background image

Zygmunt Zonik

RAKIETY NIE OSIĄGNĄ CELU

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1975

Okładkę projektował: Witold Chmielewski

Redaktor: Elżbieta Skrzyńska

Redaktor techniczny: Marian Napierzyński

background image

W   nocy   z   17   na   18   sierpnia   1943   roku   siły   Royal   Air   Forces   w   liczbie   500   czterosilnikowych 

samolotów bombowych  typu  Lancaster,  Halifax  i  Stirling  zbombardowały  Wojskowy Zakład  Badawczy 
Wehrmachtu   Heeres-Versuchungsanstalt   w   Peenemünde.   Biura   konstrukcyjne,   zakłady   doświadczalne   i 
produkcyjne uległy poważnym zniszczeniom. Zginęło wtedy wielu niemieckich specjalistów i kilka tysięcy 
robotników-obcokrajowców, zatrudnionych przy realizacji tajnego zadania opatrzonego kryptonimem „A-4”. 
Tak oznaczono w dokumentacji technicznej projekt broni odwetowej — „Vergeltungswaffe”, w skrócie V.

Był to potężny nalot, zaplanowany i przygotowany przez wywiad brytyjski — Intelligence Service, a 

pośrednio   spowodowany   sensacyjnymi   doniesieniami   dowództwa   polskiej   Armii   Krajowej,   które 
informowało   sztab   aliancki   w   Londynie,   że   na   wyspie   Usedom   (Uznam)   w   Peenemünde   hitlerowskie 
kierownictwo wojskowe w wielkiej tajemnicy przystąpiło do pracy nad nowym rodzajem broni. Przy jej 
pomocy Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych (Oberkommando der Wehrmacht) zamierza zadać potężny cios 
nie przygotowanym na to sprzymierzonym. Doniesienia owe pokrywały się z informacjami zdobytymi przez 
Brytyjczyków   w   Szwecji,   z   których   wynikało,   że   Niemcy   szykują   nową   broń  —   dalekosiężne   rakiety 
powietrzne.   Angielskie   samoloty   zwiadowcze   dokonały   zdjęć   tego   obszaru,   a   specjaliści   od   ich 
odczytywania ustalili, że tam właśnie, w Peenemünde, prowadzone są zaawansowane prace badawcze nad 
nowymi pociskami i sposobem ich odpalania z wyrzutni.

W sztabie alianckiego lotnictwa zapadła decyzja zniszczenia nieprzyjacielskiej bazy. Tak narodziła się 

operacja lotnicza opatrzona kryptonimem „Hydra”. Podczas jej przeprowadzania zrzucono 1874 bomby.

Nalot ów — czego oczywiście alianci nie przewidzieli  — spowodował założenie przez hitlerowców 

nowego obozu koncentracyjnego. Ostatniego w Trzeciej Rzeszy, przeznaczonego do superspecjalnych zadań.

Narada w „Wolfsschanze”

W   cztery   dni   po   nalocie   na   Peenemünde,   22   sierpnia,   odbyła   się   w   tajnej   kwaterze   Hitlera   pod 

Kętrzynem poufna narada, której tematem był problem dalszej produkcji tak niecierpliwie oczekiwanej przez 
führera „cudownej broni” dalekiego zasięgu.

W   konferencji,   obok   gospodarza   kwatery   i   najwyższego   dowódcy   Sił   Zbrojnych,   wzięli   udział: 

reichsführer   SS   i   szef   niemieckiej   policji   Heinrich   Himmler   oraz   Albert   Speer,   minister   uzbrojenia   i 
produkcji   wojennej.   W   roli   ekspertów   do   spraw  „Wunderwaffe”   wystąpili:   generał   artylerii   Walter 
Dornberger i standartenführer SS dr Wernher von Braun, szef HVP w Peenemünde.

Hitler   z   trudem   hamował   złość.   Interesował   się   osobiście   postępem   prac   przy   budowie   broni   V, 

przydzielił na ten cel ogromne środki, a tu lotnictwo nieprzyjaciela omal nie pokrzyżowało jego planów.

Jeszcze w marcu 1939 roku führer odwiedził poligon doświadczalny Wehrmachtu w Kummersdorf i 

kazał   przedstawić   sobie   wyniki   dotychczasowych   prac   nad   samolotem-pociskiem  V-1,   zwanym   też 
samolotem bez pilota. Wystrzelono wtedy jeden egzemplarz nowej broni, co wywołało jego entuzjazm. 
Gratulował sukcesu generalicji i specjaliście od konstrukcji rakiet, baronowi Wernherowi von Braun. Pod 
wrażeniem tej wizyty 23 maja 1939 roku podczas odprawy najwyższych wojskowych, która odbyła się w 
Kancelarii Rzeszy, Hitler oświadczył:

Każda broń użyta w wojnie może zadecydować o powodzeniu, dopóki nie dysponuje nią wróg. Mam tu  

na względzie zarówno użycie gazów trujących, jak również lotnictwa, broni pancernej i lodzi podwodnych...  
Jeżeli oddziaływanie tych broni nie będzie decydujące, wówczas zastosujemy genialny chwyt: zaskoczenie  
przeciwnika
...

W rok później wybudowano zakłady w Peenemünde oraz utworzono tutaj specjalny oddział wojsk 

technicznych,   który   otrzymał   nazwę   Versuchskommando   Nord.   W   lipcu   1943   r.   był   gotowy   program 
produkcji „cudownej broni”. Aż tu jak grom z jasnego nieba bomby na tajny obiekt, zdawałoby się nie do 
wykrycia przez wrogi wywiad i lotnictwo!

Niewesołe mieli miny uczestnicy obrad. Bijąc pięścią w stół, zdenerwowany Hitler zażądał odtworzenia 

urządzeń produkcji „Vergeltungswaffe” w nowym miejscu.

— Dam w tym celu wszystko, czego potrzeba! — krzyczał coraz głośniej.  — Pieniądze, materiały, 

ludzi. Ludzi? Ile chcecie? Sto, dwieście tysięcy?

Minister Speer, rzeczowo myślący inżynier, postawił pytanie, gdzie teraz urządzić „nowe Peenemünde”. 

Zaraz też sam udzielił odpowiedzi, proponując przeniesienie produkcji V-1 i V-2 pod ziemię.

— Po to przecież zleciłem mojemu pomocnikowi Jägerowi opracowanie planu rozwinięcia produkcji 

wojennej w budowlach podziemnych — uzupełnił swój wywód ulubieniec Hitlera. — Dysponujemy obecnie 
całym systemem tuneli wykutych w tym celu w skale w różnych częściach kraju.

Wódz III Rzeszy słuchał uważnie, potakiwał skinieniem głowy, przenosił wzrok kolejno na wszystkich 

background image

obecnych.   Von  Braun   wyprostował   się   odruchowo.   Z   uwielbieniem   wpatrywał   się   w   tego  zmęczonego 
człowieka   o   zapadłych   oczach,   tak   niepodobnego   do   Hitlera,   jakiego   pamiętał   z   jego   wizyt   w 
Kummersdorfie, a później w Peenemünde.

— Moja służba budowlana SS przygotowuje dalsze podziemne obiekty — wtrącił Himmler, zazdrosny 

o   inicjatywy   w   obecności   kanclerza.  —   W   miejscu,   w   którym   będziemy   produkować   Wunderwaffe, 
założymy nowy obóz koncentracyjny. Uderzenie tej broni, mein Führer, będzie straszne!

Himmler zyskał tyle, że udało mu się przeforsować swojego człowieka, SS-standartenführera dr. Hansa 

Kammlera, na stanowisko pełnomocnika rządu do spraw budowy fabryki i produkcji broni V.

Hitler   zgodził   się   na   przedłożone   wnioski   bez   chwili   wahania.   Ustalono,   że   fabrykę   podziemną 

uruchomi się w tunelach i sztolniach góry Kohnstein w Turyngii.

—   Znajdują   się   tam   dwa   korytarze   długości   dwóch   kilometrów,   co   prawda   jeden   jeszcze   nie 

wykończony, oraz czterdzieści sześć hal — objaśnił Speer, zwany „architektem diabła”. — Są to ogromne 
pomieszczenia, jakby stworzone do produkcji długich serii V-1 i V-2. To najodpowiedniejsze miejsce do tego 
celu w całej Europie. Mimo to, moim zdaniem, będzie tam zbyt ciasno i dlatego uważam, mein Führer, że 
trzeba pomyśleć o rozbudowie. Góry Harcu nadają się do tego celu wybornie.

*

Speer i Himmler mieli doskonale zorganizowany aparat wykonawczy. Tylko nieświadomych tego faktu 

mogłoby ogarnąć zdumienie, że już 28 sierpnia, zaledwie w 4 dni po odprawie w bunkrze pod Kętrzynem, 
pierwszy   transport   więźniów   obozu   koncentracyjnego   Buchenwald   wyładował   się   z   esesmańskich 
ciężarówek   u   podnóża   Kohnsteinu,   8   kilometrów   na   północny   zachód   od   miasteczka   Nordhausen.   W 
błyskawicznym tempie założono tutaj komenderówkę, utajnioną pod kryptonimem „Dora”.

Nim upłynęło sześć tygodni, fikcyjna firma Mittelwerke otrzymała oficjalne zamówienie od dowództwa 

Sił Lądowych na wykonanie 12 000 rakiet V-2. Data tego pierwszego zlecenia: 19 października 1943 r.

,,Broń odwetowa”  Hitlera  wyszła  z  fazy doświadczeń. Już  niedługo, wprowadzona  do akcji,  miała 

zaskoczyć cały świat i sterroryzować ludność cywilną Wysp Brytyjskich.

Wernher von Braun - „Baron Rakiet”

Nalot na Peenemünde nie zniechęcił Wernhera von Brauna do kontynuowania pracy nad bronią V. Już 

następnego   dnia   po   bombardowaniu   złożył   on   władzom   meldunek,   w   którym   stwierdził,   że   ponowne 
podjęcie doświadczeń i produkcji jest możliwe w ciągu około 4 tygodni. Chodziło głównie o odtworzenie 
dokumentacji, gdyż spaliły się rysunki techniczne, które z ośrodka na wyspie Uznam powinny być wysłane 
do fabryk mających produkować poszczególne części rakiet.

Von Braun nie rezygnował nawet w obliczu wielkich trudności. Wierzył, że kiedyś przyczyni się do 

podbicia przez uczonych niemieckich przestrzeni kosmicznej. To, że tymczasem wyniki jego prac będą użyte 
do zbrodniczych celów, wcale mu nie przeszkadzało. Przeciwnie, on właśnie, doktor nauk technicznych, 
pierwszy podsunął Himmlerowi myśl o wykorzystaniu przy produkcji „Vergeltungswaffe” więźniów obozów 
koncentracyjnych. Był bezwzględny — do celu szedł po trupach.

Jeszcze przed objęciem władzy przez Hitlera Werhner von Braun został członkiem NSDAP, a w kilka 

lat później nosił już mundur sturmbannführera SS. Jako student fizyki w Berlinie i Zurychu dzięki rozległym 
stosunkom   swojego   ojca  —   barona   i   militarysty,   pozyskał   zaufanie   ministerstwa   Reichswehry.   W 
dwudziestym   roku   życia   został   asystentem   naukowej   komórki,   prowadzącej   zakamuflowane   prace   nad 
bronią   rakietową.   Jego   praca   doktorska   nosząca   tytuł:  „Konstruktywny,   teoretyczny   i   eksperymentalny 
przyczynek do problemu rakiet pracujących na paliwie płynnym”, uznana za obronnomilitarną, nie została 
opublikowana.

Kiedy von Braun i późniejszy generał Dornberger uporczywie nękali szefów armii prośbami o pieniądze 

na   doświadczenia,   prowadzone   początkowo   na   tajnym   poligonie   w   Kummersdorfie   pod   Berlinem, 
powiedziano im, że dostaną tę sumę tylko wówczas, gdy rakiety będą mogły przy dostatecznej celności 
przenieść duży ładunek wybuchowy na dalszą odległość. W swej gorliwości przyrzekli zrobić wszystko, 
czego od nich żądano. Wiedzieli zatem, że zamiast pojazdu skierowanego do gwiazd będą konstruować 
śmiercionośne pociski.

W   1936   r.   znalazły   się   środki   na   budowę   rozległego   Ośrodka   Doświadczalnego  —   poligonu   w 

Peenemünde, gdzie jednocześnie były prowadzone prace nad samolotem-pociskiem, czyli V-1, i nad rakietą 

background image

bojową V-2. Teraz von Braun nie mógł już uskarżać się na brak warunków do pracy. Dysponował olbrzymim 
terenem, dobrze wyposażonymi zakładami doświadczalnymi, najlepszymi fachowcami, dostateczną liczbą 
niewolników   do   ciężkich   prac   i   niemal   nieograniczonymi   środkami   finansowymi,   płynącymi   z   kas 
państwowych.

Jednakże postęp prac nad rakietą nie zadowalał Sztabu Generalnego. Pierwsze prototypy — A-1 i A-2 

— nie zdały praktycznie egzaminu, nie odpowiadały tym warunkom, jakie stawiał Wehrmacht. Dopiero 
trzeci prototyp — A-3 — stanowił zalążek broni, o którą dopominało się wojsko. Długość pocisku wynosiła 
6,5 metra, średnica — 75 cm, waga — 750 kg. Komora spalinowa zużywała 450 kg materiału napędowego i 
po 45 sekundach rakieta mogła osiągnąć moc 1500 koni mechanicznych. Przewidywana wysokość lotu miała 
wynosić 12 000 m. W listopadzie 1937 r. wystrzelono dwie sztuki A-3, ale osiągnęły one wysokość zaledwie 
100 metrów i spadły do morza.

Generałowie niecierpliwili się. I chociaż von Braun i Dornberger wciąż zapewniali, iż wkrótce rakieta 

będzie   odpowiadała   stawianym   wymaganiom,   w   rzeczywistości   wiele   elementów   potrzebnych   do 
zbudowania   tego   rodzaju   broni   nie   istniało   nawet   w   projektach.   Armia   żądała   wielkich,   potężnych   i 
dalekosiężnych pocisków.

Wtedy  „Baron Rakiet” zlecił swemu zespołowi zaprojektowanie nowej wersji pocisku. Miał to być 

kolos w porównaniu z poprzednimi typami, o czym świadczyły wymownie jego dane techniczne: długość — 
14,2 m, ciężar — 12,8 tony, pojemność zbiorników na paliwo — 8,8 tony, prędkość początkowa po starcie 
— 1700 metrów na sekundę, zasięg — 250—300 km, szczytowy punkt krzywej balistycznej po odpaleniu — 
ponad 100 km i ładunek 1005 kg silnego materiału wybuchowego w głowicy bojowej. Nowością był skład 
paliwa: bezwodny nadtlenek wodoru oraz alkohol z dodatkiem wody.

Tak   zrodził   się   prototyp   A-4.   Prace   nad   rozwiązaniem   wszystkich   konstrukcyjnych   problemów, 

umożliwiających zbudowanie  „cudownej broni”, trwały nadal. Nie szczędzono pieniędzy, ludzi i cennych 
surowców. Wreszcie 25 lutego 1942 roku na stanowisku w Peenemünde znalazł się pierwszy egzemplarz V-
2
. Broń, o której od sześciu lat marzył Hitler i jego sztabowcy, była gotowa do próbnego wystrzelenia.

Pierwszy eksperyment nie przyniósł spodziewanych wyników. Rakieta została wprawdzie wystrzelona, 

ale   wybuchła   na   wysokości   jednego   metra.   Nie   powiodła   się   również   próba   z   drugim   egzemplarzem. 
Dopiero czwartą rakietę udało się z powodzeniem wystrzelić 3 października tegoż roku. Teraz można już 
było rozpocząć seryjną produkcję.

W styczniu 1943 r. do akcji wkroczył Albert Speer, odpowiedzialny za zorganizowanie produkcji. W 

lipcu zakończono przygotowania, ale po nalocie alianckich samolotów na Peenemünde musiano do planów 
wprowadzić zmiany. Po zbombardowaniu dwu innych zakładów, w których także zamierzano ulokować 
część produkcji, pozostały już tylko tunele pod górą Kohnstein.

Grypsy w bandażach

W   połowie   września   1943   roku   z  „Dory”   do   Buchenwaldu   podążały   ciężarówki,   wiozące   trupy 

zmarłych i zakatowanych więźniów do krematorium.

Obowiązywał przepis władz SS, w myśl którego, zanim skierowano ciało do buchającego ogniem pieca, 

buchenwaldzcy więźniowie-lekarze z komanda Patologia musieli sprawdzić, czy każdy z nieżyjących ma 
przymocowany do ręki lub nogi względnie zawieszony na szyi lub też czytelnie wypisany na piersi numer 
oraz czy w załączonej liście zmarłych opisana została przyczyna zgonu.

Gdyby jednak ktoś obserwował tych lekarzy, mógłby zauważyć, że specjalnie interesowały ich zwłoki 

więźniów z opatrunkami na lewej ręce. Te właśnie ciała zabierali w pierwszej kolejności do baraku Patologii, 
gdzie  — w myśl dyspozycji Instytutu Higieny Waffen SS  — mieli dokonać w celach pseudonaukowych 
sekcji wszystkich zwłok. W baraku Patologii bardzo starannie zdejmowali papierowe bandaże z lewych rąk 
zmarłych   i   przekazywali   owe  „opatrunki”   jednemu   z   kolegów.   Ten   niezwykle   uważnie   przyglądał   się 
bandażom i z zapisanych na nich cyfr odczytywał informacje. Rzędy cyfr stanowiły bowiem kod ustalony 
między wspomnianym lekarzem, członkiem Międzynarodowego Komitetu Obozowego, a przedstawicielem 
podziemia „Dory”, zresztą również lekarzem. Tą osobliwą drogą korespondowali ze sobą: dr Emil Hršel i dr 
Jan Čespiva, dwaj Czesi.

Kluczem   kodu   był   podręcznik   lekarski  „Grundriss   der   gesamten   praktischen   Medizin”*.   Jeden 

egzemplarz   tej  książki   miał   w  „Dorze”   dr  Čespiva,  drugi  —  dr  Hršel  w   Buchenwaldzie.  Wypisane  na 
bandażach cyfry oznaczały stronę w podręczniku i kolejną literę na danej stronie.

* Podstawowy zarys ogólnej parktycznej medycyny (niem.)

background image

W ten oto sposób powstająca właśnie w  „Dorze” tajna organizacja więźniów zawiadamiała MKO w 

Buchenwaldzie o najważniejszych wydarzeniach, które zaszły w podobozie pod Nordhausen.

Tego dnia zaszyfrowane na bandażach trupów informacje musiały być wyjątkowej wagi, gdyż Hršel, z 

trudem kryjąc podniecenie, nie czekając końca dyżuru opuścił spiesznie blok Patologii i szybkim marszem 
podążył   do   bloku   nr   38.   Tutaj,   wśród   niemieckich   więźniów   politycznych,   mieszkał   Walter   Bartel, 
przewodniczący MKO. Pełnił on funkcję pisarza blokowego.

Czech zastał go na szczęście samego, zajętego szykowaniem porcji chleba i margaryny dla kolegów — 

więźniów, którzy za godzinę mieli wrócić ze swoich komand roboczych.

— Słuchaj, stary! To dziwna historia — oznajmił przybysz ściszonym głosem. — Jan donosi z „Dory”, 

że   SS,   Wehrmacht   i   Abwehra   montują   taśmę   dla   produkcji   jakiejś   nowej,   nie   znanej   broni.   Ma   to  się 
nazywać bronią V. Jakaś „broń odwetowa” — mówiąc to raz po raz rzucał czujne spojrzenia ku drzwiom.

Bartel, jak zwykle oszczędny w słowach, stwierdził:
— Wszystko jest możliwe. Nasz wywiad z Gustloff-Werke także doniósł, że w hali Mi-Bau reguluje się 

jakieś urządzenia nie stosowane w żadnym z dotychczas używanych rodzajów broni. Hitlerowcy przywożą 
to wyłącznie nocą. Pewien cywilny inżynier wygadał się niechcący, że ów sprzęt ma służyć do sterowania.

— A to dranie wymyślili... — w zamyśleniu powiedział Czech.
— Nic to — klepnął go przyjacielsko po ramieniu drobny, szczupły Niemiec o zaciętym wyrazie twarzy 

— dobierzemy się i do tej „Vergeltungswaffe”. Poradzę się naszych specjalistów z organizacji, to raz. W tych 
dniach   jedzie   nowy   transport   do  „Dory”,   to   dwa.   Włączymy   do   niego   kilkunastu   wypróbowanych 
towarzyszy, dobrych konspiratorów, niech wzmocnią tamtejszą organizację.

—   Przydałby  się   tam   drugi   Albert...  —   westchnął   czeski   komunista.  —   Tylko   ktoś   taki...  —   nie 

potrzebował kończyć. Miał na myśli poprzedniego przywódcę organizacji podziemnej, który wyjechał na 
komenderówkę, gdyż tutejsze gestapo zaczęło się nim zbytnio interesować. Był to wybitny działacz, członek 
KC KPD i poseł do Landtagu Prus.

Bartel chwycił go mocno za ramię.
— Człowieku, spod serca mi to wyjąłeś! Świetna myśl, słuszny pomysł. Drugi Albert Kuntz... Tylko 

dlaczego drugi? Nie rozumiesz?  — roześmiał się, widząc zdumienie na twarzy przyjaciela.  — Przecież 
można   załatwić,   żeby   ściągnięto   go   z   Kassel   do  „Dory”.   Tam   szefem   biura   budowlanego   SS   jest 
untersturmführer Hünefeld, on zna Alberta jeszcze z Buchenwaldu i ceni go jako fachowca. Trzeba mu tylko 
jakoś podsunąć ten pomysł tak, aby wyglądało, że wyszedł od niego. Załatwi się!

*

Już   od   zimy   1939   r.   Albert   Speer   pozostawał   w   ścisłym   kontakcie   z   ośrodkiem   doświadczalnym 

Wehrmachtu   i   Luftwaffe   w   Peenemünde,   choć   w   owym   czasie   nie   był   jeszcze   ministrem   uzbrojenia   i 
produkcji   wojennej.   Brał   jednak   udział   w   pracach   nad   bronią   typu   „A”   jako   osoba   odpowiadająca   za 
realizację i potrzeb budowlanych HVP. Chętnie przebywał — jak sam pisał później — na wyspie Uznam w 
gronie naukowców i wynalazców, którymi kierował dwudziestosiedmioletni wówczas Wernher von Braun.

Speer nie ukrywał fascynacji tym, w czym było, jak się wyraził, coś z planowania cudu. Nie byłby 

inżynierem-architektem, gdyby „ci technicy ze swymi fantastycznymi wizjami” nie wywarli na nim dużego 
wrażenia. Posunął się nawet do tego, że kiedy późną jesienią 1939 r. cofnięto  — przejściowo zresztą  — 
projektowi rakiety priorytet, on sam, bez wiedzy Hitlera, w porozumieniu z zarządem uzbrojenia wojsk 
lądowych dalej finansował rozbudowę urządzeń w Peenemünde. Stał więc niejako u kolebki późniejszej 
broni V-2, tej samej, o której powie po wojnie, że była absurdem nieefektownym i kosztownym.

13   czerwca   1942   roku,   już   jako   wszechwładny   minister   i   osoba   odpowiedzialna   za   organizację 

produkcji broni V, leciał do Peenemünde w towarzystwie szefów uzbrojenia trzech rodzajów sił zbrojnych: 
feldmarszałka Milcha, admirała Wizella i generała pułkownika Fromma, by obserwować start pierwszej 
zdalnie sterowanej rakiety.

Oto jego wrażenia:

Obłoczki   pary   wskazywały,   że   napełniono   zbiorniki   materiałem   pędnym.   W   określonej   sekundzie,  

początkowo   jakby   ociągając   się,   potem   jednak   z   rykiem   niepohamowanego   olbrzyma   rakieta   powoli  
podniosła się ze swej podstawy, wydawało się przez ułamek sekundy, że zatrzymała się na słupie ognia, by  
następnie   z   wyciem   zniknąć   w   niskich   chmurach.   Wernher   von   Braun   promieniał,   ja   natomiast   byłem 
oszołomiony dziełem cudu techniki, jego precyzją oraz przezwyciężeniem wszystkich praw siły ciążenia, w  
wyniku czego 13 ton mogło być bez mechanicznego napędu wyrzucone pionowo w górę i zwiększać prędkość  

background image

lotu *.

