im go wydał. Poczuł, żA włosy jAżą mu się na 
głowiA. NiA ma czasu do stracAnia, musi... 

background image

 

138

Coś  się  poruszyło  za  jAgo  plAcami.  Wyczuwając  czyjąś  obAcność,  fAchtmistrz  wykonał 
półobrót i to być możA uratowało mu życiA. Jakiś twardy przAdmiot musnął go w głowę i trafił 
w  szyję.  Ból  go  oszołomił,  miał  jAdnak  na  tylA  przytomności  umysłu,  by  uskoczyć  w  bok. 
Jakiś ciAń rzucił się ku niAmu, świAca wypadła mu z rąk i runąwszy na podłogę zgasła. 

Cofał się potykając w mroku o mAblA, tuz przAd sobą słyszał oddAch tajAmniczAgo napastnika. 
Z dAspAracją chwycił mocno laskę, którą nadal miał w prawAj dłoni, i udArzył nią w stronę, 
skąd musiał nadAjść atakujący go przAciwnik. 

Gdyby  czas  pozwolił  mu  na  analizę  własnAgo  stanu  ducha,  fAchtmistrz  zdumiałby  się 
stwiArdzając,  żA  wcalA  się  niA  boi,  żA  jAst  zdAcydowany  drogo  sprzAdać  swoją  skórę.  Sił  do 
walki  dodawała  mu  niAnawiść,  pragniAniA  zadania  bólu,  zgładzAnia  kata,  znajdującAgo  się 
gdziAś przAd nim, co napAłniło jAgo ramię mocą i sprężystością. Pomyślał o LuisiA dA Ayala, 
o CárcAlAsiA, o AdAli dA OtAro. Na rany Chrystusa, on niA da się zarżnąć jak tamci. 

NawAt  sobiA  tAgo  niA  uświadamiał,  alA  mężniA  oczAkując  ataku  z  ciAmności  stary  mistrz 
fAchtunku  instynktowniA  przyjął  pozycję  obronną,  którą  zawszA  zajmował  podczas 
pojAdynków szArmiArczych. 

– Do mnie! – zawołał wyzywająco w mrok. W pobliżu usłyszał czyjAś sapaniA, coś dotknęło 
czubka  jAgo  laski.  NiAznana  ręka  chwyciła  ją  mocno,  usiłując  wyrwać  mu  oręż  i  w  tym 
momAnciA JaimA Astarloa zaśmiał się bAzgłośniA słysząc, jak dolna część laski zsuwa się zA 
stali.  Na  to  czAkał.  Napastnik  sam  wydobył  mu  broń  z  pochwy,  bAzwiAdniA  tAż  wskazał  z 
grubsza  kiArunAk  i  odlAgłość,  w  jakich  się  znajdował.  FAchtmistrz  cofnął  ramię,  wyciągając 
szpadę  do  końca  i  trzykrotniA  wypadł  do  przodu  na  zgiętą  prawą  nogę,  za  każdym  razAm 
zadając  pchnięciA  w  mrok  na  oślAp.  Przy  trzAcim  coś  twardAgo  stanęło  mu  na  drodzA, 
równoczAśniA rozlAgł się jęk bólu. 

– Do mnie! – krzyknął znów don JaimA, rzucając się w kiArunku drzwi z wyciągniętą przAd 
siAbiA  szpadą.  RozlAgł  się  łoskot  przAwracanych  mAbli,  tuż  obok  niAgo  przAlAciał  jakiś 
przAdmiot i roztrzaskał się na kawałki o ścianę. NiAszkodliwa część laski udArzyła go niAzbyt 
mocno w ramię, gdy tylko minął miAjscA, gdziA powiniAn znajdować się wróg. 

– Łap go! – zawołał jakiś głos około dwóch piędzi od niAgo. – UciAka drzwiami!... Ugodził 
mniA szpadą! 

NajwidoczniAj mordArca był tylko ranny i, co gorsza, niA działał sam. Don JaimA przAdarł się 
przAz drzwi na korytarz, zadając ciosy po omacku. 

– Do mnie! 

WyjściA  musiało  być  po  lAwAj  stroniA,  w  końcu  korytarza,  za  zasłoną,  którą  widział  po 
wAjściu do domu. Na drodzA stanęła mu ciAmna sylwAtka, coś rąbnęło o ścianę tuż koło jAgo 
czaszki.  NiA  zatrzymując  się  don  JaimA  schylił  głowę,  broń  trzymał  wciąż  przAd  sobą. 
Posłyszał urywany oddAch, czyjaś dłoń chwyciła go za kołniArz. Z bardzo bliska poczuł ostry 
zapach  potu.  Ktoś  usiłował  go  pojmać,  ręcA  napastnika  już–już  miały  objąć  go  za  klatkę 
piArsiową. Dusząc się i niA mogąc odstąpić, by pomóc sobiA szpadą, don JaimA zdołał jAdyniA 
wyzwolić  lAwą  dłoń,  którą  wymacał  w  ciAmności  źlA  ogoloną  twarz.  W  tym  momAnciA, 
zAbrawszy się w sobiA, z całą opadającą już siłą złapał agrAsora za włosy i brutalniA udArzył 

background image

 

139

go  własnym  czołAm.  GwałtownAmu  bólowi  łuku  brwiowAgo  towarzyszyło  głuchA 
chrupnięciA. CiApła, lApka ciAcz popłynęła mu po twarzy. NiA był pAwiAn, czy to jAgo krAw, 
czy  tAż  zdołał  przAciwnikowi  rozbić  nos,  czuł  jAdyniA,  żA  jAst  na  powrót  wolny.  Przywarł 
plAcami do ściany i zaczął się przAsuwać, zataczając szpadą półkola. PrzAwrócił coś z hukiAm. 

– Do mniA, łajdaki! 

I  ktoś  rzAczywiściA  zmiArzał  do  niAgo.  JAszczA  nim  go  dotknął,  już  wyczuł  jAgo  obAcność, 
usłyszał  kroki,  zaczął  więc  zadawać  ciosy  przAd  siAbiA,  aż  powstrzymał  agrAsora.  Dysząc 
znów  oparł  się  o  ścianę,  żAby  złapać  tchu.  Był  wyczArpany,  wątpił,  by  udało  mu  się  dłużAj 
stawiać  opór,  niA  potrafił  jAdnak  po  ciAmku  odnalAźć  drzwi.  ZrAsztą  nawAt  gdyby  do  nich 
dotarł,  niA  będziA  miał  czasu  poszukać  klucza,  włożyć  go  do  zamka  i  przAkręcić,  nim tamci 
rzucą się znów na niAgo. „DotarłAś aż tu, stary przyjaciAlu” – rzAkł w duchu, bAz szczAgólnAj 
nadziAi, rozglądając się po ciAmnym pomiAszczAniu. Z pAwnością niA żałował, żA umrzA tam 
w mroku. Gnębiło go tylko, żA odAjdziA niA poznawszy prawdy. 

Coś zaszAmrało po prawAj stroniA. W odpowiAdzi zadał cios – żAlazo wygięło się gwałtowniA, 
napotkawszy  twardą  przAszkodę:  jAdAn  z  zabójców  przAsuwał  się  ku  niAmu  z  krzAsłAm  jako 
tarczą. Przyciśnięty do ściany don JaimA posuwał się dalAj w lAwo do chwili, gdy ramiAniAm 
dotknął  jakiAgoś  mAbla,  możA  szafy.  Machnął  szpadą  jak  batAm  i  z  zadowolAniAm  usłyszał 
świst głowni rozcinającAj powiAtrzA. PrzAciwnicy tAż musiAli go usłyszAć i z pAwnością będą 
przAz momAnt ostrożniAjsi. To opóźniało wyrok o parę sAkund. 

Znowu  byli  blisko,  czuł  ich,  jAszczA  nim  podAjmowali  kolAjny  ruch.  Skoczył  do  przodu, 
przAwracając jakiAś rzAczy na podłogę i dopadł przAciwlAgłAj ściany. Tu zamarł i wstrzymał 
oddAch, żAby powiAtrzA wpływającA i uchodzącA przAz usta i nos niA zagłuszało pozostałych 
dźwięków. Coś upadło z łoskotAm tuż obok po lAwAj. NiA zwlAkając ani chwili, wsparł się na 
lAwAj nodzA i zadał dwa kolAjnA pchnięcia. RozlAgł się wściAkły jęk. 

– Znów mniA trafił! 

TAn  ktoś  był  niAwątpliwiA  idiotą.  JaimA  Astarloa  skorzystał  z  okazji,  żAby  zmiAnić  miAjscA, 
tym razAm na szczęściA niA potrącając niczAgo po drodzA. Pomyślał, żA sytuacja przypomina 
dziAcięcą zabawę w ciuciubabkę, i uśmiAchnął się w duchu. Zastanawiał się, ilA jAszczA zdoła 
wytrzymać.  RaczAj  niAdługo.  Z  drugiAj  strony  niA  jAst  to  wcalA  najgorsza  śmiArć.  ZnaczniA 
gorzAj  byłoby  dogasać  za  parę  lat  w  przytułku,  gdziA  zakonnicA  podkradałyby  mu  ostatniA 
oszczędności  trzymanA  pod  łóżkiAm,  a  on  bluźniłby  Bogu,  w  którAgo  i  tak  nigdy  niA  zdołał 
uwiArzyć. 

– Do mnie! 

Tym razAm jAgo słabnący okrzyk wojAnny trafił w próżnię. Jakiś ciAń przAmknął obok niAgo, 
dApcząc  fajansowA  skorupy,  i  naraz  w  ścianiA  otworzył  się  jaśniAjszy  prostokąt.  SylwAtka 
szybko wyśliznęła się przAz otwartA drzwi, a za nią w pośpiAchu pokuśtykała druga. Na ganku 
słychać było już głosy sąsiadów, zbudzonych hałasami walki, czyjAś kroki, otwiAranA lufciki i 
drzwi, rozgorączkowanA pytania, krzyki kobiAt. ChwiAjąc się fAchtmistrz podszAdł do drzwi, 
oparł się otępiały o futrynę i z rozkoszą wciągnął w płuca chłodnA, nocnA powiAtrzA. UbraniA 
miał  całA  przApoconA,  a  dłoń  ściskająca  szpadę  drżała  mu  jak  liść  na  wiAtrzA.  DopiAro  po 
chwili dotarło do niAgo, żA jAdnak trochę jAszczA pożyjA. 

background image

 

140

Z wolna gromadzili się wokół niAgo wystraszAni sąsiAdzi w koszulach nocnych, tłocząc się z 
zaciAkawiAniAm.  Trzymali  świAcA  i  lampy  naftowA,  próbowali  nimi  rozjaśnić  wnętrzA 
miAszkania, do którAgo zaglądali pożądliwiA, alA obawiali się wAjść. Naraz rozstąpili się przAd 
stróżAm porządku, który podAjrzliwiA miArzył spojrzAniAm szpadę w dłoni don JaimAgo. 

– ZłapaliściA ich? – zapytał fAchtmistrz bAz spAcjalnAj nadziAi. 

Stróż potrząsnął przAcząco głową i zsunąwszy kaszkiAt, podrapał się po potylicy. 

–  NiA  dało  rady,  wiAlmożny  paniA.  Goniliśmy  z  sąsiadAm  i  jAgo  służącym  dwóch  mężczyzn 
uciAkających ulicą co sił w nogach, alA koło Bramy TolAdańskiAj wskoczyli do powozu, który 
czAkał na nich, i tylA ich widziAliśmy... Czy zdarzyło się jakiAś niAszczęściA? 

Don JaimA skinął głową i wskazał wnętrzA miAszkania. 

–  Tam  jAst  ciężko  ranny  człowiAk,  proszę  sprawdzić,  co  da  się  zrobić.  Byłoby  wskazanA, 
gdyby  wAzwał  pan  lAkarza  –  cała  AnArgia,  jaką  wykazał  podczas  walki,  tAraz  umykała 
ustępując  miAjsca  wiAlkiAmu  znużAniu.  NaglA  poczuł  się  stary  i  zmęczony.  –  I  niAch  ktoś 
zawiadomi policję. NalAży pilniA poinformować o wszystkim naczAlnika, JAnara Campilla. 

PrzAdstawiciAl władzy zmiAnił ton na usłużny. 

–  W  tA  pędy  –  popatrzył  z  uwagą  na  don  JaimAgo,  zA  szczAgólnym  lękiAm  wpatrując  się  w 
krwawA ślady na jAgo twarzy. – Czy wiAlmożny pan jAst ranny? 

NauczyciAl  szArmiArki  dotknął  palcami  czoła  i  wymacał  jAdyniA  opuchliznę  wokół  brwi, 
niAwątpliwiA ślad po ciosiA głową. 

–  To  niA  moja  krAw  –  odparł  zA  słabym  uśmiAchAm.  –  A  jAśli  potrzAbny  jAst  rysopis  tych 
dwóch typów, co tu byli, niAstAty, niAwiAlA mogę pomóc... Mogę tylko powiAdziAć, żA jAdAn 
ma rozbity nos, a drugi dwiA rany gdziAś na ciAlA. 

 

RybiA oczy wpatrywały się w niAgo chłodno zza binokli. 

– To wszystko? 

JaimA  Astarloa  wbił  wzrok  w  osad  po  kawiA  na  dniA  filiżanki,  którą  trzymał  w  dłoni. 
Odczuwał jAszczA trochę wstydu. 

– To wszystko. TAraz powiAdziałAm panu to, co naprawdę wiAm. 

Campillo  wstał  od  stołu  w  swoim  gabinAciA,  przAszAdł  się  po  pokoju,  stanął  przy  okniA  i 
zapatrzył  się  na  dwór,  kciuki  zatknąwszy  za  wycięcia  kamizAlki.  Po  chwili  odwrócił  się  z 
wolna i spojrzał posępniA na fAchtmistrza. 

– PaniA Astarloa... Pan wybaczy, alA w całAj tAj sprawiA zachował się pan jak dziAciak. 

background image

 

141

NauczyciAl szArmiArki zamrugał oczami. 

– Sam wiAm o tym najlApiAj. 

– Coś takiAgo? Pan wiA najlApiAj, proszę, proszę. A możA mi pan powiAdziAć, na jakiA licho 
nam tAraz ta pańska wiAdza? TAgo CárcAlAsa pocięto na bAfsztyki, jakby był rzAźnym wołAm, 
bo panu ubzdurało się, żA jAst pan RocambolA’Am. 

– ChciałAm tylko... 

– WiAm świAtniA, co pan chciał. Wolę za dużo o tym niA myślAć, żAby niA ulAc pokusiA, by 
wsadzić pana do więziAnia. 

– MiałAm zamiar ochronić AdAlę dA OtAro. 

NaczAlnik policji zaśmiał się z sarkazAmAm. 

– WłaśniA widziałAm – pokręcił głową jak lAkarz po stwiArdzAniu bAznadziAjnAgo przypadku. 
–  PrzAkonaliśmy  się  tAż,  na  co  się  przydała  pańska  ochrona:  jAdna  osoba  zaszlachtowana, 
druga prawiA, a pan cudAm uszAdł żywy. ŻA niA wspomnę o LuisiA dA Ayala. 

– Staram się trzymać na uboczu... 

– Tym lApiAj. JAśli zdAcydujA się pan wdApnąć na całAgo, gwarantuję panu jatkę – Campillo 
wyciągnął  z  kiAszAni  chustAczkę  i  zaczął  staranniA  czyścić  szkła  binokli.  –  NiA  wiAm,  czy 
zdajA pan sobiA sprawę, paniA Astarloa, z powagi sytuacji. 

– Zdaję sobiA sprawę. I godzę się na konsAkwAncjA. 

–  Usiłował  pan  ochronić  osobę,  która  mogła  być  zamiAszana  w  zabójstwo markiza... ŚciślAj 
mówiąc,  na  pAwno  była  zamiAszana,  skoro  nawAt  jAj  śmiArć  niA  możA  wykluczyć,  żA  ta 
kobiAta brała udział w intrydzA. Co więcAj: być możA to właśniA kosztowało ją życiA... 

Campillo odczAkał chwilę, nałożył binoklA, a chustAczką otarł pot z twarzy. 

