background image

Leigh Michaels

Wszystko w rodzinie

background image

Rozdział 1

Przed miesiącem podano do publicznej wiadomości, że Matthew James Garrett 

wraca do rodzinnego miasta i odtąd Anne McKenna wszędzie widziała jego twarz. 
A przynajmniej takie miała wrażenie.

Podobizny  wracającego  rozplakatowano  w  całym  mieście.  Olbrzymia  twarz 

Garretta juniora widniała przy wyjeździe z uniwersytetu, a przy każdym kiosku z 
gazetami  wpadał  w  oczy  jego  rzymski  profil  i  rozwiane  włosy.  Krzywy  uśmiech 
Garretta  na  autobusie  kiedyś  tak  bardzo  odwrócił  uwagę  Anne,  że  przeoczyła 
światła  na  ruchliwym  skrzyżowaniu.  Co  rano,  gdy  schylała  się  po  leżącą  pod 
drzwiami  gazetę,  patrzyły  na  nią  ironiczne  oczy,  a  podpis  pod  zdjęciem 
informował: „Garrett wraca do naszego miasta".

Czasem zastanawiała się, czy jest jeszcze ktoś, kto nie wie o tym wydarzeniu.
Według  niej  prawidłowy podpis  powinien  brzmieć:  Matthew  James Garrett  II 

wróci  do  rodzinnego  miasta  pod  koniec  miesiąca.  Zaraz  pierwszego  dnia 
powiedziała to redaktorowi naczelnemu „Chronicie" i w odpowiedzi usłyszała, że 
dłuższe zdanie ma gorszy rytm. Nie dyskutowała, ponieważ rozumiała, że chodzi o 
to, by wykorzystać okazję i sprzedać jak najwięcej egzemplarzy gazety. Od kilku 
lat  opinie  młodego Garretta pojawiały się  w „Chronicie" pięć  razy w tygodniu, a 
nieco rzadziej w stu innych gazetach w całym kraju. Fakt, że sławny i wielokrotnie 
nagradzany  felietonista  porzuca  Waszyngton  i  wraca  do  Lakemontu  był  nie  lada 
gratką dla tutejszego dziennika.

Ostatniego  dnia  września  nagłówek  wreszcie  był  zgodny  z  prawdą.  Pierwsza 

obszerna relacja o triumfalnym przyjeździe Matthew Jamesa Garretta miała ukazać 
się  w  „Chronicie"  nazajutrz,  w  wydaniu  niedzielnym.  Anne  przypuszczała,  że 
będzie to felieton pełen sentymentalnych wzruszeń, jakie towarzyszą powrotowi do 
domu  po  dwunastu  latach  nieobecności.  Garrett  junior  umiał  pisać  takie  rzeczy. 
Może  zamieści  ckliwe  wyznanie,  że  po  tak  długiej  nieobecności  bardzo  trudno 
naprawdę powrócić?

Skończy  się  szaleństwo  i  życie  w  mieście  wróci  do  normy.  Matthew  Garrett 

zniknie  z  billboardów  i  autobusów  i  znowu  zajmie  miejsce  jedynie  na  swojej 
stronie  w  gazecie.  Dzięki  temu  ci,  których  jego  opinie  nie  interesują,  łatwiej  go 
zapomną.

Anne nie mogła pozwolić sobie na to, by go ignorować, a jego popularność ją 

drażniła.  Według  niej  kariera  Matthew  Garretta  stanowiła  jeszcze  jeden  przykład 

background image

niesprawiedliwości na tym świecie. Gdyby felietonista inaczej się nazywał, a jego 
ojciec nie był właścicielem „Chronicie", nikt by go nie słuchał i nie podziwiał. Był 
obdarzony  miernym  talentem,  więc  pisałby  reklamy  i  ogłoszenia  handlowe  w 
jakimś podmiejskim przewodniku po sklepach.

Uśmiechnęła  się,  gdy  wyobraziła  sobie,  jak  Garrett  junior  zachwala  stare 

samochody. Na pewno robiłby to z przymrużeniem oka. Zawsze potrafił zdobyć się 
na  mniej  lub  bardziej  złośliwy,  ale  zawsze  jędrny  komentarz.  Nie  znała  go 
osobiście, lecz do takiego wniosku doszła na podstawie jego felietonów.

Odłożyła  gazetę  i  przywołała  się  do  porządku.  Matthew  Garrett  nie  był  wart 

tego, by szarpała sobie nerwy z jego powodu, a poza tym miała kilka pilnych spraw 
do załatwienia. W soboty po południu zwykle było spokojniej w redakcji, wszyscy 
mieli więcej czasu i bez nerwowego napięcia przygotowywali wydanie niedzielne. 
Cała odpowiedzialność spadała na nią, a niestety, pracowników było mało. Jeśli po 
południu  wydarzyło  się  w  mieście  coś  bardzo  ważnego,  napięcie  gwałtownie 
wzrastało i numer przygotowywano w gorączkowym pośpiechu.

Głównym powodem, dla którego lubiła swą pracę, były właśnie chwile dużego 

napięcia i pełnej koncentracji. Mobilizowało ją to, że relacje z diametralnie różnych 
wydarzeń  musi  podać  na  pierwszej  stronie  w  formie  czytelnej  całości.  Często 
marzyła na jawie o tym, jak opracuje jakąś konkretną historię. Na przykład, gdyby 
burmistrz przekroczył dozwoloną szybkość i rozbił samochód i gdyby towarzyszyła 
mu młoda i ładna urzędniczka z ratusza...

Stanęła przed szlabanem redakcyjnego parkingu. Strażnik, który akurat słuchał 

transmisji  z  meczu  uniwersyteckich  piłkarzy,  niedbale  rzucił  okiem  na  jej  kartę. 
Jadąc przez wyludnione ulice, myślała, że połowa mieszkańców jest na stadionie i 
zazdrościła  im,  bo  lubiła  piłkę  nożną.  Chętnie  poszłaby  na  mecz,  ale  musiała 
przygotować niedzielny numer do druku.

Zaparkowała  samochód  z  boku,  daleko  od  budki  strażnika,  wysiadła  i  przez 

chwilę  z  przyjemnością  oddychała  świeżym  powietrzem.  Jesienne  niebo  było 
bezchmurne,  a  na  wschód  od  wieżowców  lśniła  gładka,  lazurowa  tafla  jeziora 
Michigan. Mimo chłodu plaża nie była pusta; jedni ludzie spacerowali, inni biegali, 
a  najodważniejsi  nawet  się  opalali.  Anne  żałowała,  że  z  okna  jej  pokoju  nie  ma 
takiego widoku, ale zaraz pocieszyła się, że przecież w pracy i tak nie ma czasu na 
oglądanie panoramy miasta.

Zza wieżowców wypłynął balon i wiatr poniósł go nad plażę. Był to olbrzymi, 

złocisty  balon  dziennika  „Chronicie".  Gdy  podmuch  wiatru  go  odwrócił,  Anne 
zobaczyła,  że  został  przemalowany.  Z  oddali  patrzyły  na  nią  znajome  oczy  w 

background image

olbrzymiej  twarzy.  Pomyślała  zirytowana,  że  gdyby  miała  pod  ręką  strzelbę,  bez 
wahania  podziurawiłaby  uprzykrzoną  podobiznę.  Po  chwili  ironicznie  się 
uśmiechnęła,  gdyż  uprzytomniła  sobie,  że  to  już  koniec  szaleństwa  i  wkrótce 
zapanuje błogi spokój.

Burmistrz  nie  rozbił  samochodu,  ale  wydarzyło  się  tyle  innych  rzeczy,  że 

uporała  się  z  pracą  dopiero  około  ósmej.  Poczuła  głód,  ale  zamiast  iść  do 
restauracji  na  solidny  posiłek,  postanowiła  wziąć  coś  gotowego  z  automatu  na 
piątym piętrze.

Czekając  na  windę,  niecierpliwie  stukała  butem  w  podłogę  z  czarnego 

marmuru, a gdy podeszła Holly Andrews, rzekła z przekąsem:

–  Nie  wiem,  czy  kanapka  z  tuńczykiem  jest  warta  tego,  żeby  tracić  tu  tyle 

czasu.

Młoda reporterka przejrzała się w miedzianych drzwiach windy jak w lustrze i 

poprawiła spódnicę. Anne  zdziwiła się, bo  Holly dbała  o wygląd bez przesady, a 
już najmniej, gdy miała dyżur w sobotę wieczorem.

Holly spojrzała na nią i zdumiona spytała:
– Jedziesz w dół zamiast na górę?
Wyżej  znajdowały  się  jedynie  biura  zarządu  i  sale  konferencyjne,  gdzie 

wieczorami i w soboty na ogół nic się nie działo.

– Po co na górę?
–  Nie  widziałaś  tablicy  ogłoszeń?  O,  przepraszam,  zapomniałam,  że  miałaś 

kilka wolnych dni. Pan Jim Garrett wydaje przyjęcie, bo...

– Wita syna marnotrawnego?
–  Oczywiście.  Dla  zwykłych  śmiertelników  jak  my  to  pewnie  jedyna  okazja, 

żeby z bliska popatrzeć na osławionego felietonistę.

Anne  w  duchu  przyznała  jej  rację.  W  redakcji  teoretycznie  panowały 

demokratyczne zwyczaje, ale  między niższym personelem a zarządem prawie  nie 
było  kontaktów  osobistych.  Oczywiście  znała  pana  Garretta,  ponieważ  często 
bywał  na  cotygodniowych  posiedzeniach,  ale  miała  poważne  wątpliwości,  czy 
wydawca poznałby ją, gdyby spotkali się poza redakcją. A Garrett junior? No, on 
przynajmniej  zna  jej  nazwisko.  Chyba  że  jest  zarozumiały  i  tak  pewien  swych 
poglądów, że nie czyta cudzych tekstów i nie zwraca uwagi na ludzi, którzy się z 
nim  nie  zgadzają.  Niedawno  ośmieliła  się  skrytykować  go,  a  teraz  miała  cichą 
nadzieję, że na razie uniknie spotkania z synem właściciela gazety.

– Czy zaproszono nas wszystkich? – spytała nieco niepewnie Anne.
–  Zaproszono?  –  Holly  ironicznie  prychnęła.  –  Przecież  dobrze  znasz  pana 

background image

Garretta. Według mnie otrzymaliśmy nakaz, a nie zaproszenie.

– Aha, rozumiem. Czyli idziesz tam ze strachu przed szefem. A myślałam, że 

marzysz o spotkaniu ze zjadliwym felietonistą, który uważa, że może na ludziach 
psy wieszać.

– Wolne żarty. – Holly wzdrygnęła się. – Dobrze ci radzę, bądź ostrożniejsza w 

wypowiedziach. Przecież wcale go nie znasz.

–  Znają  go  wszyscy,  którzy  czytają  naszą  gazetę,  bo  nie  robi  tajemnicy  ze 

swoich poglądów i...

Urwała,  gdyż  otworzyły  się  drzwi  i  wysiadła  wysoka  blondynka  w  długiej 

wieczorowej  sukni.  Anne  w  pierwszej  chwili  nie  poznała  Dominique  Delacourt, 
która  wprawdzie  przychodziła  do  pracy  w  eleganckich  sukniach,  ale  nigdy  w 
balowych.

– Nie czekajcie na mnie – rzuciła Dominique przez ramię. – Pojadę następną.
–  Widziałaś?  –  szepnęła  Holly.  –  Czemu  wystroiła  się  jak  diabeł  na  Zielone 

Świątki?

Obie jednocześnie odwróciły się i popatrzyły na swe odbicie w drzwiach windy. 

Anne  przygładziła  włosy  i  poprawiła  mankiety.  Miała  na  sobie  zieloną  suknię, 
ładnie uszytą, ale prostą i praktyczną, nie nadającą się na eleganckie przyjęcie.

–  Może  potem  idzie  na  bal.  Na  przyjęciu  u  szefa  chyba  nie  obowiązuje  strój 

wieczorowy.

– Jeśli to nieprawda, , pewien znany felietonista weźmie nas na język.
– Nie ma obawy, takie płotki jak my są nieważne.
Okazało  się,  że  goście  już  zapełnili  największą  salę  konferencyjną,  sąsiednie 

biura  i  korytarz  koło  windy.  Połowa  pracowników  „Chronicie"  była  obecna,  ale 
nikt  nie  wystąpił  w  wieczorowym  stroju.  Ponad  ogólnym  gwarem  słychać  było 
dwóch dziennikarzy, którzy głośno krytykowali burmistrza za obietnice, że w ciągu 
roku całkowicie zlikwiduje przestępczość młodocianych.

– Idę ich posłuchać – oznajmiła Holly.
Anne  rozejrzała  się  i  ucieszyła,  że  nie  widzi  Matthew  Garretta.  Drzwi  do 

gabinetu  jego  ojca  stały  otworem,  więc  pomyślała,  że  goście  są  wprowadzani 
grupkami, z całym ceremoniałem, jakby przed oblicze króla.

Po  prawej  stronie stał  długi stół,  na  którym piętrzyły się  góry  jedzenia.  Anne 

poprosiła barmana o wodę mineralną i poszła wybrać coś konkretnego. Po drodze 
wzięła talerz i dwie kromki razowego chleba. Chwilę później podniosła wzrok znad 
prawie  gotowej kanapki i  zauważyła,  że z gabinetu wychodzi kilka  osób,  między 
innymi redaktor naczelny, dyrektor działu reklamy, wydawca oraz...

background image

Garrett junior!
Zaskoczyło ją, że wygląda młodziej niż na plakatach. Dlaczego wybrał zdjęcie, 

które go postarza? Oczywiście nie był stary, miał najwyżej trzydzieści kilka lat, a 
wyglądał jak beztroski dwudziestolatek.

Z  zainteresowaniem  obserwowała  go,  gdy  wmieszał  się  w  tłum,  witał  z 

mijanymi osobami i przeciskał między nimi sprawnie, bez zniecierpliwienia. Robił 
wrażenie człowieka, który czułby się dobrze w roli polityka. Był wysoki, barczysty, 
ładnie opalony. Miał taką aparycję i wyraz twarzy, jakie podobają się wyborcom. 
Nowy elegancki garnitur nosił z taką nonszalancją, jakby to były stare rzeczy.

Anne  lekko  uśmiechnęła  się  na  myśl,  że  felietonista  ma  minę  proroka. 

Zaskoczyło  ją,  że  Matthew  rozbłysły  oczy  i  po  chwili  uświadomiła  sobie,  że  on 
zmierza w jej stronę. Z wrażenia zaschło jej w ustach.

Co  to  znaczy?  Co  Matthew  Garrett  może  mieć  do  powiedzenia  nieznajomej? 

Dlaczego idzie prosto do niej? Niemożliwe, żeby wiedział, kim ona jest.

Garrett  skręcił  w  ostatniej  chwili  i  nałożył  na  talerz  porcję  sałatki 

ziemniaczanej.

Anne odetchnęła z ulgą, wzięła plaster faszerowanego indyka i przesunęła się w 

lewo. Czuła się jak tchórz, ponieważ miała ochotę uciec.

Garrett też się przesunął i oboje jednocześnie sięgnęli po oliwki. Anne cofnęła 

rękę, ale Matthew nałożył jej kilka oliwek na talerz i rzekł półgłosem:

– Nie spodziewałem się, że spotkam tutaj taką czarującą istotę.
W  ustach  tego  człowieka  oklepany  zwrot  był  zaskakujący.  W  dodatku  słowa, 

wypowiedziane pełnym podziwu głosem, zabrzmiały fałszywie. Anne wiedziała, że 
podoba się mężczyznom, którzy lubią drobne, błękitnookie kobiety, ale  nigdy nie 
miała złudzeń, że jest pięknością, którą otacza rój wielbicieli.

– Pani milczy? Sądziłem, że pani nigdy nie brak słów.
W  jego  nieco  chrapliwym  głosie  zabrzmiała  nuta  ostra  jak  sztylet.  Anne 

pomyślała, że skrzyżowanie szpady ze słynnym felietonistą to przyjemność, jakiej 
z  kolei  ona  nie  spodziewała się  na  takim przyjęciu.  Intrygowało  ją,  czy Matthew 
pytał  kogoś  o  nią,  czy  przypadkowo  dowiedział  się,  kim  jest.  Najważniejsze,  że 
tym,  co  napisała  prawie  przed  miesiącem  tak  zalała  mu  sadła  za  skórę,  że 
zapamiętał  jej  nazwisko.  Widocznie  krytyka  mocno  go  ubodła  i  dlatego  szukał 
autorki ostrych słów.

– Milczenie może być bardzo wymowne – powiedziała spokojnie.
– Zaskoczył panią komplement?
–  Nie.  Zdziwiło  mnie,  że  właśnie  pan  nie  zdobył  się  na  nic  oryginalnego. 

background image

Podobno jest pan mistrzem słowa, błyskotliwych improwizacji...

Matthew znowu rozbłysły oczy.
– Widzę, że w pisemnym ataku jeszcze nie wyładowała pani gniewu. Nadal ma 

pani pretensje o moje nazwisko?

–  Nie  mam  żadnych  pretensji.  Zresztą  nigdy  nie  miałam.  –  Wyżej  uniosła 

głowę. – To tylko przekonanie, że gdyby nazywał się pan Smith albo Jensen, a nie 
Matthew Garrett II... a propos, czy nazywają pana juniorem?

– Rzadko kto ma odwagę.
Matthew oparł się o stojące nieopodal biurko i zaczął jeść sałatkę.
– Gdyby nie nazwisko, nie miałby pan w „Chronicie"
stałego miejsca na felieton, a już na pewno nie byłoby pańskiej podobizny na 

plakatach, autobusach i balonach.

– Napiła się wody. – Chociaż według mnie balon byłby najlepszym miejscem 

dla płodów pańskiego pióra.

Matthew wybuchnął głośnym śmiechem.
–  Nie  słyszała pani, że  niebezpiecznie jest zaczynać bój  z człowiekiem,  który 

kupuje atrament beczkami?

– Niezła przenośnia, ale nie ma w niej ani źdźbła prawdy – odparowała Anne. –

Pan w życiu nie kupił nawet butelki atramentu. Wszystko załatwia tatuś. – Położyła 
na kromce plaster pieczeni wołowej i obficie polała sosem chrzanowym. – Radzę
być ostrożniejszym, bo i ja mam dostęp do antałków atramentu.

– Rozczarowała mnie pani. – Matthew przysiadł na biurku, jakby szykował się 

do dłuższej rozmowy. – Zaplątała się pani we własnej logice. Jeśli nam wszystkim 
przysługuje tyle samo swobody, jesteśmy równi i wobec tego nie może chodzić o 
magię mojego nazwiska.

– Śmieszny wykręt... Ale dla przykładu weźmy pański felieton do jutrzejszego 

numeru.

–  O?  Już  go  pani  czytała?  –  spytał  zaskoczony.  –  Czyżby  mimo  ostrych 

wypowiedzi była pani moją wielbicielką?

– Musiałam przeczytać z obowiązku. Jak już panu wcześniej mówiłam...
Szeleszcząc  atłasem,  podeszła  Dominique  i  nadstawiła  policzek.  Matthew 

posłusznie ją pocałował.

– Cieszę się, że wróciłeś. – Dominique wzięła go pod rękę. – Tylko nie myśl, że 

jestem wystrojona na twoją cześć. Muszę pokazać się na balu w Carousel. Ty też 
powinieneś tam iść.

Anne ukłoniła się i czym prędzej odeszła zadowolona, że Dominique wybawiła 

background image

ją  z  kłopotu.  Nie  rozumiała,  dlaczego  wszczęła  kłótnię,  powinno  wystarczyć,  że 
napisała  już,  co  myśli.  Dała  się  złapać,  bo  Garrett  junior  potrafił  umiejętnie 
zarzucić haczyk.

Od  grupy  przy  drzwiach  gabinetu  odłączyli  dwaj  mężczyźni.  Jednym  był 

wydawca, a drugim adwokat. Obaj mieli zmartwione miny.

–  Przyznaję,  że  on  dobrze  wygląda  –  odezwał  się  prawnik.  –  I  dobrze  mówi, 

ale...

– Nareszcie wydoroślał – przerwał Jim Garrett.
Anne  nie  podsłuchiwała  ich.  Posiadała  cenną  w  jej  zawodzie  umiejętność 

wyławiania w ogólnym gwarze jednych głosów, a pomijania innych.

– Pomysł, żeby jemu powierzyć to stanowisko...
– Ktoś musi trzymać ster.
– Ale przecież nie ma potrzeby ogłaszać następcy już dzisiaj. Pobyt w szpitalu 

potrwa dwa, trzy dni, prawda? Potem ze dwa tygodnie urlopu. Po co się śpieszyć i 
dawać lejce niewprawnemu...

–  To  nie  żaden  pośpiech.  Po  prostu  ostatnio  częściej  zastanawiam  się  nad 

przyszłym losem mojego dziennika. Nie jestem już taki młody...

Mężczyźni przeszli dalej i ich głosy utonęły w ogólnym szumie.
Anne  zrozumiała,  dlaczego Garrett junior wrócił. Chodziło o  to, żeby tradycji 

stało się zadość. Syn pójdzie w ślady ojca i zostanie wydawcą dobrej i poczytnej 
gazety.  Zajmie  stanowisko,  które  czeka  na  niego  od  lat,  od  chwili  urodzin. 
Podejmie pracę, do której nie ma kwalifikacji. Ma tylko nazwisko.

Poczuła niesmak. Według niej Matthew nie był całkowicie pozbawiony talentu, 

lecz  umiejętność  bawienia  lub  irytowania  czytelników  w  tym  wypadku  nie  jest 
wystarczającą kwalifikacją. Na wydawcy ciąży duża odpowiedzialność.

Prawnik  widocznie też  tak  uważał, ale  pan  Garrett nie  chciał  słuchać  krytyki. 

Wydawca był wszechpotężny i rządził niemal samowładnie, więc jeżeli postanowił 
przekazać władzę synowi, nikt mu w tym nie przeszkodzi. A zatem Matthew James 
Garrett II prędzej czy później zostanie jej zwierzchnikiem.

Anne  uświadomiła  sobie,  że  zaprezentowała  się  przyszłemu  szefowi  z  nie 

najlepszej  strony.  I  w  dodatku  dała  mu  do  zrozumienia,  że  według  niej  jest 
niekompetentny, a to tak, jakby podcięła gałąź, na której siedzi.

Podeszła Holly i krytycznie popatrzyła na kanapkę.
– Zlituj się! Jak ty chcesz zjeść taką górę?
Anne  spojrzała  na  talerz,  na  którym  wznosiła  się  kanapkowa  krzywa  wieża  i 

dodatki, których nie znała nawet z nazwy.

background image

– W ogóle odechciało mi się jeść. Wracam do pracy, bo chyba już za długo nic 

nie robię.

Odstawiła  talerz  i  ruszyła  ku  drzwiom  równym  krokiem,  aby  nie  sprawiać 

wrażenia, że ucieka.

Gotowy  niedzielny  numer  załadowano  na  samochody  i  teraz  nawet  w  razie 

największej  katastrofy  nie  zmieniono  by  ani  słowa.  Wszystkie  wiadomości  będą 
musiały czekać do następnego wydania.

To,  że  codziennie wszystko zaczyna się  od  nowa na  ogół  podobało się  Anne, 

ale czasem było trochę zniechęcające. Chwilami żałowała, że nawet najciekawsza, 
najlepiej  zredagowana  i  wydana  gazeta  po  jednym  dniu  staje  się  nieaktualna  i 
większość  problemów  ulega  zapomnieniu.  Lecz  nie  wszystkie.  Okazało  się,  że 
Matthew  wciąż  pamięta  jeden  artykuł.  Może  zna  cały  tekst  na  pamięć?  Włożyła 
płaszcz,  przewiesiła  torbę  przez  ramię,  pod  pachę  wsunęła  książki.  Nie  miała 
ochoty czekać na windę, więc zeszła na pomost między budynkiem i parkingiem. 
Postawiła kołnierz płaszcza, bo zrobiła się chłodna jesienna noc. Zajęta szukaniem 
kluczyków, Anne nie słyszała kroków z tyłu. Nagle ktoś schwycił ją i gwałtownie 
odwrócił.

– Co... – zaczęła gniewnie.
Zawadziła  biodrem  o  samochód,  zachwiała  się  i  wystraszyła,  gdy  zobaczyła 

obcego  człowieka.  Napastnik  szarpnął  torebkę,  a  Anne  kopnęła  go  z  całej  siły. 
Trafiła go w łydkę, ale straciła przy tym but.

Złodziej  zaklął  i  pchnął  ją  tak  mocno,  że  się  przewróciła.  Nie  puściła  jednak 

torebki i zaczęła krzyczeć. Usłyszała głosy w oddali, więc krzyczała coraz głośniej. 
Zdawało się jej, że minęła wieczność, nim ktoś zaczął biec. Łobuz puścił torebkę, 
rzucił się do ucieczki, przeskoczył niski murek i zniknął w ciemnościach.

Biegnący  na  pomoc  stanął  u  szczytu  schodów,  jakby  nie  wiedział,  czy  gonić 

opryszka, czy ratować ofiarę. Po krótkim wahaniu zdecydował się na to drugie.

Anne usiłowała wstać, lecz była tak roztrzęsiona, że nie mogła skoordynować 

ruchów.

Mężczyzna stanął nad nią i ujął się pod boki.
– O, to pani! Czy nie słyszała pani, że w takich wypadkach nie należy stawiać 

oporu?

Anne nie zdziwiła się, że zgryźliwy felietonista krytykuje ofiarę napaści.

– Gdzie się podział pani zdrowy rozsądek? – ciągnął Matthew. – Takie typy są 

niebezpieczne.

– I dlatego pan go nie gonił? – rzuciła ze złością.

background image

Nadszedł drugi mężczyzna.
– Matt, nie rób wymówek poturbowanej kobiecie. – Pan Garrett przyklęknął. –

Pani McKenna, prawda?

– Poturbowana? – syknął Matthew. – Gdyby coś jej się stało, nie mogłaby tak 

wrzeszczeć. Jej przeraźliwy głos było słychać nad jeziorem.

–  Mogłabym  być  śmiertelnie  ranna,  mieć  wstrząśnienie  mózgu  –  powiedziała 

Anne drżącym głosem.

– Sama pani sobie winna, trzeba było oddać torebkę. Są w niej jakieś skarby?
Przyklęknął  i  zaczął  umiejętnie  sprawdzać,  czy  nie  złamała  kości.  Anne 

skrzywiła  się,  gdy  dotknął  ręki.  Mogła  jednak  ruszać  palcami,  więc  przesunął 
dłonią po drugiej ręce.

– Niech pan nie posuwa się za daleko – rzekła chłodno, gdy powiódł dłonią po 

łydce.

– Dobrze, dobrze.
Gdy dotknął obolałego miejsca na biodrze, mocno się skrzywiła.
– Wezwać karetkę? – spytał zaniepokojony pan Garrett.
–  Nie,  dziękuję.  –  Czuła  się  lepiej,  w  skroniach  już  mniej  huczało.  –  Tylko 

trochę się potłukłam.

– Tato, idź zapytać strażnika, czy widział złodzieja.
Anne chwiejnie wstała i oparła się o samochód.
– Chyba trochę za późno, żeby go gonić – mruknęła poirytowana.
– Co według szanownej pani miałem zrobić? – syknął – Matthew. – Przelecieć 

nad rampą i złapać zbója? Niestety, strój Supermana zostawiłem w samochodzie.

–  Daj  spokój  –  mitygował  go  ojciec.  –  Ciekawe,  czy  strażnik  coś  zauważył. 

Pójdę zapytać, ale... – Starszy pan zawahał się. – A co z panią?

– Nie martw się, odwiozę krzykaczkę do domu.
Anne  nie  miała  ochoty  protestować,  gdyż  była  zbyt  roztrzęsiona,  żeby 

prowadzić.

Matthew wziął od niej kluczyki i pomógł wsiąść.
– O, widzę, że Kopciuszek jest bez pantofelka.
–  Spadł,  gdy  kopnęłam  złodzieja  w  łydkę.  Matthew  rozejrzał  się  i  wrócił  z 

butem.

– Następnym razem niech pani kopie wyżej. – Sapiąc, usiadł za kierownicą. –

Gdzie pani kupiła taki samochód? W sklepie z zabawkami? I czemu zaparkowała 
pani w samym kącie? Nic dziwnego, że padła pani ofiarą...

–  Samochód  jest  nowy,  nie  chcę,  żeby  mi  go  porysowano...  –  tłumaczyła  się 

background image

nieporadnie.

– Więc zaparkowała pani tak, żeby panią poturbowano. Muszę przyznać, że jest 

w  tym  specyficzna  logika  a  la  Anne  McKenna...  Bardzo  proszę,  żeby  pani  nie 
robiła tego przynajmniej na nocnej zmianie.

– Przepraszam, że zakłóciłam panu spokojny wieczór.
Z jej oczu spłynęła łza, po chwili druga, potem trzecia.
Szok minął i powoli uświadamiała sobie, co się stało i co by było, gdyby nikt 

nie przybiegł na ratunek.

– Jakoś przeżyję to zakłócenie.
– Niech pan ze mnie nie drwi. Nie wiem, czemu kopnęłam złodzieja i  czemu 

kurczowo  trzymałam  torebkę.  Jestem  obolała,  mam  podartą  suknię,  złamany 
paznokieć i...

–  Mogła  pani  stracić  nie  tylko  kawałek  paznokcia.  Anne  rozpłakała  się  na 

dobre.

– Nie zdążyłam zjeść kolacji i... Matthew mruknął coś pod nosem.
– Niech pan nie powtarza, że jestem głupia – wykrztusiła przez łzy. – Wiem, że 

jestem. I nie chcę, żeby pan się do mnie odzywał...

– Coraz lepiej.
Nieoczekiwanie objął ją i pocałował. Nie mogła się odsunąć, zabrakło jej tchu, 

w głowie się zakręciło. Gdy Matthew się odsunął, najpierw głęboko odetchnęła, a 
potem wybuchnęła:

– Ty erotomanie! Powinnam...
–  Naprawdę  nikt  przede  mną  się  nie  ośmielił?  –  Matthew  miał  bardzo 

zadowoloną  minę. – Pyskata istoto,  to  jedyny sposób,  żeby zamknąć  ci  usta. Ale 
odpowiedz na jedno zasadnicze pytanie: co chcesz zjeść?

background image

Rozdział 2

– Nie musisz mnie karmić...
– Nawet nie powinienem, bo przygotowałaś sobie wielką kanapkę, a nie zjadłaś 

ani  kęsa.  To  teraz  najmodniejszy  sposób  na  odchudzanie?  Robi  się  olbrzymią 
kanapkę po to, żeby zostawić na stole?

Anne  zarumieniła się ze wstydu, że zauważył tę  gafę, lecz nie powinno to  jej 

dziwić. Wiedziała, że znany felietonista ma bystre oko.

Matthew zaczął pogwizdywać, trochę fałszując.
Strażnik  wyszedł  z  budki  i  zajrzał  do  samochodu.  Tym  razem  spełniał  swój 

obowiązek,  jak  należy.  Szkoda,  że  przedtem  nie  pilnował  parkingu  tak,  żeby  nie 
wszedł nikt obcy.

–  Pani  McKenna?  Jak  się  pani  czuje?  Niestety,  nic  nie  widziałem.  Gdybym 

kogoś zauważył, wezwałbym policję, naprawdę.

–  Niech  pan  się  nie  tłumaczy  –  rzekł  Matthew.  –  Złodziej  mógł  tam  długo 

czatować.

– O! – Anne wzdrygnęła się. – Teraz nigdy nie będę czuła się bezpieczna.
Matthew  uśmiechnął  się  z  przymusem,  pożegnał  strażnika  i  mocno  nacisnął 

pedał  gazu.  Anne  nie  miała  siły  prosić,  by  mniej  brutalnie  obchodził  się  z  jej 
nowym samochodem. Trzy ulice dalej skręcił na niewielki parking i popatrzył na 
migające czerwone światła.

– Lubisz chińską kuchnię? Chyba taka jest w tym „Czerwonym Smoku".
Anne zerknęła na rozdarty rękaw.
– Lepiej zawieź mnie prosto do domu.
– Nie mogę. bo nie zdradziłaś, gdzie mieszkasz. Zaczekaj, zaraz wracam.
Ucieszyła się, że nie kazał jej iść między ludzi. Miała dziury w pończochach, 

rozdarty płaszcz, potargane włosy i na pewno wyglądała okropnie. Z drugiej strony 
trochę  zabolało  ją,  że  Matthew  wstydzi  się  pokazać  z  nią  nawet  w  podrzędnym 
lokalu. Naprawdę zaś miałaby mu za złe, jakkolwiek by postąpił.

Wrócił zaledwie po kilku minutach z trzema sporymi pakunkami.
– Tyle mam zjeść? – zawołała zdumiona.
– Nie wiem, jakie masz możliwości, ale pamiętam tę twoją kanapkę. Poza tym 

wcale nie myślałem tylko o tobie. Przygoda ze złodziejem zaostrzyła mi apetyt.

Anne ugryzła się w język, bo nie wypadało sprzeciwiać się temu, że wybawca 

wprasza się na kolację. Tym bardziej że sam kupił jedzenie.

background image

– Mieszkam na osiedlu Sherwood Forest przy Windsor Avenue.
– Ładna dzielnica. Nowy dom, nowy samochód... Nie wiedziałem, że w naszej 

redakcji tak dobrze się zarabia.

Nie było w tym cienia krytyki, lecz Anne poczuła wzbierającą złość.
–  Pewno  pierwsze, co  zrobisz, to  obetniesz nam pensje  –  wycedziła  zimno. –

Nie  muszę  się  spowiadać,  ale  ci  powiem,  że  dom  wynajmuję,  a  samochód  mam 
nowy tylko  dlatego, że  przed  miesiącem  pewna  pani tak  się  dokądś  śpieszyła,  że 
przejechała na czerwonych światłach i zmiażdżyła mojego grata.

