background image
background image

ANNE McCAFFREY

PLANETA

DINOZAURÓW

(Przełożyła: Ewelina Jagła)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

              Gdy  Kai  wyłączył  nadajnik  i  przerzucił  nagranie  do  pamięci  komputera,  usłyszał
odgłos dochodzących z pustego sektora pasażerskiego leciutkich kroków Varian.
       - Przepraszam, Kai. Pewnie przegapiłam kontakt? - wysapała Varian, wchodząc. Jej
kostium,  przemoczony  do  suchej  nitki,  przesiąknięty  był  odrażającym  fetorem
iretańskiego  "świeżego"  powietrza,  który  natychmiast  zapaskudził  klimatyzowane
powietrze  w  kabinie  pilota.  Varian  zerknęła  najpierw  na  nie  oświetloną  tablicę
nadajnika,  a  potem  na  Kaia,  by  sprawdzić,  czy  zirytowało  go  jej  spóźnienie.  Poprzez
udawaną skruchę przebijał jednak tryumfalny uśmiech. - W końcu złapaliśmy jednego z
tych roślinożerców!
       Kai musiał uśmiechnąć się w odpowiedzi na jej radosne uniesienie. Varian spędzała
długie godziny, tropiąc te stworzenia w wilgotnych, cuchnących dżunglach Irety; długie
godziny  cierpliwych,  usianych  przeszkodami  poszukiwań,  które  stanowczo  zbyt  często
kończyły się fiaskiem. Niezdolną do zachowania Dyscypliny Varian bezczynne siedzenie
w wygodnym fotelu przyprawiało o mdłości. Kai założył się sam ze sobą, że i tym razem
Varian  zdoła  wykpić  się  jakąś  ważną  sprawą  od  nużącej  rozmowy  z  Thekami.  Wieści,
które przyniosła, były dobre, a jej wytłumaczenie przekonywające.
       - Jak zdołaliście go schwytać? Pomogły pułapki, które ostatnio kleciliście? - zapytał
szczerze  zaciekawiony,  choć  to  właśnie  przez  nie  jego  najlepsi  mechanicy  musieli
odłożyć zakończenie budowy siatek sejsmicznych, tak potrzebnych geologom.
       - Nie, nie pułapki - w glosie Varian pojawiła się nuta smutku. - Nie, to piekielnie
głupie stworzenie zraniło się i nie mogło uciec z resztą stada. - Zrobiła pauzę, by dodać
następnemu stwierdzeniu wyrazistości. - Kai, z niego sączy się krew!
       Kai zamrugał oczyma, nie rozumiejąc.
       - Tak?
       - Czerwona krew!
       - No to co?
       - Jesteś biologicznym kretynem? Czerwona krew oznacza hemoglobinę...
       - Co w tym dziwnego? Mnóstwo innych gatunków używa żelaza...
              -  Nie  tutaj,  na  planecie,  gdzie  wodne  skrętnice,  których  drobiazgową  analizę
przeprowadził  Trizein,  wykorzystują  jasny,  lepki  fluid.  -  Varian  była  chwilowo
zbulwersowana i pełna pogardy, że Kai nie potrafi dostrzec znaczenia jej odkrycia. - Ta
planeta  to  jedno  wielkie  kłębowisko  anomalii,  biologicznych  i  geologicznych.  Wy  nie
znajdujecie  ani  grama  rudy  w  miejscach,  gdzie  powinniście  natrafić  na  złoża,  a  ja
napotykam  zwierzęta  większe  niż  wszystkie  stworzenia,  o  których  wspomina  się  na
kasetach szkoleniowych ze wszystkich planet w każdym systemie, jaki przebadaliśmy w

background image

ciągu  ostatnich  czterechset  galaktycznych  lat  standardowych.  Oczywiście  te  zjawiska
mogą iść w parze... - dodała w zamyśleniu, odrzucając w tył ciemne loki okalające jej
twarz.
       Była wysoka, jak większość osób pochodzących z planet normalnej grawitacji, jaką
jest  choćby  Ziemia.  Jej  smukłe  ciało  doskonale  prezentowało  się  w  jednoczęściowym,
pomarańczowym  kombinezonie,  który  zachwycająco  zarysowywał  mięśnie.  Pomimo
najróżniejszych  przedmiotów  zwisających  z  pasa  siłowego,  jej  talia  przedstawiała  się
schludnie, a wybrzuszenia w kieszonkach kombinezonu na udach łydkach nie ujmowały
nic pełnemu wdzięku wyglądowi jej nóg.
              Kai  był  wniebowzięty,  gdy  Varian  wyznaczono  na  jego  współdowódce.  Odkąd
dołączyła  do  ARCT10  na  trzyletni  kontrakt  jako  ksenobiolog-weterynarz,  łączyło  ich
więcej niż zwyczajna znajomość. Na ARCT10, podobnie jak na siostrzanych statkach w
Korpusie  Operacyjno-Badawczym,  podstawowy  personel  administracyjny  i  operacyjny
składał  się  z  osób  urodzonych  i  wychowanych  na  statku,  natomiast  uzupełniający  go
dodatkowi specjaliści, praktykanci i delegaci wyższych szczebli, podróżujący od czasu
do  czasu  na  Planety  Skonfederowane,  zmieniali  się  bez  przerwy,  co  dawało
wychowankom  ARCT-10  szansę  spotkań  z  członkami  innych  kultur,  podgrup
społecznych, mniejszości rasowych i wyznaniowych.
       Varian pociągała Kaia z dwóch powodów: po pierwsze była wyjątkowo piękna, po
drugie  zaś  była  przeciwieństwem  Geril.  Kai  próbował  zakończyć  zupełnie  nieudany
związek z Geril, kobietą natarczywą do tego stopnia, żeby jej unikać - musiał przenieść
swą kwaterę z sektora wychowanków do sektora gościnnego ARCT10. Tak się złożyło,
że  Varian  została  jego  nową  sąsiadką.  Była  wesoła,  tryskająca  humorem  i  żywo
zainteresowana  wszystkim,  co  dotyczyło  ich  statku  badawczego  o  rozmiarach  satelity.
Zaraziła  go  swym  entuzjazmem,  zadręczała,  by  zabrał  ją  na  wycieczkę  po  przeróżnych
kwaterach  specjalnych,  przystosowujących  we  właściwej  atmosferze  czy  grawitacji
bardziej ezoteryczne gatunki świadome należące do PS. Była planetariuszką, jak to ujęła.
Cóż,  mieszkała  na  rozmaitych  planetach,  i  poczuła  nagle,  że  czas  byłby  najwyższy
przyjrzeć  się,  jak  żyją  Odkrywcy,  zwłaszcza,  dodała,  że  jako  ksenobiolog-weterynarz
musiała częstokroć prostować niektóre z ich bardziej szalonych osadów i pomyłek.
              Varian  była  też  świetną  gawędziarką,  a  jej  opowieści  o  międzyplanetarnych
przygodach,  które  przeżyła  jako  brzdąc,  włócząc  się  z  rodzicami  -  ksenobiologami,
oczywiście  -  i  później,  jako  adeptka  tej  samej  dziedziny  nauki,  fascynowały  Kaia.
Owszem, odbywał swoje zwyczajowe wyprawy planetarne, by pozbyć się agorafobii, w
jaką wpędzało go ciągłe przebywanie na statku, ba, spędził nawet cały rok galaktyczny z
rodzicami  swej  matki  na  planecie,  na  której  się  urodziła,  lecz  był  przekonany,  że  w
porównaniu  ze  światami  Varian,  które  ofiarowały  jej  tyle  burzliwych  i  zabawnych
doświadczeń, jego podróże były beznadziejnie nudne.
              Inną  rzeczą,  w  jakiej  Varian  przewyższała  Geril,  była  umiejętność  dyskutowania
uprzejmie  i  ze  skutkiem,  bez  utraty  cierpliwości  -  albo  poczucia  humoru.  Geril  zawsze
była  deprymująco  poważna  i  gotowa  zbyt  łatwo  oczerniać  wszystko,  czego  nie

background image

popierała.  Prawdę  mówiąc,  na  długo  zanim  Kai  dowiedział  się,  że  Varian  ma  zostać
jego  współpracownikiem,  zdał  sobie  sprawę,  że  musiała  mieć  głęboko  zakorzenioną
Dyscyplinę,  choć  wydawała  się  jeszcze  taka  młoda.  Posunął  się  nawet  tak  daleko,  że
zwrócił  się  o  wydruk  jej  życiorysu  z  banku  danych  Bazy  Operacyjnej.  Lista  jej
przydziałów była wprost imponująca, chociaż archiwa powszechne nie podawały, jaką
dokładnie odegrała rolę podczas wzmiankowanych ekspedycji. Kai zauważył jednak, że
awansowała  niezwykle  szybko  -  a  to,  jeśli  dodać  liczbę  przydziałów,  wskazywało,  że
młodą  kobietę  obarczano  wciąż  rosnącą  odpowiedzialnością  i  przydzielano  do  coraz
trudniejszych  zadań.  Nawet  jeżeli  do  iretańskiej  ekspedycji  dokooptowana  została
niemalże w ostatniej chwili, po tym, jak w czasie wstępnego sondowania zarejestrowano
ślady życia, przy bagażu poprzednich doświadczeń Varian Ireta nie powinna wprawić ją
w  większe  zakłopotanie.  A  mimo  to,  jak  sama  to  określiła,  na  planecie  roiło  się  od
anomalii.
              -  Cóż  -  Varian  mówiła  dalej  -  jeśli  na  planecie  świeci  słońce  trzeciej  generacji,
trzeba  spodziewać  się  osobliwości,  choćby  w  postaci  biegunów  gorętszych  niż  równik
cuchnący... zaraz, niech sobie przypomnę nazwę tej rośliny...
       - Rośliny?
       - Owszem. Jest taka niepozorna roślinka, dość wytrzymała, by można było hodować
ją niemal wszędzie na umiarkowanych planetach takich jak Ziemia. Może być używana w
gastronomu.  W  rozsądnych  ilościach,  należy  koniecznie  dodać  -  wyjaśniła  z  kwaśną
miną. - Zbyt wiele przyprawy daje smak równie intensywny jak zapach roztaczający się
na tej planecie. Przepraszam, to taka mała dygresja. Co mówili Thekowie?
       Kai zmarszczył brwi.
       - Nasza dyżurna Baza Operacyjna przechwyciła tylko pierwszy raport.
              Ręcznik  w  dłoniach  Varian  znieruchomiał  na  chwilę  -  dotąd  zajęta  ścieraniem
wilgotnego osadu z kombinezonu, dopiero teraz spojrzała na Kaia.
       - O kurczę! - Siadła powolutku na krześle obok. - To niepokojące! Tylko pierwszy?
- Tak powiedzieli Thekowie...
       - Dałeś im dość czasu na wykrztuszenie odpowiedzi? Wycofuję pytanie. - Varian
opadła  gwałtownie  na  oparcie.  -  Oczywiście,  że  dałeś  -  przyznała,  doceniając  w  pełni
jego zdolność radzenia sobie z najwolniej poruszającymi się i przemawiającymi istotami
w  całym  skonfederowanym  systemie.  -  To  niepodobne  do  BO.  Są  przeważnie
rozpaczliwie spragnieni wstępnych raportów, a nie tylko potwierdzenia lądowania.
       - Ja tłumaczyłbym to interferencją przestrzenną...
       - A jakże. - Z twarzy Varian znikły oznaki niepokoju. - To przez tę burzę kosmiczną
w sąsiednim systemie... Tę, której tak panicznie obawiali się astronomowie...
       - Tak też wyjaśnili to Thekowie.
       - W ilu słowach? - zapytała Varian, odzyskując swój cierpki dowcip.
       Thekowie, krzemienna forma życia, byli niczym kamienie - wyjątkowo wytrzymali i
choć  nie  nieśmiertelni,  z  pewnością  był  to  gatunek,  który  najbardziej  zbliżył  się  do
osiągnięcia tego celu. Z nutą kpiny powiadano, że trudno jest odróżnić starego Theka od

background image

skały,  dopóki  ten  nie  przemówi,  a  nim  Thek  przemówi,  człowiek  trwający  w
oczekiwaniu zdąży umrzeć ze starości. To prawda, że im Thek był starszy i im większą
posiadał  wiedzę,  tym  więcej  czasu  zabierało  wyciąganie  z  niego  odpowiedzi.  Na
szczęście dla Kaia w zespole wysłanym na siódmą planetę systemu znajdowali się dwaj
młodzi Thekowie. Jednego z nich, Tora, Kai znał przez całe życie. Prawdę mówiąc, choć
Tora  uznawano  za  młodzieniaszka  ze  względu  na  przeciętną  długość  życia  istot  jego
gatunku, to jednak pracował na ARCT-10, odkąd tylko wysłano BO, to jest od jakichś stu
pięćdziesięciu  standardowych  lat  galaktycznych.  Tor  nieustannie  wprawiał  Kaia  w
zażenowanie,  wspominając  swego  pra-pradziadka,  byłego  oficera  technicznego  na
ARCT10,  do  którego  niby  Kai  miał  być  podobny.  Uczestniczenie  w  tej  samej  misji,  z
Torem  jako  współdowódcą,  sprawiało  Kałowi  swoistą  satysfakcję.  Jego  rozmowa  z
Torem,  mimo  że  wydłużona  przez  dzielącą  ich  odległość  i  zwyczaje  Theków,  była
stosunkowo ożywiona.
       - W rzeczy samej, Tor wyrzekł dokładnie jedno słowo, Varian. "Burza". - Śmiech
Kaia zmieszał się z chichotem Varian.
       - Czy oni się kiedykolwiek pomylili?
       - Co takiego? Thekowie? Nie, nie zdarzyło im się to w całej historii powszechnej.
       - Ich czy naszej?
       - Ich, oczywiście. Nasza jest zbyt krótka. Ale, ale! Co z tą czerwoną krwią?
              -  No  cóż,  nie  chodzi  tylko  o  czerwoną  krew,  Kai.  Zbyt  wiele  tu
nieprawdopodobnych  zbiegów  okoliczności.  Roślinożerne,  które  śledziliśmy,  są  nie
tylko  kręgowcami  broczącymi  czerwoną  krwią.  Teraz,  gdy  mogłam  przyjrzeć  się  im  z
bliska...  One  są  pięciopalczaste,  Kai...  -  Varian  rozpostarła  palce  i  zacisnęła  je  jak
szpony.
              -  Thekowie  także  są  pięciopalczaści...  w  pewnym  sensie.  -  Kai  był  ogromnie
zadowolony,  że  podczas  rozmowy  z  Thekami  nie  dochodziło  do  kontaktu  wzrokowego.
Thekowie  mieli  bowiem  męczący  zwyczaj  wysuwania  ze  swej  amorficznej  masy
pseudopodiów, co przeważnie napawało patrzących obrzydzeniem, graniczącym nieraz z
szaleństwem.
       - Ale nie są kręgowcami i nie mają czerwonej krwi. Nie koegzystują też z absolutnie
odmienną  formą  życia,  jak  te  kwadratnice  morskie  Trizeina.  -  Varian  pogrzebała  przez
moment  przy  otwarciu  kieszonki  u  pasa  i  wyciągnęła  z  niej  płaski  przedmiot  dobrze
opakowany plastykiem. - To będzie niezła gratka - mówiła rozciągając sylaby - zobaczyć
wyniki analizy tej próbki krwi.
       Wdzięcznym ruchem wstała z obrotowego krzesła i wyszła z kabiny pilota. Kai udał
się za nią.
              Odgłosy  ich  butów  odbijały  się  echem  pośród  pustki  ogołoconego  sektora
pasażerskiego.  Jego  umeblowanie  służyło  teraz  jako  wyposażenie  plastykowych  kopuł
zgrupowanych  poniżej  wahadłowca,  w  obozie  z  osłoną  siłową.  Trizeinowi  lepiej
pracowało się w klimatyzowanym pomieszczeniu przeznaczonym niegdyś na magazyn, a
teraz  przerobionym  dla  niego  na  laboratorium.  Zainstalowany  tam  komputer  miał

background image

bezpośrednie dojście do centralnego komputera statku, stąd też Trizein naprawdę rzadko
ruszał się ze swego królestwa.
       - A więc nareszcie znalazłaś lokatora do swej zagrody - rzucił Kai.
       - A więc miałam rację, planując naprzód. Przynajmniej mamy wystarczająco duże
miejsce, by go pomieścić. Go, ją albo to.
       - Nie wiesz, jakiej jest płci?
       - Gdy zobaczysz naszą bestyjkę, zrozumiesz, dlaczego nie przyjrzeliśmy się jej dość
dokładnie, by się tego dowiedzieć. - Varian przeszedł nagle dreszcz zgrozy. - Nie mam
pojęcia, jak to się stało, ale z jej boków wyrwano całe połacie mięsa... Zupełnie jakby...
- Przełknęła głośno ślinę.
       - Jakby co?
       - Jakby coś pożerało ją... żywcem.
       - Co takiego?! - Kaiowi zrobiło się niedobrze.
       - Tamte drapieżniki wyglądają dość barbarzyńsko, by móc przypuszczać, że to one...
Ale żeby tak... gdy to stworzenie jeszcze żyło...?
              Przez  chwilę  szli  w  milczeniu,  pochłonięci  tą  przerażającą  myślą.  W  skład
cywilizowanej diety od dawna już nie wchodziło zwierzęce mięso.
       - Zastanawiam się, czy Tangelemu dopisuje szczęście z tymi drzewami owocowymi
- powiedziała Varian, kierując szybko pogawędkę na inne tory.
              -  Nie  orientujesz  się,  czy  w  końcu  zabrał  ze  sobą  dzieciaki?  Przeprowadzałem
właśnie rozmowę...
       - Owszem - odparła - poszła z nimi Divisti, więc dzieci są w dobrych rękach.
              -  Słusznie  -  oznajmił  Kai  nieco  ponuro.  -  To  ktoś,  kto  da  sobie  z  nimi  radę.  Nie
uśmiechałaby mi się perspektywa udzielania wyjaśnień naszej trzeciej oficer BO, gdyby
coś przytrafiło się jej dumie i szczęściu.
       Kątem oka Kai dojrzał, jak Varian zagryza wargi. W jej oczach iskrzyło się tłumione
rozbawienie.  Wszyscy  doskonale  wiedzieli,  że  młody  Bonnard  odnosił  się  do  swego
dowódcy z całym nabożeństwem.
       - Bonnard jest miłym dzieciakiem, Kai, ma dobre zamiary...
       - Wiem, wiem.
              -  Ciekawi  mnie,  czy  jedzenie  na  tej  planecie  smakuje  tak,  jak  większość  rzeczy
pachnie  -  powiedziała  Varian,  ponownie  zmieniając  temat.  -  Jeśli  owoce  mają  smak
hydrotellurku...
       - Brak nam żywności?
              -  Nie  -  odparła.  Varian,  zgodnie  z  regulaminem  ekspedycji,  była  zobowiązana
zapewnić wyprawie dodatkowy prowiant, gdyby zaszła taka potrzeba. - Lecz Divisti to
uosobienie  roztropności.  Im  mniej  zużyjemy  podstawowych  zapasów,  tym  lepiej.  A
świeże owoce... Ale tacy jak ty, typy wychowane na statku, nie mogą przecież tęsknić za
owocami...
       - Za to planetarne naczelne nie mają żadnej dyscypliny odżywiania.
              Oboje  uśmiechnęli  się  szeroko.  Varian  przechyliła  głowę  w  jedną  stronę;  w  jej

background image

szarych  oczach  znów  roztańczyły  się  radosne  ogniki.  Już  pierwszego  dnia,  kiedy  się
spotkali  przy  stole  w  jadalni  strefy  humanoidalnej  przeogromnego  statku  Korpusu
Operacyjno-Badawczego, dokuczali sobie na temat nawyków żywieniowych.
       Kai, który urodził się i wychował na statku, był przyzwyczajony do syntetyzowanych
pokarmów  i  ich  skromnego  wyboru.  Nawet  gdy  osiadał  na  jakiś  czas  na  planecie,  nie
potrafił  się  przystosować  do  nieskończonej  różnorodności  i  konsystencji  naturalnej
żywności. Varian chwaliła się, że jest w stanie zjeść wszystko - od warzywa po minerał,
i że dla niej tutejsza dieta, choćby rozszerzona o produkty świeżo wyhodowane w kopule
eksperymentalnej, jest co najmniej monotonna.
              -  To  się  nazywa  wyszukane  gusta,  człowieku.  Jeśli  owoce  będą  smakować  tu
całkiem  przyzwoicie,  może  dasz  się  sprowadzić  na  manowce  i  zasmakujesz  w
prawdziwym jedzeniu.
              Dotarli  właśnie  do  magazynu,  gdy  zaszeleściły  drzwi  i  wypadł  z  nich
rozentuzjazmowany mężczyzna.
       - Zdumiewające! - Zatrzymał się w pół kroku i tracąc równowagę, zatoczył się na
wyłożoną boazerią ścianę. - Oto ludzie, których mi trzeba! Varian, budowa komórkowa
tych  morskich  okazów  to  doprawdy  innowacja!  Włókna,  cztery  rodzaje...  Chodź,
zobacz...  -  Trizein  zaciągnął  ją  do  laboratorium,  ponaglając  gestem  Kaia,  by  również
szedł za nimi.
       - Ja też coś mam dla ciebie, przyjacielu. - Varian wydobyła próbkę. - Złapaliśmy
jednego z tych umięśnionych roślinożerców. Był ranny i broczył czerwoną krwią...
              -  Czyż  nie  pojmujesz,  Varian  -  ciągnął  dalej  Trizein,  najwyraźniej  głuchy  na  jej
oświadczenie  -  że  to  zupełnie  inna  forma  życia?  Nigdy  w  całej  mojej  karierze
ekspedycyjnej nie spotkałem się z taką strukturą komórkową...
       - A ja nie spotkałam się z taką anomalią jak ta, sprzeczną z twoją nową formą życia.
-  Varian  zacisnęła  jego  palce  wokół  preparatu.  -  Bądź  tak  kochany  i  przeprowadź
spektroanalizę, dobrze?
              -  Czerwona  krew,  powiadasz?  -  Trizein  zamrugał.  Musiał  wpaść  w  odpowiedni
tryb, by połapać się w istocie prośby Varian. Podniósł próbkę pod światło i zmarszczył
brwi. - Czerwona krew? Nie pasuje do tego, o czym przed chwilą mówiłem.
       W tym samym momencie rozległ się jęk alarmu. Zatrważająco przetoczył się przez
wahadłowiec i cały obóz na zewnątrz, i rozdzwonił się zgrzytliwie w bransoletach, które
Kai i Varian nosili jako dowódcy drużyn.
              -  Ekipa  penetracyjna  ma  kłopoty.  Kai?  Varian?  -  Przez  interkom  dotarł  do  nich
bełkoczący niespiesznie, ochrypły głos Paskuttiego. - Atak powietrzny.
       Kai nadusił przycisk rozdzielczy na bransolecie.
       - Zbierz swoją grupę, Paskutti. Idziemy do was, Varian i ja.
              - Atak  powietrzny?  -  powtórzyła  Varian,  gdy  pędem  gnali  ku  tęczowemu  lukowi
wahadłowca. - Skąd?
       - Paskutti, czy ekipa jest nadal w powietrzu? - zapytał Kai.
       - Nie, szefie. Mam ich współrzędne. Wezwać pańskie drużyny?

background image

              -  Nie,  nie.  Są  zbyt  daleko,  żeby  się  na  coś  przydać  -  odparł  Kai.  Zwrócił  się  do
Varian: - W co oni mogli się wpakować?
       - Na tej zwariowanej planecie? Kto wie? - Rozmaite alarmy wywoływane na Irecie
zdawały się przydawać Varian animuszu, z czego Kai był bardzo rad. Podczas jednej z
jego wypraw współdowodzący był bowiem tak zaprzysięgłym pesymistą, że załamało to
morale całej załogi, powodując niepotrzebne i fatalne w skutkach incydenty.
       Jak zwykle pierwszy podmuch cuchnącego iretańskiego powietrza odebrał Kaiowi
dech  w  piersiach.  Zapomniał  umieścić  z  powrotem  sztyft  zapachowy,  który  usunął,
przebywając  na  statku.  Poza  tym  sztyfty  nie  pomagały  wówczas,  gdy  trzeba  było
oddychać  ustami,  jak  teraz,  gdy  biegł,  by  dołączyć  do  formowanego  naprędce  oddziału
Paskuttiego.
              Chociaż  grawitanci  pod  kierunkiem  Paskuttiego  mieli  dalej  do  punktu  zbornego,
przybyli  tam  wcześniej  niż  Kai  i  Varian.  Paskutti  cisnął  obu  dowódcom  pasy,  maski  i
obezwładniacze,  zapominając  w  zamieszaniu,  że  nieuważny  dotyk  jego  ciężkiej  ręki
mógł zwalić z nóg delikatniejszej przecież postury ludzi.
              Gaber,  kartograf  pełniący  funkcję  oficera  pogotowia,  sapiąc  nadbiegł  ze  swej
kwatery. Jak zwykle zapomniał założyć pas ochronny, pomimo obowiązującego rozkazu,
by  nosić  pasy  o  każdej  porze.  Kai  pomyślał,  że  po  powrocie  będzie  trzeba  odnotować
przewinienie Gabera.
       - Co to znów za nagły wypadek? Nigdy nie narysuję tych map, jeśli będziecie mi
wciąż przeszkadzać.
       - Ekipa penetracyjna ma problemy. Nie odchodź! - rzekł Kai.
       - Oj, nigdy, Kai, nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnie nierozumnego, zapewniam
cię. Nie ruszę się od sterów ani na centymetr, choć wątpię, czy kiedykolwiek uporam się
z własną robotą... Jestem już do tyłu o trzy dni, a...
       - Gaber!
       - Tak jest, Kai. Tak jest, rozumiem. Naprawdę rozumiem. - Mężczyzna zasiadł przy
sterach, spoglądając to na Paskuttiego, to na Varian z takim lękiem, że Kai musiał skinąć
na  niego  uspokajająco  głową.  Ociężała  twarz  Paskuttiego  pozostała  niewzruszona,
podobnie  jak  jego  ciemne  oczy,  lecz  właśnie  ów  brak  jakiejkolwiek  reakcji  ze  strony
grawitanta  wyrażał  dezaprobatę  i  oburzenie  bardziej  otwarcie,  niż  wszystkie  słowa,
jakie mógłby wyburczeć.
              Paskutti,  mężczyzna  w  sile  wieku,  pracował  w  służbie  bezpieczeństwa  przez
większość  swej  pięcioletniej  przygody  z  KOB-em.  Zgłosił  się  na  ochotnika,  gdy  na
macierzystym  statku  rozesłano  wezwanie  do  zastępców,  by  wsparli  zespół
ksenobiologów.  Grawitanci  często  łapali  się  półfachowej  roboty  podczas  wypraw
planetarnych i na statkach KOBu ze względu na nadzwyczaj dobrą płacę - dwie lub trzy
takie ekspedycje pozwalały średnio wykwalifikowanemu grawitantowi zarobić dość, by
mógł  przeżyć  resztę  życia  we  względnym  luksusie  na  jednym  z  rozwijających  się
światów. Grawitantów chętnie przyjmowano na stanowiska zastępców ze względu na ich
siłę.  Mówiono  o  nich,  że  są  mięśniami  Planet  Skonfederowanych,  przy  czym  uwagę  tę

background image

czyniono z całym szacunkiem, gdyż grawitanci nie byli jedynie chodzącą "górą mięśni" -
wielu z nich zaliczało się do grona specjalistów wysokiej rangi, w czym dorównywali
każdej innej podgrupie humanoidalnej.
       Nie było natomiast żadnych wątpliwości co do tego, że ich prezencja - silne nogi,
zwarty tułów, potężne bary i ogorzała skóra, stanowiła skuteczny środek odstraszający,
co skłaniało liczne rasy PS do angażowania ich jako ochroniarzy, czy to na pokaz, czy też
faktycznie  jako  jednostki  agresji.  Do  popularyzacji  fałszywego  twierdzenia,  jakoby
grawitanci  nie  byli  najlepiej  wyposażeni  w  zdolności  umysłowe,  przyczyniał  się  ich
nieszczęsny  problem  genetyczny.  Otóż  choć  ich  mięśnie  i  struktura  układu  kostnego
zostały  tak  zmienione,  by  przetrwać  znaczne  siły  ciężkości,  ich  czaszki  nie  uległy
podobnej ewolucji. Na pierwszy rzut oka grawitanci wyglądali naprawdę głupkowato, Z
dala od surowych warunków klimatycznych i grawitacyjnych, w których się wychowali,
musieli  spędzać  sporo  czasu  w  siłowniach  grawitacyjnych,  by  zachować  siłę  mięśni  i
umożliwić sobie osiągnięcie dostatecznego stopnia przystosowania, gdy już powrócą do
swych  rodzinnych  stron.  Jakby  dla  przekory,  grawitanci  byli  mocno  przywiązani  do
miejsc swego urodzenia i większość z nich, zadbawszy o wystarczająco wysokie saldo
bankowe, by przejść w stan spoczynku i żyć całkiem komfortowo, z radością wracała do
srogich  warunków  panujących  na  ich  planetach.  To  właśnie  stało  się  przyczyną
uformowania się ich subkultury.
       Paskutti i Tardma dołączyli do ekspedycji z czystej nudy wynikającej z obowiązków
ochroniarzy  na  pokładzie  statku.  Berru  i  Bakkun,  geologowie,  zostali  wybrani  przez
samego  Kaia.  Dobrze  jest  bowiem  mieć  paru  grawitantów  w  każdym  zespole,
zważywszy ich fizyczne przymioty. Oboje z Varian ucieszyli się, gdy Tangeli, botanik, i
Divisti,  biolog,  zgłosili  się  w  odpowiedzi  na  informację  o  zapotrzebowaniu  na  takich
specjalistów.
              Gdy  znaleźli  się  na  Irecie,  Varian,  napotkawszy  nieoczekiwanie  wielkiego
przedstawiciela  iretańskiej  fauny,  błogosławiła  w  duszy  szczęśliwy  traf,  że  miała  w
swej drużynie kilku grawitantów. W takiej kompanii, bez względu na to, w jak krytycznej
sytuacji  się  znajdą,  będzie  można  z  większą  pewnością  siebie  stawić  czoło
niebezpieczeństwu.
       Paskutti skinął głową na Gabera. Ręce kartografa zacisnęły się nerwowo na sterach
i  wlot  uniósł  się  powolutku.  Varian  tymczasem,  stojąc  przy  boku  Kaia,  niecierpliwie
przestępowała  z  nogi  na  nogę.  Niestety,  nie  można  było  zrobić  Gaberowi  awantury
przypominając  mu,  że  chodzi  tu  o  nagły  wypadek  i  szybkość  działania  jest  niezwykle
istotna.
              Zanim  Gaber  zdążył  zakończyć  operację  otwierania  wlotu,  Paskutti  dał  nura  pod
unoszącą  się  pokrywę.  Jego  oddział  pognał  za  nim.  Jak  zwykle  padał  drobny
kapuśniaczek.  Dzięki  głównemu  ekranowi  siłowemu  udawało  się  odchylić  spadające
krople - poza cięższymi, razem zresztą z niewielkimi insektami.
       Usłyszeli głos Gabera, który z irytacją mamrotał coś pod nosem na temat takich, co
to  w  ogóle  nie  potrafią  czekać,  tymczasem  Paskutti  uniósł  zaciśniętą  pięść  w  geście

background image

oznaczającym  tropienie  z  lotu.  Ratownicy  uruchomili  pasy  nośne  i  sformowali  szyk
zgodny z osobliwym pouczeniem Paskuttiego o postępowaniu w nagłych wypadkach. Kai
i Varian zajmowali pozycje osłonięte formacją lecącą w kształcie litery V.
       Kai nastawił komunii na odbiór sygnałów Tangelego. Paskutti wskazał na zachód, w
kierunku  bagnistych  nizin,  i  zasugerował  zwiększenie  prędkości,  regulując  przy  tym
maskę.
       Lecieli na wysokości czubków drzew. Kai musiał pamiętać, by patrzeć cały czas
przed siebie, na plecy Paskuttiego. O dziwo jego agorafobia dokuczała mu w powietrzu
mniej,  jeżeli  nie  spoglądał  bezpośrednio  w  dół  na  szybko  przesuwający  się  grunt.
Amortyzował  go  strumień  powietrza,  stwarzając  przy  tej  prędkości  niemal  namacalne
oparcie.
              Monotonne  połacie  drzew  iglastych,  którymi  porośnięta  była  ta  część  kontynentu,
zaledwie  przemknęły  przed  oczyma  lecących.  Wysoko,  wysoko  w  górze,  Kai  dojrzał
krążące  skrzydlate  monstra.  Varian  nie  miała  dotąd  szansy  zająć  się  bliżej  latającymi
formami życia czy chociaż zidentyfikować je: stworzenia przezornie zmykały, gdy tylko
się pojawiali.
       Wzbili się wyżej, by przedostać się ponad pierwszym stokiem bazaltowym i zeszli
ślizgiem  po  jego  drugiej  stronie,  niemalże  muskając  bezkresny  dziewiczy  las,  lśniący
nieskończoną  rozmaitością  niebiesko-zielonych,  zielonych  zielono-purpurowych  deseni.
Natrafiwszy na prący ku dołowi powietrzny prąd termiczny, zmuszeni byli borykać się ze
spychającym  ich  silnym  wiatrem.  Należało  temu  jakoś  zaradzić.  Paskutti  dał  znak,  że
najlepszym  rozwiązaniem  będzie  obniżenie  lotu.  Oczywiście  przy  masie  mięśni
grawitanta, ćwiczonych w najsilniejszych grawitacjach, była to pestka, tymczasem Kai i
Varian musieli uruchomić wspomagającą siłę ciągu.
       Warkot wzmógł się. Kai w duszy zwymyślał sam siebie. Nie powinien był przecież
zezwolić,  by  grupa  poszukiwawcza  przekroczyła  strefę  zasięgu  nośności  pasów
wznoszących.  Z  drugiej  strony  jednak,  Tangeli  był  bezsprzecznie  zdolny  stawić  czoło
zarówno  większości  napotkanych  dotychczas  na  Irecie  zwierząt,  jak  i  tryskającej
pomysłowością naturze dzieciaków, które były pod jego opieką. A więc jakiż to "kłopot"
spadł  na  nich  z  nieba?  I  do  tego  tak  nagle.  Tangeli  wyruszył  ślizgaczem  tuż  przed
zaplanowanym  kontaktem  z  Thekami.  Oznaczało  to,  że  nie  zdążyli  nawet  dotrzeć  do
miejsca  przeznaczenia,  nim  weszli  w  kolizję  z  owym  nie  wiadomo  czym.  Tangeli  z
pewnością wspomniałby o wypadku, gdyby o to chodziło. Kai zamyślił się. Co by było,
gdyby  ich  ślizgacz  został  zniszczony?  Mieli  tylko  jedną  większą  jednostkę  i  cztery
dwuosobowe, przeznaczone dla zespołów sejsmologicznych. Mniejsze ślizgacze były w
stanie  pomieścić  w  razie  potrzeby  czterech  pasażerów,  lecz  nie  zabrałyby  żadnego
sprzętu.
       Teren opadł ponownie. Wyrównali linię lotu. Daleko na purpurowym horyzoncie
pojawiło  się  pierwsze  pasmo  wulkanów  osiadłych  na  skraju  śródlądowego  morza,
morza z góry skazanego na zniweczenie w wyniku bezustannej działalności tektonicznej
tego  niezwykle  aktywnego  świata.  Był  to  pierwszy  teren,  którego  sejsmiczność  Kai

background image

testował,  a  to  z  obawy,  że  granitowa  półka,  na  której  rozłożyli  obóz,  mogłaby  mieścić
się  zbyt  blisko  obszarów  czynnych  tektonicznie  i  wskutek  tego  obsunąć  się.  Jednak
pierwsze wyniki były uspokajające. Jezioro powinno się zapaść od spodu, wypychając
na  powierzchnię  ostatecznie  sfałdowane,  niewielkie  wzgórza  pokryte  osadem.  Był  to
prawie skraj stałej płyty kontynentalnej.
              Ogarnęło  ich  duszne  powietrze,  przesiąknięte  niezdrową  wonią  moczarów  -
przejmująca wilgoć wzmacniała pierwotny fetor hydrotellurku. Warkot przybierał coraz
bardziej na sile, aż stał się nieprzerwany.
       Nie tylko Kai się rozglądał. Bystrooki Paskutti jako pierwszy dostrzegł ślizgacz w
lasku. Osadzony był na sporych rozmiarów pagórku sterczącym ponad bagniskami, z dala
od  zbitej  masy  roślinności  dżungli.  Potężne,  rozłożyste  konary  ogromnych  drzew,
błyszczące  purpurową  korą  gęsto  pokrytą  śladami  ataków  roślinożernych,  były  nie
zamieszkane  przez  ptactwo.  Powoli  niepokój  opuszczał  Kaia,  jego  miejsce  zajmowała
ulga i złość.
              Uwagę  dowódcy  zwrócił  gest  Paskuttiego.  Kai  przerzucił  spojrzenie  w  kierunku
wskazanym  miękkim  ruchem  dłoni  grawitanta.  Zobaczył,  jak  spiczaste  pyski
zasiedlających bagna zwierząt wciągają w ciemną topiel wody kilka brunatnych cielsk.
Rozgrywała  się  też  niewielka  potyczka  -  dwa  długoszyje  osobniki  zmagały  się  o  łup.
Zwycięzca  przejął  zdobycz,  stosując  prosty  wybieg  -  po  prostu  przysiadł  na  niej  i
zanurzył się w błotniste odmęty.
              Tardma,  lecąca  bezpośrednio  przed  Kaiem,  wskazała  ręką  w  drugą  stronę,  w
kierunku stałego lądu, gdzie jakiś uskrzydlony stwór, najwyraźniej ogłuszony silniejszym
podmuchem wiatru, kołysząc się, próbował wzbić się w powietrze.
       Paskutti wystrzelił ostrzegawczo trzy razy, a następnie nakazał grupie wylądować w
pobliżu  lasku.  Grawitanci  automatycznie  rozwinęli  falangę,  zabezpieczając  dojście  od
strony  bagien,  gdyż  stamtąd  właśnie  prawdopodobieństwo  ataku  było  największe.  Kai,
Varian i Paskutti skoczyli zaraz w kierunku ślizgacza, zza którego wyłonili się uczestnicy
wyprawy.
       Tangeli stał wyczekująco. Wokół jego masywnego, pękatego cielska, niczym wokół
bastionu,  zgromadzili  się  mali  członkowie  wyprawy  -  trójka  dzieci,  których  widok
sprawił  Kaiowi  olbrzymią  ulgę.  Nagle  Kai  spostrzegł  nieduży  stos  posegregowanych,
jaskrawożółtych  stworzeń  zgromadzonych  w  ślizgaczu  -  więcej  okazów  o  zbliżonych
kształtach i kolorze leżało w lasku.
              -  Wezwaliśmy  was  zbyt  pochopnie  -  odezwał  się  Tangeli  na  powitanie.  -  Te
bagienne  zwierzaki  okazały  się  po  prostu  ciekawskimi  sprzymierzeńcami.  -  Wsunął  za
pas obezwładniacz i otrzepał swe potężne dłonie, jakby zbywając cały incydent.
       - Co was atakowało? - spytała Varian, mierząc wzrokiem okolicę.
       - To? - rzucił pytająco Paskutti, taszcząc okulawionego, skrzydlatego i włochatego
stwora, którego wyciągnął zza konaru grubego drzewa.
              -  Uważaj!  -  zawołał  Tangeli,  sięgając  po  obezwładniacz.  Zauważył  jednak,  że
zapasem Paskuttiego tkwi broń.

background image

       - To jeden z tych ptaków. Patrzcie, nie ma po bokach żadnej wklęsłości, żeby złożyć
skrzydła  -  oznajmiła  Varian,  i  ignorując  zupełnie  protesty  grawitantów,  poruszyła  w
przód i w tył bezwładnym skrzydłem zwierzęcia.
              Kai  przyglądał  się  lękliwie  spiczastemu  dziobowi  ptaka,  tłumiąc  w  sobie
irracjonalną chęć ucieczki.
              -  Padlinożerca,  sądząc  po  rozmiarach  i  kształcie  szczęki  -  zauważył  Paskutti,
spoglądając z niemałym zainteresowaniem na swą zdobycz.
       - Aleście go urządzili - przyznała Varian, przestając szarpać się ze skrzydłami, które
nie dały się ułożyć. - A cóż to za padlina je tu przyciągnęła?
         Tangeli  wskazał  na  cętkowany  zwał  mięsa  na  skraju  polany.  Spośród  roślinności
wystawał nabrzmiały brzuch.
              -  A  ja  uratowałem  to!  -  oświadczył  Bonnard,  występując  z  szeregu  swych
przyjaciół,  by  Kai  i  Varian  mogli  zobaczyć  w  jego  ramionach  małą,  żywą  replikę
zdechłego  zwierzęcia.  -  To  nie  ono  sprowadziło  tutaj  padlinożerne.  Były  już  tu.
Biedactwo, jego matka nie żyje.
       - Znaleźliśmy je tam, ukryte w korzeniach drzewa - dodała Cleiti, lojalnie śpiesząc
Bonnardowi z pomocą, na wypadek dezaprobaty dorosłych.
              -  Ślizgacz  musiał  spłoszyć  ptaki  -  powiedział  Tangeli,  przejmując  opowieść.  -
Porzuciły  żer  i  wróciły  dopiero,  gdy  wylądowaliśmy  i  zaczęliśmy  zbierać  owoce.  -
Wzruszył szerokimi ramionami.
       Varian badała drobną roztrzęsioną istotkę. Zajrzała jej w pysk, sprawdziła budowę
tylnych łap. Nagle zaśmiała się nieznacznie.
              -  Znów  anomalie.  Łapy  perissodaktyla  i  zęby  roślinożercy.  To  niegroźne
stworzonko. Miło jest mieć coś w sam raz w swoim rozmiarze, co, Bonnard?
       - Nic mu nie jest? On cały czas drży. - Z twarzy chłopca emanowała troska.
              -  Ja  też  bym  drżała,  gdyby  zabrały  mnie  jakieś  ogromniaste  typy,  których  zapach
byłby dla mnie obcy.
       - W takim razie perisso... mniejsza o to, a wiec on nie jest niebezpieczny?
       Varian roześmiała się i zmierzwiła krótko przystrzyżone włosy Bonnarda.
              -  Nie.  Perisso...  to  tylko  sposób  klasyfikacji.  Perissodaktyla  oznacza
nieparzystokopytne. Muszę zerknąć na jego matkę.
              Ostrożnie,  unikając  mieczowników,  roślin  kuszących  niezwykle  zdobnymi,
purpurowymi liśćmi, Varian zbliżyła się do martwej zwierzyny. Dziewczynie wyrwał się
przeciągły gwizd.
              -  To  całkiem  prawdopodobne...  -  powiedziała  współczująco.  -  Cóż,  ma  złamaną
nogę. Dlatego była łatwym łupem.
       Wtem uwagę wszystkich zwrócił donośny złowieszczy dźwięk. Z bagna wynurzył się
potężny łeb i wzbudziwszy fale na mulistej powierzchni, zaczął płynąć w ich kierunku.
              -  Dla  tego  tutaj  my  też  jesteśmy  łatwym  łupem  -  stwierdził  Kai  filozoficznie.  -
Zmykajmy stąd.
              Paskutti  zmarszczył  brwi  i  przypatrując  się  wielkiemu,  złośliwie  wyglądającemu

background image

łbu, naregulował obezwładniacz na najwyższą moc.
       - Jeśli będziemy musieli go zatrzymać, - dobry będzie każdy sposób.
       - Przybyliśmy po owoce... - zaczęła Divisti, wskazując na ściółkę polany. - Wydają
się jadalne, a nieco świeżej żywności przydałoby się nam wszystkim - dodała tonem na
tyle tęsknym, na ile to możliwe u grawitantów.
              -  Zaryzykowałbym  opinię,  że  mamy  około  dziesięciu  minut,  zanim  mózg  tego
bagiennego  zwierzęcia  dokona  logicznego  założenia,  że  jesteśmy  jadalni  -  oświadczył
Tangeli, jak zawsze niefrasobliwy w obliczu fizycznego zagrożenia. Natychmiast zaczął
zbierać  rozrzucone  tu  i  ówdzie  gruboskóre  owoce  i  rzucał  je  do  bagażnika
sześcioosobowego ślizgacza.
       Tak naprawdę ślizgacze zdolne były unieść i dwadzieścia osób, o czym producent w
ogóle nie wspomniał w dokumentacji. Slizgacz eksploracyjny był bowiem pojazdem na
każdą  okazję,  i  nikt  jeszcze  nie  osiągnął  ostatecznego  pułapu  jego  możliwości.  Miał
wysokie ściany boczne i niewiele ponad osiem metrów długości. Z przodu znajdował się
zamykany  pomost  przeznaczony  na  ładunek,  a  z  tyłu,  pod  ładownią  mieścił  się
kompaktowy  silnik  i  zespół  napędowy.  Kapsułę  można  było  wyposażyć  w  wygodne
siedzenia  dla  sześciu  pasażerów,  nie  licząc  pierwszego  i  drugiego  pilota.  Tak  właśnie
ślizgacz przedstawiał się teraz. Gdy siedzenia były zsunięte lub zestawione, pojazd był
w stanie przetransportować niewiarygodne ciężary - tak na pokładzie, jak i przytroczone
do  dźwigarów  na  dziobie  i  na  rufie  lub  na  środku  po  jednej  i  drugiej  stronie.  Ślizgacz
posiadał  ponadto  tylny  i  przedni  napęd  odrzutowy  i  był  przystosowany  do  startu
pionowego  na  wypadek  konieczności  ucieczki  lub  akcji  ratunkowej.  Dwuosobowe
ślizgacze  były  pomniejszonymi  replikami  tej  wersji  i  miały  jedną  zaletę:  były  łatwe  w
demontażu, co przydawało się podczas lotu większym pojazdem.
              Wspomagani  przez  swych  niedoszłych  wybawców,  Tangeli,  Divisti  i  reszta
penetracyjnego  oddziału  zdążyli  zgromadzić  dość  owoców,  by  zapełnić  bagażnik
ślizgacza,  nim  ponad  laskiem  zaczęli  niecierpliwie  krążyć  następni  padlinożercy.
Wystająca  z  bagna  głowa  kołysała  się  powolutku  w  przód  i  w  tył,  jakby
zahipnotyzowana monotonnym lotem stada.
       - Kai, nie musimy go tu chyba zostawić, co? - spytał Bonnard, przystanąwszy przy
boku wylęknionej Cleiti. Trzymał osierocone zwierzę w ramionach.
       - Varian, przyda ci się na coś? - rzucił Kai.
       - Jasne. - Varian skrzywiła się na myśl, że mogliby opuścić zwierzaka. - Nie mam
najmniejszego zamiaru go tu pozostawić. Nawet nie wiesz, jaka to ulga móc przyjrzeć się
czemuś z bliska, bez konieczności ganiania za tym po całym kontynencie. - Zwróciła się
do Bonnarda: - No, do ślizgacza, Bonnard. Nie wypuść go. Cleiti, siądź po prawej, a ja
usiądę po lewej. O, tak właśnie. Zapiąć pasy.
              Wszyscy  cofnęli  się,  gdy  Tangeli  wystartował,  by  przeszybować  leniwie  ponad
bagnistym mułem i ogłupiałą bestią, zapatrzoną wciąż z niekłamanym zainteresowaniem
w lasek.
              -  Broń  w  pogotowiu,  na  maksymalnej  mocy  -  rozporządził  Paskutti,  zerkając  w

background image

niebo. - Padlinojady nadchodzą.
              Gdy  wzbili  się  w  powietrze,  Kai  przyjrzał  się  zgłodniałym  bestiom  krążącym
poniżej  ze  wzrokiem  utkwionym  w  martwe  ciało  leżące  pośród  traw.  Przeszedł  go
dreszcz  obrzydzenia.  Niebezpieczeństwa  grożące  w  kosmosie,  gwałtowne  i
bezwzględne,  były  bezosobowe,  i  wynikały  zawsze  z  łamania  nienaruszalnych  praw.
Mordercze  zamiary  skrzydlatych  bestii  nosiły  znamiona  budzącej  odrazę  osobistej
wrogości, która wstrząsała Kaiem do głębi.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

              W  drodze  powrotnej  deszcz  i  przeciwne  wiatry  miotały  lotnikami  tak  uparcie,  że
nim pojawili się wreszcie w bazie, ślizgacz zdążył już dawno ostygnąć. Varian z trójką
dzieci zajęta była kleceniem niewielkiego wybiegu dla sierotki.
       - Lunzie próbuje właśnie opracować dla niego dietę - oznajmiła.
       - Z jakimi nieprawidłowościami mamy do czynienia w jego przypadku?
       - Wbrew wszelkim dziwactwom w całej galaktyce, przyszliśmy z odsieczą młodemu
ssakowi. Przynajmniej u jego matki zauważyłam sutki. Nasz przyjaciel nie jest dorosłym
osobnikiem,  choć  przyszedł  na  świat  całkiem  dojrzały,  z  umiejętnością  chodzenia,  a
nawet biegania niemal od urodzenia...
       - Czy...
              -  Odrobaczyłam  go?  Owszem,  zewnętrznie.  Musiałam,  inaczej  wszyscy  wkrótce
stalibyśmy się pożywką dla pasożytów. Przeszkodziłam Trizeinowi w jego skrupulatnie
rozplanowanej  pracy,  by  przeprowadził  analizę  tkanki  ssaka.  Chcę  wiedzieć,  jakich
protein musimy mu dostarczać. Cóż, brakuje mu jeszcze trochę do rozmiarów jego matki.
Nie była znów taka wielka, ale...
       Kai zerknął na drobne, czerwonobrązowe włochate ciałko. Diabelnie odpychające
stworzenie, pomyślał, nie ma nic, co mogłoby zrekompensować ten brak urody, no, poza
pełnymi  smutku  oczkami,  nic,  co  pozwoliłoby  komukolwiek  oprócz  jego  własnej  matki
przywiązać  się  do  niego.  Kai  przypomniał  sobie  naraz  kołyszący  się  łeb  moczarnika  i
złowróżbne  kołowanie  nieustępliwych,  zgłodniałych  padlinożerców,  i  poczuł
zadowolenie,  że  wzięli  to  biedactwo  ze  sobą.  Co  więcej,  może  zaabsorbuje  ono
Bonnarda  tak  bardzo,  że  chłopiec  przestanie  wreszcie  wszędzie  chodzić  za  swym
dowódcą.
       Kai odpiął pas i zsunął maskę. Przetarł ręką ślady, które odcisnęła mu na twarzy.
Powrotna  podróż  wyczerpała  go.  Grawitanci  mieli  niespożyte  zapasy  sił  witalnych,
tymczasem  nie  przyzwyczajone  mięśnie  Kaia  bolały  go  strasznie  po  porannym
nadwerężeniu.
       - Zaraz, nie mieliśmy czasem skontaktować się jeszcze z Ryximi? - zapytała Varian,
spoglądając na swój naręczny rejestrator. Zabębniła palcem w podświetloną czerwono
liczbę  tysiąc  trzysta,  oznaczającą  czas.  Kai  uśmiechnął  się  szeroko  w  ramach
podziękowania  i  ruszył  w  kierunku  wahadłowca,  udając  nie  najgorzej,  że  rozpiera  go
energia.  Miał  przed  sobą  naprawdę  pracowity  dzień.  Obiecał  sobie,  że  zażyje
stymulator,  by  podbić  poziom  energii,  a  podczas  kontaktu  ze  skrzydlatymi  Ryximi
wykona  kilka  ćwiczeń  oddechowych.  Potem  będzie  trzeba  przyjrzeć  się  kompleksowi
kolorowych  jezior,  ulokowanych  na  rozległych  połaciach  na  południu,  których  analizy

background image

dostarczyła wczoraj Berru. Zdawało mu się niezwykle dziwne, że na tej nietkniętej dotąd
planecie, wszędzie tam, gdzie należało oczekiwać nieprzebranych bogactw mineralnych,
znaleźć  można  jedynie  ich  śladowe  ilości.  Zabarwiona  woda  jezior  świadczyła  o
zatopionych  złożach  rudy.  Kai  miał  nadzieję,  że  zasoby  są  wystarczająco  pokaźne,  by
sobie nimi w ogóle zaprzątać głowę. Coś powinni też znaleźć w górach powstałych ze
starych  fałdowań  -  cokolwiek,  choćby  trochę  cyny  lub  cynku  i  miedzi.  Odkryli  już  co
prawda niewielkie złogi rudy, ale żadnych pokładów w ścisłym tego słowa znaczeniu.
              Zgodnie  z  rozkazami  Korpusu  Operacyjno-Badawczego  Kai  miał  zlokalizować  i
przeprowadzić  analizę  zasobów  mineralnych  i  metalurgicznych  planety. A  Ireta,  która,
jak przypuszczano, była satelitą słońca trzeciej generacji, powinna obfitować w cięższe
pierwiastki,  w  neptun,  pluton,  w  odmiany  rzadkich  transuranowców  i  aktynowców
umieszczonych  w  układzie  okresowym  powyżej  uranu,  ogólnie  więc  w  te  pierwiastki,
których  zdecydowanie  i  niezmiennie  domagały  się  Skonfederowane  Narody.  Stąd  też
jednym z najważniejszych zadań KOB-u było poszukiwanie ich złóż.
              Dyplomata  orzekłby,  iż  KOB  penetruje  galaktykę,  by  włączyć  w  sferę  swych
wpływów  wszelkie  rozumne  i  świadome  stworzenia,  rozbudowując  w  ten  sposób
związek  osiemnastu  miłujących  pokój  gatunków  włączonych  do  Federacji.  Jednakże
zasadniczym  celem  wypraw  było  poszukiwanie  energii.  Różnorodność  gatunkowa
członków Federacji rodziła możliwość sondowania większości typów planetarnych, ich
kolonizacja natomiast, w porównaniu z ich eksploatacją, była zjawiskiem marginalnym.
       Trzy z planet krążących wokół jednego ze słońc, Arrutanu, od lat zaznaczone były na
mapach  jako  niezwykle  obiecujące,  jednak  dopiero  niedawno  Rada  Egzekucyjna
zdecydowała  powołać  do  życia  obecną,  aż  trzyczęściową  ekspedycję,  ponieważ,  jak
Kaia  dotarły  słuchy,  Thekowie  zażyczyli  sobie  wziąć  udział  w  wyprawie.  Plotka
częściowo  potwierdziła  się  podczas  jego  prywatnej  narady  z  oficerem  naczelnym  na
pokładzie  Bazy  Operacyjnej  ARCT10.  Głównodowodzący  poinformował  Kaia  w
tajemnicy,  że  Thekowie  sprawują  najwyższą  kontrolę  nad  trzema  zespołami  i  że
powinien  podlegać  ich  rozkazom,  jeśli  zdecydują  się  go  usunąć.  Vrl,  dowódca  zespołu
Ryxich, otrzymał te same instrukcje. Było powszechnie wiadomo, że obecność Theka w
drużynie  gwarantowała  ostateczny  sukces  wyprawy  -  Thekowie  byli  niezawodni,
Thekowie  byli  sumienni  i  bezgranicznie  altruistyczni.  Lecz  cóż,  cynicy  powiadali,  że
altruizm  przychodzi  łatwo  istotom  mierzącym  długość  swego  życia  w  tysiącach  lat.
Thekowie  postanowili  zainstalować  się  na  siódmej  planecie  głównej,  zasypanej
metalami ciężkimi i o pokaźnej sile przyciągania, co bardzo im odpowiadało.
              Piąta  planeta,  licząc  od Arrutanu,  o  niskiej  grawitacji  i  umiarkowanym  klimacie
przypadła Ryxim, osobnikom z gatunku lotnych, których dręczyła paląca potrzeba zajęcia
nowych  światów,  by  zlikwidować  przeludnienie  na  ojczystej  planecie  i  dać  szansę
rozwoju  niecierpliwej  młodzieży.  Planeta  przydzielona  Kaiowi,  czwarta  w  systemie,
wykazywała osobliwe anomalie. Choć jej słońce, Arrutan. pierwotnie uznane za gwiazdę
trzeciej  generacji,  kazałoby  oczekiwać  licznych  pierwiastków,  z  transuranowcami
włącznie,  Ireta  jawnie  przeczyła  podobnym  założeniom.  Wyniki  wstępnych  analiz

background image

przeprowadzonych  przez  wysłaną  na  Iretę  sondę  wykazały,  że  czwarta  planeta  ma
jajowaty  kształt,  na  jej  biegunach  panuje  gorętszy  klimat  niż  na  równiku,  a  morza  są
cieplejsze  od  masy  lądowej  zalegającej  biegun  północny.  Planetę  zalewają  niemal
bezustanne opady deszczu, a prędkość przybrzeżnych wiatrów może nawet osiągać siłę
sztormową.  Przechył  osiowy  wynosił  około  piętnastu  stopni.  Ponieważ  zaś  odczyty
sondy  wskazywały  na  istnienie  form  życia  wodnego  i  lądowego,  do  zespołu
geologicznego dołączono grupę ksenobiologiczną.
       Kai dopraszał się o zdalnie sterowany sensor, który pomógłby zlokalizować pokłady
rudy,  lecz  niestety  w  tym  czasie  zainteresowanie  wszystkich  zwrócone  było  na  burzę
kosmiczną  w  sąsiednim  systemie  i  jego  prośba  znalazła  się  niespodziewanie  nisko  na
liście  najważniejszych  potrzeb.  Powiedziano  mu  tylko,  że  zapisy  sondy  zapewniają  mu
wystarczająco obszerne informacje, by był w stanie zlokalizować zarówno metale, jak i
minerały, a resztę i tak trzeba wykonać na miejscu. W tej chwili bowiem ARCT10 miał
bezprecedensową okazję zaobserwować wolną materię w akcji.
              Kai  przyjął  oficjalną  odmowę  bez  większej  urazy.  Za  to  sprzeciwił  się,  gdy  w
ostatniej  chwili  wcisnęli  mu  jeszcze  młodzików.  Złożył  zażalenie,  oświadczając,  że
chodzi tu przecież o ekspedycję roboczą, a nie wyprawę instruktażową dla dzieci, na co
oznajmiono  mu,  iż  wychowankom  stacji  kosmicznych  należy  bezwzględnie  zapewnić
wystarczającą  praktykę  planetarną  i  to  jak  najwcześniej,  by  zażegnać  groźbę
uwarunkowanej  agorafobii,  a  jak  trudno  oddalić  to  ryzyko,  nie  miało  sensu  tłumaczyć
urodzonym na planetach. Kai jednak dalej skarżył się na niestosowność decyzji, zgodnie
z którą jego zespół miałby zająć się rozszerzaniem horyzontów umysłowych trójki ledwo
odrosłych  od  ziemi  smarkaczy.  Ta  planeta  była  naprawdę  niezmiernie  aktywna  -
wulkanicznie i tektonicznie, a przez to niebezpieczna dla małolatów. Dwie dziewczynki,
Cleiti  i  Terilla,  były  posłuszne  i  nie  sprawiały  żadnych  kłopotów,  za  to  Bonnard,  syn
trzeciej oficer BO, zaczął dociekać, która z zabaw niesie z sobą największe ryzyko.
              Jeszcze  pierwszego  dnia,  gdy  Kai  ze  swoim  zespołem  zajęty  był  montażem
stabilizatorów  wokół  lądowiska,  co  miało  zapewnić  większą  stateczność  płyty
kontynentalnej,  na  której  wylądowali,  Bonnard  wybrał  się  na  "zwiad"  i  podarł
kombinezon  ochronny,  ponieważ  wyleciało  mu  z  głowy,  że  powinien  aktywować  pole
siłowe. Pech chciał, że natknął się na mieczownika, roślinę równie piękną jak niewinne
roślinki  ozdobne  w  cieplarni  BO,  zdolną  jednakże  poszatkować  na  plasterki  i
kombinezon,  i  człowieka  przy  najlżejszym  dotyku.  Podczas  następnych  dziewięciu  dni
doszło  do  kolejnych  incydentów  i  choć  inni  członkowie  załogi  nie  przywiązywali
szczególnej  wagi  do  wybryków  chłopca,  ubawieni  serdecznie  nabożeństwem,  z  jakim
adorował  Kaia,  sam  Kai,  zmęczony  tym  wszystkim,  żywił  szczerą  nadzieję,  że  mała
osierocona bestia przyciągnie choć na jakiś czas uwagę utrapionego Bonnarda.
              Kai  pociągnął  spory  łyk  płynu  wzmacniającego.  Cierpki  smak  wywołał  uczucie
świeżości,  kojącej  nie  tylko  nerwy,  ale  przynoszącej  też  ulgę  gardłu.  Zerknął  na
rejestrator i włączywszy komunit, przygotował sprzęt rejestrujący do spowolnienia słów
Ryxich i przełożenia ich potem na dające się zrozumieć dźwięki. Właściwie nadążał za

background image

ich trajkoczącą mową, lecz nagranie mogło rozwiać wszelkie wątpliwości.
              Kaia  mianowano  oficerem  łącznikowym  między  zespołami.  Miał  cierpliwość  i
poczucie  taktu  wymagane  w  kontaktach  z  powolnymi  Thekami,  i  słuch,  i  dość  oleju  w
głowie, by poradzić sobie z wiatrem podszytymi Ryximi, którym w życiu nie udałoby się
przeprowadzić  z  Thekami  rozmowy,  zwłaszcza  że  ci  ostatni  nawet  nie  mieli  zamiaru
zawracać sobie nimi głowy.
              Dokładnie  o  podanym  czasie  dowódca  Ryxich,  Vrl,  nawiązał  kontakt,  zasypując
Kaia  grzecznościami  z  prędkością  szybko  strzałowego  pistoletu.  Kai  ze  swej  strony
przekazał mu wiadomość, że BO przejęła jedynie pierwsze raporty obu załóg, sugerując
jednocześnie  przypuszczenie,  iż  burza  kosmiczna,  którą  dostrzegli,  zanim  jednostki
badawcze  opuściły  statek,  spowodowała  silne  zakłócenia  uniemożliwiające
przechwycenie pozostałych komunikatów.
       Vrl, uprzejmie zwalniając mowę do prędkości, która musiała go strasznie męczyć,
oznajmił, że nie czuje się zaniepokojony: niech się trapią tym Ślimaki. Pierwszy raport
Vrla był niezwykle ważny dla jego ziomków - potwierdzał mianowicie wstępne analizy
przekazane  przez  sondę,  i  donosił,  iż  planeta  nie  jest  zamieszkana  przez  żadne
inteligentne formy życia i może stanowić miejsce dalszego rozwoju jego rasy. Gdyby Kai
był 

zainteresowany, 

Vrl 

dośle 

mu 

pełny 

raport 

bezzałogowym 

promem

międzyplanetarnym.  Vrl  zakończył  orację  dowcipnym  stwierdzeniem,  że  wszyscy  są  w
dobrym  zdrowiu  i  pełnym  upierzeniu,  po  czym  spytał,  jakie  skrzydlate  formy  życia
zaobserwowano na Irecie.
       Kai poinformował go, mówiąc tak szybko, jak tylko był w stanie poruszać językiem
bez  ryzyka,  że  zawiąże  się  mu  w  supełek,  iż  zaobserwowano  kilka  gatunków  zwierząt
lotnych,  którymi  zajmą  się  później.  Kai  powstrzymał  się  od  zaklasyfikowania  jednej  z
form jako padlinożerców, a w odpowiedzi na wytrajkotaną bez zająknięcia prośbę Vrla,
obiecał, że gdy tylko przeprowadzą badania, prześle mu ich wyniki.
              Ryxiowie,  jako  gatunek,  mieli  na  sumieniu  jeden  przebrzydły  grzech:  otóż  nie
potrafili  znieść  myśli,  że  pewnego  dnia  jakiś  inny  skrzydlaty  gatunek  mógłby  zająć  ich
wyjątkowe  miejsce  w  PS.  Ich  nieprzychylne  nastawienie  było  jedną  z  przyczyn,  dla
których  nieczęsto  wchodzili  w  skład  załóg  BO.  Innym,  równie  przekonywającym
powodem  skromnego  udziału  Ryxich  w  wyprawach  była  ich  niezdolność  do
przebywania  w  miejscach  zamkniętych.  Ograniczona  przestrzeń  doprowadzała  ich  do
szaleństwa, a niekiedy i do samobójstwa, toteż niewielu starało się w ogóle o przydział
do służb badawczych, skoro byli tak bardzo nieprzystosowani psychicznie. Do obecnej
misji  zmusiła  ich  konieczność,  a  większość  z  nich  odbyła  podróż  w  stanie
kriogenicznego snu. Vrla zbudzono dwa tygodnie pokładowe przed osiągnięciem miejsca
przeznaczenia,  by  powiadomić  go  o  procedurze  zdawania  sprawozdań  i  nawiązywania
kontaktu z pozostałymi dwiema sekcjami ekspedycji. Choć Vrl, jak przystało na Ryxiego,
był  postacią  wielce  interesującą,  pełną  wigoru  i  niezwykle  barwną  -  zarówno  pod
względem  upierzenia,  jak  i  charakteru  -  Kai  i  Varian  odczuwali  niemałą  ulgę,  mając  u
boku dla równowagi żółwich Theków.

background image

       - Vrl pamiętał o kontakcie? - spytała Varian, wchodząc do kabiny pilota.
       - Owszem. U niego wszystko w porządku, tyle że pożera go ciekawość, jakież to
skrzydlate stworzenia odkryliśmy.
              -  Oni  tak  zawsze,  zazdrośni  pierzaści!  -  Varian  zrobiła  grymas.  -  Pamiętam,  jak
przysłali  delegację  na  Uniwersytet  na  Chelidzie.  Chcieli  przeprowadzić  wiwisekcję
skrzydlatych Rylidae z Eridani 5.
       Kai stłumił w sobie dreszcz zgrozy. Nawet nie był zdziwiony. Ryxiowie znani byli
ze  swej  krwiożerczości.  Choćby  ich  zaloty  -  samce  wyposażone  są  w  ostrogi,  a
zwycięzca zwykle zabija rywala. Tego nie da się przecież całkowicie usprawiedliwić na
podstawie zasady doboru naturalnego. Nie trzeba zabijać, by udoskonalić genotyp.
       Varian wśliznęła się na krzesło.
              -  Znajdzie  się  jeszcze  trochę  stymulatora?  Starałam  się  dotrzymać  kroku  moim
towarzyszom.
       Kai powitał to istne szaleństwo Varian zduszonym śmiechem i podał jej natychmiast
pojemnik z płynem.
       - Wiem oczywiście, że nie musimy dorównywać grawitantom - jęknęła Varian - i
wiem,  że  oni  wiedzą,  iż  nie  jesteśmy  w  stanie  im  dorównać,  ale  nie  potrafię  nie
próbować!
       - Tak, to drażni.
       - Drażni. Aha, Trizein powiada, że nasze maleństwo jest rzeczywiście ssakiem, i
trzeba mu będzie laktoprotein, bogatych w wapno, glukozę, sole i całą masę fosforanów.
       - Może Divisti i Lunzie wystarają się o coś?
              -  Już  to  zrobiły.  Bonnard  właśnie  karmi...  powinnam  chyba  raczej  powiedzieć:
usiłuje nakarmić Dandy'ego.
       - O, proszę. Już go nazwaliście?
       - Czemu nie? I tak nie reaguje na sygnał do posiłku, jak na razie.
       - Jest inteligentny?
       - Do pewnego stopnia. Pewne bodźce wywołują już u niego instynktowne odruchy.
Urodził się przecież względnie dojrzały.
       - Czy ten twój roślinożerny też jest ssakiem?
       - Nnniiieee...
       - To brzmi prawie jak "tak"...
       - Skoro typy żyworodne i jajorodne koegzystują na jednej planecie... zakładając przy
tym,  że  znajdzie  się  gen  warunkujący  przetrwanie  w  tutejszym  środowisku...  Nie,  ani
Dandy,  ani  mój  ogromniasty  roślinożerca  nie  tłumaczą  struktury  komórkowej  zwierząt
wodnych  Trizeina. A  jeśli  już  o  tym  mowa,  to  Trizein  uważa,  że  budowa  komórkowa
tego  stworzenia  jest  uderzająco  podobna  do  jakiejś  innej  i  ma  zamiar  przeprowadzić
dogłębną  analizę  porównawczą.  Mam  jego  zgodę,  by  tymczasem  opatrzyć  rany
zwierzaka,  zanim  wda  się  zakażenie.  Możemy  użyć  gazu  CHCI^.  Czy  moglibyśmy
zmontować  nad  zagrodą  osłonę,  by  nie  dopuścić  do  ran  krwiopijców?  -  Kai  skinął
głową,  a  Varian  kontynuowała:  -  Czy  mógłbyś  uczulić  swoje  zespoły  na  padlinożerne?

