background image

                          Wojciech Cejrowski

    DZIENNIK POKŁADOWY   
                ROK 2003

Wtorek, 21.01.2003
bez tytułu   
   
 
Słyszę w radiu, że Cimoszewicz dał Ameryce bezwarunkowe poparcie - Polska pomoże we wojnie z Irakiem 
nawet bez rezolucji ONZ w tej sprawie. Kwaśniewski z kolei mówi, że w sprawie wojny ma nieograniczone 
zaufanie do prezydenta Bush'a
oBezwarunkowe poparcie i nieograniczone zaufanie to niestety nie są dowody PARTNERSKICH stosunków z 
USA. To mi bardziej przypomina dawne stosunki z Moskwą. A wniosek mam taki, że tak jak Moskale wówczas, 
tak Amerykańce teraz nas wydupcą. 

Środa, 22.01.2003
bez tytułu   
   
 
Poszukiwania  wydawcy  trwają.  Zaczęły się jeszcze  jesienią i  wcale  nie jest  łatwo. Książka  się  wprawdzie 
podoba, ale najczęściej jest odrzucana ZANIM ją ktokolwiek przeczyta. Ludzie reagują uprzedzeniami na samo 
moje nazwisko. Najczęściej jeszcze we wstępnej rozmowie przez telefon. Nie ważne, że do dżungli jeżdżę od lat 
dwudziestu, a "WC Kwadrans" robiłem tylko dwa. Nie ważne, że ostatni program z tego cyklu nagrałem siedem 
lat temu. Uprzedzenia rasowe.
o"Masz, palancie, za swoje. Trzeba było nie podskakiwać". - tak mi ktoś napisał w e-mailu. I miał rację. Z 
jednym zastrzeżeniem - czasami nie można nie podskakiwać. Czasami podskoczyć trzeba. 
oDzisiaj, z kolei, już nie warto, bo nie bardzo jest dla kogo. Byłoby to podskakiwanie na pobojowisku po 
przegranej bitwie. Moja sprawa (jeśli taka w ogóle była) umarła i to śmiercią NATURALNĄ. Podoba mi się to, 
czy nie - Polska już jest  w Unii, ludzie PRL-u powrócili  do władzy (z  woli  narodu), zmiany obyczajowe 
nastąpiły, itd. W tej sytuacji nie ma co podskakiwać. Trzeba rozpoznaĆ sytuację i odnaleźĆ jakieś nowe drogi, 
na nowe czasy. 
oTego wielkiego procesu zmian, który dotyczy całej cywilizacji, już się nie zatrzyma. Więc nawet jeżeli ktoś 
uważa, że to wszystko prowadzi do katastrofy, nie ma sensu żeby wbiegał przed rozpędzony pociąg i wrzeszczał 
na maszynistę. 
 

Czwartek, 23.01.2003
bez tytułu   
   
 
Klamka zapadła, bilety kupione - 24 lutego wylatujemy na wyprawę do SURINAMU (d. Gujana Holenderska). 
Powrót 7 maja. Ale się cieszę. Choć może tam być niebezpiecznie. 
oPlemiona indiańskie znad Amazonki i Orinoko znam dość dobrze. W wiem jak się pośród nich zachować, żeby 
nikomu nie nadepnąć na odcisk. Ale w Surinamie nie jedziemy do Indian tylko do dzikich Murzynów.
oNie do wiary? Ja też nie chciałem wierzyć, kiedy czytałem o tym po raz pierwszy. Posłuchajcie...
oW XVIIw. na tereny dzisiejszego Surinamu sprowadzano niewolników z Afryki Zachodniej. Przedstawicieli 
tzw.   "Dzikich"   czyli   nieucywilizowanych   plemion   z   buszu.   Część   tych   niewolników   uciekała   potem   do 
południowoamerykańskiej dżungli. I, uwaga, przetrwała tam w stanie dzikim do dnia dzisiejszego. 
oW literaturze antropologicznej plemiona te występują jako "bush negrous".
oFascynujące!   W   Afryce   z   pierwotnych   kultur   nie   przetrwało   nic.   Tymczasem   w   Surinamie,   daleko   w 
tropikalnym lesie, można odnaleźć wioski dzikich plemion afrykańskich. Taki właśnie jest cel tej wyprawy.
 

background image

Piątek, 24.01.2003
bez tytułu   
   
 
Dzisiaj rano, słuchając w Trójce pani prof. Zyty Gilowskiej dowiedziałem się, że w poprzednim Katechiźmie 
Kościoła Katolickiego (KKK) jednym z grzechów wołających o pomstę do nieba było: NIEZAPŁACENIE ZA 
WYKONANĄ PRACĘ.
oW naszym kraju to takie powszechne, mówi się nawet, że nikt nikomu nie płaci, bo wszystkim ktoś nie zapłacił 
i teraz nie mają z czego zapłacić tym następnym w kolejce. Rząd nie zapłacił Kasom Chorych, Kasy szpitalom, 
szpitale pielęgniarkom, pielęgniarki administracji budynków w których mieszkają...

oNIEZAPŁACENIE ZA WYKONANĄ PRACĘ to grzech wołający o pomstę do nieba
oI co Wy na to, Przyjaciele, co Wy na to? 
oA co wy na to nieprzyjaciele, co wy na to? Wy wszyscy którzyście komuś nie zapłacili, co wy zamiarujecie z 
tym począć? Olać? czy można olać pomstę z nieba? No tak, tylko jeszcze trzeba w nią wierzyĆ...

oMnie nie zapłaciło bardzo wielu - i aż mnie teraz korci, żeby ich tu wszystkich po nazwisku i po pysku. 
Wymienię tylko jednego:
oNiejaki Rafał Mossakowski, wydawca mojej pierwszej książki ("Kołtun się jeży") wisi mi około 60 000 złotych 
(sześćdziesięciu tysięcy!). 
oSąd - do którego złożyłem pozew, dokumenty potrzebne do egzekucji długu, itd. - odpowiedział, że zanim 
zajmie   się   sprawą   muszę   mu   jeszcze   (mu   to   znaczy   Sądowi)   podaĆ   AKTUALNY   ADRES   pana   Rafała 
Mossakowskiego.
oA skąd ja, do cholery,  mam wiedzieć, gdzie ten facet  teraz mieszka? Czy ja jestem  ubek, albo prywatny 
detektyw?
oWiem tylko, że żyje, że przytył bardzo, że jeździ dobrym zagranicznym autem i pracuje w solidnej zagranicznej 
firmie ubezpieczeniowej. Gdyby ktoś z Państwa natknął się na ubezpieczyciela Rafała Mossakowskiego, to 
proszę dać mi znać. Albo nie, proszę po prostu wyegzekwować od niego moje 60 000 złotych, a potem oddać mi 
z tego 40 000 i sprawa będzie załatwiona. 
oSamemu   zaś   panu   Rafałowi   mogę   tylko   przypomnieć   słowa   Katechizmu:   NIEZAPŁACENIE   ZA 
WYKONANĄ PRACĘ JEST GRZECHEM WOŁAJĄCYM O POMSTĘ DO NIEBA. Człowieku, masz jeszcze 
czas, póki żyjesz. Potem już tylko pomsta.
 

Piątek, 31.01.2003
bez tytułu   
   
 
Słucham  radia.  Znowu się kłócą o interpretację  zapisów w Traktacie  Stowarzyszeniowym  Polski z Mumią 
Europejską. I tak mi przyszło do głowy:

oKiedy dwie osoby dzieli jakaś kwestia sporna, zalecamy im kompromis. Czyli mają się dogadać w taki sposób, 
że każda ze stron trochę ustępuje na rzecz drugiej. To się wydaje uczciwe. 
oDyktat jednej osoby przymuszającej tę drugą, by wszystko było tak, jak chce dyktujący - taki układ nam się nie 
podoba. Dlaczego? Bo jeden zyskuje wszystko, podczas, gdy drugi zostaje z niczym.

oDemokracja to taki właśnie dyktat. Dyktat większości, nad mniejszością. To wcale nie jest uczciwy system 
polegający na kompromisie, na dogadywaniu się w taki sposób, że każda ze stron trochę ustępuje, co byłoby 
uczciwe.
oDemokracja jest systemem sprawowania władzy w którym jedna strona przymusza tę drugą, by wszystko było 
tak, jak chce dyktujący. 
oDemokracja to nic innego, jak dyktatura większości nad mniejszością.

oPrzykład:
Powiedzmy, że w referendum unijnym 60% Polaków będzie za. Co wtedy z resztą? 40% zostanie pozbawione 
możliwości realizowania swojej koncepcji państwa niepodległego; 40% zostanie wyrzutkami we własnym kraju, 
40% zostanie zepchnięte na margines. (A° 40%, bo, jak na margines, to on bardzo szeroki.) No ale cóż tu można 
poradzić - tak właśnie jest w demokracji, tak to działa i jak do tej pory "nie wymyślono nic lepszego".

background image

oJa tu nie mówię o sytuacji, kiedy spora część w ogóle nie poszła głosować, bo im należy się przegrana - oddali 
pole walkowerem. Mówię o sytuacji w której jedna strona sporu NEGOCJUJE z drugą, próbuje się dogadać, 
szuka kompromisu. Niestety demokracja nie daje szans na kompromisy. W tym systemie nie da się dogadać w 
taki sposób, żeby każda ze stron trochę ustąpiła na rzecz drugiej. W demokracji zwycięzca głosowania bierze 
wszystko.
oTo oczywiście nadal może nam się podobać. Nadal mamy prawo sądzić, że "nic lepszego nie wymyślono". 
Warto jednak byśmy zdawali sobie sprawę z tego, że demokracja to DYKTATURA WIĘKSZOŚCI.

PS
oPrywatnie wolę jasne sytuacje. Dlatego - patrząc na to z poziomu filozoficznego - demokracja mi się nie 
podoba. Nie podoba, ponieważ mami ludzi. Oszukuje, że nareszcie, w przeciwieństwie do innych systemów 
sprawowania   władzy,   dopracowaliśmy   się   takiego,   w   którym   nikt   nikomu   nie   jest   prześladowcą.   Nie   ma 
monarchów, cesarzy, faraonów, feudałów, kapłanów.... dyktujących innym (słabszym) jak żyć. 
oNie ma? A większość co niby robi? Przecież to większość już wkrótce podyktuje mniejszości, że ta ma wejść 
do Unii i żyć tam wbrew sobie. Nikt z nikim nie będzie negocjował kompromisu. DYKTAT i tyle. A czy on jest 
dyktatem   demokratycznym,   czy   feudalnym   jest   kwestią   marginalną.   Przynajmniej   dla   mnie   szaraczka,   bo 
różnice SĄ, ale dotyczą tylko tych, którzy siedzą na górze... 

Poniedziałek, 03.02.2003
bez tytułu   
   
 
Dzwonił Antek Kopf. Prosił żebym  jutro znowu pojawił się w Telewizji CENTRUM i bywał tam w każdy 
wtorek o g. 21.15 aż do mojego wyjazdu na wyprawę do Surinamu. Zgodziłem się.
oTV CENTRUM widać tylko na niektórych kablówach i jest to w swojej stylistyce odpowiednik fabrycznego 
radiowęzła - powiedzmy taka... telewizja dworcowa. Po swojemu piękna - jak stara Indianka - ta jej siermiężna 
dzikość. Wszystko idzie na żywca,  a - zjawisko niespotykanie  nigdzie indziej - najważniejszy w KAŻDEJ 
audycji jest telefon od widzów. Ja próbuję prowadzić program muzyczny, według przygotowanego w domu 
scenariusza, a tu ktoś dzwoni w kwestii zbyt niskiej emerytury,  zasiłku chorobowego, albo zasikanej klatki 
schodowej. I wtedy radź sobie człowieku sam. FANTASTYCZNE.
oNie sądzę żeby widzowie podzielali tę opinię, ale jak Kopf sobie zamówił, tak Kopf będzie miał. W końcu to 
on płaci. Chociaż słowo "płaci" jest grubo na wyrost. "Ciurka pipetką" albo "ściubi pensetką" byłoby bardziej 
adekwatne.
 

Wtorek, 04.02.2003
bez tytułu   
   
 
Parę dni temu dostałem list od Babci z Ameryki. Oto fragment, posłuchajcie:

Któregoś dnia poszłam do miejscowej księgarni katolickiej
i ujrzałam naklejkę na zderzak z napisem: 
" ZATRAB, JEŚLI KOCHASZ JEZUSA". 
Akurat byłam w szczególnym nastroju, 
ponieważ właśnie wróciłam ze wstrząsającego występu
chóru, po którym odbyły się gromkie, wspólne modlitwy -
więc kupiłam naklejkę i założyłam na zderzak.

Jak dobrze, że to zrobiłam!!!

Co za podniosłe doświadczenie nastąpiło później!
Zatrzymałam się na czerwonych światłach
na zatłoczonym skrzyżowaniu i pogrążyłam się w myślach

background image

o Bogu i o tym, jaki jest dobry... Nie zauważyłam, że
światła się zmieniły.
Jak to dobrze, że ktoś również kocha Jezusa, bo gdyby
nie zatrąbił, nie zauważyłabym... 
a tak odkryłam, że MNÓSTWO ludzi kocha Jezusa! 
Więc gdy tam siedziałam, gość za mną zaczął trąbić, jak oszalały,
potem otworzył okno i krzyknął: 
"Na miłość boską! Naprzód! Naprzód! Jezu Chryste, naprzód!"
Jakimże oddanym chwalcą Jezusa był ten człowiek!

Potem każdy zaczął trąbić! Wychyliłam się przez okno i
zaczęłam machać i uśmiechać się do tych wszystkich, 
pełnych miłości ludzi.
Sama też kilkakrotnie nacisnęłam klakson, by dzielić z nimi tę miłość! 
Gdzieś z tyłu musiał być ktoś z Florydy, bo usłyszałam, jak krzyczał
coś o "sunny beach".

Ujrzałam innego człowieka, który w zabawny sposób
wymachiwał dłonią, ze środkowym palcem uniesionym do góry. 
Gdy zapytałam nastoletniego wnuka, siedzącego z tyłu, 
co to może znaczyć, odpowiedział, że to chyba jest jakiś
hawajski znak na szczęście, czy coś takiego. 
No cóż, nigdy nie spotkałam nikogo z Hawajów, 
więc wychyliłam się z okna i też pokazałam mu hawajski
znak na szczęście. Wnuk wybuchnął śmiechem ... 
Nawet jemu podobało się to religijne doświadczenie!

Paru ludzi było tak ujętych radością tej chwili, że wysiedli z
samochodów i zaczęli iść w moim kierunku. 
Z pewnością chcieli się wspólnie pomodlić, lub może zapytać, 
do jakiego Kościoła należę, ale właśnie zobaczyłam, że mam
zielone światła. Pomachałam więc do wszystkich sióstr i braci z miłym
uśmiechem, po czym przejechałam przez skrzyżowanie.

Zauważyłam, że tylko mój samochód zdążył to zrobić, bo
znowu zmieniły się światła - i poczułam smutek, że muszę już opuścić tych
ludzi, po okazaniu sobie nawzajem tak pięknej miłości; 
otworzyłam więc okno i po raz ostatni pokazałam im wszystkim 
hawajski znak na szczęście, a potem odjechałam.

Niech Bogu będzie chwała za tych cudownych ludzi!!!
 

Czwartek, 06.02.2003
bez tytułu   
   
 
Dostałem coś takiego w poczcie. Nie wiem czyjego autorstwa, ale ponieważ mądre i dowcipne, to przewieszam 
tutaj dla ogólnego pożytku ludności.
Posłuchajcie...

Czego uczyła mnie mama?

Uczyła mnie doceniać dobrze wykonaną pracę:
"Jeśli zamierzacie się pozabijać, zróbcie to na zewnątrz -
przed chwilą skończyłam sprzątać!"

Uczyła mnie religii:
"Lepiej się módl, żeby na dywanie nie było śladu"

background image

Uczyła mnie podróży w czasie:
"Jeśli się nie wyprostujesz, strzelę cię tak, że się
znajdziesz w przyszłym tygodniu!"

Uczyła też logiki:
"Dlaczego? Bo ja tak powiedziałam!"

Oraz przewidywania:
"Tylko załóż czystą bieliznę, na wypadek gdybyś miał
wypadek"

Uczyła ironii:
"Śmiej się, śmiej, a ja zaraz ci dam powód do płaczu!"

Tajemniczego zjawiska osmozy:
"Zamknij się i jedz kolację!"

Wytrzymałości:
"Będziesz tu siedział, póki nie zjesz tego szpinaku"

Uczyła meteorologii:
"Wygląda, jakby tornado przeszło przez twój pokój"

Uczyła hipokryzji:
"Powtarzałam ci milion razy - nie wyolbrzymiaj!"

A także o tajemniczym kręgu życia:
"Wydałam cię na ten świat, to mogę i na tamten."

THE END

Acha, byłbym zapomniał, z tym Polsatem w zeszłą niedzielę to była, oczywiście, pomyła. U Wojewódzkiego 
będę w najblizsza, a nie w zeszłą. Po wieczornym IDOLu.
Pa. 

Sobota, 08.02.2003
bez tytułu   
   
 
Doprawdy, czasami tu do mnie przychodzi baaardzo zabawna korespondencja. Posłuchajcie:

"Czesc! 
Kurde   czytałem   "Podróżnik  WC"   ze   dwa   lata   temu,  po   prostu  zajebista   książka   dawno   tak   nie   zlewałem. 
Szukałem drugiej części we wszystkich księgarniach ale nie kur.. oczywiście w tym mieście nie było, ale z moim 
miastem to już inna sprawa taki tam Bełchatów hehe nawet coś tam wspomniałeś o nim w podróżniku, teraz 
powietrze jest już czystrze bo jakieś filtry założyli na elektrowni.W końcu mam dostęp do internetu i od razu 
zamawiam drugą część
"WC na końcu Orinoko" na adres (a ktoś już zapomniał podać adresu heheh kur.. co za kretyn)"

Noo taaak...

Po   pierwsze:   owszem   ktoś   kiedyś   zapomniał   podać   adresu   -   zamówił   książki   zostawiając   tylko   adres 
internetowy.

Po drugie: ten ktoś nie był jedną osobą, tylko całkiem pokażnym stadem osób, które składały takie zamówienia 
NAGMINNIE.

background image

Do tego stopnia często, żeśmy w końcu dopisali kilka słów dla... (no nie ma innego słowa) dla idiotów.

Po trzecie: czy ktoś mógłby mnie oświecić i wyjaśnić, co to znaczy: "ZLEWAĆ" w kontekście czytania książki? 
Książki zawsze wydawały mi się raczej suche, niż cieknące.
(Istnieje oczywiście możliwość, że facet nie "ZLEWAŁ" tylko "ZIEWAŁ".)

Po czwarte i najważniejsze:
Zamawiający książkę "WC na końcu Orinoko" dostali właśnie swoją szansę - ponieważ w moich zasobach ta 
pozycja jest wyczerpana,zamówienia będą lądowały w drukarni "Bernardinum", kóra zgodziła się łaskawie zająć 
wysyłką.

***

Niedawno w radiu powiedziałem, że oglądam Ally McBeal. I najchętniej nagraną na video, bo wtedy można 
sobie przewinąć reklamy i człowiek nie traci czasu na głupoty.
No i dostałem następujący liścik w tej sprawie:

"Co do przewijania nagranych reklam, to potem ma się odruch siegania po pilota od video przy każdym bloku 
reklamowym w TV, a rodzice mówią: Aga, popchnij do przodu!"

Święte słowa!
Powiem wiecej, kiedys sie wkurzyłem, że pilot od video mi się zepsuł i zacząłem go nerwowo naprawiać. A 
potem blok reklamowy się skończył, a ja dalej walczyłem z pilotem i nawet wymieniłem baterie. Zupełnie 
niepotrzebnie, bo tego dnia oglądałem na żywo - z anteny, a nie z taśmy. 

Poniedziałek, 10.02.2003
bez tytułu   
   
 
Reakcje po wystepie u K.Wojewodzkiego zbieram nadzwyczaj łagodne. A spodziewałem się pretensji, trochę 
ziewania. Mnie się nie podobało, to co wczoraj widziałem. Natomiast podobało mi się, kiedy tam byłem, czyli w 
trakcie nagrania. Jakoś reżyser wybrał na montażu inne fragmenty, niż te, które ja bym wybrał. 
Ale skoro Wam się podobało to dobrze.

Był jednak w poczcie jeden taki liścik...
Posłuchajcie:

"Mam 15 lat i potrafię się zachować ... a nie tak jak ty ...
Ich Troje ?? o co chodzi ?? Dzięki nim wiadomo że w Polsce jest muzyka ,a dzięki tobie ... wiadomo że są 
zakłady np. w Tworkach ... 
Mam bardzo dużą rodzinę ... Nikt ciebie nie lubi ... 
Masz swoje lata ... aaa ...Piosenka ICh TROJE - MAM JUŻ DOŚĆ jest dla ciebie ..."

Za dedykację serdeczne dzięki, natomiast, to, że cała rodzina mnie nie lubi, bardzo interesujące. Rzadko w 
dzisiejszych czasach spotyka się tematy lub osoby, które potrafią jednoczyć pokolenia, a nie dzielić. Najczęściej 
idole rodziców nie są lubiani przez dzieci, a idole dzieci spotykają się z żywą niechęcią rodziców, a tu, w 
przypadku mojej nieskromnej osoby, proszę: zjednoczyłem wszystkich.

Z Waszych recenzji programu najbardziej podobało mi sie to, co napisała Ala Boncol:
"Trafiła kosa na kosę." 
   

Czwartek, 13.02.2003
bez tytułu   
   
 
No dobra - Naród się wykrzyczał.

background image

Jego dolna część mnie nie lubi, a mimo to, nie gasi telewizorów, tylko ogląda program od deski do deski. W 
dodatku baaardzo uważnie, sądząc po szczegółowych recenzjach. Masochiści, czy jak?

Wytykanie mi skrzeczącego głosu w połączeniu z apelem o więcej kultury osobistej jest trochę niespójne. Bo 
czy to kulturalne wytykać komuś geny - że jest brzydki, garbaty, jąkała, albo kulawy? A co to moja wina, że głos 
mi skrzeczy?  Geny odziedziczyłem. (Kiedyś  powiedziałem tatusiowi, że w tym  względzie powinien był  się 
lepiej postarać. A On mi na to, że postara się następnym razem. Że ja byłem prototyp, a z nimi często bywają 
kłopoty.)

Podejście z pięścią do kamery rzeczywiscie miało miejsce w troszke innym kontekście, niż ten, który ostatecznie 
spoczął na ekranie. Nie chodzi o manipulację reżyserską, bo tej nie było, tylko o zmianę proporcji. W całości 
było tak: Kuba zaczął się wyrażnie zalecać do Blondynki, więc ja mu na to (z garderoby)zaproponowałem 
pojedynek. Pokazali to w wielkim skrócie...

Z resztą, ogólny wniosek z Waszych dopisków jest taki, że PROGRAM BYŁ NIE DLA WSZYSTKICH. Noo.. 
nie każdy dysponuje tym samym zestawem narzędzi mentalnych. Dla pewnej, bardzo wąskiej (elitarnej?), grupy 
widzów, trzebaby KAŻDY dowcip podkreślić wężykiem.
Można też tę grupę uznać za margines błędu i zwyczajnie olać wężykiem ogrodniczym.

Cały ten "Kuba Wojewódzki", to są od początku do końca jaja, a jak ktoś jaja zaczyna traktować poważnie, to ja 
wychodzę. 
Pa. 

Poniedziałek, 17.02.2003
bez tytułu   
   
 
Słuchałem wczoraj w radiu podsumowania tygodnia.
Policja strzelała do chłopów blokujących drogi. Jednemu strzeliła w oko. Wypłynęło. Chłop trafił do szpitala.
A   minister   spraw   wewnętrznych,   niejaki   Janik,   powiedział   nonszalancko:   STRZELA   POLICJANT,   KULE 
NOSI PAN BÓa? Litość? Współczucie?
Ciekawa ta jego teoria – czy kiedy mafia strzela, to też usprawiedliwieniem jest to, że Pan Bóg kule nosi? Bo to 
miało być usprawiedliwienie dla policji, prawda? Bo policja miałarozkaz STRZELAĆ PO NOGACH.
 

Wtorek, 18.02.2003
bez tytułu   
   
 
W zeszłym roku w Leticii nad Amazonką, spotkałem francuską dziewczynę, która prowadziła ochronkę dla 
dzikich zwierząt. Leczyła ranne małpy, oceloty, egzotyczne ptaki oraz pewnego małego nietoperza ze złamanym 
skrzydełkiem.
oTrzy razy dziennie łapała dla niego garść much, potem ucierała je z mlekiem i cukrem, i tak przyrządzoną 
zupkę z much podawała nietoperzowi pipetką.
oDo niedawna nie wiedziałem, co się z nimi stało. Aż tu w Walentynki dostaję mailowe pozdrowienia – od 
Francuzeczki i jej nietoperza. Wyzdrowiał! A teraz z wdzięczności do swojej wybawicielki przylatuje co jakiś 
czas, siada jej we włosach (wczepiony kurczowo pazurkami) i kładzie na ramieniu różne miłosne podarunki: a to 
tłustą ćmę, a to świeżutkiego przegryzionego żuka...
oMiłość.
oFrancuska?
 

Poniedziałek, 24.02.2003
bez tytułu   
   
 

background image

W poniedziałek 24 lutego 2003 wyruszyłem na wyprawę do Surinamu (d. Gujana Holenderska). Powrót planuję 
na 7 maja 2003.
"Planuję", bo Surinam jest nieprzewidywalny. W XVIIw. czarnoskórzy niewolnicy przywożeni byli na te ziemie 
z   Afryki.   Mieli   pracować   na   plantacjach.   Tymczasem   masowo   uciekali   w   busz   i   tam   odtwarzali   swoje 
afrykańskie wioski. Dzisiaj - podobno - wciąż jeszcze w puszczy surinamskiej żyją Dzicy o czarnym kolorze 
skóry.
Jadę ich odnaleźć.
Będzie niebezpiecznie - czerwonoskórych Dzikich znam, o czarnoskórych wiem niewiele. Literatura naukowa 
na ten temat mieści się w jednej walizce. życzcie mi szczęścia.

***

Czy będę stamtąd pisał do Dziennika Pokładowego? 
Owszem, pod warunkiem, że w Surinamie jest internet.
Pod koniec wyprawy, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z ogólnym planem, wyjdę z dżungli na stronę brazylijską, 
a potem spłynę Amazonką do Manaus - tam internet jest napewno.
Do usłyszenia więc.

PS
Nie trzymajcie za mnie kciuków.
Ale wspomnijcie czasem w wieczornym pacierzu. 

Piątek, 28.02.2003
bez tytułu   
   
 
Zaczyna się.
Łódź wynajęta, do tego czterech błyszczących i czarnych jak smoła nocą Murzynów.
Popłyniemy w górę rzeki Maroni. Jakieś osiem dni.
Pierwszego dnia trzej z czterech Murzynów bedą siedzieć na łodzi i się nudzić. Czwarty będzie sterował.
Drugiego dnia trzej z czterech Murzynów będą leżeć na łodzi i dłubać w nosach. Czwarty będzie sterował.
Trzeciego dnia zacznie się robić interesujaco: trzej Murzyni będą co chwila wskakiwać do wody i przeciągać 
łódź przez zawalające drogę kamienie. Czwarty będzie sterować i na nich krzyczeć.
Czwartego dnia po południu wszyscy czterej Murzyni zaczną wyciągać łódź na brzeg, a potem będą ją wlec na 
sznurach przez dzunglę, żeby ominąć wodospad, który zagrodzi nam drogę.
Piątego  dnia dotrzemy do wioski w której  mieszkają Bush Negers, czyli  potomkowie zbiegłych  w XVIIw. 
niewolników, którzy do dzisiaj kultywują stare afrykańskie tradycje w amazonskiej dżungli. Posiedzimy sobie u 
nich, odpoczniemy, a potem ruszymy w dalszą drogę w górę rzeki Maroni.
Siódmego dnia napotkamy wodospad dookoła którego nie da się przeciągnąć łodzi. Zostawimy ją na brzegu i 
dalej   pójdziemy   piechotą.   Za   wodospadem   będzie   czekała   nastepna   łódź.(Oczywiście   pod   warunkiem,   ze 
wcześniej nikt jej nie zabrał.)
To wszystko zacznie się w poniedziałek rano. A skończy.... myślę, że za jakiś miesiąc, gdzieś nad Amazonka. 
Gdzieś, gdzie znowu bedzie Internet. W tej krótkiej przerwie między dzisiejszą transmisją, a nastepną należy się 
posługiwać WYOBRAZNIĄ.
 