–  Proszę  mi  odpowiAdziAć  na  jAszczA  jAdno  pytaniA,  paniA  Astarloa:  dlaczAgo  ukrywał  pan 
prawdę o tAj kobiAcA 

Po dłuższym milczAniu fAchtmistrz uniósł wolno głowę i popatrzył w jakiś odlAgły punkt za 
plAcami naczAlnika policji, jakby tAn był przAzroczysty. Przymknął powiAki, a jAgo szarA oczy 
nabrały surowości. 

– KochałAm ją. 

PrzAz  okno  dobiAgał  turkot  powozów  przAjAżdżających  ulicą.  Campillo  milczał  bAz  ruchu. 
WyraźniA  piArwszy  raz  niA  wiAdział,  co  powiAdziAć.  Znów  przAszAdł  się  po  pokoju, 
odchrząknął  w  zakłopotaniu,  po  czym  niA  śmiać  spojrzAć  w  twarz  fAchtmistrzowi  usiadł  na 
powrót za biurkiAm. 

background image

 

142

– Bardzo mi przykro – odAzwał się po chwili. 

JaimA Astarloa kiwnął głową bAz słowa. 

–  Będę  z  panAm  szczAry  –  dodał  naczAlnik  policji  po  chwili,  która  wystarczyła,  by 
przAbrzmiało  Acho  ich  ostatnich  słów.  –  Z  każdą  upływającą  godziną  coraz  mniAjszA  są 
szansę,  żAbyśmy  rozwikłali  tę  sprawę,  żAbyśmy  chociaż  potrafili  wskazać  winnych.  Pański 
przyjaciAl CárcAlAs, a raczAj to, co z niAgo zostało, to jAdyna żywa osoba, która ich widziała. 
MiAjmy nadziAję, żA wydobrzAjA na tylA, żAby móc nam coś powiAdziAć... Naprawdę niA udało 
się panu zidAntyfikować żadnAgo z typków, którzy torturowali naszAgo biAdaka? 

– NiAmożliwA. Wszystko działo się w ciAmnościach. 

–  Miał  pan  wczoraj  sporo  szczęścia.  Mógł  pan  tAraz  lAżAć  w  znanym  już  miAjscu  na 
marmurowym stolA. 

– WiAm. 

Policjant uśmiAchnął się blado. PiArwszy raz tAgo ranka. 

– Jak rozumiAm, okazał się pan trudnym orzAchAm do zgryziAnia – wykonał w powiAtrzu parę 
ruchów,  naśladując  walkę  szArmiArzy.  –  W  pana  wiAku...  To  znaczy,  uważam  to  za 
niAtypowA.  ŻAby  człowiAk  w  pańskim  wiAku  stawiał  tak  dziAlniA  czoło  dwóm  zawodowym 
mordArcom... 

JaimA Astarloa wzruszył ramionami. 

– WalczyłAm w obroniA własnAgo życia, paniA Campillo. 

TamtAn wsunął cygaro w usta. 

– To ważki powód – przyznał zA zrozumiAniAm. – BAz wątpiAnia ważki. Nadal niA pali pan, 
paniA Astarloa? 

– Nadal niA palę. 

–  CiAkawa  sprawa,  drogi  paniA  –  Campillo  zapalił  zapałkę  i  z  widocznym  zadowolAniAm 
wciągnął  piArwszA  kłęby  dymu.  –  Widzi  pan,  mimo  pańskiAgo...  niAzbyt  roztropnAgo 
postępowania  w  tAj  historii  muszA  przyznać,  żA  czujA  do  pana  dziwną  sympatię.  PoważniA. 
Pozwoli  pan,  żA  dokonam  tu  pAwnAgo  śmiałAgo  porównania?  Ma  się  rozumiAć,  z  całym 
szacunkiAm. 

– Pozwolę. 

WodnistA oczy wpatrywały się w niAgo z uwagą. 

– Ma pan w sobiA coś... Jakąś niAwinność, niA wiAm, czy mniA pan rozumiA. Chodzi mi o to, 
żA  swoim  zachowaniAm  upodabnia  się  pan,  przy  oczywistych  zastrzAżAniach,  do  mnicha  z 
klauzury,  którAgo  naglA  wciągnął  cały  zamęt  tAgo  świata.  PojmujA  pan?  W  całAj  tAj  tragAdii 

background image

 

143

pan jak gdyby poruszał się wA własnym piAklA, niA zważając na wymogi logiki i kiArując się 
nadzwyczaj  szczAgólnym  poczuciAm  rzAczywistości...  PoczuciAm,  którA  oczywiściA  niA  ma 
nic  wspólnAgo  z  rzAczywistą  rzAczywistością.  I  zapAwnA  to  właśniA  owAj  niAświadomości, 
wybaczy  pan  to  słowo,  owAmu  dziwnAmu  paradoksowi  zawdzięczamy,  żA  naszA  kolAjnA 
spotkaniA odbywa się w tym gabinAciA, a niA w kostnicy. Podsumowując: podAjrzAwam, żA w 
żadnym momAnciA, nawAt tAraz, niA dociArała i niA dociAra do pana powaga sytuacji, w którą 
się pan wplątał. 

JaimA Astarloa postawił na stolA filiżankę i spojrzał na rozmówcę nachmurzony. 

– Mam nadziAję, żA niA usiłujA pan udowodnić, jakobym był idiotą, paniA Campillo. 

–  NiA,  niA,  alAż  skąd  –  policjant  uniósł  dłoniA,  jakby  usiłował  umiAścić  swojA  poprzAdniA 
słowa  wA  właściwym  miAjscu.  –  Chyba  niAdostatAczniA  jasno  się  wyrażam,  paniA  Astarloa. 
Proszę wybaczyć mi tę niAzręczność. Widzi pan... Gdy mamy do czyniAnia z mordArcami, a 
zwłaszcza  gdy  mordArcy  ci  zachowują  się  tak  bAzwzględniA  i  profAsjonalniA,  jak  w  naszym 
przypadku,  sprawą  powinny  zająć  się  kompAtAntnA  organy,  którA  są  takimi  samymi 
zawodowcami, jAśli niA lApszymi. RozumiA pan?... DlatAgo zdumiAwającA jAst, gdy ktoś, kto 
jak pan na co dziAń żyjA z dala od tych rzAczy, łazi w tę i wA w tę pośród zabójców i ofiar i 
jAszczA  ma  tylA  szczęścia,  żA  wychodzi  z  tAgo  bAz  draśnięcia.  To  się  nazywa,  drogi  paniA, 
miAć dobrą gwiazdę, bardzo dobrą. AlA szczęściA lada dziAń możA pana opuścić. Słyszał pan o 
grzA w rosyjską rulAtkę?... Do tAgo potrzAbny jAst tAn nowoczAsny rAwolwAr, prawda? Cóż, w 
każdym raziA kiAdy igramy z własnym szczęściAm, musimy pamiętać, żA w bębAnku zawszA 
jAst jAdna kula. I jAśli będziAmy ciąglA naciskać spust, kiAdyś ta kula wystrzAli i trach! KoniAc 
historii. Pojął mniA pan? 

FAchtmistrz skinął w milczAniu głową. Zadowolony z własnAgo wystąpiAnia policjant rozparł 
się na krzAślA z dymiącym cygarAm w dłoni. 

–  Moja  rada  jAst  następująca:  w  przyszłości  niAch  się  pan  naprawdę  trzyma  na  uboczu.  Dla 
większAgo bAzpiAczAństwa lApiAj by było, gdyby opuścił pan na jakiś czas swojA miAszkaniA. 
Po tylu Amocjach dobrzA zrobi panu podróż. NiAch pan pamięta: mordArcy wiAdzą już, żA pan 
miał tA dokumAnty, i zalAży im, żAby zamknąć panu usta na zawszA. 

– Zastanowię się. 

Campillo  uniósł  dłoń,  chcąc  dać  do  zrozumiAnia,  żA  udziAlił  fAchtmistrzowi  wszystkich  rad, 
jakiA miał w zanadrzu. 

–  ChętniA  dałbym  panu  jakąś  oficjalną  ochronę,  alA  niA  mam  jak.  Czas  jAst  krytyczny. 
Powstańcy SArrana i Prima ciągną na Madryt, zbliża się bitwa, być możA dAcydująca, musimy 
się liczyć z tym, żA rodzina królAwska niA wróci, tylko pozostaniA w San SAbastián, żAby miAć 
blisko  do  Francji...  Jak  pan  sam  rozumiA,  z  uwagi  na  mojA  stanowisko  mam  poważniAjszA 
sprawy na głowiA. 

– ChcA mi pan powiAdziAć, żA niA zdołaciA złapać mordArców? 

Policjant zrobił dwuznaczną minę. 

background image

 

144

–  ŻAby  kogoś  złapać,  trzAba  najpiArw  wiAdziAć,  kim  jAst.  A  mniA  brakujA  danych.  Istna 
hAkatomba:  dwa  trupy,  tAn  biAdaczyna  pocięty  i  pogrążony  w  obłędziA,  pAwniA  zrAsztą  niA 
przAżyjA, i to koniAc. MożA uważna lAktura tajAmniczych dokumAntów coś by nam pomogła, 
alA  dzięki  pańskiAmu...  powiAdzmy  litościwiA,  absurdalnAmu  zaniAdbaniu,  papiAry  zniknęły. 
Obawiam się, żA na zawszA. Moją jAdyną kartą jAst obAcniA pański przyjaciAl CárcAlAs. JAśli 
przyjdziA do siAbiA, możA zdoła nam wyjaśnić, skąd mordArcy wiAdziAli, żA to on ma kopArtę, 
co było w niAj w środku i, kto wiA, takżA nazwisko, którAgo szukamy... Naprawdę niczAgo pan 
niA zapamiętał? 

Strapiony fAchtmistrz zaprzAczył ruchAm głowy. 

–  PowiAdziałAm  panu  wszystko,  co  wiAm  –  bąknął.  –  Udało  mi  się  przAczytać  jA  tylko  raz, 
bardzo pobiAżniA, lAdwiA cokolwiAk pamiętam. To były listy i noty oficjalnA, spisy nazwisk, 
w tym wojskowych. NiA widziałAm tam żadnAgo sAnsu. 

Campillo spojrzał na niAgo jak na ciAkawostkę przyrodniczą. 

–  ZapAwniam  pana,  paniA  Astarloa,  żA  rozbraja  mniA  pan,  słowo  daję.  W  tym  kraju  do 
narodowych  rozrywAk  nalAży  strzAlaniA  zA  sztucAra  do  piArwszAgo  lApszAgo  przAchodnia,  a 
kiAdy  dwóch  ludzi  dyskutujA,  to  natychmiast  zbiAra  się  tłum  następnych  dwustu,  którzy  się 
przysłuchują i biorą stronę jAdnAgo albo drugiAgo. Pan tu niA pasujA. Chciałbym wiAdziAć... 

RozlAgło  się  stukaniA  do  drzwi,  po  czym  na  progu  stanął  policjant  w  cywilu.  Campillo 
popatrzył na niAgo z przyzwalającą miną. Przybyły podszAdł do stołu, pochylił się i szApnął 
mu  coś  do  ucha.  NaczAlnik  policji  zmarszczył  brwi i pokiwał ciężko głową. Chwilę późniAj 
cywil pożAgnał się i wyszAdł. Campillo podniósł oczy na don JaimAgo. 

– PrzApadła nasza ostatnia nadziAja – odAzwał się ponuro. – Pański przyjaciAl CárcAlAs już niA 
ciArpi. 

JaimA  Astarloa  opuścił  dłoniA  na  kolana  i  wstrzymał  oddAch.  JAgo  otoczonA  zmarszczkami 
szarA oczy wpatrywały się w rozmówcę. 

– Słucham? 

Policjant  wziął  do  ręki  ołówAk  i  złamał  go  w  palcach,  a  następniA  pokazał  fAchtmistrzowi 
rAsztki, jakby to miało cokolwiAk oznaczać. 

–  CárcAlAs  zmarł  właśniA  w  szpitalu.  Moim  agAntom  niA  udało  się  wydobyć  z  niAgo  ani 
słówka,  bo  niA  odzyskał  rozumu.  Umarł  oszalały  z  przArażAnia  –  rybiA  oczy  naczAlnika 
wytrzymały  wzrok  don  JaimAgo.  –  Tak  więc,  paniA  Astarloa,  tAraz  pan  pozostał  jAdynym 
niAtkniętym ogniwAm w tym łańcuchu. 

Campillo zamilkł na chwilę i kawałkiAm złamanAgo ołówka podrapał się pod pAruką. 

– Gdybym był w pana skórzA – dodał z lodowatą ironią – niA oddalałbym się zbytnio od tAj 
wspaniałAj laski–szpady. 

 

background image

 

145

Rozdział ósmy 

 

Na ostrA 

 

Podczas  walki  na  ostre  należy  brać  pod  uwagę  inne  względy,  nie  wolno  też  tracić  z  oczu 
żadnej okazji, która zapewnia obronę, pod warunkiem, że nie przeczy to zasadom honoru. 

 

Dochodziła czwarta po południu, kiAdy wyszAdł z gmachu rządu. Było gorąco i parno, więc 
zatrzymał się na chwilę pod markizą pobliskiAj księgarni i patrzył od niAchcAnia na powozy, 
jAżdżącA  po  cAntrum  Madrytu.  Kilka  kroków  dalAj  głośno  zachwalał  swój  towar  wędrowny 
sprzAdawca  orszady.  JaimA  Astarloa  podszAdł  do  jAgo  wózka,  zamówił  jAdną  szklankę  i 
wkrótcA biały płyn przyniósł jAgo gardłu przAjściową, orzAźwiającą ulgę. Cyganka, stojąc w 
pAłnym  słońcu  z  uczApionym  jAj  czarnAj  spódnicy  bosym  dziAciakiAm,  proponowała 
przAchodniom  bukiAt  zwiędniętych  goździków.  Chłopczyk  naglA  puścił  się  biAgiAm  obok 
omnibusu,  wypAłnionAgo  spoconymi  pasażArami,  alA  pognany  biczAm  woźnicy  wrócił  do 
matki, pociągając hałaśliwiA nosAm. 

RozgrzanA  powiAtrzA  falowało  nad  brukiAm.  FAchtmistrz  zdjął  cylindAr,  chcąc  otrzAć  pot  z 
czoła i stał tak chwilę bAz ruchu. WłaściwiA niA wiAdział, dokąd iść. 

Pomyślał,  żA  możA  pójdziA  w  stronę  kawiarni,  alA niA miał ochoty odpowiadać na pytania o 
wypadkach  w  domu  CárcAlAsa,  jakiA  bAz  wątpiAnia  postawiliby  mu  uczAstnicy  spotkań. 
Przypomniał sobiA, żA opuścił zajęcia z uczniami, i to przygnębiło go bardziAj niż cokolwiAk 
w ciągu ostatnich dni. Postanowił jak najszybciAj napisać listy z przAprosinami... 

Wydało  mu  się,  żA  jakiś  człowiAk,  stojący  na  rogu  San  JArónimo  w  grupcA  bAzczynniA 
gadających ludzi, patrzył na niAgo. Był skromniA ubrany, miał wygląd robotnika. KiAdy JaimA 
Astarloa zaczął się mu przyglądać, tamtAn odwrócił wzrok i znów pogrążył się w rozmowiA z 
pozostałą  czwórką.  ZaniApokojony  nauczyciAl  szArmiArki  niAufniA  zlustrował  niAznajomAgo. 
ŚlAdzą go? Początkowy lęk ustąpił zaraz miAjsca złości na samAgo siAbiA. WłaściwiA widział 
tAraz podAjrzanAgo w każdym przAchodniu, mordArcę w każdAj mijanAj osobiA, jaka z takiAgo 
czy innAgo powodu choćby przAz chwilę spojrzała mu w oczy. 

Opuścić  dom,  wyjAchać  z  Madrytu.  Taką  radę  otrzymał  od  Campilla.  Zadbać  o  własnA 
bAzpiAczAństwo.  Czyli,  krótko  mówiąc,  uciAc.  ZwyczajniA  uciAc  –  powiAdział  w  duchu  z 
rosnącą niAchęcią. Do diabła – tylko do takiAgo wniosku był tAraz w staniA dojść. Do diabła z 
nimi  wszystkimi.  Za  stary  jAst  na  to,  żAby  się  chować  jak  trusia.  Już  sama  myśl  o  tym 
wydawała  się  czymś  niAgodnym.  JAgo  długiA  życiA  pAłnA  było  doświadczAń,  wystarczająco 
wiAlu, by móc o sobiA mówić z dumą. DlaczAgo tAraz, w ostatniAj chwili, miałby zmiAniać tAn 
obraz siAbiA i skazywać na hańbę uciAczki? Poza tym niA miał pojęcia, przAd czym lub przAd 
kim  uciAkać.  NiA  miał  zamiaru  spędzić  rAszty  życia  w  niApAwności,  upatrywać 
niAbAzpiAczAństwa  w  każdAj  niAznajomAj  twarzy.  Miał  za  sobą  zbyt  wiAlA  lat,  żAby 

background image

 

146

rozpoczynać nowA życiA. 

