background image

Prof. B. Wolniewicz - Neokolonializm, czyli rabunkowa prywatyzacja polskiego majątku 
narodowego
Wypowiedź na spotkaniu w dniu 24 października 2009. (Red.)
Prof. Bogusław Wolniewicz:
(...) Naród to jest coś, czego jesteśmy częścią, a czego trwanie daleko wykracza poza horyzont 
naszego trwania. A solidarność z nim na tym polega, że jego losy, które wykraczają poza horyzont 
naszego życia, nie są nam obojętne. Że obchodzi nas, co się dziać będzie z naszym Narodem także 
wtedy, gdy nas już nie będzie.
Patrząc z takiego punktu widzenia na to, co się w Polsce dzieje, odczuwam silny niepokój. Nie to 
mnie niepokoi, że wchodząc do unii Europejskiej zrzekliśmy się części naszej suwerenności. 
Przeciwnie, uważam, że weszliśmy do Unii słusznie. Dwie wojny, nazywane światowymi, które 
wstrząsnęły Europą do fundamentów, uświadomiły ludziom, że stosunki między narodami Europy 
trzeba ustawić na jakiejś innej bazie - na bazie wspólnoty cywilizacyjnej. A więc szerszej, niż 
wspólnota narodowa.
Jako krok w tym kierunku Unia Europejska jest przedsięwzięciem politycznym uzasadnionym. 
Niepokój rodzi się wtedy, gdy widzimy, jak Unia zaczyna się przeradzać z przedsięwzięcia 
ekonomiczno-politycznego w ideologiczne. Jej kierownicze centra zostały opanowane przez 
lewacką międzynarodówkę, która próbuje narzucić narodom Unii swoją neokomunistyczną utopię i 
zniszczyć odrębność tych narodów. Niepokój przeradza sie w sprzeciw, gdy widzimy, że ten nowy 
komunizm, czyli jak się sam lubi nazywać - nowy humanizm, rzekomo znoszący różnice między 
narodami, okazuje się pod tym względem równie zakłamany, jak był tamten stary. Pod przykrywką 
znoszenia granic między narodami powstaje na naszych oczach nowy kolonializm: 
podporządkowanie narodów gospodarczo słabych narodom gospodarczo silnym i bezwzględna 
eksploatacja tych słabych przez te silne. W Europie zaś gospodarczo słabymi są te narody, które 
wyszły co dopiero spod jarzma starego komunizmu i nadal noszą piętno związanego z tym 
ekonomicznego zacofania.
Przykładem tego nowego kolonializmu, neokolonializmu, jest Polska. Zasadnicze w dzisiejszym 
świecie instrumenty władzy jak banki, czyli finanse, i media, czyli propaganda, zostały bodaj w 80 
proc. przejęte przez obcych. W trakcie przejmowania jest w tej chwili energetyka - ten motor całego 
życia społecznego. Patrzę ze zgrozą, jak przerabiani jesteśmy na białych murzynów. I jak słaby 
opór ta niebywała operacja polityczna wśród nas, Polaków, budzi
.
Wmawiano nam stale, że tak musi być. Głównym "wmawiaczem" był niejaki Geoffrey Sachs, 
typowy amerykański hochsztapler i zły duch Balcerowicza. Jego największy błąd, Balcerowicza, że 
temu Sachsowi uwierzył. Bo skąd taki Sachs, czy ktokolwiek inny, mógł wiedzieć, jak się 
gospodarczo wychodzi z komunizmu. Ta gigantyczna przemiana, jaką to wychodzenie z 
komunizmu stanowi, jest przecież w dziejach zjawiskiem zupełnie nowym, bez żadnego 
precedensu, na którym można się oprzeć - jak to się robi. Nikt nie wie, co tutaj musi być, a co nie 
musi. Idzie się po omacku, więc trzeba iść ostrożnie. Tymczasem rzucono się w te niepewne wody 
na oślep, głową w dół.