background image

Niech ich wypatrują. Zwierz, który zranił mojego roślinoluba, atakuje prawdopodobnie
też inne gatunki. Po pierwsze, chciałabym się dowiedzieć, jaki drapieżnik obchodzi się
aż  tak  barbarzyńsko  ze  swoim  łupem.  Po  drugie,  zawsze  istnieje  szansa,  że  złapiemy
jakieś okazy, ratując im życie. O wiele łatwiej sobie z nimi radzić, gdy są zbyt słabe, by
walczyć albo uciekać.
       - Aż nami jest inaczej? Przekażę polecenie zespołom. Tylko, Varian, postaraj się nie
przerobić tej stacji na szpital weterynaryjny, dobrze? Nie mamy zbyt wiele miejsca.
       - Wiem, wiem. Zwierzęta, które są dość duże, by zatroszczyć się o siebie, i tak idą
do zagrody.
              Ruszyli  się  wreszcie,  orzeźwieni  dawką  stymulatora.  Jak  zawsze,  choćby  po
najkrótszym odpoczynku w klimatyzowanym wahadłowcu, pierwszy oddech na zewnątrz
był dla Kaia prawdziwą udręką.
              -  Człowiek  doprawdy  łatwo  adaptuje  się  do  najróżniejszych  warunków  życia  -
mruknął Kai pod nosem - jest elastyczny, ogarnia wszechświat, to stworzenie o wysokim
współczynniku  przystosowania...  Ale  to  jeszcze  nie  powód,  żeby  przypadła  nam  w
udziale planeta, na której po prostu śmierdzi.
       - Nie można mieć wszystkiego, Kai! - odparła Varian z uśmiechem. - Co do mnie, to
mi się tu podoba. To fascynujące miejsce - dodała i poszła w swoją stronę, zostawiając
go przy otwartym luku.
       Przestało padać - to znaczy przynajmniej nie padało w tej chwili. Słońce zdołało
przebić  się  przez  zasłonę  chmur,  by  ze  złośliwością  rzeczy  martwych  ugotować
wszystkich  w  unoszącej  się  dokoła  parze.  Wraz  z  ustąpieniem  opadów  nowe  bataliony
iretańskich insektów rzuciły się na osłonę siłową rozpostartą ponad stacją. Widać było
rozbłyskujące błękitne iskierki, gdy mniejsze stworzenia ulegały spopieleniu, i niebieską
poświatę, jeśli padały ogłuszone większe organizmy.
       Kai rozejrzał się po obozie. Nie bezpodstawnie towarzyszyło mu uczucie spełnienia.
Oto  za  nim,  ponad  samą  stacją,  unosił  się  wahadłowiec,  z  kadłubem  o  długości
dwudziestu jeden metrów i pociemniałym od tarcia przy przechodzeniu przez atmosferę
Irety  stożkiem  ochronnym.  Przysadziste,  opływowe  skrzydła  były  odciągnięte  w  tył,  co
nadawało  statkowi  nieco  jajowaty  kształt.  Ze  szczytu  wyrastała  iglica  nadawcza  i
przyrząd  naprowadzający  mniejsze  ślizgacze.  W  przeciwieństwie  do  wcześniejszych
typów  statków  -  baz  i  wahadłowców,  ten  model  miał  potężną  ładownię  i  sektor
pasażerski,  a  to  dzięki  temu,  że  niewiarygodnie  efektywny  zespół  energetyczny
utylizujący izotopy, opracowany zresztą przez Theków, był niewielkich rozmiarów i nie
zajmował  już  całego  wnętrza  wahadłowca.  Z  thekowej  modernizacji  wynikała  jeszcze
jedna  korzyść  -  otóż  lżejsze  statki,  wyposażone  w  specjalnie  skonstruowane  kadłuby
ceramiczne,  były  w  stanie  przenosić  taki  sam  ładunek,  jak  wahadłowce  z  kadłubami
wzmocnionymi  tytanem,  które  były  niezbędne  przy  staroświeckim  napędzie  z  użyciem
rozszczepienia i fuzji nuklearnej.
              Wahadłowiec  spoczywał  na  granitowej  półce,  która  rozpościerała  się  w  obie
strony, tworząc niezbyt głęboki amfiteatr o średnicy mniej więcej czterystu metrów. Za

background image

pierwszym  razem  wahadłowiec  wylądował  dokładnie  na  środku  szlaku  jakichś
wędrownych zwierząt - wskazywała na to wyraźnie udeptana ziemia. Varian nie musiała
specjalnie  nakłaniać  Kaia  do  zmiany  lądowiska  -  owszem,  otwarta  przestrzeń  może
dawać  szansę  namierzenia  w  porę  ewentualnych  gości,  ale  dla  jego  oczu,
przyzwyczajonych  do  skończonych  odległości  na  statku,  tak  rozległa  perspektywa
okazała się nieco męcząca.
       Obecny obóz otoczony był osłoną siłową. Pobudowano tam prowizoryczne kopuły
badawcze, sypialne i mieszkalne. Wodę z głębinowego źródła zmiękczano i filtrowano, a
mimo  to  nawet  Varian  i  jej  podobni  planetariusze,  choć  nie  przyzwyczajeni  do
oczyszczanej wody, która zawsze miała nieznany posmak chemikaliów, przebąkiwali coś
na temat nadmiernej obecności minerałów w wodzie z Irety.
              Divisti  i  Trizein  przetestowali  kilka  gatunków  roślin,  w  tym  sukulentów,  które
okazały się zdatne do spożycia. Divisti we współpracy z Lunzie sporządziła jakąś papkę
z  miejscowej  zieleniny,  która  pomimo  swej  odżywczej  wartości,  miała  tak  obrzydliwy
smak i podejrzaną konsystencję, że jedynie grawitanci byli w stanie ją zjeść. Znani byli z
tego, że jedzą co popadnie - krążyła pogłoska, że nawet zwierzęce mięso.
              W  każdym  razie,  choć  na  Irecie  znajdowali  się  od  niedawna,  Kai  był  naprawdę
dumny  z  dotychczasowych  osiągnięć.  Solidny  obóz  rozłożony  został  w  bezpiecznym
miejscu  na  stabilnej  płycie  skalnej,  oznaczonej  liczbą  3000  MY.  Natrafili  też  na  obfite
źródła  wody  i  nie  mogli  narzekać  na  brak  surowców  nadających  się  do  syntezy
żywności.
       Czasem tylko dręczył go dokuczliwy niepokój. Chodziło raporty. Dlaczego BO nie
przejęła  pozostałych  sprawozdań?  Kai  tłumaczył  sobie,  że  była  to  wina  zakłóceń
wynikających  z  przejścia  tej  osławionej  burzy  kosmicznej,  a  BO,  skoro  ustaliła,  że
wszystkie  te  zespoły  funkcjonują  bez  przeszkód,  mogła  zrezygnować  na  jakiś  czas  z
odbioru  przekazywanych  informacji.  W  końcu  to  była  tylko  rutynowa  wyprawa,  a  do
rutynowych obowiązków BO należała obserwacja burzy.
       Chyba że BO wpadła na Innych.
       Stymulatory wzbudzają w człowieku nie tylko energię, ale nadmierną wyobraźnię;
Kai  skarcił  się  zdecydowanie  i  ruszył  do  bazy.  "Inni"  to  mit,  bajeczka  wymyślona,  by
straszyć niegrzeczne dzieci i dziecinnych dorosłych. Co prawda zdarzało się od czasu do
czasu,  że  jednostki  KOBu  znajdowały  wymarłe  światy  i  mijały  całe  systemy,  których
planety - objęte zakazem bez żadnego przekonywającego powodu - przypadłyby do gustu
niektórym członkom Federacji...
              Kai  wściekał  się  sam  na  siebie  za  tyle  "optymizmu"  i  zaniechawszy  dalszych
rozważań, podreptał czym prędzej do Gabera.
       Kartograf powrócił już do cierpliwego przetwarzania nagrań na mapę wzorcową, na
którą  nałożone  zostały  zdjęcia  wykonane  przez  sondę.  Gdy  tylko  któraś  z  drużyn  Kaia
przynosiła  bardziej  szczegółowe  dane,  Gaber  natychmiast  uaktualniał  odpowiedni
kwadrat i usuwał zdjęcia. W tej chwili trójwymarowy globus przedstawiał dość dziwny
widok.  W  drugiej  części  pomieszczenia  zajmowanego  przez  Gabera  mieścił  się  ekran

background image

sejsmiczny,  zainstalowany  przez  Portegina.  Zerknąwszy  przelotnie  na  monitor,  Kai
pomyślał,  że  Portegin  traci  powoli  swój  talent.  Ekran  rejestrował  dane  ze  zbyt  wielu
punktów naraz.
       - Jestem wykończony, Kai, mówiłem ci - oznajmił Gaber, starając się zatuszować
bolesny  ton  nieco  żałosnym  uśmiechem.  Wyprostował  się  i  potarł  kark,  by  odprężyć
napięte  mięśnie.  -  Cieszę  się,  że  przyszedłeś.  Nie  mogę  poradzić  sobie  z  ekranem
Portegina. Mówi, że jest gotowy, ale, jak widać, w ogóle nie działa jak należy.
              Gaber  odwrócił  się  zamaszyście  na  obrotowym  krześle  i  wskazał  piórem  na
monitor.
       Kai przyjrzał się ekranowi bliżej, a potem zaczął coś majstrować przy regulatorach.
              -  Wiesz  już,  co  mam  na  myśli?  Odbicia!  Mam  niewyraźne  sygnały  z  miejsc,  do
których  twoje  zespoły  nie  mogły  jeszcze  dotrzeć.  Tutaj,  o...  na  południu  i  na
południowym wschodzie... - Gaber zabębnił piórem po ekranie. - Chyba że twoi ludzie
podwoili  wysiłki...  Z  tym,  że  wówczas  odczyty  musiałyby  być  bardziej  przejrzyste...
Wobec tego należy przyjąć, że winna jest sama maszyna. Źle funkcjonuje, po prostu.
              Kai  niespecjalnie  zważał  na  narzekania  Gabera.  Poczuł  nagle  uciskający  go  w
żołądku  chłód,  który  pojawił  się  na  myśl  o  Innych.  A  jeśli  to  oni  porozstawiali  tutaj
czujniki wysyłające mgliste sygnały? Wówczas Ireta powinna być obłożona interdyktem!
Co  do  jednego  Kai  nie  miał  żadnych  wątpliwości:  to  nie  jego  ludzie  zainstalowali  te
cholerne światełka i na pewno nie podwoili wysiłków.
       - To ciekawe, Gaber - odparł z pozorną obojętnością, do której tak naprawdę było
mu  daleko.  -  Musiały  zostać  zamontowane  przez  którąś  z  poprzednich  wypraw.  Wiesz
przecież,  że  ta  planeta  już  od  dawna  figuruje  w  katalogach  KOB-u,  a  czujniki  są
praktycznie  niezniszczalne.  Widzisz  tutaj,  na  północy,  gdzie  pojawiają  się  takie
zanikające sygnały? W tym miejscu działalność tektoniczna wypiętrzyła masy lądowe w
nowe góry.
       - Dlaczego nie udostępniono nam wyników wcześniejszych ekspertyz? Poprzednie
pomiary  wyjaśniłyby,  czemu  natrafiliśmy  tutaj  jedynie  na  śladowe  ilości  metali  i
minerałów. - Gaber miał na myśli płytę kontynentalną. - Aż jakiego powodu nikt w ogóle
nie wspomniał nam o przeszłości sejsmicznej Irety, tego po prostu pojąć nie mogę.
              -  Och,  tamte  dane  były  przestarzałe,  pewnie  zostały  skasowane  na  rzecz  nowych
programów. Komputer nie ma przecież nieskończonej pamięci, Gaber.
       - Niezwykle dziwaczny eksperyment, tak bym to określił. Wysyłać ekspedycję, nie
przekazując jej do dyspozycji wszystkich danych... - parsknął kartograf.
       - Być może dziwaczny, ale zyskamy na czasie; część zadań jest już wykonana.
- Zyskamy na czasie? - Gaber zaśmiał się szyderczo. - Wątpię.
Kai odwrócił się powoli w jego stronę.
- Powiedz, Gaber, jakaż to upiorna myśl krąży po twojej głowie?
       Gaber przysunął się bliżej Kaia i rzekł półszeptem, mimo że poza nimi w kopule nie
było nikogo:
       - Może jesteśmy tu... - zawahał się nieco sztucznie - może zostaliśmy tu... porzuceni!

background image

              -  Porzuceni?!  -  wrzasnął  Kai.  -  Porzuceni?  Tylko  dlatego,  że  monitor  sejsmiczny
odbiera sygnały ze starych czujników?!
       - Nie byłby to pierwszy raz, kiedy nie powiedziano nic ofiarom...
              -  Gaber,  jest  z  nami  przecież  ukochany  skarb  i  jedyne  szczęście  naszej  trzeciej
oficer. Na pewno nas stąd zabiorą.
       Gaber pozostał niewzruszony.
       - To nie miałoby sensu. Poza tym są jeszcze Ryxiowie i Thekowie - ciągnął Kai,
przekonując bardziej siebie niż Gabera.
       Kartograf parsknął pogardliwie.
              -  Thekom  jest  wszystko  jedno,  gdzie  i  jak  długo  pozostaną.  Jeśli  żyje  się  niemal
wiecznie...  A  Ryxich  i  tak  trzeba  było  dokądś  odesłać,  nieprawdaż?  Poza  tym,  to  nie
chodzi  wyłącznie  o  czujniki.  Myślałem  nad  tym  bardzo,  bardzo  długo...  odkąd  tylko
dowiedziałem się, że zabieramy ze sobą ksenobiologów i grawitantów...
              -  Gaber!  -  rzucił  Kai  dostatecznie  ostrym  tonem,  by  przestraszyć  starszego
podwładnego. - Nie próbuj nawet wspominać o żadnym porzuceniu ani mnie, ani nikomu
z uczestników ekspedycji! To rozkaz, Gaber!
       - Tak jest. Nie wątpię, że to rozkaz.
       - Co więcej, jeśli zobaczę cię jeszcze raz bez pasa...
       - Ale on uwiera mnie w brzuch, gdy pochylam się nad konsoletą... - Gaber starał się
przekonać Kaia, spiesznie zakładając pas ochronny.
              -  Wiec  zapnij  go  luźniej  i  przesuń  klamrę  na  bok,  ale  noś  go! A  teraz  przynieś
rejestrator i kilka taśm. Chcę przyjrzeć się wreszcie jeziorom, które Berru pozaznaczała
na mapach.
       - Przecież są u mnie dopiero od wczoraj, a już mówiłem, że jestem o trzy dni do
tyłu...
              -  Tym  bardziej  powinienem  zająć  się  tymi  jeziorami  osobiście.  W  następnym
raporcie muszę przedstawić, jakie robimy postępy w poszukiwaniu złóż... I przy okazji...
-  Kai  wystukał  na  klawiaturze  kod  i  z  niecierpliwością  czekał  na  wydruk  z  lokalizacją
tajemniczych sygnałów - sprawdzimy parę z nich.
       - Cóż, dobrze zrobiłoby mi, gdybym oderwał się na trochę od konsolety. Jeszcze nie
zajmowałem  się  pracą  w  terenie  podczas  tej  ekspedycji  -  oznajmił  Gaber,  zaciskając
zatrzaski kombinezonu. Sięgnął po rejestrator i puste kasety, i umieścił je w kieszonkach
spodni.
       Głos Gabera brzmiał wesoło, wcale nie był zimny i złowróżbny. Kai zamyślił się.
Może postępował niesłusznie, ciągle trzymając tego człowieka w pracowni? Może przez
to  Gaber  wykoncypował  tę  zdumiewającą  hipotezę,  jakoby  mieli  tu  pozostać?  Za  mało
ruchu zawęża horyzonty.
              Z  drugiej  strony,  Gaber,  jeśli  przyjrzeć  się  ślamazarności,  z  jaką  zabierał  się  do
czegokolwiek,  był  typem  tak  beznadziejnie  roztargnionym,  że  stanowił  dla  wyprawy
większy  ciężar  niż  najmłodsze  z  dzieciaków.  Listy  uwierzytelniające  zaliczały  go  do
grona wychowanków baz kosmicznych. Miał na swoim koncie jedynie cztery wyprawy,

background image

dokonane  w  ciągu  sześćdziesięciu  lat  życia.  Obecna  z  pewnością  byłaby  jego  ostatnią,
gdyby Kai złożył rzetelny raport na temat jego umiejętności. Chyba że - zdradziecka myśl
toczyła umysł Kaia niczym robak - chyba że istotnie zostali porzuceni. Kai lepiej niż inni
dowódcy  zdawał  sobie  sprawę,  jak  zgubna  mogłaby  okazać  się  taka  pogłoska,  gdyby
doszła do uszu uczestników ekspedycji. Tak, tak... Lepiej zająć Gabera tak bardzo, że nie
będzie miał czasu na rozważania...
       Gaber był naprawdę niepoprawny. Rozsiadł się wygodnie w fotelu ślizgacza, lecz
znów  trzeba  było  mu  przypomnieć,  by  zapiał  pasy.  Kartograf  zastosował  się  zaraz  do
polecenia, oczywiście gęsto się tłumacząc.
       - Żałuję, że nie jestem Thekiem - oświadczył, gdy Kai sprawdzał stery ślizgacza i
poziom energii. - Żyć wystarczająco długo, by obserwować ewolucję świata! Och, jakąż
mają szansę!
       Kai zachichotał.
       - Jeżeli nie są zbyt zajęci myśleniem i zdążą się rozejrzeć na czas.
       - Thekowie nigdy nie zapominają niczego, co widzieli albo słyszeli.
       - Skąd możesz wiedzieć? - obruszył się Kai. - Przeprowadzenie najskromniejszego
dialogu ze starszym Thekiem zabiera cały rok.
              -  Wy,  młodzi,  oczekujecie  wyłącznie  szybkiej  wymiany  myśli,  a  nie  ostatecznych
rozstrzygnięć,  jedynych,  które  się  liczą.  W  ciągu  tych  wszystkich  lat  spędzonych  na
ARCT10, przeprowadziłem wiele znaczących pogawędek z Thekami. Starszymi, ma się
rozumieć.
       - Pogawędek? Przerwy między kolejnymi zdaniami musiały trwać wieczność...
              -  Bynajmniej.  Zaplanowaliśmy,  że  odpowiedzi  będą  przesyłane  raz  na  tydzień
pokładowy.  Przyznam  się,  że  te  rozmowy  były  dla  mnie  nieocenionym  bodźcem,  by
nauczyć się przekazywać jak najwięcej informacji w jak najmniejszej liczbie słów.
       - Mhm, założyłbym się, że Thekowie są nieprześcignionymi mistrzami wymownych
fraz... - odparł kpiarsko Kai.
              -  Owszem,  nawet  pojedyncze  słowo  może  mieć  nadzwyczajne  znaczenie,  jeśli
wypowie  je  Thek.  -  Potoczystość  mowy  Gabera  była  zaskakująca.  -  Jeśli  w  pełni
uzmysłowić  sobie,  że  w  mózgu  każdego  Theka  zawarta  jest  kompletna  wiedza  o  jego
przodkach i że każdy Thek może skondensować całą tę nieskończoną mądrość w jednym
zwięzłym słowie lub zdaniu...
       - Nie patrzą perspektywicznie... - wymamrotał Kai, skupiony na starcie.
              -  Słuchani?  -  pytanie  Gabera  brzmiało  bardziej  jak  reprymenda  niż  jak
grzecznościowy zwrot.
       - Ich mądrość to mądrość Theków. Nie da się jej ot, tak sobie zastosować do istot
ludzkich.
       - Nigdy nie zakładałem, że się da. - Gaber był wyraźnie zirytowany.
       - Owszem, lecz mądrość nie powinna być rzeczą względną. Wiedza to co innego,
choć niekoniecznie różnego od mądrości.
              -  Mój  drogi,  oni  ogarniają  umysłami  rzeczywistość,  a  nie  iluzję  owej  krótkiej  i

background image

przemijającej chwili, jaką jest nasze życie...
              Indykator,  reagujący  na  zmiany  termiczne  i  ruch  obiektów  nieco  większych  od
ludzkiej  pięści,  zabrzęczał  cichutko,  dając  mężczyznom  do  zrozumienia,  że  przelatują
właśnie  ponad  jakimiś  żyjątkami,  ukrytymi  przed  ich  wzrokiem  w  gęstej  roślinności.
Brzęk  przemienił  się  w  warkot,  co  było  sygnałem,  że  osobniki  zostały  już  oznaczone
przez  któryś  z  licznych  zespołów  przeprowadzających  zwiad.  Zgodnie  z  regulaminem
wszelkie  zaobserwowane  zwierzęta  miały  być  oznakowane  nie  dającą  się  zetrzeć
substancją.
              -  O...  organizmy  żywe!  -  wykrzyknął  Gaber,  gdy  po  chwilowej  ciszy  indykator
zabrzęczał ponownie.
       Kai zmienił kurs ślizgacza w kierunku wskazanym przez kartografa.
              -  Uciekają  przed  nami  z  całych  sił.  -  Gaber  pochylił  się,  by  sprawdzić,  czy
oznacznik jest gotów. Skinął głową.
              -  Może  to  jeden  z  tych  drapieżnych,  za  którymi  gania  Varian  -  orzekł  Kai.  -
Roślinożercy  wędrują  w  stadach.  Czekaj  no,  przed  nami  jest  polanka.  Zwierzak  nie
będzie w stanie nigdzie się skryć.
       - Lecimy dokładnie nad nim! - rzucił podekscytowany Gaber.
       Zwierzę i ślizgacz wpadli na niewielką polanę równocześnie, lecz stworzenie, jakby
wyczuwając  grożące  niebezpieczeństwo,  pomknęło  jak  błyskawica  w  zarośla.  W
pamięci  Kaia  zachował  się  jedynie  obraz  zakończonego  długim  ogonem,  cętkowanego
cielska, rozciągniętego w szaleńczym pędzie.
              -  Jest!  -  Tryumfalny  okrzyk  Gabera  mówił,  że  udało  mu  się  oznaczyć  bestię.  -
Sfilmowałem go! Co za prędkość!
       - Sądzę, że to jeden z drapieżnych Varian.
       - Istotnie, nie chce mi się wierzyć, żeby roślinożerne były w stanie osiągnąć takie
tempo.  Widziałeś?  On  wyprzedził  nasz  ślizgacz!  -  Gaber  wyglądał  na  zdumionego.  -
Gonimy go? - zapytał po chwili.
       - Nie teraz. Ale jest oznakowany. Wprowadź dane na siatkę współrzędnych, dobrze,
Gaber? Varian z pewnością będzie chciała rzucić na niego okiem. To jeden z pierwszych
drapieżców, którego udało nam się dopaść. Szczęście, po prostu mieliśmy szczęście!
       Kai zawrócił na pierwotnie obrany kurs, bardziej na północ, w kierunku pierwszej
gromady  jezior  wypatrzonych  przez  Berru.  Powinny  się  znajdować  niedaleko
śródziemnego morza, widocznego na zdjęciach satelitarnych.
       Rzeczywistość... pomyślał Kai, powtarzając za Gaberem. W tej chwili namacalne
przecież  zdjęcia  z  satelity  były  w  pewnym  sensie  tylko  teorią  -  robiono  je  poprzez
wszechobecną  zasłonę  chmur.  To  Kai,  badając  teraz  opisany  wcześniej  teren,  był
rzeczywistością,  on  bezpośrednio  doświadczał  realności  planety.  Bardzo  dobrze
rozumiał  istotę  spostrzeżenia  Gabera  -  doprawdy,  jakimż  nieprawdopodobnym
przeżyciem  byłoby  widzieć  ewolucję  Irety,  obserwować  masy  lądowe  szarpane  i
rozdzierane  trzęsieniami,  przesuwy  płyt,  uskoki,  deformacje  skorupy,  fałdowania...
Westchnął  cicho.  W  wyobraźni  próbował  odtworzyć  cały  proces,  przyśpieszyć  go.

background image

Kolejne  tysiąclecia  migały  jak  klatki  kalejdoskopu.  Trudno  jest  przemijającej  istocie,
jaką jest człowiek, objąć umysłem miliony lat, miliardy dni, w ciągu których formowały
się  kontynenty,  łańcuchy  górskie,  rzeki,  doliny...  I  choć  geofizycy  są  coraz  bystrzejsi  w
przewidywaniu  zmian,  które  mają  zajść,  zdarzenia,  które  mogła  w  swej  niedługiej
historii zaobserwować geofizyka, zawsze i tak przechodziły najśmielsze wyobrażenia.
       Indykator Gabera buczał nieprzerwanie. Zeszli ponownie z kursu, tym razem w ślad
za potężnym stadem drzewnych żarłaczy.
              -  Nie  przypominam  sobie  podobnych  osobników  -  przyznał  Kai.  Krążyli  nad
stworzeniami, częściowo widocznymi poprzez rzadkie konary drzew. - Chciałbym się im
dobrze przyjrzeć. Przygotuj kamerę i indykator, Gaber. Podchodzę do nich, uważaj.
              Kai  zawrócił  ślizgacz.  Zmniejszył  szybkość,  równając  się  z  posuwającymi  się
ociężale stworzeniami.
       - Ależ... toż to najogromniejsze bestie, jakie w życiu widziałem! - wyrwało mu się.
       - Nie schodź niżej! - ryknął rozgorączkowany Gaber, gdy Kai niemalże musnął łby
żarłaczy. - Mają potężne szyje!
       Istotnie, szyje zwierząt były bardzo mocne i długie, wyrastały z masywnego tułowia
wspartego na nogach grubości pni.
              -  Może  mają  potężne  szyje,  ale  nie  mózgi  -  odparł  Kai.  -  Działają  z  podwójnie
zwolnionym refleksem.
              Bestie  spoglądały  w  kierunku,  skąd  za  pierwszym  razem  podszedł  je  Kai.  Kilka
osobników  nie  dostrzegło  nawet  obecności  kogoś  obcego  i  z  największym  spokojem
dalej skubało napotkane drzewa.
       - Te gigantyczne roślinoluby obżerają się, nawet gdy idą. Muszą pochłaniać pół lasu
dziennie! - odezwał się Kai.
              Jeden  z  żarłaczy  zręcznie  odgryzł  koronę  sagowca  i  nie  przerywając  swego
niezgrabnego  marszu,  przeżuwał  rozłożyste  liście,  których  część  sterczała  mu  z  niezbyt
pojemnej paszczy. Jakiś mniejszy osobnik pochwycił jedną z wlokących się gałęzi i jak
gdyby nigdy nic schrupał ją łapczywie.
       - Idą do wodopoju? - zapytał Kai, tyleż zafascynowany, co przerażony rozmiarami
zwierząt.
              -  Zdaje  się,  że  pośród  tych  zarośli  jest  dobrze  wydeptany  szlak.  Oznaczyłem
większość z nich. - Gaber przeciągnął dłonią po lufie pistoletu.
              Kai  przechylił  ślizgacz,  by  móc  obserwować  zwierzęta.  Przed  nimi,  na  końcu
długiego stoku, lśniła migocząca tafla jednego z jezior Bemi. Kai przyłożył przezroczystą
odbitkę, wykonaną przez sondę, do kopii mapy, którą Gaber wyrysowywał cierpliwie na
podstawie danych przekazywanych mu przez podopiecznych Kaia.
              -  Po  prawej  powinniśmy  mieć  przepaść.  Gaber,  przestaw  swój  wizjer  na  daleki
zasięg i sprawdź, czy ją widać.
       Gaber bacznym wzrokiem zmierzył przestrzeń w oddali.
       - Nie widać dokładnie, jest sporo chmur. Ale powinieneś zmienić kurs o jakieś pięć
stopni...

background image

       Teren, nad którym lecieli, stopniowo stawał się coraz bardziej podmokły i bagienny,
a w końcu zupełnie pochłonęła go woda. Ukazała się wyraźna linia brzegowa. Najpierw
z głębin wyrastały niewielkie, mocno zwietrzałe stromizny, które przeobrażały się zaraz
w urwiste ściany skalne sięgające paruset metrów wysokości ponad prastarym uskokiem.
Kai  poderwał  ślizgacz  w  górę.  Zamieszkujące  urwisko  zwierzęta,  zaalarmowane
obecnością obcych, rzuciły się do ucieczki. Zachwycony Gaber nie potrafił powstrzymać
okrzyku zdumienia.
- Przecież... one są złote! I mają sierść!
       Kai pamiętając dobrze mordercze łby padlinożerców, pośpiesznie wymanewrował
ślizgacz z ich drogi.
       - Lecą za nami! - zawołał Gaber bez cienia niepokoju.
              Kai  zerknął  przez  ramię.  Z  tego,  co  wiedział,  padlinożercy  atakowali  wyłącznie
stworzenia umierające lub martwe. Przezornie jednak zwiększył szybkość i ślizgacz bez
kłopotu zostawił prześladowców z tyłu.
       - Nadal za nami lecą - oznajmił Gaber.
              Kai  ponownie  rzucił  spojrzenie  za  siebie.  Nie  było  najmniejszej  wątpliwości  -
olbrzymie,  złociste  ptaki  leciały  za  nimi,  zachowując  jednak  ostrożnie  pewien  dystans.
Stworzenia leciały na różnej wysokości. Kai widział, jak zmieniają pozycje, jakby każde
z  nich  chciało  przyjrzeć  się  intruzom  z  różnych  stron.  Kai  znowu  zwiększył  prędkość  i
tak samo postąpiły ptaki, bez większego wysiłku zresztą.
       - Ciekaw jestem, jak szybko potrafią latać?
       - Czy sądzisz... czy sądzisz, że mogą być niebezpieczne? - zapytał Gaber.
       - To całkiem prawdopodobne, lecz przypuszczam, że nasz ślizgacz jest zbyt wielki,
by go zaatakowały pojedynczo czy nawet całą gromadą, która siedzi nam teraz na ogonie.
Trzeba je koniecznie pokazać Varian. I dać znać Ryxim.
       - A to po co? I tak nie byliby w stanie latać w tej gęstej atmosferze.
       - Owszem, tyle że Vrl z niecierpliwością dopytywał się skrzydlate formy życia na
Irecie. Z przykrością będę musiał oznajmić, że mamy tu jedynie padlinożerne.
       - Racja, racja. Miłosierny Boże, Kai, popatrz tylko na lewo, pod nami!
              Lecieli  teraz  ponad  otwartą  przestrzenią  wodną,  zabarwioną  na  czerwono  przez
minerały,  których  pokłady  miały  mieścić  się  w  otaczających  zbiornik  skałach.  Dobrze
widoczne dno, porośnięte nieznaną roślinnością, osuwało się powoli w nieprzeniknioną
ciemność,  zapadając  się  na  znaczną  głębokość,  przynajmniej  zgodnie  ze  wskazaniami
przyrządów  pokładowych.  Z  przepastnych  głębin  wyskoczyło  nagle,  niczym  ogromny
pocisk,  wielgachne  cielsko,  zwabione  cieniem  rzucanym  przez  ślizgacz.  Dość
wstrząsające  wrażenie  zrobił  na  Kaiu  toporny  łeb  zwierzaka,  lśniąca  szaroniebieska
skóra  i  rzędy  licznych,  zbyt  licznych  -  zdaniem  Kaia  -  ostrych  jak  igła,  pożółkłych
zębów.  Dał  się  słyszeć  okrzyk  grozy  Gabera.  Kai  instynktownie  uruchomił  napęd
pomocniczy  i  gwałtownie  skorygował  tor  lotu  -  mknęli  stanowczo  zbyt  blisko
łukowatych ścian urwiska.
              Spoglądając  za  siebie,  Kai  dojrzał  tylko  marszczące  czerwoną  taflę  wody,

background image

zbiegające  się  z  odległości  dwudziestu  pięciu  metrów  koliste  fale  w  miejscach,  skąd
wynurzyło się gdzie na powrót schroniło się monstrum. Ścisnęło go w gardle. Przełknął
głośno ślinę.
       Jak gdyby atak monstrum był jakimś sygnałem, coraz więcej wodnych mieszkańców
wyskakiwało  i  nurkowało  z  powrotem,  rozpoczynając  pod  i  nad  wodą  niezliczone
potyczki.
              -  Zdaa...aje  mi  się  -  Gaber  nawet  nie  starał  się  ukryć,  że  się  jąka  -  że  coś
wyyy...wołaaliśmy...
       - No cóż, skończą to sami - oświadczył Kai, zawracając ślizgacz.
       - Te złociste ptaszydła wciąż są za nami - kartograf odezwał się po chwili.
              Kai  spojrzał  przez  ramię.  Pierwszy  szereg  ptaków  zrównał  się  ze  ślizgaczem  i
zwierzaki szły z nim teraz łeb w łeb, zwróciwszy głowy w stronę dwóch mężczyzn.
       - Idźcie sobie! - Gaber zerwał się z miejsca i wymachiwał nerwowo rękami, chcąc
rozgonić skrzydlatych prześladowców. - No idźcie sobie! Nie podlatujcie tak blisko, bo
się zranicie!
              Na  wpół  ubawiony,  na  wpół  zaniepokojony  Kai  przyglądał  się,  jak  stworzenia
odsuwają się od trzepoczącego Gabera. Zachowały jednak prędkość i szyk.
       - Jesteśmy otoczeni, Kai - w głosie Gabera drżała nuta niepokoju.
              -  Jeśli  byłyby  groźne,  miały  dotąd  wystarczająco  dużo  czasu,  by  zaatakować.  No
dobrze, ale pozbądźmy się tej eskorty. Siadaj, Gaber i chwyć się czegoś.
              Kai  uruchomił  napęd  odrzutowy  i  ślizgacz  momentalnie  zostawił  za  sobą  ptasie
towarzystwo,  otumanione  nagłym  strumieniem  gorąca.  W  ich  złocistych  oczach
oczywiście  nie  mógł  malować  się  żaden  wyraz  zdumienia,  ale  Kai  czuł  wyraźnie,  że
muszą być absolutnie zaskoczone szybkością ślizgacza.
              Pomyślał  sobie,  że  będzie  musiał  zapytać  Varian,  na  jakim  poziomie  inteligencji
mogą  znajdować  się  te  pozornie  prymitywne  osobniki.  Ryxiowie  bynajmniej  nie  byli
jedynymi  skrzydlatymi  obywatelami  w  galaktyce,  ale  faktycznie  niewiele  rodzajów
powietrznych  było  równie  inteligentnych.  Zdolności  umysłowe  zdawały  się  wzrastać
wprost proporcjonalnie do ilości czasu spędzonego na lądzie.
              Jakakolwiek  forma  życia  zdominuje  ostatecznie  tę  planetę,  nie  stanie  się  to
wcześniej  niż  za  dobrych  parę  tysięcy  lat.  Kai  wiedział  o  tym,  a  jednak  nie  potrafił
powstrzymać  się  od  teoretycznych  spekulacji  i  składanych  z  cichym  westchnieniem
pobożnych życzeń. Jakże byłoby milutko ujrzeć Ryxich odstawionych na boczne tory...
              -  Zrobiłeś  im,  mam  nadzieję,  parę  przyzwoitych  zdjęć,  Gaber?  -  rzucił  Kai,
redukując jednocześnie prędkość. Po co tracić więcej energii niż trzeba.
       - Jasne, jasne. Oczywiście, że zrobiłem - odparł Gaber, poklepując kamerę. - Wiesz,
Kai, tak sobie myślę, że te ptasie wykazały się całkiem przyzwoitą inteligencją - dodał.
W jego głosie słychać było zaskoczenie.
       - Będzie się musiała wypowiedzieć Varian. W końcu to ona jest ekspertem. - Kai
skierował ślizgacz do najbliższego miejsca, z którego docierały zakłócenia. Varian jest
być  może  zasypana  swymi  biologicznymi  zagadkami,  ale  i  jemu  nie  brakowało

background image

geologicznych łamigłówek.
              Mimo  całej  nonszalancji,  z  jaką  potraktował  uwagi  Gabera,  nieoczekiwane
pojawienie się starych czujników zbiło go z pantałyku. Owszem, gdyby wszystkie dane
dotyczące ich systemu znajdowały się w pamięci komputera, na pewno przekazano by je
im,  gdyby  miały  zajść  komplikacje.  Z  drugiej  strony,  poprzednie  pomiary  mogły
wytłumaczyć brak złóż rudy w starych masywach górskich. Pierwsza wyprawa musiała
przekopać  całą  płytę  kontynentalną  i  prawdopodobnie  wszelkie  inne  masy  lądowe,  a
pewnie i podwodne, jakie tylko się dało, a więc tereny, które od tamtej pory podlegały
silnej  działalności  tektonicznej.  Dlaczego  jednak  w  komputerze  nie  było  nawet
najmniejszej uwagi na ten temat?
              Wysłanie  ich  na  zupełnie  nie  zbadaną  planetę  byłoby  niezgodne  z  poprzednimi
doświadczeniami Kala. Tymczasem podejrzenia Gabera, jakoby mieli zostać porzuceni,
znów  zaczęły  siać  niepokój  w  umyśle  Kaia.  BO,  owszem,  odczekała,  aż  wyprawa
bezpiecznie  dotrze  na  Iretę,  a  potem  zawieruszyła  się  gdzieś  w  poszukiwaniu  burzy
kosmicznej.  Lecz...  mieli  przecież  ze  sobą  dzieciaki,  nie  jako  regularny  personel,  ale
raczej  jako  pensjonariuszy  poddanych  terapii  antyagorafobicznej.  Co  więcej,  wiadomo
było, że Federacja pilnie potrzebuje transuranowców, po które ich tu wysłano. I znowu
wydało  się  Kaiowi,  że  obecność  młodzików  i  potrzeby  energetyczne  Federacji  są
wystarczającym argumentem, by zlekceważyć posępne przeczucia Gabera.
              Mimo  że  Kai  i  Gaber  byli  w  stanie  określić  z  wielką  dokładnością,  gdzie
zagrzebany  był  wysyłający  słabe  sygnały  czujnik,  kosztowało  ich  sporo  wysiłku,  by
przebić się przez gęste i niebezpieczne miecznik! i z mozołem wykopać przyrząd z ziemi.
              -  Patrzcie,  patrzcie.  Toż  to  wygląda  zupełnie  jak  nasze  -  powiedział  Gaber  ze
zdziwieniem graniczącym z obrazą.
       - Wcale nie - odparł Kai, obracając w zamyśleniu urządzenie na wszystkie strony. -
Ma pokaźniejszą kasetkę, krystaliczny opornik i pachnie antykiem...
              -  Jak  czujnik  może  pachnieć  antykiem?  Kaseta  nie  jest  nawet  zadraśnięta  ani
zmatowiała.
       - Potrzymaj przez chwilę. Czujesz ciężar? To zabytek - palnął Kai zniecierpliwiony,
wciskając  znalezisko  Gaberowi.  Serdecznie  się  ubawił,  widząc,  jak  Gaber  niepewnie
poddaje oględzinom stary czujnik. Natychmiast zresztą zwrócił go Kaiowi.
       - Produkują je Thekowie, nieprawdaż? - spytał, kątem oka rzucając spojrzenie na
Kaia.
       - Owszem, ale... Gaber, to nie ma sensu.
       - Nie rozumiesz, Kai? Thekowie wiedzą, że ktoś już był na tej planecie. Wrócili tu z
sobie  tylko  znanego  powodu.  Wiesz  przecież,  jak  uwielbiają  nadzorować  nowe,
obiecujące kolonie...
       - Gaber! - Kai miał ochotę potrząsnąć starszym mężczyzną, wytrząsnąć z niego ten
idiotyczny  i  niebezpieczny  pomysł,  że  ekspedycja  ma  kolonizować  Iretę.  Spojrzał  na
ogarniętą  skrajnym  lękiem  twarz  kartografa  i  nagle  zdał  sobie  sprawę,  z  jakim  to
żałosnym przypadkiem ma do czynienia. Gaber z pewnością miał świadomość, że to jego

background image

ostatnia misja i na próżno marzył, by ją przedłużyć.
       - Gaber - Kai potrząsnął nim lekko, uśmiechając się uprzejmie - słuchaj, doceniam,
że podzieliłeś się ze mną swoimi obawami. Tak być powinno. Zdaję też sobie sprawę z
tego, że opierasz je na istotnych podstawach. Ale, proszę, nie mów o tym nikomu więcej.
Nie  mam  ochoty  dostarczyć  grawitantom  pretekstu,  by  mogli  wyśmiewać  jednego  z
moich ludzi.
       - Wyśmiewać? - Gaber był wyraźnie zaskoczony i oburzony.
              -  Obawiam  się,  że  tak,  Gaber.  Cel  naszej  wyprawy  został  dostatecznie  jasno
określony  w  pierwotnych  planach.  Jest  to  najzwyklejsza  ekspedycja  wysłana  na
poszukiwanie  zasobów  energetycznych,  ze  szczyptą  ksenobiologii  dokooptowaną  w
ramach praktyk Varian. Wszystko po to, by nasi grawitanci nie wyszli czasem z formy, a
dzieciaki miały się czym zająć, gdy szanowna BO będzie się uganiać za burzą kosmiczną.
Żeby cię jednak ostatecznie uspokoić, w moim następnym komunikacie zażądam od BO
informacji  na  temat  słuszności  twych  podejrzeń.  Jeśli  jakimś  nieprawdopodobnym
cudem masz rację, powiedzą nam. W końcu teraz jesteśmy już na dole. Tymczasem zaś
radziłbym  ci,  Gaber,  zatrzymać  swe  teorie  dla  siebie.  Zbyt  wysoko  cenię  cię  jako
kartografa, by pozwolić grawitantom kpić z ciebie.
- Kpić?
              -  Wiesz  przecież,  jak  lubią  żartować  sobie  na  nasz  temat.  Wolałbym,  by  nie
żartowali na twój. Damy im jeden powód do śmiechu: Theków. - Kai podniósł czujnik
wyżej. - Nasi kamienni przyjaciele nie są wcale nieomylni. Oczywiście, nie wypominam
im, że uleciało im z pamięci wszystko, co dotyczy tej planety... Na przykład panujący tu
fetor...
       - Grawitanci żartowaliby na mój temat? - Gaber miał chyba niejakie trudności, by
pogodzić się w ogóle z taką możliwością, tymczasem Kai poczuł, że znalazł odpowiedni
środek zaradczy, którym powstrzyma kartografa od rozsiewania wywrotowych plotek.
       - W obecnej sytuacji jak najbardziej, jeślibyś tylko wyjawił swoje przypuszczenia.
Jak  wspomniałem,  mamy  ze  sobą  dzieciaki.  Nie  sądzisz  chyba,  że  trzecia  oficer  BO
porzuciłaby własnego syna?
              -  Nie,  oczywiście,  nie  zrobiłaby  tego.  -  Strapiony  wyraz  twarzy  Gabera  ustąpił
irytacji.  -  Masz  rację.  Sprzeciwiłaby  się  temu.  -  Gaber  wyprostował  się.  -  Rozwiałeś
więc  moje  obawy,  Kai.  Tak  naprawdę  to  wcale  mi  się  nie  podobał  ten  pomysł  z
porzuceniem.  Mam  do  skończenia  prace  naukową,  i  zgodziłem  się  na  przydział  do  tej
ekspedycji  tylko  w  nadziei,  że  pozwoli  mi  to  spojrzeć  na  moje  badania  z  innej
perspektywy.
       - Porządny z ciebie facet. - Kai poklepał kartografa po ramieniu i pchnął go w stronę
ślizgacza.
              Oczywiście,  rzecz  przedstawiałaby  się  o  wiele  gorzej,  gdyby  Gaber  -  i  inni  -
dowiedzieli się, że BO nie przejęła wszystkich raportów. Ale tym będziemy się martwić,
gdy nadejdzie czas, pomyślał Kai. Teraz miał na głowie co innego - stare czujniki. O ile
wiedział, na pokładzie wahadłowca nie było żadnego aparatu, który pozwoliłby określić

background image

wiek  znalezionego  przyrządu.  Co  więcej,  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  czy  ktoś
kiedykolwiek  sprawdził,  jak  długo  może  funkcjonować  czujnik.  Trzeba  będzie  spytać
Portegina. Ależ się zdziwi, widząc, jakie sygnały odbierał jego rozregulowany monitor!
       Gdy Kai i Gaber wkroczyli do bazy Portegina, zastali go łamiącego sobie głowę nad
wskazaniami ekranu.
       - Kai, mamy jakieś zwariowane echo na mo... A co to jest?
       - Jedno z twoich "ech" - odparł dziarsko Kai.
              Na  szczupłej  twarzy  Portegina  pojawiła  się  konsternacja.  Zważył  urządzenie  w
rękach,  badawczo  mu  się  przyglądając,  obracał  przedmiot  na  wszystkie  strony,  aż  w
końcu spojrzał oskarżycielsko na Kaia.
       - Skąd to wzięliście?
              -  Mniej  więcej  stąd  -  odparł  Kai,  wskazując  na  lukę  w  pasie  niewyraźnych
sygnałów na ekranie.
       - Nie zajmowaliśmy się jeszcze tym terenem, szefie.
       - Wiem, Portegin.
       - Ale ten czujnik to robota Theków. Mógłbym przysiąc.
              Margit,  która  właśnie  uzupełniała  swój  raport,  podeszła  do  mężczyzn  i  wyrwała
urządzenie z rąk Portegina. Nie stawiał oporu.
              -  Jest  cięższy...  A  kryształ  chyba  zupełnie  wygasł...  -  Spojrzała  na  Kaia
wyczekująco.
       Kai wzruszył ramionami.
              -  Gaber  spostrzegł  na  monitorze  echo  i  przypuszczał,  że  spartaczyłeś  robotę,
Portegin...  -  Uśmiechnął  się,  gdyż  mechanik  warknął  ze  złością  na  kartografa.  -
Doszedłem do wniosku, że lepiej będzie to sprawdzić. No i to właśnie znaleźliśmy.
              Margit  wyrwało  się  gardłowe  przekleństwo.  Była  zdegustowana  i  doprawdy
wyprowadzona z równowagi.
              -  To  znaczy,  że  marnotrawimy  długie  godziny,  robiąc  coś,  co  już  dawno  zostało
zrobione?  Mogliście,  mądrasie,  zaoszczędzić  nam  czasu  i  energii,  gdybyście  od  razu
zainstalowali ten monitor!
       - Według danych komputerowych nigdy nie prowadzono na Irecie żadnych badań -
oznajmił Kai, uspokajająco cedząc słowa.
       - Zdaje się, że prowadzono. - Margit popatrzyła groźnie na ekran. - Co więcej, nasza
linia  jest  prawie  idealnie  równoległa  do  poprzedniej.  Nieźle,  jak  na  pierwszą  robotę,
naprawdę - dodała, chcąc wprawić się w lepszy nastrój. - Och, nie dziwmy się więc, że
nie  znaleźliśmy  niczego  godnego  uwagi  -  powiedziała  głośniej,  stanowczo  mniej
radosnym tonem. - Wszystko co było, sprzątnięto już przed nami. Jak daleko sięga stara
linia?
              -  Kończy  się  na  skraju  płyty,  moje  drogie  dziecko  -  odparł  Portegin.  -  Skoro
pokazuje  nam  w  ten  sposób,  gdzie  znajduje  się  brzeg  masy  lądowej,  może  nareszcie
dobierzemy  się  do  jakichś  złóż.  Nie  wydaje  mi  się,  byśmy  zanadto  zdublowali
poprzedników... Może trochę na północy i pomocnym wschodzie.

background image

       Kai dziękował w duchu litościwemu komputerowi, który umieścił w jego zespole
tych  dwoje  -  może  narzekają  nieco,  ale  przecież  zdążyli  już  dojść  do  ładu  ze
zdublowanym ciągiem czujników.
       - Czuję się o niebo lepiej, wiedząc, że istnieje jakiś rzeczywiście sensowny powód,
dla którego nie mogliśmy natrafić na żadne pokłady minerałów! - Margit przyjrzała się
monitorowi  z  uwagą  i  wskazała  kilka  punktów.  -  Nie  ma  nic  tutaj,  i  tu  też  nic,  choć
powinno być!
       - Sygnały są słabiutkie - stwierdził Portegin. - Niektóre czujniki pewnie dopiero co
wyzionęły ducha. Jeśli wydobyto stąd już wszystko, co nadawało się do wydobycia, nie
ma chyba specjalnego sensu montować nowych, co, Kai?
       - Najmniejszego - przyznał Kai.
              Do  przybytku  kartografa  weszli  teraz Aulia  i  Dimenon,  w  towarzystwie  czworga
innych geologów.
       - Zgadnijcie, co znaleźli Kai i Gaber! - rzuciła im na powitanie Margit. - Odkryli,
dlaczego nie mogliśmy natrafić na żadne złoża... jak dotąd!
              Oświadczenie  Margit  spotkało  się  z  okrzykami  zdziwienia  i  sporej  irytacji,  wiec
Kai  i  Gaber  zmuszeni  byli  zrelacjonować  ze  szczegółami  swe  popołudniowe  wyczyny.
Na  szczęście  dla  Kaia  opowieść  przyniosła  wszystkim  wyraźnie  wyczuwalną  ulgę.
Każdy  musiał  oczywiście  przyjrzeć  się  staremu  czujnikowi,  porównując  go  z  nowymi,
instalowanymi  obecnie.  Nie  obyło  się,  a  jakże  by  inaczej,  bez  żartów  o  duchach  i
czujnikach.
              -  Można  by  rozłożyć  obóz  pomocniczy  zaraz  na  skraju  płyty  -  zaproponował
rozentuzjazmowany Triv. - Możemy zacząć już jutro, Kai.
              -  Jasne,  przenieśmy  wszystkich  na,  miejmy  nadzieję,  bardziej  zasobne  tereny.
Popracuję nad tym. A z tobą, Bakkun, jadę jutro.
              Rozległ  się  gong  obiadowy.  Kai  pozwolił  wszystkim  się  rozejść,  a  sam  został
jeszcze  na  chwilę,  by  sporządzić  nowy  rozkład  lotów  na  następny  dzień.  Zgodnie  z
sugestią Triva będzie trzeba założyć obóz pomocniczy, choć Kai wcale nie miał ochoty
dzielić zespołu.
              Varian  nie  zdążyła  jeszcze  skatalogować  największych  drapieżników,  to  po
pierwsze,  a  po  drugie,  należało  rozważyć,  czy  mimo  środków  ochronnych  któraś  z
oddelegowanych  do  obozu  pomocniczego  drużyn  nie  wpadnie  w  jakieś  tarapaty  zbyt
daleko  od  bazy,  by  można  przyjść  jej  z  pomocą  na  czas.  Takie  bydlę  jak  to,  które  Kai
widział  dzisiaj,  nie  przestraszy  się  byle  zabawki.  Z  drugiej  strony,  nie  mógł  przecież
powstrzymywać  zespołu  od  prac  poszukiwawczych  -  w  końcu  dostawali  premię  w
zależności  od  ilości  dokonanych  odkryć.  Był  to  zresztą  jeden  z  powodów,  dla  którego
dotychczasowy brak jakichkolwiek znalezisk tak poważnie wpłynął na obniżenie morale
zespołu. Kai nie mógł dłużej wystawiać na próbę ich zapału i ambicji. Ale i nie wolno
mu  było  ryzykować  wysłaniem  ich  prosto  w  łapy  drapieżników,  które  napotkał  z
Gaberem. Najpierw wiec trzeba rozmówić się z Varian.
       Wyszedł w mrok przesycony bzykaniem owadów. Osłona siłowa rozpostarta ponad

background image

obozowiskiem  rozbłyskiwała  drobnymi  iskierkami  błękitu,  gdy  tylko  nocne  insekty
podejmowały próbę dotarcia do kuszących reflektorów oświetlających bazę.
       Czy poprzednia ekspedycja, ta sprzed tysięcy lat, też tu obozowała? Czy za tysiące
lat  wróci  tu  jakaś,  gdy  jego  czujniki  będą  już  jedynie  mglistymi  cieniami  na  kolejnym
monitorze?
       Czy naprawdę mieli tutaj pozostać? Niepokojąca myśl wyprysneła nagle z otchłani
jego  rozważań,  zupełnie  jak  owe  wodne  monstra,  zwabione  cieniem  ślizgacza.  Kai
próbował zagłuszyć pytanie. A może komuś z pozostałych udzielono w sekrecie poufnej
informacji?  Może  Varian?  Nie,  jako  współdowodząca  miała  marne  szansę,  by  ją
powiadomiono.  Tangeli?  Czyżby  dlatego  z  takim  zapałem  poszukiwał  jadalnych
owoców?  Też  nie.  Tangeli  był  może  rozsądnym  człowiekiem,  ale  nie  kimś,  komu
powierzono by sekretne instrukcje, wykluczając z nich dowódców zespołu.
       Zbity z tropu Kai postanowił czym prędzej dołączyć do swej doborowej kompanii,
która,  jak  przypuszczał,  szybko  rozprawi  się  z  dręczącymi  go  wątpliwościami,  i  z
większym  przekonaniem  skierował  kroki  w  stronę  największego  budynku  -  i  swojego
posiłku.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

              Varian  setnie  ubawiła  się  reakcją  Kaia,  gdy  do  posiłku  podano  mu  owoce.
Współpraca Divisti i Lunzie okazała się bardzo "owocna" - stół zasypany był owocami
w różnej postaci: naturalnej, w zielonych soczystych plasterkach, syntetycznej, jako pasta
wzbogacona  w  witaminy  i  środki  odżywcze,  były  i  owoce  dodane  do  potraw
proteinowych,  owoce  gotowane  i  suszone...  Kai  z  grymasem  niechęci  skosztował
odrobinę  świeżych,  uśmiechnął  się,  wybąkał  parę  uprzejmych  pochwał  i  zabrał  się  do
pasty. A potem narzekał na metaliczny smak w ustach.
       - To przez sztuczne dodatki. Po świeżych owocach nie ma żadnego nieprzyjemnego
smaku - rzuciła Varian, dusząc w sobie poirytowanie wywołane jego konserwatywnymi
upodobaniami i szczere rozbawienie na widok jego reakcji. Cóż, wychowankowie stacji
kosmicznych niczego się tak nie obawiali, jak rzeczy w ich naturalnej postaci.
       - A czemuż to miałbym się rozsmakować w czymś, czego nie trawię? - zapytał Kai,
gdy Varian usiłowała namówić go na jeszcze jeden kawałek owocu.
       - A czemuż to nie miałbyś pofolgować sobie nieco, jeśli masz szansę? Poza tym -
dodała po chwili - gdy już raz nabierzesz smaku, będziesz mógł wprowadzić jego zapis
do syntezatora i "doprawiać" sobie wszystko do woli.
       - Punkt dla ciebie - przyznał.
       Varian już jakiś czas temu spostrzegła, że to właśnie upodobania Kaia, rozwinięte w
nim  przez  pokładowy  tryb  życia,  fascynowały  ją  w  nim  najbardziej.  Jeśli  chodziło  o
aparycję,  nie  różnił  się  zbytnio  od  innych  atrakcyjnych  mężczyzn,  których  widywała  na
rozmaitych  planetach  w  latach  swego  dzieciństwa  i  później,  podczas  specjalistycznych
kursów.  No,  może  utrzymywał  lepszą  kondycję  od  swych  planetarnych  rówieśników,
dzięki przeróżnym sportom, na których uprawianie nalegała BO. Był szczupły, ale dobrze
umięśniony, nieco wyższy niż przeciętny mężczyzna, wyższy od niej, która ze swymi 1.75
cm wzrostu nie zaliczałaby się do osób niskich na żadnej normalnej planecie typu Ziemi.
Kai  był  przystojny,  lecz  dla  Varian  ważniejsza  była  siła  emanująca  z  jego  twarzy,
iskierki dowcipu błyszczące w jego piwnych oczach i ten wewnętrzny spokój i pogoda,
które  biły  od  niego,  gdy  spotkali  się  po  raz  pierwszy.  Szybko  spostrzegła  unoszącą  się
wokół niego aurę Dyscypliny i poczuła niewiarygodną ulgę, dowiedziawszy się, że Kai
jest Uczniem. Wydało jej się zabawne, że fakt, iż Kai przeszedł Szkolenie, tyle dla niej
znaczy mimo tak krótkiej z nim znajomości. Sama przyjęła zasady Dyscypliny wcale nie
tak dawno. Dawało jej to szansę pięcia się po szczeblach kariery w służbach Federacji.
Dowódca  musiał  poznać  Dyscyplinę,  ponieważ  był  to  jedyny  środek  obronny  przed
innymi humanoidami dopuszczanymi do wypraw przez PS i KOB, co miało niebagatelne
znaczenie w sytuacjach krytycznych. Varian zależało na zbudowaniu udanego związku z

background image

Kaiem.  Gdy  niespodziewanie  została  dokooptowana  do  jego  ekspedycji  geologicznej
jako ksenobiolog, trudno było jej powstrzymać pisk radości.
              -  Doszły  mnie  słuchy,  że  już  ktoś  przed  nami  zdążył  zagarnąć  bogactwa  Irety?  -
zapytała Varian.
       - Na pewno złupić płytę lądową, na której się znajdujemy - odparł Kai, uśmiechając
się nieznacznie na jej stwierdzenie. - Dopiero wczoraj wieczorem Portegin zainstalował
swój monitor sejsmiczny. Gaber sądził, że jego dzieło jest do niczego, bo wyświetlało
sygnały nie tylko z miejsc, gdzie założyliśmy czujniki, ale i słabe impulsy stamtąd, dokąd
jeszcze nie dotarliśmy. No wiec zabrałem się za "wykopki" i znalazłem stary, antyczny
wręcz sprzęt.
       Varian miała dość czasu, by zaznajomić się z większością szczegółów.
       - Poinformowano nas podczas odprawy na statku, że ten system planetarny trzymano
od dawna w odwodzie.
       - Ale nikt nie wspominał o poprzednich badaniach geologicznych.
       - Prawda. - Varian w zamyśleniu wpatrzyła się gdzieś w przestrzeń, cedząc uważnie
słowa: - Mój zespół dodano w ostatniej chwili, gdy baza przejęła z sondy informacje o
istnieniu życia. - W rzeczy samej skład ekspedycji na Iretę ustalony został trochę "za pięć
dwunasta", gdy tymczasem Thekowie i Ryxiowie otrzymali przydziały na swoje planety
już miesiące wcześniej.
       - Z całym szacunkiem, przyłączenie twojej drużyny nie intryguje mnie tak bardzo, jak
brak jakiejkolwiek wzmianki o poprzednich badaniach.
       - Zdaję sobie sprawę. Ile lat, twoim zdaniem, ma znalezisko?
       - Za dużo, jak na mój gust, Varian. Wyobraź sobie, że linia czujników kończy się na
skraju stałej masy lądowej!
       Varian zagwizdała z wrażenia.
              -  Ha,  ha,  Kai,  to  oznaczałoby  miliony  lat.  Chyba  nawet  Thek  nie  potrafiłby
wyprodukować niczego, co przetrwałoby tak długo.
       - Kto wie? Chodź, sama możesz rzucić na to okiem. Mam dla ciebie jeszcze coś:
kilka taśm, które na pewno ci się spodobają.
       - Z tymi skrzydlatymi potworami, o których bredził Gaber?
       - Między innymi.
              -  Czy  na  pewno  nie  masz  ochoty  na  jeszcze  jeden  kawałek  świeżego  owocu?  -
Varian nie potrafiła powstrzymać się, by mu nie dokuczyć.
              Kai  rzucił  jej  przelotne,  rozdrażnione  spojrzenie,  ale  zaraz  uśmiechnął  się.  Ma
ujmujący  uśmiech,  pomyślała  Varian,  nie  po  raz  pierwszy  zresztą.  Widywali  się  dość
często  w  fazie  przygotowawczej  wyprawy,  lecz  teraz,  gdy  musieli  już  stawić  czoło
swym obowiązkom, ich spotkania były stanowczo zbyt rzadkie.
       - Najadłem się naprawdę do syta, Varian. Dziękuję - odparł.
              -  A  ja  jestem  obżartuchem  -  przyznała  przekornie  Varian,  naprędce  połykając
jeszcze  jeden  plasterek  owocu.  -  Jak  wyglądają  te  stworzenia?  Nie  ufam  obserwacjom
Gabera.

background image

       - Mają złotą sierść i zaryzykowałbym stwierdzenie, że są inteligentne. Ciekawość
występuje tylko w parze z inteligencją, prawda?
              -  Ogólnie  rzecz  biorąc,  tak.  Inteligentne  formy  lotne?  Wielkie  nieba,  ależ  to
doprowadzi Ryxich do szaleństwa! - Varian aż zapiszczała z zachwytu. - Gdzieś na nie
trafił?
              -  Chciałem  przyjrzeć  się  wreszcie  kolorowym  jeziorom  Berru  i  przelatując,
wypłoszyłem  te  stworzenia  z  urwiska. A  propos,  te  jeziora  zasiedliły  monstra  równie
olbrzymie i groźne, co moczarniki, które widzieliśmy dziś rano.
       - Ta planeta obfituje w rzeczy wielkie...
       - Na przykład wielkie łamigłówki - przytaknął Kai. Weszli do pracowni kartografa.
Kai podał Varian stary czujnik.
       - Oto najstarsza nowość!
       Varian zważyła czujnik w dłoni. Spostrzegła inne na stole.
       - Czy to takich używacie w tej chwili?
       Kai zerknął znad taśm, które właśnie zaczął porządkować i skinął głową.
       Dopiero teraz, porównując oba przyrządy, Varian mogła dostrzec drobne różnice w
obwodzie, długości i wadze.
       - Czy to wyjaśnia, dlaczego mieliśmy dotąd tak mało szczęścia w odkrywaniu złóż?
              -  Owszem.  Ten  obszar  został  już  najzwyczajniej  w  świecie  wyeksploatowany.
Moim  ludziom  kamień  spadł  z  serca;  w  końcu  Ireta  miała  tonąć  w  bogactwach.  Teraz
trzeba  będzie  po  prostu  założyć  obóz  pomocniczy  w  górach  pochodzących  z  młodych
fałdowań...
       - Obóz pomocniczy? Kai, to nie jest zbyt bezpieczne. Nawet gdybyś miał zmierzyć
się jedynie z kłączem.
       - Z kłączem?
       - Nazwalam tak sobie to coś, co wyszarpało Mabel pół boku.
       - Mabel?
              -  Czy  musisz  po  mnie  powtarzać?  Jest  mi  o  wiele  łatwiej  nadać  im  imiona,  niż
nazywać  je  "roślinożerny  numer  jeden"  albo  "drapieżny  z  uzębieniem  typu A..."  -  Nie
myślałem, że widziałaś już drapieżnika...
       - Nie widziałam. Ale jestem w stanie ocenić po śladach jego zębów...
              -  Co  powiesz  na  to?  Może  to  jest  kłacz?  -  zapytał  Kai,  wskazując  na  ekran.  Na
monitorze  pojawiły  się  pierwsze  zdjęcia,  które  zrobili  razem  z  Gaberem  tego
popołudnia. Gdy ukazała się głowa zwierzęcia, Kai zatrzymał klatkę.
              Varian  podeszła  do  ekranu.  Kiedy  przyjrzała  się  dokładnie  potężnemu  łbu
zwierzęcia  szczerzącego  okazałe  kły  i  małym  złośliwym  oczkom  podniesionym  na
ślizgacz, wyrwał jej się krótki okrzyk.
       - To mógłby być on. Sześć metrów w barach... Nie jesteś w stanie zbudować takiego
obozu pomocniczego, który by go odstraszył. Może cię rozgnieść, nawet gdybyś miał na
sobie  z  pięć  pasów  siłowych...  Nie,  Kai,  radziłabym  nie  bawić  się  w  zakładanie
kolejnych  obozów,  zanim  nie  dowiemy  się,  jaki  obszar  zamieszkują  te  rozkoszne

background image

maleństwa.
       - Można by przesunąć wahadłowiec...
       - Ale nie wcześniej, niż Trizein zakończy obecną serię eksperymentów. Poza tym,
czemu mielibyśmy go ruszać? Aż tak z nami źle, że musimy oszczędzać na bateriach do
ślizgaczy?
       - Oj, nie! Chodzi wyłącznie o odległość. Ogranicza czas efektywnej pracy w terenie.
       - To fakt. Szczerze mówiąc, Kai, wolałabym przeprowadzić porządny zwiad w tej
okolicy  przed  rozłożeniem  drugiego  obozu.  Nawet  takie  roślinożerne  nieudaczniki  jak
Mabel  mogą  być  niebezpieczne,  gdy  rzucą  się  do  panicznej  ucieczki  przed  kłączem.  Z
drugiej  strony  -  dodała  natychmiast,  widząc,  że  Kai  nie  ma  zamiaru  ustąpić  -  każde
zwierzę czegoś się boi. Spróbuję wyszczególnić zwierzęta, z którymi musiałbyś spotkać
się na tamtym obszarze. Ostatecznie można zainstalować kilka dodatkowych osłon obozu,
i twoje zespoły byłyby względnie bezpieczne...
       - Ale nie jesteś tego pewna...
       - Na tej zwariowanej planecie niczego nie jestem pewna, Kai. A twoje dzisiejsze
odkrycie tylko... - uśmiechnęła się ironicznie - ...upewnia mnie w mojej niepewności!
       Kai roześmiał się.
              Varian  raz  jeszcze  wzrokiem  eksperta  spojrzała  na  rzędy  ostrych  jak  igła  zębów
drapieżnika, a potem kazała Kaiowi puścić film dalej.
              -  Dobrze,  że  byliście  w  górze,  gdy  napotkaliście  tego  "milaczka".  Udało  się
Gaberowi go oznaczyć? To pomogłoby bliżej określić jego terytorium. Oo! Ależ one są
śliczne!
              Na  ekranie  ukazały  się  złote  ptaki.  W  zestawieniu  z  poprzednimi  drapieżnikami
prezentowały się łagodnie i wdzięcznie.
       - Kai, zatrzymaj tę klatkę! - Varian gestem kazała mu cofnąć taśmę do miejsca, w
którym  stworzenie  uchwycone  zostało  w  locie.  Ozdobiony  grzebieniem  łeb  ptaka
zwrócony był w stronę kamery tak, że widać było oba złociste oczy.
       - Tak, Kai. Przyznaję, że jest inteligentny. Czy ta torba pod dziobem służy mu do
magazynowania  ryb?  Możesz  włączyć,  Kai?  Chciałabym  zobaczyć,  czy  to  skrzydło  się
obraca...  Patrz,  widzisz?!  Widzisz,  jak  zmienia  kierunek?  Tak,  tak!  Jest  na  o  wiele
bardziej zaawansowanym stopniu rozwoju niż padlinożerne, które widzieliśmy rano. Kto
by pomyślał, że nasza reakcja na innych w ogromnej mierze zależy od oczu... - dodała,
spoglądając na Kaia. Jego szare oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
       - Od oczu?
              -  Od  oczu.  Oczka  tego  małego  ssaka...  Nie  mogłabym  go  zostawić  na  łasce  losu,
widząc  w  nich  tyle  przerażenia  i  dezorientacji.  Inaczej  na  niewiele  by  się  zdały  usilne
błagania  Bonnarda  i  Cleiti.  Tamte  odrażające  moczarniki  miały  maleńkie  oczy  w
porównaniu z wielkością czaszki...
       Małe, wredne i żarłoczne paciorki. - Varian wzdrygnęła się na samo wspomnienie. -
Albo  oczy  nowo  odkrytych  drapieżników...  Te  zwierzaki  muszą  mieć  nikczemne
zamiary...  "Oczologia",  w  każdym  razie,  nie  jest  niepodważalna,  weź  choćby

background image

Galormisów,  najbardziej  szkaradny  przykład  doskonałego  maskowania  prawdziwych
intencji...
       - Brałaś udział w tamtej ekspedycji? Varian zrobiła kwaśną minę.
       - Owszem. Byłam najmłodszym uczestnikiem wyprawy na Aldebaran 4; to był mój
pierwszy przydział z college'u kseno-weterynaryjnego. Zwróć uwagę, że Galormisowie
mieli łagodne oczy... Nie raz jeszcze widywałam je we śnie. Takie potulne stworzonka,
milutkie, absolutnie uległe - aż do zmroku. A potem!...
       - Nocne zbiry!
       - Wampiry! Wysysały krew, a później zabierały się do mięsa... Zupełnie jak to, co
tak urządziło Mabel... Nie-e, to nie mógłby być Galormis. Ślady zębów są zbyt duże.
       - Dlaczego u licha nazwałaś ją Mabel?
       - Znałam kiedyś kogoś podobnego do niej. Uosobienie łakomstwa. Odnosiła się z
nienawiścią  do  całego  świata,  wiecznie  podejrzliwa  i  zagubiona.  Niezbyt  wysoka
inteligencja.
       - A jak nazwiesz te skrzydlate istotki?
       - Nie mam pojęcia - odparła, przyglądając się jeszcze raz porośniętym sierścią łbom
ptaków. - To trudne, nim się samemu nie napotka danego zwierzęcia. Ale ten gatunek jest
inteligentny i ma, powiedziałabym, osobowość. Muszę zobaczyć ich więcej!
              -  Wiedziałem,  że  tak  będzie...  Nie  byliśmy  w  stanie  ich  oznaczyć,  za  szybko  się
poruszają. Dorównywały średniej prędkości ślizgacza.
              -  Nieźle!  -  przyznała  Varian,  ziewając  mimo  woli.  -  Przepraszam.  To  przez  to
świeże  powietrze  i  gonitwę  za  ranionymi  zwierzakami.  -  Varian  pogłaskała  Kaia  po
policzku  i  uśmiechnęła  się  przepraszająco.  -  Idę  do  łóżka.  Ty  też  powinieneś,  mój
współdowódco. Prześpijmy nasze problemy. Może sen przyniesie rozwiązanie?
              Sen  rozwiązań  nie  przyniósł,  za  to  Kai  obudził  się  następnego  ranka  rześki  i
wypoczęty,  a  gdy  podczas  odprawy  okazało  się,  że  jego  ludzie  są  w  doskonałych
humorach, jego nastrój poprawił się jeszcze bardziej.
       - Przedyskutowałem z Varian kwestię obozu pomocniczego. Stwierdziła, że zanim
nie  zapozna  się  lepiej  ze  zwyczajami  tutejszych  drapieżników,  nie  będzie  mogła
zagwarantować  nam  bezpieczeństwa  -  oznajmił.  -  Obiecała  zająć  się  natychmiast
terenami,  na  które  moglibyśmy  się  przenieść,  pod  warunkiem,  że  trzymalibyśmy  się  w
pobliżu zabezpieczeń, które sama obmyśli. Rozumiemy się? Jeżeli nie, wszystko się wam
wyjaśni,  gdy  przyjrzycie  się  śladom  zębów  na  boku  naszego  roślinożercy  -  dodał  i  po
ponurym wyrazie ich twarzy natychmiast zorientował się, że już widzieli zwierzaka.
              -  Szefie,  jak  wytłumaczyć  luki  w  ciągu  starych  czujników,  o,  tutaj,  tutaj  i  tutaj?  -
zapytał Triv, wskazując na tereny na południowym zachodzie i na południu.
       - Uskoki - odparł Gaber, nasuwając na mapę sejsmiczną przezroczystą podziałkę. -
Mamy tu do czynienia z następstwem warstw. Niezły grunt pod badania archeologiczne,
z  tym  że  i  tak  wszelkie  przyrządy  sejsmiczne,  które  mogły  się  tam  znajdować,  zostały
starte  w  proch.  Albo  osunęły  się  zbyt  nisko  pod  powierzchnię,  by  wciąż  jeszcze
nadawać.