Zaraz po tym ulubieniec Hitlera słuchał objaśnień specjalistów, kiedy nagle, po upływie półtorej minuty, 

zebrani usłyszeli ogłuszający wybuch. Rakieta spadła w odległości zaledwie kilometra od zgromadzonego 
sztabu wojskowych i inżynierów. Ciarki przebiegły ministrowi wzdłuż grzbietu, kiedy podwieziono ich na 
miejsce eksplozji i zobaczyli wrak rozbitego pocisku. W jakiś czas po wypadku Speer dowiedział się, że 
zawiodło sterowanie.

Kiedy 14 października tegoż roku mógł zakomunikować kanclerzowi Rzeszy, że rakieta wzniosła się 

ponad 100 kilometrów w przestrzeń, uderzyła go gwałtowna zmiana nastroju dyktatora. Führer, który do tej 
pory miał wiele zastrzeżeń i wątpliwości co do skuteczności broni rakietowej, z miejsca przeszedł w stan 
euforii, wysuwając zbyt wygórowane życzenia: zażądał mianowicie, aby już przy pierwszym ataku  V-2 
użyto 5 tysięcy sztuk nowej broni. Był to postulat nierealny.

22   grudnia   1942   r.   Speer   przedłożył   swemu   führerowi   do   podpisu   rozkaz,   dotyczący   rozpoczęcia 

produkcji   seryjnej,   mimo   że   prace   nad   rakietą   nie   były   jeszcze   skończone.   Speer   wierzył,   że   owe 
przygotowania osiągną finał najpóźniej w lipcu 1943 r.

Pomylił   się   w   swoich   rachubach,   jak   zresztą   wszystkie   odpowiedzialne   asy  hitlerowskie,   wierzące 

jeszcze wówczas w „Wunderwaffe”.

Tunele „Dory”

Kiedy   28   sierpnia   1943   roku   pierwsi   więźniowie   w   liczbie   stu   siedmiu   przywiezieni   tutaj   z 

Buchenwaldu wysiedli z ciężarówek na zachwaszczonym i zarośniętym krzewami polu u stóp Kohnsteinu i 
rozejrzeli   się   dokoła,   pierwszą   ich   myślą   było,   że   oszukano   ich,   że   przywleczeni   zostali   na   stracenie. 
Zewsząd ziało pustką, a z pokrywającego górę lasu wiał dojmujący chłód. Tylko drut kolczasty, okalający 
znaczny obszar, nasuwał porównanie z obozem koncentracyjnym.

Fritz  Pröll,  młody  niemiecki  komunista,  ale  stary, bo już od ośmiu lat,  więzień Hitlera, specjalnie 

przysłany tutaj przez kierownictwo tajnej organizacji buchenwaldzkiej z zadaniem założenia w „Dorze” jej 
odpowiednika, dostrzegł zamaskowany rozpiętymi na wysokich słupach brunatno-zielonymi sieciami wjazd 
do jakiegoś tunelu, najwidoczniej przebitego pod górą, i serce podskoczyło mu z wrażenia do gardła. Powoli 
zaczął domyślać się jego przeznaczenia, rodzaju pracy na tej niesamowitej komenderówce.

Podczas gdy brutalni konwojenci z psami na smyczy wydając wrzaskliwe komendy ustawiali więźniów 

dziesiątkami, Pröll wymienił błyskawiczne spojrzenia z przyjaciółmi. Oni też przypuszczali, że powtórzy się 
historia z Buchenwaldu, gdzie trzeba było karczować puszczę i budować lager od fundamentów. To pewnie 
dlatego   ich   nieliczny   transport   składał   się   wyłącznie   z   wykwalifikowanych   rzemieślników.   Za   nimi   na 
pewno przyjdą inni. Setki, tysiące robotników — niewolników zbudują baraki i wszelkie inne urządzenia, 
setki i tysiące ludzi padną przy tym z wyczerpania. Zaczną, rzecz prosta, od pomieszczeń dla SS-manów. 
Gdzie będą spali więźniowie? Pröll szukał w myślach odpowiedzi na pytanie, co za tajemniczy tunel kryje 
się   pod   tą   ponurą   górą   i   co   się   w   nim   rozegra.   Spojrzał   na   Heinza   Schneidera,   desygnowanego   przez 
Buchenwald na funkcję kapo tutejszego szpitala, który jeszcze nie istniał, i na doktora Čespivę — obaj mieli 
zatroskane, o zaciętym wyrazie twarze.

Mały, zaimprowizowany apel dobiegł końca. Nikogo nie brakowało.
— Jazda! Ruszać się! Do roboty! — rozległa się gardłowa komenda strażników. — Rozbijać namioty! 

Nie przyjechaliście tutaj, „czerwone ptaszki”, do sanatorium!

*

Albert   Kuntz   minął   drewnianą   budkę   wartowni   z   obsługą   ciężkiego   karabinu   maszynowego   i 

zameldował się oberscharführerowi Seidlerowi, siedzącemu w kantorze na podwyższeniu, tuż za wejściem 
do tunelu B. Jako technik obozowy, faktycznie kapo komanda budowlanego, cieszący się z racji umiejętności 
zawodowych   uznaniem   samego   komendanta   obozu,   mógł   z   nieporównanie   większą   swobodą   niż   inni 
więźniowie poruszać się po całym obszarze „kacetu” — tak naziemnym, jak też w obu tunelach i sztolniach. 
Był to wyjątkowy przywilej, gdyż zwyczajny więzień nie mógł, pod groźbą dotkliwej kary, opuszczać swego 
miejsca pracy.

* Albert Speer, Wspomnienia, Warszawa 1973.

background image

Nie oznaczało to jednak, że wolno mu było zaglądać bezkarnie do każdego komanda i każdej grupy 

roboczej,   zatrudnionej   przy   produkcji   i   montażu   broni  V.   Gdzie   nie   mógł   dotrzeć,   tam   miał   swoich 
obserwatorów  i  informatorów.  Kiedy decydował  się  na  osobistą   wyprawę  w  ściśle  tajne  rejony,  musiał 
zaopatrzyć się w „żelazne” alibi i dużą dozę determinacji, jako że „podpaść” było bardzo łatwo.

Całe szczęście, ze przynajmniej te korytarze wykuli sami, bez wykańczania więźniów... — pomyślał w 

pewnej chwili. Jeszcze nie wiedział, że ani jeden z cywilnych robotników, którzy zbudowali podziemną sieć 
pomieszczeń, nigdy nie ujrzał wolności, że wymordowano wszystkich.

Minąwszy   kantor   Kuntz   przeszedł   obok   sześciu   ogromnych   kranów,   służących   do   przeładunku 

cięższych  materiałów   i   sprzętu   z   wagonów   na   wózki   elektryczne,   kursujące   na   szynach  po  olbrzymim 
labiryncie   pod   ziemią.   Na   drugim   torze   stały   wagony  —   otwarte   platformy   długiego   składu   pociągu, 
rozpoczynającego się jeszcze przed wejściem do tunelu. Główny rozrząd — wiedział o tym — znajdował się 
u   drugiego   wylotu   korytarza.   Wszędzie   panował   ogromny   ruch;   szczególnie   intensywnie   pracowały 
komanda transportowe, popychając swoje wózki załadowane sprzętem i kierując je do rozgałęziających się 
na obie strony hal produkcyjnych. Ogromny szum i gwar mieszał się z warkotem setek maszyn. Ta piekielna 
kakofonia przechodziła wszelkie wyobrażenie. Porozumiewano się wyłącznie krzykiem.

Trzy tygodnie minęły od dnia, kiedy Albert Kuntz, przeniesiony z komenderówki Kassel, wezwany 

został do stawienia się w budynku nr 65 u komendanta obozu, sturmbannführera Otto Förschnera. Ten 
nienawidził komunistów z całej duszy, ale był człowiekiem interesu.

— Liczę na zmysł organizacyjny, doświadczenie i fachową solidność więźnia — tymi słowami powitał 

Kuntza. — Sam widzisz, ile jest tu do zrobienia. Właściwie to wszystko trzeba zaczynać od początku. Baraki 
mieszkalne dla załogi SS, szpital, kuchnię, no, co będę wyliczał, sam wiesz dobrze. Wszystko zależy od 
biura budowlanego. Stawiam na waszą lojalność jako Niemca... — spojrzał podejrzliwie, z surową naganą 
we wzroku.

— Do „Dory” skierowano mnie jako fachowca, panie komendancie, i nie mam zamiaru uprawiać tutaj 

polityki  —   odparł   z   niezmąconym   spokojem   potężnie   zbudowany   więzień   o   okrągłej   twarzy   i   mocno 
zarysowanym podbródku, znamionującym upór.  — Zależy mi tylko na właściwych warunkach pracy w 
komandach. Najgorsze jest to, że prawie wszyscy więźniowie sypiają w sztolniach. To osłabia ich wydajność 
i...

Zniecierpliwiony SS-man przerwał mu machnięciem ręki.
— Chyba się nie zrozumieliśmy, wy... Pierwsza sprawa, to wygodne pomieszczenia dla załogi SS i 

szybkie wykończenie sztolni. Więzień zechce to sobie zapamiętać najłaskawiej — w głosie „trupiej czaszki” 
zabrzmiało   szyderstwo.  —   Produkcja   jest   najważniejsza.   Niezwyciężony   Wehrmacht   z   niecierpliwością 
czeka na owoc naszej pracy. O gnojków nie trzeba się martwić, reichsführer Himmler i pełnomocnik führera 
do spraw zatrudnienia Sauckel przyślą nam, ilu będzie potrzeba...

Kiedy Kuntz powtórzył swoją „rozmowę” z komendantem Pröllowi, który pracował jako zastępca kapo 

tworzonego dopiero pod namiotami rewiru, ten roześmiał się. Kuntz spojrzał zdziwiony.

— No, jak to on powiedział? Twój zmysł organizacyjny? Gdyby on wiedział, jakim to celom służy teraz 

twój zmysł organizacyjny, to by skonał ze śmiechu...

Fritz był prawą ręką Alberta montującgo sprężyste podziemie. Zdążyli już nawiązać tajne kontakty z 

grupami radziecką, francuską i polską.

Teraz   zaś   Kuntz   pod   pretekstem   koniecznej   rzekomo   konsultacji   z   biurem   konstrukcyjnym, 

mieszczącym się u północnego wylotu tunelu, z przepustką podpisaną przez untersturmführera Hühnefelda, 
przemierzał sieć korytarzy. Przecisnął się, obrzucany złym wzrokiem SS-manów, do tunelu A. Obserwował 
ruch   na   dwóch   torach   kolejowych:   jednym   nadjeżdżały   wagony   z   materiałami,   na   drugim   montowano 
pierwsze próbne rakiety. Wszędzie uwijali się więźniowie, popędzani przez kapo  — kryminalistów i SS-
manów.

Toż to całe podziemne miasto... — pomyślał z mimowolnym podziwem. Interesowały go zwłaszcza te 

sztolnie, w których przygotowywano poszczególne części  V-2, i sama taśma montażowa. Tułów rakiety 
powstawał na wagonach-platformach, które poruszały się na idącym przez środek tunelu torze kolejowym.

Kuntz udając obojętnego przechodnia, zajętego swoim zadaniem, pochłaniał chciwym okiem ten obraz, 

notował wszystko w pamięci. Jedna z brygad cięła odpowiednio hartowaną blachę. Następnie na oddziale 
ciężkich pras nadawano blasze odpowiednie kształty i tutaj powstawały części korpusu rakiet. Albert, ślusarz 
i technik budowlany w jednej osobie, bez  trudu orientował się w poszczególnych fazach produkcji. W 
nikłym blasku rzadko rozstawionych lamp elektrycznych miał okazję zobaczyć, jak z czterech części blachy, 
mających kształt ćwiartki walca, powstawał korpus strasznej broni.

Do hali 28 nie zaryzykował wejścia. Wiedział zresztą, że tam przygotowywane są precyzyjne elementy 

elektryczne   do  V-2.   W   sąsiednich   pomieszczeniach   prowadzono   montaż   innych   zespołów   rakiety  — 

background image

turbosprężarek, żyroskopów, pomp tłoczących, komór spalania paliwa, sterów, stabilizatorów i czujników 
radioelektrycznych.   Nie   znał   przeznaczenia   tych   wszystkich  części,   za   to  udało  mu  się   dostrzec,   jak  z 
bocznych hal podwożono je do głównego tunelu A, gdzie następował montaż końcowy całych pocisków.

W pewnej chwili patrząc na setki detali i agregatów, które miały złożyć się na  „Vergeltungswaffe”, 

Kuntz poczuł zawrót głowy. Nad bronią pracowano bez przerwy, na trzy zmiany, mimo że obóz był dopiero 
w stadium organizacji. Nie bez trudu, myląc wzrok kommandoführera, mógł w jednym mgnieniu oka dojrzeć 
montaż fragmentu  „cygara”: do korpusu akurat wkładano dwa aluminiowe zbiorniki na materiały pędne: 
alkohol i ciekły tlen. Nie mógł już zobaczyć ani jak wstawia się do środka rakiety aparaty radiowe i podłącza 
je kabelkami do wytwornicy prądu, ani jak powstaje kadłub ogromnego pocisku o długości 14 metrów i 
wadze   blisko   13   ton.   Przy   montażu   nie   widziało   się   wielu   więźniów  —   zatrudniano   tutaj   przeważnie 
niemieckich cywilnych specjalistów.

Zwątpienie   wkradło  się  do  serca  przywódcy  podziemia.  Jakże   tu  można   coś   zepsuć,  uszkodzić  — 

myślał zatroskany — skoro każdy fragment taśmy montażowej jest ciągle kontrolowany. Wymijając wózki 
transportu wewnętrznego popychane przez aresztantów, z których każdy był maleńkim trybikiem w tym 
gigantycznym przedsięwzięciu, Kuntz musiał przechodzić obok majstrów  — cywilnych inżynierów i SS-
manów. Wszyscy oni pilnie nadzorowali pracę swoich niewolników. Prędko zorientował się, że również w 
każdym dziale samodzielnego podmontażu poszczególnych agregatów były przeprowadzane bardzo ścisłe 
kontrole techniczne. Na domiar wszystkiego istniał specjalny dział kontroli wewnętrznej, składający się z 16 
inżynierów. Dokonywane przez nich badania urządzeń i sprzętu były ostatnimi, po czym następował proces 
przekazywania rakiet wojsku, które ze swej strony jeszcze raz sprawdzało, czy broń odpowiada wszystkim 
stawianym wymaganiom.

A jednak musimy dobrać się do tego cielska... Kuntz z nienawiścią, ale i mimowolnym podziwem 

obrzucił   wzrokiem   kolosalne   cygaro   pocisku.   Nie   mógł   wiedzieć   jeszcze   tego  dnia,   że   po  odstrzeleniu 
rakieta miała nabrać prędkości ponaddźwiękowęj i lecieć na odległość do 300 kilometrów. Kiedy opuścił 
tunel A, zamrugał, oślepiony dziennym światłem. W chwilę potem ujrzał, jak imponujący korpus rakiety 
odwożono   na   bok,   do   ogromnego   magazynu   tuż   przed   stacją   kolejową.   Ze   ściągniętymi   brwiami   i 
zmarszczonym   czołem   patrzył,   jak   straszna   broń   przed   odtransportowaniem   na   wyrzutnię   poligonu 
doświadczalnego znika w przeznaczonym dla niej przejściowym pomieszczeniu.

Nadzieje bankrutów

Hitler  był  dobrej  myśli.  Jego  „Vergeltungswaffe”  prezentowała się imponująco; nawet pierwsze  jej 

wydanie, czyli V-1, niewielki samolot bez pilota. Co prawda minister Speer był zdania, że jak dla tego typu 
broni ma ona zbyt małą prędkość i radził führerowi, by wydał rozkaz zezwalajacy na start tylko przy niskim 
pułapie chmur, ale kanclerz nie brał tego pod uwagę. Był wręcz zafascynowany. Przypuszczał, że nowa broń 
wywoła w obozie przeciwnika zamieszanie, przerażenie i dezorganizację.

Szczegółami technicznymi specjalnie się nie interesował. Ponieważ jednak wielokrotnie mówiono mu, 

że   aparatura  V-1  jest   tak  precyzyjna,   iż   najmniejsza   niedokładność   w   konstrukcji   czy   produkcji   mogła 
całkowicie zmienić kierunek albo zasięg pocisku — zlecił ekspertyzę lotu doświadczonym pilotom. Istotnie, 
stwierdzili oni spore jeszcze usterki w nie dość precyzyjnych urządzeniach kontrolujących stery, jak i w 
budowie   kadłuba.   Do   zakładów   produkujących   wadliwe   części   przesłano   stosowne   uwagi,   polecając 
natychmiastowe zlikwidowanie braków.

W  tym samym czasie Hitler szykował Anglikom daleko większą niespodziankę, następną odmianę 

broni odwetowej:  V-2. Pamiętał przecież swą wizytę w Kummersdorfie. Zachwycił się wtedy, patrząc na 
szybującą gigantyczną rakietę o długości ponad 14 metrów i wadze blisko 13 ton.

Później zrelacjonowano mu przebieg eksperymentów z próbnym wystrzeleniem V-2, przeprowadzonych 

latem 1942 r. w Peenemünde. 14 października Speer mógł mu zakomunikować radosną wiadomość: rakieta 
przeleciała odległość 190 kilometrów, odchylając się od celu zaledwie o 4 km. 22 grudnia kanclerz podpisał 
rozkaz o seryjnej produkcji tej broni.

7   lipca   1943   r   zaprosił   Speera,   Dornbergera   i   Brauna   do  „Wolfsschanze”.   W   sali   kinowej 

współpracownicy „Barona Rakiet” przygotowali projekcję filmu. Hitler po raz drugi oglądał odrywającą się 
od ziemi i znikającą w atmosferze dużą rakietę. Szczegóły wyjaśniał Braun. Kanclerz był podniecony, już 
widział zwycięską ofensywę „Vergeltungswaffe”.

A jednak nie przystąpiono jeszcze wtedy do produkcji seryjnej. Ani zaraz, ani jesienią, ani nawet zimą...
Peenemünde... Hitler prędko otrząsnął się z przygnębienia wywołanego bombardowaniem i pożarem 

bazy jego  „Wunderwaffe”. Wiedział już, że nalot pozbawił go 300 rakiet miesięcznie, których produkcję 

background image

zaplanowano w tym ośrodku, ale da się to z nawiązką uzupełnić w tunelach Kohnstein. Tu przewidziano 900 
sztuk co miesiąc. Razem z zakładem „Rax-Werke” w Wiener Neustadt i fabryką Zeppelin w Friedrichshafen 
1500 egzemplarzy straszliwej, „cudownej” broni...

Nie  mógł jeszcze  wtedy  wiedzieć, że  oba  ostatnie  obiekty  już wkrótce  zostaną  zbombardowane, a 

resztki aparatury i sprzętu pojadą do „Dory”.

*

Tego samego dnia kiedy pierwszy transport więźniów przyjechał do Nordhausen, aby dać początek 

nowemu „kacetowi” o kryptonimie „Dora”, Joseph Goebbels zanotował w swoim dzienniku:

Führer   tak   jak   dotychczas   stoi   na   stanowisku,   żeby   Anglikom   odpłacić...   za   to   wszystko,   co   nam  

uczynili... Führer sądzi, że nasz odwet będzie mógł być rozpoczęty w końcu stycznia lub na początku lutego 
za pomocą broni rakietowej. Dowiedziałem się po raz pierwszy od führera, że wielka bomba rakietowa waży  
14 ton.

Przypuszczenia te okazały się przedwczesne. Pierwsze próbnie odpalane rakiety eksplodowały zbyt 

wcześnie,   przy   wchodzeniu  w   stratosferę.   Speer   był   przekonany,   że   niepowodzenia   spowodowane   były 
błędami konstrukcyjnymi. Zapewne. Tylko że nie był to jedyny powód. Było ich więcej. Ani on, ani sam 
kanclerz,   ani   tuba   propagandowa   hitlerowców   -—   Goebbels,   nie   wzięli   pod   uwagę,   że   ich   planami 
zainteresowali się antyfaszyści z „Dory”...

Krótka historia „Rax-Werke”

Z dniem 1 stycznia 1943 roku zakład  „Wiener Lokomotiv — fabrik AG”, zlokalizowany w Wiener-

Neustadt, został przemianowany na  „Rax-Werke”. Wkrótce potem zatrudnieni w nim Niemcy i robotnicy 
obcokrajowcy przekonali się, że nie była to tylko zmiana nazwy: zniknęły lokomotywy, a w to miejsce 
zaczęto szykować taśmę produkcyjną dla tajnej broni „Aggregat 4”, nazwanej później V-2. Fabryka została 
podporządkowana resortowi Alberta Speera.

Dopiero 17 lipca tego samego roku Wernher von Braun podpisał dokument, który stwierdzał, że rakiety 

będą montowane w trzech miejscach: Peenemünde, w  „Zeppelin-Werk” koło Friedrichshafen i w  „Rax-
Werke” pod Wiedniem. W tym ostatnim zakładzie urządzono olbrzymią halę produkcyjną o długości ponad 
300 metrów. W jej północnym końcu przysposobiono i wybetonowano rów montażowy, gdzie zamierzano 
poddawać   pociski   rakietowe   próbom   kontrolnym   w   pozycji   stojącej.   Równocześnie   w   pobliskim   lesie 
rozpoczęto budowę zakładów, które miały produkować części do V-2. Dyrektorem całości mianowany został 
Albin Sawatzky, członek NSDAP odznaczony Krzyżem Rycerskim. Pod jego kierownictwem roboty ruszyły 
pełną parą.

Brytyjska służba wywiadowczo-informacyjna orientowała się w hitlerowskich planach produkcji rakiet, 

o czym może świadczyć fakt, że wszystkie trzy ośrodki związane z produkcją V-2 zostały zbombardowane 
przez RAF: zakłady Zeppelina w dniu 22 czerwca 1943, czyli przed podpisaniem wspomnianego wyżej 
dokumentu, „Rax-Werke” 13 sierpnia i Peenemünde w nocy z 17 na 18 sierpnia tego samego roku. Zakład 
we Friedrichshafen został całkowicie zlikwidowany; ale w  „Rax-Wefke”, które znajdowało się dopiero w 
fazie przygotowań, nalot nie wyrządził większych szkód.

Jeszcze   pod   koniec   czerwca   1943   roku   tutejsza   wielka   hala   montażowa   została   otoczona   drutem 

kolczastym, naładowanym prądem elektrycznym, a 1 lipca nadszedł pierwszy transport 500 więźniów obozu 
koncentracyjnego Mauthausen. Nowo założoną komenderówkę utajniono pod niewinnie brzmiącą nazwą 
„Arbeitslager Wiener-Neustadt”. 8 sierpnia przywieziono dalszych 700 więźniów, w tym 200 Polaków i 150 
Rosjan.

10 września 1943 r. Hitler powiedział, nawiązując do „terroru powietrznego” Anglików i Amerykanów, 

i dając do zrozumienia, że gotuje w odwet swoją groźną broń:

...Także   i   my   poczyniliśmy   techniczne   i   organizacyjne   przygotowania,   aby   nie   tylko   przełamać  

terrorystyczne naloty, lecz nawet odpłacić za nie jeszcze skuteczniejszymi środkami.

Wódz   Trzeciej   Rzeszy   naciskał   na   przyspieszenie   produkcji   rakiet.   15   października   tegoż   roku 

montowanie broni V w Wiener-Neustadt mogło zostać rozpoczęte mimo drugiego ataku lotniczego aliantów 
na kooperującą z „Rax-Werke” pobliską fabrykę WNF.

A jednak zbrodniarze hitlerowscy niewielką w sumie mieli pociechę z tych zakładów: zaledwie 28 sztuk 

background image

rakiet zeszło z taśmy montażowej! 2 listopada 1943 r. potężny nalot bombowców typu B-24, wchodzących w 
skład 15 armii powietrznej USA, zakończył krótką historię istnienia „Rax-Werke”.

Kierownictwo Rzeszy zadecydowało, że tak ważne fabryki nie mogą być narażone na ataki anglo-

amerykańskiego   lotnictwa.   Wprawdzie   nalot   obniżył   produkcję  „Rax-Werke”   „tylko”   o   40   procent,   ale 
liczono się z tym, że już następny może znieść fabrykę z powierzchni ziemi.

Wszelkie urządzenia i cały sprzęt, a także więźniów i majstrów cywilnych postanowiono z Wiener-

Neustadt przenieść do sztolni „Dory”.

Szły kolejne  transporty do Turyngii, do zamaskowanego w górach Harcu obozu koncentracyjnego. 

Pociągi i samochody jechały wyłącznie nocą.

