background image

 
 

Diana Wynne Jones 

 
 

Tydzień czarów 

 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Wiadomość  brzmiała:  KTOŚ  W  TEJ  KLASIE  UPRAWIA  CZARY.  Napisana  drukowanymi 

literami, zwykłym niebieskim długopisem, pojawiła się między wypracowaniami z geografii, które 
poprawiał pan Crossley. Każdy mógł ją napisać. Pan Crossley z zatroskaniem potarł swój ryży wąs. 
Popatrzył na pochylone głowy uczniów klasy II i zastanowił się, co powinien zrobić w tej sprawie.  
Postanowił nie pokazywać wiadomości dyrektorce. Pewnie to zwykły kawał, a panna Cadwallader 
nie  miała  zbyt  wielkiego  poczucia  humoru.  Wiadomość  należało  pokazać  zastępcy,  panu 
Wentworthowi. Ale kłopot polegał na tym, że syn pana Wentwortha uczęszczał do klasy II y - mały 
chłopczyk siedzący z tyłu, który nie wyglądał na swoje lata, nazywał się Brian Wentworth. Nie. Pan 
Crossley  postanowił  poprosić  autora  wiadomości,  żeby  się  przyznał.  Wyjaśni,  jakie  to  poważne 
oskarżenie, a resztę pozostawi sumieniu sprawcy. 

Pan Crossley odchrząknął, żeby przemówić. Kilkoro uczniów z nadzieją uniosło głowy, ale pan 

Crossley już się rozmyślił. To była pora pamiętników, a pamiętników nie wolno przerywać, chyba 
że z ważnych i pilnych powodów. W Wieloborze bardzo surowo przestrzegano tej zasady. 

W  Wieloborze  bardzo  surowo  przestrzegano  wielu  zasad,  ponieważ  była  to  rządowa  szkoła  z 

internatem  dla  sierot  po  czarownicach  i  dzieci  z  innymi  problemami.  Pamiętniki  miały  pomagać 
dzieciom w rozwiązywaniu tych problemów.  W założeniu  były ściśle prywatne. Codziennie przez 
pół  godziny  każdy  uczeń  miał  powierzać  pamiętnikowi  swoje  osobiste  myśli  i  nic  innego  się  nie 
działo, dopóki wszyscy nie skończyli. Pan Crossley popierał ten pomysł z całego serca. 

Ale  w  rzeczywistości  pan  Crossley  rozmyślił  się  z  powodu  okropnego  podejrzenia,  że 

wiadomość  mogła  być  prawdziwa.  Ktoś  w  II  y  mógł  uprawiać  czary.  Tylko  panna  Cadwallader 
wiedziała dokładnie, kto w II y jest sierotą po czarownicy, ale pan Crossley przypuszczał, że było 
takich wiele. W innych klasach pan Crossley czuł dumę i zadowolenie ze swojej pracy nauczyciela. 
W II y nigdy. Tylko dwoje uczniów dawało mu powód do dumy: Teresa Mullett i Simon Silverson. 
Oboje  byli  wzorowymi  uczniami.  Reszta  dziewczynek  fatalnie  wlokła  się  w  ogonie,  aż  do  tej 
bezmyślnej gaduły Estelli Green czy tępej kluchy Nan Pilgrim, która wyraźnie odstawała. Chłopcy 
dzielili się na grupki. Niektórzy mieli dość rozsądku, żeby brać przykład z Simona SiWersona, ale 
równie wielu skupiało się wokół złego chłopca Dana Smitha, a jeszcze inni podziwiali wysokiego 
Hindusa  Nirupama  Singha.  Albo  byli  samotnikami,  jak  Brian  Wentworth  czy  ten  niemiły  Karol 
Morgan. 

W tym miejscu pan Crossley spojrzał na Karola Morgana, a Karol Morgan odwzajemnił mu się 

jednym  z  tych  paskudnych,  ponurych  spojrzeń,  z  których  słynął.  Karol  nosił  okulary,  które 
zwiększały  moc paskudnego spojrzenia,  i ćwiczył  je  na panu  Crossleyu  niczym podwójną  wiązkę 
laserową. Nauczyciel pospiesznie odwrócił wzrok i znowu zaczął się martwić wiadomością. Klasa 
II y straciła nadzieję, że zdarzy się coś interesującego, i wróciła do swoich pamiętników. 

28 października 1981r.! - napisała Teresa Mullett okrągłym, aniołkowatym pismem. 
Simon Silverson napisał: 

28.10.81 Chciałbym wiedzieć, kto włożył tę wiadomość do zeszytów z geografii. Wypadła, kiedy je zbierałem, więc 

włożyłem ją z powrotem. Gdyby ją znaleźli na podłodze, mogliby oskarżyć nas wszystkich. Oczywiście to ściśle poufne. 

Nie  wiem,  pisał  z  namysłem  Nirupam  Singh,  jak  ktoś  może  tyle  pisać  w  swoim  pamiętniku, 

skoro  wiadomo,  że  panna  Cadwallader  czyta  to  wszystko  podczas  ferii.  Ja  nie  zapisuję  swoich 
sekretnych  myśli.  Opiszę  teraz  hinduską  sztuczkę  z  liną,  którą  widziałem  w  Indiach,  zanim  mój 
ojciec przyjechał do Anglii... 

Dwie ławki za Nirupamem Dan Smith zawzięcie obgryzał pióro i wreszcie napisał: 

No znaczyło nie dobrze jeśli tszeba pisać o swoich sekretach bo wtedy tracisz całą pszyjemność 

i nie wiadomo co pisać. Bo to już nie są sekrety sami rozumiecie. 

Myślę,  napisała  Estella  Green,  że  dzisiaj  nie  mam  żadnych  sekretnych  myśli,  ale  chciałabym 

wiedzieć,  co  jest  w  tej  wiadomości  od  panny  Hodge,  którą  Misiek  właśnie  znalazł.  Myślałam,  że 
ona głęboko nim pogardza. 

 
W  ostatniej  ławce  Brian  Wentworth  napisał  z  westchnieniem:  Planowanie  za  bardzo  mnie 

background image

pochłania,  w  tym  problem.  Ha  geografii  planowałem  podróż  autobusem  z  Londynu  do  Bagdadu 
przez Paryż. Ha następnej lekcji zaplanuję taką samą trasę przez Berlin. 

Tymczasem Nan Pilgrim gryzmoliła: 
To  jest  wiadomość  dla  osoby,  która  czyta  nasze  pamiętniki.  Czy  to  panna  Cadwallader,  czy 

może panna Cadwallader każe to robić panu Wentworthowi? 

Popatrzyła na to, co napisała, lekko wstrząśnięta własną zuchwałością. Czasami zdarzało jej się 

tak postępować. Ale przecież, pomyślała, są setki pamiętników i setki codziennych wpisów. Szansa, 
że panna Cadwallader przeczyta akurat ten wpis, była minimalna -zwłaszcza gdyby Nan starała się 
pisać jak najnudniej. 

Teraz będę  nudna, podjęła.  Misiek Crossley  naprawdę  ma na  imię Harold, ale przezywają go 

Misiek,  bo  jest  taki  misiowaty.  Uważa,  że  wszyscy  powinni  siedzieć  prosto  i  grzecznie  i 
interesować się geografią Żal mi go. 

Ale najlepiej potrafił nudzić w pamiętniku Karol Morgan. Jego zapiski brzmiały: 
Wstałem.  Przy  śniadaniu  było  mi  gorąco.  Me  lubię  owsianki.  Na  drugiej  lekcji  była  stolarka, 

ale niedługo. Potem chyba mamy sport. 
Czytając to, można było pomyśleć, że Karol jest bardzo głupi albo bardzo rozkojarzony, albo jedno 
i  drugie.  Każdy  uczeń  II  y  powiedziałby,  że  ranek  był  mroźny  i  na  śniadanie  podano  płatki 
kukurydziane.  Na  drugiej  lekcji  było  wychowanie  fizyczne,  kiedy  to  Nan  Pilgrim  tak  rozbawiła 
Teresę  Mullett,  bo  nie  umiała  przeskoczyć  przez  konia,  a  następną  lekcją  miało  być  wychowanie 
muzyczne,  nie  sport.  Ale  Karol  nie  pisał  o  rozkładzie  zajęć.  Tak  naprawdę  zapisywał  swoje 
sekretne myśli, tylko własnym prywatnym szyfrem, żeby nikt nie zrozumiał. 

Każdy wpis zaczynał od „Wstałem". To znaczyło: „Nienawidzę tej szkoły". Kiedy pisał: „Nie 

lubię owsianki", mówił prawdę, ale owsianka w jego szyfrze oznaczała Simona Silversona. Simon 
był  owsianką  na  śniadanie,  ziemniakami  na  obiad  i  chlebem  na  podwieczorek.  Wszyscy  inni, 
których  nienawidził,  też  mieli  swoje  kryptonimy.  Dan  Smith  miał  płatki  kukurydziane,  kapustę  i 
masło. Teresa Mullett miała mleko. 

Lecz  kiedy  Karol  pisał:  „Było  mi  gorąco",  nie  chodziło  mu  o  szkołę.  To  znaczyło,  że 

przypomniał sobie,  jak palono czarownika. To wspomnienie  wciąż do niego powracało, kiedy  nie 
myślał 

O niczym innym, chociaż bardzo się starał zapomnieć. 
Był  taki  mały,  że  siedział  w  wózeczku.  Starsza  siostra  Bernadyna  popychała  wózek,  a  matka 

niosła  zakupy.  Przechodzili  przez  ulicę,  skąd  mieli  widok  na  rynek.  Widać  tam  było  tłum  ludzi  i 
jakieś'  migotanie.  Bernadyna  zatrzymała  wózek  na  środku  jezdni,  żeby  się  pogapić.  Ona  i  Karol 
zdążyli dostrzec stos, który zaczynał płonąć, 

1  czarownicę,  a  raczej  czarownika,  dużego  tłustego  mężczyznę.  Potem  matka  zawróciła  w 

pośpiechu i gniewnie pociągnęła Bernadynę na drugą stronę ulicy. 

- Nie wolno patrzeć na czarownice! - zbeształa ich. - Tylko okropni ludzie fek robią! 
Więc Karol widział czarownika tylko przez chwilkę. Nigdy o tym nie mówił, ale nigdy tego nie 

zapomniał. Zawsze go zdumiewało, że Bernadyna jakby zupełnie zapomniała. Tak naprawdę Karol 
napisał w pamiętniku, że przypomniał sobie czarownika przy śniadaniu, dopóki znowu nie wyleciał 
mu z głowy przez Simona Silversona, który zjadł wszystkie grzanki. 

Kiedy napisał: „Stolarka na drugiej lekcji", to znaczyło, że zaczął myśleć o drugiej czarownicy 

- co rzadko mu się zdarzało. „Stolarka" oznaczała wszystko, co Karol lubił. Mieli stolarkę tylko raz 

w  tygodniu  i  Karol  wybrał  to  słowo  na  kryptonim,  założywszy  całkiem  rozsądnie,  że  nic  w 

Wieloborze nie sprawi mu częściej przyjemności. Podobała mu się druga czarownica. Była całkiem 
młoda  i  dość  ładna,  pomimo  podartej  spódnicy  i  rozczochranych  włosów.  Przelazła  przez  mur  na 
końcu ogrodu i na bosaka pokuśtykała przez skalny ogródek na trawnik, niosąc w jednej ręce swoje 
eleganckie pantofelki. Karol miał wtedy dziewięć lat i pilnował młodszego braciszka na trawniku. 
Szczęśliwie dla czarownicy jego rodzice wyszli z domu. 

Karol  wiedział,  że  to  czarownica.  Była  zdyszana  i  wyraźnie  przestraszona.  Z  tyłu za  domami 

background image

słyszał wrzaski  i policyjne gwizdki. Poza tym kto  inny oprócz czarownicy ucieka przed policją  w 
środku dnia w ciasnej spódnicy? Ale musiał się upewnić. Zapytał: 

-  Dlaczego uciekasz przez nasz ogród? 
Czarownica  dość  rozpaczliwie  podskakiwała  na  jednej  nodze.  Na  drugiej  stopie  miała  duży 

pęcherz i w obu pończochach poleciały jej oczka. 

-  Jestem czarownicą - wysapała. - Proszę, pomóż mi, chłopczyku! 
-  Czemu nie pomożesz sobie czarami? - zapytał Karol. 
-  Bo nie mogę czarować, kiedy się boję! - zawołała czarownica. - Próbowałam, ale nic mi nie 

wyszło! Proszę, chłopczyku... wyprowadź mnie po cichu przez swój dom i nie mów nic nikomu, a 
ja dam ci szczęście na resztę życia. Obiecuję. 

Karol popatrzył  na  nią tym skupionym  wzrokiem, który większość  ludzi uważała  za ponury  i 

paskudny. Zobaczył, że mówiła prawdę. Zobaczył również, że zrozumiała wymowę jego spojrzenia, 
co potrafiło niewiele osób. 

-  Chodźmy przez kuchnię - powiedział. 
I  poprowadził  czarownicę,  kuśtykającą  w  dziurawych  pończochach,  przez  kuchnię  i  hol  do 

frontowych drzwi. 

-  Dzięki - powiedziała. - Jesteś kochany. 
Uśmiechnęła  się  do  niego,  poprawiając  włosy  przed  lustrem  w  holu,  i  zrobiwszy  ze  spódnicą 

coś chyba magicznego, żeby nie wyglądała na podartą, pochyliła się i pocałowała go. 

- Jeśli ucieknę, przyniosę ci szczęście - obiecała. 
Potem  znowu  nałożyła  swoje  eleganckie  pantofelki  i  wyszła  przez  frontowy  ogródek,  usilnie 

starając się nie utykać. Przy bramie pomachała i uśmiechnęła się do Karola. 
Tutaj  kończyła  się  ta  część,  którą  Karol  lubił.  Dlatego  następnie  napisał:  „Ale  niedługo".  Nigdy 
więcej  nie  zobaczył  tej  czarownicy  ani  nie  usłyszał,  co  się  z  nią  stało.  Zakazał  braciszkowi 
wspominać o  niej choćby  słowem - a Graham  posłuchał, ponieważ  zawsze  słuchał we wszystkim 
Karola - a potem czekał i wypatrywał śladów czarownicy albo szczęścia. Nie doczekał się niczego. 

Karol właściwie nie miał możliwości, żeby się dowiedzieć, co się stało z czarownicą, ponieważ 

od tamtej pory, kiedy po raz pierwszy widział palenie czarownic, wprowadzono nowe prawa. Nie 
palono  już  czarownic  publicznie.  Stosy  płonęły  za  więziennymi  murami  i  tylko  radio  podawało: 
Dziś rano spalono dwie czarownice w więzieniu Holloway. Za każdym razem, kiedy Karol słyszał 
takie  obwieszczenie,  myślał,  że  chodzi  o  jego  czarownicę.  Wtedy  czuł  tępy  ból  w  środku. 
Wspominał,  jak  go  pocałowała,  i  wierzył,  że  pocałunek  czarownicy  zmienia  każdego  w  równie 
niegodziwą osobę. 

Nie liczy ł już na swoje obiecane szczęście. Przeciwnie, prześladował go okropny pech, dlatego 

sądził, że czarownica została schwytana niemal od razu. Przez ten tępy ból, który odczuwał, kiedy 
radio  podawało  komunikat  o  spaleniu,  nie  był  w  stanie  wykonywać  żadnych  poleceń  rodziców. 
Tylko  patrzył  na  nich  nieruchomym  wzrokiem.  I  za  każdym  razem  wiedział,  że  uważają  jego 
zachowanie za paskudne. Nie rozumieli go tak jak czarownica. A ponieważ Graham naśladował we 
wszystkim  starszego  brata,  rodzice  bardzo  szybko  doszli  do  wniosku,  że  Karol  jest  trudnym 
dzieckiem i daje Grahamowi zły przykład. Odesłali go do Wieloboru, ponieważ szkoła znajdowała 
się w pobliżu. 

Kiedy  Karol  pisał  „sport",  miał  na  myśli  pecha.  Podobnie  jak  wszyscy  pozostali  uczniowie 

klasy II y zobaczył, że pan Crossley znalazł wiadomość. Nie znał treści, ale kiedy podniósł wzrok i 
napotkał spojrzenie pana Crossleya, wiedział, że zbliża się pech. 

Pan Crossley nadal nie potrafił zdecydować, co zrobić z wiadomością. Jeśli mówiła prawdę, to 

oznaczało  przybycie  do  szkoły  inkwizytorów.  Straszna  perspektywa.  Pan  Crossley  westchnął  i 
włożył kartkę do kieszeni. 

-  No dobrze - powiedział. - Odłóżcie pamiętniki i ustawcie się w szeregu na lekcję muzyki. 
Gdy  tylko  II  y,  szurając  nogami,  wyszła  do  holu,  pan  Crossley  popędził  do  pokoju 

nauczycielskiego z nadzieją, że znajdzie tam kogoś, żeby się poradzić w sprawie wiadomości. 

background image

Miał szczęście, bo zastał tam pannę Hodge. Jak zauważyły Teresa Mullett i Estella Green, pan 

Crossley był zakochany w pannie Hodge. Ale oczywiście nigdy tego nie okazywał. W całej szkole 
tylko  panna  Hodge  prawdopodobnie  nie  wiedziała  o  tym  uczuciu.  Panna  Hodge  była  niedużą, 
schludną osóbką, nosiła  schludne szare spódnice  i bluzki, a włosy przygładzała  jeszcze schludniej 
niż  Teresa  Mullett.  Właśnie  układała  w  schludne  stosy  książki  na  nauczycielskim  stole  i  nie 
przerywała tego zajęcia przez cały czas, kiedy pan Crossley z przejęciem opowiadał jej o notatce. 
Rzuciła na kartkę jedno spojrzenie. 

-  Nie, ja też nie domyślam się, kto to napisał - powiedziała. 
-  Ale co ja mam robić? - jęknął pan Crossley. - Nawet jeśli to prawda, co za złośliwy donos! A 

załóżmy,  że  to  prawda.  Załóżmy,  że  jedno  z  nich  jest...  -  zająknął  się  rozpaczliwie.  Tak  bardzo 
pragnął przyciągnąć uwagę panny Hodge, ale wiedział, że przy damach nie należy używać słów w 
rodzaju „czarownica", „czarownik". -Nie chcę tego wymawiać przy pani. 

-  Wychowano mnie tak, żebym współczuła czarownicom -zaznaczyła spokojnie panna Hodge. 
-    Och,  mnie  też!  Nas  wszystkich!  -  zawołał  pospiesznie  pan  Crossley.  -  Zastanawiałem  się 

tylko, jak to załatwić... 

Panna Hodge wyrównała kolejny stos książek. 
-  Myślę, że to głupi żart - oświadczyła. - Proszę to zignorować. Czy pan nie prowadzi lekcji w 

IV x? 

-  Tak, chyba tak - potwierdził pan Crossley z żałosną miną. I musiał szybko wyjść, chociaż nie 

zdobył ani jednego spojrzenia panny Hodge. 

Panna Hodge z namysłem wyrównywała kolejny stos książek, dopóki się nie upewniła, że pan 

Crossley  odszedł.  Wtedy  przygładziła  swoje  gładkie  włosy  i  pobiegła  po  schodach  na  górę,  żeby 
poszukać pana Wentwortha. 

Pan Wentworth, jako zastępca dyrektora, miał własny gabinet, gdzie borykał się z planem lekcji 

i  innymi  problemami  dostarczanymi  przez  pannę  Cadwallader.  Kiedy  panna  Hodge  zastukała  do 
drzwi,  właśnie  zmagał  się  ze  szczególnie  trudnym  zadaniem.  W  szkolnej  orkiestrze  było 
siedemdziesiąt osób. Pięćdziesiąt z nich występowało również w szkolnym chórze, a dwadzieścia z 
tych  pięćdziesięciu  w  szkolnym  kółku  teatralnym.  Trzydziestu  chłopców  z  orkiestry  grało  w 
różnych  drużynach  piłki  nożnej,  a  dwadzieścia  dziewczynek  grało  w  hokeja.  Co  najmniej  jedna 
trzecia  grała  również  w  koszykówkę.  Cała  drużyna  siatkówki  należała  do  kółka  teatralnego. 
Zadanie:  Jak rozplanować próby  i treningi, żeby  większość osób  nie  musiała przebywać V trzech 
miejscach jednocześnie? Pan Wentworth w desperacji potarł łysiejące miejsce na czubku głowy. 

-  Proszę wejść - powiedział. 
Zobaczył  jasną,  uśmiechniętą,  ożywioną  twarz  panny  Hodge,  ale  nie  potrafił  skupić  na  niej 

uwagi. 

-    To  takie  podłe  i  takie  okropne,  jeśli  to  prawda!  -  usłyszał  głos  panny  Hodge.  A  potem 

weselej: - Ale chyba mam sposób, żeby odkryć, kto napisał tę wiadomość... na pewno ktoś z II y. 
Czy  możemy  wspólnie  to  rozwiązać,  panie  Wentworth?  Co  dwie  głowy,  to  nie  jedna.  - 
Zapraszająco przechyliła na bok głowę. 

Pan Wentworth nie miał pojęcia, o czym ona mówi. Podrapał się w zaczątki łysiny i popatrzył 

na  pannę  Hodge.  Cokolwiek  zamierzała,  wyglądało  to  pod  każdym  względem  na  plan,  który 
należało zdławić w zarodku. 

-    Ludzie  piszą  anonimowe  donosy  tylko  dlatego,  że  chcą  się  poczuć  ważni  -  powiedział 

tytułem próby. - Nie powinna pani ich brać poważnie. 

-  Ale to doskonały sposób! - zaprotestowała panna Hodge. -Jeśli mogę wyjaśnić... 
Jeszcze niezdławione, cokolwiek to jest, pomyślał pan Wentworth. 
-  Nie. Proszę mi tylko dokładnie powtórzyć tę wiadomość -polecił. 
Panna Hodge zrobiła wstrząśniętą, zdruzgotaną minę. 
-  Ale to okropne! - Głos jej opadł do dramatycznego szeptu. -Tam było napisane, że ktoś w II y 

uprawia czary! 

background image

Pan Wentworth zrozumiał, że instynkt go nie zawiódł. 
-    A  co  pani  mówiłem?  -  powiedział  serdecznie.  -  Takie  rzeczy  można  jedynie  zignorować, 

panno Hodge. 

-  Ale ktoś w II y ma bardzo chory umysł! - szepnęła panna Hodge. 
Pan Wentworth przywołał z pamięci klasę II y, włącznie z jego własnym synem Brianem. 
-    Oni  wszyscy  są  tacy  -  oświadczył.  -  Albo  z  tego  wyrosną,  albo  w  szóstej  zobaczymy  ich 

wszystkich na miotłach. 

Panna  Hogde  wzdrygnęła  się,  prawdziwie  zaszokowana  tym  szorstkim  językiem.  Ale  szybko 

zmusiła się do śmiechu. Wiedziała, że to żart. 

-  Proszę się nie przejmować - poradził jej pan Wentworth. -Niech pani o tym zapomni, panno 

Hodge. 

I z pewną ulgą wrócił do swojego zadania. Panna Hodge z powrotem zajęła się książkami wcale 

nie taka zdruzgotana, jak pan Wentworth przypuszczał. Pan Wentworth przy niej 

zażartował.  Nigdy  przedtem  to  mu  się  nie  zdarzyło.  Widocznie  robiła  postępy.  Ponieważ  -  o 

czym  nie  wiedziały  Teresa  Mullett  i  Estella  Green  -  panna  Hodge  zamierzała  poślubić  pana 
Wentwortha.  Był  wdowcem.  Po  odejściu  panny  Cadwallader  na  emeryturę  na  pewno  zostałby 
dyrektorem Szkoły Wielobór. To odpowiadało pannie Hodge, która miała pod opieką starego ojca. 
Dlatego  gotowa  była  tolerować  łysinę  pana  Wentwortha  i  jego  napięty,  udręczony  wzrok.  Jedyny 
mankament polegał na tym, że tolerowanie pana Wentwortha oznaczało także tolerowanie Briana. 
Drobna zmarszczka przecięła gładkie czoło panny Hodge  na  myśl o Brianie  Wentworcie. No, ten 
chłopiec w pełni zasługiwał na takie traktowanie, jakiego mu nie szczędziła klasa II y. Nie szkodzi. 
Zawsze można go przenieść do innej szkoły. 

Tymczasem  na  lekcji  muzyki  pan  Brubeck  prosił  Briana,  żeby  zaśpiewał  solo.  Klasa  II  y 

przebrnęła przez Oto siedzimy jak ptaki na pustkowiu. W ich wykonaniu brzmiało to jak lament. 

-  Wolę pustkowie od tego miejsca - szepnęła Estella Green do swojej przyjaciółki Karen Grigg. 
Potem zaśpiewali Siedzi kokaburra na starym eukaliptusie. To brzmiało jak pogrzebowy tren. 
-  Co to jest kokaburra? - szepnęła Karen do Estelli. 
-  Gatunek ptaka - odszepnęła Estella. - Australijski. 
-    Nie,  nie,  nie!  -  zawołał  pan  Brubeck.  -  Jeden  Brian  spośród  was  nie  chrypi  jak  kogucik  z 

chorym gardłem! 

-    Pan  Brubeck  ma  same  ptaszki  w  głowie!  -  zachichotała  Estella.  A  Simon  Silverson,  który 

wierzył  szczerze  i  mocno,  że  nikt  oprócz  niego  nie  zasługuje  na  pochwały,  zmierzył  Briana 
miażdżąco szyderczym spojrzeniem. 

Ale  pan  Brubeck  za  bardzo  pasjonował  się  muzyką,  żeby  zwracać  uwagę,  co  sobie  myślała 

reszta II y. 

-  Kukułeczka ładny ptaszek - zapowiedział. - Chcę, żeby Brian sam to wam zaśpiewał. 
Estella zachichotała, ponieważ znowu chodziło o ptaki. Teresa również zachichotała, ponieważ 

każdy, kto się wyróżniał w jakiś 

sposób, wydawał jej się nieodparcie śmieszny. Brian wstał ze śpiewnikiem w rękach. Nigdy nie 

okazywał zakłopotania. Ale zamiast śpiewać, odczytał słowa głosem pełnym niedowierzania. 

-  „Kukułeczka ładny ptaszek, rozwesela serca nasze. Kukułeczka w lesie kuka, powie prawdę, 

nie oszuka". Proszę pana, dlaczego te wszystkie piosenki są o ptakach? - zapytał niewinnie. 

Karol pomyślał, że to chytry ruch ze strony Briana po tym spojrzeniu Simona Silversona. Ale 

niewiele  pomógł.  Brian  był  za  mało  lubiany.  Większość  dziewczynek  zawołała  ze  zgorszeniem: 
„Brian!" Simon powiedział to szyderczo. 

-  Cisza! - krzyknął pan Brubeck. - Brian, śpiewaj wreszcie! Zagrał kilka nut na pianinie. 
Brian stał ze śpiewnikiem w rękach i wyraźnie zastanawiał się, co robić. Wiedział, że jeśli nie 

zaśpiewa, pan Brubeck natrze mu uszu, a jeśli zaśpiewa, oberwie później. A kiedy się wahał, osoba 
uprawiająca  czary  w  II  y  wkroczyła  do  akcji.  Jedno  z  długich  okien  w  holu  otworzyło  się  z 
trzaskiem i wpuściło chmarę ptaków. Większość należała do pospolitych gatunków: wróble, szpaki, 

background image

gołębie,  kosy  i  drozdy  krążyły  licznie  po  holu,  rozsiewając  wokół  pióra  i  odchody.  Lecz  wśród 
skrzydlatych przybyszów znalazły się dwa dziwaczne kosmate stworzenia z wielkimi wolami, które 
ciągle  wydawały  chichoczące  dźwięki,  a  czerwono-żółty  ptak  śmigający  wśród  stada  wróbli  i 
wrzeszczący „kuku!" był oczywiście papugą. 

Na  szczęście  pan  Brubeck  myślał,  że  to  zwykły  wiatr  wpuścił  ptaki.  Reszta  lekcji  minęła  na 

ściganiu  i  wypłaszaniu  skrzydlatych  gości.  W  międzyczasie  chichoczące  ptaki  z  wolami  znikły. 
Widocznie czarownica uznała je za błąd. Ale wszyscy uczniowie II y widzieli je wyraźnie. Simon 
oznajmił z ważną miną: 

-    Jeśli  to  się  powtórzy,  wszyscy  powinniśmy  się  zebrać  i...  Na  te  słowa  Nirupam  Singh 

odwrócił się, górując wśród trzepoczących skrzydeł. 

-  Masz jakiś dowód, że to nie jest zjawisko naturalne? - zapytał. 
Simon nie miał, więc zamilkł. 
Pod koniec lekcji wypędzono za okno wszystkie ptaki oprócz papugi. Papuga umknęła wysoko 

na karnisz, gdzie nikt nie mógł jej dosięgnąć, i siedziała tam, wołając: „kuku!" Pan Brubeck odesłał 
II  y  i  wezwał  woźnego,  żeby  się  tym  zajął.  Karol  powlókł  się  za  resztą  uczniów,  myśląc,  że  to 
chyba koniec zajęć sportowych, które przepowiedział w swoim pamiętniku. Ale nie miał racji. To 
był dopiero początek. 

A  kiedy  zjawił  się  mrukliwy  woźny  ze  swoim  białym  pieskiem  przy  nodze,  żeby  usunąć 

papugę, papuga zniknęła.

background image

 

ROZDZIAŁ 2 

Następnego  dnia  panna  Hodge  spróbowała  się  dowiedzieć,  kto  napisał  wiadomość.  Dla  Nan 

Pilgrim  i  Karola  Morgana  to  był  również  najgorszy  dzień,  jaki  dotąd  przeżyli  w  Wieloborze.  Nie 
zaczął się tak źle dla Karola, ale Nan spóźniła się na śniadanie. 

Pękło jej sznurowadło. Najpierw pan Towers, a potem dyżurny skarcili ją za spóźnienie. Do tej 

pory  jedyne  wolne  miejsce  zostało  przy  stole,  gdzie  siedzieli  sami  chłopcy.  Nan  wśliznęła  się  na 
miejsce,  straszliwie  zażenowana.  Chłopcy  zjedli  już  wszystkie  grzanki  oprócz  jednej.  Simon 
SiWerson wziął ostatnią grzankę, kiedy Nan podeszła. 

- Masz pecha, baryło. 
Nan  zobaczyła,  że  Karol  Morgan  patrzy  na  nią  z  drugiego  końca  stołu.  To  miało  być 

współczujące  spojrzenie,  ale  jak  wszystkie  spojrzenia  Karola  przypominało  podwójną  salwę  z 
dubeltówki. Nan udała, że nic nie widzi, i usiłowała zjeść bez chleba wilgotną, bladą jajecznicę. 

Podczas  lekcji  odkryła,  że  Teresa  i  jej  przyjaciółki  wymyśliły  nową  modę.  To  był  zły  znak. 

Zawsze  na  początku  były  z  siebie  zadowolone  bardziej  niż  zwykle  -  chociaż  tę  modę  pewnie 
wymyśliły,  żeby  nie  myśleć  o  czarownicach  i  ptakach.  Były  to  białe  robótki  na  drutach,  białe, 
czyste i puszyste, które trzymało się zawinięte w ściereczkę, żeby ich nie pobrudzić. W całej klasie 
rozbrzmiewało mamrotanie: „Dwa oczka lewe, jedno prawe, dwa spuścić..." 

Ale  dzień  przybrał  naprawdę  zły  obrót  później,  na  lekcji  wychowania  fizycznego.  W 

Wieloborze  zajęcia  WF-u  odbywały  się  codziennie,  tak  jak  pisanie  pamiętników.  Klasa  II  y 
przyłączyła się do II x i z, chłopcy pobiegli na boisko, a dziewczynki poszły do sali gimnastycznej. 
Z sufitu zwisały tam liny do wspinaczki. 

Teresa,  Estella  i  reszta  wydały  radosne  okrzyki  i  wdrapały  się  po  rozkołysanych  linach, 

podciągając się z łatwością. Nan przykleiła się do drabinek i próbowała nie rzucać się w oczy. To 
było jeszcze gorsze od konia. Nan po prostu nie potrafiła wspiąć się po linie. Chyba urodziła się bez 
odpowiednich mięśni. 

A ponieważ to był właśnie taki dzień, panna Phillips dostrzegła Nan niemal od razu. 
-  Nan,  jeszcze  nie  miałaś  swojej  kolejki.  Teresa,  Delia,  Estella,  zejdźcie  i  przepuście  Nan  na 

linę. 

Teresa i pozostałe chętnie zeszły na dół. Wiedziały, że zaczyna się zabawa. 
Nan  zobaczyła  ich  twarze  i  zacisnęła  zęby.  Tym  razem  przysięgła  sobie,  że  tego  dokona. 

Wdrapie się aż pod sufit i zetrze z twarzy Teresy ten drwiący uśmieszek. Niemniej miała wrażenie, 
że od liny dzielą  ją setki  lśniących  metrów parkietu. Nogi Nan w workowatej dzielonej  spódnicy, 
jakie  dziewczęta  nosiły  na  gimnastyce,  zrobiły  się  grube  i  fioletowe,  a  ramiona  przypominały 
miękki różowy budyń. Kiedy dotarła do liny, węzeł na końcu zdawał się wisieć wysoko ponad jej 
głową. A ona miała jakimś sposobem na nim stanąć. 

Chwyciła linę tłustymi, słabymi rękami i podskoczyła. Osiągnęła tylko tyle, że węzeł uderzył ją mocno 

w  pierś,  a  stopy  gwałtownie  opadły  z  powrotem  na  podłogę.  Szmer  rozbawienia  przeleciał  przez  grupkę 
przyjaciółek Teresy. Nan ledwie  mogła  w to uwierzyć. To śmieszne - było  gorzej  niż zwykle! Teraz nawet 
nie  mogła  oderwać  się  od  podłogi.  Mocniej  chwyciła  linę  i  znowu  podskoczyła.  I  znowu.  I  znowu. 
Podskakiwała jak  niezdarny  kangur, ale  węzeł  wciąż  uderzał  ją w pierś, a stopy  wciąż uderzały  o podłogę. 
Szmery przerodziły się w chichoty, a potem głośny śmiech. Aż wreszcie, kiedy Nan prawie już się poddała, 
stopy jakimś cudem odnalazły węzeł, zaczepiły się na nim i przytrzymały. Nan zawisła do góry nogami jak 
leniwiec,  spocona,  zdyszana  i  bezradna,  bo  ramiona  odmówiły  jej  posłuszeństwa.  To  było  okropne.  A 
przecież musiała jeszcze wspiąć się po linie. Wolałaby już spaść na plecy i umrzeć. 

Panna Phillips stanęła obok. 
- Dalej, Nan. Stań na węźle. 
Nadludzkim  wysiłkiem  Nan  jakoś  zdołała  podźwignąć  się  i  wyprostować.  Stała  na  węźle,  chwiejnie 

zataczając  małe  kółka,  podczas  gdy  panna  Phillips,  z twarzą  na  wysokości  drżących  kolan  Nan,  łagodnie  i 
cierpliwie wyjaśniała po raz setny, jak się wspinać po linie. 

Nan  zacisnęła  zęby.  Dokona  tego.  Wszystkim  innym  się  udawało.  Więc  to  jest  możliwe.  Zamknęła 

background image

oczy,  żeby  nie  patrzeć  na  szydercze  twarze  innych  dziewczynek,  i  zrobiła  tak,  jak  mówiła  panna  Phillips. 
Mocno  i  starannie  uchwyciła  linę  nad  głową.  Uważnie  wsunęła  linę  pomiędzy  wierzch  jednej  stopy  a 
podbicie  drugiej. Wciąż  miała oczy zamknięte. Silnie  podciągnęła się na rękach. Zdecydowanie przesunęła 
stopy  w  górę.  Znowu  chwyciła  linę.  Znowu  się  podciągnęła  z  przerażającym  skupieniem.  Tak,  to  było  to! 
Wreszcie jej się udało! Sekret widocznie polegał na tym, żeby mieć zamknięte oczy. Chwytała i podciągała. 
Czuła, że jej rozkołysane ciało z łatwością wznosi się ku sufitowi, całkiem jak ciała innych dziewczynek. 

Lecz  śmiech  wokół  niej  narastał,  potężniał,  przechodził  w  ryk  wesołości,  a  potem  w  istny  huragan. 

Zdumiona  Nan  otworzyła  oczy.  Wszędzie  dookoła,  na  wysokości  swoich  kolan,  zobaczyła  czerwone  od 
śmiechu twarze, łzy płynące z oczu, sylwetki zgięte wpół z braku tchu. Nawet panna Phillips zagryzała wargi 
i parskała cicho. Nic dziwnego. Nan spuściła wzrok i zobaczyła, że jej gimnastyczne pantofle nadal opierają 
się o węzeł na końcu liny. Po tej całej wspinaczce wciąż stała w miejscu. 

Nan również próbowała się roześmiać. Nie wątpiła, że przedstawia bardzo zabawny widok. Ale trudno 

jej było zdobyć się na wesołość. Pocieszało ją tylko, że żadna inna dziewczynka też nie mogła wspiąć się na 
linę. Wszystkie za bardzo osłabły ze śmiechu. 

Tymczasem  chłopcy  biegali  w  kółko  wokół  boiska.  Przebrali  się  w  krótkie  bladoniebieskie  sportowe 

szorty  i  rozpryskiwali  rosę  wielkim  butami  z  kolcami.  Przepisy  pozwalały  biegać  wyłącznie  w  kolcach. 
Chłopcy podzielili się  na kilka  grup przebierających  nogami. Szybka grupa umięśnionych  nóg  na początku 
należała  do  Simona  Silversona  i  jego  przyjaciół  oraz  do  Briana  Wentwortha.  Brian  dobrze  biegał  pomimo 
krótkich  nóg.  Próbował  przezornie  trzymać  się  z  tyłu  za  Simonem,  ale  co  jakiś  czas  czysta  radość  z  biegu 
brała  w  nim  górę  i  wysuwał  się  do  przodu.  Wtedy  przyjaciele  Simona  popychali  go  i  szturchali,  ponieważ 
wszyscy wiedzieli, że tylko Simon ma prawo być pierwszy. 

Nogi  w następnej  grupie były bledsze  i poruszały się  bez  entuzjazmu. Należały do Dana Smitha i jego 

kolegów. Wszyscy potrafili biegać co  najmniej równie szybko  jak Simon Silverson, ale  oszczędzali siły  na 
coś lepszego. Biegli swobodnym krokiem, gawędząc między sobą. Dzisiaj ciągle wybuchali śmiechem. 

Za  nimi  mozoliła  się  grupa  rozmaitych  nóg:  fioletowe  nogi,  grube  nogi,  białe  nogi,  nogi  pozbawione 

mięśni i silne brązowe nogi Nirupama Singha, które wydawały się za ciężkie w stosunku do reszty chudego 
ciała.  Wszyscy  z  tej  grupy  byli  zbyt  zdyszani,  żeby  rozmawiać.  Na  ich  twarzach  malowały  się  rozmaite 
odcienie rozpaczy. 

Ostatnia para nóg, daleko z tyłu, należała do Karola Morgana. Nogom Karola nic właściwie nie 

brakowało,  tyle  że  stopy  tkwiły  w  zwykłych  szkolnych  butach,  które  przemokły  na  wylot.  Karol 
zawsze wlókł się w tyle. Z własnej woli. W ciągu dnia miał niewiele takich chwil samotności, kiedy 
mógł  spokojnie  rozmyślać.  Odkrył,  że  dopóki  myśli  o  czymś  innym,  może  utrzymywać  ten 
powolny  trucht  godzinami.  I  myśleć.  Przeszkadzały  mu  tylko  krótkie  przerwy,  kiedy  inne  grupy 
mijały go z tupotem i przez kilka sekund wciągały go do swoich wysiłków. Albo kiedy pan Towers 
w  wygodnym  ciepłym  dresie  sadził  obok  wielkimi  susami  i  wykrzykiwał  do  Karola  niepotrzebne 
słowa zachęty. 

Więc  Karol  truchtał  powoli  dalej  i  rozmyślał.  Pogrążył  się  w  nienawiści  do  Wieloboru. 

Nienawidził  boiska  pod  stopami,  drżących  jesiennych  drzew,  z  których  na  niego  kapało,  białych 
słupków  bramki  i  równej  linii  sosen  przed  kolczastym  murem,  który  więził  wszystkich  uczniów. 
Potem, kiedy skręcił za róg i widział przed sobą szkolne budynki, nienawidził ich jeszcze mocniej. 
Zbudowano  je  z  jakiejś  cegły  w  purpurowym  odcieniu.  Karol  pomyślał,  że  taki  kolor  przybiera 
twarz  człowieka,  który  się  dusi.  Pomyślał  o  długich  korytarzach  w  środku  pomalowanych  na 
mdlącą  zieleń,  o  wielkich,  zawsze  zimnych  kaloryferach,  o  brązowych  klasach,  lodowato  białych 
sypialniach i zapachu szkolnego jedzenia, i wpadł niemal w ekstazę nienawiści. Potem spojrzał na 
grupki nóg tupiących przed nim po boisku i nienawidził wszystkich ludzi w szkole jeszcze bardziej 
straszliwie. 

W  ówczas  odkrył,  że  przypomniało  mu  się  palenie  czarownika.  Wspomnienie  wdarło  się  do 

głowy nieproszone, jak zawsze. Tylko dzisiaj wydawało się gorsze niż zwykle. Karol przypominał 
sobie  szczegóły,  których  wtedy  nie  zauważył:  dokładny  kształt  płomieni  skaczących  w  górę  i 
sposób, w jaki grubas będący czarownikiem uchylał się przed nimi na boki. Widział wyraźnie twarz 
grubasa,  trochę  kluchowaty  nos  ozdobiony  brodawką,  pot,  płomienie  odbijające  się  w  oczach  i  w 
kroplach potu. Przede wszystkim widział 

wyraz tej twarzy. Wyrażała zdumienie. Grubas nie wierzył, że 

umrze, aż do chwili, kiedy Karol go zobaczył. Widocznie myślał, że jego czary go uratują. Teraz wiedział, że 

background image

10 

nie ma ratunku. I był przerażony. Karol też był przerażony. Truchtał dalej jakby w transie przerażenia. 

Oto jednak obok niego pojawił się elegancki czerwony dres pana Towersa. 
-  Karol, co ty wyprawiasz, dlaczego biegniesz w zwykłych butach? 
Tłusty  czarownik  zniknął.  Karol  powinien  być  zadowolony,  ale  nie  był.  Przerwano  mu  rozmyślania  i 

naruszono jego prywatność. 

-  Pytałem, czemu nie włożyłeś kolców? - odezwał się ponownie pan To wers. 
Karol  zwolnił  trochę,  zastanawiając  się  nad  odpowiedzią.  Pan  Towers  biegł  obok  niego  sprężystym 

truchtem  i  czekał.  Ponieważ  Karol  już  nie  rozmyślał,  poczuł,  że  bolą  go  nogi  i  pali  w  piersi.  To  go 
zirytowało. Jeszcze bardziej zirytowała go sprawa kolców. Wiedział, że Dan Smith je schował. Dlatego cała 
grupa się śmiała. Karol widział ich twarze, kiedy oglądali się w biegu, żeby sprawdzić, co powiedział panu 
Towersowi.  To  jeszcze  bardziej  go  zirytowało.  Karol  zwykle  nie  miewał  kłopotów  tego  rodzaju,  jak  Brian 
Wentworth.  Ze  swoim  paskudnym  dwulufowym  spojrzeniem  był  jak  dotąd  bezpieczny,  chociaż  samotny. 
Przewidywał jednak, że w przyszłości będzie musiał wymyślić coś więcej niż tylko spojrzenie. Zalała go fala 
goryczy. 

-  Nie mogłem znaleźć swoich kolców, proszę pana. 
-  Gdzie szukałeś? 
-  Wszędzie - odparł Karol z goryczą. 
Dlaczego  nie powiem, że to  oni? -  zastanawiał się  w  duchu. Ale  znał  odpowiedź. Nie  miałby życia do 

końca semestru. 

-  Wiem z doświadczenia - oświadczył pan Towers, biegnąc i mówiąc z równą łatwością, jakby siedział 

w fotelu - że kiedy leniwy chłopiec jak ty mówi, że wszędzie, to znaczy nigdzie. Zgłoś 

się do mnie w szatni po  lekcjach  i znajdź te kolce. Zostaniesz tam, dopóki  ich  nie znajdziesz. 

Jasne? 

-  Tak - mruknął Karol. 
Z rozgoryczeniem patrzył, jak pan Towers oddala się od niego i dogania następną grupę, żeby 

dręczyć Nirupama Singha. 

Podczas  przerwy  znowu  szukał  swoich  kolców.  Ale  sprawa  wyglądała  beznadziejnie.  Dan 

schował  je  naprawdę  sprytnie.  Po  przerwie  przynajmniej  miał  się  z  kogo  wyśmiewać  oprócz 
Karola. Nan Pilgrim wkrótce się o tym przekonała. Kiedy weszła do klasy, przywitał ją Nirupam. 

-    Cześć!  -  zawołał.  -  Dla  mnie  też  zrobisz  sztuczkę  z  liną?  Nan  zmierzyła  go  wzrokiem 

wyrażającym głównie zdziwienie 

i przepchnęła się obok niego bez słowa. Skąd wiedział o linie? Przecież dziewczynki nigdy nie 

rozmawiają z chłopcami! Więc skąd wiedział? 

Ale w chwilę później Simon Silverson podszedł do Nan, ledwie powstrzymując się od śmiechu. 
-    Moja  droga  Dulcyneo!  -  zawołał.  -  Co  za  czarujące  imię!  Czy  nazwano  cię  tak  po 

Arcyczarownicy? 

Po czym zgiął się wpół ze śmiechu, podobnie jak większość uczniów. 
-  Wiesz, ona naprawdę ma na imię Dulcynea - powiedział Nirupam do Karola. 
To była prawda. Nan czuła, że jej twarz przypomina ognisty balon. Nic innego nie mogło być 

równie wielkie i gorące. Dulcynea Wilkes była najsłynniejszą czarownicą wszech czasów. Nikt nie 
powinien  wiedzieć,  że  Nan  ma  na  imię  Dulcynea.  Nie  rozumiała,  jakim  sposobem  to  się  wydało. 
Próbowała  przejść  wyniośle  do  swojej  ławki,  ale  wciąż  zatrzymywali  ją  kolejni  uczniowie, 
wykrzykujący ze śmiechem: „Hej, Dulcynea!" Nie zdążyła usiąść, zanim pan Wentworth wszedł do 
klasy. 

Klasa II y zwykle uważała na lekcjach pana Wentwortha. Znany był jako człowiek absolutnie 

bezlitosny.  Poza  tym  potrafił  wzbudzić  zainteresowanie,  dzięki  czemu  jego  lekcje  wydawały  się 
krótsze  niż  innych  nauczycieli.  Dzisiaj  jednak  nikt  nie  mógł  się  skupić  na  słowach  pana 
Wentwortha. Nan z trudem powstrzymywała płacz. 

Przed  rokiem,  kiedy  ciotki  Nan  przywiozły  ją  do  Wieloboru,  jeszcze  pulchniejszą,  bardziej 

niezgrabną  i  nieśmiałą  niż  obecnie,  panna  Cadwallader  przyrzekła,  że  nikt  się  nie  dowie  o  tym 
nieszczęsnym imieniu Dulcynea. Panna Cadwallader przyrzekła! Więc jak się dowiedzieli? W całej 
II  y  wciąż  rozbrzmiewały  śmiechy  i  podniecone  szepty.  Czy  Nan  Pilgrim  może  być  czarownicą? 

background image

11 

Coś takiego, żeby nazwać dziewczynkę Dulcynea! Zupełnie jakby nazwać chłopca Guy Fawkes! W 
połowie  lekcji  Teresa  Mullett  na  samą  myśl  o  imieniu  Nan  dostała  takiego  ataku  wesołości,  że 
musiała ukryć twarz w swojej robótce. 

Pan Wentworth szybko odebrał jej robótkę. Rzucił czyste białe zawiniątko na stół i obejrzał je 

podejrzliwie. 

-  Co w tym jest takiego śmiesznego? 
Rozwinął  ściereczkę  -  na  co  Teresa  wydała  słaby  jęk  przerażenia  -  i  podniósł  do  góry  małe 

puszyste coś z dziurkami. 

-  Co to takiego? 
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. 
-  To bucik niemowlęcy! - odparła gniewnie Teresa. 
-  Dla kogo? - zainteresował się pan Wentworth. 
Wszyscy  znowu  się  roześmiali.  Lecz  tylko  na  krótko  i  ze  skruchą,  ponieważ  wiedzieli,  że  z 

Teresy nie należy się wyśmiewać. 

Pan Wentworth wydawał się nieświadomy, że sprawił cud, skoro wszyscy śmiali się z Teresy, a 

nie  na  odwrót.  Jeszcze  bardziej  skrócił  ten  wybuch  wesołości,  kiedy  wezwał  Dana  Smitha  do 
tablicy i kazał mu znaleźć dwa podobne trójkąty. Lekcja trwała dalej. Teresa ciągle mamrotała: „To 
nie jest śmieszne! To wcale nie jest śmieszne!" Za każdym razem, kiedy to powtarzała, przyjaciółki 
współczująco kiwały głowami, a reszta klasy zerkała na Nan i parskała tłumionym śmiechem. 

Pod  koniec  lekcji  pan  Wentworth  rzucił  kilka  niemiłych  pogróżek  na  temat  masowych  kar,  jeśli 

uczniowie nadal będą się tak zachowywać. Potem, odwracając się do wyjścia, dodał: 

-  Jeszcze jedno, jeśli Karol Morgan, Nan Pilgrim i Nirupam Singh jeszcze nie widzieli głównej tablicy 

ogłoszeń, powinni natychmiast tam zajrzeć. Zobaczą, że wyznaczono ich na lunch do głównego stołu. 

I Nan, i Karol zrozumieli wówczas, że to nie był zwyczajny zły dzień - to był najgorszy dzień w życiu. 

Panna  Cadwallader  siedziała  przy  głównym  stole  ze  wszystkimi  ważniejszymi  gośćmi.  Miała  zwyczaj 
codziennie  wybierać  trzech  uczniów,  których  zapraszała  do  swojego  stołu.  W  ten  sposób  mogła  lepiej 
poznać swoich uczniów, oni zaś mieli okazję nauczyć się odpowiednich manier. Nie bez racji uważano to za 
ciężką  próbę.  Ani  Nan,  ani  Karol  jeszcze  nigdy  nie  zostali  wybrani.  Ledwie  mogąc  uwierzyć,  poszli 
sprawdzić  na  tablicy  ogłoszeń.  I  rzeczywiście  figurowało  tam  czarno  na  białym:  Karol  Morgan  II  y 
Dulcynea Pilgrim II y, Nirupam Singh II y. 

Nan  wytrzeszczyła  oczy.  Więc  stąd  wszyscy  znali  jej  imię!  Panna  Cadwallader  zapomniała. 

Zapomniała, kim jest Nan, zapomniała o swojej obietnicy i kiedy wybierała z dziennika nazwiska za pomocą 
szpilki - czy jakimś innym sposobem - po prostu wpisała nazwiska, na których zatrzymała się szpilka. 

Nirupam również patrzył na ogłoszenie. Wybierano go już przedtem, ale minę miał równie ponurą, jak 

Karol i Nan. 

-  Musicie się uczesać i wyczyścić blezery - oznajmił. -1 to prawda, że musicie jeść takim samym nożem 

czy widelcem, jak panna Cadwallader. Przez cały czas musicie patrzeć, czego ona używa. 

Nan stała i pozwalała się popychać innym uczniom, którzy  czytali  ogłoszenia. Była przerażona. Nagle 

wiedziała,  że  zachowa  się  bardzo  niegrzecznie  przy  głównym  stole.  Zrzuci  na  podłogę  swój  obiad  albo 
zacznie  wrzeszczeć,  albo  zerwie  z  siebie  ubranie  i  zatańczy  na  stole  wśród  talerzy.  I  była  przerażona, 
ponieważ wiedziała, że nie zdoła się powstrzymać. 

Wciąż sztywna z przerażenia stawiła się przy głównym stole razem z Karolem  i Nirupamem. Wszyscy 

czesali  się  aż  do  bólu  i  próbowali  oczyścić  przody  blezerów  z  brudu,  który  zawsze  pojawiał  się  tam  w 
tajemniczy sposób, ale wszyscy czuli się niechlujni i niepozorni w porównaniu z wytwornym towarzystwem 
przy stole. Zasiadało tam kilku nauczycieli i administrator, i jegomość z ważną miną zwany lord Jakiśtam, i 
wysoka, żylasta panna Cadwallader we własnej osobie. 

Panna  Cadwallader  uśmiechnęła  się  łaskawie  do  dzieci  i  wskazała  trzy  puste  miejsca  po  swojej  lewej 

stronie. Wszyscy troje  natychmiast rzucili się  w stronę krzesła najdalszego  od panny Cadwallader. Nan, ku 
własnemu zdziwieniu, wygrała, a Karol zdobył  krzesło  w środku, toteż Nirupam  musiał usiąść  obok panny 
Cadwallader. 

- Ależ nie, tak nie można - zwróciła im uwagę panna Cadwallader. - Dżentelmeni zawsze siedzą po obu 

stronach  damy,  prawda?  Dulcynea  musi  usiąść  w  środku,  a  do  mnie  poproszę  pana,  którego  jeszcze  nie 
poznałam. Pan Clive Morgan, zgadza się? Doskonale. 

background image

12 

Karol i Nan w ponurym nastroju zmienili miejsca. Stali, kiedy panna Cadwallader odmawiała modlitwę, 

i spoglądali z góry na resztę uczniów, stojących niewiele niżej, ale wystarczająco, żeby różnica rzucała się w 
oczy.  Chyba  zaraz  zemdleję,  pomyślała  Nan  z  nadzieją.  Nadal  wiedziała,  że  zachowa  się  bardzo  źle,  ale 
jednocześnie czuła się dziwnie - a zemdlenie stanowiło raczej szacowny przykład złego zachowania. 

Zachowała jednak przytomność do końca modlitwy. Usiadła razem z resztą, pomiędzy naburmuszonym 

Karolem a Nirupamem. Nirupam zbladł ze strachu do odcienia bladej żółci. Ku ich uldze panna Cadwallader 
natychmiast  odwróciła  się  do  ważnego  lorda  i  nawiązała  z  nim  uprzejmą  pogawędkę.  Panie  z  kuchni 
przyniosły tacę małych salaterek i postawiły po jednej przed każdym. 

Co  to  było?  Z  pewnością  nie  zwykłe  danie  szkolnego  obiadu.  Dzieci  popatrzyły  podejrzliwie  na 

salaterki. Wypełniała je żółta maź, nie całkiem zakrywająca małe różowe kawałeczki. 

-  To pewnie krewetki - powiedział niepewnie Nirupam. - Na przystawkę. 
Panna Cadwallader sięgnęła przed siebie wdzięcznym gestem. Dzieci  natychmiast wyciągnęły 

szyje, żeby zobaczyć, czym zamierzała zjeść zawartość salaterki. Dłoń ujęła widelec. Oni również 
wzięli widelce. Nan ostrożnie wetknęła swój do salaterki. Natychmiast zaczęła źle się zachowywać. 
Nie mogła się powstrzymać. 

-  Myślę, że to krem - powiedziała głośno. - Czy krewetki pasują do kremu? 
Włożyła jeden różowy kawałek do ust. Był gumowaty. 
-  Guma do żucia? - zapytała. - Nie, to chyba prasowane dżdżownice. Dżdżownice w kremie. 
-  Zamknij się! - syknął Nirupam. 
-    Ale  to  nie  krem  -  ciągnęła  Nan.  Słyszała  własny  głos,  ale  nie  potrafiła  go  uciszyć.  -  Test 

smakowy  wykazuje,  że  żółta  maź  posiada  wyraźny  posmak  spoconych  pach  połączony  z... tak,  z 
odrobinką starych ścieków. Pochodzi z dna kosza na śmieci. 

Karol  spiorunował  ją  wzrokiem.  Czuł  mdłości.  Gdyby  wystarczyło  mu  odwagi,  natychmiast 

przestałby  jeść.  Ale  panna  Cadwallader  nadal  z  wdziękiem  spożywała  krewetki -  albo  prasowane 
dżdżownice  -  i  Karol  nie  ośmielił  się  zachować  inaczej.  Zastanawiał  się,  jak  to  zapisze  w 
pamiętniku.  Nigdy  przedtem  nie  żywił  szczególnej  nienawiści  do  Nan  Pilgrim,  więc  nie  miał  dla 
niej  kryptonimu.  Krewetka?  Czy  miał  ją  nazwać  krewetką?  Przełknął  następną  dżdżownicę  -  to 
znaczy krewetkę - i pożałował, że nie może rzucić salaterki prosto w twarz Nan. 

-  Czysty żółty kosz na śmieci - oznajmiła Nan. - Taki, w którym trzymają śnięte ryby na lekcję 

biologii. 

-  W Indiach jada się krewetki z curry - odezwał się głośno Nirupam. 
Nan  wiedziała,  że  próbował  ją  uciszyć.  Najwyższym  wysiłkiem  woli  zamilkła,  wepchnąwszy 

sobie do ust kilka porcji dżdżownic - 

to  znaczy  krewetek  -  naraz.  Ledwie  mogła  przełknąć  gumowatą  masę,  ale  przynajmniej  zatkała  sobie 

usta.  Miała  gorącą  nadzieję,  że  następne  danie  okaże  się  czymś  zwyczajnym,  czego  nie  będzie  musiała 
opisywać. Nirupam i Karol również mieli taką nadzieję. 

Lecz niestety! Jako następne pojawiło się na półmiskach jedno z najdziwniejszych dań szkolnej kuchni. 

Gotowano  je  mniej  więcej  raz  w  miesiącu  i  oficjalnie  nazywano  gulaszem.  Podawano  je  z  konserwowym 
zielonym  groszkiem  i  pomidorami  z  puszki.  Karol  i  Nirupam  ponownie  wyciągnęli  szyje  w  stronę  panny 
Cadwallader, żeby zobaczyć, czym powinni jeść. Panna Cadwallader wzięła widelec. Oni też wzięli widelce 
i zerknęli jeszcze raz, żeby się upewnić, czy panna Cadwallader nie sięgnie po nóż, żeby ułatwić wszystkim 
konsumpcję. Nie sięgnęła. Z wdziękiem wsunęła widelec pod piramidkę zielonego groszku. Obaj westchnęli, 
po czym jednocześnie odwrócili głowy w stronę Nan, jakby w pełnym grozy oczekiwaniu. 

Nie  spotkało  ich  rozczarowanie.  Kiedy  Nan  uniosła  na  widelcu  pierwszy  tłusty  krążek  ziemniaka, 

ponownie owładnął nią nieodparty przymus opisywania. Zupełnie jakby coś ją opętało. 

- A więc celem tej potrawy - oznajmiła -jest zużycie resztek. Bierzemy stare ziemniaki i moczymy je w 

pomyjach,  użytych  co  najmniej  dwukrotnie.  Woda  musi  być  całkowicie  mętna.  -  To  jak  dar  języków!  - 
pomyślała. Tylko w moim przypadku to dar niewyparzonej gęby. - Płotem bierzemy starą blaszaną puszkę i 
wycieramy  ją  skarpetkami,  noszonymi  co  najmniej  dwa  tygodnie.  Wypełniamy  puszkę  na  przemian 
warstwami  namoczonych  ziemniaków  i  kociej  karmy,  zmieszanej  ze  wszystkim,  co  wpadnie  pod  rękę.  W 
tym przypadku dodano czerstwe pączki i zdechłe muchy... 

Czy  kryptonimem  Nan  może  być  Gulasz?  -  zastanawiał  się  Karol.  Pasowało  do  niej.  Nie,  ponieważ 

dostawali  gulasz  tylko  raz  w  miesiącu  -  na  szczęście  -  a  w  tym  tempie  będzie  musiał  nienawidzić  Nan 

background image

13 

praktycznie co dzień. Dlaczego nikt jej nie powstrzyma? Czy panna Cadwallader nie słyszy?! 

-  A to czerwone - ciągnęła Nan, dziobiąc widelcem pomidora z puszki - to małe  zwierzątka, 

zabite  i  obdarte  ze  skóry.  Podczas  jedzenia  proszę  zwrócić  uwagę  na  lekki  słodkawy  posmak  ich 
krwi... 

Nirupam wydał cichy jęk i jeszcze bardziej zżółkł. 
Na  ten  dźwięk  Nan  podniosła  głowę.  Dotąd  wpatrywała  się  w  swój  talerz,  półprzytomna  z 

przerażenia.  Teraz  zobaczyła,  że  naprzeciwko  niej  przy  stole  siedzi  pan  Wentworth.  Słyszał  ją 
doskonale.  Poznała  to  po  wyrazie  jego  twarzy.  Dlaczego  mnie  nie  powstrzyma?  -  pomyślała. 
Dlaczego  pozwalają  mi  mówić  dalej?  Dlaczego  nikt  nic  nie  zrobi,  na  przykład  nie  porazi  mnie 
piorunem  albo  zatrzyma  po  lekcjach  na  wieczność?  Dlaczego  nie  wpełznę  pod  stół?  I  przez  cały 
czas słyszała własny głos: 

-    Te  drobinki  przyszły  na  świat  jako  groszek.  Od  tego  czasu  jednak  przebyły  długą  i  ciężką 

drogę.  Przez  sześć  miesięcy  konserwowały  się  w  ścieku,  nasiąkając  bogatym  asortymentem 
smaków, dlatego mówimy na nie „groszek konserwowy". Potem... 

W tejże chwili panna Cadwallader odwróciła się do nich z wdziękiem. Nan ku swojej głębokiej 

uldze zamilkła w połowie zdania. 

-  Wszyscy  jesteście  już w szkole dostatecznie długo - powiedziała panna Cadwallader - żeby 

dobrze poznać miasteczko. Czy znacie ten śliczny stary dom przy ulicy Głównej? 

Wszyscy troje wytrzeszczyli na nią oczy. Karol przełknął krążek ziemniaka. 
-  Śliczny stary dom? 
-  Nazywa się Stara Brama - wyjaśniła panna Cadwallader. -Dawniej stanowił część  bramy w 

starym miejskim murze. Bardzo piękny zabytkowy budynek z cegły. 

-    Chodzi  pani  o  ten  z  wieżyczką  na  górze  i  oknami  jak  w  kościele?  -  zaryzykował  Karol, 

chociaż nie rozumiał, dlaczego panna Cadwallader woli rozmawiać o tym zamiast o konserwowym 
groszku. 

-  O ten - potwierdziła panna Cadwallader. - To taki wstyd. Zburzą go, żeby zrobić miejsce na 

supermarket. Wiecie, że ma dach na czopy? 

-  Och - bąknął Karol. - Naprawdę? 
-  1 czopki - dodała panna Cadwallader. 
Karol  widocznie  został  obarczony  ciężarem  konwersacji.  Nirupam  wolał  się  nie  odzywać,  a  Nan  nie 

odważyła  się  na  nic  więcej  oprócz  inteligentnego  kiwania  głową  -  ze  strachu,  żeby  znowu  nie  zaczęła 
opisywać  jedzenia.  Panna  Cadwallader  mówiła,  a  Karol  musiał  odpowiadać  i  jednocześnie  próbował  jeść 
puszkowe pomidory - nie, to nie były myszy obdarte ze skóry! - używając tylko widelca. Czuł się tak, jakby 
poddawano go szczególnie wyrafinowanej torturze. 