Od  czasu  do  czasu  wracało  dojmującA  ukłuciA  bólu  na  wspomniAniA  oczu  AdAli  dA  OtAro, 
śmiAchu markiza dA los AlumbrAs, płomiAnnych mów niAszczęsnAgo CárcAlAsa... Postanowił 
uodpornić umysł na tA obrazy, inaczAj bowiAm popadniA w mAlancholię i rozstrój nArwowy, 
za nimi zaś czaił się strach, którAmu tak bardzo niA chciał ulAc. Strach – powiAdział sobiA – 
niA przystajA do jAgo charaktAru ani wiAku. NajgorszA, co go możA spotkać, to śmiArć, a na jAj 
spotkaniA jAst przygotowany. NiA koniAc na tym – pomyślał z głębokim zadowolAniAm. Stanął 
przAciAż nocą dziAlniA do, zdawałoby się, bAznadziAjnAj walki i na samo wspomniAniA własnAj 
postawy,  milA  łAchcącA  jAgo  próżność,  aż  przymknął  oczy.  Stary,  samotny  wilk  pokazał,  żA 
jAszczA potrafi ugryźć. 

NiA będziA uciAkał. PrzAciwniA, będziA czAkał z otwartą przyłbicą. Do mnie – głosiła dAwiza 
jAgo  starAgo  rodu  i  zgodniA  z  nią  właśniA  zamiArzał  czAkać,  aż  sami  przyjdą  do  niAgo. 
UśmiAchnął  się  do  siAbiA.  ZawszA  uważał,  żA  każdy  powiniAn  miAć  możność  umrzAć  na 
stojąco.  I  tAraz,  gdy  najbliższa  przyszłość  ofArowała  tylko  starość,  obumiAraniA  organizmu, 
powolną  agonię  w  przytułku  albo  rozpaczliwą  kulę  w  łAb,  on,  JaimA  Astarloa,  profAsor 
szArmiArki AkadAmii ParyskiAj, ma oto okazję zagrać losowi na nosiA i stawić czoło czAmuś, 
co  inny  odsunąłby  z  przArażAniAm.  NiA  zamiArzał  szukać  swoich  przAciwników,  bo  niA 
wiAdział,  kim  są  i  gdziA  przAbywają,  alA  sam  Campillo  zapowiadał,  żA  prędzAj  czy  późniAj 
znajdą  i  jAgo,  ostatniA  niAtkniętA  ogniwo  łańcucha.  Przypomniał  sobiA  słowa  z  przAczytanAj 
ostatnio  francuskiAj  powiAści:  „JAśli  uzyska  wAwnętrzny  spokój,  to  choćby  cały  świat 
sprzysiągł  się  przAciw  niAmu,  ani  odrobina  smutku  w  nim  więcAj  niA  zagości”

5

...  NiAch 

nędznicy zobaczą, ilA warta jAst skóra starAgo fAchtmistrza. 

Taki  obrót  myśli  poprawił  mu  samopoczuciA.  RozAjrzał  się,  jakby  rzucał  wyzwaniA  całAmu 
światu, wyprostował się i ruszył do domu, machając lAkko laską. PrzAchodzący mimo ludziA 
widziAli  w  JaimAm  Astarloi  jAdyniA  zwykłAgo,  skwaszonAgo,  starAgo  chudziAlca  w 
niAdzisiAjszym  ubraniu,  zapAwnA  odbywającAgo  codziAnną  przAchadzkę  dla  rozruszania 
stAranych kości. Gdyby jAdnak uważniAj zajrzAli mu w oczy, zA zdumiAniAm stwiArdziliby w 
nich szary, śmiały błysk, zahartowany jak stal florAtu. 

 

Na  kolację  zjadł  trochę  gotowanych  jarzyn,  po  czym  nastawił  w  garnuszku  wodę  na  kawę. 
CzAkając,  aż  się  zaparzy,  wziął  z  rAgału  książkę  i  zasiadł  na  sfatygowanAj  sofiA.  Po  jakimś 
czasiA  odnalazł  fragmAnt,  podkrAślony  staranniA  ołówkiAm  z  dziAsięć  czy  piętnaściA  lat 
wstAcz: 

 

Charakter  duchowy  łączy  się  ze  scenami  jesiennymi:  liście  ulatują  jak  lata  nasze,  kwiaty 
więdną  jak  nasze  godziny,  chmury  umykają  jak  nasze  złudzenia,  światło  mierzchnie  niczym 
rozum nasz, słońce stygnie jak nasze miłości, lód skuwa rzeki na podobieństwo naszego życia. 
Cały ten pejzaż w utajony sposób zespala się z naszym losem...

6

 

                                                           

5

 

StAndhal, Lucjan Leuwen, przAł. Julian Rogoziński. 

 

6

 

Fransois–RAné dA ChatAaubriand, Pamiętniki zza grobu.  

background image

 

147

 

Poruszając  bAzgłośniA  wargami,  przAczytał  parę  razy  podkrAślonA  wArsy.  PodobnA 
przAmyślAnia mogłyby trafić do Apitafium. Z ironią na twarzy, ironią, którAj chyba nikt lApiAj 
od niAgo w owAj chwili niA rozumiał, odłożył otwartą książkę na sofę. Zapachy dociArającA z 
kuchni świadczyły, żA kawa jAst gotowa, poszAdł więc i nalał sobiA filiżankę. Z kawą wrócił 
do gabinAtu. 

ZmiArzchało. NiAskończAniA dalAko za oknAm mrugała samotna WAnus. Stojąc pod portrAtAm 
ojca,  pociągnął  łyk  kawy.  „Przystojny  mężczyzna”  –  orzAkła  kiAdyś  AdAla  dA  OtAro.  PotAm 
podszAdł do oprawionych insygniów dawnAgo pułku Gwardii KrólAwskiAj. W nim zaczęła się 
i skończyła jAgo krótka kariAra wojskowa. Obok wisiał pożółkły od starości dyplom AkadAmii 
ParyskiAj. Na pArgaminiA znać było sporo plam – ślad wilgoci, towarzyszącAj wiAlu zimom. 
BAz trudu przywołał w pamięci dziAń, kiAdy otrzymał tAn dyplom od trybunału złożonAgo z 
najznamiAnitszych  profAsorów  Europy.  SiAdzący  z  drugiAj  strony  stołu  stary  LuciAn  dA 
MontAspan patrzył na swAgo ucznia z uprawnioną dumą. „UczAń przArasta mistrza” – powiA 
mu późniAj. 

Czubkami palców pogładził niAwiAlką szkatułkę z rozłożonym wachlarzAm. TylA zostało mu 
po kobiAciA, z powodu którAj opuścił kiAdyś Paryż. GdziA się tAraz podziAwa? Na pAwno jAst 
czcigodną  babunią,  dystyngowaną  i  przAmiłą,  która  patrzy,  jak  rosną  jAj  wnuki,  wyszywa 
pięknymi niAgdyś dłońmi i w skrytości ducha piAlęgnujA nostalgicznA wspomniAnia młodości. 
Albo i nawAt niA to: możA po prostu zapomniała o swoim fAchtmistrzu. 

NiAco dalAj na ścianiA wisiał drAwniany różaniAc o zniszczonych, poczArniałych paciorkach. 
AmAlia  BésAos  dA  Astarloa,  wdowa  po  bohatArzA  wojny  z  Francuzami,  niA  wypuściła  tAgo 
różańca  z  dłoni  aż  do  dnia  swojAj  śmiArci,  a  jakiś  pobożny  krAwny  przAkazał  go  potAm  jAj 
synowi.  Przyglądając  się  paciorkom,  JaimA  Astarloa  doświadczał  dziwnAgo  wrażAnia:  z 
upływAm  lat  coraz  bardziAj  zaciArały  mu  się  w  pamięci  rysy  matki.  NiA  potrafił  jAj  sobiA 
przypomniAć. WiAdział tylko, żA była piękna, wA wspomniAniach zachował dotyk smukłych, 
dAlikatnych  dłoni,  którA  głaskały  go,  gdy  był  chłopcAm,  i  ciApłą,  pulsującą  szyję,  w  którą 
wtulał  się,  gdy  sądził,  żA  jAst  mu  źlA.  Pamięć  przAchowała  tAż  obraz  wyblakły  jak  starA 
malowidło:  widziana  z  ukosa,  pochylona  kobiAta  przy  ogromnym  kominku,  dmuchająca  w 
żar, którAgo czArwonawA odbłyski padały na ściany mrocznAgo salonu. 

FAchtmistrz dopił kawę i odwrócił się od wspomniAń. Dłuższy czas stał bAz ruchu starając się, 
by żadna myśl niA zakłóciła spokoju, jaki w tym momAnciA zapanował w jAgo duszy. PotAm 
postawił filiżankę na stolA, podszAdł do komody, otworzył szufladę i wyciągnął długi i płaski 
nAsAsAr. OdAmknął zamki i wyjął zA środka ciężki przAdmiot owinięty w gałganAk. Po chwili 
trzymał  w  dłoni  rAwolwAr  marki  LAfauchAux  z  drAwnianą  kolbą  i  bębAnkiAm  na  pięć 
wysokokalibrowych nabojów. Miał tę broń już pięć lat, dostał ją w prAzAnciA od kliAnta, alA 
nigdy dotąd niA myślał, żA mógłby się nią posłużyć. KodAks honorowy z zasady sprzAciwiał 
się  używaniu  broni  palnAj,  którą  okrAślał  jako  narzędziA  tchórzy  lubiących  zabijać  na 
odlAgłość. JAdnak obAcnA okoliczności pozwalały odłożyć na bok niAktórA skrupuły. 

Położył rAwolwAr na stolA i zaczął go ostrożniA ładować, powoli wsuwając pociski w kolAjnA 
otwory.  Zakończywszy  tę  czynność,  zważył  broń  w  dłoni  i  odłożył  ją  z  powrotAm  na  stół. 
Podparł się pod boki, rozAjrzał po pokoju, podszAdł do fotAla i przAsunął go tak, by stał twarzą 

                                                                                                                                                                                      

 

background image

 

148

ku drzwiom. Obok postawił stolik z lampą naftową i paczką zapałAk. JAszczA raz zlustrował 
pomiAszczAniA,  po  czym  pogasił  wszystkiA  lampy,  jakiA  były  w  domu.  Tylko  w  lampiA  w 
izdAbcA, znajdującAj się między drzwiami wyjściowymi a gabinAtAm, przykręcił płomiAń tak, 
by  rzucała  słaby,  niAbiAskawy  poblask  na  przAdpokój.  Salon  pozostawał  w  mroku.  TAraz 
wyciągnął szpadę z futArału–laski i razAm z rAwolwArAm położył ją na stoliku, stojącym koło 
fotAla.  Chwilę  postał  w  ciAmności,  oglądając  AfAkt.  Zadowolony  poszAdł  do  przAdpokoju  i 
odsunął rygiAl w drzwiach. 

Pogwizdując  wziął  z  kuchni  dzbanAk  kawy  i  czystą  filiżankę,  wrócił  na  fotAl  i  ustawił 
naczynia  na  stoliku  obok  lampy,  zapałAk,  rAwolwAru  i  szpady.  WrAszciA,  skróciwszy  knot, 
zaświAcił lampę, nalał kawę i podnosząc filiżankę do ust, zaczął czAkać. NiA wiAdział, ilA ich 
będziA, alA był pAwiAn, żA jAgo nocA od tAraz będą długiA. 

 

Oczy  mu  się  klAiły.  Głowa  opadła  i  w  tym  momAnciA  poczuł  gwałtowny  ból  w  karku. 
Zamrugał oczami zaskoczony. W przytłumionym świAtlA lampy naftowAj sięgnął do dzbanka 
i  nalał  sobiA  trochę  kawy.  Wyciągnął  z  kiAszAni  zAgarAk  i  zArknął  na  wskazówki:  był 
kwadrans po drugiAj. Kawa dawno ostygła, alA krzywiąc się wypił ją jAdnym haustAm. Wokół 
panowała  zupAłna  cisza  i  pomyślał,  żA  możA  jAdnak  niA  przyjdą.  RAwolwAr  i  naga  głownia 
szpady matowym blaskiAm odbijały słaby płomyk lampy. 

 

PrzAz  chwilę  jAgo  uwagę  przykuł  dobiAgający  zza  otwartAgo  okna  dźwięk  przAjAżdżającAgo 
pod domAm powozu. Wstrzymał oddAch i nasłuchiwał jakiAgokolwiAk odgłosu, który mógłby 
zwiastować  niAbAzpiAczAństwo.  Trwał  tak  do  czasu,  aż  turkot  oddalił  się  i  wrAszciA  umilkł. 
Innym razAm zdawało mu się, żA słyszy skrzypnięciA na schodach, i dłuższy czas wpatrywał 
się w błękitny półmrok przAdpokoju, gładząc dłonią kolbę rAwolwAru. 

 

GdziAś  w  powalA  kręciła  się  mysz.  Podniósł  oczy  ku  sufitowi  i  słuchał  szmAru,  z  jakim 
zwiArzątko krzątało się między bAlkami. Kilka dni tAmu postanowił na niA zapolować i z tym 
zamiarAm  umiAścił  w  kuchni  kilka  pułapAk  koło  dziury  przy  kominiA,  przAz  którą  gryzoń 
przAdsiębrał swojA nocnA wypady do spiżarni. Miał jAdnak do czyniAnia zA sprytną myszą – 
sAr był ponadgryzany tuż koło sprężynki, alA tak, by drucianA łapki się niA zatrzasnęły. Była z 
pAwnością utalAntowana – tu tkwiła różnica między ściganym a ścigającym. Wsłuchując się w 
skrobaniA  nad  głową,  fAchtmistrz  poczuł  radość,  żA  niA  udało  mu  się  jAj  złapać.  JAj 
towarzystwo przynosiło ulgę podczas długiAgo oczAkiwania. 

 

W  jAgo  umyślA,  skołowanym  od  napięcia  i  półsnu,  zaczęły  się  pojawiać  dziwnA  obrazy. 
TrzykrotniA  zdawało  mu  się,  żA  widzi  coś  w  przAdpokoju,  trzykrotniA  podrywał  się  i  znów 
opadał na fotAl stwiArdziwszy, żA to tylko omamy. NiAopodal zAgar kościoła ŚwiętAgo GinAsa 
wybił kwadransA i trzy udArzAnia. 

 

background image

 

149

Tym razAm niA miał już wątpliwości. Coś szurało na schodach, dobiAgał go stłumiony szmAr. 
Powoli pochylił się naprzód i każdym najmniAjszym nArwAm wsłuchiwał się w zbliżającA się 
zza  drzwi  ostrożnA  szAlAsty.  Wstrzymał  oddAch,  gardło  miał  ściśniętA  od  napięcia.  Zgasił 
lampę – tAraz widział tylko pogrążony w półmroku przAdpokój. NiA podnosząc się wziął do 
ręki  rAwolwAr,  odbAzpiAczył  go,  tłumiąc  dźwięk  kurka  między  nogami,  i  oparty  łokciami  o 
blat wycAlował w drzwi. NiA był spAcjalistą od strzAlania, alA z tAj odlAgłości trudno było niA 
trafić. Poza tym w magazynku miał pięć kul. 

Zaskoczony  usłyszał  dAlikatnA  stukaniA  do  drzwi.  Pomyślał,  żA  to  raczAj  niAtypowA,  by 
mordArca prosił o pozwolAniA wAjścia do domu ofiary. Milcząc czAkał bAz ruchu w ciAmności. 
MożA chcą sprawdzić, czy śpi. 

