background image
background image

MARIUSZ

CZUBA

J

PIĄTY BEATLES

background image

Copyright

 © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Wydanie

 I

Warszawa

 MMXV

background image

Spis treści

Motto

Dedykacja

Prolog

Część I. Maxwell’s Silver Hammer

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

Część II. Mean Mr. Mustard

13

14

15

16

17

18

19

20

21

Część III. Come Together

22

23

24

25

26

27

28

29

background image

30

31

32

33

34

35

Epilog

Od autora

background image

Wybudować grób.

 To

 się tylko tak mówi.

(Wiesław Myśliwski, Kamień

 na

 kamieniu)

Shoot

 me!

(The

 Beatles, 

Come

 Together)

background image

Pauli

 i Kindze

background image

Prolog

Kamień zgrzytnął raz, drugi, trzeci. Udało się

 za

 czwartym razem.

Mężczyzna, który siedział

 po

 stronie kierowcy, zaciągnął się i wypuścił dym. Stres, który towarzyszył

mu  ostatnio  niczym  cień,  odpuścił.  Mężczyzna  rozluźnił  się.  Przynajmniej  na  chwilę.  Płomień  oświetlił
twarz pokrytą siwym kilkudniowym zarostem i zmarszczki wokół oczu.

Kierowca

  co  jakiś  czas  spoglądał  we  wsteczne  lusterko.  Trochę  z  ostrożności.  Trochę

z przyzwyczajenia.

Przez

 ostatnią godzinę opowiadał, a ten drugi, nieco starszy, z włosami spiętymi w kucyk, słuchał.

Zatrzymali

  się  przy  drodze  913,  kilka  minut  od  lotniska.  Mogli  pojechać  na  stację  benzynową,  ale

zawsze  istniało  ryzyko,  że  ktoś  ich  przypadkiem  zauważy.  Poza  tym  samochód  zostałby  zarejestrowany
przez kamery, a tego woleli uniknąć. Obaj mieli kłopoty i dodatkowe nie były im potrzebne.

Jeden

  drugiemu  mógł  zadać  pytanie,  które  wisiało  w  powietrzu.  Ale  przyjaciele  nie  zadają  pytań,  na

które nie ma dobrej odpowiedzi.

Na

 które nie ma żadnej odpowiedzi.

Pasażer

 szczelniej

 owinął się płaszczem, trochę zbyt lekkim jak na tę porę roku. Marzec w dwa tysiące

czternastym  roku  nie  rozpieszczał.  Przed  tygodniem  nastąpił  kolejny  atak  zimy,  samochody  grzęzły
w  zaspach.  Miał  to  być  już  ostatni  atak  kapryśnej  pogody  w  Polsce,  przynajmniej  na  to  wskazywały
prognozy. Kierowca śledził komunikaty meteorologiczne, choć nigdy wcześniej tego nie robił. Tym razem
miał swoje powody.

Pasażer  trzymał

  na

  kolanach  niewielki  wojskowy  plecak.  Rozsupłał  go,  wyjął  piersiówkę  i  pociągnął

łyk.

– Tobie

 nie

 proponuję – zwrócił się do kierowcy. Pierwsze zdanie wypowiedziane od bardzo długiego

czasu.

Kierowca

 wyciągnął rękę, przejął piersiówkę i przyłożył do ust.

– W zasadzie

 wszystko

 mi jedno – wychrypiał. – A wiesz, mam ten wiersz ze sobą.

– Wiersz?
– No wiersz. Mówiłem ci. – Wskazał głową

 na

 schowek po stronie pasażera.

Przechylił się w prawo, wyjął

 atlas

  Polski  i  plan  miasta,  a  następnie  zeszyt  w  trzy  linie,  taki,  jakiego

używają  dzieci  w  pierwszych  klasach  szkoły  podstawowej.  Przerzucił  kilka  kartek  i  podał  jedną  luźną
temu drugiemu. Zmierzchało. Zapalił światło w samochodzie. Pasażer zmrużył oczy i zaczął czytać.

Mówią, że 

Lennon

 nie umarł.

Chodzi

 koło warszawskiego Marriotta

Spaceruje

 po Central Parku

Stoi

 na dachu na Abbey Road.

Uprawia

 jogging

Ze

 słuchawkami na uszach

Gdy

 staje przed lustrem

Wita

 się ze sobą jak z dobrym sąsiadem

Od

 lat tym samym

– Dzień

 dobry, panie

 Chapman.

Tamten

 uśmiecha się

A zęby lśnią 

Jak

 wilcze kły.

Mówią, że 

Lennon

 nie umarł. 

Mówi się, że

 jak

 na swoje lata

Trzyma

 się całkiem nieźle.

Skończył, wypuścił

 powietrze

 ustami i spojrzał na kierowcę.

– Nic z tego

 nie

 rozumiem. Dla mnie to jak szyfr. Nie znam się na poezji.

background image

Kąciki

 ust

 kierowcy drgnęły.

– Tego

 by

 brakowało, żebyś się znał. Rzeczywiście to coś w rodzaju szyfru.

Pasażer odwrócił głowę w stronę

 bocznej

 szyby i zacisnął dłonie na plecaku. Milczeli. Usłyszeli szum

silników lotniczych.

Mężczyzna otulił się ramionami. Podwinął rękaw płaszcza i spojrzał

 na

 zegarek.

– Podrzucisz

 mnie

 bliżej?

Kierowca, nie

 mówiąc nic, odpalił silnik. Bez przeszkód dotarli pod terminal.

– Co będziesz

 teraz

 robił?

Pasażer odpiął pasy.
– Mam

 jeszcze

 jedną sprawę do załatwienia. Nie mogę się mylić… A potem? Potem nie wiem. A ty?

– Lepiej

 nie

 pytaj. – Mężczyzna poprawił włosy spięte w kucyk. – W każdym razie tam, gdzie jadę, jest

więcej słońca. Ostatnio i tu zrobiło się gorąco, ale nie o takie ciepło mi chodzi. Jeszcze chwila i przyjdzie
im do głowy, że jestem kumplem tego Trynkiewicza.

Dawno

 nie było go w kraju, ale był na bieżąco z najgłośniejszymi wydarzeniami.

Pożegnali się

 bez

 słowa. W ich wypadku było to zbędne. Starszy wysiadł z samochodu i zarzucił plecak

na ramię. Wiatr rozwiał mu poły płaszcza. Przez chwilę mężczyzna wyglądał jak ktoś z innego świata.

Miał  już  odjechać,

  gdy

  usłyszał  pukanie  w  boczną  szybę.  Niespodziewanie  pasażer  znalazł  się  po  tej

stronie.  Taka  drobna  sztuczka  na  pożegnanie,  zupełnie  w  jego  stylu.  Mężczyzna  opierał  się  o  samochód
i trzymał coś w dłoni.

Znów

 pukanie. Kierowca

 uchylił szybę.

–  Zapomniałbym,

  to

  dla  ciebie. 

Sarom

e.  Japońska  zapalniczka. 

Sarom

e

  po

  japońsku  oznacza  „bóg

ognia”. No i jest znacznie lepsza niż ten twój szajs.

Kierowca

  wziął  zapalniczkę.  Chłód  metalu.  Ktoś  z  tyłu  zniecierpliwiony  zatrąbił.  Spojrzenie  we

wsteczne  lusterko.  I  znów  rzut  oka  na  prezent.  Mimo  zmroku  dostrzegł  na  chromowanej  obudowie
wygrawerowaną datę i litery.

1969. L

K

– Nie wiedziałem, że paliłeś.
–  W  ogóle  mało

  wiemy

  o  sobie,  prawda?  Mimo  że  znamy  się  dość  długo.  Ta  zapalniczka  była

w dobrych rękach. Opowiem ci kiedyś o tym.

Kolejny

 dźwięk klaksonu. Tym razem jakby bardziej agresywny.

Kierowca

  uniósł  rękę  do  góry  w  geście  przeprosin  i  ruszył  z  piskiem  opon.  Spojrzał  w  lusterka,  ale

nigdzie nie dostrzegł mężczyzny w płaszczu.

Tylko

  przy  drodze  w  okolicy  lotniska  pozostały  brunatne  sterty  śniegu.  W  centrum  miasta  po  zimie

nie było ani śladu. Naprawdę końcówka zimy.

Co

  będzie  robił?  Naprawdę  nie  wiedział.  Ale  miał  jeszcze  coś  do  załatwienia.  Komunikaty

meteorologiczne. Rzeczywiście stały się dla niego ważne.

Gdy

  Rudolf  Heinz,  policjant  i  najlepszy  profiler  w  Polsce,  do  niedawna  o  nieposzlakowanej  opinii,

wjeżdżał w osiedlową uliczkę, nie myślał już o lotnisku i swoim towarzyszu.

Myślał o wilczych kłach.
O zębach, które lśnią

 jak

 wilcze kły.

background image

Część I

Maxwell’s Silver Hammer

background image

1

Pierwszy

  strzał  przebił  szybę  na  wysokości  głowy  pasażera,  druga  kula  powędrowała  między  fotele,

kolejna  utkwiła  w  klatce  piersiowej  kierowcy.  Dziwne  to  uczucie,  gdy  strzela  się  do  policyjnego
samochodu.  A  jeszcze  dziwniejsze,  gdy  w  radiowóz  mierzy  policjant.  Trzymałem  strzelbę  gładkolufową
kaliber .22 i składałem się do kolejnego strzału.

Był

  czerwcowy

  poranek.  Na  kępkach  trawy  lśniły  krople  rosy,  a  gdy  zdejmowałem  słuchawki  peltor,

słyszałem  dobiegający  z  oddali  świergot  ptaków.  Byłem  na  poligonie  szkoły  policyjnej  w  Pile,  a  za  mną
stał przeraźliwie chudy, ubrany na czarno mężczyzna.

Gdy

 za broń chwyta amator, stań za jego plecami.

Tak

 powiedział.

Facet

  składał  się  z  samych  mięśni  i  ścięgien  i  nazywany  był  Munchem.  Widocznie  komuś  bardzo

dawno  temu  skojarzył  się  z  norweskim  malarzem  i  jego  najsłynniejszym  dziełem.  I  tak  już  zostało.
W  policji  czasami  trafiają  się  pasjonaci  sztuki,  tak  jak  w  każdej  grupie  zawodowej,  a  potem  są  takie
błyskotliwe efekty.

– No

 jak

 było tym razem, Munchu? – Zsunąłem słuchawki, odwróciłem się i spojrzałem na kościstą

twarz wyrażającą wieczne zdumienie.

Przyjechałem

 do

 Piły wcześniej. Miałem poprowadzić warsztaty z profilowania dla dwunastoosobowej

grupki pozbieranej z różnych województw. Pracowałem z policjantkami i policjantami, którzy postanowili
poszerzyć kwalifikacje. Żadne z nich nie było specjalistą w mojej działce i to wcale nie ułatwiało zadania.
Dwóch,  jeden  z  Gdańska,  drugi  ze  Szczecina,  przysypiało  w  rogu  salki  wykładowej.  W  sumie  miałem  to
gdzieś. Z dnia na dzień ich twarze, nosy i oczy były coraz bardziej zaczerwienione, a ja wiedziałem, że nie
był  to  efekt  palącego  słońca.  Pewnie  któregoś  pięknego  wieczoru  już  bardzo  zmęczeni  zaklinują  się
w  obrotowej  bramce  prowadzącej  do  części  hotelowej  i  to  będzie  ich  koniec.  Jak  nie  teraz,  to  przy
następnym  szkoleniu.  Jeśli  chodzi  o  pozostałą  dziesiątkę,  rozkład  sił  był  do  przewidzenia:  prymus
z  Krakowa,  kujonka  z  Poznania  i  bezczelny  koleś  z  Warszawki.  Jeden  miejscowy,  z  pilskiej
dochodzeniówki. I jeszcze dwie milczące dziewczyny, zawsze siadające w środkowym rzędzie. Najbardziej
irytujący  był  ten  z  Warszawy.  Widzisz  mowę  ciała  i  czujesz  ewidentny  brak  chemii.  Kręcił
z  niedowierzaniem  głową,  otwierał  zdumione  oczy,  uśmiechał  się,  a  z  wyrazu  jego  twarzy  można  było
wyczytać  pytanie:  co  ja  tutaj  robię?  Zawsze  w  pierwszym  szeregu,  pewność  siebie,  taki  kierownik  kuli
ziemskiej.  Więc  ten  odstawiał  swój  teatrzyk,  prymus  i  kujonka  zadawali  pytania,  pozostali  cicho
kibicowali jednej lub drugiej stronie, a może nawet przyjmowali zakłady: kto kogo. Generalnie wszystko
było w normie.

Zaczęło się

 pierwszego

 dnia, po godzinie, gdy kujonka znienacka zapytała mnie, co sądzę o 

Behavioral

Evidence  Analysis

.  Te

  trzy  słowa  wymówiła  z  akcentem  godnym  farmera  z  Kentucky.  A  przynajmniej

godnym porcji skrzydełek w KFC. Ciekawe, gdzie o tym wyczytała.

Klasyka.  Zawsze

  ktoś  z  czymś  wyskoczy,  by  sprawdzić  prowadzącego.  Z  czymś  mądrym.  Jak  nie

overkillin

g

, to

 coś mniej banalnego. Tak jak teraz.

–  Z  całym

  szacunkiem,  ale

  nie  sądzę,  byśmy  byli  na  tym  poziomie,  by  zajmować  się  BEA  –

odpowiedziałem.

Dziewczyna

 pokręciła głową i powtórzyła pytanie. Reszta gapiła się na mnie, a jeden, ten w pierwszym

rzędzie,  uśmiechnął  się  ironicznie.  Był  koło  trzydziestki,  przerzedzone  blond  włosy.  I  przede  wszystkim
wysokie czoło. Jak Anders Breivik albo John Cleese. Dwaj faceci o niebanalnym poczuciu humoru. Ten,
który  siedział  przede  mną,  kojarzył  się  bardziej  z  Norwegiem.  Ochrzciłem  go  więc  w  jedyny  możliwy
sposób.

Zatem

 klasyka. Kto kogo.

Wziąłem głęboki wdech.
Opowiedziałem  o  badaniach

  prowadzonych

  przez  Brenta  Turveya  i  czym  BEA  różni  się  od

tradycyjnych  metod  stosowanych  przez  FBI,  a  także  o  tworzeniu  profili  opartych  na  wywiadach
z przestępcami.

– Pamiętajcie,

 seryjni

 mordercy to uwodziciele. Potrafią wkręcić w swoją opowieść. A ta często różni

background image

się od tego, co mówią nam ślady i analiza wiktymologiczna. Wniosek płynie z tego taki: więcej dedukcji,
stosowanie jednak klasycznych metod, mniej zaufania dla wywiadów z przestępcami oraz ich opowieści.
Zresztą… Zresztą coś wam pokażę.

Dwóch policjantów przysypiało, a ja szukałem w laptopie

 odpowiedniej

 prezentacji.

No

 jak było tym razem, Munchu?

Naprawdę nazywał się Paweł Kolęda,

 ale

  jeśli  tylko  mógł,  unikał  swojego  nazwiska.  Przecięliśmy  się

lata  temu,  przy  okazji  jakiegoś  szkolenia.  On  był  w  kiepskiej  formie  i  ja  też.  Na  mój  stan  miał  wpływ
nadmiar pitego alkoholu, na jego – użeranie się z adeptami trudnej sztuki strzeleckiej.

–  Niby

  fajnie.  Praca

  na  łonie  przyrody.  Tylko  gdy  w  niecce  strzelnicy  robi  się  plus  czterdzieści  lub

minus  dwadzieścia,  przestaje  być  przyjemnie.  Poza  tym  gdy  robisz  w  tym  fachu,  musisz  mieć  oczy
naokoło  głowy.  Pełna  koncentracja,  jeśli  jesteś  z  plutonem  na  strzelnicy.  Czasami  zdarzają  się
nieprzewidywalne historie. Na przykład taka, Heinz. Jak do ciebie mówią? Hipis? Na przykład taka, Hipis.
Jesteśmy na osi. Zaraz ma się zacząć strzelanie w pozycji leżącej z AK. Podchodzi chłopak z niewyraźną
miną. Co jest? Taka sprawa, panie podkomisarzu, mówi szeptem. Mamy tu jednego, który odgrażał się, że
jak dostanie kałacha, to nas wszystkich zajebie. Podbiegam, facet stoi z karabinem. Patrzę mu w oczy. On
w  moje.  I  widzę  w  nich  wszystko.  A  zwłaszcza  przymulenie  i  mgiełkę  szaleństwa.  Mogłem  czytać  jak
z książki. Co dalej? Prawy sierpowy, kopniak w brzuch, dwóch się rzuciło i zabrali mu broń. Jeszcze tego
samego dnia dostał wilczy bilet i kilka kopów na drogę.

Takie

  rzeczy  się  zdarzają.  On  opowiadał,  a  ja  kupiłem  flaszkę.  Potem  opowiedziałem  o  eksksiędzu,

który mało mnie nie spalił, a on przyniósł drugą butelkę. Nie wiem, kto postawił trzecią i czy któryś z nas
miał siłę, by coś składnie opowiedzieć.

Podeszliśmy

 do

 samochodu. Stary polonez trzymał się dzielnie. Niedawno saperzy podłożyli pod niego

ładunek, ale przetrwał.

Munch

  zdjął  okulary  z  powłoką 

anti-fo

g

  oraz

 

anti-scratc

h  i  anty-coś-tam-jeszcze,

  ze

  szkłami

z  polaryzacją  powstrzymującą  niekontrolowane  odbicia.  Kosztowały  dobrych  kilka  tysięcy,  a  nie  marne
dwieście złotych jak w internetowych sklepach z militariami dla przygłupów. Popatrzył na szybę. Tylko na
filmach  szkło  pryska  w  drobny  mak.  W  rzeczywistości  pocisk  przebija  szybę,  a  wokół  otworu  powstaje
pajęczynka.

– Pierwszy strzał okej. Pasażer

 nie

  żyje.  Zaraz  poszukamy  pocisku  w  środku.  Są  różne  szkoły.  Jedna

mówi,  żeby  najpierw  zdejmować  pasażera,  bo  ma  wolne  ręce  i  jest  bardziej  niebezpieczny,  druga,  by
zacząć  od  kierowcy.  Tylko  że  nie  skontrolowałeś  odrzutu.  Ten  drugi  strzał  pomiędzy  nich  –  pokazał
palcem – to lipa. Co to było? Facet by odjechał, a ty wąchałbyś smród spalin. Poza tym za wolno. Znów za
wolno strzelałeś. A ja liczyłem na ciebie. I taką fajną strzelbę dostałeś.

Rzeczywiście,

 nie

 był to mossberg, który jest standardowym wyposażeniem oddziałów szturmowych,

ale stara włoska strzelba z pięknie inkrustowaną kolbą i równie finezyjnie zdobionym zamkiem. Munch
czule  pogładził  broń.  Potem  pochylił  się,  zebrał  gilzy  i  wsunął  do  kieszeni.  Pomyślałem,  że  ma
fetyszystyczny stosunek do broni palnej, ale zostawiłem tę uwagę dla siebie.

–  Chodź,

  podjedziemy,  Hipis,  na

  główną  oś.  Mam  jeszcze  dla  ciebie  niespodziankę.  Wyluzujesz  się

przed swoimi uczniami.

Podeszliśmy

 do

 niebieskiego forda i Munch otworzył bagażnik.

– Specjalnie

 dla

 ciebie pistolet automatyczny stworzony przez panów Hecklera i Kocha. Będziesz miał

szansę się wykazać.

Pokazałem

 im

 zdjęcia i opisałem okoliczności. Nawet tych dwóch z tyłu się ocknęło.

Radom.  Straszna

  jatka.  Mnóstwo  krwi  i  nóż  w  roli  głównej.  Mieszkanie  na  parterze

w  czteropiętrowym  bloku.  Małżeństwo  siedemdziesięciolatków.  Poza  tym  wigilia.  Drzwi  do  mieszkania
było otwarte. Okno też. Ciała zostały znalezione przez dzieci i wnuki, które przyjechały na kolację. Ot, taki
prezent na całe życie.

Analizowali

  fotografie  przez  godzinę.  Mieli  ustalić  najbardziej  prawdopodobną  wersję  zdarzeń.

Wypaliłem  w  tym  czasie  dwa  chesterfieldy,  wypiłem  kawę,  zamieniłem  kilka  zdań  z  zastępcą
komendanta.  Ktoś  oprowadzał  gimnazjalistów  po  szkole.  Grupka  stanęła  przy  oknie,  z  którego  widać
drzewo  nazywane  w  żargonie  szkoły  „sandałowym”.  Z  gałęzi  zwisały,  niczym  dojrzałe  owoce,  buty
policjantów, którzy szczęśliwie skończyli swój pierwszy podstawowy kurs. Na „sandałowcu” wisiały różne
rozmiary. Buty kobiece i męskie. Całkiem rozpadające się i w dobrym stanie. W sumie kawałki ludzkich
historii.  Wróciłem  do  naszej  salki.  Moi  uwinęli  się  z  zadaniem  i  wytypowali  prymusa  z  Krakowa,  który

background image

miał zreferować ustalenia.

–  Nie

  mamy

  pewności,  ale  sprawców  było  przynajmniej  dwóch.  Wskazuje  na  to 

modus

  operandi

.

Tych

 dwoje zabito w odmienny sposób. Kobiecie zadano ponad dwadzieścia ciosów w różne części ciała,

bezładnie, na oślep. W wypadku mężczyzny mamy trzy trafienia, w tym dwa powierzchowne. On musiał
zginąć  pierwszy.  Być  może  podzielili  się  robotą.  Mężczyznę  zabił  zawodowiec,  tego  drugiego  zaskoczyła
obecność  staruszki,  kobieta  zdążyła  otworzyć  okno,  by  wezwać  pomoc.  Mord,  jak  to  w  święta,  na  tle
rabunkowym.  Starsi  ludzie  spodziewają  się  gości,  są  zaaferowani  przygotowaniami,  mniej  czujni  niż
zwykle. Jakoś tak się to odbyło.

Patrzyłem

  na

  dwanaście  twarzy.  Prymus  wiercił  się  na  krześle  i  czekał  na  pochwałę.  Kujonka

świdrowała mnie wzrokiem i miała ściągnięte usta. Tylko Breivik uśmiechał się z pobłażaniem i patrzył
na mnie, mrużąc oczy.

–  To

  teraz

  powiem  wam,  jak  najpewniej  było.  Mam  tu  jeszcze  kilka  slajdów  godnych  uwagi,  które

pominąłem, zgoda, pozbawiłem was danych. – Kliknąłem. – Więc po pierwsze, skarpety.

Popatrzyli

 na mnie zaskoczeni.

– Oni

 mieli

 taki zwyczaj. Ona na gwiazdkę dawała mu zawsze skarpety w kratkę, a on jej w paski. I tak

od lat.

Któryś z policjantów zachichotał.
– Szałowa para. I zmysłowa.

Tych

 dwóch z końca pokiwało głowami.

–  Ale

  tym

  razem  –  ciągnąłem  i  pokazałem  kolejne  zdjęcie  –  staruszkowi  nie  było  do  śmiechu.

Widzicie tę torbę z Biedronki? Znaleźliśmy ją pod ich oknem. Wiecie, co tam było? Kasa. Mnóstwo forsy.
Ona  odkładała  pieniądze  przez  te  wszystkie  lata  i  teraz  postanowiła  zrobić  mu  niespodziankę.  Pokazała
mu tę gotówkę. Czaicie?

–  A  facet  wpadł  w  szał  –  odezwał  się  Breivik.  –  Otworzył  okno,  cisnął  tę  torbę,

  babina

  zaczęła

wrzeszczeć i skoczyła do niego, on chwycił za nóż.

– I zadał

  jej

  mnóstwo  ciosów.  Raz,  bo  był  wściekły.  Dwa,  bo  nie  umiał  tego  zrobić.  Trzy,  bo  nóż  był

tępy.  Żaden  tam 

overkilling

 

czy

 inne pierdoły. A potem wziął drugi nóż i zrobił sobie nacięcia. To są tak

zwane cięcia próbne, standard w przypadku samobójców. A potem… – Zawiesiłem głos.

– To

 jednak

 nie było fair, że nie przedstawił nam pan od razu wszystkich okoliczności – odezwała się

kujonka.

–  Może  i  tak.

  Ale

  chciałem  pokazać  wam,  jak  ważna  jest  analiza  śladów.  W  metodzie  BEA  jest

poniekąd tak samo. Mamy wrócić do podstaw. Do tego, co sami zobaczymy. Gadki zostawiamy na potem.
I nie dajemy się im uwieść. Tyle o tym.

Tym

 razem strzelałem zza zasłony. Mimo wczesnej pory czułem, że się pocę. Dwie skrajne tarcze. Bieg

do  kolejnej  kryjówki.  Znów  ogień  ciągły  do  dwóch  innych  sylwetek  i  jeszcze  raz  ta  sama  zabawa.
Wystrzelałem  dwa  magazynki.  Zapach  prochu  unosił  się  w  powietrzu,  czułem  mrowienie  w  dłoniach
i  szczypanie  w  oczach,  gdyż  nie  miałem  okularów  za  kilka  tysięcy.  W  ogóle  ich  nie  miałem.  Zdjąłem
słuchawki.

–  Chodź,

  mistrzu

  –  usłyszałem  –  zobaczymy,  ilu  zabiłeś.  Umówmy  się,  że  nie  widziałem,  ile  czasu

zajęło ci załadowanie drugiego magazynka.

Podeszliśmy

 do

 tarcz, Munch spojrzał na pierwszą i westchnął. Podszedł do następnej. Przyłożył rękę

do sylwetki.

– Popatrz,

 wszystko

 powinno mieścić się w obrysie dłoni. A u ciebie? Siejesz po całości. Tam z tyłu, za

tym złym, są przypadkowe niewinne osoby. Siałeś w ich stronę. Ciekawe, ile z nich oberwało.

Przy

 ostatniej, szóstej tarczy uśmiechnął się. Wyglądał jak rozweselona śmierć.

–  Widzisz,

  tu

  jest  najlepiej.  Wyluzowałeś  się,  mniej  napięcia,  nie  myślałeś  o  zadaniu,  tylko

o przyjemności, jaką daje strzelanie. Może będą jeszcze z ciebie ludzie. – Poklepał mnie po ramieniu. –
Musisz tylko częściej do nas przyjeżdżać.

Strzelanie, które

 sprawia

 przyjemność. Muszę to zapamiętać.

Wracaliśmy

 do

 samochodu.

–  À  propos  miłych  rzeczy.  Dziś

  chyba

  kończysz  ze  swoimi.  Widzimy  się  na  meczu,  prawda?

Dokopiemy ruskim. Należy im się.

Obiecałem, że zajrzę.

 Bez

 większego entuzjazmu.

Chciałbym,  byście  zapamiętali  jedno.  Kontekst.  Najważniejszy

  jest

  kontekst.  Czasem  też  drobiazgi.

background image

I  nie  dajcie  się  zwieść  pozorom.  Statystyki  są  potrzebne,  komputerowe  bazy  danych,  zbierające  do
jednego worka podobne przypadki, też są istotne, ale same nie rozwiążą spraw. Ostatecznie każda sprawa
jest inna i trafi być może w wasze ręce.

Przemawiałem

 jak

 ksiądz na rekolekcjach. Była czternasta, a na dłoniach wciąż miałem ślady prochu.

Za  godzinę  skończymy,  będą  uśmiechy,  przybijemy  piątkę,  każdy  dostanie  certyfikat  ukończenia
warsztatów.  I  do  następnego  razu.  Przyjrzałem  się  mojej  grupce.  Średnia  wieku  trzydzieści  lat.  Dla
słuchaczy  należałem  do  zstępującej  generacji.  Rok,  dwa,  góra  pięć  i  w  moim  wypadku  będzie  po
zawodach. Najpewniej. Moja pogawędka to coś w rodzaju ostatniej walki Apacza. Tak to odbierają i tak na
mnie  patrzą.  Rudolf  Heinz  i  łabędzi  śpiew.  Przesłanie  dla  przyszłych  pokoleń.  Nie  cierpię  tych
podsumowań.

– Na

 koniec

 opowiem wam jeszcze jedną historię. Byłem w tym roku w Glasgow. Mamy tam co dwa

lata zjazdy profilerów. Ciekawe nawet. Był tam profesor z Oksfordu. Kevin Dutton, psycholog. Nie bardzo
lubię psychologów.

Trójka w środkowym rzędzie,

 dwie

 dziewczyny i chłopak z Piły, zgodnie kiwnęła głowami. Oni też nie

lubili.

–  Ale

  akurat

  ten  gość  był  ciekawy.  Wiecie,  co  powiedział?  Że  największy  odsetek  psycholi  można

spotkać w korporacjach, wśród dziennikarzy i prawników. A wiecie dlaczego? Bo są to takie zawody, gdzie
promuje się bezwzględność, urok osobisty, odporność na stres i emocjonalny chłód… – Zawiesiłem głos.

Zmierzałem

 do

 końca.

– W tej

 grupie

 znajdują się także policjanci. Więc przemyślcie sprawę. Może lepiej zostać rzeźbiarzem.

Albo  nauczycielem.  Dutton  mówił,  że  takie  zawody  hamują  psychopatyczne  zapędy,  choć  ich  nie
eliminują.  Ale  najciekawsze  powiedział  na  końcu:  że  niewiele  różni  w  sumie  Teda  Bundy’ego  od
Steve’a  Jobsa.  Małego  skurwiela,  który  potrafił  wyrzucić  faceta  z  roboty  w  windzie  między  parterem
a  trzecim  piętrem.  Kapujecie?  –  Oparłem  ręce  o  blat  stołu.  –  I  jeszcze  jedno.  Zadałem  mu  pytanie,  jak
zatem odnaleźć psychola w naszej populacji? Wiecie, co odpowiedział? Po oczach. Poznaje ich po oczach.
Wyczucie i doświadczenie. 

First

 look.

 Zatem

 – rozłożyłem ręce – bierzcie się do roboty.

Ukłoniłem  się,

  jakbym

  był  na  scenie,  kilka  osób  zaklaskało.  Ci  z  końca  przeciągnęli  brawa.  Kujonka

składała  notatki.  A  mnie  chciało  się  palić.  Wyłączyłem  laptopa  i  schowałem  do  pokrowca.  Kursanci
opuścili salę. Wszyscy z wyjątkiem jednej osoby.

–  Mam

  do

  pana  pytanie,  panie  komisarzu.  –  Breivik  podszedł  do  biurka.  –  Pan  chyba  nie  lubi

korporacji, prawda?

– Czytasz w moich myślach, synu.

Nie

 patrzyłem na niego.

– A ja

  mam

  wrażenie,  że  jest  pan  bardzo  uprzedzony  do  ludzi  sukcesu.  Do  takich,  którym  powiodło

się, o których głośno na Twitterze. Nie lubi pan nowinek technicznych, bo to taki pic na wodę. Założę się,
że nie ma pan konta na fejsie, a zamiast iPhone’a używa pan starej nokii. I nie jestem pańskim synem.

Podniosłem

  wzrok.  Policzki

  Breivika  pokrył  lekki  rumieniec.  Z  korytarza  dobiegło  kilka  męskich

roześmianych głosów. Rozległ się tupot butów.

–  Jeśli  chciałeś  w  ten  sposób  poprosić,  abyśmy

  wymienili

  się  telefonami,  to  nie  tędy  droga  –

powiedziałem cicho.

–  Po

  prostu

  myślę,  że  jest  pan  bardzo  uprzedzony.  A  uprzedzenia  i  profesjonalizm  to  raczej  dwa

bieguny. Takie przesądy nie przeszkadzają panu w pracy? A teraz może spojrzy pan w moje oczy.

Zrobiłem,  o  co  prosił.

  Przez

  kilka  sekund  staliśmy  jak  dwaj  bokserzy.  Byliśmy  podobnego  wzrostu.

Tyle że on szczuplejszy. I znacznie młodszy. Żaden z nas nie drgnął. Czułem, jak napinają mi się mięśnie
pod koszulą, a ciało zyskuje dodatkową gęstość. Breivik odpuścił pierwszy.

– Jestem

 ciekaw, co

 pan w nich dostrzegł. Bardzo jestem ciekaw, panie komisarzu.

Nie

  spodziewał  się  odpowiedzi,  a  ja  nie  zamierzałem  jej  udzielać.  Uśmiechnął  się,  niemal

niedostrzegalnie  skinął  głową  i  wyszedł.  Przez  chwilę  wpatrywałem  się  jeszcze  w  pustą  przestrzeń.
W miejsce, gdzie krzyżowały się nasze spojrzenia. A potem zrobiłem to samo co Breivik. Opuściłem salę.

Mężczyzna wyłączył dyktafon. Podwinął

 mankiety

  białej  koszuli.  Najpierw  zajął  się  lewym  rękawem,

następnie, z równą starannością i metodycznie, prawym. Popatrzył przez okno. Zamknął je godzinę temu,
aby nic go nie rozpraszało. Utkwił wzrok w szarej bryle ministerialnego gmachu po drugiej stronie ulicy.
Zamknął  oczy,  wykonał  kilka  półkoli  głową,  od  lewego  ramienia  do  prawego  i  z  powrotem.  Był  gotów
pracować dalej.

background image

W jego

 robocie

  najważniejsza  była  systematyczność.  Systematyczność  oraz  cierpliwość.  Żadnej  drogi

na skróty.

Cofnął

 nagranie

 i usłyszał ten sam zmęczony, nieco zachrypnięty głos.

– Jestem

 ciekaw, co

 pan w nich dostrzegł. Bardzo jestem ciekaw, panie komisarzu.

Mężczyzna sięgnął

 po

 długopis i zapisał coś na kartce.

–  Jestem  pewien.  –  Głos  umilkł,

  potem

  dało  się  słyszeć  szczęk  zapalniczki  i  odgłos  wypuszczanego

dymu. – Więc jestem pewien, że będziecie tego nagrania słuchali nie raz. Będziecie je analizowali, szukali
dowodów, raz jeden z was, raz drugi. I wiecie co? Życzę powodzenia.

Potem

 zaległa cisza.

Mężczyzna słyszał już

 to

 nagranie. Mało tego, był przy nim. Widział policjanta siedzącego na krześle,

pochylonego  do  przodu,  z  siwym  trzydniowym  zarostem  na  twarzy,  zaczesującego  ręką  włosy,  które
fantazyjnie  odstawały  na  wszystkie  strony.  A  teraz  postać  ta  skurczyła  się  do  niewielkich  rozmiarów.
Zamknęła  w  urządzeniu  wysokiej  klasy.  Doskonała  jakość  dźwięku.  Tak,  oczywiście,  mieli  nagranie
zarejestrowane  na  kamerze,  ale  mężczyzna  wolał  słuchać  słów.  Obrazy  są  złudne.  Wprowadzają
niepotrzebne zamieszanie.

Przez

 dobrą minutę nikt na nagraniu nie powiedział słowa. Odgłos palenia papierosa i skrzyp krzesła

to jedyne dźwięki, które w tym czasie zostały zarejestrowane.

Mężczyzna pochylił się

 nad

 dyktafonem.

– Życzysz

 powodzenia

 – powiedział, jakby przemawiał do żywego człowieka. – No to zobaczymy, jak

będzie. Naprawdę, zobaczymy, Heinz, jak to się skończy.

background image

2

Nie cierpisz piłki nożnej? Naprawdę?
– Naprawdę.
Zdziwione  oczy  kolegów  i  zdania  powtarzane  jak  natrętny  refren.  Ci  starsi  kilka  razy  zapytali  go

o  Heinza  piłkarza.  Był  taki  wiele  lat  temu.  Odpowiadał,  że  to  przypadkowa  zbieżność  nazwisk.  Nie  miał
ochoty  nic  tłumaczyć  i  opowiadać  swojego  życia.  A  już  w  ogóle  nie  chciał  wracać  do  czasów,  gdy  Józef
Heinz,  piłkarska  gwiazda  ze  Śląska,  opuścił  rodzinę,  zostawił  żonę  i  małego  chłopca,  by  grać
w  Niemczech.  Dwa  lata  temu  spotkali  się  po  raz  pierwszy  po  kilkudziesięciu  latach.  I  od  razu
w szczególnych okolicznościach, gdy musiał ojcu ratować życie. W ciągu ostatnich miesięcy kilkakrotnie
budziły  go  wspomnienia.  Piwnica.  Uprowadzony  chłopiec,  związany  ojciec.  I  nóż  w  rękach  psychopaty.
Później rozmawiali kilkakrotnie przez telefon. Józef, a właściwie już od dawna Joseph, zapowiedział swój
przyjazd.  Ale  to  nastąpi,  gdy  Polacy  wyjdą  z  grupy.  Może  po  starej  znajomości  skołuje  bilety  na  mecz.
Bilety, nie bilet.

Propozycję  poprowadzenia  warsztatów  w  Pile  przyjął  z  ulgą.  Chciał  uciec  od  Euro.  Uwolnić  się  od

piłkarskiej  zarazy,  która  rozprzestrzeniała  się  szybciej  niż  jakikolwiek  wirus.  Wprawdzie  w  Katowicach
nie  rozgrywano  meczów,  ale  epidemia  nie  ominęła  tego  miasta.  Banery  i  billboardy  zachęcały  do
odwiedzenia  strefy  kibica,  puby  zapraszały  na  coś  zimnego  i  gorący  doping,  sąsiedzi  w  „kukurydzy”  na
Osiedlu  Tysiąclecia  tworzyli  w  oknach  i  na  balkonach  futbolowe  ołtarzyki,  pełne  flag,  szalików
i  reprezentacyjnych  gadżetów.  Karolak,  sąsiad,  który  mieszkał  piętro  niżej,  ustawił  na  balkonie  coś
w  rodzaju  kukły  piłkarza.  Wypchana  pakułami  reprezentacyjna  koszulka  i  piłka  w  miejscu  głowy.
Karolakowie  nawet  papieża  tak  nie  witali.  W  gazetach  reportaże  o  dzielnych  budowniczych  autostrad,
kojarzące się Heinzowi ze stachanowskimi poematami ku czci przodowników wytopu surówki. W radiu
niewydarzony  antropolog  opowiadał  o  cywilizacyjnym  skoku,  który  towarzyszyć  miał  mistrzostwom.
Gamoń. I jeszcze w perspektywie wizyta starego, który nawiedzi ojczyznę. Całe szczęście, że ubywa tych,
którzy go pamiętają.

W  Pile  jednak  nie  było  dużo  lepiej.  Od  Euro  nie  dało  się  uciec.  Poprzedniego  dnia  po  południu

pokręcił  się  trochę  i  spotkał  trzech  Irlandczyków.  Dowiedział  się,  że  byli  w  mieście,  którego  nazwy  nie
zapamiętali.  Tam,  gdzie  mieszkał  Kopernik.  I  jakimś  cudem,  sami  nie  wiedzieli  dlaczego,  zabrakło  dla
nich miejsc w hotelu. Byli absolutnie pijani i absolutnie szczęśliwi. Powiedz nam, bracie, w jakim mieście
jesteśmy. WhatPila? Ale to ciągle w Polsce? Okej.

Zrobił swoje i właściwie powinien wracać do Katowic. Popatrzył na zegarek. Wyliczył, że gdy dojedzie,

będzie  naprawdę  późno.  Czuł  narastające  zmęczenie.  I  jeszcze  ten  Breivik,  który  wyprowadził  go
z  równowagi.  Postanowił,  że  zostanie.  Kilka  godzin  nie  robi  różnicy.  Być  może  szukał  pretekstu,  by  nie
odczuwać samotności, gdy otoczony i odizolowany blachą, będzie wracał do domu. Być może chciał się po
prostu napić tego wieczoru.

Od  dwóch  dni  mecz  z  Rosją  był  tematem  numer  jeden.  Będą  prowokacje  i  uliczne  walki?  Będą.

Chłopaki zacierali ręce. Byli na tyle daleko od Warszawy i Stadionu Narodowego, że nie groziło im żadne
uzupełnianie  zasobów  i  tworzenie  taktycznej  rezerwy  na  wypadek,  gdyby  sytuacja  wymknęła  się  spod
kontroli. Mogli spokojnie usiąść w lokalu i kibicować.

Heinz przyszedł do baru dwie godziny przed meczem. Wiedział, że dziś stężenie policjantów w „Misiu”

przekroczy  wszelkie  dopuszczalne  normy.  Można  by  zrobić  pomiary  do  Księgi  Guinnessa.  Pamiętał,  że
przez  chwilę  była  w  tym  miejscu  sieciowa  restauracja,  ale  nie  przyjęła  się.  „Miś”  nawiązywał  nazwą  do
peerelowskiego  filmu,  był  dość  przyjazny  i  na  tyle  przestronny,  że  mogli  tu  przebywać  równocześnie
nawet  ci,  którzy  za  sobą  nie  przepadali.  Trzeba  tylko  wyjść  ze  szkoły  policji,  przeciąć  zawsze  pusty  plac
i po minucie, jak powiedziałby GPS, osiągasz cel.

Rozejrzał się. Sporo miejsc było zajętych, najwięcej w okolicach wielkich monitorów. Ktoś zamachał

ręką.  Munch  w  towarzystwie  dwóch  kolegów,  jednego  ze  szkoły  oraz  oficera  z  Warszawy.  Na  pustych
krzesłach leżały biało-czerwone flagi i szaliki.

Podszedł  do  baru  i  stanął  w  kolejce.  Na  ekranie  telewizora  widział  relację  na  żywo  z  centrum

Warszawy. Kilkakrotnie pokazywali dwie grupki. Jedna goniła drugą, ale trudno było zorientować się, kto

background image

jest kim. Potem przebitka na okolice stadionu. Tu z kolei kilka starszych osób z transparentami: „Putin
morderca” oraz „Bracia Rosjanie! Nie chrońcie winnych mordu w Smoleńsku”.

– Będą niezłe jaja. – Barman wskazał głową monitor. – Już są. Co podać?
Kupił cztery piwa. Na jakiś czas miał spokój z chodzeniem. Następną kolejkę postawi ktoś inny.
Przysiadł  się  jeszcze  jeden.  Micio.  Tak  się  przedstawił.  Ni  to  imię,  ni  nazwisko.  Komenda  miejska  w

Augustowie. Podał Heinzowi lepką od potu dłoń i usiadł na sąsiednim krześle. Miał na sobie biały T-shirt,
który przylegał do ciała, a na wysokości brzucha pojawiła się plama o rozmiarach piłki. Heinz przesunął
się w bok, ale w sumie niewiele mógł zrobić. Wymienił spojrzenia z Munchem, który drugi raz tego dnia
miał oblicze zadowolonej śmierci.

Reporter,  który  pojawił  się  na  ekranie,  żywo  gestykulował  i  pokazywał  dłonią  za  siebie.  Heinz

rozpoznał  rondo  de  Gaulle’a.  A  potem  kamera  pokazała  dwie  grupy.  Kibice  wygrażali  pięściami
policjantom  uzbrojonym  w  tarcze  i  pałki.  „Nakarmimy  psa,  psa,  psa”,  wrzeszczeli  jedni,  a  policyjny
szpaler  zrobił  krok  do  przodu.  Kibice  zaczęli  skandować  równocześnie  dwa  hasła.  „Raz  sierpem,  raz
młotem, gestapo, czerwoną hołotę, gestapo, gestapo”. Okrzyki wymieszały się, a potem ktoś zaintonował
hymn. Szaliki i flagi powędrowały w górę.

–  Będzie  zabawa,  będzie  się  działo  –  mruknął  ten  z  Warszawy.  Nazywał  się  Andrzej  Pyza  i  pracował

w  laboratorium  kryminalistyki  w  komendzie  stołecznej.  –  Dobrze,  że  jesteśmy  tu.  Właściwi  ludzie  na
właściwym miejscu.

Stuknęli się szklankami.
Atmosfera gęstniała, zgiełk rósł i przybywało kibiców. Kilka twarzy Heinz znał z widzenia, ktoś mu się

ukłonił. Kilka razy ktoś krzyknął: „Polska biało-czerwoni”, inny, gdzieś przy barze, zawołał Adamiakową,
rozległ się rechot i brzęk tłuczonego szkła.

Do  meczu  pozostały  minuty,  w  telewizorze  analizowano  składy  drużyn,  a  Pyza  opowiadał,  co  mu  się

przed laty przytrafiło. Policyjne opowieści tysiąca i jednej nocy, na które zawsze jest czas i miejsce, gdy
spotkają się ludzie z branży z różnych stron kraju.

–  Nie  pracowałem  jeszcze  wtedy  w  stołku.  Dzwoni  dyżurny,  że  na  zadupiu,  gdzieś  na  peryferiach

Warszawy, ciało znaleźli. Minus dwadzieścia, zimno jak skurwysyn, jadę, tam już czeka ekipa. Mówią mi,
że  libacja  była  i  jeden  musiał  dostać  nożem.  Na  miejscu  pusto,  żadnych  świadków,  no  to  pytam,  skąd
wiedzą.

– Od wróżbity Macieja – wtrącił Munch.
–  Wtedy  go  jeszcze  nie  było.  A  przydałby  się.  Jasnowidz  Jackowski  był  na  topie.  Powiedzieli,  że

szklanki  po  wódce  stały.  Aha,  i  nienapoczęta  flaszka.  I  wiecie,  co  zrobili?  Wymyli  naczynia  i  rozrobili
wódeczkę, bo zimno przecież.

– Umyli… Higieniści jacyś – powiedział Heinz.
–  Potem  chcieli  mnie  wrobić,  że  nie  zabezpieczyłem  śladów.  Dopiero  gdy  zagroziłem  pismem  do

prokuratora, odpierdolili się. Do takich bez kija nie podchodź.

–  Ja  ostatnio  miałem  faceta,  który  wkładał  sobie  kabelki  w  dupę  –  powiedział  Micio.  Nie  było

wątpliwości,  że  chce  przebić  poprzednią  opowieść.  Przejechał  dłonią  po  blacie,  pozostawiając  tłustą
smugę, spojrzał na ekran i wyprostował się. – Zaczekajcie.

Wstał  i  chwycił  za  szalik.  Wiele  osób  w  „Misiu”  zrobiło  to  samo.  Heinz  wstał.  Nie  miał  szalika  ani

flagi. Nie zaśpiewał hymnu.

– Dobra – sapnął – zanim się rozkręcą, to wam powiem. Więc z jednej strony wtyczka do kontaktu,

a z drugiej… – Wykonał gest, jakby mocował coś za plecami.

–  Tak  się  stymulował,  czy  jak  to  nazwać…  I  wiecie  co?  Elektrycy  robili  jakąś  instalację  w  bloku,

nastąpiło przepięcie. Nie było co z niego zbierać.

– W sumie piękna śmierć  –  mruknął  Heinz.  –  Jest  też  takie  powiedzenie,  że  coś  się  pali  koło  dupy.

Ale żeby aż tak…

Pokiwali głowami. Pięciu jeźdźców Apokalipsy. Pięciu policyjnych mędrców.
Munch w sobie tylko znany sposób, nie ruszając się z miejsca, załatwił następną kolejkę. Ktoś chciał

im podebrać krzesło. Było zajęte.

– Na kogo właściwie czekamy? – spytał Heinz.
–  Na  „Ruska”  –  powiedział  pilski  policjant.  –  Borys  Rusiński  od  nas,  ten  z  dochodzeniówki.  Był

u  ciebie  na  kursie.  Dziwne  –  spojrzał  na  zegarek  –  że  go  jeszcze  nie  ma.  A  „Rusek”  byłby  dzisiaj  jak
najbardziej na czasie.

background image

Roześmiał się, podkreślając finezję swojego dowcipu.
Mecz  trwał  w  najlepsze.  Co  chwila  ktoś  podrywał  się  i  zawiedziony  opadał  na  krzesło.  Kilku  nie

wytrzymało.  Porzucili  wygodne  miejsca  i  wpatrywali  się  w  ekran  na  stojąco.  Heinz  poszedł  do  toalety.
Przepłukał zimną wodą twarz i wtedy usłyszał złowrogie buczenie, które przerodziło się w jęk. Wyszedł,
spojrzał na miny kibiców i nie musiał patrzeć na ekran, by wiedzieć, co się stało.

– Piękna śmierć – mruknął. Tym razem tylko do siebie.
Wyszedł przed bar i zapalił papierosa. Nikt się nie śmiał, palacze rozmawiali cicho, jak na pogrzebie.

Pomyślał,  że  jeśli  Polacy  przerżną  ten  mecz,  to  w  istocie  będzie  pogrzeb.  Kolejna  żałoba  narodowa.
Dyscyplina, w której bylibyśmy wielokrotnymi mistrzami. Był ciepły czerwcowy wieczór. Pomyślał nagle,
że  przydałoby  mu  się  parę  dni  wolnego.  Nie  wiedział  jeszcze,  jak  by  je  spędził,  ale  przydałyby  się  teraz.
Może  spędziłby  je  sam.  Albo  z  gitarą.  Lub  z  kobietą.  Z  pewnością  nie  z  jedną  i  drugą  naraz.  To  już
wiedział.

Wrócił  do  stolika.  Popatrzył  na  ponure  twarze.  Micio  ukrył  twarz  w  dłoniach.  Pyza  skubał  nerwowo

hiszpańską bródkę. Munch wysyłał wiadomość.

I wtedy zobaczył kolejnego gościa wchodzącego do baru. Wysokie czoło. Czarny T-shirt. Żadnych barw

narodowych.  Breivik  przelotnie  spojrzał  na  ekran  i  zaczął  się  rozglądać  po  sali.  Też  postanowił  zostać
w Pile jeden wieczór dłużej.

–  Widzicie  tego  kolesia?  –  Heinz  wskazał  głową.  Wszyscy  pochylili  się  w  jego  stronę,  a  on  zaczął

tłumaczyć.

W końcu Breivik ich dostrzegł. Zobaczył też wolne miejsce przy stoliku.
– Przepraszam, czy mogę się do panów dosiąść? – Spojrzał na Muncha.
Najpewniej uznał, że ten jest tu szefem.
Munch powoli uniósł głowę.
– To zależy.
– Od czego?
–  To  zależy  –  powtórzył  Munch.  –  Zależy,  czy  wspomagasz  Orkiestrę  Świątecznej  Pomocy  i  czy

wrzucasz do tych śmiesznych puszek.

Breivik  otaksował  wszystkich  spojrzeniem.  Micio  zacisnął  wargi  i  lekko  kiwał  głową.  Pyza  wciąż

skubał brodę. Heinz patrzył mu prosto w oczy.

– Tak – odpowiedział Breivik. – Czasami wrzucam do tych śmiesznych puszek.
– Bo widzisz – ciągnął Munch – tu jest stolik takich, którzy nie wrzucają. Stolik odrzuconych.
– Można wiedzieć dlaczego? Dlaczego nie wrzucacie?
Śmierć uśmiechnęła się.
–  Można.  Widzisz,  nie  lubimy  być  dobrzy.  Albo  inaczej:  nie  lubimy,  gdy  nas  się  do  tego  zmusza.

Chcemy  być  dobrzy  wtedy,  gdy  sami  o  tym  zadecydujemy,  a  nie  na  zawołanie.  Wszystko  we  właściwym
miejscu, o właściwej porze.

–  Ja  mam  taką  zabawę  –  wtrącił  się  Pyza.  Wypił  łyk  piwa.  –  Od  lat,  gdy  orkiestra  kwestuje,  gram

w taką grę. Nazwałem ją Grą w Serduszko. Wiesz, na czym polega? Wychodzę na Trakt Królewski i przez
dwie  godziny  idę  tak,  by  nie  dać  się  złapać  i  przypiąć  sobie  tego  cholernego  czerwonego  serduszka.
Watahy wolontariuszy. Obława jak za okupacji. I nie daj się złapać. Wiesz, jakie to trudne?

Breivik milczał.
– Wy tam w Warszawie to macie nieźle najebane – powiedział Micio.
– Akurat tę grę podsunął mi kumpel z Poznania. Miasta słynącego z hojności.
Przez  chwilę  słyszeli  rozemocjonowany  głos  Dariusza  Szpakowskiego.  Ponoć  nasi  piłkarze  odnaleźli

już rytm gry. A potem wszyscy, wszyscy z wyjątkiem Breivika, parsknęli śmiechem.

– W sumie więc jest z tobą tak. – Heinz wyciągnął przed siebie zaciśniętą pięść i skierował kciuk do

dołu.  Pozostali  zrobili  to  samo  i  potrząsali  rękami.  –  Wiesz,  o  co  chodzi?  Nie  lubimy  cię.  Hejtujemy,
dislajkujemy czy jak się to na tym twoim fejsie nazywa.

– W sumie, chłopaki – Munch przeciągnął się na krześle – moglibyśmy go jeszcze zapytać o piosenkę

Madonny. Dać jeszcze jedną szansę. O czym jest Like a Virgin?

Heinz obrzucił spojrzeniem Micia, Pyzę i tego z Piły. Nie był pewien, czy wiedzieli, o co chodzi.
– Bo jedyna prawdziwa odpowiedź, która zapewniłaby ci miejsce przy stole, jest taka, że to piosenka

o tobie.

– Kurwa – warknął Breivik i zrobił krok do przodu. – Jedyna prawdziwa odpowiedź…

background image

Nie dokończył. Munch uniósł się błyskawicznie i zamarł. Otworzył usta. Sekundę, może dwie narastał

tumult na sali, a potem histeryczny ryk niemal rozsadził ściany.

–  Błaszczu!  –  krzyknął  Micio.  Przeciągnął  ostatnią  samogłoskę  i  przykleił  się  spoconym  ciałem  do

Heinza. – Jak on to zrobił!

Polacy strzelili wyrównującą bramkę. Żałoby nie będzie. Rozpoczęła się feta. Jedną skrajność zastąpiła

inna.

Profiler  uwolnił  się  z  objęć.  Spojrzał  na  Muncha,  który  zajęty  był  robieniem  zdjęcia

rozentuzjazmowanym kibicom. Odwrócił się do Breivika.

– Spieprzaj stąd – wysyczał. – Spieprzaj, zanim ten koleś przypomni sobie o twoim istnieniu. Idź do

baru i napij się czegoś zimnego. Możesz wziąć nawet na mój koszt. Ale spadaj i to już!

Patrzyli  sobie  w  oczy.  Kolejny  raz  tego  dnia.  W  końcu  Breivik  dał  za  wygraną.  Wzruszył  ramionami,

obrócił  się  na  pięcie,  burknął  coś  pod  nosem  i  tyle  go  widzieli.  Na  wielkim  monitorze  z  różnych  ujęć
powtarzano  rajd  Błaszczykowskiego,  zejście  do  środka,  strzał  i  rozpaczliwą  interwencję  rosyjskiego
bramkarza.

W przerwie Heinz wyszedł znów zapalić.
Przy  stoliku  pojawił  się  „Rusek”.  Jakoś  przeoczył  jego  wejście.  Byli  zatem  w  komplecie.  Ale  Borys

Rusiński nie usiadł. Pochylił się, rozmawiał o czymś z Munchem, żywo gestykulowali, a wreszcie mistrz
strzelania wskazał ręką w stronę wyjścia. „Rusek” popatrzył tam i napotkał spojrzenie profilera.

Podszedł szybkim krokiem.
– W jakiej jest pan formie, komisarzu? – zaczął bez zbędnych wstępów.
– Lepszej niż Adamiakowa. I niż ci grajkowie na boisku – odpowiedział.
Policzył. Cztery piwa. Rzeczywiście. Czuł się całkiem dobrze.
– Jest sprawa – powiedział policjant. – Wiem, że nie pańska i że jest mecz, ale mamy ciało. Dlatego

cholera nie mogłem być tu z wami.

– Pechowy dzień, co?
Rusiński przytaknął.
–  Czasami  myślę,  że  nie  ma  innych.  I  naprawdę  przepraszam.  Mamy  ciało  na  byłym  lotnisku

wojskowym  i  są…  są  pewne  okoliczności.  Po  prostu  chciałbym,  by  pan  to  zobaczył. First  look.  Sam  pan
mówił…

Heinz wrócił do stolika i pożegnał się. Wieczór będzie dziś w Polsce długi, niezależnie od końcowego

wyniku.  Wyszedł  przed  „Misia”  i  odetchnął  z  ulgą.  Jakby  zdjęli  mu  ciężar  z  pleców.  W  jednej  chwili
piłkarskie święto przestało go obchodzić.

background image

3

Spokojna  twarz,  zamknięte  oczy.  Żadnych  widocznych  oznak  bólu  lub  strachu.  Chłopak  był  młody.

Góra dwadzieścia lat, ale pewnie mniej. Sklejony kosmyk włosów przesunięty nieco na lewą stronę czoła,
szczątkowy  zarost  na  policzkach.  Odrapana  żarówka  na  dyndającym  kablu  rzucała  słabe  światło.  Część
twarzy, poniżej linii oczu, pokrywał cień. Cisza, spokój. Można by uwierzyć, że wakacyjna beztroska.

Tak  wygląda  człowiek  śpiący  spokojnym  snem.  Człowiek,  którego  opuściły  wszelkie  zmartwienia

i kłopoty.

Tyle że nikt nie śpi ze skrępowanymi rękami i nogami.
Drogę  na  lotnisko  pokonali  w  dwanaście  minut.  Gdyby  jechali  oznakowanym  samochodem  na

sygnale,  byliby  jeszcze  szybciej.  Rusiński  chciał  opisać  przebieg  zdarzeń,  ale  Heinz  powstrzymał  go
gestem. Zaraz będzie na miejscu, zobaczy sam, wygłaszane na wstępie sugestie i prezentowany wówczas
punkt widzenia komplikują sprawę i zamazują obraz. Ślady. Liczą się ślady. I pierwsze spojrzenie.

Profiler  otworzył  okno.  Poczuł  przyjemny  powiew  na  twarzy.  Zapowiadała  się  ciepła  noc.  Ulice  Piły

były  wyludnione.  Minęli  ze  dwa,  może  trzy  samochody.  Dziś  wszyscy,  od  Rzeszowa  po  Szczecin,  od
Wałbrzycha  po  Suwałki,  byli  jedną  wielką  reprezentacją  narodową.  Tak  działa  siła  instynktu  stadnego,
który  przetrwał  od  najdawniejszych  czasów,  najczęściej  się  tli,  a  czasami  wybucha  żywym  płomieniem.
Sam kiepsko odnajdował się w takiej plemienności, ale to nic nie znaczyło. Wyjątki i czarne owce trafiają
się  wszędzie.  Okna  i  balkony  w  domach  były  pootwierane,  gdzieniegdzie  ciepły  niebieskawy  poblask
z telewizyjnych ekranów przenikał przez szyby. Wszyscy skupieni na meczu. Policja też.

Święty czas. Chwila narodowej ekstazy.
Świetny moment, by kogoś zabić.
Dojeżdżali  do  lotniska,  które  lata  świetności  miało  za  sobą.  Było  tu  zupełnie  inaczej,  gdy  polskie

wojsko na znak bratniej pomocy otrzymało samoloty Su-22. Pułk myśliwców, stacjonujący na niemal stu
hektarach,  stał  się  wizytówką  miasta.  Kilka  ton  żarcia  dziennie  tu  dowożono.  Pod  koniec  nawet  własną
orkiestrę  mieli,  a  teraz,  „Rusek”  machnął  ręką,  teraz  to  szkoda  gadać.  Wszystko  rozszabrowane,
rozkradzione i zdewastowane. I brak pomysłu, co z tym fantem zrobić.

– Kto pilnuje terenu? – zainteresował się Heinz.
–  Jak  to  kto?  Nikt.  A  kto  by  to  upilnował?  Zachował  się  pas  startowy.  Gigant.  –  „Rusek”  puścił

kierownicę  i  rozłożył  dłonie,  by  dodać  wagi  swym  słowom.  –  Trzy  i  pół  kilometra.  Więc  gówniarze  od
czasu  do  czasu  urządzają  sobie  wyścigi.  Jest  tu  kilka  firm  usługowych,  robią  jakieś  wertikale,  rolety.
Byliśmy  kilka  razy  wzywani  do  włamań.  Poza  tym  wolna  amerykanka.  Gdyby  miał  pan  ultralekki
samolot, taką cessnę na przykład, mógłby pan przylecieć, posadzić maszynę, załatwić sprawy i spokojnie,
nienękany przez nikogo, udać się dalej. Coś w rodzaju prywatnego lotniska. I kto by coś panu zrobił?

Wjechali  na  lotnisko.  „Rusek”  włączył  długie  światła  i  zwolnił.  Heinz  wychylił  głowę.  Reflektory

omiatały  ogromne  połacie  niezabudowanego  terenu,  a  samochód  poruszał  się  z  logiką  znaną  jedynie
kierowcy.

–  Byłem  tu  kiedyś  w  nocy,  totalna  mgła,  na  pięćdziesiąt  metrów  nic  nie  widać.  Ze  dwie  godziny

krążyłem, aby wyjechać. Dziś – „Rusek” uśmiechnął się – jest luz.

Przejechali  ze  dwa  kilometry,  gdy  niespodziewanie  z  ciemności  wyłoniły  się  kontury  samochodów.

Kilka  ludzkich  sylwetek  stało  pochylonych  nad  ogniem,  w  tle  rozbrzmiewał  głos  komentatora
sportowego. Heinz poczuł zapach pieczonego mięsa. Obrzucił Rusińskiego pytającym spojrzeniem.

–  Jeden  z  hangaroschronów,  my  też  jedziemy  do  takiego  –  wyjaśnił  „Rusek”.  –  Teren  wokół  tego

przerobiono  na  stadninę  koni.  Taki  country  club  na  lotnisku.  Od  czasu  do  czasu  jakieś  imprezki  tu
organizują.

– Nasz jest daleko stąd?
– Nie.
– Skoro ci bywają często, może coś widzieli? Przepytał ich już ktoś?
– Jeszcze nie.
Dojechali na miejsce.
Jeden  radiowóz  postawiony  w  poprzek  zastawiał  drogę  i  zniechęcał  ciekawskich,  których  nie  było.

background image

Drugi  ustawiono  tak,  aby  reflektory  oświetlały  wnętrze  hangaru.  „Rusek”  wręczył  profilerowi  latarkę.
Obaj obeszli budynek. Hangaroschron przeznaczony dla myśliwca Su-22 przypominał olbrzymią pieczarę.
Dzieci  mogłyby  wyobrażać  sobie,  że  jest  to  jaskinia,  w  której  mieszka  smok.  Potężna  metalowa  brama
z  namalowanym  białą  farbą  napisem  „Nieupoważnionym  otwieranie  zabronione”  była  uchylona.  Heinz
poświecił latarką.

– To nie tu – powiedział Rusiński. – Od drugiej strony.
Do  hangaroschronu  przylegało  coś,  co  na  pierwszy  rzut  oka  kojarzyło  się  z  magazynem.  Albo

warsztatem.  W  istocie  dokonywano  tam  drobnych  napraw,  gdy  zachodziła  taka  potrzeba.  Taka  lotnicza
kosmetyka.  Niekiedy,  zdążył  dowiedzieć  się  po  drodze  od  „Ruska”,  magazyn  wynajmowali  mechanicy
samochodowi. Ale kto by chciał przyjeżdżać tu na naprawy i błądzić po lotnisku?

Najważniejsze pytanie: co tu się stało? Najczęściej Heinz nie miał okazji, aby być na miejscu od razu

po wykryciu przestępstwa. Na ogół pojawiał się, gdy ślady krwi już wyblakły, swąd spalenizny się ulotnił,
po  policyjnej  taśmie  zabezpieczającej  nie  było  śladu,  a  sąsiedzi,  jeśli  tacy  byli,  zapomnieli  o  koszmarze
i  wrócili  do  normalnego  życia.  Posiłkował  się  wówczas  zdjęciami,  sporządzoną  dokumentacją,
porównywał dane z tym, co widział, próbując ułożyć wszystkie puzzle. Co tu się stało?

Przywitał  się  z  dwoma  technikami  i  poprosił  o  kombinezon  ochronny.  Obrócił  się  bokiem,  wyminął

policyjny samochód i wszedł do środka.

Magazyn miał kształt kwadratu o boku około pięciu metrów. Heinz omiótł światłem wnętrze. Ruszył

na  środek,  zatrzymał  się,  oświetlił  ciało  i  wycofał  się  do  wyjścia.  W  sumie  pusto.  Na  szarej  betonowej
podłodze,  przy  ścianie  nieopodal  drzwi,  znajdował  się  zdezelowany  stół,  a  obok  stało  stare  krzesło.
W  ścianach,  równie  szarych  i  chropawych  jak  podłoga,  dostrzegł  kilka  haków  i  wkrętów.  Pewnie  kiedyś
wisiały  tu  szafki  na  podstawowe  narzędzia  potrzebne  w  takim  miejscu.  Na  jednym  z  haków  zobaczył
kawałek drutu. Ze środka ściany po drugiej stronie wystawał zardzewiały kran, a pod nim znajdował się
przeżarty  korozją  zlew.  Heinz  poświecił  latarką.  Żadnych  niedopałków  czy  resztek  jedzenia.  Nic.  Pod
zlewem  leżał  kawałek  zmurszałego  drewna.  Wyglądał  jak  trzonek  pilnika,  którego  ostatni  raz  używano
wieki temu.

Tak. W sumie byłoby pusto, gdyby nie ciało znajdujące się na środku.
Uważnie przyjrzał się chłopakowi.
Ręce  były  przytwierdzone  do  tułowia  i  od  nadgarstków  po  łokcie  obwiązane  szeroką  szarą  taśmą.

W podobny sposób skrępowano nogi od kostek do kolan. Taśmą posłużono się raz jeszcze, na wysokości
obojczyków i nieco wyżej, przy szyi. Szyję chłopaka oklajstrowano, usta też. Szarą taśmę poprowadzono
wzdłuż  jego  pleców,  przytwierdzono  do  zewnętrznej  ścianki  ogrodowego  basenu  i  przytwierdzono  od
spodu do gumowego podłoża. Wyglądało to tak, jakby ofierze założono groteskową uzdę. Chłopak miał na
sobie  krótkie  bojówki,  najpewniej,  o  ile  można  to  było  ocenić,  koloru  khaki.  Tors  był  odsłonięty.  Na
lewym  ramieniu,  dziesięć  centymetrów  powyżej  łokcia,  znajdował  się  tatuaż.  Heinz  pochylił  się  nad
ciałem. Trzy stylizowane litery, „SSQ”. Basen był średniej wielkości, taki, w jakim pluszczą się szczęśliwe
dzieci,  do  kupienia  w  sezonie  letnim  w  Lidlu,  Biedronce  albo  innej  sieci.  Cała  rodzinka  by  się  tu  nie
zmieściła, ale jeden dorosły mężczyzna o średniej, jak oszacował, budowie już tak. Podłoga basenu była
niebieska,  na  jego  przezroczystych  bokach  umieszczono  postaci  z  dziecięcych  kreskówek.  Chłopak
zanurzony był w wodzie po szyję. Żarówka na kablu dyndała półtora metra nad głową Heinza.

Obejrzał  się.  Przy  drzwiach,  tak  by  nie  zasłaniać  źródła  światła,  stał  „Rusek”.  Profiler  podszedł  do

niego.

–  Ktoś  uznał,  że  chłopakowi  jest  zbyt  ciepło,  i  go  wykąpał  –  usłyszał.  –  Chyba  że  to  magik  i  potrafił

związać  się  tak  sam.  W  każdym  razie  ja  tak  nie  potrafię,  może  pan?  Nie  widać  śladów  walki,  przemocy.
Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

– Co zamierzasz zrobić?
Możliwości były trzy. Dać na wstrzymanie i wrócić rano. Rozpocząć oględziny, poddać zwłoki oglądowi

zewnętrznemu i się zatrzymać. „Rusek” i technicy poszli jeszcze inną drogą.

– Wziąłem chłopaków – „Rusek” wskazał na dwóch techników czekających na zewnątrz – i jedziemy

do  końca.  Trochę  ciemno  jest  –  skrzywił  się  –  ale  zrobili  środek.  Basen  też  zrobiony,  czysto,  żadnych
śladów.  Zostawimy  tu  radiowóz  na  noc.  Zaraz  przyjedzie  medyk  ze  swoją  Spółdzielnią  Radość  i  zabiorą
ciało.  W  sumie  –  spojrzał  na  zegarek  –  już  powinien  tu  być.  Pewnie  zapatrzył  się  na  Lewandowskiego.
Wysłałem też naszego, by pogadał z tamtymi od grilla. A co pan o tym sądzi?

Heinz skrzywił się.

background image

– Nie jest to typowe, ale wciąż nie wiem, co cię tak zaniepokoiło.
– Obszedł pan basen?
Profiler poczuł, że się czerwieni.
– To niech pan zobaczy z drugiej strony, tam bardziej w głębi, bliżej przepierzenia. – Wskazał ręką na

wprost.

Płyty  powyginanej  blachy  połączono  ze  sobą,  odgradzając  w  ten  sposób  magazyn  od  głównej  części

hangaroschronu.

Heinz  raz  jeszcze  ruszył  do  środka.  Minął  ciało,  zrobił  trzy  kroki  i  kucnął.  Poczuł  ukłucie  w  kolanie.

Odruchowo  potarł  dłonie.  Ostatniej  zimy  schorzenia  reumatyczne,  enigmatycznie  nazwane  zespołem
Raynauda,  nasiliły  się.  Bywały  dni,  gdy  nie  był  w  stanie  grać  na  gitarze.  Nie  mógł  przycisnąć  struny  do
progu.  Ale  teraz  zbliżało  się  lato.  Pora,  gdy  choroba  odpuszcza,  ten  cholerny  Raynaud  zapomina  o  nim
i wszystko jest we względnym porządku.

Na  betonowej  podłodze  leżała  kwadratowa  kartka.  Zdjęcie.  Charakterystyczny  format,  jaki  widział

setki  razy.  Kartka  nikła  już  w  cieniu  i  pewnie  dlatego  jej  nie  zauważył.  Kwadrat  był  wielkości  koperty
płyty  winylowej.  Heinz  przybliżył  latarkę.  Wystarczył  mu  rzut  oka.  Drgnął.  Wiedział  doskonale,  co
przedstawia fotografia. Jedna z najsłynniejszych, jakie wykonano w czasach, gdy ludzie byli z pewnością
szczęśliwsi niż dziś. Byli też o niebo bardziej naiwni, a takie są koszta własne. Bez wahania zamieniłby się
na epoki. Przeszedł przez taflę lustra i trafił do ukochanych lat sześćdziesiątych.

Zdjęcie. Jedno z najważniejszych w historii fotografii w ogóle.
Londyńska  ulica.  Czterech  mężczyzn  przechodzi  przez  jezdnię.  Grzecznie.  Po  pasach.  To  nie  była

koperta  płyty,  tego  był  pewien.  Ktoś  wykonał  reprodukcję  okładki  w  całkiem  dobrej  jakości  i  we
właściwym rozmiarze.

Zaraz.
Raz  jeszcze  oświetlił  fotografię.  Czterech  mężczyzn.  Zmrużył  oczy.  Przyjrzał  się  kopii  z  uwagą.

Następnie,  wciąż  kucając,  odwrócił  głowę  w  stronę  drzwi.  Podniósł  się  i  ponownie,  tym  razem  z  tej
perspektywy, spojrzał na wnętrze magazynu. Podszedł do basenu i przyjrzał się twarzy chłopaka. Kolejny
sygnał,  który  dotarł  do  niego  z  opóźnieniem.  Gdzieś  już  tę  twarz  widział.  Nie,  to  przecież  niemożliwe.
A  jednak  ta  myśl,  a  może  bardziej  mgławicowe,  ulotne  skojarzenie,  zakodowała  się  już  w  głowie
i wiedział, że nie będzie dawała mu spokoju.

W sumie pusto tu. Gdyby nie drobiazgi.
Wyszedł  z  Rusińskim  na  zewnątrz.  Niebo  było  rozświetlone  gwiazdami,  zapowiadał  się  kolejny

słoneczny czerwcowy dzień.

– Rozumie pan teraz? Pusty magazyn. Albo wysprzątany. Tylko ciało w basenie, związane jak baleron,

i zdjęcie. Widać, że nowe, niezniszczone… Nie leżało tam od niepamiętnych czasów. I to mnie niepokoi.
Ono przybyło tu wraz tym chłopakiem i razem z…

Heinz wyjął paczkę chesterfieldów. Podsunął Rusińskiemu, ale ten odmówił.
– Tu jest pusto. – Wskazał ręką. – Jak go znaleźliście?
–  Dziewczyna  włóczyła  się  tutaj  z  facetem.  Licealistka  i  motocyklista.  Jeździ  ich  tu  sporo.  Usłyszeli

coś  w  środku.  Mówiła,  że  jakaś  muzyka  grała.  Tak  jej  się  wydawało.  A  jej  stary  jest  byłym  trepem,
pracował  na  lotnisku.  Wciąż  robi  jej  awantury,  że  włóczy  się  z  jakimś  długowłosym  łachmytą.  Ona
opowiedziała  mu  historyjkę  o  hangaroschronie,  w  którym  straszy,  by  powstrzymać  tatusiowy  gniew
i odwrócić uwagę…

– Kiedy tu byli? Kiedy była z tym motocyklistą?
– Mówi, że wczoraj. Wczoraj wieczorem. Ciemno już było. A dziś stary trep, który nie lubi piłki nożnej

i ma dużo czasu, z ciekawości przyjechał sprawdzić. I znalazł, co znalazł.

Przez chwilę milczeli. W oddali rozległ się gromki śmiech. Grillująca załoga wciąż bawiła się świetnie.
– Ma pan jakiś pomysł? – zapytał Rusiński. – To zdjęcie… To są Beatlesi, prawda?
Heinz kiwnął głową.
–  George,  Paul,  Ringo,  John.  Okładka Abbey  Road.  Klasyka.  Wiesz  pan,  ile  zajęło  im  zrobienie  tego

zdjęcia? Dziesięć minut! To nie to co te dzisiejsze wielodniowe sesje. Sranie w banię…

– Słyszałem, że pan się na tym zna. – Rusiński przypatrywał się profilerowi z ciekawością. Pierwszy

raz dostrzegł na jego twarzy coś, co nazwałby dziecięcym zachwytem. Pewnie tak reagował jego syn, gdy
otrzymywał nowego transformersa. – Więc? Co pan o tym sądzi?

– Sądzę, że ma pan rację. Co najmniej w dwóch sprawach. Też uważam, że to zdjęcie nie znalazło się

background image

tu  przypadkiem.  I  radzę,  byście  zabezpieczyli  je  jeszcze  dziś.  Nie  wiem,  jaki  ma  związek  z  tym
chłopakiem, ale jakiś ma. Zresztą nie wiemy, co mu się tak naprawdę stało. Będziemy dreptali w miejscu,
dopóki go nie pokroją. A więc zaczekajmy. Resztę spraw odłóżmy na jutro.

Użył liczby mnogiej, choć miał wątpliwości, czy zasadnie. Nazajutrz, trzynastego czerwca, przedstawi

„Ruskowi”  swoje  hipotezy  i  tyle.  Wróci  do  Katowic,  do  mieszkania  w  „kukurydzy”,  może  nawet  włączy
Beatlesów. A potem zadzwoni do Alicji Solskiej. Do Małej Pocahontas.

Poczekali  na  medyka  sądowego.  Siwy  facet  po  pięćdziesiątce  obejrzał  ciało,  wzruszył  ramionami

i kazał czekać na wynik sekcji. Wrócili do miasta równie szybko, jak przyjechali. Cisza, spokój, pustki na
ulicach, dwóch facetów w szalikach pod sklepem nocnym. Mecz z Rosją zakończył się remisem jeden do
jednego.  W  sumie  nie  było  wiadomo,  czy  cieszyć  się,  czy  smucić.  Najwyraźniej  wynik  zadowolił  obie
strony.  Warszawa,  oczekująca  wielkiej  pomeczowej  bijatyki,  odetchnęła  z  ulgą.  Skończyło  się  na
„drobnych incydentach”. Tak przynajmniej powiedzieli w radiu.

Umówili  się.  „Rusek”  miał  zorganizować  samochód,  a  kluczyki,  razem  z  mapą  lotniska,  zostawić

w szkole. Heinz dojedzie, gdy wstanie. Rozejrzy się raz jeszcze.

Korciło go, by wdepnąć do „Misia”, ale zrezygnował. Spodziewał się, że ujrzy tam jedynie niedobitki.

Dużo  strat  własnych  i  kilku  ciężko  rannych.  Nie  ma  co.  Wrócił  do  policyjnego  pokoju.  Tym  razem  miał
szczęście. Był sam.

Nie  dokooptowali  mu  pijanego  prokuratora  ani  innej  wyniosłej  szychy  przebywającej  na  szkoleniu.

Nikt  nie  chrapał,  nie  zagadywał,  nie  proponował  czegoś  mocniejszego  przed  snem.  Wziął  prysznic
i położył się.

Długo nie mógł zasnąć. Wstał, zapalił papierosa i znów się położył. Na korytarzu usłyszał czyjś bełkot.

Skojarzył mu się z Miciem, policjantem z Augustowa poznanym przed kilku godzinami.

– Chłopaki. Kochane chłopaki. Nie dali się ruskim.
Rozległ  się  rumor.  Coś  upadło  na  podłogę,  a  potem  usłyszał  odgłos  podnoszącego  się  ciała.  Znów

zaległa cisza.

Kręcił się z boku na bok, w końcu zrezygnowany, wsunął ręce pod głowę i otworzył oczy.
Czterech mężczyzn. George, Paul, Ringo, John. Wszyscy na swoich miejscach. Tyle że na porzuconym

zdjęciu coś nie zgadzało się z oryginałem. Ktoś obrócił Lennona w drugą stronę. Wyglądało to tak, jakby
ubrany na biało muzyk nagle zmienił zamiar i ruszył tam, skąd przyszedł. Z prawej strony w lewą. A trzej
pozostali wychodzili naprzeciw temu, który w pewną grudniową noc zginął od kul szaleńca.

Jakby szli ku przeznaczeniu.
Albo przeznaczenie zmierzało do nich.
Niespodziewanie  spotykamy  kogoś  na  naszej  drodze.  Wszystko  jedno,  nazwijmy  to  przeznaczeniem.

Lub przypadkiem. I to spotkanie przesądza o naszym życiu.

Ten,  kto  pozostawił  zdjęcie  w  hangaroschronie,  zadał  sobie  trud,  by  nadać  mu  nowy  sens.  Takich

rzeczy nie robi się ot tak. Zbieg okoliczności, sprawiający, że w tym samym czasie i miejscu znaleźli ciało
oraz  fotografię,  był  wykluczony.  Rusiński,  pomyślał  o  pilskim  policjancie  z  uznaniem,  ma  nosa.  A  to
najważniejsze. Czuje, że coś nie gra. Heinz miał podobne odczucia. I kłębiące się gdzieś w głowie mętne
asocjacje.

Nie  tylko  pozostawione  w  magazynie  zdjęcie  było  powodem  jego  bezsenności.  Twarz  chłopaka.  Na

pewno  gdzieś  go  widział.  Tylko  gdzie?  Odkąd  syn  przeniósł  się  na  Wybrzeże,  Heinz  nie  miał  zbyt  wielu
okazji,  by  spotykać  młodych  ludzi.  Nie  przesłuchiwał  go,  z  pewnością  nie.  Pamiętałby.  Może  jakiś
wspólny  koncert?  Klub?  Przypomniał  sobie  tatuaż.  „SSQ”.  Co  to  jest?  Kibole?  Faszyści  jacyś?  Cholera.
Nie  przypomni  sobie.  Nie  teraz.  Z  pamięcią  jest  trochę  tak  jak  ze  starymi  grami.  Jak  z  tetrisem.
Kwadraciki wskoczą w swoje pole, trzeba tylko powstrzymać się od nerwowych, niepotrzebnych ruchów.