–  Poddaję  się.  –  Matthew  podniósł  ręce.  –  I  błagam  o  zawarcie  pokoju. 

Ośmieliłem się tylko skomentować, że świetnie sobie radzisz...

–  Powiedzmy.  No,  kładź  ręce  na  kierownicy,  bo  moje  ubezpieczenie  nie  jest 

takie wysokie, jak tamtej kobiety. Uważaj, zaraz skręcamy.

Matthew wjechał na osiedle i rzekł zawiedziony:
– Jak zwyczajnie. Nazwa sugeruje, że jest tu fosa, zwodzony most, wieże...
– Coś ty! Fosa na nowym osiedlu?
– Jeśli nazwano je Sherwood Forest, to przynajmniej należało posadzić drzewa, 

żeby był las.

– Posadzili.
– Gdzie? – Krytycznie popatrzył na mikroskopijny trawnik z jednym jedynym 

klonem. – Ale drzewo! – Zaczaj wyciągać jedzenie. – To ja jestem wyższy.

Wysiadając,  Anne  jęczała  i  przy  każdym  kroku  czuła  ból  we  wszystkich 

mięśniach.

– Proszę klucze – zawołała.
–  Trzymaj!  –  Matthew  rzucił  klucze.  –  Zapomniałaś  o  cennej  torebce.  Tak 

dzielnie jej broniłaś, że szkoda, żeby zginęła z samochodu.

Anne  niechętnie  zawróciła  i  wzięła  torebkę.  Matthew  stanął  w  maleńkim 

przedpokoju i głową prawie zawadził o lampę.

– Cofam wszystko, co powiedziałem – rzekł cicho.
– To dom dla lalek, czyli nie wiedzie ci się tak dobrze, jak myślałem.

Anne w duchu przyznała, że dom jakby zmalał. Matthew był szczupły, ale tak 

wysoki, że zajmował więcej miejsca niż inni znajomi.

–  Idź  się  przebrać  i  obejrzeć  stłuczenia,  a  ja  zajmę  się  herbatą  –  zarządził.  –

Chyba że wolisz kieliszek alkoholu.

– Mówisz jak moja babcia.
–  Znowu  marudzisz.  Postaram  się  zmienić, jeśli  wolisz,  żebym  nie  mówił  jak 

twoja babcia.

background image

Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu i zniknął w kuchni.
Anne  z  trudem  weszła  na  piętro  i  się  rozebrała.  Suknia  była  mocno  podarta, 

pończochy  do  wyrzucenia,  jeden  pantofel  zdeformowany.  Na  twarzy  miała  ślady 
zadrapań, na biodrze wielkie sińce.

Nie oglądała się dalej. Wolała nie wiedzieć, czy za parę godzin cała będzie sina 

i obolała. Dowie się bez oględzin. Poza tym im szybciej zejdzie na dół, tym prędzej 
Matthew zje kolację i się pożegna, a wtedy będzie  mogła wykąpać się i iść spać. 
Włożyła szare dresy i powlokła się na dół.

Pudła  z  chińskimi  przysmakami  już  stały  na  szklanym  stoliku,  okna  były 

zasłonięte, a Matthew klęczał przed kominkiem i rozpalał ogień. Anne pomyślała, 
że niespodziewany gość czuje się jak u siebie w domu. Z jękiem opadła na fotel.

Matthew  przysiadł  na  piętach  i  bacznie  się  jej  przyjrzał.  Widocznie  nie 

dostrzegł  nic  niepokojącego,  bo  znowu  się  odwrócił.  Gdy  wreszcie  udało  mu  się 
rozpalić ogień, usiadł na dywaniku.

– Chcesz, żebym kogoś zawiadomił?
– Nie.
– Mieszkasz w Lakemoncie sama? Uprzejme pytanie rozdrażniło ją.
–  Wcale  nie.  Mam  tu  rodziców  i  dwóch  braci,  ale  nie  widzę  powodu,  żeby 

niepokoić ich w środku nocy.

– Słusznie. Ja raczej zastanawiałem się, czy za chwilę nie przyjdzie ktoś, kto źle 

zrozumie moją obecność.

Rozległ  się  gwizdek,  więc  Matthew  wyszedł,  lecz  nie  wracał  tak  długo,  że 

zniecierpliwiona  zajrzała  do  kuchni  i  zobaczyła,  że  Matthew  wpycha  torebkę 
herbaty do kubka z wrzątkiem.

– Nie wiesz, że się nie utopi? – spytała, siląc się na żartobliwy ton.
Matthew  ujął  ją  pod  brodę,  odwrócił  twarzą  do  światła  i  obejrzał  zadrapanie. 

Anne odsunęła jego dłoń i wyjęła z szafki talerze.

– Fakt, że nie umiesz przygotować herbaty, świadczy, że pijesz coś innego. W 

lodówce jest piwo.

Matthew bez słowa wyjął butelkę importowanego piwa i przyszedł do pokoju.
– Może ty też wolisz piwo?
– Nie. – Zdegustowana rzuciła okiem na butelkę. – Nigdy nie przepadałam za 

tym napojem.

– Hmm, ktoś ma dobry gust.
Puściła jego uwagę mimo uszu, ostrożnie usiadła na kanapie i otworzyła jedno 

pudełko. Po pokoju rozszedł się zapach pieczonej wołowiny.

background image

Matthew dorzucił drew, a potem obejrzał wiszące nad kominkiem zdjęcie. Było 

na  nim  czterech  chłopców  i  czarnowłosa,  pucołowata  dziewczynka  w  niebieskiej 
sukience i z książką na kolanach.

– Wspomniałaś o dwóch braciach.
–  Mówiłam  o  tych,  którzy  mieszkają  tutaj.  Dwóch  wyprowadziło  się  z 

Lakemontu.  Chcesz  poznać  ich  po  imieniu?  Pierwszy  z  lewej  to  Patrick,  obok 
Brendan, Colin i Rowan...

Matthew spojrzał na nią rozbawiony.
– Niezły dobór imion. Jak to się stało, że ty jesteś zwykłą Anne?
–  Nie  wiem,  ale  całe  szczęście,  że  zabrakło  rodzicom  fantazji.  Codziennie 

dziękuję aniołowi stróżowi, że nie pozwolił nazwać mnie Bridget.

– Niezbyt do ciebie pasuje...
Anne zajrzała do drugiego pudełka, w którym był kurczak pachnący czosnkiem.
– Chyba wyczuwam aluzję, że powinnam przeprosić za to, co napisałam...
–  Ja  i  aluzje? –  obruszył  się  Matthew. – Nie  zniżam  się  do  czegoś takiego. –

Postawił butelkę na stole. – Ale jeśli uważasz, że powinnaś...

–  Uprzedzam,  że  nie  mam  najmniejszego  zamiaru  –  dokończyła,  jakby  nie 

słyszała, że jej przerwał.

– O, widzę, że już lepiej się czujesz i nie wpadniesz w histerię.
– Jesteś rozczarowany?
– Trochę. Myślałem, że będę miał okazję zobaczyć z bliska, jak to wygląda.
–  Anne  trochę  się  odprężyła.  Jadła  kurczaka  machinalnie,  wpatrzona  w 

płomienie. Trzaskanie ognia zawsze wpływało na nią kojąco, prawie hipnotycznie.

– Miło tu, chociaż ciasno – odezwał się Matthew. – Mieszkania są drogie?
–  Owszem.  Z  jednej  strony  rozbudowuje  się  uniwersytet,  a  z  drugiej  szpital, 

więc  na  domy  zostaje  niewiele  miejsca. Ale  czemu  się  martwisz?  Zamieszkasz z 
ojcem, prawda?

–  Na  razie,  póki  nie  wydobrzeje  po  operacji.  Potem  podziękuję  za  gościnę  i 

poszukam jakiegoś lokum.

Anne  rozumiała  go.  Sama  też  nie  mogła  doczekać  się  własnego  mieszkania, 

chociaż bardzo kochała rodziców i w domu stosunki układały się idealnie.

– Dopiero dziś usłyszałam, że twojemu ojcu grozi operacja.
–  Naprawdę?  Mówiłem  mu,  że  nie  utrzyma  tego  w  tajemnicy,  ale  jednak  on 

miał  rację.  A  wy  powinniście  się  wstydzić.  Co  z  was  za  dziennikarze,  jeśli  nie 
wiecie o chorobie własnego wydawcy?

Anne nie dała się sprowokować.

background image

– Mam nadzieję, że to nic poważnego.
– Niestety, sprawa wygląda dość poważnie, bo chodzi o naczynia wieńcowe.
– Ale pobyt w szpitalu potrwa tylko kilka dni, prawda?
– Tak. Dzięki najnowszym osiągnięciom operacja jest mniej ryzykowna. Mimo 

to nie jest to bagatela. Lekarz chciał operować już miesiąc temu, bo każdej chwili 
grozi atak, ale ojciec uparł się, że zaczeka na mnie.

– Anne pomyślała, że na wypadek gdyby powrót do zdrowia był wolniejszy, niż 

lekarze przewidują. Zrozumiała, że Matthew wie, czego ojciec oczekuje od niego, i 
godzi się na przejęcie obowiązków. A przynajmniej wrócił w rodzinne strony.

– Czyli masz to po ojcu. . – Co takiego?
– Upór.
–  Ja?  Przyznaję,  że  ojciec  posiada  tę  cechę,  ale  ja  jestem  tylko  stanowczy  i 

wytrwały.

– Jesteś uparty jak osioł. Ale nie rozumiem cię, bo nie pasujesz mi do żadnego 

wzoru. Ledwo dochodzę do wniosku, że jesteś zagorzałym liberałem, wyskakujesz 
z czymś, co jest niemal wsteczne.

– Między innymi na tym polega mój urok.
–  Jaki  urok?  Weźmy  felieton  o  ewentualnym  trzęsieniu  ziemi  w  Kalifornii. 

Tylko ktoś bez serca może mówić, że rząd nie powinien pomagać ofiarom.

– Nic takiego nie powiedziałem – zawołał oburzony. – Stwierdziłem tylko, że 

nikt tym ludziom nie kazał budować się na linii uskoku. Jeśli stawiają tam domy i 
się nie ubezpieczają, czemu podatnik ma ich wspierać? Mnie nikt by nie pomógł, 
gdybym  rozwalił  samochód,  bo  chciałem  przez  dżunglę  pędzić  sto  pięćdziesiąt 
kilometrów na godzinę. A to tak samo nierozsądne...

– Założę się, że krytykujesz nawet Świętego Mikołaja. Mam rację?
–  Owszem,  bo  ze  świętego  dobroczyńcy  zrobiono  naganiacza  do  sklepów.  W 

różnych niby dobrych akcjach często kryje się jakaś machlojka.

– Anne dyskretnie ziewnęła.
– Czy aby nie jesteś za młody, żeby być sędzią moralności?
– Ktoś musi być.
Powiedział  to  poważnie,  ale  łagodnym  tonem,  więc  Anne  roześmiała  się, 

zamiast zirytować.

– Ogień już przygasa... Och, teraz sobie uprzytomniłam, że nie zawiadomiliśmy 

policji.

Matthew rozniecił ogień i usiadł przed kominkiem po turecku.
– Na pewno ojciec się tym zajął. Jutro policjanci cię przepytają, ale niewiele to 

background image

da, jeżeli nie rozpoznasz złodzieja.

– Wiem tylko, że jest prawie dzieckiem. Chyba go nie rozpoznam, bo nawet nie 

zauważyłam koloru włosów. Wszystko działo się tak szybko...

– Ja tylko widziałem niebieskie dżinsy i czarną kurtkę ze skóry, ale tak ubiera 

się połowa wyrostków nie tylko tutaj.

– Wolałabym, żeby mama nie przeczytała w „Chronicie" o mojej przygodzie.
–  A  co  z  wolnością  prasy?  Teraz  tyle  się  o  tym  dyskutuje.  My  też  to 

przerobiliśmy, prawda?

Anne szeroko ziewnęła.
–  Czy  chodzi  o  twoje  twierdzenie,  że  wolność  jest  zagwarantowana tylko  dla 

współwłaścicieli gazet?

– Wmawiasz  mi swoją opinię. Muszę ci przyznać, że nawet jeśli zupełnie nie 

masz racji, wyrażasz swoje zdanie w bardzo dobrej formie.

Nie wiedziała, jak zareagować, więc powiedziała:
– Moje zeznania niczego nie zmienią i policja opryszka nie znajdzie, bo mają za 

mało ludzi.

–  Poza  tym teren  jest prywatną  własnością, więc  i  tak  nic  nie  mogą  zdziałać. 

Ale  nie  martw  się  o  to.  Postaramy  się  zapewnić  większe  bezpieczeństwo, 
niezależnie od ewentualnych kosztów.

Anne  pomyślała,  że Matthew  już  wyraża  się  jak  prawdziwy dziedzic.  Jeszcze 

chwilę rozmawiali, ale czuła się coraz bardziej zmęczona.

– Dziękuję ci, że mnie odwiozłeś, lecz jest już późno i marzę o kąpieli.
– Chcesz, żebym cię pilnował?
– Coo? – Przyjazne uczucia prysły jak bańka mydlana. – Poradzę sobie sama.
–  Nie  miałem  nic  złego  na  myśli.  Po  prostu  wolałbym  być  pewien,  że  nie 

zaśniesz w wannie i...

– Nie utopię się.
–  To  dobrze,  bo  byłoby  mi  przykro.  Czy  panna  McKenna  wie,  że  jest 

krótkowzroczna? Wielka szkoda, bo moglibyśmy miło spędzić czas.

– Wątpię.
Zamknęła  za  nim drzwi  i  zasunęła  zasuwę.  Nawet  nie  zapytała,  jak  wybawca 

dostanie się do domu.

Rudy Balfour stał na środku ścieżki, z której zgrabiała liście.
– Jaki napad? Kochanie, o czym ty mówisz?
Anne nie mogła sobie darować, że przyznała się, jaka przykrość ją spotkała. W

żadnym  razie  nie  była  to  sprawa  byłego  narzeczonego.  Lecz  Rudy  zauważył 

background image

zadrapanie  na  policzku  i  złośliwie spytał,  czy to  pieczątka  nowego  adoratora.  Po 
takim  dictum  Anne  musiała  się  przyznać.  Nie  widziała  Rudy'ego  przez  dwa 
tygodnie i była zła, że zjawił się akurat w takim momencie.

– Nie rozumiesz prostych słów? Facet mnie popchnął, przewrócił i...
– Przewrócił cię? – Rudy obejrzał ją od stóp do głów. – Dobrze, że nic ci się nie 

stało.

Dobre było to, że Rudy nie widział sińców na całym ciele. Biodro było zupełnie 

czarne! Bezczynne siedzenie w domu byłoby torturą, więc zabrała się do grabienia 
liści, mimo że bolały ją wszystkie mięśnie.

– Przesuń się w prawo.
– O, przepraszam. – Rudy odskoczył w bok. – Wiesz, że nie należy nosić przy 

sobie pieniędzy.

– Miałam raptem dziesięć dolarów.
– To dobrze. Oczywiście szkoda karty kredytowej i...
Anne nie raczyła powiedzieć mu, że nie straciła torebki. Rano przyznała rację 

Matthew,  że  żadne  pieniądze  nie  są  warte bólu  całego  ciała.  Rozsądna  osoba  nie 
broniłaby torebki, w dodatku prawie pustej.

Rudy zauważył, że się skrzywiła, ale źle zinterpretował przyczynę.
–  Chyba  nie  powiesz,  że  zapomniałaś  zablokować  konto?  Anne,  jesteś 

niemądra...

– Przestań na mnie krzyczeć. Rano już tyle nasłuchałam się od policjantów, że 

bokiem mi wyszło.

Rudy nagle rzucił z podziwem:
– Och, popatrz!
Spodziewała się, że ujrzy jakąś piękną kobietę, a tymczasem zobaczyła powoli 

jadący  samochód.  Ale  jaki!  Był  to  olbrzymi,  bardzo  stary  kremowy  kabriolet  ze 
spuszczonym dachem. Z samochodu wysiadł mężczyzna w ciemnych okularach.

– Matthew Garrett – jęknęła, nie przestając grabić.
– Garrett? – powtórzył Rudy. – Wygląda, jakby grał Wielkiego Gatsby'ego.
Anne uśmiechnęła się. Matthew na pewno usłyszał głośną uwagę, ale zachował 

kamienną twarz. Podszedł i bez powitania rzekł:

– Ojciec kilkakrotnie próbował dodzwonić się do ciebie, żeby zapytać, jak się 

czujesz.  Niepokoi  się,  bo  odpowiadała  tylko  sekretarka.  Ja  też  zacząłem  się 
martwić. Nie powinienem był zostawić cię w takim stanie...

– Myślałeś, że utonęłam w wannie?
Matthew zerknął na Rudy'ego, który wpatrywał się w kabriolet i widocznie nie 

background image

słyszał wymiany zdań.

– Widzę, że wyszłaś z tego obronną ręką. Dobrze dziś wyglądasz, oczywiście 

jak po takim przeżyciu.

– Łatwo ci mówić, bo nie widziałeś siniaków.
– Czy to zaproszenie, żebym obejrzał?
– Nie.
– Szkoda. – Wziął grabie i sprawnie zgarnął liście. – To Pierce Arrow – rzucił 

przez  ramię  do  Rudy'ego,  który  nie  odrywał  oczu  od  samochodu.  –  Z  ostatniego 
roku, gdy wyprodukowano tylko kilka.

–  Wiem  –  szepnął  Rudy  z  nabożnym  szacunkiem.  –  Wyprzedzili  czasy  o 

pięćdziesiąt lat.

– Co najmniej.
–  Anne,  zła,  że  spotkało  się  dwóch  zapalonych  samochodziarzy,  niechętnie 

dokonała prezentacji.

–  Rudy  wykłada  współczesną  literaturę.  Uniwersytet  niedawno  wydał  jego 

pierwszą powieść...

–  Gratuluję  –  rzekł  Matthew  obojętnie.  –  Jeśli  ma  pan  ochotę  dokładnie 

obejrzeć wóz, bardzo proszę.

Wzmianka o powieści usunęła Pierce Arrow na dalszy plan.
–  Książka  ma  doskonałe  recenzje.  –  Rudy  rozpromienił  się.  –  Właśnie 

przyniosłem Anne jeden z pierwszych egzemplarzy.

– Ładnie z pana strony.
– Panu też chętnie przyślę.
Matthew wziął książkę w jaskrawej okładce, zerknął na tytuł, przerzucił kilka 

kartek i powiedział z rozbrajającą szczerością:

– Nie, dziękuję. Gdyby mi pan przysłał, musiałbym napisać recenzję, a wtedy 

nasza świeża znajomość mogłaby ucierpieć.

Rudy wyprostował się i przycisnął książkę do piersi.
– Nawet lepiej, bo pan i tak by jej nie zrozumiał.
Pan jeszcze nigdy nie wysilił się na bardziej złożoną myśl, bo taka nie pasuje do 

krótkiego felietonu.

Anne  z  zapartym  tchem  czekała  na  reakcję  Matthew.  Nie  wątpiła,  że  były 

narzeczony zostanie zmiażdżony w kilku słowach. A to niesprawiedliwe, ponieważ 
Matthew  pierwszy  obraził  Rudy'ego,  który  był  dumny  z  książki,  jak  z 
pierworodnego dziecka.

Matthew popatrzył na Rudy'ego jakby ten był niegrzecznym chłopcem i zwrócił 

background image

się do Anne:

– Ojciec zaprasza cię na kolację, bo chce zobaczyć, czy nic ci się nie stało.
Wskazał  plastikową  torbę  pod  drzewem.  Anne  przy  trzymała  ją,  a  on  zaczął 

wrzucać liście.

–  Będzie  mi  miło  –  bąknęła  zdziwiona,  że  pan  Garrett  niepokoi  się  o  jej 

zdrowie.

–  O  siódmej  u  nas  w  domu.  Ojciec  oddelegował  mnie  jako  taksówkarza.  –

Wrzucił  ostatnie  liście.  –  Źle  oceniłem  to  drzewko,  bo  jest  małe,  ale  poważnie 
traktuje obowiązek produkowania liści. Do zobaczenia.

Zostawił torbę przy krawężniku i odjechał. Gdy samochód zniknął, Rudy rzekł 

z pretensją:

– Przyszedłem zaprosić cię na wieczór poetycki.
Anne wolała nie przyznawać się, że nie skorzystałaby, nawet gdyby miała czas.
–  Trudno,  żebym  odmówiła  szefowi  z  powodu  propozycji,  o  której  nic  nie 

wiedziałam.

–  Nie  zdążyłem powiedzieć,  bo  Garrett  tu  wparował  i  zachowywał  się,  jakby 

był właścicielem.

Ty przedtem też tak postępowałeś, pomyślała Anne. Przed dwoma miesiącami 

oddała  mu  pierścionek  zaręczynowy  i  odwołała  ślub  zaplanowany  na  lato.  Rudy 
mylił się, jeżeli sądził, że odzyska dawne prawa.

– Zresztą nawet lepiej, że nie mogę z tobą iść, bo mama pewnie przyjdzie, a nie 

chcę, żeby zobaczyła, jak wyglądam.

Rudy jakby nie słyszał.
– Czemu on wrócił do Lakemontu? Waszyngton jest najlepszym miejscem dla 

takich złośliwych facetów.

–  Może  doszedł  do  wniosku,  że  lepiej  zobaczyć  ośrodek  władzy  z  innej 

perspektywy. Poza tym dobre felietony można pisać wszędzie.

Zdziwiła się, że stanęła w obronie człowieka, którego sama ostro krytykowała.
– Złe też – mruknął Rudy. – No, mam nadzieję, że tobie książka się spodoba. 

Do widzenia.

Po jego odejściu Anne schowała grabie i wróciła do domu. Włączyła poduszkę 

elektryczną,  przyniosła  gorącą  czekoladę  i  książkę  –  ale  nie  powieść  Rudy'ego  –
jako nagrodę za wykonaną pracę. Nagroda nie bardzo jej przysługiwała, bo liście 
zgrabił i wyrzucił ktoś inny.

Ale musiałam znosić towarzystwo Rudy'ego i Matthew, a to też trudne zadanie, 

pocieszyła się.

background image

Zrobienie makijażu zajęło jej więcej czasu niż zwykle, lecz ukryła zadrapania. 

Zdążyła  wpiąć  kolczyki,  gdy  rozległ  się  dzwonek.  Trzymając  pantofle  w  ręce, 
zeszła na dół i otworzyła drzwi.

Matthew obrzucił ją spojrzeniem, które odczytała jako krytykę swego wyglądu. 

Pół dnia zastanawiała się, jak się ubrać na kolację u wydawcy. Widocznie mylnie 
oceniła  sytuację,  bo  w  oczach  przybyłego  czarna  suknia  z  długimi  rękawami 
okazała się niegustowna, a srebrny naszyjnik tandetny.

Matthew wskazał pantofle.
– Czy to tutejszy styl? Nosi się zamiast torebki?
Anne  nie  odpowiedziała,  lecz  oparła  się  o  niego  i  wsunęła  buty.  Matthew 

podtrzymał  ją  i  przyciągnął,  gdy  chciała  się  odsunąć.  Spojrzała  na  niego  i  zaraz 
umknęła wzrokiem.

– Chyba nie będziesz dziś milczeć jak zaklęta? rzekł z lekką ironią.
– Wiem, że wczoraj powiedziałam dużo rzeczy, które lepiej byłoby zatrzymać 

dla siebie.

– Mówisz o tych przed napadem czy po?
Anne spąsowiała.
– O, nie wiedziałem, że kobiety jeszcze się rumienią. – Pogładził ją po dłoni. –

Jesteś czarującym splotem sprzeczności, który chętnie bym rozplatał...

– Chodź, bo się spóźnimy.
Matthew  zaśmiał  się  i  podał  jej  płaszcz.  Postanowiła,  że  tym  razem  będzie 

panować nad sobą, ale na widok czerwonego wozu sportowego zawołała:

– Rozczarowałeś mnie. Chciałam marzyć, że jestem Kopciuszkiem, który jedzie 

karocą... przepraszam, kabrioletem. ..

–  Zmarzłabyś,  bo  jeszcze  nie  naprawiono  dachu.  Ale  obiecuję,  że  kiedyś 

zabiorę cię na przejażdżkę. Weźmiemy koszyk z jedzeniem, koc i poleżymy sobie 
pod drzewem...

– Ja tylko żartowałam.
–  Przedyskutujemy  bolączki  naszego  społeczeństwa...  –  Zerknął  na  nią 

przelotnie. – Czy Rudy pomyśli, że zakradam się do jego ogródka?

Anne nie odpowiedziała.
– Wczoraj piłem jego piwo, prawda?
– Nie. Moje.
– Ale kupiłaś dla niego? Wiem, że jesteście zaręczeni i macie się pobrać.
– Już nie – odparła, nim pomyślała, że lepiej trzymać język za zębami. – Skąd 

wiesz?

background image

–  Po  południu  byłem  w  redakcji,  przeglądałem  stare  teczki  i  zauważyłem 

ogłoszenie o waszych zaręczynach.

–  Dałaś  fatalne  zdjęcie.  – Zasępił  się.  –  O  co  wam poszło?  Rudy  rzucił  cię  i 

uciekł sprzed ołtarza?

–  Nikt  nikogo  nie  rzucił,  a  do  ołtarza  było  bardzo  daleko.  Jedne  związki 

rozlatują  się  z  hukiem,  inne  po  cichu.  Nasz  powoli  się  rozpadał,  bo  mnie  nie 
odpowiadały humory Rudy'ego, a jemu godziny mojej pracy.

–  To  on  jest  gorszym cholerykiem niż  ty?  Nic  dziwnego, że  się  wściekł, gdy 

oddałem mu książkę.

– Mogłeś postąpić delikatniej. To prawda, że recenzje są bardzo dobre...
Matthew prychnął pogardliwie.
–  Tym  bardziej  nie  należy  tego  czytać.  Książki,  które  mają  dobre  recenzje, 

przyprawiają mnie o mdłości.

– Nic dziwnego. Przecież dla zasady kłócisz się z każdą ogólnie przyjętą opinią.
– Nieprawda. Tylko wtedy, gdy ogół nie ma racji. A w sprawie książek zwykle 

się myli. Znasz definicję powieści literackiej?

– Oficjalną czy twoją?
– To książka, którą jakieś sto osób kupi i położy na widocznym miejscu, żeby 

imponować znajomym. Pięć osób spróbuje przeczytać, jedna coś niecoś zrozumie, 
ale  nikomu powieść się  nie spodoba. Jednak każdy z  tych stu  stwierdzi, że  rzecz 
jest doskonała i głęboka, bo nie chce wyjść na głupca w oczach znajomych, którzy 
też kupili to dzieło i położyli na stoliku, żeby...

–  Brawo!  –  Anne  klasnęła  w ręce.  –  To  cytat  z  felietonu,  który przeoczyłam, 

czy wymyśliłeś na poczekaniu?

Matthew zerknął na nią rozbawiony.
– Wiedziałem, że długo nie wytrzymasz bez ataku.
Z  Sherwood  Forest  na  zachodnich  obrzeżach  miasta  do  Pemberton  Place  nad 

jeziorem  było  dość  daleko.  W  Pemberton  Place  dawniej  mieszkali  najważniejsi 
ludzie,  potomkowie  pierwszych  osadników,  którzy  przybyli  tu,  gdy  miasto 
powstawało. Niektórzy, tak uparci jak Garrettowie, zostali w tej dzielnicy, mimo że 
większość zamożnych mieszkańców wyprowadziła się na przedmieścia.

Dom pana Garretta, z kamienia, cegły i drewna, był jednym z mniejszych, lecz i 

tak duży. Okna na parterze były oświetlone, a wypolerowane kryształowe gomółki 
wyglądały jak duże diamenty.

Drzwi  otworzył  siwowłosy  kamerdyner,  który  wziął  płaszcz  Anne  z  takim 

uszanowaniem, jakby brał futro z norek.

background image

Anne  zrozumiała,  dlaczego  jej  dom  wydał  się  Matthew  malutki.  Tutaj 

przedpokój, wysoki na pięć metrów, był większy niż u niej cały parter. Ściany były 
wyłożone boazerią z orzecha, a posadzkę przykrywał perski dywan.

Podszedł pan domu i ujął jej dłonie w swoje.
–  Dobry  wieczór.  Cieszę  się,  że  pani  dobrze  wygląda  po  tak  okropnym 

przejściu.  Zapraszam  dalej.  –  Weszli do  biblioteki  z dużym kominkiem.  –  Czego 
pani się napije? Sherry czy czegoś innego?

Nie czekając na odpowiedź, nalał sherry.
Anne usiadła w fotelu koło kominka i wypiła łyk alkoholu, którego nie lubiła. 

Popatrzyła na panów i ze zdumieniem stwierdziła, że są bardzo podobni nawet w 
gestach i sposobie poruszania się.

–  Rozmawiałem  z  synem  o  zajściu  i  oczywiście  zadbamy,  żeby  była  lepsza 

ochrona  –  rzekł  pan  Garrett.  –  Od  dzisiaj  będą  strażnicy  przez  okrągłą  dobę. 
Byłoby  jednak  bezpieczniej,  gdyby  pani  przestała  tak  późno  pracować.  Anne 
zakrztusiła  się  i  przez  chwilę  mocno  kasłała.  Miało  to  ten  plus,  że  zdążyła 
zastanowić  się  nad  tym,  co  usłyszała.  Nie  wątpiła,  że  pan  Garrett  ma  dobre 
intencje, lecz nie wziął pod uwagę wszystkich aspektów.

–  Czy  jest  pan  niezadowolony  z  tego,  jak  wywiązuję  się  z  obowiązków?  –

zapytała spokojnie.

– To nie kwestia kompetencji...
– I właśnie w tym rzecz.  – Odstawiła kieliszek i  splotła dłonie. – Podpisałam 

umowę,  według  której  praca  wymaga,  żebym  była  w  redakcji  wieczorami. 
Przeniesienie  mnie  na  inne  stanowisko,  z  innym  zakresem  obowiązków,  tylko 
dlatego,  że  jestem  kobietą,  za  słabą,  żeby  obronić  się  przed  złodziejem,  to 
dyskryminacja, której zabrania prawo.

Pan Garrett zmienił się na twarzy, jakby lada chwila groził mu atak serca.
– Ależ moja droga...
–  Tato,  uważaj!  –  wtrącił  się  Matthew.  –  Ta  pani  zaraz  powie,  że  nie  jesteś 

wystarczająco postępowy i gotowa stuknąć cię pantoflem.

Anne rzuciła mu wściekłe spojrzenie i zwróciła się do jego ojca:
– Pan chyba nie przemyślał tego do końca.
Rozległ się dzwonek i kobiecy głos. Pan domu przeprosił i wyszedł.  Matthew 

stał przy kominku, z rękoma skrzyżowanymi na piersi.

–  Nie  zachowałaś  się  zbyt  dyplomatycznie.  Masz  talent  do  nazbyt  szybkiego 

wykładania kawy na ławę.

Słuszna uwaga wcale nie poprawiła Anne humoru.

background image

–  Tak  uważasz?  –  wybuchnęła.  –  No,  to  powiem  ci.  że  twoja  pierwsza 

dyrektorska  decyzja  jest  fatalna.  Nic  znajdziesz  odpowiedniego  dla  mnie 
stanowiska, a zepchnięcie na gorsze, bo jestem kobietą...

– O co ci chodzi?
–  Racja  jest  po  mojej  stronie  i  mogę  wytoczyć  proces  –  Nie  chodzi  mi  o 

sugerowaną przez ciebie dyskryminację, lecz o rzekomą dyrektorską decyzję.

– Twój ojciec powiedział, że  mówił  z  tobą. Przyznaj się, że bawi  cię pozycja 

przyszłego wydawcy.

Matthew pociemniały oczy, a Anne wyżej uniosła głowę i dorzuciła:
–  Teraz  ci  zdradzę  że  zgadłeś.  W  „Chronicie"  istnieje  poczta  pantoflowa  i 

dlatego nie jest tajemnicą, dlaczego wróciłeś.

Usiadła wygodniej, zadowolona z siebie. Dała Matthew do zrozumienia, że nie 

można działać za kulisami i udawać, że nic się nie dzieje.

background image

Rozdział 3

Weszła Dominique, która tym razem wystąpiła w złocistej wieczorowej sukni i 

rozsiewała  intensywny  zapach  „Midnight  Passion".  Jak  poprzednio,  nadstawiła 
policzek do pocałowania, a według Anne była za młoda, żeby zachowywać się jak 
ciotka Matthew. Oboje byli mniej więcej w tym samym wieku, tyle że Dominique 
wyglądała poważniej.

Ostatnimi z zaproszonych gości było małżeństwo, Ted i Dorie Lehmannowie.
– Pan Ted jest rektorem Uniwersytetu Nicolet, a dzięki pani Dorie na kampusie 

wszystko chodzi jak w zegarku.

– Święta prawda. – Rektor przyjrzał się Anne. – Pani McKenna? Na wydziale 

matematyki jest profesor o tym nazwisku.

–  To  mój  ojciec.  A  ja  miałam  to  szczęście,  że  nie  musiałam  płacić  czesnego, 

żeby zdobyć pierwszorzędne wykształcenie.

–  Jim,  szkoda,  że  nie  możemy  wszystkim  zdolnym  ludziom  tego  zapewnić, 

prawda?

– Tak. – Pan Garrett uśmiechnął się lekko. – Tylko że wtedy Nicolet nie miałby 

opinii ekskluzywnej uczelni.

–  Po  krótkiej  rozmowie  na  temat  zmian  w  szkolnictwie  wyższym  gospodarz 

zaprosił gości do sąsiedniego pokoju.

Olbrzymią jadalnię oświetlał jeden żyrandol wiszący nad  elegancko nakrytym 

okrągłym  stołem.  Ściany  były  ozdobione  malowidłami,  niestety,  prawie 
niewidocznymi w półmroku.

