background image

Buffy- Postrach Wampirów

Zaginiony Pogromca

Część Pierwsza

Przepowiednia

background image

Rozdział 1

Wszyscy ubrani i nie ma kogo zabić

Od strony Pacyfiku wiała chłodna bryza. Buffy Summers zapięła zamek błyskawiczny 

swojej granatowej bluzy pod samą szyję i lekko zadrżała. No dobrze, był już listopad, lecz 
przecież  w  południowej  Kalifornii  o tej  porze roku zazwyczaj  jest jednak trochę  cieplej. 
Kusiło ją, aby naciągnąć kaptur, ale dla Buffy kaptur na głowie za bardzo kojarzył się z 
wizerunkiem zbiorowego gwałtu. 

Wcisnąwszy dłonie w kieszenie bluzy, szła wzdłuż wody i mruczała coś do siebie pod 

nosem. Od czasu do czasu spoglądała na nabrzeże, na rozmieszczone tu i ówdzie wytwórnie 
konserw i na statki w oddali. W Sunndale były wspaniałe, kalifornijskie plaże, to miejsce 
miało jednak inny charakter. Znajdowały się tu doki, część miasta, jaką Izba Handlowa starała 
się za wszelką cenę odizolować od turystów. Swoją drogą to dziwne, że te uliczki nadal 
widniały na planie miasta. 

Dotychczas patrol przebiegał całkowicie spokojnie, tymczasem robiło się już późno. 

Minęła północ, wiec Buffy powinna dawno wrócić do internatu. Nazajutrz musiała zdążyć na 
zajęcia, które rozpoczynały się za dziesięć dziewiąta, ona zaś postanowiła, że tym razem się 
nie   spóźni.   Teraz,   gdy   rozpoczął   się   rok   szkolny,   bardzo   chciała   się   poprawić.   Rada 
Obserwatorów stwierdziła autorytatywnie, że Pogromca musi się wyzbyć prywatnego życia i 
poświęcić się skuteczniej walce z siłami ciemności.

Bez względu na wszystko, Buffy chciała im udowodnić, że jednak się mylą. Będzie 

najbardziej skutecznym Pogromcą, jaki kiedykolwiek żył, ale jednocześnie zamierza uczyć 
się   i  brać  czynny   udział  w   życiu   towarzyskim  akademickiej   społeczności.   W  liceum   nie 
umiała pogodzić tych dwóch rzeczy i kilka razy potwornie narozrabiała. Teraz jednak miało 
być   inaczej.   Być   może   nigdy   nie   będzie   normalnym   człowiekiem,   lecz   posiadała   moc   i 
fizyczne   umiejętności,   wynikające   z   funkcji   Pogromcy,   za   pomocą,   których   zamierzała 
skutecznie podołać wszystkim zadaniom. 

O ile uda się jej zdążyć na poranne zajęcia.
Co ja robię na tym odludziu?, pomyślała. 
Odpowiedź nadeszła szybko, prosta i zrozumiała: wykonuje zadanie. 
Robiła dokładnie to, co do niej należało.  Buffy była  Pogromcą,  wybranką,  jedyną 

dziewczyną na całym świecie, która posiadała moc, by zwalczać siły ciemności.

Stwierdziła,   że   dzisiejsza   noc   jest   bardzo   spokojna.   Patrolowanie   Sunnydale   było 

ważną częścią misji, wypełnianej przez Pogromcę. Jednak gdy nic się nie działo, w jej myśli 
wkradał się cień wątpliwości: czy faktycznie uda jej się zrealizować swoje plany i pogodzić 
szkołę, mamę i przyjaciół z obowiązkami Pogromcy.

Teraz potrzebowała silnego bodźca do działania, adrenaliny oraz ładnego, soczystego 

potwora, albo jeszcze lepiej dwóch. Widzicie? Oto Buffy i potwór. Buffy kopie potwora w 
tyłek. Właśnie tego potrzebowała, aby nie stracić koncentracji.
Naglę   ciszę   rozdarł   czyjś   przeraźliwy   krzyk   oraz   głuchy   odgłos   strzału.   Stało   się   to   tak 
niespodziewanie, że Buffy skuliła się i trwała tak, nawet gdy echo salwy rozmyło się gdzieś 
ponad falami. Krzyk zabrzmiał dość złowieszczo, lecz mimo to na twarzy Buffy pojawił się 
lekki uśmiech. Z bijącym jak oszalałe serce puściła się galopem wzdłuż nabrzeża. Szybko 
przebierała nogami, biegnąc pomiędzy kapitanatem portu a długim betonowym budynkiem, 
gdzie mieściły się biura różnych firm spedycyjnych i armatorów. Czekała, aż rozlegnie się 
kolejny krzyk, lecz bezskutecznie. Przy Dock Street instynktownie skręciła w kierunku miasta 
i   pobiegła   obok   sklepu   monopolowego,   mijając   również   kilka   zniszczonych   bloków 
mieszkalnych,   których   lokale   przeznaczone   były   głównie   na   wynajmem   dla   rybaków   i 
marynarzy statków handlowych. 

W   połowie   kolejnego   krótkiego   bloku   ujrzała   uszkodzony,   migający   neon,   który 

zwisał   przed   wejściem   do   Akwarium.   Doświadczenie   podpowiadało   jej,   że   trafiła   we 

2

background image

właściwe miejsce. Na ulicy nic się nie działo, więc Buffy stanęła u wylotu śmierdzącej uliczki 
przylegającej do baru- tak brudnego, ze określenie go mianem knajpy stanowiłoby obraz dla 
wszystkich knajp na całym świecie.
W alejce panował zupełny spokój.
Buffy zmarszczyła czoło. Być może tym razem instynkt okazał się zawodny. Rozejrzała się 
dookoła,   poszukując   jakichkolwiek   znaków,   które   zaprowadziłby   by   ją   do   osoby,   która 
wydała z siebie ów przeraźliwy krzyk. Podczas patroli bywała już w tej okolicy: w Akwarium 
polowały   najniższej   rangi   wampiry,   bojąc   się   zwrócić   na   siebie   uwagę   Pogromcy. 
Najwyraźniej  błędnie sądziły,  że Buffy nigdy tu nie zagląda.  Z ciemności  w  głębi  alejki 
dobiegł   czyjś   stłumiony  śmiech.   W mroku,  gdzie  stworzenia   wydawały  z  siebie  rechoty, 
przepełnione złośliwością i perwersyjną satysfakcją, cos się działo.
Buffy ruszyła zaciemnioną alejką miedzy blokami, po czym zatrzymała się na rogu jednego z 
domów, przywierając plecami do ceglanej ściany. Z lewej strony, na tyłach Akwarium, miała 
niewielki chodnik, oświetlony pojedynczą żarówką, która sterczała na tylnich drzwiach baru. 
W   jej   mdłym   żółtym   świetle   ujrzała   pojemnik   na   śmiecie,   wypełnionym   po   brzegi 
potłuczonymi  butelkami  po piwie  oraz resztkami  tego,  co pracownicy knajpy żartobliwie 
nazywali jedzeniem. 
Był to wąski zaułek, który biegł na tyłach kilku domów mieszczących małe firmy.  Buffy 
zdziwiła się, że śmieciarce przynajmniej raz w tygodniu udawało się jednak zmieścić na tej 
uliczce.   Oczywiście   śmierdziało   tu   okropnie.   Lecz   najistotniejsze   było   to,   że   miejsce 
wyglądało na odludne i niebezpieczne: z jednej strony ograniczał je rząd domków, z drugiej 
siatkowany parkan. Chyba nikt nie przyszedłby tu z własnej woli.
A jednak dopadły tu tę kobietę- i to zupełnie samą.
Wampiry.
Były ich trzy. Tłoczyły się wokół kobiety, która krzyknęła jeden, jedyny raz, a potem już nie 
była w stanie wydobyć z siebie głosu. Wpiły się w nią, jakby znajdowały się w transie – jeden 
przyssał się do gardła, wbiwszy kły w miękkie ciało, po którym płynęła strużka krwi, plamiąc 
jej koszulkę z wizerunkiem grupy Areosmith, pozostałe dwa zaś przywarły zębami do ramion 
ofiary i piły krew nieco mniej łapczywie niż ich kompan. Na ich skórze Buffy spostrzegła 
jakieś nie znane jej symbole- ich znaczenia mogła się jedynie domyślać. Pozostałe części 
ciała bestii zakrywały skórzane ubrania.
Kobieta miała może około czterdziestu lat, nosiła T-shirt z podobiznami członków Areosmith 
oraz obcięte dżinsowe szorty. Nie miała tu absolutnie nic do roboty, chyba że była regularną 
klientką Akwarium, gdzie na co dzień rozbrzmiewała ostra, hardrockowa muzyka, a wszyscy 
goście pili na umór. Kobieta mogła mieć dwadzieścia cztery lata, a wyglądać na czterdzieści, 
lecz mimo to chłopcy na pewno tracili dla niej głowę.
Co za życie. Buffy nie rozumiała, po co istnieją takie miejsca jak Akwarium, nie rozumiała 
też bywalców tego rodzaju knajp.
Jednak   wcale   nie   musiała   rozumieć   owych   ludzi,   by   przejąć   się   ich   losami,   by   podjąć 
działanie i dokonać aktu zemsty. Skoro krwią kobiety pożywiały się aż trzy wampiry, ofiara 
wisiała   już   zupełnie   bezwładnie,   a   jej   oczy   utraciły   wszelki   blask-   Buffy   nie   miała   już 
wątpliwości, że nieszczęsnej nie można już pomóc.
Za późno, pomyślała z goryczą.
Z pochwy umieszczone na plecach wyjęła długi kołek z gładką rączką o ostrym, spiczastym 
końcu. Lubiła ważyć go w dłoni. Nabrawszy powietrza, wyszła z ukrycia na słabo oświetloną 
uliczkę, stając tuż przed wielkim niebieskim pojemnikiem na śmieci. Wampir, którego kły 
tkwiły w szyi kobiety, chrząknął i podniósł na nią wzrok. Miał na twarzy czarny tatuaż z 
wizerunkiem   nietoperza   o   rozpostartych   skrzydłach,   ze   środka,   których   spoglądały   oczy 
krwiopijcy. Koło szczęki miał jakby nieco zdeformowany symbol przypominający drzewo 
bonsai. Wtem jego oczy zwęziły się.

