background image
background image

W STALOWEJ OBRĘCZY 

16 września 1941. Kronsztad. 

Od świtu w całym porcie wyją syreny alarmowe. Nad grzmotem artylerii 

przeciwlotniczej  piętrzy  się  ogłuszający  łoskot  wybuchających  bomb.  Na 

niebie, ogołoconym z radzieckich samolotów, kołują jak sępy formacje Jun-

kersów. Są tak pewne łupu i czują się na tyle bezpieczne, że nie zbaczają z 

kursu  nawet  pod  gradem  pocisków.  Co  chwila  nurkują,  znacząc  trasę  swo-

jego lotu wykwitającymi w dole gejzerami ognia i oleistymi kłębami dymu. 

Płoną  składy  portowe,  to  tu,  to  tam  wybuchają  wciąż  nowe  wysepki  ognia. 

Nad  widniejącym  w  dali  Leningradem  od  tygodnia  ściele  się  gęstniejąca 

zasłona dymów. Tam piekło rozpętało się 8 września; wieczorem tego dnia 

Niemcy  zrzucili  na  miasto  ponad  sześć  tysięcy  bomb  zapalających,  wznie-

cając sto kilkadziesiąt pożarów. Tutaj - w Kronsztadzie - piekło dopiero się 

zacznie.  Wprawdzie  opasana  morzem  twierdza  wydaje  się  być  bezpieczna, 

ale tam, na lądzie... Jednostki 42, 55 i 23 armii radzieckiej, a także główne 

siły floty znalazły się w okrążeniu. Dziś nieprzyjaciel po krwawych walkach 

złamał opór 8 armii i dotarł w rejonie Strelny do wybrzeży Zatoki Fińskiej.   

Tam, na morzu, u bram miasta, okręty floty prowadzą nierówny pojedy-

nek z okopanymi na lądzie bateriami wroga. Niemieckie działa biją ogniem 

bezpośrednim  po  mieście,  okładają  pociskami  baseny  portu.  Bateriom 

kronsztadzkich fortów odpowiada ogniem dwunastocalowych luf stojący na 

kotwicy okręt liniowy Oktiabrskaja Rewolucja i - basem swoich siedmioca-

lówek  -  ciężki  krążownik  Maksym  Gorki.  Do  wczoraj  z  Morskiego  Kanału 

background image

wspomagał je skutecznie okręt liniowy Marat...   

Zbliża się epilog wielkiej bitwy na wodach Bałtyku. Bitwy, która trwa już 

trzeci miesiąc i - jak dotąd - przynosi Niemcom krwawe sukcesy.   

Intensywne naloty bombowe na Kronsztad to złowroga oznaka pogarsza-

jącej się z dnia na dzień sytuacji. Wokół Leningradu zacisnął się już stalowy 

pierścień blokady. Radziecka Flota Bałtycka, wykrwawiona w nieustannych, 

uporczywych  działaniach  obronnych,  kąsana  przez  przeważające  siły  nie-

przyjaciela,  powietrzne  i  morskie,  opuściła  przed  trzema  tygodniami  naj-

ważniejszą  po  Kronsztadzie  bazę  morską  na  Bałtyku  -  Tallinn.  Ewakuacja 

Tallinna  przebiegała  w  skrajnie  niekorzystnych  dla  jego  obrońców  warun-

kach. Oba brzegi Zatoki Fińskiej znalazły się już wtedy w rękach Niemców, 

tory  wodne  zostały  przez  nich  zaminowane,  w  dogodnych  do  ataku  pozy-

cjach zaczaiły się niemieckie okręty podwodne i kutry torpedowe, a na nie-

bie  królowała  bezkarna  Luftwaffe.  Radzieckie  lotnictwo,  przeznaczone  do 

osłony  floty,  pod  naporem  niemieckich  wojsk,  osaczających  Leningrad, 

zmuszone  było  wycofać  się  do  baz  położonych  tak  daleko  na  wschód,  iż 

wyruszający z Tallinna konwój znalazł się już poza jego zasięgiem. Było to 

prawdziwie  tragiczne  szamotanie  się  w  gęstniejącej  z  każdą  godziną  sieci. 

Należało  także  ewakuować  bronione  zaciekle  bazy  na  półwyspie  Hanko  i 

fortyfikacje  na  Wyspach  Moonsundzkich.  Wobec  postępów  nieprzyjaciela 

na  lądzie  straciły  one  swą  kluczową  pozycję,  polegającą  na  szachowaniu 

wejścia do Zatoki Fińskiej. Gdy wreszcie podjęto spóźnioną decyzję o ewa-

kuacji tych baz - droga powrotna do Leningradu stała się zdradliwą pułapką. 

Straty były ogromne.   

Ewakuowano Tallinn, wycofywano się po kolei z Wysp Moonsundzkich, 

czyniono  przygotowania  do  opuszczenia  półwyspu  Hanko.  Wycofane  z 

ognia jednostki i sprzęt pospiesznie przerzucano do leningradzkiego „kotła”. 

background image

Tam - na lądzie - w murach miasta i na jego bliskich przedpolach miała się 

rozegrać rozstrzygająca bitwa frontu północnego.   

PIĘŚĆ CZY ROZWARTE PALCE   

Wszystko,  co  pływało  na  morzu  -  okręty,  ludzi  i  sprzęt  -  podporządko-

wano  jednemu  zadaniu:  obronie  Leningradu.  Z  pokładów  ścigaczy  i  torpe-

dowców  schodzili  na  ląd  marynarze  -  maszyniści,  minerzy,  łącznościowcy, 

okrętowi artylerzyści... Trafiali wprost do okopów, a często, gdy nieprzyja-

ciel przerywał pierścień obrony, z marszu szli do ataku. Topniały w bitwie i 

rozpraszały się na niezliczonych pozycjach najlepsze kadry floty. W samym 

tylko wrześniu dowództwo floty skierowało na ląd ponad trzydzieści tysięcy 

ludzi  -  dokładnie  połowę  stanu.  Sztab  Frontu  argumentował  nieustępliwie: 

aby utrzymać miasto, trzeba zacisnąć wszystkie siły w stalową pięść. Meto-

da  działania  „rozwartymi  palcami”  -  obrony  wszystkich  możliwych  odcin-

ków  frontu  -  nie  zdała  egzaminu.  Zbyt  wiele  kosztowało  utrzymywanie  do 

ostatka rozproszonych baz na Bałtyku. Za ich ewakuację płacono później po 

stokroć  wygórowaną  cenę.  Lądowi  sztabowcy  gotowi  byli  teraz  do  końca 

wyczerpać ludzkie zasoby floty. Nie było czasu na dyskusje. Nad flotą zawi-

sło widmo kompletnej zagłady.   

I  oto  zacumowane  u  nabrzeży,  zakotwiczone  w  basenach  portowych 

Kronsztadu,  wprowadzone  do  wąskich  koryt  leningradzkich  kanałów  i  od-

gałęzień  Newy  -  stoją  ze  skierowanymi  w  niebo  lufami  dział  na  poły  opu-

stoszałe  okręty  bałtyckiej  armady.  Nie  stoją  bezczynnie.  Większość  z  nich 

zamieniono  w  pływające  baterie  artyleryjskie,  inne  -  mniejsze  -  spełniają 

background image

rolę  punktów  kierujących ogniem  artylerii, jeszcze inne  utrzymują  komuni-

kację  na  Newie  i  wodach  pobliskich  jezior.  W  krytycznych  dniach  zacie-

ś

niającej się wokół miasta blokady środkami floty udało się przewieźć wiel-

kie  zapasy  żywności,  składowane  w  fortach  Kronsztadu.  Zadanie  to  wyko-

nały transportowce pod nieustannym ostrzałem niemieckiej artylerii, lawiru-

jąc między bombami i minami, zrzucanymi do Zatoki po nocach przez nie-

mieckie samoloty.   

Flota nie chciała i nie mogła skapitulować. Zmieniła się tylko jej rola w 

obronie  oblężonego  miasta.  Teraz,  gdy  sytuacja  zmuszała  do  zaniechania 

działań  zaczepnych,  trzeba  było  się  przystosować  do  warunków  oblężenia. 

Ukryte  w  zakamarkach  portu  jednostki  bojowe  starannie  maskowano,  po-

kłady  okrętów  pokrywano  grubymi  stalowymi  pancerzami,  pomosty  i  nad-

budówki  okrywano  belami  bawełny,  przekonano  się  bowiem,  że  bawełna 

stanowi  znakomitą  osłonę  przed  odłamkami.  Dla  oka  niemieckiego  pilota 

zamaskowane  okręty  stanowiły  trudne  do  rozpoznania  cele.  Na  podstawie 

lotniczych  obserwacji  Niemcy  doszli  do  pochopnego  wniosku,  którego  nie 

omieszkali  obwieścić  całej  Europie  -  że  dla  radzieckiej  floty  wojennej  na 

Bałtyku  nastały  ostatnie  dni.  Sądzili,  że  po  krwawej  ewakuacji  Tallinna  i 

ciągłych  bombardowaniach  Kronsztadu  większość  radzieckich  okrętów  zo-

stała zatopiona, a pozostałe są bądź poważnie uszkodzone, bądź znajdują się 

w tak szczelnym zamknięciu na redach Kronsztadu i w ujściu Newy, iż nie 

ma mowy o ich aktywnych działaniach. Jednakże sami widocznie nie bardzo 

w  to  wierzyli,  skoro  postanowili  wycofać  z  Bałtyku  dwa  liniowe  okręty  - 

Tirpitz  i  Scharnhorst.  W  ślad  za  nimi  opuściła  te  wody  cała  flotylla  torpe-

dowców.  Dziwne  również  było  i  to,  iż  z  jakichś  względów  poniechali 

otwartych  działań  przeciw  radzieckim  okrętom,  mimo  iż  armii  niemieckiej 

musiało  bardzo  zależeć  na  szybkim  zagwarantowaniu  łączności  morskiej  z 

background image

Finlandią.   

„JEDYNIE OKRĘTY PODWODNE...”   

Na posiedzeniu Rady Wojennej floty kontradmirał Rall, analizując sytu-

ację radzieckiej marynarki na Bałtyku, powiedział do zebranych oficerów:   

- Nie mając zagwarantowanej swobodnej komunikacji na morzu, fronto-

wa  maszyneria  Niemców  doznawać  będzie  na  lądzie  ustawicznych  awarii. 

Jest  to  bardzo  czuły,  newralgiczny  punkt  tego  teatru  działań  wojennych.  - 

Końcem pałeczki admirał powiódł w stronę wybrzeży Szwecji. Ruch ten nie 

wymagał  żadnych  komentarzy.  Wszyscy  zdawali  sobie  doskonale  sprawę  z 

wielkiego znaczenia, jakie ma dla Niemców ta droga. Przewozili nią z neu-

tralnej  Szwecji  najcenniejsze  surowce  strategiczne  w  zamian  za  złom,  wy-

wożony  z  okupowanych  terenów.  -  Ale...  -  admirał  popatrzył  znacząco  po 

zebranych - uderzyć w ten punkt mogą jedynie nasze okręty podwodne...   

Stwierdzenie  to  było  krótkie,  lakoniczne.  Właściwie  nie  wymagałoby 

komentarzy,  gdyby  nie  fakt,  iż  dla  obecnych  musiało  zabrzmieć  jak  całko-

wicie  nierealny  frazes.  Któż  mógł  bowiem  w  tych  warunkach  myśleć  po-

ważnie o rozwarciu stalowych szczęk pułapki i o wyjściu do działań na peł-

ne morze? Podobny plan mógł się zrodzić tylko w urojeniach fantasty.   

16 września.   

Niemieckie bombowce polują na Marata. Zbyt wiele zalał sadła za skórę 

atakującej piechocie, ostrzeliwując z dział przedpola Strelny. Artyleria wro-

ga wymacała go wczoraj w Kanale Morskim. Płytko, nie bardzo było gdzie 

background image

manewrować - pociski zaczęły kłaść się w celu. Na przystani węglowej tra-

fiony  celną  salwą  dogorywał  Pietropawłowsk.  Z  kolei  gejzery  wybuchów 

objęły  Maksyma  Gorkiego.  Torpedowiec  Stiereguszczyj  również  otrzymał 

kilka trafień...   

I oto pokiereszowany Marat rzuca kotwicę w Kronsztadzie. Tu artyleria 

przeciwlotnicza  zdaje  się  stanowić  dostateczną  osłonę.  Ale  nie  jest  tak  do-

brze...  Niebo  kotłuje  się  od  wybuchów,  równomierny  łoskot  dział  przeciw-

lotniczych słabnie wobec coraz gęstszych detonacji bomb. Coraz bliżej, co-

raz bliżej...   

Nad dachami warsztatów portowych pojawiły się nagle dwa Junkersy, a 

później cała dziesiątka. Lecą nisko, bardzo nisko, w kierunku Marata. Jesz-

cze  nie  dziś,  dopiero  za  kilka  dni  dokonają  swego  dzieła.  Okręt,  trafiony 

tysiąckilogramową  bombą,  zachłyśnie  się  potężnym  wybuchem  własnych 

komór amunicyjnych... Teraz Junkersy wykryły inny cel: okręty podwodne!   

Stoją bezradnie, jak zagonione do saka ryby, wzdłuż wysokich nabrzeży. 

Ale  w  ich  obłe,  długie  cielska  niełatwo  trafić.  Kołyszą  się  od  bliskich  wy-

buchów, wyrzucone z dna tony iłu oblepiają pokłady, na których ogłuszeni, 

czarni  od  błota  marynarze  przywarli  do  plujących  ogniem  cekaemów.  Za 

chwilę rozpocznie się następny nalot.   

Dowódca  jednego  z  tych  okrętów  czuje  się  szczególnie  bezsilny.  Jed-

nostka,  którą  dowodzi,  od  pierwszego  dnia  wojny  jest  faktycznie  stosem 

pływającego złomu. Bez jednego wystrzału, bez jednej choćby minuty wal-

ki...   

background image

BEZZĘBNY SZCZUPAK   

Szcz-303  należy  do  najstarszych  okrętów  na  Bałtyku.  Prawdę  mówiąc, 

jeszcze  przed  wybuchem  wojny  skierowano  go  na  emeryturę.  Miał  być 

okrętem szkoleniowym. Ale i w tej roli nie mógł już pełnić służby. Pływanie 

na nim wiązało się z coraz większym ryzykiem. Trzeba było przeprowadzić 

kapitalny  remont.  Dokonano  wielu  przeróbek,  wymieniono  wiele  mechani-

zmów, jednakże gdy doszło wreszcie do pierwszej próby, załoga daleka była 

od zachwytu.   

-  Spróbuj  pływać  taką  trumną!  -  mówiono.  Kiedyś  okręt  nosił  mniej 

groźną  nazwę  -  „Jazgarz”,  teraz  nazwano  go  bardziej wojowniczo; „Szczu-

pak”.   

- Cóż z tego  -  wzdychali marynarze  -  kiedy ten szczupak słabszy od ja-

zgarza...   

W  chwili  wybuchu  wojny  remont  doprowadzony  był  zaledwie  do  poło-

wy, a lista wykrywanych wciąż nowych defektów, zamiast maleć, z każdym 

dniem wydłużała się. Ostatecznie specjaliści orzekli, że okręt może uratować 

jedynie „normalny” remont na pochylni w stoczni. „Normalny” remont - w 

warunkach zagrażającego miastu całkowitego okrążenia!   

Dowódca  Szcz-303,  Trawkin,  nie  mógł  nawet  marzyć  o  zaplanowanych 

próbnych  manewrach  na  pełnym  morzu  -  Niemcy  obsiali  z  samolotów  mi-

nami  magnetycznymi  wszystkie  wyjścia  z  bazy.  Koledzy  Trawkina  zdążyli 

przynajmniej  do  tego  momentu  zmierzyć  się  z  nieprzyjacielem,  niektórzy 

mieli  już  na  koncie  bojowym  pewne  sukcesy,  a  ten  nieszczęsny  „Jazgarz” 

background image

ani rusz nie chce się zamienić w zwinnego, drapieżnego szczupaka!   

Artyleria  nadbrzeżna  z  Kronsztadu  ponad  wodami  Zatoki  salwą  przydu-

sza do ziemi atakującą niemiecką piechotę. Przez lornetkę widać dymy nad 

płonącym  u  ujścia  Newy  Pietropawłowskiem.  Okaleczony  bombami  Marat 

chowa  się  pod  niepewną  osłonę  kronsztadzkich  baterii  przeciwlotniczych. 

Sytuacja rozwija się bardzo niepomyślnie dla floty. Niektórzy powiadają, że 

na  nic  się  ona teraz  nie  przyda  -  losy  bitwy  o  Leningrad  zostaną  rozegrane 

nie tutaj, w zaryglowanych  minami i sterroryzowanych z powietrza zatocz-

kach i basenach portów, ale tam - w okopach u bram miasta.   

-  My  się  tu  opalamy  -  mówili  do  siebie  z  wyrzutem  marynarze  -  a  oni 

tam...   

Pokazywali  przy  tym  widoczne  gołym  okiem  dymy  na  lądzie.  Wielu 

zgłasza się na ochotnika do oddziałów szturmowych. Być może już za kilka 

godzin  znajdą  się  na  pierwszej  linii  ognia,  idąc  z  karabinem  do  ataku.  Nie 

wiadomo, co stanie się ze „Szczupakiem”, co będzie z całą Flotą Bałtycką. 

Teraz obowiązuje jeden nakaz: „Wszystko dla frontu, wszystko dla miasta”.   

Mijają kolejno dni największego napięcia, najkrwawszych, decydujących 

walk: 21, 22, 23 września...   

W dniu 23 września zmasowany atak 185 samolotów niemieckich miaż-

dży Marata. Ginie dowódca i wielu marynarzy. Ciężko trafiony zostaje rów-

nież  Maksym  Gorki.  Ale  z  pozostałych  okrętów  co  najmniej  trzysta  dział 

wspomaga działania własnej piechoty. Nie zabrakło w tym pojedynku także 

dział historycznej Aurory. Wymontowane z okrętu i umieszczone na Wzgó-

rzach Pułkowskich, wypisały i one swą rubrykę w rachunku tej bitwy.   

26  września  niemiecki  atak  został  powstrzymany.  Linia  frontu  znieru-

chomiała.  Skrępowany  ciasną  obręczą  okrążenia  Leningrad  znalazł  się  na 

wiele miesięcy w blokadzie.   

background image

TRUDNIEJ ŻYĆ NIŻ UMIERAĆ   

Połowa października.   

W nie opalonym wnętrzu teatru, nad głowami stłoczonych ludzi, gęstnie-

ją obłoczki oddechów. Szatnia nieczynna. Widzowie, przeważnie marynarze, 

siedzą na sali w czapkach-uszankach i wojskowych płaszczach. Członkowie 

orkiestry, opatuleni w szaliki i palta, chuchaniem usiłują rozgrzać zmarznięte 

palce.  Za  chwilę  rozpocznie  się  kolejne  przedstawienie  Traviaty.  Oto  za-

brzmiały już pierwsze dźwięki uwertury. Prawie w tej samej chwili gdzieś za 

ś

cianą sali, jakby zza kulis, rozlega się dudniący łoskot zenitówek...   

Siedzący w drugim rzędzie kapitan lejtenant Łoszkariow chwyta za rękę 

inżyniera Korża:   

- To szaleństwo!   

Na  scenę  wybiega  lekkim,  tanecznym  krokiem  Violetta  -  wesoła,  roze-

ś

miana,  taka  jaka  bywała  w  dziesiątkach  innych  przedstawień,  w  lekkiej 

przewiewnej  sukience,  z  obnażonymi  ramionami,  delikatna,  ulotna.  W  taki 

mróz!  Jej  dziewczęcy  głos  wypełnia  po  chwili  salę.  Zdumiona  widownia 

zastygła w podziwie.   

Na drugi dzień dowódca dywizjonu okrętów podwodnych, kapitan 2 ran-

gi Tripolski, przywołuje do siebie inżyniera Korża i oznajmia krótko:   

-  Wykona  pan  pilne  zadanie.  Miasto  potrzebuje  naszej  pomocy.  Niech 

pan dobierze sobie dwóch motorzystów, takich co mają więcej siły, i proszę 

udać się na cmentarz serafimowski. Mają tam jakieś kłopoty z koparką.   

- Tak jest! - odpowiada krótko Korż, którego głos bynajmniej nie zdradza 

background image

entuzjazmu.   

Pod  zlodowaciałym  pokładem  S-7  niełatwo  wyszukać  dwóch  ludzi,  któ-

rzy  mieliby  za  wiele  sił.  Tygodnie  głodu  zrobiły  swoje.  Wreszcie  jednak 

znaleźli się. Z trudem pokonując potężne zaspy śniegu na drodze do miasta, 

pytają inżyniera: 

- Co tam jest do roboty? Jakie to pilne zadanie? 

- Nawaliła jakaś koparka. Mieliście już z czymś takim do czynienia? 

- Na okrętach podwodnych koparek nie ma... 

Korż wolałby przerwać tę rozmowę. Może źle zrozumiał polecenie? Ko-

parka - to jasne, ale co u licha ma z tym wspólnego cmentarz?   

Kroczą  dalej  ulicami  zasypanego  śniegiem  miasta.  Mijają  niekończący 

się pochód cywilów. Ludzie parami i pojedynczo ciągną za sobą sanie, dzie-

cięce  saneczki,  zaimprowizowane  z  kawałków  drewna  płozy...  Jedni  wiozą 

wydobyte  z  gruzów  i  pogorzelisk  kawałki  drzewa,  inni  jakieś  tłumoki.  Co 

pewien czas spod koców i szmat widać zwisającą rękę lub nogę. W pewnej 

chwili marynarzom udaje się zatrzymać ciężarówkę. Umazany smarem, zły 

kierowca na uginających się nogach wychodzi z szoferki.   

-  Czego,  u  diabła,  drzecie  gęby?  Tak  się  wami  pali  do  towarzystwa?  - 

Ruchem ręki odsunął plandekę okrywającą budę. - No, czego stoicie? Wła-

zić! 

Obaj motorzyści cofnęli się: platforma wypełniona była trupami.   

Odtąd nie próbowali zatrzymywać przejeżdżających samochodów.   

Na zaśnieżonym cmentarzu ludniej było niż na Newskim Prospekcie. To 

tu właśnie, do ostatniej przystani, docierały saneczki pojedynczych cywilów, 

tu  zostawiały  swój  niesamowity  ładunek  wypełnione  po  brzegi  ciężarówki. 

W  miejscu,  do  którego  zaprowadził  przybyłych  zarządca  cmentarza,  zoba-

czyli długi, głęboki rów z opuszczonymi na dno żuchwami potężnej koparki. 

background image

Drugi kraniec rowu już się wypełnił trupami cywilów i wojskowych.   

Z ramienia nieruchomego stalowego kolosa zwisały porwane liny...   

- A więc to jest ta nasza robota! Nasze „pilne zadanie” - powiedział inży-

nier Korż. Obaj motorzyści bez słowa przystąpili do naprawy lin.   

AKCJA „ŻN”   

„Bezzębny Szczupak” (Szcz-303) został w ostatnich dniach października 

przyholowany  na  nowe  miejsce  postoju.  Zdemontowany  okręt  Trawkina, 

wraz  z  innymi  okrętami,  znalazł  zaciszny  kąt  na  Newie,  tuż  u  samej  burty 

zakotwiczonej  naprzeciw  Ermitażu  Gwiazdy  Polarnej.  Było  to  oczywiście 

względne  „zacisze”;  pociski  niemieckiej  artylerii  dolatywały  i  tutaj,  wyry-

wając z nabrzeża kawały granitu, wzbijając wysokie fontanny na Newie, ale 

marynarze uważali ten kąt za bezpieczny i... nie mylili się bardzo: ani jeden 

z zacumowanych tu okrętów nie doznał poważniejszych uszkodzeń, mimo iż 

Niemcy  robili  wszystko,  aby  lokatorom  tego  „schroniska”  spędzać  sen  z 

powiek. Nocami ich pojedyncze samoloty zrzucały w górze rzeki dryfujące 

miny,  które  spływając  z  prądem,  miały  burzyć  mosty  i  zagrażać  cumowa-

nym  u  nabrzeży  okrętom.  Na  rzece  dostrzeżono  to  w  porę:  przed  każdym 

okrętem, przed każdą pływającą bazą wystawiono posterunki, których zada-

niem było niszczenie podejrzanego celu nawodnego. Przeznaczono ponadto 

dla  osłony  stare  drewniane  barki,  które  spełniały  rolę  skutecznych  tarcz, 

zagradzając drogę minom.   

W  obszernym  salonie  Gwiazdy  Polarnej  -  niegdyś,  przed  rokiem  1917, 

komfortowego carskiego jachtu - zbierali się teraz na narady dowódcy okrę-

background image

tów  podwodnych  i  dowódcy  sąsiadujących  baz:  Smolnego,  Irtysza,  Oki

Ageny. Na jednym z takich zebrań flagowy mechanik brygady inżynieryjnej, 

Bujwolow,  w  krótkich,  zwięzłych  słowach  naszkicował  najbliższą  perspek-

tywę uwięzionej w Leningradzie floty.   

- Towarzysze  - powiedział, patrząc zebranymi prosto w oczy.  -  Na wio-

snę okręty podwodne, wyjdą w morze. Taka jest dyrektywa sztabu. Zresztą, 

któż z was nie pragnie opuścić tego więzienia?   

Rzeczywiście,  któryż  dowódca  okrętu  chciałby  tkwić  ze  swoją  załogą 

bezczynnie,  niby  ryba  złowiona  do  saka,  tuż  o  krok  od  morza,  po  którym 

kręciły się prawie bezkarnie niemieckie transporty, dowożąc do armii oble-

gającej  Leningrad  wojsko  i  zaopatrzenie  pierwszej  potrzeby?  Żaden  z  tych 

ludzi nie wątpił, że przyjdzie kolej i na jego torpedy...   

Okręty wmarzły w lód. Wydawały się na Zawsze unieruchomione i bez-

bronne. A jednak żyły. W stalowych trzewiach zaczajonych rekinów kipiała 

wytężona, niezmordowana praca. Remontów nie przerywano ani na chwilę. 

W  nielicznych  czynnych  jeszcze  fabrykach  robotnicy  pracowali  po  dwana-

ś

cie  godzin  -  całą  dobę  na  dwie  zmiany,  Załogi  nie  opuszczały  fabryk,  sy-

piając w halach przy maszynach. Ludzie słaniali się na nogach. Robotnikom 

wydawano dziennie po 125, a wojskowym po 200 gramów chleba, w dodat-

ku niepełnowartościowego, doprawianego zielskiem i otrębami.   

Marynarze  pracujący  na  okrętach  zacumowanych  nie  opodal  Letniego 

Sadu  zorganizowali  brygadę  zbieraczy  liści. Wygrabione spod  śniegu  liście 

klonów, grabów i dębów po odpowiedniej obróbce w fabryce tytoniu imienia 

Urickiego zaspokajały potrzeby co zagorzalszych palaczy.   

Pewnego dnia inżynier Andriuk, któremu polecono rozwiązać łamigłów-

kę,  jaką  stanowił  niewątpliwie  problem  zaopatrzenia  pływających  baz  w 

paliwo,  zwołał  na  Irtyszu  naradę  specjalistów.  Powitał  ich  pytaniem  bez 

background image

ogródek:   

- Co robić? Paliwo się kończy.   

Niestety,  niełatwo  było  dać  na  to  odpowiedź.  Pływające  bazy  okrętów 

podwodnych - duże i na ogół dobrze wyposażone okręty i statki - od czasu 

zablokowania  Zatoki  Fińskiej  przez  Niemców  i  zamknięcia  w  kleszczach 

frontu  oblężonego  miasta  spełniały  rolę  koszar  dla  załóg  zimujących  okrę-

tów, mieściły w sobie warsztaty naprawcze i składy, wypełniały także szereg 

innych funkcji, nie mniej ważnych i uciążliwych. Okręt-baza Smolnyj, przy-

cumowany  obok  gmachu  Admiralicji  (gdzie  pomimo  nalotów i  sięgających 

tu  pocisków  artyleryjskich  biura  floty  były  cały  czas  czynne),  z  niemałym 

trudem zaopatrywał ten ogromny budynek w prąd elektryczny.   

Gwiazda  Polarna  dostarczała  pary,  energii  elektrycznej  i  wody  do  pod-

ziemi Pałacu Zimowego, gdzie rozlokował się szpital. W Ermitażu pozostały 

nadal  tysiące  obrazów,  bezcennych  dzieł  sztuki.  Aby  ocalić  te  skarby  od 

zniszczenia, trzeba było w ogromnych salach utrzymywać stałą temperaturę.   

Mieszkańcy  tej  dzielnicy, a  także  żołnierze  i  marynarze,  udający  się  co-

dziennie z wiadrami do przerębli na rzece, ilekroć przechodzili koło Ermita-

ż

u,  przystawali  u  jednego  z  okien  na  pierwszym  piętrze,  skąd  zwisał  długi 

kabel  elektryczny,  biegnący  do  stojącego  w  pobliżu  okrętu  podwodnego. 

Wszyscy wiedzieli: za tym właśnie oknem mieszka i pracuje dyrektor Ermi-

tażu,  akademik  I.  A.  Orbeli.  Ten  wybitny  uczony  pozostał  w  oblężonym 

mieście,  na  posterunku  obok  swych  skarbów.  Jego  wypowiedzi  radiowe  i 

artykuły  zamieszczane  w  gazetach  podtrzymywały  ducha  obrońców  Lenin-

gradu.   

Irtysz,  pod  którego  pokładem  znalazł  kwaterę  sztab  brygady  okrętów 

podwodnych,  pełnił  ponadto  funkcję  zapasowej  elektrowni  Smolnego,  do-

starczając jednocześnie światła i ciepła do Instytutu Bibliotecznego imienia 

background image

N. K. Krupskiej, zamienionego na szpital.   

Tego  roku  zima  zaczęła  się  niespodziewanie  wcześnie.  Zanim  jeszcze 

spadł śnieg, chwyciły silne mrozy. W mieście szybko topniały zapasy opału. 

Przystąpiono  do  rozbiórki  drewnianych  domów  w  Nowej  Wsi,  palono  me-

blami.  Stanęły  wodociągi,  zamarzła  sieć  kanalizacji.  Nawet  w  piekarniach 

zabrakło wody.   