*

10   grudnia   1943   r.   wizytował  „Dorę”   sam   Albert   Speer.   Zwiedził   cały   system   pomieszczeń 

podziemnych,   w   których   już   wkrótce   miała   ruszyć   produkcja  V-2.   Obserwował,   jak   w   długich   halach 
więźniowie montowali agregaty i zakładali instalacje. „Architekt diabła” pierwszy raz zetknął się z ludźmi w 
pasiastych drelichach, przynajmniej tak mówił później. Obrzucali go, kroczącego w asyście komendanta 
Förschnera, dyrektora produkcji Albina Sawatzky'ego, von Brauna i innych członków dyrekcji, krótkimi, 
niewidzącymi spojrzeniami, jak automaty zdejmowali więzienne czapki.

Świta   zatrzymała   się   przed   grupą   ładowaczy   opróżniających   wagonik,   załadowany   sprzętem 

elektrotechnicznym.

— Kim pan jest z zawodu? — zapytał wszechwładny minister Francuza o myślącej twarzy. Ten bez 

pośpiechu wyprostował się regulaminowo.

— Jestem profesorem bakteriologii z Instytutu Pasteura w Paryżu.
Speer stał zaskoczony. Milczał. Po chwili spojrzał pytająco na sturmbannführera.
— To prawda — potaknął Förschner. — Ale ten więzień został zapotrzebowany przez Instytut Higieny 

Waffen SS i za kilka dni zostanie odtransportowany do Buchenwaldu, do dyspozycji tamtejszego oddziału 
Instytutu. Wróci do swego zawodu... — mówiąc to SS-man uśmiechnął się szyderczo.

Minister zapytał jeszcze więźnia, jak mu tutaj idzie. To, co usłyszał z ust wychudłego naukowca, nie 

poszło w smak ani jemu, ani komukolwiek z jego otoczenia. Rzeczowo, bez emfazy, ale i bez strachu, 
więzień  — nazywał się Alfred Balachowsky  — opowiedział o okropnych warunkach panujących w tej 
nieludzkiej fabryce.

— Od miesięcy nie widzieliśmy słońca. Nie wiemy kiedy jest dzień, a kiedy noc. Jemy kapustę i 

brukiew, często śmierdzącą. Jesteśmy wysuszeni niczym wędzone śledzie... Nie spotka pan tutaj człowieka 
zdrowego — zakończył odważny więzień. — Tutaj morduje się ludzi; bije drągiem po twarzy i głowie...

Speer udał, że nie słyszy ostatnich słów Francuza. Miał jednak okazję natychmiast przekonać się, że to, 

co usłyszał z jego ust o strasznych warunkach sanitarnych i nędznym wyżywieniu, było prawdą. Wyraźne 
wrażenie   zrobiła   na   nim   hala   39,   do  której   zajrzał   najzupełniej   przypadkowo.   Na   widok  tysięcy  prycz 
ustawionych szczelnie w rzędach i w trzech kondygnacjach aż się cofnął. Jednak przemógł się, zatrzymał i 
rozglądał się na wszystkie strony, kręcąc z niezadowoleniem głową. Kiedy stwierdził brak kanalizacji i 
jakichkolwiek urządzeń sanitarnych, spojrzał pytająco na Sawatzky'ego. Ten udał, że nie dostrzega wyrzutu 
w oczach swojego ministra.

— Budujemy dla „gnojków” baraki — pośpieszył z wyjaśnieniem komendant. — Na wiosnę zaczniemy 

kwaterować ich na zewnątrz.

Nagle Speer drgnął. Minierzy wysadzali właśnie zręby wapiennych skał w sąsiedniej sztolni. Wywołany 

wybuchami pęd powietrza był tak silny, że pogasły lampy karbidowe. Góra zadrżała, a sącząca się ze ścian 
woda i huk odstrzelonych kamieni potęgowały grozę.

*

Pierwsze sztuki  V-2  zeszły z taśmy montażowej dopiero w styczniu. Miały jednak tak dużo wad, że 

trzeba było usuwać coraz to nowe usterki. I dopiero w końcu sierpnia niemieccy sztabowcy uznali, że można 
rozpocząć atak na Anglię.

Rakiety jednak wciąż zawodziły.
W tym czasie Abwehra, szefostwo SS i gestapo nie znały jeszcze wszystkich przyczyn niewypałów.
Zanim jednak rozegrały się te wypadki, więźniowie „Dory” musieli przejść drogę przez piekło.

background image

Dyrektor Sawatzky jest niezadowolony

Antyfaszyści „Dory” i inni więźniowie polityczni prędko rozszyfrowali cele hitlerowskich władz, które 

poleciły pod górą Kohnstein i u jej podnóża założyć obóz koncentracyjny. Niewolników zatrudniono tutaj 
nie tylko przy wykańczaniu hal, ale także w biurach konstrukcyjnych, przy produkcji części  „tajemniczej 
broni”, a niekiedy nawet przy samym montażu  V-1  i  V-2. Nic więc nie mogło się przed nimi ukryć. Nie 
pomogły ostre zarządzenia ograniczające swobodę ruchu podczas godzin pracy, zakazujące nawet rozmów z 
niemieckim personelem technicznym, ani też straszliwy terror. Wystarczyło podejrzenie o przygotowywanie 
ucieczki czy sabotażu i „winnych” natychmiast wieszano na dźwigach — suwnicach, poruszających się po 
szynach w tunelu B.

Albert Kuntz, Fritz Pröll, Jan Čespiva, Heinz Schneider, kapo cieśla August Kroneberg — ludzie, którzy 

przysięgli sobie milczenie, bojownicy ruchu oporu przysłani do  „Dory” przez buchenwaldzki MKO, byli 
pierwszymi, którzy stworzyli zaczątek organizacji sabotażowej. Wkrótce Buchenwald skierował do „Dory” 
dalszych   wytrawnych   i   wypróbowanych   konspiratorów,   ludzi   nieugiętych,   nienawidzących   hitleryzmu, 
którzy przetrzymali więzienia i bunkry obozowe i nie dali się kupić ani złamać. Należeli do nich Georg 
Thomas,   Ludwik   Szymczak,   Otto   Runki,   Jupp   Wortmann,   Fritz   Lehmann.   Pierwszych   dwóch   przysłał 
komendant Buchenwaldu, oberführer Hermann Pister, na stanowiska starszego obozu i jego zastępcę — na 
życzenie Förschnera. Obie kandydatury zręcznie podsunął biuru zatrudnienia buchenwaldzki MKO. Runki 
objął w „Dorze” funkcję kapo „straży obozowej”, Wortmann zajął się prowadzeniem kancelarii, a Lehmann 
poszedł do pracy w tunelu.

Znakiem rozpoznawczym osób przysłanych do  „Dory” przez  tajną  organizację na Ettersbergu było 

hasło:  „Pozdrowienie   od   Ellen”.   Imię   to   nosiła   przebywająca   w   więzieniu   żona   Kuntza.   W   celu 
ukonstytuowania międzynarodowego kierownictwa organizacji sabotażowej kierownictwo grupy niemieckiej 
postanowiło   na   tajnej   naradzie   nawiązać   kontakty   z   najpewniejszymi   członkami   sześciu   najliczniej 
reprezentowanych w obozie grup narodościowych.

Tworzono   tę   organizację   z   zachowaniem   daleko   posuniętej   ostrożności.   Było   to   bezwzględnie 

konieczne.   W  „Dorze”   panował   niesłychany   reżym.   Służba   Bezpieczeństwa,   gestapo,   SS-mańskie 
kierownictwo obozu działały odstraszająco.

Przyjęto system trójkowy. Kierownik trzyosobowej grupy miał kontakt tylko z jedną osobą na wyższym 

szczeblu   organizacyjnym,   a   każdy   z   dwóch   pozostałych   członków   trójki   komunikował   się   z   jednym 
konspiratorem należącym do innej trójki.

W  „Dorze”   zaczęły   się   dziać   niezwykłe   rzeczy.   Nie   było   dnia,   żeby   wytrąceni   z   równowagi 

nieoczekiwanymi przeszkodami i awariami maszyn hitlerowcy nie objawili swej wściekłości. Częstokroć 
odbijali to sobie na więźniach.

—  Achtung!   Achtung!   Herr   Direktor   Sawatzky   wird   gebeten   Apparat   00-2!   Ich   wiederhole:   Herr  

Direktor Sawatzky wird gebeten Apparat 00-2. Ende der Durchsage *.

Dyrektor podziemnej fabryki wiedział, że nie należy bagatelizować prośby, wyrzuconej zdyszanym 

głosem przez  głośniki  radiofoniczne. Wracał więc  pospiesznie do swego gabinetu albo  też  łączył  się  z 
podanym numerem z najbliższego dostępnego aparatu i dowiadywał się rzeczy, które mogły tylko popsuć mu 
i tak nie nadzwyczajny humor. Miał wprawdzie cięty, złośliwy dowcip, ale uśmiechu na jego twarzy dawno 
w tunelach „Dory” nie widziano.

Coraz też częściej któryś z SS-manów lub inżynierów przywoływał dyrektora zakładu, aby przekazać 

mu   niezadowolenie   kierownictwa   ośrodka   doświadczalnego,   znajdującego   się   w   okolicy   wsi   Blizna   na 
obszarze   Generalnego   Gubernatorstwa.   Wysłuchiwał   więc  „towarzysz   partyjny”   i   standartenführer,  że 
„Dora”   dostarczyła   na   poligon   doświadczalny   zbyt   wiele   egzemplarzy  „broni   odwetowej   führera”   z 
większymi lub mniejszymi usterkami. A dowództwo sił lądowych i wreszcie, sam Hitler coraz natarczywiej 
domagał  się  dostarczenia   pierwszych serii  V-1  na  wyrzutnie.  Początkowy zamiar  kanclerza,  aby  posłać 
rodakom Churchilla kilka setek  „prezentów” w wieczór sylwestrowy 1943/1944 roku, spalił na panewce. 
Szła   wiosna,   coraz   częściej   mówiło   się   o   gotowanej   przez   aliantów   inwazji   w   Europie,   a   upragniona 
„Wunderwaffe” wciąż milczała...

* Uwaga! Uwaga! Pan dyrektor Sawatzky jest proszony do aparatu 00-2! Powtarzam: pan dyrektor Sawatzky proszony do 

aparatu 00-2. Koniec zapowiedzi (niem.)

background image

Nic więc dziwnego, że Sawatzky'ego coraz częściej widziano w złym humorze. Meldunki nadchodzące 

z poszczególnych hal i oddziałów, a nawet z tunelów, były istotnie niepokojące. Coraz to donoszono o 
„nieprzewidzianych” wypadkach przy produkcji i transporcie, o uszkodzeniach maszyn i sprzętu. Zdarzało 
się, że produkowane w jednej ze sztolni wiertła pękały, opóźniając bieg maszyn, zakłócając rytm cyklu 
produkcyjnego. A przecież maszyny te wyrabiały części niezbędne do produkcji broni  V. Niejednemu z 
cywilnych majstrów przemknęła przez głowę myśl o sabotażu, ale milczeli. Lepiej było udawać, że nie ma 
się o niczym pojęcia, gdyż podejrzenie o sabotaż mogłoby skupić się także na każdym z nich. Przecież zła 
jakość   detalu   obciążała   także   majstrów.   Bezpieczniej   było   zwalić   winę   na   zły,   wojenny   towar,   kiepski 
surowiec. Po prostu wojenny produkt, byle jaki... — tłumaczyli się często-gęsto inżynierowie i technicy. I na 
tym się z reguły kończyło; sprawy nie kierowano do zbadania przez specjalną komisję.

Bywało   też   inaczej,   kiedy   cywil  —   hitlerowiec   wrzeszczał   o   sabotażu,   ale   nie   potrafił   niczego 

udowodnić.

Aktów sabotażu dokonywano sprytnie, ze znawstwem materiałów i technologii produkcji.
Wypadki   przypadkowego   wyskakiwania   z   szyn   wagoników   dowożących   surowce,   półfabrykaty   i 

gotowe   części   rakiet   stały   się   powoli   zjawiskiem  „normalnym”.   Sabotażystów   trudno   było   przyłapać, 
zresztą, ryzykowali wiele i ciągle. Spowodowane tym przestoje rosły w godziny, dni...

Dość często powodowano krótkie spięcie. Gasło wtedy światło w jednej lub kilku halach, przestawały 

pracować parki maszyn i transportu. Zanim zjawił się elektryk, zanim znaleziono przyczynę i usunięto ją, 
upływało sporo tak cennego dla hitlerowców czasu.

Dyrektor Sawatzky miał więc tysięczne powody, by nie móc zasnąć spokojnie. Podejrzewał sabotaż, ale 

nie mógł być przecież w każdym miejscu, gdzie działy się te „świństwa”. Odgrywał się więc na pierwszym 
napotkanym   więźniu,   bijąc   go   i   kopiąc,   a   podlegającemu   mu   niemieckiemu   personelowi   groził 
najostrzejszymi konsekwencjami.

Jednak  „wypadki   przy   pracy”   nie   tylko   nie   ustawały,   ale   nasilały   się.   Kiedy   więc   pewnego   dnia 

doniesiono dyrektorowi, że jeden z dźwigów uległ poważnemu uszkodzeniu, co spowodować może nawet 
tygodniowe wycofanie go z ruchu, hitlerowiec zagryzł tylko wargi i pogroził pięścią w stronę uwijających 
się w tunelu B więźniów.

Prawda zaś była taka, że rosyjski jeniec Michaił Zboczek w porozumieniu z Francuzem Lucienem 

Letier   wypuścił   sprężone   powietrze   z   agregatu   dźwigu,   powodując   jego   awarię.   Nawiasem   mówiąc,   ta 
zgrana para wyspecjalizowała się w uszkadzaniu i niszczeniu silników lokomotyw dieslowskich.

Żelazna pajęczyna

Początkowo sabotaż rozwijający się w ponurym podziemnym dominium Wernhera von Brauna był 

niezorganizowany,  indywidualny.  Tajna   organizacja,  jeszcze   zbyt  słaba,  nie   skonsolidowana,  nie  trafiała 
swoimi kontaktami do ogółu więźniów wszystkich narodowości. Nie osiągnięto jeszcze celu, jaki zakreślił 
sobie Kuntz z grupą zaufanych towarzyszy. Było nim wciągnięcie do akcji jak największej liczby więźniów 
wszystkich narodowości oraz wyłonienie grup fachowych specjalistów  — inżynierów, techników, fizyków 
— których zadaniem byłby sabotaż podbudowany znajomością technologii materiałów i konstrukcji tych 
części, które były używane do produkcji V-2.

Jednak zanim się to stało, również i indywidualne, mrówcze starania kilkunastu tysięcy zdeklarowanych 

wrogów   Hitlera   dawały   w   ostatecznym   rachunku   wyniki,   wywołując   częste   zakłócenia   w   cyklu 
produkcyjno-montażowym. Odczuli to dotkliwie hitlerowcy w „Dorze”, od zwykłego SS-mana poczynając, 
na dyrektorze Sawatzky'm kończąc.

Więźniowie psuli i uszkadzali wszystko, co się tylko dało, starając się jednak zachować ostrożnie, aby 

nie narażać siebie i kolegów w sposób zbyt drastyczny, łatwy do wykrycia. Oszukując, wyprowadzając w 
pole kontrolę, powodowano niejednokrotnie przestoje maszyn. Dokonywano tego różnymi przemyślnymi 
sposobami. Na przykład materiały lub sprzęt, pobrane z magazynów, kolumna transportowa woziła możliwie 
najdłuższą drogą, czasem, udając wielką gorliwość, jechano z dużą szybkością i umyślnie wywracano wózki, 
nieraz na oczach hitlerowca. Ten, widząc, jak więźniowie starają się „dobrze” pracować dla Trzeciej Rzeszy, 
nie wyciągał w stosunku do „gorliwców” poważniejszych konsekwencji, co najwyżej nawymyślał im albo 
skończyło się na paru uderzeniach ręką lub pejczem.

W magazynach materiałów i narzędzi byli zatrudnieni więźniowie niemieccy i czescy. Niejednokrotnie, 

wykorzystując   sprzyjającą   okazję   (np.   krótką   nieobecność   kontrolera),   zamawiane   przez   poszczególne 
oddziały produkcyjne materiały i detale kierowali celowo do niewłaściwych hal, wydłużając tym sposobem 
ich drogę i opóźniając pracę maszyn. Czasem wydawali nieodpowiedni materiał, który potem wracał do 

background image

magazynu, a zanim sprostowano „omyłkę”, płynął cenny czas. Maszyna czekała, stała bezczynnie. Tak samo 
działo   się   wówczas,   gdy   pozorowano   brak   niektórych   elementów.   Brak   jednej   małej   śrubki   nieraz 
wstrzymywał produkcję całego agregatu, przez co także inne działy były zmuszone stanąć z robotą i czekać, 
aż z taśmy produkcyjnej nadejdą gotowe części do dalszego montażu.

Członek   grupy   czeskiej,   kierowanej   przez   Čespivę,   Rostislav   Ministr,   zatrudniony   jako   mechanik 

samochodowy, od czasu do czasu uszkadzał opony ciężarówek w taki sposób, że po bardzo krótkim okresie 
użytkowania musiały być wymieniane na nowe. Ponieważ utrzymywał tę formę sabotażu w rozsądnych 
granicach, przypadki pęknięcia opon nie wzbudzały podejrzeń dyspozytorów. Odważny Czech pogarszał tym 
sposobem   transport   fabryczny.   Podobne   skutki   wywoływała   umyślnie   zła   konserwacja   silników 
samochodowych, dokonywana przez jego brygadę.

Dzięki   działalności   sabotażowej   jednej   z   grup   niemieckich   pod   kierunkiem   Fritza   Lehmanna 

następowało   niekiedy   chwilowe   wstrzymanie   wody   do   hal   fabrycznych.   Maszyny   przerywały   wówczas 
pracę,   co   oznaczało   opóźnienie   zakończenia   produkcji   iluś   tam   detali,   składających   się   na   korpus   lub 
wnętrze   rakiety.   Zespół   Lehmanna   obsługiwał   stację   pomp,   dostarczających   wodę   pod   ciśnieniem   6 
atmosfer. Stale pracowały 3 pompy, a na wypadek awarii znajdowała się dodatkowo czwarta, zapasowa. 
Wykorzystywano   zasadę,   że   co   pewien   czas   należało   kontrolować   sprawność   pompy   rezerwowej   przy 
jednoczesnym   wyłączeniu   jednej   z   normalnie   użytkowanych   pomp   i   zmniejszeniu   ciśnienia.   Gdy   nie 
zmniejszało się ciśnienia, następowało pęknięcie przewodów i wodę musiano wyłączyć.

Zespół   Lehmanna   celowo   stale   wyolbrzymiał   kłopoty   z   dostarczeniem   wody   dla   całej   fabryki 

podziemnej i tłumacząc się rzekomymi trudnościami technicznymi przerywał co pewien czas jej dopływ do 
hal.

Największe stosunkowo szkody wyrządzali Rosjanie i Polacy przez sabotowanie konserwacji maszyn. 

M.   in.   Władimir   Chersonski,   Wasilij   Nikołajew   i   Michaił   Kiriłłow   niedostatecznie   smarowali   tryby 
obrabiarek, wadliwie ochładzali wiertła i frezy.

Polacy, którzy kontakt z grupą Kuntza utrzymywali poprzez Jana Poburennego, nauczyciela ze Lwowa, 

i studenta  Zbigniewa Dziubińskiego, także  nie  pozostawali w tyle. Obaj należeli do personelu szpitala. 
Współdziałali też z Pröllem i Čespivą. Natomiast elektryk Józef Zieliński z obozowej polskiej organizacji 
wojskowej miał kontakt z grupą niemieckich komunistów z komand w tunelach.

Jakkolwiek wspomnianych wyżej aktów sabotażu nie dokonywano bezpośrednio przy produkcji części 

do „cudownej broni” i w procesie jej montażu, ale wszystko to także przyczyniało się do opóźniania planów 
produkcyjnych.

Jesteśmy na linii frontu...

Skoro   tylko   w  „Dorze”   rozpoczęto   seryjną   produkcję  V-2,   w   służbówce   kapo   w   rewirze   późnym 

wieczorem pod koniec lutego 1944 r. zebrał się MKO w rozszerzonym składzie. Spiskowców ochraniał 
oddział „milicji obozowej”. Przewodniczący Albert Kuntz z miejsea przeszedł do sedna sprawy.

—   Z  zachowaniem   najostrzejszej   konspiracji   musimy   uczynić   wszystko   my   i   nasi   koledzy  innych 

narodowości, aby hamować produkcję broni V, a na ile się da — uczynić ją niemożliwą... Tak, przyjaciele, 
znajdujemy się teraz na linii frontu  — przywódca mocno zaakcentował ostatnie słowa.  — Jesteśmy teraz 
żołnierzami, walczącymi z armią Hitlera. Nasza broń to niszczenie broni wroga. Nasza broń to sabotaż, 
ciągle i jeszcze raz — sabotaż produkcji wojennej. Nareszcie my, zapomniani przez świat skazańcy, mamy 
możliwość czynnego udziału w walce. Nie wolno nam, koledzy, tej szansy zaprzepaścić. I nie zmarnujemy 
jej!

Zebrani nie mówili o tym, co ich bezpośrednio trapiło: o mrozie i trzęsących się z zimna ludziach, 

głodzie   i   długich   apelach,   o   dwunastogodzinnym   dniu   pracy   pod   ziemią.   Po   kolei   dawali   przykłady 
bohaterskiej postawy swoich kolegów.

...Oto włoscy więźniowie, powołując się na konwencję genewską i status jeńców wojennych, odmówili 

pracy przy montażu rakiet. W odwet siedmiu z nich zastrzelono — samych oficerów.

...Jiři Beneš, czeski więzień, zatrudniony jako pisarz w komórce odbioru broni  V  przez Wehrmacht, 

przed przedstawieniem do podpisu swemu szefowi, majorowi Dutzmanowi, protokołów badań sprawności 
technicznej rakiet zmieniał dane, „kryjąc” tym sposobem wiele usterek i wad tej broni.

...Francuscy elektrycy uszkadzali systematycznie elementy sterownicze rakiety...
—   Wystarczy,   wiemy!   —   Kuntz   ruchem   ręki   przerwał   kolejną   relację.  —   Trzeba,  żeby   tak   samo 

poczynali sobie wszyscy nasi przyjaciele. Należy popularyzować wśród więźniów hasło: „Zwalniać tempo 
pracy, gdzie tylko się da -— powodować usterki”.

background image

To, co mówił Kuntz, zyskało pełną aprobatę. Potem poprosił o głos Georg Thomas. Jego zdaniem 

grudniowa wizyta Speera w  „Dorze” mogła w pewnym stopniu ułatwić im zadanie. Mianowicie minister 
zauważył, że w obozie panuje duża śmiertelność, co odbija się ujemnie na sile roboczej i może zagrozić 
całemu przedsięwzięciu produkcji rakiet, zwłaszcza że w tej sytuacji pogarsza się fachowość więźniów. W 
związku z tym Speer zaapelował do dyrekcji zakładów i komendantury obozu, aby wzmożono leczenie 
chorych robotników i zwiększono w stosunku do nich wymagania lepszej i wydajniejszej pracy.

Kuntz nie podzielał opinii Thomasa. Jego zdaniem producenci nie byli lepsi od SS-manów, gdyż ani 

jednych, ani drugich nie obchodził człowiek, a tylko wyprodukowana przez niego rakieta.

— Raczej należy liczyć się z tym, że będzie gorzej — oświadczył z powagą. — Nasze akcje sabotażowe 

będą coraz częściej powodować reakcje gestapo i SD. Ale na to nie ma rady, towarzysze, taki przypadł nam 
w udziale los.

Albert przeszedł wreszcie do ostatniego punktu porządku dziennego. Mówił o konieczności posiadania 

przez kierownictwo organizacji własnego odbiornika radiowego oraz stacji nadawczej. Na wniosek Čespivy, 
zadanie to postanowiono powierzyć radiowcowi Chaloupce.

Rozeszli się z poleceniem natychmiastowego nawiązania kontaktów z łącznikami  — delegatami do 

MKO   poszczególnych   grup   narodowościowych,   ci   natomiast   mieli   dotrzeć   do   kierowników   wszystkich 
trójek, z których składała się organizacja.

Radioaparat zbudował Chaloupka z części wycofanego z użycia odbiornika marki  „Lorenz”. Sprzęt 

odbiorczy ukryto w aparacie sterylizacyjnym znajdującym się w sali operacyjnej szpitala.

