background image
background image

DIXIE BROWNING 

Umowa 

na pięćdziesiąt 

lat 

Harlequin 

Toronto • Nowy Jork • Londyn 

Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg 

Istambuł • Madryt • Mediolan • Paryż • Praga 

Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Posuwał się bardzo powoli. Na południe od Marion pada­

jący śnieg zmienił się w marznącą mżawkę. Droga oblodzona, 

a samochody poruszały się w żółwim tempie. Na granicy sta­
nu Południowa Karolina padał już tylko deszcz, ale szosa 
wciąż była śliska. Przednia szyba zachodziła mgłą. Zaklął pod 
nosem. Jak dawno temu pił kawę z aspiryną? 

Dokuczał mu żołądek. Pewnie miał dość zarówno kawy, 

jak i aspiryny. Mogły to jeszcze być skutki grypy, która ścięła 

go z nóg na ponad tydzień. Nieważne. I tak musi zaaplikować 
sobie porcję kofeiny, żeby nie usnąć za kierownicą. Do tego 
dużo cukru, bo zapasy energii były na wyczerpaniu. 

Trzy razy los gorzko go doświadczył. To wystarczy, by 

wytrącić z równowagi przeciętnego mężczyznę. Gus Wydo-
wski uchodził w swoim otoczeniu za twardego faceta; dopiero 
za czwartym razem poczuł się znokautowany. 

- Liso, ty słodka, chytra egoistko. Mam nadzieję, że czu­

jesz się tak samo paskudnie, jak ja - mruknął pod nosem, 

wyprzedzając wielką cysternę. 

Lisa Crane była wysoką, zwracającą uwagę swą niezwykłą 

urodą brunetką o mlecznobiałej skórze i nieczułym sercu. Na 
początku znajomości Gus, zatwardziały kawaler, był nawet 
zadowolony, że dziewczyna nie dążyła do legalizacji ich 
związku. Byli razem przez sześć miesięcy, co i tak stanowiło 
dla Gusa swoisty rekord. Przy boku innych kobiet już po paru 

background image

6 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 7 

tygodniach opanowywało go przemożne pragnienie, żeby 
znaleźć się gdzie indziej. Z Lisą było inaczej... 

Nawet nie brał pod uwagę tego, że mógłby się w niej 

zakochać. Do diabła, miał trzydzieści dziewięć lat i dawno 
przestał wierzyć w miłość. To dobre dla nastolatków. 

Było im dobrze razem, szczególnie w łóżku. Tak dobrze, 

że Gus zaczynał czasem myśleć o tak zwanej przyszłości. 
Kupił nawet pierścionek zaręczynowy. 

Okazało się, że Lisa też myślała o przyszłości, tyle że nie 

z Gusem. Przyszłość w jej marzeniach oznaczała sportowe 
ferrari, ekskluzywne restauracje i bywanie w eleganckim 

świecie. Gus miał krytą ciężarówkę, a bywanie w świecie 
oznaczało dla niego bar z grillem i piwo. 

Lisa miała słabość do włoskich pantofli i szampana. 

Gus nosił teksaskie buty z cholewkami i uwielbiał słody­

cze. Uważał, że należy do klasy robotniczej. Miał odciski na 
dłoniach i jeszcze kilka na sercu, bowiem kobiety, które go 
pociągały, należały nieodmiennie do tak zwanej wyższej sfe­
ry: były długonogie, eleganckie, o wyrafinowanej urodzie. 
Niektóre z nich nawet na jakiś czas przymykały oczy na jego 
toporny sposób bycia i na fakt, że trudno było nazwać go 

przystojnym. Znajomość z Lisą zaczęła się od zabawnego 
przypadku. Tuż obok posesji, na której budowano dom, od­
bywało się przyjęcie w ogrodzie. Jednej z kobiet wiatr porwał 

kapelusz i uniósł go w stronę budowy. Pracujący tam Gus 

uratował zagrożony fragment garderoby. Gdy mężczyzna 
i kobieta stanęli naprzeciw siebie, poczuli, że ogarnia ich żar. 

Płomienny romans zaczął się od pierwszej chwili. Z upły­

wem czasu Gus zaczął myśleć o legalizacji tego związku. 
Niestety, Lisa coraz częściej pozwalała sobie na różne gierki. 
Odwoływała spotkania, wyjeżdżała z miasta bez uprzedzenia, 
wracała, nie dając mu znać o swoim- powrocie. Seks, który 

przez długi czas był tak wspaniały, nie dawał już im pełnej 

satysfakcji. Z reguły po wszystkim kłócili się, czyja to wina. 

Gus był porywczy z natury i dobrze o tym wiedział. Starał 

się jednak trzymać nerwy na wodzy, szczególnie wobec ko­
biet. Matka, babka, ciotka i siostra wpajały mu przez lata, że 
każdą kobietę należy traktować jak damę. Szanował tę zasadę 
aż do nocy, kiedy Lisa oświadczyła mu, że podpisała kontrakt 
z agencją dla modelek i przenosi się do Nowego Jorku. Oczy­
wiście, jest jej przykro, jeśli Gus czuje się zawiedziony, ale 
przecież oboje byli przekonani, że ich związek nie potrwa 

długo. 

Cóż, na początku rzeczywiście tak było... 
Odpowiedział, że wcale nie czuje się zawiedziony; skła­

mał. Dodał, że ostatnio sam myślał o tym, żeby dokądś wy­

jechać; było to następne kłamstwo. Życzył jej wiele szczęścia, 

choć nie sprecyzował, w czym. 

Potem, z zaręczynowym pierścionkiem w kieszeni, ruszył 

w kurs po knajpach. Otrzeźwił go dopiero ból głęboko prze­

ciętej ręki. W bezsilnej, wzmocnionej akoholem rozpaczy 
rozbił pięścią grube listwy skrzyni do pakowania. Z krwawią­
cą ręką udał się na pogotowie i spędził dłuższy czas pośród 
kaszlących i kichających ofiar ciężkiej grypy. Wyszedł stam­
tąd z siedmioma szwami na dłoni i wirusem, który rozłożył 
go na tydzień. W domu okazało się również, że nie ma już 
pierścionka. Po pewnym czasie przypomniał sobie, że dał go 
pewnej niemłodej barmance, aby sprzedała go i kupiła sobie 
buty z ortopedyczną wkładką. 

Jasne. Zawsze był szarmancki wobec dam. 
Gus mieszkał sam w pierwszym z domów, które zbudo­

wał. Dom miał kształt litery „A", dwuspadowy dach i stał 
u podnóża gór, niedaleko małego miasteczka w Północnej 
Karolinie. Miał swoje wady, ale Gus go lubił. Ściśle biorąc, 

background image

8 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

lubił go do czasu, gdy musiał spędzić w nim cały tydzień, 
chory i samotny. Bolały go wszystkie kości, na zmianę 
wstrząsały nim dreszcze i dręczył żar wysokiej gorączki. 

Potem los spłatał mu kolejnego figla. Właściwie nie los, 

tylko aura. Gdy wreszcie jakoś się pozbierał i wyszedł na 
zewnątrz, okazało się, że śnieg zasypał dom aż po górne okna. 
Ciężarówka, zostawiona na podjeździe, ugrzęzła w zaspie. 
Prądu nie było; w domu panował straszliwy chłód. Lokalna 
linia telefoniczna nie działała, telefon komórkowy został 

w szoferce samochodu. 

Czuł się słaby jak mysz. Był bardzo głodny, ale bardziej 

niż przyzwoitego posiłku pragnął teraz widoku słońca i obe­
cności drugiego człowieka. Ten człowiek mógłby tylko 
przejść tędy i pójść sobie; byłe przekonał Gusa, że nadal jest 
pomiędzy żywymi. Dotąd taki był dumny z własnej samowy­
starczalności. To, co odczuwał teraz, było co najmniej niepo­
kojące. 

Zjadł wszystkie zgromadzone w domu zapasy: lody, czer­

stwe cynamonowe bułeczki i piankowe ciastka. Potem wziął 
łopatę i odgarnął śnieg sprzed domu. Poczekał jeszcze, aż 
pług śnieżny oczyści drogę, i spakował się do wyjazdu. Za 
wszelką cenę chciał znaleźć się w miejscu, gdzie świeci słońce 
i jest ciepło. Projekty dwu następnych budów były na etapie 
zatwierdzania, mógł więc pozwolić sobie na krótki urlop: 

poleżeć na słońcu, wygrzać obolałe kości i poczuć się znowu 

jak człowiek. . 

Tuż za miastem Columbia przemknął po sąsiednim pasie 

wóz policyjny, wyjąc, migając światłami i ochlapując jego 
samochód błotem. Gus zaklął. Ostatnio przeklinał za często. 
Postanowił, że zatrzyma się na postoju dla ciężarówek i coś 
zje. Zbliżał się do okolic, gdzie ciasto z pekanowymi orzecha­
mi było ulubionym przysmakiem tutejszych mieszkańców. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 9 

Zamówi duży kawałek takiego ciasta, lody i popije to czarną, 
dobrze osłodzoną kawą. 

Mariah z obawą spoglądała na wskaźnik poziomu paliwa 

w swoim wysłużonym samochodzie. Powinna była zatanko­
wać przed podróżą, ale tak bardzo się spieszyła. Chciała do­

jechać do domu przed zmrokiem. Przygotowania do wyjazdu 

zabrały jej więcej czasu, niż się spodziewała: odebranie depo­
zytu za mieszkanie, które wynajmowała wraz z dwiema inny­
mi modelkami, zamknięcie konta w banku, pakowanie, nie­
udane próby oddania samochodu do przeglądu. Powiedzieli, 
że mogą go zrobić w połowie przyszłego tygodnia! Potem 
musiała jeszcze spotkać się z Vicem. Był wściekły. Vic w ta­

kim humorze to nie był miły widok. Przypomniał jej o kon­
trakcie, który przecież podpisała, i o tym, co dla niej zrobił, 
odkąd odkrył w niej materiał na modelkę. Mówił, że planował 
wysłać ją na zdjęcia w St. Croix. 

Wiedziała, że Vic kłamie. Miały tam pojechać tylko dwie 

modelki, a Kaye i Danielle cały ranek paplały o swoim 

wyjeździe. Vic ganił ją za to, że nie traktuje poważnie swojej 
pracy. Chyba miał rację. Dla Mariah wykonywane przez nią 
zajęcie straciło urok. Miała dość ciągłego przebierania się 

i udawania. Gdyby w ogóle chciała kogoś udawać, wybrałaby 
inną rolę, bardziej pasującą do jej osobowości. Nie czuła się 

dobrze jako modelka. 

Próbowała wytłumaczyć Vicowi, dlaczego musi wyjechać. 

Żona jej brata, Basila, uciekła od niego, zostawiając go 
z ośmiomiesięczną córką. Basil niedawno założył firmę, która 
może upaść, jeśli właściciel poświęci cały swój czas dziecku. 
Mariah była w rodzinie jedyną osobą, na którą można było 

liczyć. 

Vic tego nie rozumiał. Rodzina? I cóż to takiego rodzina? 

background image

10 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

11 

Marian jest wpisana w plan przymiarek, ma brać udział w naj­
bliższych pokazach. Nie znana nikomu dziewczyna z prowin­
cji może stać się najbardziej wziętą modelką po Cindy Craw­
ford! I zamiast tego woli niańczyć cudzego bachora?! 

A może właśnie, myślała naburmuszona, przecierając ręką 

zaparowaną przednią szybę, nie bawi mnie rola następnej 
Cindy Crawford? Do czasu gdy Vic zobaczył ją w sklepie 
z nasionami i narzędziami rolniczymi w Muddy Landing, na­
wet nie wiedziała, kim jest Cindy Crawford. Przypadek spra­
wił, że jedenaście miesięcy temu szef agencji modelek zatrzy­
mał się w jej miasteczku; chciał zapytać o drogę do Sapelo 
Island. Wypatrzył ją na drabinie, gdy ustawiała towar na naj­
wyższych półkach. Pracowała w sklepie jako zastępczyni kie­
rownika i była zadowolona z tej posady. 

No, może „zadowolona" to za dużo powiedziane, ale była 

to najlepsza praca, jaką mogła zdobyć w Muddy Landing przy 
swoich możliwościach. 

Los nauczył ją realizmu. Najstarsza z piątki rodzeństwa, 

musiała zostać głową domu, gdy ojciec odszedł, zostawiając 
dzieci na łasce losu i wiecznie niedomagającej matki-alkoho-
liczki. Mariah miała wtedy dziewięć lat i była milczącą, nad 
wiek poważną dziewczynką, zatopioną w marzeniach i czy­
tającą baśnie. 

Wiele lat później, kiedy ostatnie z rodzeństwa rozpoczęło 

samodzielne życie, miała wreszcie trochę czasu, żeby zasta­
nowić się nad sobą. Odkryła, że pod powłoką wymuszonego 
praktycyzmu tai się niepoprawnie romantyczna dusza, wierzą­
ca wciąż, że spotka księcia z bajki albo rycerza w lśniącej 
zbroi. 

Uwierzyła więc, że czuwa nad nią dobra wróżka, gdy 

w sklepie z narzędziami objawił się piękny nieznajomy, 

odziany w bogaty strój, który opowiadał o świecie luksuso­

wych jachtów i obracał się wśród ludzi, dla których podróż 
do Paryża znaczyła tyle, ile w Muddy Landing wypad do 
Brunswick czy Waycross. 

Tyle czasu podświadomie marzyła, jeśli nie o księciu, to 

o kimś niezwykłym. W jej miasteczku nie było książąt ani 
rycerzy. Najbliższy wizji rycerza, ratującego damę w potrze­
bie, był Moe Chitty, który spieszył z pomocą, gdy samochód 

Mariah nie chciał zapalić. 

Zamrugała oczami, bo monotonny ruch wycieraczek na 

przedniej szybie działał jak pałeczka hipnotyzera. Poprawi­
ła się na siedzeniu. Jej nogi były o wiele za długie, by 
wygodnie usiąść za kierownicą małego samochodu, nawet 

kiedy odsunęła fotel tak daleko, jak to było możliwe. Po­
winna już zrobić przerwę w podróży, ale nie miała ochoty 
moknąć. 

Zresztą była zajęta swoimi myślami. 
- Może w ogóle nie powinnam wracać do tej pracy? - po­

wiedziała na głos, artykułując myśl, która krążyła jej po gło­
wie od zeszłego miesiąca. Po co jej Nowy Jork? Po co jej 
Palm Beach? Komu potrzebna jest jej twarz na okładce „Vo­
gue'a"? W Muddy Landing nikt nawet nie słyszał o takim 

magazynie. 

Trzeba przyznać, że to dobrze płatne zajęcie. Kaye mówiła, 

że teraz praca modelki nie ogranicza się tylko do chodzenia 
po wybiegu. Jedna z dziewczyn Vica dostała niewielką rolę 
w serialu telewizyjnym, druga podpisała korzystny kontrakt 

z firmą kosmetyczną. 

Na początku zmiana pracy i wyjazd wydawały się do­

brym pomysłem. Nic już nie wiązało jej z domem. Z drugiej 

strony siostry nieraz dzwoniły do niej z prośbą o radę czy 
niewielką pożyczkę; ze względów finansowych kariera mo­
delki mogła okazać się uśmiechem losu. Wiedząc, że rodzina 

background image

12 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

13 

liczy na nią w trudnych chwilach, Mariah oszczędzała każde­
go centa. 

W nowej pracy nie mogła jednak przywyknąć do tego, że 

traktowano ją jak przedmiot: była ubierana, rozbierana i prze­
stawiana z miejsca na miejsce. Mężczyźni, bardziej uperfu-
mowani i obwieszeni biżuterią niż ona kiedykolwiek w życiu, 
rozmawiali o niej tak, jakby nie stała tuż obok. 

Praca w sklepie była o niebo łatwiejsza. Mariah sprzeda­

wała pułapki na szczury, lizawki dla krów, hydrofory i ziarno 
siewne. Pensja taka sobie, ale życie w Muddy Landing było 
nieporównanie tańsze niż w Nowym Jorku czy Palm Beach. 
Tam człowiek płaci bez mała za to, że oddycha. Muddy Lan­
ding było jej domem. Bardzo skromnym, ale jednak domem. 
Kuszące swoim blaskiem życie, które rozpoczęła rok temu, 
okazało się pasmem ciężkiej pracy, długich godzin wyczeki­
wania i przykrej do zniesienia podległości. 

Rozmyślała tak, wypatrując pośród strug deszczu neono­

wego znaku stacji benzynowej. Wskaźnik poziomu paliwa 
opadł do zera, po czym wahnął się na maleńki ułamek mili­
metra. 

- Boże, zmiłuj się! - westchnęła, wpatrując się w szary, 

płaski horyzont. Tylko tego brakowało, żeby utknęła w poło­
wie międzystanowej autostrady z powodu braku benzyny, 
w zimnym, zacinającym deszczu. Wybrała najbliższy zjazd z 
autostrady. Gdy dojrzała wreszcie stację, silnik zaczął się dła­
wić. Wrzuciła kierunkowskaz, modląc się, aby zadziałał„Sa-
mochód wtoczył się rozpędem na niewielki podjazd. 

- Och, udało się - westchnęła z ulgą. 
Była z tego powodu tak szczęśliwa, tak przejęta losem 

czekającego na nią brata i jego dziecka oraz swoimi myślami 
o przyszłości, że postanowiła zafundować swoim czterem 
kółkom coś ekstra. Kupi najlepszą benzynę, a dla siebie napój 

wiśniowy i torbę prażonych orzechów. I pójdę do toalety! *-
obiecała sobie, drżąc na całym ciele w wilgotnym, przenikli­
wym chłodzie. Gdy wyruszała, było ciepło. Plastikową pele­
rynkę i białą dżinsową kurtkę położyła na tylne siedzenie, po 

czym przywaliła je torbami z ubraniem, pudłami książek 

i wieloma drobnymi bagażami. 

Szybko pobiegła do damskiej części toalety. Odświeżyła 

się tam i ogrzała. Potem poszła do sklepu, wyjęła z chłodziar­
ki napój wiśniowy, znalazła na półce prażone orzechy i skie­
rowała się do kasy. Oprócz niej i kasjera było tam tylko dwóch 
podejrzanie wyglądających mężczyzn. Kartkowali ilustrowa­
ne magazyny, umieszczone przy kasie na drucianym stojaku. 

Przecisnęła się obok nich i podeszła do lady. 
- Poproszę wysokooktanową za dziesięć dolarów. 
Obsługujący bez entuzjazmu oderwał wzrok od telewizora. 

Oglądał mecz koszykówki. 

- To będzie... dziesięć za benzynę, dwa pięćdziesiąt za 

orzechy i za ten duży wiśniowy... zaraz... 

Mariah położyła torebkę obok leżących na ladzie zakupów, 

żeby poszukać portmonetki. Jeden z mężczyzn szybko skie­
rował się w stronę drzwi, otworzył je i wyszedł, wpuszczając 
do wnętrza strugę zimnego, wilgotnego powietrza. Mariah 

zadrżała. Drugi mężczyzna odwrócił się, aby pójść za kolegą. 
Odchodząc, uderzył łokciem w kartonowy kubek z napojem, 

oblewając Mariah czerwoną, lodowatą cieczą. 

Toaleta na stacji benzynowej w USA nazywa się „rest room", czyli 
w dosłownym tłumaczeniu „miejsce do odpoczynku". Przeważnie warta jest 
tej nazwy. Oprócz kabin klozetowych i pomieszczenia z umywalkami jest 
pokój z lustrami i wyściełanymi ławami lub fotelikami, gdzie można 
poprawić makijaż. Często bywa tam też prysznic z pomieszczeniem do 

przebierania się. Na ścianach umieszczone są automaty z ręcznikami, 
podpaskami, pieluszkami itd. 

background image

14 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 15 

Krzyknęła. Patrzyła na rozszerzającą się plamę na żółtych 

lnianych spodniach i żakiecie, próbując oderwać przylegającą 
tkaninę od ciała. A niech to...Czemu nie wzięła do toalety 
torby z odzieżą i nie przebrała się w dżinsy? Teraz i tak musi 
to zrobić; nie pojedzie dalej w tym stanie... 

- Hej tam, człowieku! - krzyknął kasjer. Mariah podnios­

ła oczy i zobaczyła, że ten drań, który oblał ją sokiem, ucieka 
z jej torebką pod pachą. 

- Łapcie go! - krzyknęła. Rzuciła się do drzwi, usiłując 

gonić złodzieja. Nagle podjechał z piskiem opon ciemny sa­
mochód; w tej samej chwili drzwi sklepu zatrzasnęły się, 
miażdżąc niemalże jej palce. Ból był porażający. 

Ścisnęła lewą ręką zranioną prawą dłoń i ramieniem otwo­

rzyła drzwi. Zderzyła się z potężnie zbudowanym mężczyzną. 
Niedzwiedziowaty brodacz schwycił ją za ramiona. 

- Niech pan zejdzie mi z drogi! - krzyknęła. Ból w ręce 

stawał się coraz bardziej dojmujący. 

- No, no - mruknął głębokim basem nieznajomy. - I po 

cóż ten pośpiech? 

- Przecież ich-pani nie złapie! - wołał za nią kasjer. - Już 

odjechali! 

Mariah nie rezygnowała. Zrobiła krok w lewo, ale niezna­

jomy usunął się w tym samym kierunku. Przesunęła się w dru­

gą stronę i znowu stali naprzeciw siebie. Dłonie nieznajomego 
znowu zamknęły się na jej ramionach. Mariah spojrzała na 
niego, bezwiednie notując w pamięci piracką brodę, czarną 
skórzaną kurtkę, pomięte drelichowe spodnie i kowbojskie 
buty. Jego twarz była nienaturalnie blada. 

- Czy byłby pan uprzejmy mnie puścić?-jęknęła. 
Kasjer stał tuż za nią, owiewając ją nieświeżym odde­

chem, w którym wyczuć można było woń cebuli i piwa. 
Po chwili cofnął się; wiatr sprawiał, że strugi deszczu uderza­

ły o drzwi, ciężkie krople padały na chodnik przed wejściem. 
Jakieś trzydzieści metrów dalej samochody sunęły, rozbryz­

gując wodę kołami, drążąc światłami zamglony, przedwczes­
ny zmrok. . 

- Przykro mi, proszę pani, oni naprawdę są już daleko stąd. 

- Odwrócił się i ruszył w stronę swojej lady, zadowolony, że 
to nie on padł ofiarą rabunku. 

Gus patrzył na kobietę, którą nadal trzymał w ramionach. 

Nie musiał opuszczać głowy; była prawie tak wysoka, jak on. 

Uderzyła go woń bzu, zmieszana z zapachem benzyny i wiś­
niowego syropu. 

Zawsze zwracał uwagę na rysy, na strukturę kobiecej syl­

wetki. Ależ ona miała piękną twarz! I jak była zbudowana! 
Niedawno chorował na grypę, ale najwidoczniej wirus nie 

zrobił krzywdy jego męskim hormonom. 