I  znowu  wezwano  na  pomoc  marynarzy.  Mechanicy-podwodnicy  przy-

stąpili  do  uruchomienia  pomp  napędzanych    silnikami      Diesla,  a      tym-

czasem ich    koledzy    nosili do piekarni    wodę w wiadrach.   

- A więc? - powtórzył swe pytanie inżynier Andridk. - Co będziemy robić 

za dzień, za dwa? Na bazach paliwo się kończy. Towarzysze... Czy są jakieś 

projekty?   

Zapanowała  długa,  nieprzyjemna  cisza.  Nikt  się  nie  kwapił  do  zabrania 

głosu. Wreszcie odezwał się lejtenant Kulczycki, dowódca Smolnego:   

-  Mówią,  że  rada  miejska  zezwoliła  na  rozbiórkę  drewnianych  trybun 

stadionu. Drewno zabrali piekarze... Może nam pozwolą rozebrać drewnianą 

wyściółkę ulic? - Kulczycki niepewnie rozejrzał się po twarzach obecnych. - 

Te  drewniane  kostki,  przesycone  smołą,  mogłyby  się  palić  nie  gorzej  od 

koksu. 

Ale i tym razem nikt się nie odezwał. Drewniane nawierzchnie ulic, wy-

łożone  regularnymi  sześciokątnymi  klockami,  stanowiły  dumę  Leningradu. 

Były trwałe i znakomicie głuszyły uliczny liałas.   

- Ludzie nam za to nie podziękują - rzekł wreszcie zafrasowany Andriuk. 

- Szkoda nawierzchni...   

- Na Gwieździe Polarnej mazut już się skończył - wtrącił lejtenant Sewa-

stianow. - Przerobiliśmy kotłownię na paliwo twarde. Ale i węgla już brak. 

Tyle tylko zostało, żeby kowale mieli trochę pod ręką. Nasi palacze zaczy-

background image

nają po cichu palić asfaltem. Kopci się nie najgorzej, ale dobywać go trudno: 

kujemy łomami ulice...   

Lejtenant Pirożny z Irtysza ostrożnie zapytał:   

- A w ostateczności nie dałoby się palić smarem? Andriuk aż podskoczył 

na krześle:   

- W żadnym wypadku! Odpowiada pan głową za każdy kilogram smaru! 

Ciekawym, z czym pan wyjdzie w morze na wiosnę, gdy teraz przepuścicie 

swoje  zapasy  przez  komin?  Towarzysze!  Musimy  znaleźć  jakieś  rozwiąza-

nie.  Musimy  znaleźć  węgiel!  Szukajcie  w  mieście  pod  śniegiem,  wszędzie, 

gdzie tylko się da. Jest to w tej chwili nasza najważniejsza operacja bojowa. 

Nazwiemy ją w skrócie umownie: „ŻN”. Co to znaczy, dowiecie się później.   

W  operacji  „ŻN”  wzięły  udział  wszystkie  załogi  okrętów  podwodnych. 

Węgiel znaleziono. I to nawet więcej, niż się go spodziewano. Sewastianow 

trafił  na  wielką  hałdę  węgla  niemal  na  samej  linii  ognia,  tuż  pod  Niewską 

Dubrowką. Cały ten teren ostrzeliwano z niemieckich okopów. Trzeba było 

podkradać się  do hałdy  nocami,  choć i  wtedy  rwały się  wokół pociski.  Ale 

odtąd węgiel płynął do baz nieprzerwanym potokiem.   

Marynarze łamali sobie głowę: co znaczy tajemniczy skrót „ŻN”? 

Andriuk milczał. 

- Nie próbowaliście odgadnąć sami? - pytał. 

-  Próbowaliśmy.  Wychodzi  rozmaicie:  „życia  nauczy”,  „żelazne  ner-

wy”...  To  nam  pasuje  najlepiej.  A  może  „życiowo  niezbędne”?...  Andriuk 

nadal uśmiechał się tajemniczo. 

- W porządku - powiedział wreszcie. - Znaczy, trafnie dobrałem krypto-

nim. Nie wiedziałem, że aż tyle znajdziecie rozwiązań.   

background image

Z DZIENNIKA TRAWKINA   

Szcz-303,  zacumowany  do  burty  Gwiazdy  Polarnej,  wmarzł  głęboko  w 

lód... W przedziałach okrętu, błyszczących zawsze, wypucowanych do czy-

sta,  dymią  prowizoryczne  piecyki-burżujki.  Kopeć  i  sadza  mieszają  się  ze 

szronem,  pokrywającym  grubą  warstwą  stalowe  burty  i  tarcze  przyrządów. 

We  wnętrzu  okrętów  panują  arktyczne  chłody,  mimo  to  ani  na  chwilę  nie 

ustaje  stukot  młotków,  zgrzyt  metalu,  jazgot  wiertarek.  Ludziom  palce 

przymarzają do żelaza. Bladzi z wyczerpania, głodu i zimna, ledwie trzyma-

ją się na nogach. Codzienna racja żywności pozwala zaledwie na utrzymanie 

nikłej wegetacji organizmu. Chwilami brakuje sił, żeby wspiąć się po trapie 

na pokład. A jednak marynarze pracują bez wytchnienia. Tutaj, na okręcie, i 

tam - w oblężonym mieście.   

19 listopada 1941 r. Wracałem ze sztabu. W drodze trafiłem na dwa na-

loty.  Pierwszy  przesiedziałem  pod  łukiem  mostu  na  ulicy  Piaskowej,  drugi 

zastał  mnie  akurat  pośrodku  Litiejnego  Mostu.  Zenitówki  biły  jak  oszalałe. 

Nie wiem, jakim cudem uszedłem cały spod gradu odłamków.   

21  listopada.  Przed  chwilą  zakończyło  się  zebranie  załogi.  Moi  ludzie 

zobowiązali się przeprowadzić remont okrętu, zanim ruszą na rzece wiosen-

ne  lody.  Wspaniali  chłopcy!  Wychudły,  pozieleniały  z  zimna  motorzysta 

Lebiediew  wycedził  przez  zęby:  „Ech,  poczekajcie,  dranie!  Przyjdzie  i  na 

was kolej, spróbujecie jeszcze na sobie naszych torped”. Nienawiść do wro-

ga tkwi w każdym z tych ludzi jak dynamit!   

24 listopada. Dwa alarmy: artyleryjski i lotniczy. Jednocześnie polowały 

background image

na nas Junkersy i macały z daleka działa ciężkiego kalibru. Bomby i pociski 

padały blisko naszego „Szczupaka”. Załoga nie przerywała pracy.   

28  listopada.  W  tym  miesiącu  dwukrotnie  zniżano  racje  chleba.  O 

zmierzchu ku Gwieździe Polarnej podeszła moja żona. Jej widok wstrząsnął 

mną  do  głębi.  Kredowobiała  twarz,  zapadłe  policzki  i  oczy,  z  których  bez-

wolnie płynęły łzy.   

- Wania, co robić? Wybrałam już całą żywność, na kartki na trzy dni na-

przód. Dzisiaj dzieci nie mają co jeść. I jutro to samo. Dziewczynki płaczą z 

głodu...   

Dzieci...  Jedna  córeczka  ma  półtora  roku,  druga  dwa  i  pół,  a  najstarsza 

ukończyła cztery. Jak je ratować? Wyskrobałem trochę okruchów sucharów, 

trochę masła, kilka kawałków cukru - tyle, ile zdołałem uzbierać, przez trzy 

tygodnie odejmując od własnych racji. Dla sześciorga nie wystarczy na jed-

ną kolację. Oddałem jeszcze żonie kupon sukna (nie zdążyłem sobie zamó-

wić płaszcza) - może uda się jej wymienić to na chleb.   

29 listopada. Wróciłem przed chwilą z kubryka na bazie. Marynarze po-

stawili  na  zebraniu  sprawę  mojej  rodziny.  Rugali  mnie  za  ukrywanie  roz-

paczliwej  sytuacji.  Podjęli  beze  mnie  decyzję,  że  będą  się  odtąd  dzielić  ze 

mną  okruchami  swoich  mizernych  porcji.  Oczywiście jako  dowódca  okrętu 

zakazałem im tego: każdy musi zjadać swoją porcję sam. W podobnej sytu-

acji znajduje się wielej rodzin. Nasze porcje nie wystarczą dla wszystkich.   

10  grudnia. Wczoraj nasze  wojska  wyzwoliły Tichwin.  Na twarzach  ze-

branych  w  kubryku  marynarzy  radosne  uśmiechy.  Może  oznacza  to  prze-

łom? Może nastał koniec blokady?   

16  grudnia.  Od  rana  marynarze  ćwiczą  taktykę  walki  na  lądzie.  Ze 

szczególną  pasją  trenują  bój  na  bagnety.  Akurat  w  czasie  krótkiej  przerwy 

radio podało wiadomość: nasi dali Niemcom łupnia pod Moskwą!   

background image

18  grudnia.  Nasi  zajęli  Kalinin!  Droga  od  Tichwina  do  Wołchowa  na-

reszcie  wolna!  Może  już  wkrótce  uda  się  wywieźć  na  tyły  moją  rodzinę. 

Byle tylko szybciej to nastąpiło!   

19  grudnia.  Transport  miejski  w  bezruchu.  Osłabieni  z  głodu  robotnicy 

muszą  teraz  dochodzić  do  swych  fabryk  pieszo,  czasem  z  drugiego  krańca 

miasta. Wielu z nich ginie po drodze z głodu, chłodu i od niemieckich poci-

sków.  A  jednak  ludzie  ci  codziennie  na  nowo  podejmują  pracę,  remontują 

czołgi i okręty, produkują pociski i miny. Prawdziwi bohaterowie.   

20  grudnia.  Trwają  nieustanne  ostrzały  artyleryjskie  i  bombardowania. 

Wiele domów uległo zniszczeniu. Całe dzielnice pozostają bez wody i świa-

tła. Paliwo się skończyło.   

Nie  opodal  Gwiazdy  Polarnej  marynarze  wykuli  w  grubym  lodzie  prze-

ręblę.  Cywile  schodzą  na  lód  z  wiadrami,  czerpią  wodę  i  na  saneczkach 

wywożą.  Nierzadko  jest  to  ich  ostatnia  wyprawa  -  nieruchome  ciała  pozo-

stają długo na lodzie.   

25 grudnia. Jakże niewiele trzeba człowiekowi do szczęścia! Przed chwi-

lą  wpadł  do  kabiny  politruk  z  sąsiedniego  okrętu.  „Zwiększyli  -  krzyczy  - 

zwiększyli!” Cały promienieje radością. I rzeczywiście: racje chleba od dnia 

dzisiejszego  zostały  zwiększone.  Robotnicy  dostali  po  350,  a  osoby  na 

utrzymaniu po 200 gramów chleba.   

26 grudnia. Przez jezioro Ładoga otwarto regularną komunikację z resztą 

kraju. Kolumny samochodów przywożą teraz do miasta mąkę, cukier, masło, 

mięso,  tytoń,  medykamenty.  Samochody  jadą  nieprzerwanym  sznurem,  nie 

zważając na bliskie sąsiedztwo wroga, bez względu na bombardowania. Tą 

samą  drogą  (rzeczywiście  „droga  życia”)  wywozi  się  chorych  i  rannych, 

kobiety i dzieci.   

6 stycznia 1942 r. Iljin świętuje dziś swój wielki sukces. W południe za-

background image

meldował  u  mnie  w  kajucie: „Rufowe  i  dziobowe  stery  zanurzenia  działają 

normalnie!” Jest to rzeczywiście wielki sukces. Sternicy i elektrycy zmagali 

się z tymi kapryśnymi mechanizmami przez wiele tygodni.   

25 stycznia. Byłem przez kilka godzin w domu. Okna zabite dyktą, ścia-

ny poczerniały od dymu z żelaznego piecyka. Żona, wychudła, z pociemnia-

łą  twarzą,  ledwie  porusza  się  po  mieszkaniu.  Córeczki  z  szarymi  twarzami 

dystrofików, okręcone w szmaty i koce, siedzą jedna obok drugiej na łóżku i 

jedzą zupę ze stolarskiego kleju. A za ścianami niedaleko słychać wybuchy 

pocisków.   

11  lutego.  Dni  coraz  dłuższe.  Już  niedaleko  wiosna. Znowu  zwiększono 

porcje żywności. Od dzisiaj wydają nam po 800, a robotnikom po 500 gra-

mów chleba.   

17 lutego. Cały dzień trwało seminarium dla dowódców okrętów. Na ma-

kietach  i  specjalnych  przyborach  ćwiczyliśmy  strzelanie  torped  do  celu. 

Przyjemne  uczucie:  według  wykreślonego  przeze  mnie  schematu  wszystkie 

torpedy dosięgły celu.   

23 lutego. Dzień Armii Czerwonej. Nastrój znakomity: wykonaliśmy zo-

bowiązanie - remont okrętu został zakończony.   

24  lutego.  Telegram  od  żony:  Przybyliśmy  do  Uljanowska.  W  drodze 

umarła  matka.  Odmroziłam  sobie  obie  stopy,  grozi  mi  amputacja.  Czekam 

na  twoją  zgodę.  Dzieci  zdrowe.  Całują.  Lida.  Oblałem  się  zimnym  potem, 

czytając  te  słowa.  Pobiegłem  natychmiast  do  naszego  lekarza,  pułkownika 

Tichona  Aleksiejewicza  Kuźmina.  Jest  to  znakomity  lekarz  i  towarzysz! 

Wysłuchał  mnie  uważnie,  a  następnie  w  mojej  obecności  podyktował  tele-

gram  do  Lidy  -  całą  instrukcję,  co  i  jak  należy  robić.  Nogi  ratować  za 

wszelką cenę!   

23  marca.  List  od  żony:  zdrowie  powraca,  zaczyna  powoli  chodzić  (ko-

background image

chany Tichon Aleksiejewicz - to jego zasługa!). Dzieci wyglądają lepiej.   

12 kwietnia. Znowu Niemcy wymacują pociskami naszą bazę. Wybuchy 

są tak bliskie, że cały nasz „Szczupak” kołysze się i drży. Wsłuchujemy się z 

napięciem w każdy zbliżający się gwizd. Tylko tego brakowało, aby po tylu 

miesiącach pracy jakiś zabłąkany pocisk unicestwił cały wysiłek.   

Ż

ona pisze: nogi całe i zdrowe.   

16  kwietnia.  W  mieście  ruszyły  tramwaje.  Ich  dalekie  dzwonki  brzmią 

dla nas jak najpiękniejsza muzyka.   

Lód na Newie pociemniał, skruszył się i pofałdował. Lada dzień zacznie 

płynąć kra, a w ślad za krą wyjdą w morze nasze okręty!   

KAJDANY PĘKAJĄ   

- Lody ruszyły!   

Umazani  smarami,  wycieńczeni  motorzyści  po  kolei  wynurzają  się  z 

ciemnych wnętrz. Na okrętach, przyczajonych u newskich nabrzeży, na po-

kładach  okrętów-baz  widać  wiele  nieruchomych  sylwetek.  Nawet  ostry, 

wilgotny  podmuch  wiosennego  wiatru  nie  jest  w  stanie  wpędzić  tych  ludzi 

pod  pokłady.  Jeszcze  chwilę,  jeszcze  choć  minutę  chcieliby  sycić  oczy  wi-

dokiem, na który czekali tyle miesięcy.   

Newa  ruszyła!  Bure  zwały  kry  suną  z  łoskotem  ku  morzu  jak  potężna 

armada.  Na  grzbietach  lodowych  brył,  unoszonych  wartkim  prądem,  ślady 

zimowej gehenny: przymarzłe do lodu trupy, szczątki roztrzaskanych samo-

chodów, resztki barek...   

Lodowe  okowy,  które  więziły  przez  zimę  unieruchomione  okręty,  prąc 

background image

niepowstrzymanie  naprzód,  ku  Zatoce,  oczyszczają  z  dryfujących  min  tory 

wodne.  Co  jakiś  czas,  poprzez  odległy  łoskot,  kanonady,  dochodzi  aż  do 

pokładu  Gwiazdy  Polarnej  charakterystyczny  odgłos  detonującej  miny.  Za-

łogi okrętów ukrytych na Newie nie mają za wiele czasu na wysłuchiwanie 

tych pirotechnicznych koncertów: przez całą dobę kipi tu wytężona praca.   

Na pokładzie S-7 ludzie biegają jak w ukropie. Odbywa się tam właśnie 

jedna z tych „chirurgicznych” operacji, gdy ciężko chorego pacjenta - okręt 

podwodny - przywraca się życiu jedynie na skutek zastosowania prawdziwie 

znachorskich zabiegów.   

- Uwaga, Piskunow! - stojący na pokładzie starszyna Golenko krzyczy w 

dół do ubranego w skafander nurka. Ten go i tak nie słyszy. Usiadł na kra-

wędzi wykutej przerębli i spełza w bulgocący czarny otwór. Golenko rozwi-

ja  gumowy  wąż  i  ostrożnie  zwalnia  linkę  sygnałową.  Miczman  Jurkiewicz 

przykucnął  nie opodal  ze słuchawkami  na  głowie i  mikrofonem  w  ręce.  Po 

chwili  Piskunow  zniknął  pod  lodem.  Teraz  tylko  Jurkiewicz  wie,  co  się 

dzieje z nurkiem. Słyszy w słuchawkach jego ochrypły głos:   

- Śruba... tak, widzę ją nareszcie! A niech to diabli!   

-  Co  widzisz?  Gadaj!  -  denerwuje  się  Jurkiewicz  i  spogląda  do  tyłu,  na 

wszelki wypadek, bo cała ta operacja została zaprojektowana głównie przez 

niego,  w  tajemnicy  przed  „naczalstwem”.  Okręt  jest  już  prawie  gotów  do 

podjęcia walki, tylko ta śruba... Uległa awarii jeszcze na jesieni. Licho wie, 

jakie to uszkodzenie. Czekać na remont w doku? Nikt nawet o tym nie ma-

rzy: w Leningradzie nie ma doków. A więc kapitulacja? 

- Śruba... - chrypi spod lodu Piskunow - na szmelc! Brak jednego pióra, 

dwa skręcone. Klops! 

Nagle słychać przerażony głos Golenki: 

- O rany! Kra! 

background image

- Nie wrzeszcz! - piekli się Jurkiewicz. - Nurek mi ogłuchnie. Ale i on już 

widzi, co się święci. 

-  Piskunow!  Wyłaź!  I  to  już!  -  mówi  do  mikrofonu  siląc  się  na  spokój. 

Ale nerwy nie wytrzymują, więc krzyczy ile sił: - Wyłaź, do jasnej cholery! 

Nikt  cię  nie  ciągnie,  to  kawał  lodu  zaczepił  o  rurę  gumową.  Ostrożnie! 

Uważaj na lód... 

Na  rzece  niespokojne  wiry  skierowały  nagle  na  okręt  całe  zwały  lodu. 

Niesione  prądem  kry,  piętrząc  się  jedna  na  drugą,  z  trzaskiem  i  łomotem 

dotarły aż do burty i nagle wykuta przeręblą zaczęła się kurczyć i maleć w 

oczach.  Jeszcze  chwila  i...  w  wąskiej  szczelinie  ukazał  się  hełm  nurka,  a 

zaraz potem on sam. Ciągnięty przez kolegów z całych sił na linie do góry, 

wypełzł na lód. W samą porę! Okręt zatrząsł się pod naporem, aż zazgrzyta-

ły grube stalowe cumy.   

Na drugi dzień Piskunow znowu zaryzykuje. I w końcu połamana śruba 

zostanie zdjęta pod wodą, wydobyta i - z braku laku - umiejętne ręce inży-

niera Kulczyckiego przyspawają jej nowe pióra, a marynarze - ręcznie, pil-

nikami  -  przez  wiele  dni  nadawać  jej  będą  pożądany  profil,  aż  dokładnie 

zbalansowana, wyważona i odpolerowana wróci na dawne miejsce i spraw-

nie popchnie okręt ku ujściu Newy.   

Zanim to jednak nastąpi...   

-  Towarzyszu  dowódco!  -  sternik  Krutkowski  z  takim  impetem  skoczył 

do włazu, że o mały włos nie przewrócił dowódcy okrętu, Trawkina, którego 

w  pierwszej  chwili  nie  poznał.  -  Diakow...  „Malutka”  wychodzi!  -  i  zanim 

zdążył cokolwiek z sensem wyjaśnić, już był z powrotem na górze.   

Rzeczywiście:  Trawkin,  który  w  ślad  za  Krutkowskim  wdrapał  się  na 

pomost, zobaczył na rzece, w odległości kilkuset metrów, idącą na pełnych 

obrotach  znajomą  sylwetkę  M-97.  Czyżby  jej  dowódca,  Diakow,  miał  być 

background image

tym  pierwszym  wybrańcem  losu?  M-97  nazywana  potocznie  „Malutką” 

(nazwę tę zawdzięczała - podobnie jak wszystkie okręty tego typu - głównie 

swym niewielkim rozmiarom) należała do najmniejszych okrętów we flocie. 

Może w sztabie zdecydowano się na wypuszczenie pierwszego zwiadowcy?   

Gdy  okręt  mijał  Szcz-303, Trawkin  z  zawiścią  pomachał ręką  Diakowo-

wi. Nie wiedział jeszcze, że i on za kilka dni pójdzie tym samym kursem aż 

do... Ochtieńskiego Mostu, skąd na odcinku rzeki do Litiejnego Mostu roz-

pościerało  się  tzw.  „Morze  Ochtieńskie”.  Newa  miała  w  tym  miejscu  bieg 

bardzo  nierówny,  przypominający  z  góry  krzywiznę  haka,  i  nurt  bardzo 

ostry,  ale  głębokość  wody  sięgała  do  osiemnastu  metrów  i  właśnie  ta  oko-

liczność  skłoniła  sztab  floty  do  wyznaczenia  na  tym  odcinku  poligonu  dla 

okrętów podwodnych.   

Gdy  tylko  spłynęła  kra,  rozpoczęto  intensywny  trening.  Okręty  wyzna-

czone do pierwszej grupy bojowej - Szcz-304 (dowodzony przez J. P. Afana-

sjewa),  Szcz-317  (kapitan  lejtenant  N.  M.  Mochow),  Szcz-320  (kapitan  3 

rangi  J.  M.  Wiszniewski),  Szcz-406  (kapitan  lejtenant  E.  N.  Osipow),  S-7 

(kapitan  lejtenant  S.  P.  Lisin)  i  Szcz-303  (kapitan  3  rangi  Iwan  Trawkin)  - 

zaczęły kolejno, według ustalonej listy, wychodzić na „poligon”. W historii 

Floty  Bałtyckiej  był  to  wypadek  bez  precedensu:  wszystkie  wymienione  (a 

potem  i  pozostałe)  okręty  podwodne  musiały  wykonać  normalny  program 

ć

wiczeń bojowych na... rzece. I to na dodatek w warunkach skrajnie nieko-

rzystnych,  w  nurtach  rzeki  o  silnym  prądzie  i  na  małych  głębokościach. 

Każdy  nieostrożny  manewr  groził  uderzeniem  o  dno,  a  to  z  reguły  prowa-

dziło do poważnej awarii. 

-  Kapitanie  trzeciej  rangi,  to  nie  jest  zabawa  dla  naszej  babci

  -  zwrócił 

                                                           

 „Babcią” nazywali marynarze wysłużoną Szcz-303.

 

background image

się oficer, mechanik Iljin, do Trawkina. - Stare pudło ma swój charakterek, 

diabli  wiedzą,  czy  ten  „szczupak”  zechce  pływać  w  korytku.  Nie  dałbym 

głowy, że nasze diesle idą, jak trzeba, a stery zanurzenia... 

- Towarzyszu Iljin, wasza głowa będzie jeszcze potrzebna na polach mi-

nowych w rejonie Gotlandii. A teraz każcie podgrzać silniki... 

- Tak jest! Podgrzać silniki! - Iljin przesadnie służbiście trzasnął obcasa-

mi i jednym susem zniknął we włazie. 

Zdjęto stalowe cumy. Okręt, uwolniony z kajdan, rozdygotany podnieca-

jącą pulsacją silników, oddalił się w kłębach spalin od nabrzeża.   

KOLCE „MORSKIEGO JEŻA”   

Pierwsze  dni  maja  1942  roku.  Budynek  sztabu  floty.  Gabinet  dowódcy 

Floty Bałtyckiej, wiceadmirała Tribuca. 

-  Proszę,  kontynuujcie,  kapitanie  drugiej  rangi,  słuchamy  -  wiceadmirał 

zwrócił  się  zachęcająco  do  Jegorowa.  Wziął  notes,  ołówek,  ale  w  ostatniej 

chwili  coś  sobie  musiał  przypomnieć,  bo  wydobył  z  szuflady  biurka  gęsto 

zadrukowaną  kartkę  papieru  i  rzekł  do  Jegorowa:  -  Przepraszam  was,  od-

czytam  jeszcze  ostatni  komunikat  berlińskiego  radia.  Jest  to  dokument,  z 

którego wynika, że nasze okręty podwodne, wszystkie co do jednego, zosta-

ły w ostatnich miesiącach pogrzebane na dnie Zatoki Fińskiej. - Tribuc po-

kazał odwróconą kartkę z zakreślonym czerwoną linią tekstem. 

- W wyniku uporczywych działań ciężkich bombowców Luftwaffe - czy-

tał - ostatnie z trzydziestu sowieckich U-Bootów, które Rosjanie tchórzliwie 

ukryli  w  zakamarkach  Newy,  bądź  uległy  kompletnemu  zniszczeniu,  bądź 

background image

przez wiele miesięcy będą musiały leczyć rany, jeśli na taką kurację pozwoli 

im nasze lotnictwo i artyleria, a także coraz wyraźniej niepomyślny dla So-

wietów rozwój wydarzeń na froncie... 

Dowódca  dywizjonu  okrętów  podwodnych  Władimir  Aleksiejcwicz  Tri-

polski z miną niepoprawnego sztubaka gwizdnął z podziwem:   

-  Gratulacje  dla  nieboszczyków!  -  uszczypnął  się  w  policzek.  -  Już  nas 

przenieśli na tamten świat!   

Właśnie przed chwilą Tripolski złożył admirałowi raport z przebiegu re-

montu  okrętów  podwodnych.  Z  raportu  wynikało:  dziesięć  okrętów,  całko-

wicie  gotowych  do  opuszczenia  bazy,  odbywa  intensywne  ćwiczenia  na 

„Morzu Ochtieńskim”, trenując ze szczególnym uporem  manewr szybkiego 

zanurzenia. Siedem dalszych po niewielkim remoncie w doku może również 

wkrótce wejść do akcji...   

Kapitan 2 rangi Jegorow, który cały czas tkwił przy zawieszonej na ścia-

nie mapie, odezwał się tonem bynajmniej nie wesołym:   

-  Zwykłe  propagandowe  sztuczki.  Niemcy  sami  nie  wierzą  w  nie.  Czu-

jemy  to  na  własnej skórze.  Od  tygodnia  ich  artyleria z  rejonu  Strelny  i  Pe-

terhofu koncentruje swój ogień w kwadratach postoju naszych baz. Po zma-

sowanych całodziennych atakach lotnictwa, które doprowadziły w końcu do 

poważnego uszkodzenia krążownika Kirow, hitlerowcy zmienili taktykę i w 

przewidywaniu akcji naszych okrętów zaczęli nocami zrzucać z samolotów 

miny na główny tor wodny - Kanał Morski. Są to miny najnowszych typów, 

głównie  denne  magnetyczne  i  akustyczne,  obliczone  na  działanie  pola  ma-

gnetycznego,  wytwarzanego  przez  okręt,  a  także  reagujące  na  określona 

częstotliwość dźwięku pracujących śrub. Nasi obserwatorzy zdołali w ciągu 

zaledwie tygodnia wykryć ponad sto pięćdziesiąt takich zrzutów... 

- Czy to znaczy, że miny uniemożliwią przemarsz okrętów do Kronszta-

background image

du?  -  zapytał,  wyraźnie  zaniepokojony,  jeden  z  dowódców  okrętów.  Wice-

admirał podniósł się zza biurka i podszedł do mapy. Jegorow, spełniając jego 

prośbę, podał mu linijkę.   

-  Towarzysze!  Nieprzyjaciel  z  całą  pewnością  wie  o  naszych  przygoto-

waniach  do  wyjścia.  Nie  jestem  nawet  pewien,  czy  w  niemiecko-fińskim 

sztabie nie przeceniają naszych możliwości. A i nam nie wolno nie doceniać 

ryzyka i niebezpieczeństwa. Trzeba umieć trzeźwo patrzeć prawdzie w oczy. 

A jaka jest ta prawda? - Tribuc na chwilę odwrócił się od mapy i popatrzył 

na zebranych. Czyż musiał im wiele tłumaczyć? Zaznaczone na mapie grubą 

niebieską  krechą  linie  hitlerowskich  wojsk  biegły  wzdłuż  południowych 

brzegów  Zatoki  Fińskiej  aż  do  Kiernowa,  a  następninie  od  Peterhofu  do 

Uricka.  Wybrzeże  północne  było  okupowane aż  do  starej  granicy  z  Finlan-

dią;  lewy  brzeg  Newy,  nieco  na  wschód  od  przedmieść  Leningradu,  aż  do 

Szlisselburga, znajdował się w rękach Niemców. Praktycznie biorąc, zablo-

kowana  flota  radziecka  nie  dysponowała  ani  jedną  bazą,  do  której  nie  mo-

głaby  sięgnąć  artyleria  niemiecka.  Wróg  mógł  w  każdej  chwili  rzucić  na 

dowolny okręt lawinę pocisków, wszystkie wyjścia z miasta znajdowały się 

pod krzyżowym artyleryjskim ostrzałem, a co gorsza w tym wlaśnie rejonie 

Niemcy zdołali gęsto zaminować główno tory wodne.   

-  Towarzyszu  admirale  -  odezwał  się  znowu  Tripolski,  którego  nie 

opuszczał  optymizm.  -  Nasze  kutry  i  trałowce  bronują  niemal  codziennie 

tory wodne aż do wysepek Lewansaari i Seiskara. Do Gotlandii tylko krok... 