Uświadomił  sobie,  że  potrzebuje  kryptonimu  nienawiści  również  dla  panny  Cadwallader.  Gulasz  się 

nadawał.  Z  pewnością  nic  równie  okropnego  nie  może  go  spotkać  częściej  niż  raz  w  miesiącu?  Ale  to 
znaczyło, że nadal potrzebował kryptonimu dla Nan. 

Zabrano gulasz. Karol zjadł niewiele. Panna Cadwallader dalej opowiadała mu o domach w miasteczku, 

potem o wiejskich dworkach, dopóki nie przyniesiono puddingu. Pojawił się przed Karolem biały, płynny i 
obrzydliwy,  z  małymi  grudkami  jak  trupy  mrówek.  Boże,  robię  się  równie  okropny  jak  Nan  Pilgrim, 
pomyślał. A potem zorientował się, że to idealne słowo dla Nan. 

-  Pudding ryżowy! - wykrzyknął. 
-  Rzeczywiście - zgodziła się panna Cadwallader. -1 taki pożywny. 
Potem - nie do wiary - sięgnęła obok swojego talerza i wzięła widelec. Karol zagapił się na nią. Czekał. 

Chyba  panna  Cadwallader  nie  zamierza  jeść  płynnego  ryżowego  puddingu  samym  widelcem?  Ale 
zamierzała. Zanurzyła widelec i uniosła do góry, kapiący wodnistym białym mlekiem. 

Karol  również  powoli  sięgnął  po  widelec,  odwrócił  się  i  napotkał  niedowierzające  spojrzenia  Nan  i 

Nirupama. To było po prostu niemożliwe. 

Nirupam popatrzył żałośnie na swój pełny talerz. 
-  W Baśniach z tysiąca i jednej nocy - zaczął -jest opowieść o kobiecie, która jadła ryż szpilką, ziarenko 

po ziarenku. 

Karol rzucił przerażone spojrzenie na pannę Cadwallader, ale ona znowu rozmawiała z lordem. 

background image

14 

-  Okazało się, że była ghulem - dokończył Nirupam. - Co noc pożerała trupy. 
Przerażone spojrzenie Karola przeniosło się na Nan. 
-  Zamknij się, głupku! Znowu ją nakręcisz! 
Ale  opętanie  już  minęło.  Nan  zdołała  wyszeptać  z  głową  pochyloną  nad  talerzem,  żeby  tylko 

chłopcy ją słyszeli: 

-  Pan Wentworth je łyżką. Patrzcie. 
-  Myślisz, że się odważymy? - zapytał Nirupam. 
-  Ja tak - odparł Karol. - Jestem głodny. 
Więc  wszyscy  troje  wzięli  łyżki.  Wreszcie  posiłek  dobiegł  końca,  a  wtedy  ku  swojemu 

przerażeniu  zobaczyli,  że  pan  Wentworth  na  nich  kiwa.  Ale  kiwał  tylko  na  Nan.  Podeszła 
niechętnie, a on powiedział: 

-  Zamelduj się o czwartej w moim gabinecie. 
Tylko tego mi brakowało, pomyślała Nan. A minęła dopiero połowa dnia. 

 

background image

15 

ROZDZIAŁ 3 

Po  południu  Nan  weszła  do  klasy  i  zobaczyła,  że  na  jej  ławce  leży  miotła.  Była  to  stara, 

wystrzępiona miotła z nędznymi resztkami gałązek na końcu, której czasami używał dozorca boiska 
do  zamiatania  ścieżek.  Ktoś  ją  przyniósł  z  szopy  dozorcy.  Ktoś  przywiązał  do  kija  etykietkę: 
KONIK DULCYNEI. Nan rozpoznała okrągłe, aniołkowate pismo Teresy. 

Wśród parsknięć i chichotów rozejrzała się po twarzach dookoła. Teresa sama nie wpadłaby na 

pomysł, żeby ukraść miotłę. Estella? Nie. Nie widziała ani Estelli, ani Karen Grigg. Nie, to zrobił 
Dan Smith, sądząc po minie. Potem spojrzała na Simona Silversona i nie była już taka pewna. Nie 
mogła oskarżyć obu jednocześnie, ponieważ oni nigdy, przenigdy, niczego nie robili razem. 

Simon powiedział do niej swoim najbardziej ugrzecznionym tonem, z szerokim uśmiechem na 

twarzy: 

- Dlaczego się nie przelecisz, Dulcyneo? 
-  Jasne, wskakuj na miotłę. Przeleć się, Dulcyneo - zaproponował Dan. 
W  następnej  chwili  wszyscy  śmiali  się  i  wołali  do  niej,  żeby  się  przeleciała  na  miotle.  Brian 

Wentworth, który aż nazbyt chętnie dręczył innych w rzadkich chwilach, kiedy sam nie był ofiarą, 
podskakiwał w przejściu pomiędzy ławkami i wrzeszczał: 

-  Leć, Dulcyneo! Leć! 
Nan powoli podniosła miotłę. Była spokojną, łagodną osobą i rzadko traciła opanowanie - ale 

kiedy  już wpadła w złość, nie dało  się przewidzieć  jej zachowania. Początkowo chciała po prostu 
odstawić  miotłę  ostentacyjnie  pod  ścianę.  Lecz  kiedy  jej  palce  zamknęły  się  na  sękatym  kiju, 
całkiem  przestała  nad  sobą  panować.  Odwróciła  się  do  szydzącego,  rozwrzeszczanego  tłumu, 
ogarnięta płomienną furią. Uniosła miotłę wysoko nad głową i wyszczerzyła zęby. Wszyscy uznali 
to za jeszcze zabawniejsze. 

Nan  zamierzała  trzasnąć  miotłą  w  rechoczącą  gębę  Simona  Silversona.  Zamierzała  walnąć 

Dana po głowie. Ale ponieważ Brian Wentworth tańczył, wrzeszczał i wykrzywiał się tuż przed nią, 
zaatakowała właśnie Briana. Na szczęście dla niego zobaczył opadającą miotłę i odskoczył. Potem 
musiał  cofać  się  przejściem  aż  pod  same  drzwi,  osłaniając  głowę  ramionami  i  skomląc  o  litość, 
ścigany przez Nan, która wymachiwała miotłą jak szalona. 

-    Na  pomoc!  Zabierzcie  ją!  -  wrzasnął  Brian  i  skoczył  do  tyłu  w  drzwi,  przez  które  właśnie 

wchodziła  panna  Hodge,  niosąc  wielki  stos  podręczników  do  angielskiego.  Brian  wpadł  na  nią  i 
usiadł z rozmachem u jej stóp wśród lawiny książek. - Au! -dodał. 

-  Co się dzieje? - zapytała panna Hodge. 
Hałas w klasie ucichł jak za przekręceniem wyłącznika. 
-    Wstawaj,  Brian  -  rozkazał  Simon  Silverson  z  miną  świętoszka.  -  To  twoja  wina,  skoro 

dokuczałeś Nan Pilgrim. 

-  Doprawdy, Nan! - zawołała Teresa, szczerze zgorszona. -Opanuj się! 
Po  tych  słowach  Nan  natarła  na  Teresę  z  miotłą.  Teresę  uratowało  jedynie  przybycie  Estelli 

Green  i  Karen  Grigg.  Obie  wpadły  pędem,  pochylając  głowy  ze  skruchą  i  ściskając  w  ramionach 
okrągłe, pękate torby z motkami wełny. 

-  Przepraszamy za spóźnienie, panno Hodge - wydyszała Estella. - Miałyśmy pozwolenie, żeby 

iść na zakupy. 

To odwróciło uwagę Nan.  Wełna w torbach  była biała  i puszysta,  jak u Teresy. Dlaczego, na 

litość, pomyślała Nan z pogardą, wszystkie muszą małpować Teresę? 

Panna Hodge wyjęła miotłę z uległych rąk Nan i porządnie ustawiła ją za drzwiami. 
-  Siadajcie wszyscy - poleciła. 
Była  bardzo  zirytowana.  Zamierzała  wejść  spokojnie  do  miłej,  spokojnej  klasy  i  wywołać 

ożywienie  swoim  planem.  A  tymczasem  II  y  już  była  ożywiona,  w  dodatku  z  powodu  miotły 
czarownicy. Panna Hodge nie miała żadnych szans, żeby zaskoczyć czarownicę ani autora listu. Nie 
chciała jednak, żeby dobry plan się zmarnował. 

-    Pomyślałam,  że  dzisiaj  zrobimy  sobie  odmianę  -  zaczęła,  kiedy  wszyscy  usiedli.  -  Nie  za 

background image

16 

dobrze nam idzie z podręcznikiem poezji, prawda? 

Rozejrzała się bystro po klasie II y, która nieufnie odwzajemniła jej wzrok. Niektórzy uważali, 

że wszystko będzie lepsze niż żądanie, żeby doszukiwali się piękna w poezji. Niektórzy uważali, że 
to zależy, co panna Hodge zaproponuje w zamian. Co do reszty, Nan powstrzymywała płacz, Brian 
lizał  zadrapanie  na  ramieniu,  a  Karol  spoglądał  groźnie.  Karol  lubił  poezję,  ponieważ  wersy  były 
takie krótkie. Mógł snuć własne myśli w przerwach pomiędzy linijkami wiersza. 

-  Dzisiaj - oznajmiła panna Hodge - chcę, żeby każdy z was zrobił coś sam. 
Wszyscy się skurczyli. Estella podniosła rękę. 
-  Proszę, panno Hodge. Ja nie umiem pisać wierszy. 
-    Och,  wcale  tego  nie  wymagam  -  zapewniła  panna  Hodge.  Wszyscy  odetchnęli.  -  Chcę, 

żebyście odegrali dla mnie kilka scen. 

Wszyscy znowu się skurczyli. Panna Hodge nic nie zauważyła i wyjaśniała dalej, że będzie ich 

wywoływać parami, chłopca i dziewczynkę, i każda para odegra tę samą krótką scenkę. 

-  W ten sposób - oznajmiła - obejrzymy piętnaście różnych kieszonkowych dramatów. 
Do tej pory większość II y gapiła się na nią w niemej rozpaczy. Panna Hodge uśmiechnęła się 

ciepło i przygotowała, żeby ich ożywić. Doprawdy, pomyślała, plan jeszcze może się udać. 

-    Teraz  musimy  wybrać  temat  naszych  przedstawień.  To  powinno  być  coś  mocnego  i 

wciągającego, co wzbudza namiętności. Może odegramy parę żegnających się kochanków? 

Ktoś jęknął, co panna Hodge przewidziała. 
-  No dobrze. Kto ma jakieś propozycje? Teresa i Dan Smith podnieśli ręce. 
-  Gwiazda telewizji i jej wielbiciel - zaproponowała Teresa. 
-  Morderca i przesłuchujący go policjant - powiedział Dan. -Czy wolno stosować tortury? 
-  Nie, nie wolno - odparła panna Hodge, a Dan stracił zainteresowanie. - Ktoś jeszcze? 
Nirupam podniósł długie, chude ramię. 
-  Sprzedawca naciągający klientkę przy kupnie samochodu. No cóż, pomyślała panna Hodge, 

właściwie nie oczekiwałam, 

że ktoś sam się zdradzi. Udawała, że się namyśla. 
-    Noo,  na  razie  najbardziej  dramatyczna  jest  propozycja  Dana.  Ale  mam  pomysł  na  coś 

naprawdę mocnego, co wszyscy dobrze znamy. 

-  Wszyscy znamy morderstwa - zaprotestował Dan. 
-    Owszem  -  przyznała  panna  Hodge.  Teraz  obserwowała  klasę  czujnie  jak  jastrząb.  -  Ale 

jeszcze więcej wiemy na przykład o kradzieży albo kłamstwie, albo czarach, albo... 

Z  rozmysłem  ponownie  zatrzymała  wzrok  na  miotle  i  drgnęła  niby  z  zaskoczenia.  Jednak 

miotła się przydała. 

-    Wiem!  Załóżmy,  że  jedna  osoba  w  naszej  sztuce  jest  podejrzana  o  czary,  a  druga  będzie 

inkwizytorem. Co wy na to? 

Nic. Ani jedna żywa dusza w II y nie zareagowała, oprócz Dana. 
-  Miałem taki sam pomysł - burknął. - Ale bez tortur to żadna zabawa. 
Panna Hodge natychmiast uznała Dana za podejrzanego numer jeden. 
-    W  takim  razie  ty  zacznij,  Dan  -  zaproponowała  -  z  Teresą.  Czym  chcesz  być,  Tereso, 

czarownicą czy inkwizytorem? 

-  Inkwizytorem, panno Hodge - szybko odparła Teresa. 
-  To niesprawiedliwe! - oburzył się Dan. - Ja nie wiem, co robią czarownicy! 
Rzeczywiście  chyba  nie  wiedział.  I  równie  wyraźnie  Teresa  nie  wiedziała,  co  robią 

inkwizytorzy. Stali drętwo przy tablicy. Dan gapił się w sufit, a Teresa oświadczyła: 

-  Jesteś czarownikiem. Na co Dan rzucił do sufitu: 
-  Nie, nie jestem. 
I  powtarzali  to,  dopóki  panna  Hodge  nie  kazała  im  przestać.  Z  żalem  przesunęła  Dana  na 

ostatnie miejsce listy podejrzanych, dołączyła do niego Teresę i wezwała następną parę. 

Nikt  nie  zachowywał  się  podejrzanie.  Większość  starała  się  odegrać  scenkę  jak  najszybciej. 

background image

17 

Niektórzy  trochę  się  kłócili  dla  pozoru.  Inni  próbowali  biegać  w  kółko,  żeby  dodać  więcej 
dramatyzmu. Pierwsza nagroda za zwięzłość zdecydowanie należała do Simona Silversona i Karen 
Grigg. Simon powiedział: 

-  Wiem, że jesteś czarownicą, więc nie zaprzeczaj. A Karen odparła: 
-  Tak, przyznaję się. Skończmy z tym. 
Zanim nadeszła kolej Nirupama, lista podejrzanych panny Hodge zawierała wyłącznie ostatnie 

miejsca. Potem Nirupam odegrał 

straszliwe  przedstawienie  jako  inkwizytor.  Oczy  mu  płonęły.  Głos  wznosił  się  do  krzyku  i  opadał  do 

złowieszczego szeptu. Palec gwałtownie celował w twarz Estelli. 

-  Patrzę prosto w twoje złe oczy! -krzyczał Nirupam. Potem szeptał: - Widzę cię, czuję cię, znam cię... 

jesteś czarownicą! 

Estella była tak wystraszona, że przekonująco odegrała przerażoną niewinność. 
Lecz Brian Wentworth w roli czarownika zaćmił nawet Nirupama. Szlochał, wił się, podawał wyraźnie 

fałszywe wykręty i skończył na klęczkach przed Delią Martin, zalewając się prawdziwymi łzami i błagając o 
litość. 

Wszyscy  byli  zdumieni,  łącznie  z  panną  Hodge.  Bardzo  chciałaby  umieścić  Briana  na  pierwszym 

miejscu  listy  podejrzanych,  albo  jako  czarownicę,  albo  jako  autora  listu.  Lecz  jakie  to  niewygodne  dla  jej 
planów, gdyby musiała pójść do pana Wentwortha i oskarżyć Briana! Nie, zdecydowała. W występie Briana 
brakowało uczucia i to samo dotyczyło Nirupama. Obaj byli po prostu dobrymi aktorami. 

Potem przyszła kolej Karola i Nan. Karol już od dobrej chwili wiedział, na co się zanosi: że połączą go 

w  jedną  parę  z  Nan.  Kipiał  ze  złości.  Ona  dzisiaj  wyraźnie  go  prześladowała.  Ale  nie  zamierzał  pozwolić, 
żeby to mu przeszkodziło zatriumfować w rołi aktora komicznego. Przygnębił go brak inwencji u wszystkich 
z wyjątkiem Nirupama. Nikt nie pomyślał, żeby pokazać śmiesznego inkwizytora. 

-  Ja będę inkwizytorem - powiedział szybko. 
Ale Nan wciąż boleśnie przeżywała incydent z miotłą. Myślała, że Karol ją atakuje, więc spiorunowała 

go  wzrokiem.  Karol  z  zasady  odpowiadał  na  takie  spojrzenia  swoją  najpaskudniejszą  podwójną  salwą  zza 
okularów. Więc oboje poczłapali na front klasy, krzyżując sztylety spojrzeń. 

Tam Karol stuknął się w głowę. 
-    Klęska!  -  zawołał.  -  Nie  mamy  czarownic  na  jesienne  stosy.  Muszę  znaleźć  jakąś  zwykłą  osobę.  - 

Wskazał Nan. - Ty się nadajesz. Od tej chwili jesteś czarownicą. 

Nan nie zorientowała się, że przedstawienie  już się zaczęło. Poza tym był zbyt urażona i rozgniewana, 

żeby zwracać uwagę na takie drobiazgi. 

-  Wcale nie! - warknęła. - Dlaczego ty nie jesteś czarownikiem? 
-  Bo mogę udowodnić, że jesteś' czarownicą - odparł Karol, trzymając się swojej roli. - Jako inkwizytor 

mogę udowodnić wszystko. 

-    W  takim  razie  -  oświadczyła  Nan,  gniewnie  ignorując  jego  doskonałe  aktorstwo  -  oboje  będziemy 

inkwizytorami  i udowodnię, że ty też jesteś czarownikiem! Czemu  nie? Masz cztery  oczy, takie  złe,  jakich 
jeszcze nie widziałam, i to cztery. I nogi ci śmierdzą. 

Wszyscy  spojrzeli  na  stopy  Karola.  Ponieważ  musiał  biegać  po  boisku  w  codziennych  butach,  nie 

zdążyły jeszcze wyschnąć. Pod wpływem ciepła rzeczywiście wydzielały lekki, lecz wyraźny odór. 

-  Sery - mruknął Simon Silverson. 
Karol gniewnie popatrzył na swoje buty. Nan przypomniała mu, że miał kłopoty z powodu zgubionych 

butów do biegania. I zepsuła jego występ. Nienawidził jej. Znowu wpadł w ekstazę nienawiści. 

-    Dżdżownice,  krem  i  zdechłe  myszy!  -  wykrzyknął.  Wszyscy  wytrzeszczyli  na  niego  oczy  z 

zaskoczeniem.  -  Konserwowy  groszek  namoczony  w  ściekach!  -  ciągnął,  nie  panując  już  nad  swoją 
nienawiścią.  -  Ziemniaki  w  pomyjach.  Nie  dziwię  się,  że  masz  na  imię  Dulcynea.  Pasuje  do  ciebie.  Jesteś 
obrzydliwa! 

-  Ty też! - odszczeknęła się Nan. - Na pewno to ty sprowadziłeś ptaki wczoraj na muzyce! 
Na to oskarżenie cała II y westchnęła wstrząśnięta. 
Panna  Hodge  słuchała  zafascynowana.  Tak,  to  były  prawdziwe  uczucia.  Co  ten  Karol  mówił?  Teraz 

rozumiała,  dlaczego  reszta  II  y  tak  przygnębiająco  stłoczyła  się  na  samym  dole  listy  podejrzanych.  Nan  i 
Karol znaleźli się na szczycie. To oczywiste. Zawsze się wyróżniali. Widocznie Nan napisała wiadomość, a 
Karol był wzmiankowanym czarownikiem. I niech teraz pan Wentworth lekceważy jej plan! 

-  Panno Hodge, już po dzwonku! - zawołało kilka głosów. Drzwi się otworzyły  i wszedł pan 

background image

18 

Crossley. Kiedy zobaczył 

pannę  Hodge,  bo  właśnie  w  tym  celu  przyszedł  wcześniej,  jego  twarz  pokryła  się  głęboką 

czerwienią, nadzwyczaj interesującą dla Teresy i Estelli. 

-  Czy przeszkadzam w lekcji, panno Hodge? 
-    Ależ  skąd  -  zapewniła  panna  Hodge.  -  Właśnie  skończyliśmy.  Nan  i  Karol,  wracajcie  na 

miejsca. 

I wymaszerowała z klasy, jakby nie widząc, że pan Crossley skoczył, żeby otworzyć przed nią 

drzwi. 

Panna Hodge pospieszyła prosto na górę, do gabinetu pana Wentwortha. Wiedziała, że zrobi na 

nim  wrażenie  swoimi  nowinami.  Lecz  ku  swej  irytacji  ujrzała  pana  Wentwortha  zbiegającego  ze 
schodów z pudełkiem kredy, bardzo spóźnionego na lekcję w III z. 

-  Och, panie Wentworth - wysapała panna Hodge. - Ma pan chwilę? 
-  Ani sekundy. Proszę napisać notatkę, jeśli to pilne - rzucił pan Wentworth w pędzie. 
Panna Hodge wyciągnęła rękę i chwyciła go za ramię. 
-  Ale pan musi! Wie pan o II y i moim planie w zwi¹zku z anonimowym listem... 
Pan Wentworth okręcił się na pięcie i spojrzał na nią z irytacją. 
-  Co z tym anonimem? 
-  Mój plan się udał! - oznajmiła panna Hodge. - Napisała go Nan Pilgrim, na pewno. Musi pan 

się z nią zobaczyć... 

-    Zobaczę  ją  o  czwartej  -  odparł  pan  Wentworth.  -  Jeśli  pani  uważa,  że  powinienem  to 

wiedzieć, proszę napisać notatkę, panno Hodge. 

-  Eileen - powiedziała panna Hodge. 
-    Jaka  Eileen?  -  zapytał  pan  Wentworth,  próbując  uwolnić  ramię.  -  Więc  dwie  dziewczynki 

napisały ten list? 

-  Mam na imię Eileen - wyjaśniła panna Hodge, trzymając go mocno. 

-  Panno Hodge - warknął pan Wentworth - III z już pewnie wybija szyby! 
-  Ale jest jeszcze Karol Morgan! - zawołała panna Hodge, czując, że ramię pana Wentwortha wymyka 

się z jej uścisku. - Panie Wentworth, przysięgnę, że ten chłopiec recytował zaklęcie! Dżdżownice i ziemniaki 
w pomyjach, mówił. Różne okropne rzeczy. 

Pan  Wentworth  zdołał  się  wyrwać  i  znowu  ruszył  w  dół  po  schodach.  Jego  głos  dobiegł  do  panny 

Hodge: 

-  Ślimaki, szczeniaki i różne robaki. Proszę wszystko napisać, panno Hodge. 
-  Do licha! - wykrzyknęła panna Hodge. - Ale ja to wszystko napiszę! Musi mnie zauważyć! 
Natychmiast  poszła  do  pokoju  nauczycielskiego,  gdzie  przez  resztę  lekcji  układała  sprawozdanie  ze 

swojego eksperymentu, pismem niemal równie okrągłym i aniołkowatym, jak pismo Teresy. 

Tymczasem w klasie II y pan Crossley z westchnieniem zamkn¹³ drzwi za pann¹ Hodge. 
-  Wyjmijcie pamiętniki - polecił. 
Podjął  decyzję  w  sprawie  anonimu  i  nie  zamierzał  pozwolić,  żeby  uczucie  do  panny  Hodge 

przeszkodziło  mu  w  wypełnianiu  obowiązków.  Więc  zanim  uczniowie  zaczęli  pisać  w  pamiętnikach,  w 
czym nie mógł im przeszkadzać, wygłosił długie i poważne przemówienie. 

Wyjaśnił  im!f  jakie  podłe,  niegodne  i  złośliwe  jest  pisanie  anonimowych  donosów.  Zapytał,  jakby  się 

czuli, gdyby ktoś napisał taki anonim o nich. Potem oznajmił, że ktoś w II y właśnie napisał taki donos. 

-    Nie  powiem  wam,  co  w  nim  było  -  ciągnął.  -  Powiem  tylko,  że  oskarżał  kogoś  o  bardzo  poważne 

przestępstwo.  Zastanówcie  się  wszyscy  nad  tym  podczas  pisania  pamiętników,  a  kiedy  skończycie,  niech 
osoba,  która  napisała  tamten  list,  napisze  do  mnie  jeszcze  jeden  list  i  przyzna  się,  kim  jest  i  dlaczego  to 
zrobiła. To wszystko. Nie ukarzę tej osoby. Chcę tylko, żeby zrozumiała, jak źle postąpiła. 

Co  powiedziawszy,  pan  Crossley  zasiadł  do  sprawdzania  wypracowań  przekonany,  że  wyjaśnił  całą 

sprawę. Przed nim II y sięgnęła po pióra. Dzięki pannie Hodge wszyscy myśleli, że dokładnie wiedzą, o co 
chodzi panu Crossleyowi. . 

29  października,  napisała  Teresa.  W  naszej  klasie  ktoś  uprawia  czary,  tak  powiedział  pan  Croslley. 

Chce.  żeby,  ta  osoba  się  przyznała,  Dzisiaj  rano  pan  Wentworth  skonfiskował  moją  robótkę  na  drutach  i 
żartował sobie z niej Nie odzyskałam jej aż do lunchu. Estella Green też zaczęta robić na drutach. Ale z niej 
papuga,  Nan  Pilgrim  dzisiaj  rano  nie  umiała  wejść  po  linie  i  ma  na  imię  Dulcynea.  Wszystkie  się  z  niej 

background image

19 

śmiałyśmy. 

29.10.81.  Pan  Crossley  właśnie  rozmawiał  z  nami  bardzo  poważnie,  ł  bardzo  poważnie  Simon 

Silverson,  o  przestępcy  w  naszej  klasie.  Dołożę  wszelkich  starań,  żeby  oddać  tę  osobę  w  ręce 
sprawiedliwości. Jeśli ich nie złapiemy, mogą oskarżyć nas wszystkich. Oczywiście to jest ściśle poufne. 

Nan Pilgrim jest czarownicą,  napisał Dan Smith. To nie jest prywatna myśl, bo pan  Crossley 

sam nam powiedział. Ja też myślę, że ona jest czarownicą. Nawet ma imię po słynnej czarownicy, 
ale nie znam pisowni. Mam nadzieję, że będziemy mogli popatrzeć, jak ją spalą. 

Pan  Crossley  rozmawiał  z  nami  o  poważnych  oskarżeniach,  napisała  Estella.  A  panna  Hodge 

kazała  nam  oskarżać  się  nawzajem.  Trochę  się  bałam.  Mam  nadzieję,  że  to  wszystko  nieprawda. 
Biedny  Misiek  zrobił  się  okropnie  czerwony,  kiedy  zobaczył  pannę  Hodge,  ale  ona  znowu  go 
zlekceważyła. 

Podczas gdy wszyscy pisali mniej więcej to samo, cztery osoby w klasie napisały coś zupełnie innego. 
Nirupam napisał: Dzisiaj bez komentarza. Nawet nie chcę myśleć o głównym stole. 

Brian  Wentworth,  obojętny  na  wszystko,  opisywał  trasę  autobusem  z  Timbuktu  do  Uttar 

Pradesh, uwzględniając roboty drogowe w niedzielę. 

Nan siedziała przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, co napisać. Rozpaczliwie chciała zrzucić 

z piersi ciężar dzisiejszego dnia, ale początkowo nie wiedziała, jak to zrobić bez osobistych uwag. 
Wreszcie napisała z płomiennym oburzeniem: 
Nie wiem, czy II y jest przeciętną klasą, ale to jest tak. Klasa dzieli się na chłopców i dziewczynki, 
z niewidzialną linią pośrodku, i ludzie przekraczają tę linię tylko wtedy, kiedy nauczyciele im każą 
Dziewczynki  dzielą  się  na  prawdziwe  dziewczynki  (Teresa  Mullett)  i  imitacje  (Estella  Green).  I 
mnie. Chłopcy dzielą się  na prawdziwych  chłopców (Simon Silverson),  łobuzów (Daniel Smith)  i 
nieprawdziwych  chłopców  (Nirupam  Singh).  I  Karola  Morgana.  I  Briana  Wentwortha.  Jesteś 
prawdziwym  chłopcem  albo  dziewczynką  kiedy  nikt  się  z  ciebie  nie  śmieje.  Jeśli  jesteś 
nieprawdziwy  albo  jesteś  imitacją,  masz prawo do istnienia pod warunkiem,  że robisz, co ci każą 
prawdziwi albo łobuzy. Jesteś mną albo Karolem Morganem na zasadzie, że wszystkie dziewczynki 
są  lepsze  ode  mnie  i  wszyscy  chłopcy  są  lepsi  od  Karola  Morgana.  Wolno  im  przekraczać 
niewidzialną  linię,  żeby  to  udowodnić.  Każdemu  wolno  przekraczać  niewidzialną  linię,  żeby 
dokuczać Brianowi Wentworthowi. 

W  tym  miejscu  Nan  zrobiła  przerwę.  Dotąd  pisała  niemal  jak  opętana,  zupełnie  jak  podczas 

lunchu.  Teraz  musiała  się  zastanowić  nad  Brianem  Wentworthem.  Co  takiego  było  w  Brianie,  że 
stał jeszcze niżej od niej? 

Brian  ma  kłopoty  częściowo  dlatego,  napisała,  że  jest  synem  pana  Wentwortha,  jest  mały, 

ruchliwy  i  denerwujący.  Druga  część  polega  na  tym,  że  Brian  jest  naprawdę  dobry  w  wielu 
rzeczach 

i  często  jest  na  pierwszym  miejscu,  więc  powinien  być  prawdziwym  chłopcem  zamiast  Simona 

Silversona. Ale SS jest taki pewny, że to on jest prawdziwy, że przekonał nawet Briana. 

To  jeszcze  nie  to,  pomyślała  Nan,  ale  prawie  trafiła  w  sedno.  Resztę  opisu  II  y  oceniła  jako 

arcydzieło. Tak ją to ucieszyło, że niemal zapomniała o swoich nieszczęściach. 

Karol napisał: Wstałem, wstałem, WSTAŁEM! 
Wyglądało to tak,  jakby zerwał się o świcie, co bynajmniej  nie  miało  miejsca, ale tak bardzo 

nienawidził dzisiejszego dnia, że musiał jakoś się wyładować. 

Moje  buty  do  biegania  zakopały  się  W  płatkach  kukurydzianych.  Było  mi  bardzo  gorąco, 

kiedy  biegałem  dookoła  boiska,  a  na  dodatek  jadłem  lunch  przy  głównym  stole.  nie  lubię 
ryżowego puddingu. Mieliśmy sport z panną Hodge i puddingiem ryżowym i zostało jeszcze sto lat 
do końca dnia. 

I to jest mniej więcej podsumowanie, pomyślał. 
Po dzwonku pan Crossley pospiesznie zebrał zeszyty, które sprawdzał, żeby zdążyć do pokoju 

nauczycielskiego, zanim panna Hodge stamtąd wyjdzie. I wytrzeszczył oczy. Pod stosem zeszytów 
leżała  następna  wiadomość,  napisana  tym  samym  niebieskim  długopisem  i  takimi  samymi 
drukowanymi literami jak pierwsza. Brzmiała: 

CHA CHA! MYŚLAŁEŚ, ŻE SIĘ PRZYZNAM. PRAWDA? 

background image

20 

I co ja mam teraz zrobić? - pomyślał pan Crossley.

background image

21 

ROZDZIAŁ 4 

Po  zakończeniu  lekcji  jak  zwykle  wszyscy  się  rozbiegli.  Teresa    i  jej  przyjaciółki,  Delia, 

Heather, Debora, Julia i pozostałe, popędziły do świetlicy dla młodszych dziewczynek i zajęły tam 
kaloryfery, żeby na nich siedzieć i robić na drutach. Estella i Karen pospiesznie zajęły chłodniejsze 
kaloryfery w korytarzu i usiadły na nich, żeby rozpocząć własne robótki. 

Simon  zaprowadził  swoich  przyjaciół  do  laboratoriów,  gdzie  pomagali  sprzątać,  wzbogacając 

jego  kolekcję  odznak  honorowych.  Dan  Smith  zostawił  swoich  przyjaciół,  żeby  grali  w  piłkę  bez 
niego, ponieważ miał zajęcie w zagajniku: podglądał starszych chłopców spotykających się tam ze 
starszymi  dziewczętami.  Karol  niechętnie  powlókł  się  do  szatni,  żeby  znowu  szukać  swoich 
kolców. 

Nan równie niechętnie poszła do gabinetu pana Wentwortha. 
Kto  ś'  był  u  pana  Wentwortha,  kiedy  dotarła  na  miejsce.  Słyszała  głosy  i  widziała  dwie 

zamazane  sylwetki  za  obluzowaną  szybą  w  drzwiach.  Nie  miała  nic  przeciwko  temu.  Im  dłużej 
odwlecze się spotkanie, tym lepiej. Więc kręciła się po korytarzu prawie przez dwadzieścia minut, 
aż przechodzący dyżurny zapytał ją, co tutaj robi. 

-    Czekam  na  rozmowę  z  panem  Wentworthem  -  wyjaśniła  Nan.  Potem  oczywiście,  żeby 

udowodnić to dyżurnemu, musiała zastukać do drzwi. 

-  Wejść! - zagrzmiał pan Wentworth. 
Uspokojony dyżurny poszedł dalej korytarzem. Nan podniosła rękę, żeby otworzyć drzwi, ale 

zanim  zdążyła,  drzwi  otworzył  pan  Wentworth  we  własnej  osobie  i  z  gabinetu  wyszedł  pan 
Crossley, nieco zaczerwieniony i chichoczący z zakłopotaniem. 

-  Dalej mógłbym przysiąc, że jej tam nie było, kiedy odkładałem książki - powiedział. 
-    Ach,  ale  ty  przecież  nie  zaglądałeś,  Haroldzie  -  odparł  pan  Wentworth.  -  Nasz  dowcipniś 

właśnie  na  to  liczył.  Zapomnij  o  tym,  Haroldzie.  A  więc  jesteś,  Nan.  Zabłądziłaś  po  drodze? 
Wchodź. Pan Crossley już wychodzi. 

Wrócił za biurko i usiadł. Pan Crossley wahał się przez chwilę, nadal czerwony, po czym zbiegł 

po  schodach,  zostawiwszy  otwarte  drzwi.  Kiedy  Nan  je  zamknęła,  zobaczyła,  że  pan  Wentworth 
wpatruje  się  w  trzy  kartki  leżące  na  biurku,  jakby  się  bał,  że  go  ugryzą.  Zauważyła,  że  jedną 
pokrywało  pismo  panny  Hodge,  a  dwie  pozostałe  to  były  zwykłe  świstki  zapisane  niebieskimi 
drukowanymi  literami,  ale  za  bardzo  się  bała  o  własną  skórę,  żeby  się  przejmować  jakimiś 
kartkami. 

-  Wyjaśnij swoje zachowanie przy głównym stole - zażądał pan Wentworth. 
Ponieważ Nan nie potrafiła wymyślić żadnego wyjaśnienia, odpowiedziała żałosnym szeptem, 

wbijając wzrok w klepki parkietu: 

-  Nie potrafię, proszę pana. 
-    Nie  potrafisz?  -  zapytał  pan  Wentworth.  -  Zepsułaś  apetyt  lordowi  Mulke  bez  żadnego 

powodu! Powiedz mi coś innego. Wytłumacz się. 

Nieszczęsna Nan umieściła stopę dokładnie w jednej klepce. 
-  Nie wiem, proszę pana. Po prostu tak powiedziałam. 
-  Nie wiesz, po prostu tak powiedziałaś - powtórzył pan Wentworth. - Czy to znaczy, że nie wiedziałaś, 

co mówisz? 

Nan wiedziała, że to  ironia. Ale jednocześnie  wydawała się prawdą. Starannie ustawiła drugą stopę na 

klepce parkietu  leżącej ukośnie  do pierwszej  i stanęła niepewnie, palcami stóp  do  wewnątrz, zastanawiając 
się nad odpowiedzią. 

-  Nie wiedziałam, co powiem za chwilę, proszę pana. 
-  Dlaczego? - zapytał pan Wentworth. 
-  Nie wiem - powtórzyła Nan. - To było jak... jak opętanie. 
-  Opętanie! - krzyknął pan Wentworth. 
Tak  samo  zwykle  krzyczał  tuż  przedtem,  zanim  rzucił  w  kogoś  kredą.  Nan  cofnęła  się  odruchowo. 

Zapomniała  jednak,  że  ustawiła  stopy  palcami  do  wewnątrz  -  straciła  równowagę  i  usiadła  ciężko  na 
podłodze. Z dołu widziała zdumioną twarz pana Wentwortha, wyglądającą znad krawędzi biurka. 

background image

22 

-  Co ty wyprawiasz? - zapytał. 
-  Proszę nie rzucać we mnie kredą! - zawołała Nan. 
W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi i Brian Wentworth wetknął głowę do pokoju. 
-  Już jesteś wolny, tato? 
-  Nie - burknął pan Wentworth. 
Obaj popatrzyli na Nan siedzącą na podłodze. 
-  Co ona robi? - zapytał Brian. 
-  Mówi, że jest opętana. Wyjdź i wróć za dziesięć minut - polecił pan Wentworth. - Wstawaj, Nan. 
Brian posłusznie zamknął drzwi i odszedł. Nan dźwignęła się na nogi. To było prawie równie trudne, jak 

wspinaczka po linie. Zastanowiła się przelotnie, jak to jest mieć ojca nauczyciela, ale głównie zaprzątały ją 
obawy,  co  jej  zrobi  pan  Wentworth.  Przybrał  swoją  najbardziej  udręczoną,  zmartwioną  minę  i  znowu 
wpatrywał się w trzy kartki na biurku. 

-  Więc myślisz, że jesteś opętana? - zapytał. 
-    Och  nie  -  zaprzeczyła  Nan.  -  Mówiłam  tylko,  że  to  było  podobne.  Wiedziałam  z  góry,  że 

zrobię  coś  okropnego,  ale  nie  wiedziałam,  co  zrobię,  dopóki  nie  zaczęłam  opisywać  jedzenia. 
Potem chciałam przestać, ale jakoś nie mogłam. 

-  Często masz takie napady? - zapytał pan Wentworth. 
Nan chciała już zaprzeczyć z oburzeniem, kiedy przypomniała sobie, jak rzuciła się na Briana z 

miotłą czarownicy dokładnie w ten sam sposób, zaraz po lunchu. I wiele, wiele razy impulsywnie 
pisała  różne  rzeczy  w  pamiętniku.  Ponownie  ustawiła  stopę  na  klepce  parkietu  i  cofnęła  ją 
pospiesznie. 

-  Czasami - wymamrotała tonem winowajcy. - Czasami... kiedy jestem na kogoś zła... zapisuję 

swoje myśli w pamiętniku. 

-  I piszesz też listy do nauczycieli? - zagadnął pan Wentworth. 
-  Nie, skądże - zaprzeczyła Nan. - Po co? 
-  Ale ktoś w II y napisał wiadomość dla pana Crossleya - oznajmił pan Wentworth. - Oskarżył 

kogoś z klasy, że jest czarownicą. 

Poważny,  zmartwiony  wyraz  twarzy  pana  Wentwortha  sprawił,  że  Nan  wreszcie  zrozumiała. 

Więc dlatego pan Crossley wygłosił tę przemowę, a potem był u pana Wentwortha. Oni myśleli, że 
to Nan napisała wiadomość. 

-  To niesprawiedliwe! - wybuchnęła. - Jak mogą myśleć, że napisałam tę kartkę, i jednocześnie 

nazywać mnie czarownicą! Tylko dlatego, że mam na imię Dulcynea! 

-  Mogłaś odwracać od siebie podejrzenia - wytknął jej pan Wentworth. - Gdybym cię zapytał 

wprost... 

-  Nie jestem czarownicą! - zawołała Nan. -1 nie napisałam tej kartki. Założę się, że to Teresa 

Mullett albo Simon Silverson. Oboje są urodzonymi donosicielami! Albo Daniel Smith - dodała. 

-  Ja nie stawiałbym na Dana - zaoponował pan Wentworth. -Nie sądzę, żeby on umiał pisać. 
Słysząc  ironię  w  jego  głosie,  Nan  uświadomiła  sobie,  że  niepotrzebnie  wymieniła  Teresę  i 

Simona. Podobnie jak wszyscy inni, 

pan Wentworth uważał ich za prawdziwą dziewczynkę i prawdziwego chłopca. 
-  Przecież ktoś mnie oskarżył - powiedziała z goryczą. 
-    No,  wierzę  ci  na  słowo,  że  nie  napisałaś  tej  kartki  -  powiedział  pan  Wentworth.  -  A 

następnym razem, kiedy poczujesz, że coś cię opętało, weź głęboki oddech  i policz do dziesięciu, 
inaczej wpakujesz się w poważne kłopoty. Sama rozumiesz, że nosisz bardzo niefortunne imię. W 
przyszłości musisz zachować wielką ostrożność. Jak to się stało, że nazwano cię Dulcynea? To po 
Arcyczarownicy? 

-  Tak - przyznała Nan. - Pochodzę od niej. Pan Wentworth zagwizdał. 
-  I jesteś również sierotą po czarownicy? Na twoim miejscu nie opowiadałbym o tym nikomu. 

Osobiście  podziwiam  Dulcyneę  Wilkes  za  próby  powstrzymania  prześladowań  czarownic,  ale 
bardzo nieliczni myślą jak ja. Trzymaj język za zębami, Nan... i nigdy więcej nie opisuj jedzenia w 
obecności lorda Mulke. Teraz zmykaj. 

background image

23 

Nan niezdarnie wyszła z gabinetu i popędziła w dół po schodach. Z oburzenia aż jej się ćmiło w 

oczach i ledwie widziała, dokąd idzie. 

-  Za kogo on mnie bierze? - mamrotała do siebie. - Wolałabym się przyznać, że pochodzę od 

Huna Attyli albo... albo od Guya Fawkesa. Albo kogokolwiek. 

W tym samym czasie pan Towers, który stał nad Karolem daremnie szukającym swoich kolców 

w szatni chłopców, wreszcie stłumił długie ziewnięcie i zostawił Karola samego. 

-  Przynieś mi je do pokoju nauczycielskiego, kiedy je znajdziesz - polecił. 
Karol usiadł na ławce, sam wśród czerwonych szafek i zielonych ścian. Spojrzał ze złością na 

śliską  szarą  podłogę  i  trzy  futbolowe  buty  nie  do  pary  leżące  w  kącie.  Popatrzył  na  bezimienne 
części ubrania wiszące na wieszakach. Wciągnął w nozdrza zapach potu i brudnych skarpetek. 

-  Nienawidzę wszystkiego - oznajmił. 
Szukał już wszędzie. Dan Smith znalazł naprawdę sprytną kryjówkę na te buty. Karol mógł je 

znaleźć tylko wtedy, gdyby Dan sam mu powiedział, gdzie je schował. 

Karol zacisnął zęby i wstał. 
-  No dobrze. Więc go zapytam - burknął. 
Jak  wszyscy  inni  wiedział,  że  Dan  podgląda  w  zagajniku  starszych  uczniów.  Dan  tego  nie 

ukrywał. Poprosił wuja o przysłanie lornetki, żeby mieć lepszy widok. A zagajnik zaczynał się tuż 
za rogiem  szatni.  Karol pomyślał, że  może zaryzykować szybki wypad, nawet gdyby pan Towers 
nagle wrócił. Prawdziwe ryzyko stanowili seniorzy w zagajniku. 

Wokół  zagajnika  biegła  niewidzialna  linia,  całkiem  jak  ta,  którą  opisywała  Nan  pomiędzy 

chłopcami a dziewczynkami w II y. Każdy młodszy uczeń przyłapany przez starszego w zagajniku 
dostałby  porządne  baty.  Ale  przecież,  pomyślał  Karol,  wychodząc,  Dan  też  nie  jest  seniorem.  To 
powinno pomóc. 

Zagajnik  stanowił  nieporządną  gęstwinę  ogromnych,  wiecznie  zielonych  krzewów,  rosnących 

wśród  wilgotnej  trawy.  Prawie  już  suche  buty  Karola  znowu  przemokły,  zanim  znalazł  Dana. 
Odszukał  go  całkiem  szybko.  Ponieważ  wieczór  był  chłodny  i  trawa  mokra,  w  zagajniku 
znajdowały  się  tylko  dwie  pary  seniorów,  obie  w  najbardziej  wydeptanym  miejscu,  po  dwóch 
stronach  wielkiego  laurowego  krzewu.  Aha!  -  pomyślał  Karol.  Podkradł  się  do  lauru  i  wetknął 
twarz pomiędzy mokre, lśniące liście. Dan siedział w środku, wśród suchych gałęzi. 

-  Dan! - syknął Karol. 
Dan oderwał  lornetkę od oczu  i obrócił  się gwałtownie. Na widok twarzy  Karola wychylonej 

spomiędzy liści, wbijającej w niego najpaskudniejsze dwulufowe spojrzenie, wyraźnie doznał ulgi. 

-  Zjeżdżaj! - szepnął. - Wyczaruj się stąd! 
-  Co zrobiłeś z moimi kolcami? - zapytał Karol. 
-    Możesz  mówić  szeptem?  -  szepnął  Dan.  Zerknął  nerwowo  pomiędzy  liśćmi  na  najbliższą 

parę seniorów. 

Karol  również  ich  widział.  Bardzo  wysoki,  chudy  chłopiec  i  bardzo  gruba  dziewczyna  - 

znacznie  grubsza  od  Nan  Pilgrim  -chyba  niczego  nie  usłyszeli.  Karol  widział  palce  chudego 
chłopaka zagłębiające się w tłuszczu, kiedy obejmował dziewczynę. Zdziwił się, że komuś sprawia 
przyjemność dotykanie czy nawet oglądanie tego całego tłuszczu. 

-  Gdzie schowałeś moje kolce? - szepnął. 
Ale Dan miał to w nosie, dopóki seniorzy niczego nie słyszeli. 
-  Nie pamiętam - odszepnął. 
Za  krzakiem  chudy  chłopiec  nachylił  twarz  do  twarzy  tłustej  dziewczyny.  Dan  wyszczerzył 

zęby. 

-  Widzisz? Mieszają rasę. 
Ponownie przyłożył lornetkę do oczu. Karol odezwał się trochę głośniej: 
-  Powiedz mi, gdzie wsadziłeś moje kolce, bo krzyknę, że tu jesteś. 
-  Wtedy się dowiedzą, że ty też tu jesteś - odszepnął Dan. -Mówiłem ci, spadaj! 
-  Nie pójdę, dopóki mi nie powiesz - oświadczył Karol. Dan odwrócił się do niego plecami. 

background image

24 

-  Nudzisz mnie. 
Karol doszedł do wniosku, że nie ma wyjścia, musi krzyknąć i zaalarmować seniorów. Zanim 

zebrał się na odwagę, druga para seniorów wyskoczyła zza krzaka. 

-  Hej! - zawołał chłopiec. - W tym krzaku siedzą jacyś juniorzy. Sue słyszała ich szepty. 
-  Racja! - zawołali chudy chłopak i gruba dziewczyna. I cała czwórka seniorów rzuciła się na 

krzak. 

Karol wydał pisk przerażenia  i uciekł.  Za plecami słyszał trzask gałęzi, szelest  liści,  stękanie, 

sapanie i bardzo niecenzuralne pogróżki dwóch seniorek. Miał nadzieję, że złapią Dana. Ale mimo 
tej  nadziei  wiedział,  że  Danowi  się  upiekło.  Karol  znajdował  się  na  otwartym  terenie,  to  jego 
zobaczyli seniorzy i jego gonili. Wyskoczył 

z zagajnika z całą czwórką depczącą  mu po piętach. Przyciskając palec do nosa, żeby  mu  nie 

spadły okulary, w pełnym biegu skręcił za róg szkoły. 

Przed sobą miał tylko długi mur i otwartą przestrzeń. Od drzwi szkoły podstawowej dzieliło go 

dobre sto metrów. Jedynym bliższym schronieniem były otwarte drzwi szatni dla chłopców. Karol 
wpadł w  nie bez namysłu. I wyhamował z poślizgiem, kiedy zrozumiał, że zrobił z siebie głupka. 
Stopy seniorów już dudniły za rogiem, a jedynym wyjściem z szatni były otwarte drzwi, przez które 
wbiegł. Mógł tylko stanąć za tymi drzwiami i przykleić się do ściany z nadzieją. Stał rozpłaszczony 
i przerażony, wdychając zapach  brudnych skarpetek  i wilgoci,  starając się  nie  sapać, kiedy cztery 
pary stóp zatrzymały się za drzwiami. 

-  Tam się schował - usłyszał głos grubej dziewczyny. 
-  Nie możemy tam wejść. To szatnia dla chłopców - powiedziała druga dziewczyna. - Wy dwaj 

go wyciągnijcie. 

Dwaj  zdyszani  chłopcy  odchrząknęli  i  dwie  pary  ciężkich  butów  załomotały  w  drzwiach. 

Chudy  chłopiec,  sądząc  z  odgłosów,  dotarł  do  środka  pomieszczenia.  Jego  głos  zahuczał  wśród 
betonowych ścian. 

-  Gdzie on się podział? 
-  Pewnie stoi za drzwiami - zagrzmiał drugi głos. 
Drzwi się odsunęły.  Karol skamieniał  na widok starszego chłopca. Był potężny. Górował  nad 

Karolem jak wieża. Miał nawet zaczątki wąsów. Karol zadrżał z przerażenia. 

Lecz  małe  złe  oczka  wysoko  nad  wąsem  spojrzały  na  wskroś  przez  Karola,  jakby  widziały 

tylko podłogę i ściany. 

-  Nic - powiedział senior. - Nikogo nie ma. 
-  Widocznie dobiegł do drzwi szkoły - stwierdził chudy chłopiec. 
-  Cwany mały czarownik! - prychnął pierwszy. 
I ku absolutnemu zdumieniu Karola dwaj ch łopcy wymaszerowali z szatni. Na dworze rozległy 

się  gniewne  okrzyki  dwóch  dziewcząt,  po  czym  cała  czwórka  się  oddaliła.  Drżący  Karol  stał  w 
miejscu  jeszcze  przez  dobrą  chwilę  po  ich  odejściu.  Był  pewien,  że  to  podstęp.  Ale  pięć  minut 
później wciąż nie wracali. Widocznie zdarzył się cud! 

Karol  podreptał  na  środek  szatni  zastanawiając  się,  jaki  cud  może  sprawić,  że  potężny  senior 

patrzy  przez  ciebie  na  wylot.  Teraz  nabrał  pewności,  że  starszy  chłopiec  wcale  nie  udawał. 
Naprawdę nie widział Karola. 

-  Więc jak to się stało? - zwrócił się Karol do bezimiennych wiszących ubrań. - Magia? 
Zamierzał to wymówić pogardliwym tonem, jakby już machnął ręką na całą sprawę. Ale jakoś 

mu  nie  wyszło.  Kiedy  to  powiedział,  ogromne,  straszne  podejrzenie,  narastające  niemal 
niezauważalnie w jego umyśle niczym nadchodzący ból głowy, owładnęło nim z całą mocą niczym 
już dojrzała migrena. Karol znowu zaczął się trząść. 

-  Nie - powiedział. - To nie to. To było coś innego! 
Lecz skoro podejrzenie już zaistniało, należało je rozwiać natychmiast, teraz, kompletnie. 
-  No dobrze - powiedział Karol. - Udowodnię to. Znam sposób. I tak nienawidzę Dana Smitha. 
Pomaszerował  do  szafki  Dana  i  otworzył  ją.  Popatrzył  na  upchnięty  w  środku  kłąb  butów  i 

background image

25 

ubrań. Przeszukiwał już tę szafkę dwa razy. Przeszukał dwukrotnie wszystkie szafki. Miał już potąd 
przeszukiwania szafek. Wyjął buty z kolcami Dana, wziął po jednym do każdej ręki i cofnął się na 
środek szatni. 

-  Teraz - powiedział do butów - znikajcie. 
Postukał butem o but, jedną kolczastą podeszwą o drugą, żeby dobrze go zrozumiały. 
-  Znikajcie - powtórzył. - Abrakadabra. 
Nie widząc efektów, cisnął oba buty w powietrze, żeby dać im jeszcze jedną szansę. 
-  Hej, presto - powiedział. 
Oba buty znikły. 
Karol zagapił się na miejsce, gdzie je widział po raz ostatni. 
-  Ja nie chciałem - powiedział zaskoczony. - Wracajcie. Nic się  nie  stało. Żadne  buty  się  nie 

pojawiły. 

-    No  dobrze  -  ustąpił  Karol.  -  Może  jednak  chciałem.  Potem  bardzo  delikatnie,  niemal  z 

szacunkiem, zamknął szafkę 

Dana. Podejrzenie znikło. Ale zastąpiła je pewność tak ciężka i przytłaczająca, że Karol aż się 

zgarbił  pod  jej  brzemieniem.  Był  czarownikiem.  Będzie  ścigany  jak  czarownica,  której  pomógł,  i 
spalony  jak  tamten  grubas.  To  będzie  bolało.  To  będzie  straszne.  Bardzo,  bardzo  się  bał...  tak 
bardzo, że czuł się już jak martwy, zimny, ciężki, prawie niezdolny oddychać. 

Próbując wziąć się w garść, zdjął okulary, żeby  je przetrzeć. Wtedy spostrzegł, że kuli się  na 

podłodze obok szafki Dana. Podniósł się z trudem. Co powinien zrobić? Może najlepiej od razu z 
tym skończyć, pójść prosto do panny Cadwallader i wyznać wszystko? 

To  wydawało  się  okropne,  ale  Karol  nie  potrafił  wymyślić  nic  innego.  Poczłapał  do  drzwi  i 

wyszedł  na  lodowaty  wieczór.  Zawsze  wiedział,  że  jest  zepsuty.  Teraz  miał  dowód.  Czarownica 
pocałowała go, bo wiedziała, że też  jest zły. Teraz zło tak w nim urosło, że należało  je wyplenić. 
Nie będzie sprawiał żadnych kłopotów inkwizytorom, tak jak niektóre czarownice. 

Zresztą  i  tak  pewnie  widać  w  nim  czarownictwo.  Ktoś  już  zauważył  i  napisał  donos.  Nan 

Pilgrim oskarżyła go o sprowadzenie tych wszystkich ptaków wczoraj na muzyce. Karol pomyślał, 
że  widocznie  zrobił  to  nieświadomie,  tak  jak  przed  chwilą  zrobił  się  niewidzialny  dla  seniorów. 
Zastanawiał  się,  jak  silne  są  jego  czary.  Czy  czarownik  jest  tym  silniejszy,  im  bardziej  zepsuty? 
Prawdopodobnie.  Ale  silny  czy  słaby,  każdego  i  tak  palą.  Trafił  w  samą  porę  na  jesienne  stosy. 
Zbliżało się już Halloween. Zanim legalnie uznają go za czarownika, nadejdzie piąty listopada i taki 
będzie koniec. 

Nie wiedział, że można czuć taki strach i bezradność. 
Myśląc  i  myśląc,  otępiały  z  przerażenia,  Karol  powlókł  się  do  pokoju  panny  Cadwallader. 

Stanął  przed  drzwiami  i  czekał,  nie  mając  nawet  odwagi  zapukać.  Mijały  minuty.  Drzwi  się 
otworzyły. Widząc mglisty prostokąt światła, Karol uzbroił się wewnętrznie. 

-  Więc ich nie znalazłeś? - zapytał pan To wers. 
Karol podskoczył. Chociaż nie rozumiał, co pan Towers tutaj robi, powiedział: 
-  Nie, proszę pana. 
-  Nic dziwnego, skoro zdjąłeś okulary do szukania - burknął pan Towers. 
Karol  drżącymi  rękami  nałożył  okulary.  Były  lodowato  zimne.  Widocznie  trzymał  je  w  ręku, 

odkąd  je  zdjął,  żeby  przetrzeć.  Teraz  widział,  że  stoi  przed  pokojem  nauczycielskim,  nie  przed 
gabinetem  panny  Cadwallader.  Dlaczego?  Ale  przecież  mógł  się  równie  łatwo  przyznać  panu 
Towersowi. 

-  Proszę pana, zasługuję na karę. Ja... 
-  Dostaniesz za to karny punkt - oznajmił zimno pan Towers. - Nie lubię chłopców, którzy się 

płaszczą.  Więc  albo  zapłacisz  za  nową  parę  butów,  albo  co  wieczór  napiszesz  pięćset  linijek  do 
końca semestru. Przyjdź do mnie jutro rano i powiedz, co postanowiłeś. A teraz wynoś się stąd. 

Zatrzasnął drzwi pokoju nauczycielskiego przed nosem Karola. Karol stał i patrzył. Pan Towers 

dał  mu  trudny  wybór.  I  karny  punkt.  Ale  dzięki  niemu  Karol  otrząsnął  się  z  przerażenia.  Poczuł 

background image

26 

rumieniec  na  twarzy.  Jaki  był  głupi!  Przecież  nikt  nie  wiedział,  że  Karol  jest  czarownikiem. 
Instynkt  mu  o  tym  powiedział  i  zaprowadził  go  do  pokoju  nauczycielskiego  zamiast  do  gabinetu 
panny  Cadwallader.  Ale  tylko  szczęśliwy  przypadek  uchronił  go  przed  wyznaniem  prawdy  panu 
Towersowi.  Nie  powinien  więcej  tak  głupio  postępować.  Dopóki  trzymał  język  za  zębami  i  nie 
robił żadnych czarów, był całkowicie bezpieczny. Prawie się uśmiechał, spiesząc na kolację. 

Ale  nie  mógł przestać o tym  myśleć.  W kółko i  w kółko podczas całej kolacji. Czy  naprawdę 

był  taki  zepsuty?  Czy  mógł  coś  na  to  poradzić?  Czy  wystarczy  po  prostu  nie  robić  czarów?.  Czy 
można  gdzieś  pójść  i  zostać  odczarowanym,  jak  ubranie  wyprane  na  sucho?  Jeżeli  nie  i  jeżeli  go 
wykryją,  czy  należy  uciekać?  Dokąd  uciekały  czarownice,  kiedy  już  przebiegły  przez  cudze 
ogrody? Czy można jakoś zapewnić sobie bezpieczeństwo? 

-  Och, czary! - krzyknął ktoś obok niego. - Zostawiłem książkę w świetlicy! 
Karol podskoczył i zawibrował jak szkolny gong na sam dźwięk tego słowa. 
-  Nie przeklinać - ostrzegł dyżurny. 
Potem Teresa Mullett zawołała z końca stołu, nie całkiem szyderczo: 
-  Nan, zrobisz dla nas coś ciekawego i cudownego? Wiemy, że potrafisz. 
Karol znowu podskoczył i zabrzęczał. 
-  Nie, nie potrafię - odparła Nan. 
Ale Teresa i Delia Martin nie dawały za wygraną. 
-  Nan, na głównym stole leżą piękne banany. Sprowadzisz je do nas zaklęciem? 
-  Nan, mam ochotę na lody. Wyczaruj trochę. 
-  Nan, czy naprawdę czcisz diabła? 
Za każdym razem, kiedy mówiły coś takiego, Karol podskakiwał i brzęczał. Chociaż wiedział, 

że to dla niego bardzo korzystne, jeśli ludzie uważają Nan za czarownicę, miał ochotę wrzasnąć na 
dziewczyny, żeby przestały. Poczuł wielką ulgę, kiedy w połowie kolacji Nan zerwała się i wypadła 
z jadalni. 

Nan poszła prosto do opustoszałej biblioteki. Bardzo dobrze, pomyślała. Skoro wszyscy i tak ją 

oskarżają,  przynajmniej  mogła  to  wykorzystać  i  zrobić  coś,  co  zawsze  chciała  zrobić,  ale  nigdy 
przedtem nie miała odwagi. Zdjęła z półki encyklopedię i poszukała Dułcynei Wilkes. Co dziwne, 
opasły tom sam otworzył się na tej 

stronie.  Wyglądało  na  to,  że  sporo  osób  w  Wieloborze  interesowało  się  Arcyczarownicą.  Jeśli  tak, 

wszystkich  spotkało  takie  samo  rozczarowanie  jak  Nan.  Prawa  przeciwko  czarom  były  tak  surowe,  że 
większość informacji o słynnej przodkini Nan usunięto. Hasło było raczej krótkie. 

WILKES.  DULCYNEA.  1760-1790.  Osławiona  czarownica,  znana  jako  Arcyczarownicą. 

Urodzona w Steeple Bumpstead w hrabstwie Essex, przeniosła się do Londynu w 1781 roku, gdzie 
wkrótce stała się znana ze swoich nocnych lotów na miotle wokół katedry św. Pawła i Parlamentu. 
Miotły  wciąż  nazywane  są  czasami  kucykami  Dulcynei.  Dulcynea  odegrała  wiodącą  rolę  w 
Powstaniu Czarownic w 1789 roku. Została aresztowana i spalona razem z innymi przywódcami. 
Podobno kiedy płonęła, ołów na dachu katedry św. Pawła roztapiał się i spływał z kopuły. Jej kukły 
nadal  palono  w  każdą  rocznicę  aż  do  1845  roku,  kiedy  zaprzestano  tych  praktyk  ze  względu na 
wysoką cenę ołowiu. 

Nan  westchnęła  i  odstawiła  encyklopedię  na  miejsce.  Kiedy  zabrzmiał  dzwonek,  powoli  wróciła  do 

klasy,  żeby  wykonać  pracę  przydzieloną  w  ciągu  dnia.  W  Wieloborze  nazywano  to  powinnością,  nikt  nie 
wiedział,  dlaczego.  Nan  zjawiła  się,  kiedy  wszyscy  już  byli  na  miejscu.  Klasę  wypełniało  trzaskanie 
podręczników uderzających o głowę Briana Wentwortha i pisk Briana. Lecz hałas umilkł, kiedy Nan weszła, 
co wskazywało, że pan Crossley wszedł za nią. 

- Karol Morgan - powiedział pan Crossley. - Pan Wentworth chce cię widzieć. 
Karol gwałtownie wyrwał się myślami z kręgu tańczących płomieni. Jak we śnie wstał i poczłapał przez 

korytarze  i  wahadłowe  drzwi  do  tej  części  szkoły,  gdzie  znajdowały  się  prywatne  pokoje  nauczycieli 
mieszkających  na  miejscu.  Przedtem  tylko  raz  był  w  pokoju  pana  Wentwortha.  Musiał  wyrzucić  z  myśli 
obrazy stosów, żeby odczytać nazwiska na drzwiach. Przypuszczał, że pan 

własny głos, w którym brzmiała akurat odpowiednia porcja zdziwienia i niewinności: 
-  Kto, ja? Ja nie jestem czarownikiem, proszę pana. 

background image

27 

-    Nie  mówiłem,  że  jesteś,  Karolu 

odparł  pan  Wentworth.  -Mówiłem  tylko,  że  ktoś  tak 

powiedział.  Z  relacji,  którą  otrzymałem,  wynika,  że  miałeś  publiczną  awanturę  z  Nan  Pilgrim  i 
podczas  kłótni  wspomniałeś  o  dżdżownicach,  zdechłych  myszach  oraz  kilku  innych 
nieprzyjemnych rzeczach. 

Część Karola stojąca na dywanie odpowiedziała z oburzeniem: 
-    No  tak.  Ale  ja  tylko  powtórzyłem  to,  co  ona  powiedziała  przy  lunchu.  Pan  tam  był.  Nie 

słyszał pan, co ona wygadywała? 

