background image

Robert James Waller

Co się wydarzyło w Madison County

The bridges of Madison County

Prószyński i S-ka

Warszawa 1994

background image

Początek

Są pieśni, które wznoszą się znad błękitnej trawy, z kurzu tysięcy 

polnych dróg. Ta jest jedną z nich. Było późne jesienne popołudnie 1989 

roku. Siedziałem przy biurku i patrzyłem w migoczący punkcik na ekranie 

komputera. Nagle zadzwonił telefon.

Po drugiej stronie linii znajdował się człowiek nazwiskiem Michael 

Johnson pochodzący z Iowy. Obecnie mieszkaniec Florydy. Przyjaciel z 

rodzinnego stanu przysłał mu jedną z moich książek. Michael Johnson i 

jego siostra Carolyn przeczytali ją. A teraz chcieliby opowiedzieć pewną 

historię,   która   ich   zdaniem   może   mnie   zainteresować.   Nie   zdradził 

żadnych szczegółów, nie chciał powiedzieć nic o samej historii, gotów był 

jednak z Carolyn przyjechać do Iowy i porozmawiać ze mną.

Zaintrygowało mnie bardzo, że byli zdecydowani przebyć taki szmat 

drogi dla jakiejś tam opowieści, chociaż samą propozycję przyjąłem ze 

sceptycyzmem.  Ale   oczywiście   zgodziłem   się   na   spotkanie   z   nimi   w 

tydzień później, w Des Moines.

W   „Świątecznej   Gospodzie”   koło   lotniska   przywitaliśmy   się   i 

przedstawiliśmy sobie. Skrępowanie ustępowało powoli. Usiedliśmy przy 

stole, ja po jednej stronie, oni po drugiej, na dworze zapadał zmierzch, 

prószył śnieg.

Wymusili   na   mnie   obietnicę:   jeśli   nie   zdecyduję   się   opisać   tej 

historii, nigdy nie ujawnię ani tego, co wydarzyło się w Madison County w 

roku 1965, ani niczego, co w związku z tym działo się potem przez kolejne 

dwadzieścia   cztery   lata.   W   porządku,   to   brzmiało   całkiem   rozsądnie. 

background image

Ostatecznie była to ich opowieść, nie moja.

Potem słuchałem. Słuchałem uważnie i zadawałem wiele pytań. A 

oni opowiadali. Mówili i mówili. Carolyn nie kryła łez, Michael jakoś się 

trzymał, ale z trudem. Pokazali mi dokumenty, wycinki z gazet i strony 

dziennika zapisane przez ich matkę, Franceskę.

Kelnerka przychodziła i odchodziła. Zamawialiśmy kolejne kawy. W 

czasie   gdy   oni   mówili,   przed   moimi   oczami   pojawiały   się   obrazy. 

Najpierw zawsze muszą być obrazy, dopiero później przychodzą słowa. I 

usłyszałem słowa, ujrzałem je zapisane na kartkach. Jakoś tuż po północy 

zgodziłem się opisać tę historię. A przynajmniej spróbować opisać.

Decyzja, żeby podać to, co wiedzieli, do wiadomości publicznej, nie 

była dla nich łatwa. Chodziło przecież o ich matkę, a w pewien sposób 

także o ojca. Michael i Carolyn zdawali sobie sprawę, że ogłoszenie tej 

historii   pociągnie   za   sobą   plotki,   które   mogą   rzucić   cień   na   pamięć 

Richarda i Franceski Johnsonów.

Jednak   czuli   oboje,   że   w   świecie,   gdzie   jakiekolwiek   osobiste 

związki uległy destrukcji, a miłość stała się sprawą umowy, ich niezwykła 

historia warta jest opowiedzenia. Uwierzyłem im wtedy, a teraz jeszcze 

mocniej jestem przekonany, że mieli rację.

Badając   tę   sprawę   i   pisząc   książkę,   trzykrotnie   jeszcze   prosiłem 

Michaela i Carolyn o spotkanie. Za każdym razem bez słowa sprzeciwu 

przyjeżdżali   do   Iowy.   Tak   bardzo   pragnęli,   żeby   wydarzenia   zostały 

opowiedziane   wiernie!   Trochę   rozmawialiśmy,   a   potem   niespiesznie 

jeździliśmy drogami hrabstwa Madison i oni pokazywali mi miejsca, które 

odegrały ważką rolę w tej opowieści.

Historia, tak jak ją tutaj spisuję, oparta jest - poza relacją Michaela i 

background image

Carolyn - na dzienniku Franceski Johnson, informacjach, które zdobyłem 

poszukując bardzo dyskretnie materiałów na północnym zachodzie Stanów 

Zjednoczonych, zwłaszcza w Seattle i Bellingham, a także, oczywiście, w 

hrabstwie Madison, wiadomościach z fotoreportażu Roberta Kincaida oraz 

tych, których udzielili mi współpracujący z nim dziennikarze. Podzielili 

się ze mną swoją wiedzą również specjaliści od sprzętu fotograficznego. 

Ponadto spędziłem długie godziny na owocnych rozmowach ze starszymi 

ludźmi, mieszkańcami stanowego domu w Barnesville, którzy pamiętali 

Kincaida z jego chłopięcych lat.

W zrekonstruowanie tej historii włożono zatem wiele wysiłku, luki 

jednak pozostały. Zaprawiłem ją szczyptą własnej wyobraźni, ale dopiero 

wtedy, kiedy poznałem już na tyle Franceskę Johnson i Roberta Kincaida, 

że mogłem zaufać własnym sądom. Wierzę święcie, że bardzo zbliżyłem 

się do tego, co zaszło naprawdę.

Najbardziej   brakowało   mi   szczegółów   podróży   Kincaida   przez 

północne   stany   Ameryki.   Wiemy,   że   przedsięwziął   taką   wyprawę, 

ponieważ   opublikował   z   niej   fotografie;   wspominała   o   tym   również 

Franceska Johnson w swoim dzienniku, no i w redakcji pisma pozostały 

jeszcze   jego   odręczne   notatki.   Używając   tego   wszystkiego   jako 

przewodnika, przebyłem tę samą drogę, która powiodła go od Bellingham 

do Madison County w sierpniu 1965 roku. Kiedy zbliżałem się do kresu 

mej podróży, czułem, że w jakimś stopniu stałem się Robertem Kincaidem.

Przy   tym   największym   wyzwaniem   podczas   tych   poszukiwań   i 

później,   gdy   już   pisałem,   było   dla   mnie   samo   odkrywanie   osobowości 

Kincaida. Okazał się postacią trudno uchwytną. Chwilami wydawał się 

zupełnie zwyczajny. Kiedy indziej zaś wręcz nieziemski, można by rzec 

background image

eteryczny. W pracy był profesjonalistą w każdym calu. A jednak postrzegał 

samego siebie jako szczególny gatunek zwierzęcia płci męskiej, który staje 

się   jakby   przestarzały   w  coraz   bardziej  zorganizowanym  świecie.   Użył 

kiedyś   sformułowania   „okrutny   lament”,   mówiąc   o   swej   reakcji   na 

upływający   czas.   A   Franceska   Johnson   scharakteryzowała   go   jako 

żyjącego   „w   dziwnych,   nawiedzonych   obszarach,   odległych   od   miejsc, 

gdzie obowiązuje darwinowska logika”.

Jeszcze   dwa   intrygujące   pytania   pozostają   bez   odpowiedzi.   Po 

pierwsze,   nie   byliśmy   w   stanie   ustalić,   co   się   stało   z   archiwum 

fotograficznym Kincaida. W związku z charakterem jego pracy, powinno 

zostać po nim tysiące, może nawet setki tysięcy zdjęć. Nigdy nie zostały 

odnalezione.   Możemy   tylko   domniemywać   -   opierając   się   na   tym,   jak 

widział samego siebie i swoje miejsce w świecie - że zniszczył je tuż przed 

śmiercią.

Drugie   pytanie   wiąże   się   z   jego   życiem   w   latach   1975   -   1982. 

Informacje na ten temat są bardzo skąpe. Przez kilkanaście lat zarabiał na 

swe skromne potrzeby, wykonując portrety, najpierw w Seattle, a potem w 

okolicach   Puget   Sound.   Poza   tym   nie   wiemy   prawie   nic.   Jedyną 

ciekawostką   jest,   że   wszystkie   wysyłane   do   niego   przez   ubezpieczenia 

społeczne czy związek kombatantów listy wracały z jego odręczną notatką 

„Odesłać do nadawcy”.

Praca nad tą książką zmieniła moje spojrzenie na świat i mój sposób 

myślenia. Ale przede wszystkim pozbyłem się pewnej dozy cynizmu w 

sprawach   dotyczących   stosunków   między   ludźmi.   Poznając   Franceskę 

Johnson i Roberta Kincaida, odkrywałem, że relacje takie bywają znacznie 

głębsze, niż kiedykolwiek przypuszczałem. Być może i wy doświadczycie 

background image

tego samego, czytając tę książkę.

Nie będzie to proste. W coraz bardziej brutalnym świecie możemy 

egzystować   tylko   budując   własny   pancerz,   pod   którym   skrywamy 

wrażliwość. Nie jestem pewien, gdzie kończy się wielka namiętność, a 

zaczyna rzewna ckliwość, ale ponieważ nauczyliśmy się wyśmiewać tę 

drugą,   a   etykietkę   sentymentalizmu   przyczepiać   prawdziwym   i   silnym 

uczuciom, trudno będzie nam wejść do królestwa delikatności, w którym 

rozgrywa się historia Franceski Johnson i Roberta Kincaida. Wiem, że sam 

musiałem pokonać w sobie tę skłonność, kiedy zacząłem pisać.

Jednakże jeśli podejdziecie do opisanej na dalszych stronach historii 

ze   świadomym   zawieszeniem   niewiary,   żeby   użyć   słów   Coleridge’a,   z 

pewnością   doświadczycie   tego   samego,   co   ja.   W   tym   obszarze   serca, 

którego   nie   dotknęła   obojętność,   możecie   nawet   odnaleźć,   tak   jak 

Franceska Johnson, miejsce, by zatańczyć raz jeszcze.

Lato 1991.

background image

Co się wydarzyło w Madison County

background image

Robert Kincaid

Rano 8 sierpnia 1965 roku Robert Kincaid zamknął drzwi swego 

niewielkiego,   dwupokojowego   mieszkania   na   trzecim   piętrze   wrzącego 

niczym   ul   domu   w   Bellingham,   w   stanie   Waszyngton.   Zszedł   na   dół 

drewnianymi   schodami,   niosąc   przewieszony   przez   ramię   plecak   pełen 

sprzętu   fotograficznego,   a   w   ręce   torbę.   Minął   hol   i   znalazł   się   na 

niewielkim   podwórku,   gdzie   na   parkingu   dla   lokatorów   stała   jego 

furgonetka marki Chevrolet.

W samochodzie leżał już jeden średniej wielkości plecak, lodówka 

podróżna,   dwa   statywy,   kilka   kartonów   z   camelami,   termos   i   torba 

owoców,   a   z   tyłu   gitara   w   pokrowcu.   Kincaid   umieścił   plecaki   na 

siedzeniu,   a   lodówkę   i   statywy   na   podłodze.   Wdrapał   się   na   tył 

samochodu, wetknął gitarę i torbę w sam kąt, zabezpieczając je kołem 

zapasowym,   a   wszystko   związał   sznurem.   W   wolne   miejsca   wepchnął 

czarny brezent.

Wreszcie   usiadł  za   kierownicą   i  zapalił  papierosa,   sprawdzając  w 

myślach,   czy   zabrał,   co   należy:   dwieście   rolek   różnego   typu   filmów, 

przeważnie   o   niskiej   czułości   kodachrome,   statyw,   podręczną   lodówkę, 

trzy aparaty i pięć obiektywów, parę dżinsów i na zmianę spodnie khaki, 

kilka koszul oraz starą ukochaną kamizelkę z wieloma kieszeniami, która 

zawsze służyła mu  wiernie w wyprawach fotograficznych. Dobra. Jeśli 

poza tym czegoś zapomniał, zawsze może dokupić po drodze.

Kincaid miał na sobie sprane levisy i znoszone buty z cholewkami, 

koszulę khaki, od której odcinały się pomarańczowe szelki. Do szerokiego 

background image

skórzanego   paska   przypiął   szwajcarski   scyzoryk,   jeszcze   w   oryginalnej 

pochwie.

Spojrzał   na   zegarek,   który   wskazywał   ósmą   siedemnaście.   Silnik 

zaskoczył  za   drugim  przekręceniem  startera.   Kincaid   cofnął   samochód, 

wrzucił   drugi   bieg   i   ruszył   powoli   rozsłonecznioną   aleją.   Przejechał 

ulicami Bellingham, kierując się na południe międzystanową numer 11, 

potem kilka mil wzdłuż wybrzeża, a wreszcie ruszył na wschód autostradą, 

która doprowadziła go do szosy numer 20.

I   tak   jadąc   pod   słońce,   rozpoczął   długą,   krętą   drogę   przez   Góry 

Kaskadowe. Lubił te okolice, a nic go nie goniło, więc od czasu do czasu 

zatrzymywał się, notował uwagi na temat interesujących wypraw, które 

mógł   podjąć   w   przyszłości,   albo   robił   coś,   co   nazywał   „zdjęciami   ku 

pamięci”. Dzięki nim przypomni sobie kiedyś miejsca, do których będzie 

mógł powrócić, by się im uważniej przyjrzeć. Już późnym popołudniem 

dojechał do  Spokane i skręcił  na szosę  międzystanową  numer 2,  która 

miała poprowadzić go przez północne stany aż do Duluth w Minnesocie.

Po raz tysięczny w życiu żałował, że nie ma psa, na przykład golden 

retrievera,   który   dotrzymywałby   mu   towarzystwa   zarówno   w   takich 

wyprawach, jak i w domu. Ale tak często wyjeżdżał, a bywało że i za 

ocean,   więc   to   nie   byłoby   w  porządku   wobec   zwierzaka.   Jednak   myśl 

wciąż wracała. Za kilka lat będzie już za stary, by się tak włóczyć. „Wtedy 

wezmę sobie psa”, oświadczył iglastej zieleni migającej za oknami.

Zawsze kiedy podróżował, popadał w rozmowny nastrój. Do tego też 

pies   by   się   przydał.   Robert   Kincaid   był   człowiekiem   samotnym,   tak 

samotnym, jak to tylko możliwe: jedynak, oboje rodzice już nie żyli, z 

dalszymi krewnymi stracił kontakt, a bliskich przyjaciół nie miał.

background image

Wiedział, jak nazywa się właściciel sklepiku spożywczego na rogu 

ulicy, przy której mieszkał, oraz szef sklepu fotograficznego, w którym 

zaopatrywał   się   w   materiały.   No   i   jeszcze   utrzymywał   dość   oficjalne, 

zawodowe kontakty z kilkoma redaktorami pism, dla których robił zdjęcia. 

Poza tym nikogo właściwie dobrze nie znał ani nikt jego. Cyganie trudno 

zaprzyjaźniają się z innymi ludźmi, a on miał duszę Cygana.

Pomyślał o Marian. Odeszła od niego dziewięć lat temu, po pięciu 

latach małżeństwa. Skoro on miał teraz pięćdziesiąt dwa lata, ona musiała 

już   dochodzić   czterdziestki.   Marian   marzyła,   że   zostanie   piosenkarką 

muzyki country. Znała wszystkie ballady Weaverów i śpiewała je całkiem 

ładnie po lokalach Seattle. W tamtych dawnych czasach, o ile tylko był w 

domu, woził ją na występy, a potem siedział jeszcze chwilę na sali, gdy 

śpiewała.

Jego długie nieobecności - niekiedy dwu lub trzymiesięczne - nie 

posłużyły ich małżeństwu. Zdawał sobie z tego sprawę. Kiedy decydowali 

się na ślub, wiedziała, jak wygląda jego praca, ale wydawało im się, że 

jakoś sobie z tym poradzą. Nie udało się. Po powrocie z Icelandii już jej 

nie zastał. Czekała na niego tylko kartka: „Robercie, nie ma sensu ciągnąć 

tego dłużej. Zostawiam ci harmoniczną gitarę. Pozostańmy w kontakcie”.

Nie zobaczył jej więcej. Ona się nie odezwała, a kiedy rok później 

nadeszły  papiery  rozwodowe, prosiła go tylko o wolność, nic ponadto. 

Podpisał je, a następnego dnia złapał samolot do Australii.

Na nocleg zatrzymał się w Kalispell, w Montanie, bardzo późnym 

wieczorem.   „Przytulna   Gospoda”   wyglądała   na   niezbyt   drogą   i   taka 

właśnie była. Zaniósł rzeczy do pokoju, wyposażonego w stojące lampki, 

jedną   z   przepaloną   żarówką.   Leżał   na   łóżku,   czytał   „Zielone   wzgórza 

background image

Afryki”   i   pił   piwo.   Czuł   zapach   papierni   w   Kalispell.   Rano   przez 

czterdzieści minut biegał, zrobił pięćdziesiąt pompek, a na koniec ćwiczył 

mięśnie rąk, używając zamiast ciężarków aparatów fotograficznych.

Ściął wierzchołek Montany kierując się do Północnej Dakoty, której 

płaski, monotonny krajobraz wydał mu się równie fascynujący jak góry 

czy morze. Miejsce to miało jakąś surową urodę. Zatrzymywał się kilka 

razy,   wyciągał   statyw   i   robił   czarno-białe   zdjęcia   starych   budynków 

farmerskich.   Okolica   przemawiała   do   jego   charakteru   minimalisty. 

Rezerwaty   Indian   wywołują   uczucie   przygnębienia   z   powodów   dla 

wszystkich oczywistych, choć staramy się o nich nie myśleć. Co prawda 

tego   typu   zabudowania   i   w   stanie   Waszyngton   wyglądają   tak   samo. 

Właściwie można je zobaczyć wszędzie w tym kraju.

Rankiem 14 sierpnia, po dwóch godzinach jazdy od Duluth, skręcił 

na   północny   wschód   w   boczną   drogę,   która   prowadziła   do   Hibbing   i 

kopalni żelaza. W powietrzu unosił się czerwony pył, a przy drodze stały 

wielkie maszyny i pociągi zaprojektowane specjalnie do przewozu rudy na 

statki   w   Two   Harbors   nad   Jeziorem   Górnym.   Spędził   popołudnie   na 

łażeniu po Hibbing, ale miasteczko nie spodobało mu się, chociaż tutaj 

właśnie urodził się Bob Zimmerman-Dylan.

W   gruncie   rzeczy   naprawdę   lubił   tylko   jedną   piosenkę   Dylana, 

„Dziewczynę z północy”. Potrafił ją nawet zagrać i zaśpiewać, i teraz, 

kiedy   zostawiał   za   sobą   gigantyczne,   czerwone   dziury   w   ziemi, 

pomrukiwał ją pod nosem. Marian pokazała mu, jak akompaniować sobie 

na gitarze, stosując kilka podstawowych akordów. „Zostawiła mi więcej, 

niż ja jej”, powiedział kiedyś ubzdryngolonemu pilotowi łódek w jakimś 

barze w dorzeczu Amazonki. I tak naprawdę było.

background image

Rezerwat przyrody koło miasta Superior jest naprawdę ładny. Kraina 

wędrowców. Kiedy Robert był młody, marzyły mu się dawne czasy; gdyby 

żył wtedy, mógłby zostać traperem. Teraz, gdy jechał wśród łąk, zobaczył 

trzy łosie, rudego lisa i całe mnóstwo jeleni. Zatrzymał się nad jeziorkiem i 

zrobił kilka zdjęć gałęzi o dziwnym kształcie, która odbijała się w wodzie. 

Potem   przysiadł   na   stopniu   furgonetki,   pił   kawę   i   palił   papierosa, 

przysłuchując się szumowi wiatru w brzezinie.

Dobrze   byłoby  mieć   kogoś,  kobietę,   myślał,  przyglądając  się,  jak 

dym z papierosa płynie nad wodą. Kiedy człowiek się starzeje, takie myśli 

zaczynają przychodzić do głowy. Ale on zbyt często wyjeżdżał. Drugiej 

osobie nie byłoby łatwo. Tego się już nauczył.

Jak był u siebie, w Bellingham, od czasu do czasu umawiał się z 

kierowniczką   artystyczną   pewnej   agencji   reklamowej.   Spotkał   ją   przy 

okazji   jakiegoś   zlecenia.   Miała   czterdzieści   dwa   lata,   była   bystra   i 

sympatyczna, ale nie kochał jej i wiedział, że nigdy nie pokocha.

Kiedy jednak oboje czuli się trochę samotni, spędzali wspólnie czas, 

szli do kina, a potem na kilka piw, by wreszcie zakończyć wieczór całkiem 

przyzwoitym seansem w łóżku. Ona już swoje przeżyła, miała za sobą dwa 

małżeństwa,   przez   dłuższy   czas   pracowała   jako   kelnerka   w   barze   i 

jednocześnie studiowała wieczorami. Za każdym razem, gdy leżeli koło 

siebie po kochaniu się, mówiła mu: „Ty, Robercie, jesteś najlepszy, żaden 

inny nawet ci do pięt nie dorasta”.

Łechtało to jego męską dumę, ale zdawał sobie sprawę, że ma dość 

mizerne doświadczenie, nie był więc pewien, czy ona mówi mu prawdę, 

czy też nie. Jednak kiedyś powiedziała coś, czego nie mógł zapomnieć. 

„Robercie, jest w tobie istota, której nie potrafię dosięgnąć. Brak mi siły, 

background image

by do niej dotrzeć. Czasami mam uczucie, że jesteś tutaj już bardzo długo, 

więcej niż trwa jedno życie, i że byłeś w miejscach, o których reszta ludzi 

jedynie   marzy.   Przerażasz   mnie,   choć   jesteś   taki   delikatny.   Wiem,   że 

gdybym się nie pilnowała przez cały czas, kiedy jestem z tobą, mogłabym 

zatracić samą siebie”.

W  jakiś   mroczny   sposób   rozumiał,   o   czym  mówiła.  Ale   sam   nie 

potrafił   tego   czegoś   dotknąć.   Nawiedzały   go   nieraz   myśli,   przeczucie 

tragedii połączone ze świadomością własnej fizycznej i psychicznej siły. 

Nachodziło go to jeszcze wtedy, gdy był małym chłopcem i mieszkał w 

niewielkim miasteczku w Ohio. Kiedy inne dzieci śpiewały  „w garnku 

dziura, miły Romciu”, on uczył się melodii i słów francuskich piosenek 

kabaretowych.

Lubił słowa i obrazy. „Melancholia” to jedno z jego najulubieńszych 

słów. Kiedy je wypowiadał, czuł w ustach i na wargach jego smak. Słowa 

nie tylko mają znaczenie, można je poczuć fizycznie, tak myślał, kiedy był 

mały. Podobały mu się słowa takie jak „odległy” „dymny”, „gościniec” 

„starożytny”,   „przejście”   „wędrowiec”   i   „Indie”   ze   względu   na   ich 

brzmienie, smak w ustach i obrazy, które wywoływały w jego myślach. 

Trzymał w pokoju listę ulubionych słów.

Potem   dopisywał   inne   słowa,   łączył   w   całe   frazy   i   one   właśnie 

ozdabiały ściany jego pokoju:

Zbyt blisko ognia.

Przybyłem ze Wschodu z niewielką grupą wędrowców.

Wieczny szczebiot tych, którzy uratowaliby mnie, i tych, którzy by  

mnie zaprzedali.

background image

Talizmanie,   talizmanie,   odkryj   swe   sekrety.   Sterniku,   sterniku,  

poprowadź mnie do domu.

Tam, gdzie pływają błękitne płetwale.

Buchający parą pociąg odjechał z zasypanej śniegiem stacji.

Zanim stałem się mężczyzną, byłem strzałą - dawno, dawno temu.

Były też nazwy miejsc, które szczególnie lubił: Somali Current, Big 

Hatchet Mountains, Malacca Strait, mógł tak ciągnąć w nieskończoność. 

Wreszcie kartki papieru ze słowami, zdaniami i nazwami miejsc pokryły 

całkowicie ściany jego pokoju.

Nawet matka zauważyła, że jest w nim coś dziwnego. Do trzech lat 

nie przemówił ani słowa, potem zaczął od razu używać pełnych zdań, a 

zanim   skończył   pięć   lat,   umiał   już   bardzo   dobrze   czytać.   Szkołą   się 

specjalnie nie interesował, czym doprowadzał nauczycieli do rozpaczy.

Spoglądali na wyniki jego testów na inteligencję i mówili mu, co 

mógłby osiągnąć, co jest w stanie zrobić i kim może zostać, jeśli tylko 

sobie zamarzy. Jeden z profesorów w szkole średniej tak go podsumował: 

„Uczeń sądzi, że testy na inteligencję są słabą metodą oceny umiejętności 

ludzkich, ponieważ nie uwzględniają magii, która ma  wartość zarówno 

sama   w   sobie,   jak   i   jako   uzupełnienie   logiki.   Sugeruję   spotkanie   z 

rodzicami”.

Matka Roberta spotkała się z nauczycielami. Kiedy opowiedzieli jej 

o cichym oporze chłopca względem własnych zdolności, odpowiedziała: 

„On żyje w świecie, który sam sobie stworzył. Wiem, że to mój syn, ale 

niekiedy mam wrażenie, że nie jest z ciała mojego i mego męża, tylko z 

jakiegoś innego miejsca, do którego stara się powrócić. Doceniam wasze 

background image

zainteresowanie   i   postaram   się   zachęcić   go   do   pilniejszej   pracy   nad 

lekcjami”.

A   on   czuł   się   szczęśliwy,   czytając   wszystkie   po   kolei   książki 

przygodowe i podróżnicze z miejscowej biblioteki czy spędzając samotnie 

całe   dnie   nad   rzeką,   która   płynęła   na   skraju   miasta.   Nie   pociągały   go 

zabawy czy rozgrywki piłki nożnej. Taka aktywność wręcz go nudziła. 

Łowił   ryby   i   pływał,   spacerował   albo   kładł   się   w   wysokiej   trawie   i 

nasłuchiwał   dalekich   głosów,   które   sobie   wyobrażał.   W   tej   okolicy 

mieszkają czarownicy - mówił do siebie. - Jeśli będziesz leżał spokojnie i 

czekał na nich, zjawią się. I marzył o psie, z którym mógłby dzielić te 

chwile.

Na dalszą naukę zabrakło pieniędzy. Zresztą wcale nie miał na nią 

ochoty.   Jego   ojciec   pracował   ciężko,   był   dobry   dla   żony   i   syna,   ale 

ostatecznie Robert musiał pójść do pracy w fabryce zaworów. Niewiele mu 

już wtedy pozostawało czasu na cokolwiek, w tym również na ewentualne 

zajmowanie   się   psem.   Miał   osiemnaście   lat,   kiedy   zmarł   mu   ojciec,   a 

ponieważ   Wielki   Kryzys   cisnął   mocno,   żeby   utrzymać   matkę   i   siebie 

zgłosił się do wojska. W armii spędził cztery lata, które odmieniły jego 

życie.

Mózg instytucji zwanej wojskiem, kierując się jakimiś niezwykłymi 

zasadami, oddelegował go do pracy w roli pomocnika fotografa, chociaż 

Robert nie miał nawet pojęcia, jak włożyć film do aparatu. Ale dzięki temu 

odkrył swe powołanie. Techniczne szczegóły nie sprawiały mu żadnych 

trudności. Po miesiącu nie tylko odwalał całą robotę w ciemni dla dwóch 

zawodowych fotografików, ale sam zaczął robić zdjęcia.

Jeden z fotografików, Jim Peterson, polubił go i w wolnych chwilach 

background image

uczył subtelności zawodu. Robert Kincaid pożyczał z miejskiej biblioteki 

Fortu Monmouth książki poświęcone zarówno robieniu zdjęć, jak i sztuce 

w   ogóle,   i   z   nich   się   uczył.   Od   początku   szczególnie   upodobał   sobie 

francuskich impresjonistów i sposób, w jaki Rembrandt wykorzystywał 

światło przy malowaniu.

Wreszcie zauważył, że on sam pokazuje na swych zdjęciach właśnie 

światło, nie przedmioty, które stanowiły jedynie miejsce jego odbicia. Jeśli 

światło było dobre, zawsze znalazło się coś, co było warto sfotografować. 

W tym czasie pojawiły się obiektywy 35 mm i Robert kupił używaną lejkę 

w miejscowym sklepie ze sprzętem. Zabrał ją ze sobą do Cape May w 

New   Jersey   i   spędził   tydzień   urlopu,   uwieczniając   na   filmie   życie   na 

brzegu.

Innym razem wsiadł w autobus do Maine, skąd wyruszył autostopem 

wzdłuż   wybrzeża,   złapał   o   świcie   prom,   który   przewoził   pocztę   ze 

Stonington   na   Isle   au   Haut,   i   tam   rozbił   na   jakiś   czas   obóz,   a   potem 

popłynął dalej Zatoką Fundy do Nowej Szkocji. Wtedy zaczął prowadzić 

notatki   na   temat   miejsc,   gdzie   robił   zdjęcia,   i   takich,   które   mógłby 

odwiedzić kiedyś znowu. Kiedy wyszedł z wojska w wieku dwudziestu 

dwóch lat, był zupełnie niezły w swoim fachu i dostał w Nowym Jorku 

pracę jako asystent znanego fotografika specjalizującego się w modzie.

Modelki były bardzo piękne, z niektórymi umawiał się, a w jednej 

nawet   trochę   podkochiwał,   ale   wyjechała   do   Paryża   i   ich   drogi   się 

rozeszły. Przed wyjazdem powiedziała: „Robercie, nie wiem właściwie, 

kim ani czym jesteś, ale proszę, odwiedź mnie w Paryżu”. Obiecał, że 

przyjedzie, i naprawdę miał zamiar, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. 

Wiele   lat   później,   kiedy   przygotowywał   reportaż   z   plaż   w   Normandii, 

background image

znalazł   jej   nazwisko   w   paryskiej   książce   telefonicznej.   Zadzwonił   i 

spotkali się na kawie. Wyszła za mąż za reżysera filmowego i miała z nim 

troje dzieci.

Świat   eleganckich   strojów   nie   fascynował   go.   Ludzie   wyrzucali 

całkiem   porządne   ubrania   albo   zmieniali   je   pośpiesznie,   zgodnie   ze 

wskazaniami europejskich dyktatorów. Było to jego zdaniem jakieś głupie 

i czuł  się  pomniejszony, wykonując  tę   robotę.  „Jesteś  tym,  co  robisz”, 

powiedział i rzucił pracę.

Mieszkał   od   dwóch   lat   w   Nowym   Jorku,   gdy   umarła   mu   matka. 

Wrócił do Ohio, pochował ją, a potem usiadł przed prawnikiem, który 

odczytał testament. Tylko kilka zdań. Kincaid nie spodziewał się nawet 

tego. Ze zdziwieniem usłyszał, że jego rodzicom udało się odkupić mały 

domek przy Franklin Street, gdzie przemieszkali całe małżeńskie życie. 

Sprzedał   go   i   pieniądze   przeznaczył   na   zakup   sprzętu   fotograficznego 

naprawdę   pierwszej   klasy.   Kiedy   kładł   banknoty   na   dłoni   sprzedawcy, 

myślał o  tych  wszystkich   latach,  w  ciągu  których  jego  ojciec  ciułał  te 

dolary, i o smutnym życiu, jakie wiedli jego rodzice.

Prace   Roberta   zaczęły   się   sporadycznie   pokazywać   w 

niskonakładowych   magazynach.   I   nagle   zadzwonił   ktoś   z   redakcji 

„National Geographic”. Zobaczyli w kalendarzu zdjęcie, które zrobił w 

Cape May. Porozmawiał z nimi, dostał niewielkie zlecenie, wykonał je jak 

przystało na zawodowca, i tak to się potoczyło.

Wojsko po raz drugi upomniało się o niego w 1943 roku. Trafił do 

marynarki   wojennej,   a   z   nią   na   plaże   Południowego   Pacyfiku.  Aparat 

zawsze miał na ramieniu. Robił zdjęcia mężczyzn schodzących z łodzi 

desantowych. Na ich twarzach malowało się przerażenie, które sam czuł 

background image

również.   Widział   ludzi   przeciętych   na   pół   seriami   karabinów 

maszynowych i takich, co modlili się do Boga lub wzywali na pomoc 

matkę. To wszystko miał na swych fotografiach, nigdy nie przedstawiał 

tak zwanej chwały albo romantyzmu wojny.

Skończył służbę w roku 1945 i zadzwonił do „National Geographic”. 

Robota czekała na niego, mógł zacząć w każdej chwili. Kupił motocykl w 

San Francisco i pojechał na południe do Big Sur, gdzie na plaży kochał się 

z  wiolonczelistką   z  Carmel,   potem  ruszył  na   północ,   do Waszyngtonu. 

Spodobało mu się tam i postanowił, że to miejsce zostanie jego bazą.

Teraz   miał   pięćdziesiąt   dwa   lata   i   nadal   obserwował   światło. 

Odwiedził większość miejsc, których nazwy wypisywał na kartkach jako 

chłopiec, a potem siedząc w barze zastanawiał się, czy naprawdę tam był, 

przeprawiał   się   przez  Amazonkę   w   trzeszczącej   łodzi   lub   przemierzał 

pustynię Radżasthan na kolebiącym się wielbłądzie.

Brzeg jeziora Górnego, nad którym leżało miasto Superior, był tak 

ładny, jak o nim opowiadano. Opisał kilka miejsc na przyszłość, zrobił 

kilka zdjęć, żeby móc sobie kiedyś odświeżyć pamięć, i ruszył na południe 

wzdłuż   Mississippi   w   stronę   Iowy.   Nigdy   wcześniej   nie   był   w   tych 

okolicach, ale uwiódł go widok wzgórz na północno-wschodnim brzegu 

rozległej   rzeki.   Zatrzymał   się   w   hotelu   dla   rybaków   w   miasteczku   o 

nazwie Clayton i dwa poranki poświęcił na robienie zdjęć holowników, a 

popołudnia   na   obronę   przed   pilotami,   którzy   ciągnęli   go   na   wódkę   w 

miejscowym barze.

Wjechał na międzystanową autostradę numer 65 i przybył do Des 

Moines   wczesnym   rankiem   w   poniedziałek   szesnastego   sierpnia   1965 

roku. Skręcił ostro na zachód na szosę numer 92, prowadzącą do Madison 

background image

County i krytych mostów, które powinny były się tam jeszcze zachować. 

Tak   przynajmniej   powiedzieli   mu   w   „National   Geographic”.   I 

rzeczywiście były, co potwierdził pracownik stacji benzynowej, pokazując 

mu, jak powinien jechać dalej. Droga miała go zaprowadzić do wszystkich 

siedmiu.