Sobota, 01.03.2003
bez tytułu   
   
 
Przeglądałem tutejszą gazetę. Nic nie rozumiem bo napisana po holendersku, ale z obrazkow wnioskuję, że w 
Europie   znowu   manifestacje   antywojenne.   Gołowąsy   wymachujące   pacyfami,   pryszczate   panienki   ze   szkół 
średnich trzymające 
transparet, który mówi, że Bush powinien natychmiast zaprzestać wymachiwania szabelką. Niestety nigdzie nie 
widzę transparentu nawołującego Saddama żeby zaprzestał wymachiwania swoją sławną dubeltowką. Niegdzie 
też nie widzę transparentów nawołujących Kima do zakończenia zabawy jego nuklearną rakietką.
Absurd tych manifestacji polega na tym, że narody pokojowe wzywają swoich przywodców do samorozbrojenia, 
podczas gdy narody agresywne zbroją się w tym czasie po zęby.

background image

Może by tak część tej pryszczatej młodzieży przetransportować do Bagdadu i niech tam pomacha pacyfami.  

Niedziela, 02.03.2003
bez tytułu   
   
 
W Surinamie właśnie kończymy karnawał.
W przeciwieństwie do Rio de Janeiro ulice Paramaribo świecą pustkami. Jakby miasto wymarło. Jakby dżuma, 
albo inna ospa. Nikogusienko już od godziny 4 po południu. To za sprawą bezpośredniej transmisji telewizyjnej 
zakończenia 
karnawału w Rio.
Niesamowite - zamiast wyleźć na ulicę i tańczyc, Surinamczycy siedzą przed telewizorami, piją piwo, żrą chipsy 
z bananów i PATRZĄ, jak inni tańczą.

PS
W Internecie przeczytałem, że nas w kraju wszystko dobrze, przed chwilą się rozlazła koalicja - PSL zaglosował 
w sejmie przeciw winietom i SLD powiedziało do UP: "Albercik, wychodzimy!" 

Poniedziałek, 03.03.2003
bez tytułu   
   
 
Siedzę nad brzegiem rzeki. Tyłem do niej. Przodem do drogi.
Przy   plastikowym   stoliku   ogrodowym   Made   in   China,   popijam   brazylijską   kawę   rozpuszczalną   podaną   w 
plastikowym kubeczku Made in Surinam.
Po drodze przede mną, co jakiś czas przejeżdżają japońskie samochody. Jeżdżą lewą stroną, zupełnie jak w starej 
dobrej Anglii.
Po drugiej stronie drogi stoi drewniany dom z czasow kolonii holenderskiej. Achitektonicznie jest to kawałek 
Europy lub USA. Podobne widuję w Alabamie i Amsterdamie.
Na tym domu wisi szyld: "HAWAII SNACK". Pod szyldem wejście do sklepiku z przekąskami. (Coś takiego co 
można złapać w garść i zjeść na stojąco.)
Sklepik prowadzi Indonezyjczyk, a obsługuje właśnie Hindusa, który kupił sobie białą, francuską bułkę, do 
której wsadzono pokojone na kawałki jajko w sosie curry. W drugiej ręce Hindus trzyma butelkę Coca-Coli, 
którą co chwila popija to ogniste curry.
I to ona - Coca-Cola sprowokowała mnie do napisania tego wszystkiego. Jaki to genialny wynalazek skoro 
smakuje ludziom tylu ras w tak różnych strefach klimatycznych i kulturowych.

Hindus popijający jawajskie jajo i francuską bułke amerykańską Coca-Colą, pod niebieskim szyldem "HAWAII 
SNACK". (Napis jest angielski, w kraju, gdzie mówi się albo po holendersku, albo w dialekcie  SRANAN 
TONGA.)
TO WSZYSTKO ZŁOŻONE DO KUPY, TO JEST DOPIERO GLOBALNA WIOSKA.
Położona tu, w Paramaribo. Tu, gdzie dwie ulice dalej, placąc dolara za godzinę, korzystałem z internetu. Sprzęt, 
którym się wtedy posługiwałem, to składaki chińsko-tajwańsko-koreanskie, łacza satelitarne, a na ekranie listy 
od rodziny z Polski. Oraz moje strony www., które układałem wraz z kolegą na warszawskim Powiślu.
TO DOPIERO JEST GLOBALNA WIOSKA.

Kawiarenka internetowa w Paramaribo została urządzona w budynku po starej synagodze. Nową synagogę, 
większą, wybudowano kilka przecznic dalej, gdzie sąsiaduje przez płot z największym w Surinamie meczetem.
Za tym meczetem jest McDonalds, a przed meczetem stacja Shell'a.
TO DOPIERO JEST GLOBALNA WIOSKA.

Dookoła mnie, na kilku drewnianych  ławach,  czarny jak smoła Murzyn  porozstawiał  swoją prowizoryczną 
restauracyjkę w której właśnie piję brazylijską kawe z plastikowego kubeczka, przy ogrodowym stoliku Made in 
China. Murzyn słucha muzyki z kaseciaka, w którym ma chyba stare baterie, bo muzyka lekko pływa. Czarny 
jak smoła Murzyn słucha białego bluesa Made in USA.
To dopiero globalna wioska.
 
   

background image

Wtorek, 04.03.2003
bez tytułu   
   
 
Dzisiaj mnie solidnie postraszono - podobno jest tylko JEDEN facet, który zna szlak przez dżunglę z Surinamu 
do Brazylii. Jeszcze kilka tygodni temu było ich więcej, ale z okazji jakiegoś indianskiego święta wszyscy sobie 
poszli do Brazylii i teraz są TAM. Ten jeden zostal TU, bo mu jakiś kolec wlazł w piętę. Podobno wykurował się 
już na tyle, żeby poprowadzić, ale to wcale nie jest pewne...
 
Piątek, 07.03.2003
bez tytułu   
   
 
JUŻ WIEM, CO SIĘ BĘDZIE DZIAŁO DALEJ:
Dzisiaj rano pojawił się pierwszy Indianin. Przyszedł sam - nie proszony. (W całym Surinamie mieszka ok. 400 
tysięcy ludzi i po tygodniu pobytu wszyscy wiedzą o tobie wszystko.) No więc przyszedł i jak gdyby nigdy nic 
powiedział, że bardzo chętnie poprowadzi wyprawę przez granicę do Brazylii.
Dodał, że mieszka w ostatniej wiosce na rzece PALOEMEU, którą będziemy płynąć tak daleko jak się da (on to 
już wiedział, a ja jeszcze nie!) czyli w okolice góry KASIKASIMA. Za tą górą płynąć się nie da, chyba, że 
będziemy mieli szczęście i akurat spadnie solidny deszcz. Wtedy zamiast iść piechotą wzdłuż wyschniętego 
strumienia popłyniemy nim trochę dalej. Najprawdopodobniej jednak trzeba będzie wziąć wszystko na plecy i 
ruszyć 
przez dżunglę i góry na drugą stronę działu wodnego - formalnie do Brazylii.
Po 3-5 dniach marszu powinniśmy dotrzeć do kolejnej rzeki. Będzie to ktoraś z nieoznaczonych na mapie i 
nienazwanych przez nikogo odnóg RIO PARU. (Tę rzekę widać na mapach - ostatecznie wpada do Amazonki.)
Tam zwalimy bagaż w błoto i rozbijemy obóz. Potem jeden z Indian (a ma ich iść w sumie 3) ruszy piechotą w 
dół rzeki, kolejne 3 dni do najbliższej wioski tego samego plemienia. W tej wiosce kacykiem jest ojciec naszego 
przewodnika, który, gdy tylko dowie się, że synek nadchodzi, wyśle po nas stosowną łódź.
Tą łodzią spłyniemy najpierw do wspomnianej wioski, gdzie pobędziemy trochę fotografując życie "dzikich" 
ludzi, a potem na wiosłach dotrzemy do Amazonki.
Dalej powinno być łatwo, bo w prawo leży Manaus, a w lewo Belem - oba miasta spore i cywilizowane. Z 
jednego z nich sobie pogadamy przez Internet. 

Sobota, 08.03.2003
bez tytułu   
   
 
Słyszałem (czytałem) od znajomych, że zaraz po moim wyjeździe z Polski, upadł rząd PSLD.
W efekcie zastanawiam się poważnie, czy nie zostać za granicą na zawsze, albo, czy nie wyjeżdzać częściej.
Pamiętam   pierwszy   taki   przypadek:   Kiedy   w   roku   1989   wyjechałem   na   studia   do   Kaliforni,   w   Polsce 
zorganizowano Okrągły Stół, a wkrótce potem upadł komunizm.
(Z Murem Berlińskim było podobnie - rozwalili go w trzy tygodnie po moim wyjeździe z Berlina.) 

Poniedziałek, 10.03.2003
bez tytułu   
   
 
Przed   wyruszeniem   z   Paramaribo   do   Albiny   (port   nad   rzeką   Maroni,   gdzie   czeka   nasza   łódź)   zapytałem 
przewodnika: gdzie się zaczyna dżungla? Chodziło mi o to po ilu dniach na łodzi wpłyniemy w dżunglę.
On na to zrobił wielkie gały, rozdziawił usteczka i raczył zapytać:
-He? nie rozimiem?
-No gdzie się zaczyna dżungla?
-Jak to gdzie? Wszędzie?
Wtedy ja rozdziawiłem usteczka i zapytałem:
-Hę? Nie rozumiem?
-Gringo, ty cały czas jesteś w dżungli. To miasto (Paramaribo) leży w samym jej środku.

background image

W Surinamie moje pytanie nie miało sensu. Za to jeżeli bym zapytał gdzie się dżungla kończy, to on by mi 
odpowiedział, że daleko za granicami kraju, w Brazylii. 

Środa, 12.03.2003
bez tytułu   
   
 
Żarcie to tu mają zadziwiające - nie wiem czy dotarł mój pierwszy liścik, w którym wspomniałem o kurczaku w 
sosie rybnym. Jeśli nie to trudno, nie będę się powtarzał.
Dzisiaj widzialem cos lepszego: lody z frytkami.
Właściwie   nie   powienienem   się   dziwić   -   w   końcu   frytki   mają   smak   i   konsystencję   zbliżoną   do   naszego 
tradycyjnego wafelka.
Oczywiscie pod warunkiem, ze się ich wcześniej nie posoli, a te posolone BYŁY.
Ale to może też nie powinno dziwić, skoro w Multikinie można sobie kupić solone żelatynki. Żelatynka słodka, 
sól   słona   i   ludziom   się   to   jakoś   nie   komponuje   w   wymioty,   tylko   zajadają   ze   smakiem.   niektórzy   nawet 
cmoktają.

A propos - tu, w Surinamie, na kobiety się cmoka dokładnie w taki sam sposób jak u nas na konie. I nie jest to 
wulgarne tylko przeciwnie - eleganckie. 

 Niedziela, 30.03.2003
bez tytułu   
   
 
No i jesteśmy w Brazylii. Nie wszystko  poszło zgodnie z planem, ale przecież  w gruncie rzeczy nie było 
żadnego planu - jedynie ogólne kalkulacje i przypuszczenia - działanie o charakterze żywiołowym. Dzis i jutro 
(sobota   i   niedziela,   a   daty   nie   znam,   ale   się   pewnie   wyświetli   samodzielnie),   czyli   w   sobotę   i   niedzielę 
przymusowo   obozuję  w  miejscowości   Oriximina  nad  Amazonką  u ujścia  innej  rzeki,  o jakże  malowniczej 
nazwie - Trombetas.
W poniedziałek ma tu podobno przepływać jakiś stateczek, którym  będzie się można dostać do Manaus. A 
Manaus to miasto wielkości Warszawy, z Internetem itp. Powinienem tam być we czwartek nad ranem. Na razie 
nie rozpisuję się, bo łącze z którego korzystam jest.... no ono nawet nie jest prymitywne tylko jeszcze troche 
mniej. Korzystam z uprzejmości polskich misjonarzy ze zgromadzenia werbistów, którzy mają telefon, komputer 
i czasami w środku nocy potrafią się dodzwonić do Belem odleglego o jakies 500-600 km i poprosić kolegę żeby 
za pomocą swojego (innego) telefonu i komputera połączył ich komputer z prowajderem w Belem... Jakoś tak to 
działa, kosztuje fortunę i jeszcze na dodatek kupę zachodu, a polscy misjonarze oczywiście nie chcą słyszeć o 
jakiejkolwiek mojej partycypacji finansowej...
Niezrecznie mi więc rozpisywać się. O tym, co było opowiem, gdy wrócę oraz opiszę w książce. A o tym, co 
będzie, to przynajmniej przez jakiś czas będę pisał na bierząco.
W Manaus czeka mnie kilka kolejnych dni poszukiwania przewodników, a następnie nastąpi (mam nadzieję) 
kolejne wejście w dżunglę, a co za tym idzie zejście z internetowego pola widzenia. Wiem (prawie napewno), że 
są   tacy   ludzie   w   Manaus,   którzy   sprzedają   nielegalne   zezwolenia   na   wjazd   do   rezerwatów   indiańskich. 
Nielegalność   polega   na   tym,   że   zezwolenie   pochodzi   z   wlaściwego   urzędu,   jest   fachowo   wypisane, 
ostemplowane itd, tylko trzeba sobie wpisać nazwisko i daty. Jak mi starczy pieniędzy, kupię coś takiego i... 
nawet jakbym miał się spoźnić na samolot, to pal sześć.

Pa.

Acha,   ciekawe   rzeczy  wyrabiacie  w   tym  swoim   świecie   -  w  TV   widziałem  jak  Amerykańskie  bombowce 
najpierw rozwalają domy ludności cywilnej w Iraku, a zaraz potem transportują namioty dla tej (bezdomnej) 
ludności, ufundowane przez amerykański czerwony krzyż.

 
   
Czwartek, 03.04.2003
bez tytułu   
   
 

background image

Wyszedłem z lasu. Dopłynąłem drewnianym stateczkiem do Manaus. A za dni dwa, albo za dni trzy, znowu 
pójdę do lasu. 
Tu w Manaus jest jeden polski pallotyn, który ma kolegę, tez polskiego pallotyna, o jakieś 200 kilometrów w 
góre Rio Negro. 
Ów drugi pallotyn z kolei ma dookoła siebie dość sporo tropikalnej puszczy zamieszkałej przez dość niewielkie 
gronko parafian. Kilku z nich ma nawet łódki. A jeden parę lat temu kupił sobie motor (do łódki, bo dróg to tu 
raczej   nie   stosują).   Motor   nazywa   się   Yamaha   i   ma   wszystkie   cechy   sprawnego   motoru...   poza   benzyną. 
Właściciel jakoś wtedy (kiedy ten motor nabywał) był PRZYPADKOWO przy forsie, a teraz już nie jest - na 
benzynę go nie stać, więc tylko patrzy na ten motor. 
No ale z okazji nadchodzących świąt wielkanocnych miał szczęście, bo ja mu kupię beczkę benzyny i będzie 
sobie mógł chłopina popływac łódką z motorem. Jest oczywiście jeden warunek: ten kto stawia paliwo pokazuje 
kierunek jazdy. 
W ten to uroczy sposób znowu zniknę w lesie. Będziemy płynąć przed siebie, coraz dalej i dalej... zbaczając w 
rzeczki coraz mniejsze i mniejsze... aż w końcu będziemy już tak daleko, że z lasu wyskoczą na nas Indianie i 
zapytają: A co wy tu robita? 
My oczywiście nic nie zrozumiewa, bo one sie bendom pytać po indiańsku, ale odpowiemy im uśmiechem. 
Indianie zaproszą nas do siebie w coś w rodzaju gościny (początkowo będą nas prowadzić przed sobą, a kiedy 
się będziemy co jakiś czas odwracać żeby spytać: W którą stronę teraz?, oni nam będą wskazywać kierunek za 
pomocą strzał, albo dmuchawki). kiedy jednak wreszcie dotrzemy do wioski i ja sobie uprzejmie porozmawiam 
z kacykiem atmosfera się rozluźni i gościna nabierze mniej zbrojnego charakteru. 
 

Sobota, 05.04.2003
bez tytułu   
   
 
Z tutejszych ciekawostek może jeszcze jedna:
Polski misjonarz w Brazylii zaniósł swoje polskie prawo jazdy do przepisania w tutejszym urzędzie miejskim, 
czy czymś podobnym. Było to działanie rutynowe - kiedy się uzyskuje prawo stałego pobytu, to na podstawie 
paszportu wystawiają człowiekowi brazylijski dowód osobisty, a na podstawie prawa jazdy z kraju rodzimego, 
brazylijskie prawo jazdy.
Urzędnik popatrzył na dokument, pomruczał ze zrozumieniem nad treścią większości rubryk, a potem wskazał 
palcem dwa słowa, które wydały mu się podejrzanie niezrozumiałe i powiedział:
- To, to niestety trzeba będzie przetłumaczyć na portugalski. U tłumacza przysięgłego, z uprawnieniami.

Te dwa słowa, to były: GRZEGORZ i WOJTYNA 

Piątek, 11.04.2003
bez tytułu   
   
 
Nastapila lekka dewiacja planow. Rio Negro wymaga 2 miesiecy. Wroce tu innym razem. Namiary pozbierane, 
logistyka, kontakty. Teraz zas w droge do Belem. W samym Belem internet bedzie napewno, a ja tam wyladuje 
na swieta, albo zaraz po. Natomiast po drodze... doprawdy nie wiem.
Postaram sie jeszcze jutro.... 

Poniedziałek, 14.04.2003
bez tytułu   
   
 
Jestem teraz w Manaus i mam dostęp. Potem Belem, ale raczej dopiero po Świętach, bo oni tu strasznie mocno 
celebrują  Wielkanoc i  nic nie  dziala. Jutro napiszę parę  tekstów do bloga  tylko  się muszę  trochę  do tego 
przygotować wieczorem, porobić notatki, żeby nie siedzieć w tej cholernej  kawiarence wiecznie. Ja jestem 
przestawiony na tropiki, a oni tu chłodzą komputery i suszą powietrze za pomocą klimatyzacji. Do rozmów z 
Wami musiałem wyciągnąć długie spodnie i polar, a i tak dostałem kataru. Nad Amazonką!!! Katar.

background image

Włóczyłem się dzisiaj cały dzień po portowej dzielnicy Manaus. No i całkiem przypadkowo zbłądzilem w stronę 
stoczni. "Stocznia" wielkie slowo - ot kawałek  rozklekotanej  wiaty nad brzegiem  Rio Negro.  No i jak już 
zbłądziłem, jak się poprzyglądałem co oni tam potrafią wyczarować z kilkunastu drzewnych bali, to teraz jestem 
na etapie zamawiania sobie stateczku mieszkalnego.
Nic szczególnie  wielkiego:  gabinecik  do pracy,  sypialenka,  kuchnia, living,  na dachu taras  do podziwiania 
wschodów i zachodów słońca, poza tym łazienka, ze dwie maleńkie kajutki gościnne, jakby ktoś chciał wpaść w 
gości. Slowem: nic wielkiego, ot statunio na Amazonce (kadłub 20 metrowy,  dwa pokłady),  taki mikro do 
mieszkania tam, gdzie się człowiekowi akurat spodoba.
No i jakie piękne rozwiazanie. Statek, o który się dba, wytrzymuje 50 lat. A to co opisałem powyżej, czyli 
NORMALNE mieszkanko dla małej rodziny, kosztuje tyle, co w Polsce JEDEN pokój.

No to pa.

PS
Od mojego proboszcza dostałem właśnie list. Proboszcz pisze tak:

"Oto pewna modlitwa sciągnięta z internetu, jak przeczytałem to natychmiast pomyślałem o Tobie:
Drogi Boże, przez cały dzisiejszy dzień do tej pory postępuję jak należy. Nie złościłem się , nie byłem chciwy, 
złośliwy, samolubny, zazdrosny ani uszczypliwy, nic jeszcze nie wypiłem ani nie fajczyłem. Nawet ani razu nie 
skłamalem. Jestem Ci za to bardzo wdzięczny. Ale drogi Boże za chwilę zamierzam wstać z łóżka i od tej pory 
bardzo będę potrzebował Twojej pomocy."
 
Wtorek, 15.04.2003
bez tytułu   
   
 
Kilka dni temu znalazłem kolejnego polskiego proboszcza.
Dom ma pobudowany na palach, nad Rio Negro (doslownie NAD). Wszystko z drewna i w dodatku pod takimi 
pieknymi palmami...
Szeroka weranda, hamaczek, przewiewnie.
Rano Proboszcz pływa w rzece - dla sportu. Potem służąca podaje kawę i ciepłe bułeczki (skubaniec wyszkolił 
piekarza, który robi GRAHAMKI - imaginujcie sobie, w DŻUNGLI!!!). Proboszcz, kurtka jego marynara, ma 
też   lodóweczkę,   pełną   lodu,   limonków   i   cachasy   (brazylijski   odpowiednik   rumu,   ale   NIE   rum!).   Przed 
obiadkiem Proboszcz przyrządza z tego sławny koktail o egzotycznej nazwie CAIPIRINIA
Poza domem na palach i lodówką, Proboszcz ma też mały stateczek, którym wypływa na wielkie amazonskie 
ryby. Co ja mówię ryby, to są PIRARUCU - największa w kosmosie ryba słodkowodna. 200 kilo, które się łapie 
na WĘDKĘ. No więc proboszcz, łapie sobie rybki, a czasami, kiedy akurat ma naboje do strzelby (bo nie zawsze 
ma - jemu się tu nie przelewa) wyskoczy stateczkiem, gdzieś dalej, na polowanko, zastrzeli PACO, TAPIR, 
PECARI,CAPIBARA, MAŁPĘ,a potem upiecze na ogniu i zje.
Poza   tym   Proboszcz   uprawia   karate.   A   ponieważ   samemu   trenować   trudno,   nauczył   już   wszystkich 
ministrantow. Najblizsza okolica, wieczorami, staje się przez to trochę.... rozwrzeszczana. Co chwila słychać to, 
co Bruce Lee mówi najczęściej.

Żyć nie umierać, co?
No właśnie.
Kiedy się trochę zaprzyjazniliśmy Proboszcz powiedział mi tak:
-Niedługo jadę do Mozambiku - tam jest strasznie. Strasznie trudno. Tu zrobiłem już wszystko, co do mnie 
należało i zaczynam puszczać korzenie. A ja mam powołanie misyjne. Jakbym chciał leżeć na parafii i popijac 
soczek, to bym został w Polsce. Albo tutaj.

Patrząc na ten jego cudny dom na palach, na te jego grachamki, hamaczek, werandę, stateczek... Popijajac z nim 
smakowite Caipirinias, pomyślalem: Bohater! Ja bym się stąd nie ruszył za skarby świata, a ten facet jedzie do 
Mozambiku! Bohater. Ksiądz Renato, a dla przyjaciół z Polski: Zbychu.
 

Środa, 16.04.2003
bez tytułu   
   
 

background image

Bom Dia,

Gdybym był w domu to pisałbym do bloga chyba ze dwa razy dziennie, takie mnie nachodzą krótkie refleksje 
kiedy czasami wpadnie mi w rece strzęp gazety sprzed kilku dni. Ostatnio kupiłem ananasa na śniadanie, a 
ponieważ troszkę ciekł, poprosiłem żeby mi go owineli gazetą. No i potem idąc sobie polną drogą przez las, 
czytam na tym ananasie jak to Amerykanie w Bagdadzie dopuścili do splądrowania i obrabowania Muzeum 
Starożytności. Arabowie wpadli, pozabierali co się dało wynieść, a przy okazji sporo potłukli. Takie tam stare 
gliniane garnki.  Większość miała po kilka tysięcy lat, najstarsze może z pięć, sześć. Ktoś je z pietyzmem 
odkopywał, czyścił, kleił, opisywał, a teraz łup na podlogę.
Sporo rzeczy wyniesiono. Trafią pewnie po jakimś czasie na amerykański rynek antyków. Tylko, że to Muzeum, 
to była piękna kolekcja, całość, a teraz to będą pojedyńcze sztuki.
Amerykańscy żołnierze przy tym byli, a kiedy ich potem pytano dlaczego patrzyli na grabierz i nie reagowali oni 
odpowiedzieli:
- A co, mieliśmy do tych Arabów strzelać?
No jakoś w innych okolicznościach nie krępuje ich strzelanie, ale kiedy wandal i złodziej obrabia Muzeum, to 
stoją, patrzą i bezradnie rozkładają uzbrojone rączki.

Na innym kawałku gazety fotka amerykańskiego generała (Brooks), który pokazuje dziennikarzom talię kart z 
wizerunkami   55   członków   rządu   Saddama   Husseina,   których   to  członkow   Amerykanie   pragną   pojmać   lub 
zastrzelić, a najlepiej jedno i drugie.
Wizerunki poszukiwanych umieszczono na kartach do gry po to by żołnierze w czasie wieczornego pokerka, tak 
przy okazji zapamietywali twarzyczki.
Fantastyczny pomysł. I jaki dowcipny.
Ma jednak kilka słabych punktów:
1. Arabowie nienawidza murzynów, a generał Brooks biały nie jest.
2. Muzułmanie uważają hazard za narzędzie szatana i karty do gry w pokera zdecydowanie ich irytują.
3. Ameryka, to kraj gdzie narodziła się antropologia kultury i jest tam dość fachowców, którzy powinni sobie 
zdawać sprawę z tego, że Arab ma duszę dumną, zawziętą i wojowniczą. Publiczne poniżanie go i irytowanie w 
taki sposób napewno nie doprowadzi do pokoju. Nawet zaciekły przeciwnik rezimu Saddama musi się teraz czuć 
co najmniej poirytowany, osobiście dotknięty.
Po co to było?

 
 Czwartek, 17.04.2003
bez tytułu   
   
 
Ostatnie   kilka   dni   spędziłem   na   łodzi   kaboklów.   Kabokle   to   biedny   ludek   amazoński   będący   rezultatem 
krzyżowania trzech ras: białych, murzynów i Indian.
Kiedys   kabokle  żyli  biednie  zbierając  kauczuk.  Potem  żyli   biednie  wycinając  cenne  drzewa.  Obecnie  żyją 
biednie uprawiając niewielkie, nieurodzajne poletka na własne potrzeby. Czasami też łowią ryby lub polują. 
Trzymają się większych rzek. Daleko w dżunglę nie wchodzą, bo "tam nic nie ma".
Wielu z nich nie ma własnych domów - mieszkają na łodziach. Maleńkie kutry, którymi pływają to tu, to tam. 
Czasem zatrzymają się na dłużej, pozbierają dzikie owoce, lub orzechy, połowią i wysuszą ryby, i płyną dalej. 
Bez konkretnego celu - jedynym celem jest trwanie przy życiu.
Kiedy mają szczeście upolują coś większego - tapira, lub stadko pekari, albo nałapią żołwii. Wtedy mają towar 
na wymianę, który pozwala im zaopatrzyć się w ryż, kawę, troche diesla do łodzi.
Żyją biednie, ale są wolni. Nieczęsto spotyka się ludzi tak wolnych jak kabokle. Nieprzywiązanych do ziemi, do 
miejsca, do żadnego konkretnego zajęcia. kabokle żyjący na rzece, to odpowiednik naszych Cyganów.