Tymczasem  część  Karola  unosząca  się  pod  sufitem  dziękowała  wszelkim  szczęśliwym 

gwiazdom opiekującym się czarownikami, że pan Wentworth akurat siedział naprzeciwko Nan przy 
głównym stole. 

-    Słyszałem  -  potwierdził  pan  Wentworth.  -  Od  razu  rozpoznałem  twoje  źródło.  Ale  mój 

informator twierdził, że recytowałeś zaklęcie. 

-  Wcale nie, proszę pana - zaprotestowała część Karola stojąca na dywanie. 
-    Ale  tak  to  brzmiało  -  oświadczył  pan  Wentworth.  -  W  naszych  trudnych  czasach  nigdy  za 

wiele ostrożności, Karolu. Chyba lepiej ci wyjaśnię całą sytuację. 

Sięgnął  po  fajkę,  żeby  mu  pomogła  w  wyjaśnieniach.  Fajka,  jak  to  fajki,  w  międzyczasie 

zgasła. Pan  Wentworth zapalił zapałkę, pyknął parę razy, zapalał  następne  zapałki  i  znowu pykał. 
Przysłowie,  że  nie  ma  dymu  bez  ognia,  chyba  dotyczyło  głównie  fajek.  Pan  Wentworth  zużył 
dziesięć  zapałek,  zanim  zapalił  fajkę.  Karol  patrzył  na  niego  i  wreszcie  mu  zaświtało,  że  pan 
Wentworth  wcale  nie  uważa  go  za  czarownika.  I  chyba  nie  spostrzegł,  że  chłopiec  się  rozdwoił. 
Może  Karol  tylko  sobie  wyobraził,  że  jego  część  zawisła  pod  sufitem,  bo  zwyczajnie  wpadł  w 
panikę. 

Na tę myśl poczuł, że jego część wisząca pod sufitem powoli opada w stronę części normalnie 

stojącej na dywanie. Zanim pan Wentworth zaryzykował ponowne odłożenie fajki, którą przycisnął 
pudełkiem  zapałek,  Karol  ponownie  stał  się  jednością.  Nadal  cały  drżał  z  przerażenia,  to  prawda, 
ale nie doświadczał już takich dziwnych uczuć. 

-  A więc, Karolu - zaczął pan Wentworth - wiesz, że czarowanie zawsze było nielegalne. Ale 

prawdą  jest  również,  że  prawa  przeciwko  czarownicom  nigdy  nie  były  tak  surowe  jak  obecnie. 
Oczywiście słyszałeś' o Powstaniu Czarownic w 1789 roku, pod wodzą Arcyczarownicy Dulcynei 
Wilkes? 

Karol kiwnął głową. Wszyscy wiedzieli o Dulcynei. Zupełnie jakby go zapytano, czy słyszał o 

Guyu Fawkesie. 

-    Na  swój  sposób  -  ciągnął  pan  Wentworth  -  było  to  uczciwe  powstanie.  Czarownice 

protestowały przeciwko ich prześladowaniu i paleniu. Dulcynea argumentowała całkiem rozsądnie: 
to  nie  ich  wina,  że  takie  się  urodziły  i  nie  chcą  ginąć  za  coś,  na  co  nie  mogą  nic  poradzić. 
Obiecywała,  że  czarownice  będą  używać  swoich  mocy  tylko  do  czynienia  dobra,  jeśli  ludzie 
przestaną  je  palić.  Wiesz,  Dulcynea  wcale  nie  była  takim  okropnym  potworem,  jak  ją 
przedstawiają.  Była  młoda,  ładna  i  bystra...  ale  miała  bardzo  wybuchowy  temperament.  Kiedy 
ludzie  nie  zgodzili  się,  żeby  nie  palić  czarownic,  straciła  cierpliwość  i  rzuciła  kilka  potężnych, 
gwałtownych  zaklęć.  To  Był  błąd.  Sprawił,  że  ludzie  śmiertelnie  przerazili  się  czarów  i  kiedy 
powstanie stłumiono, zapłonęło  mnóstwo stosów i wydano kilka  bardzo surowych praw.  Ale ty o 
tym wiesz. 

Karol ponownie kiwnął głową. Wprawdzie uczono go, że Dulcynea była starą złą wiedźmą i w 

dodatku głupią, ale reszta się zgadzała. 

-   Ale - podjął  pan  Wentworth, celując  fajką w  Karola -  może  nie wiesz, że tuż przed twoim 

urodzeniem  miało  miejsce  jeszcze  jedno,  znacznie  gorsze  powstanie.  Zdziwiony?  Tak  myślałem. 
Starannie je wyciszono. Przewodzące mu czarownice nie były sympatyczne, 

a  ich  celem  było  przejęcie  władzy  w  kraju.  Wszyscy  główni  konspiratorzy  byli  cywilnymi 

urzędnikami  albo  generałami,  a  przywódca  był  ministrem  gabinetu.  Wyobrażasz  sobie,  jak  to 
wszystkich przeraziło i zaszokowało. 

background image

28 

-  Tak, proszę pana - przyznał Karol. 
Teraz  już  prawie  przestał  się  bać.  Przyłapał  się  na  tym,  że  próbuje  sobie  wyobrazić  premiera 

jako czarownika. Interesujący pomysł. 

Pan Wentworth włożył fajkę do ust i gwałtownie wydmuchnął kłąb dymu. 
-  Ministra spalono na Trafalgar Sąuare - oznajmił. - A parlament uchwalił Nadzwyczajny Akt 

Antyczarowy, żeby ostatecznie wytępić czarownice. Ten akt, Karolu, obowiązuje do dziś. Daje on 
inkwizytorom  ogromną  władzę.  Mogą  aresztować  każdego  na  podstawie  zwykłego  podejrzenia  o 
czary... nawet dzieci w twoim wieku, Karolu. 

-  W moim wieku? - powtórzył ochryple Karol. 
-  Tak. Czarownice dalej się rodzą - stwierdził pan Wentworth. - Odkryto, że rodzina ministra 

wiedziała,  że  jest  czarownikiem,  odkąd  skończył  jedenaście  lat.  Od  tamtej  pory  przeprowadzono 
wiele  badań  na  czarownicach.  Istnieje  sto  różnych  rodzajów  wykrywaczy  czarownic.  Lecz 
większość badań dotyczyła zagadnienia, kiedy czarownice po raz pierwszy wchodzą w posiadanie 
mocy,  i  wydaje  się,  że  większość  czarownic  zaczyna  w  twoim  wieku,  Karolu.  Więc  obecnie 
inkwizytorzy  wyjątkowo  pilnie  obserwują  szkoły.  A  szkoła  taka  jak  nasza,  gdzie  co  najmniej 
połowa uczniów to sieroty po czarownicach, natychmiast przyciąga ich uwagę. Rozumiesz? 

-  Nie, proszę pana - zaprzeczył Karol. - Dlaczego pan mi to mówi? 
-    Ktoś  myślał,  że  recytujesz  zaklęcie  -  przypomniał  mu  pan  Wentworth.  -  Zastanów  się, 

chłopcze! Gdybym przypadkiem nie wiedział, co naprawdę mówisz, już byłbyś aresztowany. Więc 
musisz zachowywać szczególną ostrożność. Rozumiesz teraz? 

-  Tak, proszę pana - przyznał Karol. Znowu obleciał go strach. 
-  Więc zmykaj z powrotem do powiności - polecił pan Went-worth. 
Karol odwrócił się i poczłapał po wytartym dywanie. 
-  Aha,  Karolu! - zawołał pan  Wentworth. Karol  obejrzał się. -Dostajesz karny punkt, żeby ci 

przypominał, że masz uważać. 

Karol otworzył drzwi. Dwa karne punkty jednego wieczoru! Jeśli ktoś dostał trzy karne punkty 

w tygodniu, zgłaszał się do panny Cadwallader i czekały go poważne kłopoty. Dwa karne punkty! 
Oba  za  coś,  co  nie  było  jego  winą!  Karol  obejrzał  się,  zamykając  drzwi,  i  skierował  pełną  moc 
swojego najpaskudniejszego dwulufowego spojrzenia na pana Wentwortha. Kipiał ze złości. 

Poczłapał  korytarzem  do  wahadłowych  drzwi,  wciąż  kipiąc.  Wahadłowe  drzwi  obróciły  się, 

kiedy  do  nich  dotarł,  i  ku  jego  zdumieniu  weszła  przez  nie  panna  Hodge.  Panna  Hodge  nie 
mieszkała  w  szkole.  Jak  Estella  szybko  wykryła  i  ogłosiła  publicznie,  panna  Hodge  mieszkała  w 
miasteczku ze starym ojcem. Zwykle wieczorami nie było jej w szkole. 

-  Karol! - zawołała panna Hodge. - Dobrze się składa! Rozmawiałeś z panem Wentworthem? 
Karol nawet się nie zastanawiał, skąd panna Hodge o tym wie. Doświadczenie go przekonało, 

że nauczyciele zawsze wiedzą o wiele za dużo.               * 

-  Tak - przyznał. 
-  Więc powiedz mi, w którym pokoju on mieszka - zażądała panna Hodge. 
Karol wskazał pokój  i  naparł ramieniem  na wahadłowe drzwi. Zaledwie  jednak przecisnął się 

na drugą stronę, kiedy drzwi ponownie się obróciły i ponownie pojawiła się panna Hodge. 

-  Karolu, czy jesteś pewien, że pan Wentworth jest u siebie? Nie odpowiedział, kiedy pukałam. 
-  Siedział przy kominku - odparł Karol. 
-  Więc chyba zapukałam do niewłaściwych drzwi - stwierdziła panna Hodge. - Czy możesz mi 

pokazać? Nie masz nic przeciwko? 

Tak, mam coś przeciwko, pomyślał Karol. Westchnął i zawrócił za panną Hodge. Panna Hodge 

wydawała się cieszyć z jego towarzystwa, co trochę go dziwiło. 

Panna  Hodge  właśnie  sobie  myślała,  jakie  ma  szczęście,  że  spotkała  Karola.  Przez  całe 

popołudnie układała plany. I doszła do wniosku, że kolejnym i najwłaściwszym ruchem w kierunku 
poślubienia  pana  Wentwortha  będzie  złożenie  mu  wizyty  i  impulsywne  odwołanie  oskarżenia 
przeciw  Karolowi.  Zawsze  to  przykro  pomyśleć,  że  ktoś  zostanie  spalony,  nawet  jeśli  Karol  miał 

background image

29 

najbardziej złe oczy ze wszystkich znanych jej chłopców. Przedstawi się jako osoba wielkoduszna. 
I teraz nawet przyprowadzi ze sobą Karola na dowód, że nie życzy mu źle. 

Karol spojrzał na nazwisko pana Wentwortha na drzwiach i zdziwił się, jakim sposobem panna 

Hodge pomyliła pokoje. 

-  Och - powiedziała panna Hodge. - Więc to właściwe drzwi. Tu jest jego nazwisko. 
Zapukała  raz  i  drugi,  i  już  miała  rozkoszną  wizję  romansu  z  panem  Wentworthem 

nabierającego  rumieńców,  kiedy  razem  próbują  chronić  Karola  przed  prześladowaniami 
inkwizytorów. Lecz z pokoju nie dobiegła żadna odpowiedź. Zakłopotana panna Hodge odwróciła 
się do Karola. 

-  Może on zasnął - podpowiedział Karol. - Tam było ciepło. 
-  Otworzymy drzwi i zajrzymy do środka? - zapytała panna Hodge z lekkim drżeniem. 
-  Niech pani zajrzy - zaproponował Karol. 
-  Nie, ty zajrzyj - poprosiła panna Hodge. - Na moją odpowiedzialność. 
Karol westchnął i po raz drugi tego wieczoru otworzył drzwi pokoju pana Wentwortha. Zimny 

przeciąg dmuchnął im dymem w twarze. W pokoju panowała ciemność, rozjaśniona tylko słabym 

blaskiem  stygnącego  gazowego  kominka.  Nawet  on  zniknął,  kiedy  panna  Hodge  władczym 

gestem zapaliła światło i stanęła na środku, odpędzając dłonią dym. 

-  Ojej, ojej - powiedziała, rozglądając się dookoła. - Ten człowiek potrzebuje kobiecej ręki. Na 

pewno tutaj był, Karolu? 

-  Dosłownie przed chwilą - zapewnił Karol. 
Ale zaczynało go ogarniać przerażenie.  Wszystko wyglądało tak,  jakby pan  Wentworth nigdy 

nie istniał. Karol podszedł do wytartego miejsca na dywanie przed kominkiem i pomacał palenisko. 
Było  jeszcze  gorące.  Fajka  pana  Wentwortha  leżała  w  ceramicznej  popielniczce  i  również  była 
ciepła, ale stygła w lodowatym powietrzu napływającym przez otwarte okno. Może, pomyślał Karol 
z  nadzieją,  pan  Wentworth  po  prostu  poczuł  się  zmęczony  i  poszedł  do  łóżka.  Naprzeciwko,  za 
powiewającymi okiennymi zasłonami, znajdowały się drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do 
sypialni. 

Panna  Hodge  śmiało  podeszła  i  otworzyła  te  drzwi.  To  była  szafa  wypchana  szkolnymi 

książkami. 

-    Tędy  nie  wyszedł  -  stwierdziła  panna  Hodge.  -  Nie  wiesz,  czy  on  ma  sypialnię  tu  obok  w 

korytarzu? 

-  Na pewno - odparł Karol. 
Wiedział  jednak,  że  pan  Wentworth  nie  wyszedł  na  korytarz.  Gdyby  opuścił  swój  pokój, 

musiałby go zobaczyć albo Karol otwierający wahadłowe drzwi, albo panna Hodge przepychająca 
się  obok  Karola  w  drugą  stronę.  Istniało  tylko  jedno  wytłumaczenie.  Karol  popatrzył  „złym 
wzrokiem" na pana Wentwortha. Zmierzył go swoim najpaskudniejszym spojrzeniem. I ten wzrok 
spowodował zniknięcie pana Wentwortha, podobnie jak zniknęły kolce Dana. Właśnie coś takiego 
nazywano Złym Okiem. 

-  Myślę, że nie ma sensu czekać - rzuciła z niezadowoleniem panna Hodge. - No dobrze. Mogę 

z nim porozmawiać jutro. 

Karol  aż  nazbyt  chętnie  wyszedł  z  pokoju.  Aż  nazbyt  chętnie  towarzyszył  pannie  Hodge  do 

drzwi,  gdzie  zostawiła  swój  rower.  Rozmawiał  z  nią  bardzo  uprzejmie  przez  całą  drogę.  Dzięki 
temu 

nie musiał myśleć, co zrobił. Liczył też, że jeśli będzie rozmawiał naprawdę miło i zajmująco, 

panna Hodge nie zorientuje się, że to Karol ostatni widział pana Wentwortha. 

Rozmawiali o poezji,  futbolu, rowerach, psie woźnego  i ogrodzie pana Hodge'a.  W rezultacie 

panna  Hodge  wsiadła  na  rower  i  odjechała  przekonana,  że  Karol  Morgan  jest  bardzo  miłym 
chłopcem, kiedy go bliżej poznać. Tym lepiej, że zamierzała odwołać oskarżenia przeciwko niemu. 
Nauczyciel, powiedziała sobie, zawsze powinien starać się poznać swoich uczniów. 

Karol  wydał  potężne  westchnienie  ulgi  i  poczłapał  dalej,  zgarbiony  pod  nowym  brzemieniem 

background image

30 

winy. Zanim dotarł do klasy, prawie wszyscy skończyli już pracę i gromadnie wychodzili na próbę 
chóru. Karol został w klasie sam oprócz Nan Pilgrim, która widocznie się guzdrała. Oczywiście nie 
rozmawiali  ze  sobą,  ale  żadne  z  nich  wiele  nie  zrobiło.  Nan  rozmyślała  posępnie,  że  gdyby 
naprawdę  była  czarownicą  jak  Dulcynea  Wilkes,  nie  obchodziłoby  jej,  co  gadają  inni.  Karol 
rozmyślał o panu Wentworcie. 

Najpierw ptaki na muzyce, a teraz pan Wentworth. Niewidzialność dla seniorów nie liczyła się, 

bo  nikt  o  tym  nie  wiedział.  Najbardziej  przerażało  Karola,  że  ciągle  robił  czary  niechcący,  przez 
przypadek.  Gdyby  tylko  potrafił  się  powstrzymać,  miałby  jeszcze  szansę.  Panna  Hodge 
zapewniłaby  mu  alibi  w  sprawie  pana  Wentwortha,  gdyby  był  dla  niej  miły.  Ale  jak  się 
powstrzymać przed rzucaniem czarów? 

-  To  był  okropny  dzień  -  powiedziała  Nan,  pakując  się  przed  wyjściem.  -  Cieszę  się,  że  już 

prawie koniec. 

Karol popatrzy  ł  na  nią, zastanawiając się, skąd  wiedziała. Potem też się spakował  i wyszedł. 

Dręczyła go silna obawa, że dzisiejszy dzień  jeszcze wcale się dla  niego nie skończył. Słyszał, że 
inkwizytorzy zwykle przychodzą w nocy. Więc mogli przyjść po niego, jak tylko ktoś odkryje, że 
pan Wentworth zniknął. Karol myślał o panu Wentworcie przez cały czas, kiedy się mył. Ogólnie 
biorąc,  nawet  lubił  pana  Wentwortha.  Fatalnie  się  czuł  z  jego  powodu.  Może  powstrzymałby  się 
przed  zrobieniem  tego  znowu,  na  przykład  panu  Crossłeyowi  albo  komuś  innemu,  gdyby  bez 
przerwy myślał, jak to jest się spalić. To na pewno boli. 

„To  boli,  kiedy  się  palisz",  powtarzał  sobie  podczas  rozbierania.  „To  boli,  kiedy  się  palisz". 

Kładąc  się  do  łóżka,  dygotał  nie  tylko  z  zimna  panującego  w  długiej,  po  spartańsku  urządzonej 
sypialni. 

Briana  Wentwortha  znowu  pobito  kilka  łóżek  dalej.  Brian  kulił  się  na  swoim  łóżku  i  osłaniał 

rękami głowę, a Simon Silverson z przyjaciółmi okładali go poduszkami. Śmiali się, ale wcale nie 
żartowali. 

-  Lizus! - krzyczeli. - Chwalipięta! Lizus! 
Aż  do  tej  pory  Karol  zawsze  się  cieszył,  że  mieszka  w  tej  sypialni,  a  nie  w  następnej  z 

Nirupamem, gdzie rządził Dan Smith i jego kumple z II x i II z. Teraz miał ochotę wymknąć się  i 
spędzić  noc  w  świetlicy  dla  młodszych  chłopców.  Wrzaski  Briana  -  gdyż  Brian  nigdy  nie 
przyjmował  lania  w  milczeniu - wciąż przerywały posępne  medytacje  Karola  i przypominały  mu, 
co zrobił z ojcem Briana. Tak mu dokuczyły, że o mało sam nie wstał z łóżka i nie przyłączył się do 
bicia, po prostu żeby rozładować napięcie. Tymczasem jednak odkrył powód napaści. Pan Brubeck 
poprosił, żeby Brian zaśpiewał solo na szkolnym koncercie, i Brian niemądrze się zgodził. Wszyscy 
wiedzieli, że tylko Simon ma prawo śpiewać solo. 

W  takim  razie  bicie  Briana  oznaczało  podlizywanie  się  Simonowi.  Tego  Karolinie  zamierzał 

robić. Powrócił do swoich desperackich rozmyślań. Nie widział żadnego sposobu, żeby utrzymać w 
sekrecie  zniknięcie  pana  Wentwortha.  Ale  istniała  szansa,  że  nikt  się  nie  połapie,  że  to  sprawka 
Karola. Więc gdyby tylko wymyślił jakiś niezawodny, ogniotrwały sposób, żeby nie rzucać czarów 
niechcący - to jest to! ogniotrwały. „To boli, kiedy się palisz". 

Karol  wstał  z  łóżka.  Odczepił  okulary  od  poręczy,  założył  je  na  nos  i  poczłapał  w  kierunku 

poduszkowej bitwy. 

-  Czy mogę pożyczyć alarmową świecę na pięć minut? - zwrócił się głośno do Simona. 
Simon oczywiście był opiekunem sypialni. Przerwał okładanie Briana i przybrał oficjalną minę. 
-  Świece są tylko na wypadek alarmu. Po co ci potrzebna? 
-  Zobaczysz, jak ją dostanę - odparł, Karol. 
Simon  zawahał  się,  rozdarty  pomiędzy  ciekawością  a  naturalną  skłonnością,  żeby  nigdy 

nikomu nic nie dawać. 

-  Najpierw musisz mi powiedzieć, do czego ci potrzebna. Nie mogę ci dać świecy bez powodu. 
-    Nic  ci  nie  powiem  -  oświadczył  Karol.  -  Dawaj  i  już.  Simon  zastanowił  się.  Liczne 

doświadczenia z Karolem nauczyły 

background image

31 

go, że  jeśli  Karol  Morgan  nie chciał czegoś powiedzieć, nic  na świecie  nie  mogło go do tego 

zmusić,  ani  poduszki,  ani  chińskie  tortury.  Ciekawość  coraz  mocniej  go  dręczyła,  na  co  właśnie 
Karol liczył. 

-    Jeśli  dam  ci  świecę  -  powiedział  tonem  świętoszka  -  to  złamię  reguły.  Należy  mi  się 

odszkodowanie za ryzyko, sam rozumiesz. 

Dokładnie tego Karol się spodziewał. 
-  Czego chcesz? - zapytał. 
Simon uśmiechnął się wdzięcznie, kalkulując, jak bardzo Karolowi zależy. 
-  Twoje kieszonkowe co tydzień do końca semestru - zażądał. - Co ty na to? 
-  Za dużo - ocenił Karol. 
Simon odwrócił się i znowu podniósł poduszkę. 
-  Przyjmujesz albo nie - rzucił. - To moja ostateczna oferta. 
-  Przyjmuję - burknął Karol, nienawidząc Simona. 
Simon odwrócił się do niego ze zdumieniem. Spodziewał się, że Karol albo zaprotestuje, albo 

przestanie  nalegać.  Jego  przyjaciele  zagapili  się  na  Karola,  równie  zdumieni.  Co  więcej,  przez 
chwilę żaden z nich już nie bił Briana. Działo się coś naprawdę dziwnego. Nawet Brian gapił się na 
Karola. Dlaczego komuś aż tak zależy na świecy? 

-  No dobrze - powiedział Simon. - Przyjmuję twoją ofertę, Karolu. Ale pamiętaj, że obiecałeś 

przy świadkach. Więc lepiej zapłać. 

-  Zapłacę - obiecał Karol. - Co tydzień, kiedy pan Crossley daje nam pieniądze. A teraz daj mi świecę. 
Simon  zakrzątnął  się  sprawnie,  wyjął  spod  blezera  kółko  z  kluczami  i  otworzył  szafkę  wiszącą  na 

ścianie,  gdzie  trzymano  apteczkę  i  świecę.  Jeśli  zdarzy  się  cud,  pomyślał  Karol,  i  nie  przyjdą  po  mnie 
inkwizytorzy,  wpakowałem  się  w  prawdziwe  kłopoty.  Żadne-*  go  kieszonkowego  aż  do  Gwiazdki.  To 
znaczy, że nie będzie mógł zapłacić za nowe kolce. Będzie musiał codziennie napisać pięćset linijek dla pana 
Towersa.  Ale  w  gruncie  rzeczy  nie  wierzył,  że  zostanie  tutaj  długo.  Powiadano,  że  inkwizytorzy  zawsze 
znajdują czarownice, choćby nie wiadomo co. 

Simon  włożył  mu  do  ręki  świecę,  nie  zapaloną,  osadzoną  w  białym  emaliowanym  lichtarzu.  Karol 

popatrzył na świecę. Podniósł wzrok i zobaczył, że Simon i inni chłopcy, nawet Brian, szczerzą zęby. 

-    Zapomniałeś  poprosić  o  zapałki  -  wytknął  mu  Simon.  Karol  spojrzał  na  niego.  Złym  wzrokiem. 

Bardziej niż złym. 

Jeszcze  nigdy  na  nikogo  nie  patrzył  tak  paskudnie.  Miał  nadzieję,  że  Simon  skurczy  się  i  zniknie  na 

miejscu. 

Ale Simon tylko zrobił krok do tyłu. I nadal zachował wyniosłą minę. 
-  Dam ci zapałki za darmo - powiedział. - Wliczone w cenę. Rzucił Karolowi pudełko zapałek. 
Karol  postawił  lichtarz  na  podłodze.  Pod  czujnym  wzrokiem  wszystkich  chłopców  potarł  zapałkę  i 

zapalił świecę. Uklęknął obok. „To boli, kiedy się pahsz", pomyślał. „To boli, kiedy się palisz". Wyciągnął 
palec i włożył do małego żółtego płomienia. 

-  Dlaczego to robisz? - zapytał Ronald West. 
Karol  nie  odpowiedział.  Przez  sekundę  myślał,  że  płomyk  go  nie  sparzy.  Wydawał  się  tylko  ciepły  i 

wilgotny.  Potem  nagle  zrobił  się  gorący  i  rzeczywiście  bardzo  zabolało.  Bolało,  jak  Karol  się  spodziewał, 
całkiem  inaczej  niż  wtedy,  kiedy  się  skaleczył  czy  uderzył.  Ból  był  znacznie  gorszy,  ostry  i  tępy 
jednocześnie, aż nerwy wibrowały w całym ramieniu i plecy pokryły się gęsią skórką. 

Wyobraź  sobie  coś  takiego  na  całym  ciele,  pomyślał.  „To  boli,  kiedy  się  palisz".  Drugą  ręką 

objął nadgarstek pierwszej i przytrzymał mocno, żeby nie mógł wyciągnąć palca z ognia. „To boli, 
kiedy się palisz". I bolało. Aż pot mu wystąpił pod oczami. 

-  To pewnie wyzwanie albo zakład - usłyszał głos Simona. -Co to jest? Powiedz mi, bo zabiorę 

świecę. 

-  Zakład - rzucił Karol na odczepnego. 
„To  boli,  kiedy  się  palisz.  To  boli,  kiedy  się  palisz".  Powtarzał  w  kółko  te  słowa  w myślach, 

jakby chciał je wypalić na mózgu -albo na tej części, która robiła czary. „To boli - och, jak boli! -
kiedy się palisz". 

-  Niektórzy ludzie - zauważył Simon - zakładają się o strasznie głupie rzeczy. 

background image

32 

Karol  zignorował  go  i  próbował  utrzymać  nieruchomo  drgający  palec.  Palec  samodzielnie 

usiłował wyskoczyć z płomienia. Zrobił się czerwony, z białą obrączką wokół tej czerwieni. Karol 
słyszał dziwny dźwięk, jakby cichutkie syczenie przysmażanej skóry. Potem nagle nie mógł dłużej 
wytrzymać.  Gwałtownie  cofnął  palec  i  zdmuchnął  świecę.  Obserwujący  go  chłopcy  wydali 
westchnienie ulgi, jakby wszyscy wstrzymywali oddech. 

-  Przypuszczam - burknął niezadowolony Simon, odbierając od Karola świecę - że zarobisz na 

tym zakładzie więcej pieniędzy, niż jesteś mi teraz winien. 

-    Nie,  nie  zarobię  -  zaprzeczył  szybko  Karol.  Obawiał  się,  że  Simon  zażąda  również  tych 

pieniędzy. Simon był w stanie powiedzieć panu Crossleyowi o świecy, gdyby Karol nie zapłacił. - 
Nic nie dostanę. Założyłem się, że całkiem sobie spalę palec. 

W korytarzu pojawił się dyżurny i krzyknął: 
-  Gasić światło! Koniec rozmów! 
Karol wrócił do łóżka, ssąc poparzony palec i modląc się, żeby teraz potrafił się powstrzymać 

od  przypadkowego  czarowania.  Językiem  wyczuł  wielki,  gąbczasty  bąbel  wyrastający  pomiędzy 
pierwszym a drugim stawem palca. Bolało coraz mocniej. 

Simon odezwał się w ciemności: 
-  Zawsze wiedziałem, że Karol Morgan to wariat. Co za głupota! 
Ronald West powiedział: 
-  Czego można wymagać od zwierząt? 
-  Zwierzęta mają więcej rozumu - zauważył Geoffrey Baines. 
-  Karol Morgan - podsumował Simon - to niższa forma życia. 
Te komentarze trwały przez jakiś czas. Mogli rozmawiać całkiem bezpiecznie, bo w sąsiedniej 

sypialni  zawsze  panował  hałas.  Karol  leżał  i  czekał,  aż  skończą.  Wiedział,  że  nie  zaśnie.  I  nie 
zasnął. 

Dużo później, kiedy Simon i jego przyjaciele już dawno umilkli, kiedy dwaj dyżurni i opiekun 

już dawno uciszyli chłopców w sąsiedniej sypialni, Karol leżał sztywno jak kłoda, wpatrując się w 
cienie. 

Był wystraszony... przerażony. Lecz przerażenie zmieniło się w ponury odległy lęk, który odtąd 

miał  mu  towarzyszyć  bez  przerwy,  do  końca  życia.  Załóżmy,  że  jakimś  cudem  inkwizytorzy  nie 
przyjdą. Wówczas przez wszystkie nadchodzące lata, każdego dnia, w każdej minucie Karol będzie 
się bał, że przyjdą. Zastanawiał się, czy można się do tego przyzwyczaić. Miał nadzieję, ponieważ 
na razie pragnął wyskoczyć z łóżka i przyznać się, po prostu żeby z tym skończyć. 

Co  powiedziałby  Simon,  gdyby  Karol  nagle  krzyknął:,  Jestem  czarownikiem!"  Pewnie 

pomyślałby, że Karol zwariował. Dziwne, że Simon nie zniknął. Karol ssał palec i zastanawiał się 
nad  tym.  Z  pewnością  dostatecznie  nienawidził  Simona.  Pana  Wentwortha  właściwie  nie 
nienawidził...  najwyżej  tak,  jak  się  nienawidzi  każdego  nauczyciela,  który  daje  ci  niezasłużony 
karny punkt. Może czary muszą być trochę kliniczne, żeby działać, jak należy. 
Potem Karol pomyślał o swoich innych kłopotach. Dwa karne punkty jednego dnia. Brak butów do 
biegania.  Brak  pieniędzy.  Pięćset  linijek  codziennie.  I  to  wszystko  bez  jego  winy!  Zresztą  to 
również nie jego wina, że urodził się czarownikiem. To było takie niesprawiedliwe! Żałował, że na 
domiar wszystkiego czuje się winny z powodu pana Wentwortha. „To boli, kiedy się palisz". 

Od  tego  miejsca  myśli  Karola  nieco  się  rozbiegły.  Później  uświadomił  sobie,  że  widocznie 

zasnął. Ale zapadł tylko w płytką, niespokojną drzemkę, podczas której myśli wciąż wirowały mu 
w  głowie  niczym  kółka  zepsutej  maszyny,  której  nie  można  wyłączyć.  I  wcale  nie  wiedział,  że 
zasnął. 

Zdawało  mu  się, że usiadł w  łóżku po dokładnym przemyśleniu całej  sprawy.  Wszystko było 

oczywiste. Był czarownikiem. Nie ośmielił się ujawnić. Zatem musiał znowu użyć czarów, żeby go 
nie  odkryto.  Innymi  słowy,  powinien  pójść  w  jakieś  prywatne  miejsce,  na  przykład  do toalety  na 
dole, i wywołać z nicości najpierw pana Wentwortha, a potem swoje buty do biegania. 

 

background image

33 

ROZDZIAŁ 6 

Karol wstał. Pamiętał, żeby założyć okulary. Nawet ułożył pościel tak, żeby wyglądała,  jakby 

ktoś  leżał  w  łóżku.  Widział  to  w  słabym  świetle  docierającym  z  korytarza.  Korzystając  z  tego 
światła,  przekradł  się  obok  śpiących  tobołków  pozostałych  chłopców.  Wyśliznął  się  na  korytarz, 
który w porównaniu z sypialnią wydawał się jasny jak w dzień. 

Z  następnej  sypialni  dochodziły  hałasy.  Karol  słyszał  szelesty  i  głuche  stuknięcia,  a  potem 

chichoty stłumione w pośpiechu. Przystanął. Sądząc po odgłosach, urządzano tam kolejną ucztę o 
północy. Stukały deski podłogi, które podnoszono, żeby się dostać do ukrytych zapasów jedzenia. 
Nie  najlepsza  pora  do  nocnych  wędrówek.  Gdyby  dyżurny  usłyszał  hałas,  przyłapałby  również 
Karola. 
Lecz korytarz pozostał pusty. Po chwili Karol odważył się ruszyć dalej. Przemknął przez korytarz i 
zszedł  w  czarną  otchłań  betonowych  schodów.  Było  zimno.  Kaloryfery,  i  tak  zawsze  chłodne, 
zakręcano  na  noc.  Chłód,  który  kąsał  bose  stopy  Karola  i  przenikał  przez  piżamę,  całkiem  go 
rozbudził.  Karol  zastanawiał  się,  czy  to  ból  palca  nie  pozwolił  mu  zasnąć.  Palec  pulsował  teraz 
równomiernie.  Karol  przyłożył  go  do  lodowatej  ściany  i  wymacu-jąc  stopami  kolejne  zimne 
stopnie,  próbował  zaplanować  dalsze  działania.  Oczywiście  najważniejsze  było  odzyskanie  pana 
Wentwortha -jeśli mu się uda. Ale potrzebował również butów do biegania. 

-    Poćwiczę  na  butach  -  wymamrotał  Karol.  -  Jeśli  je  odzyskam,  spróbuję  z  panem 

Wentworthem. 

Doczłapał  do  końca  schodów  i  skręcił  w  lewo,  w  stronę  toalet.  Znajdowały  się  za 

skrzyżowaniem  korytarzy,  na  końcu.  Właśnie  zbliżał  się  do  skrzyżowania,  kiedy  poprzeczny 
korytarz  wypełnił  się  mętnym,  ruchomym  światłem.  W  półmroku  zamajaczyła  jakaś  postać, 
wymachująca ogromną  latarką. Ruchomy  snop światła uchwycił  małe  białe stworzenie, drepczące 
za postacią. Woźny i jego pies robili obchód, żeby pilnować toalet przed wandalami. 

Karol zawrócił i na palcach umknął w drugą stronę. Korytarz wkrótce wypełnił się piskliwym 

ujadaniem, przenikliwym  jak zgrzyt kredy po tablicy. Pies go usłyszał.  Karol pobiegł. Za plecami 
słyszał krzyk woźnego: 

-  Kto tam?! 
Woźny  z  hałasem  nadciągał  korytarzem.  Karol  przyspieszył  kroku.  Minął  schody,  licząc,  że 

woźny pomyśli, że uciekł na górę, i biegł dalej z wyciągniętymi przed siebie ramionami, aż natrafił 
na  wahadłowe  drzwi.  Uchylił  je  ostrożnie,  prześliznął  się  na  drugą  stronę  i  przytrzymał  skrzydło 
drzwi, żeby nie stuknęło o framugę i nie zdradziło go. Potem czekał z nadzieją. 

Nic z tego. Woźny  nie dał  się  nabrać. Plama światła rozkwitła  na  szklanej tafli drzwi. Cienie 

poręczy schodów przesunęły się po niej i znikły, a światło nabierało mocy w miarę, jak woźny się 
zbliżał. 

Karol  puścił  drzwi  i  znowu  pobiegł,  tupiąc  po  ciemnych  korytarzach,  aż  zabrakło  mu  tchu  i  całkiem 

zabłądził.  Pozbył  się  woźnego,  ale  sam  się  zgubił.  Potem  skręcił  za  róg  i  zamrugał  w  pomarańczowym 
blasku  odległej  ulicznej  latarni,  wpadającym  przez  okno.  Obok  okna  zobaczył  wyraźnie  drzwi  świetlicy 
młodszych  chłopców.  Nawet  w  tym  nikłym  świetle  rozpoznał  ślady  kopniaków  na  dole  drzwi  i  pękniętą 
szybę  na  górze,  gdzie  Nirupam  Singh  próbował  uderzyć  Dana  Smitha  i  chybił.  Poczuł  się  jak  w  domu. 
Istniały gorsze miejsca do uprawiania magii, pomyślał. Otworzył drzwi i wśliznął się do środka. 

W słabym świetle ktoś odwrócił się do niego gwałtownie. 
Karol odskoczył do drzwi. Pisnął. Druga osoba też pisnęła. 
-  Kim jesteś? - zapytali jednocześnie. 
Potem  Karol  znalazł  wyłącznik.  Przesunął  go  w  górę,  a  potem  znowu  w  dół  jednym  szybkim  ruchem. 

To, co zobaczył, sprawiło, że oparł się o drzwi, oszołomiony i oślepiony przez zielone mroczki. Drugą osobą 
był  Brian  Wentworth.  Już  samo  to  było  dziwne.  Ale  co  jeszcze  dziwniejsze,  w  tym  krótkim  rozbłysku 
światła  Karol  wyraźnie  zobaczył,  że  Brian  płacze.  Brian,  jak  dobrze  wiedziano,  nigdy  nie  płakał. 
Wrzeszczał, piszczał i skomlał o litość, kiedy go bili, ale nigdy nie widziano, żeby uronił chociaż jedną łzę. 
Karol  bardzo  szybko  przeszedł  od  zdumienia  do  przerażenia.  Ponieważ  wyraźnie  musiało  się  zdarzyć  coś 
nadzwyczajnego, żeby doprowadzić Briana do płaczu - więc widocznie Brian odkrył, że jego ojciec zniknął 

background image

34 

w tajemniczy sposób. 

-  Zszedłem na dół, żeby wszystko naprawić - powiedział Karol ze skruchą. 
-   A co ty  możesz  zrobić? -  zapytał z ciemności  głos  Briana, zachrypły  i  zgrubiały  od płaczu.  - Tylko 

dlatego jesteś lepszy ode mnie, że patrzysz na ludzi „złym wzrokiem" i zostawiają cię w spokoju. Chciałbym 
mieć takie paskudne spojrzenie. Wtedy przestaliby się ciągle do mnie przyczepiać i ciągle mnie bić! 

Znowu zaczął płakać  głośnymi, urywanymi szlochami. Karol słyszał, jak płacz przesuwa się  na środek 

świetlicy, ale z początku nie widział Briana przez te zielone mroczki. Jakoś nie mógł uwierzyć, że Brian tak 
się  przejmował  biciem.  Tak  często  go  bito,  że  musiał  się  już  dawno  przyzwyczaić.  Po  chwili  dostrzegł,  że 
Brian przykucnął na środku betonowej podłogi. Karol podszedł i kucnął obok niego. 

-  Tylko o to ci chodzi? - zapytał ostrożnie. 
-  Tylko! - powtórzył Brian. - Tylko o to! Co jeszcze mają mi zrobić? Poszatkować na kawałki 

czy  jak?  Czasami  żałuję,  że  tego  nie  zrobili.  Wtedy  bym  nie  żył.  Nie  musiałbym  znosić  tych 
męczarni dzień po dniu, godzina po godzinie! Nienawidzę tej szkoły! 

-  Ja też - przyświadczył  Karol z uczuciem.  Wypowiedzenie tych słów  sprawiło  mu ogromną 

przyjemność,  ale  nie  pomogło  skierować  rozmowy  na  temat  zniknięcia  pana  Wentwortha.  Wziął 
głęboki oddech dla odwagi. - Ee... widziałeś swojego ojca? 

Brian przerwał mu niemal z krzykiem. 
-  Oczywiście, że widziałem się z moim magicznym ojcem! Chodzę do niego prawie codziennie 

i proszę, żeby pozwolił mi stąd odejść. Dzisiaj po południu też poszedłem go poprosić. Zapytałem, 
czemu nie mogę chodzić do szkoły Forest Road jak Stefan Towers, i wiesz, co mi odpowiedział? Że 
Forest  Road  to  prywatna  szkoła  i  nie  stać  go  na  nią.  Nie  stać  go! -  powtórzył  Brian  z  goryczą.  -
Pytam ciebie: czemu go nie stać,  jeśli pana Towersa stać? Na pewno zarabia dwa razy  więcej od 
pana Towersa. Założę się, że ma pensję niewiele mniejszą niż panna Cadwallader. I mówi, że go nie 
stać! 

Karol zastanowił się. Przypomniał sobie wytarty dywan i dziury w kapciach pana Wentwortha. 

Tak  wyglądała  bieda.  Albo  skąpstwo,  pomyślał.  Co  na  nowo  obudziło  w  nim  poczucie  winy.  Po 
zniknięciu pana Wentwortha Brian będzie musiał zostać na zawsze w Wieloborze. 

-  Ale widziałeś ojca od tamtego czasu? - zapytał. 
-  Nie - odparł Brian. - Powiedział, żebym nie przychodził do niego skomleć. 
I znowu zaczął płakać. 
Więc  Brian  jeszcze  nie  wiedział.  Karol  poczuł  ogromną  ulgę.  Miał  jeszcze  czas,  żeby 

sprowadzić  pana  Wentwortha  z  powrotem.  Ale  w  ten  sposób  tylko  sprawi,  że  Brian  dalej  będzie 
nieszczęśliwy.  Zdumiewało  to  Karola.  Brian  zawsze  wydawał  się  taki  odporny  i  dziarski,  jakby 
wcale się nie przejmował. 

Brian znowu mówił wśród szlochów: 
-    Cokolwiek  robię,  zawsze  na  mnie  napadają.  Nic  nie  poradzę,  że  mój  ojciec  jest  tutaj 

nauczycielem! Nic nie poradzę, że jestem dobry w różnych rzeczach! Nie prosiłem pana Brubecka, 
żeby  pozwolił  mi  wystąpić  solo.  On  sam  chciał.  Ale  oczywiście  ten  magiczny  Simon  Silverson 
uważa,  że  to  on  powinien  śpiewać.  Tego  najbardziej  nie  znoszę  -  rzucił  gwałtownie.  -  Że  każdy 
robi, co mu każe Simon Silverson. 

-  Ja też go nienawidzę - wyznał Karol. - Z całego serca. 
-    Och,  to  nieważne,  co  czujemy  -  burknął  Brian.  -  Słowo  Simona  jest  prawem.  To  jak  w  tej 

zabawie... no wiesz, kiedy musisz robić różne rzeczy, jeśli ci powiedzą: „Simon mówi". A kim on 
jest? Nadęty... 

-  Palant - podchwycił Karol - podlizujący się nauczycielom... 
-  Ze złotymi włosami i świętoszkowatą miną. Taki zadowolony z siebie. 
-  Właśnie - przyświadczył Karol. - Kopnie cię w tyłek i patrzy tak, jakby to była twoja wina, że 

noga mu się podniosła. 

Podobała mu się ta rozmowa. Ale przestała się podobać, kiedy Brian powiedział: 
-  Dzięki, że  ich powstrzymałeś dzisiaj wieczorem, kiedy  mnie  bili.  Co ci strzeliło do głowy, 

żeby  spalić  sobie  palec?  No,  na  Simonie  Silversonie  można  polegać,  że  oskubie  cię  z  forsy  za 

background image

35 

zwykłą świecę! - Zawahał się na sekundę i dodał: - Powinienem chyba zwrócić ci połowę. 

Karol ledwie si ę powstrzymał, żeby nie odskoczyć. To byłoby bardzo niegrzeczne. Ale co miał 

teraz  robić?  Brian  najwyraźniej  myślał,  że  Karol  zszedł  na  dół,  żeby  go  pocieszyć.  Pewnie 
spodziewał  się,  że  w  przyszłości  Karol  zostanie  jego  przyjacielem.  No,  zasłużyłem  sobie  na  to, 
pomyślał Karol. Taka jest nagroda za patrzenie Złym Okiem na cudzych ojców., Ale niezależnie od 
pana  Wentwortha,  niezależnie  od  faktu,  że  Brian  był  najgorszy  z  najgorszych  w  II  y,  nawet 
niezależnie od faktu, że Karol nie lubił Briana, wiedział, że teraz nie może się z nikim zaprzyjaźnić. 
Był czarownikiem. Każdy jego przyjaciel również mógł zostać aresztowany. 

-  Nie musisz mi niczego zwracać - oświadczył. - Nic mi nie jesteś winien. 
Brian przyjął to z widoczną ulgą. 
-  Więc zamiast tego coś ci powiem! - zawołał. - Mam  już dosyć tej szkoły. Jeśli ojciec  mnie 

stąd nie zabierze, ucieknę. 

-  Dokąd? - zapytał Karol. 
Jakiś  czas  temu  sam  myślał  o  ucieczce,  ale  odrzucił  ten  pomysł,  ponieważ  nie  miał  dokąd 

uciekać. 

-  Nie mam pojęcia - wyznał Brian. - Po prostu odejdę. 
-  Nie bądź głupi - ostrzegł Karol. Przynajmniej raz mógł się zachować jak przyjaciel. - Musisz 

to zaplanować, jak należy. Jeśli po prostu odejdziesz, wyślą za tobą psy tropiące i sprowadzą cię z 
powrotem. I wymierzą ci karę. 

-    Ale  ja  zwariuję,  jeśli  tutaj  zostanę!  -  zawołał  histerycznie  Brian.  Potem  zamyślił  się  na 

chwilę, szczękając zębami. - Chyba znalazłem sposób. 

Teraz  już  obaj  dygotali.  W  świetlicy  było  zimno.  Karol  zastanawiał  się,  jak  namówić  Briana, 

żeby  wrócił  do  łóżka  i  zostawił  go  samego.  Nic  nie  wymyślił.  Więc  dalej  kulili  się  na  betonowej 
podłodze, dopóki za pękniętymi drzwiami nie rozległo się nagle lekkie tupanie. Obaj podskoczyli. 

-  Pies woźnego - szepnął Karol. Brian zachichotał. 
-  Głupi zwierzak. Wygląda całkiem jak robótka na drutach Teresy. 
Karol, zanim zdołał się powstrzymać, wybuchnął piskliwym śmiechem. 
-  Naprawdę! Naprawdę! 
-  Zamknij się! - syknął Brian. - Woźny idzie! Rzeczywiście przez pękniętą szybę w drzwiach 

przeświecało 

mętne światło latarki. Pies za drzwiami zaczął wściekle ujadać. Wiedział, że tam są. 
Brian i Karol zerwali się z podłogi i uciekli przez drugie drzwi. Zaledwie zamknęły się za nimi 

ze  stuknięciem,  pęknięte  drzwi  otworzyły  się  i  pusta  świetlica  rozbrzmiała  echem  zajadłego 
szczekania.  Karol  bez  słowa  pobiegł  w  jedną  stronę,  a  Brian  w  drugą.  Dokąd  uciekł  Brian,  tego 
Karol nie wiedział. Za nim otworzyły się drugie drzwi. Usłyszał tupot drobnych nóżek. Przytrzymał 
okulary na nosie i zmykał co sił w nogach. Zupełnie jak wtedy z seniorami w zagajniku. Dlaczego 
wszyscy go ścigają? Śmierdział czarami czy co? 

Znalazł drzwi prowadzące na zewnątrz, ale zamknięte na klucz. Biegł przed siebie. Słyszał, jak 

daleko z tyłu woźny wrzeszczy na psa, żeby wracał. Pies się zawahał. Karol, teraz już przerażony, 
przyspieszył i wpadł w pierwsze napotkane drzwi. 

Za  drzwiami  wyczuł  wielką,  zimną  przestrzeń.  Ostrożnie  zrobił  kilka  kroków  i  ze  szczękiem 

uderzył  stopą  w  rząd  stalowych  krzeseł.  Zamarł  w  miejscu  i  czekał,  aż  go  nakryją.  Początkowo 
słyszał  tylko  pulsowanie  krwi  w  uszach.  Potem  skądś  z  daleka  doleciało  do  niego  ujadanie.  Pies 
chyba  zgubił  trop.  Jednocześnie  Karol  odkrył,  że  wysoko  ponad  krzesłami  widzi  słabe  zarysy 
wielkich okien. Znalazł się w szkolnej auli. 

Przyszło mu do głowy, że nie znajdzie lepszej okazji. Lepiej natychmiast wywołać swoje buty. 

Nie...  mniejsza  o  buty.  Pan  Wentworth  był  znacznie  pilniejszy.  Sprowadzi  pana  Wentwortha,  a 
kiedy pan Wentworth się pojawi, może Karol wtrąci słówko za Brianem. 
Dopiero  wtedy  Karol  uświadomił  sobie,  że  nie  ośmieli  się  sprowadzić  z  powrotem  pana 
Wentwortha.  Nawet  jeśli  pan  Wentworth  nie  wiedział,  kto  spowodował  jego  zniknięcie, 

background image

36 

dowiedziałby się natychmiast, gdyby wrócił i ujrzał Karola. 

-  Na płonące czarownice! - jęknął Karol. - Czemu o tym nie pomyślałem? 
Pies,  niezbyt  daleko,  znowu  zaszczekał.  Ścigany  i  niezdecydowany  Karol,  szurając  nogami, 

przesunął  się  do  przodu  i  wpadł  na  więcej  krzeseł.  Znalazł  się  w  prawdziwym  labiryncie  krzeseł. 
Stanął i próbował się zastanowić. 

Nadal  mogę  odzyskać  buty,  pomyślał.  Powie,  że  lunatykował  ze  zmartwienia  o  swoje  buty, 

kiedy woźny go znajdzie. Niepewnie podniósł oba ramiona. Pies wyraźnie znowu się zbliżał. 

-    Buty  -  powiedział  Karol  pospiesznie,  głosem  zachrypłym  ze  strachu,  zimna  i  zmęczenia. - 

Buty. Przyjdźcie do mnie. Hej, presto. Abrakadabra. Buty, mówię! 

Pies  znajdował  się  już  prawie  za  drzwiami  auli.  Karol  wykonał  gesty  przyciągania,  a  potem 

skrzyżował ręce na piersi. 

-  Buty! 
Coś,  co  sądząc  po odgłosie  mogło  być  butem,  upadło  na  krzesło  obok  niego.  Pomimo  psiego 

ujadania  Karol  uśmiechnął  się  radośnie.  Następny  but  upadł  po  drugiej  stronie.  Karol  wyciągnął 
ręce i szukał ich po omacku. Dwa następne spadły mu na głowę. Jeszcze kilka plasnęło o podłogę u 
jego  stóp.  Teraz  wszędzie  dookoła  słyszał  spadające  buty.  Zupełnie  jakby  lunął  na  niego  deszcz 
butów.  A  pies  drapał  teraz  do  drzwi  i  ujadał.  Gumowy  kalosz,  sądząc  po  dotyku,  uderzył  go  w 
ramię. Karol odwrócił się i ruszył pomiędzy krzesłami, potykając się o tenisówki, piłkarskie korki i 
sznurowane buciki, spadające wokół niego coraz gęściej. 

Woźny  dotarł  już  niemal  do  drzwi.  Karol  widział  blask  latarki  prześwitujący  przez  szybę. 

Pomógł mu znaleźć drogę. Ponieważ Karol wiedział, że teraz nie wykręci się żadnymi bzdurami o 
lunatykowaniu,  musiał  stąd  uciekać,  i  to  szybko.  Brnął  wśród  zamieci  kłapiących  butów, 
przedzierał się pomiędzy rzędami krzeseł, aż dotarł do bocznej ściany  i skoczył w drzwi, którymi 
zwykle wchodzili nauczyciele. 

Za tymi drzwiami ogarnęła go nieprzenikniona ciemność. Przypuszczał, że znalazł się w pokoju 

nauczycielskim,  ale  nie  miał  pewności.  Potykając  się,  z  rękami  wyciągniętymi  przed  sobą, 
półprzytomny  z  przerażenia,  przewrócił  się  o  stołek.  Kiedy  się  pozbierał,  przypomniała  mu  się 
druga  czarownica,  która  przechodziła  przez  ogród.  Powinienem  pomyśleć  o  niej  wcześniej, 
powiedział  sobie,  kiedy  wpadł  na  stos  książek.  Mówiła,  że  nie  można  czarować,  kiedy  się  jest 
przestraszonym.  Miała  rację.  Coś  poszło  bardzo  źle  tam  w  auli.  Widocznie,  pomyślał  Karol, 
wyplątując  się  z  jakiegoś  płaszcza,  potrzebne  jest  skupienie  i  zimna  krew,  żeby  czarować,  jak 
należy. Och, dzięki niebiosom! Znalazł drzwi. 

Karol  skoczył  w drzwi  i  znalazł  się  niedaleko głównych schodów. Popędził  w górę. Biegnąc, 

namacał  kciukiem  wielki,  bolesny  pęcherz  na  palcu  i  potarł  go  delikatnie.  Co  za  marnotrawstwo! 
Co za strata pieniędzy! Oparzony palec chyba niczego go nie nauczył. A oto piękna, zapraszająca, 
zielona nocna lampka w korytarzu prowadzącym do sypialni. Już niedaleko. 

Karol  nie  pamiętał,  jak  się  położył  do  łóżka.  Ostatnia  świadoma  myśl  dotyczyła  Briana  -  czy 

wrócił, czy też od razu wykonał plan ucieczki. Kiedy brzękliwy dzwonek wyrwał Karola ze snu o 
poranku, wydawało mu się, że spędził noc na podłodze sypialni obok łóżka Briana. Ale nie. Leżał 
we  własnym  łóżku.  Okulary  wisiały  zaczepione  na  poręczy.  Zaświtała  mu  nadzieja,  że  nocne 
wydarzenia tylko mu się przyśniły. Lecz zanim jeszcze rozbudził się na tyle, żeby usiąść i ziewnąć, 
sypialnie wypełniły oburzone głosy. 

-  Nie mogę znaleźć moich butów! 
-  Hej, gdzie się podziały wszystkie buty? 
-  Moich kapci też nie ma! 
Karol zdołał usiąść i usłyszał, jak Simon mówi: 
-  Zostałeś teraz złodziejem butów, Brian? 
Po czym niedbale, dobrodusznie trzepnął go po głowie, jakby sądził, że Briana nie stać na taką 

inicjatywę.  Brian  klęczał  na  łóżku  i  wydawał  się  równie  zaspany  jak  Karol.  Nie  odpowiedział 
Simonowi ani nie spojrzał na Karola. 

background image

37 

W sąsiedniej sypialni też zginęły buty. A po korytarzu szedł jakiś senior, krzycząc: 
-  Hej! Podwędziliście nam buty? 
Wszyscy się złościli. Wszyscy myśleli, że to jakiś głupi żart. Karol miał tylko nadzieję, że dalej 

będą  tak  myśleć.  Wszyscy  musieli  wyjść  bez  butów  i  ślizgali  się  w  skarpetkach.  Buty  Karola 
również zniknęły - cieszył się, że był taki przezorny - i właśnie naciągał drugą parę skarpetek, kiedy 
w  korytarzu  gruchnęła  plotka.  Jak  na  plotkę  była  dość  tajemnicza.  Nikt  nie  wiedział,  skąd  się 
wzięła. 

-  Musimy zejść do auli. Tam są wszystkie buty. 
Karol  przyłączył  się  do  ślizgającego  biegu  w  kierunku  auli.  Na  dole  do  tłumu  dołączyły 

wszystkie dziewczynki, również w skarpetkach, również zmierzające do auli. Naturalnie drzwi auli 
okupowali seniorzy. Wszyscy z niższych klas wysypali się na dziedziniec, żeby zajrzeć do środka 
przez okna. I wszyscy w pierwszej chwili skamienieli ze zgrozy. 

W  szkole  z  sześcioma  setkami  uczniów  jest  mnóstwo  butów.  Co  najmniej  tysiąc  dwieście, 

gdyby każdy miał tylko jedną parę. Ale w Wieloborze każdy musiał mieć specjalne buty niemal do 
każdego  zajęcia.  Należało  więc  dodać  do  tej  liczby  tenisówki,  kolce,  korki,  buty  treningowe, 
pantofle  do  tańca,  pantofle  gimnastyczne,  zapasowe  buty,  buty  wizytowe,  buty  do  hokeja, 
wellingtony i kalosze. W ten sposób liczba butów szybko przekroczy dziesięć tysięcy. 

A  jeśli  doda  się  do  tego  wszystkie  buty  personelu:  charakterystyczne  pantofle  panny 

Cadwallader  z  obcasami  jak  szpulki;  ekstraszerokie  obuwie  kucharki;  podkute  buciory  dozorcy; 
ręcznie robione zamszowe półbuty pana Crossleya; półbuty z dziurkami pana Brubecka; szesnaście 
par szpilek pielęgniarki; czyjeś purpurowe  futrzane  botki;  i  nawet stare buty do konnej  jazdy,  nie 
wspominając o wielu innych, otrzyma się naprawdę imponującą liczbę. 

Krzesła w auli ginęły pod monstrualną górą obuwia. 
Wśród ogólnego zdumienia rozległ się głos Teresy: 
-    Jeśli  ktoś  nam  zrobił  kawał,  nie  uważam  tego  za  zabawne.  Skarpetki  mam  całkiem 

zabłocone! 

Włożyła puszyste błękitne nocne skarpetki na szkolne podkolanówki. 
Potem  rozpętało  się  coś  w  rodzaju  wolnej  amerykanki.  Ludzie  pchali  się  drzwiami  i  oknami, 

ślizgali  się  na  stosach  butów,  chwytali  buty,  które  rozpoznali  jako  swoje -  albo  byle  jaką  parę  w 
odpowiednim rozmiarze. 

Dopóki nie zagrzmiał potężny głos: 
-  WYJŚĆ! WSZYSCY WYJŚĆ! ZOSTAWCIE TUTAJ TE BUTY! 
Karol został odepchnięty do tyłu przez znacznie powolniejszy tłum wychodzący z auli i musiał 

wyciągnąć szyję, żeby zobaczyć, kto krzyczał. 

To  był  pan  Wentworth.  Karol  tak  się  zdumiał,  że  zatrzymał  się  i  pozwolił,  żeby  jakiś  wir 

zepchnął  go  na  bok  tuż  przed  drzwiami  auli.  Stamtąd  wyraźnie  widział,  jak  pan  Wentworth 
obchodzi  dookoła  stertę  butów.  Nosił  zwykły  niechlujny  garnitur,  ale  stopy  miał  bose.  Poza  tym 
wyglądał  całkiem  normalnie.  Za  nim  chodził  pan  Crossley  w  jaskrawożółtych  skarpetkach  i  pan 
Brubeck z wielką dziurą na lewej pięcie. Za nimi szedł woźny. Za woźnym oczywiście dreptał pies 
woźnego, manifestacyjnie próbując unieść tylną nogę nad stertą butów. 

-    Nie  wiem,  kto to  zrobił!  -  protestował  woźny.  -  Ale  wiem,  że  jacyś  ludzie  przez  pół  nocy 

kręcili się po budynku. Pies prawie jednego złapał, właśnie tutaj w auli. 

-  Czy pan wszedł do środka i sprawdził pomieszczenie? - zapytał pan Wentworth. 
-  Drzwi były zamknięte - odparł woźny. - Myślałem, że na klucz. Pan Wentworth odwrócił się 

od niego z niesmakiem. 

-  Ktoś tutaj ciężko pracował przez całą noc - powiedział do pana Crossleya - a ten nawet nie 

zajrzał! 

83 

-  Myślałem, że jest zamknięte na klucz - powtórzył woźny. 
-  Och, zamknij się pan! - warknął pan Wentworth. -1 weź stąd psa, żeby nie sikał na ten but. 

background image

38 

To pantofel panny Cadwallader. 

Karol  wyśliznął  się  na  korytarz  i  starał  się  utrzymać  w  przyzwoitych  proporcjach  szeroki 

uśmiech na twarzy. Panu Wentworthowi nic się nie stało. Widocznie zeszłej nocy jednak wymknął 
się do łóżka, kiedy panna Hodge pytała  Karola o drogę. A co jeszcze  lepsze, wszyscy  myśleli, że 
buty pojawiły się w auli w całkiem naturalny sposób. Karol miał ochotę tańczyć i śpiewać. 

Ale obok pojawił się Dan Smith. Karol trochę się opamiętał. 
-  Hej - powiedział Dan. - Seniorzy cię złapali wczoraj wieczorem? 
-  Nie, uciekłem - odparł Karol niedbale. 
-  Musiałeś szybko przebierać nogami! - burknął Dan, ale w jego ustach to była pochwała. - Nie 

wiesz, kto zrobił ten numer z butami? - zapytał, pokazując głową w stronę auli. 

Karol z największą rozkoszą powiedziałby, że to on, i obserwował szacunek rosnący na twarzy 

Dana. Ale nie był aż taki głupi. 

-  Nie-odparł. 
-  Ja wiem - oznajmił Dan. - Założę się, że to czarownica z naszej klasy. 
Pan  Wentworth  pojawił  się  w  drzwiach  auli.  Tłum  wypełniający  korytarz  uciszył  się, 

posykując. 

-  Śniadanie będzie spóźnione - ogłosił pan Wentworth z bardzo udręczonym wyrazem twarzy. 

- Nie  możecie wymagać od personelu kuchennego, żeby pracował  bez  butów. Wszyscy  macie  iść 
do klas i tam czekać. Tymczasem nauczyciele i sześcioklasiści rozłożą wszystkie buty na głównym 
dziedzińcu. Kiedy  was zawołają... dopiero wtedy, zrozumiano?... wyjdziecie klasami  i odszukacie 
swoje buty. Teraz wszyscy wyjdą. Szósta klasa zostaje. 

Sk łębiony tłum niechętnie opuścił korytarz. Karol był tak zadowolony z siebie, że zaryzykował 

i uśmiechnął się do Briana. Ale Brian sennie wpatrywał się w ścianę i nic nie zauważył. Nie drgnął i 
nawet nie wrzasnął, kiedy Simon z roztargnieniem trzepnął go po głowie. 

- Gdzie jest Nan Pilgrim? - zapytał Simon ze śmiechem. -Zrobiła się niewidzialna? 
Nan  schodziła  ludziom  z  oczu.  Ukrywała  się  w  korytarzu  na  górze, obok  łazienek  dziewcząt. 

Stamtąd miała doskonały widok na dziedziniec pokryty niezliczonymi rzędami obuwia oraz panie z 
kuchni, drepczące na palcach wzdłuż rzędów w pończochach i szukające swoich roboczych butów. 
To jej nie rozbawiło. Delia Martin, przyjaciółka Teresy, i Karen Grigg, przyjaciółka Estelli, dały już 
wyraźnie do zrozumienia, że uważają to za sprawkę Nan. Fakt, że te dwie zwykle nie rozmawiały 
ze sobą ani z Nan, tylko pogarszał sytuację. 

 

background image

39 

ROZDZIAŁ 7 

Śniadanie było gotowe, zanim klasę II y wezwano, żeby odnalazła swoje buty. Teresa musiała 

przejść przez korytarze w swoich błękitnych nocnych skarpetkach. Do tej pory zrobiły się całkiem 
czarne, co ogromnie  ją zirytowało. Śniadanie  było tak spóźnione, że odwołano apel. Zamiast tego 
panna  Cadwallader  stanęła  przed  głównym  stołem,  z  twarzą  ściągniętą  niezadowoleniem  i  jedną 
stopą wyraźnie przemoczoną, i wygłosiła krótką mowę. 