Chłopaki postawią zasłony dymne i pójdą...   

-  Tak  -  wiceadmirał  niecierpliwym  gestem  i  przerwał  Tripolskiemu  -  to 

prawda, ale... Jest właśnie kilka „ale”, które trzeba mieć na uwadze i każdej 

próbie  forsowania  Zatoki.  Nasze  rozpoznanie  lotnicze  doniosło,  że  Niemcy 

wystawili  sieci,  o,  tutaj  -  Tribuc  linijką  przeciął  w  kilku  miejscach  tory 

background image

wodne  w  zwężeniach  Zatoki.  -  A  ponadto  wiemy  już  z  całą  pewnością,  że 

rozległe pola minowe istnieją między wyspą Nargen oraz Porkkala-Udd i nie 

ulega wątpliwości, żn przejścia koło Gotlandii są również gęsto zaminowa-

ne.  Szczególnie  niepokojąco  wygląda  ożywioną  krzątanina  dwóch  minow-

ców: Rolanda Kaisera. Wczoraj przeciwnik wprowadził do akcji trzy flo-

tylle  trałowców.  Jego  samoloty  sieją  minami  wokół  Kronsztadu.  Wiemy, 

raczej  z  oznak  zewnętrznych  i  pewnych  poszlak,  że  Niemcy  i  Finowie,  w 

obawie przed zagrożeniem własnych konwojów, zdołali przygotować dla nas 

jeszcze kilka innych „niespodzianek”. W lutym odbyło się tajne posiedzenie 

w niemiecko-fińskim sztabie floty, m którym obecni byli Doenitz i Raeder. 

Flota  zażądała  od  przemysłu  dostawy  półtora  tysiąca  kilometrów  stalowej 

liny,  oczywiście  w  celu  całkowitego  zagrodzenia  Zatoki  siecią.  Na  razie 

przemysł nie jest w stanie wykonać tego zamówienia. Ale czy to znaczy, że 

pozostawili nam Zatokę otworem? Na pewno coś przygotowali! 

Wiceadmirał  ponownie  zwrócił  się  do  Jegorowa,  który  za  jego  plecami 

przerywaną linią nanosił na mapę Zatoki Fińskiej przypuszczalne granice pól 

minowych:   

- Udzielam wam głosu, Włodzimierzu Aleksiejewiczu!   

Dowódca dywizjonu okrętów podwodnych, kapitan 2 rangi Włodzimierz 

Aleksiejewicz  Jegorow,  był  wybitnie  zdolnym  i  doświadczonym  oficerem 

marynarki. Z jego zdaniem liczono się w sztabie i wiceadmirał Tribuc często 

korzystał  z  jego  rad.  Tym  razem,  w  obliczu  bliskiego  już  terminu  podjęcia 

na nowo działań bojowych, od jego opinii w znacznym stopniu zależał wy-

bór jednego z planowanych wariantów akcji. 

- Towarzysze!  - Jegorow odwrócił się twarzą do zebranych. - Wiosenny 

spływ  lodów  był  naszym  sprzymierzeńcem.  Kra,  sztormy  i  wichury  znisz-

czyły  pokaźną  część  min,  ale  nadal  miny  stanowią  główne  niebezpieczeń-

background image

stwo.  Niemcy,  bojąc  się  panicznie  naszych  okrętów,  prowadzą  swe  trans-

porty  wzdłuż  przybrzeżnych  płycizn  i  szkierów.  Kto  ich  stamtąd  może 

przegonić?  Dopóki  ląd  znajduje  się  w  ich rękach,  nie  ma  takiej  siły  oprócz 

naszych samolotów. A więc radziłbym wszystkim taktykę wyczekiwania: po 

wyjściu w rejs siedzieć cicho, czatować na szlakach ich konwojów tak dłu-

go,  aż  sami  wejdą  pod  celownik...  -  Jegorow  zamilkł  na  chwilę,  a  potem 

skierował  się  wprost  do  wiceadmirała:  -  Jeśli  już  pytacie  o  moje  zdanie  w 

kwestii  zasadniczej:  metody  dowodzenia  z  brzegu...  No,  cóż?  Moim  zda-

niem, w warunkach bałtyckich okręty podwodne nie mogą być dowodzone z 

lądu. Musimy  zaniechać taktyki dowodzenia grupowymi atakami okrętów - 

w obecnej sytuacji oznaczałoby to samobójstwo! Trzeba każdemu dowódcy 

dać  wolną  rękę  -  niech  próbuje  sam  rozwiązywać  zadania,  które  nałoży  na 

niego sytuacja. Maksymalna inicjatywa i samodzielność! W niektórych wy-

padkach - połączone działanie dwóch, trzech okrętów pozostających w kon-

takcie  z  okrętem  dowodzenia.  Okręt  dowodzący  utrzymuje  łączność  z  sa-

molotem rozpoznawczym i z lądem. Innego wyjścia nie widzę!   

Któryś  z  oficerów,  wpatrując  się  w  ogromną  mapę  Zatoki,  przypomina-

jącą  zawikłany  labirynt  niebieskich  linii  i  kresek,  nie  powstrzymał  mimo-

wolnego westchnienia: 

- Ryzykowna to będzie zabawa!   

„SZCZUPAKI”    WYCHODZĄ NA ŻER   

25

 

aja 1942 roku.   

-  Uwaga!  Afanasjew  wychodzi!...  -  ten  okrzyk  wywołał  na  pokład 

background image

Gwiazdy Polarnej cały tłum. Nikt nie zważał na przepisy alarmowe. Ludzie - 

uczepieni lin, pochyleni ku rzece - machali czapkami, powiewali chustkami, 

krzyczeli... 

- Afanasjew, trzymaj, się! 

- Afanasjew, daj im bobu! 

- Za Leningrad! 

- Za Moskwę! 

- Wracajcie zdrowi! 

Na  Szcz-304,  idącym  w  położeniu  nawodnym  w  kierunku  Kanału  Mor-

skiego, nikt tych okrzyków nie słyszał. Zagłuszał je łoskot diesli. Nad rzeką 

unosił się jękliwy warkot ścigaczy, które wznosząc grzywy piany, zamiatały 

skrzętnie  wodne  torowisko  po  obydwu  burtach  okrętu.  Okręt  Afanasjewa, 

wyznaczony  jako  pierwszy  na  bojowy  rejs  w  Zatoce Fińskiej,  trzymał  kurs 

na  Kronsztad.  Szedł  dokładnie  przetrałowanym  szlakiem,  otoczony  przez 

ś

cigacze i trałowce. Zanim jednak wszedł do Zatoki, już nad Kanałem Mor-

skim zagwizdały pociski ciężkich dział, bijących z Peterhofu. Wysokie fon-

tanny wody wzbiły się w pobliżu Szcz304, ale w tej samej chwili myszkujące 

wokół ścigacze zaczęły rozsnuwać gęsty, burożółty welon dymu, który sku-

tecznie  nakrył  Afanasjewa.  Tylko  jeden  pocisk  padł  niebezpiecznie  blisko; 

eksplodując w odległości zaledwie trzech metrów od kadłuba okrętu, znisz-

czył kompas i antenę.   

- No, dzięki Bogu, doszli cało! - powiedział Kabo, wchodząc w kilka go-

dzin później do oficerskiej mesy na Gwieździe Polarnej. Zastał tam w kom-

plecie  dowódców  wszystkich  Szcz,  wśród  nich  także  Iwana  Trawkina.  Ten 

chwycił  roześmianego  przyjaciela  w  objęcia, jakby  witał  w jego  osobie  ca-

łego i zdrowego kapitana 3 rangi Afanasjewa, z którym jeszcze dzisiaj rano 

wypili „strzemiennego”.   

background image

- A kiedyż to my, Izaaku, wyjdziemy na polowanie? - zapytał Trawkin.   

13

 

zerwca 1942 roku.   

Osipow, dowódca Szcz-406, z pomostu swego okrętu podaje komendę: 

- Cumy dziobowe rzuć! Przy cumach dziobowych na pirsie - Kabo i Ja-

roszewicz, przy rufowych - Trawkin i Goldberg. 

-  Cumy  rufowe  rzuć!  Trawkin,  stojąc  na  nabrzeżu,  woła  ochrypłym  z 

emocji głosem: 

- Eugeniuszu Jakowlewiczu! - i unosi wygięty zadzierżyście kciuk. Jesz-

cze nie wie, że teraz kolej na niego.   

I WRESZCIE   

21 czerwca - południe.   

„Babcia” wychodzi w morze.   

Kapitan 3 rangi Trawkin w sztabie floty odbiera rozkaz:   

Szcz-303 wychodzi w bojowy rejs. Zajmuje pozycję w wyznaczonym sek-

torze Bałtyku i rozpoczyna działania na szlakach nieprzyjacielskich konwo-

jów.   

-  Wiesz,  Izaaku  -  zwraca  się  Trawkin  do  Kabo  -  mówiąc  szczerze,  od-

czuwam lęk. Nie boję się o siebie, ufam moim ludziom, ale... jak się spisze 

moja  „Babcia”?  To  stary  gruchot.  Służyłem  na  niej  jeszcze  jako  szturman. 

Każdy okręt, jak człowiek, ma swój charakter, swoje kaprysy. Tamtego sta-

rego  „Szczupaka”  znałem  jak  własną  kieszeń.  Kto  wie, jakie  wady  i  zalety 

pokaże ten odmłodzony...   

Kabo  w  milczeniu  uścisnął  dłoń  przyjaciela.  Popatrzyli  sobie  w  oczy. 

background image

Obaj  nie  byli  pewni  swych  okrętów.  Mieli  za  sobą  jedynie  próbę  „Morza 

Ochtieńskiego” - kilka próbnych rejsów na krótkim odcinku, pomiędzy jed-

nym a drugim mostem na Newie...   

21 czerwca.   

Biała leningradzka noc - natchnienie poetów i pisarzy. Przekleństwo ob-

lężonego miasta. Plaga zablokowanej w Leningradzie floty.   

Idącego w położeniu nawodnym Szcz-303 widać z dala na spokojnej tafli 

wody.  Przejrzysta  poświata  białej  nocy  odsłania  przed  niemieckimi  obser-

watorami  łatwy  cel.  I  znowu  -  jak  to już  było  wielokrotnie  -  odzywa  się  ta 

sama złowieszcza muzyka. Biją działa z Peterhofu. Huraganowy ogień nara-

sta,  ogarnia  coraz  ciaśniej  okręt,  na  którym  wszyscy  zajęli  swe  miejsca  w 

oczekiwaniu trafienia. Przygotowano odpowiedni sprzęt, marynarze - gotowi 

do  akcji  -  oczekują  rozkazu.  Nie  ma  zbędnej  krzątaniny.  Równo  pulsują 

diesle, popychając Szcz-303 - nareszcie! - ku morzu. Załoga przeżywa swój 

bojowy  chrzest.  Ludzie  przykuli  spojrzenie  do  wskazówek  przyrządów,  za-

mienili się w słuch, ale każdy wie, że jego wyraz twarzy, jego gesty są ob-

serwowane  przez  innych,  że  jest  to  pierwszy  egzamin  odwagi  i  zimnych 

nerwów, a więc - spasować nie wolno.   

Ś

cigacze  wykonują  dokładnie  swoją  robotę.  Zasłona  dymu  otula  coraz 

szczelniej okręt Trawkina. Jednocześnie z okrętów-baz na Newie zagrały w 

odpowiedzi  najcięższe  działa. Wtórowały  im  basom  baterie  nadbrzeżne. Ta 

„perswazja”  odnosi  natychmiastowy  skutek:  głuche  detonacje  za  burtą 

Szcz-303 stają się coraz rzadsze. Przyduszone celnym ogniem  milkną hitle-

rowskie baterie.   

22 czerwca nad ranem. Kronsztad.   

Cały, bez jednego zadrapania, Szcz-303 zalega u długiego pirsu w bazie. 

Czeka  go  kilka  dni  postoju.  Dowództwo  floty  z  niepokojem  wyczekuje  na 

background image

powrót Afanasjewa. Jakie wieści przywiezie ze sobą z tego pierwszego rej-

su? Poprzednik Afalnasjewa, Diakow, mimo iż jego M-97 osiągnął w ostat-

nich dniach maja wody przybrzeżne Gotlandii i nie zauważony po dwunastu 

dniach  wrócił  do  Kronsztadu  -  nie  zauważył  na  drodze  długości  310  mil 

niczego interesującego. A jednak... M-97 co najmniej siedmiokrotnie musiał 

przekroczyć  pola  minowe!  Zawiniły  zbyt  prymitywne  hydrofony.  Rezultat 

tego rejsu praktycznie równał się więc zeru.   

TOPIELCY PROSZĄ DO TOWARZYSTWA   

1 lipca. Kronsztad.   

Dowodzony przez Afanasjewa Szcz-304 powraca do bazy.   

-  Od  pierwszych  godzin  po  wyjściu  w  morze  przedzieraliśmy  się  przez 

pola minowe jak przez chaszcze tarniny - mówi dowódca okrętu. - Minliny 

szorowały  o  burty  to  z  lewej,  to  z  prawe  strony.  Grała  nam  na  nerwach  ta 

muzyka!  Wkrótce  potem  wytropiły  nas  kutry  i  zaczęły  miotać  bomby.  Nie 

taki  wilk  straszny!  Kadłub  wytrzymał.  Zdążyłem  nawet  nadać  meldunek 

radiowy  do  bazy.  Piętnastego  czerwca  zauważyłem  w  peryskopie  duży  sta-

tek, ale... bez eskorty! Nie mogłem się mylić, był to statek niemiecki. Posze-

dłem  kursem  na  zbliżenie.  Dopiero  teraz  zauważyłem  idące  przodem  dwa 

trałowce.  Bardzo  ostrożnie,  dosłownie  na  kilka  sekund  podnosiliśmy  pery-

skop,  zbliżając  się  do  punktu  odpalenia  torped.  Byle  nas  nie  zauważyli! 

Przed  każdym  podniesieniem  peryskopu  przysiadałem  w  kucki  i  gdy  tylko 

wynurzyła  się  ze  studzienki  głowica  z  okularem,  rozkładałem  rączki  pery-

skopu i przylepiony do wziernika unosiłem się wraz z okularem do góry, aż 

background image

pojawiła  się  powierzchnia  morza.  Krótkie  machnięcie  ręką  („Peryskop 

stop!”),  szybki  obrót  peryskopu  i  po  kilku  sekundach  „Peryskop  w  dół!” 

Tych kilka sekund musiało starczyć na ustalenie kąta kursowego i odległości 

do celu.   

-  Atak  przebiegał  pomyślnie  -  kontynuował  swą  relację  Afanasjew.  - 

Odpaliliśmy torpedy z dwu wyrzutni dziobowych. Po siedemdziesięciu pię-

ciu sekundach eksplozja! Jedna torpeda ugodziła w statek. Niemcom nawet 

nie przyszło do głowy, że to atak okrętu podwodnego. Widocznie sądzili, że 

transport wyleciał na zabłąkanej minie, bo oba trałowce przez dłuższy czas 

trałowały  w  tym  sektorze...  Na  drugi  dzień  atakowaliśmy  inny  transporto-

wiec. Ale Niemcy zdążyli zauważyć ślady wystrzelonych torped i zaczęli się 

oddalać. Zdecydowałem: zaatakujemy z pozycji nawodnej, ale już w chwilę 

po ukazaniu się kiosku nad wodą otworzyli do nas ogień z dwu dział. Szyb-

ko daliśmy nura... 18 czerwca Afanasjew cały dzień umykał przed pogonią, 

tropiony  przez  zespół  ścigaczy,  obrzucany  nieustannie  bombami  głębino-

wymi.  Zdecydował  się  na  opuszczenie  sektora.  Wrócił  niemal  na  to  samo 

miejsce, gdzie zatonął storpedowany przez niego transportowiec. I nagle...   

- Wykryły nas - opowiadał później - dwa torpedowce. Zaczęły się sypać 

bomby.  Bliski  wybuch  podrzucił  nami  jak  piłką.  Byliśmy  na  głębokości 

około  czterdziestu  metrów,  gdy  pełną  parą  wyrżnęliśmy  dziobem  w...  zato-

piony  przez  nas  transportowiec!  Potopieni  hitlerowcy  zapraszali  nas  do  to-

warzystwa... Uderzenie było tak silne, że wszyscy zwalili się z nóg. Ja wy-

rżnąłem głową o jakiś kant, pociemniało mi w oczach, ale zerwałem się na 

równe nogi. „Sprawdzić szczelność w przedziałach!” - rozkaz podany z cen-

trali podziałał na ludzi otrzeźwiająco. Wszyscy rzucili się do wyznaczonych 

stanowisk.  Jeśli  tam,  w  centrali,  dowódca  wydaje  rozkazy,  to  znaczy,  że 

okręt  jeszcze  walczy.  W  żadnym  z  przedziałów  nie  było  większych  uszko-

background image

dzeń,  tylko  w  pierwszym  na  dziobie  zameldowano,  że  wyskoczyło  kilka 

nitów w kadłubie naciskotrwałym i powstało pęknięcie, przez które uderzył 

silny strumień wody. Ludzie zamknięci w tym przedziale mieli pełną świa-

domość sytuacji: albo zatamują dopływ wody, albo zginą. Oficer mechanik 

Kramarenko za moją zgodą w ostatniej chwili przedostał się do przedziału i 

zaryglował za sobą stalowe drzwi, żeby woda nie przedostała się do innych 

przedziałów...  Torpedysta  Rumiancew  i  Litwiniuk  daremnie  próbowali  do-

trzeć do szczeliny. Twardy jak żelazo strumień wody zbijał ich z nóg, ale oni 

za  każdym  razem  od  nowa  pełzli  ku  złowrogiej  szparze:  Teraz  było  ich 

trzech...  Ociężały,  bezwładny  okręt  leżał  na  dnie,  naokoło  z  piekielnym  ło-

skotem  detonowały  bomby.  Za  stalowymi  drzwiami  pierwszego  przedziału 

panowała cisza. Minuty dłużyły się w nieskończoność. Wreszcie Kramaren-

ko przez rurę głosową zameldował, że dziura została zaklinowana drewnia-

nymi czopami. Wtedy spojrzałam na zegarek: minęło zaledwie cztery minu-

ty...   

W  nocy  Szcz-304  wynurzył  się  na  powierzchnię  i  po  otrzymaniu  drogą 

radiową  rozkazu  powrotu  do  bazy  ruszył  marszem  podwodnym  przez  za-

grody minowe do Kronsztadu.   

UMARLI PO RAZ PIERWSZY   

4 lipca 1942 roku, godzina 22.00. Kronsztad.   

W jasnej poświacie białej nocy okręt Trawkina opuszcza bazę. Najbliższy 

cel rejsu: wysepka Lavansaari - ostatni przyczółek radzieckiej floty na Bał-

tyku. Stamtąd wychodzą w morze okręty podwodne na wykonanie bojowych 

background image

zadań.   

O dziwo, przemarsz do Lavansaari odbywa się bez przygód!   

5 lipca.   

Zielony masyw Lavansaari i jej bezpieczna reda, omywana białymi bry-

zgami fal, pozostają „tam, na górze”, za rufą „Szczupaka”, który po wyjściu   

na    morze    natychmiast    zanurza    się    w wody Zatoki.   

Równo,  usypiająco  pracują  silniki  elektryczne.  Załoga  w  napięciu  wsłu-

chuje się w ich głos, dopatrując się w jego miarowości symptomów bezpie-

czeństwa  i  dobrych  nadziei.  Hydroakustyk  -  jedyny  człowiek  na  okręcie, 

który na podstawie szmerów, pisków i zgrzytów wypełniających słuchawki 

potrafi  „zobaczyć”,  co  dzieje  się  za  obrębem  podwójnego  kadłuba  -  ma  na 

razie  spokojną  twarz  i  na  szczęście  z  jego  kabiny  nie  dochodzi  żaden  mel-

dunek.  Okręt,  posłuszny  sterom,  podąża  kursem  wyznaczonym  na  płasz-

czyźnie mapy, zbliżając się nieuchronnie do tajemniczej linii, którą zakreślił 

na  niej  własnoręcznie  dowódca  Szcz-304,  Afanasjew  -  pierwszy  człowiek, 

który  przed  Trawkinem  przepłynął  tędy  i  na  przekór  przechwałkom  goeb-

belsowskiej  propagandy  pokazał  hitlerowcom,  że  „pogrzebana  w  Leningra-

dzie  flota”  żyje  i  gotowa  jest  zadawać  ciosy.  Afanasjew,  rysując  tę  grubą 

krechę, powiedział do Trawkina:   

-  Uważaj,  Wania,  tutaj  zaczyna  się  piekło.  Przebijesz  się,  wiedz,  żeś  u 

samego Belzebuba na patelni siedział... Dziób okrętu - może już teraz, może 

za kilka minut - przetnie granicę pierwszej zapory minowej...   

- Uwaga! Z lewej burty tarcie o kadłub! Po głosie, który rozległ się w ru-

rze  głosowej,  matowym  w  tej  chwili  i  ochrypłym,  Trawkin  poznał  natych-

miast Iwanowa, gospodarza dziobowych aparatów torpedowych.   

I  oto  już  słychać  ten  złowieszczy  odgłos  w  centrali.  Jak  gdyby  czyjaś 

ogromna łapa obmacywała kadłub okrętu i chrobotała kościstymi palcami po 

background image

jego  poszyciu.  Nadeszło  to,  czego  z  takim  niepokojem  oczekiwano:  bez-

bronna,  zdana  jedynie  na  los  szczęścia,  na  „głupi”  przypadek,  załoga  w 

ostatecznym  nerwowym  napięciu  nasłuchuje  tarcia  minliny  o  burtę.  Śmier-

telne niebezpieczeństwo zawisło nad okrętem.   

Minlina  -  stalowa  lina  utrzymująca  na  kotwicy  minę  -  dotknęła  kadłuba 

okrętu w pobliżu dziobowych sterów zanurzenia. Okręt powoli szoruje burtą 

o linę. Już słychać jej zgrzyt w okolicy kiosku, już jest za kioskiem... Twarze 

pokryły  się  zimnym  potem,  zdaje się,  że  trudno oddychać. Wszystkie  spoj-

rzenia  przesuwają  się  ku  rufie:  byle  tylko  lina  nie  zaczepiła  o rufowe  stery 

zanurzenia, byle tylko ominęła śruby...   

- Lewy silnik stop! Ster w lewo! Lewa śruba zastopowana. Ster wyraźnie 

odchyla  okręt  w  lewo.  Wreszcie  zgrzyt  ustaje.  Bosman,  uderzając  łyżką  w 

aluminiowy  kociołek,  „oddzwania”  alarm.  Radiotelegrafista  Szyrobokow 

wysunął głowę z kabiny i przesadnie basując, krzyczy:   

- Spocznij!   

Na twarzach odprężenie. Śmiech brzmi nerwowo, głośno. W gwałtownej 

gestykulacji,  w  podnieconych  głosach  rozładowuje  się  napięcie  minionych 

chwil grozy. 

- Spisał się nasz „Szczupak”! 

- Dzielny „Szczupaczek”! 

Marynarze  pieszczotliwie, przyprawiając  pochwalne  epitety  słonym  ma-

rynarskim „matem” - żeby nie brzmiało zbyt ckliwie - poklepują z zabawną 

czułością  stalowe  szwy  i  nity  okrętu.  Jeszcze  wiele  razy  będą  nasłuchiwali 

tego  mrożącego  krew  zgrzytu  za  burtą,  jeszcze  przeżyją  niejedną  minutę 

grozy na polach minowych i pod bombami  głębinowymi, ale to już nie bę-

dzie  takie  upokarzające,  straszne  jak  za  pierwszym  razem,  w  pierwszym 

dniu rejsu.   

background image

Tego samego dnia wieczorem.   

Gotlandia  za  rufą.  Zagroda  minowa  sforsowana.  Na  mapie  przecinają 

kurs „Szczupaka” jeszcze dwie podobne krechy, naszkicowane ręką Afana-

sjewa. Jakie kryją się za nimi niespodzianki?   

Na  trawersie  latarni  Waindlo  Trawkin  podnosi  peryskop.  W  okularze 

majaczą dwie wyraźne sylwetki trałowców. Na taką „drobnicę” szkoda tor-

ped.  Może  nawinie  się jakaś  większa  sztuka?  Ale  wieczór  i  noc  mijają  bez 

wydarzeń. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Trzeba umieć czekać - jak po-

wiedział Jegorow. Jego rada, przeniesiona z zacisznego gabinetu wiceadmi-

rała do stanowiska dowódcy u peryskopu, wydaje się być teraz szczególnie 

istotna.  Diabli  wiedzą,  jakie  pułapki  przygotował  nieprzyjaciel.  Przecież 

Niemcy  nie  czekali  bezczynnie,  aż  torpedy  radzieckich  okrętów  podwod-

nych przekonają ich o rzeczywistym zagrożeniu!   

Druga doba rejsu.   

Ciemna noc. Wyraźnie widoczne, z beztrosko zapalonymi światłami, mi-

jają  Szcz-303  z  obydwu  burt  niemieckie ścigacze,  kutry  torpedowe i  okręty 

eskorty. Wynurzony podwodny okręt ładuje akumulatory niemal pod bokiem 

wrogiej flotylli. Jest prawie niewidoczny na tle sfalowanej powierzchni mo-

rza. Kilka okrętów przechodzi tak blisko, że Trawkin obawia się, iż tam, na 

pokładzie, mogą usłyszeć  głośny stukot diesli albo łoskot fali, rozbryzgują-

cej pianę o oszalowanie kioku. Ale co robić? Baterie muszą być naładowane, 

przedziały przewentylowane - jutro trzeba będzie forsować następną zagrodę 

minową.   

Akumulatory i powietrze! Czym byłby bez nich okręt podwodny? Stosem 

bezużytecznego  żelastwa.  Silniki  elektryczne  „Szczupaka”  przy  bardzo 

oszczędnym  zużyciu  energii  nagromadzonej  w  akumulatorach  i  przy  małej 

szybkości  marszu  pod  wodą  mogą  pracować  nawet  siedemdziesiąt  godzin 

background image

bez przerwy, natomiast w szybkim marszu zapasów tych wystarczy tylko na 

godzinę  -  półtorej.  Oprócz  tego  baterie  akumulatorów  dostarczają  prądu  do 

oświetlenia  i  ogrzania  okrętu,  napędzają  pompy  i  wiele  innych  urządzeń. 

Ładowanie może się odbywać jedynie na powierzchni. Powietrze... Sprężar-

ki  uzupełnią  jego  zapas  w  butlach,  dmuchawy  wietrzą  przedziały.  Powie-

trzem szasuje

 się zbiorniki balastowe, sprężonym powietrzem poruszane są 

rozliczne  urządzenia  pokładowe,  no  i  oczywiście  -  torpedy...  Tego  powie-

trza,  które  okręt  zaczerpnie  do  wnętrza  w  czasie  ładowania  akumulatorów, 

wystarczy ludziom do oddychania najwyżej na piętnaście - dwadzieścia go-

dzin.   

Urządzenia regeneracyjne uruchamiane  bywają  dopiero  w  ostateczności. 

A więc - na jutro okręt musi nabrać w stalowe płuca dostateczny zapas naj-

cenniejszego dla podwodników surowca: powietrza.   

11 lipca, późnym wieczorem.   

Poświata  księżycowa  zdradziecko  odsłania  okręt  na  spokojnych  falach 

Zatoki. W takim świetle woda zachowuje błękitny odcień i każdy ciemniej-

szy punkt widoczny jest z daleka.   

Oficerską wachtę pełni Kalinin. Okręt idzi w położeniu nawodnym. Od-

bywa się ładowanie baterii. Teraz wszystko zależy od dobrego nasłuchu i od 

oczu Kalinina.   

- Uwaga, samoloty! Wszyscy na dół!   

Kalinin  jednym  susem  znalazł  się  na  dole.  Elektrycy  i  motorzyści  prze-

rwali  ładowanie  akumulatorów,  zastopowali  diesle.  Natychmiast  zaryglo-

wano  włazy.  A  więc  przydadzą  się  teraz  uporczywe,  nie  kończące  się  ćwi-

                                                           

 Szasowanie - opróżnianie z wody zbiorników balastowych na okręcie podwodnym za pomocą sprężonego powie-

trza.   

 

background image

czenia na zablokowanej Newie!   

Dwa  nisko  nad  Zatoką  lecące  samoloty  wrog  z  wysokości  stu  pięćdzie-

sięciu metrów otworzył ogień z broni pokładowej. Doskonale spisał się ka-

dłub „Babuni”. Pociski nie zdołały przedziurawić stalowej blachy. Ich bliski 

grzechot  usłyszał  Trawkin  tuż  nad  uchem,  dosłownie  w  sekundę  po  zary-

glowaniu  włazu,  gdy  głową  dotykał  jeszcze  pokrywy,  po  której  przeszła 

długa seria.   

-  Ech,  Iwanie  Wasiljewiczu,  mieliście  szczęście!  -  zawołał  uradowany 

Kalinin.   

- Wy również!  - roześmiał się Trawkin i tej samej chwili obydwaj padli 

sobie  w  objęcia rzuceni  na  ścianę  gwałtownym  skokiem  okrętu.  W  pobliżu 

gruchnęły dwie bomby - prezent od hitlerowskich pilotów.   

Zgasło  światło,  przestały  działać  ełektryczne  urządzenia  sterowe.  Okręt, 

schodzący  coraz  głębiej  pod  wodę,  trzymano  teraz  na  ręcznym  sterze.  Ale 

obydwaj  elektrycy  -  Grimajło  i  Sawieljew  -  szybko  usunęli  skutki  awarii.   

Ś

wiatło zabłysło znowu.   

Następnego dnia ze sztabu floty niemiecko-fińskiej przekazano przez ra-

dio komunikat:   

Wczoraj  przed  północą  nasze  myśliwce,  odbywające  loty  patrolowe  nad 

wodami  w rejonie  Gotlandii,  wytropiły  sowiecki  okręt  podwodny typu  Szcz. 

Niespodziewany  atak  myśliwców  zakończył  się  sukcesem:  sowiecki  U-Boot, 

trafiony dwiema bombami, poszedł na dno. Tak skończyła się jeszcze jedna, 

nieudana  próba  sforsowania  naszej  blokady,  która  w  stalowych  kleszczach 

trzyma dogorywające resztki sowieckiej floty...   