background image

              -  Triv!  Ty  i  Margit  zajmiecie  się  dziś  tym  uskokiem.  Aulia  i  Dimenon!  Wam
przypada  ten  sektor.  -  Kai  podał  współrzędne  kwadratu  na  południowym  zachodzie
również  Berru  i  Porteginowi.  Sam  razem  z  Bakkunem,  wyjaśnił,  spróbuje  przetrząsnąć
Dolinę Przesmyku, do której wiodą stare czujniki. Podkreślił kilkakrotnie, żeby nie było
najmniejszych  wątpliwości,  by  wszyscy  zachowywali  środki  ostrożności,  oznaczali
zwierzęta,  kiedy  tylko  to  będzie  możliwe  i  mieli  oczy  szeroko  otwarte  na  padlinożerne
krążące nad jakimś rannym okazem z ewentualnej menażerii Varian.
       Ze ślizgacza Kai dojrzał Varian zmierzającą do zagrody Mabel. Spostrzegł też samą
Mabel,  jak  pracowicie  "wygryzala"  sobie  drogę  pośród  drzew,  które  jakimś  cudem
dotąd uszły jej uwadze.
       Bakkun, przejąwszy role pilota, skierował ślizgacz na południowywschód.
       - Zastanawiam się - odezwał się grawitant - dlaczego nasi Thekowie nie wiedzieli
nic o poprzedniej eksploracji planety.
       - Nie pytałem jeszcze Theków, czy wiedzą. W każdym razie Ireta figurowała jako
planeta nie badana.
       - Thekowie mają pewnie swoje powody.
       - Na przykład?
              -  Nawet  nie  ośmieliłbym  się  zgadywać  -  odparł  Bakkun  -  ale  zazwyczaj  mają
poważne powody.
       Kai lubił Bakkuna. Grawitant był niestrudzonym, trzeźwo myślącym towarzyszem,
sumiennym i niezawodnym jak wszyscy jego ziomkowie. Miał jednak i wady - brak mu
było  choćby  śladowych  ilości  wyobraźni  i  elastyczności  myślenia.  Gdy  już  raz  przyjął
coś za pewnik, nie chciał zmienić zdania nawet w obliczu najbardziej dobitnych faktów.
Dla niego, jak dla wielu innych gatunków o stosunkowo krótkiej żywotności, Thekowie
byli  nieomylni  niczym  bogowie.  Jakkolwiek  byłoby,  w  tej  chwili  Kai  nie  rwał  się
specjalnie  do  dyskusji,  zwłaszcza  na  temat  tak  bluźnierczy  dla  grawitantów  jak
niedoskonałość  Theków,  której  skądinąd  istnienie  starych  czujników  sejsmicznych  na
Irecie zdawało się wyraźnie dowodzić.
              Na  całe  szczęście  zahuczał  indykator.  Bakkun  automatycznie  zmienił  kurs,  a  Kai
zaczął pilnie wpatrywać się w szybę przystosowaną do dalszych odległości. Tym razem
więcej  spłoszonych  szumem  ślizgacza  roślinożernych  gnało  w  przerażeniu.  Uciekały
przez  gęstą  puszczę,  wpadając  od  czasu  do  czasu  z  całym  impetem  na  drzewa,  aż
wstrząsały się potężne gałęzie.
       - Zrób jeszcze jedno kółeczko, Bakkun - rzucił Kai i gdy grawitant zawrócił zgodnie
z rozkazem, Kai prztyknął włącznik kamery, zwieszając się przez pas bezpieczeństwa. I
tak  niewiele  mógł  zobaczyć.  Zaklął  siarczyście  pod  nosem;  żadne  ze  stworzeń  nie
chciało  wyjść  na  którąś  z  licznych  polanek,  zupełnie  jakby  spodziewały  się  ataku  z
powietrza i tłoczyły pod każdą osłoną, na jaką udało im się natknąć.
       - Nic z tego nie będzie, Bakkun. Wróć na kurs. Wydawało mi się, że dostrzegłem
jeszcze jedno stworzenie z poszarpanym bokiem.
       - Widujemy takie co dzień, Kai.

background image

       - Co dzień? Dlaczego nie ma o tym żadnej wzmianki w waszych raportach?
       - Nie sądziłem, że to może być ważne. Zawsze jest tyle do napisania w związku z
naszą pracą...
       - To jest wspólna misja...
       - Zgoda, ale najpierw muszę wiedzieć, w jaki sposób miałbym wnieść w nią mój
wkład.  Nie  miałem  na  przykład  zielonego  pojęcia,  że  zwyczajne  zestawienia  danych
ekologicznych też są tak niezmiernie istotne.
       - To moje przeoczenie, racja. Po prostu musisz informować o każdym niezwykłym
zjawisku, na jakie natrafisz.
       - Odnoszę wrażenie, Kai, że na Irecie nie ma rzeczy zwykłych. Jestem geologiem od
wielu,  wielu  standardowych  lat,  i  nigdy  nie  spotkałem  się  z  planetą,  która  niezmiennie
trwałaby w erze mezozoicznej i nie miała najmniejszego zamiaru przejść do następnego
etapu geologicznej ewolucji. - Bakkun zerknął na Kaia kątem oka. Jego spojrzenie było
chytre i tajemnicze. - Kto spodziewałby się znaleźć te stare czujniki?
              -  Oczekuj  nieoczekiwanego!  Taka  jest  przecież  nieoficjalna  dewiza  naszego
zawodu, nieprawdaż?
       Słońce, które wczesnym rankiem ukazało się na krótko, jakby chciało mieć nadzór
nad narodzinami nowego dnia, skryło się ponownie za chmury. Mgła unosząca się znad
ziemi momentalnie ograniczyła widoczność, przysparzając Bakkunowi sporych trudności
w  pilotowaniu  ślizgacza,  toteż  rozmowa  się  urwała.  Kai  zajął  się  określeniem  zasięgu
dawnego złoża, sprawdzając, dokąd sięgają stare czujniki, które zapalały się leniwie na
ekranie w odpowiedzi na jego sygnał.
              Czujniki  ciągnęły  się  daleko  poza  linię  lotu,  schodziły  w  dół,  w  kierunku  Doliny
Przesmyku,  której  dno  opadało,  tworząc  rozległy  płaskowyż.  Wlecieli  do  doliny.  Cała
uwaga  Bakkuna  skupiona  była  na  prowadzeniu  maszyny,  ponieważ  dostali  się  w  prąd
ciepłego  powietrza,  które  miotało  ślizgaczem  jak  piórkiem.  Gdy  minęli  łańcuch
pradawnych  wulkanów,  których  smukłe,  wygasłe  już  kratery,  porośnięte  skąpą
roślinnością  wbijały  się  w  obniżające  się  teraz  chmury  deszczowe,  Bakkun  skierował
ślizgacz  w  stronę  środkowej  doliny.  Ściany  uskoku  odsłaniały  kolejne  etapy
wypiętrzenia,  któremu  ulegały  wzgórza  otaczające  dolinę.  Gdy  niewielki  ślizgacz
przeleciał  ze  świstem  obok  tej  zastygłej  encyklopedii  geohistorii,  bezczelnie  ją  zresztą
lekceważąc,  Kai  poczuł  w  duszy  dziwną  mieszaninę  grozy  i  rozbawienia.  Grozy  przed
potężnymi  siłami,  które  sformowały  to  urwisko  i  równie  dobrze  mogły  je  zetrzeć  z
powierzchni  planety,  kiedyś,  w  pewnym  niewyobrażalnym  momencie  jej  istnienia;
rozbawienia,  że  człowiek  ośmielił  się  wybrać  sobie  jedną  znikomą  chwilkę  z
nieubłaganego czasu i pokusił się odcisnąć na Irecie swe piętno.
       - Padlinożerne, Kai - oznajmił Bakkun, przerywając rozważania swego dowódcy.
Wskazał gestem na prawą stronę. Kai spostrzegł całe stado.
       - To przecież złote ptaki, a nie padlinożerne - sprostował.
       - Co za różnica...
       - Jest różnica. Co one robią paręset kilometrów od najbliższego zbiornika wodnego?

background image

       - Są groźne? - zapytał Bakkun, okazując spore zainteresowanie.
       - Nie sądzę. Są inteligentne, wzbudziliśmy wczoraj ich ciekawość... Co one robią
tak daleko? - powtórzył Kai, gubiąc się w domysłach.
       - Zaraz się dowiemy. Zbliżamy się do nich.
       Kai kazał Bakkunowi przechylić nieco ślizgacz, by mógł przyjrzeć się osobnikom,
które przysiadły na ziemi. Ptaki zaintrygowała obecność nieznanego obiektu i wszystkie z
zaciekawieniem  wpatrywały  się  w  niebo.  Kai  zauważył  źdźbła  grubolistnej  trawy
wystające niektórym z dziobów.
       Nie, nie było żadnych wątpliwości - ich wysoko wyciągnięte łby wyraźnie śledziły
lot ślizgacza. Po chwili kilka mniejszych ptaków zaczęło dalej skubać trawę.
       - Dlaczego wybrały się aż tak daleko? Po trawę?
       - Nie jestem ksenobiologiem - odparł Bakkun powściągliwie i w swój flegmatyczny
sposób. Nagle jego głos przybrał tak niezwykle naglący ton, że Kai odwrócił się w jego
stronę i instynktownie cofnął w fotelu. - Zobacz tam!
       - Co u...
              Dolina  zwężała  się  nieco  w  miejscu,  gdzie  wystawał  słup  uskokowy.  Z  ciasnego
wąwozu  wyłoniło  się  jedno  z  największych  stworzeń,  jakie  Kai  kiedykolwiek  widział.
Badylaste  cielsko  poruszało  się  niezgrabnym  chodem,  zbliżając  się  nieustępliwie  do
sparaliżowanych  ptaków.  Kai  nastawił  ostrość  kamery  na  zwiększoną  odległość  i
obserwował, jak kolos dumnie wkracza na swych potężnych tylnych nogach do spokojnej
doliny.
       - Psia...! To jeden z kłączy...
       - Spójrz na ptaki, Kai! - rzucił Bakkun.
              Z  niechęcią  rezygnując  z  obserwacji  potwora,  Kai  zerknął  wyżej.  Część  ptaków
zerwała  się  do  lotu,  tworząc  na  niebie  osobliwą  formacje  obronną.  Pozostałe  dalej
skubały  trawę,  jeśli  można  tak  nazwać  nerwowe  szarpanie  liści  roślin.  Varian  musiała
mieć rację z tymi torbami przydziobowymi - Kai zauważył, że dzioby ptaków są czymś
wypchane. Zwierzaki nafaszerowały się pewnie trawą.
       - Drapieżnik dostrzegł je! Jeśli tylko rzuci się do ataku, te, które są na ziemi, nie
zdążą się wznieść w powietrze! - Dłoń Bakkuna zacisnęła się wokół rękojeści lasera.
- Poczekaj! Popatrz na niego!
              Toporny  łeb  drapieżnika  skierowany  był  teraz  w  stronę  ptaków,  zupełnie  jakby
bestia  dopiero  co  spostrzegła  ich  obecność.  Potwór  wzniósł  przekrzywioną  głowę  -
widocznie  teraz  dostrzegł  stado  krążące  nad  doliną.  Natychmiast  też  przednie  łapy
intruza, absurdalnie krótkie w porównaniu z potężnymi udami i długością nóg, zadrżały i
skurczyły się, zaciskając się nerwowo, a gruby ogon, pozwalajacy zwierzęciu utrzymać
równowagę,  ostro  smagnął  powietrze.  Co  za  żarłoczność,  pomyślał  Kai.  Dwunożny
stwór  pozostał  jeszcze  przez  chwilę  w  bezruchu,  a  potem  puścił  się  niezgrabnie  przed
siebie,  wyrywając  po  drodze  trawę  swymi  śmiesznymi  łapami  i  opychając  się
olbrzymimi gałęziami, korzeniami, ziemią, dosłownie wszystkim, co popadło.
              Nagle  ptaki  zaczęły  uciekać  wzdłuż  niewysokiej  stromizny,  którą  Kai  dostrzegł

background image

dopiero teraz, i nim bezpiecznie znalazły się w powietrzu, dały nura w trawy poniżej.
       - Wciąż zbierają trawę, Kai!
              Dowódca  zogniskował  teleskop.  Zobaczył  wystające  spod  skrzydeł  ptaków  pęki
trawy. Złote stworzenia równomiernie wzbijały się coraz wyżej  i  wyżej,  oddalając  się
coraz bardziej od doliny.
       - Lecą w stronę morza, Bakkun?
       - Owszem. I to przy mocnym przeciwnym wietrze. Kai rzucił okiem na pasącego się
potwora, który ani na moment nie przerwał żarłocznego pałaszowania trawy.
       - Hmm... Czemu i ptaki, i monstrum potrzebują trawy? - mruknął Kai, głośno myśląc.
              -  To  wygląda  na  swoisty  dodatek  do  diety  -  odparł  Bakkun,  nieświadom,  że  Kai
mówił sam do siebie.
       - Czy mógłbyś zejść ślizgaczem niżej? Wyląduj tam, na przeciwnym krańcu doliny, z
dala od potwora. Chciałbym wziąć parę próbek tego zielska.
       - Dla Varian czy dla Divisti?
              -  Możliwe,  że  dla  obu.  Dziwne,  że  bestia  nawet  nie  próbowała  ich  zaatakować,
nieprawdaż?
              -  Prawdopodobnie  nie  gustuje  w  mięsie  tych  ptaków.  Albo  są  śmiertelnymi
wrogami?
       - Nie. Odlot ptaków był raczej ostrożnością niż ucieczką. Zupełnie jakby... jakby
uważali dolinę za obszar neutralny... Coś w rodzaju zawieszenia broni.
              -  Zawieszenie  broni?  Między  zwierzętami?  -  Bakkun  sceptycznie  odniósł  się  do
pomysłu Kaia.
              -  Tak  to  wyglądało.  Ale  potwór  jest  z  pewnością  na  zbyt  prymitywnym  etapie
rozwoju, by stosować się do zasad logiki. Muszę skonsultować się z Varian.
- Najlepiej. To najwłaściwsza osoba - przytaknął Bakkun, odzyskując zimną krew.
Wylądowali gładko na skraju niewielkiego urwiska, które ptaki wykorzystały do startu.
       - Nie jesteśmy złotymi ptakami, Kai - przypomniał grawitant, widząc na twarzy Kaia
zdumienie  wywołane  miejscem  obranym  na  lądowisko.  -  Nasza  bestia  może
przypadkiem  zechcieć  urozmaicić  sobie  nami  posiłek.  -  Łagodnie  wyjął  z  rąk  Kaia
teleskop. - Możesz iść po próbki. Ja będę cię ubezpieczał.
       Monstrum nie przerwało jedzenia i nie zwróciło też najmniejszej uwagi na ślizgacz.
Kai  wydostał  się  skwapliwie  na  zewnątrz  i  zabrał  się  do  rwania  trawy.  Na  całe
szczęście  zabrał  rękawice  -  niektóre  ze  źdźbeł  miały  bardzo  ostro  zakończone  brzegi.
Krewniacy mieczowników, zawyrokował z przekąsem. Udało mu się wyrwać jedną kępę
z  korzeniami  i  ziemią.  W  cuchnącym  powietrzu  natychmiast  rozniósł  się  nowy,
smrodliwy  zapach.  Kai  strząsnął  ziemię.  Przypomniało  mu  się,  że  ptaki  zajadały
wyłącznie liście, nie ruszając w ogóle korzeni. Ale Kai nie byłby sobą, gdyby nie wziął
próbek  wszystkiego,  co  rosło  w  okolicy,  nawet  roślin  o  grubych  liściach,  które  ptaki
zupełnie ignorowały. Kai umieścił swój zielnik w specjalnym  pojemniku  i  z  powrotem
zajął swoje miejsce w ślizgaczu.
              -  W  ogóle  nie  przestał  się  opychać  -  oświadczył  Bakkun,  wręczając  Kałowi

background image

teleskop.
              Kai  wpatrywał  się  w  drapieżnika,  a  tymczasem  Bakkun  poprowadził  ślizgacz  w
górę.  Zwierzę  wytrwale  jadło,  nie  kwapiąc  się,  by  choć  zerknąć  na  ślizgacz,  gdy
przelatywał nad jego głową.
       Bakkun, nie otrzymawszy nowych poleceń, skierował ślizgacz w stronę wąskiego
przesmyku  na  końcu  doliny.  Za  nim  teren  znacznie  się  osuwał.  Ziemia,  w  większości
piaszczysta, nie rodziła wybujałej roślinności, dając oparcie jedynie skromnym krzakom.
              -  Czujniki  ciągną  się  dalej  wzdłuż  doliny,  Kai  -  powiedział  Bakkun,  odwracając
uwagę Kaia od potwora.
       Kai zerknął na sejsmiczny skaner obrazu.
       - Yhm. Ostatni mieści się zaraz za tamtym pasmem gór.
       - Ta dolina jest naprawdę bardzo stara - przyznał Bakkun. - Linia czujników kończy
się za krawędzią?
       Kai był niemal uradowany, słysząc w jego głosie pytanie.
       - Tak właśnie - odparł.
       - A to dopiero...
       Po raz pierwszy Kai wyczuł rozterkę w tonie grawitanta. Potrafił to zrozumieć, tym
bardziej, że sam czuł się podobnie zagubiony.
       Spiętrzenie warstw, nad którym obecnie przelatywali, nastąpiło co najmniej milion
lat  przed  ich  przybyciem.  Tymczasem  odnaleziony  czujnik  bez  wątpienia  był  dziełem
Theków.  Chyba  że...  -  zabłąkana  myśl  przemknęła  Kaiowi  przez  głowę  i  rozbawiła  go
nagle  -  chyba  że  Thekowie  naśladują  o  wiele  starszą  cywilizację...  na  przykład
cywilizację Innych? Thekowie jako naśladowcy? Kaiowi natychmiast wróciło poczucie
rzeczywistości.  Miałby  konkurować  z  Thekami  w  długowieczności?  Równie  dobrze
mógłby  rzucić  wyzwanie  grawitantom  i  spróbować  zmierzyć  się  z  ich  siłą.  Liczyło  się
tylko  tu  i  teraz,  zwłaszcza  jeśli  wziąć  pod  uwagę  znikomość  czasu  ofiarowanego
człowiekowi,  nawet  przy  wszystkich  cudach  współczesnej  medycyny.  On  i  jego  zespół
mieli  wykonać  zadanie  teraz.  Nieważne,  że  ktoś  wykonał  już  podobne,  w  czasach  gdy
człowiek  był  jeszcze  na  etapie  pojedynczej  komórki,  dryfującej  sobie  gdzieś  po
przedpolach długiego procesu ewolucji.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

              Z  pomocą  Paskuttiego  i  Tardmy  udało  się  Varian  opatrzyć  rany  Mabel.  Jednak
zwierzę  zdołało  w  jakiś  niewiarygodny  sposób  poluzować  końce  błony  ochronnej  i
mimo  osłony  siłowej  rozciągniętej  nad  zagrodą  owady  obsiadły  okaleczony  bok.  Rana
otwarła  się  jeszcze  bardziej,  gdy  Mabel  jak  oszalała  próbowała  uwolnić  się  z  lin,
którymi grawitanci starali sieją utrzymać w ryzach. W końcu trzeba było przywiązać jej
łeb do zdrowej nogi, by Varian mogła w ogóle do niej podejść.
       Na szczęście, gdy Varian usunęła już insekty z rany, mogła uznać z satysfakcją, że
całe zwierzę wygląda dość zdrowo.
       - Przemyję jej nogę i opatrzę - oznajmiła Paskuttiemu, którego mdliło już od tych
zabiegów.  -  Lepiej  zajmować  się  ofiarą  niż  napastnikiem.  Sam  pomyśl,  nadziać  się  na
takiego...  -  Przypomniała  sobie  ohydny  łeb  stworzenia  i  rzędy  śmiercionośnych  zębów
wyszczerzonych na filmie, który pokazywał jej Kai.
       - Ten zwierzak nie stawiał zbyt wielkiego oporu - powiedział Paskutti tak ostrym
tonem,  że  Varian  spojrzała  na  niego.  Nie  oczekiwała  oczywiście,  że  ujrzy  choć  cień
emocji  na  pozbawionej  wszelkiego  wyrazu  twarzy  grawitanta,  ale  spostrzegła  w  jego
jasnych oczach jakieś przedziwne podniecenie, które na moment ją przeraziło. Odniosła
bowiem wrażenie, jakby Paskutti był nienaturalnie, wprost oburzająco podekscytowany
widokiem  rany  i  w  ogóle  całym  zajściem,  podczas  którego  jedno  zwierzę  pożerało
żywcem inne. Szybko odwróciła się, nie chcąc, by Paskutti zauważył, że go obserwuje.
       Dokończyli zabieg bez dalszych utrudnień ze strony Mabel, za to gdy uwolnili ją z
lin, z taką złością machnęła ogonem, że musieli pośpiesznie wycofać się za ogrodzenie.
Skoro  tylko  jej  dobroczyńcy  znaleźli  się  dalej,  Mabel  opuściła  agresja.  Zwierzak
przerwał  groźnie  brzmiące  warczenie  i  rozejrzał  wokół,  jakby  zupełnie  zbity  z  tropu
nieoczekiwaną  ucieczką  "napastników".  Jej  krótkowzroczne  oczy  z  wielką  uwagą
wpatrywały  się  w  przestrzeń  ponad  ich  głowami.  Dopóki  stali  nieruchomo,  Mabel  nie
była w stanie ich spostrzec. A więc śmiertelny wróg Mabel musiał być o wiele większy
od niej mimo pokaźnych rozmiarów jej cielska i nawet z daleka łatwo rozpoznawalny po
zapachu, sądząc po gwałtownym rozdęciu jej nozdrzy.
              -  Co  teraz,  Varian?  -  spytał  Paskutti,  gdy  wydostali  się  z  zagrody.  Jego  głos  był
zupełnie matowy, co jedynie uwydatniało niecierpliwość, z jaką czekał odpowiedzi.
       - Teraz przyjrzymy się zwierzętom zamieszkującym tereny poza płytą kontynentalną,
żeby  Kai  i  jego  drużyna  mogli  bezpiecznie  rozłożyć  tam  obóz  pomocniczy.  Zabieramy
ślizgacz, Paskutti, więc jeśli zorganizujesz parę taśm, będziemy mogli również rozejrzeć
się w poszukiwaniu minerałów.
       - Broń?

background image

              -  Zwykła,  osobista.  Nie  będziemy  polować.  Będziemy  obserwować  -  Varian
odparła  nieco  szorstko,  bardziej  oschle  niż  zamierzała,  ale  w  niewinnym  pytaniu
Paskuttiego  dźwięczała  jakaś  odpychająca  i  wstrętna  żądza.  Tardma  zachowywała  się
obojętnie  jak  zawsze,  lecz  należało  pamiętać,  że  nigdy  nie  zrobiła  niczego  -  nawet  nie
uśmiechnęła się - nie zerknąwszy najpierw na Paskuttiego.
              Wrócili  do  obozu  po  sprzęt.  Varian  zauważyła  dzieciarnię  zgromadzoną  wokół
ogrodzenia Dandy i przypatrującą się, jak Lunzie go karmi. Jego gruby, ale krótki ogonek
śmigał to w jedną, to w drugą stronę - z zadowolenia lub nienasyconego łakomstwa.
       - Dandy nie ma kłopotów z jedzeniem, co? - zapytała Bonnarda.
       - To już druga butelka - oznajmił chłopiec, nie posiadając się z dumy.
       - Lunzie mówi, że będziemy go mogli karmić, gdy trochę bardziej się z nami oswoi -
dodała  Cleiti,  a  Terilla  pokiwała  potakująco  główką.  Jej  błyszczące  oczy  otwarły  się
szeroko, ożywione niewiarygodną przygodą, która ją czekała.
              Biedna  mała  dziewczynka,  pomyślała  Varian,  wspominając  swe  szczęśliwe
dzieciństwo  spędzone  z  rodzicami  -  weterynarzami  pośród  najróżniejszych  gatunków
zwierząt  na  rozmaitych  planetach.  Nie  pamiętała,  by  kiedykolwiek  zabrakło  jej
zwierzaka,  którego  mogłaby  przytulić  i  opiekować  się  nim.  Niewielkie  stworzonka
przynoszone jej rodzicom, by się nimi zaopiekowali lub  wyleczyli  je,  powierzane  były
jej  pieczy,  odkąd  uznano  ją  za  wystarczająco  odpowiedzialną  dziewczynkę.  Nie  lubiła
tylko  Galormisów,  Jej  wrodzony  instynkt  ostrzegł  ją  przed  nimi  już  w  chwili,  gdy
odkryto  te  zamaskowane  diabły  na  Aldebaranie  4,  lecz  jako  początkujący  adept
weterynarii  musiała  trzymać  język  za  zębami  i  nie  zwierzać  się  nikomu  ze  swych
podejrzeń.  Miała  sporo  szczęścia,  gdy  Galormis  zaatakował  mieszkańców  jej  domu,
wyruszywszy  na  swój  nocny  żer.  Na  ramieniu  Varian  zostały  jedynie  słabo  widoczne
ślady  zębów.  Jego  siekacze  wyposażone  były  w  kanaliki  zawierające  substancje
paraliżujące,  dzięki  którym  Galormis  mógł  obezwładnić  ofiarę.  Potwór  zdążył  zabić
swojego opiekuna, lecz na szczęście strażnik, zaalarmowany tym, że nie nadchodził jego
zmiennik,  zbudził  obóz.  Galormis  został  schwytany,  ogłuszony,  a  później  uśmiercony.
Planetę zaś wciągnięto na listę światów zakazanych.
              -  Najpierw  sprawdzimy,  czy  Dandy  potrafi  się  zachować,  Terilla  -  powiedziała
Varian, wierząc szczerze w stare przysłowie, że "kto się na gorącym sparzy, ten na zimne
dmucha". Ten, kto je wymyślił, nie miał oczywiście na uwadze Galormisów, za to miała
ich na uwadze Varian i uznała powiedzenie za równie trafne w odniesieniu do sytuacji z
Dandym.
       - Jak się ma Mabel? - spytała Lunzie, rzucając Varian przelotne spojrzenie.
       Varian opowiedziała jej wszystko ze szczegółami, po czym dodała:
       - Wyruszamy dziś na zwiad na północ. Zespół Kaia będzie musiał wkrótce założyć
tam obozy pomocnicze, a nie chcę, by natrafili na kłącze, które dobierały się do Mabel.
Poza  tym  drużyny  geologiczne  zostały  zobowiązane  do  składania  natychmiastowych
raportów,  jeśli  zauważą  jakieś  ranne  zwierzę.  W  razie  czego,  daj  nam  znać,  Lunzie,
dobrze?

background image

       Lekarka przytaknęła.
       - Możemy lecieć z tobą, Varian? - zapytał Bonnard. - Wzięlibyśmy duży ślizgacz,
co? Proszę, Varian...
       - Nie dziś.
       - Masz dzisiaj swój dyżur, Bonnard, wiesz przecież - przypomniała mu Lunzie. - I
lekcje.
       Bonnard miał minę tak buntowniczą, że Varian dała mu kuksańca w bok i szeptem
nakazała trzymać fason. Cleiti, bardziej czuła na dezaprobatę ze strony dorosłych, trąciła
go z całej siły łokciem między żebra.
              -  Mieliśmy  wolne  wczoraj,  Bon.  Gdy  nadejdzie  odpowiednia  pora,  znowu
wybierzemy się na wycieczkę. - Cleiti uśmiechnęła się do Varian, choć jednocześnie jej
spojrzenie było pełne tęsknoty i zawodu.
       To takie miłe dziecko, ta Cleiti, pomyślała Varian, zmierzając razem z grawitantami
do  magazynu  po  sprzęt.  Sprawdziła  ślizgacz,  mimo  że  Portegin  dokonał  już  rano
przeglądu.
       Rozpoczęli podróż w samą porę, tuż po pierwszych porannych opadach deszczu. Na
Irecie  było  regułą,  że  po  ulewie  chmury  rozstępowały  się  leniwie,  pozwalając  jasno-
żółtemu  słońcu  ogrzać  nieco  ziemię.  Varian,  nie  przyzwyczajona  do  światła,  zmrużyła
oczy.  Na  szczęście  natychmiast  pociemniała  szybka  jej  hełmofonu,  czuła  na  zmianę
oświetlenia. Czasem Varian odnosiła wrażenie, że dziwaczne żółte światło sączące się
przez chmury bardziej kłuje w oczy niż bijące prosto w twarz promienie słoneczne.
       Dopiero gdy znaleźli się dziesięć kilometrów od obozu, indykator wykrył obecność
pierwszych  stworzeń,  w  większości  zresztą  już  oznakowanych.  Miejsce,  w  którym
wylądowali, okazało się "martwym" rejonem - zwierzęta pierzchły gdzieś, jakby wieść o
nadejściu  intruzów  powoli  szerzyła  się  pośród  mieszkańców  Irety.  To  niedostępny
światek,  pomyślała  Varian,  jak  wszystkie  bardziej...  cywilizowane?  Zaawansowane  w
rozwoju  brzmi  lepiej,  zauważyła  po  cichu. A  wiec  na  wszystkich  zaawansowanych  w
rozwoju planetach wyglądało to tak, jakby wiadomość o przybyciu obcych roznosił wiatr
wiejący z miejsca ich lądowania i zwierzęta natychmiast się gdzieś zaszywały. Chyba że,
oczywiście, była to inteligentna, gościnna planeta - wówczas mieszkańcy gromadzili się,
by  przypatrzeć  się  przybyszom.  Lecz  zdarzały  się  też  powitania  pełne  rezerwy  -  nie
tchórzliwe i nie agresywne, po prostu obojętne. Varian  przypomniał  się  płaszcz  osłony
siłowej  rozciągnięty  nad  obozem.  Zupełnie  niepotrzebna  rzecz,  parsknęła  lekceważąco,
przydaje się tylko do odstraszania insektów. Przynajmniej w obecnych okolicznościach,
gdy  zwierzęta  i  tak  trzymały  się  z  dala.  Może  problem  Kaia  dałoby  się  rozwiązać,
zakładając  po  prostu  ten  jego  obóz  pomocniczy,  i  najpierw,  zabezpieczywszy  go
niewielkimi  osłonami  siłowymi,  pozwolić  miejscowej  zwierzynie  usunąć  się
niepostrzeżenie z danego terenu, a dopiero potem przenieść tam ludzi.
       Był jednak kłacz! Prawdziwy olbrzym! Na filmie Kaia trzęsły się czubki drzew, gdy
bestia  kroczyła  przez  las.  Duża  osłona  siłowa  mogłaby  go  porazić,  może  i  zrazić  do
podejmowania  kolejnych  prób  ataku...  Ostatecznie  w  cieniu  aktywnych  wulkanów  nie

background image

rozwijało się bujnie życie zwierzęce, a więc wszystkie stworzenia, duże i małe, musiały
wiedzieć dostatecznie dobrze, co to jest ogień i czym grozi. Natomiast mniejsze osłony...
Mniejsze  osłony  nie  byłyby  w  stanie  powstrzymać  zdecydowanego  ataku  zgłodniałego
albo  przerażonego  kłacza,  a  podobną  możliwość  powinna  przecież  wziąć  pod  uwagę.
Ba, zważywszy apetycik drapieżników jego rozmiarów!
              Varian  wyznaczyła  kurs  na  północny  wschód,  na  rozległy,  wysoki  płaskowyż,
otoczony niebotycznymi księżycowymi górami, jak określał je Gaber. Z właściwą sobie
pedanterią  Gaber  wyjaśnił  jej  kiedyś,  jak  to  dwie  płyty  kontynentalne  nasunęły  się  na
siebie,  wypiętrzając  owe  olbrzymie  kamienne  szczyty.  Płaskowyż,  który  otaczały,  był
wcześniej dnem oceanicznym. Każdy udający się w tę okolicę otrzymywał od Gabera i
Trizeina  gorące  polecenie,  by  szukać  skamielin.  To  właśnie  tutaj,  u  stóp  gór
pochodzących z późnego fałdowania, Kai miał nadzieję natrafić na pokłady minerałów.
Tereny  znajdowały  się  daleko  poza  zasięgiem  starych  czujników.  Ich  odkrycie,  nie
wiadomo  czemu,  wpłynęło  na  Varian  uspokajająco.  Kai  zaś  zdawał  się  strasznie  nimi
rozdrażniony.  Varian  zachodziła  w  głowę,  dlaczego  -  przecież  KOB  nie  miałby  chyba
ochoty  utracić  tej  dwukrotnie,  bądź  co  bądź,  sondowanej  planety.  Poza  tym  Thekowie
żyją  dość  długo,  by  naprawić  popełnione  błędy  -  jeśli  w  ogóle  zdarzyło  im  się  kiedyś
jakieś  popełnić.  A  może  właśnie  dlatego,  że  mają  dość  czasu,  by  korygować  usterki,
uchodzą za nieomylnych?
              Przed  płaskowyżem,  na  który  się  kierowali,  porośniętym  niegościnną,  kostropatą
roślinnością  -  ni  to  trawą,  ni  krzewami  -  ciągnął  się  szeroki  pas  puszczy,  przez  którą
zazwyczaj  przedzierali  się  krewniacy  Mabel  i  gdzie  zwykł  czyhać  kłacz.  Daleko  nad
wschodnim  horyzontem  unosiły  się  chmury  pyłu  wulkanicznego,  przeszywane  od  czasu
do  czasu  grzmiącymi  błyskawicami,  których  huk  odbijał  się  echem  w  czujnikach
pokładowych ślizgacza.
              Naraz  spostrzegli  stado  krążących  w  powietrzu  padlinożernych.  Wylądowały,  by
przyjrzeć się ofierze, lecz niestety sprowadzona już została do zestawu kości i kosteczek,
toteż ewentualne ślady ran zadanych jej przez mordercę nie nadawały się z oczywistych
względów  do  zbadania.  Padlina  nigdy  nie  gniła  na  Irecie.  Wytrwałe  owady  dziurawiły
pracowicie swymi drobnymi kleszczami szkielet niczym rzeszoto. Kości znikną w ciągu
jednego dnia. Tylko twardsza czaszka była nietknięta - Varian, spryskawszy ją najpierw
preparatem antyseptycznym, przyjrzała się jej dokładnie.
              -  Odpowiada  rozmiarami  czaszce  Mabel?  -  spytał  Paskutti,  patrząc,  jak  Varian
drutem przewraca czaszkę z jednej strony na drugą.
              -  Jest  w  każdym  razie  grzebieniasta.  O,  zobacz...  widzisz?  Rozszerzona  jama
nosowa... Można przypuszczać, że Mabel ma o wiele lepszy węch niż wzrok. Pamiętasz,
co wyprawiała dziś rano?
       - Skoro na tej planecie wszystko wonieje... - odparł Paskutti z taką gwałtownością,
że Varian obejrzała się na niego. Myślała z początku, że chce być zabawny, tymczasem
Paskutti powiedział to ze śmiertelnie poważną miną.
              -  Rzeczywiście,  cała  planeta  po  prostu  śmierdzi,  ale  Mabel  musiała  już  do  tego

background image

przywyknąć,  więc  jest  w  stanie  rozpoznać  pewne  zapachy  i  odpowiednio  zareagować.
Nos jest z pewnością jej głównym środkiem obronnym.
              Varian  zrobiła  trzy  trójwymiarowe  zdjęcia  i  z  niemałym  wysiłkiem  odłamała
fragment  chrzęści  nosowej  i  drzazgę  z  kości,  by  później  poddać  je  dogłębnej  analizie.
Czaszka była nieporęczna i nie nadawała się do transportu.
       Padlinożerne przez cały czas krążyły wysoko ponad ich głowami, a gdy tylko Varian
i Paskutti wznieśli się ślizgaczem w górę, ptaki sfrunęły na ziemię, jakby z nadzieją, że
w porządnie już objedzonym szkielecie intruzi odnaleźli jednak jakieś smakowite kąski,
które one przeoczyły.
              Varian  mruknęła  coś  pod  nosem.  Życie  na  Irecie  toczyło  się  szybko,  szybko  też
nadchodziła śmierć. Nie należało się dziwić, że Mabel, choć tak ciężko raniona, starała
się  utrzymać  na  nogach.  Dla  zranionego  zwierzaka  upaść  znaczyło  nigdy  się  już  nie
podnieść.  Czy  przyjście  Mabel  z  odsieczą  było  przysługą,  czy  może  tylko  odroczeniem
jej  i  tak  wczesnej  śmierci? A  jednak  -  rana  goiła  się,  a  kąśliwe  zębiska  nie  naruszyły
trwale  struktury  mięśnia  ani  nie  złamały  kości.  Mabel  będzie  żyła,  i  niebawem  będzie
zupełnie zdrowa.
              Ślizgacz  dotarł  do  miejsca,  gdzie  pasły  się  roślinożerne  -  tutaj  właśnie  znaleźli
Mabel.  Varian  zredukowała  pracę  głównego  silnika  i  Ślizgacz  zawisł  nieruchomo  w
powietrzu.  Stado  pasło  się  spokojnie.  Pod  szerokimi,  ociekającymi  deszczem  liśćmi
Varian  dostrzegła  cętkowany  grzbiet  zwierzęcia,  trzymającego  się  pod  wiatr,  aby  nie
zwęszyły  go  roślinożerne.  Przedtem  drapieżnik  zachował  się  zbyt  porywczo  i  spłoszył
całe stado, poza jedną Mabel, która nie była w stanie szybko się poruszać.
       Poziom inteligencji roślinożernych zastanowił Varian. Można by się spodziewać, że
w końcu nauczą się wystawiać czaty, jak czynią to inne gatunki na równie nieprzyjaznych
planetach,  by  ostrzegały  stado  przed  zbliżającymi  się  drapieżnikami. Ale  nie,  czaszka,
jaką widzieli, mogła pomieścić mózg niewielkich rozmiarów, tak niewielkich, iż nie był
w stanie właściwie pokierować tak potężnym ciałem. A może miały dodatkowy mózg w
ogonie?  Varian  słyszała  o  podobnej  kombinacji  już  wcześniej,  dawno,  dawno  temu.
Dodatkowy  zespół  mózgowy  w  przypadku  tak  ogromnej  bestii  nie  byłby  wcale
osobliwością.  Jama  nosowa  przypuszczalnie  mogła  była  pchnąć  puszkę  mózgową
bardziej do tyłu. Więcej węchu, mniej rozumu, oto Mabel jak na dłoni!
       - Widzę jednego z wygryzionym bokiem - oznajmiła Tardma, spoglądając badawczo
w lewą stronę. - To świeża rana!
              Varian  zerknęła  na  zwierzę,  z  trudem  powstrzymując  dreszcz  obrzydzenia.  Mimo
zalanego  krwią,  postrzępionego  boku,  zranione  zwierzę  ze  stoickim  spokojem
pałaszowało  liście.  Głód  dominuje  nad  bólem,  pomyślała  Varian.  Zaspokoić  go  -  to
tylko się liczy.
              -  Jest  następny.  Ma  starszą  ranę!  -  zawołał  Paskutti,  dotykając  jej  ramienia,  by
zwrócić jej uwagę w drugą stronę.
              Rana  rzeczywiście  pokryła  się  już  strupem,  lecz  gdy  Varian  wzmocniła
powiększenie  teleskopu,  ujrzała  rojące  się  pasożyty  żerujące  aa  skaleczeniu.  Od  czasu

background image

do czasu roślinożerny przerywał jedzenie, by otrzeć obolały bok. Widać było wówczas,
jak od rany odpada cała masa insektów, strąconych językiem zwierzęcia.
       Ślizgacz poruszał się wolno, trzymając się ciągle pod wiatr, by stado nie zwróciło
na  niego  uwagi.  Varian  mogła  przyjrzeć  się  zwierzętom  dokładniej.  Poza  kilkoma
osobnikami, boki wszystkich roślinożernych pokrywały makabryczne rany. Do wyjątków
należały przede wszystkim zwierzęta młode i mniejsze.
       - Może szybciej biegają? - zauważyła Tardma.
- Raczej nie są dość... soczyste - odrzekła Varian.
       - Albo chronią je dorosłe - wtrącił Paskutti. - Przypomnij sobie: młode biegły w
środku stada, gdy natrafiliśmy na nie po raz pierwszy.
       - Mimo wszystko wolałabym wiedzieć... - zaczęła Varian, ale Paskutti nie pozwolił
jej dokończyć.
       - Być może zaraz się dowiesz - powiedział, wskazując na dół.
              W  najbardziej  oddalonym  krańcu  puszczy  jeden  z  roślinożernych  przerwał  nagle
ucztę  i  stanąwszy  na  tylnych  nogach,  wyciągnął  swój  grzebieniasty  łeb  na  północ.
Równie niespodziewanie opadł na ziemię i odwróciwszy się, pognał ile sił w nogach na
południe,  wydając  z  siebie  prychające  pogwizdywania.  Inny  zwierzak,  bynajmniej  nie
zaalarmowany nieoczekiwaną ucieczką towarzysza, dopiero po chwili zwietrzył ten sam
zapach.  Zagwizdał  i  rzuciwszy  się  na  cztery  nogi,  potoczył  się  ciężko  w  kierunku
południowym.  Roślinożerne  uciekały  -  jeden  po  drugim,  lecz  zupełnie  niezależnie  od
siebie.  Młodsze  osobniki  wkrótce  doścignęły  starsze  i  niebawem  je  przegoniły.
Parskliwe gwizdy stawały się coraz bardziej hałaśliwe i pełne przerażenia.
              -  Czekamy?  -  zapytała  Tardma,  zaciskając  kurczowo  krótkie,  grube  palce  wokół
sterów.
       - Owszem, czekamy - odparła Varian, świadoma tłumionej gorliwości Tardmy.
              Nie  musieli  czekać  długo.  Najpierw  doszedł  ich  odgłos  trzasku,  potem  ujrzeli
zmierzające  majestatycznym  krokiem  zwierzę.  Pochyliło  nisko  łeb  i  wyciągając  swe
krótkie  przednie  łapy,  rzuciło  się  w  szaleńczą  pogoń,  utrzymując  równowagę  przy
pomocy grubego, ciężkiego ogona. Zwierz biegł z otwartą paszczą, ogromną, ociekającą
śliną;  widać  było  błyskające  rzędy  ostrych  jak  szpilki  zębów.  Gdy  przetoczył  się  obok
zawieszonego  w  bezruchu  ślizgacza,  Varian  dostrzegła  jego  oczy  -  małe  zgłodniałe
oczka, mordercze oczka drapieżnika...
       - Lecimy za nimi? - zapytała Tardma dziwnie zdyszanym głosem.
       - Oczywiście.
       - By przeszkodzić w procesie zachowania równowagi biologicznej? - odezwał się
Paskutti ironicznie.
       - Równowagi? - Varian dławiła się niemal własnymi słowami. Nie powinna stracić
cierpliwości. - Równowagi, Paskutti? Ten potwór nie zabija z głodu, on masakruje dla
przyjemności.
              -  Może  tak,  może  nie  -  odparł  grawitant  i  poprowadził  ślizgacz  w  ślad  za
drapieżnikiem.

background image

       Zwierzę chwilami znikało im z oczu, ale mimo to z łatwością dało się śledzić jego
bieg  -  zdradzały  go  łamiące  się  i  drżące  drzewa,  w  popłochu  wyrywające  się  do  lotu
ptactwo i pierzchające ze strachu nieduże lądowe żyjątka. Prędkość drapieżnika znacznie
przewyższała  szybkość  niezdarnej  ucieczki  roślinożernych;  dogonienie  stada  było  tylko
kwestią  czasu.  Varian  jak  zwykle  podeszła  do  pościgu  emocjonalnie  -  czuła,  jak  drży,
zaschło  jej  w  gardle,  miała  przyspieszony  oddech.  Zdumiała  ją  natomiast  przemiana,
jaka  zaszła  w  grawitantach.  Pierwszy  raz,  odkąd  rozpoczęła  z  nimi  pracę,  okazywali
jakiekolwiek  uczucia  -  ich  twarze  wykrzywiał  grymas  gorączkowego  podniecenia,
niezrozumiałej żądzy, chciwości, które nie miały nic wspólnego z cywilizowaną reakcją.
              Była  przerażona.  Gdyby  zamiast  Paskuttiego  to  ona  siedziała  teraz  za  sterami,
zawróciłaby  natychmiast,  nie  czekając  na  finał  pogoni.  To  jednak  wystarczyłoby,  żeby
poderwać  jej  autorytet  w  oczach  grawitantów.  Owszem,  tolerowali  fizyczne
ograniczenia swych przełożonych, lecz moralne tchórzostwo spotkałoby się jedynie z ich
pogardą.  Przecież  to  ona  właśnie  zorganizowała  tę  wyprawę,  by  sprawdzić,  jak
niebezpieczny  może  być  potwór  w  stosunku  do  roślinożernych  i  co  groziłoby  obozom
pomocniczym Kaia. Nie mogła zawrócić, choćby ze względu na poczucie przyzwoitości.
Poza  tym...  nie  pojmowała  swojej  reakcji  -  widywała  już  bardziej  odrażające  formy
śmierci, drastyczniejsze zmagania miedzy zwierzętami.
       Tymczasem drapieżnik zrównał się już ze stadem. Upatrzył sobie jedno stworzenie i
zapędził je przerażone w pułapkę bez wyjścia, pomiędzy  zwalone  drzewa.  Oszalałe  ze
strachu  stworzenie  próbowało  wspiąć  się  na  przewrócone  konary,  lecz  jego  przednie
łapy okazały się niezdolne do tego rodzaju ćwiczeń, poza tym pnie i tak nie utrzymałyby
ciężaru  jego  masywnego  cielska.  Becząc  i  gwiżdżąc  przeraźliwie,  zwierzę  osunęło  się
powoli w łapy drapieżnika. Ten jednym potężnym uderzeniem nogi zwalił sparaliżowaną
z  trwogi  ofiarę  na  ziemię.  Przednimi  łapami,  niezbyt  pokaźnych  rozmiarów  w
porównaniu  z  tylnymi  kończynami,  zmierzył  wielkość  drżącego  boku  zwierzęcia.  Jego
ruchy były plugawe, by nie rzec sprośne. Naraz zwierzak zawył - drapieżnik zatopił zęby
w jego pachwinie i wyrwał z niej kęs ciała.
       Varian zebrało się na wymioty.
       - Przerwij ten horror, Paskutti! Zabij go!
       - Nie uratujesz wszystkich roślinożernych na Irecie, zabijając jednego drapieżnika -
odparł grawitant, ze wzrokiem utkwionym w odrażające sceny. Jego oczy płonęły żądzą
krwi.
       - Nie chcę uratować wszystkich, tylko tego jednego! - wrzasnęła Varian, sięgając do
sterów.
              Twarz  Paskuttiego  przybrała  znajomy  obojętny  wyraz.  Grawitant  zwiększył  moc
silnika  i  ślizgacz  opadł  na  napastnika,  który  szykował  się  właśnie  do  kolejnego  kęsu.
Gdy spaliny ślizgacza osmaliły nieco skórę na głowie bestii, ryknęła z bólu. Stanąwszy
dęba  i  utrzymując  równowagę  przy  pomocy  potężnego  ogona,  próbowała  schwytać
ślizgacz.
       - Jeszcze raz, Paskutti! - rozkazała Varian.

background image

       - Wiem, co robić - fuknął Paskutti matowym, srogim głosem.
       Varian zerknęła na Tardmę - jej oczy również pałały niepojętym pragnieniem krwi.
A Paskutti? Ależ on bawi się z tą bestią, pomyślała przerażona Varian.
       Tym razem grawitantowi udało się pozbawić drapieżnika równowagi. By potwór
mógł utrzymać się na dwóch nogach, musiał puścić zdobycz.
              -  Wstawaj,  głuptaku!  Wstawaj  i  uciekaj!  -  wydzierała  się  Varian,  widząc,  że
beczący  przeraźliwie  trawożerca  nie  rusza  się  na  krok  z  miejsca,  gdzie  upadł,  brocząc
obficie krwią.
              -  Nie  ma  dość  oleju  w  głowie,  by  domyślić  się,  że  jest  wolny  -  zawyrokowała
Tardma głosem spokojnym, choć pełnym pogardy.
       - Wygoń stamtąd tego potwora, Paskutti!
       Varian nie musiała wcale tego mówić - Paskutti sam wpadł na ten pomysł.
       Drapieżnik, spostrzegłszy wreszcie, skąd zagraża mu niebezpieczeństwo, usiłował
strącić  ślizgacz  swymi  krótkimi  łapami  i  potężnym  łbem.  Tym  samym  coraz  bardziej
oddalał się od swej ofiary.
       Paskutti bawił się z potworem, który nieudolnie próbował się bronić. Zanim Varian
zdała  sobie  sprawę,  co  Paskutti  zamierza,  grawitant  przechylił  ślizgacz  i  włączając
napęd  odrzutowy,  skierował  cały  strumień  palącego  powietrza  z  silników  na  łeb
zwierzaka.  Przeraźliwy  ryk  bólu  dotarł  do  ich  uszu.  Ślizgacz  gwałtownie  ruszył  do
przodu, wciskając Tardmę i Varian w fotele. Zaraz też rzuciło nimi w przeciwną stronę,
ponieważ Paskutti natychmiast zawrócił, by przyjrzeć się efektom swego eksperymentu.
       Drapieżnik próbował otrzeć poczerniały, zlany krwią łeb. Wściekle kołysał głową,
słaniając się na nogach w śmiertelnych katuszach.
       - Sprawdźmy, czy to go czegoś nauczyło - oznajmił Paskutti i naprowadził ślizgacz
na drapieżnika.
              Bestia  usłyszała  odgłos  maszyny,  ryknęła  boleśnie  i  potykając  się  co  chwila,
popędziła szaleńczo w przeciwną stronę.
              -  Proszę  bardzo,  Varian.  Nauczył  się,  że  ślizgacz  oznacza  ból.  Nigdy  więcej  nie
będzie grasował na obszarze, gdzie usłyszy ślizgacz.
       - Nie o to mi chodziło, Paskutti - wydusiła z siebie Varian.
              -  Ksenobiologowie  zawsze  tak  wymiękają.  Ten  potwór  to  twardziel.  Nic  mu  nie
będzie. Pewnie chcesz zająć się rannym trawojadem, co?
              Starając  się  zapanować  nad  nagłym  uczuciem  obrzydzenia  do  Paskuttiego  -  co
kosztowało ją sporo wysiłku, Varian skinęła potakująco głową i zagrzebała się w swych
weterynaryjnych  przyborach.  Roślinożerca  nadal  spoczywał  na  ziemi,  przewrócony  na
bok, wciąż zbyt przerażony, by pozbierać się i uciec. Zraniona kończyna drgała, widać
było, jak kurczą się odsłonięte mięśnie, wywołując za każdym razem bolesne, gwiżdżące
pojękiwania  zwierzęcia.  Varian  nakazała  Paskuttiemu  zatrzymać  ślizgacz  tuż  nad
stworzeniem,  które  pochłonięte  było  całkowicie  własnym  bólem  i  pogrążone  w
panicznym  strachu.  Z  góry  łatwiej  było  rozpylić  antybiotyk  i  nałożyć  błonę  ochronną.
Ślizgacz unosił się jeszcze przez jakiś czas w powietrzu, nieco ponad zwierzęciem, które

background image

w końcu zrozumiało, że nie ma już żadnego niebezpieczeństwa i usiłowało wstać. Potem
wietrzyło  nosem  dokoła,  a  upewniwszy  się,  że  nic  mu  nie  zagraża,  otrząsnęło  się,
porykując  z  bólu  wywołanego  ruchem.  Natychmiast  też,  zupełnie  jakby  nigdy  nic,
porwało  liść  paproci  i  schrupało  go  beznamiętnie.  Rozejrzało  się  wokół,  szukając
więcej pożywienia i nie znalazłszy nic w pobliżu, powoli zaczęło wychodzić z pułapki,
węsząc od czasu do czasu, i pojękując, gdy ból dawał o sobie znać.
       Varian czuła na sobie wzrok Paskuttiego. Wolała na niego nie patrzeć, by nie dojrzał
czasem w jej oczach wstrętu, jaki do niego czuła.
              -  W  porządku,  możemy  zająć  się  dalszym  przeczesywaniem  terenu.  Musimy  się
dowiedzieć,  kim  są  pozostali  mieszkańcy  przedgórza,  zanim  geologowie  będą  mogli
bezpiecznie zabrać się do pracy.
              Paskutti  skinął  głową  i  ponownie  skierował  ślizgacz  na  północny  wschód.  Po
drodze  natrafili  .jeszcze  na  trzy  gatunki  stadne  i  oznaczyli  je.  Do  Varian,  wciąż
ogłuszonej  wcześniejszym  incydentem,  stopniowo  docierała  myśl,  że  wszystkie  nowo
poznane  gatunki  musiały  mieć  wspólnych  przodków  i  dopiero  ewolucja  rozwinęła  w
nich różnice, w wyniku czego stanowią teraz osobne podgatunki.
       Wrócili do bazy tuż przed początkiem wieczornej ulewy. Varian spostrzegła, że nie
tylko  ona  jest  szczęśliwa,  że  nie  musi  już  dłużej  siedzieć  w  ciasnej  kabinie  ślizgacza  -
także  Tardma  i  Paskutti  wydawali  się  z  tego  bardzo  zadowoleni.  Varian  kazała
Paskuttiemu  dokonać  przeglądu  ślizgacza,  a  Tardmie  zanieść  nagrania  Gaberowi,  sama
zaś pośpiesznie udała się do Mabel. Zwierzak zdążył już sprowadzić okoliczne drzewa
do  postaci  ledwo  odrastających  od  ziemi  pniaków.  Opatrunek  trzymał  się  nieźle,  a
Mabel nie oszczędzała już zranionej nogi. Varian z entuzjazmem, lecz i niechęcią myślała
o  uwolnieniu  swojej  pacjentki,  i  tylko  praktyczne  trudności  związane  z  zapewnieniem
Mabel  wystarczającej  ilości  pożywienia  przekonały  ją  ostatecznie,  że  zwierzę  jak
najszybciej powinno znaleźć się na wolności. Postanowiła uwolnić Mabel rano i śledzić
jej  poczynania  ślizgaczem,  zachowując,  oczywiście,  odpowiedni  dystans.  Chciała
sprawdzić,  czy  Mabel  ma  instynktowne  wyczucie  kierunku,  czy  potrafi  się  w  jakiś
sposób  porozumieć  z  innymi  członkami  stada.  Dziś  jej  towarzysze  reagowali  na
zbliżające  się  niebezpieczeństwo  w  pojedynkę.  Głupie  bezmózgowce  nie  umiały
połączyć  sił  przeciw  napastnikowi.  Wspólnie  z  łatwością  podołałyby  drapieżnikowi  -
jeśli oczywiście miałyby choć odrobinę odwagi i jakiegoś przewodnika stada.
       Varian zastanawiała się, czy można by w jakiś sposób pobudzić inteligencję Mabel.
Szybko  jednak  zdecydowała,  że  podobnego  eksperymentu  nie  da  się  przeprowadzić.
Trwałby  zbyt  długo,  a  przy  rozmiarach  mózgu  Mabel  szansę  na  sukces  były  śladowe.
Poza tym, by Mabel mogła osiągnąć przyzwoity poziom inteligencji, trzeba by najpierw
fizycznych zmian. Jej czaszka była w stanie pomieścić jedynie mózg odpowiedzialny za
podstawowe  funkcje  życiowe,  nie  było  w  niej  miejsca  na  nic  więcej  i  nic  więcej  nie
dałoby się zrobić. Chyba że ten gatunek wyposażony był w dodatkowy mózg w ogonie.
Miałby  wówczas  większe  zdolności  motoryczne...  Oczywiście,  że  Varian  miała  już  do
czynienia z gatunkami, które posiadały pomocnicze ośrodki nerwowe kontrolujące pracę

background image

kończyn,  natomiast  ich  mózg  główny  był  zlokalizowany  centralnie  w  najbardziej
odpornej  części  ciała.  Człowiek  pod  tym  względem  -  i  nie  tylko  pod  tym,  pomyślała
Varian, nie był najlepiej skonstruowany. Przynajmniej takiego zdania byli Thekowie.
       Wolnym krokiem zmierzała właśnie do bazy, pochłonięta własnymi myślami, gdy z
rozważań  wyrwał  ją  niespodziewanie  szum  ślizgacza.  Ktoś  wołał  za  nią  po  imieniu.
Spostrzegła Kaia - wyglądał na bardzo zadowolonego. Ruchem ręki przywoływał ją do
siebie. Dołączyła leniwie do niego i Bakkuna. Zwykle stateczna i opanowana twarz Kaia
promieniała ożywieniem i radosną ekscytacją. Nawet Bakkuna, bądź co bądź grawitanta,
spowijała otoczka satysfakcji i samozadowolenia.
              -  Mamy  parę  taśm,  które  natychmiast  powinnaś  obejrzeć,  Varian!  Znaleźliśmy
jednego z twoich kłączy!
       - Nawet mi o nich nie wspominaj!
       - Uuh? Mieliśmy meczący dzionek, co? Cóż, to ci powinno dodać otuchy! Potrzebuję
twojej opinii jako eksperta.
              -  Zabiorę  nasze  znaleziska  do  Gabera  -  oznajmił  Bakkun  i  ruszył  w  kierunku
pracowni kartografa, zostawiając dowódców samych.
              -  Mówisz  więc,  że  dzień  ci  się  udał?  -  Varian  na  chwilę  zapomniała  o  swym
beznadziejnym  nastroju.  Nie  miała  prawa  przygnębiać  Kaia  ani  odbierać  mu  radości  z
dzisiejszych zdobyczy.
       - I to bardzo. Poczekaj, sama zobaczysz. - Zaprowadził ją do wahadłowca. - No, a
co  u  ciebie?  Da  się  oczyścić  północno-wschodnią  część  przedgórza,  abyśmy  mogli
rozłożyć nasz obóz?
       - Najpierw obejrzymy twoje nagrania - rzuciła czym prędzej Varian i przyspieszyła
kroku.
       Dotarli do kabiny pilota.
       - Nie jest tajemnicą, że nie orientuję się dobrze w zwierzęcych zwyczajach - zaczął
Kai,  umieszczając  kasetę  w  odtwarzaczu  -  ale  to,  co  zaraz  ci  pokażę,  jest  po  prostu
pozbawione wszelkiej logiki. Otóż... otóż wyobraź sobie, że natrafiliśmy na złote ptaki
w odległości jakichś stu sześćdziesięciu kilometrów od morza...
       - Co takiego? - wykrzyknęła Varian. - Ależ to bez sensu...
       Na ekranie pojawiły się ptaki. Widziała, jak opychają się źdźbłami trawy.
       - Nie pomyślałeś czasem, by...
       - Ha! Mam próbki każdego zielska, jakie tam rosło; trawy, krzaków, wszystkiego -
oznajmił Kai, nie dając jej nawet dokończyć.
       - I to "zielsko" jest rzeczywiście zielone, wcale nie purpurowe ani niebieskie...
       - Patrz teraz!
       - No, nie! A ten co tu robi? - Do doliny wkroczyła lilipucia postać, lecz wkrótce
zbliżenie kamery przywróciło drapieżnikowi jego względnie prawdziwe rozmiary. - To
przecież bestia, która zaatakowała Mabel i...
       - To nie może być ten sam...
              -  Oj,  zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Chodzi  o  to,  że  one  są  dwa  razy  bardziej

background image

niebezpieczne,  niż  myśleliśmy.  Spotkaliśmy  dziś  jednego,  wyżerał  właśnie  bok
następnemu trawojadowi; musieliśmy interweniować! A tu, niech go szlag, zajada sobie
spokojnie  trawę!  -  Zdumienie  odebrało  na  chwilę  Varian  mowę.  -  Zastanawiam  się...
zastanawiam się, co takiego jest w tej trawie. Umieram z ciekawości! Wydawałoby się,
że  w  swoim  środowisku  mają  wszystko,  czego  im  trzeba...  Choć  z  drugiej  strony,  on
może akurat zamieszkiwać tamte tereny. Za to ptaki...
       - Ja też tak myślę. Teraz dopiero zobaczysz coś, co cię zupełnie zbije z tropu.
              Na  monitorze  drapieżnik  spostrzegł  ptaki,  a  one  wyczuły  jego  obecność  i
natychmiast  sformowały  szyk  obronny.  Varian  ze  zdumieniem  obserwowała  ich
zdyscyplinowany odwrót.
       - Kai! Kai?! Gdzieś ty się podział, chłopie? - dobiegł ich głos Dimenona, starszego
geologa z zespołu Kaia. - Kai, odezwij się!
       - Tutaj, Dimenon! Na wprost! - odkrzyknął Kai, zatrzymując taśmę.
              -  Popraw  mnie,  jeśli  się  mylę:  szukamy  tu  transuranowców,  tak?  -  Wpadając  jak
burza do obskurnej kabiny, Dimenon wyrzucił z siebie najbardziej dramatycznym tonem,
na jaki go było stać. Za nim wbiegła równie podekscytowana Aulia.
       - Tylko nie mów...
              -  Mówię:  znaleźliśmy  wielgachną,  ogromniastą  antyklinę  z  uranitytem...  Zasobną,
gwarantuję! Jeśli jest inaczej, przez rok będę płacił wszelkie twoje rachunki!
       - Gdzie?!
       - Jak wiesz, mieliśmy iść wzdłuż południowo-wschodniej linii starych czujników i
zająć się obszarem poza ich zasięgiem. Cóż, ich zasięg kończy się na skraju geosynkliny,
jej  orogeneza  jest  o  wiele  starsza  od  samej  okolicy.  To  Aulia  zauważyła  żyłę,
pobłyskujący  brązem  kanał.  Akurat  zaświeciło  słońce...  Założyliśmy  sieć  sejsmiczną,
triangulacyjnie...  Pomiary  były  dość  pobieżne.  W  każdym  razie  oto  odczyty,  które
otrzymaliśmy!  -  Dimenon  wymachiwał  wydrukiem  niczym  zdobycznym  sztandarem.  -
Złoże,  jedno  z  zasobniejszych!  Opłacało  się  tu  przyjechać  choćby  tylko  dla  niego.  A
pamiętaj,  że  w  młodych  masywach  takich  pokładów  są  pewnie  tysiące.  Mamy  to,  Kai,
mamy to!
              Kai  w  szale  radości  zaczął  okładać  Dimenona  kuksańcami,  przepełnionymi  może
serdecznością, lecz niewątpliwie dość bolesnymi, Varian zaś dusiła w niepohamowanym
uścisku Aulię.  Do  kabiny  napływali  teraz  pozostali  członkowie  zespołu  geologicznego,
by przyłączyć się do gratulacji.
              - A  już  się  zacząłem  zastanawiać  nad  tą  planetą.  Niby  znajdowaliśmy  jakieś  tam
ślady rudy, owszem, ale wciąż nie było złóż... - opowiadał Triv.
       - Triv! - odezwał się Gaber. Jego twarz, usmarowana atramentem, po raz pierwszy
emanowała prawdziwą radością. - Zapominasz, że nasz obóz mieści się na starej płycie
kontynentalnej, po której nie należało się wiele spodziewać...
       - I pomyśleć, że wystarczyło pójść kawałek dalej, dosłownie za miedzę, na drugą
płytę!...  I  patrzcie,  jakie  są  efekty!  -  Dimenon  ponownie  odtańczył  swój  tryumfalny
taniec, wywijając kartkami papieru jak proporcem, póki nie zahaczył nimi o Portegina,

background image

co  niemal  skończyło  się  podarciem  ich  na  kawałki.  Natychmiast  przerwał  swoje
szaleńcze  młynki  i  ostrożnie  zwinąwszy  bezcenny  wydruk,  upchnął  go  do  kieszonki  na
piersi.
       - Na zawsze w mym sercu!
       - Sądziłam, że to moje miejsce - zauważyła uszczypliwie Aulia.
       - Nie obędzie się chyba bez bankietu? - zaproponowała Lunzie, wytykając głowę zza
drzwi.
              -  Tylko  mi  nie  mów,  że  przyrządziłaś  jakiś  rozweselający  soczek!  -  zawołał
Dimenon, wygrażając jej oskarży cielsko palcem.
       - Cóż, wiesz przecież, że sposobów podawania owoców jest bez liku... - odparła
Lunzie tonem tak niewinnie słodkim, że Varian wyrwał się okrzyk zdumienia.
       - Czyżbyś nie wiedział, że Lunzie potrafi zrobić coś z niczego?
       - Trzy razy hip-hip-hura dla Lunzie! Naszego dietetyka-gorzelnika!
       - Gorzelnika? A skąd ci do głowy przyszło, że coś destylowałam? - spytała Lunzie
podejrzliwie.
       - A po cóż innego Trizein kleciłby przez cały ranek zestaw do destylacji, co?
              Znów  posypały  się  gratulacje,  zagłuszane  salwami  śmiechu.  Varian  spostrzegła
nagle,  że  brakuje  grawitantów.  Zastanowiło  ją  to,  lecz  nic  nie  powiedziała.  Dimenon
zapewne trąbił już o swoim sukcesie, gdy biegł tu ze ślizgacza. A więc gdzie podziewali
się grawitanci, skoro nie dołączyli do zespołu fetującego właśnie pierwsze prawdziwe
osiągnięcie?
       Lunzie rozwodziła się teraz nad ewentualnym smakiem swojego trunku. Napój nie
miał  dość  czasu,  by  się  ustać,  nie  mówiąc  już  o  tym,  by  zdążył  swoje  odleżeć.  Jednak
Dimenon  przymilnym  tonem  zapewnił  ją,  że  bez  wątpienia  będzie  czego  zakosztować.
Zebrani  zaczęli  kolejno  opuszczać  kabinę,  kierując  się  w  stronę  głównego  budynku.
Varian  dostrzegła  światło  w  kwaterach  zajmowanych  przez  grawitantów  i  przechodząc
głównym  hallem,  uruchomiła  syrenę  alarmową.  Natychmiast  uchylił  się  luk  i  w  blasku
światła zarysowały się masywne barki i głowa grawitanta.
       - O co chodzi?
       Był to głos Paskuttiego.
              -  Nie  słyszałeś,  Paskutti?  Natrafiliśmy  na  potężne  złoże  uranitytu,  a  Lunzie
wydestylowała  jakiś  trunek,  którego  zamierzamy  spróbować  w  ramach  świętowania
sukcesu.
              Potężna  dłoń  kiwnęła  ze  znudzeniem  i  zniknęła  za  zamykającym  się  z  powrotem
lukiem.
       - Znów się chowają? - spytał Kai, zatrzymując się na moment.
       - Wiesz, mają nieco odmienny temperament... - Nagle Varian przypomniała sobie
ożywioną reakcję Paskuttiego, gdy drapieżnik atakował tamto zwierzę.
              -  Chodźże  Paskutti!  Za  dużo  pracy  otępia!  -  wrzasnął  Kai.  -  Tardma!  Tangeli!
Bakkun! Wy wszyscy tam, dalejże!..
              Luk  otwarł  się  ponownie.  Wytoczyli  się  z  niego  grawitanci  i  statecznie,  bez

background image

najmniejszego entuzjazmu dołączyli do rozbawionych towarzyszy.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