Pierwszych   sześć   znalazł   bez   problemu.   Zaznaczył   je   na   mapie 

kombinując   w   myślach,   jak   je   sfotografować.   Siódmy,   zwany   Mostem 

Rosemana, jakby zapadł się pod ziemię. Zrobiło się upalnie, Robert czuł, 

że jest mu gorąco, Harry - samochód - był rozprażony do nieprzytomności. 

Jeździli   w   kółko   po   żwirowych   drogach,   które   zdawały   się   prowadzić 

tylko   do   kolejnych   żwirowych   dróg.   W   obcych   krajach   kierował   się 

zawsze praktyczną zasadą „zapytaj trzy razy”. Odkrył, że trzy odpowiedzi, 

jeśli nawet wszystkie okazały się błędne, stopniowo naprowadzały go tam, 

gdzie chciał dojechać. Może tutaj wystarczy zapytać dwa razy.

Zobaczył   przy   drodze   skrzynkę   na   listy,   od   której   prowadziła   ku 

zabudowaniom dróżka długa na jakieś sto metrów. Na skrzynce widniało 

nazwisko „Richard Johnson, RR2”. Zwolnił i skręcił w dróżkę, rozglądając 

się w poszukiwaniu kogoś, kto udzieli mu informacji.

Wjechał na podwórko i dostrzegł na ganku kobietę. W jej widoku 

było   coś   świeżego,   a   napój,   który   piła,   wyglądał   jeszcze   bardziej 

orzeźwiająco. Podeszła do poręczy, spoglądając w jego stronę. Wysiadł z 

samochodu przyglądając się jej z uwagą. Śliczna. Albo kiedyś była taka. 

Albo mogła być taka znowu. I w tej samej chwili poczuł dobrze znane, 

stare zmieszanie, ogarniające go zawsze w towarzystwie kobiet, które choć 

trochę mu się podobały.

background image

Franceska

Dzień urodzin Franceski przypadał na głęboką jesień, kiedy zimny 

deszcz obmywał jej drewniany  dom na południu  Iowy. Przyglądała się 

kroplom, a poprzez nie wzgórzom za Middle River i myślała o Richardzie. 

Umarł właśnie w taki dzień jak ten, osiem lat temu, na coś, czego nazwy 

nie   chciała   nawet   pamiętać.  Ale   teraz   myślała   właśnie   o   nim,   o   jego 

szorstkiej dobroci, niezmienności i spokojnym życiu, które jej ofiarował.

Dzieci zadzwoniły do niej już wcześniej. I znowu nie udało im się 

przyjechać do domu na urodziny matki, chociaż były to już sześćdziesiąte 

siódme.   Rozumiała,   tak   jak   zawsze.   Rozumiała   w   przeszłości   i   będzie 

rozumiała w przyszłości. I syn, i córka pochłonięci byli swoją karierą, 

jedno   kierując   szpitalem,   drugie   ucząc   studentów.   Poza   tym   Michael 

budował   swoje   drugie   małżeństwo,   Carolyn   zmagała   się   z   pierwszym. 

Franceska w głębi duszy była zadowolona, że nigdy nie udawało im się 

przyjechać na jej urodziny. Ten dzień chciała obchodzić po swojemu.

Rankiem   przyjaciele   z   Winterset   wpadli   na   urodzinowe   ciasto. 

Franceska zaparzyła kawę. Rozmawiali o wnukach i o tym, co się właśnie 

wydarzyło   w   mieście,   o   święcie   Dziękczynienia   i   co   komu   kupić   na 

Gwiazdkę. Pokój wypełniał to wznoszący się, to opadający szmer rozmów 

od czasu do czasu przerywany cichym śmiechem. Uświadomiła sobie, że 

ta atmosfera zwyczajnej codzienności podnosi ją na duchu, między innymi 

dlatego została tutaj po śmierci Richarda.

Michael namawiał ją na Florydę, Carolyn ciągnęła do Nowej Anglii. 

Ale ona czuła się u siebie między wzgórzami południowej Iowy, miała 

background image

swoje szczególne powody, by tkwić pod starym adresem i cieszyła się, że 

to zrobiła.

Przyjaciele wyjechali tuż przed lunchem. Spoglądała za nimi przez 

okno. Wsiedli do swych buicków i fordów, skręcili z prowadzącej do jej 

domu alejki w porządną drogę polną i skierowali się do Winterset. Pióra 

wycieraczek   cierpliwie   zgarniały   strugi   deszczu.   To   byli   dobrzy 

przyjaciele,   chociaż   nigdy   nie   potrafiliby   pojąć,   co   w   niej   siedzi.   Nie 

zrozumieliby, nawet gdyby im powiedziała.

Gdy   mąż   przywiózł   ją   z   Neapolu   tuż   po   wojnie,   powiedział,   że 

znajdzie tu dobrych przyjaciół. „Iowianie mają swoje wady - powtarzał - 

ale nikt nie powie, że nie są serdeczni dla swoich bliźnich”. I to była 

prawda.

Kiedy się spotkali, miała dwadzieścia pięć lat - trzy lata wcześniej 

skończyła   uniwersytet,   uczyła   w   prywatnej   szkole   dla   dziewcząt   i 

zastanawiała się, co dalej. Młodzi Włosi w większości nie żyli albo byli 

ranni. Siedzieli w obozach jenieckich lub cierpieli na powojenną depresję. 

Jej romans z Niccolo, profesorem sztuki z uczelni, który przez cały dzień 

malował, a wieczorami zabierał ją na szalone eskapady, by poznawać od 

podszewki   życie   Neapolu,   skończył   się   już   ponad   rok   temu,   ponieważ 

Franceska   nie   wytrzymała   upartej   dezaprobaty   swych   rodziców   o 

tradycyjnych poglądach.

Wplatała wstążki w ciemne włosy i żyła bardziej w snach niż na 

jawie. Ale nie zjawiał się żaden przystojny żeglarz i nikt nie wyśpiewywał 

serenad pod jej oknem. Twarda rzeczywistość coraz uporczywiej dawała 

do zrozumienia, że szanse dziewczyny maleją. Richard oferował rozsądną 

alternatywę: dobroć i słodką obietnicę Ameryki.

background image

Siadywał   w   swym  żołnierskim   mundurze   w   kawiarni   rozprażonej 

śródziemnomorskim słońcem i patrzył na Franceskę z powagą, na swój 

środkowozachodni   sposób.   Ona   też   mu   się   przyglądała   i   wreszcie 

postanowiła pojechać z nim do Iowy.

Przybyła tu, by dać mu dzieci i z czasem przyglądać się, jak Michael 

kopie piłkę w zimne październikowe wieczory, oraz zabierać Carolyn do 

Des Moines po sukienki na uroczystość ukończenia kolejnej klasy. Kilka 

razy do roku wymieniała listy ze swą siostrą, która mieszkała w Neapolu, i 

dwukrotnie   sama   tam   jeszcze   jeździła,   na   pogrzeb   jednego,   a   potem 

drugiego  z  rodziców.  Ale  teraz  jej  domem  było  Madison  County  i  nie 

tęskniła już za rodzinnym krajem.

Po   południu   przejaśniło   się,   potem,   pod   wieczór,   znowu   zaczęło 

kropić.   Kiedy   zapadł   zmierzch,   Franceska   nalała   sobie   mały   kieliszek 

brandy i otworzyła najniższą szufladę sekretarzyka Richarda. Wykonany z 

drewna   orzechowego   mebel   był   w   rodzinie   od   trzech   pokoleń.  Wyjęła 

stamtąd kopertę i przesunęła po niej powoli dłonią, tak jak to robiła co 

roku w ten właśnie dzień.

Stempel pocztowy informował: „Seattle, WA, 12 wrześ. 65”. Zawsze 

najpierw spoglądała na ten nadruk. To należało do rytuału. Dopiero potem 

przenosiła   wzrok   na   adresata:   „Franceska   Johnson,   RR   2,   Winterset, 

Iowa”. A na końcu na adres nadawcy niedbale skreślony w górnym lewym 

rogu: „Skryt. poczt. 642, Bellingham, Waszyngton”. Usiadła na krześle 

koło okna, spoglądając raz na jeden, raz na drugi adres, skupiona, jakby 

widziała   dłonie,   które   dotykały   tej   koperty.   Pragnęła   przywołać 

wspomnienie ich dotyku na jej rękach dwadzieścia dwa lata temu.

Kiedy   już   poczuła   jego   dłonie   na   swoich,   otwierała   kopertę   i 

background image

starannie   wyjmowała   trzy   listy,   krótki   maszynopis,   dwie   fotografie   i 

egzemplarz „National Geographic” z włożonymi między kartki odbitkami 

artykułów z innych numerów pisma. I wtedy, w półmroku, sączyła brandy 

i   spoglądała   ponad   okularami   na   odręczną   notatkę   przypiętą   do   stron 

maszynopisu. Papier listowy opatrzony był prostym nagłówkiem: „Robert 

Kincaid, Fotoreporter”.

10 września, 1965

Kochana Francesko,

Wysyłam ci dwie fotografie. Jedna przedstawia ciebie na pastwisku  

w pełnym słońcu. Mam nadzieję, że spodoba ci się tak samo jak mnie. Na  

drugim jest Most Rosemana, zanim zabrałem z niego zostawioną przez  

ciebie wiadomość.

Wędruję   po   bezdrożach   własnych   myśli   w   poszukiwaniu   każdego  

szczegółu, każdej chwili, którą spędziliśmy razem. I pytam siebie wciąż na  

nowo:   Co   się   wydarzyło   w   Madison   County?   I   staram   się   poskładać  

wszystko   w   całość.   Dlatego   napisałem   ten   niewielki   kawałek,   który  

zatytułowałem: „Spadanie z wymiaru «z»”. Posyłam ci go, próbując w ten  

sposób przedrzeć się przez własne zmieszanie.

Spoglądam   przez   walec   obiektywu   i   ty   jesteś   po   drugiej   stronie.  

Zaczynam pisać artykuł i nagle wiem, że piszę o tobie. Nie jestem nawet  

pewien, jak dotarłem tutaj z Iowy. Stary szlak jakoś przywiódł mnie do  

domu, choć wcale nie pamiętam pokonanych mil.

Kilka   tygodni   temu   byłem   dość   zadowolony   ze   swojego   życia,  

przynajmniej w granicach rozsądku. Może nie do końca szczęśliwy, może  

nieco samotny, ale przynajmniej zadowolony. Wszystko się zmieniło.

background image

Teraz  stało   się   dla   mnie   zupełnie   jasne,   że   już  od  bardzo   dawna  

dążyłem   w   twoją   stronę,   a   ty   w   moją.   Chociaż   żadne   z  nas   do   chwili  

spotkania nie zdawało sobie sprawy z istnienia drugiego, istniało coś w  

rodzaju podświadomej pewności, że będziemy razem. Jak dwa samotne  

ptaki szybujące nad wielką prerią. Przez wszystkie te lata, przez całe nasze  

życie, szliśmy ku sobie.

Droga to dziwne miejsce. Wędrując gdzieś podnoszę wzrok i nagle ty  

idziesz   po   trawie   ku   mojej   furgonetce.   Jest   sierpniowy   dzień.   Kiedy  

spoglądam wstecz, wiem, że było to nieuniknione - i musiało się wydarzyć  

tak właśnie, a nie inaczej - ja nazywam to wysokim prawdopodobieństwem  

niemożliwego.

Więc teraz włóczę się, nosząc w sobie inną osobę. Chociaż chyba w  

dniu naszego rozstania nazwałem to lepiej: że z nas dwojga stworzyliśmy  

trzecią istotę.

Musimy się jakoś spotkać raz jeszcze. Choć nie wiem, gdzie i nie  

wiem, kiedy.

Gdybyś   potrzebowała   czegokolwiek   lub   po   prostu   chciała   mnie  

zobaczyć,   odezwij   się.   Będę   tutaj,   pronto.   W   każdej   chwili   możesz  

przyjechać - daj tylko znać. Jeżeli przeszkodą jest kupno biletu lotniczego,  

pozwól mi to załatwić. W przyszłym tygodniu wybieram się do Indii, ale  

pod koniec października już wrócę.

Kocham cię, Robert

PS.   Reportaż   fotograficzny   z   Madison   County   wyszedł   całkiem  

zgrabnie. Szukaj go w następnym „NG”. Jeśli chcesz, mogę ci przysłać  

egzemplarz, gdy tylko się ukaże.

background image

Franceska   Johnson   postawiła   kieliszek   z   brandy   na   szerokim 

dębowym parapecie i zapatrzyła się we własną fotografię. Czarno-białą, 

format osiem na dziesięć. Nieraz trudno jej było przypomnieć sobie, jak 

wyglądała wtedy, dwadzieścia dwa lata temu. W obcisłych wypłowiałych 

dżinsach,   sandałach,   białym   podkoszulku,   z   włosami   rozwiewanymi 

porannym   wiatrem,   kiedy   wyginała   się   w   tył   oparta   plecami   o   płot 

pastwiska.

Poprzez strugi deszczu widziała teraz z miejsca przy oknie właśnie to 

ogrodzenie.  Wydzierżawiając   ziemię   po   śmierci   Richarda,   zastrzegła   w 

umowie, że pastwisko musi pozostać nienaruszone, takie jak było, choć 

teraz już zamieniło się w zwykłą trawiastą łąkę.

Już   wtedy   na   twarzy   Franceski   zaczęły   się   pojawiać   pierwsze 

wyraźne   zmarszczki.   Przed   obiektywem   nic   się   nie   ukryło.   A   mimo 

wszystko podobało jej się to, co widziała. Jej włosy były czarne, a mocne i 

pełne   ciało   wypełniało   dżinsy   akurat   tak,   jak   trzeba.   Ale   to   twarz 

przyciągała   uwagę.   Ponieważ   była   to   twarz   kobiety   rozpaczliwie 

zakochanej w mężczyźnie, który robił to zdjęcie.

Jego też widziała zupełnie wyraźnie w zakamarkach swej pamięci. 

Co roku przywoływała wszystkie te obrazy, metodycznie, do ostatniego 

szczegółu,   nie   pomijając   niczego.   Co   roku   powtarzała   ten   sam   rytuał 

czując   się   jak   szaman   przekazujący   z   pokolenia   na   pokolenie   historię 

plemienia.

Był   wysoki,   chudy   i   żylasty,   poruszał   się   jakby   w   zgodzie   z 

falowaniem   trawy,   bez   wysiłku,   z   wielką   naturalnością.   Jego 

srebrzystoszare włosy zwisały sporo poniżej uszu i prawie zawsze były 

zmierzwione,   jakby   dopiero   co   powrócił   z   długiej   morskiej   wyprawy 

background image

pośród burzy, a potem próbował je uładzić tylko palcami.

Miał wąską twarz, wydatne kości policzkowe, włosy opadające na 

czoło   i   jasnobłękitne   oczy,   które   cały   czas   zdawały   się   wypatrywać 

kolejnego obiektu do sfotografowania. Uśmiechnął się do niej, powiedział, 

że wygląda ładnie i świeżo w porannym świetle, poprosił, by oparła się o 

płot,   potem   obszedł   ją   szerokim   łukiem,   robiąc   zdjęcia   z   wysokości 

kolana, następnie z pozycji stojącej, a wreszcie położył się na plecach z 

obiektywem wycelowanym prosto na nią.

Trochę peszyło ją, że zużywał tak dużo filmu, ale cieszyła się, że 

poświęca jej tyle uwagi. Miała nadzieję, że żaden z sąsiadów nie wyjechał 

tak   wcześnie   na   traktorze.   Chociaż   akurat   w   ten   szczególny   ranek   nie 

dbała zanadto ani o sąsiadów, ani o to, co mogli sobie pomyśleć.

Robił kilka zdjęć, ładował nowy film, zmieniał obiektyw, zmieniał 

aparat i bez przerwy mówił do niej, przez cały czas mówił, jak ładnie 

wygląda   i   jak   bardzo   on   ją   kocha.   „Francesko,   jesteś   niesamowicie 

piękna”. Niekiedy zatrzymywał się i po prostu patrzył na nią, wokół niej, 

w nią.

Brodawki   jej   piersi   wyraźnie   odbijały   się   w   miejscu,   gdzie 

przylgnęła do ciała bawełniana koszulka. Dziwnie mało ją to obchodziło, 

jak i to, że pod koszulką nie miała nic. A właściwie odczuwała radość i 

jakieś wewnętrzne ciepło wiedząc, że on tak wyraźnie widzi jej piersi. 

Nigdy nie ubrałaby się w ten sposób, gdyby w pobliżu był Richard. On by 

czegoś takiego nie aprobował. Właściwie przed spotkaniem z Robertem w 

żadnych okolicznościach tak by się nie ubrała.

Robert poprosił ją, aby lekko wygięła w łuk plecy, a potem szeptał: 

„Tak, tak, właśnie tak, zostań w tej pozycji”. Wtedy to zrobił fotografię, na 

background image

którą teraz patrzyła. Światło było doskonałe. Kiedy obchodził ją wokół, a 

migawka stukała jednostajnie, powiedział: „słońce spod chmur”.

Był   twardy,   takie   słowo   przychodziło   jej   do   głowy,   kiedy   o   nim 

myślała. Miał pięćdziesiąt dwa lata, ale wydawało się, że jego ciało to 

same muskuły, które naprężały się zdradzając siłę, jaką zachowują tylko ci 

mężczyźni,   którzy   pracują   ciężko   fizycznie   lub   bardzo   o   siebie   dbają. 

Opowiadał jej, że robił zdjęcia podczas wojny na Pacyfiku i Franceska 

potrafiła go sobie wyobrazić, jak biegnie pomiędzy żołnierzami piechoty 

morskiej przez zasnutą dymem plażę z aparatami, które obijają mu się o 

plecy, z jednym zawsze przy oku, z migawką prawie parzącą od ciągłego 

naciskania, gdy robił zdjęcie za zdjęciem.

Spojrzała   jeszcze   raz   na   własną   podobiznę   i   przyjrzała   się   jej 

uważnie.   Naprawdę   wyglądałam   nieźle,   pomyślała,   uśmiechając   się   do 

siebie jakby trochę z podziwem. Nigdy nie wyglądałam tak dobrze. Ani 

wcześniej, ani potem. To dzięki niemu. Pociągnęła kolejny łyk brandy, a 

deszcz wzmagał się, ujeżdżany szalonym listopadowym wichrem.

Robert Kincaid był czarodziejem, który mieszkał w dziwnych, wręcz 

przerażających miejscach. Franceska wyczuła to w tej samej chwili, kiedy 

zatrzymał   swoją   furgonetkę   na   podjeździe   jej   domu   w   gorący,   suchy 

sierpniowy   poniedziałek   1965   roku.   Richard   z   dziećmi   pojechali   na 

stanowy jarmark do Illinois, żeby wystawić wołu czempiona, którym się 

bardziej przejmowali niż nią. Tak więc miała tydzień wolnego.

Siedziała na werandzie, piła mrożoną herbatę i obojętnie spoglądała 

na   tumany   kurzu   wokół   samochodu,   który   nadjeżdżał   polną   drogą. 

Furgonetka zbliżała się wolno, jakby kierowca czegoś szukał, stanęła tuż 

przed prowadzącą do jej domu dróżką dojazdową, a potem w nią skręciła. 

background image

Na litość boską, pomyślała, któż to może być?

Była   na   bosaka,   w   dżinsach   i   spłowiałej,   niebieskiej   koszuli   z 

podwiniętymi   rękawami,   wyłożonej   na   spodnie.   Długie   czarne   włosy 

upięła szylkretowym grzebieniem, który dostała od ojca, gdy opuszczała 

stary kraj. Furgonetka podjechała jeszcze kawałek i zatrzymała się tuż przy 

bramie w ogrodzeniu z siatki okalającym dom.

Franceska zeszła z werandy i bez pośpiechu ruszyła trawnikiem w 

stronę bramy.

Z samochodu wysiadł Robert Kincaid; wyglądał jak postać z nigdy 

nie napisanej „Ilustrowanej historii szamanów”.

Jego koszulę w stylu wojskowym znaczyły ślady potu, pod pachami 

odcinały się ciemne koła. Górne trzy guziki koszuli miał rozpięte, tak że 

widziała   muskularną   pierś.   Na   szyi   wisiał   zwykły   srebrny   łańcuszek. 

Spodnie podtrzymywały szerokie, pomarańczowe szelki, tego typu, jakich 

używają ludzie spędzający dużo czasu na dzikich terenach.

Uśmiechnął się.

- Przepraszam za najście, ale podobno gdzieś tutaj jest kryty most. 

Choć wydaje się, że chwilowo znikł. - Przetarł czoło niebieską chustką i 

znowu się uśmiechnął.

Patrzył   prosto   na   nią,   Franceska   poczuła,   że   coś   w   niej   drgnęło. 

Oczy, głos, twarz, srebrne włosy, zwinność, z jaką się poruszał, niby traper 

z dawnych czasów - to wszystko niepokoiło, ale i przyciągało. Było jak 

szept,   który   dochodzi   w   chwilę   przed   zaśnięciem,   kiedy   pada   bariera 

między rzeczywistością a marzeniem. Coś, co zmienia świat wokół samca 

i samicy, niezależnie od gatunku.

Po jednym pokoleniu musi przyjść następne i choć natura tylko nam 

background image

o tym szepcze, jej siła jest wszechpotężna. Nic nie zachwieje tą mocą, cel 

jest jasny. Ale człowiek skomplikował prostotę natury. Franceska poczuła 

to wszystko nie wiedząc, co czuje, odebrała sygnał na poziomie komórki. I 

tak zaczęło się coś, co nieodwołalnie zmieniło jej życie.

Jakiś samochód przejechał drogą, wznosząc za sobą wstęgę kurzu. 

Rozległ   się   klakson.   Franceska   pomachała   w   odpowiedzi   brązowemu 

ramieniu Floyda Clarka, które wysunęło się z chevroleta, a potem znowu 

spojrzała na nieznajomego.

- Jest pan już bardzo blisko. Most znajduje się jakieś dwie mile stąd. 

- I nagle, po dwudziestu latach życia w zamkniętym kręgu spraw i ludzi i 

skrywania uczuć zgodnie z wymaganiami miejscowej kultury, Franceska 

Johnson ku własnemu zdziwieniu usłyszała swój głos:

- Jeśli pan chce, chętnie go panu pokażę.

Nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego to powiedziała. Może po tych 

wszystkich latach stłumione młodzieńcze uczucia uwolniły się jak gaz, co 

ulatuje z otwartej butelki z lemoniadą. Nigdy nie była nieśmiała, jednak do 

nowych   znajomości   podchodziła   z   rezerwą.   Jedyne,   co   potrafiła   sobie 

potem wyjaśnić, to  że coś w Robercie  Kincaidzie  ją przyciągało, choć 

znali się zaledwie kilka sekund.

Jej   propozycja   wyraźnie   go   zaskoczyła.   Ale   szybko   odzyskał 

panowanie   nad   sobą   i   bardzo   poważnie   powiedział,   że   będzie   jej 

wdzięczny.   Sięgnęła   po   stojące   na   stopniach   ganku   kowbojskie   buty, 

których używała do pracy na farmie, i podeszła do furgonetki.

- Proszę sekundę poczekać, już robię miejsce, mam tu całą masę 

rzeczy  - wymamrotał raczej do siebie, widać było, że jest całą sprawą 

nieco speszony.

background image

Przeniósł do tyłu plecaki, termos i papierowe torby. Zobaczyła tam 

jeszcze  torbę  podróżną  i  gitarę,   obie  przywiązane  do  zapasowej  opony 

bawełnianą linką, zakurzone i dość zmaltretowane.

Drzwi z tyłu samochodu zatrzasnęły się, a on dalej mamrotał coś do 

siebie i zbierał papierowe kubki po kawie, skórki od bananów, wpychając 

je do dużej papierowej torby po zakupach, którą położył wreszcie w kącie 

samochodu. Na koniec wyciągnął błękitno-białą podróżną chłodziarkę i ją 

również umieścił z tyłu. Wyblakły napis, wymalowany czerwoną farbą, 

niewiele już odcinającą się od zieleni samochodu, informował: „Kincaid - 

Fotografia, Bellingham, Waszyngton”.

-   W  porządku,   myślę,   że   teraz   już   uda   się   pani   tutaj   wcisnąć.   - 

Przytrzymał jej boczne drzwi, potem obszedł samochód, żeby dostać się 

do siedzenia kierowcy i z przedziwną, zwierzęcą wprost gracją wsunął się 

za   kierownicę.   Spojrzał,   właściwie   rzucił   tylko   okiem   na   Franceskę, 

uśmiechnął się lekko i zapytał:

- Którędy?

- Prosto - wyciągnęła przed siebie rękę. Przekręcił kluczyk, starter 

zazgrzytał, ale silnik zapalił. Ruszyli, podskakując na dróżce wiodącej do 

domu; długie nogi Roberta naciskały automatycznie pedały. Patrzyła na 

jego stare levisy i widoczne spod nogawek skórzane brązowe buty, które 

najwyraźniej miały za sobą wiele dziesiątków mil.

Pochylił   się,   sięgając   do   schowka   i   niechcący   musnął 

przedramieniem jej udo. Usiłując patrzeć jednocześnie przed siebie i do 

schowka, wyciągnął z niego wizytówkę i wręczył jej.

„Robert Kincaid, fotoreporter”

Poniżej widniał jego adres i numer telefonu.

background image

- Przyjechałem tutaj na zlecenie „National Geographic” - powiedział. 

- Zna pani to pismo?

- Tak - Franceska kiwnęła głową i pomyślała: Jak każdy.

- Przygotowuję reportaż o krytych mostach i wygląda na to, że tutaj, 

w Iowie, zachowało się kilka najbardziej interesujących. Zlokalizowałem 

sześć, ale zdaje się, że gdzieś niedaleko powinien być jeszcze jeden.

- Nazywa się Most Rosemana - Franceska spróbowała przekrzyczeć 

hałas wiatru i silnika. Własny głos zabrzmiał w jej uszach jakoś dziwnie, 

jakby   to   nie   ona   wołała,   lecz   kto   inny,   na   przykład   nastolatka,   która 

wychyla się przez okno w Neapolu, wpatrując się w daleki port lub linię 

torów kolejowych, w oczekiwaniu na przybycie nie istniejącego kochanka. 

Mówiąc,   patrzyła   na   jego   napinające   się   muskuły,   kiedy   przesuwał 

dźwignię biegów.

Na jej siedzeniu leżały  dwa plecaki. Jeden był zasznurowany, ale 

spod odrzuconej klapy drugiego wyłaniał się srebrnoczarny kształt aparatu 

fotograficznego.   Do   obudowy   przyczepiony   był   kawałek   opakowania 

filmu   z   informacją   o   parametrach:   kodachrome   II,   ekspozycja   25.36. 

Między   paczkami   tkwiła   zwinięta   brązowa   kamizelka   z   mnóstwem 

kieszeni. Z jednej wystawał cienki przewód zakończony wtyczką.

U jej stóp leżały dwa statywy. Czas ich nie oszczędził, ale zdołała 

odczytać   napis   na   jednej   nalepce:   „Gitzo”.   Kiedy   mężczyzna   otwierał 

schowek, zauważyła w nim pełno map, notesów, długopisów, pudełek po 

filmach, drobnych pieniędzy - i karton cameli.

- Proszę zjechać w prawo przy następnym zakręcie. - Odwróciła się 

do   niego.   To   pozwoliło   jej   zerknąć   na   profil   Roberta   Kincaida.   Miał 

ogorzałą skórę, gładką, a w tej chwili lśniącą od potu. Ładne usta, nie 

background image

wiadomo dlaczego zauważyła to od razu. Nos taki, jaki widziała u Indian, 

kiedy wybrali się całą rodziną na zachód, gdy dzieci były jeszcze całkiem 

małe.

Nie był przystojny, w każdym razie nie w utartym znaczeniu tego 

słowa. Nie był też przeciętny. Takie określenia po prostu do niego nie 

pasowały.   A   jednak   coś   w   nim   było.   Coś   odwiecznego   i   jakby 

zmaltretowanego upływem czasu, nie w wyglądzie, ale w oczach.

Na   lewym   nadgarstku   nosił   jakiś   niesłychanie   skomplikowanie 

wyglądający zegarek, ze skórzanym, ciemnobrązowym od potu paskiem. 

Na prawym przegubie srebrną bransoletę o zawiłym splocie. Przydałoby 

się   ją   oczyścić,   pomyślała,   a   potem   zganiła   siebie,   że   reaguje   jak 

małomiasteczkowa żona, przed czym buntowała się od lat.

Robert   Kincaid   wyciągnął   z   kieszeni   koszuli   paczkę   papierosów, 

wytrząsnął  jednego  do  połowy  i  poczęstował ją.  Po  raz  drugi  w ciągu 

pięciu   minut   zaskoczyła   samą   siebie   i   sięgnęła   po   camela.   Co   ja 

wyprawiam?   -   pomyślała.  Wiele   lat   temu   paliła   papierosy,   ale   rzuciła, 

ponieważ Richard nieustannie miał jej to za złe. Robert wytrzasnął jeszcze 

jednego, włożył między wargi, wykrzesał ogień ze złotej zapalniczki marki 

Zippo i skierował płomień w jej stronę nie odrywając wzroku od drogi.

Złożonymi   dłońmi   osłoniła   zapalniczkę.   Ponieważ   samochód 

podskakiwał na wybojach, musiała przytrzymać jego rękę, żeby przypalić 

papierosa. Trwało to tyle, co mgnienie oka, a jednak zdążyła poczuć ciepło 

dłoni i małe włosy na jej grzbiecie. Cofnęła się, a on przysunął zapalniczkę 

do swego papierosa i ruchem świadczącym o wieloletniej wprawie osłonił 

płomień, zdejmując na ułamek sekundy dłonie z kierownicy.

Franceska   Johnson,   żona   farmera,   czuła   się   całkiem   dobrze   na 

background image

zakurzonym   siedzeniu   furgonetki,   z   zapalonym   papierosem.   Znowu 

wyciągnęła przed siebie rękę.

- To tutaj, zaraz za zakrętem.

Przed   nimi   widniał   most   przerzucony   ponad   niewielkim 

strumieniem, zapadły nieco od starości, pomalowany czerwoną, łuszczącą 

się już farbą.

Wtedy Robert Kincaid uśmiechnął się. Rzucił jej krótkie spojrzenie.

- Wspaniały - powiedział. - Istny strzał w dziesiątkę. Zatrzymał się o 

jakieś sto  kroków  od mostu  i  wysiadł z  furgonetki,  zabierając ze  sobą 

otwarty plecak.

- Pójdę na mały rekonesans. Nie ma pani nic przeciwko temu?

Potrząsnęła głową przecząco i odpowiedziała mu uśmiechem.

Patrzyła,  jak  idzie   polną   drogą,  wyjmuje   aparat  z  plecaka,   potem 

przerzuca go przez lewe ramię. Musiał ten gest powtarzać w życiu tysiące 

razy,   tak   płynnie   to   zrobił.   Kiedy   szedł,   rozglądał   się   na   boki,   potem 

spojrzał   na   most,   następnie   na   drzewa   za   mostem.   W   pewnej   chwili 

odwrócił się i popatrzył wprost na nią. Na jego twarzy nie było uśmiechu.

W   przeciwieństwie   do   miejscowych,   którzy   karmili   się   sosami   i 

kartoflami   oraz   krwistym   mięsem,   niektórzy   nawet   trzy   razy   dziennie, 

Robert   Kincaid   wyglądał   na   człowieka,   żywiącego   się   wyłącznie 

owocami, orzechami i warzywami. Silny, pomyślała. Krzepki był z niego 

mężczyzna.   Zauważyła,   że   jego   ciało   nie   ma   żadnych   zbędnych 

wypukłości, opięte dżinsy nie ukrywały niczego - widziała zarys portfela 

w lewej tylnej kieszeni i chustki wypychającej prawą. Zdawało się, że on 

nie wykonuje żadnego zbędnego ruchu.

Panował spokój. Kos o czerwonych skrzydłach przysiadł na drucie 

background image

trakcji elektrycznej i spoglądał na nią. Z przydrożnej kępy traw dochodziło 

nawoływanie skowronka. Wszystko zamarło w sierpniowym słońcu.

Robert   Kincaid   zatrzymał   się   tuż   przed   mostem.   Stał   tak   dobrą 

chwilę, potem przykucnął i spojrzał przez obiektyw. Przeszedł na drugą 

stronę drogi i zrobił to samo. Następnie wszedł pod zadaszenie mostu i 

zaczął   z   uwagą   oglądać   belki   i   deski   podłogi.  Wreszcie   wyjrzał   przez 

dziurę z boku, by przyjrzeć się strumieniowi.

Franceska zdusiła papierosa w popielniczce, z rozmachem otworzyła 

drzwi   i   zeskoczyła   na   żwir.   Rozejrzała   się   sprawdzając,   czy   w   stronę 

mostu   nie   zbliża   się   któryś   z   jej   sąsiadów.   Późnopopołudniowe   słońce 

prażyło niemiłosiernie, cień pod odaszeniem mostu wyglądał zachęcająco. 

Widziała   sylwetkę   fotografika,   który   przechodził   na   drugą   stronę 

strumienia, a potem zsunął się w dół, ku wodzie, i zniknął z pola widzenia.

Nasłuchując,   jak   gołębie   słodko   gruchają   pod   dachem   mostu, 

położyła   dłoń   na   poręczy   i   poczuła   jej   ciepło.   Na   drewnie   widniało 

mnóstwo wyrytych inicjałów i napisów. Gołębie gruchały cicho.

Franceska zerknęła przez szparę między bocznymi deskami, szukając 

wzrokiem Kincaida. Stał na kamieniu pośrodku strumienia i spoglądał w 

jej kierunku. Zaskoczona ujrzała, że macha do niej ręką. Skoczył na brzeg 

i wspiął się raźnym krokiem na strome urwisko. Stała bez ruchu, wpatrując 

się w wodę, aż usłyszała jego kroki na moście.

- Bardzo ładny, naprawdę wyjątkowy - słowom towarzyszył pogłos.

Franceska skinęła głową.

-   Tak.   Mieszkamy   tutaj,   więc   uważamy   te   mosty   za   coś   bardzo 

zwykłego i nie myślimy o nich.

Podszedł do niej i wręczył jej bukiecik dzikich kwiatków rotacznicy.

background image

-   Dziękuję,   że   zgodziła   się   pani   zostać   moją   przewodniczką   - 

uśmiechnął się miękko. - Wrócę tu któregoś dnia o świcie i wtedy zrobię 

zdjęcia.

Znowu poczuła, jakby coś w niej drgnęło. Kwiaty. Nikt nie dawał jej 

kwiatów nawet przy specjalnych okazjach.

- Nie wiem, jak ci na imię - powiedział. W tej chwili zdała sobie 

sprawę, że się nie przedstawiła, i poczuła się dziwnie zawstydzona. Kiedy 

teraz to zrobiła, kiwnął głową.

- Słyszałem cień obcego akcentu. Włoski?

- Tak. Ale to było bardzo dawno temu.