Pan Garrett wskazał pani Lehmann miejsce po prawej stronie, a Dominique po 

lewej.

Anne, której przypadło miejsce naprzeciw niego, uświadomiła sobie, że nigdy 

nie  słyszała  o  pani  Garrett.  Żyje  czy  umarła?  Mogła  do  woli  o  tym  rozmyślać, 
ponieważ Dominique nikogo nie dopuszczała do słowa. Pan Garrett spokojnie jadł, 
pił  wodę  i  od  czasu  do  czasu  wtrącał  jakąś  uwagę.  Myślami  zapewne  był  gdzie 
indziej.

Mimo  to  Anne  miała  wrażenie,  że  ją  obserwuje,  i  to  krytycznym  okiem. 

Pocieszała się, że starszy pan zapewne nawet nie zdaje sobie sprawy, iż często na 
nią patrzy. Osób było tak mało, że wszyscy stale spotykali się wzrokiem.

Gdy podano suflet czekoladowy, pani Lehmann zwróciła się do Anne:
–  Wreszcie  przypomniałam  sobie,  skąd  znam  pani  nazwisko.  Pani  uczy  na 

background image

wydziale dziennikarstwa, prawda?

–  Tak,  mam  tam  zajęcia  we  wtorki  i  czwartki  rano.  Brakuje  kadry,  więc  to 

okazja...

Nie dokończyła, ponieważ wtrąciła się Dominique.
–  Radziłabym  zatrudnić  Matta.  Jestem  pewna,  że  byłby  świetnym 

nauczycielem.

–  Dziękuję ci  za  tę  pewność  –  rzekł  Matthew. –  Niestety, teraz  nie  mógłbym 

wygospodarować czasu na regularne lekcje. Ale – spojrzał na Anne – jeśli będziesz 
miała kłopoty i potrzebowała rady, służę pomocą.

– Uważaj, bo może będziesz musiał dotrzymać obietnicy – żartobliwie ostrzegł 

go  pan  Lehmann.  –  Wiesz,  Jim,  chętnie  widziałbym  ciebie  na  seminarium  o 
zarządzaniu mediami. Tylko nie mów, że takie zajęcia to żadna przyjemność.

– Przyjemność byłaby duża, ale lekarz każe mi coraz bardziej się oszczędzać.
Anne  znowu  odniosła  wrażenie,  że  pan  Garrett  spojrzał  na  nią  znacząco  i 

ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Czy jej wzmianka o sądzie zabrzmiała jak groźba? 
Może powinna przeprosić za ostre słowa?

Nie  było  jednak  okazji.  Po  powrocie  do  biblioteki  starsi  panowie  usiedli  w 

wykuszu  i  pogrążyli  się  w  poważnej  rozmowie.  Dominique  wzięła  Matthew  pod 
rękę  i  stanęli  przy  kominku.  Anne  poczuła  się  jak  piąte  koło  u  wozu,  ale  wtedy 
zwróciła się do niej pani Lehmann:

– Podczas kolacji nie dokończyła pani, bo przerwano, a ciekawa jestem, co pani 

chciała powiedzieć.

–  Łudzę  się,  że  dzieląc  się  moją  wiedzą,  daję  coś  uczelni  w  zamian  za 

wykształcenie. Nie posiadam żadnych oszczędności, ale uczenie...

Pani Lehmann uśmiechnęła się serdecznie.
– Rozumiem panią.
Po długiej, interesującej pogawędce, starsza pani obejrzała się.
– Panowie też  się rozgadali. Muszę odciągnąć męża, bo  zamęczy gospodarza. 

Jim we wtorek ma operację, więc potrzebny mu spokój.

Nawet Dominique zrozumiała aluzję.
–  Matt,  kochanie  –  rzekła  przymilnym  tonem  –  podrzucisz  mnie  do  domu? 

Przyszłam pieszo, bo mam niedaleko, ale o tej porze boję się sama chodzić.

–  Jasne,  że  nie  możesz  iść  bez  opieki.  Oczywiście  odwiozę  panie.  Najpierw 

ciebie. Odpowiada ci takie rozwiązanie?

Anne widziała, że Dominique jest niezadowolona i z rozbawieniem czekała na 

jej reakcję. Matthew jednak nie czekał, przeprosił i wyszedł.

background image

Kamerdyner  odprowadził  gości  do  samochodu  i  otworzył  drzwi.  Dominique 

teatralnym  gestem  dała  Anne  pierwszeństwo.  Anne  z  trudem  wcisnęła  się  na 
niewygodne siedzenie z tyłu i skrzywiła, gdy uderzyła się w obolałe biodro.

Dwie  przecznice  dalej  stanęli  przed  imitacją  francuskiego  zamku.  Anne 

pomyślała, że styl budowli idealnie pasuje do stylu właścicielki.

Dominique  zaczekała,  aż  Matthew  otworzy  drzwi  z  jej  strony,  a  potem  szła 

powoli, sztywno, jakby zbliżała się do prawdziwego pałacu.

Po  ich  odejściu  Anne  zaczęła  się  kręcić,  żeby  zająć  wygodniejszą  pozycję. 

Widziała,  że  Dominique  zatrzymuje  Matthew  i  oceniła,  że  przyjdzie  dość  długo 
czekać.  Zastanawiała  się,  o  czym  jeszcze  można  rozmawiać  po  wspólnie 
spędzonym wieczorze. Czy Dominique zaprasza Matthew, żeby wstąpił w drodze 
powrotnej?

– Co ci do tego? – spytała na głos.
Kątem  oka  dostrzegła,  że  dwie  postaci  zlewają  się  w  jedną,  więc  odwróciła 

głowę. Przypomniała sobie, jak przed laty ukradkiem poszła do kina, żeby śledzić 
najstarszego brata i jego dziewczynę. Po pewnym czasie usłyszała:

– Przesiądziesz się, czy też dobrze ci tam i wolisz zachować wyniosły dystans 

do szofera?

– Trudno mi się ruszyć.
Matthew bez uprzedzenia wyciągnął ją i pomógł usiąść z przodu.
Anne odetchnęła z ulgą.
– Teraz rozumiem, jak modelki Picassa czuły się po całym dniu pozowania.
– Przepraszam. Zapomniałem, że gimnastyka w twoim stanie nie jest wskazana.
Anne rzuciła okiem na dom Dominique.
– Powinieneś się wstydzić złośliwych uwag o moim domu i  o tym, co  można 

kupić z pensji.

Matthew  uśmiechnął  się,  lecz  nic  nie  powiedział,  a  Anne  pomyślała,  że 

widocznie źródło dochodów Dominique nie  jest dla niego  tajemnicą. Może znają 
się od dziecka?

Jednostajne  kołysanie  samochodu  zmorzyło  ją,  więc  drgnęła  nerwowo,  gdy 

Matthew nagle się odezwał.

–  Wyjaśnijmy  jedną  kwestię.  Otóż  zaproponowanie  ci  innych  obowiązków  to 

nie mój pomysł.

Anne otworzyła oczy.
– Aha. Faktycznie nie widzę powodu, dla którego miałbyś przejmować się, czy 

znowu dostanę po głowie.

background image

–  Gdyby  ojciec  zapytał  mnie  o  opinię  w  tej  sprawie,  powiedziałbym,  że  nie 

warto wysilać się, żeby ci pomóc.

– Dziękuję uprzejmie i doceniam twoją szczerość.
–  Nawzajem.  Dlatego  chciałbym  usłyszeć,  czemu  według  ciebie  nie  będę 

przyzwoitym wydawcą.

– Tak się nie wyraziłam.
– Ale o to chodziło. No mów. Obiecuję, że nie wykorzystam tego przeciw tobie.
– Bardzo pan łaskaw.
– Wolisz, żebym domyślał się, co o mnie sądzisz?
–  No,  skoro  tak...  Uważam,  że  na  stanowisku,  jakie  zajmuje  twój  ojciec, 

potrzebne są zdolności, których nie można przekazać.

– Co to ma znaczyć?
–  Że  nie  podlegają  automatycznemu  dziedziczeniu.  Dobry  wydawca  musi 

zdobyć  wszechstronne  doświadczenie,  mieć  jasną  wizję.  Tego  nie  można 
wyczarować,  mówiąc:  „Pasuję  cię  na  wydawcę".  Tu  trzeba  dojrzałości,  której 
nabiera się z wiekiem.

–  Gdzie  się  tego  wyuczyłaś?  –  spytał  Matthew  opryskliwie.  –  Dałaś  niezły 

popis, gdy zagroziłaś sądem...

–  Ja  zęby  zjadłam  w  tej  pracy,  a  ty  nawet  pojęcia  nie  masz  o  połowie 

problemów. Można wiedzieć, kiedy i ile czasu spędzałeś w redakcji?

– Bywałem parę razy w tygodniu, gdy zanosiłem felieton.
Anne  spojrzała  na  niego  podejrzliwie.  Czy  on  wie,  że  rzuca  na  siebie 

oskarżenie?

–  I  według  ciebie  tyle  wystarczy,  żeby  być  fachowcem  z  prawdziwego 

zdarzenia? To dobre dla felietonisty.

Łatwo  proponować  rozwiązania,  gdy  nie  ponosi  się  odpowiedzialności  za

wprowadzenie ich w życie i za wyniki.

Gdyby  poważnie  traktowano  te  twoje  niesłychane  propozycje,  połowa  kraju 

pogrążyłaby się w chaosie.

–  Może  masz rację –  niespodziewanie zgodził  się.  –  A  zamiast  tego  w całym 

kraju panuje chaos i...

– Wolę nie myśleć, co u nas będzie się działo, gdy obejmiesz rządy. Z twoimi 

pomysłami...

– Znasz mnie tylko jako felietonistę.
– Przecież nim jesteś! Nie wykręcaj się! – Patrzyła na niego z niedowierzaniem. 

– A stanowisko wydawcy to całkiem inna para kaloszy. Sam pomysł, że kluczową 

background image

pozycję  zajmie  ktoś  bez  przygotowania,  praktyki...  Będziesz  musiał  dużo  się 
uczyć...

–  Powinienem  być  zaszczycony,  że  uważasz,  iż  można  mnie  wyszkolić  –

przerwał Matthew bez gniewu.

Anne zastanowiła się przez chwilę.
– Tak, masz szansę się nauczyć. Pod warunkiem, że uznasz, iż powinieneś. Ale 

twojemu  ojcu  chyba  nie  chodzi  o  powolne  kształcenie  się  następcy,  a  dla  ciebie 
okres praktykowania byłby utrapieniem...

Matthew znowu wpadł jej w słowo.
– Skąd tyle wiesz o tym, co i jak mój ojciec myśli?
Wzywał cię, żebyś mu doradzała, czy po prostu czytasz w myślach? A może... 

podsłuchujesz?

Anne ugryzła się w język, żeby nie zareagować zbyt ostro.
– Obrażasz mnie – syknęła.
– Ale nie zaprzeczyłaś, więc mam rację. No, kochanie, z kim ojciec rozmawiał?
– Z adwokatem. Wczoraj na przyjęciu.
– A, to dlatego plan nie jest już tajemnicą.
Ledwo zajechali przed dom, Anne otworzyła drzwi i sucho powiedziała:
– Dziękuję za odwiezienie.
Matthew też wysiadł.
– Zawsze dla bezpieczeństwa odprowadzam damę do drzwi.
– Moje są o pięć kroków stąd.
– Nie szkodzi.
Na ganku wyciągnął rękę po klucze, ale Anne udała, że tego nie widzi.
– Nie zdążyłam podziękować twojemu ojcu...
Matthew nie dotknął jej, lecz wyczuła, że zamierza to zrobić, więc odskoczyła 

jak oparzona.

– Czemu skaczesz? – spytał zaintrygowany.
– Przestań udawać –  mruknęła speszona. –  Ale playboy z ciebie; jedna jazda, 

dwa pocałunki...

– Przeszkadza ci, że pocałowałem Dominique?
– Ani trochę. Nie moja sprawa, kogo całujesz, ale jestem trochę zdegustowana.
– Czemu?
– Czy ty jesteś zupełnie pozbawiony wrażliwości? Bycie świadkiem podobnych 

scen nie należy do przyjemności.

– Przecież nie patrzyłaś. Dlaczego?

background image

– Bo nie lubię podglądać takich rzeczy.
–  Szkoda.  Gdybyś  na  nas  patrzyła, wiedziałabyś, że nie  było żadnych  „takich 

rzeczy". Tylko to.

Nie zdążyła zrobić uniku, poczuła chłodne usta na swoich. Pocałunek był krótki 

i tak lekki, że nie miała za co się obrazić.

–  Czarujące  –  wycedziła  przez  zaciśnięte  zęby.  Mam  nadzieję,  że  Dominique 

też doceniła twój popis.

A teraz, jeśli łaskawy pan pozwoli...
– Nie podobało ci się? Widzisz, Dominique pocałowałem trochę inaczej. O, tak.
Jedną  ręką  objął  ją  wpół,  a  drugą  ujął  pod  brodę  i  tym  samym  zupełnie 

obezwładnił.  Anne  przeszyło  kilka  fal  strachu  –  czy  to  na  pewno  strach?  –  gdy 
całował  ją  powoli,  ale  coraz  namiętniej.  Na  koniec  lekko  ugryzł  ją  w  wargę  i 
powiódł językiem po zębach.

Anne  jęknęła,  więc  odsunął  ją  od  siebie,  lecz  nadal  mocno  trzymał.  Całe 

szczęście, bo osłabła i uginały się pod nią kolana.

– Taki pocałunek podglądaczka powinna docenić.
Czułaś różnicę, prawda? Dobranoc i do zobaczenia.
Anne weszła do domu i gniewnie zatrzasnęła drzwi.
– No, teraz przynajmniej wiem, czemu Dominique tak długo wytrzymała mimo 

chłodnego wiatru. W ramionach Matthew nie czuje się zimna – szepnęła.

Podczas  poniedziałkowej  konferencji  Matthew  siedział  obok  ojca,  co  było 

zrozumiałe.  Natomiast  to,  że  przez  cały  czas  milczał,  bardzo  Anne  zaskoczyło. 
Podświadomie  oczekiwała,  że  zarozumiały  felietonista  wystąpi  z  jakimiś 
wspaniałymi pomysłami. Dlaczego nic nie mówi? Czyżby wziął sobie do serca to, 
co mu zarzucała? Jeżeli jest gotów słuchać i uczyć się...

Milczenie jednak nie oznacza, że dany człowiek ze wszystkim się zgadza. Być 

może Matthew wolał czekać, aż jego pozycja w „Chronicie" ugruntuje się. Przecież 
i tak wszyscy wiedzieli, że ma bardzo zdecydowane poglądy i nie waha się przed 
wypowiadaniem ich publicznie, głośno i otwarcie.

Tym razem Anne i Holly poszły na kolację do modnej restauracji.
– Nie wierzę, żeby on dużo tu zmienił – zaczęła Holly. – „Chronicie" to bardzo 

dobry dziennik. W ciągu pięciu lat przyznano nam sześć nagród Pulitzera.

– Siedem.
– Jeszcze lepiej. Jeśli Matthew zależy na nagrodach, nie będzie kwestionował 

kosztów zbierania materiału. To oczywiste.

background image

– Nie jestem taka pewna Anne nie oparła się pokusie i na deser zamówiła sernik 

z polewą czekoladową.

– Ale z ciebie łakomczuch – skrytykowała ją Holly.
– Nieprawda.
–  Rozumiem,  czemu  tak  reagujesz  na  Matthew.  Moim  zdaniem  jesteś 

zazdrosna.

– Piątka za domyślność – rzuciła Anne z ironią. – Mylisz się, moja droga. Nie 

podoba  mi  się,  że  naszą  gazetę  ma  przejąć  playboy,  którego  brak  doświadczenia 
równa się arogancji.

–  Wiem,  że  traktujesz  „Chronicie"  trochę  tak,  jak  kwoka  pisklę,  ale  twoje 

pretensje mają podłoże osobiste.

Anne zastygła z widelczykiem przy ustach.
– Fakt, że nie przepadam za Garrettem juniorem nie znaczy...
– Chodzi o ciebie, nie o niego. Skoro stanowisko obejmuje ktoś z zewnątrz, nie 

będzie  awansów  wśród  personelu.  Każdy  zostaje  na  dotychczasowym  miejscu  i 
twój awans majaczy gdzieś w dalekiej przyszłości. To cię bardzo irytuje.

– Czyli według ciebie mam pretensję do Matthew, bo marzy mi się stanowisko 

naczelnego?  Nie  przeczę,  że  kiedyś  chciałabym  zajść  tak  wysoko,  ale  jestem 
realistką. Wszyscy nie mogą być na górze. Poza tym jestem zadowolona z tego, co 
teraz robię.

–  Jak  długo  będziesz  zadowolona?  Nie  wmówisz  mi,  że  praca  w  nocy  to 

rozrywka.

– Lubię ją, bo wtedy dużo się dzieje.
–  Gdy  wyjdziesz  za  mąż  i  będziesz  miała  dzieci,  też  będziesz  zachwycona 

powrotami po północy?

–  Nie  warto  martwić  się  na  zapas.  Na  razie  nie  przewiduję  zmiany  stanu 

cywilnego.

– Przestałaś opłakiwać Rudy'ego?
– Owszem.
– To dobrze, bo mamy nowego pracownika. Dla mnie za niski, ale tobie...
– Daj spokój. Wracając do tematu, nie sądzę, żeby Matthew wiecznie trzymał 

mnie na nocnej zmianie.

Nadal  posądzała  go  o  to,  że  podsunął  ojcu  pomysł,  aby  zaproponować  jej 

zmianę  godzin  pracy.  To  nic,  że  wyparł  się  i  twierdził,  że  nie  ma  z  tym  nic 
wspólnego. Nie chodzi mu o bezpieczeństwo, ale o to, by usunąć kogoś, kto już coś 
osiągnął.

background image

–  Zauważyłam,  że  masz  mniej  obowiązków  –  uparcie  ciągnęła  Holly.  –

Ostatnio tylko czytasz i czytasz.

– Muszę być na bieżąco, bo to należy do zakresu moich obowiązków.
– Od dwóch lat robisz to samo, więc dojrzałaś do zmiany.
– Racja. Nie zgadzam się z taką polityką, ale wiem.
–  kiedy  się  poddać.  Czy  jest  inne  wyjście?  Zorganizujemy  pucz,  żeby  obalić 

Garretta juniora?

– Tobie zostawiam decyzję.
Anne  pomyślała,  że  w  przyzwoitej  redakcji  nie  ma  miejsca  na  intrygi  i  być 

może dlatego Matthew spodobała się ciepła posadka. Miał zapewniony byt i święty 
spokój do końca życia.

We wtorek, ledwo studenci wyszli z sali, ujrzała Rudy'ego.
– Co cię tutaj sprowadza? – spytała niezbyt uprzejmie i chłodno.
– Ty. Masz czas, żeby wstąpić na kawę?
Anne spojrzała na zegarek, zawahała się, ale skinęła głową.
– Tylko kwadrans, bo śpieszę się do pracy.
– A ja zaczynam o dwunastej. Zawsze mieliśmy inny rozkład zajęć i...
Anne speszyła się, bo nie miała ochoty wracać do przeszłości.
Kawiarnia była pełna, ale znaleźli jeszcze dwa wolne miejsca.
– Jak udała się kolacja u szefa? – spytał Rudy. Pewno było nudno, jak zawsze 

na takich spotkaniach.

Anne  pomyślała,  że  groźba  podania  szefa  do  sądu  i  pocałunki  jego  syna  to 

niekoniecznie nudny repertuar.

– Za to wieczór poetycki bardzo się udał. – Rudy wrzucił do kawy drugą kostkę 

cukru. – Przeczytałaś książkę?

– Nie. Przepraszam,  ale jeszcze nie miałam czasu. Obiecuję, że niebawem się 

do niej zabiorę.

–  Odruchowo  położyła  rękę  na  jego  dłoni.  Rudy  spojrzał  na  smukłe  palce  i 

nakrył je drugą ręką.

– Jeszcze zależy ci na mnie, prawda? Wiem, że miłość tak szybko nie wygasa.
– Ja...
–  Kochanie,  daj  mi  szansę.  Teraz  moje  choleryczne  wybuchy  są  rzadsze, 

bardziej  nad  sobą  panuję.  Gdy  cię  straciłem,  zrozumiałem,  jaki  trudny  mam 
charakter.

– Nie sądzę...

background image

Powinna  czuć  się  uszczęśliwiona.  Kiedyś  naprawdę  kochała  Rudy'ego  i 

rozstanie z nim nie było łatwe. Tym bardziej że nie zrobił nic niewybaczalnego. Po 
prostu  coraz  bardziej  bała  się  wybuchów  gniewu,  nawet  gdy  je  przewidywała. 
Skoro  jednak  Rudy  zrozumiał  swój  błąd,  miała  obowiązek  dać  mu  szansę. 
Obowiązek? To powinna być przyjemność, radość, a nie obowiązek.

Rudy pocałował ją w rękę i szepnął:
– Spotkamy się w czwartek wieczorem i uczcimy zgodę kolacją w najlepszym 

lokalu.

– Ale nie zaręczyny... Nie mogę, nie jestem gotowa.
– Dobrze. Rozumiem, że muszę udowodnić, że się zmieniłem. Przekonasz się, 

jak bardzo.

Anne przebiegł zimny dreszcz. Dlaczego? Przecież powinna być zadowolona.

background image

Rozdział 4

– Przepraszam, ale muszę już iść.
Rudy spojrzał na duży ścienny zegar.
–  Ale  ten  czas  leci!  Spóźnię  się  na  zajęcia!  Kochanie,  do  zobaczenia  w 

czwartek. – Gdy wyszli, objął ją i pocałował. – Przyjadę po ciebie.

Anne  nie  lubiła  czułości  przy  świadkach,  ale  tym  razem  nic  nie  powiedziała. 

Długo patrzyła w ślad za Rudym, który przebiegł na drugą stronę ulicy i zniknął w 
budynku swego wydziału.

– Cieszę się – szepnęła. – Cieszę się.
Te dwa słowa, powtarzane w myśli, stanowiły akompaniament do rytmicznego 

stukotu  obcasów.  Dzień  był  bardzo  ładny  i  gdy  rano  powoli  szła  na  zajęcia, 
rozkoszowała  się  krótkim  spacerem.  Teraz  miała  mało  czasu,  więc  odległość  do 
domu jakby się wydłużyła.

Rano  wyśmiałaby  każdego,  kto  by  powiedział,  że  umówi  się  z  byłym 

narzeczonym  na  kolację,  żeby  dać  mu  szansę  i  porozmawiać  o  wspólnej 
przyszłości.  Uważałaby,  że  coś  takiego jest absolutnie niemożliwe.  A  tymczasem 
postąpiła wbrew sobie i w ciągu kilku godzin zaszła taka zmiana.

Rano twierdziłaby, że bardzo żałuje, iż sprawy przybrały taki, a nie inny obrót i 

szkoda,  że  plany  spaliły  na  panewce.  Byłaby  o  tym  święcie  przekonana.  W 
pierwszej chwili, gdy usłyszała, o co Rudy'emu chodzi, wpadła niemal w panikę. 
Jej  wahanie  nie  wynikało  jednak  ze  strachu  przed  gniewnymi  wybuchami 
Rudy'ego.  Wystraszyła  się  tego,  że  ma  podjąć  dozgonne  zobowiązanie  i  chciała 
zażądać, aby jej nie poganiał.

Zastanawiała  się,  dlaczego  wciąż  nie  jest  gotowa  związać  się  z  kimś  na  całe 

życie.  Miała  dwadzieścia  siedem  lat,  więc  nie  należało  długo  zwlekać.  Kiedy 
wyjdzie za mąż, jeśli nie teraz?

Wmawiała  sobie,  że  zerwała  zaręczyny,  bo  przerażały  ją  awantury,  ale  może 

wcale nie o to chodziło. Może winę ponosił nie tyle Rudy, co jej obawy? Jaka była 
prawdziwa przyczyna zerwania? Jeżeli nie chodziło o awantury, to czego się bała? 
Samego  małżeństwa?  Rodzenia  dzieci?  Obowiązków  i  odpowiedzialności 
wynikającej z posiadania rodziny?

Podobne  obawy  byłyby  uzasadnione,  gdyby  jej  rodzice  się  rozeszli  i  z  tego 

powodu  w  dzieciństwie  przeżyłaby  tragedię.  Lecz  wychowała  się  w  zżytej  i
kochającej  się  rodzinie.  Już  jako  podlotek  podświadomie  czuła,  że  pragnie  tego 

background image

samego dla siebie. Chciała mieć kilkoro dzieci i nie wątpiła, że dobrze je wychowa. 
Pragnęła  wyjść  za  człowieka,  który  będzie  nie  tylko  kochającym  mężem,  ale  też 
prawdziwym przyjacielem.

Początkowo  uważała,  że  Rudy  spełnia  wymagania,  a  zaczęła  wątpić,  gdy 

wybuchy gniewu i awantury stały się coraz częstsze. Nie chciała, by w przyszłości 
z tego powodu cierpiały niewinne dzieci.

Dlaczego  więc  teraz  tak  nieoczekiwanie  dla  siebie  robi  mu  nadzieję?  Czy 

postępuje rozsądnie? Czy powinna zagłuszyć wątpliwości, chociaż nie wie, na ile 
on naprawdę się zmienił?

A  jeśli  strach  przed  wybuchowym  charakterem  przyszłego  męża  był  jedynie 

maską,  pod  którą  krył  się  prawdziwy  problem,  czyli  wymówka,  by  czekać  na 
wymarzonego, idealnego partnera?

Rozsądek  podpowiadał,  że  w  życiu  nie  ma  ideałów.  Nawet  jej  rodzice  nie 

dobrali się pod każdym względem Pan  McKenna był profesorem matematyki, ale 
jego żona nie potrafiła nauczyć się racjonalnego gospodarowania pieniędzmi. Pani 
McKenna  pisała  piękne  wiersze,  a  jej  mąż  z  trudem  składał  nieskomplikowane 
rymy.

Do ideału było daleko i czasami dochodziło do spięć. Mimo to po czterdziestu 

latach małżeństwa państwo McKenna nadal bardzo się kochali, a to najważniejsze.

Anne chciała mieć to samo i uważała, że na mniej nie warto się godzić.
To był główny powód, dla którego miała tyle wątpliwości i nie wiedziała, jak 

postąpić z Rudym.

W  redakcji  czekało  pismo  zaadresowane  do  wszystkich  pracowników  i 

podpisane przez redaktora naczelnego.

Operacja  pana  Garretta  odbyła  się  dziś,  bez  komplikacji.  Najbliższe  godziny 

będą decydujące, ale lekarze są dobrej myśli i rokują pacjentowi szybki powrót do 
zdrowia.

Anne  uświadomiła  sobie,  że  przez  kilka  godzin  często  była  myślami  przy 

chorym.  Po  pamiętnej  kolacji  nie  nadarzyła  się  okazja,  by  zamienić  z  nim  choć 
kilka  słów,  a  dręczyło ją to,  że  wtedy źle  się  zachowała. Miała wrażenie,  że  pan 
domu  przez  cały  wieczór  jej  unikał.  Gdy  wychodziła,  był  tak  pogrążony  w 
rozmowie,  że  nawet  nie  podszedł,  aby  ją  pożegnać.  Podczas  konferencji  siedział 
bardzo daleko i wyszedł natychmiast po zakończeniu.

Gdyby  była  zarozumiała,  mogłaby  dojść  do  wniosku,  że  w  jej  obecności 

wydawca robi się nerwowy i dlatego omija ją z daleka. Jako osoba trzeźwa sądziła, 

background image

że starszy pan zapomniał o jej wybuchu i jest zajęty swoimi zmartwieniami. A po 
konferencji  uciekł  nie  tyle  przed  nią,  co  przed  bliźnimi,  którzy  współczują  z 
powodu operacji i opowiadają o tym, że znajomi znajomych mieli podobną i potem 
jeszcze jakiś czas żyli.

Anne  niechętnie  przyznała  rację  Matthew,  który  przewidział,  że  póki  nie 

przeprosi  jego  ojca,  poty  będzie  dręczyła  się,  że  mówiła,  co  ślina  na  język 
przyniesie. Postąpiła podwójnie niestosownie, bo nawet nie wysłuchała gospodarza 
do końca, lecz przerwała w pół słowa. A jeśli zamierzał powiedzieć o awansie?

Po  dokładnym  rozważeniu  za  i  przeciw,  doszła  do  wniosku,  że  taka 

ewentualność  nie  wchodzi  w  rachubę.  Po  prostu  dlatego,  ponieważ  nie  było 
wakatów.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  doszła  do  poziomu,  na  którym  awanse  są 
ograniczone, gdyż rzadko kto rezygnuje z wyższego stanowiska w dobrej gazecie, a 
w  „Chronicie"  większość  redaktorów  nie  jest  w  wieku  emerytalnym.  Pan  Garrett 
ewentualnie  mógł  zaproponować  pracę  tego  samego  typu,  tyle  że  w  godzinach 
rannych. To zaś oznaczałoby degradację.

Mimo  wszystko  należało  wysłuchać  go  do  końca,  a  potem  uprzejmie 

podziękować i nie przyjąć propozycji.

Było jej przykro, że zanim się znowu spotkają, pan Garrett będzie myślał o niej 

źle.  Los bywa złośliwy! Jeszcze  nie tak dawno  wątpiła, czy  wydawca kojarzy jej 
nazwisko, a teraz martwiła się, że zapamiętał nie tylko nazwisko, ale i niestosowne 
zachowanie.

Jedyne,  co  mogła  zrobić,  to  posłać  choremu  kwiaty,  więc  zadzwoniła  do 

kwiaciarni.

–  Chciałabym  zamówić  bukiet  i  prosić  o  posłanie  kwiatów  panu  Jimowi 

Garrettowi  w  szpitalu  przy  Uniwersytecie  Nicolet.  Niestety,  nie  wiem,  na  jakim 
oddziale leży, ale dziś rano miał operację serca.

Holly przysiadła na biurku i wzięła do ręki prace studentów.
– Lizuska – rzekła półgłosem.
Anne pokazała jej język.
– Nasz wydawca wcale nie ma na imię Jim – dorzuciła Holly. – Przypadkowo 

wiem, że w uniwersyteckim szpitalu strasznie czepiają się drobiazgów.

Anne podała poprawne imię pacjenta i usłyszała tak ciężkie westchnienie, jakby 

kwiaciarka musiała zmienić już ułożony bukiet.

– Oni do imion pacjentów przywiązują większą wagę niż redaktorzy do nazw 

ulic – niewinnie dodała Holly.

Anne  uśmiechnęła  się.  Przed  tygodniem  znalazła  w  reportażu  Holly 

background image

przekręcone nazwy ulic i wygłosiła parę cierpkich uwag o wiarygodności gazety, w 
której zdarzają się takie pomyłki. Dlatego Holly ucieszyła się, że przyłapała ją na 
nieścisłości.

Anne odłożyła słuchawkę i spytała:
– Przyszłaś w konkretnej sprawie, czy żeby przeglądać cudze papiery?
–  Interesują  mnie  prace  studentów,  którzy  niedługo  pewnie  wygryzą  mnie  z 

pracy.  –  Holly  rozejrzała  się,  pochyliła  i  ściszyła  głos.  –  Co  powiesz,  gdy  ci 
zdradzę, że burmistrz bierze łapówki za projekty rozbudowy miasta?

Anne popatrzyła na nią z powagą.
– Powiem, że musisz mieć niezbite dowody.
– Po co? Wszyscy o tym wiedzą, chociaż nikt nie ma dowodów.
– Wobec tego porozmawiaj z Matthew. Jemu taki drobiazg nie przeszkadza w 

pisaniu zjadliwości. Już wytknął burmistrzowi to i owo.

Holly wybuchnęła śmiechem.
–  Czytałaś  jego  dzisiejszy  felieton?  Ciekawe,  jak  burmistrzowi  podobają  się 

epitety.  Jeżeli  nie  wolno  pisać  o  łapówkach  w  ratuszu,  to  czy  pozwolisz  mi  za 
tydzień jechać na koncert w Milwaukee?

– Z jakiej to okazji?
– Powrotu słynnego zespołu sprzed dwudziestu lat. Koniecznie powinniśmy o 

tym napisać.

– A tobie zafundować bilet?
–  Ty  też  mogłabyś  się  wybrać.  Taki  koncert  jest  ważnym  wydarzeniem  w 

historii  stanu.  Znowu  odmawiasz?  No  więc  może  zainteresuje  cię  jesienny 
festiwal? W czwartek pójdziemy obie i miło spędzimy wieczór.

–  Niestety,  będę  zajęta.  Jeśli  wyskoczysz  z  jeszcze  jednym  genialnym 

pomysłem,  każę  ci  napisać  reportaż  o  dzisiejszym  podwieczorku  dobroczynnym 
Junior League.

– To nie moja działka.
– Ale możesz pomóc, bo widzę, że nie masz co robić.
Holly poczuła się urażona.
–  Jak  to?  Postępuję  zgodnie  z  tradycją  obowiązującą  w  każdym 

przedsiębiorstwie. I idę za twoim przykładem.

–  Co  takiego?  –  Anne  gniewnie  zmarszczyła  brwi.  –  Za  jakim  moim 

przykładem?

– Przymilam się szefowej.
Holly zniknęła, nim Anne zdobyła się na ciętą odpowiedź.

background image

Wieczorem postawiła na stoliku filiżankę gorącej czekolady, usiadła na kanapie 

i  otworzyła  ulubione  czasopismo.  Miała  zamiar  przeczytać  kilka  artykułów,  a  w 
połowie  pierwszego  zasnęła.  Obudził  ją  dzwonek.  Podskoczyła  i  spojrzała  na 
zegar;  dochodziła  północ.  Kto  o  takiej  porze  przychodzi z  wizytą?  Czyżby  Rudy 
chciał teraz dokończyć przerwaną rozmowę? Oby tylko nie on!