Jej oczy nie były ani brązowe, ani szare; dojrzał w nich 

połączenie obu tych barw. Włosy też nie miały sprecyzowa­
nego koloru. Przypominały mu barwę sierści psa weimarczy-
ka, którego znalazł i przygarnął kilka lat temu. Polubił to miłe 

stworzenie, ale w końcu znalazł się jego właściciel i odebrał 

zgubę. 

- Co się właściwie stało? - zapytał chrypliwym basem. 

Wiedział, że jego głos nie brzmi zbyt sympatycznie, ale pra­
wie go nie używał od kilku ostatnich dni. 

- Ten łobuz ukradł mi torebkę! Oblał mnie wiśniowym 

sokiem z lodem, porwał torebkę i uciekł! - Próbowała uwol­
nić się z uścisku, ale Gus trzymał ją nadal. Czuł, że dziew­
czyna drży na całym ciele. 

- Niech mnie pan puści! Muszę przynajmniej spróbować 

go dogonić! 

- Jeden był wysoki, drugi niski - przypominał sobie ka­

sjer. - Jeden miał na głowie czapkę baseballową, drugi brud-

background image

16 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

ne, jasne włosy i krzywy ząb z przodu. Nie widziałem broni, 
ale to nie znaczy, że jej nie mieli. 

Widać było, że dziewczyna straciła chęć do pościgu. Przez 

krótki moment skłoniła nawet głowę na obleczone w skórę 
ramię Gusa. 

- Moje klucze... - poskarżyła się cicho. - Zabrali mi na­

wet kluczyki od samochodu. 

Gus spojrzał pytająco na kasjera, ale tamten od razu zaczął 

się wykręcać: 

- Niech pan tak na mnie nie patrzy. Nie mogę odejść od 

kasy. Pamiętam tylko, że pojechali na południe. Mieli starego 
chevroleta, model sprzed dziesięciu lat, ale kto ich teraz do­
goni? Przykro mi, proszę pani, ale nadal jest mi pani winna 
za drinka i za... 

Gus zaklął. Wyciągnął gwałtownie portfel i podsunął ka­

sjerowi pod nos garść banknotów. 

- Niech pan weźmie, ile potrzeba - warknął. 

Gdy obaj zajmowali się sprawą jej należności, Mariah wy­

szła spod osłony daszku nad wejściem. Zobaczyła na skraju 
szosy coś jasnego i płaskiego. Może to był tylko jakiś śmieć, 
a może... 

Dobiegła tam w chwili, gdy skrajnym pasem przemknęła 

olbrzymia ciężarówka z przyczepą. Krzyknęła, oblana struga­
mi brudnej, lodowatej wody. 

- Czy pani zwariowała? Zaraz jakiś samochód panią po­

trąci! « 

Zdążyła podnieść z szosy swoją torebkę, gdy rozległ się 

ryk następnej zbliżającej się ciężarówki. Ktoś złapał ją za rękę, 
na szczęście lewą, i pociągnął do tyłu. Zanim mogła zaprote­
stować, brodaty prześladowca, a może wybawca, porwał ją na 
ręce i pobiegł z powrotem w stronę stacji benzynowej. 

Gdy znaleźli się we wnętrzu sklepu i Mariah stanęła na 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 17 

własnych nogach, w pierwszym odruchu schwyciła zamek 
torebki, żeby ją otworzyć. Prawą ręką. 

Nagły ból sprawił, że łzy pociekły jej z oczu. Krzyknęła 

cicho. Nieznajomy wyjął torebkę z jej rąk, przewiesił sobie 
przez ramię i poprowadził do stołka przy ladzie. 

- Niech pani siada, zanim upadnie pani na podłogę. Mogę 

pani powiedzieć, co jest w tej torebce, nawet bez zaglądania 
do środka. Drobiazgi bez wartości. Szminka, chusteczka. 

Trzeba wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy. 

Mariah ujęła swą przemoczoną torebkę, przytrzymała ją 

łokciem i otwarła lewą ręką. Wyjęła ze środka lepki od czegoś 

grzebień, równie lepką paczkę papierowych chusteczek, a na 
końcu oślizłe kawałki słoiczka galaretki z guavy, który kupiła 
na postoju w West Palm. Rozbił się pewnie, gdy rabusie rzu­
cili jej torebkę na ziemię. Wszystko w środku było mokre 

i lepkie. 

Nie pozwoliła sobie na płacz. Mariah nigdy nie płakała. 

Dawno temu życie nauczyło ją, że mazanie się jest tylko stratą 

energii. Może tylko kilka łez spłynęło po jej mokrych od 
deszczu policzkach. Poradzi sobie z tym, co się stało, tak 

samo, jak radziła sobie ze wszystkim innym od czasu, kiedy 
musiała odłożyć lalki w kąt i zająć się młodszym rodzeń­
stwem. 

Najpierw jednak musi dotrzeć do domu. 
- Co się stało z pani ręką? - Brodaty nieznajomy ujął jej 

prawą dłoń. Uniosła wzrok na jego nienaturalnie bladą twarz, 

zastanawiając się, czy przypadkiem nie wyszedł niedawno 
z więzienia. Zwykle nie osądzała bliźnich tak pochopnie, ale 
trudno zachować równowagę ducha w jej sytuacji. Kilkana­

ście minut temu została obrabowana, ból w prawej ręce stawał 
sienie do zniesienia, a opuchnięte palce przybrały barwę sinej 
purpury. 

background image

18 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Ubranie i ręce miała mokre i lepkie. 
Gus wytarł jej dłoń czystą chusteczką, żałując, że zatrzy­

mał się akurat w tym miejscu. Ma teraz odpoczynek! Czuł się 
słaby, wyzuty z sił, miał dosyć własnych kłopotów, a tu musi 

jeszcze uczestniczyć w cudzych. 

Niech to diabli. Siedząca na stołku kobieta patrzyła na 

swoją rękę jak na obcy przedmiot. Gdyby nie wyglądała tak 
żałośnie z mokrymi pasmami włosów, opadającymi na wil­
gotną od deszczu twarz, może byłby w stanie ruszyć w swoją 
stronę. Gus miał jednak duszę błędnego rycerza i nie raz sta­
wał w obronie pokrzywdzonych przez los. Ta istota, o wiel­
kich, błyszczących od łez oczach i drżących ustach, wygląda­
ła na bardzo pokrzywdzoną. 

- Zaraz obudzę się z tego przykrego snu i pan też zniknie. 

Myślę, że powinnam pana o tym uprzedzić. - Próbowała 
uśmiechnąć się, ale jej podbródek drżał coraz mocniej. Czu­
bek pięknego, arystokratycznie zarysowanego nosa wyraźnie 
poczerwieniał. 

Ta biedaczka zaraz rozklei się na dobre, pomyślał Gus. 
Pachniała mokrym od deszczu bzem. Odchylił się do tyłu 

i spojrzał jej w oczy. Jeśli cień może mieć jakąś barwę, to jej 
oczy miały właśnie taki kolor. Nogi... Boże, co to były za 

nogi! Pod mokrą, przyklejoną do skóry odzieżą widział pra­
wie jej gładką, błyszczącą skórę, zarys wąskich majteczek 
i stanika. Pod stanikiem nie miała zbyt wiele, ale wystarcza­

jąco dużo, by mężczyznę ogarnęło podniecenie. Stercząc© od 

chłodu brodawki były tak widoczne, że Gus nie musiał na­
wet wysilać wyobraźni. Dlaczego nie miała na sobie jakiejś 
kurtki?. 

- Powinna pani cieplej się ubrać na taką pogodę - powie­

dział ponurym tonem; pewnie zauważyła, jak na nią patrzył. 
Owszem, miał słabość do tego typu kobiet. Teraz jednak, 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

19 

ledwie żywy po grypie, mając wciąż w pamięci rozstanie 
z Lisa, nie powinien aż tak reagować na to, co widział. 

Celowo zmarszczył brwi, robiąc groźną minę. 
- Owszem, szanowna pani, przebywamy na Florydzie, ale 

jest luty. O tej porze leje tu jak z cebra. Ma pani jakąś kurtkę? 

Kasjer wyjrzał przez zasnute mgłą okno. Na podjeździe 

zatrzymały się dwa samochody. 

- Niech pani zabierze swój samochód. Blokuje mi sta­

nowisko. 

- A pan niech się zamknie - warknął Gus. - Ma pani 

zapasowe kluczyki? 

- Tak, pod maską, po prawej stronie, pod takim czymś, co 

wystaje. 

- Pod czymś, co wystaje... Dobrze. Proszę się stąd nie 

ruszać. Zaraz wracam. 

Marian została sama. Czuła się zagubiona i opuszczona. To 

jej się nie zdarzało. Dziś od samego rana, kiedy o pół do piątej 

obudził ją kolejny telefon od brata, wszystko szło jak po 
grudzie. Teraz siedziała tutaj, tak daleko od domu, okradziona 
do ostatniego grosza, przemoknięta i zmarznięta do szpiku 

kości. "Wszystkie cieplejsze ubrania zostały na strychu 
w Muddy Landing. Naprawdę, od dawna nie było jej tak źle 
na świecie. 

Brodaty nieznajomy wrócił. Próbowała się uśmiechnąć, ale 

nie wypadło to zbyt przekonywająco. Położył swe wielkie 

dłonie na jej ramionach i uścisnął je. Bardzo mocno. 

- Znalazłem to na tylnym siedzeniu samochodu. - Poka­

zał jej plastikową pelerynkę. - Proszę ją włożyć, zanim zma­
rznie pani jeszcze bardziej. Przy takiej pogodzie nietrudno 

o przeziębienie. 

Niczego tak nie pragnęła, jak przytulić się teraz do tego 

groźnie wyglądającego mężczyzny w kowbojskich butach, 

background image

20 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

zamknąć oczy i o niczym nie myśleć. Przynajmniej przez jakiś 

czas. Do chwili, aż znajdzie wyjście z tej okropnej sytuacji. 

Zamiast tego dumnie uniosła głowę i próbowała pokazać, 

że całkowicie panuje nad sobą. Nie było to bardziej przekony­
wające niż jej uśmiech parę minut wcześniej. 

Nieznajomy przysunął się bliżej; poczuła ciepło jego ciała, 

woń skóry i czarnej kawy, zmieszaną z jakimś bardzo męskim 

zapachem. Ten zapach, zamiast ją niepokoić, działał dziwnie 

kojąco. 

- No, no, świat się jeszcze nie zawalił - powiedział swym 

dziwnie ochrypłym głosem. - Niedługo sobie z tym pora­

dzimy. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Mariah próbowała za wszelką cenę wziąć się w garść, 

choćby dlatego, że jej brodaty wybawca chyba tego od niej 
oczekiwał. Zawsze starała się nie sprawiać innym kłopotów. 
Poza tym nieznajomy okazał się bardziej sympatyczny, niż na 

to wyglądał. Mimo więziennej bladości na twarzy, rozwi­

chrzonej brody i nachmurzonej miny był nawet atrakcyjny 

jako mężczyzna. Trudno było nazwać go przystojnym, ale 

pełna siły, muskularna sylwetka sprawiała, że wyglądał cał­
kiem pociągająco. 

- Dam sobie radę - powiedziała lekko schrypniętym gło­

sem. - Tylko nie przywykłam do tego, żeby mnie okradano 

- dodała z zuchowatym uśmiechem, którym próbowała oszu­
kać jego i siebie. 

Odwróciła siew stronę pracownika stacji benzynowej i za­

pytała, czy może zadzwonić na policję. Nie miała wielkiej 
nadziei, że to coś da. 

- Automat telefoniczny jest na zewnątrz, obok kompreso­

ra - odpowiedział. 

Spojrzała na niego z żalem i wyrzutem. Miał choć tyle 

przyzwoitości, żeby się zawstydzić. Niechętnie wskazał na 

swój telefon, stojący pomiędzy kasą a słoikami z marynatą. 

Wykręcenie numeru nie było łatwe. To tylko początek 

problemów, pomyślała. Niedługo będzie ich znacznie więcej. 

Nieznajomy wyszedł na zewnątrz. Wrócił, gdy odkładała 

background image

22 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

słuchawkę. Mimo chmurnej miny, wyglądał na zatroskanego 

jej sytuacją. 

- Jak się pani nazywa? 
- Marian Brady. 

- Gus Wydowski - przedstawił się. - Co z kartami kredy­

towymi, panno Brady? Jeżeli miała pani jakieś w tej torebce, 
trzeba zgłosić ich kradzież. 

- O Boże, moje karty! - Zaczęła drżeć w poczuciu nad­

ciągającej paniki. 

- Prawo jazdy, książeczka czekowa, klucze... - Zmarsz­

czył brwi. Mariah zastanawiała się, czy jego twarz może 
w ogóle mieć pogodny wyraz. 

- Podobno pojechali na południe, a ja mieszkam na pół­

noc od tego miejsca. Przynajmniej tyle... 

Pokiwał głową z roztargnieniem; widać było, że myśli już 

o czymś innym. Pewnie zastanawia się, jak wyplątać się z tej 
historii i odjechać w swoją stronę. Mariah po raz pierwszy 
zwróciła uwagę, iż jego oczy mają niezwykły odcień ciemne­

go błękitu i że na twarzy ma dwie blizny. Jedna dochodziła 

do linii włosów, druga znikała w gęstwinie brody. 

- Czy miała pani przy sobie większą gotówkę? - zapytał. 

Zamierzała już odpowiedzieć, że to nie jego interes, ale w tej 

sytuacji była mu winna uprzejmiejszą odpowiedź. 

Zgnieciona ręka pulsowała bólem. 

- Niech pan nawet nie pyta - powiedziała z goryczą. Mia­

ła przy sobie czterysta siedemdziesiąt trzy dolary i trodhę 

drobnych. Poza minimalną kwotą na koncie i terminowym 
wkładem na pięć tysięcy, którego nie powinna ruszać, były to 

jej wszystkie oszczędności. Posiadała jeszcze od Jat nie re­

montowany dom w rodzinnym mieście, ale wartość posesji 
w tych stronach mogłaby być tematem dowcipów. 

Vic Chin powiedział kiedyś, że jej twarz, a dokładnie jej 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

23 

piękne rysy warte są fortunę. Może i tak, ale pięknymi rysami 
nie płaci się rachunków. 

- Dokąd zamierzała pani dojechać? - Gus Wydowski mó­

wił tak ochryple, jakby bolało go gardło. 

- Do Muddy Landing - odpowiedziała z przygnębieniem. 

- To jest w Georgii, niedaleko Darien. 

- Niedaleko Darien. Rozumiem. - Z jego tonu wyniosko-

wała, że nigdy nie słyszał o Darien. 

- Pomiędzy Brunswick i Savannah, nad rzeką Little Char­

lie - objaśniła szerzej. Właściwie Little Charlie był strumy­

kiem, od kiedy muł wypełnił stare koryto. Znali go wyłącznie 
traperzy i wędkarze. 

Gus przyglądał się jej spuchniętej dłoni. Mariah też na nią 

spojrzała. Chętnie popłakałaby sobie, gdyby to w czymś po­
mogło. Modelki podobno ubezpieczają niektóre części swo­

jego ciała. Wybraziła sobie siebie na wybiegu. Idzie lekkkim 

krokiem w takt muzyki, uśmiech, rozpinanie żakietu, chwila 
w bezruchu i obrót. 

Otóż to. Dłoń, którą rozpinałaby żakiet, już nigdy nie bę­

dzie wyglądać jak należy. Jeśli los chciał jej dać jakiś znak, 
właśnie to uczynił. 

- Prowadzenie samochodu jedną ręką będzie niezwykle 

trudne. Zdaje sobie pani z tego sprawę, prawda? 

Zdawała sobie z tego sprawę. Już i tak przeżyła ciężkie 

chwile, gdy jadąc tu, obawiała się, że lada moment zabraknie 

jej benzyny. Nie miała złudzeń co do tego, że obsługujący da 
jej paliwo na kredyt. Na przykład w zastaw za piękne rysy. 

- Dam sobie radę - powiedziała. 

Gus już się odwrócił i poszedł w głąb sklepu. Wziął z jed­

nej półki rolkę papierowych ręczników, z drugiej paczkę fo­

liowych torebek. Dwie kobiety przeszły obok w kierunku 
damskiej toalety. Przyglądały się Mariah z ciekawością. Chy-

background image

24 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

ba nie rozpoznały w niej popularnej modelki. Jej kariera trwa­

ła zbyt krótko. 

Gus wyciągnął plastikową torebkę z opakowania i napełnił 

ją kostkami lodu z automatu. Gdy się zbliżył, poczuła zapach 

skóry jego kurtki i czegoś podobnego do woni dymu, co przy­

pomniało jej obozowanie w lesie. Jeśli używał wody koloń-

skiej, nie wyczuwała jej teraz. 

Porównywała go do ubranych z przesadną elegancją, wy-

pachnionych mężczyzn, z którymi pracowała przez kilka 
ostatnich miesięcy. Gus uniósł jej rękę i owinął wstęgą papie­
rowych ręczników. Dotyk jego dłoni był zadziwiająco deli­
katny. Przyłożył torebkę z kostkami lodu do spuchniętych 

palców. Zauważyła świeżą bliznę koło kciuka jego lewej ręki. 

- Wygląda na to, że do spółki mamy jedną parę zdrowych 

rąk - powiedziała, hamując nerwowy śmiech. 

Nawet na nią nie spojrzał. 
- Czy wciąż panią boli? Przepraszam. Lód zmniejszy tę 

opuchliznę. Czy nie jest pani uczulona na aspirynę? 

Pokręciła głową. 

- Tak. To znaczy nie. No... wiem, że lód mi pomoże i nie 

jestem uczulona na aspirynę. 

Wyjął z kieszeni pudełko tabletek i wytrząsnął dwie na jej 

zdrową dłoń. Potem wyjął jeszcze dwie. Wziął z chłodziarki 
dwie puszki z lemoniadą, otworzył i podał Mariah jedną 
z nich. 

- Chciałbym pani coś zaproponować - zaczął. Mariah 

czekała nieufnie na dalszy ciąg. - Obawiam się, że w tym 
stanie nie powinna pani prowadzić samochodu, nawet mając 
przy sobie prawo jazdy. Tę rękę powinien obejrzeć lekarz. 
Poza tym... 

- Nie, dziękuję. 
- Jeśli dłoń jest złamana... 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

25 

- Nie jest. - Nie mogła nawet myśleć o tym, że ma zła­

maną rękę, jeśli Basil w sobotę miał przywieźć dziecko z At­

lanty. Rzecz była poza dyskusją i kropka. 

- Dlaczego jest pani taka harda? Proszę posłuchać mnie 

jeszcze przez chwilę, dobrze? 

- Mogę wpaść do lekarza po drodze do domu. Bardzo 

panu dziękuję za okazaną pomoc, panie Wydowski, ale teraz 

poradzę sobie radę sama. Naprawdę. 

Mężczyzna mruknął coś pod nosem. Może to i lepiej, że 

nie słyszała, co. Potem patrzył na nią przez dłuższą chwilę. 

Uświadomiła sobie, że jej włosy wyglądają pewnie jak mokre 
strąki, odzież pod sztywną peleryną jest poplamiona i mokra, 

a zrobiony rano makijaż rozmazał się doszczętnie. 

Ramiona opadły jej w poczuciu bezsilności. Zdała sobie 

sprawę, że pod wypracowaną w obcym świecie zewnętrzną 
powłoką pozostała i tak dawną Sarą Mariah Brady, wieczną 
niańką do dzieci, tyczkowatą pannicą w okularach, która 

w zaawansowanym wieku lat dwudziestu pięciu była najstar­
szą dziewicą w okolicy. Przynaj mniej w Muddy Landing. 

Gus zrozumiał wymowę tych nagle zgarbionych pleców, 

usłyszał jej stłumione westchnienie. 

- No dobrze, niech pan mówi dalej - powiedziała drę­

twym głosem. - Słucham. 

Potem znaleźli się oboje w motelu o parę minut drogi od 

stacji benzynowej, w Saint Augustine. Policja przyjechała 
i spisała ich zeznania; zrobili, co do nich należało i tyle. Sa­

mochód pozostał na stacji, zaparkowany z boku budynku. 

Gus przeniósł jej rzeczy i ułożył za siedzeniami w swojej 
ciężarówce. 

- Co pani tam ma, do diabła? - zapytał, wnosząc ogromne 

pudło do jej pokoju. - Cegły? 

background image

26 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

27 

- Czy ma pan coś przeciw cegłom? 
Obrzucił ją kwaśnym spojrzeniem i wtedy przypomniała 

sobie, że jego ręka nie jest jeszcze zagojona. 

- To książki - wyjaśniła. - Nie musi pan przynosić tu 

wszystkiego. Pakunki mogą zostać do rana w samochodzie. 

- Czy ma pani kartę telefo... - Nie dokończył pytania. 

Przecież wszystkie jej karty przepadły. - Proszę dzwonić z te­
lefonu w tym pokoju i pozałatwiać swoje sprawy, dobrze? 

- Starał się nadać swemu głosowi milszy ton, choć mówienie 
miłym tonem nie leżało w jego naturze. 

Mógłby być teraz w połowie drogi do wybrzeża, ale, do 

diabła, nie mógł zostawić tej kobiety nocą na stacji. Obrzyd­

liwy chytrus przy kasie policzyłby jej nawet za kawałek pod­

łogi, na której by spała. Już i tak kazał sobie zapłacić za 
parkowanie jej rozklekotanego samochodu, za plastikowe to­
rebki i ręczniki. Kiedy Gus załatwiał sprawy z tym łobuzem, 

ona była na granicy nerwowego załamania. Poprosiła go po­

tem o adres, żeby odesłać wydane na nią pieniądze. 

Widział dziwny wyraz jej twarzy, kiedy wyjął jedną ze 

swoich kart kredytowych. Za kogo go brała, na miłość Boga? 
Może myślała, że będzie chciał wykorzystać sytuację? Czy 

dlatego była taka przestraszona? 

Starał się zanadto jej nie przyglądać; nie byłby w stanie 

ukryć zachłanności tych spojrzeń. Dobrze choć, że miała na 

sobie plastikową pelerynę... Oprócz kilku drobnych niedo­

statków w wyglądzie, związanych wyłącznie z tym, co ją 

spotkało, była niezwykła. Nie była idealnie piękna,, może 

nawet jej uroda nie pasowała do obowiązujących kanonów 

piękności, ale miała w twarzy i sylwetce to ponadczasowe, 

wytworne piękno, którego zawsze poszukiwał i które tak po­
dziwiał. 

- Powinna pani zadzwonić do rodziny, do męża, choć 

moim zdaniem trzeba zacząć od zablokowania kart kredyto­
wych. Z tym może być prawdziwy kłopot. 

- Prawdziwy kłopot? - zapytała. Piskliwy, łamiący się ton 

w jej głosie wcale się Gusowi nie podobał. - Czy to, co już 

się stało, to nie jest kłopot? Wie pan, przez parę minut zdawało 
mi się, że to tylko sen. 

Ostatnie zdanie, króre miało być dowcipem, zabrzmiało 

żałośnie, ale Gus docenił jej wysiłek. 

- Jestem przeraźliwie głodny. Może byśmy coś zjedli? 

- Dziękuję, ale ja nie... 