Wrócili do zielonej furgonetki i pojechali żwirową drogą razem ze 

zmierzającym   ku   zachodowi   słońcem.   Dwukrotnie   mijali   jakieś 

samochody,  ale Franceska  nie  znała  siedzących w  nich ludzi. W ciągu 

czterech minut, które zajął im powrót na farmę, zrozumiała, co też się z nią 

dzieje.   Chciała   więcej   Roberta   Kincaida,   fotoreportera.   Tego   właśnie 

chciała.   Siedziała   ściskając   w   dłoniach   kwiaty.   Trzymała   je   sztywno, 

główkami do góry, jak uczennica wracająca z randki.

Na   twarzy   miała   rumieńce.   Nie   zrobiła   ani   nie   powiedziała   nic 

niewłaściwego, ale czuła się, jakby stało się właśnie coś w tym rodzaju. Z 

radia,   prawie   zagłuszanego   pracą   silnika   i   szumem   wiatru,   dobiegała 

gitarowa   muzyka,   którą   przerwały   wiadomości   nadawane   o   godzinie 

piątej.

Wjechał na dróżkę prowadzącą do jej domu.

- Czy Richard to twój mąż? - Zauważył imię na skrzynce.

- Tak - odparła Franceska, jakaś dziwna gruda w krtani przeszkadzała 

jej   mówić.  Ale   kiedy   już   się   odezwała,   słowa   popłynęły   dalej,   jakby 

background image

niezależnie od jej woli. - Jest gorąco. Napijesz się mrożonej herbaty?

Spojrzał na nią.

- Chętnie, jeśli można.

- Można.

Pokazała mu - mając nadzieję, że zachowuje się naturalnie - miejsce 

za domem na zaparkowanie furgonetki. Nie potrzebowała, żeby Richard 

po   powrocie   do   domu   usłyszał   od   któregoś   z   sąsiadów:   „Hej,   Dick, 

wziąłeś   się   za   remont?   Widziałem   w   zeszłym   tygodniu   przed   twoim 

domem zieloną furgonetkę. Nie sprawdzałem, kto to, bo przecież Frannie 

była w domu”.

Na werandę od strony podwórza wchodziło się po nadkruszonych 

cementowych schodach. Robert w jednej ręce niósł plecak ze sprzętem, ale 

drugą przytrzymał dla niej drzwi.

- Za duży upał, żeby aparaty zostawiać w samochodzie - wyjaśnił, 

wchodząc do środka.

W kuchni było nieco chłodniej, ale także gorąco. Collie obwąchał 

buty Kincaida, po czym poczłapał na werandę i położył się. Franceska 

wydobyła lód spomiędzy metalowych tac zamrażarki i nalała herbaty o 

barwie słońca z półgalonowego, szklanego słoja. Wiedziała, że fotografik 

jej się przygląda. Usiadł za kuchennym stołem, wyciągnął przed siebie 

długie nogi i przeczesał włosy obiema dłońmi.

- Cytryny?

- Tak, proszę.

- Cukier?

- Dziękuję.

Odrobina soku z cytryny spłynęła po szklance. On też to zauważył. 

background image

Niewiele umykało uwagi Roberta Kincaida.

Franceska podała mu szklankę. Swoją postawiła po drugiej stronie 

stołu   pokrytego   plastikiem,   a   kwiaty   włożyła   do   wody,   do   słoika   po 

galaretce   z   wizerunkiem   Kaczora   Donalda.   Pochylając   się   nad   blatem, 

balansowała na jednej nodze, schyliła się i zdjęła but. Podparła się na bosej 

stopie i powtórzyła czynność, by ściągnąć drugi.

Popijał herbatę małymi łykami i przyglądał się jej. Miała jakieś sto 

sześćdziesiąt   siedem   centymetrów   wzrostu,   czterdziestkę,   może   trochę 

ponad, ładną twarz i kobiece ciało. Ale przecież wszędzie, gdzie jeździł, 

spotykał   ładne   kobiety.   Uroda   i   ładna   sylwetka   były   przyjemnymi 

dodatkami,   lecz  dla   niego   tak   naprawdę   liczyła  się   inteligencja  i  pasja 

życia, subtelności umysłu i ducha oraz umiejętność dostrzegania tego u 

innych. Dlatego właśnie nie podobała mu się większość młodych, na oko 

pięknych kobiet. Nie żyły ani dość długo, ani dość intensywnie, by posiąść 

te cechy, które go interesowały.

Ale we Francesce Johnson znalazł coś, co go pociągało. Wyczuwał w 

niej inteligencję. Była w niej też namiętność, chociaż jeszcze nie potrafił 

określić, czego dotyczy.

Później jej się przyznał, że chwila, kiedy patrzył, jak zdejmowała 

buty, dała mu jedno z najbardziej zmysłowych doznań w życiu. Nieważne, 

dlaczego. On tak nie podchodził do świata. „Analiza wszystko niszczy. Są 

sprawy   magiczne   z   natury,   które   muszą   pozostać   nienaruszone.   Jeśli 

podzieli się je na części, znikną”. Ale to powiedział później.

Przysiadła na stole, podwinęła jedną nogę pod siebie i wyciągnęła 

szylkretowy grzebień z włosów, tak że ich ciemna fala opadła, zasłaniając 

jej   twarz.   Potem,   jakby   przypomniawszy   sobie   nagle   o   czymś,   wstała, 

background image

podeszła do kredensu, wyjęła popielniczkę i postawiła na stole w miejscu, 

do którego łatwo mu było sięgnąć.

Po takim nie wypowiedzianym pozwoleniu wyciągnął paczkę cameli 

i   podsunął   jej.   Wzięła   jednego   papierosa   i   zauważyła,   że   jest   lekko 

wilgotny   od   potu.   Powtórzyły   się   te   same   gesty,   co   przedtem,   w 

samochodzie. Wyciągnął złotą zapalniczkę Zippo, ona przytrzymała jego 

dłoń, przez chwilę czuła skórę pod palcami, a potem usiadła wygodnie. 

Uśmiechnęła   się   z   zadowoleniem.   Już   zapomniała,   że   papieros   tak 

wspaniale smakuje.

- Co właściwie... to znaczy, co fotografujesz?

Przyjrzał się swemu camelowi i powiedział cicho:

-   Jestem   kontraktowym   fotografem   czy   raczej   fotografikiem 

„National Geographic”, choć nie pracuję tam na etacie. Wpadam na jakiś 

pomysł,   proponuję   to   redakcji,   a   potem   jadę   robić   reportaż.  Albo   oni 

wymyślają temat i wysyłają mnie, żebym przygotował serwis. Niewiele w 

tym artyzmu, całkiem zwyczajne zdjęcia. Tyle że płacą przyzwoicie. Bez 

szaleństw, ale przyzwoicie i regularnie. W wolnym czasie robię zdjęcia, na 

jakie mam ochotę, i czasami piszę jakiś kawałek, a potem wysyłam do 

innych pism. Kiedy jest cienko ze zleceniami, robię coś zespołowo, ale nie 

przepadam za tym.

Czasami piszę wiersze, ot tak, po prostu dla siebie. Zdarza się, że 

próbuję sklecić opowiadanie, ale do tego chyba nie mam ręki. Mieszkam 

na północ od Seattle i sporo zdjęć robię na miejscu. Lubię fotografować 

łodzie rybackie, osiedla Indian i po prostu krajobrazy.

Pracując   dla   „Geographic”   spędzam   często   po   kilka   miesięcy   z 

daleka od domu, szczególnie gdy trzeba zrobić wiodący artykuł numeru, 

background image

na   przykład   coś   na   temat  Amazonki   czy   pustyni   w   Północnej  Afryce. 

Wtedy   lecę   w   wyznaczone   miejsce.  Ale   nieraz   mam   ochotę   pojechać 

gdzieś samochodem, przyglądam się okolicy i robię zdjęcia, żeby sobie o 

niej   przypomnieć   w  przyszłości.  Tutaj   dotarłem  od   Jeziora   Górnego,   a 

będę stąd wracał przez Black Hills. Tyle o mnie. A ty?

Franceska nie spodziewała się pytania.

-   Ja   -   zająknęła   się   -   nie   mogę   powiedzieć   nic   ciekawego   w 

porównaniu   z   tobą.   Zrobiłam   dyplom   z   literatury   współczesnej.   Kiedy 

zjawiłam   się   tutaj   w   roku   1946,   mieli   problem   ze   znalezieniem   w 

Winterset   nauczycielki,   a   ponieważ   byłam   żoną   weterana   wojennego, 

uznano, że się nadam. Więc skończyłam kurs nauczycielski i przez kilka 

lat uczyłam w szkole średniej angielskiego. Ale Richardowi nie podobało 

się, że pracuję. Twierdził, że może nas utrzymać, i że lepiej, jeśli się zajmę 

dziećmi. Więc zostałam żoną farmera na pełnym etacie. To wszystko.

Zauważyła,   że   wypił  już   do   dna,   więc   dolała   mu   ze   słoja   trochę 

herbaty.

- Dzięki. Jak ci się podoba tutaj, w Iowie?

Wiedziała,   że   jemu   musi   powiedzieć   prawdę.   Stereotypowa 

odpowiedź brzmiała: „W porządku. Tu żyje się bardzo spokojnie. A ludzie 

są naprawdę mili”.

Przez chwilę milczała, jakby się zastanawiając.

- Mogłabym dostać jeszcze jednego papierosa? - zapytała wreszcie. 

Powtórzył   się   rytuał   z   paczką   cameli,   zapalniczką,   lekkim  muśnięciem 

dłoni. Plama słońca przesuwając się po werandzie, dotarła do psa, który 

podniósł się i gdzieś sobie poszedł. Franceska po raz pierwszy spojrzała w 

oczy Roberta Kincaida.

background image

-   Pewnie   powinnam   powiedzieć:   „W   porządku.   Tu   żyje   się 

spokojnie. A ludzie są naprawdę mili”. I właściwie to prawda. Bo tutaj jest 

spokojnie. I ludzie są mili, na swój sposób. Pomagamy sobie wzajemnie. 

Jeśli ktoś zachoruje albo ma wypadek, wiadomo, że sąsiedzi skrzykną się i 

zrobią   na   farmie   to,   co   powinno   być   zrobione.  W  miasteczku   możesz 

zostawić nie zamknięty samochód i pozwolić dzieciom biegać do woli, bo 

nie   trzeba   się   o   nie   martwić.   O   tutejszych   ludziach   da   się   powiedzieć 

mnóstwo dobrych rzeczy i bardzo ich za to szanuję. Ale... - zawahała się, 

zaciągnęła papierosem i popatrzyła przez stół na Roberta Kincaida - nie o 

takim życiu marzyłam jako dziewczyna. - A więc jednak było to wyznanie. 

Słowa czaiły się w niej od lat, ale nigdy dotąd ich nie wypowiedziała. A 

teraz wyjawiała je mężczyźnie z zielonej furgonetki, który przybył tutaj z 

Bellingham w stanie Waszyngton.

Nie od razu odpowiedział.

- Któregoś dnia nabazgrałem sobie coś w notesie, z myślą, że może 

kiedyś mi się to do czegoś przyda... To szło jakoś tak: „dawne marzenia 

były dobrymi marzeniami i chociaż nie spełniły się, cieszę się, że kiedyś je 

miałem”. Nie jestem pewien, gdzie, ale gdzieś, kiedyś tych słów użyję. I 

chyba rozumiem, co czujesz.

Franceska uśmiechnęła się do niego. Uśmiechnęła się pierwszy raz 

serdecznie i prawdziwie. I znowu wzięła w niej górę natura hazardzistki.

- Chciałbyś zostać na kolacji? Moja rodzina wyjechała, nie za wiele 

jest w lodówce, ale coś się da upitrasić.

- Prawdę mówiąc, już mam szczerze dość dań na wynos i restauracji. 

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie. Więc chętnie skorzystam, jeśli to 

nie za duży kłopot.

background image

- Lubisz wieprzowinę? Mogłabym ją zrobić z warzywami z ogrodu.

- Dla mnie wystarczą same warzywa. Nie jem mięsa. Już od lat. Po 

prostu czuję się lepiej, nic więcej.

Franceska znowu się uśmiechnęła.

- W tej okolicy nie znalazłbyś zrozumienia. Richard i jego kumple 

powiedzieliby, że próbujesz ich pozbawić źródła utrzymania. Ja też rzadko 

jadam   mięso,   właściwie   nawet   nie   jestem   pewna,   dlaczego;   chyba   po 

prostu nie mam na nie specjalnej ochoty. Ale ilekroć proponuję rodzinie 

bezmięsny obiad, podnosi się bunt. Więc już nawet nie próbuję. Zabawnie 

będzie przygotować raz coś innego.

- Ale nie zadawaj sobie zbyt wiele fatygi przeze mnie. Posłuchaj, 

mam   w   chłodziarce   kilka   filmów.   Powinienem   wylać   roztopiony   lód   i 

wszystko jakoś uporządkować. Chwilę mi to zajmie. - Podniósł się i dopił 

resztę herbaty.

Przyglądała się, jak szedł w stronę kuchennych drzwi, potem przez 

werandę i podwórko. Drzwi nie zamknęły się za nim z hukiem, jak to się 

działo   za   każdym   razem,   kiedy   ktoś   z   domowników   stąd   wychodził, 

ponieważ   przytrzymał   je   ręką.   Zanim   zszedł   z   werandy,   pochylił   się   i 

pogłaskał psa, który w odpowiedzi na pieszczotę kilka razy liznął go po 

ręce.

Franceska   na   górze   wykąpała   się   szybko,   a   kiedy   się   wycierała, 

zerkała   ponad  zasłonką   na  podwórko. Torba   podróżna   stała   otwarta   na 

ziemi, a on mył się pod starą, ręczną pompą. Powinna była zaproponować 

mu   prysznic   w   domu.   Nawet   miała   zamiar,   czekała   na   odpowiedni 

moment, a potem zapomniała, speszona tym, co już mu powiedziała.

Ale Robert Kincaid mył się już w gorszych warunkach. W kuble 

background image

stęchłej  wody   w Krainie  Tygrysa.  A na  pustyni nawet w  menażce.  Na 

podwórku Franceski rozebrał się do pasa i używał brudnej koszuli jako 

rękawicy kąpielowej i ręcznika zarazem.

- Ręcznik - skarciła samą siebie. - Przynajmniej mogłam mu  dać 

ręcznik.

Promień   słońca   odbił   się   od   ostrza   brzytwy,   która   leżała   na 

podmurówce pompy. Franceska przyglądała się, jak fotografik namydla 

twarz i goli się. Był taki - znowu przyszło jej do głowy to samo słowo - 

twardy.   Nawet   nie   jakoś   szczególnie   masywnie   zbudowany,   około   stu 

osiemdziesięciu   pięciu   centymetrów   wzrostu,   szczupły,   może   nawet   za 

bardzo. Ale jak na swój wzrost miał potężne mięśnie ramion, a brzuch 

całkiem płaski. Jego ciało wydawało się należeć do młodszego mężczyzny, 

a przy tym tak bardzo różnił się od miejscowych mężczyzn, których figury 

kształtowały za tłuste posiłki.

Podczas   ostatniej   wyprawy   do   Des   Moines   kupiła   sobie   nowe 

perfumy - „Pieśń Wiatru” - i teraz ich użyła. Zastanawiała się, co na siebie 

włożyć. Doszła do wniosku, że nie powinna przesadzać w elegancji, skoro 

on   był   w   zwykłym   ubraniu.   Biała   koszula   z   długimi   rękawami, 

podwiniętymi do łokci, czyste dżinsy i sandały. Złote kolczyki, w których 

zdaniem   Richarda   wyglądała   zuchwale,   i   złota   bransoletka.   Włosy 

ściągnięte do tyłu, spadające na plecy. Tak czuła się dobrze.

Kiedy weszła do kuchni, siedział już tam z plecakami i chłodziarką, 

miał   na   sobie   świeżą   koszulę   khaki,   od   której   ostro   odcinały   się 

pomarańczowe   szelki.   Na   stole   leżały   trzy   aparaty   fotograficzne,   pięć 

obiektywów i nowa paczka cameli. Na każdym aparacie widniał ten sam 

napis:   Nikon.   Podobnie   na   czarnych   walcach   obiektywów,   jednym 

background image

krótkim, jednym średnim i ostatnim raczej długim. Sprzęt nie był nowy, o 

czym najwyraźniej świadczyły rysy na obudowie. Ale Robert dotykał go 

bardzo ostrożnie, choć bez nabożeństwa, wycierając, gładząc i dmuchając.

Spojrzał na nią. Jego twarz znowu była poważna, nieśmiała.

- W chłodziarce trzymam piwo. Napijesz się?

- Tak, chętnie.

Wyciągnął dwie butelki budweisera. Kiedy podniósł pokrywę torby, 

ujrzała   plastikowe   pudełka   z   filmami   poukładane   jak   polana   przy 

kominku. A obok jeszcze cztery flaszki piwa.

Franceska   wyciągnęła   szufladę,   w   której   trzymała   otwieracz,   ale 

powiedział:

- Już mam.

Wyjął szwajcarski scyzoryk z futerału przy pasku, otworzył ostrze do 

otwierania butelek i użył go z dużą wprawą.

Podał jej butelkę, a potem podniósł swoją, wznosząc toast:

-   Za   kryte   mosty   późnym   popołudniem   albo,   jeszcze   lepiej,   o 

ciepłym czerwonym poranku.

Franceska   nie   odpowiedziała,   tylko   uśmiechnęła   się   ciepło   i 

podniosła swoją butelkę z wahaniem, jakby nie wiedziała, czy powinna 

naśladować jego gest. Dziwny obcy mężczyzna, perfumy, piwo i toast na 

cześć upalnego poniedziałku pod koniec lata. To było chyba za wiele jak 

na nią.

- Dawno, dawno temu komuś bardzo zachciało się pić w sierpniowe 

popołudnie. Ktokolwiek to był, rozmyślał długo nad swym pragnieniem, 

hodował różne rośliny i wynalazł piwo. I w ten sposób problem został 

rozwiązany. - Fotografik przykręcał właśnie śrubkę w obudowie aparatu, 

background image

więc wydawało się, że przemawia do niego.

- Pójdę na chwilę do ogrodu. Zaraz wracam.

Podniósł wzrok.

- Pomóc ci?

Potrząsnęła głową i przeszła obok, czując jego spojrzenie na swych 

biodrach. Zastanawiała się, czy patrzył tak na nią przez cały czas, kiedy 

przemierzała werandę, przypuszczała, że chyba tak było.

Nie myliła się. Patrzył na nią. Potrząsnął głową i spojrzał znowu. 

Przyglądał się ciału, myślał o niewątpliwej inteligencji. Coś go ciągnęło do 

niej, coś, z czym usiłował walczyć.

Teraz ogród już tonął w cieniu. Franceska kroczyła wolno ścieżką, 

trzymając   na   biodrze   miskę,   pokrytą   białą,   nieco   popękaną   emalią. 

Wyrwała z ziemi marchew i pietruszkę, trochę selera, cebulę i rzepę.

Kiedy   wróciła   do   kuchni,   Robert   Kincaid   chował   właśnie   do 

plecaków   swój   sprzęt   fotograficzny.   Zauważyła,   że   układał   wszystko 

precyzyjnie i starannie. Najwyraźniej każda rzecz miała tam swoje stałe 

miejsce.   Skończył  piwo  i  otworzył  kolejne   dwa,   chociaż   w  jej  butelce 

jeszcze trochę zostało. Odchyliła głowę w tył, dopiła i oddała mu pustą 

butelkę.

- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytał.

- Przynieś z werandy arbuz i kilka ziemniaków, leżą tam w koszyku.

Była   zdziwiona,   że   tak   szybko   wrócił,   jego   ruchy   były   bardzo 

zwinne, niósł arbuza pod pachą, a w rękach cztery ziemniaki.

- Wystarczy?

Skinęła   głową,   myśląc   że   ten   mężczyzna   chwilami   przypomina 

ducha.   Położył   ziemniaki   na   blacie   koło   zlewu,   gdzie   już   czyściła 

background image

pozostałe jarzyny, i wrócił na swoje krzesło. Siadł i zapalił papierosa.

- Jak długo tutaj zostaniesz? - zapytała, nie odrywając wzroku od 

warzyw.

- Nie wiem. Nic mnie nie goni. Materiał o mostach mam dostarczyć 

dopiero za trzy tygodnie. Pewnie będę tu po prostu tyle, ile trzeba. Coś 

około tygodnia.

- Gdzie się zatrzymałeś? W mieście?

- Tak. W takim niedużym zajeździe, nazwa jest jakoś związana z 

motorami.   Rano   tylko   się   tam   zameldowałem.   Nawet   nie   zostawiłem 

rzeczy.

-  To   jedyne   miejsce,   gdzie   można   się   zatrzymać,   poza   pokojami, 

które   wynajmuje   pani   Carlson.   Ale   tamtejsza   kuchnia   nie   będzie   ci 

odpowiadała, zwłaszcza przy twoich obyczajach jedzeniowych.

- Wiem. Tak jest wszędzie. Ale nauczyłem się jakoś sobie radzić. O 

tej porze roku nie jest najgorzej, w sklepach i na straganach zawsze da się 

kupić   świeże   produkty.   Chleb   i   coś   do   niego   zupełnie   mi   wystarcza, 

przynajmniej przez jakiś czas. Chociaż przyjemnie jest dostać zaproszenie 

na domową kolację. Doceniam to.

Sięgnęła   ponad   blatem  i  włączyła   maleńkie   radio   z   dwoma   tylko 

zakresami   i   brązową   szmacianą   osłoną   na   głośnikach.   „Mam   czas   w 

kieszeni i pogodę po swej stronie...” zaśpiewał głos, któremu wtórowała 

gitara. Ściszyła nieco.

- Obieranie warzyw idzie mi całkiem nieźle - zdeklarował się.

- Dobrze, tu jest deska, a nóż w szufladzie na dole po prawej stronie. 

Mam zamiar przygotować jarski gulasz, więc krój warzywa w kostkę.

Stał o dwa kroki od niej, patrzył w dół i siekał marchewkę, rzepę, 

background image

pory   i   cebulę.   Franceska   obierała   ziemniaki   nad   zlewem,   cały   czas 

świadoma bliskości tego dziwnego mężczyzny. Nigdy by nie pomyślała, że 

obieranie ziemniaków może wywoływać zmieszanie.

- Grasz na gitarze? Widziałam w samochodzie pokrowiec.

-   Trochę.   Dotrzymuje   mi   towarzystwa,   to   wszystko.   Moja   żona 

śpiewała piosenki country, kiedy jeszcze nie było to w modzie, i trochę 

mnie nauczyła.

Franceska   zesztywniała   wewnętrznie   na   słowo   żona.   Sama   nie 

wiedziała, czemu. Przecież miał prawo być żonaty, chociaż to jakoś do 

niego nie pasowało. Nie chciała, żeby był żonaty.

- Nie wytrzymała moich wyjazdów z domu na reportaże, nieraz nie 

było mnie po parę miesięcy. Nie winię jej. Odeszła dziewięć lat temu. Rok 

później rozwiodła się ze mną. Nie mieliśmy dzieci, więc nie było żadnych 

problemów. Wzięła jedną gitarę, a mnie zostawiła el cheapo.

- Miałeś od niej jakieś wieści?

- Nie, nigdy.

To   wszystko,   co   powiedział.   Franceska   nie   naciskała.  Ale   jakoś 

samolubnie poczuła się lepiej, chociaż zastanowiło ją, dlaczego miałoby ją 

w ogóle obchodzić, czy on jest żonaty, czy nie.

- Byłem dwa razy we Włoszech - powiedział. - Skąd pochodzisz?

- Z Neapolu.

-   Tam   nie   dotarłem.   Raz   pojechałem   na   północ,   fotografowałem 

rzekę Po. Za drugim razem wysłali mnie na Sycylię.

Franceska obierała ziemniaki, myślała o Włoszech, ale przez cały 

czas zdawała sobie sprawę z obecności Roberta Kincaida obok siebie.

Chmury przesuwały się ku zachodowi, dzieląc światło słoneczne na 

background image

promienie spadające ukośnie z nieba na ziemię. Wyjrzał przez okno nad 

zlewem i powiedział:

-   Boskie   światło.   Firmy,   które   zajmują   się   produkcją   kalendarzy, 

uwielbiają takie ujęcia. Także pisma o treści religijnej.

- Masz bardzo interesującą pracę - odezwała się Franceska. Czuła 

potrzebę rozmowy o niczym.

- To prawda. Bardzo ją lubię. Lubię podróżować i lubię robić zdjęcia.

Zauważyła, że użył zwrotu „robić zdjęcia”.

- Nie fotografujesz, tylko robisz zdjęcia?

-   Tak.   Przynajmniej   w   ten   sposób   o   tym   myślę.   Na   tym   polega 

różnica   między   niedzielnym  utrwalaczem  widoków   a   kimś,   kto   z   tego 

żyje. Kiedy już skończę z mostem, do którego zawiozłaś mnie dzisiaj, 

będzie   wyglądał   jakoś   inaczej.   Stworzę   go,   wybierając   odpowiedni 

obiektyw,   kąt   ustawienia   aparatu   lub   ogólną   kompozycję,   a   właściwie 

przez kombinację tego wszystkiego.

To, co widzę na pierwszy rzut oka, nie jest dla mnie najważniejsze. 

Staram   się   zamienić   przedmioty   w   coś,   co   jest   odbiciem   mojej 

świadomości.   Próbuję   odnaleźć   poezję   w   obrazie.   Pisma   mają   swoje 

własne   style   i   wymagania,   i   nie   zawsze   gust   redaktorów   zgadza   się   z 

moim. Prawdę mówiąc, w większości przypadków się nie zgadza. To ich 

niepokoi, choć oni przecież decydują, co idzie do publikacji, a co nie.

W tym właśnie leży problem, kiedy zarabia się na życie sztuką. Masz 

zawsze   do   czynienia   z   rynkiem,   a   rynek   -   masówka   -   ma   służyć 

przeciętnym gustom. Bo przeciętność to masówka. Pewnie na tym polega 

realizm.  Ale,   jak   już   mówiłem,   to   może   człowieka   bardzo   ograniczać. 

Oddają   mi   zdjęcia,   których   nie   wykorzystują,   więc   przynajmniej   mam 

background image

prywatny zbiór tego, co mi się podoba.

I od czasu do czasu jakieś inne pismo weźmie jedno czy dwa zdjęcia 

albo zamieszczam gdzieś artykuł o jakimś miejscu i ilustruję go wtedy 

śmielej, niż robi to „Geographic”.

Któregoś   dnia   napiszę   esej   pod   tytułem   „Cnoty   amatorstwa”, 

przeznaczony dla wszystkich, którzy żyją ze sztuki. Rynek to największy 

zabójca   artyzmu.   Dla   większości   ludzi   sztuka   ma   przedstawiać   świat 

uporządkowany.   Pragną   bezpieczeństwa,   a   media   i   producenci   je   dają, 

proponują znajomą i wygodną jednolitość, bez krzty wyzwania.

Zyski i wszystko, co z tym związane, zdominowało sztukę. Wszyscy 

chodzimy jak na smyczy w wielkim kieracie ujednolicenia.

Ludzie,   którzy   mają   do   czynienia   z   rynkiem,   cały   czas   mówią   o 

kimś, kogo nazywają „konsumentem”. Wyobrażam go sobie jako małego 

grubasa   w   powiewających   szortach,   kwiecistej   koszulce   i   słomianym 

kapeluszu, z otwieraczem do piwa u paska i z plikiem dolarów w garści.

Franceska roześmiała się cicho na myśl o bezpieczeństwie i dobrym 

samopoczuciu.

- Ale nie mogę narzekać. Tak jak powiedziałem, lubię podróżować i 

lubię włóczyć się tu i tam z aparatem. Kiedy wszedłem na tę ścieżkę, 

biegła ona dalej od głównego nurtu rzeczywistości, ale i tak idzie się po 

niej dobrze.

Franceska   przypuszczała,   że   Robert   Kincaid   gdziekolwiek   się 

znajdzie, mówi to samo. A dla niej było to nieomal jak poezja. Ludzie z 

Madison County  nie mówią ani w taki sposób, ani o takich sprawach. 

Pogaduje się o pogodzie i cenach na paszę, o nowo narodzonych dzieciach 

i pogrzebach, programie rządowym i drużynach sportowych. Na pewno 

background image

nie   o   sztuce   i  marzeniach.   I   nie   o   rzeczywistości,   która   tłumi   muzykę 

duszy.

Skończył obierać jarzyny.

- Jest jeszcze coś do roboty?

Potrząsnęła głową.

- Nie, wszystko pod kontrolą.

Znowu   usiadł   przy   stole,   zapalił   papierosa   i   od   czasu   do   czasu 

wypijał   łyk   piwa.   Ona   doglądała   zupy,   też   niekiedy   upijając   niewielki 

łyczek. Alkohol łatwo uderzał jej do głowy, nawet tak znikoma ilość. W 

sylwestrowy wieczór jeździła z Richardem do Legion Hall i tam wypijali 

po kilka drinków. Ale nigdy dużo. W domu też rzadko trzymali alkohol, 

chociaż   kupiła   kiedyś   butelkę   brandy   w   przypływie   nadziei   na   iskrę 

romantyzmu w ich życiu. Butelka stała nie otwarta.

Olej roślinny, półtora kubka warzyw. Podgrzewać do zbrązowienia. 

Dodać mąkę i dobrze wymieszać. Dodać wody, mniej więcej pół litra. 

Gotować na wolnym ogniu jakieś czterdzieści minut.

Franceska znowu usiadła naprzeciwko Roberta. W kuchni panowała 

atmosfera   naturalnej   zażyłości,   która   wzięła   się   jakby   z   kucharzenia. 

Szykowanie kolacji dla nieznajomego, on obierający warzywa, to usunęło 

barierę obcości. I powstało miejsce dla zażyłości.

Popchnął w jej stronę paczkę papierosów z zapalniczką położoną na 

wierzchu. Wyciągnęła jednego i niezręcznie usiłowała zapalić. Nie udało 

się. Uśmiechnął się lekko, wyjął ostrożnie zapalniczkę z jej palców i dwa 

razy   pstryknął,   zanim   zaskoczyła.   Przytrzymał   ogień,   żeby   Franceska 

przypaliła   papierosa.   W   towarzystwie   mężczyzn   czuła   się   zazwyczaj 

zwinna, jakby przez kontrast. Jednak nie przy Robercie Kincaidzie.

background image

Białe słońce zamieniło się w wielką czerwoną kulę zawieszoną tuż 

ponad łanami zboża. Przez kuchenne okno widziała jastrzębie unoszone 

wieczorną bryzą. Radio podawało wiadomości i podsumowanie dnia na 

rynku.   Franceska   popatrzyła   ponad   żółtym   plastikiem   stołu   w   stronę 

Roberta   Kincaida,   który   przebył   tak   długą   drogę   do   jej   kuchni.   Długą 

drogę, której nie dało się policzyć w milach.

- Już teraz nieźle pachnie - powiedział wskazując garnek. - Pachnie... 

spokojem. - Spojrzał na nią.

- Spokojem? Czy coś może pachnąć spokojem? - zastanowiła się nad 

tym,   zapytując   bardziej   siebie   niż   jego.   Miał   rację.   Po   wieprzowinie, 

stekach   i   befsztykach,   które   wysmażała   dla   rodziny,   to   było   spokojne 

gotowanie. Z przygotowaniem potrawy nie wiązał się żaden akt gwałtu, 

może   poza   wyciąganiem   warzyw   z   ziemi.   Gulasz   pyrkał   wolniutko   i 

pachniał spokojem. Spokojem, który ogarnął całą kuchnię.

-   Jeśli   nie   masz   nic   przeciwko   temu,   może   byś   mi   opowiedziała 

trochę o swoim życiu we Włoszech? - wyciągnął przed siebie długie nogi, 

zakładając prawą na lewe kolano.

Cisza   w   jego   obecności   niepokoiła   ją,   więc   zaczęła   mówić. 

Opowiedziała   o   dorastaniu,   prywatnej   szkole,   zakonnicach,   rodzicach   - 

gospodyni domowej i dyrektorze banku. O tym, jak stawała nad morzem i 

przyglądała   się   przypływającym   z   całego   świata   statkom.   O 

amerykańskich żołnierzach, którzy zjawili się później. O tym, jak spotkała 

Richarda w kawiarni, gdzie z koleżankami piły kawę. Wojna zniszczyła im 

życie i zastanawiały się, czy w ogóle kiedykolwiek wyjdą za mąż. Swój 

romans z Niccolo przemilczała.

Słuchał, nic nie mówiąc, tylko od czasu do czasu kiwał głową. Kiedy 

background image

wreszcie przerwała, zapytał:

- Masz dzieci?

- Tak. Michael skończył już siedemnaście lat. Carolyn szesnaście. 

Oboje chodzą do szkoły  w Winterset. Teraz są na jarmarku w Illinois. 

Wystawiają   wołu   Carolyn.   Jednego   nigdy   nie   mogłam   nauczyć   się   i 

zrozumieć. Jak można okazywać tyle troski i miłości zwierzęciu, a potem 

sprzedać je na rzeź. Ale nie śmiem nic powiedzieć na ten temat. Richard i 

jego przyjaciele zakrzyczeliby mnie w okamgnieniu. Ale jest w tym, co 

robią, jakaś zimna sprzeczność braku uczuć.

Czuła   się   winna,   że   wymieniła   imię   Richarda.   Chociaż   nic   nie 

zrobiła,   zupełnie   nic.   A   jednak   czuła   winę,   zrodzoną   z   odległego 

przeczucia możliwości. I już teraz zastanawiała się, jak poradzić sobie z 

końcem tego wieczoru, jeśli wdała się w coś, z czym nie będzie umiała 

sobie   poradzić.   Może   Robert  Kincaid   po  prostu   odejdzie.  Wyglądał  na 

łagodnego i miłego, nawet nieśmiałego.

Kiedy   rozmawiali,   wieczór   pociemniał,   delikatna   mgła   głaskała 

trawę   pastwiska.   Otworzył   kolejne   dwa   piwa,   gulasz   cicho   pyrkał   na 

ogniu. Franceska wstała i wrzuciła do wrzącej wody kluski. Dobrze się 

czuła z Robertem Kincaidem z Bellingham w stanie Waszyngton. Miała 

nadzieję, że nie wyjdzie zbyt szybko.

Zjadł i choć się zgodził na dwie dokładki, robił to powściągliwie i 

dwukrotnie pochwalił potrawę. Arbuz okazał się idealnie dojrzały. Piwo 

było   w   sam   raz   chłodne.   Niebo   przybrało   głęboko   błękitny   odcień. 

Franceska   Johnson   miała   czterdzieści   pięć   lat,   a   Hank   Snów   śpiewał 

piosenkę o pociągu.

background image

Odwieczne wieczory, odległa muzyka

- I co teraz? - zastanawiała się Franceska. Siedzieli nadal przy stole, 

choć skończyli już kolację.