       Nim Kai wychylił do końca pierwszy kieliszek napoju Lunzie, zdążył nabrać o wiele
więcej  szacunku  dla  wszechstronnych  zalet  owoców  i  pomysłowości  lekarki,  o  której
krążyły  już  zresztą  legendy.  Niewiele  brakowało,  by  został  prawdziwym  wielbicielem
owoców. Lubił subtelną goryczkę w trunkach, a ten miał delikatnie cierpki smak, w sam
raz odpowiadający jego upodobaniom.
       Z przerażeniem przyglądał się Lunzie, która ze śmiertelną powagą napełniła nieduże
kieliszki  dla  trojga  najmłodszych  członków  ekspedycji.  Już  miał  wstać,  by
zaprotestować,  lecz  lekarka  dała  mu  uspokajający  znak  ręką.  Bonnard  ostrożnie  zrobił
mały łyk i skrzywił się niezadowolony.
       - Blee! Lunzie, to przecież sok.
       - Oczywiście. Nie spodziewałeś się chyba, że komuś w twoim wieku podam coś
innego?
              -  Ale  czegoś  tu  dodałaś,  prawda,  Lunzie?  -  oceniła  Cleiti,  uśmiechając  się,  by
wynagrodzić jej narzekania Bonnarda.
       - Owszem, dodałam. Zobaczymy, czy odgadniecie, co to.
       - Niewątpliwie coś zdrowego - wymamrotał Bonnard, czego Lunzie chyba już nie
dosłyszała, ponieważ wróciła do gości.
         Kai,  ubawiony  serdecznie  całym  zajściem,  pośpieszył  do  stołu,  by  napełnić  swój
talerz.  Tym  razem  serwowano  mieszankę  z  syntetyzowanych  i  naturalnych  produktów,
włączając w to paszteciki sporządzone z alg, które hodował Trizein. Smakowały nieco
hydrotellurkiem, którym przesiąknięta była cała planeta. Gdyby nie ten smród, pomyślał
jak zwykle, Ireta byłaby naprawdę uroczym miejscem.
              Jedząc,  przystanął  trochę  z  boku,  by  obserwować  członków  pozostałych  drużyn  i
ocenić ogólne wrażenie, jakie wywarło odkrycie Dimenona i Margit. Odnalezienie złoża
rudy  automatycznie  przynosiło  ich  zespołowi  dodatkową  premię  i  inne  drużyny  mogły
żywić  do  nich  urazę  wskutek  takiego  biegu  wydarzeń.  Z  tym  że  w  tej  chwili  wszyscy
wiedzieli  już,  gdzie  szukać  i  mogli  rozpocząć  prace  w  pierwszej  lepszej  strefie
orogenicznej. Nareszcie odkrycia będą regułą, a nie wyjątkiem, jak dotąd.
              Oznacza  to  niestety  także,  że  Kai  będzie  musiał  donieść  BO  o  znaleziskach.  Jak
długo będą w stanie razem z Varian ukrywać fakt, że wyprawa straciła kontakt z KOB-
em? Zespoły będą oczekiwać z bazy jakichś dowodów uznania, podziękowań czy choćby
najzwyklejszego  potwierdzenia  swych  osiągnięć.  Cóż,  póki  co,  wynajdzie  parę
proceduralnych formalności, dzięki którym będzie mógł zaczekać, aż wszystkie drużyny
przeprowadzą  dogłębne  badania  terenu  i  analizę  wydobytej  rudy.  To  powinno  dać  mu
kilka  dni  zwłoki.  Następnych  osiem  do  dziewięciu  dni  da  się  jeszcze  wytłumaczyć

background image

czynnościami  operacyjnymi  -  tyle  mniej  więcej  czasu  potrzebowałaby  BO,  by  przejąć
raport. No a potem będą zmuszeni przyznać, że łączność jest zerwana. Oczywiście może
się  zdarzyć,  że  do  tego  czasu  baza  pokona  zakłócenia  wywołane  burzą  kosmiczną  i
odbierze  wszystkie  raporty.  Kai  postanowił  nie  zamartwiać  się  na  zapas.  Pociągnął
spory  haust  nalewki,  której  błogie  ciepło,  nieznacznie  tylko  skażone  wszędobylskim
hydrotellurkiem, rozlało się po jego podniebieniu.
       Rozglądając się po sali, Kai zauważył Varian, bacznie obserwującą grawitantów.
Jej  ściągnięte  brwi  mogły  oznaczać  wyłącznie  dezorientację.  Paskutti  zaśmiewał  się
szczerze  z  czegoś,  co  opowiadał  Tangeli.  Rzeczywiście,  uśmiech  na  twarzy  grawitanta
był rzeczą tak rzadką, że mógł wprawić w osłupienie. Być może to, że Paskutti czuł się
rozluźniony,  było  zasługą  napoju  Lunzie.  Coś  takiego  nie  powinno  dziwić  Varian.  Kai
podszedł do niej.
       - Nigdy przedtem nie widziałaś, jak Paskutti się śmieje?
       - Ach...! To ty, Kai, wystraszyłeś mnie.
       - Przepraszam, nie chciałem.
              -  Przecież...  Przecież  chyba  nie  upili  się  tym  słodem...  -  Varian  uniosła  swój
kieliszek, przyglądając się mu filuternie. - Wypili nie więcej ode mnie, a zachowują się
jakoś... jakoś inaczej.
              -  Nie  widzę  żadnej  różnicy,  Varian.  Poza  tym  dopiero  drugi  raz  w  życiu  widzę
uśmiech na twarzy Paskuttiego, a przepracowałem już z nim trzy lata. To naprawdę nie
jest powód do zmartwień... Chyba że... - Spojrzał na nią przenikliwie. - Czy coś się dziś
wydarzyło?
              -  I  tak,  i  nie.  Zwyczajny,  nieco  brutalny  incydent...  Drapieżnik  zaatakował
roślinożercę. Ohydztwo. - Otrząsnęła się z niesmakiem, a potem uśmiechnęła rezolutnie.
- Przypuszczam, że za bardzo jestem przyzwyczajona do zwierząt domowych.
       - Coś w rodzaju Galormisów, co? Przeszły ją ciarki na sam dźwięk ich nazwy.
       - Doprawdy, zawsze wiesz, jak mnie rozbawić - żachnęła się. Pokazała mu język i
roześmiali się razem. - Nie, niezupełnie. Na swój sposób Galormisowie byli bystrzejsi.
Mieli  dość  rozumu,  by  wkraść  się  w  nasze  łaski.  Byli  tak  sympatyczni,  tak  przymilni...
Zupełnie jak na trójwymiarowych filmach o nich, które oglądaliśmy. Mój stary instruktor
weterynarii zawsze nas ostrzegał: "Nigdy nie ufajcie zwierzęciu. Nieważne, jak dobrze
je  znacie,  jak  bardzo  lubicie,  i  wierzycie  mu".  Tymczasem...  Dość  tego.  Chyba  zbyt
wiele  czasu  spędziłam  w  towarzystwie  smutasów  i  miewam  przywidzenia...  W  końcu
mamy  dziś  powody  do  radości,  więc  się  cieszmy.  Jutro  zapowiada  się  niezwykle
pracowicie.  Kai...  -  Zbliżyła  się  nieco  do  niego,  by  nikt  nie  dosłyszał  jej  słów.  -  Co
zrobimy z raportami dla BO?
              -  Sam  już  się  nad  tym  zastanawiałem  -  odparł.  Przedstawił  jej  zaraz  swoją
propozycję wyjścia z niemiłej sytuacji.
              -  To  rozsądny  pomysł,  Kai,  naprawdę  rozsądny.  Mam  tylko  nadzieję,  że  do  tego
czasu  BO  się  odezwie.  Słuchaj,  może  spytałbyś  Theków,  przy  okazji  następnego
kontaktu, czy nie pamiętają czasem jakichś szczegółów poprzedniej wyprawy na Iretę?

background image

       - By zaspokoić ciekawość czy dać upust niezadowoleniu, że wysłano nas tutaj, nie
informując o poprzedniej ekspedycji?
       - A który z dwóch bodźców emocjonalnych przemówiłby do nich dobitniej?
       - Obawiam się, że żaden. Sęk w tym, by zmusić ich do aktywnego myślenia.
       - Zanim powiedzą, co myślą, nas już może tu nie być - odparła Varian i natychmiast
urwała, a potem, na poły zdziwiona własnymi słowami, dodała: - Nie sądzisz, że starszy
Thek mógł być członkiem tamtej ekspedycji?
       - Varian - jęknął Kai - trzeba było milionów lat, by zaszły zmiany tektoniczne, które
pogrzebały stare czujniki. Nawet Thekowie nie żyją tak długo...
       - A ich dzieci? Może starszy Thek wie od ojca? Wiesz, bezpośrednie przekazanie
pamięci... Praktykują to z pokolenia na pokolenie.
       - To może być to!
       - Co?
       - W ten sposób zagubiono dane dotyczące Irety. Przez niedokładny transfer.
              -  Znów  zaczynasz  swoje,  Kai.  Podkreślasz  omylność  Theków,  a  tymczasem  oni
wykonali za ciebie połowę roboty.
       Kai zerknął na nią nieco zaniepokojony. Nie, nie było powodów do obaw - Varian
po prostu przekomarzała się z nim.
       - Tę mniej niebezpieczną połowę... wyznaczenie pól, phi! też mi robota! A propos,
chciałbym jutro wypożyczyć twoich grawitantów, jeśli oczywiście będziesz się w stanie
bez  nich  obyć.  Musimy  przenieść  sporo  sprzętu,  a  Dimenon  twierdzi,  że  okolica  jest
parszywa. Wezmę też Gabera, by mógł na miejscu sporządzić szczegółowe mapy.
       - Może jednak ktoś by tu został?
              -  Lunzie.  Powiedziała,  że  woli  pozostać  na  posterunku.  Divisti  ma  do
przeprowadzenia  jakieś  eksperymenty,  a  Trizeina  i  tak  nic  nie  ruszy  z  laboratorium.  I,
przyjmij najszczersze wyrazy ubolewania, przypadnie ci w udziale towarzystwo naszych
pupilków.
              -  Już  ty  się  nie  martw.  Zajmę  się  nimi.  Sama  chciałabym  przyjrzeć  się  rudzie,  a
wycieczka  dobrze  im  zrobi.  Uwiniemy  się  z  tym  szybko  i  damy  wam  popracować  w
spokoju, bez obaw. Bonnard może nawet oznaczyć zwierzęta, skoro ty już nie chcesz...
       - Jeju, Varian, przecież nie chodzi o to, że ja nie chcę... - wymamrotał Kai.
       - Oj, Kai, ja się tylko z tobą droczę, nie widzisz? Dzieciaki będą dokładnie tak samo
przydatne  jak  grawitanci,  przynajmniej  przy  sprawdzaniu  okolicznych  form  dzikiego
życia.  Oczywiście  pozostaną  w  ślizgaczu  -  dodała,  widząc  ostrzegawcze  spojrzenie
Kaia.
       Kiedy dołączyła do nich Lunzie, Kai zasypał ją gradem pochwał pod adresem jej
napoju.
       Lunzie zmarszczyła brwi, przyglądając się z powątpiewaniem płynowi w dzbanku.
              -  Nie  jest  jeszcze  zupełnie  dobry.  Jeszcze  raz  go  przedestyluję,  może  zniknie  ten
hydrotellurkowy posmaczek.
              -  Tak  trzymać,  Lunzie,  tak  trzymać!  -  powiedział  Kai  i  ochoczo  podstawił  swój

background image

kieliszek, by go napełniła. Lunzie zignorowała Kaia, wywołując jego głośne narzekania.
       - Kac nie byłby jutro najlepszym towarzyszem. A ten owoc jest... hm, skuteczny w
działaniu.  -  Lunzie  ruchem  głowy  wskazała  grawitantów.  Salwy  ich  tubalnego  śmiechu
coraz  częściej  przetaczały  się  po  sali.  -  Już  odczuwają  jego  skutki,  a  przecież  ich
metabolizm pozwala im na spożycie większych ilości alkoholu niż nam.
       - Naprawdę wyglądają na pijanych, co, Varian?
              -  Pijanych?  Pewnie  tak...  -  To  wyjaśniałoby,  pomyślała  Varian,  dlaczego  się  tak
nawzajem  głupkowato  obłapiają. Alkohol  w  przypadku  niektórych  gatunków  okazywał
się  niezłym  afrodyzjakiem.  Nigdy  co  prawda  nie  słyszała,  by  w  podobny  sposób
wpływał  na  grawitantów,  ale  cóż.  Zastanawiała  się  właśnie,  czy  nie  powinna  może  z
nimi  zamienić  parę  słów,  gdy  nieoczekiwanie,  jakby  spontanicznie  reagując  na  jakiś
znak, grawitanci opuścili salę.
              -  Całe  szczęście,  że  przynajmniej  niektórzy  wiedzą,  gdzie  są  granice...  -
zaopiniowała  Lunzie.  -  Lepiej  pójdę  za  ich  milczącą  radą  i  zabiorę  stąd  ten  zakazany
owoc w stanie płynnym...
              Varian  zaprotestowała.  Kai  wypił  dwa  kieliszki,  ona  tymczasem  sączyła  wciąż
pierwszy. Lunzie z westchnieniem dolała jej kapkę i czym prędzej wyniosła resztę trunku
z sali. Gaber rzucił się za nią w pogoń, wystarczyła jednak cięta uwaga z jej strony, by
osadzić go natychmiast na miejscu. Z nachmurzoną miną kartograf podszedł do Varian i
Kaia.
       - Wieczór dopiero się zaczął... - wy bąkał tonem skrzywdzonego dziecka. - Co jej
strzeliło do głowy, by zabierać nam napój?
              -  Obawiała  się  skutków  jego  wypicia  -  Varian  przyjrzała  się  podejrzliwie
zielonkawemu płynowi. - Wywarł dość potężne wrażenie na grawitantach...
       - To że grawitanci mają słabe głowy, w przeciwieństwie do pokaźnych mięśni, to
jeszcze nie powód, by nas pozbawiać odrobiny alkoholu... - żachnął się Gaber.
              Kai  i  Varian  zerknęli  na  siebie  przelotnie.  Gaber,  zapewnię  niezupełnie  tego
świadom,  coraz  bardziej  bełkotał.  Pociągnął  ostrożnie  ze  swojego  kieliszka  i
przymknąwszy oczy, by delektować się smakiem, wymamrotał niewyraźnie:
       - To pierwsza przyzwoita rzecz na tej planecie. Jedyna, która nie cuchnie. A Lunzie
ot  tak,  po  prostu  sprzątnęła  nam  ją  sprzed  nosa...  Niesprawiedliwe...  Najzwyczajniej
niesprawiedliwe...
       - Czeka nas jutro ciężki dzień, Gaber - zaczął Kai.
       - A może to ty jej kazałeś wydzielać racje? - Gaber miał wielką ochotę wyładować
się na Kaiu.
              -  Bynajmniej.  To  ona  jest  tutaj  dietetykiem  i  lekarzem.  A  tej  serwatce  czegoś
najwyraźniej brakuje. Mogłaby wywołać jakieś niepożądane reakcje, a jutro...
       - Wiem, wiem. - Gaber machnął z wściekłością ręką, by przerwać wykład Kaia. -
Jutro  czeka  nas  wielki  dzień.  Najważniejsze,  że  mamy  coś,  co  będzie  nas  mogło
podtrzymać  na  duchu,  jeśli  się  okaże,  że  naprawdę  zostaliśmy...  -  Nagle  urwał  zdanie,
spoglądając niespokojnie na Kaia. Kai udał, że nic nie zauważył. - Hę, hę, rzeczywiście

background image

ma jakiś śmieszny smaczek - dorzucił bez sensu kartograf i ulotnił się.
       - Podtrzymać nas na duchu, kiedy... co? - zapytała Varian, skonsternowana.
       - Gaber wykoncypował teoryjkę, jakobyśmy mieli zostać tu już na amen.
              -  Na  amen?  -  Varian  zatkała  usta  dłonią,  a  po  chwili  wybuchnęła  gromkim
śmiechem. - Wątpię. Nie na planecie tak bogatej w transuranowce. Nie, to niemożliwe.
Zbyt  potrzebna  jest  tutejsza  ruda.  Poza  tym  nie  wyposażyli  nas  w  żaden  cięższy  sprzęt,
abyśmy  mogli  zająć  się  wydobyciem.  Przecież  nie  będziemy  rafinować
transuranowców...  Smutas  z  tego  Gabera.  On  chyba  nigdy  nie  dostrzega  żadnych
pozytywów...
       - Ja też go wyśmiałem, Varian, tyle że...
       - Komendancie Kai. - Varian obrzuciła go groźnym wzrokiem. - Ależ oczywiście, że
należało  go  wyśmiać.  Jego  hipoteza  jest  głupia,  niezdrowa  i  bezpodstawna.  Szkoda
tylko, że nie przejęto naszych pozostałych raportów. Wówczas ja sama mogłabym już nie
mieć żadnych wątpliwości. - Spojrzała na niego zapamiętale i potrząsnąwszy przecząco
głową,  dodała:  -  Nie,  to  się  nie  trzyma  kupy.  Nie  zostaniemy  tu.  Jeżeli  jednak  nie
nawiążemy łączności z BO, Gaber z pewnością rozpuści tę plotkę. - Zajrzała do pustego
kieliszka. - Przeklęta Lunzie! Akurat przydałaby mi się jeszcze kropelka...
       - Ustaliliśmy, jak mi się wydaje, że póki co, nie będziemy martwić się BO.
       - Wcale się nie martwię. Gderam sobie, nie wolno? Smakują mi te zlewki! Mają
ciekawy posmak...
       - Zapewne jakiegoś środka odżywczego - zawyrokował Kai, przypominając sobie
narzekania Bonnarda.
       Varian roześmiała się głośno.
       - Co do tego możesz być pewny! Lunzie przede wszystkim dba o nasze zdrowie.
              Dimenon,  obejmując  zazdrośnie  Margit,  podszedł  chwiejnym  krokiem  do  Kaia  i
Varian. Nie mógł wypić więcej od innych, skoro Lunzie skwapliwie racjonowała trunek,
a  mimo  to  był  nadzwyczaj  wesoły  i  jego  twarz  palił  ognisty  rumieniec.  Oznajmił,  że  z
całą stanowczością będzie obstawał przy tym, by odkryte właśnie złoża uranitytu zostały
nazwane  imieniem  Margit,  która  z  równym  uporem  nalegała,  by  dzielić  sukces  razem  z
nim,  jak  było  w  zwyczaju.  Wywiązała  się  między  nimi  przyjacielska  sprzeczka,  każde
przyzywało na pomoc swych zaufanych popleczników z zespołu, aż w końcu w dyskusję
wplątani zostali dokładnie wszyscy.
              Jak  się  okazało,  irytacja  Gabera  nie  była  odosobnionym  przypadkiem
niezadowolenia  wywołanego  pośpiesznym  zniknięciem  Lunzie.  Kai  ze  zdziwieniem
wysłuchiwał  nieśmiałych  utyskiwań  pod  adresem  grawitantów.  Zaskoczyło  ;o  to
niepomiernie, gdyż dotąd bardziej czuły był na punkcie tarć między zespołami geologów.
              Następny  ranek  przyniósł  kolejny  powód  do  zastanowienia  nad  zachowaniem
grawitantów  -  daleko  im  było  do  zwykłej  sobie  solidności  i  pewności,  poruszali  się
niemrawo ' niezdarnie, byli wyraźnie wycieńczeni i nieznośnie posępni.
       - Kac po dwóch kieliszkach? - burknęła z powątpiewaniem Varian, spostrzegłszy,
podobnie  jak  Kai,  ponury  nastrój  w  swej  drużynie.  -  Światła  w  ich  kwaterach  pogasły

background image

bardzo szybko, więc powinni być wyspani...
       - Jeśli poszli spać... - odparł Kai, szczerząc zęby w uśmiechu.
       Varian ze zdumieniem rozdziawiła usta. Po chwili zachichotała.
              -  Zawsze  zapominani,  że  oni  także  muszą  odczuwać  pociąg  seksualny.  Mają
dziwaczny  cykl,  na  ich  planecie  seks  jest  przymusowy  podczas,  że  się  tak  wyrażę,
godów... Ale generalnie nie robią tego, jeśli uczestniczą w jakiejś wyprawie.
       - Nie obowiązuje ich przecież co do tego żaden zakaz, prawda?
              -  Nie,  oni  zazwyczaj  tego  nie  robią...  -  Varian  zamyśliła  się  na  moment.  -  Cóż,
wypocą całego kaca w górach, gdy zapędzimy ich do pracy - dorzuciła, spoglądając na
przedgórze, które wypiętrzało się coraz wyżej i wyżej, aż na horyzoncie przeradzało się
w niebosiężne góry.
       Kai i Varian stali na skraju podłużnej grani, ponad ciągnącymi się poniżej dożami
uranitytu. Widać było połyskującą brązowo żyłę rudy.
              -  Te  pokłady  są  fantastyczne.  Ich  lokalizacja  również.  Wystarczy  jeden  większy
statek  wydobywczy.  Proszę  bardzo:  raz  przysiadzie  i  zgarnie  całą  rudę  -  Varian
wymawiała  słowa  bardzo  wyraźnie,  podkreślając  wszystkie  "r"  śpiewnym  trylem  i
gestykulując zamaszyście, by zobrazować Kaiowi swoją wizję.
       - Nie sądziłem, że pracowałaś kiedyś w zespole geologicznym - odgryzł się Kai.
              -  Na  Galorm  wysłano  ekspedycję  w  poszukiwaniu  minerałów,  nie  zwierząt.
Powszechnie  jednak  mniemano,  że  to  właśnie  fauna  jest  sprawą'  pierwszorzędną,  gdy
tymczasem  wysłano  nas,  ksenobiologów,  po  to  tylko,  byśmy  skatalogowali  jedną
odmianę życia.
       - Przeszkadzało ci to?
              -  Co?  To,  że  byłam  drugorzędnym  uczestnikiem  wyprawy?  -  Varian  wzruszyła
ramionami. - Nie, Kai. - Uśmiechnęła się, by go przekonać, że nie kłamie. - Energia jest
o wiele ważniejsza niż jakieś tam planetarne życie.
       - Życie - Kai zrobił małą pauzę, by podkreślić znaczenie tego słowa - jest o wiele
ważniejsze  niż  każda,  choćby  bezcenna  skamielina.  -  Ruchem  dłoni  wskazał  na  złoża
rudy.
       - Która dziwnym trafem jest niezbędna, by to życie podtrzymać - odparła Varian. -
Mamy  je  wspierać,  chronić  i  badać.  Jestem  tu,  by  przyjrzeć  się  życiu  na  Irecie,  ty,  by
umożliwić dalsze istnienie życia w pozostałych zakątkach wszechświata, którymi ono tak
wielkopańsko zawładnęło. Już ty się mną nie martw, Kai. Doświadczenia, które zbieram
tutaj, mogą pewnego dnia zaprowadzić mnie dokładnie tam, dokąd chciałabym dotrzeć...
              -  To  znaczy?  -  Kai  usiłował  jednocześnie  dojrzeć,  co  takiego  Paskutti  i  Tardma
wyprawiają z sejsmografem.
              -  Stanowisko  pracownika  ochrony  planetarnej.  No,  nic  -  Varian  spostrzegła,  że
uwaga Kaia skupiona jest na czymś innym - pójdę lepiej wzbogacić się w potrzebne mi
do  awansu  doświadczenia  i  przyjrzę  się  twoim  ptaszydłom.  Tym  obszarem  zajmę  się
najpierw... - głos jej się załamał, gdy Tardma potknęła się o coś.
              Obojgu  zaparło  dech  w  piersiach  -  Tardma  dokonała  cudów  ekwilibrystyki,  by

background image

odzyskać równowagę i złapać zawieszony na moment w powietrzu pakunek z niezwykle
delikatną aparaturą, którą taszczyła właśnie na stok wzniesienia.
              -  Czego,  u  licha,  Lunzie  dodała  do  tego  rozweselającego  napoju,  żeby  ich  aż  tak
urządzić?
       - To wina Irety, nie Lunzie. Jej trunek nie wpłynął przecież w ten sposób na nas. Na
razie, Kai. Muszę jeszcze tylko zebrać dzieciaki.
       - Będzie mi potrzebny duży ślizgacz, pamiętasz?
       - Pamiętam, wróci do zachodu słońca. Daj znać, gdybyś potrzebował go wcześniej -
odparła, wskazując na swój komunit.
       Bonnard, odciągnięty od prawdziwej frajdy, jaką stanowiło dla niego wysadzanie w
skale  otworów  do  czujników,  był  niepocieszony.  Dopiero  Dimenon  przekonał  go,  że
zanim wszystko przygotują, minie parę godzin, i chłopiec, zniechęcony perspektywą tak
długiego oczekiwania, raźno ruszył za Varian.
              Terilla,  zauroczona  niezwykłymi,  kolorowo  kwitnącymi  pnączami,  uzbrojona  w
grube  rękawice,  ostrożnie  wyrywała  rozmaite  okazy  i  chowała  je  do  toreb,  które
specjalnie  w  tym  celu  podarowała  jej  Divisti.  Cleiti,  która  przyjęła  rolę  adiutanta
Bonnarda,  traktowała  zajęcie  swej  młodszej  koleżanki  z  wyniosłą  pogardą.  Varian
zagoniła  ich  wszystkich  do  ślizgacza,  gdzie  kazała  im  zająć  miejsca  i  pozapinać  pasy.
Sprawdziła  licznik  czasu  lotów.  Wszystko  się  zgadzało,  oprócz  godzin  eksploatacji
ślizgacza  poprzedniego  dnia.  Dałaby  głowę,  że  jej  lot  nie  trwał  dwanaście  godzin.
Pomijając dwie godziny potrzebne, by dotrzeć w ogóle na przedgórze, nie była w stanie
wylatać więcej niż sześć godzin. Ale aż dwanaście? Oznaczałoby to, że ślizgacz nadaje
się teraz do ładowania i przeglądu.
       Westchnęła. Będzie trzeba zapytać po powrocie Kaia.
              Może  źle  coś  ustawiła  albo  też  ktoś  jeszcze  korzystał  ze  ślizgacza  pod  jej
nieobecność.
       Z cierpliwością godną absolutnego podziwu pokazała Bonnardowi, jak obsługuje
się  przyrząd  do  oznaczania  zwierząt,  Cleiti,  jak  funkcjonuje  indykator,  i  Terilli,  w  jaki
sposób sprawdzać, czy działają kamery, gdy będą przelatywać nad nieznanym terenem.
Dzieciaki  były  oczywiście  zachwycone  odpowiedzialnymi  zadaniami  i  nadzwyczaj
uważnie  przysłuchiwały  się  Varian,  która  wyjaśniła  im  zasady  sondowania  obszaru,
gdzie  mogą  występować  drapieżniki.  Varian  ze  sceptycyzmem  odnosiła  się  do  ich
zapału,  podejrzewając,  że  wygaśnie,  gdy  tylko  "nowe  zadania"  staną  się  monotonną
rutyną.  Musiała  jednak  przyznać,  że  entuzjastyczna  wesołość  dzieci  stanowiła  dla  niej
niezwykle miłą odmianę po śmiertelnej powadze grawitantów, jej zwykłych towarzyszy.
       Dzieci nie miały jeszcze okazji dokładnie przyjrzeć się naturalnemu środowisku na
tej  niepokalanej  planecie,  ponieważ  dotąd  odbyły  tylko  jedną  wycieczkę.  Gdy  Varian
zataczała kółko nad obozem, ślizgacz trząsł się od ich śmiechu i radosnej paplaniny.
              Z  początku  niewiele  można  było  zobaczyć.  Większość  napotkanych  zwierząt  była
skromnych  rozmiarów  i  z  łatwością  chowała  się  przed  wścibskim  wzrokiem  ludzi.
Bonnard  nie  posiadał  się  więc  z  radości,  gdy  w  końcu  udało  mu  się  oznaczyć  kilka

background image

nadrzewnych stworzeń. Musiały prowadzić nocny tryb życia, skoro nawet nie poruszyły
się, gdy ślizgacz przelatywał nad nimi. Ter Ola od czasu do czasu poważnym głosikiem
donosiła, że kamery działają jak należy, ale jej zdaniem szczegółów nie sposób będzie
zobaczyć, gdyż roślinność jest zbyt gęsta. Gdy zawrócili w kierunku złoża uranitytu, szum
ślizgacza  wypłoszył  stado  rączych,  miniaturowych  zwierzątek,  które  Bonnard
natychmiast  z  pasją  oznaczył,  a  Terilla  z  nie  ukrywaną  dumą  sfilmowała.  W  końcu  i
Cleiti,  mocno  już  poirytowana  sukcesami  swych  rówieśników,  miała  powód  do  dumy.
Znajdujący się w jej pieczy indykator wykazał obecność jakichś podziemnych istot. Nie
wychodziły  z  ukrycia,  wystarczyły  jednak  wskazania  indykatora,  by  domyślić  się,  że
muszą  to  być  niezwykle  drobne,  raczej  bojaźliwe  nocne  Marki,  zapewne  z  gatunku
ryjących, które nie powinny stanowić zagrożenia dla obozu.
       Prawdę powiedziawszy, Varian musiała przyznać, że w okolicy złóż uranitytu nie
zamieszkiwał żaden gatunek, który z racji swoich rozmiarów i trybu życia, zwłaszcza zaś
diety,  mógłby  stwarzać  poważniejsze  problemy.  Oczywiście,  wielkość  zwierzęcia  nie
jest  wprost  proporcjonalna  do  jego  drapieżności,  nie  omieszkała  wyjaśnić  swym
podopiecznym.  Czasem  najmniejsze  bestyjki  są  najbardziej  niebezpieczne.  Duże
drapieżniki  bywają  za  to  hałaśliwe  -  łatwo  można  usłyszeć  ich  ciężkie  kroki  i  umknąć.
Bonnard przyjął pomysł ucieczki z lekceważącym prychnieciem.
       - Chyba wolę rośliny niż zwierzęta - szepnęła Terilla.
       - Rośliny mogą być równie groźne - odparł Bonnard mentorskim tonem.
              -  Tak  jak  mieczowniki?  -  zapytała  Terilla  tak  niewinnie,  że  Varian,  dusząc  się
tłumionym  śmiechem,  byłaby  w  stanie  podać  w  wątpliwość  oczywistą  złośliwość  tego
pytania.
       Bonnard burknął tylko coś pod nosem na wspomnienie o swym bolesnym spotkaniu z
ową  roślinką  i  wpatrując  się  nienawistnie  w  Terillę,  usiłował  wykoncypować
odpowiedź, której zjadliwość okazałaby się dla dziewczynki śmiertelna.
       - Uwaga na indykator! - rzuciła pośpiesznie Varian, by uprzedzić wybuch sprzeczki.
       Ślizgacz przelatywał właśnie nad obszarem porośniętym przysadzistymi drzewami i
gęstym podszyciem. Indykator rozbuczał się tak głośno, że  należało  bliżej  przyjrzeć  się
jego odkryciu. Okolica była skalista i dość stroma, co sugerowało, że tutejsi mieszkańcy
nie  należą  do  gatunku  przeżuwaczy.  Szum  ślizgacza  nie  wypłoszył  zwierząt  z  ich
kryjówek, ale Varian uznała, że teren znajduje się wystarczająco daleko od złóż rudy, by
nie  stanowić  istotnego  niebezpieczeństwa  dla  obozu.  Zanotowała  tylko  współrzędne.
Gdy  grupa  ekspedycyjna  utworzy  się  wreszcie,  będzie  można  zająć  się  bliżej  tutejszą
fauną.  Ogólnie  rzecz  biorąc,  na  Irecie  liczba  drapieżników  i  związany  z  tym  stopień
śmiertelności wśród pozostałych zwierząt były niezwykle wysokie, jednak nie powinno
się  przesadzać  z  ostrożnością.  Gdyby  Kai  ulokował  obóz  dość  wysoko,  by  uniknąć
najgroźniejszych  drapieżników,  osłona  siłowa  wystarczyłaby,  by  odstraszyć  jadowite
insekty i mniejsze zwierzęta. Było raczej mało prawdopodobne, aby stado krewniaków
Mabel  wpadło  nagle  w  szał  i  wgramoliwszy  się  na  wzniesienie,  w  panicznym  pędzie
zrównało osłonę z ziemią.

background image

       Varian dokończyła pobieżną analizę wskazań indykatora. Gdy dzieciaki poprawiły
poluzowane  nieco  pasy,  wpisała  w  pamięć  ślizgacza  kurs  na  śródlądowe  morze  i
włączyła pełną moc.
       Minęło dobre półtorej godziny, zanim dotarli do celu. Varian żałowała, że Divisti
nie zdołała jeszcze przeprowadzić analizy traw, które Kai przywlókł do obozu z Doliny
Przesmyku. Jej raport dałby jakieś pojęcie o zwyczajach ptaków, choć z drugiej strony
może było rozsądniej obserwować te fascynujące stworzenia bez żadnych uprzedzeń.
              Varian  cieszyło  zachowanie  dzieciaków  podczas  podróży  -  zadawały  bardziej
inteligentne  pytania,  niż  się  spodziewała,  czasami  schodząc  na  tematy,  o  których  miała
nikłe  pojęcie.  Były  wówczas  świecie  oburzone,  że  nie  jest  przenośnym  bankiem
informacji.
              Cleiti  pierwsza  zauważyła  ptaki,  czym  zresztą  pyszniła  się  po  powrocie.
Stworzenia,  wbrew  podświadomym  oczekiwaniom  Varian,  nie  obsiadły  wcale  ścian
skalnych i grani ani nie łowiły ryb. Złote ptaki wykazywały się przykładną organizacją.
Ptasia  eskadra  -  nie  stado,  które  często  bywa  luźną  gromadą  osobników  tego  samego
gatunku, unosiła się nad miejscem, w którym basen był najgłębszy. Urwiska zbiegały się
tam,  tworząc  ciasny  przesmyk,  przez  który  przypływ,  ten  sam,  który  pięćdziesiąt
kilometrów dalej, na najbardziej oddalonym brzegu był w stanie podnieść poziom morza
zaledwie o parę cali, wtłaczał dość oceanicznej wody, by zapełnić śródlądowy akwen.
       - Nie widziałem jeszcze ptaków, które wyprawiałyby coś podobnego! - wykrzyknął
Bonnard.
              -  A  widziałeś  w  ogóle  wolne  ptaki  w  locie?  -  spytała  Varian  tonem  nieco
ostrzejszym, niż zamierzała, co na moment popsuło jej humor.
              -  Byłem  już  na  jednej  wyprawie  -  odparował  Bonnard  z  wyrzutem.  -  Poza  tym
istnieje  jeszcze  coś  takiego  jak  kasety  treningowe.  Sporo  ich  oglądam.  A  te  ptaki
zachowują się zupełnie inaczej niż wszystkie gatunki, które dotąd widziałem.
       - Znasz się na rzeczy, Bonnard - powiedziała Varian szybko, by zrekompensować
malcowi poprzednią uwagę. - Ja też nie widziałam czegoś takiego.
              Złote  ptaki  schodziły  teraz  ślizgiem  niżej,  w  czymś  na  kształt  zorganizowanej
formacji.  Pojazd  był  wciąż  zbyt  oddalony,  by  nieuzbrojonym  okiem  można  było  je
obserwować.  Nie  wiadomo  więc,  co  dokładnie  skłoniło  ptaki,  by  nagle  zredukować  o
połowę  szybkość.  Niektóre  na  moment  opadały  tuż  nad  powierzchnię  wody,  zupełnie,
jakby coś je ciągnęło w dół, a gdy bijąc gwałtownie skrzydłami, odzyskały poprzednią
wysokość, cała grupa powoli wzniosła się jeszcze wyżej, coraz dalej od tafli morza.
              -  Ho,  ho!  Trzymają  coś  w  szponach!  -  oznajmił  Bonnard,  który  bez  skrępowania
przywłaszczył  sobie  teleskop  Cleiti  i  nastawił  go  teraz  na  odpowiednią  odległość.  -
Przysiągłbym, że to sieć... To jest sieć! Wyciągają z wody ryby! Coś niesam... Patrzcie,
co się dzieje!
       Varian udało się wreszcie przystosować wizjer w kasku, dziewczynki zaś stłoczyły
się  przy  niewielkim  teleskopie  Bonnarda.  W  oddali  kodowała  się  woda  -  to  morskie
bestie,  przeróżnego  rodzaju,  wyskakiwały  z  kipieli;  rzucały  się  wściekle  na  sieć,

background image

bezskutecznie próbując ją rozerwać i porwać ptasi łup.
       - Sieć! Skąd u licha te ptaki mają sieć? - Varian przemówiła bardziej do siebie niż
do dzieci. Bonnard postanowił jednak udzielić jej wyjaśnień:
              -  Mają  szpony,  o  tam,  w  połowie,  gdzie  skrzydła  zaczynają  przybierać  kształt
trójkąta.  Nie  widzę  dokładnie,  Varian,  ale  jeżeli  mają  jeszcze  przeciwny  palec,  same
mogły zrobić sieci.
              -  Mogły  i  musiały,  Bonnard.  Nie  spotkaliśmy  na  Irecie  żadnego  wystarczająco
bystrego stworzenia, które byłoby w stanie je dla nich upleść.
       Cleiti zachichotała, tłumiąc śmiech dłonią.
       - Ryxim to się nie spodoba.
       - A to czemu? - fuknął chłopiec i marszcząc groźnie brwi, spojrzał wyczekująco na
towarzyszkę.  -  Mój  ksenobiolog  zawsze  powiadał,  że  inteligentne  formy  latające  są
rzadkością.
       - Ryxiowie woleliby pozostać jedynym rozumnym gatunkiem - odparła bez namysłu
Cleiti. - Wiesz przecież, jaki był kiedyś Vrl... - Dziewczynka wyciągnęła mocno szyję,
przygarbiła  plecy  i  założywszy  ręce  do  tyłu  na  kształt  zwiniętych  skrzydeł,  opuściła
nisko  podbródek,  przybierając  tak  wyniosłą  minę,  że  kubek  w  kubek  przypominała
aroganckiego Yrla.
       - Nigdy mu tego nie pokazuj, Cleiti - parsknęła Varian, spłakana ze śmiechu. - Ale
robisz to fantastycznie. Fantastycznie, Cleiti!
              Cleiti  roześmiała  się  serdecznie,  zadowolona  z  sukcesu,  tymczasem  Bonnard  i
Terilla patrzyli na nią ze zgrozą.
       - Kogo jeszcze potrafisz naśladować? - spytał surowo Bonnard.
- A kogo byś chciał? - Cleiti wzruszyła ramionami.
- Nie teraz, dzieciaki. Potem. Chcę najpierw zarejestrować tamto zjawisko.
       Dzieciaki natychmiast wróciły do wyznaczonych stanowisk. Ślizgacz udał się w ślad
za  ptakami,  w  kierunku  odległego  urwiska.  Varian  mogła  teraz  zastanowić  się  nad
znaczeniem  ptasiego  połowu.  Złote  ptaki  były  zdecydowanie  najinteligentniejszą  formą
życia,  na  jaką  dotąd  natrafiła  na  Irecie. A  przy  tym  Varian  nigdy  jeszcze  nie  spotkała
równie  zorganizowanego  skrzydlatego  gatunku.  Ksenobiolog  Bonnarda  wyraził  się
nieprecyzyjnie,  twierdząc,  że  inteligentne  formy  latające  należą  do  rzadkości.  Tylko
wybitnie inteligentne ptaki są osobliwością. Często ptactwo zmuszone jest prowadzić tak
zaciekłą walkę o pożywienie ze zwierzętami lądowymi, że cała ich energia skupiona jest
na  zdobywaniu  jedzenia  lub  na  ochronie  własnych  gniazd  i  młodych.  Gdy  ewolucja
pozbawiła  niektóre  lotne  gatunki  przednich  kończyn,  przystosowanych  do  bardziej
wyspecjalizowanych  zadań,  na  rzecz  skrzydeł  umożliwiających  sprawny  odwrót,
odebrała im w ten sposób niebagatelny atut w walce o przetrwanie.
       Złote ptaki zdołały zachować szczątkową kończynę przednią, nie redukując przy tym
możliwości skrzydeł, i w ten sposób mogły swobodnie wykorzystywać swoją przewagę.
       Varian dostrzegła, że od czasu do czasu mniejszym rybom udawało się wyplątać z
sieci. Wpadały z powrotem do morza, by zaraz stać się łupem żarłocznych podwodnych

background image

mieszkańców,  którzy  wściekle  rzucali  się  na  zdobycz,  pieniąc  i  mącąc  lustro  wody.
Dwukrotnie  ponad  powierzchnią  błysnęły  ogromne  łby,  łakomie  wyzierając  z  głębin  i
daremnie śledząc kuszący ciężar ptaków.
       Nagle spośród zasnuwających niebo chmur wyłoniły się dalsze ptaki. Zajęły miejsca
wokół  brzegów  sieci  i  pochwyciwszy  ładunek,  odciążyły  nieco  "pierwszą  zmianę".
Formacja natychmiast nabrała szybkości.
              -  Varian,  jak  szybko  mogą  lecieć?  -  spytał  Bonnard.  Varian  skrupulatnie
dostosowywała prędkość ślizgacza do prędkości ptaków. Ślizgacz trzymał się od nich na
dystans, nieco wyżej.
              -  Robią  ze  dwadzieścia  kilometrów  na  godzinę,  lecz  przypuszczam,  że  przy  tak
pomyślnym wietrze wkrótce nabiorą większej szybkości.
              -  Są  takie  piękne...  -  wyszeptała  Terilla.  -  Nawet  przy  ciężkiej  pracy  są  pełne
wdzięku. Patrzcie, jak promienieją!
              -  Wyglądają,  jakby  świeciły  własnym  światłem  -  zauważyła  Cleiti  -  bo  przecież
znów nie ma słońca.
       - Racja, co jest z tą zwariowaną planetą? - warknął Bonnard. - Śmierdzi tu i nigdy
nie ma słońca. Naprawdę chciałbym je wreszcie zobaczyć, jeśli nadarzy się okazja.
       - Oto ona - pisnęła Terilla z radości. Nieprzewidywalne stało się faktem: chmury
rozstąpiły  się,  by  na  moment  ukazać  zielonkawe  niebo  i  przepuścić  kłujący  promyk
rozpalonego do białości słońca.
       Varian, podobnie jak dzieciaki, powitała je radosnym śmiechem. Niemal żałowała,
że  szybki  kasków  bezustannie  przystosowują  się  do  zmian  oświetlenia.  Jedynie  cienie
przesuwające się po morskiej tafli mówiły jej, że słońce wyszło zza płaszcza chmur.
       - Ojoj, śledzą nas! - rozbawiony Bonnard nagle spoważniał.
       Z głębin co chwila wyskakiwały ogromne cielska i z pluskiem zwalały się na cień,
który ślizgacz rzucał na wodę.
       - Dobrze, że lecimy przed nimi - wykrztusiła cichutko Cleiti.
              -  Toż  to  największe  dziwactwo,  jakie  w  życiu  widziałem!  -  Bonnard  był  tak
wstrząśnięty, że Varian mimowolnie odwróciła się do niego.
       - Co takiego, Bonnard?
       - Nie umiem powiedzieć. Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałem, Varian.
       - Kamery były na to skierowane?
       - Na to nie - powiedziała przepraszająco Terilla. - Były ustawione na ptaki.
       - W porządku, ja się tym zajmę, Ter. Wiem, na co je skierować. - Bonnard wepchnął
się na stanowisko Terilli, która bez sprzeciwu ustąpiła mu miejsca.
       - To było coś jak szmat płótna, Varian - Bonnard opowiadał, spoglądając uważnie
przez  rufę  ślizgacza.  -  Jego  brzegi  zatrzepotały,  a  potem...  potem  jakby  zwinęło  się
wokół siebie! O! O! Następny!
       Dziewczynkom wyrwał się krótki jęk obrzydzenia zmieszanego ze strachem. Varian
odwróciła  się  w  fotelu.  Spostrzegła  coś  szarobłękitnego,  co,  zgodnie  ze  słowami
Bonnarda, trzepotało jak żagiel na porywistym wietrze. Zauważyła też dwa wyraźniejsze

background image

punkty  wyrastające  gdzieś  w  połowie  długości  (może  były  to  kleszcze?);  stworzenie
trzepneło  jednym  końcem  o  drugi  i  skryło  się  w  otchłani  z  większym  łopotem  niż
bulgotem, jak to ujęła Cleiti.
       - Jakiej wielkości to było, Bonnard?
       - Z metr po jednej i drugiej stronie, ale wciąż się wiło, więc nie wiem. Udało mi się
złapać  jego  ostatni  skok.  Ustawiłem  szybkość  kamery  o  połowę  wyżej,  wiec  możesz
obejrzeć nagranie, jeśli chcesz więcej szczegółów.
       - Świetnie to wymyśliłeś, Bonnard - przyznała z uznaniem Varian.
       - Jeszcze jeden! Rany! Patrzcie! Ależ ma tempo!
       - Wolę nie patrzeć - oświadczyła Terilla. - Skąd on wie, że tu jesteśmy? Nie widzę
ani oczu, ani czułków, ani nic takiego. Nie może przecież dostrzegać cienia.
       - Może te falujące brzegi to sonar? - zasugerował Bonnard.
       - Funkcjonowałyby jedynie pod wodą - odparła Varian. - Być może dowiemy się, w
jaki  sposób  nas  dostrzegło,  kiedy  obejrzymy  nagrania.  To  doprawdy  interesujące.
Ciekawe, czy to, co spostrzegłam, to kleszcze. I to dwie pary?
       - To źle? - Bonnard wychwycił nutę zakłopotania w jej głosie.
              -  Wcale  nie  źle,  Bonnard,  tylko  parszywie  nielogicznie.  Ptaki,  roślinożerne  i
drapieżniki  należą  do  pieciopalczastych,  co  bynajmniej  nie  jest  niczym  niezwykłym  w
ewolucji. Ale dwa paluchy na bocznym kołnierzu?
       - Widziałam raz takie długachne ptaszydła - Cleiti radośnie przyszła z pomocą. -
Były  na  metr  długie  i  poruszały  się,  falując.  Nie  miały  nóg,  ale  potrafiły  płynąć  w
powietrzu godzinami.
       - To pewnie było na planecie o słabym ciążeniu? - zgadła Varian.
              -  Dokładnie,  Varian,  i  o  niewielkiej  wilgotności!  Uwaga  Cleiti  rozbawiła
wszystkich.
              Słońce  ponownie  skryło  się  za  chmury  i  jak  w  każde  południe  natychmiast  spadł
rzęsisty kapuśniak.
       - Rozwój palców jest istotny w ewolucji, prawda, Varian? - zapytał Bonnard.
              -  Nawet  bardzo.  Weź  takie  inteligentne  stworzenia  jak  nasze  ptaki.  Dopóki  nie
nauczą się posługiwać narzędziami, nie będą miały większych szans, by zapanować nad
pozostałymi gatunkami.
       - Ale złote ptaki chyba miały szansę? - powiedział Bonnard z uśmiechem.
       - Owszem, Bonnard, miały - przyznała, śmiejąc się, Varian.
              -  Słyszałem,  że  były  w  Dolinie  Przesmyku,  po  trawę  -  chłopak  ciągnął  dalej.  -
Myślisz, że potrzebowały właśnie tego gatunku trawy, by zrobić sieci?
       - Tam, gdzie znaleźliśmy Dandy, było mnóstwo grubej i twardej trawy, a poza tym
ptaki miałyby tam o wiele bliżej - wtrąciła Cleiti.
       - Masz rację, Cleiti. Przypuszczam, że potrzebują trawy z doliny raczej ze względu
na jej wartości odżywcze.
       - Wzięłam parę roślinek z lasku owocowego, Varian - oznajmiła Terilla.
       - Naprawdę? To świetnie! Będzie można przeprowadzić najprawdziwsze naukowe

background image

badania. Ale z ciebie mądra bestia, Terilla - powiedziała Varian z uznaniem.
              -  Wcale  nie,  wiesz,  że  kochani  rośliny...  -  odparła  skromnie  dziewczynka.  Jej
policzki zarumieniły się od pochwały Varian.
              -  W  porządku.  Wycofuję  to,  co  powiedziałem  o  twoich  idiotycznych  roślinach  -
oświadczył Bonnard nadzwyczaj wielkodusznie.
       - Och, tak chciałabym sprawdzić, jak dojrzałe są ich młode - powiedziała Varian,
przyglądając się od paru minut w milczeniu osobliwym zwyczajom złotych stworzeń.
              -  Dojrzałe?  Ich  młode?  Hm,  czy  jedno  nie  przeczy  drugiemu?  -  Bonnard  musiał
wtrącić swoje trzy grosze.
       - Raczej nie. Człowiek rodzi się niedorosły...
       - Ojej, wszyscy tak się rodzą, inaczej nie byliby mali... - zachichotała Cleiti.
       - Nie chodzi mi o wiek, Cleiti. Mam na myśli umiejętności. Zobaczymy, czy dałoby
się porównać was, dzieci baz kosmicznych...
       - Ja przez pierwsze cztery lata mieszkałam na planecie - obruszyła się Terilla.
       - Doprawdy? Na której?
       - Na Arthos w grupie Aurigae. Byłam też na dwóch innych przez kilka miesięcy.
       - A jakie widziałaś zwierzęta na Arthos? - zapytała Varian. Bardzo dobrze znała
odpowiedź,  lecz  Terilla  tak  rzadko  dzieliła  się  z  nimi  jakimikolwiek  informacjami  na
swój temat - lub też po prostu nieczęsto miała szansę odezwać się w towarzystwie tak
zaborczych i agresywnych osobowości jak Cleiti i Bonnard. Należało więc wykorzystać
okazję i pociągnąć ją trochę za język.
       - Mieliśmy krowy mleczne, czworonożne psy i konie. Były też sześcionogie psiaki,
lisowate, kantelupy i wilczojady.
              -  Widzieliście  kiedyś  krowy  albo  psy?  Albo  konie?  Bonnard?  Cleiti?  -  Varian
zwróciła się do reszty załogi.
       - Jasne!
       - W takim razie wiecie, że krowy i konie rodzą młode, które już w pół godziny po
narodzeniu potrafią stanąć na nogach o własnych siłach, a jeśli zajdzie potrzeba, biec za
swoją matką. Oznacza to, że rodzą się dojrzałe i w pewnym sensie wyczulone na bodźce
zewnętrzne,  gotowe  instynktownie  na  nie  zareagować.  Wy  i  ja  urodziliśmy  się  bardzo
maleńcy i fizycznie niedojrzali. Nasi rodzice lub opiekunowie musieli nas nauczyć jeść,
chodzić, biegać, mówić, troszczyć się o siebie.
              -  I  co  w  związku  z  tym?  -  Bonnard  słuchał  w  skupieniu,  niecierpliwie  czekając
konkluzji.
       - W związku z tym konie i krowy nie uczą się wiele od swych rodziców, ponieważ
nie muszą nabyć tylu umiejętności i być tak wszechstronnie przystosowane. Tymczasem
nasze niemowlaki...
              -  ..  .muszą  uczyć  się  zbyt  wiele,  zbyt  szybko  i  zbyt  dobrze,  no  i  bez  końca  -
dokończyła  Cleiti  z  tak  przesadnym  westchnieniem  rezygnacji,  że  Varian  parsknęła
śmiechem.
       - I co chwila aktualizować połowę z tego, czego się nauczyły, zgodnie z nowymi

background image

informacjami - dodała ze współczuciem. - Główną zaletą istot ludzkich jest to właśnie,
że  się  uczą.  Są  przez  to  umysłowo  elastyczne  i  potrafią  się  przystosować,  często  do
okropnych warunków...
       - ...jak na przykład ten smród tutaj - rzucił zgryźliwie Bonnard.
              -  Dlatego  więc  interesuje  mnie  stopień  dojrzałości  młodych  ptaków  w  chwili
narodzin - Varian doprowadziła nareszcie wyjaśnienia do końca.
       - Są pewnie jajorodne, co? - spytał chłopiec.
       - Nawet więcej niż pewnie. Nie wyglądają na jajo-żyworodne... Są zbyt ciężkie, by
matka mogła je nosić choćby przez króciutki okres... Nie, nie... Przypuszczam, że muszą
być  jajorodne.  Wylęgają  się  opierzone,  jeszcze  długo  niezdolne  do  latania.  To
wyjaśniałoby  również  ich  rybackie  obyczaje.  Wspólnymi  siłami  łatwiej  wyżywić
wiecznie głodne potomstwo.
       - Hej, Varian, popatrz! - wrzasnął Bonnard, który ani na chwilę nie odrywał wzroku
od  szyby.  -  Nadchodzą  zmiennicy!  Rany!  Pełna  organizacja!  Nigdy  nie  widziałem  tak
sprawnej zmiany. Głowę daję, że te ptaki to najinteligentniejsze stworzenia na Irecie!
       - To całkiem prawdopodobne, lecz nie wolno ci wyciągać pochopnych wniosków -
uprzedziła Varian. - Dopiero zaczęliśmy rozglądać się po tej planecie.
       - Mamy zamiar przebadać ją całą? - Bonnard był przerażony.
              -  Ach,  wiesz,  przebadamy  tyle,  ile  zdołamy  w  czasie  pobytu  tutaj  -  odparła
zdawkowo. A jeśli zostaną tu na zawsze? pomyślała. - Pomijając zapach, Ireta nie jest
najgorszym miejscem. Bywałam w o wiele paskudniejszych.
       - Nie przeszkadza mi aż tak ten fetor... - zaczął Bonnard, na wpół usprawiedliwiając
się, na wpół broniąc.
       - Ja już go nawet nie zauważam - oznajmiła Terilla.
       - ...przeszkadza mi natomiast deszcz - ciągnął Bonnard, ignorując zupełnie uwagę
dziewczynki - i ciemności.
       W tej samej chwili zaświeciło słońce.
       - Sądzisz, że uda ci się jeszcze raz powtórzyć tę sztuczkę, gdy brak słońca znów da
się nam we znaki? - rzuciła Varian z uśmiechem.
       Dziewczynki zachichotały.
       - Jakżeż bym chciał!
              Słoneczne  promienie  wyrysowały  zniekształcony  cień  ślizgacza  na  powierzchni
wody.  Ryby  -  duże  i  małe  -  wściekle  burzyły  spokojną  toń,  na  próżno  goniąc  za
nieosiągalnym cieniem. Varian kazała Bonnardowi zarejestrować te szaleńcze ataki, by
móc  się  potem  im  bliżej  przyjrzeć.  To  ułatwi  skatalogowanie  podwodnych  form  życia,
stwierdziła.
       - Pływałem raz w oceanie, gdy zeszliśmy na ląd, w Boston-Betelgeuse - powiedział
Bonnard, kiedy i słońce, i drapieżne ryby odmówiły im dalszego towarzystwa.
       - W życiu byś mnie nie przyłapał na taplaniu się w takim bagnie! - fuknęła Cleiti,
wskazując na wodę poniżej.
       - Ja nie, ale coś innego na pewno.

background image

       - Co ty bredzisz?
       - Złapałoby cię, głuptaku!
       - A! - Cleiti zrozumiała dowcip Bonnarda. - Zabawny jesteś!
       Spośród chmur wyłoniły się kolejne ptaki. Odebrały sieć od niosących ją dotąd, a te
natychmiast przyspieszyły i ulotniły się w mgnieniu oka, jakby szczęśliwe, że uwolniono
je  od  ciężaru.  Konwój  wzmocniony  posiłkami  nabrał  szybkości  i  skierował  się  nieco
bardziej na wschód, w stronę najwyższych wzniesień. Wbrew przypuszczeniom Varian,
nie musiały więc pokonać całego morza, by dotrzeć do domu.
              - Aha!  Mam  je!  To  tam  się  udają!  -  syknął  Bonnard  zachwycony.  -  Na  szczycie
tamtego urwiska jest ich więcej, a cała ściana jest jak sitko. Same jaskinie!
              -  Mieszkają  w  jaskiniach,  by  nie  zwilgotniała  im  sierść,  no  i  żeby  ich  małe  były
bezpieczne  przed  morskimi  drapieżnikami  -  stwierdziła  Terilla  głosem  nie  znoszącym
sprzeciwu.
       - Ptaki mają pierze, matołku! - poprawił z pobłażaniem Bonnard.
       - Nie zawsze - przyznała rację dziewczynce Varian. - Złote ptaki mają raczej sierść,
która u pewnych gatunków jest odmianą upierzenia.
              -  Może  wylądujemy,  żeby  się  ostatecznie  przekonać?  -  spytał  Bonnard,  wyraźnie
wymawiając wyrazy, by każdy zrozumiał jego dowcip.
       Cleiti trzepnęła go przez ramię, a Varian jęknęła płaczliwie, kręcąc głową.
       - Nic z tego, w tej chwili lądowanie nie wchodzi w rachubę. Nie należy zbliżać się
do  zwierząt,  kiedy  jedzą  -  powiedziała.  -  Mogą  być  niebezpieczne.  Wiemy  już,  gdzie
złote ptaki mają swoje siedlisko. Wystarczy, jak na jeden dzień.
              -  Nie  moglibyśmy  im  się  choć  przypatrzyć  z  góry?  To  im  chyba  w  niczym  nie
przeszkodzi... - Bonnard nie dawał za wygraną.
       - Owszem, to dałoby się zrobić.
              Coraz  więcej  złotych  stworzeń  wynurzało  się  z  licznych  szczelin  i  jam,  którymi
usiane było urwisko. Pełne wdzięku wzbijały się na szczyt, który z tego, co spostrzegła
Varian,  tworzył  względnie  płaską  równinę  na  przestrzeni  jakichś  pięciuset  metrów,  by
potem opadać w dół dzikimi stromiznami usłanymi głazami.
       - Jestem ciekaw, co one teraz zrobią... - myślał głośno Bonnard. - Sieć jest za duża,
by upchnąć ją w którąś ze szczelin... Jeju! - wyrwało mu się, gdy wszystkie ptaki, jakby
w odpowiedzi na jego pytanie, porwały sieć ponad urwisko i nieoczekiwanie puściły ją
z jednej strony, rozsypując ryby po płaskowyżu.
       Zlatywały się teraz ze wszystkich kierunków. Niektóre lądowały, by z nieznacznie
rozpostartymi  skrzydłami,  niezgrabnym,  kaczkowatym  krokiem  podejść  do  zwałów
lśniących  ryb.  Inne  pikowały  energicznie,  błyskawicznie  napełniały  łupem  torby
przydziobowe  i  zaraz  znikały  w  jaskiniach.  W  całym  tym  zamieszaniu  nie  zdarzyło  się,
by  któreś  sprzeczały  się  o  najsmakowitsze  kąski.  Bywały  natomiast  chwile,  że  ptaki
grymaśnie przebierały w rybach.
              -  Zmień  ostrość  wizjera,  Bonnard  -  zawołała  Varian.  -  Chcę  zobaczyć,  co
odrzucają...

background image

       - Te frędzlowate stwory... Małe...
       - Może dlatego dorosłe osobniki nas goniły. - Terilla spojrzała na Bonnarda. - Ptaki
porwały ich młode...
       - Bzdura! - Bonnard skwitował jej pomysł z całą pogardą, na jaką było go stać. -
Frędzlaki  nie  mają  oczu,  że  o  mózgach  nie  wspomnę.  Jak  mogłyby  się  bawić  w
sentymenty w stosunku do młodych?
       - Nie wiem. Ale nie mamy pewności, że nie mogą. Ryby miewają uczucia. Czytałam
gdzieś... - Terilla upierała się przy swoim.
       - Phi, czytałaś... - głos Bonnarda stanowczo nakazywał dziewczynce milczenie.
              Varian  odwróciła  się  w  ich  stronę,  obawiając  się,  że  postawa  Bonnarda  sprawi
dziewczynce przykrość, zwłaszcza że jego lekceważący ton nie był niczym uzasadniony.
Tymczasem Terilla nie wyglądała na szczególnie przejętą. Varian postanowiła w duchu,
że weźmie Bonnarda na stronę i przywoła go do porządku, zaraz jednak zwolniła się z
danej sobie obietnicy. Ostatecznie, pomyślała, dzieci wszelkich gatunków same najlepiej
rozwiązują problemy między sobą.
       Teraz i ona zerknęła przez teleskop, by przyjrzeć się odrzuconym częściom połowu.
              -  Niektóre  wodne  zwierzęta  są  zdolne  do  czegoś  w  rodzaju  wierności  i
przywiązania  do  przedstawicieli  swojego  gatunku  -  zaczęła  -  jednak  sądzę,  że  nasze
ofrędzlone  płaszczaki  są  na  to  zbyt  prymitywne.  Składają  pewnie  tony  ikry,  by  parę
młodych  mogło  dotrwać  do  wieku  dojrzałego,  oczywiście  po  to  tylko,  by  się  dalej
rozmnażać. Hm - ciągnęła wykład - a przecież nie wchodzą w skład ptasiego menu. Nie
mówiąc  już  o  jadłospisie  tych  kolczastych  istotek.  Bonnard,  pomagałeś  przecież
Trizeinowi i Divisti, przyjrzyj się teraz dobrze! Widziałeś może już któreś z nich pośród
próbek, które im przekazaliśmy?
       - Niiiee... Widzę je po raz pierwszy.
       - Oczywiście, w końcu pobieraliśmy próbki wyłącznie z większych oceanów...
              Na  płaskowyżu  nie  było  już  widać  prawie  żadnego  ptaka.  Pozostały  jedynie
odrzucone sztuki z ich połowu, by zgnić na wiecznym deszczu.
       - Varian, zobacz! - wrzasnął Bonnard, znów przyklejony do szyby. - Zobacz!
       Wymachiwał ręką ponaglająco i z takim entuzjazmem, że Varian musiała odepchnąć
go nieco na bok, by nie zasłaniał jej widoczności. Jeden z małych płaszczaków poruszył
się  w  charakterystyczny  dla  swego  gatunku  sposób  -  kurcząc  się  z  jednej  strony  i
przekoziołkowując  z  trzaskiem.  Spostrzegła  teraz,  co  tak  zaintrygowało  chłopca  -  poza
wodą,  naturalnym  środowiskiem  zwierzęcia,  jego  szkielet  rysował  się  wyraźnie  przez
skórę. Widać było jak na dłoni stawy w każdym rogu stworzenia, które poruszało się na
zasadzie deformacji równoległoboku. Zwierzę przesunęło się raz i drugi, by zastygnąć w
bezruchu.  Nawet  otaczające  jego  ciało  frędzle  nie  falowały  już  więcej.  Varian
zastanawiała się, jak długo było w stanie przeżyć bez wody. Może było wyposażone w
dwudzielny układ oddechowy, skoro tyle czasu utrzymało się przy życiu z dala od swego
naturalnego  środowiska?  Czyżby  wychodziło  właśnie  z  ewolucyjnej  fazy  wodnej  i
rozpoczynało podbój lądu?

background image

       - Nagrałeś to, mam nadzieję? - Varian zwróciła się do Bonnarda.
              -  Oczywiście,  od  momentu,  w  którym  zaczęło  się  poruszać.  Sądzisz,  że  oddycha
tlenem?
       - Liczę na to, że nie - wtrąciła się Cleiti. - Wolałabym nie nadziać się na taką mokrą
szmatkę w ciemnym, dżdżystym lesie. - Wzdrygnęła się, zaciskając mocno powieki.
       - Ja też nie - przyznała Varian z głębi serca.
       - Może to całkiem przyjacielskie stworzonko? Przynajmniej gdy nie jest głodne? -
zasugerowała nieśmiało Terilla.
       - Wyobraź sobie: wilgotne, obślizgłe frędzelki owijają się wokół ciebie i duszą cię,
o tak... - Bonnard wił się i skręcał, prezentując swą przerażającą wizję.
              -  Nie  byłoby  w  stanie  wokół  mnie  się  owinąć  -  odparła  Terilla,  bynajmniej  nie
wzruszona spektaklem. - Nie zgina się w połowie, tylko po brzegach.
              -  Ojej,  już  się  w  ogóle  nie  rusza...  -  rzucił  nagle  Bonnard  zawiedzionym  i
wyjątkowo smutnym głosem.
              -  Skoro  mowa  o  poruszaniu  się  -  zaczęła  Varian,  zerkając  w  stronę  jedynego
jaśniejszego punktu na poszarzałym niebie - mamy zachód słońca.
       - Po czym to niby poznałaś? - spytał Bonnard sarkastycznie.
       - Spojrzałam na chronometr - odcięła się Varian. Cleiti i Terilla zachichotały.
              -  Może  wylądujemy  teraz  i  przyjrzymy  się  bliżej  ptakom?  -  zaproponował  pełen
tęsknoty Bonnard.
       - Zasada numer jeden: nie przeszkadzaj zwierzętom, gdy jedzą. Zasada numer dwa:
nie  zbliżaj  się  do  zwierząt,  jeśli  nie  znasz  dobrze  ich  zwyczajów.  To,  że  dotąd  nie
dobrały się nam do skóry, nie oznacza wcale, że nie są równie groźne jak pustogłowe,
ograniczone drapieżniki.
       - To nigdy nie będziemy obserwować ich z bliska? - Bonnard nie mógł się z tym
pogodzić.
       - Oczywiście, że będziemy, lecz dopiero, gdy zastosujemy się do zasady numer dwa.
Stąd też dzisiaj odpada. Poza tym, mam odstawić ślizgacz Kaiowi.
       - Będę mógł wtedy z tobą polecieć? - zapytał chłopiec.
       - To jest możliwe.
       - Obiecujesz? - rozchmurzył się.
       - Nie, nie obiecuję. Powiedziałam tylko, że to jest możliwe, Bonnard, i to właśnie
miałam na myśli. - Varian była nieugięta.
       - Nigdy się niczego nie nauczę, jeżeli wreszcie nie pozwolicie mi zrobić czegoś w
terenie, z dala od tych przeklętych ekranów i... - oburzył się.
       - Jeśli wróciłbyś do swojej mamy w niezupełnie kompletnym stanie tylko dlatego, że
zasmakowałby  w  tobie  jakiś  płaszczak  albo  ptak,  dałaby  nam  takiego  łupnia,  że  byśmy
się nie pozbierali. Więc siedź cicho, dobrze?
              Varian  przybrała  ostrzejszy  ton  niż  zwykle.  Po  prostu  jego  upór,  jego
przeświadczenie,  że  wystarczy  się  nieco  powdzięczyć,  poprzymilać,  a  jego  życzenie
zostanie zaraz spełnione, wszystko to zdenerwowało ją nieoczekiwanie. Z drugiej strony

background image

rozumiała  bardzo  dobrze  jego  poirytowanie  ciągłymi  zakazami,  ograniczeniami,
restrykcjami... 