3

background image

Zaraz Buffy pomyślała, że to jedynie efekt wywołany żółtawym światłem, lecz po chwili 
zrozumiała:   to   wcale   nie   iluzja.   Oczy   wampira   wydawały   z   siebie   słabą   pomarańczową 
poświatę,   natomiast   z   całego   ciała   emanowała   jakaś   niezwykła   moc   i   energia.   Takiego 
wampira   jeszcze   nigdy   dotąd   nie   widziała.   Przez   chwilę   wahała   się,   zaraz   jednak 
odchrząknęła,   kręcąc   głową,   gdyż   przypomniała   sobie,   jak   bardzo   pragnie   odbyć   walkę. 
Uważaj na swoje pragnienia, pomyślała. 
-Nie   potrafię   tego   ocenić-   powiedziała   czystym,   ostrym   głosem-   Być   może   należycie   do 
jakiego gangu. Na przykład do Latających Szczurów z Sunnydale.- Zaczęła liczyć możliwości 
na palach lewej dłoni, prawą wciąż zaciskając na kołku.- Być może zabłądziliście w drodze 
na spotkanie z miłośnikami komiksów. A może potraciliście głowy na punkcie „Matriksu” i 
nie umiecie już żyć poza filmową rzeczywistością. 
Wampiry   puściły   bezwładne   ciało   kobiety,   które   osunęło   się   brudny   chodnik.   Buffy 
spostrzegła, że ich oczy również świecą pomarańczowo, że emanują niezwykłą mocą, czego 
dotąd  nigdy nie  spotkała   u wampirów.   Okazało  się,  że  wszystkie   trzy  mają  na  twarzach 
wytatuowane nietoperze, których skrzydła nachodziły na pomarańczowe oczy. Łączny efekt 
był głęboko niepokojący. Ruszyły powoli w kierunku Buffy, otaczając ją półkolem, jakby 
chciała odciąć jej drogę ucieczki. Oczywiście wcale nie miała zamiaru uciekać. 
-Istnieje tez czwarta możliwość- rzekła leniwie. –A mianowicie, że wszystkie te opcje są 
prawdziwe.
Trzy wampiry zaczęły na nią warczeć, ich kły połyskiwały w przyćmionym świetle, oczy 
płonęły wrogo. Poruszały się równocześnie, atakowały razem zajadle i wściekle, co mogło 
sugerować, że są barbarzyńskie i głupie jednakże Buffy zdawała sobie sprawię z ich- co 
prawda mrocznej, lecz mimo to wysokiej- inteligencji. Nie odzywały się ani się ani słowem. 
Buffy nie podobało się to milczenie. Zadziorne i pyskate wampiry zwykle stanowiły łatwą 
zdobycz,   milczące   bywały   o   wiele   bardziej   niebezpieczne.   Syknęły   i   ruszyły   na   nią 
jednocześnie. Buffy przywarła plecami do metalowego pojemnika na śmieci, krzywiąc się z 
powodu fetoru i nieodpowiedniego towarzystwa. Nagle skoczyła do przodu, Wampir po jej 
prawej stronie stał w odległości jedynie kilkudziesięciu centymetrów, więc pochyliła się i 
przemknęła obok niego, po czym szybko wyskoczyła w górę, waląc przeciwnika łokciem w 
tył głowy, która uderzyła z trzaskiem o metalowy pojemnik. Buffy nawet nie spojrzała w tę 
stronę.  Bonsai znalazł się przy niej szybciej, niż oczekiwała. Gdy odwróciła się, by wybić w 
niego   kołek,   już   ją   atakował,   chwytając   silnymi   łapami   za   gardło   i   podnosząc   w   górę. 
Zdumiała   ją   siła   wampira.   Wszystkie   odznaczały   się   dużą   mocą,   tym   razem   jednak 
doświadczyła czegoś zupełnie nowego. Stwór rzucił nią o pojemnik z taką siłą, że uderzyła 
głową o metal. Gdyby była zwykłym człowiekiem, człowiekiem tym momencie już by nie 
żyła. Lecz Buffy nie była normalnym człowiekiem. Była Pogromcą.
Zobaczyła wszystkie gwiazdy. Bestia dusiła ją jeszcze mocniej, uniemożliwiając oddychanie. 
Zamrugała gwałtownie, czując ogromne wyczerpanie, zmęczenie, którego niespodziewanie ją 
ogranego. Waliła potwora po twarzy i piersi, próbowała oderwać alce od swojej szyi, jednak 
bezskutecznie. Być może to wampir jakimś  sposobem wysysał z niej energię, a może po 
prostu brakowało jej powietrza. Zresztą ta kwestia nie miała znaczenia. Należało uwolnić się 
od uścisku Bonsai. Ponad jego ramieniem widziała pozostałe dwa wampiry-  najwyraźniej 
uderzony napastnik odzyskał już siły. Stały wyczekująco, uśmiechając się niczym hieny. Te 
uśmiechy wkurzyły ją.
Z najgłębszych czeluści swojego wnętrza wydobyła całą siłę Pogromcy. Za plecami miała 
ścianę pojemnika, wiec szybko ugięła nogi, oparła stopy na piersi wampira i odepchnęła go 
mocno. Wyrzuciwszy ręce w górę, chwyciła krawędź pojemnika. Dwa pozostałe potwory 
rzuciły   się   na  nią,   lecz   odepchnęła   je  mierzonymi   kopnięciami   i   zeskoczyła   na  chodnik, 
przysiadając lekko na ugiętych nogach. 

4

background image

Szarpiąc   się  z napastnikiem   , upuściła  kołek   Teraz  chwyciła   go w  dłoń,  gdy  trzy  bestie 
ponowiły atak. Pierwszy ruszył Bonsai. Nie bronił się prawie, zapewne przekonany, że cudem 
udało się jej wyzwolić z uścisku za gardło, że przewyższa ją swoją mocą. Ugodziła go w 
pierś, wbijając mu szpic kołka prosto w serce. Oczy potwora rozszerzyły się komicznie na tle 
rozpostartych   skrzydeł   wytatuowanego   nietoperza,   jego   twarz   nagle   poszarzała.   Stęknął 
boleśnie, tłumiąc okrzyk. 
Buffy postanowiła, że drugi raz nie da się zaskoczyć i nie pozwoli, by ją zaatakowały. Źródło 
niezwykłej siły tych osobników i ciemnopomarańczowego światła w ich oczach być może 
uniemożliwiało im również pobieranie energii od ludzi tej samej zasadzie, na jakiej wysysały 
z nich krew. 
Dwa potwory natarły na nią z szybkością błyskawicy. Buffy wykonała kopnięcie z pełnego 
obrotu,   odrzucając   jednego     daleko   do   tyłu,   drugiego   jednak,   na   którego   ciele   widniała 
najwięcej tajemniczych tatuaży, wytrącił jej z ręki kołek. Potoczył się po chodniki i znikł w 
głębokim cieniu. Wtedy wampir chwycił ją za włosy, wyrywając szarpnięciem spory pukiel. 
Zaczęła krwawić. Ciągnął mocno, odchylał jej głowę do tyłu, by obnażyć szyję. Patrzył na nią 
z góry pomarańczowymi, hipnotyzującymi oczami, zbliżając kły do gardła. 
Buffy zmarszczyła czoło. Nie mogę dopuścić, by zupełnie pozbawił mnie siły. Gwałtownym 
ruchem uderzyła głową prosto w jego twarz, rozbijając mu nos. Zatoczył się i cofnął o kilka 
kroków.
-Żartowniś   z   ciebie.   Atakując   mnie,   skazujesz   się   na   śmierć,   kretynie.   A   to   idiotyczne 
udawanie Nosferatu wcale na mnie nie działa. 
Wciąż mówiąc, podeszła bliżej i zamachnęła się ręką. Wampir próbował się bronić, lecz nie 
miał   żadnych   szans.   Stracił   swoją   przewagę   i   już   nie   będzie   mógł   jej   odzyskać.   Buffy 
wykonała szybki obrót i kopnęła go w pierś. Rozległ się trzask łamanych żeber, a napastnik 
potoczył się do tyłu, uderzając plecami w druciany parkan. Buffy odnalazła kołek. Pozostałe 
dwa wampiry znowu przystąpiły do natarcia. Przyszło jej do głowy, że nie tylko odznaczają 
się wyjątkowa siłą- są też wyjątkowo bestialskie, lecz jednocześnie zdyscyplinowane i karne. 
Tatuaże wskazywały, że ich posiadacze nalezą do jakieś organizacji, co samo w sobie było 
bardzo niepokojące, zwłaszcza że organizacje wśród wampirów były zjawiskiem niezwykle 
rzadkim.
Buffy   wyprowadziła   boczne   kopnięcie,   trafiając   napastnika   zbliżającego   się   z   jej   prawej 
strony,  drugim  celnym  kopnięciem  uderzyła  w  szczękę  jego kompana,  który natychmiast 
padła jak ścięty na ziemię. Rzuciła się na niego z przygotowanym kołkiem w ręku i już po 
chwili bestia zmieniła się w kupę pyłu. Powiew bryz od strony oceanu zmiótł go z ulicy, 
unosząc jednocześnie smród gnijących ryb i zepsutego piwa. 
Ten   który   przeżył   klęczał   teraz,   jęcząc   cicho.   Buffy   przewróciła   go   kopnięciem.   Znowu 
uderzył w pojemnik na śmieci. Chwyciła go za gardło, przystawiając mu kołek do piersi, na 
wysokości serca.
-Co oznaczają te tatuaże?- spytała ostro. 
Wampir uśmiechnął się, zlizując własną krew ze swoich warg i poplamionych na czerwono 
zębów. Skóra na jego czole pękła, psując nieskazitelny dotąd wizerunek nietoperza. 
-Nie podoba mi się, że wszyscy nosicie takie same znaki. I że wcale się nie odzywacie. Ktoś 
tu stara się za wszelką cenę udoskonalić wizerunek wampira. Oczekują odpowiedzi. Możesz 
mi ich udzielić i umrzeć lekką śmiercią, w przeciwnym wypadku przykuję cię nagiego do 
dachu jednego z budynków, uchodzącego za biurowce, a gdy wzejdzie słońce, spalisz się 
powolutku,   centymetr   po   centymetrze.   Być   może   jesteś   jakimś   lepszym,   udoskonalonym 
modelem wampira, ale założę się że i tak spłoniesz żywcem.
Tamten   wzdrygnął   się.   Wyraziste   kontury   jego   czoła   jeszcze   bardziej   zaostrzyły   się,   z 
czeluścią gardła dobiegło nieprzyjemne niskie warknięcie. 