W lipcu 1944 r. radziecki oficer, przebywający w obozie na fałszywych papierach pod nazwiskiem 

Miszka   Płaksin,   z   pomocą   swoich  „wtyczek”-radzieckich  jeńców   wojennych,   skradł   odbiornik  radiowy, 
który miał być wmontowany do rakiety V-2 — nazywano ten sprzęt „Otto 111” — i przekazał Chaloupce. 
Od  grupy francuskich  i polskich więźniów, byłych radiotelegrafistów  z  siatki wywiadowczej  na  terenie 
Francji, otrzymał Czech brytyjski kod do korespondencji drogą radiową. Planowano, że kiedy już zostanie 
zmontowana tajna radiostacja, a wojska alianckie zbliżą się do gór Harcu, sztab podziemia „Dory” nawiąże 
kontakt z ich dowództwem.

*

Tego dnia pomimo rozlicznych przeszkód i trudności dyrektor Sawatzky był zadowolony z siebie. Oto 

pierwsza   partia   80   egzemplarzy   rakiety  —   „cygara”   opuściła   właśnie   tunel   A   i   skierowana   została   do 
magazynu,   a   stamtąd   na   wyrzutnie   zwane  „Abschuss-Rampe”,   zainstalowane   na   wybrzeżu   Morza 
Północnego i Bałtyku. Było to pod koniec lutego 1944 roku.

Raptem jednak zdarzyło się coś, co dyrektor i jego najbliżsi współpracownicy odczuli jak policzek. Do 

Nordhausen  —   „Dora”   nadszedł   szczegółowy   raport,   opracowany   przez   specjalistów   z   dowództwa 
Luftwaffe,   w  którym   ostro  skrytykowano  firmę  „Mittelwerke”,  jej  radę   nadzorczą,   a   przede   wszystkim 
dyrekcję z całym personelem technicznym. Ze wspomnianej serii zwrócono zakładowi 30 wadliwych sztuk.

Sawatzky'emu   trzęsły   się   ręce,   gdy   przebiegał   wzrokiem   druzgocącą   treść   dokumentu.   Zarzuty 

karygodnego zaniedbania szeregu warunków technicznych przy montażu rakiet były nie do obalenia.

Natychmiast   zarządził   własną   drobiazgową   kontrolę   niewypałów  —   rakiet,   które   nie   były   zdolne 

wylecieć w powietrze. Sprawdzał zarzuty punkt po punkcie, według raportu, który mu palił dłonie. Czytał o 
przypadkach  „niedokładnego   ożebrowania   korpusu   rakiety”,   zanotowano   też  „przecięcie   niektórych 
przewodów   rozruszników   mechanizmu   sterowniczego”.   Była   w   raporcie   mowa   o   innych   jeszcze 
technicznych usterkach.

Szarpał się, popędzał inżynierów, kontrolerów i majstrów, chciał znać całą prawdę. Jakoż usłyszał: 

wszystkie bez wyjątku zarzuty były całkowicie słuszne.

Wściekłość dyrektora doszła do zenitu. Oznaczało to bowiem, że i ostatnie zdanie memoriału Luftwaffe 

zgodne było z prawdą, że nie mogło być inaczej. Oznajmiało ono, że jedną z przyczyn tej niewydarzonej 
produkcji mógł być... sabotaż.

— Natychmiast przekazujemy sprawę w ręce gestapo! — ryknął Sawatzky. Jego zapiekła nienawiść do 

więźniów wzrosła jeszcze bardziej.

Był   wściekły   jeszcze   z   innego   powodu.   Na   ten   wieczór   zaprosił   swój  „trust   mózgów”,   by   uczcić 

pierwsze swoje zwycięstwo, sukces całego zespołu. Imprezę trzeba było odwołać.

Zaalarmowane przez Sawatzky'ego gestapo po odpowiednim przygotowaniu ruszyło do akcji. Została 

powołana   komisja   dochodzeniowa,   w   skład   której   włączono   specjalistę   rakietowego   z   Ministerstwa 

background image

Lotnictwa   oraz   przedstawiciela   Abwery.   Agenci   gestapo,   zakamuflowani   na   stanowiskach   majstrów   w 
podziemnym   koncernie,   otrzymali   zadanie   inwigilacji   więźniów.   Tymczasem,   nie   czekając   na   bliższą 
identyfikację sabotażystów, uderzano na oślep. Przesłuchano mnóstwo więźniów z montażowego komanda, 
zwanego   potocznie  „Kommando   Sawatzky”.   Bez   udowodnienia   komukolwiek   winy   skazano   wielu   na 
śmierć. Ostatniego dnia  lutego 1944 r. zawisło na wyciągu  — suwnicy dwunastu więźniów. Egzekucja 
odbyła się w tunelu B, przed halą 39. Wieszano po trzech naraz.

Po   tym  „dniu   odstraszającego   przykładu”   wszczęto   poszukiwanie   śladów   sabotażowej   organizacji 

podziemnej, której istnienia zaczęto się domyślać.

Sawatzky przyjął na siebie dodatkową rolę psa gończego. Narzucał sam sobie  „ostre dyżury” nocne. 

Trwały one przez cały marzec. Niejeden z aresztantów widział go myszkującego po zakamarkach sztolni w 
przebraniu zwyczajnego robotnika. Straszny był los tego, kto mu podpadł.

Były więzień  „Dory”, Adam Cabała, relacjonuje jedno z takich  „spotkań” z dyrektorem, które miało 

miejsce pewnej marcowej nocy. Grupa transportowa, w której się znajdował, urządziła sobie chwilę postoju 
dla wytchnienia po morderczej harówce. Zatrzymali się na skrzyżowaniu tunelu A z halą 18. Tu „nakrył” ich 
niespodziewanie Sawatzky. Kiedy już nawymyślał więźniom od „zgnojonych bydlaków”, wpadł mu w oczy 
siedemnastoletni   Rosjanin   Iwan   Żuków,   który   z   braku   sznurowadeł   zawiązał   sobie   buty   kawałkami 
miedzianego drutu. Na głowę chłopca posypały się obelgi. Sawatzky zapisał nazwisko i numer młodzieńca.

Z zapartym tchem więźniowie czekali na zakończenie tej sprawy.
— Za przywłaszczenie miedzianego drutu dla celów niezgodnych z jego przeznaczeniem — wrzeszczał 

Sawatzky — häftlinga Iwana Żukowa uznaję winnym sabotażu! Za przestępstwo to więzień idzie do karnej 
kompanii   w   kamieniołomie.   Za   nieróbstwo   w   godzinach   pracy   reszcie   grupy   wyznaczam   chłostę   po 
dwadzieścia kijów! *

Karę oczywiście wykonano.
Był to dopiero początek „detektywistycznej” działalności dyrektora Sawatzky'ego. W kwietniu na jego 

osobisty rozkaz został zastrzelony w hali numer 15 radziecki jeniec wojenny, który odmówił wykonania 
przydzielonej mu pracy.

Krótki   dialog   między   wszechwładnym   konstruktorem   i   pogardzanym   przez   hitlerowców  „Iwanem” 

wstrząsnął całą „Dorą”.

— Daję ci pięć minut na wybór: albo rzetelna praca i posłuszeństwo, albo śmierć.
W   odpowiedzi   odważny   Rosjanin,   wygrażając   dyrektorowi   zaciśniętą   pięścią,   zawołał   łamaną 

niemczyzną:

— Ich nichts fur SS-Schweine arbeiten... Deutschland bald kaputt und du auch, grosser Teufel, kaputt! 

**

Potem obrócił się ku stojącym na uboczu więźniom i dodał:
— Nie przyłożę ręki do tych rakiet... Pamiętajcie, że koniec wojny i pogrom hitlerowców już blisko...
Więźnia zamordował unterscharführer Erwin Busta zwany  „Końskim Łbem”. Sawatzky pogratulował 

mu świetnego strzału... ***

Operacja „ABC...”

Wysiłki międzynarodowej grupy sabotażowej nieustannie szły w kierunku nadania prowadzonej przez 

nią   akcji   charakteru   zorganizowanego,   zespołowego.   Było   oczywiste,   że   indywidualne   próby 
poważniejszego uszkodzenia „Vergeltungswaffe” są dla hitlerowskich specjalistów łatwiejsze do wykrycia. 
To   pociągało   za   sobą,   rzecz   jasna,   bezlitosne   karanie   sprawców   sabotażu.   Znacznie   większe   szanse 
powodzenia miały zespołowe akcje, oparte na fachowej znajomości procesu produkcji.

Kuntz i towarzysze postanowili wykorzystać w tym celu wszystkich więźniów, którzy legitymowali się 

dorobkiem naukowym w różnych dziedzinach techniki i fizyki, jak też wybitnych inżynierów mechaników, 
radiotechników, elektrotechników i innych. Warunkiem było sprawdzenie, na ile można każdemu z tych 
ludzi zaufać.

* Przytoczono za książką Adama Cabały „Arsenał grobów”, Kraków 1968.
** Nie będę pracował dla świń z SS. Niemcy wkrótce zginą i ty także, wielki diable, zginiesz (niem.).
*** Za cytowaną książką A. Cabały.

background image

Sprawa stanęła na tajnym posiedzeniu kierownictwa centralnej grupy obozowej, która przyjęła nazwę: 

Międzynarodowy Komitet Ruchu Oporu. Po dłuższej wymianie zdań ustalono następujący plan działania:

Jupp Wortmann i Wenzel Polak z kancelarii więźniarskiej na podstawie kart personalnych więźniów 

zestawią   wykazy   specjalistów   i   wręczą   je   Kuntzowi.   Kierownictwa   poszczególnych   organizacji 
narodowościowych   poprzez   swoje   powiązania   zbadają,   na   których   z   ich   rodaków  —   specjalistów 
umieszczonych na liście można bezwzględnie liczyć. Dysponentem rozdzielającym tak wybranych ludzi do 
różnych działów w tunelu i sztolniach został Čespiva.

Konspiratorzy wpadli na doskonały sposób dostarczania tych fachowców Čespivie: po prostu zarówno 

chorych, jak i zdrowych kierowano „na badanie” na rewir, gdzie jako pierwszy przyjmował ich czeski lekarz. 
Jeżeli na karteczce skierowania do szpitala lub na jakimś świadectwie dotyczącym choroby pacjenta była 
przekłuta   litera   A,   oznaczało   to,   że   więzień   powinien   zostać   zatrudniony   przy   montażu   rakiet,   a   jego 
specjalnością  są  akumulatory.  Tak  więc  nakłuta  litera wskazywała pierwszą głoskę nazwy specjalności. 
Np. E oznaczało elektryka. Potem Čespiva podsuwał odpowiednio przygotowany dokument z decyzją do 
podpisu   lekarzowi   głównemu   obozu,   haupsturmführerowi   Kahrowi.   W   uzasadnieniu   lekarz   ordynował 
więźniowi lżejszą pracę, zazwyczaj siedzącą. A taką było najczęściej zajęcie w biurze konstrukcyjnym, przy 
kontroli różnych faz produkcji i montażu broni  V. Tak oto wielu  „pacjentów” trafiało tam, gdzie życzyła 
sobie widzieć ich obozowa organizacja. Z czasem, kiedy akcja nabrała rozmachu, Čespiva nie zwracał się już 
do lekarza SS, ale posługiwał się jego sfałszowanymi podpisami.

Efekt tych poczynań był zgodny z przewidywaniami sztabu sobotażystów.
Przy   zestawianiu   agregatów   i   różnej   aparatury   więźniowie  —   specjaliści   używali   takich   detali   i 

materiałów,   które   wytrzymywały   pierwsze   próby,   dokonywane   w  „Dorze”,   ale   potem,   przy   większym 
obciążeniu, odmawiały posłuszeństwa, a nawet wywoływały najmniej przewidziane reakcje.

Rozpoczęła się cicha, skomplikowana i bezpardonowa walka fachowców — sabotażystów z niemiecką 

kontrolą produkcji o to, komu uda się przechytrzyć przeciwnika... Więźniom sprzyjała także okoliczność, że 
choć kontrolerów zatrudniano wielu, to jednak nie zawsze byli to fachowcy.

Sabotaż trwa

Jednym z pierwszych powieszonych w „Dorze” za sabotaż był Polak Józef Kozłowski. Przyprowadzono 

go z bunkra pod szubienicę, skutego w kajdany, komendant Förschner odczytał wyrok w języku niemieckim, 
który tłumacze przekładali na francuski, rosyjski i polski. Brzmiał on tak: „Józef Kozłowski, lat 22, Polak z 
Warszawy, zostaje skazany na śmierć za sabotaż i sianie propagandy komunistycznej w tunelu”. Skazaniec 
stał przed szubienicą prosto, z podniesioną głową i uśmiechem na ustach. Kiedy założyli mu pętlę na szyję, 
krzyknął:  „Jeszcze Polska nie zginęła”! i sam sobie wytrącił stołek nogą... W parę dni później powieszono 
innego młodego Polaka, lwowiaka, za sypanie piasku w osie wagonów, na których montowano rakiety.

Ale krwawe represje i szubienice nie odstraszały sabotażystów, którzy, nie mając nawet pewności, czy 

dożyją   następnego   dnia,   uznali   sabotaż   przy   produkcji  V-1  i  V-2  za   swoje   najważniejsze   zadanie. 
Wzmacniała się z każdym dniem kierowana przez Kuntza organizacja międzynarodowa i wzbogacały formy 
działania,   które   ogarniało   coraz   szersze   kręgi   więźniów,   nawet   niezrzeszonych.   Coraz   większe  „prawo 
obywatelskie” zyskiwała sobie działalność zorganizowana, kierowana przez przywódców tajnych grup.

Uporczywa i konsekwentna robota dawała wyniki. Wadliwie spawano osłony zewnętrzne korpusów 

rakiet.   Źle   lutowano   elementy   przewodowe   rozruszników.   Powodowano   szybkie   zużycie   się 
skomplikowanego technicznie urządzenia kontrolnego. W czynności tej wyspecjalizował się Rosjanin W. I. 
Tichy.

*

Podążając na trzecią zmianę do pracy w tunelu Polak z Warszawy Henryk Łaje był pod wrażeniem 

wiersza, który krążąc z rąk do rąk dotarł do niego. Zwłaszcza zwrot:

Ojca rozszarpały w kacecie psy
Aby radośniejszy, aby był wspanialszy

Hitlera Sieg!...

wbił mu się głęboko w pamięć.
Łajc   był   jednym   ze   spawaczy  części  „cygara”.   Nie   zmarnował   szansy.   Zatrudniony  na   pierwszym 

stanowisku spawalniczym przesuwał szablon o kilka milimetrów, co powodowało, że dwie łączone ze sobą 

background image

części kadłuba nie były zamocowane jednakowo i przy sprawdzaniu wytrzymałości na ciśnienie następowało 
rozerwanie się pojemnika.

Na innym stanowisku przy tej samej pracy był zatrudniony także warszawiak, inżynier Zygmunt Raabe. 

I on w podobny sposób dokonywał sabotażu.

Podczas ładowania na wagony już gotowych rakiet należało podkładać pod  „cygara” amortyzatory, 

które miały chronić broń przed wstrząsami w drodze. Radzieccy jeńcy: Aleksander Kislej, Wasilij Nikołajew, 
Władimir Sokołow i Dmitrij Winogradow umieszczali amortyzatory nie w tych miejscach, gdzie należało, co 
sprawiało, że podczas jazdy pociągu przy wstrząsach amortyzator nieraz wysuwał się spod rakiety. Zdarzało 
się, że już po kontroli załadunku przez SS-manów usuwano amortyzatory. Tym sposobem podczas samego 
tylko transportu z „Dory” do składów uszkodzono 135 rakiet.

Więźniowie wykorzystywali każdą nadarzającą się szansę utrudniania produkcji  V-2  i powodowania 

defektów   tej   broni.   Niemiecki   inżynier   z   biura   konstrukcyjnego   zlecił   zatrudnionemu   tam   polskiemu 
więźniowi   Tadeuszowi   Kahlowi   wykonanie   odbitek   rysunków   technicznych   na   papierze   światłoczułym. 
Jeden z rysunków był nieco przetarty wskutek składania i po wykonaniu odbitek zamiast „15” była widoczna 
tylko cyfra  „5” — jedynka znajdowała się akurat w miejscu przetarcia. Rysunek poszedł do produkcji z 
błędem,   w   związku   z   czym   niejeden   egzemplarz  V-2  otrzymał   niewłaściwe   bezpieczniki,   co   musiało 
wywołać zaburzenia w locie rakiety.

*

W grupie Francuzów sabotujących pod kierownictwem dwóch braci Carouana znajdował się między 

innymi słynny pieśniarz Maupoint z Paryża. Nigdy nie tracił fantazji ani humoru, co było ewenementem w 
tym strasznym obozie. Otrzymał ścisłe, naukowo sprawdzone instrukcje, jak ma wykonywać swoją „pracę” 
dla  „dobra Rzeszy”. Otóż żeliwne pojemniki do napędowego paliwa rakiety były dodatkowo zabezpieczone 
specjalną   obręczą.   Sabotażysta   dokręcał   nakrętki   w   ten   sposób,   że   śruba   trzymała   się   tylko   w   jednym 
miejscu, co powodowało obluzowanie już w czasie lotu pocisku. W czasie wykonywania tej fuszerki nucił 
po cichu skomponowane przez siebie piosenki.

W pojemnikach paliwa więźniowie z taśmy montażowej obniżali ciśnienie próbne, co powodowało, że 

aparatura   wykazywała   wytrzymałość   wyższą   od   rzeczywistej.   W   trakcie   lutowania   przewodów 
elektrycznych przełamywano druty znajdujące się wewnątrz różnokolorowych osłon w ten sposób, żeby 
osłona   nie   wykazywała   śladów   uszkodzeń.   Dokonywano   tego   prostym   sposobem:   przez   wielokrotne 
wyginanie   drutu   w   obie   strony.   Skutek   był   najczęściej   niezawodny.   Kontrola   wykrywała   wprawdzie 
niedokładność przewodzenia prądu, ale trzeba było szukać miejsca, w którym nastąpiło uszkodzenie, co 
pociągało za sobą poważną stratę czasu. Przerwanie przewodu tłumaczono wadą fabryczną.

Lutowanie przewodów robiono tak „oszczędnie”, że ich końce ledwie się trzymały. Przy ruchu rakiety 

następowało przerwanie dopływu prądu.

Prof. Charles Sandron ze Strasburga zwiększał obrót gwintu w potencjometrach żyroskopów, służących 

do   ustawiania   sterów   na   wyznaczony   tor   i   kontrolujących   odchylenia   od   wyznaczonego   kierunku   i 
wysokości.

Bywało i tak, że uszkodzeń dokonywano już przy dowożeniu gotowych egzemplarzy V-2 na stanowiska 

kontrolno-odbiorcze albo nawet nakładaniu pokrowców na głowice „Argusrohr”.

Pomysłowość   więźniów  „Dory”   w   stosowaniu   najrozmaitszych   metod   sabotażu   i   swego   rodzaju 

wynalazczość na tym polu nie miały wprost granic.

SS-mani i niemieccy majstrowie starali się na każdym kroku kontrolować pracę więźniów, zwłaszcza 

tych, którzy montowali aparaty sterujące rakiety. Hitlerowcy dobrze wiedzieli, że aparatura ta jest sercem i 
mózgiem pocisku  V-2, toteż pilnowali pieczołowicie, aby każda faza prac była wykonywana zgodnie z 
instrukcjami, aby nie zaistniały najmniejsze nawet uchybienia czy niedociągnięcia.

Ale o ważności urządzeń sterujących wiedzieli również więźniowie. Milcząca, zacięta walka między 

hitlerowskimi kontrolerami a sabotażystami toczyła się stale.

To sabotaż, dyrektorze Sawatzky!

Dyrekcja   podziemnego   kombinatu   ludobójczej   broni   stale   zwracała   swym   zaufanym   pracownikom 

uwagę na konieczność jeszcze większego i jeszcze staranniejszego przeciwdziałania sabotażowi ze strony 
więźniów. Z początkiem 1944 r. wydano tajny okólnik do zatrudnionych w „Dorze” cywilnych specjalistów, 

background image

dotyczący ochrony przed sabotażem. Wśród innych stwierdzeń w piśmie znalazło się i takie:

Mamy podstawą do zwrócenia uwagi, że w dalszym ciągu powtarzają się szkody wyrządzone naszym  

zakładom, dokonywane świadomie bądź też z powodu lekkomyślności...

Jednym z czołowych ekspertów — kontrolerów jakości, zaangażowanych w ośrodku wypróbowania V-

1 i V-2, był inż. Neubert. Wystosował on do dyrektora „Mittelwerke” pismo opatrzone pieczęcią „Geheime 
Reichssache”,   w   którym   zawarł   wiele   uwag   na   temat   jakości   samolotów-pocisków   wystrzeliwanych   w 
północnej Francji.

Sawatzky chwycił się za głowę. Na sto pięćdziesiąt pocisków dwadzieścia dwa od razu nie nadawały się 

do użycia. Z tego dziewiętnaście sztuk miało wady w niektórych częściach precyzyjnej aparatury, a trzy 
zdefektowano w czasie transportu.

Z pozostałych stu dwudziestu ośmiu „samolotów bez pilota”, uznanych początkowo za dobre, także nie 

wszystkie  udało  się  wystrzelić.  Neubert  z  pruską  pedanterią  podawał  szereg  przyczyn,  zwłaszcza wady 
transformatorów — te powinny mieć co najmniej 38 wolt, a miały poniżej 36.

Przy śrubowaniach, szczególnie w przewodach doprowadzających paliwo i przy komorze spalania  — 

czytał z narastającą wściekłością, pomieszaną z poczuciem bezsilności Sawatzky  —  brak było całkowicie 
smarów, co mogło być przyczyną błędu (sabotaż)
.

Inżynier Neubert, wybitny specjalista z ośrodka doświadczalnego przekształconej później w korpus 

armijny   dywizji  „Vergeltungswaffe”,   powołanej   do   ostrzelania   z   pomocą  V-1  i  V-2  Londynu,   zaufany 
człowiek ministra Speera, RSHA i Abwehry, nie miał wątpliwości, komu i czemu führer  „zawdzięcza” 
pociski wybrakowane i niewypały. Wiedział, że przyczyną zbyt dużego rozrzutu, jak też i niewypałów były 
przede wszystkim prymitywne warunki produkcji (na przykład nasycenie kurzem powietrza pod ziemią), a 
także zbyt krótki cykl badań poligonowych, spowodowany pośpiechem. Niemałą też rolę odegrało tutaj 
niedostateczne   przygotowanie   technologiczne   i   nie   zawsze   odpowiednia   jakość   materiałów.   I   wreszcie: 
więźniowie, ich niedbała praca, wręcz sabotaż.

Natomiast jeśli idzie o zdefektowane egzemplarze V-1, w ogóle nie nadające się do odpalenia, Neubert 

wyraźnie sugerował sabotaż — i nie mylił się.

Sawatzky z pasją cisnął sprawozdanie na podłogę i opadł ciężko na kanapę. Zaczynało go ogarniać 

znużenie. Czuł podświadomie, że nie da rady tym  „czerwonym lumpom”, zebranym z całej Europy. A 
wszystkich  ich  przecież   nie  wywiesza   na   swoich  ruchomych  dźwigach.   Powiesi   stu,   może   dwustu,   no, 
powiedzmy, trzystu... Reszta będzie nadal podkopywała jego pozycję. I będzie niszczyć „Wunderwaffe”, na 
którą   führer   i   Trzecia   Rzesza   tak   bardzo   liczy.   Czyżby   więźniom,   wrogom   państwa,   miało   się   to 
rzeczywiście udać?  Nie, to  nie  może być.  Trzeba  znaleźć  na  nich jakiś  skuteczny sposób. Koniecznie! 
Zamyślił się głęboko.

Marzenia Hitlera o zaatakowaniu Anglii bronią V-1 już w styczniu albo lutym 1944 roku nie spełniły 

się. Po dokonaniu pierwszych prób konstruktorzy „samolotu bez pilota” zażądali wprowadzenia ponad stu 
zmian w jego budowie, co pociągnęło za sobą wymianę stu trzydziestu jeden części.

Pierwszy egzemplarz samolotu-pocisku zjawił się na wyrzutni na początku października 1943 r. Ale 

choć start był udany, V-1 spadła do morza. Ten sam los spotkał dalsze sztuki.

Pułkownik Max Wachtel, odpowiedzialny bezpośrednio za wyrzutnie V-1, a później również V-2, dwoił 

się i troił, aby zapewnić jak najlepszy debiut „broni führera”. Pośpiesznie szkolił personel swoich baterii, ale 
jakość   pocisków   nie   zależała   od   niego.   Tymczasem   kanclerz   swoim   zwyczajem   straszył   aliantów,   a 
zwłaszcza Anglię,  „obiecując” rozprawienie się z nią. 8 listopada zabrał publicznie głos w monachijskiej 
piwiarni Bürgerbräukeller i zapowiedział, że odwet za naloty samolotów alianckich i porażki na frontach 
rozpocznie się wkrótce.