Wychowankom 

baz 

kosmicznych 

planety 

dawały 

złudzenie

bezpieczeństwa, ponieważ wszystko, co mogło zagrozić w kosmosie, pozostało wysoko,
ponad  grubą  na  wiele  mil  atmosferą.  Na  statku  od  tragedii  dzieliła  ich  jedynie  licha
metalowa  łupina,  w  której  byle  dziurka  oznaczała  śmierć.  Nie  ma  łupiny,  nie  ma
niebezpieczeństwa, upraszczając.
       - Bądź tak dobry, Bonnard, i przejrzyj nagranie. Chciałabym wiedzieć, czy udało
nam  się  zrobić  parę  przyzwoitych  zdjęć  płaszczakom  -  poprosiła  go  po  długim,  bardzo
długim  milczeniu,  buntowniczym  z  jego  strony,  nieustępliwym  z  jej.  -  Muszę  coś
sprawdzić  z  Trizeinem  zaraz  po  powrocie  do  obozu.  Kurczę,  szkoda,  że  nie  mamy
dostępu do banku danych BO.
       Po kolejnej, dłużącej się chwili ciszy, przerywanej tylko stłumionym szumem wartko
przewijanych taśm, przemówił Bonnard:
              -  Wiesz,  Varian,  te  ptaki  przypominają  mi  coś,  co  już  gdzieś  kiedyś  widziałem.
Niemal pamiętam nalepkę na kasecie...
       - Na której kasecie?
       - Zwykłe zdjęcia, Varian, nic takiego...
       - Mnie też coś przypominają, Bonnard, lecz ja również w żaden sposób nie potrafię
odszukać w pamięci, co - przyznała Varian.
       - Moja mama powiada, że jeśli ma się jakiś problem, powinno się go przespać, a
rozwiązanie znajdzie się samo - rzekła Terilla.
       - Dobry pomysł, Terilla - przytaknęła Varian. - Zrobię tak i ty lepiej też, Bonnard.
Ale, ale! Znów jesteśmy na nowym terenie. Wszyscy na stanowiska!
       Udało im się oznaczyć kilka przysadzistych przeżuwaczy, dostrzec parę mniejszych
ssaków  podobnych  do  Dandy  i  zaskoczyć  kilka  stad  padlinożerców  przy  "pracy".
Wrócili  na  teren  złóż  uranitytów  wkrótce  po  tym,  gdy  "mrok  skrzepł  już",  jak  wyraziła
się Terilla. Kai w towarzystwie Dimenona i Margit czekał ze sprzętem, który miał być
przetransportowany ślizgaczem.
              -  To  naprawdę  bogate  złoże  -  powiedział  na  powitanie  Dimenon.  Wyglądał  na
bardzo  zmęczonego  i  jednocześnie  bezgranicznie  szczęśliwego.  Zaraz  też  zaczął
zasypywać Varian szczegółami, urwał jednak i zwrócił się w stronę Kaia.
       - W następnej dolinie też dostrzegliśmy pokłady, równie rozległe i bogate - oznajmił
Kai. Jego spoconą, umorusaną twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.
       - I pewnie w następnej też dostrzeżemy - westchnęła znużona Margit. - Na szczęście
ta może poczekać do jutra.
       - BO powinna zaopatrzyć nas przynajmniej w jeden zdalnie sterowany skaner, Kai -
powiedział  Dimenon,  pomagając  załadować  sprzęt  do  ślizgacza.  Varian  odniosła
wrażenie, że jest to ciąg dalszy jakiejś dyskusji.
              -  Zgłosiłem  zapotrzebowanie  na  jeden,  zwykły,  standardowy.  Ci  z  zaopatrzenia
powiedzieli  mi,  że  niestety  nie  mają  żadnego  na  składzie.  Przypomnij  sobie,  obok  ilu
obiecujących systemów planetarnych przeszliśmy w zeszłym roku.

background image

       - Jak sobie pomyślę o tej całej harówce, której by nam zaoszczędzono...
       - Bo ja wiem - przerwała Dimenonowi Margit, upychając do ślizgacza zwój drutu -
zaharowujemy się tak samo, pracując na zdalnie sterowanym sprzęcie. Wiem, bo dzisiaj
nic  innego  nie  robiłam  -  jęknęła  -  i  czuję  to  wyraźnie  w  każdej  kosteczce  i  w  każdym
mięśniu, nawet w tych, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Jesteśmy słabeuszami, co
tu dużo gadać. Nie dziwmy się, że grawitanci z nas się naśmiewają.
              -  Grawitanci!  -  Dimenon  w  jednym  prostym  słowie  zawarł  całą  pogardę
wszechświata.
       Kai wymienił z Varian przelotne spojrzenie.
       - Wiem, że rano dręczył ich jakiś cholerny kac czy coś tam, ale po południu byłam z
Paskuttiego  naprawdę  zadowolona  -  Margit  ciągnęła  dalej,  pakując  się  do  ślizgacza.
Zajęła  miejsce  obok  Terilli.  -  Wsiadaj,  Di,  chcę  jak  najszybciej  spłukać  z  siebie  to
paskudztwo.  Mam  nadzieję,  że  nowy  preparat  Portegina  upora  się  z  fetorem  tutejszej
wody. Hydrotellurek nie dodaje ciału piękności. No, mały nicponiu, jak minął dzień? -
zwróciła się do Terilli.
       Natychmiast wywiązała się ożywiona rozmowa. Dzieciaki pytlowały bez przerwy,
Varian tymczasem, kierując ślizgacz do bazy, zatopiła się w rozmyślaniach, co też mogło
spowodować  tak  zjadliwą  reakcję  Dimenona.  Może  to  tylko  irytacja  wywołana
porannym  zachowaniem  grawitantów  i  rezultat  odkrycia  tak  bogatego  złoża?  Trzeba
będzie zapytać Kaia. Nie chciała, by jego zespół darł koty z jej drużyną; sama z czystym
sumieniem  mogła  przyznać,  że  grawitanci  byli  dziś  mniej  wydajni.  A  może  Dimenon
wciąż pieklił się o wczorajsze racjonowanie alkoholu?
       Każda wyprawa złożona z osób wychowanych w bazach kosmicznych i tych, którzy
wyrośli  w  warunkach  naturalnych,  niosła  ze  sobą  ryzyko  konfliktu,  stąd  też  BO
ograniczała  ilość  podobnych  ekspedycji  do  niezbędnego  minimum.  Wyprawa  na  Iretę
wymagała  jednak  tężyzny  grawitantów,  więc  Varian  i  Kałowi  nie  pozostawało  nic
innego, jak tylko rozwiązywać zaistniałe nieporozumienia i łagodzić antagonizmy.
              To  przygnębiało  nieco  Varian.  Komputer  był  w  stanie  podać  współczynnik
prawdopodobieństwa  dla  każdej  możliwej  sytuacji,  zwłaszcza  tak  dobry  komputer,  jak
ten,  w  który  wyposażono  tę  misję.  Lecz  nawet  najlepszy  nie  mógłby  określić,  w  jaki
sposób  tak  nieoczekiwane  drobiazgi  jak  fetor  i  wprost  egipskie  ciemności  albo  ciągłe
opady  deszczu  wpłyną  na  usposobienie  członków  wyprawy,  ani  przewidzieć,  że  burza
kosmiczna pozbawi ich łączności z macierzystym statkiem. A już na pewno nie podałby
do  wiadomości  faktu,  że  planeta  umieszczona  na  liście  niezbadanych,  nieprzerwanie
dostarczać będzie dowodów poprzednich badań, nie wspominając już w ogóle o takich
anomaliach,  jak  chociażby...  Z  drugiej  strony,  jeśli  rzeczywiście  na  Iretę  zawitała  już
kiedyś jakaś ekspedycja, rozważała Varian, być może rozwój pięciopalczastych zwierząt
czy wodne organizmy poruszające się na zasadzie łamania równoległoboku były całkiem
prawdopodobne! Tylko które zjawisko było rodzime? Na pewno nie oba!
       Złote ptaki, zmuszone szukać trawy tak daleko od swego naturalnego środowiska?
Varian od razu wróciła werwa.

background image

              Jeśliby  ptaki,  myślała,  stworzenia  pięciopalczaste,  nie  były  formami  tubylczymi,
wówczas ani roślinożerne, ani drapieżne zwierzęta, na które natrafili na Irecie, również
nie mogły być rodzimymi organizmami! Nie ma więc mowy o anomaliach: to są zagadki.
Jak? Kto? Czyżby Inni? Nie, wszystko, tylko nie wszędobylscy Inni. Oni przecież niszczą
każdy przejaw życia. Jeśli w ogóle istnieją, oczywiście.
       Thekowie powinni wiedzieć coś o poprzedniej ekspedycji. Gdyby Kai zdołał ich
zmusić do przypomnienia sobie... Do pioruna! Sama przeprowadzi najbliższą rozmowę,
byle się dowiedzieć! Niech tylko powie o tym Kałowi!

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

       Kai miał tyle samo powodów do rozmyślań, co i Varian. Po pierwsze, "pozbył" się
właśnie kilku niezastąpionych akcesoriów, które Paskutti i Tardma nieopatrznie upuścili
w  przepaść.  BO  wyposażyła  go  w  minimalną  ilość  zapasowego  sprzętu  sejsmicznego,
poza  tym  akurat  po  grawitantach  niedbałości  spodziewał  się  najmniej.  Zazwyczaj
poruszali  się  tak  powoli  i  rozważnie,  że  unikali  większości  wypadków.  Tym  razem
jednak...  Kai  nie  miał  prawa  zabronić  im  pić  trunku  Lunzie,  ale  trzeba  ją  będzie
poprosić,  by  rozrzedzała  przeznaczone  dla  grawitantów  porcje.  Nie  mógł  sobie
pozwolić na więcej strat.
              Każda  wyprawa  mogła  oczywiście  ponieść  pewne  ubytki  w  sprzęcie  w  wyniku
nieprzewidzianych  zajść,  jednakże  każda  strata  powyżej  jasno  określonych  limitów
odbijała  się  niekorzystnie  na  stanie  osobistego  konta  dowódcy.  Niemniej  jednak,
bardziej  niż  ewentualne  cięcia  finansowe,  dręczyła  Kaia  sama  utrata  przyrządów,
ponieważ  była  wynikiem  jawnego  niedbalstwa.  Coś  takiego  irytowało  go.  Na  domiar
złego drażniła go własna irytacja, gdyż miał to być dzień tryumfu jego i całego zespołu -
osiągnęli cel, dla którego ich tutaj przysłano. Starał się więc zdławić w sobie negatywne
uczucia.
         Obok,  Gaber,  cały  w  skowronkach,  mełł  niemiłosiernie  ozorem.  Pierwszy  raz  od
wylądowania kartograf był w tak wyśmienitym nastroju. Berru i Triv omawiali kolejny
dzień  pracy.  Rozprawiali  o  kolorowych  jeziorach,  oczywiście  pod  kątem
prawdopodobnie  kryjących  się  w  nich  złóż  rudy.  Triv  narzekał  na  brak  zdalnie
sterowanego  sensora,  z  przyzwoitym  podświetlaczem  na  podczerwień,  który  zdołałby
przebić  się  przez  wszechobecne  chmury.  Wystarczyłby  tydzień  rejestracji  na  orbicie
planetarnej i robota byłaby z głowy.
       - W końcu mamy przecież nagrania z sondy - zaoponowała Berru.
              -  Która  dokonała  jedynie  pomiarów  lądu  i  głębokości  oceanów.  -  Triv  wzruszył
ramionami.  -  Żadnej  ostrości,  żadnej  podczerwieni,  by  spenetrować  wieczną  warstwę
chmur.
              -  Przed  lądowaniem  domagałem  się  stosownego  satelity  -  wtrącił  Gaber  z  nutą
rozdrażnienia w głosie.
              -  Ja  też  -  dodał  Kai.  -  Powiedziano  mi,  że  nie  ma  odpowiednich  na  składzie  i
będziemy musieli zrobić wszyściutko sami, wytężoną pracą.
       - To chyba kryterium obowiązujące podczas naszej wyprawy - rzekł Gaber, rzucając
Kaiowi szelmowskie spojrzenie. - Zdobywać wszystko wytężoną pracą.
       - Sflaczałeś, Gaber, ot co - prychnął Triv. - Na statku za mało czasu spędzałeś w
siłowni. Szczerze mówiąc, sam traktuję tutejsze warunki jako wyzwanie. I ze mnie zrobił

background image

się  mięczak.  Taka  podróż  przyda  się  nam  wszystkim.  Tak,  tak.  Zepsuł  nas  system
"naciśnij  przycisk".  Trzeba  wrócić  do  natury,  zmusić  krew  do  krążenia,  rozruszać
ścięgna... aać...
       - Pooddychać głęboko śmierdzącym powietrzem? - zasugerował Gaber, kiedy Triv,
porwany własną elokwencją, zakrztusił się nadmiarem słów.
       - Co ty, Gaber? - odgryzł się zaraz. - Znów zgubiłeś filtr?
       Nietrudno było dokuczyć Gaberowi, więc Triv ciągnął swoją orację, pokpiwając
nieprzerwanie z kartografa. Zamilkł dopiero, gdy Kai skierował ślizgacz w wąską dolinę
między  wzgórzami,  za  którymi  mieścił  się  obóz.  Kai  udał,  że  nie  dostrzegł  spojrzenia
Gabera,  choć  myśląc  kategoriami  kartografa,  "wytężona  praca",  o  której  mówili  w
zaopatrzeniu,  mogła  być  zapowiedzią  ich  porzucenia,  co  eufemistycznie  nazwano  by
"zasiedleniem".  Wyjaśniałoby  to,  dlaczego  skreślono  mu  pół  listy  zamówień.  Zdalnie
sterowane  sensory  są  zbyt  drogie,  by  obdarowywać  nimi  byle  planetarną  kolonie.
Chociaż,  jeśli  kolonia  miała  być  samowystarczalna,  na  pewno  wyposażono  by  ich  w
jakiś sprzęt górniczy, by mogli wydobywać i fryszować  metale  potrzebne  do  stawiania
zabudowań i produkcji części zamiennych, choćby do ślizgaczy. Byłby też... "Wszystko
da  się  zrobić  wytężoną  pracą"  -  słowa  urzędnika  złowieszczo  dźwięczały  Kaiowi  w
uszach. Najlepiej zrobi, jeśli uda się do Varian na długą pogawędkę, i to jak najszybciej.
       Jednakże zakładając, że ekspedycja była autentycznym przedsięwzięciem - w końcu
pilne  zapotrzebowanie  na  transuranowce  stało  się  już  cechą  gatunkową  PS  -  wówczas,
jeśli  nawet  nie  ich  rodzima  ARTC10  BO,  ktoś  inny  przejmie  wiadomość  z  satelity  i
zdecyduje się wylądować na Irecie, by zająć się eksploatacją złóż nader ważnej rudy i
minerałów,  a  przy  okazji  ich  uratuje.  Taka  pozytywna,  bądź  co  bądź,  perspektywa  od
razu  dodała  Kaiowi  otuchy,  toteż  resztę  podróży  poświęcił  formułowaniu  depesz,
najpierw  do  Theków,  a  następnie  tej,  którą  postanowił  wysłać  kapsułą  kosmiczną.
Chociaż  nie.  Miał  tylko  jedną  kapsułę.  Dwa  złoża  rudy  to  jeszcze  niewystarczający
powód,  by  ją  ekspediować.  Przede  wszystkim  więc  skleci  komunikat  dla  Theków  o
starych  czujnikach  i  złożach  uranu.  Kapsułę  wyśle  się  wtedy,  gdy  zajdzie  istotna
potrzeba.  W  tej  chwili  nie  było  najmniejszego  powodu  do  alarmu,  poza  mglistymi
podejrzeniami starzejącego się kartografa.
       Ku zdziwieniu Kaia grawitanci, którzy wyruszyli sporo czasu przed nim, nie dotarli
jeszcze  do  obozu.  Pozostałe  ślizgacze  wróciły  już  bezpiecznie  do  bazy.  Dzieciaki,  pod
czujnym  okiem  Lunzie,  zasypywały  pieszczotami  Dandy.  To  właśnie  pod  pretekstem
opieki  nad  najmłodszymi  udało  się  Lunzie  wykręcić  od  spełnienia  natarczywych  próśb
Portegina  i  Aulii  o  większy  przydział  jej  cudownego  soku.  Kai  nie  dojrzał  nigdzie
Varian  ani  Trizeina  i  doszedł  do  wniosku,  że  są  pewnie  w  ksenochemicznym
laboratorium  w  wahadłowcu.  Nagle  pojawili  się  grawitanci.  W  zwartej  formacji
podchodzili do lądowania od północy. Północy? Kai ruszył natychmiast do Paskuttiego,
by  spytać  go  o  powody  tak  diametralnej  zmiany  trasy.  Nagle  jednak  z  wahadłowca
dobiegł  go  głos  Varian.  Była  czymś  tak  podekscytowana,  że  zaraz  pośpieszył  w  jej
kierunku, odkładając rozprawę z Paskuttim na potem.

background image

       - Kai, Trizein chyba już wie, dlaczego złote ptaki nie mogą się obyć bez trawy -
rzuciła, gdy był już dość blisko. - Ta zielenina zawiera mnóstwo karotenu... witaminy A.
Potrzebują go, by zachować dobry wzrok i pigmentację.
              -  Dziwne  tylko,  że  muszą  pokonywać  tak  ogromne  odległości,  żeby  zaspokoić
podstawowe potrzeby.
              -  To  potwierdzałoby  moją  hipotezę,  że  pięciopalczaste  nie  są  rodzimymi
mieszkańcami Irety.
              Kai  właśnie  unosił  nogę,  by  przekroczyć  luk.  Zamarł  w  takiej  pozycji  i  ledwie
zdążył złapać za boczne ścianki, by nie stracić równowagi.
       - Nie są rodzime? - powtórzył. - Co do wszystkich diab... Co masz na myśli? Muszą
być rodzime, przecież żyją tutaj!
       - Lecz stąd nie pochodzą - odparła Varian i gestem nakazała mu wejść wreszcie do
środka.  -  Co  więcej,  płaszczaki,  które  dziś  widziałam,  nie  są  wcale  stawonogami,  co
pasowałoby do odkrytych przez nas kręgowców, wiesz, roślinożernych, drapieżników, a
nawet ptaków.
       - Mieszasz to wszystko bez sensu.
              -  Nie  ja.  To  planeta.  Rzadko  kiedy  zwierzęta  zmuszone  są  wędrować  setki
kilometrów od swego naturalnego środowiska, by zdobyć konieczny pokarm. Zazwyczaj
podstawowe  elementy  diety  znajdują  w  okolicy,  którą  zamieszkują!  -  Varian
rozemocjonowała się.
       - Zaraz, zaraz. Chwileczkę, Varian. Pomyśl. Jeśli twoje maskotki stąd nie pochodzą,
musiały  być  tu  sprowadzone.  Kto...  -  Kai  zaciął  się.  -  Dlaczego  ktoś  miałby  chcieć
przesiedlić na Iretę zwierzaki wielkości tutejszych drapieżników czy twojej Mabel?
              Varian  przyjrzała  mu  się  uważnie,  jakby  oczekując,  że  sam  zna  odpowiedź  na
własne pytanie.
       - To ty powinieneś wiedzieć. Dostaliśmy już od nich cynk. Od Theków, ciemniaku -
dodała  nieco  opryskliwie,  gdy  Kai  milczał,  niewiele  rozumiejąc.  -  Nieodgadnieni
Thekowie. Byli już tutaj. To oni zostawili ten antyczny sprzęt.
       - To nie ma sensu, Varian.
       - To ma sens. Nawet sporo.
              - Aż  jakiego  to  niby  powodu  -  Kai  nie  dawał  za  wygraną  -  mieliby  coś  takiego
zrobić?
       - Pewnie już zapomnieli - odparła Varian, szczerząc zęby w figlarnym uśmiechu. -
Tak samo, jak nie pamiętają, że raz już badali Iretę.
              Dotarli  do  laboratorium  Trizeina.  Naukowiec  medytował  właśnie  nad
powiększonym obrazem jakiegoś włókna.
       - Oczywiście potrzebny byłby jeden z tych ptaszków, Varian, by przekonać się, czy
rzeczywiście  jest  mu  niezbędny  karoten  -  perorował,  jakby  w  ogóle  nie  spostrzegł,  że
Varian wyszła na moment z laboratorium.
       - Mamy już Mabel - odparła, wchodząc do środka - i małego Dandy.
       - Mamy w obozie zwierzaki? - Trizein aż zamrugał ze zdziwienia.

background image

       - Mówiłam ci przecież, Trizein - jęknęła Varian. - Preparaty, którymi zajmowałeś
się wczoraj i przedwczoraj...
       - A tak, teraz sobie przypominam - rzucił, choć było dla wszystkich jasne, że nie
przypomina sobie czegoś podobnego ni w ząb.
       - Mabel i Dandy raczej nie fruwają - zauważył Kai. - To zupełnie odmienne gatunki.
       - W rzeczy samej, szefie, lecz są pięciopalczaste, jak choćby kłacz, który również
nie potrafi obejść się bez trawy.
       - Mabel i Dandy są roślinożerne - Kai wykłócał się dalej - tymczasem drapieżniki i
złote ptaki nie są.
       Varian przez moment rozważała zastrzeżenie Kaia.
              -  Owszem,  jednak  ogólnie  rzecz  biorąc,  mięsożerne  czerpią  wystarczające  ilości
witaminy  C  z  mięsa.  -  Varian  pokiwała  bezradnie  głową.  -  W  takim  razie  kłacz  nie
musiałby  szukać  trawy  aż  w  dolinie.  Mabel  i  jej  krewniacy  dostarczaliby  mu  dość
witamin. Nic z tego nie łapię, przynajmniej na razie. Poza tym ptaki mogą mieć całkiem
inny powód zbierania tamtej trawy, jak zasugerowała mi dziś Terilla.
              -  Chyba  się  zgubiłem  -  oświadczył  Kai.  Wskazał  na  Trizeina,  który  zatopił  się
ponownie w swej pracy nad mikroskopem, zapominając zupełnie o ich obecności.
              -  Zrozumiesz,  gdy  obejrzysz  nasze  dzisiejsze  nagrania.  Chodź!  Idziesz,  czy  masz
może coś innego do roboty?
       - Komunikat dla Theków, ale najpierw przyjrzę się waszym taśmom.
       - A propos, Kai - zaczęła Varian, wychodząc za nim z laboratorium - w pobliżu złóż
uranitytu  nie  natrafiliśmy  na  żadne  zwierzęta,  które  mogłyby  sprawiać  jakieś  kłopoty.
Jeśli  rozłożycie  obóz  w  odpowiednim  miejscu,  najlepiej  na  wzgórzu,  i  zmontujecie
przyzwoity pas siłowy, twój zespół będzie mógł czuć się całkiem bezpiecznie.
       - To dobra wiadomość. Bynajmniej nie podejrzewałem, że zdołałabyś przestraszyć
kogoś swymi opowieściami o stadach kłączy, ale zawsze, wiesz...
       - Kłącze, jeśli chodzi o ścisłość, polują samotnie - odcięła się Varian.
              Dotarli  do  kabiny  pilota.  Varian  bezzwłocznie  umieściła  kasetę  w  odtwarzaczu,
przedstawiając  jednocześnie  konkluzje,  do  jakich  doszła.  Wyraziła  chęć,  by  przy
najbliższej okazji przyjrzeć się kolonii złotych ptaków bardziej dokładnie.
       - Jak dokładnie, Varian? - zapytał zaniepokojony Kai. - Są niemałe i o ile pamiętam,
mają  mocne  skrzydła.  Mogą  być  niebezpieczne.  Nie  miałbym  ochoty  paść  ofiarą  ich
dziobów.
       - Ani ja. - Uśmiechnęła się. - Załatwię to, Kai. Jeśli są tak inteligentne, jak na to
wskazują poszlaki, może uda mi się zbliżyć do nich bardziej, hm, osobowo.
       Kai zaczął gorąco protestować.
              -  Złote  ptaki  nie  są  głupie  jak  Mabel  -  Varian  uniosła  rękę,  by  go  uciszyć  -  ani
przerażone jak Dandy, albo groźne jak kłącze. Nie mogę zrezygnować z szansy poznania
skrzydlatego gatunku, który działa w tak zorganizowany sposób.
              -  Dobrze,  już  dobrze.  Tylko  nie  rób  nic  sama.  Zawsze  masz  mieć  przy  boku
grawitantów - nakazał z powagą.

background image

       - Jesteś prawdziwym przyjacielem! - wykrzyknęła. - A przy okazji, poprawiło im
się w ciągu dnia?
       - W życiu nie byli tak niezdarni. Owszem, zdarzało im się "zwalniać obroty", ale
nigdy  nie  zachowywali  się  jak  skończone  niedojdy.  Paskutti  i  Tardma  spuścili  w
przepaść  jeden  z  sejsmografów.  Nie  mam  ich  aż  tyle,  by  móc  sobie  tracić  je  ot,  tak,
jeżeli chcę zakończyć misję. - Kai potrząsnął głową, nie mogąc odżałować szkody. - Nie
winie  ani  siebie,  ani  ich,  lecz  to  najzwyczajniej  nieznośne.  Co  poczniemy  z  destylacją
owoców?  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  trunek  Lunzie  miał  na  nich  tak  tragiczny  wpływ,
tymczasem nam, istotom słabszym, nie sprawił większych problemów.
       - Może to nie wina trunku - zasugerowała Varian.
       - Co masz na myśli? Varian wzruszyła ramionami.
       - Tak mi się po prostu powiedziało. Nic konkretnego.
              -  Skonkretyzujmy  to  więc.  Niech  Lunzie  przeprowadzi  parę  badań.  To  może  być
alergia mutacyjna. Powiedz - zaczął po chwili zupełnie z innej beczki - czy miałaś dziś
dla grawitantów jakieś zadania? Na północy może?
              -  Na  północy?  -  powtórzyła  Varian.  -  Nie.  Cały  dzień  mieli  być  do  twojej
dyspozycji. Wróćmy jednak do złóż uranitytu. Jutro też zamierzasz tam pracować?
       Kai zaprzeczył ruchem głowy.
              -  W  porządku  -  ciągnęła  Varian.  -  W  takim  razie  wyślę  swój  zespół,  by
przeprowadzili  badania  terenu.  Zdaje  się,  że  mieszkają  tam  wyłącznie  mniejsze
zwierzęta, co, jak już mówiłam dzieciakom, nie świadczy bynajmniej, że są potencjalnie
mniej  groźne.  Jaki  teren  mielibyśmy  następnie  sprawdzić,  pod  kątem  przydatności  pod
obóz, ma się rozumieć?
              Kai  przywołał  na  ekran  komputera  mapę  Gabera,  z  naniesionymi  już  złożami
uranitytu i ciągiem starych czujników.
       - Skraj płyty - odparł - znajduje się jedynie dwieście kilometrów stąd na północny
wschód, tak że obędziemy się tam na razie bez dodatkowego obozu. Natomiast Portegin i
Aulia chcą spenetrować jeziora i pójść głębiej w niziny. Berru i Triv mają udać się na
zachód,  gdzie,  jak  wszystko  wskazuje,  mieści  się  rozległy  basen  kontynentalny.  Może
natrafią  na  złoża  ropy  naftowej.  Naturalnie  ropa  nie  jest  wielce  wydajnym  źródłem
energii, ale w surowym stanie znajdzie wielu odbiorców. Spróbowalibyśmy rafinować
część, by mieć zapasowe paliwo do...
       - Kai - Varian przypomniało się coś - czy ktokolwiek korzystał dziś rano z dużego
ślizgacza? Choćby przez chwilę?
              -  Tylko  żeby  dotrzeć  do  złóż.  Potem  ślizgacz  miał  wrócić  do  ciebie.  Dlaczego
pytasz?
       - Czas lotów jest o wiele dłuższy, niż powinien - wyjaśniła. - To dziadostwo nadaje
się teraz tylko do wymiany zasilania.
       - Co z tego? - Kai wzruszył ramionami.
       - Oj, nie wiem. Po prostu zazwyczaj nie popełniam błędów w cyferkach.
       - Varian, dość mamy problemów i bez wymyślania. Varian skrzywiła się.

background image

              -  Na  przykład  brak  łączności  z  BO  -  powiedziała.  -  Twój  zespół  będzie  pewnie
oczekiwał jakiegoś potwierdzenia...
              -  Ale  mamy  jeszcze  parę  dni,  zanim  wszystko  się  wyda  -  przypomniał  Kai  -  i
wykorzystamy każdy z nich.
              -  Jasne,  jasne.  Na  razie  możemy  ich  zwodzić.  Przy  okazji,  dzieciaki  okazały  się
niesamowicie  przydatne.  Zamawiam  je  na  swój  następny  lot...  Gdy  nie  będę  mieć  w
planach lądowania - dodała, widząc jak na zaskoczonej twarzy Kaia pojawia się wyraz
dezaprobaty.  -  Powinieneś  nawet  rozważyć  -  uśmiechnęła  się  chytrze  -  czy  nie  zabrać
czasem Bonnarda, gdy będziecie stawiać czujniki.
       - Chwileczkę, Varian...
       - Powiadają, że przedawkowanie leczy większość zachcianek.
       - Święta prawda - przyznał Kai. - Pomożesz mi poradzić sobie z komunikatem dla
Theków?
       - Niestety, przepraszam cię. Muszę uwolnić Mabel, rozmówić się z Lunzie i wziąć
przed  jedzeniem  kąpiel.  -  Varian  czym  prędzej  otwarła  luk.  - Ale  chętnie  przejrzę,  co
napiszesz.
       Zamierzył się, jakby chciał w nią czymś rzucić, lecz Varian, śmiejąc się, szybciutko
pierzchnęła.
              Godzinę  później  Kai  był  już  ostatecznie  przekonany,  że  Varian,  nawet  w
najgłębszym  dołku  intelektualnym,  skleciłaby  lepszy  komunikat.  W  każdym  razie  jego
dzieło zawierało to, co najważniejsze. Nalegał też na przekazanie pewnych informacji.
       Nadał depeszę, ustalając termin nawiązania łączności za dwa dni. Nie zostawiało to
Thekom  zbyt  wiele  czasu  do  zadumy,  toteż  Kai  tak  sformułował  pytania,  by  w
odpowiedzi wystarczyło zwięzłe "tak" i "nie", ewentualnie "czekać".
              Następny  dzień  nie  przyniósł  żadnych  niespodzianek.  Grawitanci  powrócili  do
formy.  Tardma  i  Tangeli  przeczesali  gęsto  porosłe  tereny,  na  których  Varian  z
dzieciakami  odkryła  niewielkie  zwierzęta.  Stworzenia  nie  raczyły  bynajmniej  pokazać
się przybyszom, jednak dzięki znalezionym szczątkom, nie pożartym jeszcze przez insekty
czy  padlinożerne,  udało  się  ustalić,  że  należą  do  mięsożernych,  prowadzą  nocny  tryb
życia i ze względu na nikłe rozmiary nie stanowią rzeczywistego zagrożenia. Co więcej,
mało prawdopodobne, by wybierały się w okolice przyszłego obozu pomocniczego, tak
daleko od swego terytorium.
              Kai  stracił  całe  popołudnie,  wybierając  z  Dimenonem  i  Margit  teren  pod  obóz.
Postanowili, że będą z niego korzystać również Portegin i Aulia podczas swych eskapad
na zachód.
       Lunzie szepnęła w zaufaniu Kałowi i Varian, że grawitanci powinni byli zachować
większą  odporność  na  działanie  jej  trunku  niż  inni.  Nie  pojmowała  ich  reakcji,  jednak
nie  pochwalała  racjonowania  im  napoju  ani  rozcieńczania  ich  porcji.  Oświadczyła,  że
nakaże  grawitantom  stawić  się  na  rutynowe  badania  kontrolne,  które,  zauważyła  przy
okazji,  przydałyby  się  każdemu,  i  przyjrzy  się  im  pod  kątem  skłonności  alergicznych  i
ewentualnych infekcji, których mogli się nabawić od chwili wylądowania.

background image

              Tego  wieczoru  Lunzie  dostarczyła  do  posiłku  dość  owocowego  napitku,  by
atmosfera  stała  się  nadzwyczaj  towarzyska.  Grawitanci  tym  razem  nie  pili  więcej  niż
inni,  śmiali  się  rzadko,  jak  mieli  w  zwyczaju,  i  opuścili  salę  razem  ze  wszystkimi.
Następnego  dnia  ich  sprawność  nie  była  ani  trochę  nadwątlona,  co  tylko  pogłębiało
tajemnicę ich zachowania tamtego wieczora.
       Kai skrupulatnie trzymał się wyznaczonej godziny nawiązania łączności z Thekami.
Varian, oczywiście, wpadła w połowie ślamazarnego i ospałego dialogu.
              Na  pytanie,  czy  przejęto  komunikaty  z  satelity  i  nawiązano  łączność  z  BO,  padła
odpowiedź  "nie".  Zgodnie  z  przypuszczeniami,  na  pytanie  dotyczące  poprzedniej
ekspedycji  na  Iretę  i  starych  czujników  Kai  usłyszał  wymijające  "czekać".  Natomiast
wieść  o  odkryciu  złóż  uranitytu  Thekowie  przyjęli  -  jak  na  nich  -  euforycznie,  kończąc
skromnym "kontynuować". Rozmowa z Ryximi, którą Kai się pochwalił, spotkała się ze
zwyczajnymi  wyrazami  uznania.  Thekowie  byli  rzekomo  tolerancyjni  na  swój
dobroduszny,  bezstronny  sposób,  wobec  wszelkich  gatunków,  lecz  tym  razem  Kai
odniósł  wrażenie,  że  doprawdy  niewiele  ich  obchodzi,  czy  Ryxiowie  utrzymują  z
kimkolwiek kontakt.
       Zachodził też w głowę, co mogła oznaczać ich odpowiedź na pytanie o poprzednią
wyprawę. Z jednej strony liczył, że może odszukają jakieś informacje, wzmianki, aluzje,
choć  nie  miał  specjalnie  pojęcia,  jak  niby  mieli  tego  dokonać,  skoro  byli  odcięci  od
swoich  ziomków  i  banków  danych  BO.  Z  drugiej  strony,  gdyby  dowiedli  swej
omylności,  sprawiłoby  mu  to  jakąś  niezrozumiałą  ulgę,  chociaż  przy  tym  ich  reputacja
poniosłaby  tyle  szwanku  i  coś  -  dotąd  niezmiennego  i  pewnego  -  na  zawsze  ległoby  w
gruzach.
              -  Nie  wiedzą  więc  -  powiedziała  Varian,  wyraźnie  zadowolona  z  takiego  obrotu
rzeczy.
              -  Przynajmniej  nie  w  tej  chwili  -  odparł  Kai,  ochoczo  biorąc  stronę  Theków,  by
wynagrodzić  im  swą  duchową  nielojalność.  -  No  ale,  ma  się  rozumieć,  we
wszechświecie jest tylko parę milionów planet, na których rozwinęło się życie w jakiejś
tam postaci...
       - Powtarzają nam to w kółko, tymczasem sfera naszych zainteresowań ogranicza się
chwilowo do jednej, małej, śmierdzącej grudy ziemi - powiedziała Varian. - Aha, zanim
zapomnę,  musimy  sporządzić  nowe  plany,  jeśli  chcesz  zacząć  pracę  nad  obozem
pomocniczym. Według systemu starych czujników, płyta kontynentalna ciągnie się jakieś
dwa  tysiące  kilometrów  na  południowy  wschód.  Oznaczałoby  to,  że  jazda  tam  i  z
powrotem  jest  raczej  niewykonalna.  Chcę  zabrać  Tangelego,  Paskuttiego,  Tardmę  i
Lunzie,  i  przeczesać  tamten  obszar.  -  Rozwinęła  mapy  omawianych  okolic  z
naniesionymi  już  starannym  pismem  Gabera  pojedynczymi  rysami  topograficznymi.
Legenda znajdowała się z boku. - Wprowadziłam oznaczenia siedzib zwierząt, które już
napotkaliśmy. Sądzę, że są adekwatne, ale wiesz, na tym terenie mieszka tyle stworzeń...
-  wskazała  płaskowyż  i  puszczę  tuż  ponad  obozowiskiem  -  że  wzięłam  pod  uwagę
wyłącznie  większe  i  niebezpieczne  gatunki.  Każdemu  gatunkowi,  który  zdołaliśmy

background image

zidentyfikować  jako  roślinożerny,  mięsożerny  lub  wszystkożerny,  odpowiada  osobny
kolor.  Jak  widzisz,  czeka  nas  jeszcze  sporo  roboty,  nim  sporządzimy  choć  najbardziej
pobieżny katalog. - Trzepnęła dłonią w zaznaczone na mapie ogromne przestrzenie, które
wciąż czekały na odkrycie. - Tu powinny być smoki! - wykrzyknęła.
       - Smoki? - powtórzył Kai.
              -  Tak  właśnie  ująłby  to  pradawny  kartograf,  nie  mając  zielonego  pojęcia  o
sposobach rozróżniania lokalnych form życia.
       - A czy istnieją sposoby umożliwiające określenie, który gatunek jest który na tej
planecie? - spytał Kai.
       Varian potrząsnęła przecząco głową, wręczając mu jednocześnie kilka egzemplarzy
map.
       - To nie jest tak pilne jak prace geologiczne. Potrzeba ci przecież tylko czegoś w
rodzaju przewodnika.
       - Twoja mapa jest rewelacyjna, Varian - powiedział z uznaniem. - Myślałem, że ty i
twoi ludzie...
              -  Nie,  Kai.  Wysłałam  ich  po  te  informacje,  bym  mogła  uzupełnić  kilka  luk,  które
pozostały po mojej wyprawie. Pracowaliśmy nad tym z Terillą.
              -  Terillą  ci  w  tym  pomagała?  -  Kai,  absolutnie  zaskoczony,  zatopił  się  z
niedowierzaniem w mapach.
              -  W  rzeczy  samej.  Wiem,  że  wciśnięto  nam  dzieciaki  w  ostatniej  chwili,  szkoda
jednak,  że  nikt  nie  pomyślał,  by  przekazać  nam  ich  akta.  Terillą  to  prawdziwy  skarb.
Mogłaby spokojnie terminować u Gabera, dzięki czemu on przestałby się tak ociągać z
pracą.  Powiem  ci,  że  pochwalił  jej  robotę.  -  Uśmiechnęła  się  szelmowsko  do  Kaia.  -
Odetchniesz  chyba  z  ulgą,  jeśli  ci  powiem,  że  nie  jesteś  już  głównym  obiektem
zainteresowań Bonnarda. Zmienił je!
       - Na Dandy? Czy może Mabel? - zapytał z przekąsem Kai. - Nie pochlebiałoby mi
specjalnie ani jedno, ani drugie.
              -  Mabel  już  dawno  tu  nie  ma.  Nie,  kochany.  Bonnard  zapragną]  wziąć  udział  w
mojej wyprawie do kolonii złotych ptaków!
       - Przynajmniej wybrał sobie coś na przyzwoitym poziomie intelektualnym.
       - Nigdy nie twierdziłam, że ma zły gust - Varian rzuciła kokieteryjnie.
       - Varian!
       - Kiedy się mają odezwać Ryxiowie? - zapytała już poważnie.
       - Dziś o piętnastej trzydzieści. Jeśli nie zapomną.
       - Naprawdę szwankuje nam wszystkim pamięć podczas tej ekspedycji, nie sądzisz? -
zapytała.  -  Ryxiowie  zapominają  się  odezwać,  Thekowie  zapominają  myśleć,  BO
nawiązać  kontakt...  No  cóż,  wracani  do  moich  nie  cierpiących  zwłoki  obowiązków.  -
Chciała wyjść z kabiny, gdy napatoczyła się na Gabera. - Och, jak się masz, Gaber...
       - Varian - kartograf był nieco zdesperowany - czy zabrałaś wszystkie egzemplarze
map?
       - Oprócz tej, nad którą pracowała Terillą. A dlaczego?

background image

- Nic, nic. Nie wiedziałem tylko. Po prostu nie byłem pewien i...
              -  Mówiłam  ci,  Gaber  -  odparła  Varian  -  lecz,  jak  przypuszczam,  byłeś  tak
pochłonięty analizowaniem nagrań, że nie słyszałeś. Przepraszani cię. Przekazałam mapy
Kaiowi i właśnie wracam do twego siedliska z pozostałymi.
       - A to dobrze, to bardzo dobrze. Przepraszam - dodał - strasznie mi przykro, że nie
dosłyszałem, co mówiłaś.
       Zdaniem Kaia Gaberowi nie było ani za grosz przykro.
              Wrócił  zaraz  do  analizy  rozmieszczenia  poszczególnych  gatunków  zwierząt.
Największe roślinożerne, jak Mabel, oraz trzy inne ogromne gatunki, można napotkać na
całym  obszarze  puszczy.  Przez  łańcuchy  górskie  prawdopodobnie  przeprawiają  się  w
miejscach  oznaczonych  starannie  na  mapie  malutkimi  rysunkami  bestii.  Drapieżne,  jak
choćby  kłącze,  polują  samotnie.  Dotąd  zauważono  tylko  raz  parę  osobników  -  oba
pochłonięte były wściekłą walką, która, jak się wyraził Paskutti, zdegenerowała się do
kopulacji.  Zasięg  map  ograniczały  rozległe,  nie  zbadane  tereny,  na  które  nałożono
jedynie  diapozytywy,  nanosząc  w  ten  sposób  ogólne  dane  topograficzne  uzyskane  z
pobieżnych analiz sondy.
              Dotąd  koncentrowali  się  na  względnie  chłodnych  obszarach  mas  lądowych.  W
związku  z  temperaturą  jądra  planety,  okolice  podbiegunowe  na  Irecie  były  znacznie
gorętsze niż strefa równikowa. Wkrótce przyjdzie im zająć się i tym bardziej skwarnym
rejonem,  co  Kaiowi  było  wyraźnie  nie  w  smak.  W  takim  ciepełku,  pouczała  go  Varian
jeszcze  podczas  odpraw  w  bazie,  rozrost  i  różnorodność  form  życia  muszą  być
niewiarygodne.  Bujne  lasy  tropikalne  sprzyjały  rozwojowi,  dostarczały  pożywienia  w
wielkiej obfitości, uwalniając zwierzęta od przymusu wiecznego uganiania się za tym, co
jadalne.  Zimniejsze  klimaty,  choć  Ireta  nie  mogła  poszczycić  się  żadną  strefą
umiarkowaną, zamieszkiwało mniej gatunków, ponieważ zasoby pokarmowe bywały tam
skromniejsze ze względu na bardziej surowe warunki.
              Kai  ze  zrozumiałą  satysfakcją  zaznaczył  na  mapie  dwa  złoża  uranitytu,  potem
odkryte przedwczoraj przez Portegina i Aulię dwa ogromne pokłady miedzi, a następnie
trzy wzniesienia oznaczone przez Berru i Triva jako złoża rudy żelaza. Ci, którzy dotarli
tu  wcześniej,  kimkolwiek  byli,  ogołocili  Iretę  ze  wszystkiego,  lecz  działalność
orogeniczna  w  późniejszych  tysiącleciach  uczyniła  niespokojną  planetę  dwakroć
zasobniejszą  niż  poprzednio.  Prawdę  powiedziawszy,  była  to  pierwsza  wyprawa
poszukiwawcza  Kaia,  gdyż  jego  wcześniejsze  ekspedycje  miały  wyłącznie  doraźny
charakter  -  trzeba  było  odszukać  żyły  rudy,  które  uległy  przemieszczeniu,  lub
nadzorować bagrowanie manganu z morskiego dna. Wszystko to dawało mu nieocenione
doświadczenie  i  mogło  stanowić  pomoc  w  przypadku  wyprawy  poszukiwawczej  na
pełną skalę - takiej, jak obecna.
              Kai  był  tak  pogrążony  we  własnych  myślach,  że  dopiero  dźwięk  chronometru
wyrwał  go  z  tego  stanu.  Jeszcze  przez  chwilę  nie  mógł  się  połapać,  dlaczego  w  ogóle
nastawił alarm.
             Ach!  Ryxiowie!  Poniewczasie  zdał  sobie  sprawę,  że  powinien  był  przygotować

background image

komunikat.  Łatwiej  jest  przecież  odczytać  coś,  niż  trajkotać  bez  przygotowania  z
prędkością  odpowiadającą  Ryxim.  Pośpiesznie  naskrobał  parę  słów,  dyplomatycznie
ujmując spostrzeżenia Varian na temat złotych ptaków.
       Yrl podjął kontakt dokładnie o wyznaczonej porze, i natychmiast zapytał, czy Kai
utrzymuje  łączność  z  8O.  Kai  zaprzeczył,  czym  zresztą  Ryxi  nieszczególnie  się  przejął.
Oznajmił tylko, że wysłali kapsułę z pełnym raportem na swą ojczystą planetę i dał do
zrozumienia, że niewiele go obchodzi, kiedy kapsuła dotrze do celu, ponieważ zarówno
on,  jak  i  jego  zespół  całkiem  miło  i  przyjemnie  się  urządzili.  Kai  gotów  był  nie
wspominać o złotych ptakach, jeśli Vrl nie zapytałby. Niestety, zapytał. Kai przekazał mu
więc  tych  kilka  informacji,  które  udało  się  zdobyć  jemu  i  Varian.  Na  szczęście
rejestrował  całą  rozmowę  -  wyłącznie  dzięki  temu  wzburzoną  odpowiedź Yrla  można
było przełożyć na jakieś artykułowane dźwięki. Kai odniósł wrażenie, że w opinii Yrla
jest parszywym malkontentem, zazdrosnym o Ryxich, i w ogóle. Yrl zakończył rozmowę,
nim  dane  było  Kaiowi  oczyścić  się  z  zarzutów  lub  chociaż  ustalić  termin  kolejnego
kontaktu.
       Wytrzeszczonymi ze zdumienia oczyma zapatrzył się bezmyślnie w przestrzeń, trochę
otumaniony,  trochę  rozjątrzony  nadpobudliwą  reakcją  Vrla.  Nagle  usłyszał,  jak  ktoś
chrząka. W wejściu stał Gaber.
       - Przepraszam, jeśli przeszkadzam, Kai - zaczął - lecz zapodziała się gdzieś jedna z
map. Nie masz czasem dwóch kopii?
       Kai przesunął palcami po chropowatych, lecz cienkich kartach. Nieraz zdarzało im
się zlepić, jeśli substancja powielająca nie zdążyła jeszcze wyschnąć.
       - Nie, Gaber, mam tylko jeden zestaw - odparł w końcu.
       - Nieźle. W takim razie jedna zginęła - mruknął Gaber swym zwyczajnym bolesnym
tonem i wyszedł.
              Kai  widział,  jak  kieruje  się  w  stronę  wyjścia  z  wahadłowca,  potrząsając  z
rezygnacją  głową.  Przygotował  nagranie  rozmowy  z  Yrlem,  by  odtworzyć  je  w
zwolnionym  tempie,  ślubując  sobie  w  duchu,  że  zmusi  Varian  do  przeprowadzenia
dokładnych obserwacji złotych ptaków, i to jak najszybciej.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

              Przez  następnych  siedem  dni  wszyscy  byli  zbyt  pochłonięci  budową  obozu
pomocniczego, by zajmować się czymkolwiek nie związanym ściśle z ową najważniejszą
dla  ekspedycji  sprawą.  Varian  znalazła  jednak  trochę  czasu,  by  wybrać  się  na
płaskowyż, na którym złote ptaki urządzały sobie uczty,  i  przytaszczyć  Trizeinowi  parę
niedużych okazów płaszczaków do przeprowadzenia kilku rutynowych badań. Biolog na
dobre  zagrzebał  się  w  swoim  laboratorium,  aż  Lunzie  znalazła  go  śpiącego  nad  pracą.
Zmusiła  go  oczywiście,  by  zrobił  sobie  na  jakiś  czas  przerwę,  najadł  się  i  wyspał.
Zastosował się niechętnie do jej poleceń, a gdy wstał po dłuższej drzemce, błąkał się z
opuchniętymi  oczyma  po  bazie,  potykając  się  co  chwila.  Raz  tylko  przystanął,  by  z
zakłopotaną miną utkwić wzrok w Dandym.
       Maleństwo było już tak oswojone, że gdy Bonnard i Cleiti mieli czas, wypuszczano
je  z  wybiegu.  Póki  co  Varian  postanowiła  go  nie  uwalniać,  zwłaszcza  że  jako  sierotka
Dandy nie miałby żadnego opiekuna w naturalnych warunkach. Kai musiał przychylić się
do jej prośby. Było jasne, że bestyjka nie osiągnie większych rozmiarów i nie nadweręży
zasobów  ekspedycji.  Dandy,  z  natury  bojaźliwy,  był  rad,  mogąc  włóczyć  się  za
dzieciakami.  Jego  ogromne,  przezroczyste  oczy  na  przemian  napełniały  się  smutkiem  i
tęsknotą,  to  znów  przerażeniem  i  trwogą.  Osobiście  Kaiowi  odpowiadałby  nieco
bardziej  ekstrawertyczny  charakter  obłaskawionego  zwierzaka,  tymczasem  Dandy  nie
przejawiał najmniejszych oznak agresji, co Kai uznał za skandal.
              Na  niebie  bez  przerwy  widoczne  były  złote  ptaki,  zupełnie,  jakby,  stwierdziła
pewnego wieczoru Varian, interesowały się nowymi zdobywcami przestworzy z równym
zapałem, co wyprawa nimi. Reakcja Vrla na wieść o ich istnieniu wprost ją oczarowała.
Gdy  w  zwolnionym  tempie  odtworzyli  nagranie  rozmowy,  okazało  się,  że  istotnie,
paplanina  Vrla  oznaczała  odmowę  przyjęcia  do  wiadomości  jej  raportu.  Są  znikome
szansę,  kłapał  dziobem  Vrl,  że  pojawi  się  jeszcze  jakiś  inteligentny  gatunek  ptaków  na
którejkolwiek z planet, i to niezależnie od warunków: Ryxiowie to zjawisko unikalne i
tak  już  pozostanie.  Każda  próba  wyrugowania  ich  z  tej  wyróżniającej  się  pozycji  w
Federacji pociągnie za sobą nieobliczalne konsekwencje. Zasugerował, by dwunożni co
prędzej  odwołali  tak  niesmaczny  żart,  i  w  ogóle  zarzucili  ten  pomysł,  gdyż  inaczej  Vrl
sam zadba to, by wszelkie kontakty Ryxich z Ludźmi uległy natychmiastowemu zerwaniu.
       Gdy mapy Terilli rozeszły się wśród uczestników wyprawy, Gaber i Tangeli zaczęli
zawzięcie rywalizować o małą, o jej czas i umiejętności, i to do takiego stopnia, że Kai ł
Varian  musieli  interweniować.  Nie  wzruszona  ubieganiem  się  o  jej  względy  Terilla
oznajmiła  bez  ogródek,  że  zarówno  od  map,  jak  i  od  zwierząt  woli  po  prostu  roślinki.
Varian, dusząc się ze śmiechu, pokazała Kaiowi mapę, którą dziewczynka wykonała dla

background image

Tangelego,  z  zaznaczoną  roślinnością,  trawami  i  krzewami  porastającymi  równiny  i
bagna. Sporządzono w końcu harmonogram pracy, zgodnie z którym Terilla spędzała po
trzy popołudnia z każdym z naukowców, wszystkie poranki natomiast należały wyłącznie
do  niej.  Ponieważ  pracy  było  coraz  więcej,  Kai  postanowił  przydzielić  zadania  także
Bonnardowi  i  Cleiti,  jak  wszystkim  członkom  ekspedycji.  Zazwyczaj  korzystał  z  ich
pomocy Tangeli, jeśli Terilla była w tym czasie nieosiągalna nie mogła wziąć udziału w
którejś z jego botanicznych wypraw. Czasem też Bonnard zajmował miejsce Kaia u boku
Bakkuna,  zwłaszcza  kiedy  obowiązki  administracyjne  uniemożliwiały  Kaiowi  pracę  w
terenie  razem  z  grawitantem  -  geologiem.  Lunzie  zaś  "przywłaszczyła"  sobie  Cleiti,  by
dziewczynka  pomagała  jej  w  analizie  gleby  i  roślinności  Irety  pod  kątem  właściwości
leczniczych.
              Założono  aż  dwa  obozy  pomocnicze,  choć  nie  ulegało  wątpliwości,  że  wkrótce
potrzebny  będzie  trzeci,  gdzieś  daleko  na  wschodzie,  jeżeli  prace  eksploracyjne  na
tamtych  terenach  miały  być  kontynuowane.  Zgodnie  z  planami  większość  czasu
przeznaczona była na wschodnią półkule. Kai miał zresztą nadzieję, że piętnaście stopni
przechyłu osiowego będzie oznaczać nieco chłodniejszy klimat.
              Żaden  z  następnych  dwóch  kontaktów  z  Thekami  nie  przyniósł  odpowiedzi  na
pytania  Kaia  dotyczące  poprzedniej  wyprawy  na  Iretę  ani  dobrych  wieści  o  BO.  Czas
upływał  szybko  i  kwestia  milczenia  BO  stawała  się  paląca.  Gdy  Dimenon  zażądał
wyjaśnienia  powodów  utraty  kontaktu,  Kai,  przygotowany  na  taką  ewentualność,
wspomniał  coś  o  burzy  kosmicznej  w  tak  bezceremonialny  sposób,  że  Dimenonowi
nawet  przez  myśl  nie  przeszło  zapytać,  czy  raporty  o  złożach  rud  były  jedynymi  nie
odebranymi przez bazę komunikatami.
              -  Wolę  nawet  nie  myśleć,  ile  nam  zostało  czasu  -  oznajmił  Kai,  gdy  Dimenon
wyszedł.
       - Zajmij ich tak bardzo liczeniem premii, że zapomną się dopytywać - zasugerowała
Varian.
       - To cholernie bogata planeta, Varian.
              -  Więc  w  interesie  BO  jest  utrzymanie  z  nami  kontaktu,  jeżeli  zależy  im  na
surowcach energetycznych, które znaleźliśmy. W końcu wiedzą, gdzie jesteśmy. - Varian
przyjrzała się Kaiowi. - Nie myślisz chyba poważnie - uniosła brew - o tej absurdalnej
teorii Gabera?
       - Zastanawiam się... raz po raz... - przyznał Kai, pocierając nerwowo nos. Czuł się
idiotycznie, lecz prawdę powiedziawszy, poczuł ulgę, gdy Varian poruszyła tę kwestię.
       - Hm, no tak. Ja też się raz po raz zastanawiam - odparła. - Czy Ryjuowie się już
odezwali?
       - Nie. - Kai uśmiechnął się od ucha do ucha. - Sądziłaś, że się odezwą?
       - Nie - zaśmiała się Varian. - Są tacy... paranoicznie napuszeni... Jakby inny rozumny
gatunek  ptaków  mógł  im  zagrozić!  Fakt,  że  czubaki  -  przezwała  tak  złote  ptaki  są
inteligentne,  lecz  tak  daleko  im  do  Ryxich,  że  uraza  Vrla  jest  po  prostu  idiotyczna  -
westchnęła. - Chciałabym móc lepiej określić poziom ich inteligencji.

background image

       - To dlaczego tego nie zrobisz?
       - Przy tym całym urwaniu głowy z twoim wschodnim obozem? - pożaliła się.
              -  Może  więc  w  wolny  dzień?  Zrobisz  choć  początek.  Poobserwuj  je  i  odpocznij
sobie.
       - Mogę? - zawołała Varian, rozpromieniona taką perspektywą. - Mogłabym wziąć
duży  ślizgacz  i  w  nim  przenocować?  Mamy  już  sporo  informacji  o  ich  zwyczajach,
wystarczająco często przyglądaliśmy się ich połowom, jednak wciąż nic nie wiem o ich
życiu  prywatnym,  na  przykład  o  ich  porannych  zwyczajach.  Jest  tylko  jedno  miejsce,
gdzie rosną trawy, które jedzą. Do wyplatania sieci używają traw bagiennych, to pewne,
lecz  w  jaki  sposób  dokonują  tej  sztuczki?  -  Zmarszczyła  brwi.  -  Tobie  przydałaby  się
chwila wytchnienia tak samo jak mnie. Wybierzmy się razem, w następny wolny dzień.
Ostatecznie Paskutti i Lunzie mogą nas zastąpić.
       - A jeśli okaże się, że czubaki akurat też mają dzień wolny? - zapytał Kai szyderczo.
       - Zawsze istnieje taka ewentualność, nieprawdaż? - odparła Varian, nie dając się
złapać na przynętę.
              Kai  sam  się  dziwił  swojej  niecierpliwości,  z  jaką  czekał  na  tę  przerwę  w
codziennym  toku  zajęć.  Dowodziło  to  tylko  słuszności  propozycji  Varian.  Lunzie  z
całego serca przystała na ten pomysł. Powiedziała Kaiowi, że sama chciała im właśnie
zasugerować, by oderwali się od pracy na jeden dzień.
              -  Co  takiego  fascynuje  nas  wszystkich  w  skrzydlatych  stworzeniach?  -  zapytała
Lunzie, gdy po wieczornym posiłku zasiedli nad kieliszkami jej owocowego trunku.
       - Może ich niezależność? - zaproponował Kai.
       - "Gdybyśmy mieli fruwać, dano by nam skrzydła" - odcięła się dowcipnie Varian
cienkim, nosowym głosem. - Podejrzewam, że to wolność - mówiła dalej, już normalnym
tonem - albo pole widzenia, perspektywa, poczucie bezkresnej przestrzeni dokoła. Wy,
urodzeni  i  wychowani  w  bazach  kosmicznych,  nie  jesteście  w  stanie  w  pełni  docenić
otwartych przestrzeni. Mnie trzeba widoków, którymi mogłabym karmić oczy i duszę.
              -  Ograniczenie  przestrzeni,  dobrowolne  czy  nie,  może  mieć  ujemny  wpływ  na
usposobienie i psychikę człowieka, co zwykle poważnie odbija się na jego zdolnościach
przystosowawczych  -  oświadczyła  Lunzie.  -  To  jeden  z  powodów,  dla  których
przydzielamy dzieciaki na wyprawy planetarne tak często, jak to możliwe.
       Kai zachowywał milczenie, nazbyt dobrze świadom nękającej go czasem agorafobii.
       - Mamy skrzydła - ciągnęła Lunzie - za pośrednictwem ślizgaczy i pasów nośnych...
              -  ...które  nie  ofiarowują  jednak  tej  samej  wolności  -  dokończył  powoli  Kai,
zastanawiając  się,  jakie  to  uczucie  być  niezależnym  od  wszelkiego  rodzaju
mechanicznego wsparcia: móc pikować i nurkować, wzbijać się wysoko i szybować bez
podświadomych obaw o paliwo, obciążenie, zużycie sprzętu.
       - No, no, Kai - odezwała się zdziwiona Varian, przyglądając się mu z zachwytem -
nigdy nie podejrzewałabym, że akurat ty to zrozumiesz.
              -  Może  wy,  planetarianie  -  odparł  z  wymuszonym  uśmiechem  -  nie  doceniacie
wychowanków baz.

background image

       Dimenon, który tego wieczora był w nieznośnie szampańskim nastroju, gdyż Margit
odkryła nie tylko potok obfitujący w bryłki złota, lecz także macierzyste złoże, przywlókł
ze sobą pianolę. Zaintonował jakąś hałaśliwą balladę z nieskończoną ilością zwrotek i
niedorzecznym sylabicznym refrenem na tak zaraźliwą melodię, że wkrótce wszyscy się
przyłączyli.  Ku  zaskoczeniu  Kaia,  do  chóralnego  śpiewu  włączyli  się  również
grawitanci, grzmocąc w podłogę ciężkimi butami i klaszcząc z niezwykłym entuzjazmem.
              Margit  chciała  zatańczyć,  więc  wyciągnęła  Kaia  na  środek  sali,  wrzeszcząc  do
Dimenona,  by  dał  spokój  nie  kończącej  się  rymowance  i  zagrał  wreszcie  coś
przyzwoitego.
       Nie wiadomo, kiedy zniknęli grawitanci, w każdym razie reszta towarzystwa bawiła
się aż do wschodu trzeciego księżyca.
              Rankiem  Kai  zerwał  się  ze  snu  tak  gwałtownie,  jakby  groziło  mu
niebezpieczeństwo.  Wygramolił  się  ze  śpiwora  i  powlókł  w  stronę  okna.  Na  zewnątrz
było  cicho.  W  swoim  wybiegu  Dandy  rozciągnął  się  we  śnie  jak  długi.  Nikt  się  nie
ruszał. Dzień dawno się już zaczął, sądząc po jaśniejszej plamie przebijającego się mdło
przez chmury słońca, które wzniosło się ponad łagodne wierzchołki wschodnich wzgórz.
Co więc zaalarmowało podświadomość Kaia? Cokolwiek to było, było niewidoczne.
       Kai rozbudził się natychmiast i zelektryzowany tak nagłym zerwaniem się z łóżka,
postanowił  się  już  nie  kłaść.  Założył  świeży  kostium,  zmienił  podszewkę  w  butach  i
naciągnął  je.  Miał  u  siebie  niewielką  spiżarnię,  uraczył  się  więc  porannym
kieliszeczkiem  owocówki,  co  przypomniało  mu,  by  sprawdzić  z  Lunzie  stan  zapasów
żywności. Nie mógł jakoś otrząsnąć się z wrażenia, że coś nie gra, toteż wybrał się na
obchód.
       W głównym budynku nie było ni krzty dymu. Gaber twardo spał u siebie, także w
innych  kwaterach  okna  były  zasłonięte,  wiec  Kai  postanowił  nikogo  nie  budzić.
Pamiętał, że Trizein miał zamiłowanie do nocnej pracy, toteż skierował się pośpiesznie
do wahadłowca. Otwarł luk. Powiew filtrowanego powietrza z wnętrza zaparł mu dech.
Wtem zdał sobie sprawę, że nie założył filtrów. Nie rozpoznał zapachu Irety!
              -  Oho!  Przyzwyczajam  się!  -  niegłośny  okrzyk  odbił  się  echem  w  pustym
wahadłowcu.  Kai  cichutko  przeszedł  do  laboratorium  Trizeina,  otwarł  luk  i  zajrzał  do
środka.
       Kilka eksperymentów było właśnie w toku, sądząc po zapracowanych wskaźnikach i
przyrządach pomiarowych wmontowanych w sprzęt laboratoryjny Trizeina. Tymczasem
on sam spoczywał w bezruchu na łóżku.
              Wracając,  Kai  spostrzegł  otwarte  wejście  do  magazynu.  Będzie  musiał  zwrócić
uwagę Trizeinowi, w końcu to tam Lunzie przechowywała swój owocowy trunek. Ilość,
którą  Trizein  wysączył  poprzedniego  wieczoru,  rzucała  się  w  oczy,  podobnie  jak  jego
agresywne zachowanie wywołane spostrzeżeniem Margit, że ma już chyba dość. Kai nie
puściłby  mu  tego  płazem,  gdyby  rzeczywiście  Trizein  przywłaszczył  sobie  flaszkę  na
wieczór  w  obozie  pomocniczym.  Nie  zamierzał  tolerować  podobnych  zwyczajów  u
żadnego z podwładnych.

background image

       Mimo że przeprowadzona inspekcja przekonała go, iż nic złego się nie dzieje, nie
mógł  pozbyć  się  uczucia  niepokoju,  dopóki  nie  zatopił  się  w  pracy  nad  zastrzeżonym
plikiem  danych  w  komputerze  pokładowym.  Zanim  reszta  towarzyszy  zdążyła  podnieść
się  z  łóżek,  Kai  nadrobił  już  wszystkie  zaległości.  Mimowolna  wczesna  pobudka
opłaciła się więc.
       Dimenon, którego wygląd w ogóle nie nosił oznak zeszłonocnej hulanki, przybył do
głównego  budynku  w  towarzystwie  Margit.  Oboje  byli  w  doskonałych  nastrojach,
gotowi  czym  prędzej  wrócić  do  swych  zajęć.  Spałaszowali  prędko  śniadanie,  by  jak
najszybciej  wyruszyć,  a  gdy  wychodzili  z  sali,  Dimenon  spytał  Kaia,  kiedy  ponownie
nawiąże łączność z Thekami. Nie wyglądał na zmartwionego, gdy Kai odparł, że dopiero
za trzy dni.
       - Cóż, daj nam znać, czy BO docenia chociaż nasze dokonania na tej smrodliwej
planecie.  Choć...  -  Dimenon  urwał.  Zmarszczył  czoło  i  przeciągnął  ręką  po  nosie.  -
Niech to szlag! Znów zapomniałem je zabrać!
       - Czujesz coś? - zapytał go Kai, ubawiony. Dimenon wytrzeszczył oczy i otwarł usta,
reagując z przesadnym osłupieniem.
              -  Przyzwyczaiłem  się  do  tego  fetoru!  -  ryknął,  pełen  bolesnego  niedowierzania.  -
Kai,  błagam,  gdy  nawiążesz  kontakt  z  BO,  powiedz,  by  zabrali  nas  stąd  przed  czasem!
Błagani, Kai, ja przyzwyczaiłem się do hydrotellurkowego fetoru! - Zacisnął kurczowo
ręce na gardle, wykrzywiając twarz niczym ktoś pogrążony w śmiertelnej boleści. - Nie
zniosę tego, nie zniosę!
       Lunzie, która zawsze wszystko traktowała dosłownie, rzuciła się natychmiast w jego
stronę,  marszcząc  z  troską  brwi,  choć  Kai  przesyłał  jej  uspokajające  znaki.  Pozostali
chichotali z Dimenonowych histerii, tylko grawitanci, rzuciwszy obojętne spojrzenie na
geologa,  powrócili  do  swych  prowadzonych  półgłosem  dyskusji.  Lunzie  jeszcze  nie
domyśliła się, że Dimenon się wygłupia. Porwał ją teraz w ramiona i wymamrotał:
       - Powiedz, Lunzie, powiedz mi, że jeszcze nie jestem skończony... Mój zmysł węchu
powróci, prawda? Jeśli tylko pooddycham przyzwoitym powietrzem? Nie, nie mów, że
nigdy nie poczuję już żadnego zapachu...
              -  Jeśli  przystosowanie  okaże  się  trwałe,  zawsze  możesz  postarać  się,  by  twoją
kwaterę  klimatyzowano  powietrzem  z  zawartością  hydrotellurku  -  odparła  Lunzie,  na
pozór zupełnie serio.
              Przez  chwilę  Dimenon  był  naprawdę  przerażony.  Nie  załapał  drwiny  w  głosie
Lunzie.
       - Oj, oj, towarzyszu, zakpili z ciebie - powiedziała Margit, ujmując go pod ramię. -
Chodź lepiej zwęszyć słodki zapach kolejnego złoża...
              -  Rzeczywiście  można  przywyknąć  do  iretańskiego  smrodu  i  nie  czuć  już  więcej
normalnie? - zapytał Lunzie nieco wystraszony Bonnard, gdy dwoje geologów opuściło
salę.
       - Ależ nie! - odrzekła Lunzie, śmiejąc się oschle. - Tutejszy zapach istotnie ma silne
działanie,  lecz  wątpię,  by  można  mówić  o  trwałym  uszkodzeniu  zmysłu  węchu.

background image

Natomiast jego tymczasowe skutki są swego rodzaju błogosławieństwem. A co, masz to
samo?
       Bonnard skinął niepewnie łepetyną.
       - Nie wiedziałem, że nic nie czuję, dopóki nie wspomniał o tym Dimenon.
       A więc to go zaniepokoiło.
       - Skoro przyzwyczaiłeś się już do tak przemożnego fetoru, zobaczymy, czy jesteś w
stanie odróżnić inne, dotąd niewyczuwalne zapachy - zaproponowała Lunzie.
       - Jeszcze gorsze? - Bonnard spojrzał na nią zatrwożony.
       - Ja na przykład rozpoznaję kwiaty, które właśnie kataloguję - odezwała się Terilla.
-  Także  niektóre  liście  mają  swój  zapach,  jeśli  je  rozetrzeć.  Nie  najgorszy,  zresztą  -
dodała pocieszająco.
       Jeszcze tego samego ranka Kai zwrócił się do Lunzie w sprawie zapasów. Lekarka
nie  należała  do  osób,  które  udzielają  zaimprowizowanych  odpowiedzi,  toteż  udali  się
razem do magazynów.
       - Nie zginęła żadna flaszka mojego napoju, jeżeli o to ci chodzi, Kai - oznajmiła jak
zawsze  bezpośrednio.  -  Nie  nadwerężyliśmy  też  jak  na  razie  zapasów  żywności.
Stopniowo eliminuję ją na rzecz miejscowych zasobów protein.
       - Eliminujesz? - Kai był zdumiony.
       - Nikt nie zauważył, co? - położyła lekki nacisk na zaimek "nikt". Uśmiechnęła się
zadowolona  z  powodzenia  swojego  planu.  -  Ubywa  nam  za  to  dóbr  trwałych,  i  to  w
niepokojącym tempie.
       - Dóbr trwałych? - powtórzył Kai.
       - Noży, filmów, płyt, części zamiennych do pasów nośnych...
       - Co przeniesiono do obozów pomocniczych?
       - Nie tyle w każdym razie, by wytłumaczyć zniknięcie wszystkich tych rzeczy. Chyba
że, ma się rozumieć, ktoś nie zgłosił strat i najzwyczajniej wziął sobie nowy sprzęt sam,
gdy  akurat  byłam  zajęta  gdzieś  indziej.  -  Takie  wytłumaczenie  brzmiało  całkiem
wiarygodnie.  -  Jeśli  nie  masz  nic  przeciwko,  wyznaczę  Cleiti  nadzorcą  zaopatrzenia.
Będzie  zawsze  pod  ręką,  gdy  ktoś  będzie  chciał  skorzystać  z  magazynu.  W  ten  sposób
możemy sprawować nadzór, nie urażając nikogo...
       Ani nikogo nie ostrzegając, pomyślał Kai. Zaraz jednak doszedł do wniosku, że jest
zbyt podejrzliwy. Rzeczywiście trzeba mu dnia wytchnienia.
       Varian powróciła z lotu rozpoznawczego wczesnym popołudniem. Wpadła zaraz do
kwatery Kaia. Pogardliwie klekocząc stojakami do kaset, ustawionymi w rzędach przed
Kaiem,  wyszarpnęła  mu  wydruk  sejsmiczny  dotyczący  działalności  wulkanicznej  na
północnym  zachodzie,  który  właśnie  studiował.  Na  długim  uskoku  przeobrażeniowym
wzmagał się napór, co dawało nadzieje, że uda im się przyjrzeć trzęsieniu ziemi, które
ma nastąpić.
       - Zostaw to, Kai. Z wypoczętym umysłem uporasz się z papierkową robotą o wiele
szybciej.
       - Jest jeszcze wcześnie...