5

background image

Buffy mocniej przycisnęła dłoń trzymany w dłoni kołek, a kiedy jego zaostrzony szpic przebił 
skórę,   przycisnęła   napastnika   całym   ciężarem   swojego   ciała   i   uraczyła   do   takim   samym 
warczeniem. Obserwowała bacznie jego ręce, na wypadek gdyby zechciał odsączyć z niej 
energię, tak jak wcześniej uczynił to Bonsai. 
-Te symbole i poruszanie się w grupie oznacza, że jest was więcej niż trzech. Ilu? Kto wam 
przewodzi? Gdzie ich znajdę?
-Nie będziesz musiała go szukać- odwarknął stwór stłumionym głosem. Buffy nie rozpoznała 
jego akcentu.- Camazotz odnajdzie ciebie. I ma pod komendą legiony innych. 
-Gdzie?- rzuciła agresywnie.
Roześmiał się jej w twarz, gardłowo, z budzącą niepokój wyższością. Buffy wstała, kopnęła 
wampira prosto w pierś, po czym postawiła go na nogi i ponownie gwałtownym ruchem 
rzuciła nim o pojemnik.
-Nadchodzi świt- rzekła swobodnym tonem.- Upieczesz się jak grzanka w tosterze.
Z oddali dobiegło wycie syren. Buffy spojrzała na tylnie drzwi Akwarium u ujrzała oczy- 
ludzkie   oczy-   które   obserwowały   ją   z   wnętrza.   Drzwi   były   uchylone   ledwie   kilkanaście 
centymetrów, a gdy skierowała tam wzrok, zatrzasnęły się szybko. Syreny były coraz bliżej. 
Ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnęła, było odpowiadanie na pytania. Nie miała czasu, aby 
zaciągnąć   wampira   na   koniec   uliczki   i   tam   przytwierdzić   go   do   dachu.   Buffy   poczuła 
narastającą wściekłość, lecz opanowała się. Nic nie może na to poradzić. Poza tym nie mogła 
siedzieć przy tej kreaturze cała noc, bo rano nie zdążyłaby na zajęcia.
- Masz ostatnią szanse- Powiedziała do wampira- Czujesz zapach własnej śmierci?
Pomarańczowe, dzikie i nieustraszone oczy płonęły zimnym ogniem.
Buffy zmieniła go w kupkę popiołu. 
- Niestety, Giles nie otrzyma materiału do swoich badań- mruknęła pod nosem.
Ciało ofiary wampirów leżało przy ścianie Akwarium; koszulka z zespołem Areosmith była 
podwinięta pod same ramiona Buffy wiedziała, że kobieta nie żyję, jednak przyklękła przy 
niej,   starając   się   wyczuć   tętno.   Nie   mogła   odejść,   nie   sprawdziwszy.   Oczywiście   nie 
stwierdziła żadnych oznak życia. 
Radiowozy policyjne był już blisko.
Wstała  i   puściła   się  biegiem  uliczką   z  tyłu   domów,   gdzie  stały  kolejne  pojemniki   pełne 
śmieci. Na końcu bloku stanęła i spojrzała za siebie. W zaułku migotały niebieskie światła 
policyjnych samochodów, które jechały drogą zarezerwowaną jedynie dla śmieciarek. Buffy 
skręciła za róg. Światła zostały w tyle.
Włożyła kołek powrotem do pochwy. Wcześniej odczuwała chłód, teraz jednak było jej za 
gorąco, wiec rozpięła bluzę i zwiesiła ją sobie w pasie. Gdzieś na oceanie odezwał się sygnał 
ostrzegawczy na boi. Z przyjemnością wdychała słone powietrze, czując przypływ nowych 
sił.

Kiedy Buffy w końcu położyła się do łóżka, nie mogła zasnąć. Gdy tylko zamykała powieki, 
od razu widziała tę płonące pomarańczowe oczy, czuła na szyi zaciskające się, mocne dłonie i 
upływ  witalnych  sił. Nie mogła  zebrać myśli,  gdy przypominała sobie ten nowy gatunek 
wampirów. Należały do jednej grupy, o czym świadczyły podobne tatuaże i inne atrybuty. 
Nie byli to samotnicy, którzy indywidualnie wyszukiwali swoje ofiary. Działały zespołowo. 
Nazajutrz będzie musiała porozmawiać o tym z Gilesem, zastanowią się wspólnie, z kim mają 
do czynienia. W końcu, wyczerpana, pogrążona się we śnie. 
Śniło jej się, że znowu była w dzielnicy domków. 

6

background image

W  każdej   ciemnej   uliczce   jarzyły  się   pomarańczowe  oczy.  Od  strony  nabrzeża  dobiegały 
sygnały ostrzegawcze boi. Fale poruszały drewnianymi balami i rozbijały się o brzeg. W 
powybijanych, ciemnych oknach jakiegoś magazynu, który znajdował się po jej lewej stronie, 
gwizdał chłodny wiatr, unoszący wzdłuż ulicy różne śmiecie. Po chodniku toczyła się pusta  
butelka po piwie, pobrzękując niczym żałobne dzwonki. 
Buffy przyspieszyła kroku. Stojące w głębokim cieniu nie atakowały jej, lecz gapiły się swymi  
świecącymi ślepiami. Czuła się słaba, zalękniona, jak zaszczute zwierze…
Kiedy   podniosła wzrok  ujrzała  ducha,  który  stał  na jej   drodze,  blokując  przejście.  Buffy  
cofnęła się, z bijącym sercem szykując się na odparcie ataku. Jednak w okamgnieniu jej  
strach ustąpił. Faktem jest, że stał przed nią duch, lecz nie miał wobec niej żadnych złych  
zamiarów. W rzeczy samej, zmarła kobieta, której nieuchwytny, przezroczysty duch unosił się  
teraz w powietrzu, setki lat temu sama była Pogromcą.
-Lucy?- wykrzyknęła zdumiona Buffy.
Oto   ścieżkami   metafizycznymi   świata   wędrował   duch   Lucy   Hanower,   ścieżkami   między 
światem realnym i przyszłym, pomagając zagubionym duszyczkom odnaleźć drogę do celu.  
Już kilkakrotnie udzieliła pomocy Buffy, chociaż zazwyczaj ukazywała się Willow- zapewne 
obie lepiej się rozumiały.
-Przychodzę   do   ciebie   z   ostrzeżeniem,   Buffy   Summers-   Zaszemrał   duch   głosem  
przypominającym szelest liści poruszanych wiatrem- Podczas moich wędrówek napotkałam  
dusze starożytnej wróżki. Owa Wieszczka opowiadała o strasznych rzeczach, jakie mają się  
wydarzyć. 
Poprzez transparentną postać ducha Buffy wiedziała znajdującą się za jego plecami ulicę, a  
na niej starego Dodge’a, psa na zardzewiałym łańcuchu, który biegł w ich stronę i właśnie  
zaczął szczekać. Na ten dźwięk Buffy rozejrzała się dookoła w nadziei, że nie zjawi się policja,  
by sprawdzić, co się dzieje.  Wiedziała, że policjanci nie przyjadą. Przecież to tylko sen. Ale w 
wypadku Pogromcy sen rzadko bywał zwykłym snem. Chociaż przychodził w czasie nocnego  
odpoczynku, obraz Lucy był zdecydowanie zbyt realistyczny. Lucy mówiła tak cicho, że jej  
głos niemal ginął w szumie rozbijających się o nabrzeże fal.
-To będzie twoja winna- powiedział duch.
-Co masz na myśli- spytała Buffy.- Co się wydarzy?
-Na razie nie potrafię powiedzieć nic więcej. Poszukam Wieszczki  i sprawdzę czy jej wizja 
stała się bardziej wyraźna. Do tego czasu uważaj na to co robisz i strzeż się ciemnych sił,  
które zbierają się wokół ciebie. 
Duch Pogromcy błysnął delikatną poświatą i znikł, zmieniając się zaraz w mgiełkę, podobną 
do obrazu w zepsutym telewizorze lub do kropli deszczy rozpryśniętych na szybie samochodu.  
Po chwili Lucy już nie było. Buffy patrzyła na puste miejsce. Pies wciąż szczekał.

Zamrugała  szybko.  Nieustający strach, jak w  sobie nosiła, nie dawał o sobie zapomnieć, 
nawet gdy zasypiała.
-Wspaniale. Wielkie dzięki- szepnęła, zapadając w drzemkę.- To naprawdę cenna pomoc.
Nie był to jednak ostatni sen tej nocy. 
Ani też najgorszy. 