- Kawałek dobrego ciasta na pewno podniesie panią na 

duchu - kusił. Mógłby jej powiedzieć, że wobec tego, co już 

zapłacił, koszt posiłku to drobiazg. Nie powiedział jednak 
tego. 

- Teraz, kiedy pan o tym wspomniał, zmieniłam zdanie. 

Jestem głodna bardziej, niż mi się wydawało - przyznała. 

Gus czuł, że ta kobieta za bardzo mu się podoba. Przyglądał 

się jej wytrawnym okiem konesera. Ma jakieś sto siedemdzie­
siąt pięć centymetrów wzrostu, waży niewiele ponad pięć­

dziesiąt kilo, podsumował. Rozmiar ubrania: trzydzieści 

sześć. Lisa miała trzydzieści osiem, ale ta dziewczyna jest 
drobniejszej budowy. 

Daj sobie spokój, człowieku, karcił w myślach sam siebie. 

Czy jeszcze nie masz dość? 

- Co zjemy? Stek? Kraby, krewetki? 
- Mam jeszcze torbę prażonych... 

- Orzechów. Wiem. Są na wierzchu pudła z cegłami. Ja 

jednak wolę sprawdzić, co mogą nam tu podać. Zadzwonię 

z mojego pokoju, a pani załatwi swoje telefony. Proszę zapu­

kać w ścianę, kiedy będzie pani gotowa. 

Wyszedł na korytarz, po czym wszedł do sąsiedniego po­

koju, zatrzaskując za sobą drzwi. Przypomniał sobie, jak to 

background image

28 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

niejeden raz zdarzyło mu się przygarnąć zbłąkanego kundla, 

po którym na pamiątkę zostawał mu stos rachunków od we­
terynarza i pchły w całym domu, nie mówiąc już o pogryzio­
nych rękach. 

Wziął prysznic, przebrał się w czyste drelichowe spodnie 

i czarną koszulę z dzianiny. Na szczęście nie musiał czyścić 

butów, bo pasta i szczotka niewiele by im pomogły. Od dawna 
konserwował je środkiem impregnującym. Jego zdaniem, wy­
glądały wystarczająco dobrze. 

Ciekawe, czy jego wysiłki zostaną właściwie docenione 

przez płochliwą damę z sąsiedniego pokoju? Zaczynał żało­
wać impulsu, który kazał mu wdepnąć w ten cały pasztet. Ale 
czy miał wybór? Jedno spojrzenie jej pełnych bólu i paniki 
oczu wystarczyło, żeby się poddał. 

Nie mógłby zasnąć spokojnie ze świadomością, że ta ko­

bieta jedzie do Georgii pośród nocnej ulewy, prowadząc sa­
mochód jedną ręką. Zbierając z półki portfel, klucze i drobne 
monety wykrzywił się do swego odbicia w lustrze. Wyglądał 

jak włóczęga. Czy i jak można osądzać kobietę, która pozwo­

liła obcemu mężczyźnie przywieźć się do motelu, nawet jeśli 
sytuacja ją do tego zmusiła? 

Przygładził brodę. Powinienem zająć się swoim wyglą­

dem, medytował. Lisa nieraz namawiała go, żeby się ogolił. 
Jakoś oparł się tym naciskom. Może obawiał się, że wcale nie 

spodoba jej się to, co zobaczy. 

Niewykluczone, że jeśli znajdzie się tam, dokąd zmie­

rza, w jakimś ciepłym, słonecznym miejscu, spróbuje poka­
zać światu ogoloną twarz. Na razie z brodą czuł się znacznie 
lepiej. 

Kiedyś też będzie musiał pozbyć się paru uciążliwych na­

wyków. Po pierwsze, nigdy nie był w stanie powiedzieć „nie" 
istocie rodzaju żeńskiego: ludzkiej, psiej czy jakiejkolwiek 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

29 

innej. Zeszłego lata wziął pod swój dach jednouchą kotkę z jej 

licznym potomstwem, potem dwie zagłodzone młode suczki, 
wyrzucone pewnie przez właścicieli, i samicę szopa, która 
była tak stara i ślepa, że spadła z drzewa. Wziął pod dach, to 
zbyt skromne określenie. Karmił całą tę ferajnę, chuchał, 

dmuchał i pielęgnował, aż wreszcie znalazł dla wszystkich 
schronienia na stałe. 

Bliskie kontakty z damami na dwóch nogach kończyły się 

mniej optymistycznie. Kobieta, która była pierwszą miłością 
Gusa, wyszła za mąż za jego najbliższego przyjaciela. Trakto­
wał to uczucie z romantycznym, młodzieńczym idealizmem 

i ciężko przeżył cios, który go spotkał. Potem były inne ko­

biety, dużo kobiet. Gus lubił płeć piękną, ale nie brał już tych 
związków na serio. Dopiero Lisa zmieniła jego nastawienie, 

choć teraz nie był pewien, o co mu naprawdę chodziło. 

Problem polegał na tym, że kobiety, które zewnętrznie 

odpowiadały jego ideałom, jakoś nie dorastały do innych 
oczekiwań. W końcu dał spokój ideałom i oczekiwaniom. 

Teraz więc, choć Mariah Brady wyglądała jak spełnienie 

jego marzeń i budziła cieplejsze uczucia, nie da się w nic 

wciągnąć. Nie ma mowy! Nie da się wzruszyć spojrzeniom 

jej dużych, błyszczących oczu, patrzących na niego z wyra­

zem smutku, który przywodzi na myśl wzrok zagubionego 

szczenięcia. Będzie obojętny na to smukłe ciało, które porusza 
się z pełną wdzięku powolnością. Jeszcze tylko kilka godzin! 
Jutro rano zafunduje jej pełny bak benzyny, zapakuje wraz 
z bagażami do samochodu i do widzenia. 

On sam pojedzie dalej, na południe, w poszukiwaniu cie­

pła i słońca. Gdzieś w tym kraju musi świecić słońce! 

Mariah zapukała do jego pokoju parę minut później. Na 

dworze nadal lało jak z cebra. Gus obrzucił ją szybkim spo­

jrzeniem i poszedł otworzyć ciężarówkę. 

background image

3 O UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Spokojnie, chłopie, powtarzał w myśli. Czuł, że coś się 

z nim dzieje, i wolałby, żeby to nie było widoczne. Panie 
Wydowski, pomyśl lepiej o wielkim, soczystym steku... O 

cieście z orzechami i dużej porcji lodów... Pomyśl o czym­
kolwiek, byle nie o tym! 

To, co ta dziewczyna zrobiła ze sobą w tak krótkim czasie, 

było godne podziwu. Miała na sobie dżinsy, białą koszulę 
męskiego kroju, nieprzemakalną kurtkę i sandały na korkowej 
podeszwie. Grubość podeszwy wydłużała jej nogi o kolejne 
kilka centymetrów i ich widok mógł niejednemu zawrócić 
w głowie. 

Wyglądała tak, jakby zeszła z okładki drogiego magazynu. 

Jednak nawet wtedy, gdy była ubrudzona, przemoczona de­

szczem i wyczerpana po ciężkich przeżyciach, mogła rozbu­

dzić zmysły każdego mężczyzny. 

Gus uświadamiał sobie, że im wcześniej się rozstaną, tym 

lepiej. Przede wszystkim dla niego. 

- Na co ma pani ochotę? - zapytał. - Na stek, frutti di 

marę, naleśniki? Może hamburgery? Niecałe sześć kilome­
trów stąd jest bar z pieczonymi kurczakami na wynos. - Sta­
rał się zagłuszyć w sobie wrażenie, jakie na nim zrobiła, gdy 
wsiadała do ciężarówki. Była wystarczająco wysoka, aby 
sięgnąć biodrem skraju siedzenia i wsunąć nogi do środka 

jednym płynnym ruchem. 

Zamknął za nią drzwi i obszedł szoferkę dookoła. Głód 

doskwierał mu coraz bardziej. * 

- No, proszę się zdecydować - ponaglił głosem bar­

dziej ochrypłym niż zwykle. Niedawno złapał go atak ostrego 
kaszlu. 

- Nie przepadam za naleśnikami, ale wszystko inne może 

być. Niech pan sam wybierze. 

Gus wypytał o drogę recepcjonistę pracującego na nocnej 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 31 

zmianie i pojechali do restauracji, gdzie serwowano steki. 

Okazało się, że kolejka oczekujących na stolik kończyła się 

pod markizą przy wejściu. W dwu pobliskich miejscach ofe­
rujących owoce morza było jeszcze tłoczniej. 

- Przecież to zwykły dzień - komentowała głośno Ma­

rian. - Ciekawe, jak długo się tu czeka na wolny stolik w so­
botę albo w niedzielę? - Jej żołądek burczał z głodu. 

- Jest luty i przebywamy na Florydzie. Tu właśnie jest 

szczyt sezonu turystycznego - odparł Gus. 

Pojechali w końcu do baru serwującego pieczone kurczaki, 

wzięli duże porcje na wynos i wrócili do hotelu. Gdy wysiedli 
z samochodu, Gus schował kartonowe pudełka z jedzeniem 
pod kurtkę i pobiegł pod daszek wejścia. Mariah podążyła tuż 

za nim. Śmiała się głośno, ale widział, że podtrzymuje lewą 
ręką prawą dłoń. Chyba powinienem jej pomóc przy jedzeniu, 
pomyślał. 

W chwilę później próbowała otworzyć lewą ręką drzwi 

swojego pokoju. Niecierpliwie odebrał jej klucz i sam to zro­
bił. Musiał przyznać, że ani słowem nie poskarżyła się na ból, 
który na pewno czuła. 

- Dziękuję - powiedziała cicho. - Gus, dziękuję ci za ko­

lację. Wlicz ją do mojego długu. - Ujęła pudełko z kurcza­
kiem i weszła do środka. 

Gus już miał jej odpowiedzieć, gdy pozostałości grypy 

dały o sobie znać. Znów złapał go atak kaszlu. 

- Ależ ty okropnie kaszlesz! Wejdź tu na chwilę - popro­

siła Mariah. - Może coś znajdę... - Gus zauważył w jej spo­

jrzeniu taki sam macierzyński wyraz, który widywał w oczach 

swej siostry, gdy miał apetyt na coś słodkiego, a poczciwa 
Angel chciała mu dogodzić. - Jestem pewna, że powinnam 
mieć jakieś lekarstwa. 

Dusząc się prawie, Gus wszedł do jej pokoju. Nawet za-

background image

32 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

łzawionymi oczami zauważył bardzo kształtny zarys jej po­

śladków, gdy pochylała się, grzebiąc pomiędzy słoikami 
i buteleczkami w swoim neseserze. 

- Po co masz się trudzić? - wychrypiał w końcu. - Ja i tak 

nie biorę żadnych leków. 

Mariah znalazła wreszcie kartonik tabletek do ssania i po­

dała mu jedną z nich. 

- Dlaczego kłamiesz? Sama widziałam, jak łykałeś aspi­

rynę. 

- To przecież nie lekarstwo... To tylko... No dobrze, we­

zmę tę pastylkę - zamilkł i zaraz pożałował swego ostrego 

tonu. - Przepraszam, miałem ciężki dzień. 

- Rozumiem. - W jej głosie nie było przygany, ale i tak 

poczuł się jak kawał drania. - Jak człowiek głodny, to zły. 
Zjedzmy szybko kolację i połóżmy się wcześnie spać, dobrze? 
Jutro mam przed sobą długą podróż, i ty pewnie też. Dokąd 

się udajesz, bo nie zdążyłam zapytać? 

Jedną ręką próbowała otworzyć pudełko z kurczakiem. 

Skutek był taki, że podarła je tylko i pobrudziła sobie bluzkę. 
Gus skończył za nią to proste zadanie. Uprzejmym gestem 
wysunął jej krzesło i zaprosił do stołu. Tylko spokojnie, po­

wtarzał sobie. To nic takiego. Po prostu musimy sobie poma­

gać, jak rozbitkowie na bezludnej wyspie. 

- Poczekaj. Przyniosę jakieś picie. Wolisz coś zimnego 

z automatu czy kawę? 

- Może być zimna cola bez cukru. 
- Nie wiem, czy musisz aż tak uważać na kalorie. Cukier 

doda ci sił, a słodzik to sztuczne paskudztwo. 

Mariah uśmiechnęła się tylko. Gus uznał, że jeszcze parę 

takich uśmiechów, a będzie gotów na wszystko. 

Trochę niezręcznymi ruchami Mariah rozłożyła serwetki 

i plastikowe sztućce. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 33 

- Nie musisz się trudzić - zastrzegł się Gus. - Mogę zjeść 

u siebie. 

- Wiem, ale jeśli będziesz jadł tutaj, dostaniesz skrzydełka 

z mojej porcji. Nie lubię skrzydełek. 

- Próbujesz mnie przekupić? 
- Wcale nie. To tylko zaliczka na poczet tego, co ci jestem 

winna. Wziąłeś ziemniaki z sosem czy frytki? 

- I to, i to. Możesz wybrać, co wolisz. 

Znowu się uśmiechnęła. Gus gotów już był wziąć to za 

zachętę do spędzenia z nią reszty wieczoru, ale po chwili 
zastanowienia pojął, że się myli. W jej zachowaniu nie było 
niczego prowokującego. Nie wyglądało na to, żeby zamierza­
ła go kokietować. To dziwne, ale jakoś go to nie pocieszało. 

Zdawał sobie sprawę, że niektórym kobietom wystarczało 

jedno spojrzenie na jego twarz, która nieraz ucierpiała pod­

czas starć futbolowych czy pracy na budowie, aby się znie­
chęciły. W oczach Mariah nie było niechęci. To jednak za 
mało, by mieć nadzieję, że czuła to, co on: niepokój zmysłów, 
narastające seksualne napięcie. 

Odczuwał to tak wyraźnie, że przestał się okłamywać, iż 

potrafi zachować dystans. Oczywiste było jednak i to, że musi 

się rozstać z tą kobietą. Jak najszybciej. Inaczej niedawne, 

jakże gorzkie życiowe lekcje pójdą znowu na marne. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Obiad zjedli szybko, niewiele ze sobą rozmawiając. Ma­

rian upewniała się w duchu, że nie ma niczego niestosownego 

w tym, że oto znalazła się w motelu, w obcym mieście, z nie­
znajomym mężczyzną, choć przeszli już na „ty". Tak czasem 
bywa. 

Cichy głos wewnętrzny podszeptywał jej, że takie rzeczy 

zdarzają się może innym kobietom; nigdy jednak Sarze Ma­

rian Brady. 

Gdy była modelką, jej życie towarzyskie było jeszcze bar­

dziej ograniczone niż w rodzinnym mieście. Ubieranie się 

w piękne stroje, bywanie w eksluzywnym' towarzystwie, 
w drogich hotelach i lokalach szybko straciło urok nowości. 

Po wstępnej nauce jej dni zaczynały się bardzo wcześnie, 
a gdy wracała do dzielonego z koleżankami mieszkania, była 
bardzo zmęczona. Miała chęć zjeść solidną kolację i paść na 
łóżko jak kłoda. 

Zamiast tego brała krótki prysznic, oczywiście chłodny, 

żeby nie wysuszyć skóry, poprawiała manicure, przez pół 
godziny ćwiczyła jogę. Potem jadła lekki posiłek, złożony 
z owoców i ryżu z warzywami. W końcu kładła się spać. 

W Muddy Landing jej sklep zamykano o piątej zimą, 

o szóstej w sezonie letnim. Po przygotowaniu kolacji dla tych 
członków rodziny, którzy aktualnie byli w domu, też czuła się 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

35 

zmęczona. Nie na tyle jednak zmęczona, by nie wyjść z domu 
na parę godzin, jeżeli ją gdzieś zaproszono. 

Wprawdzie w Muddy Landing nie bardzo było gdzie wy­

chodzić. Nie było też z kim, do czasu gdy poznała Vance'a 

Brubakera. Vance był przedstawicielem firmy sprzedającej 
małe ciągniki ogrodnicze, mężczyzną czarującym i opiekuń­

czym, samotnym ojcem czworga dzieci. W tym samym cza­
sie, gdy umawiał się z Marian na randki, spotykał się z pewną 

kobietą z Darien i jeszcze jedną z Wayne County, w nadziei, 
że któraś z nich zdecyduje się zająć jego dziećmi. Chyba 

nawet nie robiło mu dużej różnicy, która. Marian czuła się 

prawie zakochana w tym człowieku, kiedy jego tajemnica 
wyszła na jaw. 

Z westchnieniem skończyła posiłek i zamknęła pudełko 

z resztkami kurczaka. 

- Nigdy nie przypuszczałam, że będę mańkutem - powie­

działa. Były to pierwsze słowa po długim milczeniu, kiedy to 
oboje z Gusem pochłonięci byli jedzeniem. 

- Radziłaś sobie całkiem dobrze - odparł Gus. - Teraz 

zrobię ci nowy okład i pójdę do siebie. 

Pół godziny wcześniej zaczęła się burza. Teraz od kolejne­

go grzmotu aż zadzwoniły szyby. Marian wzdrygnęła się. 

- Właściwie nie jestem śpiąca - oznajmiła. - Ciekawe, 

czy na jakimś kanale podają teraz prognozę pogody? 

Znalazł się taki kanał. Marian patrzyła z uwagą na przepla­

tające się obszary wyżów i niżów na mapie; Gus wyszedł do 

automatu z lodem. Gdy wrócił, ułożył jej rękę na poręczy 
fotela, przykrył ją małym ręcznikiem, po czym ostrożnie umo­
cował na wierzchu torebkę z kawałkami lodu. Starał się pa­
trzeć obojętnym wzrokiem na jej piękne, długie palce i po­
skromić wyobraźnię, która pozwalała sobie na odleglejsze 
wycieczki. 

background image

36 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- No, i jaka jest prognoza? - zapytał. 

- Prognoza? Ach, mówisz o pogodzie. Zapomniałam, co 

powiedzieli. 

Marian rozmyślała wtedy o swoim wybawcy: kim jest, 

skąd się tu znalazł, dlaczego podróżuje samotnie. 

Może szuka pracy, myślała. Spędziła już z nim tyle godzin 

i nadal nie wie o nim nic poza tym, że Gus Wydowski wyglą­

da jak drwal z lasu, ma wiecznie nachmurzoną twarz i jest 

blady, co na początku wydało się jej podejrzane. Mimo nie­
zbyt miłego usposobienia był dla niej dobry. Wielu mężczyzn 
w takiej sytuacji dawno poszłoby w swoją stronę. Ten jednak, 
z jakichś nie znanych jej względów, uparł się, by jej pomóc. 

- Gus, dokąd jechałeś? 

Odpowiedział jej spojrzeniem spod zmrużonych powiek, 

które zrozumiała jednoznacznie: „Pilnuj swojego nosa!" 

- Na południe - odpowiedział niechętnie. Zdjął plastiko­

wą torebkę z dłoni i włożył do niej kilka następnych kostek 

lodu. 

- Ja wracam do swojego domu, do Georgii - oznajmiła 

Marian. - Opowiadałam ci już o Muddy Landing, prawda? 

- Owszem. - Postąpił o krok do tyłu i patrzył na nią ze 

zmarszczonymi brwiami, opierając zwinięte w pięści dłonie 
na swych wąskich biodrach. - Czy połkniesz parę tabletek 
aspiryny przed snem? 

- Jeśli to będzie potrzebne, znajdę ją u siebie. - Miała 

wrażenie, że Gus chce już wyjść. Dziwnie ją to irytowało. 

Najpierw akcentowała swoją niezależność, ale teraz, po tym, 

co dla niej zrobił, jakoś nie chciała zostać sama. 

Ma zbyt wiele spraw do przemyślenia. Zbyt wiele pytań, 

na które nie mogła znaleźć odpowiedzi i które teraz od siebie 
odpychała. Zwykle nie robiła takich uników. 

To, w co wplątała się przez przykry przypadek, było tak 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

37 

nietypowe. Jej praktyczna, prostolinijna natura nie miała do 
czynienia z takimi sytuacjami, choć życie nie oszczędzało jej 

doświadczeń. Już kończąc szkołę, dorabiała po lekcjach, po­
tem podjęła pracę w sklepie. Przez cały ten czas opiekowała 

się swoim rodzeństwem. Wszelkie dziecinne katastrofy i wy­

padki nie były jej obce. 

Wypracowała sobie własną metodę na pozbywanie się stre­

sów: praca w ogrodzie - kopanie, sadzenie i przesadzanie. 

Niewiele mogła zmienić z swoim życiu, więc tego rodzaju 
zajęcie pozwalało jej mieć na coś wpływ. Przestawianie mebli 
nie dawało ani połowy tej satysfakcji co przesadzanie krze­
wów. Miała najlepszą rękę do roślin w całym Muddy Landing. 

Każdy to mówił. Basil twierdził, że wystarczy, aby Marian 

poszła do ogrodu i rozejrzała się dookoła. Wszystko, co zie­

lone, rosło i kwitło wtedy na wyścigi. 

Ostatnio, nie mając ogrodu, musiała zadowalać się jogą. 
- No cóż... Dobrej nocy, Gus. Dziękuję ci za kolację, za 

ten nocleg... I w ogóle za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. 

Prześlę ci czek, kiedy tylko... 

- W porządku - usłyszała mrukliwą odpowiedź." 

Ten mężczyzna przypominał jej niedźwiedzia. Gdyby nie 

piękne, błękitne oczy, żadna kobieta nie zwróciłaby na nie­

go uwagi, mówiła sobie w duchu, urażona jego zachowa­

niem. Widać było, że chce jak najprędzej opuścić jej pokój. 
Czuła również, że ten człowiek kieruje się przede wszystkim 
własną wolą: robi, co chce i kiedy chce. Emanowało z niego 
poczucie wewnętrznej siły. Był przez to niezwykle męski. 
Może niektóre kobiety odstręczałaby ta gęsta broda i zmierz­
wione włosy, ale jego szerokie bary, wąskie biodra i silne 

dłonie, które umiały dotykać tak łagodnie, sprawiały, że wart 

był grzechu. 

Może nawet miłości. 

background image

38 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Ponadto, gdyby wziąć pod uwagę, jak miły i dobry czło­

wiek krył się pod tą niedźwiedzią postacią... 

- Zamówiłem budzenie dla nas obojga na siódmą. Czy to 

nie za wcześnie? 

- Nie, siódma mi odpowiada - zapewniła go. - Przywy­

kłam wcześnie wstawać. 

- Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości - mruknął 

pod nosem. 

Jego sceptyczny ton trochę ją rozzłościł, ale swój zły hu­

mor złożyła na karb pogody. W czasie burzy zawsze czuła się 

poirytowana. 

- Jeśli chce pan wiedzieć, panie Wydowski... 
- Przecież umawialiśmy się, że będziesz zwracać się do 

mnie po imieniu lub per „Wydowski". Bez tego „pana". 

- Więc jeśli chcesz wiedzieć, kolego Wydowski, zwykle 

pracuję po dwanaście godzin dziennie. Pewnie wyobrażałeś 

sobie, że przez pół dnia przewracam się z boku na bok, jem 
słodycze i przeglądam komiksy? 

- Może tak, tylko z tą różnicą, że jesz prażone orzeszki 

i czytasz romanse. 