W  Leningradzie  i  Kronsztadzie  odebrano  również  ten  komunikat.  Pró-

bowano  o  umówionej  godzinie  nawiązać  kontakt  radiowy  ze  Szcz-303,  ale 

Trawkin nie odpowiadał.   

background image

-  Co  znaczy  ta  cisza?  -  łamano  sobie  głowę  w  bazach.  -  Czyżby  radio 

niemieckie ostatecznie   

pokwitowało tragiczny finał wyprawy? A więc... Szcz-303 leży na dnie? 

Na  jednoznaczną  odpowiedź  było  za  wcześnie.  Radiotelegrafiści    uporczy-

wie    wywoływali    kodem:   

- Odezwijcie się!   

TORPEDA W CELU   

Tymczasem  „umarli”  kontynuowali  swój  rejs.  Kapitan  3  rangi  Trawkin 

nie wiedział nic o „sukcesie” Niemców, których łupem stał się jakoby i jego 

okręt. Szcz-303 „zmartwychwstał” jeszcze przed północą tego samego dnia.   

Godzina 23.45.   

„Szczupak”  łagodnie  kołysze  się  na  fali.  Teraz  wachtę  oficerską  pełni 

Tołmaczow. Z jego ust pada ostrzegawcze:   

- Uwaga! Konwój na kursie! Odległość pięć mil!   

Rzeczywiście:  w  oddali  zarysowały  się  wyraźnie sylwetki  kilku  idących 

statków, a na ich tle - mniejsze okręty eskorty. W położeniu nawodnym iść 

dalej nie sposób. Zbyt jasno. Pada komenda dowódcy.   

- Zanurzenie!   

Na głębokości peryskopowej poszedł „Szczupak” na zbliżenie. Dwa razy 

podnoszono peryskop. Daremnie. W gęstniejącym mroku nic nie było widać. 

Po godzinie Trawkin decyduje się na wynurzenie. Z pomostu przez lornetkę 

dostrzega  transportowiec  w  eskorcie  trzech  małych  okrętów.  Odległość  nie 

większa niż trzy mile. Na tę wiadomość wybiega na pomost dowódca dywi-

background image

zjonu, kapitan 2 rangi Goldberg. Wyszedł w ten rejs własnej woli - tak długo 

prosił  admirała,  aż  ten  zezwolił.  Golberga  -  mimo  stalowych  nerwów  - 

wprost roznosi temperament. Wyrywa Trawkinowi z ręki lornetkę.   

- Wania! - wykrzykuje po chwili. - Ścierwa walą wprost na linię strzału!   

A więc nareszcie! Znienawidzony wróg, który dotąd tylko atakował, ści-

gał  i  nękał,  pakuje  się  prosto  pod torpedy.  Nareszcie rewanż!  Goldberg  ma 

rację: konwój znajduje się już prawie na miarze salwy i w odległości dosta-

tecznie bliskiej.   

Okręt w położeniu nawodnym na pełnych obrotach silników zbliża się do 

celu.  Zastępca  szybko  wprowadza  namiary,  diesle  idą  całą  mocą,  obsługa 

aparatów torpedowych wyczekuje komendy u przekaźników. Za chwilę dwa 

długie stalowe cygara podążą w kierunku konwoju. A potem... Potem nastą-

pi  zanurzenie,  pogoń  ścigaczy,  wyczekiwanie  na  cios  celnej  bomby  głębi-

nowej.  Na  wojnie  nie  bierze  się  łupów  bezkarnie...  Okręt  w  każdej  chwili 

może być zauważony. Nerwy napięte do ostateczności.   

- Aparat torpedowy numer jeden, pal! W ślad za pierwszą opuściła okręt 

następna  torpeda.  Jedna  sekunda,  druga,  trzecia...  Nagły  jaskrawy  wybuch, 

płomieniem  sięgający  nieba,  wyrzucił  w  powietrze  całą  górę  wody.  Trans-

portowiec o pojemności siedmiu tysięcy BRT przełamał się w pół i poszedł 

na dno. „Szczupak” zadał wrogowi skuteczny cios. 

- Alarm zanurzenia! 

Z dołu odpowiedź: 

- Siłownia gotowa! 

- Zanurzenie alarmowe! 

Szcz-303 w samą porę chowa się pod wodę. Na ścigacze długo czekać nie 

trzeba...  Zataczają  nad  okrętem  koła,  słychać  narastający  jazgot  śrub,  a  w 

chwilę potem charakterystyczne bulgotanie wody. Bomby głębinowe nurku-

background image

ją na cel. Te chwile są pełne największego napięcia. Wybuch! Niewidzialna 

pięść uderza w uszy. Znowu! Detonacje coraz bliższe, coraz częstsze, aż w 

końcu słychać jeden wielki grzmot, kotłujący głębię do samego dna.   

Mijają godziny.  Okręty eskortowe miotają się jak szalone, ciągle w tym 

samym  sektorze,  rzucają  bomby,  to  milkną  nagle  i  niespodziewana  cisza 

zaczyna  dławić  przytajonych  na  okręcie  ludzi  świdrującym  niepokojem. 

Tam,  na  górze,  wiele  par  uszu  przywarło  do  słuchawek.  Urządzenia  nasłu-

chowe łowią każdy szmer pod wierzchnią morza.   

„Szczupak”  waruje  cicho  na  dnie.  Wykluczone,  by  się  wychylić  na  po-

wierzchnię. Uchylać się przed bombami nie ma sił - zbyt mało energii elek-

trycznej w bateriach.   

Ludzie  wiedzą:  trzeba  oszczędzać  tlen.  Jak  najmniej  ruchów.  Najlepiej 

leżeć spokojnie lub spać. Powietrze staje się coraz cięższe, trudno oddychać. 

Gęsty oleisty pot pokrywa pobladłe twarze. Jak długo potrwa to czekanie?   

Na górze przeklęta martwa cisza. Morze spokojne jak lustro. Kutry, któ-

rych  przybyło  teraz  więcej,  i  ścigacze  mają  ułatwione  zadanie.  Nie  zaprze-

stają  poszukiwań.  Nasłuch  melduje,  że  do  grupy  dołączyły  trałowce.  Zdaje 

się, że wloką po dnie kabel elektryczny. 

- Głębokość w tym miejscu niewielka - mówi Goldberg. - Namacają nas! 

- Już namacali - odpowiada Trawkin. 

Potwierdzeniem tych słów jest coraz bliższa seria wybuchów. 

-  Musimy  ruszyć  z  miejsca,  bo  inaczej...  -  Dowódca  nie  kończy  zdania. 

Krzyczy do rury głosowej: 

-  Cała  wstecz!  Okręt  odrywa  się  od  dna  i  zaczyna  wypełzać  z  niebez-

piecznego  sektora.  W  przedziałach  panuje  cisza.  Tylko  operator  nasłuchu 

ustawicznie  melduje  o  manewrach  okrętów  tropicieli.  Od  jego  wrażliwości 

słuchowej,  od  szybkiej  orientacji  zależy  teraz  bardzo  wiele.  Te  czułe  uszy 

background image

okrętu  podwodnego  spełniają  rolę  jego  oczu.  Ciągle  sypią  się  bomby.  Tra-

łowce  i  ścigacze  to  gubią  ślad,  to  znowu  wykrywają  go  na  nowo.  Bomby 

padają coraz bliżej. Jak uratować okręt? Jest tylko jedno wyjście, ale...   

PUŁAPKA-WYBAWICIELKA   

- Dowódco! - woła oficer nawigacyjny. - Leziemy na miny! To pułapka! 

- Tak trzymać! - krzyczy sternikowi Trawkin. - Tak trzymać!   

Okręt,  jak  gdyby  popychany  coraz  silniejszą  falą  wybuchów,  zbliża  się 

niebezpiecznie  do  granicy  pola  minowego.  Teraz  zaczyna  się  pojedynek 

nerwów:  kto  kogo  przetrzyma.  Czy  Niemcy  odważą  się  podprowadzić  swe 

okręty do zastawionej pułapki minowej, czy nie?   

Za  rufą  wybuchy  słabną,  oddalają  się.  To  nie  one  się  oddalają,  to  okręt 

Trawkina  zbliża  się  do  bariery  śmierci, a  prześladowcy  zastopowali silniki. 

Wreszcie nastaje zupełna cisza. I choć załoga doskonale wie, jaka jest sytu-

acja, widać, ludzie wolą to piekło od tamtego... 

- Z prawej burty minlina! 

- Prawy silnik, stop! 

I znowu to samo znajome chrobotanie kościstej łapy - jakby sama kostu-

cha  dobijała  się  do  włazów.  Znowu  długie,  najdłuższe  chyba  w  życiu  tych 

ludzi  minuty  i  sekundy  wyczekiwania:  czy  zaczepi  o  śrubę,  czy  o  ster?  A 

może  zahaczy  o  antenę?  Przeszła!  Ale  cóż  tam  znowu?  Jękliwy  zgrzyt  z 

lewej  burty  i  na  nowo  ten  sam  taniec;  lewy  silnik  stop,  prawy  stop,  ster  w 

lewo, ster w prawo... Tak mijają trzy godziny.   

Wreszcie  pole  minowe  skończyło  się.  W  ostatniej  chwili  gdzieś  bardzo 

background image

blisko wybuchła mina antenowa. Od silnego wstrząsu pękł bak akumulatora, 

na szczęście niezbyt groźnie. Operator nasłuchu, Mironienko, melduje:   

- Za rufą słyszę równomierne bulgotanie. Zdaje się, że holujemy za sobą 

sieć  sygnałową!  Sieć  sygnałowa! Tego jeszcze  brakowało!  Wlokąc  za  sobą 

doskonale widoczne na powierzchni pływaki, a może nawet świece dymne, 

okręt wyraźnie znaczy ślad swego pochodu! 

- Zanurzenie!   

„Szczupak”  nurkuje  jeszcze  głębiej.  Tylko  w  ten  sposób  można  zatopić 

pływaki. Lec na dnie i czekać.   

Czekać  aż  do  nocy.  A  wtedy...  Na  szczęście  noc  jest  ciemna.  Pada 

deszcz,  niskie  chmury  wloką  się  niemal  nad  samym  wzburzonym  morzem. 

Widoczność słaba. Wymarzona pogoda dla podwodników.   

- Powietrze! Jak szampan! - wzdycha z rokoszą Goldberg i nadyma płuca 

niby miechy. Stoi na pomoście obok Trawkina i nadstawia twarz pod ostre, 

siekące  rózgami  strugi  deszczu.  Ludzie  w  przedziałach  już  się  znaleźli  w 

strumieniu świeżego powietrza, które tłoczą do wnętrza okrętu wentylatory i 

dmuchawy.  Nikt  nie  wie,  jak  długo  pozostaną  na  powierzchni;  w  każdej 

chwili może się coś zdarzyć. Lepiej głęboko oddychać. Jaka szkoda, że nie 

można tego zrobić na zapas!   

- A więc jednak Mironienko  miał rację. Popatrz!  - Trawkin wychyla się 

przez poręcz pomostu i pokazuje Goldbergowi jakiś niewyraźny przedmiot, 

wlokący się u dziobu okrętu. - Sieć! 

„Szczupak”,  uciekając  przed  pogonią,  gdzieś  na  granicy  pola  minowego 

zahaczył o sieć sygnałową. Tego rodzaju „zabawki” porozstawiali Niemcy u 

wejścia  do  każdego  portu,  na  torach  wodnych,  w  każdym  węższym  przej-

ś

ciu.  Diabelnie  niebezpieczna  sprawa!  Wprawdzie  tego  rodzaju  sieci  nie 

zdołają uwięzić okrętu podwodnego, ale są zaopatrzone w przemyślne boje 

background image

sygnałowe, które automatycznie zapalają się i wydzielają kłęby gęstego dy-

mu. Jest to sygnał do ataku dla pełniących dozór kutrów i ścigaczy. Na do-

datek sieć może się namotać na śruby, no a wtedy...   

- Krutkowski!   

Głowa sternika pojawia się w otworze włazu, u nóg dowódcy. Obydwaj z 

Goldbergiem patrzą w dół na tego dzielnego marynarza. Chwila jest bardzo 

emocjonująca.  Wiedzą  o  tym  wszyscy  trzej.  Sternik  za  chwilę  wejdzie  na 

zalewany sztormową falą dziób okrętu i wykona niebezpieczne zadanie. Jeśli 

nie zmyje go fala, jeśli nawet uda mu się odczepić zdradziecką sieć - jeszcze 

to nie oznacza, że wróci bezpiecznie. W każdej chwili Niemcy mogą wykryć 

okręt, a wtedy... Krutkowski pozostanie w morzu, a okręt pójdzie dalej. Ta-

kie jest prawo wojny.   

Po chwili sternik, zaopatrzony w niezbędne narzędzia, udaje się na dziób. 

Okręt,  kołysany  falą  o  sile  sześciu  stopni,  mocno  przechyla  się  z  burty  na 

burtę, wznosi się dziobem do góry i głęboko opada.   

- Krutkowski! Odezwij się! - nawołuje Goldberg.   

Niespodziewanie  Krutkowski,  mokry,  ale  cały  i  zdrów,  pojawia  się  na 

pomoście.  Wręcza  Goldbergowi  oślizły  strzęp  sieci.  -  Zuch!  -  woła  tenże  i 

rubasznie poklepuje sternika.   

-  Obejdzie  się  nasza „Babcia” bez  woalki  -  żartuje Trawkin.  -  Nie  czas, 

„Babciu”, na paradne spacery!   

SZACH KRÓLOWEJ   

Jak zabić czas, kiedy okręt idzie spokojnie?   

background image

Gdy nad głową nie latają niemieckie samoloty, gdy nie słychać drążącego 

uszy  warkotu  śrub  patrolujących  okrętów  wroga,  wtedy  załoga  Szcz-303 

zamienia  się  w  klub  szachistów.  Ta  gra  absorbuje  wszystkich.  Marynarze 

sami,  chyba  podświadomie,  szukają  w  niej  odprężenia  po  chwilach  nerwo-

wego  napięcia  i  grozy.  Najbardziej  pasjonujące  są  pojedynki  odbywają  się 

między bosmanem Raszkowieckim i dowódcą działu sygnałowego, Aleksie-

jewem. Wszyscy wiedzą, że chodzi tu o poważną stawkę: o nieoficjalny tytuł 

mistrza szachów. Ale gra toczy się przez wiele dni dosyć zmiennie. W pew-

nej chwili zaczynała się już rysować przewaga Aleksiejewa, ale wtedy wła-

ś

nie nastąpił pierwszy atak torpedowy, pościg, bomby... Zostawione w mesie 

szachy rozleciały się po podłodze. Zaczęła się prawdziwa gra o życie na polu 

minowym.   

Teraz  okręt  płynie  w  zanurzeniu.  Akumulatory  naładowane,  powietrze 

pachnie  jeszcze  słonym  podmuchem  sztormu,  silniki  pracują  normalnie. 

Dowódca wreszcie poszedł się przespać. Można pozbierać szachy i ustawić 

figury na nowo w szyku bojowym. Wianek głów opasał zawodników. Kibice 

szeptem  porozumiewają  się  między  sobą,  nie  ma  mowy  o  jakimkolwiek 

podpowiadaniu:  najsurowiej  zakazane!  Aleksiejew  skupiony,  metodyczny, 

przechodzi do ataku. Bosman wybiera ulubiony wariant skupienia całych sił 

na  skrzydle  wokół  króla,  a  sam  ukradkiem,  po  dokonaniu  roszady,  gotuje 

desant królówką na tyły przeciwnika...   

-  Szach  królowej!  -  obwieszcza  niespodziewanie  milczący  dotąd  Alek-

siejew.   

Wszystko dokonało się tak nagle, że nikt nie zdążył się nawet uczepić ja-

kiegokolwiek oparcia. Okręt, jakby pchnięty od dołu mocarnym ramieniem, 

wzniósł się ze zgrzytem do góry, zadzierając wysoko dziób... Coś przeraża-

jąco głośno tarło o stępkę. Z chaosu zgrzytów, rumoru i tupotu nóg wyłonił 

background image

się niespodziewany głos Trawkina:   

- Cała wstecz!   

Magiczne  działanie  tego  głosu  jest  niezawodne.  Jeśli  rozlega  się  w  naj-

bardziej tragicznej chwili, znaczy: okręt żyje i walczy dalej!   

- Peryskop!   

Dowódca przywiera twarzą do wizjera okularu. Okręt szedł cały czas na 

głębokości peryskopowej. I oto w okularze... Nieprawdopodobne! W świetle 

szarzejącego  świtu  widać  wyraźnie  bliski,  odległy  o  kilkanaście  metrów 

brzeg, z  miotającymi się po nim sylwetkami żołnierzy w  mundurach o bar-

wie  feldgrau.  Dziób  okrętu  wynurzył  się  z  wody  tuż  u  samego  brzegu  wy-

spy.  A  wyspa...  Ależ  tak!  To  Osmussaar.  Niemcy  rozlokowali  tu  obóz jeń-

ców wojennych. Cóż za ironia: pchać się samemu za druty!   

Po  kilku  sekundach  rozdygotany  „Szczupak”  daje  nura  do  tyłu,  powoli 

spełzając z pochyłego dna. W samą porę, gdyż tam, na brzegu, załogi dział 

zaczynają obracać lufy ku morzu. Za późno! 

- Szczęściarz z tego bosmana! - żartują marynarze. 

- Jemu to nawet Niemcy pomagają! 

I przerwana    partia    szachów zaczyna    się    na nowo. 

„SZCZUPAK” POLUJE W „TRZCINACH”   

17 czerwca.   

Oficer wachtowy podnosi ostrożnie peryskop. Melduje, że na horyzoncie 

widać ciemną plamę. Dla załogi jest to zapowiedź alarmu bojowego. Książki 

i szachy idą w kąt. Już może za chwilę zacznie się polowanie i pościg: „Albo 

background image

oni nas, albo my ich!”   

Mija kilka minut. W okularze rośnie coraz wyraźniejsza sylwetka dużego 

transportowca  o  pojemności  -  na  oko  -  do  czterech  tysięcy  BRT.  Ale  dla-

czego statek idzie bez konwoju?   

- On się nie rusza!   

Rzeczywiście:  statek  nieruchomo  stoi  na  wodzie.  Pora  jednak  schować 

peryskop;  dłuższa  obserwacja  może  zdradzić  okręt.  Trawkin  podnosi  pery-

skop,  jak  zwykle  w  takich  chwilach,  tylko  na  dwie  trzy  sekundy.  Podaje 

zastępcy współrzędne celu. Jeszcze tylko dwa, trzy podniesienia peryskopu i 

atak!   

- Peryskop do góry!   

Z  ust  dowódcy  wyrywa  się  nie  kontrolowany  potok  najsoczystszych 

słów. Statek - teraz widać to wyraźnie - siedzi na mieliźnie. Jest opuszczony 

i najprawdopodobniej pusty.   

-  Do  diabła!  -  Marynarze  są  przygnębieni.-  Pochowali  się  przed  nami 

fryce!   

W bazie powiedziano Trawkinowi, że najłatwiej byłoby przydybać pew-

ny  łup  w  rejonie  Ute.  Tam,  na  płytkich  wodach,  pośród  szkierów,  formują 

Niemcy  swoje  transporty,  tam  można  zastać  stojące  na  kotwicach  okręty  i 

statki.   

-  Zapolujemy  w  trzcinach  -  doradza  Kalinin  i  już  zadowolony  zaciera 

swoje ogromne łapska. - Pora się zrewanżować za ten spacerek po minach!   

Szkiery  -  skaliste  wysepki,  gęsto  rozsiane  wzdłuż  całego  fińskiego  wy-

brzeża, z płytkimi przetokami omywającymi nierówne kamieniste dno - sta-

nowią ulubioną kryjówkę dla niemieckich statków. Obładowane surowcami 

transportowce  snują  się  ostrożnie  wzdłuż  brzegów,  niby  tłuste  karpie  w 

przybrzeżnych  szuwarach.  Niedarmo  marynarze  ze  Szcz-303  nazwali  te 

background image

miejsca  „trzciną”.  Polować  tu  niełatwo.  Okręt,  który  się  na  to  zdecyduje, 

bierze na siebie ogromne ryzyko nadziania się na podwodne rafy i głazy, a w 

razie tropienia go przez kutry i ścigacze traci szanse swobodnego manewru i 

sam może łatwo z napastnika stać się ofiarą.   

- Spróbujemy - mówi Trawkin. Pomrukując z cicha pod nosem, zaczyna 

wodzić  palcem  po  mapie.  Teraz  już  we  dwóch  z  oficerem  nawigacyjnym 

spekulują: 

- Jak my tędy, to oni... 

- Jak my ich tutaj, to oni nas... A tymczasem „Szczupak” bierze kurs na 

Ute. 

19 czerwca.   

Przez peryskop widać wyraźnie biały grzebień fal, kotłujących się u wy-

brzeża  zielonej  wysepki.  Widać  także  sterczące  z  zieleni  na  wzgórzu  żądła 

armatnich luf. Zatokę zamykają od strony morza małe wysepki. Okoliczność 

niezbyt  przyjemna.  Pod stępką  głębia  coraz  mniejsza.  Echosonda  wykazuje 

już tylko siedem metrów. W pewnej chwili Kalinin odwraca peryskop i wi-

dzi transportowce idące z eskortą prosto na „Szczupaka”. Trzeba czym prę-

dzej  rejterować  -  na  tej  wąskiej płyciźnie  spotkanie może  się  skończyć  sta-

ranowaniem  okrętu.  Na  pełnych  obrotach  próbuje  Trawkin  wyprowadzić 

Szcz-303  na  pozycję  strzału.  Niestety!  Konwój  idzie  tak  szybko,  że  już  nie 

sposób nadrobić straconego czasu.   

Co  robić?  „Czekać,  cierpliwie  czekać”  -  radzili  doświadczeni  dowódcy 

okrętów.  „Cierpliwość  podwodnika  i  żelazne  nerwy  to  wysoko  oprocento-

wany kapitał” - lubił mawiać kontradmirał Rall. A więc - cierpliwe czatowa-

nie.   

20 czerwca. Wieczorem.   

Nareszcie w peryskopie pojawiły się wyraźne sylwetki statków idących w 

background image

konwoju. Trzy transportowce i sześć okrętów eskorty. Prawdopodobnie jest 

to ten sam konwój, o którym wczoraj w nocy powiadomiono Trawkina przez 

radio.  W  ładowniach  broń  i  amunicja.  Oczywiście  celem  ataku  będzie  naj-

większy statek: dwanaście tysięcy ton pojemności.   

Goldberg  nie  wytrzymuje  i  choć  na  chwilę  przywiera  do  okularu  pery-

skopu.   

- Wania! Są blisko. Nie możesz spudłować!   

Trawkin zwleka. Podchodzi jeszcze bliżej. W okularze widać już dokład-

nie okryte brezentem czołgi i działa. Czy kadłub „Szczupaka” wytrzyma po 

wybuchu  własnych  torped  siłę  fali,  która  dotrze  aż  tutaj?  Do  takiego  celu 

rzeczywiście nie wolno spudłować!   

-  Niech  to  wszyscy  diabli!  -  na  minutę  przed  wystrzeleniem  torped  w 

okularze  pojawia  się  okręt  eskorty.  Wymija  obrany  przez  Trawkina  cel, 

przecinając trasę torped. Szcz-303 nie zdąży po raz drugi wyjść na właściwą 

pozycję. Co robić? Jest tylko jedno wyjście: obrócić okręt w stronę konwoju 

tak,  aby  samemu  znaleźć  się  wcześniej  we  właściwym  namiarze.  Wówczas 

torpedy zdążą przeskoczyć przed dziobem eskortowca i trafią w obrany cel. 

Komenda: kurs taki a taki, peryskop na sekundę ponownie do góry. Ostatnie 

sekundy!   

- Pal!   

Siady  obydwu  torped  żłobią  wodę  dokładnie  w  obranym  kierunku. 

Wkrótce  potem  ogłuszający  bliski  wybuch,  zaraz  po  nim  -  następny.  Przed 

opuszczeniem peryskopu Trawkin zdążył zobaczyć finał ataku: trafiony sta-

tek, idący szybko pod wodę.   

Przed chwilą echosonda wskazywała w tym miejscu dwadzieścia siedem 

metrów, a mapa... siedemdziesiąt pięć. Fatalny błąd! Nie ma jednak czasu na 

medytacje.  Najwyższy  czas  uciekać  z  niebezpiecznego  sektora.  Kurs  -  w 

background image

lewo, ku morzu...   

Ś

cigacze  już  „bronują”  bombami  w  pobliżu.  Wściekły  warkot  ich  śrub 

słychać przed dziobem, za rufą, z burty. A tu jak na złość dziwnie ociężały 

„Szczupak”  nie  chce  żwawo  ruszyć  z  miejsca,  stery  działają  kiepsko,  okręt 

otrzymał trym na dziób i uporczywie kieruje się w dół. Iljin robi, co może, 

ż

eby wyrównać jego położenie, ale na razie bezskutecznie. A tam, na górze, 

po jednej serii bomb następuje druga, okręty - skierowane prawdopodobnie z 

pobliskiej  przystani  -  dołączyły  do  pościgu.  Hydroakustyk  Mironienko  po-

twierdza to przypuszczenie.   

Nagła  cisza.  „Szczupak”  cofa  się  w  większą  głębię.  Trawkin  zamierza 

podnieść  peryskop,  gdy  nagle  Mironienko  melduje  o  przybliżających  się  z 

lewej  burty  dwóch  ścigaczach.  Znowu  szybkie  zanurzenie.  Sądząc  po  war-

kocie  śrub,  jeden  z  tropicieli  namierzył  ofiarę.  Pruje  prosto  nad  głowami 

ś

ciganych.  Na  wszystkich  twarzach  skurcz  przerażenia:  za  chwilę  spadną 

bomby. Ale wybuchy nie następują.   

Pogoń  trwa.  Widocznie  podsłuch  okrętów  nawiązał  stały  kontakt  ze 

Szcz-303  i  teraz  tropiące  jednostki  idą  dokładnie  jego  śladem.  Okręt  ma-

newruje zygzakiem, sterując silnikami, jednak zmylić pościgu nie udaje się. 

Kutry dokładnie powtarzają każdy manewr. Dlaczego nie atakują? Co się za 

tym kryje? Niepewność jest gorsza od bomb.   

-  Kiedy  się  to  wreszcie  skończy?  -  sapie  szary  ze  zmęczenia  oficer  me-

chanik Iljin. Jego pomocnik   

Gusiew, blady jak płótno, oparł się o stanowisko manewrowe szasu bala-

stów - lada chwila upadnie. Oficer nawigacyjny, pochylony nad mapą, ociera 

spocone czoło: 

-  Za  pół  godziny  wyjdziemy  ze  szkierów.  Na  otwartym  morzu  łatwiej 

zgubić ślad... 

background image

- Brak mi powietrza - szepcze Gusiew i bezwładnie osuwa się na podło-

gę.  Zjawia  się  felczer.  Nakłada  Gusiewowi  aparat  tlenowy.  Cztery  potężne 

detonacje stalowymi pięściami uderzyły w kadłub okrętu.   

- Zanurzenie sześćdziesiąt metrów!   

Komenda Trawkina zlewa się z następną salwą wybuchów. Teraz są one 

jeszcze bliższe. Trawkin przewraca się przez stolik i ląduje u nóg Kalinina. 

Iljin,  oszołomiony,  leży  pod  peryskopem.  A  Gusiew...  ten  zrywa  maskę  i 

chwyta  za  manipulator  sterów  zanurzenia.  Okręt,  gwałtownie  przechylony, 

opada w głębinę.   

-  Dwa  ścigacze  idą  naszym  śladem  nie  zmieniając  szybkości!  -  melduje 

Mironienko. - Naokoło dziwnie cicho...   

Teraz sprawa jest jasna: okręty nieprzyjaciela naprowadziły samoloty na 

cel.  Ale  skąd,  u  licha,  znają  one  tak  dokładnie  miejsce,  gdzie  znajduje  się 

okręt? Może pękł od bliskich wybuchów któryś z zewnętrznych zbiorników 

z  ropą  i  teraz  na  powierzchni  ściele  się  oleisty  zdradziecki  ślad?  Może 

uchodzi  w  którymś  miejscu  sprężone  powietrze,  znacząc  bąblami  kurs 

„Szczupaka”?  Iljin  podnosi  się  z  podłogi  i  biegnie  do  manometru.  Rzeczy-

wiście: jedna z rur doprowadzających powietrze jest uszkodzona.   

Teraz  kłopot  ze  sterami.  Widocznie  bliskie  wybuchy  uszkodziły  silniki 

elektryczne  urządzenia  sterowego.  Trzeba  przejść  na  sterowanie  ręczne. 

Wymaga  to  dużego  wysiłku  fizycznego,  tym  bardziej  że  jedna  z  bomb  ro-

zerwała się gdzieś w pobliżu rufy i zaklinowała ster kierunkowy. Poruszanie 

nim stało się przez to jeszcze bardziej utrudnione. Trzej najsilniejsi maryna-

rze - Pankratow, Krutkowski i Kosych - chwycili z całej siły za koło stero-

we,  ale  bez  rezultatu.  Dopiero  pomoc  kucharza Timofiejewa  zrobiła  swoje: 

okręt zaczął słuchać steru.   

Jeszcze  raz  nad  głowami  rozlega  się  warkot  ścigaczy.  Idą  wachlarzem, 

background image

rzucając  bomby.  Ale  tym  razem  wygląda  to  jak  zwykłe  „bronowanie”  na 

chybił  trafił.  Mimo  że  wybuchy  nadal  są  bardzo  bliskie,  nastrój  załogi  po-

prawia się. W zużytym, dławiącym powietrzu każdy energiczny ruch powo-

duje wyczerpanie, a mimo to wytężona praca nad usuwaniem awarii szybko 

posuwa się naprzód i wkrótce inżynier Iljin melduje o naprawieniu najważ-

niejszych urządzeń.   

Niebezpieczeństwo chyba już minęło. Jednak długie milczenie Mironien-

ki,  w  skupieniu  nasłuchującego  w  słuchawkach  zewnętrznych  odgłosów  z 

morza, niepokoi Trawkina.   