7

background image

Rozdział 2

-Buffy.
Śniła o tym, że śpi w ramionach Angela, przy ogromnym kamiennym kominku, w którym  
rozpalił wielki ogień. Wiedziała, że nie może liczyć na nic więcej niż pieszczoty, lecz mimo to  
jego   silne   ramiona,   którymi   ją   obejmował,   dawały   jej   ogromne   poczucie   zadowolenia.   I  
spokoju. Spokoju, którego zwłaszcza na jawie nie było jej dane zaznać. 
Szczęście.
Które   jednak   szybko   ustąpiło   miejsca   mrocznemu   podejrzeniu.   Zmarszczyła   czoło.   Coś  
usiłowało wedrzeć się w jej umysł, wyrwać ją z delikatnych objęć Angela do świata pełnego  
chaosu, strachu i smutku.
-Buffy!
Coś   chwyciło   ją   lodowatą   dłonią   za   ramię,   odbierając   całe   ciepło,   jakie   dochodziło   z 
kominka. Buffy potrząsnęła głową, starała się nie poddawać mocy napastnika. Spojrzała na 
Angela, lecz ten spała nie świadomy, że coś atakuje Buffy, że chce ją od niego oderwać i 
uprowadzić. 
-Nie!- krzyknęła, wyrywając się z lodowatego uchwytu. Wyprowadziła potężne uderzenie z 
bekhendu…
-Nie!-   krzyknęła,   siadając   na   łóżku,   mrużąc   oczy,   z   których   otarła   resztki   snu.   Powoli 
powracała jej świadomość, jasne myśli przedzierały się do jej umysłu, torując sobie drogę 
poprzez gąszcz pajęczyny, jaka spowiła jej myśli podczas nocy.
Buffy   zamrugała.   Kłykcie   bolały   ją   jeszcze   od   uderzenia,   które   wykonała   przed   chwilą. 
Spojrzała   na   swoją   dłoń   i   nagle   przerażona   odwróciła   się   w   prawo,   gdzie   siedziała   jej 
najlepsza   przyjaciółka   i   współlokatorka   w   jednej   osobie-   Willow   Rosenberg-   i   z 
zaniepokojonym  obliczem trzymała  ją za rękę. Miała szeroko otwarte, niemal  przerażone 
oczy, usta rozchylone na kształt litery „o”, co w innych okolicznościach zapewne wyglądałby 
dość komicznie. 
-O Boże, Will- jęknęła oszołomiona Buffy- Byłam… Miałam straszny sen. Przepraszam.
Willow potarła sobie policzek, marszcząc czoło.
-Ostatni raz próbowałam cię obudzić- westchnęła sfrustrowana, po czym zabrała z oparcia 
swojego krzesła cienki seterek i zaczęła go wkładać.
-Nic ci nie jest?- spytała Buffy. Wygramoliła się z łóżka, odgarniając z twarzy potargane 
włosy.- Ja po prostu… nie wiem, co się stało. Miałam ten sen i wydawało mi się, że to 
budzenie było jego częścią, ale w śnie byłaś strasznym potworem, którego chciałam…
Buffy opowiadała dalej, a tymczasem Willow podeszła do lustra i zaczęła delikatnie dotykać 
wciąż powiększającego się czerwonego placka na lewym policzku. Gdy nacisnęła go trochę 
zbyt mocno, syknęła z bólu. Buffy- przerażona tym, co zrobiła- przestała w końcu mówić i 
obserwowała przyjaciółkę, która po chwili odwróciła się do niej. 
-Twój budzik dzwonił już kilka razy. Ściszałaś go, a w końcu wyłączyłaś na dobre. To było 
pół godziny temu.  Ponieważ za- spojrzała  na zegarek-  siedem minut  zaczynają  się twoje 
zajęcia,   pomyślałam,   że  lepiej   będzie,  jeśli  cię  obudzę.  Mówiłaś,  że  musisz  być   na  nich 
obecna. 
Buffy otworzyła usta, lecz nie wypowiedziała ani słowa. Z długim westchnieniem pokręciła 
głową.
–Naprawdę bardzo cię przepraszam, Will. Ostatniej nocy bardzo późno wróciła z patrolu. To 
przez  ten sen tak mnie  poniosło. Czy mogę  ci to jakoś  wynagrodzić?- spytała  radośnie.- 
Stawiam mochaccino.
Jeszcze przez moment Willow spoglądała na nią grobowo, czego Buffy wcale nie mogła mieć 
jej za złe. Lecz nagle oblicze Willow rozjaśniło się, chociaż czerwony ślad wciąż na nim 
pozostawał. Uśmiechnęła się półgębkiem i lekko wywróciła oczy.

8

background image

–Po   ostatnich   zajęciach,   dziś   po   południu.   Chce   dużo   bitej   śmietany.   Czuje   się   bardzo 
osłabiona– Westchnęła. –Musze trochę potrenować okazywanie złości, bo za szybko mięknę.
Buffy współczująco pokiwała głową.
-To nie twoja wina. Nie byłam fair. Wiem, że uwielbiasz mochaccino. 
-Odbierają   mi   silną   wole   -zgodziła   się   Willow.-   Na   tym   polega   istota   walki   z   twoimi 
przyjaciółmi. Porażaniem wiedzą o ich słabościach.
-I właśnie nie należy tego robić, bo w tedy nie ma zwycięzców.
Willow uśmiechnęła się szeroko, po czym syknęła z bólu. Buffy podeszła do niej szybko.
-Will, naprawdę tak bardzo cię boli? Mam nadzieje, że nie uszkodziłam ci kości. Pozwól, że 
zobaczę.
Zbliżyły  się do na wpół otwartego okna, gdzie Buffy mogła dobrze przyjrzeć się twarzy 
Willow w dziennym świetle. Opuchlizna nieco zmalała, ale zaczerwienie szybko ustępowało 
miejsca fioletowemu siniakowi, który z pewnością będzie zwracał powszechną uwagę, czego 
Willow raczej wolałaby uniknąć. 
Przez uchylone okno powiało chłodem. Buffy zadrżała lekko. 
-Kiepsko to wygląda. Nie chcesz tego maskować? Mam dobry podkład, mogę ci go pożyczyć.
Willow ze smutkiem pokręciła głową.
-Nie ma czasu. Poza tym wyglądałoby to jak pamiątka po małżeńskiej sprzeczce, nie sądzisz?
Nie chcę, aby ludzie myśleli, że mam coś do ukrycia. To by źle świadczyło o mnie, a jeszcze 
gorzej o Ozie.
-Oz mnie zamorduje- stwierdziła z bólem na twarzy Buffy.
-Oznaczyłaś jego dziewczynę- podsumowała z ponurą rezygnacją Willow. Potem stanowczo 
pokiwała głową.- Porozmawiam z nim. Może uda się powstrzymać go od dokonania ataku 
zemsty. Nowy błyszczący brokat powinien to zakryć, potrzebuje jedynie na to trochę czasu. 
To znaczy po zajęciach. A właśnie, witaj, moja klaso. Jesteś zupełnie nową Buffy, pamiętasz? 
Superdziewczyna. Powinnaś już iść.
Buffy ogarnęła panika. Kolejne kilka dni będzie dla niej prawdziwą próbą, która wykaże, czy 
wytrwa w postanowieniu i odmieni swoje życie. Nazajutrz czekała ją nie tylko egzamin z 
historii- musiała tez przygotować na poniedziałek pracę pisemną z socjologii. A jeszcze na 
dodatek w mieście zaczęła grasować nowa grupa „przyjemniaczków”.
Czasami czuła się jak doktor Jekyll i pan Hyde- ona, Buffy i Pogromca w jednym ciele, gdzie 
jedna   osobowość   przejmowała   dominującą   rolę   i   psuła   życie   drugiej.   Akurat   uderzenie 
najbliższej przyjaciółki było tego najlepszym przykładem. Jednak Buffy wiedziała, że jeśli 
bardzo się postara, uda jej się zachować równowagę.
-Trochę się spóźnię- powiedziała- Profesor Blaylock będzie zły, ale muszę porozmawiać z 
Gilesem. W mieście pojawił się nowy talent. Chce się dowiedzieć, z kim mam do czynienia.
Zatroskana Willow pokręciła głową.
-Pójdziemy tam po południu, po obiecanej kawie. Też mnie korci, żeby zbadać tę sprawę.
-Sama się tym zajmę- rzekła szybko Buffy.- Ty masz na głowie inne zmartwienia.
-Ty również- przypomniała jej Willow. Po chwili wzruszyła ramionami.- Pamiętaj, że zawsze 
możesz liczyć na moją pomoc.
-Dzięki. Daj mi jedną chwilkę.
Zatelefonowała do Gilesa. Skrzywiła się, słysząc w słuchawce powitanie z automatycznej 
sekretarki.
-Giles,   to   ja-   odezwała   się.-   Wczoraj   miałam   trochę   zwariowany   patrol.   Musimy 
porozmawiać. Zadzwonię później. 
Z   westchnieniem   odłożyła   słuchawkę.   Willow   obserwowała   ją   niecierpliwie.   Buffy   jak 
najszybciej   włożyła   gruby,   wełniany   dżersej   i   niebieskie   dżinsy.   Gwałtownymi   ruchami 
zaczęła szukać gumki, w końcu znalazła ją i spięła sobie włosy.

9

background image

-Wiesz, po tym, co było z Kathy, zaczynam myśleć, że chyba nie nadajesz się, by dzielić z 
kimś pokój- stwierdziła Willow, unosząc szelmowsko jedną brew.
Oczywiście żartowała. Na początku pierwszego roku studiów Buffy wylądowała w jednym 
pokoju ze strasznie denerwującą współlokatorką, kompletnie zepsutą, niesforną dziewczyną o 
fatalnym  guście muzycznym  i zerowym poziomie udzielania się towarzysko. Był  również 
demonem, ale to już zupełnie inna historia. 
-Nie ma co, fajna z ciebie kumpela, Will. Wielkie dzięki- rzekła sucho. Uśmiechnęła się 
lekko, kącikiem ust, siadając na łóżku, by nałożyć pantofle. 
-No   dobra,   wychodzę   i   wracam   o   zwariowanych   godzinach,   ale   uważam   się   za   dobrą 
współlokatorkę. Zresztą ty sama wcale nie jesteś taka idealna. Zostawiasz mokre ręczniki na 
dywanie,   rozrzucasz   płyty   po   całym   pokoju,   nie   mówiąc   już   o   nauce.   Wkuwasz   całymi 
dniami, aż mam kompleks niższości. Kathy przynajmniej miała usprawiedliwienie, bo była 
demonem. A jaka jest twoja wymówka??
Willow   nie   odpowiadała,   więc   Buffy  uniosła   wzrok   i   ujrzała   autentyczny   ból   na   twarzy 
przyjaciółki, ból, który po chwili zmienił się w złość.
-Nigdy nie twierdziłam, że jestem doskonała.
-Hej, przecież ja się tylko droczę- rzuciła wesoło Buffy, lecz już po chwili wcale nie była tego 
taka pewna. Jakaś część jej osobowości była bardzo pewna słuszności wypowiadanych słów. 
Wyrzuciła je z siebie dlatego, że była zmęczona i podenerwowana, ale nie mogła ich już 
cofnąć. 
Podeszła do Willow i położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki.
-Naprawdę- zapewniła ją.
-Wiem- Willow kiwnęła głową.- Obie jesteśmy niedospane, przez co czasem mamy różne 
odbicia i trudno nam pojąc, co się dzieje w szkole. Czuję się trochę jak żona, bohaterka 
telenoweli. Może powinnaś zostawić stresy związane z twoim zajęciem w miejscu pracy. I tak 
mamy dość kłopotów na głowie. 
Buffy westchnęła z ulgi.
-Załatwione. Już wychodzimy, jeszcze tylko umyję zęby.
-Jeśli nie masz nic przeciwko temu, ja już pójdę- odparła Willow, kierując się do drzwi.- nie 
chcę się spóźnić na zajęcia.
-Aha- powiedziała cicho Buffy.- No dobrze.
Willow wyszła, zamykając za sobą drzwi. Buffy dłuższą chwilę, patrzyła w tamtym kierunku, 
odtwarzając w myślach całą scenę. Przyjaciółka zbagatelizowała incydent, lecz Buffy miała 
świadomość, że rzucone przez nią słowa musiały być bolesne. Mogła jej wybaczyć uderzenie 
w twarz, lecz  wypowiadane  poważnym  tonem komentarze  dotyczące  zachowania Willow 
jako współlokatorki z pewnością dotknęły ją do głębi. Miała tylko nadzieję, że w ciągu dnia 
ta przykra sprawa wywietrzeje jej z pamięci.
Były najlepszymi przyjaciółkami. Bez względu na wszystko zawsze trzymały się razem. Czas 
płynął nieubłaganie. Miała już trzy minuty spóźnienia na zajęcia.