Spędziłem na takiej łodzi kilka ostatnich dni, dzieląc z nimi ich codzienność. Przychodząc do nich, wniosłem na 
pokład worek ryżu  i kawy,  cukier, sól, naboje do strzelby,  trochę nafty do kaganka. Podziękowali, złożyli 
wszystko pod daszkiem na rufie i przez pierwsze dwa dni nie tknęli. Kilkakrotnie namawiałem, żeby sobie (i 
mnie   przy   okazji)   ugotowali   trochę   tego   ryżu.   Nie   gotowali.   Odpowiadali   wymijająco,   że   na   przyklad: 
wieczorem jeść niezdrowo, albo po prosto, ze poźniej. Ale kiedy poźniej? Kiedy skoro od dwóch dni żujemy 
wyłącznie suszony tarty maniok i zapijamy wodą.

Odpowiedź na to pytanie otrzymalem dopiero, kiedy wreszcie udało nam się ustrzelić trzy zwierzątka z gatunku 
PACA. Nie wdając się w szczegóły - są to dalecy krewni szczura i nutri.

background image

Bardzo szybko je sprawiono, mięso podzielono na części i zaczęło się Wielkie Gotowanie. W jednych garnkach 
zupa, w innych duszone, dalej pieczone na ogniu.
A wkrótce potem i przez cały następny dzień było Wielkie Żarcie.
Dlaczego nikt nie jadł wcześniej? Dlaczego dopiero teraz???

U Kabokli jak na stole nie ma kawałka mięsa (przynajmniej rybiego), to nie ma co jeść. Oni "głodem" nazywają 
sytuacje bezmiesną. Mogą mieć na łodzi worek ryżu, makaron, kaszę, warzywa - nie ważne, kiedy nie ma mięsa 
nie ruszą niczego innego. Po prostu nie przychodzi im do głowy, że możnaby zjeść sam ryż z warzywami, czy z 
owocami. Makaron ze smażoną cebulą, czy jajkiem - dla nich to wszystko nie jest jedzeniem. To są jedynie 
DODATKI do jedzenia. Tak samo jak dla nas cukier czy masło nie stanowią jedzenia. Możnaby je wprawdzie, w 
sytuacji ekstremalnej, jeść łyżkami, ale tylko w ekstremalnej.
Tak samo ekstremalnej sytuacji potrzebowałby Kaboklo, żeby sobie ugotować miskę ryżu, czy fasoli, kiedy nie 
ma mięsa.

Trzeciego dnia, jeszcze zanim trafiły nam się PACAS złapaliśmy jedną niewielką rybę. W tych dniach jakoś w 
ogóle nie brały, co w Amazonii wcale nie jest zjawiskiem rzadkim, choć ryb tu napewno nigdy nie brakuje. 
Zwyczajnie obfitość jedzenia sprawia, że trudno je przekonać do połknięcia tego, co wsadzimy na haczyk. 
Dookoła mają masę lepszych kąsków.
No wiec mamy tę jadną małą rybę na osiem osób. I co sie dzieje?
Została upieczona, podzielona na 8 małych kawałków, a do tego każdy nałożył sobie furę ryżu i jeszcze druga 
furę makaronu i wrąbał ze smakiem. Brali nawet dokładki. Ryżu oczywiście, bo ryby starczyło na dwa kęsy.
Napchali się DODATKAMI, których wcześniej nie chcieli jeść!

Dla Kabokla, kiedy nie ma choćby najmniejszego kawałka mięsa, panuje głód. 

Wtorek, 22.04.2003
bez tytułu   
   
 
Statek na Amazonce. Z Manaus do Belem.
Na każdym statku mają tu telewizor. Jest podłączony do anteny satelitarnej. Nie dziwota, że satelitarnej skoro 
wokoło dżungla i naziemnych przekaznikow nie ma. Najbliższe są albo w Manaus, albo w Belem, albo w Porto 
Velho - na tyle daleko, że sygnał składa się przeważnie z białego szumu. Za to dokładnie nad głową, wzdłuż 
całej Amazonki, biegnie sobie orbita geostacjonarna, na której pozawieszano całą masę satelitów. Dlatego każdy 
kto ma telewizor, ma też antenę satelitarną.

Płynie sobie statek rzeką, płynie, a my włączamy TV, bo np. jest środa, a więc cała masa ważnych meczy 
piłkarskich.. Właczamy, i przez chwilę mamy dobry odbiór. A potem statek lekko skręca - jak to na rzece, która 
się wije pośród dżungli - i obraz natychmiast zaczyna śnieżyć. Albo zanika dźwięk...
Widownia przed telewizorem robi: Ooooo!!
Ale nie martwcie się kibice. Piłka nie zniknie w śnieżycy ponieważ barman TRZYMA ZA LEJCE.
Na każdym statku na dachu jest BAR. (Właściwie maleńki sklepik z różnościami, których mogą potrzebować 
pasażerowie. Mydło, pasta do zębów, golidła, baterie do radia, ciastka... Ale ponieważ najczęściej i najwięcej 
pasażerowie potrzebują piwa, więc nazwa BAR wydaje mi się najwłaściwsza.)
W tym barze na honorowym miejscu stoi TV. A na dachu zamontowano antenę paraboliczną. Zamontowano w 
sposób przemyślny - przewidując to, że rzeka ciągle skręca i Ronaldo, czy który tam akurat jest przy piłce może 
nagle zniknąc w śnieżycy, a lekko podpita publika zawoła: Oooooo!!
Antenę osadzono na grubej rurze. Wewnątrz tej rury zamontowano kij od szczotki, który przebija dach i wystaje 
pod sufitem baru. Na jednym końcu tego kija jest antena, a na tym drugim, pod sufitem, znajduje się orczyk. 
Do orczyka doczepiono dwie długie linki. Barman, siedząc wygodnie kilka metrów przed telewizorem, trzyma 
za te sznurkowe lejce i za ich pomocą kręci anteną na dachu, za każdym razem, kiedy nasz statek pokona kolejny 
zakręt Wielkiej Rzeki. Proste.
TELEWIZOR NA LEJCE. 

Środa, 23.04.2003
bez tytułu   
   

background image

 
Belem.
Pełna nazwa (której NIKT nie stosuje) to: Nossa Senhora de Belem, czyli Święta Panienka z Betlejem.
A więc w tym roku Wielkanoc spędzam w Betlejem. Rezurekcji, to oni tu nie znają. Świąteczne msze odbyły się 
w sobotni wieczór. U nas też wchodzą do obiegu te posoborowe nowalijki - Wigilia Pashalna. Ja tam jestem 
tradycjonalistą i wolę tak jak Maryje pójść do Grobu Pańskiego w niedzielę o świcie i, znowu tak jak one, 
przekonać sie z zaskoczeniem, że GRÓB JEST PUSTY, PAN ZMARTWYCHWSTAŁ.
Przecież one nie poszły do grobu w szabas, nie robiły sobie wigilli, tylko poczekały do rana.
No ale co ja biedny mogłem począc, tu w Brazylii miałem do wyboru, albo wogóle nie iść na niedzielną mszę, 
albo razem z nimi byc wczoraj.
Tylko potem, zgodnie z moim polskim obyczajem wstałem w niedzielę o świtaniu... i...
No właśnie. Miasto jeszcze śpi. Właściwie wszystko zamknięte. Kilku obnośnych sprzedawców śniadania kręci 
się ze swoimi torbami pełnymi termosów z kawą i bułek. Od jednego z nich kupiłem gotowane jajko. Patrzył jak 
na idiotę, kiedy zjadłem je ot tak, bez chleba, bez kawy, bez niczego.
- Bez sensu - mruknął pod nosem i poszedł.
A   ja   stanąłem   przed   wystawą   kiosku   z   gazetami.   Patrzę   na   setki   kolorowych   okładek   i   nachodzi   mnie 
nastepująca refleksja:
Kiedyś, a właściwie do dnia dzisiejszego, ludzie cywilizowani (głównie biali) popatrują z wyższością na ludzi 
"dzikich", którzy zamieszkują Amazonię, Afrykę, Australię czy Borneo. Ludzi, którzy nie znają porządnego 
obuwia , ani ubrania. Chodzą nago: Kobiety z piersiami na wierzchu i gołą pupą; meżczyźni czasami w jakiejś 
mizernej przepasce, innym razem wprost przeciwnie - wystawiają przyrodzenie na pokaz, uzbrojone w ogromną 
podłużną  rurę  z  tykwy  lub bambusa.  Dzicy.  Patrzymy  na  nich,  jak na  dziwolągi.  Z  lekkim   politowaniem, 
czasami zażenowaniem.
Dawniej, kiedy dzikich ludzi przywożono do Europy na pokaz, kiedy Kolumb, a po nim inni prowadzili Indian 
na audiencje do władców, kiedy wystawiano Indian na paryskich salonach i w holenderskich cyrkach, wówczas 
zawstydzone białe panie zasłaniały usta rączką. Czasami popatrywały jednym oczkiem zza wahlarza, którym 
osłaniały twarze czerwone od wstydu. Amerykańscy purytanie jeszcze w XIXw. uważali, że tak być nie może, 
że z tą dziczą trzeba skończyc.... I skończyli.
A ja dzisiaj w Belem, w Brazylii, w kraju, gdzie wciąż jeszcze można spotkać Dzikich, stoję przed kioskiem z 
gazetami i patrzę na okładki kolorowych pism. Na tych okładkach widzę białych ludzi, którzy bez zażenowania 
prezentują swoje gołe ciała. Zacznijmy od dołu: pisemka dla młodzieży i dzieci. Pierwsza z brzegu okładka 
pokazuje dziewczynkę lat około dziesięciu. płaska jak deska. Obcisła koszulka ujawnia jednak coś w rodzaju 
dwóch malenkich groszków w miejscu, gdzie niedługo posypią się piersi. Do tego lubieżna minka i niedbale 
spuszczone ramiączko. No i oczywiście goły pępek i spodnie biodrówki opuszczone daleko poniżej linii bioder. 
Trzymają się chyba na klej.
Trochę wyżej sekcja dla dorosłych normalnych, a wiec pisma o gotowaniu, praniu, szyciu, ogrodnictwie, plotki z 
życia innych... Wszędzie, na KAŻDEJ okładce spore porcje gołego ludzkiego ciała. Wszędzie te same nudne 
pozy - to wypięte, tamto opięte, usta rozchylone, jezyk oblizuje wargi...
Wyżej sekcja dla panów o skłonnościach hetero, chociaż to nie jest do końca jasne... Na przykład te dwie 
dziewczyny na okładce pisma o motorach: są splecione ze sobą w taki sposób, ze nogi jednej wchodzą ciasno 
między  nogi   drugiej,   a  piersi  miedzy piersi.  Po  co  normalnemu  facetowi  dwie  babki,  które  obściskują  się 
nawzajem. Chyba, że ja mam się identyfikować z jedną z nich... No nie wiem.
W   lewym   górnym   rogu   kilka   różnych   magazynów   dla   osób   z   dewiacjami.   Takie   stadko   facetów,   którzy 
zdecydowanie   zbyt   wiele   czasu   spędzają   przed   lustrem,   na   siłowni,   albo   spoceni   w   saunie,   do   której   nie 
wpuszcza się kobiet.

Golizna, golizna, golizna.
Nie szokuje mnie to specjalnie. Widywałem ją wcześniej. Szokujące jest to, że cywilizowani ludzie potrafią być 
zszokowani widokiem nagich Dzikich ludzi, a zupełnie ich nie szokuje widok swoich białych braci i sióstr, 
którzy wystawiają gołe cycki i tyłki na pokaz w wielotysięcznym nakładzie.
 
  
Sobota, 26.04.2003
bez tytułu   
   
 
Wcześnie rano, na jednej z odnóg Amazonki:
Właśnie wstaje dzień. Dzisiaj świta na różowo, co podobno oznacza przedpoludnie bez deszczu. (A mamy tu 
właśnie porę deszczową, więc każde przedpołudnie bez deszczu liczy się podwójnie - można robić zdjęcia).

background image

Wychylam się przez burtę żeby umyć zęby. Nabieram garść wody w kolorze bawarki, płuczę usta, wypluwam... 
I nagle coś tak dziwnie zabulgotalo - jakbym tej wody wypluł dużo więcej niż wyplułem. Czekam chwilę...
Nic się nie dzieje. No to nabieram kolejną garść wody i znowu płuczę. Potem zaczynam szczotkowanie. 
Ponieważ  dość mocno wieje, trzymam  brodę tuż przy burcie, zeby porywy wiatru nie upaprały mi koszuli 
rozbryzgami pasty do zębów. Moja twarz znajduje się jakies 30-40 centymetrów od powierzchni rzeki.
Nagle, dokładnie na wprost mojego nosa, z wody wynurza się krowi nos. Prycha na mnie solidnie, a potem 
wynurza się jeszcze trochę i widzę całą krowią mordę. Potem całą głowę. Wielkie czarne oczyska patrzą na mnie 
bardzo zdziwione. Moje, mniejsze i niebieskie, też patrzą zdziwione...
A potem oboje rzucamy sie gwałtownie w tył!

Dopiero po chwili uświadamiam sobie co to było:
W dosłownym tłumaczeniu: KROWA WODNA. Ssak wielkości sporej świni, który żyje w słodkich wodach 
Amazonki.   Jego   skóra   jest   czarna   i   śliska.   Nigdzie   nie   porośnięta   włosem.   Szeroki   ogon   ma   ustawiony 
poprzecznie, tak jak manaty lub wieloryby. Zwierzę zupełnie niegroźne dla człowieka.
Przez wiele lat widywałem pojedyńcze egzemplarze, ale zawsze z góry, albo z boku, kiedy wyskakiwały z wody 
dla zaczerpnięcia oddechu. I zawsze zastanawiałem się dlaczego te zwierzęta, przypominające swoim kształtem 
worek, ktoś nazwał KROWĄ?
Teraz już wiem: kiedy się na nie spogląda twarzą w twarz, człowiek widzi czarny i śliski nos krasuli, oczy 
krasuli... Brakuje tylko rogów.
 

Sobota, 03.05.2003
bez tytułu   
   
 
Odebrałem pocztę z Polski. I czego sie dowiedziałem? Posłuchajcie:

{Teraz przed komisją mataczy Miller. Generalnie robi sobie jaja z całej komisji, dzisiaj akurat z Ziobry. Każe 
sobie wszystko powtarzać, odczytywać jakieś niesamowicie długie epistoły i cytaty z jego wypowiedzi sprzed 
lat, uśmiecha się z politowaniem, kiwa głową i kwituje to na końcu "Już mowiłem Panie Pośle. Jeśli mnie Pan 
nie słuchał, albo nie zrozumiał, to proszę przeczytać jeszcze raz moją wypowiedź. To pozwoli poszerzyć wiedzę 
Wysokiej Komisji w tym temacie." Więc Ziobro, czerwony na twarzy, okulary ma spocone, czyta to jeszcze raz, 
dukając – bo lektorem nie jest - poganiany przez Nałęcza. Na koniec Miller uśmiecha się jeszcze raz i mówi: 
"Nie mam nic więcej do dodania." Raczył też zwrócić uwagę Wys. Komisji, "żeby nie traktowała tak poważnie 
wszystkiego co powiedział pan Urban, bo to czlowiek wiekowy, a poza tym jest satyrykiem i mam wrazenie, że 
sobie z Komisji trochę zakpił." Ale i tak wszystko wskazuje na to, że Miller jest już do odstrzału i ma tylko 
dociągnąć do referendum.}

No tak. Oczywiście najciekawszego mi nie napisał: KTO MIANOWICIE MA NASTAĆ PO MILLERZE? Czy 
jest już jakiś desygnat? Albo przynajmniej plotki? Napiszcie mi w tej sprawie! Jestem bardzo ciekaw. (Chociaż, 
tak na marginesie, to oczywiście jest ABSOLUTNIE obojętne, kto nastanie po Millerze, bo każdy komunista jest 
po prostu komunista. Ba, ostatnimi czasy dochodzę nawet do szerszego wniosku: że każdy polityk to po prostu 
polityk i jest absolutnie obojetne jaki krawat nosi.)

W dalszej części korespondencji, ktorą właśnie dostałem z Polski czytam, że podobno kraj sie burzy.
Ziobro założył Millerowi nelsona zadając mu pytanie o zabójstwo gen. Papały, a wtedy Miller się wkurzył i 
powiedział: "Pan jestes zero, panie Ziobro!"
Niech się naród nie burzy, tylko wybaczy. Tak samo jak wybaczył Kaczyńskiemu "spieprzaj dziadu". Ludzie się 
denerwują, a polityk też człowiek. Ponadto każdy ma prawo do własnej opinii na temat każdego innego. Ja na 
przyklad uważam, ze to Miller jest zero. I co z tego wynika? Nic. Więc o co cały ten szum?

Narodzie kochany, to są tylko politycy. TYLKO. Niech się gryzą między sobą, to nas (niepolityków) wogóle nie 
dotyczy. No a poza wszystkim, ciekawsze są Wiadomości, kiedy ktoś kogoś nawyzywał, niż kiedy jest grzecznie 
i kulturalnie. Nie bez powodu w telewizji królują filmy sensacyjne.

 
Poniedziałek, 05.05.2003
bez tytułu   
   
 

background image

W korespondencji, którą właśnie dostałem z Polski czytam tak:

"Jest wiosna. Byłem  rano na stadionie. Ruskie i murzyni  wyprzedają zapasy za bezcen. Chyba  zdają sobie 
sprawę, że jak się zacznie Unia Europa to się skończy Jarmark Europa."

No   właśnie.   To   jest   jeden   z   najważniejszych   praktycznych   powodów   dla   których   ja   zamierzam   głosować 
przeciw Unii. Unia zabija wolny handel, zabija swobody obywatelskie i robi to pod sztandarem zwiększania 
zakresu tych swobód. Unia to ogromna narastajaca biurokracja. Nowe podatki, regulacje prawne, zezwolenia na 
to   i   tamto....   W   tym   czymś,   czym   jest   Unia,   nie   da   się   swobodnie   oddychać.   Nie   ma   swobodnego, 
nieskrępowanego handlu na przykład.
Miedzy innymi dlatego z taką ochotą spędzam długie miesiące w Ameryce Południowej, że tu jeszcze wolny 
handel kwitnie:
Podchodzę do faceta na bazarze i dogaduję się za ile on mi sprzeda , to co ja chcę od niego kupić. Żaden urząd 
nie kontroluje przepływu kapitału między nami, nikt na nas nie nakłada podatków, nikt poza mną samym nie 
sprawdza   jakości   towaru,   który   kupuję.   NIKT   SIE   NIE   WTRĄCA   w   sprawy,   które   dotyczą   tylko   mnie, 
sprzadawcy i nadgnitego ananasa, który ja mimo wszystko kupuję za pół ceny, bo tak mi się podoba.
W Unii np. nie mogę kupić ani wszystkich typów ananasów, ktore lubię, ani wszystkich typów bananów, bo 
normy unijne ich nie dopuszczają do obrotu. Na pewno mają na to swoje dobrze uzasadnione powody, ale ja te 
ich powody mam w dupie (przepraszam najmocniej, ale kiedy człowiek głodny to zły) , no więc ja te ich powody 
mam gdzieś. Jeżeli za własne pieniądze chcę kupić i zjeść coś, co mi zaszkodzi to czemu nie???? Marihuane i 
tyton pozwalają sprzedawać!

 
Wtorek, 06.05.2003
bez tytułu   
   
 
Jeszcze jedna ciekawostka z korspondencji z kraju:

„Z funduszu 16mln euro przyznanych przez Unię na ochronę zdrowia Polska wykorzystała około 0,15% Reszta 
pojdzie szczekać, czyli wróci z powrotem do Brukseli.”

I z tego powodu też się naród burzy.
Znowu niepotrzebnie. Przecież wszystkie te pieniądze, które Unia nam rozdaje za darmo są zawsze obwarowane 
takimi warunkami dodatkowymi żeby się ich w żaden sposób NIE UDAŁO WYKORZYSTAĆ. No bo przecież 
nikt nikomu nie daje kasy za darmo. A kiedy daje to napewno nie za darmo. Czemu niby członkowie Unii 
mieliby się z nami Polakami dzielić swoim zapracowanym w pocie dobrobytem? Co oni tam nie maja dosyć 
własnych kłopotow ze Służbą Zdrowia? Też mają niedobory, deficyty, zadłużenia. Te pieniądze, które rzekomo 
straciliśmy NIGDY NIE MIAŁY TRAFIĆ W NASZE RĘCE.
To   od   początku   była   gra   pozorów,   kolejna   propagandowa   fałszywka,   która   miała   naszym   Millerom   dać 
dodatkowe argumenty, hasełka, przed referendum.
NIGDY NIE MIELIŚMY TEJ KASY DOSTAĆ. WIĘC ŻEŚMY JEJ NIE DOSTALI. I TO NIE JEST ŻADNA 
NASZA STRATA, ANI NICZYJA WINA. TO JEST NORMALNA KOLEJ RZECZY.
Jedyne co się nie miało zdarzyć, to przedostanie się tej informacji do szerokiej publikacji.
Propaganda działa wtedy, gdy ogłasza się hucznie o PRZYZNANIU FUNDUSZY, ale siedzi się cicho, kiedy 
one wracają do nadawcy. Zwracam Państwa uwagę : do nadawcy, czyli do WŁAŚCICIELA.
Te pieniądze nigdy nie były nasze i nigdy nam się nie należały. Myśmy na nie nigdy nie zapracowali. To od 
początku były ICH pieniądze i lepiej, że wróciły do prawowitych właścicieli. Nie powinno się żyć za cudze. 
Kropka.
Jeżeli ktoś ma inne zdanie w tej sprawie to bardzo proszę - poniżej można się wyrazić.
 
Piątek, 09.05.2003
bez tytułu   
   
 
Wczoraj nigdzie w mediach nie usłyszałem, że przypadła właśnie 58 rocznica zakończenia II wojny światowej. I 
flag nie wywieszono.
Za   to   dzisiaj   radio   kilkakrotnie   raczyło   mnie   poinformować,   że   komuniści   w   Moskwie   świętują   rocznicę 
zwycięstwa nad faszyzmem.

background image

Zrobiło mi się przykro. Nie potrafiliśmy uszanować naszych kombatantów. (Poznałem kilku - osoby wybitne, 
godne   najwyższego   szacunku!   Znajdźcie   mi   dzisiaj   kogoś,   kto   bez   wachania   poświęci   swoją   młodość, 
zaryzykuje   życie   w   obronie   Ojczyzny.   Znajdźcie   mi   dzisiaj   kogoś,   u   kogo   dźwięki   hymnu   wywołują 
wzruszenie...) Oni tu jeszcze są. Żyją pośród nas dawni żołnierze AK, harcerze z szarych Szeregów... Coraz ich 
mniej. Lada chwila zostanie garstka, tak, jak w przypadku tych co walczyli w roku 1920. Dlatego nawet jeżeli ta 
rocznica dla nas, młodych, niewiele znaczy, powinniśmy o niej pamiętać - ze względu na NICH - tak jak zawsze 
pamiętamy o babci w Dniu Babci, o mamie w Dniu Matki...

PS
Internet nie jest miejscem często odwiedzanym przez bohaterów tamtych czasów, ale jeżeli, ktoś przypadkiem..., 
to przepraszam Was. Nie za innych, lecz za siebie - też zapomniałem wywiesić flagę. Wstyd. 

Niedziela, 11.05.2003
bez tytułu   
   
 
Z osłupieniem oglądam w TV i słucham w radiu reklamówek w których wykorzystano grę słów: PIERWSZA 
KOMUNIA - PIERWSZA KOMÓRKA.
Znak czasów jest taki, że kiedyś z okazji Pierwszej Komunii chrzestni kupowali dziecku pierwszy zegarek, a 
dzisiaj to ma być pierwszy telefon komórkowy. Cóż, z obyczajem trudno walczyć - tak jest i tyle. Jednak mnie to 
skojarzenie   (komunia-komórka)   wprowadza   w   osłupienie.   Źle   mi   w   uchu   brzmi.   Narusza   moje   prywatne, 
wewnętrzne  poczucie porządku,  świętości. Nie potrafię  powiedzieć  jednoznacznie,  że mnie obraża,  ale  coś 
ważnego NARUSZA.
Co Wy na to Przyjaciele? Co Wy na to Adwersarze?

PS
Sam sobie napisałbym: Po prostu się Pan starzeje, Panie Wojtku. 

Poniedziałek, 12.05.2003
bez tytułu   
   
 
Podają właśnie wyniki referendum akcesyjnego (aneksyjnego?) na Litwie.
I po raz kolejny spostrzegam, że mylą się (albo może świadomie MANIPULUJĄ informacją), mówiąc, że "91% 
Litwinów zagłosowało za wejściem do Unii".
Wcale   nie   91%   Litwinów,   tylko   91%   GŁOSUJĄCYCH,   a   skoro   w   referendum   wzięło   udział   60% 
uprawnionych, to 91% z 60% daje 54,6%.
To oczywiście  nadal  większość, tyle,  że dużo mniejsza większość. Ba,  jest  to większość na granicy błędu 
statystycznego! A to nam powinno dawać do myślenia.
Czy demokracja jest rzeczywiście takim dobrym systemem, jak twierdzi propaganda? 
Przecież demokratyczne metody podejmowania decyzji powodują, że bardzo wielkie grupy ludzkie spychane są 
na   margines.   Z   jednej   strony   otaczamy   troską   mniejszości   rasowe,   seksualne,   religijne   itp.,   z   drugiej   zaś 
notorycznie ignorujemy głos tych wszystkich mniejszości, które przegrały referenda, głosowania, wybory. Tych 
mniejszości nikt nie wspiera, nikt im nie pomaga, nie dodaje punktów preferencyjnych. 
Ja właściwie w każdej sprawie, którą poddaje się w Polsce pod publiczne głosowanie trafiam do mniejszości. I 
pewnie nie ja jeden. To się powtarza od 10 lat. Od 10 lat ani razu nie zwyciężyła żadna opcja, którą popierałem, 
nie przyjęto żadnego rozwiązania, które mógłbym uznać za swoje. Jestem więc stale spychany na margines życia 
obywatelskiego.   Spychany   do   grona   Tych,   Którzy   Nie   Mają   Racji.   Spychany   -   dodajmy   to   uczciwie   - 
demokratycznymi metodami.
Czy to jednak oznacza, ze sprawa załatwiona? 
Uważam,   że   państwo   powinno   się   zatroszczyć   o   komfort   WSZYSTKICH   swoich   obywateli.   Długotrwałe 
ignorowanie potrzeb pewnych grup mniejszościowych prowadzi do... Do różnych rzeczy, ale żadna z nich nie 
jest DOBRA. Popatrzcie na desperację Kurdów, Basków, Palestyńczyków, Murzynów zepchniętych do getta, 
chłopów   zepchniętych   w   objęcia   Samoobrony   -   oni   wszyscy   są   uparcie   ignorowani,   ich   racje   zawsze 
przegrywają na rzecz "wyższych" racji.
Ja i inne osoby podobne do mnie, damy sobie radę w ten sposób, że wyemigrujemy z państwa, które przestało 
być naszym państwem. (Stało się obce, a w wielu miejscach nawet wrogie.) Cóż jednak mają zrobić ci wszyscy, 

background image

którzy są skazani na mieszkanie w Polsce, bo nie znają języków obcych, nie znają świata, nie daliby sobie rady 
gdzie indziej? 

Środa, 14.05.2003
bez tytułu   
   
 
Właśnie słyszę Kwaśniewskiego jak się usprawiedliwia, że nie może czegoś tam załatwić, bo mu konstytucja 
zabrania. Z tonu głosu wynika, że prywatnie to on by nawet bardzo chciał – CHCEM ALE NIE MOGEM. 
Konstytucja to, Konstytucja tamto. Co i raz jakiś urzędnik atakowany przez obywatela odpowiada: Panie, co ja 
mogę poradzić, kiedy TAK STANOWIĄ PRZEPISY ? 
Staliśmy się niewolnikami litery prawa, niewolnikami pisma - jak faryzeusze!
A przecież to człowiek jest panem szabatu. Rządzić ma duch, a nie litera.
 