Zamknął oczy. Skupił się na oddechu.
Gdy się obudził, przez okno wpadało oślepiające słońce. Na starej nokii zobaczył pięć nieodebranych

połączeń i cztery wiadomości.

background image

4

Pierwsza  pochodziła  od  „Ruska”.  Zidentyfikowali  ciało.  Patryk  Kodym.  Mówi  to  panu  coś?  Bo

powinno. Wiadomość pochodziła z godziny czwartej rano. Najwyraźniej Rusiński nie zmrużył oka. Albo
pojawiły się okoliczności, które nie dały mu zasnąć.

Kodym. Patryk Kodym. Skąd…
Poderwał się i usiadł na łóżku, przytrzymując dłońmi materac. Patryk Kodym. Oczywiście.
Drugi  telefon  był  z  Katowic.  Dzwonił  Gawlik,  naczelnik  wydziału  kryminalnego  i  jego  szef.  Prosty

przekaz.  Heinz  ma  udać  się  na  lotnisko  i  nadzorować,  na  razie  nieoficjalnie,  przebieg  śledztwa.  Jestem
prawie pewien, usłyszał głos przełożonego, że sprawa powędruje do nas, do Katowic. Trudno było w tym
nagraniu  uchwycić  jaśniejsze  tony.  Głos  należał  do  kogoś,  kto  zerwał  się  z  łóżka  bardzo  wcześnie  rano.
Został  postawiony  na  baczność.  I  wyprowadzony  z  równowagi  na  cały  dzień.  Wiadomość  była  z  piątej
pięćdziesiąt.

Heinz nie dziwił się nerwowości szefa. Nazwisko Ludwika Kodyma, przedsiębiorcy, który uchodził za

wzór  nowoczesnego  polskiego  kapitalisty,  otwierało  wiele  drzwi  i  mogło  zamknąć  niejedną  karierę.
Należenie do grona ludzi ustosunkowanych sprowadza się do posiadania równie wpływowych znajomych,
a Ludwik Kodym potrafił ich pozyskiwać. Umiał także przekuwać pomysły w wielomilionowe kontrakty,
a następnie w zyski.

–  Widzi  pan,  nie  lubię,  gdy  nazywają  mnie  biznesmenem.  Wolę  takie  określenia  jak  „wizjoner”  albo

„kreator”  –  tłumaczył,  opierając  rękę  na  ramieniu  profilera.  W  dłoni  trzymał  oszroniony  kieliszek
z wódką.

Poznali  się  zimą  podczas  balu  charytatywnego.  Heinz  grał  z  zespołem.  Na  szczytny  cel  można  było

wylicytować dla siebie jakiś utwór. Coś w granicach rozsądku, czyli z klasyki rocka. Żaden Bajm czy disco
polo.  Wówczas  mignął  mu  gdzieś  młody  Kodym.  Na  głowie  miał  bejsbolówkę,  rozmawiał  chyba  dłużej
z perkusistą o jakichś rytmicznych kwestiach.

–  Mój  syn  –  powiedział  wizjoner  i  kreator  w  jednym,  poprawiając  bordowy  krawat  –  nie  ma

biznesowej żyłki. To artystyczna dusza. Ale pan powie, komendancie, pan się zna na muzyce, czy ten cały
rap to w ogóle sztuka?

Heinz  awansował  wówczas,  na  kilka  godzin,  na  komendanta.  A  teraz  o  piątej  pięćdziesiąt  dzwonił

Gawlik, który najwyraźniej martwi się, by nie skończyć jako posterunkowy. Nawet jeśli w tych obawach
jest wiele przesady, Kodym może napsuć nieco krwi.

Mały Kodym. Może to jednak nie on? Przypomniał sobie tatuaż. Szansa, że ludzie nagminnie dziargają

sobie takie trzy litery, nie należała do dużych.

Trzecie  nagranie.  Mała  Pocahontas.  Daj  znać,  kiedy  wracasz.  Zrobię  coś  do  jedzenia.  Odsłuchał

wiadomość  jeszcze  raz.  Pokręcił  głową.  Rzadka  chwila  troskliwości.  Nie  będzie  tego  kasował.  Godzina?
Siódma pięćdziesiąt.

O ósmej trzydzieści „Rusek” nagrał się raz jeszcze. Jesteśmy na miejscu. Zaraz zaczynamy. Samochód

czeka na pana. Brzmiało to jak ponaglenie. Coś w stylu: pospiesz się, tyle że na miękko.

Zjadł śniadanie na stołówce. Zadzwonił do Pocahontas. Tak, sprawy się nieco skomplikowały. Mam na

głowie trupa. Ludwika Kodyma znasz pewnie, może nawet leczył jakieś neurozy u tak wziętej terapeutki
jak  ty.  Aha,  nie  leczył?  To  wszystko  przed  tobą.  Więc  ja  tu  mam  ciało  młodego  Kodyma,  najpewniej
młodego Kodyma, i nie wiem, co z tego wyniknie.

Odebrał  kluczyki  i  odnalazł  na  parkingu  czerwonego  renaulta.  „Rusek”  się  spisał.  Do  kluczyków

dołączona  była  mapka,  którą  narysował.  Renault  skręcił  w  lewo,  minął  hotel  Gromada,  a  potem  Heinz
pogubił się na rondzie. Zupełnie jakby był w Paryżu, a nie w Pile. Zrobił trzy okrążenia, wybrał pierwszy
zjazd i zatrzymał się.

–  Rondo  Matwiejewa?  –  Dziewczyna  patrzyła  na  niego  ze  zdziwieniem.  –  To  właśnie  tu.  Wszyscy

w mieście tak mówią, przyjęło się.

Podziękował i ruszył z piskiem opon. Odbił w prawo i przejechał obok Ars Medicalu. Przy wjeździe na

lotnisko minął się z radiowozem. Zatrzymał policyjne auto, wyjaśnił, kim jest, i zapytał o drogę. Jeszcze
ze  dwa  kilometry.  Kierunek  na  godzinę  dziesiątą.  Hangaroschron  numer  dziesięć.  Niedaleko  stadniny.

background image

Niedaleko.  Na  lotnisku  wojskowym  odległości  są  pojęciem  względnym,  a  przekonał  się  o  tym,  gdy
dojechał do pasa startowego. Rzeczywiście gigant. I nic dziwnego, że urządzają tu sobie wyścigi. Sam miał
ochotę  ustawić  się  i  wcisnąć  pedał  gazu.  Gdy  zbliżył  się  do  ogrodzenia  z  bali,  którymi  wydzielony  był
teren  stadniny,  zatrzymał  się.  Po  wczorajszym  grillu  nie  było  śladu.  Wszystko  posprzątane,  ani  jednej
puszki po piwie. Sterylnie jak w magazynie, gdzie zostało znalezione ciało.

Dotarł na miejsce i przywitał się z dwoma technikami, których poznał wczoraj.
Podszedł do „Ruska”. Na twarzy mężczyzny widać było ślady nieprzespanej nocy. A w jego zachowaniu

już po chwili dało się wyczuć rezerwę. Powściągliwość, która była nowym tonem, nieobecnym wczoraj.

– Wyjaśnijmy coś sobie. – Heinz chwycił Rusińskiego za łokieć i odciągnął na bok.
Wyjaśnili. Najpierw zaproponował, by mówili sobie na „ty”. A potem wrócili do sprawy, która w ciągu

kilku  godzin  znacznie  się  skomplikowała.  Zapętliła  się  podwójnie.  Raz:  ofiara  to  syn  znanego  faceta
z Katowic. Dwa: najpewniej śledztwo przejmie ekipa ze Śląska. Chyba że poszlaki i ślady będą prowadziły
tu, do Piły.

– Mało wiemy, ale na razie nic na to nie wskazuje – mruknął „Rusek”.
Był także punkt trzeci.
– Chciałbym, byśmy się dobrze zrozumieli – powiedział Heinz. – To dochodzenie nie jest mi wcale na

rękę. A znając życie, będę brał w nim udział. Już biorę udział. Wiesz dlaczego?

„Rusek”  wiedział  doskonale.  Ofiara:  syn  wpływowego  biznesmena.  Będą  naciski,  ponaglenia,

raportowanie,  meldowanie,  dziennikarze,  łowcy  sensacji.  W  takich  sytuacjach  trudno  stworzyć  coś  na
kształt kordonu sanitarnego, odciąć się od zgiełku, przygotować bez drżenia rąk taki preparat, który trafi
pod policyjny mikroskop.

–  I  tak  najważniejsze  jest  to,  co  zrobimy  tu.  –  Wskazał  magazyn.  –  To,  co  zastaniemy  na  miejscu,

będzie decydujące. A to – skinął na Rusińskiego – już twoja działka.

Raz  jeszcze  obszedł  hangaroschron.  Dopiero  teraz,  za  dnia,  dostrzegł,  że  pokryty  był  kolorami

maskującymi.  Obok  cyfry  „10”  czyjaś  ręka  namalowała  białą  farbą  napis:  „Dopóki  śmierć  nas  nie
rozłączy”.

No właśnie. Każda śmierć oddziela od żywych. Ale zabójstwo przypomina też naczynia połączone. Ten

chłopak spotkał kogoś na swojej drodze, a potem… Kogo spotkałeś? Gdzie? Kiedy i jak?

– Jak ustaliłeś tożsamość? – zapytał.
–  Zacząłem  przeglądać  bazę  zaginięć.  –  „Rusek”  potarł  przekrwione  oczy.  –  Sam  nie  wiem…

Widocznie  czułem,  że  kroi  się  coś  grubszego.  Wyskoczył  na  samej  górze,  świeży  przypadek.  Zgłoszony
dwa dni temu.

– Ktoś potwierdził, że to Kodym?
– W drodze jest jego matka.
– Matka?
–  Też  się  zdziwiłem.  Okazało  się,  że  ten  biznesmen,  Ludwik  czy  jak  mu  tam,  wczoraj  poleciał  do

Londynu.  Też  już  wie.  Przerwał  rozmowy  i  wraca  do  kraju.  Dzwonił  do  mojego  szefa.  Ona  jest  już
w drodze… – Zawahał się.

– Co jest?
–  Obawiam  się,  że  nie  unikniemy  spotkania.  To  znaczy…  –  Skubał  nogawkę  spodni  jak  uczeń

przyłapany na jakimś wykroczeniu.

– Wolałbyś, żebym wziął to na siebie?
„Rusek” przytaknął.
– Teraz to i tak już twoja sprawa.
Obyś się mylił, pomyślał Heinz. Nie powiedział jednak nic.
Stanął  w  wejściu  i  podobnie  jak  wieczorem,  omiótł  magazyn  spojrzeniem.  Na  środku  stał

nadmuchany basen, nad nim, na długim kablu, tliła się żarówka. Zasadnicza różnica polegała na tym, że
w magazynie nie było ciała.

Technicy  zakończyli  pracę.  Pomieszczenie  było  czyste.  Na  stole,  na  krześle,  na  tworzywie,  z  którego

wykonano  basen,  żadnych  paluchów.  Natomiast  na  betonowej  wylewce  zobaczył  plamę,  której  wczoraj
z pewnością nie było.

– Tylko ten trzonek spod zlewu i to. – Jeden z techników wyjął opisaną torebkę foliową.
–  Co  to  jest?  –  Heinz  zmrużył  oczy.  Dopiero  po  chwili  wypatrzył  kawałek  przezroczystego  plastiku.

Mała płytka o długości półtora centymetra i mniejszej szerokości.

background image

–  Nie  wiemy  –  odpowiedział  jeden  z  kryminalistyków.  –  Nie  wiemy,  czy  ma  to  jakiś  związek  ze

sprawą. Znaleźliśmy to, o, tu. – Wskazał punkt przy tylnej nodze stołu. – Plus to zdjęcie, które wczoraj
pan widział. – Kiwnął głową w stronę basenu. – Tyle tego.

– Żarówkę, kabel sprawdziliście?
Technik popatrzył na Heinza urażony.
– Na wszelki wypadek pytam – mruknął profiler.
Nie takie rzeczy się zdarzały, pomyślał. I wciąż się zdarzają.
Magazyn  był  sprawdzony,  ale  Heinz  poprosił  o  komplet  rękawiczek.  Przeciągnął  palcem  po

kolebiącym  się  stole.  Przyjrzał  się  pod  światło.  Na  blacie  powinien  osiąść  kurz,  ale  tu  go  nie  było.  Tak
samo  postąpił  z  siedzeniem  i  oparciem  kolebiącego  się  krzesła.  Palec  lateksowej  rękawiczki  pozostał
biały.  Podobno  jest  jakiś  popularny  program  w  telewizji:  chodzi  babka  po  mieszkaniach  i  robi  test
rękawiczki. Do ciebie też przyjdzie, powiedziała mu niedawno Pocahontas. Mimowolnie uśmiechnął się.

Kucnął  i  uważnie  przyjrzał  się  podłodze.  Tym  razem  nie  poczuł  bólu  w  stawach.  Pochylił  się  jeszcze

bardziej,  jego  nos  znajdował  się  tuż  nad  ziemią.  Heinz  czuł  stęchłą  woń  zimnego  betonu,  nic  ponadto.
Poruszał się na kuckach i doszedł tak do basenu. Uniósł głowę i spojrzał na zwisającą żarówkę.

Wstał, otrzepał dżinsy na kolanach i ruszył na prawo. Obejrzał zlew, chwycił za gałkę od kranu. Nawet

nie drgnęła. Spróbował raz jeszcze. Znów nic. Zmarszczył brwi. Rdza zrobiła swoje. Nikt by tu niczego nie
zwojował.

Wyszedł  przed  magazyn.  Na  dworze  było  znacznie  cieplej  niż  w  środku.  Kilkadziesiąt  metrów  od

hangaroschronu zatrzymała się czterosobowa grupka rowerzystów i przypatrywała się radiowozom.

– Wejdźcie do środka – polecił technikom – a ja zamknę drzwi. Stańcie przy basenie i krzyknijcie coś

po dziesięciu sekundach, wrzaśnijcie, jakbyście wzywali pomocy. Nie oszczędzajcie gardeł.

Zatrzasnął  metalowe  drzwi,  które  nie  były  do  końca  szczelne.  I  pewnie  zamknięte  na  łańcuch

i najtańszą kłódkę. Żadna przeszkoda. Między dwoma skrzydłami była półcentymetrowa szczelina.

Nasłuchiwał.  Pięć,  siedem  sekund.  Wreszcie  rozległ  się  stłumiony,  matowy  krzyk.  Wyciszony,  ale

słyszalny. Zadowolony kiwnął głową. Otworzył drzwi i wypuścił techników ze środka.

Odeszli kilka metrów i we czterech stanęli przy radiowozie. Dwóch zapaliło papierosy, a dwóch nie. Za

kierownicą siedział znudzony policjant. Może nawet przysypiał.

–  Nasz  nieznajomy,  zakładam,  że  to  mężczyzna,  musiał  mieć  obmyślane  to  miejsce  –  powiedział

Heinz. – Nie przyjechał tu na chybił trafił. To byłoby niedorzeczne.

Słuchali go w milczeniu.
–  Ma  namierzony  hangaroschron,  pewnie  oglądał  taki  już  kiedyś.  Zabezpieczenie  magazynu

pokonałoby dziecko. Zresztą i tak w środku nic nie ma. Mówiłeś – zwrócił się do „Ruska” – że tego nikt
nie pilnuje?

–  Jeśli  chce  pan  wynająć  hangaroschron,  tak  jak  tamci  od  koni  –  wtrącił  technik,  który  palił  –

zatrudnia pan firmę ochroniarską. I oni strzegą tylko tego miejsca. Reszta ich nie interesuje.

– No właśnie. Czyli nasz facet podjeżdża. Rozumiem, że na ślady opon nie ma co liczyć?
– Było sucho ostatnio. Nie mamy nic.
–  Więc  podjeżdża.  Ma  ten  swój  basen.  I  chłopaka.  Ale  co  z  wodą?  Ten  kran  nie  działa.  Jak  to

rozwiązuje? Przecież nie przywiezie tysiąca butelek z mineralną.

Strząsnął z papierosa popiół, który od razu został zabrany przez podmuch wiatru.
– Ma kłopot. A jest przywiązany do pomysłu z basenem. Co byście zrobili na jego miejscu?
– Wypożyczyłbym kegi. Albo jakieś inne beczki – powiedział „Rusek”.
– Co zrobiliście z wodą z basenu?
Milczeli.
Będzie jedną ekspertyzę mniej. Mniej o jedną dodatkową szansę. Niewielką, ale zawsze. A cała zabawa

polega na szukaniu szans nawet tam, gdzie są one iluzoryczne. Heinz westchnął. W sumie nie ma się co
czepiać. Chemik najpewniej i tak nie znalazłby żadnej interesującej substancji, która mogła naprowadzić
na ślad.

– Tak tylko pytam. Widziałem plamę na podłodze. W magazynie. Kegi. Co jeszcze?
– Może beczkowóz? – Z radiowozu wychyliła się głowa. Najwyraźniej kierowca przysłuchiwał się całej

rozmowie.

–  Być  może  –  przytaknął  Heinz.  –  Chociaż  beczkowóz  rzuca  się  w  oczy.  Tak  czy  inaczej  sprawdźcie

wypożyczalnie  takiego  szajsu.  Żyjemy  w  czasach,  gdy  wszystko  można  pożyczyć.  A  nuż  ktoś  zapamiętał

background image

nietypowego  klienta,  komuś  coś  rzuciło  się  w  oczy,  coś  charakterystycznego…  –  Zaczął  wydawać
polecenia. Zachowywał się, jakby to była jego sprawa.

– Co to znaczy, że zabójca był przywiązany do pomysłu z basenem? – zapytał Rusiński.
Podeszli do magazynu.
Technicy zaczęli się pakować.
Heinz i „Rusek” zatrzymali się w drzwiach.
– Co widzisz?
Heinz nie odpowiedział na pytanie.
W  ciągu  kilku  minut  nic  się  nie  zmieniło.  Pusta  czeluść,  w  której  czuje  się  chłód.  Goła  żarówka.

I basen z bohaterami z dziecięcych bajek na środku.

Profiler uniósł dwie dłonie. Połączył palce, które utworzyły prostokąt.
– Trochę jak z upiornego filmu – powiedział „Rusek”. – Jak z kiepskiego horroru.
– Bo to wygląda jak kadr. – Heinz przytaknął. – Jestem pewien, że nasz nieznajomy na koniec zrobił

zdjęcie. Może nawet teraz właśnie je ogląda. To właśnie miałem na myśli. A także to, że ani ty, ani ja nie
rozwiążemy tej sprawy w czterdzieści osiem godzin.

Muszę  zadać  to  pytanie  raz  jeszcze.  –  Heinz  starał  się  mówić  najłagodniej,  jak  tylko  umiał.  –  Czy

poznaje pani syna? Czy to jest Patryk Kodym?

Obok niego siedziała na krześle czterdziestoletnia szczupła kobieta. On pochylony. Ona zgarbiona. Ich

kolana  stykały  się.  Uniosła  głowę,  otworzyła  zapuchnięte  oczy,  pokiwała,  że  tak,  i  wybuchnęła  płaczem
kolejny  raz.  Kiwała  się  na  krześle,  jakby  miała  chorobę  sierocą.  Trwało  to  kilka  minut.  Wreszcie
wyprostowała  się  i  wbiła  wzrok  w  ścianę  naprzeciw.  Na  krześle  kilka  metrów  dalej  siedział  znacznie
starszy mężczyzna, jej kierowca. Ona miała na sobie beżową bluzkę i jasną spódnicę, on był w ciemnym
garniturze. Ludzie różnie się ubierają, gdy jadą na okazanie zwłok. W jednych tli się jeszcze nadzieja, że
zaszła jakaś straszna pomyłka i że wygrają los na loterii, inni zdają się pogodzeni z tym, co nieuniknione.

Byli  na  lotnisku,  gdy  otrzymali  informację,  że  Małgorzata  Kodym  przyjechała.  Heinz  spojrzał  na

zegarek i obliczył czas. Kierowca musiał gnać z Katowic do Piły na złamanie karku, pewnie śmigając przez
nowe odcinki autostrad.

Tym  razem  „Rusek”  usiadł  za  kierownicą  renaulta  i  zrobili  sporą  rundkę.  Tu  klub  motocyklistów

„Huzar”,  tam  siedziba  związku  pilskich  spadochroniarzy.  Zaraz  obok  miejsca,  gdzie  kiedyś
przechowywano  materiały  pędne  i  smary,  znalazł  siedzibę  oddział  zamiejscowy  poznańskiego
uniwersytetu. Oszklony nowoczesny budynek zupełnie nie pasował do siermiężnej wojskowej zabudowy.
Wyglądał  jak  przeszczepione  ciało  obce.  Ciekawe,  jak  się  czują  ci,  którzy  studiują  w  takim  miejscu.
Oprócz tego kilka firm usługowych, pasjonaci modelarstwa i modeli na uwięzi, a także kilka szkół jazdy.
Brakowało tylko prezydenta z myśliwymi i połykaczy ognia. W sumie kręciło się tu mnóstwo ludzi, tyle że
i teren olbrzymi. Może ktoś coś widział i zapamiętał. Szanse… Trzeba intensyfikować szanse.

Pojechali  do  szpitala  specjalistycznego,  który  kiedyś  był  wojewódzkim.  Położony  w  lesie,  z  dala  od

miejskiego  zgiełku.  Szum  drzew.  Śpiew  ptaków.  Otoczenie,  które  bardziej  kojarzyło  się  z  żywymi  niż
umarłymi. W tym szpitalu robiono tak zwaną świeżyznę. Zwłoki w stanie rozkładu wożono do pobliskiej
Trzcianki.  Do  chłodni  wchodziło  się  przez  typowe  w  takich  miejscach  drzwi  z  ocynkowanej  blachy,  ale
półki z ciałami umieszczano na czymś, co przypominało prycze. Ciekawe. Każde prosektorium wprowadza
indywidualne rozwiązania, w Pile nie było inaczej.

– Istnieje duże prawdopodobieństwo, proszę pani, że to my w Katowicach przejmiemy tę sprawę. – Że

ja przejmę i poprowadzę tę sprawę, powinien powiedzieć. – Niemniej chciałem teraz zadać kilka pytań.

Milczała.
– Kiedy ostatni raz widziała pani syna?
Siedzieli na pierwszym piętrze w krótkim, ale pustym korytarzu.
– To był siódmy czerwca… Czwartek – odpowiedziała drewnianym głosem.
– A potem?
– Właśnie w czwartek wyjechał… Powiedział, że do Warszawy. Na mecz…
– Wie pani, z kim miał się spotkać? Z kim był umówiony?
Patrzyła w ścianę. W końcu przecząco pokręciła głową.
– Kiedy kontaktował się z panią… albo z mężem ostatni raz?
Znów dłuższa pauza.
– Właśnie w czwartek. Potem… – Przełknęła ślinę. – Potem miał wyłączony telefon. Początkowo nie

background image

przejmowaliśmy  się…  To  już  się  zdarzało.  Ale…  W  niedzielę  zgłosiłam  zaginięcie.  Mąż  mnie
powstrzymywał, ale ja…

Nie dokończyła i rozpłakała się.
Heinz wstał. Bez słowa pogłaskał ją po ramieniu.
Uniosła głowę.
– Niedługo będzie tu mój mąż – powiedziała. Zabrzmiało to nieco absurdalnie, ale nie odezwał się.
Zszedł  na  dół.  „Rusek”  stał  obok  szpakowatego  mężczyzny.  Oddzielał  ich  potężny  brzuch

nieznajomego. Właściwie ten brzuch przytwierdzał Rusińskiego do ściany. Mężczyzna, którego włosy były
spięte w kitkę gumką recepturką, obrzucił Heinza nieprzyjaznym spojrzeniem.

– To jest ten pański kolega? – Wyciągnął rękę i przywołał profilera ruchem grubego palca.
Czuł, co się święci.
–  Panowie,  dostałem  już  dziś  trzy  telefony  w  sprawie…  tego  tam.  –  Wskazał  palcem  do  góry.  Może

w stronę pierwszego piętra, a może w niebo. – Ale – sapnął – jesteśmy w mojej firmie i nikt mnie tu nie
będzie pospieszał. To nie fabryka. Majestat śmierci to majestat śmierci.

Cokolwiek to znaczy, pomyślał Heinz.
Rusiński chrząknął.
– Każdy – ponownie wskazał ręką – ma swoje miejsce w szeregu i trafi na mój kamionkowy stół.
–  Doskonale  pana  rozumiem  –  powiedział  Heinz.  –  Pan  jest  tu  szefem.  Nikt  pana  nie  pogania.

Z pewnością nie ja.

Małgorzata  Kodym  wciąż  siedziała  na  piętrze  razem  ze  swoim  kierowcą.  Przypomniał  sobie  jej

ostatnie słowa. Niedługo przyjedzie mąż. Była w tym zdaniu nadzieja, że wszystkim się zajmie. Przyjedzie
i weźmie sprawy w swoje ręce.

background image

5

Czwartek  Heinz  spędził  na  lotnisku.  Liczył  na  łut  szczęścia.  Zbyt  wiele  razy  widział,  jak  o  wyniku

śledztwa  decydował  zbieg  okoliczności,  by  nie  doceniać  roli  przypadku.  Z  wiekiem  człowiek  nabiera
pokory  i  uczy  się,  że  nie  wszystko  od  niego  zależy.  Prawda  ta  dociera  nawet  do  tych,  którzy  nie  są  zbyt
pojętnymi  uczniami.  Tym  razem  jednak  nie  trafił  się  złoty  strzał  i  los  nie  dopomógł.  Heinz  osobiście
przepytał  dziesięć  osób,  żadna  z  nich  nie  zauważyła  nic  podejrzanego.  Ci  w  stadninie  bawili  się
w najlepsze, patrzyli jedynie, czy piwa i karkówki nie zabraknie. Albo nasłuchiwali wyników ze Stadionu
Narodowego.  Informacje  napłynęły  natomiast  z  prokuratury.  Było  kwestią  godzin,  że  sprawę  przejmie
Śląsk.  Im  szybciej,  tym  lepiej.  Tak  ponoć  nieoficjalnie  mówiono  w  Pile.  Wieczorem  Heinz  poszedł  do
„Misia”.  Urządzili  tam  z  „Ruskiem”  nieformalną  naradę.  A  właściwie  obaj  szukali  pretekstu,  aby  się
wreszcie  razem  napić,  bo  wcześniej  nie  było  okazji.  W  sprawie  brakowało  punktów  zaczepienia.  Tak
naprawdę nie było o czym mówić.

W piątek dostali sygnał od doktora Weseli, medyka sądowego taszczącego przed sobą wielki brzuch.
–  Mówił,  żebyśmy  zajrzeli  koło  trzeciej  –  powiedział  „Rusek”.  –  Mnie  do  niego  się  jakoś  nie  pali.

Uporządkowałbym  papiery,  trafisz  tam  sam?  –  Najwyraźniej  miał  w  pamięci  przebieg  ostatniej  wizyty
w szpitalu. A poza tym chciał chyba zaznaczyć, że śmierć Kodyma to już nie jego biznes.

Było  dwadzieścia  po  trzeciej,  gdy  Heinz  zatrzymał  czerwone  renault  na  szpitalnym  parkingu.  Po

drodze raz źle skręcił, raz utknął w korku.

Doktor Wesela czekał w pokoju.
– Do najbardziej punktualnych to pan nie należy – rzucił na powitanie.
Siedział  przy  stole,  na  którym  rozłożył  dokumentację  i  zdjęcia.  Heinz  rozejrzał  się.  Ściany  w  mdłej

zieleni,  szafa  pamiętająca  lata  siedemdziesiąte  i  regał  z  książkami  pochodzący  z  tej  samej  dekady.  Rzut
oka  na  grzbiety  książek  i  czasopism  wystarczył,  by  przekonać  się,  że  leżą  tam  przynajmniej  od
ćwierćwiecza. W rogu stała lampa ze zgniłozielonym abażurem, a na ścianie wisiał kalendarz z afrykańską
przyrodą. Ze zdjęcia spoglądał lew. Kalendarz pokazywał czerwiec, tyle że dwa tysiące dziewiątego roku.
Trochę  wody  upłynęło  od  tamtego  czasu.  Najwyraźniej  zegar  majestatu  śmierci  tykał  w  sobie  tylko
znanym rytmie.

– Napije się pan kawy? To proszę wyjść i tu zaraz pierwsze drzwi po lewej. Zrobią i przyniosą.
Powiedzieć, że doktor Wesela siedział przy stole, to wyrazić się nieprecyzyjnie. Od krawędzi dzieliła go

metrowa  przestrzeń  zaanektowana  przez  jego  brzuch  opięty  prążkowaną  koszulą,  która  potęgowała
wrażenie  otyłości.  W  sumie,  pomyślał  Heinz,  jakaś  litościwa  ręka,  jakiś  Adam  Słodowy,  mogłaby
podwyższyć blat, aby doktor mógł wsunąć się głębiej. Może kiedyś ktoś na to wpadnie.

Heinz usiadł przy krótszym brzegu.
– Słyszałem, że przejmujecie tę sprawę?
Przytaknął.
– I dobrze. Wtedy was będą poganiać. W ogóle macie dość ciekawy przypadek. Od czego by tu zacząć…

– Wesela przesuwał dokumenty. – Tak… Co pan wie o wychłodzeniach?

–  Że  nazywa  się  je  inaczej  hipotermią.  Że  jeśli  wrzucić  człowieka  do  wody,  która  ma  zero  stopni,  to

wystarczy pół godziny i jest koniec. Po prostu – rozłożył ręce – proszę mówić.

Wesela sapnął.
–  Zacznę  więc  od  tego,  że  pański  nowy  podopieczny,  pan  –    zerknął  do  notatek  –  Kodym,  zmarł

w  wyniku  wychłodzenia  organizmu.  Akurat  tak  się  składa,  że  interesuję  się  tym  zagadnieniem  trochę
bardziej, a na miejscu mamy laboratorium. Niech pan spojrzy. – Przesunął w stronę Heinza wynik jakiejś
analizy.

–  To  są  –  ciągnął  –  wyniki  histopatologiczne  wątroby.  W  hepatocytach  nie  ma  już  glikogenu,  który

został  spalony  na  walkę  z  zimnem.  Aha,  jeszcze  jedna  charakterystyczna  rzecz.  –  Tym  razem  podsunął
zdjęcie. – Widzi pan te punkciki? To są ostre zmiany nazywane plamkami Wiszniewskiego lub jeśli pan
woli,  uszkodzeniami  Wiszniewskiego.  Występują  na  błonie  śluzowej  żołądka.  W  około  osiemdziesięciu
procentach wypadków hipotermii możemy je zaobserwować. Poza tym śladowe ilości marihuany, a także
jeden ślad, który może świadczyć o użyciu paralizatora. Żadnych obrażeń świadczących o walce, jedynie

background image

to…  –  Pokazał  kolejną  fotografię.  –  Niewielkie  otarcia  naskórka  w  okolicach  pięt  i  łokci.  Gdyby  otarcia
nastąpiły po śmierci, otrzymalibyśmy to, co w naszym języku określa się jako suche, bezkrwawe starcie
powierzchniowej  warstwy  skóry.  A  także  proszę  popatrzeć  na  siniaki  na  przyśrodkowej  powierzchni
przedramion.  –  Wziął  długopis  i  zatoczył  nim  kółko  wokół  fotografii.  –  Podbiegnięcia  krwawe  także
świadczą  o  powstaniu  obrażeń  za  życia.  W  sumie  nic  dziwnego.  Ten,  kto  to  zrobił,  musiał  przecież
przetransportować ciało.

Przerwał  i  sięgnął  po  kubek  z  kawą,  stojący  w  pewnej  odległości  od  dokumentów.  Naczynie

znajdowało się na serwetce. Wesela nie musiał wstawać, chwycił jej róg i delikatnie przysunął kubek do
siebie.  Heinz  patrzył  z  podziwem  na  tę  operację.  Doktor  przetransportował  kawę  tak,  że  znalazła  się
w jego zasięgu. Upił dwa łyki i uśmiechnął się do profilera.

– Ile to trwa, panie doktorze? Jak szybko się umiera?
Wesela sapnął kolejny raz.
– Nie powiem panu. Nikt panu nie powie. Musi pan wziąć pod uwagę temperaturę wody i otoczenia.

Mamy  prawie  lato,  ale  w  magazynie  było  przecież  znacznie  chłodniej,  prawda?  Poza  tym  ubiór,  tkanka
tłuszczowa…  W  tym  wypadku  dość  nikła.  Liczy  się  różnie,  ale  statystycznie  rzecz  wygląda  następująco:
gdy  temperatura  ciała  spadnie  do  trzydziestu  dwóch  stopni  Celsjusza,  następują  zaburzenia  funkcji
mózgu,  schodzimy  dwa  i  pół  stopnia  w  dół,  człowiek  zapada  w  stan  śpiączki.  Dwadzieścia  osiem,
dwadzieścia pięć stopni to już jest śmierć. Najwięcej to o tym wiedzą Niemcy.

Powiedział coś po niemiecku, a gdy zobaczył, że Heinz nie załapał, powtórzył po polsku.
– Instytut Patologii Medycyny Lotniczej oraz Instytut Chemii Fizjologicznej. W czasie drugiej wojny

światowej  Niemcy  badali  ciała  żołnierzy,  którzy  polegli  na  mroźnym  wschodzie,  a  także  marynarzy
i lotników z północnych mórz Europy. Nawet jednak specjaliści z Freiburga nie określiliby dokładnie, ile
to trwało.

– A te taśmy przy obojczyku? Jak pan to tłumaczy?
– Taśmy… Właśnie to jest najciekawsze.
Heinz milczał. Wiedział, że są takie momenty, gdy trzeba oddać inicjatywę, nie spoglądać na zegarek,

dać się wygadać. Pociągnął kilka łyków kawy.

– Bo widzi pan – Wesela spojrzał na profilera – zastanawiam się, po co ta cała zabawa. Gdyby zabójca

chciał wydobyć z ofiary jakieś tajemnice, są skuteczniejsze i prostsze metody. Gdyby chciał się poznęcać,
to przyznam, że ma kiepską wyobraźnię i wiedzę, co można zrobić człowiekowi. A wie pan dlaczego?

– No?
–  Bo  w  wypadku  wychłodzenia  szybko  się  odjeżdża.  Traci  się  kontakt  z  rzeczywistością.  Schodzimy

o jeden stopień w dół, zaczynają nas boleć palce i kończyny. Pojawiają się problemy nie tylko z czuciem,
ale  także  z  widzeniem,  słyszeniem  i  powonieniem.  Przy  trzydziestu  trzech,  trzydziestu  dwóch
doświadczamy  otępienia  i  apatii.  Wówczas  bardzo  wiele  osób  miękko  przechodzi  w  sen.  Po  prostu
zasypiają.  Nic  ich  nie  boli.  Niektórzy  mają  wtedy  omamy  wzrokowe  i  słuchowe.  Ale  kontakt  z  takim
osobnikiem jest żaden. Rozumie pan? Nic się z niego nie wydobędzie.

Rozumiał.  A  jeśli  ktoś  chciałby  zadać  ból,  powinien  wybrać  inną  metodę.  Wiedział  też,  do  czego

służyły szerokie szare taśmy przytwierdzone do obojczyków i brzegów basenu. Chodziło o to, by chłopak
nie opadł pod powierzchnię wody, nie zakrztusił się i nie utopił.

–  Czy  on  tkwił  w  tym  basenie  cały  czas?  Albo  czy  można  stwierdzić,  że  Kodym  był  kilkakrotnie

ochładzany i ogrzewany? Że było to takie ochładzanie na raty?

– Nie powiem panu. I ci z Freiburga od lotników i marynarzy też by nie powiedzieli. Nie powiem panu

nawet,  o  której  ten  facet  zmarł.  Medycyna  sądowa  wciąż  ma  wiele  tajemnic.  Na  szczęście…  Wie  pan  –
podłubał  paznokciem  w  zębach  –  zawsze  śmieszy  mnie  to  całe  CSI.  „Zgon  nastąpił  o  dwudziestej
osiemnaście”.  –  Wesela  wcielił  się  w  rolę  aktora.  –  Największe  mózgi  pracują,  by  precyzyjnie  określić
czas  śmierci.  Jest  specjalny  program  badawczy  nadzorowany  przez  FBI.  I  co?  Mogę  panu  co  najwyżej
podać widełki.

Podał. Noc z jedenastego na dwunastego czerwca. Nie ma co. Szału nie było.
– Raport z sekcji trafi do was jak najszybciej.
Heinz wstał. Podali sobie ręce. Oddzielał ich brzuch doktora.
– Interesuje się pan trochę kosmosem? – zapytał Wesela.
– To zależy. A w jakim sensie?
– Astronauci, statki kosmiczne… Takie rzeczy…

background image

– A co?
–  Były  takie  pomysły  dotyczące  zamrażania  astronautów,  a  potem  ożywiania  ze  stanu  hibernacji.

Uczeni  odkryli  pewien  związek.  Nazywa  się  ksylomannan  i  znajduje  się  w  tkankach  chrząszczy Upis
ceramboides
.  Wie  pan,  co  one  potrafią?  Ksylomannan…  to  takie  połączenie  cukru  i  kwasów
tłuszczowych,  które  podczas  zamarzania  staje  się  częścią  błon  komórkowych,  a  przy  odtajaniu  zanika.
Opuszcza je. Te chrabąszcze budzą się, mimo że zamarzają do temperatury minus sześćdziesięciu stopni
Celsjusza. Wyobraża pan to sobie? Minus sześćdziesiąt stopni…

– Pan naprawdę mnóstwo o tym wie, doktorze.
Wesela najwyraźniej poczuł się mile połechtany. Obciągnął koszulę na brzuchu.
–  Widzi  pan…  –  Zawahał  się  chwilę,  jakby  zastanawiając  się,  czy  kontynuować  opowieść.  –

Wspinałem  się  kiedyś.  To  były  czasy.  Siedem  tysięcy  metrów,  więc  nie  ma  żartów.  Profesjonalny
himalaizm.  I  prawie  zamarzłem.  Cud,  że  mnie  znaleźli,  cud,  że  odratowali.  Straciłem  dwa  palce  u  lewej
nogi i jeden u prawej. A wie pan, co było najlepsze? Nie miałem na sobie kurtki. Leżała obok…

Spojrzał na Heinza.
– Mówiłem już panu, że w stanie hipotermii niektórzy mają zwidy. I ja je miałem… Wtedy na siedmiu

tysiącach… Śniło mi się, że jest ciepło. Śniło mi się wtedy, że jestem w Afryce… Fizycznie czułem ten upał.
Nigdy… nigdy nie miałem piękniejszego snu… Warto żyć dla takich chwil. Warto dla nich przeżyć.

Odpłynął i na kilka sekund pojaśniała mu twarz. Potem powrócił do rzeczywistości.
–  No  ale  to  dawne  czasy.  Trochę  inaczej  wyglądałem.  –  Klepnął  się  po  brzuchu.  –  Teraz  raz

w tygodniu chodzimy z żoną na kręgle.

Heinz szybko wyszedł. I nie wytrzymał. Parsknął śmiechem. Jeszcze w pokoju Weseli wyobraził sobie

doktora  na  kręgielni,  jak  pochyla  się,  zamienia  w  ogromną  kulę,  nabiera  przyspieszenia  i  toczy  się  po
torze.

Z pokoju w głębi korytarza wyszła pielęgniarka i obrzuciła go surowym spojrzeniem.
Dojechał na parking szkoły policji i wyłączył silnik. Nie wysiadł od razu.
Pomyślał o tym, co powiedział mu medyk sądowy. Nie, nie o tym, co mówił o okolicznościach śmierci

Kodyma. Przypomniał sobie, co Wesela mówił o własnych doświadczeniach. O halucynacjach i śnie, gdy
wysoko  w  górach  znalazł  się  na  granicy  życia  i  śmierci.  W  ekstremalnych  warunkach.  W  samotności.
Każdy ma takie przeżycia, na jakie sobie zasłużył.

Co zdążył przeżyć ten młody chłopak i jaki obraz miał przed oczami, gdy umierał?
A potem Heinz przypomniał sobie stary kalendarz z lwem, wiszący na ścianie koloru mdłej zieleni.

background image

6

Proszę  pana,  co  pan  za  bzdury  opowiada.  –  Rozciągnięte  sylaby.  Głos  raczej  nieciepły.  Bardziej  jak

dźwięk styropianu pocieranego o szybę. 

Było  wpół  do  ósmej  rano  i  Heinz  usłyszał  w  radiu  znaną  dziennikarkę,  która  obsobaczała  jakiegoś

polityka.

Wypili  do  kolacji  trochę  wina,  przy  czym  on  znacznie  więcej,  i  teraz  poczuł  się  tak,  jakby  ktoś

przystawił  mu  wiertarkę  do  głowy.  Ten  głos  mógłby  mieć  w  telefonie.  Budzik  ostatniej  szansy,  gdy
zawiodą  wszelkie  dzwonki,  alerty,  Szalone  Żaby,  przeboje  disco  polo  ustawione  jako  sygnały  pobudki
i  drzemki.  Wtedy  pozostanie  Poranna  Janka  i  jej  głos,  który  wwierci  się  w  trzewia,  przebije  na  wylot,
postawi na baczność.

– Nie moglibyśmy jakoś łagodniej wejść w dzień? – jęknął i oparł się na łokciu. – Może Gary Moore?

Scorpionsi nawet. Przecież – wskazał na radioodbiornik – to jest jakiś hard core.

– Lubię zacząć od konkretów, a nie od miękkich facetów – usłyszał.
Alicja  Solska,  którą  poznał,  gdy  nazywała  się  jeszcze  Guerero.  Pół  Polka,  pół  Kubanka  o  hebanowej

skórze.  Uważał  ją  za  czysty  heban,  choć  podobno  nie  była  to  prawda.  Nie  znał  się  na  tym,  był  jak  ślepy
rozprawiający o kolorach. Ale to z pewnością był heban.

Poznali  się  przed  kilkunastu  laty.  Wieki  temu.  Coś  między  nimi  zaskoczyło.  Myślał  nawet  wtedy

o  drugim  życiu.  Nowej  szansie.  Odrodzeniu,  którego  doświadczy  przy  tej  kobiecie.  O  kresie  żałoby  po
tragicznej śmierci żony. Żałoby, która się przeciągnęła. Więc między Heinzem i Alicją zaiskrzyło. A potem
wygasło. W takich wypadkach zwykło się mówić o niezgodności charakterów. Policjant i psycholożka. Kto
tu ma kogo terapeutyzować?

Przywoływał  wspomnienia  z  niechęcią.  Właściwie  powracały  same  i  krążyły  jak  natrętny  owad.  Jak

namolny pijak, który trzyma cię za ramię i prosi o pięćdziesiąt groszy. Tak, to nie był dobry czas. Ciągły
klincz.  Nieustanna  walka,  jaką  toczyli  między  sobą.  Oboje  mieli  przynajmniej  tyle  instynktu
samozachowawczego, by się nie wyniszczyć.

W  ubiegłym  roku  znów  się  spotkali.  Po  latach.  Czysty  przypadek.  Pourazowy  policjant  i  wzięta

terapeutka. Spróbowali raz jeszcze. I znów była walka, ale tym razem prowadzona według innych reguł.
Nikt  nikomu  nie  prostował  już  kręgosłupa.  Nie  wyprowadzał  z  życiowych  zakrętów.  Zresztą  w  pewnym
wieku  to  chyba  niemożliwe.  Przypominało  to  bardziej  pojedynek  radosnych,  podgryzających  się
i prowokujących psów. Może po prostu byli bardziej dojrzali. Nie zdecydowali się razem zamieszkać. On
przyjeżdżał do niej albo ona do niego. Przemieszkiwali dzień, dwa, czasem dłużej. A gdy pojawiał się błysk
kontrolki,  że  system  zaczyna  się  przegrzewać,  odpuszczali  i  wracali  do  swoich  enklaw.  Mieli  pola
wyłączności.  On  miał  jaskinię,  jak  Pocahontas  nazywała  mieszkanie  w  „kukurydzy”,  zadymioną,
przepoconą  salę  prób,  muzykę  i  gitary.  Ona  angażowała  się  w  działalność  świetlic  środowiskowych.
Naprawdę,  Rudolfie,  tłumaczyła  mu,  nie  mamy  pojęcia,  czym  może  być  bieda.  W  naszej  wyobraźni  nie
ustawiono takiej skali. Nie wiemy, jak może wyglądać życie. Nawet jeśli się z nią nie zgadzał w tej kwestii,
milczał.  Nie  podejmował  dyskusji.  Czy  czuł  się  dobrze?  Pewnie  tak.  Do  tego  stopnia,  że  przestał  nawet
odprawiać swój wieloletni prywatny rytuał. Nie jeździł już w miejsce między Bogusławicami a Grabową,
gdzie  postawił  kiedyś  krzyż.  Należałoby  powiedzieć:  nie  jeździł  już  tak  często  jak  dawniej.  W  ciągu
ostatniego roku był tam w sumie trzy razy.

A teraz nastał poranek. I trwała walka.
Pocahontas wyszła z łazienki.
– A ja nie lubię polityki. Nie o tej godzinie. W ogóle nie lubię. To może – podziwiał zwinne hebanowe

ciało pochylone w poszukiwaniu bielizny – zaczęlibyśmy dzień od innych konkretów?

Odwróciła się i wciąż naga, zrobiła krok w stronę łóżka. Zatrzymała się metr przed nim.
– Marzyciel.
Wiertło znów przedostało się pod czaszkę. Zmrużył z bólu oczy.
Negocjacje zakończone. Bezwładnie opadł na poduszkę.
– To przynajmniej przycisz. Proszę.
Był osiemnasty czerwca. Rzeczywiście Katowice przejęły sprawę. Prokurator w Pile pozbył się ciężaru

background image

szybko  i  z  ulgą.  Czwartek  i  piątek  spędziłem  jeszcze  w  Wielkopolsce.  Nikt  nic  nie  widział,  nie  słyszał.
Dreptaliśmy.

Garstka miejscowych policjantów pracowała na lotnisku. Szczególnie liczyłem na instruktorów jazdy

i ich zawodową pamięć do samochodów albo nietypowych rejestracji. Nic. Rozmowy w wypożyczalniach
kegów,  beczkowozów,  a  nawet  ciężarówek  nie  wniosły  nic  nowego.  Reprodukcję  okładki Abbey  Road
wykonano  komputerowo  z  wykorzystaniem  powszechnie  dostępnego  programu.  Dupa.  Znowu  nic.
Przesłuchaliśmy  ponownie  trepa,  który  znalazł  ciało,  motocyklistę  i  dziewczynę.  Samochód.  Musieliście
widzieć  przy  hangaroschronie  samochód.  Nie,  nie  widzieli.  A  ta  muzyka.  No  była,  ale  jak  przez  watę.
Potem ucichła. I nie była to żadna z kapel, których słucham, hardo oświadczył długowłosy chłopak. Gdyby
nie  litość  albo  irytacja  medyka  sądowego,  specjalisty  od  majestatu  śmierci,  tkwilibyśmy  bez  ruchu.
Pewnie też miał dość ponagleń oraz pokrzykiwań i przesunął Kodyma w kolejce.

Chłopak wyjechał z Katowic i słuch o nim zaginął. Nie potrafiliśmy ustalić, z kim się umówił i spotkał.

Od  piątku  telefon  milczał.  Analiza  billingów  nie  wniosła  nic  do  sprawy.  Przeczesywano  Facebooka  oraz
inne  portale  społecznościowe.  Z  równym  powodzeniem.  Ostatnia  zarejestrowana  aktywność  pochodziła
sprzed półtora tygodnia. Chłopak zapraszał na koncert kilku hiphopowych ekip.

W  sobotę  wróciłem  do  Katowic.  Zdążyłem  spotkać  się  z  chłopakami  z  zespołu,  dałem  się  nawet

zaciągnąć na mecz. Chyba byłem jedynym, nie licząc dwóch Czechów, który cieszył się z naszej porażki.
Balonik pękł i może zapanuje normalność. I skoro odpadliśmy, Joseph nie przyjedzie.

Kończyłem kolejne piwo, klientów w pubie szybko ubywało. Nie było czego świętować. Nawet pogoda

dostosowała się do okoliczności. Od kilku godzin lał deszcz.

– Słuchajcie – zapytałem – z czym kojarzy się wam okładka Abbey Road?
Dwóch, perkusista i drugi gitarzysta, wzruszyli ramionami.
–  A  mnie  się  kojarzy  –  powiedział  nasz  nowy  basista.  Andrzej  Golik.  Na  co  dzień  pracował  jako

specjalista  od  logistyki  w  firmie  spedycyjnej.  Skrupulatny,  opanowany.  Poza  tym  gitarzysta  basowy
powinien umieć liczyć i nasz to potrafił. Na scenie żadnych zbędnych ruchów. Oaza spokoju.

– A mnie się kojarzy – powtórzył. – Właśnie z piłką nożną.
– Z piłką?
– To był mundial w Argentynie. Siedemdziesiąty ósmy rok. Miałem wtedy osiem lat.
–  Gówniarz  –  mruknął  perkusista.  Za  rok  kończył  sześćdziesiątkę.  Dwoje  dzieci,  troje  wnuków.

Demograficzna norma wyrobiona.

–  Oglądałem  z  dziadkami  mecz  z  Argentyną,  wiecie,  to  oni  mnie  wychowywali.  –  Wiedzieliśmy.

Opowiedział  nam  to  kiedyś  na  koniec  smutnego  wieczoru.  –  I  gdy  Deyna  nie  strzelił  karnego,  nie
wytrzymałem.  Rozpłakałem  się  i  wybiegłem  z  pokoju.  A  tydzień  później  dostałem  od  dziadka Abbey
Road
.  Nie  wiem,  skąd  wytrzasnął  tę  płytę.  Powiedział  tylko:  „Masz,  to  za  Deynę”.  Gdyby  nie  karny,
pewnie nigdy bym nie zaczął grać.

– Świat odetchnąłby z ulgą – wtrącił perkusista, a Golik spojrzał na niego z wyrzutem.
Cóż, klasyczna miłość basisty i bębniarza. Facetów, którzy w zespole skazani są na siebie.
– A dlaczego, Hipis, o to pytasz?
Milczałem.
Dreptałem w miejscu.
Niedzielę  spędziłem  z  kobietą,  a  w  poniedziałek  rano  pojechałem  do  komendy  wojewódzkiej.

Przywitało mnie kilka wymownych spojrzeń, ale nikt nic nie powiedział. Nie wiem, jakie grzechy miałem
wypisane na twarzy. Zameldowałem się u naczelnika wydziału zabójstw. Gawlik czekał na mnie.

– Podkrążone oczy. – Skrzywił się, gdy mnie ujrzał. – Ale to chyba nie z przepracowania. Co, Hipis? –

Wskazał mi krzesło. – Intensywne życie towarzyskie?

I uczuciowe, powinienem dodać.
Usiadłem.
– A my tu mamy urwanie głowy – sapnął. – Dziś dzwonili do mnie – zaczął pokazywać na palcach –

wiceprezydent, nasz były szef, czyli komenda główna, i trzy, redaktor „Dziennika Zachodniego”. Rozeszło
się już…

–  Mógł  jeszcze  dzwonić  papież,  komitet  noblowski,  Andrzej  Wajda.  –  Spróbowałem  nieco  rozluźnić

atmosferę.

– Jeśli miał być to żart, to wyjątkowo kiepski. Ten cały Kodym szaleje. Na razie zneutralizowałem go,

ale nie wiem na jak długo. Za godzinę mamy zebranie zespołu. Z oczywistych względów zabójstwo tego

background image

chłopaka to teraz nasz priorytet. Na szczęście – wstał – masz kogoś do pomocy.

Także się podniosłem. Wyszliśmy z gabinetu i udaliśmy się do sali konferencyjnej.
Mężczyzna  siedział  nad  rozłożonymi  zdjęciami.  Obok  stała  filiżanka  z  kawą.  Gdy  zobaczył,  że

wchodzimy, wstał. Spojrzał na mnie.

Przerzedzone  blond  włosy,  puste  spojrzenie,  usta  ułożone  w  lekko  kpiący  uśmiech.  I  wysokie  czoło.

Przede mną stał Breivik.

Nie wytrzymałem.
– Zaraz, zaraz! – Spojrzałem na Gawlika. – Jeśli to jest twój żart, to…
Nie słuchał mnie.
Staliśmy naprzeciw siebie na wyciągnięcie ręki.
– Skoro mamy pracować ze sobą – rozłożyłem ręce, jakbym chciał tym gestem pokazać, że nie mam

na  to  wpływu  –  to  ustalmy  kilka  spraw.  Nie  mam  iPhone’a,  nie  mam  konta  na  Facebooku,  a  radio  to
radio,  a  nie  jakiś  pieprzony…  –  szukałem  nazwy,  która  wyleciała  mi  z  głowy  –  …nie  jakiś  pieprzony
Spotify. Kapujesz?

Ani  trochę  nie  przejął  się  moją  tyradą.  W  zasadzie:  jej  początkiem.  Odczekał  chwilę,  aż  się

zapowietrzę.

– Słyszałem o panu pozytywne opinie. Że jest pan dobrym człowiekiem.
Zamilkłem. A potem nie mogłem powstrzymać śmiechu.
Dziesięć  minut  wcześniej  wparowałem  do  pokoju  naczelnika.  Odział  GROM-u  by  mnie  nie

powstrzymał. Opowiedziałem o Pile i tym bezczelnym gnoju. Tak, wiedział, że będzie z tobą pracował, i to
nie żart, Hipis. W obecnej sytuacji nie jest nikomu do śmiechu. Załatwił sobie szkolenie, chciał cię lepiej
poznać. W Warszawie nagrabił sobie. Mówili, że podkomisarz Leszek Trojanowski ma trudny charakter,
jest pyskaty, ale nadaje się. „Nadaje się” w ustach Gawlika było znaczącym komplementem.

–  Więc  przestań  zachowywać  się  jak  rozhisteryzowana  dziewczynka,  Heinz,  a  poza  tym  –  naczelnik

zawiesił  głos  –  nic  nie  trwa  wiecznie,  nie  ma  ludzi  niezastąpionych  i  sam  wiesz,  ktoś  po  tobie  będzie
musiał przejąć pałeczkę. My – wskazał na siebie i na mnie – należymy może do towarów chodliwych, ale
przeterminowanych.

Siedziałem zatem naprzeciw Breivika i dzieliła nas szerokość stołu konferencyjnego. Wpatrywałem się

w niego jak w okaz zoologiczny.

– Dobry człowiek? A kto ci takich bzdur nagadał?
– Pani Jolanta. Wiem, że nazywa ją pan Gotycką Jolką.
Poczułem ukłucie w żołądku. Jolka, policjantka chorująca na raka. Poznaliśmy się… ile to będzie? Pięć

lat  temu,  gdy  prowadziliśmy  śledztwo  w  sprawie  zamordowanych  kleryków.  Ostatnio,  gdy  się
widzieliśmy,  fotografowała  samoloty.  Hobby,  które  pochłonęło  ją  bez  reszty.  Pasja,  która  pozwalała
przetrwać i nie zwariować. Rok temu, przewinąłem w głowie ciąg zdarzeń, także mi pomogła. Bez niej nic
bym nie zdziałał.

– Właściwie to powiedziała, że jest pan w porządku.
Tym  razem  ukłucie  zawodu.  „W  porządku”.  Tylko  tyle?  Żadnego  czerwonego  dywanu,  dzieci,

kwiatów? W sumie czego się miałem spodziewać.

– Co u niej? – Chciałem, aby mój głos zabrzmiał w pełni naturalnie.
– Nie miałem okazji z nią pracować. Odeszła.
Pociemniało mi w oczach. Bałem się zadać pytanie.
– Kiedy?
Breivik patrzył na mnie uważnie.
– Nie, nie to miałem na myśli. Żyje. Odeszła z firmy. To znaczy firma ostatecznie się na nią wypięła.

Ma własną działalność. Została panią detektyw.

Przymknąłem oczy. Wciąż czułem mocniejsze bicie serca.
– Gotycka Jolka… – powiedziałem po chwili. – A wiesz, jak ciebie nazywam?
Wzruszył ramionami.
–  Wiem.  Nie  pan  pierwszy.  Od  ubiegłego  roku  wiele  osób  tak  na  mnie  mówi.  W  szkole  byłem

„Trojanem”. Nie mam na to wpływu. Dupy nie urywa.

Właściwie oznaczało to, że mam banalne skojarzenia.
– Co chciałeś zrobić, gdy ruszyłeś w stronę tego żylastego faceta w Pile? Tego, co wygląda jak śmierć.
Milczał dłuższą chwilę.

background image

–  W  sumie  nic.  Improwizowałem.  Byłem  raczej  ciekaw,  co  on  zrobi.  A  pan,  zdaje  się,  miał  wyrzuty

sumienia. Tak, kupiłem sobie wtedy piwo. Ale sam zapłaciłem.

Bystry  był.  Nie  można  mu  tego  odmówić.  Nie  wszędzie  takich  lubią.  Właściwie  to  mało  gdzie.

Błaszczykowski uratował mu w Pile życie.

Wstałem i podszedłem do okna. Kolejny dżdżysty dzień. Patrzyłem na służbowy parking zapełniający

się z każdą godziną.

– Mnie nazywają Hipis. Pewnie wiesz. Też nie mam na to wpływu. A nasze rachunki uregulujemy, gdy

dostaniesz u nas pierwszą wypłatę.

Na nagraniu nastała cisza. Słychać było jedynie ciche, trudne do zidentyfikowania szmery.
Mężczyzna  wstał,  podszedł  do  szafy  i  wyjął  marynarkę.  Przerzucił  ją  przez  oparcie  krzesła  i  usiadł.

Odruchowo sięgnał po długopis leżący na biurku i zaczął się nim bawić.

– Czy możemy zrobić przerwę? – Usłyszał głos Heinza.
– Oczywiście.
Ostatnie słowo na nagraniu wypowiedział sam.
– No i dobrze. To ja skoczę po piwo, chłopaki.
Milczenie przeciągało się. Aż znowu usłyszał samego siebie.
– Pan raczy żartować, komisarzu.
–  To  wy  sobie  żartujecie.  Cała  ta  sprawa  to  cyrk  i  żart.  Wiecie  co,  patrzę  tak  na  was,  na  dwóch

całkowicie przezroczystych facetów, i zadaję sobie pytania. Ciekawi was jakie?

– Nieszczególnie. Interesują nas pańskie odpowiedzi. Ale skoro musi się pan popisać…
– Zastanawiam się – głos na nagraniu stał się cichszy – czy wy czymś się od siebie różnicie. Czy ty na

przykład  wolisz  sushi,  a  twój  kumpel  schabowego,  czy  słuchasz  techno,  a  ten  drugi  Stonesów…
Zastanawiam  się,  czy  jest  w  was  jakieś…  człowieczeństwo.  –  Ostatnie  słowo  wypowiedział  tak  cicho,  że
trzeba było się go prawie domyślać.

Człowieczeństwo. W tej robocie rzadko słyszane słowo.
Mężczyzna  zirytowany  odłożył  długopis.  Wyłączył  dyktafon  i  założył  marynarkę.  Nie  miał  żadnych

planów, nigdzie się nie spieszył. Po prostu także on miał dość.

background image

7

Młoda  policjantka  w  mundurze  przyniosła  kserokopie  zdjęć,  o  które  poprosił  Heinz.  W  sumie  pięć

kompletów.  Minialbum  z  miejsca  zbrodni  i  okładka  Beatlesów.  Jako  bonus.  Sekretarka  naczelnika
wniosła  dwa  dzbanki  z  kawą,  kruche  ciasteczka  i  słone  paluszki.  Odkąd  wydziałem  rządził  Gawlik,
paluszki  pojawiały  się  tylko  w  szczególnych  okolicznościach.  Znaczyło  to,  że  teraz  takie  okoliczności
zaistniały. Naczelnik wprowadził także zwyczaj nagrywania zebrań. Twierdził, że odsłuchuje nagrania, aby
wyłapać  to,  co  mogło  umknąć  w  ferworze  dyskusji,  ale  Heinz  nie  znał  nikogo,  kto  wierzyłby  w  te
wyjaśnienia.

Gawlik zajął miejsce u szczytu stołu. Zdjął służbową marynarkę, powiesił ją na krześle i rozpiął górny

guzik  koszuli.  Po  jego  prawej  ręce  usiadła  szczupła  blondynka  o  twarzy  wysypanej  piegami.  Starsza
aspirant  Gabriela  Rojek.  Zawsze  chodziła  w  rajstopach.  Ktoś  zwrócił  Heinzowi  na  to  uwagę  i  od  tamtej
pory,  ilekroć  widział  aspirant  Majek,  pierwsze  spojrzenie  kierował  na  jej  zgrabne  nogi.  Tym  razem  było
podobnie. Jak zwykle, mimo że minęła połowa czerwca. Profiler pamiętał jakąś burzliwą naradę i zdanie
wypowiedziane  przez  policjantkę.  „Wy,  faceci,  idziecie  na  wojnę  ze  swoimi  pięściami,  a  my  zabieramy
szminkę  i  zapasowy  dysk”.  O  ile  dobrze  zrozumiał,  zdanie  dotyczyło  jakiejś  ewolucyjnej  prawidłowości
i  nieuchronnych  przemian  cywilizacyjnych.  Może  Gawlik  trzyma  jeszcze  tamto  nagranie  gdzieś  na  dnie
szafy.

Jakby  na  potwierdzenie  tamtych  słów,  Rojek  odsunęła  od  siebie  zdjęcia,  wyjęła  laptopa,  obok

rozstawiła drugiego i położyła iPhone’a, i z tą całą elektroniką czekała na początek zebrania.

– Brakuje jeszcze szminki – szepnął jej nad uchem Heinz.
Odpowiedziała na zaczepkę niechętnym spojrzeniem.
Obok  niej  usiadł  Breivik,  a  Heinz  zajął  miejsce  naprzeciw  niego.  W  głębi  siedział  Sebastian  Cieśla,

w  trampkach,  dżinsach  przypominających  stare  tureckie  dekatyzy  i  T-shircie  z  nazwą  amerykańskiej
drużyny  uniwersyteckiej.  Cieśla  był  fanatykiem  koszykówki.  Nie  oglądał  więc  NBA,  tylko  śledził
rozgrywki  klubów  akademickich,  udzielając  się  przy  tym  na  specjalistycznych  forach.  Był  oficerem
operacyjnym.  Tajniakiem,  jak  sam  o  sobie  mówił.  I  to  jedno  słowo  usprawiedliwiało  w  jego  oczach  styl
ubierania  się,  choć  naczelnik  miał  w  tej  sprawie  inne  zdanie.  Cieśla  zwykle  wyłamywał  sobie  stawy
paliczkowe,  czyli  potocznie  mówiąc,  strzelał  palcami,  i  może  dlatego,  by  tą  przypadłością  nie  drażnić
innych, zawsze siadał nieco z boku.

Breivik w zebraniu uczestniczył po raz pierwszy. Spojrzenie Cieśli zawisło więc na nim.
–  Podkomisarz  Leszek  Trojanowski  zasili  nasze  szeregi.  W  tej  sprawie  będzie  współpracował

bezpośrednio z Hipisem.

Zostanie także jego następcą, co powinieneś dodać, pomyślał Heinz.
–  Kontaktujcie  się  z  nim  we  wszelkich  sprawach,  które  dotyczą  młodego  Kodyma.  Starsza  aspirant

Gabriela Rojek prześwietli portale społecznościowe i wszystko, co Kodym pozostawił w sieci.

– Zdążyliśmy się poznać – powiedział Breivik.
–  Będzie  także  naszym  headem  do  spraw  kontaktów  z  mediami.  Zaraz  po  naradzie  mamy  spotkanie

z dziennikarzami. Jak się domyślacie, jest duże parcie na tę sprawę.

Heinz  jadł  ciasteczko  i  omal  się  nie  udławił.  Headem.  Gawlik,  znany  z  sążnistych  i  niekiedy

wyrafinowanych przekleństw, musiał być ostatnio na jakimś szkoleniu.

–  Podkomisarz  Sebastian  Cieśla,  koordynuje  działania  operacyjne  –  przedstawił  sucho  ostatniego

z zebranych. – Dobra! – Klasnął w dłonie. – Zbierzmy, co mamy.

A nie było tego zbyt wiele, mógł dodać od razu.
Wszyscy spojrzeli na Heinza.
–  Zacznijmy  tak  –  zaproponował.  –  Zobaczmy,  co  wiemy  o  chłopaku.  Potem  opiszę  okoliczności

sprawy i powiem, co o tym sądzę. Na koniec zastanówmy się, co z tym pasztetem zrobić…

– Jeśli mowa o chłopaku, to od piątku zebrałem parę informacji – wtrącił Breivik.
Ciekawe,  gdzie  zgubiłeś  ten  swój  cyniczny  uśmieszek,  pomyślał  Heinz.  Patrzył  na  Breivika  bez

szczególnej  sympatii.  Swoją  drogą,  przypomniał  sobie  piątkową  rozmowę  telefoniczną  z  Gawlikiem,
naczelnik nie uprzedził go o nowym zaciągu do policyjnej ekipy. W ogóle nikt mu nic nie powiedział. Tak

background image

jakby zapanowała zmowa milczenia.

–  W  dużym  skrócie,  bo  przygotowałem  wam  dossier  –  wychwycił  pytające  spojrzenie  Heinza  –

i  posłałem  na  wasze  adresy  mejlowe.  –  Gabriela  Rojek  kiwnęła  głową  i  uśmiechnęła  się  do  Breivika.  –
Więc w skrócie: dobre liceum, dobra rodzina, sami zresztą wiecie, i nieciekawi znajomi. To jeden punkt
widzenia. Na przykład kolegów z roku. W październiku zaczął studiować stosunki międzynarodowe.

– Co to znaczy: nieciekawi znajomi? – zapytał Heinz.
–  Tacy  z  obniżonym  krokiem  w  spodniach.  Hiphopowe  środowisko.  Odgrażają  się,  że  bardzo  licznie

stawią się na pogrzebie.

– Dobrze wiedzieć – wtrącił Cieśla i wyłamał staw w palcu wskazującym. – A inny punkt widzenia?
– Że fajny kolo. Z głową do składania rymów. Talent. Tak piszą na forach ci w opadających spodniach.
–  To  prawda  o  pogrzebie  –  wtrąciła  Rojek.  –  Skrzykują  się  na  forach.  –  Wpatrzona  była  w  monitor

laptopa i bębniła w klawiaturę.

– Kiedy ten pogrzeb? – zapytał Heinz.
– W piątek – odpowiedziała.
– Powinniśmy tam być. Też dość tłumnie. – Profiler spojrzał na Cieślę.
Pogrzeb był jednym z lepszych momentów, by wytypować tych, z którymi warto porozmawiać. Trzeba

to zrobić, zanim wystygną emocje i przestanie się tlić naturalna chęć pomocy w wyjaśnianiu sprawy.

– Mówię wam o tych dwóch twarzach Patryka Kodyma, o tym, jak był odbierany, bo jest w tym pewna

niezgodność – odezwał się Breivik.

– Jaka?
– Chłopak studiował. W piątek jego cały rok miał mieć ważne zaliczenie. Sprawdziłem to. Tymczasem

w czwartek, tuż przed, on znika. W sumie dobrze się uczył, to też sprawdziłem, a tu taka akcja. Poza tym
do meczu było trochę czasu. Coś tu nie gra.

– Miał prawo jazdy? – spytał Gawlik.
Breivik przecząco pokręcił głową.
– Stary mu nie kupił? – Cieśla zdziwił się.
– Stary dba o wizerunek i nieposzlakowaną opinię. – Naczelnik zmierzył podwładnego spojrzeniem. –

Niektórzy… niektórzy o to dbają. Mówi się nawet, że stary Kodym ma być może plany polityczne.

–  W  każdym  razie  jest  w  tym  nagłym  wyjeździe  coś  dziwnego,  powinniśmy  to  zbadać  –  ciągnął

Breivik.  –  Powinniśmy  też,  rozmawiałem  o  tym  z  Gabą,  założyć  stronę  dotyczącą  chłopaka.  Taką  lipną,
wiecie, coś w stylu akcji przejętych, troskliwych znajomych, bo nasza firmowa mogłaby zniechęcać. Może
ktoś go widział w Warszawie, ktoś sobie skojarzy…

Z Gabą. Ho, ho, szybko działasz, chłopcze, pomyślał Heinz.
–  Nie  znam  się  na  tym  –  wtrącił  –  ale  to  dobry  pomysł.  Z  jednym  bym  się  wstrzymał.  Nie  mamy

pewności,  czy  rzeczywiście  pojechał  do  Warszawy.  A  jeśli  nawet  wybierał  się  tam,  to  czy  dojechał.
Pytajmy o chłopaka, ale nie sugerujmy miejsca pobytu. Pozostaje kwestia, jak stąd wyjechał. Pociągiem,
autobusem, ktoś go zabrał samochodem? Może znajdziemy coś na dworcowym monitoringu.

Gawlik przytaknął.
– Pracujemy już nad tym.
– Teraz ty – Gawlik zwrócił się do Heinza. – Co się zdarzyło w Pile?
Dobre pytanie. Sam chciałby wiedzieć.
Odchrząknął.
–  Nie  wiemy,  jak  Kodym  się  tam  znalazł.  I  jakie  jest  powiązanie  między  nim  a  mordercą.  Możemy

przyjąć natomiast z absolutną pewnością, że ich spotkanie nie było dziełem przypadku. Nikt przypadkiem
nie  wozi  ze  sobą  paralizatora,  nadmuchiwanego  basenu,  taśmy  pozwalającej  skrępować  ciało
i spreparowanej okładki Beatlesów. Nie wozi się tego po to, by zaatakować losowo wybraną ofiarę.

Przywołał  w  pamięci  wieczór,  gdy  Polska  grała  mecz  z  Rosją.  Opowiedział,  co  zobaczył

w hangaroschronie.

–  Bez  wątpienia  mamy  do  czynienia  z  człowiekiem  inteligentnym.  A  przynajmniej  powyżej  normy.

Potrafiącym  planować.  Nie  wykluczam,  że  musiał  upatrzyć  sobie  te  hangaroschrony,  inaczej  skąd  by
o  nich  wiedział.  Może  jest  pasjonatem  lotnictwa?  Tego  nie  wiemy…  –  Zaschło  mu  w  ustach  i  upił  łyk
kawy. – Jest mężczyzną. Przeprowadzenie całej akcji wymagało trochę wysiłku fizycznego i sprawności.
Jest  także  człowiekiem  potrafiącym  improwizować.  –  Heinz  opowiedział  o  zepsutym  kranie.  –  Mimo
przykrej niespodzianki zrealizował swój plan. Jest opanowany. Trochę przecież to trwało, gdy przebywał

background image

z  ofiarą  w  magazynie.  Samochód  ukrył  najpewniej  w  głównej  części  hangaru  i  zakrył  brezentem  albo
czymś  podobnym.  Jest  człowiekiem,  który  na  dwa,  trzy  dni,  w  środku  tygodnia,  może  wyrwać  się  ze
swojego środowiska i nie wzbudza to podejrzeń…

– Każdy tak może – wtrącił Breivik. – Wystarczy wziąć zwolnienie…
– Nie każdy – zaoponował Heinz – ale nasz Magazynier może.
– Magazynier? – Gawlik zdziwił się.
– Tak go sobie roboczo nazwałem. Przypomina w tym trochę Kuklinskiego.
– Pułkownika? – zdziwił się naczelnik.
–  Nie.  Nie  Kuklińskiego,  ale  Kuklinskiego.  –  Heinz  starannie  wymówił  nazwisko.  –  Richard

Kuklinski, ksywa „Iceman”. Kroił ciała, szczątki rzucał szczurom albo krabom na plaży. Przyjemniaczek.
Do  rozczłonkowania  ofiar  używał  noża.  Wiecie  dlaczego?  Mówił,  że  nie  lubi  piły,  bo  gdy  nią  tnie,  to
szczątki tkanek lecą mu na ubranie.

– Esteta – mruknął Breivik.
–  Ale  popisowym  numerem  było  mrożenie  zwłok.  Po  to,  by  uniemożliwić  określenie  czasu  zgonu.

Potem  w  różnych  stanach  znajdowano  fragmenty  ciał.  Czasami  jeszcze  z  kawałkami  lodu.  Dlatego
nazwano go „Icemanem”.

– Powiedziałeś, że to trwało, tam, w magazynie – powiedziała Cieśla, nie przestając pisać na laptopie.

– Dlaczego tak uważasz?

Heinz odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy.
–  Zwrócił  na  to  uwagę  medyk  sądowy.  –  Przed  oczami  mignął  mu  obraz  kalendarza  z  lwem.  –

Wychładzanie  ciała…  Nie  ma  sensu  tak  kogoś  torturować.  Dlaczego?  Bo  takie  wychładzanie  szybko
prowadzi  do  zaburzeń  świadomości.  Ofiara  odpływa  i  nie  ma  z  niej  żadnego  pożytku.  Chłopak  miał
zaklejone usta. Inaczej jego krzyk niósłby się na zewnątrz. Nie ma krzyku, odpada nieco przyjemności. Tu
nie chodzi o klasycznie pojęty sadyzm.

– To po co Magazynier trzymał go w wodzie? – zapytał naczelnik.
Heinz westchnął.
– Nie wiem. Nie wiem, o co chodzi z wodą. Ale mogę powiedzieć wam, jak to się odbywało… Sądzę, że

tak to się odbywało – poprawił się. – Spójrzcie na zdjęcia.

Pochylili się nad fotografiami. Nawet Gabriela Rojek porzuciła laptopa.
–  Zacznijmy  od  momentu,  gdy  pakuje  związanego  i  zakneblowanego  chłopaka  do  basenu  i  nalewa

wodę. Po pewnym czasie widoczne stają się efekty hipotermii i chłopak zaczyna odpływać. Nie wiem, czy
nasz  Magazynier  był  na  to  przygotowany.  Pewnie  nie.  Wyciąga  więc  Patryka  z  basenu.  Stąd  wzięły  się
ślady  otarć  na  piętach  i  siniaki  na  ramionach.  Popatrzcie…  Moim  zdaniem  nie  powstały  podczas
transportu.  W  jakiś  sposób  doprowadza  Kodyma  do  stanu  używalności  i  chlup!  Znów  do  basenu.
Wykorzystuje taśmę, by chłopak nie osunął się pod wodę. Nie wiem, ile to trwało.

W czyjejś kieszeni zawibrowała komórka, ale nikt nie odebrał.
– Po co to robi? – zapytał Breivik.
–  Dobre  pytanie.  Popatrzcie  na  zdjęcie  oznaczone  trójką.  Widzicie  na  nim  krzesło  i  stół.  Z  tego

magazynu nikt dawno nie korzystał. Ale na blacie i na krześle nie było kurzu. Jest jeszcze coś… Tego nie
zobaczycie na zdjęciach. Dlatego miałem szczęście, że widziałem ślady na miejscu. Na podłodze powstały
niewyraźne  rysy.  Prowadziły  od  ściany,  gdzie  stał  stół,  a  kończyły  się  metr  przed  basenem.  Magazynier
przestawił stół. A potem usiadł naprzeciw ofiary. Rozumiecie teraz, dlaczego było tak ważne, by chłopak
szybko nie odpłynął?

Wszyscy  popatrzyli  na  niego.  Cieśla  bawił  się  ołówkiem  wsuniętym  w  usta.  Breivik  zacisnął  pięści

i oparł na nich podbródek.

– Siedział i co wtedy robił? – spytał.
– Nie wiem. Patrzył. A może śpiewał. Parka, która znalazła się w pobliżu, słyszała muzykę. Brzmi to

absurdalnie, ale tamci przysięgają, że coś słyszeli. – Dolał sobie kawy z termosu. – Niezależnie, co robił,
czerpał  z  tego  satysfakcję.  Napawał  się  stworzoną  scenerią.  Był  panem  sytuacji,  ale  trochę  na  innej
zasadzie,  niż  dzieje  się  to  w  wypadku  przestępstw  seksualnych.  I  tylko  po  to,  by  tę  chorą  satysfakcję
odczuć,  zaplanował  i  zaaranżował  złożoną  i  nieco  ryzykowną  operację.  On  naprawdę  musi  mieć  mocne
nerwy. Popatrzcie jeszcze na zdjęcie numer dziesięć.

Fotografia  przedstawiała  wnętrze  magazynu  od  strony  wejścia.  Na  środku  pomieszczenia  znajdował

się nadmuchiwany basen, a nad nim kołysała się żarówka.

background image

–  Gdy  było  po  wszystkim,  stół  wrócił  na  dawne  miejsce.  I  krzesło  też.  A  wiecie  dlaczego?  By  mógł

zrobić zdjęcie. Wyobraźcie sobie tę samą fotografię, tylko dodajcie w środku ciało. – Powiódł wzrokiem
po zebranych. – Jestem pewien, że Magazynier to wszystko sfotografował. Pewnie ma to w komórce. To
zdjęcie jest jego nagrodą i źródłem przyjemności. A to oznacza…

–  Że  między  panami  zaszło  coś  więcej  –  dopowiedział  Breivik.  –  Była  jakaś  zadra,  która  utkwiła

głęboko.  Coś  osobistego,  ale  tak  jakby  jeszcze  bardziej.  Wygląda  to  jak  spłata  długu.  Długo  oczekiwana
sposobność do rewanżu.

– Tak samo myślę – zgodził się Heinz. – W tej sprawie jest coś głębszego. Co dwudziestolatek może

zrobić, aby zasłużyć na taką karę? Poza tym pozostaje okładka.

– O co chodzi z tymi Beatlesami? – zainteresował się Gawlik.
Heinz był przygotowany na to pytanie. Pokazał zdjęcie z oryginalną okładką Abbey Road  i  fotografię

znalezioną w hangaroschronie, na której John Lennon zmierzał z prawej strony przejścia dla pieszych na
lewą.

– Jeszcze raz powtórzę. Nikt bez powodu nie zadaje sobie tyle trudu.
– Lennon zginął i młody Kodym też – powiedział Cieśla.
–  To  najprostsze  wytłumaczenie.  Ale  nie  wyjaśnia,  dlaczego  John  zmierza  w  odwrotnym  kierunku.

Jeśli  Magazynier  jest  takim  fanem  Beatlesów,  wystarczyłoby,  że  oznaczyłby  Lennona  kółkiem,  jak
w jakimś filmie kryminalnym. Wymowa byłaby oczywista.

– Niebawem – Gawlik spojrzał na zegarek – mamy spotkanie z dziennikarzami. Briefing.
Kolejne nowe słówko w słowniku starego.
–  Na  informację  o  Beatlesach  jest  całkowite  embargo.  To  nie  ma  prawa  trafić  do  pismaków.  –

Naczelnik  nigdy  nie  miał  najlepszego  zdania  o  przedstawicielach  czwartej  władzy  i  akurat  w  tej  kwestii
Heinz zgadzał się z nim. – Zrozumieliście? – upewnił się Gawlik.

Pokiwali głowami.
Zapadła cisza. Cieśla bawił się słonym paluszkiem. Złamał go. Kryształ soli potoczył się po stole. Rojek

sięgnęła do torebki i wyjęła drugi telefon komórkowy.