Zajęcia z socjologii, prowadzone przez profesora Blaylocka, odbywały się w gmachu Nauk 
Społecznych, gdzie znajdowała się duża aula z miejscami dla ponad dwudziestu słuchaczy. 
Wykłady cieszyły się dużą popularnością wśród studentów, podobnie zresztą jak prowadzący, 
który był powszechnie lubiany. Na szczęście dla Buffy oznaczało to, że zwykle można było 
niepostrzeżenie wśliznąć się do auli tylnym wejściem już po rozpoczęciu zajęć, poczekać na 
moment, gdy Blaylock przeniesie wzrok na jedną z wielkich tablic wiszących na ścianie a 
potem   chyłkiem   przemknąć   na   swoje   miejsce.   Przez   pierwsze   dwa   tygodnie   często   się 
spóźniała, a Blaylock przyłapał ją tylko jeden raz.

10

background image

Buffy weszła do środka i ruszyła no górę schodami, które prowadziły na tyły auli. Była już w 
połowie drogi, gdy ad sobą ujrzała krótko ostrzyżonego chłopaka z grubą szyją i krzywym 
nosem, który wyglądał tak, jakby w przeszłości został złamany przynajmniej raz. Uśmiechnął 
się do niej konspiracyjnie. Pomyślała, że to zapewne któryś z członków drużyny futbolowej. 
Znała go już z widzenia, lecz nigdy dotąd nie zamienili słowa. 
Chłopak   uniósł   ostrzegawczo   palec,   spoglądając   w   kierunku   katedry,   znajdującej   się   w 
drugim   końcu  uli.   Usłyszała  głos  profesora  Blaylocka,   który  mówił   o  „epidemii   depresji 
ogarniające   Amerykę”.   Pomyślała,   że   to   chyba   jego   ulubiony   temat.   Właśnie   zbaczał   w 
kierunku depresji maniakalnej, gdy jego głos uległ zmianie, jakby wykładowca odwrócił się 
do ściany. Buffy spojrzała wyczekująco na futbolistę, który zerknął w tamtą stronę, po czym z 
uśmiechem skinął głową.
Cichaczem pokonała kilka ostatnich schodków, po czym chyłkiem minęła trzy osoby i ruszyła 
ku najbliższemu miejscu w ostatnim rzędzie, tuż obok futbolisty. 
-Witamy serdecznie!
Buffy zamarła.
To głos profesora Blaylocka. Zawstydzona spojrzała w jego kierunku, na sam dół auli. Oparł 
dłonie na biodrach, uśmiechając się przyjaźnie.
-Przepraszam – Wyjąkała zakłopotana. Wskazała dłonią swoje miejsce.- Ja tylko…
-Nie, zostań tam, gdzie jesteś.
Buffy   zamrugała.   A   to   dopiero.   Stała,   wszyscy   studenci   patrzyli   na   nią,   a   większość 
uśmiechała się złośliwie.
-Jak się nazywasz? Wybacz, ale nie pamiętam wszystkich z nazwiska.
-Buffy- powiedziała szybko.
-Głośniej, proszę- Wciąż się uśmiechał, lecz widziała wyraźnie, że wcale nie był rozbawiony.
-Buffy Summers- powiedziała nieco ostrzej. Wstyd powoli ustępował miejsca złości.
-A,   tak,   panna   Summers.   Czy   mam   sądzić,   że   twoje   spóźnienie   jest   spowodowane 
wykonywaną do ostatniej chwili pracą nad referatem?
Czoło Buffy przecięła głęboka zmarszczka.
- No… tak. To znaczy, jeszcze go nie skończyłam. 
Profesor Blaylock momentalne przestał się uśmiechać.
-Nie skończyłaś? Oznacza to zapewne, że nie możesz mi go dziś wręczyć do oceny?
Buffy   pobladła.   Poczuła   suchość   w   ustach.   Wszyscy   nadal   spoglądali   w   jej   stronę,   lecz 
większość uśmiechów już znikła. Na twarzach studentów pojawiło się natomiast współczucie, 
podobne do tego jakie wyrażają kierowcy, mijając ofiary wypadków samochodowych. 
-Prace mieliśmy przygotować dopiero na poniedziałek. Mam to zapisane.
-Więc masz źle zapisane- odparł zimno Blaylock. 
Dopiero teraz spostrzegła trzy wielokolorowe sterty plastikowych teczek leżących na wielkim 
stole. Dwóch asystentów profesora, którzy siedzieli w pierwszym rzędzie, patrzyło na nią 
współczująco. Jak na ironię, poczuła się jeszcze gorzej.
-Chyba tak- powiedziała cicho. Nie była pewna, czy ją usłyszał. Zresztą i tak nie miało to 
znaczenia.
-Chyba   tak-   powtórzył   Blaylock.   Jednak   wcale   jej   nie   przedrzeźniał.-   Panno   Summers, 
gdybyś nie spóźniła się na dzisiejsze zajęcia, być może brak pracy domowej nie wywołałby u 
mnie   takiego   niepokoju.   Jednak   trudno   mi   uwierzyć,   że   ten   brak   jest   wynikiem   jedynie 
zwykłej pomyłki.
Te słowa znowu wywołały u niej gniew.
-To była pomyłka, panie profesorze.
-Być może. A może myślisz, że ciebie terminy po prostu nie obowiązują. Tak czy inaczej, nie 
masz pracy, prawda? Wobec tego, panno Summers, daję ci tyle czasu, ile potrzebujesz. Jeśli 
chcesz, nawet do końca semestru.

11

background image

Buffy z niedowierzaniem zamrugała.
-Przepraszam?
-Owszem, powinnaś przepraszać- rzekł Blaylock.- Ale nie zajmujmy się dłużej tą kwestią, 
dobrze? Możesz przynieść pracę, kiedy tylko zechcesz, Buffy. Ale za każdy mijający dzień 
stracisz dziesięć punktów. Nie licząc weekendów. Dziś, w środę o północy, rozpoczynasz z 
dorobkiem dziewięćdziesięciu punktów. Jutro o północy będziesz miała ich osiemdziesiąt, w 
poniedziałek siedemdziesiąt. Jeśli się poddasz i w ogóle nie przyniesiesz referatu, ręczę ci, że 
nie otrzymasz zaliczenia. 
Buffy nie mogła wykrztusić ani słowa. Po prostu stała i patrzyła na niego.
-Teraz możesz usiąść.

Mochaccino z Buffy okazało się dla Willow jednym wielkim rozczarowaniem. Po ostatnich 
popołudniowych zajęciach poszła z nią do kawiarni Espresso Pump i starała się rozweselić 
przyjaciółkę, tak jak najlepsza kumpela- między dziewczynami. Lecz Buffy była strasznie 
zdołowana poniżeniem, jakiego zaznała ze strony profesora socjologii, tak sfrustrowana swoją 
własną osobą, że wspólnie spędzony czas wcale nie był przyjemny.  W powietrzu wisiało 
napięcie, atmosfera była w ogóle niezręczna i niezbyt miła. 
Willow   próbowała   wytłumaczyć   przyjaciółce,   że   to   była   jedynie   zwykła   pomyłka,   która 
mógłby popełnić każdy. Jednak ostatnio nastawienie Buffy do samej siebie znamionowała 
dużo doza krytycyzmu. Wymagała od siebie rzeczy niemożliwych, więc żadne słowa Willow 
nie były w stanie poprawić jej humoru. Willow zaś cierpiała prawdziwe katusze, bo nie mogła 
pomóc przyjaciółce. 
Skoro tak bardzo chce robić wszystko samodzielnie, do czego jestem jej potrzebna?, myślała 
ze smutkiem. 
Czuła jednak nie tylko smutek. Kiedy szła przez miasteczko akademickie w kierunku domu, 
gdzie mieszkał Oz z kilkoma innymi studentami, sama również poczuła narastającą frustrację 
i złość. Ktoś musi porozmawiać z Buffy. I tym kimś będzie musiała być właśnie ona. Jednak 
dopóki nie zmusi Buffy do wysłuchania jej, wszelkie wysiłki skazane są na niepowodzenie. A 
prawda była taka, że nikt nie potrafi zmusić Buffy do czegokolwiek. 
Syknęła   z   bólu.   Dotknęła   wielkiego   siniaka,   jaki   widniał   na   jej   policzku,   i   westchnęła 
głęboko. 
Z   mieszanymi   uczuciami   zapukała   we   frontowe   drzwi   domu,   w   którym   mieszkał   Oz. 
Otworzył jej milczący dryblas, noszący dość specyficzne imię Moon, z którego Willow nigdy 
nie zamieniła ani słowa. Nie chodzi o to, że jako dziewczyna  faceta imieniem Oz, który 
akurat   był   wilkołakiem,   przeszkadzała   jej   jakkolwiek   nietypowość,   sądziła   jednak,   że 
współlokator imieniem Moon był ironią losu- wziąwszy pod uwagę wszystkie okoliczności.
-Hej- powiedziała. Było to zarazem powitanie jak i forma podziękowania. 
Moon uniósł brwi i pokiwał jej palcem. Nie wiedziała, czy był to gest zapraszający, czy tez 
wyrażający dezaprobatę. Po chwili odszedł, Willow zaś sama ruszyła na górę do pokoju Oza. 
Siedział na podłodze z pękatą gitarą w rękach, ćwicząc skomplikowaną sekwencje akordów, 
która świadczyła o tym, ze jest bardzo utalentowanym muzykiem, niż się do tego przyznawał.
-Hej- powiedziała cicho WIllow, wchodząc do pokoju. 
Oz spojrzał na nią i chrząknął zaskoczony. Przez jego zwykle beznamiętną twarz przemknął 
ledwie zauważalny grymas i Willow mogłaby przysiąc, że Oz zrobił minę. Co prawda często 
sprawiała, że się uśmiechał, lecz miny wyrażającej emocje były u niego rzadkością.
-Piękny siniaczek.- Oz nie przestawał brzdąkać w smutny, lecz w tej chwili jeden akord mu 
wyraźnie nie wyszedł.