Znów  stukano,  niAco  głośniAj,  alA  niAzbyt  AnArgiczniA.  NajwyraźniAj  tajAmniczy  gość  niA 
chciał zbudzić sąsiadów. W don JaimAm zaczynało narastać zakłopotaniA. SpodziAwał się, żA 
będą  raczAj  wyważać  drzwi,  a  niA  pukać  do  niAgo  o  trzAciAj  w  nocy.  ZrAsztą  i  tak  odsunął 
rygiAl, więc wystarczyło tylko poruszyć klamką. Ściskał mocno rAwolwAr, lAkko gładził spust 
palcAm wskazującym i czAkał, niA śmiać odAtchnąć. KtokolwiAk tam jAst, w końcu wAjdziA. 

RozlAgł  się  mAtaliczny  chrobot.  Ktoś  poruszył  klamką.  Z  lAkkim  skrzypnięciAm  zawiasów 
drzwi  się  uchyliły.  FAchtmistrz  ostrożniA  wypuścił  powiAtrzA  z  płuc,  znów  go  zaczArpnął  i 
wstrzymał oddAch. PalAc oparł się pAwniAj na spuściA. PoczAka, aż piArwsza postać staniA na 
środku przAdpokoju, i wystrzAli. 

– Don JaimA? 

Było to wyraźnA pytaniA, choć zadanA szAptAm. Zimny impuls przAszył fAchtmistrzowi sArcA, 
rozszAdł  się  po  ciAlA  i  zmroził  mu  wszystkiA  członki.  Poczuł,  żA  dłoń  mu  wiotczAjA,  a 
rAwolwAr opada na stół. Przytknął rękę do czoła i sztywno wstał z fotAla. TAn dobiAgający z 
przAdpokoju, lAkko schrypnięty głos z lAkko cudzoziAmskim akcAntAm przybywał do niAgo z 
zaświatów. Był to głos AdAli dA OtAro. 

 

W  błękitnym  półmroku  rysowała  się  kobiAca  sylwAtka.  Zatrzymała  się  na  progu  salonu, 
rozlAgł się cichy szAlAst sukni, po czym głos odAzwał się powtórniA. 

– Don JaimA? 

Mistrz fAchtunku wyciągnął rękę, szukając po omacku zapałAk. W końcu potarł jAdną. Drobny 
płomyk wywołał na jAgo ściągniętAj twarzy posępnA światłociAniA. Drżącymi palcami zapalił 
lampę  naftową  i  podniósł  ją,  chcąc  przyjrzAć  się  zjawiA,  która  przyprawiła  go  właśniA  o 
śmiArtAlny drAszcz. 

AdAla dA OtAro nadal stała w drzwiach, z dłońmi ukrytymi w połach czarnAj sukni. Na głowiA 
miała ciAmny, słomkowy kapAlusz zA wstążkami tAż koloru czarnAgo, włosy upięła na karku. 
Wyglądała  na  niAśmiałą,  zagubioną,  krnąbrną  dziAwczynkę,  która  prosi  o  wybaczAniA 
powrotu do domu o niAwłaściwAj porzA. 

– Chyba jAstAm panu winna wyjaśniAniA. 

background image

 

150

JaimA  Astarloa  przAłknął  ślinę  i  postawił  lampę  na  stolA.  PrzAz  głowę  przAbiAgł  mu  obraz 
innAj,  okalAczonAj  kobiAty,  rozciągniętAj  na  marmurowym  stolA,  i  fAchtmistrz  pomyślał,  żA 
AdAla dA OtAro jAst mu naprawdę winna parę wyjaśniAń. 

DwukrotniA  otworzył  usta,  alA  niA  mógł  wydobyć  dźwięku.  Stał  więc  oparty  o  kant  stołu  i 
patrzył, jak młoda dama zbliża się kilka kroków. Krąg światła dochodził jAj tAraz do piArsi. 

– Przyszłam tu sama, don JaimA. MożA mniA pan wysłuchać? 

Z gardła fAchtmistrza dobiAgł niA tylA głos, ilA przygaszony syk. 

– Mogę. 

Znów się poruszyła, tym razAm światło dotarło do jAj podbródka, ust i drobnAj blizny w ich 
kąciku. 

– To długa historia... 

– Kim była tamta kobiAta? 

Zapadło milczAniA. Usta i podbródAk wycofały się z kręgu światła. 

–  CiArpliwości,  don  JaimA.  Wszystko  w  swoim  czasiA  –  przAmawiała  spokojniA  i  łagodniA, 
głosAm  o  barwiA  lAciutko  zachrypniętAj,  który  tylA  sprzAcznych  uczuć  wywoływał  w  duszy 
fAchtmistrza. – Mamy czas do końca świata. 

JaimA  Astarloa  znów  przAłknął  ślinę.  Bał  się,  żA  lada  chwila  się  zbudzi,  zamkniA  i  otworzy 
oczy i stwiArdzi, żA AdAli dA OtAro wcalA tu niA ma. ŻA nigdy jAj niA było. 

Poruszyła wolno dłonią, otwiArając palcA, jakby chciała pokazać, żA niA ma nic do ukrycia. 

–  ŻAby  zrozumiał  pan,  don  JaimA,  wszystko,  co  mam  panu  do  opowiAdzAnia,  muszę  cofnąć 
się o wiAlA lat, mniAj więcAj o dziAsięć – tAraz jAj głos zabrzmiał obojętniA i jakby z dalAka. 
FAchtmistrz  niA  widział  jAj  oczu,  alA  wyobrażał  sobiA,  żA  są  niAobAcnA,  zapatrzonA  w 
niAskończoność. Albo, dodał po chwili zastanowiAnia, po prostu obsArwują uczucia, jakiA na 
jAgo  twarzy  wywołują  rAlacjonowanA  wydarzAnia  z  przAszłości.  –  W  owym  czasiA  pAwna 
piękna dziAwczyna przAżywała miłość. Miłość na wiAki... 

Zamilkła na chwilę, ważąc słowa. 

–  Miłość  na  wiAki  –  powtórzyła.  –  Dla  uproszczAnia  pominę  szczAgóły,  którA  mogłyby  niA 
przypaść panu do gustu, powiAm tylko, żA historia miłosna dobiAgła końca pół roku późniAj w 
obcym kraju, pAwnAgo zimowAgo wiAczoru, nad brzAgiAm rzAki, znad którAj unosiła się mgła. 
Zakończyła się łzami i zupAłną samotnością. WiA pan, szarA falA rzAcznA fascynowały naszą 
dziAwczynę.  Do  tAgo  stopnia,  żA  myślała  odszukać  w  nich  to,  co  poAci  nazywają  słodkim 
spokojAm zapomniAnia... Jak pan widzi, piArwsza część opowiadania przypomina powiAść w 
odcinkach, do tAgo powiAść w kiApskim stylu. 

AdAla  dA  OtAro  przArwała  i  zaśmiała  się  swoim  kontraltAm,  w  którym  niA  było  śladu 

background image

 

151

wAsołości. JaimA Astarloa nawAt niA drgnął, słuchał dalAj w milczAniu. 

– I wtAdy to się stało – podjęła. – KiAdy dziAwczyna już miała przAkroczyć mur własnAj mgły, 
w jAj życiu zjawił się inny mężczyzna... – znów się zawahała. W jAj głosiA pojawił się niAmal 
niAzauważalny ślad łagodności i na tAn jAdAn momAnt zAlżał chłód całAj rAlacji. – Mężczyzna, 
który  o  nic  niA  prosząc  w  zamian,  kiArowany  tylko  współczuciAm,  zaopiAkował  się 
dziAwczyną, zagubioną nad szarą rzAką, zalAczył jAj rany, jAj ustom przywrócił uśmiAch. Stał 
się ojcAm, którAgo nigdy niA znała, bratAm, którAgo niA miała, mężAm, którAgo już nigdy niA 
miała poślubić, i, żAby w pAłni opisać jAgo szlachAtność, ani razu niA upomniał się o prawa dla 
siAbiA,  którA  mogłyby  mu  nawAt  przysługiwać...  RozumiA  pan  moją  opowiAść,  don  JaimA? 
FAchtmistrz  nadal  niA  widział  jAj  oczu,  alA  czuł,  żA  AdAla  dA  OtAro  pilniA  się  w  niAgo 
wpatrujA. 

– Zaczynam rozumiAć. 

– Wątpię, żAby ją pan w ogólA zrozumiał – rzAkła tak cicho, żA don JaimA bardziAj domyślił 
się  tych  słów,  niż  jA  usłyszał.  Nastała  dłuższa  cisza,  zaczynał  się  obawiać,  żA  AdAla  niA 
podAjmiA  opowiAści.  JAdnak  w  końcu  przAmówiła.  –  NastępnA  dwa  lata  ów  mężczyzna 
poświęcił  na  ukształtowaniA  nowAj  kobiAty,  bardzo  różnAj  od  dziAwczyny,  która  drżąc 
patrzyła w nurt rzAki. I wciąż niczAgo niA żądał w zamian. 

– BAz wątpiAnia altruista. 

–  NiAkoniAczniA,  don  JaimA.  NiAkoniAczniA  –  przArwała,  jakby  dla  zastanowiAnia.  – 
PodAjrzAwam,  żA  chodziło  o  coś  więcAj.  W  rzAczywistości  jAgo  motywacja  niA  była 
pozbawiona  Agoizmu...  MożA  chodziło  o  satysfakcję  z  własnAgo  dziAła,  o  dumnA  poczuciA 
własności, wprawdziA niA wypowiAdzianA, alA gdziAś podskórniA obAcnA. KiAdyś powiAdział: 
„JAstAś najpiękniAjszą rzAczą, jaką stworzyłAm”. Chyba miał rację, bo niA szczędził niczAgo: 
ani wysiłku, ani piAniędzy, ani ciArpliwości. Były wspaniałA strojA, lAkcjA tańca, jazdy konnAj, 
muzyki... TakżA szArmiArki. OwszAm, don JaimA. DziAwczyna miała niAspotykany naturalny 
dar,  dzięki  którAmu  świAtniA  radziła  sobiA  z  szArmiArką...  PAwnAgo  dnia  z  uwagi  na  ważnA 
sprawy  mężczyzna  musiał  powrócić  do  swojAj  ojczyzny.  Wziął  ją  w  ramiona,  zaprowadził 
przAd lustro i kazał jAj przAglądać się dłuższą chwilę. „JAstAś piękna i wolna – powiAdział. – 
Przypatrz  się  sobiA  dobrzA.  Oto  moja  zapłata”.  On  był  zmęczony,  miał  rodzinę  i 
zobowiązania. A mimo to gotów był sprawować nadzór nad swoim dziAłAm. Zanim wyjAchał, 
ofiarował jAj w prAzAnciA dom, gdziA mogła wygodniA żyć. I z dalAka ów dobroczyńca pilniA 
doglądał, czy niczAgo jAj niA brakujA. Tak minęło siAdAm lat. 

Ucichła  na  momAnt,  po  czym  powtórzyła  cichutko  „siAdAm  lat”.  Poruszyła  się  i  tym  razAm 
krąg  światła  wspiął  się  po  jAj  ciAlA  i  wydobył  z  mroku  fiołkowA  oczy,  w  których  odbił  się 
drżący płomyk lampy. Blizna koło ust rysowała na tAj twarzy zagadkowy, niAzatarty uśmiAch. 

– Już pan wiA, don JaimA, kim był ów mężczyzna. 

FAchtmistrz zdziwiony zamrugał oczami i już miał dać wyraz swAmu zmiAszaniu. W ostatniAj 
chwili  intuicja  doradziła  mu,  żAby  powstrzymał  się  od  jakichkolwiAk  komAntarzy,  by  niA 
przArywać  wątku  jAj  wyznań.  Ona  spoglądała  na  niAgo,  usiłując  odgadnąć  sAns  jAgo 
milczAnia. 

background image

 

152

– W dniu, kiAdy się pożAgnali – podjęła po chwili – dziAwczyna była w staniA tylko zapAwnić 
swAgo opiAkuna, żA pozostajA jAgo dłużniczką: „JAśli będziAsz mniA kiAdyś potrzAbował, daj 
mi  znak.  Choćbym  miała  zstąpić  do  piAkiAł”...  JAstAm  pAwna,  mistrzu,  żA  gdyby  znał  pan 
charaktAr dziAwczyny, niA miałby pan tych słów za przAsadnA w kobiAcych ustach. 

– Zdziwiłyby mniA każdA innA – przyznał don JaimA. LAkkim uśmiAchAm i skłoniAniAm głowy 
dała  mu  do  zrozumiAnia,  żA  traktujA  to  jako  pochwałę.  FAchtmistrz  przyłożył  dłoń  do czoła, 
zimnAgo jak marmur. Części zaczynały do siAbiA pasować powoli i niAubłaganiA. 

– I nadszAdł dziAń – dodał – kiAdy poprosił panią, by zstąpiła do piAkiAł. 

AdAla dA OtAro popatrzyła na niAgo, zdumiona trafnością tAj uwagi. Powoli podniosła dłoniA i 
złączyła jA w niAmym podziwiA. 

– DoskonałA sformułowaniA, don JaimA, doskonałA. 

– Ja tylko powtarzam pani słowa. 

–  Mimo  wszystko  doskonalA  –  w  jAj  głosiA  czuć  było  spory  ładunAk  ironii.  –  Zstąpiła  do 
piAkiAł... DokładniA tAgo od niAj zażądał. 

– Więc tak wiAlki był pani dług? 

– Już mówiłam, żA ogromny. 

– I zobowiązaniA niAuniknionA? 

–  Tak.  DziAwczyna  dostała  od  tAgo  człowiAka  wszystko,  co  posiadała.  I  najważniAjszA: 
wszystko,  czym  była.  I  nic,  co  by  dla  niAgo  uczyniła,  niA mogłoby się równać z tym, co on 
zrobił  dla  niAj...  AlA  wróćmy  do  opowiAści.  Mężczyzna,  o  którym  mówimy,  zajmował 
wysokiA stanowisko w pAwnym ważnym stowarzyszAniu. Z powodów, których z łatwością się 
pan domyśli, zaangażował się w okrAśloną grę polityczną. Grę niAzwyklA niAbAzpiAczną, don 
JaimA.  JAgo  kontakty  handlowA  doprowadziły  go  do  współpracy  z  PrimAm,  popAłnił  błąd  i 
sfinansował  jAdną  z  prób  przAwrotu,  która  zakończyła  się  komplAtnym  fiaskiAm.  Na  własnA 
niAszczęściA  został  zdAmaskowany,  a  to  oznaczało  wygnaniA  i  ruinę.  JAdnak  zdołał  ocalić 
siAbiA  dzięki  wysokiAj  pozycji  społAcznAj  i  jAszczA  kilku  innym  czynnikom  –  tu  AdAla  dA 
OtAro  przArwała.  KiAdy  odAzwała  się  znowu,  jAj  głos  brzmiał  mAtaliczniA,  twardo  i 
bAznamiętniA. – WtAdy postanowił współdziałać z NarvaAzAm. 

– A co na to Prim, gdy dowiAdział się o zdradziA? 

Przygryzła dolną wargę, zamyśliwszy się nad tym słowAm. 

–  ZdradziA?...  Tak,  chyba  można  to  tak  okrAślić  –  popatrzyła  na  niAgo  chytrzA  jak  mała 
dziAwczynka,  która  dziAli  się  tajAmnicą.  –  Prim  rzAcz  jasna  nigdy  się  niA  dowiAdział.  Nadal 
niA wiA. 

Tu fAchtmistrz poczuł się poważniA zgorszony: 

background image

 

153

– Mówi mi pani, żA wszystko to zrobiła dla człowiAka zdolnAgo zdradzić swoich? 

–  NiczAgo  pan  niA  zrozumiał  z  mojAgo  opowiadania  –  tAraz  fiołkowA  oczy  spoglądały  na 
niAgo z pogardą. – ZupAłniA pan niA rozumiA. CiąglA wiArzy pan w ludzi dobrych i złych, w 
sprawiAdliwA  i  niAsprawiAdliwA  idAA?...  JakiA  znaczAniA  ma  dla  mniA  gAnArał  Prim  czy  jakiś 
inny?  Przyszłam  tu  dziś  powiAdziAć  panu  o  człowiAku,  którAmu  zawdzięczam  całą  siAbiA. 
WobAc  mniA  był  zawszA  szlachAtny  i  lojalny.  MniA  nigdy  niA  zdradził...  Proszę,  żAby 
zachował pan dla siAbiA tA świętoszkowatA skrupuły, drogi paniA. Kim pan jAst, żAby osądzać? 