Przejął inicjatywę.

- Co byś powiedziała na spacer po łąkach? Na dworze zrobiło się 

nieco chłodniej.

Zgodziła się. Sięgnął do plecaka po aparat. Przerzucił pasek przez 

ramię.   Pchnięciem   otworzył   drzwi   na   werandę,   przytrzymał   je   dla 

Franceski, a kiedy wyszli, delikatnie zamknął za sobą. Ruszyli popękanym 

chodnikiem przez wysypany żwirem dziedziniec, a potem łąką na wschód 

od szopy na maszyny. Dolatywała stamtąd ostra woń rozgrzanego smaru.

Gdy   dotarli   do   ogrodzenia,   Franceska   jedną   ręką   przygięła   drut 

kolczasty i przeszła nad nim. Między rzemieniami sandałów poczuła na 

stopach krople rosy. Robert z łatwością przestąpił ogrodzenie.

- Nazywacie to łąką czy pastwiskiem? - zapytał.

-   Chyba   pastwiskiem.   Trawa   nigdy   nie   jest   wyrośnięta,   bo   tu 

wypasamy   zwierzęta.   Uważaj   na   to,   co   mogły   pozostawić.   -   Słońce 

dopiero   co   spadło   poniżej   horyzontu,   na   lazurowe   niebo   wspinała   się 

krzywa obręcz księżyca. Drogą poniżej przejechał samochód z zepsutym 

tłumikiem.   Chłopak   od   Clarków.   Skrzydłowy   w   drużynie   futbolowej. 

Spotyka się z Judy Leverenson.

Kiedy   ostatnio   wybrałam   się   na   taki   spacer?   -   zastanowiła   się 

Franceska. Po obiedzie, który zawsze jedli o piątej, przychodził czas na 

wiadomości, potem Richard oglądał programy wieczorne, czasami razem z 

background image

dziećmi, jeśli zdążyły odrobić lekcje. Ona zazwyczaj czytała w kuchni 

książki pożyczone z biblioteki w Winterset i z klubu książki, do którego 

należała - historyczne, poezje i powieści. A gdy pogoda na to pozwalała, 

siadywała na werandzie. Telewizja ją nudziła.

Richard od czasu do czasu wołał: „Frannie, musisz to zobaczyć!”. 

Przychodziła do pokoju i zostawała z mężem przez chwilę. Przywoływał 

ją zawsze, kiedy pokazywali Elvisa. No i gdy pierwszy raz w programie 

Eda   Sulliwana   pojawili   się   Beatlesi.   Richard   patrzył   na   ich   włosy   i 

potrząsał głową z niedowierzaniem i dezaprobatą.

Na chwilę ponad widnokręgiem pokazały się czerwone smugi.

- Nazywam je „rzutki” - powiedział Robert Kincaid wskazując w 

górę. - Większość ludzi zbyt szybko odkłada aparaty. Tuż po zachodzie 

słońca przez kilka minut często jest jeszcze dość światła i koloru na niebie. 

Słońce   wtedy   znajduje   się   tuż   pod   horyzontem,   ale   wysyła   jeszcze 

promienie na niebo.

Franceska   milczała.   Zastanawiała   się   nad   mężczyzną,   którego 

interesuje   różnica   między   łąką   i   pastwiskiem,   którego   ekscytuje   kolor 

nieba, który pisze więcej wierszy niż opowiadań. Mężczyźnie grającym na 

gitarze,   zarabiającym   na   życie   tworzeniem   obrazów   i   wożącym   swe 

narzędzia pracy w plecakach. Który kojarzy się z wiatrem. Porusza się jak 

wiatr. I którego, być może, przywiał wiatr.

Popatrzył   w   górę,   z   rękami   w   kieszeniach   levisów   i   kamerą 

zwisającą przy lewym biodrze.

- „Srebrne jabłka księżyca, złote jabłka słońca” - deklamował jak 

zawodowy aktor.

Spojrzała na niego.

background image

- Yeatsa „Pieśń błądzącego Aengusa”.

- Zgadza się. Pisał niezłe wiersze. Realizm, zwięzłość, uczuciowość, 

piękno, magia. Przemawia do irlandzkiej części mojej duszy.

Wyraził wszystko, używając pięciu słów. Franceska zmagała się z 

opisaniem poezji Yeatsa swoim uczniom w Winterset, ale do większości z 

nich nigdy nie udało jej się dotrzeć. Yeatsa wybrała trochę ze względu na 

te cechy, które Kincaid właśnie wymienił. Sądziła, że właśnie ten poeta 

trafi do młodych ludzi, których gruczoły  grały  jak szkolna orkiestra w 

przerwach   meczów   futbolowych.  Ale   oni   wychowani   byli   w   tak   silnej 

niechęci do poezji, uznawanej tutaj za produkt zwichniętych charakterów, 

że nawet Yeats nie potrafił jej pokonać.

Przypomniała   sobie,   że   gdy   czytała   słowa:   „Złote   jabłka   słońca”, 

Matthew Clark zerknął na swego sąsiada i złożył dłonie, jakby ujmując 

kobiecą   pierś.   Obaj   parsknęli   śmiechem,   a   siedzące   z   tyłu   dziewczęta 

poczerwieniały.

Już do końca życia nie zmienią się. Ta świadomość ją zniechęcała. W 

dodatku, mimo pozornej życzliwości mieszkańców, czuła się wyobcowana 

i  samotna.  Tutaj   poeci  nie   mogli  liczyć   na  dobre   przyjęcie.   Miejscowi 

powtarzali chętnie: „Nie ma lepszego miejsca do wychowywania dzieci 

niż Madison County” i w ten sposób usprawiedliwiali się z niedostatku 

kultury. A ona zawsze na to odpowiadała: „Ale czy równie dobrze się tutaj 

dorośleje?”

Idąc tak bez celu, obeszli powoli pastwisko, a potem zawrócili w 

stronę   domu.   Gdy   przechodzili   przez   ogrodzenie   -   tym   razem   on 

przytrzymał dla niej drut - opadła ich ciemność.

Franceska przypomniała sobie, że w kredensie stoi butelka alkoholu.

background image

- Mam odrobinę brandy. A może miałbyś ochotę na kawę?

- Czy jedno i drugie byłoby możliwe? - odparł głos z ciemności. 

Wiedziała, że mężczyzna się uśmiecha.

Kiedy   wkroczyli   w   krąg   światła   rzucany   na   trawę   i   żwir   przez 

latarnię wiszącą nad podwórkiem, odpowiedziała:

- Oczywiście. - Usłyszała w swoim głosie coś, co ją zaniepokoiło. 

Dziewczęcą wesołość z kawiarni w Neapolu.

Niełatwo było znaleźć dwie nie wyszczerbione filiżanki. Chociaż z 

pewnością   nieodświętne   naczynia   nie   zdziwiłyby   go,   pragnęła,   by 

wszystko było doskonałe. Dwa kieliszki stały  w kredensie nóżkami do 

góry, nigdy stamtąd nie wyjmowane, podobnie jak sama brandy. Żeby po 

nie   sięgnąć,   musiała   wspiąć   się   na   palce,   cały   czas   świadoma,   że   ma 

mokre od rosy sandały i że dżinsy opinają się na jej pośladkach.

Usiadł na tym samym krześle, co poprzednio, i obserwował ją. W ten 

prastary  sposób.  Znowu było w nim  coś pierwotnego.  Zastanawiał  się, 

jakie byłyby w dotyku jej włosy, jak krągłość piersi pasowałaby do jego 

dłoni, co czułaby leżąc pod nim.

Odwieczne   instynkty   toczyły   w   nim   walkę   ze   wszystkim,   co 

wyuczone,   z  tym,   co  przez   wieki  kultura   tworzyła   jako   twarde  zasady 

obowiązujące   człowieka   cywilizowanego.   Próbował   myśleć   o   czymś 

innym, o zdjęciach, o drodze, o krytych mostach. O czymkolwiek, tylko 

nie o tym, jak wygląda Franceska.

Ale nie udało mu się i znowu zastanawiał się, jak by to było, gdyby 

dotykał jej skóry, położył swój brzuch na jej brzuchu. Odwieczne pytania, 

zawsze   te   same.   Cholerne,   stare   instynkty   usiłujące   wydobyć   się   na 

powierzchnię. Spychał je, odsuwał jak najdalej od siebie. Zapalił camela i 

background image

zaciągnął się głęboko.

Przez cały czas czuła na sobie jego wzrok, chociaż popatrywał na nią 

ostrożnie, nie natrętnie. Na pewno dobrze wie, że do tych kieliszków nigdy 

nie   nalewano   brandy.   Podejrzewała,   że   przy   swoim   irlandzkim   zmyśle 

tragedii on dostrzega w ich pustce coś znaczącego. I nie reaguje na pewno 

na to współczuciem. Może smutkiem. Prawie słyszała, jak w jego myślach 

układają się słowa:

nie otwierana butelka

i szklanica pusta

sięgnęła po nie

to było w Iowie

patrzyłem na nią oczami,

które widziały Amazonkę

i Jedwabny Szlak

a piasek karawan

wznosił się nade mną

aż ku niebu Azji

Franceska   zdarła   banderolę   stanową   z   butelki,   a   przy   okazji 

zauważyła, że jej paznokcie pozostawiają wiele do życzenia. Jak się żyje 

na farmie, trudno dbać o długie paznokcie. Choć do tej chwili nie miało to 

żadnego znaczenia.

Kiedy   robiła   kawę,   on   otworzył   butelkę   i   nalał   do   kieliszków 

dokładnie   tyle  płynu,  ile   należało.   Robertowi  Kincaidowi nie   był obcy 

zwyczaj picia brandy po wieczornym posiłku.

background image

Zastanawiała się, w ilu kuchniach, w ilu dobrych restauracjach, w ilu 

salonach odprawiał ten drobny rytuał. Ile dłoni trzymających kieliszek w 

palcach   o   długich   paznokciach   wystawiało   się   na   jego   widok.   I   ile 

okrągłoniebieskich czy migdałowobrązowych oczu patrzyło na niego w 

długie   wieczory,   które   spędzał   w   obcych   miejscach,   podczas   gdy 

zakotwiczone   statki   kołysały   się   na   fali,   a   woda   uderzała   o   keje 

starożytnych portów.

Górne światło kuchenne wydawało się zbyt jaskrawe przy kawie i 

brandy. Franceska Johnson, żona Richarda Johnsona, nie zwróciłaby na to 

uwagi. Franceska Johnson, kobieta spacerująca po mokrej od wieczornej 

rosy trawie, powracająca do młodzieńczych marzeń, zgasiłaby je. Miała 

pod ręką świecę, ale uznała, że to byłaby przesada. Mógłby wyciągnąć 

całkowicie   mylne   wnioski.   Zapaliła   więc   małą   lampkę   nad   zlewem   i 

zgasiła górne światło. Nie było to rozwiązanie doskonałe, ale do przyjęcia.

Podniósł kieliszek na wysokość ramienia i nachylił się w jej stronę:

- Za odwieczne wieczory i odległą muzykę.

Nie   wiadomo   dlaczego   od   tych   słów   zakręciło   jej   się   w   głowie. 

Dotknęła   jego   kieliszka   swoim   i   chciała   powtórzyć   „Za   odwieczne 

wieczory i odległą muzykę”, ale tylko lekko się uśmiechnęła.

Siedzieli   nic   nie   mówiąc,   pili   kawę   i   brandy.   Z   pól   dochodziło 

nawoływanie   farmerów.   Na   podwórku   zaszczekał   Jack,   collie.   Komary 

próbowały się przebić przez siatkę w oknie, a samotna ćma, przynajmniej 

ona pewna swych instynktów, wirowała podniecona światłem lampki nad 

zlewem.

Wciąż było bardzo upalnie, ani cienia wiatru, a do tego zrobiło się 

parno. Robert Kincaid miał odpięte dwa górne guziki koszuli, a mimo to 

background image

czuł   na   skórze   kropelki   potu.   Nie   patrzył   wprost   na   Franceskę,   lecz 

wiedziała,   że   potrafi   ją   odnaleźć   dodatkowym   zmysłem,   nawet   jeśli 

spojrzenie kieruje za okno. Siedział trochę bokiem, tak że widziała jego 

skórę w miejscu, gdzie rozchyliła się koszula.

Franceska poczuła się nagle wniebowzięta, jakby powróciły do niej 

siły   młodości,   kiedy   to   chodziła   z   głową   pełną   poezji   i   muzyki.   A 

jednocześnie zdawała sobie sprawę, że Robert zaraz będzie musiał odejść. 

Zegar wiszący nad lodówką wskazywał dziewiątą pięćdziesiąt dwie. W 

radiu   śpiewała   Faron   Young.   Przebój   sprzed   lat   „Świątynia   świętej 

Cecylii”. O włoskiej męczennicy, która żyła w trzecim wieku naszej ery, to 

jeszcze Franceska pamiętała. Patronce muzyki i ślepców.

Kieliszek   fotografika   był   już   pusty.   Kiedy   odwrócił   się   od   okna, 

Franceska   sięgnęła   po   butelkę,   biorąc   ją   za   szyjkę   i   zrobiła   gest   w 

kierunku pustego szkła. Potrząsnął głową.

- O świcie czeka mnie Most Rosemana. Lepiej już sobie pójdę.

Odczuła   wielką   ulgę.   A   jednocześnie   zawód.   Skuliła   się 

wewnętrznie.   Tak,   proszę,   idź.   Zostań.   Odejdź.   Faron   Young   nie 

obchodziły jej uczucia. Podobnie jak ćmę wirującą nad zlewem. Nie była 

pewna, co myśli Robert Kincaid.

Wstał.   Zarzucił   plecak   na   lewe   ramię   i   podniósł   chłodziarkę. 

Franceska obeszła stół. Wyciągnął do niej dłoń, uścisnęła ją.

- Dziękuję za wieczór, za kolację, za spacer. Wszystko było miłe. 

Jesteś   dobrym   człowiekiem,   Francesko.   Trzymaj   brandy   bardziej   na 

wierzchu, może po jakimś czasie to zadziała.

A więc domyślił się. Jednak nie poczuła się urażona jego słowami. 

Mówił o romantycznej stronie związku między ludźmi. Słychać to było w 

background image

miękkości głosu, w delikatności, z jaką dobierał wyrazy. Nie przyszło jej 

nawet   do   głowy,   że   w   tej   samej   chwili   chce   mu   się   krzyczeć   do 

kuchennych   ścian,   wbić   słowa   w   tynk:   „Na   litość   boską,   Richardzie 

Johnson, czy naprawdę jesteś takim głupcem, jak mi się wydaje?”

Odprowadziła   go   do   samochodu   i   stała   obok,   kiedy   wrzucał   do 

środka swoje rzeczy. Pies podszedł, by obwąchać furgonetkę.

- Jack, chodź tutaj! - zawołała go ostrym szeptem i collie przysiadł 

koło jej nóg, dysząc głośno.

- Do widzenia, uważaj na siebie - powiedział Robert Kincaid, stając 

przy drzwiach, by jeszcze przez chwilę popatrzeć na Franceskę. A potem 

w   jednej   chwili   znalazł   się   za   kierownicą   i   zatrzasnął   drzwi.   Nacisnął 

pedał gazu i przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik zazgrzytał.

Mężczyzna wychylił się z okna i z uśmiechem stwierdził:

- Przydałoby mu się podregulowanie.

I   pojechał   przez   podwórko   oświetlone   pojedynczą   lampą.   Zanim 

zniknął w ciemnościach ogarniających ścieżkę, wysunął lewe ramię przez 

okno i pomachał do niej. Ona również uniosła rękę, chociaż wiedziała, że 

nie mógł tego widzieć.

Kiedy furgonetka skręciła w dróżkę, Franceska podbiegła kawałek i 

stała   w   mroku   patrząc   na   podnoszące   się   i   opadające   na   wybojach 

czerwone   światła.   Robert   Kincaid   skręcił   w   lewo   na   główną   drogę   ku 

Winterset. Ciche błyskawice przecinały letnie niebo, a Jack ułożył się do 

snu na werandzie.

Franceska   stanęła   w   domu   naga   przed   lustrem.   Jej   biodra   tylko 

trochę poszerzyły się po urodzeniu dzieci, piersi wciąż były ładne i jędrne, 

nie za duże i nie za małe, brzuch tylko odrobinę zaokrąglony. Lustro nie 

background image

obejmowało nóg, ale wiedziała, że też są całkiem do rzeczy. Nie goliła ich 

zbyt często, ale właściwie po co miałaby to robić.

Richard raczej rzadko miał ochotę na seks, raz na kilka miesięcy i 

zawsze   odbywało   się   to   szybko,   sprowadzone   do   kilku   podstawowych 

ruchów   i   pozbawione   wzruszeń.   Takich   drobiazgów   jak   perfumy   czy 

ogolone nogi w ogóle nie zauważał. Łatwo się było trochę zaniedbać.

Traktował ją bardziej jak partnerkę w interesach niż żonę. W pewnej 

mierze cieszyła się z tego. Ale wciąż jeszcze szumiała w niej jakaś inna 

istota, która pragnęła pachnących kąpieli... i czekała, by coś, jakaś siła, 

którą wyczuwała, lecz której nigdy nie nazwała, nawet w zakamarkach 

własnego mózgu, uniosła ją, wyrwała z codzienności.

Ubrała się, usiadła przy kuchennym stole i napisała parę słów na 

połowie białej kartki. Wyszła z domu i podeszła do półciężarówki, forda, 

Jack pobiegł za nią. Wskoczył do środka i usiadł na miejscu dla pasażera. 

Wystawił głowę przez okno, gdy wyprowadzała samochód z szopy, potem 

spojrzał na nią i znowu za okno. Skręciła z alejki dojazdowej w polną 

drogę.

Most Rosemana pogrążony był w ciemności. Jack nie zważając na 

to, wyskoczył z samochodu. Franceska wysiadła oświetlając sobie drogę 

latarką. Wetknęła kartkę między deski po lewej stronie wjazdu na most i 

wróciła do domu.

background image

Wtorkowe mosty

Robert Kincaid przejeżdżał koło skrzynki na listy Richarda Johnsona 

godzinę przed świtem. Zagryzał jabłkiem batonik Milky Way, a między 

kolanami ściskał kubek z kawą, chroniąc ją przed wychlapaniem. Spojrzał 

na biały dom, oświetlony słabą poświatą bladego księżyca i pokiwał głową 

nad głupotą mężczyzn, niektórych mężczyzn, większości mężczyzn. Żeby 

przynajmniej od czasu do czasu wypili kieliszek brandy i nie trzaskali bez 

przerwy drzwiami!

Franceska usłyszała warkot furgonetki. Leżała w łóżku, spała naga 

po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy. Bez trudu mogła wyobrazić sobie 

Kincaida - włosy rozwiewane wiatrem wpadającym do szoferki, jedna ręka 

na kierownicy, w drugiej camel.

Nasłuchiwała cichnącego głosu silnika, gdy samochód oddalał się w 

stronę   Mostu   Rosemana.   Obracała   w   myślach   słowa   z   wiersza  Yeatsa: 

„Wszedłem   do   leszczynowego   zagajnika,   ponieważ   w   moich   myślach 

szalał ogień...” Jej interpretacja mieściła się gdzieś między nauczycielską a 

pensjonarską.

Zaparkował furgonetkę dobry kawałek od mostu, żeby samochód nie 

wchodził w kadr. Zza siedzenia wyciągnął kalosze. Usiadł na stopniu, bo 

musiał   rozwiązać   sznurowadła   skórzanych   butów,   by   zastąpić   je 

gumowcami. Z jednym plecakiem porządnie przytroczonym do pleców, 

skórzanym rzemieniem statywu na lewym ramieniu, drugim plecakiem w 

prawej ręce poszedł na urwisty brzeg strumienia.

Chciał utrwalić most pod takim kątem, żeby na zdjęciu widoczne 

background image

było   pewne   napięcie,   a   jednocześnie   objąć   fragment   strumienia   i   nie 

zahaczyć o napisy wyryte na ścianie blisko wejścia. Martwiły go też druty 

telefoniczne w tle, ale to się rozwiąże odpowiednim kadrowaniem.

Wyjął nikona z kodachromem i przykręcił go do ciężkiego statywu. 

Aparat miał dwudziestoczteromilimetrowy obiektyw, wymienił go na swój 

ulubiony   stupięciomilimetrowy.   Ponieważ   zrobiło   się   już   szaro,   zaczął 

eksperymentować z kompozycją obrazu. Przesunął statyw o dwa kroki w 

prawo, umocnił jego nogi wbijając je w mulistą ziemię koło strumienia. 

Rzemień   kamery   cały   czas   miał   zawinięty   wokół   lewego   nadgarstka; 

zawsze   tak   robił,   kiedy   pracował   w   pobliżu   wody.  Aż   za   wiele   razy 

widział, co się dzieje w chwili wywrotki statywu.

Na rozjaśnionym już niebie pojawiły się smugi czerwieni. Obniżył 

aparat o kilkanaście centymetrów, skracając odpowiednio nogi statywu. 

Nadal   nie   to.   Krok   w   lewo.   Znowu   ustawianie   trójnogu.   Przesłona   na 

osiem.   Oszacował   głębię   ostrości,   zmaksymalizował   ją   techniką 

hiperogniskowej.   Przykręcił   wężyk   spustowy   do   przycisku   migawki. 

Słońce   czterdzieści   procent   nad   horyzontem,   stara   farba   mostu   nabrała 

ciepłego odcienia, właśnie takiego, o jaki mu chodziło.

Wyjął z lewej kieszeni bluzy światłomierz. Sprawdził wskazanie dla 

przesłony   osiem.   Czas   ekspozycji   jedna   sekunda,   ale   kodachrome 

wytrzyma tak długie naświetlanie. Spojrzał przez wizjer. Starannie ustawił 

aparat. Nacisnął spust migawki i odczekał jedną sekundę.

W tej samej chwili, kiedy nacisnął migawkę, dostrzegł coś kątem 

oka. Jeszcze raz popatrzył przez wizjer.

- Cóż tam siedzi, u diabła? - wymruczał sam do siebie. - Jakiś papier. 

Wczoraj go nie było.

background image

Trójnóg stał pewnie. Mężczyzna wbiegł na brzeg, słońce wspinało 

się szybko po niebie za jego plecami. Papier przypięty był porządnie do 

deski.   Robert   wyciągnął   pinezkę   i   schował   złożoną   kartkę   do   kieszeni 

kamizelki. Wrócił biegiem na brzeg i zajął miejsce za aparatem. Słońce 

sześćdziesiąt procent w górze.

Zadyszany,   łapał   powietrze.   Zrobił   kolejne   zdjęcie.   Na   wszelki 

wypadek powtórzył to samo ujęcie. Powietrze było całkiem nieruchome, 

żaden   listek   nawet   nie   drgnął.   Zrobił   trzy   zdjęcia   z   ekspozycją 

dwusekundową i jeszcze dla pewności dalsze trzy z nastawą jedna i pół 

sekundy.

Zmienił przesłonę na szesnaście. Powtórzył cały proces. Przeniósł 

statyw i aparat na środek strumienia. Ustawił, woda zmyła z nóżek muł. 

Powtórzył   zdjęcia.   Załadował   nowy   kodachrome.   Zmienił   obiektyw. 

Założył   szerokokątny,   a   stupięciomilimetrowy   wepchnął   do   kieszeni. 

Przesunął się w górę strumienia, bliżej mostu. Ustawienie, sprawdzenie 

światła, trzy zdjęcia i na wszelki wypadek jeszcze trzy.

Przekręcił   aparat   o   dziewięćdziesiąt   stopni,   żeby   otrzymać   inną 

kompozycję. Kolejne zdjęcie. Te same ujęcia, metodycznie. Każdy jego 

ruch   był   precyzyjny.   Każdy   czemuś   służył,   uwzględniał   wszystkie 

ewentualności, był wyćwiczony, efektywny i profesjonalny.

Biegiem na urwisko z całym wyposażeniem na plecach, w pogoni za 

słońcem. Teraz ujęcia bardziej agresywne. Złapał drugi aparat z czulszym 

filmem, z oboma aparatami zawieszonymi na szyi wspiął się na drzewo za 

mostem. Zadrapał się korą w ramię.

- Cholera!

Nie przerwał wspinaczki. Teraz już był dość wysoko, spoglądał w 

background image

dół   na   most   pod   takim   kątem,   że   strumień   odbijał   promienie   słońca. 

Zmierzył światło, nastawił obiektyw na dach mostu, potem na ocieniony 

bok.   Ustalił   wskazania   dla   wody.   Wybrał   wartość   pośrednią.   Zrobił 

dziewięć zdjęć, delikatnie położył aparat na kamizelce, którą umościł w 

rozwidleniu   gałęzi.   Zamienił   aparaty,   wziął   ten   z   czulszym   filmem. 

Dziewięć kolejnych zdjęć.

Zszedł z drzewa, zbiegł na brzeg strumienia. Ustawił trójnóg, zmienił 

film,   zrobił   zdjęcia   podobne   jak   wcześniej,   ale   z   drugiej   strony   wody. 

Wyciągnął   trzeci   aparat.   Stary   SP,   z   dalekomierzem.   Teraz   czas   na 

fotografię   czarno-białą.   Światło   na   moście   zmieniało   się   z   sekundy   na 

sekundę.

Po dwudziestu minutach, których intensywność potrafią zrozumieć 

jedynie żołnierze, chirurdzy i fotograficy, Robert Kincaid wrzucił plecaki 

do furgonetki i zawrócił na drodze, którą tu przyjechał. W piętnaście minut 

dojedzie do mostu zwanego Górskim Grzbietem, na północny zachód od 

miasta. Jeśli się pośpieszy, uda mu się zrobić jeszcze kilka zdjęć.

Ponad   drogą   unosił   się   kurz,   koniec   camela   żarzył   się   lekko, 

furgonetka   podskakiwała   na   wybojach.   Minął   biały   dom   zwrócony 

frontem na północ i skrzynkę na listy z nazwiskiem Richarda Johnsona. 

Ani znaku od niej. A czegoś oczekiwał? Jest mężatką, radzi sobie nieźle. 

Ty   też   radzisz   sobie   nieźle.   Komu   potrzebne   takie   komplikacje?   Miły 

wieczór, miła kolacja, miła kobieta. I niech tak pozostanie. Boże, ależ ona 

jest   cudowna,   pomyślał.   Ale   było   jeszcze   coś,   przez   co   nie   potrafił 

wyrzucić jej z pamięci.

Kiedy   mijał   jej   dom,   Franceska   w   stodole   zajmowała   się 

codziennymi   obowiązkami.   Hałas   inwentarza   zagłuszał   każdy   dźwięk 

background image

dochodzący od drogi. A Robert Kincaid dążył ku górskiemu grzbietowi, 

który był mostem, ścigał się z czasem, aby dogonić światło.

Zupełnie nieźle poszło mu w tym drugim miejscu. Most położony w 

dolinie, w chwili gdy pojawił się fotografik, owinięty był jeszcze w mgłę. 

Dzięki obiektywowi trzystumilimetrowemu Robert złapał wielkie słońce; 

znalazło się w lewym górnym rogu zdjęcia, na którym widniała kręta biała 

droga, zakończona drewnianą budowlą.

Nagle w jego polu widzenia znalazł się farmer z wozem ciągniętym 

przez parę koni. Jeden z ostatnich, pomyślał Kincaid i uśmiechnął się. Znał 

się na tym, co dobre,  i już teraz widział,  jak będzie  wyglądać gotowe 

zdjęcie. Przy pionowym ujęciu zostawił nieco jasnego miejsca na przyszły 

tytuł.

Kiedy   składał   statyw   o   ósmej   trzydzieści   pięć,   czuł   się   dobrze. 

Poranne   zdjęcia   miały   swoich   zwolenników.   Nieco   sielankowe,   wręcz 

konserwatywne, ale miłe i jakoś krzepiące. To z farmerem i koniem mogło 

nawet   trafić   na   okładkę,   dlatego   właśnie   zostawił   miejsce   u   szczytu. 

Redaktorzy lubili taką rozwagę świadczącą o profesjonalizmie. Dlatego 

Robert Kincaid nigdy nie miał problemów ze zleceniami.

Zużył przynajmniej po kawałku każdego z siedmiu przygotowanych 

filmów,   po   czym   wyjął   je   ze   wszystkich   trzech   aparatów   i   sięgnął   do 

niższej kieszonki z lewej strony kamizelki po następne.

- A niech to!

Pinezka ukłuła go w palec. Zapomniał ją wyrzucić, kiedy chował 

papier   znaleziony   na   Moście   Rosemana.   Prawdę   mówiąc,   całkiem 

wyleciało mu z głowy, że wkładał tam papier. Teraz wyłowił go, rozwinął i 

przeczytał: „Gdybyś miał ochotę  na następną kolację w miejscu, gdzie 

background image

wiruje   biała   ćma,   przyjdź   wieczorem,   kiedy   już   skończysz   pracę. 

Wszystko jedno o której”.

Nie   mógł   powstrzymać   uśmiechu,   kiedy   wyobraził   sobie,   jak 

Franceska   Johnson,   ściskając   mocno   w   dłoni   kartkę   i   pinezkę,   jedzie 

poprzez ciemność w stronę mostu.

Pięć minut później był już w mieście. Facet na stacji Texaco napełnił 

mu bak i sprawdził olej („miałeś pan tyle, co nic”), a Kincaid tymczasem 

skorzystał   z   płatnego   telefonu.   Wąska   budka   lepiła   się   od   brudu.   W 

książce znalazł dwukrotnie nazwisko R. Johnson, ale tylko przy jednym 

widniał miejscowy adres.

Wykręcił   numer   i   czekał.   Franceska   karmiła   właśnie   psa   na 

werandzie, kiedy w kuchni rozległ się dzwonek. Dobiegła przy drugim 

dzwonku.

- Johnson.

- Cześć, tu Robert Kincaid.

Znowu coś w niej drgnęło, zupełnie tak samo jak poprzedniego dnia. 

Lekkie ukłucie gdzieś pod sercem, schodzące w dół, do żołądka.

- Dostałem twoją wiadomość. Przyjmuję zaproszenie, ale to może 

okazać się dość późno. Pogoda dopisuje, więc mam zamiar zrobić zdjęcia - 

poczekaj, sprawdzę, jak to się nazywa - a, Cedrowego Mostu... wieczorem. 

Skończę pewnie po dziewiątej. Potem chciałbym się trochę odświeżyć. 

Więc mogę nie zdążyć przed dziewiątą trzydzieści, a nawet dziesiątą. Czy 

tak będzie dobrze?

Nie,  wcale   nie  będzie   dobrze.  Nie  chciała   czekać  tak  długo,   lecz 

powiedziała tylko:

-   Och,   jasne.   Najpierw   skończ   swoją   robotę,   to   jest   przecież 

background image

najważniejsze. Przygotuję coś, co można łatwo podgrzać.

Ale on wtedy właśnie dodał:

- Jeśli masz ochotę popatrzeć, jak robię zdjęcia, to przyjedź. Mnie to 

nie przeszkadza. Wpadnę po ciebie, powiedzmy, około wpół do szóstej.

Umysł Franceski zmagał się z tą propozycją. Chciała z nim pojechać. 

Ale co będzie, gdy ktoś ją zobaczy? Jak się wytłumaczy, jeśli Richard w 

jakiś sposób się dowie?

Cedrowy   Most   usadowiony   był   o   pięćdziesiąt   jardów   w   górę 

strumienia,  równolegle  do nowej drogi i cementowego mostu. Ona nie 

będzie tam za bardzo na widoku. Czy aby na pewno? Mimo wszystko 

decyzja nie zabrała jej więcej niż dwie sekundy.

- Tak, mam ochotę. Ale pojadę swoim pikapem i spotkamy się na 

miejscu. O której?

- Około szóstej. A więc do zobaczenia.

Resztę dnia spędził w redakcji miejscowej gazety, przeglądając stare 

roczniki. Miasto było całkiem do rzeczy, z ładnym placem centralnym, 

gdzie Kincaid usiadł w cieniu w porze lunchu z niewielką torbą owoców i 

kawałkiem   chleba   oraz   kubkiem   coli   kupionym   w   kafejce   po   drugiej 

stronie ulicy.

Kiedy wkroczył tam i poprosił o colę, ledwo minęło południe. Jak w 

starym saloonie z Dzikiego Zachodu na jego widok rozmowy ucichły na 

moment i utkwiły w nim wszystkie spojrzenia. Nienawidził tego, zbytnio 

stawał się wtedy świadomy własnego ciała, ale zawsze tak było w małych 

mieścinach. Ktoś nowy! Ktoś obcy! Kto to? Co on tutaj robi?

- Słyszałem, że to fotoreporter. Widziano go przy Górskim Grzbiecie 

z samego rana, nosi ze sobą całą furę sprzętu.

background image

- Na furgonetce ma wypisane, że mieszka w Waszyngtonie.

-   Całe   rano   siedział   w   redakcji.   Jim   mówił,   że   przeglądał   stare 

numery szukając informacji na temat krytych mostów.

- A co niby chciał o nich wiedzieć?

- I kto by chciał oglądać ich zdjęcia? Przecież to rozwalające się 

rudery.

- Ależ ma długie włosy. Wygląda jak jeden z tych bitlesów, czy jak 

tam ich nazywają. Hipisi, nie? - przy stolikach podniósł się śmiech.

Kincaid wziął swoją colę i wyszedł. Idąc do drzwi wciąż czuł na 

sobie   ich   spojrzenia.   Może   nie   powinien   był   zapraszać   Franceski?   Ze 

względu na nią, on nie musiał się nimi przejmować. Jeśli ktoś zobaczy ją 

przy   Cedrowym  Moście,   wieść   dotrze   do   tej   kawiarenki   jeszcze   przed 

śniadaniem.   Młody   Fischer   ze   stacji   Texaco   usłyszy   ją   od   któregoś   z 

kierowców i powtórzy następnemu. Taka sztafeta jest niczym błyskawica.

Nauczył się doceniać głuche telefony działające w małych miastach i 

przekazujące najdrobniejsze nawet wiadomości. W Sudanie mogło sobie 

umierać z głodu dwa miliony dzieci i to nikogo by nie wzruszyło. Ale żona 

Richarda   Johnsona   widziana   z   długowłosym   przybyszem   stanowiłaby 

prawdziwie   smakowity   kąsek!   O   czymś   takim   można   by   pogadać, 

przeżuwać starannie, wyciskając smaczki do ostatka. Wieść, która pobudza 

damsko-męską wyobraźnię plotkarzy. Najpikantniejsza plotka, jaka trafiła 

im się tego roku.

Skończył jeść i poszedł do budki telefonicznej na parkingu przed 

sądem.   Wykręcił   numer   Franceski.   Odezwała   się,   lekko   zdyszana,   po 

trzecim dzwonku.

- Cześć, to znowu Robert Kincaid.

background image

W jednej chwili poczuła ucisk w żołądku. Nie może przyjść, dzwoni, 

żeby mi to powiedzieć.