12

background image

-Budziłam Buffy dziś rano. Chyba miała senny koszmar. Wcale nie mam ochoty tego więcej 
robić. No dobra, jest moją najlepsza przyjaciółką, wiec jej wybaczyłam, w porządku? To po 
prostu integralna część przedstawienia. Ale potem była  taka strasznie… nie wiem, jak to 
powiedzieć… dziwna?
Oz przyglądał się jej z troską.
Usiadła na podłodze obok niego. Spoglądając na nią, zaczął grać delikatną, słodką melodię 
bluesową, którą już słyszała w jego wykonaniu. Wyrażał swoje emocje.  Pewnie nie zdaje 
sobie sprawy z tego, że gra
, pomyślała Willow. 
-To znaczy, wiem, że trudno jej się przystosować. No ale przecież nie jest tu jedyna. Fakt, nie 
chodzę co noc na patrol, nie narażam się na śmierć w walce z siłami zła, co należy poczytać 
Buffy za dodatkową zasługę. Ale to wcale nie oznacza, że musi być taka spięta.
Willow urwała, zerkając na Oza, który właśnie przestał grać. Na jego ustach pojawił się lekki 
uśmieszek.
-Jesteś jej najlepszą przyjaciółką- powiedział.
-Wiem o tym.- Uniosła brwi.- Ale to nie takie proste.
-Dlaczego?
Otworzyła  usta, nie odezwała się jednak. Nadąsana patrzyła  na niego zwężonymi  oczami 
dłuższą chwilę. W końcu westchnęła.
-Wiem, wiem. Powinnam być bardziej wyrozumiała. Ale właśnie jestem! Bardzo często! A… 
w tym wypadku może trochę mniej. Jestem trochę rozdrażniona. I nie chodzi mi tylko o ten 
siniak. Boję się. Ona stawia sobie zbyt wielkie wymagania. Superman dawał sobie radę z 
dwoista osobowością, ale to przecież postać z komiksów!
-Zaraz mi powiesz, że święty Mikołaj nie istnieje.
-Żartujesz  sobie-  stwierdziła  ponuro- a  ja mówię  poważnie.  To całe  poświęcenie  wynika 
jeszcze   z   licealnych   czasów.   Wyobrażam   sobie,   jak   bardzo   wkurzą   ją   fakt,   że   ma   tak 
niewielki wpływ na swoje życie. Nawet dziś rano zaczęła się do czegoś szykować… zawsze 
poznam po zapachu, że w powietrzu wisi jakaś robota dla Pogromcy… a ona nie chce nikogo 
dopuścić. Zosia Samosia. To jej nowe motto. Na pewno czuje się bardzo osamotniona.
Oz zrobił bardzo poważną minę.
-Ale wcale nie jest sama- powiedział.
-Nie- zgodziła się.- Co jest bardzo pocieszające, ale jak mam jej to udowodnić?
-Być może wcale nie jesteś w stanie tego zrobić. Może sama musi to zrozumieć.

W małej klitce, jaką kobieta, którą wynajęła mu mieszkanie, określała mianem kuchni, a którą 
on   sam   porównywał   raczej   z   kabiną   prysznicową   na   pokładzie   samolotu,   Rupert   Giles 
otworzył  pokrywę  piekarnika,  by zerknąć  na znajdującą się w środku potrawę. W całym 
mieszkaniu unosił się smakowity zapach. Giles z uśmiechem zanucił Going Mobile zespołu 
The Who.
Otworzył   lokówkę   i   dotknął   dwóch   butelek   Piesportera,   które   chłodził   w   środku.   Z 
zadowoleniem   stwierdził,   że   są   już   wystarczająco   zimne.   Sięgnął   nieco   głębiej   i   wyjął 
kawałek sera brie, z szafki wydobył pudełko z krakersami. Gdy układał je na talerzu, odezwał 
się dzwonek. 
Zaciekawiony przeszedł przez pokój i otworzył drzwi. Na macie przed wejściem stałą Buffy. 
Na jej ramieniu wisiała płócienna torba, w której nosiła broń. Spoglądała na niego z lekkim 
rozbawieniem. 
-Dobry wieczór, Buffy- powiedział miłym głosem.- Co cię tak śmieszy?
Pokręciła głową i uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
-Rzeczywiście mężczyznę można poznać po jego odzieniu. 

13

background image

Giles spojrzał po sobie. Jak zwykle ubrany był swobodnie, ale w dobrym stylu. Co ją tak…
Nagle zarumienił się. Na fartuchu, który zwisał mu z szyi i był zawiązany na plecach, widniał 
dużych rozmiarów wizerunek kaczora Dafy, a ponad jego sylwetką napis: „O której chcesz 
kolację?”
-Zdaje się, że oczekujesz gości- rzekła Buffy.- Czy dlatego nie oddzwoniłeś?
Giles zamrugał.
-Przepraszam. Dzwoniłaś do mnie?
-Pięć razy.
Zakłopotany zerknął na mały stolik znajdujący się w rogu pokoju. Obok starego czarnego 
telefonu   leżała   tam   automatyczna   sekretarka,   właściwe   nadająca   się   już   do   muzeum.   Na 
stoliku Giles umieścił również roślinę w doniczce, która częściowo zasłaniała oba urządzenia. 
-Bardzo przepraszam- powiedział, idać przez pokój w kierunku aparatu.- Rano wyszedłem do 
sklepu  i jestem dziś  trochę  roztargniony,  ale  jeszcze  nie  ogłuchłem.  Pięć  razy to drobna 
przesada, prawda?
Przesunął   doniczkę   i   wtedy   ujrzał   na   automacie   migającą   czerwoną   lampkę,   a   obok   na 
wyświetlaczu cyfrę 5.
-Pięć razy- powtórzyła Buffy.
Giles mruknął coś przepraszająco i wzruszył ramionami.
-Widocznie dzwoniłaś w nieodpowiedniej chwili albo też jestem bardziej roztargniony, niż mi 
się zdawało.
-A może jedno i drugie- podsunęła Buffy, uśmiechając się. Po chwili spoważniała.- O której 
spodziewasz się gości?
Giles wyczuł w jej głosie niepokojącą nutę.
-Jeszcze nie teraz- zapewnił ją.- Olivia przyjeżdża na kilka dni, więc szykuję kolacje, ale mam 
podzielną uwagę. Mogę jednocześnie rozmawiać i zajmować się kucharzeniem. 
Buffy zawahała się. 
-Nie chciałabym ci przeszkadzać.
-Ależ przeszkadzaj.- Stanął z boku, żeby ją wpuścić do środka.- Trochę zawiniłem.
-Rozumiem-  odparła  nieco komicznym  tonem.  Weszła  do pokoju i usiadła w  najbardziej 
wygodnym fotelu. Więc co gotujesz dla swojej ukochanej.
Giles zamrugał nerwowo.
-Nie jestem pewien, czy ona zasługuje na miano mojej ukochanej, ale zrobiłem jej ulubioną 
zapiekankę z kurczakiem.
Buffy patrzyła na niego uważnie.
-Jest…   dość   zimno,   a   Olivia   zawsze   otwarcie   mówiła,   że   ma   dobry   apetyt,   więc 
pomyślałem…
Giles westchnął i przysiadł na sofie, krzyżując ramiona na piersi. Spoglądał na Buffy chłodno, 
chociaż wiedział, że całe wrażenie psuje nieco wizerunek kaczora na fartuchu.
-Rozumiem, że mamy jakieś kłopoty?
Buffy spochmurniała.
-Kłopoty przez duże K- przyznała.- Nie wiem, czy to sprawa dużego kalibru, bo żadnych 
oznak apokalipsy jeszcze nie widziałam.  Ale to dość dziwna rzecz, więc przyszło  mi  do 
głowy, że… no… mógłbyś to zbadać.
Giles z uwagą wsłuchiwał opowieści o jej przygodach ostatniej nocy oraz o spotkaniu we śnie 
Lucy   Honover.   Kiedy   Buffy   przyjmowała   polecania   od   rady   Obserwatorów,   on   był   jej 
bezpośrednim przełożonym.  Już dawno zerwali więzi z Radą- Giles  za sprawą członków 
Rady, Buffy z własnej woli. Jednak, chociaż oficjalnie nie była już jego podopieczną, oraz 
więcej dla niego znaczyła. Nadal uważał się jej mentorem oraz przyjacielem. Rzadko porosiła 
go o fizyczną pomoc, lecz jako Pogromca nadal potrzebowała rady i informacji. 
-Nowe wampiry… to ciekawe.

14

background image

-To znaczy, że wywołują twój niepokój?- spytała.
-Hm. Właśnie. Nie miałem z czymś takim nigdy do czynienia. Gdyby nie wysączyli krwi z tej 
biednej kobiety, zastanawiałbym się, czy to w ogóle były wampiry. Ten odpływ energii, który 
odczułaś, te świecące oczy bardziej przywodzą na myśl demona niż wampira. Moje badania 
rozpocznę właśnie od tych atrybutów, skoncentruje się też na tatuażach. Być może należą do 
zakonu lub bractwa, które znaczy swoich członków w ten sposób. Może to nawet znak ich 
przywódcy,   tego   Camazotza,   o   którym   wspomniał.   A   sen   o   Lucy   Hanower   może   mieć 
związek z tą sprawą albo nie. W każdym  razie jej objawienie się było  raczej niezwykłe. 
Widocznie musiała mieć ważny powód, by się zjawić, a jednak jej słowa wydają się takie 
nieuchwytne, takie…
-Denerwująco niejasne?- poddała Buffy.
-No właśnie. W najbliższych dniach powinnaś okazać wzmożoną ostrożność. Zresztą tak jak 
my wszyscy. Być może te nowe wampiry stanowią groźbę, przed którą ostrzegł cię duch. Ten 
Camazotz….
-Mam wrażenie,  że jest ich więcej- przerwała  Buffy.  Zadrżała  na wspomnienie  twarzy z 
wizerunkiem nietoperza.- O wiele więcej.
- Nie wątpię w twoją intuicję- odparł Giles. Zastanowił się przez chwilę.- Camazotz. Coś mi 
świta w głowie, ale nie mogę  sobie  przypomnieć  gdzie  słyszałem  to imię.  I zupełne  nie 
rozumiem symboliki tych tatuaży, o których mówiłaś. Powszechnie w mentalności ludzi łączy 
się nietoperzy z wampirami, ale jak doskonale wiesz, to jedynie mit. 
-Pewnie naoglądali się za dużo filmów.
Giles wolno pokiwał głową.
-Wszystko jest możliwe.
-Tylko żartowałam- powiedziała grobowym tonem Buffy.
Uniósł brew. Już chciał ją zbesztać, gdy naglę poczuł w nozdrzach woń spalenizny.
-Boże, zapiekanka!
Pognał jak szalony do kuchni, uderzając się po drodze boleśnie w kolano o mały stolik. Gdy 
otworzył piekarnik i sięgnął do wnętrza gruba ścierka zsunęła się nieco i Giles dotknął dłonią 
i kciukiem gorącej blachy. Syknął głośno, kładąc brytfankę na laminowanym blacie, który 
natychmiast zaczął się przypalać. Zaklął głośno i wsunął pod blachę dwie podstawki, jednak 
zbyt późno, by ocalić blat oraz swój poparzony kciuk. Wsunął go szybko w strumień letniej 
wody, po czym włożył go sobie do ust i zaczął ssać. Dopiero wtedy przypomniał sobie o 
Buffy. 
Uniósł wzrok i zobaczył, jak patrzy na niego zaniepokojona.
-Mocno?- spytała
Zawstydzony wyjął palec z ust.
-Trochę piecze, ale to nic groźnego.
-Chodziło mi o kolację. Da się ją uratować?
Przyjrzał   się   ciemnobrązowej   skorupie,   jaka   powstała   na   wierzchniej   warstwie   ciasta,   po 
czym wbił w nią widelec i zajrzał do środka.
-Chyba się uda- zawyrokował.- Chciałbym tylko zeskrobać tę spaloną część zanim Olivia…
W tym momencie odezwał się dzwonek u drzwi.
Giles westchnął z rezygnacją.
-Wiesz co?- odezwała się raźnie Buffy.- Pójdę już na patrol. Miasto nigdy nie śpi. Może 
znajdę innych kolesiów z nietoperzami na twarzach i uda mi się zrobić im zdjęcie dla ciebie… 
A ty…zastanowisz się nad tym Camazotzem?
-Tak. Otwórz drzwi, dobrze?
-Ale nie musisz się śpieszyć- dodała.
-Zajmę się tą sprawą. Gdy będę coś miał, zadzwonię. 