A przyświecał temu skokowi jeden wielki fetysz - fetysz prywatyzacji majątku narodowego. 
Uznano ją, tę prywatyzację, za dobro z dobro samoistne, za cel sam w sobie: im prywatniej, tym 
lepiej.
Skąd jednak wiadomo, że im prywatniej, tym lepiej? No, odpowiada się tutaj: bo w komunizmie 
wszystko było państwowe, i to działało źle. Owszem, źle działa, gdy wszystko jest państwowe, 
tośmy sie przekonali. Ale z tego wcale jeszcze nie wynika, że będzie działało dobrze, gdy nic nie 
będzie państwowe. We wszystkim trzeba miary, także w prywatyzacji. A tej miary zabrakło.
Prywatyzacja majątku narodowego przerodziła się u nas w jego rabunkową wyprzedaż obcym 
kolonizatorom - bez rachunku i pomyślunku, byle prędzej. I trwa zresztą do dziś. Jednakże - 

background image

powtarzam - to nie nasza obecność w Unii czyni z nas białych murzynów, lecz neokolonizatorskie 
przejmowanie przez obcych naszego majątku narodowego z wszelkimi tego politycznymi 
konsekwencjami. Gdybyśmy byli poza Unią, dzisiaj, to nasza kolonialna zależność od nich byłaby 
tylko jeszcze bardziej jaskrawa i dotkliwa.
Przypatrzmy się tej prywatyzacji tak zwanej naszego majątku narodowego na paru konkretnych 
przykładach. Pierwszy wymowny przykład, to firma Wedel. Od niej się zaczęło. Ta na Pradze. Tę 
znaną i dochodową firmę sprzedano Pepsi-Coli jako - tak to się nazywało i do dziś się nazywa - 
strategicznemu inwestorowi. Tak się mówi według tak zwanej politpoprawności, czyli żargonu 
neokomunistycznego, na nowego kolonializatora. Nowy kolonizator dzisiaj się nazywa strategiczny 
inwestor. Roztaczano wtedy bajeczne miraże: Pepsi zrewolucjonizuje u Wedla produkcję, 
zwielokrotni załogę, wyprowadzi firmę na szerokie rynki światowe.
A co się okazało? Pepsi podeszła do Wedla czysto rabunkowo - po kolonizatorsku. Nic nie 
inwestując, drenowała ją bodaj przez dwa lata, dopóki jako ten tak zwany strategiczny inwestor, 
była zwolniona przez nasz urząd skarbowy od płacenia w Polsce podatku. Pogarszała przy tym 
jakość wyrobów, co każdy mógł się na własnym podniebieniu przekonać. A gdy się ta polska 
Bonanza skończyła, Pepsi niezwłocznie sprzedała Wedla komuś dalej, a nam powiedziała, good 
bye, żegnajcie.
Drugi przykład, o wiele grubszy od Wedla, stanowi cała nasz telefonia stacjonarna - te telefony, co 
mamy w domu. Wydzielona z Poczty Polskiej, obecnie, już jakiś czas temu, w przedsiębiorstwo 
państwowe Telekomunikacja Polska S.A. Kłamliwie tak nazywana prywatyzacja polskiej telefonii 
polegała na tym - uświadomcie to sobie Państwo dobrze, co teraz powiem - bo ta prywatyzacja tak 
zwana polegała na tym, że polskie przedsiębiorstwo państwowe sprzedano francuskiemu 
przedsiębiorstwu państwowemu - France Telecom. Pozostało więc dalej państwowym, jak było, a 
różnica jest taka, że właścicielem polskiej telefonii jest teraz nie Polska, tylko Francja. I że ogromne 
zyski z niej ciągnie teraz państwowy budżet nie polski, tylko francuski. Zupełnie jak w tej znanej 
bajce braci Grimmów o uszczęśliwionym Jasiu - "Hans im Glück" to się nazywa po niemiecku - 
szczęśliwy Jaś. Przeczytajcie sobie Państwo tę baję przy okazji - to jest bajka o nas!