- Odchodzą? - pyta z wymownym gestem rąk.   

- Zbliżają się! - woła Mironienko i już się krzywi w bolesnym grymasie 

wyczekiwania. Jego uszy są chyba najczulszym instrumentem na pokładzie. 

Od tych uszu zależy los okrętu. Wszyscy zdążyli się o tym przekonać. Miro-

nienko to swego rodzaju wirtuoz nasłuchu. Potrafi on z dźwięków, szmerów 

i zgrzytów wypełniających głębię morza wyłowić i rozpoznać w porę każdą 

podejrzaną  oznakę  niebezpieczeństwa.  Wielu  spośród  załogi  nakładało  na 

uszy  słuchawki,  nikt  jednak  nie  potrafił  się  połapać,  jak  można  cokolwiek 

zrozumieć  w  tej  niesamowitej  orkiestrze  świstów,  westchnień,  skrzypień, 

stukań  i  głuchych  uderzeń.  Jeden  Mironienko  znał  wszystkie  te  „nuty”  na 

pamięć. Odgłos przypominający darcie kartki papieru to fala nabiegająca na 

bliski piaszczysty brzeg. Dźwięk podobny do tego, jaki powstaje przy darciu 

grubego  kartonu  -  to  fala  uderzająca  o  metalową  burtę  okrętu.  Mironienko 

słyszy wszystko, a najważniejsze: potrafi w porę uprzedzić o zbliżającym się 

prześladowcy.   

-  Dwa  ścigacze  idą  wprost  na  nas!  Znowu  niebezpiecznie  bliski  łoskot 

bomb. Zno wu kilka „tanecznych” uników „Szczupaka” i... cisza.   

-  Ścigacze  oddalają  się!  -  Mironienko  odrzuca  na  chwilę  słuchawki. 

background image

Dłońmi  pociera  uszy,  jakby  chciał  stłumić  echo  niesamowitego  huku  eks-

plozji, który jeszcze przed chwilą torturował membranę błony bębenkowej...   

96 ZAPAŁEK   

Nareszcie świeże powietrze!   

O  północy  Szcz-303  wypływa  na  powierzchnię.  Udaje  się  przewietrzyć 

przedziały i podładować baterie akumulatorów. Okręt kołysze się na falach 

w pobliżu kursujących nieustannie patrolów nieprzyjaciela. Dowódca decy-

duje się na to ryzyko z dwóch względów: załoga jest tak wyczerpana wielo-

ma  godzinami  walki  i  ucieczki,  że  ludzie  wprost  walą  się  z  nóg.  Trzeba 

uzupełnić tlen w zatrutej wyziewami krwi, mięśnie muszą odpocząć. Nerwy 

- te długo jeszcze nie uspokoją się. Póki okręt nie wróci do bazy, nie ma co 

liczyć  na  pełne  odprężenie.  Po  drugie,  może  uda  się  jeszcze  przed  świtem 

dokonać  oględzin  i  ewentualnie  naprawić  zewnętrzne  pokrywy  aparatów 

torpedowych?  Dziobnica  na  pewno  też  jest  uszkodzona.  Uderzenie  o  dno 

chyba nie uszło bezkarnie.   

W  chwili  gdy  Krutkowski  wychodzi  na  pomost,  aby  dokonać  oględzin, 

od  strony  latarni  Ristna  wyskakują  na  niskim  pułapie  dwa  samoloty. 

„Szczupak” musi szybko skryć się pod wodą.   

23 czerwca. Wieczorem.   

Goldberg rozpoznaje przez peryskop niemiecki krążownik Emden, idący 

w konwoju od strony Dago. Krążownik idzie w eskorcie sześciu minowców. 

Wyśmienita okazja do ataku! Okręty same naprowadzają się na torpedy. W 

milczeniu, bez zbytniego pośpiechu, precyzyjnie jak na ćwiczeniach załoga 

background image

zajmuje  stanowiska  w  alarmie  bojowym.  Szcz-303  idzie  na  zbliżenie  z  ce-

lem.   

Trawkin każe opuścić peryskop tak, aby jego obiektyw znalazł się na po-

ziomie  wody,  gdyż  w  gęstniejącym  zmierzchu  konwój  widać  coraz  słabiej. 

Dopiero  po  tym  sylwetki  okrętów  zarysowują  się  dostatecznie  wyraźnie  na 

tle jaśniejszego nieba. Są odległe teraz o dwie mile. Pora wyjść na kurs ata-

ku. Chwile, które nastąpią, zadecydują o powodzeniu ataku. Okręt, sterowa-

ny nadal ręcznie, idzie idealnie wzdłuż wyznaczonej linii, która prowadzi do 

punktu  odpalenia  torped.  Ale  dlaczego  tak  długo  brak  meldunku  z  dziobo-

wego przedziału torpedowego?   

Wreszcie  Aleksiej  Iwanow,  gospodarz  aparatów  torpedowych,  pojawia 

się, w drzwiach i melduje:   

-  Towarzyszu  dowódco!  Zewnętrzne  pokrywy  dziobowych  wyrzutni  za-

klinowane!   

Oto  skutek  uderzenia  o  skałę!  Wspaniała  okazja  została  zmarnowana. 

Obie wyrzutnie rufowe były już puste.   

Konwój - majestatyczny i groźny - przecinał właśnie linię strzału.   

24 lipca. W nocy.   

Starszyna  radiotelegrafistów  Aleksiejew  melduje  do  sztabu  brygady 

okrętów podwodnych o zatopieniu drugiego transportowca i o awarii okrętu. 

Wkrótce drogą radiową nadchodzi rozkaz ze sztabu: wracać do bazy.   

27 lipca.   

Szcz-303 ponownie forsuje pola minowe.   

Przez trzy doby załoga nasłuchuje skrzypienia minlin, ocierających się o 

burty okrętu. A za burtą setki rogatych stalowych kul, wypełnionych potęż-

nymi  ładunkami  wybuchowymi,  uwiązanych  do  kotwic  na  różnej  głęboko-

ś

ci, kołysze się gdzieś blisko w niewiadomej, ślepej głębinie...   

background image

31 lipca.   

Dwa kwadranse w wynurzeniu. Niespodziewany atak kutrów. W świetle 

wielu rakiet szybkostrzelne działka wzbijają celnym ogniem naokoło kiosku 

dziesiątki  fontann.  Okręt,  zanurzony  na  głębokości  zaledwie  dwudziestu 

metrów, uchyla się od pierwszej salwy bomb głębinowych.   

Udaje się zmylić pogoń.   

Próby  naładowania  akumulatorów,  ponawiane  kilkakrotnie  tej  nocy, 

kończą się podobnie. Niemcy, zaalarmowani obecnością radzieckiego okrętu 

podwodnego, dwoją się i troją, by uniemożliwić mu jakąkolwiek akcję. Ba-

terie  udaje  się  naładować  dopiero  po  opuszczeniu  niebezpiecznego  sektora. 

Trawkin  ustala  przez  radio  miejsce  spotkania  z  okrętami  eskorty,  które  w 

ciągu  dwu  dni  -  4  i  5  sierpnia  -  mają  oczekiwać  na  powracający  do  bazy 

Szcz-303.   

4 sierpnia w nocy „Szczupak” zajmuje wyznaczoną na spotkanie pozycję. 

W gęstej mgle nic nie widać. Dopiero przez nocną lornetę udaje się wyłowić 

z pomroki jakieś ledwie widoczne zarysy okrętów. Wydaje się, że stoją nie-

ruchomo.  Nagle  niebo  rozjaśnia  się  od  gwałtownej  artyleryjskiej  salwy.  Z 

przeciwległego krańca horyzontu równie silny błysk i - salwa!   

Przy akompaniamencie toczonej walki okręt schodzi pod wodę.   

Za dnia „Szczupak” leży na dnie.   

6  sierpnia  w  nocy  radiotelegrafista  odbiera  szyfrowaną  depeszę:  Kutry  i 

trałowce czekają na was w umówionym miejscu.   

Trawkin  w  odpowiedniej  porze  stawia  się  w  oznaczonym  kwadracie. 

Rzeczywiście:  z  pomostu  okrętu  widać  w  mroku  sylwetkę  trałowca  i  kilku 

kutrów. Sygnalista daje znaki latarką. Ale cóż to, do diabła? Zamiast odpo-

wiedzi  znowu  wylatują  w  górę  rakiety  i  zaczyna  się  wściekła  strzelanina. 

Kutry z maksymalną szybkością idą w kierunku Szcz-303. Chcą taranować! 

background image

Nie ma chwili do stracenia. Szybkie zanurzenie! I znowu - jak poprzednio - 

uderzenie  o  dno!  Iljin  przedmuchuje  zbiornik  szybkiego  zanurzenia. 

Wstrząsany bliskimi detonacjami bomb okręt podwodny odrywa się z wysił-

kiem od dna i zaczyna pełznąć w stronę większych głębin.   

Z dziobowego przedziału torpedowego alarmujacy meldunek: przeciek!   

W poszyciu kadłuba wyleciał nit. Z wielkim trudem otwór zatkano.   

- Nad nami trzy kutry! - krzyczy ostrzegaczo Mironienko. - Ostatnie jego 

słowa głuszy huk bomb. Okręt dygoce, podwodna siła detonacji kołysze go z 

burty na burtę, jakby dwaj tytani rozgarniali łapami wodę. Ludzie, oderwani 

od  uchwytów,  padają  na  podłogę,  toczą  się,  uderzając  jeden  o  drugiego. 

Tylko  Mironienko  tkwi  nadal  na  swoim  miejscu,  krzywiąc  się  z  bólu,  gdy 

huk detonacji w słuchawkach hydrofonu jest zbyt silny.   

Trawkin udaje się do przedziału dziobowego. Tam sytuacja jest najgroź-

niejsza.  Ludzie  szukają  w  twarzy  dowódcy  nadziei.  On  sam  wie  o  tym  aż 

nadto  dobrze:  nie  wolno  mu  zdradzić  niepokoju  czy  choćby  cienia  strachu. 

Aż do ostatka...   

Okręt zaczerpnął zbyt wiele wody. Jeśli zaczepy o ilaste dno, wzbije kłąb 

płynnego błota, które unosząc się na powierzchni morza, zdradzi jego pozy-

cję.  Starszyna  Bojcow  robi,  co  może,  aby  uruchomić  silnik  pompy  odwad-

niającej. W ostatniej chwili pompa rusza. Oby teraz gęściej jazgotały śruby 

kutrów, oby bomby sypały się bez przerwy! Zgiełk pracy silników i detona-

cje chłoną odgłos pracującej pompy i nasłuch niemiecki nie zlokalizuje ści-

ganego okrętu. Na szczęście tamtych na górze nie trzeba o to prosić sypią się 

bomby jak groch... Woda ze zbiornika regulacyjnego ustępuje. Ale sytuacja 

jest wciąż niedobra. Kto wie, która bomba dosięgnie celu?   

Ludzie  z  obsługi  akumulatorów  zaczynają  gwałtownie  kasłać.  Wnętrze 

przedziału wypełnia się odorem chloru, który wydobywa się z pomieszczeń 

background image

baterii.  Wtargnęła  tam  słona  woda  morska  i  zmieszała  się  z  elektrolitem 

wypełniającym  baki  akumulatorów.  Od  bliskiej  detonacji  bomby  powstało 

krótkie spięcie. Marynarze gołymi rękami gaszą płonące kable.   

Dowódca  dywizjonu  kapitan  2  rangi  Goldberg  panuje  nad  sytuacją. 

Niezmiennie spokojnym głosem wydaje polecenia:   

-  Zmniejszyć  zanurzenie!  Dociskaj,  dociskaj,  bracie,  zawory,  bo  zaryje-

my nosem i raki będą nas szczypać! I mimo woli, choć sytuacja jest poważ-

na, marynarze uśmiechają się, a rzeczywistość wydaje się mniej straszna.   

- Ech, jaka szkoda, że nie możemy wypłynąć! - wzdycha kok. - Fryce na-

głuszyli całe pudy świeżej rybki, byłaby dobra ucha

. Palce lizać!   

-  Dziewięćdziesiąt  cztery,  dziewięćdziesiąt  pięć,  dziewięćdziesiąt... 

sześć! - Radiotelegrafista Szirobokow przekłada z jednej kieszeni do drugiej 

zapałki: jeden wybuch bomby - jedna zapałka.   

-  Dociągnie  do  setki  czy  nie?  -  medytuje  głośno  Krutkowski.  Przegrał 

tym razem zakład: Niemcy zrzucili 96 bomb.   

DWA PROSIĘTA DLA TRAWKINA   

Noc z 6 na 7 sierpnia minęła na forsowaniu ostatniej za Gotlandia zagro-

dy  minowej.  Nad  ranem  w  okularze  peryskopu  zobaczył  Trawkin  zielone 

wzgórza wysepki Lavansaari i wszedł na znajomą redę, którą opuścił przed 

miesiącem  w  równie  pogodnych  i  cichych  godzinach  przed  świtem..  Mie-

siąc. Tylko miesiąc! A ile przez ten czas było minut długich jak wieczność!   

                                                           

 „Ucha” - rosyjska nazwa popularnej zupy z ryb.

 

background image

W bazie powiedziano mu, że okręty wychodziły dwukrotnie na spotkanie 

ze  Szcz-303,  ale  w  obydwu  wypadkach  radzieckie  kutry  i  trałowce  napoty-

kały przeważające siły nieprzyjaciela i po krótkiej wymianie strzałów zmu-

szone były wycofać się z wyznaczonego sektora. Tak więc praktyka naocz-

nie dowiodła, jak bardzo ryzykowne i niebezpieczne było wyznaczanie ren-

dez-vous w strefie wód zajętych przez wroga. Sztab chyba wyciągnie z tego 

właściwe wnioski.   

10 sierpnia. Wczesny, ranek.   

Kutry  torpedowe i  ścigacze,  wznosząc  grzywy  piany,  rozsnuwają  wokół 

Szcz-303 welony burego dymu. Okręt w pozycji nawodnej idzie całą naprzód 

ku  majaczącym  w  oddali  fortom  Kronsztadu.  Zapowiada  się  piękny  dzień. 

W blasku wschodzącego słońca wybuchające wokół okrętu Trawiona gejze-

ry  wody  wyglądają  świątecznie  i  niewinnie,  niby  pirotechniczne  popisy  na 

sztucznym  basenie  wesołego  miasteczka.  Po  wielu  dniach  podwodnych 

bombardowań  głuchy  odgłos  dalekonośnych  dział,  które  z  zajętych  przez 

Niemców  wybrzeży  Zatoki  blokują  ogniem  kronsztadzkie  tory  wodne,  wy-

daje się Trawkinowi niegroźnym pomrukiem letniej burzy...   

Ś

ladem  Szcz-303  podąża  dziś  do  bazy  drugi  zwycięski  „Szczupak”  - 

Szcz-406,  dowodzony  przez  kapitana  3  rangi  Osipowa.  Podobno  Osipow 

miał  więcej  szczęścia:  udało  mu  się  zatopić  aż  pięć  niemieckich  transpor-

towców!  Obaj  dowódcy,  stojąc  na  pomostach  swych  okrętów,  widzą  się 

nawzajem, machają z daleka rękami, ale ich słów - krzepkich marynarskich 

słów - nie słychać. Zbyt natrętnie hałasują armaty!   

Na pirsie w równych szeregach, wyciągnięci jak struny, stoją marynarze. 

Wśród nich załogi okrętów, które witano przed kilku dniami równie uroczy-

ś

cie. Mosiężne trąby błyszczą z daleka. Orkiestra oczekuje sygnału admirała.   

Na pokładzie Szcz-303 zmęczeni, bladzi, ale pełni radości i dumy stoją ci, 

background image

w których powrót już nie wierzono. Że nie było to zwątpienie nieuzasadnio-

ne,  świadczy  choćby  rdzawy,  podrapany  kadłub  Szcz-303,  przebity  odłam-

kiem kiosk, posiekana pociskami pokrywa włazu, liczne wklęsłości w grubej 

pokrywie stali i skręcona dziwacznie stewa dziobowa...   

- Orkiestra, marsza! - admirał Tribuc skinął ręką. W tej samej chwili po 

opuszczonym trapie schodzi ogolony, blady Trawkin. Salutuje i składa krót-

ki raport. Admirał nie słucha do końca, chwyta kapitana 3 rangi w objęcia i 

po marynarsku całuje z rozmachem w policzki. Coś do siebie mówią, śmieją 

się, za ich plecami ktoś niesie kwiaty, rozbrzmiewa gwar wesołych głosów i 

-  głośne,  spłoszone  -  wzbija  się  nawet  ponad  orkiestrę...  kwiczenie  dwóch 

prosiąt.   

-  Prosięta  dla  załogi  Szcz-303!  Różowiutkie,  przewiązane  wstążkami, 

wręczone zostają dowódcy okrętu. Prosiąt jest dwoje - tyle, ile zwycięskich 

ataków ma na swym koncie załoga. Potem dumna cyfra „2” wpisana zosta-

nie w pięciokąt czerwonej gwiazdy, namalowanej na poszyciu kiosku.   

I jeszcze wojenna zapłata za to, na co nie ma ceny: za bohaterstwo i po-

ś

więcenie.  Pięć  Orderów  Lenina,  pięć  Orderów  Czerwonego  Sztandaru,  a 

dla wszystkich pozostałych - Ordery Czerwonej Gwiazdy.   

- Orkiestra, walca!   

Tego nie trzeba było powtarzać. Gdy tylko oczy dobiegły ostatniej linijki 

listu, który przedarł się od rodziny przez obręcz frontu, gdy tylko wyściska-

no znajomych, marynarze ruszyli w tan. Zapanowała powszechna radość. Bo 

udało  się  wrócić  cało,  bo  torpedy  nie  chybiły  celu,  bo  można  było  znowu 

oddychać, ile się chce, świeżym powietrzem.   

background image

UMARLI POWRACAJĄ   

25 sierpnia 1942 roku. Pałac Smolny.   

Na posiedzenie Rady Wojennej Leningradzkiego Frontu wezwano „czte-

rech  najdzielniejszych  floty”,  dowódców  okrętów  podwodnych:  Wiszniew-

skiego, Osipowa, Lisina i Trawkina. 

Przybyłych powitał serdecznie członek Biura Politycznego KC WKP(b) i 

członek Rady Wojennej, Andrzej Aleksandrowicz Żdanow. Obecny był tak-

ż

e  admirał  Tribuc  i  pozostali  członkowie  sztabu  obrony  miasta.  Żdanow  z 

uwagą  wysłuchał  meldunku  dowódców  okrętów  podwodnych  o  przebiegu 

bojowych rejsów. Każdemu z osobna uścisnął rękę, gratulując odniesionych 

sukcesów, a następnie zwracając się do nich powiedział:   

- A myśmy tu już każdego z was pochowali na dnie, towarzysze! Niemcy 

trąbili  nam  przez  cały  czas  nad  uchem,  że  nadszedł  koniec  naszej  floty.  W 

ostatnich  komunikatach  chwalą  się,  że  zlikwidowali  trzydzieści  naszych 

okrętów podwodnych, czyli...   

- Każdego z was posłali na dno kilka razy! - dokończył Tribuc, dumny z 

sukcesu swoich marynarzy.   

Był to przy tym podwójny sukces. Zablokowana u ujścia Newy i już raz 

przez  hitlerowską  propagandę  „doszczętnie  zniszczona”  radziecka  flota 

podwodna od maja do sierpnia 1942 r., w najcięższym dla oblężonego mia-

sta  okresie,  zdołała  zatopić  ponad  dwadzieścia  nieprzyjacielskich  transpor-

towców,  które  wiozły  uzbrojenie  i  wojsko  pod  mury  Leningradu.  Ponadto 

skuteczne  działania  radzieckich  podwodników  na  wojennym  teatrze  mor-

background image

skim Bałtyku postawiły w stan gotowości wszystkie siły niemieckiej obrony 

przeciw okrętom podwodnym, zakłóciły marsze konwojów i osłabiły morale 

sił działających na morzu. 

-  Sezon  myśliwski  jeszcze  trwa,  życzę  powodzenia!  -  Żdanow  wstał  i 

każdemu z dowódców podał na pożegnanie rękę. 

- Ze szczegółowym planem najbliższych rejsów - dodał - zostaniecie, to-

warzysze, zapoznani za kilka dni. 

„GDZIE SĄ CI LUDZIE?...”   

Jeden z ostatnich dni sierpnia. Leningrad. Sztab floty.   

W  gabinecie  admirała  Tribuca  gęsto  od  dymu.  Zakaz  palenia,  surowo 

przestrzegany  na  pokładzie  okrętu  podwodnego,  tutaj  nie  obowiązuje.  Do-

wódcy - ubrani w białe tropiki, ogoleni, bez bokobrodów i bród, które zdo-

biły ich twarze jeszcze kilka dni temu - przypominają raczej sportsmenów z 

jachtklubu, którzy za chwilę rozegrają partyjkę tenisa lub bilardu. Wrażenie 

to  potęguje  jeszcze  bardziej  obecność  rozległych  stołów-makiet,  wzdłuż 

których ułożono kolorowe figurki markujące okręty podwodne, kutry torpe-

dowe i statki. Pokaźna grupa zebranych skupiła się wokół zawieszonych na 

ś

cianie  tablic,  do  których  przyklejono  wycinki  szwedzkich  i  niemieckich 

gazet. Niektóre akapity, podkreślone czerwonym ołówkiem odczytywane na 

głos,  powodują  wesołą  reakcję.  Oryginalną  „wystawę”  przygotowano  na 

specjalne  polecenie  admirała,  który  przepada  wprost  za  tego  rodzaju  „oka-

zami”, a tym razem chciał sprawić niespodziankę swym gościom.   

- Patrzcie! Co oni tu piszą: Zagadkowe okręty podwodne u wybrzeży Fin-

background image

landii... Zaraz, zaraz... Co ci Szwedzi wymyślili?... W północnej strefie Bał-

tyku  pojawiają  się  ostatnio  nie  rozpoznane  okręty  podwodne,  o  których  w 

niemieckich  komunikatach  mówi  się  jako  o  „angielskich  U-Bootach”.  Do-

mniemane  „angielskie  U-Booty”,  które  jakimś  cudem  przedarły  się  aż  tak 

daleko na północ, atakowały już kilka konwojów... I dalej: Trzeba by stanąć 

na głowie, aby móc sobie wyobrazić, że w zablokowanym mieście, które zja-

dło już wszystkie zapasy paliwa i surowców, w warunkach surowej rosyjskiej 

zimy,  udało  się  Sowietom  wyremontować  całkowicie  i  przygotować  do  tak 

poważnego rejsu choćby jeden lub dwa okręty, a jeśli nawet w to uwierzymy, 

to zapytajmy: gdzie są ci ludzie, którzy by wykonali takie zadanie?...   

Dźwięk  szkolnego  dzwonka,  którym  oficer  dyżurny  przypomniał  o  roz-

poczęciu narady, uciął gwar. Instruktor ze sztabu brygady okrętów podwod-

nych podszedł do stołu, ujął delikatnie w palce makietęokręcik i rozsnuwając 

przywiązaną do niej kolorową nitkę, rzekł do Małanczenki:   

- Najpierw wy, kapitanie lejtenancie, wyjdziecie ze swoją S-13. Spróbu-

jemy  na  tym  przykładzie  rozważyć  jeden  z  wariantów  forsowania  nowych 

zagród  minowych,  ustawionych  ostatnio  przez  Niemców.  O,  tutaj...  -  okrę-

cik, wlokąc za sobą kolorową nitkę, powędrował w ślad za ręką oficera aż do 

Zatoki Botnickiej - tu nawiąże pan pierwszy kontakt radiowy z bazą.   

Afanasjew,  stojący  obok  Trawkina,  uważnym  spojrzeniem  podążał  za 

wlokącym nitkę modelikiem okrętu:   

- Gdybyż to szło tak gładko tam, na morzu! - mruknął.   

- Na morzu jest dwadzieścia siedem zagród minowych - odparł Trawkin. 

I nie dodał ani słowa więcej.   

Kapitan  lejtenant  Małanczenko  w  ciągu  zaledwie  trzech  dni  przeprowa-

dził  swój  S-13  aż  do  północnych  wybrzeży  Hoglandu.  Ku  swojemu  wiel-

kiemu  zdziwieniu na drodze do Zatoki Botnickiej tylko jeden raz trafił pod 

background image

bomby  niemieckich  kutrów  i  już  piątego  dnia  mógł  wysłać  drogą  radiową 

meldunek do bazy. W południowej części Zatoki „wpadł” dosłownie na duży 

statek, wyładowany  - jak się okazało - amunicją. W miejscu, gdzie spoczął 

na dnie ów transportowiec, przez dłuższy czas wzbijały się z wody  gejzery 

ognia. Tej samej nocy, 12 września, celna torpeda Małanczenki rozdziera na 

pół  drugi  statek.  Trzecią  ofiarą  S-13  była  wielka  barka,  wyładowana  drew-

nem. Małanczenko zdecydował się na atak z położenia nawodnego i zatopił 

barkę ogniem swych dział.   

Sukcesy S-13 nie na żarty przeraziły Niemców. Natychmiast zaczęli oni 

przegradzać  cieśninę,  do  której  nie  przywiązywali  przedtem  żadnego  zna-

czenia. Postawili tam aż pięć zagród minowych i ściągnęli wiele mniejszych 

jednostek z Zatoki Fińskiej.   

15  października,  w  czasie  ładowania  akumulatorów,  okręt  został  zaata-

kowany i schodząc pod bombami na dno, uderzył mocno o skałę. Oba silniki 

elektryczne odmówiły posłuszeństwa. Pękł także wał steru kierunkowego. Z 

ogromnym trudem udało się ustawić ster na zero i wreszcie, po wielu godzi-

nach  przebywania  na  dnie,  Małanczenko  skierował  okręt  z  powrotem  do 

bazy. Na redzie Lavansaari S-13 pojawił się dosłownie na ostatnich obrotach 

silnika.  Wyczerpane  akumulatory  nie  mogły  nawet  rozświetlić  żarówek. 

Okręt szedł w zanurzeniu.   

W  tym  czasie  S-9  w  Zatoce  Botnickiej  zaatakował  torpedami  niemiecki 

konwój i zatopił statek o pojemności dwanaście tysięcy ton. Następnego dnia 

dowódca S-9 zaatakował z położenia nawodnego duży zbiornikowiec. Pogoń 

trwała czterdzieści minut. Celna salwa z dział nakryła statek. Na skutek nie 

trzeba było długo czekać: załoga spuściła szalupy, a wielkie pudło wyleciało 

w powietrze.   

Niewiele brakowało, a kolejna próba ataku skończyłaby się tragicznie. W 

background image

czasie  szybkiego  zanurzenia  pod  pokrywę  włazu  kiosku  zaczęła  przenikać 

woda,  zalewając  centralę.  Znajdujący  się  w  kiosku  dowódca  okrętu  i  trzej 

oficerowie  zdołali  jednak  zaryglować  pokrywę  dolnego  włazu.  Uratowali 

okręt przed zagładą, ale sami skazali się na śmierć: woda wypełniała kiosk i 

już tylko u góry, pod sufitem, pozostawała niewielka poduszka powietrzna. 

Okręt opadał w dół, aż na głębokości pięćdziesięciu dwóch metrów uderzył 

o dno. Słona woda przedostała się do pomieszczenia akumulatorów i zaczął 

się stamtąd wydobywać gryzący chlor. Sytuacja z każdą sekundą stawała się 

coraz bardziej tragiczna. Załoga zdołała jednak wyszasować zbiorniki bala-

stowe,  okręt  wypłynął  na  powierzchnię.  Nieprzytomnego  dowódcę  i  trzech 

oficerów wydobyto z kiosku i po wielu zabiegach uratowano.   

Awarię spowodował odłamek wspornika anteny, który dostał się pod po-

krywę włazu do kiosku.   

S-9 wróciła do bazy.   

D-2 wpadła do sieci na północ od Gotlandii. Po czterech godzinach sza-

motania się w pułapce uszkodzona wypłynęła na powierzchnię. Mimo kilku 

awarii  zdołała  jeszcze  przed  powrotem  do  bazy  torpedować  Deutschland  

prom przewożący niemieckie pociągi.   

TRZYMAĆ KCIUKI ZA TRAWKINA   

Szcz-303 znowu gotowy do wyjścia w morze.   

Naczelny  inżynier  warsztatów  remontowych  Wołosatow,  oprowadza 

Trawkina po przedziałach i z dumą oświadcza:   

- Iwanie Wasiljewiczu, okręt, można powiedzieć, jak zegarek!   

background image

Ludzie Wołosatowa wykonali całą robotę w ciągu dwudziestu pięciu dni, 

na  dwa  tygodnie  przed  terminem.  To  oni  właśnie,  ci  żołnierze-robotnicy 

dokonali  dzieła,  które  przerastało  heroizmem  wyjobraźnię  hitlerowskiego 

dziennikarza,  doradzającego  swoim  czytelnikom,  aby  raczej  stanęli  na  gło-

wie,  niżby  mieli  uwierzyć,  że  w  takich  warunkach  „udało  się  Sowietom... 

przygotować do tak poważnego rejsu choćby jeden czy dwa okręty”. Załoga 

warsztatów,  nie  dożywiona  i  ciągle  przemęczona,  pracowała  pod  nieustan-

nym ostrzałem ciężkiej artylerii, wśród gwizdu bomb, między jednym a dru-

gim zejściem do schronu.   

- Piękna robota - rzekł Trawkin, ściskając dłoń inżyniera.   

Wołosatow  nie  dosłyszał.  Właśnie  ogłoszono  alarm  przeciwlotniczy. 

Gdzieś bardzo blisko uderzyły salwą działa przeciwlotnicze.   

I  znów,  jak  za  pierwszym  razem,  wokół  wychodzącego  z  bazy  „Szczu-

paka”  kręcą  się  ruchliwym  rojem  ścigacze.  Strzelają  niemieckie  baterie, 

ś

wiece dymne zasnuwają tor wodny. Wkrótce potem idące przodem trałow-

ce  zawracają,  okręt  schodzi  na  największą  dopuszczalną  głębokość.  Jego 

kurs prowadzi między wyspą Tjuters Wielki i mielizną Wikoła. Co kryje się 

na tej drodze w zdradliwych wodach Bałtyku?   