Czyżby w jego oczach pojawiła się iskierka uśmiechu, my­

ślała Mariah. Nie, to pewnie odblask błyskawicy... 

- No dobrze, wstajemy o siódmej - powiedział Gus, 

otwierając drzwi na korytarz w chwili, kiedy za oknem roz­

legł się kolejny grzmot. 

Mariah została sama. Nie zamierzała tracić czasu na pie­

lęgnowanie urażonej dumy. Miała dość innych zmartwień. 

Przytrzymując na obolałej dłoni torebkę z lodem, starała się 
zaprowadzić wśród masy swoich problemów choćby tematy­
czny porządek. Najważniejszy kłopot to pieniądze. Będzie 
zmuszona zrealizować przed czasem terminowy wkład. Od­
setki będą mniejsze, ale trudno. Nie ma przecież ani grosza 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 39 

przy duszy. Musi zapłacić składkę w ubezpieczalni, kupić 

zapas słoiczków dla niemowląt, pieluszki i inne rzeczy, po­
trzebne dla ośmiomiesięcznego dziecka. Zna swojego brata 

i wie, na co lepiej nie liczyć. 

Basilowi nawet nie przyszło do głowy, że jej praca może 

być równie ważna jak jego i siostra nie może tak po prostu 

jej porzucić. 

Chociaż... Przecież ją porzuciła, prawda? To był jednak 

inny problem. 

Nie pomyślał też o tym, że Mariah nie ma doświadczenia 

w pielęgnowaniu niemowląt. Gdy ich matka nie była już 
w stanie zajmować się dziećmi, najmłodsza z rodzeństwa, Ro­

semary, miała trzy lata, Alethia prawie pięć, Burdina sześć, 
a Basil niespełna osiem. Mariah była najstarsza i musiała 
wziąć wszystko na swoje barki. Prowadziła dom aż do chwili, 
kiedy ostatnie z rodzeństwa rozpoczęło samodzielne życie. 

Teraz wszyscy są jakoś urządzeni. Rosemary jest w szkole 

dla pielęgniarek, Alethia pracuje w firmie ubezpieczeniowej 
w Decatur, Burdina rozpoczęła trzeci rok studiów na uniwer­

sytecie Emory. Burdy była rodzinnym geniuszem. Przyznano 

jej pełne stypendium. Basil założył rodzinę i miał własną 

firmę w Altlancie. 

Niemniej wszyscy nadal potrzebowali oparcia, którym by­

ła najstarsza siostra. Zawsze miała od nich jakieś wieści; 

czasami dzwonili ot, tak sobie, czasami z jakąś prośbą, na 
przykład o pożyczkę. 

Mariah, mimo zmęczenia, czuła, że jest jej z tym dobrze. 

To miłe być komuś potrzebnym. Czasem męczące, ale miłe. 

Na zewnątrz burza rozszalała się na dobre. Odgłos grzmo­

tów prawie zagłuszał szum nieustannie padającego deszczu. 

W pokoju mruczał włączony telewizor. Na ekranie jakiś mło­

dy człowiek objaśniał z zapałem, jaki może być wpływ ude-

background image

40 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

rżenia ciepłego powietrza z południa na zimny prąd z półno­
cy. Twierdził, że niewykluczony jest nawet śnieg. 

Marian była przygnębiona. W Georgii śnieg pada bardzo 

rzadko i nikt nie jest na to przygotowany: ani ludzie, ani 
rośliny. Jej ogród będzie wymagał potem troskliwej pielęg­

nacji. 

Nie mogła dalej słuchać ponurej prognozy, zmieniła więc 

kanał. Strzały i wrzaski bohaterów kowbojskiego filmu typu: 

„zabili go i uciekł" połączone z odgłosami burzy wytrąciły ją 

z zamyślenia. Wstała i przytrzymując torebkę z lodem przy 

dłoni, zaczęła przechadzać się po pokoju. Cienki dywan nie 

tłumił stukania o podłogę sandałów na grubej podeszwie. 

W sąsiednim pokoju Gus próbował skoncentrować się na 

wczorajszej gazecie. W obecnym stanie ducha czuł, że relacje 
prasowe obchodzą go tyle, co zeszłoroczny śnieg. Co on tu 
w ogóle robi, w tanim motelu, pośród siąpiącego deszczu? 
Wyjechał z domu, żeby znaleźć się w upalnym słońcu, w cie­
ple wiecznego lata na Florydzie, a tu co? Oglądał jakiś wes­

tern. Bandyci strzelali, bydło pędziło z łomotem kopyt, a 
w pokoju obok ta kobieta przechadzała się, tupiąc butami na 
półmetrowej podeszwie. 

Pewnie specjalnie je włożyła. Baby zdolne są do różnych 

rzeczy, jeśli chcą wmanewrować mężczyznę w coś, co sobie 

zaplanowały. Znał to aż za dobrze. 

W porządku. Podoba mu się, to fakt, ale to może i dobrze 

wiedzieć, że po ciężkiej grypie jego hormony znowu działają 

jak należy. Jutro każe zatankować dziewczynie pełen bak 

benzyny i pomacha jej ręką na pożegnanie. Co go obchodzi, 
że ona będzie prowadziła samochód jedną ręką? Może sobie 
tak jechać nawet na biegun północny! 

Powinien chyba zadzwonić do siostry; z najbliższej rodzi­

ny została mu tylko ona. Była najważniejszą osobą w jego 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 41 

życiu. Rozmowy z Angel nieraz pozwalały mu wrócić do 
równowagi. Umiała sprawić, że w końcu zaczynał się śmiać 

ze swoich na pozór poważnych problemów. 

Siostra miała już teraz swoje problemy. Ona i Aleks 

w czerwcu spodziewali się pierwszego dziecka. Gus Wydo-
wski zostanie wujkiem. To nie byle co, chociaż razem z po­

czuciem dumy pojawiło się też wrażenie dziwnego niedosytu. 

Klap, klap, klap. Bum, bum... klap. Mógłby zastukać 

w ścianę, ale Marian i tak tego nie usłyszy w tym piekielnym 
hałasie. Że też nadzór budowlany pozwolił na takie papierowe 

ściany. W hotelu! 

Nagle, po krótkim momencie względnej ciszy, usłyszał 

odgłos tłukącego się szkła i piskliwy, stłumiony okrzyk. Był 

prawie pewien, że nie jest to efekt dźwiękowy oglądanego 

filmu. Porwał ze stołu klucz do swojego pokoju, wypadł na 
zewnątrz i zastukał do sąsiednich drzwi. Bez rezultatu. Obok 

drzwi znajdowało się szerokie okno. Przetarł zamgloną od 
wilgoci szybę i zajrzał do wewnątrz. 

Mariah stała w rogu pokoju w dziwnym bezruchu. Boże 

kochany, było na co popatrzeć. Była osłonięta tylko przyciś­
niętym do piersi ręcznikiem. W drugiej ręce trzymała plasti­

kową rączkę stłuczonego dzbanka do kawy. Pod jej stopami 
walały się odłamki szkła i... 

Mój Boże, ona płacze! Nie może jej tak zostawić. Jutro 

będzie uciekał gdzie pieprz rośnie, ale teraz... 

Długo stukał w okno trzonkiem swojego scyzoryka, zanim 

w ogóle spojrzała w tę stronę. Zamrugała parę razy powieka­

mi i jakoś się pozbierała. Dzielna kobieta, nie ma o czym 
mówić! 

- Czy życzysz sobie czegoś? - zapytała chłodnym tonem, 

wyglądając poprzez szparę w drzwiach. 

- Zdejmij łańcuch. 

background image

42 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Janie... 

- Marian, proszę cię, zdejmij łańcuch. - Postanowił, że 

jeśli będzie trzeba, dostanie strasznego ataku kaszlu. Nawet 

nie będzie musiał tak bardzo udawać; gardło miał nadal obo­

lałe. 

Wpuściła go wreszcie i odsunęła się na bok. Twarz miała 

bez wyrazu. Gus wyłączył telewizor, po czym wziął kosz na 

śmieci i zaczął zbierać potłuczone szkło. 

- Przecież w tym hałasie nie mogłaś słyszeć nawet włas­

nych myśli - mruknął zrzędliwym tonem. 

- Może właśnie nie chciałam słyszeć własnych myśli? 
- Ale ja tego chciałem. 
- Przecież ci nie przeszkadzam. Wracaj do siebie i myśl, 

o czym ci się podoba. 

Mówiła to takim zabawnie hardym głosem, a na jej małym 

palcu... Nie, chyba wzrok go nie myli: na cienkim sznureczku 

dyndała zmięta saszetka z herbatą. Gus się uśmiechnął. Czy 

ona naprawdę nie rozumie, że czasem trzeba się poddać? 

- Skąd wzięłaś tę herbatę? 

- Znalazłam jedną torebkę w kieszeni kurtki. 
- Wygląda tak, jakby leżała tam od zeszłej zimy. Może 

masz w drugiej kieszeni trochę kawy? 

- Ciekawe, co byś z nią robił? Może jeszcze tego nie 

zauważyłeś, ale rozbiłam dzbanek. - W pokoju znajdował się 
tylko mały ekspres do kawy. To był motel średniej klasy. 

- Poczekaj, przyniosę dzbanek ze swojego pokoju - po­

wiedział Gus. 

Wrócił po niespełna minucie. Zastał Marian stojącą do­

kładnie w tym samym miejscu. Jakieś kłopoty nie dają jej 
spokoju, pomyślał. Gdyby poświęcił tej dziewczynie trochę 
czasu, może by o nich opowiedziała. Kobiety chętnie mu się 
zwierzały. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 43 

Angel mówiła, że to z powodu jego wyglądu. Sprawiał 

wrażenie starszego, niż był naprawdę. Dla wielu ludzi dojrza­
ły wiek świadczy o życiowej mądrości. Niewykluczone, że 
broda dodawała mu powagi, ale i tak wkraczał w męski wiek 

średni. I, jak dotąd, żył samotnie. 

Czyżby dlatego poważniej traktował swój związek z Lisa? 

Do tej pory cenił sobie życie bez zobowiązań. Niedawno po 
raz pierwszy rozważał małżeństwo jako realną możliwość. 

Okazało się, że uniknął życiowej pomyłki. Lisa myślała 

tylko o sobie. 

Jako budowlaniec mógł polegać na swoich opiniach: rzut 

oka na plany i nie miał wątpliwości, co ma robić. W ocenie 
kobiet mylił się już nie raz i z biegiem lat wcale nie robił się 
mądrzejszy. 

Woda się zagotowała. Gus spojrzał na Marian, która dalej 

stała w tym samym miejscu, z torebką herbaty w ręku. 

- Gdzie jest kubek? - zapytał. 
- Tu... są tylko szklanki. 

Zaparzył herbatę i owinął hotelową szklankę w przyniesio­

ny z łazienki ręcznik. 

- Lepiej usiądź. Zaraz upadniesz tam, gdzie stoisz. - Za­

uważył, że jest bardzo blada. 

W pokoju zapadła cisza. Burza minęła jakiś czas temu, 

telewizor był wyłączony. Z zewnątrz dobiegał tylko jedno­

stajny szum deszczu. Gus przysunął sobie czubkiem buta 
drugie krzesło i usiadł. 

- Porozmawiajmy teraz o twoich problemach. Co miały 

zagłuszyć te strzały i ryk krów? 

- Skąd ci przyszło do głowy, że ja... 
- Jeśli chcesz posłodzić herbatę - wpadł jej w słowo - to 

mam torebki z cukrem w ciężarówce. 

Marian potrząsnęła głową. 

background image

44 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Lubię gorzką. 
- No dobrze. Powiedz mi więc, moja droga, czemu jesteś 

taka przygnębiona. Przecież nie jestem ślepy. 

- Nie wiem, o co ci chodzi - odpowiedziała beztroskim to­

nem. Zbyt beztroskim. - Pytasz, co mnie martwi poza tym, że 

jakiś menel ukradł mi wszystkie oszczędności, które miałam na 

tym świecie, że moja prawa ręka nie nadaje się do użytku, że 

jestem o setki kilometrów od domu i nie mam benzyny, że Basil 

przyjeżdża w sobotę z dzieckiem i ma nadzieję, że zajmę się 
ośmiomiesięcznym niemowlęciem do czasu, aż on znajdzie 
Myrtiss i namówi ją, żeby do niego wróciła? Poza tymi drobiaz­
gami nie mam żadnych powodów do zmartwień. 

Gus patrzył na nią bez słowa przez jakiś czas. W jego 

świadomości utrwalało się wszystko, co widział z tak bliska: 

klasyczny zarys policzków, pięknie wyrzeźbiony nos, wyra­
ziste oczy i nieco twardszy w kształcie podbródek. Pamiętał, 

jak jego właścicielka akcentowała nim swe harde wyzwanie 

wobec świata. 

- Uhmm - skomentował obojętnie. - To rzeczywiście nie­

mało. - Nie wiedział jeszcze, kim są Basil i Myrtiss i dlacze­

go Mariah ma zająć się ich dzieckiem, ale dowie się tego. 

Umiał słuchać. Powiedział jej to. 

Mariah westchnęła i przez chwilę obracała w ręku szklan­

kę z herbatą. 

- Jest jeszcze sprawa mojej pracy. To znaczy, czy będę 

chciała do niej wrócić. Jeśli nie, to nie wiem, czy w ogóle 
znajdę jakieś zajęcie. Muszę pracować, a niełatwo jest znaleźć 

posadę w Muddy Landing. W Darien chyba też. Nawet gdy­
bym chciała sprzedać dom i przeprowadzić się gdzie indziej, 
nie mam szans. Próbowałam go wynająć przez cały rok i nie 
było chętnych. Kupca tym bardziej nie znajdę. Dom stoi 
w dolinie, gdzie zdarzają się powodzie. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 45 

Gus gładził brodę w zamyśleniu. Starał się tak zachowy­

wać, jakby to wszystko rozumiał i mógł jej cokolwiek do­
radzić. 

- Nnno, tak... Ale nie powiedziałaś mi jeszcze, co robiłaś 

w tym swoim Muddy Landing. 

- Byłam zastępczynią kierownika w sklepie z narzędzia­

mi rolniczymi, nasionami i paszą. To największy sklep 

w mieście. Pracowałam tam przez dwanaście lat. Odeszłam 

stamtąd kilka miesięcy temu. 

Gdyby powiedziała mu, że pracowała w odlewni żelaza, 

nie byłby bardziej zdziwiony. 

- Sama odeszłaś, czy cię wyrzucili? - zapytał. 
- Złożyłam wymówienie, bo znalazłam lepiej płatną pra­

cę. Wiem teraz, że posada w sklepie bardziej mi odpowiadała, 
ale Grover przyszedł na moje miejsce. Wcześniej była też 
mowa o zamknięciu sklepu, dlatego zdecydowałam się 

odejść/Zdawało mi się, że zrobię karierę, ale doszłam do 

wniosku, że mi na niej nie zależy. Nie jestem stworzona do 

życia w wielkim mieście. 

Pewnie została kelnerką, przypuszczał Gus. Albo recepcjo­

nistką. Na pewno stanowiłaby ozdobę każdego biura. Była 
bardziej inteligentna, niż sądził na początku. Miałaby też nie­
złe szanse jako modelka, gdyby jej to odpowiadało, myślał. 
Może powinien jej o tym wspomnieć, a nawet podać adres 

agencji, dla której pracowała Lisa. 

Rozsiadł się wygodniej na krześle i obserwował Mariah, 

która siedziała po drugiej stronie stołu. Tak, bez wątpienia... 
Pasowałaby jak ulał do rozkładówki o modzie w drukowa­
nych na lśniącym papierze magazynach, które Lisa bez prze­

rwy kartkowała. 

No cóż, życie płata takie figle. Oto znajdował się sam na 

sam w hotelowym pokoju z długonogą, piękną dziewczyną. 

background image

44 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Lubię gorzką. 
- No dobrze. Powiedz mi więc, moja droga, czemu jesteś 

taka przygnębiona. Przecież nie jestem ślepy. 

- Nie wiem, o co ci chodzi - odpowiedziała beztroskim to­

nem. Zbyt beztroskim. - Pytasz, co mnie martwi poza tym, że 

jakiś menel ukradł mi wszystkie oszczędności, które miałam na 

tym świecie, że moja prawa ręka nie nadaje się do użytku, że 

jestem o setki kilometrów od domu i nie mam benzyny, że Basil 

przyjeżdża w sobotę z dzieckiem i ma nadzieję, że zajmę się 

ośmiomiesięcznym niemowlęciem do czasu, aż on znajdzie 
Myrtiss i namówi ją, żeby do niego wróciła? Poza tymi drobiaz­
gami nie mam żadnych powodów do zmartwień. 

Gus patrzył na nią bez słowa przez jakiś czas. W jego 

świadomości utrwalało się wszystko, co widział z tak bliska: 

klasyczny zarys policzków, pięknie wyrzeźbiony nos, wyra­
ziste oczy i nieco twardszy w kształcie podbródek. Pamiętał, 

jak jego właścicielka akcentowała nim swe harde wyzwanie 

wobec świata. 

- Uhmm - skomentował obojętnie. - To rzeczywiście nie­

mało. - Nie wiedział jeszcze, kim są Basil i Myrtiss i dlacze­

go Mariah ma zająć się ich dzieckiem, ale dowie się tego. 

Umiał słuchać. Powiedział jej to. 

Mariah westchnęła i przez chwilę obracała w ręku szklan­

kę z herbatą. 

- Jest jeszcze sprawa mojej pracy. To znaczy, czy będę 

chciała do niej wrócić. Jeśli nie, to nie wiem, czy w ogóle 
znajdę jakieś zajęcie. Muszę pracować, a niełatwo jest znaleźć 

posadę w Muddy Landing. W Darien chyba też. Nawet gdy­
bym chciała sprzedać dom i przeprowadzić się gdzie indziej, 
nie mam szans. Próbowałam go wynająć przez cały rok i nie 
było chętnych. Kupca tym bardziej nie znajdę. Dom stoi 

w dolinie, gdzie zdarzają się powodzie. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 45 

Gus gładził brodę w zamyśleniu. Starał się tak zachowy­

wać, jakby to wszystko rozumiał i mógł jej cokolwiek do­

radzić. 

- Nnno, tak... Ale nie powiedziałaś mi jeszcze, co robiłaś 

w tym swoim Muddy Landing. 

- Byłam zastępczynią kierownika w sklepie z narzędzia­

mi rolniczymi, nasionami i paszą. To największy sklep 

w mieście. Pracowałam tam przez dwanaście lat. Odeszłam 

stamtąd kilka miesięcy temu. 

Gdyby powiedziała mu, że pracowała w odlewni żelaza, 

nie byłby bardziej zdziwiony. 

- Sama odeszłaś, czy cię wyrzucili? - zapytał. 
- Złożyłam wymówienie, bo znalazłam lepiej płatną pra­

cę. Wiem teraz, że posada w sklepie bardziej mi odpowiadała, 
ale Grover przyszedł na moje miejsce. Wcześniej była też 
mowa o zamknięciu sklepu, dlatego zdecydowałam się 

odejść. Zdawało mi się, że zrobię karierę, ale doszłam do 

wniosku, że mi na niej nie zależy. Nie jestem stworzona do 
życia w wielkim mieście. 

Pewnie została kelnerką, przypuszczał Gus. Albo recepcjo­

nistką. Na pewno stanowiłaby ozdobę każdego biura. Była 
bardziej inteligentna, niż sądził na początku. Miałaby też nie­
złe szanse jako modelka, gdyby jej to odpowiadało, myślał. 
Może powinien jej o tym wspomnieć, a nawet podać adres 

agencji, dla której pracowała Lisa. 

Rozsiadł się wygodniej na krześle i obserwował Mariah, 

która siedziała po drugiej stronie stołu. Tak, bez wątpienia... 

Pasowałaby jak ulał do rozkładówki o modzie w drukowa­
nych na lśniącym papierze magazynach, które Lisa bez prze­
rwy kartkowała. 

No cóż, życie płata takie figle. Oto znajdował się sam na 

sam w hotelowym pokoju z długonogą, piękną dziewczyną. 

background image

46 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Ciepło tego wnętrza pośród deszczowej nocy stanowiło wy­
marzone tło do romansu, a tu... Do diabła! Taki nastrój wróży 

tylko kłopoty. Całkiem niedawno przyrzekł sobie, że jeśli 
kiedykolwiek wda się w romans z kobietą, to jego wybranka 

będzie mała, krępa, piegowata i zwyczajna jak kołek w pło­
cie. Taka, która nigdy w życiu nie liczyła na to, że cokolwiek 

zyska za pomocą swojego wyglądu. Musi być tylko w miarę 

inteligentna, rozsądna i miła. To mu wystarczy. 

Oczywiście musi go w ogóle chcieć, co też było pewnym 

problemem. 

Gus nie miał złudzeń co do swoich walorów. Owszem, był 

niegłupim facetem, choć porzucił naukę w college'u na parę 

miesięcy przed jego ukończeniem. Miał własną firmę i nieźle 
zarabiał. Nie wszedł w konflikt z prawem, choć parę razy 
niewiele brakowało. W młodości, jako gracz futbolowy, lubił 
poszaleć po meczu. Czasami chodził do kościoła, choć głów­
nie dlatego, że lubił śpiew chóralny i podobała mu się monu­
mentalna architektura. Dawał regularnie pieniądze na akcje 

dobroczynne. Nie miał jakichś definitywnie złych nawyków, 
może tylko słabości. Jedna z nich doprowadziła go do tej oto, 
nieco kłopotliwej sytuacji. 

Chociaż... Gdzież tu kłopot? Jest całkiem miło, skonsta­

tował z zadowoleniem. Westchnął głęboko, jak człowiek, któ­
ry wypoczywa w przyjemnej atmosferze. Deszcz monotonnie 

dzwonił o szyby, podkreślając wrażenie przytulności ciepłe­
go, niewielkiego wnętrza. 

Mariah odpowiedziała podobnym westchnieniem. Nie ro­

zumiała do końca tego człowieka. Z jednej strony czuła, że 
wolałby nie być tu razem z nią, ale jakoś pogodził się z sy­
tuacją, w której ona składa na jego barki ciężar swoich pro­
blemów. 

Swoją drogą, te bary mogą chyba wiele udźwignąć. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

47 

W ogóle Gus Wydowski wydał się jej całkiem sympatycznym 

człowiekiem. Ciekawe, kiedy ostatni raz ktoś mu o tym po­

wiedział. 

W warunkach wymuszonej bliskości siłą rzeczy myślała 

o mężczyźnie, który tak nagle wkroczył w jej życie. 

Tak czy owak, w ciągu paru godzin, które ze sobą spędzili, 

pod maską gburowatego wyglądu zaczęła dostrzegać złożoną, 
samotniczą naturę tego człowieka. Była nim na tyle zaintry­

gowana, że jej myśli uleciały w sferę pewnych, dawno zapo­
mnianych rojeń. 

Broń Panie Boże, tylko nie to! Te sprawy miały swój czas 

i miejsce, ale przecież nie tu i nie teraz! 