– Jest takie powiedzenie – odezwał się Breivik. Patrzył na Heinza. – Jeśli chcesz się mścić, szykuj od

razu dwa groby. Czyli jeśli się mścisz, sam stajesz się ofiarą. Ale w tym wypadku… – Pokręcił głową. – Tu
może  chodzić  o  więcej.  Krótko  mówiąc,  Patryk  Kodym  nie  będzie  jedyny.  –  Stuknął  palcem  w  zdjęcie
przedstawiające spreparowaną okładkę. – Beatlesów było czterech, więc…

– To co? – Gawlik nie wytrzymał. – Sugerujesz, że powinniśmy czekać, aż w gdzieś w Polsce pojawi

się kolejny trup z takim zdjęciem? Może powinniśmy poprosić wszystkie województwa, by powiadomiły
nas, gdy coś takiego się zdarzy?

– Nie wiem. – Breivik wzruszył ramionami. Nie zareagował na drwinę w głosie naczelnika albo jej nie

wyczuł. – Po prostu myślę głośno.

– Myślcie – powiedział Gawlik. – Byle z pozytywnym skutkiem.
Skończyli naradę. Rozdzielili zadania. Podzielili się niczym aktorzy rolami. Heinz wrócił do pokoju. Na

oparciu krzesła, które stało po drugiej stronie biurka, wisiała lekka niebieska kurtka. Na siedzeniu leżał
wojskowy plecak. Rzeczy Breivika. Przez chwilę Heinza korciło, by zajrzeć do środka, ale powstrzymał się.
Schował zdjęcia do szuflady i włączył komputer. Sprawdził pocztę. Przyszło dossier ofiary. Otworzył plik.
Patryk Kodym. Urodzony szesnastego lipca. Za miesiąc obchodziłby dwudzieste urodziny.

Zachciało mu się palić. Zszedł na dół i przez uchylone drzwi zajrzał do sali konferencyjnej. Przy stole

siedział Gawlik, a po jego prawej ręce aspirant Gabriela Rojek. Gaba. Naczelnik zdawkowo odpowiadał na
pytania.  Tak,  nie,  zostaniecie  państwo  powiadomieni  o  wszystkim  w  stosownym  czasie.  Jego  czoło
przecinała czerwona bruzda. Było widać, że nie jest w swoim żywiole i trudno było uznać tę konferencję
za  przykład  wzorowej  współpracy  organów  ścigania  z  mediami.  Rojek  była  bardziej  elokwentna
i  próbowała  się  wykazać.  Tak,  sprawa  jest  rozwojowa,  ze  względu  na  dobro  śledztwa,  apelujemy  do
państwa o pomoc… Jeśli ktoś widział Patryka Kodyma, prosimy…

Wyszedł  przed  budynek  i  zapalił  papierosa.  Rzucił  pustą  paczkę  do  kosza  i  trafił  za  dwa  punkty.

Przestało padać, ale było zimno. Zatrząsł się. Nie wiedzieć czemu pomyślał o chrząszczach i astronautach.

Wrócił do pokoju. Kurtki i plecaka już nie było.

background image

8

Kościół pod wezwaniem Narodzin Najświętszej Marii Panny pękał w szwach.
Heinz  razem  z  Alicją  Solską  przyjechał  wcześniej  i  zaparkował  samochód  przy  ulicy  Plebiscytowej.

Chciał zająć dobre miejsce. Złapać miejscówkę do obserwacji. Spodziewał się tłumów na pogrzebie i nie
pomylił się w rachubach. Jeszcze w poniedziałek poprosił Pocahontas, aby na  uroczystość  poszła  razem
z  nim.  Sprawdziła  w  kalendarzu,  do  piętnastej  miała  wolne.  Dyrektorka  banku  przełożyła  konsultację
psychologiczną; raczej nie była to dobra wiadomość dla jej podwładnych, ale Heiza ucieszyła.

– Swoją drogą, Rudolfie, ty to potrafisz zadbać o kobietę i zorganizować jej czas.
Rano poszedł do sklepu po papierosy i kajzerki. Miał na osiedlu taki punkt z bazowymi produktami.
– Pierwsze śniadanie – powiedział mężczyzna stojący przed nim w kolejce.
Sprzedawczyni postawiła na ladzie małpkę z cytrynówką.
– I drugie też – mruknął.
Kobieta odwróciła się, zdjęła z półki butelkę grejpfrutówki i paczkę viceroyów.
Cytryna, grejpfrut, witaminki. Typ pijącego na sportowo.
– Miłego dnia – rzucił na odchodnym. – I panu też – zwrócił się do Heinza.
Ten dzień nie będzie należał do szczególnie przyjemnych, pomyślał profiler.
Wrócił  do  domu  i  wyjął  koszule  z  szafy.  Wszystkie  były  pogniecione.  Bezradnie  szukał  żelazka,

przypomniał sobie wreszcie, że upchał je kiedyś w piwnicy. Zszedł na dół. A gdy wrócił do mieszkania, nie
wiedział,  od  czego  zacząć.  Niedawno  dostał  od  Pocahontas  książkę  dotyczącą  wyglądu  mężczyzny  i  od
razu rzucił ją gdzieś w kąt.

Patrzył  na  koszulę  i  żelazko,  wreszcie  poddał  się.  Wybrał  najmniej  pogniecioną  z  trzech  czarnych,

jakie  miał.  Założy  marynarkę.  Jakoś  ujdzie.  Dzień  był  chłodny,  ale  przynajmniej  przestało  padać.
Podjechał  po  Pocahontas.  Czekała  w  czarnej  garsonce,  włosy  zebrała  do  tyłu  i  wyglądała  jak  siostra
zastrzelonego mafiosa. First look.

Pojechali na pogrzeb. Ale to nie był pogrzeb, tylko demonstracja siły. Z pewnością było to właściwsze

określenie.  Uczestniczyli  w  pokazie  możliwości  Ludwika  Kodyma.  Uczestników  pogrzebu  przywiózł
autokar.  Elegancki,  z  klimatyzacją,  Heinza  nie  zdziwiłoby,  gdyby  po  drodze  żałobników  poczęstowano
lodami. Zmarłego dostarczyła limuzyna pogrzebowa, czarny mercedes za kilkaset tysięcy. Heinz pierwszy
raz widział takie cacko. Ciało znajdowało się w pięknej jasnobrązowej trumnie z dębu, z wyrzeźbionymi
tulipanami  po  bokach  i  pozłacanymi  okuciami.  Wieko  trumny  przykryte  było  kompozycją  z  róż,
goździków oraz innych gatunków, których nazw nie znał. Dwie olbrzymie wstęgi. Non omnis moriar oraz
„Patrykowi – Rodzice”. Ekipa zamówiona do obsługi uroczystości została starannie wybrana z katalogu.
Każdy  z  mężczyzn  metr  osiemdziesiąt  pięć.  Każdy  w  idealnie  leżącym  garniturze,  którego  cena
przekraczała zdrowy rozsądek. Śnieżnobiałe rękawiczki. I oślepiająca biel koszul. Wszyscy świeży i prosto
od  fryzjera,  funeralny wunderteam.  Po  prawej  stronie  od  ołtarza  zainstalował  się  kwartet  smyczkowy
i  Heinz  był  prawie  pewien,  że  składa  się  nie  z  chałturników  na  dorobku,  ale  z  muzyków  katowickiej
filharmonii.  Obok  instrumentalistów  stał  mężczyzna,  którego  widział  wielokrotnie  w  telewizji.  Dość
znany aktor. Nazwisko wypadło Heinzowi z głowy.

Z  każdą  minutą  tłum  gęstniał.  Po  lewej  stronie  zgromadziła  się  rodzina.  Wszyscy  odwrócili  się

w  stronę  wejścia,  gdy  pojawili  się  Kodymowie.  Ludwik  w  czarnym  garniturze,  matka  chłopaka
w okularach przeciwsłonecznych i z chusteczką zaciśniętą w ręce. Trzymała męża pod rękę i szła sztywno
w stronę ołtarza. Wyglądało to tak, jakby każdy krok sprawiał jej trudny do wyrażenia ból. Za nimi szedł
ze spuszczoną głową chłopak, mógł mieć szesnaście lat, nie więcej. Na pewno to brat zmarłego, Sebastian
Kodym. O ile Heinz dobrze pamiętał. Z tyłu za nastolatkiem starsza kobieta pchała mężczyznę na wózku.

–  Widzisz  tego  faceta?  –  szepnął  Heinz.  –  To  Pułkownik.  Wszyscy  tak  na  niego  mówili.  Ojciec

Ludwika Kodyma. Milicyjna szycha. Minęliśmy się. Odszedł, gdy zaczynałem służbę. Mętna postać.

Pocahontas skarciła go spojrzeniem.
Do  Kodymów  podchodziły  kolejne  osoby.  Pojawiła  się  grupka  młodych  ludzi,  ubranych  elegancko

i stosownie do okoliczności. Prawdopodobnie koleżanki i koledzy Patryka ze studiów. Być może przyszedł
ktoś  z  władz  szkoły.  Heinz  dostrzegł  wiceprezydenta  Katowic,  który  zjawił  się,  otoczony  wianuszkiem

background image

urzędników.

Zgromadzeni  po  prawej  wyglądali  inaczej.  Odzież  w  różnych  kolorach,  chociaż  na  ogół  stonowana.

Kilka dresów. Kilka marynarek. W rękach czapki z kwadratowymi daszkami, nazywane „patelniami”. Przy
jakiejś okazji Heinz się tego dowiedział. Inni miętosili w dłoniach naciągane czapki, kilku twardzieli nie
zdjęło ich z głów.

Hiphopowa  załoga  Patryka  Kodyma.  Rzeczywiście,  skrzyknęli  się,  jak  zapowiadali.  Stali  teraz

w  bocznej  nawie  i  bliżej  wyjścia  niż  ołtarza,  niektóry  rozglądali  się,  inni  przestępowali  z  nogi  na  nogę,
okazując w ten sposób zniecierpliwienie. Cóż, jedni mają zespół Raynauda, inni cierpią z powodu zespołu
niespokojnych nóg. Obie grupy, ta z lewej i ta z prawej, wyglądały, jakby przyszły na dwie całkiem inne
imprezy.

Uwagę  Heinza  zwróciła  dziewczyna  stojąca  z  tyłu  kościoła.  Blondynka  z  włosami  średniej  długości,

o  bladej  cerze.  Czarna  prosta  sukienka  i  czarny  szal  zarzucony  na  ramiona.  W  ręce  trzymała  różę.
Dziewczyna ustawiła się między lewą i prawą grupką, jakby nie mogąc zdecydować się, do której dołączyć.
Niewiele osób pojawiło się z kwiatami. Większość uszanowała wolę rodziny, aby  uroczystość  odbyła  się
bez  wieńców,  wiązanek  i  składania  kondolencji.  Kodymowie  prosili,  by  zamiast  kupować  kwiaty,
przeznaczyć pieniądze na rzecz stowarzyszenia „Życie po śmierci” Piotra Aleksandrowa.

– Słyszałaś o tym Aleksandrowie? – zapytał szeptem Heinz. – Co to jest to „Życie po śmierci”? Science

fiction?

–  A  ty  o  nim  nie  słyszałeś?  –  odszepnęła.  –  Aleksandrow  to  znany  psychoterapeuta.  Od  dwóch  lat

walczy z rakiem. Założył stowarzyszenie, prowadzi świetnego bloga. Naprawdę nie słyszałeś?

Popatrzył na nią. W jej oczach dostrzegł zgorszenie lub politowanie. Albo jedno i drugie.
Rozejrzał się raz jeszcze. Mignęło mu kilka twarzy z firmy. Na pewno jakiś człowiek Cieśli dyskretnie

rejestruje  uroczystość.  Potem  przy  odprowadzaniu  do  grobu  będzie  łatwiej.  Na  zewnątrz  czekało  kilka
ekip  telewizyjnych,  które  nie  zostały  wpuszczone  do  kościoła.  Będzie  można  wmieszać  się  w  grupę
dziennikarzy. Nigdy do końca nie jesteś pewien, kto się na takiej uroczystości pojawi, pomyślał. Wiedział,
że nie można takich spraw lekceważyć.

Uroczystość  przebiegała  sprawnie.  Młody  ksiądz,  niewątpliwie  obdarzony  talentem  oratorskim,

opowiadał o zmarłym. Heinz bywał na różnych pogrzebach. Tym razem, zauważył, obyło się bez frazesów
o  tym,  że  Bóg  tak  chciał  i  że  wezwał  swojego  sługę  Patryka  do  siebie.  Zamiast  tego  wysłuchali  ludzkiej,
współczującej i ciepłej mowy. Kilka osób płakało. Ludwik Kodym zaciskał pięści i prostował palce. Jego
żona szlochała ze spuszczoną głową. Sebastian zasłaniał twarz ręką.

Kwartet smyczkowy zagrał Adagio zwykle przypisywane Albinoniemu oraz zaaranżowany na tę okazję

fragment Requiem Mozarta.  Aktor  odczytał  stosowne  fragmenty  Pisma  Świętego.  Gdy  uroczystość
dobiegła  końca,  muzycy  zagrali  jeszcze  raz.  Po  kilku  taktach  Heinz  rozpoznał  utwór Moja  i  twoja
nadzieja
  zespołu  Hey.  Spojrzał  na  Pocahontas  zaskoczony,  a  ona  lekko  kiwnęła  głową.  Także  poznała
piosenkę.

Kolejne niespodzianki zdarzyły się już nad grobem. Pierwszą stanowiła sceneria. Ktoś zadbał, by przy

grobowcu  pojawiła  się  stojąca  lampa  o  nieco  futurystycznym,  asymetrycznym  kształcie.  Czarna  lampa
świeciła  w  dwóch  kolorach:  zielonym  i  żółtym.  Każdy  z  obecnych  na  pogrzebie  wiedział,  że  Ludwik
Kodym  zawdzięczał  majątek  inteligentnym  systemom  oświetleń,  cokolwiek  to  znaczyło.  Lampa  mogła
być  hołdem  złożonym  przez  jego  pracowników.  Albo  subtelnie  przypominać  o  genezie  sukcesu
przedsiębiorcy.  Trzy  kolory  kojarzyły  się  z  barwami  GKS-u  Katowice.  A  jednak,  pomyślał  Heinz,  na
pogrzebach  można  się  czegoś  dowiedzieć.  W  dossier  sporządzonym  przez  Breivika  nie  było  wzmianki
o piłce nożnej.

Do  przodu  wystąpił  jeden  z  hiphopowców.  W  jednej  ręce  trzymał  czapkę,  w  drugiej  pogniecioną

kartkę. Odczytał wiersz. Ludwik Kodym ani nikt z rodziny nie wydawał się tym zaskoczony. Najpewniej
musiało więc dojść do wcześniejszych ustaleń między lewą i prawą stroną.

Heinz słuchał.

Tupac, Notorious, Magik, a teraz i ty
Podążasz z ścieżką czarnej płyty

Tupac,  Notorious,  każda  generacja  ma  swoich  świętych.  Jimi,  Janis,  Jim  Morrison  znaleziony

w  paryskiej  wannie.  U  pankowców  Sid  Vicious.  Dla  wrażliwców  z  lat  dziewięćdziesiątych,  tych
w  trampkach  i  flanelowych  koszulach,  Kurt  Cobain.  A  u  nas  dla  wcale  niemałego  grona  Rysiek  Riedel.
Nagle  przypomniał  sobie  wieczór  w  klubie  „Artycha”.  Tak,  chyba  tam.  Jego  zespół  i  jeszcze  dwie  kapele

background image

występowali przed Dżemem i w przerwie podszedł do nich Rysiek. Fajnie graliście. Tylko tyle powiedział.
Wyglądał  na  skrajnie  wyczerpanego,  wyniszczonego,  pogodzonego  z  losem,  a  może  i  pożegnanego
z  życiem,  a  jego  głos  brzmiał,  jakby  dobiegał  z  zaświatów.  Heinz  tak  to  spotkanie  zapamiętał.  Fajnie
graliście.

Znany aktor wyrecytował wiersz. Heinz znał go na pamięć. Stali dość daleko od grobu, ale fragmenty

mu  wystarczyły.  „Jest  smutek  człowieczy”…  „Lecz  na  drugą  stronę  głową  przebić  się”…  „To  jest  dopiero
coś”.  Dość  niebanalny  wybór,  pomyślał.  Ciekawe,  czy  Kodymowie  sami  to  wybrali,  czy  też  pomagał
zawodowy  mistrz  ceremonii  pogrzebowych.  W  myślach  dopowiedział  sobie,  że  Stachura  przegrał  dziś
jednak  z  hiphopowcem.  Szczerość  w  głosie  chłopaka  wygrała  z  profesjonalnym  chłodem  aktorskiej
recytacji.

A  potem  coś  zazgrzytało.  Kilku  ciekawskich  ruszyło  do  przodu,  a  on  za  nimi.  Zobaczył,  że  trumna

powoli  opada  do  grobowca.  Jeden  z  wunderteamu  trzymał  pilota  i  nacisnął  przycisk.  Wreszcie  trumna
stanęła na dnie, a dźwięk ucichł.

Po uroczystości pojechali na obiad. Oboje byli głodni. Zupełnie jakby pogrzeb wzmógł w nich potrzebę

uzupełnienia  energii  i  nabrania  sił  witalnych.  Mieli  ochotę  na  coś  prostego.  Zdecydowali  się  na
bezpretensjonalną knajpkę na Mariackiej.

– Widziałaś to kiedyś? – Heinz kroił schabowego. – Winda pogrzebowa. Chyba tak to się nazywa. Bo

ja pierwszy raz…

–  To  naprawdę  nic.  –  Pocahontas  pochylała  się  nad  sałatką  z  kurczakiem.  –  W  Stanach  mają  teraz

podczas  pogrzebów  usługę drive.  Czytałam  gdzieś  o  tym.  Podjeżdżasz  samochodem  do  takiego  okienka
jak w McDonaldzie, okienko się otwiera, masz trzy minuty na pożegnanie i następny wóz. Chciałbyś tak?
– Uśmiechnęła się.

– Trzy minuty… Co byś tam robiła przez całe trzy minuty?
Nie odpowiedziała.
Spojrzała na zegarek.
– Podrzucisz mnie?
– Jasne. Ale poświęć mi teraz te trzy minuty. Zauważyłaś podczas pogrzebu coś interesującego?
Odłożyła sztućce i wytarła usta serwetką.
–  Zauważyłam,  że  ten  chłopak…  młodszy  syn…  odsuwał  się  od  ojca.  Odchylał  ciało.  Unikał  wzroku.

Robił  to,  kiedy  tylko  mógł.  Chyba  to  trochę  nienaturalne.  W  takiej  sytuacji  ludzie  garną  się  do  siebie.
Zwłaszcza najbliżsi.

Heinz milczał przez chwilę.
– Coś jeszcze?
– Tak. Wprawdzie staliśmy z tyłu, ale kilka razy mignął mi stary Kodym. Wyglądał jakby… – Szukała

właściwego słowa.

– Jakby był rozkojarzony?
– Właśnie. Rozglądał się na boki, jakby kogoś wypatrywał. Też to zauważyłeś?
Dostrzegli to samo.
– Jak dokarmianie Pajacyka? – Wskazał na pusty talerz przed Alicją.
– Pajacyk nakarmiony.
Pocahontas sięgnęła po widelec i skierowała go zębami w stronę Heinza.
–  Swoją  drogą  wyglądałeś  jak  ostatni  łachudra  –  powiedziała.  –  Jak  mogłeś  założyć  na  pogrzeb  tak

wygniecioną koszulę!

Myślisz, że coś z tego będzie? – zapytał profiler.
– Będzie – zapewnił Cieśla.
Obaj zdążyli się przebrać i zrzucić marynarki. Tajniak miał na sobie pomarańczową bluzę z kapturem,

Heinz założył marynarkę z łatami na łokciach.

Było wpół do siódmej wieczorem i jechali na cmentarz. Chłopaki, ci z prawej nawy, robią sobie after

party. Tak ujął to Cieśla.

Od grobu dzieliło ich dwieście metrów, gdy usłyszeli charakterystyczny beat. Pięciu chłopaków i jedna

dziewczyna  obsiedli  świeży  grób.  Na  ziemi  walały  się  dwie  butelki  po  winie  oraz  kilka  plastikowych
kubków. Obok dziewczyny stał mały magnetofon.

Głośnik charczał i trudno było zrozumieć słowa. Heinz wsłuchał się w tekst.

Świat schodzi na psy

background image

Razem z nim ty
Wierzysz mi?
Policzone są twoje dni.

Jeden z chłopaków nasunął kaptur  na  głowę  i  kołysał  się  z  boku  na  bok.  Inny  mocował  się  z  trzecią

butelką wina, próbując wepchnąć korek do środka. Pojawienie się dwóch mężczyzn nie zrobiło na nikim
wrażenia.

– Możesz to wyłączyć? – Cieśla zwrócił się do dziewczyny.
Zero reakcji.
– Wyłącz to! – krzyknął i kopnął pustą butelkę.
Dopiero wtedy posłuchała.
Przypatrywali się sobie w milczeniu.
– Świat rzeczywiście schodzi na psy, skoro nas odwiedzacie – zaczepnie powiedział ten w kapturze.
– Sprawdź, koleś, czy ci draska w spodniach nie moknie z wrażenia – warknął tajniak.
–  Czyli  co?  –  zapytała  dziewczyna  piskliwie.  –  Nie  możemy  powspominać  naszego  kumpla?

Widziałam pana na pogrzebie – powiedziała do Heinza. – Był pan z taką czarnoskórą laską.

Zmierzył ją spojrzeniem.
– Czyli co my tu mamy? – Heinz nie dał się wyprowadzić z równowagi, na co tamci pewnie liczyli. –

Bezczeszczenie grobu. Poza tym jak to się u was mówi? Jest kreska, jest imprezka. Może przetrzepiemy
wam kieszenie? Jestem pewien, że niejeden zestaw „Mały chemik” się znajdzie.

Poruszyli się niespokojnie.
–  Czyli  uważa  pan,  że  nie  możemy  przebywać  na  grobie  mojego  brata?  –  Chłopak  w  bejsbolówce,

który siedział, uniósł głowę. – Nie mamy prawa pożegnać go tak, jak my chcemy?

Sebastian Kodym. Nie poznał go od razu. Spojrzał w jego niebieskie oczy.
–  Mamy  tu  jeszcze  alkohol  spożywany  przez  nieletnich.  Same  kłopoty.  –  Heinz  westchnął  i  zmienił

ton. – Chciałbym z tobą dwa słowa zamienić.

– Nie.
– Szukamy morderców twojego brachola. Kumasz bazę?
Sebastian rozejrzał się niepewnie. Ten w kapturze wzruszył ramionami.
– Idź, pogadaj.
Kodym wstał.
– Chodź, przejdziemy się alejką – powiedział Heinz.
Gdy oddalili się dziesięć metrów, znów rozbrzmiała muzyka. Tym razem ciszej.
– Dlaczego Patryk wyjechał? Dlaczego tak nagle?
Kamienie zachrzęściły im pod stopami.
– Poprztykali się. Poprztykał się ze starym… – Chłopak cedził słowa.
– O co poszło?
Kilka kroków. Cisza. Wzruszenie ramion.
– Nie wiem… Naprawdę. Nie chciał mi powiedzieć. Nie mówił mi wszystkiego. Patryk powtarzał tylko:

nie zajmuj się syfem, masz jeszcze czas.

Nie na wiele się te przestrogi zdały, pomyślał Heinz
– A tobie jak się układa ze starymi?
Znał odpowiedź. Gdyby się układało, młodego by tu nie było.
–  Stary  jest  strasznie  sztywny.  Czasami  potrafi  być  bardzo  w  porzo,  ale  czasem  palma  mu  odbija.

Matka jest okej.

Zatrzymali się. Heinz wziął głęboki wdech. Chciał, by najmłodszy z Kodymów zrozumiał, co usłyszy.
– Sebastian, twój brat został zamordowany. I ty – wskazał na chłopaka – i ja, i my wszyscy – kiwnął

w kierunku grobu – chcemy, by zabójca został złapany. By nie uniknął kary. Chcesz tego, prawda? W tej
jednej  sprawie  musisz  z  nami  współpracować,  choćbyś  zgrywał  nie  wiadomo  jakiego  twardziela.  Na
pewno będziemy musieli oficjalnie z tobą porozmawiać. Nie martw się, to nic takiego. Może jest jednak
coś, co chciałbyś powiedzieć mi teraz? Zastanów się… Tak między nami…

Kodym zacisnął usta. Poprawił daszek czapki.
–  Sam  nie  wiem…  Dwa  tygodnie…  –  Przełknął  ślinę.  –  Dwa  tygodnie  temu  był  ktoś  u  ojca.  Byłem

u  siebie,  stary  chyba  tego  nie  zczaił.  W  pewnym  momencie  usłyszałem  podniesione  głosy.  Tamten
wychodził.  Powiedział  coś  takiego:  pożałujesz,  obaj  pożałujecie.  Był  już  w  drzwiach,  na  pewno  był

background image

w  drzwiach,  bo  niosło  się  po  korytarzu.  Wyszedłem  i  zapytałem  ojca,  o  co  chodziło.  Speszył  się.
Powiedział,  że  zawodowe  sprawy.  Wolałbym…  Wolałbym,  aby  pozostało  to  między  nami.  Zresztą  nie
wiem, czy to ma znaczenie.

Heinz położył mu rękę na ramieniu.
– Wszystko może mieć znaczenie. – Czyli nie widziałeś tego faceta?
– Nie.
– Kojarzysz jego głos?
– Nie. Taki przepity.
Też będziesz taki miał, bo wcześnie zaczynasz, pomyślał Heinz. Nie wypytywał Kodyma o nic więcej.

Nie chciał, by o chłopaku zaczęła krążyć opinia, że kapuje. A chłopak może się jeszcze okazać przydatny.

Wrócili  do  grobowca.  Atmosfera  wyraźnie  siadła.  Uczestnicy  imprezy  zmarkotnieli.  Wyglądało,  że

w tym czasie Cieśla uciął sobie z nimi pogawędkę.

–  No,  na  nas  czas.  –  Tajniak  wyprostował  się.  –  Pamiętajcie,  że  po  zmroku  zamykają.  Zostaniecie

z zombiakami i nawet czary-mary waszego Magika nic nie pomogą.

Ruszyli w kierunku wyjścia. Odprowadzały ich ponure spojrzenia.
–  Co  im  zrobiłeś?  –  zapytał  Heinz,  gdy  podeszli  do  samochodu.  –  Nastraszyłeś  ich,  zagroziłeś

więzieniem czy co?

Cieśla uśmiechnął się.
– Nałożyłem kontrybucję. – Sięgnął pod bluzę i wyjął butelkę wina. – Kto to widział, żeby gówniarze

pili. Masz. – Wręczył mu butelkę. – Dla ciebie. Ja takich rzeczy nie tykam.

– A ty? Co dla ciebie?
– Och, a dla mnie tylko mały blancik.
Wyjął z kieszeni skręta i podsunął Heinzowi pod nos.

background image

9

Heinz  sprawdził  adres,  pod  którym  mieszkali  Kodymowie.  I  tu  zaskoczenie.  Spodziewał  się  trafić

gdzieś na peryferie, na osiedle z willami nowobogackich, tymczasem miał się skierować na Jagiellońską.
Z drugiej strony wybór takiej lokalizacji – był prawie pewien, że zadecydował o tym Ludwik Kodym – coś
mówił  o  człowieku.  Kamienica  z  historią,  na  pewno  wpisana  w  rejestr  zabytków,  nieopodal  urzędu
wojewódzkiego  przy  placu  Sejmu  Śląskiego,  siedziby  orkiestry  symfonicznej  i  uniwersytetu.  Blisko
władzy, kultury, sztuki i nauki. Jak przystało na kreatora i wizjonera. Człowieka lekko ekscentrycznego,
który z racji zdobytej pozycji na taką oryginalność mógł sobie pozwolić. Kamienica znajdowała się także
w  bezpośrednim  sąsiedztwie  komendy.  Właściwie  mogli  się  tam  wybrać  na  piechotę.  Na  wyraźnie
polecenie Gawlika profilerowi miała towarzyszyć Gabriela Rojek.

Przyjął decyzję naczelnika bez entuzjazmu. Mieli spotkać się z pogrążonymi w żałobie rodzicami, trzy

dni  po  pogrzebie,  gdy  rany  wciąż  paliły  żywym  ogniem.  Stąd  pewnie  wybór,  by  zrównoważyć  siły.
Zdecydowali się zatem na pierwiastek męski i żeński. Na męskie pięści i szminkę, przypomniał sobie. Nie
lubił rozmów z rodzinami ofiar, ale kto je lubi. Nigdy natomiast nie spotkał się z tym, żeby zarzucono mu
w takich sytuacjach brak ciepła, zrozumienia i empatii. Wiedział przecież, czym jest żałoba. Może nawet
za dobrze. Dlatego w takich sytuacjach starał się, jak mógł.

Gabriela  Rojek  miała  tego  dnia  cieliste  rajstopy,  jej  oczy  były  podkrążone.  W  poniedziałek  rano

zadzwoniła  do  Kodyma.  Umówili  się  na  dwunastą.  O  tej  samej  godzinie,  o  której  był  pogrzeb.
Z Jagiellońskiej na cmentarz także nie jest daleko, pomyślał. Kodym wyjaśnił, że przez kilka najbliższych
dni pozostanie w domu. Zapowiedział, że oboje z żoną będą na nich czekać.

Heinz zdecydował, że jednak wezmą samochód.
– Wszystko u ciebie dobrze? – zapytał, gdy byli w drodze. Spojrzał na policjantkę.
Gaba  przeglądała  w  telefonie  wpisy  na  Facebooku.  Za  kilka  lat  ludzie  będą  się  rodzili  z  dodatkowy

organem.  Wątroba,  nerki,  trzustka.  I  coś  do  obsługiwania  portali  społecznościowych  dwudziestej
generacji.

– Dobrze. A dlaczego pytasz?
Nie  odpowiedział.  Wiedział,  że  Rojek  samotnie  wychowuje  sześciolatka.  Kiedyś  próbował

przypomnieć sobie własne wyczyny z czasów, gdy był w takim wieku. Wiek, gdy ma się więcej szczęścia
niż  rozumu.  Stąpanie  po  pękającym  lodzie  i  bitwy  na  hałdach  to  były  wyczyny  kategorii  lekkiej.
Naprawdę.

Resztę przejażdżki odbyli w milczeniu.
Wspięli się na ostatnie piętro kamienicy. Poczuł, że ma lekką zadyszkę. Niewątpliwy efekt zaległości

treningowych. Kastoriadis, mistrz karate, z którym spotykał się mniej lub bardziej regularnie, był daleko.
Na  zadane  przez  Heinza  pytanie  wysłał  lakoniczną  odpowiedź:  „Jestem on  the  road”.  Bądź,  człowieku,
mądry.

Drzwi otworzył Ludwik Kodym. Bez słowa zaprosił ich do środka i wąskim korytarzem poprowadził do

salonu.

Przestrzeń może nie była wielkości pola golfowego, ale i tak robiła wrażenie.
– Raz jeszcze chcielibyśmy państwu złożyć najszczersze… – rozpoczęła Rojek.
Kodym uciszył ją ruchem ręki. Poprosił, by usiedli.
– Żona? Żona… – Rozejrzał się z roztargnieniem. – Zaraz do nas dołączy. Dopiero wróciła z cmentarza

– dodał, jakby chciał usprawiedliwić jej nieobecność.

Heinz dyskretnie się rozejrzał. Wystrój salonu był kompromisem między nowoczesnością a tradycją.

On  i  Rojek  usiedli  na  sofie,  której  cena  z  pewnością  przekraczała  wartość  średniej  klasy  samochodu.
Kodym  usiadł  na  krześle.  Dzielił  ich  niski  stolik  zaprojektowany  w  minimalistycznym  stylu.  W  jednym
rogu  salonu  stał  kaflowy  piec,  jaki  trafia  się  czasem  w  starych  kamienicach.  Wyposażony,  zgodnie  ze
współczesnymi  zwyczajami,  w  grzałki  elektryczne.  Na  środku  stół.  Większy  brat  tego,  przy  którym
siedzieli. Ściany na biało. Na jednej pejzaż z sitowiem, żaglówką i jeziorem, na drugiej abstrakcyjny obraz.
Kilka linii i plam. Zapewne wartości kolejnego samochodu. A tamten landszafcik, raz jeszcze spojrzał na
żaglówkę,  to  może  i  sam  Kodym  namalował.  W  salonie  nie  było  żadnych  rodzinnych  fotografii,  nie

background image

widział  śladu,  że  kiedykolwiek  tu  się  znajdowały.  Gigantyczne  okno,  z  którego  był  widok  na  serce
Katowic, prowadziło na równie imponujący balkon. Gdzieś powinny stać jeszcze gigantyczny monitor do
oglądania czterystu kanałów telewizyjnych i fortepian. Spokojnie by się zmieściły. Podobnie jak kilkaset
innych rzeczy. W salonie nie było jednak ani jednego, ani drugiego.

Po chwili weszła Małgorzata Kodym. Była ubrana w prostą czarną sukienkę. Wstali i przywitali się bez

słowa.  Spojrzała  na  nich  oczami  czerwonymi  od  płaczu.  Zaproponowała  kawę.  Odmówili.  Herbatę.
Ponowna odmowa.

– Czy macie… – rozpoczął Kodym. – Czy wiecie już coś?
–  Za  wcześnie,  byśmy  o  tym  mówili  –  odpowiedział  Heinz.  Umówił  się  z  Rojek,  że  to  on  będzie

prowadził  rozmowę.  –  Zapewniam  państwa,  że  pracujemy  niezwykle  intensywnie.  W  tę  sprawę
zaangażowani są nasi najlepsi ludzie.

Zawsze się tak mówi.
Zapytał  o  znajomych  syna.  Tych  najbliższych.  Ludwik  Kodym  milczał,  mówiła  jego  żona.  Otrzymali

dziesięcioosobową  listę.  Kilka  raperskich  ksyw,  reszta  nazwiska.  Znali  je  już,  przewijały  się  na
Facebooku, ale Rojek wszystko zapisywała w notesie. W taki sposób okazuje się zaangażowanie.

– Ta fascynacja Patryka hip-hopem… Chyba nie miał pan o tym najlepszego zdania.
Kodym milczał. Trzymali się z żoną za rękę. W drugiej dłoni obracał zapaliczkę.
–  Dla  mnie  to  żadna  sztuka,  ale  sami  państwo  wiecie,  młodzi  wiedzą  swoje.  Fajnie  zachowali  się  na

pogrzebie… A co? My kiedyś byliśmy inni?

Pewnie nie, pomyślał Heinz. Nie nosiliśmy tylko takich głupich czapek.
– Wróćmy do tamtego czwartku, gdy Patryk wyjechał… Stało się wtedy coś?
– Nie. Co miałoby się stać?
– Widzi pan, to dosyć dziwne. Wasz syn miał mieć następnego dnia ważne zaliczenie. Chyba uczył się

dobrze, prawda? I tak nagle wyjeżdża. Zastanawiamy się, co się stało.

Kodym  wciąż  obracał  zapalniczkę  w  dłoni.  Odłożył  ją  na  szklany  blat  stoliczka,  obok  paczki

papierosów i telefonu. Były tam także dwie gazety, „Wyborcza” i „Dziennik Zachodni”, świadczący o tym,
że przedsiębiorca jest lokalnym patriotą.

– Zacząłem palić… Po dwudziestu pięciu latach… Rzuciłem, gdy miałem dwadzieścia trzy…
Uniósł głowę.
– Nie wiem… Nie wiem, dlaczego tak nagle wyjechał.
– Może pokłócił się z kimś…
Było to raczej stwierdzenie niż pytanie.
Kodym wciąż ściskał rękę żony.
– Przepraszam, czy pan sugeruje, że…
– Niczego nie sugerujemy – szybko wtrącił Heinz. – Próbujemy po prostu zrozumieć, co się stało. –

Przeczesał dłonią włosy.

Nastała cisza. Ciężka jak zasłony w oknie.
Raz jeszcze rozejrzał się po salonie.
– Czy mógłbym zobaczyć pokój Patryka? – Rozłożył ręce. Gest ten znaczył mniej więcej tyle, że tego

Kodymowie i tak nie unikną.

Poszli  we  czworo.  Dopiero  teraz  Heinz  uprzytomnił  sobie,  że  połączono  ze  sobą  dwa  mieszkania  na

piętrze.  Pokój  Patryka  znajdował  się  na  końcu  i  był  zamknięty  na  klucz.  Małgorzata  Kodym  przekręciła
zamek w drzwiach.

Stanęła w progu i gwałtownie odwróciła się.
– Nie! – krzyknęła. – Nie mogę!
Zaczęła biec korytarzem. Ludwik Kodym ruszył za nią, a za nimi policjantka.
Heinz został sam.
Znajdował  się  w  pokoju  z  wykuszem  i  widokiem  na  podwórko.  Rozejrzał  się.  Standardowo

umeblowany  pokój  dwudziestolatka.  Zamiast  łóżka  pokaźnych  rozmiarów  materac.  Regał  z  książkami.
Wszystkie  tomy Harry’ego  Pottera  ułożone  w  kolejności.  Próbował  policzyć.  Tak,  dla  Patryka  i  jego
rówieśników musiała to być lektura pokoleniowa. Między częścią pierwszą i drugą wetknięta była replika
marynarskiego sztyletu, na którym wisiał proporczyk z 1965 roku. Patryka wówczas na świecie nie było,
Heinz ledwo co chodził. Pod ścianą przestrzeń od podłogi do sufitu zajmowały stojaki na płyty. Osobne na
kompakty,  osobne  na  winyle.  W  zasadzie  sam  rap,  zorientował  się  po  okładkach,  czasami  jakaś

background image

przypadkowa  muzyka  rockowa.  Na  biurku  stał  laptop.  Obudowę  zdobiła  nalepka  z  liściem  marihuany.
Obok leżały pałeczki perkusyjne. Obejrzał je. Widać było na nich ślady zużycia. Dwa podręczniki, jeden to
podstawy politologii, drugi miał w tytule coś o problemach współczesnego świata. W rogu kartka formatu
A4.  Przyjrzał  się  jej.  Litera  „N”  obwiedziona  kółkiem  i  trzykrotnie  podkreślona.  W  przeciwległym
narożniku  lampka  biurowa,  na  którą  założono  bawełnianą  czapkę. Beanie.  Tak  chyba  je  nazywają.
Dowiedział się o tym od Breivika.

Pod blatem biurka znajdowała się szuflada. Bez skutku próbował ją otworzyć. Ukucnął. Spód szuflady

wykonany był z lichej, cienkiej płyty. Nacisnął na nią palcami. Uginała się. Zauważył, że płyta musiała się
wypaczyć. Jedna z jej krawędzi nie przylegała do szuflady, tworząc półcentymetrową szparę.

Heinz zawahał się. Odwrócił się w stronę drzwi do pokoju, ale nie usłyszał żadnych kroków. Wciąż był

tu sam. Wyciągnął replikę sztyletu, podszedł do biurka i podważył spód szuflady. Wsunął do wnęki rękę.
Wymacał jakiś płaski przedmiot. Wyciągnął go. Skórzane czarne etui na suwak, przypominające szkolny
piórnik.  Rozsunął  zamek  i  zmarszczył  brwi.  Podszedł  do  okna  i  obejrzał  zawartość  pod  światło.  Wsunął
etui do kieszeni, a sztylet odłożył na miejsce, między dwa pierwsze tomy przygód czarodzieja z Hogwartu.

Wrócił do pokoju. Ludwik Kodym obejmował żonę. Gabriela Rojek trzymała wąską szklankę z wodą

i cicho mówiła do kobiety. Widocznie matka chłopaka wzięła coś na uspokojenie.

– Jak się pani czuje? – zapytał.
Głupie pytanie.
– Już… dobrze… Lepiej… Ilekroć tam wchodzę… – Kodym znów chwycił ją za rękę.
– Będziemy musieli wziąć laptop Patryka. Sami państwo rozumiecie. W dzisiejszych czasach laptop to

prawie coś takiego jak zapasowy mózg. Przy ciele nie znaleźliśmy telefonu. Może w ten sposób natrafimy
na ważny ślad…

– Przyślemy po laptopa naszych ludzi – skwapliwie dodała Rojek.
Kodym pokiwał głową i sięgnął po papierosa. Zapalił.
– Mam do państwa pytanie. Przyznam, że gdy dowiedziałem się, gdzie mieszkacie, byłem zaskoczony.

Spodziewałem się willi… – Zawiesił głos.

– Widzi pan, zawsze lubiłem przebywać wśród ludzi – powiedział Kodym. – Zawsze ludzie dawali nam

energię i inspirowali do działania. Nie wyobrażam sobie życia w zamkniętej twierdzy.

– Nie boicie się państwo? Jesteście osobami bardzo zamożnymi. Ludzie o waszej pozycji…
– Coś panu pokażę – przerwał mu Kodym.
Z  papierosem  w  ustach  ruszył  w  stronę  korytarza.  Chwilę  go  nie  było.  Wrócił  bez  niedopałka,  za  to

z  pistoletem.  Heinz  spojrzał  na  broń.  Klasyczny  P-64.  Ma  swoje  wady,  ale  do  dziś  jest  używany  przez
policję. Niewykluczone, że ten egzemplarz pamiętał jeszcze czasy milicji i Pułkownika. Może syn przejął
pistolet po ojcu.

–  Wychodzę  z  założenia,  że  człowiek  powinien  sam  sobie  radzić.  Mam  jeszcze  dwa  inne,  oczywiście

wszystkie  rejestrowane.  Choć  czasami…  –  Popatrzył  na  blat  stołu.  Wskazał  lufą  na  gazetę.  –  Teraz  to
myślę, że powinienem może zrobić jak on.

Fotografia  przedstawiała  polskiego  generała.  Twórcę  oddziałów  specjalnych  znaleziono  w  garażu.

Gazety  pisały  o  samobójczej  śmierci.  Heinz  rzucił  okiem  na  drugi  artykuł,  także  ilustrowany  zdjęciem.
Człowiek w masce Anonymousa wygrażał pięścią. Kolejna faza protestów przeciw ACTA przybrała na sile.

– O państwa bezpieczeństwo pytam nie bez powodu – powiedział Heinz. – Dwa tygodnie temu ktoś

był u państwa. Groził panu. Tak mówili sąsiedzi… Ten facet, który tu był u was, krzyczał coś w drzwiach.
O co chodziło?

Małgorzata Kodym obrzuciła męża niespokojnym spojrzeniem.
Kodym milczał.
–  To  zawodowe  sprawy  –  powiedział  wreszcie,  patrząc  Heinzowi  w  oczy.  –  Nic  istotnego.  Drobne

nieporozumienie.  Czasami  w  biznesie  tak  się  zdarza  i  niekiedy  ludzi  ponoszą  nerwy.  Jestem  pewien,  że
nie ma to nic wspólnego z Patrykiem.

Ostatnie zdanie wypowiedział tak, jakby składał oświadczenie.
Profiler  pokiwał  głową.  Popatrzył  na  policjantkę.  Tyle  o  tym.  Przynajmniej  na  początek.  Niemal

równocześnie  wstali.  Kodymowie  zrobili  to  samo.  Policjanci  zapewnili,  że  będą  informowali  na  bieżąco
o postępach w śledztwie. Słowo „postępy” Heinz zaakcentował szczególnie. Znaczyło to także, że jeszcze
będą musieli porozmawiać. Być może niejeden raz.

– Mam ostatnie pytanie. Czy Patryk interesował się Beatlesami?

background image

Biznesmen popatrzył na żonę.
– Beatlesami? Nie. Raczej miał gdzieś takie starocie… To rymowanie, ten rap to była jego miłość.
Przeniósł wzrok na aspirantkę, a potem na Heinza.
– A dlaczego pan pyta?
Heinz uśmiechnął się lekko.
– Bez powodu. Obejrzałam w jego pokoju kolekcję płyt. Po prostu Beatlesi to z kolei moja miłość.
Pożegnali  się.  Gdy  schodzili  po  schodach,  odprowadzało  ich  spojrzenie  kobiety  ubranej  w  prostą

czarną sukienkę. Któryś z ciekawskich sąsiadów dyskretnie uchylił drzwi.

Małgorzata  Kodym  zamknęła  drzwi  i  wróciła  do  salonu.  Spojrzała  na  męża,  który  pochylił  się  nad

stolikiem i wyjął z paczki kolejnego papierosa.

– Nie pal tyle – powiedziała. – Szkodzi ci.
Patrzyli  na  siebie  w  milczeniu.  Oboje  czuli,  że  między  nimi  zaczyna  wyrastać  mur.  Mur  zbudowany

z pretensji, niedomówień i oskarżeń.

– Dlaczego im nie powiedziałeś? – szepnęła. – Może trzeba było…
Skruszył papierosa w palcach. Tytoń spadł na drewnianą podłogę. Kodym podszedł do żony.
–  Czy  ty  myślisz,  że  utrudniałbym  śledztwo  w  sprawie  śmierci  naszego  syna?  –  Wyciągnął  rękę

i pogładził ją po policzku. – A może uważasz, że to ja mam z nią coś wspólnego?

Jego  ręka  zacisnęła  się  na  jej  twarzy.  Palce  wbiły  się  z  dwóch  stron  poniżej  kości  policzkowych.

Przyparł ją do ściany, na której wisiał pejzaż z sitowiem, żaglówką i jeziorem.

– Naprawdę tak myślisz?
Kobieta jęknęła.
Zwolnił uchwyt.
Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jej ciało przeszył paraliżujący strach.

background image

10

W  piątkowy  wieczór  stawiłem  się  pod  „Mega  Clubem”.  Tym  razem  to  Pocahontas  mnie  podwiozła.

Chłopcy  w  bawełnianych  czapkach  jakoś  mnie  nie  kręcą,  baw  się  dobrze.  Cmoknęła  mnie  w  policzek
i odjechała. Zanim Cieśla zarządził na cmentarzu kontrybucję w postaci butelki wina, dowiedział się kilku
szczegółów.  Na  przykład  tego,  że  warto  w  piątek  przyjść  na  koncert.  Któraś  z  ekip  miała  zarymować
w  hołdzie  Patrykowi.  Pojawiła  się  myśl,  by  skrzyknąć  się  i  zrobić  cały  występ  dedykowany
zamordowanemu, ktoś rzucił takie hasło w internecie. W piątek mieli się do tego pomysłu przymierzyć.
Zabójstwo w branży raperów ciągle robi wrażenie.

Nazwy i pseudonimy wykonawców nic mi nie mówiły. Natomiast „Mega Club” jest miejscem zacnym

i dobrze mi znanym. Znajduje się na terenie huty Baildon, która jak wiele podobnych kolosów przeżyła
w swojej historii wzloty i upadki. Zresztą z ludźmi jest tak samo. Prawda? Hutę założył prawie dwieście
lat temu inżynier ze Szkocji, zresztą początkowo nie hutę, tylko pudlingarnię. Sam nie wiem do końca, co
to  jest.  Zdaje  się,  że  takie  miejsce,  gdzie  oczyszcza  się  surówkę  z  węgla,  manganu  i  czegoś  tam  jeszcze.
A potem na dziesiątki lat huta stała się potęgą, miała nawet drużynę hokejową rywalizującą z najlepszymi
klubami, aż wreszcie nastał kapitalizm i wszystko tąpnęło.

Baildon  ogłosił  upadłość  ale  jedno  miejsce  przy  ulicy  Żelaznej  świeciło  dawnym  blaskiem.  Kiedyś

w  tym  miejscu  istniał  klub  „Pod  Rurą”,  a  od  prawie  dwudziestu  lat  działa  „Mega  Club”.  Bywałem  tu
wielokrotnie. W starych i nowych czasach. Sami tutaj graliśmy na Zaduszkach Bluesowych, pamiętam też
wernisaż  zdjęć  naszego  gitarzysty,  który  z  zawodu  jest  fotografem.  Zdjęcia  były  licytowane,  a  zebrana
sumka miała uratować jakieś konie, aby nie trafiły pod rzeźnicki nóż.

Przyjechałem  dwie  godziny  przed  koncertem  i  w  klubie  było  dość  pusto.  Pokazałem  legitymację  na

bramce,  a  dwóch  stojących  tam  osiłków  wyraźnie  się  spięło.  Pogadaliśmy  chwilę.  Powiedziałem,  żeby
wyluzowali,  wyjaśniłem,  w  jakiej  sprawie  przychodzę  i  że  nie  interesuje  mnie,  kto  i  czym  się  szprycuje
w  kiblu.  Przynajmniej  nie  dziś.  A  w  ogóle  usiądę  sobie  przy  barze  i  jeśli  przyjdą  kumple  Patryka,  tu
wyjąłem listę i odczytałem ksywy, skierujcie ich do mnie. Chcę wypalić z nimi fajkę pokoju.

Z  głośników  dudnił  bas,  który  masakrował  wnętrzności,  ale  co  jakiś  czas  muzyka  cichła  i  ktoś

sprawdzał mikrofony. Kupiłem piwo, zamieniłem kilka zdań z barmanem. Ten wskazał mi kolesia, który
był znajomym Patryka, a tamten odesłał mnie do następnego. Nie mogę powiedzieć, by był to łańcuszek
ludzi  dobrej  woli.  Zdawkowe  uwagi,  półsłówka,  mnóstwo  ogólników,  tak,  znaliśmy  go,  ale  kiepsko,
zresztą  ostatnio  nie  widywaliśmy.  Nie  wyglądali  na  specjalnie  przejętych  tym,  co  się  stało.  Zacząłem
zastanawiać się, czy dzisiejsza wyprawa do klubu miała większy sens.

Po  czterdziestu  minutach  wszedł  potężnie  zbudowany  chłopak.  Dwa  metry  wzrostu,  sto  czterdzieści

kilo żywej wagi, ale dość ospałej. Jego sposób poruszania się skojarzył mi się z brygantyną dryfującą po
bezwietrznych wodach. Przywitał się z bramkarzami, oni coś do niego zaszeptali, prawie wspinając się na
palce, a chłopak spojrzał w moją stronę. Pomachałem mu. I tak poznałem Bola.

Podszedłem,  przedstawiłem  się,  zaproponowałem  piwo,  a  ponieważ  muzyka  stała  się  jeszcze

głośniejsza, postanowiliśmy wyjść na zewnątrz. Drzwi zamknęły się za nami i z ulgą pożegnałem raperski
słowotok. Kilka metrów od nas stało kilku łysoli. Przyglądali się nam z ciekawością. Bolo podniósł rękę
do  góry.  Gest  mógł  być  powitaniem,  ale  równie  dobrze  mógł  znaczyć:  stop,  nie  podchodzić.  Młodzieńcy
najwyraźniej wybrali drugą opcję i odwrócili się plecami.

– Bolo? Skąd masz taką ksywę?
– Pamięta pan Wejście smoka? Jest tam takie wielkie bydlę. Takie jak ja. – Wzruszył ramionami.
– A Patryk to Pat. Tak po prostu?
– A jak miałoby być?
Mistrzem ciętej riposty Bolo z pewnością nie był. To już wiedziałem.
– Długo się znaliście?
– Od szkoły. Podstawówki. Wymienialiśmy się takimi naklejkami. Pamięta pan, nie?
Nie pamiętałem.
– No takie karteczki… Naklejki… Z Herkulesem, samochodami… Laski miały z tymi kolesiami z Just 5

i piszczały na ich widok. Pat zajebał mi kiedyś naklejkę z Tarzanem. Ganiałem go po całej szkole. A potem

background image

zakumplowaliśmy się.

– Fajnie. – Wyjąłem z paczki papierosa. Poczęstowałem Bola.
Odmówił. Zapaliłem sam.
– W sumie git się uzupełniało. On dobrze się uczył. Ja tylko z wuefu byłem dobry.
– Wyobrażam sobie.
–  Potem  na  Gieksę  się  razem  chodziło,  ale  w  końcu  piłka  nam  się  znudziła.  Rap  to  co  innego.  I  tak

zostało. Tak zostanie – poprawił się.

– Nie widziałem cię na pogrzebie.
Wzruszył ramionami.
– Pracuję w budowlance, a mój szef to kawał skurwiela… Nie zwolnił mnie… Myślałem, że mu wyjadę.

– Zacisnął pięść. – Ale  potem  nie  byłoby  co  zbierać,  więc  co?  Kiedy  o  tym  wszystkim  myślę  –  odwrócił
głowę – o tym, co mu się stało…

Milczał. Bolo zawiesił się. I to na dobre.
– Będzie dziś jeszcze ktoś z waszej ekipy? – Zaciągnąłem się dymem.
– Z SSQ. Pewnie! Będzie Mister Chan. Na koncertach – zamachał olbrzymią dłonią – montował sobie

taką śmieszną sztuczną łapę jak…

– …jak w Wejściu smoka. Tak, wiem.
Mignęły  mi  w  głowie  obrazy  sprzed  lat.  Gigantyczna  kolejka  pod  kinem,  awantury,  bilety  kupowane

u koników.

– SSQ. Co to właściwie znaczy? Nigdzie w internecie nie mogłem znaleźć…
–  Stali  Squad.  Tu  w  „Mega  Clubie”  wystąpiliśmy  pierwszy  raz.  Huta…  Stal…  Tak  nam  się  z  tym

miejscem skojarzyło.

– Ktoś jeszcze ze Squadu przyjdzie? Oprócz Mister Chana?
– Jeszcze Paragon.
– Ksywa jak z lat sześćdziesiątych – zauważyłem.
–  Z  czego?  –  Chłopak  zmrużył  oczy  i  skrzywił  się.  Widać  było,  że  intensywnie  myśli  i  że  ta

intensywność sprawia mu ból.

–  Lata  sześćdziesiąte  –  powtórzyłem.  –  Wiesz,  było  coś  takiego.  Beatlesi,  wolna  miłość,  LSD  i  takie

tam… Zresztą zapytaj matkę. Masz matkę?

Bolo zamrugał.
– Matkę?
– Tak. Matka to taka kobieta, która cię urodziła.
Nie wiadomo, po co to zrobiła, pomyślałem. Ale każdy popełnia błędy.
– Ano tak… O! – Bolo ożywił się. – Właśnie przyjechał Paragon. Pan z nim pogada. Ja rozwalony całą

tą sytuacją jestem.

Poczłapał w stronę chłopaka mniejszego o dwie głowy, a potem obaj podeszli do mnie. Paragon nie był

sam. Na rękach niósł yorka. Pies miał różową kokardkę zawiązaną na głowie.

–  Tak,  wiem,  o  co  chodzi,  pogadajmy,  tylko  krótko,  bo  muszę  jeszcze  spróbować  na  scenie  przed

występem. Mam zresztą kawałek napisany specjalnie dla Pata.

Chłopak  był  zaprzeczeniem  Bola.  Roznosiła  go  energia,  mówił  szybko  i  składnie.  Postawił  yorka  na

ziemi, a pies zaczął mnie obwąchiwać.

– Powiem ci, jaki był Pat – zaczął niepytany. – I mam nadzieję, że złapiecie tego skurwysyna, który to

zrobił. A Pat miał talent, wyczaiłem go już podczas bitew. Świetne punchline’y układał. I nie masz pojęcia,
człowieku, jak w boom bapach się sprawdzał!

Rozłożyłem ręce i słuchałem, jakbym był na tureckim kazaniu. Przed wejściem do klubu zbierała się

coraz liczniejsza ekipa.

– Naprawdę, mówię ci, megazdolniacha! Tylko że…
Przerwał i utkwił wzrok w czymś, co działo się za moimi plecami.
Odwróciłem się. Nie, nic się nie działo. Za moimi plecami stał Breivik i przyglądał się nam. Na smyczy

trzymał yorka.

Staliśmy we trzech. W pięcioro. Zależy jak to ująć. Psy się obwąchiwały.
Paragon westchnął.
– Moja laska wyjechała i musiałem zabrać go do siebie. Zresztą często się nim zajmuję…
– Jak się nazywa? – zapytał Breivik.

background image

– Tajson. A twój?
– Moja to Godzilla. Muszę ją wyprowadzić. Chodź, przejdziemy się kawałek, opowiesz mi o Patryku.

Tajson też się ucieszy.

Nagle  Paragonowi  przestało  się  spieszyć.  Obaj  udali  się  w  głąb  terenu  huty,  a  ja  odprowadziłem  ich

wzrokiem. Spojrzałem na zegarek. Z Breivikiem umówiłem się o siódmej. Przyjechał o czasie. Chwilowo
stałem sam, nie miałem co ze sobą zrobić, a od czasu do czasu ktoś taksował mnie spojrzeniem.

Nagle  poczułem  się  bardzo  stary.  Albo  inaczej:  poczułem  się  całkowicie  odrealniony.  Jakbym

wylądował  na  innej  planecie,  a  od  świata,  który  tam  zastałem,  oddzielał  mnie  hermetyczny  hełm
i  skafander.  Jak  to  powiedział  Kodym?  Coś  o  młodości.  Że  przecież  też  byliśmy  młodzi?  Jakoś  tak.  Nie
pamiętałem dokładnie. Czułem jednak, że to była inna młodość. I nie idzie o to, że my mieliśmy trzepak,
gonitwy po hałdach i piłkę, a oni mieli Harry’ego Pottera, a teraz siedzą na Facebooku. Nie o to chodziło.

Jedna ze stojących grupek utworzyła koło i z namaszczeniem słuchała utworu puszczanego z telefonu.
Pamiętam, po którejś próbie usiedliśmy przy piwie. Jak to mieliśmy w zwyczaju. Zeszło na stare czasy.

To także nasza norma. Gitarzysta, kilka lat młodszy ode mnie, opowiadał, jak wyrwał się z domu na swój
pierwszy w życiu koncert. Odbył podróż przez Polskę. Na Torwarze jego ukochana Republika grała z UK
Subs.  Ubłagał  matkę,  by  zrobiła  mu  krawat  w  biało-czarne  pasy.  I  taki  dostał.  Z  ręcznie  przyszytymi
czarnymi tasiemkami, jakich używało się na ubraniach na znak żałoby. Dziś wystarczyłyby trzy kliknięcia
na allegro i byłoby po sprawie.

Rozległ  się  szczery,  perlisty  śmiech  dwóch  dziewczyn.  Jedna  podwinęła  T-shirt  i  odsłoniła  lędźwie.

Druga pochyliła się i oglądała tatuaż. Wow, dobiegł mnie okrzyk zachwytu.

Perkusista, najstarszy z nas wszystkich, opowiedział o swoim bracie. Facet był tuż po sześćdziesiątce.

Lekarz  wojskowy,  w  czasie  stanu  wojennego  pracował  w  szkole  lotniczej  w  Dęblinie,  a  mieszkał  pod
Łodzią. I tam prowadził sekcję sztuk walki.

–  Brat  otrzymał  pozwolenie  i  kursował  między  Dęblinem  a  Łodzią.  Wstawał  o  czwartej  rano  i  gnał

samochodem. Trzy lata to trwało. Przez szczere pola, lasy. Zasuwał na maksa. I wiecie, co powiedział mi
po  latach?  Że  najbardziej  dziwiło  go,  że  nie  napotkał  w  tej  dziczy  żadnej  sarny.  Nic  nie  wpadło  mu  pod
koła. Żadnego zderzenia, wypadku… A potem dowiedział się dlaczego.

– Dlaczego? – ktoś zapytał.
– Jakiś leśniczy mu wyjaśnił. W kraju nie było żarcia, pamiętacie sami. Więc miejscowa ludność, nie

tylko miejscowa, polowała. Jak na jakimś Dzikim Zachodzie. Przetrzebiła zwierzynę tak, że nie miało już
co wpadać pod koła.

W powietrzu poczułem zapach marihuany. Trzech chłopaków stuknęło się butelkami z piwem.
Słuchałem  różnych  historii.  Opowiadali  je  starzy  i  młodsi.  Ale  zawsze  czułem,  że  jestem  do  nich

przyklejony.  Że  przystaję  do  świata,  który  z  tych  opowieści  się  wyłaniał.  A  teraz  stałem  pod  „Mega
Clubem” i doświadczałem, co to znaczy odpaść od ściany. Nie kumałem bazy. Tak należałoby w tamtym
miejscu  i  tamtego  wieczoru  powiedzieć.  I  to  odpadnięcie  czułem  niemal  fizycznie.  Tak  jak  odczuwa  się
ból.

Po  dwudziestu  minutach  wrócili.  Przybili  piątkę,  żółwika  albo  coś  podobnego.  Paragon  od  razu  udał

się w stronę klubu i przecisnął z yorkiem do wejścia, a Breivik podszedł do mnie.

– Fajnego znalazłeś kumpla – powiedziałem.
Uśmiechnął się.
– Ty też masz fajnego. Tego Bola. Pamiętaj, kto z kim przestaje…
Skrzywiłem się. A może po prostu byłem myślami wciąż gdzie indziej.
–  Nie  martw  się.  –  Breivik  klepnął  mnie  w  ramię.  –  Czytałem,  że  ten  Bolo  to  prawdziwe  muzyczne

zwierzę. Na scenie zmienia się nie do poznania. Rżnie tylko takie ospałego głupa.

– Niektórzy rodzą się z naturalnym talentem do takich ról – zauważyłem cierpko.
Powiedział,  że  możemy  wracać.  Mister  Chana  nie  będzie.  Poza  tym,  dodał,  jest  parę  spraw  do

przegadania.

– Oświeć mnie… Co to jest ten boom-coś-tam?
– Boom bap? Nazwa na taki bujający, oldskulowy kawałek.
– Masz w domu słowniczek hip-hopu? Wkuwasz wieczorami słówka?
Nie  odpowiedział.  Godzilla  zawarczała  i  zaczęła  ujadać.  Breivik  wziął  psa  pod  pachę,  wolną  ręką

otworzył drzwi do volkswagena combi. York zajął miejsce między przednimi i tylnymi fotelami.

– Więc tak – zaczął. – Potwierdza się, że nasz Patryk… Pat… to była zdolna bestia. O – wyjął notes –

background image

tu mam nawet próbkę. Zapisałem. Kawałek Na wkurwie. Idzie tak:

Wypnij się, krzyknij
Me cago en la leche que mamaste
Może cię kurw uleczy rusz pędem przez miasto

Zapytałem  Breivika,  co  znaczy  to  zdanie  po  hiszpańsku.  Powiedział,  że  to  ponoć  meksykańskie

przekleństwo. Dość okrutne. Przetłumaczył. Aż gwizdnąłem. Fakt, było mocne.

– Zatem SSQ myśleli o płycie. Tylko że coś się posypało. I to przez naszego Pata.
Dwóch chłopaków wsiadło do samochodu, który stał za nami.
–  Przestał  bywać  na  próbach,  nie  odbierał  telefonu,  tłumaczył,  że  nie  ma  czasu…  Zmienił  się.  Tak

mówi ten cały Paragon.

– Kiedy zauważył tę zmianę?
– Pytałem o to. Powiedział, że tak koło lutego, marca. Trzy, cztery miesiące temu.
– Może ma to związek, z tym, co znalazłem w jego pokoju? Mefedron, krople… Zdarza się, że euforyki

działają podobnie jak amfa i załatwiają niezły zjazd.

– Zapytałem o to Paragona. I wiesz co? Był zaskoczony. Powiedział mi, że sam gówna nie bierze. Nie

lubi takiego odjazdu. Dobre zioło to co innego. I raczej nie kłamał.

Dwóch chłopaków wysiadło z samochodu. Ruszyli z powrotem w stronę klubu.
– I mam jeszcze coś – powiedział Breivik. – Miesiąc temu spotkali się i Pat przyniósł nowy kawałek.

Zaraz… – Zerknął do notesu. – Pa. Taki jest tytuł. Paragon zapamiętał początek:

Zetrzeć, wytrzeć, zatrzeć, zniszczyć, wytrzeć, wydrzeć i zeszmacić.

I tak dalej. Same czasowniki. Podobno mocne. A na końcu było: „No to pa!”. Ale najciekawsze jest to,

co Paragon powiedział mi później. Siedzieli we dwóch, pili piwko i wtedy Pat wyznał Paragonowi , że nie
napisałby tego kawałka, gdyby nie Nemo.

– Kto?
– Też się zdziwili. Zapytali go, kto to jest.
– I co odpowiedział?
–  Że  taki  kolo.  Znajomy.  Nic  więcej.  Rzecz  w  tym,  że  nikt  z  nich  nigdy  nie  słyszał  o  gościu  o  takiej

ksywce.

Pies cicho zawarczał.
– Cicho, Beta – uspokoił psa Breivik.
– Beta? – zdziwiłem się. – Myślałem, że Godzilla.
–  Godzilla  to  była  na  potrzebę  chwili.  Improwizowałem.  –  Potrząsnął  dłońmi  jak  rymujący  raper.  –

Tak w ogóle to pożyczyłem psa. Od Gaby.

Poprosiłem, by otworzył okno z mojej strony. Ciepłe powietrze wdarło się do samochodu.
– To chyba jesteście w zażyłych relacjach, skoro zajmujesz się jej psem – rzuciłem, patrząc w boczne

lusterko. Chciałem dodać, że szybko się uwinął, ale powstrzymałem się.

– Wyczuwam w twoim głosie zazdrość – mruknął.
Pojechaliśmy.  Włączył  płytę.  Mocny  podkład,  sample  i  słowna  rytmiczna  nawalanka.  Istna  młócka.

Wymówił nazwę jakieś amerykańskiej kapeli. Docierały do mnie pojedyncze słowa, których nie mogłem
powiązać w żadną całość.

–  O  czym  oni  gadają?  –  zapytałem.  –  Pewnie  o  tym,  jak  ciężkie  jest  życie  w  slumsach  i  o  złu,  które

czyha za rogiem. – Starałem się, by drwina w moim głosie była odczuwalna.

–  O  nie.  –  Pokręcił  głową.  –  Ci  są  z  Zachodniego  Wybrzeża  i  śpiewają  o  laskach,  superszybkich

samochodach,  balangach  i  białej  ścieżce.  To  dopiero  jest  życie…  –  Uśmiechnął  się.  –  Może  też  byś  tak
spróbował?

Odwiózł mnie do domu.
Na nagraniu nastała cisza. Mężczyzna cofnął o kilka sekund. Pamiętał, co później nastąpiło. Skupił się

i słuchał.

– Może też byś tak spróbował?
Pauza.
–  Jak  patrzę  na  was  dwóch,  dwóch  smutnych  dupków,  to  myślę,  że  też  powinniście  spróbować  –

powiedział Heinz.

– Słyszałem sporo o pańskiej inteligencji, panie komisarzu.
Mężczyzna wyprostował się na krześle i słuchał własnych słów.

background image

– Ale zawiodłem się. Inteligentni ludzie nie pogarszają swojej sytuacji. Jeśli pan myśli, że wyprowadzi

nas z równowagi, to jest w błędzie. I to grubym.

Westchnięcie.
I cisza.
–  Pamiętacie  tę  piosenkę?  –  przemówił  Heinz.  – Na wkurwie? „Me cago en la leche que mamaste”.

Nie zapytaliście, co to znaczy. To wam powiem – ściszył głos. – „Sram w mleko twojej matki”. Mocne, co?
Szkoda że nie znam hiszpańskiego i nie wiem, jak to powiedzieć w liczbie mnogiej. Bobym wam chętnie
powiedział…

– Kurwa!
Na nagraniu słychać rumor upadającego krzesła i przesuwanego stołu. Odgłosy szamotaniny i ciężkie

oddechy.

– Przestańcie! – Mężczyzna rozpoznał swój głos. – Stop, kurwa, powiedziałem!
Powoli wszystko wraca do normy. Przyspieszone oddechy cichną.
– Widzicie – usłyszał głos Heinza – każdego można wyprowadzić z równowagi. Każdego. I sprawić, by

zrobił coś, czego nie chce. Przecież nie chciałeś się na mnie rzucić, prawda?

Cisza.
– Zapamiętajcie to. – Znów Heinz. – Zapamiętajcie. Tylko tyle.

background image

11

Obudził  go  telefon.  Numer  zastrzeżony.  Wahał  się,  czy  odebrać.  W  końcu  podjął  decyzję.  Kobieta

zapytała,  czy  ma  przyjemność  z  panem  Rudolfem  Heinz,  i  już  znał  ciąg  dalszy.  „Z  panem  Rudolfem
Heinz” chcieli rozmawiać przedstawiciele banków, konsultanci zatrudnieni w telefonii komórkowej oraz
operatorzy call center. Obiecał sobie, że nie będzie rozmawiał z ludźmi, którzy nie są w stanie zadać sobie
trudu, aby samodzielnie pomyśleć i odmienić jego nazwisko. Pytano zatem o „pana Rudolfa Heinz”, a on
bez słowa się rozłączał.

Tego  dnia  jednak  albo  był  zbyt  zaspany,  albo  odłożyło  się  zmęczenie  narastające  przez  ostatnie

tygodnie, a może po prostu zawiódł go refleks. Tym razem Heinz nie rozłączył się, jak miał to w zwyczaju.

–  Kupił  pan  na  naszej  aukcji  pierścionek  –  szczebiotała  operatorka  –  i  mamy  nadzieję,  że  jest  pan

usatysfakcjonowany  transakcją.  Dlatego  chcieliśmy  zaproponować  wyjątkowy  niemiecki  proszek  do
prania w bardzo atrakcyjnej…

– Nie – wychrypiał. Usiadł na łóżku, niechcący nadepnął na pustą puszkę po piwie. – Nie potrzebuję

proszku. Nie piorę. W ogóle.

–  Zatem  –  dziewczyna  nawijała  jak  automat  –  mamy  w  naszej  ofercie  angielskie  tabletki  do

zmywarki, których wydajność…

– Nie. Nie zmywam. Nie piorę i nie zmywam. Może pani przyjechać i zobaczyć.
Rozłączył się.
Spojrzał  na  zegarek.  Była  ósma  rano.  Kogo  o  tej  godzinie  obchodzi  proszek  do  prania?  W  sumie

dobrze,  pomyślał  o  konsultantce,  że  przypomniała  mu  o  pierścionku.  Pocahontas  zażyczyła  sobie  na
urodziny  uroczy  drobiazg.  Żaden  tam  zaręczynowy.  Bez  dodatkowych  podtekstów.  I  dzień  urodzin
nadszedł. Powinien zadzwonić do jakiejś knajpki i zarezerwować stolik na wieczór. Pocahontas taktownie
milczała, nie upominała się, o nic nie pytała. Niewiele brakowało, pomyślał, a byłaby niezła skucha.

Sięgnął  po  telefon  i  wysłał  jej  esemesa  z  życzeniami.  „Osobiście  zrobię  to  nieco  później”,  napisał  na

końcu.

Ogolił się, wziął prysznic, zrobił kawę. Postawił ją na biurku i odsunął papiery. Notatki z wczorajszego

wieczoru. Postanowił odświeżyć sobie wiedzę na temat płyty Abbey Road. Przeszukał internet, miał jakąś
biografię Lennona, kilka faktów pamiętał. Wiedział, że w Come Together John powtarzał: Shoot me!, ale
wszyscy  słyszą,  że  woła Shoo!  Oto,  myślał  z  podziwem,  siła  i  sugestia  muzyki,  która  potrafi  przesłonić
i skutecznie ukryć przekaz.

W sprawie, którą zajmował się od pamiętnego wieczoru w Pile, sens tkwił pod powierzchnią. Heinz po

prostu czuł to. Wyczuwał jakimś policyjnym zmysłem, że tak właśnie jest, choć nie miał na to dowodów.
W  ogóle  coś  nie  grało  z  tymi  Kodymami.  Pod  błyszczącym,  pielęgnowanym  i  polerowanym  obrazem
szczęśliwej  rodziny  tkwiły  pęknięcia  i  skazy.  Chłopak  zamontował  zamek  w  swoich  drzwiach.  To  już
o  czymś  świadczyło.  Heinz  od  razu  zwrócił  na  to  uwagę,  gdy  znalazł  się  w  jego  pokoju.  Patryk
niespodziewanie  wyjechał.  I  był  dość  nieostrożny,  zostawiając  skórzane  etui  w  szufladzie.  Badania
potwierdziły  to,  czego  Heinz  się  spodziewał.  Kryształki  przypominające  sól  morską  okazały  się  4-
metylometkatynonem,  bardziej  znanym  jako  mefedron  lub  po  prostu  4-MMC.  Swoją  drogą,  pomyślał
Heinz,  4-MMC  to  byłaby  niezła  ksywa  dla  rapera.  W  buteleczce  znajdowały  się  krople  GBl,  czyli  γ-
butyrolakton. W jednym i drugim wypadku chemia pozwalającasię rozluźnić, dobrze bawić, być otwartym
i  miłym  dla  otoczenia.  Całkiem peace  and  love,  jak  dowodzili  miłośnicy  empatogenów.  Pewnie  tak.  Ale
Heinz na własne oczy widział też takich, co po mefedronie odjeżdżali i filcowały im się mózgi. Wciąż miał
przed oczami dwóch piętnastolatków, którzy po 4-MMC zaczęli szczekać jak psy, a na koniec się pogryźli.
Ciężka jazda.

Shoot  me!  Lennon  trafił  na  szaleńca.  Kogo  spotkał  młody  Kodym?  Jak  do  tego  doszło?  Kim  był

Nemo? Czy do niego odnosiła się litera „N” obwiedziona kółkiem i podkreślona na kartce, którą znalazł
w  pokoju  chłopaka?  Wczoraj  na  kartce  wyrwanej  z  notesu  odruchowo  napisał  cztery  słowa:  „Nemo  –
Tajemnica – Kodym – Woda”. Łódź podwodna tajemniczego kapitana nazywała się „Nautilus”. Chłopaka
znaleziono w dziecięcym basenie. Wziął kartkę i dopisał piąte słowo: „Dzieciństwo”.

Potarł oczy palcami i westchnął. Nie. Nic z tego nie wynika.

background image

Podszedł  do  wieży  i  włączył  muzykę.  Od  wczoraj  słuchał Abbey  Road,  jakby  w  piosenkach  szukał

klucza  do  rozwiązania  sprawy.  Albo  przynajmniej  chciał,  aby  wskazały  właściwą  drogę  i  otworzyły  mu
oczy.  Wczoraj  przesłuchał  płytę  dwukrotnie  i  teraz  robił  kolejne,  trzecie  okrążenie.  Wybrzmiało
Something, jedna z najpiękniejszych piosenek w historii ludzkości, skomponowana przez niedocenianego
Harrisona,  a  teraz  Beatlesi  opowiadali  historyjkę  o  seryjnym  mordercy  używającym  srebrnego  młotka.
Zabójca  nazywa  się  Maxwell  i  na  swoje  ofiary  wybiera  koleżankę  z  klasy,  nauczycielkę,  a  na  końcu
sędziego  zajmującego  się  jego  sprawą. Maxwell’s  Silver  Hammer.  Dziwna  piosenka.  Jakoś  nigdy  jej  nie
lubił.  Przypomniał  sobie  sugestię,  którą  Breivik  przedstawił  na  pierwszym  zebraniu.  Nie  można
wykluczyć, że Patryk Kodym jest tylko jedną z ofiar. Być może pierwszą, a być może nie. Że trupów jest
więcej. Na razie nie podejmowali tego wątku. Nie było podstaw.

P r z y Oh! 

Darling zdenerwowany  wyłączył  płytę.  Wyszukał  w  internecie  adres  restauracji

i  zarezerwował  stolik.  Zadzwonił  do  Pocahontas.  Już  myślałam,  że  zapomniałeś,  usłyszał.  Ja?  Ja
mógłbym zapomnieć? Znasz mnie przecież. Nigdy nie zapominam.

Zabrał pierścionek, ten uroczy mały drobiazg, ze sobą, tak na wszelki wypadek, gdyby dzień pracy się

przeciągnął,  i  pojechał  do  komendy.  Przejrzał  piętrzące  się  papiery  ze  sprawami,  które  dostaną  odleżyn,
jeśli nikt ich nie zakończy, i odnalazł Gabrielę Rojek.

Tego dnia wyglądała lepiej niż ostatnio.
– Męskie Pięści chciał zapytać, czy umówiłaś spotkanie. I jak się czuje Beta? Swoją drogą, Gaba i Beta,

niezłe połączenie…

Popatrzyła  na  niego  tak,  jak  zwykle  patrzą  urzędniczki  w  urzędzie  skarbowym.  Bez  większego

entuzjazmu.

– Umówiłam. O trzynastej. W barze „KATO” na Mariackiej.
Miał się spotkać z Natalią Olkowicz. Kolejne „N”, pomyślał. Natalia była ostatnią dziewczyną Patryka.

Dziewczyną w czarnej sukience, stojącą samotnie na pogrzebie. Rozstali się półtora miesiąca temu. To już
wiedział. Gaba zaczepiła ją w internecie. Czasem nieformalna droga się sprawdza, powiedziała. Zgodził się
z  tym.  Potężny  gmach  komendy  na  wielu  działał  onieśmielająco.  Blokowali  się,  usztywniali.  I  co
najgorsze, tracili pamięć. Niech będzie bar „KATO”.

W  ostatnim  czasie,  po  latach  hibernacji  i  zastoju,  ulica  Mariacka  zmieniała  się,  otwierała  na  ludzi,

zaczęło  przybywać  knajpek.  Zapewne  nie  było  to  miejsce,  w  którym  chciałby  mieszkać  Ludwik  Kodym.
Nie polubiłby raczej baru „KATO”, pomyślał Heinz, gdy przekroczył próg. Królestwo płyty paździerzowej,
tak  mógłby  nazywać  się  lokal.  Z  płyty  wykonane  były  ściany  oraz  barowe  meble.  Ceny  wypisane
markerem,  by  każdy  ślepy  zobaczył.  Ta  surowa  prostota  miała  swój  urok  i  sądząc  po  zajętych  stolikach,
Heinz nie był jedynym, który tak uważał. Skoro tak jest o trzynastej, to wieczorami pewnie komplet. Na
ścianie  przyszpilone  zapowiedzi  imprez.  Dyskusja  o  nowej  architekturze  Katowic  i  Górnego  Śląska.
Zaproszenie na koncert. Z głośników dobiegał elektroniczny ambient, całkiem strawny i niedewastujący
psychiki.

Natalia  Olkowicz  siedziała  przy  stoliku.  Była  tak  samo  blada  jak  podczas  pogrzebu,  czarną  sukienkę

zamieniła  na  pastelowe  kolory.  Przedstawił  się  i  zaproponował  coś  do  picia.  Odmówiła.  Zapiekankę.
Odmowa. Podszedł do baru i rozejrzał się. Dostrzegł sporo gatunków piw produkowanych w niewielkich
browarach  i  rzadko  dostępnych  w  sklepach.  Kolejny  plus  dla  baru.  Wziął  olbrachta.  Jedno  może  wypić.
Przy  okazji  zobaczy,  co  jest  warta  toruńska  szkoła  browarnictwa.  Podobno  król  Olbracht  wiedział,  co
dobre.

Dziewczyna  studiowała  polonistykę.  Była  na  trzecim  roku.  O  dwa  lata  starsza  od  Patryka.  Przed

spotkaniem zdawała egzamin. Jak poszło? Luz. Myślała, że będzie trudniej.

Widział,  że  napięcie  z  niej  opadło.  Nawet  uśmiechnęła  się  dwa  razy.  W  jej  urodzie  nie  było  nic

wyzywającego, nachalnego. Była ładna, po prostu ładna. Tak by ją opisał.

Jak się poznali? Kolejny uśmiech, tym razem jakby smutny. Ona pisała artykuł dla studenckiej gazety

o śląskim hip-hopie, to dość modny temat, i trafiła na niego. Ile byli razem? Sześć miesięcy.

– Dlaczego się rozstaliście? Muszę o to zapytać. – Sięgnął po butelkę i upił dwa łyki piwa. Chciał dać

dziewczynie więcej czasu do namysłu.