Najbardziej niebezpieczny  w  marszu  jest  moment,  gdy  oficer  wachtowy 

wykreśla pozycję statku. Aby sprawdzić, czy w obliczeniach nie popełniono 

błędu, okręt musi wyjść na głębokość peryskopową. Następują chwile pełne 

napięcia: zaczepi o miny czy nie? W górnych warstwach wody jest min naj-

więcej. Dowódca zatrzymuje silniki i daje rozkaz wynurzenia. Wtedy ryzyko 

zmniejsza się. Ale po pewnym czasie manewr trzeba znowu powtórzyć...   

- Kąt kursowy prawo sto dwadzieścia, zdaje się, niemiecki U-Boot! - głos 

Mironienki podrywa wszystkich na nogi.   

Trawkin  nakłada  drugie  słuchawki.  Rzeczywiście;  charakterystyczny 

background image

szum  śrub  okrętu  podwodnego  wyraźnie  podąża  za  „Szczupakiem”.  Jeden 

rzut  oka  na  mapę i od razu  sprawa  staje  się. jasna:  w tym  właśnie  sektorze 

koledzy  Trawkina  najczęściej  ładowali  akumulatory.  Niemcy  to  wytropili  i 

teraz szykują zasadzkę.   

- Zatrzymali silniki. Pewnie kładą się na dno.   

Następuje  pojedynek  między  operatorami  nasłuchu  obydwu  wrogich 

okrętów.  Który  potrafi  „wymacać”  nieprzyjaciela  dokładniej?  Oba  okręty, 

leżą  przez  kilka  godzin  w  bezruchu.  Niemcy  nie  wytrzymują  pierwsi.  Za-

czynają  krążyć  w  pobliżu.  Wtedy  Trawkin  niezauważony  opuszcza  sektor. 

Niemiec-operator nasłuchu nawet nie zauważył tego odejścia.   

Ładowanie akumulatorów. Wachtę na pomoście obejmują najlepsi ludzie 

z  załogi:  oficer  wachtowy  lejtenant  Kalinin,  obserwatorzy  Krutkowski  i 

Tołmaczow. Krutkowski stanął wyżej, obok kolumny peryskopu bojowego. 

Jego  zadanie:  obserwacja wzdłuż  kursu.  Tołmaczow  zajął  miejsce  niżej,  na 

składanej  platformie,  przy  drugim  peryskopie.  Obserwuje  cały  horyzont. 

Dowódca okrętu przebywa w centrali.   

Nic się nie dzieje. Bywa i tak.   

Z  włazu  wejściowego  zaczynają  dolatywać  drażniące  zapachy  kuchni. 

Nareszcie  kucharzom  wolno  usmażyć  kotlety.  Wentylacja  funkcjonuje  na 

pełny regulator. Zajadając aromatyczną kolację, ludzie czują się jak w domu.   

- Mina na kursie! Odległość sześćdziesiąt metrów! - głos Krutkowskiego 

podrywa  wszystkich  jak  dzwon  alarmowy.  Mina  dryfująca!  Ten  „rogaty 

diabeł”  nie  jest  jeszcze  taki  groźny,  przynajmniej  można  go  w  porę  wypa-

trzyć. Ale gdy coś takiego płynie prosto na burtę, po plecach zaczynają bie-

gać  lodowate  dreszcze.  Napięcie  mija  powoli.  W  dzienniku  wachtowym 

przybywa jeszcze jeden zapis: o godzinie takiej a takiej okręt wyminął minę.   

Dni upływają nad podziw spokojnie. Zamknięci w stalowym pudle ludzie 

background image

tracą poczucie czasu i rzeczywistości. Gdzieś tam toczy się wojna, unurzani 

w jesiennym błocie żołnierze pełzną do ataku, płoną miasta i wsie, w każdej 

minucie  śmierć  zbiera  obfite  żniwo,  a  tutaj...  Żadnego  celu  w  peryskopie! 

Może  winien  temu  nieustający  sztorm,  który  jakby  usiłował  wychlusnąć 

Bałtyk z brzegów? Zwykła w tym rejonie październikowa pogoda.   

Okręt  w  położeniu  nawodnym  przekształca  się  w  konia  na  biegunach: 

góry kipiącej wody to wznoszą go na grzbiet, to rzucają w przepaść. Nawet 

najbardziej  zaprawieni  z  załogi  nie  wytrzymują  tej  huśtawki.  Wystrzelenie 

torped  przy  takiej  fali  byłoby  bezcelowe  -  i  tak  zboczyłyby  z  kursu.  Gdy 

wreszcie  któregoś  dnia  cały  konwój  przechodzi  przed  dziobem  bezsilnego 

Szcz-303, którego na dodatek silna fala wyrzuca co chwila na powierzchnię, 

tak że w końcu trzeba nawet zaniechać obserwacji i zejść na głębinę - ludzi 

zaczyna ogarniać szewska pasja.   

18 października. Pierwsza księżycowa, spokojna noc.   

Trawkin  zamawia  u  kucharza  filiżankę  mocnej  kawy.  W  chwili  gdy  ku-

charz zjawia się we włazie, od obserwatora dobiega jego uszu meldunek:   

-  Kąt  kursowy  prawo  dwadzieścia,  na  hory  zoncie  rozbłyski  światła!  W 

oddali  jeszcze  jeden  raz  pojawił  się  krótki  błysk.  Już  „Szczupak”  całą  na-

przód  idzie  na  kurs  zbliżenia.  W  lornetce  zamajaczyły  trzy  transportowce  i 

sześć okrętów eskorty.   

Przerwać ładowanie akumulatorów! Oba diesle cała naprzód!   

Noc jest tak jasna, że aby zaatakować z zaskoczenia, działać trzeba bar-

dzo ostrożnie. Okręt wykonuje manewr przygotowawczy. Na pełnych obro-

tach silników zmierza do przecięcia kursu konwoju. Coraz wyraźniej widać 

zarys sylwetki pierwszego transportowca. Na oko sądząc, wybrana „sztuka” 

może mieć do dwunastu tysięcy ton pojemności.   

- Przygotować aparaty dziobowe! Na obydwu stalowych cygarach mary-

background image

narze wypisali jeszcze w porcie: „Za Charków!”, „Za towarzysza Bojcowa!”   

W  siedem  sekund  po  pierwszej  torpedzie  z  sykiem  powietrza  wylatuje 

druga. Konwój w odległości mili. W przedziałach Szcz-303 zalega śmiertel-

na  cisza.  Kalinin  ze  stoperem  w  ręku,  niby  sędzia  na  ringu,  uniósł  dłoń  do 

góry...  Mija  właśnie  minuta  od  chwili  wystrzelenia  salwy.  Dwie  kolejne 

potężne  detonacje  wstrząsają  morzem.  W  świetle  ogromnego  płomienia, 

który wzbił się nad konwojem, widać przez chwilę wyraźnie zanurzający się 

w wodzie dziób statku.   

Jednostki  eskorty  już  ruszyły  w  pościg.  Na  pełnych  obrotach  silników 

mkną  teraz  ku  okrętowi  podwodnemu,  prowadząc  chaotyczny  ogień  artyle-

ryjski. Zauważyli „Szczupaka”.   

Szcz-303  czym  prędzej  daje  nura.  Zdenerwowany  bosman  stuka  palcem 

w  tarczę  głębokościomierza,  jakby  chciał  przyspieszyć  zanurzenie.  Gdy 

wskazówka  sięgała  liczby  25,  nad  głowami  rozlegają  się  -  jakże  znane!  - 

wybuchy bomb głębinowych. „Taniec” dopiero się zaczyna.   

Okręt uchyla się od „poczęstunku” ścigaczy. Sztuka manewru polega na 

tym,  by  zostawić  prześladowców  za  rufą,  by  wypatrzyć  jakąś  lukę  w  ich 

szykach,  przez  którą  udałoby  się  znaleźć  bezpieczną  osłonę  pod  statkami 

idącego konwoju. Załogi ścigaczy wiedzą o tym doskonale, dlatego robią co 

mogą,  żeby  ten  manewr  udaremnić.  Teraz,  gdy  pierścień  pościgu  niebez-

piecznie zacieśnił się, następuje decydujący pojedynek operatorów nasłuchu.   

I  znowu  niezastąpiony  Mironienko  pokazuje,  że  potrafi  więcej  niż  jego 

niemieccy  „koledzy”  na  górze.  W  zadziwiający  sposób  układa  z  kakofonii 

dźwięków  dostatecznie  jasny  i  zrozumiały  obraz  sytuacji  na  powierzchni 

morza,  określa  bezbłędnie  kursy  i  manewry  poszczególnych  okrętów.  Na 

podstawie jego meldunków dowódca wynajduje w końcu lukę, a „Szczupak” 

jednym susem uchodzi z saka.   

background image

BŁĄD W SZTUCE   

W hazardzie nieustannych pościgów, ucieczek i uników nie sposób prze-

widzieć  wszystkich  niespodzianek.  Morze  kryje  ich  w  sobie  mnóstwo. 

Drobny błąd w ocenie głębokości i okręt, idąc w zanurzenie, uderza niebez-

piecznie  o  skaliste  dno...  Niemcy  zrzucili  nocą  z  samolotów  nowe  miny,  a 

więc  sektor  przewidziany  do  ładowania  akumulatorów  trzeba  wymijać  z 

daleka.  Na  trasie  konwoju  czatuje stado  gotowych  do  ataku  ścigaczy...  Na-

wet  zmiana  pogody,  zbyt  silna  fala,  złe  warunki  oświetlenia  -  mogą  także 

pomieszać szyki. Dodajmy jeszcze do tego „współczynnik błędu” w ocenie 

sytuacji, a i tak nie wyczerpiemy wielorakich możliwości żywiołu przypad-

ków, w które obfituje bojowy rejs każdego okrętu podwodnego.   

20 października...   

O świcie podniesiono peryskop. Kilka minut przed wschodem słońca na 

tle  różowiejącego  nieba  dostrzeżono  w  sektorze  północnym  daleki  dym. 

Wkrótce  wyraźnie  zarysowały  się  dwa  maszty  pojedynczego  statku.  Po 

upływie dwudziestu minut „ofiara” była widoczna jak na dłoni. Statek szedł 

bardzo  ostrożnie,  lawirując  jak  najbliżej  brzegu.  Oficer  nawigacyjny  ocenił 

ze stoperem w ręku, że zmiana kursu następuje co osiem minut i za każdym 

razem  mniej więcej o piętnaście stopni. Kurs generalny wynikał z prostego 

obliczenia. 

A tu jak na złość zaczął dąć silny wiatr i w ciągu kilkunastu minut morze 

rozfalowało  się  na  dobre.  Szcz-303,  trzymany  na  głębokości  peryskopowej, 

zaczynał  się  wynurzać  na  powierzchnię.  Mimo  to  Trawkin  rozkazuje  przy-

background image

gotować aparaty dziobowe i wyprowadza okręt na kurs ataku.   

I właśnie wtedy bosman, w obawie przed wynurzeniem, sprowadził okręt 

na  głębokość  dwudziestu  metrów.  Zanim  wyszli  na  zanurzenie  peryskopo-

we, statek zdążył się oddalić i o ataku nie było już mowy.   

Klęli wszyscy: Trawkin i obsługa torped. Klęła bosmana cała załoga.   

Ten milczał. Wiedział, że to jego wina, chociaż... załoga nie miała jesz-

cze  żadnego  doświadczenia  w  przeprowadzaniu  ataków  w  warunkach 

sztormu!   

KTO KOGO WYPRZEDZI?   

Nowa okazja nadarzyła się tej samej nocy.   

Idąc kursem na północny zachód, wzdłuż przybrzeżnych szkierów, kilka-

krotnie  usłyszano  jakieś  podejrzane  szmery.  Mironienko  już  w  pierwszej 

chwili  zameldował,  że  słyszy  pracę  śrub,  prawdopodobnie  okrętu  podwod-

nego. Mógł to być tylko okręt niemiecki. Potem szum śrub zamilkł, by ode-

zwać się ponownie w zupełnie nieoczekiwanym sektorze. Obserwacja przez 

peryskop nie dała żadnych rezultatów.   

O drugiej po południu Kalinin dostrzegł w peryskopie konwój - transpor-

towiec, ośmiotysięcznik, w eskorcie dwóch małych okrętów.   

Mgła  utrudnia  obserwację.  Atak  musi  być  przeprowadzony  niemal  na 

ś

lepo.  Ludzie  w  napięciu  oczekują  u  wylotu  rur  głosowych,  kiedy  padnie 

komenda.   

Mironienko  co  jakiś  czas  podaje  namiary  na  konwój.  Według  tych  da-

nych oficer nawigacyjny u rury głosowej nanosi na mapę aktualną sytuację 

background image

celu. Jednocześnie zaznacza na niej kurs niemieckiego U-Boota.   

-  Ścierwo,  wlecze  się  za  nami!  Trawkin  poleca  bosmanowi,  by  co  dwie 

minuty  zmieniał  głębokość  zanurzenia  na  piętnaście  metrów  -  na  wszelki 

wypadek, gdyby Niemiec spróbował wystrzelić torpedy.   

Sytuacja  staje  się  coraz  bardziej  ryzykowna.  Z  nakresu  na  mapie  widać 

wyraźnie,  że  oba  okręty  podwodne  niemal  tym  samym  kursem  zbliżają  się 

do konwoju. Niemiec, słysząc radziecki okręt i znając z nasłuchu jego kurs, 

dąży do spotkania. Kto kogo wyprzedzi? Czy Szcz-303 zdąży pierwszy wy-

strzelić  torpedy,  czy  sam  stanie  się  obiektem  ataku?  Nie  trzeba  wiele  wy-

obraźni,  by  domyślić  się,  z  jakim  napięciem  dowódca  niemieckiego  okrętu 

podwodnego oblicza w tej chwili elementy strzału. Znając równie dobrze jak 

Trawkin  punkt,  z  którego  należy  odpalić  torpedy  wycelowane  w  konwój, 

może  z  dużym  prawdopodobieństwem  trafienia  storpedować  przeciwnika. 

Czy zdąży?   

Nagle  Trawkin  podejmuje  ryzykancką  decyzję?  Niemiec  z  całą  pewno-

ś

cią  przewiduje,  że  Rosjanie  zaatakują  od  strony  pełnego  morza.  Jego  za-

miary bez wątpienia opierają się na tym założeniu. A skoro tak - trzeba wy-

brać właśnie inny wariant. Cała naprzód! Okręt zdąży jeszcze przeciąć kurs 

konwoju  i  zająć  pozycję  do  odpalenia  torped  z  przeciwnej  strony,  przy 

brzegu. Zanim tamci z U-Boota połapią się w sytuacji, będzie już po wszyst-

kim!   

Na  maksymalnych  obrotach  silników  Szcz-303  przecina  kurs  konwoju  i 

zajmuje  pozycję  bojową.  W  peryskopie  poprzez  rzednącą  mgłę  widać  wy-

raźnie  duży  statek  do  przewożenia  drewna,  tak  załadowany,  że  jego  burty 

ledwie wystają z wody. Do chwili odpalenia torped pozostaje zaledwie kilka 

sekund.   

- U-Boot z prawej burty dziobu!   

background image

Meldunek Mironienki oznacza, że Niemiec połapał się w sytuacji i w tej 

chwili nadrabia opóźnienie. Za późno!   

- Aparaty, pal!   

Salwa  podrzuca  okręt  do  góry.  „Szczupak”  natychmiast  zwiększa  zanu-

rzenie.  Po  upływie  czterdziestu  sekund  dwa  głuche  wybuchy  kwitują  bez-

sporny sukces. Niemal jednocześnie Mironienko wykrzykuje:   

- Słyszę zwiększający się szybko szum! Chyba torpedy! W innych prze-

działach  usłyszano  szum  również.  Widocznie  Niemiec  nie  wytrzymał  ner-

wowo  i  odpalił  dwie  torpedy;  na  szczęście  minęły  po  obydwu  burtach.  W 

momencie gdy Szcz-303 siada na głębokości trzydziestu metrów na dnie, w 

przedziałach rozlegają się radosne okrzyki załogi. Pojedynek wygrany!   

„MELDUJĘ: NIE MAM TORPED...”   

2 listopada.   

Telegram  ze  sztabu:  Kursem  na  wasz  sektor  idzie  zbiornikowiec.  W 

zbiornikach benzyna. Zmierza do Finlandii.   

Długie pasmo jałowych dni, które nastały po udanym ataku na statek za-

ładowany drewnem, zostało wreszcie przerwane.   

Szcz-303  zajął  pozycję  w  wyznaczonym  sektorze  i  w  położeniu  nawod-

nym poddaje się uderzeniom coraz to większych fal. Dowódca i obserwator, 

stojąc w strugach lodowatego deszczu na pomoście, dobrze już skostnieli z 

zimna. Obaj zawzięci palacze, korzystają z okazji. Fajczą jeden papieros za 

drugim,  odrabiając  zaległości.  O  przewidzianej  porze,  z  niemiecką  punktu-

alnością, pojawia się oczekiwany konwój: dwa duże zbiornikowce w eskor-

background image

cie czterech okrętów.   

Wszystko  idzie,  jak  należy.  Niemieckie  statki  wchodzą  na  muszkę  noc-

nego  celownika.  Pada  komenda  „pal”  i  obie  torpedy  wściekłym  warkotem 

mkną  w  kierunku  celu.  Ten  warkot  zaczyna  niepokoić.  To  fale  obnażają 

pióra śrub napędzających stalowe cygara...   

- Ster prawo na burt! Okręt podwodny zawraca na kontrkurs. Ale dlacze-

go  nie  słychać  spodziewanych  detonacji?  Mijają  sekundy,  mija  minuta,  po-

tem druga... Widocznie sztormowa fala zbiła torpedy z toru!   

Ataku powtórzyć się nie da. Szcz-303 nie przegoni już konwoju. A poza 

tym - jaka pewność, że tym razem się uda?   

- Towarzyszu dowódco! Teraz musi się udać! - zaciera niecierpliwie ręce 

Kalinin. - Za dwa dni święto, okrągły jubileusz...   

-  Jakie  to  święto?  -  pyta  Trawkin,  usiłując  przypomnieć  sobie  dzień  ty-

godnia  i  datę.  Na  morzu,  a  zwłaszcza  na  okręcie  podwodnym,  czas  leci 

swoim, niezwykłym trybem. - Co to za jubileusz?   

-  Okrągłe  ćwierć  wieku...  Rocznica  Rewolucji  Październikowej!  -  Mó-

wiąc to, Kalinin poklepuje stalową poręcz pomostu. - Musimy się postarać o 

jakiś stosowny prezent. Chyba nas nie zawiedziesz, „Szczupaczku”, co? 

4 listopada.   

O  północy,  w  czasie  ładowania  akumulatorów,  bystrooki  Kalinin  do-

strzegł ciemne sylwetki okrętów. Gdy się odległość zmniejszyła, okazało się, 

ż

e są to dwa duże transportowce w eskorcie sześciu małych okrętów. Statek 

idący  przodem  ma  rozmiary  imponujące.  Ten  będzie  obiektem  ataku.  Pięt-

naście tysięcy ton!   

Na oczach Trawkina konwój zmienia szyk. Na czoło wysuwa się jeden z 

eskortowców. Pozostałe jednostki płyną w jego śladzie torowym. Idą z dużą 

szybkością. Ich odległość do Szcz-303 gwałtownie maleje. Lejtenant Filipow 

background image

i  starszyna  Iwanow  przygotowali  do  odpalenia  dwie  torpedy.  Czuwają  w 

gotowości u wyrzutni dziobowych.   

Teraz  obrany  za  cel  transportowiec  zwraca  się  całą  długością  burty  ku 

Szcz-303.  Jego  dziób  zaczyna  wpełzać  za  nitkę  celownika.  Po  chwili  środ-

kowy maszt zbliża się do tego punktu...   

- Aparaty, pal!   

Na obydwu stalowych cygarach marynarze wymalowali jeszcze w porcie 

czerwoną farbą napisy: Na cześć 25-lecia Października - śmierć faszystom!   

Tego nikt się nie spodziewał: jedna z torped uderzyła w burtę eskortow-

ca,  przełamując  go  na  pół.  Po  kilku  sekundach  następna  trafiła  w  transpor-

towiec. Rozwarły się wrota piekieł! Niesamowity, wysoki aż do chmur kłąb 

ognia buchnął znad wody. Po statku nie pozostało śladu. Był po brzegi wy-

ładowany amunicją. Ludzie stojący na pomoście Szcz-303 zdążyli zobaczyć 

jeszcze, jak tonie obalony na burtę i rozpołowiony na dwoje okręt eskorty.   

Sygnalista  Tołmaczow  dostrzegł  zbliżające  się  szybko  ścigacze.  Noc 

znowu  ogarnęła  morze.  W  ciemności  okręt  Trawkina  staje  się  jeszcze  jed-

nym cieniem i po chwili pogrąża się w mrokach wód. Scigaczom nie udaje 

się „wymacać” miejsca, gdzie zaczaił się jeszcze przed chwilą obecny wróg.   

Załoga Szcz-303 jest w doskonałym nastroju.   

- Towarzyszu dowódco! A nie mówiłem? - odzywa się Kalinin. - Mamy 

doskonały  prezent.  I  to  jaki!  Nasz  najlepszy  podarek  na  święto  Rewolucji: 

cztery zatopione hitlerowskie statki! Gdzie są nasi chłopcy od torped? Wy-

wołani  ze  swego  przedziału  marynarze  z  obsługi  aparatów  torpedowych  są 

dumni jak pawie. Zawsze, ilekroć ich pociski dosięgną celu, czują się boha-

terami  dnia.  Ale  tym  razem...  Przecież  to  były  specjalne,  „świąteczne”  tor-

pedy!   

-  Sto  gram!  -  trzaskają  buciorami  szczęśliwi  wybrańcy  losu,  sięgając  po 

background image

aluminiowe kubki, które podaje skąpy kucharz. Oczywiście na dnie nie zo-

staje ani kropelki spirytusu. 

Z rana, gdy wszystko ucichło i okręt z zastopowanymi silnikami wyjrzał 

ś

lepiem  peryskopu  na  powierzchnię,  nie  zostało  ani  śladu  z  dantejskich 

nocnych  scen.  Trawkin  każe  nadać  radiotelegram  do  sztabu:  Melduję:  nie 

mam więcej torped. Stop. Zatopiłem cztery statki. Stop. Oczekuję rozkazu.   

Odpowiedź nadeszła szybko: Gratuluję czterech zwycięstw. Wracajcie do 

bazy.   

-  W  sztabie  przyjęli  nasz  jubileuszowy  prezent!  -  krzyczy  z  kabiny  ra-

diooperator, wręczając dowódcy tekst depeszy.   

W nocy włączono radio na odbiór. Z niecierpliwością oczekiwano trady-

cyjnego  rozkazu  Ludowego  Komisarza  Obrony.  Potem,  po  załadowaniu 

akumulatorów, okręt spoczął na dnie. Wszyscy marynarze i oficerowie wolni 

od  wachty  zebrali  się  w  przedziale  dziobowym.  Kapitan  lejtenant  Cejszer 

odczytał tekst rozkazu.   

Chwila  była  uroczysta  i  niezwykła.  Świadomość,  że  słowa  biegnące  na 

falach eteru, pełne powagi i wiary w zwycięstwo, dotarły także i do nich - do 

tej  maleńkiej  stalowej  łupiny,  zagubionej  w  głębinach  morza  -  ściskała  w 

gardłach,  przyspieszała  rytm  serc.  Czuli  się  bezpośrednimi  adresatami  tych 

wzniosłych  słów.  Okręt,  który  pomagał  im  zadawać  śmiertelne  ciosy  nie-

przyjacielowi, był maleńkim odcinkiem ogromnego frontu, stanowił jednak - 

pośród  obcego  żywiołu,  na  zajętym  przez  wroga  terytorium  -  cząstkę,  nie-

podległej, wolnej ojczyzny.   

Dwaj akordeoniści - Grimajło i Pankratow - zaimprowizowali koncert i - 

oczywiście! - tradycyjna Kalinka-Malinka, mimo skrajnej szczupłości miej-

sca, poderwała na nogi najbardziej zapamiętałych tancerzy. Stojąc w miejscu 

-  cóż  robić!  -  przytupywali  w  takt  melodii.  Gusiew  i Tołmaczow  deklamo-

background image

wali  wiersze  Majakowskiego,  a  tymczasem  kucharz  Timofiejew  szykował 

jakieś delicje, które odwykłych od ciepłej strawy marynarzy już samym za-

pachem przyprawiały o zawrót głowy.   

Wracali po długiej, nie kończącej się dla nich nocy, „ugotowani w zupie” 

- jak określali marynarze swój koszmarny pochód przez najeżone niebezpie-

czeństwami pola minowe. Gnały za nimi zajadle kutry torpedowe, ścigacze i 

trałowce.  Cała ta  sfora  obrzucała ich  nieustannie  bombami.  W rejonie  mie-

lizny Wikoola zostali zlokalizowani przez nasłuch wroga. Nie mieli innego 

wyjścia, jak tylko położyć się na dnie i czekać, aż tamci na górze przestaną 

wierzyć w ich istnienie. Ale nie przestali. Orali śrubami ten niewielki kawa-

łek płytkiego morza i obsiewali go starannie bombami, których huk rozrywał 

Mironience  uszy.  A  na  pokładzie  nie  było,  oprócz  dowódcy,  nikogo,  kto 

mógłby Mironienkę zastąpić.   

W  pewnej  chwili  zaczęło  za  nadwątloną  burtą  tak  strasznie  łomotać,  że 

biedny operator nie wytrzymał i cisnął słuchawki. Ale w tym momencie - o 

dziwo!  -  piekielne  hałasy  zaczęły  się  nagle  oddalać.  Nawet  gołe  ucho  wy-

starczało do stwierdzenia, że tam, na powierzchni, hitlerowski pościg ruszył 

całą naprzód. Widocznie Niemcy nie wytrzymali nerwowo.   

Wracali do Kronsztadu posiwiali od pierwszych  mrozów,  które skuwały 

już  w  lodowy  pancerz  wody  Zatoki.  Stanęli  na  pokładzie  pobielałego  od 

szronu  Szcz-303  i  ze  ściśniętymi  gardłami  patrzyli  na  zbliżający  się  pirs, 

gdzie  grzmiały  bębny,  pohukiwały  trąby  i  gdzie  wśród  tłumu  witających 

czterech marynarzy spieszyło ku nim z czterema kwiczącymi prosiętami.   

Nie wszystkim był pisany powrót.   

Wojna  zbierała  swoje  żniwo,  na  morzu  równie  obfite  jak  na  lądzie.  Z 

wielu okrętów podwodnych drugiego rzutu zwiadowczego, które wyszły tej 

jesieni  w  bojowy  rejs,  nie miały  już  nigdy  powrócić do  bazy  okręty  dowo-

background image

dzone przez Afanasjewa, Wiszniewskiego, Sazanowa, Pudiakowa, Smolara i 

Nieczkina.   

Wiszniewski,  Afanasjew  i  Pudiakow  po  wejściu  do  Zatoki  Fińskiej  nie 

odezwali  się  ani  razu.  Zginęli  bohaterską  śmiercią  podwodników.  Okolicz-

ności zagłady tych trzech okrętów pozostaną już chyba na zawsze tajemnicą. 

Brak o nich jakichkolwiek wzmianek w raportach i komunikatach niemiec-

kiego sztabu floty. Smolar i Sazanow nawiązali kilkakrotnie łączność radio-

wą  ze  sztabem.  Oba  okręty  po  wykonaniu  zadań  wracały  do  baz.  Czy  ich 

załogi  miały  jakieś  sukcesy?  Zginęły  na  polu  minowym  czy  w  czasie 

ucieczki, po wykonaniu ataku? Morze okryło ich śmierć tajemnicą.   

Szcz-308, dowodzony przez kapitana lejtenanta Kostylewa, zajął pozycję 

w pobliżu latarni Ute. W ciągu miesiąca Kostylew zdołał zatopić trzy duże 

transportowce  i  ściągnął  na  siebie  niemal  wszystkie  siły  obrony  przeciw 

okrętom  podwodnym,  patrolujące  w  tym  rejonie.  W ostatnim  meldunku  ra-

diowym donosił o poważnych uszkodzeniach okrętu, których załoga nie była 

już  w  stanie  naprawić.  Dalsze  losy  Szcz-308  również  pozostaną  na  zawsze 

zagadką.   

Z  okazji  szczęśliwego  powrotu  do  bazy  Szcz-303  wydawana  w  Lenin-

gradzie wojskowa gazeta pisała:   

Okręt  podwodny  dowodzony  przez  kapitana  3  rangi  Trawkina  w  dwóch 

rejsach bojowych zatopił 5 nieprzyjacielskich transportowców i jeden okręt 

eskorty... Co to znaczy zatopić 6 okrętów? To dużo czy mało? Spuszczenie na 

wodę jednego dziesięciotysięcznika kosztuje od 15 do 20 milionów rubli. W 

pojemnych  ładowniach  i  na  pokładzie  takiego  transportowca  można  prze-

wieźć  w  ciągu  jednego  rejsu  ponad  200  średnich  lub  90  ciężkich  czołgów, 

albo 2000 żołnierzy i oficerów wraz z uzbrojeniem i amunicją, albo pięć do 

sześciu tysięcy ton węgla, lub półroczny zapas prowiantu dla jednej dywizji 

background image

piechoty.   

Z WILCZYCH PAZURÓW   

Marzec 1943 r. Kronsztad.   

Od rana świeci słońce. Jasny, wiosenny dzień. Nad wyspą Kotlin, wśród 

nadbrzeżnych  drzew,  powinien  unosić  się  podniecony  ptasi  zgiełk.  Ale  jest 

cicho. Na niebie stoją nieruchome balony zaporowe i tylko  gdzieś z daleka 

drąży niebo dokuczliwy jęk samolotu rozpoznawczego. Nieustanny, już dru-

gi rok trwający ostrzał artyleryjski wypłoszył z wyspy ptactwo. Tylko ludzie 

przyzwyczajają  się  do  świdrującego  gwizdu  pocisków,  i  stokroć  gorszego 

niż pioruny łoskotu eksplozji.   