Ta pseudoprywatyzacja odbyła się przy tym w dwóch godnych naszej uwagi krokach. Ich opis 
podaję tutaj za redaktorem Rafałem Ziemkiewiczem, cytuję go po prostu, bo nie zrobię tego lepiej, 
niż on. Kilka zdań cytatu. Ziemkiewicz pisał w zeszłym roku, w grudniu w Rzeczpospolitej: 
"Władza zadecydowała, że mniejszościowy pakiet akcji, czyli ta mniejsza część tych 
sprzedawanych akcji, musi trafić po znacznie zaniżonej cenie do inwestora krajowego". Żeby coś 
(jednak) w kraju zostało - mniej ale coś w kraju. "Inwestorem tym okazał się jednak pan Jan 
Kulczyk, skądinąd znany, który wszakże nie wyłożył ani grosza, bo dostał na ten cel kredyt z 
ministerstwa".
Żeby od państwa pan Kulczyk mógł wykupić znaczną część polskich telefonów, to polskie państwo 
dało mu kredyt. Za pożyczone od nas pieniądze on te telefony sobie wykupił.
Czy Państwo to rozumieją? I to poszło z Ministerstwa, podkreśla Ziemkiewicz tutaj: nie bank, ale 
Ministerstwo pożyczyło. A pan Kulczyk przetrzymał swoje akcje potem przez jakiś czas, po czym z 
wielkim przebiciem odsprzedał większościowemu udziałowcowi, czyli tej France Telecom, która w 
ten sposób stała się kompletnym właścicielem polskich telefonów. Tym sposobem pan Kulczyk 
zarobił kolejne miliony bez wysiłku i bez kosztów własnych. A wszystko odbyło się zgodnie ze 
specjalnie do tego celu stworzonym prawem. Sejm uchwalił takie prawo specjalnie, żeby tę polską 
telefonię można było w taki sposób sprzedać.
Złodziejstwo! Czy to się w głowie mieści?
Tak to nasi prywatyzatorzy uczynili z francuskiej firmy państwowej monopolistę polskiej telefonii. 
A owe dodatkowe miliony, które można było na tych akcjach zarobić, które mogły były 
przynajmniej przynajmniej zasilić nasz budżet państwowy, zasiliły prywatny budżet pana Jana 
Kulczyka. Czy to nie jak w bajce?

background image

Następstem złej prywatyzacji jest też haniebna ugoda, jaką trzy tygodnie temu rząd polski, 1 
października, zawarł z niejasną firmą zagraniczną o nazwie Eureco w sprawie sprzedaży akcji PZU 
- Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń. Owa ugoda dotyczy, w cudzysłowie, roszczeń 
własnościowych tego Eureco do ogromnego przedsiębiorstwa państwowego, jakim jest zakład 
Ubezpieczeniowy PZU, największy nie tylko w Polsce, ale także w całym tym regionie Europy i 
wysoce dochodowy. Ta tzw. ugoda to była kapitulacja Polski przed tym Eureco. Rząd polski - jak ja 
to czytam. to mi się wprost wierzyć nie chce w to, co ja tam czytam - rząd polski zobowiązał się 
teraz wypłacić temu Eureco 9 mld złotych dosłownie za nic. Dla świętego spokoju. Jak Państwo 
podzielą 9 mld zł. przez 38 mln mieszkańców Polski, to wypadnie na głowę 220 zł. Tak jak tu 
jesteśmy razem - każdy z nas po 220 zł. się składa, żeby zaspokoić ugodę, którą zawarł rząd polski 
z tą firmą Eureco. Rząd polski i jego medialni naganiacze przedstawiają tę haniebną ugodę z 
holenderskim kolonizatorem z gruntu kłamliwie jako nasz negocjacyjny sukces.
Tak na przykład minister skarbu Aleksander Grad oświadcza, a Gazeta Wyborcza i inne usłużne 
media za nim powtarzają jak za panią matką, cytuję to, co oni mówią: "Ani jedna złotówka, którą 
dostanie Eureco, nie będzie pochodzić z budżetu państwa".