–  Wie  pan,  różne  wersje  może  pan  usłyszeć.  Dziewczyny  kręciły  się  wokół  niego.  On  raper,  dziani

starzy. Ale to ja go zostawiłam – powiedziała twardo.

– Dlaczego?
Wpatrywała się w podłogę.

background image

– Zmienił się – wyszeptała. – Zaczął… – Urwała.
– Mefedron, krople, chemia – wyliczył Heinz. – O to chodzi?
Przytaknęła. Ulżyło jej, że powiedział to za nią.
–  Ci  jego  kumple  od  rapu  naprawdę  byli  spoko,  lubiliśmy  się.  Bolo  wprost  przecudny.  A  potem  z

Patrykiem coś się stało. Odsunął się od nich… A po chemii dostawał odjazdu. Był agresywny… Wie pan –
uniosła  głowę  –  chodziły  słuchy,  że  raz  załatwił  się  tak,  że  podpalił  komuś  samochód.  Ojciec  musiał
tuszować  sprawę.  Tak  mówili.  Powiedziałam  mu,  że  albo  ja,  albo  kryształy…  Wybrał,  jak  wybrał.  Potem
dzwonił do mnie. Nachodził mnie. Myślę, że wpakował się w jakieś kłopoty.

Ktoś do niej zamachał, przeprosiła ruchem ręki, że jest zajęta, i wróciła do rozmowy.
–  Czy  Patryk  miał  jakichś  nowych  znajomych?  Tak  się  staroświecko  mówi,  że  ktoś  wpadł  w  złe

towarzystwo. A jak było z nim?

Sygnał  poinformował  o  nadejściu  esemesa.  Telefon  dziewczyny  leżał  na  stole.  Zignorowała

wiadomość.

– Wie pan, to ciekawe. Nikt się nie pojawił… Żadni nowi znajomi. Przynajmniej nie słyszałam.
– Czy wspominał kiedyś faceta o ksywie Nemo?
Przyglądała mu się uważnie.
–  Raz…  Chyba  raz.  Był  nieźle  zrobiony.  Pokłóciliśmy  się  wtedy.  Krótko  przed  naszym  rozstaniem.

Powiedział…  Powiedział,  że  Nemo  wszystko  wyczyści.  Czy  to  by  nie  mogło  powrócić?  Jakoś  tak.  Kto  to
w ogóle jest?

Heinz milczał. Dokończył piwo.
– A ze starymi jak mu się układało? Średnio, co?
– Skoro pan wie, to po co pyta? Narzekał na starego. Mówił, że chce zrobić z niego takiego hipokrytę

w garniturku, jakim jest sam. Lustrzane odbicie zadowolonego z siebie dupka. Pat wolał robić swoje. I nie
chciał mu nic zawdzięczać.

– Czy Patryk mówił kiedyś o Beatlesach?
Zadzwonił telefon. Odebrała. Tak, pójdę z tobą. Jak poszło? Zdałam. Tak, przyjdź po mnie o siódmej.

Pa.

– Po tym, co się stało, staram się żyć normalnie. – Wskazała na telefon. – Zaraz, o co pan pytał? Aha

– przypomniała sobie – nie, chyba nie lubił. Raz tylko coś takiego śmiesznego powiedział. Chyba że lepiej
umrzeć jak Beatlesi, niż żyć jak Budka Suflera.

Heinz uśmiechnął się. Wstał. Natalia Olkowicz powiedziała, że zostaje. Umówiła się ze znajomymi. Ze

złym towarzystwem.

– Dla mnie to już przeszłość. – Przytrzymała jego dłoń w swojej przy pożegnaniu. Miała zimne palce.

– Ale niech pan rozwiąże tę sprawę.

– Skoro przeszłość, to dlaczego pani na tym zależy?
Przygryzła usta.
– Zakochałam się. Kochałam go – dodała pewniejszym głosem. – Czy to nie jest dostateczny powód?
Myślał o tym, gdy wieczorem wręczał Pocahontas pierścionek.

background image

12

Kiedy  rano  wychodził  do  pracy,  w  drzwiach  znalazł  ulotkę.  Górnośląskie  Koło  Ornitologiczne

zapraszało  na  weekendową  wycieczkę.  „Ptasie  safari”,  przeczytał  Heinz  przekrwionymi  oczami.  Zrobiła
się  pełnia  lata.  Pora  zakręconych  imprez.  Na  przykład  biegu  wokół  „Maroka”,  jak  potocznie  nazywano
staw  na  Osiedlu  Tysiąclecia.  Start  przy  Środowiskowym  Klubie  Wodniacko-Wędkarskim.  Nawet  nie
wiedział,  że  jest  tu  coś  takiego.  Powodzenia.  Wczoraj  razem  z  zespołem  grał  plenerowy  koncert
w  Rybniku.  Po  występie  browary.  Spotkanie  przeciągnęło  się  do  późna.  Nigdy  nie  żałował  tych  spotkań
i  nie  myślał,  co  będzie  się  z  nim  działo  następnego  dnia.  Słyszał  wiele  o  kapelach,  które  funkcjonują
zupełnie inaczej. Pięciu muzyków zjeżdża z różnych stron Polski, każdy najnowszą bryką, fundują fanom
półtorej  godziny  spontanu  i  ekstazy,  potem  się  rozjeżdżają.  Po  drodze  liczą  kasę  albo  następnego  dnia
sprawdzają stan konta. Czasami, wiele razy nawet, Heinz żałował, że muzyka nie stała się jego zawodem.
Ale potem myślał o tych wszystkich, którzy wychodzą na scenę i już przy pierwszym akordzie są zupełnie
wyprani z emocji, a myślami w drodze do domu albo na kolejny koncert.

Obiecał  sobie,  że  wdepnie  na  komendę  i  zabierze  do  domu  papiery.  Pocahontas  wyjechała  na

szkolenie  dla  biznesmenów,  przez  weekend  był  więc  sam.  Sprawa  zabójstwa  Patryka  Kodyma  utknęła
w miejscu. Od śmierci chłopaka minęły dwa miesiące. Akcja poszukiwania śladów, podjęta na portalach
społecznościowych, początkowo cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Policjanci otrzymywali sporo
sygnałów świadczących o tym, że w ostatnich dniach życia widziano Kodyma w wielu miejscach w Polsce.
Często  tego  samego  dnia  i  o  tej  samej  porze  w  miastach  oddalonych  o  kilkaset  kilometrów.  Mimo  to
sprawdzano  każdy  sygnał.  Pominięto  jedynie  wiadomości  dotyczące  Paryża,  Berlina  oraz  Madrytu.  Poza
tym  weryfikowano  nawet  najmniej  prawdopodobne  informacje.  Z  czasem  wpisów  w  sprawie  Patryka
zaczęło  pojawiać  się  coraz  mniej.  Zatem  nic.  Ani  kroku  do  przodu.  Nie  trafili  na  ślad  mężczyzny
o  pseudonimie  „Nemo”.  Raz  tylko  Patryk  wspomniał  go  publicznie  w  facebookowym  wpisie.  Cisza.
Laptop, po którym tyle sobie obiecywali, nie przyniósł żadnego przełomu. Mnóstwo muzyki, programy do
obróbki  dźwięku,  kilkanaście  tekstów  napisanych  przez  chłopaka. Pa,  numeru,  o  którym  Paragon
opowiadał  pod  „Mega  Clubem”,  wśród  nich  nie  było.  Nawet  żadnych  pornosów,  mruknął  informatyk
zaprzęgnięty do sprawy. Podpalenie samochodu okazało się pogłoską. A przynajmniej nie było mocnych
dowodów,  że  chłopak  miał  z  tym  coś  wspólnego.  Heinz  kolejny  raz  postanowił  przejrzeć  dokumentację.
Stara,  sprawdzona  metoda.  Czytasz  raz,  nic  nie  widzisz,  czytasz  drugi,  na  nic  nie  trafiasz,  wertujesz
papiery ponownie i nagle jest. Pomysł. Odkrycie. Wierzył, że tym razem będzie podobnie.

O  drugiej  po  południu  umówiony  był  na  spotkanie.  Chciał  się  z  nim  spotkać  Pułkownik.  Ojciec

Ludwika Kodyma.

–  Możesz  odmówić  –  powiedział  Gawlik.  Mówił  głosem,  w  którym  kryła  się  oczywista  sugestia:

wolałbym, byś tego nie robił. Gawlik pamiętał jeszcze Józefa Kodyma z przedlodowcowej ery milicji.

Heinz  uznał,  że  spotkanie  przynieść  może  tylko  korzyści.  Może  dowie  się  czegoś,  na  co  nie  zwrócił

uwagi. Z pewnością nic nie traci. Najwyżej kilka wolnych godzin.

Gdy  przyjechał  do  komendy,  zobaczył  dyżurnego,  który  próbował  powstrzymać  napór  szturmującej

recepcję kobiety.

–  Jak  to  dobrze,  że  pan  jest,  komisarzu  –  wysapał  policjant,  poprawiając  mundur.  –  Bo  ta  pani

właśnie pyta o pana. I strasznie się awanturuje. Pół godziny już tu jest.

Kobieta  odwróciła  się.  Poznał  ją  od  razu.  Weronika  Błaś.  Dziennikarka,  ostatnio  w  „Dzienniku

Zachodnim”.  I  przede  wszystkim  przyjaciółka  Pocahontas.  Najlepsza.  Nigdy  nie  przyjaźnię  się  z  moimi
pacjentkami,  nawet  byłymi,  usłyszał  kiedyś.  W  wypadku  Weroniki  Błaś  nie  dawał  wiary  tym  słowom.
Musiała  chodzić  na  jakąś  terapię,  bo  skąd  by  się  jej  to  wszystko  wzięło?  Wyszczekana.  Przekonana
o swojej genialności i o tym, że legitymacja prasowa otworzy jej każde drzwi. Krocząca pewność siebie. Po
prostu gwiazda. A pod powierzchnią, był tego pewien, co najmniej Alpy kompleksów.

– O, a jednak jesteś. – Rozłożyła ręce, a on odruchowo cofnął się pół kroku. Bał się, że będzie chciała

się z nim wylewnie przywitać. – Czyli ten policjant – spojrzała surowo na dyżurnego – kłamał.

– Miało mnie tu nie być. Przyjechałem tylko zabrać papiery.
– Świetnie się składa. Mam do ciebie ogromną prośbę. – Dwa ostatnie słowa przeciągnęła i zamrugała

background image

oczami.

Sprawa wyglądała tak, że wieczorem Weronika Błaś bawiła się na imprezie tanecznej.
–  W  „Cotton  Clubie”,  wiesz  gdzie,  prawda?  Zamknięta  impreza,  urodziny  koleżanki  z  tiwi,  trochę

aktorów i modelek, sami fajni ludzie. Przyjechałam rowerem, holendrem takim, bo ja teraz dużo jeżdżę,
wiesz?

Wyrzucała z siebie słowa z zawrotną szybkością. Właściwie pruła nimi powietrze. Heinz prowadził, ale

nie  mógł  się  powstrzymać  i  obrzucił  pasażerkę  sceptycznym  spojrzeniem.  Weronika  Błaś  i  aktywność
fizyczna  znajdowały  się  raczej  na  dwóch  biegunach.  Już  przy  ich  pierwszym  spotkaniu  nadał  jej  ksywę.
„Tłusta”.  Weronika  miała  zawsze  zlepione  włosy,  które  wyglądały,  jakby  wiecznie  się  przetłuszczały,
a tego dnia założyła na tyle krótką bluzeczkę, że nadmiar tkanki tłuszczowej wylewał się po bokach. Była
wzrostu Heinza i jego postury. Solidna warstwa makijażu na twarzy i lepka warstwa tuszu na rzęsach, jak
po  katastrofie  ekologicznej.  „Tłusta”.  Ten  pseudonim  był  najniższym  wymiarem  kary,  jaki  mógł  cię
spotkać, pomyślał Heinz.

–  Więc  bawiłam  się,  naprawdę  dobrze  się  bawiłam,  o  drugiej  w  nocy  żegnam  się  ze  znajomymi,

wychodzę,  patrzę,  szukam  roweru  i  wyobraź  sobie,  nie  ma.  Nigdzie.  No,  nie  ma.  A  wiem,  gdzie  go
przypinałam.  Dziś  pojechałam  do  klubu,  pokazuję  im  moją  legitymację  i  żądam  nagrań  z  monitoringu.
A  oni,  rozumiesz,  że  nie,  odmawiają.  Że  nie  udostępnią.  A  w  ogóle,  że  nie  ma  menedżera.  To
zapowiedziałam im, że wrócę z policją.

Dojechali  na  plac  Wolności.  „Cotton  Club”  znajdował  się  w  miejscu  dawnej  „Enigmy”.  Po  drodze

„Tłusta” zdążyła wypytać o wszystko.

– Jak wam się układa? Tobie i Alicji. Bo ona mówi, że jesteś fajny.
Fajny to dobry opis dla zabawki. Albo psa, pomyślał Heinz.
– A co w sprawie tego Kodyma? Macie coś? Ucichło ostatnio.
Wzruszył ramionami.
Przejeżdżali koło banku i Heinz zwolnił. Mimo że co sobotę oddział był zamknięty, stało pod nim kilka

osób.  Starszy  mężczyzna  podszedł  do  drzwi  i  wpatrywał  się  w  wywieszoną  kartkę.  Trzy  osoby  żywo
gestykulowały.

–  W  poniedziałek  się  zacznie  –  powiedziała  „Tłusta”.  –  Muszę  zadzwonić  do  redakcji.  Może  też

trzymałeś kasę w Amber Gold? Moja sąsiadka dała im się skusić. Teraz płacze po nocach, aż słychać przez
ścianę.

– Nie. Nie jestem twoją sąsiadką.
Nie.  Powinien  tak  odpowiadać  na  każde  jej  pytanie.  A  także  prośbę,  by  pojechał  z  nią  do  „Cotton

Clubu”.  Ugiął  się  jednak  i  postanowił  to  zrobić.  Ale  z  powodu  Pocahontas,  ze  względów  taktycznych.
Tylko dwie godziny w plecy.

– A nie mówiłam, że przyjadę z policją? – powiedziała, gdy dojechali na miejsce. Menedżer dotarł już

do pracy. Heinz bez słowa wyjął blachę.

Mężczyzna w marynarce zarzuconej na T-shirt zaczął coś mętnie tłumaczyć. Bez nakazu nie ujawniają

zapisu z monitoringu, klienci cenią sobie prywatność, poza tym…

– Poza tym – przerwał mu Heinz – daję ci pięć minut. A potem przetrzepię tę tancbudę. I ciekawe, co

znajdę.

Z  niesmakiem  rozejrzał  się  po  sali,  którą  sprzątano  po  nocnych  uciechach.  Jak  wiele  podobnych

miejsc  z  disco  i  techno  w  rolach  głównych,  także  i  to  kojarzyło  mu  się  ze  statkiem  kosmicznym
o purpurowym wystroju.

Odsunął menedżera na bok.
–  Ta  pani  –  szepnął  –  jest  kłopotliwa.  I  dla  ciebie,  i  dla  mnie.  Więc  dla  świętego  spokoju  zobaczmy

nagranie i zamkniemy temat. Pozbądźmy się jej. Inaczej mamy dzień z głowy.

Facet kiwnął głową, na znak, że się zgadza.
Usiedli  we  troje  w  pakamerze,  która  był  pokojem  menedżera.  Przewijali  nieistotne  fragmenty.

Kilkakrotnie  na  nagraniu  mignęła  Weronika  Błaś.  Rzeczywiście,  dobrze  się  bawiła.  Było  widać,  jak
zdejmuje  buty  i  tańczy  boso.  Heinz  czytał  kiedyś,  że  Amerykanie  zrobili  festiwal  filmów  nakręconych
kamerami  przemysłowymi.  Ludzie  uprawiali  seks,  kłócili  się  i  godzili,  rzygali  i  wciągali  koks.
Niewykluczone, że i tu trafiłyby się scenki godne festiwalu.

Po  godzinie  znaleźli  to,  co  chcieli.  Zapis  pokazywał  drugą  czterdzieści  nad  ranem.  Do  roweru

chwiejnym  krokiem  ktoś  się  zbliżył,  mocował  się  i  szarpał  z  zabezpieczeniem,  wreszcie,  gdy  już  sobie

background image

z  nim  poradził,  odjechał  zygzakiem.  Jakość  nagrania  nie  była  najlepsza,  obraz  zakłócały  białe  przebitki,
jednak wątpliwości być nie mogło. Kamera nie kłamała.

Weronika Błaś wsiadła na swój rower i odjechała w siną dal.
Obaj  popatrzyli  na  dziennikarkę.  Heinz  po  raz  pierwszy  zobaczył,  jak  ją  opuściła  pewność  siebie.

Wpatrywała się w ekran w milczeniu, a na policzki mimo silnej warstwy makijażu przebiły się rumieńce.

Bez słowa wyszła z klubu.
Podjechali pod komendę.
– Cholera – mruknęła. – Co ja z nim mogłam zrobić?
Spojrzała na profilera.
–  Mam  jeszcze  jedną  prośbę.  –  Tym  razem  nie  przeciągała  sylab.  –  Niech  to  zostanie  między  nami.

Dobrze? Mam u ciebie dług.

Cmoknęła go w policzek.
Heinz skinął głową i otworzył jej drzwi.
Józef  Kodym  mieszkał  na  Giszowcu.  Kilkaset  metrów  dalej  kończyła  się  strefa  domków

jednorodzinnych. Heinz pamiętał z dzieciństwa rodzinne spotkania i ciotkę, która podniesionym głosem
mówiła  zawsze  o  zagładzie  Giszowca.  W  latach  siedemdziesiątych  postanowiono  zmodernizować
dzielnicę,  wyburzyć  górnicze  domki,  a  w  ich  miejscu  postawić  jedenastopiętrowe  blokowiska
przemianowane  na  osiedle  Staszica.  Część  starej  zabudowy  udało  się  ocalić  dzięki  protestom  zarówno
ludzi wpływowych, jak i po prostu aktywnych, takich jak hałaśliwa ciotka Rudolfa.

Giszowiec,  postawiony  na  leśnych  terenach  gminy  Janów  i  szczycący  się  statusem  osiedla  ogrodu,

udało się uchronić od betonowej zagłady. Wśród zatartych wspomnień ukrył się zachwyt, z jakim Heinz
pierwszy  raz  spacerował  po  Giszowcu.  Szczegółów  tej  eskapady  już  nie  pamiętał,  jedynie  zauroczenie,
które przez lata przetrwało w stanie czystym.

Kodym  mieszkał  w  jednopiętrowym  domku  z  czerwonej  cegły.  Brunatne  dachówki  wyglądały  na

nowe, czego nie można było powiedzieć o ogrodzeniu. Z metalowych prętów obłaziła farba, gdzieniegdzie
widoczne  były  ślady  korozji.  W  takim  samym  stanie  znajdowały  się  furtka  i  brama.  Żwirowa  ścieżka
prowadziła  do  domu  i  kończyła  się  lekkim  podjazdem  pod  górę.  Zapewne  kiedyś  były  w  tym  miejscu
schody. Parę zmian wprowadzono, gdy Pułkownik zaczął poruszać się na wózku. Kiedy to się stało? Pięć,
sześć lat temu. Tak przynajmniej twierdził Gawlik.

Do domu wprowadziła go kobieta. Była znacznie młodsza od tej, którą widział podczas pogrzebu. Żona

Józefa  Kodyma  zmarła  osiem  lat  temu.  Starcem  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę  zajmowały  się
pielęgniarki.

– Pułkownik jest na werandzie – usłyszał.
Przeszli  przez  salon,  który  wyglądał  na  sztucznie  zagracony.  Niezliczone  szafy,  komody,  kredensy,

regały,  afrykańskie  rzeźby  i  polinezyjskie  maski,  mnóstwo  bibelotów  porozrzucanych  z  logiką  znaną
jedynie właścicielowi, to wszystko stwarzało atmosferę duszności. Na ścianie Heinz dostrzegł kowbojski
kapelusz, a obok obraz z jeziorem, żaglówką i sitowiem. Taki sam jak u młodszego Kodyma. Uświadomił
sobie,  że  zapewne  część  umeblowania  i  mnóstwo  pamiątek  pierwotnie  znajdowało  się  na  piętrze
i stosunkowo niedawno przeniesiono je na parter. Wyglądało to trochę tak, jakby Kodym chciał się z nimi
pożegnać. Albo szykował się do wyprowadzki. Na tamten świat.

W zatłoczonej przestrzeni wytyczono korytarze, którymi mógł poruszać się wózek. I takim korytarzem

przedostali się na werandę.

Kodym  siedział  w  wiklinowym  fotelu  bujanym  i  patrzył  na  ogród.  Na  wprost  niego  rosła  jabłoń,  po

prawej  stronie  śliwa.  Z  grubsza  tyle  Heinz  wiedział  o  drzewach.  Ogród  wyglądał  na  zadbany,  często
musiał  bywać  tu  ogrodnik.  Drewniany  dach  chronił  przed  słońcem,  które  mocno  tego  dnia  prażyło.
Zewsząd rozlegał się świergot ptaków.

Heinz  usiadł  w  wolnym  fotelu.  Poprosił  o  zimną  wodę.  Między  nimi  stał  drewniany  stół,  na  którym

piętrzyły się gazety z ostatniego tygodnia.

– Ładnie śpiewają, prawda?
Kodym  miał  przymknięte  oczy.  Jego  profil  wyglądał  jak  mapa  drogowa  pokryta  setkami  grubszych

i  cieńszych  kresek.  Siwe,  krótkie  włosy,  trochę  za  bardzo  wycięte  w  jednym  miejscu  przy  skroni,
i krzaczaste brwi. Na kolanach trzymał album ze zdjęciami.

–  Moi  sąsiedzi  –  wskazał  ręką  –  nie  mają  tyle  szczęścia.  Chociaż  z  drugiej  strony  cieszą  się,  bo  jest

blisko do autostrady. Ja to mogę sobie po niej najwyżej wózkiem pojeździć.

background image

Zaczął kaszleć. Zasłonił usta ręką. Dłoń starca pokrywały brązowe plamy.
Pułkownik postarzał się. A śmierć wnuka z pewnością przyspieszyła ten proces. Heinz zapamiętał go

jako  zażywnego,  pewnego  siebie,  masywnego  mężczyznę,  kroczącego  korytarzem  na  przecięciu  dwóch
epok.  Oficera  znajdującego  się  wysoko  w  milicyjnej  drabinie.  Już  wtedy  szeptano  o  Kodymie,  że  ma
kontakty  ze  służbą  bezpieczeństwa,  być  może  jest  nawet  wtyczką.  Po  latach  te  przypuszczenia  się
potwierdziły.  Właściwie  wyszło  to  na  jaw  dwadzieścia  pięć  lat  temu,  gdy  dzięki  kontaktom  i  wiedzy
Kodym  stał  się  bogatym  człowiekiem.  Był  jednym  z  tych,  którzy  potrafili  wykorzystać  krótką  lukę
w przepisach prawnych i z nocy na noc zwielokrotnić dochody całego życia.

Ludwik Kodym może i był kreatorem oraz wizjonerem, ale z pewnością nie zaczynał od zera. Majątek

ojca był trampoliną, żeby się wybić. Chociaż nie da się ukryć, swoje też potrafił. A rozwinął działalność,
gdy  Polska  pozyskała  unijne  środki  i  gdy  każde  miasto  i  miasteczko  zapragnęło  zrewitalizować  swoje
centrum.  Standard  był  jeden:  kostka  bauma  na  chodniku  i  placu,  dizajnerskie  ławki  i  multimedialna
fontanna.  Z  dźwiękiem  i  zapierającym  dech  oświetleniem,  podziwianym  po  zachodzie  słońca.  Młodszy
z Kodymów wygrywał przetarg za przetargiem. Stał się maszynką do zarabiania  pieniędzy  i  pomnażania
majątku.

– Lubi pan kwiaty?
Heinz poruszył się niespokojnie. Chyba nie został tu zaproszony na rozmowę o faunie i florze.
– Nie znam się na kwiatach – odpowiedział. – Kupuję je tylko na pogrzeby – powiedział i natychmiast

zdał sobie sprawę z niestosowności, jaką popełnił. – Przepraszam.

Pułkownik machnął ręką.
–  Nie  szkodzi  –  zbagatelizował  uwagę.  –  Uwielbiam  kwiaty.  Mam  tu  –  wskazał  na  kolana  –  album

z  samymi  chryzantemami.  Są  przepiękne.  Nam  kojarzą  się  z  cmentarzami,  a  w  Japonii  to  są  cesarskie
kwiaty. Kwiaty szczęścia…

Wyjątkowo natarczywa mucha wleciała na werandę.
–  A  te  gazety  –  pokazał  na  stolik  –  leżą  dlatego,  że  czytuję  nekrologi.  Można  powiedzieć  nawet,  że

jestem ich pasjonatem. Mogę je czytać na okrągło. Wie pan dlaczego?

– Dlaczego?
–  Bo  wielu  z  tych,  których  one  dotyczą,  znałem.  I  uwielbiam  czytać  te  wszystkie  kłamstwa  na  ich

temat…

Starzec zaniósł się kaszlem. Przybiegła zaraz pielęgniarka, zapytała Pułkownika, czy podać mu coś do

picia. Odmówił.

–  Dobrze,  że  moja  żona  tego  nie  dożyła.  Opiekowanie  się  starym  człowiekiem  na  wózku  przez  całą

dobę  musi  być  koszmarem.  Te  pielęgniarki  przynajmniej  się  zmieniają.  –  Odwrócił  głowę  w  stronę
Heinza. – Wie pan, dlaczego pana tu zaprosiłem?

A więc przechodzili do rzeczy.
– Nie bardzo.
– Chciałem dowiedzieć się, jak postępy w śledztwie.
Heinz westchnął.
– Robimy, co w naszej mocy. Sprawdzamy różne wątki. Nad tą sprawą…
– Tak, wiem – Pułkownik przerwał zniecierpliwiony – pracują najlepsi ludzie. Coś wiem, synu, o tej

robocie. Czyli nie macie nic… – Spuścił głowę.

Heinzowi wydawało się, że Kodym znów patrzy na album z chryzantemami.
– Tak naprawdę to chciałem panu coś opowiedzieć. Proszę posłuchać uważnie. – Kodym splótł dłonie

na  brzuchu.  –  Podczas  drugiej  wojny  światowej  mój  ojciec  wykonywał  wyroki  śmierci.  Pojezierze
Augustowskie…  Trudny  teren,  potem  Sowieci  i  czystki,  zresztą  tam  się  wychowałem.  Nieważne…  Wiele
razy  próbowałem  ojca  podpytać,  jak  to  było.  Jak  to  było  oderwać  człowieka  od  wigilijnego  stołu  i…  –
Złożył  palce  jak  dziecko  naśladujące  strzał.  –  Próbowałem  wyciągnąć  to  od  niego,  gdy  był  trzeźwy
i później, kiedy dorosłem, po kielichu. Gdy pozwolił mi razem z sobą pić. Wie pan, co mi mówił? Józek,
zostawmy, to stare czasy. Ja już nic nie pamiętam. A teraz opowiem panu inną historię. Miałem siedem,
może  osiem  lat.  I  w  nasze  okolice  przyjechał  cyrk.  Taki  wędrowny.  Był  nawet  niedźwiedź.  Błagałem
rodziców,  by  mnie  tam  zabrali.  Nie  zgodzili  się.  Miałem  opiekować  się  trzyletnią  siostrą.  Pamiętam,
dostałem  zupę  pomidorową  na  obiad.  Zacząłem  płakać.  Łzy  skapywały  mi  do  zupy.  Od  tamtego  czasu
nienawidzę  pomidorówki.  Nie  jadałem  jej  potem.  U  nas  w  domu  Helena  miała  zakaz  jej  gotowania…  –
Wziął głęboki wdech. – Wie pan, dlaczego to panu opowiadam?

background image

Heinz milczał.
– Każdy z nasi nosi w sobie historie. Czasem większe, czasem, o, takie. – Pokazał palcami. – Mamy

wspomnienia, które mogą zabić, i takie, które nas tworzą. Został mi jeden wnuk, Sebastian. I nie chcę, by
do końca życia żył z obrazem brata w trumnie. Rozumie pan?

Fotel bujany wykonał kilka ruchów. Przód, tył. Przód, tył.
– Jak zginął Patryk?
Heinz zawahał się.
– Proszę opowiedzieć. Jak będę chciał, i tak się dowiem.
Heinz  opowiedział,  co  zobaczył  w  hangaroschronie.  Wyczerpująco.  Nie  wspomniał  tylko

o spreparowanej okładce Abbey Road.

Kodym oddychał ciężko.
– Jakie miał pan relacje z wnukiem? – zapytał Heinz, gdy skończył opowiadać.
–  Odwiedzał  mnie  od  czasu  do  czasu.  Miło  nam  się  gadało.  Wesoły  chłopak.  Było  nieźle.  Jeśli  może

być nieźle między nastolatkiem, w którym buzuje krew, a starcem na wózku…

– Wspominał kiedyś o Beatlesach? Albo o Nemo?
Na twarzy Pułkownika drgnął mięsień.
Kodym machnął ręką, by odgonić sprzed twarzy muchę.
–  Cholerne  owady.  Nemo  i  Beatlesi?  Nie…  O  dziewczynach  gadaliśmy.  Ludwik  mówił  mi,  że

wspominał pan mu o Beatlesach. Trochę szkoda, że mój syn wziął sobie za żonę niewłaściwą kobietę… –
Pokręcił  głową.  Odchrząknął.  –  Dałem  mu  na  imię  Ludwik  na  cześć  Ludwika  Waryńskiego.  Kiedyś
wierzyłem  w  proletariat  i  klasę  robotniczą,  a  potem  zacząłem  wierzyć  tylko  w  siebie.  I  mam  taką  złotą
zasadę. Nikogo o nic nie proszę. Lubię, gdy inni mają wobec mnie dług wdzięczności.

Spojrzał na Heinza.
–  Tym  razem  jednak  chcę  tę  zasadę  złamać.  Mam  do  pana  prośbę.  Gdy  już  go  złapiecie…  gdy

namierzycie  tego  skurwysyna,  który  to  zrobił,  proszę  dać  mi  znać.  Mnie  pierwszemu.  Proszę  tylko
powiedzieć, kto to jest. I dać mi dwadzieścia cztery godziny. Po tym czasie może pan robić, co chce. A ja
potrafię się odwdzięczyć. Zgoda?

Heinz wstał. Nie odezwał się. Nie powiedział ani „tak”, ani „nie”.
– Miło się z panem rozmawiało. To była pouczająca rozmowa.
Pułkownik siedział nieruchomo.
Profiler ruszył do wyjścia. Przedarł się przez salon zestawiony z różnych epok i kontynentów.
Gdy usiadł w volkswagenie, zobaczył, że ma na ręce kawałki złuszczonej farby, którą dawno temu ktoś

pomalował furtkę.

background image

Część II

Mean Mr. Mustard

background image

13

Śledztwo  utknęło  na  dobre.  Byliśmy  jak  ptaki  po  katastrofie  tankowca.  Pamiętam,  tak  sobie  o  tym

wtedy  pomyślałem.  Zniechęceni,  znieruchomiali,  oblepieni  krytyką,  która  zewsząd  na  nas  spływała,
i daremnie wypatrujący ratunku. Był jednak moment, gdy wydawało się, że robimy krok. Znaczny krok do
przodu.  Ustaliliśmy,  że  w  przeddzień  zniknięcia  doszło  do  awantury  między  Kodymami.  Poszło  o  wpisy
na Facebooku. Czterech pracowników w firmie Ludwika Kodyma założyło grupę i używali sobie na szefie
oraz jego wizjonerskich pomysłach. Określenia „szajs”, „badziewie”, „syfeks”, „mumin”, „kreator gówna”
należały do najłagodniejszych. Rzutki biznesmen przeprowadził śledztwo i jeden z hejterów się wysypał.
Wszystkich spotkał ten sam los, każdy z nich wyleciał z hukiem z roboty, a cała akcja zajęła Kodymowi
pięć  minut.  Nikt  z  bandy  czworga  nie  zdążył  zareagować,  żaden  nie  poszedł  na  zwolnienie  lekarskie.
Krótka  piłka.  Donosicielowi  Ludwik  Kodym  obiecał  abolicję,  jednak  nie  dotrzymał  słowa.  Naiwność
ludzka  nie  ma  granic.  Tak  się  złożyło,  że  mężczyzna  był  ojcem  rapera,  z  którym  kumplował  się  Patryk.
Chłopak  próbował  coś  ugrać  u  starego,  jakoś  go  rozmiękczyć,  ale  przedsiębiorca  pozostał  nieugięty.
Tłumaczyłem mu, Kodym wyjaśniał podczas składania zeznań, że standardy to standardy i że może w ich
gównianym  hiphopowym  świecie  obowiązują  inne  reguły,  ale  dla  mnie  lojalność  i  wizerunek  to  rzecz
święta. Sprawdzaliśmy więc godzina po godzinie, co czterech gniewnych robiło w dniu śmierci chłopaka,
a także gdzie przebywał wówczas młody raper i tuzin innych potencjalnych zabójców. Dziesiątki rozmów
i  żmudne  czynności  bez  fajerwerków.  Na  dodatek  bez  efektów.  Wszyscy  mieli  żelazne  alibi.  Zupełnie
jakby się zmówili.

Poza  tym  nie  działo  się  nic  szczególnego.  SSQ  wydali  płytę.  Jeden  z  utworów  zatytułowali Pat.  Był

poświęcony  pamięci  zamordowanego.  Inny  kawałek  wywołał  trochę  hałasu. Polszczyzna  dziczyzna.
Rymy  o  łowieckich  pasjach  pana  prezydenta.  Jeśli  mówię,  że  wywołał  nieco  szumu,  znaczy  to,  że
dyskutowano  o  nim  przez  tydzień.  Cały  tydzień.  Przesłuchałem  płytę  kilkakrotnie.  Myślałem,  że  na  coś
trafię.  Na  próżno.  Kumple  ze  Stali  Squadu  wykupili  Patrykowi  miejsce  na  e-cmentarzu.  Są  teraz  takie
możliwości. Można e-powspominać sobie e-zmarłego. Można mu zapalić elektroniczny znicz.

Nemo  pozostawał  obiektem  nieuchwytnym  i  nieodgadnionym.  Dwa  razy  zadzwoniłem  do  „Ruska”

z nadzieją, że poszczęści nam się w Pile. Nie poszczęściło się. Dzięki śladom pozostawionym w laptopie
namierzyliśmy kolesia, który zaopatrywał młodego Kodyma w mefedron i krople. Jak długo to trwało? Od
lutego.  Dużo  kupował?  Był  najlepszym  klientem.  Wisiał  ci  kasę?  Albo  komuś  innemu?  On?  Panowie
żartujecie.

Nie  żartowaliśmy.  Ale  okazało  się,  że  Młody  Chemik  nie  nic  wspólnego  ze  sprawą.  Był  czysty.  Jeśli

w stosunku do gnoja pasuje takie określenie.

Dryfowaliśmy.
Tkwiliśmy w dupie.
– Może powinniście inaczej na wszystko spojrzeć – powiedziała Pocahontas. Kilka razy mówiłem jej

o zapaści w śledztwie. Zresztą widziała po mnie, że nie działo się najlepiej. – Jest taka technika. Nazywa
się to strategia błękitnego oceanu.

– Sami poeci wśród was. – Nie kryłem irytacji.
–  Posłuchaj!  –  Nie  dała  się  sprowokować.  –  Polega  to  na  tym,  że  zapominasz  o  wszystkim,  co

ustaliliście dotychczas. Wypływasz na ocean. Czyścicie głowę i to pozwala wam spojrzeć na sprawę…

– A co jeśli tę błękitną taflę zmąci brunatna płetwa rekina? Co wtedy?
Rozłożyła ręce.
–  Wtedy  pozostaje  wizyta  u  psychologa.  U  dobrego  terapeuty.  Wiesz,  co  myślę,  Rudolfie?  Są  ludzie,

którzy widzą światełko w tunelu, i to oznacza dla nich nadzieję. Są też tacy, którzy widzą to samo. Tylko
dla nich oznacza to zbliżający się z naprzeciwka pociąg. Ty należysz do drugiej kategorii.

Pewnie tak jest.
Nie pamiętam, kiedy to się wydarzyło. Porozrzucali nam po pokojach broszury i foldery informacyjne.

Tym  razem  twórcy  krótkiego  poradnika  mierzyli  się  z  kwestią  policyjnej  kuchni.  Co  zrobić,  gdy  masz
agresywnego  partnera?  W  policji,  alarmowała  ulotka,  problem  ten  narasta  i  musimy  rozwiązać  go
wspólnymi  siłami.  Co  jakiś  czas,  sami  zresztą  wiecie,  karmią  nas  takimi  mądrościami,  zapraszają  na

background image

treningi,  warsztaty  i  szkolenia. Mindfulness.  Trening  uważności.  Przy  czym  informację  przesłano  nam
z  literówkami.  Mało  tego. Mindfulness  z  zastosowaniem  metody breathworks.  Psychologiczne  sranie
w banię w błyszczącym opakowaniu.

Przeglądałem ulotkę, gdy wszedł Breivik. Rzucił plecak pod stół, usiadł i włączył komputer.
–  Tu  mam  napisane  –  patrzyłem  w  instrukcję  obsługi  agresywnych  policjantów  –  jak  radzić  sobie

z  tobą.  „Zachowywać  się  możliwie  naturalnie”.  „Mówić  powoli  i  spokojnie.  Formułować  jasne
komunikaty”. Mówię powoli i spokojnie?

Podniosłem wzrok.
Breivik zmienił się na twarzy. Zaciśnięte usta. Zmrużone oczy utkwione w moich. Napięte mięśnie.
– O co ci chodzi? – zapytał po chwili.
Nawet  przy  maksimum  dobrej  woli  nie  nazwałbym  jego  tonu  przyjaznym.  Obserwowałem  Breivika.

Powoli, rzeczywiście zrobiłem to wolno, uniosłem folder. Przeczytałem na głos tytuł:

– Policyjna agresja i problemy ze zdrowiem psychicznym. Poradnik.  Dostaliśmy  to  dziś  do  pokoju.

W Warszawie nie mieliście takich atrakcji?

Patrzył na mnie i analizował sytuację. Wreszcie wstał i bez słowa wyszedł. Odłożyłem psychologiczne

wypociny  i  wpatrywałem  się  w  puste  krzesło.  Teraz  to  ja  zastanawiałem  się,  co  powinienem  zrobić.  Nie
zamierzałem  biec  za  nim  i  go  przepraszać.  Nic  z  tych  rzeczy.  Natomiast  zajrzałem  do  sekretariatu
naczelnika.

– Jest sam? – zapytałem sekretarkę.
–  Ale  jeszcze  tylko  przez  pięć  minut.  –  Rozkładała  ciastka  na  tacy.  –  Zaraz  będą  jakieś  szychy

z komendy głównej.

Gdy wszedłem, poprawiał krawat. Chciał coś powiedzieć, ale ubiegłem go.
– Jedno krótkie pytanie: dlaczego Trojanowski odszedł z Warszawy?
Nie przerwał swojej czynności.
– Breivik? Doszło do spięcia.
– Jakiego spięcia?
–  Między  nim  a  kolegą  z  wydziału.  Trojanowski  dostał  ataku  furii  i  rzucił  się  na  faceta.  Konkretna

akcja była… Ale to jest dobry policjant – dodał po chwili.

– To może powinien się leczyć? – Położyłem na biurku poradnik psychologiczny.
W drzwiach zderzyłem się z sekretarką, która zapowiadała gości.
Wróciłem do pokoju. Plecak Breivika tkwił pod stołem.
Usiadłem i gapiłem się w pustą przestrzeń przede mną. I po raz pierwszy pomyślałem, że bardzo mało

wiem o moim nowym koledze.

Stało  się  to,  przed  czym  długo  się  broniłem.  Wykonałem  telefony  do  wszystkich  województw.  Tak,

wiem  doskonale,  jak  to  brzmiało.  Czy  mieliście  zabójstwo,  które  w  jakiś  sposób  łączyłoby  się
z  Beatlesami?  Tak,  chodzi  właśnie  o  ten  zespół.  Czwórka  z  Liverpoolu.  Albo  czy  w  jakiejś  sprawie
pojawiała się okładka ich płyty. Na przykład Abbey Road. Weź coś do pisania. Przeliteruję tytuł. Reakcje
były na ogół dwie. Cisza. Świadectwo podejrzliwości i przekonania, że ktoś robi wkrętkę i głupi żart. Albo
śmiech. Na obie uodporniłem się szybko. Okej, dajcie znać, jeśli coś się wam skojarzy. Od tamtego czasu
żadnego znaku. Telefon uparcie milczał.

Zapytałem  kumpli  z  zespołu,  kto  w  Katowicach  najlepiej  zna  się  na  Beatlesach.  Od  każdego

otrzymałem  tę  samą  odpowiedź.  Paweł  Koczwara.  Pracuje  w  naszym  lokalnym  radiu.  Tylko  on.  Potem
następował  opis.  Chodząca  encyklopedia.  Świrus.  Jak  chcesz  z  nim  gadać  o  Beatlesach,  weź  urlop.
Najlepiej długi. Tak, zaległy też się przyda.

Zadzwoniłem więc do Koczwary, wyjaśniłem, kim jestem i o co mi chodzi. Przynajmniej z grubsza. Na

zebraniu  zapytałem,  czy  ktoś  się  ze  mną  wybierze  na  spotkanie  z  żywą  encyklopedią.  Entuzjazmu  nie
było.

–  Po  co  do  niego  w  ogóle  idziesz?  –  zapytał  Breivik.  Nigdy  nie  wrócił  do  naszej  scysji.  Nie

skomentował jej ani słowem. Też do tego nie wracałem. Po prostu przeszliśmy nad nieporozumieniem do
porządku dziennego.

– Tak do końca nie wiem. To trochę jak wizyta u szamana. U wróżbity. Macie lepsze pomysły?
Odpowiedziało mi milczenie.
Umówiłem  się  z  Koczwarą  w  siedzibie  radia.  Tak  będzie  najlepiej,  usłyszałem  przez  telefon.  Gdy  go

zobaczyłem,  z  trudem  ukryłem  zdziwienie.  Spodziewałem  się  brodatego  faceta  w  lenonkach  i  z  długimi

background image

włosami,  tymczasem  przede  mną  stał  typ  księgowego  średniego  szczebla.  Gdybym  miał  sporządzić  jego
portret pamięciowy, byłby z tym kłopot. Mężczyzna w moim wieku, wypłowiała marynarka, ziemista cera,
cichy głos. Koczwara pracował od lat jako realizator nagrań.

– Chodźmy do mojej kanciapy – szepnął, jakby wyjawiał mi ważny sekret.
Kanciapa  okazała  się  pudełkiem  dwa  na  dwa  metry.  Jakimś  cudem  upchano  w  niej  stolik  i  dwa

krzesła.

– Przyda nam się ta miniwieża – oznajmił Koczwara.
Czegoś  sobie  posłuchamy.  –  Spod  biurka  wyjął  kilka  książek  obłożonych  w  gazety.  –  To  koniecznie

powinien pan poznać, komisarzu. – Pokazał potężne tomiszcze napisane przez Marka Lewisohna. – Ten
facet  –  znów  wyszeptał  –  słyszał  wszystko,  proszę  pana.  Wszystkie  nagrania  Beatlesów,  razem
z odrzutami. Jako jedyny na świecie. I pisze biografię zespołu. Na razie opisał ich dzieciństwo i doszedł do
tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego drugiego roku. – Otworzył trzy inne książki napisane po angielsku. –
To też przydałoby się znać.

–  Tak  najbardziej  interesuje  mnie  okładka Abbey Road  –  przypomniałem.  –  Czy  moglibyśmy  się  na

tym skupić? Tak w skrócie.

Skrócona  wersja  zajęła  Koczwarze  trzy  godziny.  Najpierw  musiałem  wysłuchać  o  animozjach  wśród

Beatlesów,  które  nasilały  się  od  śmierci  Briana  Epsteina,  legendarnego  menedżera  trzymającego
wszystko  w  ryzach.  Odejścia,  powroty,  godzenie  się,  mediacje,  podkradanie  sobie  żon,  tak  więc,  panie
komisarzu, Moda  na  sukces  to  naprawdę  małe  piwo.  Następnie  Koczwara  zajął  się Abbey  Road.
Odtwarzał na miniwieży fragmenty utworów i omawiał je.

–  Pan  posłucha,  komisarzu,  tego  pojedynku  na  solówki…  A  w  ogóle  to  jedyne  solo  zagrane  przez

Ringo  Starra  na  płytach  Beatlesów…  O,  a  tu  syntezator  Mooga,  emitujący  „biały  szum”,  wie  pan,  co  to
jest?

Po dwóch godzinach spojrzałem na zegarek. Miałem dość. Zacząłem zastanawiać się, czy Koczwara ma

rodzinę.  Ten  jednak  nigdzie  się  nie  spieszył.  Był  w  swoim  żywiole.  Uświadomiłem  sobie,  że  ta  kanciapa
jest jego domem.

– Okładka… Moglibyśmy o tej okładce?
– A tak, przyniosłem winyl ze sobą. – Koczwara wyjął album z reklamówki i oglądał jak relikwię.
Zaczął opowiadać. Część tych historii znałem, większość słyszałem jednak po raz pierwszy.
– Niech pan popatrzy uważnie. – Koczwara wskazał na zdjęcie. – Oni wyglądają jak kondukt żałobny.

Spiskowe  teorie  głosiły,  że  na  płycie  zakodowana  jest  informacja  o  śmierci  Paula.  Dlatego  –  pokazał  na
trzeciego w kolejności mężczyznę – on jako jedyny jest bosy. Kondukt prowadzi kapłan. Dlatego Lennon
jest na biało. Za nim Ringo w czarnym garniturze, czyli przedsiębiorca pogrzebowy. A na końcu George,
jako grabarz, ubrany w dżins.

Notowałem wszystko, co mówił.
– I jeszcze jedna historia. Wie pan, kto to jest piąty beatles?
Wzruszyłem ramionami.
–  Różnych  tak  nazywano.  Na  ogół  muzyków,  występujących  gościnnie  podczas  sesji,  czasem

o Epsteinie tak mówiono. Ale ostatnio mówi się tak o tym facecie. – Wskazał mężczyznę stojącego w tle
po prawej stronie. – To zupełnie przypadkowy człowiek. Amerykański turysta. Był z żoną, ona poszła do
muzeum,  a  jemu  nie  chciało  się  zwiedzać…  Ci  Amerykanie  to  mają  szczęście.  Ile  bym  dał,  panie
komisarzu, by być na jego miejscu! Ten facet, nazywał się Paul Cole, zmarł kilka lat temu. Dożył prawie
stu  lat.  Wie  pan,  co  powiedział  o  Beatlesach?  Że  wyglądali  na  tym  przejściu  jak  stadko  kaczek!  I  kogoś
takiego nazywają tym piątym…

Obserwator.  Przypadkowy  obserwator.  Świadek.  Zapisałem  w  notesie  cztery  słowa.  Przy  każdym

postawiłem wykrzyknik.

– Mam nadzieję, że pomogłem panu – powiedział Koczwara, gdy się żegnaliśmy.
– Dla mnie pan jest szóstym beatlesem.
Rozpromienił się, odsłaniając żółte zęby.
–  Gdyby  pan  czegoś  potrzebował,  panie  komisarzu,  to  ja  zawsze…  Zresztą  nie  powiedziałem  panu

wszystkiego.

Obserwator.  Przypadkowy  obserwator.  Świadek.  Wpatrywałem  się  w  zapisane  słowa  godzinami.  Nie

posunąłem się ani o krok. Kondukt żałobny. Śmierć.

Minęły  kolejne  miesiące.  Podpisałem  protest  przeciw  skróceniu Hejnału  Mariackiego  w  Polskim

background image

Radiu.  To  tak  jakby  każdą  piosenkę  sprowadzić  do  jednej  zwrotki.  Albo  dokonać  amputacji  hymnu.
Zamiast  czterech  minut  nudy  i  radiowej  dłużyzny  zostały  tylko  dwie.  Pozostałe  można  zapchać
reklamami,  konkursem  albo  innym  badziewiem.  Oburzona  Pocahontas  czytała  mi  na  głos  artykuł
o  pedofilskim  lobby  w  Kościele,  a  posłowie  odgrywali  swój  teatrzyk,  rozprawiając  o  aborcji.  Na  lokalnej
policyjnej  liście  przebojów  hitem  stała  się  historia  staruszki,  która  pilnikiem  do  paznokci  zaatakowała
inną  emerytkę.  Zdarzyło  się  to  w  Lidlu,  gdy  do  sklepu  rzucili  markowe  torebki.  To  był  chyba  Wittchen.
Ludzie  brali  po  kilka  sztuk,  inni  więcej,  wyrywali  je  sobie,  walczyli  o  nie  jak  o  produkty  pierwszej
potrzeby  za  komuny.  No  i  stało  się.  Nie  zdziwiłem  się  specjalnie.  Na  moim  piętrze  mieszka  staruszka,
która poluje w Tesco i innych marketach. Zasada jest taka, że trzeba wstać wcześnie rano. Trochę jak na
ryby. Ostatecznie, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Coś w tym musiało być. Jestem prawie pewien, że
poranne  łowy  w  hipermarketach  mają  coś  wspólnego  z  religijnością.  Po  prostu  roraty  zostały  wyparte
przez bożka konsumpcji wypędzonego kiedyś ze świątyni. Znacie tę opowieść?

Basista i perkusista wybrali się do „Mega Clubu” na koncert Paradise Lost i ścięli się o coś kolejny raz.

Zapamiętałem z ich sprzecznych relacji, że trasa koncertowa nazywała się Tragic Idol. Gdy ktoś znajduje
się w fatalnym położeniu, a ja w takim byłem, takie słowa od razu zapadają w pamięć. Skończyło się lato,
dzieci wróciły z wakacji, a pacjenci Pocahontas z urlopów i znów mogli poddawać się terapii. Dni stawały
się  krótsze,  a  popołudnia  płynnie  łączyły  się  z  wieczorami.  Zrobiło  się  chłodno.  Czekałem  na  objawy
zespołu  Raynauda.  I  wtedy,  moi  panowie,  zdarzyło  się  coś,  co  sprawiło,  że  na  jakiś  czas  przestałem
zajmować się sprawą śmierci Patryka Kodyma.

Mężczyzna  wcisnął  pauzę.  Pamiętał,  co  później  powiedział  Rudolf  Heinz.  Komisarz,  któremu  groziły

poważne konsekwencje.

–  Zróbmy  przerwę.  Muszę  się  przewietrzyć.  I  dotlenić  płuca.  Wam  też  to  radzę.  –  Wiecie  co?  Może

nawet się zakumplujemy?

Na nagraniu słychać stłumiony śmiech profilera.

background image

14

Weronika zarzuciła mu ręce na szyję i przymknęła oczy. Poczuła ciepły oddech i zapach gumy do żucia

o  smaku  mięty.  Trzymał  ją  mocno  za  biodra  i  przyciągnął  do  siebie,  próbując  pokonać  opór  ciepłych
kurtek,  nieodzownych  w  pierwszej  połowie  listopada.  Od  czasu  do  czasu  zrywał  się  wiatr,  ale  wieczór
wydawał  się  przyjemny.  Weronice  było  jeszcze  przyjemniej.  Prawie  tak  samo  jak  przed  godziną,  gdy
korzystali, że jego starych nie było w domu. Teraz całowali się na środku ulicy Mickiewicza, w ciągu dnia
dość  ruchliwej,  ale  o  dwudziestej  w  listopadowy  poniedziałek  pustej  i  spokojnej.  Zresztą  mogliby  być
w samym środku tureckiego bazaru, było jej wszystko jedno, bo świat wokół nie istniał. Albo inaczej: cały
świat należał tylko do nich.

Kinga Nogaś ziewnęła i przeciągnęła się w radiowozie. Spojrzała na swoją partnerkę. Kornelia Rusinek

gapiła się przez przednią szybę. I co ona tam widzi? Wieczór jak wieczór. Spisały dwóch żuli pijących piwo
na  przystanku,  pouczyły  studenta  o  czarującym  uśmiechu,  by  jednak  na  dworcu  nie  palił  papierosów,
a  teraz  stały  na  Sokolskiej.  W  sumie  były  do  siebie  podobne.  Pracowały  niewiele  ponad  rok,  jedna
mieszkała w Gliwicach, druga w Chorzowie, obie bez facetów, obie małomówne, obie nieufne. Zakrawało
na cud, że w ogóle cokolwiek o sobie wiedziały. Obie nie lubiły swoich imion. Jak można dać komuś na
imię Kornelia? Ojciec mówił, że to pomysł matki. Niewydarzona poetka. Podczas pierwszego wspólnego
patrolu zamieniły może dwa, trzy zdania. Z czasem rozmawiały coraz więcej. Rozkręcały się. Cztery, pięć,
sześć  zdań.  Prawdziwy  postęp.  Postęp  objął  także  policję  w  całym  kraju.  A  skoro  w  całym,  to
w  Katowicach  też.  Wciąż  wysyłano  w  teren  głównie  męskie  lub  mieszane  patrole,  ale  załogi  złożone
z dwóch policjantek przestały dziwić, co nie znaczy, że wszystkim podobały się te zmiany. Dwie samotne,
małomówne,  zacięte  w  sobie  policjantki  jeździły  razem.  Brunetka  i  blondynka.  Duże,  solidne  kobiety
z  silnymi,  męskimi  dłońmi.  Mutacje  enerdowskich  pływaczek,  jak  szeptali  złośliwi.  Kinga  i  Kornelia
nazywane przez życzliwych kolegów King Kongiem.

Tę  trasę  Weronika  pokonywała  wielokrotnie.  Zawsze  dziwiła  ją  tablica  z  brodatym  facetem,  który

w  prehistorycznych  czasach  założył  jakąś  łaźnię,  a  może  coś  innego.  Dżizas,  jak  można  tak  wyglądać?
Gdzie te prababki miały oczy? Objęci minęli budynek liceum. Ich liceum. Dyrektor podkreślał z dumą, że
szkoła  mieści  się  w  historycznym  budynku,  a  on  ma  nadzieję,  że  jego  uczniowie  też  staną  się  częścią
historii.  Nie  wiadomo,  o  co  mu  chodziło.  Zgred  i  nudziarz,  zawsze  pieprzy  jak  potłuczony.  Nie  to  co  jej
chłopak.

Weronika była w pierwszej klasie, a on za pół roku miał zdawać maturę. Wszystkie koleżanki skręcało

z  zazdrości.  Mówiły,  że  trafił  się  jej  najlepszy  towar  w  szkole.  Ciacho.  Akcje  Łukasza  wzrosły
niepomiernie,  gdy  wiosną  pojawił  się  w  „X  Factorze”  i  zaśpiewał  piosenkę.  Jurorzy  byli  zachwyceni,
Czesław cmokał z zachwytu i nawet Kuba powiedział, że tyle w tym wykonie było energii, że można nią
Warszawę  i  Nju  Jork  rozświetlić.  Ten  Kuba  tak  ładnie  mówi.  A  ona  nauczyła  się  tego  na  pamięć.  Może
kiedyś zostanie taką gwiazdą telewizji.

Chodzili ze sobą od początku roku szkolnego. Tydzień zajęło jej, nowej szkolnej gwieździe, by wyjęła

go  innej  dziewczynie,  drugi,  by  całkiem  okręciła  go  sobie  wokół  palca.  Była  dumna  z  siebie  i  swojej
zdobyczy. Zdobycz. Tak właśnie o nim myślała. Żadne tam maślane oczy, wschody i zachody słońca, nic
z  tych  romantycznych  pierdół.  Nasłuchała  się  mądrości  swojej  znacznie  starszej  siostry  i  wystarczająco
już  wiedziała  o  życiu.  Na  przykład  to,  że  w  realu  nie  spotka  księcia  na  białym  koniu.  Jakby  na
potwierdzenie  tych  słów  wczoraj  doszło  między  nimi  do  pierwszego  zgrzytu.  Pojawiła  się  pierwsza  rysa.
Poszli do kina i pokłócili się. Jak mógł ją zabrać na taki film? Sami chłopi, jacyś Żydzi, groby, mnóstwo
krzyków,  a  w  finale  przybili  faceta  do  drzwi.  Nic  nie  można  zrozumieć.  Z  trudem  dotrwała  do  końca,
a potem nawrzeszczała na niego. Tłumaczył, że ten reżyser robił całkiem spoko filmy, na przykład z takim
facetem, co mówił „Bo to zła kobieta była” albo „Zabiję ich wszystkich”. Wszyscy to znają. Na pewno to
widziałaś, Nica (mówił do niej „Nica”). Nie? To musisz zobaczyć.

Ale  wczoraj  to  było  wczoraj.  Dziś  po  szkole  zjedli  pizzę,  która  miała  mnóstwo  sera,  i  pojechali  do

niego.  Nie  pierwszy  raz.  Teraz  całowali  się  na  środku  ulicy.  Ich  pocałunki  były  manifestem  zuchwałej
młodości. Wyzwaniem, które rzucali całemu światu.

Kinga  Nogaś  przełknęła  ślinę.  Za  szybą  w  odległości  dwudziestu  metrów  od  radiowozu  stał  chłopak

background image

w spodniach rurkach i pałaszował kebaba. Nerwowo sięgnęła do kieszeni. Paczka orzeszków zaszeleściła.

– Chcesz? – zwróciła się do partnerki.
Kornelia pokręciła głową. W jedno ucho miała wetkniętą słuchawkę, a w ręce trzymała iPhone’a.
– Czego ty tam ciągle szukasz w tym radiu?
– Słucham Klubu Trójki. Sprzed dwóch tygodni, przegapiłam wtedy. Stary słucha, brachol i ja też.
– Czego słuchacie? – Nogaś spojrzała w jej stronę.
–  Klubu  Trójki.  To  takie  audycje  o…  no,  ogólnie,  o  świecie.  Ostatnio  było  o  takiej  fajnej  książce.  –

Posterunkowa  Nogaś  wsunęła  dwa  kolejne  orzeszki  do  ust.  –  Wiesz,  taka  książka  o  Alicji,  Wendy
i Dorotce. Tylko że one już wyrosły z Krainy Czarów i Oz, mają facetów, odkrywają, jak ważny jest seks,
więc są spragnione, a potem spełnione.

– Świetnie – mruknęła Nogaś. – I niby o czym to jest?
Rusinek popatrzyła na koleżankę.
– O nas. O tym, że każda z nas może być księżniczką. Kapujesz?
Nogaś  nie  odpowiedziała.  Wysypała  garść  orzeszków  na  dłoń.  Chłopak  w  rurkach  skończył  kebaba,

splunął na chodnik i otarł usta. Policyjne radio szumiało sennie. Nie działo się nic godnego uwagi.

Nie  przypadkiem  stanęli  w  tym  miejscu.  Weronika  rzucała  wyzwanie  nie  tylko  światu,  ale  i  pewnej

dziewczynie.  Była  starsza  i  chodziła  z  Łukaszem,  dopóki  nie  pojawiła  się  ona.  I  tu,  pod  dwudziestym
drugim, mieszkała. Szmata. Może zobaczy, jak oni się całują. Oby. I oby ta suka oblała matmę, podobno
nie jest z niej mocna.

Chłopak drgnął. Weronika otworzyła oczy.
– Co jest?
– Coś mi kapnęło na głowę.
Roześmiała się.
– Gołąb cię osrał. To na szczęście.
Łukasz uniósł głowę.
– Gdzie gołąb? Tam są balkony.
Kolejna  kropla  wylądowała  na  jego  głowie.  Otarł  czoło  ręką.  Następna  kropla  spadła  mu  na  ramię.

I  jeszcze  jedna.  Nie  był  to  deszcz.  Przez  ostatni  tydzień  nie  padało.  Kropla.  Nikt  o  tej  porze  roku  nie
podlewa kwiatów na balkonie. Gęsta kropla, która nie przypominała wody.

Domyślił się. Stał nieruchomo i patrzył na czerwoną smugę na palcach.
– Krew… Skąd tu się wzięła… krew? – zapytał bardziej przerażony niż zdziwiony.
Weronika milczała. Dopiero po chwili dotarło do niej. Krzyknęła głośno.
Mam inny sposób, by zostać księżniczką. – Nogaś wierciła się w fotelu. Szukała ostatnich orzeszków,

które spadły na siedzenie.

– Jaki?
– Mam w dupie. Już nie. Żrę. – Rusinek wyjęła słuchawkę z ucha. – No tak. Po prostu przestałam się

przejmować.  Walczyłam,  odchudzałam  się,  a  w  nagrodę  w  niedzielę  kawałek  czekoladki.  Taka  nagroda.
I wiesz co? Nie będę się katować. Dla kogo mam to robić? Ty masz przynajmniej kota.

Rusinek otworzyła usta. Kinga Nogaś nigdy nie wypowiedziała tak długiej kwestii w jej obecności.
– Wiesz, jak się to kończyło? Rzucałam się na jedzenie i było jeszcze gorzej niż na początku. Wiesz, co

robiłam?  Byłam  na  grupach  wsparcia,  forach,  wiesz,  kluby  jo-jo,  srojo,  towarzystwa  cellulitu  i  skórki
pomarańczowej… I już nie chcę. Teraz żrę. A swoją drogą… jak nie ma ciebie cały dzień w mieszkaniu, kto
zajmuje się kotem?

– Nikt. Kot siedzi sam.
Nogaś odnalazła na siedzeniu dwa orzeszki i łapczywie wzięła je do ust. Właściwie połknęła je.
– Żrę i jest mi dobrze. Jestem księżniczką. Co będzie, to będzie. – Klepnęła się w udo. – Kochanego

ciała nigdy dość.

Chciała  kontynuować  spowiedź,  wyrzucić  ją  z  siebie  do  końca,  wyrzygać,  ale  wtedy  odezwało  się

policyjne  radio  i  usłyszały  głos  dyżurnego.  Coś  się  działo  na  Mickiewicza  22.  Rzut  beretem  od  nich.
Popatrzyły na siebie. Podały swój numer i lokalizację.

– Zaraz tam będziemy – powiedziała Rusinek.
Pod dwudziestym drugim stało kilka osób. Z zadartymi głowami wpatrywały się w balkony w kształcie

trójkątów. Dziewczyna i chłopak stali skuleni, ona płakała, on ją obejmował. Obok był mężczyzna z psem.
Owczarek obwąchiwał chodnik i coś z niego zlizywał. Parka, która wyszła z restauracji obok, zatrzymała

background image

się i przyglądała zajściu. Kobieta wyjęła telefon. Nie zdążyła włączyć kamery, gdy poczuła ciężką dłoń na
ramieniu.

– To nie Hollywood. – Usłyszała głos, który należał do posterunkowej Nogaś. – Co tu się stało?
Młodzi wciąż się kulili, a mężczyzna z psem opowiadał. Ta dziewczyna, wskazał ręką, zaczęła krzyczeć,

a on wyszedł z pieskiem na spacer. Chciał jej zwrócić uwagę, bo co to za zachowanie? Na początku myślał,
że  robią  sobie  żarty,  ale  nie.  I  to  rzeczywiście  jest  krew.  Zna  się  na  tym  jako  były  sanitariusz.  I  ta  krew
skapywała chyba z drugiego piętra, bo na pierwszym nic nie widać. Tak, to on zadzwonił. Nie, nie mieszka
pod dwudziestym drugim. Tam, kawałek dalej.

Rusinek  poświeciła  latarką.  Strumień  światła  skierowała  na  balkony.  Nic.  Stąd  nic  nie  widać.

Oświetliła chodnik i ukucnęła. Przyjrzała się uważnie zaschniętym plamkom.

– Niech pan weźmie psa – zwróciła się do byłego sanitariusza.
Wstała  w  chwili,  gdy  zerwał  się  wiatr.  Poczuła  podmuch,  a  potem  coś  osiadło  na  jej  policzku.

Odruchowo wytarła się, popatrzyła na palce i powąchała je.

– Fuck. – Wysunęła dłoń w stronę partnerki.
Kinga  Nogaś  i  Kornelia  Rusinek,  zwane  King  Kongiem,  spojrzały  na  siebie.  Miały  do  wyboru  albo

ruszyć  na  górę,  albo  zdecydować  się  na  drugie  rozwiązanie.  Podjęły  decyzję  równocześnie.  Rusinek
skinęła  głową,  a  Nogaś  pobiegła  do  radiowozu.  Każde  województwo  ma  swoje  policyjne  kody.  Ale  jest
jeden  uniwersalny  dla  wszystkich.  To  kod  natychmiastowego  wsparcia.  I  właśnie  ten  wywołała  przez
radio.

Pojawienie  się  dwóch  kolejnych  radiowozów  przyciągnęło  nowych  gapiów.  Podmuchy  jesiennego,

przenikliwego  wiatru  zdawały  się  nikomu  nie  przeszkadzać.  Dwie,  trzy  ręce  podniosły  się  i  wskazywały
w kierunku balkonów. W oknach sąsiednich budynków pojawiło się kilka głów. Ktoś nagrywał. Inny robił
zdjęcia. Weronika trzymała rękę we włosach Łukasza. Może ogrzewała dłoń, która nagle zmarzła, a może
próbowała  uspokoić  siebie  i  chłopaka.  Po  raz  pierwszy  nie  myślała  o  nim  jak  o  zdobyczy.  Miała  mętlik
w głowie.

Przybłąkał  się  nawet  jakiś  kundel.  Nie  odstraszyły  go  podniesione  głosy.  Wycofał  się  dopiero,  gdy

usłyszał warczenie owczarka. Obwąchał róg kamienicy, obsikał rynnę i pobiegł dalej.

background image

15

Przesłuchaj  tego  faceta  –  usłyszał  Heinz.  –  Coś  mi  w  tym  wszystkim  nie  gra.  Albo  to  kompletny

czubek, albo… Nie wiem co…

Siedział  za  biurkiem,  a  po  drugiej  stronie,  tam,  gdzie  było  miejsce  Breivika,  znajdował  się  starszy

aspirant Piotr Lewandowski. Osiemnaście lat służby, ostatnio z szaszłykiem na epoletach, jak zwykło się
mówić  na  oznaczenie  tego  stopnia  na  mundurze.  Już  dawno  byłby  oficerem,  gdyby  tylko  chciał.  Ale
Lewandowski to rzadki dziś okaz odmawiający sobie awansu i blokujący ścieżkę własnej kariery. Na chleb
trzeba  zapracować,  a  na  oficera  sobie  zasłużyć.  To  było  jego  powiedzenie,  które  jego  zdaniem  nie  miało
większego  sensu.  Tak  przynajmniej  uważał,  widząc  wielu  podkomisarzy  i  komisarzy,  którzy  całe  życie
przepracowali  za  biurkiem,  a  teren  omijali  szerokim  łukiem.  Wracając  do  rzeczy:  jeśli  Lewandowski
mówił, że coś w sprawie nie gra, znaczy, że tak było.

Od  początku  historia  wydawała  się  nietypowa.  Wykrwawiająca  się  kobieta  na  balkonie  kamienicy

w centrum Katowic. Znaleziony w mieszkaniu na drugim piętrze miecz samurajski,  a  właściwie  niezbyt
udana  jego  replika,  wystarczająca  jednak  do  zadania  śmiertelnego  ciosu.  Ekipa,  która  wyważyła  drzwi,
zobaczyła krwawą smugę na podłodze, prowadzącą do ciała przy otwartym balkonie. Najpewniej starsza
kobieta  podczołgała  się  tam,  być  może  chciała  wezwać  pomoc,  a  potem  nieświadoma  już  tego,  co  robi,
wycofała się. Tam, tuż przy balkonie, umarła. Poza nią w mieszkaniu nie było nikogo.

Największe  niespodzianki  jeszcze  czekały  na  ekipę  śledczą.  Gdy  policjanci  łączyli  się  z  centralą,

usłyszeli hałas na schodach, a potem do mieszkania wpadł mężczyzna.

–  Co  tu  się  stało?  –  krzyczał,  przenosząc  wzrok  z  policjantów  na  krwawą  smugę  i  z  powrotem.  –

Pytam, co tu się stało? – Spojrzał na leżącą kobietę. – Co się stało mojej mamusi?

Wszyscy  w  komendzie  żyli  tą  sprawą.  Heinz  znał  ją  tylko  z  opowieści,  te  były  jednak  na  tyle

szczegółowe, że wiedział o niej naprawdę dużo.

–  Daj  mi  się  przygotować  –  powiedział  do  Lewandowskiego  i  spojrzał  na  leżące  przed  nim  akta  –

a potem razem zajmiemy się gnojem. Powiedz mi jeszcze jedną rzecz…

– Tak?
– Te dwie policjantki, które jako pierwsze znalazły się na miejscu…
– Nogaś i Rusinek. – Lewandowski sapnął. – King Kong.
– King Kong?
– Tak je nazywają. Ogólnie cieszą się w całym mieście pewną sławą. Nie do końca zasłużoną.
– No więc, czy gdyby one nie zwlekały, wiesz, gdyby zareagowały od razu…
–  To  niczego  by  nie  zmieniło.  –  Aspirant  pokręcił  głową.  –  Lekarz  powiedział,  że  było  za  późno.

Musztarda po obiedzie.

Heinz miał w tej sprawie swoje zdanie.
– Nigdy nie jest za późno.
Przed  nimi  siedział  mężczyzna  w  czarno-zielonej  kraciastej  koszuli.  Prawą  piętę  odrywał  rytmicznie

od  podłogi,  jakby  słuchał  muzyki.  Niespokojne  zielone  oczy  wpatrywały  się  na  zmianę  w  Heinza
i w Lewandowskiego. Mężczyzna miał trzydzieści trzy lata, chociaż wyglądał na więcej.

– Mamy kłopot – powiedział Heinz.
– Tak?
– Mamy duży kłopot, panie Mikuła.
Andrzej Mikuła podrapał się po policzku, jakby chciał zetrzeć rzadki blond zarost.
–  Pańska  matka  nie  mogła  wbić  sobie  miecza  samurajskiego  w  plecy.  Znam  się  trochę  na  tych

mieczach.

Nie było to prawdą. Nie miał pojęcia o japońskiej białej broni. Według ustaleń medyka sądowego nie

można  wykluczyć  rany  zadanej  samodzielnie.  Lekarz  ostatniego  kontaktu  kręcił  głową,  mogło  to  się
zdarzyć raz, góra dwa na sto wypadków.

– Zawsze mówiłem mamusi – noga cały czas podrygiwała rytmicznie – by nie czyściła tego miecza. Po

co coś takiego odkurzać? Dostałem go od jednego z klientów na budowie.

Andrzej  Mikuła  zajmował  się  budowlanką.  Człowiek  od  wszystkiego,  ekspert  od  wykończeniówek

background image

i  poprawek,  wkraczający  tam,  gdzie  inni  odstawili  fuszerkę.  Prowadził  działalność  gospodarczą,
zarejestrowaną pod nazwą Andrzej Złota Rączka. Tyle Heinz zdążył wyczytać.

Złota  Rączka.  Dobre  sobie.  W  kontekście  sprawy,  którą  się  zajmował,  nazwa  nabierała  dodatkowej

wymowy.

–  To  jak  pan  wytłumaczy  –  zapytał  Lewandowski  –  że  na  mieczu  nie  znaleźliśmy  linii  papilarnych

mamusi? Są tam tylko pańskie.

– Musiała… musiała używać rękawiczek. – Mikuła nerwowo spoglądał to na jednego policjanta, to na

drugiego.

–  Powiem  ci,  co  zrobiłeś  –  warknął  Heinz  –  i  jak  się  to  odbyło.  Zadałeś  cios.  Nie  wiem  jeszcze

dlaczego. Mamusia padła, ty myślałeś, że nie żyje. Więc co robisz? Nie ratujesz kochanej mamusi, tylko
idziesz  do  sklepu.  Wracasz  z  Biedronki  z  dwoma  browarami,  a  tu  klops!  Po  szoku  związanym  ze
zranieniem mamusia odzyskała przytomność, chciała wezwać pomoc, podczołgała się do balkonu. Zatem
obserwujesz  to  wszystko.  Głupi  nie  jesteś.  Szybko  oceniasz  sytuację.  Ucieczka  nie  ma  sensu,  będzie  jak
przyznanie  się  do  winy,  a  ty  staniesz  się  najbardziej  poszukiwanym  człowiekiem  w  kraju,  nie  dasz  rady
się ukryć. Więc co robisz? Jakby nigdy nic idziesz na górę i odgrywasz rolę zrozpaczonego syna.

Mikuła milczał. Noga przestała drgać.
– Ja tego nie zrobiłem. – Każde słowo wymówił powoli i z naciskiem.
–  Za  to  ja  powiem  ci,  co  zrobię  –  powiedział  Heinz.  –  Wyłącz  tę  kamerę,  dobrze?  –  polecił

Lewandowskiemu.

Gdy przestali nagrywać, wziął krzesło i przysunął je do więźnia. Czuł jego nieświeży oddech. Zebrało

mu się na mdłości, ale powstrzymał odruch wymiotny.

–  Nie  wywiniesz  się  z  tego,  synek  –  zaczął  cicho.  –  Pójdziesz  siedzieć.  I  wiesz  co?  Matkobójcy,

dzieciobójcy,  pedofile,  to  nie  są  ulubieni  kompani  na  pryczach.  A  jeszcze  gdy  rozejdzie  się  fama,  że
wcześniej zrobiłeś coś mamusi…

Mikuła  szarpnął  się  na  krześle.  Być  może  chciał  się  poderwać,  ale  ręka  Lewandowskiego  osadziła  go

na miejscu.

– Spokojnie – powiedział aspirant.
–  Reasumując,  mamusia  nie  mogła  śmiertelnie  ranić  się  sama.  Na  mieczu  są  twoje  paluchy.  Tylko

twoje.  A  koledzy  w  celi  tylko  czekają  na  takich  jak  ty.  –  Spojrzał  na  zegarek.  –  Daję  ci  pięć  minut.  Gdy
wrócę, powiesz mi tylko „tak”  lub  „nie”.  Zabiłeś  albo  nie  zabiłeś.  Pięć  minut.  Tyle  o  tym.  –  Heinz  wstał
i odwrócił się. Chciał zapalić i zostawić Złotą Rączkę razem z Lewandowskim. Ale na decyzję Mikuły nie
musieli aż tyle czekać.

Heinz  usłyszał  wrzask.  Odwrócił  się  i  zobaczył,  że  mężczyzna  pada  na  podłogę.  Mikuła  wił  się

i podrygiwał. Rzucili się na niego i przytrzymali go. Nie, to nie był atak padaczki. W ogóle nie działo się
nic  nadzwyczajnego.  Do  pokoju  wpadło  dwóch  policjantów,  ale  Lewandowski  powstrzymał  ich.  Razem
z  Heinzem  posadził  Mikułę  na  krześle.  Złota  Rączka  wybałuszył  oczy  i  wyszczerzył  się.  Między  zębami
znajdowały  się  nienaturalne  szpary.  Wyglądało  to  tak,  jakby  ktoś  dla  zabawy  odsunął  je  od  siebie.
A potem Mikuła wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Czekali, aż się uspokoi.

– Dobrze – zaczął Mikuła zdyszanym głosem. – Powiem wam, jak było. Ona… mamusia… Mamusia

była  opętana.  Gdy  skończyłem  trzydzieści  trzy  lata,  zaczęła  odprawiać  nade  mną  egzorcyzmy  jakieś,
szeptała  coś,  gdy  zasypiałem.  Coś  sobie  ubzdurała.  Mówiłem:  mamusiu,  nie,  ale  ona  swoje…  Nie
wytrzymałem  wreszcie,  to  była  wariatka.  –  Popatrzył  na  nich  i  zatrząsł  się.  –  Zimno  mi.  Zimno  mi
w  głowę.  Gdzie  jest  moja  czapka?  –  Rozglądał  się  po  pokoju.  –  Jak  myślicie,  czy  to  prawda,  że  wariaci
szczególnie chronią swoją głowę?

– Nic ci, bracie, nie pomoże. – Heinz skrzywił się zniesmaczony. – Oczywiście, trafisz na obserwcję do

psychiatryka, ale koniec końców orzekną, że jesteś w pełni poczytalny. I trafisz znów do nas…

– Jak myślicie? Głowa… moja głowa… czuję zimno… wy czujecie taki chłód…
Nawijał jak najęty. Nie słuchali go. Lewandowski szarpnął za klamkę.
– Wyprowadzić tego gnoja! – ryknął.
Coś  tu  nie  grało.  Słowa  aspiranta  pobrzmiewały  w  głowie  Heinza.  Były  niczym  dzwonek  alarmowy.

Otworzył piwo i raz jeszcze rozłożył przypadek Złotej Rączki na czynniki pierwsze.

Facet zadaje cios. Jest pewien, że załatwił sprawę. Cios nie został zadany przypadkiem, zabójstwo nie

było  wynikiem  niespodziewanej  gwałtownej  sprzeczki.  Dlaczego  nie?  Dlatego  że  Mikuła  nie  wpadł
w panikę. Zrobił swoje i może nawet popatrzył na zegarek. Ocenił, że jest zbyt wcześnie, by pozbywać się

background image

ciała.  To  w  końcu  w  ruchliwy  punkt  miasta.  Co  robi?  Zachowuje  absolutny  spokój,  idzie  do  sklepu  po
piwo. Wraca. Widzi zbiegowisko, policję. Robi się kłopot. Więc co teraz? Szacuje zyski i straty. Ucieczka
jest przyznaniem się do winy. Ryzykuje. Wchodzi na górę. A następnie podczas przesłuchania wykonuje
kolejny twist. Wybiera rozwiązanie, które być może pozwoli mu się wywinąć. Niepoczytalność to całkiem
niezły chwyt.

Coś tu nie grało.
Dlaczego  jednak  Mikuła  zdecydował  się  na  to  rozwiązanie?  Przestraszył  się  więziennej  perspektywy,

tak  sugestywnie  przed  nim  roztoczonej?  Na  wielu  by  to  podziałało,  ten  wypadek  budził  jednak
wątpliwości. Heinz zadzwonił do Lewandowskiego.

– Chciałbym obejrzeć to mieszkanie.
Pojechali  na  Mickiewicza.  Ślady  krwi  zmyto,  pozostało  jedynie  kilka  jasnoróżowych  smug.  Resztę

wchłonęło drewno. Pokój nie były duży, ale biała farba na ścianach i podłodze powodowała, że przestrzeń
wydawała  się  większa.  Heinz  czuł  się  trochę  tak,  jakby  trafił  do  apteki.  Chłodne,  aseptyczne
pomieszczenie. Mało przedmiotów, na jednej ze ścian dwa puste haki. To na nich wisiał miecz.

Natomiast drugi pokój był zagracony. Z pewnością należał do kobiety i był czymś w rodzaju skansenu

religijnego.  Matka  Boska  Częstochowska,  Matka  Boska  Ostrobramska,  Matka  Boska  z  Gwadelupy.
I  mnóstwo  innych  obrazów  ze  świętymi,  drewnianych  rzeźbionych  świątków  i  różaniec.  Ciemne
pomieszczenie,  okna  zasłonięte,  brudne  ściany.  Ogarnęły  go  wątpliwości.  Może  mamusia  rzeczywiście
odprawiała egzorcyzmy nad synem, który dostąpił chrystusowego wieku?

Większy  pokój  pachniał  świeżością  i  został  niedawno  odnowiony.  Skansen  wymagał  remontu.

Kontrast był aż nadto widoczny.