background image

              -  Nawet  bardzo.  Specjalnie  wróciłam  wcześniej,  żeby  wykopać  cię  stąd,  zanim
zjawią  się  pozostali  i  zasypią  cię  tak  płomiennymi  sprawozdaniami,  że  poczujesz  się
zobowiązany  ich  wszystkich  wysłuchać.  -  Cofnęła  się  do  wyjścia.  -  Cleiti!
Przygotowałaś już wszystko? Gdzie jest Bonnard? - krzyknęła.
              Odpowiedz  była  niesłyszalna  dla  Kaia,  lecz  zadowalająca  dla  Varian,  ponieważ
pokiwała z uznaniem głową.
       - Jeśli ma już wszystko, czego potrzebuje, niech upchnie swój bagaż do ślizgacza
obok mojego! - zawołała. Zwróciła się do Kaia. - Kai, a gdzie twoje bagaże? Ha! Tak
myślałam. Dobrze więc, co będzie ci potrzebne?
              Varian  zdecydowanym  krokiem  ruszyła  w  kierunku  szafek.  Kai  natychmiast
odepchnął krzesło w tył i odprawił ją machnięciem ręki. Zatrzymała się więc, szczerząc
radośnie zęby. Kai tymczasem, pod jej czujnym okiem, wpakował wszystko do śpiwora.
Zebrał też do kupy zestaw niezbędnych narzędzi i uprzejmym gestem dał do zrozumienia,
że jest gotów.
              -  Wiedziałam,  że  będę  musiała  cię  stąd  wywlekać  -  podsumowała  Varian
rozpaczliwym tonem.
       - To czemu sama się tak wleczesz? - rzucił Kai z uśmiechem, wybiegając pierwszy
ze swego pokoju.
              Po  namyśle  wprowadził  blokadę  do  systemu  otwierania  luku.  Wolał,  by  nikt  nie
natknął się na nagrania rozmów z Thekami.
              Varian  sprawnie  wzniosła  ślizgacz  ponad  obóz,  roziskrzony  błękitną  poświatą
śmiertelnie rażonych owadów.
       - Powinniśmy byli zabrać też mały ślizgacz - jęknęła. - Będziemy musieli spać w
pasach!
       - Nie, jeżeli rozłożymy się na podłodze - powiedział Bonnard, mierząc przestrzeń
wzrokiem.  -  Będzie  dość  miejsca,  jeśli  upchniemy  bagaże  na  przednie  siedzenia  i
usuniemy boczne lawy. Włączyć indykator?
              -  Tym  razem  pozwolimy  mu  milczeć  -  odparła  Varian.  -  Tak  czy  siak  w  okolicy
obozu nie ostało się nic, czego byśmy już nie oznaczyli.
       Całą trójkę ogarnęła cisza. Trwali w milczeniu przez całą podróż, aż do brzegów
śródziemnego  morza,  dokąd  dotarli,  gdy,  jak  ujął  to  Bonnard,  ostatnia  okruszynka  dnia
zaczęła gasnąć na ponurym nieboskłonie. Varian wybrała doskonałe lądowisko - płaski
taras  obok  głównego  siedliska  ptaków,  trochę  poniżej,  lecz  z  dobrym  widokiem  na
szczyt, gdzie składały złowione ryby.
       W ciągu pierwszej godziny po zachodzie słońca zniknęły gdzieś wszystkie owady
prowadzące  dzienny  tryb  życia.  Zanim  ich  nocni  krewniacy  mogli  zagrozić  podróżnym,
Varian  przygotowała  wieczorny  posiłek  na  wolnym  powietrzu.  Następnie,  ku
zaskoczeniu  Bonnarda  i  osłupieniu  Kaia,  zabrała  z  bagażnika  ślizgacza  zasuszone
kawałki gałęzi i rozpaliła niewielkie ognisko.
       - Ognisko to wyjątkowo pokrzepiająca rzecz, mimo że wy, osobniki rodem z baz
kosmicznych,  uważacie  je  za  atawizm  -  odezwała  się.  -  Ojciec  i  ja  rozpalaliśmy  sobie

background image

taki ogień co noc podczas wspólnych wypraw.
       - Ładne jest... - powiedział niezdecydowanie Bonnard i zaraz zerknął na Kaia, by
zobaczyć jego reakcję.
              Kai  uśmiechnął  się  i  nakazał  sobie  się  odprężyć.  Ognisko  na  pokładzie  byłoby
ryzykownym  przedsięwzięciem;  Kai  w  naturalnym  odruchu  złapałby  cokolwiek,  by
zadusić  płomienie.  Tym  razem  jednak  znikomy  ogień  nie  mógł  niczym  zagrozić.
Roztańczone języczki ognia działały trochę hipnotyzujące, wydzielając przyjemne ciepło
i ofiarowując krąg światła, powstrzymujący wszelkie insekty.
       - To najstarszy pas siłowy świata - stwierdziła Varian, grzebiąc kijkiem w ognisku,
by  nabrało  wigoru.  -  Na  Proteonie  przywiązywali  ogromną  wagę  do  rodzaju  drzewa
przeznaczonego  na  ognisko.  Wybierali  to,  które  wydzielało  przyjemną  woń.  Poza
ciepłem  i  światłem  zależało  im  również  na  zapachu.  Nie  ośmieliłabym  się
przeprowadzić podobnego eksperymentu na Irecie!
              -  Czemu  nie?  -  zaoponował  Bonnard,  ze  wzrokiem  utkwionym  gdzieś  głęboko  w
płomieniach. - Terilla mówiła, że jest coś, co nawet nieźle pachnie, oczywiście według
iretańskich  norm.  Wiesz,  Varian,  nie  jestem  w  stanie  czuć  nic  poza  Iretą.  Sądzisz,  że
Lunzie mogła się pomylić i mój węch szlag trafił?
       - Sam zobaczysz, gdy powrócimy na BO - odrzekła.
       - Tak... - odpowiedzi Bonnarda brakowało nawet cienia entuzjazmu.
       - Żal ci będzie stąd odjeżdżać? - zapytał Kai.
       - Na pewno, Kai, i wcale nie dlatego, że będzie trzeba zostawić Dandy'ego. Tyle
można  tu  robić...  To  znaczy  nagrania  są  w  porządku,  lepsze  to  niż  nic,  ale  w  trakcie
naszej wyprawy uczę się setek pożytecznych rzeczy. Uczenie się...
              -  Zanim  zabierzesz  się  do  praktyki,  musisz  mieć  trochę  teoretycznych  podstaw  -
zauważyła Varian, lecz Bonnard machnął na to ręką.
       - Wkuwałem podstawy, aż wiedza wychodziła mi uszami, ale to nie to samo, co być
tutaj  i  robić  coś  naprawdę!  -  Bonnard  emfatycznie  walił  się  w  kolano.  -  Choćby  takie
ognisko i w ogóle. Rany, w bazie na widok płomyka gna się po gaśnicę!
       Varian uśmiechnęła się do Kaia. Spostrzegła jego posępną minę.
              -  Przekonałeś  mnie,  Bonnard  -  stwierdziła.  -  Można  śmiało  przypuszczać,  że  gdy
razem z Kaiem złożymy nasz raport w bazie, zasypią cię całym mnóstwem przydziałów
na kolejne wyprawy. Bakkun wysoko ocenił twoje umiejętności kamerzysty.
              -  Naprawdę?  -  Twarz  Bonnarda,  skwaśniała  na  wspomnienie  powrotu  na  BO,
rozpromieniła  się  wobec  takiej  perspektywy.  -  Jesteście  pewni?  -  spojrzenie  chłopca
wędrowało to na Varian, to znów na Kaia.
       - O ile można być pewnym grawitanta.
       - Przewidziano więcej takich ekspedycji, Varian? - spytał nagląco chłopiec.
              -  Mniej  więcej  -  odparła,  szukając  spojrzenia  Kaja  -  Tym  razem  otrzymałam
przydział na trzy wyprawy wymagające obecności ksenobiologa, które mają się odbyć w
ciągu czterech standardowych lat. Będziesz nadawał się już wówczas na juniora. Chyba
że wolałbyś geologię od ksenobiologii...

background image

       - Lubię zwierzęta - Bonnard dobierał uważnie słowa, by nie urazić żadnego z nich -
lecz wolałbym... bardziej interesują mnie... bardziej fachowe aspekty...
       - Sądzę, że najlepiej byłoby, gdybyś zajął się rejestrowaniem, uzyskując przy okazji
tyle specjalności, ile tylko się da - powiedziała Varian, przychodząc mu z pomocą.
       - Naprawdę tak sądzisz?
              Reakcja  chłopca  przekonała  Kaia  i  Varian,  że  fascynowała  go  przede  wszystkim
technika, a nie któraś z konkretnych dyscyplin naukowych.
       Ogień przygasł i trzeba było dorzucić gałęzi. Kiedy przygasł ponownie, oni wciąż
gawędzili  o  rozmaitych  specjalizacjach.  Kai  i  Varian  zapewnili  Bonnarda,  że  pozwolą
mu jak najwięcej pracować z taśmami i rejestratorem, by mógł sprawdzić, czy istotnie to
interesuje go najbardziej. W końcu Kai zaproponował spoczynek.
       Spali głęboko, bezpieczni pod osłoną ślizgacza, nie trapiąc się zupełnie iretańskimi
nocnymi bestiami.
       Rano Varian zbudziło delikatne szarpanie. Chciała zasnąć z powrotem, lecz znów
ktoś  dał  jej  szturchańca,  tym  razem  mocniejszego.  Usłyszała  też,  jak  ktoś  nagląco
wyszeptał jej imię:
              -  Varian!  Varian?  Obudź  się,  mamy  towarzystwo.  Coś  takiego  zmusiło  ją
natychmiast do otwarcia oczu, które zresztą zaraz zamknęła, nie wierząc w to, co widzi.
       - Varian! No musisz się przecież obudzić! - Bonnard szeptał zniecierpliwiony.
       - Obudziłam się. Widziałam - wychrypiała.
       - Co robimy?
       - Poruszyłeś się już? - spytała.
       - Tylko, żeby cię trącić. Bolało? - zatroskał się chłopiec.
       - Nie. - Rozmawiali półgłosem. - Mógłbyś teraz trącić Kaia?
       - Nie wiem, jak on się budzi.
       Bonnard miał rację. Nie miało sensu budzić kogoś, kto wypaliłby ze śpiwora niczym
torpeda.  Bonnard  wiedział,  jak  radzić  sobie  z  Varian,  gdyż  często  budził  ją,  kiedy
oswajał Dandy.
       - Nie zerwie się, jeśli zbudzisz go tak delikatnie, jak mnie. - Varian uśmiechnęła się
sama do siebie. Nie żałowała ani trochę, że zabrała na tę wycieczkę Bonnarda. Dyskusja
poprzedniego wieczoru udowodniła tylko, jak bardzo trzeba mu było zachęty i otuchy, i
szansy  porozmawiania  z  kimś  bez  skrępowania,  które  narzucała  obecność  starszych
uczestników wyprawy lub dziewczynek. Było oczywiste, że Kai wolałby raczej odbyć tę
podróż w duecie, całkowicie wyzwalając się od konieczności dowodzenia. Lecz skoro
już  raz  udało  się  jej  odciągnąć  go  od  biurka,  uda  się  i  drugi,  tym  razem  bez  osób
towarzyszących.
       Spali na przemian - głowa, nogi, głowa, tak że Bonnard musiał trącać ramię Kaia
stopą. Varian ostrzegła go szeptem.
       - Kai, obudź się powoli, i nie ruszaj się. Obserwatorzy są obserwowani.
              Miała  na  wpół  przymknięte  powieki;  ptaki  tak  ciasno  otoczyły  ślizgacz,  że  gdy
Varian  otwarła  oczy  po  raz  pierwszy,  ujrzała  szereg  błyszczących,  czarnych  ślepek

background image

dokładnie na wysokości własnych. Niemal zachichotała, gdy ostry, pomarańczowy dziób
zapukał w osłonę ślizgacza tak delikatnie, jakby bał się zbudzić śpiących.
       - Psiakość! - Kai zaklął łagodnie; w jego głosie perlił się śmiech.
       - Czy mógłbym na nie spojrzeć? - spytał Bonnard konspiracyjnym szeptem.
       - A czemużby nie? One też na nas patrzą.
       - Są w stanie przedostać się do środka? - ciągnął Bonnard z niepokojem.
       - Wątpię - odparła Varian, niezbyt przejęta. Nie mogła zagwarantować, że osłona
oparłaby się koncentrycznemu atakowi ciężkich dziobów dorosłych osobników, lecz nie
wydawało jej się, by ptaki miały wrogie intencje.
       - Chyba chciałaś poznać ich poranne zwyczaje, Varian - powiedział Kai, powolutku
unosząc rękę, by podeprzeć głowę. Nie patrzył na swą towarzyszkę, lecz gdzieś poza nią,
na przyglądające się im bacznie, porośnięte złotą sierścią ptasie łby.
       - Rzeczywiście, taki miałam zamiar.
              -  O  fle  dobrze  pamiętam,  spytałem,  co  zrobisz,  jeżeli  będą  akurat  miały  wolny
dzień? - przypomniał Kai.
              Varian  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Zawtórował  jej  Bonnard,  nie
spuszczając jednak ani na chwilę wzroku z ptaków.
       - Uważasz, że wzięły sobie wolne, by na nas popatrzeć?
              -  Cóż,  na  pewno  tym  razem  od  tego  zaczęły  dzień  -  odparła  Varian,  unosząc  się
niespiesznie z posłania.
       Ptaki poruszyły się niespokojnie, rozpościerając niezdarnie skrzydła.
       - O, o! One mogą obracać skrzydła w nadgarstkach! - odezwał się Bonnard.
              - Yhm,  widziałam.  -  Varian  także  dostrzegła,  jak  zginają  trzy  palce  zakończone
żółtawymi  szponami.  Funkcje  kciuka  i  małego  palca  przejęło  skrzydło.  Varian  nie
potrafiła sobie wyobrazić, w jaki sposób są w stanie pleść sieci tylko za pomocą trzech
palców.
              -  Nie  wszystkie  tu  się  zleciały!  -  oznajmił  Bonnard,  wielce  opanowanym  gestem
wskazując na niebo.
       Żaden z ptaków nie usadowił się na szczycie osłony, więc niebo było bardzo dobrze
widoczne.  Na  tle  gęstych  chmur  zarysowała  się  formacja  czubaków  zmierzających  na
południowy wschód.
       - Podejrzewam, że odwiedziny składają nam młode - stwierdziła Varian.
       - Raczej niemowlaki - poprawił Kai, wskazując smugę brązowego śluzu ściekającą
po zewnętrznej stronie osłony ślizgacza.
       Bonnard stłumił rechot.
       - Co robimy? - zapytał. - Jestem głodny.
       - Wiec będziemy jeść - odrzekła Varian, wyciągając nogi ze śpiwora, pomału, by
nie spłoszyć ptaków. - Tak, to młode - oznajmiła, gdy wreszcie wstała i przyjrzała się
niedużym  istotkom  cisnącym  się  wokół  ślizgacza.  Z  tej  perspektywy  żaden  z  czubaków
nie  był  rozmiarów  dorosłych  osobników.  Czubek  najokazalszego  grzebienia  sięgał
zaledwie  pasa  Varian.  Szacowała,  że  dojrzały  ptak  może  osiągnąć  średni  wzrost

background image

człowieka i rozpiętość skrzydeł od ośmiu do dziesięciu metrów.
       - A my co mamy robić? - niecierpliwił się Bonnard.
       - Usiądźcie powoli. Przyniosę wam śniadanie do łóżka - odpowiedziała, kierując
się ostrożnie w stronę zapasów żywności.
              Kai  podciągnął  się  do  pozycji  siedzącej.  Z  wdzięcznością  przyjął  z  rąk  Varian
dymiący kubek.
       - Śniadanko z publiką - mruknął, siorbiąc wrzątek.
              -  Wolałbym,  żeby  się  ruszały  albo  skrzeczały  czy  coś  -  pożalił  się  Bonnard.
Rozglądał się nerwowo wokół, dmuchając w kubek, by schłodzić napój. Niemal upuścił
wrzątek, kiedy jeden z ptaków nagle rozpostarł skrzydła i zatrzepotał nimi. - Nawet nie
próbują do nas dotrzeć.
              -  Patrz,  lecz  nie  tykaj?  -  zasugerował  Kai.  -  Szczerze  mówiąc,  nie  miałbym  nic
przeciwko, gdyby trzymały się z dala. Dzióbki mają ostre...
       Spojrzał na Varian. Miała w rękach niewielką kamerę i trzymając ją na wysokości
pasa, pomału zataczała okrąg, filmując ptasią publiczność.
       Z równą ostrożnością, unikając gwałtownych ruchów, umieściła kamerę na ramieniu
i odwracając się z powrotem, nieoczekiwanie zamarła w bezruchu na tak długą chwilę,
że Kai zaniepokoił się, co się stało.
       - Skierowałam kamerę na główny szczyt - odparła. - Zrobił się tam niezły raban. Nie
widzę,  o  co  chodzi... A  tak,  już  wiem.  To  dorosłe  osobniki.  Przysięgłabym...  tak,  one
nawołują naszą widownię!
       Opornie, jak wszystkie młode, ptasie podrostki, poruszając się ociężale, rozpoczęły
niezdarny odwrót, znikając w urwisku tak raptownie, że Bonnard wszczął alarm.
              -  Nic  im  nie  jest,  Bonnard  -  uspokoiła  go  Varian,  która  miała  lepszy  widok.  -
Znajdujemy  się  tuż  na  skraju  urwiska.  Wykorzystały  je  do  startu.  Jeśli  zerkniesz  przez
ramię, ujrzysz, jak całe i zdrowe bujają w powietrzu.
              -  Psia...!  -  wykrzyknął  Kai  z  jawnym  oburzeniem.  -  Były  tak  blisko,  a  nie
spróbowaliśmy ich nawet oznaczyć!
       - Co? I przy okazji wystraszyć je tak, że zleciałyby się tu ich mamusie i tatusiowie? -
Varian była zbulwersowana. - Tak czy owak, nie musimy ich znaczyć, Kai. Wiemy, gdzie
mieszkają i jak daleko sięgają ich tereny. - Pogłaskała kamerę. - Poza tym mam ich buźki
tutaj...
       - One też musiały się nam dobrze przyjrzeć - powiedział Bonnard. - Ciekaw jestem,
czy będą w stanie nas rozpoznać.
       - Cóż, wszystkie nieobrośnięte i pozbawione czuba twarze wyglądają tak samo! -
zaśmiała się Varian.
              Krzątała  się  po  ślizgaczu  już  bez  skrępowania.  Wręczyła  swym  towarzyszom
tabliczkę pożywnych protein, i usadowiła się w fotelu pilota, by schrupać swoją.
              Skończyli  jeść.  Dowcipkując  na  temat  pobudki,  szykowali  się  do  opuszczenia
ślizgacza.  Kai  i  Bonnard  zabrali  kamery  i  parę  zapasowych  taśm,  Varian  trochę  trawy.
Kai wziął też obezwładniacz, żywiąc nadzieję, że nie przyjdzie mu go użyć. Pomyślał w

background image

duchu,  że  zważywszy  sposób,  w  jaki  poruszają  się  ptaki,  nie  powinien  mieć  do  tego
okazji.
       Słońce wychyliło się zza zasłony ciężkich chmur, by dokonać porannej inspekcji, jak
to  określił  Bonnard.  Z  jaskiń  w  urwisku  zaczęły  wynurzać  się  setki,  tysiące  złotych
ptaków,  jakby  idąc  za  nieodpartą  pokusą  cieniutkiej  niteczki  słonecznego  blasku.
Bonnard bez zastanowienia skierował na nie kamerę, uwieczniając widowisko. Ptaki, z
rozpostartymi skrzydłami, otwartymi dziobami, wywodziły przedziwne trele, kąpiąc się
w znikomym świetle.
       - Widziałaś kiedyś coś takiego, Varian? - spytał Kai zdumiony.
              -  Niezupełnie. Ależ  to  piękne  stworzenia.  Szybko,  Bonnard,  na  trzecim  progu  od
lewej, złap tę gromadę!
       Czubaki, jeden po drugim, rzucały się z krawędzi skalnego występu i rozwinąwszy
skrzydła, wznosiły się, szybowały, wirowały w powietrzu, jakby pragnąc opłukać każdą
część swego ciała w słonecznym potoku. Troje przyjaciół jak urzeczeni wpatrywało się
w niespieszny, podniebny taniec.
       - Mają zamknięte oczy - oznajmił Bonnard, przyglądając się ptakom przez wizjer
kamery. - Mam nadzieję, że wiedzą, dokąd lecą.
              -  Prawdopodobnie  posiadają  zdolność  percepcji  radarowej  -  odparła  Varian.
Wyregulowała powiększenie szybki w kasku, by przyjrzeć się im bliżej. - Zastanawiam
się, czy... zamykają oczy z jakiegoś mistycznego powodu czy tylko dlatego, że oślepia je
słońce?
       - Karoten ma dobry wpływ na wzrok - zauważył Bonnard.
              Varian  usiłowała  sobie  przypomnieć,  czy  widziała  kiedyś,  żeby  kłacz  albo
roślinożerny  mrużył  lub  zupełnie  zamykał  oczy  w  blasku  słońca.  Nie  pamiętała.  Cóż,
słońce  było  tu  tak  wielką  rzadkością,  że  kiedykolwiek  się  pojawiało,  wszyscy
niezmiennie  zwracali  swe  oczy  ku  niemu.  Postanowiła,  że  po  powrocie  przejrzy
nagrania.
       - Patrz, patrz, Varian! Tylko niektóre tańczą! - powiedział Bonnard. Odwrócił się na
pięcie i skierował kamerę na grzebiące w ziemi na szczycie urwiska młode ptaki.
              Wtem  jeden  z  wyrostków  zaskrzeczał  i  próbując  cofnąć  się  od  czegoś,  stracił
równowagę  i  runął  jak  długi.  Jego  towarzysze  przyglądali  mu  się  przez  długą  chwilę,
trzepocząc bezradnie skrzydłami.
              Varian  bez  namysłu  zaczęła  wspinać  się  na  szczyt,  by  pomóc  ptakowi.  Właśnie
dotknęła  dłonią  wierzchołka,  gdy  z  piskiem,  wystarczająco  przeraźliwym,  by  zyskać
posłuch,  wylądował  tam  dorosły  osobnik  i  niezdarnie  odwrócił  się  w  stronę  Varian.
Dziewczyna  rozsądnie  przerwała  wspinaczkę,  a  ptak  szponami  u  skrzydeł  zręcznie
postawił podlotka na nogi i przezornie osłonił go skrzydłem.
       - W porządku, rozumiem. Rozumiem jasno i przejrzyście - odezwała się Varian.
              Z  gardzieli  dorosłego  ptaka,  który  nawet  na  chwilę  nie  spuszczał  z  Varian  oka,
wydobył się następny zgrzytliwy skrzekot.
       - Varian! - okrzyk Kaia był zarazem ostrzeżeniem i rozkazem.

background image

       - Nic mi nie jest. Kazano mi tylko trzymać się na dystans.
       - Zwiększ go, Varian. Osłaniam cię.
       - Zaatakuje mnie, jeśli się ruszę, Kai. Nie wyciągaj obezwładniacza.
       - Niby skąd ten ptaś miałby wiedzieć, do czego służy obezwładniacz? - wtrącił się
Bonnard.
              -  Punkt  dla  ciebie!  -  rzuciła  Varian.  -  Chcę  poczęstować  go  trawą  -  dodała  i
powolutku wyciągnęła z kieszeni kępkę trawy zebranej w dolinie. Z wielką ostrożnością
uniosła pęk źdźbeł, by dostrzegł je czubak.
              Wzrok  stworzenia  wciąż  spoczywał  na  Varian,  lecz  odniosła  wrażenie,  że  ptak
zauważył wiązkę trawy. Z wolna umieściła ją na szczycie wzniesienia. Czubak ponownie
zapiszczał skrzekliwym głosem, lecz tym razem nieco ciszej, mniej agresywnie.
              -  Bardzo  miło  było  cię  poznać!  -  powiedziała  Varian.  Dobiegło  ją  oburzone
parsknięcie Bonnarda. - Grzeczność nigdy nie idzie na marne, Bonnard. Ton wypowiedzi
jest nośnikiem informacji, tak jak gest. Ta istota rozumie część z tego, co robię, i z tego,
co mówię.
       Zaczęła schodzić w kierunku ślizgacza, poruszając się powoli i ani na moment nie
spuszczając oka z ptaka. Gdy tylko znalazła się na dole obok Kaia i Bonnarda, dorosły
czubak  kaczkowatym  krokiem  zbliżył  się  do  pęku  trawy,  zabrał  go  i  zawróciwszy  na
skraj  urwiska,  rzucił  się  w  dół.  Rozwinąwszy  skrzydła,  wzbił  się  w  górę,  by  zniknąć
pośród innych ptaków.
              -  To  było  fascynujące  -  wyszeptał  Kai,  dając  wreszcie  upust  długo
wstrzymywanemu westchnieniu.
       Bonnard spoglądał na Varian ze szczerym podziwem.
       - Rany, jedno pchnięcie dziobem i wyprawiłby cię w przepaść!
       - W poczynaniach ptaka nie było ni krzty groźby - odrzekła.
       - Varian - Kai położył dłoń na jej ramieniu - bądź bardziej ostrożna.
       - Robię to nie pierwszy raz. - Dostrzegła w jego oczach niepokój. - Zawsze jestem
ostrożna. Inaczej nie byłoby mnie tutaj. Zaprzyjaźnianie się z obcymi stworzeniami jest
częścią mojego zawodu, to mój fach. Tylko jak ja się dowiem, jak dojrzałe są ich młode,
skoro  chronią...  -  urwała,  i  aż  zagwizdała  ze  zdziwienia.  -  Wiem  już.  Czubak  bronił
malca, ponieważ nawykł do chronienia potomstwa. Wniosek: młode jeszcze przez jakiś
czas po urodzeniu nie są zdolne bronić się same. A jednak - westchnęła, rozczarowana -
wolałabym dostać się do jednej z ich jaskiń...
              -  Varian,  patrz  tylko!  -  rzucił  szeptem  Bonnard,  wskazując  kierunek  ledwo
zauważalnym ruchem palca.
       Varian odwróciła się pomału. Rząd młodych spoglądał na nich ze szczytu urwiska.
Zwinęły  skrzydła  i  założywszy  je  do  tyłu,  wspierały  się  szponami,  chroniąc  się  przed
upadkiem. Varian roześmiała się, kręcąc z niedowierzaniem głową, i mamrocząc coś o
obserwowaniu obserwatorów.
       - Widać nas jak na dłoni - rzekł Kai, opierając się o ślizgacz. Założył ręce. - Co
robimy  teraz  według  twojego  harmonogramu?  Pozwalamy  im  obserwować  nasze

background image

poranne zwyczaje?
       - Proszę bardzo, jeśli sobie życzysz. Byłoby interesujące sprawdzić, jak długo coś
potrafi  przyciągać  ich  uwagę,  tyle  że  wyżej  dzieją  się  o  wiele  ciekawsze  rzeczy.  -
Wskazała  na  krążące  na  niebie  ptaki.  Niektóre  oddzielały  się  w  grupach  od  reszty  i
umykały w różnych kierunkach, majestatycznie zamiatając skrzydłami. - Chyba jednak nie
trafiliśmy  na  ich  wolny  dzień  -  powiedziała,  błyskając  uśmiechem  w  stronę  Kaia.  -
Bonnard, podsadzę cię na maskę ślizgacza. Stamtąd powinieneś dojrzeć szczyt. Mógłbyś
mi  powiedzieć,  czemu  młode  tak  się  wydzierają?  I  co  przeważyło  tamtego,  którego
chciałam uratować?
       - W porządku - odparł rezolutnie chłopiec.
       - Tylko nie wierć się za bardzo. Porysujesz butami osłonę - powiedział Kai. - Nie,
nie możesz ich zdjąć - dodał zaraz, uprzedzając pytanie chłopca.
              Wwindowali  go  na  górę.  Bonnard  z  ogromną  dbałością  usadowił  się  w  miejscu,
skąd mógł widzieć szczyt.
              -  Jest  tam  parę  zdechłych  płaszczaków  i  nieco  szlamowatych  wodorostów.  Oo!
Patrzcie na to!
              Ptaki,  zwabione  nową  pozycją  Bonnarda,  porzuciły  dotychczasową  galeryjkę  i
kołysząc  się,  przeszły  na  inną  stronę  urwiska,  by  stanąć  na  wprost  chłopca.  Dogłębnie
oburzony  Bonnard  oparł  ręce  na  biodrach  i  utkwił  w  nich  wyzywające  spojrzenie,  co
sprawiło, że ptaki z przeraźliwym krzykiem odsunęły się od skraju urwiska. Kai i Varian
dusili  się  ze  śmiechu,  przypatrując  się  rozgrywce  między  przedstawicielami  obu
młodych pokoleń.
       - Ej, kamerzysto! Przegapiłeś niezłą sekwencję! - krzyknął Kai.
       - Jakbym o tym nie wiedział! - żachnął się Bonnard.
       - Złaź na dół - nakazała Varian, dowiedziawszy się już, czego chciała.
       Przespacerowała się trochę skrajem terasy. Położyła się, by zerknąć w dół uskoku.
       - Nie wolno mi w górę. To może w dół? Zdaje się, że jakieś dwadzieścia metrów
poniżej w lewo jest jaskinia. Gdybym wykorzystała pasy ubezpieczające, Kai, mógłbyś
mnie tam spuścić, prawda?
              Kaiowi  nie  uśmiechała  się  szczególnie  tego  typu  poranna  gimnastyka.  Z  drugiej
strony,  pasy  przymocowane  na  zewnątrz  ślizgacza  były  w  stanie  utrzymać  nawet
grawitanta. Gdy Varian zmierzała już w kierunku swego celu, Kai cieszył się w duchu, że
to nie on wisi teraz na końcu tego rozhuśtanego wahadła.
       - Przyglądają się nam, Bonnard? - spytała Varian przez komunit.
       - Tylko młode i... Tak, i jeszcze jeden z powietrza.
- Zobaczmy, czy mają jakieś miejsca zakazane...
       - Varian... - jęknął Kai, coraz bardziej zaniepokojony. On także dostrzegł dorosłego
ptaka, który zbliżył się trochę, by przypatrzeć się rozkołysanej Varian.
       - On się tylko przygląda, Kai. Spodziewałam się tego. Jeszcze tylko jeden raz i...
Jestem!  -  Złapała  się  mocno  za  kamienny  występ  skalny  tuż  przy  wejściu  do  jaskini  i
zwinnie wgramoliła się do środka.

background image

       - Rany! Ta jaskinia jest opuszczona! I wprost gigantyczna! Ciągnie się tak daleko, że
nie widzę końca - jej głos był najpierw przytłumiony, potem tubalny.
       - Zaraz, zaraz. Dokładnie tego chciałam. Jajko. Jajko? I wpuściły mnie? Nie, jest
martwe.  I  nieduże.  Cóż,  to  pośredni  dowód,  że  ich  młode  rodzą  się  niedojrzałe.  Hmm.
Trochę  tu  trawy,  jakby  w  kształcie  gniazda.  Zbyt  jest  rozrzucona,  by  być  pewnym.
Opuściłyby jaskinię ze względu na nie zapłodnione jajko? Żadnych rybich ości czy łusek.
Pożerają je więc w całości. Niezły żołądeczek.
              Bonnard  i  Kai  wymienili  spojrzenia,  przysłuchując  się  jej  monologowi,  niczym
litanii posegregowanych spostrzeżeń.
       - Trawa z gniazda nie pochodzi z doliny, przypomina raczej twardsze włókna rodem
z  moczarów.  Zastanawiam  się...  W  porządku,  Kai  -  jej  głos  przybrał  nagle  jaśniejszą
barwę, co oznaczało, że wyszła z jaskini - wciągnij mnie.
       Dotarła na skalny występ. Z kieszeni na nogawkach wystawały źdźbła trawy, a na
przodzie jej kostium wybrzuszało jajko.
       - Jakieś powody do alarmu? - spytała.
              Kai,  asekurując  ją  jeszcze,  potrząsnął  przecząco  głową,  a  Bonnard  pomógł  jej
wyplątać się z pasów.
       - Hej, ich jajka są niewielkie. Mogę nim potrząsnąć?
       - Proszę bardzo. Ewentualny lokator już od dawna nie żyje - odparła Varian.
       - Dlaczego?
       Varian wzruszyła ramionami.
       - Każemy Trizeinowi przyjrzeć się mu, być może wtedy się to wyjaśni. Wolałabym,
żeby  się  nie  stłukło.  Pozwól,  Kai,  opakuję  je  -  powiedziała.  Ułożyła  jajko  starannie,
okrywając je zwiędniętą trawą, a potem otrzepała ręce, dając znak, że robota skończona.
- To okropnie mecząca praca - oświadczyła i ruszyła do ślizgacza, gdzie dobrała się do
zapasów  żywności.  -  Wiesz  -  wykrztusiła  w  połowie  przygotowanego  na  chybcika
posiłku - wydaje mi się, że każda z tamtych grup miała przydzielone odrębne zadanie. -
Zostaniemy więc, by zobaczyć, co przytaszczą? spytał Kai.
- Jeśli nie miałbyś nic przeciwko?
       - Bynajmniej. - Nachylił głowę, by widzieć młode. Niektóre przestały się już nimi
interesować  i  podreptały  nieporadnie  na  przeciwległy  kraniec  urwiska.  -  Bawi  mnie
nieoczekiwana zmiana ról.
       - Chciałabym dostać się do jakiejś "czynnej" jaskini - przyznała Varian.
       - Wszystko tak od razu, jednego dnia?
              -  Masz  rację,  Kai.  Chcę  za  wiele.  Nie  padliśmy  ofiarą  agresji  ze  strony  ptaków.
Tamten  dorosły  interpretował  moje  zamiary  bardziej  jako  przyjacielskie  niż  wrogie.
Przyjął moją trawę...
       Spojrzeli w górę. Przeszył ich nadzwyczaj wysoki, przenikliwy odgłos, jakby ostry i
długotrwały pisk, który natychmiast przyciągnął uwagę młodych. Varian gestem nakazała
Bonnardowi  wziąć  kamerę,  lecz  chłopak  dawno  już  po  nią  sięgnął  i  przesondował
nieboskłon, zanim wymierzył obiektyw w zastygłe w pogotowiu młode ptaki.

background image

       Cała masa złotych istot wyległa z jaskiń i z niespotykaną prędkością pomknęła na
zasnuty mgłą południowy zachód.
       - To kurs na morski przesmyk. Czyżby kolejny połów?
       - Młode usuwają się na bok - rzekł Bonnard. - To wygląda na lunch.
              Z  mgły  wyłoniły  się  teraz  dorosłe  ptaki.  Muskając  powierzchnię  wody,  z  trudem
pracowały  skrzydłami,  by  z  widocznym  mozołem  wznieść  się  na  skalny  występ,  gdzie
osiadły  wreszcie  ze  skrzydłami  omdlałymi  z  wysiłku.  Varian  dałaby  głowę,  że  w
szponach jednego z ptaków widziała trawę. Dorosłe ptaki czekały, czekały też młode, od
czasu  do  czasu  obdzielając  się  nawzajem  kuksańcami.  Bonnard,  zirytowany  przerwą,
ruszył  w  stronę  wyjścia.  Varian  powstrzymała  go  w  chwili,  gdy  jeden  z  dorosłych
osobników wylądował na ich tarasie.
       - Ani się waż choćby palcem kiwnąć, Bonnard - ostrzegła chłopca.
       Ptak wciąż obserwował ślizgacz, nawet na moment nie odrywając od niego wzroku.
              -  Teraz  powoli  wycofaj  się  do  środka  -  rozporządziła.  Gdy  Bonnard  szczęśliwie
wykonał  manewr,  Varian  westchnęła  z  ulgą.  -  Co  ja  ci  mówiłam,  Bonnard?  Nie
przeszkadzaj zwierzętom, gdy jedzą. Do licha, a już na pewno nie niepokoi się stworzeń
czekających na lunch, Bonnard, jeśli chce się z nimi żyć na przyjacielskiej stopie!
       - Przepraszam, Varian. - Bonnard był skruszony.
              -  W  porządku,  chłopie.  Jednak  pewnych  rzeczy  będziesz  musiał  się  nauczyć.  Na
szczęście całe to zajście nie przyniosło szkody ani tobie, ani naszej misji. - Uśmiechnęła
się,  widząc  przygnębiony  wyraz  twarzy  chłopca.  -  Oj,  rozchmurz  się.  Dzięki  temu
dowiedzieliśmy się czegoś. Nie pozostawiły nas bez nadzoru ani na minutkę. Domyśliły
się również, którędy wchodzimy i wychodzimy ze ślizgacza. Doprawdy, trzeba przyznać,
że to szczwane bestie!
       Bonnard, wpatrzony w ptasiego strażnika, zsunął się na podłogę ślizgacza.
              Minęły  ze  trzy  kwadranse,  nim  Kai,  pamiętając,  by  wykonywać  powolne  ruchy,
wskazał  reszcie  załogi  powracające  ptaki.  Zewsząd  rozległy  się  wrzaski.  W  jednej
chwili  w  powietrze  uniosło  się  całe  mnóstwo  ptactwa,  co  wywołało  narzekania
Bonnarda, że jego film będzie zawierał więcej sierści i skrzydeł niż rzeczy istotnych.
       Chłopiec i Varian mieli okazję jeszcze raz obejrzeć widowisko, którego świadkami
byli już wcześniej. Migoczący łup wysypał się z sieci. Młode, kołysząc się kaczkowato,
weszły  pomiędzy  sterty  ryb.  Jeden  z  dorosłych  ptaków  spostrzegł,  że  któremuś  z
wyrostków  ugrzązł  kawałek  jedzenia  w  gardle,  więc  klepnął  go  w  plecy,  by  malec
wykrztusił  pokarm.  Kai  natomiast  przyglądał  się  innemu  ptakowi,  który  wyszukiwał
płaszczaki i żwawymi ruchami dzioba zręcznie zrzucał je ze skraju urwiska. Gdy uporał
się z zadaniem po swojej stronie połowu, ostrożnie otarł dziób o kamień.
       - Mam to na taśmie - zapewnił Bonnard Varian.
              Kai  zauważył  następną  osobliwość.  Jednemu  z  dorosłych  ptaków  kilka  innych
upychało  do  dzioba  całe  zapasy  żywności.  Ptak  zatoczył  się  zaraz  na  brzeg  tarasu  i
rozpostarłszy  skrzydła,  podleciał  do  jednej  z  większych  jaskiń.  Jego  miejsce  zajął
natychmiast inny ptak i podobnie nafaszerowany rybami, wyruszył do następnej pokaźnej

background image

szczeliny.
       Młodym wolno było jeść jedną rybę na raz. Oczywiście wpadły w paniczny strach,
napatoczywszy  się  na  małego  płaszczaka,  w  związku  z  czym  dwa  gruchnęły  w  tył  i
zaplątały  się  razem,  aż  musiał  przyjść  im  w  sukurs  pilnujący  ich  dorosły.  Bonnard
wściekał się, że musi pozostać wewnątrz ślizgacza, zamiast wdrapać się na niego, skąd
mógłby robić lepsze zdjęcia.
              Ilość  ryb  kurczyła  się  stopniowo.  W  końcu  młode  w  ogóle  przestały  się  nimi
interesować  i  jeden  za  drugim  znikały  ze  szczytu.  Niewiele  później  nie  widać  było  już
żadnego ptaka. Varian, Kai i Bonnard czekali jeszcze przez jakiś czas cierpliwie, dopóki
bezczynność ostatecznie nie wyprowadziła Kala z równowagi. Varian musiała wreszcie
przyjąć  do  wiadomości,  że  zdaniem  jej  przyjaciela  niespecjalnie  posuwają  się  w
obserwacji złotych ptaków, przesiadując w ślizgaczu lub nawet na tarasie.
       Było już dawno po południu. Mieli dosyć nagranych taśm, by zapewnić sobie długie
godziny  badań.  Propozycja  Varian,  by  wracać  do  obozu,  została  błyskawicznie
wprowadzona  w  czyn  przez  obu  przedstawicieli  płci  męskiej.  Kai  sprawdził  tylko
zabezpieczenie wejścia ślizgacza i dał Bonnardowi znak, by zapiał pasy, co sam zresztą
bezzwłocznie  uczynił.  Byli  gotowi  do  drogi,  zanim  Varian,  rozbawiona  nimi  do  łez,
zdążyła usiąść.
              Wystartowali.  Varian  zatoczyła  jeszcze  kółko  ponad  szczytem  urwiska,  gdzie  na
skalnym  podłożu  ptaki  znów  pozostawiły  małe  płaszczaki,  by  prażyły  się  w  słońcu  i
gniły. Varian znalazła odpowiedź na parę pytań, jednak wydarzenia tego dnia przyniosły
ich jeszcze więcej. Była bardzo zadowolona z tej wyprawy, choćby dlatego, że było to
coś, na co naprawdę miała ochotę.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

              Okrążyli  dziwnie  spokojny  obóz  i  wtedy  właśnie  Kai  zauważył  brak  ślizgaczy.
Widać  było  tylko  rozespanego  Dandy'ego.  To  do  pewnego  stopnia  uspokoiło  Kaia,
ponieważ zwierzak miał zwyczaj przeczekiwać wszelkie napięcia i niepokoje w obozie,
siedząc skulony w kącie swego wybiegu.
       - Rzeczywiście wszyscy odpoczywają - odezwała się Varian. To ona pilotowała.
       - Moje zespoły musiały wcześnie powrócić do obozów - powiedział Kai.
       - Owszem, owszem, tylko gdzie się podziali moi grawitanci? Powinno zostać kilka
ślizgaczy.
       - Bakkun wspomniał coś o wyprawie do swojego zakątka - wtrącił Bonnard.
       - Swojego zakątka? - Varian i Kai spytali chórem.
              -  Tak.  Na  północy  -  odparł  Bonnard,  wskazując  kierunek.  -  Do  szczególnie
osobliwego zakątka na północy.
              -  Co  to  za  osobliwy  zakątek?  -  zapytała  Varian,  przelotnym  spojrzeniem  dając
Kałowi znak, by pozwolił jej prowadzić dochodzenie. - Byłeś tam?
       - Tak, w zeszłym tygodniu, gdy pracowałem z Bakkunem - przyznał chłopiec. - Ja
nie  widzę  w  nim  nic  osobliwego,  po  prostu  zwykła,  okrągła  polanka  pośród  drzew,  z
jednej strony zamknięta ścianą skalną. Mieszka tam spora gromada ogromnych pożeraczy
zielska,  takich  jak  Mabel,  i  kilka  mniejszych  gatunków.  Wszystkie  mają  wyżarte  kęsy
ciała, Varian. Bakkun mówił, że interesuje się nimi Paskutti. Nie wspomniał ci o tym?
       - Najwyraźniej nie miał czasu - odrzekła Varian w tak pretensjonalny sposób, że od
razu było wiadomo, iż Paskutti nic jej o tym nie powiedział.
       - Nie miał czasu? To było tydzień temu!
       - Wszyscy byliśmy zajęci - rzuciła Varian i marszcząc brwi, leciutko sprowadziła
ślizgacz na ziemię.
       Lunzie zaraz znalazła się przy wlocie, gotowa natychmiast go otworzyć.
       - Wycieczka się udała? - zagadnęła.
              -  Wyjątkowo.  Tu  także  wszyscy  zażywają  błogich  chwil  odpoczynku?  -  spytała
Varian.
       Lunzie obrzuciła ją przeciągłym, badawczym spojrzeniem.
              -  O  ile  mi  wiadomo,  tak  -  odparła  powoli,  patrząc  prosto  w  oczy  Varian;
jednocześnie  zamykała  wlot.  -  Terilla  pracuje  nad  jakimiś  mapami  u  Gabera,  a  Cleiti
czyta coś w głównym budynku.
- Mógłbym pokazać Cleiti nasze taśmy, Varian? - zaproponował Bonnard.
- Ależ jak najbardziej. Tylko nie wymaż ich przypadkiem!
       - Varian! - Bonnard obruszył się śmiertelnie. - Obsługuję taśmy od tygodni i jeszcze

background image

nigdy niczego nie wykasowałem!
       Kai wyczuł, że Varian chciała pozbyć się Bonnarda, tak jak był świadom, że obie
kobiety w ten czy inny sposób wymieniły milcząco informacje i niecierpliwiły się teraz,
by  móc  otwarcie  porozmawiać.  On  również  miał  kilka  pytań  do  Varian  dotyczących
Bakkuna, Paskuttiego i usidlonych roślinożernych.
              -  Moi  ludzie  radzili  sobie  dobrze,  mam  nadzieję?  -  zapytał  Lunzie,  by  przerwać
niezręczną ciszę, która zaległa, gdy Bonnard maszerował przez obóz. Chłopiec zatrzymał
się, by pogłaskać Dandy'ego.
              -  Owszem,  wszyscy  spisywali  się  dobrze,  poza  Bakkunem,  który  wybrał  się  z
grawitantami  na  jakąś  prywatną  wycieczkę.  -  Lunzie  wskazała  ręką  wahadłowiec  i  we
trójkę udali się w jego kierunku. - Pamiętasz, Kai, jak pytałeś mnie o zapasy? - odezwała
się  ściszonym  głosem.  -  Ktoś  zagrabił  cześć  podstawowego  sprzętu  medycznego.  Co
więcej,  wyczerpały  się  baterie  syntezatora.  Ja  nie  używałam  go  zbyt  często  po  ich
wymianie.  Kazałam  więc  Porteginowi  sprawdzić,  zanim  wyruszy,  czy  coś  jest  nie  w
porządku,  lecz  podobno  nie  ma  żadnych  usterek  technicznych.  Po  prostu  ktoś  z  niego
korzystał. Nie potrafię określić nawet, co syntetyzowano.
       - Dokąd udali się grawitanci? - spytała Varian.
              -  Nie  wiem.  Byłam  w  magazynach,  gdy  dotarł  do  mnie  szum  ślizgaczy  i  pasów
nośnych.  Potem  przyszedł  Portegin  i  oznajmił,  że  to  grawitanci  wybrali  się  dokądś...  -
urwała  Lunzie,  marszcząc  czoło  w  zamyśleniu.  -  To  dziwne.  Byłam  w  magazynie,  a
przecież nie prosili mnie o racje żywnościowe...
       - Nie! - Cichy okrzyk Varian przestraszył lekarkę i Kaia.
       - Coś nie tak, Varian?
              Varian  zbladła  jak  ściana.  Wyglądała  na  rażoną  nagłą  chorobą.  Oparła  się  o
przepierzenie.
       - Nie, muszę się mylić, na pewno się mylę... - jęknęła.
       - Mylisz się? - Lunzie powtórzyła wyczekująco, chcąc skłonić Varian do wyjaśnień.
              -  Muszę  się  mylić.  Nie  mogli  przecież  ot  tak,  bez  powodu,  wrócić  do  dawnych
zwyczajów, prawda Lunzie?
       - Do dawnych zwyczajów? - Lunzie wytrzeszczyła oczy na Varian, która osłabiona
nadal wspierała się o ścianę. - Nie myślisz chyba, że...
       - A czemużby inaczej Paskutti interesował się ranionymi roślinożercami, o których
nie miałam zielonego pojęcia? Nigdy nie przypuszczałam, by Bakkun był gruboskórny. A
mimo to... mówić takie rzeczy przy chłopcu...
       Lunzie prychnęła.
       - Grawitanci nie mają wysokiego mniemania o dorosłych ludziach, nie wspominając
o wychowankach kosmicznych baz. Ich dzieci nie mogą przemówić, póki nie zabiją...
       - O czym ty mówisz? - przerwał jej Kai.
       - Obawiam się, że muszę się zgodzić z hipotezą Varian - odparła Lunzie.
       - Która głosi...? - Kai spytał gniewnie.
              -  ...że  grawitauci  powrócili  do  spożywania  białka  zwierzęcego  -  zimny,  zupełnie

background image

obojętny  ton  Lunzie  nie  złagodził  bynajmniej  wstrętu  wywołanego  tak  odrażającym
stwierdzeniem.
       Kai, ogarnięty nieopanowanymi mdłościami, poczuł, że zaraz zwymiotuje.
              -  Oni?  -  -  Nie  mógł  nawet  powtórzyć  za  lekarką.  W  miejsce  słów  skinął  tylko  z
rezygnacją ręką. - Są członkami Federacji. Są cywilizowani...
       - Dostosowują się, kiedy są w towarzystwie innych członków Federacji - odparła
Varian niskim, bezbarwnym tonem, co wskazywało, jak bardzo jest zszokowana - lecz...
Pracowałam  już  z  nimi  na  kilku  wcześniejszych  wyprawach  i...  Jeśli  mogą...  Nie
myślałam... Nie chciałam myśleć, że zrobią to także tutaj...
       - Przynajmniej zachowywali dyskrecję - stwierdziła Lunzie. - Oczywiście nie bronię
ich.  Ale  gdyby  nie  przypadkowa  uwaga  Bonnarda...  Nie.  -  Lunzie  zmarszczyła  czoło,
wpatrując się w podłogowe płytki. - Zwietrzyłam już coś tamtego wieczora...
              -  Kiedy  zaserwowałaś  im  swój  owocowy  trunek!  -  Varian  napadła  na  Lunzie
oskarżycielsko. - Nie byli pijani! Byli podekscytowani. A wiecie czym? - Żadne z nich
nie miało czasu odpowiedzieć na jej retoryczne pytanie. - Przemocą...
       - Owszem, przemoc i alkohol mogły stanowić bodziec dla grawitantów - przyznała
Lunzie,  potakując  ze  zrozumieniem  głową.  -  Z  natury  mają  powolny  metabolizm  -
wyjaśniła  Kaiowi  -  i  niski  popęd  seksualny,  co  czyni  z  nich  wspaniałą  mutację  w  sam
raz  na  wyprawy  KOBu.  Pod  wpływem  pewnych  bodźców  i...  -  Lunzie  wzruszyła
ramionami.
              -  To  moja  wina.  Nie  powinnam  była  im  pozwolić  pić  tej  nocy.  Wiedziałam  o
wszystkim.  Otóż  -  Varian  wyrzucała  z  siebie  słowa  w  nagłym  przypływie  szczerości  -
tego  samego  dnia  kłacz  bestialsko  zaatakował  jednego  z  roślinożernych.  Spostrzegłam
wyjątkowe podniecenie w zachowaniu Paskuttiego i Tardmy, lecz sądziłam, że to tylko
moja wyobraźnia...
       - Pojawiła się wiec przemoc, a ja skomplikowałam problem, podając im alkohol. -
Lunzie ochoczo wzięła na siebie część odpowiedzialności. - Ależ mieli noc!
       - A my myśleliśmy, że poszli wcześniej spać! - Varian uderzyła się ręką w czoło,
uznając własną naiwność. - Przy zbyt mocnym napitku... - Wybuchnęła śmiechem, zaraz
jednak syknęła boleśnie. - O nie!
       - O co chodzi tym razem? - ostrym tonem zażądał wyjaśnień Kai.
       - Oni wrócili.
       - Wrócili? - Kai był nieco skonfundowany.
              -  Przypominasz  sobie,  jak  pytałam  o  czas  lotów  dużego  ślizgacza?  -  powiedziała
Varian.
       - Wrócili, by zarżnąć tamtego roślinożernego dla jego mięsa? - spytała Lunzie.
       - Mogłabyś przynajmniej nie być tak odrażająco wulgarna - zganił ją Kai, wściekły
na lekarkę, na siebie i na swój wywrócony do góry nogami żołądek.
              -  Tak,  tak  -  ciągnęła  Lunzie,  ignorując  zupełnie  Kaia  -  najwyraźniej  potrzeba  im
dodatkowego, zwierzęcego białka...
       - Lunzie! - Teraz także Varian próbowała ją powstrzymać, lecz Lunzie kontynuowała

background image

wywód w swój bezstronny, medyczny sposób:
              -  Jestem  przekonana,  że  jadają,  i  to  ze  smakiem,  zwierzęce  białko.  Muszą  je
spożywać  na  swojej  rodzinnej  planecie,  ponieważ  z  roślin  żyjących  w  warunkach
silnego przyciągania, niewiele jest strawnych dla ras ludzkich. Zasadniczo dostrajają się
do  powszechnych  zasad  konsumpcji  białka  roślinnego  i  syntetycznego.  Podawałam  im
pokarm bogaty w... - Lunzie przerwała. - Czyżby dlatego syntezator był wyczerpany?
       - Proteiny? - spytał Kai, żywiąc rozpaczliwą nadzieję, że uczestnicy jego ekspedycji
nie zarzucili może wszystkich zasad odżywiania.
              -  Nie,  raczej  zaspokajali  codzienne  zapotrzebowanie  na  elementy,  których  nie
dostarcza czysto zwierzęca dieta. Jedyna rzecz, której nie zabrali z naszych magazynów,
to produkowane przez nas proteiny.
       Varian, sina na twarzy, uniosła rękę, by przerwać Lunzie.
       - Nie myślałam, że jesteś aż tak przeczulona, Varian - oświadczyła Lunzie. - - Cóż,
twoja  wrażliwość  wynika  z  wychowania.  Pokusa,  by  spożywać  zwierzęce  mięso,  jest
wciąż silna w planet arianach...
       - Kai, co zrobimy teraz? - wykrztusiła Varian.
              -  Choć  to  nie  mnie  pytałaś,  odpowiem  ci  -  wtrąciła  się  Lunzie  -  że,  szczerze
mówiąc,  nic  nie  możecie  zrobić.  Grawitanci  trzymali  w  sekrecie  swe  ohydne  praktyki.
Cóż  -  zmieniła  wyraźnie  ton  -  to  potwierdzałoby  moją  tezę,  że  nigdy  nie  usunie  się
całkowicie  podstawowych  popędów.  Potrzeba  całych  pokoleń  wychowywanych  w
nowych  warunkach,  by  móc  być  pewnym  rezultatów.  Ach!  -  Lunzie  wrócił  zwykły,
śmiały  głos,  choć  w  jej  okrzyku  kryło  się  trochę  lęku.  -  Kai,  Varian...  -  z  największą
powagą spoglądała to na niego, to na nią - BO wróci po nas, prawda?
       - Mamy wszelkie powody, by tak sądzić - odparł stanowczo Kai.
       - Czemu pytasz? - Varian wydawało się, że w pytaniu Lunzie pobrzmiewało coś,
czego Kai nie dosłyszał.
       - Gaber w to nie wierzy - rzekła Lunzie.
       - Mówiłem już Dimenonowi - powiedział Kai, odczuwając potrzebę wykazania się
niefrasobliwością  i  autorytetem  -  że  chwilowo  straciliśmy  łączność,  lecz  skoro  nie
martwią się tym Thekowie, nie martwię się i ja.
       - Thekowie nigdy się nie martwią - zauważyła Lunzie. - Zmartwienia dotyczą ludzi,
którym zależy na czasie. Od jak dawna nie mamy łączności z BO?
       Zawahał się przez chwilę, by poszukać aprobaty w spojrzeniu Varian. Lunzie była
dobrym sprzymierzeńcem.
       - Odkąd wysłaliśmy pierwsze raporty - odparł.
       - Tak długo?
       - Podejrzewamy, z czym zgadzają się Thekowie, że burza kosmiczna, za którą BO
udała  się  w  pogoń,  kiedy  nas  już  tu  osadziła,  wywołała  zakłócenia  uniemożliwiające
kontakt.
       Lunzie pokiwała głową, masując kark, jakby dały się jej we znaki mocno napięte
mięśnie.

background image

       - Rozumiem, że Gaber rozpuszczał swą absurdalną teorię, jakobyśmy mieli zostać tu
na  zawsze?  -  Kai  zmusił  się  do  śmiechu,  który,  w  jego  opinii  przynajmniej,  brzmiał
bardzo szczerze.
              -  Ja  także  wyśmiałam  Gabera,  lecz  zdaje  mi  się,  że  grawitanci  nie  mają  naszego
poczucia humoru - rzekła Lunzie.
       - Co wyjaśniałoby ich agresję - stwierdziła Varian. - Czuliby się tu niemal jak w
domu. Są dość silni, by przeżyć na Irecie.
       - To pokolenie byłoby dość silne, owszem - poprawiła pedantycznie Lunzie - lecz
nie następne.
              -  Po  co  w  ogóle  gadasz  takie  rzeczy?  -  Kai  był  sfrustrowany.  -  "Następne
pokolenie"! Przecież nie zostawią nas tutaj!
       - Bynajmniej nie twierdzę, że zostawią - Lunzie przybrała znów swój obojętny ton. -
Stanowimy  zbyt  małą  grupę  i  nie  jesteśmy  dobrani  wiekowo,  by  ewentualnie  zasiedlić
Iretę. To nie powstrzymałoby wcale grawitantów, by...
       - Pozostać na Irecie?! - zatrwożył się Kai.
       - Och, wiesz, mają tu wszystko, czego im trzeba - powiedziała Lunzie. - Alkohol,
białko  zwierzęce...  Grawitanci  często  kierują  się  wyłącznie  własnym  widzimisię.  Na
pewno słyszałaś, Varian, co mówią. - Dziewczyna z wolna przytaknęła ruchem głowy. -
Podobno  kilka  grup  zwyczajnie  "rozpłynęło"  się  w  powietrzu.  Jeśli  jesteś  w  stanie
wyobrazić sobie takie cielsko, jak...
       - Nie mogą tego zrobić! - wybuchnął Kai, zmagając się z konsternacją, gniewem i
poczuciem  bezsilności,  gdyż  nie  miał  pojęcia,  jak  odwieść  grawitantów  od  podobnego
planu.  Przewyższali  go  fizyczną  siłą,  i  zarówno  on,  jak  i  Varian  nierzadko  odnosili
wrażenie,  że  grawitanci  ledwie  tolerują  ich  jako  swych  przełożonych,  i  to  jedynie
dlatego, że tak było im wygodniej.
       - Mogą, i musimy to przyznać przynajmniej przed sobą, jeśli już nie przed innymi -
zaoponowała Lunzie. - Chyba że uda ci się znaleźć na tej planecie coś tak fatalnego, że
będą woleli z nami wrócić. - Nie ulegało wątpliwości, że jej zdaniem żadna okoliczność
nie pohamowałaby grawitantów.
       - To całkiem konstruktywna propozycja - stwierdziła Varian.
       - Zaraz, zaraz! - zawołał Kai. - Nie ma najmniejszych oznak, że takie są ich zamiary!
Może  po  prostu  wmówiliśmy  sobie  to  wszystko  zupełnie  bezpodstawnie.  Do  licha!  W
końcu  co  nas  obchodzą  potrzeby  seksualne  innych  ras?  Jeśli  znajdują  tu  bodźce
pomagające im zaspokoić popęd, proszę bardzo. Popełniamy nieostrożność, przypisując
grawitantom niesmaczne i nie do przyjęcia czyny, nie mając cienia pewności, czy nasze
spekulacje są w ogóle uzasadnione.
       Lunzie strapiła się trochę, lecz Varian nie dała się tak łatwo zbić z pantałyku.
       - Mnie się to nie podoba! Coś tu nie gra, Kai. Czuję to od chwili, gdy przyszliśmy z
pomocą Mabel.
       - Przemoc stanowi dla grawitantów doskonałą pobudkę - zaczęła Lunzie. - Mimo
naszych  dążeń  ku  prawdziwie  cywilizowanym  zachowaniom,  może  się  okazać  groźna

background image

także dla nas i wywołać w nas prymitywne i nikczemne, lecz naturalne reakcje. - Lunzie
wzruszyła  ramionami  z  pełną  akceptacją  dla  ludzkiej  słabości.  -  Nie  oddaliliśmy  się
znów  aż  tak  daleko  od  prochu  stworzenia...  Od  tej  pory  będę  podawać  wyłącznie
rozcieńczony alkohol. - Ruszyła w stronę wyjścia. - Tak, by nikt o tym nie wiedział.
       - Słuchaj, Varian, na razie nie wiemy na pewno... - powiedział Kai, widząc, jak jest
przygnębiona. - Wzięliśmy pod uwagę jedynie odosobnione fakty...
       - Ja wzięłam pod uwagę jedynie odosobnione fakty, ale... Kai, naprawdę coś jest nie
w porządku.
       - Wystarczająco dużo i bez tego. Nie trzeba nam więcej problemów - żachnął się
Kai.
       - Zadaniem dowódców jest przewidywanie kłopotów i zapobieganie im.
              -  Na  przykład  tego,  że  stracimy  kontakt  z  BO?  -  Kai  zmierzył  ją  przeciągłym,
rozbawionym spojrzeniem.
       - To problem BO, nie nasz. Kai, pracowałam już z grawitantami. Nawet - Varian
zaśmiała  się  cichutko  -  zaaplikowałam  sobie  dwa  tygodnie  silnego  przyciągania  na
Thormece,  by  zrozumieć  warunki,  jakie  ich  kształtują.  Ja  naprawdę  dostrzegłam
niezwykłe podniecenie Paskuttiego i Tardmy wywołane atakiem kłacza na roślinożercę.
Niezwykłe jak na grawitantów, oczywiście.
              -  Nie  wolno  nam  mieszać  się  w  nawyki  seksualne  innych  ras,  Varian,  prawda?  -
Zaczekał, aż niechętnie przyznała mu rację. - A więc przewidujemy, że tu może pojawić
się kłopot, co?
       - To moja pierwsza większa ekspedycja, Kai. Musi się udać.
       - Mój drogi współdowódco, wykonujesz tu wyśmienitą robotę. - Kai odciągnął ją
od ściany, o którą się opierała i wziął w ramiona. Nie chciał, by swawolna zazwyczaj
Varian była strapiona i niepotrzebnie, jak szczerze ufał, zaniepokojona. - Żaden z moich
ludzi nie został stratowany ani pożarty... Odkryłaś parę nowych form życia, i tobie, moja
droga,  przypadnie  premia.  Poza  tym,  wiesz,  może  byłoby  przyjemnie  też  zająć  się
seksem?
              Zaskoczył  ją  tą  propozycją.  Jej  reakcja  rozbawiła  go,  a  traktując  milczenie  jako
zgodę, pocałował ją. Bez żadnych oporów, a nawet z niejakim zaangażowaniem, Varian
pozwoliła  się  dyskretnie  zaprowadzić  Kaiowi  do  jego  kwatery,  gdzie  spędzili  resztę
wieczoru.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

       Świat, który pobudza do tego typu zajęć jak wczoraj wieczorem, nie może być do
końca  zły,  pomyślała  Varian  następnego  ranka,  wstając  zupełnie  wypoczęta.  Może
Lunzie  popełniła  błąd,  przypuszczając,  że  skoro  grawitanci  nie  zabrali  ze  sobą  racji
białka,  zamierzali...  Cóż,  nie  ma  najmniejszego  dowodu,  że  nie  poświecili  całego  dnia
zaspokajaniu popędu seksualnego, a nie atawistycznych gustów w odżywianiu.
       Kai ma rację. Dopóki wykroczenia grawitantów nie znajdą potwierdzenia, snucie
podejrzeń jest niestosowne.
       tym, że łatwiej coś powiedzieć niż zrobić, przekonała się nieco później, podczas
przydzielania  grawitantom  zadań  na  kolejny  tydzień.  Nie  była  w  stanie  powiedzieć
dokładnie,  co  takiego  się  w  nich  zmieniło,  lecz  w  ich  zachowaniu  wyraźnie  dała  się
wyczuć  pewna  różnica.  Dotąd  Varian  zawsze  była  względnie  swobodna  w  odniesieniu
do  Paskuttiego  i  Tardmy,  dziś  towarzyszyło  jej  skrępowanie.  Jąkała  się,  dukała  słowa,
czuła  się  nieswojo  i  odnosiła  wrażenie,  że  Paskutti  Tardma  świetnie  się  bawią  jej
kosztem.  Irytowała  ją  atmosfera  pyszałkowatej  satysfakcji,  która  ich  otaczała,  choć
trudno  byłoby  określić,  czym  się  konkretnie  objawiała,  skoro  grawitanci  nie  zdradzali
żadnych  emocji.  Zespół  ksenobiologiczny  miał  nadal  zajmować  się  terenami,  na  które
wkroczą  geologowie.  Nieznane  formy  zwierzęce,  niewielkie,  lecz  groźne,  nadal  mogły
czyhać w gęstej roślinności, a pasy siłowe nie stanowią przecież doskonałej ochrony.
       Varian mogłaby przysiąc, że gdy kroczyli we trójkę w stronę parku maszyn, Paskutti
nieznacznie utykał. Zdecydowała razem z Kaiem, że tego dnia powstrzymają się jeszcze
od  indagacji,  i  jak  na  razie  nie  miała  większych  kłopotów  z  okiełznaniem  ciekawości.
Owa  nieokreślona  przemiana,  jaka  zaszła  w  stosunku  grawitantów  do  niej,  była  za  to
swego rodzaju koronnym dowodem.
       Kiedy zacinający ostro deszcz zabębnił o szyby ślizgacza, ograniczając widoczność
i  uniemożliwiając  tym  samym  oznaczanie  okazów  fauny,  Varian  z  nie  ukrywaną  ulgą
ogłosiła  koniec  pracy.  Właściwie  to  Paskutti  zasugerował,  że  należałoby  przerwać
rekonesans, co zresztą sprawiło Varian odrobinę satysfakcji.
              Gdy  znaleźli  się  w  obozie,  Lunzie,  zmierzając  właśnie  z  wahadłowca  do  swojej
kwatery, rzuciła Varian niedostrzegalny dla innych znak, by przyłączyła się do niej.
       - Wczoraj musiało się coś wydarzyć - zwierzyła się Varian na osobności. - Tangeli
ma głębokie ciecie na policzku. Twierdzi, że urządziła go tak ostra gałąź, kiedy schylał
się po jakąś próbkę. - Wyraz twarzy Lunzie podważał to wyjaśnienie.
       - A moim zdaniem Paskutti stara się ukryć, że kuśtyka!
       - Oho! A Bakkun oszczędza lewą rękę!
       - W pewnych prymitywnych społecznościach samce walczą o samice - powiedziała

background image

Varian.
              -  To  się  nie  trzyma  kupy,  Varian  -  zaprzeczyła  Lunzie.  -  Także  Berru  na  lewym
ramieniu  nosi  opatrunek.  Nie  widziałam  dziś  Divisti  ani  reszty,  lecz  miałabym  ochotę
wezwać ich wszystkich na oględziny. Tyle że niedawno już ich wzywałam, w związku z
reakcją na alkohol.
       - Być może Berru nie spodobał się samiec, który ją zdobył? - broniła się Varian.
       Lunzie prychnęła.
       - Tam się chyba nikt nikomu nie podobał. Nieważne. Co się stało, że tak wcześnie
jesteś z powrotem?
              -  Gwałtowna  ulewa,  niewiele  było  widać,  a  już  na  pewno  nic  nie  można  było
oznaczyć. Wiesz, wydawało mi się - dodała, cedząc powoli słowa - że Paskutti i Tardma
mieli ogromną chęć skończyć wcześniej pracę.
       - Założyłam nowe baterie w syntezatorze i będę dokładnie notować swój czas pracy.
Tangeli  powiada,  że  odkrył  następne  dwa  gatunki  jadalnych  owoców  i  jedną  roślinę  z
wysoko odżywczym miąższem. Znalazł je wczoraj, przynajmniej tak twierdzi.
       - Może jednak bazujemy na niewłaściwych danych? - zasugerowała pogrążona w
zadumie Varian.
       - Może. - Lunzie nie była przekonana.
              -  Mogłabym  spytać  Bonnarda,  czy  pamięta  współrzędne  "osobliwego  zakątka"
Bakkuna.
       - Mogłabyś, lecz osobiście wolałabym nie mieszać w to dzieci.
              -  Ja  również.  Są  jednak  uczestnikami  wyprawy  i  cokolwiek  się  dzieje,  może
zaszkodzić tak samo im, jak nam, dorosłym. Może się przecież zdarzyć, że pewnego dnia
będę akurat w szeroko pojętej "okolicy" Bakkunowej polanki i...
       - Owszem, to nie byłoby aż tak rażącym nadużyciem zaufania chłopca - przyznała
Lunzie.
       - Zobaczę, co powie Kai.
              Kai  także  miał  zastrzeżenia  co  do  wciągania  chłopca  w  ich  problemy.  Z  drugiej
strony  należało  bezzwłocznie  dowiedzieć  się,  co  się  wydarzyło  naprawdę,  i  jeśli
grawitanci  w  istocie  wracali  do  swych  niecywilizowanych  zwyczajów,  trzeba  będzie
przedsięwziąć  odpowiednie  kroki.  Ostrzegł  więc  tylko  Varian,  by  zachowywała  się
roztropnie, tak w rozmowie z Bonnardem, jak i podczas zwiadów.
       Okazja nadarzyła się, całkowicie naturalnie, dwa dni później. Kai i Bakkun udali się
na północ, by oszacować głębokość złóż uranitytu odkrytych przez Berru i Triva. Paskutti
z Tardmą ruszyli w ślad za płytkowodnym monstrum, zaobserwowanym - z bezpiecznej
odległości - przez dwójkę geologów. Varian zaś chciała spenetrować tereny bardziej na
północny zachód, zaproponowała więc Bonnardowi, by towarzyszył jej w podróży.
       Praca z Bonnardem szła bardzo dobrze. Varian udało się "niechcący" zmienić kurs.
Przejrzała taśmy lotów Bakkuna.
       - Słuchaj, czy to nie tutaj gdzieś Bakkun trzyma te swoje roślinożerne bestie?
       Bonnard oderwał się od indykatora i rozejrzał dokoła.