- Ktoś w tej szkole zrobił wybitnie głupi kawał - oznajmiła gniewnie. - Sprawcy niewątpliwie 

uważają go za bardzo zabawny, ale do tej pory z pewnością zrozumieli, jak głupio i niehonorowo 
postąpili. Chcę, żeby teraz zachowali się honorowo. Chcę, żeby przyszli do mnie i się przyznali. I 
chcę,  żeby  każdy,  kto  coś  wie  albo  podejrzewa  w  tej  sprawie,  postąpił  równie  honorowo  i 
powiedział mi o tym. Będę w swoim gabinecie przez cały poranek. To wszystko. 

-    Co  jest  honorowego  -  zapytał  głośno  Nirupam,  kiedy  wszyscy  wstali  -  w  skarżeniu  na 

innych? 

Tym sposobem wyświadczył Nan przysługę, świadomie  lub  niechcący. Nikt w II y  nie chciał 

zasłużyć  na  miano  skarżypyty.  Nikt  nie  poszedł  do  panny  Cadwallader.  Zamiast  tego  wszyscy 
wyszli  na  dziedziniec,  gdzie  mżył  teraz  drobny  lodowaty  deszcz,  i  chodzili  wzdłuż  rzędów 
wilgotnego obuwia, szukając swoich butów. Nan również musiała pójść. 

-    O,  patrzcie!  Idzie  Arcyczarownica  Dulcynea!  -  zawołał  Simon.  -  Dlaczego  zabrałaś  też 

własne buty, Dulcyneo? Myślałaś, że to będzie wyglądało bardziej niewinnie, co? 

A Teresa powiedziała: 
-  Doprawdy, Nan! Zniszczyłam sobie skarpetki! To nie jest zabawne! 
-  Zrób teraz coś zabawnego, Nan - zaproponowała Karen Grigg. 
-  Pospieszcie się! - krzyknął pan Crossley spod osłony ganku. 
Każdy  natychmiast  zaczął  gorliwie  oglądać  buty.  Oprócz  Bria-na.  Brian  po  prostu  wędrował 

przed  siebie,  wpatrując  się  w  przestrzeń.  W  końcu  Nirupam  znalazł  jego  buty  i  wepchnął  w 
zwiotczałe ramiona Briana. 

-  Dobrze się czujesz? - zapytał go Nirupam. 
-  Kto? Ja? O tak - odpowiedział Brian. 
-  Na pewno? Jakoś dziwnie zezujesz jednym okiem - zauważył Nirupam. 
-    Zezuję?  -  powtórzył  z  roztargnieniem  Brian  i  odszedł.  Nirupam  gniewnie  odwrócił  się  do 

Simona: 

-  Chyba uderzyłeś go w głowę o jeden raz za dużo. 
Simon roześmiał' się trochę nieszczerze. Nirupam był od niego o głowę wyższy. 
-  Bzdura! W jego głowie nie ma się co zepsuć. 
-    No,  lepiej  uważaj  -  ostrzegł  go  Nirupam  i  powiedziałby  więcej,  ale  przerwał  mu  gniewny 

okrzyk Dana Smitha. 

-  Ktoś za to oberwie! - wrzeszczał Dan z wściekłą miną, bardzo blady po wczorajszej nocnej 

uczcie. - Dostane go, nawet jeśli to zaczarowany senior! Ktoś mi rąbnął buty do biegania! Nigdzie 
nie mogę ich znaleźć.                           , 

-  Poszukaj dokładnie jeszcze raz! - zawołał pan Crossley z ganku. 
Fakt pozostawał  faktem. Dan szukał we wszystkich rzędach, podobnie  jak  Karol, aż skarpetki 

im przemokły i włosy ociekały wilgocią, ale nie znaleźli ani kolców Karola, ani Dana. Tymczasem 
pozwolono również I x, z i y zabrać swoje buty, zanim deszcz całkiem je rozmoczy, i na dziedzińcu 
pozostały  tylko  trzy  futbolowe  korki  nie  do  pary,  buty  dojazdy  konnej  i  para  odblaskowych 
zielonych trampek, do których nikt się nie przyznawał. 

Dan  wciąż  wygłaszał  straszliwe  pogróżki,  toteż  Karol  cieszył  się,  że  Dan  nie  posądzał  go  o 

jakiś związek z tą sprawą. 

Ale to oznaczało, że Karol musiał pójść do pana Towersa i wyznać, że nadal nie znalazł swoich 

butów  do  biegania.  Miał  już  tego  dość,  kiedy  stał  ociekając  deszczem  przed  drzwiami  pokoju 
nauczycielskiego. Po tylu kłopotach! 

background image

40 

-    Naprawdę  szukałem,  proszę  pana  -  zapewnił  pana  Towersa.  Pan  Towers  zerknął  na  mokre 

włosy Karola i okulary upstrzone 

kroplami wilgoci. 
-  Każdy może stanąć na deszczu - oświadczył. - Płacisz za nowe czy piszesz linijki? 
-  Pi^zę - odparł Karol z zaciętą miną. 
-    Więc  zostajesz  po  lekcjach  co  wieczór  aż  do Gwiazdki -  oznajmił  pan  Towers  z  widoczną 

przyjemnością. - Czekaj. 

Cofnął się do pokoju nauczycielskiego i wrócił, niosąc grubą starą książkę. 
-  Masz - powiedział  i wręczył książkę Karolowi. - Co wieczór przepisz z niej pięćset linijek. 

To ci pokaże, jaki naprawdę powinien być uczeń. Kiedy wszystko przepiszesz, dam ci drugą część. 

Karol stanął przed pokojem nauczycielskim i obejrzał książkę. Nosiła tytuł: Największy zuch w 

szkole.  Cuchnęła  stęchlizną.  W  środku  stronice  były  wystrzępione  i  pożółkłe.  Pierwsza  linijka 
tekstu  brzmiała:  „Ale  bycza  zabawa!  -  wykrzyknął  Watts  Młodszy.  -  Dzisiaj  po  południu  robimy 
młyn!" 

Karol przeniósł wzrok na obrzmiały, przezroczysty i bezużyteczny bąbel na palcu i poczuł się 

fatalnie. 

-  Zaczarowane piekło - burknął. 
-  Dzień dobry, Karolu - powiedziała panna Hodge, lekkim krokiem zmierzając w stronę pokoju 

nauczycielskiego,  świeżutka  i  niczego  nieświadoma.  -  To  wygląda  na  ładną  starą  książkę.  Cieszę 
się, że wreszcie poważnie zabrałeś się do czytania. 

Ciężkie  dwulufowe  spojrzenie  Karola  wprawiło  ją  w  najwyższe  zakłopotanie.  Co  za  zmienny 

chłopiec!  -  pomyślała,  starannie  zdejmując  płaszcz  przeciwdeszczowy.  Ponownie  się  zdumiała, 
kiedy  w  pokoju  nauczycielskim  zastała  spore  zamieszanie  oraz  stertę  obuwia  na  środku.  Na 
szczęście  zobaczyła  również  pana  Wentwortha,  który  właśnie  wychodził  w  pośpiechu.  Panna 
Hodge zastąpiła mu drogę. 

-  Och, panie Wentworth, chcę przeprosić za to oskarżenie Karola Morgana. 
Postąpiłam  bardzo  wielkodusznie,  pomyślała,  chociaż  Karol  przed  chwilą  tak  na  mnie 

popatrzył. Uśmiechnęła się wspaniałomyślnie do pana Wentwortha. 

Ku jej irytacji pan Wentworth rzucił tylko: „Miło mi to słyszeć" i dość niegrzecznie odsunął ją 

na bok. Ale przecież miał tyle na głowie, pomyślała panna Hodge, kiedy pan Crossley opowiedział 
jej z przejęciem o butach. Nie żywiła urazy do pana Wentwortha. Pozbierała książki - z nieznanych 
przyczyn rozsypane po całej podłodze - i wyszła na następną lekcję angielskiego do II y. 

Zjawiła się, kiedy Simon Silverson trzymał wysoko w górze Największego zucha w szkole. 
-  Posłuchajcie tego! - zawołał. -  „Pęczniejąc z dumy,  Watts Młodszy spojrzał w oczy  swego 

jedynego prawdziwego przyjaciela. Oto był chłopiec, który nie miał sobie równych, czysty ciałem i 
duchem..." 

Teresa i Delia wyły ze śmiechu, kryjąc twarze w swoich robótkach. Karol miał w oczach mord. 
-  Doprawdy, Simonie! - skarciła go panna Hodge. - To niegodziwie z twojej strony. 
Simon popatrzył na nią ze zdumieniem. Wiedział, że nigdy nie popełnił żadnego niegodziwego 

uczynku. 

-  Ale, Karolu - dodała panna Hodge - sądzę, że dość niefortunnie wybrałeś sobie lekturę. 
Po  raz  drugi  tego  dnia  Karol  skierował  na  nią  paskudne  spojrzenie.  Panna  Hodge  aż  się 

wzdrygnęła.  Doprawdy,  gdyby  nie  wiedziała,  że  w  gruncie  rzeczy  Karol  jest  miłym  chłopcem,  to 
spojrzenie kazałoby jej poważnie pomyśleć o Złym Oku. 

Nirupam podniósł długie ramię. 
-  Czy dzisiaj też będziemy odgrywać sztuki? - zapytał z nadzieją. 
-    Nie,  nie  będziemy  -  zaprzeczyła  nader  stanowczo  panna  Hodge.  -  Wyjmijcie  podręczniki 

poezji. 

Lekcja i reszta poranka wlokły się ospale. Teresa skończyła drugi niemowlęcy bucik i nabrała 

oczka  na  kaftanik.  Estella  zrobiła  całkiem  sporo  czepeczka.  Brian  przestał  gapić  się  w  ścianę  i 

background image

41 

najwyraźniej  dostał  gwałtownego  napadu  pracowitości.  Za  każdym  razem,  kiedy  ktoś  na  niego 
spojrzał, gryzmolił wściekle w zeszycie. 

Karol siedział i dumał. Własne odczucia trochę go dziwiły. Teraz już wcale się nie bał. Całkiem 

spokojnie przyjmował fakt, że jest czarownikiem. W końcu nikt nic nie zauważył. Wszyscy myśleli, 
że  czarownicą  jest  Nan  Pilgrim,  z  powodu  jej  imienia,  co  w  pełni  odpowiadało  Karolowi. 
Najdziwniejsze jednak, że przestał się przejmować czarownikiem, którego widział na stosie. 

Próbował go sobie przypomnieć, z początku ostrożnie, potem zuchwale, kiedy się zorientował, 

że  już się tym  nie gryzie. Potem pomyślał o czarownicy, która przelazła przez  mur. Żadne z tych 
wspomnień już mu nie sprawiało przykrości. Należały do przeszłości; odeszły. Zupełnie jakby ząb 
go bolał  i  nagle przestał. Z  nowym poczuciem  spokoju  Karol zrozumiał, co  jego umysł od dawna 
próbował mu przekazać: że on też wyrośnie na czarownika. Teraz, odkąd wiedział, przestało go to 
dręczyć. 

Potem,  żeby  sprawdzić,  czy  się  przestraszy,  pomyślał  o  inkwizytorach.  „To  boli,  kiedy  się 

palisz",  powtórzył  w  myślach  i  popatrzył  na  swój  nabrzmiały  bąbel.  Jednak  czegoś  się  nauczył. 
Tego: Nie daj się złapać. 

Dobrze,  pomyślał  Karol.  I  zajął  się  planowaniem,  co  zrobi  Si-monowi  SiWersonowi.  Dan 

Smith  w  drugiej  kolejności,  ale  Simon  zdecydowanie  pójdzie  na  pierwszy  ogień.  Co  mógł  zrobić 
Simono-wi, żeby sobie odbić kieszonkowe prawie z całego semestru? Trudna sprawa. To musi być 
coś dostatecznie złego, ale bez żadnego związku z Karolem. Początkowo utknął w miejscu. Chciał 
stworzyć dzieło sztuki. Chciał, żeby Simon cierpiał. Chciał, żeby wszyscy o tym wiedzieli, ale nie 
wiedzieli, że to sprawka Karola. Co mógł zrobić? 

Ostatnią  lekcją  przed  lunchem  był  codzienny  WF.  Dzisiaj  z  kolei  chłopcy  ćwiczyli  w  sali 

gimnastycznej. Musieli również wspinać się po linach. *Karol usiadł przy drabinkach i udawał, że 
zawiązuje  trampek.  W  przeciwieństwie  do  Nan  potrafił  wspiąć  się  po  linie,  jeśli  chciał,  ale  nie 
chciał. Chciał siedzieć  i obmyślać zemstę na Simonie. Simon oczywiście  jako  jeden z pierwszych 
znalazł się pod sufitem. Zobaczył Karola i krzyknął coś z góry. W rezultacie ktoś z II z podszedł i 
szturchnął Karola w plecy. 

-  Simon mówi, żebyś przestał się obijać. 
-  Simon mówi, tak? - mruknął Karol. 

Wstał.  Doznał  natchnienia.  Zainspirowało  go  coś,  co  Brian  powiedział  wczoraj  wieczorem.  Ta 
zabawa,  „Simon  mówi".  Załóżmy,  że  to  nie  zabawa.  Załóżmy,  że  wszystko,  co  Simon  powie, 
naprawdę  się  spełnia.  W  najgorszym  przypadku  to  będzie  bardzo  zabawne.  W  najlepszym  ludzie 
mogą nawet pomyśleć, że Simon jest czarownikiem. 

Karol  wspiął  się  po  linie.  Podciągał  się  zręcznie,  dokładnie  i  powoli,  żeby  dalej  myśleć. 

Oczywiście  nie  mógł  stanąć  obok  Simona,  żeby  rzucić  na  niego  zaklęcie.  Ktoś  by  zauważył.  Ale 
instynkt  podpowiadał  Karolowi,  że  tego  rodzaju  czarów  nie  można  rzucać  na  odległość.  To  zbyt 
silna, zbyt osobista magia. Żeby bezpiecznie wykonać swój plan, potrzebował czegoś, co nie było 
samym Simonem, ale należało do niego tak nieodłącznie, że zaklęcie rzucone na tę rzecz podziała 
również na samego Simona - potrzebował kawałka Simona. 

Jakie ruchome części miał Simon? Zęby, paznokcie, włosy? Przecież nie podejdzie do Simona i 

nie  wyrwie  mu  garści  włosów!  Zaraz.  Włosy.  Simon  czesał  się  dzisiaj  rano.  Przy  odrobinie 
szczęścia trochę włosów zostało na jego grzebieniu. 

Karol radośnie zsunął się po linie - tak szybko, że znowu sobie przypomniał, że to boli, kiedy 

się palisz. Musiał dmuchać na dłonie dla ochłody. Po lunchu nadejdzie odpowiednia chwila. Wtedy 
mógł się wśliznąć do sypialni. 

Nan  również  miała  plany  na  tę  porę.  Przy  lunchu  zdołała  się  wymknąć  Karen  Grigg  i  Delii 

Martin,  ponieważ  usiadła  przy  stole  ze  znacznie  starszymi  dziewczynami,  które  jakby  jej  nie 
zauważały.  Górowały  nad  nią  i  rozmawiały  o  własnych  sprawach.  Jedzenie  było  niemal  równie 
okropne jak wczoraj, ale Nan nie miała ochoty go opisywać. Miała raczej ochotę umrzeć. 

Potem przyszło jej do głowy, że jeśli ktoś z II y powie nauczycielowi, że Nan jest czarownicą, 

background image

42 

umrze  całkiem  niedługo.  Wtedy  zrozumiała,  że  wcale  nie  pragnie  śmierci.  Od  razu  poczuła  się 
lepiej. Przecież nikt  jeszcze  nie poszedł  na skargę do nauczyciela.  „To tylko ich zwykła głupota - 
powiedziała  sobie Nan. - Do świąt o wszystkim zapomną. Muszę tylko schodzić  im z oczu do tej 
pory". 

Zgodnie z tym, po lunchu Nan wyniknęła się na górę, żeby znowu zaczaić się w korytarzu obok 

łazienek  dziewcząt.  Lecz  Karen  Grigg  miała  ją  na  oku.  Ona  i  Teresa  pojawiły  się  przed  Nan  w 
korytarzu.  Nan  odwróciła  się  do  ucieczki  i  zobaczyła,  że  Delia  i  inne  dziewczynki  nadchodzą  z 
drugiej strony. 

-  Wejdźmy do łazienki - zaproponowała Teresa. - Chcemy cię o coś zapytać, Nan. 
Nan  domyślała  się,  że  czeka  ją  ciężka  próba.  Przez  chwilę  wahała  się,  czy  nie  zaatakować 

bykiem Teresy i Karen, żeby się uwolnić. Ale wieczorem dopadną ją w sypialni. Lepiej to mieć za 
sobą. 

-  OK - rzuciła i bez pośpiechu weszła do łazienki, jakby wcale jej nie zależało. 
Niemal w tej samej chwili Karol zakradał się do sypialni chłopców. Łóżka stały niczym rzędy 

opustoszałych lodowców, białe, czyste i zimne, każde z białą szafeczką obok. Karol pospieszył do 
szafki  Simona.  Zamknięta  na  klucz.  Simon  cierpiał  na  przymus  zamykania.  Nawet  przy  zegarku 
nosił mały kluczyk, żeby go zamykać na nadgarstku. 

Karol jednak nie pozwolił się zniechęcić. Władczo wyciągnął rękę do zamkniętych drzwiczek. 
-  Grzebień - powiedział. - Abrakadabra. 
Grzebień  Simona  wysunął  się  z  białej  drewnianej  powierzchni  niczym  ryba  wypływająca  z 

mleka i wskoczył Karolowi prosto do ręki. Pięknie. Co jeszcze lepsze, pomiędzy zębami grzebienia 
tkwiły  trzy  złociste,  kręcone  włosy  Simona.  Karol  zdjął  je  starannie.  Przytrzymał  włosy  dwoma 
palcami lewej ręki i starannie przesunął je między kciukiem i palcem wskazującym prawej dłoni. Z 
góry na dół. I jeszcze raz. Od końca do końca. 

-    Simon  mówi  -  szepnął  do  nich.  -  Simon  mówi,  Simon  mówi.  Cokolwiek  Simon  powie,  to 

prawda. 

Po  jakiejś  minucie,  kiedy  powtórzył  to  wystarczająco  wiele  razy  i  miał  przeczucie,  że  czar 

powinien  zadziałać,  starannie  nawinął  włosy  z  powrotem  na  grzebień.  Nie  zamierzał  zostawić 
żadnych  dowodów  świadczących  przeciwko  niemu.  Właśnie  skończył,  kiedy  Brian  powiedział  za 
jego plecami: 

-  Potrzebuję twojej pomocy, Karolu. 
Karol podskoczył, jakby Brian do niego strzelił. Nachylił się w panice, żeby ukryć grzebień, i z 

rozpaczliwym pośpiechem popchnął go w stronę szafki. Ku jego zdumieniu grzebień wsunął się do 
środka, tym razem nie jak ryba - raczej jak grzebień wpychany w drzwi - ale w końcu przeszedł. 

-  Czego chcesz? - zapytał niegrzecznie Karol. 
-  Zaprowadź mnie do pielęgniarki w izbie chorych - poprosił Brian. 
W  szkole  panowała  zasada,  że  uczeń,  który  poczuł  się  chory,  musiał  znaleźć  innego  ucznia, 

żeby  zaprowadził  go  do  pielęgniarki.  Wprowadzono  ten  przepis,  ponieważ  przedtem  do  izby 
chorych ciągle się pchali zdrowi uczniowie, żeby sobie załatwić zwolnienie na popołudnie. Pomysł 
polegał  na  tym,  że  nie  można  oszukać  przyjaciół.  Nie  bardzo  się  sprawdzał.  Na  przykład  Karen 
zabierała  Estellę  Green  do  pielęgniarki  co  najmniej  dwa  razy  w  tygodniu.  Na  ile  Karol  mógł 
stwierdzić, Brian wyglądał jak zwykle, dziarski i różowy. 

-  Moim zdaniem nie wyglądasz na chorego - oświadczył. Chciał znaleźć Simona i sprawdzić, 

czy zaklęcie działa. 

-  Co powiesz na to? - zapytał Brian. 
Ku  zdumieniu  Karola  nagle  zbladł.  Zagapił  się  na  ścianę  pustym  wzrokiem,  z  jednym  okiem 

lekko zezującym do środka. 

-  To jest to - oznajmił. - Nie wyglądam jak zahipnotyzowany? 
-    Wyglądasz,  jakbyś  oberwał  po  głowie  -  odparł  brutalnie  Karol.  -  Niech  Nirupam  cię 

zaprowadzi. 

background image

43 

-    Opiekował  się  mną  rano  -  wyjaśnił  Brian.  -  Chcę  mieć  możliwie  jak  najwięcej  świadków. 

Pomogłem ci wczoraj w nocy. Teraz ty mi pomóż. 

-  Wczoraj nie pomogłeś - zaprzeczył Karol. 
-  Właśnie że tak - upierał się Brian. - Poszedłeś spać na podłodze obok mojego łóżka. Położyłem cię do 

twojego łóżka. Nawet zawiesiłem okulary na poręczy. 

I popatrzył znacząco na Karola. 
Karol  odwzajemnił  spojrzenie.  Brian  był  taki  mały  i  chudy,  aż  nie  chciało  się  wierzyć,  żeby  kogoś 

podniósł  i  położył  do  łóżka.  Ale  wierzył  czy  nie,  Karol  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  ma  wyboru.  Brian 
przyłożył mu nóż do gardła. Wiedział, że Karol wstawał w nocy. Przyłapał go z grzebieniem Simona w ręku. 
Karol nie rozumiał, dlaczego Brian chce iść do pielęgniarki, ale to już jego sprawa. 

-  No dobrze - ustąpił. - Zaprowadzę cię. 
W łazience po drugiej stronie dziedzińca dziewczynki skupiły się wokół Nan. 
-  Gdzie jest Estella? - zapytała Teresa. 
-  Pilnuje za drzwiami - odparła Karen. - Nic więcej nie chciała zrobić. 
-  O co wam chodzi? - rzuciła agresywnie Nan. 
-  Chcemy, żebyś zrobiła jakiś czar - oznajmiła Teresa. - Tutaj, żebyśmy mogły zobaczyć. Żadna z nas 

jeszcze nigdy nie widziała czarów. A wiemy, że ty umiesz czarować. No, śmiało. Nie wydamy cię. 

Pozostałe dziewczynki przyłączyły się: 
-  Zgódź się, Nan. Nikomu nie powiemy. 
Łazienka była miejscem publicznym. Stało tam sześć wanien w szeregu. Dziewczynki napierały na Nan, 

która cofnęła się pomiędzy dwie wanny. Najwyraźniej o to im chodziło. Delia powiedziała: 

-  Teraz dobrze. Heather powiedziała: 
-  Wyjmijcie ją. 

Karen pochyliła się i wyciągnęła spod wanny po lewej stronie starą miotłę dozorcy. Julia i Debora chwyciły 
ją  i  położyły  w  poprzek 

na  wannach,  żeby  zagradzała  drogę  Nan.  Nan  popatrzyła  na  miotłę  i  na 

dziewczynki. 

-  Chcemy, żebyś na nią wsiadła i latała - wyjaśniła Teresa. 
-  Wszyscy wiedzą, że czarownice latają na miotłach - dodała Karen. 
-  Prosimy cię grzecznie - zakończyła Teresa. 
Typowe  podwójne  myślenie  Teresy,  stwierdziła  gniewnie  Nan.  Wcale  nie  prosiła  grzecznie. 

Uśmiechała  się  szyderczo.  Ale  gdyby  później  ją  zapytano,  odpowiedziałaby  z  całkowitym 
przekonaniem, że była bardzo uprzejma. 

-  Jeśli  się  nie zgodzisz,  i tak  możemy udowodnić, że  jesteś czarownicą - ostrzegła uprzejmie 

Teresa. 

-    Tak,  wszyscy  wiedzą,  że  czarownice  nie  toną  -  parsknęła  Delia.  -  Można  je  trzymać  pod 

wodą i nie umierają. 

Na ten sygnał Karen przechyliła się i włożyła zatyczkę do najbliższej wanny. Heather odkręciła 

kran z zimną wodą, tylko trochę, żeby pokazać Nan, że nie żartują. 

-  Wiecie doskonale - broniła się Nan - że nie jestem czarownicą i nie umiem latać na miotle. 

To tylko pretekst, żeby mi dokuczać! 

-  Dokuczać? - zdziwiła się Teresa. - Kto komu dokucza? Prosimy cię bardzo grzecznie, żebyś 

polatała na miotle. 

Za jej plecami woda z kranu ciurkała do wanny. 
-    Możesz  sprowadzić  tutaj  znowu  te  wszystkie  buty,  jeśli  wolisz  -  zaproponowała  Delia.  - 

Wszystko nam jedno, co zrobisz. 

-  Ale coś musisz zrobić - oświadczyła Karen. - Inaczej weźmiesz długą, głęboką, zimną kąpiel 

w ubraniu. 

Nan  tak  się  zdenerwowała,  że  przełożyła  jedną  nogę  przez  miotłę,  żeby  dosięgnąć  Karen.  Na 

ten widok Teresa podskoczyła z radości i zachichotała. 

-  Och, ona będzie latać! 
Reszta dziewczynek przyłączyła się do niej. 
-  Ona poleci na miotle! Leć, Nan! 

background image

44 

Bardzo czerwona Nan stanęła okrakiem nad miotłą i wyjaśniła: 
-  Nie będę latać. Nie potrafię latać. Wiecie, że nie umiem. Patrzcie. Popatrzcie na mnie. Siedzę 

na miotle. 

Nierozsądnie  usiadła,  co  okazało  się  tak  niewygodne,  że  musiała  szybko  się  podnieść.  To 

ogromnie rozbawiło widownię. Jeszcze bardziej rozgniewana Nan zawołała: 

-  Jak mam latać na miotle?! Nie umiem nawet wspiąć się po linie! 
Wiedziały o tym. Pokładały się ze śmiechu, kiedy do łazienki wpadła Estella, wołając: 
-  Chodźcie popatrzeć, chodźcie popatrzeć! Zobaczcie, co robi Simon SiWerson! 
Dziewczynki popędziły galopem do drzwi, żeby wyjrzeć przez okna w korytarzu. Nan usłyszała 

okrzyki: 

-  Wielkie nieba! Tylko popatrzcie! 
Po czym nastąpił kolejny masowy galop na dziedziniec. Nan, pozostawiona samej sobie, tkwiła 

okrakiem nad miotłą opartą na dwóch wannach. 

-    Dzięki  niebiosom!  -  powiedziała  najpierw.  Mało  jej  już  brakowało  do  płaczu.  -  Głupie 

dziewuchy! - dodała następnie. - Jakbym  mogła  na tym  latać?!  Wystarczy spojrzeć! - Szturchnęła 
miotłę. - Zwykła starą miotła! 

Potem spostrzegła, że woda wciąż ciurka do wanny za jej plecami. Przechyliła się do tyłu i na 

bok i zakręciła kran. 

Właśnie ten moment wybrała stara miotła, żeby wznieść się ostro do sufitu. 
Nan zapiszczała,. Nagle zawisła głową w dół nad wanną pełną zimnej wody. Miotła zatoczyła 

się lekko pod jej ciężarem, ale wciąż się wznosiła, kołysząc się dokładnie nad wanną. Nan z całej 
siły zgięła nogi na sękatym kiju i wplotła palce jednej ręki w przerzedzony wiecheć gałązek. Miotła 
dotarła  do  sufitu  i  ustawiła  się  poziomo.  Nan  nie  miała  miejsca,  żeby  wdrapać  się  na  kij,  nawet 
gdyby  dysponowała  potrzebnymi  mięśniami.  Od  wiszenia  do  góry  nogami  krew  łomotała  jej  w 
uszach, ale Nan nie odważyła się puścić. 

-  Przestań! - pisnęła do miotły. - Proszę! 
Miotła  nie  zwróciła  na  to  uwagi.  Po  prostu  kontynuowała  uroczysty,  koślawy,  chwiejny  lot 

dookoła łazienki, z Nan uczepioną desperacko pod spodem i zerkającą ze strachem na twarde, białe 
kafelki daleko w dole. 

-  Dobrze, że to się nie stało, zanim one wyszły! - wysapała. -Na pewno wyglądam jak idiotka! 
Zaczęła się śmiać. Wyglądała tak głupio. 
-  Opuść się na dół - poprosiła miotłę. - Ktoś może tu wejść. Miotła chyba wzięła to sobie do 

serca. Wzdrygnęła się lekko 

i  lotem  pikowym  poszybowała  w  kierunku  podłogi.  Gdy  tylko  podłoga  zbliżyła  się 

dostatecznie, Nan chwyciła kij obiema rękami i spróbowała odczepić nogi. Błąd. Miotła ponownie 
uniosła się ostro w górę i zawisła na wysokości, skąd Nan nie odważyła się spaść. Ale ręce jej się 
zmęczyły  i  musiała  coś  zrobić.  Wijąc  się  i  wykręcając,  wwindowała  się  na  górę  i  położyła  mniej 
więcej równo na sękatym kiju. Dysząc, zaczepiła stopy o pęk gałązek. Z góry widziała rząd wanien. 

Co teraz powinna zrobić? Ta miotła chyba się uparła, żeby służyć za wierzchowca. Wydawała 

się trochę smutna. Kiedyś, dawno temu latano na niej i odtąd tęskniła za swoją czarownicą. 

-  No to w porządku - powiedziała do niej  Nan. - Teraz naprawdę boję się na tobie  latać. Nie 

rozumiesz?  To  nielegalne.  Ale  jeśli  przyrzeknę,  że  polecimy  razem  dzisiaj  w  nocy,  pozwolisz  mi 
zejść? 

Miotła jakby się zawahała - dosłownie i w przenośni. 
-  Przysi ęgam -jęknęła Nan. - Posłuchaj, coś ci powiem. Zanieś mnie przez korytarz do naszej 

sypialni. Przynajmniej trochę się przelecisz. Potem schowasz się na szafie z tyłu. Nikt cię tam nie 
zobaczy. A ja obiecuję, że wyjmę cię w nocy. Co ty na to? 

Chociaż miotła nie umiała mówić, wyraziła zdecydowane „tak!" Odwróciła się i zanurkowała w 

drzwi  łazienki  radosnym  ślizgiem,  od  którego  Nan  zrobiło  się  niedobrze.  Potem  pomknęła 
korytarzem.  Nan  musiała  zamknąć  oczy,  żeby  nie  widzieć  migających  ścian.  Miotła  wykonała 

background image

45 

mrożący krew w żyłach skręt do sypialni. Tam zahamowała tak gwałtownie, że Nan  znowu  mało 
nie zawisła głową w dół. 

-  Widzę, że będę musiała cię wyszkolić - wysapała. Miotła wierzgnęła z oburzeniem. 
-  To znaczy ty będziesz musiała mnie wyszkolić - poprawiła się pospiesznie Nan. - Zjedź teraz 

na dół. Muszę z ciebie zsiąść. 

Miotła zachybotała pytająco. 
-  Przecież obiecałam - przypomniała Nan. 
Wówczas  miotła  grzecznie  opadła  na  ziemię  i  Nan  mogła  zejść.  Nogi  miała  miękkie  jak 

galareta. Zaledwie zsiadła, miotła upadła bez życia na podłogę. 

-    Biedactwo!  -  zawołała  Nan.  -  Rozumiem.  Potrzebujesz  jeźdźca,  żeby  się  poruszać.  No 

dobrze. Położę cię na szafie. 

W ten  sposób straciła pierwszą  manifestację zaklęcia:  „Simon  mówi".  Karol również tego nie 

widział. Żadne z nich nie wiedziało, w jaki sposób Simon odkrył, że wszystko, co mówił, stawało 
się  prawdą.  Karol  zostawił  Briana  z  termometrem  w  ustach,  wpatrzonego  zezem  w  ścianę,  i 
poczłapał  z  powrotem  na  dziedziniec,  gdzie  zastał  podniecony  tłumek  skupiony  wokół  Simona. 
Początkowo pomyślał, że błysk u stóp Simona to odbicie słońca w kałuży. Ale mylił się. Był to stos 
złotych monet. 

Inni uczniowie podawali Simonowi pensówki, kamienie i suche liście. Do każdej z tych rzeczy 

Simon mówił: 

-  To jest złota moneta. To jest następna złota moneta. - Kiedy się znudził, powiedział: - To jest 

rzadka złota moneta. To są złote suwereny. To jest dublon... 

Karol przepchnął się przez tłum i patrzył z głębokim niesmakiem. Na Simonie można polegać, 

że wszystko obróci  na  swoją korzyść! Złoto z brzękiem  spadało  na stos. Simon pewnie  już został 
milionerem. 

Z  donośnym  tupotem  przybiegły  dziewczynki.  Teresa,  z  robótką  zawieszoną  w  woreczku  na 

ramieniu, przepchnęła się do przodu i stanęła obok Karola. Tak się zdumiała na widok stosu złota, 
że przekroczyła niewidzialną linię i odezwała się do Simo-na: 

-  Jak ty to robisz, Simon? 
Simon parsknął śmiechem. Zachowywał się jak pijany. 
-  Czego dotknę, zmienia się w złoto! - oznajmił. Oczywiście to natychmiast stało się prawdą. - 

Jak ten król z bajki. Popatrz. 

Sięgnął po robótkę na drutach. Teresa z oburzeniem zabrała robótkę i jednocześnie odepchnęła 

Simona. W rezultacie Simon dotknął jej ręki. 

Robótka  upadła  na  ziemię.  Teresa  wrzasnęła  i  wyciągnęła  przed  siebie  rękę,  a  potem  znowu 

wrzasnęła, bo ręka zrobiła się za ciężka, żeby ją utrzymać. Opadła na spódnicę; błyszcząca dłoń ze 
złotego metalu na końcu zwykłego ludzkiego ramienia. 

W pełnej przerażenia ciszy Nirupam powiedział: 
-  Musisz bardzo uważać na to, co mówisz, Simon. 
-  Dlaczego? - zapytał Simon. 
-  Bo wszystko, co powiesz, staje się prawdą - wyjaśnił Nirupam. 
Simon najwyraźniej nie pojmował w pełni zakresu swojej mocy. 
-  To znaczy - powiedział - że wszystko, czego dotknę, nie zmienia się w złoto. 
Natychmiast to stało się prawdą. 
-  Sprawdzimy - powiedział. 
Pochylił  się  i  podniósł  robótkę  Teresy.  Nadal  pozostała  robótką  na  drutach  w  ubłoconym 

woreczku. 

-  Odłóż to! - zażądała Teresa słabym głosem. - Pójdę do panny Cadwallader. 

-    Nie,  nie  pójdziesz  -  zaprzeczył  Simon  i  to  również  było  prawdą.  Popatrzył  na  woreczek  z 

namysłem. - Ta robótka - oznajmił -to są dwa małe pieski woźnego. 

Worek zaczął wyrywać mu się z rąk. Simon czym prędzej upuścił go z brzękiem na stos złota. 

background image

46 

Worek podskoczył. Z wnętrza dobiegło piskliwe ujadanie i zawzięte drapanie. Jeden mały piesek--
bucik wydostał się na wolność, a zaraz po nim drugi. Na maleńkich nóżkach zbiegły ze sterty złota i 
pomknęły w tłum.  Wszyscy pospiesznie ustępowali  im z drogi. Potem patrzyli,  jak dwa  maleńkie 
białe pieski biegną i biegną coraz dalej przez dziedziniec. 

Teresa zaczęła płakać. 
-  To była moja robótka, ty bestio! 
-  I co z tego? - odparł Simon ze śmiechem. 
Teresa podniosła swoją złotą rękę z pomocą drugiej i uderzyła go metalową dłonią. Głupio się 

zachowała,  bo ryzykowała złamanie ręki, ale  z pewnością osiągnęła  skutek. Prawie znokautowała 
Simona, który usiadł ciężko na swoim stosie złota. 

-  Au! - powiedziała Teresa. - Mam nadzieję, że bolało. 
-  Wcale nie - zaprzeczył Simon i wstał z uśmiechem, oczywiście wcale nie obolały. 
Teresa zaatakowała go ponownie obiema rękami. Simon uskoczył w bok. 
-  Nie masz jednej złotej ręki - powiedział. 
Tam,  gdzie  znajdowała  się  złota  dłoń  Teresy,  powstała  nagle  pustka.  Ramię  kończyło  się 

różowym okrągłym nadgarstkiem. Teresa popatrzyła na nie. ., 

-  Jak mam robić na drutach? - zapytała. 
-    To  znaczy  -  poprawił  się  Simon  -  masz  dwie  zwykłe  ręce.  Teresa  spojrzała  na  swoje  dwie 

absolutnie zwykłe ludzkie ręce 

i wybuchnęła dziwnym, sztucznym śmiechem. 

101 

-  Niech ktoś go zabije dla mnie! - zawołała. - Szybko! 
Nikt nie zgłosił się na ochotnika. Wszyscy byli zbyt wstrząśnięci. Delia wzięła Teresę za rękę i 

odprowadziła łagodnie. Rozległ się dzwonek na popołudniowe lekcje. 

-  To wspaniała zabawa! - zawołał Simon. - Od tej chwili całkowicie popieram czary. 
Karol poczłapał do klasy, zastanawiając się, jak odczynić zaklęcie. 

 

background image

47 

ROZDZIAŁ 8 

Simon spóźnił się na lekcję. Zabezpieczał swoją górę złota. - Przykro mi, panie profesorze - powiedział 

do pana Cross- 

I rzeczywiście było mu przykro. Łzy stanęły mu w oczach z tej przykrości. 
- Nie szkodzi, Simonie - pocieszył go pan Crossley i wszyscy musieli spojrzeć na* Simona z głębokim 

współczuciem. 

Z  takim  jak  Simon  nigdy  nie  wygrasz,  pomyślał  rozgoryczony  Karol.  Każdy  inny  do  tej  pory 

wpakowałby  się  w  poważne  kłopoty.  Jakie  to  wkurzające,  że  nikomu  nawet  nie  przyszło  do  głowy,  żeby 
oskarżyć Simona o czary. Zamiast tego ciągle spoglądali na Nan Pilgrim. 

Nan  czuła  mniej  więcej  to  samo  wobec  Teresy.  Teresa  zjawiła  się  dziesięć  minut  po  Simonie,  bardzo 

blada i siąkająca nosem, prowadzona troskliwie przez Delię. Natychmiast wzbudziła prawie tyle współczucia 
co Simon. Nan usłyszała, jak Delia szepce z oburzeniem do Karen: 

-  Dała jej tylko aspirynę i odesłała z powrotem! Po tym, przez co przeszła, powinna chociaż się 

położyć! 

A  przez  co  ja  przeszłam?  -  zapytała  w  duchu  Nan.  Nie,  tylko  Teresa  miała  prawo  do 

wyjątkowych względów, podobnie jak Simon. 

Nan usłyszała całą historię od Estelli. Estella zawsze gotowa była gadać w klasie, a szczególnie 

teraz, kiedy Karen przyłączyła się do przyjaciółek Teresy. Robiła na drutach pod ławką niemowlęcy 
czepeczek i szeptała jak najęta. Zresztą nie tylko ona. Pan Cross-ley ciągle wołał o ciszę, ale szepty 
i szelesty nie ustawały. Na ławce Nan ciągle pojawiały się liściki. Pierwszy był od Dana Smitha. 

Zrób mi to samo, co Simonowi, i będę na zawsze twoim przyjacielem. 
Większość liścików zawierała podobne prośby, wszystkie pełne szacunku. Ale jeden się różnił. 
Spotkaj się ze mną po lekcjach za szkołą. Myślę, że potrzebujesz pomocy, a ja mogę ci poradzić. 
Nie  był podpisany. Nan zastanawiała się  nad  nim. Widziała  już to pismo, ale nie  mogła sobie 

przypomnieć, do kogo należało. 

Zgoda,  potrzebowała  pomocy.  Teraz  naprawdę  była  czarownicą.  Nikt  oprócz  czarownicy  nie 

potrafił  latać  na  miotle.  Wiedziała,  że  znalazła  się  w  niebezpieczeństwie  i  powinna  umierać  ze 
strachu.  Ale  wcale  się  nie  bała.  Czuła  się  silna  i  szczęśliwa,  szczęście  i  siła  wzbierały  gdzieś 
głęboko w jej wnętrzu. Ciągle sobie przypominała, jak wybuchnęła śmiechem, kiedy latała dookoła 
łazienki, wisząc na miotle, i jak instynktownie rozumiała, czego chce miotła. Ta przygoda, chociaż 
mrożąca krew w żyłach, sprawiła jej wielką przyjemność. Zupełnie jakby Nan objęła w posiadanie 
własne dziedzictwo. 

-  Oczywiście Simon zawsze twierdził, że jesteś czarownicą -szepnęła Estella. 
To  nieco  ochłodziło  radość  Nan.  Niewątpliwie  w  II  y  działał  ktoś  inny,  kto  z  jakiegoś 

idiotycznego powodu sprawił, że spełniało się każde słowo Simona. Na pewno to jeden z przyjaciół 
Simona. Całkiem możliwe, że Simon już pod działaniem zaklęcia powie- 

104 

dział, że Nan jest czarownicą. Więc oczywiście stała się czarownicą. 
Nan nie chciała w to uwierzyć. Przecież była czarownicą. Z własnej woli. Pochodziła z długiej 

linii  czarownic,  sięgającej  wstecz  jeszcze  przed  samą  Dulcyneę  Wilkes.  Czuła,  że  ma  prawo  być 
czarownicą. 

W  międzyczasie  pan  Crossley  usiłował  prowadzić  w  II  y  lekcję  geografii.  Dotarł  do  punktu, 

gdzie  o  mało  się  nie  poddał,  i  ukarał  wszystkich  zatrzymaniem  po  lekcjach.  Zacisnął  zęby  i 
spróbował  po  raz  ostatni.  Zauważył,  że  zamieszanie  skupiało  się  wokół  Simo-na,  z  drugim 
mniejszym ośrodkiem wokół Nan, więc postanowił to wykorzystać, zadając Simonowi pytania. 

-  Zatem na geografię Finlandii znaczny wpływ wywarła ostatnia epoka lodowcowa. Simonie, 

co się dzieje podczas epoki lodowcowej? 

Simon oderwał się od marzeń o złocie i sławie. 
-  Jest bardzo zimno - oznajmił. Lodowaty przeciąg dmuchnął po klasie i wszyscy zaszczekali 

zębami. -1 robi się coraz zimniej -dodał Simon niemądrze. 

Temperatura  w  klasie  błyskawicznie  spadła.  Oddechy  uczniów  zamieniały  się  w  parę.  Szyby 

background image

48 

okienne  zaszły  mgłą  i  niemal  natychmiast  zamarzły  w  lodowe  wzory.  Pod  kaloryferami  zaczęły 
wyrastać sople. Szron pobielił ławki. 

Rozległ się chór jęków i narzekań, a Nirupam syknął: 
-  Uważaj! 
-  To znaczy robi się bardzo gorąco - poprawił się Simon. 
Zanim  pan  Crossley  zdążył  się  zdziwić,  dlaczego  tak  mu  zimno,  mróz  zastąpiła  tropikalna 

spiekota. Szron stopniał na szybach. Sople, dzwoniąc, odpadły z kaloryferów. Przez chwilę w klasie 
panowało  miłe  ciepło,  dopóki  nie  wyparowała  zamarznięta  woda.  Wytworzyła  się  gęsta,  parująca 
mgła.  W  półmroku  uczniowie  z  trudem  chwytali  oddech.  Niektórzy  poczerwienieli,  inni  pobledli; 
pot spływał po czołach, zwiększając wilgotność powietrza. 

Pan Crossley przyłożył rękę do czoła i pomyślał, że chyba złapał grypę. W klasie nagle zrobiło 

się ciemno. 

-    Niektóre  teorie  podają,  że  epoka  lodowcowa  rozpoczęła  się  od  gwałtownego  ocieplenia  - 

powiedział niepewnie. 

-    Ale  ja  mówię,  że  jest  normalnie,  jak  na  tę  porę  roku  -  powiedział  Simon,  rozpaczliwie 

próbując ustabilizować temperaturę. 

Natychmiast  temperatura  się  unormowała.  Klasa  powróciła  do  zwykłego  stanu  niedogrzania, 

chociaż pozostało trochę wilgoci. Pan Crossley poczuł się lepiej. 

-    Przestań  wygadywać  bzdury,  Simonie!  -  rzucił  z  gniewem.  Simon  nie  mógł  uwierzyć,  że 

grożą mu poważne kłopoty. Spróbował zbagatelizować całą sprawę w typowy dla siebie wyniosły 
sposób. 

-  Ależ, panie profesorze, przecież nikt nie ma pojęcia o epoce lodowcowej. 
-    Zaraz  się  przekonamy  -  oświadczył  złowrogo  pan  Crossley.  I  oczywiście  nikt  nic  nie 

wiedział. Kiedy pan Crossley poprosił 

Estellę o opisanie epoki lodowcowej, jednocześnie sam się zastanawiał, dlaczego pyta o coś, co 

nigdy nie istniało. Nic dziwnego, że Estella miała taką głupią minę. Nauczyciel odwrócił się znowu 
do Simona. 

-  Czy to jakiś żart? Co ty sobie myślisz? 
-  Ja? Nic nie myślę - odparł Simon obronnym tonem. Z katastrofalnym rezultatem. 
Ach!  Tak  już  lepiej!  -  pomyślał  Karol,  obserwując  kompletną  pustkę  malującą  się  na  twarzy 

Simona. 

Widząc, jak oczy Simona robią się szkliste i szczęka opada, Teresa z krzykiem zerwała się na 

nogi. 

-  Powstrzymajcie go! - wrzasnęła. - Zabijcie go! Zróbcie coś z nim, zanim wymówi następne 

słowo! 

-  Siadaj, Tereso - polecił pan Crossley. Teresa nadal stała. 
-  Nie uwierzy pan, co on już zrobił! - krzyknęła. - Niech pan teraz spojrzy na niego. Jeśli on 

powie chociaż słowo w tym stanie... 

Pan Crossley spojrzał na Simona. Chłopiec chyba teraz udawał idiotę. Co się stało wszystkim? 
-  Przestań robić idiotyczne miny, Simonie - skarcił go pan Crossley. - Nie jesteś taki głupi. 
W głowie Simona panowała teraz idealna próżnia. A ludzie w tym stanie zwykle podchwytują i 

powtarzają zasłyszane słowa. 

-  Nie taki głupi - wybełkotał Simon. 
Pustkę  na  jego  twarzy  uzupełniła  głęboka  chytrość.  Może  to  i  lepiej,  pomyślał  Karol.  Teresa 

bez wątpienia miała sporo racji. 

-  Niech pan do niego nie mówi! - krzyknęła Teresa. - Nie rozumie pan? Każde słowo, które on 

wypowie! I... - okręciła się na pięcie i wycelowała palec w Nan - ...to wszystko jej wina! 

Przed  lunchem  Nan  zadrżałaby  przed  oskarżycielskim  palcem  Teresy  i  ugięłaby  się  pod 

ostrzałem  spojrzeń.  Lecz  od  tamtej  pory  latała  na  miotle  i  wszystko  się  zmieniło.  Spojrzała 
pogardliwie na Teresę. 

background image

49 

-  Co za bzdury! - powiedziała. 
Pan Crossley musiał się z nią zgodzić. 
-  Nie bądź śmieszna, Tereso - burknął. - Kazałem ci usiąść. 
I żeby wyładować złość, kazał Teresie i Simonowi zostać godzinę po lekcjach. 
-  Godzinę! - wykrzyknęła Teresa i usiadła z hukiem, kipiąc oburzeniem. 
Natomiast Simoh zachichotał przebiegle. 
-  Myśli pan, że mnie pan załatwił, co? 
-  Owszem, tak myślę - powiedział pan Crossley. - Niech będzie półtorej godziny. 
Simon  otworzył  usta,  żeby  coś  jeszcze  powiedzieć.  Lecz  wówczas  zainterweniował  Nirupam. 

Nachylił się do Simona i szepnął: 

-  Jesteś bardzo sprytny. Sprytni ludzie trzymają język za zębami. 
Simon powoli kiwnął głową, przekonany o własnej niezmiernej mądrości. I, ku rozczarowaniu 

Karola, najwyraźniej zastosował się do rady Nirupama. 

-  Wyjmijcie  pamiętniki  -  polecił  ze  znużeniem  pan  Crossley.  Przynajmniej  będzie  trochę  spokoju, 

pomyślał. 

Uczniowie wyjęli pamiętniki. Otworzyli na dzisiejszej dacie. Wzięli do rąk pióra. I wówczas nawet ci? 

którzy  wcześniej  tego  nie  spostrzegli,  uświadomili  sobie,  że  nie  ośmielą  się  prawie  nic  napisać.  Co  za 
rozczarowanie! Wreszcie zdarzyło się coś interesującego i każdy miał mnóstwo do opowiedzenia, ale prawie 
nic z tego nie nadawało się dla oczu panny Cadwallader. 

Uczniowie  obgryzali  obsadki,  wiercili  się,  drapali  po  głowach  i  gapili  się  w  sufit.  Najbardziej  żałosne 

miny mieli ci, którzy zamierzali prosić Nan o natychmiastową sławę albo zdolność zmieniania wszystkiego 
w złoto, albo inne korzyści. Gdyby opisali jakieś czary, które Nan rzekomo zrobiła, zostałaby aresztowana za 
uprawianie magii i w ten sposób zabiliby kurę, która znosi złote jajka. 

Nan Pilgrim wcale nie jest czarownicą, napisał Dan Smith po długim 

namyśle. Trochę go bolał 

żołądek po wczorajszej nocnej uczcie i dlatego trudno mu się myślało. 

Nigdy  nie  sądziłem,  że  naprawdę  jest  czarownicą,  tylko  że  pan  Crossley  sobie 

żartuje.  Dzisiaj  rano  ktoś  nam  zrobił kawał,  porządnie  się  napracował,  żeby  rąbnąć 
wszystkim  buty,  a  potem  ktoś  mi  rąbnął  kolce  i  to  mnie  wkurzyło.  Pies  woźnego 
nasikał... 

Tutaj  Dan  przerwał,  bo  przypomniał  sobie,  że  panna  Cadwallader  również  to  przeczyta.  Znowu  mnie 

poniosło, pomyślał. 

Dzisiaj  bez  komentarza,  napisał  szybko  Nirupam.  Ktoś  tu  szuka  guza.  Nie  mam  pretensji  o  dzisiejsze 

popołudnie, ale buty byty głupie. 

Odłożył pióro i zasnął. Nie spał przez pół nocy, bo zajadał drożdżówki ze schowka pod podłogą. 

Zniszczyłam  sobie  skarpetki,  poskarżyła  się  Teresa  swoim  okrągłym  anielskim  pismem.  Straciłam,  swoją 
robótkę Dzisiaj było okropnie Nie chcę skarżyć ale wiem. że Simon  nie był przy zdrowych zmysł

ach ale ktoś 

powinien  coś  zrobić  Misiek  Crossley  jest  do  niczego  i  traktuje  mnie  niesprawiedliwie.  a  Estella 
Green zawsze myśli że wie najlepiej, chociaż nie potrafi utrzymać robótki w czystości. Pielęgniarka  
też była niecierpliwa. Odesłała mnie z aspiryną i pozwoliła Brianowi Wentworthowi się położyć a 
ja byłam naprawdę chora Już nigdy nie powiem ani słowa do Nan Pilgrim. 

Większość uczniów, chociaż brakowało im elokwencji Teresy, zdołała wreszcie coś naskrobać. 

Ale troje wciąż siedziało, wpatrując się w puste kartki. Byli to Simon, Karol i Nan. 

Simon  był  bardzo  sprytny.  Przebiegły.  Cała  ta  sprawa  wydawała  mu  się  mocno  podejrzana. 

Próbowali go przyłapać. Najbezpieczniej i najsprytniej będzie nie zdradzać niczego na piśmie. Tego 
był pewien. Z drugiej strony  nie powinien pokazywać  wszystkim dookoła,  jaki się zrobił sprytny. 
To  by  dziwnie  wyglądało.  Powinien  napisać  przynajmniej  jedną  rzecz.  Więc  po  ponad 
półgodzinnym głębokim namyśle napisał: 

Pieski. 
To mu zabrało pięć minut. Potem rozsiadł się wygodnie, zadowolony, że wszystkich nabrał. 
Karol  utknął,  ponieważ  po  prostu  nie  miał  szyfru  na  większość  rzeczy,  które  dzisiaj  się 

wydarzyły.  Wiedział,  że  musi  coś  napisać,  ale  im  bardziej  wytężał  umysł,  tym  więcej  dostrzegał 
trudności. W końcu o mało nie zasnął jak Nirupam. 

background image

50 

Wziął się w garść. Myśl! No, nie mógł napisać na początku „Wstałem", bo dzisiejszy dzień był 

niemal  przyjemny.  I  nie  mógł  napisać  „Nie  wstałem",  bo  to  nie  miało  sensu.  Ale  powinien 
wspomnieć  o  butach,  bo  wszyscy  inni  tak  zrobią.  I  mógł  napisać  o  Simonie  pod  kryptonimem 
ziemniaków. Pan Towers też otrzyma wzmiankę. 

Dopiero przed samym dzwonkiem Karol wszystko sobie poukładał. Pospiesznie nagryzmolił: 
Wszystkie  nasze  buty  poszły  na  sport.  Myślałem  o  ziemniakach  z  włosami  zwisających  na 

linie. Mam sport z niedobrą książką. 

Kiedy pan Crossley kazał uczniom odłożyć pamiętniki, Karol przypomniał sobie coś jeszcze  i 

pospiesznie zanotował. 

Już nigdy nie będzie mi gorąco. 
Nan nic nie napisała. Siedziała, uśmiechała się do pustej kartki i nie czuła żadnej potrzeby, żeby 

cokolwiek  opisywać.  Kiedy  zadźwięczał  dzwonek,  w  geście  dobrej  woli  zanotowała  datę:  30 
października. Potem zamknęła pamiętnik. 

Kiedy  tylko  pan  Crossley  wyszedł  z  klasy,  Nan  została  otoczona.  Zasypano  ją  pytaniami  i 

żądaniami. 

-    Dostałaś  mój  list?  -  wrzeszczeli  uczniowie.  -  Możesz  tak  zrobić,  że  kiedy  dotknę  pensa, 

zmieni się w złoto? Tylko pensy. 

-  Możesz zrobić, żeby włosy mi się kręciły jak Teresie? 
-  Możesz spełnić moje trzy życzenia za każdym razem, kiedy powiem „guzik"? 
-  Chcę mieć wielkie mięśnie jak Dan Smith. 
-  Możesz nam sprowadzić lody na kolację? 
-  Potrzebuję szczęścia na resztę życia. 
Nan spojrzała na Simona, zgarbionego przebiegle i rzucającego idiotycznie chytre spojrzenia na 

Nirupama,  który  go  pilnował.  Jeśli  to  Simon  odpowiadał  za  zmiany,  w  każdej  chwili  mógł 
powiedzieć coś, co odbierze  jej  magiczną  moc.  Nan  nie chciała uwierzyć,  że to sprawka Simona, 
ale cokolwiek zrobiło z niej czarownicę, nie zamierzała składać pochopnych obietnic. 

-    Teraz  nie  ma  czasu  na  czary  -  zwróciła  się  do  rozwrzeszczanego  tłumu.  A  kiedy  jej  słowa 

wywołały  lawinę  narzekań  i  błagań,  zawołała:  -  To  trwa  wiele  godzin,  nie  rozumiecie?!  Nie 
wystarczy  tylko  mamrotać  zaklęcia  i  warzyć  dekokty.  Trzeba  zbierać  dziwne  zioła  i  recytować 
jeszcze  dziwniejsze  inkantacje,O  świcie  i  przy  pełni  księżyca,  zanim  w  ogóle  można  zacząć.  
nawet  wtedy  czar  nie  zawsze  działa,  jak  trzeba.  Najczęściej  trzeba  latać  w  kółko  nad  dymiącymi 
ziołami przez całą noc i śpiewać niewymownie słodkim głosem, zanim cokolwiek się stanie. Teraz 
rozumiecie? 

Całkowita cisza nagrodziła tę improwizację. Znacznie ośmielona Nan dodała: 
-  Poza tym co takiego zrobiliście, żebym miała się dla was narażać? 
-  Istotnie, co? - zapytał pan Wentworth za jej plecami. - Co właściwie się tutaj dzieje? 
Nan obróciła się gwałtownie. Pan Wentworth stał dokładnie na środku klasy i prawdopodobnie 

słyszał każde słowo. Wszyscy wokół niej wymykali się z powrotem na swoje miejsca. 

-  To było moje przemówienie na szkolny koncert - wyjaśniła Nan. - Myśli pan, że się spodoba? 
-    Widzę  możliwości  -  przyznał  pan  Wentworth.  -  Ale  musisz  jeszcze  nad  nim  popracować, 

żeby lepiej brzmiało. Wyjmijcie książki do matematyki. 

Nan  opadła  na  swoje  miejsce,  osłabła  z  ulgi.  Przez  jedną  okropną  chwilę  myślała,  że  pan 

Wentworth każe ją aresztować. 

-  Mówiłem, książki do matematyki, Simonie - powiedział pan Wentworth. - Dlaczego patrzysz 

na mnie z tą okropnie chytrą miną? Czy to takie dziwne żądanie? 

Simon  zastanowił  się  nad  tym  pytaniem.  Nirupam  i  kilku  innych  uczniów  podciągnęło  nogi, 

gotowi skoczyć i zakneblować Simona w razie potrzeby. Teresa ponownie zerwała się z ławki. 

-    Panie  Wentworth,  jeśli  on  powie  jeszcze  słowo,  wychodzę!  Niestety,  zwróciła  na,  siebie 

uwagę Simona. 

-  Ty - powiedział Simon do Teresy - śmierdzisz. 

background image

51 

-    Jednak  coś  powiedział  -  zauważył  pan  Wentworth.  -  Tereso,  wyjdź  i  stań  na  korytarzu  z 

karnym punktem za złe zachowanie. Simon dostanie następny, a reszta odbędzie lekcję. 

Teresa,  czerwona  na  twarzy  jak  jeszcze  nigdy,  pobiegła  do  drzwi.  Nie  zdążyła  jednakże 

prześcignąć obrzydliwego smrodu, który ciągnął się za nią i wypełniał klasę. 

-  Fuj! - powiedział Dan Smith. 
Ktoś go kopnął i wszyscy popatrzyli nerwowo na pana Wentwor-tha, czekając, czy też poczuje 

smród.  Lecz  jak  to  się  często  zdarza  z  palaczami  fajki,  pan  Wentworth  miał  węch  gorzej  niż 
przeciętny.  Dopiero  po  pięciu  minutach,  podczas  których  napisał  wiele  rzeczy  na  tablicy  i 
powiedział jeszcze więcej, chociaż w obecnym stanie II y nie zdołała im poświęcić należnej uwagi, 
zwrócił się do Estelli: 

-  Estello, odłóż ten szary worek z robótką i otwórz okno, dobrze? Trochę tutaj śmierdzi. Czy 

ktoś podłożył cuchnącą bombę? 

Nikt nie odpowiedział. Pomysłowy Nirupam podsunął Simonowi liścik z poleceniem: Powiedz, 

że tutaj nie śmierdzi. 

Simon przesylabizował wiadomość. Przeanalizował ją dokładnie, przechylając głowę na bok. Wiedział, 

że gdzieś tu tkwił haczyk. Więc chytrze postanowił nic nie mówić. 

Na szczęście dzięki otwartemu oknu, chociaż klasę wyziębiło niemal do temperatury epoki lodowcowej 

Simona,  smród  stopniowo  wywietrzał.  Lecz  nic  nie  mogło  wywietrzyć  Teresy,  która  stała  na  korytarzu, 
cuchnąc ściekiem, śmietnikiem i zepsutym śledziem aż do końca popołudniowych lekcji. 

Kiedy przebrzmiał dzwonek i pan Wentworth opuścił klasę, wszyscy stęknęli z ulgi. Nikt nie wiedział, 

co Simon jeszcze powie. Nawet Karol odczuwał napięcie. Musiał przyznać, że skutki tego czaru całkiem go 
zaskoczyły. 

Tymczasem  Delia  i  Karen  razem  z  większością  przyjaciółek  Teresy  postanowiły  bronić  jej  honoru. 

Otoczyły Simona. 

-  Zabierz od niej natychmiast ten smród - zażądała Delia. - To nie jest śmieszne. Dręczysz ją przez całe 

popołudnie, Simonie Silversonie! 

Simon  zaczął  się  namyślać.  Nirupam  skoczył  tak  szybko,  że  przewrócił  ławkę,  i  próbował  zatkać 

Simonowi usta. Ale nie zdążył. 

-    Wszystkie  dziewczyny  -  powiedział  Simon  -  śmierdzą.  Rezultat  był  prawie  nie  do 

wytrzymania. Podobnie  jak  wrzask, który podniosły  dziewczynki. Tylko nieliczne szczęściary  jak 
Nan, które już wyszły z klasy, uniknęły strasznego losu. Koniecznie należało coś zrobić. Większość 
uczniów  albo  się  dławiła,  albo  śmierdziała.  A  Simon  powoli  otwierał  usta,  żeby  powiedzieć  coś 
jeszcze. Nirupam przestał podnosić swoją ławkę i chwycił Simona za ramiona. 

-  Możesz przełamać zaklęcie - powiedział do niego. - Mogłeś je przerwać od razu, gdybyś miał 

trochę rozumu. Ale ty jesteś chciwy. 

Simon  popatrzył  na  Nirupama  z  powoli  narastającym  oburzeniem.  Zarzucono  mu  głupotę. 

Jemu! Otworzył usta. 

-  Nic nie mów! - krzyknęli wszyscy wokół niego. 
Simon  rozejrzał  się  po  znajomych  twarzach,  próbując  odgadnąć,  co  ukrywają.  Nirupam  nim 

potrząsnął. 

-    Powtarzaj  za  mną  -  zażądał  i  kiedy  tępe,  chytre  oczka  Simona  zatrzymały  się  na  nim, 

powiedział powoli i wyraźnie: - Wszystko, co powiedziałem dzisiaj po południu, to nieprawda. No 
dalej. Powiedz to. 

-  Powiedz to! - wrzasnęli wszyscy. 
Otępiały umysł Simona nie potrafił się obronić przed tym wrzaskiem. Poddał się. 
-  Wszystko, co powiedziałem dzisiaj po południu, to nieprawda - powtórzył posłusznie Simon. 
Smród natychmiast znikł. Cała reszta prawdopodobnie też się cofnęła, ponieważ Simon znowu 

stał się sobą. Prawie nie pamiętał dzisiejszego popołudnia. Od razu jednak zauważył, że Nirupam za 
wiele sobie pozwala. Ze zdumieniem i irytacją stwierdził, że Nirupam opiera mu ręce na ramionach. 

-  Puszczaj! - zawołał. - Zabieraj się stąd! 
Czar  nadal  działał.  Nirupam  musiał  puścić  Simona  i  odsunąć  się,  ale  natychmiast  wrócił. 

background image

52 

Ponownie  chwycił  kolegę  za  ramiona  i  spojrzał  mu  głęboko  w  oczy  niczym  wielki  ciemny 
hipnotyzer. 