Coś tu nie gra.
– Hipis, podejdź tu na chwilę.
Wyszedł z pokoju i zobaczył Lewandowskiego, który ukucnął przy ścianie.
– Popatrz. – Aspirant pokazał listwę podłogową.
Heinz zmrużył oczy. Kilka ciemnych kropek na drewnie.
– Co to jest?
Obejrzał  listwy  uważnie.  Na  innej  dostrzegł  kilka  cieniutkich  kresek,  wyglądających  jak  muśnięcia

pędzelkiem.

Wstał z kolan.
I w tym momencie wiedział już, dlaczego pokój został niedawno przemalowany. Oraz dlaczego Złota

Rączka przyznał się do zabójstwa i odgrywał rolę wariata.

– Weź tu techników jeszcze raz.
Siedzieli  we  czworo.  Heinz  i  Lewandowski  wpatrywali  się  w  naczelnika.  Gawlik  przeglądał

dokumenty. Krystyna Kownacka, szefowa kryminalistyków, chrząknęła. Wszyscy spojrzeli na nią. Wiele
lat  pracy  w  męskim  świecie  dobrze  ją  zakonserwowało.  Siwe  spięte  włosy  świadczyły  o  jej  wieku,  ale
gładka twarz już nie. Twarz, która potrafiła skupić na sobie uwagę.

–  Te  kropki  –  powiedziała  Kownacka  –  to  wymiociny.  Dla  much  nasza  krew  jest  niestrawna.  Piją,

a  potem  wymiotują.  Nie  wiem,  czy  uda  się  na  tej  podstawie  ustalić  DNA,  ale  spróbujemy.  Teoretycznie
jest to możliwe. Mamy tu jeszcze inną grupę śladów punktowych. To są owadzie odchody.

Gawlik skrzywił się.
–  To  jest  materiał  przetrawiony  przez  owadzie  jelita.  A  te  delikatne  przecinki  to  tak  zwane

przeciągnięcia.  Mucha  albo  inny  owad  chce  się  nażłopać,  wchodzi  w  plamę  krwi,  a  potem  zostawia
krwawe  ślady  na  powierzchni.  Sprawdziliśmy  szyby.  Były  czyste.  Widocznie  je  umył.  Ale  o  listwach
zapomniał.

Wszyscy milczeli. I wiedzieli, że sprawa robi się poważniejsza, niż przypuszczano.
–  Jest  jeszcze  jedno  –  wtrącił  Lewandowski.  –  Dostaliśmy  sygnał  z  Podlasia.  Znaleźli  w  lesie

rozkładające się ciało kobiety. Siostra pani Mikułowej ma w pobliżu domek. Starsza, schorowana kobieta,
na pogrzeb nie przyjechała. W ogóle tam nie bywa. Podobno Złota Rączka remontował jej chałupkę.

– Jedź tam – zarządził Gawlik. – A ty, Hipis, kierujesz sprawą na miejscu.
Przez  następnie  dni  pracowali  na  okrągło.  Heinz  miał  wrażenie,  że  traci  kontakt  z  rzeczywistością.

Twarz Pocahontas zacierała się, z trudem przypominał sobie, jak wygląda. Był poza czasem i przestrzenią.
Odpuścił  próby  zespołu.  Musieli  radzić  sobie  z  jednym  gitarzystą.  Świat,  ani  ten  bliższy,  ani  dalszy,
właściwie  dla  niego  nie  istniał.  Nie  liczyło  się  nic,  co  nie  miało  związku  z  prowadzoną  sprawą.  Między

background image

Białymstokiem,  gdzie  przebywał  Lewandowski,  a  Katowicami  odbywały  się  nieustanne  konsultacje
telefoniczne.  Udało  się  ustalić  tożsamość  ofiary.  Dwudziestotrzyletnia  kobieta  pracowała  w  sklepie.
W  dniu,  gdy  zniknęła,  wracała  do  domu.  W  drodze  popsuł  się  autobus.  Więcej  nie  widziano  jej  żywej.
Zwłoki musiały zostać wykopane przez dzikie zwierzęta.

–  Na  ubraniu  zachowały  się  ciekawe  ślady  –  powiedział  Lewandowski.  Opowiadał,  a  Heinz  słuchał

uważnie.

Dzień później aspirant zadzwonił o siódmej rano.
– Bingo! Mamy go. – Lewandowski nie potrafił ukryć ekscytacji. – Na tym terenie, gdzie stoi domek,

znajduje się także skład drewna. Wczoraj wieczorem natrafiliśmy tam na coś w rodzaju sarkofagu. Dziś
rano otworzyliśmy… – Zawiesił głos. – Wiesz, Hipis – powiedział to już innym tonem – ja robię przecież
nie od dziś. Znasz mnie. Ale to, co zobaczyłem…

W sarkofagu znajdowały się ciała, szczątki co najmniej kilku osób.
Przesłuchanie  odbywało  się  w  obecności  adwokata.  Młody  mężczyzna  pachnący  dobrymi  perfumami

sceptycznie  przypatrywał  się  nieogolonemu  policjantowi.  Ubranie  Heinza  także  nie  było  pierwszej
świeżości.

– Pan pozwoli, mecenasie, na jedną opowieść – zaczął profiler. – Dawno, dawno temu zdarzył się taki

przypadek. Odbywa się pogrzeb dziecka. I już w kościele, przy otwartej trumnie, jeden z członków rodziny
dostrzega  dziwne  ślady  na  twarzy  dziecka.  Usta  są  zniekształcone,  jakby  wypalone.  Na  policzkach
widoczne  ubytki  tkanki.  Podnosi  raban,  robi  się  afera,  pogrzeb  zostaje  przerwany,  ciało  jest
zabezpieczone,  a  matka  dziewczynki  oskarżona  o  podanie  córce  kwasu  solnego.  Stąd  rzekome  ślady
wypalenia.  Co  na  to  kobieta?  Ano  że  od  śmierci  aż  do  pogrzebu  ciało  leżało  w  domu.  Proszę  pamiętać,
opowiadam o zdarzeniach sprzed pół wieku, dziś sanepid by do tego nie dopuścił… Na czym skończyłem?
Aha,  i  w  dniu  pogrzebu  matka  wchodzi  do  pokoju,  a  twarz  dziewczynki  oblepiona  jest  karaluchami,
prusakami… Co zrobiono? Powołano biegłego, słynnego profesora, a on przeprowadził eksperyment. Do
słoja  z  miękkimi  tkankami  ludzkimi  wpuścił  karaluchy.  Wiecie,  co  się  stało?  Zaczęły  żreć  ciało  jak
opętane…

– Przepraszam, komisarzu – wtrącił adwokat – w jakim celu raczy mnie pan tymi opowieściami?
–  Chcę  powiedzieć  tylko  tyle,  że  kobieta  mówiła  prawdę,  a  pański  klient  –  spojrzał  na  Mikułę  –

kłamie. Swoją drogą robaki i entomologia sądowa to pasjonujące zagadnienie.

– Czy możemy przejść do rzeczy? – Adwokat niecierpliwie wiercił się na krześle.
–  Oczywiście.  Więc  po  pierwsze  muszę  powiedzieć,  że  jak  na  speca  od  budowlanki,  to  zrobiłeś

fuszerkę, Złota Rączko…

– Pan nie ma prawa obrażać mojego klienta – uniósł się mecenas.
–  Ależ  ja  go  nie  obrażam.  Jak  mogłeś  –  popatrzył  na  Mikułę  –  zostawić  nietknięte  listwy?  Było  tak,

popraw,  jeśli  się  mylę.  Zwabiłeś  do  mieszkania  dziewczynę  i  ją  zabiłeś.  Stąd  ślady.  Nic  nie  pomogło,  że
przemalowałeś  pokój,  pozostały  te  nieszczęsne  listwy.  Twoja  matka…  przepraszam,  mamusia,  albo
wiedziała  o  twoich  skłonnościach,  albo  się  czegoś  domyślała.  Może  rzeczywiście  odprawiała  nad  tobą
egzorcyzmy,  ale  i  ona  w  pewnym  momencie  miała  dość.  Może  księdzu  chciała  powiedzieć  o  tobie?  Tak
czy inaczej nie mogłeś do tego dopuścić.

– Czy macie DNA ofiary?
– Nie. Ale będziemy mieli, zapewniam.
– Czyli nic nie macie. To są co najwyżej poszlaki. Dosyć wątłe.
–  Panie  mecenasie,  nie  przypadkiem  wspomniałem  o  skłonnościach.  Pan  Złota  Rączka  lubił  się

zabawić.

Opowiedział  o  zwłokach  znalezionych  w  lesie.  O  domu  znajdującym  się  w  sąsiedztwie.  Przemilczał

odkrycie w składzie drewna.

–  To,  że  zwłoki  znaleziono  nieopodal  domu  należącego  do  rodziny  mojego  klienta,  o  niczym  nie

świadczy. – Adwokat rozłożył ręce.

–  Tyle  że  jest  mały  drobiazg.  –  Heinz  położył  na  stole  teczkę  z  dokumentami.  –  Proszę  otworzyć,

mecenasie.  Widzi  pan,  na  zwłokach  znaleziono  pewne  ślady.  W  czterech  gminach,  w  powiatach
białostockim  i  sokólskim,  w  tym  w  Michałowie,  odkryto  ogniska  wirusa  ASF.  Wirus  afrykańskiego
pomoru świń to dosyć paskudna rzecz. – Skrzywił się. – Obecność ASF stwierdzono także na obszarach
leśnych,  apelowano  nawet  do  turystów  i  grzybiarzy,  by  zrezygnowali  ze  spacerów.  Na  ubraniu  ofiary  –
Heinz pochylił się i stuknął palcem w ekspertyzę – znaleźliśmy takie ślady. Zachowały się. Takie same są

background image

na łopacie, która znajdowała się tam w domu, w Michałowie. Oraz na butach. A także – odwrócił kartkę –
na ubraniu wyjętym z szafy pana Mikuły. Szafy stojącej tu, w Katowicach, na ulicy Mickiewicza.

Mecenas milczał. Złota Rączka wlepił wzrok w profilera.
–  A  teraz  pokażę  panu  prawdziwy  rarytas.  –  Sięgnął  po  kolejną  teczkę.  –  To  zdjęcia  ze  składu  na

drewno. – Mikuła poruszył się niespokojnie.

–  Znaleźliśmy  tam  sarkofag.  A  w  nim  szczątki  kobiet.  Bardzo  wiele  ciał…  Chce  pan  zobaczyć  zapis

wideo?

Adwokat przełknął ślinę.
– Czy może pan zostawić mnie samego z moim klientem? – zapytał po chwili.
–  Jeśli  to  w  czymś  pomoże  –  mruknął  Heinz  i  zgarnął  dokumenty.  –  Tylko  niech  pan  uważa,  to

artysta. Żeby przed panem nie odtańczył tańca świętego Wita, jak to zrobił przede mną.

Gdy zjawił się z powrotem, adwokat wstał.
– Mój klient odmawia składania zeznań – oświadczył.
Mikuła siedział ze wzrokiem wbitym w blat stołu. Jego prawa noga podrygiwała rytmicznie.

background image

16

Nie  był  to  koniec  sprawy  Złotej  Rączki,  zaradnego  budowlańca,  który  okazał  się  w  pełni  nieporadny,

jeśli  chodzi  o  nawiązywanie  normalnych  relacji  z  kobietami.  Żyjący  pod  jednym  dachem  z  dewotką,
rumieniący  się,  gdy  rozmowa  schodziła  na  dziewczyny,  i  chorobliwie  nieśmiały  wobec  kobiet,  jak
opowiadali ci, którzy lepiej go znali. Lepiej? Tak naprawdę nikt go nie znał. Być może on sam do końca
nie  wiedział,  co  w  nim  drzemie.  Zawsze  jest  tak,  że  pretensje  wobec  świata,  mniejsza  o  to,  czy
wyimaginowane,  czy  realne,  muszą  znaleźć  ujście.  Musi  nastąpić  erupcja.  W  tym  wypadku  przybrała
kształt krwawej wędrówki po Polsce.

Przejrzeliśmy rachunki i umowy Złotej Rączki. Pracował w wielu miejscach. Zaczęliśmy porównywać

daty.  Sprawdzaliśmy,  czy  w  czasie,  gdy  przebywał  w  jakiejś  miejscowości,  doszło  tam  lub  w  okolicy  do
niewyjaśnionych zaginięć. I tak ogniwa łańcucha zaczęły się łączyć.

Sylwestra  spędziłem  z  Pocahontas  w  klubie.  Najgorsza  impreza  w  moim  życiu.  Nienawidzę  tańczyć,

a  tym  razem  musiałem.  Dwa  tańce.  Dwa  i  pół.  Dopóki  buty  nie  zaczęły  mnie  obcierać.  Trzy  razy
wysłuchałem, że „ona tańczy dla mnie”, choć wolałbym, aby nikt nie tańczył, nie robił mi tego zaszczytu
i  nie  uszczęśliwiał  na  siłę.  W  pewnej  chwili,  niczym  amfibia,  podpłynęła  do  mnie  „Tłusta”.  Przyszła
z jakimś facetem z tiwi.

– Co tak siedzisz, smutasie? Sylwestra mamy! O, posłuchaj, to Cheryl Cole. Dlaczego się nie bawisz?

Istnieje nie tylko to twoje Led Zeppelin.

Chciałem  ją  zapytać,  czy  wzięła  ze  sobą  rower,  ale  darowałem  sobie.  W  tym  otoczeniu  dźwięków,

obrazów, zapachów i ludzi nawet alkohol nie wchodził. Chciałem się upić, ale nie potrafiłem. Pierwszego
stycznia pokłóciliśmy się z Pocahontas. W ciągu kilku miesięcy odbyłem jedną rozmowę z ojcem i dwie
z  synem.  Prawdziwa  sztafeta  pokoleń,  nie?  Wy  też,  jak  tak  siedzicie  tu  we  dwóch,  nie  wyglądacie  na
zadowolonych z życia rodzinnego. Zamiast być z kobietami i dziećmi, wolicie moje towarzystwo. Pewnie
jeszcze  robicie  zakłady:  winien  czy  nie.  Zauważyłem,  że  ilekroć  zaczynamy  zbaczać  na  tematy  osobiste,
jeden z was, ty, zaczyna bawić się długopisem. Krępuje cię to? Zresztą nieważne…

Wracając  do  naszej  sprawy:  nie  ujawnialiśmy  wszystkiego,  ale  dziennikarze  zaczęli  łączyć  fakty.

Andrzeja  Mikułę  nazwali  „Diabłem  z  Katowic”.  Mamusia  z  pewnością  nie  byłaby  z  niego  dumna.  Zimę
i  wczesną  wiosnę  dwa  tysiące  trzynastego  zajęło  nam  śledzenie  wędrówek  Złotej  Rączki  po  kraju.  Akta
puchły i razem z Lewandowskim z trudem to ogarnialiśmy. Odpowiadaliśmy za koordynację poszukiwań
w  całej  Polsce,  a  okazało  się  też,  że  przez  pół  roku  Mikuła  pracował  na  Wyspach.  Musieliśmy  poprosić
o  pomoc  naszych  brytyjskich  kolegów.  Nie  można  było  wykluczyć  gościnnych  występów.  Roboty  było
w bród.

Połączyliśmy  z  nim  trzy  kolejne  wypadki  zaginięć.  Kalisz,  w  lipcu  dwa  tysiące  jedenastego.  Ognisko

zorganizowane  przez  maturzystów.  Dwie  dziewczyny  wracają  razem,  rozstają  się  przy  skrzyżowaniu.
Jedna  skręca  w  prawo  i  po  pięciu  minutach  dociera  do  domu.  Druga  idzie  prosto,  ma  jeszcze  pięćset
metrów. Tu ślad się urywa. Listopad tego samego roku, Wejherowo. Bibliotekarka kończy pracę. Dzwoni
do męża. Tak, zrobię zakupy. Tak, pamiętam, wieczorem jesteśmy zaproszeni. Kupię jeszcze prezent. Tak,
wiem,  co  kupić,  kocham  cię.  To  były  ostatnie  słowa,  które  od  niej  usłyszał.  Wiosna  następnego  roku,
Mysłowice.  Studentka  filologii  angielskiej.  Wychodzi  pobiegać.  Przygotowuje  się  do  półmaratonu.  Ma
kilka  stałych  tras,  około  dziewiętnastej  piętnaście  mija  się  z  dwojgiem  biegaczy.  Pozdrawiają  się.  Nie
udało  nam  się  ustalić,  jak  to  było,  że  na  jej  drodze  stanął  Mikuła.  Trzy  młode  kobiety,  których  w  żaden
sposób nie da się połączyć z nieśmiałym budowlańcem. „Diabeł z Katowic” milczał.

Sprawę  Patryka  Kodyma  przejął  Breivik.  Z  korytarzowych  rozmów  wiedziałem,  że  dochodzenie  nie

żre.  Zresztą  wystarczyło  popatrzeć  na  twarze  zaangażowanych  w  nie  policjantów.  Trudno  było  dojrzeć
w  nich  entuzjazm.  Spotykaliśmy  się  z  Breivikiem  w  pokoju,  ale  nigdy  nie  poprosił  mnie  o  poradę  lub
pomoc.  Widocznie  postawił  sobie  za  punkt  honoru,  że  do  wszystkiego  dojdzie  sam.  A  ja  nie  wtrącałem
się. Nie chciałem denerwować agresywnego kolegi.

Pewnego  dnia,  był  to  chyba  marzec,  tak,  z  pewnością  marzec,  bo  wszyscy  pisali  o  tragedii  polskich

wspinaczy  na  Broad  Peak,  przerwał  milczenie.  Wszedł  do  pokoju,  zacisnął  pięść  i  powiedział  do  mnie:
„Złamałem ich”. Jak każdy z nas zajmował się równocześnie wieloma sprawami. W tym także zagadkową

background image

śmiercią  studenta,  którą  ten  poniósł  w  dniu  swoich  dwudziestych  drugich  urodzin.  Breivik  odtworzył
przebieg  zdarzeń.  Znajomi  postanowili  zrobić  chłopakowi  prezent.  Ekipa  w  kominiarkach  wsadziła
chłopaka  do  bagażnika.  Sami  wiecie,  uprowadzenie,  adrenalina,  podróż  w  nieznane,  a  potem surprise!
Jest  o  czym  opowiadać.  Tyle  że  gdy  porywacze  otworzyli  bagażnik,  okazało  się,  że  to  na  nich  czeka
niespodzianka  w  postaci  stygnącego  ciała.  Ktoś  nadgorliwy  zakleił  chłopakowi  usta.  Krzywa  przegroda
nosowa i przeziębienie zrobiły swoje. Sfingowanie nieszczęśliwego wypadku się nie powiodło. I tak trafili
do Breivika.

–  Złamałem  –  powtórzył.  –  Przyznali  się  wreszcie.  Swoją  drogą,  jak  można  wymyślać  tak  debilne

zabawy? To powinno być zakazane.

Zgodziłem się z nim. I pogratulowałem mu.
– Wiesz co? – powiedział. – Tak sobie myślę o tym twoim Mikule. I znajduję pewne podobieństwa do

sprawy Kodyma.

– Jakie? – Spojrzałem zaskoczony.
– W obu wypadkach mamy do czynienia z kimś, kto ma duży samochód. Ma też swobodę, by poruszać

się po Polsce. Ma wiedzę o magazynach.

– I co?
– Kto w kręgu Kodyma ma takie możliwości? – zapytał. – Tylko jego stary – sam sobie odpowiedział.
Milczałem.
–  Raz  jeszcze  wróciłem  do  historii  z  podpalonym  samochodem,  pamiętasz?  I  wychodzi  na  to,  że

Patryk  nie  był  taki  święty.  A  teraz  popatrz  na  starego.  Wizerunek  to  jego  drugie  imię,  facet  ma  jakieś
ambicje, może chce zostać prezydentem Katowic i w ten sposób zapisać się w historii…

– Chcesz powiedzieć, że Ludwik Kodym zabił własnego syna?
– Może chciał go nastraszyć. Dać mu nauczkę… Stara, twarda szkoła. I podobnie jak w wypadku tych

gówniarzy – wskazał ręką na drzwi – coś poszło nie tak. Znamy przecież takie sprawy.

– Może masz rację – odparłem. – Sam już nie wiem. Ale wiem jedno. – Spojrzałem na niego. – Jak

chcesz  się  dobrać  do  Ludwika  Kodyma,  to  masz  jedną  szansę.  Bo  on  zrobi  wszystko,  żebyś  drugiej  nie
dostał.

Uśmiechnął się.
– Zobaczymy, zobaczymy. W każdym razie dzięki za ostrzeżenie.
Chciałem  mu  powiedzieć,  że  to  nie  jest  przestroga,  tylko  realna  ocena  możliwości  i  sił,  ale  nie

zdążyłem. Breivik wyszedł.

W marcu zdarzyły się jeszcze dwie rzeczy. Jedna przyjemna, drugiej nie potrafiłem ocenić. Zadzwonił

mój syn Krzysztof. Oświadczył, że się żeni. Zrozumiałem, że dwa wcześniejsze telefony były szykowaniem
dla mnie spadochronu, bym nie połamał sobie nóg i nie doznał wstrząsu. Zareagowałem… Nie jest ważne,
jak zareagowałem. Nie ma to nic wspólnego z naszą sprawą.

Druga  wiadomość  była  z  gruntu  optymistyczna.  Pewnego  ranka  wszedł  do  pokoju  uśmiechnięty

Lewandowski. Usiadł.

– Wiesz, co się stało? Mikuła pierdolnął w ramy.
Uniosłem kciuk do góry, a potem założyłem ręce za głowę. Czułem, jak odpuszcza stres i zmęczenie,

które odłożyły się we mnie przez ostatnie pół roku.

– Powiesił się w celi – dodał.
Nie pytałem o szczegóły. Nie interesowało mnie, jak to się stało. Dziś też mnie to nic nie obchodzi.
–  Czuję,  że  nie  będziemy  składali  reklamacji,  prawda?  –  powiedziałem.  –  Przynajmniej  na  koniec

Złota Rączka nie spartolił roboty.

background image

17

Nie uważasz, że jest to straszne?
– Co jest straszne?
Spędzali  wieczór  u  Pocahontas.  Ona  niedawno  wróciła  z  gabinetu,  gdzie  przywracała  społeczeństwu

kolejnego  neurotyka,  on  porządkował  akta  w  sprawie  Złotej  Rączki.  Śmierć  Mikuły  nie  zakończyła
śledztwa.  Wciąż  szukali  powiązań  między  miejscami,  w  których  przebywał  zabójca,  a  zaginionymi
kobietami.  Rozwikłali  w  ten  sposób  dwa  kolejne  przypadki.  Licznik  bił  i  nikt  nie  wiedział,  kiedy  się
zatrzyma. Tak czy inaczej chcieli doprowadzić sprawę do końca, bo należało się to ofiarom i ich rodzinom.
Ci,  którzy  uczestniczyli  w  śledztwie,  też  tego  potrzebowali.  Samobójstwo  zabójcy  sprawiło  jednak,  że
emocje  ostygły  i  tempo  działań  spadło.  Nie  było  w  tym  nic  niezwykłego.  Zawsze  się  tak  dzieje,  gdy
sprawca umiera.

Pocahontas  wrzuciła  do  piekarnika  mrożoną  lazanię,  Heinz  kupił  wino.  Dwie  butelki.  Jak  nie

wypijemy,  będzie  na  zapas,  oświadczył,  gdy  obrzuciła  go  wymownym  spojrzeniem.  Mieli  obejrzeć
Breaking  Bad.  Długo  nie  dawał  się  namówić  na  serial  o  fajtłapowatym  nauczycielu  chemii,  który  na
pograniczu  Stanów  i  Meksyku  staje  się  producentem  metamfetaminy  i  dilerem  numer  jeden.  Zawarli
układ. On obejrzy serial, ale gdy się położą, włączy solową płytę Roberta Planta. Oboje tego nie żałowali,
a teraz czekał go kolejny odcinek. Tak naprawdę, Rudolfie, to jest o każdym z nas, mówiła mu. O tym, do
czego jesteśmy zdolni, gdy życie postawi nas pod ścianą.

Oglądali wiadomości i Heinz powtórzył pytanie.
– Co jest straszne?
– Ta historia z Broad Peak. Tego faceta teraz zlinczują. Zrobią z niego kozła ofiarnego.
Wpatrywał  się  w  twarz  reportera  na  ekranie  i  pojawiające  się  co  jakiś  czas  przebitki  z  wyprawy.

Zakapturzeni  mężczyźni  z  brodami  i  wąsami  zlepionymi  soplami  lodu.  Poszło  czterech,  dwóch  nie
wróciło. Przypomniał sobie doktora Weselę, medyka sądowego z Piły. Do niego ktoś w wysokich górach
wyciągnął dłoń. Dwaj himalaiści schodzący z Broad Peak nie mieli tyle szczęścia.

– Myślę, że źle rozkładasz akcenty.
Odgarnęła włosy.
– To znaczy?
– To znaczy, że użalasz się nad facetem, który wyszedł z tego cało, co i tak jest dla niego wystarczającą

nagrodą. A ty byś go jeszcze najchętniej poddała terapii, żeby pozbył się stresu pourazowego.

–  Czasami  –  pokręciła  głową  z  niedowierzaniem  –  przeraża  mnie  twój  cynizm.  I  przeraża  mnie

łatwość, z jaką linczujemy innych. Ten owczy pęd, by się na kimś wyżyć…

– Owczy pęd? – Spojrzał na nią. – Wiesz, o czym jest ta cała historia? – Wycelował palcem w ekran. –

Że  nie  ma  już  miejsca  wolnego  od  wyścigu  szczurów.  Szczury  osiadły  nawet  w  tych  pieprzonych
Himalajach.  Jeden  gryzie  drugiego  w  zad.  I  wiesz,  co  się  tylko  liczy?  Wynik.  Egoistyczne  pragnienie
zwycięstwa. Nawet po trupach kolegów. No i zapomniałbym: chronienie własnej dupy.

Wysłuchała  tej  tyrady  ze  spokojem.  Nauczyła  się  odpuszczać,  gdy  ponosiły  go  emocje.  Nagle

przypomniała sobie o czymś i zerwała się. Wróciła z lazanią.

– Przypaliła się.
Jedli w milczeniu. Heinz co jakiś czas rzucał gniewne spojrzenia w stronę ekranu.
– Jesteś niereformowalny – powiedziała wreszcie. – Tylko nie zachowuj się tak wobec tych ludzi.
– Jakich ludzi?
– Nie mówiłam ci? – Udała zdziwioną. – Przyjeżdża takich dwoje z telewizji. Z Warszawy. Poznaliśmy

się kiedyś. Załatwiłam ci fuchę.

– Jaką? – zapytał podejrzliwie.
– Zostaniesz konsultantem nowego serialu.
– Zapomnij o tym.
Umówili  się  w  „Lornecie  z  Meduzą”.  Uwielbiam  te  lokale  stylizowane  na  przedwojenne  knajpki,

usłyszał szczebiot w telefonie. I te wasze Katowice tak bardzo odżyły, zachwycała się kobieta, przed którą
drżała  armia  pracowników  w  telewizji.  Protekcjonalny  ton  wskazywał,  że  na  Górnym  Śląsku  powinni

background image

rozłożyć przed nią czerwony dywan.

W  „KATO”,  prawie  po  sąsiedzku,  podobało  mu  się  bardziej.  Tapeta  z  mapą  Wielkich  Katowic  robiła

wrażenie.  Gdy  wszedł,  czekali  już  na  niego.  Ona  gestykulowała  i  szczebiotała,  on  przytakiwał.  Znana
producentka i równie rozpoznawalny reżyser seriali. Podszedł do nich, a następnie skierował się w stronę
baru i zamówił brackie.

Gdy usiadł z kuflem, oboje, jakby się umówili wcześniej, uśmiechnęli się do niego.
– Przytulnie tu – powiedziała producentka.
Nazywała  się  Sylwia  Wojtczak  i  jak  ocenił  Heinz,  zbliżała  się  do  pięćdziesiątki.  Blond  włosy  średniej

długości, opięta bluzka i bawełniana szara spódnica. Coś w rodzaju worka, jaki mógłby mieć Jurand albo
cesarz Henryk IV, gdy szedł do Kanossy.

– Powiedzmy.
Mężczyzna zapisał coś w notesie.
– Świetnie powiedziane – powiedział. – „Powiedzmy”. Świetnie. Zapisuję to, bo chcemy wiedzieć, jak

mówi prawdziwy profiler.

Heinz spojrzał na niego zdziwiony. Nie wiedział, co miało być w tym świetnego.
Wcześniej mężczyzna się przedstawił. Wymówił nazwisko niedbale, jakby było oczywiste, że wszyscy

powinni  je  kojarzyć.  Heinz  natychmiast  wyrzucił  je  z  pamięci.  Facet  był  ubrany  w  fioletowy  sweter
z  wycięciem  w  serek.  Któryś  ze  znajomych  Heinza  nazwał  kiedyś  ten  kolor  schujowionym  wrzosem.
Pasowało  jak  ulał.  Na  nadgarstku  reżyser  miał  zegarek  z  ogromnym  cyferblatem,  zapewne  szczelny,
trwały  i  odporny  na  wszelkie  kataklizmy.  Wewnątrz  zegarka  znajdowało  się  pięć  mniejszych  tarcz,
wskazujących  różne  strefy  czasowe.  Gdy  siedzisz  na  Mariackiej  w  Katowicach,  godzina  w  Tokio  jest
podstawowym problemem.

–  Wiele  o  tobie  słyszeliśmy  –  powiedziała  producentka.  W  tej  branży  wszyscy  są  ze  sobą  na  „ty”,

uprzedziła  Heinza  Pocahontas.  –  Chcielibyśmy  wykorzystać  twoją  wiedzę,  a  także  sięgnąć  do
autentycznych spraw. Opowiedz Rudolfowi – zwróciła się do reżysera – o naszym nowym serialu.

Mężczyzna wypił łyk latte i wytarł usta. Przed nim leżał tablet.
–  Opowiem  ci  w  skrócie.  Akcja  dzieje  się  w  korporacji.  Marketingowej,  rozumiesz.  Najpierw  ginie

asystentka dyrektora. Potem sprzątacz. Następnie księgowa. Nie będę tego opowiadał dokładnie, bo rzecz
jest dość skomplikowana…

–  Przygotowaliśmy  nawet  takie  specjalne  korkowe  tablice  –  wtrąciła  producentka.  –  Na  jednej

zielonymi szpilkami prowadzimy wątek głównego bohatera, na drugiej, czerwonymi, postaci poboczne.

–  Muszę  teraz  zaspojlerować,  ale  przecież  będziemy  w  jednym  teamie  –  powiedział  reżyser.  –

Oczywiście  ta  korporacyjna  historia  to  podpucha.  Zmyłka,  rozumiesz?  Bo  mordercą  będzie…  –  Zawiesił
głos.  –  Morderczynią  będzie  córka  siostry  żony  głównego  bohatera.  No  i  co?  –  Spojrzał  na  Heinza
z satysfakcją.

– Skoro wiecie, kto zabił, po co jestem wam potrzebny?
–  Och  –  uśmiechnął  się  reżyser  –  mamy  też  takie  tablice  z  wątkami  zupełnie  pobocznymi  i  tam

potrzebny nam będzie profiler. Dla uwiarygodnienia całej opowieści. Coś takiego z życia wziętego.

– Wiecie co? Pójdę jeszcze po jedno piwo.
–  Świetnie.  –  Mężczyzna  klasnął.  Gdy  Heinz  odchodził  od  stolika  słyszał,  jak  mówi  do  producentki:

„Wkręcił się, co?”.

– Moglibyście wykorzystać coś takiego – powiedział, gdy wrócił z brackim. – Grasuje morderca. Tyle

że jest niewidomy. Ma kosę z jednym facetem, chce go zabić, ale omyłkowo zabija innego, bo nie widzi.
Potem  znów  omyłkowo  kogoś  załatwia.  Wszyscy  myślą,  że  pojawił  się  seryjniak,  a  to  żaden  seryjny.
Zabójca nie może po prostu trafić na tego właściwego.

Mężczyzna szybko notował.
– Widzisz – zwrócił się do Sylwii Wojtczak – warto było przyjechać.
– Mogę mieć pytanie?
– Wal!
– Dlaczego właściwie morduje córka siostry żony głównego bohatera, a nie na przykład jego żona? –

Heinz spytał nieśmiało. Nie znał się na serialach, nie wiedział, czy nie popełnia jakiejś gafy.

Reżyser rozłożył ręce.
– Żona głównego bohatera mordowała w poprzednim serialu. Nie możemy tego powtórzyć. Poza tym

tu  chcemy…  Wiesz  –  spojrzał  na  Heinza  –  teraz  jest  taka  moda,  żeby  te  seriale  były  takie,  wiesz,  takie

background image

głębsze.  Pokręcone.  No  i  w  tę  stronę  zmierzamy.  Chodzi  o  to,  że  to  ma  być  też  serial  o  poszukiwaniu
tożsamości. Odkrywaniu siebie… – Napił się kawy i omal nie zachłysnął.

–  I  dlatego  żeby  nasz  serial  miał  odpowiednią  nośność,  chcemy  odwołać  się  do  twoich  przygód  –

powiedziała Wojtczak, nogi w szarym worku się poruszyły.

Przygód? Ładne mi przygody, gdy prawie lądujesz na tamtym świecie, pomyślał Heinz.
– Oczywiście – ciągnęła – sporo będziemy musieli zmienić. Akcja będzie toczyła się w Warszawie.
– Dlaczego nie w Katowicach?
– Bo Warszawa jest atrakcyjna dla telewidzów. Poza tym tutaj – wykonała ruch ręką w stronę okna –

jak na serial jest za szaro. Te smutne budynki… – Westchnęła.

–  I  profiler  też  nie  może  nazywać  się  Heinz  –  dorzucił  reżyser.  –  Widz  musi  mieć  poczucie  więzi

z postacią. Damy mu tak bardziej po polsku. Kamiński, Włodarczyk…

– I z pewnością nie może pić. – Producentka spojrzała na pusty kufel. – U nas nie może być patologii.

Dostałam  niedawno  scenariusz.  Świetny,  naprawdę  znakomity,  ale  –  załamała  ręce  –  bohaterka,  młoda
malarka, porusza się na wózku. Tak nie może być. Kto by to oglądał?

Heinz klepnął się w uda. Czuł, że czerwienieje na twarzy. Z trudem panował nad sobą.
Przeniósł spojrzenie ze znanego reżysera na wpływową producentkę.
–  Pora  na  mnie.  Państwo  mnie  z  kimś  pomyliliście.  Nie  wiem,  czy  przylecieliście  tym  swoim

helikopterem, ale uważajcie. – Pochylił się i stuknął palcem w zegarek reżysera.

– Żebyście przypadkiem nie zagubili się w czasoprzestrzeni.
Zostawił ich z otwartymi ustami i otwartym rachunkiem. Na pewno byli umówieni na kilka kolejnych

spotkań. Zapłacą służbową kartą, telewizja nie zbiednieje. Wyszedł na ulicę i poruszył głową, jakby chciał
się otrząsnąć ze złego snu.

–  Córka  siostry  żony  bohatera,  kurwa  jego  mać!  –  powiedział  na  tyle  głośno,  że  mijająca  go  parka

odwróciła się za nim.

Wieczorem zadzwonił do Pocahontas. Wiedziała już o przebiegu spotkania.
– Pani Wojtczak żałuje, że nie zaczęli od kwestii honorarium…
– Jeśli pani w tym szarym worku jest twoją pacjentką, to szczerze współczuję.
– Naprawdę jesteś niereformowalny. – Usłyszał westchnienie. – I potrafisz sobie zjednywać ludzi, nie

ma co.

Otworzył puszkę piwa i włączył Yardbirdsów. Zespół, przez który przewinęło się trzech tytanów gitary.

Kapela,  bez  której  nie  byłoby  jego  ukochanych  Zeppelinów.  Stare,  dobre  czasy,  gdy  nie  kręcono
skomplikowanych seriali.

Dwie  godziny  później,  gdy  kładł  się  spać,  usłyszał  sygnał  w  telefonie.  Dzwonił  młody.  Jego  syn.

Rytualnie opowiedzieli sobie, co słychać, a następnie Krzysztof przeszedł do sedna:

– Właściwie to dzwonię do ciebie, bo mam sprawę.
–  Potrzebujesz  kasy?  –  Heinz  nerwowo  przypominał  sobie  o  stanie  konta.  Pieniądze  jakoś  nigdy  się

go nie trzymały. Nie umiał odkładać, chomikować, oszczędzać. Może gdyby kobieta była w domu, działoby
się inaczej. Gdyby jednak kiedyś spieniężył gitarowy ekwipunek, uzbierałaby się niezła sumka.

–  Nie,  nie  o  to  chodzi.  Wiesz,  chciałbym,  żebyś  w  maju  przyjechał  do  Gdyni.  I  zagrał  z  moim

zespołem…

Milczał zaskoczony. Krzysiek nigdy wcześniej nie składał mu takiej propozycji. Właściwie nie było nad

czym się zastanawiać.

– Okej, rozumiem, że to w weekend? Dobrze, żebyśmy mogli spróbować wcześniej.
– Nie będzie takiej konieczności. Zagramy numer, który znasz, Oh! Darling.
– Jest parę lepszych kawałków Beatlesów. Więc może…
– Wiem. Ale chcę, żebyśmy ten zagrali. Dla mojej żony. Żenię się.

background image

18

W kwietniu przyszło zaproszenie. Ślub miał się odbyć w sobotę, czwartego maja.
– Żarty się skończyły – mruknął do siebie Heinz.
Zaproszenie kończyło się dwuwierszem:

Dla gości pewne ułatwienie –
Szelest koperty byłby w cenie.

Do  bólu  konkretni,  pragmatyczni  młodzi  ludzie.  Ten  dwuwiersz  powinni  podsunąć  jakimś  raperom,

pomyślał. Choć rym słaby.

Pamiętał,  że  pierwszą  jego  reakcją,  jeszcze  podczas  rozmowy  z  Krzysztofem,  był  dziwny  paraliż.

Odebrał  jego  słowa  tak,  jakby  był  postronnym  słuchaczem,  niezaangażowanym  w  ich  treść.  Dopiero  po
kilku długich sekundach dotarło do niego, co powiedział młody.

Znacznie  później  uświadomił  sobie,  co  wywołało  paraliż.  Przypomniał  sobie  swojego  starego,  który

pewnego dnia po prostu zniknął. Sam także nie był dobrym ojcem. Przypomniał sobie różne spięcia, które
stały  się  normą  dla  zapracowanego  policjanta  i  dorastającego  chłopaka.  Dwie  pokaleczone  rodziny.
Historia sprzed półwiecza i jej późniejsza niedokładna replika. Być może Krzysztof przerwie tę złą passę.
A być może, tego podświadomie Heinz musiał się obawiać, wpisze się w tradycję naznaczoną traumami,
pęknięciami i pustką.

A potem przeszli do konkretów. Skąd ją wziąłeś? Jak to skąd? Heinzowie poznają swoje kobiety albo

na  koncertach,  albo  na  stadionach.  Więc  domyśl  się.  Inne  pytania  młody  zbywał  szybkimi
odpowiedziami.  Heinz  dowiedział  się,  że  Krzysztof  rzucił  studia.  Miał  dość  drylu  i  kieratu.  Rewelacyjna
wiadomość. Postanowił skupić się na muzyce, bo to jego życie. Ma trzy świetne kapele. Projekty, jak się
teraz mówi. Rock, reggae i głęboka alternatywa. Totalny odjazd. Puszczę ci, gdy przyjedziesz.

Głęboka  alternatywa.  Fantastyczne  wieści.  Młody  podejmował  wybory  życiowe,  które  wróżyły  wiele

kłopotów.

Heinz został zaproszony z osobą towarzyszącą. Wiedział jednak, że pojedzie sam. W połowie kwietnia

Pocahontas wyruszała do Stanów na trzymiesięczny staż. Dwa lata o ten wyjazd walczyła. Będzie jeszcze
niejedna okazja, byś poznała Heinzów w lepszej, odmłodzonej wersji, powiedział. Przyrzekł, że nie narobi
obciachu. I tak zakończyli tę rozmowę.

W  połowie  kwietnia  zegar  zaczął  tykać  głośniej.  W  okolicach  długiego  weekendu  majowego  tykanie

stało  się  nieznośne.  Powróciły  kłopoty  ze  snem,  Heinz  budził  się  w  środku  nocy,  szedł  do  lodówki,
otwierał przygotowane zawczasu piwo i jeśli wszystko szło dobrze, po kolejnej godzinie zasypiał. Bywało
jednak,  że  leżał  do  rana,  a  przez  głowę  przewijało  się  jego  życie.  Niekiedy  film  zatrzymywał  się  na
stopklatce  i  nie  ruszał  do  przodu.  Na  nic  zdały  się  zapewnienia,  że  uroczystość  będzie  miała  skromny
i  luźny  charakter.  Rodziny  będą  nieliczne,  od  nas  tylko  ty  i  dziadek.  Tak,  tak,  obiecał,  że  przyjedzie.  Od
Joanny  rodzice  i  kilkoro  krewnych.  I  naprawdę  bez  przeciągania  jajka  przez  nogawkę  i  innych  głupich
weselnych  zabaw.  Zjawi  się  sporo  znajomych,  będziesz  się  dobrze  bawił,  no  i  zostaniesz  gwiazdą. Oh!
Darling
,  pamiętasz?  Jeśli  tak  bardzo  się  stresujesz,  przyjedź  od  razu  do  urzędu,  ja  mam  tu  wszystko
ogarnięte. Taka gadka. Cztery długie rozmowy telefoniczne. Żadna z nich go nie uspokoiła.

Przymierzył  garnitur,  którego  dawno  nie  zakładał.  O  dziwo,  mieścił  się  jeszcze,  chociaż  nie

powiedziałby,  że  ma  w  nim  swobodę  ruchów.  Marynarkę  i  spodnie  oddał  do  pralni,  kupił  białą  koszulę
i  krawat,  poszedł  do  fryzjera.  Przeszukał  mieszkanie  i  odnalazł  przewodnik  stylowego  mężczyzny,
a potem zgodnie ze wskazówkami wziął się do prasowania. Przymierzył całość. A następnie zrobił zdjęcie
i posłał do Pocahontas przebywającej w San Diego. Odpisała mu: „Oby od dziś tak codziennie”. Wyniósł
żelazko  do  piwnicy.  Nie  spodziewał  się,  by  w  ciągu  najbliższej  dekady  było  mu  potrzebne.  W  piwnicy
przestawił  dwa  olbrzymie  worki  z  kasetami.  Tylko  sentyment  sprawiał,  że  nie  pozbył  się  ich  jeszcze.
Wprawdzie  wróciła  moda  na  płyty  winylowe,  ale  nic  nie  zapowiadało,  że  to  samo  zdarzy  się  z  kasetami
magnetofonowymi.  Na  chybił  trafił  sięgnął  do  worka,  był  ciekaw,  co  podsunie  mu  los.  Zachrobotało
w  środku.  Cat  Stevens.  Największe  przeboje.  Piracka  kopia  z  końca  lat  osiemdziesiątych,  w  popękanym
pudełku.  Próbował  przypomnieć  sobie,  kiedy  słuchał  tego  ostatni  raz,  ale  nie  umiał.  Cat  Stevens.  Dość
dziwny facet.

background image

Poprosił  młodego,  by  zarezerwował  mu  miejsce  w  jakimś  motelu.  Uparł  się,  że  sam  zapłaci.  Ślub

wypadał  w  czasie  długiego  weekendu  majowego  i  gdyby  szukał  w  ostatniej  chwili  miejsca  nad  morzem,
byłyby  kłopoty.  Poza  tym  wyczytał  gdzieś,  że  Gdynia  stała  się  modna  i  już  nie  tylko  Gdańsk  i  Sopot
przyciągały  gości  na  imprezy.  Poprosił  o  motel  z  miejscem  parkingowym.  Zamierzał  pojechać
samochodem.

Motel,  w  którym  miał  rezerwację,  znajdował  się  nieopodal  alei  Piłsudskiego.  Zdążył  wziąć  prysznic

i założył garnitur. Obiecał sobie, że w niedzielę, przed wyjazdem, przejdzie się pod pomnik Conrada. O ile
ten jeszcze stoi. W dzisiejszych czasach nic nie wiadomo.

Uroczystość miała zacząć się o siedemnastej. Gdy dotarł do urzędu stanu cywilnego i rozejrzał się po

zebranych, poczuł ulgę. Sporo młodych ludzi, dość normalnie ubranych, wyglądających, jakby przyszli na
festyn lub koncert, śmiechy, ogólna wesołość. Wypatrywał syna. I synowej.

Podjechali  garbusem  w  kolorach,  które  doceniłyby  psychodeliczne  kapele  z  lat  sześćdziesiątych.

Krzysztof we fraku, panna młoda w bezpretensjonalnej beżowej sukience. Za nimi trzy pary, w pierwszej
potężna  kobieta  z  nakryciem  głowy,  jakiego  nie  powstydziłaby  się  angielska  królowa.  Prawdopodobnie
matka panny młodej. Jej wygląd nie pozostawiał złudzeń, kto w tej rodzinie miesza, dzieli i rządzi.

Uściskał się z synem. Nie pamiętał, kiedy to ostatnio zrobili.
– Świetnie wyglądasz.
– Ty też.
– Poznaj Joannę.
Przed  Heinzem  stała  wysoka,  szczupła  brunetka,  a  duże  ciemne  oczy  wpatrywały  się  w  niego

z niepokojem. Odruchowo spojrzał na kobietę w kapeluszu, uniósł brwi i uśmiechnął się.

– Jestem… Mów mi Rudolf… Albo Hipis. Tak jeszcze lepiej. Naprawdę jestem szczęśliwy. – Nie miał

pojęcia, czy to prawda.

Odwzajemniła uśmiech. Wiedział już, dlaczego młody stracił dla niej głowę. Nikt o zdrowych zmysłach

i bez większych problemów ze wzrokiem nie pozostałby obojętny.

Poznał  rodziców  dziewczyny.  Ojciec,  szczupły  mężczyzna  z  sumiastym  siwym  wąsem,  grzywką

opadającą  na  prawą  stronę,  skojarzył  mu  się  z  kolejarzem  z  Wielkopolski.  Matrona  otaksowała  go
spojrzeniem.

– Po co było im to potrzebne? – wyszeptała i położyła rękę na dekolcie. – I dlaczego w maju? Przecież

w nazwie miesiąca nie ma litery er.

Odpowiedział,  że  za  to  kiedyś  w  tym  miesiącu  czczono  zmarłych.  Matrona  spojrzała  na  męża,  który

nerwowo skubał wąs. Najważniejsze jest pierwsze wrażenie.

Musiał przyznać, że miejsce na przyjęcie wybrali dobre. Klubowa przestrzeń na ulicy świętego Piotra

nie  kojarzyła  się  ani  z  pseudopałacowymi  salami,  z  mnóstwem  girland  i  balonów,  żyrandolami  jak
z powieści Tołstoja, ani z tandetną dyskoteką. Ogólnie było na rockowo, bez zadęcia i nieco niechlujnie.
Joanna  zapewne  wymusiła  tę  konwencję  na  swojej  matce,  nie  wiedział,  jak  przebiegały  negocjacje,  ale
czego  nie  robi  się  dla  ukochanej  córki.  Kolejarz  wygłosił  przemówienie.  Jego  dziadek  przyjaźnił  się
z  Abrahamem.  Wiecie  z  którym.  Więc  walczył  z  Abrahamem  o  polskość  Pomorza  i  teraz  jego  rodzina
spotyka  się  z  bojownikami  powstań  śląskich.  Zawsze  walczy  się  po  czyjejś  stronie,  pomyślał  Heinz
i popatrzył na młodego, który wytrzymał spojrzenie. Ciekawe, co gówniarz jeszcze naopowiadał.

Krzesło obok Heinza stało puste.
– Gdzie jest stary? – zapytał Krzyśka, wręczając kopertę. – Znaczy… mój stary.
– Dziadek dzwonił do mnie. Coś zatrzymało go w Niemczech. Jest w drodze.
Co  jakiś  czas  wychodził  zapalić.  Impreza  rozkręcała  się,  a  on  mógł  obserwować  całą  gamę  uczuć

i  zachowań.  Para  młodych  ludzi  kłóciła  się  przy  wyjściu.  To  koniec  między  nami,  mówiła  dziewczyna.
Chłopak w skórzanej kurtce wsunął do ust koktajlową kanapkę. Te kanapki to dobre dla geji. Dla gejów,
debilu,  pouczył  go  kolega  i  obaj  zanieśli  się  śmiechem.  W  toalecie  ktoś  rzygał.  Heinz  zderzył  się  ze
starszym  mężczyzną,  jednym  z  niewielu  w  tym  wieku  na  sali.  Usłyszał  wymamrotane  przeprosiny,  a  po
chwili poczuł zapach musztardy i spojrzał na koszulę. Zaklął pod nosem. Po co im to było, usłyszał, kiedy
kolejny raz wyszedł na papierosa. Podobno jego ojciec jeździ na harleyu…

Kilka  par  tańczyło,  a  muzyka  była  wypadkową  różnych  gustów.  Ze  zdziwieniem  patrzył,  jak  para

młoda  kołysze  się  w  rytm  przeboju  z  lat  osiemdziesiątych. Joanna,  I  love  you dobiegało  z  głośników
i Kool & The Gang wykonywali swoją nieśmiertelną pościelówę. Nigdy nie sądził, że jego syn tańczy. Pił
mało. Nadspodziewanie mało. Pilnował się.

background image

– Tak to dawałeś, ojciec, czadu, ale na weselu syna coś nie bardzo – usłyszał od młodego.
Ktoś stuknął go w ramię.
Mężczyzna był w jego wieku. Wujek panny młodej. W ręku trzymał dwa kieliszki. Usiadł na krześle,

które czekało na Josepha.

– Pan tak samotnie siedzi… Napijmy się – zaproponował. – Jak oficer z oficerem.
– Jest pan wojskowym?
Mężczyzna uśmiechnął się.
– Ta sama firma. Z Wejherowa.
Zaczęli rozmawiać. Dla Heinza wieczór znów zamieniał się w opowieści tysiąca i jednej nocy. Wypili

po kolejnej wódce.

– Słyszałem, że pan był głównym przy „Diable z Katowic”?
Heinz potwierdził.
–  Też  ostatnio  mieliśmy  ciekawą  sprawę.  –  Mężczyzna  ściszył  głos.  –  Tu  zaraz,  niedaleko,  na

Hryniewieckiego.  Znaleźli  faceta.  Przywiązany  był  do  słupa  kablem  do  gitary.  Zmarł  z  odwodnienia.  Ale
wie  pan,  co  było  najlepsze?  –  Ściszył  głos  jeszcze  bardziej.  –  Facet  miał  spuszczone  gacie,  a  między
pośladki ktoś mu wcisnął banknot. Całą stówę. Niezłe, nie? Ci nasi tutaj głowią się, bo nie wiadomo, o co
w tym wszystkim chodzi.

Kayah  śpiewała Prawy  do  lewego,  kilka  męskich  głosów  przy  stole  próbowało  wtórować.  Jeden  ze

śpiewaków rąbnął pięścią w blat, żeby dodać sobie animuszu. To nie Bałkany, ktoś krzyknął.

– O, widzę, że moja stara zaczęła się niecierpliwić. – Mężczyzna wstał. – Mam nadzieję, że będziemy

się teraz spotykać, jak to rodzina.

Mój piękny Panie, raz zobaczony w technikolorze…

Rozległy się pierwsze takty przeboju 2+1.
– Jak się bawisz, Hipis? – Panna młoda wyrwała go z zamyślenia.
– Myślałem, że będzie gorzej. – Wzięła go za rękę.
– Pannie młodej się nie odmawia.
Zaczęli tańczyć. Czuł, że spojrzenia wszystkich zwróciły się w ich stronę, a jego ruchy stają się jeszcze

bardziej nieporadne.

– Nie umiem tańczyć – powiedział. – Zdaje się, że twoja mama nie jest zachwycona…
Uśmiechnęła w ten sam sposób jak za pierwszym razem.
– Za chwilę będzie zachwycona. – Patrzył na nią. Dwa kroki do przodu, jeden w tył. – Krzysiek ci nic

nie powiedział?

Już Cyganie czekają z muzyką.

– I dobrze. To mała niespodzianka. Od nas dla was. Ale tobie powiem już teraz. Zostaniesz dziadkiem,

Hipis. Ogłosimy to niebawem.

Rock, reggae, głęboka alternatywa. I małe dziecko. W głowie huczały mu dziesiątki myśli. Piosenka się

skończyła  i  odprowadził  Joannę  na  miejsce.  Nalał  sobie  kieliszek  wódki  i  uniósł  go  w  stronę  pustego
krzesła.

– Napij się ze mną – powiedział pod nosem. – Za ich zdrowie.
Muzyka ucichła, dwa reflektory oświetliły scenę, na którą wskoczył młody. Wziął mikrofon i poprosił

o chwilę uwagi.

–  Mam  dla  was  dwie  niespodzianki.  Zacznijmy  od  pierwszej.  Nie  wiem,  co  sądzicie  o  moim  ojcu  –

dłoń  przyłożył  do  czoła,  aby  uniknąć  świateł,  i  szukał  go  wzrokiem  –  ale  na  jednym  ten  facet  zna  się
świetnie. Na gitarach. Razem z zespołem zagramy dla was kilka kawałków, a pierwszy razem z nim.

Rozległy się pojedyncze brawa, ktoś wydał okrzyk. Heinz założył gitarę. Wysłużony biały Gibson Les

Paul. Instrument był nastrojony. Włączył wzmacniacz.

Stówka. Między pośladkami.
Stał na scenie, a jednocześnie był zupełnie nieobecny. Patrzył na ludzi, ale tak naprawdę nikogo przed

sobą nie widział.

Pierwszy akord zlał się ze śpiewem młodego.
please believe me
Włączył się do utworu.
Przywiązany kablem do gitary.
leave me alone

background image

Kończyła  się  druga  zwrotka  i  umówili  się,  że  zagrają  dwa  sola  gitarowe.  Hipis  jako  pierwszy.  Heinz

pokręcił  potencjometrem  i  spojrzał  na  podłogę,  która  zaczęła  kołysać  się  pod  nim.  Uderzył  akord,  który
był ewidentnie poza tonacją. Uniósł głowę, ale zamiast twarzy muzyków zobaczył rozmazane przecinki.

Pomnik Conrada. Odwodnienie. Worek ze starymi kasetami.
Czuł, że kolana się pod nim uginają. Wychylił się do przodu. Poczuł zapach musztardy na koszuli.
Runął ze sceny. Muzycy przestali grać.
Nie czuł bólu. Ktoś krzyknął.
A potem zapadła ciemność.

background image

19

Wpatrywały  się  w  niego  trzy  pary  oczu.  Dwie  twarze  znał,  trzecia  należała  do  pielęgniarki.  W  jednej

ręce tkwił wenflon, a dozownik miarowo odmierzał krople wnikające do jego ciała. Kable przyklejone do
klatki  piersiowej  pozwalały  monitorować  pracę  serca.  Zamocowana  na  ścianie  lampka  była  źródłem
słabego,  bladoniebieskiego  światła.  Raz  jeszcze  zamrugał  oczami,  a  potem  już  całkiem  świadomie
popatrzył  na  zebranych.  Chciał  się  unieść  na  poduszce  i  w  tym  momencie  poczuł  przeszywający  ból
w plecach. Jęknął.

– Jeden do jednego – powiedział Joseph.
Czy człowiek musi znaleźć się w szpitalu, by spotkały się trzy pokolenia Heinzów?
– Co jeden do jednego? – zapytał, wciąż krzywiąc się z bólu.
– Ostatni raz, gdy się widzieliśmy, to ja tak leżałem.
Heinz  przypomniał  sobie  zdarzenia  z  Darłowa  sprzed  prawie  trzech  lat.  Ostatni  raz.  Zabrzmiało  to,

jakby  regularnie  się  spotykali  przynajmniej  kilka  razy  w  roku.  Co  najmniej  podczas  świąt  i  ważnych
rodzinnych imprez. A przecież widzieli się wtedy trzeci raz po kilkudziesięcioletniej przerwie.

– Co się stało? – Właściwie wiedział, co się wydarzyło. Był w pełni przytomny. Bardziej interesowało

go, jak doszło do tego, że znalazł się w tym nieciekawym miejscu.

–  Graliście  i  nagle  zgiąłeś  się  jak  scyzoryk.  Poleciałeś  z  tej  sceny  w  dół.  Wyrżnąłeś  plecami  i  głową.

Dość efektownie to wyglądało. Ale najciekawsze jest to, że nawet wtedy chroniłeś

gitarę. Trzymałeś ją cały czas nad sobą.
Popatrzył  na  obecnych.  Twarze  Heinzów  nie  wyrażały  szczególnej  troski.  W  oczach  pielęgniarki

zobaczył profesjonalne zainteresowanie. Nic więcej. Uspokoił się. Chyba nie jest z nim tak źle.

– Zaraz… A ty skąd o tym wiesz, skoro cię tam nie było?
Heinzowie,  dziadek  i  wnuczek,  popatrzyli  po  sobie.  Także  oni  uznali,  że  ze  środkowym  ogniwem

rodziny nie jest najgorzej, skoro tyle pamięta.

– Widziałem nagranie. Kilku gości nagrało wasz występ telefonem. Możesz być pewien, że od jutra –

stary spojrzał na zegarek – właściwie to już od dziś będziesz gwiazdą YouTube’a.

– Która jest godzina?
– Czwarta rano.
Aparatura kontrolująca pracę serca wysyłała cichy sygnał.
Profiler spojrzał na syna.
– Chyba popsułem ci noc poślubną… – Uśmiechnął się słabo.
– Chyba tak. I skradłeś nam nasze show… To, które przygotowaliśmy z Joanną.
Przypomniał sobie taniec z panną młodą i pokraczne ruchy. Mimowolnie uśmiechnął się jeszcze raz.
– Kiedy?
– Co kiedy?
– Kiedy zostanę dziadkiem? A ten – wyciągnął rękę w stronę Josepha – pradziadkiem?
– Na przełomie roku.
– Trochę mnie to przeraża.
Głęboka alternatywa.
– Co powiedziałeś?
– Nic. – Zamknął oczy.
– Byłoby dobrze, gdybyście panowie już poszli – powiedziała łagodnym głosem pielęgniarka. – Jutro

zrobimy badania.

Poczuł  ciepłą  rękę  zaciskającą  się  na  przedramieniu.  A  potem  nastąpił  drugi,  krótszy  uścisk,  Heinz

usłyszał kroki i szmer zamykanych drzwi.

Obudził  go  krzyk  mew.  Heinz  spojrzał  w  okno.  Było  widno.  Rozejrzał  się  po  pokoju.  Raczej  pokoiku

z seledynowymi ścianami. Był jedynym pacjentem. Więcej łóżek i tak by się tu nie zmieściło. Odruchowo
spojrzał  na  nadgarstek  w  poszukiwaniu  zegarka.  Wenflon  zniknął  z  drugiej  ręki,  ale  z  klatki  piersiowej
wciąż zwisały kable. Odwrócił głowę w stronę szafki stojącej przy łóżku, wychylił się i otworzył szufladę.
Była pusta.

background image

I wtedy weszła pielęgniarka. Inna twarz niż ta, którą widział o czwartej rano.
–  Proszę  leżeć  spokojnie  –  upomniała  go.  –  Jest  pan  nieźle  poobijany.  I  tak  miał  pan  szczęście,  że

niczego sobie nie złamał. W tym wieku nic już nie składa się tak prosto.

W tym wieku. Dobrze słyszeć od rana.
– Która jest godzina?
– Dziewiąta. – Pielęgniarka poprawiała prześcieradło.
– Co właściwie mi się stało?
– Zapaść. Prawdopodobnie efekt przemęczenia, stresu, niezbyt zdrowego trybu życia. – Popatrzyła na

niego surowo.

Wolał nie dopytywać się, co miała na myśli.
– Jest pan potłuczony. Zrobimy badania, zobaczymy, czy nie ma wstrząśnienia mózgu. – Spojrzała na

aparat,  kiwnęła  głową,  a  następnie  oderwała  plastry  z  jego  piersi.  –  Skoro  już  pan  tu  leży,  warto  się
przebadać.

– Gdzie właściwie jestem?
Podała nazwę, która nic mu nie mówiła.
– Pański ojciec był kiedyś u nas z jakimś niemieckim piłkarzem. Mamy tu świetnych chirurgów. Ale

panu raczej nie będą potrzebni – uspokoiła go.

– Gdzie są moje rzeczy?
– W szafie. Potrzebuje pan czegoś?
Poprosił o telefon.
– Zaraz przyniosę śniadanie.
Podała mu komórkę.
Słyszał  cichnące  na  korytarzu  kroki.  Zmrużył  oczy.  Zanim  ogarnęła  go  ciemność,  pomyślał  o  czymś

istotnym. Naprawdę ważnym. To działo się już na scenie.

Minuta  po  minucie  odtwarzał  w  głowie  zdarzenia  z  wieczoru.  W  pewnej  chwili  usiadł  gwałtownie

i o mało nie krzyknął, gdy intensywny ból wwiercił się w plecy. Rzeczywiście musiał być nieźle poobijany.

Zapach musztardy. Oczywiście. Jak to było? Znaleźli faceta przywiązanego do słupa kablem do gitary.

Zmarł  na  skutek  odwodnienia.  Z  banknotem  wciśniętym  między  pośladki.  Gdzie  go  znaleźli?  Zaraz…
Pomyślał  wtedy  jeszcze  o  czymś.  Zacisnął  oczy,  aż  poczuł  ból  w  skroniach.  Trefny  akord  poza  tonacją.
Tak. Worek ze starymi kasetami.

Zjadł śniadanie. Trzy nieduże kanapki z szynką, dwa kruche ciasteczka i niezbyt mocna herbata. Gdy

pielęgniarka  odniosła  tackę,  powoli  wstał  i  podszedł  w  stronę  szafy,  na  której  zamontowano  lustro.
Pierwsze  kroki  stawiał  z  wysiłkiem  i  ostrożnie,  jakby  stąpał  po  nieznanym  gruncie.  Wolnym  ruchem,
krzywiąc  się,  zdjął  górę  szpitalnej  piżamy.  Przyjrzał  się  w  lustrze  swoim  plecom  pokrytym  ogromną,
żółtozieloną plamą, która z każdą godziną będzie robiła się ciemniejsza. Otworzył  szafę.  Garnitur  wisiał
na wieszaku. Poplamiona koszula też. Wrócił do łóżka pewniejszym krokiem.

Był  cały.  Najwyraźniej  miał  więcej  szczęścia  niż  rozumu.  Sięgnął  po  telefon,  który  w  tym  właśnie

momencie zadzwonił. Wyświetlił się nieznany numer. Wahał się przez chwilę, wreszcie odebrał. Usłyszał
kobiecy głos.

– Jak się czujesz, tato?
Tato. Dziwnie brzmiące słowo. Odkąd pamiętał, nikt tak do niego nie mówił.
–  Bywało  lepiej.  Ale  gorzej  też.  Zdaje  się…  –  Potrzebował  się  jakoś  wytłumaczyć.  –  Zdaje  się,  że

popsułem wam imprezę.

– Bywało gorzej – spróbowała go sparodiować. – Muszę ci powiedzieć, że potrafisz zrobić wrażenie na

kobietach.  Stałeś  się  atrakcją  wieczoru.  –  W  jej  głosie  pobrzmiewał  ton,  który  spowodował,  że  się
rozluźnił. Zdaje się, że wszystko rozeszło się po kościach. Pomijając jego własne.

Rozmawiali jeszcze chwilę.
–  Tak,  naprawdę  czuję  się  dobrze.  Na  tyle  dobrze,  że…  Przypomniało  mi  się  coś.  Rozmawiałem

wczoraj z twoim wujkiem, no, tym, który jest policjantem w Wejherowie. Możesz dać mi jego numer? …
tak, chcą mi zrobić jakieś badania. Nie przyjeżdżajcie, nie ma sensu. Nacieszcie się sobą.

Skończyli  rozmawiać,  a  chwilę  później  otrzymał  wizytówkę.  Zadzwonił.  Usłyszał  zaspany  głos.

Przedstawił się.

– A, to pan! Jezu, co się wczoraj stało?
Wyjaśnił,  że  nic  szczególnego.  Ogólne  przemęczenie.  Ale  właściwie  to  dzwoni  w  innej  sprawie.  Ta

background image

sprawa z banknotem w dupie. Możesz opowiedzieć to jeszcze raz? Słuchał uważnie i wiedział, że żadnych
badań nie będzie. Wypisze się na własną prośbę. Będzie awantura, gdy dwa pokolenia Heinzów dowiedzą
się o tym. Dlaczego pytam? Z czymś mi się to połączyło. Pamiętasz adres, gdzie to było? …trafię. Tak, bez
problemów, trzymaj się.

Godzinę  później  opuścił  klinikę.  Pielęgniarka  protestowała,  inna  zadzwoniła  do  Josepha.  Odbył

rozmowę  z  ojcem.  Twoja  opiekuńczość  jest  godna  szacunku,  szkoda  że  taki  nie  byłeś  czterdzieści  lat
temu.  Jak  zwykle  padło  o  kilka  słów  za  dużo.  Później  gorąca  linia  z  młodym.  W  nieco  łagodniejszej
tonacji. Nie, nie rzuciło mi się na głowę. Poza tym zostaję w Gdyni, tak, dobrze słyszysz, cześć.

Dotarł do motelu, który opustoszał po majówce. Poprosił o przedłużenie pobytu o dobę. Recepcjonista

patrzył  na  jego  bladą  twarz  i  sińce  pod  oczami,  na  koszulę  z  plamą  przy  kołnierzyku  i  niezbyt  świeży
garnitur.

– Dobrze się pan u nas bawi? – zapytał.
– Bardzo. Kocham Gdynię.
Dwie godziny później szedł w stronę nabrzeża, mijając sznurek samochodów z rejestracjami z całego

kraju.  Dotarł  na  ulicę  Hryniewieckiego.  Po  prawej  ręce  wznosiły  się  potężne,  nowe  apartamentowce,
z których podziwiać można Bałtyk. Sea Tower, przeczytał nazwę. Światowo. Jednak interesowało go to, co
znajdowało  się  po  drugiej  stronie  ulicy.  Obszedł  teren,  a  potem  sięgnął  po  telefon.  Wybrał  numer
Gawlika.

– Czy stało się coś tak pilnego, że musisz mi psuć końcówkę weekendu? – usłyszał. – Zaraz, przecież

ty  jesteś  na  ślubie.  –  W  tle  śmiech  dzieci  i  muzyka.  Najpewniej  naczelnik  rozpalił  pierwszego  w  roku
grilla na działce i zaprosił całą rodzinę.

Opowiedział,  co  się  zdarzyło.  Pominął  tylko  swój  wieczorny  występ.  Starał  się  mówić  wolno  i  bez

niepotrzebnych emocji. Chciał, żeby Gawlik zrozumiał, że sprawa jest poważna.

– Poczekaj, rozmawiam przez telefon – Gawlik szepnął do kogoś. Potem zapadła cisza.
Heinz czekał.
–  Dobrze,  działaj  –  usłyszał  wreszcie.  –  Zadzwonię  jutro  rano  do  kogo  trzeba  –  powiedział  bez

entuzjazmu. Heinz rozłączył się.

Nad najwyższymi piętrami Sea Tower kołowały mewy. Raz jeszcze przeniósł wzrok na miejsce, które

interesowało teraz go najbardziej. Patrzył na opustoszałe magazyny.

background image

20

W  poniedziałek  szóstego  maja,  gdy  wszyscy  budzili  się  z  weekendowego  letargu,  Heinz  przeciął  plac

Kaszubski, minął pomnik Abrahama, ławeczkę małżeństwa Scheibe i skierował się do budynku komendy
miejskiej.

–  Tak,  anonsowano  mi  pana  przybycie  –  usłyszał,  gdy  trafił  do  pokoju  starszego  aspiranta  Piotra

Klotza.

Była dziewiąta rano, znajdował się na obcym terenie i nie spodziewał się miłego przyjęcia. Nic takiego

też  nie  nastąpiło.  Klotz  jasno  dał  do  zrozumienia,  że  rozmawia  z  nim  tylko  dlatego,  że  nie  ma  innego
wyjścia, a Heinz podziękował w myślach Gawlikowi. Klotz był jednak na tyle uprzejmy, że zaproponował
kawę, a ta okazała się całkiem znośna. Przed nimi leżały akta sprawy.

– O ile zrozumiałem, szukacie związków między naszą sprawą a tym, co macie u siebie na tapecie.
Heinz przytaknął.
– No to nie ukrywam, że chętnie pozbędziemy się kłopotu. – Klotz otworzył teczkę i wyjął zdjęcia.
Na  pierwszym  ujrzał  mężczyznę  w  kurtce,  ze  zwieszoną  ogolono  na  łyso  głową  i  opuszczonymi  do

kolan  spodniami.  Kolejna  fotografia  pokazywała  szyję  ofiary  owiniętą  grubym  niebieskim  kablem.
Właśnie w taki sposób przytwierdzono ciało do filaru. Na następnym ujęciu nalana twarz z rozchylonymi
ustami  i  językiem  dotykającym  dolnej  wargi.  Następne  zdjęcia  ukazywały  wnętrze  magazynu,  który  był
tak samo pusty jak hangaroschron w Pile. Heinz uważnie przeglądał dokumentację.

–  Bogdan  Waluś  –  czytał  Klotz  –  lat  czterdzieści  siedem.  Menedżer  muzyczny,  zamieszkały

w  Warszawie.  Czternastego  lutego,  w  Walentynki,  jeden  z  jego  zespołów  grał  w  „Ustach”  na
Hryniewieckiego. Wie pan, gdzie to jest?

– Byłem tam wczoraj.
– To taka taneczna impreza w stylu „majteczki w kropeczki”. Ten Waluś taką muzyką się zajmował.

Zresztą w tych „Ustach” Weekend nagrywał swój teledysk. Ona tańczy dla mnie. Na pewno pan zna.

Potwierdził. Znał. Niestety.
– I czternastego wieczorem Waluś zniknął. Nikt się tym nie przejmował, wszyscy myśleli, że wyrwał

jakąś małolatę, jak miał w zwyczaju. Telefon milczał następnego dnia, a dwa dni później znaleźli go tam
po sąsiedzku, w magazynie.

– Jak odkryliście ciało?
–  Tam  jest  sporo  magazynów.  Część  należy  do  Dalmoru,  kilka  przerobiono  na  warsztaty

samochodowe, a parę stoi pustych. Drzwi były niedomknięte, jeden z klientów, czekał, aż mu z warsztatu
zwrócą samochód, kręcił się po terenie i zainteresował się…

– Dlaczego chcecie pozbyć się tego Walusia?
Klotz wyprostował się na krześle.
–  A  po  co  nam  on?  Poza  tym  to  był  kawał  skurwysyna.  Lista  jego  wrogów  jest  naprawdę  długa.

Jednych  naciął,  innych  okradł.  Z  tym  łączymy  tę  stówkę  znalezioną…  wie  pan  gdzie.  Poza  tym  koks,
panienki. Naprawdę nagrabił sobie. Rozmawialiśmy z jego żoną. Może nie podskoczyła z radości, ale też
nie wyglądała na przygnębioną.

– Kto prowadzi tę sprawę?
Klotz podał nazwisko.
– Mogę z nim zagadać?
– Jest w terenie. Mamy świeżaka. Sprzed godziny. Ciało w bloku przy Morskiej.
– Może pan do niego zadzwonić?
Aspirant zawahał się.
– Dobrze – powiedział z ociąganiem. – Proszę chwilę zaczekać.
Gdy wyszedł, Heinz raz jeszcze przejrzał zdjęcia. Pokręcił głową. Nie zgadzało się. Nie wszystko było

tak, jak się spodziewał. Nieobecność Klotza przedłużała się, wreszcie po kwadransie wrócił.

–  Powiedział,  że  jeśli  pan  taki  w  gorącej  wodzie  kąpany,  to  zaprasza.  Niechętnie.  –  Podał  Heinzowi

adres i odprowadził do wyjścia.

Mimo włączonej nawigacji zgubił się między blokami na Morskiej, ale wypatrzył radiowóz. Wjechał na

background image

trzecie  piętro  windą  upstrzoną  mnóstwem  wulgaryzmów  i  wyrazami  miłości  do  lokalnej  drużyny
piłkarskiej. Przez chwilę zastanawiał się, czy Gieksa i Arka mają zgodę.

Gdy wszedł do mieszkania, został skierowany do kuchni i zobaczył dwóch mężczyzn pochylonych nad

ciałem  chłopaka.  Ten  starszy,  z  posiwiałymi  włosami,  tłumaczył  coś  technikowi  ubranemu
w kombinezon.

–  Nie  mówi  się  „przekonywuje”.  Zapamiętaj  raz  na  zawsze.  Przekonuje.  Albo  przekonywa,  chociaż

mało kto już tak mówi.

Heinz chrząknął. Mężczyzna odwrócił się.
– Skoro panu tak się spieszy, to zapraszam. – Jarosław Pater pochylił się, szepnął coś technikowi, ten

spojrzał na Heinza i wyszedł. – Mój kolega zajmie się śladami w drugim pokoju. Czy mógłby pan pomóc
i zabezpieczyć to? – Wskazał na podłogę. – Wie pan, jak się to robi?

Na białych panelach znajdowała się kolorowa kompozycja wymiocin.
Wzruszył ramionami. Wiedział. Nic trudnego. I nic przyjemnego. Kolega z Gdyni postanowił zabawić

się jego kosztem.

Założył rękawiczki i kucnął. Starał się nie oddychać. Skrzywił się. Rano obejrzał sobie w lustrze plecy,

które przybrały barwę dojrzałej śliwki.

– Ale będziemy w tym czasie konwersować, okej?
Zbierał rzygowiny do gazy. Gdy już skończy, poprosi o dużą płytkę Petriego, zrobi sączek, powiesi go

i zda się na siłę grawitacji. Herbatka, kawa, piwo będą ściekać, a wraz z nimi trucizna. Zagarniał płynną
wydzielinę, kawałki makaronu, warzyw i mięsa. Niech ścieka, powtórzył w myślach. Czas zrobi swoje, nie
należy nic przyspieszać i wyciskać. Marchewka i wieprzowina nie zawsze absorbują trucizny. Nie ma więc
sensu mieszać ze sobą sosów, jak mawiali specjaliści od toksyn, bo to najlepszy sposób, by dołożyć pracy
laborantom i wydłużyć czas oczekiwania na wyniki.

– Co chce pan wiedzieć? – zapytał Pater.
– Chciałbym wiedzieć, jakie są pańskie wrażenia.
– Są takie, że ktoś się zemścił. A miał kto. Ten Waluś… Nazywa się jak morderca z RPA, ale pewnie

pan o tym nie wie, więc ten Waluś to był kawał fiuta.

W  Heinzu  narastała  irytacja.  Chciał  powiedzieć  coś  temu  bucowi,  który  nad  nim  stał  i  patrzył

z  satysfakcją,  jak  zajmuje  się  podłogą,  ale  powstrzymał  się.  Był  na  jego  terenie  i  szybko  mógł  zostać
spławiony.

– Najbardziej zastanawia mnie metoda – ciągnął Pater. – Można było załatwić gościa na sto bardziej

brutalnych i bolesnych sposobów. A tu ktoś po prostu przestał podawać mu wodę.

–  Nie  napotkał  pan  tam  czegoś  nietypowego?  –  Heinz  zdjął  rękawiczki  i  wyrzucił  je  do  kosza.  Umył

ręce nad zlewem.

– Na przykład?
– Czegoś, co kojarzyłoby się panu na przykład z Beatlesami…
Pater spojrzał na niego podejrzliwie.
–  Był  kabel  do  gitary…  Długi.  Taki  z  tych  lepszych,  sprawdziłem  to.  Waluś  pracował  jako  menedżer,

ale te jego zespoły nie miały nic wspólnego z Beatlesami. – Pater pokręcił głową. – Nie… Słucham takiej
muzyki i znam się na niej. Od razu bym się zorientował.

Przyjechał medyk z ekipą i zajęli się ciałem. Heinz rozmawiał z Paterem jeszcze kwadrans. Ustalili, że

kopia dokumentów trafi do Katowic.

– Tak. Pan z tych niecierpliwych. Postaram się szybko. –  Wie pan, jednak coś nie daje mi spokoju –

powiedział Pater, gdy Heinz wychodził.

Profiler  obiecał  sobie,  że  zapamięta  nazwisko  policjanta  z  Wybrzeża.  Niewykluczone,  że  kiedyś  się

jeszcze przetną.

– Co?
–  Ta  stówka.  Przecież  można  było  wcisnąć  banknot  o  mniejszym  nominale,  a  za  resztę  obstawić

zakłady u buka.

Przed  wyjazdem  zajrzał  jeszcze  raz  na  komendę.  Poprosił,  żeby  nie  zwlekali  z  przesłaniem

dokumentacji. A potem pojechał na Hryniewieckiego.

Magazyn  był  otwarty  i  kręciła  się  przed  nim  liczna  ekipa.  Zorientował  się,  że  kręcą  tam  film.  Tytuł

Sado Masa. Równie dobry jak każdy inny.

Odnalazł reżysera.

background image

– Pan tu jest Antonionim?
–  Kim?  A,  tak.  –  Mężczyzna  poprawił  okulary.  Miał  policzki,  które  upodabniały  go  do  chomika.  –

A pan kim jest?

Heinz pokazał legitymację.
– Mamy wszystkie zezwolenia – zaczął tłumaczyć. – Zaraz poproszę…
– Nie, nie o to chodzi – uspokoił reżysera. – Czy mógłbym zajrzeć do środka? – Wskazał magazyn. –

Chciałbym coś sprawdzić.

Podeszli  razem  do  wejścia,  a  potem  reżyser  gdzieś  zniknął.  Dwóch  oświetleniowców  męczyło  się

z  reflektorem,  który  miał  być  przymocowany  do  metalowego  słupa.  W  miejscu,  gdzie  zginął  Waluś.
Kobieta w czerwonym lateksowym kostiumie chodziła wte i wewte i modulując głos, powtarzała zdanie:
„A teraz musisz być bardzo grzeczny, chłopczyku”. Przy ostatnim słowie uderzała się w goleń szpicrutą.

W kącie dostrzegł metalowy stolik i krzesełko. Podszedł do techników.
– To wasze?
– Nie. To było już w tym magazynie, gdy przyjechaliśmy.
Obszedł słup z każdej strony. Wyobraził sobie mężczyznę, który był do niego przywiązany. Przestrzeń

magazynu  oświetlały  dwie  stare  lampy.  Spróbował  zakodować  sobie  ten  obraz.  Tak  jakby  robił  zdjęcie.
Uznał, że nic tu po nim. W drzwiach zderzył się z Antonionim.

– Szukałem pana, dobrze, że pan jest jeszcze. Kajdanki nam się zacięły. Może pan pomóc?
Aktorka ze szpicrutą wciąż powtarzała swoją kwestię.

background image

21

Siedzieliśmy  w  sali  konferencyjnej.  Skład  taki  jak  wówczas,  gdy  przejmowaliśmy  sprawę  zabójstwa

Patryka,  poprosiłem,  aby  dołączył  do  nas  Lewandowski.  Uświadomiłem  sobie,  że  niedługo  od  śmierci
chłopaka  minie  rok.  Matka  z  pewnością  zamówi  mszę,  może  pojawi  się  na  niej  nawet  Pułkownik  na
wózku,  kumple  z  hiphopowego  składu  zapalą  e-znicz.  O  ile  jeszcze  pamiętają  Patryka.  Dla  nich  czas
płynie szybciej i chyba tylko do przodu.