W   tym   samym   czasie   Wachtel   meldował,   że   pociski   wciąż   jeszcze   wykazują   szereg   wad.   Pękały 

komory na wyrzutniach, wyciekało paliwo, szwankowały przewody elektryczne... Z pięciu prób tylko jedna 
się powiodła. Specjalnie powołana komisja ustaliła kilka przyczyn defektów. M.in. w jednym z egzemplarzy 
broni wykryto pęknięcie komór spowodowane  złym spawaniem. Niektóre  z usterek wynikały z błędów 
konstrukcyjnych i technologicznych, inne spowodował sabotaż.

Rozpoczęcie produkcji seryjnej V-1 odwlekało się. Wreszcie jednak w nocy z 12 na 13 czerwca 1944 r. 

spadły na Londyn pierwsze 4 sztuki tej broni, wywołując zaskoczenie Brytyjczyków. Co prawda wystrzelono 
wtedy dziesięć sztuk, ale z sześciu pozostałych trzy natychmiast po starcie runęły na ziemię, a jedna okazała 
się niewypałem.

Hitler nabrał wigoru. Jeździł do Francji, gdzie zlustrował wyrzutnie w Pas de Calais i Cherbourgu. W 

Soissons zorganizował 16 czerwca konferencję z pełnomocnikiem Himmlera i Speera do spraw broni  V
podniesionym do rangi gruppenführera Hansem Kammlerem, dowódcą dywizji „Vergeltungswaffe” gen. mjr. 

background image

Richardem Metzem oraz płk. Maxem Wachtelem. Kiedy jednak jeden z egzemplarzy  „cudownej broni”, 
wystrzelony w Pas de Calais, zamiast pomknąć w kierunku Wysp Brytyjskich spadł niedaleko pałacyku, w 
którym konferował führer, ten wyjechał natychmiast.

Bezpośrednio po tych zdarzeniach od samego Hitlera i innych  „führerów” poszły rozkazy w sprawie 

natychmiastowego usunięcia stwierdzonych usterek w V-1. Kilkudziesięciu więźniów „Dory” zawisło w tym 
czasie   na   szubienicy,   ale   wady  „cudownej”   broni   mnożyły   się   nadal.   W   drugiej   serii   bombardowań, 
rozpoczętej 15 czerwca, strzelano z 55 wyrzutni. Z 244 pocisków — 46 spadło zaraz po wystrzeleniu. Prawie 
200 pocisków przebyło Kanał, a 73 dotarły do Londynu i okolic, niszcząc tam budynki. Były też straty w 
ludziach. 71 sztuk V-1 zniszczyły balony zaporowe i lotnictwo. Stolica Imperium Brytyjskiego znajdowała 
się w zasięgu broni V-1 w ciągu 131 dni. W tym czasie hitlerowcy wystrzelili 9300 pocisków, z czego na 
Londyn padło ich 2400. Z całkowitej liczby ponad 20 proc. spadło natychmiast po starcie. Ostatni „samolot 
bez pilota” upadł na terenie Anglii w listopadzie 1944 r.

Zanim jednak to się stało, Anglicy, a zwłaszcza londyńczycy, przeżyli dni pełne grozy. Mimo iż sztab 

aliancki w Londynie już w drugiej połowie 1943 roku miał rozeznanie co do przypuszczalnego ataku broni V
mimo bombardowania  przez RAF i amerykańskie bombowce  stanowisk wyrzutni  „broni odwetowej”, a 
także   transportów   i   węzłów   komunikacyjnych  we   Francji  —   zaskoczenie   Brytyjczyków   po   pierwszych 
„samolotach bez pilota”, jakie uderzyły na Londyn, było kompletne. Wcześniejsze oświadczenia Churchilla, 
że Anglia jest przygotowana do walki z „Vergeltungswaffe”, nie sprawdziły się.

Początkowo   zapanował   chaos.   Jeden   alarm   przeciwlotniczy   gonił   drugi,   nikt   nie   był   pewien 

bezpieczeństwa swojego i osób bliskich. Z miejsca zarządzono ewakuację kobiet i dzieci. Liczba ofiar rosła. 
Nagłówki hitlerowskich pism wołały: „Londyn płonie!” Była w tym część prawdy.

Jednakże   morale   ludności   angielskiej   nie   zostało   złamane.   Dość   szybko   wyspiarze   zastosowali 

częściowy   środek   obronny:   kombinację   balonów   zaporowych,   artylerii   przeciwlotniczej   i   samolotów 
myśliwskich. Pomimo to V-1 docierała jednak do Londynu i innych miast, siejąc grozę, niosąc zniszczenie i 
śmierć. Do akcji przeciwko  „samolotom bez pilota” skierowano także polskie dywizjony 306, 315 i 316, 
które zestrzeliły łącznie 190 pocisków.

Najwięcej   egzemplarzy   broni  V  unieszkodliwiła   artyleria   przybrzeżna,   wyposażona   w   urządzenia 

radarowe; teraz setki V-1 rozlatywały się nad kanałem La Manche, nie osiągając obszaru Wysp Brytyjskich.

Propaganda Goebbelsa stopniowo ucichła.
Już   w   trzy   miesiące   po   rozpoczęciu   ataku   nowej   broni   na   Anglię   brytyjski   minister   spraw 

wewnętrznych mógł oznajmić w Izbie Gmin: „Bitwa o Londyn została wygrana”.

Teraz hitlerowcom pozostała już tylko rakieta V-2.

Ci, którzy nie kapitulują...

Najsilniejsza   ze   wszystkich   była   w  „Dorze”   radziecka   organizacja   sabotażowa.   Rekrutowała   się   w 

większości  z  jeńców  wojennych.  Na  jej  czele  stał  Simeon  Grinko. Naprawdę  nazywał  się  Jełowoj,  był 
kapitanem — pilotem z Odessy. Zestrzelony nad Łodzią, przedostał się na teren Generalnej Guberni. Tutaj 
został aresztowany podczas jednej z łapanek. Tak trafił do „Dory”.

On   jeden   z   całej   radzieckiej   grupy   kontaktował   się   z   Albertem   Kuntzem.   Jednym   z   najbliższych 

pomocników Simeona był więzień przebywający w obozie pod nazwiskiem Petrenko, w rzeczywistości — 
ukrywający swój stopień oficer o nazwisku Konstantin Żurawski. - Do kierownictwa organizacji należeli też 
Miszka Płaksin i Saszka Rubaszka, obaj na fałszywych papierach.

Jednak główną sprężyną sprzysiężenia jeńców i więźniów radzieckich był, formalnie nie należący do 

niego, niejaki Iwan Uwarow, zatrudniony w rewirze w charakterze pielęgniarza. Do obozu dostał się po 
aresztowaniu   na   terenie   Niemiec,   gdzie   zrzucono   go   jako   skoczka   spadochronowego   dla   nawiązania 
kontaktów   z   niemieckim   antyfaszystowskim   ruchem   oporu   i   zorganizowania   przy   jego   pomocy   siatki 
wywiadowczej na tyłach hitlerowskich wojsk. Był on w istocie majorem wywiadu radzieckiego, a przed 
wybuchem wojny pracował na stanowisku zastępcy attaché wojskowego w Kopenhadze.

Osobliwym   zbiegiem   okoliczności  „Dora”   była  „kacetem”,   w   którym   znalazło   się   najwięcej 

aresztowanych, członków rozmaitych organizacji wywiadowczo-dywersyjnych na terenie Francji, takich jak 
„Monika — W”, z siatki „F” i „Różokrzyżowców”. Byli tutaj również francuscy maquis z lewicowego ruchu 
Wolnych  Strzelców   i   Partyzantów   Francuskich  —   Francs-Tireurs   et   Partisans   (FTPT).   W   szeregach  tej 
organizacji   obok Francuzów  walczyło wielu Polaków.  Teraz,  za  drutami,  ludzie   ci  tworzyli  w  tunelach 
Kohnsteinu liczne, sprawnie działające organizacje sabotażowe. Na czele jednej z nich stał kpt. Korwin-
Piotrowski z dawnej siatki F-2, będącej na usługach angielskiego oddziału wywiadu do spraw dywersji na 

background image

tyłach   wroga   (w   skrócie:   SOE).   Całością   ruchu   oporu   w   grupie   francuskiej,   do   której   należała   część 
Polaków,   kierował   dr   Marcel   Petit.   Utrzymywał   on   łączność   z   Kuntzem   za   pośrednictwem   Christiana 
Behama, który dobrze znał francuski i był później zastępcą starszego obozu.

We   francuskiej   grupie   znalazło   się   wielu   radiotechników   i   radiooperatorów   ze  „spalonych”   siatek, 

będących na usługach angielsko-francuskiej sekcji SOE.

Przedziwnym   zrządzeniem   losu   ci,   którzy   walczyli   z   bronią  V  na   wolności,   kontynuowali   swoją 

działalność w tunelach „Dory”, tyle  że nieco inaczej. Wielu z nich przed aresztowaniem rozpracowywało 
lokalizację   wyrzutni  V-1  i  V-2,   stanowiska  „Flakregiment”   płk.   Wachtela.   Szczególne   sukcesy   na   tym 
odcinku   odniosła  „Monika   —   W”.   Jej   siatka   informacyjna,   dysponująca   czterdziestoma   radiostacjami 
nadawczo-odbiorczymi, wykryła i przekazała do Londynu pozycje 83 wyrzutni broni  V  w rejonie Nord. 
Wszystkie one zostały zniszczone przez lotnictwo alianckie.

„Broń odwetowa” była bardzo groźna, nic tedy dziwnego, że jej użycie wywołało alarm w całej Anglii. 

Szybko zorientowano się, że głównym sposobem przeciwdziałania jej było masowe bombardowanie samych 
wyrzutni. Stąd wynikały dyspozycje sztabu alianckiego dla siatek wywiadowczych na terenie Francji.

Liczne wyrzutnie, składy V-1 i pociągi dowożące tę broń zostały wytropione przez oddziały Wolnych 

Strzelców i Partyzantów Francuskich. Niepoślednią rolę odegrali tu Polacy z Normandii. Obiekty te uległy 
zniszczeniu przez RAF i lotnictwo amerykańskie (US AF).

Ogółem — walcząc z V-1 — francuski ruch oporu, w tym i polscy patrioci, wykrył i zlokalizował w 

ciągu 11 tygodni 173 wyrzutnie i kilka składów oraz rejonów przeładunku i dowozu „broni odwetowej”.

Kilkuset z tych ludzi znalazło się w „Dorze”.

Nieugięci do końca

W obozie mnożyły się akty sabotażu, rosła liczba ofiar więźniów straconych przez powieszenie. Od 

szefa   Wydziału   D   w   Głównym   Urzędzie   Gospodarczo-Administracyjnym   SS   (WVHA),   gruppenführera 
Maurera, nadeszło na ręce komendanta Förschnera pismo następującej treści:

Dotyczy: Nadzór nad więźniami. Tajne.

Okazało się bezwarunkowo konieczne i niezwykle ważne, aby więźniowie... byli nadzorowani przez  

nadających się do tego współwięźniów (szpiclów). Komendanci obozów winni poświęcić specjalną uwagę  
wydarzeniom w obozie, ażeby pewnego dnia nie zostali zaskoczeni nieprzyjemnymi wypadkami.

Kiedy okazało się, że kandydatów na szpiclów brak, przyszło następne tajne pismo od tegoż Maurera z 

datą 11 kwietnia 1944 r.:

Mnożą się wypadki stawiania wniosków prze komendantów KL o wymierzenie kary chłosty więźniom,  

którzy dopuścili się sabotażu w zakładach zbrojeniowych.

Proszę, aby na przyszłość w wypadkach udowodnionego sabotażu stwierdzonego przez kierownictwo 

zakładu stawiać wnioski o wymierzeni kary śmierci przez powieszenie. Wyrok powinien być wykonany w  
obecności wszystkich więźniów odnośnego komanda roboczego. Podany przy tym do wiadomości powód  
egzekucji stanie się środkiem odstraszającym.

— Naiwni są ci z Berlina — powiedział obersturmbannführer do Sawatzky'ego i obersturmbannführera 

Helmutha Bischoffa, szefa miejscowej komórki Służby Bezpieczeństwa i Policji Bezpieczeństwa, podając im 
pismo. — My wieszamy od początku. I wcale nie prosimy WVHA o pozwolenie.

To była prawda. Egzekucje mnożyły się. W końcu marca powieszono na szubienicy trzech więźniów 

podejrzanych o sabotaż: Polaka, Czecha i Rosjanina. Na plac apelowy spędzono wtedy kilkanaście tysięcy 
aresztantów. Byli akurat po kąpieli i stali nago na przejmującym zimnie.

Skazańcy mieli skrępowane z tyłu ręce. Udział w egzekucji wziął cały sztab kierowniczy: lagerführer 

Möser, rapportführerzy, lekarz SS i liczne grono oficerów i podoficerów. Po pewnym czasie ukazał się 
komendant Förschner. Obersturmführer Möser wygłosił „okolicznościowe” przemówienie.

— Przypatrzcie się dobrze tym trzem bandytom, bo ich los może być jutro waszym udziałem! Sabotaż, 

sabotować — oto co wam w głowach siedzi! Pamiętajcie, że stryczków starczy nam nawet na miliony takich 
łajdaków jak wy! Radzę wam po dobremu i ku przestrodze na przyszłość: nauczcie się w końcu uczciwie 
pracować   jak   na   więźniów   ochronnych   przystało   i   nie   ważcie   się   nawet   myśleć   o   takim   czy   innym 

background image

sabotowaniu   naszej   produkcji!   Na   wykrycie   waszych   świństw   znajdziemy   zawsze   sposób!   Wasze 
niepoczytalne głupstwa nikomu na sucho nie ujdą! Jeżeli wam się wzorowa praca dla Trzeciej Rzeszy nie 
podoba, to wystąpcie z szeregów nawet i teraz — i powiedzcie mi o tym dobrowolnie! Każdego wysłucham i 
zrobię z nim jak przepisy nakazują: krótki proces! Czy zrozumieliście wszystko, co wam powiedziałem?!

Odpowiedziało mu głuche milczenie. Nagle przemówił spod szubienicy Rosjanin. Głos miał donośny.
— Przyjaciele, zostawiłem w domu troje dzieci, ale swoich czynów nie żałuję! Chociaż umrę, cieszy 

mnie, że hitlerowcy popamiętają moją robotę. Niech żyje solidarność! Żegnajcie i pomścijcie naszą śmierć.

Rzucili się na więźnia SS-mani i zaczęli go katować: bili bykowcami, kopali. Förschner tratował go 

butami. Zmasakrowaną ofiarę powleczono na szubienicę.

Nagle rozległ się głos drugiego ze skazańców, Polaka:
— Polacy! Pomścijcie nasze krzywdy! Nigdy nie zapomnijcie zbrodni tych potworów! Pierwszego 

powieście   za   nogi   tego   parszywego   wieprza  —   komendanta!   Niszczcie   i   sabotujcie   wszystko,   co 
hitlerowskie!

Uderzony pięścią w usta zamilkł. Tłumacz, ociągając się, podawał obersturbannführerowi każde słowo. 

Ten bluznął potokiem wyzwisk.

— Wy świnie, wy bydło przeklęte, wy łobuzy, bandyci, woły śmierdzące!  — wrzeszczał nie panując 

nad sobą „pierwszy po Bogu”. — Ja was...

Nagle zamilkł jak rażony piorunem. Dojrzał coś, co go wprawiło w osłupienie. Stojący z pętlą na szyi 

Polak przedrzeźniał go i parodiował jego słowa:

— SS-świnie, SS-woły, SS-rabusie, SS-bandyci, kaputt, kaputt! —- wykrzykiwał naśladując dyszkant 

Förschnera. Ten nie wytrzymał nerwowo. Podskoczył do więźnia i zaczął go bić po twarzy. Wtem odskoczył 
jak oparzony. Polak plunął mu w twarz.

W czworoboku zmarzniętych, nagich więźniów odezwał się śmiech. Sztabowcy zbaranieli podobnie jak 

ich szef. Ten machinalnie wyciągnął z kieszeni chusteczkę i otarł twarz. Kiedy oprzytomniał, nadęte policzki 
pokryły mu się purpurą. Nie patrząc na nikogo opuścił plac w towarzystwie Mösera.

Trzej więźniowie zawiśli na szubienicy.  „Widzów” także spotkała kara za ów śmiech. Każdy musiał 

przejść szpalerem utworzonym przez „trupie główki” trzymające bykowce w dłoniach...

Nie wszystkim udało się przeżyć koszmarny apel, wielu leczyło potem rany w szpitalu *.

Plan buntu

Organizacja   sabotażowa   więźniów  „Dory”   stanowiła   równocześnie   międzynarodową   grupą   bojową. 

Wkrótce   po   wylądowaniu   wojsk   alianckich   w   Normandii   kerownictwo   podziemia   przystąpiło   do 
opracowania zbrojnego planu wydostania się z obozu na wolność. Sporządzenie pierwszego wariantu planu 
zlecono dowództwu  grupy radzieckiej. Po  licznych dyskusjach i  wielu przeróbkach  przedstawiał  się  on 
następująco.

W południowo-wschodniej części obozu, na obszarze zajmowanym przez SS, znajdował się barak nr 

55, w którym mieściła się zbrojownia. Jedno z komand, trudniące się rozwożeniem kotłów z ranną kawą i 
zupą   obiadową   dla   posterunków   SS-manów,   w   drodze   do   tuneli   mijało   za   każdym   razem   ów   barak. 
Posterunki pełniące służby przy zbrojowni były przyzwyczajone do widoku tej kolumny więźniów i nie 
zwracały na nią uwagi.

Ten   właśnie   fakt   postanowiono   wykorzystać.   Na   ciche   polecenie   sztabu   organizacji   wymieniono 

częściowo skład owego rozwożącego jedzenie komanda i w ten sposób wszyscy jego członkowie rekrutowali 
się   spośród   radzieckich   jeńców   wojennych,   członków   organizacji.   Otrzymali   oni   polecenie   dokładnego 
rozpoznania liczby żołnierzy strzegących zbrojowni i ich wyposażenia w broń, a także ustalenia dokładnego 
czasu zmiany warty oraz sił spotykanych po drodze posterunków SS.

Na dzień wybuchu powstania wybrano jeszcze dość odległy termin  — 24 grudnia, wigilię Bożego 

Narodzenia. Rozwoziciele rannej kawy mieli zaatakować niczego nie spodziewające się posterunki przy 
zbrojowni   i   unieszkodliwić   je   możliwie   bez   użycia   broni   palnej,   aby   w   ten   sposób   wykluczyć 
zaalarmowanie   innych   SS-manów.   Potem   grupa   miała   zawładnąć   znajdującą   się   w   cekhauzie   bronią   i 
uzbroić   nią   następny,   wyznaczony   w   tym   celu   oddział   organizacji.   Plan   przewidywał   też   zdobycie 
niemieckich mundurów, przebranie się w nie i zlikwidowanie kolejno strażników na wszystkich wieżach 
okalających obóz. Następnie zamierzano rozbroić wszystkich pozostałych SS-manów.

* Przytoczono za umieszczoną w książę A. Cabały relację więźnia „Dory” Mieczysława Wyrwicza.

background image

Plan   ten   nazwano  „Planem   Południowy   Wschód”   (Süd-Ost).   Opracowanie   szczegółów   akcji   i 

kierownictwo nad jej wykonaniem powierzono kapitanowi Simeonowi Grince.

Grupa  uderzeniowa miała składać  się z  więźniów rozwożących kawę i kilku innych oddziałów  — 

nazywano tę jednostkę operacyjną  „grupą piechoty”. Utworzono poza tym  „oddział pionierski”,  „oddział 
łączności”, a także sanitariuszy i zaopatrzenia. Uzbrojenie „piechoty” miało w pierwszej fazie składać się z 
noży, sztyletów i toporków. Oddziały „pionierów” wyposażono w izolowane nożyce do przecinania drutów.

W   celu  „unieszkodliwienia”   otaczających   obóz   drutów   kolczastych,   naładowanych   prądem 

elektrycznym,  postanowiono  spowodować  krótkie  spięcie  przez ścięcie  i zwalenie  na  ogrodzenie  ośmiu 
rosnących tuż przy nim drzew. Następnie zamierzano poszerzyć przejścia między drutami, przecinając je 
nożycami.

Zaopatrzenie   oddziałów   sanitarnych   w   potrzebny   ekwipunek   powierzono  Čespivie.   Jan   Chaloupka 

zaczął montować radiostację nadawczo-odbiorczą. Po zbudowaniu ukrył ją w sterylizatorze w bloku 39, 
gdzie leżeli więźniowie cierpiący na choroby zakaźne.

Po opanowaniu obozu i uzbrojeniu oddziałów organizacji miał nastąpić wymarsz wszystkich więźniów 

w   kierunku   Buchenwaldu,   odległego   od   „Dory”   o   80   km   na   południowy   wschód.   Połączone   siły 
więźniarskie obu „kacetów” wyruszyłyby w kierunku Czechosłowacji, a po przedarciu się przez łańcuch Gór 
Rudawskich miały dotrzeć do rejonu Karlovych Varów, gdzie działała partyzantka radziecka.

Plan Süd-Ost opierał się na założeniu, że do 24 grudnia wojska alianckie zbliżą się do kompleksu 

obozowego Mittelbau-„Dora”, w pobliże łańcucha gór Harcu. Uważano, że pół roku wystarczy armiom 
Eisenhowera i Montgomery'ego na zepchnięcie Niemców w okolice Turyngii.

Niestety, jak się to miało okazać, więźniowie przeliczyli się w swoich niecierpliwych, choć teoretycznie 

uzasadnionych rachubach.

Odmawiam wykonania rozkazu!

Pewnego dnia uciekło dwóch Rosjan i jeden Polak. Syreny ryczały alarmująco, cały obóz trzymano do 

północy   na   placu   apelowym.   Na   drugi   dzień   wśród   SS-manów   zapanowała   wielka   radość:   złapano 
uciekinierów. Jeden z nich obchodził ulice bijąc w zawieszony na szyi bęben, za nim dwaj pozostali. Mieli 
oni na plecach tablice, na których można było przeczytać: „Z radością wracam do Was!”

Potem zbiegów wzięto do bunkra. Z tego miejsca w „Dorze” nikt nie wracał do swego baraku.
Nie   odstraszyło to innych od  szukania  szczęścia  w  ucieczce.  I   znowu schwytano trzech  więźniów 

radzieckich: dwóch żołnierzy i partyzanta. Zapadł wyrok: śmierć przez powieszenie. Egzekucja miała się 
odbyć w obecności wszystkich więźniów i być dla nich postrachem. Zgromadzono wszystkie komanda, na 
placu apelowym stała już gotowa szubienica z trzema zwisającymi pętlami.

Komendant   obozu   był   pod   wrażeniem   pisma   otrzymanego   od   Himmlera,   w   którym   reichsführer 

nakazywał, aby wieszania skazanych na śmierć dokonywali współwięźniowie.

Rzeczą   komendanta   jest,   aby   wykluczyć   możliwość   odmowy   wykonania   polecenia  —   Förschner 

powtarzał w duchu dalszy fragment listu oberszefa. — Za przeprowadzenie powieszenia więzień ochronny 
otrzymuje 3 papierosy...

Himmler wprawdzie nie precyzował, jakiego rodzaju więźniów należy zobowiązywać do dokonania 

egzekucji, ale w głowie obersturmbannführera wylągł się perfidny plan...

Zwrócił się do starszego obozu, Georga Thomasa, i polecił mu powieszenie skazańców. Lagerälteste 

stanął na baczność i odparł:

— Panie komendancie, ja jestem politycznym więźniem, a nie katem.
— Więzień wykona rozkaz, czy odmawia?! — ryknął zdenerwowany SS-man.
— Odmawiam wykonania rozkazu!
— Zdajecie sobie sprawę ze skutków niewykonania rozkazu? — głos „trupiej czaszki” nabrał akcentów 

niedwuznacznej groźby.

— Bardzo dokładnie, panie komendancie.
Podbiegł Möser, uderzył Thomasa kilka razy szpicrutą w twarz, a obersturmbannführer zerwał mu 

opaskę   funkcyjnego   z   napisem  „LA   1”.   Po   chwili   z   identycznie   brzmiącym   rozkazem   zwrócił   się   do 
zastępcy Thomasa, starszego obozu nr 2.

Rolę tę pełnił w „Dorze” Ludwik Szymczak, Polak z włączonej do Rzeszy części Górnego Śląska i z 

tego   tytułu   noszący   trójkąt   politycznego   więźnia  —   reichsdeutscha.   Był   on   bliskim   współtowarzyszem 
Kuntza i spełniał w organizacji fukcję łącznika między kierowniczym sztabem podziemnym a polskimi 
grupami sabotażowymi.

background image

— Odmawiam wykonania rozkazu! — powiedział donośnym głosem.
Na placu nastąpiło ogromne poruszenie. Stało wtedy 14 tysięcy więźniów. Widzieli rozgrywającą się na 

oczach wszystkich scenę i słyszeli każde słowo.