Mimo wszystko nie mogła przestać zastanawiać się, czy 

Gus jest żonaty. 

- Powiedziałam ci tyle o moim życiu. Teraz twoja kolej 

- zachęciła. Nie zdążyła wprawdzie powiedzieć mu o tym, że 

była modelką, ale to trwało krócej niż rok. Inne sprawy, o któ­

rych mówiła, stanowiły prawdziwą treść jej życia. 

Gus prawie nie usłyszał jej słów. Myślał teraz o wszystkich 

poetyckich określeniach, które wymyślono, opisując karnację 

skóry kobiety. 

Jedwab. 

Płatki róży. 
Kość słoniowa. 
Taka była cera Mariah. Gus czuł, choć może były to tylko 

projekcje jego wyobraźni, że wszystko wokół aż iskrzyło od 

seksualnego napięcia. Taki ładunek mógłby zasilić swą ener­
gią niewielkie miasto. Jeśli ona tego nie czuła, musiała być 

dobrze izolowana. 

Albo tylko bardziej rozsądna niż on. Przecież za parę go­

dzin będą musieli się rozstać na zawsze. 

- Gus? - powtórzyła, przywołując go do świadomości. 

background image

48 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Hmm? 

- Pytałam, jak zarabiasz na życie? 
- Co? Aha. Pracuję jako kierownik budowy. Firma ATW. 

- Myśli Gusa znowu zeszły na boczne tory. Ona pachnie 
bzem, zauważył. Miał słabość do tych kwiatów. Ciotka Zee 

miała dwa wielkie krzaki bzu z tyłu domu. Wiosną ich zapach 

wypełniał całą okolicę. 

I miała tyle wdzięku! To znaczy, Mariah, nie ciotka Zee. 

To najbardziej rzucało się w oczy. Cóż to był za widok, gdy 

siedziała na tym tanim, plastikowym krześle! Sam sposób, 
w jaki zakładała nogę na nogę... 

- Jedziesz więc teraz do pracy? Myślałam, że już wszystko 

odbudowano po ostatnim huraganie. 

Sztuka konwersacji nie była najmocniejszą stroną Gusa. 

Nie lubił też mówić o sobie. Nawet najlepszy przyjaciel starał 

się go o nic nie wypytywać. Poza tym ta dziewczyna tak na 

niego działała, że musiał usiąść inaczej. Zainteresowanie ko­

bietą u mężczyzny bywa aż nazbyt widoczne. 

- Mam teraz urlop - odpowiedział. - Pogoda w moich 

stronach jest paskudna. Poprzednią robotę skończyłem, nastę­

pna czeka, ale nie ma gwałtu. Wziąłem sobie parę dni wolne­

go, jeśli już musisz wiedzieć. 

Wolałby się ugryźć w język. Owszem, brak mu było ogła­

dy w kontaktach z ludźmi, ale nie zamierzał być złośliwy. 

- Przepraszam cię - dodał szybko. Naprawdę chciał, żeby 

mu wybaczyła. Niczym nie zasłużyła na jego grubiaństwo. 
- Ta pogoda działa mi na nerwy i niedawno chorowałem na 
grypę, choć to może nie tłumaczy moich okropnych manier. 

- Doskonale cię rozumiem. I ja robię się przykra, kiedy 

choruję. Rodzina chodzi wówczas wokół mnie na paluszkach. 

Najlepiej w ogóle zejść mi wtedy z drogi. 

Jej rodzina. Gus westchnął. Wolał nie dowiedzieć niczego 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

49 

więcej ani o niej, ani ojej rodzinie. Po co zbliżać się do kogoś, 

skoro i tak nic z tego nie będzie. Dowiedział się, że Mariah 

jest niezamężna. Opowiedziała mu o swoim bracie, siostrach, 

bratowej i malutkiej bratanicy, którą miała się zaopiekować. 
Dowiedział się o wiele więcej, niż go to mogło zainteresować: 

o tym, że Basil rozkręca swoją firmę komputerową, pracuje 

po osiemnaście godzin na dobę i spodziewał się, że żona 
poprowadzi rachunki jego i paru innych firm oraz zajmie się 

domem i niemowlęciem. Myrtiss nie miała ochoty aż tak się 
przemęczać. 

Gus z kolei, nie chcąc zwierzać się ze spraw osobistych, 

przypomniał sobie parę zabawnym zdarzeń wiążących się 

z jego pracą zawodową. Pewnego razu pewien doradca gieł­

dowy wręczył mu pakiet planów budowlanych i czek na su­
mę, która niejednemu zaparłaby dech w piersi. Oznajmił, że 
udaje się w podróż dookoła świata i po powrocie spodziewa 

się zastać swój dom gotowy do zamieszkania. Gus chciał 

przedyskutować w szczegółach otrzymane plany, ale zlece­

niodawca odmówił. Twierdził, że zaprojektował wszystko 
osobiście i nie życzy sobie żadnych zmian. Zapłacił, wymaga 
i koniec. 

Gus i jego załoga zbudowali więc dom dokładnie według 

otrzymanych planów. Gdy domorosły architekt wrócił po je­

denastu miesiącach z podróży, czekał na niego wykończony, 
dwukondygnacyjny budynek bez żadnych schodów pomiędzy 
piętrami. 

Mariah śmiała się z tego do łez. Jak na kobietę, która 

wyglądała tak wytwornie, bez mała arystokratycznie, umiała 

śmiać się szczerze i głośno. Gus też pokładał się ze śmiechu. 

Zauważył przy tym, że nie czuje już w piersi skutków nie­
dawno przebytej choroby i ból gardła przestał mu wreszcie 
dokuczać. 

background image

48 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Hmm? 

- Pytałam, jak zarabiasz na życie? 
- Co? Aha. Pracuję jako kierownik budowy. Firma ATW. 

- Myśli Gusa znowu zeszły na boczne tory. Ona pachnie 
bzem, zauważył. Miał słabość do tych kwiatów. Ciotka Zee 

miała dwa wielkie krzaki bzu z tyłu domu. Wiosną ich zapach 

wypełniał całą okolicę. 

I miała tyle wdzięku! To znaczy, Mariah, nie ciotka Zee. 

To najbardziej rzucało się w oczy. Cóż to był za widok, gdy 

siedziała na tym tanim, plastikowym krześle! Sam sposób, 
w jaki zakładała nogę na nogę... 

- Jedziesz więc teraz do pracy? Myślałam, że już wszystko 

odbudowano po ostatnim huraganie. 

Sztuka konwersacji nie była najmocniejszą stroną Gusa. 

Nie lubił też mówić o sobie. Nawet najlepszy przyjaciel starał 

się go o nic nie wypytywać. Poza tym ta dziewczyna tak na 

niego działała, że musiał usiąść inaczej. Zainteresowanie ko­

bietą u mężczyzny bywa aż nazbyt widoczne. 

- Mam teraz urlop - odpowiedział. - Pogoda w moich 

stronach jest paskudna. Poprzednią robotę skończyłem, nastę­

pna czeka, ale nie ma gwałtu. Wziąłem sobie parę dni wolne­

go, jeśli już musisz wiedzieć. 

Wolałby się ugryźć w język. Owszem, brak mu było ogła­

dy w kontaktach z ludźmi, ale nie zamierzał być złośliwy. 

- Przepraszam cię - dodał szybko. Naprawdę chciał, żeby 

mu wybaczyła. Niczym nie zasłużyła na jego grubiaństwo. 
- Ta pogoda działa mi na nerwy i niedawno chorowałem na 
grypę, choć to może nie tłumaczy moich okropnych manier. 

- Doskonale cię rozumiem. I ja robię się przykra, kiedy 

choruję. Rodzina chodzi wówczas wokół mnie na paluszkach. 

Najlepiej w ogóle zejść mi wtedy z drogi. 

Jej rodzina. Gus westchnął. Wolał nie dowiedzieć niczego 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

49 

więcej ani o niej, ani ojej rodzinie. Po co zbliżać się do kogoś, 

skoro i tak nic z tego nie będzie. Dowiedział się, że Mariah 

jest niezamężna. Opowiedziała mu o swoim bracie, siostrach, 

bratowej i malutkiej bratanicy, którą miała się zaopiekować. 
Dowiedział się o wiele więcej, niż go to mogło zainteresować: 

o tym, że Basil rozkręca swoją firmę komputerową, pracuje 

po osiemnaście godzin na dobę i spodziewał się, że żona 
poprowadzi rachunki jego i paru innych firm oraz zajmie się 

domem i niemowlęciem. Myrtiss nie miała ochoty aż tak się 
przemęczać. 

Gus z kolei, nie chcąc zwierzać się ze spraw osobistych, 

przypomniał sobie parę zabawnym zdarzeń wiążących się 

z jego pracą zawodową. Pewnego razu pewien doradca gieł­

dowy wręczył mu pakiet planów budowlanych i czek na su­
mę, która niejednemu zaparłaby dech w piersi. Oznajmił, że 
udaje się w podróż dookoła świata i po powrocie spodziewa 

się zastać swój dom gotowy do zamieszkania. Gus chciał 

przedyskutować w szczegółach otrzymane plany, ale zlece­

niodawca odmówił. Twierdził, że zaprojektował wszystko 
osobiście i nie życzy sobie żadnych zmian. Zapłacił, wymaga 
i koniec. 

Gus i jego załoga zbudowali więc dom dokładnie według 

otrzymanych planów. Gdy domorosły architekt wrócił po je­

denastu miesiącach z podróży, czekał na niego wykończony, 
dwukondygnacyjny budynek bez żadnych schodów pomiędzy 
piętrami. 

Mariah śmiała się z tego do łez. Jak na kobietę, która 

wyglądała tak wytwornie, bez mała arystokratycznie, umiała 

śmiać się szczerze i głośno. Gus też pokładał się ze śmiechu. 

Zauważył przy tym, że nie czuje już w piersi skutków nie­
dawno przebytej choroby i ból gardła przestał mu wreszcie 
dokuczać. 

background image

50 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Rozmawiali bardzo długo. Marian była naprawdę interesu­

jąca. Tak niekonwencjonalna, że nie mógł zgadnąć, z jakiego 

pochodzi środowiska. 

To, oczywiście, nie znaczyło, że zamierza zaangażować się 

w jej problemy. Nie ma mowy! Umiał radzić sobie z psami, 

kotami czy nawet ze starym szopem, ale kobiety takie jak 

Marian Brady to niebezpieczne istoty. Życie nauczyło go, że 
powinien ich unikać. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Wiele lat temu Marian nauczyła się polegać tylko na sobie. 

Teraz nie widziała powodu, żeby to zmieniać i opierać się na 
kimkolwiek, nawet na mężczyźnie o zachęcająco szerokich 
ramionach. Wzięła prysznic, wysuszyła włosy i wydobyła 

z torby parę beżowych, jedwabnych spodni. Kosztowały ją 
kiedyś niemal fortunę, nawet po obniżeniu ceny. Do tego 

peruwiański sweter o barwie śliwki i malachitowej zieleni. 

Na dworze nadal padał deszcz. Na jedwabiu robią się pla­

my od wody, pomyślała, ale nie zmieniła spodni. Przecież 

deszcz nie może padać w nieskończoność. 

Poza tym, kiedy kobieta czuje, że dobrze wygląda, lepiej 

radzi sobie z wszelkimi problemami. 

Przygładziła swoje puszyste włosy. 

- Pamiętaj, moja droga - mruknęła cicho, malując usta 

bladą, przejrzystą pomadką - że te zachęcająco szerokie ra­
miona to nie twoja własność. Ten mężczyzna tylko cię pod­
wiózł i pożyczył ci trochę pieniędzy. 

Wyrównała brwi i wzięła do ręki tusz do rzęs. Po chwili 

odłożyła go z powrotem. Ciemniejsze rzęsy tylko zaakcentują 
zmęczenie i cienie pod oczami. 

Może nałożyć ciemne okulary... Aż parsknęła z niesma­

kiem; dla kogo chciałaby być taka piękna? Dla księcia z baj­
ki? Zdjęła szybkimi ruchami swą wytworną kreację i włożyła 

dżinsy, rozczochrała włosy i starła z warg drogą szminkę. 

Nigdy nie była próżna. Przecież pozostała, pomimo usiło-

background image

52 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 53 

wań Vica, tą zwykłą Sarą Marian Brady: nieśmiałą, tyczko­
watą dziewczyną o włosach koloru siana i oczach o dziwnej 
barwie. Pierwszy raz poszła na randkę, gdy miała prawie 

dwadzieścia lat. 

Odruchowo sięgnęła po torebkę. Wtedy przypomniała so­

bie, jak się umawiali, i wymknęło się jej brzydkie słowo. 

Przecież Gus miał czekać pod drzwiami. Wyszła szybko na 
zewnątrz. Gus czekał z wyrazem zniecierpliwienia na twarzy. 
Miał na sobie czyste drelichowe spodnie, może nawet mniej 

wypłowiałe, niż te wczorajsze, do tego białą koszulę i czarną 

skórzaną lotniczą kurtkę. Jego włosy wyglądały tak, jakby je 

uczesał grabiami. Z rękami opartymi na biodrach i nachmu­

rzoną miną patrzył na mżący bez przerwy deszcz. 

- Dzień dobry! - powiedziała Mariah z większym oży­

wieniem, niż rzeczywiście czuła. 

Gus spojrzał na nią przez ramię. 

I co teraz, zastanawiała się. Ubiegłej nocy rozstali jak 

przyjaciele... Przynajmniej jak dobrzy znajomi. Tak jej się 
przynajmniej wydawało. 

- Dzień dobry, Gus - powtórzyła. 

Rzucił jej kolejne potępiające spojrzenie, jakby obwiniał 

ją o tę paskudną pogodę. 

- Nie spieszyłaś się, jak widzę - mruknął ponurym gło­

sem. - Jest dwadzieścia trzy po siódmej. 

Mariah spojrzała znacząco na zegarek. Była na nogach od 

szóstej; obudziła się jeszcze wcześniej i nie mogła zasnąć. 

- Przypuszczam, że chciałabyś zjeść śniadanie, zanim stąd 

wyjedziemy? 

Mariah odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić. Nawet gdy­

by umierała z głodu, nie przyznałaby się teraz do tego. 

Zmuszając się do uśmiechu odparła, że może spokojnie 

obyć się bez śniadania, jeśli Gus chce zaraz stąd odjechać. 

- Do diabła, nie bądź taka uprzejma! Chcesz coś jeść czy 

nie? 

- Nie. - Weszła z powrotem do pokoju i zaczęła wynosić 

bagaże przed drzwi, na osłonięty przed deszczem pasaż. Uży­

wała tylko jednej ręki, więc robiła to powoli. Nie poproszę 

go o pomoc, powtarzała sobie w duchu, niech mi ta ręka od­
padnie... 

Z groźnym westchnieniem Gus przecisnął się obok niej 

w wąskim przejściu i chwycił pudło z książkami. 

Gwałtownym ruchem głowy wskazał stojącą ciężarówkę. 

- Wsiadaj - zakomenderował. 
- Wypchaj się - mruknęła pod nosem Mariah. Tego już za 

wiele! Wystarczy, że ma za sobą nie przespaną noc. Zatrzy­

mała się przy stosie bagaży, impulsywnym gestem schwyciła 

leżącą na wierzchu kosmetyczkę i wbiegła do pokoju. 

- Co ty robisz, do diabła? 

Mariah wyszła ponownie przed drzwi, aby zabrać swoją 

torbę podróżną. 

- Widzę, że się bardzo śpieszysz. Wolę cię nie zatrzymy­

wać. Jeśli wniesiesz z powrotem to pudło, poradzę sobie z re­

sztą. Możesz jechać. Sama sprowadzę swój samochód i spa­

kuję się. - Mówiła cicho i spokojnie. Kto ją lepiej znał, wie­

dział, że to nie wróży niczego dobrego. 

Gus nie znał jej aż tak dobrze. 

- Nie wygłupiaj się. Wsiadaj do tej cholernej ciężarówki. 
- Wynoś się do wszystkich diabłów, Wydowski. - Chyba 

to było powiedziane za ostro, zreflektowała się. On jest taki 

blady. Gdyby to był ktoś bliski, na pewno nakarmiłaby go 

domowym rosołem i kazałaby mu położyć się do łóżka, żeby 

porządnie wypoczął. 

Dzięki Bogu, akurat nim nie musi się zajmować. 
Pojedyncze promyki słońca przedzierały się przez zasłonę 

background image

54 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

chmur. W ich świetle Mariah zauważyła, że Gus zaciął się 
w policzek, próbując doprowadzić do przyzwoitości rosnącą 
bezładnie brodę. Mogłaby mu powiedzieć, że samo podgole-

nie brody nie wystarczy, żeby zaczął wyglądać jak cywilizo­
wany człowiek. Oczywiście, gdyby ją o to pytał. 

- Dojdę do stacji na piechotę - powiedziała, uśmiechając 

się blado. Za żadne skarby świata nie wsiądzie z nim teraz do 
ciężarówki! 

Gus bez słowa wziął ją na ręce i otworzył drzwi szoferki. 

Mariah wyrywała się ze wszystkich sił. Uścisk jego ramion 
zrobił się jeszcze silniejszy. Oczywiście, mogłaby uderzyć go 
w głowę zdrową ręką, ale wtedy, być może, wylądowałaby 

w kałuży u jego stóp. 

Wepchnął ją wreszcie do szoferki. Starała się nie myśleć 

o tym, co czuła przed chwilą, gdy jej ciało opierało się na jego 
szerokiej piersi: jakby potężne elektryczne wyładowanie 

wstrząsnęło nią całą. To był tylko gniew, tłumaczyła sobie. 
Zwyczajny gniew. Przecież taki gruboskórny niedźwiedź jak 

ten Wydowski nie mógł okazać się dla niej pociągający. 

Gus zatrzasnął drzwi i wskoczył na siedzenie kierowcy, tuż 

obok niej. Wepchnął klucz do stacyjki, ale go nie przekrę­
cił. Schwycił mocno za kierownicę i wbił wzrok w przednią 

szybę. 

Czyżby liczył do dziesięciu? Mariah żywiła cichą nadzieję, 

że to robi. Bardzo chciała wreszcie zdenerwować go tak, jak 

on ją zdenerwował. 

- Pytałem cię, czy zjesz śniadanie? - warknął. 
- To nie było pytanie, tylko rozkaz... 
- Nie czepiaj się drobiazgów! Jeśli chcę kogoś o coś za­

pytać, to pytam i już! Zjesz ze mną śniadanie czy nie? 

Mariah przybrała „pozę wielkiej damy". Tak to nazywał 

Basil, kiedy próbowała opanować niemiłą dla niej sytuację. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 55 

Krzyżowała nogi w kostkach, splatała dłonie i unosiła wyso­

ko głowę. 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałabym, abyś 

podwiózł mnie do mojego samochodu - zakomunikowała. 
- Potem zjem jakiś posiłek sama. 

- Posiłek... - Wykrzywił się drwiąco. - Ciekawe, za czyje 

pieniądze? 

Gdyby miała przy sobie torebkę, to by nią oberwał po 

głowie, nawet jeśli to nie pasowało do zachowania „wielkiej 
damy". Nie dysponowała jednak niczym poza jedną zdrową 

ręką, a tej wolała nie nadużywać. W perspektywie ma opiekę 
nad małym dzieckiem. 

- Panie Wydowski, opieka i pomoc w pańskim wydaniu 

to bardzo przykre doświadczenie. Czy ktoś panu o tym po­
wiedział? 

- Nie przypominam sobie. 
- Pamięć masz pewnie równie marną, jak charakter. 

Przysięgłaby, że kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu. Usta 

miał całkiem ładne, musiała uczciwie przyznać. Mocno za­

rysowane, ale delikatne. Ot, jak pierwsze wrażenia bywają 

mylące. 

- Najpierw zjemy śniadanie - zakomunikował, włączając 

silnik. 

Więc to tak. Gdyby nalegała na zjedzenie śniadania, pod­

wiózłby ją do samochodu i zostawił. Teraz, kiedy prawie mie­

li się rozstać, zrozumiała, jak trzeba sobie z nim radzić. „Nie 

zjadaj wszystkiej marchewki, Rosemary. Zostaw trochę dla 

Burdy". Tak zwaną metodą podpuszczania. W stosunku do 

dzieci to często najlepszy sposób. 

Pojechali do restauracji, serwującej domowe śniadania. 

- Dziękuję, naprawdę nie jestem głodna - zastrzegła się 

na wstępie. Mogła poczekać w samochodzie, ale Gus nalegał, 

background image

56 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

żeby weszła do środka. Może obawiał się, że ukradnie mu tę 
parszywą ciężarówkę. 

Ubrana na różowo kelnerka podeszła do ich stolika. 

Nie zwracając uwagi na Mariah, pokazała Gusowi wszystkie 

zęby w zachęcającym uśmiechu. Mariah nie była tym za­

chwycona, zwłaszcza że jej towarzysz również uśmiechnął się 
promiennie. Zamówił prawie wszystko, co było w karcie, 

z podwójną porcją naleśników. Problem cholesterolu najwi­

doczniej go nie obchodził. Odprowadził wzrokiem usłużną 
kelnerkę, która kołysząc wdzięcznie biodrami, oddaliła się 

w głąb sali. 

Gus spojrzał na Mariah. 
- Powinnaś coś zjeść, jeśli zamierzasz dojechać do domu. 

Pokaż mi teraz, czy umiesz nimi ruszać. 

- Czym powinnam umieć ruszać?! 

Kącik jego ust znowu lekko drgnął. 

- Palcami, złotko. Cóż innego mógłbym mieć na myśli? 

Gus robił heroiczne wysiłki, aby zachować wobec tej 

dziewczyny dystans. Pech chciał, że Mariah Brady była wcie­
leniem jego marzeń. Należała do kobiet, na których zgrzebny 
worek przepasany sznurkiem wyglądałby jak kreacja od Dio-

ra. Wiedział z doświadczenia, że takie istoty miały przeważnie 

jedną przykrą cechę: warte były tylko tyle, ile miały do po­

kazania na zewnątrz. 

W tym przypadku musiał przyznać, że za piękną fasadą 

zdawało się kryć coś więcej. Mariah mówiła mu, że pracowała 

jako zastępca kierownika w dużym sklepie. Nie mógł zaprze­

czyć, była wystarczająco bystra, ale coś tu nie pasowało. 
Nawet nie to, że sprzedawczyni rolniczych narzędzi zwykle 

nie chadza w żółtych spodniach wymyślnego kroju i sanda­
łach na półmetrowej podeszwie. Przez cały czas miał wraże­
nie, że Mariah nie powiedziała mu o ważnym fragmencie 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

57 

swojego życiorysu. Spośród paru rzeczy, których nie znosił, 

najgorsze było wrażenie, że ktoś go zwodzi. 

Niby w tej sytuacji to nie powinno mieć znaczenia; z tą 

kobietą nic go nie łączyło i nie będzie łączyć, chociaż... 