Miałem  nadzieję,  że  dla  nas  zacznie  płynąć  inaczej.  Że  wreszcie  przyspieszymy.  Przez  rok  Breivik

sprawdzał kolejne ślady bez widocznych efektów. Całkiem zamknął się w sobie. Nigdy nie był rozmowny.
Nawet na piwie, które wypiliśmy, tak, raz się to zdarzyło, zachowywał dystans i zmieniał temat, gdy tylko
rozmowa  zaczynała  schodzić  na  sprawy  osobiste.  Gdy  pytałem  go  o  młodego  Kodyma,  było  podobnie.
Uparte milczenie. W pewnym momencie dałem spokój.

Po powrocie z Gdyni wróciłem do gry. To także nie było mu na rękę. Ale miałem to gdzieś.
Tak  jak  za  pierwszym  razem  przygotowałem  komplet  materiałów,  które  wylądowały  obok  dwóch

termosów z kawą. Lewandowski rozglądał się za ciastkami, ale tym razem mógł o nich jedynie pomarzyć.
Dostaliśmy  materiały  z  Gdyni,  Warszawa  dosłała  swoje.  Sprawą  interesowała  się  komenda  stołeczna,
i dlatego ponownie zetknąłem się z aspirantem Maciejewskim. Ostatni raz pracowaliśmy przy śledztwie
dwa  lata  temu.  Niezły  skurwiel,  tak  opisał  Walusia.  Pewnie  nieładnie  mówić  tak  o  zmarłym,  ale  skoro
wszyscy używają tych samych określeń, coś w tym musi być. Zresztą gdy na was dwóch patrzę, też cisną
mi się na usta.

Wszystko  wskazywało,  że  zajrzę  do  Warszawy.  Służbowo.  O  ile  przekonam  ekipę,  tu,  na  miejscu,  że

mam  rację.  A  były  argumenty  za,  były  i  przeciw.  Wiedziałem,  że  wciąż  brakuje  mi  rozstrzygającego
dowodu. Czegoś, co połączy dwa zabójstwa. Bo o tym, że one się łączą, byłem święcie przekonany.

–  O  wszystkim  –  zacząłem  –  decydował  ciąg  skojarzeń.  Usłyszałem  historię  o  facecie,  którego

przywiązano  do  słupa  kablem  do  gitary  elektrycznej.  Ofiara  miała  wetknięty  między  pośladki  banknot.
I  wtedy  przypomniałem  sobie  Koczwarę.  Tego  dziwaka,  który  pracuje  w  naszym  radiu  i  wie  wszystko
o Beatlesach. Nieźle mnie przećwiczył.

Przypomniałem sobie trzy godziny spędzone w dusznej kanciapie. W raju, spa i Eldorado stworzonym

przez realizatora nagrań.

– Jest taka piosenka Mean Mr. Mustard.
– Skąpy pan Musztarda? – Cieśla wyłamywał stawy w palcach.
– Nie będę was zanudzał… Podobno Lennon przeczytał artykuł o człowieku, który obsesyjnie bał się,

że  zostanie  okradziony,  i  przechowywał  oszczędności…  wiecie  gdzie.  Ta  piosenka  znajduje  się  na  płycie
Abbey Road, a pamiętacie, jaką okładkę znaleziono w hangaroschronie…

–  Równie  dobrze  może  być  to  sygnał  od  kogoś,  komu  „Duży  Dżon”  wisiał  kasę  –  wtrącił  Gawlik.  –

I przestroga dla innych, by regulowali należności.

– Dlaczego „Duży Dżon”? – zainteresowała się Rojek.
–  Sam  tak  o  sobie  mówił.  –  Najwyraźniej  naczelnik  przygotował  się  do  zebrania.  –  Chwalił  się

wielkością swojego przyrodzenia.

– Zupełnie jak rzecznik prasowy PiS-u – odezwał się Lewandowski z końca stołu.
Rojek prychnęła i nie zapytała już o nic.
–  To  prawda.  –  Breivik  spojrzał  na  mnie.  –  Jeśli  mówią  o  tym  facecie,  to  tylko  źle.  Lewa  kasa,

przewałki na kontraktach, oszukani ludzie. W Warszawie interesowali się nim, bo podobno uczestniczył
w  handlu  żywym  towarem.  Sprowadzał  dziewczyny  z  byłego  bloku  wschodniego,  obiecywał,  że  zrobi
z nich gwiazdy, a kobiety lądowały w burdelach na Zachodzie. Był jakimś trybikiem w tym całym biznesie.
Jak kot zawsze spadał na cztery łapy. Ale spada się tylko do czasu.

–  Są  inne  podobieństwa  między  tymi  sprawami.  –  Nie  dawałem  za  wygraną.  Zacząłem  wyliczać:  –

W obu wypadkach magazyny. Żadne tam odludzie, jeśli chodzi o Piłę, może jeszcze tak, ale Gdynia… To
zdarzyło się koło klubu, gdzie krążyło mnóstwo ludzi. Mówiłem wam, gdy rozmawialiśmy o Patryku. Ten,
kto  to  robi,  ma  nerwy  ze  stali.  Potrafi  planować.  Ci  w  Gdyni  przesłuchali  wszystkich.  Barmanów,
właścicieli  klubów,  ochroniarzy,  mechaników  samochodowych.  Po  drugiej  stronie  ulicy  znajduje  się

background image

wypasiony  apartamentowiec,  tam  też  przepytali  cieciów  od  szlabanu.  Nikt  nic  nie  widział.  Nasz
Magazynier jest niewidzialny. Jak… Jak Nemo.

Patrzyli na mnie w milczeniu.
– Kolejna rzecz. Wspólnym motywem jest woda.
– Woda?
–  Tak.  W  wypadku  Kodyma  woda  spowodowała  wychłodzenie  organizmu.  U  Walusia  mamy

odwodnienie.  Poza  tym  na  ciele  –  pokazałem  raport  medyka  sądowego  –  macie  ślad,  który  może  być
efektem użycia paralizatora.

– Ale nie musi – zaoponował Breivik.
–  Powiedziałem:  może.  Powtórzę  też:  zabójca  potrafi  planować.  Badania  wykazały,  że  Walusiowi

podano środki moczopędne. Nie za dużo, żeby nie doprowadzić do zaburzeń elektrolitowych, ale tak, aby
zrobiły swoje. Zresztą Waluś miał podobno tak zniszczoną wątrobę, że odwodnił się szybko. Teoria mówi
o trzech dniach, medyk utrzymuje, że tu śmierć nastąpiła znacznie szybciej.

– O co chodzi z tą wodą? – zainteresował się Lewandowski.
–  Nie  wiem.  Być  może  o  jakąś  symbolikę  –  myślałem  głośno.  –  Woda  zwykle  wiąże  się

z  oczyszczeniem,  odnowieniem,  narodzinami.  Naprawdę  nie  wiem.  Jestem  jednak  pewny,  że  ma  jakieś
znaczenie. Chciałem wam coś innego powiedzieć…

Popatrzyłem  na  zebranych.  Rojek  jak  zwykle  przebywała  w  swojej  cyberprzestrzeni,  gdzieś  między

laptopem a wyświetlaczem iPhone’a. Gawlik wertował dokumenty.

–  Rozmawiałem  tam  na  miejscu  z  policjantem,  który  się  tym  zajmował.  Pater,  wyjątkowo

nieprzyjemny… Ale na jedno zwrócił mi uwagę. Powiedział to samo, co medyk sądowy z Piły, gdy na stół
trafił do niego Kodym… – Zawiesiłem głos. – Jest wiele sposobów, by zemścić się tak, by ofiara cierpiała.
By modliła się o szybką śmierć. Oba nasze przypadki są inne. W obu szybko traci się świadomość. W razie
odwodnienia też. Tu chodzi o inny typ satysfakcji, której doświadcza zabójca.

– To są wciąż poszlaki. – Breivik pozostawał nieugięty. – Ciekawe, ale co najwyżej poszlaki. Zabójca

z Piły pozostawił okładkę. W Gdyni nic takiego nie znaleźli.

– Rozpytaliście o tego Walusia? – Gawlik spojrzał na Rojek.
–  Bywał  w  Katowicach,  zapamiętali  go,  bo  ze  dwa  razy  awanturował  się  w  klubach  go-go.  Był

menedżerem  muzycznym,  a  młody  Kodym  raperem,  więc  to  także  sprawdziliśmy.  Wprawdzie  to  dwa
bieguny,  ale…  Zapytaliśmy  nawet  starego  Kodyma,  czy  syn  mógł  mieć  coś  wspólnego  z  Walusiem.
Wydawał się bardzo zdziwiony. Kumple chłopaka reagowali podobnie.

– Powiem wam jeszcze jedno. – Czułem, że kolejne argumenty są mi wytrącane z ręki. – Pamiętacie,

w  Pile  znaleziono  kawałek  plastiku.  Taki  mały.  –  Pokazałem.  –  Domyślam  się,  co  to  jest.  To  kawałek
pudełka  od  kasety  magnetofonowej.  Wyjaśniłem,  jak  to  się  według  mnie  odbyło.  Magazynier  przesunął
stolik, przystawił krzesło. I gdy chłopak się wychładzał, puszczał muzykę. Byłem tego prawie pewien.

Opowiedziałem  też  o  worku  z  kasetami,  który  trzymam  w  piwnicy.  Patrzyli  na  mnie  jak  na  wariata.

Nawet  Lewandowski  niemal  niedostrzegalnie  pokręcił  głową,  jakby  chciał  mi  dać  znak,  abym  nie  brnął
dalej.

– Swoją drogą tam przy tych „Ustach” – Rojek wpatrywała się w ekran laptopa, już dawno przestała

mnie słuchać – niezły kontrast. Z jednej strony wieżowiec, z drugiej rozwalone znaki drogowe.

– Kto dzisiaj używa kaset? Może tylko ty. – Gawlik spojrzał na mnie sceptycznie. – Sądzę, że mamy za

mało dowodów, aby… – mówił dalej, ale ja nie słuchałem.

Widziałem,  że  Breivik  się  uśmiecha.  Miałem  to  gdzieś.  Niejasna  myśl  błąkała  mi  się  po  głowie.

Nerwowo dopiłem kawę, jakbym chciał ukonkretnić niejasne przeczucia. I nagle zatrybiłem.

– Co powiedziałaś? – przerwałem Gawlikowi.
Wszyscy znów gapili się na mnie zaskoczeni.
– Co powiedziałaś o bajzlu tam na Hryniewieckiego w Gdyni?
– O znaku drogowym. Że znak drogowy…
– Zaczekajcie – krzyknąłem i wybiegłem z sali konferencyjnej.
Odszukałem  telefon  do  Klotza.  Wydawał  się  konkretniejszy  i  bardziej  do  rzeczy  niż  ten  cały  Pater.

Miałem  szczęście.  Był  w  komendzie.  Obiecał,  że  za  pięć  minut  oddzwoni.  Czekałem  jak  na  szpilkach
w moim pokoju. Odezwał się po niecałych trzech minutach.

–  Czy  jesteś  pewien  –  zacząłem  bez  wstępu  –  że  przesłaliście  nam  wszystkie  materiały  w  sprawie

Walusia?

background image

Milczał.
– Czy tam w magazynie zabezpieczyliście może coś więcej? Na przykład znak drogowy?
–  Znak?  A  tak…  Skąd  wiesz?  –  zapytał  zdziwiony.  –  Zabezpieczyliśmy  go  na  wszelki  wypadek.  Ale

raczej nie ma nic wspólnego ze sprawą. O ile pamiętam, leżał zaraz przy wejściu.

–  Poczekaj.  –  Podbiegłem  do  sali  konferencyjnej.  –  Włączyłem  tryb  głośnomówiący.  Powtórz  to

wszystko raz jeszcze.

Powtórzył.
– Jak to wam potrzebne, podeślę zaraz skan.
Podałem adres mejlowy Rojek. Tak było najszybciej. Czas dłużył się niemiłosiernie, choć wiadomość

przyszła szybko. Chciało mi się palić.

Teraz też mi się chce…
Możemy zrobić przerwę?
Przejrzałem zdjęcia z Piły. Odnalazłem spreparowaną okładkę Abbey Road.
Rojek  otworzyła  plik.  Patrzyliśmy  na  drogowy  znak  informacyjny,  w  nomenklaturze  opisywany  jako

D-6.  Niebieskie  tło.  Biały  trójkąt.  Dwa  wierzchołki  u  dołu,  jeden  u  góry.  Pieszy  przechodzi  przez  pasy.
Znak informujący o przejściu dla pieszych.

Ale  na  tym  z  Gdyni  ktoś  niezmywalnym  markerem  dorysował  trzy  postaci.  Kondukt  żałobny  znów

rusza w drogę.

Policjantka postawiła koło monitora zdjęcie z okładką Abbey Road. Wersja z Piły.
– To zmienia postać rzeczy – powiedział Gawlik.
Miałem brakujące ogniwo.
Rozdzielaliśmy zadania. Zauważyłem, że Breivik cały czas patrzy na mnie.
Pomyślałem  wtedy,  że  chciałbym  wiedzieć,  o  czym  tak  naprawdę  myśli.  Czy  tylko  chora  ambicja

sprawia, że nie chce, żebym znów angażował się w śledztwo? Czy było w tym coś więcej?

background image

Część III

Come Together

background image

22

Na początku czerwca Heinz wstrzelił się w napięty grafik Magdaleny Strzałkowskiej-Waluś, wdowy po

„Dużym  Dżonie”.  Kobieta  właśnie  wróciła  z  Tajlandii  i  zaraz  wybierała  się  w  kolejną  podróż.  Heinz
nalegał na spotkanie, a ona zgodziła się niechętnie. Tylko, proszę pana, poinstruował go władczy głos, gdy
rozmawiali, proszę być o ósmej rano. O dwunastej mam lot do Paryża. Wybieram się do siostry.

Przez  miesiąc  próbowali  szukać  związków  między  Walusiem  a  młodym  Kodymem.  Ponownie  wzięli

w  obroty  dilera  zaopatrującego  chłopaka  w  chemię.  Odezwali  się  do  „Ruska”,  ale  w  żaden  sposób  nie
udało im się powiązać postaci menedżera, który potrafił wywinąć się z każdej opresji, z Piłą. Nie mieli nic.
Nic  oprócz  podobnego  schematu  działania.  Oraz Abbey  Road.  Konduktu  żałobnego  kroczącego
w nieznane.

Sprawę Złotej Rączki przejął Lewandowski.
–  Skąd  wiedziałeś  –  zapytał  kiedyś  na  korytarzu,  w  przelocie  –  że  tam  w  Gdyni  powinno  być  coś

więcej? Skąd pomysł z tym znakiem drogowym?

–  Jestem  po  prostu  pewien,  że  nasz  Magazynier  jest  łasy  na  pochwały.  To  typ  narcyza.  Ktoś,  kto

bardzo chce zostać doceniony. Numer z banknotem nie był jasny, tu Breivik miał rację. Właściwie tylko ja
coś dostrzegłem. I to też dlatego, że się dokształciłem u naszego bitelsologa. Na miejscu powinno znaleźć
się  coś  bardziej  oczywistego.  Tego  czegoś  mi  brakowało.  Tam,  koło  tych  magazynów,  jest  przejście  dla
pieszych. I gdy nasze Wieczne Rajstopy wspomniały o znaku drogowym, coś zaskoczyło. Tyle o tym.

W przeddzień spotkania z wdową przyjechał do Warszawy. Jak zwykle skorzystał z policyjnego hotelu

na Sierakowskiego. Zadzwonił do Gotyckiej Jolki. Była poza Warszawą. Namierzała jakiegoś typa. Pech.
Ale znalazła godzinę, by z nim porozmawiać. Opowiedział o Beatlesach. Być może liczył, że i tym razem
coś mu podpowie, podsunie jakieś rozwiązanie, dostrzeże coś, co sam przeoczył. Nic takiego się nie stało.
Nie  wypytywał  o  zdrowie  i  samopoczucie.  W  ciągu  kilku  lat  znajomości  nauczył  się,  żeby  takie  tematy
omijać. Zapytał ją, jak radzi sobie, żyjąc poza firmą. Zastanowiła się. A potem powiedziała coś, co wydało
się mu się ważne.

– Kiedyś nie wyobrażałam sobie innego życia. A teraz, Hipis, nie wyobrażam sobie, że mogłabym coś

jeszcze zmienić. Jestem wolnym człowiekiem. Zależnym tylko od mojego stanu, nastroju i potrzeb.

Obiecali  sobie,  że  kiedyś  się  spotkają.  Ludzie  zwykle  tak  mówią  przez  telefon.  W  tym  wypadku

wiedział, że obietnica jest szczera.

– Trzymaj się. Cześć.
Porozmawiał z Maciejewskim. Umówili się na następny dzień w południe. Wtedy wdowa po Walusiu

znajdzie się na wysokości przelotowej w drodze do Paryża.

Magdalena  Strzałkowska-Waluś  mieszkała  na  osiedlu  Marina.  W  przestrzeni  zamkniętej  i  jednej

z najbardziej prestiżowych w Warszawie. Tyle Heinz wiedział. Za dziesięć ósma znalazł się na Mokotowie.
Przy bramce wjazdowej wydzielono dwa pasy, jeden dla mieszkańców i drugi dla gości. Najwyraźniej trafił
na godziny osiedlowego szczytu i musiał odstać swoje w kolejce. Został pouczony, gdzie ma się kierować.
Do głównej ulicy osiedla, a potem w lewo. I jeszcze raz w lewo.

Wjechał, spojrzał na zegarek i zmienił zamiar. Zatrzymał się. Musiał chwilę popatrzeć.
Z  osiedla  wyjechały  najnowsze  modele  audi,  dwa  porsche,  kilka  banalnych  SUV-ów  z  roześmianą

dzieciarnią  na  tylnych  siedzeniach,  rozwożoną  pewnie  do  prywatnych  szkół.  Za  to  w  drugą  stronę
kierowali  się  piesi.  Kobiety  z  siatkami  ze  sklepów  spożywczych,  ze  śniadaniem  w  środku,  i  niechlujni
mężczyźni. Heinz rozpoznawał ten typ dość dobrze. Gosposie, opiekunki do dzieci, sprzątaczki, monterzy
i  pracownicy  sklepów.  Jeden  z  samochodów  terenowych  zatrzymał  się  na  chwilę,  wysiadła  z  niego
atrakcyjna trzydziestolatka na wysokich obcasach i otworzyła bagażnik. Kobiety, które wchodziły na teren
Mariny,  miały  buty  na  niskich  obcasach.  I  zdecydowanie  bardziej  znoszone.  Minął  go  samochód
z przyczepą, na której znajdowała się potężna kosiarka. Właściwie zrobiło się już lato. Heinz uświadomił
sobie,  że  przecież  ktoś  musi  tu  pielęgnować  trawę  i  dbać  o  ogrody.  Ósma  rano.  Krwiobieg  Mariny
pracował na pełnych obrotach.

Wjechał  w  ulicę  Przejazd,  główną  na  osiedlu.  Spojrzał  raz  jeszcze  na  zegarek.  Pokusa  okazała  się

silniejsza.  Zrobił  dodatkową  małą  rundę.  Zobaczył  aptekę,  sklep  spożywczy  i  cukiernię.  Z  pewnym

background image

zaskoczeniem  dostrzegł  gabinet  krioterapii,  czymś  normalnym  wydała  mu  się  obecność  kilku  salonów
kosmetycznych.  Popatrzył  po  oknach.  Część  mieszkań  wyglądała  tak,  jakby  nie  było  tam  żywego  ducha,
nie  dało  się  tego  powiedzieć  o  wolno  stojących  domach.  Pod  jednym  wystawiono  białe  porsche,  pod
innym jaguara. Samochód był długi i najpewniej nie mieścił się w garażu. Stał więc na zewnątrz niczym
dzieło sztuki i oczywista oznaka zamożności właściciela.

Podjechał wreszcie pod dom, do którego zmierzał. Ogrodzony jak każdy inny. Z systemem alarmowym

jak  każdy  inny.  Przestrzeń  zamknięta  w  przestrzeni  zamkniętej.  Więzienie  w  Wałczu  otoczone  przez
Alcatraz. Tak z grubsza.

Drzwi otworzyła czterdziestoletnia kobieta. Bombowiec. Od pierwszej chwili skojarzyła się Heinzowi

z bombowcem w garsonce, którą opięła obfite kształty. Czarna, postrzępiona grzywka. I biżuteria, za którą
można by kupić miasteczko. W rękach trzymała dwie pary butów z potężnymi obcasami.

– Które? Te czy te? – Pokazała.
Zrozumiał, o co pyta.
– Oba.
– Dobra odpowiedź. – Roześmiała się i wpuściła go do środka.
Zaproponowała  kawę  i  wskazała  ścianę,  w  którą  wmontowany  był  ekspres.  Za  kilkadziesiąt  tysięcy

złotych.

Heinz popatrzył bezradnie na światełka migające na panelu.
– Nie wiem, jak to obsłużyć… – Przypomniał sobie policyjny termos w sali konferencyjnej.
Bombowiec nadleciał, nacisnął kilka przycisków i chwilę później Heinz trzymał w ręce espresso.
Usiadł.
Magdalena  Strzałkowska-Waluś  była  cały  czas  w  ruchu.  Jak  bąk.  Albo  właśnie  bombowiec.  Na

podłodze leżały dwie ogromne walizki. Kobieta wkładała ubrania, wyjmowała, zamieniała je miejscami.

Heinz chrząknął.
– Jeśli nie pogniewa się pani za tę uwagę… Raczej mam przed sobą typ wesołej wdówki.
Odwróciła się i roześmiała.
Była nawet ładna. Byłaby ładna. Gdyby nie próbowała być jeszcze ładniejsza.
– A co pan myślał? Było, minęło. Kawał skurwysyna z niego był.
– To mnie pani dopiero zaskoczyła.
Rozpromieniła się raz jeszcze.
Opowiedziała, jak się poznali. Było to czternaście lat temu. Dziewczyna z prowincji, której zamarzyła

się  kariera.  I  światowiec,  który  obiecał,  że  zrobi  z  niej  gwiazdę.  Miała  przynajmniej  tyle  mądrości,  że
szybko  przejrzała  na  oczy.  Jedni  tracą  złudzenia  szybciej,  inni  później.  Ci  drudzy  prędzej  idą  do  piachu.
Zaczęła  żyć  na  własny  rachunek,  wspólnie  to  jedynie  pomnażali  majątek.  W  tej  sprawie  mieli  do  siebie
zaufanie.  Ciemne  interesy?  Niech  pan  poszuka  uczciwego  w  tej  branży.  Poza  tym  zawsze  trzymała  się
z  daleka  od  szemranych  spraw.  Dzieci?  On  nie  mógł  mieć  dzieci.  Słyszał  pan  pewnie:  „Duży  Dżon”.  Ani
taki duży, ani Dżon. Wrogowie? Groźby? Wszystko, co wiedziałam, opowiedziałam pańskim kolegom.

–  Czternaście  lat…  –  powiedział.  Musiał  przyznać,  że  espresso  było  bardzo  dobre.  –  Czy  mówił,  co

robił wcześniej? Miał może starych znajomych, z którymi się spotykał?

–  Nie.  Nigdy  nic  nie  mówił.  A  mnie  to  nie  interesowało.  Byłam  szczęśliwą  dziewczyną,  a  potem…

Potem od razu stałam się rozważną kobietą. Dlaczego pan o to pyta?

– Szukam. Musimy sprawdzić różne możliwości. – Równie dobrze mógł powiedzieć: wciąż błądzimy

we mgle.

Zatrzymała się nagle. W ręce trzymała kilka kompletów bielizny.
– Ale jest taki facet. Kiedyś go poznałam, na jakimś raucie. Pamiętam, obaj nie byli szczęśliwi z tego

spotkania.  Zaraz…  jak  on  się  nazywał?  Rafał  Żmuda.  Też  jest  menedżerem  muzycznym,  znana  postać
w branży, chociaż zupełnie inne klimaty… Ale dawno temu pracowali razem, może nawet się przyjaźnili.
Chwilę z nim rozmawiałam i tak z tego wynikało. O ile ten mój z kimkolwiek się przyjaźnił… Akurat tego
pańskim kolegom nie mówiłam. Nie pytali o to.

Wstał.
– Fajny pan jest. Gdyby się pan bardziej ogarnął i ogolił, wzięłabym pana do Paryża. – Westchnęła. –

Proszę postarać się następnym razem.

– Postaram się.
– A swoją drogą to ohyda. – Wskazała na gazetę leżącą na stoliku.

background image

– Co? – Zdziwił się. – A, to. – Okładka zapowiadała artykuł o znanym tenisiście, młodych chętnych na

wszystko dziewczynach i podstarzałych lowelasach w Ameryce.

– Wie pan, mieliśmy tu kiosk na osiedlu. Upadł. Na Marinie nikt nie czyta nawet gazet.
Nie czekała, aż coś odpowie. Otworzyła drzwi.
Życzył jej przyjemnego lotu.

background image

23

Zatrzymał  się  przed  bramką  wyjazdową.  Krwiobieg  Mariny  znacznie  zwolnił.  Ci,  którzy  mieli

wyjechać,  już  to  zrobili.  Podszedł  do  dwóch  starszych  mężczyzn  ubranych  w  czarne  uniformy.
Wylegitymował  się,  a  oni  popatrzyli  na  niego  podejrzliwie.  Spojrzeli  po  sobie.  Byli  na  tyle  wyćwiczeni,
żeby nie mówić więcej niż trzeba. Prywatność mieszkańców to rzecz święta.

Heinz  wyjął  banknot.  O  mniejszym  nominale  od  tego,  jaki  tkwił  w  ciele  Walusia.  Ale  wystarczył.

Rozmowa  zaczęła  się  kleić.  Księga  z  listą  wjeżdżających  samochodów  trafia  do  szefostwa  firmy.  Chyba,
tak  słyszeli,  po  pewnym  czasie  jest  niszczona.  Pełna  poufność.  Wie  pan,  tu  na  osiedlu  ekskluzywny
burdel  jest,  ale  nawet  my  nie  wiemy  gdzie.  Taksówkarze  zawsze  wysadzają  klientów  w  ustalonym
miejscu, żaden nigdy nie puścił pary z gęby.

Gdy zapytał o Walusia, znów spojrzeli po sobie.
– Co jest? – zapytał Heinz.
– Kawał bydlaka – wycedził ochroniarz. – Ale wiesz pan co? Szkoda że naszego kolegi dziś tu nie ma…

Ten Waluś naubliżał mu kiedyś po pijaku. I facet zawziął się. Zapisywał sobie na boku wszystkich, którzy
do niego przyjeżdżali. Wie pan – ściszył głos – to stary ubek. Powiedział, że wykorzysta kiedyś te haki na
skurwego syna.

Heinz zapisał telefon. Podziękował. Zapewnił, że wszystko zostanie między nimi.
Przy bramie minął się z samochodem należącym do firmy ogrodniczej.
Jechał  do  centrum.  Obiecał  sobie,  że  zajrzy  do  sklepu  z  winylami  przy  dawnym  kinie  „Relax”.  „Hey

Joe”, dobra, klimatyczna nazwa.

Włączył  kierunkowskaz  i  pomyślał  o  tym,  co  powiedziała  wesoła  wdówka.  Wszyscy  tracą  złudzenia.

Ważne, by rozstać się z nimi w odpowiedniej chwili.

W  „Hey  Joe”  nie  kupił  nic,  ale  poczuł  się  tak,  jakby  przeniósł  się  w  czasie.  Zapomniał  o  Kodymie,

Walusiu,  o  ofiarach  i  mordercach.  Znajdował  się  w  nierealnej,  wyśnionej  krainie  pełnej  dźwięków.  Ale
gdy zadzwonił Maciejewski, brutalnie został sprowadzony na ziemię.

Umówili  się  w  komendzie  stołecznej.  Przez  dwa  lata  krępy,  niski  brunet  w  ogóle  się  nie  zmienił,

najwyżej  nieco  przybrał  na  wadze.  Dla  niektórych  czas  stoi  w  miejscu.  Heinz  był  pewien,  że  nie  może
powiedzieć tego o sobie.

Opowiedział mu, co zdarzyło się w Pile. I o odkryciu z Gdyni. O rozmowie z wesołą wdówką, z którą

gdyby nie pewne niuanse, mógłby być teraz w mieście kochanków.

– Dlaczego szukasz w przeszłości? – zapytał Maciejewski.
–  Wszędzie  szukam.  –  Heinz  westchnął.  –  Dziecięcy  basen,  Beatlesi,  znak  drogowy  z  postaciami

domalowanymi  tak,  jakby  zrobiło  to  dziecko…  Pomyślałem,  że  trzeba  sięgnąć  głębiej.  Wprawdzie  ten
chłopak  znaleziony  w  hangaroschronie  nijak  wtedy  nie  pasuje,  Kodym  jest  zbyt  młody,  żeby  mieć
jakąkolwiek przeszłość, ale mieliśmy przecież takie wypadki. Trzeba tylko było zajrzeć pod powierzchnię.
W głąb.

– Ten Żmuda… – zastanawiał się Maciejewski. – Mówi mi to coś.
– Odbyłem też inną rozmowę.
Opowiedział  o  dwóch  ochroniarzach.  I  tym  trzecim,  który  gromadził  haki  na  Walusia.  Podał

Maciejewskiemu  numer  telefonu  i  poprosił,  żeby  sprawdzić  faceta.  Na  co  zwrócić  uwagę?  Sam  nie
wiedział. Może na rejestracje ze Śląska. Coś, co mogłoby powiązać Walusia z Patrykiem Kodymem. Tak
po prawdzie wszystkiemu trzeba się przyjrzeć. O ile jeszcze ten ochroniarz przechowuje swoje zapiski. Od
śmierci menedżera minęły prawie cztery miesiące. Mógł te papiery już dawno spalić albo wyrzucić.

Zaczął wypytywać o wspólnych znajomych. Gotycka Jolka? Chodzą słuchy, że ma się nieźle. Podobno

nawet  prokuratura  korzysta  z  jej  prywatnych  usług.  Złapała  wiatr  w  żagle.  Przynajmniej  tak  gadają  na
mieście.

–  Co  u  Karloffa?  –  Przypomniał  sobie  policjanta,  który  powinien  raczej  straszyć  w  horrorach  niż

w policji.

Maciejewski zasępił się.
– Nie jest dobrze. Wszystko zaczęło się od łysienia. Łysienia plackowatego.

background image

Zapytał, co się stało.
–  Karloff  zaczął  łysieć.  Tak  parszywie…  –  Maciejewski  klepnął  się  w  głowę,  jakby  chciał  potwierdzić

wagę słów. – Nic nie pomagało. Żadne preparaty, energoterapeuci… I nagle ktoś wmówił mu, że to znak
od Boga, i facet odjechał. Kompletnie mu odbiło. Nowenny, godzinki, koronki, msze, jakieś Róże Żywego
Różańca. Ciągle mi ulotki na biurku zostawia, patrz!

Sięgnął  do  kieszeni  i  podał  Heinzowi  zwitek.  „Wieczorem  podziękuj  swojej  Sile  Wyższej  za

utrzymanie Cię w trzeźwości”.

–  Oszaleć  z  nim  można.  –  Maciejewski  wydawał  się  szczerze  przejęty.  –  Nie  ćpa,  nie  pije.  Wrak

człowieka się zrobił.

–  Nie  pije…  –  Heinz  zastanowił  się.  –  Ale  trzyma  kontakt  z  absolutem,  nie?  Jak  nie  jednym,  to

drugim.

Wrócił do hotelu i powoli zwijał się do Katowic, gdy zadzwonił Maciejewski.
–  Przypomniałem  sobie  –  mówił  szybko.  –  Może  ta  rozmowa  o  Karloffie  i  Bogu  mnie  oświeciła.

Żmuda…  ten  menedżer…  Mówiłem  ci,  że  coś  mi  świta.  I  teraz  wiem.  On  zajmuje  się  deathmetalową
kapelą  Judasz  Chrystus  albo  coś  podobnego.  Oni  podpisują  dziś  płytę  w  empiku  przy  palmie.
O  siedemnastej.  Organizacje  katolickie  zapowiedziały  protest  i  bojkoty.  Możesz  być  pewien,  że  ten
menago tam będzie.

Heinz przespał się, a przed siedemnastą był przy rondzie de Gaulle’a. Mały placyk przed empikiem od

strony  Alej  Jerozolimskich,  zwykle  zaanektowany  przez  roznosicieli  ulotek  i  randkowiczów,  był
opanowany  przez  rozgorączkowany  tłum.  Głównie  starsi  od  niego,  wielu  w  podeszłym  wieku,  ale  ludzi
młodych  także  nie  brakło.  Dość  plugawienia  wartości!  Dość  plugawienia  wartości,  krzyczał  mężczyzna
w  bejsbolówce.  Towarzyszyły  mu  dwie  osoby  z  transparentem  „Krucjata  Najwyższego”.  Transparentów
było  zresztą  więcej.  „Komitet  Walki  z  Sektami”.  „Liga  Przeciw  Zniesławieniom”.  „Komitet  Obrony
Wartości”.  Było  tłoczno  i  gwarno  jak  w  ulu.  Heinz  pomyślał,  że  odbywa  się  tu  zjazd  organizacji
paranormalnych  i  w  tym  samym  momencie  ktoś  zaintonował Barkę,  ulubioną  piosenkę  Jana  Pawła  II.
Dziennikarka  rozmawiała  z  dwoma  młodzieńcami.  Jeden  miał  gitarę,  drugi  keyboard  i  przekonywali,  że
chrześcijański  przekaz  można  propagować  „na  streecie”.  Grupka  zgromadzona  wokół  księdza  odmówiła
Zdrowaś Mario. Módlmy się za członków tego zespołu – widocznie uznał, że wymówienie nazwy byłoby
bluźnierstwem  –  aby  nawrócili  się  i  doświadczyli  łaski  Pana.  W  wąskim  przejściu  pod  rusztowaniami,
prowadzącym  w  głąb  Nowego  Światu,  drogę  tarasowali  uczestnicy  pikiety.  Przechodnie  zmuszeni  byli
poruszać się po jezdni, a porządku starały się pilnować dwa radiowozy. W jednym rzędzie, gęsiego, stali
wielbiciele mrocznej muzyki, wszyscy obowiązkowo z długimi włosami i ubrani na czarno. Czasami ktoś
rzucał komentarz w stronę rozmodlonej zbiorowości.

Korzystając z legitymacji policyjnej, Heinz dostał się do środka empiku. Podpisywanie płyty opóźniało

się.  Zespół  jeszcze  nie  dojechał.  Wszystkim  w  środku  kierował  szczupły  mężczyzna.  Włosy  spięte
w  kucyk,  postrzępiona  kurtka  dżinsowa  bez  rękawów,  odsłonięte  ramiona  pokryte  tatuażami.  Dowodził
całą logistyką. Właśnie dawał oświetleniowcom ostatnie wskazówki, gdy podszedł do niego Heinz.

– To pan się nazywa Rafał Żmuda, prawda? – zaczął. – Chciałbym porozmawiać z panem o Walusiu,

kumplu ze starych czasów.

– Waluś? – Menedżer zmarszczył brwi. – Nie pamiętam. I nie mam czasu.
– Będzie musiał pan sobie przypomnieć. – Heinz błysnął blachą. – Teraz. Tutaj albo w innym miejscu

– powiedział twardo. Chciał, żeby zabrzmiało to jak groźba.

Mężczyzna ocenił sytuację i dał za wygraną.
– Tylko załatwmy to szybko. Sam pan widzi, co tu się dzieje.
Zostawili oświetleniowca samego z jego problemami.
Stare czasy. Waluś to jak postać ze złego snu. Oszwabił go na niezłe pieniądze. Kiedy? Osiemnaście…

tak, osiemnaście lat temu. Proszę mi wierzyć, parę osób wypiło, gdy dowiedziały się o jego śmierci. A ja?
Nie mam w sobie aż tyle zapiekłości.

– Ale wtedy, dwadzieścia lat temu, kumplowaliście się?
–  Wtedy  tak.  Ale  ja  naprawdę  nic  nie  pamiętam.  Poza  tym  to  były  trochę  szalone  czasy.  W  mojej

pamięci jest mnóstwo czarnych dziur… Całe miesiące wypadły. Rozumie pan?

Rozumiał.  Coś  podobnego  słyszał  nie  raz,  nie  dwa  od  ludzi,  którzy  spędzili  najlepsze  lata  w  trasie.

W  drodze  z  miasta  do  miasta.  Z  koncertu  na  koncert.  Szalona  zabawa,  ale  i  skutki  uboczne.  Niektórzy
nigdy już się nie pozbierali.

background image

– Gdy ludzie są blisko, opowiadają sobie różne historie. Nic pana w nich nie uderzyło? Nie wydało się

dziwne?

Sprzed  budynku  dobiegły  wiwaty  i  oklaski.  Najpewniej  pojawił  się  zespół.  Żmuda  rozejrzał  się

nerwowo.

– Nie. Naprawdę nie. Waluś mało mówił. Zapytajcie brata…
–  Brata?  –  Nie  przypominał  sobie,  by  w  aktach  była  wzmianka  o  tym.  Nikt  taki  nie  pojawił  się  na

pogrzebie i nie był przesłuchiwany.

– No tak. Waluś ma przyrodniego brata. To profesor jakiś… Filozof. Słyszałem od kogoś, że w Berlinie

siedzi. Przyrodni, ale nazwisko to samo.

Jakiś rozgardiasz dochodził z parteru. Heinz dostrzegł mężczyznę w bejsbolówce powstrzymywanego

przez dwóch ochroniarzy. Aktywista szarpał się i krzyczał, że precz z Antychrystem.

– Naprawdę nie mogę bardziej pomóc. – Żmuda rozłożył ręce. – Niezła heca tu będzie – zmienił temat

i uśmiechnął się. – Wie pan, kilku najbardziej aktywnych sami wynajęliśmy. Tego – poruszył głową – też.

Mężczyzna  w  bejsbolówce  darł  się  wniebogłosy,  a  Heinz  pomyślał,  że  w  dzisiejszych  czasach  nawet

pikiety nie odbywają się spontanicznie i są częścią wielkiej ściemy.

Gdy wyszedł, zauważył, że tłum zgęstniał. W grupie protestujących mignęła mu znajoma twarz. Był to

Karloff.  Ich  spojrzenia  spotkały  się.  Poznał  mnie,  pomyślał  Heinz.  Ale  policjant  tylko  przymknął  oczy
i pogrążył się w modlitwie.

Zatrzymał się na obrzeżach Warszawy i wstąpił do sklepu spożywczego. W Katowicach nie będzie mu

się chciało robić zakupów. Wrzucił do koszyka mrożoną pizzę i dwa piwa. Dwie ekspedientki pochłonięte
były rozmową.

– Kierowniczka mówi mi dziś, że w naszej sieci jest system motywacyjny i każdy może awansować. –

Starsza  przyłożyła  czytnik  do quattro  stagioni.  –  To  ja  się  pytam:  pani  kierownik,  na  kogo  ja  mogę
awansować? Ona patrzy na mnie: no pani to akurat na nikogo. Gotówką pan płaci czy kartą?

Zapłacił  gotówką.  Przypomniał  mu  się  poranny  zastęp  przekraczający  granicę  Mariny.  Spojrzał  na

zegarek.  Pomyślał  o  wesołej  wdówce  i  o  tym,  co  może  robić  o  tej  porze  w  Paryżu  kobieta  bez  trosk
i złudzeń.

background image

24

W lipcu ze Stanów wróciła Pocahontas. Przywiozła Heinzowi prezent. Tablicę rejestracyjną z napisem

„Sweet  Home  Alabama”  i  grawerunkiem  gitary.  Bał  się,  że  zasypie  go  psychologicznymi  nowinkami,
Relaksacyjną Metodą Błękitnej Laguny lub czymś podobnym, ale nic takiego nie nastąpiło. Dwa dni po jej
powrocie  jedli  chińszczyznę  i  oglądali,  podobnie  jak  większość  mieszkańców  kuli  ziemskiej,  transmisję
na  żywo  sprzed  szpitala  w  Londynie,  gdzie  miał  przyjść  na  świat  potomek  rodziny  królewskiej.  „Jako
pierwsza – donosił reporter – o narodzinach Baby Cambridge zostanie poinformowana królowa Elżbieta
II.  Poinformuje  ją  o  tym  książę  William,  dzwoniąc  z  zaszyfrowanego  telefonu  przeznaczonego  do
przekazywania wiadomości wywiadowczych”. Niezła szopka, powiedziała mu Pocahontas. Ci Brytyjczycy
to prawdziwi mistrzowie, którzy z niczego potrafią zrobić coś. Heinz nie do końca się z tym zgadzał. Miał
dużo szacunku dla kultury, która wydała na świat Beatlesów i Zeppelinów, za to – w przeciwieństwie do
Pocahontas  –  nie  przepadał  za  Ameryką.  Te  twoje  Stany  są  przykładem,  jak  z  czegoś  można  zrobić  nic.
Zwykła wymiana zdań i protokół rozbieżności. Jak to między nimi.

Miał także inne powody, by nie lubić Ameryki. Tam właśnie wyjechał Wincenty Waluś, przyrodni brat

„Dużego  Dżona”.  Wyjechał  to  mało  powiedziane.  Właściwie  zniknął.  Jego  niemiecki  adres  zdobyli  bez
większego trudu. Menedżer Rafał Żmuda, ten, który wraz ze swoimi kapelami będzie smażył się w piekle,
miał  dobrą  pamięć.  Waluś  kilka  lat  temu  wyjechał  do  Niemiec.  Zaczął  tam  wykładać  na  Uniwersytecie
Humboldta.  Światowy  rozgłos  przyniosła  mu  książka  o  filozofii  Alfreda  Tarskiego,  potężne,
tysiącstronicowe dzieło, wydane w tym samym czasie po angielsku i niemiecku. Próbowali skontaktować
się z nim w Berlinie. Wyjechał. Władze wydziału poinformowały ich, że pracuje nad biografią wielkiego
logika. Gdzieś w Stanach. Trop prowadził do Kalifornii, gdzie Tarski spędził ostatnie czterdzieści lat życia,
i tam się urywał. Wysyłali Walusiowi wiadomości pod dwa adresy mejlowe, zostawili nagrania na poczcie
głosowej. Heinz poprosił nawet Pocahontas, by uruchomiła swoje amerykańskie kontakty. Wszystko na
próżno. Z profesorem Walusiem nie było kontaktu.

Odezwał się sam pod koniec września.
Tak,  był  w  Berkeley,  ale  potem  zaszył  się  w  Górach  Skalistych.  Ma  tam  takich  znajomych.  Można

spokojnie  popracować,  z  dala  od  zgiełku  cywilizacji.  Nie  wiedział  o  śmierci  „Dużego  Dżona”.  Gdy  Heinz
rozmawiał z nim przez telefon, odniósł wrażenie, że słyszy głos człowieka poruszonego tą wiadomością.
Co  się  stało?  Profiler  opowiedział.  Pominął  drastyczne  szczegóły.  Chciałby  osobiście  się  spotkać
i  porozmawiać.  Profesor  milczał.  Potem  przyznał,  że  od  wielu  lat  nie  utrzymywali  kontaktów,  więc  nie
wie, w czym mógłby… Właśnie o stare czasy chodzi, panie profesorze.

Mógł  odbyć  tę  rozmowę  telefonicznie  albo  przez  skype’a.  Z  doświadczenia  wiedział,  że  rozmowa

twarzą  w  twarz  daje  inne  rezultaty.  Ma  się  rozmówcę  na  wyciągnięcie  ręki.  Można  zareagować  na  gesty
i  inne  sygnały,  które  w  oczywisty  sposób  znikają.  Nawet  na  ekranie.  Poza  tym  trudniej  spławić  faceta,
który zadaje sobie trud i przyjeżdża tylko po to, żeby pogadać o starych czasach.

Umówili  się  na  początku  października.  Heinz  po  drodze  zahaczył  o  Warszawę.  Spotkał  się

z Maciejewskim. Krótkie robocze spotkanie. Ten ochroniarz, ubek… Już nie pracuje w Marinie. Mówi, że
ma gdzieś te kwity, ale nie może znaleźć. Sam się sobie dziwi, bo porządek w papierach to podstawa. Lista
wrogów Walusia, którzy nie zostali jeszcze przesłuchani, zrobiła się naprawdę krótka. Nie mieli nic.

Do  Berlina  pojechał  pociągiem.  Po  drodze,  gdy  mijali  Świebodzin,  dostrzegł  poruszenie  wśród

zagranicznych  podróżnych.  Wszyscy  z  głowami  w  lewą  stronę,  przyklejonymi  do  szyb. What  the  fuck?
Jesienne słońce opromieniało gigantyczną figurę Chrystusa. Ktoś przez okno robił zdjęcia. Heinz wyjaśnił
jakiejś  parce  z  Portugalii,  co  widzą.  Posąg  Jezusa.  Największy  na  świecie.  Choć  podobno  zbudowali  coś
wyższego w Peru.

Często  bywał  na  Wyspach,  ale  w  Berlinie  nie  był  od  lat.  Ostatni  raz,  próbował  sobie  przypomnieć,

kiedy to było, na koncercie Johna Mayalla i Erica Claptona. W czasach, gdy koncerty gwiazd tego formatu
były  w  Polsce  nie  lada  wydarzeniem.  Przy  Berlin  Alexanderplatz  z  okna  pociągu  dostrzegł  pub.  „Bier,
Burger  und  Bundesliga”,  głosił  napis  zachęcający,  żeby  wstąpić.  Od  znajomych  wiedział,  że  jest  szał  na
ligę  niemiecką,  odkąd  Borussia  z  tercetem  Polaków  święciła  tryumfy.  Poczuł  suchość  w  gardle.  Gdy
spotka się z Walusiem, wybierze się w podobne miejsce. Może nawet uda mu się uniknąć piłki nożnej.

background image

Wysiadł  na  dworcu  głównym  i  metrem  przemieścił  się  na  Hermannplatz.  Miał  zarezerwowane

miejsce w hotelu, dość skromnym, ale w zupełności zaspokajającym jego potrzeby. Hermannplatz jest nie
tyle  placem,  ile  szeroką  ulicą,  wzdłuż  której  przebiega  granica  Kreuzbergu  i  Neukölln.  Do  spotkania
z profesorem Walusiem miał trochę czasu, zrobił sobie obchód po okolicy. Zatrzymał się przed boiskiem
szkolnym przy ulicy Lachmanna i patrzył na chłopców rozgrywających mecz. Jak na całym świecie, także
i ci krzyczeli do siebie. Stał pięć minut i przez ten czas nie usłyszał imienia, które kojarzyłby jako typowo
niemieckie. Gdyby interesował się piłką, nie widziałby w tym nic dziwnego.

Przed  przyjazdem  zadzwonił  do  Josepha  i  zaproponował  spotkanie.  Ojciec  zapraszał  do  siebie.

Mieszkał  w  Münster.  Był  trenerem  juniorów  w  miejscowym  klubie.  Preußen  Münster,  jeśli  dobrze
zapamiętał.  Kilka  godzin  pociągiem,  ogarniesz  się  i  zapraszam.  Heinz  odmówił.  Nie  przyjechał  na
wycieczkę. Niestety. To innym razem.

Był głodny i przed spotkaniem postanowił zjeść coś na szybko. Był w sercu tureckiego Berlina, który –

czytał  o  tym  kiedyś  –  miał  tu  swój  początek  w  latach  pięćdziesiątych.  Do  wyboru  było  sto  kebabów
w  dwustu  odmianach.  Przeszedł  jednak  na  Sonnenallee,  minął  sklepy  z  meblami  i  tandetną  biżuterią.
Przez  chwilę  kusiło  go,  żeby  kupić  coś  dla  Pocahontas.  Chciałby  zobaczyć  jej  minę…  Trafił  wreszcie  do
knajpki,  gdzie  serwowano  kurczaka  z  chlebem,  coś  w  rodzaju  arabskiego  KFC.  Znajdowały  się  tu  dwie
sale, jedna dla mężczyzn, druga dla kobiet. Poprosił o coś na wynos.

O osiemnastej był na Unter den Linden. Umówili się na wydziale filozofii. Z pewnym trudem, błądząc

po budynku, odnalazł gabinet Walusia.

Profesor siedział za biurkiem. Był znacznie starszy od „Dużego Dżona”, zbliżał  się  do  sześćdziesiątki

albo  już  ją  przekroczył.  Siwe,  krótko  ostrzyżone  włosy,  opalenizna  na  twarzy,  będąca  pozostałością  po
Górach Skalistych, marynarka, niebieska koszula, dopasowany krawat. Regał z książkami, a między nimi,
na  środkowej  półce,  oprawione  zdjęcie.  Waluś  zaproponował  wodę,  a  Heinz  skwapliwie  skorzystał
z propozycji. Kurczak na ostro wypalił mu przełyk.

–  Pan  tu  od  dawna,  panie  profesorze?  –  zapytał  Heinz.  Jeszcze  jedna  przewaga  rozmowy  twarzą

w twarz. Nie było powodu, by się spieszyć i od razu przechodzić do sedna.

– Sześć lat. I nie żałuję. – Miał niski głos, coś na granicy barytonu i basu.
– Aż tak źle z naszymi studentami? – Heinz się uśmiechnął.
–  Wie  pan,  komisarzu.  Komisarzu,  dobrze  pamiętam?  Wie  pan,  człowiek  się  łudzi,  że  będzie  lepiej,

mami,  oszukuje,  aż  w  pewnym  momencie  ma  dość.  Wie  pan,  jak  to  było?  Lubię  czasem  porozmawiać
o  czymś  niezwiązanym  z  tematem.  Zresztą  wszystko  jest  filozofią.  Zapytałem  moich  studentów,  były  to
pierwsze  zajęcia  w  styczniu,  kto  wymyślił  taki  sposób  obchodzenia  sylwestra.  Oni  nic.  Pytam  się,  skąd
nazwa „sylwester”. Oni, że pewnie na cześć jakiegoś Sylwestra. Jakiego? I wtedy odzywa się dziewczyna.
Jak fajerwerki i sylwester to pewnie Stalone.

Heinz roześmiał się.
– Pewnie żartowała.
– Niestety nie. Mówiła poważnie. Opowiedziałem to mojej szefowej, a ona, żebym się nie przejmował

i  w  ogóle  czego  się  czepiam.  I  że  powinienem  się  cieszyć,  że  jeszcze  ktoś  studiuje  filozofię.  A  potem
dowiedziałem się, że kazała każdemu przyjść na egzamin z podręcznikiem swojego autorstwa.

– Mogli go sobie pożyczać – zauważył Heinz.
– Nie mogli. Ona własnoręcznie ponumerowała wszystkie egzemplarze i… podpisała je. Gdy się o tym

dowiedziałem, wtedy zwątpiłem. Ale – profesor zmienił temat – pan chyba przyjechał w innej sprawie.

Heinz  opowiedział  o  śmierci  „Dużego  Dżona”.  Znów  tylko  tyle,  ile  było  trzeba.  Zapytał  o  relacje

między nimi. Trudno je nazwać braterskimi. Biorąc nawet pod uwagę, że byli tylko przyrodnimi braćmi.
Mieli  tego  samego  ojca.  Wincenty  Waluś  był  jego  starszym  dzieckiem  z  pierwszego  małżeństwa.  „Duży
Dżon”,  z  następnego  związku.  Ostatni  raz  widzieli  się  na  ojca  pogrzebie  w  tysiąc  dziewięćset
dziewięćdziesiątym piątym.

–  Nie  utrzymywaliśmy  kontaktów.  Wie  pan,  dwa  różne  światy.  On  kiedyś  grał,  na  gitarze  basowej

zdaje  się,  został  menedżerem.  Mnie  taka  muzyka  nigdy  nie  pasjonowała.  Lubię  kameralistykę,  ale  to
przecież zupełnie coś innego. Poza tym słyszałem trochę o jego stylu życia… Nic chwalebnego.

Waluś mówił wolno, starannie dobierając słowa, jakby sprawdzając ich połączenia i kombinacje.
– Opowiadał panu kiedyś o muzycznej przeszłości? Z kim grał? Może przyjaźnił się z kimś z tamtych

czasów?

Waluś zastanawiał się.

background image

– Nie przypominam sobie. Zresztą… Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale on nie był zbyt refleksyjny…
Wśród  innych  określeń,  które  Heinz  słyszał  na  temat  „Dużego  Dżona”,  to  wydawało  się  nad  wyraz

łagodne.

–  Raz  wypiliśmy  na  jubileuszu  ojca.  Dość  rzadko  piję.  To  było  dwa  lata  przed  śmiercią  ojca.

Opowiedział, że jechali we dwóch pociągiem. On i kolega z zespołu. Obaj z gitarami. I przyczepiło się do
nich  kilku  żuli.  Zdaje  się,  że  chcieli  ich  wyrzucić  z  pociągu.  Jakichś  dwóch  przypadkowych  chłopaków
uratowało  ich  wtedy  i  te  gitary  też.  A  ten  kolega…  Ten  kolega  nazywał  się  Radosław  Skrzecz.  Jak  ten
bokser. Zresztą mam dobrą pamięć do nazwisk. Powiedział coś takiego, że Radziu źle skończył.

– Co to znaczy: źle skończył? – Heinz siedział pochylony nad notesem.
– Nie wiem. Chyba nie powiedział. Zresztą za bardzo mnie to nie interesowało.
Bywa tak, że jedno wspomnienie otwiera inne. Trochę na zasadzie zsynchronizowanych zapadek albo

komnat w grze komputerowej. Ale tym razem było inaczej. Profesor filozofii nie potrafił sobie nic więcej
przypomnieć. W pewnej chwili wziął głęboki wdech i spojrzał na Heinza.

– Powiedział mi pan, jak on umarł. To był bardzo lakoniczny opis. Chciał mi pan oszczędzić przykrych

szczegółów?

Heinz milczał. Waluś potraktował to jako odpowiedź.
Profiler wstał.
– Tam na zdjęciu – wskazał na regał z książkami – to jest Alfred Tarski?
Filozof potwierdził.
– Całe życie zajmowałem się jego koncepcją prawdy. Myślę, że policja też powinna z tego skorzystać.
–  Obawiam  się,  profesorze,  że  zbrodnia  i  logika  nie  mają  wiele  ze  sobą  wspólnego.  Myślę,  że  pan

i profesor Tarski bylibyście rozczarowani.

Wieczorem udał się w poszukiwaniu jakiegoś pubu. Trafił na Pannierstraße. Pub nazywał się „Adler”.

Przed  wejściem  informacja,  że  wstęp  tylko  dla  pełnoletnich.  Gdy  wszedł,  od  razu  zorientował  się
dlaczego.  Przywitała  go  ściana  papierosowego  dymu,  a  dopiero  zza  niej  wyłonił  się  bar.  Tu  wolno  było
palić. Jarać na całego. Kilkoro gości, każdy zajęty swoimi sprawami. Zamówił berlinera i rozejrzał się. Na
ścianie  obowiązkowy  telewizor,  ale  wyłączony.  Obok  tablica  do  gry  w  darta.  Olbrzymi  plakat
z Muhammadem Alim. Bokser stał nad powalonym przeciwnikiem i szczerzył zęby. Na drugim plakacie
Dariusz  „Tiger”  Michalczewski  i  walka  zapowiadana  jako  „Pojedynek  Gigantów”.  Nigdzie  nie  mógł
dostrzec daty, ale stan plakatu i liternictwo wskazywały, że walka odbyła się lata świetlne temu. Zamówił
kolejnego  berlinera.  Jakiś  mężczyzna  podszedł  do  szafy  grającej. Breakfast  in  America.  Supertramp.
Potem Earth, Wind & Fire. Tytuł wypadł mu z głowy.

Pomyślał  o  filozofie,  który  przestał  wierzyć  w  polskich  studentów  i  przez  całe  życie  zajmował  się

teorią prawdy. Właściwie byli do siebie podobni. Sam nie robił nic innego. I przez całe życie zajmował się
życiem innych ludzi. Oraz ich śmiercią. A potem przypomniał sobie, co opowiedział mu Waluś. Przywołał
obrazy  sprzed  „Mega  Clubu”  w  Katowicach.  „Duży  Dżon”  kiedyś  grał.  Chłopak  rapował.  Łączyła  ich
muzyka.  Ale  w  jaki  sposób?  Musiało  istnieć  jakieś  podziemne  koryto  rzeki.  Niewidzialna  nić,  która
spinała to wszystko ze sobą.

Abbey Road. Kondukt. Kondukt żałobny.
Wypił kolejnego berlinera. Zamienił kilka zdań z barmarką. Zamówił następnego. Patrzył na plakaty,

słuchał  muzyki  i  narastającego  w  pubie  gwaru.  Czuł  się  w  tym  skansenie  już  bardzo  zadomowiony.
Pożegnał się. Niech pan częściej do nas wpada.

A  potem  popłynął  przez  miasto.  Na  Schlesische  Straße,  przy  stacji  metra,  trzech  Arabów  w  dresach

proponowało  mu  narkotyki.  Był  środek  nocy,  w  okolicach  Reuterstraße  tętniło  życie,  a  on  poczuł  się,
jakby znalazł się w innej części kontynentu. Słowa hiszpańskie krzyżowały się z włoskimi i greckimi. Nie
przewidział, że tak potoczy się wieczór, i nie wziął ze sobą nic ciepłego do ubrania. Nieźle zmarzł. Dołączył
do  jakiejś  grupki.  Kryzys  przywiódł  tu  towarzystwo  z  południa  Europy.  Pootwierali  bary,  restauracje,
kawiarnie. Część upadła, część przetrwała. Zapytali go, skąd jest. Polak. Ze Śląska. Jest profilerem, który
bada sprawę dwóch morderstw. Uznali to za niezły żart. Śmiał się razem z nimi. Z czterema Izraelczykami
trafił  do  „Schlawinchen”,  knajpy,  został  pouczony,  istniejącej  tu  od  zawsze,  otwartej  na  okrągło  i  co
najważniejsze,  lejącej  tanie  piwo.  O  czwartej  nad  ranem  trudno  było  znaleźć  wolne  miejsce.  A  potem
Heinz uznał, że ma dość, i pożeglował do hotelu.

Był  już  niedaleko,  gdy  z  bramy,  trzydzieści  metrów  przed  nim,  wyszła  jakaś  postać.  Gwałtownie  się

zatrzymał.  Patrzył  przed  siebie.  Widział  znajomy  rozpięty  płaszcz  i  charakterystyczny  chód.  Chciał

background image

zawołać,  ale  coś  go  powstrzymało.  Zmrużył  oczy.  Wypity  alkohol  zrobił  swoje,  ale  Heinz  nie  mógł  się
mylić. Zacisnął powieki.

Gdy je otworzył, mężczyzny już nie było.

background image

25

Radosławów  Skrzeczów  żyło  w  Polsce  raptem  czterech.  Ustalenie,  który  jest  tym  właściwym,  nie

zajęło  nam  zbyt  wiele  czasu.  Rówieśnik  „Dużego  Dżona”,  mechanik  samochodowy.  W  swoim  zawodzie
pracował  niedługo,  miał  natomiast  bogatą  historię  w  aktach  sądowych,  która  zaczynała  się  w  tysiąc
dziewięćset dziewięćdziesiątym roku. Pracował wtedy dla gangu zajmującego się kradzieżą aut z Niemiec,
przebijał  numery  i  przysposabiał  samochody  do  dalszej  podróży  na  wschód.  W  różnych  odstępach
skazywany był jeszcze trzykrotnie. Ostatnią odsiadkę zakończył w kwietniu 2012. Dwa miesiące później
został zamordowany Patryk Kodym.

Ostatnim adresem Skrzecza była ulica 1 Maja. Od sześciu lat mieszkał tam z kobietą, od pięciu lat był

ojcem  dziewczynki.  Chciałbym  powiedzieć:  szczęśliwym  ojcem,  ale  byłaby  to  gruba  przesada.  Właściwie
Skrzecz nie widział dziecka na oczy. Krótko po narodzinach poszedł na kolejną odsiadkę.

Ulica  1  Maja  ma  swój  odcinek  lepszy  i  gorszy.  Skrzecz  mieszkał  w  gorszym.  W  jednym  z  trzech

familoków,  odrzuconych  od  głównego  ciągu  ulicy.  Tak  jakby  miasto  zapomniało  o  ich  mieszkańcach.
Może  nie  było  tam  jak  w  okolicach  szaberplacu,  na  Piekarskiej  w  Bytomiu  czy  w  dzielnicy  Cecylia
w Gliwicach, ale szałowo także nie. Tacy faceci jak wy powinni kiedyś ruszyć dupy zza biurka i pojechać
w  takie  miejsce.  Perspektywa  wam  się  zmieni.  Ostatni  raz  byłem  w  pobliżu  tych  familoków  na
Warszawskiej. W klubie „Geneza” dwa zespoły grały koncert, a potem odbył się bluesowy jam. W jednym
z tych zespołów gram od lat i tego nie uda się wam zmienić.

Do  Skrzeczów  wybrałem  się  z  dzielnicowym.  Była  niedziela,  świeciło  jesienne  słońce,  dwie  kobiety

myły  podłogę  na  korytarzu.  Wokół  roznosił  się  zapach  detergentów.  Stara  zasada.  O  dom  trzeba  dbać.
Niezależnie jaki jest. Za godzinę chemikalia zaczną mieszać się z zapachem gotowanych obiadów. Ale to
dopiero za godzinę.

Skrzeczowa wytarła czoło, popatrzyła ponuro na mundur dzielnicowego, obrzuciła mnie takim samym

spojrzeniem i zatarasowała drzwi.

Powiedzieliśmy, w jakiej sprawie przybywamy.
– Dobre pytanie. – Oparła się na szczotce. – Sama chciałabym wiedzieć, gdzie on jest. Był tu już taki

jeden. Też pytał o niego.

Wymieniliśmy się z dzielnicowym spojrzeniami.
Skrzecz  nie  pokazywał  się  od  marca.  Gdy  tylko  wyszedł  na  wolność,  pojawił  się  i  zapowiedział,  że

siedział ostatni raz. Mówił, że się zmienił. Że przemyślał sobie wszystko.

– Ale takie bajki to ja już słyszałam. Wierzę w nie mniej więcej tak jak w waszą uczciwość. Co znowu

zrobił?

Powiedziałem, że tym razem nic. Chcemy z nim porozmawiać. Chcemy porozmawiać o facecie, który

ma na nazwisko Waluś. I ten cały Waluś nie żyje.

–  Wspominał  kiedyś  o  takim?  Bo  Waluś  wspominał  o  pani  mężu.  Kiedyś  razem  w  jakimś  zespole

grali.

– W zespole pan mówi? No, wiedziałam, że on artysta, ale że aż taki? – zadrwiła.
– Gdzie może być teraz?
Z piętra dobiegał rytmiczny odgłos szczotki czyszczącej korytarz.
–  A  ja  wiem?  Powiedział,  że  gdzieś  w  Polskę  jedzie.  Odnaleźć  się.  Tak  jakoś  śmiesznie  powiedział.

I nie powiem, zniknął, ale przesyłał pocztą pieniądze.

– Mogę zobaczyć pokwitowania? Chodzi mi o to, skąd były nadane.
– Nie może pan. – Zaczęła się denerwować. – Nie może.
– Dlaczego?
–  Dlatego  że  nas  okradli…  Przedwczoraj.  Właściwie  to  nie  okradli,  co  tu  kraść,  pieniądze  chowam

dobrze. – Uśmiechnęła się. – Ale bałaganu narobili, ledwo to ogarnęłam.

– Czy coś zniknęło? – zapytał dzielnicowy i zaraz tego pożałował.
–  A  co  to  pana  w  ogóle  obchodzi?  Od  kiedy?  –  Podniosła  głos.  –  Gdyby  to  zdarzyło  się  po  drugiej

stronie ulicy – wyciągnęła rękę – to chodnik byś pan lizał, a tu?

Policjant poczerwieniał.

background image

– Pani Skrzecz, proszę to zgłosić. Czy mogę zajrzeć do środka?
Odwróciła się do nas bokiem. Wydawało się, że zaraz wybuchnie płaczem. Wreszcie odsunęła się od

drzwi.

– Tylko proszę nie budzić małej – powiedziała cicho.
Dzielnicowy  wszedł.  Zrobiłem  trzy  kroki  za  nim  i  wycofałem  się.  Nie  było  sensu,  by  tę  klitkę

sprawdzało dwóch dorosłych facetów.

Poza śpiącą dziewczynką nikogo w środku nie było.
– Naprawdę proszę to zgłosić… – powiedział dzielnicowy i szybko zbiegliśmy po schodach.
Rozstałem się z policjantem i przypomniałem sobie o czymś. Wróciłem pod familok.
Zapukałem do drzwi.
– Pan jeszcze tutaj? – Skrzeczowa zdziwiła się.
– Mam jeszcze tylko dwa pytania. Ten mężczyzna, ten, który pytał o pani męża, jak on wyglądał?
Opisała go. Kiwnąłem głową.
– Czy ma pani może jakieś nagranie, na którym jest mąż?
Popatrzyła na mnie zdziwiona.
– Ale że co?
– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Dziś ludzie rejestrują prawie wszystko… imieniny, chrzciny,

urodziny.

– Chyba musiałabym to zrobić podczas widzenia – prychnęła. – Ale mam takie DVD. Jak urodziła się

Karolcia. Tyle że sprzed lat. Zanim poszedł siedzieć.

Poprosiłem,  aby  pożyczyła  mi  tę  płytę.  Zgodziła  się  bardzo  niechętnie.  Obiecałem,  że  w  ciągu  dwóch

dni dostanie ją z powrotem.

– Tylko niech ją ktoś inny przyniesie. Nie tamten. – Miała na myśli dzielnicowego.
To także jej obiecałem.
Rzuciliśmy  wszystkie  siły  do  poszukiwania  Skrzecza.  Cieśla  rozpytał  swoich  ucholi.  Faceta  od  kilku

miesięcy  nikt  nie  widział.  Aspirantka  Rojek  przeczesała  internet.  Poszukiwaliśmy  związku  między
Skrzeczem a Walusiem. Czasami, wcale nierzadko, ludzie umieszczają w sieci wspomnienia, wracają do
dawnych czasów, wrzucają filmy albo stare zdjęcia. Oddaliśmy kolejny strzał. Pudło.

Dorwaliśmy gdzieś w mieście Sebastiana Kodyma. Odtworzyliśmy mu głos Skrzecza.
– Czy to ten głos słyszałeś wtedy, gdy ktoś groził twojemu ojcu?
Młody  nie  zlekceważył  sprawy.  Wiedział,  że  to  ważne.  Poprosił  nas  o  kilkakrotne  odtworzenie

nagrania. Nie, nie był pewien. Może tak, może nie.

W  październiku  ochroniarz  z  Mariny,  stary  esbek  zbierający  haki,  odnalazł  zeszyt  z  numerami

samochodów,  które  pojawiły  się  u  Walusia.  Żona  wywiozła  papiery  na  działkę,  zimą  spalić  chciała.
Mówiłem  panom,  że  nic  u  mnie  nie  ginie,  ochroniarz  nie  krył  dumy.  W  spisie  znajdowało  się  kilka
śląskich  rejestracji.  Dałem  je  Breivikowi  do  sprawdzenia.  Byłem  akurat  w  Łodzi,  pomagałem  zrobić
ekspertyzę w sprawie serii podpaleń, gdy zadzwonił.

– Jeden z tych spisanych samochodów – zaczął bez wstępów – tych, co miałem je sprawdzić, należy

do Ludwika Kodyma.

Milczałem. Czułem, że natrafiliśmy na coś istotnego.
–  Ściślej  –  poprawił  się  –  jest  zarejestrowany  na  jedną  z  firm  Kodyma.  Tę  od  systemów

oświetleniowych.

– Masz datę, kiedy ten samochód pojawił się pod Mariną?
–  Mam.  To  było  równo  dwa  miesiące  przed  śmiercią  Walusia.  Piętnastego  grudnia  dwa  tysiące

dwunastego roku. Pół roku po śmierci Patryka.

– Będziemy musieli przyjrzeć się temu bliżej. Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności.
– Ja też nie – odparł Breivik. – Dlatego uciąłem sobie z panem Ludwikiem pogawędkę. Uznałem, że

nie ma na co czekać.

Zapowietrzyłem się na chwilę. Nie spodobało mi się, że Breivik zdecydował się działać beze mnie. Nie

podobał  mi  się  ten  pośpiech  i  brak  przygotowania.  Powiedziałem,  co  o  tym  sądzę.  Nawet  się  nie  bronił.
Nie czuł się winny. Po prostu nie widział powodu, by zwlekać z wyjaśnieniem sprawy.

– Co on ci powiedział? – Starałem się opanować. Przyszło mi to z trudem.
–  Najpierw  mówił,  że  to  musi  być  pomyłka.  Ale  przycisnąłem  go.  Zaczął  wtedy  tłumaczyć,  że  to

firmowy  samochód.  Że  czasem  wypożyczają  systemy  oświetleniowe  na  plenery,  duże  eventy,  koncerty

background image

i  tak  dalej.  Był  grudzień,  mogli  gdzieś  przygotowywać  sylwestra.  Mówił,  że  ma  od  tego  ludzi,  sam  się
wszystkim nie zajmuje. Powtórzył, że nie znał Walusia.

Może nie znał, a może znał.
Gdy skończyliśmy rozmowę, zamyśliłem się. Właściwie nie miałem Breivikowi nic do zarzucenia. Co

najwyżej  to,  że  szybciej  zadziałał,  niż  pomyślał.  Siedziałem  przy  biurku,  pamiętam  to  dobrze,  i  przez
głowę przemknęła mi jeszcze jedna myśl. Myśl na tyle nieprawdopodobna, że zaraz ją odrzuciłem.

Po  moim  powrocie  do  Katowic  raz  jeszcze  przesłuchaliśmy  Ludwika  Kodyma.  Pojawił  się

z  adwokatem,  który  gdyby  tylko  mógł,  zjadłby  nas  na  pierwsze  śniadanie.  Biznesmen  powtórzył  to
wszystko,  co  powiedział  wcześniej  Breivikowi.  Trzeba  przyznać,  że  był  świetnie  przygotowany.  Zarzucił
nas  raportami  dotyczącymi  działalności  swoich  firm,  listą  kontrahentów,  kursów  po  Polsce,  spotkań.
Sylwester to dla nich pora żniw. Jeden z najlepszych momentów w roku. Był kompetentny i elokwentny.
Gdy skończyliśmy, popatrzył na mnie przeciągle, a ja wiedziałem, że mam w mieście wroga.

Wpływowego wroga.
Tego dnia wróciłem do pokoju i rozsiadłem się w krześle. Byłem sam. Przy stole leżał plecak Breivika.

I  nagle  myśl,  która  wtedy,  w  Łodzi,  wydała  mi  się  nieprawdopodobna,  powróciła.  Nie  mogłem  się
powstrzymać. Przez chwilę nasłuchiwałem, a potem sięgnąłem po plecak. Rozsznurowałem go.

Wyjąłem kalendarz formatu A5 w czarnej, twardej oprawie. Na pierwszych dwóch stronach była mapa

Polski.  Piła  i  Gdynia  były  zaznaczone  długopisem  i  połączone  linią.  Ostatnie  dwie  strony  to  strefy
czasowe. W środku kilka zaznaczonych dat, które nic mi nie mówiły. Przy jednej skrót „ur. G.”. Być może
chodziło  o  urodziny  Gaby,  naszej  koleżanki  w  rajstopach.  Nieistotne.  Bo  najważniejsza  była  okładka
kalendarza. Z kwadratową nalepką na środku. Na nalepce znajdowała się rybka. Postać z kreskówki. Nie
musiałem sprawdzać, co to jest.

Każdy słyszał o filmie Gdzie jest Nemo?
Wy dwaj z pewnością też.

background image

26

Jak nie idzie, to nie idzie. Powiedzenie, które stosuje się do różnych dziedzin życia, pasowało także do

śledztwa.  Po  Skrzeczu  nie  było  śladu.  Familok  przy  ulicy  1  Maja  został  objęty  dyskretną  obserwacją.
Mężczyzna  nie  pojawił  się  w  domu.  Co  więcej,  zniknął  na  dobre:  przestał  przesyłać  pieniądze.  Ostatni
przekaz  pochodził  z  listopada.  Taką  informację  uzyskali  od  listonosza  obsługującego  ten  rejon.  Było
oczywiście możliwe, że pieniądze trafiały przez pośrednika, przyjęli jednak inną wersję. Skrzecz po prostu
rozpłynął  się  w  powietrzu.  Z  jakichś  powodów  nie  dawał  znaków  życia.  Nie  był  poszukiwany  w  kraju,
straż graniczna nie miała o nim żadnych informacji. Tyle wiedzieli.

Heinz  wpadł  na  pomysł,  by  przesłuchać  więźniów,  którzy  razem  ze  Skrzeczem  odbywali  odsiadkę.

W  celi  opowiada  się  różne  historie.  Część  z  nich  jest  wymyślana  na  potęgę,  ale  niektóre  nie.  Tyle  że
skazani nie należą do ludzi rozmownych. Gdy nie widzą w tym interesu, milczą. Nic nie wycisnęli z tych
rozmów, o ile można tak nazwać zdawkowy, naskórkowy kontakt. Osadzony, po którym obiecywali sobie
najwięcej,  znajdował  się  na  wolności.  Paweł  Biskup  był  już  weteranem  rozsmakowanym  w  więziennym
czaju, gdy Skrzecza posadzono po raz pierwszy. Z oczywistych powodów Biskup miał ksywę „Święty”. Był
złodziejem  starej  daty.  Wiele  wskazywało,  że  po  ostatniej  odsiadce  wrócił  do  jedynego  fachu,  który
opanował w sposób należyty. Heinz usłyszał, że jest tylko kwestią czasu, kiedy znów trafi za kratki.

Spadł  śnieg  i  zapowiadała  się  długa,  mroźna  zima.  Służby  oczyszczania  miasta  jak  co  roku  dały  się

zaskoczyć.  Ludzie  klęli,  grzęznąc  w  zaspach.  Ukraina  miała  nowy  Majdan  i  Heinz  zaczął  uważniej
przysłuchiwać  się  wiadomościom  płynącym  ze  wschodu.  Pewnego  dnia  na  korytarzu  minął  się
z  Lewandowskim.  Będzie  wojna,  jak  nic,  usłyszał.  Ciotka  aspiranta,  leciwa  staruszka,  zaczęła  gromadzić
zapasy, usłyszał. Dobrze to nie wróżyło. W sylwestra Heinz odebrał telefon. Dzwonił młody.

– Godzinę temu urodziła się Karolina. Jestem ojcem. A to znaczy, że ty zostałeś dziadkiem.
W pierwszej chwili nie zrozumiał. Było dla niego czymś oczywistym i naturalnym, że urodzi się wnuk.

Młodzi  nie  chcieli  znać  wcześniej  płci  dziecka.  Po  co?  Wybór  jest  dość  ograniczony,  usłyszał  od
Krzysztofa, gdy kilka miesięcy wcześniej rozmawiali przez telefon.

– Powinieneś przekazać mi tę wiadomość przez zaszyfrowany telefon. – Heinz barkiem podtrzymywał

komórkę  i  golił  drugi  policzek.  Pocahontas  i  tym  razem  zmusiła  go  do  sylwestrowych  szaleństw.  Młody
nie zrozumiał, więc mu wyjaśnił.

– W każdym razie – usłyszał – będziesz miał dziś podwójne powody do świętowania. Tylko uważaj na

siebie.

Karolina. Nie był pewien, czy nie poczuł ukłucia zawodu, które niemal od razu minęło. Dziewczynka

w ich rodzinie. To chyba dobry znak. Być może ona przerwie łańcuch fatalnych rodzinnych zdarzeń. Kilka
dni później, gdy otrzymał zdjęcia wnuczki z jej pierwszej sesji, rozmawiał z Josephem.

–  To  świetnie,  że  dziewczynka  –  mówił  stary.  –  Tu  w  Niemczech  piłkarki  to  są  prawdziwe  boginie.

Nawet nie wiesz, jaki panuje szał podczas meczów drużyny kobiecej, stadiony pękają w szwach.

W  sumie,  pomyślał,  gdy  skończyli  rozmowę,  argument  dobry  jak  każdy  inny.  A  potem

niespodziewanie poczuł się bardzo stary. Wstał, poszedł do sklepu, kupił czteropak piwa.

– To po to – powiedział do sprzedawczyni – by naoliwić rozpadającą się maszynerię.
Nie doczekał się reakcji. Nie takie teksty kobieta tu słyszała.
Był koniec lutego i ściął się z Pocahontas.
Byli na aukcji charytatywnej. Dopiero wtedy Heinz dowiedział się, że zapanowała moda na gadżety ze

znakiem  śląskości.  Licytowano  wszystko.  T-shirty  z  nadrukowanymi  zdaniami  w  gwarze,  obowiązkowo
bardzo  zabawnymi,  i  biżuterię  wykonaną  z  węgla.  Prawdziwym  przebojem  okazała  się  fototapeta
z  kombajnem  górniczym.  Pieniądze  z  aukcji  miały  być  przekazane  na  działalność  świetlic
środowiskowych.

W  pewnej  chwili  do  Heinza  podszedł  chłopczyk.  Profiler  dostrzegł  go  już  wcześniej.  Mały  z  ADHD.

Zaczepiał dorosłych i ucinał sobie z nimi pogawędkę.

– A ty kim jesteś? – Wpatrywał się bezczelnie w Heinza.
– Jestem policjantem.
Chłopczyk przechylił głowę.

background image

– Za stary jesteś na policjanta. Jesteś fujarą.
Poszedł dalej.
Godzinę później wybuchła awantura. Chłopczyk tulony przez matkę łkał w kącie i wskazywał palcem

na profilera. Pocahontas pochylała się nad malcem. A potem szybkim krokiem zbliżyła się do Rudolfa.

– Coś ty temu małemu powiedział? – syknęła.
– Ja? Nic. – Heinz patrzył na nią z miną niewiniątka.
–  Coś  ty  mu  nagadał?  –  powtórzyła.  –  Że  wieczorem  zamieniasz  się  w  Czarnego  Wujka  i  zabierasz

niegrzeczne dzieci do ciemnego lasu? Całkiem ci odwaliło, Hipis? Co ty, kumpel Trynkiewicza jesteś?

Odwróciła się wściekła. Bardzo rzadko zdarzało się, że używała jego ksywy. W jej ustach nie była ona

nigdy komplementem.

A  z  Mariuszem  Trynkiewiczem,  mordercą  i  pedofilem,  sami  mieli  duży  kłopot.  Gdy  zabójca,

ochrzczony przez media „Szatanem z Piotrkowa”, wyjawił, że po odbyciu kary przyjedzie do Rudy Śląskiej,
rozpętało  się  piekło.  Mieszkańcy  zaczęli  powoływać  komitety  obrony  i  lokalną  straż,  gazety  szczuły
i  podgrzewały  atmosferę,  w  powietrzu  pachniało  linczem  i  krwią,  cała  śląska  policja  miała  dodatkową
robotę.

W  piątek  dwudziestego  ósmego  lutego  otrzymali  wiadomość,  na  którą  czekali.  „Świętemu”  powinęła

się  noga.  Dosłownie.  Uciekał  ze  skradzionymi  przedmiotami,  poślizgnął  się  na  oblodzonym  chodniku
i  runął  jak  długi.  Heinz  znał  bardziej  absurdalne  historie.  Sam  uczestniczył  kiedyś  w  zatrzymaniu
złodzieja, który zasnął na miejscu przestępstwa. W sumie nic nadzwyczajnego. Zdarza się najlepszym.