Skąd więc będzie pochodzić? Oczywiście nie z budżetu, tylko ze Skarbu Państwa. Więc nie kijem 
go, to pałką. Płacić będziemy Eureco, tyle, że nie z naszych bieżących przychodów, które tworzą 
budżet, tylko wprost z naszego kapitału. Czyli uszczuplając nasz majątek narodowy i to ten 
produkcyjny. To tak jaby ktoś, nie będąc w stanie spłacić gotówką podżyrowanego przez siebie 
komuś tam innemu nieopatrznie weksla, spłacał go oddając za nią swoje nowe auto, na przykład. 
Nie wyda wtedy ani grosza, oczywiście, ale to będzie tylko tyle, że się będzie odtąd poruszał nie na 
kołach, tylko pieszo. Według ministra Grada i jego naganiaczy to sukces.
Nie sposób przedstawiać tu dziesięcioletniej historii tej budzącej grozę prywatyzacji PZU, historii 
ciemnej i przez wielu celowo jeszcze gmatwanej. Obserwowałem ją niemal od początku i na tej 
podstawie chcę tu sformułować jedynie parę wniosków. Gdyby Państwa szczegóły tej prywatyzacji 
interesowały, to mam je tutaj i mogę je przedstawić, ale nie chcę zabierać Państwu zbyt wiele czasu, 
więc przeskakuję to, bo cały ten przebieg jest niewiarygodny, jak to się wszystko odbywało. I też do 
dzisiaj trwa, bo w listopadzie będzie wypłata tych 9 mld. Od ręki. Po 2220 zł. każdy Polak od tego 
w kołysce do tego w hospicjum, wszyscy się złożą, żeby Eureco się zadowoliło, tak nam nasz rząd 
załatwił.
Więc, jak powiadam, przeskakuję, choć ma tutaj przygotowaną do przedstawienia ewentualnego 
historię, bo to trwało dziesięć lat, ta cała sprawa, od 1999 r. się toczy, więc równo 10 lat. To 
przeskakuję i tylko sformułuję parę wniosków. które z tej sprawy Eureco płyną, i PZU. Eureco było 
i jest firma słabą. Utuczyła się dopiero kolonizatorsko na naszym PZU. Mimo to dalej jest słabe, a 
w zeszłym roku 2008 miało przeszło 2 mld euro strat. Jeżeli te 2 mld euro strat przeliczymy według 
aktualnego kursu 4,20 mniej więcej za euro, to straty Eureco wyniosły w zeszłym roku 9 mld zł. 
Czyli równo tyle, ile Tusk zobowiązał się im teraz od ręki wypłacić. Tak więc to my, Polacy, 
pokryjemy straty Eureco! Czy jest gdzieś na świecie, pytam się, drugi taki naród frajerów, co taki 
rząd popiera?
To był pierwszy wniosek. Drugi wniosek ze sprawy Eureco. Rząd Tuska skapitulował przed 
prywatnym kolonizatorem: słabym, ale butnym i zgodził się płacić mu straszliwy haracz. To jest dla 
nas, dla Polski, dla nas Polaków, nie tylko ciężki cios finansowy. To jest także jeszcze cięższy cios 
polityczny. Bo ujawniliśmy w ten sposób, jak słabi jesteśmy jako państwo, jako naród, że kopać 
nas, tych białych murzynów może byle jakieś Eureco. Jeżeli Eureco może nas kopać, jeżeli ono 
tylko wywodzi się z rodu nowych kolonizatorów - istot wyższych. Za przykładem Eureco pójdą 
teraz na pewno inni, żeby nas drenować. Już widzą oczyma duszy całą ich kolejkę. Na pochyłe 
drzewo... kozy się znajdą.
W kraju nieskolonizowanym rząd, który poszedł na tak haniebną ugodę, zostałby obalony w ciągu 
24 godzin. Zmiótłby go gniew narodu. A u nas nic - cisza, aż w uszach dzwoni. Będziemy płacić, 
jak za zboże.