background image

         -  Ireta  wszędzie  wygląda  prawie  tak  samo:  purpurowo-zielone  drzewa  i  żadnego
słońca... Nie, zaczekaj! Tamten łańcuch gór, z trzema wyższymi szczytami...
       - Hm, nauczyłeś się tego i owego - powiedziała uszczypliwie.
              -  Bakkun  instruował  mnie...  -  odparł  Bonnard  drżącym  głosem,  nieco  speszony.  -
Lecieliśmy chyba wprost na centralne wzgórze. Wylądowaliśmy tuż nad pierwszą linią
pagórków. Wiesz - dodał po chwili - znaleźliśmy tam złoto.
       - Złoto jest najmniej wartościowym surowcem na tej planecie.
       - Wiec nas tu nie zostawią, prawda? - spytał Bonnard.
              Varian  mimowolnie  szarpnęła  ślizgaczem,  na  moment  zawieszając  Bonnarda  na
pasach  bezpieczeństwa.  Skorygowała  kurs,  przeklinając  w  duchu  niewyparzony  język
Gabera i własny brak opanowania.
              -  Pobożne  życzenia  Gabera,  co?  -  rzuciła  ze  śmiechem,  mając  nadzieję,  że  jej
chichot  rzeczywiście  może  ujść  za  zabawny.  -  Te  stare  pierniki  tak  dziwaczeją.
Chcieliby przedłużyć swoją ostatnią wyprawę w nieskończoność.
       - Oooch! - Bonnard chyba nie brał pod uwagę podobnej ewentualności. - TerUla
mówiła, że był absolutnie pewny.
       - Pobożne życzenia czasem brzmią jak fakty. Ty chyba nie chciałbyś zostać na Irecie,
co, Bonnard? Przecież nie odpowiada ci tutejszy fetor?
       - Nie jest tak źle, jeśli się przyzwyczaić do tego zapachu.
       - Tylko się nie przyzwyczaj za bardzo, stary. Musimy w końcu wrócić na BO. A
teraz miej szeroko otwarte oczy, chcę coś sprawdzić...
       Przelecieli ponad pierwszymi wzgórzami. Bonnard wcale nie potrzebował mówić
Varian, kiedy znaleźli się nad "osobliwym zakątkiem". Łatwo dało się zauważyć - wciąż
leżały tam co potężniejsze kości i pięć czaszek. Ogłuszona i już nie tak ochocza Varian
zawróciła  ślizgacz,  aby  wylądować.  Ujrzała  ciężkie,  poczerniałe  kamienie  -  niemych
świadków  ogniska,  którego  śladów  nie  zdążył  jeszcze  doszczętnie  spłukać  padający
ostatnio deszcz.
       Nie odzywała się. Cieszyła się, że Bonnard nie mógł niczego skomentować.
              Osadziła  ślizgacz  miedzy  ogniskiem  a  pierwszą  z  czaszek.  Pomiędzy  oczodołami
prześwitywał  okrągły  otwór,  zbyt  duży,  by  mógł  pochodzić  od  obezwładniacza.
Cokolwiek  jednak  przeszyło  łeb  zwierzęcia,  było  dość  silne,  by  porysować  kość
niezliczonymi  pęknięciami.  Podobne  dziury  znajdowały  się  w  innych  dwu  czaszkach;
jedną strzaskano silnymi uderzeniami w cieńszą podstawę. Piąta czaszka była nietknięta,
nie można było więc jednoznacznie określić, w jaki sposób uśmiercono to stworzenie.
              Ziemia  na  niewielkich  rozmiarów  polance,  opasanej  zewsząd  skalnymi  ścianami,
była rozryta i pożłobiona, milcząco dowodząc rozegranej tu walki.
              -  Varian?  -  nieco  drżący  głos  Bonnarda  wyrwał  ją  z  chaotycznych  spekulacji.
Chłopiec  trzymał  w  ręku  strzępek  materiału,  sztywny  i  ciemniejszy  niż  normalne
tworzywo  kombinezonu;  był  to  skrawek  z  rękawa,  ponieważ  szew  biegł  do  nieco
węższego mankietu - dużego mankietu, od lewej ręki. Z dreszczem obrzydzenia wsunęła
odrażający dowód do kieszeni.

background image

              Odważnie  podeszła  do  prowizorycznego  ogniska.  Z  potęgującym  się  uczuciem
mdłości  wpatrywała  się  w  poczerniałe  kamienie,  w  bruzdy  wyżłobione  w
przeciwległych głazach, gdzie musiał być umieszczony rożen.
              -  Widzieliśmy  dość,  Bonnard  -  odezwała  się,  gestem  nakazując  mu  wracać  do
ślizgacza. Robiła wszystko, by nie biec.
       Gdy wcisnęli się już w fotele, Varian spojrzała na Bonnarda, zastanawiając się, czy
jej twarz jest równie blada jak jego.
              -  Nic  nikomu  o  tym  nie  mów,  Bonnard.  Nic.  Drżały  jej  ręce,  gdy  usiłowała
zanotować współrzędne.
       Wznieśli się i Varian zwiększyła napęd do maksimum, mając nieprzepartą ochotę
odgrodzić się od tamtej kostnicy jak największym pasem przestrzeni.
       Ani jej, ani Kaiowi nie wolno było zignorować tak oczywistego pogwałcenia zasad
Federacji.  Przez  moment  żałowała,  że  nie  wybrała  się  w  tę  podróż  sama  -  mogłaby
przynajmniej  zapomnieć  o  wszystkim.  Choćby  próbować  zapomnieć...  Jednak  Bonnard
był  świadkiem,  i  nie  da  się  niczego  wymazać  z  pamięci,  jak  nocnego  koszmaru.
Grawitantom  należy  oficjalnie  udzielić  reprymendy,  choć  trudno  mieć  pewność,  na  ile
skuteczne  okażą  się  słowa  w  obliczu  ich  fizycznej  siły.  Wystarczająco  przecież
lekceważyli Kaia i Varian, by zabić i zjeść zwierzęta.
              Varian  mocno  wstrząsnęła  głową,  próbując  pozbyć  się  odrazy,  jaka  zawsze,  w
sposób nieunikniony towarzyszyła tej szkaradnej myśli.
       - Zwierzę, nie oznaczone - oznajmił Bonnard zdławionym głosem.
       Varian z ochotą oderwała się od swych niezdrowych, przyprawiających o mdłości
dociekań. Zawróciła ślizgacz w ślad za uciekającym stworzeniem. Złapali je na polance.
       - Mam go! - rzucił Bonnard. - To kłacz. Varian! Do licha, Varian, on jest ranny!
       Drapieżnik zakręcił się w kółko i podniósłszy się, daremnie uderzał w powietrze
swymi  krótkimi,  przednimi  łapami.  Gruba  gałąź  wbiła  się  mu  miedzy  żebra.  Varian
dostrzegła  krew  broczącą  przy  każdym  ruchu  zwierzęcia  z  ziejącej  rany.  Teraz  trudno
było nie spostrzec, że gałąź to nie wykończona włócznia, którą ktoś z ogromną siłą cisnął
w bok kłacza.
       - Nie pomożemy mu? - spytał Bonnard, gdy Varian zawróciła z kursu.
       - Sami nie jesteśmy w stanie, Bonnard.
       - Ale on umrze - zaoponował chłopak.
              -  Owszem,  i  nic  na  to  nie  poradzimy.  Nie  możemy  nawet  podejść  wystarczająco
blisko,  by  spryskać  ranę  substancją  opatrunkową,  mając  nadzieję,  że  sam  usunie  tę...  -
Nie miała pojęcia, dlaczego urwała. Nie miała zamiaru osłaniać grawitantów, a Bonnard
w końcu i tak zauważył tę okropność.
              Czy  ataki  mięsożerców  nie  dostarczały  grawitantom  wy  starczającej  dawki
przemocy? Ile jeszcze napotkają rannych zwierząt na tym krańcu świata?
       - Czy przypadkiem uruchomiłeś rejestrator, Bonnard? - spytała Varian.
       - Tak, Varian - odparł.
       - Dziękuję. Wracamy. Muszę niezwłocznie rozmówić się z Kaiem.

background image

       Bonnard zerknął znacząco na komunit.
       - To poufna sprawa, Bonnard. - Varian potrząsnęła przecząco głową. - Muszę cię
jeszcze raz prosić, byś nic nikomu nie mówił i... - chciała dodać "i trzymał się z dala od
grawitantów",  lecz  zacięty  wyraz  twarzy  chłopca  zdradzał,  że  podobna  rada  jest
zbyteczna.
       Na moment zaległa cisza.
       - Varian?
       - Tak, Bonnard? - Miała nadzieję, że znajdzie dla niego jakąś odpowiedź.
- Dlaczego? Dlaczego oni zrobili coś tak ohydnego?
       - Chciałabym to wiedzieć, Bonnard. Przemoc nie wynika z prostych przyczyn ani z
jednostkowego impulsu. Powtarzano mi zawsze, że przemoc jest zwykle rezultatem ciągu
frustracji i napięć, które nie miały innego ujścia.
       - Każdy czyn wywołuje reakcję, Varian. To pierwsza rzecz, której uczą na statku.
              -  Owszem.  Ponieważ  często  przebywacie  w  przestrzeni  kosmicznej,  pierwszą
rzeczą,  której  musicie  się  nauczyć,  jest  kontrolować  siebie  i  swoje  poczynania  -
wyjaśniła Varian.
       - Na planetach o silnym przyciąganiu... - Bonnard tak bardzo starał się zrozumieć!
Varian widziała, jak niemal szuka wzrokiem po kabinie wytłumaczenia. - Na planetach o
silnym przyciąganiu trzeba cały czas borykać się z grawitacją...
              -  Dopóki  nie  przyzwyczaisz  się  do  niej  w  takim  stopniu,  że  nie  będziesz  już
postrzegać tego jako walki. Przystosujesz się.
       - Czy można się przystosować do przemocy? - Bonnard był przerażony.
       Varian zaśmiała się gorzko.
              -  Tak,  Bonnard,  można  się  przystosować  do  przemocy.  Tysiące  lat  wstecz  był  to
powszechny stan ludzkości.
              -  Cieszę  się,  że  żyję  teraz  -  szepnął  Bonnard.  Varian  nie  odpowiedziała,
zastanawiając  się,  czy  zgadza  się  z  chłopcem.  Dawniej,  gdy  ludzkość  wciąż  jeszcze
wytężała  siły,  by  osiągnąć  poziom  cywilizacji,  na  którym  z  pogardą  traktuje  się
spożywanie  zwierzęcego  mięsa,  na  którym  trzeba  oduczyć  się  narzucania  własnych,
specyficznych  zasad  innym  gatunkom,  na  którym  akceptuje  się,  jako  rzecz  naturalną,
przyjaźń  i  związki  ze  stworzeniami  odmiennymi,  lecz  wspaniałymi  w  swej
odmienności... Tak, kobieta żyjąca jakieś trzysta lat temu musiała nie raz radzić sobie z
najzwyczajniejszym  barbarzyństwem.  Oczywiście  zwierzęta,  które  walczyły  ze  sobą  i
zabijały, podświadomie idąc za nakazami praw zachowania równowagi biologicznej, to
jedna  rzecz  (co  bynajmniej  nie  znaczy,  że  Varian  nie  przyszłaby  słabszemu  z  pomocą,
jeśli  istniałaby  taka  możliwość),  lecz  jeśli  pewien  gatunek,  silniejszy,  zdolny  się
przystosować  do  każdych  warunków,  po  prostu  groźniejszy  ze  względu  na  swą
wszechstronność, atakuje głupiego zwierzaka wyłącznie dla przyjemności, to zakrawa na
bestialstwo.
              Co  mają  zrobić,  ona  i  Kai,  z  takim  zachowaniem?  Znów  żałowała,  że  zabrała  ze
sobą Bonnarda. Chciała być sprytna, tak, zbyt sprytna, i dlatego wmieszała w to chłopca.

background image

Pewnie przeraziła go na śmierć tak jawnym dowodem rozwydrzonego okrucieństwa. Ale
przecież  nie  spodziewała  się  czegoś  podobnego,  planując  obejrzeć  Bakkunowy
"osobliwy zakątek". Skądże znowu! Teraz zaś, skoro wszystko wyszło na jaw, należało
przedsięwziąć  ostre  środki.  Za  późno,  by  twierdzić,  że  grawitanci  zachowują  w
tajemnicy  swój  podły  proceder.  Za  późno  żałować,  że  w  ogóle  kiedyś  zechciała
przyjrzeć się temu, co robią.
       Z drugiej strony, lepiej było zdemaskować niecne praktyki grawitantów na planecie,
gdzie  żaden  inny  myślący  gatunek  nie  był  narażony  na  szwank.  Nieco  ulgi  przyniosła
Varian  myśl,  że  grawitanci  wybrali  sobie  głupkowate  roślinożerne  i  drapieżniki  niż  na
przykład śliczne złote ptaki...
       Gdyby je tknęli... Wściekłość, furia, jakiej nie doświadczyła nigdy dotąd, targnęła
nią z niewiarygodną mocą.
       Wstrząśnięta do głębi usiłowała pozbierać myśli. Musi nad sobą panować, jeżeli ma
przewodzić innym.
       Znajdowali się niedaleko obozu. Szybowali ponad rozległą równiną, prowadzącą
do  ich  granitowego  tarasu.  Varian  złapała  się  na  tym,  że  pragnie,  by  Kai,  z  jakichś
nieznanych przyczyn, powrócił wcześniej do obozu. Złe wieści mają to do siebie, że nie
dają  o  sobie  zapomnieć.  Były  jak  otwarta  rana,  jątrząca  spekulacjami,  domysłami,
pytaniami... Jak choćby, co grawitanci porabiali teraz?
              Wylądowali.  Varian  jeszcze  raz  przypomniała  Bonnardowi,  by  o  niczym  nie
wspominał nawet Cieki i Terilli, a już na pewno nie Gaberowi.
       - Gaber - chłopiec odezwał się z uśmiechem - mówi mnóstwo, ale niewiele ma do
powiedzenia... Chyba że chodzi o mapy...
       - Poczekaj chwileczkę. - Varian zatrzymała Bonnarda na chwilę, rozważając sens
dalszego  angażowania  dzieciaka.  Zerknęła  na  migoczącą  osłonę  siłową.  Konwulsyjne
pląsy umierających owadów rysowały się błękitem po ziemi. Varian starała się myśleć,
na  chłodno,  czy  w  obozie  jest  jeszcze  ktoś,  komu  może  zaufać.  Potem  spojrzała  na
chłopca, stojącego przed nią swobodnie i z nieco przekrzywioną głową oczekującego na
rozkaz.  -  Bonnard,  zabieram  z  naszego  ślizgacza  baterię.  Kiedy  nadlecą  pozostałe
ślizgacze, chcę, żebyś także z nich wymontował baterie. Ukryj je w zaroślach, jeśli nie
będziesz w stanie przynieść ich do wahadłowca. Gdyby ktoś cię pytał, powiedz, że masz
za  zadanie  sprawdzić  wyciek  ołowiu.  Tak,  to  byłoby  logiczne.  Rozumiesz?  -  Varian
odśrubowywała  baterię,  wydając  Bonnardowi  instrukcje.  -  Wiesz,  gdzie  są  baterie  w
mniejszych ślizgaczach? I jak je wymontować?
       - Pokazał mi Portegin. Poza tym właśnie widzę, jak ty to robisz. - Podał jej uchwyt,
który przymocowała do ciężkiej baterii i wytaszczyła ją ze ślizgacza. - Przyniosę jeszcze
jeden - zaproponował.
       Varian widziała, że chłopak ma jeszcze kilka pytań, które chciałby zadać. Zmierzali
do wejścia, w którym oczekiwała ich Lunzie. Gdy minęli ją, lekarka spojrzała na bagaż,
który targała ze sobą Varian.
       - Zatkało się coś - rzuciła Varian pośpiesznie.

background image

       - To dlatego wróciliście tak prędko? To dobrze! - Zazwyczaj poważną twarz Lunzie
rozjaśnił szeroki uśmiech. Wskazała na wybieg Dandy'ego. Trizein, przewieszony przez
ogrodzenie,  gapił  się  z  przejęciem  na  małą  istotkę,  która  niepojętym  cudem  spokojnie
chrupała sobie kępkę trawy, obojętna na badawcze spojrzenia.
       - Trizein wylazł ze swojego laboratorium?! Co mu się stało? - spytała Varian.
       - Niech sam ci opowie. To on ma dla ciebie niespodziankę, nie ja.
       - Niespodziankę? - powtórzyła.
       - Bonnard - Lunzie zwróciła się do chłopca - weź baterię i zanieś ją, gdzie trzeba...
              Varian  pokazała  mu  wahadłowiec  gestem,  który  wywołał  zdumienie  w  oczach
Lunzie.
       - A więc gnaj pędem do wahadłowca - powiedziała lekarka - i zaraz wracaj. Chcesz
chyba usłyszeć o prawdopodobnych przodkach twojego pupila?
       - Co? - Bonnard był zaskoczony.
       - Na jednej nodze, do wahadłowca z tym pakunkiem - ponagliła go Lunzie. - Wyciek
ołowiu w bateriach, Varian? To raczej kiepskie wytłumaczenie, nie uważasz?
              -  Varian!  Czy  Lunzie  mówiła  ci  już?  -  Trizein  oderwał  wreszcie  wzrok  od
Dandy'ego  i  spojrzał  w  jej  stronę.  -  Czemu  nikt  mi  nic  nie  powiedział?  To  znaczy,
oczywiście  potrafię  wyciągać  ogólne  wnioski  z  pojedynczych  tkanek,  ale  to...
prehistoryczne stworzenie...
              Już  same  słowa  zdołały  przyciągnąć  uwagę  Varian.  Jednak  głos,  którym  mówił,
kazał jej szybko podejść do wybiegu.
       - Prehistoryczne? Co masz na myśli, Trizein?
              -  Cóż,  nasz  maleńki  eksponat  jest  wybornym  przykładem  prymitywnego
roślinożercy...
       - Wiem, że... - zaczęła Varian.
       - Nie, nie, moja droga Varian, to nie prymitywny roślinożerca rodem z tej planety,
lecz roślinożerny typu ziemskiego, z nieparzystokopytnych.
       - No właśnie. Wiem, że jest nieparzystokopytny. Oś stopy przebiega od środkowego
palca.
              -  Varian,  czy  udajesz  tępaka  celowo,  żeby  mi  dokuczyć?  To  -  Trizein  teatralnym
gestem wskazał Dandy'ego - jest pierwszym etapem w genotypie konia. Jest oryginalnym
hyracotherium typu ziemskiego!
              Znaczenie  stwierdzenia  Trizeina  stopniowo  zaczęło  docierać  do  świadomości
Varian.
       - Próbujesz mi powiedzieć, że on nie jest podobny do ziemskiego konia, tylko że jest
w prostej linii jego przodkiem? - zawahała się Varian.
       - Dokładnie to mówię, nie: próbuję powiedzieć. Mówię!
       - To niemożliwe! - Varian odparła stanowczo, rzucając Trizeinowi oskarżycielskie
spojrzenie, sugerujące, że chce z niej zakpić.
       Trizein zarechotał, z dumą rozkładając ramiona. Promieniejąc radością, spoglądał
po kolei na każdego ze swego skromnego audytorium.

background image

       - Może wydaję się roztargnionym i dość oryginalnym chemikiem - Trizein zaczął
swoją  orację  -  lecz  moje  wnioski  zawsze  są  poparte  niezbitymi  dowodami.  Swoje
eksperymenty przeprowadzam umiejętnie i tak sprawnie, jak tylko sprzęt i okoliczności
pozwalają.  Ostatnio  zastanawiałem  się,  czy  ktoś  nie  próbuje  mnie  czasem  wystrychnąć
na  dudka,  sprawdzić  moje  zdolności  lub  skłonności  do  dygresji.  Zapewniam  was,  że
bardzo  dobrze  wiem,  kiedy  przedstawia  mi  się  dwie  absolutnie  odmienne  formy  życia,
twierdząc,  że  współistnieją  na  jednej  planecie.  Nieładnie  ze  strony  owego  "ktosia",  oj
nieładnie.  Informuję  was  więc  tu  i  teraz,  że  jestem  świadom  podstępu.  Próbki,  którymi
zasypywałaś mnie, Varian, razem z twoimi zespołami sugerowałyby różnorodność fauny
wystarczająco  potężną,  by  zasiedlić  nie  jedną  planetę,  ale  kilka.  Czyżby  Ryxiowie  nie
zabrali własnych techników? Czy na planecie Theków także istnieje życie, skoro daje mi
się tak rozmaite...
       - A tamta próbka, którą oddał ci w zeszłym tygodniu Bakkun? - Varian wystawiła go
na próbę. Nie zdziwiła się wcale, gdy usłyszała odpowiedź.
              - A  tak,  owszem,  element  komórkowy  jest  w  znacznej  mierze  porównywalny.  To
kręgowiec, oczywiście, wrzeciono mitotyczne, mitochondria zupełnie normalne, jak we
wszystkich  gatunkach  z  hemoglobiną.  Jak  choćby  nasz  druh!  -  Kciukiem  wskazał
Dandy'ego. - A, Bonnard! - powiedział, kiedy chłopiec dołączył do nich. - O ile dobrze
zrozumiałem, co mówiła Lunzie, to ty uratowałeś życie temu łapserdakowi?
       - Tak, proszę pana. I kim on jest?
              -  Hyracotherium,  albo  niech  mnie  kule  biją!  -  odparł  Trizein  z  wymuszoną
jowialnością, jaką z niewiadomych przyczyn dorośli często okazują wobec dzieci.
       - Czy to znaczy, że Dandy jest wyjątkowy? - spytał Bonnard Varian.
       - Jeśli to rzeczywiście hyracotherium, wówczas jest niezwykle wyjątkowy - odparła
zdławionym głosem.
              -  Wątpisz!  -  zawołał  Trizein,  dotknięty  do  żywego.  -  Wątpisz!  Lecz  mogę  ci  to
udowodnić!  -  Porwał  Varian  za  łokieć,  a  Lunzie  za  ramię  i  pomaszerowali  do
wahadłowca. - Na krótkoterminowe ekspedycje nie wolno zabierać ze sobą zbyt wiele
osobistych  przedmiotów,  jednak  wziąłem  własne  dyskietki  danych.  Zaraz  wam  je
pokażę.
         Wepchnięta  do  wahadłowca  Varian  wiedziała  już  dobrze,  co  ujrzy.  Mimo  swego
narwanego  sposobu  wypowiedzi  i  umysłowego  zmanierowania,  Trizein  był
bezwzględnie  dokładny.  Miała  tylko  nadzieję,  że  jego  dyski  wyjaśnią  również,  jak
gatunek  Dandy'ego  dostał  się  na  Iretę.  Byłoby  mało  pocieszające,  gdyby  Trizein  zaraz
wykazał, że pięcio-palczaste są obce na tej planecie, a płaszczaki, ze swoją komórkową
budową,  stąd  pochodzą.  To  wszystko  stanowiło  część  absolutnego  chaosu
towarzyszącego tej wyprawie. Są porzuceni czy tylko zapodziali się? Badają planetę już
raz  przebadaną,  nie  mając  łączności  z  macierzystym  statkiem  i  stojąc  w  obliczu  buntu
części załogi.
       Trizein wpakował obie kobiety do swego laboratorium. Długo szperał w podręcznej
torbie,  która  dyndała  pod  sufitem,  póki  nie  wygrzebał  z  niej  starannie  opakowanego

background image

zawiniątka z dyskami. Odnalazł właściwy i z uczuciem słusznego tryumfu umieścił go w
odtwarzaczu. Zdecydowanie nacisnął odpowiednie guziki i odwrócił się w stronę kobiet
z wyczekującym spojrzeniem.
       Ich oczom ukazała się replika - pomijając ubarwienie - Dandy'ego. Zgrabny napis
głosił:  "Hyracotherium,  olikogen.  Ziemia.  Gatunek  wymarły".  Tam,  gdzie  zwierzak
Bonnarda pokryty był cętkowaną, czerwono-brązową sierścią, stworzenie z ekranu miało
ciemnobrązowe  prążki.  Różnica  wywołana  odmiennością  środowisk,  w  jakich
przychodziło im maskować się, by przeżyć, pomyślała Varian. Oznaczałoby to również,
że  istoty  te  rozwinęły  się  w  pewien  sposób  na  Irecie.  Nadal  jednak  ich  obecność  tutaj
była zagadką.
              -  Nie  rozumiem,  jak  Dandy  może  być  podobny  do  tych  starych  ziemskich  bestii.
Przecież one wymarły - odezwał się Bonnard, zwracając się do Varian. - Sądziłem, że
nie można odnaleźć identycznych form życia, które rozwijały się niezależnie na znacznie
oddalonych od siebie planetach. Na dodatek Ireta wcale nie jest planetą typu ziemskiego.
Ma słońce trzeciej generacji.
              -  Zaobserwowaliśmy  już  kilka  nielogiczności  na  Irecie  -  odparła  Lunzie  swym
suchym, lecz pokrzepiającym głosem.
       - Czy błąkają się wam po głowach jeszcze jakieś wątpliwości co do podobieństwa
rzeczonego stworzenia? - spytał Trizein, niewymownie zadowolony z własnego występu.
       - Żadne, Trizein. Chociaż... już wcześniej chodziłeś po obozie. Dlaczego wtedy nie
spostrzegłeś pokrewieństwa Dandy'ego?
       - Ależ! Ja chadzałem po obozie? - Trizein udał oszołomienie.
              -  Chadzałeś  -  przyznała  ostro  Lunzie.  -  Tyle  że  głowę  miałeś  niewątpliwie
zaprzątniętą o niebo ważniejszymi sprawami.
       - Całkiem prawdopodobne - powiedział Trizein z godnością. - Swój czas trawię na
niezliczonych  analizach  i  doświadczeniach,  i  wszelkiego  typu  dezorganizujących
przerwach.  Niewiele  mam  okazji  rozejrzeć  się  po  tym  świecie,  choć,  można  by
powiedzieć, że znam go od podszewki.
       - Czy poza Dandym masz może jeszcze na swoich dyskach inne wymarłe zwierzęta
typu ziemskiego?
              -  Dandy?  A,  hyracotherium?  Owszem,  owszem,  to  dyskietki  z  danymi
paleontologicznymi. Mam tu pradawne gatunki z...
       - Może lepiej będziemy zajmować się naszymi łamigłówkami pojedynczo, Trizein? -
zasugerowała  Varian,  nie  do  końca  pewna,  czy  zdołałaby  dziś  jeszcze  przyjąć  do
wiadomości  kolejną  zagadkę.  Gdyby  okazało  się,  że  płaszczaki  są  formą  zwierzęcą
pochodzącą  na  przykład  z  Beta  Camaridae,  dostałaby  bzika.  -  Bonnard,  kaseta  z
czubakami jest w głównej konsoli, tak?
       - Umieściłem ją pod odpowiednią datą i tematem zaraz, gdy obejrzały ją Cleiti i
Terilla - odrzekł chłopiec.
       Varian wybębniła jakieś polecenie na klawiaturze i przeniosła zapis dysku Trizeina
na  mniejszy  monitor  i  do  pamięci.  Na  głównym  ekranie  zagościły  teraz  złote  ptaki.  Ich

background image

grzebieniaste łby były odrobinę nachylone, wzmagając wrażenie inteligencji.
       - Wielkie nieba! Mają sierść! Niewątpliwie mają sierść! - ryknął Trizein i pochylił
się, wybałuszając na nie oczy. - To zawsze wzbudzało spore kontrowersje między moimi
kolegami.  Brak  mi  ostatecznej  pewności,  oczywiście,  lecz  to  niechybnie  musi  być
pteranodon!
              -  Pteranodon?  -  skrzywił  się  Bonnard,  przysłuchując  się  ze  wstrętem,  jak
zwierzęciu, które lubi, przypasowują tak niewydarzoną nazwę.
       - Owszem, pteranodon, gatunek dinozaura, błędnie nazwany, ma się rozumieć, gdyż
zwierzak  jest  bezsprzecznie  ciepłokrwisty...  Zamieszkiwał  Ziemię  w  mezozoiku.
Wyginął  przed  rozpoczęciem  trzeciorzędu.  Nikt  nie  wie  dlaczego,  choć  namnożyło  się
sporo hipotez na ten temat... - Nagle Trizein odskoczył od ekranu, na którym pojawiło się
następne  zwierzę,  wydobyte  przez  Varian  z  banku  danych.  Z  monitora  zionęła  potężna
paszcza  kłacza.  -  Varian!...  Toż  to...  To  jest  tyrannosaurus  rex!  Mój  Boże,  co  za
niesmaczne żarty sobie stroisz!? - Trizein wpadł w szewską pasję.
       - To nie żarty - oświadczyła Lunzie, kiwając poważnie głową.
       Trizein spojrzał na nią. Oczy wyszły mu z orbit, rozdziawił usta. Ponownie przyjrzał
się drapieżnej fizjonomii tyranozaura. Nazwa pasowała do swego właściciela jak ulał,
przyznała w duchu Varian.
       - Widzieliście je tutaj żywe? - wykrztusił Trizein.
       - Nawet bardzo żywe. Czy na twojej dyskietce masz także tego tyrannosaurusa?
       Z ciężkim sercem Trizein wystukał wyraźnie drżącymi rękoma polecenie. W miejsce
łagodnych  rysów  i  niedużego  ciała  hyracotherium  pojawił  się  hardy  i  groźny  prototyp
kłacza. Znów wystąpiły różnice w ubarwieniu.
              -  Osłona  siłowa...  -  zaczął  Trizein  -  czy  osłona  siłowa  jest  w  stanie  go
powstrzymać?
       Varian przytaknęła ruchem głowy.
       - Powinna. Co więcej, w promieniu dziesięciu, piętnastu kilometrów nie znajdziesz
ani kawałka takiego. Gdy my się wprowadzamy, one się wyprowadzają. Mają łatwiejszy
łup  niż  nas.  -  Ciarki,  które  ją  przeszły,  wcale  nie  były  wywołane  obawą  przed
tyranozaurem.
       - Jesteś pewna, że będą się trzymać na dystans? - spytał Trizein, zaniepokojony. - To
stworzenie  przez  tysiąclecia  panowało  na  starej,  dobrej  Ziemi.  Tak,  tak,  było
najpotężniejsze. Nikt nie mógł go pokonać.
              Varian  przywołała  nazbyt  żywe  wspomnienie  włóczni  sporządzonej  z  gałęzi,
tkwiącej między żebrami jaszczura.
              -  Nie  przepada  za  ślizgaczami,  Trizein  -  odezwał  się  Bonnard,  nie  zauważywszy
milczenia Varian. - Ucieka przed nimi.
       Chemik przyjrzał się chłopcu z wyraźnym sceptycyzmem.
              -  Naprawdę  -  powtórzył  Bonnard.  -  Widziałem.  Jeszcze  dzisiaj...  -  Dostrzegł
spojrzenie Varian, nakazujące mu zamilknąć.
       Trizein niczego nie spostrzegł. Z wolna osunął się na najbliższą ławkę.

background image

       - Varian może się ze mnie naigrawać, chłopiec również, lecz ty, Lunzie...
       Trizein jakby pragnął usłyszeć zaprzeczenie, które uspokoiłoby go, przywróciło jego
światu  poprzedni,  wygodny  porządek.  Lunzie,  potrząsając  przecząco  głową,
potwierdziła  jednak,  że  zwierzęta  istnieją  naprawdę,  te  i  inne,  równie  znacznych
rozmiarach.
       - Stegosaurus też? A jaszczur olbrzymi, właściwy dinozaur? A... - Na myśl, że może
ujrzeć żywe zwierzęta, które od dawna uznano za wymarłe, Trizein rozdarty był między
targającą  nim  bojaźnią  a  szalonym  entuzjazmem.  -  Dlaczego  nikt  mi  dotąd  o  nich  nie
wspomniał?  Należało  mi  powiedzieć!  Prehistoryczne  formy  życia  to  moja  specjalność,
moje hobby! - przemawiał żałosnym, oskarżycielskim tonem.
       - Uwierz mi, przyjacielu, było to nieświadome niedopatrzenie - powiedziała Lunzie,
klepiąc go po ręce.
              -  Jestem  prawdziwym  ksenobiologiem,  Trizein  -  dodała  Varian  w  ramach
przeprosin - i nigdy mi nawet do głowy nie przyszło, że to nie są wyjątkowe okazy. Gdy
przeanalizowałeś  płaszczaki,  odkrywając  ich  zupełnie  odmienną  budowę  komórkową,
doszłam  do  przekonania,  że  mamy  do  czynienia  z  wyraźnymi  anomaliami.  A  potem
jeszcze te trawy!
              -  Trawy?  Trawy!  I  preparaty  tkanek,  i  płytki  krwi,  przez  cały  czas...  -  Oburzony
Trizein zerwał się na równe nogi. - Przez cały czas te fantastyczne stworzenia żyją sobie
tuż, tuż za osłoną siłową! Nie zniosę tego, nie zniosę! I nikt mi nie zechciał powiedzieć!
       - Byłeś przecież poza obozem, Trizein. Oj, ty zawsze patrzysz, ale nie widzisz! -
podsumowała Lunzie.
              -  Gdybyście  nie  zarzucili  mnie  aż  tak  bardzo  robotą,  twierdząc  wciąż,  że  jest
najważniejsza,  konieczna  i  absolutnie  pierwszorzędna!  W  życiu  nie  musiałem  radzić
sobie  sam  jeden  z  tyloma  absolutnymi  priorytetami  naraz,  zwierzętami,  roślinami  i
jeszcze minerałami! Jak mi się w ogóle udało przeżyć...
       - Trizein, naprawdę jest nam przykro. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Żałuję, że nie
wywlokłam  cię  z  laboratorium  wcześniej  -  Varian  mówiła  z  takim  przekonaniem,  że
Trizein dał się ugłaskać - i to nie tylko po to, byś zidentyfikował zwierzęta.
       Varian zachodziła w głowę, czy cała ta wiedza, rozpoznanie w bestiach dinozaurów
powstrzymałoby  grawitantów  od  ich  nikczemnych  praktyk?  Czy  miałoby  ostatecznie  w
ogóle jakiekolwiek znaczenie?
              -  No  dobrze  już,  dobrze  -  powiedział  Trizein.  -  Możecie  teraz  wynagrodzić  mi
wasze zaniedbanie. Z pewnością to nie wszystko, co macie?
              Varian,  z  wdzięcznością  korzystając  z  każdej  nadarzającej  się  okazji,  by  odłożyć
straszną  prawdę  na  później,  wskazała  gestem  Trizeinowi,  aby  siadł  na  czymś
wygodniejszym od zwykłej laboratoryjnej ławy i wprowadziła polecenie do komputera,
by przywołać nagrania zebrane przez nią i Terillę, kiedy sporządzały mapy.
       - To oczywiste - odezwał się chemik, obejrzawszy wszystkie gatunki, które Varian
zdołała dotąd zarejestrować i oznaczyć - że ktoś stroi sobie żarty. Niekoniecznie ze mnie
czy ciebie, albo z nas w ogóle - dodał, zerkając spod krzaczastych brwi. - Te zwierzęta

background image

zostały tutaj porzucone.
       Bonnardowi wydarł się zdławiony okrzyk - nie umiał kontrolować swej reakcji na
to słowo tak dobrze jak Varian czy Lunzie.
       - Porzucone? - zaśmiała się Varian, wysilając się na kpiarskie niedowierzanie.
       - No cóż, z pewnością nie powstały tutaj na drodze zupełnie niezależnej ewolucji,
najdroższa. Musiały zostać tu przeniesione...
              -  Kłącze,  roślinożerne  i  złote  ptaki?  Och,  Trizein,  toż  to  niemożliwe.  Poza  tym,
różnica w pigmentacji wskazuje, że rozwinęły się tutaj...
       - Ależ naturalnie, lecz swój początek mają na Ziemi - uciął Trizein. - Nie sądzę, by
sposób  maskowania  się  czy  rodzaj  pigmentacji  miał  istotne  znaczenie  dla  mojej  teorii.
Wystarczy  wspólny  przodek.  Klimat,  pokarm,  warunki  geograficzne,  wszystko  to
wpływa  na  specjalizację  gatunków  i  na  przestrzeni  tysiącleci  mogą  rozwinąć  się
najrozmaitsze  warianty.  Na  przykład  ogromne  roślinożerne  bez  wątpienia  pochodzą  od
struthimimusa,  podobnie  jak  tyranozaur  i,  całkiem  prawdopodobnie,  twój  pteranodon.
Możliwości  rozwoju  z  jednego  wspólnego  przodka  jest  nieskończenie  wiele.  Weź
choćby ludzi i nieprzebrane bogactwo ich odmian.
       - Załóżmy, że to możliwe, Trizein. Tylko dlaczego? Kto zrobiłby coś tak szalonego?
W  jakim  celu?  Dlaczego  ktoś  miałby  unieśmiertelnić  takie  potworności  jak  kłacz?
Rozumiem: złote ptaki...
       - Moja droga, różnorodność jest podstawą równowagi biologicznej. A dinozaury to
zdumiewające  stworzenia.  Władały  Ziemią  więcej  tysiącleci  niż  my,  biedne,  nie
najlepiej  zaprojektowane  homo  sapiens  istniejemy  jako  gatunek.  Kto  wie,  dlaczego
wyginęły?  Jaka  wydarzyła  się  katastrofa?  Jest  więcej  niż  pewne,  że  musiała  to  być
radykalna  zmiana  temperatury,  która  nastąpiła  po  przemieszczeniu  pola  magnetycznego.
Tak  w  każdym  razie  głosi  moja  teoria,  którą  będę  mógł  teraz  poprzeć  dowodami
znalezionymi tutaj. Och, co za prześwietna ewolucja! Planeta od niezliczonych milionów
lat trwa w mezozoiku i najprawdopodobniej trwać tak jeszcze będzie przez dalszych nie
wiedzieć ile tysiącleci! Rdzeń termiczny, ma się rozumieć, jest czynnikiem...
              -  Kto,  Trizein,  uratowałby  ginące  na  Ziemi  dinozaury  i  umieścił  je  tutaj,  by  żyły
dalej w swym bestialskim splendorze? - przerwała mu Varian.
       - Inni? - zasugerował chemik. Bonnardowi aż dech zaparło w piersiach.
              -  Trizein,  nie  drwij  sobie.  Inni  niszczą  życie,  a  nie  ratują  je  -  surowo  odparła
Varian.
       Trizein nie wyglądał na skruszonego.
       - Każdy ma prawo do żartów. Oczywiście to Thekowie porzucili tutaj dinozaury.
       - Czy Thekowie porzucili tu także nas? - spytał przerażony Bonnard.
              -  Wielkie  nieba!  -  Trizein  wybałuszył  na  niego  oczy.  Wyraz  zdziwienia  na  jego
twarzy  ustąpił  zachwytowi.  -  Czy  doprawdy  uważasz,  Varian,  że  to  możliwe?  Kiedy
zastanawiam się nad ilością i różnorodnością badań, które muszę przeprowadzić...
              Lunzie  i  Varian  wymieniły  zdumione  spojrzenia.  Trizeinowi  taki  obrót  spraw
przypadłby do gustu.

background image

              -  ...by  dowieść  swych  hipotez  dotyczących  ciepłokrwistości...  -  -  Chemik  nie
przerywał.  -  Wiesz,  Varian,  nie  pokazałaś  mi  żadnych  prawdziwych  gadów  z  rzędu
jaszczurek,  mam  na  myśli,  żadnych  zimnokrwistych  gatunków.  Gdyby  one  również
rozwinęły  się  tutaj,  jako  wyspecjalizowany  podtyp,  w  istotny  sposób  ulepszyłoby  to
moją  teorię.  Ta  planeta  wydaje  się  z  niezwykłą  konsekwencją  zachowywać  wyższe
temperatury niż stara, dobra Ziemia... Więc, Varian, w czym tkwi problem?
              -  Że  nie  zostaliśmy  tu  porzuceni  -  odparła  krótko.  Trizein,  zrażony  nieco  i
rozczarowany, spojrzał teraz na Lunzie, która także przecząco pokiwała głową.
       - Ach, jaka szkoda... - Był tak przygnębiony, że Varian, mimo całej powagi sytuacji,
z trudem powstrzymała się od śmiechu. - Cóż, w takim razie ostrzegam lojalnie, że nie
mam zamiaru więcej siedzieć kamieniem nad robotą. Biorę sobie urlop, by dopracować
swą  teorię.  I  dlaczegóż  to  nikt  nie  pomyślał  nawet,  by  pokazać  mi  zwierzęta,  których
mięso tak często musiałem analizować? Czas jaki zmarnotrawiłem...
              - Analizowałeś  tkanki  zwierzęce?  -  pierwsza  odezwała  się  Lunzie,  napotykając
zaalarmowane spojrzenie Varian.
              -  Właśnie.  Żadna  nie  była  toksyczna,  wniosek  potwierdza  oczywiście  wspólna
planeta  macierzysta.  Powiedziałem  Paskuttiemu,  że  nie  trzeba  się  aż  tak  przejmować,
nawet  podczas  bliższego  kontaktu.  -  Urwał  na  chwilę.  -  Gdzie  wy  trzymacie  pozostałe
okazy? Gdzieś w okolicy?
       - Nie. Dlaczego pytasz?
       Trizein zmarszczył brwi. Niezliczone myśli, które kiedyś przyszły mu do głowy, a
którymi nie miał czasu się zająć, gwałtownie dały teraz o sobie znać.
              -  Dlaczego?  Ponieważ  wyraźnie  odniosłem  wrażenie,  że  Paskutti  obawia  się
rzeczywistego  kontaktu  z  tymi  zwierzakami.  Oczywiście  niewiele  jest  w  stanie
przeniknąć  skórę  grawitanta,  lecz  domyśliłem  się,  że  martwi  go  twoja  ewentualna
reakcja  toksyczna,  Varian.  Stąd  też  wysnułem  przypuszczenie,  iż  stworzenia  te  muszą
przebywać  w  pobliżu  lub  są  ranne,  jak  tamten  roślinożerny,  kiedyśmy  wylądowali.
Pokazywałaś mi może tamtego zwierzaka?
       - Owszem - odparła z roztargnieniem Varian. Jej myśli krążyły teraz wokół bardziej
pilnych  kwestii,  jak  choćby,  w  co  dokładnie  bawili  się  grawitanci.  -  Jakiś  hadrazaur,
chyba tak go nazwałeś.
       - Prawdę mówiąc, hadrazaurów było wiele odmian, na przykład z grzebieniem, z
czymś w rodzaju hełmu, z...
       - Mabel miała grzebień - uciął Bonnard.
       - Wiesz, Varian, sądzę, że Kai będzie zainteresowany odkryciami Trizeina - rzuciła
Lunzie.
              -  Masz  zupełną  rację,  Lunzie  -  odparła  Varian,  zmierzając  sztywno  do
laboratoryjnego komunitu.
              Kamień  spadł  jej  z  serca,  gdy  zamiast  Bakkuna  odezwał  się  Kai,  chociaż
przygotowała  się  także  na  taką  ewentualność.  Wiedziała,  że  Bonnard,  wstrzymując
oddech,  zachodzi  w  głowę,  co  też  ma  zamiar  powiedzieć;  czuła  na  sobie  chłodne,

background image

pokrzepiające spojrzenie Lunzie.
       - Kai, Trizein właśnie zidentyfikował naszą faunę i wyjaśnił zachodzące anomalie.
Sądzę, że powinieneś natychmiast zjawić się w bazie.
       - Varian... - Kai był poirytowany.
       - Czujniki to nie jedyna rzecz, którą porzucono na tej śmierdzącej grudzie błota, i nie
jedyna, która mogłaby zostać porzucona! - wrzasnęła Varian.
       Z drugiej strony zaległa cisza. Po chwili przemówił Kai:
       - W porządku. Jeśli Trizein uważa, że to pilne, Bakkun może sobie sam tutaj radzić.
To złoże jest dwa razy większe od pierwszego.
       Varian złożyła mu gratulacje. Zastanawiała się tylko, czy nie powinna nalegać, by
Bakkun  wrócił  razem  z  Kaiem.  Z  ochotą  zadałaby  grawitantowi  parę  pytań  na  temat
różnych "osobliwych zakątków" i ich przeznaczenia.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

              Bakkun  niewiele  się  przejął  wezwaniem  Kaia  -  zbyt  był  zaabsorbowany
zawiłościami  notowań  ostatniego  czujnika,  które  dokładnie  pozwolą  określić
rzeczywiste rozmiary złoża uranitytu.
       - Wrócisz do bazy, gdy skończysz? - spytał Kai, umieszczając obok pas nośny dla
grawitanta.
       - Jeśli nie wrócę, to się nie martw. Chcę przelecieć się do obozu pomocniczego.
       "Chcę" niesie w sobie odrobinę emfazy, pomyślał Kai. Zresztą zachowanie Bakkuna
drażniło go przez cały dzień. Nie potrafił powiedzieć dlaczego, nie mógł też stwierdzić
po  prostu,  że  Bakkun  jest  nadęty  i  butny.  Jednak  już  od  tygodnia  Kai  wyczuwał
nieznaczną zmianę, jaka zaszła w grawitancie.
              Niejednoznaczna  wzmianka  Varian  o  tym,  co  porzucone  czy  -  co  może  zostać
porzucone na Irecie, przytłumiła mglistą irytację Kaia wywołaną zachowaniem Bakkuna.
Varian nie zwykła była wpadać w panikę z byle powodu, toteż fakt, iż zdecydowała się
niepokoić  go  podczas  pracy  w  terenie,  świadczył  o  powadze  sytuacji.  Co  u  licha  miał
oznaczać  ten  tajemniczy  komentarz?  I  jakimż  to  cudem  Trizeinowa  identyfikacja  fauny
mogłaby wyjaśnić anomalie?
              Może  przyszły  jakieś  wieści  od  Theków,  a  Varian  wolała,  by  nikt  o  nich  nie
wiedział? Przypomniał sobie dokładnie jej słowa. Oddzieliła informację o osiągnięciach
Trizeina od prośby, by Kai wrócił do obozu. A więc nie chodziło o odkrycia chemika!
              By  się  niepotrzebnie  nie  denerwować,  Kai  zajął  się  szacowaniem
prawdopodobnych  zasobów  energetycznych  na  Irecie,  licząc  namierzone  już  złoża  i
możliwe kolejne znaleziska rozciągające się na nie przebadanych jak na razie obszarach
aktywnych orogenicznie.
       Zanim dotarł do bazy, uznał, że Ireta jest bez wątpienia jedną z najbogatszych planet,
o jakich w życiu słyszał. Rozpogodził się trochę, doszedłszy do wniosku, że BO prędzej
czy później również się o tym przekona. Varian, on i pozostali uczestnicy wyprawy będą
bogaci  nawet  według  wyśrubowanych  kryteriów  PS.  Personel  pomocniczy,  do  którego
zaliczy  także  dzieciaki,  jeżeli  w  ogóle  będzie  miał  cokolwiek  do  powiedzenia  w  tej
kwestii,  powinien  również  otrzymać  premię.  Dzieci  okazały  się  niesłychanie  pomocne
podczas  ekspedycji.  No,  choćby  taki  Bonnard,  pomyślał  Kai,  spostrzegłszy  chłopca  -
szarpie  się  biedak  z  bateriami  od  ślizgaczy...  Właśnie  przez  takie  drobiazgi  dzieciaki
przyczyniły się do sukcesu całej wyprawy...
       Lunzie obsługiwała wlot. Wpuściła Kaia, witając go wieścią, że Varian czeka w
kabinie pilota. Bonnard dał nura do wahadłowca, gdzie ulokował baterię, i zaraz ukazał
się z powrotem, kierując się w stronę ślizgacza Kaia.

background image

       - Co on robi? - spytał Kai.
       - Sprawdza wszystkie baterie. Wynikły drobne niezgodności - odparła Lunzie.
              -  Z  bateriami?  Rzeczywiście  wykorzystujemy  je  w  niewiarygodnym  tempie.  To
dlatego...?
       - Chyba. Varian czeka.
       Dopiero gdy Kai wchodził do wahadłowca, zdał sobie sprawę, że to niebywałe, by
Lunzie  przejmowała  się  mechanicznymi  detalami.  Trizein  siedział  przy  głównym
monitorze. Był tak zatopiony w medytacji nad pasącymi się roślinożernymi, że nawet nie
zauważył wejścia Kaia.
       - Kai? - Varian wytknęła głowę zza wejścia do kabiny pilota. Naglącym ruchem ręki
kazała mu przyjść do siebie.
       Kai wskazał na Trizeina, gestem pytając, czy ma może przerwać jego kontemplację,
lecz Varian przecząco pokiwała głową i jeszcze raz dała mu znak, by natychmiast do niej
dołączył.
       - O co chodzi, Varian? - zapytał, zamknąwszy za sobą luk.
       - Grawitanci wrócili do dawnych zwyczajów - wyrzuciła z siebie Varian. - Wolny
dzień spędzili uganiając się za roślinożercami i kłaczami. Nieźle się zabawiali kosztem
roślinożernych zanim je zabili... i zjedli...
       W żołądku Kaia wszystko przewróciło się do góry nogami.
              -  Gaber  rozpuścił  swoją  plotkę  -  Varian  ciągnęła  dalej,  szybko  wypowiadając
słowa  -  zanim  z  tobą  rozmawiał,  Kai.  I  grawitanci  mu  wierzą.  A  przynajmniej  chcą
wierzyć.  Te  wszystkie  zapasy,  które  nam  znikały,  godziny  lotu  ślizgacza,  na  które  nie
miałam  pokrycia,  dziwaczna  bateria  Lunzie,  sprzęt  medyczny...  Będziemy  mieć
szczęście, jeśli to nie bunt...
              -  Jeszcze  raz,  od  początku,  Varian  -  poprosił  Kai,  siadając  ciężko  w  fotelu.  Nie
przeczył,  bynajmniej,  jej  twierdzeniu,  jednak  chciał  usłyszeć  dokładnie,  na  jakich
przesłankach oparła swe wnioski.
              Varian  opowiedziała  mu  więc  o  ohydnym  odkryciu,  którego  dokonała  rano,  o
rozmowie z Lunzie i o rewelacjach Trizeina związanych z przerzuceniem dinozaurów z
Ziemi  na  Iretę.  Skończyła  uwagą,  że  grawitanci,  choć  otwarcie  nie  odmawiają
współpracy  czy  posłuszeństwa,  zmienili  się  w  stosunku  do  niej.  Nie  spostrzegł  czasem
czegoś?
              Gdy  zakończyła  swą  wypowiedź,  Kai  pokiwał  głową  i  przewieszając  się  przez
deskę rozdzielczą, prztyknięciem otwarł komunit.
       - To dlatego Bonnard wymontowuje baterie ze ślizgaczy?
       - Dlatego - przyznała.
       - Sądzisz więc, że konfrontacja wisi w powietrzu? - spytał.
       - Sądzę, że jeżeli podczas jutrzejszego kontaktu z Thekami nie dowiemy się niczego
o BO, coś się wydarzy. Przypuszczam, że nasz "okres ochronny" skończył się w ostatni
wolny dzień.
       Kai przyglądał się jej przez chwilę.

background image

       - Pracujesz z grawitantami dłużej niż ja - zaczął. Jak myślisz, co zrobią?
       - Przejmą wszystko - Varian odparła cicho, z obojętną rezygnacją w głosie. - Po
prostu  są  lepiej  wyposażeni,  by  tu  przeżyć.  Nam  nie  udałoby  się  przetrwać,  czerpiąc
wyłącznie z... z darów natury...
       - To wersja ekstremalna - odrzekł Kai. - Skoro... skoro uwierzyli Gaberowi i sądzą,
że zostaliśmy porzuceni na Irecie, czy wówczas ich powrót do starych nawyków nie jest
swoistym przygotowaniem się do pozostania tutaj?
       - Dałabym temu wiarę, Kai, gdybym nie widziała, jakie urządzili sobie polowanie.
Szczerze ci powiem, że przeraziło mnie to na śmierć. Oni celowo... nie, nie, musisz mnie
wysłuchać.  To  obrzydliwe,  wiem,  lecz  pozwoli  ci  zrozumieć,  czemu  przyjdzie  nam
stawić  czoło,  jeśli  ich  nie  powstrzymamy.  Zabili...  zabili  prymitywnymi  narzędziami...
pięć  roślinożernych.  Razem  z  Bonnardem  widziałam  jeszcze  jedno  ranne  zwierzę,
kłacza, tyranozaura, z wbitą miedzy żebra włócznią wielkości drzewa. Słuchaj, ten stwór
kiedyś władał Ziemią. Nic nie było w stanie go powstrzymać. Zrobił to grawitant. Dla
zabawy!  -  Varian  wzięła  głęboki  oddech.  -  Co  więcej,  rozbijając  obozy  pomocnicze,
podarowaliśmy grawitantom dodatkowe bazy. Gdzie oni są teraz?
       - Bakkun jest w drodze tutaj, tak sądzę. Ma pas nośny. Paskutti i Tardma...
       Dobiegł ich krzyk Lunzie. Wołała Kaia. Minęła chwila, zanim zdali sobie sprawę,
że  Lunzie  nigdy  nie  podnosi  głosu,  chyba  że  sytuacja  jest  krytyczna.  Usłyszeli  głuchy
odgłos ciężkich butów, rozlegający się po zewnętrznym korytarzu.
              W  momencie,  gdy  usłyszeli  jak  z  drugiej  strony  masywna  dłoń  opada  na  płytkę
magnetyczną,  Varian  przycisnęła  blokadę  wejścia.  Kai  błyskawicznie  wystukał  na
komunicie  krótkie  polecenie,  z  trzaskiem  przywołał  komendę  "wykonać"  i  odciął
zasilanie.  W  tym  czasie  Varian  wyciągnęła  mikroskopijny,  niemal  niedostrzegalny
wyłącznik,  przerywając  pracę  głównego  systemu  zasilania  statku.  Ledwie  uchwytne
migniecie  światła  dało  im  znać,  że  uruchomione  zostało  zasilanie  awaryjne,  które  z
powodzeniem mogło kontynuować pracę przez najbliższych parę godzin.
              -  Jeżeli  natychmiast  nie  otworzycie,  wysadzimy  luk  -  odezwał  się  szorstki,
opanowany głos Paskuttiego.
       - Nie rób tego! - Varian zdobyła się na przekonywającą ilość przerażenia i trwogi
we  własnych  słowach.  Mrugnęła  porozumiewawczo  do  Kaia  i  wykrzywiając  usta,
wzruszyła ramionami na znak bezsilności.
              Skinął  głową,  akceptując  jej  decyzję.  Na  niewiele  by  się  zdało,  gdyby  oboje
dowódców  upiekło  się  żywcem  w  ciasnej  kabinie.  Kaiowi  nawet  przez  myśl  nie
przeszło, że Paskutti żartuje. Miał jedynie nadzieję, że żaden z grawitantów nie zauważył
prawie niewidocznego spadku napięcia, gdy Varian zmieniała system zasilania. Tylko on
i Varian znali urządzenie, które mogło pozbawić wahadłowiec mocy.
              Gdy  luk  się  otworzył,  Paskutti  nie  wszedł  do  kabiny.  Przez  moment  z  pogardą
mierzył wzrokiem obu dowódców, by potem wyciągnąć łapsko i porwawszy Varian za
kombinezon,  dosłownie  wywlec  ją  na  zewnątrz.  Opieszale,  zupełnie  od  niechcenia
pchnął  ją,  aż  zataczając  się,  z  łoskotem  uderzyła  o  ścianę.  Paskutti  roześmiał  się

background image

warkliwie, słysząc jej stłumiony natychmiast jęk. Varian z wolna pozbierała się na nogi.
Jej oczy błyskały dławioną wściekłością; lewe ramię zwieszało się bezwładnie wzdłuż
ciała.
              Kai  przymierzał  się  właśnie  do  wyjścia,  by  uniknąć  podobnej,  poniżającej
manifestacji lekceważenia, z jakim grawitanci odnosili się do innych ras, jednak Tardma
czekała tylko na swoją kolej. Pochwyciła go za lewy nadgarstek i wykręciła mu rękę do
tyłu  z  taką  siłą,  że  czuł,  jak  pękają  mu  kości.  Jakim  cudem  udało  mu  się  utrzymać  na
nogach  i  do  tego  nie  stracić  przytomności,  nie  miał  pojęcia.  Zaraz  też  oszołomiła  go
nieco  gwałtowna  kolizja  ze  ścianą,  lecz  z  prawej  strony  ktoś  podparł  go  ręką.  Za  nim
łkała mała dziewczynka.
              Kai  mocno  potrząsnął  głową,  by  dojść  do  siebie  i  zaprowadzić  jakąś  psychiczną
dyscyplinę, która zablokowałaby paskudny ból. Oddychał głęboko, tamując gniew, który
zalewał go w obliczu nienawiści i bezsilności, wszelkich irracjonalnych, zasnuwających
umysł emocji.
              Ręka,  która  przytrzymała  go,  zwolniła  teraz  uścisk.  Wiedział,  że  to  Lunzie.  Stała
obok niego. Jej twarz była blada i zacięta, ze wzrokiem utkwionym prosto przed siebie.
Z  tempa,  z  jakim  oddychała,  domyślił  się,  że  stosuje  właśnie  ten  sam  system  kontroli
psychicznej co on. Za nią stała Terilla, pochlipując rzewnie ze strachu.
       Kai rozejrzał się po korytarzu. Varian trzymała się dzielnie, borykając się z furią i
chęcią  rzucenia  grawitantom  wyzwania,  co  jedynie  mogłoby  pogorszyć  sytuację.  Obok
znajdował się Trizein, mrugając i rozglądając się dokoła w zakłopotaniu, jakby usilnie
starał  się  przyjąć  do  wiadomości  zastaną  sytuację.  Cleiti  i  Gaber  zostali
bezceremonialnie  wpędzeni  do  wahadłowca.  Kartograf  paplał  bez  ładu  i  składu,  że
niezupełnie  w  ten  sposób  miały  się  rzeczy  potoczyć,  i  jak  w  ogóle  śmią  okazywać  mu
równy brak poszanowania.
              -  Tangeli,  masz  ich?  -  spytał  Paskutti  przez  komunit.  Odpowiedź  musiała  być
twierdząca, ponieważ grawitant skinął do Tardmy.
       Tangeli? A kogóż to botanik miał mieć? Portegina? Aulię? Dimenona? Margit? Gdy
tylko  złamany  nadgarstek  zdrętwiał  wreszcie,  umysł  Kaia  wyostrzył  się,  jego  zmysły
rozjaśniły.  Odczuł  owo  przedziwne,  wszechogarniające  doznanie,  które  oznaczało,  że
rozum zaczyna dominować nad ciałem. Efekt mógł trwać do kilku godzin, w zależności
od tego, na ile Kai był w stanie czerpać z zasobów sił. Liczył tylko, że starczy mu czasu.
Jeśli  wszyscy  grawitanci  mają  się  tu  zgromadzić,  Berru  powinna  przybyć  z  Trivem.  W
takim razie dokąd udał się Bakkun? A może pomagał Tangelemu?
       - Z wszystkich ślizgaczy wymontowano baterie - oznajmiła Divisti, ukazując się w
wejściu. - Nie ma też chłopca.
       Kai i Varian wymienili przelotne spojrzenia.
       - Jak mógł ci się wymknąć? - Paskutti był zdumiony. Divisti wzruszyła ramionami.
              -  To  przez  to  zamieszanie.  Sądziłam,  że  jest  z  innymi. A  więc  nie  obawiali  się
szczególnie Bonnarda. Kai spojrzał na Cleiti, z nadzieją, że dziewczynka nie wie, gdzie
podział się Bonnard, a jeśli wie, że jej naiwna buźka nie zdradzi chłopca. W istocie. Jej

background image

usta  ściśnięte  były  mocno,  prowokująco.  Także  jej  oczy  iskrzyły  się  tłumioną  złością,
błyskając  nienawiścią  za  każdym  razem,  gdy  spoglądała  na  grawitantów  i  odrazą,  gdy
zerkała  na  Gabera,  bełkoczącego  coś  obok  niej.  Terilla  przestała  płakać,  lecz  Kai
widział  dobrze,  jak  jej  wiotkim  ciałkiem  wstrząsają  co  chwila  drgania.  Dziecku,  które
kochało  roślinki,  trudno  będzie  ścierpieć  przemoc,  a  dopóki  Lunzie  nie  odzyska
panowania nad sobą, nie będzie mogła udzielić dziewczynce żadnego wsparcia.
              -  Divisti,  Tardma!  Zacznijcie  rozbrajać  laboratorium.  Obie  kobiety  skinęły
posłusznie  głowami  i  ruszyły  do  laboratorium.  Przekraczały  właśnie  próg,  gdy  Trizein
otrząsnął się z oszołomienia.
       - Chwileczkę! - odezwał się. - Nie możecie tam wchodzić. Parę eksperymentów i
analiz jest w toku. Divisti! - Podniósł głos. - Nie dotykaj tego sprzętu frakcyjnego! Czyś
ty na głowę upadła?
       - Zaraz ty upadniesz - odparła Tardma, zatrzymując się w drzwiach. Chemik zbliżył
się  do  niej,  a  Tardma,  z  zimnym  uśmiechem  satysfakcji  wymierzyła  mu  w  twarz  cios,
który  zbił  Trizeina  z  nóg  i  posłał  go  po  twardej  podłodze  wprost  pod  stopy  Lunzie.
Mężczyzna nie ruszał się.
              -  Za  mocno,  Tardma  -  ocenił  Paskutti.  -  Zamierzałem  go  zabrać.  Byłby  bardziej
użyteczny niż którykolwiek z pozostałych.
       Tardma wzruszyła ramionami.
       - Po co się nim w ogóle przejmować? Tangeli wie tyle ile on.
       Weszła do laboratorium, zuchwale kołysząc biodrami, by wkrótce wynurzyć się z
powrotem w towarzystwie Divisti. Każda niosła ze sobą tyle urządzeń, ile tylko była w
stanie  udźwignąć,  oczywiście  nie  zwracając  najmniejszej  uwagi  na  ich  kruchość.
Pogarda  grawitantów  dla  ludzi  najwyraźniej  rozciągała  się  również  na  ich  sprzęt.  W
powietrzu unosił się drażniący zapach rozlanych konserwantów i rozpuszczalników.
              Wyostrzony  słuch  Kaia  wychwycił  jękliwy  szmer  lądującego  ślizgacza.  Dźwięk
nadbiegał z zachodu. To wrócił Tangeli. Kai usłyszał głosy - z Tangelim był Bakkun.
              Niebawem  do  wahadłowca  wprowadzono  pozostałych  geologów  -  Portegin,  z
głową  broczącą  krwią,  niemal  niósł  słaniającego  się  na  nogach  Dimenona.  Bakkun
wepchnął za nimi Aulię i Margit. Triv runął jak długi na podłogę, pchnięty mocno przez
Berru, która weszła zaraz za nim ze wzgardliwym półuśmiechem na twarzy.
              Triv  pozbierał  się  i  chwiejnym  krokiem  zatoczył  w  kierunku  Kaia,  chowając  się
przed grawitantami za swoim dowódcą. Berru nie powinna była pozwalać sobie na takie
drwiny.  Triv,  podobnie  jak  Kai,  Lunzie  i  Varian,  z  zapałem  rozpoczął  ćwiczenia
oddechowe,  dzięki  którym  miał  osiągnąć  niezbędną  Dyscyplinę.  Było  ich  więc  już
czworo. Kai nie przypuszczał, by Aulia czy Margit przeszły odpowiedni trening, a o ile
się orientował, ani Portegin, ani Dimenon nie należeli do Uczniów. We czwórkę nie byli
w stanie poradzić sobie z szóstką grawitantów. Chociaż, przy odrobinie szczęścia, może
udałoby  im  się  przechylić  nieubłaganą  szalę  w  stronę  nadziei.  Kai  nie  miał
najmniejszych złudzeń co do zaistniałej sytuacji - grawitanci zbuntowali się i zamierzali
sprzątnąć  z  obozu  wszelkie  przydatne  rzeczy,  zostawiając  bezbronnych,  pozbawionych

background image

podstawowego wyposażenia ludzi samym sobie w tym obcym, wrogim świecie.
              -  W  porządku,  Bakkun  -  rzekł  Paskutti.  -  Ty  i  Berru  zajmiecie  się  naszymi
sprzymierzeńcami. Niech wszystko wygląda jak należy. Komunit był jeszcze ciepły, gdy
wszedłem. Musieli pewnie przekazać Thekom informację. - Szyderczo spojrzał na Kaia,
unosząc nieznacznie brwi, jakby chciał sprawdzić, czy słusznie zgaduje.
       Kai odpowiedział mu zimnym spojrzeniem. Wyraz jego twarzy nie zdradzał niczego.
Paskutti, zaskoczony, wzruszył ramionami.
       - Tangeli! Zabierz się za pozostałe magazyny! - rozkazał.
Tangeli wrócił chwilę później.
- Nie ma baterii, Paskutti - oznajmił. - Mówiłeś, że są jeszcze jakieś.
       - Jak nie ma, to nie ma. Te w ślizgaczach i pasach nośnych wystarczą na pewien
czas. Naładuj je.
       Tangeli ruszył z powrotem do magazynu i po kilku dość hałaśliwie spędzonych tam
minutach  wynurzył  się  zza  wejścia,  zataczając  się  pod  ciężarem  torby  pełnej
najprzeróżniejszych klamotów.
       - To byłoby wszystko, jeśli chodzi o magazyn, Paskutti - oznajmił. Rozejrzał się po
zagapionych  twarzach  jeńców,  i  wyszedł,  zaśmiewając  się  na  całe  gardło  z  jakiegoś
sobie tylko znanego dowcipu.
       - Żadnych protestów, dowódco Kai? Dowódco Varian? - rzucił Paskutti urągliwie.
       - Protesty na niewiele by się zdały, prawda? - odparła Varian.
              Mówiła  tak  opanowanym  tonem,  że  Paskutti  przyjrzał  się  jej  bacznie,  marszcząc
brwi.  Jej  bezwładna  ręka  z  pewnością  była  złamana  po  tym,  jak  się  z  nią  obszedł,  a
jednak w jej głosie nie było ani śladu bólu czy złości, tylko zwyczajna obojętność.
       - Rzeczywiście, protesty nie zdałyby się na nic, dowódco Varian - odrzekł. - Mamy
dość  waszego  rozkazywania,  tego,  że  tolerujecie  nas  wyłącznie  dlatego,  że  jesteśmy
użyteczni - przybrał szyderczy ton. - Jaka byłaby nasza rola w waszej kolonii? Zwierząt
pociągowych?  Mięśni,  którym  można  kazać  zrobić  to,  sio  i  owo,  bo  ujarzmiła  je
bezsmakowa papka? - Ogromną ręką stanowczo przeciął powietrze.
              Nagle,  nim  ktokolwiek  zdążył  pomyśleć,  co  zamierza,  rzucił  się  w  stronę  Terilli,
porwał  dziewczynkę  za  włosy  i  szarpnął  ją  do  góry.  Trzymał  ją  tak  zawieszoną  w
powietrzu w swej olbrzymiej dłoni. Terilli wyrwał się okrzyk przerażenia, na co Cleiti
rezolutnie podbiegła do grawitanta i zaczęła okładać piąstkami jego potężne muskularne
udo,  kopiąc  go  na  dokładkę  po  goleni.  Paskutti,  rozbawiony  i  zaskoczony  tak  jawnym
oporem,  najpierw  spojrzał  na  Cleiti,  a  potem  uniósł  pięść  i  niedbale,  jakby  od
niechcenia uderzył dziewczynkę w głowę. Nieprzytomna Cleiti osunęła się na podłogę.
       Gaber nie wytrzymał. Ruszył na Paskuttiego, który zatrzymał kartografa drugą ręką,
cały czas unosząc Terillę za włosy. Wybałuszone oczy dziecka świadczyły o bólu, jaki
sprawiał mocny uścisk Paskuttiego.
       - Powiedz mi, dowódco Varian, albo ty, dowódco Kai, czy przesłaliście Thekom
komunikat? Chwila zwłoki, a złamię dziewczynkę o kolano.
       - Wysłaliśmy - odparł Kai natychmiast. - Bunt. Grawitanci.