-  Teraz powiedz: Wszystko, co powiem w przyszłości, to nieprawda. 
Simon zaprotestował. Miał wielkie plany na przyszłość. 
-  Słuchaj no! - zaczął. I oczywiście Nirupam posłuchał. Zawisł wzrokiem na wargach Simona, 

który zamrugał i protestował dalej: - Przecież zawalę wszystkie egzamiii...iny! 

Głos mu się załamał w żałosnym pisku, kiedy zorientował się, co powiedział. Ponieważ Simon 

uwielbiał  zdawać  egzaminy.  Zbierał  piątki  i  szóstki  równie  gorliwie,  jak  honorowe  odznaki.  I 
właśnie sam położył temu kres. 

-  Dokładnie - zgodził się Nirupam. - Teraz musisz to powiedzieć. Wszystko, co powiem... 
-  No dobra. Wszystko, co powiem w przyszłości, to nieprawda - burknął zrzędliwie Simon. 
Nirupam  puścił  go  z  westchnieniem  ulgi  i  znowu  zabrał  się  do  podnoszenia  ławki.  Wszyscy 

odetchnęli. Karol odwrócił się ze smutkiem. No cóż, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. 

-  O co chodzi? - zapytał Nirupam ustawiający swoją ławkę, kiedy dostrzegł przygnębienie na 

twarzy Karola. 

-  O nic - odparł Karol. - Ja tylko... zostaję za karę po lekcjach. 
- Potem w znacznie lepszym humorze odwrócił się do Simona: -Ty też! 
Simon zareagował oburzeniem. 
-  Co? Nigdy w życiu nie zostałem ukarany! 
Wyjaśniono  mu,  że  to  nieprawda.  Całkiem  sporo  osób  zadziwiająco  chętnie  przekazało 

Simonowi szczegółową relację, jak to zrobił z siebie kretyna i dostał półtorej godziny kozy od pana 
Crossleya. Simon przyjął to bardzo źle i wypadł z klasy jak burza, mamrocząc pod nosem. 

Karol zamierzał poczłapać za Simonem, ale Nirupam złapał go za ramię. 
-  Usiądź w ostatniej ławce - poradził. - W środku są komiksy, na półce pod spodem. 
-  Dzięki - powiedział Karol. 
Nieprzyzwyczajony  do  życzliwości,  tak  się  zdziwił  tym  gestem,  że  o  mało  nie  zapomniał 

zabrać ze sobą okropnej książki pana Towersa. 

Powlókł  się  w  stronę  starego  laboratorium,  gdzie  odbywano  kary,  i  wkrótce  znalazł  się  za 

Teresą  Mullett.  Teresa  kroczyła  w  kierunku  laboratorium  z  miną  tragicznie  pokrzywdzonej, 
otoczona tłumem przyjaciółek, do których dołączyła Karen Grigg. 

-  To tylko godzina - pocieszała ją Karen. 
-    Cała  godzina!  -  wykrzyknęła  Teresa.  -  Nigdy  nie  wybaczę  Miśkowi  Crossleyowi!  Mam 

nadzieję, że panna Hodge kopnie go w szczękę! 

Żeby nie iść przez cały czas za orszakiem Teresy, Karol w połowie drogi skręcił na dziedziniec 

i  ruszył  przez  miejsce,  które  zawsze  nazywano  „na  tyłach".  Był  to  trawiasty  teren,  niegdyś 
stanowiący  drugi  dziedziniec.  Później  jednak  wybudowano  tam  nowe  laboratoria,  bibliotekę  i 
czytelnię,  sterczące  z  trawy  pod  dziwnymi  kątami,  toteż  cały  obszar  zmienił  się  w  labirynt 
zygzakowatych  trawiastych  pasaży,  gdzie  z  niewiadomych  powodów  zawsze  hulał  przenikliwy 
wiatr. 

Uczniowie  chodzili  tam  tylko  w  poszukiwaniu  ustronnego  miejsca.  Toteż  Karol  niezbyt  się 

zdziwił,  widząc  spacerującą  tam  Nan  Pilgrim.  Przygotował  się,  żeby  przechodząc,  zmierzyć  ją 
„złym wzrokiem". Ale Nah pierwsza obdarzyła go bardzo nieprzyjaznym spojrzeniem i skręciła za 
róg biblioteki. 

Cieszę się, że to nie Karol Morgan do mnie napisał, pomyślała Nan, kiedy Karol minął ją bez 

słowa. Nie chcę od niego żadnej pomocy. 
Znowu  przespacerowała  się  na  ostrym  wietrze,  rozmyślając,  czy  w  ogóle  potrzebowała  pomocy. 
Nadal  czuła  w  swoim  wnętrzu  silną,  pewną  czarodziejską  moc.  Cudowne  uczucie.  Jakby  śmiech 
bulgotał  we  wszystkich  myślach.  Nie  wierzyła,  że  to  wyłącznie  zasługa  Simona.  Z  drugiej  strony 
nikt nie wiedział lepiej od Nan, jak szybko ulatnia się wewnętrzna pewność siebie. Zwłaszcza jeśli 
wyśmiewa cię ktoś taki jak Teresa. 

background image

53 

Nadchodziła  druga  osoba.  Tym  razem  Brian  Wentworth.  Ale  przemknął  po  drugiej  stronie 

pasażu,  ku  uldze  Nan.  Nie  sądziła,  żeby  Brian  mógł  komukolwiek  pomóc.  I  -  dzisiaj  to  miejsce 
cieszyło  się  niezwykłą  popularnością  -  teraz  z  drugiej  strony  nadszedł  Nirupam  Singh,  wyraźnie 
zadowolony z siebie. 

-    Zdjąłem  czar  z  Simona  Silversona  -  powiedział  do  Nan.  -Kazałem  mu  powiedzieć,  że 

wszystko, co powiedział, to nieprawda. 

-  Dobrze - mruknęła Nan. 
Znowu skręciła za róg biblioteki. Czy to znaczy, że nie była już czarownicą? Szturchnęła stopą 

liście i szeleszczące papierki, które wiatr naniósł do rogu. Mogła się sprawdzić, gdyby spróbowała 
je zmienić w coś innego. 

Ale Nirupam poszedł za nią. 
-  Nie, zaczekaj - powiedział. - To ja wysłałem ci list. 
Nan poczuła się ogromnie skrępowana. Udawała, że bardzo ją zainteresowały zeschłe liście. 
-    Nie  potrzebuję  pomocy  -  burknęła  niegrzecznie.  Nirupam  uśmiechnął  się  i  oparł  o  ścianę 

biblioteki, jakby się 

opalał. Nirupam ma silną osobowość, pomyślała Nan. Chociaż słońce świeciło słabo i żółto, a 

wiatr miotał w kółko papierkami, Nirupam wygrzewał się tak przekonująco, że Nan prawie poczuła 
ciepło. 

-  Wszyscy myślą, że jesteś czarownicą - powiedział. 
-  No bo jestem - odparła Nan, ponieważ sama chciała się upewnić. 
-  Nie powinnaś się przyznawać - pouczył ją Nirupam. - Ale to bez różnicy. Tak czy owak, to 

tylko kwestia czasu, zanim ktoś poskarży na ciebie pannie Cadwallader. 

-  Na pewno? Przecież wszyscy chcą czegoś ode mnie - oświadczyła Nan. 

116 

-    Nie  Teresa  -  przypomniał  Nirupam.  -  Poza tym  nie  możesz  zadowolić  wszystkich.  Prędzej 

czy później ktoś się rozzłości. Wiem o tym, bo mój brat próbował zadowolić wszystkich służących. 
Ale jeden podejrzewał, że mój brat daje więcej innym służącym, więc zawiadomił policję. I mojego 
brata spalono na ulicach Delhi. 

-  Przykro mi... nie wiedziałam - bąknęła Nan. 
Zerknęła  ukradkiem  na  Nirupama.  Ma  profil  jak  pyzaty  jastrząb,  pomyślała.  Wyglądał 

rozpaczliwie smutno. 

-  Moją matkę też spalono, bo próbowała go ratować - ciągnął. - Dlatego mój ojciec przyjechał 

do  tego  kraju,  ale  tu  jest  tak  samo.  Co  chciałem  ci  powiedzieć:  słyszałem  o  podziemnej  służbie 
ratunkowej czarownic w Anglii. Pomagają oskarżonym czarownicom w ucieczce, jeśli zdążysz się 
skontaktować z miejscowym oddziałem, zanim się zjawią inkwizytorzy. Nie wiem, dokąd odsyłają 
ludzi ani kogo pytać, ale Estella wie. Jeśli cię oskarżą, poproś o pomoc Estellę. 

-  Estellę? - powtórzyła Nan. 
Pomyślała  o  łagodnych  brązowych  oczach  Estelli  i  miękkich  kręconych  włosach,  o  irytującej 

paplaninie Estelli i jeszcze bardziej irytującym małpowaniu Teresy. Nie wierzyła, że Estella może 
komuś pomóc. 

-    Estella  jest  dość  miła  -  oznajmił  Nirupam.  -  Często  tutaj  przychodzę,  żeby  z  nią 

porozmawiać. 

-  To znaczy Estella rozmawia z tobą - poprawiła Nan. Nirupam wyszczerzył zęby. 
-  Ona rzeczywiście dużo gada - przyznał. - Ale pomoże. Mówiła mi, że cię lubi. Żałowała, że 

ty jej nie lubisz. 

Nan  wytrzeszczyła  oczy.  Estella?  To  niemożliwe.  Nikt  nie  lubił  Nan.  Ale  teraz  sobie 

przypomniała, że Estella nie dołączyła do dziewczynek grożących, że ją utopią w łazience. 

-  No dobrze - powiedziała. - Zapytam ją. Dzięki. Ale jesteś pewien, że mnie oskarżą? 
Nirupam kiwnął głową. 
-  Widzisz, to jest tak. WII y są jeszcze co najmniej dwie osoby uprawiające czary... 

background image

54 

-    Dwie?  -  zdziwiła  się  Nan.  -  To  znaczy  wiem,  że  jest  jeszcze  jedna.  To  oczywiste.  Ale 

dlaczego dwie? 

-    Mówiłem  ci  -  powiedział  Nirupam  -  że  mam  doświadczenie  z  czarownicami.  Każda  ma 

własny styl. To jak charakter pisma. I mówię ci, że nie ta sama osoba sprowadziła ptaki na muzyce i 
zaczarowała  dzisiaj  Simona.  To  dwa  całkowicie  odmienne  podejścia  do  życia.  Ale  obie  te  osoby 
muszą wiedzieć, że bardzo głupio postąpiły, bo w ten sposób się zdradziły, więc obie będą chciały 
zwalić winę na ciebie. Może właśnie jedna z nich cię oskarży. Więc musisz bardzo uważać. Zrobię, 
co do mnie należy, i uprzedzę cię, jeśli usłyszę o jakichś kłopotach. Wtedy musisz poprosić Estellę 
o pomoc. Teraz rozumiesz? 

-  Tak, i jestem ci strasznie wdzięczna - powiedziała Nan. 
Z żalem stwierdziła, że nie odważy się w nic zmienić zeschłych liści. I pomimo obietnicy, którą 

dała  starej  miotle,  nie  powinna  już  na  niej  latać.  Ogarnął  ją  strach.  Jednak  wciąż  czuła  w  środku 
roześmianą,  bulgoczącą  pewność  siebie,  chociaż  teraz  nie  mogła  być  niczego  pewna.  Uważaj!  - 
ostrzegła się w duchu. Chyba zwariowałaś! 

 

background image

55 

ROZDZIAŁ 

Stare laboratorium służyło teraz głównie jako miejsce odbywania kary. Nadal jednak unosił się 

tam  słaby  zapach  dawnej  nauki,  pozostałość  po  pokoleniach  nieudanych  eksperymentów.  Karol 
wśliznął się do popękanej ostatniej ławki i oparł okropną książkę pana Towersa o kikut starej rury 
gazowej.  Komiksy  leżały  na  dolnej  półce,  tuż  pod  miejscem,  gdzie  ktoś  przez  wiele  pracowitych 
godzin  wyrył  na  pulpicie  napis:  Cadwallader  to  zołza.  Pozostali  uczniowie  siedzieli  z  przodu.  W 
większości byli z I x albo I z i chyba nie wiedzieli o komiksach. 

Wszedł Simon. Karol rzucił mu spojrzenie średniej mocy, żeby odstraszyć go od tylnych ławek. 

Simon  z  wyniosłą  miną  usiadł  w  samym  środku  środkowej  ławki.  Dobrze.  Potem  wszedł  pan 
Wentworth.  Niedobrze.  Pan  Wentworth  ostrożnie  niósł  parujący  kubek  kawy,  na  który  wszyscy 
obecni  patrzyli  z  niemą  zazdrością.  Dlaczego  to  musiał  być  pan  Wentworth!  -  pomyślał  Karol  z 
urazą. 

Pan  Wentworth ostrożnie postawił kubek z kawą  na  nauczycielskim stole  i rozejrzał  się, żeby 

sprawdzić, kto odbywa karę. Wydawał się zdziwiony, widząc Simona, i bynajmniej niezdziwiony, 
widząc Karola. 

-  Ktoś potrzebuje papieru do przepisywania? - zapytał. 
Karol  potrzebował.  Podszedł  razem  z  pierwszoklasistami  i  otrzymał  plik  starych  arkuszy 

egzaminacyjnych.  Arkusze  były  zapisane  tylko  po  jednej  stronie,  więc  Karol  przypuszczał,  że  to 
rozsądne wykorzystać drugą stronę na przepisywanie linijek. Ale jednocześnie w ten sposób jakby 
umyślnie  pokazywano  uczniom,  że  marnują  tutaj  czas.  Marnują  zmarnowany  papier.  A  podczas 
wydawania  papieru  Karol  zorientował  się,  że  pan  Wentworth  jest  w  najgorszym  możliwym 
nastroju. 

Bardzo niedobrze, pomyślał Karol, siadając z powrotem w ostatniej  ławce. Ponieważ, chociaż 

nie  zastanawiał  się  nad  tym  specjalnie,  już  dawno  zdecydował,  że  użyje  czarów  do  skopiowania 
okropnej  książki  panaTowersa.  Po  co  być  czarownikiem,  jeśli  nie  można  tego  wykorzystać?  Ale 
musiał zachować ostrożność, kiedy pan Wentworth był w takim nastroju. 

Drzwi się otworzyły. Wkroczyła Teresa, otoczona tłumem stronniczek. 
Pan Wentworth zmierzył je wzrokiem. 
-  Wejdźcie - powiedział. - Tak się cieszę, że wszystkie tutaj dotarłyście. Siadaj, Delio. Znajdź 

sobie miejsce, Karen. Heather, Debora, Julia, Teresa i reszta na pewno zmieszczą się obok Simona. 

-  My nie mamy kary, panie profesorze - zaprotestowała Delia. 
-  Tylko odprowadzamy Teresę - wyjaśniła Debora. 
-  Po co? Czy ona nie zna drogi? - zapytał pan Wentworth. -No, teraz wszystkie macie karę... 
-  Ale panie profesorze! Przyszłyśmy tylko... 
-  ...chyba że wyjdziecie w tej chwili - dokończył pan Wentworth. 
Przyjaciółki  Teresy  znikły.  Teresa  popatrzyła  gniewnie  na  Simona,  zajmującego  ławkę,  w 

której sama by usiadła, i starannie wybrała miejsce na końcu następnej ławki. 

-  To wszystko twoja wina! - szepnęła do niego. 
-  Ugryź się! - burknął Simon. 
Trochę szkoda, pomyślał Karol, że Nirupam przełamał zaklęcie „Simon mówi". 
Zapadło  milczenie,  posępne,  niespokojne  milczenie  ludzi,  którzy  woleliby  być  gdzie  indziej. 

Pan  Wentworth  otworzył  książkę  i  sięgnął  po  kawę.  Karol  zaczekał,  dopóki  pan  Wentworth  nie 
wydawał  się pogrążony w czytaniu. Potem wyjął  długopis. Przesunął po nim dwoma palcami, tak 
jak to robił z włosami Simona, tam i z powrotem. 

Pisz linijki, pomyślał. Przepisz pięćset linijek z tej książki. Pisz linijki. 
Potem z wielkimi oporami przepisał pierwsze  zdanie: -Ale bycza zabawa! -  wykrzyknął  Watts 

Młodszy.  -  Dzisiaj  po  południu  robimy  młyn!  -  żeby  pokazać  długopisowi,  co  ma  robić.  Potem 
ostrożnie go wypuścił. A długopis nie tylko stanął o własnych siłach, ale zaczął pracowicie pisać. 

Karol  ustawił  książkę  pana  Towersa  tak,  żeby  zasłaniała  gryzmolący  długopis.  Następnie  z 

westchnieniem  satysfakcji  wyjął  jeden  z  komiksów  i  rozsiadł  się  równie  wygodnie,  jak  pan 

background image

56 

Wentworth.                        * 

Pięć minut później trafił w niego grom z jasnego nieba. 
Długopis spadł i potoczył się po podłodze. Komiks został wyrwany z rąk Karola. Straszliwy ból 

przeszywał prawe ucho. Karol podniósł wzrok - zamglony, ponieważ okulary zwisały mu z lewego 
ucha  -  i  zobaczył  górującego  nad  sobą  pana  Wentwortha.  Ucho  go  bolało  od  bezlitośnie 
miażdżącego uścisku nauczyciela. 

-  Wstawaj! - rozkazał pan Wentworth, ciągnąc Karola za ucho. Karol z konieczności wstał. Pan 

Wentworth  poprowadził  go  za  ucho,  z  głową  niewygodnie  przechyloną,  na  środek  pokoju.  W 
połowie drogi okulary spadły Karolowi z drugiego ucha. Prawie nie miał serca ich ratować. Złapał 
je tylko odruchowo. Miał niemal pewność, że wkrótce nie będzie ich potrzebował. 

Na  środku  klasy  widział  słabo,  ale  dostatecznie  wyraźnie,  jak  pan  Wentworth  jedną  ręką 

wpycha komiks do kosza na śmieci. 

-    To  cię  oduczy  czytać  komiksy  podczas  odbywania  kary!  -warknął  nauczyciel.  -  Teraz 

pójdziesz ze mną. 

Nadal trzymając Karola za ucho, poprowadził go do drzwi. W progu odwrócił się do klasy. 
-  Jeśli któreś z was chociaż piśnie, kiedy  mnie  nie  będzie -ostrzegł - dostanie podwójną karę 

codziennie aż do świąt. 

Po tych słowach wywlókł Karola za drzwi. 
Pociągnął  Karola  przez  kryty  pasaż.  Potem  puścił  jego  ucho,  chwycił  go  za  ramiona  i  zaczął 

potrząsać.  Karol  nigdy  dotąd  nie  przeżył  takiego  potrząsania.  Przygryzł  sobie  język.  Myślał,  że 
złamie sobie kark. Myślał, że rozpadnie się na kawałki. 

Ścisnął lewą dłoń w prawej, żeby się nie rozlecieć - i poczuł, że okulary przełamują się na pół. 

No to koniec. Ledwie mógł oddychać, kiedy pan Wentworth wreszcie go puścił. 

-  Ostrzegałem cię! - krzyknął z gniewem. - Wezwałem cię do swojego pokoju i umyślnie cię 

ostrzegłem!  Jesteś kompletnie głupi? Ile  jeszcze trzeba  cię straszyć?  Czy  nie przestaniesz, dopóki 
nie znajdą cię inkwizytorzy? 

-  Ja... - wyjąkał Karol. - Ee... 
Nigdy  nie widział, żeby  pan  Wentworth był taki  wściekły. Pan  Wentworth  mówił dalej  lekko 

podniesionym głosem, znacznie bardziej przerażającym od krzyku. 

-  Trzy razy... trzy razy dzisiaj, o ile mi wiadomo, użyłeś czarów. I Bóg wie, ile razy, o których 

nie wiem. Czy sam chcesz się zdradzić? Czy w ogóle masz pojęcie, jak ryzykujesz? Jak głupio się 
popisujesz? Wszystkie buty w szkole dzisiaj rano... 

-  To., to był błąd, panie profesorze - zasapał Karol. - Ja... ja tylko próbowałem znaleźć swoje 

kolce. 

-  Żeby marnować czary na taką głupotę! - prychnął pan Went-worth. - A potem, jakby ci było 

mało tej publicznej manifestacji, rzucasz jeszcze zaklęcie na Simona Silversona! 

-  Skąd pan wie, że to ja? - zapytał Karol. 
-    Jedno  spojrzenie  na  twoją  twarz,  chłopcze.  Co  więcej,  siedziałeś  tam  i  pozwalałeś,  żeby 

oskarżano tę nieszczęsną Nan Pil-grim.  Moim  zdaniem to wyjątkowo podłe  i  samolubne!  A teraz 
jeszcze to! Przepisywać  linijki, kiedy każdy  mógł cię zobaczyć! Masz  szczęście, chłopcze, tyle ci 
powiem, wielkie szczęście, że nie siedzisz teraz na posterunku policji i nie czekasz na inkwizytora. 
Zasłużyłeś sobie na to. Prawda? - Znowu potrząsnął Karolem. - Prawda? 

-  Tak, panie profesorze - przyznał Karol. 
-  I to cię czeka - zagroził pan Wentworth -jeśli jeszcze raz się wygłupisz. Masz zapomnieć o 

czarowaniu, rozumiesz? Zapomnieć o  magii. Spróbuj zachowywać  się  normalnie,  jeśli rozumiesz, 
co to znaczy. Ponieważ obiecuję ci, że jeśli jeszcze raz to zrobisz, czekają cię prawdziwe kłopoty. 
Czy to jasne? 

-  Tak, panie profesorze - potwierdził Karol. 
-  Teraz wracaj tam i pisz, jak należy! 
Pan  Wentworth  popchnął  przed  sobą  Karola  jedną  ręką.  Karol  czuł,  że  ta  ręka  trzęsie  się  z 

background image

57 

gniewu.  Chociaż  przestraszony,  był  z  tego  zadowolony.  Ledwie  coś  widział  bez  okularów.  Kiedy 
pan  Wentworth  wepchnął  go  z  powrotem  do  starego  laboratorium,  Karol  widział  tylko  wielką 
rozmazaną  plamę.  Ale  czuł,  że  wszyscy  na  niego  patrzą.  W  powietrzu  gęsto  krążyły  myśli: 
„Dobrze, że nie padło na mnie!" 

-  Wracaj na swoje miejsce! - rozkazał pan Wentworth i mocnym pchnięciem uwolnił Karola. 
Karol  wymacał  drogę  wśród  pływających  barwnych  plam.  Te  koślawe  białe  kwadraty  to 

pewnie książka i stary arkusz egzaminacyjny. Ale pamiętał, że długopis upadł na podłogę. Jak miał 
go znaleźć w tym stanie, nie mówiąc już o pisaniu? 

- Co tak stoisz? - warknął na niego pan Wentworth. - Nałóż okulary i wracaj do pracy! 
Karol podskoczył ze strachu. Odruchowo zanurkował do ławki  i  jednocześnie założył za uszy 

oprawkę .okularów. Świat wskoczył na miejsce. Karol zobaczył długopis leżący niemal pod nogami 
i  pochylił  się,  żeby  go  podnieść.  Ale  przecież,  pomyślał  zanurzony  pod  ławką,  okulary  były 
pęknięte? Sam słyszał okropny ostateczny trzask. Zdawało mu się, że poczuł, jak się rozpadły. 

Pospiesznie podniósł rękę i pomacał okulary - nie miało sensu ich zdejmowanie i oglądanie, bo 

wtedy  nic  nie  zobaczy.  W  dotyku  wydawały  się  całe.  Nieuszkodzone.  Albo  się  pomylił,  albo 
trzasnął tylko plastik, nie metal w środku. Znacznie uspokojony Karoł usiadł prosto z długopisem w 
ręku. 

I wytrzeszczył oczy na to, co długopis napisał samodzielnie. 
Dzisiaj  Watts  Wykrzyknął  młyn  Młodszy  bycza  po  zabawa  robimy  ale  południu... i  tak  dalej, 

przez  pełne  dwie  strony.  Do  niczego.  Pan  Towers  na  pewno  zauważy.  Karol  westchnął  i  zaczął 
pisać  od  nowa.  Może  rzeczywiście  powinien  skończyć  z  czarami.  Nic  mu  nie  wychodziło,  jak 
trzeba. 

W  konsekwencji  reszta  wieczoru  upłynęła  raczej  spokojnie.  Karol  siedział  w  ławce  i  pocierał 

kciukiem obrzmiały pęcherz na palcu. Nie chciał skończyć z czarami, ale wiedział, że nie odważy 
się więcej czarować. Czuł taki żal zmieszany ze strachem, że sam się sobie dziwił. Simon również 
wydawał  się  przygaszony.  Brian  Wentworth  wrócił  i  siedział,  gryzmoląc  pracowicie,  z  jednym 
okiem wciąż  lekko zwróconym do wewnątrz, ale widocznie Simon chwilowo stracił ochotę, żeby 
go bić. A przyjaciele Simona brali z niego przykład. 

Nan  również  zachowywała  milczenie,  ostrzeżona  przez  Niru-pama,  lecz  chociaż  usiłowała 

przemówić  sobie  do  rozsądku,  nie  mogła  się  pozbyć  tej  bąbelkującej  wewnętrznej  pewności. 
Towarzyszyła  jej  w  sypialni  tej  nocy.  Nie  znikła  pomimo  zaczepek  Delii,  Debory,  Heather  i 
pozostałych, które jak zwykle zaczęły swoje. 

-  Z tym zaklęciem Simona to już przesadziłaś! 
-  Naprawdę, Nan, wiem, że cię prosiłyśmy, ale powinnaś najpierw pomyśleć. 
-  Popatrz, co zrobił Teresie. I przez niego straciła swoją robótkę. 
A Nan zamiast kulić się albo przepraszać jak zwykle, powiedziała: 
-  Co wam zajarzyło w tych małych ślicznych główkach, że to moje zaklęcie? 
-  Bo wiemy, że jesteś czarownicą - odparła Heather. 
-    Oczywiście  -  przyznała  Nan.  -  Ale  skąd  wiecie,  że  jestem  tylko  jedna?  Pomyśl,  Heather, 

zamiast  tylko  otwierać  swoje  różowe  usteczka  i  wypuszczać  strumień  słów.  Mówiłam  wam, 
rzucenie  zaklęcia  wymaga  czasu.  Mówiłam  wam  o  zbieraniu  ziół,  lataniu  w  kółko  i  recytowaniu, 
prawda? I jeszcze opuściłam łapanie nietoperzy. To trwa wieki, nawet na szybkich nowoczesnych 
miotłach,  bo  nietoperze  świetnie  robią  uniki.  Byłyście  ze  mną  w  łazience  i  wszędzie  przez  cały 
ostatni tydzień, więc wiecie, że nie miałam czasu łapać nietoperzy ani zbierać ziół, i widziałyście, 
że nic nie mamrotałam ani nie recytowałam. Rozumiecie teraz? To nie byłam ja. 

Widziała,  że  je  przekonała,  ponieważ  wszystkie  wyglądały  na  mocno  rozczarowane.  Heather 

mruknęła:  „A  mówiłaś,  że  nie  umiesz  latać  na  tej  miotle!,  -  ale  nie  dodała  nic  więcej.  Nan  była 
zadowolona. Zamknęła im gęby i nie straciła swojej reputacji jako czarownicy. 

Wszystkim  oprócz  Karen.  Karen  została  świeżo  przyjęta  do  grona  przyjaciółek  Teresy,  toteż 

wypełniała ją gorliwość. 

background image

58 

-  No, uważam, że powinnaś teraz rzucić zaklęcie - oświadczyła. - Teresa straciła buciki, które 

robiła na drutach przez wiele godzin, więc przynajmniej możesz je odzyskać. 

-  Żaden kłopot - zapewniła niedbale Nan. - Ale czy Teresa chce, żebym spróbowała? 

Teresa skończyła zapinać piżamę i odwróciła się, żeby wyszczotkować włosy. 
-    Ona  nie  zamierza  próbować,  Karen  -  powiedziała.  -  Wstydziłabym  się,  gdybym  odzyskała  buciki  w 

taki sposób! 

-  Gasić światło - powiedziała dyżurna od  drzwi. - Czy to którejś  z  was? Woźny  je  znalazł  w  koszyku 

swojego psa. 

Podniosła do góry dwa puszyste szare maleństwa z dziurkami. 
Kiedy  Teresa  poszła  odebrać  swoje  buciki,  pozostałe  spojrzały  na  Nan  takim  wzrokiem,  aż  zaczęła 

żałować,  że  powiedziała  im  tyle  niemądrych  rzeczy.  I  nawet  nie  wiem  na  pewno,  czy  wciąż  jestem 
czarownicą,  pomyślała,  kładąc  się  do  łóżka.  Na  przyszłość  będę  trzymała  język  za  zębami.  A  ta  miotła 
zostanie na szafie. Wszystko jedno, co jej obiecałam. 

Dokładnie  w środku  nocy  obudziło  ją szturchanie.  Nan  w półśnie  odsunęła się  dalej  i  jeszcze  dalej, aż 

ocknęła  się  w  trakcie  spadania  z  łóżka.  Rozległ  się  szybki  szum.  Coś,  co  tylko  niewyraźnie  majaczyło  w 
półmroku,  śmignęło  nad  nią,  a  potem  zanurkowało  pod  nią.  Nan  rozbudziła  się  całkowicie  dwa  metry  nad 
podłogą, zgięta wpół na miotle, z głową zwisającą po jednej stronie, a nogami po drugiej. Sękaty kij uciskał 
ją boleśnie. Niemniej Nan zaczęła się śmiać. Jednak jestem czarownicą! - pomyślała radośnie. 

-  Postaw mnie na ziemi, ty kłamczucho! - szepnęła. - Po prostu chciałaś wzbudzić współczucie, dlatego 

udawałaś, że potrzebujesz jeźdźca. Postaw mnie i lataj sobie sama! 

W odpowiedzi miotła uniosła się pod sufit. Łóżko Nan wyglądało stamtąd jak mały zamazany prostokąt. 

Wiedziała, że nie trafi, gdyby spróbowała zeskoczyć. 

-  Ty uparciuchu! - syknęła. - Wiem, że obiecałam, ale to było przedtem... 
Miotła sugestywnie przesunęła się w stronę okna. Nan poczuła niepokój. Okno było otwarte, ponieważ 

Teresa  wierzyła  w  dobroczynne  działanie  świeżego  powietrza.  Nan  wyobraziła  sobie,  jak  leci  nad  nocnym 
krajobrazem, zwisając z miotły w samej piżamie. Skapitulowała. 

-  No dobrze, polecę na tobie. Ale pozwól mi najpierw zejść i zabrać jakieś koce. Nie polecę tak! 
Miotła  okręciła  się  i  spikowała  z  powrotem  na  łóżko.  Nan  przerzuciła  nogi  przez  kij  i  wylądowała  z 

podskokiem  na  materacu.  Miotła  nie  ufała  jej  ani  trochę.  Unosiła  się  nad  nią,  kiedy  Nan  ściągała  z  łóżka 
różowe szkolne koce. Gdy tylko się nimi owinęła, miotła dla pewności wsunęła się pod nią i znowu śmignęła 
aż pod sufit. Nan poleciała do tyłu. O mało znowu nie zawisła pod spodem. 

-  Ostrożnie! - szepnęła. - Daj mi się usadowić. 
Miotła  chybotała  się  niecierpliwie,  kiedy  Nan  próbowała  złapać  równowagę  i  usiąść  wygodnie.  Nie 

ośmieliła się zbyt długo marudzić. Te wszystkie szepty i szumy przeszkadzały dziewczynkom. Kilka z nich 
kręciło się i mamrotało z irytacją. Nan próbowała usiąść na miotle, ale przewracała się na boki. Zaplątała się 
w  koce.  Wreszcie  po  prostu  opadła  twarzą  w  dół  i  znowu  położyła  się  na  brzuchu,  okutana  kocami,  ze 
stopami zaczepionymi o wiecheć gałązek. 

Zanim  jeszcze  zdążyła  się  wygodnie  ułożyć,  miotła  śmignęła  do  okna,  szturchnięciem  otworzyła  je 

szerzej i wyleciała na zewnątrz. Panowały tam egipskie ciemności. Noc była zimna, mżył drobny deszczyk. 
Nan  krzywiła  twarz  od  mżawki  i  próbowała  przywyknąć  do  dużych  wysokości.  Miotła  posuwała  się 
dziwnym szarpanym lotem, niezbyt przyjemnym dla kogoś leżącego na brzuchu. 

Nan powiedziała, żeby zająć czymś myśli: 
-  Więc tak to  jest, kiedy romantyczne  marzenia się spełniają? Zawsze sobie  wyobrażałam, jak lecę  na 

miotle  w  ciepłą  letnią  noc,  moja  sylwetka  rysuje  się  na  tle  ogromnego  księżyca  i  słowik  śpiewa  na  całe 
gardło. A popatrz na nas! 

Miotła pod nią drgnęła. Pewnie wzruszyła ramionami. 

-  Tak, chyba nie,,stać nas na nic lepszego - westchnęła Nan. -Ale jakoś nie czuję się wspaniale, a w dodatku 
zmokłam. Założę się, że Dulcynea Wilkes siedziała na swojej miotle z wdziękiem, pewnie bokiem, z długimi 
włosami falującymi na wietrze. A skoro mieszkała w Londynie, na pewno nosiła elegancką jedwabną suknię 
z  mnóstwem koronkowych halek wystających u dołu. Wiedziałaś, że pochodzę od Dulcynei Wilkes? 

Drżenie pod nią mogło oznaczać przytaknięcie. Ale mogło również wyrażać rozbawienie wywołane tym 

kontrastem. 

Nan odkryła, że teraz widzi  w ciemnościach. Spojrzała w dół  i struchlała. Miotła wydawała się bardzo 

krucha  jak  na taką wysokość. Wznosiła się coraz  wyżej przez  cały czas, kiedy Nan  gadała, toteż  kanciaste 
budynki  szkolne  znajdowały  się  teraz  daleko  w  dole  i  z  boku.  Dokładnie  pod  nimi  rozciągał  się  blady 

background image

59 

kwadrat boiska, a dalej Nan  widziała całe  miasteczko, wypełniające pobliską dolinę. Wszystkie domy były 
ciemne,  rozdzielone  pomarańczowymi  łańcuchami  ulicznych  latarń.  Pomimo  zacinającej  mżawki  Nan 
sięgała wzrokiem aż do czarnego Lasu Wielobór na wzgórzu naprzeciwko. 

-  Lećmy nad lasem - zaproponowała. 
Miotła  ruszyła  z  kopyta.  Jak  się  przyzwyczaić,  to  naprawdę  przyjemne  uczucie,  powiedziała  sobie 

stanowczo  Nan,  mrugając  od  deszczu.  Sekretny  cichy  lot.  Miała  to  we  krwi.  Trzymała  koniec  kija  obu 
rękami  i  próbowała  nakierować  go  na  miasteczko.  Ale  miotła  miała  inny  pomysł.  Chciała  okrążyć 
miasteczko. W rezultacie leciała bokiem, lekko zarzucając. 

-  Lećmy nad domami - poprosiła Nan. 
Miotła wstrząsnęła się tak gwałtownie, że mało jej nie zrzuciła. Nie. 
-    Ktoś  może  spojrzeć  do  góry  i  nas  zobaczyć  -  zgodziła  się  Nan.  -  No  dobrze.  Znowu  wygrałaś. 

Uparciuch. 

Przyszło  jej  do  głowy,  że  marzenia  o  lataniu  na  tle  ogromnego  księżyca  w  pełni  to  w  rzeczywistości 

kompletna romantyczna bzdura. Żadna czarownica przy zdrowych zmysłach nie zrobiłaby tego z obawy, że 
zobaczą ją inkwizytorzy. 

Tak  więc  w  gęstniejącej  mżawce  przemknęły  nad  polami  i  nad  główną  szosą.  Najpierw  pojedyncze 

krople kapały na twarz Nan z pomarańczowej mgiełki, którą tworzyły światła ulicznych latarń. Potem, kiedy 
dotarły do Lasu Wielobór, wilgoć wypływała wprost 

z ciemności i przynosiła ze sobą zapach jesiennych 

liści  i  grzybów.  Lecz  nawet  ciemny  las  nie  jest  całkiem  czarny  w  nocy.  Nan  widziała  jaśniejsze 
sylwetki  drzew,  wciąż  okrytych  pożółkłymi  liśćmi,  i  dostrzegała  nawet  mgłę  snującą  się  nad 
drzewami  jak  dym.  Zresztą  to  chyba  był  prawdziwy  dym.  Nan  wyraźnie  czuła  zapach  ogniska. 
Wilgotnego, dymiącego ogniska. Nagle straciła ochotę na gadanie. 

-  Słuchaj, to chyba nie stos czarownic? Jeśli już po północy, to zaczęło się Halloween, prawda? 
Te słowa chyba zdenerwowały miotłę. Zahamowała z szarpnięciem. Przez sekundę koniec kija 

przechylał się w dół, jakby miotła zamierzała lądować. Nan musiała mocno się przytrzymać, żeby 
nie  zsunąć  się  głową  na  dół.  Potem  miotła  zaczęła  dosłownie  lecieć  do  tyłu,  chybotliwie 
wymachując wiechciem gałązek, aż stopy jeźdźca fruwały na boki. 

-  Przestań! - zawołała Nan. - Zaraz się pochoruję! Wiedziała, że czasami razem z czarownicą 

palono jej miotłę. 

Toteż nie zdziwiła się, kiedy miotła zawróciła, byle dalej od zapachu dymu, i statecznie ruszyła 

z powrotem w stronę szkoły, jakby przez cały czas miała taki zamiar. 

-    Mnie  nie  nabierzesz  -  powiedziała  Nan.  -  Ale  możesz  wracać,  jeśli  chcesz.  Jestem  cała 

mokra. 

Miotła kontynuowała stateczny i mokry lot wysoko nad polami i główną szosą, dopóki w dole 

nie  pojawiła  się  ponownie  blada  płaszczyzna  boiska.  Nan  właśnie  pomyślała,  że  już  za  chwilę 
znajdzie  się  w  łóżku,  kiedy  miotle  nagle  coś  strzeliło  do  głowy  -jeśli  to  możliwe  w  przypadku 
miotły. Zanurkowała zawrotne piętnaście metrów w dół i nabrała szybkości. Nan znalazła się sześć 
metrów  nad  boiskiem,  spychana  do  tyłu  przez  gwałtowne  przyspieszenie.  Czepiała  się  kija  i 
krzyczała, żeby miotła stanęła. Ale żadne prośby nie odnosiły skutku. Miotła pędziła dalej. 

-  No wiesz! - wysapała Nan. - Jesteś najbardziej samowolnym stworzeniem na świecie! Stój! 
Deszcz siekł  ją  w twarz, ale  nadal  widziała coś przed sobą. Coś ciemnego odcinało się  na tle 

trawy, całkiem spore coś, za duże jak na miotłę, chociaż również leciało, unosiło się nad boiskiem. 
Miotła pędziła w jego stronę. Zbliżywszy się, Nan zobaczyła, że to coś było płaskie pod spodem, z 
ludzką  sylwetką  na  wierzchu.  Robiło  się  coraz  większe.  Nan  doszła  do  wniosku,  że  to  może  być 
tylko dywanik,  na którym ktoś siedzi.  Ciągnęła  i  szarpała za rączkę, ale żadne wysiłki  nie  mogły 
powstrzymać miotły. 

Miotła  radośnie  zrównała  lot  z  ciemnym  przedmiotem.  Rzeczywiście  to  był  człowiek  na 

niedużym  dywanie.  Miotła  obleciała  go  dookoła,  merdając  wiechciem  tak  mocno,  że  Nan 
przygryzła sobie język. Szturchała dywanik, ocierała się o niego i podskakiwała, rzucając jeźdźcem 
na wszystkie strony. Dywanik wydawał się równie zadowolony ze spotkania. Trzepotał, marszczył 
się i falował tak, że siedzący na nim człowiek przetaczał się tam i z powrotem. Nan skurczyła się i 
przywarła  do  miotły  z  nadzieją,  że  dla  tego  czarownika  na  dywanie  wygląda  po  prostu  jak  zwój 

background image

60 

koców. 

Ale baraszkowanie miotły i dywanu zirytowało czarownika. 
-  Nie umiesz jeszcze panować nad tą rzeczą? - warknął. 
Nan skurczyła się jeszcze bardziej. Przygryziony język utrudniał jej mówienie, z czego niemal 

się ucieszyła. Rozpoznała ten głos. Należał do pana Wentwortha. 

-  I mówiłem ci, Brian, żebyś nigdy nie latał podczas roku szkolnego - ciągnął pan Wentworth. 

Nie doczekawszy się odpowiedzi, dodał: - Wiem, wiem. Ale ten przeklęty dywanik sprzed kominka 
co noc domaga się latania. 

Coraz  gorzej!  -  pomyślała  Nan.  Pan  Wentworth  wziął  ją  za  Bria-na.  Więc  widocznie  Brian 

jest...  Rozpaczliwym  szarpnięciem  odwróciła  miotłę  od  dywanu.  Z  jeszcze  większym  wysiłkiem 
skierowała ją w stronę szkoły. Kopiąc ją mocno gołymi stopami, zmusiła do dalszego lotu. Dopiero 
kiedy trochę się oddaliła, zaryzykowała spojrzenie do tyłu i szepnęła: 

-  Przepraszam. 
Miała nadzieję, że pan Wentworth nadal bierze ją za Briana. 
Pan  Wentworth  zawołał  cos  za  nią,  kiedy  miotła  niechętnie  odlatywała,  ale  Nan  nawet  nie 

próbowała tego zrozumieć. Nie chciała wiedzieć. Nadal ledwie wierzyła własnym oczom i uszom. 
Poza tym musiała skupić całą uwagę na kierowaniu miotłą, która wciąż stawiała opór. Leciała nad 
boiskiem  ponuro  i  marudnie,  co  nieodparcie  kojarzyło  się  Nan  z  Karolem  Morganem,  ale 
przynajmniej leciała. Nan ucieszyła się, widząc, że jednak potrafi nią kierować, kiedy trzeba. 

Miotła  zrobiła  szczególnie  pokazowy  wysiłek,  żeby  unieść  Nan  do  okna  sypialni.  Niemal 

jęknęła.  Możliwe,  że  nie  całkiem  udawała.  Wszystkie  różowe  szkolne  koce  Nan  przemokły  na 
wylot i z pewnością teraz sporo ważyły. Ale Nan przypomniała sobie, jaką komedię odegrała miotła 
po  południu,  i  postanowiła  nie  okazywać  litości.  Ponownie  zabębniła  stopami  w  kij.  Miotła 
wzniosła  się w  ciemną deszczową  noc, w górę  i  w górę wzdłuż  ściany, aż dotarła do uchylonego 
okna  sypialni.  Nan  ramieniem  pomogła  szerzej  otworzyć  okno,  a  potem  runęła  jak  długa  na 
podłogę. Co za ulga! - pomyślała. 

Ktoś szepnął: 
-  Położyłam suche koce na twoim łóżku. 
Nan  o  mało  nie  zemdlała.  Po  chwili,  kiedy  doszła  do  siebie,  stoczyła  się  z  miotły  i  uklękła 

wśród  przemoczonych  koców.  Niewyraźna  postać  w  regulaminowej  szkolnej  piżamie  stała  przed 
nią  lekko  pochylona,  toteż  Nan  dostrzegła  kędzierzawe  włosy.  Heather?  Nie,  nie  bądź  głupia! 
Estella. 

-  Estella? 
-  Cii! - szepnęła Estella. - Pomóż mi zanieść te koce do suszarki. Nie możemy tutaj rozmawiać. 
-  Ale miotła...? - szepnęła Nan. 
-  Odeślij ją. 
Dobry  pomysł,  stwierdziła  Nan,  jeśli  tylko  miotła  posłucha.  Podniosła  ją,  strząsając  mokre 

koce, i zaniosła do okna. 

-  Leć do szopy dozorcy - nakazała surowym szeptem i silnie popchnęła miotłę za okno. 
Wiedziała, jakie z niej ziółko, więc nie zdziwiłaby się, gdyby miotła upadła z hałasem na bruk. 

Ale posłuchała rozkazu, ku zaskoczeniu Nan - a przynajmniej odleciała w deszczową noc. 

Estella taszczyła już naręcze koców do drzwi. Nan podeszła na palcach, żeby jej pomóc. Razem 

zaciągnęły koce przez korytarz do pamiętnej łazienki. Tam Estella zamknęła drzwi i śmiało zapaliła 
światło. 

-  Nic się nie stanie, jeśli nie będziemy gadać za głośno - zapewniła. - Strasznie mi przykro... 

Teresa  się  obudziła,  kiedy  ścieliłam  twoje  łóżko.  Musiałam  jej  powiedzieć,  że  zachorowałaś. 
Powiedziałam, że poszłaś do klopa, bo znowu cię zemdliło. Zapamiętasz, jeśli ona jutro cię zapyta? 

-  Dzięki - powiedziała Nan. - To miło z twojej strony. Obudziłam cię, kiedy wychodziłam? 
-  Tak, ale głównie przez trening - odparła Estella. Otworzyła dużą szafkę do suszenia pościeli. 

- Jeśli poskładamy te koce i położymy z tyłu, nikt ich nie znajdzie przez całe tygodnie. Może nawet 

background image

61 

wyschną do tej pory, chociaż przy szkolnym ogrzewaniu nie można na to liczyć. 

Trochę  to  trwało.  Musiały  wyjąć  sterty  bladoróżowych  suchych  koców  przechowywanych  w 

suszarce,  poskładać  ciężkie  mokre  koce,  wsadzić  je  jak  najgłębiej,  a  potem  włożyć  z  powrotem 
wszystkie suche koce, żeby je zasłoniły. 

-  Czemu powiedziałaś, że trening cię obudził? - zapytała Nan w trakcie pracy. 
-  Trening do podziemnej trasy ucieczki czarownic - wyjaśniła Estella. - Moja  mama  należała 

do podziemia, a ja jej pomagałam. Od razu sobie skojarzyłam, kiedy usłyszałam, jak wychodzisz... 
chociaż  zwykle  budziło  mnie  raczej  czyjeś  wejście.  Wiedziałam,  że  wrócisz  przemoczona  i 
będziesz  potrzebowała  pomocy.  Mama  tak  mnie  wychowała,  żebym  zawsze  myślała  o  takich 
rzeczach. 

132 

Czarownice  przylatywały  do  nas  na  miotłach  przez  całe  noce,  biedaczki.  Najczęściej  równie 

mokre  jak  ty...  i  oczywiście  dużo  bardziej  wystraszone.  Przytrzymaj  koc  podbródkiem.  To 
najlepszy sposób, żeby go złożyć. 

-  Dlaczego mama wysłała cię do tej szkoły? - zapytała Nan. -Pewnie bardzo jej pomagałaś. 
Jasna twarz Estelli posmutniała. 
-  To nie ona mnie wysłała, tylko inkwizytorzy. Przeprowadzili wielką kampanię i rozbili cały 

oddział  naszej  organizacji.  Złapali  moją  mamę.  Teraz  siedzi  w  więzieniu  za  pomaganie 
czarownicom.  Ale  -  łagodne  brązowe  oczy  Estelli  spojrzały  poważnie  na  Nan  -proszę,  nie  mów 
nikomu. Nie chcę, żeby ktoś o tym wiedział. Powiedziałam tylko tobie jednej. 

 

background image

62 

ROZDZIAŁ 1O 

Następnego  ranka  Brian  Wentworth  nie  wstał  z  łóżka.  Simon  rzucił  w  niego  poduszką,  ale 

Brian nawet nie drgnął. 

-  Pobudka, wstawaj, Brian! - zawołał Simon. - Rusz się, bo skotłujemy ci łóżko! 
Brian wciąż się nie ruszał, więc Simon podszedł do niego. 
-  Zostaw go w spokoju - odezwał się Karol. - On wczoraj chorował. 
-  Jak sobie życzysz, Karolu - zapewnił Simon. - Twoje słowo jest dla mnie rozkazem. 
I zerwał pościel z łóżka. 
Briana  nie  było  w  łóżku.  Zamiast  niego  na  prześcieradle  leżały  w  rzędzie  trzy  poduszki, 

artystycznie  uformowane  tak,  żeby  przypominały  kształt  ludzkiego  ciała.  Wszyscy  zebrali  się 
dookoła i wytrzeszczali oczy. Ronald West nachylił się i zajrzał pod łóżko -jakby myślał, że Brian 
tam się chowa - i wyprostował się z kartką w ręku. 

-  Macie - powiedział. - Widocznie wypadło z pościelą. Patrzcie! 
Simon  wyrwał  mu  papier.  Wszyscy  wyciągali  szyje  i  przepychali  się,  żeby  też  zobaczyć. 

Wiadomość napisana drukowanymi literami, zwykłym niebieskim długopisem, brzmiała: 

CHA  CHA!  MAM  BRIANA  WENTWORTHA  W  SWOJEJ  MOCY  PODPISANO: 

CZAROWNICA. 

Lekkie  napięcie  na  twarzy  Simona  ustąpiło  miejsca  świątobliwej  trosce.  Od  razu  się 

zorientował, że zniknięcie Briana nie ma z nim nic wspólnego. 

-  Nie będziemy panikować - obwieścił. - Niech ktoś wezwie dyżurnego. 
Natychmiast  wybuchło  zamieszanie.  Głosy  paplały,  plotki  narastały.  Karol  sprowadził  pana 

Crossleya,  bo  nikt  inny  nie  pomyślał,  żeby  coś  zrobić.  Pan  Crossley  i  dyżurni  wchodzili  i 
wychodzili,  wypytując  wszystkich,  kiedy  ostatnio  widzieli  Briana.  Uczniowie  z  innych  sypialni 
tłoczyli się w drzwiach i wygłaszali komentarze. 

Każdy  miał  coś  do  powiedzenia,  ale  nie  wynikło  z  tego  nic  pożytecznego.  Wiele  osób 

zauważyło,  że  poprzedniego  dnia  Brian  był  blady  i  zezował.  Ktoś  przypomniał,  że  Brian 
zachorował i poszedł do pielęgniarki. Kilka innych osób opowiadało, że później Brian wrócił i był 
bardzo zajęty pisaniem. Wszyscy przysięgali, że wieczorem Brian jak zwykle położył się spać. 

Na  długo  przedtem,  zanim  pan  Crossley  rozszyfrował  wśród  zamętu  te  informacje,  Karol 

ukradkiem  zbiegał  ze  schodów.  Czuł  się  źle.  Aż  do  wczorajszej  nocy  przypuszczał,  że  Brian 
próbował doprowadzić do tego, żeby go usunięto ze szkoły. Teraz wiedział lepiej. Brian uciekł, tak 
jak  zapowiedział.  I  posłuchał  rady,  której  Karol  mu  udzielił  w  środku  nocy:  zatarł  za  sobą  ślady. 
Ale co mu podsunęło pomysł, żeby oskarżyć czarownicę? Czyżby sprawiły to buty i widok Karola 
mamroczącego nad włosami z grzebienia Si-mona? Karol mocno podejrzewał, że właśnie tak było. 

Kiedy  przepychał  się  pomiędzy  chłopcami  w  korytarzu,  ze  wszystkich  stron  słyszał  słowa 

„czarownica" i „Nan Pilgrim". Świetnie, dopóki ciągle oskarżają Nan. Ale jak długo? Karol spojrzał 
na  swój  oparzony  palec,  kiedy  schodził  po  schodach.  Przezroczysty,  wypełniony  płynem  bąbel 
jeszcze bardziej urósł. „To boli, kiedy się palisz". 

Karol  pokonał  resztę  drogi  szaleńczym  galopem.  On  również  pamiętał,  że  Brian  bez  przerwy 

gryzmolił podczas powinności. Chyba zapisał całe tomy. Jeśli w tych tomach znalazło się chociaż 
jedno  słowo  o  Karolu  Morganie,  zamierzał  dopilnować,  żeby  ludzkie  oko  tego  nie  zobaczyło. 
Przemknął przez korytarze i wpadł do klasy, ziejąc ze zmęczenia. 

Pulpit Briana był otwarty. Pochylał się nad nim Nirupam. Na widok Karola nie okazał żadnego 

zdziwienia. 

-  Brian był bardzo elokwentny - oznajmił. - Chodź i zobacz. 
Za  podniesionym  pulpitem  Nirupam  ułożył  w  rzędzie  sześć  zeszytów,  każdy  otwarty  na 

podwójnej stronie zapełnionej pospiesznymi niebieskimi gryzmołami. 

Ratunku, ratunku, ratunku, ratunku, przeczytał najpierw  Karol. Czarownica patrzy na mnie 

Złym Okiem. NA POMOC. Ciągnie mnie, nie wiem dokąd. NA POMOC. W głowie mi się mąci. 
Jestem  zmuszany  do  bezimiennych  czynów.  RATUNKU.  świat  roki  się  szary.  Zaklęcie  działa. 

background image

63 

Ratunku... I tak dalej, przez całe dwie strony. 

-  To jakiś tasiemiec! - zawołał Karol. 
-  Wiem - przyznał Nirupam, otwierając zeszyt Briana do francuskiego. - Tutaj też jest pełno. 
-  Czy on wymienia nazwiska? - zapytał Karol z napięciem. 
-  Na razie nie - uspokoił go Nirupam. 
Karol nie zamierzał uwierzyć mu na słowo. Przejrzał każdy zeszyt po kolei i odczytał bazgroły. 
Ratunku.  Dzikie  śpiewy  I  okropne  zapachy  wypełniają  mi  uszy.  NA  POMOC.  Czuję,  że 

ODCHODZĘ.  Wola  czarownicy  jest  silna.  Muszę  być  posłuszny.  Szare mamrotania  I  straszliwe 
słowa.  MA  POMOC.  Moja  dusza  jest  wleczona  z  TIM-BUKTU  do  ZAGRODY.  To  znaczy  do 
zagłady. Na pomoc... 

I tak się ciągnęło przez sześć zeszytów. Dostatecznie dużo było słów napisanych drukowanymi 

literami, żeby Karol nabrał pewności, że to Brian napisał notatkę znalezioną pod jego łóżkiem. 

Później  przeczytał  resztę  zeszytów  Briana,  kiedy  Nirupam  skończył  je  przeglądać.  Wszędzie 

znalazł to samo. Ku jego uldze Brian nie wymieniał żadnych nazwisk. Ale na samym spodzie leżał 
jeszcze pamiętnik Briana. 

-  Jeśli napisał coś konkretnego, to tylko tam - stwierdził Nirupam, podnosząc pamiętnik. 
Karol również po niego sięgnął. W razie konieczności gotów był wyrwać go z rąk Nirupama za 

pomocą czarów. A może lepiej sprawić, żeby wszystkie litery znikły? Ale czy się odważy na jedno 
albo drugie? 

Ręka mu się zawahała. 
Kiedy  tak  się  zastanawiał,  usłyszał  na  korytarzu  głos  pana  Cross-leya.  Obaj  chłopcy 

gorączkowo  wepchnęli  zeszyty  z  powrotem  do  ławki  Briana  i  zatrzasnęli  pulpit.  Pobiegli  do 
własnych ławek, usiedli, wyjęli zeszyty i udawali, że pilnie kończą ćwiczenia z poprzedniego dnia. 

-  Chłopcy, powinniście już iść na śniadanie - powiedział pan Crossley, kiedy wszedł do klasy. - 

Ruszajcie. 

Musieli  wyjść  nawet  nie  zerknąwszy  na  pamiętnik  Briana.  Karol  zastanawiał  się,  dlaczego 

Nirupam  wydaje  się  taki  rozczarowany.  Ale  za  bardzo  martwił  się  o  siebie,  żeby  się  przejmować 
uczuciami Nirupama. 

W  korytarzu  przed  jadalnią  minął  ich  pospiesznie  pan  Wentworth,  z  miną  jeszcze  bardziej 

udręczoną niż zwykle. W jadalni krążyła plotka, że właśnie przyjechała policja. 

-    Tylko  zaczekajcie  -  powiedział  Simon  znaczącym  tonem.  -Inkwizytor  będzie  tutaj  przed 

obiadem. Zobaczycie. 

Nirupam wśliznął się na miejsce obok Nan. 
-    Brian  napisał  we  wszystkich  swoich  zeszytach,  że  czarownica  rzuciła  na  niego  urok  - 

mruknął do niej. 

Nan  i  bez  tego  widziała,  że  wpadła  w  kłopoty.  Karen  i  Delia  już  kilka  razy  ją  zapytały,  co 

zrobiła Brianowi. A Teresa dodała, nie patrząc na Nan: 

-  Niektórzy po prostu nie mogą zostawić ludzi w spokoju. 
-  Ale nie wymienił żadnych nazwisk - wymamrotał Nirupam, również nie patrząc na Nan. 
Brian  nie  potrzebował  wymieniać  nazwisk,  pomyślała  rozpaczliwie  Nan.  Każdy  go  w  tym 

wyręczy. A jeśli to nie wystarczy, Estella wiedziała, że Nan w nocy latała na miotle. Rozejrzała się 
za  Estellą,  ale  Estella  wyraźnie  jej  unikała.  Siedziała  przy  innym  stole.  Wówczas  resztki 
wewnętrznej  pewności  siebie  opuściły  niedoszłą  czarownicę.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  nie  miała 
apetytu na śniadanie. Niewiele lepiej było z Karolem. Cokolwiek próbował zjeść, wielki pęcherz na 
palcu ciągle mu przeszkadzał. 

Pod koniec śniadania rozeszła się następna plotka: policja posłała po psy tropiące. 
Wkrótce  potem  zjawiła  się  panna  Hodge  i  zastała  szkołę  pogrążoną  w  chaosie.  Nie  od  razu 

dowiedziała się, co zaszło, ponieważ nigdzie nie mogła znaleźć pana Crossleya. 

Wreszcie,  kiedy  panna  Phillips  jej  powiedziała,  panna  Hodge  była  zachwycona.  Brian 

Wentworth zniknął! Oczywiście, pomyślała szybko panna Hodge, to bardzo smutne i niepokojące, 

background image

64 

ale dało jej znakomity pretekst, żeby znowu zainteresować sobą pana Wentwortha. 

Wczoraj  spotkało  ją  wielkie  rozczarowanie.  Kiedy  pan  Wentworth  tak  niedbale  odrzucił  jej 

wielkoduszne  przeprosiny  w  sprawie  Karola  Morgana,  nie  potrafiła  wymyślić  żadnego  innego 
sposobu,  żeby  go  nakłonić  do  małżeństwa.  Ale  teraz  miała  doskonałą  okazję.  Pójdzie  do  pana 
Wentwortha i okaże mu serdecznie współczucie. Podzieli jego smutek. Jedyna trudność w tym, że 
nigdzie nie mogła znaleźć pana Wentwortha, podobnie jak pana Crossleya. Chyba obaj byli razem z 
policją w gabinecie panny Cadwallader. 

Kiedy  wszyscy  wyszli  do  holu  na  apel,  zobaczyli  policyjną  furgonetkę  na  dziedzińcu. 

Wyskoczyło z niej kilka dorodnych owczarków niemieckich, z różowymi językami wywieszonymi 
spomiędzy wielkich białych kłów, jakby psy nie mogły się już doczekać, żeby coś upolować. 

Kilka twarzy zbladło. Rozbrzmiały liczne nerwowe chichoty. 
-    Nie  szkodzi,  jeśli  psy  nic  nie  znajdą  -  dał  się  słyszeć  głos  Simona.  -  Inkwizytor  po  prostu 

przesunie  swoim  wykrywaczem  czarownic  po  wszystkich  w  klasie  i  w  ten  sposób  znajdzie 
czarownicę. 

Ku uldze Nan Estella przepchnęła się przez szereg i stanęła obok. 
-  Estella...! - zaczęła gwałtownie Nan. 
-  Nie teraz - szepnęła Estella. - Zaczekaj na hymn. 
Ani pan Wentworth, ani panna Cadwallader nie zjawili się na apelu. Pan Brubeck i pan Towers, 

którzy  zajęli  ich  miejsca  na  honorowych  krzesłach,  niczego  nie  wyjaśnili.  Żaden  z  nich  nie 
wspomniał  również  o  Brianie,  co  tylko  zwiększyło  powagę  sytuacji.  Pan  Towers  wybrał  swój 
ulubiony hymn.  Ku rozpaczy Nan  był to: Ten, kto jest  waleczny. Przy tym  hymnie Teresa zawsze 
zerkała  na  Nan  i  chichotała,  kiedy  dochodzili  do  „wskakuj  na  konia".  Nan  musiała  zaczekać  na 
Teresę,  zanim  ośmieliła  się  odezwać  do  Estelli.  Dzisiaj,  pomyślała,  Chichot  Teresy  był  jeszcze 
bardziej złośliwy niż zwykle. 

-    Estella  -  szepnęła  Nan,  gdy  tylko  wszyscy  rozpoczęli  drugą  zwrotkę.  -  Estella,  chyba  nie 

myślisz, że wyleciałam... no wiesz, wczoraj w nocy... z powodu Briana. Przysięgam, że nie dlatego. 

-  Wiem - odszepnęła Estella. - Zresztą po co komu Brian? 
-  Ale wszyscy mysią, że to przeze mnie! Co ja mam robić? -syknęła Nan. 
-  Na drugiej lekcji jest WF. Wtedy ci pokażę - obiecała Estella. 
Karol również szeptał pod osłoną hymnu do Nirupama: 
-  Co to są wykrywacze czarownic? Czy działają? 
-    Maszyny  w  czarnych  skrzynkach  -  odszepnął  Nirupam  do  swojego  śpiewnika.  -1  zawsze 

znajdują czarownicę. 

Pan Wentworth również mówił o wykrywaczach czarownic. Więc, pomyślał Karol, jeśli plotka 

jest prawdziwa i przed obiadem zjawi się tutaj inkwizytor, dzisiaj nastąpi koniec Karola Morgana. 
Karol  nienawidził  Briana.  Samolubne  bydlę.  Tak,  zgadza  się,  Karol  też  był  samolubny,  ale  Brian 
był jeszcze gorszy. Teraz pozostało mu tylko jedno, czyli ucieczka. Ale psy tropiciele praktycznie 
wykluczały ten sposób. 

Kiedy weszli do klasy, zobaczyli, że zabrano  ławkę Briana. Karol spojrzał ze zgrozą na puste 

miejsce. Odciski palców! - pomyślał. Nirupam zrobił się całkiem żółty. 

-  Zabrali ją, żeby dać do powąchania psom - wyjaśnił Dan Smith. Dodał z namysłem: - Szkolą 

je, żeby rozdzierały ludzi na strzępy, te policyjne psy. Ciekawe, czy rozszarpią też Briana, czy tylko 
czarownicę. 

Karol  spojrzał  na  bąbel  na  palcu  i  uświadomił  sobie,  że  nie  tylko  spalenie  boli.  W  pierwszej 

chwili chciał uciekać podczas przerwy. Potem postanowił wyjść podczas WF-u, czyli drugiej lekcji. 
Żałował, że musi odsiedzieć jeszcze całą lekcję. 