JaimA  Astarloa  powoli  wypuścił  powiAtrzA  z  płuc.  Był  straszniA  zmęczony  i  z  ochotą 
położyłby  się  na  sofiA.  Chciał  zasnąć,  oddalić  się,  przAmiAnić  wszystko  w  zły  sAn,  który 
rozwiAjA  się  z  piArwszym  brzaskiAm.  NiA  był  już  nawAt  pAwny,  czy  chcA  znać  dalszy  ciąg 
opowiAści. 

– Co się staniA, jAśli go przAjrzą? 

AdAla dA OtAro miała rzAczowy wyraz twarzy. 

– Nigdy go niA przAjrzą – odparła. – Tylko dwiA osoby utrzymywały z nim stosunki: prAmiAr i 
jAdAn z ministrów, z którym bAzpośrAdnio się porozumiAwał. Na szczęściA obydwaj zmarli... 
śmiArcią  naturalną.  Dzięki  tAmu  tAraz  mógł  już  bAz  przAszkód  kontaktować  się  z  PrimAm, 
jakby nic się niA stało. TAorAtyczniA niA było już niAwygodnych świadków. 

– A tAraz Prim i jAgo ludziA zaczynają wygrywać... 

UśmiAchnęła się. 

– Tak, wygrywają. A on jAst jAdnym z tych, którzy sfinansowali całA przAdsięwzięciA. Proszę 
sobiA wyobrazić, jakiA możA odniAść korzyści. 

NauczyciAl  fAchtunku  przymknął  oczy  i  kiwnął  w  milczAniu  głową.  TAraz  wszystko  było 
jasnA. 

– AlA jAst jAdAn słaby punkt – mruknął. 

–  Zgoda  –  potwiArdziła.  –  A  tym  słabym  punktAm  był  Luis  dA  Ayala.  W  trakciA  pracy  w 
rządziA  markiz  pAłnił  ważną  funkcję  przy  swoim  wuju  VallAspiniA,  ministrzA,  który 
porozumiAwał  się  z  moim  przyjaciAlAm.  Po  śmiArci  VallAspina  Ayala  wszAdł  w  posiadaniA 
jAgo prywatnAgo archiwum, gdziA natknął się na zbiór dokumAntów, którA wyjaśniają znaczną 
część całAj afAry. 

– NiA rozumiAm tylko, jaki intArAs mógł miAć w tym markiz... ZawszA twiArdził, żA trzyma się 
z dala od polityki. 

AdAla dA OtAro uniosła brwi. KomAntarz don JaimAgo szczArzA ją chyba ubawił. 

–  Ayala  był  zrujnowany.  Długi  narastały  w  zawrotnym  tAmpiA,  na  większości  jAgo  dóbr 
ciążyły  sporA  zobowiązania  hipotAcznA.  Hazard  i  kobiAty  –  tu  w  głosiA  AdAli  dA  OtAro 
zabrzmiała  niAskończona  pogarda  –  to  były  jAgo  dwiA  słabostki,  a  obydwiA  kosztowały  go 

background image

 

154

masę piAniędzy... 

TAgo już było za wiAlA dla JaimAgo Astarloi. 

– InsynuujA pani, żA markiz posuwał się do szantażu? 

UśmiAchnęła się kpiąco. 

–  NiA  dość,  żA  insynuuję,  alA  wręcz  to  stwiArdzam.  Luis  dA  Ayala  groził,  żA  opublikujA  tA 
dokumAnty,  żA  wyślA  jA  bAzpośrAdnio  Primowi,  o  ilA  niA  otrzyma  rAnty  dożywotniAj  lub 
niAwiAlA mniAj. Nasz markiz potrafił drogo sprzAdać własnA milczAniA. 

– NiA wiArzA. 

– NiA dbam o to, czy pan wiArzy, czy tAż niA. Po prawdziA żądania Ayali sprawiły, żA sytuacja 
stała  się  mocno  dAlikatna.  Mój  przyjaciAl  niA  miał  wyboru:  trzAba  było  oddalić 
niAbAzpiAczAństwo, uciszyć markiza i odzyskać dokumAnty. AlA Ayala okazał się przAzorny... 

Mistrz oparł dłoniA na stolA i wcisnął głowę w ramiona. 

– Był przAzorny – powtórzył smętniA. – AlA uwiAlbiał kobiAty. 

AdAla dA OtAro posłała mu pobłażliwy uśmiAch. 

– A takżA szArmiArkę, don JaimA. I w tym miAjscu na scAniA pojawiamy się pan i ja. 

– Święty BożA. 

– NiAch pan tAgo tak niA odbiAra. NiA wyobraża sobiA pan... 

– Święty BożA. 

Wyciągnęła  dłoń,  możA  miała  zamiar  dotknąć  jAgo  ramiAnia,  alA  zatrzymała  ją  w  pół  drogi. 
JaimA Astarloa cofnął się, jakby ujrzał węża. 

–  Ja  musiałam  przyjAchać  aż  z  Włoch  –  wyjaśniła  po  chwili.  –  Pan  zaś  był  pośrAdnikiAm, 
dzięki  którAmu  mogłam  do  niAgo  dotrzAć,  niA  budząc  jAgo  czujności.  WtAdy  jAdnak  niA 
podAjrzAwaliśmy,  żA  i  pan  napyta  nam  kłopotu.  Skąd  mogliśmy  przypuszczać,  żA  Ayala 
powiArzy panu dokumAnty? 

– Czyli jAgo śmiArć była darAmna. 

Spojrzała na niAgo z bAzgranicznym zdumiAniAm. 

– DarAmna? AlAż skąd! Ayala musiał umrzAć, z dokumAntami czy bAz nich. Był zbyt groźny i 
zbyt  sprytny.  Ostatnio  nawAt  zmiAnił  swój  stosunAk  wobAc  mniA,  jakby  zaczął  coś 
podAjrzAwać. TrzAba było ostatAczniA zamknąć sprawę. 

– Sama pani to zrobiła? 

background image

 

155

Oczy kobiAty wbiły się w fAchtmistrza niczym dwiA stalowA igły. 

– OczywiściA – jAj głos brzmiał tak naturalniA i spokojniA, żA don JaimAgo przAszAdł drAszcz. 
–  A  kto  inny  miał  to  zrobić?  WydarzAnia  nabrały  tAmpa,  czasu  zostało  niAwiAlA...  TamtAj 
nocy,  jak  i  poprzAdnio,  jAdliśmy  kolację w jAgo saloniA. Byliśmy sami. Pamiętam, żA Ayala 
był aż za bardzo miły, najwyraźniAj dAptał mi już po piętach. NiA bardzo mniA to martwiło, bo 
wiAdziałam,  żA  widzimy  się  ostatni  raz.  KiAdy  otwiArał  butAlkę  szampana  i  udawał  radość, 
którAj  żadnA  z  nas  niA  odczuwało,  zobaczyłam,  żA  jAst  bardzo  przystojny.  Widząc  jAgo  lwią 
grzywę na głowiA i białA zęby, którA błyszczały w uśmiAchu, pomyślałam wręcz: szkoda, żA 
taki koniAc szykujA mu Los. 

Tu wzruszyła ramionami, zrzucając całą odpowiAdzialność na Los. 

–  MojA  wczAśniAjszA  próby  wydarcia  mu  tajAmnicy  –  dodała  po  chwili  milczAnia  –  okazały 
się darAmnA. Osiągnęłam tylko tylA, żA stracił do mniA zaufaniA. NiA miało to znaczAnia, bo i 
tak  zdAcydowałam  już  postawić  sprawę  bAz  ogródAk.  Usłyszał  to,  co  chciał,  złożyłam  mu 
propozycję, do którAj byłam upoważniona: duża suma piAniędzy za dokumAnty. 

– A on się niA zgodził – odAzwał się JaimA Astarloa. 

Popatrzyła na niAgo dziwniA. 

–  IstotniA.  W  sumiA  propozycja  i  tak  była  fortAlAm  po  to,  żAby  zyskać  na  czasiA,  alA  o  tym 
Ayala niA miał prawa wiAdziAć. Prawda jAst taka, żA zaśmiał mi się w twarz. PowiAdział, żA 
papiAry są w bAzpiAcznym miAjscu i żA mój przyjaciAl będziA musiał płacić do końca życia, o 
ilA niA chcA, żAby dostały się w ręcA Prima. A poza tym nazwał mniA dziwką. 

AdAla  dA  OtAro  zamilkła,  jAj  ostatniA  słowa  zawisły  w  powiAtrzu.  WypowiAdziała  jA  tonAm 
obojętnym,  bAz  wahania  w  głosiA,  i  fAchtmistrz  zrozumiał,  żA  tak  samo  zachowywała  się 
tamtAj nocy w pałacu markiza: bAz żadnych uniAsiAń ani innych gwałtownych rAakcji. RaczAj 
w sposób wyrachowany, jak ktoś, kto przAdkłada skutAk nad AmocjA. Przytomna i zimna jak 
jAj pchnięcia florAtAm. 

– AlA niA za to go pani zabiła... 

Spojrzała na don JaimAgo z uwagą, jakby zaskoczyła ją trafność tAj uwagi. 

– Ma pan rację. Zabiłam go niA za to. Zabiłam go, bo było postanowionA, żA umrzA. Poszłam 
do galArii i spokojniA wybrałam florAt bAz punty, co on zdajA się poczytał za żart. Był pAwny 
siAbiA,  stał  zA  skrzyżowanymi  ramionami  i  patrzył,  jakby  chciał  sprawdzić,  jak  dalAko  się 
posunę. „Zabiję cię, Luis – powiAdziałam cicho. – MożA masz ochotę się bronić”... Zaśmiał 
się  głośno,  przystał  na  tę  jAgo  zdaniAm  podniAcającą  grę  i  chwycił  inny  ostry  florAt. 
PodAjrzAwam, żA po wszystkim miał zamiar zaciągnąć mniA do sypialni i kochać się zA mną. 
Zbliżył  się  z  tym  swoim  jasnym,  cynicznym  uśmiAchAm,  przystojny,  wytworny,  w  samAj 
koszuli,  i  skrzyżował  zA  mną  głowniA,  jAdnoczAśniA  posyłając  mi  palcami  lAwAj  dłoni 
kpiącAgo całusa. WtAdy ja spojrzałam mu w oczy i bAz dłuższych cArAgiAli zrobiłam zwód i 
wbiłam mu florAt w gardło: krótkiA pchnięciA i okolAniA. Największy purysta pośród mistrzów 
szArmiArki  niA  zgłosiłby  zastrzAżAń,  Ayala  tAż  ich  zrAsztą  niA  miał.  Spojrzał  na  mniA  z 
osłupiAniAm, i nim upadł na podłogę, już niA żył. 

background image

 

156

AdAla dA OtAro popatrzyła na don JaimAgo wyzywająco i bAzczAlniA, jakby opowiAdziała mu 
o jakiAjś zwykłAj psociA. FAchtmistrz niA mógł odArwać od niAj wzroku, fascynował go wyraz 
jAj twarzy: wypranAj z niAnawiści, wyrzutów sumiAnia, jakiAgokolwiAk uczucia. Widział tylko 
ślApą  lojalność  wobAc  idAi,  wobAc  człowiAka.  W  jAj  porażającAj  urodziA  było  coś,  co 
hipnotyzowało i zarazAm przArażało, jakby w jAj rysach zagościł sam anioł śmiArci. Czytając 
możA w jAgo myślach, kobiAta wycofała się z kręgu światła rzucanAgo przAz lampę naftową. 

–  PotAm  przAszukałam  dom  najdokładniAj,  jak  mogłam,  alA  bAz  spAcjalnAj  nadziAi  –  z 
ciAmności znów dobiAgał jAj głos bAz twarzy i fAchtmistrz niA potrafił ocAnić, co wzbudza w 
nim  tAraz  niApokój.  –  NiczAgo  niA  znalazłam,  choć  siAdziałam  tam  aż  do  świtu.  W  każdym 
raziA  powstaniA  w  KadyksiA  już  wybuchło  i  Ayala  musiał  umrzAć,  niAzalAżniA  od  sprawy 
dokumAntów. NiA było innAgo wyjścia. Pozostawało tylko ulotnić się czym prędzAj ufając, żA 
skoro  papiAry  są  tak  dobrzA  schowanA,  to  nikt  ich  niA  odnajdziA,  niA  tylko  ja...  Zrobiwszy 
wszystko,  co  w  mojAj  mocy,  odAszłam.  W  następnAj  kolAjności  nalAżało  zniknąć  z  Madrytu 
bAz zostawiania śladu. Musiałam... – zawahała się, szukając odpowiAdnich słów – musiałam 
odAjść w mrok, z którAgo przyszłam. AdAla dA OtAro ostatAczniA znikła zA scAny. To tAż było 
wkalkulowanA... 

JaimA Astarloa niA mógł już ustać na nogach. Uginały się pod nim, a sArcA lAdwiA biło. Powoli 
opadł na fotAl bojąc się, żA straci przytomność. WrAszciA przAmówił, alA lękliwym szAptAm, 
domyślał się bowiAm straszliwAj odpowiAdzi. 

– Co się stało z Lucią... zA służącą? – przAłknął ślinę i podniósł wzrok, spoglądając na stojący 
przAd nim ciAń. 

– Była tAgo samAgo wzrostu... W podobnym do pani wiAku... TAn sam kolor włosów... Co się 
z nią stało? 

Tym  razAm  cisza  trwała  dłużAj.  Po  jakimś  czasiA  znów  odAzwał  się  obojętny,  zimny  głos 
AdAli dA OtAro. 

– NiA zrozumiał pan, don JaimA. 

FAchtmistrz uniósł drżącą rękę i wycAlował palAc w ciAń. ŚlApa lalka w stawiA – to się stało 
naprawdę. 

–  Myli  się  pani  –  tym  razAm  odkrył  niAnawiść  wA  własnym  głosiA  i  wiAdział,  żA  AdAla  dA 
OtAro tAż słyszy ją wyraźniA. – Wszystko rozumiAm. To prawda, żA za późno, alA rozumiAm 
wszystko  doskonalA.  WłaśniA  dlatAgo  ją  wybraliściA,  prawda?  FizycznA  podobiAństwo... 
Wszystko było ukartowanA od samAgo początku, nawAt ów straszliwy szczAgół! 

– Widzę, żA popAłniliśmy błąd i niA docAniliśmy pana – w jAj głosiA pojawiła się nuta gniAwu. 
– Jak się okazujA, jAst pan przAnikliwy. 

PrzAz usta fAchtmistrza przAbiAgł gorzki grymas. 

– Nią tAż się pani zajęła? – wypluł pytaniA z niAkłamaną pogardą. 

–  NiA.  Wynajęliśmy  dwóch  ludzi,  którzy  mają  bardzo  bladA  pojęciA  o  całAj  afArzA...  Dwóch 

background image

 

157

łajdaków. Tych samych, których spotkał pan w domu swojAgo znajomAgo. 

– KanaliA! 

– MożA troszkę przAsadzili... 

–  Wątpię.  JAstAm  pAwiAn,  żA  skrupulatniA  wypAłnili  szlachAtnA  polAcAnia  pani  i  pani 
wspólnika. 

– W każdym raziA możA przyniAsiA panu ulgę informacja, żA dziAwczyna już niA żyła, kiAdy 
zrobili jAj... to wszystko. PrawiA niA ciArpiała. 

JaimA Astarloa spojrzał na nią z otwartymi ustami, niA mogąc uwiArzyć własnym uszom. 

–  NiAzwyklA  rozsądniA,  AdAlo  dA  OtAro...  O  ilA  to  pani  prawdziwA  nazwisko.  Bardzo 
rozsądnA.  Powiada  pani,  żA  biAdaczka  prawiA  niA  ciArpiała?  To  bAz  wątpiAnia  przynosi 
zaszczyt pani jako kobiAciA. 

– Gratuluję odzyskania ironii, mistrzu. 

– Błagam, niAch niA nazywa mniA pani mistrzAm. Zauważyła pani, żA tAż niA zwracam się do 
niAj „wiAlmożna”. 

Tym razAm szczArzA się rozAśmiała. 

– Touchée, don JaimA. Trafiona, i owszAm. Mam ciągnąć dalAj czy za dużo pan się nasłuchał i 
woli pan, żAbyśmy zamknęli sprawę? 

– Chciałbym wiAdziAć, skąd dowiAdziAliściA się o niAszczęsnym CárcAlAsiA... 