Uznali,  że  nie  ma  na  co  czekać.  Heinz  dowiedział  się,  że  „Święty”  zostanie  dowieziony  z  dołka  do

prokuratury  w  Oświęcimiu.  Sprawą  zajmował  się  Różalski,  profiler  zetknął  się  z  energicznym
prokuratorem kilka razy, ale nigdy nie zapamiętał jego imienia. Wyjaśnił, dlaczego interesuje go pechowy
złodziej. Umówili się, że przyjedzie. Ja zrobię swoje, powiedział prokurator, a potem pan swoje.

Gdy  przybył  na  miejsce,  przesłuchanie  trwało.  Przed  drzwiami  siedziała  znudzona  policjantka

z  dochodzeniówki.  Różalski  trzymał  w  ręku  okulary  i  patrzył  na  mężczyznę  skulonego  na  krześle.
„Święty” miał lewą nogę wysuniętą do przodu. Nie mógł siedzieć inaczej. Na nodze znajdował się gips.

Heinz chciał wyjść, ale prokurator powstrzymał go ruchem ręki.
– Proszę zaczekać. My ze „Świętym” znamy się nie od dziś. To nie potrwa długo. Nie będziemy robili

sobie kłopotu. Prawda? – Spojrzał na złodzieja.

Profiler rozejrzał się. Od ostatniej wizyty chyba nic tu się nie zmieniło. Ten sam archaiczny komputer,

potężna  drukarka,  zepsuta  roleta,  niedomykająca  się  dwudrzwiowa  sosnowa  szafa,  porozrzucane
wszędzie  akta.  Na  brudnej  ścianie  trzyczęściowy  kalendarz  zachęcał  do  wstąpienia  do  szkoły  policyjnej
w Szczytnie. Przy wielu datach znajdowały się notatki i podkreślenia czytelne jedynie dla autora. Nie ma
co, jego pokój przy tym to prawdziwy Ritz.

Prokurator nie mylił się. Różalski i „Święty” rozmawiali konkretnie i na temat.
– Zatem, „Święty”, konkludując. Artykuł dwa siedem osiem. Paragraf pierwszy. Bierzesz?
Złodziej kiwnął głową.
– Okej. – Różalski zapisał coś w papierach. – Dwa siedem dziewięć. Paragraf pierwszy.
„Święty” podniósł głowę.
–  Ale  tam  w  hotelu…  te  drzwi  do  pokoju  nie  były  zamknięte.  Gość  aż  sam  się  prosił.  No  to  co  to  za

włamanie?

Prokurator uśmiechnął się.
– Proszę cię… Co ty, Royal Baby jesteś? Taki naiwny? Bierzesz czy nie?
– Dobra. Biorę.
– Świetnie. Teraz dwa osiem jeden.
–  No  co  pan!  –  „Święty”  nie  wytrzymał.  –  U  mnie  przemoc  nie  wchodzi  w  grę.  Tylko  na  czysto.  Ja

stary zawodnik jestem. W co chce mnie pan wrobić? – zdenerwował się. – Nie biorę.

– Dobrze… Ale to już chyba wchodzi w grę: sto osiemdziesiąt cztery. Paragraf jeden.
Rozmawiali  jak  fachowiec  z  fachowcem.  Przypominało  to  grę  w  ping-ponga.  Albo  szachy

błyskawiczne.

– Zaraz… sto osiemdziesiąt cztery, jedynka. Co to jest? Nie kojarzę.
–  Porzucenie  źródła  promieniowania  jonizującego.  Ukradłeś  gęstościomierz,  a  potem  wyrzuciłeś

w cholerę. To jak?

– Jezu, jakie promieniowanie? Gęstościomierz? Nie przypominam sobie!

background image

Przeszli wreszcie do sedna.
– Ile tego będzie?
– Cztery lata. Na sztywno.
– Na sztywno?
–  A  jak  myślałeś?  Recydywa,  powyżej  trzech  lat…  –  Prokurator  zaczął  wyliczać.  –  Może  sąd  jeszcze

z pół roku ci zbije. A tak w ogóle – Różalski wskazał na nogę w gipsie – nie myślałeś, żeby dać sobie z tym
spokój, na emeryturę przejść? My skończyliśmy – powiedział prokurator i zamknął akta.

– Akurat – burknął „Święty”.
– Jeszcze tylko komisarz Heinz chciałby zadać ci kilka pytań.
Niebieskie oczy spojrzały na Heinza. Przeciętna, trudna do zapamiętania twarz z pewnością pomagała

„Świętemu”  w  robocie.  Zbliżał  się  do  sześćdziesiątki,  ale  na  podstawie  wyglądu  trudno  było  oszacować
jego wiek. Heinz wyjaśnił, co go sprowadza.

–  Radosław  Skrzecz,  Radziu.  Siedzieliście  razem  w  Jastrzębiu-Zdroju.  Ty  drugi  raz,  on  debiutował.

Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty.

„Święty” milczał. Zaszczycił Heinza jednym zdaniem.
– Z psami nie rozmawiam. – Znów konkretnie i na temat.
Profiler spróbował drugi raz. I trzeci.
–  Nic  do  tego  Skrzecza  nie  mamy.  Interesują  nas  jego  znajomi  z  przeszłości.  Wiesz,  że  on  grał  na

gitarze? Opowiadał ci coś o czasach sprzed odsiadki? O starych znajomych?

Paweł  Biskup  zwany  „Świętym”  wciąż  milczał  ze  wzrokiem  utkwionym  w  złamaną  nogę.  Heinz  miał

ochotę wstać i kopnąć w ten gips. Z trudem się powstrzymał. Wreszcie dał za wygraną. Trzasnął aktami
o blat stołu i poczuł drobiny kurzu w nosie. Ruszył do wyjścia.

W drzwiach zatrzymał go głos.
– Heinz? Pan jest synem tego piłkarza? Józefa Heinza?
Przytaknął. Bez entuzjazmu.
– Dopiero teraz skojarzyłem. Widziałem pańskiego ojca w akcji jako młody chłopak. To było wielkie.

– Niebieskie oczy patrzyły gdzieś w odległą przeszłość.

A  potem  zaczęli  rozmawiać.  Cofnęli  się  o  dwadzieścia  cztery  lata.  Heinz  pomyślał,  że  Joseph,  jego

stary, po raz pierwszy przydał się do czegoś.

–  Wie  pan,  ten  Radziu  nie  nadawał  się  na  więzienie.  On  był  za  miękki  jak  na  Jastrzębie.  Delikatny

taki.  I  dobrze,  że  trafił  na  mnie,  bo  inaczej  szybko  by  go  przecwelili.  W  ogóle  by  się  nie  odnalazł.  Nie
wiem,  czy  pan  pamięta.  Chłopaki  z  Jastrzębia  budowali  kopalnie,  potem  to  się  trochę  zmieniło,  ale  nie
było lekko. A Radziu, trochę dzięki mnie, trafił do więziennej biblioteki. Pan pyta o muzykę i jego kumpli
z przeszłości. Coś tam mi opowiadał, bo komu miał mówić… Ale już nic nie pamiętam.

Heinz bezradnie rozłożył ręce.
– Ale pamiętam tyle, że wtedy w więzieniu taki tomik wierszy więźniów wydali. To było wydarzenie.

Nawet główny klawisz się tym chwalił. Moje wspomnienia czy coś podobnego. Radziu napisał tam wiersz
albo  piosenkę,  nie  pamiętam.  Sam  pan  wie,  są  te  różne  programy  kulturalne,  resocjalizacyjne.  A  ja
uważam, że gdyby Radziu nie poszedł wtedy siedzieć, to nie trafiłby drugi raz.

Heinz  nie  miał  pewności,  czy  „Święty”  mówi  tylko  o  Radziu.  Być  może  usprawiedliwiał  także  swoje

życie. Ale niespecjalnie go to obchodziło.

– Pana ojciec – zapytał złodziej – żyje?
– Żyje.
–  To  proszę  pozdrowić  go  od  starego  kibica.  Powiedzieć,  że  był  nieprawdopodobny.  –  Paweł  Biskup

znów odbywał podróż w czasie.

Heinz otworzył drzwi. Policjantka drgnęła gwałtownie, wyrwana z letargu.
Tego  samego  dnia  był  w  Jastrzębiu-Zdroju.  Zakład  karny  powstał  w  latach  sześćdziesiątych  jako

ośrodek pracy więźniów, a osadzonych kierowano do przemysłu ciężkiego na całym Śląsku. Miał istnieć
piętnaście lat, ale jak każda prowizorka przetrwał dużo dłużej.

Heinz  dowiedział  się  tego  w  więziennej  bibliotece.  Więzień  zatrudniony  jako  bibliotekarz

przeszukiwał półki i opowiadał.

– Wie pan, to tak dawno temu było. Nie przypominam sobie takiego tomiku, za moich czasów nikt go

nie zamawiał, zresztą ja tu dwa lata jestem. Mam – oświadczył wreszcie. – Sam nie wiem – był z siebie
bardzo zadowolony – jak udało mi się to znaleźć. Tylko tytuł jest nieco inny.

background image

Heinz  wziął  książeczkę  do  ręki.  Siła  wspomnień.  Mogło  być  lepiej,  ale  nie  zamierzał  krytykować.

Szary,  szorstki  papier.  Podtytuł: Wiersze  osadzonych  w  ZK  Jastrzębie-Zdrój.  Data.  Tysiąc  dziewięćset
dziewięćdziesiąt jeden. Na końcu spis treści. Tomik miał koło pięćdziesięciu stron, a wiersze przeplatane
były  czarno-białymi  zdjęciami  lichej  jakości.  Niektórzy  napisali  po  kilka  utworów.  Radosław  Skrzecz
opublikował jeden.

Wiersz  był  krótki.  Raptem  dwanaście  wersów.  Tytuł My.  Heinz  kilkakrotnie  go  przeczytał.  Zaczynał

się od słów: „My, my z gitarami”. Kończył wersem: „Byliśmy taką zgraną paczką”.

Heinz odwrócił stronę.
Więzienny bibliotekarz mówił coś do niego, ale profiler nie słuchał. Patrzył na zdjęcie.
– Muszę wypożyczyć ten tomik – powiedział wreszcie.
Wracał do Katowic. Tym razem był pewien, że trafił na coś istotnego. Cały czas sprawa wymykała im

się z rąk. Teraz zdobyli punkt zaczepienia.

Tomik leżał na fotelu pasażera. Siła wspomnień. Sens wydawał się oczywisty. Ktoś nakłonił więźniów,

by  napisali  o  jasnej  stronie  swojego  życia.  Może  po  to,  by  zrozumieli,  że  nie  wszystko  jest  stracone.
Widocznie uznano, że będzie to dobra terapia.

Sznur pojazdów zmierzał wolno do Katowic. Padający śnieg znów dał się we znaki. Heinz wprawdzie

prowadził,  ale  nie  mógł  się  powstrzymać.  Sięgnął  po  książeczkę.  Otworzył  ją  na  wierszu  Skrzecza.
„Byliśmy taką zgraną paczką”, przeczytał jeszcze raz.

Popatrzył  na  zdjęcie.  Było  nieco  rozmazane.  Dzisiejsze  fotografie  to  przy  tym  brzytwa,  widać  każdy

szczegół. Przypomniał sobie sesję zdjęciową wnuczki.

A tu ktoś dawno temu uchwycił zabawę taneczną. Eleganccy młodzi ludzie, mężczyźni pod krawatami.

I  zespół.  Zespół  na  scenie.  Z  przodu,  przy  mikrofonie,  chłopak  z  włosami  do  ramion.  Po  bokach  dwóch
gitarzystów. Jeden z nich, Heinz nie miał wątpliwości, to był Skrzecz. Widział jego stare zdjęcia w aktach.
W  głębi  po  prawej  stronie  pucołowaty  gitarzysta  basowy.  „Duży  Dżon”.  Nie  strzygł  się  jeszcze  wtedy  na
zero. Twarz perkusisty częściowo przesłaniał talerz. Z wyjątkiem wokalisty w kraciastej koszuli pozostali
w garniturach i białych koszulach. Wystylizowani na wczesnych Beatlesów.

My.
„Byliśmy taką zgraną paczką”.
Pomyślał o Abbey Road i kondukcie żałobnym.
Na drodze zrobiło się luźniej. Dodał gazu.

background image

27

Czekałem  na  efekty  pracy  naszych  specjalistów  od  obróbki  zdjęć.  Mieli  lekką  obsuwę,  ale  zadanie,

które  przed  nimi  postawiliśmy,  nie  było  łatwe.  Chcieliśmy,  żeby  wycisnęli  z  czarno-białej,  nieostrej
fotografii  sprzed  co  najmniej  ćwierć  wieku  tyle,  ile  można.  Przede  wszystkim  twarze.  Oraz  wszelkie
szczegóły, które pomogłyby ustalić, gdzie i kiedy zdjęcie zostało zrobione.

Paliłem  jednego  papierosa  za  drugim  i  czekałem.  Jak  wszyscy.  Okazało  się  także,  że  ktoś  czeka  na

mnie. Zostałem wezwany przez oblicze Sandry Szwarc.

W  każdej  instytucji  istnieją  ciała  obce,  których  jedynym  zadaniem  jest  uprzykrzanie  pracy  innym

i mnożenie kłopotów. Wasze uśmiechy świadczą, że wiecie, o czym mówię. Komisarz Sandra Szwarc nie
przepracowała ani jednego dnia w terenie, a kajdanki widziała tylko w telewizji. Była natomiast obcykana
w  obsługiwaniu  arkuszy  kalkulacyjnych,  znała  wszystkie  dyrektywy  Unii  Europejskiej,  potrafiła
lawirować  w  gąszczu  biurokratycznych  terminów,  słowem:  w  dzisiejszych  czasach  okazywała  się
niezastąpiona. Czego nie można było powiedzieć o ludziach takich jak ja. I wy też.

Jedno  z  jej  zadań  polegało  na  edukowaniu  policjantów  w  kwestii  równości  i  tolerancji.  Trzeba

przyznać, że była niezmordowana. Organizowała prelekcje i odczyty, potrafiła doprowadzić nawet do tego,
że naczelnik kazał nam uczestniczyć w projekcji filmu Gdy gej jest partnerem w patrolu. Film zajmował
mnie  tak  sobie,  bardziej  przypominał  zresztą  parodię  niż  poważny  dokument.  Za  to  interesujące  było
obserwowanie reakcji zebranych na sali, a także wysłuchiwanie komentarzy wypowiadanych półgębkiem
lub  przez  odważniejszych  na  głos.  Jeden  ze  starszych  kolegów  po  pokazie  wstał  i  powiedział,  że  równie
świńskiego filmu nie widział. A żył wystarczająco długo.

No więc zostałem wezwany przed oblicze Sandry Szwarc i czekałem, co się zdarzy.
–  Została  na  ciebie  złożona  oficjalna  skarga  –  powiedziała.  Była  młodsza  ode  mnie  o  przynajmniej

dziesięć lat. Na jej biurku stało zdjęcie rodzinne. Mąż, córka i pies, w tle ogród.

– Tak? – Zdziwiłem się.
– Posterunkowe Nogaś i Rusinek. Miałeś określić je… – Zawahała się. – Miałeś nazwać je „dziurawym

patrolem”. Przy okazji…

– To te dwie – przerwałem jej – które pierwsze znalazły się na miejscu, ale dostały cykora i czekały na

wsparcie, tak?

–  Tak.  Te  dwie,  które  realnie  oceniły  ryzyko  i  poprosiły  o  pomoc.  –  Szwarc  pocierała  obrączkę  na

palcu.

Wziąłem trzy głębokie wdechy.
– Posłuchaj. Nigdy nie robiłaś na ulicy, więc pozwól, że ci…
– Nie musisz nic wyjaśniać – przerwała sucho. – To, gdzie pracowałam, a gdzie nie, jest bez znaczenia.
– Mimo wszystko wyjaśnię. – Trzy kolejne głębokie wdechy. – Szanuję pracę policjantek. Niektóre to

rewelacyjne  specjalistki.  Ale  zawsze  uważałem,  że  patrol  złożony  z  dwóch  kobiet,  w  dodatku  dwóch
dziewczyn  z  minimalnym  doświadczeniem,  to  jest  żart.  Kpina  i  obciach.  I  one  to  potwierdziły.  Bo  gdy
następnym  razem  ktoś  się  będzie  wykrwawiał,  te  dwie…  –  w  ostatniej  chwili  się  powstrzymałem  –  …
znów postąpią tak samo. To jest moje gender.

Patrzyła na mnie w milczeniu.
– Nie wiem, czy tak powiedziałem, czy nie. Z pewnością nie przy nich, bo na oczy ich nie widziałem.

Ale jeśli przypinają mi taką łatkę, ja to przyjmuję. I nie zamierzam przepraszać – mówiłem coraz głośniej.

– Będę musiała napisać raport w tej sprawie.
Ruszyłem do drzwi.
– To pisz. Nie wiem, gdzie tej gorliwości się nauczyłaś, pewnie w harcerstwie. A jeśli przyjdzie wam do

głowy kolejna ankieta oceniająca, wymyśl pytanie: rozumienie problemów współczesnej cywilizacji. I od
razu wpisz mi zero. Albo minus jeden i odeślij na kurs resocjalizacyjny.

Trzasnąłem drzwiami. Szedłem korytarzem i myślałem o jednym.
Kto mnie, kurwa, podkablował.
W gabinecie naczelnika czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka.
–  Jest  tu  facet,  który  chce  z  tobą  rozmawiać.  –  Pokazał  w  stronę  sali  konferencyjnej.  Jego  głos  nie

background image

wróżył niczego dobrego.

– Co jest? – powiedziałem. – Dzień Niezapowiedzianych Wizyt?
– Lepiej tam idź.
Otworzyłem drzwi i pomyślałem, że znalazłem się w zoo. Na wprost wejścia siedział potężny, zwalisty

mężczyzna ostrzyżony na łyso. Gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, a było to… tak, prawie trzy lata temu,
skojarzył  mi  się  z  hipopotamem.  Głębokie  bruzdy  przecinały  mu  czoło.  Wtedy  miał  na  sobie  dżinsową
kurtkę i teraz ubrany był tak samo. Facet, przed którym wszyscy trzęśli portkami. Trochę tak, jak trzęsą
przed wami. Chociaż są wyjątki od tej reguły.

– Ostatnio gdy się spotkaliśmy – uprzedziłem hipopotama – było takich dwóch młodych w okularach

przeciwsłonecznych. Zaczął pan biegać? Zgubił ich pan po drodze?

Wtedy, w dwa tysiące jedenastym, ignorował moje docinki. I tym razem postąpił tak samo.
–  Co  pan  robił  czwartego  października  dwa  tysiące  trzynastego  roku?  –  zaczął  bez  wstępów

Marchwicki.

Może  nie  wierzycie,  ale  naprawdę  się  tak  nazywa.  Gdyby  chciał  przehandlować  nazwisko  u  nas

w  firmie,  ludzie  waliliby  do  niego  drzwiami  i  oknami.  Wielu  chciałoby  się  nazywać  jak  nasz
najsłynniejszy seryjny morderca.

– W jakim charakterze rozmawiamy?
– Nieformalnym.
– A to ja nieformalnie wychodzę. – Uniosłem się z krzesła.
– Niech się pan nie zgrywa, bo stracę cierpliwość. – Kolejne pytanie osadziło mnie na miejscu. – Co

pan wie o swoim przyjacielu Lambrosie Kastoriadisie?

Zawahałem  się.  Mistrz  karate.  Szalony  Grek.  Od  wielu  lat  w  Polsce.  Chodzę  do  niego  na  lekcje.

Trenujemy razem. Długo się nie widzieliśmy. Jest gdzieś w rozjazdach. Nie wiem gdzie. W ogóle często
wyjeżdża.

–  To  ja  panu  powiem,  gdzie  był  czwartego  października.  –  Bruzdy  na  czole  poczerwieniały.  –

W Berlinie. I pan też był wtedy w Berlinie. Czy to nie dziwne?

Wyjaśniłem,  w  jakiej  sprawie  pojechałem.  Spotkałem  się  z  profesorem  filozofii  na  Uniwersytecie

Humboldta. Wiedział o tym. Z Kastoriadisem się nie widziałem. Nie miałem pojęcia, że tam był.

– A właściwie to o co chodzi?
– Dobre pytanie – mruknął.
Wyjął plik zdjęć. Rzuciłem okiem. Zdemolowany pokój. Cały we krwi. Śniady mężczyzna z brodą. Biała

koszula w czerwieni. Kolejny pokój. A w nim dwa nienaturalnie powyginane ciała.

– Chce mnie pan nastraszyć czy co? Mam zacząć krzyczeć?
– W Berlinie, w nocy z czwartego na piątego października, koło Hermannplatz, pan – oderwał wzrok

od  fotografii  –  był  tam  w  hotelu.  Znów  zbieg  okoliczności.  Więc  tamtej  nocy  ktoś  zamordował  trzech
ludzi.  Jeden  z  nich  to  Abu  Bakr  Zafir.  Wysoko  na  liście  poszukiwanych  terrorystów.  I  nieuchwytny.
Własnoręcznie  odcinał  głowy  zakładnikom.  Poszukiwany  przez  służby  specjalne  kilku  państw.
Poderżnięto mu gardło. Właściwie… prawie odcięto głowę.

– Właściwie to powinno was ucieszyć. Ktoś odwalił za was mokrą robotę. A ci dwaj?
– Jego ochrona. Im tylko skręcono karki. Nie mamy pewności, ale wiele wskazuje, że zrobił to pański

przyjaciel. Nie znamy też pana roli w tym wszystkim.

– To może wywieziecie mnie do Starych Kiejkut i zabawimy się w złego taliba? Niestety, nie umiem

skręcać karków uzbrojonym po zęby ludziom. Bo rozumiem, że to ten przypadek.

Położył potężne dłonie na stole. Pomyślałem, że nie chciałbym, żeby wziął mnie w obroty.
– Pan naprawdę nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. Nasi… Wielu ludzi, powiedzmy, poczuło się

zaniepokojonych. Poważnie zaniepokojonych. A wie pan dlaczego? Bo jeśli to Kastoriadis, to nie wiemy,
na  czyje  polecenie  działał.  Skonsultowaliśmy  to.  Nie  możemy  wykluczyć  też  prowokacji.  Może  wykonał
wyrok na Zafirze w imieniu innej radykalnej organizacji. Nie wykluczamy zemsty i czegoś osobistego. Tak
czy inaczej wywołało to poruszenie i nie wiadomo, jakie będą skutki. Dlatego proszę o współpracę.

Raz jeszcze zapytał, czy spotkałem się z Kastoriadisem w Berlinie, a ja ponownie zaprzeczyłem.
–  Jeśli  pojawi  się  w  Polsce,  nie  będziemy  mieli  podstaw,  żeby  go  zatrzymać.  Liczę  natomiast  na

pańską lojalność wobec nas, gdy w grę wchodzą względy bezpieczeństwa.

–  Może  pan  na  mnie  liczyć.  –  Kiwnąłem  głową.  –  Tak  w  ogóle  kocham  Berlin.  A  jeszcze  bardziej

Wiedeń. Wie pan dlaczego? Chodzę tam do brunatnych klubów.

background image

Zmarszczył brwi.
– Nie, to nic takiego, o czym pan myśli, żadni naziści. – Ściszyłem głos. – To są kluby dla ludzi, którzy

odnajdują satysfakcję w nacieraniu się gównem.

Nawet nie drgnął. Potrafił świetnie panować nad sobą.
– Myślę, że pan czułby się tam jak ryba w wodzie – dodałem.
Wiecie,  co  wam  powiem?  Bardzo  łatwo  rzuca  się  oskarżenia  i  wydaje  wyroki.  Cień  podejrzenia  jest

bardziej  lepki  i  uwierający,  niż  się  wydaje.  Strasznie  trudno  się  potem  oczyścić.  To  trochę  tak  jak  ze
sprostowaniami w gazetach. Nikt nie czyta sprostowań. A jeśli chodzi jeszcze o brunatne kluby… Wy dwaj
czulibyście się tam jak u siebie w domu.

background image

28

Wpatrywali się w zdjęcie. Technicy przygotowali odbitki w formacie A4 oraz A3. Musiał przyznać, że

opłaciło się czekać. Obraz na fotografii był wyraźniejszy, a rozmazane wcześniej postaci nabrały wyrazu.
Stało  się  tak,  jakby  zyskały  drugie  życie.  Tancerze  tulili  się  do  siebie.  Jedna  para  w  dolnym  rogu  się
całowała.

Dopiero  teraz  Heinz  dostrzegł,  że  Waluś  miał  zmrużone  oczy.  Jakiś  grymas  zastygł  na  twarzy

Skrzecza, a czoło wokalisty błyszczało od potu. W sali, gdy robiono zdjęcie, musiało być gorąco.

– Co o tym sądzisz? – zapytał naczelnik.
–  Zacznijmy  od  fotografii  –  powiedział.  –  Znamy  dwie  osoby.  Jedną  jest  Waluś,  drugą  Skrzecz.

Wiemy, że zdjęcie musiało powstać przed tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym. Ale niedługo wcześniej.

– Skąd wiesz?
–  Po  jakości  gitar.  To  są  bardzo  dobre  instrumenty,  nie  będę  was  zanudzał  szczegółami.  Dziesięć  lat

wcześniej amatorski zespół, a to z pewnością jest amatorski zespół, nie mógłby sobie na takie pozwolić.
Poza tym ubrania…

–  To  jest  studniówka  –  wtrąciła  Rojek.  Tego  dnia  miała  na  sobie  fioletowe  rajstopy.  –  Mam  starszą

siostrę. Ona robiła maturę pod koniec lat osiemdziesiątych. Często oglądałam te zdjęcia jako nastolatka…
Boże,  jak  ja  jej  zazdrościłam  dorosłości.  Oni,  na  fotografiach,  tak  właśnie  wyglądali.  Dziewczyny  miały
takie fryzury.

–  Też  mi  się  tak  wydaje  –  potwierdził  Heinz.  –  To  na  pewno  jest  studniówka.  Popatrzcie  na  prawy

górny  róg.  Tam  jest  coś  w  rodzaju  transparentu.  Jakoś  się  dziwnie  wygiął  i  widać  tylko  kawałki  liter,
jakieś przebitki. Technicy robią, co mogą, by rozszyfrować, co tam jest.

– Może powinniśmy wrzucić zdjęcie na portale społecznościowe? Poprosić o pomoc? Postępujemy tak

w wielu wypadkach.

–  Nie.  –  Heinz  spojrzał  na  aspirantkę.  –  Nie  teraz.  Przyjrzeliście  się  dobrze  perkusiście?  On  jest

częściowo zasłonięty. Ale… Nie wydaje się wam do kogoś podobny?

Raz jeszcze pochylili się nad odbitkami.
– Trochę jak Kodym – zauważył naczelnik. – Nie mam pewności, ale trochę… Tyle że Ludwik Kodym

utrzymywał, że nie zna Walusia.

– Powinniśmy go koniecznie jeszcze raz przycisnąć – wtrącił Breivik.
–  Nie.  –  Heinz  zaoponował.  –  Tym  razem  –  powiedział  z  naciskiem  –  nie  będziemy  wykonywali

gwałtownych ruchów. I żadnych popisówek.

Breivik chciał coś odpowiedzieć, ale naczelnik powstrzymał go ruchem ręki.
– Dopóki nie mamy pewności, że to on, powinniśmy zatrzymać tę wiedzę dla siebie. Nie bardzo tylko

rozumiem – zapytał naczelnik – dlaczego ten Kodym jest taki ważny? Załóżmy, że kłamie. Zna Walusia,
mało tego, spotkał się z nim w Warszawie. Może obaj byli szantażowani? Albo ten cały Skrzecz, kumpel
ze  starych  czasów,  żądał  pieniądzy.  Albo  jeszcze  inaczej.  „Duży  Dżon”  to  szemrana  postać,  a  nasz
biznesmen dba o wizerunek. Nie chciałby, żeby rozniosło się, że kumpluje się z taką mendą.

Heinz pokręcił głową.
– Tu jest wiele spraw niejasnych. Ale jedno zrozumiałem: tych trzech facetów łączy nie tylko zdjęcie.

Także  to,  że  każdy  z  nich  zostawił  przeszłość  za  sobą.  Jest  jakiś  powód,  dla  którego  nic  nie  wiemy
o  Ludwiku  Kodymie,  gdy  był  młody.  Poprosiłem  Gabę  –  przeciągle  popatrzył  na  Breivika  –  żeby
przejrzała wywiady, których udzielał. Nigdzie nie ma słowa o przeszłości. Nigdy nie wspomina o muzyce.
Gdy jest pytany o hobby, lubi opowiadać o rajdach terenowych i podróżach. Ale muzyka nie pojawia się
nigdy. Z Walusiem jest podobna sprawa. Raz jeszcze zadzwoniłem do wesołej wdówki…

Wszyscy spojrzeli na niego.
– To znaczy zadzwoniłem do pani Strzałkowskiej-Waluś i ponownie o wszystko wypytałem. Czy grał

w  zespole?  Czy  wymieniał  nazwiska  Skrzecza  i  Kodyma?  Nawet  przez  sen  albo  po  pijaku?  Nic.  Nigdy
o nich nie słyszała. Wysłałem Cieślę do familoków, tam, gdzie mieszka Skrzeczowa. Taka sama reakcja.
I powiem wam jedno – uniósł palec do góry – jeśli ludzie mieli w młodości fajną kapelę, to lubią sobie
o  tym  powspominać.  Wracają  do  starych  czasów.  A  tu…  Po  prostu  kompletna  cisza.  Z  wyjątkiem  tego

background image

wiersza, który Radzio napisał. Pamiętacie koniec? „Byliśmy taką zgraną paczką”.

– Zatem co o tym sądzisz? – Naczelnik wrócił do pierwotnego pytania.
–  Zakładam,  że  stało  się  coś  takiego,  co  spowodowało,  że  całkowicie  odcięli  się  od  przeszłości.

Z jakichś względów jest ona niewygodna. Umówili się, że nie będą do niej nigdy wracali. Wykasowali ją.

– Coś w rodzaju zmowy milczenia? – zapytała Rojek.
–  Tak,  coś  w  tym  stylu.  Takie  rzeczy  się  zdarzały.  I  to  na  zupełnie  inną  skalę.  Pamiętacie  sprawę

połaniecką?

Rojek  nie  mogła  pamiętać.  Połowa  lat  siedemdziesiątych,  głęboki  Gierek  i  równie  głęboka  wieś.

Konflikt  między  rodzinami,  zaplanowana  i  z  zimną  krwią  przeprowadzona  egzekucja  podczas  pasterki
i zmowa milczenia kilkudziesięciu świadków przełamana dopiero podczas procesu.

– Dziś byłoby trudniej – powiedział Heinz. – Zaraz by ktoś nagrał, wrzucił na fejsa albo YouTube’a.
Rojek chrząknęła, a naczelnik ukrył twarz w dłoniach.
– Co jest? – zapytał profiler. – Powiedziałem coś nie tak?
Nikt się nie odezwał.
– Więc – mówił nieco zbity z tropu – myślę, że działa tutaj coś w rodzaju efektu motyla. Pamiętacie?

Trzepot skrzydeł motyla w jednej części kuli ziemskiej wywołuje tsunami w innym obszarze świata.

– A gdybyś tak jaśniej? – poprosił naczelnik.
– Jaśniej wygląda to tak, że kiedyś coś się zdarzyło, a po latach nagle powraca. Nie wiem co i kiedy. To

są nasze pytania.

Przypomniał  im  spreparowaną  okładkę Abbey  Road.  To  trochę  tak  jak  z  Lennonem  na  zdjęciu

znalezionym  w  hangaroschronie.  Kondukt  zmierza  w  jedną  stronę,  aż  nagle  jeden  odwrócił  się  i  idzie
naprzeciw. Cały dotychczasowy układ się burzy.

– Ten młody Kodym cały czas tu nie pasuje. – Breivik pokręcił głową. – Dlaczego on?
– Może jest tak, że ktoś chciał się zemścić na Ludwiku Kodymie, ale nie mógł go dopaść? Wprawdzie

nasza  perła  biznesu  porusza  się  bez  ochrony,  ale  posiada  broń.  I  z  pewnością  ma  oczy  naokoło  głowy.
Łatwiej było dopaść młodego. A może jest jeszcze jakiś inny powód…

– Zakładając, że na zdjęciu jest nasza trójca, pozostaje jeszcze tych dwóch. Wokalista i drugi gitarzysta

– powiedział naczelnik.

– I dlatego nie możemy rozpowszechniać zdjęcia – odparł Heinz. – Może nagle po latach jeden z nich

coś  sobie  przypomniał?  Skończył  odsiadkę?  Został  wybudzony  w  klinice?  Wyjechał  z  Polski  i  teraz
wrócił? Możliwości może być wiele. Oni obaj albo przynajmniej jeden z nich to klucz. Piąty beatles.

Ostatnie słowa powiedział raczej do siebie niż do nich.
–  Piąty  beatles  –  powtórzył.  –  Świadek.  Postronny  obserwator.  Coś  kiedyś  widział.  Poza  tym

zobaczcie: ten zespół na zdjęciu przypomina wczesnych Beatlesów.

– Co robimy? – zapytała Rojek.
–  Szukamy  Skrzecza.  Ty  –  zwrócił  się  do  aspirantki  –  przeszukasz  najważniejsze  śląskie  gazety

z końca lat osiemdziesiątych. Jeśli ten zespół grał na studniówkach, ktoś mógł o nich pisać. I trzymajmy
kciuki  za  naszych  chłopaków.  Może  rozszyfrują,  co  jest  na  tym  transparencie.  –  Stuknął  długopisem
w zdjęcie. – Przy dzisiejszych możliwościach…

Rojek ponownie chrząknęła. Breivik odwrócił się w stronę okna.
– Co was tak śmieszy? – Heinz nie krył irytacji. – Co ja takiego powiedziałem?
– Nic – odezwał się wreszcie Gawlik. – Widzieliśmy filmik. Na YouTubie…
Heinz poczerwieniał.
–  Ktoś  wrzucił  twój  występ,  gdy  grałeś  na  ślubie  syna.  Nazwał  to  „Beatles  kaskader”.  Muszę

powiedzieć, robi wrażenie. Masz dużo wejść.

Poczuł, że musi wyjść na świeże powietrze.
– Wiecie co? – powiedział. – Bawcie się dalej, a ja idę zapalić.
I w tym momencie w drzwiach pojawił się Cieśla. Musiał słyszeć końcówkę rozmowy.
– Nigdzie nie idziesz. Znaleźliśmy ciało. Zwłoki Radosława Skrzecza.

background image

29

Pojechaliśmy we trzech do Sosnowca. Cieśla, Breivik i ja. Kierowaliśmy się do Milowic, które podczas

pierwszej  wojny  światowej  stały  się  dzielnicą  Sosnowca,  a  w  bliższych  już  czasach  zasłynęły  drużyną
siatkarzy znaną w całej Europie. Ostatnio o Milowicach znów zrobiło się głośno, a szum wywołali lokalni
działacze.  Społecznicy  odkryli,  że  dawną  kaplicę,  pochodzącą  sprzed  pierwszej  wojny,  zaadaptowano  na
magazyn  sklepu  spożywczego.  Budynek  popadł  w  ruinę  i  groził  zawaleniem.  Gdzieś  jeszcze  między
kawałkami  walącego  się  dachu  amatorzy  mocnych  wrażeń  i  poszukiwacze  skarbów  odnaleźli  kropidło
i obraz z Jezusem. Rozpoczęła się akcja, żeby kaplicy przywrócić świetność sprzed stu lat, czyli postawić
ją na nowo. W Milowicach znajdowało się kilka podobnych miejsc, które popadły w ruinę, i do jednego
z nich jechaliśmy.

– Kto odkrył ciało? – zapytałem.
– Włóczył się tam jakiś złomiarz – odpowiedział Cieśla. – Był tam kiedyś magazyn. Więc Edi myślał,

że coś znajdzie.

– I znalazł.
Znowu magazyn.
W  głowie  krążyła  mi  końcówka  wiersza  napisanego  przez  Skrzecza.  „Byliśmy  taką  zgraną  paczką”.

Byliśmy.

– Skąd wiemy, że to Skrzecz?
– Obok krzesła, aha, ktoś go przywiązał do krzesła, leży pokwitowanie pocztowe. Stare, z października.
Zjechaliśmy z głównej drogi i omal nie urwaliśmy zawieszenia. Cieśla zaklął. Przejechaliśmy może sto

metrów i znaleźliśmy się na miejscu. Magazyn był na uboczu. Gdy patrzyło się od dojazdówki, zasłaniały
go dwa drzewa pokryte śniegiem. Obok sosny stał radiowóz, nieco dalej drugi samochód, w którym grzali
się technicy.

Zapukałem  w  szybę.  Uchyliły  się  drzwi  i  wyjrzała  głowa.  Policjant  spojrzał  na  mnie  i  od  razu

wiedziałem, że nic nie znaleźli. Przynajmniej nie to, co przydałoby się na tym etapie sprawy.

– Długo tam leży?
–  Nie  jestem  lekarzem  –  odparł  technik.  –  Ale  chyba  tak.  Uważajcie  tam  w  środku.  Żebyśmy  nie

musieli was wyciągać.

Budynek  był  murowanym  sześcianem  pomalowanym  na  biało.  To  znaczy:  tak  wyglądał  kiedyś,  za

nowości. Teraz jedna ściana częściowo się zawaliła i nie trzeba było korzystać z zardzewiałych drzwi, aby
dostać się do środka. Przed wejściem leżała skorodowana i nieczytelna tabliczka. Nawet złomiarz by się
na  nią  nie  połasił.  Swoją  drogą,  pomyślałem,  trzeba  być  desperatem,  żeby  szukać  tu  czegoś
wartościowego. Otwory okienne ziały pustką. O dziwo, dach zachował się w niezłym stanie. W niezłym,
biorąc pod uwagę to, co widziałem.

Weszliśmy do środka. Cieśla szedł pierwszy, za nim Breivik, ja na końcu. W pomieszczeniu było pełno

desek,  z  niektórych  wystawały  potężne  gwoździe  i  musieliśmy  uważać  przy  każdym  kroku.  Poza  tym
w dawnym magazynie nie było nic godnego uwagi. Z wyjątkiem ciała na środku.

Mężczyzna  był  przywiązany  do  krzesła.  Z  nogami  ugiętymi  pod  kątem  prostym  wyglądał,  jakby  się

kulił. Zdarta podeszwa sportowego buta, poplamione dżinsy, ciemna kurtka, raczej przejściowa, za lekka
jak na zimę. Ciało na krześle zamarzło, a siła ciężkości pociągnęła je na podłogę.

Ukucnąłem  i  przyjrzałem  się  twarzy.  A  bardziej  temu,  co  po  niej  pozostało.  Kość  policzkowa  była

wgnieciona,  włosy  zlepione  krwią.  Patrzył  na  mnie  oczodół.  Małżowina  ucha  była  nienaturalnie
rozciągnięta. Wyglądała jak kawałek plasteliny. W czaszce powyżej skroni znajdowała się dziura. Policzek,
szyję  i  ubranie  pokrywała  zamrożona  brunatna  maź.  Pomyślałem,  że  medyk  będzie  musiał  się
napracować,  by  przygotować  twarz  do  identyfikacji.  Ciało  przytwierdzono  do  krzesła  za  pomocą  taśmy
izolacyjnej.

Podniosłem się i rozejrzałem jeszcze raz. Ostrożnie obszedłem magazyn, uważając na deski. Niczego

nie znalazłem.

– Chodź, zobacz – powiedział Cieśla. – To widziałeś?
Odwrócił bryłę lodu na drugi bok. Wskazał na opuchniętą rękę.

background image

Popatrzyłem na palce. Ofiara miała zerwane paznokcie.
Spojrzeliśmy na siebie. A potem opuściliśmy magazyn.
Skończyły mi się papierosy. Ruszyłem do radiowozu. Jeden z policjantów palił. Staliśmy i w milczeniu

zaciągaliśmy się, gdy podszedł Breivik.

– Jak to się ma do twojej teorii?
Wciąż milczałem.
Gdy skończyłem, podszedłem raz jeszcze do techników.
– Chcę wiedzieć, czy on zginął w tym miejscu. Czy został tu przewieziony już po śmierci.
Pokiwali głowami. Medyk sądowy usłyszy to samo pytanie. Być może plamy opadowe na ciele dadzą

odpowiedź.

Cieśla  i  Breivik  rozmawiali  w  drodze  powrotnej,  ja  usiadłem  z  tyłu.  Wymieniali  się  uwagami.

Milczałem.

Gdy wróciliśmy, usiadłem w pustej salce konferencyjnej. Chciałem pobyć sam. Zdjęcie ze studniówki

wciąż  tam  leżało.  Popatrzyłem  na  twarz  gitarzysty.  Spojrzałem  na  dłoń  łapiącą  akord  na  gryfie  gitary.
Pomyślałem o zerwanych paznokciach. Zamknąłem oczy.

Nie robi się miazgi z człowieka bez powodu. Nie zrywa mu się paznokci. Wprawdzie śmierć to śmierć,

ale jest różnica, gdy umierasz w taki sposób i odpływasz w wyniku wychłodzenia. Tym razem miałem do
czynienia nie z narcystycznym zabójcą, ale z morderstwem, za którym stała metodyczna furia.

Nad Skrzeczem się znęcano. Torturowano go. Albo w makabryczny sposób wymierzono karę.
Co  takiego,  spojrzałem  ponownie  na  jego  twarz  na  starej  fotografii,  miałeś  do  ukrycia?  Jaki  wy

wszyscy,  powiodłem  wzrokiem  po  Beatlesach  i  wokaliście  w  kraciastej  koszuli,  skrywacie  sekret?
Przypomniałem  sobie,  co  usłyszałem,  gdy  byliśmy  u  Skrzeczowej  w  familoku.  Ktoś  się  do  nich  włamał.
A  może  nie  włamał  się,  tylko  czegoś  szukał?  Czego?  Pytania  łączyły  mi  się  z  obrazem  krwawej
zamarzniętej bryły, znalezionej w Milowicach.

Jak  to  się  ma  do  twojej  teorii?  Przypomniałem  sobie  zdanie  wypowiedziane  przez  Breivika.  No

właśnie.

A potem nieprawdopodobna myśl, która kiełkowała w głowie od pewnego czasu i domagała się uwagi,

powróciła  ze  zdwojoną  siłą.  Pomyślałem  o  Breiviku.  Policjancie,  który  był  w  Pile  w  tym  samym  czasie,
gdy ja tam byłem. I gdy zginął młody Kodym. Pomyślałem o człowieku, który przez wiele miesięcy, kiedy
zajmowałem  się  Złotą  Rączką,  nie  posunął  sprawy  zabójstwa  nawet  o  centymetr.  Który  pospieszył  się
z przesłuchaniem przedsiębiorcy, gdy znaleźliśmy powiązanie między nim i „Dużym Dżonem”, zupełnie
jakby chciał go ostrzec.

Wybrałem  numer  do  kadr.  Z  Sandrą  Szwarc  mógłbym  mieć  kosę  i  ogólnie  miałem  babę  gdzieś.  Ale

w całej naszej maszynerii są takie trybiki, o które trzeba dbać szczególnie. Z paniami w kadrach zawsze
miałem dobre układy, a czekoladki regularnie trafiały na ich biurka.

Rzuciłem jeden żarcik i dwa komplementy, a potem przeszedłem do sprawy.
–  Czy  możesz  sprawdzić,  co  Leszek  Trojanowski  robił  w  lutym  rok  temu…  Tak,  w  dwa  tysiące

trzynastym. Powiedzmy od czternastego. A w ogóle wiecie, że nazywamy go Breivik?

– Aha.
Oddzwoniła po kwadransie.
A potem wsparłem głowę na ręce i popatrzyłem w okno. Jak on kiedyś powiedział?
„Wystarczy wziąć zwolnienie”.
Chyba tak to brzmiało.

background image

30

W środę piątego marca dowiedzieli się, gdzie i kiedy odbyła się studniówka uwieczniona na fotografii.

Technicy zrekonstruowali litery i cyfry.

IX LO im. Dalej pierwsza litera nazwiska patrona lub patronki: „H”. I data. 1989. Tyle mieli.
Ta  kombinacja  cyfr  i  liter  pasowała  tylko  do  kilku  liceów  w  Polsce.  Żadne  nie  znajdowało  się  na

Śląsku. Jedno było w Warszawie. W mieście, w którym przez całe życie mieszkał „Duży Dżon”.

W południe fotografia ze studniówki trafiła do Maciejewskiego. Cztery godziny później Heinz odebrał

telefon.

–  Tym  razem  trafiłeś.  To  zdjęcie  zrobiono  u  nas.  W  IX  Liceum  Ogólnokształcącym  imienia

Klementyny Hoffmanowej. Mało tego, wicedyrektorka rozpoznała się na zdjęciu. Tam w lewym rogu jest
taka  całująca  się  para.  Opowiedziała  mi  zresztą  coś  ciekawego.  O  tym  chłopaku  w  koszuli,  wokaliście.
Kilka  miesięcy  później  zniknął.  Nigdy  się  nie  odnalazł.  Ta  wicedyrektor  nie  pamiętała  wszystkiego,  ale
obiecała, że coś sobie przypomni. Sądzę, że powinieneś tu przyjechać.

Ostatniego zdania Maciejewski nie musiał mówić. Heinz był już w drodze do gabinetu naczelnika.
Późnym  wieczorem  dotarł  do  hotelu.  Nie  mógł  zasnąć.  Zszedł  na  dół  i  w  barze  wypił  dwa  piwa.  Nie

licząc jakichś dwóch mężczyzn, był tamtego wieczoru jedynym gościem.

O  dziewiątej  rano  umówił  się  z  Maciejewskim,  a  godzinę  później  weszli  do  najstarszego  liceum

w Warszawie. Znajdowali się w ścisłym centrum miasta, nad nimi wznosił się hotel Marriott, po drugiej
stronie Alej Jerozolimskich podróżni zmierzali na Dworzec Centralny.

Zameldowali  się  na  portierni.  Dziś  wiele  szkół  wygląda  jak  oblężone  twierdze.  Albo  jak  osiedla

zamknięte.  Z  identyfikatorami  dla  uczniów,  rejestracją  wchodzących  i  wychodzących,  magnetycznymi
kartami  dostępu,  niekiedy  z  monitoringiem.  Wyglądało  to  tak,  jakby  szkoła  szykowała  się  na  wojnę.
I rzeczywiście, wiedział o tym, w wielu placówkach zmagano się z przemocą, a na zewnątrz krążyli dilerzy
w  poszukiwaniu  klientów.  Centrum  Warszawy,  duży  ruch.  Znakomite  miejsce  do  przeprowadzania
transakcji.

Portier uważnie obejrzał ich legitymacje, spojrzał na twarze, a następnie wyjaśnił, gdzie mają iść.
Trwała właśnie lekcja. Na korytarzu minęli błąkającą się uczennicę z włosami w trzech kolorach.
Sekretarka zaprowadziła ich do niewielkiego pokoju, który okazał się gabinetem. Pomieszczenie było

całkiem przytulne. Dywanik we wzory geometryczne, przy oknie biureczko, bliżej drzwi drewniany stolik
z  okrągłym  blatem,  dwa  fotele.  W  rogu  stojak  na  ubrania.  Zdecydowali  się  na  kawę,  a  Heinz  przyniósł
z sekretariatu jeszcze jedno krzesło.

Wicedyrektorka liceum miała na sobie czarną garsonkę z pozłacanymi guzikami. Włosy spięte do góry

odsłaniały ładną twarz. Heinz szybko obliczył. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym zdawała
maturę, powinna być kilka lat od niego młodsza. Tyle że po nim widać było upływ czasu, o niej nie dało
się tego powiedzieć.

– Czy panowie też spotykacie się u siebie z takimi absurdami? – Głos miała dźwięczny. Krzątała się

chwilę  po  pokoiku.  –  Dostałam  zalecenie,  żeby  przeprowadzić  lekcję  dotyczącą  szkodliwości  wypalania
traw. – Pokazała na okno. – Gdzie młodzież w tej asfaltowej dżungli miałaby wypalać trawy?

– Proszę pani, gdybyśmy my opowiedzieli o naszych absurdach… – Heinz machnął ręką. Przypomniał

sobie ostatnią rozmowę z Sandrą Szwarc, pogromczynią wszelkich nierówności.

Pojawiła  się  kawa  i  zaczęli  rozmawiać.  Maciejewski  wyjął  odbitkę,  kobieta  wpatrywała  się  w  zdjęcie

jak zahipnotyzowana. Tak, ta dziewczyna na fotografii, speszyła się nieco, to ona. Potem skończyła studia,
matematykę, i wróciła uczyć tu, na stare śmieci. Wicedyrektorką jest od sześciu lat. Szef? Na zwolnieniu
lekarskim. Z rodzicami i urzędnikami w kuratorium można zwariować.

Wyjaśnili,  że  prowadzą  śledztwo  w  sprawie  śmierci  jednego  z  mężczyzn,  wskazali  „Dużego  Dżona”.

I sprawdzają różne wątki. Z przeszłości też.

– Wspominała mi pani wczoraj o tym chłopaku. – Maciejewski pokazał na wokalistę. – Mówiła pani,

że on zaginął.

Przez chwilę milczała. Obracała filiżankę stojącą na spodku.
–  To  nie  jest  wesoła  historia.  –  Ściszyła  głos.  –  Widzicie  panowie  tę  blondyneczkę?  O,  tu,  jest

background image

zasłonięta, ale widać kawałek twarzy.

Sam nie zwróciłby na dziewczynę uwagi.
– To Ania, Ania Majchrzak. Chodziłyśmy razem do klasy. Ten, który śpiewa, był jej chłopakiem. Też

kończył  nasze  liceum,  tylko  dwa  lata  przed  nami.  Potem  poszedł  na  historię.  Nie  mogłam  sobie
przypomnieć,  jak  się  nazywał,  a  nie  mogłam  tego  dowiedzieć  się  tak  wprost…  Zadzwoniłam  do  dwóch
koleżanek. Hubert Zawada. Oni chodzili razem, a w lipcu… w lipcu albo sierpniu… chłopak przepadł. Miał
z  tym  swoim  zespołem  grać  w  Augustowie  na  jakimś  festiwalu  i  słuch  o  nim  zaginął.  Nigdy  go  nie
znaleziono. Nie odezwał się więcej.

– Powiedziała pani, że nie mogła dowiedzieć się wprost. Co to znaczy? – zapytał Heinz.
–  Widzą  panowie…  –  Popatrzyła  na  drzwi,  jakby  bała  się,  że  ktoś  może  podsłuchiwać  rozmowę.  –

Mogłam to ustalić od razu. Ale z pewnych powodów… U nas w szkole pracuje Sławomir Majchrzak, syn
Ani. A także syn…

Nie dokończyła. Nie musiała kończyć.
– Gdy zniknął Hubert, Ania była w drugim miesiącu ciąży. Szukała go. Rodzice Huberta i jej też robili,

co mogli. Opowiadała mi, że rodzice chłopaka w pewnej chwili wyjechali do Anglii… Za to matka i ojciec
pomagali jej aż do swojej śmierci. Mogłam zapytać Sławka, ale to byłoby bolesne.

– On jest dzisiaj w szkole?
– Nie. Pracuje w poniedziałki i piątki. Ma kilka godzin chemii. Dwa lata temu, jakoś zimą, odezwała

się  do  mnie  Ania.  Nie  słyszałam  się  z  nią  od  bardzo  dawna.  Zapytała,  czy  znalazłabym  coś  dla  jej  syna.
Kończył  chemię,  już  na  studiach  zaczął  pracować  jako  handlowiec  dla  jakichś  firm  produkujących
nawozy…  Dobre  pieniądze,  ale  nie  podobało  mu  się.  Każdy  podgryza  każdego,  donosi…  Jak  to
w dzisiejszych czasach. Szkoły też nie są od tego wolne… Więc chłopak się zwolnił. A u nas akurat trafił
się wakat, więc wzięłam go i nie żałuję. Skończył studia z wyróżnieniem, dzieciaki go bardzo lubią, on je
też.

– Rozmawiała pani z nim o dawnych czasach?
– Nigdy. To tak jakby posypywać solą otwartą ranę.
– A jaka jest pani teoria w tej sprawie? Co stało się z Hubertem?
–  Gdy  to  się  wydarzyło,  wierzyłam  w  to,  co  mówiła  Ania.  Chłopakowi  musiało  coś  się  stać.  Ale  po

latach… Sami panowie wiecie.

– Dowiedział się, że zostanie ojcem, i dał w długą.
Rozległ się dzwonek na przerwę.
–  Młody  chłopak,  dziewczyny  za  nim  szalały.  Student  historii.  To  wtedy  był  prestiżowy  kierunek.

Byłby uziemiony i z obowiązkami do końca życia. – Westchnęła.

– Wie pani, gdzie mieszka Anna Majchrzak?
Nie wiedziała dokładnie. Na pewno na Żytniej.
Ktoś zapukał do drzwi.
– Uczniowie z pani klasy mają sprawę – powiedziała sekretarka.
Rozłożyła ręce w geście przeprosin.
–  Będziemy  się  już  zbierać.  –  Heinz  wstał.  –  Mam  prośbę.  –  Przytrzymał  jej  rękę  w  swojej  dłoni.  –

Proszę nie wspominać panu Majchrzakowi o naszej rozmowie.

–  Ja  też  mam  prośbę.  Czy  mogłabym…  czy  moglibyście  dać  mi  tę  odbitkę?  Taka  byłam  wtedy

zakochana. – Powiedziała zdanie, w którym zamknęła swoją przeszłość. – Cóż, było, minęło.

Obiecał, że przyśle jej fotografię. W jeszcze lepszej rozdzielczości.
Pojechali  na  Mostowskich.  Ustalenie  adresu  Anny  Majchrzak  nie  było  problemem.  O  wiele  trudniej

szło im odkurzanie starych akt, niewprowadzonych do systemu komputerowego. Dogrzebali się wreszcie.
Hubert  Zawada  wyjechał  z  Warszawy  czwartego  sierpnia.  Jechał  do  Augustowa.  Miał  razem  z  zespołem
zagrać  na  rockowym  festiwalu,  chcieli  też  zarobić  trochę  kasy,  grając  w  sezonie  letnim  w  barach
i  knajpach.  Żadne  tam  szanty,  Boże  broń.  Mówiono,  że  w  tamtych  czasach  w  Polsce  nikt  nie  grał
Beatlesów tak dobrze jak oni.

My. Tak nazwali swoją kapelę. Prosto i bezpretensjonalnie.
Przeglądał  zeznania  zrozpaczonej  dziewczyny,  która  wkrótce  miała  zostać  matką.  Czytał,  co  mówili

koledzy z zespołu. Waluś, Skrzecz, Kodym, Aleksandrow.

A  więc  mężczyzna  ukryty  za  talerzem  perkusyjnym  to  Ludwik  Kodym.  Człowiek,  który  wypierał  się

znajomości  z  Walusiem.  Wszyscy  zeznali  to  samo.  Czekali  na  przyjazd  wokalisty.  Mieli  nagrane  lokale.

background image

Nigdy nie dojechał.

Była  czwarta  po  południu,  gdy  coś  sobie  przypomniał.  Odszukał  telefon  do  Micia.  Policjanta

z Augustowa i fana piłki nożnej, który w Pile pocił się bardziej od pozostałych. Zadzwonił i przypomniał
się. Heinz? Kopę lat. Wyjaśnił w jakiej sprawie dzwoni, a Micio jęknął.

– Człowieku, wiesz, o co mnie prosisz? Mam sprawdzić, co zdarzyło się dwadzieścia pięć lat temu tu,

w mojej metropolii? W czasach, gdy nie było komputerów i komórek? Wiesz, ile to zachodu?

Wiedział. Obiecał Miciowi single malta. A nawet dwie butelki dobrego łyskacza, jeśli Miciu, siądziesz

na dupie po godzinach i uwiniesz się z tematem.

Wieczór  spędził  w  pokoju  hotelowym.  Na  stole  postawił  trzy  butelki  czerwonego  „Książęcego”.  Nie

zamierzał  szaleć.  Nie  dziś.  Jedno  piwo  na  godzinę.  Taka  będzie  norma.  Wyjął  notes.  Przydałyby  się
korkowe tablice, przypomniał sobie producentkę i reżysera.

Coś wydarzyło się w sierpniu dwadzieścia pięć lat temu. Coś, co sprawiło, że Kodym, Waluś i Skrzecz

zapomnieli  o  przeszłości.  Wykonali  pełny  reset.  Coś,  co  sprawiło,  że  wokalista  zespołu  My  zniknął.  To
było kiedyś. Podkreślił ostatnie słowo.

Potem każdy poszedł w swoją stronę. Kodym został szanowanym przedsiębiorcą i wzorem polskiego

kapitalisty.  Waluś  wiódł  żywot  sybaryty,  robiąc  przewały  na  prowadzonych  przez  siebie  zespołach.
Skrzecz  został  złodziejem.  Aleksandrow?  Zatrzymał  się  przy  tym  nazwisku,  które  wywoływało  niejasne
skojarzenia. Nie wiedział jakie.

I  mamy  to,  co  teraz.  Waluś  i  Skrzecz  nie  żyją.  Zginął  syn  Ludwika  Kodyma. Abbey  Road.  Kondukt

żałobny.  Efekt  motyla,  który  gdzieś  poruszył  skrzydłami.  Gdzie?  Może  Hubert  Zawada  powrócił  nagle
z  zaświatów,  by  spotkać  starych  kompanów  i  rozliczyć  się  z  nimi.  Heinz  spojrzał  do  notatek.  Rodzice
chłopaka wyjechali w latach dziewięćdziesiątych. W pewnym wieku niełatwo o taką decyzję. Dlaczego to
zrobili? Może chcieli raz na zawsze odciąć się od koszmarów, które nie dawały im spokoju, i zacząć nowe
życie? A może zostali tam przez kogoś ściągnięci?

Kończył trzecie piwo, gdy zadzwonił Micio.
–  Aleś  mi,  Hipis,  robotę  zadał.  Rzeczywiście.  Mieliśmy  taki  wypadek.  Nie  ustaliliśmy  wtedy  nic.

Zresztą…  Pamiętasz,  jakie  to  były  czasy?  W  czerwcu  wybory  wygrane  przez  Solidarność,  wszystko  się
zmieniało  z  godziny  na  godzinę,  system  się  walił,  nasza  firma  była  w  przebudowie.  Kto  miał  głowę  do
zaginięć!  Ale  i  tak  zrobiono  dużo…  Przepytano  barmanów,  kolejarzy,  kierowców  pekaesów.  Odpowiedź
była ta sama. Wielu takich młokosów jeździło. Wielu miało ze sobą gitary. Nie udało się nigdy ustalić, że
ten  cały  Zawada  w  ogóle  dojechał  do  Augustowa.  Potem  kilkakrotnie  poszukiwania  wznawiano,  nacisk
rodziny był duży. Nie wyłowiono jednak nikogo, kto mógłby być zaginionym. Jesteś usatysfakcjonowany?

Trudno  by  to  nazwać  satysfakcją.  Podziękował  i  raz  jeszcze  obiecał  dwie  butelki  dobrego  środka

dezynfekującego.

Wyszukał telefon Maciejewskiego. A potem podjął decyzję.
Zadzwonił do Gotyckiej Jolki.
–  Jesteś  w  Warszawie?  Ja  też.  Spotkajmy  się  jutro  o  ósmej  rano…  Dlaczego  tak  wcześnie?  Bo

chciałbym,  żebyśmy  o  dziewiątej  zapukali  do  pewnego  mieszkania.  Żebyś  z  kimś  porozmawiała  jak
kobieta z kobietą.

Na kartce napisał jeszcze jedno nazwisko. Breivik. Podkreślił je dwukrotnie.
Tej  nocy  przyśnił  mu  się  sen.  Pięciu  mężczyzn  przechodziło  przez  pasy.  Jeden  nagle  się  odwrócił,

a pozostali zatrzymali się. Patrzyli na siebie w milczeniu.

background image

31

O dziewiątej rano weszli na trzecie piętro w bloku przy Żytniej.
Spotkali się godzinę wcześniej w centrum. O tej porze właściwie nie ma gdzie iść na kawę. W przejściu

podziemnym  przy  rondzie  Dmowskiego  kupił  dwie  americany  i  usiedli  w  samochodzie.  Gotycka  Jolka
miała  na  sobie  zieloną  kurtkę  z  obowiązkowym  znaczkiem  Sonic  Youth.  Grzywka  czarnych  włosów
zasłaniała jej część twarzy. Wyglądasz jak emo, usłyszała na powitanie. Emo jest już passé. A tak w ogóle
dokształć  się,  Hipis,  z  trendów  młodzieżowych.  Dwa  zdania  wystarczyły,  żeby  ocenił  sytuację.  Gotycka
Jolka była w formie.

– Skąd wiesz, że będzie w domu?
–  Nie  wiem.  Ale  wiem,  że  tłumaczy  książki  dla  różnych  wydawnictw.  Wydaje  mi  się,  że  tłumacze

zazwyczaj  pracują  w  domu.  –  O  tym,  czym  zajmuje  się  Anna  Majchrzak,  dowiedział  się  z  akt
i dołączonych do nich notatek.

Drzwi otworzyły się po drugim dzwonku. Patrzyły na nich niespokojne, ruchliwe oczy, wokół których

rysowała się siatka zmarszczek. To nie były oczy szczęśliwej kobiety.

Przedstawili się, a Heinz pokazał legitymację.
– Stało się coś? Czy Sławkowi… mojemu synowi… coś się stało?
– Pani syn ma samochód?
–  Gdy  kupował  tego  vana  dwa  lata  temu,  pytałam  go,  po  co  mu  taki  wóz…  –  W  jej  głosie  cały  czas

obecne było napięcie.

Miała na sobie szary dres, a włosy związała w kucyk. Żadnego makijażu. Nie wyglądała na osobę, która

gdzieś się wybiera albo spodziewa gości.

Van. Heinz drgnął na dźwięk tego słowa. Gotycka Jolka dostrzegła jego reakcję.
–  Pani  synowi  nic  się  nie  stało.  –  Starała  się  mówić  ciepłym  głosem  i  rozładować  atmosferę.  –  My

w innej sprawie. Możemy wejść?

Wpuściła  ich  do  środka.  W  przedpokoju  stała  walizka.  Kobieta  przeprosiła  za  bałagan.  Wieczorem

wróciła z podróży, nie zdążyła jeszcze uprzątnąć rzeczy. Zaproponowała, żeby usiedli w kuchni. Cały czas
patrzyła z niepokojem. Nie było w tym nic niezwykłego. Niezapowiedziana wizyta policji o dziewiątej rano
mało kogo nastraja optymistycznie. Anna Majchrzak stanęła przy szufladzie ze sztućcami i porządkowała
je. Widocznie musiała zająć czymś ręce.

– My właściwie w tej sprawie – powiedział Heinz i wyjął zdjęcie.
Powoli, Hipis, powoli, mówił w myślach do siebie. Nie możesz się spieszyć.
– Poznaje pani?
Wzięła  odbitkę  do  ręki.  Patrzyła  na  fotografię  jak  skamieniała.  A  potem  zaczął  jej  drżeć  podbródek.

Przez  chwilę  myśleli,  że  Majchrzak  osunie  się  na  podłogę.  Gotycka  Jolka  szybko  wstała,  ale  jej  reakcja
okazała się zbyteczna. Kobieta powoli, bardzo powoli usiadła. W oczach miała łzy. Uniosła głowę.

–  Chcemy  raz  jeszcze  powrócić  do  sprawy  zaginięcia  Huberta  Zawady  –  powiedział  Heinz.  –  Minęło

wiele lat, ale są nowe okoliczności.

– Znaleźliście ciało? – Złapała go za rękę.
– Nie. Są natomiast nowe okoliczności.
– Wiedziałam! – Kobieta rozpłakała się.
Czekali, aż się uspokoi.
– Wiedziałam – powtórzyła ciszej. – Wiedziałam, że ta wiadomość o śmierci to było kłamstwo. Więc

Hubert żyje? – Spojrzała na nich z nadzieją.

Jej  twarz  i  zachowanie  ujawniały  całą  skalę  emocji.  Heinz  współczuł  kobiecie,  której  życie

ukształtowała tragedia sprzed dwudziestu pięciu lat.

Poprosili,  by  raz  jeszcze  opowiedziała,  co  się  stało  w  sierpniu  w  tysiąc  dziewięćset  osiemdziesiątym

dziewiątym roku. Mówiła o tym wielokrotnie. Ale jeśli może to w czymś pomóc, opowie po raz tysięczny.
Z  Hubertem  poznali  się  rok  wcześniej.  Latem,  na  koncercie.  Śpiewał  już  wtedy  razem  z  nimi.  My.  Tak
nazwali  zespół.  Przytaknęli,  tak,  słyszeli  o  tym.  Chłopcy  w  ogóle  poznali  się  kilka  lat  wcześniej,
w  Jarocinie.  Nie  pamiętała  dokładnie,  ale  to  było  wtedy,  gdy  w  Republikę  poleciały  pomidory,  jabłka,

background image

tacki po kiełbasie. Tak przynajmniej Hubert opowiadał. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt pięć, odtworzył
sobie  w  pamięci  Heinz.  Jeden  z  najbardziej  elektryzujących  koncertów  w  historii  polskiego  rocka.  Od
początku nadawali na tych samych falach. Rok później założyli zespół. Nie przeszkadzało im to, że trzech
mieszkało  w  Warszawie,  a  dwóch  w  Katowicach.  Żartowali  nawet,  że  to  jest  taki  sojusz  Mazowsza  ze
Śląskiem. Tak, zagrali także na studniówce w Hoffmanowej, ale chcieli podbić świat. Mieli przygotowany
repertuar na debiutancką płytę i wejście do studia. Hubert studiował historię, ona zrobiła w maju maturę.
Zdała na anglistykę. I zaszła w ciążę.

–  Przepraszam,  muszę  o  to  zapytać.  –  Heinz  mówił  miękko.  –  Czy  Hubert  wiedział,  że  jest  pani

w ciąży?

– Tak. Powiedziałam mu. W pierwszej chwili był przerażony. Jak to młody chłopak. A potem rozpłakał

się. Ze szczęścia. Powiedział, że teraz to tym bardziej muszą zrobić karierę. Coś panu powiem… Wiem, że
nie  uciekłby  i  mnie  nie  zostawił,  jak  sugerowali  wielokrotnie  pańscy  koledzy.  –  W  jej  głosie
pobrzmiewała gorycz.

A  potem  nadszedł  sierpień.  Hubert  był  po  sesji  egzaminacyjnej.  Jako  student  zaangażował  się

w wybory, oczywiście po stronie Komitetu Obywatelskiego. Pamiętam, jak się cieszył ze zwycięstwa, ale
to  było  wcześniej…  Więc  umówił  się  z  chłopakami,  że  pojadą  w  okolice  Augustowa.  Rodzice  jednego
z nich, perkusisty, mieli tam dom i żaglówkę. Chłopacy chcieli zarobić, grając w barach, dostali się też na
jakiś  festiwal  rockowy,  wierzyli,  że  wygrają.  Że  to  ich  szansa.  Trzeciego  sierpnia  widzieliśmy  się  ostatni
raz. Potem wieczorem miał pojechać na dworzec kupić bilet. Nie widziałam go więcej…

– Co stało się z zespołem po zniknięciu Huberta? Rozpadł się?
– Nie mogli grać bez niego. Ta historia także ich przygniotła. Zmieniła nas wszystkich… – Broda znów

zaczęła jej drżeć.

– Powiedziała pani, że ktoś poinformował ją o śmierci Huberta. Nie bardzo zrozumiałem… Policjant?
Bez  słowa  wstała  i  wyszła  w  kuchni.  Wróciła  z  kartką  formatu  A4.  Był  to  wydruk  wiadomości

przesłanej mejlem. Heinz zaczął czytać.

Droga Aniu,
długo zastanawiałem się, czy napisać do Ciebie, ale chcę pozamykać wszystkie moje sprawy. Może

zdążę.  Jestem  Ci  to  winien.  I  Hubertowi.  Nigdy  nie  dowiedziałaś  się,  co  zdarzyło  się  naprawdę.
Brakuje  mi  sił,  opowiem  krótko.  Tamtego  dnia  w  sierpniu  Hubert  do  nas  przyjechał.  Nie  był  sam.
Przywiózł ze sobą dziewczynę. Nie znaliśmy jej. Mówił, że poznali się na dworcu i już z nim została.
Wiesz, jaki był. Następnego dnia mieliśmy ustawione granie. Ale to popołudnie i wieczór były wolne.
Nie  wiem,  czy  pamiętasz,  Ludwik  Kodym,  nazywaliśmy  go  „Dzidziuś”,  miał  dom  pod  Augustowem.
Starych  „Dzidziusia”  nie  było.  Chata  należała  do  nas  i  ich  żaglówka  też.  Wypiliśmy  trochę.
Dziewczyna także piła. Wpadła „Dzidziusiowi” w oko. A potem postanowił się popisać i wypłynęliśmy
na  jezioro,  Ludwik  miał  patent  żeglarski.  Mieliśmy  dużo  piwa  i  zabraliśmy  dwie  gitary.  Było  już
ciemno, gdy Hubert i „Dzidziuś” zaczęli się kłócić. Już od jakiegoś czasu coś psuło się między nimi. To
tak  jest,  gdy  dwóch  facetów  widzi  się  w  roli  lidera,  choć  w  naturalny  sposób  był  nim  Hubert.  Nie
widziałem  dokładnie  tego,  co  się  stało.  Podobno  zaczęli  się  szarpać,  Hubert  wypadł  za  burtę.  Nie
znaleźliśmy  go.  Poszło  o  tę  dziewczynę.  A  ona  sobie  spała  na  dole.  Dopłynęliśmy  do  brzegu.
Wysadziliśmy  ją.  A  sami…  wiesz  dobrze,  co  opowiadaliśmy  Tobie  i  jego  rodzicom.  Byliśmy  młodzi.
Tyle  mogę  powiedzieć.  Potem  przez  wiele  lat  starałem  się  pomagać  ludziom.  Może  chciałem  w  ten
sposób coś naprawić, chociaż sam nie zrobiłem nic złego. To był po prostu nieszczęśliwy wypadek.

Naprawdę zamykam sprawy. To taki mój pożegnalny list. Co mi jest? Mam raka mózgu. Lekarze

nie mają złudzeń i ja też ich nie mam. Niedługo będzie po wszystkim.

Zawsze czułem więcej, niż potrafiłem okazać.

P.A.

Podał list Gotyckiej Jolce i czekał, aż go przeczyta. Coś wydarzyło się w przeszłości. Teraz już wiedział

co.  Wiedział,  dlaczego  Kodym,  „Duży  Dżon”  i  Skrzecz  wymazali  ją  z  pamięci.  Parę  pytań  jednak
pozostawało bez odpowiedzi.

– P.A.? – zapytał. – Kto to jest?
– Piotr Aleksandrow. To jest znany terapeuta, nie słyszał pan o nim?
Oczywiście. Wreszcie skojarzył. Przypomniał sobie pogrzeb Patryka Kodyma. Prośbę, by nie przynosić

kwiatów.  Żeby  przekazać  pieniądze  stowarzyszeniu  Aleksandrowa.  Jak  ono  się  nazywało?  „Życie  po
śmierci”? Trudno o bardziej trafioną nazwę.

background image

– Kiedy pani dostała ten list?
– W lutym. Dwa lata temu.
A w czerwcu zginął młodym Kodym. Potem zaczęli umierać członkowie zespołu My.
– Ten Aleksandrow… Wydaje mi się, że on żyje. Przynajmniej jakiś czas temu żył.
Potwierdziła. Tak, żyje. Lekarze mówią o tym prawie w kategoriach cudu. A o Aleksandrowie zrobiło

się głośno. Czytała w internecie. Wiele osób mu dziękowało, że dał im siłę i pomógł odnaleźć sens mimo
choroby. Próbowała się z nim skontaktować, ale akurat był w szpitalu. Pisała mejle, prosząc o spotkanie,
ale nie odpowiedział. Gdy słyszał jej głos, rozłączał się. Wreszcie dała spokój.

–  Chciałam  z  nim  tylko  porozmawiać.  Po  prostu  nie  wierzę  w  to,  co  napisał.  A  skoro  wróciliście  do

sprawy…

– Pokazywała pani ten list komuś?
– Synowi.
Gotycka Jolka bawiła się znaczkiem przypiętym do kurtki.
–  Nie  mam  przed  nim  tajemnic.  Zwłaszcza  że  Aleksandrowowi  nie  wierzę.  Może  gdy  to  pisał,  był

w ciężkim stanie. Nie wiem…

– A syn? Jaka była jego reakcja?
–  Żadna.  Powiedział,  że  też  w  to  nie  wierzy.  Widzicie  państwo…  Gdy  był  już  wystarczająco  duży,

opowiedziałam mu o wszystkim. I że Hubert bardzo by go kochał. I Sławek też kocha ojca, którego nigdy
nie  poznał.  Przez  chwilę  chciał  nawet  być  taki  jak  on.  Kupił  gitarę,  ale  nie  ma  talentu.  Gdy  koledzy
interesowali się nowszą muzyką, on słuchał Beatlesów. Beatlesi i komputery… I chemia oczywiście. Tylko
to.

Gotycka Jolka ciągle bawiła się znaczkiem Sonic Youth.
– Który jest jego pokój? – zapytała.
Heinz spojrzał na nią zaskoczony. Jolka odwróciła głowę w stronę korytarza.
–  Czasem  mieszka  u  mnie,  gdy  wyjeżdżam.  Proszę  go,  żeby  podlewał  kwiaty.  Ale  ostatnio  rzadziej

zaglądał, chociaż wczoraj był. Wynajmuje kawalerkę na Pereca.

Poprosili o adres.
– Czy mógłbym zobaczyć jego pokój? – poprosił Heinz.
– A dlaczego właściwie interesuje was Sławek? – zapytała Anna Majchrzak.
– Uwielbiam Beatlesów – odpowiedział. – Zwyczajnie mam na ich punkcie świra.
Wskazała mu drzwi. Gotycka Jolka zadawała jej kolejne pytania.
Pokój wyglądał tak, jakby mieszkał w nim licealista. Biurko i łóżko pewnie pamiętały czasy, w sumie

nie tak odległe, gdy Sławomir Majchrzak chodził do szkoły. Na ścianie wisiały dwa oprawione zdjęcia. Na
jednym  długowłosy  chłopak  w  kraciastej  koszuli  wspierał  się  o  gitarę.  Na  drugim  Beatlesi  przechodzili
przez pasy.

Kondukt żałobny i piąty beatles. Obserwator, który wyszedł z cienia.
Na biurku leżała kartka z zeszytu w trzy linie. Był na niej odręcznie napisany wiersz. Heinz przeczytał

go. A potem zrobił to po raz drugi. Zatrzymał się przy jednym fragmencie.

Gdy staje przed lustrem
Wita się ze sobą jak z dobrym sąsiadem
Od lat tym samym
– Dzień dobry, panie Chapman.
Tamten uśmiecha się
A zęby lśnią 
Jak wilcze kły.

Schował kartkę do kieszeni.
Podziękował  za  rozmowę.  Tak,  wznowili  śledztwo.  Właściwie  to  chciał  jej  powiedzieć.  Badają  różne

wątki i nie może o tym mówić za dużo, nawet jej. Za wcześnie, żeby coś obiecywać, ale wiele wskazuje, że
tym razem wyjaśnią, co stało się z Hubertem Zawadą.

– Ten pokój – powiedział w drzwiach – naprawdę robi wrażenie.
Jechali na Pereca. Gotycka Jolka prowadziła samochód i klęła. Kiedyś droga z Żytniej zajęłaby im pięć

minut. Przejazd przez rozkopaną Warszawę, pełną objazdów i innych drogowych niespodzianek, wydłużył
się.  Pieprzona  druga  linia  metra.  Zapytał  Gotycką  Jolkę,  czy  ma  broń.  Otworzyła  schowek.  Od  kiedy
zaczęła pracować na własny rachunek, ma ją ze sobą zawsze. A ty, Hipis, jak zwykle nieprzygotowany.

background image

– Skąd wiedziałaś, że Majchrzak tam mieszka?
Uśmiechnęła się.
– Faceci nie widzą pewnych rzeczy. Pamiętasz, gdy weszliśmy, co ona robiła?
– Coś w kuchni. Układała sztućce.
– No właśnie. Wiesz dlaczego? Bo były ułożone raz w jedną, raz w drugą stronę. Majchrzak musiał je

tak  ułożyć.  A  ona  to  poprawiała.  Wszystkie  powinny  leżeć  tak  samo.  Każdy  ma  swoje  przyzwyczajenia.
Nawet ja.

Dojechali na miejsce.
– Tu, na Pereca – powiedziała – jest komenda. Może powinniśmy…
– Nie. Nie mamy czasu.
Do bloku weszli razem ze staruszką wracającą ze spaceru z yorkiem. Heinz przypomniał sobie Tajsona

i Godzillę. Mimowolnie się uśmiechnął.

Byli na szóstym piętrze. Gotycka Jolka przeładowała broń. Znaleźli mieszkanie. Zadzwoniła, a Heinz

stanął tak, by nie pokazywać się w wizjerze. W mieszkaniu wynajmowanym przez Sławomira Majchrzaka
panowała cisza.

– Wywal ten zamek – powiedział. – Prokurator nam to później zalegalizuje.
Sięgnęła do torby.
– Odkąd działam sama, nauczyłam się także posługiwać tym. – Wyjęła komplet wytrychów. Spojrzała

na drzwi. – Będzie ciszej. Chyba dam radę.

Wyposażenie  kawalerki  można  by  uznać  za  replikę  pokoju,  w  którym  niedawno  był.  Stare  biurko,

regał  z  książkami,  wąskie  łóżko.  Na  blacie  laptop,  obok  kartki  z  wzorami  chemicznymi.  Klasówki  jego
uczniów.  Na  ścianie  dwa  zdjęcia.  Na  jednym  ojciec  Sławomira  Majchrzaka  stał  przy  mikrofonie
uchwycony  podczas  jakiegoś  występu.  Fotografię  obrobiono  komputerowo,  pozostał  wokalista  i  głowy
słuchaczy. Z odbitki znikli pozostali muzycy. W drugiej ramce czwórka z Liverpoolu, z wczesnego okresu,
gdy każdy z Beatlesów nosił przepisową grzywkę.

Zajrzał  do  szuflady.  Wyjął  stos  papierów  i  zaczął  je  przeglądać.  Na  kartce  w  kratkę  przeczytał  trzy

słowa.  „Wytrzeć.  Wytrzeć  wszystko”.  Przypomniał  sobie  piosenkę  napisaną  przez  Patryka  Kodyma.
W  drugiej  szufladzie  znalazł  zeszyt  w  trzy  linie.  Taki,  jakiego  używają  dzieci,  kiedy  uczą  się  pisać.  Na
kartkach  ponaklejano  zdjęcia.  Na  jednym  ujrzał  słabo  oświetlone  wnętrze  hangaroschronu.
W  nadmuchiwanym  baseniku  tkwiło  ciało  młodego  mężczyzny.  Pod  fotografią  komentarz:  „Plan
i  realizacja  –  bez  zarzutu.  Oby  tak  dalej”.  Wyglądało  to  jak  ocena  wystawiona  uczniowi  pod  pracą
domową. Kolejne zdjęcia przedstawiały mężczyznę z ogoloną głową i opuszczonymi do kolan spodniami.
Ciało było przywiązane do słupa. Seria ujęć kończyła się adnotacją: „Celujący!”.