Ta  lekcja  ciągnęła  się  bez  końca.  I  co  chwila  pod  oknami  przechodzili  policjanci  z  psami  na 

smyczach. Chodzili tam i z powrotem. Dokądkolwiek uciekł Brian, wyraźnie nie mogli natrafić na 
jego trop. 
Do tej pory ręce Nan tak się trzęsły, że  ledwie  mogła utrzymać długopis. Dzięki doświadczeniom 

background image

65 

ostatniej nocy wiedziała dokładnie, dlaczego Brian nie zostawił zapachu. To ta dwulicowa miotła. 
Widocznie wywiozła dokądś Briana, zanim jeszcze obudziła Nan. Na pewno. Nan mogła dokładnie 
pokazać  policji  miejsce,  gdzie  przebywał  Brian.  To  nie  stos  czarownic  wywęszyła  nad  Lasem 
Wielobór wczorajszej nocy. To było obozowe ognisko Briana. Miotła zaniosła ją prosto na miejsce, 
a potem uświadomiła sobie swój błąd. Dlatego tak się przestraszyła i próbowała odlecieć tyłem. 

Nan  tak  się  rozzłościła  na  Briana  za  obarczenie  jej  winą,  że  miała  wielką  ochotę  ujawnić 

miejsce  jego  pobytu.  Ale  wtedy  zdradziłaby,  że  sama  jest  czarownicą,  i  wpakowałaby  w  kłopoty 
pana  Wentwortha.  Och,  co  ten  Brian  narobił!  Nan  miała  tylko  nadzieję,  że  Estella  wymyśli  jakiś 
sposób ratunku, zanim ktoś ją oskarży, a ona zacznie oskarżać Briana i pana Wentwortha. 

Tuż przed końcem lekcji psy widocznie złapały jakiś zapach. Kiedy dziewczynki szły do szatni 

dookoła budynku szkolnego, żeby się przebrać na WF, nie widziały ani jednego policjanta czy psa. 

Kiedy szereg dziewcząt  mijał zagajnik, Estella delikatnie wzięła Nan za ramię  i pociągnęła  w 

krzaki. Nan pozwoliła się zaciągnąć. Nie wiedziała, czy czuła większą ulgę, czy strach. Było trochę 
za wcześnie, żeby zastać w krzakach seniorów, ale z pewnością ktoś może je zauważyć? 

-  Musimy pójść do miasteczka - szepnęła Estella, kiedy przeciskały się wśród mokrych gałęzi. 

- Do domu Stara Brama. 

-  Dlaczego? - zapytała Nan, przepychając się za Estella. 
-    Ponieważ  -  odpowiedziała  Estella  -  tam  jedna  pani  kieruje  miejscowym  oddziałem  trasy 

ucieczki czarownic. 

Wyszły  na  trawę  obok  wielkiego  laurowego  krzewu.  Nan  przeniosła  wzrok  z  wystraszonej 

twarzy  Estelli  na  jej  schludny  blezer  i  szkolną  spódnicę*.  Potem  spojrzała  na  własne  pulchne 
kształty. Chociaż dziewczynki tak się różniły, obie nosiły mundurki Szkoły Wielobór. 

-  Ale jeśli ktoś nas zobaczy w miasteczku, doniosą o tym pannie Cadwallader. 
-  Miałam nadzieję - wyznała Estella - że potrafisz nas przebrać w zwykłe ubrania. 
Nan uświadomiła sobie, że oprócz latania na miotle nigdy w życiu nie robiła żadnych czarów. 

Nie  miała  pojęcia,  jak  się  zmienia  ubranie.  Ale  Estella  liczyła  na  nią  i  czas  naglił.  Czując  się 
okropnie  głupio,  Nan  uniosła  obie  drżące  dłonie  i  wyrecytowała  pierwsze  słowa  przypominające 
zaklęcie, które jej przyszły do głowy. 

Ele, mele, turku, burku Wyskakujemy z mundurków! 
Wokół  niej  coś  zawirowało.  Estellę  otoczyła  nagle  zawierucha  jakby  ze  skrawków  szmat. 

Granatowych  szmatek,  potem  ciemnych  szmat.  Szmatki  osiadły  jak  spalony  papier,  przywarły  do 
Estelli  i  przyczepiły  się  również  do  Nan.  I  po  sekundzie  obie  dziewczynki  były  ubrane  jak 
czarownice, w długie czarne powłóczyste suknie, spiczaste kapelusze i tak dalej. 

Estella  zakryła  usta  obiema  rękami,  żeby  powstrzymać  się  od  chichotu.  Nan  parsknęła 

śmiechem. 

-  To się nie nadaje! Spróbuj jeszcze raz! - zachichotała Estella. 
-  Jak chcesz się ubrać? - zapytała Nan. Oczy Estelli rozbłysły. 
-  W strój do konnej jazdy - szepnęła tęsknie. - Z czerwonym swetrem, proszę. 
Nan  ponownie  wyciągnęła  ręce.  Teraz,  kiedy  się  przekonała,  co  potrafi,  czuła  się  całkiem 

pewnie. 

Hogo, pogo, pluskwa, wesz, Ubierz się tak, jak chcesz! 
Znowu rozpętała się zawierucha szmat. Wokół Estelli zaczęła się od czerni i pojaśniała bardzo 

obiecująco do bladego brązu oraz czerwieni. Wokół Nan zrobiło się różowo. Kiedy zamieć opadła, 
Estella  wyglądała  bardzo  ładnie  i  zgrabnie  w  bryczesach,  czerwonym  pulowerze  i  dżokejce. 
Pokazywała szpicrutą na Nan i parskała bezsilnie. 

Nan spojrzała na siebie. Widocznie najbardziej chciała wyglądać tak, jak wyobrażona Dulcynea 

Wilkes podczas lotów na miotle nad Londynem. Nosiła lśniącą, różową, jedwabną balową suknię. 

Szeroka  spódnica  zamiatała  mokrą  trawę.  Obcisły  różowy  stanik  odsłaniał  ramiona.  Suknia 

miała  koronkowe  rękawy  i  z  przodu  błękitne  kokardki.  Nic  dziwnego,  że  Estella  się  śmiała! 
Różowy jedwab stanowczo nie pasował do osoby tak pulchnej jak Nan. Dlaczego różowy? - pytała 

background image

66 

samą siebie. Pewnie skojarzyło jej się ze szkolnymi kocami. 

Wyciągnęła  już  ręce,  żeby  spróbować  jeszcze  raz,  kiedy  usłyszała  Karen  Grigg  wołającą  za 

krzakami: 

-  Estella! Estella! Gdzie jesteś? Panna Phillips chce wiedzieć, dokąd poszłaś! 
Estella  i Nan rzuciły  się do ucieczki. Strój Estelli  idealnie się  nadawał do przedzierania przez 

krzaki. Strój Nan - wręcz przeciwnie. Zdyszana, z trudem gramoliła się za Estella. Woda z mokrych 
liści  ciągle oblewała  jej  nagie ramiona. Rękawy  krępowały  jej ruchy. Spódnica owijała się wokół 
nóg  i  zaczepiała  o  krzaki.  Na  samym  końcu  zagajnika  suknia  zahaczyła  o  gałąź  i  rozdarła  się  z 
takim trzaskiem, że Estella odwróciła się przerażona. 

-    Zaczekaj!  -  wysapała  Nan.  Wyszarpnęła  spomiędzy  gałęzi  różową  spódnicę  i  oddarła  całą 

dolną część. Owinęła gołe ramiona oderwanym kawałkiem jak szalem. - Teraz lepiej. 

Potem już łatwo dotrzymywała kroku Estelli. Wymknęły się na szkolny podjazd, przebiegły po 

nim  i wyszły za żelazną  bramę. Nan chciała się zatrzymać  na drodze  i  zmienić różową suknię  na 
coś  innego,  ale  tuż  za  bramą  jakiś  człowiek  zamiatał  chodnik.  Przestał  zamiatać  i  zagapił  się  na 
dwie dziewczynki. 

Trochę  dalej  szły  dwie  panie  z  torbami  na  zakupy,  które  jeszcze  bardziej  się  gapiły.  Nan 

spuściła głowę w krańcowym zażenowaniu, kiedy je mijała. Strzępki podartego różowego jedwabiu 

zwisały  JeJ wokół nóg  i przywierały do bladobłękitnych pończoch, na które widocznie wymieniła 
swoje skarpety. Do kompletu wyposażyła się w różowe baletki. 

-  Wpadniesz do mnie  na  lekcję  baletu, jak  już wrócisz ze szkółki  jeździeckiej? - powiedziała 

głośno i desperacko do Estelli. 

-  Może. Ale  boję się twojego nauczyciela tańca - odpowiedziała Estella, dzielnie podejmując 

rolę. 

Minęły  panie  z  zakupami,  ale  dalej  na  drodze  było  więcej  ludzi.  Im  bardziej  zbliżały  się  do 

miasteczka, tym więcej osób spotykały. Zanim dotarły do pierwszych sklepów, Nan wiedziała, że 
nie zdoła pozbyć się różowej balowej sukni. 

-  Wyglądasz bardzo ładnie. Naprawdę - pocieszała ją Estella. 
-  Wcale nie. To jak koszmarny sen - jęknęła Nan. 
-  W moich koszmarach nie mam na sobie żadnego ubrania -wyznała Estella. 
Wreszcie  dotarły  do  dziwacznego  zamku  z  czerwonej  cegły,  zwanego  Starą  Bramą.  Estella, 

blada  i  zdenerwowana,  zaprowadziła  Nan  po  schodach  na  ganek  pod  spiczastym  daszkiem.  Nan 
pociągnęła  dużą  rączkę  dzwonka  wiszącą  obok  łukowatych  drzwi.  Potem  stały  pod  daszkiem  i 
czekały, coraz bardziej zdenerwowane. 

Przez długi czas myślały, że nikt im nie otworzy. Wreszcie, prawie po pięciu minutach, drzwi 

otworzyły się bardzo powoli, z niemiłosiernym skrzypieniem. Zgrzybiała staruszka, oparta na lasce, 
patrzyła na gości z lekkim zdumieniem. 

Estella była tak zdenerwowana, że zaczęła się jąkać. 
-  Ddroga ucieczki w-w imię DDulcynei - wykrztusiła. 
-    Ojej!  -  zawołała  stara  pani.  -  Moje  drogie,  tak  mi  przykro.  Inkwizytorzy  rozbili  tutejszą 

organizację kilka lat temu. Gdyby nie mój wiek, siedziałabym teraz w więzieniu. Co tydzień mnie 
sprawdzają. Nie odważę się nic zrobić. 

Stały i patrzyły na nią w krańcowej konsternacji. Staruszka zobaczyła ich miny. 
-  Jeśli to naprawdę ważne - powiedziała - mogę wam dać za-; klęcie. Nic więcej nie wymyślę. 

Chcecie? 

Ponuro kiwnęły głowami. 
-    Więc  zaczekajcie  chwilę,  aż  je  zapiszę  -  poleciła  staruszka.  Zostawiła  drzwi  otwarte  i 

pokuśtykała  do  stolika  pod  ścianą  ciemnego  starego  westybulu.  Otworzyła  szufladę  i  wygrzebała 
kartkę papieru. Znalazła długopis. Potem popatrzyła na dziewczynki. 

-  Wiecie,  moje drogie, żeby  nie przyciągać uwagi, powinnyście wyglądać,  jakbyście zbierały 

na dobroczynność. Mogę udawać, że wypisuję wam czek. Czy któraś z was potrafi stworzyć puszkę 

background image

67 

na datki? 

-  Ja mogę - zaofiarowała się Nan. 
Ze  strachu  i  napięcia  niemal  straciła  głos.  Musiała  odchrząknąć.  Nie  ośmieliła  się  wymawiać 

zaklęć,  stojąc  na  progu  starego  domu,  nad  ruchliwą  ulicą.  Po  prostu  z  nadzieją  pomachała  drżącą 
ręką. 

Natychmiast ciężar pociągnął jej rękę w dół. Ogromna puszka na datki zwisała jej z ramienia, a 

następna dyndała na ramieniu Estelli. Obie były wielkie jak puszki farby. Obie miały wymalowane 
na boku wielkie czerwone krzyże i brzęczały donośnie przy każdym nerwowym ruchu. 

-  Tak lepiej - oceniła stara pani i bardzo powoli zaczęła pisać. 
Olbrzymie  puszki  rzeczywiście  ułatwiły  dziewczynkom  czekanie.  Przechodnie  oczywiście 

przyglądali się im ciekawie, ale większość uśmiechała się, widząc puszki. A Nan i Estella stały w 
drzwiach  dość  długo,  ponieważ  stara  dama  nie  tylko  pisała  bardzo  powoli,  ale  również  wciąż  do 
nich zagadywała. 

-  Czy któraś z was zna Dębową Furtę?! - zawołała. Obie pokręciły głowami. - Szkoda. Musicie 

tam pójść, żeby to powiedzieć. To krąg drzew tuż pod lasem. Lepiej narysuję wam mapę. 

Rysowała powoli. Potem zawołała: 
-  Nie wiem, dlaczego nazywa się Dębowa! Każde drzewo w tym kręgu to buk. 
Jeszcze później zawołała: 
-  Teraz zapisuję, jak powinnyście to wymawiać! 
Dziewczynki  wciąż  stały  na  ganku.  Nan  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  stara  pani  w 

rzeczywistości  nie  jest  sprzymierzeńcem  inkwizytorów  i  celowo  je  tutaj  zatrzymuje.  Wreszcie 
staruszka złożyła papier i poczłapała z powrotem do frontowych drzwi. 

-  Proszę, moje drogie. Żałuję, że nie mogę zrobić dla was więcej. 
Nan wzięła kartkę. Estella zdobyła się na sztuczny promienny uśmiech.                                             
-  Strasznie dziękujemy - powiedziała. - Jak ten czar działa? 
-  Nie wiem dokładnie - odparła stara pani. - Przekazywano go w mojej rodzinie do użycia w 

razie nagłej potrzeby, ale nikt jeszcze go nie użył. Słyszałam, że jest bardzo potężny. 

Jak  wielu  starych  ludzi,  staruszka  mówiła  dość  głośno.  Nan  i  Estella  oglądały  się  nerwowo 

przez ramię w stronę ulicy, ale nikt chyba nie słyszał. Podziękowały uprzejmie starej pani i kiedy 
zamknęła drzwi, ze znużeniem zeszły po schodach, dźwigając ogromne puszki na datki. 

-  Lepiej go użyjmy - zaproponowała Estella. - Teraz nie mam odwagi wrócić. 

 

background image

68 

ROZDZIAŁ 11 

Karol  biegł  wokół  boiska  w  stronę  szopy  dozorcy.  Miał  nadzieję,  że  jeśli  ktoś  go  zobaczy, 

pomyśli, że to trening WF-u. Z tego powodu przebrał się w kuse błękitne szorty do biegania, zanim 
się  wymknął.  W  wolnej  chwili,  zakładał,  mógł  przemienić  szorty  w  dżinsy  czy  cokolwiek.  Teraz 
jednak  najważniejsze  to  dopaść  tej  starej  obszarpanej  miotły,  która  poprzedniego  dnia  służyła 
dziewczynom do dręczenia Nan Pilgrim. Jeśli ją znajdzie, zanim tamci zauważą jego nieobecność, 
odleci na niej i żaden pies na świecie nie wytropi jego śladu. 

Dotarł do szopy, stojącej za kuchennym ogrodem. Podkradł się do drzwi. 
W tej samej chwili Nirupam podkradł się z przeciwnej strony, również w błękitnych szortach, i 

wyciągnął  długie  ramię  do  skobla.  Obaj  wytrzeszczyli  oczy.  Przez  głowę  Karola  przemknęły 
rozmaite  rzeczy  do  powiedzenia,  od  wyjaśnienia,  że  po  prostu  urwał  się  z  WF-u,  po  oskarżenie 
Nirupama o porwanie Briana. 

W końcu nic nie powiedział. Tymczasem Nirupam już podniósł skobel. 
-  Zamawiam miotłę! - zawołał Karol. 
-    Tylko  jeśli  są  dwie  -  odparł  Nirupam,  żółty  ze  strachu.  Otworzył  drzwi  i  zanurkował  do 

szopy. Karol skoczył za nim. W szopie nie było nawet starej miotły. Były doniczki, wiadra, 

stary  walec,  nowy  walec,  cztery  sztuki  grabi,  dwie  łopaty,  motyka  i  stary  mop  tkwiący  w 

wiadrze. To wszystko. 

-  Kto ją zabrał?! - zawołał Karol dzikim głosem. 
-  Nikt jej nie odniósł - wyjaśnił Nirupam. 
-  A niech to czary! -jęknął Karol. - Co teraz zrobimy? 
-  Użyjemy czegoś innego - odparł Nirupam. - Albo pójdziemy piechotą. 
Chwycił najbliższą łopatę i stanął nad nią okrakiem, zginając długie silne nogi. 
-    Leć  -  rozkazał  łopacie.  -  No  dalej,  leć,  niech  cię  czary!  Nirupam  miał  dobry  pomysł, 

stwierdził Karol. Czarownik z pewnością potrafiłby zmusić każdą rzecz do latania. 

-  Moim zdaniem grabie będą latały lepiej - powiedział, ale sam szybko chwycił mop. 
Mop był taki stary, że przykleił  się do wiadra. Karol  musiał oprzeć stopę o krawędź wiadra  i 

ciągnąć,  żeby  go  oderwać.  Sporo  zmywaka  zostało  w  wiadrze.  Karol  zdobył  kij  zakończony 
wystrzępionym szarym kikutem. Stanął nad nim okrakiem. Podskoczył. 

-  Leć! - rozkazał mopowi. - Szybko! 
Nirupam odrzucił łopatę i złapał motykę. Razem rozpaczliwie skakali po całej szopie. 
-  Leć! - sapali. - Leć! 
Na swój starczy, opieszały, niemrawy sposób mop wykonał rozkaz. Chybotliwie wzniósł się w 

powietrze  na  jakiś  metr  i  ruszył  do  drzwi.  Nirupam  zajęczał  rozpaczliwie,  ale  wtedy  motyka 
również  |  wystartowała  nagłym  zrywem,  jakby  nie  chciała  zostać  z  tyłu.  Nirupam  śmignął  obok 
Karola, wywijając potężnymi nogami. 

-  To działa! - wy sapał triumfalnie i wykonał następny kangurzy sus w stronę kuchennego ogrodu. 
Uczniowie  nie  mieli  wstępu  do  kuchennego  ogrodu,  ale  tędy  prowadziła  chyba  najbardziej  dyskretna 

droga  ucieczki.  Karol  przeleciał  za  Nirupamem  przez  bramę  i  nad  żwirowaną  ścieżką.  Obaj  próbowali 
zapanować nad swoimi wierzchowcami. Mop kiwał się i zataczał jak zgrzybiały staruszek, który ledwie się 
wlecze  w  powietrzu.  Motyka  albo  skakała  jak  kangur,  albo  przechylała  się  i  ciągnęła  metalowy  koniec  po 
ścieżce.  Nirupam  musiał  podkurczyć  nogi,  żeby  nie  zostawiać  śladów  na  ziemi.  Męczeńsko  przewracał 
oczami.  Ciągle  wyprzedzał  Karola  albo  zostawał  z  tyłu.  Kiedy  dotarli  do  muru  na  końcu  ogrodu,  oba 
narzędzia się zatrzymały. Mop zatoczył się w powietrzu. Motyka zgrzytnęła metalem o żwir. 

-  Nie mogą się wznieść tak wysoko, żeby przelecieć na drugą stronę - powiedział Karol. -1 co teraz? 
Podróż mogła się tutaj zakończyć, gdyby nie pies woźnego, który węszył w kuchennym ogrodzie i nagle 

wykrył ich zapach. Popędził do nich po długiej ścieżce, ujadając. Motyka i mop poderwały się jak spłoszone 
koty. Przefrunęły nad murem, niosąc trzymających się kurczowo chłopców, i pomknęły nad polami. Pędziły 
w stronę  głównej szosy,  mop  kiwając się,  motyka opadając  i  wlokąc  koniec po  ziemi. Prawie  zawadzały  o 
żywopłoty i mijały drzewa o włos. Nie zwolniły, dopóki nie oddzieliły się trzema polami od psa woźnego. 

-  Widocznie ohe nie cierpią tego psa tak samo jak my - wydyszał Nirupam. - To ty rzuciłeś to zaklęcie 

background image

69 

„Simon mówi"? 

-  Tak - przyznał Karol. - To ty sprowadziłeś ptaki na muzyce? 
-    Nie  -  zaprzeczył  Nirupam  ku  wielkiemu  zdziwieniu  Karola.  -  Zrobiłem  tylko  jedną  rzecz,  w 

tajemnicy, ale  nie odważę się zostać, jeśli  inkwizytorzy sprowadzą  wykrywacz czarownic. Zawsze  cię tym 
załatwią. 

-  Co zrobiłeś? - zaciekawił się Karol. 
-  Pamiętasz tę noc, kiedy wszystkie nasze buty przeniosły się do auli - powiedział Nirupam. - No więc 

tej nocy mieliśmy ucztę. 

Dan Smith kazał mi podnieść deski w podłodze i wyjąć jedzenie. Mówi, że nie mam prawa być 

taki duży i taki słaby - ciągnął z urazą - i nienawidzę go za to. Kiedy podniosłem deski, znalazłem 
buty  do  biegania  z  kolcami,  schowane  razem  z  jedzeniem.  Zmieniłem  te  buty  w  ciasto 
czekoladowe. Wiedziałem, że Dan jest taki żarłoczny, że zje wszystko sam. I zjadł. Z nikim się nie 
podzielił. Może zauważyłeś, że następnego dnia czuł się raczej nieswojo. 

Tamtego dnia tyle się wydarzyło, że Karol jakoś nie zwrócił uwagi na samopoczucie Dana. Nie 

miał serca wyjaśniać, ile kłopotów narobił mu Nirupam. 

-    To  były  moje  kolce  -  oznajmił  ze  smutkiem.  Zachwiał  się  na  mopie,  poruszony  wizją 

żelaznych kolców wędrujących przez układ trawienny Dana. - On chyba ma strusi żołądek! 

-  Kolce zmieniły się w wisienki - wyjaśnił Nirupam. - Podeszwy zmieniły się w bitą śmietanę. 

Buty jako całość stały się tak zwanym bawarskim tortem. 

W  tym  momencie  dotarli  do  głównej  szosy  i  zobaczyli  dachy  samochodów  migające  za 

żywopłotem. 

-  Musimy zaczekać na przerwę w ruchu - oświadczył Karol. -Stój! - rozkazał mopowi. 
-  Stój! - krzyknął Nirupam do motyki. 
Żadne z narzędzi nie zwróciło najmniejszej uwagi na te rozkazy. Ponieważ Karol i Nirupam nie 

odważyli  się  opuścić  nóg,  żeby  nie  zostawić  śladów  dla  psów,  nie  mieli  jak  się  zatrzymać. 
Bezradnie  pozwolili  się  przenieść  nad  żywopłotem.  Na  szczęście  droga  biegła  w  niewielkim 
zagłębieniu,  a  oni  nabrali  dostatecznie  dużej  wysokości,  żeby  się  zmieścić  nad  dachami 
rozpędzonych  samochodów.  Nirupam  gorączkowo  podkurczał  potężne  nogi.  Karol  usiłował  robić 
to samo. Klaksony trąbiły. Zza szyb spoglądały na nich twarze, rozwścieczone i ubawione. 
Karol nagle zrozumiał, jak śmiesznie muszą wyglądać: obaj w kusych błękitnych szortach, on sam 
kiwający  się  na  brudnym  starym  mopie,  Nirupam  podskakujący  w  powietrzu  jak  konik  polny,  z 
udręczonym wyrazem twarzy. 

Klaksony wciąż dźwięczały, kiedy przelecieli nad żywopłotem po drugiej stronie drogi. 
-  Ratunku! -jęknął Nirupam. - Lećmy do lasu, szybko, zanim ktoś wezwie policję! 
Las  Wielobór  zaczynał  się  już  za  następnym  wzgórzem  i  na  szczęście  panika  jeźdźców 

udzieliła  się  wierzchowcom.  Mop  i  motyka  przyspieszyły.  Karol  o  mało  nie  spadł  od  kołysania  i 
drgań.  Motyka  pomagała  sobie,  wbijając  mocno  metalowy  koniec  w  ziemię,  toteż  Nirupam 
podskakiwał  jak  na  żabiej  lasce,  skowycząc  przy  każdym  wstrząsie.  Klaksony  wciąż  trąbiły  na 
drodze, kiedy najpierw Nirupam, potem Karol dotarli do lasu i zanurkowali pomiędzy drzewa. 

Do tej pory Nirupam tak daleko wysunął się w przód, że Karol myślał, że go zgubił. I bardzo 

dobrze,  stwierdził.  Bezpieczniej  uciekać  w  pojedynkę.  Ale  mop  miał  inne  zdanie.  Po  chwili 
wahania,  jakby  stracił  trop,  wystartował  ponownie  z  największym  rozmachem.  Karol  obijał  się  o 
pnie drzew i ocierał o kłujące poszycie. Wreszcie został przeciągnięty przez pokrzywy. 

Wrzasnął. Nirupam również wrzasnął, tuż za pokrzywami. Motyka zrzuciła go w gąszcz jeżyn i 

radośnie śmignęła w stronę starej wytartej  miotły, która stała oparta po drugiej stronie zarośli. Na 
ten widok mop cisnął Karola w pokrzywy i również ruszył w kierunku miotły, podrygując zalotnie. 
Wyglądał całkiem jak dziadek na randce. 

Karol i Nirupam pozbierali się z kwaśnymi minami. Nadsłuchiwali. Kierowcy na drodze chyba 

znudzili  się  naciskaniem  klaksonów.  Chłopcy  rozejrzeli  się.  Za  podskakującą  motyką  i 
podrygującym mopem zobaczyli porządnie zbudowane obozowe ognisko. Obok ogniska, ukryty w 
jeżynach, stał mały pomarańczowy namiot. A przed namiotem stał Brian Wentworth, piorunując ich 

background image

70 

wzrokiem. 

-  Liczyłem, że przynajmniej jednego z was aresztują - powiedział. - Zjeżdżajcie stąd! Chcecie, 

żeby mnie złapali? 

-  Nie, nie chcemy! - odparł gniewnie Karol. - My... Hej, słuchajcie! 
Gdzieś  wyżej  na  wzgórzu,  w  gęstwie  lasu,  pies  szczeknął  krótko,  z  podnieceniem  i  nagle 

zamilkł.  Ptaki,  łopocząc  skrzydłami,  podrywały  się  z  drzew.  Wyczulone  uszy  Karola  słyszały 
również rytmiczne szuranie, jakby ciężkich stóp maszerujących przez poszycie. 

-  To policja - oznajmił. 
-  Wy głupcy! Sprowadziliście ich do mnie! - rzucił Brian rozpaczliwym szeptem. 
Złapał starą miotłę, tkwiącą pomiędzy mopem a motyką, dosiadł jej jednym wypraktykowanym 

skokiem i odleciał nad jeżynami. 

-  To on wywołał ptaki na muzyce - oświadczył Nirupam i chwycił motykę. 
Karol wskoczył  na  mopa  i obaj polecieli  za  Brianem, trzęsąc się  i podskakując wśród  jeżyn  i 

niskich drzew. Karol trzymał głowę spuszczoną, ponieważ gałęzie szarpały go za włosy, i myślał, 
że Nirupam ma rację. Te ptaki pojawiły się w samą porę, żeby uratować Briana przed śpiewaniem. 
A papuga wołająca „kuku!" była dokładnie w stylu Briana. 

Doganiali miotłę, nie z własnej woli, ale dlatego, że motyka i mop stanowczo nie chciały się z 

nią  rozstawać.  Widocznie  spędziły  razem  wiele  lat  w  szopie  dozorcy  i  darzyły  się  wzruszającym 
przywiązaniem,  pomyślał  Karol  z  irytacją.  Ani  on,  ani  Nirupam  żadnym  sposobem  nie  potrafili 
skierować  narzędzi  w  inną  stronę.  Wkrótce  Brian  przemykał  pomiędzy  drzewami  ledwie  kilka 
metrów przed nimi. 

Odwrócił się i zmierzył ich wściekłym wzrokiem. 
-  Zostawcie mnie w spokoju! Zepsuliście mi ucieczkę i przez was straciłem namiot. Odejdźcie! 
-  To przez motykę i mopa - sprostował Karol. 
-  Policja szuka ciebie, nie nas - wysapał Nirupam. - Czego się spodziewałeś? Przecież zginąłeś. 
-    Nie  spodziewałem  się,  że  dwóch  kompletnych  idiotów  wpadnie  do  lasu  i  ściągnie  mi  na 

głowę policję - warknął Brian. - Czemu nie zostaliście w szkole? 

-  Jeśli  nas tutaj  nie chciałeś, nie trzeba  było wypisywać tych  bzdur, że czarownica rzuciła na 

ciebie urok - wyjaśnił Karol. -Dzisiaj przyjeżdża inkwizytor, z twojego powodu. 

-  Przecież sam mi tak poradziłeś - odparł Brian. 
Karol otworzył i zamknął usta, bo odebrało mu mowę z oburzenia. Tymczasem zbliżyli się do 

skraju  lasu.  Za  zasłoną  żółtych  leszczynowych  liści  Karol  dostrzegł  zielone  pola  i  ponownie 
spróbował  zawrócić  mopa.  Jeśli  wylecą  z  lasu,  natychmiast  zostaną  zauważeni.  Ale  mop  uparcie 
podążał za miotłą. 

Kiedy przeciskali się wśród giętkich leszczynowych gałęzi, Nirupam wydyszał ciężko: 
-    Powinieneś  się  cieszyć,  że  masz  przy  sobie  przyjaciół,  Brian.  Brian  roześmiał  się 

histerycznie. 

-  Przyjaciół! Nie chcę żadnego z was za przyjaciela, nawet gdyby mi dopłacali! Wszyscy w II 

y śmieją się z was! 

Ledwie to powiedział, w lesie za nimi wybuchło zgiełkliwe ujadanie psów. Jakiś głos krzyknął 

coś  o  namiocie.  Najwyraźniej  policja  znalazła  obozowisko  Briana.  Miotła  Briana  przyspieszyła  i 
śmignęła nad polem. Karol i Nirupam przeszorowali przez gąszcz leszczynowych witek, bo motyka 
i mop próbowały dotrzymać tempa towarzyszce. 

Podrapani  i  bez  tchu,  wyskoczyli  nad  polem  w  miejscu,  gdzie  ściana  lasu  zwracała  się  do 

miasta. Brian wyprzedzał ich, lecąc szybko i nisko w dół, w stronę kępy drzew rosnących na środku 
pola. Motyka i mop popędziły za nim. 

-    Wiem,  że  Brian  jest  wredny,  ale  zawsze  przedtem  myślałem,  że  to  przez  jego  sytuację  - 

wyrzucił z siebie Nirupam urywanym głosem, kiedy motyka skakała jak kangur przez pole. 

Karol nie odpowiedział od razu, ponieważ nie miał pewności, czy charakter danej osoby można 

oceniać oddzielnie od sytuacji. 

background image

71 

Zastanawiał  się,  jak  powiedzieć  coś  takiego,  siedząc  na  chwiejnym,  trzęsącym  mopie, 

trzymając się jedną ręką, a drugą przytrzymując okulary. Tymczasem Brian dotarł do kępy drzew i 
zniknął  wśród  nich.  Ponownie  usłyszeli  jego  głos,  piskliwy  i  zdenerwowany,  budzący  echo  w 
zagajniku. 

-  Czy Brian chce na nas sprowadzić policję? - wysapał Nirupam. 
Obaj  obejrzeli  się  przez  ramię,  spodziewając  się  policjantów  z  psami  nacierających  od  skraju 

lasu.  Niczego  nie  zobaczyli.  W  następnej  chwili  przedzierali  się  wśród  niskich  bukowych  gałęzi, 
pokrytych  liśćmi  czerwonymi  jak  marchewka.  Mop  i  motyka  zahamowały  z  szarpnięciem.  Karol 
spuścił  na ziemię poparzone pokrzywami  nogi  i  stanął  na wietrznej polance, otoczonej przez pnie 
barwy cyny. Popatrzył na Estellę Green, której brakowało tylko konia. Popatrzył na Nan Pilgrim w 
obszarpanych różowych jedwabiach, którą miotła obskakiwała i obtańcowywała przymilnie. 

Obok nich stał wściekły Brian. 
-  No, sami popatrzcie! - zwrócił się do Karola i Nirupama. -Zwalacie się tutaj całym tłumem! 

Czemu nie pozwolicie mi spokojnie uciec? 

-    Niech  ktoś  uprzejmie  zamknie  gębę  Brianowi  -  powiedziała  Estella  z  wielką  godnością.  - 

Właśnie zamierzamy wypowiedzieć zaklęcie, które ocali nas wszystkich. 

-  Te drzewa nazywają się Dębowa Furta - wyjaśniła Nan i przygryzła sobie policzek od środka, 

żeby nie parsknąć śmiechem. W życiu nie widziała czegoś tak zabawnego jak Nirupam na motyce. 
A mop Karola Morgana przypominał zgrzybiałego emeryta goniącego resztką sił. Ale wiedziała, że 
ona i Estella wyglądają równie śmiesznie, a jednak chłopcy ich nie wyśmiewali. 

Brian  wciąż  narzekał.  Nirupam  wypuścił  motykę,  która  radośnie  przyskoczyła  do  miotły,  i 

mocno zacisnął długą brązową rękę na ustach Briana. 

-  Zaczynajcie - powiedział. 
-  I pospieszcie się - dodał Karol. 
Nan  i  Estella  znowu  pochyliły  się  nad  swoim  trzepoczącym  świstkiem  papieru.  Stara  pani 

napisała  tylko  jedno  słowo  trzy  razy  na  samej  górze.  Niżej,  jak  obiecała,  wypisała  drżącymi 
drukowanymi literami, jak wymawiać to słowo: KRES-TO-MAN-CZI. Pod spodem dopisała: Idźcie 
do Dębowej Furty i wymówcie słowo trzy razy. 
Resztę kartki wypełniała bardzo niewyraźna mapa. 

Estella i Nan wymówiły słowo chórem trzy razy: 
-  Chrestomanci, Chrestomanci, Chrestomanci. 
-  To wszystko? - zapytał Nirupam i zdjął rękę z twarzy Briana. 
-  Ktoś was okantował! - zawołał Brian. - To nie jest żadne zaklęcie! 
Wtem  jakby  potężny  podmuch  wiatru  uderzył  w  kępę  drzew.  Wszędzie  dookoła  gałęzie 

zakołysały  się  i  zaskrzypiały.  Szelest  liści  wypełnił  powietrze.  Opadłe  pomarańczowe  liście 
poderwały  się  z  ziemi  i  zawirowały  wokół  dzieci,  coraz  szybciej  dookoła,  jakby  wewnątrz 
zagajnika  znajdował  się  środek  trąby  powietrznej.  Po  czym  nagle  zapadła  cisza.  Liście  zawisły 
nieruchomo w powietrzu, otaczając wszystkich. Nikt nie widział niczego prócz liści, nikt nie słyszał 
żadnego  dźwięku.  Potem  bardzo  powoli  dźwięki  powróciły.  Rozległ  się  delikatny  szelest,  kiedy 
zawieszone liście opadły z powrotem na ziemię. Tam, gdzie przedtem wisiały, stał mężczyzna. 

Wydawał się całkowicie oszołomiony. Po pierwsze uniósł ręce i przygładził sobie włosy, czego 

bynajmniej  nie  potrzebowały,  ponieważ  wiatr  nie  wzburzył  ich  w  najmniejszym  stopniu.  Były 
gładkie,  czarne  i  lśniące  jak  świeża  smoła.  Przygładziwszy  włosy,  nieznajomy  poprawił 
wykrochmalone  białe  mankiety  koszuli  i  wyprostował  idealnie  prdsty  jasnoszary  krawat.  Potem 
starannie obciągnął bladoliliową kamizelkę i równie starannie strzepnął nieistniejące pyłki z pięknej 
gołębioszarej  marynarki.  A  podczas  tych  czynności  spoglądał  kolejno  na  każde  z  piątki  dzieci  z 
narastającym zdumieniem. Brwi unosiły mu się coraz wyżej. 

Wszyscy  poczuli  się  głęboko  zakłopotani.  Nirupam  próbował  schować  się  za  Karolem,  kiedy 

nieznajomy  popatrzył  na  jego  kuse  błękitne  szorty.  Karol  próbował  wśliznąć  się  za  Briana.  Brian 
próbował dyskretnie strzepnąć błoto z kolan swoich dżinsów. Oczy nieznajomego przeniosły się na 
Nan.  Były  to  bystre  czarne  oczy,  nie  tak  oszołomione,  jak  reszta  twarzy  mężczyzny,  i  pod  ich 

background image

72 

spojrzeniem  Nan  poczuła,  że  wolałaby  nie  mieć  na  sobie  żadnego  ubrania  niż  podartą  różową 
balową  suknię.  Nieznajomy  spojrzał  na  Estellę,  jakby  widok  Nan  sprawiał  mu  zbyt  wielką 
przykrość.  Nan  również  zerknęła  na  Estellę.  Estella,  poprawiwszy  dżokejkę,  wpatrywała  się  z 
uwielbieniem w przystojną twarz nieznajomego. 

Tego tylko  nam  brakowało!  -  pomyślała  Nan.  Widocznie  nieznajomy  należał  do tego  rodzaju 

mężczyzn,  w  jakich  Estella  natychmiast  się  zakochiwała.  Więc  nie  tylko  nie  zapewnili  sobie 
bezpieczeństwa, ale w dodatku wywołali  jakiegoś wystrojonego gogusia, a  na domiar złego odtąd 
prawdopodobnie nie mogli liczyć na rozsądek Estelli. 

-    A  niech  mnie!  -  wymamrotał  nieznajomy.  Teraz  gapił  się  na  miotłę,  motykę  i  mop,  które 

pląsały  razem  jak  na  balu  seniorów.  -Stanowczo uważam,  że  powinniście  odejść  -  powiedział  do 
nich. 

Wszystkie trzy narzędzia znikły z lekkim świstem. Mężczyzna odwrócił się do Nan. 
-  Co my tutaj robimy? - zapytał z lekkim wyrzutem. -1 gdzie jesteśmy? 

 

background image

73 

ROZDZIAŁ 12 

Pies zaszczekał zajadle na wzgórzu. Wszyscy oprócz nieznajomego podskoczyli. 
-  Chyba musimy już iść, proszę pana - powiedział grzecznie Nirupam. - To był policyjny pies. 

Szukają Briana, ale teraz szukają chyba nas wszystkich. 

-  Co mogą wam zrobić, kiedy was znajdą? - zapytał nieznajomy. 
-  Spalą nas - odparł Karol i odruchowo potarł kciukiem nabrzmiały pęcherz na palcu. 
-  Widzi pan, wszyscy jesteśmy czarownicami oprócz Estelli -wyjaśniła Nan. 
-  Więc pozwoli pan, że pana opuścimy... - ciągnął Nirupam. 
-  Jakież to barbarzyńskie - stwierdził nieznajomy. - Według mnie będzie znacznie lepiej, jeśli 

policjanci i psy po prostu nie zobaczą tej kępy drzew, gdzie jesteśmy, prawda? 

157 

Rozejrzał się z roztargnieniem, żeby zobaczyć, jak zareagują na jego pomysł. Wszyscy patrzyli 

na niego z powątpiewaniem, a Brian z jawną pogardą. 

-  Zapewniam  cię - zwrócił  się nieznajomy do Briana - że  jeśli wyjdziesz  na pole  i spojrzysz, 

nie  zobaczysz  żadnych  drzew,  tak  jak  policja.  Jeśli  nie  wystarczy  ci  słowo  czarodzieja,  idź  i  sam 
zobacz. 

-  Jakiego czarodzieja? - burknął niegrzecznie Brian. 
Ale oczywiście  nikt nie odważy!  się wyjść spomiędzy drzew. Czekali  i  ciarki  im  chodziły  po 

plecach, podczas gdy głosy policjantów powoli się zbliżały. Wreszcie rozległy się tuż za drzewami. 

-    Nic  -  powiedział  policjant.  -  Niech  wszyscy  wracają  i  skoncentrują  się  na  lesie.  Hills  i 

Maclver,  wy  dwaj  zejdźcie  na  dół  i  zobaczcie,  dlaczego  ci  kierowcy  koło  żywopłotu  machają. 
Reszta zabierze psy z powrotem do namiotu i zacznie stamtąd jeszcze raz. 

Potem  głosy  się  oddaliły.  Wszyscy  nieco  odetchnęli,  a  Nan  nawet  poczuła  nadzieję,  że 

nieznajomy jednak im pomoże. Ale wtedy znowu zaczął narzekać. 

-  Czy teraz któreś z was mi powie, gdzie jesteśmy? - zapytał. 
-  Obok Lasu Wielobór - wyjaśniła Nan. - W hrabstwie Hertford. 
-   W  Anglii,  Wyspy Brytyjskie,  świat, układ  słoneczny, Droga Mleczna, wszechświat - dodał 

Brian pogardliwie. 

-  Ach tak - powiedział nieznajomy. - Ale który? Brian wytrzeszczył oczy. 
-  Chodzi mi o to - podjął cierpliwie nieznajomy - czy nie wiecie przypadkiem, który to świat, 

galaktyka, wszechświat, et cetera. Istnieje ich nieskończona liczba i dopóki się nie dowiem, który to 
jest, trudno mi będzie wam pomóc. 
Karol  poczuł  się  bardzo  dziwnie  po  tych  słowach.  Pomyślał  o  przestrzeni  kosmicznej  i 
wyłupiastookich potworach, i żołądek podjechał mu do gardła. Zafascynowany, zmierzył wzrokiem 
elegancką  marynarkę  przybysza  i  próbował  ocenić,  czy  zmieściłaby  się  pod  nią  dodatkowa  para 
ramion. W żadnym wypadku. Nieznajomy zdecydowanie był istotą ludzką. 

-  Tak naprawdę pan nie jest z innego świata? - zapytał Karol. 
-  Owszem, jestem - odparł nieznajomy. - Z innego świata, pełnego ludzi jak wy, który biegnie 

obok tego. Istnieją miliardy światów. Więc który to jest? 

Większość z nich wiedziała tyle, że świat to po prostu świat. Wszyscy mieli tępe miny oprócz 

Estelli. Estella odezwała się nieśmiało: 

-  Istnieje jeszcze jeden świat. To ten, do którego ratownicy czarownic wysyłają czarownice dla 

bezpieczeństwa. 

-  Ach! - Mężczyzna odwrócił się do Estelli, która zarumieniła się gwałtownie. - Opowiedz mi o 

tym bezpiecznym świecie. 

Estella pokręciła głową. 
-  Nie wiem nic więcej - szepnęła zdruzgotana. 
-    Więc  podejdźmy  do  tego  inaczej  -  zaproponował  przybysz.  -  Opowiedzcie  mi  wszystkie 

wydarzenia, które doprowadziły do tego, że mnie wezwaliście... 

-  Więc pan nazywa się Chrestomanci? - przerwała mu Estella nabożnym szeptem. 

background image

74 

-  Tak, zwykle tak mnie nazywają - potwierdził przybysz. -Więc to ty mnie wezwałaś? 
Estella przytaknęła. 
-  Też mi zaklęcie! - rzucił szyderczo Brian. 
Brian  wyraźnie  postanowił  nie  pomagać  w  żaden  sposób.  Milczał  z  wyższością,  kiedy  reszta 

relacjonowała wydarzenia, które doprowadziły do obecnego spotkania. 

Nikt  nie  powiedział  Chrestomanciemu  całej  prawdy.  Pod  pogardliwym  wzrokiem  Briana 

wszystko  i  tak  brzmiało  jak  stek  kłamstw.  Nan  nie  wspomniała  o  swoim  spotkaniu  z  panem 
Wentworthem na latającym dywaniku. Uważała, że to raczej szlachetnie z jej strony, zważywszy na 
zachowanie Briana. Nie wspomniała również o swoich opisach jedzenia, chociaż Karol ją wyręczył. 

Z drugiej strony Karol nie czuł potrzeby, żeby wspominać o zaklęciu „Simon mówi". Nirupam 

opowiedział o tym Chrestomanciemu, ale jakoś zapomniał dodać, że Dan Smith zjadł buty Karola. 
A kiedy wszyscy skończyli, Chrestomanci spojrzał na Briana. 

-  Kolej na twoją opowieść - powiedział uprzejmie. 
Była to bardzo potężna uprzejmość.  Wszyscy  myśleli, że Brian  nic  nie powie, ale on opornie 

zaczął  mówić.  Najpierw  przyznał,  że  sprowadził  ptaki  na  lekcji  muzyki.  Potem  oświadczył,  że 
Karol  poradził  mu  w  nocy,  żeby  uciec  ze  szkoły  i  zatrzeć  za  sobą  ślady,  oskarżając  czarownicę. 
Podczas  gdy  Karol  wciąż  jąkał  się  ze  złości,  Brian  zimno  wyjaśnił,  że  i  tak  następnego  ranka 
odkrył,  że  Karol  jest  czarownikiem,  więc  kazał  mu  się  zaprowadzić  do  pielęgniarki,  żeby  sama 
mogła zobaczyć skutki Złego Oka. Na koniec z jeszcze większymi oporami wyznał, że to on napisał 
anonimowy  donos  do  pana  Crossleya,  od  którego  wszystko  się  zaczęło.  Potem,  jakby  coś  sobie 
przypomniał, odwrócił się do Nan. 

-  A ty ciągle kradłaś moją miotłę, co? 
-  Wcale nie twoją. To szkolna miotła - sprostowała Nan. Jednocześnie Karol mówił gniewnie 

do Chrestomanciego: 

-    To  nieprawda,  że  radziłem  mu,  żeby  oskarżył  czarownicę!  Chrestomanci  wpatrywał  się 

rozmarzonym wzrokiem w korony buków i sprawiał wrażenie, że nie słucha. 

-    Sytuacja  jest  zupełnie  niemożliwa  -  oświadczył.  -  Chodźmy  wszyscy  odwiedzić  tę  starszą 

panią, która kierowała służbą ratowniczą czarownic. 

Wszyscy  uznali  to  za  znakomity  pomysł.  Najwyraźniej  staruszka  mogła  ich  uratować,  gdyby 

tylko chciała. Zgodzili się ochoczo. Tylko Nirupam bąknął: 

-  Ale policja... 
-  Oczywiście niewidzialni - powiedział Chrestomanci. Nadal widocznie myślał o czym innym. 

Odwrócił się i ruszył pomiędzy buki, a wtedy wszyscy nagle znikli. Widać było tylko szeleszczący 
krąg jesiennych buków. 

-  No chodźcie - powiedział głos Chrestomanciego. 
Przez jakąś minutę panowało nieopisane zamieszanie. Zaczęło się od Nan, która założywszy, że 

nie  posiada  ciała,  weszła  prosto  na  drzewo.  Pozostała  jednak  równie  materialna  jak  zawsze  i 
porządnie się walnęła. 

-  Och, przepraszam! - powiedziała do drzewa. 
Pozostali  jakoś  przecisnęli  się  pod  niskimi  gałęziami  i  znaleźli  się  na  polu.  Tam  przede 

wszystkim  zobaczyli  poniżej  dwa  samochody,  zaparkowane  niemal  w  żywopłocie,  których 
pasażerowie przechylali się przez żywopłot i rozmawiali z dwoma policjantami. Ciągle pokazywali 
do góry na las, więc widocznie opisywali, jak zobaczyli dwie czarownice przelatujące nad szosą na 
motyce i mopie. 

Wszyscy wpadli w panikę. Pospiesznie rzucili się w drugą stronę, do miasteczka. Ale jak tylko 

ruszyli, zobaczyli, że przed nimi nikogo nie ma, więc zatrzymali się, żeby zaczekać na pozostałych. 
Potem  usłyszeli  czyjś  głos  z  przodu  i  pobiegli,  żeby  go  dogonić.  Ale  oczywiście  nie  widzieli  tej 
osoby. Wkrótce nikt nie wiedział, gdzie są inni ani co dalej robić. 

-    Może  -  przemówił  z  powietrza  głos  Chrestomanciego  -  powinniście  wszyscy  wziąć  się  za 

ręce? Widzicie, nie mam pojęcia, gdzie jest Stara Brama. 

background image

75 

Wszyscy  z  wdzięcznością  wyciągnęli  ręce.  Nan  odkryła,  że  trzyma  za  rękę  Briana  i  Karola 

Morgana.  Nigdy  nie  myślała,  że  nadejdzie  czas,  kiedy  to  jej  sprawi  przyjemność.  Estella  tak 
manewrowała, żeby wziąć za rękę Chrestomanciego, co wyszło na jaw, kiedy szereg raźno ruszył w 
dół ścieżką prowadzącą do miasteczka. Głos Estelli rozległ się z przodu, ćwierkający w odpowiedzi 
na pytania Chrestomanciego.  " 
Jak  tylko  przestało  im  grozić,  że  ktoś  ich  usłyszy,  Chrestomanci  zaczął  zadawać  mnóstwo  pytań. 
Pytał,  kto  jest  premierem  i  jakie  są  najważniejsze  państwa,  i  co  to  jest  EWG,  i  ile  było  wojen 
światowych.  Potem  zadawał  pytania  z  historii.  Wkrótce  wszyscy  udzielali  mu  odpowiedzi  z 
pewnym poczuciem wyższości, ponieważ wydawało się wręcz niesamowite, ilu rzeczy nie wiedział 
Chrestomanci. 

Słyszał  o  Hitlerze,  chociaż  poprosił  Briana,  żeby  ten  odświeżył  mu  pamięć,  ale  miał  bardzo 

mętne  pojecie  o  Gandhim  czy  Einsteinie  i  nigdy  nie  słyszał  o  Walcie  Disneyu  ani  o  reggae.  Nie 
słyszał też o Dulcynei Wilkes. Nan opowiedziała o Dulcynei i dodała z wielką dumą, że należy do 
jej potomków. 

Dlaczego to mówię? - pomyślała z nagłym niepokojem. Wcale nie wiem, czy bezpiecznie jest z 

nim  rozmawiać!  A  jednak  jak  tylko  o  tym  pomyślała,  zaczęła  rozumieć  powody  swojego 
zachowania.  Chodziło  o  to,  w  jaki  sposób  Chrestomanci  zadawał  pytania.  Nan  przypomniał  się 
okres, kiedy ciągle dostawała wysypki i ciotka zabrała ją do bardzo ważnego specjalisty. Specjalista 
nosił bardzo elegancki garnitur, chociaż bynajmniej nie tak piękny jak Chrestomanciego, i zadawał 
pytania w ten sam sposób, żeby dotrzeć do symptomów choroby. 

Wspomnienie  tego  specjalisty  napełniło  Nan  wielką  nadzieją.  Jeśli  się  potraktowało 

Chrestomanciego,  pomimo  jego  roztargnienia  i  elegancji,  jako  specjalistę  próbującego  rozwiązać 
ich problemy, wówczas można uwierzyć, że ten człowiek może im pomóc. Z pewnością był silnym 
i doświadczonym czarownikiem. Może nakłoni starszą panią, żeby ich odesłała w jakieś bezpieczne 
miejsce. 

Kiedy  ścieżka zaprowadziła  ich  na ruchliwe ulice  miasteczka, Chrestomanci przestał zadawać 

pytania,  ale  Nan  wiedziała,  że  nadal  szukał  symptomów.  Wszyscy  musieli  się  zatrzymać,  kiedy 
oglądał ciężarówkę zaparkowaną obok supermarketu. Była to zwykła ciężarówka z marką Leylanda 
z  przodu  i  reklamą  fasolki  Heinza  na  boku,  ale  Chrestomanci  mruknął:  „Dobry  Boże!",  jakby 
naprawdę się zdziwił, zanim ich pociągnął, żeby zajrzeć przez okna supermarketu. 

Potem  holował  ich  tam  i  z  powrotem  przed  kilkoma  samochodami.  Napędził  im  porządnego 

stracha.  Okna  samochodów,  dekle  i  szyby  supermarketu  pokazywały  słabe,  mgliste  odbicia  całej 
szóstki. Kupujący mogli coś zauważyć w każdej chwili. 

Wreszcie  Chrestomanci  pozwolił  Estelli  odprowadzić  się  dalej,  aż  do  obskurnej  pasmanterii, 

gdzie chyba nikt nic nie kupował. 

-  Od jak dawna macie dziesiętną walutę? - zapytał. 
Kiedy  mu odpowiadali,  mgliste odbicie w  szybie pasmanterii pokazało  jego wysoką sylwetkę 

pochyloną nad paczkami rajstop i wyblakłą błękitną nylonową koszulą nocną. 

-  Z czego są zrobione te pończochy? - zapytał. 
-  Oczywiście z nylonu - warknął Karol. Zastanawiał się, czy nie puścić ręki Nan i nie uciec. 
Estella, która czuła to samo, uwiesiła się na dłoni Chrestomanciego i pospiesznie zaprowadziła 

wszystkich  do  Starej  Bramy.  Zaciągnęła  ich  po  schodach  na  ganek  i  nacisnęła  dzwonek,  zanim 
Chrestomanci zdążył zadać następne pytanie. 

-  Nie trzeba było niepokoić staruszki - zauważył Chrestomanci. 
Po tych słowach łukowy ganek rozpłynął się wokół nich. Znaleźli się w staroświeckim salonie, 

pełnym  małych  stoliczków  nakrytych  serwetkami  z  frędzelkami  i  zastawionych  rozmaitymi 
ozdóbkami. Starsza pani właśnie sięgała po laskę i próbowała dźwignąć się z fotela, mamrocząc coś 
w stylu: „Utrapienie dzisiaj z tymi gośćmi!"   

Chrestomanci  zrobił  się  widoczny,  wysoki,  elegancki  i  jakoś  bardzo  na  miejscu  w  tym 

staroświeckim salonie. Estella, Nan, Karol, Nirupam i Brian również się pojawili i wyglądali tak nie 

background image

76 

na miejscu, jak tylko to możliwe. Starsza pani opadła z powrotem na fotel i wytrzeszczyła .oczy. 

-  Przepraszamy panią za najście - zaczął Chrestomanci. Starsza pani obdarzyła go promiennym 

uśmiechem. 

-    Co  za  wspaniała  niespodzianka!  -  zawołała.  -  Nikt  nie  pojawiał  się  w  ten  sposób  od  lat! 

Proszę mi wybaczyć, że nie wstaję. 

Ostatnio bardzo dokucza mi artretyzm w kolanach. Czy napijecie się herbaty? 
-    Nie  chcemy  sprawiać  kłopotu  szanownej  pani  -  odparł  Chrestomanci.  -  Jak  rozumiem,  jest 

pani strażniczką jakiejś drogi przejścia. 

-    Owszem  -  przyznała  starsza  pani  z  powątpiewającą  miną.  -Jeśli  wszyscy  musicie  z  niej 

skorzystać,  widocznie  musicie,  ale  to  zajmie  wiele  godzin.  Widzicie,  przejście  jest  w  piwnicy, 
ukryte przed inkwizytorami pod siedmioma tonami węgla. 

-    Zapewniam,  że  nie  zamierzamy  żądać  od  pani  przerzucania  węgla  -  powiedział 

Chrestomanci. 

Nie, pomyślał Karol, patrząc na jego białe mankiety. To my będziemy przerzucać węgiel. 
-    Pragnę  tylko  wiedzieć  -  ciągnął  Chrestomanci  -  który  świat  znajduje  się  po  drugiej  stronie 

przejścia. 

-    Nie  widziałam  go  -  odparła  z  żalem  starsza  pani.  -  Ale  zawsze  zakładałam,  że  to  świat 

dokładnie taki jak nasz, tylko bez czarów. 

-    Dziękuję  pani.  Zastanawiam  się...  -  mruknął  Chrestomanci.  Znowu  wydawał  się  niezwykle 

roztargniony. - Co pani wiadomo o Dulcynei Wilkes? Czy przed nią było tu wiele magii? 

-    Arcyczarownica?  Wielkie  nieba,  tak!  -  powiedziała  starsza  pani.  -  Wszędzie  tutaj  były 

czarownice  na  długo  przed  Dulcyneą.  Myślę,  że  to  Oliver  Cromwell  ustanowił  pierwsze  prawa 
przeciwko czarownicom, ale może zaczęło się wcześniej. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Elżbieta I 
chyba była czarownicą. Wie pan, przez ten sztorm, który zatopił hiszpańską Armadę. 

Nan  patrzyła,  jak  Chrestomanci  słucha  i  potakuje.  Widocznie  znowu  zbierał  symptomy. 

Westchnęła i zastanowiła się, czy powinna się zgłosić do przerzucania węgla. 

Chrestomanci również lekko westchnął. 
-    Szkoda  -  powiedział.  -  Miałem  nadzieję,  że  Arcyczarownica  stanowi  klucz  do  tutejszych 

problemów. Może Oliver Cromwell? 

-    Niestety,  nie  jestem  historykiem  -  oświadczyła  stanowczo  starsza  pani.  -1  nie  znajdzie  pan 

wielu  ludzi, którzy wiedzą więcej. Historia czarownic  jest zakazana. Wszystkie te książki spalono 
dawno temu. 

Karol, który niecierpliwił się nie mniej od Nan, wtrącił się w tym miejscu. 
-  Pan Wentworth wie mnóstwo o historii czarownic, ale... 
-  Tak! - wpadła mu w słowo Nan. - Jeśli pan naprawdę chce wiedzieć, może pan tutaj wezwać 

pana Wentwortha. On też jest czarownikiem, więc to nic nie szkodzi. 

Po  tych  słowach  uświadomiła  sobie,  że  Brian  piorunuje  ją  wzrokiem  niemal  dorównującym 

standardom Karola Morgana i że sam Karol wpatruje się w nią dziko. 

-  To prawda - oświadczyła. - Przecież wiesz, Brian. Spotkałam go wczoraj w nocy, jak latał na 

dywanie sprzed kominka, i myślał, że jestem tobą na miotle. 

To wszystko wyjaśnia, pomyślał Karol. Tamtej nocy, kiedy pan Wentworth zniknął, po prostu 

wyleciał  na  spacer.  Okno  było  szeroko  otwarte  i  teraz  Karol  przypomniał  sobie  wyraźnie  gołe 
miejsce przed gazowym kominkiem, gdzie przedtem leżał wytarty dywanik. To wyjaśniało również 
ten  moment  w  klasie,  kiedy  myślał,  że  pękły  mu  okulary.  Rzeczywiście  pękły  i  pan  Wentworth 
naprawił je czarami. 

-    Nie  możesz  zamknąć  tej  swojej  jadaczki?!  -  wrzasnął  wściekle  Brian  do  Nan.  Wskazał 

Chrestomanciego. - Skąd wiemy, że on jest bezpieczny? Przecież mogłaś wywołać samego diabła! 

-    Och,  pochlebiasz  mi,  Brianie  -  powiedział  Chrestomanci.  Starsza  pani  wydawała  się 

wstrząśnięta. 

-    Cóż  za  niemiła  sugestia  -  zwróciła  się  do  Briana.  -  Czy  nikt  ci  nie  mówił,  że  diabeł,  w 

background image

77 

jakiejkolwiek postaci się pojawia, nigdy nie jest doskonałym dżentelmenem? W przeciwieństwie do 
pana... ee... pana? 

Spojrzała na Chrestomanciego z uprzejmie uniesionymi brwiami. 
-    Chrestomanci,  proszę  pani  -  przedstawił  się.  -  Co  mi  przypomina.  Zechce  pani  mi 

powiedzieć, jak to się stało, że podała pani Estelli i Nan moje nazwisko? 

Starsza pani parsknęła śmiechem. 
-  Więc to było to zaklęcie? Nie zdawałam sobie sprawy. Przekazywano je w mojej rodzinie od 

czasów mojej prababki, ze ścisłymi instrukcjami, że wolno go użyć tylko w nagłej potrzebie. A te 
dwie biedulki wpadły w takie kłopoty... ale nigdy nie uwierzę, że pan ma tyle lat, drogi panie. 

Chrestomanci uśmiechnął się. 
-    Nie.  Brian  z  przykrością  usłyszy,  że  to  zaklęcie  miało  przywołać  jednego  z  moich 

poprzedników. A więc. Idziemy? Najwyraźniej musimy pójść do waszej szkoły i skonsultować się z 
panem Wentworthem. 

Wszyscy  wytrzeszczyli  na  niego  oczy,  nawet  starsza  pani.  Potem,  kiedy  dotarło  do  nich,  że 

Chrestomanci  nie  zamierza  przeprowadzić  ich  przez  piwnicę  z  węglem  do  bezpiecznego  miejsca, 
wybuchł ogólny protest. Brian, Karol i Nan zawołali: 

-  O nie! Prosimy! Starsza pani powiedziała: 
-  Czy to nie jest zbyt ryzykowne? 
W tej samej chwili Nirupam przypomniał: 
-  Przecież mówiłem panu, że do szkoły przyjedzie inkwizytor! A Estella dodała: 
-  Nie możemy po prostu zostać tutaj, kiedy pan pójdzie porozmawiać z panem Wentworthem? 
Chrestomanci  przeniósł  wzrok  z  Estełli  na  Nirupama  i  Nan,  potem  na  Karola  i  Briana. 

Wydawał  się  zaskoczony  i  bynajmniej  nieroztargniony.  W  salonie  zrobiło  się  bardzo  cicho, 
złowrogo i niemiło. 
-    O  co  tu  chodzi?  -  zapytał  Chrestomanci  tak  łagodnie,  że  wszyscy  zadrżeli.  -  Przecież  was 
zrozumiałem. Wasza piątka wywróciła szkołę do góry nogami. Z pewnością sprawiliście mnóstwo 
kłopotów nauczycielom i policji. Odrywacie mnie od nader ważnych spraw i wzywacie z daleka w 
sposób, który bardzo utrudni mi powrót. Po czym chcecie zwyczajnie odejść i zostawić innym ten 
bałagan, którego narobiliście. Tego chcecie? 

-  Ja pana nie wzywałem - burknął Brian. 
-  To nie nasza wina - bronił się Karol. - Wcale nie prosiłem, żeby być czarownikiem. 
Chrestomanci popatrzył na niego z lekkim, lodowatym zdziwieniem. 
-  Czyżby? - powiedział w taki sposób, że Karol zastanawiał się przez chwilę, czy rzeczy wiście 

jakoś nie wpłynął na swój los. -I dlatego uważasz, że twoje kłopoty dają ci prawo, żeby wciągać tę 
panią w znacznie gorsze kłopoty z inkwizytorami? Czy tak wszyscy myślicie? 

Nikt nie odpowiedział. 
-  Lepiej już pójdziemy - powiedział Chrestomanci -jeśli znowu weźmiecie się za ręce. 
Wszyscy usłuchali  bez  słowa. Chrestomanci wziął za rękę  Briana, ale zanim wyciągnął drugą 

rękę  do  Estelli,  złożył  pocałunek  na  żylastej,  guzowatej  dłoni  starszej  pani.  Staruszka  była 
zachwycona.  Mrugnęła  radośnie  do  Nan  nad  gładką  głową  Chrestomanciego.  Nan  nawet  nie 
zdobyła się na uśmiech. 