- Powiem wprost. Jeśli wspólny spacer ze mną może oznaczać dla 

ciebie kłopoty ze względu na ciekawość tutejszych mieszkańców, nie chcę, 

żebyś   czuła   się   zobowiązana   mi   towarzyszyć.  To   znaczy,   ja   wcale   nie 

dbam, co sobie o mnie tutaj pomyślą. Chcę tylko powiedzieć, że może to 

był   błąd   zapraszać   ciebie.   Chociaż   bardzo   chciałbym   spędzić   to 

popołudnie w twoim towarzystwie.

Od chwili gdy odłożyła słuchawkę po wcześniejszej rozmowie, te 

same wątpliwości nie dawały jej spokoju. Ale podjęła decyzję.

-   Nie,   mam   ochotę   zobaczyć,   jak   pracujesz.   Nie   przejmuję   się 

plotkami. - Przejmowała się, ale coś kazało jej podjąć ryzyko. Niezależnie 

od tego, ile przyjdzie jej za to zapłacić, pojedzie na Cedrowy Most.

- Świetnie. Tak tylko pomyślałem, że lepiej będzie, jak to sprawdzę. 

Do zobaczenia.

O czwartej zajechał do hotelu. Przeprał parę rzeczy w umywalce, 

włożył czystą koszulę, drugą wziął do samochodu, a do niej spodnie khaki 

i   brązowe   sandały,   które   zdobył   w   1962   roku   w   Indiach,   gdzie   robił 

fotoreportaż o kolejce do Dardżeling. Kupił je w knajpie za dwie skrzynki 

budweisera,   po   sześć   butelek   każda.   Osiem   takich   samych   butelek 

ulokował teraz wokół paczki z filmami w chłodziarce, tyle dokładnie tam 

pasowało.

Znowu było bardzo gorąco. Popołudniowe słońce kładło się na i tak 

już   rozgrzanych   polach   i   budynkach,   które   pochłaniały   kolejne   porcje 

żaru.

W kafejce panował mrok, a temperatura była do wytrzymania dzięki 

background image

otwartym frontowym drzwiom i wielkim wentylatorom pod sufitem i na 

jednym   stoliku   przy   wejściu.   Wiatraki   hałasowały   nieznośnie.   Hałas, 

zapach stęchłego piwa i papierosów, dudnienie szafy grającej, widok na 

wpół wrogich, zwróconych ku niemu twarzy - wszystko w jakiś sposób 

wpływało na to, że robiło mu się jeszcze cieplej.

Słońce na zewnątrz nieomal parzyło, więc przywołał wspomnienie o 

Las  Cascadas,   jodłach   poruszanych  wiatrem  wiejącym  w  cieśninie   San 

Juan de Fuca w pobliżu Kydaka Point.

Lecz Franceska Johnson wyglądała, jakby słońce nie miało do niej 

dostępu. Stała oparta o błotnik swego forda, którego zaparkowała tuż za 

kępą drzew w pobliżu mostu. Miała na sobie te same dżinsy, które tak 

dobrze ją opinały, sandały i biały bawełniany podkoszulek, znakomicie 

podkreślający kształty. Pomachał do niej, podjeżdżając do jej pikapa.

-   Cześć.   Miło   cię   widzieć.  Ależ   gorąco   -   powiedział.   Niewinna 

rozmowa, przemykająca po powierzchni spraw. I znowu to stare uczucie 

skrępowania, tylko dlatego, że był w towarzystwie kobiety, do której coś 

czuł. Nigdy w takich wypadkach nie wiedział, o czym rozmawiać. Chociaż 

miał   dość   silnie   rozwinięte   poczucie   humoru,   co   prawda   raczej 

specyficzne, życie traktował poważnie. Jego matka zawsze powtarzała, że 

już w wieku czterech lat był dorosły. W pracy mu to pomagało. Ale w 

towarzystwie takich kobiet jak Franceska Johnson, nie bardzo.

- Chciałam zobaczyć, jak robisz zdjęcia.

-   No   cóż,   zaraz   się   przekonasz,   jakie   to   nudne.   Przynajmniej 

większość ludzi tak uważa. To zupełnie co innego niż słuchanie, gdy ktoś 

ćwiczy   na   pianinie,   ponieważ   wtedy   jakoś   się   współuczestniczy.   W 

fotografii   pracę   i   jej   produkt   dzieli   długi   czas.   Dzisiaj   zajmuję   się 

background image

wykonywaniem.   Dopiero   gdy   zdjęcie   zostanie   gdzieś   opublikowane, 

gotowy   produkt   ujrzy   światło   dzienne.   Tutaj   zobaczysz   tylko   dużo 

krzątaniny.   Ale   jesteś   bardziej   niż   mile   widziana.   Prawdę   mówiąc, 

ogromnie się cieszę, że przyszłaś.

Uczepiła   się   tych   ostatnich   słów,   nie   musiał   wcale   ich   mówić, 

wystarczyłoby, że jest mile widziana. Naprawdę cieszył się jej obecnością, 

to było widoczne.

- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytała, kiedy wciągał gumowce.

- Weź niebieski plecak. Ja zabiorę brązowy i statyw.

W  ten   sposób   Franceska   została   asystentką   fotografika.  A  Robert 

mylił się. Było bardzo wiele do zobaczenia. Odbywał się bowiem swego 

rodzaju   pokaz,   chociaż   on   sobie   tego   nie   uświadamiał.   Coś   z   tego 

zauważyła   już   poprzedniego   wieczoru,   i   właśnie   to   ją   pociągało   w 

Kincaidzie.   Zwinność,   szybkie   spojrzenia,   napinające   się   mięśnie 

przedramienia. A głównie sposób, w jaki się poruszał. W porównaniu z 

nim mężczyźni, których znała, byli nieporadni.

A przy tym właściwie wcale się nie śpieszył. Miał w sobie zwinność 

gazeli,   choć   jednocześnie   czuło   się   potężną   siłę.   Może   bardziej 

pasowałoby porównanie do lamparta niż do gazeli. Tak. Lampart. On nie 

był łupem. Wręcz przeciwnie, co do tego nie miała wątpliwości.

- Francesko, podaj mi, proszę, aparat na niebieskim pasku.

Otworzyła   plecak,   ręce   trochę   jej   się   trzęsły,   kiedy   sięgała   po 

kosztowny sprzęt, który on traktował tak obojętnie. Wyjęła to, o co prosił. 

Na chromowanej płytce widniał napis Nikon oraz litera F u góry po lewej 

stronie.

Robert   klęczał   na   północny   wschód   od   mostu,   za   obniżonym 

background image

statywem. Wyciągnął lewą rękę, nie odrywając wzroku od wizjera. Podała 

mu aparat i zatrzymała wzrok na jego dłoni zaciskającej się na obiektywie. 

Manipulował   przy   wtyczce   na   końcu   sznura,   który   zauważyła 

poprzedniego   dnia   zwisający   z   kieszeni   jego   kamizelki.   Szczęknęła 

migawka. Odciągnął spust i nacisnął znowu.

Sięgnął pod podstawę statywu i odkręcił aparat, aby zastąpić go tym, 

który mu podała. Kiedy przymocowywał ten nowy, odwrócił głowę w jej 

stronę i uśmiechnął się.

-   Dzięki,   jesteś   pierwszej   klasy   asystentką.   -   Odrobinę 

poczerwieniała.

Boże, co to było, co w nim siedziało! Był jak stworzenie z gwiazd, 

które przyleciało  na ogonie komety, żeby  wylądować na końcu ścieżki 

prowadzącej   do   jej   domu.   Dlaczego   po   prostu   nie   odpowiedziałam 

„dziękuję”, zastanawiała się teraz. Czuję się przy nim jakaś nieporadna, 

chociaż nie ma to żadnego związku z tym, co on robi. To moja wina, nie 

jego.   Po   prostu   nie   przywykłam   przebywać   z   ludźmi,   których   umysły 

pracują tak szybko.

Przedostał się przez strumień na drugą stronę, a potem wdrapał na 

drugi brzeg. Ona przeszła mostem i stanęła za nim, ciągle z niebieskim 

plecakiem w ręce. Czuła się szczęśliwa, dziwnie szczęśliwa. Sposób, w 

jaki   pracował,   wyzwalał   jakąś   energię,   odczuwalną   siłę.   On   nie 

dostosowywał się do natury, ale zmieniał ją delikatnie, urabiał ją do swojej 

wizji. Miała pasować do obrazu, jaki zawładnął jego umysłem.

Narzucał   swoją   wolę,   walcząc   ze   zmieniającym   się   światłem   za 

pomocą różnych obiektywów, filmów i od czasu do czasu filtrów. I nie 

była to tylko defensywa, wyraźnie górował dzięki swym umiejętnościom i 

background image

inteligencji.   Farmerzy   też   wygrywają   z   ziemią,   używając   chemii   i 

traktorów.  Ale   Robert   Kincaid   tak   delikatnie   zmieniał   naturę,   że   gdy 

odchodził, wszystko zostawało takie samo, jakie było przedtem.

Patrzyła   na   dżinsy,   pod   którymi   grały   naprężone   mięśnie,   kiedy 

przyklękał.  Na wypłowiałą,  płócienną  koszulę  przyklejoną do  pleców i 

siwe włosy spadające na jej kołnierz. Na to, jak przysiadał, gdy stawiał 

sprzęt - i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna zrobiło jej się gorąco 

od samego patrzenia na mężczyznę. Podniosła wzrok na wieczorne niebo i 

odetchnęła   głęboko,   przysłuchując   się   cichym   przekleństwom,   którymi 

obrzucał jakiś utrapiony filtr nie dający się odkręcić od obiektywu.

Z powrotem przeszedł przez strumień w swych gumowych butach. 

Franceska   znikła   pod   zadaszeniem   mostu   i   kiedy   wyszła   po   drugiej 

stronie,   Robert   już   tam   stał,   mierząc   do   niej   z   aparatu.   Nacisnął, 

szczęknęła migawka, a potem - gdy szła ku niemu mostem - nacisnął spust 

jeszcze raz i jeszcze raz. Uśmiechem starała się pokryć zawstydzenie.

- Nie martw się. - Odpowiedział jej uśmiechem. - Nie wykorzystam 

tego nigdzie bez twojego pozwolenia. Tutaj już skończyłem. Pojadę chyba 

na chwilę do motelu i opłuczę się trochę przed wizytą u ciebie.

- Jak chcesz. Chociaż u mnie też znalazłby się ręcznik, prysznic i 

pompa, czy co tam jest ci potrzebne - powiedziała cicho, poważnie.

-   Dobrze.   Jedź   przodem.   Załaduję   sprzęt   do   Harry’ego   -   tak 

nazywam samochód - i zaraz się zjawię.

Wycofała forda Richarda spod kępy drzew na główną drogę, skręciła 

w prawo i pojechała ku Winterset, a potem skrótem na południowy zachód 

do domu. Poprzez gęsty kurz nie mogła zobaczyć, czy ktoś za nią jedzie, 

chociaż raz, kiedy brała zakręt, wydawało jej się, że dostrzega dobrą milę 

background image

za sobą światła furgonetki Roberta - którą nazywał Harrym - skaczącej po 

wybojach.

To   musiał   być   on,   ponieważ   jak   tylko   wjechała   na   podwórko, 

usłyszała jego samochód. Jack szczeknął na powitanie, ale już po chwili 

leżał na werandzie, jakby pomrukując do siebie: Ten sam facet co wczoraj, 

wydaje się w porządku. Kincaid zatrzymał się na chwilę, aby porozmawiać 

z psem.

Franceska stanęła w drzwiach na werandę.

- Prysznic?

- Byłoby wspaniale.

Zaprowadziła   go   do   łazienki   na   górę.   Zmusiła   Richarda,   żeby   ją 

zbudował,   kiedy   dzieci   podrosły.   To   było   jedno   z   niewielu   żądań,   z 

których nie ustąpiła. Lubiła długie gorące kąpiele wieczorami i nie miała 

zamiaru   pozwolić   nastolatkom   przeszkadzać   sobie   w   takich   chwilach 

prywatności. Richard używał drugiej łazienki. Przyznawał, że czuje się 

nieswojo wśród damskich drobiazgów.

- Za dużo tego. - To były jego słowa.

Do łazienki można się było dostać tylko przez sypialnię. Otworzyła 

drzwi i wyjęła z szafki pod umywalką cały stos ręczników.

- Wybierz sobie, które tylko zechcesz - uśmiechnęła się, zagryzając 

lekko dolną wargę.

- Czy mógłbym wziąć trochę szamponu? Zostawiłem swój w hotelu.

- Oczywiście. Bierz, który ci najbardziej odpowiada. - Pokazała trzy 

butelki na brzegu wanny, wszystkie napoczęte.

- Dzięki. - Rozłożył świeże ubranie na łóżku. Franceska zauważyła 

szorty khaki, białą koszulę i sandały. Nikt z miejscowych nie nosił nigdy 

background image

sandałów.   Niektórzy   mężczyźni   zaczęli   wkładać   krótkie   spodnie   na 

wypady   do   klubu   golfowego,   ale   nie   farmerzy.   Jednak   sandałów   nie 

zakładał nikt i nigdy.

Zeszła na dół i usłyszała szum wody z prysznica. Teraz jest nagi, 

pomyślała i poczuła dziwną sensację w podbrzuszu.

Wcześniej tego dnia, tuż po jego telefonie, pojechała aż do odległego 

o czterdzieści mil Des Moines, do sklepu z alkoholem. Nie znała się na 

trunkach,   więc   zapytała   sprzedawcę   o   dobre   wino.   Wiedział   niewiele 

więcej od niej, to znaczy tyle, co nic. Przenosiła wzrok od jednej nalepki 

na drugą i nagle natrafiła na nazwę „Valpolicella”. Przypomniała ją sobie z 

bardzo dawnych czasów. Wytrawne, włoskie czerwone wino. Kupiła dwie 

butelki   i   jeszcze   jedną   brandy.   Czuła   się   jak   osoba   światowa,   co   było 

podniecające.

Następnie poszła do centrum w poszukiwaniu nowej letniej sukienki. 

Znalazła jedną, bladoróżową, z ramiączkami. Miała dekolt z tyłu i jeszcze 

większy   z   przodu,   dość   odważnie   odsłaniający   biust,   a   talię   ściągniętą 

wąską szarfą. Do tego dokupiła białe sandałki z misternej plecionki, na 

płaskim obcasie. Bardzo drogie.

Po   południu   przygotowała   nadziewaną   paprykę;   do   farszu   dała 

brązowy ryż, ser, posiekaną pietruszkę i przecier pomidorowy. Na drugie 

danie miała być sałatka ze szpinaku, do niej pieczywo pełnoziarniste i 

wreszcie suflet jabłkowy na deser. Wszystko, poza sufletem, powędrowało 

do lodówki.

Pośpiesznie skróciła sukienkę, żeby nie zakrywała kolan. Jakiś czas 

temu przeczytała w „Rejestrze”, piśmie wydawanym w Des Moines, że 

taka właśnie  długość  obowiązywała  w tym sezonie.  Zawsze traktowała 

background image

modę i wszystko z nią związane jako coś w rodzaju dziwactwa, śmieszyło 

ją,   że   ludzie   niby   stado   owiec   podążają   za   paroma   europejskimi 

projektantami. Ale w takiej długości było jej dobrze.

Z winem wiązał się pewien problem. Jej sąsiedzi trzymali je zwykle 

w lodówkach, ale we Włoszech nigdy się tego nie robiło. Było jednak za 

gorąco,   żeby   postawić   butelki   po   prostu   na   stole.   Nagle   przypomniała 

sobie letni domek. Panował w nim zawsze przyjemny chłód, więc tam 

właśnie zaniosła wino.

Na   górze   woda   przestała   płynąć,   w   momencie   kiedy   rozległ   się 

dzwonek telefonu. To był Richard, dzwonił z Illinois.

- Wszystko w porządku?

- Tak.

- Wół Carolyn będzie oceniany  w środę. Ale chcemy jeszcze coś 

obejrzeć następnego dnia. Wrócimy do domu w piątek wieczorem.

- Bawcie się dobrze i jedź uważnie w powrotnej drodze.

-   Frannie,   czy   na   pewno   wszystko   jest   w   porządku?   Masz   jakiś 

zmieniony głos.

- To przez tę straszną duchotę. Muszę wziąć kąpiel.

- OK, powiedz ode mnie „cześć” Jackowi.

- Jasne - zerknęła na psa rozciągniętego na cementowej posadzce 

werandy.

Robert Kincaid zszedł po schodach na dół do kuchni. Biała koszula z 

kołnierzykiem   na   guziczki,   rękawy   podwinięte   powyżej   łokci,   szorty, 

brązowe sandały, srebrna bransoletka, dwa górne guziki koszuli odpięte, 

srebrny   łańcuszek.   Włosy   jeszcze   wilgotne,   uczesane   starannie,   z 

przedziałkiem pośrodku. Zachwyciła się sandałami.

background image

-   Zabiorę   moje   polowe   ciuchy   do   samochodu   i   przyniosę   sprzęt, 

jemu też należy się lekkie czyszczenie.

- Dobrze. A ja tymczasem wskoczę do wanny.

- Chcesz się napić piwa w kąpieli?

- Jeśli masz za dużo.

Przyniósł   z   samochodu   chłodziarkę,   wyjął   dla   Franceski   piwo   i 

otworzył je, ona w tym czasie znalazła dwie duże szklanki, które mogły 

zastąpić kufle. Kiedy wrócił do furgonetki po aparaty, poszła ze swoim 

piwem na górę. Zauważyła, że umył po sobie wannę, mogła więc od razu 

przygotować dla siebie dużą ciepłą kąpiel. Kiedy mydliła się i goliła nogi, 

szklanka   stała   na   podłodze   obok.   On   był   tu   zaledwie   kilka   minut 

wcześniej, leżała w tym samym miejscu, gdzie woda spływała z jego ciała, 

myśl ta wydała jej się bardzo erotyczna. Właściwie wszystko, co wiązało 

się z Robertem Kincaidem, zaczynało jej się wydawać erotyczne.

Coś tak prostego, jak zimna szklanka z piwem w kąpieli, stało się 

symbolem   elegancji.   Dlaczego   ona   i   Richard   nie   żyli   w   taki   sposób? 

Niewątpliwie   trochę   z   przyzwyczajenia,   siłą   bezwładu.   Wszystkie 

małżeństwa i w ogóle wszystkie związki międzyludzkie podlegają temu 

prawu. Jak się człowiek przyzwyczai, wszystko można przewidzieć, a to 

też ma swoje zalety.

No i jeszcze było gospodarstwo. Niby inwalida wymagający stałej 

opieki, nawet jeśli dzięki modernizacji nie trzeba było poświęcać mu tyle 

pracy, co niegdyś.

Lecz   tutaj   chodziło   o   coś   jeszcze.   Przyzwyczajenie 

przyzwyczajeniem,   a   strach   przed   zmianami   to   zupełnie   inna   sprawa. 

Richard   bał   się   zmian,   jakichkolwiek   zmian   w   ich   małżeństwie.   Nie 

background image

zgadzał   się   nawet   na   rozmowy.   Szczególnie   o   seksie.   Erotyzm   był,   w 

pewien sposób, niebezpieczny, jego zdaniem nieprzyzwoitością było nawet 

myśleć o nim.

I nie był w tym odosobniony. Gdzie znajdowała się bariera swobody? 

Nie na ich farmie, ale w całej tej wiejskiej społeczności. Może zresztą 

także   i   w   miejskiej   społeczności.   Dlaczego   wznoszono   mury   i   bariery 

wzbraniające   mężczyźnie   i   kobiecie   naturalnych   zachowań?   Dlaczego 

odrzucano intymność, skreślano erotyzm?

W kobiecych pismach porusza się takie tematy. I kobiety zaczynają 

oczekiwać więcej, nie chcąc pogodzić się z wyznaczonym miejscem w 

organizacji świata. Mężczyźni tacy jak Richard - Franceska przypuszczała, 

że   odnosi   się   to   do   większości   mężczyzn   -   czują   się   zagrożeni   tymi 

oczekiwaniami.   W   jakiś   sposób   kobiety   chcą,   by   mężczyzna   był 

jednocześnie poetą i agresywnym kochankiem.

Kobiety nie widzą w tym sprzeczności. Mężczyźni, tak. Kawalerskie 

przyjęcia, sale bilardowe i atmosfera męskiej szatni, gdzie na poezję i w 

ogóle delikatność nie ma miejsca, utrwaliły pewne cechy charakteru jako 

męskie. A zatem jeśli erotyzm jest produktem subtelności, można nawet 

powiedzieć, że formą sztuki, tak przynajmniej postrzegała to Franceska, na 

niego również nie było miejsca w męskim życiu. Więc taniec konwencji, 

który   trzyma   obie   płcie   z   daleka   od   siebie,   trwa   nadal,   a   kobiety   w 

Madison County nocami wzdychają i odwracają twarze do ściany.

Robert Kincaid w jakiś sposób to rozumiał. Była tego pewna.

Kiedy   owinięta   w   ręcznik   weszła   do   sypialni,   zauważyła,   że   jest 

nieco po dziesiątej. Wciąż było gorąco, ale kąpiel ją ochłodziła. Wyjęła z 

szafy nową sukienkę.

background image

Rozpuściła długie czarne włosy i spięła je srebrną klamrą. Do tego 

srebrne   kolczyki,   duże   koła,   i   luźna,   srebrna   bransoletka,   którą   także 

kupiła rano w Des Moines.

Znowu   perfumy   „Pieśń   Wiatru”.   Trochę   szminki   na   wydatnych 

kościach   policzkowych,   latynoska   twarz,   róż   jeszcze   bledszy   niż   róż 

sukienki. Opalenizna, zdobyta dzięki pracy na dworze w szortach i górze 

od kostiumu, podkreślała efekt całości. Szczupłe nogi też wyglądały jak 

należy.

Obróciła się najpierw w jedną, potem w drugą stronę, przeglądając 

się w lustrze nad stolikiem. Ładniej nie będę już wyglądała, pomyślała. A 

potem, zadowolona z siebie, dodała półgłosem:

- Ale i tak jest całkiem nieźle.

Kiedy   weszła   do   kuchni,   Robert   Kincaid   pił   drugie   piwo   i 

przepakowywał aparaty. Spojrzał na nią.

-   Jezu   -   westchnął   cicho.   Wszystkie   uczucia,   poszukiwania   i 

przemyślenia,   całe   życie   wypełnione   uczuciami,   poszukiwaniami   i 

przemyśleniami skupiło się w tym właśnie momencie. Gdyż zakochał się 

we   Francesce   Johnson,   żonie   farmera   z   Madison   County   w   Iowie, 

pochodzącej z Neapolu.

-   To   znaczy...   -   głos   miał   trochę   drżący,   trochę   ochrypły   -   jeśli 

wybaczysz   moją   śmiałość,   powiem,   że   wyglądasz   olśniewająco.   Do 

zawrotu głowy. Jakbym dostał pałką w łeb. Mówię zupełnie poważnie. 

Jesteś prawdziwą elegantką, Francesko, w najczystszym znaczeniu tego 

słowa.

Widziała,   że   jego   podziw   jest   szczery.   Rozkoszowała   się   nim, 

zanurzyła   się   w   nim,   pozwoliła,   by   wirował   wokół   niej   i   wnikał   we 

background image

wszystkie   pory   skóry   jak   delikatny   olejek,   wcierany   dłońmi   jakiegoś 

bóstwa, które odeszło od niej całe lata temu, a teraz powróciło.

I   ona   w   tej   samej   chwili   zakochała   się   w   Robercie   Kincaidzie, 

fotoreporterze   z   Bellingham   w   stanie   Waszyngton,   który   jeździł   starą 

furgonetką o imieniu Harry.

background image

Zatańczyć znowu

Tego wtorkowego wieczoru w sierpniu 1965 roku Robert Kincaid nie 

odrywał wzroku od Franceski Johnson. Ona również patrzyła na niego. 

Oddzieleni od siebie o dobre trzy metry, czuli się nierozerwalnie złączeni.

Zadzwonił telefon. Wciąż patrząc na fotografika, nie poruszyła się 

ani na pierwszy sygnał, ani na drugi. Podczas długiej ciszy po drugim, a 

przed   trzecim   dzwonkiem,   wziął   głęboki   oddech   i   poszukał   wzrokiem 

plecaka z aparatami.

Dopiero   wtedy   była   w   stanie   przejść   przez   kuchnię   do   telefonu 

wiszącego na ścianie za jego krzesłem.

-   Johnson,   słucham...   Cześć,   Margo.   Tak,   wszystko   w   porządku. 

Czwartek   wieczór?   -   Zastanowiła   się   szybko:   powiedział,   że   będzie   tu 

przez tydzień, przyjechał wczoraj, a dziś jest dopiero wtorek. Kłamstwo 

przyszło jej łatwo.

Stała w drzwiach na werandę, ze słuchawką w lewej dłoni. Siedział 

odwrócony do niej plecami, tak że mogła go dotknąć. Wyciągnęła przed 

siebie prawą rękę i oparła się na jego ramieniu, tak jak to nieraz robią 

kobiety   w   towarzystwie   mężczyzn,   na   których   im   zależy.   W   ciągu 

dwudziestu czterech godzin zaczęło jej zależeć na Robercie Kincaidzie.

- Och, Margo, już mam inne plany. Wybieram się na zakupy do Des 

Moines.   Teraz   kiedy   Richard   wyjechał   z   dzieciakami,   mogę   wreszcie 

zrobić tyle rzeczy, które ciągle odkładałam na później.

Jej   dłoń   leżała   spokojnie   na   ramieniu   mężczyzny.   Czuła   mięsień 

biegnący od karku wzdłuż ramienia, tuż nad obojczykiem. Spoglądała z 

background image

góry   na   jego   srebrne   włosy,   starannie   rozdzielone   i   opadające   na 

kołnierzyk.   Margo   nie   przestawała   mówić.   Franceska   bez   zapału 

odpowiadała:

- Tak, Richard dopiero co dzwonił... Nie, rozstrzygnięcie konkursu 

nastąpi   dopiero   jutro.   Richard   powiedział,   że   zjawi   się   w   domu   nie 

wcześniej niż w piątek wieczorem. Chcą coś jeszcze zobaczyć w czwartek. 

To długa droga, szczególnie kiedy się ciągnie przyczepę ze zwierzętami... 

Nie,   treningi   piłkarskie   zaczynają   się   dopiero   w   przyszłym   tygodniu. 

Mhm. Przynajmniej tak powiedział Michael.

Czuła przez materiał koszuli ciepło jego ciała. Wpływało w jej dłoń, 

sunęło w górę przez ramię i ogarniało ją całą, bez żadnego wysiłku - i bez 

żadnej kontroli - z jej strony. Nie poruszał się, nie chciał, by jakiś hałas 

zaniepokoił Margo. Franceska to rozumiała.

-   A,   tak,   jakiś   mężczyzna   pytał   o   drogę.   -   Zgodnie   z   jej 

przewidywaniami   Flyod   Clark   udał   się   prosto   do   domu   i   opowiedział 

żonie, że widział na podwórku Johnsonów zieloną furgonetkę.

-   Fotograf?   Coś   podobnego!   Nie   zwróciłam   uwagi.   Całkiem 

możliwe. - Teraz już kłamstwo przychodziło jej bez najmniejszego trudu.

- Szukał Mostu Rosemana... Zgadza się? Fotografuje stare mosty? 

No cóż, to całkiem nieszkodliwe.

-   Hipis?   -   Franceska   zachichotała   widząc,   jak   Kincaid   powoli 

potakuje.   -  Nie   jestem  nawet  pewna,   jak   oni   wyglądają.  Ten   facet   był 

bardzo grzeczny. Został tylko minutę albo dwie, a potem pojechał... Nie 

wiem, czy we Włoszech są hipisi, Margo. Nie byłam tam od ośmiu lat. 

Poza   tym,   jak   już   ci   powiedziałam,   nawet   gdybym   zobaczyła   hipisa, 

pewnie bym go nie rozpoznała.

background image

Margo mówiła o wolnej miłości, komunach i narkotykach. Gdzieś o 

tym czytała.

- Posłuchaj, kiedy zadzwoniłaś, właśnie szłam się kąpać, więc lepiej 

już skończmy, zanim woda całkiem mi ostygnie... Zadzwonię niedługo, pa.

Z niechęcią zdjęła dłoń z jego ramienia, ale nie miała już powodu, by 

się opierać. Więc podeszła do radia nad zlewem i włączyła je. Znalazła na 

skali stację, która nadawała muzykę jakiegoś zespołu country, i przestała 

kręcić gałką.

- Mandarynka - powiedział.

- Słucham?

-   To   tytuł   tej   piosenki:   „Mandarynka”.   O   pewnej   kobiecie   z 

Argentyny. - Znowu rozmowa o niczym. Rozmowa dla rozmowy. Próba 

zyskania na czasie, żeby zrozumieć to wszystko, co się dzieje. Gdzieś w 

głębi siebie usłyszał, jakby cicho zamknęły się drzwi za dwojgiem ludzi 

siedzących w kuchni w Iowie.

Uśmiechnęła się do niego promiennie.

- Jesteś głodny? Kolacja gotowa.

-  To   był   długi,   dobry   dzień.   Nie   miałbym   nic   przeciwko   jeszcze 

jednemu piwu, zanim zaczniemy jeść. Napijesz się ze mną?

- Chętnie.

Otworzył dwie butelki i postawił jedną po jej stronie stołu. Odwlekał 

nieuniknione, szukał punktu podparcia, który umykał mu coraz bardziej.

Franceskę   cieszyło   to,   jak   wyglądała   i   jak   się   czuła.   Kobieco. 

Właśnie tak. Lekko i ciepło, i kobieco. Siedziała przy kuchennym stole ze 

skrzyżowanymi   nogami,   sukienka   podsunęła   się   wysoko   nad   prawe 

kolano.   Kincaid   pochylony   nad   chłodziarką,   wyciągnął   budweisera. 

background image

Franceska była zadowolona, że mógł widzieć jej nogi.

Widział ją całą. Powinien był odejść stąd wcześniej, nawet jeszcze 

teraz mógłby to zrobić. Rozsądek nakazywał mu: „Odejdź, Kincaid, wróć 

na szlak. Zrób zdjęcia mostów, pojedź do Indii. Po drodze zatrzymaj się w 

Bangkoku u córki handlarza jedwabiem, która poznała wszystkie sekrety 

ekstazy  istniejące od zarania świata.  Pływaj z nią  nago w jeziorkach i 

nasłuchuj jej krzyków, gdy już zanurzysz się w nią w porze zmierzchu. 

Uciekaj   -   ponaglał   go   głos   -   zanim   to,   co   się   tutaj   dzieje,   stanie   się 

silniejsze od ciebie.

Ale powolne uliczne tango już brało go w swoje władanie dźwiękami 

akordeonu   dochodzącymi   nie   wiadomo   skąd.   Muzyka   niosła   ze   sobą 

obietnicę   czegoś  nieuchronnego,   przełamywała   jego   opory,  aż   stało   się 

jasne, że nie ma innej drogi poza tą ku Francesce Johnson.

- Jeśli masz ochotę, możemy zatańczyć. Przy tej muzyce nogi same 

zaczynają chodzić - powiedział w ten swój poważny, nieśmiały sposób. 

Potem szybko uprzedził jej sprzeciw:

- Nie jestem najlepszym tancerzem, ale tutaj, w kuchni, jakoś sobie 

poradzę.

Jack poskrobał łapą w drzwi na znak, że chce wejść do środka. Może 

sobie zostać na dworze. Franceska lekko poczerwieniała.

-  Dobrze.  Ja  też  nie tańczę  za  wiele...  teraz.  Kiedy  byłam  młodą 

dziewczyną  we Włoszech,   to   tak,  ale   tutaj  się   tańczy   tylko   w  wieczór 

noworoczny, no i przy specjalnych okazjach.

Uśmiechnął się, postawił piwo na blacie. Podniosła się i podeszli ku 

sobie.

Wyciągnął lewą rękę i ujął jej prawą dłoń. Ona stała oparta o zlew, 

background image

tuż obok niego. Patrzyła za okno, gdy jego wąskie palce znalazły się na jej 

ręce. Powietrze było zupełnie nieruchome. Niedługo czas żniw.

-   Jeszcze   minutkę.   -   Niechętnie   wysunęła   dłoń   spod   jego   ręki   i 

otworzyła szufladę. Wyjęła z niej dwie białe świece, które kupiła rano w 

Des Moines razem z małymi mosiężnymi świecznikami. Postawiła je na 

stole.

Obszedł   blat   naokoło,   umocował   świece   i   zapalił   je   dokładnie   w 

chwili,   kiedy   zgasiła   górne  światło.  Teraz  za   oknami  było  już  całkiem 

ciemno, tylko dwa płomyczki paliły się równo, prawie bez drgnienia, w tę 

bezwietrzną noc. Kuchnia nigdy nie wyglądała tak ładnie.

Znowu rozległy  się dźwięki muzyki. Szczęśliwie dla nich była to 

powolna wersja „Jesiennych liści”.

Czuła się skrępowana. On również. Ale ujął jej rękę, objął ramieniem 

w pasie, a kiedy przysunęła się bliżej, skrępowanie znikło. Przesunął rękę 

na plecy Franceski i przyciągnął ją do siebie.

Czuła   jego   zapach   -   czysty,   mydlany   i   ciepły.   Dobry   zapach 

cywilizowanego   mężczyzny,   który   jednak   w   jakiejś   części   pozostał 

pierwotny.

- Ładne perfumy - powiedział.

- Dziękuję.

Tańczyli   powoli,   prawie   w   miejscu.   Jego   nogi   były   tuż   przy   jej 

nogach i od czasu do czasu ich ciała się dotykały.

Muzyka umilkła, lecz on trzymał wciąż Franceskę wpół, pomrukując 

dalej tę samą melodię i tak zostali, aż zaczęła się następna. Poprowadził ją 

do   tańca   jakby   bezwiednie.   Za   oknami   świerszcz   zawodził   o 

nadchodzącym wrześniu.

background image

Przez cienką bawełnianą koszulę czuła mięśnie męskiego ramienia. 

Był   bardziej   rzeczywisty   niż   wszystko,   co   wokół   niej   kiedykolwiek 

istniało. Pochylił się lekko i przytulił policzek do jej policzka.

W ciągu tych dwu dni, które razem spędzili, raz powiedział o sobie, 

że jest ostatnim kowbojem. Siedzieli na trawie koło pompy na podwórku. 

Nie zrozumiała, więc zapytała, co ma na myśli.

- Są mężczyźni nie na dzisiejsze czasy - powiedział. - Tacy, co już 

wychodzą z użycia. Świat staje się poukładany, dla mnie i dla paru innych 

stanowczo za bardzo poukładany. Wszystko na swoim miejscu i miejsce na 

wszystko.   No   cóż,   i   mój   sprzęt   fotograficzny   jest   na   pewno   dobrze 

poukładany, zgoda, ale nie mówię o rzeczach. Reguły, regulaminy, prawa i 

konwenanse.   Hierarchia   władzy,   zasięg   kontroli,   dalekosiężne   plany   i 

budżety. Siła zespołów. Świat pogniecionych garniturów i identyfikatorów.