Wyciągnęła jego książkę spod gazet, rzuciła na stolik, cicho podeszła do drzwi i 

wyjrzała  przez  wizjer.  Stojący  na  ganku  mężczyzna  był  przygarbiony,  lecz  i  tak 
wyższy od Rudy'ego. Gdy otworzyła, przybyły odwrócił się i powoli wyprostował.

–  Dobry  wieczór.  Wiedziałem,  że  nie  śpisz,  bo  pali  się  światło.  –  Matthew 

zerknął na łańcuch. – Nie wpuścisz mnie?

– Jestem nie ubrana.
Wsunął głowę w szparę i z uznaniem popatrzył na jej różową podomkę.
– Bardzo twarzowa... A tu jest trochę zimno.
Miał  gołą  głowę,  lekki  sweter  i  krótką,  rozpiętą  kurtkę.  Ręce  trzymał  w 

kieszeni.

–  Trzeba  było  włożyć  coś  ciepłego.  Ci,  co  się  stąd  wyprowadzili,  prędko 

zapominają, jaką mamy zimę. Gdybyś siedział w domu, byłoby ci ciepło.

Matthew zrobił minę, jakby zastanawiał się nad jej uwagami.
–  No  dobrze.  Wpuszczę  cię,  ale  weź  nogę.  Muszę  przymknąć  drzwi  i  zdjąć 

łańcuch.

Matthew  uśmiechnął  się  i  na  ganku  jakby  pojaśniało.  Anne  otworzyła  drzwi, 

chociaż  uważała,  że  powinna  zamknąć  je  na  wszystkie  spusty  i  nie  wpuszczać 
pojawiających się bez zapowiedzi gości.

–  O,  widzę  dobre  rzeczy  –  rzekł,  gdy  weszli  do  pokoju.  –  Przez  cały  dzień 

byłem w szpitalu...

–  Niedawno twierdziłeś, że nie  zniżasz się do  aluzji  –  wypomniała mu Anne, 

ale ruszyła do kuchni.

Poszedł  za  nią  i  prawie  wpadła  na  niego,  gdy  się  odwróciła.  Starała  się 

opanować irytację, lecz głos miała ostrzejszy niż zwykle.

– Czy jest jakiś poważny powód wizyty o tej dość niezwykłej porze?
– Chciałem podziękować za kwiaty. Wzruszające, że pomyślałaś...
Speszyła się, ponieważ wyłowiła dziwną nutę w tonie, jakim to powiedział. Co 

ona  oznacza?  Zawoalowaną  ironię?  Czy  Matthew  podobnie  jak  Holly  uważa,  że 
Anne przymila się zwierzchnikowi?

– Naprawdę drobiazg.
– Sprawiły mi dużą przyjemność.

background image

– Tobie?
–  A  komu?  –  Bez  pośpiechu  zlizał  śmietanę  z  górnej  –  wargi.  –  Bilecik  był 

zaadresowany do Matthew Jamesa Garretta, czyli właśnie do mnie.

– A jakie imiona ma twój ojciec?
– James Emerson.
– Żarty sobie stroisz! – Anne przełknęła ślinę. – Przecież masz numer II.
–  Dano  mi  imiona  po  dziadku,  który  był  pierwszym  Matthew  Jamesem  w 

rodzinie.  Nie  jestem  juniorem,  jak  lubisz  mnie  nazywać.  Imiona  niezbyt  mi  się 
podobają, ale nie pytano mnie o zdanie. Starczy ci takie wyjaśnienie?

Anne pomyślała, że Holly idealnie się zemściła.
– Dziennikarzom nie należy w niczym wierzyć – burknęła. – Szczególnie gdy 

chodzi o imiona.

– Racja.
– Wypij czekoladę i znikaj.
–  Jak  pani  każe.  Ale  czy  mogę  wypić  na  siedząco?  Cały  dzień  jestem  na 

nogach, bo w szpitalu, a przynajmniej na tym oddziale, nie ma krzeseł.

– Pewnie nie chcą, żeby odwiedzający za długo tam przebywali.
Weszli do pokoju.
– Może – rzekł Matthew bez przekonania. – Nie przejmuj się pomyłką, bo  to 

najładniejszy bukiet, jaki w życiu dostałem. – Usiadł na kanapie i wskazał miejsce 
obok siebie. – Prawdę powiedziawszy, jedyny bukiet.

– Dobrze wiesz, dla kogo był przeznaczony i jeśli nie dasz go ojcu...
– Uspokój się, bo już dałem i ojcu też bardzo się podoba. Ale musisz przyznać, 

że trochę skompromitowałaś nasz dziennik pod względem dbałości o szczegóły.

– Anne usiadła w fotelu na biegunach, oparła głowę o poduszkę i przymknęła 

oczy.

–  Wyobrażam  sobie,  z  jaką  przyjemnością  zwróciłeś ojcu  uwagę na  mój brak 

kompetencji.

–  Nie  musiałem  –  spokojnie  oświadczył  Matthew.  –  Sama  już  wcześniej  się 

popisałaś.

Anne jęknęła w duchu i pomyślała, że chyba jest jedną z niewielu osób, które 

życzliwy  gest  odbierają  jako  groźbę  utraty  pracy.  Nadal  miała  zamknięte  oczy, 
więc nie widziała, że po ustach Matthew przemknął cień uśmiechu.

–  Sprawdzanie  szczegółów  należy  do  moich  obowiązków.  W  ubiegłym 

miesiącu zwolniłam człowieka, który za często się mylił. Miarka przebrała się, gdy 
jedno i to samo nazwisko napisał inaczej aż sześć razy.

background image

– Czyli z tobą jeszcze nie jest tak źle, bo do zwolnienia zostało ci pięć pomyłek.
Zadzwonił telefon.
– Słucham?
–  Dobry wieczór,  kochanie  –  odezwał  się  Rudy. –  Zarezerwowałem  stolik  na 

siódmą.

– Aha.
Kątem oka dostrzegła, że Matthew otworzył książkę i zaczął czytać. Ciekawe, 

czy telepatycznie wie, kto dzwoni, czy raczej chce uprzejmie udawać, że nie słucha 
rozmowy, a powieść leżała pod ręką.

– Aha? – Rudy poczuł się urażony. – Tylko tyle masz do powiedzenia?
– Przecież mówiłeś, dokąd pójdziemy.
– A, tak. Wiesz, musiałem usłyszeć twój głos, żeby – mieć pewność, że nasze 

spotkanie nie było snem. Nadal trudno mi uwierzyć, że się umówiliśmy.

Anne też wydawało się to nieprawdopodobne.
–  Zastanawiałem  się,  czy  wypada  dzwonić,  bo  może  akurat  czytasz  moją 

powieść.

– Niestety, jeszcze nawet nie zaczęłam. Zostawiam sobie na sobotę, gdy będę 

miała wolny czas.

– Hm, nie wiem, jak to rozumieć. – Rudy zaśmiał się. – Pozwolić ci spokojnie 

czytać, czy zaplanować teraz nasze spotkanie?

– Pozwól czytać.
Gdy wreszcie odłożyła słuchawkę, Matthew rzekł:
– Trzymasz biedaka w napięciu. Czemu nie przeczytałaś arcydzieła?
– Nie miałam czasu.
– Nie warto się śpieszyć, bo nic nie tracisz.
Anne uznała, że lepiej zmienić temat.
– Wiesz, dużo myślałam o rozmowie w niedzielę. O co twojemu ojcu chodziło? 

Co znaczy jego zaskakująca propozycja? O jaką pracę chodzi?

–  Skąd  mam  wiedzieć?  –  Wzruszył  ramionami,  zaznaczył,  gdzie  czytał  i 

zamknął książkę. – Mnie się nic nie mówi.

– Jak to? Twój ojciec wspomniał, że omawiał z tobą różne...
–  Nie  tę kwestię.  Czemu  się  dopytujesz? Masz  wyrzuty sumienia,  że posłałaś 

zwierzchnika do wszystkich diabłów?

–  Nic  takiego  nie  powiedziałam!  –  oburzyła  się.  –  Nie  słyszałam  o  żadnym 

wakacie,  a  mało  prawdopodobne,  żeby  ktoś  chciał  pracować  na  innej  zmianie. 
Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to pisanie krótkich reportaży.

background image

– Moim zdaniem to nie degradacja.
– A według mnie tak.
– Czemu? Od tego zaczynałaś?
– Owszem. – Skrzywiła się na wspomnienie początków pracy. – W podrzędnej 

gazecie  w  Chicago  pisałam  o  klubach  brydżowych,  rozgrywkach  tenisowych, 
dobroczynnych akcjach na przedmieściach. To cud, że dostałam się do „Chronicie".

– Była duża konkurencja?
– Straszna. Zdobycie pracy w takim dzienniku było szczytem marzeń.
– A co teraz ci się marzy?
– To moja tajemnica. Nigdy nie zyskałam nic po znajomości, zawsze muszę na 

wszystko ciężko pracować.

– Wracamy do punktu wyjścia. To znowu aluzja.
– Przepraszam. Nie robiłam aluzji, tylko stwierdziłam fakt.
–  Myślałaś  o  tym,  żeby  przenieść  się  gdzie  indziej?  Marzysz  o  stanowisku 

naczelnego na przykład w krajowym tygodniku?

Anne przeszył zimny dreszcz, ale opanowała się i spokojnie zapytała:
–  Czy  dajesz  mi  do  zrozumienia,  że  powinnam  zacząć  rozglądać się  za  nową 

pracą?

– Ludzie ambitni zawsze czegoś szukają.
– Często – poprawiła. – Ale ja wolę czekać i posuwać się ślimaczym tempem w 

doskonałej  redakcji,  niż  –  szybko  awansować  w  podrzędnej.  Chyba  że...  to,  co 
mówisz...  oznacza,  że  tutaj  nie  warto  liczyć  na  awans.  Matthew znowu  wzruszył 
ramionami.

– Ja nie decyduję.
Anne  miała  inne  zdanie  na  ten  temat  i  posądzała  go  o  to,  że  nie  chce  się 

przyznać.

Matthew powiódł palcem po okładce książki.
–  Skoro  do  końca  tygodnia  nie  będziesz  miała  czasu  czytać,  może  mi 

pożyczysz?

Spojrzała na niego zdumiona.
– Wiesz, nie bardzo mam ochotę...
– Czemu? Na pewno nie zniszczę. Ale jeśli nie masz do mnie zaufania, mogę 

przeczytać na miejscu. Chyba zostało jeszcze trochę czekolady...

Anne raptownie wstała.
–  Dobranoc.  Życzę  przyjemnego  czytania.  Nie  musisz  śpieszyć  się  z 

oddawaniem.

background image

Matthew podrzucił książkę i zręcznie złapał.
– Oddam za dwa, trzy dni, żebyś mogła dotrzymać obietnicy.
Odprowadzając  go  do  drzwi,  zastanawiała  się,  czy  nastąpi  kolejna  lekcja  o 

pocałunkach  pożegnalnych.  Wbrew  jej  oczekiwaniom  Matthew  uśmiechnął  się 
filuternie, musnął dłonią jej policzek i zbiegł ze schodów.

Była zła, że nie odpowiedział na pytania i każe domyślać się, co ją czeka. Lubił 

trzymać w napięciu! Dlatego ludzie czytali jego felietony, nawet nie patrząc, co jest 
na  pierwszej  stronie.  Głowiła  się,  co  oznacza  pozornie  obojętne  pytanie,  czy 
zamierza  przenieść  się  do  innej  gazety,  w  innym  mieście.  Czy  to  ostrzeżenie,  że 
gdy on obejmie dziennik, dla niej nie będzie miejsca? Czy dlatego nie kontynuował 
flirtu, który bezmyślnie zaczął?

Dzień był wyjątkowo piękny jak na tę porę roku. Liście już opadły, lecz nagie 

sylwetki drzew na tle czystego błękitu wyglądały malowniczo.

Anne  zaspała,  więc  przyjechała  na  zajęcia  samochodem.  Teraz  miała  wolny 

czas  do  wieczora  i  zamierzała  rozkoszować  się  spokojem,  bo  nie  przewidywała 
żadnych niezwykłych wydarzeń.

– Anne!
Odwróciła się niezbyt zachwycona, że słyszy Rudy'ego.
– Ty znowu tutaj?
– Sądząc z twojej miny – rzekł z pretensją – jeszcze nic nie wiesz.
– O czym?
– O tym. – Podał gazetę. – Widzę, że nie czytałaś.
– Nie zdążyłam.
Rzuciła okiem na pierwszą stronę, ale Rudy otworzył na innej.
– Tutaj. Ten twój Garrett... Pożyczyłaś mu moją książkę!
– Niezupełnie, bo sam sobie wziął.
– Ale od ciebie. Powinienem to przewidzieć.
Zerknęła na felieton i głośno przeczytała:
–  „Aby  zachować  prawo  do  wolności  słowa,  wolne  społeczeństwo  musi  od 

czasu do czasu znosić idiotyczną gadaninę. Nowa powieść Rudy'ego Balfoura jest 
niestety przykładem... ".

Przemknęła jej myśl, że należało się tego spodziewać.
– Bardzo mi przykro.
– Tyle jadu – warknął Rudy. – Podam faceta do sądu.
– Daj spokój. Potraktuj to jak zwykłą krytykę.

background image

– Obrazę nazywasz zwykłą krytyką? Po co dałaś mu książkę?
– Już ci mówiłam, że sam wziął. Zresztą, co to za różnica? Mógł kupić...
–  Wtedy przynajmniej  miałbym  satysfakcję, że  musiał sięgnąć do  kieszeni.  A 

tak,  co?  Jesteś  jego  wspólniczką...  Posłuchaj,  co  jeszcze  napisał:  „Książka  nawet 
nie zasługuje na swój pewny los, czyli na to, że nie czytana będzie długo leżeć na 
stolikach i półkach w całym kraju... ".

– To komplement...
– Komplement? – krzyknął Rudy. – Słuchaj dalej: „Jest więcej warta, bo jako 

środek nasenny działa skuteczniej niż specyfiki zapisywane przez lekarzy".

Anne przygryzła wargę, lecz nie zdołała ukryć uśmiechu.
– Ciebie to bawi! – wrzasnął Rudy. – Niech to jasny piorun...
– Trzeba przyznać, że jest w tym cały Garrett.
Rudy  cisnął  gazetę  na  chodnik  i  podeptał,  a  Anne  pomyślała  o  jego 

zapewnieniach, że nauczył się panować nad sobą i nigdy nie wpada we wściekłość.

– W takiej sytuacji dzisiejsza kolacja odpada! Odwrócił się i odszedł szybkim 

krokiem.

– Zegnam – zawołała za nim.
Była  rada,  że  pozbyła  się  jednego  kłopotu  i  żałowała,  że  przez  kilka  dni 

niepotrzebnie się dręczyła. Serce od razu mówiło jej, że to niemożliwe, by Rudy się 
zmienił.

Nic  jednak  nie  usprawiedliwiało  postępowania  Matthew.  Jego  bezwzględny 

atak zirytował ją. Postanowiła rozprawić się z nim, więc gdy znalazła się niedaleko 
Pemberton Place, skręciła w prawo, zamiast jechać prosto.

Zastała  Matthew  koło  garażu,  pochylonego  nad  silnikiem  kabrioletu.  Szła 

wolno,  licząc na  to,  że  go  zaskoczy  i  może, prostując  się, Matthew  uderzy o  coś 
głową. Gdy odezwała się, nie podskoczył, ale spokojnie wyjął śrubokręt z pudła i 
dopiero wtedy się odwrócił.

– O, dobrze, że cię widzę. Całe rano usiłowałem się dodzwonić.
– Żeby przed czymś ostrzec?
– Ostrzec? Po co? – Spojrzał na nią z niewinną miną. – Aha, felieton wywołał 

burzę?

–  Owszem.  Radzę  sprawdzać  przesyłki,  bo  możesz  dostać  truciznę.  Jednak 

przeczytałeś książkę.

– Tak. Proszę cię, podaj mi tamten klucz.
– Jesteś podżegaczem wojennym i celowo napisałeś taką zjadliwą krytykę, żeby 

wywołać awanturę.

background image

–  Nieprawda.  Nigdy  nie  piszę  z  premedytacją.  Powiedziałem,  co  myślę,  to 

wszystko.

– Nie musiałeś być taki wstrętny.
–  Gdybyś  przeczytała  dzieło,  wiedziałabyś,  że  pisałem  powściągliwie.  –

Odłożył klucz i oparł brudne ręce na czystej karoserii. – Spodziewałem się bardziej 
obiektywnej  reakcji  z  twojej  strony.  Nie  sądziłem,  że  będziesz  bronić  czegoś,  o 
czym nie masz pojęcia. Dla zasady bierzesz stronę byłego narzeczonego, tak?

Anne  ugryzła  się  w  język,  gdyż  wcale  nie  zamierzała  bronić  Rudy'ego.  ,  –

Jedziesz do pracy?

– Nie, dziś mam wolne.
–  Wobec  tego  oddam  ci  książkę,  przeczytasz  i  potem  podyskutujemy.  Jeśli 

uznasz, że jestem uprzedzony, przeproszę Rudy'ego.

– Wydrukujesz przeprosiny w gazecie?
– Oczywiście.
– Niemożliwe, żeby książka była aż taka zła i żebyś ty był tak pewien swego.
– O ile się zakładamy?
– Przez ciebie straciłam kolację w „Grandzie", więc chyba wszystko jasne.
–  O,  wysoka  stawka,  ale  niech  ci  będzie.  Idź  posłuchać,  co  ojciec  ma  ci  do 

powiedzenia, a ja przyniosę książkę.

– Twój ojciec już jest w domu?
– Wrócił dziś rano.
– I chce ze mną rozmawiać?
– Tak. Widocznie jest coś ważnego. Chyba nie sądzisz, że dla zabawy straciłem 

pół dnia, żeby się do ciebie dodzwonić?

– Co twój ojciec chce ode mnie?
– Nie  wiem.  Wbrew temu, co  myślisz, nie konsultuje się ze mną w  sprawach 

dotyczących personelu. Ojciec jest w cieplarni na tyłach domu.

Wytarł ręce, wyłączył silnik i odszedł, beztrosko pogwizdując.

background image

Rozdział 5

Sprawa dotycząca personelu!
Czyli wyszło szydło z worka i Matthew się zdradził. Nawet jeśli nie omawiał z 

ojcem każdej decyzji, teraz wiedział, że nie chodzi o zaproszenie na herbatę, lecz o 
sprawy służbowe.  I w dodatku bardzo ważne, skoro pan Garrett wzywa ją tuż po 
powrocie ze szpitala.

Pocieszała  się,  że  pomyłka  z  imionami nie  jest  wykroczeniem,  za  które  grozi 

zwolnienie.  Znała  jednak  procedurę  udzielania  zwykłej  nagany,  więc  ogarnęły  ją 
złe przeczucia.

Nieśmiało  zastukała  do  szklanych  drzwi  cieplarni  przylegającej  do  domu. 

Wyobrażała  sobie,  że  rekonwalescent  odpoczywa  na  wózku  inwalidzkim  lub  co 
najmniej  w  fotelu,  a  tymczasem  siedział  na  wysokim  stołku.  Był  w  ochronnym 
fartuchu,  rękawy  swetra  podwinął  do  góry,  łokcie  oparł  na  stole  i  oglądał  jakąś 
roślinę w doniczce. Liście rośliny wyglądały, jakby przywiędły po ostrej naganie. 
Anne  rzadko  dawała  ponosić  się  fantazji,  lecz  tym  razem  nie  panowała  nad 
myślami. Czy wydawca na roślinie przećwiczył przemowę, którą przygotował dla 
pracownicy?

– Czy pani zna się na storczykach? – zapytał pan Garrett bez wstępu.
Pytanie ją zaskoczyło.
– Niestety, nic o nich nie wiem.
– Szkoda. Według mnie ten miał za dużo wody. Inny powód nie przychodzi mi 

do głowy. No, teraz przez tydzień nie dostanie ani kropli. – Odstawił doniczkę na 
bok i odwrócił się. – Proszę zdjąć płaszcz, bo tu ciepło, a musimy porozmawiać.

Na  końcu  języka  miała  uwagę,  że  w  wolnym  dniu  lubi  sama 

zagospodarowywać swój czas, ale zamiast tego powiedziała:

– Wcale nie wygląda pan jak po ciężkiej operacji. Nie sądziłam, że tak szybko 

wróci pan do domu.

–  Teraz  medycyna  działa  cuda.  Dawniej  taka  operacja  była  poważna,  cięcia 

olbrzymie,  a  pobyt  w  szpitalu  trwał  tygodniami.  Teraz  lekarze  twierdzą...  i  każą 
nam  wierzyć...  że  to  zabieg  kosmetyczny.  Oczywiście  zalecili  mi  to  samo,  co 
przedtem:  lekką  dietę,  dużo  gimnastyki,  mało  zmartwień.  Ostatnie  zalecenie  jest 
przyczyną naszego spotkania.

Anne uznała, że musi przeprosić i im prędzej to zrobi, tym lepiej.
–  Bardzo  przepraszam  za  moje  zachowanie  w  niedzielę.  Nie  wiem,  co  mnie 

background image

napadło, żeby zarzucić panu dyskryminowanie kobiet. Strzeliłam jak kulą w płot... 
I  obiecuję,  że  odtąd  zawsze  będę  trzy  razy  sprawdzać  imiona  i  nazwiska.  Takie 
niedopatrzenie...

– Och, to drobna pomyłka – przerwał pan Garrett. – I nie pierwsza. Najpierw 

przez pół życia byłem znany tylko jako syn Matthew Garretta, a teraz jestem tylko 
ojcem Matta Garretta. Chyba się przyzwyczaję.

– Jest mi naprawdę wstyd i nie zdziwię się, jeśli pan mi odpłaci i odtąd będę dla 

pana Jane albo Cassandrą.

Starszy pan wybuchnął śmiechem, twarz rozjaśniła mu się i teraz wyglądał jak 

Matthew.

– A co do tej drugiej sprawy – brnęła dalej. – Przepraszam, że groziłam...
–  Wina  była  moja  –  przerwał  pan  Garrett  –  a  racja  po  pani  stronie.  Nie 

przemyślałem wszystkich aspektów wiążących się z taką zmianą.

Anne odetchnęła i pomyślała, że może niepotrzebnie się denerwowała.
– Moje dziecko, mam nadzieję, że łaskawie wybaczysz staremu człowiekowi...
– Pan wcale nie jest stary – zaprzeczyła automatycznie, lecz szczerze.
– Gdy za moich młodych lat dama znajdowała się w niebezpieczeństwie...
– Stawał pan w jej obronie. Teraz też pan tak postąpił. Nowi strażnicy są tacy 

gorliwi, że wszystkie kobiety odprowadzają do samochodu.

–  Postępują  według  instrukcji.  Ale,  moja  droga...  –  Starszy  pan  urwał  jakby 

speszony. – Przepraszam, wyrwało mi się.

W pierwszej chwili nie zorientowała się, o co chodzi.
– Och, tym razem to moja wina. A raczej pańskiego syna, który uważa mnie za 

wojującą  feministkę,  gotową  pobić  każdego  mężczyznę,  który  jest  wobec  niej 
uprzejmy.

Przy  drzwiach  rozległ  się  gromki  śmiech.  Wszedł  Matthew,  który  zdążył 

przebrać się w brązowozielony sweter i brązowe spodnie.

– Ty wojującą feministką? To tylko pozory, mości panno. Tak naprawdę jesteś 

beznadziejnie staroświecka.

– Ja?
– Świadczą o tym haftowane poduszki i czekolada na gorąco.
– Poduszki wyhaftowała moja babcia – zareplikowała ostro. – A czekolada, jak 

chyba zauważyłeś, była z proszku.

– Ale bita śmietana prawdziwa.
Rzucił książkę, którą zręcznie złapała i włożyła do torebki.
–  Synu,  dobrze,  że  przyszedłeś  –  odezwał  się  pan  Garrett.  –  Właśnie  miałem 

background image

poprosić naszego gościa o wyświadczenie mi przysługi.

Wyświadczenie przysługi? Czyli nie chodzi o surową naganę? Anne tak ulżyło, 

że nie spostrzegła, iż pan Garrett mówi o obu sprawach, jakby nie przywiązywał do 
nich zbytniej wagi.

– Od lat nosiłem się z pewnym projektem – ciągnął starszy pan – a teraz, gdy 

nadszedł  odpowiedni  moment,  żeby  go  zrealizować,  lekarze  zalecają  duże 
ograniczenie  obowiązków.  Bałem  się,  że  pomysł  spali  na  panewce,  bo  sam  nie 
mogę go opracować, a Matt – wymownie spojrzał na syna – nie ma czasu.

Anne  zdziwiła  się.  Jak  to?  Mattowi  brak  czasu?  Jest  dopiero  południe, 

większość  ludzi  solidnie  pracuje,  a  on  majstruje  przy  starym  samochodzie. 
Wygląda, jakby miał mnóstwo wolnego czasu, ale skoro ojciec-wydawca...

–  Sądzę,  że  to  zajmie  parę  wieczorów  –  podjął  pan  Garrett.  –  Ale  jak  już 

przebrnie się przez pierwszy etap...

– Tato – wtrącił się Matthew. – Nie trzymaj biedaczki w napięciu, bo zżera ją 

ciekawość.

–  Masz  rację.  Powinienem  najpierw  powiedzieć,  o  co  chodzi.  Otóż  na  cześć 

mojego  ojca  postanowiłem  ustanowić  fundusz  stypendialny  dla  studiujących 
dziennikarstwo.  Ale  jak  wiadomo,  najtrudniej  ustalić  zasady  przyznawania 
pieniędzy, żeby  skorzystali  właściwi ludzie.  W tym  wypadku  interesują  mnie  nie 
tylko  studenci  potrzebujący  wsparcia  finansowego,  a  znikąd  nie  mogący  go 
otrzymać, ale tacy, którzy rokują nadzieję, że za kilka lat czymś się wyróżnią. Nie 
mam  ochoty  finansować  wykształcenia  dzieci,  które  rzekomo  chcą  zostać 
dziennikarzami, ale kończą jako sprzedawcy...

– Zaraz ci podskoczy ciśnienie – ostrzegł Matthew.
Rekonwalescent puścił uwagę mimo uszu.
–  Pan  Lehmann  twierdzi,  że  stawiam  za  dużo  warunków,  i  to  takich,  którym 

nikt nie sprosta. Jakoś nie mogę go przekonać, że wiem, czego chcę. – Przez chwilę 
przypatrywał się Anne. – Czy pani rozumie, o co mi chodzi?

– Chyba tak, ale...
– No właśnie. Tylko ktoś z praktycznym doświadczeniem mnie zrozumie.
Anne wymownie spojrzała na Matthew, który cicho mruknął:
– Gratuluję.
–  Rozumie  pani,  dlaczego  chcę  ją  zwerbować  –  rzekł  pan  Garrett.  –  Sam 

niewiele mogę zdziałać, więc potrzebuję kogoś, kto sformułuje zasady, powiadomi 
odpowiednie czynniki i oceni podania.

– Anne gorąco poparła projekt, ponieważ zawsze są zdolni uczniowie, których 

background image

nie  stać  na  studia.  Takie  stypendium  umożliwiłoby  im  zdobycie  wykształcenia. 
Dziwiło  ją  jednak,  że  właśnie  ona  została  wybrana.  I  znalazła  się  w  dość 
kłopotliwej  sytuacji,  ponieważ  nie  lubiła  narzucanych  zadań,  a  nie  wypadało 
odmówić przełożonemu.

– Syn podsunął mi myśl, żeby panią zapytać.
–  Dziękuję,  przyjacielu  –  bąknęła  niezbyt  uprzejmie.  Matthew  wyszczerzył 

zęby w szelmowskim uśmiechu i rozłożył ręce.

– Widzę po twojej minie, że uważasz siebie za idealną kandydatkę.
–  Pani  ma  osobiste  doświadczenie,  a  poza  tym  od  pani  Dorie  wiem,  jak  pani 

angażuje się w sprawy uczelni. Nie tylko uczy bezpłatnie, ale czasem sięga też pani 
do własnej kieszeni...

Anne  nikomu  o  tym  nie  mówiła.  Jak  to  się  wydało?  Ogarnął  ją  gniew,  więc 

policzyła do dziesięciu i w miarę spokojnie odparła:

– Pana projekt jest bardzo piękny...
– Mówmy sobie po imieniu.
–  I  chętnie  pomogłabym,  ale  uważam,  że  potrzebna  jest  osoba  z  większym 

doświadczeniem.

–  Duże  doświadczenie  nie  jest  konieczne.  Starczy,  jeśli  wypunktujesz,  jaka 

procedura  oceny  podań  i  jakie  wymagania  zadowoliłyby  ciebie,  a  mnie  to 
wystarczy. Sama jesteś przykładem, jakiego szukam.

– Wątpię, czy pan Lehmann uzna moje argumenty.
Pan Garrett niecierpliwie machnął ręką.
– To nie problem, bo. Matt zgodził się pośredniczyć.
Ty opracujesz plan, a on przekona pana Lehmanna.
Anne zerknęła na Matthew, który nieznacznie wzruszył ramionami.
– Mój syn teraz nie może zająć się opracowywaniem szczegółów. Oczywiście

nie chcę, żebyś marnowała na to wolne chwile. Drobne zmiany zapewnią ci czas w 
godzinach dyżuru redakcyjnego.

Anne rzuciła Matthew podejrzliwe spojrzenie. Czy wolne w godzinach pracy to 

jego  pomysł?  Co  jeszcze  wymyśli?  Czy  zwolni  ją,  jeśli  nie  wywiąże  się  z 
obowiązków?

– Dziękuję, ale i bez tego sobie poradzę.
– Z niecierpliwością czekam na wynik twoich przemyśleń.
Pan Garrett uśmiechnął się, wstał i wyciągnął rękę.
Anne  czuła  się  pokonana  i  obawiała  się,  że  zasady  przyznawania  stypendium 

nie  ujrzą  światła  dziennego.  Intuicja  mówiła,  że  obecność  Matthew  nie  ułatwi 

background image

sytuacji.

Spotkali się o umówionej godzinie i ledwo usiedli przy stoliku, powiedziała:
– Przyznaj się, że podrzuciłeś stryczek, na którym mam się powiesić. Liczysz 

na to, że się skompromituję i twój ojciec będzie miał pretekst, żeby mnie zwolnić.

Matthew patrzył na nią z marsem na czole.
– Mów dalej, bo na razie nic nie rozumiem. Lepiej wymyślasz intrygi niż twój 

narzeczony. Czy zamierzasz pisać powieści?

– Przestań zmieniać temat.
– Jesteś niemożliwa. – Głośno westchnął. – Nie pojmuję, czemu wbiłaś sobie 

do głowy, że dążę do zwolnienia cię z pracy.

–  To  twoja  wina,  bo  dopytujesz  się,  czy  zamierzam  przenieść  się  do  innej 

gazety lub pisać książki.

–  Aha.  Stąd wnioskujesz, że  chcę się  ciebie pozbyć. Mylisz  się,  bo  po  prostu 

zadaję uprzejme pytania. Zapominasz, że masz nade mną przewagę.

– Jaką?
– Dzięki felietonom sporo o mnie wiesz. Ja zaś muszę pytać, żeby dowiedzieć 

się czegoś o tobie.

Logiczne  tłumaczenie  nie  przekonało  jej  i  nadal  trwała  w  podejrzeniach  o 

ukryte motywy.

– Powiedzmy...
Rozejrzała się po  sali, w której rzadko bywała. Chciała miło  spędzić wieczór, 

niezależnie od towarzystwa.

Przed wielu laty w hotelu odbywały się  bale, wesela, bankiety, ważne zjazdy. 

Potem moda zmieniła się,  wystrój wnętrza przestał  odpowiadać  nowym gustom  i 
hotel  powoli  utracił  popularność.  Okazał  się  nierentowny,  lecz  właśnie  to  go 
uratowało.  Dobrze, że nie przynosił dochodu, bo remont  zniszczyłby styl  typowy 
dla  lat  dwudziestych.  A  tak  pierwotne  kolory  i  ornamenty  zostały,  tyle  że 
przybrudzone,  podniszczone,  miejscami  niepełne.  W  późnych  latach 
siedemdziesiątych  przystąpiono  do  renowacji;  zachowano  wszystko,  co  udało  się 
odnowić.  Teraz  ponownie  weszło  w  modę  przychodzenie  na  koktajl  do  „Marble 
Court"  i  urządzanie  wesel  w  wielkiej  sali  balowej.  Znowu  bawiono  się  tu  i  przy 
różnych okazjach wznoszono toasty.

– Ładna sala, prawda? Wydaje mi się, że lada chwila orkiestra zagra charlestona 

i na parkiet wyjdą niemodnie ubrane pary.

–  Wróciło  tu  życie,  więc  tym  większa  szkoda,  że  Rudy  nie  uchwycił 

background image

specyficznej atmosfery.

Anne westchnęła.
–  Usilnie  się  starał  –  ciągnął  Matthew  –  ale  mu  nie  wyszło.  Zdaje  mi  się,  że 

nawet tu nie wstąpił, chociaż obrał hotel za miejsce akcji. Zauważyłaś  jego słabe 
punkty, prawda?

– Musisz teraz o nim mówić?
Matthew,  który akurat  napełniał  jej kieliszek,  tak  się  zdziwił, że  rozlał  trochę 

wina. Odstawił butelkę i ujął dłoń Anne w swoją.

–  Wcale  nie  muszę,  bo  są  ciekawsze  tematy.  Przepraszam  za  niestosowne 

zachowanie.

– Niestosowne? Ja nie...
Próbowała cofnąć rękę, lecz Matthew mocniej zacisnął palce, uniósł jej dłoń do 

ust i pocałował.

– O, teraz postępujesz nietaktownie – szepnęła. – Co ty sobie myślisz?
–  Ze  źle  cię zrozumiałem.  Nie  zdawałem  sobie sprawy, że  to  ma być randka. 