Ostatniej nocy, gdy znalazł się w swoim pokoju, myślał tylko 
o jednym: jak bardzo chciałby mieć ją teraz w swoim łóżku. 
Albo iść do jej pokoju i kochać się z nią aż do rana. Wiele 

godzin leżał bezsennie, wyobrażając sobie, jak by to było móc 

ją całować. Przesuwać powoli dłońmi wzdłuż jej jedwabiste­

go ciała, potem znaczyć pocałunkami drogę od szyi, w dół, 
aż do krągłych, małych piersi. Pieścić je językiem, smako­

wać. .. 

Wyobrażał sobie dużo, dużo więcej. Miał jednak na tyle 

zdrowego rozsądku, żeby poprzestać tylko na wyobraźni. 

Wszystkiemu winna jest dusza błędnego rycerza, tłumaczył 

sobie. Tego już nie zmieni, ale nie musi przecież hołubić 

w nieskończoność każdej ofiary losu. 

Zdał sobie sprawę, że nie spuszcza oczu z górnego guzika 

jej bluzki. Odwrócił wzrok. 

- No to jak? Pokażesz mi wreszcie, jak ruszasz tymi pal­

cami? Wolałbym widzieć, że działają, jak należy, zanim po­

zwolę ci odjechać. 

Mariah ogarnęła złość. 

- Jeżeli wolno, wniosę małą poprawkę. Nie musisz mi na 

nic pozwalać - powiedziała z jadowitą słodyczą. - Ja po pro­

stu odjadę. 

- W porządku, jedź. Ale jednak zrób to dla mnie i poruszaj 

palcami, dobrze? Chyba opuchlizna zmniejszyła się od ubie­

głego wieczora. 

Rzeczywiście. Mariah czuła, że ręka nie pulsuje już tak 

boleśnie, choć nadal była spuchnięta. Myśl o poruszeniu pal­
cami sprawiła, że aż się skrzywiła. Skóra dłoni miała niemiły 

background image

58 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

kolor sinej pupury z widocznymi śladami tam, gdzie drzwi 
przygniotły stawy serdecznego palca. Wzięła głęboki oddech 

i spróbowała go zgiąć. Syknęła głośno. 

- Nie jest za dobrze, no nie? 

- Dużo lepiej niż wczoraj. Ból prawie minął - skłamała. 

Kelnerka przyniosła zamówione potrawy i Mariah głod­

nym wzrokiem pochłaniała sadzone jajka na bekonie. Obok 

półmiska z naleśnikami, oblanymi stopionym masłem i syro­

pem, stał koszyk z grzankami i talerzyk z konfiturami. W jed­

nym z pojemniczków był jej ulubiony dżem z guavy. 

- Chcesz, żebym cię nakarmił, czy dasz sobie radę z wi­

delcem i nożem? Jedzenie naleśników palcami to ryzykowna 

sprawa. Może zawiązać ci serwetkę na szyi? Jeśli ci coś ska-
pnie... - Gus wyszczerzył zęby w wyjątkowo niecnym 
uśmiechu. 

- Naprawdę tak cię bawi wyśmiewanie się z innych 

ludzi? 

Gus wsypał trzecią paczuszkę cukru do kawy i przechylił 

głowę w zamyśleniu. 

- No cóż... Chyba właśnie mi uświadomiłaś, że tak. Daw­

niej polowałem na bezbronne ofiary z nagonką, ale to wyma­
ga sporo energii. Teraz mam skromniejsze rozrywki. Tu kogoś 
wyśmieję, tam poniżę bez pardonu. Wysiłek żaden, a ile ra­
dości. 

- Zwierzę-mruknęła Mariah. Chwyciła plastikową mise­

czkę z guavą i postawiła ją obok swojego talerza. Posłodziła 

kawę słodzikiem i odruchowo ujęła kubek prawą ręką. Gorący 

płyn zalał cały przód jej ubrania. Krzyknęła cicho i schwyciła 
lewą ręką stłuczone palce. Kubek potoczył się po obrusie, po 
czym spadł na podłogę. Gus chwycił garść serwetek i zaczął 
energicznie przyciskać je do mokrej bluzki. Mariah dopiero 
po chwili otrząsnęła się z szoku, wywołanego uczuciem lep-

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

59 

kiego gorąca na piersi i szarpiącym bólem ręki. Odepchnęła 

jego dłoń od bluzki. 

Gus spojrzał na nią, zaskoczony. Potem na jego twarzy 

pojawił się wyraz zakłopotania. 

- Ja przecież... No, nie chciałem ci zrobić nic... 

- Wiem. - To jasne, że nie miał złych zamiarów. Nieraz 

może zachowywał się bezceremonialnie, ale nie chwytałby 
kobiety za biust w zatłoczonej restauracji. Był w porządku 

nawet wtedy, gdy byli całkiem sami, w hotelu. - Gus, nie ma 

sprawy. Zrobiłam to bez zastanowienia. - Próbowała oderwać 

lepki materiał od ciała. Boże mój, myślała, jak tak dalej pó­

jdzie, będę poplamiona i brudna jak niezdarne dziecko. 

Gus zdjął swoją kurtkę i okrył nią jej ramiona. Poczuła na 

sobie kojące ciepło jego ciała. 

- Oparzyłaś się. 

- Nie wydaje mi się. Ta kawa nie była aż tak gorąca. 

- Może jednak pójdziemy... 
- Gus, naprawdę wszystko jest w porządku. Zdaje mi się, 

że to wina planet - powiedziała, próbując się roześmiać. -
Moje gwiazdy dzisiaj zastrajkowały. Jak to się nazywa 

w astrologii? 

- Co jak się nazywa? 
Pojawiła się kelnerka ze ścierką i wytarła wielką kałużę 

rozlanej kawy, która skapywała ze stołu na ławę. Gus poprosił 

o mniejszą i lżejszą filiżankę. 

- No wiesz, kiedy planety poruszają się do tyłu... 
- Nie mam pojęcia. Apokalipsa? 
- Chyba zacznę w to wierzyć. To się nazywa retro... 

Nie pamiętam. One nie poruszają się do tyłu naprawdę, ale 

tak to wygląda 2 Ziemi. Wtedy zdarzają się różne nieszczę­

ścia. Moja siostra, Burdy, zajmuje się astrologią. Powiedziała 
mi, że najtrudniejsze lata będę miała na początku życia, a po-

background image

60 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

tem będzie lepiej. - Spojrzała na niego. Gus starał sie nie 
widzieć głębokich cieni pod jej oczami, nie słyszeć drżenia 

jej głosu. - Czy ten początek się wreszcie skończył? - zapy­

tała. 

Gus zaklął w duchu. Cienie pod oczami mógłby może 

zignorować, drżący głos też, ale jej smutny uśmiech przebijał 
na wylot pancerz jego wymuszonej obojętności. Zmarszczył 
brwi i w skupieniu kroił naleśniki. Skończyli śniadanie w mil­

czeniu. 

Marian czuła się trochę winna. Ten mężczyzna ma może 

trudny charakter, ale zrobił dla niej tak wiele. 

- Przepraszam cię, jeśli zachowałam się niezbyt uprzej-

mnie. Naprawdę jestem ci wdzięczna; tak bardzo mi pomo­

głeś. Mogłeś na stacji benzynowej obrócić się na pięcie i od­

jechać do... no, tam, gdzie chciałbyś już pewnie być. 

Gus wzruszył ramionami. 

- Na plaży... Szukałem miejsca, gdzie jest dużo słońca. 
- W każdym razie jeszcze raz dziękuję. Doprawdy nie 

wiem, co bym zrobiła... 

- Dałabyś sobie radę - mruknął. 
- Pewnie tak. Muszę radzić sobie sama od prawie dwu­

dziestu lat, ale mimo wszystko... Dziękuję ci, słyszysz?! Je­
steś okropnym mrukiem, Gusie Wydowski. Zastanawiam się, 

jak wytrzymujesz sam ze sobą. 

Gus uśmiechnął się. Dziwny człowiek, pomyślała Marian. 

Czasami naprawdę nieznośny. Ale niezwykle pociągający, do­
dała, zaskoczona tym wrażeniem. Spoglądając na jego niezbyt 

równe, białe zęby, na oczy, które zdawały się przewiercać 

wszystko na wylot, poddała się wreszcie. 

- Przepraszam, nie chciałam cię irytować. Wyruszymy 

stąd wtedy, kiedy będziesz chciał. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 61 

Jej samochód stał tam, gdzie go zostawili. Gdy Gus zała­

twiał sprawy z obsługą stacji, Mariah próbowała przenieść do 
niego swoje bagaże. Przy tej okazji znowu usłyszała od Gusa 
parę kąśliwych słów; starała się unieść pudło z książkami 
posługując się obu ramionami i jedną zdrową dłonią. 

- Do ciebie można mówić jak do ściany. Nie wolno cię 

spuścić z oka. - Wziął od niej pudło i ułożył na tylnym sie­
dzeniu samochodu. - Masz łyse opony. Czy masz chociaż 

zapasową? 

- Mam, ale w bagażniku, razem z narzędziami. 

-

 Daj mi kluczyki, sprawdzę ją na wszelki wypadek. 

Wyjaśniła mu, że zapasowy kluczyk jest tylko do stacyjki, 

nie do bagażnika. Gus odpowiedział wymyślnym zestawem 

przekleństw. Mariah jakoś to nie przeszkadzało. Raziła ją 

tylko wulgarność; co innego usprawiedliwiony gniew. 

- Kiedy skończysz się pieklić, odejdę. 
- A wiesz, którędy pojedziesz? Na międzystanowej 95 jest 

duży ruch, choć inne drogi chyba nie są lepsze. 

- Poradzę sobie. No, naprawdę muszę już jechać. Dzięku­

ję, Gus. Wyślę ci czek, jak tylko... 

Przerwał jej, i to w taki sposób, że prawie zachwiała się na 

nogach. Schwycił ją za ramiona, przyciągnął do siebie, uwa­

żając na prawą rękę, i pocałował. To wcale nie było przyja­
cielskie cmoknięcie. Był to mocny, namiętny pocałunek. Z za­
skoczeniem zdała sobie sprawę, że chciałaby objąć go ramio­
nami z całej siły i nie pozwolić nigdzie odjeżdżać. 

W chwilę później, gdy wsiadał do szoferki, Mariah odpro­

wadzała go wzrokiem. 

- A niech to... - szepnęła cicho. 

Odjechał na południe. Patrzyła jeszcze przez chwilę, aż 

tylne światła jego ciężarówki zniknęły w strugach deszczu. 

Kilka minut później ona sama jechała na północ, zła jak osa 

background image

62 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

bez żadnej widocznej przyczyny. Miała przecież pełen bak 
benzyny, tylko kilka godzin dzieliło ją od domu i nawet nie 
tak źle jej się prowadziło samochód, poza pewną trudnością 

w operowaniu kierunkowskazem. Na szczęście na między-

stanowej autostradzie niezbyt często używa się kierunko­

wskazów. 

- Niech diabli porwą tego faceta - mruknęła, zatrzymując 

się na światłach tuż przed Jacksonville. Wróciła pamięcią do 

tego pocałunku. Nigdy dotąd nie pocałował jej mężczyzna 
z brodą i nie mogła się zdecydować, czy to jej się podobało, 
czy nie. 

Tak, chyba jednak tak. Na miłość boską, jasne, że tak! 

Podobał jej się ten skórzano-mydlany, bardzo męski zapach 

i uścisk jego ramion, które trzymały ją tak mocno, że prawie 

nie mogła oddychać. Ramion, które dadzą bezpieczeństwo, 
schronienie i jeszcze wiele więcej jakiejś szczęśliwej ko­

biecie. 

Gdy wyjeżdżała z granic Jacksonville, porzuciła te mrzon­

ki. To dobrze, że się rozstali, uznała. Tyle ma innych pro­
blemów. 

A Gus Wydowski mógłby tak bardzo skomplikować jej 

życie. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Gus, jadąc na południe, dotarł aż do Jupiter Beach. Deszcz 

tu nie padał, ale o tropikalnym cieple nie było mowy. To nie 

była pogoda odpowiednia do wygrzewania się na plaży, uznał. 
Mógł udać się jeszcze dalej, na przykład do Keys. Miał mnó­

stwo czasu. 

Czemu więc znalazł się na drodze, która kierowała się na 

północ? 

Wolał się nad tym nie zastanawiać. Przekonywał tylko 

uparcie samego siebie, że wybrany kierunek nie ma nic wspól­

nego z Mariah. Wcale nie zamierzał znaleźć się w pobliżu 
tego Muddy Landing, jakiejś dziury, gdzie każdy sąsiad to 
kuzyn, wujek albo brat szwagra. Wszyscy za dobrze się znają, 
żeby mieszkać tam było przyjemnie. 

Z drugiej strony, Mariah Brady mogła nie pamiętać o tym, 

że w jej torebce był adres i klucze. Ci rabusie najpierw skie­
rowali się na południe, ale na autostradzie też można za­

wrócić. 

Gus pocieszał się, że może nie zadali sobie trudu. Jechać 

taki kawał do Georgii, by przekonać się, że w jej domu nie 
ma nic wartego kradzieży... Za dużo zachodu. 

Mimo to powinien sprawdzić, czy Mariah dojechała bez 

przeszkód, skoro już jest w pobliżu. Nie ma w tym nic dziw­

nego. Zrobiłby to samo dla kogokolwiek w podobnych oko­
licznościach. Przecież rozsądny człowiek nie ugania się za 
dziewczyną tylko dlatego, że jest dokładnie w jego typie. 

background image

64 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Zresztą głodnemu smakuje każde jedzenie, ot co. Za długo 

był sam. W zamyśleniu poskrobał się w podbródek. Ale by ją 

zamurowało, gdybym tak stanął w progu, pomyślał. Usta roz­
ciągnęły mu się w figlarnym uśmiechu. Może warto zboczyć 
te kilkanaście kilometrów, żeby zobaczyć wyraz jej twarzy. 

Gus nie miał złudzeń, że każda przypadkowo spotkana 

kobieta musi marzyć o jego wizycie. Nie był aż tak atrakcyj­
ny. Owszem, posiadał zasobne konto w banku. Mogło to wy­

równywać pewne zewnętrzne niedostatki, choć nie był też 
krezusem. Wiele kobiet jednak szybko miało dość jego innych 

wad. Nazywały je po imieniu; zdziwaczały odludek należało 
do łagodniejszych określeń. 

Mimo to za bardzo je lubił, żeby nie wtykać co jakiś czas 

palca między drzwi. Mariah Brady wydawała się całkiem 
przyzwoitym stworzeniem, ale co z tego? Mało to razy się 

sparzył? 

Skoro jednak jest już tak blisko Muddy Landing, byłoby 

wręcz nieładnie do niej nie zajrzeć. Wpadnie na pięć minut 

i ruszy z powrotem w drogę. Za dzień albo dwa zapomni ojej 

smutnym uśmiechu i zmysłowym, ciepłym tonie głosu. 

A także o paru innych przymiotach. 

Kilkaset metrów przed sobą zobaczył wóz policyjny. Zdjął 

nogę z gazu. Wolał nie wdawać się w bliższe kontakty z dro­
gówką w stanie Georgia. 

Mariah włożyła brudne naczynia do zlewu i znalazła stację 

nadającą muzykę rockową. Nie znosiła tych łomotów, ale 

Jessie chyba się podobały. Podskakiwała w kojcu i kołysała 

się na boki, zaciskając jedną piąstkę na poręczy. Drugą wy­

machiwała do taktu. 

To dziecko, mimo ząbkowania i tego, że było daleko od 

domu, u ciotki, której w ogóle nie znało, było pogodne i ra-

LMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

65 

dosne. Mariah nie wyobrażała sobie, jak podołałaby nowym 
obowiązkom, gdyby bratanica miała trudniejsze usposobie­
nie. Sama przyjechała tu w piątek wieczorem, zbyt zmęczona, 
żeby się rozpakować. Padła na łóżko i przespała w sumie 
dziewięć godzin. Basil i Jessie przybyli w sobotę rano. Brat 

spieszył się tak bardzo, że nawet nie zapytał, co jej się stało 

w rękę ani czy w tej sytuacji da sobie radę. 

Biedny Basil. Przecież nie był z natury taki nieczuły; po 

prostu stracił głowę. Nie miał żadnych wieści o Myrtiss, mu­

siał zostawić firmę pod opieką kilkunastoletniego chłopaka. 
Przyjechał tylko po to, aby zostawić dziecko i ruszyć na po­
szukiwanie żony. Zamierzał odwiedzić jej rodziców, choć kie­
dy tam dzwonił, mówili, że jej nie ma. Musiał to sprawdzić. 

Mariah wysłuchała wyrzucanych w pośpiechu informacji 

o porach karmienia, witaminach, o tym, że mała lubi wkładać 
do buzi, co popadnie i trzeba na to uważać. Już się o tym 

przekonała. Dla Jessie wszystko było „am". Nie umiała jesz­

cze chodzić, ale przemieszczała się z miejsca na miejsce w za­
dziwiającym tempie. Wszystko, co zwisało lub wystawało, 

było dobre do windowania się w górę. Na szczęście Basil 
przywiózł ze sobą składany kojec. 

Wreszcie zaświeciło słońce. Gdyby nie kałuże, które stały 

jeszcze w niżej położonej części podwórza, nikt by nie po­

wiedział, że padało przez cały tydzień. Jeśli trochę pode-

schnie, postanowiła, wyniesie kojec na zewnątrz i zajmie się 
zaniedbanym od dawna ogrodem. Althaea nie czuła się zbyt 
dobrze przy płocie. Chyba ziemia była tu zbyt kwaśna. Po­
winna przenieść ją w pobliże azalii, które przesadziła w ze­

szłym roku. 

Choć i azalie wcale nie podrosły. Będzie musiała wszystko 

wykopać i zacząć od nowa... 

Niestety, zrobi to dopiero wtedy, kiedy będzie mogła utrzy-

background image

66 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 67 

mać w ręku szpadel. Na razie ledwie radziła sobie z odkurza­

czem. Wysprzątanie całego domu wcale dobrze nie zrobiło jej 
obolałym palcom. 

- Jessie, wypluj to! - Uklękła przy kojcu i próbowała wy­

dobyć z ust swojej bratanicy coś, co wyglądało jak koniec 
sznurowadła. - Nie jesteś chyba głodna, kochanie - mruczała 
pod nosem. - Przecież dopiero co jadłaś... 

Mała zacisnęła z całej siły swoje cztery ząbki, najwidocz­

niej uradowana nową zabawą. Marian przez krótki czas za­

jmowania się dzieckiem zdążyła dowiedzieć się dwóch rzeczy. 

Po pierwsze, że cokolwiek znalazło się w zasięgu tłustych 

paluszków Jessie, natychmiast znajdowało się w jej buzi. Po 

drugie, że niemowlęta są śliskie jak węgorze, kiedy są mokre, 
a to zdarzało się częściej, niż sobie dawniej wyobrażała. 

W hałasie grającego radia nie usłyszała warkotu ciężarów­

ki, która wjechała na podjazd przed domem. Obejrzała się 

dopiero w chwili, gdy mała przekręciła główkę i rozpromie­

niła się w uśmiechu. 

Oczy Marian rozszerzyły się ze zdumienia. 
- Coś podobnego... Gus? Skąd się tu wziąłeś? Czek już 

jest w kopercie. Miałam pójść na pocztę po znaczek... 

- Czy ono jada sznurowadła? 
- Ono?... - Oderwała oczy od twarzy człowieka, którego 

przyjazdu nigdy się nie spodziewała, i zwróciła się do Jessie. 
- Wypluj to, myszko. No, odddaj cioci sznureczek. 

Gus ujął Mariah za ramiona, odsunął od kojca i sam zajął 

się problemem, jakby takie interwencje były dla niego chle­
bem powszednim. 

- Słyszałaś, co ciocia mówiła? Wypluj to, panienko... Za­

płacze ci się między ząbki i nie będziesz mogła jeść kaszki... 
- Szybkim ruchem wyciągnął wilgotny kawałek sznurka z ust 

dziecka i podał go Mariah. 

- To leżało pewnie na wyściółce kojca - wyjaśniła mu 

z zakłopotaniem. - Ona zjada wszystko, co jej wpadnie w rę­
ce. Obgryza nawet oparcia na krzesłach. Myślałam, że w koj­
cu będzie bezpieczna. - Serce biło jej gwałtownie. Gus tu 

przyjechał! Była pewna, że nie zobaczy go już nigdy, i prawie 
zdołała wmówić sobie, że ją to nie obchodzi. - Co ty tu robisz, 

Gus? Mówiłeś, że szukasz słonecznej plaży. 

Na razie mogła sama zobaczyć, co robił. Pocierał nosem o ma­

leńki nosek Jessie; dziecko wydawało z siebie radosne piski. 

- Mam ci powiedzieć, co robię, poza tym, że się właśnie 

zakochałem? 

Mariah poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg. 

- Zakochałeś się? - wyszeptała. Przecież to za szybko. 

Dopiero co... 

- Jak ta ślicznotka ma na imię? Czy zawsze jest taka miła 

dla obcych? 

Jessie, odziana w różowy sztruksowy kombinezonik, z ró­

żowymi wstążkami na cienkich kośmyczkach jasnych wło­

sów, uśmiechała się do niego radośnie. Gus też się uśmiechał, 

nie mniej zachwycony. Serce Mariah uspokoiło się trochę. 

- Nazywa się Jessica Brady i zwykle jest mniej miła dla 

obcych. Chyba przypominasz jej Butcha. 

- Kto to jest Butch? 

- Brodaty terier Myrtiss. - To może była kąśliwa uwaga, 

ale nie mogła się od niej powstrzymać. Coś mu się należy za 

to, że pojawił się tutaj bez uprzedzenia, gdy miała już nadzie­

ję, że niedługo o nim zapomni. 

- A czy... Czy mogę ją wziąć na ręce? Czy ona mi po­

zwoli? Jak to się robi? 

- Jessie będzie wdzięczna każdemu, kto wyjmie ją,z koj­

ca. Gorzej będzie wsadzić ją tam z powrotem. 

Gus najwidoczniej nie martwił się, co będzie potem. 

background image

68 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- To co mam zrobić? 

Marian przymknęła oczy, próbując zignorować uczucie 

wzruszenia, które dławiło ją w gardle. Jak można oprzeć się 
temu mężczyźnie? Na pozór groźny jak niedźwiedź, a w rze­
czywistości taki łagodny i dobry. 

- Pochyl się i wyciągnij ręce. Ona załatwi resztę. 

Gus patrzył z upodobaniem na błękitnookie stworzenie o okrą­

głej buzi i krótkich nóżkach. Wyciągnął ramiona i Jessie sama 
pokazała, co lubi. Puściła poręcz kojca i przez chwilę kołysała się 

na swych tłustych nóżkach. Potem wyciągnęła rączki w górę. 

- Apa, apa - zagruchała wesoło. 

Gus spojrzał na Marian z niepokojem, 
- Co ona mówi? 

- Chce, żebyś ją wziął na ręce. Weź ją pod pachy i pod­

nieś, ale trzymaj mocno, bo wije się czasami jak wąż. Gdyby 
wolała iść do mnie, to mi ją podaj. 