Nagle   powstał   szmer   oburzenia.   To   więzień   kryminalny   Willi   Zwiener   zgłosił   swoją   gotowość 

powieszenia więźniów. Na ochotnika.

Thomas i Szymczak zostali dotkliwie pobici przez SS-manów. Ponadto każdy z nich dostał natychmiast 

na placu po 25 kijów. Odprowadzono ich do bunkra.

W „Dorze” nigdy już więcej nie zaproponowano więźniowi politycznemu, aby powiesił swego kolegę. 

Używano do tego celu wyłącznie przestępców.

W pobliżu wyrzutni rakiet

Ośrodek Doświadczalny Wehrmachtu w Peenemünde, pomimo częściowego zbombardowania latem 

1943 r., funkcjonował nadal. Opracowywano tutaj dokumentację techniczną różnych rodzajów nowoczesnej 
broni, w tym nowych, ulepszonych typów rakiet V-2. Wypróbowywano w bazie na wyspie Uznam prototypy 
„Wunderwaffe”, przekazując je następnie do produkcji —- montażu w tunelach obozu Mittelbau-„Dora”.

Do robót prostych, pomocniczych, używano tutaj więźniów obozów koncentracyjnych. W tym celu 

założono komenderówkę KL Ravensbrück — jego męskiej części.

*

Włodzimierzowi   Kulińskiemu,   więźniowi   politycznemu   Karlshagen  —   Peenemünde,  żywiej   zabiło 

serce. Jego brygadę odkomenderowano do „Prüfstand 7” — kontrolnego stanowiska startowego dla broni V-
2
. Polecono im wynosić worki cementu z budynku zagrożonego zawaleniem się,. Był to ślad po alianckiej 
bombie, zrzuconej podczas operacji „Hydra”.

Z odległości kilkunastu metrów młody Polak mógł obserwować wyrzutnię. Otoczona z trzech stron 

wałem ziemnym znajdowała się w centralnym punkcie. Całość nasuwała porównanie z amfiteatrem. Ów 
budynek  z  cementem   zamykał  koło  o średnicy  co  najmniej  70  metrów.  Po obu  stronach nadwerężonej 
piętrowej   budowli,   między   jej   bocznymi   ścianami   a   usypiskiem   ziemi,   widniały   wjazd   i   wyjazd   na 
wyrzutnię.

W środku tego zamkniętego obszaru ustawione było coś w rodzaju podium w kształcie ogromnego stołu 

z czterema daleko wysuniętymi „blatami”. Na nim sterczała pionowo rakieta. Na ruchomych rusztowaniach 
uwijali się cywilni niemieccy inżynierowie i technicy. Wchodzili tam po drewnianych schodkach.

Kuliński wiedział już skądinąd, że egzemplarze broni V-2 dowożono w pobliże wyrzutni na wagonach, 

a   na   samą   wyrzutnię   dostarczał   je   ogromny  samochód   ciężarowy.   Na   stanowisku   rakietę   ustawiono  za 
pomocą dźwigu.

Tego słonecznego sierpniowego dnia 1944 roku skierowane prosto w niebo, gotowe do wystrzelenia 

„cygaro”   budziło   żywe   zainteresowanie   nie   tylko   więźniów,   ale   i   dozorujących   ich   dwóch   żołnierzy 
Wehrmachtu. Ci ostatni wdali się w rozmowę z obsługą wyrzutni, rozpytując o dokładny czas startu rakiety. 
Widać było, że się boją, niepewni, czy zdążą przed odpaleniem skryć się w bezpieczne miejsce.

Nagłe pocisk zaczął wydawać długie sygnały — gwizdy.
— Przerwać pracę! Uciekać w stronę lasu!  — rozległa się ostra komenda. Ruszyli ku pobliskiej linii 

drzew. Gwizdy wydobywające się z rakiety stawały się coraz częstsze i coraz krótsze, aż urwały się i nastała 
cisza. Wachmani, specjaliści cywilni i więźniowie oczekiwali momentu startu. Kuliński natężał wzrok aż do 
łez, nie chcąc uronić nic z tej niezwykłej, wprost fantastycznej sceny. Opowiem to „Paulowi” ze szczegółami 
— przyrzekł sobie w duchu.  „Paul” był to zakonspirowany oficer radziecki, prawdopodobnie pracownik 
wywiadu, zbierający w Peenemünde wszelkie dostępne informacje dotyczące „Vergeltungswaffe”. Pracowali 
z Włodzimierzem w tym samym komando, tyle że w różnych brygadach. Od Rosjanina dowiedział się nasz 
konspirator, że rakiety produkują więźniowie w podziemiach jakiegoś obozu koncentracyjnego. Polak był 
przedtem w Buchenwaldzie. Wyjechał stamtąd transportem w 1942 r. „Dora” wtedy jeszcze nie istniała.

Tymczasem   start  V-2  przeciągał   się.   Mijały   minuty.   Tuż   obok   wyrzutni   pojawiły   się   sylwetki 

wojskowych. Po chwili dotarło do skupionych na brzegu lasu hasło:

— Stan zagrożenia odwołany. Wracać do pracy!
Worki cementu na więźniarskich plecach znowu wędrowały na nowe miejsce składowania.
Nagle rakieta ponownie zaczęła wydawać krótkie i częste sygnały. W niebo wzbił się wrzask:

background image

— Uciekać do lasu! Prędzej!
Znowu popędzili wszyscy. Wachmani, którzy zazwyczaj kroczyli za więźniami, teraz wysforowali się 

przed  nich,  parli do przodu, na  wyścigi.  Pomieszanie  z  poplątaniem  — myślał z  wisielczym  humorem 
Kuliński.  — Gdyby tak ktoś to sfotografował, mógłby pomyśleć, że grupa wynędzniałych więźniów goni 
uciekających przed nimi uzbrojonych żołnierzy niemieckich i cywilnych inżynierów.

Szum, potworny gwizd. Polak odruchowo obejrzał się.
Pocisk powoli uniósł się do góry, ale nie poszybował w przestworza. Rakieta skierowała się w stronę 

lasu, do którego zdążał tłum.

— Hilfe! Na pomoc! — zaczął wrzeszczeć któryś z uciekających Niemców.
Biegnący tuż przed Włodzimierzem strażnik w pewnej chwili zaczepił lufą Mausera o gałąź. Zerwało 

mu pas karabinowy, broń upadła na ziemię, ale jej właściciel pędził dalej, nie zważając na nic. Bał się 
panicznie, że zaleje go płonące paliwo. Podobny wypadek zdarzył się przed kilku dniami. Kuliński podniósł 
broń, krew uderzyła mu do głowy. Strzelić do tego hitlerowca... potem do drugiego... uciec... Wzdrygnął się, 
oprzytomniał. Pobiegł za podoficerem i wepchnął mu karabin do ręki.

Rakieta, po kolejnym wahnięciu w powietrzu, runęła nagle w morze tuż przy brzegu, podnosząc w górę 

gejzery wody i piasku. Próba nie powiodła się.

Cementu już nie przenoszono. Strop nad wejściem do budynku zawalił się i gruz przysypał worki.

Jeszcze jeden poligon doświadczalny

Stosunkowo największe nasilenie produkcji rakiet i prób ich sprawności przypadło na okres czerwiec — 

wrzesień 1944 roku.

Drugim obok Peenemünde niezmiernie ważnym ośrodkiem wypróbowania pojedynczych egzemplarzy 

różnych odmian konstrukcyjnych i serii broni  V  był punkt z wyrzutnią w miejscowości Blizna-Pustków, 
położonej na południe od Mielca przy linii kolejowej Mielec—Dębica—Tarnów. Ośrodek ów krył się pod 
kryptonimem „Heidelager”. Tutaj specjaliści dokonywali ostatecznych prób gotowych już rakiet, kontrolując 
działanie poszczególnych mechanizmów, sterujących lotem pocisku.

Większość odpalanych tutaj V-2 spadła i wybuchła na obszarze tzw. Pustyni Błędowskiej.
Latem   1944   roku   nieraz   zdarzało   się,   że   mieszkańcy   tej   czy   innej   wsi   lub   miasteczka   odkrywali 

ogromne doły  —  ślady wybuchów  V-2, ale Niemcy kazali je zasypywać. Były one około 20-metrowej 
średnicy i miały ponad 10 metrów głębokości. Niektórzy z mieszkańców tamtych okolic wspominają, że 
nawet w stosunkowo odległych od miejsca eksplozji domkach wylatywały szyby z okien. Niejednokrotnie 
zapalały się pobliskie zabudowania, były też straty w ludziach.

SS-mani, żandarmi i lotnicy za każdym razem szukali w lejach najdrobniejszych nawet odłamków, 

przepatrywali też skrupulatnie miejsca w pobliżu detonacji. Znalezione części zabierali ze sobą.

Wszystkie   próbne   odpalenia   tej   broni   na   wyrzutni   Blizna   były   „ściśle   tajne”.   W   dokumentacji 

hitlerowskiej o egzemplarzach V-2, które wybuchły, mówiono jako o spadłych balonach. tzw. flarach czy też 
samolotach nieprzyjacielskich, rzekomo strąconych przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą.

Nieraz jednak, zanim  na  miejsce  wybuchu przybyli  Niemcy, mieszkańcy  mieli  okazję  spenetrować 

wnętrze   lejów.   Znajdowano   tam   zniszczoną   aparaturę   precyzyjną,   kable   lub   rury   o   średnicy   7   cm   i 
dziesięciokronie   większej   długości,   wewnątrz   której   znajdowały   się   zwoje   przewodów   elektrycznych   i 
opornik. Wokół leżały aluminiowe odłamki.

Jedna   z   wystrzelonych   na   poligonie   Blizna   rakiet-niewypałów   dostała   się   w   ręce   wywiadu   Armii 

Krajowej i została dostarczona specjalnym samolotem do Londynu.

Odwet – ale więźniów...

Rankiem 6 września 1944 roku bateria 444 jednostki wyrzutni rakiet Maxa Wachtela odpaliła pierwszy 

pocisk   bojowy  V-2.   Miał   on   spaść   na   Paryż.   Rakieta   uniosła   się   nad   wyrzutnią   i   opadła   bezsilnie   z 
porozbijanymi   „wnętrznościami”.   W   godzinę   później   wystrzelono   z   takim   samym   skutkiem   drugi 
egzemplarz.

W   dwa   dni   później   grupa   „Pólnoc”   LXV   korpusu   armijnego   do   zadań   specjalnych 

(Generalkommmando LXV Armee – Korps zur besonderen Verwendung pod dowództwem generała artylerii 
Ericha Heinemanna) – utworzonego z przekształconej dywizji 191 – rozpoczęła ostrzeliwanie Anglii ze 
stanowisk w Holandii.

background image

Początkowo rakiety zawodziły. Jedne opadały tuż po starcie, inne wkrótce po opuszczeniu wyrzutni. W 

ciągu 10 dni wystrzelono zaledwie 35 pocisków, z których do Anglii doleciało 27. Cóż, kiedy 11 z nich 
poszybowało daleko od wyznaczonych celów, a zaledwie 16 padło na Londyn. Jedną z najpoważniejszych 
przyczyn tych niepowodzeń był nieodpowiedni, niedostatecznie wypracowany system sterowania.

W ciągu następnych dziesięciu dni historia powtarzała się. Z wystrzelonych 44 rakiet do brzegów Anglii 

dotarło 37, ale ani jedna nie spadła na stolicę. Wybuchły w innych miejscach.

  Każdy   pocisk   lub   rakieta,   która   dotarła   do   Anglii,   z   reguły   powodowała   śmiertelne   wypadki.   W 

gazetach   ukazywały   się   nekrologi   z   nazwiskami   zabitych   i   nazwami   miejscowości,   w   których   ofiary 
mieszkały. Samego wybuchu rakiety nie  można  było ukryć  przed agentami niemieckimi, więc Anglicy, 
podając fałszywe dane co do rejonów, na które spadły pociski, zmierzali do tego, by hitlerowcy kierowali 
swą broń na tereny nie zamieszkane.

*

Po wyprodukowaniu pięćsetnej sztuki V-2 w „Dorze” odbyła się hucznie celebrowana uroczystość. Na 

kadłubie owej rakiety wymalowano ogromną liczbę pięćset oraz karykaturę Churchilla. Były buńczuczne 
przemówienia, lały się wyborne trunki.

W dwa tygodnie później przyszedł minorowy meldunek: owa pięćsetna V-2 okazała się niewypałem. W 

raporcie   sugerowano,   że   stało   to   się   na   skutek   sabotażu.   Wrócił  „jubileuszowy”   egzemplarz   „broni 
odwetowej” do poprawki. Więźniom na jej widok śmiały się oczy.

Do marca 1945 r., kiedy to została wystrzelona ostatnia rakieta, na Wielką Brytanię spadło 537 sztuk V-

2,   z   czego   na   Londyn  —   517.   Według   źródeł   zachodnioniemieckich   hitlerowcy   skierowali   na   Wyspy 
Brytyjskie 1403 rakiety V-2; do celu dotarły 1054 sztuki. 439 egzemplarzy w ogóle nie przeleciało kanału La 
Manche, 61  — trafiło w morze, a reszta opadła zaraz po odpaleniu. Jedną z istotnych przyczyn dużego 
„odpadu” rakiet było niedocenianie przez Niemców warunków meteorologicznych.

Straty po stronie brytyjskiej były znaczne. Od broni V-1 i V-2 zginęło 8938 osób, rannych było 25 504. 

Szkody   materialne   były   ogromne:   około   280   000   całkowicie   zburzonych   i   1   000   000   budynków 
uszkodzonych.

12 października 1944 r. Tego dnia Hitler wydał rozkaz, aby V-2 i V-1 skierowano także na belgijskie 

miasto  Antwerpia.  Spadło tam 1265 rakiet*. Ponadto  wystrzelono 7400 sztuk  V-1  na  Francję  i  800  na 
Holandię. W  Europie  zachodniej  od  broni  V  zginęło 6448 osób, rannych  było 32 524.  Żadnych  celów 
wojskowych Niemcy nie osiągnęli. Broń V nie uratowała Trzeciej Rzeszy.

Musimy postawić do dyspozycji korpusu Vergeltungswaffe co najmniej dziewięćset rakiet miesięcznie! 

—  żądał   wódz  „wielkich   Niemiec”.   Speer,   Kammler,   von   Braun   i   Sawatzky   ustalili:   całkowity   plan 
produkcji wyniesie 13 500 sztuk V-2.

Rzeczywistość przekreśliła te zamiary. Produkcja wyniosła 7100 sztuk, czyli zaledwie 53 procent planu, 

przy czym w wielu egzemplarzach tej broni stwierdzono mniejsze lub większe usterki.

*

Jak gdyby wiedziony przeczuciem, że wkrótce spotka go coś złego, Albert Kuntz często pisał teraz listy 

do swoich bliskich — żony przebywającej w więzieniu i do dzieci we Frankfurcie n. Menem.

W jednym z ostatnich tak pisał:
...Wiele zmieni się po tej wojnie, mnóstwo ludzi nie odnajdzie się w miastach i na wsi, miejsca domów  

zajmą  ruiny  i  gruzy.  Przecież  najważniejsze  jest  to,  że  my   zwyciężymy  i  zaczniemy  od  nowa budować,  
spoglądając w przyszłość z weselem w sercach. Optymistycznie przebijemy się w jutro i na ruinach zakwitnie  
nowe życie. Jest wymogiem czasu, że nastąpi wielka ofensywa tego co nowe, nowych wartości ludzkich i 
spolecznych. Stare zniknie, a nowe zakwitnie pokonując wszelkie trudności, zdobędzie powszechne uznanie i 
wcieli się w konkretne życie.

Dzisiejszą epokę trzeba przeżywać z pełną świadomością. Silni, świadomi ludzie będą tworzyć nowe  

oblicze rzeczywistości, by (...) żyć w niej. W pełni odważnymi i śmiałymi są pionierzy nowych czasów...

Sam należał do takich. Ale przeznaczone mu było żyć i umrzeć w tragicznych okolicznościach.

* Według źródeł zachodnioniemieckich wystrzelono na Belgię 8660 sztuk „cudownej broni” (1675 rakiet V-2 i 6985 sztuk V-

1).

background image

Niespodziewany cios

Dość   wcześnie   hitlerowska   Służba   Bezpieczeństwa   zaczęła   inwigilować   więźniów  „Dory”,   chcąc 

przeciwdziałać tworzeniu się jakichkolwiek organizacji i sabotażowi. Zastosowany został w tym obozie 
specjalny system szpiclowski, przeniesiony potem do innych  „kacetów”. Już 28 stycznia 1944 r. dyrekcja 
„Mittelwerke” wydała tajne zarządzenie o zwalczaniu sabotażu. Oto jego fragment:

Zostało stwierdzone ponad wszelką wątpliwość, że powtarzają się akty przeszkadzania w produkcji  

broni V, niszczenia i kradzieży sprzętu, przez co naszym zakładom wyrządza się wiele szkód.

W dalszym ciągu instrukcja stwierdzała, że mimo ścisłej kontroli zaistniało wiele niewypałów zarówno 

przy strzelaniach próbnych, jak i ostrych. W związku z tym polecono wszystkim pracownikom cywilnym, 
aby uważnie patrzyli na ręce więźniom.

Hitlerowska Służba Bezpieczeństwa i gestapo poszły dalej — podjęły próbę utworzenia siatki swoich 

konfidentów wśród samych więźniów, szczególnie kryminalnych.

Pewnego razu w tej właśnie sprawie zjawił się w  „Dorze” osobiście szef RSHA, Kaltenbrunner, w 

asyście   Kammlera.   Kiedy   zeszli   do   tunelu,   szła   przed   nimi   szpica   SS-manów,   bijąc   i   tratując   butami 
więźniów znajdujących się na trasie inspekcji.

Międzynarodowy   Komitet   Ruchu   Oporu,   aby   przeciwdziałać   akcjom   hitlerowców,   ze   swej   strony 

zaprowadził w „Dorze” skuteczny system ochrony więźniów przed szpiclami i denuncjatorami. Więźniarski 
„kontrwywiad” opierał się na zasadzie bezwględnego przestrzegania wymogów konspiracji.  „Ostrożność 
posunięto, tak daleko, że obserwowano każdego świeżo przybyłego do obozu „zuganga”. Szczególnie byli 
inwigilowani ci, którym kierownictwo obozowej SS powierzało rozmaite funkcje. Udało się ustalić, że kilku 
z przybyszów nigdy nie było więźniami w żadnym „kacecie”. Zdemaskowani — nasłani szpicle nie byli już 
groźni.

Jednym z ważnych organów służących bezpieczeństwu wspólnoty obozowej były powołane przez sztab 

podziemny   sądy  więźniarskie.   Wychwytywały   one   z   przychodzących  transportów   groźnych   bandytów   i 
likwidowały ich, zanim zdążyli zapuścić w „Dorze” korzenie i zasłużyć się SS i gestapo. Wtedy staliby się 
już nietykalnymi. Trybunały te składały się przeważnie z członków „milicji obozowej”, na której czele stał 
Otto Runki odważny, zdeterminowany wróg Hitlera.

We wszystkich wypadkach więźniarski kontrwywiad  „Dory” dość łatwo rozszyfrował szpiclów SD, 

gestapo i SS-mańskiego kierownictwa obozu. Tym sposobem wiedziano lub przypuszczano, że jest agentem 
hitlerowskim Richard Valenta, Czech z Nowego Bohumina, aresztowany za działalność polityczną i noszący 
czerwony winkiel. Początkowo działał w interesie więźniów, ale dostawszy się do bunkra uległ terrorowi 
gestapo i załamany zgodził się na szpiclowanie swoich kolegów. Wiedziano jednak o jego roli i jeden 
więzień ostrzegał przed nim drugiego.

Również innych szpiclów  — a było ich kilkunastu  — dobrze znali więźniowie. Cichły na ich widok 

rozmowy. Organizacja rozpracowała niemal wszystkich.

Z wyjątkiem jedriego...

*

W oznaczonym numerem 38 baraku więźniów radzieckich blokowym był więzień z oznaką więźnia 

politycznego. Twierdził, że  jest pół-Włochem, pół-Francuzem, i nazywa się Grozzo. Mówił po włosku, 
francusku i słabo po niemiecku. Rosjanie, przekonani, że nic nie rozumie, w jego obecności rozmawiali dość 
swobodnie.

Aż zdarzyło się coś, co wstrząsnęło całym obozem, budząc sensację i grozę. Było to dokładnie w 

miesiąc po tym, jak „Dora”, dotychczas podobóz Buchenwaldu, została usamodzielniona i podniesiona do 
rangi nowego obozu koncentracyjnego o nazwie Mittelbau-„Dora”.

1 listopada 1944 r., przy wydawaniu jedzenia na bloku 38, wynikła sprzeczka blokowego z więźniami, 

która przerodziła się w bójkę. Grozzo, poturbowany i wściekły, zaczął nagle kląć po rosyjsku, używając 
wyrażeń, które mogły być znane tylko rodowitemu Rosjaninowi.

Bijący go więźniowie stanęli jak wryci. Tkwili w bezruchu, zdumieni. „Włoch” oprzytomniał pierwszy 

i w lot pojął sytuację. Wykorzystując moment zaskoczenia wyskoczył przez okno i puścił się biegiem w 
kierunku bramy. Kilku jeńców rzuciło się za nim w pogoń. Niestety, za późno. Blokowy schronił się w 
biurze   rapportführera.  Nie   wrócił  już   na  blok.   Jak  się  później  okazało,   był  on  rodowitym  Rosjaninem, 
„białym”   emigrantem   o   nazwisku   Grozow,   obywatelem   niemieckim,   aresztowanym   za   przestępstwa 
kryminalne.

background image

Zaalarmowany   przez   Jełowoja   Albert   Kuntz   zarządził   natychmiastowe   przerwanie   wszelkich 

organizacyjnych kontaktów.

Nie zdało się to jednak na nic. Grozzo wiedział zbyt dużo. Aresztowania spadły na obóz jak grom. Już 

pierwszej   nocy   wtrącono   do   bunkra  Čespivę   i   pewnego   Francuza.   Czeskiego   lekarza  —   konspiratora 
aresztował osobiście oberscharführer Sander z komórki SD i SP w Niedersachswerfen. Więźnia umieszczono 
w celi nr 8, skąd słyszał krzyki dobywające się podczas nocnych przesłuchań. Za ścianą siedzieli aresztowani 
tej samej strasznej nocy oficerowie francuscy w liczbie dwudziestu i ówczesny zastępca starszego obozu, 
Christian Beham.

To był jednak dopiero początek. Grozzo sypał. 3 listopada zamknięto w celi Chaloupkę  — tyle  że 

zdążył wynieść z rewiru aparat radiowy i wrzucić go do rozpalonego pieca w krematorium. Za nim poszedł 
do   bunkra   inny   Czech   z   kierownictwa   organizacji.   Wkrótce   potem   gestapo  „dokopało   się”   do   sztabu 
radzieckiej grupy: Żurawskiego, Jełowoja, Saszki Rubaszki, Miszki Płaksina i kilkunastu innych.

To był już pogrom. Ale i na tym się nie skończyło. Teraz kolejno szli do aresztu niemieccy antyfaszyści. 

Zaczęło się od Heinza Schneidera, kapo rewiru.

Wolny od strachu przed śmiercią...

Rozpoczęły   się   pierwsze   przesłuchania.   Brali   w   nich   udział   gestapowcy:   oberscharführer   Sander   i 

sekretarz kryminalny Euwe.

Być może któryś z katowanych nie wytrzymał tortur, bo 19 listopada zebrano na placu apelowym 

wszystkich więźniów radzieckich. Dwaj sanitariusze — SS-rnani przynieśli na noszach jakiegoś häftlinga ze 
szczelnie obandażowaną twarzą. Przechodzili wzdłuż szeregów, a chory, najpewniej storturowany więzień, 
wskazywał palcem coraz to któregoś ze współtowarzyszy. Tych zabierało natychmiast gestapo.

Nie udało się rozszyfrować tożsamości nieszczęśnika, który „sypał”. Owinięty był w koce, nie odezwał 

się ani słowem.  „Mówił” tylko jego palec, trzymający w napięciu kilka tysięcy zgromadzonych ludzi i 
decydujący o życiu i śmierci, więcej — o torturach.