Sobota, 17.05.2003
bez tytułu   
   
 
Dostałem pocztą coś takiego:

Fajnie być mężczyzną bo:
- rozmowy telefoniczne załatwiasz w ciągu 30 sekund
- wiesz coś o czołgach
- na pięciodniowy urlop wystarcza ci jedna walizka
- nie musisz kontrolować życia seksualnego przyjaciół
- twój tyłek nie gra żadnej roli w rozmowach kwalifikacyjnych
- wydatny brzuszek nie czyni cię niewidzialnym dla płci przeciwnej
- nie targasz ze sobą toreb wyładowanych niepotrzebnymi przedmiotami
- możesz wziąć prysznic i ubrać się w ciągu 10 minut
- twoje slipy w trójpaku kosztują tylko 18 zł
- nikogo nie interesuje, że w wieku 34 lat jesteś sam
- trzy pary butów to więcej niż dość
- gra wstępna jest dobrowolna 
- wszystkie twoje orgazmy są prawdziwe
- seks nie popsuje ci reputacji
- możesz napisać swoje imię, sikając na śnieg
- nikt nie przerwie opowiadać świńskiego dowcipu, gdy wchodzisz do pokoju
- znasz przynajmniej 10 sposobów otwierania butelki piwa
- pilot od telewizora należy do ciebie
- ludzie nigdy nie rzucają okiem na twoją klatkę piersiową, kiedy z nimi rozmawiasz 
- co to do diabła jest cellulitis?

Spostrzegawcze. I z większością wypada się zgodzić. Poza tym sikaniem na śnieg. Jeżeli już to na pewno nie 
własne imię, bo co to niby za chwała. Ja bym wysikał kogoś innego. Na przykład... 

Poniedziałek, 19.05.2003
bez tytułu   
   
 
Pytają mnie ludzie, co myślę o aferze Rywina?
Uważam, że żadnej afery nie ma.
Przemyślałem sprawę gruntownie! Doszedłem do wniosku, że nie ma nic niestosownego w próbie kupienia lub 
sprzedania ustawy. Czym to się niby różni od każdej innej usługi?
Że nielegalne?
A od kiedy słowo „nielegalne” powstrzymuje swobodny obrót gotówki?
Każdy   z   nas   wielokrotnie   dogadywał   się   nielegalnie   na   wiele   rzeczy.   Ja   na   przykład,   zawsze   staram   się 
negocjować z policją drogową. I uważam takie zachowanie za jak najbardziej normalne.Mimo że nielegalne.
W dzisiejszych czasach gąszcz przepisów tak dokumentnie pozarastał proste ścieżki życia, że niesposób przejść 
nie omijając prawa. Korupcja jest JEDYNYM sposobem na biurokrację.

background image

Spróbujcie na przykład poprowadzić mały sklep, tak jak to robił mój dziadek przed wojną – bez księgowej, bez 
kasy   fiskalnej,   certyfikatu   Sanepidu,   bez   składek   ZUS   opłacanych   w   imieniu   wiejskiej   dziewczyny,   która 
przyszła do pracy na przyuczenie i mogła być oddalona w KAŻDEJ CHWILI, gdyby się okazało, że kradnie, 
albo leniwa...
Spróbujcie, tak jak mój dziadek. Szybko odkryjecie, że dzisiaj to NIEWYKONALNE. 
W tej sytuacji Rywina i jemu podobnych uważam za ludzi, którzy postępują racjonalnie. I UCZCIWIE! Sam 
kupiłbym kilka ustaw. (Gdyby mnie było stać.)
 
Poniedziałek, 26.05.2003
bez tytułu   
   
 
Słów kilka na temat Pana Baraniny:
Szkoda. (Że się powiesił.)
To był dobry przestępca. Jeden z najlepszych jakich mieliśmy.
Europejczyk! Prowadził działalność w kraju oraz za granicą - w Unii! Skutecznie konkurował z mafią austriacką 
i innymi. Był znany w świecie. Miał kontakty. I, jak podaje prasa, zawierał kontrakty międzynarodowe: z mafią 
włoską, holenderskim kartelem przemytniczym... 

Zginął człowiek – to zawsze jest tragedia. Choć czasami, po czyjejś śmierci, chcemy zacierać ręce z radości...

Zginął mafioso – o co więc cały ten krzyk? Baranina był twardy - „jeden z najtwardszych i świetnie zdawał 
sobie sprawę z tego, w co gra i czym to się może skończyć”, tak o nim powiedział rzecznik policji. Był tak 
twardy,   że   policja   nic   by   z   niego   nie   wyciągnęła.   To   znaczy   policja   europejska,   bo   gdyby   Baraninę 
przesłuchiwano w Chinach lub którymś z krajów arabskich, to śpiewałby, jak słowik. (Ale nie, jak Słowik). Ale 
my tu, w Europie, szanujemy prawa człowieka, nawet takiego człowieka, który nie szanuje praw innych ludzi.

I to jest ten paradoks, o który mi chodziło:
Z jakiego niby powodu, szanuje się prawa CZŁOWIEKA w odniesieniu bestii?
 
Wtorek, 27.05.2003
bez tytułu   
   
 
Z radia słyszę piosenkę T-Love: „Najtrudniej jest powiedzieć NIE, kiedy wszyscy mówią TAK”
Nawet Ojciec Święty.
Tylko, że On patrzy na Europejskie zjednoczenie z perspektywy tysiącletniej, więc widzi co innego niż ja. 
Człowiek wielki, patrzący daleko dostrzega Boży Plan. Wniesiemy do Unii wartości, itd.
Człowiek   maluczki,   patrzący   zaledwie   na   najbliższe   lata   reszty   swego   życia,   widzi   kolejne   cierpienia   dla 
przyszłych pokoleń, kolejne wyrzeczenia, których już tyle było w przeszłości.
Ja nie chcę się męczyć dla dzieci i wnuków – niech oni się pomęczą sami za siebie, sami dla siebie. Ja chciałbym 
żyć w wolnym i niepodległym kraju. Nie zależy mi na korzyściach płynących z wstąpienia do Unii. Naprawdę! 
NIE ZALEŻY MI.
Jestem   sentymentalnym   romantykiem   i   z   powodów   sentymentalno-romantycznych   wolę   słabą   złotówkę   od 
mocnego euro.

Nikt nie jest w stanie  stwierdzić na pewno,  czy po wstąpieniu się nam  poprawi,  czy pogorszy,  nikt  – ani 
entuzjasta, ani sceptyk, ani zdecydowany wróg zjednoczenia. To, czy będzie lepiej, czy gorzej, okaże się PO. 
Przede, to sobie można jedynie pogdybać.
Dlatego nie słucham ARGUMENTÓW – każdy ciągnie w swoją stronę, nagina i chwali, albo nagina i straszy. Ja 
słucham serca, a moje serce mówi NIE.
 
Środa, 28.05.2003
bez tytułu   
   
 
Polska strefa w Iraku.
Kiedy to usłyszałem pomyślałem: brzmi świetnie. Nareszcie mamy kolonię. (Obserwując to, co się stało w 
Afryce po upadku kolonii, jestem gorącym zwolennikiem ich reaktywacji.)

background image

No więc w pierwszej chwili zatarłem ręce z radości – mamy kolonię! Wreszcie jakiś uczciwy dostęp do ropy 
naftowej, a poza tym, bardzo lubię muzułmanów (Tych kilku, których znam osobiście.)
Ale w drugiej  chwili pomyślałem, że za pomoc, którą Polska (?) zaoferowała Amerykanom  w Iraku, za tę 
pomoc, niestety, będziemy musieli słono zapłacić (zarówno łzy jak i krew są słone).
Gdyby nasz udział w tej wojnie i okupacji, negocjował Lech Wałęsa, to miałbym pewność, że ugrałby dla Polski 
coś wartościowego. On już taki był... 
I jaki był, taki był, ale za granicą reprezentował najlepszy interes Polski. Bezinteresownie! 
Podczas, gdy obecni negocjatorzy... ministry spraw zagranicznych... wojskowych... Oni wszyscy mają pewne 
przyzwyczajenia... Poza tym mają nieciekawe życiorysy i również z tego powodu zależy im , by z Polski uciec 
do urzędów w Unii lub w NATO. Polska jest dla nich wyłącznie trampoliną. I nie ważne czy zaraz po skoku się 
złamie, byle udało im się daleko skoczyć.
 
Czwartek, 29.05.2003
bez tytułu   
   
 
W jednej z wrocławskich gazet ukazał się wywiad, który cytuję poniżej. To jest coś dla osób które lubią film 
"MIŚ". Rzecz dzieje się dziś. Posłuchajcie...

Joanna Banaś: Dlaczego pasażer waszego tramwaju nie może przesiąść się z wagonu do wagonu? 
Janusz Rajces, rzecznik wrocławskiego MPK: Może, tylko musi skasować drugi bilet. 
- Jak to? Przecież nadal jedzie tym samym tramwajem i ma bilet.
- Regulamin przewozowy mówi wyraźnie: bilet jest ważny w tym wagonie, w którym został skasowany.
- Przepis przepisem, ale staram się zrozumieć jego sens. Tak naprawdę, dlaczego nie mogę zmienić wagonu?
- Przebiec na czerwonym też pani może, tyle że ryzykuje pani wypadkiem albo mandatem. A tutaj ryzykuje pani, 
że złapie ją kontroler.
- Ale przechodzenie na czerwonym jest niezgodne z prawem, a przesiadanie się z wagonu do wagonu nie.
- Jakby się ludzie tak przesiadali, to kontrolerom byłoby trudno pracować.
- Czyli wygoda kontrolerów ma być argumentem?
- Argumentem jest przepis. A poza tym jeśli kupuje pani bilet na pociąg, to chociaż do Gdańska jedzie i 15.30, i 
o 18.15, to pani ma bilet tylko na ten o 15.30.
- Przepraszam, ale tylko jeśli to miejscówka, a u nas jakoś w tramwajach ich nie ma.
- A po co w ogóle się przesiadać?
- Przecież są sytuacje, kiedy trzeba się przesiąść, na przykład gdy w naszym wagonie jadą pijani, agresywni 
ludzie.
- O tak, uciec jest najprościej, a przecież trzeba zainterweniować.
- Szczególnie gdy się jedzie na przykład z małym dzieckiem.
- Nie ma powodu, by zmieniać wagon. Można podejść do motorniczego, a on już wie, co robić.
- Ale przecież w drugim wagonie nie ma motorniczego...

PS 
Film "Miś" został nakręcony w 1980 roku...

 
Sobota, 31.05.2003
bez tytułu   
   
 
Byłem   na   kolacji   u   znajomych.   Otworzyliśmy   butelkę   czerwonego   wytrawnego   z   Chile.   Na   tylnej   stronie 
naklejka z informacją, że win chilijskich nie trzeba „wietrzyć” po otwarciu. Francuskie owszem, zawsze, a 
chilijskie możesz pić od razu. Skąd ta różnica?
Moja koleżanka powiedziała, że pewnie dlatego, że we Francji winogrona na wino depcze się gołymi stopami (i 
trzeba wietrzyć) a w Chile mają prasy.

W czasie tej samej kolacji dowiedziałem się, że Komisja dbająca o poprawną polszczyznę dopuściła, jako formę 
poprawną WESZŁEM.
Nie pozostaje mi nic innego jak Komisję wyśmiać.

background image

Komisja powinna przy okazji dopuścić jako poprawną formę WSZEDŁAM, żeby była równość płci wobec 
języka.

„Żyj i daj żyć innym” – to piękne hasło.
Tkwi w nim jednak pewien haczyk: a co jeżeli „żyć”, to nie to, co nam się zawsze zdawało, tylko góralski 
rzeczownik?
 

Poniedziałek, 23.06.2003
bez tytułu   
   
 
W odpowiedzi na Szanownych Państwa wypowiedzi dot. „Z kamerą wśród ludzi”:

Rzeczywiście chyba najlepszą radą jest to żebym ja sobie sam robił (trąbił), a ludziom niech się podoba, czy nie, 
wszystko jedno. Tak było dawniej, przy „WC Kwadransie” i sprawdziło się.
Kubek się nie podobał, nogi na stoliku drażniły, siermiężna dekoracja była „prymitywna”, muzyka beznadziejna 
itd. a program i tak miał 3 i pół miliona widzów.
Teraz oczywiście tylu ludzi przed telewizorem nie uzbieram, ale nie będę się szczególnie dokładnie wsłuchiwał 
w głos ludu.

Wojciech Mann w radiu, kiedy mnie uczył zawodu, mówił tak: 

- Na początku wielu rzeczy mogą nie lubić i sporo ich u ciebie będzie drażnić. Ty już jesteś taki typ – drażniący. 
Ale trzymaj swoją linię. Będziesz drażnił i właśnie to ich przytrzyma na odbiorze. A po jakimś czasie, sami się 
zorientują, że przestało drażnić, a zaczęło interesować.
Robię więc swoje, na własny nos, wyczucie i odpowiedzialność. Jak się nie uda, trudno, przynajmniej nie będę 
miał na kogo zwalać. Cała wina będzie moja. 

Ale...   gdyby...   okazało   się,   że   program   osiągnie   sukces,   to   też   nie   będę   się   musiał   z   nikim   dzielić 
„odpowiedzialnością” za ten sukces.

Tak jak w przypadku „Kwadransa”. Gdybym wtedy słuchał doradców, to zrobiliby z tego program jak wiele 
innych – sztampowy.

Ten nowy, tak jak tamten stary, sztampowy ma nie być. To już wolę żeby był po prostu zły i do kosza.
 

Wtorek, 24.06.2003
bez tytułu   
   
 
Za wszystkie recenzje „Z kamerą wśród ludzi” dziękuję.
To   właśnie   one   -   Państwa   recenzje   –   spowodowały,   że   postanowiłem   kierować   się   wyłącznie   własnym 
wyczuciem. Nie komponowały się w żadną statystycznie powtarzalną nutę. Nie było w tym logiki grupowej, a 
tylko sądy jednostkowe. Skoro więc nie udało się uzyskać jednoznacznego drogowskazu (tylko całą wiązkę 
wzajemnie sprzecznych sugestii) ZMUSZONY jestem podążać za czubkiem własnego nosa. Z nadzieją, że nie 
zawędruję na manowce.

***

Kilka   dni   temu,   na   odwrotnej   stronie   zerwanej   właśnie   kartki   z   kalendarza,   przeczytałem   poradę   dla 
działkowców:
"Obserwuj chwasty pojawiające się w Twoim ogrodzie, bo chwast prawdę Ci powie.
Gdy zobaczysz, że z ziemi, nieproszony,  wyrasta szczaw polny,  oznacza to, że masz glebę  jałową, bardzo 
kwaśną, a do tego suchą. Gdy znajdziesz koniczynę polną lub niezapominajkę, to dowód, że gleba zawiera mało 
składników odżywczych i ma odczyn średniokwaśny. Wymaga wapnowania, nawożenia i nawadniania. Kiedy 
jednak w ogrodzie pojawi się rdest ptasi, możesz być spokojny – ziemia jest żyzna, o obojętnym odczynie i 
umiarkowanym uwilgotnieniu."

background image

Tak to napisali fachowcy.

Poszedłem z tą kartką do mojego ogrodu i co widzę?
Rdest rośnie sobie dzielnie pośród szczawiu i kwitnącej koniczyny.

Podobnie było z Waszymi recenzjami, moje miłe Chwasty.
Pozdrawiam,
WC 

Piątek, 27.06.2003
bez tytułu   
   
 
Wczoraj kumpel z Radia dla Ciebie opowiedział mi o wywiadzie z nową panną wokalistką zespołu Varius 
Manx.
Zapytana "o czym jest ta piosenka?", odpowiedziała:
- Aaa... nie wiem, bo nie ja pisałam tekst.
W pierwszej chwili wszyscy pomyśleli, że to żart, nawet udany, ale w drugiej chwili...
Po piosence „Moje Eldorado” padło kolejne pytanie prowadzącego audycję:
- A jakie jest Twoje Eldorado?
- Jaaa..., e.., nie mam, bo jeszcze jestem za młoda na takie rzeczy.
 

Sobota, 12.07.2003
bez tytułu   
   
 
KAZANIE WC

Bezrobotni   pod  budką   z   piwem   w  wielkim   mieście.   Spróbuj   ich  nająć   do  jakiej   roboty.   Znajdą   dziesiątki 
wymówek - różnych niemożności.
Rolnicy - im też się ostatnio nic nie opłaca. Kiedyś potrafili na własny urzytek wyprodukować wszystko. I było 
to pyszne i tanie! A dzisiaj? Idź do chłopa i poproś żeby ci napiekł domowego chleba. Idź po domowe masło, idź 
po swojską kiełbasę, spróbuj zamówić sto słoików konfitury z porzeczek, albo marynowane grzybki. NIC się nie 
opłaca. Także na wsi usłyszycie dziesiątki wymówek - różnych niemożności.
***
A jednocześnie ci ludzie tak strasznie narzekają - bluźnią na swój los. Ale nie czynią nic, by go poprawić. 
Żadnego ruchu - brak akrywności i marazm. Czekanie. 
Nie czekają na nic konkretnego, oni PO PROSTU czekają. A jeśli nadarzy się okazja, skwapliwie wyciągają rękę 
po zapomogi, po różne unijne fary i suporty. A kiedy coś dostaną, nie słychać głosu wdzięczności. I raczej nie 
należy liczyć na to, że kiedyś zechcą się odwdzięczyć za dar. O nieee - im się przecież NALEŻY.
Nie pytajcie tylko dlaczego im się należy, albo za co? Ofukną was tylko. Oni nie znają odpowiedzi. Po prostu 
należy się i tyle.
A ja mimo wszystko drążę temat:
Z jakiego wlaściwie powodu ktoś miałby bezrobotnemu dawać zasiłek? Z jakiego to powodu bezrobotnemu 
NALEŻY SIĘ żeby ktoś inny na niego pracował?
Chrześcijańska   dobroczynność???   Bez   przesady!   Dobroczynność   jest   tylko   wtedy   kiedy   to   ja   sam, 
DOBROWOLNIE, coś czynię, a nie kiedy wyciąga się ode mnie przymusowy podatek na bezrobotnych, na 
nierobów, na inwalidów, na tych co na rencie, na emerytów, na dopłaty rolne...
NIECH KAŻDY PRACUJE NA SIEBIE - tyle Wam powiem. KAŻDY NA SIEBIE!
To okrutne? Darwinizm społeczny? Podejście bez serca? Niechrześcijańskie?
Przeciwnie - bardzo chrześcijańskie!
Czy święty Paweł był okrutnikiem bez serca i złym człowiekiem, kiedy w swoim drugim liście do Tesaloniczan 
napisał:

Kto nie chce pracować, niech też i nie je!
Niektórzy z was oddają się próżniactwu - zamiast pracować tracą czas na błahostki. Tych surowo napominam w 
Panu Jezusie Chrystusie, żeby spokojnie pracując własny chleb jedli.

background image

Św. Paweł całe swoje życie pracował na własny chleb. Robił to dla przykładu! Mógł oprzeć się na wspólnotach 
chrześcijańskich dla których nauczał. Zupełnie spokojnie, zgodnie z kulturą i obyczajem tamtych czasów (także i 
naszych), mógł sobie pozwolić na rezygnację z pracy fizycznej - było wielu chętnych łożyć na jego utrzymanie. 
Łożyć   DOBROWOLNIE!   A   więc   miał   moralne   prawo   przyjąć   darmowy   chleb,   a   jednak   tego   nie   robił. 
Dlaczego? 
Dla dobrego przykładu. 
Niech będzie przykładem i dla Was.
 

Piątek, 18.07.2003
bez tytułu   
   
 
SPOSTRZEŻENIE

Rządzą nami trzej sekretarze Komitetu Centralnego PZPR:
Aleksander   Kwaśniewski,   Leszek   Miller   i   Józef   Oleksy   (delegowany   do   reprezentowania   RP   w   Unii 
Europejskiej). 
Tych trzech sekretarzy KC naród wybrał sobie demokratycznie.

A to są tylko ci, których widać. Ci, którzy wystają spod kamienia. A gdyby tak kamień podnieść, to by się 
okazało, że tam się kłębi całe stado robali z przeszłości. Robali z przeszłością. I, niestety, robali z przyszłością.
Dawno, dawno temu polecałem zastosowanie środka o nazwie „Komuchozol”. Niestety, nikt się nie odważył. 
No to mamy, cośmy chcieli – polski dom pełen szkodników.
 

Sobota, 19.07.2003
bez tytułu   
   
 
DYSCYPLINA

W związku z nawałnicą afer, SLD ustanowiło specjalnego sekretarza do spraw dyscypliny partyjnej. Będzie miał 
odpowiedników na niższych szczeblach drabiny partyjnej. A więc pojawią się także sekretarze dyscypliny w 
każdym województwie i powiecie...

Proponuję by na te stanowiska wezwać z odstawki starych kolegów z ZOMO.

I NIECH PAŁUJĄ NIEZDYSCYPLINOWANE SZEREGI PARTYJNE, 
NIECH IM URZADZAJĄ WEWNĄTRZPARTYJNE ŚCIEŻKI ZDROWIA, 
NIECH ICH POLEWAJĄ Z SIKAWEK,
KOPIĄ, 
WRZUCAJĄ DO SUK ... 

Czyli niech wprowadzają dyscyplinę w swojej partii, takimi metodami, jakiemi wprowadzali ją kiedyś w naszym 
narodzie.
 

Wtorek, 22.07.2003
bez tytułu   
   
 
NA 22 LICA
Na   niedawny   zjazd   SLD   zaproszono   gości   honorowych:   generała   Wojciecha   Jaruzelskiego   i   ostatniego 
sekretarza KC PZPR Mieczysława Rakowskiego. 
Szef SLD Leszek Miller składał im wyrazy szacunku - tyle widziałem w TV. Być może zaproszono jeszcze 
jakichś innych "honorowych", którymi SLD chwalić się nie chciało i przy tym już kamer nie było.
Wystarczy jednak tych wymienionych, żeby człowiek zastanowił się po raz kolejny ile warte są zapewnienia 
SLD-eków, że ich partia odcięła się od nichlubnej przeszłości, że ma nie tylko nową twarz, i nowych ludzi, ale 

background image

także   nową   duszę.   Tym   razem   pełną   prawdy   i   łagodności.   (Wcześniej   zaś   pełną   sowieckich   życiorysów, 
milicyjnych buciorów i kolczastego drutu.)
Widzę nie tylko dawnych ludzi, ale także dawne nawyki w sprawowaniu władzy. Oni, być może - przez chwilę 
po roku 1989 - byli nawróceni, ale brak kary za grzechy przeszłości przyjęli nie jako wyraz naszej łaskawości, za 
którą winni być wdzięczni, lecz jako objaw naszej słabości, którą teraz bez skrupułów wykorzystują.
Przypomina się przysłowie ze Starego Testamentu, cytowane także w II Liście św. Piotra:
"Wrócił pies do swoich wymiocin i wymyta świnia, 
do tarzania się w błocie." 
(2P 2,22)
 
Czwartek, 24.07.2003
bez tytułu   
   
 
Od jutra będę w Mrągowie.
Mam tam stoisko na deptaku, który prowadzi do Amfiteatru.
Zapraszam po książki, autografy, lub na chwilkę niezobowiązującej rozmowy.
Można mnie tam spotkać od rana do nocy w piątek i sobotę (w niedzielę nie dzielę ani nie mnożę - sorry, taka 
moja religia)

***
Z okazji "Pikniku Country" w Mrągowie, proponuję Wam tekst, który w wersji nieco... oszlifowanej ukazał się 
20 lipca w tygodniku "WPROST". I już zdążył mi zyskać kolejne gronko zajadłych przeciwników.
Rozwścieczonych przepraszam - nic innego zrobić nie mogę - a wszystkim innym zainteresowanym proponuję 
wersję pierwotną - tak, jak to napisał Autor.
Posłuchajcie...

"WYSYP COUNTRY"

Wysyp country podobny jest do letniego wysypu jagód. Mnogość imprez w całym kraju, jedna za drugą, głównie 
pikniki. Teraz! Wyłącznie przez te dwa miesiące lata! A potem - tak jak w przypadku jagód - przez resztę roku 
mało kto o country pamięta.
Są powody! 

- Nienawidzę country - mówią mi ludzie. - Ale bardzo podoba mi się muzyka, którą pan puszcza w radiu - 
dodają w chwilę potem.
I jeszcze dość często dołączają pretensje, że nigdy nie nadaję nic po polsku - wyłącznie amerykańskie płyty!
I co ja im mogę na to odpowiedzieć? Że krajowy mamy tylko chłam? To byłaby przesada; ale niewielka - żeby 
znaleźć   jedną   przyzwoitą   posenkę   trzeba   przekopać   cały   stos   marnie   wydanych   płyt,   naogół   marnie 
śpiewających wykonawców, którym się wydaje, że najlepiej jak sami sobie napiszą rymowany tekst i ślycznom 
muzyczkie.
W Ameryce ludzie śpiewają country bo chcą - jest to ich wolny artystyczny wybór. W Polsce ma się wrażenie, 
że to nie wybór, lecz przymus: nic innego nie potrafię, w bluesie nie dam rady, w rocku nie mam co się ścigać - 
są lepsi - no to może spróbuję country... 

***

Polska impreza country przypomina zawsze tani jarmark. Ogólnie niepoważne przedsięwzięcie. To nigdy nie 
chce być prestiżowy festiwal sztuki wyższej, to jest zawsze piknik. 
Piknik może oczywiście oznaczać dobrą zabawę, ale ma swoje miejsce wyłącznie na łące. Pikniku nie przenosi 
się na salony. 
Za to kwartet smyczkowy może sobie zagrać pod gruszą równie skutecznie, jak w sali koncertowej, czy w 
ekskluzywnej restauracji. Bez utraty powabu sztuki. Kwartet smyczkowy NIGDY nie wypada z eleganckiego 
kontekstu. To samo dotyczy zespołów rockowych, big bandów jazzowych etc. 

***

Facet z marchewkowymi włosami i jęzorem nabijanym ćwiekami wygląda może trochę idiotycznie, ale mimo to, 
jakoś mieści się w naszej kulturze. Możemy o nim powiedzieć, że ekstrawagancki, że trochę przesadził, ale jest 
dużo bardziej prawdopodobne, że narazi się na niechęć niż na śmieszność.

background image

Z kolei facet w kowbojskim kapeluszu, w dziwacznych butach z hawtowanymi holewami, w kurtce z frędzlami, 
taki   facet   jest   zawsze   nie   na   miejscu.   Nijak   nie   może   się   zmieścić   w   przyciasnych   ramach   naszej 
środkowoeuropejskiej kultury. On tu nie pasuje. Podobnie, jak górnik w stroju barburkowym, nie pasuje do 
sopockiego molo.