Sądziłem,  że  jedynym  powodem  spotkania  jest  książka  Rudy'ego.  –  Nie 
wypuszczał jej dłoni ze swojej. – Nie zorientowałem się, że to jedynie wykręt, by 
być ze mną. Wybacz.

Anne bezskutecznie usiłowała wyrwać rękę.
– Nasza pierwsza randka – ciągnął uwodzicielskim tonem. – Trochę mi głupio, 

że  musiałaś  mocno  stuknąć  mnie  w  głowę,  żebym  zrozumiał,  o  co  ci  chodzi. 
Gdybyś szczerze powiedziała...

– Dobrze. Szczerze ci mówię, że jednak wolę porozmawiać o książce.
– Za późno. Przed chwilą nie chciałaś, więc nie będę cię zmuszał.
Gdy kelner przyniósł zupę, Matthew z westchnieniem żalu puścił rękę Anne.
Anne  uważała,  że  posunął  się  za  daleko,  chyba  to  celowy  krok,  aby 

wyprowadzić ją z równowagi. Im mocniej ona się zirytuje, tym bardziej on będzie z 
siebie  zadowolony,  a  jeśli  wpadnie  w  ten  sam  ton,  zabawa  prędko  mu  się 
sprzykrzy. Dlatego spuściła oczy i słodkim głosikiem powiedziała:

– To żenujące, że słynny felietonista okazał się tak mało bystry.
Usłyszała  coś  jak  westchnienie,  ale  nie  była  pewna.  Ujęła  jego  dłoń  i, 

trzepocząc rzęsami, szepnęła:

– Od dawna darzę cię gorącym uczuciem. Zakochałam się w twojej wspaniałej 

prozie.  –  Przelotnie  zerknęła  na  niego.  –  Już  jako  dziecko,  ledwo  nauczyłam  się 
czytać, a to tak dawno...

Matthew zamknął jej dłoń w  mocnym uścisku,  więc szarpnęła się, rzuciła mu 

background image

gniewne spojrzenie i potrząsnęła obolałą ręką.

–  Teraz  rozumiem,  co  znaczy  żelazny  uścisk  –  syknęła.  –  Jeśli  masz  mi 

zmiażdżyć palce, wycofuję  się z  gry. Zastawiłeś na  mnie pułapkę, ale sam w  nią 
wpadłeś.  Tak  naprawdę  nie  chcesz  przedyskutować  książki,  bo  boisz  się,  że 
będziesz musiał przeprosić autora. No, przyznaj się.

–  Do  czego?  Lepiej  ty  się  przyznaj,  czemu  przedtem  nie  chciałaś  omówić 

arcydzieła narzeczonego.

– Anne pomyślała, że lepiej nic nie mówić, ale odparła:
– Powieść nie przypadła mi do gustu. Być może jest dobra, ale...
–  Nie  jest  –  przerwał  Matthew.  –  Niedopracowana  akcja,  złe  opisy,  kiepsko 

naszkicowane postaci...

– Mimo to uważam, że powinieneś Rudy'ego przeprosić.
– Za co? I czemu? Żebyś ty miała spokój? Oczywiście rozumiem, dlaczego go 

bronisz. To reakcja typowa dla ciebie.

– Wcale go nie bronię – zawołała.
Zawstydziła  się,  gdy  zobaczyła,  że  ludzie  przy  sąsiednich  stolikach  patrzą  na 

nią. Spuściła głowę i wbiła wzrok w talerz.

Kilka minut później do ich stolika podeszła kobieta w średnim wieku.
– Panie Garrett, pański dzisiejszy felieton...
Matthew wstał.
– Niech pan nie wysila się i nie udaje znawcy współczesnej literatury. Jest jasne 

jak słońce, że pan nie wie, o czym mówi. Moim zdaniem to, co pan wypocił, jest
nudne jak flaki z olejem. Nie zna się pan na takiej literaturze.

Anne  zdusiła  niewczesny  śmiech,  a  Matthew  spojrzał  na  nią  z  gorzkim 

wyrzutem. Potem wyjął z kieszeni dwie monety i podał nieznajomej.

– Proszę. Nieznajoma spąsowiała.
– Co to ma znaczyć?
– Przepraszam, że panią znudziłem i oddaję pieniądze za gazetę.
– Co za gbur! Nikt mnie tak nie obraził – krzyknęła kobieta i prędko odeszła.
Matthew wzruszył ramionami i usiadł.
– Nic nie rozumiem. Starałem się być grzeczny i chciałem zwrócić pieniądze.
– Nie powinieneś...
– W dodatku za całą gazetę, a nie tylko za stronę z moim felietonem.
– Nie udawaj głupszego, niż jesteś. To skandal. Wydawca nie musi wszystkim 

dogadzać, ale niedobrze, jeśli czytelnicy pałają do gazety nienawiścią.

–  Tylko  jedna  czytelniczka...  Założę  się,  że  felieton  przeczytała  w  całości,  a 

background image

książki  na  pewno  nie.  Gdyby  poświęciła  jej  więcej  uwagi,  nie  nazwałaby  mnie 
nudziarzem. MNIE!

Długo kłócili się na temat książki i nie doszli do zgody nawet przy kawie. Gdy 

kelner przyniósł rachunek, Matthew wymownie spojrzał na Anne.

–  Nie  myśl,  że  zapłacę  –  uprzedziła  pytanie.  –  Ty  przegrałeś  tę  rundę. 

Właściwie nie przepadam za stylem Rudy'ego, ale...

–  Powiedz  mi z  ręką  na  sercu,  czy naprawdę  nie  uważasz, że to  jedna  z  tych 

książek, bez których świat mógłby się obejść.

–  Świat  mógłby  obejść  się  bez  wielu  rzeczy.  Nie  podpowiadaj  mi,  co  mam 

mówić. Nieważne,  co myślę o powieści, bo  nadal sądzę, że nie powinieneś pisać 
takiej zjadliwej recenzji. I ta pani widocznie też tak myśli.

– Nazwała mnie nudziarzem, a to zupełnie co innego.
– Tak czy owak jesteś mi winien kolację.
– Matthew uśmiechnął się i uregulował rachunek.
– A Rudy'emu jesteś winien przeprosiny.
–  Nie  chciej  za  dużo.  Płacę  za  kolację,  bo  to  nasza  pierwsza  randka,  a  nie 

dlatego, że przegrałem. Chcę, żebyś wiedziała, jaki mam gest.

Odwiózł ją i nie tylko odprowadził do drzwi, lecz wszedł do domu.
– O, znowu się wpraszasz?
– Oczywiście. Jeśli kobieta wyznaje mężczyźnie wieloletnią miłość, nie wypada 

tego  ignorować.  Byłoby  to  bardzo  niegrzeczne. –  Pomógł  jej  zdjąć  płaszcz.  –
Gdybyś nie uczyniła wyznania w miejscu publicznym, nie czekałbym tak długo.

W  kuchni  Anne  stanęła  na  palcach,  żeby  wziąć  z  półki  dzbanek  z 

jabłecznikiem.  Matthew  zdjął  dzbanek,  podał  i  ją  pocałował.  Chętnie  rozbiłaby 
dzbanek  na  głowie  impertynenta,  ale  miała  unieruchomione  ręce.  Była  bezradna, 
gdy wyjmował spinki i wsunął palce w jej włosy. Obsypał pocałunkami jej twarz i 
szyję, lekko ugryzł w ucho. Znalazł najwrażliwsze miejsce tuż pod brodą, a wtedy 
pomyślała, że grozi jej wewnętrzny wybuch. Pocałunki były inne niż poprzednio; 
wkrótce zabrakło jej tchu i osłabła.

Dzbanek wyślizgnął się jej z rąk, lecz Matthew go złapał i odstawił na szafkę.
– Jesteś niebezpieczna. Bardzo.
– A ty nie? – wykrztusiła, opierając się o jego szeroką pierś. – Matthew...
–  Czas,  żebyś  zwracała  się  do  mnie  zdrobniałym  imieniem.  W  miłości 

przeszkadza...

– Ze strachu przestało jej bić serce.
–  Co  takiego?  Musimy coś  wyjaśnić.  Parę pocałunków  wcale nie  oznacza,  że 

background image

interesuje mnie coś więcej.

– Kłamiesz, bo bardzo cię interesuje.
Anne  odsunęła  się,  wlała  do  rondla  sporą  porcję  jabłecznika  i  wrzuciła 

cynamon. Matthew pocałował ją w kark.

– Nie denerwuj się, bo wiem, jaka jesteś staroświecka.
Usłyszała w jego głosie źle skrywane rozbawienie. Na pewno chętnie zostałby 

do  rana,  ale  potem  szybko  zapomniałby  o  tej  nocy.  Musi  pamiętać,  że  dla  niego 
byłaby to zabawa bez znaczenia.

– Poza tym – dodał poważnie – wciąż mam w uszach twój przeraźliwy wrzask 

na parkingu, a nie chcę, żebyś pobudziła sąsiadów. Zobaczymy się w sobotę.

– W sobotę? Z jakiej okazji?
–  Z  okazji  spotkania  z  Lehmannami,  żeby  omówić  szczegóły  dotyczące 

stypendium. Pojedziemy do ich domku w Door County.

– Podobno nie masz czasu na zajmowanie się stypendiami – rzuciła z ironią.
–  Wydaje  mi  się,  że  będzie  rozsądniej,  jeśli  przedstawię  ojcu  wynik  tego,  co 

uzgodnimy  między  sobą.  Lepiej  nie  męczyć  go  rozpatrywaniem  wszystkich 
wariantów. – Włożył płaszcz. – Zgoda?

Anne  nie  pociągała  perspektywa  spędzenia  z  Matthew  niedzieli  na  wsi. 

Gorączkowo szukała odpowiedniej wymówki, ale nic nie wymyśliła.

– W sobotę idę do pracy.
– Pamiętam, ale ja też muszę pracować.
– Ty? – zdziwiła się.
– Przyjadę, gdy wrócisz z redakcji, i w godzinę będziemy na miejscu.
– Nie mogę jechać, bo mam inne plany.
Matthew zawrócił ze schodów.
– Kłamiesz. Powiedziałaś Rudy'emu, że przeczytasz jego książkę w sobotę, bo 

nie masz innych planów.

A skoro już przeczytałaś, jesteś wolna jak ptak.
Pocałował ją w czubek nosa i odjechał.

background image

Rozdział 6

Za  późno  pobiegła  do  kuchni.  Jabłecznik  zdążył  wykipieć  i  prawie  się 

wygotował. Na dnie rondla został brązowawy osad, a kuchenka była pokryta lepką 
masą.  Napełniła  rondel  zimną  wodą  i  zaczęła  wycierać  kuchenkę,  myśląc  o 
wyjeździe.  Wiedziała,  że  w  Door  County  jest  pięknie  o  każdej  porze  roku,  lecz
jesienią pogoda bywa niepewna i nagle może zrobić się zima. Wzdrygnęła się, gdy 
wyobraziła sobie małą chatę zasypaną śniegiem i odciętą od świata.

– Dopiero październik – powiedziała na głos. – Nie oszukuj się, bo to wcale nie 

strach przed zimą, lecz przed czymś innym.

Zrezygnowała  z  czyszczenia  kuchenki  i  nakryła  ją  mokrymi  ręcznikami. 

Liczyła na to, że do rana klejowata masa sama się rozpuści.

Z  jednej  strony  miała  coraz  więcej  wątpliwości  związanych  z  wyjazdem,  a  z 

drugiej uważała, że im prędzej wykona zadanie, którego się podjęła, tym lepiej. W 
wiejskiej  chacie  niewątpliwie  będzie  więcej  spokoju  potrzebnego  do  intensywnej 
pracy  i  być  może  ustalą  zasadnicze  punkty.  Jeśli  uda  się  przebrnąć  przez 
najtrudniejszy etap, wszyscy będą zadowoleni i spokojnie wrócą do swych zajęć.

Przez chwilę rozważała, czy rano zadzwonić do pana Garretta i powiadomić go, 

że się  wycofuje. Zawsze można odmówić, nawet zwierzchnikowi. Kłopot polegał 
jednak  na  tym,  że  nie  chciała  odmawiać,  bo  była  przekonana,  że  ustanowienie 
funduszu  stypendialnego  jest  bardzo  dobrą  inicjatywą.  Nie  miałaby  żadnych 
zastrzeżeń  i  entuzjastycznie  poparłaby  projekt,  gdyby  nie  została  wciągnięta  w 
sprawę niejako bez uprzedzenia.

Jakie  będą  konsekwencje  ewentualnej  odmowy?  Matthew  nic  nie  zrobi,  gdyż 

jasno  dał  do  zrozumienia,  że  sprawa  interesuje  go  o  tyle,  o  ile  będzie  mógł 
zadowolić ojca, nie wkładając w opracowanie zbyt wiele wysiłku. Czyli albo nikt 
nic  nie  zrobi  i  projekt upadnie, albo  zajmie  się  nim  człowiek  obojętny, który  nie 
zrozumie, o jakich stypendystów panu Garrettowi chodzi. Skończy się na tym, że 
będzie  to  fundusz  jak  wiele  innych.  Pieniądze  będą  przyznawane  bez  dobrego 
rozeznania  i  tylko  przypadkowo  pomogą  tym,  którzy  rokują  nadzieję  na  to,  że 
zostaną wybitnymi dziennikarzami.

Zgasiła  lampy  i  dopiero  wychodząc  z  pokoju,  zauważyła  czerwone  światełko 

automatycznej  sekretarki.  Wysłuchała  dwóch  nagrań.  W  pierwszym  Rudy 
przepraszał  i  zapewniał,  że  nikt  nie  ponosi  winy  za  poglądy  aroganckiego 
felietonisty i prosił, żeby się odezwała. W drugim zawiadamiał, że przyjechał, aby 

background image

zabrać ją na kolację, lecz dom był zamknięty. Dziwił się, że Anne ma do niego żal, 
mimo iż ją przeprosił.

Anne zirytowała się. Dlaczego Rudy uważał, że po awanturze będzie grzecznie 

siedzieć  w  domu  i  na  niego  czekać?  Czyżby  zapomniał,  że  odwołał  spotkanie? 
Poza tym, dlaczego uważał, że wystarczą nagrane przeprosiny?

Skasowała  nagrania  i  poszła  na  górę.  Zastanawiała  się,  jak  Rudy  postąpiłby, 

gdyby  ktoś  skrytykował  go  tak,  jak  przydarzyło  się  to  Matthew.  Na  pewno  nie 
zaproponowałby  zwrotu  pieniędzy.  Przypomniała  sobie  wyraz  twarzy  tamtej 
kobiety i wybuchnęła śmiechem. Matthew nie cierpiał na kompleks niższości, miał 
dobre  mniemanie  o  sobie,  swej  pracy  i  poglądach.  Taka  pewność  siebie  nie 
oznaczała, że zawsze miał rację.

– Uważa, że jest dżentelmenem – szepnęła, ziewając.

– To nawet ciekawe.

W  sobotę  rano  przyznała  Matthew  rację,  że  zaoszczędzą  trochę  czasu,  jeżeli 

pojadą  na  wieś prosto  z redakcji.  Dlatego  zabrała do  pracy podróżną torbę,  którą 
wsunęła pod biurko. Miała jednak wyrzuty sumienia, że w pracy trzyma rzeczy na 
wyjazd.

Weszła Holly. Była elegancko ubrana, ponieważ wróciła właśnie z hotelu, gdzie 

odbyła  się  uroczystość  wręczania  nagród.  Kładąc  na  biurku  plik  papierów, 
przymilnie spytała:

– Wybaczyłaś mi? Oto dowód, że odbyłam karę.
Anne rzuciła okiem na wydruk z powtarzającym się jednym jedynym zdaniem i 

przeczytała:

– „Zawsze będę mówić prawdę i tylko prawdę". – Przerzuciła kartki i gniewnie 

zmarszczyła brwi. – Nie liczy się. Miałaś napisać zdanie pięćset razy, a nie jeden i 
powielić.

– Skąd wiesz, że nie ślęczałam nad tym przez dwa dni? – Holly uśmiechnęła się 

znacząco. – Twój przyjaciel Garrett junior zrobił dziś furorę. Oczarował całą salę.

Anne  skrzywiła  się.  Czyli  o  to  chodziło,  gdy  mówił,  że  w  sobotę  musi 

pracować.

– Widocznie wygłaszanie mów to jego specjalność. Podobnie jak zgrywanie się, 

komedianctwo, cyrkowe popisy.

– Myślałam, że go lubisz. Z tego, co mówi Dominique...
– O? – Anne rzuciła Holly podejrzliwe spojrzenie. – Od kiedy jesteś z nią na ty?
–  Nie  jestem,  ale  dowiedziałam  się  okrężną  drogą.  Niedawno jadła  kolację  w 

„Grandzie" i widziała, kto cię całował. Była wściekła.

background image

Anne milczała.
– Przyznaj się, całował czy nie? To przez niego wtedy nie mogłaś spotkać się ze 

mną?

– Wcale mnie nie całował – oświadczyła Anne sucho. – No, tylko w rękę.
Holly patrzyła na nią rozczarowana.
–  Ach,  te  plotki!  Ludzie  zawsze  wszystko  przekręcą.  Wielki  felietonista 

pocałował cię tylko w rękę?

– To nic zdrożnego. Ale powinnam mieć więcej oleju w głowie i zaproponować 

kolację gdzie indziej.

W zdenerwowaniu kopnęła kosz, który się przesunął, popychając torbę.
Holly długo wpatrywała się w torbę, po czym podniosła wzrok na Anne.
– Jedziesz odpoczywać u przyjaciółki?
– Nie. Jadę pracować u znajomych.
–  Po  co  ci  taka  wypchana  torba?  Nowoczesna  kobieta,  planująca  noc  z 

ukochanym, zabiera tylko szczoteczkę do zębów.

–  Myślisz,  że  takie  plany  obwieszczałabym  ludziom  –  na  prawo  i  lewo?  –

syknęła  Anne.  –  Jeśli  jesteś  bezrobotna,  zaraz  coś  dla  ciebie  znajdę.  W  tym 
momencie wszedł Matthew.

–  Aha,  rozumiem  tę  pracę  –  szepnęła  Holly.  –  Przezorna  nowoczesna 

dziewczyna na taką okazję wkłada dwustronny kostium i rano nie musi wstępować 
do domu, żeby się przebrać.

Matthew przysiadł na biurku i spojrzał na zegar ścienny.
– Oj, spóźniłem się. Przepraszam. Jesteś gotowa?
–  Jeszcze  nie  –  odparta  Anne  służbowym  tonem.  –  Uprzedzam  cię,  że  pan 

Straw . wyraził się krytycznie o twoim poniedziałkowym felietonie. Chyba niezbyt 
mu się podobał.

Matthew  obojętnie  wzruszył  ramionami,  a  ona  pomyślała,  że  redaktora 

naczelnego boją się jedynie ci, którzy są od niego zależni.

– Ma pan jakiś swój ulubiony felieton? – zapytała Holly.
– Tak. Ten, który akurat skończyłem pisać.
–  Aha.  –  Holly  zrobiła  niewinną  minę.  –  To  tak  samo  dyplomatyczna 

odpowiedź,  jak  stwierdzenie,  że  pańską  ulubioną  dziewczyną  jest  ta,  którą  pan 
ostatnio pocałował.

– To prawda – przyznał Matthew z uśmiechem.
– Holly, dzwoni twój telefon – rzekła Anne ostro.
– Mogę tu odebrać? – Nie czekając na pozwolenie, Holly wystukała swój kod. –

background image

„Chronicie", słucham.

–  Spóźnienie  jest  najmniejszym  przewinieniem,  za  które  odpokutujesz  –

szepnęła Anne do Matthew.

– Och! – Holly zakryła słuchawkę ręką. – Pali się Sheboygan.
– Był to najnowszy i najwyższy budynek, w którym mieściły się sklepy, biura i 

ekskluzywne  mieszkania.  O  tej  porze  na  pewno  większość  ludzi  była  w  domu  i 
szykowała  się  do  snu.  Strażacy  od  początku  krytykowali  budowę  takiego 
wieżowca.  Twierdzili,  że  jest  za  wysoki i  ugaszenie  ewentualnego  pożaru  będzie 
prawie niemożliwe.

– Może to jakiś głupi dowcip?
W  oczach  Holly  pojawił  się  charakterystyczny  wyraz.  Było  to  przerażenie  z 

powodu  tragedii  zmieszane  z  podnieceniem,  że  będzie  materiał  na  ciekawy 
reportaż.

Anne wyciągnęła rękę po telefon.
–  Zaraz  tam  jedź  i  weź  ze  sobą  fotografa.  Zadzwoń,  gdy  sprawdzisz,  co  się 

dzieje.

– Czy gazeta jest gotowa do druku? – zapytał Matthew i zmarszczył brwi.
– Prawie.
Anne  szczegółowo  wypytała  dzwoniącego  i  odłożyła  słuchawkę.  Pożar 

wybuchł w jednym z biur. Możliwe, że palił się jedynie kosz z papierami, ale ogień 
mógł ogarnąć całe piętro.

– Co robić? – szepnęła.
Obmyśliła  linię  postępowania,  wybrała  numer  wewnętrzny  i  spojrzała  na 

zegarek.  Dochodziła  jedenasta,  druk  miał  rozpocząć  się  za  kwadrans,  ale  należy 
wstrzymać się do telefonu od Holly. Gdy zgłosił się Peter Grafton, powiedziała:

– Pali się Sheboygan i dlatego wszyscy muszą dłużej zostać w pracy.
–  Pewnie  ktoś  poczuł  dym  papierosowy  tam,  gdzie  –  nie  wolno  palić  i 

zaalarmował straż pożarną – lekceważąco skomentował Peter. – Wielkie rzeczy! Z 
takiego powodu mam kazać ludziom dłużej tu siedzieć? Już prawie niedziela...

–  Dostaną  za  nadgodziny  –  sucho  rzuciła  Anne.  –  Ale  jeśli  nie  chce  pan  ich 

zatrzymać, sama sobie poradzę i złożę pierwszą stronę.

– Nie może pani, bo na to nie pozwalają przepisy związkowe.
– Niech pan w poniedziałek złoży zażalenie na mnie w związku. Ja na pewno 

wyciągnę konsekwencje, jeśli ludzie pójdą do domu. Proszę czekać na wiadomość.

Matthew przyglądał się jej dziwnym wzrokiem.
– Fatalnie, że to stało się akurat teraz  – rzekła przepraszająco. – Niestety, nie 

background image

mogę wyjść z redakcji, póki sytuacja się nie wyjaśni.

–  Jeżeli  naprawdę  wybuchł  pożar,  współczuję  ludziom,  których  spotkało 

nieszczęście – rzekł Matthew poważnie. – Czy mogę wam jakoś pomóc?

Zaskoczona wskazała regały koło okna.
–  Podczas  budowania  wieżowca  było  sporo  głosów  krytycznych,  ale 

pracowałam w Chicago i nie pamiętam szczegółów. Pewnie szkoda fatygi, ale tam 
są materiały.

Okazało się, że warto sprawdzić, jak było. Holly potwierdziła, że wieżowiec się 

pali.

– Trudno opisać ten koszmarny widok. Jestem po drugiej stronie ulicy i widzę 

płomienie na dziesiątym piętrze. Gary już zrobił kilka zdjęć.

– Zaraz przyślę kogoś po film, a ty postaraj się jak najprędzej dostarczyć tekst.
– Potem Anne długo siedziała zamyślona.
Niedzielne  wydanie  było  obszerniejsze  niż  codzienne  i  rozsyłano  je  do 

prenumeratorów  w  całym  stanie,  a  nie  tylko  w  mieście.  Część  gazety  już 
wydrukowano i  gotowe strony  zostaną  dołączone do  ostatnich wiadomości,  które 
dopiero zostaną opracowane. To zaś wymaga czasu, a wstrzymanie druku wydania 
niedzielnego niesie większe ryzyko niż opóźnienie wydania codziennego. Należało 
dokładnie  obliczyć  czas  potrzebny  na  zredagowanie  wyważonego  artykułu  o 
pożarze oraz  na  druk i  kolportaż. Jeżeli  relacja o  tragedii będzie niedokładna lub 
prenumeratorzy  nie  otrzymają  gazety  o  szóstej  rano,  mogą  wyniknąć 
nieprzyjemności.

– Zadzwonię do naczelnego – rzekła jakby do siebie.
Matthew, który siedział przy sąsiednim biurku, wymownie na nią spojrzał.
– Po co?
–  Żeby  pozwolił  wstrzymać  druk  –  odparła  zniecierpliwiona.  –  Myślałeś,  że 

chcę umówić się na randkę?

– Nie musisz do nikogo dzwonić. Wstrzymaj druk na tak długo, jak trzeba.
Anne nie od razu pojęła wagę jego słów. Dopiero po chwili zrozumiała, że nie 

musi pytać redaktora naczelnego, skoro ma pozwolenie przyszłego wydawcy. To, 
że zadecydował Garrett junior, chyba nie jest istotne.

– Dziękuję.
Druk  podjęto  dopiero  po  północy.  Prawie  połowę  pierwszej  strony  zajęło 

zdjęcie  płonącego  budynku,  a  resztę  miejsca  reportaż  Holly  i  krótka  notatka  o 
budynku, przygotowana przez Matthew.

– Jesteś zadowolona, prawda? – spytał, gdy szli na parking.

background image

– Mam powody... Oczywiście serdecznie współczuję tamtejszym mieszkańcom, 

ale pożar już opanowano i nie ma ofiar śmiertelnych. Więc nie jestem bezduszna, 
jednak odczuwam dumę, bo sprawnie i rzetelnie przygotowaliśmy artykuł.

–  Wyprzedziliśmy  radio  i  telewizję,  a  to  duży wyczyn.  Ale  i  trochę  kosztów. 

Holly uprzedziła,  że w  rozliczeniu umieści cenę  za  buty z  wężowej  skórki, które 
ucierpiały od strażackiej wody.

– Trzeba będzie zapłacić, bo wytrwała do końca, aż do ugaszenia pożaru.
Rozległ się pisk opon gwałtownie hamującego samochodu i tuż przy bramie, na 

miejscu  zarezerwowanym  dla  niepełnosprawnych,  zatrzymał  się  duży  elegancki 
wóz. Wysiadło czworo ludzi, z których nikt nie był kaleką. Anne poznała kobietę w 
futrzanej pelerynie i najchętniej uciekłaby do mysiej dziury.

Dominique  stanęła  jak  wryta  i  wymownie  popatrzyła  na  Matthew  niosącego 

dużą torbę.

– Co ty tu robisz o tej porze? Uciekłeś z domu?
– Pomagam w pracy.
–  Aha.  Śpiwór  też  zabrałeś?  My  jedziemy  z  jednego  przyjęcia  na  drugie,  ale 

wstąpiliśmy po gazetę. Zamieściliście coś o pożarze?

– Tak.
Anne odezwała się tak cicho, że jedynie Matthew ją usłyszał. Ujął ją pod rękę i 

poszli dalej.

–  Czemu Dominique nigdy nie  kupuje gazety?  –  syknęła gniewnie. –  Zawsze 

przyjeżdża po darmowy egzemplarz! Ma tupet!

–  Tym  razem  nie  mogła  kupić,  bo  wstrzymałaś  druk  –  spokojnie  wyjaśnił 

Matthew.

Anne  prychnęła,  lecz  nic  nie  powiedziała.  Gdy  zorientowała  się,  dokąd  idą, 

rzekła z gryzącą ironią:

– Widzę, że teraz ty parkujesz po kątach. Nie boisz się napaści? – Dostrzegła 

Pierce Arrow, przystanęła i zawołała: – Tym pojedziemy tak daleko?

– Obiecałem ci przejażdżkę kabrioletem, ale nie przewidziałem, że wyruszymy 

w środku nocy.

– Dojedziemy?
– Boisz się, że utkniemy po  drodze? Samochód jest stary, ale zapewniam cię, 

bardzo bezpieczny.

– Nie chodzi mi tylko o bezpieczeństwo jazdy. Dotrzemy tam wcześnie rano i 

pani Lehmann nie będzie zachwycona, że wyciągamy ją z łóżka.

– Uprzedziłem, że się spóźnimy. Nie będziemy ich budzić.

background image

Przytrzymał drzwi, więc Anne westchnęła zrezygnowana i wsiadła.
– Mam nadzieję, że naprawiłeś już ogrzewanie. No, James, ruszaj w drogę.
– Na imię mi Mart. Zauważyłem, że starasz się tak do mnie nie zwracać, jednak 

przynajmniej powinnaś pamiętać, jak mnie ochrzczono.

Anne spąsowiała, ale ciemności skryły rumieniec wstydu.
– O co ci chodzi? – spytała zadziornie. – O ile mi wiadomo, każdy szofer ma na 

imię James.

– Nie każdy.
–  W  samochodzie  było  dużo  miejsca,  wygodnie  i  cicho.  Na  widok  starego 

modelu kierowcy zwalniali, pozdrawiali ich klaksonem, niektórzy machali ręką. Po 
pewnym czasie Anne też każdemu radośnie machała.

– Miło mi, że tak się cieszysz.
– To chyba jedyna okazja, żebym czuła się jak sławna osoba.
Im  dalej  na  północ,  tym  mniej  mijali  samochodów,  więc  usiadła  wygodniej  i 

zapatrzyła się w księżyc. Była pełnia i jasny krążek płynął po czarnym aksamicie 
wraz  z  mrugającymi  gwiazdami.  Od  czasu  do  czasu  przelatywał  samolot 
odrzutowy.

Anne  ziewnęła,  przymknęła  oczy,  przytuliła  policzek  do  obicia  i  zdrzemnęła 

się.

– Anne?
Nie zareagowała, bo głos dochodził z bardzo daleka.
– Ścierpła mi ręka. Wiem, że to drobiazg, ale trudno mi zmieniać biegi.
Otworzyła jedno oko i zorientowała się, że leży skulona, z głową na ramieniu 

Matthew.

– Trochę przesuń głowę, ale poza tym możesz tak zostać.
Anne  speszyła  się,  gdy  się  zorientowała,  że  trzyma  rękę  na  nodze  Matthew. 

Odsunęła się gwałtownie, a on wybuchnął śmiechem.

– Przepraszam, ale spałam – rzekła wyniośle. – Śpiący nie odpowiada za siebie.
–  Więc  czemu  odsuwasz  się,  jakbyś  popełniła  zbrodnię?  Przysięgam,  że  nie 

złożę skargi. Jeśli chcesz, sprawdzimy, za co odpowiadasz, gdy nie śpisz.

– Anne odwróciła głowę.
– Lepiej uważaj, jak prowadzisz.
– Chętnie zjadę na pobocze.
Zaczął wesoło pogwizdywać, a po kilku minutach zjechał na bok, na betonowy 

podjazd.

– Jesteśmy na miejscu.

background image

Anne ze zdumieniem popatrzyła na duży dom.
– To ma być chata? Wygląda jak hotel.
Na parterze znajdował się jeden olbrzymi pokój, tonący w półmroku, więc sufit 

był ledwo widoczny. W kominku żarzyły się węgle, a na niskim stole zrobionym z 
grubego pnia stał termos, dwie filiżanki i talerz nakryty serwetką.

– Kochana gospodyni zostawiła dla nas kanapki, czekoladę i ogień – ucieszył 

się Matthew. – Wie, jak trafić do serca mężczyzny.

Rzucił trochę drew na węgle i wkrótce w kominku zapłonął ogień.
Anne usiadła przed kominkiem po turecku i wzięła kanapkę. Mocno zgłodniała, 

toteż chleb z sałatką drobiową bardzo jej smakował.

– Co ciebie tak ciągnie do  ognia? – spytała z pełnymi ustami. – Wszędzie go 

podsycasz.

–  To  jeden  z  prymitywnych  instynktów  odziedziczonych  po  naszych 

praprzodkach.

Usiadł obok i łagodnie przesunął ją tak, że oparła się o jego pierś. Miała obie 

ręce zajęte, więc nie mogła się odsunąć, bo straciłaby równowagę.

Matthew pocałował jej skroń, potem policzek, wreszcie usta. Położył rękę na jej 

piersi.

– To kolejny prymitywny instynkt? – spytała lekko drżącym głosem.
–  Nie,  chyba  ten  sam.  Chęć  igrania  z  niebezpieczeństwem...  jak  ogień... 

dynamit... ty.

Bezskutecznie próbowała się odsunąć.
–  Mówiłeś,  że  jesteś  głodny.  Jeśli  droga  do  serca  mężczyzny  wiedzie  przez 

żołądek...

– Czasem przyjemnie jest zboczyć.
Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu, ugryzł kawałek jej kanapki, a gdy 

przełknął, przytulił Anne mocniej i mocniej pocałował. Potem delikatnie ułożył ją 
na wznak i obrzucił wiele mówiącym spojrzeniem.

Anne pomyślała, że gospodarze są na górze, więc Matthew nie posunie się za 

daleko. Dlatego pozwoliła na pieszczoty. Powoli odprężyła się i oczy jej rozbłysły. 
Matthew  dostrzegł  to, westchnął,  pocałował ją,  wsunął  rękę pod  sweter  i  dotknął 
jedwabistej  skóry.  Anne  zamknęła  oczy  i  z  przyjemnością  unosiła  się  na  fali 
pieszczot, nie dbając o to, jak dopłynie do bezpiecznego brzegu.

Gdy  Matthew  nagle  usiadł,  poczuła  się  zagubiona,  więc  automatycznie 

wyciągnęła do niego ręce.

– Nigdy tak się nie zabawiałaś... – szepnął.

background image

– Nie zgadłeś.
– Nawet Rudy'emu pozwalałaś na trochę pieszczot, ale na nic więcej, prawda?
–  Co  to  ma  do  rzeczy?  –  wykrztusiła.  Matthew  delikatnie  pogładził  ją  po 

głowie.

– Może nic, a jednak ma znaczenie.
Powiedział to zmienionym, spiętym głosem i pocałował ją jakoś inaczej, jakby 

z obawą.