Polski więzień z Krakowa, Józef Gabiś, zatrudniony w kancelarii obozowej przy prowadzeniu ksiąg z 

wykazami więźniów, tak relacjonuje tę mrożącą krew w żyłach scenę:

Którejś niedzieli w listopadzie 1944 roku wezwał mnie rapportführer Knittler do swojej sztuby i wydal  

polecenie, abym w ciągu jednej godziny wysortował wszystkie kartoteki więźniów narodowości rosyjskiej.  
Było to wczesnym rankiem. Po upływie wyznaczonego czasu dostarczyłem mu około 4000 kart, a wtedy  
zarządzono apel na placu. Kolumny Rosjan sformowały się w godzinach południowych. Przez główną bramę 
wjechał na teren lagru wóz sanitarny i stanął tuż koło wartowni. Wysiadło z niego czterech krępych SS-
manów,   wyciągnęli   ze   środka   nosze,   na   których   leżał   wydłużony   kształt   o   długości   ok.   jednego   metra 
siedemdziesięciu  centymetrów,  owinięty   w  prześcieradła.   Tak   mi   się   wydawało  z   odległości   30  metrów.  
Okazało się, że nie były to prześcieradła, ale bandaże. Jednocześnie wszyscy Rosjanie zostali ustawieni w 
szeregach, tak że te cztery „trupie główki” mogły między nimi przechodzić swobodnie, przenosząc te nosze. 
To był żywy człowiek, niewidoczny, tylko mała szpara na oczy... Wskazywał ręką, też zabandażowaną jakichś  
więźniów. Był to, jak potem mówiono w tajemnicy, kierownik jednej z grup sabotażowych. Wysortowano w  
ten   sposób   180—200   więźniów,   zabrano   część   z   nich   do   bunkra,   resztę   załadowano   do   ciężarówki   i 
wywieziono w niewiadomym kierunku.

A więc człowiek ten załamał się... Codziennie trwały jakieś akcje, zbierano ludzi (...) Ciągnęła się ta 

historia, powodując coraz szersze fale aresztowań, bunkry były przeładowane, zaczęły się masowe publiczne 
egzekucje, przeważnie pod blokiem 20, gdzie mieściła się kancelaria, i w tunelach...

Tortury,   stosowana   przez   gestapowców,   były   straszliwe.   Nawet   pewien  oberscharführer   z   Oddziału 

Politycznego, obecny podczas badań prowadzonych przez Sandera, musiał wyjść z pokoju, gdyż nie mógł 
znieść   widoku   masakrowanych   więźniów.   SS-man   był   przez   dwa   lata   na   froncie   i   widział   już   wiele 
okrucieństw.

W   tych   warunkach   mogło   się   zdarzyć,   że   jeden   lub   dwaj   konspiratorzy   załamali   się   i   zdradzili 

towarzyszy, być może jeden z nich podał tylko imiona, nie znając nazwisk lub nie pamiętając numerów, bo 
innym razem kazano ustawić się na placu wszystkim więźniom radzieckim, noszącym imię „Iwan”. Znów 
powtórzyła się historia z obandażowanym szczelnie więźniem, który teraz wskazał palcem kilku spośród 
zebranych Iwanów.

I   jeszcze   raz,   trzeci   i   ostatni,   odbył   się   ten   makabryczny   apel   więźniów,   z   kolei   noszących   imię 

„Siergiej”.

Z aresztowanych członków grupy sabotażowo-wojskowej radzieckiej mało kto ocalał.

background image

*

12   grudnia   tajną   organizację  „Dory”   i   całą   społeczność   więźniarską   tego   obozu   dosięgnął 

najboleśniejszy cios: został aresztowany przywódca podziemia  Albert Kuntz. W  ślad za nim poszło do 
bunkra całe kierownictwo grupy niemieckiej i MKRO z wyjątkiem jednego wybitnego antyfaszysty: Fritz 
Pröll   nie   czekał,   aż   go   kaci   zawloką   do   bunkra.   22   grudnia   popełnił   samobójstwo,   wstrzykując   sobie 
śmiertelną dawkę trucizny.

Przed śmiercią zostawił list do rodziny.

Moi kochani!

W   najcięższej   dla   mnie   chwili   przyjmijcie   moje   braterskie   pozdrowienie.   Spokojny   i   zadowolony   z 

siebie, wolny od strachu przed śmiercią, zdecydowałem się umrzeć. Moje ostatnie życzenie: pielęgnujcie  
grób mojej niezapomnianej Mateczki.

Ściskam i całuję Was! Byłem wierny i odważny aż do śmierci. Bądźcie zdrowi.

Wasz Fritz

Tymczasem w bunkrze i w Oddziale Politycznym trwały przesłuchania. Podziemie „Dory”, najlepsi z 

najlepszych, płaciło straszliwą cenę za zniszczenie „broni odwetowej” führera.

Bunt w bunkrze

Wszystkie cele ostrego aresztu w liczbie 64 były przepełnione nad miarę. Już po pierwszych badaniach 

prowadzonych przez Sandera i innych gestapowców kapitan Jełowoj zorientował się, że zarówno on, jak i 
jego najbliżsi przyjaciele nie mają najmniejszej szansy. Czekała ich śmierć.

Przywódca Rosjan z „Dory” należał do ludzi, którzy do końca się nie poddają, poszukują dróg wyjścia z 

sytuacji,   zdawałoby   się,   beznadziejnej,   walczą   do   ostatniego   tchu.   I   teraz,   mimo   ciężkich   tortur,   jakie 
przeszedł, myślał, co należałoby zrobić...

Celę nr 20 dzielił z wielu Rosjanami, Polakami i kilku Francuzami. Wiedział, że żaden z nich nie sypnął 

i że mógł na nich liczyć w każdej sytuacji.

Nagle drgnął i zwęził podpuchnięte z pobicia oczy. Posłyszał krok głównego kalefaktora bunkra. Był 

nim Richard Valenta, który na zlecenie gestapo chodził po celach, aby wyciągnąć jakieś wiadomości od 
uwięzionych.

—   Powieszą   nas   wszystkich,   te   hitlerowskie   sucze   syny  —   powiedział   ściszając   głos   kapitan.  — 

Przyjaciele, czy mamy dać się zaprowadzić na szubienicę jak barany do rzeźni?

Ten i ów apatycznie wzruszył ramionami, ale niektórzy spojrzeli na przywódcę z zainteresowaniem. W 

ich wzroku odczytał pytanie: a co można jeszcze zrobić?

Rozwinął swój plan punkt po punkcie. W miarę jak mówił, towarzyszom niedoli zaczęły błyszczeć 

oczy. Tonący brzytwy się chwyta, to prawda...

Po   szeptem   przeprowadzonej   dysuksji   postanowili:   ogłuszą   Valentę,   opuszczą   celę   i   otworzą   dwie 

sąsiadujące z nimi. Potem wpadną do pokoju komendanta bunkra, zlikwidują SS-mana i zabiorą jego broń. 
Następnie przeskoczą przez mur oddzielający ostry areszt od placu apelowego i ukryją się w kanale. Dalej, 
pełznąc lub idąc na czworakach, spróbują wydostać się za obóz. Końcowy właz, jak to dobrze wiedzieli, 
znajdował się kilkanaście metrów za drutami i nie zawsze strażnik z wieży mógł go mieć na oku.

Plan był szaleńczy, ale wiadomo, że niekiedy nawet najbardziej ryzykowne przedsięwzięcia się udają. 

Dlatego cała cela jak jeden mąż zgodziła się z kapitanem.

Początkowo   wszystko   szło   po   myśli   więźniów.   Valenta,   otworzywszy   drzwi   celi,   został   zdzielony 

drewnianą nogą od pryczy i stracił przytomność. Zabrali mu pęk kluczy, wybiegli na korytarz i otworzyli 
drzwi dwóch najbliższych pomieszczeń. Następnie runęli do służbowego gabinetu komendanta. Zastali tutaj 
leżących   na   łóżkach   hauptsturmführerów   Grunda   i   Deckera.   Bez   wystrzału,   aby   nie   alarmować   SS, 
obezwładnili ich i rozbroili.

I   tu   więźniów   opuściło   szczęście.   Plan   ich   zniweczyło   najzupełniej   przypadkowe,   nieobliczalne 

wydarzenie... W pokoju sąsiadującym z mieszkaniem szefów aresztu, nie wiadomo skąd i w jakim celu, 
znalazł   się   obersturmführer   Dettmers,   adiutant   komendanta   obozu.   Usłyszawszy   hałas,   uchylił   drzwi,   a 
widząc, co się święci, zaczął strzelać do uciekających.

Natychmiast przybiegło kilku wachmanów z wartowni i ci, pod groźbą użycia broni, zapędzili jedenastu 

background image

ze zbiegów z powrotem do celi. Pozostali zdążyli uciec na dziedziniec i usiłowali sforsować mur. Udało się 
to   zaledwie   czterem...   Uciekinierzy   schronili   się   na   terenie   obozu   gdzie   się   dało.   Nie   mieli   czasu   ani 
sposobności, aby pokonać odległość dzielącą ich od włazu do kanału.

Zajście   to   miało   miejsce   w   nocy.   Rankiem   patrol   SS-manów   przy   pomocy   psów   schwytał   dwóch 

zbiegów. Trzeci, jak się okazało, schronił się w pobliżu drutów — tego zastrzelono na miejscu. Czwartego 
znaleziono   w   jednym   z   baraków   ukrytego   między   stropem   i   dachem.   Poprowadzono   go   przy 
akompaniamencie ciosów i kopnięć przez cały obóz do bunkra i tam został zastrzelony.

*

Wkrótce po wymordowaniu uczestników nieudanej ucieczki z bunkra zakończyła się droga życiowa 

pozostałych przywódców organizacji sabotażowej  „Dory”. Najwcześniej, bo 22 stycznia 1945 r., podczas 
przesłuchania został bestialsko zakatowany Albert Kuntz. Udział w masakrowaniu przywódcy więźniów 
wzięli, obok Sandera, komisarz kryminalny Haser i hauptscharführer Kertel. Oprawcy zawinęli ciało jednego 
z wybitniejszych działaczy KPD, współpracownika Ernsta Thälmanna, w koc i nocą, w tajemnicy, zanieśli 
do   krematorium   i   cisnęli   do   pieca.   Oficjalnie   umieścili   Kuntza   na   liście   powieszonych.   Strach   przed 
odpowiedzialnością za zwierzęce zmasakrowanie na śmierć człowieka tak wybitnego i znanego jak Kuntz 
pchnął zbrodniarzy do dalszego kamuflażu. Józef Gabiś otrzymał od rapportführera Kmittlera, dozorującego 
kartoteki, polecenie fikcyjnego wprowadzenia jednego więźnia do stanu obozu z jednoczesnym fikcyjnym 
wyprowadzeniem jednego z wykazów. Ze Schreibstube i z Politische Abteilung zniknęły akta personalne 
Kuntza. Zostały spalone. W ten sposób władze bezpieczeństwa Rzeszy chciały przekonać świat, że więzień o 
tym nazwisku nigdy nie przebywał w „Dorze”. Po śmierci fizycznej zamierzano uśmiercić go formalnie. Na 
nic to się zdało, gdyż setki więźniów „Dory” i Buchenwaldu znały dobrze „grubego Alberta”.

19 marca zapisał się w smutnej historii  „Dory” jako dzień największej z wszystkich egzekucji. 60 

więźniów   zawisło   wtedy   na   szubienicy;   wśród   nich   pozostali   jeszcze   przy   życiu   kierownicy   grup 
radzieckich.   Konstantin   Żurawski   usiłował   jeszcze   podczas   badań   w   gestapo   popełnić   samobójstwo, 
uderzając z całej siły głową w żebra żelaznego kaloryfera. Doznał wstrząsu mózgu i miał ciężkie rany głowy, 
ale żył. SS-mani rozkazali utrzymać go przy życiu, by wraz z innymi zawisnął na szubienicy.

Prowadzonym   na   stracenie   więźniom   wiązano  ręce   do   tyłu  i   kneblowano   usta   kawałkiem   drewna, 

przywiązanym za pomocą drutu do karku: Kiłku antyfaszystom udało się wypchnąć z ust knebel. Ci wołali:

— Hitler kaputt!
— Śmierć hitlerowcom!
— Niech żyje wolność!
Kilkanaście tysięcy aresztantów patrzyło na śmierć swych kolegów i przyjaciół w ponurym, zaciętym 

milczeniu. Niesamowitość scenerii potęgował jeszcze padający bez przerwy deszcz.

W   dniach   21—23   marca   zawisło  na   szubienicy   kilku   oficerów   i   podchorążych   Wojska   Polskiego, 

których przywieziono przed paru tygodniami z oflagów. Zginęli wtedy Marek Kolczyński  — pisarz 132 
bloku, Ponikowski  i  Socha.  Razem z  grupą  oficerów  stracono szyfranta  ambasady  polskiej  w Paryżu  i 
pracownika konsulatu w Lyonie, Skarżyńskiego.

Po egzekucji do zgromadzonych więźniów przemówił Förschner. Oświadczył, że prawdopodobnie jest 

to ostatni akt wieszania w  „Dorze”, ale ostrzegł, że gdyby się jeszcze raz powtórzyły wypadki sabotażu, 
władze mają już przygotowaną listę więźniów, przewidzianych do ewentualnego stracenia.

Była to rzeczywiście ostatnia masowa egzekucja w  „Dorze”, ale tylko dlatego,  że wkrótce nastąpiła 

ewakuacja obozu.

4 kwietnia, w pierwszym dniu likwidacji obozu, zostali zastrzeleni w bunkrze pozostali aresztowani. 

Byli wśród nich: Beham, Runki, Schneider, Szymczak i Thomas. Szesnastu niemieckich komunistów i polski 
dziennikarz z Warszawy, Stanisław Targowski, zawisło na szubienicy.

*

Zaledwie kilku aresztowanym i wtrąconym do bunkra w czasie pogromu tajnej organizacji udało się 

przeżyć ten straszny okres i wojnę. Ludwigowi Leinweberowi ocalił życie polski więzień zatrudniony w 
komando Politische Abteilung. Przypadkiem udało mu się usunąć z kartoteki notatkę o skazaniu Niemca na 
śmierć. Było to  już  przed samą ewakuacją  i Leinweber  opuścił  „Dorę”  z  transportem skierowanym do 
Bergen-Belsen. W podobny sposób ocalał  Čespiva, któremu pomógł ktoś z personelu szpitala. Uratował 

background image

życie jeszcze Kroneberg.

Przeżył   bunkier   członek   polskiej   organizacji   sabotażowej,   Józef   Zieliński.   Oto   fragment   jego 

późniejszego zeznania:

W czasie kiedy znajdowałem się w celi bunkra w „Dorze”, byłem świadkiem dokonanych w marcu 1945 

r. strasznych zbrodni. Po pięciu więźniów wyprowadzano z cel na dziedziniec. Ręce mieli związane do tyłu  
drutem, a w ustach tampon uniemożliwiający wydobycie głosu. Tutaj kazano im przyklęknąć i pochylić  
głowę do przodu, a SS-man Schubert, zwany „Schubert — Pistolet”, strzelał im w kark.

Ucieczka Uwarowa

Polski   więzień   obozów   koncentracyjnych,   inżynier   Zenon   Urbański,   znajomość   z   późniejszymi 

członkami   radzieckiej   organizacji   w  „Dorze”   zawarł   jeszcze   w   Gross-Rosen,   a   nawet   wcześniej,   bo   w 
więzieniu w Radogoszczy. Tutaj poznał Rosjanina Wasylkę, który udawał pielęgniarza. W obozie Polak 
zapadł na zapalenie płuc. Wtedy właśnie troskliwie zajął się nim Wasylko. Między Polakiem i Rosjaninem 
zrodziła się przyjaźń na śmierć i życie. Urbański został w Gross-Rosen wciągnięty do konspiracyjnej grupy 
radzieckiej. Razem z nią pojechał w transporcie do „Dory”, gdzie znalazł się 12 lutego 1945 r. Tutaj Wasylko 
szybko nawiązał tajne kontakty. Między innymi wszedł w porozumienie z Iwanem Uwarowem, którego 
skontaktował z Urbańskim.

Radziecki wywiadowca pełnił funkcję lekarza w rewirze i nieraz bywał z racji swoich obowiązków w 

bloku,  w   którym   zamieszkiwał  Polak.  Ten  zauważył,   że   więźniowie  radzieccy  odnosili  się   do  swojego 
rodaka ze szczególnym szacunkiem.

Tymczasem Urbańskiego wraz z Wasylką i dużą grupą jeńców radzieckich przydzielono do osobliwego 

komanda.   Składało   się   ono   przeważnie   z   inżynierów   i   techników.   Przez   jakiś   czas   było   dla   polskiego 
inżyniera tajemnicą, w jaki sposób znaleźli się w tej grupie właśnie ci Rosjanie, którzy akurat nie mieli 
większego   pojęcia   o   jakiejkolwiek   konkretnej   dziadzinie   techniki.   Wkrótce   domyślił   się,   że   była   to 
przemyślana   akcja   ruchu   oporu.   Wprawdzie   w   tym   czasie   niemal   całe   kierownictwo   tajnej   organizacji 
siedziało w bunkrze i było poddawane okrutnym przesłuchaniom, ale zakłócanie toku produkcji musiało 
trwać nadal...

Organizacja   odradzała   się   po   bolesnych   stratach.   Rozbudzona   na   nowo   niszczycielska   siła 

kilkunastotysięcznej armii więźniów była nie do powstrzymania. Działała aż do dnia ewakuacji obozu.

Komando Urbańskiego miało niezwykłe przeznaczenie. Było ono zalążkiem, zapoczątkowującym w 

nowo   zorganizowanej   fabryce  „Sawatzky-Werke”   produkcję   odmiany  „Wunderwaffe”   najnowszego 
pomysłu. Po V-1  i V-2  hitlerowcy zaplanowali wyprodukowanie znacznie potężniejszej i groźniejszej V-3
zwanej też „Hoch — Druck — Pumpe”. Rysunki konstrukcyjne tej strasznej broni były już gotowe.

Polak   został   wyznaczony   na   vorarbeitera.   Początkowo   jego   brygadę   zatrudniono   przy   sortowaniu 

drobnego sprzętu montażowego. Bardziej wtajemniczeni w kulisy i technikę sabotażu więźniowie uczyli 
innych,  jak  utrudnia   się   produkcję  broni  V  poprzez  użycie   nieskalibrowanych części.  Dezorganizowano 
również   transport   wewnętrzny,   a   zwłaszcza   przesuwanie   poszczególnych   części   rakiet   na   montażowe 
stanowiska robocze.

Zdarzyło się, że podczas tych transportowych manewrów grupa Urbańskiego „podpadła”. Polak został 

zdjęty z funkcji vorarbeitera i otrzymał karę 10 kijów.

Inżynier   niejednokrotnie   stwierdzał,   że   Uwarow   przejawia   specjalne   zainteresowanie   wszelkimi 

czynnościami i detalami składającymi się na montaż pierwszego próbnego egzemplarza V-3. Udawał jednak, 
że nie zauważył zabiegów radzieckiego więźnia.

W tym samym czasie Urbański zdołał nawiązać bliższe kontakty z jedną z grup polskich sabotażystów. 

Tak się złożyło, że zmienił pracę i trafił do brygady kontroli wytrzymałości pojemników paliwa napędowego 
stosowanego w V-2. Kierownikiem tej grupy był inż. Zygmunt Raabe. Prowadzono tu sabotaż polegający na 
obniżeniu   próbnego   ciśnienia,   co   powodowało   później   rozrywanie   się   żeliwnych   pojemników.   Kiedy 
Urbański powiedział o tej metodzie sabotażu Uwarowowi, ten słuchał z zainteresowaniem i wyraził uznanie.

Wkrótce   potem   zespół   Raabego   i   Urbańskiego   skierowano   do   transportu   broni  V-2.   Tu   dopiero 

przemyślni Polacy rozwinęli w pełni swoją działalność sabotażową. Zaczęli od uszkodzenia głowic. Dzieło 
swoje  kończyli  już   po dokonaniu przez   hitlerowców  odbioru  technicznego,  wyginając  rurkę   wtryskową 
paliwa. Już  przy odbiorze  „cygar”  do  transportu  uszkadzali także  przewody  elektronicznego urządzenia 
sterowniczego. Wymagało to zerwania kabla.

Urbański, Raabe i inni polscy patrioci pracowali aż do końca obozu przy samym montażu rakiet. W 

background image

czasie   spawania   elementów  V-2  przesuwali   minimalnie   szablony,   deformując   korpus   rakiety   lub   jej 
zasadnicze   części   konstrukcyjne.   Powodowało   to   niesymetryczność   broni,   wykrywaną   dopiero   na 
stanowisku odbiorczym. Wiele z wyprodukowanych w  „Dorze” sztuk  V-2  wracało do naprawy, a nawet 
wymagało demontażu.

Już kilka miesięcy minęło od rozgromienia organizacji przez gestapo, ale nasilenie niszczycielskiej 

roboty więźniów nie malało. Urbański za pośrednictwem Uwarowa, Wasylki i Raabego w celu dalszego 
rozwijania i pogłębiania form sabotażu nawiązywał coraz to nowe kontakty. Tak poznał Józefa Chybińskiego 
ze Lwowa, znanego krótkofalowca i alpinistę. W „Dorze” pełnił on funkcję kierownika kontroli w montowni 
urządzeń   elektronicznych.   Chybiński   utrzymywał   kontakty   z   ruchem   oporu   we   Francji   jeszcze   przed 
aresztowaniem, kiedy to jako taternik przerzucał francuskich komunistów przez Pireneje do Hiszpanii. W 
„Dorze” współdziałała z nim francuska grupa sabotażowa; był łącznikiem między organizacjami polskimi i 
francuskimi.

W końcu marca i na początku kwietnia, szczególnie po zbombardowaniu przez aliantów pobliskiego 

miasta   Nordhausen,   w   tunelach  „Dory”   nastąpiła   kompletna   dezorganizacja.   Chybiński,   dysponujący 
nielegalnym   radioodbiornikiem,   informował   więźniów   o   postępie   walk   na   frontach.   Wiedziano,   że 
Amerykanie i Anglicy są już niedaleko. Dokonywali nalotu za nalotem. Do obozu, do baraków, więźniowie 
wracali po północy. Nie było już wtedy nic do jedzenia.

Największe wrażenie wywarła na Urbańskim niespodziewana ucieczka Uwarowa, Wasylki i jeszcze 

kilku Rosjan.

*

5 kwietnia Polak wyjechał w transporcie ewakuacyjnym do Bergen-Belsen. W dziesięć dni później do 

obozu wkroczyły oddziały angielskie. Byłych więźniów przewieziono wówczas do budynków koszar w 
Celle.

Jakież było zdumienie Urbańskiego, kiedy któregoś z pierwszych dni lipcowych odwiedził go... Iwan 

Uwarow   we   własnej   osobie.   Był   teraz   szefem   Wojskowej   Misji   Radzieckiej   w   angielskiej   strefie 
okupacyjnej.

Przywitanie dwóch towarzyszy niedoli i walki było niezwykle serdeczne. Major opowiedział, jak to po 

ucieczce   z   obozu   i   przejściu   frontu   amerykańskiego   poleciał   przez   Paryż   do   Moskwy,   gdzie   został 
udekorowany orderem Bohatera Związku Radzieckiego.

Po klęsce Trzeciej Rzeszy

Komenda SS przed swoją ucieczką z „Dory” zaczęła palić akta i dokumenty dotyczące kilkudziesięciu 

tysięcy więźniów. Niszczono również dokumentację techniczną broni  V. W dalszej kolejności miały ulec 
zniszczeniu te egzemplarze „Wunderwaffe”, których nie zdążono odtransportować na wyrzutnie.

Ludobójcy usilnie starali się zatrzeć ślady zbrodni i tajnej produkcji, ale próby te niezupełnie im się 

powiodły. Kiedy nadciągnęli Amerykanie, zastali jeszcze gotowe samoloty-pociski, rakiety i maszyny. I... 
ładunki wybuchowe założone w najważniejszych halach produkcyjnych, numerowanych od 35 do 39. Tutaj 
wraz z wszystkimi więźniami miała zostać pogrzebana tajemnica „tajnej broni”.

Te niszczycielskie plany udaremniła mimo woli ludność niemiecka z bombardowanego Nordhausen, 

która tutaj, w tunelach i sztolniach „kacetu”, szukała ratunku przed bombami.

11 kwietnia nadciągnęły oddziały US Army. Potem Amerykanie wywozili z „Dory” co tylko się dało. 

Między innymi zabrali 100 niemal kompletnych rakiet V-2, prócz tego plany i inne dokumenty — łącznie 
załadowano 300 wagonów. Oddział naukowo-techniczny amerykańskiego wywiadu strategicznego pracował 
w tych dniach na pełnych obrotach. Łup był obfity i niezwykle cenny.