Gus swymi wielkimi dłońmi ujął małe ciałko, uniósł 

i przytulił do piersi. Miał wrażenie, jakby trzymał szczeniaka, 
ale żaden szczeniak nie pachniał tak słodko! Niedługo jego 
siostra i Aleks też będą mieli takiego malucha. Uśmiechnął 

się z dumą, kiedy Jessie obiema rączkami chwyciła go za 

brodę. Podskakiwała przy tym ochoczo. 

- Jedzie na koniku - oznajmiła Marian z odcieniem za­

zdrości w głosie. 

- Dobrze, że nie ma ostróg - odparł Gus i objął dłonią 

jedną malutką stopkę. Na jego twarzy nadal malował się 

szczery zachwyt. 

Kilka godzin później Gus siedział w kuchni, obserwując, 

jak Jessie obydwiema rączkami pakuje do buzi jedzenie. 

- Miałaś rację - powiedział z dumą do Mariah. - Napra­

wdę wszystko zjadła. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 69 

- Poza tym, co znalazło się na podłodze, na jej ubraniu 

i na twoim, oczywiście, też. 

- Kiedy ona będzie miała włosy? 
- Już je ma, tylko są tak cieniutkie, że ich prawie nie 

widać. Jej włoski są brązowe, widzisz? 

- A co z zębami? Czy będzie miała ich więcej? 
- Właśnie ząbkuje. Gus, czy ty niczego nie wiesz o ma­

łych dzieciach? 

- Niewiele. Niektórzy z moich ludzi przywozili czasem 

dzieci na budowę, ale to zawsze byli chłopcy. Starsi od Jessie. 
Nie pamiętam, żeby ktoś przywiózł niemowlę. 

On jest rozbrajający, pomyślała Mariah. 

- Nawet chłopcy są niemowlętami w pewnym okresie 

swojego życia. 

- Jakoś się nad tym nie zastanawiałem. Popatrz, ona zno­

wu się śmieje. Czy wszystkie niemowlęta tak robią? 

- Jak? - Mariah kończyła przygotowywać kolację. Gus 

pojechał do sklepu i kupił wołowinę na steki, lody, ciastka 
oraz mnóstwo bananów. Jessie je uwielbiała. 

- Zawsze się tak śmieją? 

Steki były dobrze wysmażone. Mariah nie lubiła surowego 

mięsa. 

- Jessie jest wyjątkowo wesołym niemowlęciem. Nie 

wszystkie dzieci są takie. 

Rosemary często miała kolkę. Mariah nie pamiętała Ale-

thii, Burdy czy Basila jako niemowląt. Sama była jeszcze za 
mała. Nie przypominała sobie, żeby się często śmiali. Pamię­

tała tylko długie sznurki pieluszek, zmęczonego ojca i jego 

narzekania na brak pieniędzy. I jeszcze to, że mama „źle się 
czuła". Mariah musiała wtedy sama zajmować się młodszym 

rodzeństwem, bo tata łatwo się denerwował. 

- Proszę bardzo. Mam nadzieję, że lubisz wysmażone ste-

background image

70 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

ki. - Ugotowała do nich ryż, bo był w spiżarce. - Przepra­

szam, że nie podałam warzyw. Nie mogłam pojechać do skle­

pu, bo Basil zostawił fotelik dla dziecka w swoim samo­
chodzie. 

- Nie ma sprawy. Ryż to też warzywo, prawda? 

Gus postanowił, że kupi dla małej samochodowy fotelik, 

zanim wyjedzie. Przecież nie zostawi Marian unieruchomio­
nej z tak błahego powodu. 

- A co z prawem jazdy? Masz nowe? 

- Skądże, nie miałam czasu, żeby je załatwić. 

- No to jak będziesz woziła Jessie, nawet w koszyku? 

Chcesz złamać kilka przepisów naraz? 

- Poradzę sobie - odparła stanowczym tonem. Gus uniósł 

brwi. Ta kobieta jest przewrażliwiona. Albo ręka boli ją bar­

dziej, niż to okazuje. 

Mariah nie chciała jego pomocy, gdy stawiała lewą ręką 

talerze na stole. Gus zauważył podwinięte od długiego sma­

żenia brzegi steku i westchnął. Zepsuła takie wspaniałe mięso. 

No, ale się przynajmniej starała. Lisa nie potrafiła zagotować 
nawet wody i była z tego dumna. Podany ryż wyglądał cał­
kiem dobrze; jeśli się lubi ryż. Gus nie lubił. 

Po obiedzie uparł się, że zmyje naczynia. W tym domu nie 

było zmywarki. Z tego, co widział, niewiele tu było poza 
termitami, grzybem na ścianie i innymi oznakami tego, że 

dom popada w ruinę. Stoczone rdzą rury kanalizacyjne, nie­

równa podłoga, zapadnięty dach. Pięćdziesiąt lat temu ten 
duży dom mógł być całkiem wygodny. Teraz wyglądał jak 
opuszczona rudera. 

Wnętrze robiło nieco lepsze wrażenie. Ściany pomalowane 

na żółto, zasłony w oknach podwiązane wysoko, żeby nie 
dosięgły ich małe rączki. Kolorowe, ale spłowiałe obicia meb­

li. Na ścianie rząd oprawionych w ramki fotografii. Mariah 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

71 

przedstawiła Gusowi całą rodzinę: Rosemary, z dumną miną, 
w czepku uczennicy szkoły dla pielęgniarek, Alethia, której 
pięknie zarysowane kości policzkowe przypominały rysy naj­

starszej siostry, Burdina, już nie tak ładna, i wreszcie Basil, 

który wyglądał jak troll. Bardzo poważny troll. 

Na stolikach i blatach nie było ani jednej serwety. Nie 

rozpakowane książki w pudle, lampy, wazony i inne drobiaz­
gi upchnięte razem na najwyższych półkach. Może to na 
wypadek powodzi, wyraził swoje przypuszczenia Gus. 

- Skąd, to przez Jessie - wyjaśniła Mariah. - Sprawdza, 

co daje się zjeść, niejadalne rzeczy zrzuca sobie na głowę. 

Gus myślał sporo o tym domu, o dziecku, a także o swoich 

kontraktach budowlanych. Starał się za wszelką cenę nie my­

śleć o Mariah. Gdy widział ją pochylającą się nad kojcem 

niemowlęcia w żółtych dresach, tak zgrabnie opinających jej 
biodra, z kosmykami włosów wymykającymi się spod je­
dwabnej przepaski, czuł się bardziej oszołomiony niż wtedy, 
gdy grypa ścięła go z nóg. 

Od chwili gdy zostawił ją na mokrym asfalcie obok stacji 

benzynowej, nadal czuł na wargach smak jej ust. Zapach bzu 
trwał w jego pamięci jak zapowiedź wiosny. Próbował prze­
konać samego siebie, że to tylko jedna z wielu atrakcyjnych 
kobiet, które znał. Większość z nich może zainteresować sobą 
mężczyznę na parę dni, no, najwyżej miesięcy. Jedna na tysiąc 

ma w sobie coś, co sprawia, że człowiek traci dla niej głowę. 

Pora już ruszać stąd, postanowił. Nie wplącze się w romans 

z tą prowincjonalną księżniczką tylko dlatego, że ta dziew­
czyna nawet w plastikowej pelerynie mogłaby przyćmić 
wszystkie piękności stanu Georgia. 

Jeszcze tylko parę godzin i będzie znowu w drodze. Jest 

koniec lutego, dzień staje się coraz dłuższy. Będzie dłuższy 
aż do następnej zimy, pomyślał z dziwnym niepokojem. Ma-

background image

72 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

riah wkładała ostatnie talerze do szafki; Gus bawił się z nie­

mowlęciem, które wcale nie było śpiące. 

- Nie masz ochoty kończyć takiej pysznej zabawy, skar-

beczku? - zapytała Mariah. 

- Może wyjdę z nią na dwór? - zapytał Gus. - Tak długo 

siedzieliśmy w kojcu, prawda, Jessie? 

Mariah spojrzała na niego, a potem podniosła wzrok na 

czerwony zegar w kształcie czajnika, który wisiał na ścianie. 

Czyżby to miała być delikatna sugestia, myślał Gus. Może 

ona boi się, że będę natrętny? 

- Nie martw się, wyjeżdżam za parę minut - powiedział 

szybko. - Myślałem tylko, że skoro jestem w pobliżu, wpadnę 
i zobaczę, jak się czujesz. 

Jessie zaczęła odbijać się owiniętym pieluszką tyłeczkiem 

od jego przedramienia. Przytrzymał ją drugą ręką, żeby nic 
się jej nie stało. Zadziwiające, jak szybko ten mężczyzna 
nauczył się takich rzeczy, zauważyła Mariah. Widać ma talen­
ty, o których nie mam pojęcia. 

- Nie musiałeś się zatrzymywać, Gus, ale dziękuję ci za 

odwiedziny. - Zgasiła światło nad kuchennym blatem i skie­
rowała się ku drzwiom wiodącym na podwórze. Gus szedł za 

nią, niosąc Jesśie i nie spuszczając wzroku z żółtych dresów. 

Nie przebrała się do obiadu... Ale on też nie. 

Podobał mu się jej chód. Stąpała ostrożnie i jednocześnie 

z gracją. Ciekawe, jak by wyglądała bez tych spodni. Całkiem 
naga. 

Jessie gruchała coś po swojemu, ciągnąc go znowu za 

brodę, więc nie dosłyszał, co Mariah mówiła, zdejmując z ga­

łązki jakiś liść i mnąc go w ręku. 

- .. .Jakoś nie kwitły zeszłego roku, więc przesadziłam je 

tutaj. Mimo to... 

Wyobrażał ją sobie w mocno wyciętej, miękko układającej 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

73 

się sukience, z błyszczącymi od sztucznych kamyków ramią-
czkami. Bardzo krótkiej. Do tego buty na wysokich obcasach 
i pończochy cienkie jak mgła. Wyobrażał sobie, jak sączy 
szampana i uśmiecha się do jakiegoś faceta w smokingu. 
Przystojnego, gładko ogolonego faceta, który... 

- Tego się nie je, kochanie. - Pochylił się ku Jessie, która 

złapała go ząbkami za brodę. 

- Daj mi ją. Na pewno jesteś zmęczony po całym dniu 

jazdy. - Mariah strząsnęła suche liście ze swojej bluzki i wy­

ciągnęła ramiona. Gus czuł, że dałby wszystko, żeby te ra­
miona wyciągnęły się do niego. 

Uspokój się, mały, dodał w myśli, czując, co się z nim 

dzieje. 

- Wszystko w porządku - odpowiedział pośpiesznie. -

Może znowu jest głodna. Jeszcze ją trochę potrzymam, bo jest 
niezwykle ruchliwa. Twoja ręka wciąż nie wygląda najlepiej. 

- Wiedział, że póki trzyma w ramionach Jessie, bliskość jej 

ciotki nie wpędza go w widoczne kłopoty. 

Mariah czuła się tak, jakby wypiła zbyt wiele wina, zbyt 

szybko i na pusty żołądek. Z jednej strony chciała, żeby Gus 

odjechał, ale jednocześnie pragnęła, żeby został. Gdy patrzyła 
na niego, nie mogła się pozbyć wspomnienia, jak się rozstali. 

Czy on też to pamiętał? 
Czy całuje wszystkie kobiety, z którymi spędził wieczór 

tak, jak wtedy z nią? 

Czy teraz też pocałuje ją na pożegnanie? 

Na miłość boską, miejmy nadzieję, że nie! Pewnie przytu­

liłaby się na zbyt długo do jego mocnego, twardego ciała, a on 
mógłby sobie pomyśleć... 

Zakłopotana, wszelkimi siłami starała się na niego nie pa­

trzeć. Spojrzała w stronę domu, który rysował się na tle kora­

lowego nieba. Wzdłuż wyboistego podjazdu stał rząd wyso-

background image

74 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

kich sosen, które wyglądały jak wychudli żołnierze na warcie. 
Tuż przy granicy jej posesji rósł wysoki, obrośnięty mchem 
cyprys. Zawsze lubiła to drzewo. Basil mawiał, że ów cyprys 

ma szczęście, bo jest za duży. W przeciwnym razie siostra 

przesadziłaby go do swojej sypialni. 

Gus stał obok niej i też patrzył na dom, zastanawiając się, 

co o nim powiedzieć. Trudno było pochwalić coś w tej ruinie. 

Nie malowany od wieków, zaniedbany dom w samym środku 

najbardziej płaskiego i wilgotnego kawałka Georgii, w naj-

brzydszej okolicy, jaką widział po opuszczeniu Everglades. 

Jedyne w miarę przyzwoite miejsce to ten ogród, ale i on... 

Ogród też był zaniedbany. Gus trochę wiedział o pielęgno­

waniu ogrodów. Jego siostra miała firmę ogrodniczą w Dur­

ham. To miejsce mogło być ilustracją hasła zamieszczonego 
w prospektach: „Jak to wyglądało przedtem... a jak wygląda 
teraz". 

Krzewy posadzone były dość bezładnie. Osoba, która to 

robiła, musiała mieć astygmatyzm. Pośrodku stała jakaś 
rzeźba. 

- Czy to ma być jeleń, czy koń? - zapytał. 
- To prawie jeleń. Grover urządził wyprzedaż rzeźb ogro­

dowych i dał mi to, co się potłukło, za wywiezienie kawałków 

z magazynu. Dzieci posklejały to po swojemu. Nazywa się 
Eugeniusz. Bardzo go lubiły - dodała. 

- A co z tym ogrodem? Jest skopany, ale nic tu nie rośnie? 
- Jeszcze nie skończyłam. Nie było mnie w domu od ubie­

głego lata. 

Szli wolnym krokiem wokół domu. Gus zabawiał Jessie; 

Mariah pokazywała mu różne fragmenty ogrodu. Nagle to 

wszystko przywiodło mu na myśl obraz, który nieraz oglądał. 

Mężczyzna i kobieta, oglądający swój przyszły dom, który 

jest jeszcze nie ukończony. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

75 

Święci pańscy, przecież on musi stąd zmykać! 

- No, było mi bardzo miło, ale komu w drogę... - powie­

dział, wyplątując paluszki Jessie ze swojej brody. W tym 

przyćmionym świetle prawie był gotów uwierzyć, że na twa­

rzy Mariah odmalowało się rozczarowanie. 

- Tak szybko? Przecież dopiero co przyjechałeś! Wiem, 

że chciałbyś jak najszybciej być w swoim domu, ale u mnie 

jest tyle miejsca - usłyszała Mariah swój własny głos. -1 tak 

musiałbyś się gdzieś zatrzymać, jeśli nie chcesz podróżować 

przez całą noc. 

- To dla mnie żaden problem. W nocy jest mniejszy ruch. 

Poza tym, po co ci w domu nowy gość. Masz dość kłopotu 
z tą wiercipiętą. - Gus ujął mocniej dziecko, bo znów zaczęło 
się wiercić. Jessie zaczynała być śpiąca. - Pomogę ci jeszcze 
ułożyć ją do snu. Potem napiję się kawy i wsiadam do samo­
chodu. 

- Dobrze - odpowiedziała Mariah, nieco urażona. Nie bę­

dzie go więcej prosić. Jeśli ten człowiek nie widzi, jak bardzo 

ona chce, żeby został, jak bardzo go potrzebuje, to niech sobie 

jedzie. - Dobrze by było, żebyś pomógł mi ją wykąpać. Jest 

okropnie śliska, kiedy sieją namydli. 

background image

74 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

kich sosen, które wyglądały jak wychudli żołnierze na warcie. 
Tuż przy granicy jej posesji rósł wysoki, obrośnięty mchem 
cyprys. Zawsze lubiła to drzewo. Basil mawiał, że ów cyprys 

ma szczęście, bo jest za duży. W przeciwnym razie siostra 

przesadziłaby go do swojej sypialni. 

Gus stał obok niej i też patrzył na dom, zastanawiając się, 

co o nim powiedzieć. Trudno było pochwalić coś w tej ruinie. 

Nie malowany od wieków, zaniedbany dom w samym środku 

najbardziej płaskiego i wilgotnego kawałka Georgii, w naj-

brzydszej okolicy, jaką widział po opuszczeniu Everglades. 

Jedyne w miarę przyzwoite miejsce to ten ogród, ale i on... 

Ogród też był zaniedbany. Gus trochę wiedział o pielęgno­

waniu ogrodów. Jego siostra miała firmę ogrodniczą w Dur­
ham. To miejsce mogło być ilustracją hasła zamieszczonego 
w prospektach: „Jak to wyglądało przedtem... a jak wygląda 
teraz". 

Krzewy posadzone były dość bezładnie. Osoba, która to 

robiła, musiała mieć astygmatyzm. Pośrodku stała jakaś 
rzeźba. 

- Czy to ma być jeleń, czy koń? - zapytał. 
- To prawie jeleń. Grover urządził wyprzedaż rzeźb ogro­

dowych i dał mi to, co się potłukło, za wywiezienie kawałków 

z magazynu. Dzieci posklejały to po swojemu. Nazywa się 

Eugeniusz. Bardzo go lubiły - dodała. 

- A co z tym ogrodem? Jest skopany, ale nic tu nie rośnie? 
- Jeszcze nie skończyłam. Nie było mnie w domu od ubie­

głego lata. 

Szli wolnym krokiem wokół domu. Gus zabawiał Jessie; 

Mariah pokazywała mu różne fragmenty ogrodu. Nagle to 

wszystko przywiodło mu na myśl obraz, który nieraz oglądał. 

Mężczyzna i kobieta, oglądający swój przyszły dom, który 

jest jeszcze nie ukończony. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

75 

Święci pańscy, przecież on musi stąd zmykać! 

- No, było mi bardzo miło, ale komu w drogę... - powie­

dział, wyplątując paluszki Jessie ze swojej brody. W tym 

przyćmionym świetle prawie był gotów uwierzyć, że na twa­

rzy Mariah odmalowało się rozczarowanie. 

- Tak szybko? Przecież dopiero co przyjechałeś! Wiem, 

że chciałbyś jak najszybciej być w swoim domu, ale u mnie 

jest tyle miejsca - usłyszała Mariah swój własny głos. -1 tak 

musiałbyś się gdzieś zatrzymać, jeśli nie chcesz podróżować 

przez całą noc. 

- To dla mnie żaden problem. W nocy jest mniejszy ruch. 

Poza tym, po co ci w domu nowy gość. Masz dość kłopotu 
z tą wiercipiętą. - Gus ujął mocniej dziecko, bo znów zaczęło 
się wiercić. Jessie zaczynała być śpiąca. - Pomogę ci jeszcze 
ułożyć ją do snu. Potem napiję się kawy i wsiadam do samo­
chodu. 

- Dobrze - odpowiedziała Mariah, nieco urażona. Nie bę­

dzie go więcej prosić. Jeśli ten człowiek nie widzi, jak bardzo 

ona chce, żeby został, jak bardzo go potrzebuje, to niech sobie 

jedzie. - Dobrze by było, żebyś pomógł mi ją wykąpać. Jest 

okropnie śliska, kiedy sieją namydli. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Coś, co Gus uważał za instynkt, mówiło mu, że powinien 

się stąd wynosić. Im dłużej był z Marian, tym bardziej pragnął 
z nią zostać. Obawiał się tego uczucia. Miał już podobny 
epizod w swoim życiu. 

Podniecała go, to fakt. Twarz i sylwetka w jego wymarzo­

nym typie. Oto dziewczyną z klasą. Na dodatek była sympa­
tyczna. 

Hmm. Jednak nie. Za nic! To zbyt ryzykowne dla faceta, 

którego odporność w tej dziedzinie była naprawdę niewielka. 

Stali oboje w drzwiach dziecinnej sypialni, patrząc na wy­

kąpane, ziewające niemowlę w starej kołysce, którą Mariah 

ściągnęła ze strychu. Jessie uśmiechnęła się do nich i gawo­

rzyła po swojemu. 

- Co ona mówi? 
- Mówi, że dziękuje ciotce Ri, że nie wypuściła jej z rąk 

przy kąpieli. 

Bez zastanowienia Gus objął Mariah ramieniem. Natych­

miast przestraszył się tego, co zrobił. 

- Tak dobrze ją rozumiesz? 
- To instynkt. Kobiety wyczuwają takie rzeczy. - Mariah, 

mówiąc to, uśmiechnęła się do niego i z Gusem zaczęły dziać 
się dziwne rzeczy. Czuł, że obejmowanie jej było poważnym 
błędem. Odchrząknął raz i drugi. Miał nadzieję, iż to, że nie 
może złapać tchu, nie jest wyraźnie widoczne. A nawet jeśli 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

77 

jest, można to przypisać atakowi kaszlu. Prawdę mówiąc, nie 

kaszlał już od paru dni. 

Mariah wszystko widziała. Widziała i czuła wszystko, choć 

sama się tego obawiała. Ciepło i ciężar jego ramienia, twarde jak 

stal mięśnie, jeszcze bardziej wyczuwalne tam, gdzie nie zakry­

wał ich podwinięty do łokcia rękaw. Gęste, kręcone włosy, które 
rodziły pytanie, czy on wszędzie jest taki obrośnięty. 

Tacy kudłaci mężczyźni jakoś nie podobali się jej do tej 

pory. Do teraz. Gus nieraz wyglądał przez to trochę niepo-

rządnie, ale i tak słodko. Czuła w nim męską siłę i równocześ­
nie łagodność. Jej upodobania dotyczące mężczyzn ostatnio 

uległy zmianie. 

Gus chrząknął jeszcze raz. 

- Jak się czujesz? - zainteresowała się Mariah. 
- Dużo lepiej. Dziękuję. 
- Czy dalej masz ataki kaszlu? 
- Bardzo rzadko. 

Cofnął się o krok, zdejmując ramię z jej barków. Mariah 

musiała opanować przemożną chęć, aby przeciwko temu nie 

zaprotestować. 

- Grypa w tym roku panoszyła się dłużej niż zwykle - za­

uważyła. - Jedna z moich znajomych za wcześnie wróciła do 
pracy po chorobie. Miała nawrót choroby z komplikacjami 

i wylądowała w szpitalu. 

- Uhmm - mruknął Gus. Jakim sposobem, zastanawiał 

się, kobieta może wyglądać tak cudownie w wypchanych na 

kolanach portkach od dresu, które nosiła przez cały dzień? 

Przymknąwszy oczy, wdychał zapach dziecięcego pudru, 

smażonej wołowiny i bzu. Ktoś, kto umiałby utrwalić tę kom­

pozycję, mógłby zrobić fortunę. 

- No, wreszcie zasnęła - wyszeptała Mariah. - Chodź do 

kuchni. Zrobię ci świeżej kawy. 

background image

78 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Jeszcze tylko wypiję kawę, myślał Gus, i ruszam w drogę. 

Jutro, gdy otworzą sklepy, zajedzie gdzieś i zamówi fotelik 

dla dziecka, każąc dostarczyć go Mariah. Może kupi jeszcze 
dużego misia i tuzin róż. Takiej kobiecie jak Mariah posyła 

się róże. Może nawet orchidee... Nie wiadomo tylko, czy 

w pobliżu Muddy Landing znajdzie się kwiaciarnia, w której 

są orchidee. 