Anne usiadła i obciągnęła sweter.
– Pomyliłeś się. Dalej i tak byśmy się nie posunęli...
Jestem strasznie zmęczona. Wiesz, gdzie mamy pokoje?
– Twój jest pierwszy po prawej stronie schodów.
Spojrzała  na  kanapkę  rozgniecioną  na  podłodze  i  wystraszona  pomyślała,  że 

sama wygląda podobnie.

Matthew zauważył jej zmieszanie, ale zamiast zrobić kąśliwą uwagę, spokojnie 

powiedział:

– Nie przejmuj się, ja to sprzątnę.
– Wobec tego idę spać. Dobranoc. Wchodziła na schody, gdy zawołał:
– Anne!
Odwróciła się, a on cicho powiedział:
– Byłaś cudowna.
Przez moment zastanawiała się, o co mu chodzi. Dostrzegła, że zmienił się na 

twarzy,  gdy  zrozumiał  podwójne  znaczenie  tych  słów.  Wyglądał,  jakby  go 
uderzono.

– Wiesz, o co mi chodzi. Pożar... druk...
– A co innego mógłbyś mieć na myśli? – spytała, udając zdziwienie.
Szybkim krokiem weszła na piętro.
Długo  nie  mogła  zasnąć.  Patrzyła  na  sunącą  po  podłodze  smugę  światła  i 

rozpamiętywała  zmysłową  przyjemność,  jakiej  doznała  w  ramionach  Matthew. 
Ogarnęły  ją  dziwne  uczucia,  jakby  dopiero  rozbudzone.  Była  jak  wulkan,  który 
lada chwila grozi wybuchem.

Dlaczego Matthew odsunął się tak nagle? Widocznie zorientował się, że ona nie 

zdaje  sobie  sprawy  z  tego,  co  się  z  nią  dzieje.  Sam  doskonale  wiedział,  dokąd 
pieszczoty  prowadzą  i  nie  chciał  stracić  panowania  nad  sobą.  Ze  względu  na 
gospodarzy, czy ze względu na jej niedoświadczenie? Wolał zachować ostrożność, 
bo nie wiedział, czego ona się spodziewa, jakich obietnic oczekuje? Na pewno nie 
zamierzał nic obiecywać. Trudno winić go za to, że myślał o sobie...

background image

Leżała,  nasłuchując  dziwnych  odgłosów  nieznanego  domu.  Po  trzeciej 

zachciało się jej pić, więc poszła do łazienki i na progu stanęła jak wryta. Przy urny 
walce stał Matthew, w granatowych szortach, i mył zęby.

Zobaczył ją w lustrze i krzywo się uśmiechnął.
– Pani Dorie jest bardzo dyskretna, więc nie pytała, czy będziemy spać razem, 

ale na wszelki wypadek dała nam sąsiednie pokoje.

– Przedzielone łazienką – sprostowała Anne. – Mogło być gorzej.
Poprzednio zauważyła drugie drzwi, lecz nie zastanawiała się, co jest za nimi.
– Będę zawsze pukał – obiecał Matthew. – I zachowam się cichutko.
– Ja też.
Wróciła do sypialni i starannie zamknęła drzwi. Ze strony Matthew nic jej nie 

groziło, ale bała się, że sama rzuci mu się w ramiona.

W uszach dźwięczały słowa: „Byłaś cudowna".
–  Ale  jestem  głupia  –  syknęła  ze  złością.  –  Jak  mogłam  przypuszczać,  że  on 

mówi o amorach przed kominkiem?

Wolałaby jednak, żeby właśnie tak było.

background image

Rozdział 7

Promienie słońca padły na łóżko nakryte kołdrą w gwiazdy. Anne spojrzała na 

zegarek  i  niechętnie  wstała.  Długo  myła  się,  ubierała  i  sprzątała  po  sobie. 
Najchętniej zostałaby w sypialni przez cały dzień.

Gdy  wreszcie  zdobyła  się  na  odwagę  i  zeszła,  w  pokoju  na  dole  nikogo  nie 

zastała.  Stanęła przy kominku,  teraz  z przodu grzały  ją płomienie  ognia,  a  z  tyłu 
promienie słońca. Nagle zainteresowała się tym, co  jest nad kominkiem. Myśliwi 
na  ogół  lubią, gdy  patrzy  na  nich  majestatyczny  łoś.  Pan  Lehmann  nie  polował i 
chyba  dlatego  na  ścianie  było  inne  zwierzę  –  wielki  pluszowy  miś  ze  szklanymi 
oczami i czerwoną kokardą.

Zdziwiła  się,  że  przedtem  go  nie  zauważyła,  ale  zaraz  uprzytomniła  sobie, 

dlaczego. W nocy była tak zapatrzona w siebie, że nic nie widziała.

Z aneksu kuchennego wyszła pani domu.
– Dzień dobry. Moje dziecko, trzeba było dłużej pospać. Matt opowiedział nam, 

jaką mieliście noc.

Anne  w  pierwszej  chwili  speszyła  się,  ale  prędko  się  zorientowała,  że  pani 

Lehmann chodzi o pożar i związaną z tym dodatkową pracę.

– Nie wypada spać, gdy jest taka piękna pogoda.
Wzięła  kubek  kawy  i  przysiadła  na  stołku  koło  ścianki  oddzielającej  część 

kuchenną od pokoju.

– Matt mówił to samo. Panowie poszli popływać.
Anne wzdrygnęła się.
– Nie w zatoce, tylko w basenie. – Pani Lehmann posypała ciasto kruszonką i 

wstawiła blachę do piekarnika. – Zabrałam się do pieczenia, ale mam nadzieję, że 
moja krzątanina nie będzie wam przeszkadzać.

–  Mnie  na  pewno  nie.  –  Pociągnęła  nosem.  –  Bardzo  lubię  takie  domowe 

zapachy.

– Przyjadą wszystkie dzieci i wnuki, więc śpieszę się, żeby jak najwięcej teraz 

zrobić. Kiedy zjawia się cała rodzina, mamy tu mały hotel.

–  Gdy  Matthew  powiedział,  że  jedziemy  do  wiejskiej  chaty,  pomyślałam,  że 

może będzie to chałupka z drewnianych bali.

Gospodyni wbiła kilka jaj do salaterki.
–  Początkowo  chcieliśmy  mieć  małą  chatę,  ale  zbudowaliśmy  dom,  bo 

postanowiliśmy  zamieszkać  tu  po  przejściu  na  emeryturę.  Na  razie  utrzymanie 

background image

dwóch  domów  jest  kłopotliwym  obowiązkiem.  Czy  spało  się  pani  wygodnie  i 
ciepło?

Anne  lekko  się  zarumieniła,  ale  nie  miała  powodu  do  zażenowania,  bo  spała 

sama. Pomyślała, że pani domu uprzejmie, bez podtekstu, pyta o wygodę gościa.

Panowie wrócili, gdy nakrywała do stołu, i Matthew zaczął jej pomagać. Przy 

nim zrobiła się tak nerwowa, że niewiele brakowało, a zbiłaby ręcznie malowany 
talerz.  W  pewnej  chwili  Matthew  nadepnął  jej  na  piętę,  więc  gwałtownie 
podskoczyła.

Matthew mruknął coś, co zabrzmiało jak przekleństwo, a głośniej powiedział:
– Przepraszam za wczoraj. Popełniłem błąd.
– Nawet duży. Zresztą wszyscy się pomylili: ty, ja, pani Dorie. Ciekawe, czy te 

pokoje  ze  wspólną łazienką  to  jej  pomysł. Może  prosiłeś o sąsiadujące sypialnie, 
żeby łatwiej skruszyć mój staroświecki opór?

Matthew drgnął mięsień na policzku.
– Niech to wszyscy diabli!
–  Czemu  wczoraj  się  rozmyśliłeś?  –  ciągnęła na  pozór  spokojnie.  –  Ogarnęły 

cię  wyrzuty  sumienia,  czy  wystraszyłeś  się,  że  coś  ze  mną  nie  w  porządku  i 
straciłeś zainteresowanie?

Matthew spojrzał na nią pociemniałymi oczami.
–  Psiakrew!  Przynajmniej  się  nie  oszukuj.  Dziś  jeszcze  mniej  bym  ci  się 

podobał, gdybym wczoraj skorzystał z wyraźnego zaproszenia...

– Zaproszenia? Jak śmiesz mówić, że ja cię zapraszałam...
–  Ale  nie  próbowałaś  mnie  powstrzymać,  nie  kazałaś  się  opamiętać.  Możesz 

być  albo obrażona,  że zacząłem  amory, albo  obrażona,  że się wycofałem, ale  nie 
jedno i drugie.

Anne z wrażenia zaniemówiła.
– Jak się zdecydujesz, powiedz mi, co wybrałaś – rzucił szorstko i odszedł.
Niebawem  pani  Lehmann  wniosła  salaterkę  z  jajecznicą,  a  jej  mąż  tacę  z 

parówkami.

Po  sutym  posiłku  Anne  przesiadła  się  na  kanapę  i  zaskoczona  obserwowała 

pana domu, który postawił na stole olbrzymie pudło.

– Zapraszam w góry – zwrócił się do niej. – To będzie trudne zadanie, ale nie 

niemożliwe.

–  Myślałam,  że  od  razu  przystąpimy  do  omawiania  warunków  przyznawania 

stypendium.

– Chcesz prędko odwalić robotę i wrócić do domu? – domyślił się Matthew.

background image

–  Nieprawda.  W  niedzielę  mogę  żyć  bez  pracy,  ale  przyjechaliśmy  tu,  żeby 

działać, prawda?

Matthew gniewnie zacisnął zęby.
– Układanka, jak sama nazwa wskazuje, jest gimnastyką dla szarych komórek –

wyjaśnił  pan  Lehmann.  Układanie  kartoników  zajmuje  część  mózgu 
odpowiedzialną za logikę, a twórczej pozwala hulać do woli.

Anne nie bardzo mu wierzyła, ale prędko przekonała się, że ma rację. Chwilami 

słychać  było  jedynie  szuranie  kartonikami  w  pudełku.  Gdy  ktoś  podsuwał  jakiś 
pomysł,  wszyscy go  omawiali,  sprawdzając,  czy pasuje  do  całości, czy trzeba go 
odrzucić. Na stole z wolna pojawił się stok góry, a w głowach zarys projektu pana 
Garretta.

–  Przede  wszystkim  trzeba  wymagać  dobrych  wyników  w  nauce  –  rzekł  pan 

Lehmann.  –  Jim  szuka  inteligentnych  ludzi,  więc  średnich  wyeliminujmy  w 
przedbiegach.

Anne  pokręciła  głową  i  wsunęła  ostatni  fragment  krzewu  w  prawym  rogu 

układanki.

– Wtedy stypendium będzie jak lukier osładzający życie ludziom, którym i tak 

się wiedzie. A pan Garrett szuka takich, których życie nie pieści.

Matthew klasnął w ręce.
– Zycie nas nie pieści, pieśćmy się sami!
Anne chętnie dałaby . mu kuksańca.
– Według mnie twój ojciec szuka ludzi, którzy nie boją się innowacji.
–  Czemu  od  razu  tak  nie  powiedziałaś?  Pewnie  to  wpływ  książki  Rudy'ego. 

Takie arcydzieła psują nawet bystre umysły.

– Dziękuję za komplement. Tak się dziwnie składa, że wybitni dziennikarze nie 

byli najlepszymi studentami.

– To uogólnienie.
– Które jednak się sprawdza. Nagradzani i wyróżniani studenci bez komentarza 

przyjmują  to,  co  się  im  mówi,  wkuwają  materiał  na  pamięć  i  recytują  na 
zamówienie.  Gdy  wychodzą  w  teren,  notują  wszystko  bez  żadnej  refleksji  i 
selekcji.

– Przecież na początku tak się robi – zaczął Matthew.
–  Pozwolisz  mi  skończyć?  Przeciętnie  uzdolnione  dzieci  są  inne.  One  chcą 

dotrzeć do sedna sprawy i rozbierają na części to, co je interesuje. Wyrastają z nich 
dociekliwi  ludzie,  których  intryguje,  co  politycy  robią  poza  oficjalnymi 
wystąpieniami, i którzy są gotowi brnąć w błocie, by się dowiedzieć.

background image

Pan Lehmann usiadł wygodniej.
– Hmm, ma pani trochę racji. Byle tylko nie posunąć się za daleko i całkiem nie 

wykluczyć najzdolniejszych studentów.

– Nie wykluczam ich, ale nie warto udzielać im pomocy, na którą nie zasługują.
Matthew bacznie się jej przyglądał, ale nic nie mówił.
– Więc co pani proponuje jako podstawę oceny?
– Najpierw pisemne podanie i esej...
– Na temat: „Dlaczego chcę zostać dziennikarzem"?

– podsunął Matthew z przekąsem. – Pięćset słów.

Anne udała, że nie słyszy.
– Potem wstępne rozmowy...
– Kto je przeprowadzi? Ojciec teraz nie ma siły.
Anne przez chwilę namyślała się.
– Zrobię to w zastępstwie i dokonam pierwszego odsiewu.
–  Równie  dobrze  można  wyciągać  nazwiska  z  kapelusza,  szanse  będą  takie 

same  –  ironizował  Matthew.  –  Założę  się,  że  tuż  po  rozdaniu  dyplomów połowa 
stypendystów,  i  większość  twoich  geniuszy,  przyśle  podziękowania  za  bezpłatną 
naukę i zajmie się czymś niezgodnym z kierunkiem studiów. Na przykład wstąpią 
do  Legii  Cudzoziemskiej  lub  otworzą  sklep  w  Upper  Sandusky.  Byle  tylko  nie 
parać się dziennikarstwem.

– Za to druga połowa...
– Nawet nie podziękuje.
Anne  spojrzała  na  niego  jadowitym  wzrokiem,  ale  on  tylko  się  uśmiechnął  i 

wsunął  odpowiedni  fragment  w  ośnieżone  drzewo  na  szczycie  góry.  Zadzwonił 
telefon, więc pan Lehmann poszedł odebrać.

–  Studia  to  nie  wojsko  –  rzekł  Matthew.  –  Nie  zmusisz  tych  ludzi,  żeby  z 

wdzięczności za bezpłatne wykształcenie podarowali ci kilka lat życia.

Anne lekko się zarumieniła.
– Przyznaj się, że nie chcesz, żeby twój ojciec ustanowił ten fundusz. Dziwne, 

że jeszcze mu tego nie wyperswadowałeś.

– Czy twierdzę, że ojciec nie powinien tego robić?
–  Nie,  ale  z  twoich  wypowiedzi  wynika,  że  według  ciebie  to  marnowanie 

pieniędzy.  Dobrze  byłoby,  gdyby  twój  ojciec  zobowiązał  jakąś  instytucję,  żeby 
pilnowała  przydzielania  stypendiów  i  ewentualnie  realizowała  inne  dobroczynne 
projekty. Gdyby tej instytucji zapisał część swoich udziałów w „Chronicie", miałby 
pewność,  że  wszystko  pójdzie  po  jego  myśli,  bo  żaden  pojedynczy  człowiek  nie 

background image

cofnie jego decyzji.

– Ten człowiek to ja, tak?
– Mógłby też przekazać swoje udziały jakiemuś trustowi – ciągnęła uparcie. –

Wtedy,  nie  posiadając  większości  udziałów,  nie  miałbyś  prawa  odsprzedać 
„Chronicie". To proste.

Wyraz  twarzy  Matthewa  świadczył,  że  Anne  przeciągnęła  strunę,  więc  się 

zreflektowała i speszona zapytała:

– Tego byś nie zrobił, prawda?
–  Zagalopowałaś  się,  moja  panno.  Trzymaj  się  kwestii  przyznawania 

stypendium,  bo  tylko  o  to  cię  proszono.  Jak  skłonisz  absolwentów,  żeby  nie 
zawiedli pokładanej w nich nadziei?

–  Jeszcze  nie  wiem.  Ale  mogę  zaoszczędzić  twojemu  ojcu  rozczarowali,  a 

raczej przyczynić się do tego, żeby ujrzał rezultaty tego, co zamierza.

Przyszedł pan Lehmann i, zacierając ręce, zwrócił się do Matthew:
–  Mój  chłopcze,  mam  propozycję  i  pytanie.  Czy  w  drugą  sobotę  grudnia 

zechcesz  przywdziać  akademickie  szaty  i  przekazać  trochę  swej  mądrości 
studentom ostatniego roku?

–  Oczywiście  w  zamian  za  honorowy  tytuł  –  rzuciła  –  Anne  półgłosem.  –

Szkoda, że nie ma tytułu doktora arogancji...

Zdawało się jej, że Matthew zazgrzytał zębami.
– Bardzo krótki termin...
–  Przyznaję. Ale  otrzymałem wiadomość, że  człowiek,  z  którym wstępnie  się 

umówiłem, został oskarżony o fałszerstwo.

– Mieć zastępstwo – mruknęła Anne pod nosem. – To okropność!
– Tak sądzisz? – Matthew znacząco spojrzał na pana domu. – Radzę zaprosić 

Anne. bo ona ma same genialne pomysły. Szczególnie dzisiaj. Jaki był ostatni?

Gospodarze  tak  serdecznie  ich  zapraszali,  że  zostali  do  kolacji.  Najbardziej 

smakowały im ciastka i placki, których zapach przez całe popołudnie rozchodził się 
po domu.

Drogę  powrotną  odbyli  we  wrogim  milczeniu.  Anne  zastanawiała  się,  jak  to 

możliwe,  że  teraz  kierowca,  samochód  i  księżyc  zdają  się  zupełnie  inne  niż 
kilkanaście godzin wcześniej. Rozważania na ten temat prowadziły donikąd...

– Kiedy z panem Lehmannem przedstawicie plan twojemu ojcu? – zapytała.
– Zrobię to bez niego.
– Czemu?
–  Bo  nie  chcę,  żeby  od  nowa  zaczęły  się  rozważania.  Wystarczy,  jeśli 

background image

dwuosobowa delegacja przedstawi konkluzje komisji. Tak będzie prościej.

– Dwuosobowa?
–  Tak.  Ty  i  ja.  Chyba  chcesz  być  obecna,  żeby  mieć  pewność,  że  nic  nie 

przekręcę.

–  Zabrzmiało to  sarkastycznie, lecz  musiała przyznać, że  w  jego słowach  jest 

sporo racji.

– Nie przypuszczałam...
– Poza tym to głównie twoje propozycje.
– Przesadzasz.
Czuła, że popatrzył na nią bardzo krytycznie.
– Jeśli ojciec uzna, że plan jest kiepski, wolę, żeby powiedział ci osobiście, a 

nie za moim pośrednictwem.

– Aha.
– Możesz przyjść jutro na lunch?
– Nie bardzo, bo o drugiej muszę być w redakcji.
– Wobec tego lunch będzie o dwunastej. Po długim milczeniu cicho zapytała:
– Naprawdę sądzisz, że plan się nie spodoba?
– Tego nie powiedziałem, ale jak znam ojca, zaproponuje drobne poprawki, na 

przykład dwie wstępne rozmowy zamiast jednej.

– Boisz się, że i ciebie w to wciągnie?
– Nie muszę się bać, bo już wciągnął i bez skrupułów przydziela zadania.
Anne pomyślała, że trochę konkretnych obowiązków dobrze mu zrobi.
–  Ostrzegłem  ojca,  że  projekt  wymyka  się  spod  jego  kontroli  i  jak  tak  dalej 

pójdzie, niedługo będzie martwił się tylko o storczyki.

– I o zapracowanego syna... Na pewno przed tym też go ostrzegłeś.
– Oczywiście, ale mój rodzic bynajmniej się nie przejął. Czemu ludzie uważają, 

że pisanie felietonów to nie jest praca?

– Może dlatego, że nikt nie widzi cię, gdy pracujesz.
– Też argument! Mam postawić biurko w oknie największego sklepu i czekać z 

pisaniem, aż zgromadzi się tłum gapiów?

– Niezły pomysł, ale ja na twoim miejscu poszłabym do działu promocji. Może 

poradzą coś innego, na przykład dadzą ci balon, wsadzą cię do środka i...

Matthew parsknął gniewnie, ale nic nie powiedział, więc znowu przez pewien 

czas  jechali  w  milczeniu.  Anne  była  zadowolona,  że  do  niej  należało  ostatnie 
słowo.

Odezwał się, dopiero gdy skręcił w stronę Sherwood Forest.

background image

– Przepraszam cię za to, co powiedziałem.
– Co i kiedy? Wczoraj, gdy sugerowałeś, że ze mną jest cos' nie w porządku, 

czy dziś, gdy nazwałeś mnie idiotką?

–  Przepraszam  za  jedno  i  drugie.  Wcale  nie  uważam,  że  z  tobą  coś  nie  w 

porządku...

–  Bardzo  się  cieszę  i  zapewniam,  że  brak  doświadczenia  nie  wynika  z  braku 

okazji.

– Nie wątpiłem ani przez sekundę. Szczerze mówiąc, właśnie dlatego... – Urwał 

na  moment.  –  Czy  możesz  mi  zdradzić,  dlaczego  nie  ucięłaś  sobie  romansu  z 
Rudym? Chyba miał ochotę?

Anne zawrzała. Aby się opanować, policzyła do dwudziestu, ale i tak głos miała 

opryskliwy.

–  To  szczyt  bezczelności  pytać,  czemu  nie  idę  do  łóżka  z  każdym  chętnym 

facetem, z którym się umawiam. To nie twoja sprawa.

– Właśnie że moja. Wczoraj pozwoliłaś mi  dojść  prawie do  punktu, skąd nie. 

ma odwrotu, więc uważam, że mam prawo wiedzieć, o co chodzi.

Anne  nie  słuchała  go,  ponieważ  zajechali  przed  dom  i  zobaczyła  samochód 

Rudy'ego.

– O Boże!
– Powieściopisarz nadal kręci się koło ciebie?
– Chyba za późno, żebyś odjechał nie zauważony. Wolałabym sama się z nim 

spotkać, ale pewno zobaczył tę twoją kolubrynę.

– Myślałem, że spodoba ci się taki klasyczny kabriolet.
Anne wyskoczyła z samochodu. Matthew też wysiadł i zasępiony ruszył za nią.
Rudy przebiegł przez jezdnię.
–  Gdzie  ty  byłaś?  Szukałem  cię  od  rana.  Samochód  jest  w  garażu,  więc 

dzwoniłem  i  pukałem  do  drzwi,  ale  nie  otwierałaś.  Zastanawiałem  się,  kogo 
zawiadomić: policję czy twoich rodziców.

– Ładnie, że pan się martwił – rzekł Matthew uprzejmie – ale nie było powodu 

do niepokoju.

– Teraz  to  widzę – warknął  Rudy, nie  patrząc na  niego. – Skoro jesteś z  tym 

błaznem i masz bagaż, pewnie wracasz z wesołej hulanki.

Anne wbiła paznokcie w dłonie, żeby nie wybuchnąć. Jakim prawem Rudy tak 

mówi?

Matthew zagwizdał, jak zwykle fałszując.
– Zostawić torbę tu czy zanieść do domu?

background image

Odszedł,  nie  czekając  na  odpowiedź.  Anne  miała  ochotę  udusić  go  za  to,  że 

prowokuje choleryka.

– Co to wszystko znaczy? – warknął Rudy.
– Nie muszę tłumaczyć się przed tobą, bo już nie jesteśmy zaręczeni.
Kątem oka obserwowała Matthew. Wiedziała, że gdyby miał klucze, zaniósłby 

torbę do sypialni i zapalił tam światło, żeby doprowadzić Rudy'ego do wściekłości. 
Matthew zostawił torbę przy schodach i wrócił.

– Może nie musisz – wycedził Rudy – ale nasze drobne nieporozumienie to nie 

powód, żebyś zabawiała się z tym facetem.

–  Stary,  uspokój  się  –  mitygował  go  Matthew.  –  Daję  ci  słowo,  że  Anne 

pracowała.

– Młody, zjeżdżaj stąd i pozwól nam spokojnie wyjaśnić nieporozumienie.
Matthew spojrzał pytająco na Anne.
– Tak, idź już.
– Dobrze. – Przez kilka sekund patrzył na nią, a potem wbił wzrok w Rudy'ego. 

– Pójdę, ale najpierw coś powiem.

Anne przeszył zimny dreszcz. Spodziewała się czegoś nieprzyjemnego.
–  Posądzam  pana  o  brak  rozsądku,  który  przeszkadza  wierzyć  bliźniemu,  ale 

jeszcze raz powtarzam, że pracowaliśmy. Anne nie spała ze mną. Z panem też nie, 
prawda?

Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Zaskoczona  patrzyła  w  ślad  za  nim.  Dlaczego  to  powiedział?  Spojrzała  na 

Rudy'ego, w którego oczach wyczytała podejrzenie.

– Nie wierzysz mu?
– Czemu miałbym wierzyć? To, że w czwartek trochę – się zdenerwowałem, to 

jeszcze nie powód, żebyś tak mnie traktowała.

–  Trochę  się  zdenerwowałeś?  Wrzeszczałeś  na  mnie  i  zachowywałeś  się  jak 

nieznośne dziecko. Odwołałeś kolację, a mimo to uważałeś, że powinnam na ciebie 
czekać.

–  Przepraszam,  ale  ten  facet  doprowadza  mnie  do  szewskiej  pasji.  Jeśli  po 

każdej drobnej sprzeczce będziesz robić mi sceny jak z kiepskiego serialu...

–  Nie  będzie  żadnych  sprzeczek,  żadnych  dyskusji  i  przeprosin.  Nie  daję  ci 

drugiej szansy i definitywnie z tobą zrywam.

Rudy  zrozumiał,  że  mówiła  poważnie,  zgarbił  się  i  powoli  odszedł.  Anne 

wbiegła  do  domu,  zatrzasnęła  drzwi  i  skuliła  się  na  fotelu.  Była  wyczerpana  i 
rozdygotana.  Czemu  ostateczne  pożegnanie  sprawia  tyle  bólu?  Kiedyś  kochała 

background image

Rudy'ego, lecz miłość już dawno się skończyła. Zerwanie zaręczyn  było przykre, 
ale nie tak bolesne. Dlaczego czuje się, jakby odcięła sobie rękę?

Matthew  nie  powiedział,  czy  przyjedzie  po  nią.  Nie  miała  ochoty  siedzieć  i 

czekać,  bo  gdyby  nie  przyjechał,  spaliłaby  się  ze  wstydu.  Dwadzieścia  po 
jedenastej wsiadła do  samochodu i  punktualnie o dwunastej zadzwoniła do  drzwi 
Tudor Revival.

Kamerdyner zaprowadził ją do niewielkiego słonecznego pokoju.
– Dzień dobry.
Matthew zerwał się na równe nogi.
Anne  czuła się  nieswojo,  więc aby nie  patrzeć  na  niego, rozejrzała się.  Pokój 

był  urządzony z  wielkim  smakiem,  meble były stylowe,  na  podłodze leżał perski 
dywan  w  pastelowych  kolorach.  Przez  duże  okna  wpadało  słońce,  które  raziło  w 
oczy,  więc  niezbyt  wyraźnie  widziała  portret  nad  kominkiem.  Pod  obrazem,  na 
marmurowym  gzymsie,  stała  różowa  róża.  Pokój  sprawiał  wrażenie,  jakby  ktoś 
włożył w jego urządzenie dużo serca i starannie wszystko dobrał.

Uprzytomniła sobie, że nie przyszła podziwiać pokoju i spojrzała na Matthew. 

A ściślej mówiąc, na jego krawat. Pierwszy raz widziała go w koszuli i marynarce.

– Proszę, siądź tutaj. – Wziął karafkę stojącą na stoliku z marmurowym blatem. 

– Napijesz się sherry?

– Nie, dziękuję. Przecież jadę do pracy. Masz jakiś sok?
–  Pomidorowy,  dla  rekonwalescentów.  –  Nalał  soku  do  dwóch  szklanek  i 

usiadł. – Ojciec zaraz przyjdzie.

Anne nie wiedziała, co powiedzieć.
– Nie denerwuj się. Już raz mu się sprzeciwiłaś, chyba masz wprawę.
–  Wcale  nie  chcę  się  sprzeciwiać.  Wolałabym,  żeby  nasze  ustalenia  od  razu 

przypadły twojemu ojcu do gustu.

– Więc pijmy za powodzenie.
Powiedział to bez entuzjazmu. Dlaczego? Czyżby przygotował sabotaż?
Teraz słońce już nie oślepiało i mogła przyjrzeć się osobie na portrecie. Młoda 

kobieta  miała  misternie  ułożone  jasne  włosy,  koronkową  wieczorową  suknię  i 
naszyjnik z ametystów. Jej duże ciemne oczy lśniły ciepło i intrygująco zarazem.

Matthew miał podobne oczy.
– Na pewno przekonasz ojca. On lubi zdecydowane kobiety.
– Jak ta dama na portrecie?
– Skąd wiesz, że mama wiedziała, czego chce? Wyglądała tak delikatnie...
– Bardzo piękna kobieta.

background image

– Tak. Zawsze stawiała na swoim, chociaż nigdy nie słyszałem, żeby podniosła 

głos.

– Nie żyje?
Matthew przez chwilę milczał, jakby nie słyszał pytania.
– Umarła, gdy byłem na studiach. Niezwykła istota...
Nigdy nie spotkałem podobnej kobiety.
Anne ścisnęło coś za gardło.
– Dziękuję, że mi to powiedziałeś – szepnęła.
Spojrzał  na  nią,  lekko  marszcząc  brwi,  co  ją  speszyło,  więc  czym  prędzej 

dodała:

– I dziękuję za to... że wczoraj... byłeś... taktowny.
– Taktowny? – Wypił sok do dna i odstawił szklankę.

–  Bo  odszedłem  w  odpowiednim  momencie?  Udało  się  wyjaśnić 

nieporozumienie?

Anne zarumieniła się i skinęła potakująco. Nie chciała wdawać się w szczegóły, 

ponieważ uważała, że jej sprawy go nie interesują.

Raptem doznała olśnienia i zrozumiała, dlaczego wieczorem czuła dotkliwy ból 

serca. Powodem nie było rozstanie z Rudym, ale to, że Matthew odszedł, jakby ona 
była mu zupełnie obojętna.

Pokochała go, nie wiedząc o tym!

background image

Rozdział 8

Odkrycie  uderzyło  ją  z  miażdżącą  siłą.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  pokochała 

Matthew,  wydawało  się  to  zupełnie  nieprawdopodobne.  A  jednak  wyjaśniałoby 
parę niezrozumiałych reakcji.

Właśnie to było powodem, dla  którego  ogarnęło ją przygnębienie na myśl, że 

ma obowiązek dać Rudy'emu jeszcze jedną szansę. Miała wrażenie, że znalazła się 
w  potrzasku.  Teraz  zrozumiała,  że  nie  wahała  się  ze  względu  na  Rudy'ego,  lecz 
ponieważ podświadomie czuła, iż jego miejsce zajął ktoś inny.

Mieszane  uczucia  stały  się  jasne.  Matthew  miał  rację,  gdy  zarzucił  jej,  że 

zachowuje się niepoważnie. Była zła, ponieważ sądził, że chętnie pójdzie z nim do 
łóżka,  a  jednocześnie  miała  pretensję,  że  uznał  ją  za  niewartą  grzechu.  To 
naprawdę  śmieszne.  Słusznie  wytknął  jej  brak  zdecydowania.  Miotały  nią 
sprzeczne uczucia, czuła się rozdarta.

Teraz zrozumiała również swą reakcję w związku z Dominique. Wstydziła się 

przyznać przed sobą. że jest zazdrosna, a było jej przykro, że Dominique może w 
każdej  chwili  podejść  do  Matthew,  kazać  się  pocałować,  wziąć  go  pod  rękę  i 
odprowadzić na bok.

Już podczas pamiętnej kolacji, gdy zastanawiała się.
czy Dominique i Matthew coś łączy, w jej sercu kiełkowała zazdrość.
Jak to możliwe, że uczucia tak szybko i niepostrzeżenie się rozwinęły? A może 

nie tak prędko, skoro miała wrażenie, że od dawna zna Matthew? Czy w restauracji 
nieświadomie wyznała prawdę? Czy rzeczywiście zakochała się w nim przed laty?

Matthew też ją trochę znał, bo w pewnym sensie przedstawiła się na stronach

dziennika. Znali swoje poglądy z wypowiedzi w gazecie.

Pierwszy  raz  spotkali  się  po  jego  powrocie  z  Waszyngtonu  i  tego  samego 

wieczoru  obronił  ją  przed  niebezpieczeństwem,  udzielił  wsparcia  fizycznego  i 
psychicznego.  Był  łagodny,  prawie  czuły  i  dotrzymał  towarzystwa  tak  długo,  aż 
upewnił  się,  że  wróciła  do  równowagi.  Uświadomiła  sobie,  jak  bardzo  chciałaby 
zawsze mieć go u swego boku.

Jej  rozmyślania  przerwało  wejście  pana  Garretta.  Z  trudem  opanowała  się  i 

skupiła  na  tym.  co  do  niej  mówi.  Zdziwiła  się,  że  chory  wygląda  młodziej  i 
zdrowiej  niż  przed  operacją.  Widocznie  służył  mu  odpoczynek  i  świadomość,  że 
syn przejmuje obowiązki i bierze na swe barki odpowiedzialność za dziennik.

Pan domu ujął ją pod rękę i zaprowadził na werandę, gdzie stał stół nakryty dla 

background image

trzech osób. Anne zdawało się, że Matthew idzie niechętnie, jakby wolał być gdzie 
indziej.

Lokaj obsługiwał ich, a gospodarz z ożywieniem opowiadał o tym, jak uratował 

marniejące  storczyki.  Anne  zastanawiała  się,  dlaczego  przez  tyle  lat  bała  się 
sympatycznego  zwierzchnika.  Wprawdzie  bywa  szorstki  i  bezwzględnie  wytyka 
błędy w rozumowaniu, ale jest bardzo inteligentny, dowcipny, nawet czarujący.