*

Druga   wojna   światowa   zakończyła   się   zwycięstwem   koalicji   antyhitlerowskiej   i   bezwarunkową 

kapitulacją   III   Rzeszy.   Ostatnia   nadzieja   hitlerowców  —   „broń   odwetowa”  —   nie   przyniosła   żadnego 
rozstrzygnięcia, na które tak bardzo liczyli. Pewną rolę w pokrzyżowaniu ich planów odegrali więźniowie 
obozów   koncentracyjnych,   zwłaszcza  „Dory”   i   Buchenwaldu,   przyczyniając   się   na   miarę   swych   sił   i 

background image

możliwości do opóźnienia cyklu produkcji broni V.

Brytyjski marszałek lotnictwa Philipp Jaubert tak pisze w swej książce pt. „Rockets”:
Niemcy mogli wygrać wojną światową, gdyby wcześniej użyli pocisków V-1 i V-2. Za pomocą 5000 

pocisków, skierowanych przeciwko urządzeniom inwazyjnym przygotowanym w południowej Anglii, mogli  
byli powstrzymać inwazję.

Podobną opinię wyraził generał Dwight Eisenhower:
Gdyby Niemcom udało się udoskonalić i zastosować nowe rodzaje broni sześć miesięcy wcześniej, nasza 

inwazja na Europę okazałaby się niesłychanie trudna, a być może, wręcz niemożliwa. Jestem pewny, że  
gdyby udało się im stosować te broń przez okres sześciu miesięcy... moglibyśmy pożegnać się z operacją 
„Overlord”.

Poglądy obu wspomnianych wyższych dowódców  — wyrażone kilka lat po kapitulacji III Rzeszy w 

okresie,   gdy  mocarstwa   zachodnie   zaczęły  inicjować  wyścig  zbrojeń,   przeznaczając   ogromne  kwoty  na 
rozwój własnej broni rakietowej — są oczywiście świadomie przesadzone. W latach 1944—1945 nic już nie 
mogło uratować Niemiec od katastrofy. Straty poniesione przez nich na froncie wschodnim do tego stopnia 
wyczerpały hitlerowski potencjał militarny, że nawet bez otwarcia drugiego frontu Armia Radziecka mogła 
rozgromić Wehrmacht i zmusić go do kapitulacji, choć na pewno wojna trwałaby wówczas znacznie dłużej.

Broń  V  nie   odegrała   poważniejszej   roli   głównie   z   tego   względu,   że   wprowadzono   ją   do   akcji   w 

niezwykłym pośpiechu z wieloma ukrytymi i nie usuniętymi do końca usterkami technicznymi. Pogłębiający 
się   kryzys   na   frontach   uniemożliwił   zakończenie   wszystkich   prób   laboratoryjnych   i   przestrzeganie 
niezbędnych   reżimów   konstrukcyjno-technologicznych.   Cykl   badań   stacjonarnych   nie   był   uwieńczony 
wystarczającą serią strzelań poligonowych w różnych warunkach meteorologicznych. Słowem, o użyciu 
broni  V  zadecydowały czynniki prestiżowe  — chęć odwetu za wszelką cenę  — a nie jej pełna sprawność 
bojowa, z czego Niemcy zdawali sobie  sprawę. Pociski  V  produkowane  w ilości od 450 do 800 sztuk 
miesięcznie — nawet gdyby spełniały wszystkie warunki techniczne, a tak przecież nie było — nie mogły 
odwrócić losów wojny, skoro na wschodzie i zachodzie front coraz bardziej zbliżał się do bram III Rzeszy.

Przyznaje to sam Albert Speer:
Było absurdem przeciwstawiać w 1944 roku nieprzyjacielskim flotom bombowców — które przez kilka 

miesięcy   codziennie   zrzucały   na   Niemcy   około   3   tysięcy   ton   bomb,   używając   do   tego   celu   4100 
czteromotorowych   samolotów  —   rakiety,   które   byłyby   w   stanie   przenieść   dziennie   na   Anglią   24   tony  
materiału   wybuchowego;   równało   się   to   ciężarowi   bomb   zrzuconych   podczas   jednego   ataku   sześciu  
latających fortec.

Na końcowe fiasko  „broni odwetowej” złożyło się szereg czynników. Jednym z nich był sabotaż tej 

broni, prowadzony przez więźniów „Dory”, a w jakiejś mierze również przez więźniów Buchenwaldu.

Pamięć ich czci pomnik wystawiony na terenie dawnego obozu „Dora” i plac w mieście Nordhausen, 

nazwany „Albert Kuntz — Platz”.

Sabotażyści mają głos

Mówi dr Jan  Čespiva, w  „Dorze” kierownik czeskiej organizacji podziemnej, bliski współpracownik 

Alberta Kuntza.

„Dokładnie   i   z  żelazną   dyscypliną   prowadzili   konspiratorzy   «Dory»   działalność   przeciwko   SD   i 

Abwehrze. Tajne zebrania kierownictwa organizacji mogły być jedynie krótkie, nierzadko trwały zaledwie 
kilka minut. Odbywały się one na rewirze, w poczekalni u fryzjera, na budowie, w warsztatach w tunelu. I 
nigdy nie bywało tak, że zbierali się wszyscy razem członkowie międzynarodowego kierownictwa. Albert 
Kuntz   opierał   się   w   swojej   nielegalnej   pracy   z   grupą   radziecką   na   kapitanie   Jełowoju  —   w   obozie   o 
nazwisku   Simeon   Grinko.   Z   grupy   francuskiej   Albert   najchętniej   współpracował   z   Paulem   Blassy,   a   z 
polskiej — z Jankiem Poburennym i Zbyszkiem Dziubińskim.

Naszym głównym zadaniem było prowadzenie sabotażu. Inżynierowie elektrycy, słaboprądowcy, byli 

niemal wszyscy zwerbowani do organizacji sabotażu. Przydzielono im miejsca pracy przy sposobieniu i 
montażu części do rakiet. Mieli oni instrukcje od organizacji, aby wszelkimi sposobami opóźniali produkcję 
broni, na przykład przez zmianę napiąć w aparaturze kontrolnej, którą posługiwano się przy technicznym 
odbiorze V-2, albo też w drodze uszkadzania przewodów i źródeł prądu (elektryczności).

Inne grupy sabotażowe niszczyły cenne ognioodporne materiały, a kiedy przychodziły z zewnątrz części 

do danego agregatu, odsyłano je «omyłkowo» z odpadkami do różnych miejscowości  — komenderówek, 
będących najczęstszym celem nalotów alianckiego lotnictwa.

Nie   sposób  wyliczać   wszystkie   sukcesy  sabotażystów.   Wypada   tylko   powiedzieć,   że   akcje   te   były 

background image

prowadzone z pełnym rozpoznaniem i w sposób wielce wyrafinowany, tak że hitlerowcy odbierający sprzęt i 
całe rakiety nie mogli wykryć źródeł sabotażu. Z czasem jednak zorientowali się w czym rzecz i zrozumieli, 
że to sabotaż...

Gestapo z Niedersachswerfen nasyłało nam szpiclów w więźniarskich ubraniach. W większości udało 

się nam ich na czas rozszyfrować; w tej walce na śmierć i życie żaden z nich nie ostał się... Jednak im 
skuteczniejsza   była   nasza   niszczycielska   działalność,   tym   więcej   szalały   hitlerowskie   organa 
bezpieczeństwa.

Jednak   jednemu   z   ich   agentów   udało   się   zagnieździć   wśród   więźniów...   W   czerwcu   i   lipcu   1944 

faszystowskie   armie   dostały   się   w   twarde   kleszcze...   Wtedy   to   gestapowcy   i   szpiedzy   nasilili   swoją 
działalność w obozie. Uzbroiliśmy się w materiały wybuchowe, gdyż doszło do naszej wiadomości, że do 
«Dory» przywieziono śmiertelny  gaz  cyklon  B,  którym w  Oświęcimiu zabijano miliony ludzi.  Istotnie, 
ciężkie   wrota   do   sztolni   zostały   zaopatrzone   w   gumowe   przewody   do   gazu   w   stanie   płynnym   pod 
ciśnieniem. W tym to czasie... na radziecki blok 38 przyszedł jako blockälteste z polecenia komendanta 
Förschnera Włoch Grozzo.

Pewnego dnia w godzinach wieczornych przybiegł do mnie na rewir chłopiec z tego właśnie bloku, 

łącznik organizacji. Powiadomił mnie, przejęty niezmiernie, że Grozzo mówił po rosyjsku... Natychmiast 
zebrało się kierownictwo z Albertem Kuntzem. Zawiesiliśmy wszelkie kontakty organizacyjne.

Rozpoczęło się zamykanie ludzi. Akcją kierowali gestapowiec Sander i pułkownik Abwehry Eichhorn... 

Tępogłowi SS-mani byli przeświadczeni, że wykryli działalność zagranicznego wywiadu, i nie powiązali 
sobie zeznań Grozowa z sabotażową organizacją więźniów...

Znalazłem się i ja w bunkrze. Albert Kuntz był przez 14 dni męczony jak nikt z nas. Przed Bożym 

Narodzeniem spotkałem go na korytarzu bunkra i nie mogłem go wprost poznać, tak był zmasakrowany. Ale 
nie złamali go. Odmawiał podpisania jakiegokolwiek protokółu.

Sander wrzeszczał na niego: «Zabiję cię! Słyszysz? Zabiję cię!» Ostatnie słowa, jakie słyszałem z ust 

Alberta, brzmiały: «Taki jest normalny koniec rewolucjonisty. Kulka, powróz albo zatłuczenie go»”.

Zeznaje Mirosław Łebkowski, literat, więzień Oświęcimia numer 169601, Buchenwaldu i  „Dory” — 

numer 79764.

„W «Dorze»  próbowałem prowadzić coś w rodzaju teatrzyku «dla pokrzepienia serc», ale odradzono 

mi. Hitlerowskie kierownictwo działało w tym obozie zdecydowanie odstraszająco, za byle co groził bunkier 
i stryczek — tu od razu człowiek wybijał się, robił się znaczny — łatwo było „podpaść”: ich wywiad działał 
bez przerwy. Ale my wiedzieliśmy, że broń V jest ostatnią szansą Trzeciej Rzeszy. Więc aby ta nasza praca 
przy jej produkowaniu nie była zbyt przykra dla nas, żeby nie przyduszała nas świadomość, że pracujemy 
przeciwko sobie i wyrabiamy broń, która może rozstrzygnąć o losach wojny — pozostał nam sabotaż. Byłem 
zatrudniony w tunelu B. Jako spawacz blach na pokrywę rakiet robiłem taką fuszerkę, żeby tę V-2 szlag trafił 
po drodze...

Nie wystarczyło mi to. Tęskniłem za teatrem, gazetą, piórem. Trzy lata w konspiracji w Ostrowcu 

Świętokrzyskim,   w   dziale   «N»  —   zrobiły   swoje.   Pracowałem   wtedy   przy   kolportażu   pisma 
«Klabautermann»,   wydawanego   przez   naszą   organizację   dla   niemieckich   żołnierzy   w   ich   języku. 
Pozorowało   się   w   nim   antyfaszystowską   działalność   wśród   Niemców.   Żartowaliśmy,   że   robiliśmy 
konspirację za Niemców. We wrześniu 1943 r. wpadłem w ręce gestapo. W radomskim więzieniu założyłem 
dwuosobowy kabaret. W Buchenwaldzie zaprzyjaźniłem się z Fryderykiem Jarossym.

Trzeba było i w «Dorze» zorganizować jakiś front kulturalny. Żeby ludzie chętniej sabotowali, z wiarą 

w przyszłość, w bliski koniec wojny. Niestety, w tym strasznym terrorze pozostały jednak tylko wiersze. 
Deklamowałem je w gronie zaufanych przyjaciół, z czasem zaczęliśmy chodzić z poezją po blokach. Bardzo 
lubiłem recytować Leopolda Staffa.

Było   nas   więcej,   trzech,   może   czterech.   Zbigniew   Kaczanowski   mówił   «Błogosławionych»   Jana 

Kasprowicza   i   wiersze   Tuwima.   Duże   wrażenie   wywarł   wiersz   kolegi   z   «Dory»,   czytany   przez   niego 
samego. Było w nim, że my, więźniowie, wbijemy ostatni gwóźdź do trumny Hitlera i Himmlera. Bardzo 
trafnie ujął rzecz, że my, sabotażyści z «Dory», już wkrótce powiesimy na szubienicy naszych katów, że 
psucie «Wunderwaffe» to ostatnie nasze wojenne dzieło, i że to wspaniale, że właśnie my możemy być dziś 
sędziami... Nikt i nic nie zatrze, na wieki, śladów krzywd i naszej rozprawy z bronią odwetową...

Na wynędzniałych twarzach konspiratorów i innych widzów słuchających tych wierszy pojawiał się 

wyraz zawziętości i rozpaczliwej determinacji, a w oczach lśnił nowy błysk, prostowali się w krzyżach 
nieludzko zmęczeni ludzie, a ręce wyciągały się, żeby znowu coś psuć... Opuszczaliśmy barak, strzeżony 
przez czujki, a za nami szło długie echo:

background image

...Błogosławieni, albowiem ich męstwo
Wielkiego gmachu wrota im otworzy,
Gdzie razem z chwałą hołduje zwycięstwo
Bez twardych kajdan i bez tych obroży...”

Relacjonuje inż. Zbigniew Kączkowski, profesor Politechniki Warszawskiej, podczas okupacji działacz 

podziemia na polu kultury, aresztowany w kwietniu 1943 r. w okolicy Grabowa nad Pilicą pod fałszywym 
nazwiskiem „Kaczanowski”; więzień Oświęcimia, Buchenwaldu i „Dory”:

„W   «Dorze»  pracowałem   w   firmie   »Sawatzky  —   Bereitstellungslager   III»,   przy   montażu   broni  V

Przygotowywaliśmy części do rakiet i dostarczaliśmy na linię montażową. Zbyteczne jest chyba mówić, że 
psuliśmy wszystko, co się dało, ale rozsądnie, żeby nie dać sobie nic udowodnić. Trakt robił imponujące 
wrażenie — długie «cygaro»: 12 metrów na 1,8 metra średnicy, olbrzymia dysza i lotki; przesuwał się ten 
«odwłok»  w   tunelu   na   wózkach   kolejki,   na   łożyskach.   W   halach   bocznych   odbywał   się   montaż 
przygotowawczy i wywożono stamtąd agregaty na główną linię. W jednej z hal dokonywano próby rakiet: 
ustawiono je pionowo w komorze o wysokim pułapie, na szynie-dźwigu, lokując pocisk w pozycji stojącej 
(...) Robiło to niesamowita wrażenie, zwłaszcza że na tym samym dźwigu wieszano ludzi i stale tam wisiało 
ciało tego czy innego więźnia, nawet przy próbach z V-2.

Pocisków tych wychodziło z tunelu 12 na każdej zmianie, co godzina jeden”.

Stanisław Strumph Wojtkiewicz w swojej książce „Gra wojenna” mówi o innym więźniu z „Dory”.
Andrzej Wyssogota Zakrzewski był z wykształcenia prawnikiem. Oficer Wojska Polskiego we Francji, 

został organizatorem jednej z siatek, która prowadziła masowy przerzut żołnierzy polskich, angielskich, 
belgijskich,  holenderskich  i  francuskich  z  Francji  poprzez   Pireneje   do Hiszpanii,  skąd przebijali  się  do 
Anglii. Fałszywe nazwiska szefa tajnej siatki: André Gotha, André Martins, Mathieu de Busse, pseudonim 
„Kapitan”. W końcu 1943 r. przywódca  „Szarych Ludzi”, czyli „Visigoths-Lorraine”, został schwytany i 
aresztowany przez gestapo. Tak dostał się do Buchenwaldu, a stąd do  „Dory”. Początkowo kontynuował 
swoją działalność dywersyjną. Później...

„... Były kapitan z siatki F 2 i dawny komisarz akcji czynnej w sektorze alpejskim, niezmordowany 

Korwin-Piotrowski, w kwietniu 1944 roku nosił już jako deportowany numer 1001—04364. On to stanął w 
obozie «Dora» na czele obozowej Resistance. Ludzie tego pokroju nigdy nie byli bierni, szczególnie w 
warunkach, kiedy używano ich do roboty, która miała przynieść zwycięstwo właśnie wrogowi.

Wymizerowany, obdarty i brudny, Piotrowski wciąż trzymał się samym wysiłkiem ducha, pilnie zresztą 

uważając, żeby ani gestem, ani postawą, ani jakimś błyskiem oka nie zdradzić się z tym, że nie tylko żyje, 
ale jeszcze coś knuje, narzucając towarzyszom niedoli zuchwałe myśli i plany. Powracając tedy od przyjaciół 
z 35 bloku, wlókł się, manifestując krańcowe wyczerpanie, gdy nagle zobaczył więźnia, który mu się wydał 
znajomy, choć trudny do rozpoznania. Ale poorana bliznami i strupami twarz nie zmyliła Piotrowskiego.(...)

— Wyssogota? — szepnął mu do ucha. — Poznajesz? (...)”
„(...) W obozie «Dora», jak zresztą i w niektórych innych obozach, miejscowy więzienny ruch oporu 

posiadał radioaparat. Dowiedziawszy się z nasłuchu, że sojusznicy doszli do linii Renu, Wyssogota raz 
jeszcze opracował plan ucieczki, polegający na wyzyskaniu auta obozowej straży pożarnej. Jednak ofensywa 
aliantów utknęła i wykonanie projektu wypadło odłożyć, ale mimo to inicjatora ucieczki zdradzono.

Kryminalista Kammer z Lagerpolizei bił Wyssogotę tak długo, aż go całkiem powalił...”
Więzień jednak ocalał. Po wyzwoleniu francuski „Journal Officiel” ogłosił awans Wyssogoty do stopnia 

podpułkownika.

*

Znaczenie ruchu oporu więźniów w obozie koncentracyjnym „Dora” nabiera szczególnej wymowy, jeśli 

uwzględni   się   ogromną   wagę,   jaką   przywiązywali   hitlerowcy   do   użycia   bojowego   broni  V  na   froncie 
zachodnim.   W   schyłkowym   okresie   III   Rzeszy   obóz   ten   zajmował   kluczową   pozycję   wśród   zakładów 
zbrojeniowych,   a   wytwarzana   w   nim  „Wunderwaffe”   miała   stanowić   zwrotny   punkt   dla   dalszego 
prowadzenia działań wojennych.

Odważny  i pełen  determinacji  więźniarski  sabotaż  przyczynił  się  w  niemałym  stopniu  do  ciągłego 

hamowania toku produkcji groźnych pocisków  V, dzięki czemu  — pośrednio  — zdołano uratować życie 
wielu mieszkańcom Wysp Brytyjskich, Francji i Belgii. Z braku dokładnych danych statystycznych trudno 
dziś   określić,   ile   odpalonych   rakiet   nie   osiągnęło   celu   z   powodu   ukrytych   wad   technicznych   i 

background image

konstrukcyjnych, powstałych w wyniku uproszczonej i pospiesznej produkcji różnych podzespołów, ile zaś 
na skutek sabotażowej działalności więźniów. Faktem jest jednak — jak stwierdzają oni sami i co dostrzegali 
Niemcy,   nadzorując   i   kontrolując   ich   pracę  —  że   w  „Dorze”   nie   oszczędzano   niczego.   Obok 
zorganizowanych   form   sabotażu,   częstokroć   trudnych   do   wykrycia,   więźniowie   z   własnej   woli, 
indywidualnie,  psuli  to  wszystko,   co  przechodziło  przez   ich  ręce,  jeśli  tylko  pozwalały  na   to  warunki. 
Hitlerowcy nie byli w stanie zapobiec tej masowej i w istocie żywiołowej akcji. Nie mogli postawić za 
plecami każdego więźnia swojego strażnika, nie mogli też — co ważniejsze — sami przejąć całej produkcji z 
powodu braku własnych kadr.

Wstrząsający   jest   bilans   ofiar   w   tej   specyficznej,   szeroko   rozwiniętej   walce   z   bronią  V.   Tylko 

zaostrzonym, doprowadzonym do potworności reżimem hitlerowcy usiłowali zmusić więźniów do wydajnej 
pracy i zaniechania wszelkich prób sabotażu. Wysiłki ich spełzły na niczym, ale godna podziwu postawa 
więźniów została okupiona śmiercią ponad 20 tysięcy ludzi zagłodzonych, rozstrzelanych, powieszonych lub 
po prostu zabitych pałkami SS-manów. Obozową gehennę przeżyło tylko 30 tysięcy więźniów. Te liczby nie 
wymagają komentarza, są niepodważalnym dowodem okrutnej prawdy tamtych lat.

Publicysta   i   pisarz   z   NRD   Julius   Mader   tak   wspominał   uczestników   ruchu   oporu   w   podziemiach 

„Dory”, którzy padli w walce:

Ci bohaterowie ruchu oporu żyją także w sercach brytyjskich antyfaszystów. Ale czy wystawiono im tam  

pomnik, czy zawieszono choćby tablicę pamiątkową? Nie. Za to sturmbannführera Wernhera von Brauna 
Towarzystwo Międzyplanetarne w Wielkiej Brytanii uczciło Złotym Medalem. Ten Złoty Medal przyznano  
temu, kto zniszczył Londyn. Dla bohaterów ruchu oporu, tych, którzy narażając życie psuli V-1 i V-2, dzieło  
von Brauna, pozostało milczenie i zapomnienie, nic ponadto.

Osobliwymi drogami potoczyły się losy inicjatorów i twórców ludobójczej broni  V  oraz  członków 

załogi „Dory”, liczącej pod koniec wojny 3279 SS-manów.

Von Braun, Dornberger i wielu innych specjalistów rakietowych, znających tajniki nowej broni, dostało 

się zaraz po wojnie pod opiekuńcze skrzydła Amerykanów. Nie wypominano im przeszłości, mieli od tej 
pory  pracować   dla   przyszłości   w   interesach   mocarstwowej   pozycji   Stanów   Zjednoczonych.   Służyli   oni 
chętnie swą wiedzą i kwalifikacjami, zajmując różne odpowiedzialne stanowiska w ośrodkach naukowo-
badawczych przygotowujących program zbrojeń rakietowych USA i NATO.

Dyrektor Albin Sawatzky nie dożył okresu, kiedy zbrodnie w „Dorze” szły w zapomnienie. Zginął lub 

został zabity w burzliwych dniach kwietnia — maja 1945 roku. Komendant „Dory” sturmbannführer Otton 
Förschner, aresztowany, zmarł w więzieniu przed rozprawą sądową. Podobny los spotkał rapportführera 
obozu Maxa Deckera. Lagerführer Hans Karl Möser został skazany na karę śmierci w procesie 15 SS-
manów z obozowej załogi, który odbył się przed Amerykańskim Trybunałem Wojskowym w Dachau w 
1947 roku. Adiutant komendanta, obersturmführer Heinz Georg Dettmers, dostał zaledwie 7 lat więzienia. 
Na ławie oskarżonych zasiedli również czterej kryminaliści, wśród nich Richard Valenta i Willi Zwiener. 
Pierwszemu z nich wymierzono karę 20 lat, drugiemu — 25 lat więzienia.

W 1948 roku został skazany w Magdeburgu pełnomocnik gestapo na  „Dorę”, jeden z tych, którzy 

katowali aresztowanych członków organizacji poddziemnej, Adolf Höser. Prawomocnym wyrokiem skazano 
go na 20 lat więzienia.

Dopiero w 1967 roku stanęli przed sądem trzej inni oprawcy: obersturmbannführer Helmut Bischoff, 

oberscharführer Ernst Sander i hauptscharführer Erwin Busta, zwany  „Końskim Łbem”. Wyrok był wręcz 
skandaliczny. Według opinii sądu stan fizyczny Bischoffa był ponoć tak zły, że jut samo ogłoszenie wyroku, 
niezależnie od wysokości kary, mogłoby pogorszyć jego zdrowie. Na wniosek adwokatów wyłączono jego 
sprawę do czasu, kiedy będzie mógł spokojnie wysłuchać wyroku. Sandera skazano zaledwie na 7 i pół roku 
więzienia, a Bustę na 8 i pół roku. Po ogłoszeniu wyroku obaj za kaucją zostali wypuszczeni, Bischoff 
natomiast w ogóle odpowiadał z wolnej stopy.

Tylko tyle można powiedzieć o  „karzącym mieczu sprawiedliwości” w odniesieniu do zbrodniarzy z 

„Dory”. Gdzie ukryli się pozostali, co robili lub co robią obecnie? Oto pytania, na które dotychczas nie ma 
odpowiedzi.