background image

              -  Prosiliście  o  pomoc  naszych  godnych  poszanowania  przełożonych?  -  spytał
Paskutti,  potrząsając  Terillą,  gdy  uznał,  że  Kai  zbyt  długo  zastanawia  się  nad
odpowiedzią.
              -  O  pomoc?  Theków?  -  wtrąciła  się  Varian,  nie  spuszczając  wzroku  z  bezradnie
huśtającej się dziewczynki. - Potrzebowaliby kilku dni, by przemyśleć naszą prośbę. Do
tego  czasu  wasz...  wasza  operacja  zostałaby  już  zakończona,  prawda?  Nie,  nie.
Przedstawiliśmy jedynie sytuację.
       - Tylko Thekom?
       Kai domyślił się, co chciał wiedzieć Paskutti - czy wiadomość o ich buncie została
też wysłana przez satelitę. Jeśli tak, będzie musiał wprowadzić odpowiednie zmiany do
swej "operacji".
       - Tylko Thekom - odparł Kai. Chciał dodać: "A teraz uwolnij dziewczynkę".
       - Wiesz już wszystko, co chciałeś wiedzieć - wrzasnął Gaber, uparcie starając się
dosięgnąć Paskuttiego i zmusić go do puszczenia Terilli. - Zabijesz to dziecko. Puść ją!
Puść ją! Powiedziałeś, że obędzie się bez przemocy. Nikt nie ucierpi! Zabiłeś Trizeina i
jeśli nie puścisz tego dziecka...
              Paskutti  niedbale  trzasnął  Gabera  w  twarz,  uciszając  go  tym  samym.  Kartograf
huknął  o  podłogę  z  niesamowitym  łomotem  i  przetoczył  się  na  bok.  Do  stosu  ciał
dołączyła Terillą, którą grawitant rzucił obok Cleiti. Kai nie wiedział, czy żyła. Spojrzał
ukradkiem  na  wpatrzoną  w  dziewczynki  Lunzie.  W  jej  oczach  pojawiła  się  ulga  -
dziewczynki żyły.
       Stojący obok Kaia Triv zakończył przygotowania do Dyscypliny. Teraz i on będzie
czekał,  aż  jego  siła  na  coś  się  przyda.  Najtrudniej  jest  czekać  na  chwilę,  kiedy
kontrolowana  wewnętrzna  moc  będzie  mogła  wreszcie  znaleźć  swoje  ujście.  Kai
oddychał przeponą, zachęcając się do cierpliwości, koniecznej, by znieść tak nikczemną
manifestację brutalnej siły i okrucieństwa.
       Dimenon zaczął się budzić. Mimo że jęczał z bólu, Lunzie nie przyszła mu z pomocą.
Margit, Auli a i Portegin starali się nie przyglądać wydarzeniom, których nie mogli ani
powstrzymać, ani zmienić.
              Wtem  do  wahadłowca  wpadł  jak  burza  oszalały  Tangeli.  Twarz  wykrzywiał  mu
grymas  wściekłości.  Grawitant  nie  był  już  chłodnym,  rozsądnym  botanikiem,  którego
obchodzi tylko uprawa roślin. Teraz władały nim emocje.
              -  W  ślizgaczach  nie  ma  baterii  -  powiedział  do  Paskuttiego,  kierując  się
jednocześnie w stronę Varian. Chwycił ją za obie ręce i potrząsnął nią.
              Kai  z  całej  duszy  pragnął,  by  udała  omdlenie.  Inaczej  mogła  zaprzepaścić
jakąkolwiek szansę, że złamane ramię zrośnie się jak należy.
- Gdzie je schowałaś, ty wąskodupa dziwko? - ryknął Tangeli.
       - Uważaj, Tangeli. Nie dam jej czasem karku! - zawołał Paskutti, zbliżając się do
Tangelego, by czym prędzej powstrzymać wściekłego grawitanta.
       Tangeli najwyraźniej zmniejszył nieco siłę ciosu, który wymierzył Varian, lecz i tak
jej  głowa  mocno  opadła  w  tył.  Jednak  gdy  Varian  wyprostowała  się,  oczy  miała  nadal

background image

otwarte. Ślady palców Tangelego tworzyły jaskrawoczerwone pręgi na jej policzku.
       - Gdzie ukryłaś baterie?
       - Ma złamane lewe ramię. Spróbuj ją tym przekonać - zasugerował Paskutti. - Tylko
nie za mocno... troszeczkę. Nie może nam zemdleć z bólu, a te mięczaki nie są w stanie
wiele wytrzymać.
       - Gdzie, Varian? Gdzie? - Tangeli z każdym słowem wykręcał jej lewą rękę.
              Varian  jęknęła  żałośnie.  Kaiowi  wydawało  się,  że  udaje,  ponieważ  stosując
Dyscyplinę, mogłaby nie odczuwać bólu tak od razu.
       - To nie ja je ukryłam - wykrztusiła. - To Bonnard.
       Margit i Aulię aż zatkało. Tak tchórzliwie wydać chłopca!
              -  Znajdź  go,  Tangeli.  Dowiedz  się,  gdzie  są  te  baterie,  bo  inaczej  przyjdzie  nam
wynosić  stąd  wszystko  na  plecach.  Bakkun  i  Berru  pewnie  już  zaczęli  pościg.  Gdy  raz
się coś zacznie, nic tego nie powstrzyma. - Paskutti zaciskał nerwowo ręce. Sprawa była
pilna.
       - Ona będzie wiedzieć, gdzie jest chłopak - odparł Tangeli. - Gdzie on jest, Varian?
Powiedz mi!
              Varian  bezwładnie  osunęła  się  pod  uściskiem  grawitanta.  Ze  wstrętem  i  odrazą
odepchnął ją na podłogę, przeklinając cicho, i ruszył w kierunku otwartego luku. Uszedł
jeszcze trzy kroki i zatrzymawszy się, krzyknął na Bonnarda, namawiając go do powrotu,
a potem zawołał Divisti i Tardmę, by pomogły mu szukać chłopca.
              Paskutti  spojrzał  na  poskręcane  ciało  Varian.  Kai  miał  nadzieję,  że  grawitant  nie
będzie  nawet  podejrzewał,  że  ona  może  tylko  udawać.  Przez  moment  na  twarzy
Paskuttiego  zagościł  opryskliwy  grymas  kłacza,  jednak  gdy  grawitant  zwrócił  się  do
Kaia, jego mina jak zwykle nic nie wyrażała.
              -  Marsz!  -  Paskutti  rozkazującym  gestem  wskazał  wyjście.  Skinął  na  Lunzie  i
pozostałych, by się ruszyli. Prztyknięciem palców nakazał każdemu z nich zabrać ze sobą
jednego z leżących. - Do głównego budynku! Wszyscy! - rzucił.
       Idąc przez obóz, spostrzegli martwego Dandy'ego. Leżał na wybiegu ze złamanym
karkiem.  Kai  był  zadowolony,  że  ani  Cleiti,  ani  Terilla  nie  widzą  swojego  pupila.  Po
ziemi walało się mnóstwo kaset, map, prześwietlonych taśm i rozgniecionych dyskietek.
Kai  niechcący  nadepnął  na  jeden  z  wyrysowanych  przez  Terillę  dokładnych  szkiców
roślin.  Oddychając  głęboko,  starał  się  zapanować  nad  wściekłością,  która  ogarnęła  go
na widok zniszczeń dokonanych z takim rozmysłem.
              Z  głównego  budynku  wyniesiono  wszystko,  co  mogłoby  się  przydać.
Nieprzytomnych złożono na podłodze, innym Paskutti nakazał stanąć w kącie najbardziej
oddalonym od wyjścia.
              Na  zewnątrz  trwały  poszukiwania  Bonnarda.  Paskutti  zerknął  najpierw  na
chronometr, a potem na równinę rozciągającą się za osłoną siłową.
              Wyostrzony  słuch  Kaia  pochwycił  nikły  dźwięk  jego  imienia.  Kai  ostrożnie
odwrócił  głowę.  Lunzie  wpatrywała  się  w  niego,  sygnalizując  niedostrzegalnie
wzrokiem, że ma wyjrzeć na zewnątrz. Przesunął się nieznacznie. Mógł teraz spojrzeć na

background image

dwór. Zobaczył na niebie dwie plamy, pod nimi ciągnące się czarne pasmo, zbliżające
się, rozkołysane czarne pasmo... Wiedział już, co zamierzają grawitanci.
              Osłona  siłowa  była  wystarczająco  odporna,  by  powstrzymać  przypadkowych
napastników,  nie  dość  jednak,  by  przetrzymać  zmasowany  atak  zwierząt  pędzących  w
panicznym  strachu.  W  takim  wypadku  niewątpliwa  zaleta  obozu  -  położenie  wysoko
ponad  równiną  i  lasem,  traciła  znaczenie.  Tymczasem  grawitanci  płoszyli  zwierzynę,
pędząc ją właśnie tutaj, by dokonała dzieła zniszczenia.
       Thekowie, odebrawszy komunikat Kaia, pewnie jakoś zareagują... za kilka dni. Być
może,  jeśli  podpowie  im  to  ich  zadumana  dusza,  przyślą  tu  któregoś  z  młodszych
Theków.  Kai  wątpił  w  to  jednak.  Thekowie  dojdą  zapewne  do  słusznego  wniosku,  że
jakakolwiek  pomoc  z  ich  strony  nadejdzie  i  tak  zbyt  późno,  by  wpłynąć  na  ostateczny
wynik rebelii.
              Przyjdzie  im  więc  samym  zadbać  o  własny  ratunek,  pomyślał.  Grawitanci  będą
musieli w krótkim czasie opuścić obóz. Czy w wystarczająco krótkim? Poza tym w jakim
stanie zostawią swych wzgardzonych jeńców? Czy Bonnardowi uda się nie wpaść w ich
łapska?
              Paskutti  zacisnął  pięść.  Niemal  z  niepokojem  spojrzał  na  chronometr,  zezując
jednocześnie na zbliżające się ciągle czarne pasmo.
              -  Tangeli?  Znalazłeś  chłopaka?!  -  ryk  Paskuttiego  ogłuszył  wyczulone  przez
Dyscyplinę uszy jeńców.
       - Ukrył się. Nie możemy go znaleźć, baterii zresztą też nie! - Tangeli pienił się ze
złości.
              -  Wracaj  w  takim  razie.  Marnujemy  tylko  czas.  -  Paskuttiemu  nie  bardzo  była  w
smak  nieoczekiwana  zmiana  planów.  Skierował  na  Varian  złowieszcze  spojrzenie.  -
Skąd ona wiedziała? - spytał Kaia. - Bakkun domyślił się, że coś się świeci, gdy kazała
ci wracać do obozu z jakiegoś błahego powodu.
       - Odkryła miejsce, gdzie spędzaliście wolny dzień. I ranionego kłacza, którego nie
mogliście  zabić.  -  Kai  instynktownie  postanowił  chronić  Bonnarda  przed  ewentualnym
odwetem  ze  strony  grawitantów.  Jeżeli  wszyscy  zginą,  chłopiec  nie  przeżyje  sam  na
Irecie. Waśnie u grawitantów będzie musiał szukać schronienia.
              -  Bonnard!  Mówiłem  Bakkunowi,  że  ryzykuje,  pokazując  chłopcu  arenę.  -  Twarz
Paskuttiego  wyrażała  teraz  mieszaninę  najróżniejszych  emocji:  pogardę,  butne
lekceważenie,  satysfakcję  z  własnych  dokonań.  Jego  górna  warga  odsłoniła  zęby  w
nędznej  imitacji  uśmiechu.  -  Nie  potrafiłbyś  zrozumieć  form  naszego  wypoczynku.
Zresztą, nieważne. - Paskutti spojrzał na równinę. - Ważne, że przyniosą zyski... nam!
              Słońce,  jak  zwykle  zjawiając  się  na  krótko  na  wieczornym  niebie,  rozświetliło
dolinę.  Kai  mógł  już  odróżnić  rozkołysane  w  szaleńczym  biegu  cielska  roślinożernych,
które  nieubłaganie  zbliżały  się  do  obozu.  Pozostali  grawitanci  zebrali  się  teraz  przy
wyjściu. Po raz pierwszy ich zroszone potem twarze czerwieniły się od wysiłku.
       - Chłopak zapadł się chyba pod ziemię - oznajmił dzikim głosem Tangeli, łypiąc na
Kaia. - Razem z bateriami.

background image

       - Nie mamy już czasu na dalsze poszukiwania. Usuńcie ślizgacze z drogi pędzącego
tabunu.  Tylko  się  pośpieszcie,  tak  na  jednej  nodze.  Wszyscy  macie  pasy  nośne?  To
dobrze, w takim razie trzymać się z dala, dopóki zwierzęta nie przejdą.
       - A co z wahadłowcem?
              -  Nic  mu  nie  będzie  -  odparł  Paskutti,  spoglądając  na  statek,  usadowiony  nieco
wyżej, na skraju obozu. - Do roboty!
       Grawitanci, sadząc potężne susy, pognali w stronę ślizgaczy.
              Paskutti  stanął  w  wejściu  i  opierając  ręce  o  pas,  z  nie  ukrywaną  przyjemnością
przyglądał  się  potulnym  jeńcom.  Kai  zdawał  sobie  sprawę,  że  właśnie  teraz  nadszedł
najbardziej  niebezpieczny  moment.  Czy  Paskutti  zamknie  ich  tutaj,  świadomych  swego
losu? Czy może ich zabije?
       Jego z gruntu okrutna natura wzięła górę.
       - Zostawiam was teraz. To będzie stosowny koniec: stratowani przez roślinożerne
bestie,  takie  durne  roślinożerne  bestie  jak  wy  sami.  Jedyny  z  waszego  grona,  który
godzien jest się z nami równać, to zwyczajny chłopiec.
       Paskutti zamknął luk. Grzmot jego pięści w ścianę oznajmił Kaiowi, że grawitant
zgruchotał regulator.
       Varian, nieoczekiwanie ożywiona, wyjrzała ostrożnie przez okno. Jej lewe ramię
zwisało bezwładnie.
              -  Varian?  -  powiedziała  Lunzie,  wyczyniając  jakieś  cuda  nad  znieruchomiałym
ciałem  Trizeina.  Mężczyzna  jęknął,  odzyskując  nagle  świadomość.  Lunzie  podeszła  do
Terilli i Cleiti i kiwając głową, zaaplikowała im środki wzmacniające.
       - Jest przy wlocie - Varian relacjonowała ściszonym głosem. - Otwarł go. Zostawił
wlot otwarty. Nadlatują dwaj inni. Prawdopodobnie Bakkun i Berru. Powinniśmy mieć
kilka  chwil,  zanim  stado  wedrze  się  na  ostatnie  wzniesienie.  Grawitanci  nie  będą  w
stanie nic dojrzeć.
       - Triv! - Kai skinął na geologa, który zaraz poszedł za nim do tylnej części budynku,
"przestawiając" pozostałych na boki.
              Wyczulone  palce  Kaia  odnalazły  spoinę  między  płatami  plastyku  tworzącego
budynek.  Triv  wbił  paznokcie  powyżej  i  obaj,  wziąwszy  głęboki  oddech,  z  krzykiem
rozdarli mocne tworzywo.
              Z  pomocą  Lunzie  obie  dziewczynki  wstały.  Słaniały  się  jeszcze,  lecz  były  dość
przytomne, by ustać. Lekarka podążyła na ratunek Trizeinowi.
       - Gdzie może być Bonnard, Kai? - zapytała Varian ściśniętym głosem, zdradzając
niepokój, którego nawet Dyscyplina nie mogła zamaskować.
              -  W  miejscu  ukrytym  dość  dobrze,  by  zwieść  grawitantów,  i  na  pewno
wystarczająco bezpiecznym, by uniknąć tego, co ma nadejść za chwilę. - Kai zwrócił się
do  swych  towarzyszy.  -  Nie  wolno  nam  wpadać  w  panikę.  Musimy  odczekać  na
właściwy moment, gdy grawitanci nie będą już w stanie nas dojrzeć z powietrza. Inaczej,
najzwyczajniej  w  świecie  użyją  obezwładniaczy.  Margit,  Aulia,  Portegin?  Możecie
biec?  -  Skinęli  głowami.  -  Lunzie,  zajmiesz  się  Terillą,  dobrze?  Czy  Gaber  nie  żyje?

background image

Cóż...  Aulia,  ty  i  Portegin  poniesiecie  Cleiti.  Triv  będzie  niósł  Trizeina,  ja  pomogę
Dimenonowi. Varian, poradzisz sobie?
       - Równie dobrze jak ty. Będę was osłaniać.
       - Ja się tym zajmę - odparł Kai, potrząsając głową na widok jej ramienia.
       - Nie, Kai. Ty masz Dimenona. Dam sobie radę. - Varian zerknęła przez okno.
       Nie trzeba było szczególnie wrażliwego słuchu, by usłyszeć odgłos zbliżającego się
dzikiego tabunu. Trzeba było za to bezwzględnej samokontroli, by zachować zimną krew.
              -  W  tej  chwili  w  powietrzu  jest  czterech  grawitantów  -  oznajmiła  Varian.  -
Zwierzęta dotarły do zwężenia przy podejściu. Przygotujcie się.
       Aulia stłumiła okrzyk strachu.
              -  Niech  każdy  oddycha  głęboko  przeponą  -  poinstruowała  Lunzie.  -  Kiedy  damy
hasło  do  ucieczki,  rzucajcie  się  biegiem  i  wrzeszczcie!  Wrzeszczcie  cały  czas,  to
pobudza adrenalinę.
              -  Mnie  jej  już  więcej  nie  trzeba  -  mruknęła  Margit  drżącym,  lecz  buntowniczym
głosem.
       Grzmot był ogłuszający. Ziemia wprost zatrzęsła się pod stopami. Aulia dygotała tak
wyraźnie, że Kai zastanawiał się, w jaki sposób ona w ogóle znosi to napięcie.
       - TERAZ!
              Ich  zgodne  okrzyki  nie  mogły  dotrzeć  do  uszu  unoszących  się  w  powietrzu
grawitantów,  a  Margit  miała  rację  -  rzeczywiście  nikt  nie  potrzebował  dodatkowej
porcji  adrenaliny.  Widok  rozhuśtanych  łbów  grzebieniastych  dinozaurów,  które  waliły
na nich w szaleńczym pędzie, każdemu dodałby skrzydeł.  Dimenon,  wydzierając  się  na
całe  gardło,  wyszarpnął  się  z  uścisku  Kaia  i  zmierzając  ku  wahadłowcowi,  odstawił
wszystkich  na  dystans.  Kai  zwolnił,  dopóki  nie  zrównał  się  z  Varian.  Wówczas  oboje
przyśpieszyli  kroku,  idąc  w  ślady  pozostałych  towarzyszy,  którzy  gnali  poprzez  obóz
rozedrgany  pod  nogami  pędzących  zwierząt.  Przesadzili  próg,  niemalże  zadeptując
Lunzie, która wciągała Trizeina do środka. Varian pomogła lekarce, Kai zaś pomknął do
regulatora luku. Pierwszy z roślinożernych wpadł właśnie na osłonę siłową.
       Wszechobecny huk i łomot przeszył jakiś inny dźwięk - właśnie zapłonęła osłona,
rozbłyskując błękitnymi ognikami, i z przeraźliwym trzaskiem runęła na ziemię. Ogromne
cielska  dinozaurów  wpadły  do  obozu.  Za  nimi  spiętrzyła  się  masa  następnych
roślinożernych, które jak potężna fala przeszły ponad leżącymi, i popędziły przed siebie.
W tym momencie Kai zamknął wejście do wahadłowca i tylko łoskot i szczęk, którego
wcale  nie  tłumiło  wnętrze  statku,  świadczył  o  chaosie,  śmierci  i  zniszczeniu  sianym  w
obozie.
       Jak jeden mąż Kai i Varian przedostali się przez kordon zdyszanych, wstrząśniętych
towarzyszy  do  kabiny  pilota.  Varian  wyszperała  ukryty  przełącznik,  by  przywrócić
zasilanie w statku. Kai przymierzał się, by usiąść za konsoletą, lecz zatrzymał się.
       - Paskutti zadbał, byśmy nie mogli przesłać więcej komunikatów - powiedział do
Varian, patrząc na wrak komunitu.
       - A co z manewrowaniem? - odparła.

background image

              -  Tablica  sterownicza  wygląda  na  nietkniętą.  Musiał  wiedzieć,  jakie  przewody
poprzecinać.
              Poczuli,  jak  wahadłowiec  się  zatrząsł.  Coś  z  głuchym  łoskotem  trzepnęło  o
zewnętrzną obudowę.
              -  Przeszli  samych  siebie  z  tymi  zwierzętami  -  powiedziała  Varian,  chichocząc.
Usłyszała  przerażone  okrzyki  dochodzące  z  głównej  sali,  więc  wytknęła  głowę  przez
drzwi.
       - By wyszczerbić ceramiczną obudowę wahadłowca, trzeba więcej niż dinozaurów.
Bez obaw. Ja chyba sobie usiądę... - Osunęła się na fotel, osłaniając złamaną rękę, która
bezwładnie  opadła  na  oparcie  siedzenia.  -  Gdy  tylko  wszystko  ucichnie,  będziemy
musieli się ruszyć.
- A Bonnard? - rzucił Kai.
              -  Bonnard!  -  Portegin  jak  echo  powtórzył  imię  chłopca  w  radosnym  okrzyku.  -
Bonnard! Kai! Varian! Dostał się tu!
       Kai i Varian ujrzeli, jak chłopiec wynurza się z laboratorium. Jego kombinezon był
brudny i poplamiony, na wymizerowanej twarzy malowała się nieoczekiwana dorosłość.
       - Widząc, jak Paskutti was stąd wyprowadza, pomyślałem, że to najbezpieczniejsze
miejsce. Nie byłem tylko pewien, kto tu wrócił. Cieszę się, że to wy!
       Cleiti objęła mocno swego przyjaciela, pochlipując z ulgą. Terilla powtarzała jego
imię  raz  za  razem,  nie  mogąc  do  końca  uwierzyć,  że  to  on.  Bonnard  delikatnie  odsunął
trzymające go kurczowo rączki Cleiti i podszedł do dowódców.
              -  Nigdy  nie  znajdą  tych  baterii,  Varian  -  powiedział.  -  Nigdy!  Myślałem,  że
zginiecie, widząc, jak Paskutti zamyka was w głównym budynku. Rozbił regulator i nie
miałem  pojęcia,  jakby  was  stamtąd  wydostać  na  czas.  Więc...  więc...  się  ukryłem!  -
Chłopiec wybuchnął płaczem, zawstydzony.
       - Zrobiłeś dokładnie tak, jak należało, Bonnard! - pocieszyła go Varian.
       Kolejny wstrząs wahadłowca zachwiał wszystkimi.
       - To się zawali - wrzasnęła Aulia, podnosząc ręce do góry.
              -  Możliwe,  ale  nie  popęka  -  odparł  Kai,  odreagowując  kryzysową  sytuację  tym
samym uniesieniem, które kazało Varian zachichotać. - Tylko spokojnie. Jak na razie nam
się udało. Przeżyjemy!

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

              Chronometr  Kaia  wskazywał,  że  od  momentu  dotarcia  do  kabiny  pilota  minęło
zaledwie  dwadzieścia  minut,  tymczasem  wszystkim  wydawało  się,  jakby  upłynął  cały
wiek nie kończących się wstrząsów, zanim hałas na zewnątrz ucichł.
              Po  chwili  Kai  uchylił  nieco  luk,  by  móc  wyjrzeć.  Nie  dojrzał  nic,  poza  stertami
cętkowanej, pokrytej grubą sierścią skóry. Skinął na Varian, by podeszła to zobaczyć.
       - Pogrzebani żywcem w hadrazaurach - stwierdziła, nie mogąc się powstrzymać. Jej
oczy błyszczały; wysiłek, z jakim zachowywała Dyscyplinę pomimo śmiertelnego bólu w
roztrzaskanym  ramieniu,  poorał  jej  twarz  bruzdami.  -  Otwórz  szerzej.  Są  zbyt  duże,  by
wpaść do środka.
              Zwiększenie  pola  widzenia  pozwoliło  im  jedynie  zobaczyć  więcej  cętkowanych
cielsk  i  zasnuwającą  nieboskłon  ciemność.  Z  prawdziwą  niechęcią  Kai  stwierdził,  że
tylko  Bonnard  będzie  w  stanie  wydostać  się  i  określić  nowe  położenie  wahadłowca.
Chłopiec był wystarczająco mały i zwinny. Kai nakazał mu trzymać się blisko statku, na
wypadek gdyby grawitanci byli jeszcze w pobliżu.
       - Pozwól sobie zwrócić uwagę, że jest ciemno choć oko wykol - zwróciła się do
Kaia Lunzie. - Grawitanci nie widzą dobrze w nocy. Jeśli w ogóle tu nadal są.
              - A  gdzież  indziej  mieliby  się  podziewać?  -  żachnęła  się Aulia.  W  jej  drżącym
głosie  czaiła  się  histeria.  -  Napawają  się  pewnie  zwycięstwem!  Umierają  z  zachwytu
nad  sobą!  Nigdy  nie  lubiłam  z  nimi  pracować.  Wciąż  im  się  wydaje,  że  są
wykorzystywani  i  źle  traktowani,  tymczasem  tak  naprawdę  nie  nadają  się  do  niczego
poza ciężką pracą fizyczną.
       - Och, Aulia, uspokój się - powiedziała Lunzie. - A ty, Bonnard, ruszaj sprawdzić,
czy  droga  wolna.  Jak  reszta  towarzystwa  w  tym  wahadłowcu,  z  rozkoszą  znajdę  się  z
dala od grawitantów. - Wręczyła chłopcu kask i posłała mu uspokajający, pełen aprobaty
uśmiech.
              -  Portegin,  sprawdziłbyś  może  obwód  przy  sterach?  -  spytał  Kai.  -  Varian,  niech
Lunzie obejrzy twoje ramię, skoro mamy wolną chwilę.
       - Pod warunkiem, że później pozwolisz jej zająć się twoją ręką, dowódco Kai.
       - Tu nie ma żadnego "pod warunkiem" - wtrąciła się Lunzie, sięgając do kieszonki u
pasa.  -  Najpierw  opatrzę  ciebie,  a  potem  jego.  Na  szczęście  zostawili  mi  coś,  czym
mogę wam pomóc.
              -  Po  co  w  ogóle  chcesz  jeszcze  nas  łatać?  -  rzuciła Aulia,  opadając  na  podłogę.
Objęła rękoma głowę. - Nie przetrwamy długo na tej planecie. Paskutti miał rację. Oni
mają wszystko, czego nam potrzeba!
              -  Nie  wszystko.  Zostawili  nam  syntezator  -  prychnęła  Varian.  -  Tego  nie  mogli

background image

zabrać, skoro jest wbudowany w wahadłowiec.
       - Syntezator nie ma zasilania. Słyszałaś, co mówił Tangeli.
       Varian wzruszyła ramionami.
       - Bonnard ukrył baterie ze ślizgaczy. Nadają się do syntezatora.
       - To zaledwie odwlecze nieuniknione! - wykrzyknęła Aulia. - I tak umrzemy, gdy
baterie się wyczerpią! Nie ma ich jak naładować!
              -  Kai  wysłał  komunikat  do  Theków  -  oznajmiła  Varian,  starając  się  zapobiec
nadciągającemu atakowi histerii Aulii.
       - Do Theków! - Aulia wybuchnęła przenikliwym, pozbawionym cienia wesołości
śmiechem.
              Z  kabiny  pilota  wynurzył  się  Portegin.  Krocząc  zamaszyście,  podszedł  do Aulii  i
wymierzył jej bolesny policzek.
       - Dość tego, głupizno. Zawsze poddajesz się o wiele za łatwo - warknął.
       - Powiedziała kilka gorzkich prawd - odezwała się Margit znużonym głosem. - Gdy
syntezator wysiądzie, zostanie nam...
       - Możemy jeszcze pogrążyć się w sen - przerwał jej Kai.
       - Nie miałam pojęcia, że wyposażono naszą ekspedycję w preparaty kriogeniczne -
odparła Margit. Jej twarz rozpromieniła nadzieja.
              -  Być  może  to  skromna  wyprawa,  lecz  jest  zaopatrzona  we  wszelkie  niezbędne
rzeczy.  Albo  raczej  była  -  powiedział  Kai,  szukając  znajomej  luki  między  ściankami.
Nacisnął przycisk. Ich oczom ukazał się sekretny zakamarek, gdzie ukryto kriogen.
       - Gdyby Porteginowi udało się naprawić komunit, nie potrzebowalibyśmy zapadać
w hibernację - powiedziała Aulia. Także na jej twarzy malowała się ulga. - Można by po
prostu wezwać BO...
       - Nie, nie można. Lepiej będzie, jeśli zaraz to powiem - wtrącił się Portegin, patrząc
ponuro. - Nie da się naprawić konsolety. Przynajmniej bez części zamiennych, które oni
zabrali.
       - Wiedziałam... - jęknęła Aulia. Jej szloch przerwał ciszę, która zapadła po słowach
Portegina.
       - Ty nic nie wiesz - odezwał się ostro - więc się zamknij.
       - Wszyscy potrzebujemy snu, i to natychmiast. Zwyczajnego snu - stwierdziła Lunzie,
posyłając Kaiowi znaczące spojrzenie.
              Kiedy  Dyscyplina  się  wyczerpie,  całej  czwórce  trzeba  będzie  pełnego  dnia
odpoczynku, zanim wynagrodzą sobie konieczne nadużycie własnych organizmów. Jeśli
Kaiowi i Varian nie uda się utrzymać porządku, ich ucieczka przed grawitantami będzie
absolutnie  bez  sensu,  zwłaszcza  że  Aulia  była  w  tak  poważnym  stanie,  a  i  pozostali
zapewne odreagują w ten czy inny sposób szok wywołany niedawnymi przeżyciami.
       - Spać? - oburzyła się Margit. - Pod tym tu? - Wskazała na sufit i otrząsnęła się ze
wstrętem.
              -  Spójrz  na  to  tak,  Margit  -  przemówił  Dimenon.  Jesteśmy  cudownie  bezpieczni.
Nawet  grawitanci  będą  musieli  się  porządnie  napocić,  zanim  uprzątną  tę,  jak  by  to

background image

ująć...? padlinę? To rumowisko, powiedzmy.
              -  Nie,  Dimenon.  Nie  zostaniemy  tutaj  -  oświadczył  Kai.  -  Teraz  nadeszła
najdogodniejsza  pora  ucieczki,  pod  osłoną  nocy.  Gdy  grawitanci  powrócą,  a  sądzę,  że
powrócą, pomyślą, że wahadłowiec nadal tu jest, zakopany pod ciałami zwierząt.
       - Padlinożerne działają szybko na Irecie - powiedziała Varian. Na jej czole perlił
się pot, lecz Lunzie nie przerywała ani na chwilę pracy nad jej połamaną ręką. - Ale tu
na zewnątrz mają roboty na kilka dni...
       Komuś zebrało się na wymioty.
              -  ...co  daje  nam  sporo  czasu,  nim  grawitanci  odkryją,  że  wahadłowca  nie  ma  -
dokończył Kai. - Oczywiście, jeżeli się stąd ruszymy dzisiaj.
       - Dokąd twoim zdaniem mielibyśmy się ruszyć? - spytał Portegin sucho.
              -  To  chyba  żaden  problem  -  parsknął  Dimenon.  -  Mamy  do  dyspozycji  całą  tę
cholerną planetę...
              -  Niezupełnie  -  zauważył  Kai.  -  Poza  tym  grawitanci  chcą  mieć  wahadłowiec.
Potrzebują go, choćby ze względu na syntezator i główny agregat. Kiedy przekonają się,
że  znikł,  będą  go  szukać.  I  to  do  upadłego.  Mają  indykator  na  pokładach  ślizgaczy,  i
chociaż  brakuje  im  baterii  -  Kai  obdarzył  nieobecnego  Bonnarda  pełnym  podziwu
uśmiechem  -  są  dość  silni,  by  wymontować  sprzęt  i  wykorzystać  go,  używając  pasów
nośnych. Mogą nas znaleźć.
              -  Nie,  jeśli  dobrze  się  ukryjemy  -  odrzekła  Varian,  podkreślając  słowo  "dobrze"
głosem,  w  którym  pobrzmiewało  rozbawienie.  -  Żadnemu  grawitantowi  nawet  by  to
przez myśl nie przeszło. Poza tym indykator wskaże tyle form zwierzęcych, że grawitanci
stracą orientację.
              Kai  zmierzył  Varian  badawczym  wzrokiem,  przebiegając  myślą  przez  wszystkie
możliwe  kryjówki  na  Irecie.  Nie  potrafił  odgadnąć,  którą  z  nich  sugerowała  Varian,
tymczasem ona spoglądała na niego, jakby powinien był wiedzieć.
       - Dzień wolny miał przynieść zyski także nam, choć nie mieliśmy o tym wówczas
pojęcia.
       - Złote ptaki? - domyślił się Kai.
              -  Właśnie!  Jaskinia,  w  której  znalazłam  martwe  jajko  -  mówiła  Varian.  -  Była
olbrzymia i sucha. Nie wiem, dlaczego została opuszczona, lecz dla nas powinna być w
sam raz.
              Kai  miał  ochotę  porwać  ją  w  ramiona,  wyściskać  i  wycałować  za  tak  doskonałą
propozycję, lecz pomyślał, że nie czas na to, ani miejsce.
       - To idealna kryjówka, Varian. Indykator weźmie nas za dorosłe ptaki, a dzieci za
młode! Varian!... to... to... - zaciął się ze szczęścia.
       - ...to najlepszy pomysł, jakiśmy dziś usłyszeli - dopowiedziała Lunzie, widząc, że
Kaiowi brak słów. W jej głosie słychać było tyle samo ulgi, co w głosie Kaia. Varian
rozpromieniła się na takie przyjęcie swej sugestii.
       - W porządku. Zainstalujemy się tam, zażyjemy upragnionego snu, a potem ocenimy
naszą sytuację. Wysłałem, nie zapominajcie o tym, przyjaciele, wiadomość Thekom... -

background image

Kai uniósł rękę, gdyż Aulia otwierała właśnie usta, by ponownie wygłosić swą opinię na
temat  uzyskania  pomocy  z  tego  źródła  -  a  ponieważ  jeden  z  nich  jest  starym,  dobrym
znajomym  mojej  rodziny  na  ARCT10,  mogę  obiecać,  że  nasz  komunikat  nie  zostanie
zignorowany.
              Aulia  nie  była  zupełnie  przekonana,  lecz  inni  z  ochotą  złożyli  ufność  w
przyrzeczeniu Kaia.
       - Gdzie znów zawieruszył się Bonnard? - spytała Varian, otrząsając się, gdy Lunzie
skończyła manipulować przy jej ramieniu. - Już dawno powinien był wrócić.
       - Pójdę zobaczyć - rzucił Triv, i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, znikł w
luku.
       - Teraz ty, dowódco Kai - oznajmiła Lunzie, dając mu znak, że przyszła jego kolej
oddać się w jej ręce.
       - Margit, wykombinowałabyś może trochę stymulatora dla nas wszystkich? - zapytał
Kai, poddając swój zgruchotany nadgarstek zabiegom Lunzie i jednocześnie starając się
skupić myśli na czymś innym. - Wydaje mi się, że nie zabrali niczego z szafki w kabinie
pilota.
              -  Stymulator?  -  Margit  skwapliwie  ruszyła  na  przód  wahadłowca;  w  ślad  za  nią
pośpieszyła  Aulia.  -  To  drugi  najlepszy  pomysł,  jaki  dziś  usłyszeliśmy.  Oby  tylko
rzeczywiście  nie  zabrali  nam  stymulatora! Ach,  szafka  jest  nietknięta!  Zostaw, Aulia!  -
głos Margit nabrał nagle surowości - podaj najpierw innym!
              -  Wiecie,  po  raz  pierwszy  widziałem,  jak  dowódcy  znaleźli  się  w  obliczu
konieczności  zastosowania  Dyscypliny  -  powiedział  Dimenon,  rozłamując  plombę  na
puszce,  którą  wręczyła  mu  Aulia.  Sącząc  swoją  porcję,  rozdawała  pozostałym  środki
pokrzepiające.  -  Wiedziałem,  oczywiście,  że  dowódca  musi  przejść  szkolenie,  by  móc
dowodzić,  lecz  nigdy  dotąd  nie  miałem  okazji  zobaczyć,  jak  to  działa.  Zachodziłem  w
głowę,  co  cię  naszło,  Varian,  że  pozwoliłaś  im  wydusić  z  siebie  informacje  o
Bonnardzie.
       - Musiałam udawać tchórza - odparła Varian, pociągając łapczywie swój napój. -
Martwi  Uczniowie  nie  przydadzą  się  na  nic.  Domyśliłam^  się,  że  Bonnard  jest  dość
sprytny, by się dobrze ukryć. A propos, mógłby już wrócić...
              Naraz  usłyszeli  głosy  dochodzące  z  luku.  Kai  wysunął  na  wpół  opatrzoną  dłoń  z
uścisku  Lunzie  i  natychmiast  znalazł  się  przy  wejściu.  Wyciągnął  zaciśniętą  pięść
zdrowej ręki do góry. Dołączyli do niego Portegin i Dimenon.
              -  Znalazłem  go  -  oznajmił  Triv,  wetknąwszy  głowę  przez  otwarty  luk.  -  Znosi
wszystkie baterie na skraj tych... tego pobojowiska. Właśnie poszedł po następne. - Triv
wręczył Porteginowi trzy baterie. - Mówi, że grawitanci rozpalili ognisko na wzgórzach
za  nami.  Możemy  przesunąć  wahadłowiec  w  lewo,  na  pagórek.  Nie  powinni  nas
spostrzec. Martwe i umierające dinozaury tworzą słusznej wielkości kopiec, więc minie
sporo  czasu,  zanim  oni  zdadzą  sobie  sprawę,  że  ani  my,  ani  wahadłowiec  nie  leży  tu
pogrzebany.
       - Dobrze - odparł Kai i skinął na Triva, by wrócił pomóc Bonnardowi, - Możemy

background image

wiec zniknąć stąd bez śladu. Niech ta ceramiczna puszka będzie błogosławiona!
              Gdy  pomysłowy  chłopak  razem  z  Trivem  przenieśli  już  wszystkie  baterie
bezpiecznie  do  wahadłowca,  zamknięto  luk.  Kai  i  Varian  zabrali  Bonnarda  do  kabiny
pilota, gdzie mógł nakreślić położenie statku i najprostszą drogę na wzgórze.
       Pięść Paskuttiego zmiażdżyła nie tylko sprzęt komunikacyjny, lecz także zewnętrzne
monitory, toteż wszelkie manewry trzeba było wykonywać na ślepo. Varian zauważyła,
że i tak nie widzieliby lepiej nawet przy użyciu kasków nocnych, a przecież nie mogli,
pod  żadnym  pozorem,  włączyć  zewnętrznych  świateł  wahadłowca.  Zarówno  Kai,  jak  i
Varian byli w stanie określić współrzędne śródziemnego morza bez pomocy taśm, które
walały się rozrzucone bezładnie po zaśmieconej podłodze.
       Triv i Dimenon zsyntezowali dość watowanej wyściółki, by ranni nie musieli leżeć
na  gołej  podłodze.  Kazali  też  Margit  i  Aulii  uprzątnąć  z  najgorszego  rozgardiaszu
laboratorium  Trizeina.  Chemik  znów  stracił  przytomność  -  napięcie  okazało  się  zbyt
silne  dla  człowieka  w  jego  wieku.  Lunzie  podejrzewała,  że  w  wyniku  tak  brutalnego
traktowania mógł doznać nawet ataku serca.
       Bazując na skromnych zasobach energii, Kai i Varian, każde z jedną tylko zdrową
ręką,  wyprowadzili  wahadłowiec  spod  stosu  dinozaurów  i  wznosząc  się  na  wzgórza,
skierowali kursem na śródziemne morze.
       Podczas podróży Lunzie sporządziła nasycony odżywczymi substancjami preparat,
który  miał  zmniejszyć  efekty  szoku  i  skrupulatnie  dopilnowała,  by  każdy  przyjął  swoją
dawkę.  Portegin,  z  pomocą  Triva  i  Dimenona,  zajął  się  wszystkimi  bezużytecznymi
obwodami,  chcąc  sprawdzić,  czy  nie  dałoby  się  sklecić  jakiejś  zaimprowizowanej
instalacji, by móc chociaż wyłapywać nadchodzące z przestrzeni sygnały.
       Gdy dotarli nad morze, Kai przejął ster, Varian zaś, otworzywszy częściowo luk,
dawała mu wskazówki. Znajdowali się nad tarasem, na którym spędzili tamten dzień...
              Wydawało  się  to  tak  dawno  temu...  Wahadłowiec  zawisł  teraz  pół  metra  ponad
ziemią. Varian i Triv wyskoczyli, by naprowadzić statek  do  jaskini,  podając  instrukcje
poprzez  komunit.  Grawitanci  byli  przekonani,  że  wszyscy  zginęli,  stąd  też  było  mało
prawdopodobne, by przysłuchiwali się własnym komunitom.
              Wlot  pieczary  nie  był  dość  duży,  by  mogła  się  w  nim  zmieścić  środkowa  część
wahadłowca,  jednak  uparcie  przebijając  się  przez  skałę,  udało  im  się  przecisnąć  do
wnętrza. Tym razem nikt nie martwił się porysowanym kadłubem statku.
              Varian,  przyczajona  pośród  ciemności  tarasu,  głowiła  się,  dlaczego  zgrzytliwy
rumor i wstrząsy nie postawiły na nogi całej populacji zamieszkującej urwisko. Z jaskini
nie wynurzył się ani jeden grzebieniasty łebek, by sprawdzić, co się dzieje.
       Triv opuścił Varian do jaskini na pasie. Następnie zaczepiwszy jeden koniec pasa o
występ skalny, dołączył do niej.
       Wahadłowiec wsunięty był wystarczająco daleko w jaskinię, by nie można było go
od  razu  spostrzec.  Triv  i  Varian  zabrali  jednak  porozrzucane  dokoła  zeschłe  rośliny  i
obłożyli  nimi  rufę  statku,  by  jeszcze  lepiej  go  ukryć.  Z  pomocą  przyszli  im  Dimenon,
Margit i Portegin, którzy pokryli boki wahadłowca zwilżonym szlamem.

background image

       Cała operacja nie trwała długo, lecz każdy odetchnął z ulgą, znalazłszy się nareszcie
wewnątrz wahadłowca. Luk został zamknięty i wszyscy rozsiedli się najwygodniej, jak
się dało.
       - Odpoczniesz trochę, Lunzie, prawda? - spytał Kai i przycupnął przy niej. Lunzie
pielęgnowała Trizeina.
       Parsknęła.
              -  Nie  będę  miała  wyboru,  gdy  tylko  wyczerpie  się  moc  Dyscypliny.  Z  Trizeinem
powinno  być  wszystko  w  porządku.  Jego  organizm  jest  przyzwyczajony  szukać
ozdrowienia we śnie. Tu nic mu nie będzie przeszkadzać. A ty jak się czujesz? - zapytała
wprost,  najpierw  spoglądając  na  jego  nadgarstek,  a  potem,  bardziej  uważnie,  w  jego
oczy.
       - Wciąż jestem pod działaniem Dyscypliny, lecz to już nie potrwa zbyt długo.
       Lunzie napełniła czymś rozpylacz.
       - Dodam wszystkim nieco więcej środków uspokajających. Będziemy mogli zażyć
wystarczająco dużo wypoczynku.
              Przeszła  się  po  kabinie,  aplikując  wszystkim  preparat.  Varian  poklepała  Kaia  po
ramieniu.
       - Nasze posłania są z przodu, Kai - szepnęła.
       Kai rozejrzał się po leżących dokoła postaciach, a potem ruszył za Varian, by z ulgą
opaść na podłogę. Wyścielono ją cienkimi, lecz ciepłymi watówkami, co w zupełności,
zdaniem  Kaia,  powinno  wystarczyć.  Temperatura  wewnątrz  wahadłowca  utrzyma  się  z
pewnością na odpowiednim poziomie. Do Kaia i Varian dołączyli jeszcze Triv i Lunzie,
by również zająć swoje miejsca.
       - Mogło być gorzej, Kai - odezwała się Lunzie, jakby czytając w jego myślach. Kai
utkwił wzrok w towarzyszach śpiących w sąsiedniej kabinie. - Straciliśmy tylko Gabera
-  dodała  -  a  ten  głupiec  sam  się  o  to  prosił,  wyrywając  się  ze  spóźnionym
bohaterstwem...
       - Co z Terillą i Cleiti? - spytała Varian.
              -  Są  potłuczone,  nic  więcej.  Gorzej  z  duszą  niż  ciałem.  Nikt  nie  życzyłby  innym
takiego traktowania... - Lunzie wykrzywiła twarz.
       - Bardziej mnie obchodzi ich reakcja na to, że ani Kai, ani ja nie staraliśmy się ich
bronić i ochraniać... - przyznała Varian.
       Lunzie uśmiechnęła się.
              -  Rozumieją  to!  Wiem,  że  rodzice  Cleiti  są  Uczniami,  i  jak  podejrzewam,  matka
Terilli także. Dziewczynki nie potrafią jedynie pojąć tak nagłej przemiany grawitantów
w  brutalnych  i  okrutnych  dzikusów.  -  Lunzie  westchnęła.  -  Ogółem  poradziliśmy  sobie
raczej  nieźle,  biorąc  pod  uwagę  wszelkie  przeciwności  i  to,  że  bunt  był  zupełnym
zaskoczeniem.
       Nagle jej ciało skurczyło się i Lunzie westchnęła ponownie, tym razem z ulgą.
              -  Po  Dyscyplinie...  -  oświadczyła,  drżącymi  rękoma  szukając  rozpylacza.  - A  wy
jesteście na to gotowi?

background image

       - Spokojnie - odparł Kai. - Damy sobie radę sami. Triv podał Lunzie ramię.
              -  U  mnie  też  już  koniec  -  stwierdził.  Jego  twarz  zalała  ziemista  szarość.  Zanim
Lunzie zaaplikowała mu lekarstwo, Triv już niemal spał. - Obudzę się pierwszy - zdołał
jeszcze wymamrotać i zaraz opuścił głowę.
Lunzie parsknęła, odwracając rozpylacz w swoją stronę.
       - Nic z tego, przyjacielu. Na tym polega cud Dyscypliny, a może to raczej jej zmora,
że  działa  nawet  wówczas,  gdy  się  tego  nie  chce.  -  Odetchnęła  nierównomiernie  i
zamknęła  oczy.  -  Dobrze  się  spisaliście,  Kai,  Varian!  Należy  wam  się  za  to  zasłużony
odpoczynek. Nigdy nie spotkałam... lep... szych...
       Varian zachichotała.
       - Można się było domyślić, że Lunzie nie dokończy komplementu... - mówiła cicho,
choć ani Lunzie, ani pozostałych śpiących nie zbudziłby nawet kolejny pędzący tabun. -
Kai? Czy Tor coś zrobi?
       - Prędzej on niż którykolwiek inny Thek.
       - Kiedy?
              Chyba  opuszcza  ją  Dyscyplina,  pomyślał  Kai,  słysząc  zdenerwowanie  w  jej
szorstkim  głosie.  Ujął  jej  zdrową  dłoń  i  przycisnął  do  ust.  Varian,  mimo  dręczącego
niepokoju, z uśmiechem przyjęła pieszczotę.
       - Sądzę, że minie z tydzień, zanim będzie w stanie tu dotrzeć - odparł Kai. - Chyba
uda nam się zatrzymać ich tu przez ten czas, jak myślisz?
              -  Po  wszystkim,  co  zaszło  dzisiaj,  przypuszczam,  że  się  uda.  Tyle  że  nie  wiedzą
jeszcze  o  braku  łączności  z  BO.  Pomoc  Theków  to  wyśmienite,  lecz  jednocześnie  nie
najszczęśliwsze pocieszenie, zważywszy, że jest raczej wątpliwe.
       - Wiem, wiem. W każdym razie to jest jakiś kontakt. - Poczuł, jak uchodzą z niego
resztki  Dyscypliny,  a  nieludzkie  zmęczenie,  niczym  ciężar  ponad  wszelkie  siły,
przytłacza  jego  wycieńczone  ciało.  O  rany,  ależ  będę  straszliwie  zdrętwiały,  gdy  się
obudzę, pomyślał.
       - Kai, jesteś wyczerpany? Tak wyglądasz.
       Zaśmiał się cichutko, spostrzegłszy jak jej twarz traci barwy. Podniósł rozpylacz.
       - Zaczekaj. - Varian uniosła się na łokciu i pocałowała go w usta, delikatnie, lecz
krótko. - Nie chciałabym zasnąć, całując cię - usprawiedliwiła się.
       - Wezmę to pod uwagę - odparł i cmoknął ją czule. Preparatem Lunzie spryskał jej
ramię, a potem swój nadgarstek. Ułożył się wygodnie i zaledwie zdążył spleść dłonie z
Varian, gdy zmorzył go sen.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

              Nie  tylko  Kai  był  "połamany",  gdy  się  w  końcu  obudził.  Lunzie  była  na  nogach
jeszcze  przed  Trivem,  co  wprawiło  ją  w  doskonały  nastrój.  Stan  zdrowia  Trizeina
poprawia  się,  oznajmiła  dowódcom,  wręczając  każdemu  z  nich  kubeczek  z  dymiącym,
odżywczym  bulionem.  To  według  jej  własnego  przepisu,  oświadczyła,  gwarantuje
sprawną cyrkulację krwi w zmęczonych mięśniach i przywrócenie tkankom normalnego
stanu.
              -  Musicie  odzyskać  sprawność.  Ktoś  musi  przecież  być  w  stanie  żuć,  inaczej  nie
nastarczę z wywarem dla wszystkich.
       Kai ostrożnie sączył gorący płyn. Lunzie wcale nie przesadzała, zachwalając jego
skuteczność. Gdy miłe ciepełko dotarło do żołądka, Kai czuł niemal, jak rozluźniają się
jego zdrętwiałe mięśnie. Musiał jedynie zastosować nieco Dyscypliny, by uśmierzyć ból
w nadgarstku.
       - Jak długo spaliśmy?
       - Przespaliśmy mniej więcej półtora obrotu chronometru - odparła Lunzie, zerkając
na swoją bransoletkę. - Musieliśmy spać więcej niż dwanaście godzin albo ja straciłam
talent  do  faszerowania  środkami  uspokajającymi.  Co  oczywiście  jest  niemożliwe  -
dodała.
       - Kiedy wstaną inni? - zapytał Triv, budząc się wreszcie.
       - Sądzę, że mamy jakąś godzinę spokoju, nim pozbierają się nasi śmiertelnie skonani
przyjaciele.
       - Maleńki zwiad? - zaproponował Triv.
              -  Nie  zapominaj  -  powiedziała  Lunzie  oschle  -  że  nie  chroni  cię  już  żaden  pas
siłowy. Postaraj się nie upaść.
       Kai odruchowo podszedł do szafki, w której ujrzał tylko świecące pustką półki.
       - Istotnie - zaśmiała się kwaśno Varian. - W szafce na pasy jest goło.
       - Wiec wszystko, co mamy, to gołe ręce... - mruknął Kai.
       - Każdy po jednej - dodała Varian, ponownie wybuchając śmiechem.
       - Przypominam, że nie będziecie w stanie wykorzystać dziś w pełni Dyscypliny -
ostrzegła Lunzie. - Mam zresztą nadzieję, że nie zajdzie taka potrzeba.
       - Nie powinna. Złote ptaki nie są agresywne - odparła Varian, układając wygodnie
swą złamaną rękę. Przeszła przez luk. - To jeszcze jeden powód, dla którego to miejsce
jest wprost doskonałą kryjówką.
              Zaledwie  parę  minut  później,  gdy  zwiadowcy  wyjrzeli  przez  wylot  groty,  Varian
musiała skorygować swoją opinię.
       - Cóż, ma jednak kilka mankamentów... - Rzuciła ukradkowe spojrzenie w dół. Fale

background image

wściekle  rozbijały  się  u  stóp  wysokiego  na  dwadzieścia  metrów  urwiska.  Po  obu
stronach jaskini rozciągała się płaska ściana skalna. Lina, której Triv użył, by spuścić się
z tarasu, trzepotała na wietrze. Spoglądając w górę, Varian dostrzegła fruwające ptaki.
              -  Na  szczęście  w  powietrzu  nie  ma  nic  poza  ptakami  -  stwierdziła  z  przesadnym
westchnieniem ulgi.
       - I nie ma też nic, co można by syntezować - dodał Kai, starając się przypomnieć
sobie dokładnie, co mieści się za tarasem i skalnym występem, na który czubaki znoszą
swój połów.
       Triv udał się na tyły pieczary i wrócił, taszcząc w każdej ręce wiązkę suchych traw.
       - Jest tam tego sporo, wszystko wysuszone, ale chyba się nadaje do syntezowania -
oznajmił.
       - Za urwiskiem jest las - powiedziała Varian w zamyśleniu. Marszcząc brwi, starała
się skupić. - Psiakrew! - wyrwało się jej - za bardzo polegamy na nagraniach, a za mało
na własnej pamięci!
       - Daj spokój, Varian, nie przejmuj się! - pocieszył ją j - Nazbieramy trawy, to już
coś. Triv, jak sobie radzisz ze wspinaczką?
       - Mógłbym się nauczyć, ale podejrzewam, że Bonnard byłby o niebo lepszy - odparł,
szczerząc  zęby.  Pociągnął  za  linę,  by  ją  sprawdzić,  a  potem  z  niepewną  miną  zmierzył
wzrokiem jej długość.
       Lunzie nie była szczególnie zachwycona trawą. Gdyby była świeża, nadawałaby się
doskonale,  tymczasem  trudno  było  określić,  ile  czasu  przeleżała  już  w  pieczarze.  Nie
mogliby postarać się o trochę świeżej zieleniny? Choćby czubki drzew?
       - Czubki drzew to wszystko, czego można sięgnąć - oświadczył Triv, gdy razem z
dzieciakami  powrócił  z  poszukiwań.  Za  oddzielającym  urwisko  od  lasu  wąskim,  lecz
niestety  nie  do  przebycia  jarem,  rosły  nęcące  swym  widokiem  owocowe  drzewa.  Tyle
przynajmniej było widać z wysokości tarasu, a jak na razie dotąd jedynie udało im się
dotrzeć.
              -  Obserwowały  nas  ptaki  -  powiedział  Bonnard  Varian  i  Kaiowi  -  dokładnie  tak
samo, jak wtedy. Po prostu obserwowały.
              - A  ja  obserwowałam  niebo  z  innego  powodu  -  rzekła  Terilla  z  nutą  goryczy  w
cichym głosie. Na jej twarzyczce zagościła osobliwa surowość.
              -  Chodzi  o  nich?  -  Bonnard  zbył  grawitantów  z  pogardą.  -  Oni  wciąż  sądzą,  że
została po nas miazga!
              Bonnard  był  zdecydowanie  zadowolony  z  siebie,  jak  zauważyli  Kai  i  Varian  z
gorzką  aprobatą.  Miał  do  tego  absolutne  prawo.  W  końcu  to  on,  jeden  jedyny,  zdołał
wymknąć  się  grawitantom  i  na  dodatek  zaleźć  im  nieźle  za  skórę,  mimo  ich  fizycznej
przewagi.
       - Miejmy szczerą nadzieję, że będą się tak łudzić jeszcze przez następnych parę dni -
odparł Kai - dopóki nie przybędzie Tor. Stać was na jeszcze jedną wycieczkę? - spytał,
łypiąc  okiem  na  stos  świeżych  liści,  i  próbując  oszacować  rezultat  przeróbki
syntetycznej.

background image

       W odpowiedzi Triv odwrócił się na pięcie i zaczął wspinać się po linie. Dzieciaki
poszły w jego ślady.
       - Morale jest wysokie - mruknął Kai do Varian.
       - Na razie! - Krótka, gorzka replika Varian przypomniała Kałowi, że morale zespołu
to rzecz wielce chimeryczna.
       By podnieść się nieco na duchu, Kai dołączył do Portegina, który w splądrowanym
laboratorium  Trizeina  rozpracowywał  systemy  zacisków  na  zniszczonej  konsolecie,
wyniesionej z kabiny pilota.
       - Nie mam pojęcia, czy zdołam sklecić komunit, nawet jeśli wykorzystam wszystkie
obwody, jakie mamy i jakoś je prowizorycznie połączę. - Portegin przeciągnął dłonią po
swych krótkich włosach. - Zostawili nam tylko sprzęt do lutowania, a te złącza są zbyt
delikatne, by zrobić to ręcznie.
       - Jesteś w stanie ustawić sygnał lokacyjny Theków albo częstotliwość ARCT10?
       - Oczywiście. - Portegin rozpromienił się, mogąc udzielić pozytywnej odpowiedzi.
       - To zrób tak. Wybierz taką częstotliwość, której nie wyłapią grawitanci.
              -  Najpierw  musieliby  mieć  baterie,  większe  od  tych  w  ręcznych  komunitach  -
odrzekł Portegin, uśmiechając się szeroko z odrobiną złośliwości.
              Kai  ruszył  dalej.  Daremnie  przeszukiwał  magazyny  w  nadziei,  że  być  może
grawitanci przeoczyli coś użytecznego. Dziękował zrządzeniu opatrzności za ceramiczny
kadłub  wahadłowca,  którego  nie  wykryją  detektory  grawitantów.  Niewielkie  ilości
metalu  na  pokładzie  statku  wezmą  pewnie  za  złoża  rudy.  Starał  się  przypomnieć  sobie,
czy  w  obecności  grawitantów  rozmawiał  z  Varian  na  temat  złotych  ptaków.  I
przypomniał  sobie!  Nagrania!  Próbując  zapanować  nad  panicznym  strachem,
przypomniał  sobie  także  poplątane  zwoje  zniszczonych  taśm,  rozrzucone  po  obozie,
zawalone  teraz  megafonami  martwych  bestii.  Skoro  buntownicy  gardzili  tak  bardzo
ludźmi,  bez  wątpienia  uznali  nagrania  sporządzone  przez  Varian  i  jego  samego  za  z
gruntu bezużyteczne. Kai zmusił się, by uwierzyć w tę ewentualność.
       Zauważył, że wszyscy są czymś zajęci. Triv i dzieciaki urządzili właśnie wyprawę
zaopatrzeniową, Aulia zamiatała główną salę miotłą zrobioną na poczekaniu z krótkich i
sztywnych  źdźbeł  trawy,  Dimenon  i  Margit  natomiast  robili  zapasy  wody  za  pomocą  o
wiele za małego, zaimprowizowanego kubełka.
       - Spróbuj trochę - powiedziała Varian, częstując Kaia brązową płytką. - Nie jest złe
- dodała, gdy odłamał kawałek narożnika i zaczął żuć.
       - Trawa? - spytał.
       - Yhmm.
       - Jadałem gorsze rzeczy. Sucha jak pieprz, prawda?
              -  Sucha,  ale  znośna.  Jest  tego  całe  mnóstwo,  więc  Lunzie  może  nas  wyżywić.  -
Nieoczekiwanie  na  jej  twarzy  pojawił  się  grymas  niezadowolenia.  -  Sęk  w  tym,  że
produkcja zużywa sporo energii i wody, którą trzeba oczyścić, co też zużywa energię.
       Kai wzruszył ramionami. Musieli mieć żywność i wodę.
       - Potrzeba co najmniej tygodnia na odpowiedź Tora. Varian przez dłuższą chwilę

background image

przyglądała się Kaiowi.
       - Na ile naprawdę nam jego obecność jest w stanie pomóc? - odezwała się.
       - Bunt grawitantów, a raczej powodzenie ich buntu, zależy od naszego milczenia.
Dlatego  właśnie  zaaranżowali  naszą  śmierć  z  taką  precyzją,  na  wypadek,  gdyby
ekspedycja nie miała zostać porzucona na Irecie... W głowie mi się nie mieści, dlaczego
uwierzyli  Gaberowi,  ale...  -  Kai  wzruszył  ramionami.  Uśmiechnął  się.  -  Grawitanci  są
olbrzymi, lecz nikt nie jest większy od Theków. Nikt też w całej galaktyce umyślnie nie
sprowadza na siebie ich zemsty. Dla nich Dyscyplina to fraszka... Osiągają stan bardziej
długotrwały niż nasz. Gdy otrzymamy pomoc ze strony Theków, będziemy mogli podjąć
na nowo przerwane prace.
              Varian  rozważyła  stanowisko  Kaia,  lecz  z  jakiegoś  powodu  nie  zdawała  się  tak
pocieszona, jak powinna, co go trochę rozdrażniło.
              -  Lunzie  twierdzi,  że  przy  obecnym  zużyciu  energii  wystarczy  nam  jej  jeszcze  na
cztery tygodnie.
       - To dobrze, ale nie mam zbytnio ochoty tkwić cztery tygodnie w pieczarze.
       - Wiem, co masz na myśli.
              Ich  schronienie  było  dwa  razy  dłuższe  od  dwudziesto-jednometrowego  kadłuba
wahadłowca, i pół rażą szersze, kończyło się zaś zniechęcającym wyrębem skalnym, co
być  może  stało  się  przyczyną  opuszczenia  groty  przez  ptaki.  Nie  było  miejsca  na
prywatność, nie mogli też ryzykować oświetlenia najgłębiej położonej części jaskini, co
mogłoby złagodzić wrażenie tłoczności.
              Zanim  szybko  zapadająca  tropikalna  noc  zatopiła  w  ciemnościach  ich  kryjówkę,
Porteginowi  udało  się  zmontować  lokator,  który  razem  z  Trivem  zainstalował  w
szczelinie  u  wlotu  jaskini.  Rzuciwszy  po  raz  ostatni  okiem,  czy  rufa  statku  jest
dostatecznie  zamaskowana,  Kai  i  Varian  nakazali  wszystkim  wrócić  do  wahadłowca.
Prosty fortel Lunzie, która dodała każdemu do wieczornej racji wody odrobinę środków
uspokajających, pogrążył wkrótce wszystkich we śnie, nie dając im okazji do narzekania
na ograniczenia czy nudę.
              Następnego  dnia  Kai  i  Varian  wyekspediowali  wszystkich,  poza  kurującym  się
Trizeinem,  po  zieleninę.  Wywnioskowali,  że  również  tego  dnia  nie  grożą  im  żadne
poszukiwania ze strony grawitantów. Być może jeszcze kolejnego dnia mogliby się czuć
bezpieczni, lecz nie wolno im było ryzykować.
              Stąd  też  trzeci  dzień,  z  wyjątkiem  wciągania  zapasów  wody  o  świcie,  spędzili
wewnątrz pieczary. Portegin i Triv zbudowali zasłonę z drobnych gałązek i trawy, która
miałaby osłaniać wartownika przy wejściu do jaskini. Jego zadaniem byłoby ostrzeganie
o  ewentualnym  zbliżaniu  się  grawitantów  lub,  co  bardziej  optymistyczne,  o  pojawieniu
się kapsuły Theków. Pole widzenia było ograniczone, lecz musiało wystarczyć.
       Czwarty dzień minął bez żadnych incydentów, jednak piątego dnia wszyscy zaczęli
powoli  odczuwać  skutki  zamknięcia  w  tak  ciasnej  przestrzeni.  Dzień  później  Lunzie
doprawiła  czymś  poranny  napój,  i  wszyscy,  poza  nią  samą,  Trivem  i  obojgiem
dowódców,  zapadli  w  drzemkę.  Oznaczało  to,  że  we  czwórkę  musieli  trzymać  straż  i

background image

uzupełnić zapasy wody o świcie i o zmierzchu.
       Pod koniec siódmego dnia Kai zmuszony był przyznać, że Tor nie pośpieszył im na
ratunek.
       - Jakie mamy dalsze propozycje? - spytał Triv na nieformalnym zebraniu czwórki
Uczniów.
       - Kriogeniczny sen - odparła Lunzie. Ulżyło jej, gdy Kai i Varian potakująco skinęli
głowami.
              -  To  całkiem  rozsądna  propozycja  -  zgodził  się  Triv,  bawiąc  się  bezmyślnie
źdźbłami  trawy,  które  z  nudów  zaplatał.  -  Pozostali  będą  okazywać  coraz  to  większe
niezadowolenie z izolacji w pieczarze. Oczywiście, jeśli BO nie otrzyma od nas żadnych
wieści, będzie zobowiązana sprawdzić, co się dzieje. - Coś w zachowaniu towarzyszy,
w ich milczeniu, zaalarmowało Triva. Rozejrzał się po nich, zatrwożony. - BO wróci po
nas?
       - Pomijając plotki Gabera, nie ma żadnego powodu przypuszczać, że miałoby być
inaczej  -  odrzekł  Kai  z  wolna.  -  Gdy  BO  przejmie  wreszcie  raporty,  przybędzie  tu
piorunem. Ta planeta jest tak zasobna w...
       - Raporty? - Triv wychwycił mimowolne stwierdzenie Kaia.
       - Tak, raporty - potwierdziła Varian z kwaśną miną.
- Ile? - Geolog nie potrafił ukryć zdenerwowania.
              -  Przejęli  tylko  pierwszy,  o  bezpiecznym  lądowaniu.  Triv  przyjął  przygnębiające
wieści, nie dając poznać po sobie, co dokładnie czuje.
       - W takim razie musimy pogrążyć się w sen. - Zmarszczył brwi i dodał po chwili
zastanowienia:  -  Tylko  pierwszy  raport?  Co  się  stało?  Nie  porzuciliby  nas,  Kai,  nie
stanowimy dostatecznie zróżnicowanego materiału genetycznego...
       - Fakt, że są z nami dzieciaki, w pewnym sensie nas uspokaja - odparł Kai. - Sądzę,
że BO za bardzo pochłonięta jest burzą kosmiczną. Thekowie są tego samego zdania.
              - A  tak,  zapomniałem  o  burzy  kosmicznej.  -  Triv  wyraźnie  odczuł  ulgę.  -  Śpijmy
więc. Bez dwóch zdań! Nie ma większego znaczenia, czy zbudzą nas po tygodniu czy po
roku!
              -  W  porządku.  Akcję  przeprowadzimy  jutro,  gdy  poinformujemy  resztę  załogi  -
odrzekł Kai.
       Lunzie potrząsnęła głową.
              -  Dlaczego  miałbyś  im  cokolwiek  mówić?  Aulia  wpadnie  w  histerię,  Portegin
będzie  nalegał,  by  przesłać  komunikat  o  stanie  pogotowia,  tobie  dostanie  się  za
ukrywanie w tajemnicy milczenia BO...
              -  Właściwie  oni  już  śpią.  -  Varian  wskazała  na  rozespanych  towarzyszy.  -
Zaoszczędzimy sobie tylko bezowocnych sprzeczek.
       - I ryzyka, że odnajdą nas grawitanci - dodał Triv - dopóki nie wróci po nas BO
albo nie przybędą posiłki od Theków. Jest niemożliwe, by grawitanci natrafili choć na
nasz  ślad,  gdy  będziemy  pogrążeni  we  śnie.  Grozi  nam  to  natomiast,  jeżeli  będziemy
czuwać.

background image

       Tak poważna decyzja powinna zostać podjęta demokratycznie. Kai wiedział o tym,
choć  jako  dowódcy  on  i  Varian  mogli  sami  decydować  w  interesie  całej  ekspedycji.
Należało się liczyć z przewidywaniami Lunzie. Kai rozłożył ręce, akceptując ostatecznie
nieuniknione. Dał Torowi tydzień - więcej niż trzeba, by odbyć podróż z jednej planety
na  drugą.  Jeśli,  oczywiście,  Thek  miał  zamiar  w  ogóle  odpowiedzieć.  I  jeśli  to  Tor
odebrał ich komunikat. Wieści mogły zostać przejęte przez któregoś z pozostałych dwu
Theków,  którzy  nie  kwapiliby  się  z  przekazaniem  informacji  Torowi  ani  się  nie
kłopotali, by jakkolwiek im pomóc.
       - Wolałabym spotkać grawitantów z wyleczonym już ramieniem - zauważyła Varian.
- Mam nadzieję, że stracą resztę energii, usiłując nas odszukać.
       Triv zaśmiał się smutno i wstał, spoglądając wyczekująco na Lunzie.
              -  Nie  jestem  szczególnie  mściwa  -  powiedziała  lekarka,  wstając  -  ale  żywię
podobną nadzieję.
       Lunzie przygotowała preparat, który następnie zaaplikowała śpiącym. Triv, Varian i
Kai  kontrolowali  ich,  dopóki  temperatura  ciał  nie  opadła,  a  oddychanie  nie  zanikło
niemal zupełnie. Kai przemyśliwał przez moment, czy nie lepiej byłoby nie poddać się
hibernacji, i poprosić Varian, by towarzyszyła mu w czuwaniu, dopóki nie zjawi się Tor
lub  BO.  To  oznaczałoby  jednak,  że  musieliby  opuścić  wahadłowiec,  ponieważ  opary
kriogeniczne  wkrótce  napełnią  cały  statek.  Nie  miał  zamiaru  oddalać  się  od  swych
towarzyszy  i  nieopatrznie  zdradzić  ich  kryjówkę  grawitantom.  Niebawem  cała  załoga
miała pogrążyć się w okowach lodowatego snu.
       - Wiecie - odezwała się Varian nieco wystraszonym głosem, sadowiąc się na swoim
miejscu - biedny, stary Gaber miał rację. Porzucono nas. Przynajmniej chwilowo!
       Lunzie wybałuszyła na nią oczy, a potem zrobiła zdegustowaną minę.
       - Nie z takim pocieszeniem chciałabym zasypiać - powiedziała.
       - Czy śni się coś w kriogenicznym śnie, Lunzie?
       - Mnie nie - odparła lekarka.
       - To chyba strata czasu tak zupełnie nic nie robić - podsumowała Varian.
              Lunzie  rozdała  im  napój,  który  przygotowała  dla  nich  zamiast  rozpylanego
preparatu.
       - Cała idea kriogenicznego snu polega na zawieszeniu poczucia czasu - pouczyła ich.
- Spisz, i się budzisz.
       - Mogą minąć wieki... - rozmarzył się Triv.
       - Gorszy jesteś niż Varian - burknęła Lunzie i wypiła swoją porcję, układając się
wygodnie.
       - Nie miną wieki - rzucił Kai z przekonaniem. - Zwłaszcza gdy BO otrzyma próbki
uranu.
       - To naprawdę pocieszające - przyznał Triv i łyknął napój.
       W ciszy Kai i Varian odczekali, aż dwójka ich przyjaciół zapadnie w głęboki sen.
       - Kai - odezwała się Varian szeptem - to moja wina. Miałam wszystkie wskazówki,
że zanosi się na bunt...

background image

       - Varian... - Kai powiedział delikatnie, przerywając jej przeprosiny pocałunkiem -
to nie była niczyja wina, po prostu zbieg okoliczności. Ciesz się, że żyjemy, że żyją oni.
Gaber  sam  przywiódł  się  do  takiego  końca  przez  swój  głupi  charakter.  Cóż,  najlepiej
pozbądźmy się na chwilę poczucia czasu.
       - Na jaką chwilę?
       Pocałował ją znowu, uśmiechając się uspokajająco. Starał się, by uśmiech wypadł
naturalnie.
       - BO wróci po nas. Kiedyś musi! - Nie była to zbyt taktowna uwaga, pomyślał. -
Wypij, Varian!
       Uniósł swój kubek do niej, poczekał, aż ona zrobi to samo, a potem wypili razem.
       - Sprawy nigdy nie wyglądają tak źle, jeśli się je prześpi.
       - Mam nadzieję. To... tył...
       W wahadłowcu zaległa cisza. Mechanizm uwalniający opary pogłębiające uśpienie
otworzył odpowiedni zawór. Oznaki życia stały się niedostrzegalne.
              Na  zewnątrz  skrzydlate,  złociste  stworzenia  zbudziły  się  z  nastaniem  kolejnego
posępnego i dusznego ranka mezozoicznej ery.

----------------------------------


Document Outline