***

Mimo powyższych zastrzeżeń, na żadnych innych imprezach plenerowych ludzie nie bawią się tak dobrze, jak 
na piknikach country. Nigdzie indziej nie ma tak przyjaznej atmosfery. 
Większość pozostłych gatunków muzycznych dzieli nas na podgrupy; czasami na getta lub klany. Country nie 
dzieli - słuchają wszyscy jednakowo i bawią się jednakowo dobrze. Nieistotne: miasto, czy wioska, stary czy 
młody - wszyscy przyszli na piknik, wszyscy przyszli się zabawić.
Bawią się dobrze być może właśnie dlatego, że ta muzyka nie jest ich. Żeby coś mogło podzielić musimy się z 
tym identyfikować, musimy o to chcieć zawalczyć lub przeciw temu protestować, a country...
Na pikniku czasami ktoś się upije, ale naogół nigdzie nie jest tak spokojnie jak na piknikach właśnie. Zapytajcie 
rodziców, czy puszczą dziecko do Jarocina? Zapytajcie, czy chcą, żeby pojechało na festiwal muzyki i sztuki 
ezoterycznej? A potem zapytajcie, czy puszczą na Piknik Country w Mrągowie?
Puszczą!
To jedna z najbardziej obleganych imprez w kraju. Nikt tej muzyki oficjalnie nie lubi, ale kilkadziesiąt tysięcy 
ludzi rok rocznie tańczy i śpiewa przy niej przez trzy dni i trzy noce. Muzyka chałowa, ale piknik kultowy? Jak 
to się godzi? 
Jakoś się godzi, sam nie wiem... 
Jeżdżę tam od kilkunastu lat. I wcale nie po to, żeby posłuchać tych kilku Amerykanów, ktorzy grają prawdziwe 
country - tego mogę mieć dużo więcej w Nashville. Ja do Mrągowa jadę dla... ATMOSFERY PIKNIKU. Tak! 
Dla tej chałowej i wsiowej, ale przez to przyjemnie-wakacyjnej atmosfery pikniku.
A muzyka country?
Muzyka gra sobie gdzieś tam w tle. Mimo, że najczęściej chałowa, jakoś mi nie przeszkadza.

Wojciech Cejrowski

PS
A teraz może trochę wprost - po nazwiskach. Polacy kochają patrzeć, kiedy ktoś dostaje w ciry...
Największe wciry powinien dostać Lonstar: 
Dlaczego śpiewa na wszystkich imprezach? Dlaczego ja go zawsze muszę zastać na każdym koncercie w kraju? 
Czy nie mógłby wreszcie pójść na emeryturę i zająć się tym, co robi najlepiej - tłumaczeniem filmów z języka 
angielskiego?  Jego aktywność  powinna być  oczywiście  godna  pochwały,  ale pod warunkiem, że się ładnie 
śpiewa. A Lonstar, cokolwiek o nim myśleć, ładnie śpiewać nie umie. Zatrzymał się w muzycznym rozwoju 
jakieś trzydzieści  lat temu i uporczywie tkwi w epoce ściśniętego gardła i piejącego falsetu, w stylu Willy 
Nelsona.
Nie on jeden. - obowiązkowy zestaw zespołów i wykonawców mamy w Polsce od lat. I jakoś tak się składa, że 
te obowiązkowe zawsze grają przestarzałe country z epoki młodego Pacudy.
Tego się baaardzo trudno słucha. To po prostu nie ma prawa być popularne. Amerykańskie country poszło 
daleko w przód. Rozwinęło się i zmieniło tak, jak wszystkie inne, sąsiednie gatunki muzyczne. Dlatego odnosi 
sukcesy.
A w Polsce jakoś nie może. Najprawdopodobniej za sprawą tych właśnie dyżurnych wykonawców, "pierwszej 
ligi",   która   gra   po   staremu,   a   kiedy   pojawia   się   ktoś   młody  i   nowoczesny,   ktoś   z   lekko   bluesowym,   czy 
rockowym zacięciem, wówczas zaczyna się ogólne wybrzydzanie, że "to już nie jest PRAWDZIWE country, 
tylko jakiś łomot".

Łomot by się przydał. Wyłamanie drzwi. Muzyka nowoczesna, w stylu choćby Honky Tonk Brothers, czy Party 
Tour (oba zespoły polskie). Wtedy nie musiałbym się wstydzić, że słucham country, ani tłumaczyć, że to wcale 
nie jest to, o czym opowiada ten miły pan ze sceny.
 

Piątek, 25.07.2003
bez tytułu   
   
 
Dziś pierwszy dzień "Pikniku Country". Jak co roku jestem w Mrągowie.

background image

Mam tu stoisko na deptaku, który prowadzi do Amfiteatru.
Zapraszam po książki, autografy, lub na chwilkę niezobowiązującej rozmowy.
Można mnie spotkaç od rana do nocy dziś i jutro (w niedzielę już nie - sorry, taka moja religia)
***
Wczoraj na stronie "Dziennika Pokładowego" zamieściłem okolicznościowy tekst dotyczący "Pikniku Country" 
(zainteresowanych odsyłam).
W związku z tym tekstem dziś w Mrągowie obejrzałem kilka wystawionych na mnie języków, a pewien artysta 
pokazał mi także swój środkowy palec u prawej ręki. (I nie chwalił się, że ma czysto za paznokciem.) 
Kilkanaście innych osób - które świetnie znam i jesteśmy po imieniu - tradycyjnie już się do mnie nie odzywa. 
Ten zestaw ulega zmianom - raz nie odzywają się ci, innym razem inni - ale ZAWSZE w Mrągowie jest jakaś 
grupa nieodzywających się starych znajomych. Ponieważ trudno mi za tym nadążyć, wszystkim, jak leci, mówię 
"dzień dobry", i niech już oni sami decydują, kto w tym roku odpowiada, a kto udaje, że nie słyszy.
Pewna Pani z Telewizji na moje "dzień dobry" reaguje ucieczką w tłum. Inna uważa, że to ją obraża. W obu 
przypadkach staram się więc schodzić z drogi, żeby nie dręczyć bliźniego.
A jeden pan z branży muzycznej, na moje nieostrożne "dzień dobry", zareagował krzykiem: "Ja cię Cejrowski, 
kurwa, kiedyś zabiję." Tym akurat nie przejąłem się jakoś szczególnie, bo on mi to mówi co roku - za każdym 
razem z innego powodu, ale nieodmiennie CO ROKU TO SAMO.
***

Poniedziałek, 01.09.2003
bez tytułu   
   
 
Dzień Dobry w nowym roku (szkolnym).
Właśnie zaczynam się uczyć samoobsługi moich stron www. - PO 21 DNIACH WALKI Z TELEKOMUNĄ 
S.A.   WRESZCIE   MAM   W   DOMU   NEOSTRADĘ,   co   pozwoli   mi   umieszczać   wpisy   w   "Dzienniku 
Pokładowym" codziennie.
***
Oglądali Państwo tę reklamówkę w TV, w której mały chłopiec mówi tatusiowi,że już podłączył (Neostradę)? 
Gówno prawda - że się tak wyrażę i wcale nie mam zamiaru nikogo przepraszać za brzydki wyraz. A było to tak, 
posłuchajcie...

Pod wpływem wspomnianej reklamówki zadzwoniłem pod całodobowy numer. Tam różne miłe i niemiłe osoby 
starały się mnie NIE obsłużyć przez 10 dni! Piętrzono różne trudności:
-tralala-tralala (melodyjka sobie gra) wszyscy nasi... są zajęci, proszę czekać... wszyscy nasi są zajęci, proszę 
póżniej, tuut, tuut, tuut.
-numer wprawdzie całodobowy, ale proszę zadzwonić jutro w godzinach pracy
-tralala-tralala (melodyjka sobie gra) wszyscy nasi... są zajęci, proszę czekać... wszyscy nasi są zajęci, proszę 
póżniej, tuut, tuut, tuut.
-proszę nam podać numer ostatniego rachunku telefonicznego, który myśmy panu wystawili, bo dopuki pan nam 
nie poda, to niestety nie posuniemy się ani o krok ponieważ ja tu mam taką procedurę, że pan mi podaje ten 
numer, który myśmy wczesniej  panu nadali  na naszych  rachunkach.  Oczywiście,że  my (Telekomuna  S.A.) 
znamy ten numer, ale pan mi go musi podać, bo on mi się tu nie wyswietla, a dopuki ja go nie wpiszę to nie 
mogę sie posunąć ani o krok.
-tuut, tuut, tuut...
-tuut, tuut...
-tuuuut,   tuuuut   POMYŁKA!  JUŻ   PANU   DWA   RAZY   MÓWIŁEM,   ŹE   TO   NIE   JEST   ŻADNA 
TELEKOMUNIKACJA, TYLKO MIESZKANIE PRYWATNE!!!
-Znalazł pan nareszcie ten numer? No to bardzo dobrze.
-pim-pam-pom nie ma takiego numeru
-Wszystkiego pan przez telefon nie załatwi, co pan taki naiwny, teraz proszę iść do naszego Punktu Obsługi 
Klienta i tam pozałatwiać sobie resztę, ja przyjęłam zgłoszenie i zawiadomiłam Punkt, że pan przyjdzie, na tym 
moja rola się kończy. Że mógł pan od razu iść do tego Punktu, bez dzwonienia do nas? Oczywiście, że tak - 
nasze Punkty załatwiają wszystko kompleksowo.

Ciąg dalszy wkrótce, bo to (jak się pewnie domyslacie) był dopiero początek.
Pa, 
WC 
   

background image

Wtorek, 02.09.2003
bez tytułu   
   
 
Po wielu dniach telefonicznego użerania się z Telekomuną S.A., trafiłem w końcu do Punktu Obsługi Klienta, 
gdzie sprawę podłączenia mnie do Neostrady postanowiłem załatwić osobiście. Punkt był tego dnia uprzejmie 
zamknięty z powodu dnia roboczego wprawdzie, ale wypadającego pomiędzy dwoma dniami świątecznymi.

Wróciłem pokornie po świętach, udało mi się zapłacić 200 złotych gotówką (bo oczywiście oni nie mogli tego 
dopisać do najbliższego rachunku) i stałem się bogatszy o Pakiet Instalacyjny.
Wtedy się zaczęło:
*Przy pierwszej próbie instalacji przepalilo mi linię telefoniczną.(Naprawa trwała ustawowe 24 godziny, ale w 
ustawie jest małym druczkiem dopisane, że chodzi o "godziny robocze", więc ze względu na porę zgłoszenia 
awarii, przypadającą po godzinach, oraz niedzielę, przypadającą następnego dnia, z 24 godzin zrobiły się trzy 
dni.)
*Przy drugiej próbie instalacji przepaliło mi drugą linię telefoniczną.
*Przy trzeciej próbie instalacji na szczęście nie przepaliło ostatniej linii (miałem w ścianie tylko trzy), lecz 
modem. Tak! Tym razem Neostrada spaliła modem w komputerze. (Pan monter przysłany z Telekomuny drapał 
się w łupierz, myślał i w końcu sobie poszedł.)
*Czwarta próba instalacji Neostrady skończyła się spaleniem stacji dysków. (Ja wiem, że zgodnie z naukową 
wiedzą i regułami prawdopodobieństwa to jest niemożliwe, ale tak właśnie było. Mam świadków!!!)

W   tej   sytuacji   zadzwoniłem   po   znajomych   chłopaków   z   NETII.   (To   ci   sami,   którzy   pracują   nad 
unowocześnieniem   moich   stron.)   Siedzieli   tu   kilka   godzin   w   dwóch   podejściach,   ale   w   końcu   uruchomili 
Neostradę. LUDZIE Z NETII, żeby była jasna sprawa, bo TP S.A. nie była w stanie.

PS
Gdyby   ktoś   z   Państwa,   kiedykolwiek,   miał   dla   mnie   propozycję   jakiegokolwiek   innego   operatora,   to 
natychmiast, z ogromną satysfakcją oleję to co mam.
 
Środa, 03.09.2003
bez tytułu   
   
 
Po podłączeniu mego komputera do sieci postanowiłem po raz pierwszy w życiu popracować samodzielnie z 
wyszukiwarką.
Odpalam zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, pojawia się okienko do którego można wpisać hasło...
- Hmm... o co by tu poprosić tę studnię bez dna?... Wiem! Wieczorem mam audycję w radiu a kiedyś był taki 
fajny bluesowy utwór, tylko zapomniałem jak się nazywa, ale pamiętam, że to śpiewał niejaki BUDDY GUY.
Wpisałem więc w okienko...

(Czy ja już Państwu wspominałem, że od dzieciństwa mam kłopoty z ortografią? Chyba wczoraj w dopiskach 
pod   "Dziennikiem   Pokładowym".   Polega   to   na   tym,   że   po   pierwsze   nie   dostrzegam   błędów   i   najchętniej 
pisałbym wszystko fonetycznie, czyli na przykład: "na pszykłat",
po drugie, kiedy komputer mi podkreśla (wężykiem), że coś napisałem żle, to ja nie wiem, ani jak to poprawić, 
ani którą z proponowanych przez niego wersji zastąpić to co napisałem żle, 
a po trzecie nie istnieją słowniki kontekstowe będące w stanie wyłapać różnicę między np.: "tempo" i "tępo", 
"tempa" i "tępa", "rurze" i "róże" więc jeżeli ja pisząc o... powiedzmy... wyścigach włożę w usta dopingującej 
publiczności okrzyk: TĘPO! TĘPO!, komputer tego nie podkreśli. (A zawodnik się obrazi.)
Tak czy owak z ortografii jestem kompletny tę..., tem..., kompletna noga.)

A do wspomnianej na początku wyszukiwarki zamiast BUDDY GUY wpisałem BODY GAY.
Co było potem? 
Poczytajcie jutro...
 
Czwartek, 04.09.2003
bez tytułu   
   

background image

 
Po   tym,   jak   zamiast   BUDDY   GUY   wpisałem   błędnie   BODY   GAY,   na   ekran   mojego   komputera   zamiast 
śpiewaka bluesowego wbiegło stado gołych chłopców z baletu. Jeden za drugim. Kolejne strony, witryny, linki 
itp. wskakiwały jedna za drugą szybciej, niż ja byłem je w stanie wyłączać. A każda ciągnęła za sobą całe stado 
następnych pospinanych jakimś łańcuchem zależności niezależnym ode mnie. Wiele z nich nie dawało się zgasić 
- uporczywie powracały ze swoją namolną ofertą XXX: "WCIŚNIJ MI TU. !!!TEEERAAZ!!!"...
Słowem INWAZJA.
***
Z internetu do mojego komputera zaglądała Bestia. 
I rzygała plugastwem, a ja jej nie potrafiłem zatrzymać. Była szybsza i sprytniejsza.
***
W końcu poddałem się i postanowiłem zgasić komputer.
Ja mu każę "turn off", a on mi na to, że nie jest w stanie wykonać tego prostego plecenia, ponieważ całą pamięć 
ma dokumentnie zapchaną napływającymi informacjami.
Wyrwałem więc kabel telefoniczny z gniazdka. Nic to nie dało.
Wcisnąłem "reset". Nie pomogło.
Odciąłem prąd poprzez (rzecz dla komputerów najbardziej brutalną) wyciągnięcie wtyczki z gniazda... 
Zgasł.
***
Następnego   dnia   po   odpaleniu   maszyny   znalazłem   czyściutki   obraz   nowo   narodzonego   komputerka,   bez 
żadnych śladów koszmarów z dnia poprzedniego.
Po konsultacji telefonicznej z kolegą, który (w przeciwieństwie do mnie) zna się na informatyce, postanowiłem 
sprawdzić jak to właściwie jest...
Czy gdyby dzieciak z podstawówki chciał znależć sobie w internecie coś na temat, który go interesuje, to też 
stale jest narazony na ataki Bestii?
Jest.
Posłuchajcie...

Wpisałem TEEN - chodziło o nastolatki
Wpisałem BEACH BOYS - zespół popowy popularny od 40 lat
Wpisałem BOYS BAND - dzieciaki interesują się boysbandami
Wpisałem cały szereg niewinnych słów haseł i kontekstów 
I za KAŻDYM razem prędzej czy póżniej trafiałem na Bestię.
***
Nie jestem kompletnym głupkiem i rozumiem, że mój pierwszy raz w internecie miał prawo być nieudany, a 
nawet   niebezpieczny,   tak   samo   jak   pierwsza   próba   rąbania   drewna   za   pomocą   siekiery.   Ale   nawet   kiedy 
zawężałem wyszukiwarce zakres możliwej manipulacji poprzez mnożenie haseł, to i tak Bestia znajdowała sobie 
jakąś szczelinę.
Interesuje mnie fotografia, szczególnie ludzie, dzikie plemiona, obrzędy, portrety... Wpisałem więc: GALERIA, 
FOTOGRAFIA, LUDZIE, SYLWETKI, INDIANIE, DZICY i mimo tych zabezpieczeń Bestia próbowała mi 
wcisnąć   Galerię   Fotograficzną   Nagich   Mężczyzn   Pochodzenia   Hinduskiego,   HOT!HOT!  HOT!   ENTER 
NOW!!!!

over & out... 

Piątek, 05.09.2003
bez tytułu   
   
 
Zapytał mnie facet z jakiejś gazety, jake mam zdanie w sprawie forsowanej przez SLD ustawy o legalizacji 
Związków Partnerskich. 
Odpowiedziałem mu tak:

Stary Testament, Nowy Testament, Koran, religie Wschodu i Zachodu - wszystkie wskazują na to, że związki 
homoseksualne są złem. Legalizowanie zła jest podnoszeniem go do kwadratu. Cywilizacja białego człowieka 
folguje   sobie   we   wszystkim.   Poluzowuje   się   normy   moralne,   by   nie   krępowały   i   to   nazywa   Wolnością. 
Zachłyśniemy się nią i utoniemy w plugastwie.

background image

Pojedyńczy człowiek, który sobie folguje - w piciu, jedzeniu, w rozkoszach ciała, w lenistwie... - taki czlowiek 
nie budzi szacunku.
Społeczność, czy szerzej: cała nasza cywilizacja chrześcijańska, która sobie folguje - w piciu, jedzeniu... - też nie 
budzi szacunku.  Dlatego  grupka  terrorystów  jest  wstanie potrząsnąć  kolosem. Ten kolos od dawna nie ma 
mięśni, tylko rozedrgany i rozpasany galaretowaty tłuszcz. Kolosalne sadło.

Pederaści  nie potrzebują zalegalizowania ich Związku Partnerskiego, żeby się mogli zupełnie legalnie gzić. 
Wpisanie ich zboczonego pożycia do Kodeksu uważałbym za naruszeniwe moich praw. A mam przecież prawo 
do poszanowania mego poczucia smaku, mojej religii, przekonań.
***

Poniedziałek, 08.09.2003
bez tytułu   
   
 
Od rana słyszę w radiu i TV, jak to w toruńskiej budowlance uczniowie znęcali się fizycznie i psychicznie nad 
nauczycielem angielskiego.
Za karę kilku uczniów wywalono ze szkoły.
A ja bym natychmiast wywalił tego nauczyciela. Nie sprawdza się chłop w zawodzie. Nie podołał. Brak mu 
kwalifikacji. 
Bo przecież jedną z kwalifikacji nauczyciela jest umiejętność zdyscyplinowania niesfornej młodzieży. Kiedy ta 
młodzież przekracza kolejne normy i w efekcie dochodzi do rękoczynów wobec nauczyciela, to oznacza, że ten 
nauczyciel, wprawdzie obiektywnie rzecz ujmując skrzywdzony, ale mimo to całkowicie nie nadaje się do tej 
roboty. 
No więc zamiast się nad nim litować, bym mu ze współczuciem wręczył zwolnienie z pracy. 

Wtorek, 09.09.2003
bez tytułu   
   
 
Słyszę w radiu, że estońscy naukowcy uznali bajkę o Królewnie Śnieżce za...
"Nieprawdziwy obraz poniżający kobiety, który powinien być zakazany i usunięty z listy lektur szkolnych."
Debile! Debile a nie naukowcy. Przecież to jest BAJKA, a bajka z definicji przedstawia nie prawdziwy obraz 
lecz zmyślenia i bujdy.
W dodatku gdzie tu poniżenie kobiety? Jedna wysoka i ładna babka mieszka z siedmioma kurduplami, zjada ich 
jedzenie, śpi w ich łóżeczkach, a na końcu wychodzi sobie za mąż za innego. 
To już raczej zakazać tej Śnieżki z powodu poniżania rodzaju męskiego.
 
 Środa, 10.09.2003
bez tytułu   
   
 
Żyrynowski   (taki   ruski   Lepper)   dąży  do   legalizacji   bigamii.   Twierdzi,   że   w   Rosji   jest   zbyt   niski   przyrost 
naturalny, a poza tym dużo więcej kobiet niż mężczyzn.
***
Pewien Arab opowiedział mi następującą historyjkę,
posłuchajcie...

Pierwszą żonę wziąłem sobie żeby mi rodziła dzieci i prowadziła dom. Jest dobra, cicha, robotna, zaradna, 
gospodarna, smacznie gotuje...
Drugą żonę wziąłem sobie inteligentną, bo z pierwszą nie bardzo miałem o czym gadać. Ta dużo umie, doradzi, 
wypełni PIT, no i mam z kim pogadać.
Trzecią wziąłem rozrywkową - kumpelka, na piwko można wyskoczyć, na mecz...
A czwartą wybrałem na noce - młoda, głupia, że nie pogadasz, do tego leniwa, ale za to laska taka, że głowa 
puchnie.

I myślisz, gringo, że żyję z nimi szczęśliwie, co? Też byś tak chciał mieć cztery - każdą do czego innego?
To posłuchaj:

background image

Wracam z roboty, zmęczony, a one po kolei:
- Co tak póżno?
- Co tak póżno?
- Co tak póżno?
- Co tak póżno?
Idziemy na zakupy, a one po kolei:
- Kup mi!
- Kup mi!
- Kup mi!
- Kup mi!
A potem w domu:
- Wyrzuć śmieci.
- Wyrzuć śmieci.
- Wyrzuć śmieci.
- Wyrzuć śmieci... 

Piątek, 12.09.2003
bez tytułu   
   
 
Wczoraj w Warszawie była wojna. Jedna z gazet napisała o tym BITWA WARSZAWSKA.
Wszyscy dzisiaj krytykują górników. A ja się cieszę!
Kiedy SLD szło do wybórów, to różne mondralinki bezczelnie mówiły, że jak Leszek Miller zechce, to nawet na 
wierzbie wyrosną gruszki. Obiecywali ludziom cuda, to niech teraz cud uczynią.
***
Cieszę się też z drugiego powodu:
W roku 1989, jak się potem okazało, komuna wcale nie upadła. Ona się sprywatyzowała i pochowała pośród 
normalnych ludzi. No to ja bym ją teraz chciał wywłaszczyć, obalić i trwale odsunąć od władzy. Jest niemoralne 
i niesprawiedliwe żeby sekretarze partii komunistycznej byli prezydentami i premierami wolnej Polski. A jedyny 
sposób na ich obalenie był, jest i będzie taki, jaki zastosowali górnicy wczoraj.
Przy okrągłym stole się nie da, bo komuniści tego języka nie rozumieją. Oni rozumieją pałę, polewanie ludzi 
wodą, kopanie leżącego. No to mają za swoje - JĘZYK, KTÓRYM PRZEZ 50 LAT PRZEMAWIALI DO NAS, 
WCZORAJ PRZEMÓWIŁ DO NICH. I mam nadzieję, że to nie koniec, tylko początek.

PS
A kopalnie należy posprzedawać i niech nowy właściciel kombinuje, czy je zamykać. Niech on z górnikami 
negocjuje.   Ale   tego   się   oczywiście   nie   robi.   A   powód?   Prosty:   Miller   nagradza   różnych   swoich   kolesiów 
stołkami   w   zarządach   wielkich   państwowych   spółek.   Jak   się   skarb   państwa   spółek   pozbędzie   to   stołków 
zabraknie.  

Niedziela, 14.09.2003
bez tytułu   
   
 
PO KOLEJNYM ODCINKU "Z KAMERĄ WŚRÓD LUDZI":

Osobiście   nie   jestem   jakoś   szczególnie   zachwycony.   Byłoby   duuużo   lepiej,   gdybym   go   samodzielnie 
produkował. (Wówczas człowiek kontroluje wszystkie parametry - niektóre jako w pełni niezależny autor, inne 
jako producent przed którym, odpowiadają pozostali członkowie ekipy.) Na razie jest to dzieło grupowe, a moje 
pomysły stanowią jedynie niewielką część całości. I TAK TO PROSZĘ OCENIAĆ!
"WC Kwadrans" - na który się Państwo tak często powołują - był dziełem w 100% autorskim. Ja sam pisałem 
scenariusz, dobierałem WSZYSTKICH gości, uczestniczyłem w montażu, w robieniu czołówki itd., itd. Sam, 
sam, sam. Teraz zaś jestem zaledwie prowadzącym.

***
Zarzuty, że zaprosiłem Broniarka, kolegę Urbana itd. są chybione.
Większość   gości   "WC   Kwadransa"   to   byli   różni   kolesie   Urbana,   komuchy,   ubecy,   pośród   pierwszych 
zaproszonych był Lepper, była też jedna z tych niewyżytych feministek, które ostatnio sprowadziły do Polski 

background image

statek   aborcyjny...   Słowem   goście,   którym   uczciwy   człowiek   nie   podaje   ręki.   I   co,   wtedy   Wam   nie 
przeszkadzało, a dzisiaj zaczęło???
***
To jest INNY program. Niepolityczny!
Ale to jest TEN SAM Cejrowski.
Nie zmieniłem poglądów, nikt mnie nie wykastrował, ani nie zacząłem się sprzedawać.
To wtedy (w czasie "WC Kwadransa") zarabiałem kupę kasy. Teraz zarabiam przeciętnie.
Siedem lat leżałem na półce i jakoś nie zdechłem z głodu, to i teraz nie muszę występować. 
***
Zdenerwowanie  kilku recenzentów  tłumaczę sobie ogólnym  wkurzeniem na obecny układ władzy.  Wiem - 
chcielibyście, żeby im (SLD-UPom) wreszcie ktoś przypieprzył, żeby ich podpalił, albo co, i najlepiej żebym to 
był ja. A Wy, moi mili, siedzielibyście sobie przed telewizorkami i dopingowali, tak jak kiedyś. 
Fajnie było, ale się skończyło. Zapewniam Was: NIKT NIE DOPUŚCI DO POWROTU "WC KWADRANSA". 
Więc przestańcie się łudzić i zacznijcie cieszyć tym, co jest.
Pożytecznym można byc na wiele sposobów... 

Poniedziałek, 15.09.2003
bez tytułu   
   
 
Szwedzi nie chcą euro.
Słusznie:   To   mały   kraj   i   utonął   by   w   wielkim   morzu   europejskiej   ekonomii   i   polityki   walutowej.   Dzięki 
utrzymaniu korony, utrzyma kontrolę nad wysokością stóp procentowych itd.
***
Lepiej żeby Polska też nie zamieniała rodzimej waluty na obcą. Euro kontrolują obcy faceci w obcym banku. 
Faceci, którym  obce są sprawy polskie. Faceci,  którzy dbają o interes  globalny,  a nie nasz partykularny.  I 
wszystko jest cacy dopóki te interesy nie staną w sprzeczności.
***
Kto ma pieniądze, ten ma władzę.
Oddanie władzy nad pieniądzem oznacza pozbycie się suwerenności.
To takie proste.

  
 Wtorek, 16.09.2003
bez tytułu   
   
 
Piszę teraz książkę "Rio Anaconda". 
Kiedy zostanie wydana? Nie wiem.
Oto krótki fragment,
Posłuchajcie...