Odzywała  się  mało,  ale  z  przyjemnością  słuchała  toczącej  się  rozmowy. 

Przemknęła jej myśl, że chętnie poznałaby swego zwierzchnika bliżej. Dyskretnie 
obserwowała  Matthew  i  chwilami  zastanawiała  się,  o  czym  on  myśli.  Wreszcie 
skarciła  się  za  bezowocne  rozważania.  Wyglądał,  jakby  nie  rozmyślał  o  niczym 
ważnym, jakby niczym się nie przejmował.

Nagle  poczuła  kopnięcie  w  kostkę  i  przez  kilka  sekund  gniewnie  patrzyła  na 

Matthew,  nim  uświadomiła  sobie,  że  przywołuje  ją  do  porządku.  W  ten  sposób 
przypomniał, że wypada uważać, o czym toczy się rozmowa.

Lokaj sprzątnął talerzyki i podał gotowanego łososia oraz bukiet jarzyn.
– Co powiesz mi o funduszu? – zapytał pan Garrett.
Anne  zorientowała  się,  że  pyta  po  raz  drugi,  a  ponieważ  nie  odpowiedziała, 

Matthew ją kopnął. Przelotnie spojrzała na niego. Nie zamierzał odzywać się, jakby 
chciał  udowodnić,  że  pamięta,  czyj  to  plan  i  kto  ponosi  odpowiedzialność.  Czy 
wolał  nie  mieszać  się,  na  wypadek  gdyby  propozycje  nie  zyskały  aprobaty  jego 
ojca?

Mówiła, machinalnie jedząc. Speszyła się i głos jej zadrżał, gdy spostrzegła, że 

pan Garrett zmarszczył brwi. Co to znaczy? Słucha z zainteresowaniem czy ogarnia 
go niezadowolenie?

– Bardzo ciekawe – rzekł, gdy skończyła.
Odniosła wrażenie, że jej sugestie nie spodobały się i dlatego z trudem zmusiła 

się, by kontynuować.

– Jeszcze nie wszystko panu powiedziałam.
– Proponowałem, żebyśmy przeszli na ty. Mów dalej. Mart twierdzi, że chcesz 

wprowadzić ciekawe innowacje.

Anne zerknęła na Matthew. Posądzała go o obojętność, więc zaskoczyło ją, że 

pochwalił  jej  pomysł.  Z  wdzięczności  uśmiechnęła  się  ciepło,  na  co  zareagował 
uniesieniem  brwi.  Pomyślała,  że  ojciec  traktuje  sprawę  poważnie,  a  syn  z 
przymrużeniem oka.

–  Nie  jestem  pewna,  czy  to  rzeczywiście  innowacja  –  zaczęła  ostrożnie.  –

Raczej  rozwinięcie  pomysłu,  na  który  inni  wpadli  wcześniej.  Przyszło  mi  to  do 

background image

głowy, gdy pan... gdy wspomniałeś, że stypendium ma pokrywać opłaty za naukę, 
mieszkanie, wyżywienie, podręczniki. A studenci powinni poświęcić się wyłącznie 
nauce.

– Czy ty też uważasz, że to zły pomysł? Bo mój syn go krytykuje.
– Wspomniał mi o tym. I... ma trochę racji.
–  Jestem wzruszony,  że  przyznajesz mi rację  –  odezwał  się Matthew. –  Tato, 

Anne  chce  powiedzieć,  że  kandydat  może  ją  oszukać,  mimo  podania,  eseju, 
rozmowy  i  jej  kobiecej  intuicji.  Skorzysta  z  możliwości  zdobycia  bezpłatnego 
wykształcenia, ale potem ucieknie.

– Może nie tyle ucieknie, co po prostu rozmyśli się lub uzna, że dziennikarstwo 

jednak mu nie odpowiada. To przecież się zdarza i nie każdy, kto zmienia zdanie, 
zaraz  jest  oszustem.  A  moja  innowacja,  jak  Matthew  to  nazwał,  jest  taka: 
rokrocznie  latem  kilku  stypendystów  popracuje  w  naszej  redakcji.  Coś  dla  nich 
znajdziemy  i  jestem  pewna,  że  podczas  praktyki  przekonamy  się,  czy  poważnie 
myślą o zawodzie dziennikarza.

– Pan Garrett nie rozchmurzył się, lecz mimo to mówiła dalej.
– Studenci wielu wydziałów muszą odbyć praktykę, ale zwykle czeka się z tym, 

aż skończą naukę i zrobią dyplom. Nie rozumiem, czemu. Dlaczego nie zacząć w 
trakcie studiów? Im wcześniej ktoś – my lub sam stypendysta – zorientuje się, że 
zaszła pomyłka, tym mniejsza będzie strata. Z drugiej zaś strony studenci zdobędą 
doświadczenie, które procentuje na początku pracy, a  my zyskamy pracowników, 
którzy z każdym rokiem będą pożyteczniejsi.

– Trzeba takim płacić – zauważył pan Garrett.
–  Tak,  ale  to  dla  nas  nieduży  koszt,  a  im  pozwoli  zarobić  na  czesne  i 

podręczniki. Obdarowani często nie doceniają tego, co otrzymują.

– Ty doceniłaś bezpłatne studia.
–  Za  samą  naukę  rzeczywiście  nie  płaciłam,  ale  po  to,  żeby  opędzić  inne 

potrzeby, pracowałam w cukierni.

– No proszę. – Pan Garrett uśmiechnął się. – To ci chyba nie zaszkodziło, ale 

pewnie wolałabyś pracować w jakiejś redakcji, prawda? Przekonałaś mnie.

Anne  odetchnęła  i  usiadła  wygodniej,  ale  zaraz  pożałowała,  bo  Matthew 

uśmiechnął się ironicznie. Gdy wyprostowała się, pan Garrett zapytał:

– Jeszcze coś?
– Nie, to chyba wszystko, co miałam do powiedzenia.
– Skoro omówiliśmy wszystkie szczegóły, możemy... – zaczął Matthew tonem, 

w którym pobrzmiewało znudzenie.

background image

Sekundę  za  późno  przypomniała  sobie  ostrą  wymianę  zdań  o  tym,  jak 

zabezpieczyć „Chronicie". Czy dlatego Matthew tak się śpieszył, żeby zakończyć 
rozmowę  o  stypendium?  Mimo wszystko  nie  podejrzewała go  o  to,  że odsprzeda 
gazetę po ojcu.

–  Nie  ma  za  dużo  czasu  –  rzekł  pan  Garrett.  –  Jeżeli  chcemy  przesiać 

kandydatów przed następnym rokiem akademickim, trzeba do stycznia opracować 
formularze.

– Obiecuję, że niebawem zajmę się tym. – Spojrzała na zegarek. – Teraz jednak 

muszę pokazać się w redakcji, bo gotowi pomyśleć, że zginęłam.

–  Nie  zjadłaś  deseru  –  zmartwił  się  gospodarz.  –  A  ja  nie  zdążyłem  ci 

powiedzieć, że artykuł o pożarze był pierwszorzędny.

Anne  zrobiło  się  ciepło  koło  serca,  bo  wreszcie  zyskała  uznanie  jako  dobry 

fachowiec.

– Dziękuję. Z przyjemnością zostałabym dłużej, ale naprawdę muszę iść. Za pół 

godziny zacznie się konferencja, mam mało czasu.

Matthew nie podtrzymał zaproszenia ojca, ale odprowadził ją do samochodu.
– Kiedy planujesz następny etap pracy?
–  Przedzwonię  do  ciebie  po  uzgodnieniu  z  panem  Lehmannem  –  odparł 

obojętnie.

– Musimy zawracać mu głowę?
Zrobił zdziwioną minę, więc zorientowała się, że to zabrzmiało,  jakby chciała 

pracować tylko z nim.

– Myślałam, że sami damy radę i zaoszczędzimy mu kłopotu.
– Raczej kłopot byłby podwójny, bo prędzej czy później i tak trzeba się z nim 

skonsultować.

– Oczywiście. Przepraszam.
– Nie ma za co. Bierzesz sobie moje słowa za bardzo do serca.
–  Wcale  nie  biorę  ich  do  serca.  Rozumiem,  że  chcesz  zadowolić  ojca  jak 

najmniejszym kosztem własnym.

Wsiadła  do  samochodu  i  zatrzasnęła  drzwi.  Gdy  skręciła,  obejrzała  się,  bo 

ciekawość  zwyciężyła.  Matthew  nie  wrócił  do  domu,  lecz  szedł  przed  siebie,  z 
opuszczoną głową i rękoma w kieszeni. Intrygowało ją dokąd. Nie powiedział, czy 
przyjdzie na konferencję.

– Albo ma coś ważniejszego do zrobienia – szepnęła – albo nowe zajęcie już go 

nuży. Ani jedno, ani drugie nie rokuje dobrze dla „Chronicie".

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  jest  na  to  jakaś  rada.  Nie,  nic  nie  można 

background image

poradzić.  Jedyne,  co  mogłaby  zrobić,  to  podpowiedzieć  coś  jego  ojcu.  Lecz  czy 
wypada tak postąpić?

Ledwo  wysiadła  z  windy,  zobaczyła  Dominique  wychodzącą  od  redaktora 

naczelnego.  Ucieszyła  się,  że  Matthew  nie  poszedł  do  rywalki,  ale  zaraz 
zreflektowała się i zawstydziła swych myśli.

– Masz zamiar wystąpić w telewizji, że się wystroiłaś na czerwono? – spytała 

Dominique.

Nie wiedziała, czy obrazić się za to, że Dominique skrytykowała jej najlepszy 

wełniany kostium, czy zmartwić, że i ona robi aluzję do zmiany pracy. Nerwowym 
ruchem poprawiła mankiety czarnej bluzki, a Dominique uśmiechnęła się złośliwie 
i odeszła do swojego biurka.

Anne sprawdziła w kalendarzu, kto o tej porze jest w pracy. Nie mogła jednak 

skupić  się  na  przygotowywaniu  gazety,  bo  stale  wracała  myślami  do  chwili,  gdy 
uświadomiła sobie, że kocha Matthew. Teraz niektóre reakcje stały się zrozumiałe, 
a przedtem nie pojmowała, co się z nią dzieje.

Nie był to stan ducha, jakiego wypadałoby się spodziewać. Nie ogarnął jej ani 

zachwyt, ani pragnienie, by objąć cały świat lub wejść na najwyższą wieżę i głośno 
śpiewać. Prawdę powiedziawszy, chwilami miała przykre wrażenie, jakby spadła z 
wysokiego drzewa. Przytrafiło się jej to raz, dawno temu, ale doskonale pamiętała, 
jakie to straszne uczucie, gdy brakuje powietrza.

– Pani Anne!
Przy  biurku  stał  redaktor  naczelny,  Jack  Straw,  i  patrzył  na  nią 

zniecierpliwiony.

– Słucham?
– Muszę porozmawiać z panią przed konferencją.
Anne  zdenerwowała  się.  Pośpiesznie  zabrała  kalendarz  i  notatki  i  poszła  za 

zwierzchnikiem, który powiedział sekretarce, że konferencja zacznie się kwadrans 
później. Anne odczuła niepokój.

–  Proszę  usiąść.  I  niech  mi  pani  wytłumaczy,  jakim  prawem,  nie  uprzedzając 

mnie, w sobotę wstrzymała pani druk na dwie godziny.

Anne  nie  przewidziała  takiego  obrotu  sprawy  i  speszona  wbiła  wzrok  w 

kalendarz. Atak bezpośredniego zwierzchnika był tym bardziej przykry, że nastąpił 
tuż po pochwale, jaką usłyszała od wydawcy.

By zyskać na czasie, ośmieliła się sprostować:
– Niecałe dwie godziny.
Zastanawiała się, czy powiedzieć, że pan Garrett jest zadowolony, czy lepiej to 

background image

przemilczeć, żeby nie pogorszyć sytuacji.

– Prawie całe. – Pan Straw przysiadł na biurku. – Co skłoniło panią do podjęcia 

samowolnej decyzji?

– Decyzja nie była samowolna, bo był tu pan Garrett.
– Pan Jim Garrett?
– Nie, jego syn.
Redaktor wybuchnął szyderczym śmiechem.
–  Widocznie  ma  pani  na  niego  duży  wpływ.  A  przynajmniej  tak  pani  sądzi, 

prawda?

Anne przeszył zimny dreszcz.
– Tu obowiązuje pewna hierarchia, o której należy pamiętać.
–  Chciałam  do  pana  zadzwonić,  ale  pan  Garrett  powiedział,  że  to  nie  jest 

konieczne. Skoro tu był, uznałam po prostu...

– Pani uznała? Przypominam, że młody Garrett ma niewiele do powiedzenia w 

sprawach organizacyjnych. Jest felietonistą, i tylko tyle.

–  Czyżby?  Dlaczego  nie  zapyta  pan  pana  Garretta,  czy  jego  syn  jest  tylko 

felietonistą?

Oburzony  zwierzchnik  długo  patrzył  na  nią  w  milczeniu,  a  potem  wycedził 

przez zaciśnięte zęby:

– Spokojna głowa, pomówię z nim. Przede wszystkim o pani zarozumialstwie. 

Taka wypowiedź świadczy o pani niesłychanym tupecie.

Anne ugryzła się w język, by nie wybuchnąć.
–  To  tyle.  –  Jack  Straw  wstał.  –  Niech  pani  się  cieszy,  jeśli  skończy  się  na 

wymówieniu z powodu niesubordynacji. Mogło być jeszcze gorzej.

Anne nadal siedziała..
–  Mam  wylecieć  za  to,  że  dobrze  się  spisałam?  –  zapytała  spokojnie.  –  Pan 

Garrett był bardzo ze mnie zadowolony.

–  Czy  wie,  że  pani  podjęła  samowolnie  decyzję  i  nie  raczyła  do  nikogo 

zadzwonić?

Nie  odpowiedziała,  ponieważ  nie  rozpatrywała  swego  postępowania  pod  tym 

kątem. Dotąd nie było ważne, czy wydawca, chwaląc ją, o wszystkim wiedział. A 
jeśli wiedział tylko tyle, ile powiedział mu syn, który może nie wspomniał o swej 
ingerencji? Sądziła, że Matthew wie, co robi i ma prawo podjąć każdą decyzję. On 
widocznie też tak uważał. Kto się myli? Matthew, naczelny czy ona?

– Przecież dobrze się skończyło. Nie można poczytać tego na moją korzyść?
– Ma pani szczęście, że się udało. Mogło skończyć się katastrofą.

background image

– Za to teraz będzie cyrk – rzekła z ironią.
–  Gdyby  to  ode  mnie  zależało,  na  pewno  byłaby  awantura.  Ale  najpierw 

sprawdzę,  co  pan  Garrett  powie  o  pani  zapędach,  by  się  szarogęsić.  Jeśli  nie 
wyrzuci pani tym razem, to ostrzegam, że jeszcze jedno takie posunięcie i ja sam 
panią zwolnię.

Otworzył drzwi, a Anne powoli wstała. Serce waliło jej jak młotem, w głowie 

się  kręciło,  nie  była  pewna,  czy  dojdzie  do  sali  konferencyjnej.  Musiała  przejść 
koło  Dominique,  która  spojrzała  na  nią  z  tak  złośliwym  uśmiechem,  że  Anne 
opanowała  się  i  dumnie  wyprostowała.  Domyśliła  się,  że  rywalka  zasiała  ziarno 
niezgody i już zbiera żniwo, ale pocieszyła się myślą, że na zmartwienia przyjdzie 
czas, gdy pozna opinię pana Garretta. Jeżeli on zna całą historię, może bawi go to, 
że pan Straw jeszcze nie rozumie, iż niebawem będą obowiązywać inne obyczaje. 
Nawet jeżeli nie przyznał synowi wszystkich praw, na pewno nie będzie miał jej za 
złe, że działała w dobrej wierze. Była przekonana, że Matthew nie musi zważać na 
obowiązujące zasady.

– Ale może czeka mnie dymisja – szepnęła. – I jeśli to sprawka Matthew...

We wtorek Holly otrzymała list pochwalny od pana Garretta, który docenił jej 

zaangażowanie  i  wyniki  pracy  w  trudnych  warunkach.  Rozpromieniona  podeszła 
do Anne, wymachując listem.

–  Patrz,  co  dostałam! Chyba  warto było  zniszczyć  ulubione  buty. Oczywiście 

pochwała  miałaby  większą  wartość,  gdyby  dołączono  obietnicę  o  premii.  Wiesz, 
powinnaś  teraz  upomnieć  się  o  podwyżkę.  Kuj  żelazo,  póki  gorące.  Nie  ma 
powodu, żebyśmy obie nie dostały dużej premii.

Anne poczuła ukłucie w sercu. Rozumiała, że Holly zasługuje na pochwałę, bo 

napisała doskonały reportaż, ale trochę jej zazdrościła. Ona też dobrze się spisała, a 
nie  otrzymała  oficjalnej  pochwały.  Fakt,  że  pan  Garrett  osobiście  ją  pochwalił, 
jakoś nie wystarczał. I nie pomagała świadomość, że rzadko dostrzega się zasługi 
redaktorów.

Jedynym pocieszeniem było to, że redaktor naczelny nie wezwał jej na następną 

rozmowę.  To  znaczyło,  że  albo  jeszcze  nie  spotkał  się  z  panem  Garrettem,  albo 
przypomniano mu o zakresie jego praw. Widać nie zamierzał przeprosić Anne.

Nie przyszło jej do głowy, że istnieje trzecia możliwość. Los lubi płatać figle.
W środę, ledwo weszła do redakcji, zadzwonił Matthew, by przekazać nowinę.
– Dzień dobry. Pan Lehmann proponuje jeszcze jedną sesję u nich w domu.
Anne uznała to za złośliwość losu.

background image

– Nie wystarczy spotkać się gdzieś tutaj na parę godzin? Jestem bardzo zajęta...
–  Jak  my  wszyscy  –  sucho  rzucił  Matthew.  –  Powinniśmy  prędko  się  z  tym 

uporać, więc pojedziemy w niedzielę rano.

Z tego wynikało, że on też wolałby uniknąć niezręcznej sytuacji.
– Dobrze.
– Może być dziewiąta? Wiem, że w soboty pracujesz do późna.
– Nie zawsze.
– Co to znaczy?
–  Nic.  –  Głośno  westchnęła.  –  Tylko  tyle,  że  mam  kłopoty  z  naczelnym.  Nie 

zachwycił  się  tym,  że  pozwoliłeś  mi  wstrzymać  druk  i  jeśli  to  będzie  od  niego 
zależało, nie zleci mi niedzielnego wydania.

– Ja ci nie pozwoliłem – rzekł Matthew cicho.
– Jak to? – Wystraszyła się, bo jego słowo znaczyło więcej, niż jej. – Dziękuję, 

tylko tego brakowało, żebyś uchylił się od odpowiedzialności.

Rzuciła  słuchawkę  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Była  przekonana,  że  Matthew 

postąpił z premedytacją, co oznacza duże kłopoty.

Nadal  siedziała  zgarbiona,  gdy  zadzwoniła  sekretarka  pana  Garretta  z  prośbą, 

aby  Anne  natychmiast  przyszła,  bo  wydawca  chce  z  nią  rozmawiać.  Anne 
przeraziła  się  nie  na  żarty.  Sprawa  jest  bardzo  poważna,  skoro  rekonwalescent 
przyjechał,  żeby  osobiście  się  nią  zająć.  W  uszach  brzmiały  słowa  redaktora 
naczelnego o zwolnieniu i Anne ze smutkiem pomyślała, że nawet nie będzie miała 
okazji jeszcze raz się pomylić.

background image

Rozdział 9

Przejrzała  się  w  drzwiach  windy,  obciągnęła  szarą  spódnicę,  poprawiła 

niebieską bluzkę i przygładziła włosy. Pomyślała, że zachowuje się jak przerażone 
dziecko, a nie jak pewna siebie kobieta, która według Matthew zaimponowała jego 
ojcu walką o własne zdanie. Powtarzała sobie, że jeszcze nie ma powodu do paniki. 
Możliwe,  że  pan  Garrett  przyjechał  w  innej  sprawie,  a  z  nią  porozmawia  przy 
okazji.  Być  może  chce  zaproponować  coś  nowego  w  związku  z  funduszem 
stypendialnym. Rozsądek jednak podpowiadał, że gdyby o to chodziło, załatwiłby 
sprawę przez telefon.

Gdy drzwi się otworzyły, westchnęła i wysiadła.
– Proszę wejść, bo szef czeka – rzekła sekretarka.
Anne  straciła  resztki  otuchy,  gdy  zobaczyła,  że  na  biurku  nie  ma  żadnych 

kartek, a pan Garrett stoi przy oknie.

– Dzień dobry.
Usiedli  przy  niskim  stoliku,  Anne  sztywno,  na  samym  brzegu  fotela.  Jej

zdenerwowanie  nie  uszło  uwagi  pana  Garretta,  który  poczęstował  ją  kawą  i 
zabawiał rozmową. Zamiast pić, Anne bezwiednie obracała filiżankę i gorączkowo 
zastanawiała  się,  dlaczego  wstęp  jest  taki  długi.  Wreszcie  nerwy  ją  zawiodły  i 
cicho zapytała:

– Wezwał mnie pan z powodu mojej niesubordynacji, prawda?
Starszy pan ze zdziwienia wysoko uniósł brwi.
–  Na  pewno  –  brnęła  dalej  –  pan  Straw  poskarżył  się,  że  w  sobotę  nie 

zawiadomiłam go i samowolnie wstrzymałam druk.

–  Owszem.  Szczerze  mówiąc,  zaskoczyło  mnie,  że  podjęłaś  taką  decyzję  i 

wzięłaś całą odpowiedzialność na siebie.

Po  tych  słowach  zgasła  ostatnia  iskierka  nadziei,  że  część  winy  spadnie  na 

Matthew.  Anne  ogarnęła  złość,  bo  wydawca  nie  obwiniał  syna,  więc  zanim  się 
odezwała, policzyła do dwudziestu.

– Przepraszam, ale myślałam...
Urwała, gdy zobaczyła, że starszy pan zasępił się. Jak to rozumieć? Widocznie 

fakt,  że  była  przekonana  o  uprawnieniach  Matthew,  nie  usprawiedliwiał  jej 
postępowania  i  nie  zwalniał  z  obowiązków  służbowych  wobec  przełożonych. 
Powinna  była  podziękować  Matthew  za  dobrą  radę  i  zadzwonić  do  redaktora 
naczelnego. Gdyby to zrobiła, teraz uniknęłaby przykrości.

background image

– Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – dodała ciszej. – Jeszcze raz pana 

przepraszam.

– Tyle razy prosiłem, żebyś mówiła mi po imieniu.
Popatrzyła, jakby nic nie rozumiała.
–  Moja  droga,  chyba  nie  sądzisz,  że  wezwałem  cię,  żeby  udzielić  nagany?  –

Zauważył,  że  drgnęła.  –  Och,  widzę,  że  tak  myślałaś...  Jack  złościł  się,  bo  do 
nikogo nie zadzwoniłaś, ale powiedziałem mu, że to nie ma znaczenia. Zrozumiał 
sugestię.

Anne poczuła łzy w oczach.
– Skontaktowanie się z kimkolwiek zajęłoby trochę czasu, a nie było chwili do 

stracenia.  W  sytuacji  pełnej  napięcia  podjęłaś  jedyną  słuszną  decyzję.  Jestem 
bardzo zadowolony z ciebie i z Matta.

– Dziękuję... bardzo dziękuję.
–  Ciebie  chwalę  za  to,  że  wiedziałaś,  jak  należy  postąpić,  a  jego  za  to,  że 

powiedział ci, że potrafisz samodzielnie podejmować ważne decyzje.

Anne  zrobiła  wielkie  oczy.  Czy  to  możliwe,  by  nie  zrozumiała  Matthew  i 

podjęła  decyzję  samowolnie?  Czy  błędnie  sądziła,  że  ma  jego  pozwolenie?  Jeśli 
tak,  skrzywdziła  go,  oskarżając  o  celowe  zastawienie  pułapki.  Aby  opanować 
drżenie rąk, mocno splotła palce.

–  A  gdyby  się  nie  powiodło?  –  spytała  nieswoim  głosem.  –  Gdybyśmy  nie 

zdążyli z drukiem na czas albo...

–  Decyzja  nadal  byłaby  słuszna  –  odparł  pan  Garrett  bez  wahania.  –

Zamieszczona relacja była rzetelna, a to liczy się najbardziej.

– Ale pan Straw mówił...
–  Wiem,  bo  mnie  chyba  powiedział  to  samo.  –  Starszy  pan  uśmiechnął  się 

kwaśno.  –  Jack  jest  dobrym  człowiekiem,  ale  trochę  cierpi  na  manię  wielkości  i 
wydaje  mu  się,  że  jest  niezastąpiony,  że  on  musi  o  wszystkim  decydować.  A  w 
„Chronicie" jest miejsce tylko dla jednego despoty... z którym akurat rozmawiasz.

Anne  roześmiała  się.  Jaka  to  ulga,  to  straszne  napięcie  wreszcie  minęło  i  nie 

musiała bać się o pracę.

– Jeśli nie zostałam wezwana karnie, to w jakiej sprawie? – spytała nieśmiało.

– Najpierw dam ci świeżej kawy. – Pan Garrett wstał.
– Ta już chyba wystygła.

Anne  nie  chciało  się  pić,  lecz  skoro  zwierzchnik  nie  zamierza  natychmiast 

odpowiedzieć  na  pytanie,  wypada  cierpliwie  czekać.  Starszy  pan  bez  pośpiechu 
wylał zimną kawę, nalał świeżej i znowu usiadł.

background image

–  Nasze  spotkanie  trochę  wiąże  się  z  pożarem,  ale  bardziej  ze  stypendium  i 

twoim owocnym zaangażowaniem.  Chciałbym wyrazić  moją wdzięczność czymś, 
co  będzie  równie  trwałe,  jak  twoja  praca.  –  Wyjął  z  szuflady  ładnie  opakowany 
prezent  i  położył  koło  Anne.  –  Trochę  długo  trwało,  nim  znalazłem  to,  o  co  mi 
chodziło.

Anne pomyślała, że w środku jest dowód uznania, który z dumą wiesza się na 

ścianie,  ale  o  którym  prędko  się  zapomina.  Nie  mogła  rozerwać  mocnego 
srebrnozłotego opakowania, więc przecięła je paznokciem i wyjęła czarne skórzane 
etui  ze  złotym  zameczkiem.  Przez  chwilę  wpatrywała  się  w  nie  zaskoczona,  po 
czym podniosła wzrok na pana Garretta. Zdawało się jej, że starszy pan patrzy na 
nią z życzliwym zaciekawieniem.

Powoli otworzyła etui i wyrwał się jej okrzyk zachwytu. Na granatowym atłasie 

leżał  podwójny  sznur  pięknych  pereł,  dużych  jak  groch.  Nie  mogła  oderwać  od 
nich oczu.

– Jim... – szepnęła. – Powiedz, że są sztuczne.
– Nie są najprawdziwsze, bo wyhodowane.
–  Och,  to  i  tak  bardzo  krępujący  prezent.  Niedawno  zamieściliśmy  obszerny 

artykuł na temat takich pereł. – Odłożyła etui na stół. – Nie mogę ich przyjąć.

Pan Garrett nie drgnął.
– Myślę, że obraziłabyś się, gdybym chciał ci zapłacić za to, co zrobiłaś.
– Oczywiście. Gdybym nie popierała inicjatywy całym sercem, nie kiwnęłabym 

palcem.

– Podarowałaś mi swój cenny czas.
– A to – wskazała etui – ma być dowód wdzięczności?
– Jeżeli wolisz, mogę odstąpić ci trochę udziałów w dzienniku.
–  Nie!  –  zawołała  ostrzej,  niż  wypadało.  –  Ale  gdybym  otrzymała  list 

pochwalny,  który  odczytywałabym  naczelnemu,  gdy  będzie  miał  do  mnie 
pretensje...

– Ten problem chciałem rozwiązać inaczej.
Wziął etui, zamknął i odłożył na bok. Anne z odrobiną żalu patrzyła, jak perły 

znikają.

– Trochę to skomplikowane – rzekł pan Garrett. Jest oczywiste, że już nie mogę 

pracować tyle,  co  dawniej,  więc nastąpią tu  zmiany.  Niedługo  będzie  rządzić kto 
inny...  Ale  na  razie  ważne  jest  to,  że  postanowiłem  utworzyć  nowe  stanowisko. 
Asystent wydawcy to ładny tytuł, prawda?

Anne przytaknęła i pomyślała, że Matthew będzie niezbyt zadowolony, że jest 

background image

jedynie asystentem,  ale  przynajmniej  zdobędzie praktykę, która przyda się, gdy z 
czasem zajmie miejsce ojca.

Pan Garrett usiadł wygodniej.
– Czy ty chciałabyś objąć to stanowisko?
Anne nawet w najśmielszych marzeniach nie roiła o czymś takim. Przez myśl 

jej nie przeszło, że podobną propozycję mógłby otrzymać ktoś oprócz Matthew.

–  Będziesz  musiała  pracować  w  ciągu  dnia  –  ciągnął  pan  Garrett  z  poważną 

miną.  –  Ale  przyznasz,  że  to  nie  dyskryminacja,  lecz  dobra  propozycja.  Anne 
wybuchnęła nerwowym śmiechem.

– Tak... chyba tak.
– Chodzi mi o zastępcę z prawdziwego zdarzenia, który będzie miał wszystkie 

uprawnienia i występował w moim imieniu.

Anne  zaczynała  rozumieć,  o  co  chodzi.  Matthew  zamierzał  nadal  pisać 

felietony, a pan Garrett pogodził się z tym, że jego syna nie zachwyca perspektywa 
ponoszenia odpowiedzialności za dziennik. Matthew na pewno nie będzie pracował 
z takim poświęceniem, jak jego ojciec. Dlatego pan Garrett zabezpiecza się, żeby w 
przyszłości  uniknąć  kłopotów.  Jego  tok  rozumowania  zapewne  był  taki:  mój  syn 
ma nazwisko, więc on zostanie wydawcą, ale tak naprawdę niech pracuje zastępca. 
Czy  wobec  tego  propozycja  oznacza,  że  trzeba  będzie  naprawiać  szkody 
wyrządzone przez Matthew?

Zreflektowała  się.  Chyba  jej  myśli  biegną  niewłaściwym  torem.  Przecież  pan 

Garrett twierdzi, że asystentka będzie występowała w imieniu wydawcy. To duże 
uprawnienia,  chociaż  na  razie  dokładnie  nie  wiadomo,  co  będą  oznaczać  w 
praktyce.

– Na pewno będzie ci trochę trudno się przestawić – podjął pan Garrett. – Masz 

doskonałe  kwalifikacje  potrzebne  na  obecnym  stanowisku,  lecz  musisz  się 
dokształcić  w  zakresie  zarządzania,  od  opłat  za  reklamy  po  negocjacje  ze 
związkami zawodowymi. – Wypił łyk kawy.

– Ale ze związkami podobno radzisz sobie całkiem nieźle. Tak słyszałem.
Anne nie bardzo rozumiała, do czego pan Garrett zmierza.
– Wiesz też, że wydawanie gazety jest bez sensu, jeśli nie przekona się ludzi, by 

ją kupowali.

– Czyli będzie mnóstwo różnych obowiązków.
– Niestety. Ale gdybym uważał, że im nie podołasz, nie poruszałbym tematu. –

Powoli wypił resztę kawy, aby dać Anne chwilę do namysłu. – Musisz dobrze się 
zastanowić.

background image

– Wydaje mi się, że mogłabym od razu dać odpowiedź, ale...
–  Nie  chcę  natychmiastowej  odpowiedzi.  Wolę,  żebyś  dokładnie  rozważyła 

wszystkie  za  i  przeciw.  Chcę  mieć  absolutną  pewność,  że  za  rok  nie  będziesz 
żałowała, gdy pojawią się kłopoty z budżetem albo burmistrz zagrozi sądem.

– Jesteś pewien, że się zgodzę, prawda?
– Tak.
–  Ja  chyba  też.  Czy  można  odrzucić  taką  szansę?  Hmm,  człowiek,  który 

naprawdę  nadaje  się  na  kierownicze  stanowisko,  powinien  umieć  błyskawicznie 
podejmować decyzje.

–  Dobry szef  podejmuje  szybkie  decyzje  po  obejrzeniu  sprawy  ze  wszystkich 

stron. Nie śpiesz się, pomyśl. – W oczach starszego pana mignęły wesołe błyski. –
Potem daj mi znać, kiedy podejmiesz się nowych obowiązków. Zgoda?

– Dziękuję.
– A naszyjnik? Jesteś pewna, że go nie chcesz?
Przez  moment  walczyła  z  pokusą,  co  teraz  było  łatwiejsze,  bo  nie  widziała 

pereł. Nowe stanowisko wydawało się jednak więcej warte niż sto sznurów pereł.

– Tak. Ale doceniam intencje i jeszcze raz bardzo dziękuję.
– I co ja teraz z nim zrobię? – zmartwił się pan Garrett, marszcząc brwi.
Anne jedynie się uśmiechnęła.
Wiedziano,  gdzie  była,  i  ledwo  weszła,  umilkły  rozmowy  i  stukot  klawiatur. 

Ostentacyjnie  spojrzała  na  zegarek,  więc  wszyscy  pośpiesznie  wrócili  do  pracy. 
Tylko Holly ośmieliła się podejść, aby zapytać o jakiś zupełnie nieistotny drobiazg.

– Czemu tak długo tam siedziałaś?
– Bo piliśmy kawę.
–  Myślałam,  że  interesuje  cię  syn,  a  nie  ojciec  –  rzekła  Holly  krytycznie.  –

Pijesz kawę z ojcem, całujesz się z synem. Czym to się skończy?