background image

Ostatni wniosek. Kto jest winien tej katastrofie, zwanej prywatyzacją PZU? Winnych wielu, ale 
głównych jest sześcioro. Sześć sztuk. Wszyscy są znani dobrze z imienia i nazwiska. I wszyscy 
dalej dobrze się mają, jakby nigdy nic. My płacimy 9 mld od ręki, a oni jakby nigdy nic. 
Pierwszych czterech, to dwoje ministrów skarbu w rządzie Jerzego Buzka, co tę katastrofalną 
"prywatyzację" PZU w latach 1999-2001 przeprowadzali: Emil Wąsacz - o nim w dzisiejszej 
Rzeczpospolitej można coś przeczytać, Emil Wąsacz, a po nim jego następczyni, bo Wąsacza 
odwołano ze względu na jakieś niejasności z tzw. prywatyzacją Domów Centrum w Warszawie, 
państwo pamiętają, była ... i odwołano go i potem ktoś inny był i potem przyszła pani minister 
Aldona Kamela-Sowińska, która tej katastrofy dopełniła. Jeszcze coś dołożyła - co, to pomijam, 
powiadam, mam gotowe do... służę informacją, jeśliby to kogoś interesowało.
Więc tych dwoje, Wąsacz i Kamela-Sowińska, a ponadto ich zwierzchnik - ówczesny premier Jerzy 
Buzek, oraz jego nadzorca - ówczesny prezes rządzącej partii AWS, Marian Krzaklewski. To oni to 
zrobili. Ta czwórka. A dwóch dalszych winnych, na drugim końcu sprawy, to obecny minister 
skarbu Aleksander Grad i jego zwierzchnik, obecny premier Donald Tusk, który się na taką ugodę 
zgodził.
Na dzień dzisiejszy hasło polskiego patriotyzmu brzmi: wyzwolić się spod jarzma nowego 
kolonializmu. Zwłaszcza, że teraz, pod traktatem lizbońskim, jarzmo to stanie się jeszcze 
dotkliwsze. Biały murzyn polski podnieść się musi sam, o własnych siłach. Nie miejmy żadnych 
złudzeń - nikt nam w tym nie pomoże. Bo inni są zainteresowani w tym, żeby ta kolonia była 
kolonią.
Jak mamy to zrobić? Całkiem tak samo, jak zrobili to przedtem czarni murzyni. Epoka 
kolonializmu się skończyła i nowi kolonizatorzy będą po prostu oddać - i to oddać z procentem - co 
zagrabili i na czym się ciężko obłowili. Obłowili się, wykorzystując nasze polityczne i gospodarcze 
osłabienie przebytą przez nas co dopiero ciężką chorobą komunizmu.
Zwrot, zwrot tego, co nam zagrabili, po prostu. Ażeby to osiągnąć, trzeba przynajmniej dwóch 
rzeczy. Po pierwsze - trzeba umieć ten neokolonializm rozpoznać. Bo on się chytrze maskuje. 
Występuje on jako prywatyzacja właśnie, albo jako walka z nacjonalizmem, albo walka z 
ksenofobią, z partykularyzmem narodowym, albo jako uniwersalizm, globalizm, czy 
multikulturalizm - wszystkie te dźwięczne słówka to są takie parawany, żeby lud nie zobaczył, że to 
jest zwykły kolonializm, tylko dostosowany do realiów nowej epoki.
Więc to jest pierwsze - trzeba ten neokolonializm rozpoznać, bo to nie jest wcale takie łatwe ... tu 
się robi całą akcję maskującą. A po drugie - rozpoznawszy, z czym mamy do czynienia, że to jest 
właśnie nowy kolonializm, trzeba go głośno i po imieniu i nazwisku piętnować. I to nieustannie.
Trzeba wobec tego bronić Radia Maryja, które to właśnie czyni. A reszta wtedy przyjdzie sama.