Oto  na  redzie  Przystani  Kupieckiej,  mimo  iż  pokrywa  ją  jeszcze  gruby 

lód,  na  pokładach  okrętów,  na  pirsach  i  na  nabrzeżu  wyciągnięci  równymi 

szeregami stoją marynarze brygady okrętów podwodnych. Nad ich głowami 

powiewają podniesione na masztach flagi wielkiej gali banderowej i trzepo-

cą w oddali czerwone płótna transparentów.   

Na  pokładzie  Szcz-303  załoga  w  komplecie.  Uroczyści,  ubrani  w  nowe 

mundury prosto spod igły, czekają w wyrównanym szeregu. To oni są boha-

terami tej uroczystości.   

Na  nabrzeżu  pojawia  się,  w  otoczeniu  oficerskiej  świty,  dowódca  Floty 

Bałtyckiej wiceadmirał Tribuc. Wchodzi po trapie na pokład okrętu i wręcza 

Trawkinowi banderę  gwardyjską.  Szcz-303  otrzymuje  tytuł  okrętu  gwardyj-

skiego.   

Przy dźwiękach hymnu na niewysokim flagsztoku nad kioskiem podnosi 

background image

się gwardyjska bandera.   

Wieczorem  w  Klubie  Marynarzy,  wznosząc  toast  za  nowe  sukcesy  i 

zdrowie gwardzistów, wiceadmirał powiedział:   

-  Wasze  czyny  obaliły  buńczuczny  mit  hitlerowskiej  propagandy  o  nie-

mieckim  wszechwładnym  panowaniu  na  Morzu  Bałtyckim.  Wasze  celne 

torpedy to najlepsza odpowiedź: teraz faszyści muszą się dobrze zastanowić, 

czy  z  umarłymi,  czy  z  żywymi  mają  do  czynienia.  Wody  tego  niezbyt  go-

ś

cinnego  dla  Niemców  morza,  od  Zatoki  Botnickiej  po  ujście  Newy,  po-

chłonęły w ciągu jednego tylko sezonu nawigacyjnego aż pięćdziesiąt sześć 

nieprzyjacielskich  okrętów.  Należy  więc  zapytać:  czyjeż  to  dzieło  -  umar-

łych czy żywych?   

Unosząc pełny kieliszek do góry, wiceadmirał dodał:   

- A więc wypijemy: oby żywi zawsze cało wracali!   

„MORSKI JEŻ” OBRASTA W KOLCE   

2 maja 1943 r. Kronsztad.   

Nad  Przystanią  Kupiecką  wznosi  się  narastający  zgiełk  baterii  przeciw-

lotniczych.  Na  słonecznym  niebie  wykwitają  całe  bukiety  purpurowych 

„maków”:  artyleria  przeciwlotnicza  kładzie  gęstą  zaporę  nad  stojącymi  u 

nabrzeży okrętami. Pociski smugowe formują ochronny stożek nad zakolem, 

gdzie  przyczaiła  się  Szcz-303.  Odłamki  szczękają  o  granitowe  płyty  pirsu  i 

dzwonią na stalowym poszyciu okrętu.   

W chwili gdy Trawkin wychyla głowę z kiosku, na jego twarz pada cień. 

Wkrótce  tony  iłu  i  błota  chlustają  na  pokład.  Dwa  bliskie  wybuchy  bomb 

background image

zakołysały kadłubem. Błoto oślepiło kapitana 3 rangi. Zanim się zorientował 

w  sytuacji,  obydwa  nurkowce  wspinały  się  już  do  góry  po  drugiej  stronie 

przystani.   

- Dranie! - rozległ się na pokładzie głos Iljina. - Wywęszyli widocznie, że 

wybieramy się znowu do nich w gościnę.   

Trawkin spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos, i mimo woli ro-

ześmiał  się.  Główny  mechanik  okrętu  stąpał  niepewnie  po  pokładzie;  cały 

schlapany, usiłował rękami zgarniać z siebie muł.   

- Gdzież u diabła... gdzie jest moja czapka?   

Obydwaj byli ubłoceni. W czasie nalotu Iljin znajdował się na pomoście. 

Szczęśliwym  zbiegiem  okoliczności  wybuch  tylko  przycisnął  go  do  ściany 

kiosku i ochlapał. Czapka uleciała w niewiadomym kierunku.   

-  Towarzyszu  dowódco!  -  zwrócił  się  poszkodowany  w  ten  sposób  me-

chanik  do Trawkina.  -  Pamięta  pan? Wrzesień... To było  dosłownie tak jak 

tym  razem.  Pan  stał  tam  na  dole, ja  byłem  na  pomoście i  wtedy  nadleciały 

dwa Heinkle...   

- ...I zrzuciły bomby, a mnie zerwało czapkę. Ależ tak, pamiętam! Stali-

ś

my w tym samym miejscu, u tego nabrzeża...   

- Kapitanie! To już drugi rok wojny!   

- Przez te dwa lata Niemcy też się coś niecoś nauczyli. W sprawach wo-

jennych  to  bardzo  zdyscyplinowani  uczniowie,  ale  żeby  byli  bardzo  ela-

styczni,  tego  nie  powiem.  -  Szef  sztabu  floty,  kapitan  2  rangi  Kurnikow, 

przechadzając  się  przed  mapą,  wskazał  dłonią  na  zaklejone  pasami  papieru 

szyby. - Tłuką i tłuką bez przerwy granatami w tę wyspę, a korzyści mają z 

tego, co kot napłakał... 

Narada  sztabu  floty  odbywała  się  w  Kronsztadzie.  Zaproszono  na  nią 

tylko  dowódców  i  oficerów  trzech  okrętów  podwodnych,  które jako  pierw-

background image

sze  w  nadchodzącej  kampanii  miały  wyruszyć  w  rejs  rozpoznawczy.  Do 

wykonania tego ryzykownego zadania wybrano trzech najlepszych: Trawki-

na, Osipowa i Kuźmina.   

Dzisiaj  mieli  się  dowiedzieć,  jakie  czekają  ich  zadania  i  jaki  będzie  po-

dział ról w tej niebezpiecznej wyprawie.   

Szef sztabu przeszedł od razu do zagadnień szczegółowych.   

Sytuacja  na  morzu  po  intensywnych  jesiennych  akcjach  okrętów  pod-

wodnych uległa pogorszeniu. Niemcy w końcu wyciągnęli właściwe wnioski 

z  doświadczeń  ostatniego  sezonu.  Nie  przyznając  się otwarcie  do  poniesio-

nych  strat,  coraz  intensywniej  wzmacniali  zagrody  minowe  i  sieciowe  na 

wszystkich  możliwych  torach  wodnych,  prowadzących  z  Kronsztadu  ku 

morskim  szlakom  ich  konwojów.  Obecnie  główną  zaporą  był  najwęższy 

przesmyk  Zatoki  Fińskiej  -  między  wyspą  Naissaar  a  półwyspem  Porkka-

la-Udd.  Dane  uzyskane  przez  rozpoznanie  mówiły,  że  rejon  ten  został  cał-

kowicie odcięty dwoma rzędami stalowych sieci, ciągnących się od jednego 

brzegu do drugiego. Nie były to nawet sieci, lecz bony, czyli stalowe zagro-

dy  pływające,  umocowane  do  dna  masywnymi  kotwicami.  Kwadratowe 

„oka” tych krat, splecione z osiemnastomilimetrowej liny, miały boki długie 

na cztery metry. Długość poszczególnych segmentów bonów dochodziła do 

dwustu  pięćdziesięciu  metrów,  a  wysokość  sięgała  od  czterdziestu  do  sie-

demdziesięciu  metrów.  Na  tym  niewielkim  odcinku  postawiono  dodatkowo 

8500 min, w tej liczbie 560 magnetycznych dennych i 1360 kotwicznych.   

W  rejonie  Hoglandu  zapora  przecinała  Zatokę  na  linii  Hogland-wyspa 

Tjuters Wielki - Wigrund i była solidnie rozbudowana w głąb. Tworzyła ją 

wielka  liczba  min,  ustawionych  „piętrami”,  gęsta  sieć  punktów  dozoru  i 

łączności,  reflektorów  i  baterii  nadbrzeżnych,  zainstalowanych  na  każdej  z 

wysp.  W  ostatnich  dniach kwietnia  wzmocniono  dozory  o  dalsze  sto  czter-

background image

dzieści małych okrętów.   

Kurników  wręczył  każdemu  z  dowódców  pakiet.  Były  to  mapy,  na  któ-

rych oznaczono wszystkie przewidywane i wykryte przeszkody.   

- Każda z tych map to na razie tajemniczy szyfr - powiedział. - Waszym 

zadaniem  będzie  ustalić  jego  ukryte  znaczenie,  zakomunikować  o  tym  do 

sztabu. Nie ma co ukrywać: zadanie jest wyjątkowo trudne i niebezpieczne. 

Aby  więc  zmniejszyć  ryzyko  do  minimum,  wyruszycie,  towarzysze,  jeden 

po drugim, w pewnych odstępach czasu. Najciężej będzie temu, kto wyruszy 

pierwszy  -  szef  sztabu  skierował  pytające  spojrzenie  na  siedzącego  w  tyle 

Iwana Trawkina. - Proponuję, aby towarzysz Trawkin...   

Trawkin, nie czekając, aż szef sztabu skończy, przerwał w pół słowa:   

- Kiedy możemy wyruszyć?   

„ZAPOWIADA SIĘ CIĘŻKA NOC”   

Wychodząc ze sztabu jako ostatni, spojrzał Trawkin z przyzwyczajenia w 

niebo i zdziwił się: słońce zdołało już zajść ku zachodowi. Narada trwała bez 

przerwy  od  południa!  Zmęczony,  przywalony  nagłym  ciężarem  odpowie-

dzialności,  jaką  go  obarczono,  szedł  wolno  ku  przystani.  Nie  zauważył  na-

wet,  że  od  pewnego  czasu  ktoś  mu  towarzyszy.  Gdy  usłyszał  za  sobą  głos 

Mironienki, stanął jak wryty. 

- Towarzyszu dowódco - Mironienko zasalutował służbiście. - Ja do was 

ze sprawą... 

- Mironienko! Co ty tutaj robisz? Uciekłeś ze szpitala?   

 

background image

Trawkin  już  dawno,  po  powrocie  z  ostatniego  rejsu,  z  głębokim  żalem 

pożegnał  się  z  hydroakustykiem,  którego  trzeba  było,  niestety,  odesłać  do 

szpitala.  Długie  godziny  bombardowań,  przez  które  przeszedł  Szcz303,  od-

biły  się  fatalnie  na  zdrowiu  Mironienki.  Słuch  operatora  był  poważnie  za-

grożony.  Lekarze  skierowali  go  natychmiast  na  kurację.  Oczywiście  o  dal-

szym  jego  udziale  w  rejsach  nie  mogło  być  mowy.  Obaj  -  Mironienko  i 

Trawkin  -  boleśnie  przeżyli  rozstanie.  Znakomity,  czuły  słuch  Mironienki 

nie jeden raz wyprowadził okręt z ciężkich opresji. Cóż by znaczyły rozkazy 

dowódcy w czasie licznych ucieczek, kiedy ścigany okręt lawirował między 

wybuchającymi bombami, gdyby nie te znakomite uszy operatora-wirtuoza?   

- Towarzyszu dowódco...   

Mironienko nie potrzebował mówić więcej. Z wyrazu jego twarzy, z bła-

galnego  spojrzenia  Trawkin  domyślił  się  reszty.  Hydroakustyk  dowiedział 

się,  że  wkrótce  okręt  znowu  wychodzi  w  morze,  i  robił  wszystko,  aby  mu 

pozwolono choćby jeszcze ten jeden raz wyjść z kolegami w rejs.   

Dalszy  ciąg  rozmowy  odbył  się  w  najbliższym  schronie,  dokąd  zagnał 

obydwu  gwałtowny  ostrzał  artyleryjski.  Przez  trzy  godziny,  aż  do  zmroku, 

biły  w  przystanie  Kronsztadu  najcięższe  działa.  Niemcy  bezskutecznie  usi-

łowali zlikwidować okręty podwodne, zanim zdołają one opuścić bazę. 

- A więc? - ponowił pytanie Mironienko, gdy wychodzili ze schronu za-

kurzeni, obsypani wapnem i piaskiem. 

- Człowieku, nie mogę łamać przepisów... - Trawkin urwał i spojrzawszy 

na marynarza, z determinacją machnął ręką: - No dobrze, ale pamiętaj, tylko 

ten jeden, ostatni raz! 

Plan był taki: forsowanie zagrody minowej Naissaar - Porkkala-Udd od-

będzie się na największej możliwej głębokości i przy minimalnych obrotach 

ś

rub,  wyłącznie  w  porze  nocnej.  Jeśli  okręt  ugrzęźnie  w  sieci  -  czekać  do 

background image

nocy i dopiero wtedy pod osłoną ciemności próbować wyplątać się.   

Szcz-303 jako pierwszy spróbuje sforsować system zagród w rejonie Ho-

glandu i jeśli uda się je pokonać   

- Trawkin natychmiast przez radio zamelduje o tym do sztabu, określając 

dokładnie  trasę  marszu,  granice  pól  minowych,  sektory,  w  których  można 

ładować  baterie  i  dyslokację  jednostek  obrony  przeciw  okrętom  podwod-

nym.  Opierając  się  na  tych  danych,  w  ślad  za  Trawkinem  wyjdą  w  morze 

pozostałe okręty: Szcz-108, i Szcz-406.   

7 maja 1943 roku.   

Dowódca floty Bałtyckiej wiceadmirał Tribuc przybywa na inspekcję do 

Trawkina. Dokładnie lustruje przygotowany do rejsu okręt, wygłasza krótkie 

przemówienie do załogi. Na pożegnanie ściska i całuje dowódcę.   

Gdy  o  zmroku  okręt  odbija  od  pirsu,  admirał  stoi  jeszcze  na  nabrzeżu. 

Skinieniem dłoni żegna oddalającego się „Szczupaka”.   

Po raz trzeci w drodze do Lavansaari przygrywają Trawkinowi niemiec-

kie nadbrzeżne baterię i po raz trzeci nieskutecznie.   

11 maja.   

Szcz-303 opuszcza najdalej wysuniętą bazę i zanurza się w wody Zatoki 

Fińskiej.  Kurs  okrętu  prowadzi  ku  Zatoce  Narewskiej.  W  ostatnich  tygo-

dniach  rozpoznanie  doniosło,  że  ta  droga  usłana  jest  głównie  minami  ma-

gnetycznymi. Specjalne zagrożenie stwarzają zwłaszcza miny pływające tuż 

pod powierzchnią.   

- Z prawej burty słyszę zgrzyt minliny!   

Wszyscy  jednocześnie  usłyszeli  ten  złowieszczy,  piłujący  po  nerwach 

odgłos. Jakże znajome jest to kołatanie śmierci!   

- Towarzyszu dowódco! Zatrzymała się!   

Wiele  razy  przechodzili  przez  gąszcza  minlin.  Wiele  razy  powstrzymy-

background image

wali  oddech  w  piersiach  i  zadzierając  wtulone  w  ramiona  głowy,  czekali... 

Nigdy dotąd minlina nie zaczepiła o śrubę, ani o stery. Ale teraz... Zgrzyt nie 

przesuwa  się  ku  rufie,  powtarza  się  w  jednym  miejscu.  Słychać  komendę: 

„Ster lewo na burt! Oba silniki stop!” Koło sterowe wolno obraca się w jed-

ną  i  drugą  stronę,  okręt  -  posłuszny  woli  dowódcy  -  wykonuje  wszystkie 

konieczne ewolucje. Na próżno! Wydaje się, że lina przyrosła do burty. To 

już tylko kwestia sekund, może minut, do chwili gdy przyciągana coraz bli-

ż

ej mina uderzy o kadłub. I nagle... zgrzyt ucichł! „Silniki!” Okręt ostrożnie 

pełznie dalej.   

Po  kilku  minutach  wszystko  zaczyna  się  od  nowa.  Straszliwe  „liny 

ś

mierci”  tworzą  na  drodze Szcz-303  beznadziejny  gąszcz.  Teraz już  nie  ma 

innego wyjścia: cofanie się jest równie niebezpieczne, jak dalsze posuwanie 

się naprzód. Jeszcze śmierć waha się z zadaniem decydującego ciosu.   

To  dziwne:  umysł  człowieka,  zamkniętego  w  stalowym  pudle,  pomimo 

ostatecznego  napięcia  wszystkich  nerwów  i  muskułów  -  a  może  właśnie 

dzięki temu! - zdaje się wysyłać jakieś impulsy, które czynią niemal nama-

calnym  i  widzialnym  to,  co  dzieje  się  na  zewnątrz,  za  stalową  zasłoną  po-

dwójnych  ścian  okrętu.  I  nic  nie  uchodzi  jego  uwagi.  Trawkin  kątem  oka 

rejestruje  zachowanie  się  oficera  nawigacyjnego,  który  w  tej  chwili  bez-

wiednie wbija sobie ostrze ołówka w dłoń. Dostrzega również, jak radiotele-

grafista  usiłuje  rozproszyć  uwagę  mechanika,  opowiadając  jakąś  błahą  hi-

storyjkę,  a  jednocześnie  podąża  wzrokiem  za  wskazówką  stopera,  mierząc 

odległość między jedną minliną a drugą.   

Z rachunku wynika, że zagrody minowe odległe są od siebie o pół kilo-

metra,  a  miny  w  zagrodach  postawione  co  czterdzieści  metrów,  Gęstość 

rozstawienia min stale wzrasta.   

„Szczupak” idzie nad samym dnem, ocierając się niemal o skaliste pod-

background image

łoże szkierów. Szybkość minimalna - dwa węzły, to znaczy około trzy i pół 

kilometra  na  godzinę.  Hydroakustyk  donosi  o  odległych  wybuchach  pod-

wodnych. Widocznie gdzieś tam w sąsiednich sektorach odbywa się „profi-

laktyczne”  bombardowanie.  W  tej  chwili  w  całej  Zatoce  Fińskiej jest tylko 

jeden radziecki okręt podwodny: Szcz-303.   

Pora  zmienić  kurs.  Manewr  musi  być  bardzo  łagodny,  trzeba  to  zrobić 

tak,  by  nie  namotać  na  śruby  tych  diabelskich  lin.  Właśnie  padła  pierwsza 

komenda,  gdy  rurą  głosową  z  przedziału  dziobowego  dochodzi  meldunek: 

słychać  kołatanie  o  kadłub!  „Ster  w  lewo!”  Stukanie,  coraz  wyraźniejsze, 

powoli  przybliża  się  do  centrali.  Wygląda  to  tak,  jakby  ktoś  równomiernie 

tłukł młotkiem o burtę.   

- Mina! Towarzyszu dowódco!   

Cóż  pomoże  ten  okrzyk?  Iljin  wpija  się  spojrzeniem  w  twarz  Trawkina, 

jakby chciał tam wyczytać gwarancję bezpieczeństwa. Ale co poradzi teraz 

Trawkin?  Obydwaj  w  tym  momencie  są  jednakowo  bezbronni  i  bezradni. 

Tak, ale jeden z nich jest ojcem całej załogi, a drugi - tylko mechanikiem. A 

więc  ten  pierwszy  m  u  s  i,  całym  wysiłkiem  woli,  zachować  spokój.  Musi 

powiedzieć tonem nie budzącym żadnej wątpliwości:   

- Przejdziemy!   

I  dopiero  gdy  stukanie  miny  ucichnie  za  burtą,  a  Iljin,  odetchnąwszy, 

odejdzie, dowódca rozprostuje kurczowo zaciśniętą pięść i na rozwartej dło-

ni ujrzy czerwone od paznokci ślady...   

13 maja.   

Okręt przedostaje się do zachodniej części Zatoki Narewskiej. Rejs na ra-

zie przebiega pomyślnie. Morze naokoło wolne od min. Można zaryzykować 

wynurzenie. Nie mija nawet godzina, gdy pojawiają się samoloty. Zanurze-

nie! W pół godziny później słychać szum śrub. Gdzieś w pobliżu zaczynają 

background image

wybuchać bomby.   

Przez peryskop widać brzeg jak na dłoni. Ale i z brzegu okręt może być 

również  doskonale  widoczny.  To  niebezpieczne.  Trawkin  zmienia  kurs  na 

północno-zachodni.  Tam,  w  pobliżu  wysepki  Waindloo,  nadaje  meldunek 

radiowy do sztabu o sforsowaniu zagrody hoglandzkiej.   

14 maja.   

W nocy udaje się naładować akumulatory. W bateriach pełny zapas ener-

gii.  Przyda  się  w  marszu  przez  następną  zagrodę  minową.  To  już  siódmy 

dzień rejsu. Za rufą pozostał niewielki odcinek drogi, a ile na niej przeszkód!   

Tą samą drogą płynął Szcz-303 w roku 1942. Ta okoliczność podnosi na-

strój załogi. „Idziemy wydeptaną ścieżką - nie ma się czego bać!”.   

Na północ od mielizny Usmadalik doskonale widać przez peryskop pięć 

okrętów.  Z  pewnością  pełnią  one  dozór  po  wschodniej  stronie  zagrody.  To 

sygnał  ostrzegawczy.  Trzeba  się  uważnie  rozejrzeć.  Poruszając  się  bardzo 

ostrożnie,  okręt  opływa  barierę  od  południa  ku  północy.  Zatrzymując  co 

jakiś czas silniki, Trawkin podnosi peryskop (wtedy mniej go widać) i oglą-

da uważnie okolicę. Boje i beczki utrzymujące sieć są widoczne bardzo wy-

raźnie.  Odstępy  między  bojami  -  pięćdziesiąt  metrów.  Wiadomo  już,  że  za 

tym pierwszym rzędem ciągnie się druga zagroda. Płynąc wzdłuż sieci, okręt 

co jakiś czas zahacza o minliny. Na pewno są one i po drugiej stronie sieci i 

w samych sieciach. Jakże, u licha, prześliznąć się przez te pułapki?   

Nadchodzi zmrok.   

-  Zapowiada  się  ciężka  noc!  -  ogłasza  Trawkin.  Wszyscy  doskonale  ro-

zumieją, co dowódca ma na myśli.   

Nikt tym razem nie żartuje. Twarze są skupione, pełne napięcia.   

Trawkin  z  obawą  spogląda  na  nowego  hydroakustyka.  Nie  udało  się, 

mimo  nalegań  i  próśb,  zostawić  Mironienki.  Lekarze  stanowczo  odmówili. 

background image

Zgodzili się jedynie na jego udział w rejsie w charakterze pomocnika radio-

operatora. Jak spisze się ten Wasiljew?   

Mrok  gęstnieje  coraz  bardziej.  Okręt  robi  dwa  węzły.  Zanurzenie  mak-

symalne.  Na  tej  głębokości  czuje  się,  jak  ciśnienie  wody  zgniata  kadłub. 

Słychać nawet lekkie trzeszczenie. Znakomita stal „Szczupaka” wytrzymuje 

ten  napór.  Wszyscy  trwają  w  gotowości  alarmowej.  Przygotowano  cały 

awaryjny sprzęt. Wasiljew przesłuchuje horyzont.   

Trwa  to  już  trzy  kwadranse.  Hydroakustyk  melduje,  że  słyszy  przed 

dziobem jakiś dziwny szmer. Trawkin nakłada słuchawki. Co to może być? 

„Silniki  stop!”  Dźwięk  brzmi  przenikliwie  i  zupełnie  inaczej  niż  wszystkie 

inne znane odgłosy.   

-  To  fala uderza  o  łańcuchy  sieciowe!  -  niespodziewanie rozwiązuje  za-

gadkę nowy pomocnik radiooperatora. Wiadomo, Mironienko jest niezastą-

piony.   

Kamień  spada  Trawkinowi  z  serca.  Ale  na  krótko,  bo  oto  po  upływie 

dziesięciu  minut  bosman  melduje,  że  stery  zanurzenia  nie  działają.  Okręt  z 

dużym  trymem  na  dziób  szybko  schodzi  w  dół. W  tej  samej  chwili  z  prze-

działu dziobowego rozlega się wołanie: 

- Za burtą słychać zgrzytanie! „Taniec” się zaczął! 

- Silniki stop! Cała wstecz! 

Udało się! „Szczupak” płynie jakiś czas wzdłuż sieci i znowu daje nura. I 

znów  sieć  stawia  opór.  Tym  razem  stało  się  coś  gorszego.  Sieć  chwyciła  i 

trzyma.  Nie  pomagają  przechyły  na  dziób  i  na  rufę,  na  nic  zmiany  biegu 

silników.   

W  pobliżu  słychać  głuchy  wybuch.  Pewnie  detonacja  ładunku  alarmo-

wego.  Wasiljew  natychmiast  to  potwierdza:  słychać  zbliżające  się  okręty. 

Zatrzymały  się!  To  znaczy,  że  boją  się  podejść  bliżej.  Miny  utrzymują  tę 

background image

wilczą sforę w należytej odległości. A więc i z min może być jakiś pożytek.   

-  Zwiększyć  trym  do  ośmiu  stopni!  Cała  wstecz!  Dygot  silników  elek-

trycznych  wstrząsa  całym  kadłubem.  I  nagle...  okręt  wyskakuje  jak  z  kata-

pulty do tyłu.   

Jeszcze raz udało się wyjść cało ze stalowego uścisku.   

Znowu  „spacer”  wzdłuż  bonów.  Gdzieś  tutaj  niedaleko  powinna  być 

niecka  denna.  Za  dnia  nie  było  tam  widać  żadnej  boi.  Może  uda  się  jakoś 

przepełznąć.  I  tym  razem  próba  kończy  się  tak  samo.  Teraz  okręt otrzymał 

trym na rufę.   

- Cała wstecz! Ale z przedziału silników elektrycznych meldują, że wy-

konać tego polecenia nie sposób: w bateriach brak już energii.   

Następują  kolejne  manewry  za  pomocą  napełniania  wodą  i  opróżniania 

zbiorników  trymowych  i  regulacyjnych.  Bezskutecznie.  Szarpnięcia  silni-

ków do tyłu również zawodzą. Martwy uchwyt sieci nie słabnie.   

Trawkin ustawia rączki telegrafu maszynowego na „stop”. Czy jest jesz-

cze  jakieś  wyjście?  Jeśli  i  tym  razem  nie  uda  się  oderwać  okrętu  od  sieci, 

pozostaje już tylko jedno: wypłynąć na powierzchnię i w pozycji nawodnej 

spróbować wyplątać się z matni. Ale na górze czuwają niemieckie okręty...   

W  centrali odbywa  się  krótka  narada.  Zastępca  dowódcy  do  spraw  poli-

tycznych Cejszer, organizator partyjny Bojcow, sekretarz grupy komsomol-

skiej  Iwanow,  członek  komitetu  partyjnego  Lebiediew  i  starszy  lejtenant 

Butyrski aprobują propozycję dowódcy okrętu: nie poddawać się panice, ale 

na wszelki wypadek przygotować okręt do wysadzenia w powietrze. Nikt nie 

wie, co się jeszcze może zdarzyć po wynurzeniu...   

Z przedziału diesli nadchodzi meldunek:   

-  Gotowi  jesteśmy  do  walki  na  śmierć  i  życie!  Okrętu  nie  poddamy! 

Wkrótce i z innych przedziałów słychać takie same meldunki: nie poddawać 

background image

się, walczyć do końca!   

Już  w  czasie  narady  czujne  ucho  Mironienki  wyłowiło  jakiś  podejrzany 

szmer  za  burtą.  Tym  razem  odgłosy  przypominały  stąpania  gumowych  ka-

loszy na górnym pokładzie. Pobladły Mironienko natychmiast zameldował o 

tym dowódcy. Rzeczywiście: głuche stąpnięcia powtarzały się regularnie...   

- Próbują zahaczyć nas od dołu stalową liną! Chcą nas uwiązać do sieci! 

Tak, co do tego nie mogło być wątpliwości.   

- Eee tam! To zwisające strzępy sieci tłuką o kadłub - Trawkin starał się, 

aby słowa zabrzmiały z lodowatym spokojem. Wiedział doskonale, że mówi 

nieprawdę. Nerwy! Trzymać je trzeba do ostatka na wodzy. Może się jednak 

uda... A więc jeszcze jedna komenda, może już ostatnia:   

- Zwiększyć trym na rufę do piętnastu stopni! Cała wstecz! Silniki zawy-

ły, czerpiąc z baterii ostatni potężny impuls. Okręt zaczął spełzać w tył! Po 

chwili osiadł na dnie morza.   

Jednocześnie  z  kilku  stanowisk  dobiegły  radosne  okrzyki.  Ludzie  uwie-

rzyli, że są uratowani. Gotowi byli podjąć walkę na nowo.   

W  przedziałach  trudno  oddychać.  Brakuje tlenu. Jak  długo  uda  się jesz-

cze wytrzymać? Iljin włącza stację regenerującą powietrze. Ładunki regene-

rujące przeznaczone były na czarną godzinę. Teraz ta godzina nadeszła.   

- Towarzyszu dowódco, napięcie w bateriach spadło do piętnastu procent. 

Zapas sprężonego powietrza starczy już tylko na jedno wynurzenie.   

Felczer  Andrejenko  melduje,  że  w  przedziałach  niebezpiecznie  wzrasta 

ilość dwutlenku węgla.   

Następna próba sforsowania sieci, z wyczerpaną baterią akumulatorów i 

znikomym  zapasem  sprężonego  powietrza,  byłaby  czystym  szaleństwem. 

Nawet gdyby się tym razem udało przebić przez sieci, to i tak nie starczy w 

akumulatorach energii  na wydostanie  się  ze  strefy  zagrożenia. Jak  najszyb-

background image

ciej trzeba znaleźć miejsce, gdzie można byłoby załadować baterie i uzupeł-

nić zapas powietrza. Ostrożnie okręt oddala się od sieci.   

- Ścigacze podążają za nami! - melduje Wasiljew.   

Sypią się bomby. Nie żałują ich Niemcy. W każdej serii po osiem - dzie-

sięć  wybuchów.  Okręt  tańczy  od  bliskich  wstrząsów.  Detonacje  osłabiły 

zawór denny zbiornika trymowego i teraz woda wypełnia zbiornik. W rurach 

wydechowych  silników  diesli  również  pojawiła  się  woda.  Ociężały  okręt 

idzie na dno.   