Idziemy przez dżunglę.
Moi przewodnicy jakoś całkiem stracili rezon. Pytam o co chodzi, a oni tylko kręcą głowami i mówią, że to jest 
ZŁY LAS.
Co to niby ma oznaczać? Jakieś dzikie plemię, które strzela do intruzów?
Mówią mi, że nie. W tej okolicy to oni strzelają do obcych, bo jesteśmy w samym sercu ziem plemiennych 
Carapana.
No więc co? Skąd ten strach?? I co oznacza hasło ZŁY LAS???
W   końcu   udaje   mi   się   wymusić   od   nich   wyjaśnienie   wypowiedziane   szeptem   wprost   do   mojego   ucha: 
DRAPIEŻNE ROŚLINY.
***
Bzdura jakaś i przesąd!
Z drugiej strony Indianie nie są przesądni. Owszem wierzą w różne dziwne rzeczy, ale są przy tym bardzo 
racjonalni - wierzą tylko w to, co się zdarza naprawdę. W to, co istnieje. Nigdy w wyssane z palca bujdy.
Kiedy ktoś zapada na ciężką chorobę, mogą ją sobie tłumaczyć działaniem złych Mocy, ale ta choroba istnieje i 
zabija REALNIE.
Mogą wierzyć,że duchy nasyłają na ich wioskę jadowite węże, ale wtedy te węże też ISTNIEJĄ REALNIE.

background image

Skąd więc nagle hasło "drapieżne rośliny"? Ono musi oznaczać coś realnego. I naprawdę grożnego, bo Indianie 
nie boją się byle czego
***
Drapieżne rośliny atakujące człowieka... Niedorzeczność?
A jednak: w kilku książkach z końca XIX wieku, można znaleźć relacje badaczy amazońskiej przyrody,  w 
których pojawiają się wzmianki o "chłoszczących lianach". Liany te okręcają się ciasno wokół ludzi, duszą ich, 
potem polewają lepką wydzieliną i trawią; jak pająk muchę. To podobno tylko legendy; bujdy. Nikt tych roślin 
nie widział, nie zbadał, ani nie opisał naukowo.
Ale to może dlatego, że żaden z badaczy nie przeżył kontaktu...
***
Indianie nie obawiają się byle czego. Znają dżunglę, jak my znamy rozkład pokoi w naszym domu. Większość 
srogich niebezpieczeństw, które my podróżnicy opisujemy przyciszonym  głosem, to dla Indian codzienność. 
Jeżeli więc oni boją się DRAPIEŻNYCH ROŚLIN, to to nie może być byle co.
I NAPEWNO NIE JEST TO WYSSANA Z PALCA BUJDA.
Przede wszystkim dlatego, że Indianie nie kłamią. Przyznaję, potrafią barwnie opowiadać, koloryzować; ale nie 
kłamią. Oni się boją kłamać!
Powod jest prosty:  Kiedy coś zmyślasz, to coś staje się realne - ze świata wyobrażni przechodzi do świata 
materii. Wymyślony potwór może nagle wychynąć z lasu i rzucić się na tego, kto go przywołał; powołał do 
istnienia.

Dlatego   właśnie   ja   wierzę,   że   indiańskie   Opowieści   o   DRAPIEŻNYCH   ROŚLINACH,   które   potrafią 
zaatakować i zabić człowieka, są prawdą. 

Środa, 17.09.2003
bez tytułu   
   
 
FRONDA,   Pismo   Piświęcone,   przyszła   do   mnie   wczoraj   pocztą.   Otwieram   na   chybił   i   trafiam   na   "Myśli 
nieoryginalne", których autorem jest stary znajomy (ale nie kumpel) Lech Jęczmyk.
Posłuchajcie...

"Jeżeli jestem z czegoś w życiu dumny, to tylko ze swojej nieprzeciętnej skromności. Mimo to zapisuję niektóre 
swoje myśli, choć wiem, że nie są oryginalne. Zwłaszcza w dziedzinie spraw ważnych, bo tu od tysięcy lat 
depczemy (ja bym napisał "drepczemy" - przyp. WC) po tym samym polu i na każdym jego kawałku stanęła już 
czyjaś stopa. Jeżeli nam się wydaje, że jesteśmy oryginalni, to znaczy,że jesteśmy słabo oczytani. A jednak 
każdy z nas odkrywa dla siebie świat na nowo, czy to wyruszając na śmiałe wyprawy, czy grzebiąc w starych 
mapach. I dziwi się, choć inni przed nim dziwili się w tym miejscu sto tysięcy razy.
(...)
Ludzie, którzy nie wierzą w Boga, mogą sobie żyć na poziomie gadającego zwierzęcia.
Ludzie, którzy usiłują bez Boga zrozumieć świat, historię, człowieka, są jak dziecko układające łamigłówkę 
(czyli w nowomowie puzel), które nie wie, że najważniejszy kawałek wpadł mu pod dywan. Frustracja i rozpacz 
murowane, przykro patrzeć.
A szatan jest jak złośliwy wujek, który podkłada dziecku kawałek z innej układanki i mówi, że to się na pewno 
da ułożyć.
(...)
Prędzej wielbłąd przelezie przez ucho igielne niż człowiek sukcesu wciśnie się do raju.
Nic tak nie oddala od Boga, jak sukces.
Jednych   ludzi  Bóg  doświadcza   kalectwem,   brzydotą,   innych   urodą   i  sukcesem.  Ta   druga   próba  jest  bodaj 
trudniejsza. Ale... nigdy nie dostajemy zadań ponad swoje możliwości.
Niektórzy ludzie wierzą w Boga. Bóg wierzy we wszystkich ludzi, ale niektórzy Go zawodzą."

Tyle Pan Lech Jęczmyk, mój stary znajomy (ale nie kumpel).
Polecam Wam jego i "Frondę".

PS
Nigdzie poza "Frondą" nie znajduję już takiego fermentu intelektualnego, który jednocześnie jest fermentem 
pozytywnym, a nie sztańskim. Nigdzie poza nią.
Oczywiście nie dość szukałem, nie wszystko wiem...
Poszukujmy.

background image

 
Piątek, 19.09.2003
bez tytułu   
   
 
Kiedy   dzień   wstaje   bez   chmur,   cały   poranek   spędzam   na   tarasie.   Oglądam   sobie   wschody   słońca   (wtedy 
najlepiej się mówi pacierze), potem grzeję skórę, jak kot i czytam. Aktualnie Koran (Stary i Nowy Testament już 
skończyłem), oraz Baśnie z tysiąca i jednej nocy.

Od kilku dni co rano po wytynkowanej na żółto ścianie przychodzi do mnie pewien robak. Nie wiem, czy do 
mnie osobiście, czy może po prostu upodobał sobie ten konkretny kawałek ściany, bo poranne słońce najszybciej 
go ogrzewa.
Robak wygląda brzydko - jak obła machina pancerna zrobiona z szarej stali czołgowej. Trudno nawet stwierdzić, 
gdzie ma przód. Takie robaki widuje się najczęściej na starych gruzowiskach.
Nie lubię go, więc co rano, kiedy tylko nadejdzie, dostaje prztyczka i leeeci daleko w kępę nawłoci.
Następnego   dnia   jest   z   powrotem.   Ma   do   przejścia   kilkanaście   metrów,   a   sam   sięga   nieledwie   jednego 
centymetra długości. 
Wytrwały brzydal.
A może namolny?...
Mam mu jutro dać kolejnego prztyczka, czy zostawić w spokoju?
 
Poniedziałek, 22.09.2003
bez tytułu   
   
 
W Polsce przedstawiciel Ministerstwa Finansów ogłosił, że na polecenie Unii Europejskiej podatek VAT za 
połączenia internetowe zostanie podniesiony z 7% na 22%.
***
W USA Izba Reprezentantów opowiedziała się za permanentnym zakazem opodatkowania dostępu do Internetu. 
Dziewięć stanów, które takie podatki wprowadziły, będzie je musiało znieść. Internet w USA nie będzie nigdy 
obłożony żadnym podatkiem!
***
Kiedy mnie pytają, dlaczego głosowałem przeciwko wcieleniu Polski do Unii, podaję takie właśnie przykłady. 
Bo to jest konkret, a nie ideologia!
Polska, kraj zapyziały intelektualnie, zamiast ułatwiać obywatelom dostęp do wiedzy, kultury, sztuki, do świata, 
podnosi VAT, bo tak nam Unia każe.
***
Najpierw  Kwaśniewski   rozdaje  szkołom  komputery  i  otwiera  hucznie  kolejne  pracownie   internetowe,  żeby 
potem, jego partyjny towarzysz Miller, mógł wydoić z tych szkół więcej VAT-u. 

Wtorek, 23.09.2003
bez tytułu   
   
 
NICEA, ALBO ŚMIERĆ - mówią jedni.
NIE WARTO UMIERAĆ ZA NICEĘ - odpowiadają inni.
A potem dodają, że Polacy w referendum opowiedzieli się ZA Unią (Mumią) Europejską i teraz po prostu trzeba 
wchodzić bez względu na proponowane warunki, bo tak chce Naród.

Odpowiem im tak:
Naród nie wie czego chce, to po pierwsze.
A po drugie, Polacy w referendum niczego nie wybrali, bo wtedy jeszcze nie było czego wybierać. Nie istniała 
struktura do której mamy wejść, nie istniała konstytucja Unii, nie było jasne, czy Unia będzie miała prezydenta... 
To wszystko dopiero teraz się uzgadnia, negocjuje i tworzy z mozołem.
W referendum głosowaliśmy więc na wielkie nieistniejące NIC.

WNIOSEK: referendum było za wcześnie.
Bo właśnie o to im szło, moi drodzy - żebyśmy nie wiedzieli w co wchodzimy. 
   

background image

Środa, 24.09.2003
bez tytułu   
   
 
Kiedyś w Kostaryce szedłem ciemną nocą przez park narodowy, ściśle rzecz ujmując był to: Rezerwat Jaguarów.
Spacery   po   tym   terenie,   nawet   za   dnia,   nie   były   zalecane,   natomiast   nocą...   Nocą   szło   się   na   własną 
nieodpowiedzialność.
Cóż robić, kiedy nie miałem wyboru - za plecami przebyte w ciągu ostatnich sześciu godzin kilometry dzikiego 
pustkowia,   a   przede   mną,   gdzieś   najprawdopodobniej   bardzo   blisko,   mała   drewniana   chatynka   nazywana 
Instytutem Badawczym Flory i Fauny - tam mi będzie bezpiecznie. Więc MUSZĘ dojść.

Zgodnie z zaleceniem, które wyczytałem w jakimś podręczniku, zabrałem ze sobą dwie latarki i - dla większego 
bezpieczeństwa - trzymałem je (zapalone) nisko przy udach, żeby udawały oczy dzikiego kota i w ten sposób 
odstraszały ode mnie prawdziwe drapieżniki.

W pewnej chwili, na drodze na przeciwko mnie spostrzegam dwie inne latarki. Nareszcie doszedłem! Uff, a już 
się bałem...
W tym momencie latarki mrugnęły.

...przełknąłem ślinę... ...odchrząknąłem... ...i słabym głosem zapytałem:
- Kto idzie?
W odpowiedzi latarki znowu mrugnęły...

Wtedy zacząłem... śpiewać. Nic innego mi nie przyszło do głowy - tylko ten śpiew. Wiem, to absurdalne, ale 
śpiewałem. I to na całe gardło!
A śpiewałem jedyne co mi wtedy przyszło do głowy: "Przybieżeli do Betlejem PAA-STEE-RZEEEE...!!!!!!
Dlaczego akurat to?
Doprawdy nie wiem - był początek maja.
***
Latarki przede mną mrugnęły zadziwione, po raz trzeci, po czym umknęły w ciemność.

TO BYŁ KAWAŁEK "RIO ANAKONDA"

ps
PRZY  OKAZJI  ZAPRASZAM  WSZYSTKICH   CHĘTNYCH  NA   WSPÓLNY  WYJAZD  DO   MEKSYKU, 
KTÓRY   MA   SIĘ   ODBYĆ   W   LISTOPADZIE.   (SZCZEGÓŁY   PODAJĘ   W   SEKCJI   "WYPRAWY   DLA 
WAS")
TAM GDZIE POJEDZIEMY, TEŻ SĄ JAGUARY (A W KAŻDYM RAZIE REZERWATY)
 
Czwartek, 25.09.2003
bez tytułu   
   
 
W radiu  mówią  o budżecie  na  rok przyszły - poważnym  obciążeniem  będą  nasze wpłaty na rzecz  Mumii 
Europejskiej. Po co nam to??? Doprawdy nie wiem, bo procedura jest następująca:
Polska wpłaca do unijnej kasy nasze pieniądze, a potem Unia daje Polsce, łaskawą ręką, różne dopłaty. Czyli 
oddają nam nasze własne pieniądze, tylko po drodze z kasy do kasy pozbywamy się prawa do decydowania na 
co te nasze pieniądze wydamy.
Zabłocki na mydle wyszedł podobnie. A Polak po szkodzie nie zmądrzał ani trochę - kiedyś utyskiwaliśmy na 
komisarzy ludowych, teraz możemy sobie poutyskiwać na europejskich. 

Piątek, 26.09.2003
bez tytułu   
   
 
GÓRNICZY PROTEST:
1. Niech protestują - to ich prawo do obrony przed bezrobociem.

background image

2. Blokady dróg powinno się rozbić za pomocą policji, wojska, pał i sikawek. Drogi mają być drożne i tyle. A 
jak ktoś z premedytacją łazi w kółko po pasach i nie daje innym dojechać do pracy, to trzeba mu pałą zrobić 
zebrę na plecach i wlepić mandat.
3. Niech sobie strajkują: pod ziemią, na dachach, ale nie na pasach.
4. Nierentowne kopalnie posprzedawać, a potem prywatny właściciel nich sobie ze swoją własnością robi co 
tylko chce. Może na przykład zamknąć kopalnię i zgasić światło, a górnicy niech tam siedzą pod ziemią nawet 
do końca świata, po ciemku.
Może też (prywatny właściciel) zwolnić wszystkich, a zaraz potem przyjąć ich zpowrotem do roboty, ale już bez 
tych   idiotycznych  dodatków:   trzynastka,   barburkowe,  premia,  deputat,  sreputat,   paputat,  poputat,  przeputat, 
batat, tratatat, Trynidad i Tobago.....
Ma być goła pensja!!!!
A jak się któremu nie podoba goła pensja, TO WON NA BEZROBOCIE!
 
Wtorek, 30.09.2003
bez tytułu   
   
 
KOTY
Mam dwa koty... A właściwie nie „mam”, tylko one tu ze mną mieszkają. Dobrowolnie! Kota trudno byłoby 
zmusić   do   czegokolwiek.   Chyba   żeby   mu   pozamykać   wszystkie   drzwi   i   ograniczyć   terytorium   do 
kilkudziesięciometrowego mieszkania w bloku - wtedy się MA kota.

Ja mam dom. W kilku ścianach tego domu kazałem wybić otwory przy podłodze, a potem w tych otworach 
zamontować specjalne kocie drzwiczki, które przywiozłem z USA. Teraz koty mogą sobie zupełnie swobodnie 
wchodzić i wychodzić, kiedy tylko chcą. Mogą też nigdy nie wrócić, gdyby moje towarzystwo przestało im 
odpowiadać. 

Jeden to zrobił, to znaczy wyszedł i nie wrócił. Mieszka teraz w chaszczach po drugiej stronie drogi. 
Z kolei jego brat bliźniak nie wrócił, bo zbyt często chadzał na polowanie do pobliskich gołębników a tam 
pewnego dnia spotkała go Okrutna Zemsta Gołębiarza. (Wiecie, jak taka Zemsta wygląda? Przypomina trochę 
śmierć z kosą, tyle że jest starym wrednym śliniącym się dziadem w waciaku, który czai się za drewnianą szopą 
z ostrym szpadlem w garści.)

Dopóki jeszcze te dwa pierwsze koty mieszkały ze mną wołałem na nie: Paragwaj i Urugwaj (to na pamiątkę 
jednej z wypraw).

Po nich nastała Boliwia. Była śliczna, drobna i nadzwyczajnie kolorowa. Trikolor przy niej wyglądałby blado. 
Miała futro złożone z kawałków czystej rasowej bieli, normalnego szaro-pręgowanego dachowca, czarnego kota 
czarownicy, rudego kota Whiskas oraz niespotykane u innych kotów połacie burego brązu. Pewnej nocy Boliwia 
nie wróciła do domu po spotkaniu z przejeżdżającym samochodem.

Teraz   mieszkają   u   mnie   Gujana   i   Patagonas.   Mieszkają   bo   chcą.   Nikt   ich   tu   nie   trzyma   siłą.   Najwyżej 
przekupstwem - myślę, że Gujana poszłaby mieszkać gdzie indziej, gdyby tylko nauczyła się otwierać puszki 
pazurem, ale na razie jestem jej do tego niezbędny. Poza tym od jesieni do wiosny organizuję coś, czego żaden 
kot nie potrafi - trzaskające polana i ciepłe miejsce na kominie. 

Zapytacie teraz czemu ja im pozwalam wyłazić na dwór i ryzykować spotkanie z przejeżdżającym samochodem, 
albo szpadlem Gołębiarza?
Cóż, powody są trzy:
1. Koty są od tego bardziej wysportowane i ogólnie zdrowsze.
2. Nie muszę sprzątać kuwety. (Ba, ja jej w ogóle nie muszę mieć!)
3. Lepsze jest ryzykowne życie na wolności, choćby krótkie, niż wlokące się w nieskończoność, bezpieczne lata 
na kanapie. 

A oto płynący z tej opowiastki morał dla Was:
1.   LEPSZE   JEST   ŻYCIE   NA   WOLNOSCI,   CHOĆBY   KRÓTKIE,   NIŻ   WLOKĄCE   SIĘ   W 
NIESKOŃCZONOŚĆ LATA NA KANAPIE PAŃSTWA OPIEKUŃCZEGO.
2. CZŁOWIEK WOLNY JEST OGÓLNIE ZDROWSZY. 
3. A KIEDY SAM PO SOBIE SPRZĄTA KUWETĘ, TO TAKŻE BARDZIEJ WYSPORTOWANY.
 

background image

Środa, 01.10.2003
bez tytułu   
   
 
Kupiłem musztardę sarepską.
Zrobiłem to jak zwykle "na węch" i "na oko" - sarepska musi mieć widoczne ułomki ziaren gorczycy oraz 
pachnieć ostro... specyficznie. Czasami tylko nazywa się "Sarepska", ale w smaku jest jakaś inna.
No więc kupiłem sarepską "na węch" i "na oko".

Tak się złożyło, że była to najtańsza musztarda w sklepie - 59 groszy za... plastikowy pojemniczek wielkości 
małej   szklanki,   zamykany   na   "deczko"   (dekielek   zamiast   zakrętki).   Taki   dekielek   charakteryzował   dobre 
musztardy ze starych czasów.

Przynoszę tę musztardę do domu. Smaruję na chleb...
PYSZNAAAAA.

Wyżarłem cały słoik, pardon, plastikowy pojemnik wykonan na podobieństwo musztardówy.
No więc wyżarłem i...
Słyszę w radiu, że dzisiaj wprowadzili wizy do Rosji i na Białoruś. I przypomina mi się jak to przed referendum 
na temat przystąpienia do Mumii Europejskiej, mamili naród tym, że będzie nam się łatwiej podróżowało po 
świecie. 
Gówno   prawda   -   nie   wstydźmy   się   tego   słowa!   -   po   wcieleniu   do   Mumii   Polacy   STRACĄ   możliwość 
bezwizowego podóżowania do wielu państw świata z którymi Mumia nie ma umów o ruchu bezwizowym, a my 
mamy. Mamy, bo tam na przykład jest liczna Polonia. I do tej pory Polonia mogła sobie przyjeżdżać do Polski 
bez wiz, a Polacy mogli do rodziny też bez wiz. Po wcieleniu do Mumii to się zmieni. NA GORSZE!!!
Po co nam było gorsze???
***
No więc żrę musztardę i słucham o tym, że już nie będę mógł, kiedy chcę, wskoczyć do pociągu bylejakiego i 
pojechać sobie do Petersburga pooglądać moje ulubione obrazy Brueghel'a. Nie, nie. Teraz najpierw trzeba 
stanąć w kolejce do obmierzłej sowieckiej ambasady, potem wypełnić obmierzłe podanko, przedtem jeszcze 
skombinować równie obmierzłe zaproszenie od kogoś w Rosji (a ja akurat nikogo tam nie znam)... słowem 
wróciły stare socjalistyczne czasy: zaproszenia - utrudnienia.
***
No   więc   żrę   tę   musztardę   i   nagle,   spoglądając   na   etykietę   wybucham   śmiechem,   bo   tam   jest   napisane: 
PRODUKT WYKONANANO WEDŁUG RECEPTURY NIEZGODNEJ Z NORMAMI UNII EUROPEJSKIEJ.
NIEZGODNEJ!!!
Dlatego była pyszna, sarepska...

PS
Przed 1 maja przyszłego roku będę sobie musiał zrobić zapas. 

Czwartek, 02.10.2003
bez tytułu   
   
 
Ktoś się domagał, żebym skomentował protest taksówkarzy.
Jestem za:
1. Komunistyczną władzę trzeba zwalczać wszelkimi sposobami.
2. Podatki inne niż liniowy dochodowy na poziomie 10% (patrz Biblia), równy dla wszystkich - też trzeba 
zwalczać wszelkimi sposobami.
3. Państwo policyjne, biurokrację i inwigilację, kontrolę urzędasów nad każdym naszym ruchem... - wszystko to 
trzeba zwalczać za wszelką cenę.
***
Przymus kas fiskalnych - WON. Jak ktoś dobrowolnie chce sobie taką kasę założyć - jego sprawa, ale przymus 
WON. Nie tylko w taksówkach - wszędzie. 

background image

Po cholerę babce w kiosku kasa fiskalna??? Wolałem, jak ona dawniej miała stare pudełko po butach do którego 
wkładała sobie utarg. Wolałem przedwojenną prostą księgowość, którą prowadził mój dziadek: WINIEN i MA, 
czyli TAK-TAK, NIE-NIE. Żadnych kombinacji, odpisów, proporcji, vatu, citu, pitu, pitu...
Kupiłem   za   100  złotych,   sprzedałem   za  110   złotych,   zarobiłem   10  złotych,   płacę   od  tego   podatek   10%   I 
ŻADNYCH INNYCH ROZWIĄZAŃ!!!!!!
W mętnej wodzie ESELDUP ryby łapie, jak mówi przysłowie.

PS
Przepraszam, miało być BELZEBUB.  

Poniedziałek, 06.10.2003
bez tytułu   
   
 
Gazet nie czytam, nie chce mi się - wolę książki. Ale, kiedy rano palę w kominie, słucham  radia. Dzisiaj 
usłyszałem, że:

Ministerstwo Finansów zabrało się za realizację rozkazu Mumii Europejskiej i chce zainstalować kasy fiskalne 
w... DOROŻKACH !!!!!
Dorożkarze zaprotestowali - zgodnie z polskim prawem dorożka z roku np. 1936 nie może być przerabiana, bo 
stanowi zabytek. Można by ją ewentualnie wyposażyć w liczydła z epoki.
No i system się zawiesił: jeden przepis nakazuje instalację drugi instalacji zabrania.
***
Lepper radził się jasnowidza Jackowskiego w kwestiach dotyczących strategii politycznej swojej partii, doboru 
współpracowników itp.
Cóż tu mogę dodać? 
Dodam, że Hitler miał cały sztab astrologów i wróżbitów, więc na razie nie mamy się czego obawiać.
***
W   związku   z   nowym   prawem   (mumijnym)   wprowadzającym   równouprawnienie   obu   płci,   w   Bośni 
zdelegalizowano kawały o blondynkach. Od tej pory jasnowłose Bośniaczki będą mogły kawalarzy pozywać do 
sądu.
A   co   z   ochroną   innych   mniejszości   -   teściowych,   policjantów,   Polaków,   Rusków   i   Niemców,   cyklistów   i 
pedałów?
Oni też będą chronieni - pod warunkiem, że wszyscy są blondynami (najlepiej aryjskimi).
Problem mają tylko murzyni, żydzi i Żydzi. 

Środa, 08.10.2003
bez tytułu   
   
 
Zapytał mnie ktoś:
GDYBY ZŁAPAŁ PAN ZŁOTĄ RYBKĘ, KTÓRA MOŻE SPEŁNIĆ TYLKO JEDNO ŻYCZENIE,
O CO BY PAN POPROSIŁ?

Odpowiedziałem tak: 
Gdyby tę rybkę potraktować serio, poprosiłbym o zbawienie mojej duszy, czyli o gwarancję życia wiecznego i 
oglądania   Boga   twarzą   w  twarz,   bo   przecież   to   jest   (powinno   być?)   ostatecznym   i   najważniejszym   celem 
każdego z nas. Ale! Ale złote rybki  spełniające życzenia nie istnieją, dlatego, gdyby to potraktować mniej 
poważnie, odpowiedziałbym, że chciałbym otrzymać od rybki moc spełniania wszystkich życzeń sobie i innym - 
wówczas rybka nie byłaby już potrzebna ani mnie, ani Wam.

Potem ten ktoś zapytał mnie:
A CZEGO PAN NAJBARDZIEJ CHCE?

Odpowiedziałem: 
Czego najbardziej chcę? Chcę co? Mieć? Dostać? Osiągnąć? Zdobyć? O czym marzę? I co właściwie oznacza 
"najbardziej"? Najbardziej dziś? Najbardziej w całym moim życiu?

background image

Nie chcę trafić do piekła, chcę w ostateczny rachunku, wylądować w niebie; na wieczność. Ale o tym już 
mówiłem wcześniej. Żeby więc odpowiedzieć inaczej na to pytanie, potraktuję je mniej poważnie:
Chcę mieć czas. Chcę nie musieć się uganiać (za pracą, za pieniędzmi, za różnymi sprawami codziennymi...).
Chcę   mieć   czas   na   pisanie   książek,   na   czytanie   książek,   na   rozmowę   z   przyjaciółmi,   czas   na   podróże   do 
dżungli...
I chcę mieć pieniądze. Głównie po to żeby sobie KUPIĆ czas. Czas na pisanie książek, na czytanie książek, na 
rozmowę...

A na koniec, z rzeczy najbardziej banalnych powiem Wam co chcę MIEĆ.
Otóż chciałbym mieć niewielki statek - pływający domek jednorodzinny - taki, jakich wiele pływa po Amazonce 
i Karaibach. Dwie sypialnie, gabinet, salon, tarasik na dachu, kuchnia, łazienka... Taki statek uwalnia człowieka 
od przywiązania do miejsca. Nie podoba nam się w Brazylii - płyniemy do Peru, albo na Jamajkę. Nie podoba 
nam się sąsiad odpływamy sto metrów dalej i cumujemy przy innym pomoście...
Taki statek kosztuje tyle , co mieszkanie w Warszawie. Dlatego ja nie tylko CHCĘ go mieć - ja się zabrałem do 
realizacji tego marzenia. Bo marzenia po to są - by je wcielać w czyn!

Pozdrawiam 
WC
 
Czwartek, 09.10.2003
bez tytułu   
   
 
Razem z ostatnim rachunkiem za telefon, dostałem ulotkę, w której TPSA oferuje rabaty na połączenia lokalne: 
Na 50 połączeń TPSA udzieli 40% rabatu, ale pod warunkiem, że za ten rabat zapłaci się 7,32zł. 
Hmm... może by się skusić? Eee przecież to Telekomuna. Sprawdźmy lepiej ile kosztuje 50 połączeń BEZ 
rabatu. 
50 połączeń x 0,35zl/3min = 17,50zł. Po odliczeniu 40% rabatu, będzie nas to kosztować: 10,50zł.
ALE jeszcze trzeba za ten rabat zapłacić - 7,32zł - co daje nam razem: 10,50zł + 7,32zł = 17,82zł.
Reasumując: za 50 połączeń bez rabatu płaci się 17,50zł, a z rabatem 17,82zł. 
Wszystko jasne - 40% rabat TPSA oznacza, że usługa kosztuje o 32 grosze więcej... bo życie jest piękne. 
Pozdrawiam.

PS
Nadchodzi epoka obywatelskiego oporu, epoka sprzeciwu i protestu, epoka bojkotu... dlatego: PRZEŚLIJ TO 
SWOIM ZNAJOMYM. 