Ludzie   różnią   się   między   sobą.   Niektórzy   poradzą   sobie   zupełnie 

dobrze w świecie, który nadchodzi. Niektórzy, może jest nas tylko garstka, 

nie.   Wystarczy   popatrzeć   na   komputery   i   roboty,   wszystko,   co   one 

zwiastują. Mówiąc po staremu, jest wiele rzeczy, które potrafimy robić, 

nadawaliśmy   się,   gdyż   nikt,   żadna   maszyna   nie   mogła   nas   wyręczyć. 

Biegaliśmy szybko, byliśmy krzepcy, agresywni i odważni. Zachęcano nas 

do tego. Potrafiliśmy daleko rzucać oszczepem i bić się na pięści.

Ale w końcu właśnie komputery i roboty będą wszystkim kierować. 

Mężczyznom pozostanie obsługa maszyn, co nie wymaga ani odwagi, ani 

siły. Prawdę mówiąc, mężczyźni przestali już być użyteczni. Wystarczą 

banki spermy, aby gatunek nie zanikł, a te już przecież działają. Większość 

mężczyzn kiepsko sobie radzi w łóżku, tak przynajmniej twierdzą kobiety, 

więc jeśli zastąpi się seks nauką, nie będzie nad czym ronić łez.

background image

Zrezygnowaliśmy   ze   swobody,   sami   się   zorganizowaliśmy, 

okiełznaliśmy własne emocje. Liczy się skuteczność i efektywność, i różne 

inne sztuczki intelektualne. A gdy nie ma swobody, kowboje znikają razem 

z górskimi  lwami  i  szarymi  wilkami.  Dla  wędrowców zostaje  za mało 

miejsca.

Jestem  jednym  z ostatnich  kowbojów. Moja praca  daje  mi trochę 

swobody. Tyle, ile można mieć w dzisiejszych czasach. Za bardzo mnie to 

nie martwi. Może czasem mam chandrę. Ale to się stanie. Twierdzę, że 

podstawową   przyczyną   wszystkich   kłopotów   na   tej   planecie   są   męskie 

hormony.   Jednak   pokonać   wrogie   plemię   lub   obcego   wojownika   to   co 

innego,   niż   posiadać   głowice   nuklearne.   To   zupełnie   inna   śpiewka.  A 

jeszcze inna, zniszczyć naturę, tak jak to obecnie robimy. Rachel Carson 

ma rację. Podobnie John Muir i Aldo Leopold.* [*przyp.: Rachel Carson 

(1907-1964)   -   amerykańska   pisarka,   biolog   John   Muir   (1838-1914)   - 

amerykański biolog naturalista, walczył o leśne rezerwaty, Aldo Leopold 

(1886-1948)   -   obrońca   dzikich   terenów   i   twórca   towarzystwa,   którego 

celem była obrona naturalnej przyrody.]

Przekleństwem   dzisiejszych   czasów   jest   przewaga   męskich 

hormonów tam, gdzie mogą wyrządzić jedynie krzywdę. Jeśli nawet nie 

mówimy   o   wojnach   między   narodami   lub   o   działaniach   przeciwnych 

naturze, nadal istnieje agresja, która trzyma nas na dystans jednych od 

drugich, i to jest problem, z którym powinniśmy coś zrobić. Musimy jakoś 

wysublimować męskie hormony albo przynajmniej zacząć je kontrolować.

Pewnie   już   czas   odłożyć   zabawki   i   dorosnąć.   Do   diabła,   wiem, 

zgadzam się. Ja tylko staram się robić dobre zdjęcia i przeżyć swoje dni, 

zanim się okaże, że całkowicie wyszedłem z użycia albo że zrobiłem coś 

background image

bardzo szkodliwego.

Jeszcze wiele lat potem zastanawiała się nad tymi słowami. W jakiś 

sposób wydawały jej się słuszne, ale tylko z pozoru. Bo w nim było coś, 

co zaprzeczało jego słowom. Nosił w sobie agresję, ale chyba był także 

zdolny   ją   kontrolować,   włączać   i   wyłączać,   zgodnie   z   własną   wolą.   I 

właśnie   to   ją   wprawiało   w   zakłopotanie   i   jednocześnie   pociągało   - 

niesamowita   intensywność,   ale   kontrolowana,   obliczona.   Intensywność 

strzały, która niesie ze sobą ciepło i ani odrobiny zła.

Tego   wtorkowego   wieczoru,   tańcząc   w   kuchni,   stopniowo   i 

bezwiednie   przysuwali   się   coraz   bliżej   i   bliżej   ku   sobie.   Franceska   z 

twarzą przy jego policzku pomyślała, że przez lekką sukienkę i koszulę na 

pewno czuł jej piersi. Nie myliła się.

Tak dobrze było mieć go tuż przy  sobie. Chciała, żeby  trwało to 

wiecznie. Więcej starych piosenek, więcej tańców, więcej przytulonego do 

niej ciała. Znowu stała się kobietą. Znowu istniało miejsce, gdzie mogła 

zatańczyć. Powoli, ale nieubłaganie dążyła tam, gdzie nie dotarła nigdy 

wcześniej.

Nadal   panowała   duchota.   Gdzieś   na   południowym   zachodzie 

mignęła   błyskawica.   Ćmy   przywarły   do   siatki   w   oknie,   urzeczone 

płomieniem.

Był coraz bardziej zakochany we Francesce, a ona w nim. Odsunęła 

policzek i spojrzała na niego ciemnymi oczami. Pocałował ją, oddała mu 

pocałunek, i nie potrafili go już przerwać.

Przestali udawać, że tańczą. Objęła jego szyję rękami. On jedną ręką 

przyciągał ją do siebie, a drugą głaskał szyję, policzek, włosy. Thomas 

Wolfe   mówił   o   „zjawie   dawnych   zapałów”.   Ten   duch   pobudzał   teraz 

background image

Franceskę. Ich oboje.

Siedząc przy oknie w swe sześćdziesiąte siódme urodziny Franceska 

wpatrywała   się   w   krople   deszczu   i   przypominała   sobie   tamte   chwile. 

Poszła ze swoją brandy do kuchni i chwilę tam stała, patrząc dokładnie w 

miejsce, gdzie stali wtedy oboje. Jak zwykle ogarnęły ją uczucia, których 

nie   zniszczył   czas.   Tak   silne   mimo   upływu   lat,   że   tylko   raz   w   roku 

pozwalała   sobie   na   rozpamiętywanie   każdego   szczegółu   tamtego 

wieczoru, w obawie że nie wytrzyma ciężaru emocji.

Wstrzemięźliwość   w   ożywianiu   przeszłości   to   była   sprawa 

przetrwania.   Chociaż   ostatnimi   laty   wspomnienia   napływały   coraz 

częściej.   Nie   potrafiła   już   bronić   im   dostępu   do   siebie.   Obrazy   były 

wyraźne, jakby to wszystko działo się znów na jawie. A przychodziły z tak 

odległej   w   czasie   przestrzeni!   Dzieliły   ją   od   pamiętnych   wydarzeń 

dwadzieścia dwa lata. Lecz powoli właśnie tamte chwile stawały się realną 

teraźniejszością i jedynie dla nich warto było żyć.

Wiedziała, że ma już sześćdziesiąt siedem lat i akceptowała to, ale 

nie   potrafiła   myśleć   o   Robercie   Kincaidzie   jako   o 

siedemdziesięciopięciolatku. Nie potrafiła wyobrazić sobie tego, a nawet 

wyobrazić,   że   sobie   wyobraża.   Był   tutaj   z   nią,   w   tej   właśnie   kuchni, 

ubrany w białą koszulę, z siwymi włosami, w szortach khaki, brązowych 

sandałach,  ze srebrną  bransoletką  i srebrnym łańcuszkiem na  szyi.  Był 

tutaj i obejmował ją ramionami.

Wreszcie odsunęła się od niego, oderwała od tego miejsca, które już 

na zawsze miało pozostać ich miejscem, ujęła go za ręką i poprowadziła w 

stronę schodów, na górę, mijając pokój Carolyn i pokój Michaela, aż do 

swojej sypialni. Zapaliła małą lampkę przy łóżku.

background image

Teraz, po tylu latach, Franceska ze szklanką brandy w ręku powoli 

szła po schodach, niosąc w sobie wspomnienie Roberta idącego razem z 

nią, najpierw w górę, a potem korytarzem do pokoju.

Te obrazy były mocno odbite w jej umyśle, niby niezwykłej ostrości 

fotografia. Scena jakby ze snu. Opadające ubrania, a potem dwa nagie 

ciała   na   łóżku.   Pamiętała,   jak   zawisł   tuż   nad   nią,   a   potem   opuścił   się 

powoli, przesuwając się po jej brzuchu i piersiach. Robił tak raz po raz, 

niby zwierzę podczas godów. Ocierał się o nią, całował jej usta i uszy i 

lizał po karku; tak mógłby się zachowywać lampart w trawach sawanny.

Był   zwierzęciem.   Pełnym   wdzięku,   twardym   samcem,   który   nie 

robiąc nic, by ją zdominować, zdominował ją całkowicie. Niczego bardziej 

nie pragnęła w tej właśnie chwili.

Jednak owo przeżycie wykraczało znacznie poza ramy fizyczności, 

chociaż   i   fakt,   że   po   raz   pierwszy   od   długiego   czasu   kochała   się   bez 

niechęci, miał znaczenie. Kochanie się z nim - teraz, po dwudziestu latach 

wspominania,   myśl   ta   stała   się   wręcz   banalna   -   było   przeżyciem 

duchowym. Niezwykłym.

W   pewnej   chwili   w   miłosnym   uniesieniu   udało   jej   się   wyrazić 

wszystko w jednym zdaniu:

-   Robercie,   jesteś   tak   potężny,   że   aż   ogarnia   mnie   przerażenie   - 

wyszeptała.

Był   krzepki   fizycznie,   ale   robił   użytek   ze   swej   siły   z   rozwagą. 

Posiadał jednak jeszcze inny rodzaj mocy.

Seks stał się tylko jednym ze sposobów jej wyrażenia. Cały czas, 

który spędziła razem z Robertem, w jakiś sposób przygotował ją na to, że 

fizyczny kontakt sprawi jej przyjemność, że załamie się wieczna rutyna 

background image

zachowań. Ale nie spodziewała się aż takiej intensywności doznań.

Jakby   nie   tylko   jej   ciało   brał   w   posiadanie.   I   to   przerażało. 

Początkowo   była   całkowicie   pewna,   że   cokolwiek   zrobią   razem   z 

Robertem Kincaidem, jakaś jej część pozostanie na uboczu, część, która 

należy do rodziny i życia w Madison County.

Ale on zagarnął wszystko, właściwie bez żadnego wysiłku. Powinna 

wiedzieć,   że   tak   się   stanie,   już   kiedy   pierwszy   raz   go   zobaczyła,   jak 

wysiada z furgonetki i pyta ją o drogę. Już wtedy wyglądał jej na szamana, 

powinna była zaufać instynktowi.

Kochali się tak przez godzinę albo i dłużej, a potem on odsuwał się 

powoli   na   bok   i   cały   czas  patrząc   na   nią   zapalał   dla   siebie   i   dla   niej 

papierosa.  Albo  po  prostu   leżał  obok,  cały  czas gładząc   ją  jedną  ręką. 

Potem nagle znowu był w niej, szeptał do ucha słodkie słowa, przerywane 

pocałunkami.   Obejmując   ramieniem   przyciskał   ją   do   siebie   i   sam 

przyciskał się do niej.

A we Francesce zaczęła zachodzić jakaś zmiana. Godziła się, żeby ją 

porywał w dziwne, nawiedzone miejsca, daleko od pnia darwinowskiej 

logiki.

Kiedy wtulała twarz w szyję Roberta i przywierała do jego ciała, 

czuła zapach rzek i lasów, słyszała parowozy, które wjeżdżały na dalekie 

stacje, wypuszczając kłęby pary w zimowe niebo, widziała wędrowców w 

czarnych opończach brnących wzdłuż zamarzniętych rzek i przez zalane 

słońcem łąki. Lampart przemykał koło niej raz po raz jak wiatr po prerii, a 

ona, kołysana tym wiatrem, unosiła się na nim niby dziewica w świątyni 

rzucana ku słodko pachnącemu ogniowi ofiarnemu.

Szeptała cicho i bez tchu:

background image

- Robercie... Robercie... zatracam się w tobie.

Ona, której seks przestał sprawiać przyjemność już całe lata temu, 

teraz rozkoszowała się nim dzięki komuś, kto był na wpół człowiekiem, na 

wpół obcym stworzeniem. Zdumiewał ją, jak również zdumiewała ją jego 

siła, a on jej mówił, że rozkosz umysłu może przewyższać każdy inny 

rodzaj przyjemności.

Nie miała pojęcia, o co mu chodzi. Wiedziała tylko, że zaciągał coś 

w rodzaju pętli, która oplatała ich tak ściśle, że gdyby nie jednoczesne 

ogromne poczucie swobody, zaczęłaby się dusić.

Im dalej w noc, tym głębiej wciągał ich wir uczuć. Robert Kincaid 

przestał   posługiwać   się   logiką,   stał   się   tylko   tą   częścią   siebie,   którą 

interesował wyłącznie kształt, dźwięk i cień.

Ruszył   ścieżką   prowadzącą   w   przeszłość,   drogę   oświetlało   mu 

słońce, topiło szron na trawie i rozświetlało czerwone liście jesieni.

Słyszał własne słowa szeptane do Franceski, jakby wypowiadał je 

ktoś   inny.   Fragment   wiersza   Rilkego   „wokół   starożytnej   wieży...   którą 

okrążałem od tysięcy lat”. Wersy pieśni Navajo na cześć słońca. Przekładał 

na   słowa   wizje,   jakie   przywodziła   mu   na   myśl   -   karmazynowy   od 

niesionego piasku wiatr i brązowe pelikany płynące na plecach delfinów 

wzdłuż północnych brzegów Afryki.

Dźwięki, ciche, nic nie znaczące dźwięki, wychodziły z jej ust, kiedy 

wyginała   się   ku   niemu.  Ale   dla   niego   był  to   zrozumiały   język.   I   z   tą 

kobietą pod sobą, głęboko w niej, zespolony z jej ciałem, Robert Kincaid 

zakończył wreszcie swoje długie szukanie.

W   końcu   poznał   znaczenie   wszystkich   tych   drobnych   śladów   na 

opuszczonych   plażach,   po   których   kiedykolwiek   spacerował,   wszystkie 

background image

sekretne   transporty   statków,   którymi   nigdy   nie   pływał,   wszystkie 

zasłonięte twarze, które patrzyły na niego, gdy przemykał po wieczornych 

ulicach miast. I niby wielki myśliwy z dawnych dni, który przewędrował 

wiele   mil,   a   teraz   widzi   światło   domowego   ogniska,   przestał   czuć   się 

samotny. Nareszcie. Nareszcie. Tak daleko musiał iść... tak daleko. Leżał 

na niej, zjednoczony z nią doskonale w swej miłości. Nareszcie.

Tuż przed świtem podniósł się lekko i powiedział, patrząc jej prosto 

w oczy:

-   Dlatego   właśnie   jestem   tu   i   teraz,   Francesko.   Nie   po   to,   żeby 

wędrować czy  robić  zdjęcia,  tylko aby  kochać ciebie. Teraz już wiem. 

Spadałem   z   wysoka,   z   obrzeża   jakiegoś   wielkiego   miejsca,   odległego 

gdzieś w czasie, spadałem dużo dłużej, niż trwało moje życie. I przez te 

wszystkie lata dążyłem ku tobie.

Kiedy zeszli na dół, radio wciąż grało. Wstawał dzień, ale słońce 

przykrywała gęsta chmura.

- Francesko, chcę cię prosić o przysługę. - Z uśmiechem patrzył, jak 

się kręciła, szykując kawę.

- Tak? - spojrzała na niego. O Boże, jak ja go kocham, pomyślała z 

drżeniem; wciąż go pragnęła, z każdą chwilą coraz bardziej.

- Włóż dżinsy i koszulkę, którą miałaś na sobie wczoraj. I sandały. 

Nic   więcej.   Chciałbym   ci   zrobić   zdjęcie   właśnie   dzisiejszego   ranka. 

Fotografię, która będzie tylko dla ciebie i dla mnie.

Wchodząc   na   górę,   czuła,   jak   drżą   pod   nią   kolana,   zmęczone 

obejmowaniem go przez całą noc. Ubrała się i wyszła z nim na pastwisko. 

Tam właśnie zrobił zdjęcie, które oglądała co roku.

background image

Droga i wędrowiec

Robert Kincaid przez następne kilka dni zrezygnował ze zdjęć. A 

Franceska   Johnson   zrezygnowała   z   zajęć   na   farmie,   poza   najbardziej 

koniecznymi.   Cały   czas   spędzali   razem,   rozmawiali   albo   kochali   się. 

Udało jej się dwukrotnie namówić go, żeby zagrał dla niej na gitarze i 

zaśpiewał. Miał całkiem miły głos, ale był wyraźnie speszony, powiedział, 

że była jego pierwszą słuchaczką. Kiedy to usłyszała, uśmiechnęła się i 

pocałowała   go,   a   potem   oddała   się   marzeniom,   które   niosła   pieśń   o 

statkach wielorybniczych i pustynnych wiatrach.

Pojechała  z nim Harrym na lotnisko w Des Moines,  skąd Robert 

wysłał   filmy   do   Nowego   Jorku.   Zawsze   kilka   pierwszych   rolek 

ekspediował   od   razu,   żeby   redaktorzy   wiedzieli,   co   robi,   a   technicy 

sprawdzili, czy aparat funkcjonuje prawidłowo.

Potem zabrał ją na lunch do eleganckiej restauracji, gdzie przez cały 

czas   trzymał   ją   za   rękę   i   patrzył   na   nią   tym   swoim   przenikliwym 

spojrzeniem.   Zerkający   w   ich   stronę   kelner   uśmiechnął   się,   mając 

nadzieję, że sam któregoś dnia poczuje to samo, co oni.

Rozmyślała nad tym wszystkim, co od niego usłyszała. Przeczuwał 

zmierzch   epoki   kowbojów,   do   których   zaliczał   samego   siebie.   Zaczęła 

pojmować, o co mu chodziło, gdy mówił, że na nim obumrze pewna gałąź 

ewolucji   i   że   ta   droga   się   zamyka.   Raz,   kiedy   rozmawiali   o   tym,   co 

nazywał   „sprawami   ostatecznymi”,   wyszeptał:   „Już   nigdy   więcej.   Już 

nigdy, nigdy i nigdy”. Poza sobą widział pustkę na tej gałęzi. Jego gatunek 

był na wymarciu.

background image

W  czwartkowy   wieczór   długo   rozmawiali.   Już   od   jakiegoś   czasu 

wiedzieli, że czeka ich ta rozmowa. Oboje starali się jej uniknąć.

- Co zrobimy? - zapytał.

Milczała. Miotały nią sprzeczne uczucia.

- Nie wiem - powiedziała wreszcie cicho, - Posłuchaj, jeśli chcesz, 

zostanę tutaj albo w mieście czy gdziekolwiek. Kiedy wróci twoja rodzina, 

po prostu porozmawiam z twoim mężem i wytłumaczę mu, co się stało. 

Nie będzie mi łatwo, ale to zrobię.

Potrząsnęła głową.

- Richard nigdy się z tym nie pogodzi, on po prostu nie myśli w taki 

sposób. Nie rozumie magii ani namiętności, ani żadnej z tych spraw, o 

których rozmawialiśmy i których doświadczaliśmy. Nigdy ich nie zaznał. 

To   wcale   nie   oznacza,   że   jest   kimś   gorszym.   Po   prostu   czuje   i   myśli 

zupełnie inaczej. Nie umiałby poradzić sobie z czymś takim.

- Czy w takim razie pozwolimy temu ulecieć? - Nie uśmiechał się.

- Tego też nie wiem. Robercie, w jakiś dziwny sposób zawładnąłeś 

mną całkowicie. Nie chciałam należeć do nikogo, nie potrzebowałam tego, 

ale choć nie miałeś takich intencji, stało się. Teraz już nie siedzę na trawie 

obok ciebie. Masz mnie w sobie, jako dobrowolnego więźnia.

- Nie jestem pewien, czy jesteś we mnie lub ja w tobie, ani czy 

istotnie cię posiadam. Przynajmniej wcale nie chcę cię mieć na własność. 

Wydaje mi się raczej, że oboje istniejemy  wewnątrz innej istoty, którą 

wspólnie stworzyliśmy.

-   Właściwie   nie   jesteśmy   wewnątrz   niej.   My   oboje   tworzymy   tę 

istotę.   Straciliśmy   siebie   i   powstała   inna   jedność,   której   byt   wynika   z 

zespolenia   nas   dwojga.   Boże,   pokochaliśmy   się.   Tak   głęboko,   tak 

background image

całkowicie, jak to tylko możliwe.

- Wyjedź ze mną, Francesko. Będziemy razem podróżować. To żaden 

problem.   Będziemy   się   kochać   na   piasku   pustyni   i   pić   brandy   na 

balkonach w Mombasie, przyglądając się żaglówkom śmigającym na fali o 

pierwszym  brzasku.   Pokażę   ci   Kraj   Lwa   i   stare   francuskie   miasto   nad 

Zatoką   Bengalską,   zaprowadzę   cię   do   wspaniałej   restauracji   na   dachu 

zabytkowego domu. Będziemy patrzeć na pociągi gnające przez górskie 

przełęcze i odwiedzać małe gospody na zboczach Pirenejów, prowadzone 

przez Basków. A potem pojedziemy do rezerwatu tygrysów na południu 

Indii, gdzie znam takie specjalne miejsce na wyspie pośrodku wielkiego 

jeziora. A jeśli nie lubisz podróżować, mogę gdziekolwiek rozłożyć swój 

kramik.

- Robercie, kiedy kochaliśmy się ostatniej nocy, powiedziałeś coś, 

czego   nie   mogę   zapomnieć.   Szeptałam   ci   o   twojej   sile   -   i,   na   Boga, 

naprawdę ją masz - a ty odparłeś wtedy: „Jestem drogą i wędrowcem i 

każdym żaglem na morzu”. Miałeś rację. Ponieważ masz w sobie drogę. 

Nie, nawet więcej, w jakiś sposób - nie umiem tego wytłumaczyć - sam 

jesteś   drogą.   Żyjesz   na   pograniczu,   gdzie   iluzja   spotyka   się   z 

rzeczywistością, na drodze, która jest tobą.

Jesteś  plecakami  i  furgonetką   o  imieniu  Harry  i  odrzutowcem do 

Azji. I chcę, żebyś taki właśnie był. Jeśli twoja gałąź ewolucji, tak jak 

twierdzisz,   obumiera,   pragnę,   żebyś   był   najwspanialszym   jej 

zakończeniem. Nie jestem pewna, czy mógłbyś tego dokonać ze mną u 

boku. Musisz wiedzieć, że kocham cię za bardzo, by powstrzymać choć na 

chwilę. Ponieważ to oznaczałoby zabić dzikie, wspaniałe zwierzę, które 

jest w tobie, a wtedy umarłaby cała twoja moc.

background image

Chciał coś powiedzieć, ale Franceska powstrzymała go.

- Robercie, posłuchaj mnie. Jeśli mnie obejmiesz, poprowadzisz do 

swojego samochodu i zmusisz do wyjazdu, nie sprzeciwię się ani słowem. 

Wystarczy, że mi to powiesz. Ale nie sądzę, byś to zrobił. Jesteś na to zbyt 

wrażliwy, zbyt świadomy moich uczuć. A ja czuję, że odpowiadam za to, 

co się dzieje w moim domu.

Wiem, moje życie tutaj jest nudne. Brak w nim romansu, erotyki, 

tańca   przy   świecach   i   cudownego   mężczyzny,   który   wie,   jak   kochać 

kobietę. A najbardziej brakuje w nim ciebie. A jednak istnieje ta cholerna 

odpowiedzialność. Za męża i za dzieci. Samo moje odejście, brak mojej 

fizycznej   obecności,   może   być   zbyt   trudne   dla   Richarda.   Może   go 

zniszczyć.

A co więcej, i to jest chyba jeszcze gorsze, musiałby spędzić resztę 

życia pomiędzy ludźmi szepczącymi za jego plecami: „Patrzcie, to Richard 

Johnson.   Kilka   lat   temu   jego   gorąca   włoska   żonka   zwiała   z   jakimś 

długowłosym fotoreporterem”. Richard bardzo by cierpiał. Dzieci też do 

końca   spędzonych   tutaj   dni   słyszałyby   śmiechy   za   plecami.   Dla   nich 

również byłoby to bolesne. I znienawidziłyby mnie.

Więc choć tak bardzo cię pożądam i pragnę być z tobą, a nawet być 

częścią  ciebie,  nie  potrafię  odwrócić  się  plecami  do obowiązków.  Jeśli 

zmusisz mnie fizycznie czy psychicznie, żebym z tobą odeszła, nie zdołam 

walczyć. Nie miałabym sił pokonać własnych uczuć do ciebie. Wbrew 

temu, co powiedziałam, poszłabym za tobą, ponieważ właśnie tego pragnę.

Ale   proszę,   nie   zmuszaj   mnie.   Nie   każ   mi   zapominać   o 

odpowiedzialności. Nie mogłabym tego zrobić i żyć spokojnie dalej. Jeśli 

odejdę teraz z tobą, przestanę być kobietą, którą pokochałeś.

background image

Robert   Kincaid   milczał.   Rozumiał   wszystko,   co   powiedziała   o 

drodze i odpowiedzialności, i o tym, jak poczucie winy by ją odmieniło. 

Wiedział, że właściwie miała rację. Patrząc w okno, walczył z samym sobą 

i próbował zrozumieć jej uczucia. Franceska rozpłakała się.

Potem przez długi czas siedzieli, obejmując się.

- Chcę coś ci wyznać - wyszeptał. - Nigdy już tego nie powiem ani 

tobie,   ani   nikomu   innemu   i   proszę,   żebyś   to   zapamiętała:   w   świecie 

dwuznaczności taka pewność uczuć przychodzi tylko raz. Nie powtórzy 

się, choćbyś żyła nie wiem jak długo.

Tej nocy, czwartkowej nocy, kochali się znowu, a potem leżeli do 

samego   świtu,   tuląc   się   i   szepcząc   słowa   miłości.   Wreszcie   Franceska 

usnęła. Obudziła się, gdy słońce stało wysoko i było już bardzo gorąco. 

Usłyszawszy trzaśniecie drzwi Harry’ego, zerwała się i narzuciła na siebie 

jakieś ubranie.

Kiedy zeszła na dół, Robert siedział przy stole, paląc papierosa. Na 

kuchence pyrkała kawa. Przywitał Franceskę uśmiechem. Przeszła przez 

kuchnię   i   wtuliła   twarz   w   jego   szyję,   zanurzyła   dłonie   we   włosach,   a 

potem oplotła go rękami w pasie. Obrócił ją, posadził sobie na kolanach i 

przytulił. Siedzieli tak przez jakiś czas w uścisku.

Wreszcie podniósł się. Miał na sobie stare dżinsy z pomarańczowymi 

szelkami   na   czystej   koszuli.   Jego   buty   były   starannie   zasznurowane,   a 

szwajcarski   scyzoryk   tkwił   przy   pasku.   Na   oparciu   krzesła   wisiała 

kamizelka, z kieszonki wystawał jakiś przewód. Kowboj szykował się do 

drogi.

- Lepiej już sobie pójdę.

Skinęła głową i rozpłakała się. W jego oczach także widziała łzy, 

background image

choć próbował się uśmiechnąć.

-   Czy   mogę   do   ciebie   od   czasu   do   czasu   napisać?   Chciałbym  ci 

wysłać zdjęcie czy dwa.

-   Możesz   -   odpowiedziała   Franceska,   wycierając   oczy   ściereczką 

wiszącą na drzwiach kredensu. - Jeśli nie będzie się to zdarzać zbyt często, 

jakoś się wytłumaczę, dlaczego dostaję przesyłki od fotografa-hipisa.

- Masz na pewno mój waszyngtoński adres i telefon? - upewniał się.

Skinęła głową.

-   Gdyby   mnie   nie   było,   możesz   dzwonić   do   biura   „National 

Geographic”.   Zapiszę   ci   numer.   -   Zanotował   go   na   kartce   w   notesie, 

wyrwał ją i wręczył Francesce.

-   Zresztą   numer   biura   zawsze   możesz   znaleźć.   Pytaj   o   redakcję. 

Zazwyczaj wiedzą, gdzie mnie szukać. Francesko, gdybyś się chciała ze 

mną zobaczyć, nie wahaj się. Dzwoń na erkę, wtedy twój rachunek nie 

będzie obciążony. Gdziekolwiek będę, zjawię się u ciebie w ciągu kilku 

dni. Zastanów się nad tym, co powiedziałem. Mogę przyjechać, wszystko 

załatwić i zabrać cię ze sobą na północ.

Franceska milczała. Wiedziała, że tak właśnie mogłoby się stać. Bez 

trudu wszystko by załatwił. Choć Richard był młodszy od niego o pięć lat, 

nie dorównywał ani fizycznie, ani umysłowo Robertowi Kincaidowi.

Włożył kamizelkę. Czuła, jak wszystkie rozsądne, poukładane myśli 

gdzieś czmychają. Coś w niej krzyczało: „Nie odchodź, Robercie”.

Wziął ją za rękę i wyszli na werandę. Ruszyli w stronę furgonetki. 

Otworzył drzwi po stronie kierowcy, oparł stopę na progu, potem cofnął 

się i tulił Franceskę przez kilka minut. Żadne z nich nic nie mówiło, po 

prostu stali, zapamiętując uczucia, które przekazywali i odbierali. Żeby 

background image

stały się nie do zmazania.

Wreszcie puścił ją i wsiadł do furgonetki. Po policzkach płynęły mu 

łzy. Powoli zamknął drzwi, zawiasy  skrzypnęły. Harry, jak zwykle, nie 

miał ochoty zastartować. Robert naciskał nogą na pedał gazu i w końcu 

stary silnik zaczął pracować równo.

Spojrzał przed siebie i nagle uśmiechnął się.

- Sama rozumiesz, droga już mnie wzywa. W przyszłym miesiącu 

będę na południu Indii. Chcesz, żebym ci przysłał kartkę?

Nie mogła wykrztusić ani słowa, tylko pokręciła przecząco głową. 

To byłoby zbyt wiele dla Richarda. Wiedziała, że Robert zrozumie.

Wycofywał samochód, żwir skrzypiał, kurczaki umykały spod kół. 

Jack zagonił jednego szczekaniem do szopy na narzędzia.

Robert   Kincaid   pomachał   do   Franceski   przez   otwarte   okno. 

Zobaczyła   refleks   słońca   na   srebrnej   bransoletce.   Dwa   odpięte   górne 

guziki koszuli.

Skręcił z podjazdu na drogę. Franceska wycierała oczy, starając się 

coś  zobaczyć,  ale   przeszkadzały   jej   małe   tęcze   w  pryzmatach   łez.  Tak 

samo jak pierwszego wieczoru, kiedy się spotkali, podbiegła do podjazdu i 

wpatrywała   się   w   odjeżdżający   samochód,   który   podskakiwał   na 

wybojach. A Robert obserwował w lusterku jej coraz mniejszą postać.

Zatrzymał samochód, który rozgrzewał się na słońcu. Żadne z nich 

dwojga nie poruszyło się. Już wcześniej powiedzieli sobie do widzenia. Po 

prostu patrzyli na siebie - żona farmera z Iowy i mężczyzna, ostatni z 

pewnej gałęzi ewolucji. Ostatni kowboj. Stał tak dobre pół minuty, przed 

jego wzrokiem fotografa nie umknął żaden szczegół. To były obrazy dla 

niego, pozostaną z nim na zawsze.

background image

Wrzucił bieg i skręcił w drogę do Winterset. Po jego twarzy znowu 

płynęły łzy. Zanim drzewa wyłaniające się na północno-zachodnim skraju 

farmy przesłoniły mu widok, odwrócił się na chwilę. Zobaczył Franceskę 

siedzącą po turecku w miejscu, gdzie droga skręcała w podjazd, z głową 

wspartą na dłoniach.

***

Richard wrócił z dziećmi tuż przed zmrokiem. Przywieźli ze sobą 

mnóstwo opowieści i nagrodę, którą zdobył wół, zanim oddano go na rzeź. 

Carolyn natychmiast uczepiła się telefonu. Michael pojechał pikapem do 

miasta,   żeby   robić   to,   co   zazwyczaj   siedemnastoletni   chłopcy   robią   w 

piątkowe   wieczory   -   włóczyć   się   po   skwerze,   rozmawiać   i   zaczepiać 

dziewczyny. Richard włączył telewizor, oznajmiając Francesce, że chleb z 

masłem  i   klonowym  syropem,   który   właśnie   pochłaniał,   jest   po   prostu 

palce lizać.

Usiadła na bujającej ławce na werandzie od frontu. Richard dołączył 

do niej około dziesiątej, po zakończeniu programu.

Przeciągnął się.

- Dobrze być znowu w domu - powiedział. Potem spojrzał na żonę. - 

Frannie, wszystko w porządku? Wyglądasz na zmęczoną albo rozmarzoną 

czy coś w tym rodzaju.

- Wszystko w porządku, Richardzie. Cieszę się, że wróciłeś cały i 

zdrów.

- No, zbieram się. To był długi tydzień, jestem wykończony. Idziesz 

spać, Frannie?

- Jeszcze nie. Taki miły wieczór, myślę, że chwilę posiedzę. - Padała 

background image

z nóg, ale jednocześnie bała się, że Richardowi może przyjść chętka na 

seks. Tej nocy nie potrafiła nawet wyobrazić sobie, że mogłaby pójść z 

nim do łóżka.

Słyszała, jak kręci się po sypialni. Kołysała się na ławce, odpychając 

bosymi stopami od podłogi, zza domu dolatywała muzyka z radia Carolyn.

Przez następne parę dni unikała miasteczka, świadoma, że Robert 

Kincaid znajduje się gdzieś niedaleko. Uczciwie mówiąc, bała się, że gdy 

go   zobaczy,   nic   jej   już   nie   powstrzyma.   Mogła   podbiec   do   niego   i 

powiedzieć:

- Teraz. Musimy odjechać teraz.

Oparła się pokusie spotkania z nim przy Cedrowym Moście. Teraz 

takie spotkanie byłoby bardzo ryzykowne.

We wtorek musiała się jednak wybrać po zakupy. Richard pojechał 

razem z nią, bo potrzebne mu były jakieś części do kombajnu. Dzień był 

zimny jak na sierpień, padał deszcz i wszystko spowijała lekka mgła.