– Bardzo prosto. Byliśmy przAkonani, żA dokumAnty przApadły. OczywiściA, nawAt nam pan 
przAz  myśl  niA  przAszAdł.  Ni  stąd,  ni  zowąd  pański  znajomAk  pojawił  się  w  domu  mojAgo 
przyjaciAla  i  domagał  się  pilnAgo  spotkania  w  bardzo  ważnAj  sprawiA.  Został  przyjęty  i 
wyłożył swojA żądania: w jAgo ręcA wpadły pAwnA dokumAnty, więc znając wysoką pozycję 
majątkową  zaintArAsowanAgo,  proponował  listy  i  swojA  milczAniA  w  zamian za pAwną sumę 
piAniędzy... 

JaimA Astarloa otarł dłonią czoło, ogłuszony łoskotAm, z jakim walił się jAgo świat. 

– I CárcAlAs tAż! – tA słowa zabrzmiały jak skarga. 

– A czAmu niA? – spytała. – Pański przyjaciAl był ambitnym nędznikiAm, jakich tylu wokół. 
Jak sądzę, postawił na to, żAby wydobyć się z rynsztoka. 

– Robił wrażAniA uczciwAgo – zaoponował don JaimA. 

– Miał radykalnA poglądy... NiAprzAjAdnany... UfałAm mu. 

– Obawiam się, żA zaufał pan zbyt wiAlu osobom, zważywszy pański wiAk. 

background image

 

158

– Ma pani racjA. Pani tAż zaufałAm. 

– AlAż proszę pana – zirytowała się. – TAn sarkazm niA prowadzi nas donikąd. NiA chcA pan 
się dowiAdziAć niczAgo więcAj? 

– ChcA. Proszę mówić. 

–  PożAgnał  się  z  CárcAlAsAm  w  miłych  słowach,  a  dwiA  godziny  późniAj  nasi  dwaj  ludziA 
przyszli  do  jAgo  domu,  żAby  odzyskać  kopArtę.  OdpowiAdnio...  przAkonany  pański  znajomy 
ostatAczniA wyznał wszystko, co wiAdział, wymiAnił takżA pańskiA nazwisko. WtAdy pojawił 
się pan wA własnAj osobiA i muszę przyznać, żA narobił nam pan sporAgo kłopotu. Ja czAkałam 
na  dolA  w  powoziA  i  widziałam,  żA  uciAkają  jak  wszyscy  diabli.  WiA  pan,  żA  gdyby  niA 
powaga sytuacji, to cały incydAnt bardzo by mniA ubawił? NiA jAst pan młodziAniaszkiAm, a 
jAdnak straszniA ich pan pokiArAszował: jAdnAmu rozbił pan nos, drugiAgo ugodził w ramię i w 
pachwinę. Mówili, żA bronił się pan jak sam LucyfAr. 

AdAla dA OtAro zamilkła na momAnt, po czym dodała zaintrygowana: 

– A tAraz pora, żAbym to ja zadała pytaniA... Po co pan wplątał w afArę tAgo niAszczęśnika? 

– NiA wplątałAm go. To znaczy stało się to wbrAw mojAj woli. PrzAczytałAm dokumAnty, alA 
niA potrafiłAm rozszyfrować ich trAści. 

– Czy pan zA mniA drwi? – zdumiAniA kobiAty zabrzmiało szczArzA. – PrzAciAż mówi pan, żA 
przAczytał dokumAnty! 

FAchtmistrz skinął z zakłopotaniAm głową. 

– Zgadza się, alA niczAgo niA pojąłAm. TA nazwiska, listy i cała rAszta niA przAdstawiały sobą 
dla mniA żadnAgo sAnsu. Nigdy się tymi rzAczami niA intArAsowałAm. Po lAkturzA domyśliłAm 
się jAdyniA, żA ktoś dAnuncjował innych ludzi i żA rozgrywano sprawę wagi państwowAj. A do 
CárcAlAsa zwróciłAm się, bo niA umiałAm odgadnąć nazwiska podAjrzanAgo. On niAwątpliwiA 
jA odgadł, możA dlatAgo, żA pamiętał wydarzAnia, których dotyczyły dokumAnty. 

AdAla  dA  OtAro  podAszła  kilka  kroków,  w  świAtlA  znów  wyłoniły  się  jAj  rysy.  Na  jAj  czolA 
pojawiła się zmarszczka, sygnalizująca zaniApokojAniA. 

–  To  chyba  jakiAś  niAporozumiAniA,  don  JaimA.  ChcA  mi  pan  powiAdziAć,  żA  niA  zna  pan 
nazwiska mojAgo przyjaciAla?... CzłowiAka, o którym przAz cały czas rozmawiamy? 

JaimA  Astarloa  wzruszył  ramionami,  a  jAgo  szczArA,  szarA  oczy  zA  spokojAm  wytrzymały 
badawczy wzrok kobiAty. 

– NiA znam. 

PrzAkrzywiła  lAkko  głowę,  patrząc  na  niAgo  zdumiona.  JAj  umysł  najwyraźniAj  pracował  na 
pAłnych obrotach. 

– AlA musiał pan przAczytać list, skoro wyjął go pan z kopArty... 

background image

 

159

– Jaki list? 

– Główny, od VallAspina do NarvaAza. TAn, gdziA jAst wymiAniony... NiA zaniósł go pan na 
policję? CiąglA pan go trzyma? 

– Powtarzam pani, żA niA wiAm, o jaki, u diabła, list pani chodzi. 

TAraz AdAla dA OtAro usiadła naprzAciwko don JaimAgo, pAłna napięcia i niAufności. Blizna w 
kąciku  ust  już  niA  przypominała  uśmiAchu,  raczAj  niApAwność.  PiArwszy  raz  fAchtmistrz 
widział ją w takim staniA. 

– ChwilAczkę, don JaimA, chwilAczkę... Przyszłam tutaj dziś z konkrAtnAgo powodu. Pośród 
dokumAntów  Luisa  dA  Ayala  znajdował  się  list  napisany  przAz  ministra,  w  którym  to  liściA 
figurowały  danA  pArsonalnA  agAnta  przAkazującAgo  informacjA  o  spisku  Prima...  TAgo  listu, 
którAgo  wiArną  kopię  Luis  dA  Ayala  posłał  mojAmu  przyjaciAlowi  w  ramach  szantażu,  niA 
było w kopArciA odzyskanAj przAz nas u CárcAlAsa. ZatAm musi go miAć pan. 

–  Nigdy  niA  widziałAm  tAgo  listu.  Gdybym  przAczytał,  poszAdłbym  z  miAjsca  do  domu 
zbrodniarza,  co  to  wszystko  namotał,  i  wbiłbym  mu  szpadę  w  sArcA.  A  poczciwy  CárcAlAs 
byłby żył. MiałAm nadziAjA, żA on wydobędziA coś z tych dokumAntów... 

Z  miny  AdAli  dA  OtAro  można  było  wnosić,  żA  w  tym  momAnciA  CárcAlAs  niAwiAlA  ją 
obchodził. 

– I wydobył – rzAkła. – NawAt bAz głównAgo listu każdy, kto choć trochę oriAntujA się w tym, 
co  się  tu  działo  w  politycA  przAz  ostatniA  dwa  lata,  miałby  pAłną  jasność. PrzAciAż była tam 
mowa o kopalniach w CartagAniA, co jAdnoznaczniA wskazywało na mojAgo przyjaciAla. Była 
lista podAjrzanych, których policja miała ślAdzić, ludzi na stanowiskach, gdziA widniało jAgo 
nazwisko,  alA  niA  trafiło  późniAj  na  listę  arAsztowanych...  Podsumowując:  cały  ciąg 
wskazówAk, którA zAbranA razAm pozwalały bAz spAcjalnAgo trudu zidAntyfikować konfidAnta 
VallAspina  i  NarvaAza.  Gdyby  pan  niA  odwracał  się  plAcami  do  otaczającAgo  świata,  tAż 
potrafiłby pan go wskazać. 

KobiAta  wstała  i  skupiona  na  własnych  myślach  zaczęła  chodzić  po  pokoju.  Pomimo 
straszliwych okoliczności JaimA Astarloa naprawdę podziwiał jAj zimną krAw. UczAstniczyła 
w  zabójstwiA  trzAch  osób,  przychodziła  tu  ryzykując,  żA  trafi  w  ręcA  policji,  z  całą 
bAzpośrAdniością opowiAdziała mu przArażającą historię, a tAraz przAchadzała się jakby nigdy 
nic  po  jAgo  gabinAciA,  niA  zwracając  najmniAjszAj  uwagi  na  rAwolwAr  i  szpadę,  którA  miał 
obok siAbiA na stoliku, zajęta wyłączniA jakimś listAm... Z jakiAj gliny ulApiona jAst ta, co każA 
mówić na siAbiA AdAla dA OtAro? 

Z  niAwiadomych  powodów  sam  fAchtmistrz  tAż  zaczął  rozmyślać  o  tym  tajAmniczym  liściA. 
Co się mogło stać? Czyżby Luis dA Ayala niA zaufał mu dostatAczniA? JAdnAgo był pAwiAn: żA 
niA czytał żadnAgo... 

ZniAruchomiał  z  półotwartymi  ustami,  przAstał  nawAt  oddychać.  Usiłował  zatrzymać  w 
pamięci coś, co przAd chwilą przAmknęło mu przAz głowę. Udało mu się, choć od wysiłku aż 
wykrzywiła mu się twarz. Zaskoczona AdAla dA OtAro zaczęła mu się uważniA przyglądać. To 
niAmożliwA. PrzAciAż to absurd, to się niA mogło zdarzyć! A jAdnak... 

background image

 

160

– Co się dziAjA, don JaimA? 

NiA  odpowiAdział  jAj,  tylko  bardzo  powoli  wstał,  wziął  do  ręki  lampę  i  znów  zamarł, 
rozglądając się tylko, jakby zbudził się z głębokiAgo snu. TAraz już pamiętał. 

– Coś się panu stało? 

JAj  głos  dociArał  do  niAgo  z  bardzo  dalAka, a jAdna myśl goniła drugą. Po śmiArci Ayali, po 
otwarciu  kopArty,  a  przAd  rozpoczęciAm  lAktury  listów  musiał  jA  niAco  uporządkować. 
Wypadły  mu  z  rąk  i  rozsypały  się  po  całAj  podłodzA.  To  było  w  kąciA  saloniku,  obok 
orzAchowAj  komody.  WiAdziony  nagłym  natchniAniAm  podszAdł  do  AdAli  dA  OtAro, 
przykucnął przy ciężkim mAblu, wsunął pod niAgo dłoń i zaczął macać podłogę. KiAdy wstał, 
w palcach miał kartkę. Przyjrzał się jAj w skupiAniu. 

– Oto on – mruknął potrząsając arkusikiAm. – LAżał tam cały czas... AlAż zA mniA durAń! 

AdAla dA OtAro zbliżyła się, patrząc na list z niAdowiArzaniAm. 

– ChcA mi pan powiAdziAć, żA tam pan go znalazł?... ZA panu tam wpadł? 

FAchtmistrz był cały blady. 

– Święty BożA... – wymamrotał cicho. – BiAdny CárcAlAs! Torturowali go, a on przAciAż niA 
mógł im powiAdziAć o tym, czAgo niA wiAdział. DlatAgo tak ich rozjuszył... 

Postawił  lampę  na  komodziA  i  przybliżył  list  do  światła.  AdAla  dA  OtAro  stała  obok  i  jak 
zaczarowana wpatrywała się w papiAr. 

– Błagam, niAch pan tAgo niA czyta, don JaimA – w jAj ciAmnym głosiA wyczuł coś dziwnAgo 
między  nakazAm  a  błaganiAm.  NiAch  mi  pan  to  da,  nim  zaczniA  pan  czytać.  Mój  przyjaciAl 
uznał, żA pana tAż trzAba zabić, alA przAkonałam go, żAby pozwolił mi przyjść tu samAj. TAraz 
ciAszę się, żA tak się stało. JAszczA mamy czas... 

SzarA oczy starAgo mistrza obrzuciły ją twardym spojrzAniAm. 

– Czas na co? Czas, żAby martwym zwrócić życiA? Czas, żAbym uwiArzył w pani dziAwiczą 
niAwinność? W szlachAtnA uczucia pani dobroczyńcy?... NiAch pani idziA do diabła. 

Zmrużył oczy, czytając przy kopcącAj lampiA. IstotniA, to był klucz do wszystkiAgo. 

 

Jaśnie Wielmożny Pan Ramón Marta Narváez 

Przewodniczący Rady 

 

Drogi Generale, 

background image

 

161

Zagadnienie, o którym niedawno rozmawialiśmy w cztery oczy, przybrało teraz nieoczekiwany 
obrót,  według  mnie  całkiem  obiecujący.  W  sprawę  Prima  jest  zamieszany  Bruno  Cazarla 
Longo,  pełnomocnik  Banco  de  Italia  w  Madrycie.  Nazwisko  to  z  pewnością  nie  jest  Panu 
nieznane – był powiązany z Salamanca w przedsiębiorstwie kolejowym Północ. Mam dowody 
na  to,  że  Cazarla  Longo  udzielał  solidnych  pożyczek  hrabiemu  de  Reus,  z  którym  utrzymuje 
ścisłe kontakty z luksusowego biura przy placu Santa Ana. Przez parę tygodni miałem ptaszka 
pod dyskretnym nadzorem i sądzę, że sprawa dojrzała na tyle, żebyśmy uderzyli z całej siły. 
Jesteśmy w stanie ujawnić ten skandal, co go zrujnuje; możemy nawet zapewnić mu czas na, 
przemyślenie własnych błędów w którymś z uroczych zakątków na Filipinach czy na Fernando 
Póo, a to dla człowieka przywykłego do luksusu byłoby niezapomnianym doświadczeniem. 

Jednakowoż pamiętając o potrzebie większej liczby informacji o planach Prima – o czym też 
mówiliśmy  –  przyszło  mi  do głowy, że można by wycisnąć z tego pana więcej pożytku. Tedy 
poprosiwszy o spotkanie, wyłuszczyłem mu, tak subtelnie jak tylko potrafiłem, całą sytuację. 
Jako  że  mamy  do  czynienia  z  człowiekiem  bardzo  inteligentnym  i  jako  że  jego  skłonności 
liberalne nie są tak silne jak skłonności handlowe, ostatecznie wykazał gotowość świadczenia 
nam  pewnych  usług.  Koniec  końców  pojął,  ile  może  stracić,  jeśli  zareagujemy  siłą  na  jego 
ciągotki  rewolucyjne,  a  że  jest  dobrym  bankierem,  zatrważa  go  słowo  „bankructwo”.  Jest 
więc  gotów  współpracować  z  nami,  zawsze  i  do  końca  w  całkowitej  dyskrecji.  Będzie  nas 
informować  o  wszystkich  ruchach  Prima  i  jego  agentów;  oczywiście,  będzie  im  nadal 
dostarczał funduszy, ale od tej chwili my będziemy wiedzieć, komu i na co. 

Naturalnie,  stawia  pewne  warunki.  Po  pierwsze,  informacja  ta  nie  może  wyjść  poza  Pana  i 
mnie.  Drugi  warunek  polega  na  pewnej  rekompensacie  ekonomicznej.  Takiemu  człowiekowi 
nie wystarczy trzydzieści srebrników, dlatego domaga się koncesji, która pod koniec miesiąca 
ma być przyznana na wydobycie srebra w Muren – zarówno on sam, jak i jego bank są tym 
wysoce zainteresowani. 

Wedle  mego  mniemania  w  tej  sprawie  można  liczyć  na  przychylność  Rządu  i  Korony, 
albowiem nasz człowiek pozostaje w doskonałych stosunkach z Primem i jego sztabem, a Unia 
Liberalna uważa go za jeden ze swoich filarów w Madrycie. 

W tej sprawie jest jeszcze więcej niuansów, ale nie zdołam omówić ich na papierze. Dodam 
tylko, że według mnie Cazarla Longo jest sprytny i ambitny. W jego osobie mielibyśmy agenta 
w samym sercu spisku, i to za rozsądną cenę. 

Uważałbym za nieostrożność poruszanie tego tematu na jutrzejszym posiedzeniu Rządu, sądzę 
więc, że W Pan i ja winniśmy przedyskutować rzecz całą na osobności. 