-  Prowadź, Estello - polecił Chrestomanci, prostując się i ujmując dłoń Estelli. 
Wszyscy znowu zrobili się niewidzialni. I w tej samej chwilce znaleźli się na ulicy. 
Estella  ruszyła  w  stronę  Szkoły  Wielobór.  Gdyby  prowadził  ktoś  inny,  pomyślał  Karol, 

mogliby  skierować  szereg  gdzie  indziej  -gdziekolwiek  indziej  -  bo  Chrestomanci  i  tak  by  się  nie 
zorientował. Lecz Estella zaprowadziła  ich prosto do szkoły  i wszyscy posłusznie powlekli  się za 
nią,  zbyt  załamani  i  zastraszeni,  żeby  stawiać  opór.  Tylko  jeden  Brian  protestował.  Za  każdym 
razem,  kiedy  w  pobliżu  nie  było  innych  ludzi,  rozbrzmiewał  jego  głos  powtarzający,  że  to 
niesprawiedliwe. „Po co go sprowadzałyście, dziewczyny?" - pytał w kółko. 

Kiedy przeszli przez szkolną bramę i człapali po podjeździe, Brian przestał protestować. Estella 

background image

78 

zaprowadziła  ich  do  głównych  paradnych  drzwi,  używanych  tylko  przez  rodziców  albo  gości  w 
rodzaju  lorda  Mulke.  Przed  drzwiami  stały  zaparkowane  na  żwirze  dwa  policyjne  samochody,  na 
szczęście puste. W pobliżu nikogo nie było. 

W tym momencie, z ostrym zgrzytem żwiru, Brian podjął rozpaczliwą próbę ucieczki. Sądząc 

po odgłosach  i  reakcji  Estelli,  szukającej  po  omacku  Nan  i  Nirupama,  Chrestomanci  natychmiast 
rzucił się w pogoń. Trzy łupnięcia, grzechocząca fontanna kamyków i Chresiomanci nagle pojawił 
się obok najbliższego policyjnego wozu. Stał na pozór sam, ale prawe ramię miał sztywno zgięte i 
lekko drgające, jakby na jego końcu szarpał się niewidoczny Brian. 

-    Radzę  wam  wszystkim,  trzymajcie  się  blisko  mnie  -  powiedział  Chrestomanci  jakby  nigdy 

nic. - Pozostaniecie niewidzialni tylko w promieniu dziesięciu metrów ode mnie. 

-    Sam  potrafię  zrobić  się  niewidzialny  -  oznajmił  głos  Briana  spod  gołębioszarego  łokcia 

Chrestomanciego. - Ja też jestem czarownikiem. 

-    Całkiem  możliwe  -  zgodził  się  Chrestomanci.  -  Ale  tak  się  składa,  że  ja  nie  jestem 

czarownikiem. Jestem czarodziejem. A oprócz innych różnic czarodziej jest dziesięć razy silniejszy 
od  czarownika.  Kto  teraz  stoi  na  końcu  szeregu?  Karol.  Karolu,  zechcesz  wejść  po  schodach  i 
nacisnąć dzwonek? 

Karol poczłapał do drzwi, holując za sobą pozostałych, i nacisnął dzwonek. Nie pozostało mu 

nic innego. 

Drzwi otworzyła niemal natychmiast szkolna sekretarka. Chrestomanci stał przed nią na pozór 

sam, w gołębioszarym garniturze bez jednej zmarszczki, z idealnie gładką fryzurą, i uśmiechał się 
miło. Trudno było uwierzyć, że jedną ręką przytrzymuje Briana, drugą rękę ściska Estella, a za nim 
tłoczą się jeszcze trzy osoby. Skłonił się lekko. 

- Moje nazwisko Chant - powiedział. - Chyba się mnie spodziewacie. Jestem inkwizytorem. 

 

background image

79 

ROZDZIAŁ 13 

Skretarka  zadrżała.  Rozpłynęła  się  w  uprzejmościach.  Całe  szczęście,  bo  inaczej  mogła 

usłyszeć pięć stłumionych okrzyków w powietrzu wokół Chrestomanciego. 

-    Och,  proszę  wejść,  panie  inkwizytorze  -  zaprosiła  gościa  wylewnie.  -  Panna  Cadwallader 

oczekuje pana. Strasznie mi przykro... chyba źle nam podano pana nazwisko. Przekazano nam, że 
mamy się spodziewać pana Littletona. 

-    Całkiem  słusznie  -  powiedział  uprzejmie  Chrestomanci.  -Littleton  jest  regionalnym 

inkwizytorem.  Ale  centralny  urząd  zadecydował,  że  sprawa  jest  zbyt  poważna  jak  na  zasięg 
regionalny. Jestem okręgowym inkwizytorem. 

-    Och!  -  wyjąkała  sekretarka,  całkowicie  pokonana.  Wpuściła  Chrestomanciego  do  środka  i 

poprowadziła przez 

wyłożony  kafelkami  hol.  Chrestomanci  kroczył  za  nią  powoli  i  dostojnie,  dając  wszystkim 

mnóstwo czasu, żeby wśliznęli się do holu. Poszli za nim na paluszkach po kafelkowej podłodze. 

Sekretarka szeroko otworzyła drzwi do gabinetu panny Cadwallader. 
-    Pan  Chant,  panno  Cadwallader.  Okręgowy  inkwizytor.  Chrestomanci  wszedł  do  gabinetu 

jeszcze wolniej, ciągnąc Bria- 

na  i  prowadząc  Estellę.  Nan  i  Nirupam  wepchnęli  się  za  nimi,  a  Karol  ledwie  zdążył  się 

przypłaszczyć do framugi drzwi, kiedy sekretarka wycofała się z szacunkiem. Nie chciał znaleźć się 
poza kręgiem nie widzialności. 

Panna  Cadwallader  wybiegła  gościowi  na  spotkanie  z  niezwykłym  u  niej  przejęciem  i  podała 

mu rękę. Reszta dzieci usłyszała, jak Brian odskoczył z tupotem, kiedy Chrestomanci go puścił. 

-  Och, dzień dobry, panie inkwizytorze! 
-    Dzień  dobry,  dzień  dobry  -  mruknął  Chrestomanci.  Znowu  wydawał  się  jakiś  nieobecny. 

Rozejrzał  się  z  roztargnieniem  po  pokoju,  ściskając  dłoń  panny  Cadwallader.  -  Ładny  ma  pani 
gabinet, panno., ee... Cudwollander. 

Mówił  prawdę.  Pewnie  dlatego,  że  panna  Cadwallader  musiała  demonstrować  urzędnikom 

rządowym i rodzicom, jaką dobrą szkołą jest Wielobór, otoczyła się luksusem. Dywan wyglądał jak 
bujna szkarłatna trawa. Fotele przypominały purpurowe mięciutkie chmurki. Na gzymsie kominka 
stały  marmurowe  rzeźby,  na  ścianach  wisiało  ze  sto obrazów  w  pozłacanych  ramach.  Barek  miał 
wbudowaną lodówkę i na wierzchu ekspres do kawy. Sprzęt hi-fi zajmował prawie całą ścianę. 

Karol  spojrzał  tęsknie  na  ogromny  telewizor,  ozdobiony  laleczką  w  krynolinie.  Zdawało  mu 

się,  że  minęły  lata,  odkąd  oglądał  telewizję.  Nan  gapiła  się  na  biblioteczkę  pełną  jaskrawych 
nowych  książek.  Większość  wyglądała  na  kryminały.  Nan  marzyła,  żeby  obejrzeć  je  z  bliska,  ale 
nie ośmieliła się puścić rąk Nirupama i Karola z obawy, że już ich nie odnajdzie. 

-    Tak  się  cieszę,  że  się  panu  podoba,  panie  inkwizytorze  -  zagruchała  panna  Cadwallader.  - 

Mój  pokój  jest  całkowicie  do  pana  dyspozycji,  jeśli  zamierza  pan  tutaj  przesłuchiwać  dzieci. 
Zakładam, że chciałby pan przesłuchać kilku uczniów z II y? 

-  Wszystkich uczniów z II y - odparł Chrestomanci ze śmiertelną powagą - i prawdopodobnie 

również wszystkich nauczycieli. 

Pannie Cadwallader mocno zrzedła mina. 
-    Być  może  będę  musiał  przesłuchać  wszystkich  w  tej  szkole,  zanim  skończę  -  ciągnął 

Chrestomanci.  -  Zostanę  tutaj  tak  długo,  jak  trzeba...  nawet  przez  kilka  tygodni...  żeby  dogłębnie 
zbadać tę sprawę. 

Po tych słowach panna Cadwallader wyraźnie zbladła. Nerwowo splotła dłonie. 
-  Czy to naprawdę takie poważne, panie inkwizytorze? To tylko chłopiec z drugiej klasy, który 

zniknął w nocy. Tak się składa, że jego ojciec jest tu wicedyrektorem, dlatego jeszcze bardziej się 
martwimy.  Wiem,  że  powiedziano  panu,  że  chłopiec  zostawił  sporo  zapisków  oskarżających 
czarownicę,  że  go  uprowadziła,  ale  w  międzyczasie  policja  zawiadomiła  nas  telefonicznie,  że 
znaleźli  w  lesie  obóz  i  wykryli  tam  zapach  tego  chłopca.  Nie  uważa  pan,  że  całą  sprawę  można 
wyjaśnić bardzo szybko i łatwo? 

background image

80 

Chrestomanci ponuro pokręcił głową. 
-    Mnie  również  poinformowano  o  faktach,  panno...  ee...  Kidwelly.  Chłopiec  nadal  się  nie 

znalazł, prawda? W takich sprawach nigdy za wiele ostrożności. Podejrzewam, że ktoś z II y wie o 
tym więcej, niż wam się zdaje. 

Do tej  pory  niewidzialni  słuchacze  odczuwali  coraz  większą  ulgę.  Gdyby  panna  Cadwallader 

wiedziała,  że  oprócz  Briana  zaginęły  jeszcze  cztery  inne  osoby,  z  pewnością  przyznałaby  rację 
inkwizytorowi. Ale po jej następnych słowach słuchacze zadrżeli. 

-  Musi pan najpierw przesłuchać dziewczynkę nazwiskiem Teresa Mullett, panie inkwizytorze, 

i  wtedy  pan  się  przekona,  że  sprawę  można  od  razu  wyjaśnić.  Teresa  należy  do  naszych  dobrych 
uczennic. Przyszła do mnie na przerwie i powiedziała, że czarownicą jest prawie na pewno niejaka 
Dulcynea  Pilgrim.  Dulcynea  nie  jest  dobrą  uczennicą,  panie  inkwizytorze,  stwierdzam  z 
przykrością.  Wpisy  w  jej  pamiętniku  często  bywają  zbyt  swobodne  i  krytyczne.  Ona  wszystko 
kwestionuje  i  żartuje  sobie  z  poważnych  spraw.  Jeśli  pan  sobie  życzy,  przyślę  panu  pamiętnik 
Dulcynei i sam pan zobaczy. 

-    Zamierzam  przeczytać  wszystkie  pamiętniki  w  II  y  -  oznajmił  Chrestomanci  -  w 

odpowiednim czasie. Ale czy to wszystko, co pani ma do przekazania, panno... ee... Colłander? Nie 
mogę  uznać  dziewczynki  za  czarownicę  tylko  na  podstawie  plotek  i  kilku  żartów.  To 
nieprofesjonalne. Nie ma pani innych podejrzanych? Na przykład nauczyciele... 

-    Wszyscy  nasi  nauczyciele  są  poza  podejrzeniem  -  oświadczyła  panna  Cadwallader  bardzo 

stanowczo,  chociaż  głos  jej  trochę  drżał.  -  Ale  II  y  jako  klasa  nie  jest. To  smutny  fakt  dla  naszej 
szkoły,  panie  inkwizytorze,  że  pewną  liczbę  dzieci  przysłano  tu  jako  sieroty  po  czarownicach, 
których rodziców lub  jednego rodzica  spalono. Najwięcej takich  jest w II y. Szczególnie polecam 
pana  uwadze  Nirupama  Singha,  którego  brata  spalono,  Estellę  Green,  której  matka  siedzi  w 
więzieniu za pomaganie czarownicom w ucieczce, oraz Karola Morgana, który jest prawie równie 
nieznośny jak ta Pilgrim. 

-    Dobry  Boże!  Cóż  za  niezdrowa  sytuacja!  -  zawołał  Chrestomanci.  -  Widzę,  że  muszę 

natychmiast wziąć się do pracy. 

-  W takim razie zostawiam panu mój pokój, panie inkwizytorze - oświadczyła łaskawie panna 

Cadwallader. Najwyraźniej już opanowała wcześniejsze przejęcie. 

-    Och,  nie  chcę  pani  sprawiać  kłopotu  -  odparł  Chrestomanci  równie  łaskawie.  -  Czy  pani 

zastępca ma gabinet, z którego mógłbym skorzystać? 

Pod wyniosłymi manierami panny Cadwallader dała się dostrzec olbrzymia ulga. 
-    Tak,  istotnie  ma  gabinet,  panie  inkwizytorze.  Cóż  za  znakomity  pomysł!  Osobiście 

zaprowadzę pana do pana Wentwortha, od razu. 

Panna Cadwallader wyprysnęła z pokoju, niemal zbyt uradowana, żeby nadal zachowywać się 

wyniośle. Chrestomanci zlokalizował Briana tak łatwo, jakby go widział, wziął go za ramię i ruszył 
za nią. Pozostała czwórka musiała gorączkowo przebierać nogami, żeby nie zostać w tyle. Żadne z 
nich  nie  chciało  się  spotkać  z  panem  Wentworthem.  Prawdę  mówiąc,  po  słowach  panny 
Cadwallader  każdy  z  nich  pragnął  tylko  wymknąć  się  i  znowu  spróbować  ucieczki.  Ale  gdyby 
odeszli  dalej  niż  na  dziesięć  metrów  od  Chrestomanciego,  natychmiast  staliby  się  widoczni  -  w 
jeździeckim  stroju,  kusych  błękitnych  szortach  i  różowym  jedwabiu  -  dla  panny  Cadwallader  i 
każdej  innej  osoby  znajdującej  się  w  pobliżu.  To  wystarczyło,  żeby  wytrwale  dreptali  na  palcach 
przez korytarze i po schodach. 

Panna Cadwallader zabębniła w oszklone drzwi gabinetu pana Wentwortha. 
-  Wejść! - rozległ się głos w środku. 
Panna  Cadwallader  szeroko  otworzyła  drzwi  i  wykonała  zapraszający  ruch  w  stronę 

Chrestomanciego.  Chrestomanci  z  roztargnieniem  kiwnął  głową  i  ponownie  wykonał  powolne, 
imponujące wejście, z lekkim szuraniem, kiedy przeciągał przez drzwi opierającego się Briana. To 
dało pozostałym mnóstwo czasu, żeby wśliznąć się do środka obok panny Cadwallader. 

-    Zostawię  teraz  pana  z  panem  Wentworthem,  panie  inkwizytorze  -  odezwała  się  panna 

background image

81 

Cadwallader od progu. 

Na  te  słowa  pan  Wentworth  podniósł  wzrok  znad  planu  lekcji.  Kiedy  zobaczył 

Chrestomanciego, zbladł i wstał powoli, z głęboko udręczoną miną. 

-  Panie Wentworth - powiedziała panna Cadwallader - to jest pan Chant, okręgowy inkwizytor. 

Zapraszam obu panów do mojego gabinetu przed lunchem na kieliszek sherry. 

Potem, najwidoczniej przekonana, że  zrobiła  już  dosyć, panna Cadwallader zamknęła za sobą 

drzwi i odeszła. 

-  Dzień dobry - powiedział uprzejmie Chrestomanci. 
-    D-dzień  dobry  -  zająknął  się  pan  Wentworth.  Ręce  mu  się  trzęsły,  papiery  na  biurku 

szeleściły. Przełknął głośno. - Nie... nie zdawałem sobie sprawy, że istnieją okręgowi inkwizytorzy. 
Nowe stanowisko, tak? 

-  Och, więc nie macie okręgowych? - zdziwił się Chrestomanci. - Co za szkoda. Myślałem, że 

to brzmi tak imponująco. 

Skinął głową. Wszyscy nagle zrobili się widoczni. Nan, Karol i Nirupam próbowali się chować 

jedno  za  drugim.  Brian  szarpał  się  wściekle,  żeby  uwolnić  ramię  z  uścisku  czarodzieja,  a  Estella 
znowu wisiała na drugiej ręce Chrestomanciego. Puściła go pospiesznie i zdjęła dżokejkę. Ale pan 
Wentworth  najwyraźniej  tego  wszystkiego  nie  zauważył.  Cofnął  się  pod  okno,  przenosząc 
spojrzenie  z  Chrestomanciego  na  Briana.  Teraz  wydawał  się  gorzej  niż  udręczony:  wydawał  się 
przerażony. 

-  Co się dzieje? - zapytał. - Brian, w coś ty się wpakował? 
-  W nic - burknął Brian z irytacją. - On nie jest inkwizytorem. Jest jakimś czarodziejem czy coś 

takiego. Nie ja go tutaj sprowadziłem. 

-  Czego on chce? - zapytał gwałtownie pan Wentworth. - Nie mam niczego, żeby mu dać! 
-  Mój drogi panie - powiedział Chrestomanci - niechże pan spróbuje się uspokoić. Pragnę tylko 

pańskiej pomocy. 

Pan Wentworth przywarł plecami do okna. 
-  Nie wiem, o co panu chodzi! 
-    Owszem,  wie  pan  -  oświadczył  łagodnie  Chrestomanci.  -Ale  pozwoli  pan,*że  wyjaśnię. 

Jestem Chrestomanci. Ten tytuł przynależy do  mojego stanowiska, a  moja praca to kontrolowanie 
czarów. Mój świat, jak się zdaje, znajduje się w lepszym położeniu od waszego, ponieważ czary nie 
są  tam  nielegalne.  W  istocie  jeszcze  dzisiaj  rano  przewodniczyłem  zebraniu  Komitetu  Walpurgii, 
podczas  ostatnich  przygotowań  do  uroczystości  Halloween,  kiedy  zostałem  dość  nagle  wezwany 
przez tych pańskich uczniów... 

-  Czy dlatego pan nosi takie piękne ubranie? - zapytała z uwielbieniem Estella. 
Wszyscy trochę się skrzywili  z wyjątkiem Chrestomanciego, który zdawał się uważać pytanie 

za całkowicie rozsądne. 

-    No,  nie  całkiem,  szczerze  mówiąc  -  odpowiedział.  -  Lubię  być  dobrze  ubrany,  ponieważ 

mogę zostać gdzieś wezwany w każdej chwili, tak jak wy mnie wezwaliście. Ale muszę wyznać, że 
kilka razy sprowadzono mnie w szlafroku, pomimo wszelkich moich starań. 

Ponownie spojrzał na pana Wentwortha, jakby oczekiwał, że wicedyrektor już się uspokoił. 
-    Z  tym  konkretnym  wezwaniem  są  poważne  problemy  -  oświadczył.  -  Wasz  świat  pod 

wieloma względami zboczył na manowce. Dlatego zależy mi na pańskiej pomocy. 

Niestety, pan Wentworth bynajmniej nie odzyskał spokoju. 
-  Jak pan śmie do mnie mówić w ten sposób! - krzyknął. - To czysty szantaż! Nie otrzyma pan 

ode mnie żadnej pomocy! 

-  To nierozsądne, proszę pana - powiedział Chrestomanci. -Te dzieci są w wielkich kłopotach. 

Pan  sam  jest  w  takich  samych  kłopotach.  Cały  wasz  świat  jest  w  jeszcze  większych  kłopotach. 
Proszę,  niech  pan  spróbuje  zapomnieć,  że  boi  się  pan  od  lat,  o  siebie  i  o  Briana,  i  niech  pan 
wysłucha pytań, które panu zadam. 

Lecz pan Wentworth wydawał się niezdolny do rozsądnego myślenia. Nan patrzyła na niego ze 

background image

82 

smutkiem. Zawsze uważała go za takiego silnego człowieka. Teraz straciła złudzenia. Podobnie jak 
Karol. Pamiętał rękę pana  Wentwortha na swoim ramieniu, popychającą go z powrotem do klasy. 
Myślał, że ta ręka drżała z gniewu, ale teraz zrozumiał, że trzęsła się ze strachu. 

-    To  podstęp!  -  upierał  się  pan  Wentworth.  -  Pan  próbuje  wyciągnąć  ze  mnie  zeznanie. 

Wykorzystuje pan Briana. Pan jest inkwizytorem! 

Dokładnie po tych słowach rozległo się lekkie pukanie do drzwi i weszła radosna panna Hodge. 

Właśnie  odbyła  z  II  y  lekcję  angielskiego  -  ostatnią  aż  do  następnego  wtorku,  na  szczęście! 
Naturalnie zauważyła, że teraz oprócz Briana brakuje czterech innych osób. Początkowo zakładała, 
że  wszyscy  są  przesłuchiwani  przez  inkwizytora.  Należeli  do  najbardziej  oczywistych 
podejrzanych.  Ale  potem  ktoś  w  pokoju  nauczycielskim  wspomniał,  że  inkwizytor  jeszcze  nie 
przyjechał.  Panna  Hodge  natychmiast  się  zorientowała,  że  właśnie  takiego  pretekstu  potrzebuje, 
żeby pójść do pana Wentwortha i okazać mu współczucie z powodu Briana. Weszła, nie czekając 
na zaproszenie, żeby pan Wentworth znowu jej nie uciekł. 

Przez chwilę pokój wydawał się pełen ludzi, a biedny zdenerwowany pan Wentworth krzyczał 

na  kogoś,  kto  jednak  chyba  był  inkwizytorem.  Inkwizytor  rzucił  pannie  Hodge  nieobecne 
spojrzenie i poruszył ręką, tylko troszeczkę. Po czym w pokoju oprócz panny Hodge zostali tylko 
inkwizytor  i  pan  Wentworth.  Ale  panna  Hodge  wiedziała,  co  zobaczyła.  Myślała  o  tym,  kiedy 
wygłaszała swoją kwestię. 

-  Och, panie Wentworth, niestety, znikły jeszcze cztery osoby z Iły. 
I  te  wszystkie  cztery  osoby  przebywały  w  tym  pokoju,  co  panna  Hogde  widziała  na  własne 

oczy.  W  dodatku  tak  dziwacznie  ubrane.  I  Brian  też  tutaj  był.  Więc  plan  nie  wypalił.  Pan 
Wentworth wprawdzie był zdenerwowany, ale nie opłakiwał Briana. Co znaczyło, że panna Hodge 
albo  musi  wymyślić  inny  sposób,  żeby  przyciągnąć  jego  zainteresowanie  albo  wykorzystać 
posiadaną przewagę. Domniemany inkwizytor uprzejmie przysunął jej krzesło, żeby usiadła. Gładki 
łajdak. 

Panna Hodge zignorowała krzesło. 
-  Zdaje się, że przeszkadzam w sabacie czarownic - rzuciła wesoło. 
Mężczyzna  trzymający  krzesło  uniósł  brwi,  jakby  pomyślał,  że  zwariowała.  Bardzo  gładki 

łajdak. Pan Wentworth powiedział nieco zdławionym głosem: 

-  To jest okręgowy inkwizytor, panno Hodge. Panna Hodge roześmiała się triumfalnie. 

-    Panie  Wentworth!  Oboje  wiemy,  że  nie  ma  czegoś  takiego  jak  okręgowy  inkwizytor!  Czy  ten 
osobnik  panu  przeszkadza?  Jeśli  tak,  natychmiast  idę  do  panny  Cadwallader.  Chyba  ma  prawo 
wiedzieć, że w pańskim gabinecie jest pełno czarownic. 

Chrestomanci  westchnął  i  z  roztargnieniem  ruszył  do  biurka  pana  Wentwortha,  gdzie 

machinalnie  wziął  do  ręki  plan  lekcji.  Pan  Went-worth  śledził  go  wzrokiem,  jakby  Chrestomanci 
bardzo mu przeszkadzał, ale odparł tonem rezygnacji: 

-    Nie  ma  absolutnie  żadnej  potrzeby  zawiadamiać  panny  Cadwallader,  panno  Hodge.  Panna 

Cadwallader od lat wie, że jestem czarownikiem. Zabiera większość mojej pensji za to, że nikomu 
nie powiedziała. 

-    Nie  wiedziałam,  że  pan...!  -  zaczęła  panna  Hodge.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  pan 

Wentworth też jest czarownikiem. To zmieniało postać rzeczy. Uśmiechnęła się z jeszcze większym 
triumfem. 

-  W takim razie proponuję panu przymierze przeciwko pannie Cadwallader, panie Wentworth. 

Ożeni się pan ze mną i razem ją pokonamy. 

-  Ożenić się z panią? - Pan Wentworth z widocznym przerażeniem wytrzeszczył oczy na pannę 

Hodge. - O nie. To niemożliwe. Nie mogę... 

Głos Briana odezwał się z powietrza: 
-  Nie chcę jej na matkę! 
Chrestomanci  podniósł  wzrok  znad  planu  lekcji.  Wzruszył  ramionami.  Brian  pojawił  się  po 

drugiej  stronie  pokoju,  równie  przerażony  jak  pan  Wentworth.  Panna  Hodge  znowu  się 

background image

83 

uśmiechnęła. 

-  Więc miałam rację! - powiedziała. 
-  Panno Hodge - zaczął pan Wentworth, siląc się na spokojny i rozsądny ton - przykro mi, że 

panią  rozczaruję,  ale  nie  mogę  się  z  nikim  ożenić.  Moja  żona  ciągle  żyje.  Aresztowano  ją  jako 
czarownicę,  ale  udało  jej  się  uciec  przez  czyjś  ogród  i  dotrzeć  do  służby  ratunkowej  czarownic. 
Więc sama pani rozumie... 

 

No to niech pan udaje, że  ją  spalono - warknęła panna Hodge, bardzo rozgniewana. Czuła  się 
oszukana.  Podeszła  do  biurka  pana  Wentwortha  i  wzięła  słuchawkę  telefonu-  Albo  zgodzi  się 
pan ze mną ożenić, albo dzwonię na policję w pana sprawie. Natychmiast. 

-  Nie, proszę...! -jęknął pan Wentworth. 
-    Mówię  poważnie  -  oświadczyła  panna  Hodge.  Próbowała  podnieść  słuchawkę.  Słuchawka 

jakby się przykleiła. Panna Hodge szarpnęła nią gniewnie. Telefon brzęczał i dzwonił, ale nawet nie 
drgnął. Panna Hodge rozejrzała się i zobaczyła, że Chrestomanci patrzy na nią z zainteresowaniem. 

-  Niech pan przestanie! - rozkazała. 
-    Najpierw  mi  pani  powie  jedną  rzecz  -  odparł  Chrestomanci.  -  Wcale  się  pani  nie 

przestraszyła, kiedy znalazła się pani w pokoju pełnym czarownic. Dlaczego? 

-    Oczywiście,  że  się  nie  boję  -  mknęła  panna  Hodge.  -  Lituję  się  nad  czarownicami.  Teraz 

niech  mi  pan  łaskawie  pozwoli  zadzwonić  na  policję  w  sprawie  pana  Wentwortha.  Oszukiwał 
wszystkich od lat! 

-    Ale,  moja  droga  młoda  damo  -  wytknął  jej  Chrestomanci  -pani  również  oszukiwała.  Tylko 

osoba, która sama jest czarownicą, zachowuje się tak jak pani. 

Panna Hodge odpowiedziała mu hardym spojrzeniem. 
-  Nigdy w życiu nie rzuciłam żadnego zaklęcia - oświadczyła. 
-  Lekka przesada - sprzeciwił się Chrestomanci. - Rzuciła pani jedno małe zaklęcie, żeby nikt 

się nie dowiedział, że pani jest czarownicą. 

Dlaczego  o  tym  nie  pomyślałem?  -  zastanawiał  się  Karol,  widząc  narastający  strach  i 

konsternację  w  twarzy  panny  Hodge.  Był  zaszokowany.  Nie  mógł  się  pogodzić  z  myślą,  że  jego 
drugą czarownicą była prawdopodobnie matka Briana. 

Panna Hodge jeszcze raz szarpnęła słuchawkę. Bez rezultatu. 
-  No i dobrze - powiedziała. - Nie boję się pana. Może pan zepsuć wszystkie telefony w szkole, 

ale  nie  powstrzyma  mnie  pan.  Pójdę  i  opowiem  wszystkim  o  panu,  panu  Wentworcie,  Brianie  i 
pozostałej  czwórce, jeśli pan  Wentworth natychmiast nie zgodzi się ze  mną ożenić. Zacznę chyba 
od Harolda Crossleya. 

Zrobiła  ruch  w  stronę  drzwi,  jakby  zamierzała  wyjść.  Najwyraźniej  nie  żartowała.                             

I Chrestomanci westchnął i dotknął jednym palcem planu lekcji, który trzymał w ręku. Palec bardzo 
dokładnie  i  precyzyjnie  trafił  w  środek  jednego  z  prostokątów oznaczonego:  Panna  Hodge  II  y.  I 
panna  Hodge  zniknęła.  Telefon  brzęknął  i  już  jej  nie  było.  W  tej  samej  chwili  Nan,  Estella, 
Nirupam  i  Karol  znowu  stali  się  widoczni.  Wiedzieli  jednak,  że  panna  Hodge  nie  zrobiła  się  po 
prostu  niewidzialna  zamiast  nich.  W  pokoju  została  po  niej  pustka,  lekki  przeciąg  zaszeleścił 
papierami na biurku pana Wentwortha na dowód, że naprawdę odeszła. 

-  Coś takiego, żeby ona była czarownicą! - wykrzyknął Nirupam. - Gdzie ona jest? 
Chrestomanci sprawdził plan lekcji. 
-  Ee... chyba w  następnym wtorku. Do tego czasu powinniśmy rozwikłać tę  fatalną  sytuację. 

Chyba  że  będziemy  mieli  strasznego  pecha.  -  Spojrzał  na  pana  Wentwortha.  -  Czy  teraz  jest  pan 
gotów, żeby nam pomóc? 

Ale pan Wentworth opadł na swój fotel za biurkiem i zakrył twarz rękami. 
-    Nigdy  mi  nie  powiedziałeś,  że  mama  uciekła  -  zwrócił  się  do  niego  Brian  oskarżycielskim 

tonem. -1 nigdy nie wspomniałeś ani słówkiem o pannie Cadwallader. 

-  A ty nigdy mi nie powiedziałeś, że zamierzasz obozować w lesie - odparł ze znużeniem pan 

Wentworth. - O Boże! Skąd ja teraz wezmę nauczyciela na zastępstwo? Muszę kogoś znaleźć, żeby 

background image

84 

poprowadził lekcje za pannę Hodge dzisiaj po południu. 

Chrestomanci usiadł na krześle, które wcześniej wysunął dla panny Hodge. 
-    Nigdy  nie  przestaje  mnie  zdumiewać  -  oznajmił  -jak  ludzie  wiecznie  się  przejmują 

nieistotnymi rzeczami. Drogi panie, czy pan sobie zdaje sprawę, że zostanie pan  spalony razem  z 
pańskim  synem  i  czwórką  pańskich  uczniów,  jeśli  czegoś  nie  zrobimy?  A  pan  się  martwi  o  plan 
lekcji. 

Pan Wentworth uniósł udręczoną twarz i spojrzał gdzieś obok Chrestomanciego. 
-  Jak ona to robiła? - zapytał. - Jak ona sobie radzi? Jak panna Hodge może być nauczycielką i 

wcale nie używać czarów? Ja ich używam bez przerwy. Jak inaczej mogę mieć oczy z tyłu głowy? 

-  Jedna z wielkich tajemnic naszych czasów - zgodził się z nim Chrestomanci. - Teraz proszę 

posłuchać.  Pan  chyba  się  orientuje,  że  oprócz  tego  świata  istnieje  co  najmniej  jeszcze  jeden. 
Podobno macie w zwyczaju wysyłać tam zbiegłe  czarownice. Zakładam, że pańska żona tam  jest. 
Natomiast może pan nie wiedzieć, że to są tylko dwa z ogromnej liczby światów, bardzo różniących 
się od siebie. Sam pochodzę z jednego z tych światów. 

Ku uldze wszystkich obecnych pan Wentworth słuchał uważnie. 
-  Chodzi panu o światy alternatywne? - zapytał. - Spekulowano na ten temat. Możliwe światy, 

przeciwstawne światy i tak dalej. Twierdzi pan, że one są rzeczywiste? 

-    Równie  rzeczywiste  jak  pan  -  zapewnił  go  Chrestomanci.  Nirupam  bardzo  się  tym 

zainteresował. Skulony na podłodze, 

obok pięknie wyprasowanych spodni Chrestomanciego, powiedział: 
-  Myślę, proszę pana, że one się biorą z wielkich wydarzeń historycznych, kiedy coś może się 

skończyć  na  dwa  sposoby.  Najłatwiej  to  zrozumieć  na  przykładzie  wojny.  Obie  strony  nie  mogą 
wygrać,  więc  każda  wojna  tworzy  dwa  różne  światy  i  w  każdym  zwycięża  inna  strona.  Weźmy 
bitwę  pod  Waterloo.  W  naszym  świecie  Napoleon  przegrał,  ale  natychmiast  od  naszego  świata 
oddzielił się inny, w którym Napoleon wygrał bitwę. 

-    Dokładnie  tak  -  potwierdził  Chrestomanci.  -  Tamten  świat  uważam  za  dość  męczący. 

Wszyscy  tam  mówią  po  francusku  i  krzywią  się  na  mój  akcent.  Dziwne,  ale  tam  mówią  po 
angielsku tylko w Indiach, gdzie są bardzo brytyjscy i jedzą pudding z melasą na deser po curry. 

-  To mi się podoba - oświadczył Nirupam. 
-    Są różne  gusty  -  mruknął  Chrestomanci,  wzdrygając  się  lekko.  -  Ale,  jak  sami  zobaczycie, 

wielką  różnicę  pomiędzy  tymi  dwoma  światami  wywołał  fakt  wygrania  lub  przegrania  bitwy  pod 
Waterloo. I taka  jest zasada.  Zadziwiająco drobna różnica zawsze zmienia  nowy  świat niemal  nie 
do poznania. Z wyjątkiem waszego świata, gdzie się obecnie znajdujemy. 

Spojrzał na pana Wentwortha. 
-  Właśnie dlatego potrzebuję pańskiej pomocy. W tym świecie coś poszło bardzo źle. Fakt, że 

czary są tutaj nadzwyczaj pospolite i nielegalne, powinien wywołać taką samą różnicę, jak w moim 
świecie, gdzie czary są równie pospolite, ale całkowicie legalne. Ale nie wywołał. Estello, może ty 
nam opowiesz o świecie, dokąd służba ratownicza wysyła czarownice. 

Estella podniosła na niego rozpromieniony, pełen uwielbienia wzrok z miejsca, gdzie siedziała 

na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. 

-  Starsza pani powiedziała, że jest całkiem jak ten, tylko bez czarów - oznajmiła. 
-  I w tym cały kłopot - oświadczył Chrestomanci. - Znam dość dobrze tamten świat, ponieważ 

mam młodą podopieczną, która stamtąd pochodzi. A odkąd tutaj jestem, odkryłem, że wydarzenia 
historyczne,  samochody,  reklamy,  towary  w  sklepach,  pieniądze...  wszystko,  co  zdążyłem 
sprawdzić,  jest  dokładnie  takie  samo,  jak  w  świecie  mojej  podopiecznej.  A  tak  nie  powinno  być. 
Nie mogą istnieć dwa światy tak podobne do siebie. 

Pan Wentworth słuchał teraz dość uważnie. Zmarszczył brwi. 
-  Jak pan myśli, co poszło źle? 
A  Nan  pomyślała:  Więc  on  jednak  badał  symptomy!  Chrestomanci  rozejrzał  się  dookoła 

roztargnionym, nieobecnym wzrokiem, zanim powiedział: 

background image

85 

-  Wybaczcie mi, ale wasz świat nie powinien istnieć. Wszyscy wytrzeszczyli na niego oczy. 
-    Mówię  poważnie  -  ciągnął  Chrestomanci  przepraszającym  tonem.  -  Często  się 

zastanawiałem,  dlaczego  w  świecie  mojej  podopiecznej  jest  tak  mało  czarów.  Teraz  widzę,  że 
wszystkie zebrały się w tym świecie. Cos... nie wiadomo co... sprawiło, że wasz świat oddzielił się 
od  tamtego  i  zabrał  ze  sobą  całą  magię.  Ale  zamiast  oddzielić  się  czysto,  z  jakiegoś  powodu 
pozostał częściowo złączony z pierwszym światem, dlatego prawie niczym się nie różni. Myślę, że 
nastąpił jakiś wypadek. Nie powinniście żyć w cywilizowanym świecie, gdzie palą czarownice. Jak 
mówiłem, taki świat nie powinien istnieć. Więc, jak próbuję przez cały czas panu wyjaśnić, panie 
Wentworth, pilnie potrzebuję krótkiego kursu historii czarów, żeby odkryć,  jaki wypadek tutaj się 
zdarzył. Czy królowa Elżbieta I była czarownicą? 

Pan Wentworth pokręcił głową. 
-  Nikt nie wie na pewno. Ale czary nie stanowiły takiego problemu za jej panowania. Wtedy 

czarownice to były głównie stare wiejskie kobiety. Nie... nowoczesna magia rozpoczęła się dopiero 
w jakiś czas po śmierci Elżbiety. Wielki rozwój nastąpił około 1606 roku, kiedy zapłonęły pierwsze 
oficjalne stosy. Pierwszy edykt o czarach wydano w 1612 roku. Oliver Cromwell wydał następne. 
Ogółem powstały trzydzieści cztery ustawy o czarach do roku 1760, kiedy Dulcynea Wilkes... 

W tym miejscu Chrestomanci podniósł rękę, żeby go powstrzymać. 
-    Dziękuję  panu.  Wiem  o  Arcyczarownicy.  Powiedział  mi  pan  to,  co  chciałem  wiedzieć. 

Obecny stan czarów zaistniał dość nagle po roku 1600. To znaczy, że wypadek, którego szukamy, 
zdarzył się właśnie w tamtym okresie. Nic się panu nie kojarzy? 

Pan Wentworth dość ponuro pokręcił głową. 
-  Nie mam pojęcia. Ale., załóżmy, że pan wie, co pan wtedy zrobi? 
-  Jedno z dwóch - odparł Chrestomanci. - Albo całkowicie oderwiemy ten świat od drugiego, 

czego nie uważam za dobry pomysł, ponieważ wtedy na pewno spalą was wszystkich... 

Wszyscy zadrżeli, a Karol odruchowo potarł kciukiem bąbel na palcu. 
-  Albo - ciągnął Chrestomanci - co jest znacznie lepszym rozwiązaniem, możemy połączyć ten 

świat z tamtym, do którego naprawdę należy. 

-  Co się wtedy stanie z nami? - zapytał Karol. 
-    Nic  wielkiego.  Po  prostu  wtopicie  się  spokojnie  w  ludzi,  którymi  naprawdę  jesteście  w 

tamtym świecie - wyjaśnił Chrestomanci. 

Wszyscy zastanawiali się nad tym przez chwilę. 
-  Czy naprawdę można to zrobić? - zapytał pan Wentworth z nadzieją. 
-  No - powiedział Chrestomanci - można, o ile się dowiemy, co spowodowało rozszczepienie. 

To  wymaga  silnej  magii.  Ale  przecież  mamy  Halloween  i  na  pewno,  zwłaszcza  w  tym  świecie, 
wokół krąży mnóstwo swobodnej magii, z której możemy czerpać. Tak. Na pewno to się da zrobić, 
chociaż nie będzie łatwe. 

-  Więc zróbmy to - zaproponował pan Wentworth. 
Pod  wpływem  tego  pomysłu  jakby  doszedł  do  siebie.  Wstał.  Zmierzył  surowym  spojrzeniem 

strój dojazdy konnej, błękitne szorty i dżinsy, z niedowierzaniem zatrzymał wzrok na obszarpanej 
różowej balowej sukni. 

-  Jeśli wasza banda myśli, że może się tak pokazać w klasie -dodał. Znowu zachowywał się jak 

nauczyciel. 

-  Ee, może oprócz Briana - wtrącił szybko Chrestomanci. 
-    Będziecie  mieli  mnóstwo  czasu  w  kozie,  żeby  się  zastanowić  nad  sobą  -  zakończył  pan 

Wentworth. 

Nan, Estella, Karol i Nirupam pospiesznie gramolili się z podłogi. Gdy tylko wstali, odkryli, że 

znowu mają na sobie szkolne mundurki. Rozejrzeli się za Brianem, ale nigdzie go nie zobaczyli. 

-  Znowu jestem niewidzialny! - powiedział ze wstrętem głos Briana. 
Chrestomanci się uśmiechał. 
-    Nieźle,  szanowny  panie  -  pochwalił  pana  Wentwortha.  Pan  Wentworth  wydawał  się 

background image

86 

zadowolony. Odwzajemnił się 

Chrestomanciemu całkiem przyjaznym uśmiechem, kiedy zaganiał całą czwórkę do drzwi. 
-    Dlaczego  Brian  może  zostać  niewidzialny?  -  poskarżyła  się  Estella,  kiedy  pan  Wentworth 

prowadził ich z powrotem do klasy. 

-  Ponieważ dzięki niemu Chrestomanci ma pretekst, żeby tutaj zostać jako inkwizytor - szepnął 

Nirupam. - Niby będzie sprawdzał, co czarownica zrobiła z Brianem. 

-    Ale  nie  mówcie  Brianowi  -  ostrzegł  Karol,  kiedy  dotarli  do  drzwi  klasy.  -  On  wszystko 

zepsuje. Już taki jest. 

Zresztą  nie  wiedział,  czy  sam  nie  zepsułby  wszystkiego,  gdyby  miał  szansę.  Nic  się  nie 

zmieniło. Nadal tkwił w kłopotach po uszy. 

 

background image

87 

ROZDZIAŁ 14 

Pan  Wentworth  otworzył  drzwi  i  wprowadził  czwórkę  uczniów  do  klasy,  wśród  ciekawskich 

spojrzeń i szeptów. 

-  Przepraszam, ale musiałem zabrać tych czworo - zwrócił się do pana Crossleya, który właśnie 

prowadził lekcję. - Przygotowaliśmy mój gabinet na użytek inkwizytora. 

Pan  Crossley  chyba  uwierzył  mu  bez  żadnych  wątpliwości.  Klasa  II  y,  sądząc  po  minach, 

poczuła się okropnie zawiedziona. Spodziewali się aresztowania całej czwórki. Ale zrobili, co tylko 
mogli. 

-  Pan Towers szuka was dwóch - szepnął Simon karcącym tonem do Nirupama i Karola. 
Teresa ostrzegła Estellę: 
-  Panna Phillips cię szukała. 
Nan miała szczęście. Panna Phillips nigdy o niej nie pamiętała, jeśli nie musiała. 
Wrócili  tak  późno,  że  do  lunchu  zostało  tylko  parę  minut  lekcji.  Kiedy  zabrzmiał  dzwonek, 

Karol i Nirupam wmieszali się w najgęstszy tłum. Żaden nie chciał, żeby pan Towers ich zobaczył. 
Ale  Karol  jak  zwykle  miał  pecha.  Pan  Towers  pełnił  dyżur  przy  drzwiach  jadalni.  Karol  doznał 
wielkiej ulgi, kiedy przemknął obok pana Towersa, nie zwróciwszy jego uwagi. 

Nirupam  szturchnął  Karola,  kiedy  usiedli  po  modlitwie.  Chrestomanci  siedział  obok  panny 

Cadwallader przy głównym stole, z miną uprzejmą i nieobecną. Wszyscy wyciągali szyje, żeby na 
niego spojrzeć. Krążyła plotka, że jest okręgowym inkwizytorem. 

-  Takiemu  lepiej  nie  nastąpić  na odcisk - zauważył Dan Smith. - Od razu widać, że ten  jego 

senny wygląd to tylko mydlenie oczu. 

-  Wygląda na mięczaka - odparł Simon. - Ja mu się nie dam zastraszyć. 
Karol też wyciągnął szyję, żeby popatrzeć. Wiedział, o co chodziło Simonowi, ale do tej pory 

zdążył  się  przekonać,  że  nieobecna  mina  Chrestomanciego  jest  zwodnicza,  jak  podejrzewał  Dan. 
Pan Wentworth także zasiadał przy głównym stole. Karol zastanawiał się, gdzie jest Brian i co zje 
na lunch. 

Odwrócił się z powrotem do stołu i usłyszał, jak Teresa mówi: 
-  On tak super wygląda, aż mi się słabo robi! 
Ku ogólnemu zaskoczeniu Estella zerwała się na nogi, przechyliła się przez stół i spiorunowała 

wzrokiem Teresę. 

-  Tereso Mullett! - zawołała. - Tylko spróbuj się zakochać w tym inkwizytorze, to zobaczysz! 

On jest mój. Ja go pierwsza poznałam i ja go kocham! Więc nawet nie próbuj! 

Przez  chwilę  nikt  się  nie  odzywał.  Teresa  była  zbyt  zdumiona,  żeby  choćby  zachichotać. 

Wszyscy  tak  się  przyzwyczaili  do  cichej  i  spokojnej  Estelli,  że  ten  gwałtowny  wybuch  nawet 
dyżurnemu odebrał mowę. 
Podczas  tej  chwili  milczenia  wyjaśniło  się,  w  jaki  sposób  Brian  zamierza  zjeść  lunch.  Karol  i 
Nirupam poczuli, że coś niewidzialnego odpycha ich na boki. Obu szturchnęły niewidzialne łokcie, 
kiedy niewidzialne ciało wcisnęło się na ławkę pomiędzy nimi, po czym usiadło. 

-  Musicie mi pozwolić, żebym jadł z waszych talerzy - szepnął głos Briana. - Mam nadzieję, że 

nie dadzą gulaszu. 

Na  szczęście  Simon  przerwał  milczenie  akurat  w  tej  chwili.  Powiedział  szyderczym, 

podejrzliwym tonem: 

-  Co tak długo trwały te przygotowania dla pana inkwizytora Mięczaka? 
Ze  spojrzeń,  jakimi  ich  obrzucono,  Nan  wyczytała,  że  nikt  nie  uwierzył  ani  przez  chwilę  w 

wyjaśnienie  pana  Wentwortha.  Widziała,  że  większość  niemal  domyślała  się  prawdy.  Ratunku!  - 
zawołała w duchu. 

-    No,  musieliśmy  przeciągnąć  mnóstwo  elektrycznych  przewodów  do  gabinetu  - 

zaimprowizowała szybko. - On potrzebuje silnego światła, żeby świecić ludziom w twarze. W ten 
sposób ich łamie. 

-  Nie stosuje elektrowstrząsów? - zapytał z nadzieją Dan. 

background image

88 

-    Możliwe  -  przyznała  Nan.  -  Widzieliśmy  dużo  gołych  kabli  i  jakby  hełm  z  wystającymi 

elektrodami. Karol go podłączył. Karol zna się na elektryczności. 

-    I  co  jeszcze?  -  zapytał  Dan  bez  tchu.  Z  przejęcia  całkiem  zapomniał,  że  rozmawia  z 

dziewczyną. 

-    Wszystkie  ściany  są  zasłonięte  czarnymi  draperiami  -  zmyślała  dalej  Nan.  -  Estella  i  ja  to 

zrobiłyśmy. 

Właśnie  wtedy  podano  lunch.  Zapiekanka  ziemniaczana.  Szczęśliwie  się  złożyło  dla  Briana, 

który nie śmiał użyć noża ani widelca, ale mniej szczęśliwie dla Karola i Nirupama. Obaj stęknęli z 
oburzenia,  kiedy  wielkie  półkoliste  kawałki  znikły  z  ich  talerzy.  Brian  wziął  od  każdego  pełną 
garść. Jeszcze bardziej się rozzłościli, kiedy grudki ziemniaków zaczęły spadać na podłogę między 
nimi. 

-  Nie marnuj jedzenia! - warknął Nirupam. 
-  Nie możesz trafić do ust? - syknął gniewnie Karol. 
-  Nie, bo nie widzę swoich rąk - odszepnął Brian. - Sam spróbuj, jak jesteś taki mądry! 

Podczas  gdy  szeptali,  Dan  niezmordowanie  wypytywał  Nan,  która  musiała  wymyślać  coraz  więcej 

inkwizytorskiego sprzętu do gabinetu pana Wentwortha. 

-  Tak, widzieliśmy takie rzeczy z małymi chromowanymi śrubkami - mówiła. - Chyba masz rację... to 

zgniatacze  palców.  Ale  niektóre  były  takie  duże,  że  zmieściłaby  się  cała  ręka  albo  noga.  Wątpię,  czy  on 
poprzestanie na palcach. 

Nirupam szturchnął Briana w niewidzialny bok. 
-  Słuchaj uważnie! - szepnął. - To wszystko musi tam być, kiedy on wezwie Dana. 
-  Nie jestem kretynem - odburknął Brian z pełnymi ustami. 
-    I  oczywiście  były  różne  inne  rzeczy,  które  musieliśmy  powiesić  na  ścianach  -  ciągnęła  Nan.  - 

Kajdanki wszelkich rozmiarów... 

Ogarnęło ją natchnienie, pomysły napływały nieprzerwanym strumieniem. Po prostu nie mogła przestać. 

Karol  zaczął  się  zastanawiać,  czy  jeden  mały  gabinet  mógł  pomieścić  wszystkie  rzeczy,  które  opisywała  - 
lub chociaż połowę, którą Brian zdoła zapamiętać. 

Na  szczęście  Estella,  zbyt  zajęta  wgapianiem  się  w  Chrestomanciego,  żeby  jeść,  wywołała  nagle 

dywersję, krzycząc: 

-  Patrzcie, patrzcie! Panna Cadwallader używa tylko widelca, a on używa widelca i noża! Och, 

jaki on dzielny! 

Nirupam skorzystał z tej okazji, żeby zamknąć Nan usta. Przeszył ją złowrogim spojrzeniem  i 

oznajmił głośno: 

-  Chyba zdajecie sobie sprawę, że inkwizytor przesłucha każdego z nas bardzo dokładnie, jak 

tylko lunch się skończy. 

Chociaż  Nirupam  zamierzał  tylko  ostrzec  Nan,  te  słowa  wywołały  niespokojną  ciszę. 

Zadziwiająca  liczba  uczniów  straciła  apetyt  na  tarte  z  melasą,  którą  podano  po  ziemniaczanej 
zapiekance.  Nirupam  wykorzystał  również  tę  sposobność.  Wziął  trzecią  i  czwartą  dokładkę  i 
podzielił się z Brianem. 

Zaraz  po  lunchu  nadszedł  pan  Wentworth  i  ustawił  całą  II  y  w  alfabetycznym  porządku. 

Niespokojna  cisza  zmieniła  się  w  przestraszoną  ciszę.  Sądząc  po twarzach  reszty  uczniów,  strach 
był  zaraźliwy.  Nawet  seniorzy  mieli  nietęgie  miny,  kiedy  wyprowadzano  II  y.  Klasa 
pomaszerowała na górę i ustawiła się w połowie na korytarzu, w połowie na schodach, podczas gdy 
pan  Wentworth  wszedł  do  swojego  gabinetu,  żeby  zawiadomić  Chrestomanciego,  że  wszystko 
gotowe. Stojący na początku kolejki widzieli, że falista szyba w drzwiach była teraz czarna jak noc. 

Potem  okazało  się,  że  Chrestomanci  pragnie  ich  przesłuchiwać  w  odwrotnym  porządku 

alfabetycznym.  Wszyscy  musieli  maszerować w górę i w dół po schodach, żeby Heather Young  i 
Ronald  West  znaleźli  się  na  początku  kolejki  zamiast  Geoffreya  Bainesa  i  Debory  Clifton. 
Wykonali tę zamianę bez zwykłego marudzenia i narzekania. Nawet Karol, całkowicie przekonany, 
że maszerowali tylko po to, żeby Chrestomanci zdążył zainstalować wszystkie wymysły Nan, czuł 
się nieswojo, milczał  i wciąż pocierał kciukiem pęcherz na palcu. Heather  i Ronald  byli  bladzi ze 

background image

89 

strachu.  Dan  Smith  -  teraz  trzeci  w  kolejce,  odkąd  zabrakło  Briana  -  zapytał  Nirupama 
natarczywym szeptem: 

-  Co on z nami zrobi? 
Nirupam  nie  miał  pojęcia.  Nawet  nie  wiedział,  czy  Chrestomanci  naprawdę  zamierza  ich 

przesłuchiwać. Spróbował zrobić złowieszczą minę. 

-  Zobaczysz. 
Twarz Dana przybrała barwę sera. 
Chrestomanci  nie  przesłuchiwał  każdego  ucznia  równie  długo.  Heather  zniknęła  w  gabinecie 

niemal na wieczność i wyszła równie przestraszona jak przedtem. Ronald wszedł tylko na minutę i 
wyszedł zza zaciemnionych drzwi uspokojony. Przechylił się przez Dana i Nirupama, żeby szepnąć 
do Simona: 

-  Bez żadnych problemów! 
-  Od razu wiedziałem - skłamał wyniośle Simon. 
-  Cisza! - zagrzmiał pan Wentworth. - Następny... Daniel Smith. 
Dan  Smith  również  zniknął  nie  na  długo,  ale  nie  wyszedł  z  miną  świadczącą  o  braku 

problemów. Twarz miał barwy raczej zsiadłego mleka niż sera. 

Nirupam zniknął na znacznie dłużej, niż Karol czy Nan się spodziewali. Wyszedł pochmurny i 

zdenerwowany.  Za  nim  wszedł  Si-mon.  Znowu  czekanie  bez  końca.  W  międzyczasie  rozbrzmiał 
dzwonek na popołudniowe lekcje, a potem jak zwykle pospieszny tupot nóg. Cisza, która nastąpiła 
po dzwonku, trwała tak długo, że każdy co do jednego uczeń II y poczuł się jak wyrzutek. Wreszcie 
Simon wyszedł. Twarz miał dziwnego koloru. Nie chciał rozmawiać z żadnym z przyjaciół, którzy 
wychylali się z kolejki i pytali, co się stało. Po prostu krokiem lunatyka podszedł do ściany, oparł 
się o nią i zagapił w przestrzeń. 

To  nikomu  nie  poprawiło  humoru.  Nan  zastanawiała  się,  co  Chrestomanci  robi  uczniom  w 

gabinecie.  Zanim  trzy  dziewczynki,  które  dzieliły  ją  od  Simona,  wyszły  z  przesłuchania  równie 
wstrząśnięte  jak  Heather  Young,  Nan  tak  się  bała,  że  nogi  odmawiały  jej  posłuszeństwa.  Ale 
przyszła jej kolej. Musiała tam wejść. Powłócząc nogami, przekroczyła czarne drzwi. 

W środku stanęła i wytrzeszczyła oczy. Chrestomanci rzeczywiście sporo się napracował, kiedy 

II  y  maszerowała  w  górę  i  w  dół  po  schodach.  Cały  gabinet  pana  Wentwortha  był  obwieszony 
czarnymi draperiami. Czarny dywan, którego Nan zapomniała wymienić, pokrywał parkiet podłogi. 
Na  ścianach  wisiały  błyszczące  na  czarnym  tle  kajdanki,  pętle,  festony  łańcuchów,  bicze  -kilku 
rodzajów oraz kot o dziewięciu ogonach.  W  jednym kącie  stała duża puszka opatrzona etykietką: 
BENZYNA. BIURO OKRĘG. 

INKW. UŻYWAĆ TYLKO DO TORTUR. 

Sam  Chrestomanci  był  ledwie  widoczny  za  silnie  świecącą  lampą,  która  nieprzyjemnie 

kojarzyła  się  Nan  z  oświetleniem  stołu  operacyjnego.  Snop  światła  padał  na  biurko  pana 
Wentwortha,  okryte  czarną  draperią,  na  której  leżały,  niczym  na  wystawie  jubilera,  lśniące 
zgniatacze palców oraz inne niesympatyczne przedmioty. 

Znajdował  się  tam  również  okablowany  hełm,  do  którego  prowadził  pęk  gołych  przewodów 

sypiących błękitnymi iskrami. Za tym wszystkim spoczywał stos opasłych czarnych ksiąg. 

-  Czy Brian o niczym nie zapomniał? - zapytała niewyraźna sylwetka Chrestomanciego. 
Nan zaczęła się śmiać. 
-  Nie wspominałam o dywanie ani o benzynie! 
-    Brian  zaproponował  dywan.  A  ja  pomyślałem,  że  ten  kąt  wygląda  trochę  goło  -  przyznał 

Chrestomanci. 

Nan wskazała stos czarnych ksiąg. 
-  Co to jest? 
-  Zamaskowane plany  lekcji - wyjaśnił  Chrestomanci. - Och... rozumiem, o co ci chodzi. To 

oczywiście  ustawy  parlamentu  i  edykty  o  czarach,  podręczniki  tortur  i  Poradnik  wykrywania 
czarownic. 
Żaden inkwizytor nie rusza się bez ich na krok. 

background image

90 

Nan słyszała śmiech w jego głosie. 
-  Oskarżam pana - powiedziała - że pan się dobrze bawi, kiedy tamci za drzwiami trzęsą się ze 

strachu. 

-  Przyznaję się do winy. 
Chrestomanci  wyszedł  zza  biurka  w  krąg  światła.  Niedbale  odsunął  na  bok  pęk  iskrzących 

drutów -jakoś nie poraziły go prądem - i usiadł na okrytym czernią blacie. Teraz patrzył Nan prosto 
w twarz. Nagle odkryła, że nie może odwrócić wzroku. 

-  Też cię oskarżam, że się dobrze bawisz - powiedział. 
-  Tak, to prawda! - zawołała wyzywająco Nan. - Chyba po raz pierwszy, odkąd przyszłam do 

tej okropnej szkoły! 

Chrestomanci popatrzył na nią niemal z obawą. 
-    Podoba  ci  się,  że  jesteś  czarownicą?  -  Nan  energicznie  kiwnęła  głową.  -1  podoba  ci  się 

wymyślanie rzeczy i opisywanie ich... na przykład narzędzi tortur? - Nan ponownie przytaknęła. - 
Co ci się najbardziej podoba? 

-  Och, bycie czarownicą - oświadczyła Nan. - To mi daje taką... no... taką pewność siebie. 
-  Opisz rzeczy, które dotąd wymyśliłaś i zrobiłaś jako czarownica - zażądał Chrestomanci. 
-  No... 
Nan  spojrzała  na  Chrestomanciego,  oświetlonego  z  jednej  strony  silnym  światłem  lampy,  a  z 

drugiej  migotaniem  wyładowań  na  drutach,  i  sama  się  zdziwiła,  jak  niewiele  zrobiła  jako 
czarownica. Na dobrą sprawę tylko przeleciała się na miotle, ubrała Estellę w nieodpowiedni strój i 
stworzyła za duże puszki do zbierania datków. 

-  Nie zdążyłam jeszcze dużo zrobić - wyznała. 
-  Ale Karol Morgan miał tyle samo czasu i zgodnie z tym, co mi mówiono, wykazał znaczną 

pomysłowość  -  oznajmił  Chrestomanci.  -  Czy  teraz,  kiedy  jesteś  czarownicą  i  nabrałaś  pewności 
siebie, nie wydaje ci się, że wolisz opisywanie różnych rzeczy bardziej od czarów? 

Nan zastanowiła się nad tym. 
-    Chyba  wolę  -  powiedziała  dość  zdziwiona.  -  Gdybyśmy  tylko  nie  musieli  tego  robić  w 

swoich pamiętnikach! 

-    Dobrze  -  stwierdził  Chrestomanci.  -  Chyba  mogę  ci  obiecać  jedną  naprawdę  dobrą 

sposobność do opisywania, która nie ma nic wspólnego z pamiętnikiem. Mówiłem ci, że ponowne 
połączenie tego świata z tamtym, do którego należy,  będzie wymagało  silnej  magii.  Kiedy znajdę 
sposób, będę potrzebował wszelkiej pomocy, żeby zaprząc całą magię istniejącą w tym świecie do 
dokonania zmiany. Kiedy nadejdzie czas, czy mogę na tobie polegać, że wszystko wyjaśnisz? 

Nan kiwnęła głową. To jej ogromnie pochlebiło i poczuła się odpowiedzialna. 
Chrestomanci dodał: 
-    To  chyba  lepiej,  że  wolisz  opisywać  rzeczy.  Obawiam  się,  że  nie  zostaniesz  czarownicą, 

kiedy nadejdzie zmiana. 

Nan wytrzeszczyła na niego oczy. Nie żartował. 

-  Wiem, że pochodzisz od Arcyczarownicy - ciągnął - ale talenty nie zawsze dziedziczy się w takiej 
samej formie. Ty chyba otrzymałaś go jako talent do wymyślania i opisywania. Moja rada: trzymaj 
się tego, jeśli możesz. Teraz wymień jedną historyczną postać. 

Nan zamrugała na tę zmianę tematu. 
-    Ee...  Krzysztof  Kolumb  -  bąknęła  żałośnie.  Chrestomanci  wyjął  mały  złoty  notesik  i  zdjął 

nakrętkę ze złotego ołówka. 
-  Zechcesz wyjaśnić, kim był? - poprosił trochę bezradnie. Zdumiewające, że Chrestomanci nie wie 
najbardziej  podstawowych  rzeczy,  pomyślała  Nan.  Bardzo  uprzejmie  opowiedziała  mu  o 
Krzysztofie Kolumbie, a Chrestomanci zapisał wszystko w swoim złotym notesiku. 

-  Godne podziwu - mamrotał, pisząc. - Czyste i wyraźne. 
W rezultacie Nan wyszła z gabinetu częściowo uradowana, że Chrestomanci uznał ją za dobrą 

w opisywaniu rzeczy, a częściowo zrozpaczona, że wkrótce już przestanie  być  czarownicą. Lance 

background image

91 

Osgood, przyjaciel Dana Smitha, który wchodził następny, uważnie się przyglądał twarzy Nan, ale 
nie mógł z niej wyczytać nic sensownego. 

Lance nie został długo w gabinecie. Podobnie Teresa Mullett, która była następna. Tymczasem 

Estella  dotarła  już  do  szczytu  schodów,  przy  końcu  kolejki.  Wyciągnęła  szyję,  wypatrując  oznak 
miłości  na  twarzy  przechodzącej  Teresy,  ale  Teresa  wyglądała  na  rozdrażnioną  i  zbitą  z  tropu. 
Wszyscy odgadli, że inkwizytor nie potraktował Teresy z należytym szacunkiem. Delia szeptała o 
tym do Heather, kiedy Karol wszedł do gabinetu. 

Karol  do  tej  pory  zupełnie  przestał  się  bać.  Zdążył  się  przekonać,  że  Chrestomanci  traktuje 

wszystkich  dokładnie  tak,  jak  zasługują.  Wyszczerzył  zęby,  kiedy  zobaczył  gabinet  cały 
udrapowany  na  czarno,  i  podsunął  okulary  do  góry  na  nosie,  żeby  przyjrzeć  się  przedmiotom 
wiszącym na ścianach. 

Chrestomanci wyglądał jak niewyraźna sylwetka za lampą z syczącymi drutami. 
-  Aprobujesz? - zapytał. 
-  Nieźle - przyznał Karol. - Gdzie jest Brian? 
-    Tutaj  -  powiedział  glos  Briana.  Dwie  pary  kajdanek  na  czarnej  ścianie  uniosły  się  i 

zabrzęczały. - Jak długo jeszcze? Już mi się magicznie znudziło, a pan doszedł dopiero do M. 

-  Czemu pan go tutaj trzyma? - zapytał Karol Chrestomanciego. Nadal przytrzymywał okulary 

palcem, żeby potraktować Briana swoim najgorszym dwulufowym spojrzeniem. 