Richard szybko załatwił swoje sprawy, a potem poszedł do kawiarni 

na kawę i męską pogawędkę, a Franceska jeszcze robiła zakupy. Czekał 

już   na   nią   pod   sklepem,   gdy   wróciła   ze   sprawunkami.   Wyskoczył   z 

furgonetki w swojej czapce baseballisty i pomógł zapakować bagaże do 

forda.   Na   tylne   siedzenie   i   przy   nogach.   Pomyślała   o   statywach   i 

plecakach.

- Muszę jeszcze wrócić do sklepu z częściami. Zapomniałem o jednej 

rzeczy, która może mi być potrzebna.

Pojechali na północ drogą 169, która przechodziła w główną ulicę 

Winterset.   Za   następną   przecznicą   na   południe   od   stacji   benzynowej 

Texaco zobaczyła Harry’ego, który właśnie odjeżdżał od pomp i skręcał w 

background image

drogę przed nimi.

Znaleźli się tuż za starą furgonetką Kincaida. Z wysokiego siedzenia 

w   fordzie   widziała   czarny   zwinięty   brezent   i   gitarę   w   pokrowcu   obok 

zapasowego   koła,   leżącego   płasko   z   tyłu.   Tylna   szyba   była   mokra   od 

deszczu,   ale   mogła   dostrzec   zarys   głowy   Roberta.   Pochylił   się,   jakby 

wyjmując   coś  ze   schowka.   Osiem   dni   temu   przy   tym  pochyleniu   jego 

ramię musnęło jej nogę. Tydzień temu pojechała do Des Moines, żeby 

kupić różową sukienkę.

- Ktoś z daleka - zauważył Richard. - Ze stanu Waszyngton. Chyba 

kobieta   za   kierownicą,   takie   długie   włosy.   Chociaż   to   może   być   ten 

fotoreporter, o którym mówili w kawiarni.

Jechali za Robertem Kincaidem jeszcze dobry kawałek, do miejsca, 

gdzie 169. przecinała się z 92. prowadzącą ze wschodu na zachód. To było 

trudne skrzyżowanie, bez świateł, za to z ciągłym ruchem ze wszystkich 

kierunków, a przy deszczu i mgle bardziej niebezpieczne niż zwykle.

Stali   tam   jakieś   dwadzieścia   sekund.   On   z   przodu,   zaledwie 

kilkanaście kroków od niej. Jeszcze mogła to zrobić. Wyskoczyć z forda, 

dobiec do drzwiczek Harry’ego, usiąść między plecakami, chłodziarką i 

statywem.

Robert   Kincaid   odjechał   z   jej   życia   w   ostatni   piątek.   Cały   czas 

wiedziała, jak wiele dla niej znaczy, nie doceniała jednak swoich uczuć. 

Dopiero w tej chwili zaczęło  do niej docierać to,  co on zrozumiał już 

wcześniej.

Ale   siedziała   jak   zaklęta   w   kamień,   sparaliżowana   poczuciem 

odpowiedzialności, wpatrując się w tylną szybę uważniej niż kiedykolwiek 

patrzyła na cokolwiek w swoim życiu. Lewy migacz furgonetki pokazał 

background image

kierunek,   w   jakim   miała   skręcić.   Za   chwilę   odjedzie.   Richard   szukał 

jakiejś stacji w radiu.

Franceska widziała wszystko jak na zwolnionym filmie, jakby umysł 

płatał jej figle. Przyszła kolej na Roberta i... powoli... bardzo powoli... 

wjechał Harrym na skrzyżowanie. Wyobraziła sobie, jak jego długie nogi 

naciskają pedał sprzęgła i gazu, mięśnie na prawym ramieniu napinają się, 

kiedy przesuwa gałkę dźwigni biegów. Skręcał w kierunku szosy, która 

prowadziła   do   Council   Bluffs   i   Black   Hills...   jakże   wolno   furgonetka 

przejeżdżała przez skrzyżowanie, kierując się na północny zachód...

Łzy przesłaniały jej widok, ledwo mogła odczytać czerwone słowa 

na boku samochodu: Kincaid - fotoreporter, Bellingham, Waszyngton.

Zauważyła, że odkręcił w dół szybę, żeby lepiej widzieć na zakręcie. 

Wiatr rozwiewał mu włosy, kiedy przyśpieszył, kierując się na zachód.

O   Chryste...   Jezu   Chryste   Wszechmogący...   nie!   Coś   w   niej 

krzyczało. Myliłam się, Robercie, nie powinnam tu zostawać, ale przecież 

nie mogę odejść... Jeszcze raz ci to wytłumaczę... dlaczego nie mogę iść z 

tobą... A ty jeszcze raz mi powiesz, dlaczego powinnam.

I usłyszała jego głos jakby nadlatujący od autostrady: „W świecie 

dwuznaczności taka pewność uczuć przychodzi tylko raz. Nie powtórzy 

się, choćbyś żyła nie wiem jak długo”.

Richard   przejechał   przez   skrzyżowanie,   kierując   się   na   północ. 

Musiała odwrócić się w jego stronę, żeby jeszcze raz spojrzeć poprzez 

mgłę i deszcz na znikające w oddali światła Harry’ego. Stary chevrolet 

wyglądał   tak   niepozornie   na   tle   mijającej   go   ciężarówki;   spod   jej   kół 

fontanna wody oblewała ostatniego kowboja.

- Żegnaj, Robercie - wyszeptała w duchu i zaczęła płakać zupełnie 

background image

otwarcie.

Richard spojrzał na nią.

- Co się dzieje, Frannie? Czy mogłabyś mi z łaski swojej powiedzieć, 

o co chodzi?

- Za chwilę się uspokoję, Richardzie. Za kilka minut wszystko będzie 

jak należy.

Włączył   wiadomości   z   giełdy   trzody   chlewnej,   spojrzał   na   nią   i 

potrząsnął głową.

background image

Popioły

W   Madison   County   zapadła   noc.   Był   rok   1987,   sześćdziesiąte 

siódme urodziny Franceski. Od dwóch godzin leżała w łóżku. Widziała, 

czuła i słyszała wszystko, co zdarzyło się dwadzieścia dwa lata wcześniej.

Każdy okruch wspomnień obracała w pamięci po kilka razy. Obraz 

czerwonych   świateł,   które   znikały   na   drodze   prowadzącej   na   zachód, 

wstrząsnął nią silniej niż dwadzieścia lat temu. Dotknęła piersi i poczuła 

mocne   bicie   własnego   serca.   Boże,   tak   bardzo   go   kochała.   Już   wtedy 

kochała go bardziej, niż sądziła, że to w ogóle możliwe, a teraz kochała go 

jeszcze mocniej. Zrobiłaby dla niego wszystko poza zniszczeniem swej 

rodziny, i - być może - jego samego.

Zeszła na dół po schodach i usiadła przy starym stole. Oparła łokcie 

na żółtym plastiku. Richard kupił nowy blat, uparł się, żeby to zrobić. Ale 

ona   poprosiła,   żeby   stary   schować   do   szopy,   i   zanim   go   odstawiono, 

owinęła go starannie w worek.

- Nie rozumiem, czemu jesteś tak przywiązana do tego starego stołu - 

narzekał   mąż,   kiedy   pomagał   dźwigać   ten   ciężar.   Po   śmierci   Richarda 

Michael przyniósł stary blat z powrotem do domu, ale nigdy nie pytał, 

dlaczego   matka   woli   ten   od   nowszego.   Tylko   spojrzał   na   nią   z 

zaciekawieniem. Nic nie powiedziała.

Teraz   siedziała   przy   tym  stole.   Potem   podniosła   się,   podeszła   do 

kredensu i wyjęła dwie białe świece w małych mosiężnych lichtarzykach. 

Zapaliła   je,   włączyła   radio   i   powoli   szukała   na   skali   stacji   nadającej 

muzykę country.

background image

Przez długi czas stała oparta o zlew, z głową uniesioną nieco w górę, 

i mając przed oczami twarz kochanka szeptała:

- Pamiętam cię, Robercie Kincaid. Może miałeś wtedy rację. Może 

byłeś tym ostatnim. Może kowboje już wymierają.

Do   śmierci   Richarda   nigdy   nie   próbowała   skontaktować   się   z 

fotografikiem, chociaż nie było dnia, żeby o tym nie myślała. Była pewna, 

że  gdy   tylko  usłyszy   jego  głos,   pójdzie   za  nim.   Była  także   pewna,  że 

gdyby   napisała   do   niego,   on   by   po   nią   przyjechał.  Wystarczyło   zrobić 

jeden mały kroczek. On również, od kiedy przysłał jej paczkę ze zdjęciami 

i maszynopis, nie odezwał się więcej. Wiedziała, że rozumie i jej uczucia, i 

problemy, które mógł na nią sprowadzić.

Zaprenumerowała „National Geographic” we wrześniu 1965 roku. 

Artykuł   o   krytych   mostach   ukazał   się   kilkanaście   miesięcy   później   i 

znalazło się w nim zdjęcie Mostu Rosemana o ciepłym brzasku tego ranka, 

kiedy   Robert   znalazł   wiadomość   od   niej.   Na   okładce   pisma   widniało 

zdjęcie Górskiego Grzbietu. Robert był również autorem tekstu.

Na odwrocie pisma prezentowano niekiedy autorów i fotografików, 

zdarzało się również, że zamieszczano ich zdjęcia. Kilka razy pojawiła się 

tam podobizna Kincaida. Te same srebrne włosy, bransoletka, spłowiałe 

dżinsy lub spodnie khaki, aparat przewieszony przez ramię. W Kalahari, 

na murach Jaipur w Indii, w kanoe na jednej z gwatemalskich rzek, w 

północnej Kanadzie. Droga i kowboj.

Wycinała zdjęcia i trzymała je w kopercie razem z egzemplarzem, w 

którym   zamieszczono   artykuł   o   mostach,   dwiema   fotografiami   i   jego 

listem. Schowała kopertę w szufladzie pod bielizną, w miejscu, do którego 

Richard nigdy nie zaglądał. I obserwując tak Roberta przez lata, jakby z 

background image

odległości, widziała, że się starzeje.

Uśmiech   był   wciąż   ten   sam,   a   nawet   ciało   pozostało   szczupłe   i 

dobrze   umięśnione.  Ale   zauważała   też   zmarszczki   wokół   oczu,   lekkie 

pochylenie ramion, coraz bardziej obwisłe policzki. Widziała. Przyglądała 

się   temu   ciału   uważniej,   niż   czemukolwiek   w   życiu,   uważniej   niż 

własnemu   ciału.   Świadomość,   że   przybywa   mu   lat,   wyzwalała   w   niej 

jeszcze większą tęsknotę. Podejrzewała - nie, była pewna - że pozostał 

samotny. Nie myliła się.

W  kręgu   światła   świec   rozłożyła   zdjęcia.   Patrzył   na   nią   z   wielu 

różnych miejsc świata. Jej wzrok spoczął wreszcie na szczególnym zdjęciu 

zamieszczonym   w   egzemplarzu   z   1967   roku.   Stał   nad   rzeką   we 

wschodniej Afryce, twarzą do aparatu, pochylony, jakby właśnie miał coś 

fotografować.

Kiedy pierwszy raz zobaczyła to zdjęcie, całe lata temu, dostrzegła, 

że   na   srebrnym   łańcuszku,   który   zawsze   nosił   na   szyi,   wisi   medalion. 

Michael   nie   mieszkał   już   wtedy   z   nimi,   wyjechał   na   studia.   Ledwie 

Richard i Carolyn poszli do łóżek, Franceska znalazła w pokoju syna szkło 

powiększające, którego używał kiedyś, gdy jako chłopiec pasjonował się 

zbieraniem znaczków. Obejrzała zdjęcie pod lupą. „O Boże” - szepnęła. 

Na medalionie widniało jej imię. Była to niewielka niedyskrecja, od razu 

mu   ją   wybaczyła   z   uśmiechem.   Potem   już   na   wszystkich   fotografiach 

widziała ten sam medalion.

Po 1975 roku jego zdjęcia przestały się pojawiać. Nazwisko także 

znikło   ze   spisu   treści.   Szukała   w   każdym   kolejnym   numerze,   lecz   na 

próżno. Tego roku powinien skończyć sześćdziesiąt dwa lata.

Richard zmarł w 1979 roku. Po pogrzebie i wyjeździe dzieci do ich 

background image

własnych domów, powróciła myśl, by  zadzwonić do Roberta Kincaida. 

Miał sześćdziesiąt sześć lat, ona pięćdziesiąt dziewięć. Zostało im jeszcze 

trochę   czasu,   chociaż   stracili   czternaście   lat.   Zastanawiała   się   przez 

tydzień.  Wreszcie   wyjęła   list,   gdzie   w   nagłówku   był   numer   telefonu   i 

wykręciła go.

Gdy rozległ się sygnał, jej serce o mało nie stanęło. Ktoś podniósł 

słuchawkę i Franceska już miała rzucić swoją na widełki, kiedy odezwał 

się kobiecy głos:

- McGregor, ubezpieczenia.

Osunęła   się   na   krzesło,   ale   udało   jej   się   zapytać   sekretarkę,   czy 

zadzwoniła pod dobry numer. Okazało się, że tak. Franceska podziękowała 

i rozłączyła się.

Następnie   spróbowała   uzyskać   informację   w   biurze   numerów   w 

Bellingham w stanie Waszyngton. Nie mieli takiego nazwiska w spisie. 

Spróbowała w Seattle. Nic. Połączyła się z urzędem pocztowym najpierw 

w   Bellingham   i   potem   w   Seattle.   Poprosiła   o   sprawdzenie   książek 

adresowych. Tam również go nie znaleźli. Wtedy zrozumiała, że mógł być 

gdziekolwiek, nawet w najbardziej odległym zakątku świata.

Przypomniała   sobie   o   „National   Geographic”.   Powiedział,   że   tam 

zawsze   można   go   szukać.   Recepcjonistka   była   bardzo   grzeczna,   lecz 

pracowała  od niedawna  i musiała  znaleźć  kogoś,  kto  by   mógł  udzielić 

Francesce odpowiedzi. Połączenie trzykrotnie przerywano zanim udało jej 

się porozmawiać z redaktorem zatrudnionym w piśmie od dwudziestu lat. 

Zapytała go o Roberta Kincaida.

Oczywiście, że go pamiętał.

- Usiłuje go pani zlokalizować, tak? Był z niego kawał piekielnego 

background image

fotografa, jeśli wybaczy pani to słowo. Kłótliwy, chociaż nigdy nikomu nie 

dokuczał. Uparty. Chodziło mu o sztukę dla sztuki, a to nie każdemu tutaj 

pasowało. Nasi szefowie wolą śliczne obrazki, zgrabne zdjątka, ale nic 

szalonego.

Zawsze   mówiliśmy,   że   Kincaid   jest   jakiś   dziwny.   Poza   pracą   nie 

utrzymywał z nami żadnych kontaktów towarzyskich. Ale to prawdziwy 

zawodowiec. Można go było wysłać wszędzie i nieodmiennie przysłał to, 

co   trzeba,   chociaż   prawie   nigdy   nie   zgadzał   się   z   decyzjami   naszych 

szefów. A wracając do tematu, muszę pani powiedzieć, że przez cały czas, 

kiedy rozmawiamy, sprawdzam papiery. Odszedł z pisma w 1975 roku. 

Adres i numer telefonu, który ja tutaj mam... - powtórzył informacje, które 

Franceska  już  znała.  Po tej rozmowie  zaprzestała  poszukiwań, głównie 

dlatego, że bała się tego, co może odkryć.

Żyła   z   dnia   na   dzień,   tylko   coraz   więcej   rozmyślała   o   Robercie 

Kincaidzie. Wciąż jeszcze prowadziła samochód, więc kilka razy do roku 

jeździła   do   Des  Moines   na   lunch   w   tej   samej   restauracji,   do   której   ją 

kiedyś zabrał. Podczas jednej z takich wypraw kupiła zeszyt w skórzanej 

oprawie.   Na   białych   kartkach   zaczęła   spisywać   równym,   starannym 

pismem   swą   przygodę   miłosną   i   wszystkie   swoje   przemyślenia   na   ten 

temat. Dopiero gdy zapisała trzy zeszyty, uznała zadanie za zakończone.

W   Winterset   działo   się   coraz   lepiej.   Powstał   dość   aktywny   klub 

popierania sztuki, którego członkami były głównie kobiety, od kilku lat 

toczyły   się   rozmowy   na   temat   odrestaurowania   starych   mostów.   Kilka 

młodych,   interesujących   rodzin   zbudowało   sobie   domy   na   wzgórzu. 

Zwyczaje   się   rozluźniły,   ktoś   o   długich   włosach   nie   przyciągał   już 

zgorszonych   spojrzeń,   chociaż   nadal   trudno   było   natknąć   się   na 

background image

mężczyznę w sandałach, a poeci zdarzali się jeszcze rzadziej.

Mimo to wyłączyła się prawie zupełnie z miejscowej społeczności, 

zaprzyjaźniona tylko z kilkoma kobietami. Ludzie to zauważyli. Nie uszło 

również   ich   uwagi,   że   często   widuje   się   ją   na   Moście   Rosemana   albo 

Cedrowym.   Na   starość   człowiek   dziwaczeje,   orzekli   zadowoleni,   że 

znaleźli wyjaśnienie.

Drugiego   lutego   1982   roku   na   dróżkę   prowadzącą   do   jej   domu 

wtoczyła się pocztowa ciężarówka. Franceska nie przypominała sobie, by 

cokolwiek zamawiała. Zdziwiona podpisała kwit odbioru, spoglądając na 

wyraźnie napisany własny adres. Nadawcą była firma prawnicza w Seattle.

Paczka   była   bardzo   starannie   zapakowana   w   kilka   papierów. 

Franceska   położyła   ją   na   kuchennym   stole   i   uważnie   rozpakowała.  W 

kartonie wypełnionym kulkami styropianu znajdowały  się trzy pudełka. 

Do pierwszego przymocowano niewielką miękką paczuszkę. Do drugiego 

pudełka przyklejono urzędową kopertę z adresem zwrotnym prawniczej 

firmy. To po nią sięgnęła najpierw. Rozrywała papier drżącymi rękami.

25 styczeń, 1982

Pani Franceska Johnson

RR2

Winterset, IA 50273

Szanowna Pani Johnson,

Reprezentujemy  niejakiego  Roberta  L. Kincaida,  który  odszedł  od  

nas na zawsze...

List wypadł z rąk Franceski na blat stołu. Na dworze wiatr niósł 

background image

przez   pola   gęste   płaty   śniegu.   Wpatrywała   się,   jak   przelatywały   nad 

ścierniskiem, niosąc ze sobą źdźbła, które nie mogły się przedrzeć przez 

ogrodzenie i osiadały na nim. Przeczytała jeszcze raz:

Reprezentujemy  niejakiego  Roberta  L. Kincaida,  który  odszedł  od  

nas na zawsze...

- Och, Robercie... nie - szepnęła i ukryła twarz w dłoniach.

Udało jej się wrócić do czytania godzinę później. Oficjalny język 

prawniczy, precyzja słów wyprowadzały ją z równowagi.

Reprezentujemy...

Adwokat wypełniający obowiązki wobec klienta.

A cała ta magia, ten lampart, który spłynął na ogonie komety, szaman 

wpatrujący się w Most Rosemana w upalny sierpniowy dzień, mężczyzna, 

który   stał   na   stopniu   samochodu   o   imieniu   Harry   i   patrzył   na   nią 

umierającą w kurzu dróżki, która wiodła na farmę w stanie Iowa - gdzie 

się to wszystko podziało?

Ten   list   powinien   mieć   tysiąc   stron.   Powinny   się   w   nim   znaleźć 

słowa   o   końcu   gałęzi   ewolucji   i   utracie   swobodnej   przestrzeni,   o 

kowbojach zmagających się z siłą wiatru niby źdźbła zboża., które próbują 

się przedrzeć na drugą stronę ogrodzenia.

Jedyny testament, jaki po sobie pozostawił, nosił datę 8 lipca 1967.  

Znalazła   się   tam   instrukcja,   by   przekazać   Pani   załączone   przedmioty.  

background image

Otrzymaliśmy   polecenie,   żeby   je   spalić,   gdyby   nie   udało   się   Pani  

odszukać.

Do jednego z pudeł dołączyliśmy również list. Pan Kincaid zostawił  

go u nas w 1978 roku i zakleił kopertę, która do dziś nie została otwarta.

Ciało pana Kincaida poddano kremacji. Zgodnie z jego życzeniem  

nie   postawiono   nigdzie   tablicy   z   jego   nazwiskiem.   Prochy   zostały  

rozrzucone, także na jego życzenie, w naszej obecności, w pobliżu Pani  

domu. W miejscu o nazwie Most Rosemana.

Gdybyśmy mogli być Pani w czymś pomocni, prosimy bez wahania  

się z nami kontaktować.

Pozostajemy z szacunkiem 

Allen B. Quippen, adwokat

Udało  się  jej  jakoś  uspokoić  oddech,  otarła  oczy   i  zabrała  się  za 

rozpakowywanie małej, pękatej koperty.

Wiedziała, co w niej znajdzie. Była tego tak samo pewna, jak tego, 

że znowu nadejdzie wiosna. Otworzyła ją ostrożnie i sięgnęła do środka. 

Wyjęła srebrny łańcuszek. Na medalionie widniało jej imię. Po drugiej 

stronie   wyryto   maleńkimi   literami:   „Kto   to   znajdzie,   niech   prześle 

Francesce Johnson, RR2, Winterset, Iowa, USA”.

Na dnie koperty znalazła zawiniętą w bibułkę srebrną bransoletkę i 

kawałek papieru. Poznała własne pismo:

Gdybyś miał ochotę  na następną  kolację  w miejscu,  gdzie  wiruje  

biała ćma, przyjdź wieczorem, kiedy już skończysz pracę. Wszystko jedno o  

której.

background image

Wiadomość zostawiona przez nią na Moście Rosemana. Nawet tę 

kartkę zachował.

Wtedy   uzmysłowiła   sobie,   że   to   była   jedyna   rzecz,   którą   od   niej 

otrzymał,   jedyny   dowód,   że   istniała,   poza   nieuchwytnymi  obrazami   na 

blaknącej emulsji filmu. Skrawek papieru z Mostu Rosemana. Przetarty i 

pognieciony.

Zastanawiała się, ile razy odczytywał jej liścik przez te wszystkie 

lata, gdy był daleko od - wzgórz nad rzeką Middle. Wyobrażała go sobie, 

jak siedzi z kartką w świetle lampki w lecącym gdzieś odrzutowcu albo 

czyta ją na podłodze bambusowej chatki przy latarce. Widziała, jak składa 

karteczkę, by schować ją przed deszczem nocą w Bellingham, a potem 

spogląda   na   fotografię   kobiety   opartej   o   płot   w   letni   poranek   lub 

wychodzącej z cienia pod dachem mostu w blask słońca.

W   trzech   pudłach   znajdowały   się   aparaty   i   dodatkowo   po   kilka 

obiektywów.   Były   dość   sponiewierane.   Wyjęła   jeden   i   oglądała   go, 

obracając w dłoniach. Znalazła napis „Nikon”, a trochę wyżej literkę „F”. 

To był ten sam aparat, który podała mu na Cedrowym Moście.

Na koniec otworzyła list od Roberta. Napisany był odręcznie na jego 

papierze listowym i nosił datę 16 sierpnia 1978 roku.

Kochana Francesko

Mam   nadzieję,   że   ten   list   do   ciebie   dotrze.   Nie   wiem,   kiedy   go  

otrzymasz. Mnie już nie będzie. Mam teraz sześćdziesiąt pięć lat, a dzisiaj  

mija trzynaście lat od dnia naszego spotkania, gdy podjechałem pod twój  

dom zapytać o drogę.

background image

Wysyłając  tę  paczkę  ryzykuję,  że  napytam ci biedy.  Ale  nie  mogę  

znieść   myśli,   że   moje   aparaty   skończą   w   jakimś   sklepie   z   używanym  

sprzętem lub w rękach obcej mi osoby. Kiedy je dostaniesz, będą już w  

całkiem kiepskim stanie. Ale poza tobą nie mam nikogo, komu mógłbym je  

dać. Przepraszam, że narażam cię na kłopoty, przekazując je tobie.

Między   rokiem   sześćdziesiątym   piątym   a   siedemdziesiątym   piątym  

właściwie cały czas byłem w drodze. W ten sposób walczyłem z pokusą,  

która towarzyszyła mi w każdym momencie mojego życia, by do ciebie  

zadzwonić   lub   przyjechać.   Dlatego   brałem   wszystkie   zlecenia,   dzięki  

którym   mogłem   się   znaleźć   jak   najdalej   od   ciebie.   Zdarzało   się,   i   to  

całkiem często, że mówiłem sobie: „Do diabła z tym. Jadę do Winterset  

zabrać Franceskę. Potem będę za to płacił”.

Ale zawsze przypominałem sobie twoje słowa i musiałem uszanować  

twoje   uczucia.   Może   miałaś   rację.   Ja   tego   po   prostu   nie   wiem.   Jedno  

wiem;   nigdy   nie   było   i   nie   będzie   dla   mnie   nic   trudniejszego,   niż  

odjechanie   bez   ciebie   w   tamten   piątkowy   poranek.   Prawdę   mówiąc,  

wątpię, czy wielu jest mężczyzn, którzy podjęli równie trudną decyzję.

Rzuciłem   „National  Geographic”   w  1975   i  poświęciłem   się   tylko  

takim zdjęciom, na jakie miałem ochotę. Tu i ówdzie podejmowałem się  

drobnych zleceń, przeważnie dla regionalnej prasy. Z pieniędzmi było dość  

krucho, ale dałem sobie radę. Jak zawsze.

Robię zdjęcia okolic zatoki Puget Sound. Podoba mi się tutaj. Ludzie  

na starość dobrze się czują w pobliżu wody.

I mam teraz psa, golden retrievera. Nazwałem go Strad i zabieram  

go   wszędzie   ze   sobą.   Zawsze   wystawia   głowę   przez   okno,   wypatrując  

ciekawych widoków.

background image

W1972   roku   spadłem   ze   skarpy   w   parku   narodowym   Arkadia.  

Złamałem   nogę   w   kostce.   Wtedy   też   zerwał   mi   się   łańcuszek   i   spadł  

medalion. Na szczęście nie potoczyły się nigdzie daleko. Znalazłem je i  

jubiler zreperował łańcuszek.

Moje serce przysypał kurz. Nie umiem lepiej tego określić. Przed  

tobą  były   kobiety,   kilka  kobiet,  ale   po  tobie   już żadnej.   Nie  składałem  

świadomych ślubów czystości, po prostu nie jestem zainteresowany.

Kiedyś   obserwowałem   kanadyjskiego   gąsiora,   którego   partnerkę  

zastrzelili myśliwi. Ten gatunek łączy się w pary na całe życie. Gąsior  

całymi dniami pływał po jeziorze, jakby nie mogąc znieść swej samotności.  

Myślę, że jak na literacki smak analogia jest zbyt banalna, ale tak właśnie  

się czuję.

Kiedy wstaje mglisty poranek lub czerwone słońce topi się w wodzie  

na północnym zachodzie, staram się zgadywać, gdzie ty jesteś w tej chwili  

i co robisz. Nie wyobrażam sobie nic specjalnego - widzę cię, jak idziesz  

przez ogród, siadasz na ławce przed domem, opierasz się o zlew w kuchni.

Pamiętam wszystko. Twój zapach i to, że smakowałaś latem. Czuję  

twoją skórę przy mojej i słyszę twój szept, kiedy cię kochałem.

Robert   Penn   Warren   powiedział   kiedyś:   „świat,   który   wydaje   się  

opuszczony przez Boga”. Niezłe, i mniej więcej tak właśnie ja się czasami  

czuję. Ale nie mogę przez cały czas żyć wspomnieniami. Kiedy stają się  

zbyt dotkliwe, ładuję rzeczy w Harry’ego, zabieram Strada i ruszam w  

drogę.

Nie lubię użalać się nad sobą. To nie w moim stylu. I przez większość  

czasu nawet się tak nie czuję. Wręcz przeciwnie, jestem wdzięczny losowi,  

że pozwolił mi spotkać ciebie. Bo przecież mogliśmy się minąć jak dwa  

background image

odpryski kosmicznego pyłu.

Bóg czy wszechświat, czy jaką będziemy chcieli przydać etykietkę  

wielkiemu systemowi równowagi i porządku, nie uznaje układu Ziemia-

czas.   Dla   wszechświata   nie   istnieje   różnica   między   czterema   dniami   a  

czterema bilionami lat świetlnych. Staram się o tym nie zapominać.

Ale przecież jestem tylko człowiekiem. I żadne filozoficzne racje nie  

powstrzymują mnie od pragnienia ciebie każdego dnia, w każdej chwili  

nielitościwego czasu, czasu, którego nie mogę spędzić z tobą.

Kocham cię, głęboko i całkowicie. I zawsze będę kochał.

Ostatni kowboj

Robert

PS. Tego lata zmieniłem Harry’emu silnik i znowu sprawuje się jak  

młodzieniaszek.

Przesyłka nadeszła pięć lat temu. Przeglądanie zawartości stało się 

częścią urodzinowego rytuału Franceski. Trzymała aparaty, bransoletkę i 

łańcuszek z medalionem w specjalnej skrzyni w szafie. Miejscowy stolarz 

wykonał podzielone na części i wyściełane w środku pudło, według jej 

projektu, z orzechowego drewna.

- Niezłe cacko - powiedział.

Franceska tylko się uśmiechnęła.

Ostatnią częścią urodzinowego obrzędu było czytanie maszynopisu. 

Zostawiała   to   na   koniec   dnia,   tak   by   móc   robić   to   przy   zapalonych 

świecach. Przynosiła papiery z salonu, ostrożnie kładła na plastikowym 

blacie, tuż przy świecy, zapalała swego jedynego na rok papierosa, camela, 

piła łyk brandy i zaczynała czytać.

background image

Spadanie z Wymiaru Z

ROBERT KINCAID

Są stare wichry, których nadal nie rozumiem, choć już tak długo -  

wydaje się, że już całą wieczność - ujeżdżam ich grzbiety. Przeniosłem się  

w   Wymiar   Z.   Życie   toczy   się   gdzie   indziej,   w   innym   kawałku  

rzeczywistości,   równolegle   do   mnie.   Czuję   się   tak,   jakbym   z   rękami  w  

kieszeniach,   trochę   pochylony   do   przodu,   patrzył   na   nie   przez   okno  

wystawowe, stojąc na ulicy.

W Wymiarze Z zdarzają się dziwne momenty. Autostrada prowadząca  

przez Nowy Meksyk zamienia się podczas ulewy w dróżkę, a potem ścieżkę  

wydeptaną przez zwierzęta. Jeden ruch wycieraczek i jestem w puszczy.  

Jeszcze jeden ruch i przenoszę się w przeszłość. Jest bardzo zimno. Sunę  

po rzadkiej trawie zakutany w futra. Mam splątane włosy i niosę dzidę tak  

cienką i twardą jak sam lód. Chwilę później epoka lodowcowa jest już  

przyszłością, teraz unoszę się w słonej wodzie.

Euklides nie zawsze miał rację. Zakładał niezmienną równoległość  

aż do końca rzeczy; ale nie-euklidesowe spojrzenie także jest możliwe, i  

wtedy, gdzieś daleko, linie schodzą się ze sobą. Znikający punkt. Iluzja  

zbieżności.

A przecież wiem, że to coś więcej niż iluzja. Czasami spotkanie jest  

możliwe,   wdarcie   się   jednej   rzeczywistości   w   drugą.   Rodzaj   miękkiego  

splotu. Nie sztywne skrzyżowanie przecinające świat precyzji, przez które  

przejeżdża   się   z   hukiem.   Nie...   po   prostu...   coś   tak   delikatnego   jak  

tchnienie. Tak, tylko tyle, i może jeszcze uczucie jakie to ze sobą niesie.  

Możliwość oddychania pełną piersią.

background image

Poruszam się powoli w tej innej rzeczywistości i cały czas czuję, że  

oddaję  jej siebie,  moją  moc. Ale  z drugiej strony  otrzymuję  od  niej w  

zamian jej moc.

I gdzieś, jakby w połowie oddechu, słyszę dźwięk muzyki i zaczyna  

się   taniec,   z   którego   wyłania   się   człowiek   lodu   z   dzidą   i   splątanymi  

włosami. I powoli - wirując w takt addagio, zawsze addagio - człowiek  

lodu spada... z Wymiaru Z... w nią.

Na zakończenie wieczoru w sześćdziesiąte siódme urodziny, kiedy 

już   deszcz   za   oknami   ustał,   Franceska   odłożyła   kopertę   do   najniższej 

szuflady  sekretarzyka.  Po śmierci  Richarda  złożyła  wszystko,  co miało 

związek z Robertem, w depozycie bankowym, ale co roku na kilka dni 

zabierała do domu. Zamknęła orzechowe wieko nad aparatami i schowała 

pudło do szafy w sypialni.

Tego samego dnia, trochę wcześniej po południu, odwiedziła most 

Rosemana. Teraz wyszła na werandę, osuszyła ławkę ręcznikiem i usiadła. 

Było   zimno,   ale   postanowiła   zostać   jeszcze   kilka   minut,   jak   co   roku. 

Potem podeszła do bramy  i stanęła. I wreszcie usłyszała nadjeżdżającą 

furgonetkę.   Minęły   dwadzieścia   dwa   lata,   a   ona   widziała   go   znowu, 

wysiadającego   z   samochodu;   było   późne   popołudnie,   chciał   spytać   o 

drogę. Widziała, jak nadjeżdża Harry, a potem Robert Kincaid znowu stał, 

opierając nogę na stopniu samochodu, patrząc w jej stronę.

background image

List Franceski

Franceska Johnson zmarła w styczniu 1989 roku. W chwili śmierci 

miała   sześćdziesiąt   dziewięć   lat.   Robert   Kincaid   skończyłby 

siedemdziesiąt sześć lat. Przyczynę jej śmierci określono jako „naturalną”. 

„Po   prostu   umarła”,   powiedział   lekarz   Michaelowi   i   Carolyn.   „Prawdę 

mówiąc,   jesteśmy   trochę   zakłopotani.   Nie   potrafimy   określić 

bezpośredniej   przyczyny   zgonu.   Sąsiadka   znalazła   ją   osuniętą   na 

kuchenny stół”.

W   liście   do   swojego   adwokata   z   1982   roku   Franceska   wyraziła 

prośbę, by jej szczątki poddać kremacji, a prochy rozrzucić koło Mostu 

Rosemana.   Kremacja   w  Madison   County   była   niecodzienną   praktyką   - 

choć trudno wytłumaczyć, czemu uznawano ją za radykalną - i ostatnie 

życzenie Franceski przez długi czas stanowiło temat rozmów w kafejce i 

na stacji benzynowej. W dodatku na uroczystość rozrzucenia prochów nie 

zaproszono nikogo.