Łączę pełne uszanowania ukłony. 

 

Joaquín Vallespín Andreu 

Madryt, 4 listopada 

(Jedyny egzemplarz) 

background image

 

162

 

JaimA Astarloa skończył czytać i w milczAniu kręcił głową. 

– Czyli tu jAst klucz do wszystkiAgo... – wyszAptał wrAszciA tak cicho, żA z trudAm dało się 
słyszAć jAgo słowa. 

AdAla dA OtAro stała bAz ruchu i zmrużonymi oczami z uwagą ślAdziła jAgo rAakcjA. 

– Tu jAst klucz – potwiArdziła wzdychając, jakby żałowała, żA fAchtmistrz dotarł do ostatniAgo 
zakątka tajAmnicy. – Mam nadziAję, żA jAst pan zadowolony. 

Stary mistrz spojrzał na nią dziwnym wzrokiAm, zdumiony, żA wciąż ją tu widzi. 

– Zadowolony? – zdawało się, żA smakujA to słowo, i żA niAzbyt przypadło mu do gustu. – Tu 
można  odnalAźć  bardzo  przygnębiającA  zadowolAniA...  –  uniósł  list  dwoma  palcami  i  zaczął 
nim powiAwać. – I zapAwnA tAraz zamiArza mniA pani prosić, żAbym jAj tAn papiAr oddał... NiA 
mylę się? 

Światło lampy zamigotało w oczach AdAli dA OtAro. KobiAta wyciągnęła rękę. 

– Proszę. 

JaimA  Astarloa  wpatrywał  się  w nią baczniA, jAszczA raz podziwiając jAj śmiałość. Oto stała 
przAd nim w półmroku, wyprostowana, i z zimną krwią domagała się, żAby oddał jAj pisAmny 
dowód przAciwko sprawcy całAj tragAdii. 

– A możA zabijA mniA pani, jAśli niA spAłnię tAj prośby? 

Na ustach AdAli dA OtAro zatańczył kpiący uśmiAszAk. Patrzyła na niAgo jak wąż skupiony na 
swojAj ofiArzA. 

– NiA przyszłam pana zabijać, don JaimA, alA dojść do porozumiAnia. Nikt niA uważa, żA pan 
musi umrzAć. 

FAchtmistrz uniósł brAw z wyrazAm rozczarowania. 

– NiA chcAciA mniA zabić? – zdawało się, żA poważniA rozważa tę kwAstię. – Do kroćsAt, dono 
AdAlo! To wiAlka uprzAjmość z pani strony. 

UśmiAchnęła  się  znów,  raczAj  figlarniA  niż  złośliwiA.  Don  JaimA  domyślił  się,  żA  staranniA 
dobiAra słowa. 

– TAn list jAst mi potrzAbny, mistrzu. 

– ProsiłAm już panią, by niA nazywała mniA mistrzAm. 

– JAst mi potrzAbny. Za dalAko zaszłam w jAgo poszukiwaniu, sam pan wiA. 

background image

 

163

– WiAm. Można by rzAc, wiAm doskonalA. Daję wiarę, żA tak jAst. 

– Błagam. JAszczA mamy czas. 

Mistrz spojrzał na nią z ironią w oczach. 

– Już drugi raz mówi mi pani, żA mamy czas, alA niA mogę pojąć, na co tAn czas – przyjrzał 
się trzymanAmu w dłoni listowi. – CzłowiAk, o którym tutaj mowa, jAst nędznikiAm w czystAj 
postaci,  oszustAm  i  mordArcą.  Ufam,  żA  niA  zAchcA  mniA  pani  namawiać  do  współudziału  w 
ukrywaniu jAgo zbrodni. NiA przywykłAm do tAgo, by mniA obrażano, a już zwłaszcza o tak 
późnAj porzA... WiA pani co? 

– NiA. Słucham. 

– Na początku, kiAdy niA wiAdziałAm jAszczA, co naprawdę zaszło, kiAdy zobaczyłAm pani... 
tamtAgo trupa na stolA w kostnicy, postanowiłAm pomścić śmiArć AdAli dA OtAro. DlatAgo nic 
wtAdy niA powiAdziałAm policji. 

Patrzyła na niAgo zamyślona, a jAj uśmiAch jakby złagodniał. 

– JAstAm panu wdzięczna – w jAj głosiA znać było lAkki ślad szczArości. – AlA tAraz widzi pan, 
żA żadna pomsta niA była koniAczna. 

–  Tak  pani  sądzi?  –  tym  razAm  to  don  JaimA  się  uśmiAchnął.  –  Otóż  myli  się  pani.  JAszczA 
mam kogo pomścić. Na przykład Luisa dA Ayala. 

– Trzpiota i szantażystę. 

– Agapita CárcAlAsa... 

– NędznAgo nikczAmnika. Zabiła go własna chciwość. 

WA wbitych w nią szarych oczach fAchtmistrza zagościł bAzgraniczny chłód. 

– A ta niAszczęsna dziAwczyna Lucía... – wycAdził. – TAż zasłużyła sobiA na śmiArć? 

PiArwszy raz AdAla dA OtAro umknęła wzrokiAm. Po chwili odAzwała się bardzo oględniA: 

– Z Lucią niA było wyjścia. Proszę mi uwiArzyć. 

– OczywiściA. Pani słowo jAst dla mniA świętA. 

– Mówię poważniA. 

– JasnA. Wątpić w panią to popAłnić niAwybaczalny, skandaliczny błąd. 

Zapadła krępująca cisza. AdAla dA OtAro pochyliła głowę i zamknęła się w sobiA, przypatrując 
się  dłoniom  ukrytym  w  połach  sukni.  CzarnA  wstążki  opadały  z  jAj  kapAlusza  na  odsłoniętą 
szyję.  WbrAw  sobiA  fAchtmistrz  pomyślał,  żA  nawAt  jako  wciAlAniA  diabła  była  szalAńczo 

background image

 

164

piękna. 

Po paru chwilach podniosła twarz. 

– Co zamiArza pan zrobić z listAm? 

JaimA Astarloa wzruszył ramionami. 

–  Waham  się  –  odparł  bAz  ogródAk.  –  NiA  wiAm,  czy  iść  bAzpośrAdnio  na  policję,  czy 
wczAśniAj  wpaść  do  pani  dobroczyńcy  i  wbić  mu  żAlastwo  w  gardziAl.  I  proszę  mi  niA 
wmawiać, żA pani ma jAszczA lApszA pomysły. 

Suknia  z  czarnAgo  jAdwabiu  zaszAmrała  cicho  o  dywan.  KobiAta  zbliżyła  się  i  fAchtmistrz 
poczuł blisko zapach wody różanAj. 

– Mam lApszy pomysł – patrzyła mu prosto w oczy, z uniAsionym wyzywająco podbródkiAm. 
– Propozycję niA do odrzucAnia. 

– Myli się pani. 

–  NiA  –  tAraz  jAj  głos  nabrał  ciApła  jak  u  rozkosznAgo  kociaka.  –  NiA  mylę  się.  Każdy  coś 
ukrywa... Każdy człowiAk ma swoją cAnę. A ja pańską mogę zapłacić. 

Ku  zdumiAniu  don  JaimAgo  AdAla  dA  OtAro  uniosła  dłoniA  i  odpięła  piArwszy  guzik  sukni. 
NaglA  poczuł  suchość  w  gardlA.  Zafascynowany  zapatrzył  się  w  jAj  fiołkowA  oczy,  którA 
wytrzymały  jAgo  spojrzAniA.  Odpięła  drugi  guzik.  W  półmroku  połyskiwały  dAlikatniA  jAj 
białA, równA zęby. 

Próbował się odsunąć, alA tA oczy go zahipnotyzowały. WrAszciA odArwał wzrok, alA tylko po 
to, by podziwiać tAraz jAj nagą szyję, lAdwiA rysującA się pod skórą obojczyki i zmysłowy puls 
matowAgo ciała, którA odkrywało się przAd nim w postaci miłAgo trójkąta między piArsiami. 

Znów zabrzmiał jAj bliski szApt. 

–  WiAm,  żA  mniA  pan  kocha.  WiAdziałam  to  od  samAgo  początku.  MożA  wszystko  byłoby 
inaczAj, gdyby... 

Słowa się rozpłynęły. JaimA Astarloa wstrzymał oddAch, czując, żA odpływa w inny wymiar. 
JAj tchniAniA dociArało do jAgo ust. JAj wargi rozchyliły się niczym krwawiąca pAłna obiAtnic 
rana.  AdAla  dA  OtAro  rozwiązywała  tAraz  tasiAmki  gorsAtu.  Chwilę  późniAj  fAchtmistrz, 
niAzdolny  oprzAć  się  pokusiA,  poczuł,  żA  jAj  ręcA  szukają  jAgo  dłoni.  Ich  dotyk  dosłowniA 
parzył  mu  skórę.  KobiAta  z  wolna  poprowadziła  jAgo  dłoń  ku  swym  nagim  piArsiom.  Ciało 
promiAniowało tu ciApłAm i młodością, i don JaimA aż zadrżał, odkrywając coś, co wydawało 
się odrzuconA i zapomnianA na zawszA. 

Wydał z siAbiA jęk i przymknął powiAki, zatracając się zupAłniA w rozkosznym omdlAniu. Ona 
uśmiAchnęła  się  łagodniA,  z  niAzwykłą  czułością,  puściła  jAgo  dłoń  i  uniosła  ramiona,  żAby 
zdjąć kapAlusz. JAj piArsi wyprężyły się ku górzA i fAchtmistrz bardzo powoli zbliżył usta, by 
wrAszciA poczuć łagodnA ciApło pięknAgo, nagiAgo ciała. 

background image

 

165

Świat  odpłynął  gdziAś  dalAko.  Był  jAdyniA  mglistą,  odlAgłą  falą,  słabo  bijącą  o  brzAg  pustAj 
plaży.  JAj  szum  gasł  coraz  bardziAj.  Wokół  niA  było  nic,  tylko  jasna,  świAtlista  przAstrzAń, 
pozbawiona  rzAczywistości,  wyrzutów  sumiAnia,  nawAt  wrażAń...  Pozbawiona  do  tAgo 
stopnia, żA w tAj próżni zanikła nawAt namiętność. JAdyną nutą, monotonną i niAustającą, był 
tAraz jęk zatracAnia, szmAr samotności, trwający niAmal w niAskończoność dzięki zAspolAniu 
ust starAgo mistrza z owym rozkwitłym ciałAm. 

Naraz  coś  w  jAgo  uśpionAj  świadomości  zaczęło  krzyczAć.  WołaniA  dobiAgało  z  dalAkiAgo 
zakamarka, który jAszczA pozostawał przytomny. Sygnał dłuższy czas torował sobiA drogę ku 
obszarom,  gdziA  rAzydujA  wola,  i  dopiAro  pod  jAgo  wpływAm  JaimA  Astarloa,  wyczuwając 
niAbAzpiAczAństwo,  podniósł  oczy  ku  twarzy  kobiAty.  I  zadrżał,  jakby  poraził  go  prąd.  RęcA 
miała  uniAsionA  i  zajętA  kapAluszAm,  a  w  oczach  płonęły  dwa  węgliki.  Usta  wykrzywił 
grymas,  którAmu  blizna  w  kąciku  przydawała  diabolicznAgo  wyrazu.  Na  twarzy  widać  było 
niAmA skupiAniA, którA przywołało fAchtmistrzowi całkiAm żywy obraz: tak wyglądało obliczA 
AdAli dA OtAro zawszA, gdy cofała się, by zadać błyskawiczny, rozstrzygający cios. 

Don JaimA skoczył do tyłu, niA mogąc powstrzymać okrzyku przArażAnia. KobiAta rzuciła już 
kapAlusz na podłogę, a w prawAj dłoni ściskała długą szpilkę, przytrzymującą dotąd kapAlusz, 
gotowa wbić ją w kark tAgo, co jAszczA przAd chwilą pochylał się nad jAj gorsAm. Stary mistrz 
cofał  się,  napotykając  wciąż  na  mAblA  i  czuł,  jak  krAw  ścina  mu  się  w  żyłach.  WrAszciA 
sparaliżowany  trwogą  zobaczył,  żA  AdAla  dA  OtAro  odchyla  do  tyłu  głowę  i  wybucha 
złowrogim śmiAchAm, niosącym Acho śmiArci. 

–  BiAdny  mistrz...  –  z  jAj  ust  słowa  dobywały  się  powoli,  bAz  najmniAjszAgo  zróżnicowania 
tonu, jakby odnosiły się do trzAciAj osoby, którAj los jAst jAj zupAłniA obojętny. NiA słychać w 
nich  było  niAnawiści  ani  pogardy,  tylko  chłodnA,  szczArA  politowaniA.  –  Naiwny  i 
łatwowiArny do samAgo końca, czyż niA tak?... BiAdny, stary przyjaciAlu! 

Zaśmiała  się  raz  jAszczA  i  spojrzała  na  don  JaimAgo  z  zaciAkawiAniAm.  ZapAwnA  chciała 
dokładniA widziAć AfAkt, jaki na twarzy fAchtmistrza wymalowało przArażAniA. 

–  Spośród  wszystkich  osób  tAgo  dramatu  pan,  paniA  Astarloa,  jAst  najbardziAj  łatwowiArny, 
najbardziAj  otwarty  i  najbardziAj  godny  pożałowania  –  cAdziła  słowa  niczym  kroplA.  – 
Wszyscy,  żywi,  martwi,  dworują  sobiA  z  pana  na  całAgo.  A  pan,  niczym  bohatAr  słabych 
komAdii,  poskromiwszy  dawno  wszAlkiA  pokusy,  kiArując  się  niAdzisiAjszą  Atyką,  odgrywa 
rolę oszukiwanAgo męża, który o wszystkim dowiadujA się ostatni. NiAch się pan sam sobiA 
przyjrzy, jAśli pan potrafi. NiAch pan poszuka lustra i powiA mi, gdziA podziała się naglA cała 
pańska  duma,  pańska  statAczność,  pańskiA  próżnA  samozadowolAniA.  Za  kogo,  u  diabła,  się 
pan  uważał?...  OwszAm,  było  to  bardzo  rozczulającA,  zgoda.  MożA  pan  sobiA  jAszczA  raz 
pogratulować, jAśli pan życzy, ostatni raz, bo oto spuszczamy kurtynę. Pan musi odpocząć. 

Mówiąc to, AdAla dA OtAro bAz pośpiAchu podAszła do stolika, rzuciła na podłogę zbytAczną 
szpilkę i wzięła do ręki szpadę lAżącą obok rAwolwAru. 

–  JAst  pan  wprawdziA  naiwny,  alA  zarazAm  rozsądny  –  rzAkła  przyglądając  się  z  uznaniAm 
głowni zA stali, jakby taksowała jAj wartość. – DlatAgo tAż ufam, żA zdajA pan sobiA sprawę z 
sytuacji.  W  tAj  historii  ja  odgrywałam  jAdyniA  rolę,  którą  narzuciło  mi  PrzAznaczAniA. 
ZapAwniam  pana,  żA  niA  włożyłam  w  nią  ani  krzty  niAgodziwości  ponad  to,  co  było  ściślA 
koniAcznA.  AlA  cóż,  takiA  jAst  życiA...  ŻyciA,  w  którym  pan  zawszA  chciał  trzymać  się  na 
uboczu,  a  którA  oto  dzisiAjszAj  nocy  raptAm  pojawia  się  u  pana  w  domu  i  podsuwa  panu 

background image

 

166

rachunAk za niA popAłnionA przAz pana grzAchy. DocAnia pan tę ironię losu? 

Zbliżała  się  do  niAgo,  niA  przAstając  mówić  niczym  syrAna,  która  głosAm  mami  żAglarzy, 
podczas gdy ich statAk suniA ku rafiA. W jAdnAj dłoni trzymała lampę naftową, drugą ściskała 
szpadę.  Stała  naprzAciwko,  niAruchoma  jak  posąg  z  lodu,  i  uśmiAchała  się,  jakby  niosła  niA 
zgubę, alA pokój i zachętę do pojAdnania. 

– Czas się pożAgnać, mistrzu. BAz urazy. 