15

background image

Buffy  podeszła   do   drzwi   i   otworzyła   je   po   drugiej   stronie   stała   zdziwiona   Olivia.   Giles 
przybrał najpiękniejszy uśmiech na jaki było go stać, przypomniał sobie o fartuchu, zerwał go 
z siebie i rzucił na krzesło.
-Hej,   Olivio-   odezwała   się   Buffy.-   Właśnie   wychodzę.   Życzę   wam   miłego   wieczoru.- 
Uśmiechnęła się do Gilsa.- Dobrej zabawy.
I już jej nie było. Odeszła, zamykając za sobą drzwi. Giles popatrzył na Oliwię. Niedawno 
wysiadła z samolotu, który przyleciał z Londynu, a jednak wyglądała fantastycznie, zresztą 
jak zawsze. Miała na sobie czadzę spodnie i bluzkę w kolorze kości słoniowej, która jeszcze 
bardziej podkreślała kakaową barwę jej lśniącej skóry. Widząc słodki uśmiech Olivii, poczuł 
przyjemne ciepło i westchnął głęboko. 
-Wyglądasz wspaniale- powiedział.
-Ty również prezentujesz się całkiem nieźle- odparła z szelmowskim uśmiechem. Podeszłą 
bliżej i wsunęła ramiona za jego plecy, nadstawiając usta do pocałunku.
Przywarł ustami do jej ust.
-Obawiam się, że sknociłem kolację- wyznał po chwili.
Oczy Olivii iskrzyły się radośnie.
-Kolacja może zaczekać, Rupercie. 

Zrazu Xander nie usłyszał pukania. Leżał na podłodze przed telewizorem z ręką w torebce 
serowych   chipsów.   W   magnetowidzie   znajdowała   się   piracka   taśma   z   filmem  Bóg 
Ryzykantów
  z Chow Yun-Fat w roli głównej. Był  całkowicie pochłonięty odczytywaniem 
żółtych angielskich napisów, które pojawiały się na dolnej części ekranu, więc osoba stojąca 
za drzwiami musiała stuknąć kilka razy, zanim zwróciła uwagę gospodarza.
Marszcząc czoło, spojrzał w kierunku drzwi, potem znów na telewizor, udając że pukanie 
było jedynie wytworem jego wyobraźni. Lecz gdy rozległo się ponownie, musiał wstać i 
poczłapać do wejścia. Jedna ręka wciąż spoczywała w torebce z chipsami.
-Nie mam ochoty zostać wyznawcą nowej religii- rzucił osobie, znajdującej się po drugiej 
stronie.- Nie chcę też kupić zestawu noży do steków ani encyklopedii.
Ponieważ rzeczowe drzwi znajdowały się z tyłu domu i prowadziły do mieszkania, które 
urządził sobie w suterenie rodziców po zdaniu matury, więc wiedział że to na pewno nie 
akwizytor. Co w jakimś sensie sprawiło mu zawód, gdyż przez chwilę modlił się w duchu, że 
otworzy drzwi i ujrzy grupkę harcerek. 
Oczywiście proszących o słodycze.  Za gierki z młodziutkimi harcerkami grozi prokurator
pomyślał.
Przyciskając do piersi paczkę z chipsami, Xander otworzył drzwi. Nikogo nie było.
-Hej, jest tam kto?
Wszedł   na   cementowy   podest   i   rozejrzał   się   dookoła.   W   ostatniej   chwili   dojrzał   Buffy, 
kierując   się   w   stronę   frontowych   drzwi   domu.   Na   dźwięk   jego   głosu   odwróciła   się   i 
uśmiechnęła, rozpoznając Xandera.
-Witaj, Xand.
-Cześć, Buffy. Czemu zawdzięczam te niewymowną rozkosz?
-Po prostu dawno nie widziała z moim kumple, więc pomyślałam, że wpadnę i spytam, czy 
może masz ochotkę towarzyszyć mi podczas nocnego kontaktowego patrolu. 
Xander wpatrywał się w nią, mrugając. W liceum on, Willow i Buffy stanowili nierozdzielną 
paczkę,   tworzyli   serce   grupy,   którą   żartobliwie   określali   nazwą   „Gang   Scooby”. 
Przesiadywali w barze The Bronze, w szkolnej bibliotece na cmentarzach. Jednak gdy nastał 
okres  studiów, wszystko  uległo zmianie.  Xander zdecydowanie  odmówił  uczęszczanie  do 

16

background image

instytucji   w   najmniejszym   stopniu   przypominającą   szkołę,   chociaż   Willow,   Buffy   i   Oz 
konusowali   naukę   w   University   Collage   w   Sunnydale.   Gang   Scooby   nadal   istniał, 
aktywizował się zwłaszcza w kryzysowych momentach, lecz obecnie spotykali się i włóczyli 
o wiele rzadziej niż kiedyś. Niezapowiedziana wizyta Buffy, spotkanie z nią sam na sam i 
propozycja wspólnego patrolu była czymś raczej niezwykłym.
-Co ty na to, Xander?- ponagliła go, marszcząc brwi.
-Przepraszam- odparł, potrząsając głową.- Mój mózg nie jest zdolny do wykonywania kilku 
zadań jednocześnie, a ciężko mi nie czynić w myślach seksualnych konotacji związanych z 
wyrażeniem „kontaktowy patrol”.
-Rozumiem.- Podskoczyła kilka razy na placach. Xander odniósł wrażenie, że dziewczyna 
tryska znaną mu z przeszłości energią, pełną entuzjazmu i żądzy zabijania wampirów.- No 
wic? Idziesz ze mną?
Pytanie mile połechtało jego ambicje. Zaciekawiony, potarł podbródek w sposób, który miał 
oznaczać zastanowienie. 
-Niech   no   pomyśle.   Mogę   chrupać   smakowite   chipsy,   oglądać   znakomite   film   akcji   z 
Hongkongu albo   sam  wziąć   się do  ćwiczeń  gimnastycznych,  doświadczyć   wszystkiego  z 
pierwszej ręki i narazić swoje życie na śmiertelne niebezpieczeństwo.- Wzruszył ramionami.- 
Nie   powtarzaj   tego   nikomu,   ale   z   jakiegoś   powodu,   który   może   podać   jedynie   mój 
psychoterapeuta, sądzę, że wybiorę jednak walkę na śmierć i życie. Alex. 
Buffy zdziwiła się.
-Anya o niczym się nie dowie.
-Poszła   kupić   sobie   jakieś   ciuszki.   Powiedziała,   że   tak   nakazuje   jej   kobiecy   instynkt. 
Wszystko jedno.- Kiwnął głową w stronę swojego mieszkania.- Tylko wezmę kurtkę.

Minęły prawie dwie godziny, w czasie których nie pojawili się żadni goście z zaświatów. 
Buffy   powoli   traciła   entuzjazm,   lecz   nadal   intrygowały   ją   wampiry   z   nietoperzami   na 
twarzach, jakie widziała poprzedniej nocy. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, był powrót do 
domu bez żadnej zdobyczy, zwłaszcza że Giles nie miał w tej chwili zbyt wiele ochoty do 
prowadzenia badań. Oczywiście mogła  prosić o pomoc Willow- i szczerz mówiąc, miała 
poczucie winy, że dotąd tego nie zrobiła- lecz gdy były w kawiarni, Buffy wyczuła wiszące w 
powietrzu napięcie, jakiś dystans między nimi. I wcale się jej to nie podobało.
Willow  była  jej najlepszą przyjaciółką. Powinna umieć zwierzać się jej z kłopotów, lecz 
nigdy w przeszłości nie była zbyt wylewna. Żadna z nich nie starała się zmienić tej atmosfery, 
aż w końcu Buffy poszła do Gilesa, zaniepokojona faktem, że nie odpowiada na jej telefony.
Buffy   postanowiła,   że   gdy   tylko   wróci   do   internatu,   porozmawia   z   Willow,   wyjaśniając 
nieporozumienia,   oczyści   atmosferę,   która   panowała   między   nimi   od   samego   rana.   A 
tymczasem teraz głęboko żałowała że zaprosiła Xandera na wspólny patrol. 
Co też strzeliło mi do głowy?
Doskonale   jednak   wiedziała,   dlaczego   to   zrobiła.   Giles   był   zajęty   Oliwią,   z   Willow   nie 
rozumiała się dziś zbyt dobrze, potrzebowała zaś kogoś, kto utwierdzi ją w przekonaniu, że 
nie jest tylko i wyłącznie Pogromcą.
Najpierw patrolowali teren wokół The Bronze oraz główny cmentarz, lecz Buffy dość szybko 
skierowała się na zachód, zachód stronę oceanu. W sąsiedztwie plaż znajdowały się bardzo 
ładne dzielnice, lecz to nie one stanowiły jej cel. Oczywiście nie oczekiwała, że natknie się na 
wampiry z tatuażami w pobliżu Akwarium, ale ponieważ główne tereny łowieckie okazały się 
puste, zdecydowała się znowu przeczesać nabrzeże.  Xander trochę narzekał na bolące nogi, 