-  Mam swoje powody - odparł spokojnie Chrestomanci. Pomimo tego spokoju Karol poczuł się 

tak, jakby cos' zimnego 

i śmiertelnie groźnego pełzało mu po plecach. 
-  Chcę z tobą porozmawiać - ciągnął  Chrestomanci tym  samym  spokojnym tonem - o twoim 

zaklęciu „Simon mówi". 

Lodowaty  chłód  promieniujący  z  kręgosłupa  ogarnął  całe  ciało  Karola  i  zaległ  ciężko  w 

żołądku. Karol zrozumiał, że to nie żarty. 

-  O co chodzi? - wymamrotał. 
-    Nie  rozumiem  -  podjął  Chrestomanci  tonem  łagodnego  zdziwienia,  z  jeszcze  groźniejszym 

spokojem -jakim cudem zapomniałeś o tym zaklęciu. Jak mogło ci wypaść z głowy? 

Karol czuł się jak skuty lodem. Próbował rozbić lód za pomocą tupetu. 
-    Nie  było  potrzeby,  żeby  panu  mówić.  To  tylko  zaklęcie...  nie  było  ważne  i  Simon  na  to 

zasłużył! Zresztą Nirupam i tak je zdjął! 

-    Bardzo  cię  przepraszam.  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  masz  coś  na  swoją  obronę  - 

powiedział Chrestomanci. 

Trudno  znieść*taki  sarkazm,  a  jeszcze  trudniej,  kiedy  tego  słucha  ktoś  taki  jak  Brian.  Karol 

zgromadził  amunicję  do  następnego  zabójczego  spojrzenia.  Nie  mógł  jednak  wycelować  w 
Chrestoman-ciego,  ukrytego  za  snopem  światła,  więc  zamiast  tego  wymierzył  w  Briana.  Albo 
raczej w kajdanki, gdzie powinien być Brian. 

-  To nie było takie ważne - powtórzył. Chrestomanci wydawał się jeszcze bardziej zdumiony. 

-    Nieważne?  Mój  drogi  chłopcze,  co  jest  nieważnego  w  zaklęciu,  które  może  rozwalić  świat? 
Oczywiście  ty  pewnie  wiesz  lepiej,  aleja  odnoszę  wrażenie,  że  Simon  łatwo  mógł  palnąć  jakieś 
głupstwo... na przykład: „Dwa plus dwa równa się pięć". Gdyby to powiedział, wszystko związane 
z  liczbami  natychmiast  by  się  rozpadło.  A  ponieważ  wszystko  można  policzyć,  wszystko  by  się 
rozpadło... ziemia, słońce na niebie, komórki w ciałach, wszystko, cokolwiek ci przyjdzie do głowy. 
Niewątpliwie twój umysł jest ponad to, ale ja osobiście uważam, że to dość ważne. 

Karol wpatrywał się zabójczym wzrokiem w kajdanki, żeby nie okazać, jak okropnie się czuje. 

A Brian słyszał każde słowo! 

-  Nie wiedziałem... skąd miałem wiedzieć? Zresztą Simon sam się o to prosił. Zasłużył sobie. 
Na szczęście, pomyślał z ulgą, nikt nie wiedział, że w następnej kolejności Karol zamierzał coś 

zrobić Danowi Smithowi. 

-  Simon na to zasłużył? - zdziwił się Chrestomanci. - Simon istotnie ma o sobie wygórowane 

background image

92 

mniemanie, ale... Brian, ty nam powiedz. Masz ego co najmniej równie wybujałe jak Simon. Czy ty 
lub Simon zasługujecie, żeby dostać w ręce taką władzę? 

-  Nie - odparł nadąsany głos Briana. - Nie żeby zniszczyć świat. Karol zlodowaciał ze zgrozy 

na myśl o tym, czego o mało nie 

zrobił. Ale nie zamierzał się przyznać. 
-  Nirupam zdjął czar - powiedział - zanim Simon naprawdę coś zrobił. 
-    Widać,  że  Brian  się  uczy  -  zauważył  Chrestomanci  -  w  przeciwieństwie  do  ciebie,  Karolu. 

Zakładam, że skoro magia jest tutaj zakazana, nikt cię nie poinformował, czego może dokonać ani 
jak jej używać. Ale powinieneś sam się tego domyślić. A ty wciąż nie myślisz. Nirupam wcale nie 
zdjął zaklęcia z Simona. On tylko je odwrócił. Teraz wszystko, co powie ten biedny chłopiec, staje 
się nieprawdą. Musiałem mu rozkazać, żeby trzymał język za zębami. 

-  Biedny chłopiec?! - wykrzyknął Karol. - Chyba go pan nie żałuje! 
-    Ja  go  żałuję  -  odezwał  się  głos  Briana.  -  I  gdybym  nie  był  w  izbie  chorych,  sam 

spróbowałbym zdjąć z niego czar. I zrobiłbym to lepiej od Nirupama! 

-   Tak  więc,  Karolu  -  podjął  Chrestomanci  -  masz  doskonały  przykład,  niezależnie  od oceny, 

czy to słuszne, czy niesłuszne, dlaczego nie należy nic robić ludziom. Wszyscy teraz żałują Simona. 
A przecież nie tego chciałeś, prawda? 

-  Nie. 
Karol  spuścił  wzrok  na  mgliście  czarny  dywan  i  z  żalem  postanowił  przemyśleć  jeszcze  raz 

kwestie Dana Smitha. Tym razem zrobi to, jak należy. 

-  Niech pan mu każe zdjąć zaklęcie z Simona - powiedział Brian. 
-  Wątpię, czy on potrafi - odparł Chrestomanci. - To zatrważająco silny czar. Karol widocznie 

posiada moc klasy co najmniej czarodzieja, żeby czegoś takiego dokonać. 

Karol  wciąż  wpatrywał  się  w  dywan  ze  spuszczoną  głową,  żeby  ukryć  chełpliwy  uśmieszek, 

który rozlewał mu się po twarzy. 

-  Potrzebny  będzie szereg wyjątkowych okoliczności, żeby zdjąć ten czar z Simona - ciągnął 

Chrestomanci. - Przede wszystkim Karol musi chcieć zdjąć czar. A on nie chce. Prawda, Karolu? 

-  Nie - przyznał Karol. 
Myśl,  że  Simon  musi  trzymać  gębę  na  kłódkę  przez  resztę  życia,  sprawiła  mu  taką 

przyjemność, że nawet nie słuchał wyzwisk, którymi obrzucił go Brian. Podsunął palec pod lampę i 
podziwiał  wzory,  które  mocne  światło  wydobywało  z  żółtej  poduszki  pęcherza.  Zostałem 
napiętnowany zepsuciem, pomyślał. 

Chrestomanci zaczekał, aż Brian wyczerpie swój zapas wyzwisk. Potem powiedział: 
-    Przykro  mi,  że  tak  czujesz,  Karolu.  Wszyscy  będziemy  potrzebowali  twojej  pomocy  przy 

kierowaniu tego świata z powrotem tam, gdzie przynależy. Nie zmienisz zdania? 

-  Nie po tym, jak pan naskoczył na mnie przy Brianie - burknął Karol. I dalej podziwiał swój 

pęcherz. 

Chrestomanci westchnął. 
-  Obaj z Brianem jesteście siebie warci - stwierdził. - Uczniowie z Wieloboru zawsze wyrastają 

na czarownice, jak mi mówił pan Wentworth, ale przedtem bez kłopotów powstrzymywał ich przed 
ujawnieniem się, aż doszło do ciebie i Briana. Brian tak bardzo chciał zwrócić na siebie uwagę, że 
gotów był dać się spalić... 

-  Hej! - zaprotestował oburzony Brian. 
Więc  Chrestomanci teraz  miesza z błotem Briana, żeby  było  sprawiedliwie. Trochę za późno, 

pomyślał Karol. I tak nie pomogę. 

-    Więc  będzie  musiał  pomóc  albo  zostanie  niewidzialny  na  resztę  życia  -  ciągnął 

Chrestomanci. Zignorował oburzone, żałosne protesty Briana i zwrócił się do Karola. - Ty, Karolu, 
tak długo dusiłeś w sobie nienawiść do wszystkiego, aż twoje czary wypchnęły korek. Teraz musisz 
znowu je zdusić w sobie, bo inaczej zostaniesz spalony, albo musisz nam pomóc. Skoro masz taki 
wielki  talent  do  czarowania,  wydaje  się  pewne,  że  w  twoim  właściwym  świecie  będziesz  miał 

background image

93 

równie wielki talent do czegoś innego, co ci przyjdzie łatwiej. Więc co wybierasz? 

Stracić  swoje  czary?  Karol  przycisnął  jednym  palcem  okulary  i  poprzez  snop  silnego  światła 

wbił  spojrzenie  w  Chrestomanciego.  Pomyślał,  że  chyba  nigdy  nie  nienawidził  Simona  ani  Dana 
równie mocno, jak nienawidził Chrestomanciego. 

-  Dalej będę czarować! I tyle! 
Mętna sylwetka Chrestomanciego wzruszyła ramionami poza kręgiem światła. 
-  Czarownik to stosowne określenie dla  ludzi, którzy rozrabiają tak  jak ty. No dobrze. Teraz 

wymień mi jedną historyczną postać. 

-  Kuba Rozpruwacz - warknął Karol. Złoty notesik błysnął w świetle. 
-  Dziękuję ci - powiedział Chrestomanci. - Przyślij następną osobę, kiedy wyjdziesz. 
Karol odwrócił się i poczłapał do drzwi, a Brian znowu zaczął go wyzywać. 
-  Brian - powiedział spokojnie Chrestomanci - ostrzegałem cię, że odbiorę ci głos, i tak zrobię, 

jeśli jeszcze się do kogoś odezwiesz. 

198 

Typowe!  -  pomyślał  gniewnie  Karol.  Gwałtownie  otworzył  drzwi,  kalkulując,  jak  mógłby  się 

zemścić  na  Nan  i  Estelli  za  wezwanie  tutaj  Chrestomanciego,  i  spojrzał  prosto  w  twarz  Delii 
Martin. Widocznie wyglądał przerażająco, bo Delia zbladła. Nawet odezwała się do niego: 

-  Jaki on jest? 
-  Magicznie okropny! - oświadczył głośno Karol. Miał nadzieję, że Chrestomanci go usłyszał. 

 

background image

94 

ROZDZIAŁ 15 

Reszta II y po kolei, szurając nogami, wchodziła do gabinetu. Niektórzy wychodzili bladzi, inni 

odprężeni. Estella wyszła promienna z zamglonym wzrokiem. 

-    Doprawdy!  -  skomentowała  Teresa.  -  Niektóre  osoby...!  Estella  rzuciła  jej  spojrzenie 

wyrażające  absolutną  pogardę  i  podeszła  do  Nan.  Otoczyła  obiema  rękami  ucho  Nan  i  wyznała 
wilgotnym szeptem: 

-  On mówi, że tam, gdzie pójdziemy, moja mama nie będzie w więzieniu! 
-  To dobrze! - ucieszyła się Nan i pomyślała z podnieceniem: A moja mama będzie wciąż żyła! 
Sam  Chrestomanci wyszedł  z gabinetu z Geoffreyem  Bainesem, który  był ostatni,  i wymienił 

znaczące spojrzenia z panem Wentworthem. 

Nan domyśliła się, że nie odkrył sposobu, żeby zmienić świat. Zauważyła, że obaj dorośli mieli 

zmartwione miny. 

-  Dobrze. Ustawić się w szeregu i z powrotem do klasy! - krzyknął pan Wentworth. 
Wydawał  się  taki  udręczony  i  pogonił  ich  po  schodach  tak  szybko,  że  Nan  wiedziała,  że 

Chrestomanciego  opuściło  szczęście.  Może  w  międzyczasie  pojawił  się  prawdziwy  inkwizytor. 
Kiedy  II  y  maszerowała  korytarzami,  zabrzęczał  dzwonek  na  zakończenie  pierwszej  lekcji,  co 
spotęgowało ogólne zdenerwowanie. Inne klasy mijały ich w pośpiechu, patrząc na nich ciekawie i 
z litością. 

Przyjaciele Simona wciąż próbowali nawiązać z nim rozmowę. Simon kręcił głową jak szalony 

i pokazywał na swoje usta. 

-  On wie, kim jest czarownica, ale ma zamknięte usta - odgadł Ronald West. 
Słysząc to, Delia i Karen wysunęły się z szeregu i zrównały z Simonem. 
-  Powiedz nam, Simon, kim jest czarownica - szeptały. - Nikomu nie powiemy. 
Im bardziej Simon kręcił głową, tym bardziej nalegały. 
-  Cisza! - warknął pan Wentworth. 
Uczniowie  wtoczyli  się  do  klasy.  Czekał  tam  pan  Crossley,  który  miał  ich  pilnować  podczas 

pisania pamiętników. 

-  Lepiej zrób sobie wolną godzinę, Harold - zwrócił się do niego pan Wentworth. 
Pan Crossley z zadowoleniem kiwnął głową  i wyszedł do pokoju nauczycielskiego w nadziei, 

że zastanie tam pannę Hodge. 

-  Biedny Misiek - szepnęła Estella do Nan. - Nie wie, że ona jest w następnym wtorku. Ale  i 

tak nie sądzę, żeby go przyjęła. 

Chrestomanci  wszedł  do  klasy,  ugrzeczniony  i  nieobecny.  Nikt  nie  odgadłby  z  jego  miny,  że 

czas  mu  się  kończy  i  ten  człowiek  pewnie  denerwuje  się  tak  samo,  jak  pan  Wentworth. 
Odchrząknął, żeby zwrócić na siebie uwagę. Natychmiast zapadła cisza, skupiona i całkowita. Pan 
Wentworth wydawał się nieco zazdrosny. 

-  To przykra sprawa - oznajmił Chrestomanci. - Mamy wśród nas czarownicę. Ta czarownica 

rzuciła zaklęcie na Simona Silversona... 

W klasie zaszeleściło, kiedy uczniowie oglądali się na Simona. Karol spoglądał groźnie. Simon 

wydawał się znowu niemal szczęśliwy. Znalazł się na środku sceny, gdzie było jego miejsce. 

-    Potem  niestety  -  ciągnął  Chrestomąnci  -  ktoś  pełen  dobrych  chęci  nieudolnie  usiłował 

przełamać czar i odwrócił go tyłem naprzód. - Nirupam wyglądał na chorego. - Nie możemy winić 
tej osoby, ale rezultat okazał się fatalny. To było bardzo silne zaklęcie. Wszystko, co Simon teraz 
powie,  nie  tylko  się  nie  zdarza,  ale  nigdy  się  nie  zdarzyło.  Musiałem  ostrzec  Simona,  żeby  nie 
otwierał ust, dopóki nie zbadamy dogłębnie tej kwestii. 

Co  powiedziawszy,  Chrestomąnci  skierował  roztargniony,  nieobecny  wzrok  na  Karola.  Karol 

odpowiedział swoim najpaskudniejszym, najtwardszym spojrzeniem. Jeśli Chrestomąnci myślał, że 
w ten sposób zmusi  go do zdjęcia czaru, to się pomylił. Natomiast Karol  nie  zauważył, że potem 
oczy  Chrestomanciego  przesunęły  się  w  stronę  Nan.  Nikt  inny  tego  nie  zauważył,  ponieważ  trzy 
osoby podniosły ręce: Delia, Karen i Teresa. Delia zabrała głos w imieniu całej trójki: 

background image

95 

-  Panie inkwizytorze, my panu powiedziałyśmy, kim jest czarownica. To Nan Pilgrim. 
Ławka  Estelli  przewróciła  się  z  trzaskiem.  Książki,  zeszyty,  pamiętnik  i  robótka  poleciały  na 

wszystkie strony. Estella stała pośrodku bałaganu, czerwona z gniewu. 

-  To nie Nan Pilgrim! - krzyknęła. - Nan nigdy w życiu nikogo nie skrzywdziła! To wy robicie 

ludziom  krzywdę,  bo  stale  rozpuszczacie  plotki,  ty,  Teresa  i  Karen.  Wstyd  mi,  że  kiedyś 
przyjaźniłam się z Karen! 

Nan zakryła rękami rozpaloną twarz. Estella zachowała się trochę zbyt lojalnie. 
-  Postaw ławkę z powrotem, Estello - polecił pan Wentworth. Simon zapomniał się i otworzył 

usta,  żeby  wygłosić  szyderczy  komentarz.  Chrestomąnci  tylko  na  niego  zerknął.  Usta  Simona 
zamknęły się z kłapnięciem, oczy niemal wyszły z orbit. 

I więcej Chrestomanci nie zajmował się tym incydentem. 
-    Proszę  wszystkich  o  uwagę  -  powiedział.  Wszyscy  natychmiast  skupili  uwagę.  -  Dziękuję. 

Zanim  wymieramy  nazwisko  czarownicy,  chcę,  żebyście  wszyscy  mi  podali  nazwiska  drugiej 
historycznej postaci. Ty z przodu zaczynasz... ee... hm... Tereso... ee... Fish. 

Każdy  uczeń  podał  już  jedno  nazwisko.  Każdy  był  przekonany,  że  inkwizytor  rozpoznał 

czarownicę  na  podstawie  podawanych  nazwisk.  Oczywiście  nie  należało  wymieniać  żadnych 
nikczemników.  Więc  Teresa,  chociaż  obrażona  na  inkwizytora,  że  przekręcił  jej  nazwisko, 
namyślała się bardzo dokładnie. I jak to zwykle bywa, natychmiast przypomniała sobie wszystkich 
historycznych  łajdaków.  Siedziała  jak  niemowa,  odrzucając  po  kolei  Burke'a  i  Hare'a,  Crippena, 
Judasza Iskariotę, Nerona i Torquemadę, niezdolna wymyślić nikogo dobrego. 

-  No dalej... ee... Tatiano - zachęcił ją Chrestomanci. 
-  Teresa - poprawiła go Teresa. I w przypływie natchnienia dodała: - To znaczy święta Teresa. 
Chrestomanci zapisał to w złotym notesiku i wskazał Delię. 
-  Święty Jerzy - powiedziała Delia. 
-  Nie istniał w żadnym świecie - sprzeciwił się Chrestomanci. - Spróbuj jeszcze raz. 
Delia  wysiliła  umysł  i  wreszcie  wymieniła  lady  Godiwę.  Wskazujący  palec  Chre^tomanciego 

przesuwał  się  po  klasie  i  każdemu  sprawiał  ten  sam  kłopot.  Korowód  nędzników  przesuwał  się 
przez  wszystkie  umysły  -  Hun  Attyla,  Ryszard  Trzeci,  Lukrecja  Borgia,  Józef  Stalin  -  a  kiedy 
udawało im się wymyślić kogoś mniej podłego, zawsze byli to ludzie w rodzaju Anny Boleyn czy 
Galileusza, skazani na śmierć. 

Większość  uczniów  wolała  tych  także  nie  wymieniać,  chociaż  Nirupam,  wiedząc,  że 

Chrestomanci  nie  jest  prawdziwym  inkwizytorem,  zaryzykował  i  wymienił  Karola  Pierwszego. 
Prawie po każdym nazwisku Chrestomanci odwracał się do pana Wentwortha, który mu objaśniał, 
kim  były wymienione osoby.  Większość uczniów II y  nie rozumiała, dlaczego  inkwizytor to robi, 
chyba  żeby  udowodnić  wyższość  umysłową  pana  Wentwortha,  ale  Nan  pomyślała:  On  znowu 
zbiera symptomy. Dlaczego? Pewnie ktoś w historii jest bardzo, ważny.                                     , 

Karol patrzył, jak palec Chrestomanciego kieruje się w jego stronę. Tak mnie nie dostaniesz! - 

pomyślał. 

-  Święty Franciszek - powiedział. 
Palec Chrestomanciego po prostu przesunął się do Dana Smi-tha. Dan się zaciął. 
-  Proszę pana, żołądek mnie boli. Nie mogę myśleć. Palec nadal wskazywał. 
-  Och - stęknął Dan. - Ee... Dick Turpin. 
To  wywołało  westchnienie  grozy  w  II  y  i  niemal  jęk  rozczarowania,  kiedy  palec 

Chrestomanciego przesunął się na drugą stronę przejścia i wskazał Estellę. 

Estella  zdążyła  już  podnieść  swoją  ławkę  i  pozbierać  większość  książek,  ale  kłębek  wełny 

potoczył  się  kilka  ławek  dalej  i  rozwinął  po  drodze.  Estella  na  kolanach  zwijała  wełnę,  coraz 
bardziej szarą, więc nie zauważyła palca. Nan pochyliła się i szturchnęła ją. Estella podskoczyła. 

-  Teraz moja kolej? Przepraszam. Guy Fawkes... czy ktoś już wymienił Guya Fawkesa? 
Wróciła do zwijania wełny. 
-    Chwileczkę  -  powiedział  Chrestomanci.  Dziwna  cisza  zapadła  w  klasie.  -  Czy  możesz  mi 

background image

96 

opowiedzieć o Guyu Fawkesie? 

Estella  ponownie  podniosła  wzrok.  Wszyscy  patrzyli  na  nią,  zastanawiając  się,  czy  jest 

czarownicą, ale Estella myślała tylko o swojej wełnie. 

-  Guy Fawkes? Spalili go na stosie za wysadzenie w powietrze Parlamentu. 
-  Wysadził w powietrze? - powtórzył Chrestomanci. Simon otworzył usta, żeby powiedzieć, że 

Estella ma rację, 

1 szybko je zamknął. Estella przytaknęła. Kilka osób zawołało: 
-  Tak, proszę pana!  Wysadził, proszę pana!  Chrestomanci spojrzał  na pana  Wentwortha. Pan 

Wentworth 

powiedział: 
-    W  1605  roku  Guy  Fawkes  został  przeszmuglowany  do  piwnic  Parlamentu  z  kilkoma 

beczkami  prochu  strzelniczego,  żeby  wysadzić  w  powietrze  Parlament  oraz  króla.  Ale  chyba 
popełnił  błąd.  Proch  wybuchł  w  nocy  i  zniszczył  oba  budynki  Parlamentu,  nikogo  nie  zabijając. 
Guy Fawkes wyszedł z tego bez szwanku, ale prawie natychmiast go schwytano. 

To  brzmiało  podobnie  do  innych  fragmentów  historii,  które  pan  Wentworth  przekazywał 

Chrestomanciemu,  ale  jakoś'  się  różniło.  Oczy  Chrestomanciego  błyszczały  nietypowo,  bardzo 
czarne i bystre. Spojrzał prosto na Nan i powiedział: 

-  Błąd, hę? To mnie nie dziwi. Ten Fawkes nigdy nie potrafił niczego zrobić, jak należy. 
Wskazał Nan. 
-  Ryszard Lwie Serce - powiedziała Nan. I pomyślała: znalazł! Guy  Fawkes sprawił, że  nasz 

świat potoczył się inaczej. Ale dlaczego? Będzie chciał, żebym to opisała, a ja nie wiem, dlaczego. 

Myślała  i  myślała,  podczas  gdy  Chrestomanci  zbierał  od  II  y  nazwiska,  których  już  nikt  nie 

potrzebował.  Piąty  listopada  1605  roku.  Nan  pamiętała  tylko,  co  powiedziała  jej  matka  kiedyś, 
dawno temu, zanim zabrali ją inkwizytorzy. 

Mama  mówiła,  że  piąty  listopada  to  był  ostatni  dzień  Tygodnia  Czarów.  Tydzień  Czarów 

zaczyna się w Halloween, a dzisiaj jest Halloween. Czy to pomoże? Musi pomóc, chociaż Nan nie 
wiedziała, w jaki sposób. Ale wiedziała, że ma rację i że Chrestomanci jednak znalazł odpowiedź, 
ponieważ miał taką spokojną, zadowoloną minę, kiedy stał obok pana Wentwortha. 

-  Teraz - oznajmił - zdemaskujemy czarownicę. 
Znowu przybrał roztargniony wyraz twarzy. Powoli wyjmował wąską złotą kasetkę z kieszeni 

gołębioszarej  marynarki  i  jeśli teraz na kogoś patrzył, to na Karola. Dobrze, pomyślała Nan. Daje 
mi czas do namysłu. A Karol pomyślał: No więc dobrze. Zdemaskuj mnie. Ale i tak ci nie pomogę. 

Chrestomanci podniósł do góry płaskie złote pudełeczko, żeby wszyscy je zobaczyli. 
-  To - oznajmił -jest najnowszy nowoczesny wykrywacz czarownic. Patrzcie uważnie. 
Karol patrzył. Był niemal pewien, że wykrywacz czarownic to złota papierośnica. 
-  Kiedy wypuszczę z ręki tę maszynę - ciągnął Chrestomanci - sama uniesie się w powietrze i 

wskaże  wszystkich  po  kolei  z  wyjątkiem  Simona.  Jest  tak  zaprogramowana,  że  kiedy  wskaże 
czarownicę, zabrzęczy. Chcę, żeby wskazana czarownica podeszła i stanęła obok mnie. 

Uczniowie  zagapili  się  na  złoty  prostokącik,  przejęci  i  podnieceni.  Rozległy  się  achy  i  ochy. 

Złoty przedmiot drgnął w dłoni Chre-stomanciego. Chrestomanci puścił go, a przedmiot zawisł  w 
powietrzu,  kołysząc  się  lekko.  Karol  spiorunował  go  wzrokiem.  Zrozumiał.  Brian.  Niewidzialny 
Brian  miał  nosić  przedmiot  po  klasie.  Tego  już  za  wiele!  Jeśli  Chrestomanci  myślał,  że  pominie 
Karola i zostawi całą zabawę dla Briana, to się ciężko rozczaruje. 

Podrygująca  kasetka  przekręciła  się  do  góry  nogami.  Karol  zobaczył,  że  rozchyliła  się  lekko 

wzdłuż  górnej  krawędzi,  jakby  Brian  zaglądał  do  środka,  żeby  sprawdzić,  czy  to  naprawdę 
papierośnica. Naprawdę. Karol dostrzegł w środku białe papierosy. 

-  Ruszaj - powiedział Chrestomanci do pudełeczka. 
Złote pudełeczko zatrzasnęło  się tak głośno, że wszyscy podskoczyli,  i szybko podpłynęło do 

pierwszej  ławki.  Zatrzymało  się  na  wysokości  głowy  Ronalda  Westa.  Wydało  przenikliwy  pisk. 
Wszyscy znowu podskoczyli, włącznie z Ronaldem i złotym pudełeczkiem. 

background image

97 

-  Podejdź tutaj - rozkazał Chrestomanci. 
Ronald, całkiem ogłupiały, wstał z ławki i chwiejnie poczłapał do Chrestomanciego. 
-  Ja nigdy...! - próbował protestować. 
-  Sam wiesz, że tak - uciął Chrestomanci. I zwrócił się do złotego pudełka: - Dalej. 
Pudełeczko  trochę  niepewnie  popłynęło  do  Geoffreya  Bainesa.  Znowu  zapiszczało. 

Chrestomanci skinął ręką. Geoffrey wyszedł z ławki, blady, lecz nie protestujący. 

-  Skąd wiedziało? - zapytał lękliwie. 
-  Nowoczesna technologia - wyjaśnił Chrestomanci. 
Tym  razem  złote  pudełko  ruszyło  dalej  bez  ponaglania.  Piszczało,  przesuwało  się  i  znowu 

piszczało.  Jeden  po  drugim  nieszczęśni  uczniowie  wstawali  i  wychodzili  przed  front  klasy.  Karol 
pomyślał, że to brzydka sztuczka. Chrestomanci próbował wyprowadzić go z równowagi. Pudełko 
zrównało  się  teraz  z  Lance'em  Osgoodem.  Wszyscy  czekali,  żeby  zapiszczało.  Czekali  i  czekali. 
Papierośnica wisiała obok Lance'a, aż dostał zeza od patrzenia na nią. Ale nic się nie stało. 

-  Dalej - polecił Chrestomanci. - On  nie  jest czarownikiem. Pudełeczko podpłynęło do Dana 

Smitha. Tutaj zapiszczało najdłużej i najgłośniej. Dan zbielał na twarzy. 

-  Zacierałem po sobie ślady! - zawołał. 
-  Chodź tutaj - rozkazał Chrestomanci. Dan wstał powoli. 
-  To niesprawiedliwe! Żołądek mnie boli. 
-  Niewątpliwie na to zasługujesz - odparł Chrestomanci. -Sądząc po hałasie, używałeś czarów 

całkiem niedawno. Co zrobiłeś? 

-  Tylko schowałem parę butów do biegania - mruknął Dan. 
Nie patrzył na Karola, kiedy wlókł się przejściem. Karol również nie patrzył na Dana. Zaczynał 

rozumieć, że Chrestomanci wcale nie udaje, że uczniowie są czarownicami. 

Do tej pory z przodu klasy zrobił się tłok. Pudełko ruszyło teraz do Nirupama. Nirupam na nie 

czekał.  Zapiszczało  jeszcze  głośniej  niż  dla  Dana.  Jak  tylko  pisnęło,  Nirupam  wstał  i  wielkimi 
krokami  pomaszerował  na  front  klasy,  żeby  go  nie  pytano,  jakie  czary  robił.  Potem  pudełko 
zbliżyło się do Karola, hałas był ogłuszający. 

-  Dobrze, dobrze! - burknął Karol. 
Poczłapał na front klasy. Więc Chrestomanci grał uczciwie, ale wciąż próbował dać Karolowi 

nauczkę poprzez dewaluowanie czarów. Karol rozejrzał się po innych uczniach stojących z przodu. 
Wiedział, że jego magia była najsilniejsza. I chciał ją zatrzymać. 

Nadal mógł dzięki niej mnóstwo dokonać. Nie chciał wtopić się w inny świat, nawet jeśli tam 

nie palono czarownic. Co do spalenia - Karol popatrzył na swój pęcherz - odkrył, że nawet lubi się 
bać; już się przyzwyczaił. W ten sposób życie robiło się interesujące. 

Tymczasem  złote  pudełeczko  przepłynęło  między  ławkami  za  Karolem  i  wskazało  na  Delię. 

Zapadła cisza. Delia nie próbowała ukryć uśmieszku wyższości. Ale uśmieszek spełzł z jej twarzy, 
kiedy pudełeczko podpłynęło do Teresy. Wydało jeden cichy, wyraźny pisk. 

Teresa wstała oburzona. 
-  Kto? Ja?! 
-  Tylko bardzo skromna, trzeciorzędna czarownica - pocieszył ją Chrestomanci. 
Teresy  to  wcale  nie  pocieszyło.  Jeśli  już  była  czarownicą,  powinna  przynajmniej  być 

czarownicą  pierwszej  klasy.  Tak  czy  owak,  czuła  się  poniżona.  Naprawdę  się  rozzłościła,  kiedy 
pudełko  przyfrunęło  do  Karen  i  nawet  nie  pisnęło.  Ale  zirytowała  się  również,  kiedy  pudełko 
zapiszczało dla Heather, Debory  i wszystkich  jej  pozostałych przyjaciółek. Stała  na  środku klasy, 
szarpana sprzecznymi emocjami. 

Potem  pudełeczko  zapiszczało  również  dla  Estelli.  Teresa  gniewnie  podrzuciła  głową. 

Rozpromieniona Estella zerwała się na równe nogi. 

-    Jak  to  dobrze!  Jestem  czarownicą!  Jestem  czarownicą!  Wybiegła  na  środek  z  szerokim 

uśmiechem. 

-    Niektóre  osoby...!  -  prychnęła  bez  przekonania  Teresa.  Estelła  wcale  się  nie  przejęła. 

background image

98 

Roześmiała się, kiedy pudełeczko zapiszczało głośno dla Nan. Nan podeszła do niej w zamyśleniu. 

-  Chyba większość ludzi na świecie to czarownice - szepnęła do niej Estella. 
Nan kiwnęła głową. Wiedziała, że to prawda. Wiedziała, że to pasowało do wszystkich innych 

rzeczy, które odkrył Chrestomanci, ale wciąż nie potrafiła tego wyjaśnić. 

Na koniec w ławkach zostało tylko czterech osamotnionych uczniów. Wszyscy, nawet Simon, 

mieli rozczarowane i zasmucone miny. 

-  To niesprawiedliwe! - oświadczyła Karen. 
-  Przynajmniej nas nie spalą - zauważyła Delia. 
Chrestomanci  skinął  na  pudełko.  Przepłynęło  pomiędzy  ławkami  i  spoczęło  w  jego  dłoni. 

Chrestomanci schował je z powrotem do kieszeni, mierząc wzrokiem tłum czarownic. Zignorował 
Karola.  Machnął  już  na  niego  ręką.  Spojrzał  na  Nan,  a  potem  na  pana  Wentwortha,  którego tłum 
przycisnął do drzwi. 

-  No, Wentworth - powiedział. - To wygląda całkiem obiecująco, prawda? Mamy tutaj sporo 

magii  do  wykorzystania.  Proponuję,  żeby  teraz  wykonać  pchnięcie.  Jeśli  Nan  jest  gotowa 
wytłumaczyć wszystkim...* 

Nan  bynajmniej  nie  była  gotowa.  Właśnie  chciała  to  wyznać,  kiedy  drzwi  klasy  rozwarły  się 

gwałtownie.  Pan  Wentworth  został  odepchnięty  na  bok.  Na  jego  miejscu  stanęła  panna 
Cadwallader, wyprostowana i sztywna z gniewu. 

-  Co wy wyprawiacie, II y? - zapyta³a. - Marsz na swoje miejsca, i to ju¿. 
Pan  Wentworth  stał  za  skrzydłem  drzwi,  blady  i  drżący.  Wszyscy  popatrzyli  niepewnie  na 

Chrestomanciego.  Znowu  miał  roztargnioną  minę.  Więc  wszyscy  potulnie  podreptali  z  powrotem 
do swoich ławek. Tymczasem do klasy za panną Cadwallader weszły jeszcze trzy osoby. 

Panna Cadwallader spojrzała na Chrestomanciego z gniewnym triumfem. 
-    Panie  Chant  -  oświadczyła  -  pan  jest  oszustem.  Oto  prawdziwy  inkwizytor.  Inkwizytor 

Littleton. 

Stanęła z boku i zamknęła drzwi, żeby wszyscy zobaczyli inkwizytora. 
Inkwizytor Littleton był  małym  człowieczkiem w niebieskim garniturze w paski. Po obu  jego 

stronach stali potężni mężczyźni w czarnych mundurach inkwizycji. Każdy z nich miał przy pasie 
kaburę z bronią, gumową pałkę i zwinięty bat. Na ich widok sparzony palec Karola skulił się i skrył 
w zwiniętej pięści jak wstydliwy sekret. 

-    Jeden  ruch  i  każę  pana  zastrzelić!  -  warknął  inkwizytor  Littleton  do  Chrestomanciego 

szorstkim głosem. 

Wbił  w  niego  spojrzenie  małych,  wodnistych  oczu,  tkwiących  w  tępej  twarzy  upstrzonej 

jasnoczerwonymi  żyłkami.  Niebieski  garnitur  nie  całkiem  na  niego  pasował,  jakby  inkwizytor 
skurczył się i stwardniał w jakiś czas po jego zakupie, zahartowany w ogniu władzy. 

-    Dzień  dobry,  inkwizytorze  -  powiedział  uprzejmie  Chrestomanci.  -  Trochę  się  pana 

spodziewałem. 

Zerknął przez ramię na Simona. 
-    Kiwnij  głową,  jeśli  mam  rację  -  poprosił.  -  Czy  powiedziałeś,  że  inkwizytor  będzie  tutaj 

przed lunchem? 

Simon kiwnął głową. Wydawał się zdruzgotany. Inkwizytor Littleton zwęził wodniste oczka. 
-  Więc to przez czary samochód mi się zepsuł? - zapytał. -Wiedziałem! 
Zdjął  z  ramienia  czarną  skrzynkę  zawieszoną  na  pasku.  Wycelował  ją  w  Chrestomanciego  i 

przekręcił gałkę. Wszyscy zobaczyli gwałtowne drganie wskazówek na tarczach u góry. 

-  Tak myślałem - zgrzytnął inkwizytor Littleton. - To czarownik. 
Wysunął tępy podbródek w stronę pana Wentwortha. 
-  Teraz dajcie mi tamtego. 
Jeden  z  potężnych  mężczyzn  sięgnął  potężną  dłonią  i  wyciągnął  pana  Wentwortha  zza  drzwi 

równie  łatwo,  jak  kukłę  wypchaną  sianem.  Panna  Cadwallader  zrobiła  minę,  jakby  chciała 
zaprotestować,  ale  zrezygnowała.  Inkwizytor  Littleton  skierował  czarną  skrzynkę  na  pana 

background image

99 

Wentwortha. 

Zanim  zdążył  przekręcić  gałkę,  czarna  skrzynka  wyszarpnęła  mu  się  z  rąk.  Wlokąc  za  sobą 

rozerwany pasek, przefrunęła od inkwizytora do Chrestomanciego. 

-  Myślę, że to był błąd, Brian - powiedział Chrestomanci. Obaj potężni mężczyźni wyciągnęli 

broń. Inkwizytor Littleton cofnął się  i pogroził palcem Chrestomanciemu. Twarz miał purpurową, 
malowała się na niej dziwaczna mieszanina nienawiści, przerażenia i zadowolenia. 

-  Patrzcie! - krzyknął. - On ma demona do usług! Och, teraz cię mam! 
Chrestomanci wydawał się niemal zirytowany. 
-    Mój  dobry  człowieku  -  powiedział  -  to  doprawdy  bardzo  ignoranckie  założenie.  Tylko 

podrzędny czarodziej zniża się do wysługiwania demonami. 

-  Nie jestem demonem! - zawołał piskliwy głos Briana. - Jestem Brian Wentworth! 
Delia  wrzasnęła.  Potężny  mężczyzna,  który  nie  trzymał  pana  Wentwortha,  wyraźnie  się 

zdenerwował. Wytrzeszczając oczy ze strachu, podniósł broń obiema rękami i wycelował w czarną 
skrzynkę. 

-  Rzuć to! - rozkazał Chrestomanci. 
Brian  posłuchał.  Czarna  skrzynka  pożeglowała  w  stronę  okna.  Potężny  mężczyzna,  całkiem 

ogłupiały, powiódł za nią lufą broni. Wystrzelił. Rozległ się straszliwy huk. Tym razem krzyknęło 
kilka  osób.  Czarna  skrzynka  eksplodowała  fontanną  drutów  i  metalowych  płytek,  a  z  okna 
wyleciała połowa szyb. Strugi deszczu wpadły do środka. 

-    Ty  durniu!  -  zawołał  inkwizytor  Ljttleton.  -  To  był  mój  najnowszy  model  wykrywacza 

czarownic! - Przeszył wzrokiem Chrestomanciego. - Dobrze. Widziałem  już dość tego plugastwa. 
Brać  go-  Potężny  mężczyzna  włożył  broń  z  powrotem  do  kabury  i  pomaszerował  w  stronę 
Chrestomanciego. Nirupam szybko wysunął długie ramię. 

-  Chwileczkę. Proszę. Myślę, że panna Cadwallader też jest czarownicą. 
Wszyscy natychmiast spojrzeli na pannę Cadwallader. 
-  Jak śmiesz, dzieciaku! - powiedziała, ale była równie blada, jak pan Wentworth. 
I w tym miejscu wkraczam ja, pomyślała Nan. Nie miała pewności, w jaki sposób, ale zerwała 

się  z  takim  pośpiechem,  że  o  mało  nie  przewróciła  ławki  jak  wcześniej  Estella.  Wszyscy 
wytrzeszczyli na nią oczy. Nan poczuła się okropnie. Przez długą, długą chwilę stała jak słup, a cała 
jej pewność siebie odpłynęła. Ale wiedziała, że nie może po prostu znowu usiąść. Zaczęła mówić. 

-    Chwileczkę  -  powiedziała.  -  Zanim  cokolwiek  zrobicie,  muszę  wam  powiedzieć  o  Guyu 

Fawkesie.  Bo to on  sprawił,  że  wszyscy  w  tym  świecie  są  czarownicami.  Najważniejsze  w  Guyu 
Fawkesie było to, że nigdy niczego nie potrafił zrobić, jak należy. Chciał dobrze, ale nic mu się nie 
udawało... 

-  Niech ta dziewczyna się zamknie! - zażądał inkwizytor Littleton swoim szorstkim, władczym 

głosem. 

Nan  spojrzała  na  niego  nerwowo,  a  potem  zerknęła  na  dwóch  potężnych  mężczyzn.  Żaden  z 

nich  się  nie  poruszył.  Co  więcej,  teraz  zauważyła,  że  wszyscy  jakby  zamarli  dokładnie  w  tych 
pozycjach,  które  przybrali,  kiedy  wstała.  Spojrzała  na  Chrestomanciego.  Wpatrywał  się  w 
przestrzeń  nieobecnym  wzrokiem  i  zdawało  się,  że  również  nic  nie  robił,  ale  Nan  nagle  nabrała 
pewności,  że  jakimś  sposobem  zatrzymał  wszystko  w  miejscu,  żeby  dać  jej  czas  na  wyjaśnienie. 
Poczuła się dużo lepiej. 

Przez cały czas, kiedy się rozglądała, mówiła dalej, opowiadała o spisku prochowym i jaki błąd 

popełnili  konspiratorzy,  wybierając  Guya  Fawkesa,  żeby  wysadził  ładunek.  Teraz  zaczęła 
opowiadać o innych światach. 

-  Było strasznie dużo Guyów Fawkesów w strasznie wielu światach - usłyszała własny głos. - I 

w  każdym  był  nieudacznikiem.  Niektórzy  ludzie  już  tacy  są.  Wiecie,  istnieją  miliony  innych 
światów.  Wielkie  różnice  powstają  przez  wielkie  wydarzenia  historyczne,  kiedy  bitwa  jest  albo 
wygrana,  albo  przegrana.  Obie  rzeczy  nie  mogą  się  zdarzyć  w  jednym  świecie,  więc  oddziela  się 
nowy świat i odtąd toczy się inaczej. Ale istnieje mnóstwo drobniejszych zdarzeń, które też mogą 

background image

100 

się  rozegrać  na  dwa  sposoby,  chociaż  nie  tworzą  nowego  świata.  Pewnie  każdy  z  was  miał  takie 
sny,  całkiem  jak  wasze  zwykłe  życie,  tylko  że  niektóre  rzeczy  są  inne  i  w  tych  snach  znacie 
przyszłość. No więc one się biorą stąd, że te inne światy, gdzie dwie rzeczy się zdarzają, rozchodzą 
się od naszego świata jak tęcze i jakby przepływają jeden w drugi... 

Nan  stwierdziła,  że  podziwia  własny  opis.  Miała  teraz  natchnienie.  Mogła  gadać  godzinami. 

Ale  to  było  bezcelowe,  jeśli  nie  potrafiła  namówić  reszty  II  y,  żeby  coś  zrobili.  Wszyscy  tylko 
gapili się na nią. 

-  Więc nasz świat powinien być tylko paskiem tęczy w innym właściwym świecie - ciągnęła. - 

Ale nie jest. I powiem wam, dlaczego, żebyśmy mogli coś na to poradzić. Mówiłam wam, że Guy 
Fawkes  był  nieudacznikiem.  No  więc  kłopot  w  tym,  że  on  to  wiedział.  Dlatego  bardzo  się 
denerwował, bo chociaż raz chciał coś zrobić, jak należy, i wysadzić w powietrze Parlament. Ciągle 
wałkował  w  głowie  wszystkie  rzeczy,  które  mogły  pójść  źle:  ktoś  może  go  zdradzić  albo  proch 
będzie  wilgotny,  albo  świeca  mu  zgaśnie,  albo  lont  się  nie  zapali...  przewidział  wszystkie 
ewentualności, wszystkie rzeczy, które tworzą paski tęczy w nie całkiem innym świecie. I w środku 
nocy  tak  się  denerwował,  że  poszedł  i  zapalił  lont,  tylko  żeby  sprawdzić,  czy  się  zapali.  Nie 
pamiętał, że ten dzień, piąty listopada, to ostatni dzień Tygodnia Czarów, kiedy wszędzie dookoła 
jest tyle magii, że zdarzają się najdziwniejsze rzeczy... 

-  Niech ktoś uciszy tę dziewczynę! - zażądał inkwizytor Littleton. 
Karol  aż  podskoczył.  Przez  cały  czas  siedział  i  próbował  zrozumieć  własne  uczucia.  Znowu 

czuł  się  rozdarty  na  dwoje,  ale  w  środku,  niewidocznie  dla  innych.  W  połowie  był  zwyczajnie 
przerażony,  jakby  pochowano  go  żywcem,  w  szczelnie  zamkniętej  trumnie.  Druga  połowa  pałała 
gniewem,  gniewem  na  Chrestomanciego,  pannę  Cadwallader,  II  y,  inkwizytora  Littletona  -  na 
wszystko. 

Teraz,  kiedy  inkwizytor  Littleton  nagle  odezwał  się  donośnym,  zgrzytliwym  głosem,  Karol 

spojrzał  na  niego.  Zobaczył  małego  człowieczka  z  głupią  twarzą,  w  niedopasowanym  niebieskim 
garniturze, który lubił aresztować czarownice. 

Karol  przyłapał  się  na  tym,  że  znowu  wspomina  swojego  pierwszego  czarownika.  Tłustego 

mężczyznę, który tak się dziwił, że go palą. I nagle zrozumiał powód tego zdziwienia. To dlatego, 
że ktoś tak pospolity, tak zwyczajnie głupi, jak inkwizytor Littleton miał władzę, żeby go spalić. I 
to było złe. 

-  Och, ruszcie się wreszcie! - zawołała Nan. - Nie rozumiecie? Kiedy Guy Fawkes zapalił lont, 

powstał  nowy  wachlarz  tęczowych  możliwości.  W  naszym  właściwym  świecie,  do  którego 
powinniśmy należeć, lont powinien zaraz zgasnąć i Parlamentowi nic by nie groziło. Ale kiedy już 
zapalono lont, nocny stróż mógł go wywęszyć albo Guy Fawkes mógł go zalać wodą, albo mogło 
się  zdarzyć  to,  co  nas  stworzyło.  Guy  Fawkes  zadeptał  lont,  ale  została  jedna  maleńka  iskierka, 
która dalej się żarzyła i pełzła w stronę beczki z prochem... 

-  Mówiłem, zamknijcie gębę tej dziewczynie! - warknął inkwizytor Littleton. 
Karol znowu był sobą. Przeniósł  spojrzenie z  inkwizytora na Chrestomanciego. Chrestomanci 

już  nie  wyglądał  tak  elegancko.  Garnitur  miał  zmięty  i  pomarszczony,  jakby  zapadł  się  do 
wewnątrz,  twarz  bladą  i  mizerną.  Karol  widział  krople  potu  na  jego  czole.  I  zrozumiał,  że 
Chrestomanci olbrzymim wysiłkiem jakoś utrzymuje w bezruchu cały ten świat, żeby Nan zdążyła 
przekonać II y, żeby użyli swoich połączonych czarodziejskich zdolności i dokonali zmiany. 

Ale  uczniowie  wciąż  siedzieli  jak  oniemiali.  Dlatego  inkwizytor  Littleton  znowu  zabrał  głos. 

Widocznie  należał  do  tych  ludzi,  których  bardzo  trudno  jest  uciszyć,  i  Chrestomanci  musiał  go 
puścić, żeby mieć siłę na przytrzymywanie wszystkiego innego. 

-  Zamilkniesz wreszcie, dziewczyno! - warknął inkwizytor Littleton. 
-    BUM!  -  powiedziała  Nan.  -  Parlament  wyleciał  w  powietrze,  ale  bez  ludzi  w  środku.  Nic 

wielkiego, bo nawet Guy  Fawkes  nie  zginął.  Ale pamiętajcie, że to był Tydzień  Czarów. Dlatego 
wybuch  był  znacznie  silniejszy,  niż  powinien.  Odłupał  od  reszty  świata  cały  ten  pas  tęczy,  gdzie 
obecnie  jesteśmy,  i  całą  najbliższą  magię,  jak  długą  kolorową  drzazgę.  Ale  nie  oderwał  jej 

background image

101 

całkowicie. Wciąż była połączona z resztą tęczy na obu końcach. I tak zostało do dzisiaj. I możemy 
ją  przyłączyć  z  powrotem  tylko  wtedy,  gdy  zrobimy  tak  jakby  nigdy  nie  doszło  do  wybuchu.  A 
ponieważ dzisiaj jest Halloween i jeszcze więcej magii niż zwykle... 

Karol zobaczył, że Chrestomanci zaczyna drżeć. Wydawał się wyczerpany. W tym tempie nie 

zostanie  mu  ani  odrobina  sił,  żeby  przesunąć  na  miejsce  drzazgę  ich  świata.  Karol  zerwał  się  na 
nogi. Chciał przeprosić. To oczywiste, że ktoś posiadający taką moc jak Chrestomanci łatwo mógł 
zniknąć,  kiedy  tylko  zjawił  się  inkwizytor  Littleton.  Zamiast  tego  Chrestomanci  został,  żeby  im 
pomóc.  Ale  przeprosiny  mogły  zaczekać.  Karol  wiedział,  że  musi  coś  zrobić.  I  dzięki  Nan 
dokładnie wiedział, co robić. 

-  Siadaj, chłopcze! - zgrzytnął inkwizytor Littleton. 
Karol nie zwrócił na niego uwagi. Zanurkował w przejście pomiędzy ławkami i złapał Simona 

SiWersona za przód blezera. 

-  Simon. Powiedz, co zrobił Guy Fawkes. Szybko! 
Simon wytrzeszczył oczy na Karola. Pokręcił głową i wskazał na swoje usta. 
-  Śmiało! Powiedz to, głupku! - zawołał Karol i potrząsnął Simonem. 
Simon nie otworzył ust. Bał się cokolwiek powiedzieć. To przypominało zły sen. 
-    Powiedz,  co  zrobił  Guy  Fawkes!  -  wrzasnął  na  niego  Karol.  Przestał  potrząsać  Simonem  i 

skierował na niego magię, żeby 

go zmusić do mówienia. Ale Simon tylko pokręcił głową. Nirupam zrozumiał, o co chodzi. 
-  Powiedz to, Simon! - zażądał. 
I wtedy reszta II y zrozumiała, co Karol próbuje zrobić. Wszyscy wstali z ławek i krzyczeli na 

Simona: 

-  POWIEDZ TO, SIMON! 
Krzyczał  pan  Wentworth.  Pomagał  mu  głos  Briana.  Magia  uderzała  w  Simona  ze  wszystkich 

stron,  nawet  Karen  i  Delia  krzyczały.  Nan  przyłączyła  się  do  krzyku.  Pękała  z  dumy  i  radości. 
Dokonała tego, tylko opisując, co się stało. To było równie dobre jak czary. 

-  POWIEDZ TO, SIMON! - krzyczeli wszyscy. Simon otworzył usta. 
-  On... och, odczepcie się! 
Okropnie  się  bał, co się  stanie, ale kiedy  już otworzył usta,  magia  bijąca  w  niego okazała  się 

zbyt mocna. 

-  On... on... Guy Fawkes wysadził w powietrze budynki Parlamentu. 
Wszystko natychmiast zaczęło  falować. Zupełnie  jakby świat zmienił  się w ogromną kurtynę, 

zwisającą w fałdach, które marszczyły się i falowały. Fale przebiegły przez 

216 

ławki,  okna,  ściany  i  ludzi.  Każda  osoba  została  przenicowana.  Rozciągali  się  i  znowu 

marszczyli,  aż  mieli  wrażenie,  że  rozpadają  się  na  kawałki.  Fale  stały  się  tak  silne  i  strome,  że 
każdy mógł zajrzeć pomiędzy fałdy. 

Przez jedną chwilę na każdej fałdzie znajdowała się klasa, którą wszyscy znali, z inkwizytorem 

i  jego  potężnymi  pomocnikami  na  tej  samej  fałdzie  co  panna  Cadwallader,  a  Chrestomancim  na 
drugiej fałdzie obok nich. Wewnątrz fałd znajdowały się całkiem inne miejsca. 

Karol  zorientował  się,  że  jeśli  zamierza  przeprosić  Chrestomanciego,  powinien  to  zrobić 

natychmiast. Odwrócił się, żeby wygłosić przeprosiny. Ale fałdy już się spłaszczyły i wygładziły, i 
nic nie było takie samo. 

 

background image

102 

ROZDZIAŁ 16 

Bardzo  pana  przepraszam  -  powiedział  jeden  z  chłopców.  O  dziwo,  przeprosiny  brzmiały 

szczerze. 

Pan Crossley wzdrygnął się i pomyślał, że chyba zasnął. Przeszedł go dreszcz, o jakim mówią: 

„Ktoś przeskoczył przez mój grób". Podniósł wzrok znad zeszytów, które poprawiał. 

Woźny  był w klasie. Jak on się  nazywał?  Miał  zgrzytliwy głos  i  mnóstwo głupich poglądów. 

Littleton, właśnie. Littleton chyba sprzątał rozbite szkło. 

Pan Crossley był zdumiony, ponieważ nie pamiętał żadnego rozbitego okna. Ale kiedy spojrzał 

na  okna,  zobaczył  w  jednym  nowo  wstawioną  szybę,  z  mnóstwem  kitu  i  brudnych  odcisków 
palców. 

-  Proszę bardzo, panie Crossley. Wszystko sprzątnięte - zazgrzytał pan Littleton.                                            
-  Dziękuję, Littleton - powiedział chłodno pan Crossley. 
Jeśli pozwolić Littletonowi gadać, zostanie i sam poprowadzi lekcję. Pan Crossley patrzył, jak 

woźny zbiera swoje rzeczy i wycofuje się do drzwi. Dzięki niebiosom! 

-  Dziękuję ci, Karolu - powiedział ktoś. 
Pan Crossley obrócił się gwałtownie i odkrył, że w klasie znajduje się ktoś całkiem obcy. Ten 

mężczyzna  był  wysoki  i  zmęczony,  ubrany  tak,  jakby  wybierał  się  na  wesele.  Pan  Crossley 
pomyślał, że to szkolny inspektor, i zaczął uprzejmie się podnosić. 

-  Och, proszę nie wstawać - powstrzymał go Chrestomanci. -Właśnie wychodzę. 
Podszedł do drzwi. Zanim wyszedł, obejrzał się na II y i powiedział: 
-  Gdyby któreś z was znowu mnie potrzebowało, niech prześle wiadomość przez Starą Bramę. 
Drzwi zamknęły się za nim. Pan Crossley znowu zabrał się do sprawdzania zeszytów. Szeroko 

otworzył  oczy.  Na  stosie  zeszytów  leżała  jakaś  kartka.  Wiedział,  że  wcześniej  jej  tam  nie  było. 
Wiadomość  napisana  drukowanymi  literami,  zwykłym  niebieskim  długopisem,  wywarła  na  panu 
Crossleyu dziwaczne wrażenie, że już kiedyś ją widział. 

Dlaczego?  Widocznie  zdrzemnął  się  i  coś  mu  się  przyśniło.  Tak.  Teraz  po  zastanowieniu^ 

przypomniał sobie, że rzeczywiście miał przedziwny sen.«Śniło mu się, że uczył w okropnej szkole 
z internatem, zwanej Wielobór. Z ulgą podniósł wzrok na pilnie pochylone głowy uczniów. 

Znajdował się, jak dobrze wiedział, w szkole ogólnej Dębowa Furta i wszyscy co wieczór szli 

do  domów.  Dzięki  niebiosom!  Pan  Crossley  za  żadne  skarby  nie  chciałby  uczyć  w  szkole  z 
internatem. Zawsze się było w pracy. 

Zastanowił  się,  kto  napisał  tę  wiadomość.  I  kiedy  wędrował  spojrzeniem  po  klasie,  przeżył 

chwilowy  wstrząs.  Brakowało  wielu  twarzy  z  jego  snu.  Pamiętał  grupkę  męczących  dziewcząt: 
Teresa Mullett, Delia Martin, Heather Jakaśtam, Karen Jakaś jeszcze inna. Żadnej tu nie było. Ani 
Daniela Smitha. 

Ach,  ale...  teraz  pan  Crossley  sobie  przypomniał.  Dana  Smitha  nie  powinno  tu  być.  Był  w 

szpitalu. Dwa dni temu głupi chłopak założył się, że zje garść pinesek. Najpierw nikt nie wierzył, że 
on  to  zrobił.  Ale  kiedy  dyrektor,  pan  Wentworth,  wsadził  Dana  do  samochodu  i  zawiózł  na 
prześwietlenie, okazało się, że ma w żołądku pełno pinesek. Co za idioci z tych chłopców! 

Kolejny  idiotyzm  ze snu pana Crossleya: śniło  mu się, że panna Cadwallader była dyrektorką 

zamiast  pana  Wentwortha!  Kompletna  bzdura.  Pan  Crossley  doskonale  wiedział,  że  panna 
Cadwallader prowadziła szkołę dla dziewcząt Stara Brama, gdzie nauczycielką była panna Hodge. 
No, pewnie dlatego śniła mu się Teresa Mullett i jej przyjaciółki. Widywał ich twarze gapiące się na 
niego z pierwszego rzędu dziewcząt idących za Eileen Hodge. 

I teraz pan Crossley przypomniał sobie coś jeszcze, co prawie wyparło z jego myśli dziwny sen 

i tajemniczą wiadomość. Eileen Hodge wreszcie zgodziła się z nim umówić. Miał po nią wpaść w 
czwartek, ponieważ wyjeżdżała na przerwę semestralną. Wreszcie do czegoś dochodził! 

Ale  nawet  przyjemne  myśli  o  Eileen  nie  zagłuszyły  niepokoju  wywołanego  przez  sen  i 

wiadomość.  Dlaczego  go  obchodziło,  kto  napisał  wiadomość?  Spojrzał  na  Briana  Wentwortha, 
siedzącego obok swojego najlepszego przyjaciela, Simona SiWersona. Ci dwaj chichotali z czegoś. 

background image

103 

Wiadomość  pewnie  stanowiła  jeden  z  dowcipów  Briana.  Ale  równie  dobrze  mogła  należeć  do 
jakiegoś  przemyślnego  planu,  uknutego  przez  Karola  Morgana  i  Nirupama  Sin-gha.  Pan  Crossley 
popatrzył na tych dwóch. 
Karol odwzajemnił spojrzenie pana Crossleya znad okularów i kartki, na której powinien pisać. Ile 
wiedział pan Crossley? Wypracowanie Karola nie posunęło się poza słowa: Wiersz na Halloween. 
Ani wypracowanie Nirupama. Na podłodze pomiędzy nimi leżała para butów do biegania z kolcami 
i wypisanym nazwiskiem, które wprawiło ich w zdumienie: DAN SMITH. Obaj wiedzieli, że Dan 
nie  miał  żadnych  butów  do  biegania.  Oczywiście  „Smith"  to  było  pospolite  nazwisko,  ale...  obaj 
walczyli z dziwnymi podwójnymi wspomnieniami. 

Karol zastanawiał  się zwłaszcza  nad swoim wrażeniem ulgi  i  spokoju. Odczuwał wewnętrzną 

swobodę.  Odczuwał  również  wyraźny  głód.  Część  pamięci  podpowiadała  mu,  że  to  dlatego,  że 
niewidzialny Brian Wentworth zjadł mu połowę obiadu. Druga część sugerowała, że to dlatego, że 
klub szachowy zajął większość obiadowej przerwy. I jeszcze jedna dziwna rzecz. Aż do tej chwili 
Karol zamierzał zostać wielkim mistrzem szachowym. Teraz owe podwójne wspomnienia sprawiły, 
że zmienił zdanie. 

Ktoś - czyjego nazwiska nie mógł sobie dokładnie przypomnieć 
- zasugerował, że Karol ma bardzo silny talent do czegoś, ale na pewno nie do szachów. Może 

zamiast  tego  zostanie  wynalazcą.  W  każdym  razie  część  pamięci  od  klubu  szachowego,  która 
wydawała  się  ważniejsza,  radziła  mu,  żeby  wrócił  do  domu  wcześniej  i  zjadł  przynajmniej  płatki 
kukurydziane, zanim je pochłonie jego siostra Bernadyna. 

-  Guy Fawkes - mruknął Nirupam. 
Karol  nie  wiedział  czy  Nirupam  ma  na  myśli  czary,  czy  pomysł  Dana  Smitha  na  przerwę 

semestralną. Zamierzali zbierać pieniądze na kukłę, używając Nirupama zamiast kukły. Nirupam w 
starym  wózku  Karola  doskonale  udawał  długą,  chudą,  wiotką  kukłę.  Teraz  obaj  się  zastanawiali, 
czy wystarczy im odwagi, żeby zrobić to samemu, bez wsparcia Dana. 

-  Dlaczego musiałeś się założyć z Danem, że nie zje pinesek? 
- szepnął Karol do Nirupama. 
-    Bo  nie  myślałem,  że  zje!  -  odparł  nadąsany  Nirupam.  Przez  ten  zakład  miał  mnóstwo 

nieprzyjemności  ze  strony  pana  Wentwortha.  -  Nie  możemy  wziąć  Estelli  i  Nan,  żeby  mnie 
popychały? 

-  To dziewczyny - sprzeciwił się Karol. 
Ale  zastanowił  się  nad  tym  pomysłem,  kiedy  podkreślał  tytuł  Wiersz  na  Halloween  na 

czerwono, z kroplami krwi. Akurat te dwie dziewczyny się nadawały. Obrysowując tuszem ostatnią 
kroplę  krwi,  Karol  zauważył  pęcherz  na  swoim  palcu.  Pęcherz  już  się  goił,  biały,  spłaszczony  i 
pusty. Karol starannie pomalował go czerwonym tuszem. Nie chciał tak szybko zapomnieć. 

Pan  Crossley  wciąż  zastanawiał  się  nad  wiadomością.  To  mógł  być  kolejny  wybryk  Nan 

Pilgrim. Nan jak zwykle, odkąd przyjechała do tej szkoły z Essex na początku semestru, siedziała 
obok  Estelli  Green.  Te  dwie  od  razu  się  pokumały.  To  dobrze,  bo  Estella  była  trochę  samotna, 
zanim zjawiła się Nan. 

Nan  zerknęła  na  pana  Crossleya  i  znowu  spuściła  wzrok  na  swój  długopis  wędrujący  po 

papierze. Zafascynowana, przeczytała: 

I w tej części tęczy Guy Fawkes zadeptał lont, ale pozostała maleńka rozżarzona iskierka. 

Iskierka podpełzła aż do beczek 2 prochem. BUM! 

-  Estella! Popatrz na to! 
Estella pochyliła się, spojrzała i wybałuszyła oczy. 
-  Wiesz, co myślę? - szepnęła. - Kiedy dorośniesz i zostaniesz pisarką, będzie ci się zdawało, 

że wymyślasz książki, ale one wszystkie gdzieś tam  będą prawdziwe. - Westchnęła. - Mój wiersz 
będzie o wielkim czarodzieju. 

Pan  Crossley  nagle  zdziwił  się,  dlaczego  martwi  się  tą  wiadomością.  Przecież  to  tylko  żart. 

Odchrząknął. Wszyscy z nadzieją podnieśli wzrok. 

background image

104 

-  Ktoś - powiedział pan Crossley - chyba wysłał mi halloweenową wiadomość. 
I przeczytał kartkę: 

KTOŚ W TEJ KLASIE UPRAWIA CZARY.