Niedziela, 26.10.2003
bez tytułu   
   
 
Kiedy Indianie dzikich plemion ruszają na polowanie, czasami nie ma ich przez wiele dni. Wracają dopiero, gdy 
upolują to, po co wyszli.
Polowałem.
Wiele dni.
Takie dni w indiańskich wioskach nazywane są Dniami Milczenia.
Milczałem i wielu z Was miało o to do mnie pretensje.
Dlaczego? Przecież cisza jest bardzo miła dla ucha.
***
Słuchajcie ciszy...
Usłyszycie Mądrość.
Odnajdziecie Spokój.
Właściwy dystans do spraw,
ludzi i przedmiotów.
Znajdziecie czas,
którego Wam brakowało.
Słuchajcie ciszy.
I mówcie ciszej.
Ciii...

background image

Sza!
***
W dniu zmiany czasu na zimowy, urządzam sobie takie święto:
Zatrzymuję na godzinę wszystkie zegary... i staję poza czasem. 
(Sześćdziesiąt minut bez tykania. Jedyny kawałek roku, którego nie potnie na plasterki żadne wahadło.)
Dzisiaj stałem przy oknie, plecami do kominka w którym wił się ogień.
Na łące przed tym oknem...
(kiedyś to była leśna polana, ale obecnie – las wycięto – jest już tylko łąka) 
...zrobiło się dziwnie... niezielono. Zmrużyłem oczy, patrzę... Czemu właściwie już nie jest zielono, skoro przed 
chwilą jeszcze było? Ha! Szpaki. Siedzą i wyjadają nasiona przyszłorocznej trawy. 
Były ich tysiące. Ogromna przerażająca chmara. Mój kot, który czasami przynosi mi upolowanego szpaka na 
wymianę za coś lepszego do jedzenia, tym razem zwinął ogon pod siebie i zrejterował na strych. Widocznie 
uznał, że z taką chmarą lepiej się nie konfrontować. 
Szpaki podziobały przez chwilę, potem poderwały się z furkotem, utworzyły ciemną chmurę, która całkowicie 
zasłoniła słońce, a w końcu odleciały na południe – znak, że zaczęła się zima.
 

Czwartek, 06.11.2003
bez tytułu   
   
 

W swoim programie Kuba Wojewódzki pyta Korwina - Mikke:

- Co Pan sądzi o Michale Wiśniewskim?
- O kim ? - zapytuje Korwin.
- No o Michale Wiśniewskim?
Na to Korwin: "Nie kojarze, kto to?"
Wojewódzki podpowiada: "No ten z czerwonymi włosami!
- No jakoś nie kojarzę nadal.
- To ten z zespołu ICH TROJE, nie słyszał Pan????
- Nie słyszałem...
Wojewódzki: "To jest Pan szczęśliwym człowiekiem, że Pan nie słyszał!!!"
Na to Korwin z rozbrajajaca szczerością: "O Panu też wcześniej nie słyszałem."
 

Piątek, 07.11.2003
bez tytułu   
   
 
Oj działo się tu strasznie wiele:
Najpierw jak szaleni kręciliśmy w Polsacie kolejne odcinki "Z kamerą wśród ludzi". No i zrobiliśmy tego tyle, 
że starczy do Bożego Narodzenia.
Co potem? Na razie nie wiadomo - Polsat myśli, a ja wkrótce jadę do Meksyku, potem zaś z osobną wyprawą do 
Belize. Wrócę na święta.
***
Działy się też mniej przyjemne rzeczy. Dostałem serię korespondencji z biura prawnego, które obsługuje spółkę 
Agora. Hm.. dwa tajemnicze ponaglenia. Króko mówiąc chcą ode mnie kasy. (Wprawdznie nie 7 milionów 
dolarów, ale i tak sporo.)
Posłuchajcie...

Już prawie dziewięć lat temu na łamach Gazety Wyborczej ukazał się obrażliwy dla mnie artykuł w którym 
nazywano   mnie   faszystą.   Podbechtany   przez   ekipę   Walendziaka,   złożyłem   w   sądzie   pozew   o   obrazę.   W 
pierwszej instancji przegrałem, w drugiej wygrałem, a o trzeciej instancji wcale nie wiedziałem:
- nikt mi nie przysłał zawiadomienia o rozprawie, ani wezwania
- a potem nikt mnie nie zawiadomił, że zapadł jakiś wyrok (ZAOCZNIE!).
Ale   oto   teraz,   otrzymuję   od   prawników   Agory   ponaglenie   w   tonie   formalnie   uzasadnionym   oraz   kopie 
nieznanego mi wyroku trzeciej instancji:

background image

Mam zapłacić różne kary w łącznej wysokości  około 4.000 złotych. Za co? Za to, że wprawdzie zostałem 
nawyzywany od faszystów, ale przecież nie powinienem był ciągać biednej Pani Bikont (autorki artykułu) po 
sądach. Musze więc teraz zapłacić jej i sądowi za fatygę.
Że nie wiedziałem o rozprawie? Że nie miałem się szansy bronić? A to nieistotne, bo z formalnego punktu 
widzenia Agora ma wyrok w łapce i pełne prawo dochodzić swojej kasy. ja natomiast mogę sobie iśĆ do sądu i 
siĘ poskarżyc temu sądowi na niego samego.
***
To nie koniec. Dostałem od prawników Agory kolejny list, z zawiadomieniem o kolejnym zaocznym wyroku na 
moją niekożyść. Kolejnym wyroku, który zapadł bez mojej wiedzy - znów nikt mnie nie wzywał na rozprawę (a 
byłem  wtedy w kraju), nikt mi nie przysłał zawiadomienia, że wyrok zapadł... Zrobili to dopiero prawnicy 
strony, która w sądzie była i zwyciężyła. 
Tym  razem mam na przednich stronach "Wyborczej" (to te najdroższe) opublikować na własny koszt tekst 
przeprosin, które w moim imieniu napisał Wysoki Sąd.
Za co te przeprosiny?
Posłuchajcie...

W   roku   1995   zostałem   zaproszony   przez   studentów   jednej   z   wyższych   uczelni   w   Szczecinie,   na 
spotkanie/wykład gościnny.
Pojechałem. Spotkanie było zamknięte - wstęp tylko dla studentów tego konkretnego wydziału. W małej salce, 
właściwie   w   klasie   lekcyjnej,   przy   laminowanych   szkolnych   ławkach   zasiadło   kilkudziesięciu   studentów. 
Zadawali  mi  pytania  -  ja  odpowiadałem.  Jedno  z  pytań  dotyczyło  mojego   stosunku  do publikacji   "Gazety 
Wyborczej".
Odpowiedziałem szczerze, tak jak myślę. Skoro pytają o mój pogląd w tej sprawie, mój prywatny osobisty osąd, 
to   dlaczego   nie?   Powiedziałem   więc,   że   moim   zdaniem   (MOIM,   a   ono   wcale   nie   ma   obowiązku   być 
obiektywne), na łamach "Gazety Wyborczej" wije się wąż nietolerancji, a czytelnika traktuje się tam jak idiotę.

Kilka lat póżniej, w zaocznym procesie sądowym, w czasie którego pozbawiono mnie prawa do obrony zapadł 
wyrok   zobowiązujący   mnie   do   zwrotu   całej   kupy   różnych   kosztów   oraz   do   zamieszczenia   na   pierwszych 
stronach "Gazety Wyborczej" przeprosin za nieumyślne obrażenie pisma i narażenie go na utratę wiarygodności.
Przypominam: Ja w Szczecinie przemawiałem do kilkudziesięciu studentów, w małej salce lekcyjnej. Natomiast 
tekst o "Brunatnym kowboju RP", gdzie nazywa się mnie faszystą, ukazał się w wielotysięcznym nakładzie 
największej gazety w kraju.
Wniosek   z   tego   taki,   że   wolność   słowa   nie   obowiązuje   w   małych   pomieszczeniach,   natomiast   w   dużym 
nakładzie wolno pisać co się komu podoba, nawet, kiedy to się nie podoba, albo obraża kogoś innego.
***
Acha, dostałem jeszcze jeden papierek z sądu...
Pamiętają Państwo jak to onegdaj, oburzony zachowaniem Aleksandra Kwaśniewskiego w czasie jednej z wizyt 
zagranicznych (telewizja pokazywała jak w stanie wskazującym na spore nadużycie alkocholu, A.K. ładuje się 
do   bagażnika   limuzyny   rządowej),   no   więc   oburzony   takim   szarganiem   majestatu   urzędu   prezydenckiego 
wystąpiłem w tego majestatu obronie.
Zrobiłem to w sposób bardzo emocjonalny, przyznaję, ale właściwie każdy obywatel POWINIEN się oburzać, 
kiedy  inny  obywatel  szarga   dobre   imię  Rzeczypospolitej.   Powiedziałem  więc,  że  Aleksander   Kwaśniewski 
swoim tłustym ... znieważa urząd Prezydenta Rzeczypospolitej.
No i  Sąd w Gdańsku  przysolił  mi  3800 złotych  grzywny  za obrazę  majestatu. (Majestatowi  natomiast  nie 
zrobiono nic, ani za bagażnik, ani za Charków...)
Wspomnianą grzywnę rozłożono mi na raty. Właśnie skończyłem spłacać i odetchnąłem z ulgą, kiedy w poczcie 
przyszły zaoczne wyroki i rządania pieniędzy dla Agory.

Takie to sprawy zaprzątały mój czas ostatnimi tygodniami. 

Sobota, 08.11.2003
bez tytułu   
   
 
Od września nieprzerwanie palę w kominie.
Do tego trzeba mieć drewno. Mam. (Jak sie ma brata leśniczego drewno nie stanowi problemu.)
No więc mam drewno, a do drewna z kolei, jak wiadomo, potrzebna jest drewutnia. Też mam.

background image

W   drewutni   pośród   ułożonych   w   równe   pryzmy   szczap,   zamieszkały   myszy.   Dobrze   im   tam   -   pełno 
zakamarków, sucho, na łeb się nie leje, wiatr nie hula, a poza tym dosyć łatwo (bez wychodzenia z domu) 
upolować jakiegoś żuka albo tłustego pędraka, bo owady też lubią drewutnię.
Ale najbardziej ze wszystkich lubią ją koty. 
Patagonas przesiaduje całe dnie wpatrzony w szpary między olchowymi klockami - tamtędy chodzą myszy. I 
czasami nie dochodzą, gdzie chciały, tylko lądują na moim biurku - żebym się trochę rozerwał, bo tak ślęczę nad 
czymś bez ruchu. Innym razem - kiedy zbyt długo śpię - kot kładzie mi żywą mysz wprost na poduszce, albo 
puszcza na kołdrę. Wtedy zawsze szybko wstaję, co oczywiście utwierdza tego kota w błędnym mniemaniu, że 
uważam puszczanie myszy za porywającą rozrywkę do której rzucam się z werwą, z najgłębszego nawet snu.
Drugi kot - Guyana - przesiaduje na najwyższym sągu drewna pod samym dachem drewutni. Tam wprawdzie 
nie chodzą myszy,  ale za to daje się stosunkowo łatwo upolować wróbla lub innego głupiego ptaka, który 
przysiadł na chwilę odpocząć na rynnie. Takie chwile nie trwają długo - Guyana jest bardzo szybka. Przed 
chwilką był ptasi odpoczynek, a już po chwili następuje wieczny spoczynek.
Następnie upolowane ptaszki lądują na moim stole. To taki prezent od kota - ja mu serwuję różne smaczne 
puszki, więc on się czuje zobowiązany odwdzięczyć.
Zarówno myszy, jak i ptaszki leeecą przez okno i lądują w końcu na pryźmie kompostu w ogrodzie. Niestety 
czasami... wracają. Patagonas zwraca mi je z kocim odpowiednikiem kpiącego uśmieszku, który ma wyrażać 
mniej więcej:
- Hej, fujaro, przyniosłem ci mysz do zabawy, a tyś jej pozwolił uciec.
Guyana  zwraca  mi ptaszki wyrzucone  na kompost z wyrazem  wyraźnego  wyrzutu.  Robi się wtedy bardzo 
wyniosła i srodze urażona:
- Hej, ja nie po to przynoszę dobre jedzenie, żeby je marnować. Mogłam sama zjeść; lubię wróble. Wystarczyło 
powiedzieć, że akurat nie masz ochoty.

Wróćmy do drewutni.
Ja stamtąd nie przynoszę ani myszy, ani ptaszków, tylko drewno do kominka. A w tym drewnie dość często 
(ostatnio nagminnie) kryją się różne wredne robale. Nieszczęście polega na tym, że one wszystkie już śpią z 
zimna.   Natomiast,   kiedy   wraz   z   kawałkami   drewna   trafiają   do   ciepłego   domu,   w   ich   prostych   zwojach 
nerwowych powstaje sygnał WIOSNA! 
A wiosna oznacza nerwową bieganinę w poszukiwania żarcia i szybkiego seksu.

CDN... 

Wtorek, 11.11.2003
bez tytułu   
   
 
Myślałem, że może po śmierci tego pierwszego żołnierza w Iraku, Kwaśniewski się opamięta. Że spostrzeże, jak 
kropelki tuszu pod rozkazem, który podpisał posyłając ludzi na wojnę, jak te kropelki tuszu zamieniają się w 
krew...

Nie   znam   intencji,   które   nim   kierowały.   Możemy   sobie   jedynie   gdybać,   albo   plotkować   na   temat:   Co 
Kwaśniewski sobie kupił, za to, że wplątał Polskę w konflikt zbrojny w obcym kraju, w którym Polska nie ma 
żadnego interesu uczestniczyć?
No więc nie znam intencji, ale mam prawo analizować efekty działań. A one są takie, że nasze przedsiębiorstwa 
przegrywają wszystkie przetargi na odbudowę Iraku, nasi obywatele mają kłopoty przy ubieganiu się o wizy do 
USA, nasza pozycja w Europie osłbła, Arabowie, tradycyjnie przyjażni wobec Polaków, zaczynają nas traktować 
podobnie jak Amerykanów,  Bin Laden  imiennie zagroził Polsce atakami terrorystycznymi,  choć jeszcze do 
niedawna nie wiedział o istnieniu takiego kraju...
No a najbardziej doniosłym efektem działania A.Kwaśniewskiego jest śmierć człowieka.

Czy   prezydent   podpisując   nieodpowiedzialny   dekret   wojenny   odpowiada   za   współudział   w   zabójstwie 
żołnierza?   A   może   przynajmniej   kilka   lat   więzienia   z   paragrafu   o   narażeniu   drugiej   osoby   na   śmiertelne 
niebezpieczeństwo?
Gdzie tam! Władcy nie odpowiadają za takie rzeczy.
Pamiętacie Jaruzelskiego? Odpowiedział? Nie! I wcale nie chodzi mi o krwawe ofiary prześladowań, które padły 
z jego rozkazu. Mnie by wystarczyła odpowiedzialność karna za spowodowanie śmierci tych kilkuset osób, które 
13 grudnia miały odcięte telefony i nie mogły wezwać karetki pogotowia - za ich śmierć odpowiedzialny jest 

background image

osobiście generał Wojciech Jaruzelski, który podpisał rozkaz o zablokowaniu telefonów, a jednocześnie nie dał 
ludziom innej możliwości wezwania karetki.

Cóż ja się czepiam tego biednego Kwaśniewskiego? Jego poprzednicy byli bardziej krwawi - Jaruzel, Gierek, 
Gomółka, Bierut, Dzierżyński - całe to drzewo genealogiczne ocieka krwią. A Kwaśniewski ma na koncie (na 
razie) tylko jednego człowieka.

Myślałem (głupio), że kiedy pojedzie na pogrzeb do Szczecina, kiedy spojrzy w zapłakane twarze rodziny, że 
zrozumie, że się opamięta. Eee tam - dzisiaj już występował otrząśnięty z szoku. Już nie gadał, że "to był 
najtrudniejszy dzień w mojej karierze i najtrudniejsza decyzja", dzisiaj znów usta pełne idiotyzmów na temat 
tego, że wojna w obcym kraju zapewni nam pokój.
(hmmm... Chyba, że ja źle rozumiem słowo "nam" - może przecież chodzić o jego i Jolkę, a pokój... może być 
eleganckim gabinetem, w jakimś eleganckim urzędzie... szef ONZ na przykład ma taki ładny pokój z widokiem 
na Nowy Jork.)

***

A Z OKAZJI DNIA NIEPODLEGŁOŚCI, ŻYCZĘ PAŃSTWU NIEPODLEGŁOŚCI
CHYBA JUŻ TYLKO OSOBISTEJ, BO NA PAŃSTWOWĄ CHWILOWO NIE MA CO LICZYĆ - SPRAWY 
IDĄ W ODWROTNYM KIERUNKU (MUMIJNYM) 

Środa, 12.11.2003
bez tytułu   
   
 
Kiedy POLSAT pokaże odcinek z Frytką? Nie wiem.

Czy wiem, że w necie oraz na płytach krąży jakaś piracka wersja tego programu? Wiem.

Gdzie ją znależć? Nie wiem. Sam chciałbym zobaczyć co z tego zmontowano. (Mnie niestety na montaże nie 
dopuszcza Producent.sic!)

***

A tak apropos Frytki:
W USA właśnie rozpoczyna się reality show, którego zwycięzca w nagrodę wystąpi w pełnometrażowym filmie 
porno!
FRYTKA! FRYTKA! FRYTKA!

***

A   w   Warszawie,   w   zeszłym   tygodniu,   odbywały   sie   kolejne   targi   Eroticon.   Jedną   z   atrakcji,   było   bicie 
seksualnego rekordu świata. Ten konkurs dla pań polega na odbyciu jak największej liczby zbliżeń seksualnych. 
Ubiegłoroczny rekord to 646 stosunków w ciągu 8 godzin pracy. (Ile im wyszło/weszło w tym roku nie wiem, 
ale jakoś tak kojaży misię to wszystko z liczbą 666).
Rypańsko na czas - no śliczny przekaz. Jeden stosunek z tej serii trwał około 45 sekund, jeśli dobrze liczę. Czy o 
taki wzorzec nam chodzi.
A sześciuset partnerów jednego dnia, w dobie AIDS? Czy o taki przekaz chodzi?

Gdzie się podziewała policja z pałami? Gdzie się podziały liczne organizacje pozarządowe, które "edukują" w 
kwestii zapobiegania AIDS? Czemu nie protestowały? Czemu nie zaprotestowała pani prezydentowa Jolka??? 
Gdzie jej troska o zdrowie? O raki piersi i inne takie?

JAK TO WOGÓLE MOŻLIWE ŻEBY TAKIE RZECZY ODBYWAŁY SIĘ LEGALNIE????

I wy się dziwicie, że ja chcę emigrować? Wyemigruję, słowo honoru - to już danwo nie jest moja kultura, moja 
cywilizacja. Brzydzę się.

***

background image

Jutro wyruszam do Meksyku. Po 10 dniach z grupą luksusową, jadę dalej do Belize z grupą... roześmianych 
szaleńców. (Pośród nich, poczuję się wreszcie jak człowiek normalny.)
Będę do Was pisał tak długo, jak długo będą kawiarenki.
Pa.  

Czwartek, 13.11.2003
bez tytułu   
   
 
Przygarnij Kropka!
Tak proszą w reklamach, w gazetach, w sklepach... wszędzie dookoła słyszę jak proszą: Przygarnij Kropka!
Zaopiekuj się. Ten Kropek taki bidulek, ponaświetlaj go....
No i ludzie zajmują się Kropkami. Naświetlają, dbają, troszczą się...
A o co?
O kawałeczek malowanej tektury!

Dostałem dzisiaj jednego z tych Kropków. Był przyklejony do tuby pasty do zębów.
Od razu pomyślałem  o sierotach, które spotykam  w Ameryce  Południowej, jak samotne i głodne proszą o 
kawałek   chleba   na   ulicach   Bogoty,   Caracas   czy   Manaus.   Nimi   się   zaopiekujcie!   Poświęćcie   czas   komuś 
żywemu, drugiemu człowiekowi, bratu, siostrze, starej matce, samotnej ciotce... Choćby połowę tego czasu, 
który zajmuje wam "przygarnianie" Kropków poświęćcie na rozmowę z kimkolwiek samotnym, kto nie ma do 
kogo pogadać. Na przykład z sąsiadem, który was zawsze zagaduje w windzie (bo samotny), a wy nigdy nie 
macie dla niego ani chwili. Dlaczego nie macie? Może dlatego, że naświetlacie tekturę. 
   

Sobota, 15.11.2003
bez tytułu   
   
 
CIUDAD de MEXICO

Rano wyszedlem przed dom. Okazalo sie, ze drzwi mam zawalone opadlymi kwiatami hibiskusa. (Ten sam, 
ktory Wy znacie w formie herbatki, tylko, ze fioletowy. My tu w Meksyku mamy wiele roznych gatunkow i 
kolorow hibiskusa.)
Zaczalem wiec dzien od usuwania kwiatowej zaspy spod drzwi.

Potem roszylem w prawo do najblizszego rogu ulicy. Tam przywitalem sie ze znajomym kawiarzem. Stoi tu co 
rano, odkad pamietam i serwuje ludziom kilka pysznych gatunkow kawy. 
- Hola, gringo, jak sie masz? Ty znowu tutaj?
- Znowu jak widzisz, amigo. A ty wciaz tutaj?
- Dwudziesty rok, gringo. Lubie to miejsce i juz sie chyba nigdzie nie rusze.
- A ja lubie twoja kawe i juz chyba nigdzie nie znajde lepszej.
- Jak zwykle dwie?
- Lej dwie, nie pytaj, przeciez wiesz.
***
Po kilku chwilach rozmowy z kawiarzem wzialem moje kawy, skrecilem w prawo i ruszylem do nastepnego 
rogu.
- Hola, gringo, ty znowu tutaj? Jak sie masz?
- Twoja kawa, Dona Carmelita.
Wziela ode mnie goracy kubeczek i zaczela sobie o niego grzac zmarzniete dlonie. (Rano w Meksyku bywa o tej 
porze roku zimno.) Podsunela mi nowiutki kawalek grubej tektury i kazala usiasc obok siebie. To taki nasz 
rytual - ja zalatwiam kawe, ona zalatwia tekture do siedzenia. 
Carmelita jest zebraczka. Przyjechala do miasta Meksyk za chlebem. Jaj maz byl zolnierzem. Nawet jej nie 
powiedzieli jak zginal - po prostu pewnego dnia dowiedziala sie ze zginal. Niepismienna samotna dziewczyna z 
wioski nie wiedziala, ze ma sie prawo ubiegac o odszkodowanie... Nie wiedziala nic, nie umiala nic, nawet 
pisac, i nie miala nic, nawet kromki chleba.

background image

Jej pierwszy dzien w miescie Meksyk, byl moim pierwszym dniem w miescie Meksyk. Poznalismy sie wlasnie 
na tym rogu. Przynioslem jej wtedy kawe, tak jak dzis.
- Dona Carmelita... ?
- Tak, gringo?
- Dlaczego od dwudziestu lat wysiadujesz na tym rogu i zebrzesz?
- Bo to szczesliwe miejsce. To byl moj pierwszy dzien, bylam zmarznieta, zrozpaczona, nie wiedzialam gdzie 
pojsc i co robic, a ty mi przyniosles kawe. Pomyslalam wtedy, ze tu mieszkaja dobrzy ludzie.
- Ale czemu zostalas.
- Tutaj mam co jesc. Napewno. A gdybym poszla gdzie indziej, to kto wie...
***
Po kilku chwilach rozmowy z zebraczka, wstalem, skrecilem w prawo i ruszylem do nastepnego rogu.
- Hola gringo!!! Dawno cie nie bylo. Jak sie masz?
- Kwitnaco kucharzu. A Ty?
- Utylem?
- Utyles. A poprzednio obaj myslelismy, ze to juz niemozliwe, amigo.
- He, he !!! Skoro utylem, to znaczy, ze mam sie dobrze. Kiedy sie zacznie dziac niedobrze, wtedy zaczne 
chudnac. Chyba mi zle nie zyczysz, gringo???
- A tyj sobie ile chcesz. Tyko nie peknij, bo kto po tobie posprzata.
- Co zjesz, gringo?
- Dawaj taco z pieczonymi kwiatkami.
- Eee, zrobie Ci cos mocniejszego, mam glowizne, mam jezory, mam mozgi, mam kurze lapki, mam baranie 
kopytka...
- Dzisiaj piatek, wiec dawaj same kwiatki i troche pieczonego sera.
(W Meksyku jest pewien rodzaj jadalnych kwiatow. Najczesciej podaje sie je jako dodatek do miesa, lekko 
podpieczone.)
***
Otarlem brode, umylem rece w misce, ktora mi podal uliczny kucharz, skrecilem w prawo i ruszylem w strone 
nastepnego rogu.
- Hola gringo! Ile to Cie nie bylo, rok? Dlugo zostaniesz? A moze wreszcie na zawsze, co?
- Jeszcze nie teraz, ale juz niedlugo, amigo.
- Sok z pomaranczy, bez lodu, z owocow wygrzanych w sloncu, juz wyciskam, gringo. Na a jak sie masz?
- Dobrz... Nieee!!! Bez jaja!
- He! He! He! Przeciez pamietam, ze bez jaja. Tak tylko zartowalem, a ty sie zawsze dajesz nabrac.
- Tylko dlatego, ze Tobie to sprawia przyjemnosc, amigo.
(Wiele osob w Meksyku,  na sniadanie wypuja  sok z pomaranczy z wbitym  surowym  jajkiem. To tutejszy 
odpowiednik fast fooda - dla tych, co nie zdazyli zjesc jajecznicy w domu.)
***
Pogadalismy   jeszcze   przez   chwile.   Wypilem   dwa   soczki,   a   nastepnie   skrecilem   za   rog   i   wyladowalem 
spowrotem pod drzwiamu mego domu.

Tak to co rano, w miescie Meksyk okrazam jeden kwartal ulic. Zajmuje mi to godzine, choc kwartal ma tylko 
100x100 metrow. Po tej godzinie jestem po sniadaniu i... wiem tyle o tutejszym zyciu ile przecietny czlowiek 
dowiaduje sie czytajac poranne gazety. 
  
Poniedziałek, 17.11.2003
bez tytułu   
   
 
Mexico, Acapulco

Meksykanie bardzo sobie cenia wolnosc osobista. I potrafia o nia zawalczyc.
Wszelkie ograniczenia tej wolnosci ich irytuja.
To oczywiscie powoduje pewne zanarchizowanie spoleczenstwa, ale mnie akurat sie podoba.

To w Meksyku wynaleziono leppera  - taki wal  na jezdni co blokuje droge - znanego  takze jako SPIACY 
POLICJANT.
Wlasnie w Meksyku go wynaleziono i zastosowano po raz pierwszy, bo zadne ograniczenia predkosci ty nie 
skutkowaly.

background image

Tutaj tez wynaleziono i stosuje sie z wielkim powodzeniem wymuszony zakaz parkowania na chodnikach - 
kraweznik ma wysokosc pol metra i nikt na takim chodniku nie zaparkuje, nawet jakby bardzo chcial. Proste.
Nie trzeba ludzi zmuszac, przepedzac, karac, zakladac im blokad, sciagac na sile... Nikt sie nie irytuje, no i 
NIKT NIGDY NIE PARKUJE NA TAKIM CHODNIKU, a przeciez o to chodzi, prawda? 

Środa, 19.11.2003
bez tytułu   
   
 
O kobietach:

W wiekszosci  domostw  w Meksyku  jest  jakas  muchacha,  czylu  sluzaca.  Pierze,  sprzata,  gotuje..  - ogolnie 
pomaga Pani domu.
Kiedy   poprosisz   muchache   zeby   przygotowala   ci   w   kuchni   osobno:   trzy   bialka   i   trzy   zoltka,   muchacha 
potrzebuje na to szesciu jaj. To nie jest wyjatek, tylko regula. I baaardzo dlugo trzeba szkolic i przymuszac 
muchache, zeby wreszcie pojela, ze wystarcza trzy jajka.

***

O facetach:

W porcie wojennym w Acapulco cumuje okret podwodny. A wiecie jak cumuje? POD WODA!!! 
To tez nie jest wyjatek, tylko regula! Oni tu zawsze tak - podplywaja po wierzchu wody, a potem opuszczaja 
okret na dno. Jak podwodny, to podwodny. 