17

background image

na   zbyt   wielki   dystans,   jaki   przebyli   podczas   nocnego   spaceru.   Buffy   podejrzewała,   że 
marudzi częściowo po to, by nawiązać rozmowę, by przypomnieć jej o swojej obecności.
Gdyby było wcześniej, zapewne udałaby że rezygnuje dalszego patrolu, odprowadziła go do 
domu,   by   już   samotnie   wrócić   na   ulice   miasta.   Oczywiście   Xander   wprawił   ją   w   dobry 
humor.   Zawsze   ją   rozweselał.   Przy   nim   czuła   się   sobą,   po   prostu   dziewiętnasolatnią 
dziewczyną. Ale to była jedynie przykrywka. W głębi duszy bała się o niego, robiła sobie 
wyrzuty,   że  wyciągnęła  go  tylko  po  to,  by „odfajkować”   w  swoich  myślach  spotkanie   i 
wspólną włóczęgą z przyjacielem. 
Powiedziała sobie jednak, że wszystko będzie dobrze. Ten stres był częścią odzyskiwania 
równowagi w jej życiu. Nie pozwoliła, by jej uwagę rozpraszało poniżenie, jakiego zaznała ze 
strony profesora Blaylock, ani też wciąż jeszcze nie napisana praca lub jutrzejszy poranny 
egzamin.
Teraz najważniejsza była pełna koncentracja.
Po zmierzchu temperatura powietrza znacznie spadała. Buffy zadrżała, mimo że na bluzę 
naciągnęła  jeszcze  gruby wełniany sweter. Xander postawił  kołnierz  swojej kurtki. Buffy 
pokręciła dookoła głową, jakiś mięsień w jej szyi pyknął cicho, zmniejszając napięcie. Trochę 
przeszkadzała jej zwisająca z ramienia płócienna torba, ale warto ją było zabrać, bo mieściła 
w   sobie   kuszę.   Xander   miał   w   kieszeniach   swojej   kurtki   parę   kołków,   które   wcześniej 
wcisnęła   mu   Buffy.   Szli   razem   opuszczonym   chodnikiem,   biegnącym   wzdłuż   rzędu 
zdewastowanych domów, który kończył się przy usytuowanej na rogu stacji benzynowej.
Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się brudny i ponury włoski bar U Marii, który- jak 
przypuszczała Buffy- należał do mafii. Tuż obok było studio tatuaży, a jeszcze dalej klub 
Kocie Pazurki, niezbyt zachęcający do odwiedzania lokal z mnóstwem neonów za frontową 
szyba i na szyldzie, pokrytych jedną grubą warstwą brudu. Rząd migających liter obiecywał 
„Dziewczyny   na   żywo”,   co   nawet   spodobało   się   Buffy,   jako   ze   całkiem   realistyczną 
alternatywą były dziewczyny nieżywe. W Kocich Pazurach przez trzysta sześćdziesiąt pięć 
dni   w   roku   pląsały   tancerki   w   strojach   topless,   tak   przynajmniej   informował   ręcznie 
malowany napis na jednym z okien, które spostrzegli, idąc przez ulicę w tamtym właśnie 
kierunku.
-Może wstąpimy tu na chwilę, rozprostujemy nogi, łykniemy… wody mineralnej lub czegoś 
w tym rodzaju?- zaproponował Xander.
Buffy rzuciła mu pełne powątpiewania spojrzenie, on zaś szeroko otworzył oczy i z niewinną 
miną wzruszył ramionami. 
- Po co mnie ze sobą zabrałaś?- spytał nagle.
Zdumiała się, widząc jego poważne oblicze. Chciała spytać, co ma na myśli, ale nie chciała 
udawać przed nim nieśmiałej dziewczyny. To nie byłoby fair.
-Nie wolno mi odczuwać braku twojej obecności?- odparła.
-Wręcz przeciwnie- powiedział łobuzersko.- Ale musi być w tym coś więcej. Przecież mogłaś 
poprosić   Willow.   Albo   Gilesa.   Oczywiście   ja   również   jestem   zawsze   gotowy   do   walki: 
Xander Harris i jego wściekłe pięści oczekują wezwania do bitwy.  Ale…no właśnie, jest 
pewne „ale”. To się czuje w powietrzu. Więc o co chodzi?
Buffy z westchnieniem wolno pokiwała głową, wreszcie spojrzała na niego twardo.
-Naprawdę mi ciebie brakuje.
-To zrozumiałe.
-Trochę posprzeczałam się z Willow. Poza tym wiesz, muszę się teraz uczyć. Rano mam 
egzamin jestem już prawie przygotowana. Jak często mogę wypowiedzieć takie stwierdzenia? 
Ale nie zdążyłam w terminie przygotować pracy na dzisiejsze zajęcia z socjologii i sama nie 
wiem, jak to się stało. W ogóle nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć. Chyba z wyjątkiem 
tego, co robię teraz.
Xander uśmiechnął się.

18

background image

-Prowadzisz bardzo intensywne życie, Buffy. Od czasu do czasu muszą zdarzyć się różne 
potknięcia.
-Nie mogę dopuścić do takich potknięć.- Patrzyła na niego.- Niekiedy czuję się tak, jakby 
Buffy miała w ogóle zniknąć, a pozostałby jedynie osoba Pogromcy.
-Nic takiego ci nie grozi, dopóki ja jestem w pobliżu. Przecież od tego są przyjaciele.- Xander 
przestał się uśmiechać i z poważną miną przypatrywał się Buffy.- A właśnie, co to za historia 
z Willow?
Przez chwile szukała słów, by wyjaśnić nie tylko sprzeczkę z Willow, ale i swoje odczucia z 
wiązane z całą sytuacją. Jednak gdy zerknęła na wejście do Kocich Pazurów, ujrzała trzech 
mężczyzn i kobietę, którzy właśnie wytoczyli się ze śmiechem na chodnik.
Cała czwórka miała wytatuowane nietoperze na twarzach. 
Buffy sięgnęła do płóciennej torby.
-Później o tym porozmawiamy.

19

background image

Rozdział 3

-Wow,   więc   przyjmujecie   do   waszego   klubu   również   dziewczynki?   Szkoda,   ze   nie 
wiedziałam, bo też zrobiła sobie na buźce podobny tatuaż. 
Cztery   pary   oczu   wpatrywały   się   w   Buffy,   oczu,   które   po   chwili   zaczęły   się   jarzyć 
pomarańczowym światłem. Kobieta- ubrana w skórę, podobnie jak jej kompani- zrobiła krok 
naprzód i zaciekawiona  przechyliła  głowę lekko na bok, lustrując całą  postać Pogromcy. 
Buffy porzuciła torbę przed lombardem, a teraz oburącz trzymała gotową do strzału kuszę. 
Był to stary chiński model, samopowtarzalny, umożliwiający wystrzelenie sześciu bełtów w 
jednosekundowych odstępach. 
-Czym ty niby jesteś?- spytała kobieta. Na jej twarzy malowało się rozbawienie. Na jej czole i 
w kącikach ust pojawiła się zmarszczki, Buffy spostrzegła również grubą warstwę białego 
podkładu na twarzy,  który miał  zapewne stworzyć  jeszcze  bardziej  uderzający kontrast z 
czarnym tuszem nietoperza.
Buffy odpowiedziała jej takim samym ironicznym uśmieszkiem.
-Ja? A patrzyłaś ostatnio w lustro?
Jeden z samców, szeroki w barach, z twarzą buldoga i łańcuszkiem wiszącym między uchem i 
nosem, prychnął śmiechem. Jego oczy zapłonęły jeszcze silniejszym blaskiem. 
-Nawet nie wiesz, jakie to zabawne- gruchnął tym samym, dziwnym akcentem, jaki słyszała 
poprzedniej nocy. Najwyraźniej oni wszyscy tak właśnie mówili.
-Tak się składa, że akurat wiem.
To ich nieco zastanowiło. Cała czwórka przyjrzała się Buffy uważniej. Z głębi ulicy dobiegło 
wycie   psa,   któremu   natychmiast   zawtórowało   kilka   innych.   Było   zimno.   Buffy   zadrżała, 
ukryła to jednak pod bagatelizującym uśmiechem. Stawiała już czoło potworom starszym niż 
człowiek,   demonom,   których   bezwzględność   przyprawiałaby   o   płacz   najodważniejszego 
żołnierza, i zawsze wychodziła zwycięsko. Czterech chojraków z wymalowanymi twarzami 
nie było w stanie jej przestraszyć. 
A   jednak   odczuwała   pewien   niepokój.   Jedną   z   jego   przyczyn   były   tatuaże   w   kształcie 
nietoperzy. Przemawiały instynktownie do jej najbardziej wrodzonych odczuć i odruchów, 
wywołując lęk, którego nie mogła przypisać reakcji na wycie psów. Co więcej niepokoiło ją 
ich płonące oczy- przypominały jej o wampirze, który zeszłej nocy wysysał z niej energię. 
Gdyby się wtedy nie wyrwała, opadłaby zupełnie z sił. 
Nic nie przerażało jej bardziej niż bezsilność. 
Xander również podszedł do wampirów, lecz stał dwa metry za Buffy, po jej lewej stronie. 
Właśnie ma tej pozycji był jej potrzebny.
-Nie podoba mi się arytmetyczny stosunek naszych sił, Buffy- szepnął. 
Wampiry   jednocześnie   przeniosły  na   niego   wzrok,   niemal   jak   sfora   psów.   Jeden   z  nich, 
ozdobiony tatuażem, który prawie całkowicie okalał jego łysą głowę, oblizał wargi. Po chwili 
wszystkie z uśmiechem znowu spojrzały na Buffy i nagle, marszcząc brwi na podobieństwo 
bestii, rozdziawiły paszcze, wystawiając kły.
-Nikt nie lubi arytmetyki- odparła prawie niedosłyszalnie.- Ale musimy ją zastosować. Na 
przykład… odejmowanie.

 

20

background image

21