Miotając  słowa,  jakich  nikt  jeszcze  od  mechanika  nie  słyszał,  Iljin  robi, 

co  może,  aby  uzyskać  przynajmniej  zerową  pływalność  okrętu.  W  końcu 

udaje mu się to.   

Nowe  wybuchy  bomb  zasypują  przedziały  odłamkami  szkła,  kawałkami 

korka  i  fragmentami  przyrządów,  które  odpadły  ze  swoich  miejsc.  Jeszcze 

jedna  bliska  seria  i...  koniec.  Ale  cóż  to  znaczy,  do  licha?  Cisza...  Czyżby 

nieprzyjaciel zgubił cel? Okręty chodzą niemal nad grzbietem „Szczupaka”, 

ale wybuchów nie słychać.   

Marynarze  usiłują  doprowadzić  do  ładu  uszkodzone  przyrządy.  Gorącz-

kowa  krzątanina  pochłania  ludzi.  Lepsze  to  niż  ponure  wyczekiwanie.  Bę-

dzie, co będzie! Okręt pomału rusza naprzód. Ale tam, na górze wiedzą wi-

dać o każdym jego ruchu. Już jeden z kutrów zbliża się od rufy. Jest bardzo 

blisko. Jednak  nie rzuca  bomb.  Teraz  ze  wszystkich stron słychać  na  górze 

szum śrub zbliżający się ku Szcz-303

- Jak wilcza sfora! - mówi z wściekłością Bojcow, zaciskając pięści. 

- Mogliby już kończyć... - ktoś z załogi nie wytrzymuje. 

Gdyby padały bomby, można by jeszcze w zgiełku kanonady spróbować 

zmylić ślady. Ale teraz każdy ruch śruby pomaga w zlokalizowaniu okrętu.   

- Biorą nas za gardło!   

background image

„Szczupak”  ostrożnie  pełznie  naprzód.  Byle  wyjść  na  większą  głębię, 

byle bliżej otwartego morza. Manewr w lewo, manewr w prawo... Okrętom 

na górze wciąż się nie spieszy. Zwolniły, idą teraz krok w krok za swą ofia-

rą,  otaczając  ją  ze  wszystkich  stron.  Wygląda  to  na  honorową  eskortę. 

Niemcy już się domyślili, że tym pod wodą brak powietrza, że akumulatory 

się  kończą.  Po  co  rzucać  bomby,  skoro  Rosjanie  i  tak  muszą  w  końcu  wy-

płynąć...   

Wasiljew melduje, że nie słychać już śrub „eskortujących” okrętów, tylko 

dwa kutry nieustępliwie wloką się w tyle.   

Jeszcze  kilka  manewrów,  kilka  zwrotów,  które  mają  zmylić  nieprzyja-

cielski  nasłuch,  i  okręt  siada  na  dnie.  Wszystkie  przyrządy  i  mechanizmy 

zostają  wyłączone.  Tylko  jeden  żyrokompas  działa  nadal.  W  przedziałach 

zalega  martwa  cisza.  Na  górze  pogodnie:  cicho  jak  makiem  siał.  Prześla-

dowcy i ścigani zaczaili się w oczekiwaniu końca.   

Trawkin obchodzi przedziały, wyjaśnia ludziom sytuację, podtrzymuje na 

duchu. Marynarze trzymają się nad podziw dzielnie. Gorzej jest z kondycją 

fizyczną. Brak tlenu osłabia najsilniejszych. W dusznym, zużytym powietrzu 

mięśnie wiotczeją, wzrok staje się mętny, obfity pot zalewa ciało.   

Trawkin zostawia na wachcie tylko tych, którzy są absolutnie niezbędni. 

Inni - kłaść się i leżeć nieruchomo. Jak najmniej ruchu. Mniej ruchu - mniej 

potrzeba tlenu. Od ostatniego wynurzenia mija już czterdziesta piąta godzi-

na.  Oddechy  huczą  w  opustoszałych  przedziałach  jak  kowalskie  miechy. 

Niektórzy legli nieruchomo, zdają się zapadać w letarg, inni trzęsą się jak w 

febrze,  jeszcze  inni  wymawiają  jakieś  nieartykułowane  dźwięki,  machają 

bezładnie rękami. Niesamowity widok.   

Dowódca milknie. Powiedział już chyba wszystko, co mogło być powie-

dziane. Idąc wąskim przejściem, odbiera defiladę leżących na kojach towa-

background image

rzyszy walki. Ich czerwone, nabrzmiałe z wysiłku twarze mówią o fizycznej 

udręce. Wszystkie oczy wyrażają jednak to samo: raczej śmierć niż niewola.   

W przedziale dziobowym wita się z dowódcą gospodarz działu, starszyna 

Makarów. Podnosi się, by złożyć meldunek, i pada nieprzytomny.   

Iwliczew,  dowódca  drużyny  sterników,  trzyma  się  kurczowo  sprężarki  i 

potrząsa głową. Próbuje strząsnąć ogarniającą go senność. Widząc to, Traw-

kin sam nagle odczuwa gwałtowną potrzebę snu.   

-  Towarzyszu  kapitanie  -  szepcze  Iłjin  -  prześpijcie  się  trochę.  Wy  już 

trzecią dobę bez snu...   

Trawkina ogarnia brudna, różowa mgła, idzie słaniając się na nogach do 

przedziału  piątego.  Półprzytomny  wali  się  w  swym  ulubionym  kącie,  obok 

ciepłego  jeszcze  bloku  głównego  silnika  elektrycznego.  Zasypia  natych-

miast.   

„ŚMIERĆ SPOJRZAŁA ZE STU LUF”   

Zdarzyło się to 21 maja.   

O godzinie 15.35 z rury głosowej rozległ się meldunek Wasiljewa:   

- Okręty ruszyły na nas! Oficer wachtowy Magriłow zapisał meldunek do 

dziennika okrętowego i poszedł osobiście do dowódcy, aby  mu wiadomość 

tę  przekazać.  W  tej  samej  chwili  zawyła  syrena  alarmowa.  Zgasło  światło. 

Okręt zakołysał się i... zaczął wypływać na powierzchnię!   

W następnej sekundzie Trawkin jest już na nogach. Biegnie do centrali. Z 

rozmachem  uderza  o  stalowe  drzwi.  Są  zamknięte!  W  ciemności,  która  za-

lega  przedział,  bije  na  oślep  pięściami,  uderza  całym  ciałem.  Na  próżno! 

background image

Masywne  drzwi  są  zaryglowane  od  strony  czwartego  przedziału.  Nagle  w 

maleńkim  oczku  judasza,  ślepym  dotąd  i  niewidocznym,  pojawia  się  błysk 

ś

wiatła. Teraz Trawkin widzi dokładnie: słup światła słonecznego wpada jak 

reflektor do wnętrza okrętu przez centralny luk wejściowy!   

Chwila  wyczekiwania.  Być  może  w  tym  samym  momencie  pociski  wy-

latują z armatnich luf i za sekundę, dwie...   

Cisza.   

Magriłow z całych sił zaczyna znowu walić w drzwi. Podobne kołatanie 

słychać  z  przedziału  drugiego.  W  otworze  judasza  widać,  jak  z  otwartych 

drzwi  kabiny  radiooperatora  wypada  Aleksiejew,  otwiera  drzwi  drugiego 

przedziału,  wypuszcza  Pieńkina,  który  natychmiast  znika  w  luku  wyjścio-

wym. Mironienko uwalnia Magriłowa i Trawkina.   

Iljin i Cejszer rzucają się do dowódcy po rozkazy.   

- Przygotować się do zanurzenia! - krzyczy Trawkin i w ślad za Pieńki-

nem wybiega na pomost.   

Białe, oślepiające światło dnia uderza w oczy i ogłusza. Morze skrzy się 

naokoło  miliardem  tańczących  błysków.  Okręty  nieprzyjacielskie...  Są!  Za-

stygły  w  pobliżu,  nieruchome,  groźne.  Do  najbliższego  nie  dalej  jak  trzy-

dzieści  metrów.  Wycelowane  żądła  armatnich  luf  -  wszystkie  patrzą  wylo-

tami w Trawkina. Tak patrzy sarna śmierć. A na dziobie - starszyna Gałkin 

wymachuje białą szmatą i wrzeszczy coś jak obłąkany.   

-  Gałkin!  -  ochrypły  głos  rozrywa  krtań  dowódcy.  -  Co  ty,  draniu,  ro-

bisz?!   

- Nie mogę... Nie mogę już dłużej! I tak nas tutaj zatłuką! Gałkin cofa się 

coraz  dalej  na  dziób.  Jeszcze  chwila  i  zsunie  się  do  wody.  Jego  haniebna 

biała szmata trzepoce w podniesionej ręce.   

Trawkin  sięga  po  pistolet.  Został  na  dole,  w  kabinie.  Myśleć...  szybko 

background image

myśleć!  Co  teraz  robić?  Zanurzenie?...  Zanim  manewr  zostanie  wykonany, 

Niemcy otworzą ogień ze wszystkich luf. Tam, na dole, nieprzytomni ludzie. 

Nie, trzeba  wygrać  trochę czasu,  choćby  tylko  parę minut.  Oszukać  wroga, 

udawać,  dokąd  się  da,  że  załoga  się  poddaje.  Przez  złożone  w  tubę  dłonie 

Trawkin zaczyna wykrzykiwać coś ku najbliższemu okrętowi. Czyżby hitle-

rowcy uwierzyli?   

Zaczynają  spuszczać  szalupę.  Naprawdę  uwierzyli!  Trzech  oficerów 

wsiada  do  łodzi.  Jeszcze  coś  tam  między  sobą  uzgadniają,  o  czymś  szwar-

goczą.  Cenne  sekundy,  bezcenne  minuty!  Szyb  wentylacyjny  rzęzi,  zachły-

stując  się  świeżym  powietrzem.  Płuca  marynarzy  wyczekujących  na  dole 

chłoną w siebie ten bezcenny powiew życia - świeże morskie powietrze!   

Z  centrali  słychać  zapewnienie  Iljina,  że  wszystko  już  przygotowane  do 

zanurzenia.  Trawkin  zwleka.  Patrzy  w  hipnotyzujące  wyloty  najbliższych 

dział, nie może oderwać od nich oczu. Kątem oka widzi zbliżającą się sza-

lupę. Niech podpłyną bliżej do burty, wtedy tamci nie będą mogli strzelać...   

- Zanurzenie!   

Jednym skokiem Trawkin znalazł się we włazie i zatrzasnął nad sobą po-

krywę.  Zdążył  jeszcze  zobaczyć,  jak  na  dziobie,  idącym  już  pod  wodę, 

zdrajca macha rozpaczliwie rękami, usiłując utrzymać się na powierzchni.   

Kierunek  -  pod  najbliższy  okręt.  Rachunełc  prosty:  zanim  Niemcy  się 

opamiętają, zanim rozwiną odpowiednią szybkość, która pozwoli im na rzu-

canie  bomb  głębinowych  (przy  małej  szybkości  bomby  mogły  uszkodzić 

okręt bombardujący), zanim  zdołają cokolwiek przedsięwziąć - „Szczupak” 

zdąży odejść na pewną odległość i zalec na dnie.   

Znieruchomiały  Szcz-303  leży  na  głębinie.  Naokoło  rozwarło  się  praw-

dziwe piekło. Rozwścieczeni Niemcy bezładnie rzucają bomby, gdzie popa-

dło,  miotają  się  we  wszystkich  możliwych  kierunkach.  Jedna  seria  kładzie 

background image

się  bardzo  blisko,  niemal  nad  głowami.  Lecą  we  wszystkie  strony  kawałki 

szkła, pękają wszystkie żarówki, grobowa ciemność znowu zalega przedzia-

ły. Ludzie walą się z nóg, rzucani od jednej ściany do drugiej. Elektryk Sa-

wieljcw  włącza  oświetlenie  awaryjne.  Słaby  żółty  blask  małej  żarówki  wy-

daje się ludziom najpiękniejszym ze słońc. Grzmi nad głowami mocny głos 

dowódcy:   

- Trzymać się!   

„POWIETRZA!”   

I  znowu  wyczekiwanie.  Kończą  się  zapasy  energii  elektrycznej  w  aku-

mulatorach.   

Pojemność baterii spadła do trzynastu procent. W normalnych warunkach 

jest  to  niedopuszczalne:  nadmierne  rozładowanie  akumulatorów  grozi  ich 

zniszczeniem.   

Następny  atak  wroga  przynosi  załodze  ulgę:  serie  bomb  spadają  daleko 

od okrętu - nieomylny znak, że Niemcy zgubili „Szczupaka”. Od chwili gdy 

na okręcie panuje cisza, nie ma sposobu, aby go wykryć.   

Pora  dokonać  szczegółowych  oględzin.  Iljin  stwierdza,  że  żaden  z  głę-

bokościomierzy  nie  działa.  Popękały  niektóre  baki  akumulatorów. W  wielu 

miejscach poprzez szpary w szwach kadłuba sączy się strużkami woda.   

Na  szczęście  elektrycy  w  porę  zabezpieczyli  pęknięte  akumulatory  i  za-

bójczy  chlor  nie  rozpełzł  się  po  okręcie.  Obsłudze  aparatów  torpedowych  i 

silników  udaje  się  zaklinować  najważniejsze  szczeliny  w  sztywnym  kadłu-

bie. Skąd ci ludzie biorą jeszcze siły!   

background image

Niemcy  niechcący  pomagają  załodze.  Rozwścieczeni  ucieczką  okrętu, 

„obsiewają”  morze  z  niepohamowaną  furią.  Ich  hydroakustycy  nawet  przy 

najlepszych chęciach z tego nieustającego grzmotu nie są w stanie wyłowić 

odgłosów świadczących o obecności okrętu. A tam, na dnie, pod pokładem 

Szcz-303 zaczynają działać hałaśliwe pompy, usuwając na zewnątrz zbędny 

balast wody.   

Wreszcie Trawkin decyduje się na krok ostateczny: okręt uruchamia sil-

niki  elektryczne  i  próbuje  ucieczki  z  niebezpiecznego  sektora.  Udało  się! 

Odgłosy kanonady słabną w oddali za rufą.   

Pierwsze wynurzenie peryskopu.   

-  Cztery  kutry  torpedowe  i  cztery  eskortowce  za  rufą!  Cała  ósemka  nie 

raczyła  widać  rozejrzeć się  dokoła.  Cztery  okręty  eskorty  zajęte  były  trało-

waniem  miejsca,  gdzie  niedawno  spoczywał  Szcz-303.  Widocznie  uważali 

okręt za zatopiony. Z przeciwnej zbliżały się, w kłębach dymu nad komina-

mi, cztery inne jednostki.   

Przeszły obok, niczego nie zauważywszy.   

Noc. Drugie wynurzenie peryskopu.   

Szcz-303 wypływa z głębokości czterdziestu pięciu metrów. Ciemno choć 

oko wykol. Nic nie widać.   

Operator nasłuchu donosi, że wokół zupełna cisza. Ledwie jednak otwo-

rzono pokrywę włazu, gdy gdzieś w pobliżu rozległo się brzęczenie kilkuna-

stu śrub.   

- Szybkie zanurzenie!   

Okręt  chowa  się  na  dnie.  Zalega  w  głębokiej  rozpadlinie.  Wybuchy  są 

znowu niebezpiecznie bliskie. Coś niedobrego dzieje się ze zbiornikami. Nie 

można uruchomić pomp, bo Niemcy są tuż obok. Rzucają bomby na chybił 

trafił.   

background image

Trzeba za wszelką cenę zdobyć choć trochę powietrza. Niektórzy zaczy-

nają już bredzić. Z tych i tamtych ust wyrywa się nieprzytomny bełkot. 

- Pompa! Zepsuła się! - krzyczy Makarow. 

- Spokojnie! Spokojnie! - ucisza Iljin. 

Właśnie przed chwilą obaj skończyli remont pompy. 

- Powietrza! - szepcze ochryple felczer Andrejenko. Idzie jak ślepiec do 

drzwi i wali się, uderzając o nie całym ciałem.   

Kiedy nastąpi śmierć od uduszenia? Według teoretycznych przewidywań 

załoga  powinna  już  nie  żyć.  A  jednak...  Niektórzy  trzymają  się  nawet  nie 

najgorzej. Na przykład  Iljin  - ten dzielny człowiek ma w sobie jeszcze tyle 

sił, że podnosi z podłogi nieprzytomnych kolegów i układa ich na kojach.   

Nie jest wesoło. Trawkin czuje, jak sztywnieją mu palce u nóg. W całym 

ciele  czuć  jakby  ukłucia  szpilek.  Żeby  choć  godzinę,  żeby  pół  godziny 

przebyć na powietrzu...   

Na powierzchni jest już druga połowa dnia. Zbliża się wieczór.   

W pewnej chwili Wasiljew melduje, że słyszy odchodzące zza rufy dwa 

okręty.  Widocznie czatowały  na  moment,  gdy  okręt  da  o  sobie  znać. Teraz 

odchodzą. Czyżby?   

Zanim  „Szczupak”  wypłynie,  trzeba  wypompować  z  jego  zbiorników 

siedem ton wody. Ten balast utrzymywał go na dnie. Pompy zaczynają pra-

cować na zmianę, z przerwami, podczas których Wasiljew przesłuchuje ho-

ryzont. Wreszcie zbiorniki zostały opróżnione. Oba silniki próbują oderwać 

kadłub od dna, ale bez skutku. Czasem tak bywa: ilaste podłoże zasysa głę-

boko  kadłub.  Znowu  pracują  silniki.  Daremnie.  Iłjin  opróżnia  zbiornik  try-

mowy.  To  samo.  Dokładne  oględziny  wszystkich  urządzeń  wskazują  na  to, 

ż

e w jednym z włazów zejściowych, między dolną a górną pokrywą, zebrało 

się kilka ton wody. W czasie bombardowania obluzowała się górna pokrywa 

background image

włazu. Dowódca każe opróżnić częściowo zbiornik z wodą do picia. Dopiero 

wtedy „Szczupak” unosi ociężały kadłub ku powierzchni.   

Na morzu powietrze przejrzyste - bez lornety widać obydwa brzegi Zato-

ki.  Jeszcze  lepiej  widoczne  są  kutry  patrolujące  wzdłuż  brzegu.  Mimo  to 

zaczyna się forsowne ładowanie akumulatorów. Przez radio dowódca nadaje 

do bazy meldunek o nieudanej próbie pokonania zagrody.   

„Idylla” nawodna trwa aż godzinę. Kutry wreszcie spostrzegły okręt. Za-

częła się gonitwa. Ale bomby tym razem padały daleko.   

Przez  trzy  noce  próbuje  Trawkin  naładować  akumulatory  i  za  każdym 

razem  przeszkadzają  mu  kutry.  Znowu  zaczęło  brakować  powietrza,  gwał-

townie skurczył się zapas wody do picia: wypompowano ją w czasie wynu-

rzania okrętu.   

Sztab nakazuje powrót do bazy. Ale jak wracać? Gdyby w akumulatorach 

było przynajmniej dwadzieścia procent energii...   

Chyba że... wejść na pole minowe w okolicach latarni Keri i tam uzupeł-

nić baterie? Wyjście ryzykowne, ale innego nie ma.   

„Szczupak” znowu trafia na minliny, w końcu jednak dociera do środka 

pola. Tam Trawkin wynajduje względnie bezpieczny kwadrat o boku jednej 

mili i zaczyna ładowanie baterii.   

Pierwsze wynurzenie trwa półtorej godziny. Potem nadlatują dwa samo-

loty  -  trzeba  szybko  schodzić  pod  wodę.  W  drugą  i  trzecią  noc  ciągle  zja-

wiają się samoloty. Okręty nie próbują się nawet zbliżyć do zagrody  mino-

wej. Jeszcze jeden raz miny stały się „przyjaciółmi” Szcz 303.   

W takich warunkach ładowanie akumulatorów trwało sześć dni. W końcu 

w  bateriach  zebrał  się  zapas  energii,  wystarczający  do  odbycia  rejsu  po-

wrotnego. Dobiegł końca dwudziesty dzień od daty opuszczenia bazy.   

Minie jeszcze dwa lata, zanim kapitan 3 rangi Iwan Trawkin dowie się z 

background image

ust wziętego do niewoli oficera fińskiej marynarki, że owego dnia, 27 maja 

1943  roku,  „samoloty  przelatujące  nad  polem  minowym  w  rejonie  latarni 

Keri  wytropiły  radziecki  U-Boot  i  zatopiły  go”.  I  że  „był  to  już  drugi  ra-

dziecki okręt podwodny, zatopiony w ciągu tygodnia w tym rejonie...”   

Skoro jeden i ten sam okręt Szcz-303 został, zdaniem Niemców, w ciągu 

siedmiu  dni  dwukrotnie  „zatopiony”,  to jakież  dane liczbowe  o stratach ra-

dzieckiej floty otrzymywali niemieccy admirałowie?   

PIJANI   

Powrót był ciężki.   

Najpierw  wychodzili  z  pola  minowego  w  rejonie  Keri.  Dokoła  krążyło 

wiele  zaalarmowanych  kutrów  i  ścigaczy.  Musieli  więc  pełznąć  ostrożnie 

dalej  wśród  min,  aż  7  czerwca  dotarli  do  Zatoki  Narewskiej.  Wybrali  tym 

razem drogę wzdłuż wybrzeża. Mając pod stępką siedem metrów, posuwali 

się naprzód. Nikt już nie liczył napotykanych minlin. Gdy w akumulatorach 

pozostało zaledwie dziewięć procent energii, poprosili przez radio o pomoc. 

W pobliżu mielizny Namsi położyli się na dnie i czekali.   

W  nocy  rozegrała  się  w  pobliżu  jakaś  bitwa.  Słychać  było  wiele  wybu-

chów. Nad ranem morze było puste, więc mogli ładować. Do Lavansaari szli 

o  własnych  siłach.  Sztab  wyznaczył  nowe  miejsce  spotkania  z  okrętami 

eskorty.   

9 czerwca. W nocy.   

Trawkin  wydaje  długo  oczekiwany  rozkaz.  Okręt  wypływa  na  po-

wierzchnię.   

background image

Wyszli  na  pomost  wraz  z  oficerem  sygnałowym.  Oficer  zachłysnął  się 

podmuchem wiatru i upadł u nóg dowódcy.   

Ś

wieże powietrze uderzało do głów jak mocny alkohol.   

Słyszeli  głośne  okrzyki  „uraaa!”,  widzieli  jak  przez  mgłę  bliskie,  coraz 

bliższe  okręty  z  czerwonymi  gwiazdami  na  burtach.  Byli  pijani  stokrotnie: 

powietrzem i powrotem do życia.   

EPILOG   

Dwa pozostałe okręty Szcz-406 Szcz-408 - wchodzące w skład trzeciego 

rzutu  zwiadu,  który  pod  dowództwem  kapitana  3  rangi  Trawkina  wyruszył 

wiosną 1943 r. na rozpoznanie w Zatoce Fińskiej, nie powróciły do bazy.   

Pierwszy,  w  ślad  za  Trawkinem,  wyruszył  Szcz-406,  dowodzony  przez 

kapitana Osipowa. Losy tego okrętu są nieznane.   

19  maja  1943  r.,  po  daremnym  oczekiwaniu  drugiego  meldunku  ze 

Szcz-303,  sztab  floty  skierował  w  morze  ostatni  z  trzech  okrętów.  W  kilka 

dni  później  nadszedł  z  morza  drogą  radiową  meldunek:  dowódca  Szcz-408

Kuźmin,  donosił  o  wielokrotnych  atakach  lotnictwa,  które  uniemożliwia 

naładowanie  baterii.  W  rejon  przebywania  okrętu  podwodnego  wysłano  na 

pomoc samoloty, ale Kuźmin już się więcej nie odezwał.   

Tajemnica  zagłady  tego  okrętu  rozwiała  się  dopiero  po  kapitulacji  Fin-

landii. W dokumentach fińskiego sztabu znaleziono raport o ostatniej walce, 

jaką Szcz-408 stoczył w rejonie latarni Waindloo z pięcioma prześladujący-

mi go kutrami. Gdy już wyczerpały się akumulatory, okręt musiał wypłynąć 

na powierzchnię i tam stoczył dwugodzinny beznadziejny bój z przeważają-

background image

cymi  siłami  nieprzyjaciela.  Trafiony  kilkoma  pociskami,  zdołał jeszcze  po-

słać  na  dno  dwa  kutry.  Ludzie  Kuźmina  walczyli  bohatersko  do  ostatka  i 

zginęli wszyscy na posterunku.   

Szcz-303 po powrocie do Kronsztadu został ponownie doprowadzony do 

stanu  gotowości  bojowej  i  oczekiwał  na  rozkazy.  Dowództwo  floty  zdecy-

dowało  jednak  na  pewien  czas  zaniechać  bojowych  rejsów  okrętów  pod-

wodnych. Dane o sytuacji w Zatoce Fińskiej, dostarczone przez Trawkina, a 

następnie potwierdzone fotografiami lotniczymi, przekonywały o słuszności 

tej  decyzji.  Zdjęcia  ujawniały  obecność  dwóch  linii  sieci  przeciw  okrętom 

podwodnym, ciągnących się od jednego brzegu do drugiego. Na straży sieci 

postawili  Niemcy  dużo  małych,  ruchliwych  okrętów  dozorujących.  Dalsze 

próby forsowania tej potężnej zagrody, wyłącznie za  pomocą okrętów pod-

wodnych, byłyby czystym szaleństwem.   

Nastała kolej intensywnych działań dla radzieckiego lotnictwa, ale na ra-

zie  bazy  lotnicze  i  lotniska  znajdowały  się  zbyt  daleko  od  zagrody  mino-

wo-sieciowej, aby bez osłony myśliwców mogły stanowić dla niej zagroże-

nie.   

W  końcu,  jesienią  1943  roku,  nakładem  ogromnych  kosztów  i  środków 

udało się Niemcom zablokować wyjścia z radzieckich baz na Bałtyku.   

W  lutym  1944  r.  wezwano  kapitana  3  rangi  Iwana  Trawkina  do  sztabu. 

Czekała  tam  już  na  niego  podpisana  nominacja  na  dowódcę  dopiero  co 

spuszczonego na wodę okrętu podwodnego.   

- Iwanie Wasiljewiczu... niech się pan nie buntuje! - uspokajał Trawkina 

szef sztabu. - Otrzyma pan nowy, doskonalszy okręt...   

W końcu widząc, że argumenty nie skutkują i Trawkin gotów nadal roz-

paczliwie  obstawać  przy  swoim  Szcz-303,  wtrącił  się  obecny  przy  tym  do-

wódca brygady, Wierchowski: 

background image

- Towarzyszu kapitanie trzeciej rangi, to jest rozkaz! 

- Rozkaz! - powtórzył Trawkin. Rozmowa była skończona. 

I wreszcie nastał dzień rozstania z okrętem i jego załogą.  Iwan Wasilje-

wicz po wielu latach wspomina go tak:   

...Okręt  stał  jak  niegdyś,  w  najsurowszych  dniach  blokady,  mocno  przy-

kuty lodem do drewnianych słupów pirsu. Na pomoście, wyciągnięci w jed-

nym  szeregu,  czekali  moi  marynarze...  Próbuję  powiedzieć  kilka  słów,  ale 

czuję, jak coś dławi w gardle. Patrzę, a tu oczy oficera-mechanika Iljina też 

dziwnie  jakoś  zwilgotniały.  Idę  wzdłuż  szeregu,  podaję  każdemu  z  moich 

towarzyszy  dłoń  i  czuję  żelazne  uściski  ich  dłoni.  Dziękuję  im,  moim  dziel-

nym  chłopakom,  że  nigdy  nie  zawiedli.  I  wtedy,  chyba  po  raz  pierwszy  w 

ż

yciu, łzy same popłynęły z oczu. W najgorszych chwilach, gdy śmierć chwy-

tała już za gardło, potrafiłem nad sobą zapanować, ale tym razem zapłaka-

łem...  Co  myśmy  razem  przeżyli,  zrozumie  tylko  ten,  kto  jak  my,  wiele  razy 

umierając, umiał dzielić z towarzyszem łyk ostatni powietrza...   

background image

KRZYŻÓWKA Z TYGRYSEM   

 

POZIOMO: 1) wiceadmirał, dowódca radzieckiej Floty Bałtyckiej, 4) Kapitan lejtenant 

radziecki,  dowódca  okrętu  podwodnego  „Szcz-406”  7)  łagodny  wiatr  południowo-zachodni, 
9)  nazwa  nadana  przez  marynarzy  „Szcz-303”,  okrętowi  dowodzonemu  przez  kapitana  3 
rangi Trawkina, 10) pomieszczenie mieszkalne na jednostce pływającej, 11) roślina dyniowa-
ta,  kalebasa,  12)  tytuł  znanej  sztuki  satyrycznej  W.  Majakowskiego,  15)  starożytna  stolica 
Asyrii, 18) dowódca „Szcz-408”, 21) meldunek wojskowy, 24) stacja klimatyczna nad jezio-
rem o tej samej nazwie w woj. szczecińskim, 26) propozycja, 27) marynarski stopień podofi-
cerski, 28) jednoczesne oddanie strzałów działowych na komendę, 29) ciasne pomieszczenie, 
30) stały przedstawiciel państwa za granica. 

PIONOWO: 1) rzeka w Rosyjskiej FSRR, lewy dopływ Irtyszu, 2) angielski mąż stanu i 

filozof (1501- 1626), 3) pododdział ubezpieczający wojska na postoju, 4) synonim huraganu, 
5) oficer-mechanik na okręcie podwodnym „Szcz-303”, 6) zaufanie, 8) wielki żagiel na szku-
nerze, 13) kozera, 14) rzeka w Azji Środkowej, 16) drzewo liściaste, 17) ruch obrotowy, 18) 
wodoszczelna nadbudówka na okręcie podwodnym, 19) okręt liniowy radzieckiej Floty Bał-
tyckiej, 20) duże jezioro afrykańskie, 23) przenośne określenie frasunku, 22) największy port 
Półwyspu  Koreańskiego,  23)  podziemne  przejście,  25)  minerał  bezbarwny  i  przezroczysty, 
chlorek sodu. 

„Zwan” 

background image