Po   mszy   za   zmarłych   Michael   i   Carolyn   przyjechali   do   Mostu 

Rosemana   i   postąpili   zgodnie   z   instrukcjami   Franceski.   Most,   choć 

znajdował   się   tak   blisko   ich   rodzinnego   domu,   nigdy   nie   był   jakimś 

szczególnym miejscem dla Johnsonów, dlatego też zastanawiali się, czemu 

ich wrażliwa przecież matka wydała tak zagadkowe polecenie i dlaczego 

nie chciała zostać pochowana wraz z ojcem, jak nakazywał zwyczaj.

Potem wzięli się za przeglądanie wszystkich rzeczy, które pozostały 

w domu, a po wizycie u miejscowego prawnika przywieźli też przedmioty 

pozostawione w bankowym sejfie.

background image

Powyjmowali wszystko z pudeł i zaczęli oglądać. Koperta z listem 

od   Roberta   znajdowała   się   wśród   rzeczy,   które   przeglądała   Carolyn. 

Zdziwiona otworzyła ją i przeczytała list z 1965 roku, potem ten z roku 

1978, a na końcu zawiadomienie od adwokata z Seattle, przysłane w roku 

1982. Wreszcie zabrała się za przeglądanie wycinków z gazet.

- Michaelu.

Usłyszał   w  jej   głosie   nutę   zdziwienia   i   przynaglenia.   Spojrzał  na 

siostrę.

- O co chodzi?

Carolyn miała łzy w oczach, głos jej drżał.

-   Mama   kochała   się   w   mężczyźnie,   który   nazywał   się   Robert 

Kincaid.   Był   fotoreporterem.   Pamiętasz,   jak   oglądaliśmy   ten   numer 

„National Geographic”, gdzie był artykuł o mostach? To on zrobił zdjęcia. 

Wszystkie dzieciaki opowiadały o dziwnie wyglądającym facecie, który 

nosił ze sobą całą masę aparatów. To był on.

Michael   usiadł   naprzeciwko   siostry,   z   poluzowanym   krawatem   i 

rozpiętym kołnierzykiem.

- Powtórz to jeszcze raz, powoli. Chyba się przesłyszałem.

Po przeczytaniu listów Michael przeszukał szafę na dole, a potem 

poszedł do pokoju Franceski. Nigdy wcześniej nie widział pudła z drewna 

orzechowego. Zniósł je na dół i postawił na stole.

- Carolyn, tutaj są aparaty.

Do   bocznej   ścianki   pudła   przyczepiono   kopertę,   na   której   ręką 

Franceski napisane było „Carolyn i Michael”, a między aparatami leżały 

oprawne w skórę notesy.

- Nie jestem w stanie sprawdzić, co jest w kopercie - powiedział 

background image

Michael. - Jeśli możesz, przeczytaj mi na głos.

Otworzyła kopertę i przeczytała:

7 stycznia, 1987

Kochani Carolyn i Michaelu

Chociaż czuję się zupełnie dobrze, myślę, że nadszedł czas, by - jak  

to   się   mówi   -   uporządkować   swoje   sprawy.   A   jest   jedna   niesłychanie  

ważna, o której powinniście wiedzieć. Dlatego właśnie do was piszę.

Gdy   dowiecie   się   o   istnieniu   sejfu   bankowego   i   przejrzycie   jego  

zawartość, znajdziecie dużą kopertę, którą dostałam w 1965 roku, a w  

końcu   z   pewnością   natraficie   też   na   ten   list.   Jeśli   to   możliwe,   proszę,  

przeczytajcie go, siedząc przy kuchennym stole. Wkrótce zrozumiecie to  

życzenie.

Bardzo trudno jest mi pisać te słowa do moich własnych dzieci, ale  

muszę to zrobić. Istnieje coś zbyt silnego, zbyt pięknego, by miało umrzeć  

wraz ze mną. I jeśli macie wiedzieć, kim była wasza matka, jeśli chcecie  

poznać wszystko, co dobre i złe we mnie, powinniście przeczytać to, co  

mam wam do powiedzenia. Życzę wam odwagi.

Już dowiedzieliście się, że nazywał się Robert Kincaid. Podpisując  

się,   używał   jeszcze   inicjału   L.,   ale   nigdy   nie   dowiedziałam   się,   co   on  

oznaczał.   Był   fotoreporterem   i   przyjechał   tutaj   w   1965   roku,   żeby  

sfotografować kryte mosty.

Pamiętacie, jakie zapanowało poruszenie w mieście, kiedy zdjęcia  

ukazały   się   w   „National   Geographic”?   Może   również   przypominacie  

sobie, że przez jakiś czas otrzymywałam to pismo. Teraz rozumiecie moje  

nagłe nim zainteresowanie. A tak przy okazji, byłam razem z Kincaidem  

background image

(nosiłam plecak z aparatem), kiedy zrobił zdjęcie Cedrowego Mostu.

Chcę, żebyście coś zrozumieli. Kochałam waszego ojca na zwykły  

sposób. Wiedziałam o tym zarówno wtedy, jak i teraz. Był dla mnie dobry i  

dał mi was dwoje, mój największy skarb. Nie zapominajcie o tym.

Ale Robert Kincaid był kimś zupełnie wyjątkowym. Nigdy jak długo  

żyję ani nie widziałam, ani nie słyszałam, ani nie czytałam o kimś takim.  

Opisać   go   to   rzecz   niemożliwa.   Po   pierwsze,   trudno   byłoby   wam  

zrozumieć moje osobiste odczucia. Po drugie, musielibyście przebywać w  

jego   towarzystwie,   widzieć,   jak   się   porusza,   słyszeć,   jak   mówi,   że   jest  

obumierającą gałęzią ewolucji. Może moje zeszyty i wycinki gazet trochę  

wam pomogą, ale nawet to nie wystarczy.

W jakiś sposób on był nie z tej ziemi. Nie umiem tego lepiej nazwać.  

Zawsze   myślałam   o   nim   jako   o   stworzeniu   lampartopodobnym,   które  

ujeżdża ogon komety. W taki właśnie sposób poruszał się, takie było jego  

ciało. Łączył w sobie niezwykłą intensywność z ciepłem, i dobrocią. Było  

też w nim coś tragicznego. Czuł się anachroniczny w świecie komputerów,  

robotów   i  pełnej   organizacji   życia.   Postrzegał   siebie   jako   ostatniego   z  

kowbojów, sam to tak nazywał i mówił, że wyszedł z mody.

Po raz pierwszy  zobaczyłam go,  kiedy  zatrzymał  się  przy  naszym  

domu, żeby spytać o drogę do Mostu Rosemana. Wy byliście wtedy z ojcem  

na   jarmarku   w   Illinois.   Wierzcie   mi,   nie   szukałam   przygody.   To   była  

ostatnia rzecz, która by mi przyszła do głowy. Ale jak tylko popatrzyłam na  

niego   pięć   sekund,   wiedziałam,   że   go   pragnę,   chociaż   nie   aż   tak,   jak  

zapragnęłam go potem.

I proszę, nie myślcie o nim jako o jakimś Casanovie, który gdy tylko  

trafi   się   okazja,   wykorzystuje   wiejskie   dziewczęta.   Wcale   nie   był   taki.  

background image

Prawdę mówiąc, okazał się nieśmiały i ja ponoszę za to, co się stało, tyle  

samo winy, co on. A właściwie więcej. Kartkę, którą znajdziecie razem z  

bransoletką,   włożyłam   między   deski   Mostu   Rosemana,   żeby   znalazł   ją  

rano,   gdy   przyjedzie   o   brzasku   robić   zdjęcia.   Poza   fotografiami   nie  

posiadał innego dowodu na to, że w ogóle istniałam, że nie byłam tylko  

snem.

Wiem,   że   dzieci   zazwyczaj   widzą   w   rodzicach   istoty   aseksualne   i  

mam nadzieję, że to, co zamierzam wam powiedzieć, nie wstrząśnie wami i  

nie zniszczy mojego obrazu w waszych sercach.

W   naszej   starej   kuchni   spędziłam   z   Robertem   wiele   godzin.  

Rozmawialiśmy i tańczyliśmy przy świecach. I - to także - kochaliśmy się  

tutaj, i w sypialni, i na trawie pastwiska, i właściwie w każdym miejscu, o  

jakim pomyślę.

Było   to   niezwykłe,   wszechogarniające,   przekraczające   granice  

zrozumienia kochanie. Robiliśmy to całymi dniami, właściwie bez przerwy.  

Kiedy wspominam Roberta, zawsze przychodzi mi na myśl słowo „siła”.

W   swej   intensywności   przypominał   strzałę.   Kiedy   mnie   kochał,  

stawałam się całkiem bezradna. Nie słaba, tylko po prostu zmiażdżona  

jego   siłą   fizyczną   i   siłą   uczuć.   Kiedyś   mu   to   wyszeptałam,   a   on  

odpowiedział   tylko:   „Jestem   drogą   i   wędrowcem   i   każdym   żaglem   na  

morzu”.

Mnie   wędrowiec   kojarzy   się   z   sokołem,   bo   w   naszej   okolicy  

mieszkają   przecież   sokoły   wędrowne.   Ale   słowo   to   ma   jeszcze   inną  

wymowę.   Pasuje   do   człowieka,   który   nie   ma   swego   miejsca,   a   więc  

wszędzie jest obcy. No i jest to ktoś, kto wędruje. Łaciński peregrinus,  

będący   źródłosłowem   wędrowca   w   wielu   językach,   oznacza   właśnie  

background image

obcego. Robert był tym wszystkim naraz - obcym w najogólniejszym sensie  

tego słowa, wędrowcem, ale tak sobie teraz myślę, również i sokołem.

Dzieci, staram się wam wytłumaczyć coś, czego nie da się wyrazić  

słowami.   Mogę   mieć   tylko   nadzieję,   że   pewnego   dnia   przeżyjecie   coś  

podobnego,   chociaż   raczej   jest   to   mało   prawdopodobne.   Zapewne   nie  

powinno się mówić tego w naszych oświeconych czasach, ale nie sądzę, by  

jakiejkolwiek   kobiecie   dane   było   rozporządzać   taką   mocą,   jaką   miał  

Robert Kincaid. Więc, Michaelu, ciebie to nie dotyczy. Jeśli zaś chodzi o  

Carolyn, to obawiam się, że był tylko jeden taki jak on.

Gdyby  nie  wy i  wasz  ojciec,  w jednej  chwili bym z  nim odeszła.  

Prosił mnie o to, błagał. Ale powiedziałam nie, a on był zbyt wrażliwy,  

żeby wdzierać się w nasze życie.

Paradoks   polega   na   tym,   że   gdyby   nie   Robert   Kincaid,   nie  

zostałabym   na   farmie   przez   te   wszystkie   lata.   Podczas   czterech   dni  

podarował mi życie, wszechświat, z kawałków, z których się składałam,  

stworzył całość. Nigdy nie przestałam o nim myśleć, nawet przez chwilę. A  

jeśli nawet świadomie o nim nie rozmyślałam, zawsze czułam go obok  

siebie.

Ale ta miłość w żaden sposób nie wpłynęła na moje uczucia do was i  

do waszego ojca. Patrząc na to od mojej strony, nie wiem, czy podjęłam  

właściwą decyzję, ale gdy się weźmie pod uwagę rodzinę, z pewnością  

miałam rację.

Choć jeśli mam być do końca szczera, muszę wam powiedzieć, że  

Robert rozumiał lepiej niż ja, co we dwoje stworzyliśmy. Ja dopiero po  

jakimś czasie, stopniowo zaczęłam pojmować znaczenie naszego uczucia.  

Gdybym wiedziała, w chwili gdy stał ze mną twarzą w twarz, wszystko, co  

background image

wiem teraz, prawdopodobnie wyjechałabym z nim.

Robert   uważał,   że   cały   świat   stał   się   zbyt   racjonalny,   ponieważ  

przestał ufać magii. Często potem się zastanawiałam, czy właśnie ja nie  

okazałam się zbyt racjonalna przy podejmowaniu tej decyzji.

Na   pewno   prośbę   o   rozsypanie   moich   prochów   uznaliście   za  

niezrozumiałą,   może   nawet   pomyśleliście,   że   na   starość   coś   mi   się  

poplątało.   Kiedy   przeczytacie   list   przysłany   mi   w   1982   roku   przez  

adwokata z Seattle, poznacie moje motywy. Ponieważ oddałam rodzinie  

życie, Robertowi Kincaidowi należało się wszystko, co ze mnie pozostało.

Richard chyba przez cały czas wiedział, że jest we mnie miejsce, do  

którego   on   nie   umie   sięgnąć.   Czasami   zastanawiałam   się,   czy   znalazł  

kopertę,   którą   trzymałam   w   biurku.   Tuż   przed   swoją   śmiercią,   kiedy  

siedziałam przy nim w szpitalu w Des Moines, powiedział: „Francesko,  

wiem, że miałaś swoje własne marzenia. Przykro mi, że nie mogłem ich  

spełnić”.   To   był   chyba   najbardziej   wzruszający   moment   naszego  

wspólnego życia.

Nie chcę, żebyście się czuli winni lub żeby wam było żal czy coś  

takiego.   Nie   dlatego   opowiadam   tę   historię.   Po   prostu   chcę,   żebyście  

wiedzieli, jak bardzo kochałam Roberta Kincaida. Musiałam sobie z tym  

radzić dzień po dniu przez wszystkie te lata, tak samo jak i on.

I   chociaż   potem   już   nigdy   więcej   nie   rozmawialiśmy   ze   sobą,  

pozostaliśmy   związani   tak   silnie,   jak   tylko   dwoje   ludzi   może   być  

związanych.   Nie   umiem   na   to   znaleźć   odpowiednich   słów.   Najlepiej  

określił to Robert mówiąc, że nie ma już dwóch oddzielnych istot, jest tylko  

jedna, stworzona przez nas dwoje. I nie pozostało jej już nic, jak tylko żyć  

z dnia na dzień.

background image

Carolyn,   czy   pamiętasz   tę   straszliwą   kłótnię   na   temat   różowej  

sukienki? Zobaczyłaś ją u mnie w szafie i chciałaś nosić. Powiedziałaś, że  

nie pamiętasz, bym ja ją miała kiedykolwiek na sobie, więc dlaczego nie  

przerobić jej dla ciebie. To była sukienka, którą włożyłam tej nocy, kiedy  

pierwszy   raz   kochałam   się   z   Robertem   Kincaidem.   Nigdy   w   życiu   nie  

wyglądałam tak ładnie jak wtedy. Sukienka była moją głupiutką pamiątką.  

Dlatego   nie   włożyłam   jej   nigdy   więcej   i  również   tobie   nie   pozwoliłam  

nosić.

Kiedy Robert odjechał w 1965 roku, zdałam sobie sprawę, jak mało  

wiem o jego sprawach rodzinnych. Chociaż wydawało mi się, że w ciągu  

tych kilku krótkich dni dowiedziałam się wszystkiego, co się tak naprawdę  

liczyło. Był jedynakiem, oboje rodzice już nie żyli, urodził się w małym  

miasteczku w Ohio.

Nawet nie jestem pewna, czy ukończył średnią szkołę, albo czy był na  

studiach, ale odznaczał się błyskotliwą inteligencją na taki prymitywny,  

szorstki, choć zarazem mistyczny sposób. Aha, wiem jeszcze, że w czasie  

wojny   był   fotoreporterem   na   Południowym   Pacyfiku,   gdzie   walczyła  

piechota morska.

Był raz żonaty, ale rozwiódł się wiele lat przed naszym spotkaniem.  

Dzieci nie mieli. Żona chyba występowała w lokalach, mówił, że śpiewała  

muzykę   country,   a   jego   długie   podróże   nie   przyczyniły   się   do  

scementowania małżeństwa. Siebie winił za jego rozpad.

Poza tym Robert, o ile wiem, nie miał żadnej rodziny. Proszę was,  

abyście zaakceptowali go w naszej, choć w tej chwili może się wam to  

wydać nie do przyjęcia. Ja przynajmniej miałam swoich bliskich, życie,  

które mogłam z kimś dzielić. Robert pozostał sam. To nieuczciwe i przez  

background image

cały czas to czułam.

Wolałabym,   albo   tak   mi   się   wydaje,   żeby   ze   względu   na   pamięć  

Richarda i gadanie ludzi, cała ta historia pozostała w rodzinie Johnsonów.  

To jednak zostawiam waszej ocenie.

W każdym razie ja się nie wstydzę, że byłam z Robertem Kincaidem.  

Wręcz przeciwnie. Kochałam go z całego serca przez te wszystkie lata,  

chociaż  próbowałam   się   skontaktować   z  nim   tylko   raz.   Już  po   śmierci  

waszego ojca. Ponieważ nie udało mi się, a obawiałam się, że jemu coś się  

stało, ze strachu już nigdy więcej nie ponowiłam próby. Po prostu nie  

byłam zdolna stawić czoła prawdzie. Możecie więc sobie wyobrazić, jak  

się czułam, kiedy w 1982 roku przyszła paczka wraz z listem od adwokata.

Tak   jak   już   powiedziałam,   mam   nadzieję,   że   zrozumiecie   i   nie  

będziecie   myśleć   o   mnie   źle.   Jeśli   mnie   kochacie,   musicie   pokochać  

również to, co zrobiłam.

Robert Kincaid nauczył mnie, na czym polega być kobietą w taki  

sposób,   jaki   jest   dany   niewielu   przedstawicielkom   mojej   płci,   a   może  

nawet   żadnej.   Był   delikatny   i   ciepły,   i   z   pewnością   zasłużył   na   wasz  

szacunek, a może i miłość. Mam nadzieję, że dacie mu jedno i drugie. Na  

swój własny sposób, poprzez mnie, był dla was dobry.

Niech życie układa wam się szczęśliwie, moje dzieci

Matka

W starej kuchni zapadła cisza. Michael westchnął głęboko i zapatrzył 

się w okno. Carolyn rozejrzała się wokół, jakby po raz pierwszy widząc 

zlew, podłogę, stół, wszystko, co ją otaczało.

Odezwała się wreszcie prawie szeptem:

background image

-   Michaelu,   pomyśl   o   tych   wszystkich   latach,   kiedy   oni   pragnęli 

siebie tak rozpaczliwie. Zrezygnowała z niego dla nas i taty. A Robert 

Kincaid   trzymał   się   z   daleka,   ponieważ   szanował   jej   uczucia   do   nas. 

Michaelu,   nie   wiem,   jak   sobie   z   tym   poradzić.   Traktujemy   nasze 

małżeństwa tak lekko, a to i z naszego powodu ta niesłychana historia 

miłosna tak się zakończyła.

Mieli dla siebie cztery dni, tylko cztery. Z całego życia. To zdarzyło 

się wtedy, gdy wyjechaliśmy na ten idiotyczny jarmark do Illinois. Spójrz 

na zdjęcie mamy. Nigdy jej takiej nie widziałam. Jest piękna, i to wcale nie 

dzięki dobrej fotografii. Przy nim się taka stała. Spójrz, jest dzika i wolna. 

Włosy   fruwają   na   wietrze,   twarz   pełna   życia.   Wygląda   po   prostu 

cudownie.

- Jezu! - To było wszystko, co zdołał wykrztusić Michael. Wytarł 

czoło ręcznikiem kuchennym, a gdy Carolyn odwróciła wzrok, przetarł też 

oczy.

Siostra odezwała się znowu:

-   Najwyraźniej   nie   próbował   się   z   nią   kontaktować   przez   te 

wszystkie   lata.   I   musiał   umrzeć   w   samotności,   dlatego   do   niej   wysłał 

swoje   aparaty.   Pamiętam   kłótnię   o   sukienkę.   Trwała   dobre   kilka   dni. 

Zalewałam się łzami i pytałam, dlaczego. Potem nawet przestałam się do 

niej odzywać. A ona tylko powtarzała: „Nie, Carolyn, nie tę”.

A Michael przypomniał sobie historię ze starym blatem, przy którym 

teraz siedzieli. To dlatego poprosiła, żeby go przyniósł z powrotem do 

kuchni po śmierci ojca.

Carolyn otworzyła małą kopertę.

-   Tutaj   jest   jego   bransoletka,   srebrny   łańcuszek   i   medalion.   I   ta 

background image

kartka, o której mama wspomina w liście, ta, którą zostawiła przy Moście 

Rosemana. To dlatego przysłał zdjęcie, na którym widać kartkę. Michaelu, 

co my teraz z tym zrobimy? Pomyśl. Ja zaraz wrócę.

Wbiegła po schodach. Wróciła z różową sukienką, starannie złożoną 

w plastikowej torbie. Wyciągnęła ją i pokazała bratu.

- Tylko wyobraź ją sobie w tej sukience, tańczącą przy świecach, 

tutaj w kuchni. Pomyśl o tych dniach, które spędzili tu razem, a potem o 

niej, jak z obrazem tych dni przed oczyma gotuje i siada z nami tutaj, 

rozmawia   o   naszych   problemach.   Zastanawialiśmy   się,   na   jakie   studia 

zdawać   i   jak   sobie   radzić   z   trudnościami   w   małżeństwie.   Boże,   w 

porównaniu z nią byliśmy tak naiwni i niedojrzali!

Michael skinął głową i podszedł do kredensu przy zlewie.

-   Jak   myślisz,   czy   mama   trzymała   dla   siebie   jakiś   alkohol?   Bóg 

widzi, że coś mocnego dobrze by mi teraz zrobiło. A odpowiadając na 

twoje pytanie: nie wiem, co powinniśmy zrobić.

Szperał w kredensie, aż wreszcie znalazł butelkę z resztką brandy.

- Wystarczy dla dwojga, Carolyn. Masz ochotę?

- Tak.

Michael   wyjął   dwa   kieliszki,   jedyne,   jakie   stały   w   kredensie,   i 

postawił   je   na   plastikowym   żółtym   blacie.   Wlał   do   nich   brandy, 

opróżniając do końca ostatnią butelkę Franceski. Carolyn zaczęła czytanie 

pierwszego notesu w skórzanej oprawie: „Robert Kincaid zjawił się u mnie 

szesnastego sierpnia 1965 roku. W poniedziałek. Szukał drogi do Mostu 

Rosemana. Było późne popołudnie, gorąco, a on przyjechał furgonetką, 

którą nazywał Harry...”

background image

Postscriptum: Nocny złodziej z Tacoma

Opisując   historię   Roberta   Kincaida   i   Franceski   Johnson,   coraz 

bardziej zaciekawiony byłem osobą Kincaida i tym, że tak niewielu z nas 

wiedziało cokolwiek o jego życiu. Na kilka tygodni przed wysłaniem tej 

książki do wydawcy, poleciałem do Seattle, żeby zdobyć jakieś dodatkowe 

informacje.

Wydawało mi się, że skoro lubił muzykę i sam był kimś w rodzaju 

artysty, znajdę kogoś z branży artystycznej skupionej nad zatoką Puget 

Sound, kto go znał. Pomocny okazał się redaktor „Czasu Seattle”. Sam 

wprawdzie nie spotkał Kincaida, ale ułatwił mi dostęp do gazet z lat 1975-

1982, okresu, który najbardziej mnie interesował.

Przeglądając rocznik 1980 natrafiłem na zdjęcie czarnego muzyka 

jazzowego,   grającego   na   saksofonie   tenorowym,   którego   zwano   John 

„Nocny   złodziej”   Cummings.   Autorem   zdjęcia   był   Robert   Kincaid. 

Lokalny   związek   muzyków   podał   mi   adres   Cummingsa,   zastrzegając 

jednakże,   że   już   od   lat   nie   występuje.   Mieszkał   na   bocznej   uliczce   w 

pobliżu przemysłowej części Tacoma, gdy się jedzie od Seattle, tuż przy 

autostradzie numer 5.

Dopiero za którymś razem zastałem go w domu. Zrazu był bardzo 

nieufny. Ale wreszcie przekonałem go, że moje zainteresowanie Robertem 

Kincaidem   to   poważna   sprawa,   i   wtedy   stał   się   serdeczny   i   otwarty. 

Cummings,   kiedy   z   nim   rozmawiałem,   miał   blisko   siedemdziesiątkę. 

Włączyłem magnetofon i nagrałem jego opowieść o Robercie Kincaidzie.

background image

Wywiad z „Nocnym złodziejem” Cummingsem

Występowałem wtedy  u  „Małego”  w  Seattle,   gdzie  zresztą  wtedy 

mieszkałem,   i   potrzebna   mi   była   dobra   czarno-biała   fotka   do   reklamy. 

Kumpel, który grał na basie, powiedział mi, że jest taki jeden, co mieszka 

na wyspie i zna się na fotografii. Nie miał tam telefonu, więc wysłałem mu 

kartkę.

Przyjechał,   na   oko   straszne   dziwadło,   w   dżinsach,   butach   z 

cholewkami   i   w   pomarańczowych   szelkach.   Miał   ze   sobą   starego 

gruchota, aparat, który na oko nadawał się bardziej na złom niż do robienia 

zdjęć,   więc   pomyślałem   sobie   ho,   ho.   Postawił   mnie   przed   kolorową 

ścianą z moim saksofonem i kazał mi tam stać i grać. No to gram. Przez 

jakieś trzy minuty facet po prostu stał i przyglądał mi się uważnie, bardzo 

uważnie, najzimniejszymi niebieskimi oczami, jakie w życiu widziałem.

Potem   zaczął   robić   zdjęcia.   Zapytał   mnie,   czy   znam   „Jesienne 

liście”. Zagrałem mu to. Grałem tak może jakieś dziesięć minut, kiedy on 

nagle zaczął pstrykać zdjęcie za zdjęciem. W pewnej chwili powiedział: 

„W porządku, już mam. Dostaniesz jutro”.

Przyniósł je następnego dnia i prawdę mówiąc, zamurowało mnie. 

Miałem sporo swoich fotografii, ale te były najlepsze. Wziął ode mnie 

pięćdziesiąt   dolarów,   co   wydało   mi   się   prawie   darmo,   podziękował   i 

wyszedł, ale jeszcze zapytał, gdzie gram. Więc powiedziałem mu, że u 

„Małego”.

Kilka dni później zobaczyłem go wśród gości. Siedział przy stoliku 

w   kącie   i   słuchał   bardzo   uważnie.   Potem   przychodził   już   co   tydzień, 

zawsze we wtorek i zawsze pił piwo, ale niewiele.

Jak miałem przerwę, to czasami przysiadałem się do niego na kilka 

background image

minut. Spokojny był z niego facet, nie mówił za wiele, ale zawsze był 

bardzo   grzeczny   i   zawsze   bardzo   uprzejmie   pytał,   czy   mogę   zagrać 

„Jesienne liście”.

Po jakimś czasie poznaliśmy się trochę, ja jego, on mnie. Lubiłem 

chodzić do portu, patrzeć na wodę i statki. Okazało się, że on też lubi. 

Więc doszło do tego, że wysiadywaliśmy przez całe popołudnia na ławce i 

gadaliśmy. Po prostu dwóch podstarzałych gości, którzy czują się jakby 

niepotrzebni.

Przyprowadzał   ze   sobą   psa.   Miłe   stworzenie.   Nazywał   go   Strad. 

Powiedział, że to skrót od autostrady.

Ten facet rozumiał, na czym polega magia. Muzycy jazzowi też to 

rozumieją. Pewnie dlatego dogadywaliśmy się tak dobrze. Grasz tę samą 

melodię, którą już grałeś tysiące razy przedtem, i nagle brzmi to zupełnie 

inaczej, niesie ze sobą inne znaczenie, które jeszcze nawet nie zdążyło się 

ukształtować w twoim umyśle. Powiedział, że w fotografii i w ogóle w 

życiu też tak się dzieje. Potem dodał: „I gdy okazujesz miłość kobiecie, 

którą bardzo kochasz”.

Chciał przełożyć muzykę na obrazy. Powiedział mi kiedyś: „John, 

pamiętasz ten motyw, który zawsze powtarzasz, kiedy grasz solówkę w 

„Wyrafinowanej   damie”?   Chyba   złapałem   go   na   zdjęciu   dzisiejszego 

ranka.   Światło   padało   na   wodę   dokładnie   tak,   jak   potrzeba,   i   nagle 

pojawiła mi się w polu widzenia błękitna czapla. Naprawdę usłyszałem 

wtedy twoją frazę i w tym momencie nacisnąłem migawkę.

Cały czas zajmował się tymi muzycznymi obrazami. Miał hyzia na 

tym punkcie. Nie wiem, z czego żył.

Nigdy nie mówił za wiele o sobie. Wiedziałem, że sporo podróżował, 

background image

robiąc reportaże, ale właściwie nic więcej. Aż pewnego dnia zapytałem go 

o   srebrny   medalion,   który   nosił   na   szyi.   Było   na   nim   wyryte   imię 

Franceska.   Więc   rzuciłem   mimochodem:   „To   był   dla   ciebie   ktoś 

szczególny?”

Przez chwilę nic nie mówił, tylko patrzył na wodę. Wreszcie zapytał: 

„Ile   masz   czasu?”.   Był   akurat   poniedziałek,   mój   wolny   dzień,   więc 

powiedziałem, że w sam raz.

Zaczął mówić. To było tak, jakby  przerwała się tama. Opowiadał 

przez całe popołudnie i jeszcze dobry kawał wieczoru. Czułem, że trzymał 

to w sobie już bardzo długo.

Nie   wymienił   nazwiska   tej   kobiety,   nie   powiedział,   gdzie   to 

wszystko się wydarzyło. Ale, człowieku, ten Robert Kincaid, kiedy o niej 

mówił,   stawał się   poetą.  To  musiała   być  niezwykła  dama.  Cytował  mi 

kawałki z czegoś, co napisał dla niej, coś o Wymiarze Z, o ile pamiętam. 

Pomyślałem wtedy, że to brzmi jak improwizacja Ornette Colemana.

I   wiesz   co   jeszcze,   człowieku,   kiedy   mówił,   płakał.   Płynęły   mu 

wielkie łzy, takie, które mogą wzruszyć nawet starego człowieka, takie, w 

których   słychać   muzykę   saksofonu.   No   i   już   zrozumiałem,   dlaczego 

zawsze mnie prosił o „Jesienne liście”. I wiesz co, człowieku, pokochałem 

go. Każdy, kto jest zdolny do takiego uczucia, sam wart jest miłości.

I zacząłem się nad tym zastanawiać, nad siłą związku między nimi. I 

nad tym, co on nazywał „dawnym życiem”. I powiedziałem sobie: muszę 

zagrać tę siłę, tę miłość. Niech dawne życie popłynie z mojego saksofonu. 

Bo było w tym coś cholernie lirycznego.

I napisałem tę melodię - zajęło mi to trzy miesiące. Chciałem, żeby 

brzmiała   prosto,   elegancko.   Nie   problem  zrobić   coś   skomplikowanego. 

background image

Prostota, oto prawdziwe wyzwanie. Pracowałem co dzień, aż poczułem, że 

jestem   na   dobrej   drodze.   Potem   jeszcze   szlifowałem   i   dopisałem 

akompaniament   na   fortepian   i   kontrabas.   I   wreszcie,   pewnej   nocy, 

zagraliśmy.

To był czwartek. Siedział jak zwykle w kącie sali. Taki spokojny 

wieczór, przyszło ze dwudziestu gości, nikt specjalnie nie zwracał uwagi 

na zespół.

Kincaid siedział spokojnie, zasłuchany jak zawsze. Powiedziałem do 

mikrofonu:   „Zagram   melodię,   którą   napisałem   dla   mojego   przyjaciela. 

Nazwałem ją «Franceska»”.

Patrzyłem   na   niego,   kiedy   mówiłem   te   słowa.   Wpatrywał   się   w 

butelkę piwa, ale kiedy powiedziałem „Franceska”, powoli podniósł na 

mnie   wzrok,   przeczesał   w   tył   obiema   dłońmi   swe   siwe   włosy,   zapalił 

camela i wbił te niebieskie oczy prosto we mnie.

Zmusiłem saksofon, żeby  zabrzmiał jak nigdy  przedtem. Zapłakał 

nad wszystkimi milami i latami, które ich rozdzieliły. A pierwsze dźwięki 

brzmiały tak, jakby ktoś wymawiał jej imię: Fran - ce - ska.

Kiedy   skończyłem,   on   stał   wyprostowany   przy   swoim   stoliku, 

uśmiechał się i kiwał głową. Zapłacił rachunek i wyszedł. Zawsze potem 

graliśmy tę melodię, kiedy się zjawiał. Oprawił fotografię starego krytego 

mostu i dał mi w podzięce za to, że napisałem tę melodię. Do dziś tutaj 

wisi.   Nie  powiedział  mi,   gdzie   zrobił  to   zdjęcie,   ale   jest  podpis.   Most 

Rosemana.

Pewnego wtorkowego wieczoru, siedem, może osiem lat temu, nie 

pojawił się. W następnym tygodniu także nie przyszedł. Pomyślałem, że 

może   zachorował   albo   coś   takiego.   Zacząłem   się   bardzo   martwić, 

background image

poszedłem do portu rozpytać się, ale nikt nic o nim nie wiedział. Wreszcie 

popłynąłem  promem  na   wyspę,   gdzie   mieszkał.   Znalazłem  jego   dom  - 

raczej starą chatę - nad samym brzegiem.

Kiedy kręciłem się, próbując zajrzeć do środka, pokazał się sąsiad i 

zapytał, co tu robię. Więc mu powiedziałem. Dowiedziałem się, że Kincaid 

umarł dziesięć dni wcześniej. Człowieku, ależ mnie zabolało. Nadal boli. 

Lubiłem tego gościa. Było w nim coś takiego, coś... coś, czego my nie 

wiemy.

Zapytałem sąsiada o psa. Powiedział, że nie wie, co się z nim stało. 

Kincaida też właściwie nie znał. Więc zadzwoniłem do hycla, no i mieli 

tam starego Strada. Zabrałem go i dałem mojemu siostrzeńcowi. Kiedy 

ostatni   raz   go   widziałem,   byli   z   dzieciakiem   jak   zakochana   para. 

Wyglądało, że im ze sobą dobrze.

No i tyle. Jakiś czas po tym moje lewe ramię zaczęło drętwieć, kiedy 

grałem dłużej niż dwadzieścia minut. Jakiś problem z kręgosłupem. No 

więc już nie pracuję.

Ale wiesz co, człowieku, historia, którą mi opowiedział, nadal mnie 

nawiedza. Więc w każdy wtorek biorę saksofon i gram tę melodię, którą 

dla niego napisałem. Gram ją tutaj, tylko dla siebie.

A kiedy gram, zawsze patrzę na zdjęcie, które mi podarował. Coś w 

nim  jest,   nie   wiem   co,   ale   kiedy   gram  tę   melodię,   nie   mogę   oderwać 

wzroku od tego starego mostu.

Po prostu staję tutaj, mój saksofon łka, a ja gram dla mężczyzny, 

który nazywał się Robert Kincaid, i dla kobiety o imieniu Franceska.