– Chodź, zobacz to – powiedział.
– Nie. Ty tu podejdź, coś zobaczysz.
Pod  oknem  stała  drewniana  skrzynia.  Gotycka  Jolka  otworzyła  wieko,  zmrużyła  oczy,  a  po  chwili

cofnęła  się  dwa  kroki.  Heinz  zajrzał  do  środka.  Zobaczył  kilka  nabojów,  najpewniej  kaliber  dziewięć,
i  paralizator.  Chciał  sięgnąć  do  środka,  ale  powstrzymał  go  widok  innego  przedmiotu.  Patrzył  na
plastikowe pudełko, z której wystawały dwa kabelki.

– On niedawno wyszedł – powiedziała Jolka. – Czajnik w kuchni jest jeszcze ciepły. Pierdolone metro.
Zabrał zeszyt w trzy linie i wycofali się do korytarza.
–  Dzwoń  do  Maciejewskiego!  –  krzyknął.  –  Niech  tu  przywiezie  saperów  i  kogo  tam  jeszcze  trzeba.

Niech policjanci podjadą pod to liceum na Emilii Plater. Muszą go zgarnąć i niech uważają. Ten facet nie
może wejść do szkoły.

Nie czekał na windę. Zbiegł po schodach. Miał złe przeczucia.
I przeczucia go nie myliły.

background image

32

Sławomir  Majchrzak  kończył  poranną  kawę,  gdy  zadzwonił  telefon.  Usłyszał  radosny  głos  matki

i zaniepokoił się. Nie był przyzwyczajony do takiego tonu. Musiało coś się stać. Dowiedział się o porannej
wizycie  dwojga  policjantów.  Znów  zajęli  się  sprawą  twojego  ojca,  powiedziała  matka.  Przynieśli  nawet
zdjęcie  z  mojej  studniówki.  Pytali  też  o  ciebie,  tak.  Okazało  się,  że  ten  miły  policjant  jest  fanem
Beatlesów. Pokazałam mu twój pokój, bo poprosił.

Skończyli  rozmawiać,  a  on  siedział  nieruchomo  z  kubkiem  kawy  w  rękach.  Przewidywał,  że  może  to

się tak skończyć. I był przygotowany. Poszedł do pokoju. Na biurku leżał laptop, obok klasówki. Nie będą
mu potrzebne. Podszedł do drewnianej skrzyni pod oknem.

Trwała  lekcja,  gdy  wszedł  do  szkoły.  Przywitał  się  z  portierem.  Zamienili  dwa  zdania  o  pogodzie.

Wszedł na pierwsze piętro, otworzył drzwi do sali i bez słowa stanął na środku. Uczniowie pierwszej klasy
mieli  matematykę,  nauczyciel  popatrzył  na  niego  zdziwiony,  dwóch  chłopaków  uśmiechało  się
głupkowato. Sławomir Majchrzak sięgnął do torby. Wyjął pistolet i rozejrzał się po twarzach, na których
stopniowo gasł uśmiech.

Zostawił  sobie  dziesięcioro  uczniów.  Słyszał  narastający  na  korytarzu  zgiełk  i  krzyki,  dzwonek,

podniesione głosy i tupot nóg. Drzwi otworzyły się i do klasy wszedł nauczyciel wuefu.

– Co tutaj się dzieje? – Zrobił dwa kroki w jego kierunku. – Oddaj…
Padł strzał. Mężczyzna w dresie jęknął i upadł na podłogę. Trzy dziewczyny zaczęły krzyczeć.
– Nic wam nie zrobię – powiedział Majchrzak. – Nic wam się nie stanie.
Kazał podejść trzem uczniom do wuefisty. Chłopcy wzięli go pod pachy i przesunęli w stronę drzwi. Za

ciałem ciągnął się krwawy ślad. Majchrzak otworzył drzwi.

– Nie zabiłem go! – krzyknął. – Ale następnego zabiję!
Nauczyciel, pojękując, przeczołgał się przez próg. Majchrzak zamknął drzwi, zdjął flanelową koszulę,

rzucił ją na podłogę i nogą zaczął wycierać krew.

Gdy  Heinz  przyjechał  pod  szkołę,  zobaczył  trzy  radiowozy  z  włączonymi  światłami  i  gapiów

wpatrujących  się  w  budynek  liceum.  Policjanci  z  trudem  panowali  nad  sytuacją,  jeden  z  nich  stał  przy
radiowozie i wzywał wsparcie.

Heinz wyciągnął legitymację.
– Znam tego faceta, który jest tam na górze – rzucił. A potem sięgnął po telefon.
Zadzwonił  do  Gawlika.  Szybko  wyjaśnił,  co  się  stało.  Zaraz  zacznie  się  tutaj  cyrk  i  zjadą  się  wszyscy

święci z całego miasta. Zanim opanują sytuację, Heinz znajdzie się na marginesie. Wyautują go, zignorują
i  wyłączą  ze  sprawy.  Dzwoń  do  Krygiera,  poprosił  naczelnika.  Tylko  ich  dawny  szef  z  Katowic,  a  teraz
szycha  w  komendzie  głównej,  mógł  sprawić,  by  Heinz,  człowiek,  który  wiedział  o  mordercy  najwięcej,
znalazł się w centrum zdarzeń i został włączony do akcji.

A  potem  nastąpiło  to  wszystko,  co  w  takiej  sytuacji  musiało.  Na  Emilii  Plater  pojawili  się  policjanci

z  Batalionu  Patrolowo-Interwencyjnego  komendy  stołecznej,  a  tuż  po  nich  radiowozy  kompanii
alarmowej  stołecznego  Oddziału  Prewencji,  stacjonującego  w  Piasecznie.  Zaczęła  się  ewakuacja  strefy
„czerwonej”, jak zwykle określa się obszar bezpośredniego zagrożenia. Teren wokół szkoły otaczał coraz
szczelniejszy kordon.

Komendant stołeczny powołał sztab kryzysowy. Na miejscu operacją miał kierować naczelnik jednego

z  wydziałów.  Pięćdziesięcioletni,  krzepki  i  rumiany  mężczyzna,  ze  zdziwieniem  popatrzył  na  Heinza.
Poznali  się  kilka  lat  temu.  Profiler  bez  słowa  wręczył  policjantowi  telefon.  Dzwonił  Krygier.  To  się
nazywa wyczucie chwili. Zareagował w najlepszym momencie. Szef operacji słuchał uważnie. Ani razu się
nie odezwał.

– Idziesz ze mną – rzucił. Oddał Heinzowi telefon. – I nie odstępujesz mnie na krok.
W  opancerzonym  samochodzie  policyjnym  odbyła  się  pierwsza  narada  zespołu.  W  sytuacjach  takich

jak  ta  wszystko  musi  się  toczyć  w  zgodzie  z  wyuczonymi  schematami,  powtarzanymi  do  znudzenia
w  czasie  szkoleń,  treningów  i  symulacji  odbijania  zakładników.  Majchrzak  znajdował  się  w  sali  na
pierwszym  piętrze  od  strony  północnej.  Na  miejscu  zjawili  się  operatorzy  sekcji  szturmowych  wydziału
bojowego Biura Operacji Antyterrorystycznych podlegającego komendzie głównej.

background image

W  dwóch  pokojach  hotelu  Marriott  czekały  zespoły  snajperskie.  Strzelcy  byli  uzbrojeni

w  samopowtarzalne  karabiny  snajperskie  Remington  M700,  towarzyszący  im  obserwatorzy  obsługiwali
optoelektroniczne  urządzenia  obserwacyjne  IMS  –  robiącą  wrażenie  nawet  na  laikach  lornetę  na
trójnogu  z  funkcją  termowizji.  Obserwacją  objęto  również  korytarze  i  wejścia  do  szkoły.  Snajperzy
siedzieli w oknach, wsłuchiwali się w swoje oddechy i płynące rozkazy.

Szef  operacji  przyjmował  kolejne  raporty.  Za  chwilę  specjaliści  odetną  gaz,  prąd  i  uniemożliwią

działanie  telefonów  komórkowych.  Na  szkolny  parking  wjechały  karetki  pogotowia  i  wozy  strażackie.
Szpital  na  Lindleya  przygotował  miejsca  dla  rannych.  Nadszedł  meldunek  z  mieszkania  na  Pereca.
Saperzy  zabezpieczyli  ładunek  wybuchowy,  najpewniej  wyprodukowany  przez  Majchrzaka.  Policyjny
negocjator przysłany przez komendę główną czekał na dyspozycje. Heinz z niechęcią patrzył na młodego
mężczyznę.  Czuł,  że  zaraz  wysłucha  pogadanki  o  technikach  kwestionowania  faktów  bazowych,  taktyce
gry  na  zwłokę,  metodzie  bumerangu  i  wszystkim,  co  miało  uwiarygodnić  policyjnego  psychologa
w oczach ekipy.

Biuro prasowe komendy głównej pracowało na pełnych obrotach. We wszystkich możliwych punktach

Śródmieścia,  im  bliżej  Pigalaka,  jak  powszechnie  nazywano  najbliższe  otoczenie  liceum,  tym  lepiej,
koczowały  ekipy  wszystkich  stacji.  Nieraz  bywało  tak,  Heinz  czytał  o  tym  wielokrotnie,  że  relacje
telewizyjne  okazywały  się  znakomitym  źródłem  informacji  dla  terrorystów,  którzy  przetrzymywali
zakładników. Było przed jedenastą, gdy na paskach programów informacyjnych oraz w internecie ukazała
się  wiadomość  o  strzelaninie  w  szkole.  Stacje,  które  zajmowały  się  referendum  ogłoszonym  przez
separatystów  na  Krymie  oraz  możliwością  pomocy  gospodarczej  dla  Ukrainy,  przerywały  programy
i łączyły się na żywo z wozami transmisyjnymi. Każdy wykonywał swoją robotę. Oni swoją, dziennikarze
swoją.

– Co wiemy o tym szaleńcu? – zapytał negocjator.
Szef operacji przedstawił Heinza.
– To jest człowiek – powiedział podczas krótkiej prezentacji – który wie o tym Majchrzaku najwięcej.
Heinz opowiedział, dlaczego nauczyciel chemii stał się obiektem policyjnego zainteresowania.
–  Czyli  co?  –  padło  pytanie,  gdy  skończył.  –  Mamy  do  czynienia  z  desperatem,  który  znalazł  się

w pułapce?

–  W  takim  wypadku  wszystko  zależałoby  od  skutecznych  negocjacji  –  odpowiedział.  –  Nie  mam

wątpliwości  –  spojrzał  na  psychologa  –  że  nasz  negocjator  by  sobie  z  tym  poradził.  Ale…  to  jest  inny
wypadek. Poważniejszy.

– Co masz na myśli?
– To jest facet, który wszystko starannie zaplanował. Zaczął od zabójstw, a teraz… Popatrzcie. On był

przygotowany  na  to,  co  się  stanie.  Nie  wtargnął  spontanicznie  do  pierwszej  lepszej  klasy.  Wybrał
pracownię,  w  której  jest  rzutnik  i  rolety  w  oknach.  W  ten  sposób  ograniczył  nasze  pole  manewru.
Następna sprawa: mieszkanie na Pereca. Wiedział, że tam dotrzemy. Dlatego w skrzyni zostawił amunicję
i wybuchową niespodziankę. To taka demonstracja siły. Żebyśmy wiedzieli, że nie żartuje.

– To co on chce osiągnąć?
Heinz przełknął ślinę.
–  Jeśli  go  jakoś  nie  powstrzymamy,  wysadzi  się.  Jemu  zależy  na  efektach  specjalnych.  –  Powiódł

wzrokiem po obecnych. – Odejdzie z hukiem. A razem z nim te nastolatki.

W pogotowiu czekał śmigłowiec Mi-8. W takich sytuacjach chodzi o to, by w momencie decydującym

o powodzeniu operacji odwrócić uwagę sprawcy. By zsynchronizować niezbędne ruchy w krótkim czasie.
Pod  szkołą  czekał  także  mobilny  robot  pirotechniczny,  wyposażony  w  specjalne  ramię  służące  do
przechwycenia  ładunku  wybuchowego.  Heinz  widział  kiedyś,  jak  taka  maszyna  działa.  Ramię
przechwytuje  bombę,  a  ta  trafia  do  specjalnej  beczki  znajdującej  się  na  przyczepie.  Następnie  trefny
towar wywożony jest na poligon i detonowany.

Znany dziennikarz relacjonował zdarzenia. Dziewięć lat wcześniej z przejęciem opisywał z Watykanu

ostatnie  chwile  Jana  Pawła  II.  Podczas  powodzi  stał  po  kolana  w  brunatnym  strumieniu,  gdy  za  jego
plecami  rozgrywały  się  ludzkie  dramaty.  Teraz  z  tą  samą  emfazą  opowiadał,  co  wydarzyło  się  w  szkole.
Życiu  rannego  wuefisty  nic  nie  grozi,  ale  nadal  nie  wiemy,  co  skłoniło  młodego  nauczyciela  chemii  do
szalonego czynu. W każdym razie, postanowił zakończyć efektowną frazą, możemy powiedzieć, że twórcy
serialu Breaking Bad tego by nie wymyślili.

Snajperzy oddychali spokojnie i czekali.

background image

W samo południe dwaj mężczyźni osłaniani przez policjantów z BOA wkroczyli do szkoły. W budynku

panowała cisza. W pustej przestrzeni odgłos kroków nienaturalnie się potęgował. Heinz wymógł na szefie
operacji,  że  weźmie  udział  w  negocjacjach.  Nikt  nie  poznał  Majchrzaka  tak  jak  ja,  tłumaczył.  Psycholog
niechętnie przystał na jego obecność, ale niewiele miał do gadania.

Znaleźli  się  na  korytarzu.  Teren  był  odsłonięty.  W  każdej  chwili  z  sali  mógł  wychylić  się  Sławomir

Majchrzak z wycelowanym w nich pistoletem. Heinz był pewien, że obserwuje ich czujne oko lornet na
trójnogach.

–  Panie  Sławomirze!  –  krzyknął  negocjator.  Od  razu  po  imieniu,  by  skrócić  dystans.  Głos  niósł  się

echem.  –  Chcieliśmy  z  panem  porozmawiać.  Zastanowić  się,  jakie  wyjście  z  tej  sytuacji  byłoby  dla
wszystkich najlepsze.

Przedstawił  się.  Odgrywał  rolę  miękkiego,  uległego  negocjatora.  Część  argumentów  miała  oddziałać

na emocje, część brzmiała racjonalnie. Majchrzak milczał.

– Zabierzcie nas stąd – usłyszeli histeryczny krzyk dziewczyny.
Majchrzak odezwał się raz. Negocjator zapytał, w jakim stanie są uczniowie. Czy nic im się nie stało.
– Są cali i zdrowi – usłyszeli odpowiedź. – Na razie nikomu nic się nie stało.
Negocjator próbował różnych sztuczek.
Heinz  zmienił  o  nim  zdanie.  Chłopak  rzeczywiście  był  niezły.  Półgodzinny  monolog  przerywany

pauzami nie przyniósł rezultatu.

– Pozwól – szepnął Heinz – że teraz ja mu coś powiem. – Nie czekał na zgodę. – Panie Majchrzak –

zbliżył się do drzwi – nazywam się Rudolf Heinz. To ja byłem dziś u pana matki, domyślam się, że pan
wie  o  tym.  –  Zaczerpnął  powietrza.  –  Chciałem  zadać  panu  tylko  jedno  pytanie.  Jak  to  jest,  gdy  John
Lennon zamienia się w Marka Chapmana? Jak to jest?

Negocjator patrzył na niego zaskoczony.
Cisza.
Policjanci wycofali się.
W  telewizji  dyżurny  ekspert  i  dawny  antyterrorysta  tłumaczyli,  jak  postępuje  się  w  podobnych

wypadkach. O czternastej pod szkołę przywieziono Annę Majchrzak. Weszła na pierwsze piętro.

Mówiła do syna. Po drugiej stronie drzwi panowała cisza.
– Nie wiem, co zrobiłeś, ale pamiętaj, że cię kocham.
Także i to zdanie nie wywołało żadnej reakcji.
Heinz ocenił, że zrobiła tyle, ile mogła.
Pół  godziny  później  dwie  stacje  telewizyjne  podały,  że  desperat  odpowiedzialny  jest  także  za  inne

poważne  przestępstwa,  których  dokonał  w  różnych  częściach  kraju.  Rozpętało  się  piekło.  Zadzwonił
Krygier.  Zapowiedział,  że  jeśli  jeszcze  jakieś  przecieki  trafią  do  mediów,  polecą  głowy.  Ze  skutkiem
natychmiastowym.  Krążyła  pogłoska,  że  premier  ma  przerwać  podróż  zagraniczną  i  przyjechać  pod
szkołę. Minister spraw wewnętrznych osobiście wysłuchał meldunku składanego przez szefa operacji.

Kolejna  faza  negocjacji  nie  przyniosła  postępu.  Snajperzy  i  oddziały  szturmowe  cały  czas  czekali  na

sygnał.

O osiemnastej na korytarz wyszła jakaś postać. Młoda dziewczyna zaczęła biec, gdy znalazła się przy

drzwiach wyjściowych, osunęła się na ziemię.

Majchrzak wypuścił jedną zakładniczkę. Gdy uczennica doszła do siebie, opisała, jak jest w środku. Jej

koleżankom  i  kolegom  nic  się  nie  stało.  Brakuje  im  jednak  wody.  Majchrzak  nikogo  nie  skrzywdził.
Chłopcom  kazał  ustawić  ławki  tak,  by  tworzyły  coś  w  rodzaju  barykady  przy  drzwiach  i  w  oknach,
ograniczając tym samym możliwość szturmu i ostrzału.

–  On  mnie  wypuścił,  bo  ma  wiadomość  do  przekazania.  Chce,  żeby  pojawił  się  tam  policjant…  Ten,

który był… O takim niemieckim nazwisku.

Wszyscy spojrzeli na Heinza.
Heinz  stanął  przed  salą.  Pod  koszulą  miał  przypięte  dwa  kable  i  mikroport.  Dzięki  temu  urządzeniu

sztab antykryzysowy mógł słyszeć przebieg rozmowy.

–  Panie  Majchrzak!  –  krzyknął.  –  Mówi  Rudolf  Heinz.  Za  chwilę  otworzę  drzwi  i  wejdę  do  środka.

Jestem nieuzbrojony.

Cisza.
Heinz nacisnął klamkę.
Wszedł z szeroko rozłożonymi rękami. Wpatrywały się w niego czujne oczy. Majchrzak równocześnie

background image

kontrolował, co dzieje się pod ścianą, gdzie siedzieli skuleni uczniowie. Był podobny do ojca. Gdyby nie
krótsze włosy i kilkudniowy zarost, można by go uznać za wierną kopię Huberta Zawady.

Nauczyciel  chemii  w  ręku  trzymał  pistolet.  Na  trzech  ławkach  leżały  plastikowe  pudełka

z  wystającymi  drucianymi  wąsami.  Gestem  dał  znak,  by  Heinz  stanął  pod  ścianą,  gdzie  znajdowały  się
tablice z wzorami chemicznymi i układem okresowym pierwiastków.

– Mógłbym cię zabić – powiedział Majchrzak.
– Nie mógłbyś – odpowiedział Heinz. – Nie miałby kto prawić ci komplementów.
Majchrzak milczał zaskoczony.
A profiler zaczął mówić.
Rzeczywiście,  wszystko  zostało  świetnie  pomyślane.  Od  zakupu  vana  i  zmiany  miejsca  pracy  na

szkołę.  Plus  odłożone  oszczędności  i  czas  potrzebny,  żeby  namierzyć  ofiary,  zaplanować  zabójstwa,
znaleźć  odpowiednie  magazyny  i  wybrać  właściwy  moment.  A  także  sporo  talentu  i  perfidii,
pozwalających omotać Patryka Kodyma.

–  Swoją  drogą  ciekaw  jestem,  jakich  bredni  mu  nawciskałeś.  Mieliście  zabawić  się  razem

w terrorystów i wysadzić coś w powietrze? Zmienić system? Porwać prezydenta? Dwóch sfrustrowanych
młodych  kolesi,  którzy  postanowili  zrobić  coś  wielkiego  w  czasach,  gdy  króluje  przeciętniactwo.  I  cały
czas jest dla mnie zagadką, dlaczego wybrałeś młodego? Choć właściwie znam odpowiedź. To miało być
coś w rodzaju kary dla Ludwika Kodyma. Ty straciłeś ojca, to on straci syna. Będzie bardziej bolało. Poza
tym był bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć Huberta Zawady. Ten numer z wodą… Twój ojciec zginął
w jeziorze, więc Kodymowi i Walusiowi wymyśliłeś na swój sposób coś podobnego. I jeszcze Abbey Road.
To zresztą była przesada. O jeden efekt specjalny za dużo. A wracając do listu, twoja matka twierdzi, że ta
spowiedź Aleksandrowa…

– Moja matka się myli. Ona cały czas ma nadzieję. Myśli, że ojciec żyje. Ja nie mam złudzeń.
Heinz  mówił,  unikając  szczegółów.  Wiedział,  że  nastolatki  pod  ścianą  słuchają.  Przeżywają,  duszą

w  sobie  emocje.  Inaczej  reaguje  się  jednak,  gdy  jest  się  zakładnikiem  zdesperowanego  nauczyciela,  a
w  inny  sposób  zachowasz  się,  gdy  okaże  się,  że  przetrzymuje  cię  bezwzględny  morderca,  perfekcyjnie
planujący swoje zbrodnie.

–  Zastanawiam  się,  co  teraz?  Co  chcesz  zrobić?  Z  pewnością  chcesz,  żeby  o  tobie  pamiętano.

O  Lennonie  się  pamięta,  ale  o  Chapmanie  też,  prawda?  Zamierzasz  wysadzić  tę  szkołę  w  powietrze?
Zrobić wielkie bum? Odejść tak, by przez lata o tobie mówiono i komentowano twój przypadek? – Heinz
zadawał pytania spokojnym głosem. Mówił cicho. Raczej analizował sytuację, niż dążył do konfrontacji.

Majchrzak trzymał opuszczony pistolet.
– A może jednak jest inne rozwiązanie? Może przeszedłbyś do historii, gdybyś teraz odpuścił. Gdybyś

w ten sposób postawił kropkę nad „i”. Masz szansę, by coś naprawić. Co ty na to?

–  Nie  nabierzesz  mnie  na  te  sentymenty.  Jest  jeszcze  jedno  rozwiązanie,  o  którym  nie  pomyślałeś.

Zostawiłem go sobie na koniec. Ma raka, więc chciałem, by cierpiał. Ale sytuacja się zmieniła. Jeśli tego
nie zrobisz – spojrzał na uczniów – będę zmuszony… – Przeniósł spojrzenie na Heinza. – Przyprowadzisz
tu Aleksandrowa.

background image

33

Dochodziła  dwudziesta  pierwsza,  gdy  stanąłem  pod  blokiem  na  Międzynarodowej.  Wcześniej

w sztabie operacji doszło do wymiany zdań.

– Nie możemy tego zrobić – przekonywał policyjny psycholog. – To skończy się egzekucją. Ten facet

rozwali Aleksandrowa i ciebie. A potem rzeczywiście nie będzie miał wyboru.

Przeważyła  jednak  opcja,  za  którą  się  opowiadałem.  Zyskiwaliśmy  czas.  A  wraz  z  nim  dodatkowe

szanse. Majchrzak był zimnym zabójcą, ale nie wytrenowanym terrorystą. Poza tym działał sam. Minęło
już wiele godzin, a on nie miał chwili na odpoczynek. Przez cały czas musiał zachowywać czujność. Teraz
czerpał  dodatkową  satysfakcję,  bo  to  on  rozdawał  karty  i  dyktował  warunki.  Taki  stan  uśpienia  mógł
jednak  działać  na  naszą  korzyść.  Zawodowiec  miałby  kłopot  z  utrzymaniem  odpowiedniego  poziomu
koncentracji,  a  Majchrzak  był  amatorem.  Może  popełni  jakiś  błąd.  Może  się  odsłoni  i  da  szansę  na
„neutralizację  obiektu”,  jak  zwykło  się  mówić  o  finalnej  akcji.  Może  po  prostu  snajperzy  go  wtedy
zastrzelą.

Kolejna  faza  negocjacji  była  krótka.  Sprowadzimy  Aleksandrowa  w  zamian  za  zakładników.

Początkowo  Majchrzak  nie  chciał  się  zgodzić,  ale  w  końcu  ustąpił.  Uwolnił  dwie  dziewczyny  i  chłopaka.
Uczniami zajął się psycholog, następnie zostali odwiezieni do szpitala. Oddziały szturmowe pozostawały
w pełnej gotowości.

Zadzwoniłem  do  Aleksandrowa.  Tak,  wiedział,  co  się  dzieje.  Oglądał  telewizję.  Właśnie  wypowiadali

się koledzy Majchrzaka z firmy. Spokojny, nierzucający się w oczy chłopak. Zawsze na uboczu, trochę taki
w swoim świecie. Aleksandrow widział telewizyjne wystąpienie Anny Majchrzak, gdy powtórzyła apel do
syna.

Nie chciał się zgodzić na spotkanie. Zagroziłem, że media poznają właściwy powód desperacji młodego

nauczyciela. Dowiedzą się o jego liście. I o tym, co zdarzyło się dwadzieścia pięć lat temu. Wyjdzie na jaw
prawda o śmierci Patryka Kodyma, Walusia i Skrzecza. A tak, bo widzi pan, przypadkiem tak się składa, że
nie  żyją.  Starannie  tworzony  przez  dwa  lata  wizerunek  Świętego  od  Raka  w  jednej  chwili  się  rozpadnie.
Ludzie nie zapamiętają Aleksandrowa jako tego, który dawał nadzieję. Pozostanie w pamięci jako tchórz.
I współwinny zbrodni. No to jak będzie? Nie powiedziałem, jaki miał być rzeczywisty cel mojej wizyty.

Słuchał  zaskoczony.  Zapytał  o  szczegóły  śmierci  kolegów  z  zespołu.  Opowiedziałem,  co  się  stało.

Milczał. Słyszałem, jak ciężko oddychał. Odezwał się wreszcie:

– Dobrze. Niech pan przyjedzie.
Aleksandrow  mieszkał  na  ósmym  piętrze.  Trzypokojowe  mieszkanie,  dużo  drewna  w  środku.

Zastawione  półkami,  na  których  książki  mieszały  się  z  mnóstwem  małych  figurek.  Zauważyłem,  że
kolekcjonował słonie. Małe drewniane słonie.

Poruszał  się  o  lasce.  Wprowadził  mnie  do  pokoju,  w  którym  grał  telewizor.  Jakiś  ekspert  opowiadał

o szkolnych masakrach. Wspomniano Biesłan i masowe zabójstwo w Columbine.

– Przed chwilą mówili, że to, co się stało, jest efektem frustracji. Że żyjemy w społeczeństwie, które

kompletnie sobie z tym nie radzi. Chora rywalizacja i niepewność jutra. To dominuje. Jedni wyżywają się
w internecie, inni… – Wskazał laską na telewizor.

– Mam wrażenie, że ta cała historia pana bawi. Pan patrzy na to jak na jakiś eksperyment.
Spojrzałem  na  łysą  głowę  i  zapadnięte  oczy.  Aleksandrow  w  niczym  nie  przypominał  zadziornego

chłopaka ze studniówkowego zdjęcia. Było widać, że cierpi. Czułem, że faktycznie zbliża się do końca. Ale
nie potrafiłem wykrzesać z siebie współczucia.

– Sprawy się nieco pokomplikowały – powiedział. – Zamknął oczy i ciężko oddychał. – Widzi pan… To

już  jest  mój  koniec.  Dwa  lata  temu  powinno  być  po  wszystkim.  Rak  mózgu.  Prosty  błąd  zakłócający
działanie  systemu.  Żadne  tam  przeznaczenie,  rozumie  pan.  Ale  to,  że  przeżyłem  tak  długo,  to  kolejna
usterka. Lekarze mówili mi, że tylko trzy procent przeżywa dwa lata. Wie pan, co teraz robię?

Spojrzałem. Na biurku leżał włączony laptop.
–  Piszę  ostatni  wpis  na  moim  blogu.  Żegnam  się  z  czytelnikami.  Przeczytam  panu  kawałek.  „Słowa

mogą ranić. Ale słowa mogą też być naszą bronią i tarczą. Przez ostatnie dwa lata starałem się, żeby moje
słowa  dawały  wam  nadzieję.  Żebyście  pomyśleli,  że  choroba  nie  jest  wyrokiem,  ale  pewną  szansą.  Że

background image

narodziliście się na nowo, tylko że będzie to krótkie życie. Życie po śmierci”.

Czytał  z  przejęciem.  Miałem  przed  sobą  człowieka,  który  był  całkowicie  pochłonięty  i  zachwycony

sobą. Egotyka potrzebującego sceny i braw, nawet jeśli teatrem miał być wirtualny świat, a publicznością
anonimowi czytelnicy. Pomyślałem, że niewiele różni się od Majchrzaka. Był nawet bardziej obrzydliwy.

Tak,  wiem.  To,  co  wam  mówię,  nie  ułatwia  sprawy  i  nie  stawia  mnie  w  korzystnym  świetle.  Ale

szczerość  jest  najważniejsza.  Nie  mam  nic  do  ukrycia.  Po  prostu  tego  nie  zrobiłem.  Jestem  z  wami
szczery.

Aleksandrow wyjaśnił, że niedawno wyszedł ze szpitala. Pożegnał się z lekarzami, przychodzi do niego

pielęgniarka.  Spojrzał  na  zegarek.  Będzie  za  godzinę.  Zdecydował,  że  umrze  w  domu.  Wydaje  mu  się  to
naturalne.

– Chciałbym, żeby pojechał pan ze mną – powiedziałem – i przekonał Majchrzaka, że to, co robi, nie

ma sensu. Pański list spowodował, że…

Przerwał mi. Nigdzie nie pojedzie. Próbowałem go przekonywać. Sam przecież napisał, że słowa mogą

ranić. Jego słowa w liście wyrządziły znacznie więcej szkód. Trudno to nawet nazwać ranami.

Nie odzywał się dłuższą chwilę. Kamery telewizyjne pokazywały helikopter krążący nad Marriottem.
– Wie pan co? – zaczął wreszcie. – Najśmieszniejsze jest to, że było zupełnie inaczej. – Wsparł się na

lasce. – Hubert, on wtedy do nas nie przyjechał. Nie było ani jego, ani żadnej dziewczyny. Po prostu nie
wiem, co się z nim stało. Nikt z nas go nie widział. On zniknął.

– Dlaczego napisał pan ten list do Anny Majchrzak?
– Zawsze złościło mnie, że patrzyła na tego Huberta jak na boga. Wyidealizowała go sobie. A przecież

były inne możliwości… Byłem ja – dokończył.

Wstał.
Wiedziałem, że nic nie ugram.
– Proszę już iść – powiedział.
Nie oglądając się na mnie, ruszył do łazienki.
I pan wtedy wyszedł? – Mężczyzna usłyszał swój głos na nagraniu.
– Tak – odpowiedział Heinz. – Co miałem zrobić?
– W sztabie antykryzysowym był pan dopiero o dwudziestej drugiej trzydzieści. Dlaczego nie pojechał

pan tam od razu?

– Spotkałem się z Gotycką… Z policjantką, która była ze mną u Anny Majchrzak.
– Z byłą policjantką.
– Z policjantką. Najlepszą, jaką znam. Mam pełne zaufanie do jej wiedzy i intuicji. Byłem w kropce.

Chciałem, żeby ktoś z zewnątrz podpowiedział, co robić dalej.

Na nagraniu zapadła cisza. A potem odezwał się inny męski głos.
–  Ona  to  potwierdziła.  Spotkaliście  się.  Tylko  że  pozostają  wątpliwości,  panie  komisarzu.  Mnóstwo

wątpliwości.  Utrzymuje  pan,  że  Aleksandrow  sam  skoczył  z  okna.  Że  skończył  ze  sobą.  Ale  wasza
rozmowa  nie  wskazuje,  by  był  załamany  albo  podenerwowany.  Poza  tym  poruszał  się  o  lasce.  Nie  tak
łatwo  mężczyźnie  w  ostatnim  stadium  raka  mózgu,  z  ograniczonymi  możliwościami  ruchowymi,
przetoczyć się przez balkon.

– Czy może pan to wykluczyć? – odezwał się Heinz.
–  Nie,  nie  mogę.  Nie  mamy  śladów,  które  wskazują,  że  pan  go  zabił.  Ale  jest  wiele  wątpliwości.

Według  mnie  było  tak:  uznał  pan,  że  nie  przekona  Aleksandrowa.  A  skoro  nie  może  pan  pokazać  go
Majchrzakowi  żywego,  to  dostarczy  pan  umarłego.  Ułatwił  pan  sobie  sprawę.  I  wykonał  na  nim  wyrok.
Poza tym zasłużył sobie, prawda? To wyjątkowo szujowata postać.

– Rzadko się z wami zgadzam. Tym razem muszę.
–  I  utrzymuje  pan,  że  dowiedział  się  o  jego  śmierci,  gdyście  z  panią  Gotycką  Jolką  odbywali  burzę

mózgów. Czy tak?

– Tak. Natychmiast pojechałem do sztabu.
– Trudno mi w to uwierzyć.
– Jest jeszcze wpis na blogu. Nie wiem, jakie macie doświadczenia, ale to brzmi jak list pożegnalny.
– I to na razie pana ratuje.

background image

34

Była  dwudziesta  druga  trzydzieści,  gdy  dotarł  do  sztabu  antykryzysowego  zaalarmowany  o  śmierci

Aleksandrowa. Mężczyzna skoczył z ósmego piętra.

Opisał, jak przebiegało ich spotkanie. Wszyscy słuchali w skupieniu.
–  No  to  jesteśmy  w  dupie  –  powiedział  szef  operacji.  –  Przetarł  przekrwione  oczy.  –  Poderwę  raz

jeszcze  helikopter.  –  Chyba  –  popatrzył  na  zebranych  –  nie  mamy  wyjścia  i  musimy  rozpocząć
neutralizację.

– Pokażmy mu ciało – zaproponował Heinz. – Przywieźcie tutaj te zwłoki. Może to mu wystarczy.
– Nie uwierzy – wtrącił negocjator. – Pomyśli, że to jakaś nasza sztuczka. Że podstawiamy ciało. To go

tylko rozjuszy.

– Wykorzystajmy jego matkę. Raz jeszcze. Niech spróbuje. I powie o śmierci Aleksandrowa. Przecież

powiedział, że wszystko odbyło się inaczej. Na koniec odezwały się w nim wyrzuty sumienia. Majchrzak
uwierzy matce.

–  Spróbuj.  Zadzwoń  do  niej.  Przekonaj  ją.  A  ty  –  szef  spojrzał  na  negocjatora  –  przygotuj  grunt.

Porozmawiaj z Majchrzakiem. Powiedz mu o śmierci Aleksandrowa.

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Policyjny samochód przywiózł Annę Majchrzak. Kobieta

mówiła przez zamknięte drzwi. Przekonywała syna, by się poddał. Powiedziała, że nie ma do niego żalu.
Ma żal do Aleksandrowa, że kłamał w liście. Ale teraz to nieważne.

– Idź już, mamo.
To  było  jedyne  zdanie,  jakie  do  niej  powiedział.  A  potem  wyszedł  z  sali.  Sam.  Kazał  uczniom,  żeby

zostali  w  środku.  Licealiści  opowiadali  potem,  że  pożegnał  się  z  nimi.  Poprosił  dwoje  z  nich,  by
opowiedzieli  najbardziej  zabawną  historię,  jaka  przydarzyła  im  się  w  życiu.  Rozbawiły  go.  Chętnie
opowiedziałbym wam moje zabawniejsze przeżycie, ale chyba byście nie zrozumieli. Tak powiedział. Nie
wspominajcie mnie źle, rzucił, wychodząc. Podobno, gdy był już na korytarzu, nucił coś pod nosem.

Luneta obserwatora uchwyciła ruch na korytarzu. Snajperzy spokojnie czekali na rozkaz.
– Czekać – zarządził dowodzący akcją naczelnik.
Sławomir Majchrzak wyszedł przed budynek z podniesiony rękami. W jednej trzymał pistolet. Kucnął

i opuścił go na ziemię.

Usłyszał  polecenie  wydane  przez  megafon.  Miał  się  położyć  na  chodniku  z  rękami  przy  głowie.  Nie

zrobił tego. Wykonał dwa kroki, a potem gwałtownie przyspieszył. Zaczął biec w stronę policjantów.

A potem wysadził się w powietrze.
Strzał i wybuch nastąpiły w tym samym momencie.
Heinz  usłyszał  brzęk  tłuczonych  szyb.  A  potem  gorączkowo  wydawane  komendy  i  tupot  ciężkich

policyjnych butów.

background image

35

Dwa  dni  później  wróciłem  do  Katowic.  Dziennikarze  jeszcze  przez  kilka  dni  żyli  sprawą  Szalonego

Chemika.  Rozerwane  szczątki  mężczyzny  znajdowano  w  promieniu  kilkudziesięciu  metrów  od  miejsca
wybuchu.  Fragmenty  tkanki  miękkiej  osiadły  na  ocalałej  szybie  znajdującej  się  w  pobliżu  burgerowni.
Tak opowiadali policjanci. Wśród dziennikarzy krążyły pogłoski, że Majchrzak pozostawił coś w rodzaju
politycznego  manifestu.  Ktoś  równie  rozgarnięty  opowiadał  o  deprawującym  wpływie  gier
komputerowych na psychikę młodych ludzi. Inni, co bardziej refleksyjni, zastanawiali się, co zrobić, żeby
podobne  wypadki  się  nie  powtórzyły.  Receptę  mieli  jedną:  należy  zamienić  szkoły  w  Fort  Knox  albo
podobne warownie.

Tak  czy  inaczej  nikt  nie  dotarł  do  sedna  sprawy.  Najwyraźniej  wściekłość  Krygiera,  groźba  dymisji

i  zwolnień  zadziałały.  Wszyscy,  którzy  coś  wiedzieli  o  rzeczywistych  motywach,  którymi  kierował  się
Majchrzak,  trzymali  gębę  na  kłódkę.  I  dobrze.  A  potem  wybuchła  sprawa  Ukrainy  i  groźba  wojny
światowej. O Szalonym Chemiku powoli zapominano.

Kolejne dwa dni, a był to początek tygodnia, spędziłem w domu. Dostałem krótki urlop. Wyłączyłem

telefon, a mój kontakt z żywymi ograniczył się do słuchania głosu Roberta Planta. Powiedziałem sobie, że
przez jakiś czas nie będę puszczał Beatlesów. Przez te dwie doby nie zastanawiałem się nad sensem życia,
nie  hamletyzowałem,  nie  dzieliłem  włosa  na  czworo.  Po  prostu  leżałem  i  patrzyłem  w  sufit.  Teraz,
zamiast siedzieć z wami, chętnie zrobiłbym to samo.

Gdy  wróciłem  do  firmy,  umówiłem  się  na  rozmowę  z  Gawlikiem.  Dosyć  długą  rozmowę.  Wtedy

pierwszy raz powiedziałem mu, że chcę odejść. Działo się to, zanim wyście się pojawili, a mówię o tym,
gdybyście  przypadkiem  czerpali  z  mojej  decyzji  dodatkową  satysfakcję.  Dokładniej  ujmując:
powiedziałem, że odejdę, gdy doprowadzimy sprawę do końca. Pozostało coś do załatwienia.

Po  kilku  dniach  zostałem  wezwany.  Do  naczelnika  zadzwonił  nasz  zero  jeden.  Komendant  otrzymał

sygnał,  że  zaczynacie  węszyć.  Że  podobno  wyrzuciłem  Aleksandrowa  z  ósmego  piętra.  Zapytałem
Gawlika,  czy  jestem  zawieszony.  Odpowiedział,  że  nie,  ale  stosowny  raport  znajduje  się  u  naszego
wspólnego  szefa  na  biurku.  Na  wszelki  wypadek.  Zapytałem  go,  co  sądzi  o  zarzucie.  Uważał  sprawę  za
zamkniętą.

–  A  poza  tym  ja  nie  jestem  od  osądzania  –  dodał,  gdy  wychodziłem  już  z  gabinetu.  Poprosił,  żebym

zamknął  jeszcze  drzwi.  –  Tak  między  nami  –  powiedział  ciszej  –  ósme  piętro  to  za  nisko.  Ten  kutas
powinien spadać z dwudziestego piętra, żeby mieć więcej czasu na przepraszanie ludzkości.

A jak wy uważacie? Z którego powinien spaść?
Nie  zostałem  zawieszony,  choć  bardzo  chcieliście,  żeby  tak  się  stało.  Dopinałem  więc  sprawę.

Odbyłem kolejną długą rozmowę z Gawlikiem. Opowiedziałem, co zamierzam zrobić. Miał obawy. Duże
obawy. W razie niepowodzenia ryzykowaliśmy obaj. Ale zgodził się.

Sprawdzałem  prognozę  pogody.  Nigdy  wcześniej  tego  nie  robiłem,  ale  tym  razem  było  mi  to

potrzebne. Zadzwoniłem do „Tłustej”. Takiej dziennikarki.

– Jak twój rower? – zapytałem.
– Nie przypominaj mi o tym – jęknęła.
Opowiedziała, że ostatniej nocy znów zaszalała.
– To przypomnę ci o czymś innym. Chciałem odebrać dług. Pamiętasz?
Wyjaśniłem. Od razu poczuła krew, głowa przestała ją boleć. To, o co prosisz, powiedziała, jest prawie

niewykonalne.  Tu  chodzi  o  etykę  zawodową.  Chciałem  jej  powiedzieć,  co  sądzę  o  etyce  zawodowej
dziennikarzy, ale nie mogłem iść z nią na wojnę. Uczepiłem się słówka „prawie”. Oznaczało to, że musimy
spotkać  się  z  redaktorem  naczelnym.  I  na  spotkaniu  zawarliśmy  układ.  Jeśli  mam  rację  i  wszystko  się
powiedzie,  dostaną  wiadomość  jako  pierwsi.  Będą  mieli  pełny  ekskluziw.  Zadzwoniłem  do  Micia.
Wyświadcz  jeszcze  jedną  drobną  przysługę.  Potrzebowałem,  żeby  sprawdził  jedno  miejsce.  Aha,  Miciu,
dwie chętne butelki wczoraj udały się w podróż.

Był  wieczór,  gdy  usłyszałem  dzwonek  do  drzwi.  Pocahontas  miała  klucze,  więc  to  musiał  być  ktoś

inny.  Nie  zamierzałem  otwierać,  ale  dzwonek  odezwał  się  kolejny  raz.  Sąsiad  albo  sąsiadka  z  jakąś
petycją. I następny sygnał, cholernie natarczywy. Otworzyłem.

background image

W drzwiach stał Kastoriadis.
– Myślałem, że coś ci się stało – powiedział. Stał w rozpiętym płaszczu, ręce trzymał w kieszeniach. –

Jeszcze chwila, a wyjąłbym te drzwi.

Wyciągnął ręce. Trzymał w nich dwa piwa.
– To pożegnalne – mruknął. Minął mnie i wszedł do pokoju.
Wpadł do Polski na krótko. Poogarniać sprawy.
Wyjeżdża. Na jakiś czas. Może na zawsze.
–  Aha  –  spojrzał  na  mnie  –  rozmawiałem  z  naszym  wspólnym  przyjacielem.  Taki  łysy  olbrzym.

Marchwicki.

Czekałem, co nastąpi dalej.
–  Ucięliśmy  sobie  pogawędkę.  Doszliśmy  do  podobnych  wniosków.  Chociaż  z  drugiej  strony  to  taki

człowiek, że nigdy nic nie wiadomo.

Uniósł butelkę raciborskiego w geście toastu. Wszystko wskazywało, że przynajmniej Marchwicki nie

będzie w najbliższym czasie moim problemem. Ale dobrze zachować ostrożność.

– A tak w ogóle co u ciebie?
Rozbroił  mnie  tym  pytaniem.  Zacząłem  opowiadać.  Powiedziałem,  że  powoli  mam  dość.  Że  chcę

odejść.

Pokiwał głową ze zrozumieniem.
– I co będziesz robił?
–  Nie  wiem  –  odpowiedziałem.  Naprawdę  nie  wiedziałem.  –  Może  syn  weźmie  mnie  do  kapeli.  Ma

taki niszowy alternatywny projekt. Albo zostanę konsultantem filmowym.

Opowiedziałem o Aleksandrowie. I o was też.
Zainteresowało go to. Pokiwał głową.
– Dwudzieste piętro to dla takiego za mało. Ja zrobiłbym zupełnie coś innego.
Wolałem nie pytać o szczegóły. W tych sprawach wyobraźnia mistrza karate nie ma granic.
Zapytał,  czy  podrzucę  go  nazajutrz  na  lotnisko.  Jasne.  Zaproponowałem,  żebyśmy  umówili  się

wcześniej.  Opowiedziałem  mu,  co  się  wydarzyło.  A  jutro  usłyszy,  co  się  prawdopodobnie  zdarzy.  O  ile
wszystko  pójdzie  zgodnie  z  przewidywaniami.  Skoro  wyjechał,  mogę  wam  o  tym  wszystkim  mówić
otwartym tekstem. Jeśli chcecie, zadzwońcie do kogo trzeba. Mam to gdzieś.

W gazecie ukazał się artykuł. Dzień później następny. Topniały ostatnie śniegi.
Gdy wszedłem do pokoju, Breivik siedział za biurkiem. Szukał czegoś w telefonie.
– Czeka nas przejażdżka – zapowiedziałem.
Spojrzał na mnie.
– W piątek. Uzgodniłem to z Gawlikiem. I nie ponosisz opłaty klimatycznej.
– Dokąd?
– Wszystko w swoim czasie. Bądź gotowy. Wyruszamy stąd. Koło południa. Szybko jeździsz?
– Jeśli trzeba.
Powiedziałem, że raczej będzie taka konieczność. Raz jeszcze obrzucił mnie przeciągłym spojrzeniem.

Tośmy sobie pogadali.

Uznałem,  że  mój  volkswagen  jest  zbyt  kiepskim  wozem,  a  o  jego  combi  też  nie  miałem  najlepszej

opinii.  Zdezelowane  samochody  służbowe  nie  wchodziły  w  grę.  Gdybym  był  agentem  FBI,  poleciałbym
samolotem.  Ale  nie  byłem.  Pożyczyłem  terenową  toyotę  od  Pocahontas.  Na  leczeniu  znerwicowanych
pacjentów  naprawdę  można  się  dziś  dorobić.  Parę  minut  po  dwunastej  wyruszyliśmy.  Pomyślałem,  że
będą jaja, jeśli się mylę.

Tym razem przygotowałem się jak trzeba. Gotycka Jolka nie miałaby mi nic do zarzucenia. Pod kurtką

znajdowała się kabura, a w niej służbowy glock.

Pojechaliśmy  ósemką  do  Warszawy.  Był  piątek  i  duże  prawdopodobieństwo,  że  utkniemy  gdzieś

w  Raszynie.  W  normalnych  warunkach  pokonanie  trasy  zajęłoby  nam  około  sześciu  godzin,  Breivik
rzeczywiście jeździł szybko, więc coś byśmy urwali. Wolałem wyjechać wcześniej i dmuchać na zimne.

Rozmowa się nie kleiła. Breivik udawał, że skupia się na prowadzeniu, ja szukałem muzyki w radiu.

Królowała sieczka, więc co chwila zmieniałem stację. Byłem spięty. Myślałem, co będzie, jeśli się nie uda.

Dwie godziny po naszym wyjeździe zadzwoniła „Tłusta”.
–  Zrobiłam  to,  o  co  poprosiłeś.  Chciałam  się  z  nim  umówić.  Dowiedziałam  się  od  sekretarki,  że  od

czternastej odwołał wszystkie spotkania. Będzie już dziś niedostępny.

background image

Podziękowałem. Raz jeszcze zapewniłem, że będą mieli materiał na wyłączność. Odprężyłem się nieco.

Odwołał wszystko od czternastej. Czyli mieliśmy dwie godziny przewagi. W zupełności nam to wystarczy.

Szukałem  muzyki.  Zespół  Julia  i  Nieprzyjemni  śpiewał  smutną  piosenkę.  Zresztą  jaką  miałaby

śpiewać  kapela  o  takiej  nazwie.  Dobrze  się  złożyło.  Tego  wieczoru  zamierzałem  być  nieprzyjemny.
Minęliśmy Warszawę nadspodziewanie łatwo i skierowaliśmy się na Łomżę. Około osiemnastej byliśmy
na miejscu. Odnaleźliśmy ulicę Nadrzeczną i pojechaliśmy wzdłuż Netty na osiedle Borki. Odszukaliśmy
adres.  Widzieliśmy  stąd  jezioro  Necko.  Jego  południowy  brzeg.  Wjechaliśmy  na  ścieżkę  i  tam,
niewidoczni od strony ulicy, stanęliśmy.

Breivik  przez  całą  drogę  rzucił  kilka  zdawkowych  uwag,  kilkakrotnie  sklął  innych  kierowców.

Zapytałem,  czy  nadal  wyprowadza  yorka,  ale  zbył  pytanie  niezrozumiałym  pomrukiem.  W  sumie  byłem
pełen podziwu. Nie zapytał, dokąd się wybieramy ani w jakim celu. I ile czasu nam to wszystko zajmie. Po
drodze  na  stacji  benzynowej  zaopatrzyliśmy  się  w  kanapki  i  wodę.  Skończyłem  jeść  i  przyciszyłem
muzykę. Zacząłem opowiadać. Kiedyś, zdarzyło się to tylko raz, zapytał o Inkwizytora. O mordercę, który
wiele  lat  temu  prawie  mnie  spalił.  Odpowiedziałem,  że  jak  nadarzy  się  okazja,  to  wtedy  mu  opowiem.
I taka sposobność właśnie się pojawiła. Wszystko zaczęło się w pochmurny wrześniowy dzień trzynaście
lat temu, gdy w Mysłowicach odkryli zwęglone kobiece ciało. A zakończyło w dwa tysiące dziesiątym, gdy
Inkwizytor  kazał  mi  kopać  grób.  Gdyby  nie  Kulesza,  policjant,  który  prowadził  ze  mną  tę  sprawę,
wąchałbym kwiatki od spodu. Kulesza… Nie poznałeś go, już u nas nie pracuje. Dał sobie spokój i ma się
dobrze.

Gdy skończyłem, zmierzchało. Rozpiąłem kurtkę i wyjąłem glocka. Położyłem pistolet na ręce, jakbym

sprawdzał jego ciężar. Breivik patrzył na mnie uważnie.

– Powiedziałeś kiedyś, że kto chce się mścić, niech od razu kopie dwa groby. – Wciąż ważyłem broń. –

Opowiedz mi, co się zdarzyło w Warszawie. Dlaczego tu się znalazłeś?

Milczał. A potem zaczął mówić.
Ma  o  wiele  młodszą  niepełnosprawną  siostrę.  Właściwie  o  umyśle  dziecka.  Daje  mu  takie  prezenty,

jakby sam był kilkuletnim chłopcem. Kiedyś dostał od siostry notes. Na okładce były postaci z kreskówki.
Jeden  z  przygłupich  kolegów  zaczął  się  z  niego  naśmiewać.  Wiedział,  jak  wygląda  sytuacja  rodzinna
Breivika. A ten wpadł w szał.

–  Gdyby  mnie  nie  powstrzymali,  pewnie  bym  go  zabił.  Tam  było  duszno.  Nie  mogłem  znieść  już  tej

atmosfery – zakończył cicho.

–  Gdy  byłem  teraz  w  Warszawie,  pomyślałem,  że  masz  rację  w  sprawie  Kodyma.  Dlatego  chciałem,

żebyśmy przyjechali razem.

Potem milczeliśmy.
O  dwudziestej  pierwszej  pod  posesję  podjechał  samochód.  Nowiuteńki  SUV.  Spojrzałem  na  zegarek.

Dosyć  późno.  Ale  przecież  nie  miał  powodu,  żeby  się  spieszyć.  Zresztą  nikt  na  własnej  działce  nie
wykopuje trupa za dnia.

Ludwik Kodym otworzył bagażnik, coś z niego wyjął, rozejrzał się i podszedł do bramy. Chwilę później

wjechał tam samochodem i zniknął.

Odczekaliśmy  pół  godziny.  Dom  na  szczęście  stał  na  uboczu.  Podeszliśmy  do  ogrodzenia.  Zwykłe

pręty, żadnych kamer i zabezpieczeń. Kodym bywał tu chyba rzadko. Bez kłopotu przedostaliśmy się na
drugą stronę. Wyglądaliśmy jak para włamywaczy.

W  drewnianym  parterowym  domu  paliło  się  światło.  Zajrzeliśmy  przez  okno.  Kodyma  nie  było

w  salonie.  Najciszej  jak  się  dało,  patrząc  pod  nogi,  żeby  nie  narobić  hałasu,  poszliśmy  wzdłuż  ściany.
W  głębi  ogrodu  dostrzegliśmy  słabą  wiązkę  światła.  Widzieliśmy  zarys  budynku  gospodarczego.  Gdzieś
zaszczekał pies. Skuleni, wybraliśmy drogę po łuku, bliżej ogrodzenia. Znaleźliśmy się za kwadratowym
budynkiem.

Łopata z chrobotem uderzała w ziemię, dość zmrożoną jeszcze. Tu, w okolicach Suwałk i Augustowa,

zima zawsze trzyma długo. Kodym oddychał ciężko. Widziałem zgięte plecy i sportową kurtkę. Na rękach
miał rękawiczki. Dwie latarki leżące na metalowej skrzyni oświetlały dół.

–  Może  panu  pomożemy,  panie  Kodym  –  odezwałem  się.  –  A  może  woli  pan,  gdy  nazywa  się  pana

„Dzidziusiem”?

Odwrócił się gwałtownie. Dzieliło nas pięć, sześć metrów. Breivik stał po mojej lewej.
–  Zacznijmy  od  Skrzecza  –  powiedziałem.  –  Jeśli  chciał  pan,  żeby  sceneria  przypominała

hangaroschron  albo  magazyn,  w  którym  znaleźliśmy  Walusia,  to  trochę  panu  nie  wyszło.  Zabójca

background image

pańskiego syna nie wybierał aż tak odludnych miejsc. Było dla niego ważne, że działa na oczach innych,
a mimo to pozostaje niewidzialny i nieuchwytny. Dawało mu to dodatkową satysfakcję. Poza tym… Poza
tym zmasakrował pan Skrzecza. To także wyraźna różnica w sposobie działania. Myślę, że chciał się pan
zemścić, ale może chodziło o coś więcej. To Skrzecz odwiedził pana i odgrażał się. Wtedy… Krótko przed
śmiercią  Patryka.  Pewnie  chciał  pieniędzy.  Zagroził,  że  opowie,  co  zdarzyło  się  nad  pewnym  jeziorem
przed laty. Zapamiętałem ten obraz, który wisi u pana. I u Pułkownika jest taki sam. Żaglówka, jezioro,
sitowie… Tylko o trupie malarz zapomniał.

Nie widziałem jego twarzy. W ręce cały czas trzymał łopatę. Usłyszałem za to twardy głos:
– Pan jest fantastą. To jest bezprawne najście. Zaraz zadzwonię na policję.
Roześmiałem się.
–  Niech  się  pan  nie  wygłupia.  Policję  ma  pan  przed  sobą.  A  teraz  proszę  posłuchać.  Skrzecz  groził

panu  i  komuś  jeszcze.  Może  Walusiowi?  Nie  wiem.  Potem  zniknął.  Ale  pan  zaczął  go  szukać.  Nie
wykluczam, że ma pan coś wspólnego z włamaniem do familoka, gdzie mieszkali Skrzeczowie. W końcu
faceta pan odnalazł. I zabił. Zerwał mu pan paznokcie. Wiem, chciał się pan dowiedzieć, czy Skrzecz ma
coś  wspólnego  ze  śmiercią  Patryka.  A  może  chciał  pan  od  niego  wydobyć  coś  jeszcze?  Na  przykład
dowiedzieć  się,  czy  ma  stare  zdjęcia.  Takie,  na  których  jesteście  wszyscy  razem.  Zespół  My,  któremu
marzyła się światowa kariera…

Kodym delikatnie kiwał się do przodu i tyłu, opierając się na trzonku łopaty.
–  To  są  wszystko  domysły,  „Dzidziuś”  –  zmieniłem  ton.  –  Nie  jestem  w  stanie  tego  udowodnić.  Nie

mam dowodów, że zabiłeś Skrzecza. Ale potrafię dowieść, że pochowałeś tu Huberta Zawadę.

Wyciągnąłem rękę w stronę wykopanego dołu.
– Być może zdarzył się wypadek. Albo go zabiłeś. Tego nie wiem. W tej sprawie Aleksandrow jednak

nie  kłamał.  Tyle  że  ciało  Zawady  nie  wpadło  do  wody.  Wypłynęłoby  albobyśmy  je  odnaleźli.  Necko…
Zdaje  się,  że  tu  wypłynęliście,  nie  jest  głębokie.  Raptem  dwadzieścia  pięć  metrów.  Zatem  ciało  musiało
być gdzie indziej. Gdzie najlepiej je ukryć? Na własnej działce?

Raz jeszcze wskazałem na dziurę w ziemi.
–  Nie  wierzę  w  to,  że  Zawada  przepadł  bez  śladu  i  że  w  ogóle  się  u  was  nie  pojawił.  Zdolny  student

historii  widzi,  jak  Polska  zmienia  się  na  jego  oczach,  chce  ze  swoim  zespołem  podbić  świat  i…  rzuca
wszystko,  ot  tak?  –  Pstryknąłem  palcami.  –  Nie,  to  nieprawdopodobne.  Wiesz,  kiedy  to  zrozumiałem?
Gdy uświadomiłem sobie, że wszyscy czterej tak gwałtownie odcięliście się od przeszłości, wymazaliście
ją  z  pamięci.  Nie  robi  się  tego  bez  powodu.  Mało  tego,  powody  muszą  być  istotne  dla  wszystkich.
Zniknięcie  kumpla  to  za  mało,  żeby  amputować  sobie  część  życia,  w  dodatku  część  tak  barwną.  Żeby
odrąbać własną młodość. Chyba że, powtórzę ci jeszcze raz, zdarzyło się naprawdę coś, co waży na całym
życiu.  Coś,  że  aż  strach  do  tego  wracać…  Wtedy,  w  sierpniu,  tu  nad  jeziorem,  Hubert  Zawada  zginął,
a wyście to zatuszowali. Nie wykluczam też, że twój ojciec, Pułkownik, pomógł ci i podsunął ten pomysł
z  ukryciem  zwłok  na  działce.  Nawiasem  mówiąc,  twój  ojciec  popełnił  błąd.  Gdy  rozmawialiśmy,
zapytałem o Beatlesów. Wspomniałeś mu, że zadaliśmy ci takie pytanie. Musiało być to dla was obu jakoś
ważne. Tak, Pułkownik miał rację: każdy z nas nosi w sobie historie. Tyle że nie wszystkie nadają się do
opowiedzenia.  Naprawdę  odbyłem  z  nim  wtedy  pouczającą  rozmowę.  Ale  ty  także  popełniłeś  błąd.  Od
początku  czułem,  że  coś  ukrywasz.  Mętnie  tłumaczyłeś,  że  nie  znasz  Walusia.  Nie  wiem  tylko,  dlaczego
chciałeś,  by  przekazać  pieniądze  na  stowarzyszenie  Aleksandrowa.  Może  to  taki  spontaniczny  odruch?
Przecież  nikt  nie  jest  pozbawiony  ludzkich  uczuć,  nawet  ty.  No  i  wreszcie  dałeś  się  podpuścić.
Zauważyłem,  że  jesteś  czytelnikiem  „Dziennika  Zachodniego”.  Pewnie  trafiłeś  w  ostatnich  dniach  na
artykuły  o  gangsterze,  członku  mafii  węglowej,  i  tym,  co  znaleziono  na  jego  działce  po  latach?  To  takie
sugestywne:  miałem  nadzieję,  że  dasz  się  sprowokować  i  wybierzesz  się,  by  wykopać  szczątki  Zawady.
Zaczęliśmy  węszyć  wokół  twoich  niejasnych  powiązań  z  przeszłości,  zespół  My  przestał  być  tak
tajemniczy  dla  nas.  Nikt  nie  ma  nerwów  ze  stali.  Liczyłem,  że  pojawisz  się  tu  w  pierwszym  dogodnym
terminie. Gdy stopnieje śnieg. I tym razem nie pomyliłem się. Wiesz – pokazałem na Breivika – jaką mój
kolega  miałby  minę,  gdybyśmy  przyjechali  tu  na  próżno?  Wskazałeś  sam  miejsce  lepiej  niż  radar.  Tyle
o tym.

– Nawet jeśli tak jest, ta sprawa już się przedawniła.
–  Nie.  –  Skrzywiłem  się.  –  Zapewniam,  że  prokurator  bardzo  chętnie  przyjrzy  się  tym  szczątkom

i ujrzy cię z kajdankami na rękach.

Kodym  przestał  się  kołysać.  Błyskawicznie  się  schylił.  Sięgnął  za  skrzynkę,  chwycił  broń  i  strzelił  do

background image

mnie.

Nie wiem, jak to się stało, że chybił. Być może strzał utrudniły mu rękawiczki. Fakt jest taki, że żyję.
Padły  dwa  kolejne  strzały.  Ale  tym  razem  huk  dobiegł  z  lewej  strony.  Widziałem,  jak  siła  trafienia

odrzuca Kodyma do tyłu. Jak biznesmen obraca się wokół własnej osi i upada twarzą do ziemi.

Breivik opuścił broń. Patrzył na mnie przez kilka sekund, a potem podszedł do ciała.
Gdy pochylał się nad zwłokami, jeszcze raz przypomniałem sobie, co powiedział.
Jeśli szukasz zemsty, szykuj od razu dwa groby.

background image

Epilog

Usłyszał  kiedyś  taką  sentencję.  Jeśli  zbliżasz  się  do  drzew,  wszystko  jest  w  porządku.  Jeśli  drzewa

zbliżają się do ciebie, miej się na baczności.

Drzewa  zbliżały  się,  ale  nie  uważał.  Brał  kolejny  zakręt.  Prowadził  jedną  ręką.  W  drugiej  trzymał

puszkę z piwem.

Był  czwarty  czerwca.  W  radiu  powtarzali  fragmenty  przemówień  prezydenta  oraz  innych  oficjeli.

Dwadzieścia  pięć  lat  temu  z  przystanku  wolność  wyruszyliśmy  w  fascynującą  podróż.  Było  to
ćwierćwiecze  sukcesów,  o  jakich  nasi  przodkowie  mogli  tylko  śnić.  Kraj  zmienił  się  nie  do  poznania
i wykonał gigantyczny skok. Marzenia pokoleń się spełniły.

Gówno prawda. Marzenia się nie spełniają. Gdyby tak było, zostałby Hendriksem i Page’em w jednym.

Czuł  się  odarty  z  marzeń,  a  bolało  to  tak,  jakby  zrywano  żywą  skórę.  W  tym  życiu  coś  poszło  nie  tak,
a  następnego  nie  będzie.  Z  pewnością  nie  był  też  beneficjentem  transformacji.  Po  prostu  był  facetem
wykonującym swoją robotę. A teraz odbijało się to czkawką.

Dziś po raz ostatni pojechał do pracy. Sukcesy? Ilekroć zamykał sprawę, zaczynał drugą w tym samym

miejscu.  W  miejscu,  gdzie  zawsze  natrafiało  się  na  czyjeś  cierpienie  i  ból.  Co  było  na  końcu?  Czasami
satysfakcja. Ale częściej gorycz. I świadomość, że za chwilę znów zacznie się z tego samego punktu. Tylko
że  będzie  ciężej,  bo  oblepiony  jesteś  mikrośladami  zła.  Drobinami  czyjegoś  cierpienia.  Jeśli  chodzi
o  ciemną  stronę  życia,  tu  nie  ma  żadnego  postępu.  Jest  kwestią  godności,  jak  sobie  z  tym  wszystkim
radzisz oraz ile wytrzymasz. I tego nie nauczą na żadnym kursie.

Byłbyś  najszczęśliwszy,  usłyszał  od  Pocahontas,  gdybyś  zamieszkał  w  Krainie  Wiecznego

Rozgoryczenia. Czuł, że ostatnio to wszystko, co z mozołem sobie zbudowali, zaczęło się sypać. Delikatna
konstrukcja  stworzona  przez  nich  chybotała  się.  Obejrzeli  kolejny  odcinek Breaking  Bad  w  milczeniu.
Chwile  ciszy  zdarzały  się  coraz  częściej.  Pomyślał,  że  skoro  nie  może  się  z  nią  dogadać,  to  z  kim  będzie
umiał? Ze swoją wnuczką za dwadzieścia lat? Z dwudziestolatkami już teraz dogadywał się kiepsko. Czuł,
że  więzi,  które  kiedyś  łączyły  pokolenia,  są  raz  na  zawsze  zerwane.  Powstała  wyrwa,  czarna  dziura,
przepaść.  Pozostała  co  najwyżej  iluzoryczna  nić  porozumienia.  Aż  strach  pomyśleć,  jak  świat  będzie
wyglądał za dwie dekady. To na szczęście już nie jego problem.

Poprzedniego  dnia  pożegnał  się  z  naczelnikiem  i  najbliższymi  współpracownikami.  Breivikowi  nigdy

nie powiedział, że miał co do niego podejrzenia. Takich rzeczy się nie mówi. Dostał od niego w prezencie
płytę. Rap z Zachodniego Wybrzeża. Dopiero teraz zaczniesz żyć, Hipis. Zobaczysz. W ogóle obyło się bez
pompy. Kameralnie. Mimo to głos trochę mu się łamał. Gabriela Rojek miała na sobie beżowe rajstopy.
Trzymała  się  z  dala  od  Breivika  i  ani  razu  na  niego  nie  spojrzała.  W  ich  wypadku  mowa  ciała  mówiła
wiele. Z Sandrą Szwarc Heinz wolał pożegnać się mejlem. Życzył jej mnóstwa genderowych snów.

W  Warszawie  odbył  się  pogrzeb  Huberta  Zawady.  Anna  Majchrzak  nie  pojawiła  się.  Tyle  dowiedział

się od Gotyckiej Jolki. Na pogrzebie z oczywistych powodów nie było członków zespołu My.

Hubert  Zawada  zginął  najpewniej  od  ciosu  nożem.  Tyle  jeszcze  udało  się  ustalić.  I  wtedy,  od

sierpniowego  wieczoru  na  żaglówce,  zaczęła  nakręcać  się  spirala  zdarzeń,  które  eksplodowały  w  ciągu
dwóch ostatnich lat.

Kilka razy myślał o Sławomirze Majchrzaku.
Piąty beatles.
Wspomnienia  mogą  krzepić.  Ale  mogą  też  zabijać.  Żywimy  się  historiami,  sycimy  się  nimi  i  nimi

dusimy. Myślał o chłopaku, którego największym życiowym osiągnięciem stała się zlepiona z wyobrażeń
postać  ojca.  A  następnie  ktoś  ten  obraz  brutalnie  podarł  na  strzępy.  Postanowił  zemścić  się  na  ludziach
odpowiedzialnych  za  śmierć  Huberta  Zawady,  ale  co  chciał  zrobić  później?  W  efektowny  sposób
rozprawić się z resztą znienawidzonego świata? Pewnie tak.

Abbey Road. Kondukt żałobny. Majchrzak lubił efekty specjalne. I to go zgubiło. Gdyby nie ta okładka,

nigdy nie złapaliby go. Zrobił o jeden ruch za dużo. Nie on pierwszy.

Heinz  nie  dowiedział  się,  skąd  wzięła  się  ksywa  „Nemo”.  Nie  wpadli  na  żaden  sensowny  ślad.

Wszystko to udaje się wyjaśnić tylko w kiepskich powieściach kryminalnych. I równie słabych serialach.
Natrafili natomiast na dwa puchary, które Majchrzak zdobył w Pile podczas zawodów modeli latających.

background image

Pewnie wtedy zapamiętał hangaroschrony i przypomniał sobie o nich, gdy zaszła taka potrzeba.

Wyprzedził  samochód,  a  kierowca,  który  był  na  przeciwległym  pasie,  ostrzegawczo  zatrąbił.

Oczywiście, nie powinien po alkoholu wsiadać do samochodu. Ale zrobił to.

W  maju  Biuro  Spraw  Wewnętrznych  nagle  zamknęło  sprawę.  Ci  ludzie  nie  mieli  zwyczaju  się

tłumaczyć. Po prostu zniknęli. Cały czas byli przezroczyści, a teraz po prostu rozpłynęli się w powietrzu.
Przez dwa miesiące próbowali złamać go na różne sposoby. Czasem odgrywali rolę dobrych policjantów
i  dawali  do  zrozumienia,  że  są  w  tej  samej  drużynie,  a  z  Aleksandrowem  zrobiliby  pewnie  to  samo.  Ale
częściej wcielali się w tych złych. Panie komisarzu, prędzej ten lekkoatleta na protezach, wie pan, ten, co
zastrzelił  narzeczoną,  się  wywinie  niż  pan.  Co  ci  się  wydaje?  Zachciało  ci  się  być  Brudnym  Harrym
Trzeciej  Rzeczpospolitej?  Jackiem  Reacherem  Górnego  Śląska?  Taki  numer  nie  przejdzie,  komisarzu
Heinz.

Chyba po godzinach wymyślali te grepsy.
I  pewnego  dnia  wszystko  ucichło.  Podobno  pożegnalny  wpis  na  blogu  Aleksandrowa  okazał  się

rozstrzygający.

Aleksandrow pokuśtykał do łazienki.
Heinz obszedł biurko i stanął przy laptopie. Przeczytał koniec wpisu jeszcze raz.
„Słowa mogą ranić. Ale słowa mogą też być naszą bronią i tarczą. Przez ostatnie dwa lata starałem się,

żeby  moje  słowa  dawały  wam  nadzieję.  Żebyście  pomyśleli,  że  choroba  nie  jest  wyrokiem,  ale  pewną
szansą. Że narodziliście się na nowo, tylko że będzie to krótkie życie. Życie po śmierci”.

Wystarczyło dopisać kilka zdań.
„Nie  myślcie  o  mnie  źle.  Mam  powody,  które  sprawiają,  że  podjąłem  pewną  decyzję.  Pewnie  się

dowiecie o niej. Nie jest to zdrada. Ani tchórzostwo. Po prostu tak musiałem”.

Coś w tym stylu.
Aleksandrow stanął w drzwiach.
– Co pan tu jeszcze robi? – zapytał ostro.
Heinz spojrzał na niego zimno.
– Miałeś rację, gnoju – warknął. – Sprawy się nieco pokomplikowały.
Wziął kolejny zakręt. Nawet nie zdjął nogi z gazu. Nie wiedział, co chce zrobić i dokąd jedzie.
Człowieczeństwo.  Żeby  zachować  człowieczeństwo,  trzeba  czasem  stracić  duszę.  A  może  jest

dokładnie na odwrót.

Pieprzyć to.
Wziął  spory  łyk  piwa,  ostatni,  i  rzucił  pustą  puszkę  na  boczne  siedzenie.  Cholera,  Hipis,  zaczynasz

moralizować, naprawdę niedobrze z tobą.

W lusterku wstecznym widział zbliżającą się ciężarówkę.
Pomyślał o Paryżu. O kawałkach złuszczonej farby na starej furtce. I lwie.
Uśmiechnął się do siebie.
Przypomniał sobie lwa na kalendarzu sprzed lat.
Drzewa zlewały się ze sobą.
Rosły.
Były coraz bliżej.

background image

Od autora

Piąty  beatles  nie  jest  powieścią  o  muzyce.  Niewątpliwie  jednak  dla  generacji  Rudolfa  Heinza  –  sam

się do niej także zaliczam – muzyka rockowa była jak tlen. O ile wiem, z tlenem się nie walczy. Zapytajcie
o to na przykład Iana Rankina.

Jest  to  powieść  o  przeżyciu  pokoleniowym,  o  które  chyba  coraz  trudniej  w  rozedrganych  (ponoć),

hybrydycznych  (zapewne),  ponowoczesnych  (podobno)  czasach.  Chyba  że  ową  mobilność,  ruch,  zmianę
potraktujemy właśnie jako wspólny mianownik współczesności. To także historia o tym, że coraz trudniej
budować międzygeneracyjne mosty z powieści, wierszy, dźwięków i obrazów. Rozeszliśmy się na dobre.

Uprawiam  w  gruncie  rzeczy  archaiczny  już  gatunek  (kryminał  jest  dziś  najpełniejszą  kontynuacją

dziewiętnastowiecznego realizmu powieściowego) i mam podejrzliwy stosunek do mobilności, trendów,
nowinek i mód. I portali społecznościowych. Chrzanię to. Inaczej rzecz się ma ze wspomnieniami, bo te,
wprawiane  w  ruch,  pokazują  swoją  siłę.  Czasem  zabójczą  moc. Piąty  beatles jest  więc  też  opowieścią
o zabójczej sile małych i wielkich historii, które w nas tkwią.

Poszczególne  części  powieści  nawiązują  tytułami  do  piosenek  z  płyty Abbey  Road  –  jeśli  nie

zaczynacie lektury od końca, wiecie, że album ten odgrywa w książce istotną rolę. Jeśli jednak zaczynacie
lekturę od autorskiego komentarza, zostaniecie ukarani. Zdradzę wam, kto zabił. Listonosz. Listonosz to
zrobił.

Wracając  do Abbey Road: pozwólcie na dwa „kryminalne” dopowiedzenia. Tak więc Maxwell’s  Silver

Hammer  –  radosny  numer  Paula  McCartneya  o  seryjnym  mordercy.  W  utworze  tym  słychać  rytmiczne
uderzenia  młotka  o  kowadło,  a  w  roli  dodatkowego  „perkusisty”  wystąpił  Mal  Evans.  Tenże  Mal  Evans
zginął  zastrzelony  przez  policjantów  z  Los  Angeles,  gdy  po  pijanemu  zabarykadował  się  w  domu  swojej
dziewczyny. A działo się to w styczniu 1976 roku.

Come Together – piosenka wydana na singlu i otwierająca album – narobiło sporo zamieszania, gdy

w  1973  roku  wydawca  płyt  Chucka  Berry’ego  zarzucił  Lennonowi  świadomą  kradzież  utworu You  Can’t
Catch  Me
.  Ostatecznie  rozeszło  się  po  kościach,  o  kwestii  plagiatu  zapomniano,  ale  niesmak  pozostał.
Tyle o tym.

Piąty  beatles jest  nade  wszystko  powieścią  policyjną.  Pozwólcie,  że  w  tym  miejscu  podziękuję  tym

wszystkim,  którzy  napracowali  się,  by  rozmaite  procedury  wyglądały  prawdopodobnie.  Kwestia
wiarygodności jest jądrem współczesnej powieści kryminalnej.

Szczególne podziękowania kieruję w stronę komisarza Pawła Leśniewskiego, instruktora strzelectwa

i  niezmordowanego  eksperta  w  zakresie  kryminalistyki,  oraz  znawcy  powieści  kryminalnych  i  eksperta
w  zakresie  badania  pisma,  inspektora  Leszka  Koźmińskiego  (obaj  z  nadzwyczaj  gościnnej  Szkoły  Policji
w  Pile  –  miastu  temu  staram  się  tą  powieścią  także  spłacić,  choć  w  skromnym  zakresie,  dług).  Wielkie
dzięki!

Rudolfowi  Heinzowi  –  od  czasów 21:37  –  kibicuje  i  pomaga  wybitny  medyk  sądowy  doktor  Jakub

Trnka z Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej we Wrocławiu. Tym razem także podzielił się
cennymi uwagami. Słowa podzięki niechaj przyjmie najwybitniejszy polski profiler, doktor Bogdan Lach,
„ojciec  chrzestny”  mojego  bohatera.  A  także  prokurator,  lekkoatleta  i  miłośnik  kryminałów  Paweł
Kaliszczak, który znalazł odpowiednie artykuły i paragrafy tam, gdzie było trzeba i na kogo trzeba było.

Konsultację  bitelsologiczną  zawdzięczam  znawcy  tematu  Pawłowi  Błędowskiemu  z  Radia  Lublin.

Wiele  z  jego  uwag  nakręciło  fabularną  sprężynę  książki.  By  uniknąć  nieporozumień:  poza  miłością  do
Beatlesów  i  podobnym  miejscem  pracy  mój  konsultant  nie  ma  nic  wspólnego  z  powieściowym
bitelsologiem  Koczwarą.  Po  Marinie  oprowadziła  mnie  szefowa  wydawnictwa  Albatros,  Renata
Kuryłowicz. W kwestiach berlińskich z kolei wspomogła świetna tłumaczka książek z Heinzem na język
niemiecki,  Lisa  Palmes. Danke  sehr,  Lisa!  Pub  „Adler”  nieopodal  Hermannplatz  osobiście  polecam
wszystkim fanom oldskulu.

W  pracy  nad  książką  wspierała  mnie,  dopingowała  –  także  swoim  przykładem  –  znakomita  polska

pisarka Katarzyna Bonda. Kasiu, dziękuję.

Pewne  opowieści  podrzucili  mi  Marcin  Świetlicki  (to,  co  lubisz,  na  jednej  kostce  lodu,  już

zamówione!) oraz Hubert Klimko-Dobrzaniecki (jak wyżej).

background image

Podziękowania  niechaj  przyjmą  także:  Monika  Badowska,  Mirosław  Filiciak,  Marzena  Koźmińska,

Ewa  Malec,  Robert  Małecki,  Aleksandra  Litorowicz,  Sebastian  „Siódmy”  Postek  i  Karol  Szupryczyński
oraz  studenci  kulturoznawstwa  w  Szkole  Wyższej  Psychologii  Społecznej  w  Warszawie.  Za  konsultację
w  sprawie  wirusa  afrykańskiego  pomoru  świń  wdzięczny  jestem  lekarzowi  weterynarii  Stanisławowi
Stankiewiczowi.

Na  koniec  wyrażam  wdzięczność  mojemu  Redaktorowi,  Filipowi  Modrzejewskiemu,  z  którym

dyskutuje się nie tyle o tekście, ile po prostu o literaturze. Przy tym jedyny to człowiek, który cierpliwie
znosi styl mojej pracy.

Wszystkim kłaniam się jeszcze raz i nisko.
I na koniec: uprzedzając pytanie, czy jest to ostatni tom z Rudolfem Heinzem, odpowiem. Listonosz.

Listonosz zabił.

Mariusz Czubaj

Warszawa, luty 2015

background image

W powieści Piąty beatles cytowane są: zdanie z powieści Wiesława Myśliwskiego Kamień na kamieniu, fragmenty piosenek Rób co chcesz…

zespołu Paktofonika, Windą do nieba zespołu 2 + 1 oraz Come Together i Oh! Darling Beatlesów, a także urywki z wiersza Edwarda

Stachury *** (Rozdzierający jak tygrysa pazur).

Redaktor serii: Filip Modrzejewski

Redakcja: Filip Modrzejewski

Korekta: Marta Stochmiałek, Zofia Sawicka

Adiustacja: Aleksandra Berka

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Fotografia na I stronie okładki: © Richard Boll / Photographer’s Choice RF / Getty Images

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2210-2

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / 

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Aleksandra Łapińska / 

Virtualo Sp. z o.o.


Document Outline