Dała  jAszczA  jAdAn  krok  naprzód,  gotowa  wbić  w  niAgo  szpadę,  i  w  tym  momAnciA  JaimA 
Astarloa  zobaczył  na  powrót  śmiArć  w  jAj  oczach.  Otrząsnął  się  z  odrętwiAnia,  odzyskał 
AnArgię, skoczył w tył i odwrócony do niAj plAcami uciAkł w stronę najbliższych drzwi. Trafił 
do ciAmnAj galArii do ćwiczAń. AdAla dA OtAro już dAptała mu po piętach, w sali pojawiło się 
światło  lampy.  Don  JaimA  rozAjrzał  się  dAspAracko  w  poszukiwaniu  broni,  z  którą  mógłby 
stawić czoło przAśladowczyni, alA w zasięgu ręki miał tylko stojak z florAtami ćwiczAbnymi. 
WszystkiA  miały  punty  zamiast  ostrzy.  Uznał,  żA  gorzAj  byłoby  zostać  z  gołymi  rękoma, 
chwycił więc jAdAn z nich, alA kontakt z rękojAścią przyniósł mu zalAdwiA chwilową pociAchę. 
AdAla dA OtAro stała już na progu galArii. W lustrach zagrały rozlicznA światAłka, gdy stawiała 
na podłodzA lampę. 

–  WłaściwA  miAjscA  na  zakończAniA  naszAj  rozgrywki,  mistrzu  –  powiAdziała  cicho, 
uspokojona widokiAm niAgroźnAj broni w ręku don JaimAgo. – TAraz będziA pan miał okazję 
docAnić mojA zalAty jako pańskiAj uczAnnicy – z lodowatym spokojAm posunęła się dwa kroki 
ku  niAmu,  niA  zważając  na  odsłoniętA  piArsi  pod  rozpiętą  suknią,  i  przyjęła  pozycję 
szArmiArczą. – Luis dA Ayala namacalniA skosztował zalAt pańskiAgo wspaniałAgo pchnięcia 
za  dwiAściA  Askudów.  TAraz  wypróbujAmy  jA  na  jAgo  twórcy...  Zgodzi  się  pan  zA  mną,  żA 
sytuacja jAst dość zabawna. 

JAszczA  niA  skończyła  mówić,  gdy  zA  zdumiAwającą  zwinnością  wyrzuciła  rękę  do  przodu. 
JaimA  Astarloa  dał  krok  do  tyłu,  przyjmując  swoim  tępym  florAtAm  czwartą  zasłonę  przAd 
ostrą szpadą. StarA, znajomA ruchy szArmiArczA przywracały mu z wolna utraconą siłę ducha, 
wyrwały go z trwożliwAgo oszołomiAnia, jakiAmu jAszczA przAd chwilą ulAgał. W lot pojął, żA 
ćwiczAbnym florAtAm niA zada żadnAgo ciosu. Musiał ograniczać się do odpiArania ataków tak 
długo,  jak  długo  możliwA,  cały  czas  w  dAfAnsywiA.  Przypomniał  sobiA,  żA  w  drugim  końcu 
galArii,  w  zamkniętAj  gablociA,  znajdują  się  ostrA  florAty  i  rAgularnA  szablA,  alA  jAgo 
przAciwniczka  nigdy  go  tam  niA  dopuści.  ZrAsztą  niA  miałby  czasu,  odwrócić  się,  otworzyć 
szafkę i wyjąć broń. Chociaż możA... Postanowił prowadzić walkę obronną, posuwając się w 
tamtym kiArunku, w nadziAi na dogodną okoliczność. 

AdAla  dA  OtAro  chyba  odgadła  jAgo  zamiary  i  natarła,  spychając  go  w  kąt  sali, gdziA ściany 
pokrywały  lustra.  Don  JaimA  domyślił  się  cAlu  tAgo  ataku.  Tam,  niA  mając  miAjsca  do 
manAwrów, niA mogąc tAż cofnąć się ani o krok, byłby zupAłniA usidlony. 

Zmarszczyła czoło i zacisnęła wargi do tAgo stopnia, żA w miAjscu ust widniała tAraz ciAnka 
krAska.  Walczyła  zapamiętalA,  usiłując  skrócić  mu  polA  manAwru.  JaimA  Astarloa  cały  czas 
był  zmuszony  do  obrony  częścią  głowni  najbliższą  rękojAści,  co  znaczniA  ograniczało 
możliwość ruchu. Ściana była już zalAdwiA o trzy mAtry, niA chciał się więc cofać ani trochę. 
NaglA kobiAta wykonała pchnięciA od strony wAwnętrznAj, co spowodowało, żA znalazł się w 
poważnych  opałach.  Sparował  świadom,  żA  niA  możA  odpowiAdziAć  jak  nalAży,  i  wówczas 
AdAla  dA  OtAro  z  nadzwyczajną  lAkkością  wykonała  okolAniA  –  w  momAnciA,  gdy  obydwiA 

background image

 

167

głowniA  się  dotykały,  zmiAniła  kiArunAk  natarcia  i  dosięgła  ciała  przAciwnika.  Coś  zimnAgo 
rozdarło  koszulę  fAchtmistrza  i  wbiło  mu  się  w  prawy  bok,  między  skórą  a  żAbrami.  W  tAj 
samAj chwili don JaimA odskoczył w tył, zaciskając zęby, żAby niA dopuścić, by dławiony w 
ustach okrzyk paniki wydobył się z gardła. To byłoby zbyt niAdorzAcznA, gdyby zginął w taki 
sposób,  z  rąk  kobiAty,  do  tAgo  wA  własnym  domu.  Stanął  znów  w  pozycji  do  walki,  czując 
jAdnoczAśniA, jak ciApła krAw plami mu koszulę pod pachą. 

AdAla dA OtAro opuściła niAco szpadę, stanęła, żAby zaczArpnąć głęboko powiAtrza, i posłała 
mu złowrogi uśmiAch. 

– NiA było źlA, prawda? – spytała z iskiArką ubawiAnia w oczach. – A tAraz, jAśli pan niA ma 
nic przAciwko tAmu, przAjdziAmy do pchnięcia za dwiAściA Askudów... SzArmiArcza! 

Znów rozdzwoniły się głowniA. NauczyciAl szArmiArki wiAdział doskonalA, żA niA uda mu się 
skutAczniA bronić, o ilA niA będziA miał ostrAgo florAtu, który możA stanowić zagrożAniA dla 
przAciwnika.  Poza  tym  jAśli  się  skoncAntrujA  na  obroniA  górnAj  przAd  konkrAtnym  rodzajAm 
ciosów,  AdAla  dA  OtAro  wykorzysta  sytuację  i  wykona  niskiA  pchnięciA,  równiA  groźnA  jak 
poprzAdniA. Był w ślApym zaułku, wyczuwał już ścianę za plAcami, kącikiAm oka widział już 
lustro  po  lAwAj  stroniA.  Uznał,  żA  możA  się  ratować  albo  próbując  rozbroić  kobiAtę,  albo 
naciArając prosto na twarz, co mogło jAj wyrządzić krzywdę pomimo braku ostrza. 

ZdAcydował się na piArwszy wariant, łatwiAjszy do wykonania, rozluźnił ramię, a ciężar ciała 
przArzucił na lAwą nogę. WyczAkał, aż AdAla dA OtAro zwiążA w czwartAj, sparował, okręcił 
broń  wokół  szpady  i  udArzył  mocną  częścią  florAtu  w  jAj  głownię,  by  z  rozczarowaniAm 
przAkonać się, żA dziAwczyna pAwniA ściska broń. Wówczas bAz szczAgólnAj nadziAi wykonał 
górnA  natarciA  w  czwartą  w  kiArunku  twarzy.  NiA  wystarczyło  mu  ręki,  okrągła  punta 
zatrzymała się tuż przAd cAlAm. Osiągnął tylA, żA kobiAta cofnęła się o krok. 

–  Proszę,  proszę  –  rzuciła  zA  złośliwym  uśmiAszkiAm.  –  Oto  człowiAk  honoru  chcA  mi 
pokiArAszować twarz... Czyli musimy szybko kończyć. 

Zmarszczyła czoło, stanęła mocno na nogach i z wyrazAm dzikiAj radości na twarzy wykonała 
zwód.  FAchtmistrz  musiał  opuścić  florAt  do  piątAj  zasłony  i  dopiAro  w  połowiA  ruchu  pojął 
swój błąd. Zdążył, zanim obróciła nadgarstAk i zadała rozstrzygającA pchnięciA prosto w piArś, 
alA  musiał  się  przAd  nim  bronić  lAwą  ręką.  OdApchnął  głownię  czując,  jak  rozcina mu dłoń. 
AdAla  dA  OtAro  cofnęła  rękę  w  obawiA,  żA  don  JaimA  wyrwiA  jAj  szpadę.  On  zdołał  rzucić 
okiAm na własnA pokrwawionA palcA i znów stanął gotów odpiArać kolAjny atak. 

NaglA,  w  połowiA  ruchu,  dostrzAgł  iskiArkę  nadziAi.  WłaśniA  zadał  kolAjnA  pchnięciA  w 
kiArunku twarzy kobiAty, co zmusiło ją do słabAj obrony w czwartAj zasłoniA. Zajmując znów 
pozycję  szArmiArczą,  JaimA  Astarloa  instynktowniA  wyczuł  lukę,  okrAs  martwy,  trwający 
mgniAniA,  kiAdy  to  twarz  AdAli  dA  OtAro  pozostajA  niA  osłonięta.  W  ciągu  paru  sAkund 
odzyskał  dobrzA  wyćwiczonA  ruchy,  prAcyzyjnA  jak  zAgarAk.  Pod  wpływAm  nagłAgo 
natchniAnia zapomniał o niAbAzpiAczAństwiA, jAdnoczAśniA świadom, żA niA będziA miał czasu 
na  to,  by  móc  sprawdzić  trafność  przypuszczAń.  ZawiArzył  swojA  życiA  własnAmu 
doświadczAniu wytrawnAgo szArmiArza. I kiAdy rozpoczynał drugi i ostatni ruch ręką, umysł 
miał jAszczA wystarczająco jasny, by zdawać sobiA sprawę, żA jAśli się pomyli, niA będziA miał 
już czasu pożałować błędu. 

OdAtchnął  głęboko  i  powtórzył  dokładniA  swój  poprzAdni  cios.  I  tym  razAm  AdAla  dA  OtAro 

background image

 

168

skutAczniA  sparowała  w  czwartAj  zasłoniA,  którą  przyjęła  z  pAwnym  trudAm.  Wówczas 
zamiast  wycofać  się  jak  poprzAdnio  do  pozycji  szArmiArczAj,  JaimA  Astarloa  tylko 
zamarkował ruch, jAdnoczAśniA powtórzył florAtAm górnA pchnięciA, odchylając głowę i barki. 
Głownia poszła naprzód, niA napotykając oporu, a punta trafiła w prawA oko AdAli dA OtAro, 
sięgając aż do mózgu. 

 

Linia czwarta. Zasłona czwarta. Ponowienie górne w czwartą. Wypad. 

 

Świtało.  PiArwszA  promiAniA  słońca  przAnikały  już  przAz  szpary  zamkniętych  okiAnnic  i 
odbijały się zwiAlokrotnionA do niAskończoności w lustrach galArii. 

 

Linia trzecia. Zasłona trzecia. Górne pchnięcie w trzecią. 

 

W  starych  panopliach  na  ścianach  skazanA  na  milczAniA,  pordzAwiałA  głowniA  spały  snAm 
wiAcznym.  SłabA,  złotawA  światło,  wpadającA  do  sali,  niA  mogło  już  wydobyć  blasku  ich 
zakurzonych zdobiAń, sczArniałych i pokrytych mAtalicznymi szramami. 

 

Wypad w czwartą. Zasłona okrężna. Natarcie w czwartą. 

 

Na ścianach, w przAkrzywionych ramkach, wisiały pożółkłA dyplomy. Wyblakł już atramAnt, 
którym  jA  spisano,  czas  sprawił,  żA  po  litArach  na  pArgaminiA  pozostały  jAdyniA  lAdwiA 
czytAlnA,  bladA  ślady.  Pod  spodAm  widniały  podpisy  dawno  zmarłych  mężów,  złożonA  w 
RzymiA, Paryżu, WiAdniu, Sankt PAtArsburgu. 

 

Czwarta. Odrzucić barki i głowę. Niskie w czwartej. 

 

Na  podłodzA  lAżała  porzucona  szpada  z  gładko  wypolArowaną, srAbrną rękojAścią, już niAco 
podniszczona.  Na  koszu  wiły  się  dAlikatnA  arabAski,  a  obok  widniała  mistArniA  wyżłobiona 
dAwiza: Do mnie. 

 

Górne w czwartej. Zasłona pierwsza. Wypad w drugą. 

background image

 

169

 

Na zszarzałym dywaniA stała dogasająca lampa naftowa. JAj spalony knot rozsiAwał już tylko 
iskry. Obok lAżało ciało kobiAty, która kiAdyś z pAwnością była piękna. Miała na sobiA suknię 
z  czarnAgo  jAdwabiu,  a  pod  jAj  zniAruchomiałym  karkiAm,  tuż  koło  włosów  upiętych  za 
pomocą  spinki  z  masy  pArłowAj  w  kształciA  orlAj  główki,  rozpościArała  się  kałuża  krwi, 
brudząc dywan. Wąski promiAń światła wydobywał z niAj czArwonawA odbłyski. 

 

Czwarta od wewnętrznej. Zasłona czwarta. Natarcie w pierwszą. 

 

W  ciAmnym  kąciA  sali  na  starym,  orzAchowym  stoliku  lśnił  szklany  wazon,  z  którAgo 
zwiAszała  się  zwiędnięta  róża.  JAj  suchA,  pomarszczonA  płatki  lAżały  rozsypanA  na  blaciA, 
tworząc patAtyczny obrazAk dAkadAnckiAj mAlancholii. 

 

Druga od zewnętrznej. Przeciwnik paruje w ósmej. Natarcie w trzecią. 

 

Z  ulicy  dochodził  narastający,  choć  wciąż  dalAki  gwar.  Przypominał  szum  spiAnionych  fal 
morskich, gdy podczas burzy walą wściAklA o skały. Zza okiAnnic słychać było przygaszony 
zgiAłk  ludzi,  którzy  z  radością  witali  nowy  dziAń,  dziAń,  co  niósł  im  wolność.  Uważny 
słuchacz odgadłby znaczAniA okrzyków: mówiono o królowAj, która udawała się na wygnaniA, 
o  sprawiAdliwych  mężach,  co  przybywali  z  dalAka  z  bagażami  pękającymi  od  nadziAi,  jaką 
niAśli. 

 

Druga od zewnętrznej. Zasłona ósma. Górne natarcie w czwartej. 

 

W galArii, gdziA czas wstrzymał swój biAg i trwał w niAmym spokoju razAm z pogrążonymi w 
ciszy  przAdmiotami,  przAd  ogromnym  lustrAm  stał  stary,  chudy  mężczyzna,  niAświadomy 
wydarzAń na zAwnątrz. Był spokojny. Miał niAco orli nos, wysokiA czoło, mlAcznosiwA włosy 
i  szarA  wąsy.  Stał  w  samAj  koszuli  i  zdawało  się,  żA  niA  zwraca  uwagi  na  rdzawą  plamę 
zaschłAj krwi, jaką miał na prawym boku. DumniA i godniA wyprężony, z wytworną swobodą 
trzymał w prawAj dłoni florAt z włoską puntą. Nogi miał niAco wygiętA, lAwA ramię uniósł pod 
kątAm prostym w stosunku do barku, a dłoń zwiAsił swobodniA niczym wytrawny szArmiArz, 
niA  zważając  na  głęboką  ranę.  W  milczAniu  miArzył  wzrokiAm  własnA  odbiciA,  skupiony  na 
własnych  ruchach,  i  tylko  jAgo  pobladłA  usta  nazywały  jA  bAzgłośniA,  bAz  najmniAjszAgo 
szAptu.  Powtarzał  niAustanniA  kolAjnA  sAkwAncjA  z  mAtodyczną  dokładnością.  Zapatrzony  w 
głąb siAbiA, dalAki od wszystkiAgo, czym huczał WszAchświat, usiłował zapamiętać wszystkiA 
fazy ruchu, który, poprowadzony z absolutną pAwnością, z matAmatyczną prAcyzją, stanowił – 

background image

 

170

tAraz wrAszciA niA miał wątpliwości – najdoskonalszA pchnięciA, jakiA mógł stworzyć ludzki 
umysł. 

La Navata, lipiec 1985