Awansem,  którego  nie  przewidziałaś,  pomyślała  Anne,  lecz  nic  nie 

powiedziała.  Teraz  mogła  swobodnie  marzyć  o  kierowaniu  redakcją  i  nawet 
przyznać  się  przed  sobą,  że  śniła  o  podobnej  możliwości.  Dwa  lata  to  za  długi 
okres  na  jednym  stanowisku.  W  skrytości ducha  martwiła  się, że  tak  zostanie do 
końca życia.

Zawsze  pociągały  ją  nowe  zadania,  a  teraz  rozwinął  się  przed  nią  wachlarz 

wspaniałych, nieskończonych możliwości. No, no, bez przesady, zreflektowała się. 
Wszystko ma granice. Stanowisko asystentki oznacza, że trzeba będzie odpowiadać 
przed Matthew.

A może niekoniecznie i nie zawsze?

background image

Jeżeli Matthew nie spodobają się obowiązki wydawcy'
– a gotowa była założyć się, że nie będzie zachwycony – może ona naprawdę 

go  zastąpi.  I  wtedy  cała  odpowiedzialność,  wszystkie  problemy  staną  się  jej 
udziałem. Oprócz zasług, które przypadną Matthew. Będzie to dość irytujące, lecz 
jeśli taka jest cena za wymarzone stanowisko, była gotowa ją zapłacić.

A odpowiedzialność, z której nie zdawała sobie sprawy, a której ciężar ostudzi 

entuzjazm? Zrobiła listę spraw, którymi będzie musiała się zajmować. O wielu nie 
miała pojęcia, lecz uważała, że to będą przyczyny, dla których Matthew obrzydnie 
praca. Jej zaś nie zniechęcą. To drobiazg w porównaniu z tym, iż ona będzie dbała 
o rozwój „Chronicie".

Pocieszała  się,  że  w  osobie  pana  Garretta  zyska  dobrego  mentora,  który  na 

początku  na  pewno  pomoże  jej  w  razie  poważniejszych  kłopotów.  Z  całą 
pewnością przy nim bardzo dużo skorzysta. Może jednak nie należy zbytnio na to 
liczyć?  Zapowiedział  przecież,  że  niebawem  nastąpią  zmiany.  Jej  bezpośrednim 
zwierzchnikiem  zostanie  Matthew  i  chyba  nie  będzie  miała  możliwości 
konsultować się z jego ojcem.

Czy najważniejsze pytanie, na jakie powinna sobie odpowiedzieć, nie dotyczy 

Matthew?  Czy  na  pewno  jest  gotowa  z  nim  pracować?  On  widocznie  wyraził 
zgodę, bo ojciec nie działałby bez porozumienia z nim. Czyli Matthew uważał, że 
współpraca dobrze się ułoży.

Lecz jednego aspektu na pewno nie wziął pod uwagę, ponieważ nic o nim nie 

wiedział.

Była przekonana, że Matthew nie domyśla się, iż go kocha. Teraz tym bardziej 

nie mogła się zdradzić. Czy zdoła zachować tajemnicę i jednocześnie cieszyć się, 
że  jest  blisko  ukochanego?  Czy  miłość  zwiędnie  z  powodu  nieuniknionych 
konfliktów i rozczarowań? Kto wie, co przyniesie czas.

Nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia, a zakochała się błyskawicznie. 

Pragnęła  wzajemności  i  tego,  by  Matthew  nie  mógł  bez  niej  żyć.  Czy  to  kiedyś 
nastąpi? To zmartwienie zostawiła na później. Obecnie najważniejsza była decyzja, 
czy objąć nowe stanowisko.

Przez cały dzień krążyła wokół jednego tematu. Zeszła na parking dziesięć po 

jedenastej, nadal pogrążona w myślach. Zdenerwowała się, gdy sobie uświadomiła,
że  nie  pamięta,  co  zamieszczono  na  pierwszej  stronie.  Zdawała  sobie  sprawę  z 
własnego roztargnienia, ale miała nadzieję, że Holly nie wykorzystała jej nieuwagi 
i  nie  ujawniła  chciwości  burmistrza.  Raczej  mało  prawdopodobne,  by  pisała  na 
podstawie  domysłów  i  plotek.  Powinna  zaczekać,  aż  przyłapie  burmistrza  na 

background image

gorącym uczynku.

Była bardzo zaabsorbowana, toteż nie zauważyła nieobecności strażnika. Nagle 

poczuła  czyjąś  rękę  na  ramieniu  i  w  mgnieniu  oka  ujrzała  niedawny  napad. 
Przeraźliwie krzyknęła, a jej głos odbił się echem od betonowych ścian.

– Nie wrzeszcz! Myślałem, że słyszałaś, jak cię wołałem.
Poznała głos Matthew, ale gdy się  odwróciła, była śmiertelnie blada i rękoma 

zasłaniała  twarz.  Wiedziała,  że  jest  bezpieczna,  ale  nie  mogła  opanować 
przerażenia, bała się, że tym razem wpadnie w histerię.

– Najmocniej przepraszam. Uspokój się.
Wcisnęła  pięść  do  ust  i  przestała  krzyczeć,  ale  wybuchnęła  płaczem.  Łkanie 

wstrząsało jej ciałem, cała dygotała, lecz odepchnęła Matthew, gdy chciał ją objąć.

– Nie dotykaj mnie – wykrztusiła. – Raz wystarczy.
Odsunął się i stał bezradnie. Po chwili przybiegł ochroniarz.
– Co się stało? Napad?
– Nie, to ja panią przestraszyłem.
– Serdecznie współczuję. Nie było mnie, bo odprowadziłem inną panią...
– Nic mi się nie stało – powiedziała Anne drżącym głosem. – Przepraszam, że 

krzyczałam.  –  Po  odejściu  strażnika  syknęła:  –  Jak  się  pozbieram,  dostaniesz  za 
swoje.

Powoli  opanowała  się,  ale  nadal  czuła  się  okropnie.  Matthew  objął  ją  i  tym 

razem nie protestowała, ponieważ uginały się pod nią nogi.

– Chodź, dobrze zrobi ci łyk brandy – zaproponował łagodnie.
W restauracji bezsilnie opadła na krzesło i tak dygotała, że rozlała alkohol.
– Lepiej? – spytał Matthew, gdy wypiła połowę.
– Trochę. Teraz było gorzej niż przedtem. Jakbym oglądała film w zwolnionym 

tempie i czekała na straszne zakończenie.

– Nad czym tak intensywnie rozmyślałaś? Byłem pewien, że mnie słyszysz.
– No proszę! Najlepiej zrzucić winę na mnie.
– Sądziłem, że... Gdzie podziała się dzielna kobieta, która kopnęła złodzieja?
– Myślałam, że już jest dobrze, bo ostatnio nie śnił mi się napad.
– Twój krzyk będzie odbijał się echem do rana.
Anne lekko się uśmiechnęła.
– Gdybym miała czas się zastanowić, uznałabym, że zrobiłeś to celowo. Ja ci...
Nie dokończyła groźby.
– Przyjmę każdą karę, jaką wymyślisz.
– Lepiej przyznaj się, dlaczego byłeś na parkingu. Popsułam ci plany, co? Już 

background image

mi lepiej, więc nie musisz mnie pilnować.

– Szedłem do ciebie, bo chciałem wyjaśnić dzisiejsze nieporozumienie.
–  Aha.  –  Speszona  spuściła  wzrok.  –  Przepraszam,  że  na  ciebie  wsiadłam  i 

rzuciłam  słuchawkę.  Niestety,  przez  chwilę  naprawdę  myślałam,  że  postąpiłeś  z 
premedytacją, żebym wyleciała z pracy. Dopiero podczas rozmowy z twoim ojcem 
uświadomiłam sobie moją głupotę.

Matthew tego nie skomentował i  milczenie  trwało tak długo, że Anne  dostała 

gęsiej skórki.

– Wiesz, o czym rozmawialiśmy, prawda? – spytała niepewnie. – O awansie.
Matthew spojrzał na nią, jakby nie rozumiał, co ona mówi.
– Słuchaj, co się z tobą dzieje?
Wlepiła w niego wzrok i nagle wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. 

Od  kilku  godzin  dręczyło  ją  pytanie,  dlaczego  pan  Gamett  zaproponował 
stanowisko  asystentki osobie  drugoplanowej.  Przecież  byli  inni  kandydaci,  starsi, 
bardziej  doświadczeni.  Nareszcie  znalazła  odpowiedź.  Oto  Matthew  działał  za 
kulisami i przyczynił się do tego, że dostała coś, na co nie zasłużyła. Dlaczego to 
zrobił? Co chce w zamian?

– Cholera, dlaczego? Powiedz mi, dlaczego.
Matthew szczerze się zdziwił.
– O co tak się pieklisz? Nie naciągałem żadnych faktów, po prostu sprawiłem, 

że ojciec zwrócił na ciebie uwagę. Bez tego nie miałabyś szansy.

Czyli to prawda i podejrzenia są słuszne. Nie awansowała za zasługi, sama nie 

zdołałaby  zajść  tak  wysoko.  Jak  mogła  pomyśleć,  że  przeskoczy  tyle  szczebli? 
Otrzymała  to  stanowisko,  ponieważ  Matthew  uważał,  że  to  obojętne,  kto  je 
dostanie.

–  To  twoje  dzieło,  tak?  –  syknęła.  –  Według  ciebie  byle  kto  się  nada. 

Stanowisko  bez  znaczenia,  więc  nieważne,  kto  je  otrzyma.  Ale  lepiej  ktoś,  kto 
wobec ciebie będzie miał dług wdzięczności. O to chodzi?

Twarz Matthew zamieniła się w kamienną maskę.
– Dziękuję za brandy, ale za nic więcej.
– Zachowujesz się jak niespełna rozumu. Na złość mamusi odmrożę sobie uszy, 

tak? Co w tym złego, że ci pomogłem?

– Nie chcę mieć żadnego stanowiska po znajomości, rozumiesz?
Wstała i odeszła kilka kroków.
– Umówiliśmy się na niedzielę! – zawołał Matthew.
Najchętniej powiedziałaby mu, co ma zrobić ze stypendium swego ojca, ale nie 

background image

mogła porzucić sprawy, którą uważała za bardzo ważną.

– Będę gotowa o dziewiątej.
Przykre, że to będzie ostatnie spotkanie. Zrobi, co do niej należy, a potem serce 

jej pęknie, lecz nikt nie odgadnie, z jakiej przyczyny.

background image

Rozdział 10

Po przyjściu do domu, zamiast położyć się spać, długo chodziła po pokoju jak 

lew w klatce. Co za ironia losu, że największe marzenie było tak bliskie spełnienia, 
a  gdy wyciągnęła  rękę, brutalnie  je zabrano. Czy rzeczywiście zabrano? Przecież 
nikt propozycji nie cofnął. W każdej chwili mogła zadzwonić do  pana Garretta –
nawet  zaraz  –  i  powiedzieć,  że  się  zgadza  i  jeśli  trzeba,  zacznie  nową  pracę  w 
poniedziałek.

Zreflektowała się. Nie, to wcale nie będzie takie łatwe, ponieważ Matthew na 

pewno zgłosi zastrzeżenia. Niemożliwe, żeby było inaczej.

A  jednak... Mówił o  odmrożonych  uszach... Czy to  znaczy,  że  odrzucając tak 

atrakcyjną propozycję, sama sobie zrobiła na złość? Jemu chyba jest obojętne, jak 
ona  postąpi.  Odmowa  będzie  z  krzywdą  wyłącznie  dla  niej.  Była  pewna,  że 
Matthew nie chce z nią pracować i uważała, że powinien powiedzieć to otwarcie.

Mimo wszystko mogłaby podjąć się tej pracy, ponieważ nie wątpiła, że sprosta 

nowym obowiązkom i dobrze spełni powierzone zadanie. I zaskoczy tym Matthew.

– Czy wtedy zakocha się we mnie? – szepnęła.
To  pytanie  ją  otrzeźwiło.  Powinna  skończyć  z  nierealnymi  marzeniami, 

dorosnąć, zobaczyć prawdziwe motywy. Jeżeli jej jedyną siłą napędową jest chęć, 
by zaimponować Matthew, lepiej zrezygnować z awansu.

Spotkali się dopiero w niedzielę rano. Przez te dni w redakcji panował spokój, 

bo nie wydarzyły się żadne wypadki drogowe ani skandale, o których pisze się na 
pierwszej stronie. Nikt nie pytał Anne o rozmowę z panem Garrettem, ale wszyscy 
jakoś  inaczej  na  nią  patrzyli,  nawet  redaktor  naczelny.  Żałowała,  że  odrzuca 
propozycję  i  nie  będzie  mogła  wezwać  pana  Strawa  na  rozmowę.  Chętnie 
przyczyniłaby się do zmiany niektórych obowiązujących zarządzeń.

Powzięła  ostateczną  decyzję,  że  dla  zachowania  równowagi  psychicznej  nie 

zostanie  asystentką  wydawcy.  Nie  znaczy  to,  by  przestała  marzyć  o  podobnej 
pozycji, lecz doszła do wniosku, że musi przenieść się do innej gazety lub nawet do 
innego miasta. Nie chciała pracować u boku Matthew. Aby odzyskać spokój ducha, 
musi  zacząć  rozglądać  się  za  innym  miejscem  pracy.  Oczywiście  po 
zawiadomieniu pana Garretta o swej decyzji.

Na razie nie miała okazji, ponieważ wydawca nie pojawiał się w redakcji i nie 

dzwonił. Sama nie mogła zdobyć się na to, by zatelefonować i usłyszeć zaproszenie 
do  domu.  Wolała,  żeby  ostateczna  rozmowa  odbyła  się  w  cztery  oczy,  bez 

background image

Matthew. Chciała uniknąć jego krytycznego wzroku i sarkastycznych komentarzy. 
Postanowiła zaczekać do ukończenia pracy związanej ze stypendium pana Garretta.

Lecz co powiedzieć? Na razie nie wiedziała, czy wyzna prawdę, a przynajmniej 

część  prawdy,  czyli  to,  że  ona  i  Matthew  nigdy  nie  będą  dobrymi 
współpracownikami. Może powie, że nie czuje się na siłach, by wziąć na barki tak 
dużą odpowiedzialność.

W  niedzielę  rano  przyniosła  „Chronicie"  i  jak  zwykle  najpierw  zajrzała  na 

stronę z felietonem Matthew. Nie chciała wierzyć własnym oczom! Odkąd sięgała 
pamięcią, nie zdarzyło się, by Matthew kogokolwiek przeprosił. A tutaj przepraszał 
Rudy'ego.

Uważnie przeczytała felieton i doszła do wniosku, że nie ma w nim wyraźnego 

przyznania się do winy. Matthew napisał jedynie, że w krytyce powieści Rudy'ego 
Balfoura posunął się trochę za daleko. To i tak było dużo.

Ledwo  skończyła,  rozległ  się  dzwonek.  Prędko  złożyła  gazetę,  wsunęła  na 

półkę pod stolikiem i poszła otworzyć drzwi.

Tym razem Matthew  przyjechał sportowym  wozem, co  oznaczało,  iż  szybciej 

zajadą i wrócą. Czy zarzucił pomysł o wycieczce i lunchu w plenerze? Zrobiło się 
jej  przykro,  że  ominie  ją  taka  przyjemność,  ale  może  lepiej,  bo  serce  bolałoby 
jeszcze bardziej. Spojrzała na Matta. Był zniecierpliwiony, więc zorientowała się, 
że za długo patrzyła na samochód.

– Już się ubieram.
– Wciąż masz muchy w nosie?
Zastygła  z  rękoma  wyciągniętymi  po  płaszcz.  Gdyby  nie  użył  takiego 

określenia, gdyby nie traktował jej jak humorzastego dziecka, przeprosiłaby go za 
wybuch. Jednak w tej sytuacji...

Matthew odebrał jej płaszcz i pomógł włożyć.
– Chyba jest ci to obojętne.
–  Niezupełnie,  bo  wolałbym  wiedzieć,  co  mnie  czeka.  Pominęła  tę  uwagę 

milczeniem.

– Torba jest w kuchni. Zaraz wracam.
Wstąpiła też do pokoju i na wszelki wypadek wzięła „Chronicie". Jeśli Matthew 

będzie dokuczliwy, odgrodzi się od niego gazetą i będzie udawała, że czyta.

Zadzwonił telefon.
Matthew mruknął coś pod nosem, więc na przekór jemu, postanowiła odebrać. 

Zawróciła do pokoju i podniosła słuchawkę.

– Dzień dobry. Mówi Dorie Lehmann. Jak dobrze, że jeszcze panią zastałam.

background image

Anne przez ramię zerknęła na Matthew.
–  Czy  to  spojrzenie  znaczy,  że  rozmowa  potrwa  dłużej?  –  spytał.  –  Mogę 

usiąść?

–  Mamy  kłopot  –  mówiła  pani  Lehmann  zdyszanym  głosem.  –  A  raczej  są 

kłopoty  na  uczelni.  Mąż  dostał  telefon  i  wyszedł,  nie  mówiąc  mi,  o  co  chodzi. 
Nagle odbywa się zebranie zarządu.

– Czyli nasze spotkanie odwołane?
Matthew nadstawił uszu.
– Nie mam pojęcia, jak długo mąż tam będzie. Godzinę, cały dzień? Nie wiem, 

co poradzić. Dobrze, że się dodzwoniłam. Byłoby fatalnie, gdybyście zastali dom 
zamknięty na głucho.

– Tak, to mało przyjemne.
– Przedzwonię za jakąś godzinę, bo mąż chyba da znać, kiedy będzie wolny.
– Anne odłożyła słuchawkę i ogarnął ją dziwny niepokój.
– Pana Lehmanna wezwano na uczelnię.
– Masz ci los! I co teraz?
–  Musimy  czekać.  Ja  też  nie  jestem  zachwycona,  ale  dobrze,  że  jeszcze  nie 

ruszyliśmy. Mamy godzinę...

– Nie warto mi jechać do domu, bo może zaraz musiałbym wracać.
Anne  zrozumiała  to  jako  oświadczenie,  że  Matt  nie  ma  ochoty  spędzić  z  nią 

nawet godziny.

– Jestem dość  inteligentna, więc nie musisz robić aluzji – rzuciła  gniewnie. –

Napijesz  się  kawy,  poczytasz  prasę  i  czas  zleci  jak  z  bicza  strzelił.  Nie  musisz 
zabawiać mnie rozmową.

Położyła płaszcz na fotelu i  wyszła, aby przygotować kawę. Matthew poszedł 

za nią.

– Nie miałem nic złego na myśli.
Anne  ugryzła  się  w  język.  Skoro  gość  stara  się  być  uprzejmy,  gospodyni  też 

powinna być miła.

– Zjesz coś?
– Nie, dziękuję. Ale chętnie napiję się kawy.
Usiadł na taborecie koło okna.
Anne cieszyła się, że wcześniej nie pozmywała naczyń i teraz ma zajęcie, nim 

kawa będzie gotowa. Potem obsłuży Matthew, wymyśli jakiś pretekst i umknie na 
górę.

– Czy spokojnie przemyślałaś propozycję ojca?

background image

Zaskoczyło ją, że poruszył drażliwy temat i dość długo nie odpowiadała.
– Nie przyjmę...
– Dlaczego?
– Dlaczego? – powtórzyła, nie patrząc na niego. – Bo doszłam do wniosku, że 

nie mam odpowiednich kwalifikacji.

Milczenie Matthew odebrała jako przyznanie jej racji.
– Wiem, wiem – brnęła dalej. – Nie musisz zaprzeczać, żeby oszczędzać moje 

uczucia. Weźmy na przykład ostatnie spięcie. Marnie się zachowałam, prawda?

– Z powodu szoku.
–  Być  może,  ale  to  mnie  nie  tłumaczy.  Na  kierowniczym  stanowisku  często 

zdarzają się wstrząsy. Pewno ulży ci, że nie będziesz musiał ze mną pracować.

Zerknęła  na  niego  i  zdumiał  ją  wyraz  jego  oczu.  Spodziewała  się  zobaczyć 

zadowolenie  lub  ulgę,  a  było  w  nich  niebotyczne  zdumienie.  Dlaczego  jest  taki 
zaskoczony?

– Wcale byśmy razem nie pracowali.
–  Jak  to?  Czy  można  uniknąć  kontaktów,  gdy  ty  będziesz  wydawcą,  a  ja 

asystentką?

Urwała, ponieważ pokręcił głową.
– Ojciec nie mówił ci, że nie zajmę jego miejsca?
Anne na chwilę zaniemówiła.
– Powiedział, że niedługo nastąpi zmiana.
Matthew spuścił wzrok, ale zaraz znowu na nią spojrzał i uśmiechnął się.
– Miał ciebie na myśli. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie i się zgodzisz.
Anne kurczowo schwyciła się stolika, żeby nie spaść z krzesła.
–  Ojciec  pewnie  o  tym  nie  wspomniał,  bo  nie  chce  za  wcześnie  i  za  bardzo 

rozbudzać twoich nadziei. Woli mieć pewność, że wymyślił dobre rozwiązanie. Ale 
taki jest jego zamiar.

Anne patrzyła na niego bez słowa.
–  Doceń  mnie  choć  trochę  –  ciągnął  Matthew.  –  Mnie  taka  pozycja  niezbyt 

pociąga, ale ją cenię. I wiem, że nie każdy się nadaje. – Pokręcił głową. – Chyba 
nie posądzałaś mnie o to, że podsunąłem ojcu twoją kandydaturę, żeby zaciągnąć 
cię do łóżka?

Nie, o to go nie posądzała.
– Myślałem, że gadałaś głupstwa, bo byłaś zdenerwowana i nie chciałaś mi nic 

zawdzięczać. Ale nie sądziłem, że mówisz poważnie.

– Byłam  niepewna  siebie  –  przyznała.  –  I  rzeczywiście  nie  chcę  ci  nic 

background image

zawdzięczać. Nie jestem jedyną osobą w redakcji i to szaleństwo myśleć, że mogę 
wskoczyć od razu na sam szczyt. W życiu tak nie bywa.

–  Czasami  bywa.  Jednak  chyba  jeszcze  nie  jesteś  gotowa.  Sama  mówiłaś,  że 

potrzebne jest długie szkolenie i okres próbny. Ojciec nie zamierza tak od razu iść 
w odstawkę. Przez tydzień pobytu w domu stwierdził, że hodowanie storczyków to 
trochę za mało.

Anne myślami była już gdzie indziej.
–  Czemu  wtedy  powiedziałeś,  że  mogę  bez  pytania  naczelnego  wstrzymać 

druk?

– Bo pomyślałem, że niedługo inni ciebie będą prosić o pozwolenie, więc lepiej 

nie tracić czasu. Szkoda, że nie ugryzłem się w język. – Wypił resztę kawy. – Czy 
odrzucasz propozycję, bo nie odpowiada ci praca ze mną?

–  Anne  nie  odpowiedziała.  Nie  chciała  przyznać  się,  że  to  jest  główna 

przyczyna.

– Zgódź się – szepnął Matthew. – Bardzo tego pragnę ze względu na ciebie. A 

mną się nie przejmuj, bo nic mi nie zawdzięczasz.

Anne przebiegł zimny dreszcz.
–  Jedyne,  co  zrobiłem,  to  poradziłem  ojcu,  żeby  ciebie  wprzągł  w  sprawę 

funduszu stypendialnego. Tylko tyle.

W  końcu  sam  by  cię  zauważył,  gdyby  poważnie  zaczął  rozglądać  się  za 

następcą.  A  tak  sprawy  trochę  szybciej  przybrały  właściwy  obrót.  Proszę  cię, 
przyjmij to stanowisko. Daję słowo honoru, że nie wejdę ci w paradę.

Obietnica ją zmroziła, serce niemal przestało bić. Aby coś zrobić, dolała sobie 

kawy.

Matthew wyprostował się i mówił dalej:
– Teraz tym bardziej nie chcesz wyprowadzić się stąd, prawda? Obiło mi się o 

uszy, że w przyszłym roku zaproponują Rudy'emu długoletnią kadencję.

Anne drgnęła i rozlała kawę.
– To dla niego bardzo dobra wiadomość. Skąd o tym wiesz? Ogłoszono jakąś 

listę?

– Nie mówił ci? – zdumiał się Matthew.
– Ostatnio go nie widziałam.
– Ale... – Urwał, jakby nad czymś się zastanawiał. – W niedzielę czekał tu na 

ciebie, a ty tak wyraźnie chciałaś się mnie pozbyć. Jego też się pozbyłaś?

– Tak.
– Gdy nazajutrz zapytałem, czy się pogodziliście, milczałaś zarumieniona, więc 

background image

uznałem, że wrócił do łask.

– Nie – wykrztusiła.
–  To  nie  z  jego  powodu  byłaś  taka  zajęta,  że  nie  chciałaś  jechać  do 

Lehmannów?

– Nie.
–  Anne...  Mam  lekkie  pióro  i  nigdy  nie  brakowało  mi  słów,  a  teraz,  gdy 

potrzebuję ich najbardziej, nie przychodzą. Może nie powinienem mówić,  bo  jest 
za wcześnie, ale jeśli nie kochasz Rudy'ego... Pozwól mi zacząć od nowa. Daj mi 
szansę.

Anne zamknęła oczy, żeby nie zobaczył świtającej w nich nadziei.
– Od początku uważałem, że  mamy dużo  wspólnego, ale wszystko  popsułem. 

Byłem niezdarny, działałem za szybko, a najgorsze, że cię obraziłem. Jak  mogłaś 
pomyśleć, że mam ci za złe brak doświadczenia?

– Ale przestraszyłeś się.
–  Tak.  Wystraszyłem  się,  że  jeśli  stracę  panowanie  nad  sobą,  nie  przeżyjesz 

tego  tak,  jak  powinnaś.  Zimna,  umazana  sałatką  podłoga  jest  bardzo 
nieodpowiednim  tłem  dla  miłości.  Potrzeba  romantycznej  scenerii...  Nie  gniewaj 
się, ale wciąż mnie intryguje, czemu tak długo czekałaś.

Nie odpowiedziała, wiec wstał.
–  Znowu  wprawiłem  cię  w  zakłopotanie.  Przepraszam  i  już  sobie  idę. 

Zawiadom mnie, jeśli pani Lehmann zadzwoni.

Anne nie mogła ruszyć się z miejsca, a nie chciała pozwolić mu odejść.
– Matt!
– Obejmiesz to stanowisko?
– Tak. – Nie podniosła głowy. – Widzisz, dla mnie miłość to nie tylko fizyczny 

akt.  Nie  spotkałam  człowieka,  z  którym  łączyłoby  mnie  wszystko,  z  którym 
dzieliłabym serce, ciało... i duszę.

Matthew delikatnie musnął jej policzek.
– Czy pozwolisz mi spróbować być tym człowiekiem? Proszę.
Podniosła na niego wzrok.
– Będę cierpliwy, a przynajmniej się postaram.
Wystraszyła się, że nie zrozumiał, co chciała mu powiedzieć. Co robić?
–  Wtedy  u  państwa  Lehmannów...  –  zaczęła.  –  Rano  zażądałeś,  żebym  ci 

powiedziała, dlaczego byłam na  ciebie  zła. Za to, że chciałeś się  ze mną  kochać, 
czy że tego nie zrobiłeś.

– Naprawdę? Nie pamiętam, co wygadywałem. Byłem taki wściekły na siebie...

background image

– Przestań! Dopiero teraz wiem, co mnie zraniło i zabolało. Odrzucenie.
Matthew zbladł, podskoczył i objął ją tak mocno, że zabrakło jej tchu. Obsypał 

ją pocałunkami i szeptał słowa, o których marzyła. Po długim czasie opanował się i 
odsunął.

– Kocham cię nad życie – oświadczył z ręką na sercu.
– To najpiękniejsze zdanie, jakie wypowiedziałeś.
–  Czyli  udało  mi  się  na  samym  początku,  ale  będę  dalej  ćwiczył.  Teraz  parę 

pytań  i  odpowiedzi.  Najdroższa,  czy  zostaniesz  moją  żoną?  I  czy  do  śmierci 
będziesz się ze mną sprzeczać?

– Nie wiem... Tak nagle... A jeśli to nie jest prawdziwa miłość?
– Zaraz się przekonamy. – Znowu mocno ją objął i pocałował. – Czy czujesz 

coś nieprawdziwego?

– Nie.
– Ja nawet za sto lat się nie zmienię. A ty?
– Ja też nie.
– Więc po co tracić czas?
– Kilku rzeczy nie rozumiem.
– Na przykład?
– Twierdziłeś, że będziesz zbyt zajęty, żeby uczyć studentów albo zajmować się 

stypendiami. Dlatego myślałam, że przejmiesz obowiązki ojca.

–  I  teraz  boisz  się,  że  w  domu  nie  kiwnę  palcem,  tylko  będę  wykorzystywał 

biedną żonę?

– Niezupełnie, ale chcę wiedzieć, dlaczego tak mówiłeś.
–  Jedni  nadają  się  na  nauczycieli,  inni  nie.  Ja  należę  do  tej  drugiej  kategorii. 

Zrozumiano?

– Chyba tak, ale...
–  A  w  kwestii  stypendium  trochę  rozminąłem  się  z  prawdą,  bo  zamierzam 

trzymać  rękę  na  pulsie.  Mogę  ci  zdradzić,  że  będę  prezesem  Instytutu  Garretta... 
gdy zostanie utworzony.

– Coo?
–  Nie  pusz  się,  bo  to  nie  całkiem  twój  pomysł.  Obaj  z  ojcem  uważamy,  że 

„Chronicie"  musi  pozostać  niezależną  gazetą,  a  w  ten  sposób  najlepiej 
zabezpieczymy  ją  na  przyszłość.  Instytut  będzie  posiadał  lwią  część  udziałów  w 
gazecie,  ale  dochód  przeznaczy  na  cele  dobroczynne.  Prezesura  dostarczy  mi  aż 
nadto  zajęć.  –  Uśmiechnął  się  szelmowsko.  –  Moja  ukochana  żona  będzie  robić 
pieniądze, a ja będę je wydawał.

background image

– No proszę, masz kierownicze zapędy. Może jednak spróbujesz, jak smakuje 

pozycja wydawcy?

– Nie, nie nadaję się do takiej roli.
– Za skromna? Bo lubisz zwracać na siebie uwagę?
– Wcale nie.
Teraz  zrozumiała,  dlaczego  mówił,  że  go  nie  zna.  Zaczęła dostrzegać  różnicę 

między Garrettem felietonistą i Matthew człowiekiem.

– Byłem pewien, że już dawno temu przekonałem ojca, iż nie nadaję się na jego 

następcę.  Nie  wiedziałem,  że  nadal  żywi  cichą  nadzieję,  aż  ty  mnie  oświeciłaś. 
Czuję dozgonną wdzięczność za ostrzeżenie.

– Zaraz potem zacząłeś machinacje, żeby się wykręcić.
– Można tak to ująć. A jeśli nadal się martwisz, jak zagospodaruję wolny czas, 

powiem  ci  w  sekrecie,  że  niedługo  wyjdzie  zbiór  moich  felietonów.  Może  będą 
następne książki... A poza tym, skoro ty będziesz zajęta sprawami całego świata, ja 
będę musiał pilnować czeredy małych Garrettów.

Anne lekko się zarumieniła.
– Ile chcesz mieć dzieci?
– Może być czwórka. Dzięki temu sprawdzimy, czy chęć do wydawania gazety 

przekazuje się genetycznie... O, telefon! Wiesz, nie mam ochoty nigdzie jechać.

Podniósł słuchawkę i mrugnął porozumiewawczo.
–  Tak,  tato,  zdążyła  nas  uprzedzić.  A  Anne  zdecydowała  się  przyjąć  i  twoją 

propozycję, i moją. – Po chwili podał jej słuchawkę. – Ojciec chce z tobą mówić.

– Dzień dobry. Mam nadzieję...
– Moje dziecko, bardzo się cieszę – powiedział pan Garrett ciepło. – Dobrze, że 

zatrzymałem perły. Będą ładnie wyglądać przy ślubnej sukni.

Anne ogarnęły poprzednie wątpliwości.
– Nie robisz tego, bo wchodzę do rodziny, prawda?
– Skądże. Chyba zauważyłaś, że nie awansowałem syna.
– Bo nie chciał.
– To mnie tylko trochę zniechęciło. Ale mówiąc poważnie, podoba mi się twoja 

praca i sposób myślenia.

– Dziękuję.
–  Choćby ten  fundusz  stypendialny.  Można  było  ustalić  sto  innych  zasad,  ale 

wybrałaś  takie,  że  mam  wrażenie,  jakbym  sam  to  zrobił.  A  pomysł  z  Instytutem 
Garretta jest genialny. Na pewno będziesz podejmować decyzje po mojej myśli. I 
jeżeli kiedyś zechcesz...

background image

Matthew odebrał jej słuchawkę.
– Tato, Anne jeszcze nie jest twoją asystentką.
Pan Garrett wybuchnął gromkim śmiechem.
– Rozumiem, synu. Zawiadom mnie, kiedy moje storczyki mają być gotowe na 

wasz ślub.

– Niech się śpieszą, bo jeśli będą się ociągać, nie poczekam. Przepraszam cię, 

ale mamy tyle do omówienia...

– Więc do widzenia.
Gdy odłożył słuchawkę, Anne spojrzała na niego zalotnie.
– Nie musimy czekać do dnia ślubu.
– Cudownie. – Objął ją i pocałował. – Wiesz, dlaczego przeprosiłem Rudy'ego? 

Bo  doszedłem  do  wniosku,  że  trochę  przeholowałem  i  będziesz  go  bronić,  a  ja 
stracę twoją sympatię. Więc się pokajałem.

– Naucz się częściej to robić. Matthew odsunął ją na wyciągnięcie ręki.
– Nie wyobrażaj sobie, że będę słuchał rozkazów!
– Nie myślałam o rozkazach, tylko o perswazji.
– A, to co innego. Ja też potrafię namawiać...
– Udowodnij mi.
Udowodnił jej, jak bardzo ją kocha.