 Poniedziałek, 24.11.2003
bez tytułu   
   
 
Bylo tak:

Piekny hotel na szczycie gory w Taxco. Luksusowe pokoje, luksusowa jadalnia, no i ceny adekwatne.
Wycieczka,ktora   prowadze   rozsiadla   sie   przy   stolikach.   Wiadomo   bylo,   ze   wszystko   jest   oplacone   przez 
organizatora. Wszystko z pierwszym drinkiem wlacznie. Ale juz nastepne trzeba sobie bylo kupowac samemu.

Do stolika, przy ktorym siedza trzy panie, podchodzi kelner i prosi:
- Room number, please.
- Aaa rum - mowi na to jedna z Pan. - Kolezanki ile rumow mam zamowic? Trzy? No dobra... Tri rum, plis. Tri.
Na to kelner wyjal kajecik i odnotowal sobie, ze Panie siedzace przy tym stoliku mieszkaja w pokoju numer trzy.
- Panie Wojtkuuu, ratunkuuu - krzyczy jedna z nich. - On nam wypisuje rachunek, a przeciez pierwszy drink 
mial byc za darmo!

Taka to mialem prace (miedzy innymi).

A teraz ruszam w strone Belize. Wycieczka sie skonczyla - zaczyna sie wyprawa... 

 Wtorek, 25.11.2003
bez tytułu   
   
 
Codziennie staram sie nadawac korespondencje do radia.
Poniewaz telefony w Meksyku sa na kazdym rogu i w kazdym hotelu (czasami tylko klopot dotrzec do rogu, bo 
najblizsza ulica z rogiem jest w najblizszym pueblu, a do najblizszego puebla dwa dni drogi) wiec tym razem nie 
bralem telefonu satelitarnego.
No i to byl blad.
Posluchajcie...

background image

Umawiam sie z radiem, ze zadzwonia do mnie w srodku mojej nocy (ja tu jestem od Was o 7 godzin mlodszy, 
wiec kiedy u mnie noc u was rano). Radio dzwoni, ale nikt nie podnosi sluchawki. Po kilku nieudanych probach 
dowiedzialem sie wreszcie, ze faceci w hotelowych recepcjach po prostu wylaczaja na noc telefony - zeby ich 
nikt nie budzil.

Wobec powyzszego zmienilem koncepcje - radio dzwoni o mojej 6 rano, kiedy u Was jest godzina 13.
Nic to nie pomoglo. Kiedy poprosilem zeby facet w recepcji obudzil mnie za pietnascie szosta, on powiedzial, ze 
nie da rady, bo wtedy jeszcze spi.

OK - trzecia zmiana strategii:
Teraz to ja wstaje za pietnascie szosta. Potem wewnetrzynym telefonem budze faceta w recepcji. Nastepnie na 
godzine 6 schodze na dol do niege, prosze uprzejmie, zeby wlaczyl telefon zewnetrzny i czekam na dzwonek z 
Polski.

UDALO SIE!!!! 

Poniedziałek, 01.12.2003
bez tytułu   
   
 
NA GRANICY MEXICO Z BELIZE:

- Kup zegarek, gringo.
- A po co mi zegarek?
- Zebys wiedzial, ktora jest godzina.
- A po co mam wiedziec? Po to zebym sie niepotrzebnie denerwowal?! Przeciez Wy tu nie uzywacie zegarkow, 
nic nie odjezdza o oznaczonej godzinie, nic sie nie otwiera punktualnie, wszystko sie robi "na oko"...
- To moze kupisz okulary sloneczne, gringo?
- A to po co?
- Bo my tu poznajemy ktora jest godzina patrzac na slonce. 
  

 Czwartek, 04.12.2003
bez tytułu   
   
 
POLECAM  WPIS  Z 28 LISTOPADA - on sie ujawnil z pewnym  opoznieniem i chyba  zostal przez wielu 
przeoczony.

Belize, koralowa wysepka Ambergris 

Tak jak w calym Belize, funkcjonuja tu rownolegle w pelnej zgodzie jezyk angielski i hiszpanski. Ludzie zadaja 
pytanie w jednym, a dostaja odpowiedz w drugim. Niektore potrawy latwiej nazwac po hiszpansku, inne po 
angielsku,   wiec   jednym   tchem,   w   jednym   zdaniu,   czlowiek   bezwiednie   przelacza   sie   z   angielskiego   na 
hiszpanski i z powrotem.

Podobnie jest z pieniedzmi. 
Przelicznik jest prosty: jeden dolar USA = dwa dolary belizejskie. Placisz czym chcesz, a najczesciej mieszanina 
obu walut. Zadna nie jest dyskryminowana. Nikt nie zwraca uwagi na to w czym dostaje reszty...
To jest raj dla turystow.

A ludzie sa tu, jak te jezyki i waluty - wymieszani - i nikt nie zawraca sobie glowy tym skad, ani kim jestes. 
Murzyni,   Indianie,   Biali,   Belizejczycy,   Amerykanie,   Brytyjczycy,   Meksykanie,   przyjezdni,   przejezdni, 
rezydenci... 
(Jest tez sporo przeterminowanych hippissow.
Po wojnie w Wietnamie dostali jakies glodowe renty weteranckie - ojczyzna wypiela na nich tylek. Wyjechali 
wiec na Karaiby i nie planuja wracac na to wypiete ojczyzny lono. Tutaj ich glodowe renty pozwalaja im zyc 

background image

godnie. No i tak snuja sie od 40 lat. Pieknie opaleni, pomarszczeni, z siwymi warkoczami, ze stopami, ktore od 
lat nie zaznaly butow, najwyzej jakies klapki, ale najczesciej po prostu cieply bialy piach.)
Kupa ludzi, kupa typow, kupa wrazen...

Na zewnatrz tropik - slonce wali ze wszystkich czterech rur - a tu w tle gra lokalne radio i od niedzieli puszczaja 
wylacznei koledy, bo przeciez zaczal sie Adwent. 
Slysze   cos   amerykanskiego,   ale   po   hiszpansku,   potem   country,   wreszcie   Jimmi   Buffett'a.   Szczegolnie 
idiotyczne, a jednoczesnie tak absurdalne, ze az slodkie, wydaje mi sie "Let it snow, let it snow, let it snow."
Przeciez tutaj nigdy nie zapada snieg.

Koralowa wysepka Ambergris, rafa u wybrzezy Belize... 

Piątek, 05.12.2003
bez tytułu   
   
 
San Ignacio w Maya Mountains,

Za szynkwasem w tutejszej knajpie dla Indian (sa jeszcze knajpy dla Murzynow, oraz dla Bialych, a takze jedna 
chinska, dla wszystkich po trochu)stoi barman o imieniu James. Mlody chlopak o jasnych wlosach i niebeieskich 
oczach. 
Jego ojciec jest Brytyjczykiem pochodzacym z Argentyny, a matka w jednej polowie Kanadyjka, a w drugiej 
Australijka. Kim w tej sytuacji jest James? Sam o sobie mowi, ze jest Bialym Belizejczykiem, co w tutejszych 
uszach brzmi jak abstrakcyjny dowcip. Belizejczykami od zawsze nazywano tu wszystkie ciemne rasy, glownie 
Murzynow, a jak ktos byl Bialy, to mowiono o nim "Anglik" i nikt sie nie przejmowal prawdziwa narodowoscia. 
Powiedziec o kims "Bialy Belizejczyk", to cos jak "Bialy Murzyn".

***

W ubikacji tutejszej knajpy dla Bialych znalazlem gruby flamaster zawieszony na sznurku. Goscie sa proszeni o 
umieszczanie na scianach roznych napisow. Oto kilka z nich, ktore wydaly mi sie interesujace:

CARE more than others think is wise,
RISK more than others think is safe,
DREAM more than others think is practical,
EXPECT more than others think is possible.

albo

Dlaczego nigdy nie widzielismy naglowka w gazecie: "JASNOWIDZ WYGRAL MILION W TOTOLOTKA"?

albo

When You put THE and IRS together, 
it always is THEIRS.

A teraz pytanie do WAS:
Macie jakie swoje propozycje? Co mam dopisac? Flamaster czeka! 

Sobota, 06.12.2003
bez tytułu   
   
 
NA MIKOLAJKI:

Placencia, Mango Creek

background image

Jest 5.30 rano. Wraz z grupka rybakow siedze w kawiarence-piekarence, gdzie co rano gromadzi sie cala wioska. 
(O tej wczesnej porze tylko tu mozna cos wypic i zjesc.)

Przysluchuje sie rozmowom.
Dzisiaj wszyscy czekaja na nowy kalendarz SHELL'a, ktory co roku rozdaje tutejsza stacja benzynowa. Ludzie 
smieja sie, ze w zeszlym roku w kalendarzu brakowalo marca, ale za to byly dwa lipce. Z kolei dwa lata temu, w 
lutym brakowalo jednej niedzieli, a Boze Narodzenie wypadalo 25 listopada. I tak jest rok w rok.
Tym   razem   tez   wszyscy   spodziewaja   sie   jakichs   bledow.   Wlasciwie   nawet   OCZEKUJA   (z   radosna 
niecierpliwoscia!) na kolejna wpadke drukarza, ktora uczyni ich kalendarz niepowtarzalnym.
Bo co to za sztuka miec kalendarz z Bozym Narodzeniem 25 grudnia oraz z marcem pelnym grypy. Duzo lepszy 
jest taki, w ktorym deszczowy i smutny listopad zostaje przyozdobiony Wigilia, a po skutym lodem lutym, 
nastepuje od razu wiosenny kwiecien.

I o taki wlasnie kalendarz prosimy Swietego Mikolaja - bez listopada i marca, za to dwa dodatkowe czerwce, 
please. 

Poniedziałek, 08.12.2003
bez tytułu   
   
 
PLAYA DEL CARMEN, MEXICO

Wszedzie swiateczne szopki. Troche to dziwaczne w temperaturze 30 stopni w cieniu. W dodatku najbardziej 
popularnym drzewkiem jest tu palma, a nie choinka. I palmy wlasnie obwiesza sie bombkami, lampkami...

No wiec wszedzie te szopki - Jezusik lezy w zlobku, jak nalezy, dookola Maria i Jose, oraz krolowie i zwierzeta. 
Sa jednak pewne nieznane w Polsce dodatki - produkty spozywcze skladane w ofierze.
Od czasow prekolumbijskich przetrwal tu taki obyczaj, ze bogom (obecnie Bogowi... Bogu) sklada sie w ofierze 
dary w postaci... np. pomarancz, albo melonow, cytryn, cebul... 
Taka ofiare sie codziennie wymienia na swierza. No i w miejscu, gdzie co rano popijam kawe, wczoraj Jezusek 
lezal w marchewce, a dzisiaj go wylozono w ananasach.
***
Z   kolei   Swiety   Mikolaj,   jezdzi   po   miescie   blaszana   przyczepa   "zaprzezona"   do   taksowki   i   obrzuca   dzieci 
cukierkami, przygrywajac sobie do taktu reklamowka jednego z supermarketow.
Widzialem tez drugiego Swietego Mikolaja, ktory siedzi przy barze w jednej z knajp. Ten Mikolaj jest od 
wczoraj kompletnie pijany, a w rece trzyma niedopita flaszke najlepszego meksykanskiego piwa - Corona.
Na   dachach   domow   i   balkonach   siedzi   trzecia   wersja   Swietego   -   plastikowa,   podswietlana   od   srodka. 
Najprawdopodobniej Made in China. Odziany w grube futro Mikolaj smarzy sie cale dnie w tutejszym sloncu i 
w tej wersji wyglada naprawde idiotycznie. 
   
Wtorek, 09.12.2003
bez tytułu   
   
 
PLAYA DEL CARMEN, MEXICO

Na koniec kilka dni wakacji na Jukatanie.
W Palaya del Carmen bylem po raz pierwszy 18 lat temu. Obecna 5 avenida byla wtedy piaszczysta sciezka 
wzdluz plazy. Dzisiaj jest sliczna uliczka, najpiekniejsza jaka w zyciu widzialem, ale jednak uliczka. Do tego 
brukowana, a chodzenie bosymi stopami po bruku nie umywa sie do szurania po piachu.

Dodatkowo   romantyzmu   ubywa,   gdy   czlowiek   ze   wszystkich   stron   widzi   wystawiona   na   niego   gebe   Che 
(Guevarry). Jest wszedzie - na koszulkach, na cygarach, na obrazach, na murach, na scianach restauracji, jest w 
nazwie baru "CHE"...

- Czemu go tu tyle? - pytam sklepikarza, ktory na swojej wystawie umiescil czerwona flage z wizerunkiem Che. 
- Przeciez to nie jest bohater meksykanskiej rewolucji. Co on wlasciwie dla was znaczy?
- No nie wiem. Po prostu sie dobrze sprzedaje.
- A kto to kupuje?

background image

- Glownie Amerykanie.

Kupuja, a potem wioza te wszystkie Che-gadzety do USA. Leca samolotami do Nowego Jorku w koszulkach z 
twarza   terrorysty,   ktory   chcial   zniszczyc   ich   kraj.   Leca   w   czapeczkach   z   twarza   faceta,   ktory   strzelal   do 
niewinnych ludzi, jak Snajper. Leca z nowym tatuazem na ramieniu, tatuazem przedstawiajacym czarno-biala 
twarzyczke najblizszego kompana Fidela Castro. Jego prawej  reki. Prawej reki, ktora nie glaskala ludzi po 
glowkach, tylko przetracala karki, ktora zaciskala sie w rewolucyjna piesc na gardlach konkretnych osob. Te 
osoby, ktore zginely z reki lub z osobistego rozkazu Che mialy imiona, nazwiska, daty urodzenia, zony, dzieci, 
plany na przyszlosc... Mialy tez marzenia dotyczace wolnej Kuby,  ale innej niz komunistyczna i totalitarna 
Kuba, ktora budowal Che.

Czy wkladajac koszulke z geba Che zdajesz sobie sprawe, ze to byl jeden z pierwszych terrorystow swiatowych? 
Jego   glownym   wrogiem,   podobnie   jak   w   przypadku   Bin   Ladena,   byly   Stany   Zjednoczone   i   amerykanski 
porzadek swiata. Jego wrogiem osobistym byla demokracja. Che mial wizje panstwa sterowanego od gory, przez 
wybitna jednostke, panstwa wdrazajacego wizje tej jednostki bez konsultacji spolecznych, a jedynie na fali 
wrzaskliwej akceptacji tlumu zgromadzonego na wiecu.
Che   wchodzil   na   trybune,   rozgrzewal   publike,   a   ona   z   entuzjazmem   zgadzala   sie   na   wszystko   cokolwiek 
zaproponowal wodz.

***

Ikony zachodniego swiata. Geby-symbole.
Geba Che-terrorysty.
Geba Mandeli-terrorysty (wyrok dozywocia, ktory odsiadywal, byl wyrokiem za zabojstwa, a nie wyrokiem za 
dzialalnosc polityczna na rzecz zniesienia segregacji rasowej).
Geba Allenede - komunizujacego glupka.
Geba wasatej dziwki (Frida Kalho).
Geba Lennona (nie z czasow Beatlesow, ale ta pozniejsza - z piosenki IMAGINE, o swiecie bez Boga i religii, 
bez granic i panstw, bez zasad, bez przyszlosci... podeslijcie mi tekst po angielsku, to go Wam przetlumacze 
slowo w slowo)

A gdyby tak te wszystkie geby, ktore nam sie podtyka do czczenia, geby ktore sie podnosi do rangi ikony, gdyby 
je wszystkie nalozyc na siebie, gdyby sie zastanowic czy maja jakis rys wspolny, wowczas zobaczylibysmy, ze 
ich   cecha   wspolna   jest   burzenie   porzadku.   To   sa   geby   Wielkiego   Burzyciela,   Niszczyciela,   geby 
Zaprzeczajacego, geby Przeciwnika. Ciemne geby.
Do ich malowania uzywa sie zawsze tylko czarnej farby. To niby taka stylistyka, moda, maniera artystyczna, ale 
dla mnie znamienna. Tylko czarny kolor pasuje, inne nie... No moze czasem jeszcze niewielka krwista kropelka 
czerwonej gwiazdy na czole Che.

 
Środa, 10.12.2003
bez tytułu   
   
 
TULUM, MEXICO

Szeroka, bielusienka plaza - piasek, jak maka.
Leze i czuje, ze wszystko jest mi obojetne: nie chce mi sie jesc, nie chce pic, nie chce spac, wstac, ani nawet 
przekrecic na drugi bok - nic mi sie nie chce. Nie odczuwam ani zimna, ani goraca - temperatura powietrza jest 
mi calkowicie obojetna. Dookola nie ma ludzi, a jezeli sa to daleko na horyzoncie. Nie mam zegarka, planow, 
zobowiazan, potrzeb. Nie mam nic do roboty. Nic na mnie nigdzie nie czeka. Nic nie musze. mam wprawdzie 
ksiazke do poczytania, ale przez caly dzien nie chcialo mi sie po nia siegnac...

Patrze na turkusowe fale Karaibow i... nie chce mi sie wstac i pojsc poplywac. A wiem, wiem napewno!, ze 
woda jest boska - wczoraj plywalem... ale krotko, bo jakos wcale mi sie nie chcialo. 

Powiecie, ze nudno tutaj. Nudno? To jest dopiero kwintesencja szczescia. TO DOPIERO NIRWANA, kiedy 
absolutnie nic sie nie chce, ale nie dlatego, ze czlowiek jest pozbawiony nadziei i checi do zycia, ale dlatego, ze 
w tym dniu, na tej plazy w Tulum, ABSOLUTNIE NICZEGO MU (mi)NIE BRAKUJE.

background image

Ja sie nawet nie musze przewracac na drugi bok, bo po poludniu slonce samo sobie tam przejdzie i zacznie mnie 
grzac z drugiej strony... 

Niedziela, 28.12.2003
Chorowałem.   
   
 
Chorowałem.
Obłożnie i bardzo ciężko.
Zaraz po wylądowaniu w Polsce dostałem ostrego zapalenia zatok. Smarka się krwią, a łeb i oczy pulsują bólem 
do tego stopnia, że nie da się czytać, pisać, patrzeć w TV, ani w komputer - dlatego milczałem.
Z łoża boleści wstałem dopiero dzisiaj.
(OK, OK, Czepialscy - owszem - wychodziłem z domu: byłe w sklepie po żarcie, w drewutni po szczapy do 
kominka, w radiu nadać audycję... ale wszystkie te wyjścia kończyły się pogorszeniem mojego stanu.)
***
Dzisiaj   po   raz   pierwszy   zajrzałem   na   te   strony   i   stwierdziłem   ze   smutkiem,   że   kilka   ostatnich   wpisów   z 
Karaibów nie doszło. Jakie to smutne - krążą biedaki gdzieś w sieci i nikt ich już nie przeczyta. Postaram się je 
jakoś odtworzyć (napisać na nowo) w najbliższych dniach, ale to już nie będzie to samo. 
Odtworzone oczywiście  wcale  nie muszą byc  gorsze  od oryginałów,  ale...  ta chropowatość  stylu,  ten brak 
polskich znaków, ten powiew autentyzmu... to wszystko możliwe jest wyłącznie, kiedy człowiek siedzi z nogami 
w piachu, przy krzywym drewnianym stoliku ustawionym frontem do morza.
***
W sprawie programu z [ Andrzejem:)] Lepperem: 
Uprzejmie zawiadamiam, że w trakcie montażu wypadło kilka znaczących sekwencji, które ułatwiłyby Widzom 
zrozumienie,   że   przejście   na   TY   nie   oznacza   akceptacji   poglądów   wodza   Samoobrony.   Ale   nawet   po 
zmontowaniu dało się wyrażnie zaobserwować, że obie strony się różnią, nie zgadzają ze sobą w kwestiach 
ideologicznych oraz, że obie się przy okazji w coś bawią. To akurat należy docenić - niewielu polityków ma 
poczucie humoru, a Lepper MA!
W czasie nagrania było to ewidentne, po zmontowaniu - mniej. No cóż, jak na razie był to ostatni odcionek 
serialu i nic mi nie wiadomo o kontynuacji.
Patrząc wstecz (również na te najbardziej krytyczne uwagi i protesty z Państwa strony) dochodzę do wniosku, że 
warto było.
I będzie warto kontynuować, ale na trochę zmienionych warunkach - w programie autorskim, autor MUSI mieć 
wpływ na zestaw zapraszanych gości, na montaż... i na parę innych rzeczy, które, jeżeli pozwolicie, omawiać 
będę wyłącznie z Producentem programu i Polsatem.
***
Zajrzałem do naszych wyników oglądalności - tym razem chodzi o liczbę odwiedzin na stronach www.ccc.art.pl 
- hm... tam się zaczęły gromadzić nie setki, ale tysiące.
To nakłada na mnie pewne obowiązki:

Dla  kilku  osób nie  zawsze  warto  tracić   czas,  kiedy człowiek  w  tym   czasie  ma  szansę  "stracić"   go  lepiej. 
Wielokrotnie więc poświęcałem się pisaniu książki, lub pracy w radiu, lub choćby pomocy mojej Mamie, za 
cenę zignorowania kolejnego wpisu na tych stronach.
No ale skoro teraz bywają tu takie tłumy...
Postaram się w krótkim czasie wypracować u siebie codzienny nawyk. 
(Gdyby mi się tylko udało skądś wykombinować drugiego Macintoscha, bo kiedy przesiadam się ze swojego 
komputera, na ten tutaj IBM  podłączony do Neostrady,  to bierze mnie na wymioty - kto to wymyślał, kto 
konfigurował, czemu to takie zawiłe, nieprzyjazne ???
Na moim biurku stoi sobie MAC - milutki, logiczny,  oczywisty,  prościusieńki, a to ścierwo tutaj, razem z 
obrzydliwymi programami Billa G. bez przerwy rzuca mi kłody pod nogi i... ZNIECHĘCA do kontaktów z 
Państwem.) 

  
 Poniedziałek, 29.12.2003
W Serbii odbyły się demokratyczne wybory...   
   
 

background image

W Serbii odbyły się demokratyczne wybory. (Demokracja oznacza, że dwóch penerów spod budki z piwem ma - 
w sprawach państwowych - więcej do powiedzenia od jednego profesora uniwersytetu.) No i w wyniku tych 
wyborów demokraci z Polski oraz Unii Euro cierpią srodze, ponieważ w tych demokratycznych wyborach, które 
odbyły się pod nadzorem demokratycznych inspektorów ONZ, zwycięstwo odnieśli nacjonaliści,faszyści oraz 
Slobodan Miloszewicz osadzony w ogólnoeuropejskim więzieniu w Hadze. 

Hmm... Skoro Naród Serbski demokratycznie wybrał sobie tych ludzi i ich programy polityczne, to czy wolno 
nam   ten   wybór   kwestionować?   Czy   demokratyczna   Europa   ma   prawo   deptać   demokrację   i   trzymać 
demokratycznie wybranego deputowanego do parlamentu w pierdlu?

***
BUŁGARIA:
Większość społeczeństwa jest za natychmiastowym wycofaniem bułgarskiego wojska z Iraku.

POLSKA:
Większość społeczeństwa jest za bezwzględnym stosowaniem kary śmierci wobec najbardziej bezwzględnych 
przestępców.

WŁOCHY:
Większość społeczeństwa jest za bezwzględnym zamknięciem granic dla imigrantów.

ITD.
***

Jaki organ (demokratyczny?) ocenia, czy w danym przypadku demokracja jest dobra, czy zła?
Jaki organ decyduje, czy w danej sytuacji mamy uszanować demokratyczny wybór Narodu, czy go zignorować?

***

Kiedy wybraliśmy przedstawicieli "Samoobrony", a potem okazało się, że mają kryminalne kartoteki i kurwiki 
w oczach, to podniosło się larum, że "trudno, trudno, ale skoro Naród tak wybrał, to ten wybór uszanować trzeba 
i nic na to poradzic nie można, bo się demokracja zawali". Ale kiedy wczoraj w Serbii wybrano Miloszewicza, 
to się go do parlamentu nie dopuszcza??? 

Środa, 31.12.2003
Patrzę wstecznie na ten rok i co widzę?   
   
 
Patrzę wstecznie na ten rok i co widzę?

Dla mnie był niezły - "Lato z radiem", "Z kamerą wśród ludzi" no i "Gringo wśród dzikich plemion".
Najwięcej frajdy (i najmniej pieniędzy) wynika z "Gringo".
Najmniej frajdy (ale najwięcej pieniędzy i ogólnego pożytku dla Narodu) wynika ze "Z kamerą wśród ludzi".
A radio... Hm... radio po prostu kocham, to jest moja osobista czekoladka, która nie tuczy. 

Radio jest idealnym narzędziem do sprawiania innym przyjemności oraz do tego, by pośród tej przyjemności 
znalazło się też sporo mądrości. (Przy tej okazji mam dla Państwa dobrą wiadomość - w Pierwszym Programie 
Polskiego   Radia   będę   jeszcze   do   końca   stycznia,   w   soboty   od   godziny   11.20   do   południa.   Co   potem? 
Zobaczymy...)

***

A kiedy spoglądam na ten rok pod kątem spraw publicznych, widzę zgliszcza:

Miller pieje z zachwytu, że gospodarka się rozwinęła. Wzrost gospodarczy na poziomie 4%, niebywałe! To 
BYŁOBY niebywałe, gdyby przy okazji nie rosło bezrobocie, ale jaki pożytek z takiego wzrostu skoro ludziom 
się nie poprawia?
To może lepsza byłaby stagnacja, lub regres, a wraz z nim regres bezrobocia?

background image

Kwaśniewski posłał nas na wojnę - też zła wiadomość, a perspektywa jeszcze gorsza.
Swoim rozkazem wojennym naraził niewinnych obywateli Rzeczypospolitej na bezpośrednie zagrożenie życia. 
Oczywiście są na to w Kodeksie Karnym paragrafy - normalni ludzie za sprowadzenie na innych zagrożenia 
życia (nawet w sposób nieumyślny) idą do więzienia. No ale Kwaśniewski normalny nie jest, więc do więzienia 
go nie wsadzą nawet jeżeli terroryści w Polsce kogoś wysadzą w powietrze.
Tak samo Jaruzelski nie idzie do więzienia za spowodowanie śmierci tych kilkuset osób, które umarły bo on im 
w nocy 13 grudnia odłączył telefony i nie były w stanie wezwac karetki pogotowia.

A tak przy okzaji wyszło na jaw kogo oni tam posłali do tego Iraku. Po wypadku z bronią dowiedzieliśmy się, że 
żołnierz,   który   zastrzelił   kolegę   przeszedł   zaledwie   12   miesięczne   podstawowe   przeszkolenie,   a   potem 
postanowił zaciągnąć się na stałe. Taki to WYSOKI PROFESJONALIZM (słowa Kwacha) reprezentuje polski 
kontyngent. 

No więc mamy wzrost gospodarczy połączony ze wzrostem bezrobocia oraz wojnę połączoną z bezpośrednim 
zagrożeniem terrorystycznym, które prezydent zciągnął na nasze niewinne karki. FANTASTYCZNIE!

A czego nie mamy?
No   niestety,   moi   drodzy,   nie   mamy   wolnej   prasy,   radia   i   TV   -   dopuki   koncesje   rozdaje   Rada   Narodowa 
Radiofonii, to politycy trzymają pełną kontrolę nad tym co się rozpowszechnia, a czego nie. Mogliby przywrócić 
sobie starą dobrą i bezpruderyjną nazwę: Urząd Cenzury.

Wysilam głowę, wysilam, ale niestety, mimo szczerych chęci, nie dostrzegam w minionym roku NICZEGO 
pozytywnego w sprawach publicznych.
Może Państwo coś widzą, to bardzo proszę dopisać pod spodem.

PS
Życzenia na następny rok, oraz marzenia z nim związane - jutro.

PPS
Wprawdzie nie znam żadnego Sylwestra, żaden też mnie nie zaprosił na swoje imieniny, ale i tak idę potańczyć. 
(Meksykanie w tym roku niestety nie urządzają balu, więc idę do Włochów.)