Ten pomysł mu się spodobał. Nie wiedział jeszcze, co 

Mariah robiła tam, na Florydzie, ale dama, która wychowała 
się w takim Muddy Landing, powinna choć raz w życiu do­

stać duży bukiet orchidei. 

Ekspres do kawy bulgotał wesoło. Mariah wyjęła z szafki 

kubki, puszkę śmietanki i napełniła cukiemiczkę. Gus obser­
wował ją. Podobał mu się nieświadomy wdzięk jej ruchów. 

Wszystko mu się w niej podobało. 

Gdy kawa była gotowa, Mariah nalała ją do kubków zdro­

wą ręką i podała Gusowi jeden z nich. Wsypał do swojego 
trzy czubate łyżeczki cukru i wyobraził sobie, jaka będzie 
reakcja Mariah na widok pęku orchidei. Warto by było zostać, 
żeby to zobaczyć. 

Nie, nie ma mowy, 

- Mariah, powinnaś wezwać stolarza, żeby naprawił scho­

dy przy wejściu. Ktoś może z nich spaść. Jeśli to nie będziesz 

ty, sprawa może skończyć się w sądzie. 

- Wiem, obluzował się środkowy stopień. Zamierzałam 

coś zrobić z tym przed wyjazdem, ale jest tu tylko jeden 
człowiek, który zna się na stolarce. Akurat dokuczał mu ar-
tretyzm. 

Siedzieli naprzeciw siebie przy stole, rozprawiając o takich 

przyziemnych sprawach, jak przegniłe deski i krzywe ściany. 

Pili kawę i jedli ciasto, które kupił Gus. Każde z nich myślało 
o czym innym niż to, czego dotyczył temat rozmowy. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

79 

Jak go zatrzymać, zastanawiała się Mariah. Nie nakłonię 

go, żeby został, jeśli on nie będzie miał na to ochoty. Dlaczego 
miałby chcieć? 

Po co mi ten wyrafinowany makijaż i szkła kontaktowe? 

Im dłużej była w tym domu, tym bardziej czuła się z powro­

tem tą nieśmiałą, nijaką, chudą jak tyczka panną z małego 

miasteczka. Krótkotrwałe przeobrażenie w tajemniczą, pożą­
daną przez mężczyzn dziewczynę z okładki stawało się zapo­
mnianą już prawie mrzonką, snem. 

Owa tajemniczość była pomysłem Vica. 

- Słuchaj, laluniu - mówił. - Jeżeli naprawdę masz odpo­

wiadać temu wspaniałemu wizerunkowi, który wymyśliłem, 
nie otwieraj na razie ust. Przynajmniej do czasu, kiedy pozbę­

dziesz się tego swojego okropnego akcentu. Nikt nie chciałby 

widzieć swoich kreacji na gęsi z zapadłej wsi. - Takt nie był 

zaletą Vica. 

Mariah oblizała resztki białego lukru z palców. Gus obser­

wował ją roztargnionym wzrokiem. Powinna reklamować ko­
stiumy kąpielowe, pomyślał. Góra w rozmiarze 70A, najwy­
żej 75. Ciekawe, czy Mariah martwi się tym, że ma tak mały 

biust. Angel wypychała swój stanik watą, póki brat nie po­

wiedział jej, że takie braki nadrabia się inaczej. Szkoda waty. 
Jego siostra była niska, szeroka w biodrach, ale płaska z przo­

du jak naleśnik. I proszę, Aleksowi wcale to nie przeszkadza! 

Sylwetka Mariah miała idealne proporcje. Gus potrafił to 

docenić, bo znał się na architekturze. Gdyby miał zaprojekto­
wać jej ciało, nie zmieniłby nawet najdrobniejszego szcze­
gółu. 

- No dobrze, fajnie nam się gawędzi, ale muszę już jechać. 

Jeżeli ruszę zaraz, dojadę do Savannah o takiej porze, że zdążę 

się wyspać. 

Lodówka włączyła się z cichym pomrukiem. Na ścianie 

background image

80 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

tykał zegar. Stary dom wydawał takie dźwięki, jakby zapadał 

się coraz głębiej w błotnisty grunt. Kto by się w tym dopatrzył 

choćby odrobiny romantyzmu? Uśmiać się można. 

To dlaczego myśli o różach, orchideach i piersiach tej ko­

biety? Czemu jest tak podniecony, że wstydzi się nawet wstać 
od stołu? 

Zarumienił się. Jednocześnie poczuł, że coś załaskotało go 

w gardle. Próbował stłumić nadchodzący kaszel i omal się 
przez to nie udławił. Marian podbiegła szybko i zaczęła ude­

rzać go pięścią po plecach. 

Bardzo romantyczna sytuacja, niech to diabli. 

- Już w porządku - wysapał, kiedy odzyskał wreszcie 

głos. - Kawałek ciasta wpadł mi tam, gdzie nie powinien. 

- Gus, nigdzie nie pojedziesz w tym stanie. 

Patrzył na nią w milczeniu. Bał się otworzyć usta. Sam nie 

wiedział, co mógłby powiedzieć. 

- Posłuchaj, przecież ja nie kazałam ci tu przyjeżdżać 

- powiedziała Mariah. - To była twoja decyzja. Wyglądasz 

jednak tak, jakbyś był wyczerpany. Jesteś bardzo blady. Nie 

powinieneś ruszać w podróż. Nie chcę mieć ciebie na su­
mieniu. 

Gus nie umiał znaleźć żadnych argumentów. Na twarzy 

Mariah malował się nie znany mu dotąd wyraz determinacji. 

- Tak sądzisz? - zdołał tylko powiedzieć. 

Mariah oparła dłonie na biodrach. Miękki materiał spodki 

rozciągnął się na jej płaskim brzuchu, ukazując drobne wznie­
sienie pępka. To wcale nie ułatwiło Gusowi sytuacji. 

- Gus, przecież nie masz ochoty jechać dokądkolwiek 

o tej porze, prawda? 

Gus wiedział aż za dobrze, na co ma ochotę, i nie miało to 

nic wspólnego z jazdą samochodem. Wątpił jednak, czy mó­
głby jej o tym powiedzieć. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 81 

- Nie chciałem robić ci kłopotu - powiedział lekko ochry­

płym głosem. 

- W porządku. Przyjęłam ten fakt do wiadomości. Jeśli to 

poprawi ci samopoczucie, pokażę ci tylko, gdzie jest pościel 

i łóżko, na którym będziesz spał. Reszta zależy od ciebie. 

Gus wiedział, że został pokonany. Ta kobieta mogłaby 

dawać lekcje uporu osłom i mułom. Jakże inaczej dałaby radę 

przyjechać tutaj i od razu zająć się dzieckiem i domem z tak 

kontuzjowaną ręką? 

- Piękne dzięki, ciociu Ri - powiedział, uśmiechając się. 

- Na pewno mi nie zaszkodzi, jeśli spokojnie prześpię tę noc. 
Jutro nadrobię stracony czas. 

- Jaki jesteś miły - ucięła cierpko. Wyszła szybko z ku­

chni, po czym wróciła ze starym, nakręcanym budzikiem. 
Postawiła go na stole. 

' - Nastaw go i wstań tak wcześnie, jak ci to odpowiada. 

Zrób sobie śniadanie i zamknij za sobą drzwi, gdy będziesz 

wychodził. Życzę ci szerokiej drogi! 

No tak. Ale się na niego wkurzyła! 
- Posłuchaj, Mariah, skoro już mówimy o drzwiach... 
- I staraj się nie obudzić Jessie. 

- Niech to cholera weźmie, kobieto... 

- Byłabym ci wdzięczna, gdybyś nie klął w tym domu. To 

jest zły przykład dla dziecka. 

- Dziecko już śpi! - prawie krzyknął; Mariah uciszyła go 

gniewnie. 

--Chodź, pokażę ci, gdzie jest łóżko i pościel. 
Poszedł za nią. Podeszwy jego kowobojskich butów skrzy­

piały głośno na starych, drewnianych schodach. Widzieliście, 

a to dopiero wielka dama! Jej wysokość księżna Mariah, pani 
na Muddy Landing! Miał ochotę dać jej porządną nauczkę! 

background image

80 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

tykał zegar. Stary dom wydawał takie dźwięki, jakby zapadał 

się coraz głębiej w błotnisty grunt. Kto by się w tym dopatrzył 
choćby odrobiny romantyzmu? Uśmiać się można. 

To dlaczego myśli o różach, orchideach i piersiach tej ko­

biety? Czemu jest tak podniecony, że wstydzi się nawet wstać 
od stołu? 

Zarumienił się. Jednocześnie poczuł, że coś załaskotało go 

w gardle. Próbował stłumić nadchodzący kaszel i omal się 
przez to nie udławił. Mariah podbiegła szybko i zaczęła ude­

rzać go pięścią po plecach. 

Bardzo romantyczna sytuacja, niech to diabli. 

- Już w porządku - wysapał, kiedy odzyskał wreszcie 

głos. - Kawałek ciasta wpadł mi tam, gdzie nie powinien. 

- Gus, nigdzie nie pojedziesz w tym stanie. 

Patrzył na nią w milczeniu. Bał się otworzyć usta. Sam nie 

wiedział, co mógłby powiedzieć. 

- Posłuchaj, przecież ja nie kazałam ci tu przyjeżdżać 

- powiedziała Mariah. - To była twoja decyzja. Wyglądasz 

jednak tak, jakbyś był wyczerpany. Jesteś bardzo blady. Nie 

powinieneś ruszać w podróż. Nie chcę mieć ciebie na su­

mieniu. 

Gus nie umiał znaleźć żadnych argumentów. Na twarzy 

Mariah malował się nie znany mu dotąd wyraz determinacji. 

- Tak sądzisz? - zdołał tylko powiedzieć. 

Mariah oparła dłonie na biodrach. Miękki materiał spodni 

rozciągnął się na jej płaskim brzuchu, ukazując drobne wznie­

sienie pępka. To wcale nie ułatwiło Gusowi sytuacji. 

-' Gus, przecież nie masz ochoty jechać dokądkolwiek 

o tej porze, prawda? 

Gus wiedział aż za dobrze, na co ma ochotę, i nie miało to 

nic wspólnego z jazdą samochodem. Wątpił jednak, czy mó­

głby jej o tym powiedzieć. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

81 

- Nie chciałem robić ci kłopotu - powiedział lekko ochry­

płym głosem. 

- W porządku. Przyjęłam ten fakt do wiadomości. Jeśli to 

poprawi ci samopoczucie, pokażę ci tylko, gdzie jest pościel 

i łóżko, na którym będziesz spał. Reszta zależy od ciebie. 

Gus wiedział, że został pokonany. Ta kobieta mogłaby 

dawać lekcje uporu osłom i mułom. Jakże inaczej dałaby radę 
przyjechać tutaj i od razu zająć się dzieckiem i domem z tak 
kontuzjowaną ręką? 

- Piękne dzięki, ciociu Ri - powiedział, uśmiechając się. 

- Na pewno mi nie zaszkodzi, jeśli spokojnie prześpię tę noc. 

Jutro nadrobię stracony czas. 

- Jaki jesteś miły - ucięła cierpko. Wyszła szybko z ku­

chni, po czym wróciła ze starym, nakręcanym budzikiem. 

Postawiła go na stole. 

- Nastaw go i wstań tak wcześnie, jak ci to odpowiada. 

Zrób sobie śniadanie i zamknij za sobą drzwi, gdy będziesz 

wychodził. Życzę ci szerokiej drogi! 

No tak. Ale się na niego wkurzyła! 
- Posłuchaj, Mariah, skoro już mówimy o drzwiach... 

- I staraj się nie obudzić Jessie. 
- Niech to cholera weźmie, kobieto... 

- Byłabym ci wdzięczna, gdybyś nie klął w tym domu. To 

jest zły przykład dla dziecka. 

- Dziecko już śpi! - prawie krzyknął; Mariah uciszyła go 

gniewnie. 

- Chodź, pokażę ci, gdzie jest łóżko i pościel. 

Poszedł za nią. Podeszwy jego kowobojskich butów skrzy­

piały głośno na starych, drewnianych schodach. Widzieliście, 

a to dopiero wielka dama! Jej wysokość księżna Mariah, pani 
na Muddy Landing! Miał ochotę dać jej porządną nauczkę! 

background image

82 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Gus zasnął prawie natychmiast, ledwie dotknął głową po­

duszki. Poduszka, jak i reszta pościeli, miała lekko stęchły 

zapach. Posłanie było jednak bardzo wygodne, a on czuł się 

bardziej zmęczony, niż sądził. Poszukiwanie słońca bywa bar­

dzo wyczerpujące. 

W środku nocy obudził się, otoczony ciemnością i ciszą. 

Przez jakiś czas nasłuchiwał stłumionych, wtopionych w tło 
nocy dźwięków nieznajomego domu. Zastanawiał się, co 

mogło go obudzić. 

Spłuczka. Cieknie spłuczka w toalecie. Ciekawe, czy ten 

dom ma własne ujęcie wody ze studni, czy czerpie się ją 
z sieci miejskiej? Raczej ze studni. Gdzie w takiej dziurze 
miejskie instalacje! 

Chyba nawet słyszał lekki szum hydroforu. 
Jeszcze nie do końca przytomny zaklął cicho i wstał z łóż­

ka. Przesunął palcami po zmierzwionych włosach. Chłodne 

powietrze owionęło jego nagie ciało, rozbudzając go zupełnie. 

Chyba lepiej będzie zrobić porządek z tą spłuczką, zanim 
pompa wyciągnie całą wodę ze studni i zatrze się. 

Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby się ubrać. Nie 

widział nigdzie światła, nie słyszał żadnego dźwięku. Dom 

wydawał się uśpiony. Zakręci na razie zawór, a rano zajrzy 
pod pokrywę spłuczki. To będzie jakiś rewanż za nocleg. 

Jego latarka została w samochodzie, posuwał się więc po 

ciemku wzdłuż ściany. Był prawie przy drzwiach łazienki, 

gdy jego ręka zderzyła się z czymś miękkim i ciepłym. 

- O Jezu! - krzyknął i raptownie cofnął dłoń. 

- Kto to? Gus? 

- To ty, Mariah? Co tu robisz po ciemku? 

- Woda cieknie ze spłuczki. Zacina się czasami, jak się nie 

dopchnie rączki do końca. Wracaj do łóżka, ja się tym zajmę. 

- Mogę obejrzeć tę spłuczkę, skoro już wstałem. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

83 

Czuł żar bijący od jej ciała, które znajdowało się tak blisko, 

czuł zapach bzu i jej czystej, ciepłej skóry. Połączenie, od 
którego kręciło mu się w głowie. 

- Zapalę światło - powiedziała; Gus w tej chwili przypo­

mniał sobie, że jest nagi. 

- Poczekaj! Nie rób tego! 

- Dlaczego nie? Wracaj do łóżka. 
- Proszę cię tylko, żebyś jeszcze przez chwilę nie zapalała 

światła. - Wyczuł, że zrobiła w ciemności kolejny ruch i za­

trzymał ją ręką. Potem wymacał w ciemności jakiś ręcznik 

i owinął się nim w pasie. 

Mariah po ciemku wepchnęła rączkę spłuczki we właściwe 

miejsce. Szum wody wskazywał, że zbiornik się napełnia. 

- Jutro to naprawię - obiecał. 
- Nie rób sobie kłopotu. Nie chcę cię zatrzymywać. Moe 

Chitty przyjdzie i zrobi, co trzeba, kiedy będzie miał trochę 
czasu. 

- Hydraulikowi będziesz musiała zapłacić. 
- Moe Chitty nie jest hydraulikiem. Zajmuje się mechani­

ką samochodową, ale umie naprawić wszystko i dużo nie 
bierze. 

Gusowi nie podobał się ten jakiś Moe Chitty. Pewnie jakiś 

podrywacz, który tylko czeka na pretekst, żeby tu przyjść. Już 

chciał wyrazić głośno swoje wątpliwości, kiedy oboje usły­

szeli ciche kwilenie dziecka. Zamarli w bezruchu. 

- Ciii... - wyszeptała Mariah. - Chyba się jeszcze nie 

obudziła, ale Basil mówił, że kiedy Jessie usłyszy w nocy 

jakieś głosy, chce się znowu bawić. 

- To świetnie. 
- Chyba żartujesz. 
- Owszem, żartuję. 

Stali nadal obok siebie, tak blisko, żeby móc szeptać nie 

background image

84 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

budząc dziecka. Gus przed chwilą wcale nie żartował, tylko 

wolałby bawić się nie z Jessie, ale z jej ciotką. Malutka uwo-

dzicielka ujęła go za serce, ale w tej chwili wolałby porwać 
w ramiona tę starszą. Stojąc tuż przy niej, myślał o tym, jak 
by to było ułożyć ją teraz na łóżku i kochać się z nią długo, 

powoli, aż do rana. Potem zasnąć na trochę, obudzić się i robić 
to znowu, aż oboje nie mieliby sił podnieść się z łóżka. 

- Marian... - szepnął i wyciągnął rękę w jej stronę w tej 

samej chwili, kiedy ona wyciągnęła swoją. 

Stało się to, co było nieuniknione. Zanim dał się ponieść 

gwałtownemu pożądaniu, uświadomił sobie, że zmierzali do 
tego od dawna, od chwili kiedy zderzył się z nią w drzwiach 

stacji benzynowej. 

- Och, Gus... To chyba nierozsądne, co robimy. 
- Ciii... Tym będziemy martwić się później. 

Jak to dobrze, że owinął się ręcznikiem, pomyślał. Nie 

poznali się jeszcze tak dobrze, by mógł ją całować, sam tylko 
będąc nagi. 

Znalazł w ciemności jej usta. Były tak niewiarygodnie 

słodkie, tak dziwnie... znajome. Jedyne na świecie usta, które 
powinien całować. Wszystko w niej było dziwnie znajome, 

jakby tylko dla niego stworzone: smak jej warg, sposób, w ja­

ki drżały na tę krótką chwilę przedtem, zanim przylgnęły do 

jego ust. To, jak jej ciało poddawało się uściskowi jego ra­

mion, łono napierało na jego krocze, a piersi przyciskały się 

do jego torsu. Czuł się jak żeglarz, który dobija do macierzy­

stego portu, jak człowiek odnajdujący swój dom. Zamykając 
oczy w ciemności, usłyszał stłumiony jęk. Nie wiedział na­
wet, kto wydał ten głos, ona czy on. 

Marian objęła go za szyję. Chciałaby mieć sto rąk, aby móc 

dotykać go wszędzie jednocześnie. Jego ciało było takie twar­
de, takie rozpalone. Chyba miał gorączkę! Zsunęła dłonie 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 85 

wzdłuż jego pleców, zaskoczona, że nie ma na sobie piżamy. 

Dotknął jej języka czubkiem swojego... tylko czubkiem. To 

było lekkie, umiejętne pchnięcie, bez zachłannego wciskania 
go do środka. Przesunął nim wzdłuż linii pomiędzy jej war­

gami, drażnił je krótkimi pocałunkami, kąsając jej usta, a po­

tem kojąco gładząc je swoim językiem. Jego broda potęgo­
wała wszelkie wrażenia do tego stopnia, że podniecenie od­
bierało Marian resztki świadomości. 

Gdy poczuła jego dłoń na piersi, jęknęła cicho. Nogi od­

mówiły jej posłuszeństwa, a przez ciało przebiegały gorące 
prądy. Każde miejsce, którego dotknęły ręce Gusa, pulsowało 
żarem. 

Każda cząstka jej ciała płonęła, gdy mięśnie Gusa się na­

pięły. Zmienił pozycję i poczuła na swoim brzuchu jego twar­

dą męskość. Miała na sobie cienką, bawełnianą koszulę i od­
czuwała to prawie tak, jakby była naga. 

Cofnął usta i z tęsknoty za nimi chciała już prawie płakać, 

ale w tej chwili poczuła jego zęby na swojej szyi, język we 

wgłębieniu między szyją i podbródkiem. Jak mogła przeżyć 
tyle lat, nie mając świadomości, jak cudownie wrażliwe jest 
to miejsce? 

Jej nogi drżały z pragnienia, żeby rozłożyć się szeroko dla 

niego. Gus jakby wyczuł jej poddanie, bo wsunął kolano między 

jej uda. Fale żaru emanowały z jego ciała i ogarniały Marian 

nowym płomieniem. Szorstkość jego owłosionego uda na jej 

gładkiej skórze była tak niewiarygodnie podniecająca. 

Zsunęła ręce jeszcze niżej, do jego pasa, a potem objęła 

dłońmi muskularne, męskie pośladki. Kawałek tkaniny spadł 
na podłogę. Jego skóra była jak chłodny atłas. 

- Gus? - szepnęła. 
- Cicho, obudzisz dziecko... - Jego broda łaskotała jej 

szyję, kciuki pocierały jej aż do bólu uwrażliwione sutki. 

background image

86 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Gus, co ty miałeś na sobie? 

- Raczej niewiele. - Głos miał stłumiony napięciem. Wes­

tchnął głośno, gdy ręce Mariah zbliżyły się do niebezpiecznej, 

niczym teraz nie osłoniętej strefy. - Właśnie pozbawiłaś mnie 

mojej togi - szepnął jeszcze bardziej ochryple. - Słuchaj, ko­

chanie, jeśli nie chcesz mieć kłopotów, cofnij ręce w górę od 

równika. 

- A jeśli interesują mnie te kłopoty? 

Gus z jękiem wciągnął powietrze. Zadrżała mocniej, gdy 

jego dłonie opuściły wzgórki jej piersi i zsuwały się w dół, aż 

dotknęły brzegu krótkiej, bawełnianej koszuli. Wsunęły się 
pod nią, okrągłym ruchem powędrowały w poprzek bioder 

i wreszcie zamknęły na pośladkach. Mocno przyciągnął ją do 
siebie, do swego brzucha, do tego miejsca poniżej. 

Wiadomo było, do czego zmierza. Gdyby nie trzymał jej 

tak mocno, nie mogłaby ustać na nogach. Kolana jej drżały, 

oddychała coraz szybciej. Pragnęła tego mężczyzny tak, jak 
nie pragnęła nikogo w swoim życiu. 

Gus obrócił się bokiem. Myśląc, że może chce się odsunąć, 

Mariah wyciągnęła rękę i musnęła dłonią tę naprężoną mę­

skość. Krzyknęła cicho. 

Gus jęknął. Nie mógł już opanować swoich pragnień. Ujął 

jej dłoń i zacisnął jej palce wokół tej części swego ciała, która 

aż pulsowała bolesnym podnieceniem. Mariah krzyknęła 

głośniej niż przed chwilą. Gus zaklął i puścił jej rękę. 

- To była prawa, czy tak? Mariah, kochanie, przepra­

szam cię. 

Chciało jej się płakać, ale nie z bólu. 
- W porządku - wyszeptała. Niestety, czar prysnął. Za 

chwilę mogli już być w łóżku, unosić się na falach namiętno­

ści i pasji, jakich Mariah nie doświadczyła nigdy w życiu. 

Rano Gus odjedzie. Przepadły wszelkie nadzieje. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 87 

- A może by zacząć wszystko od nowa? - zachęcił Gus 

z nadzieją w głosie. 

Oboje jednak wiedzieli, że to niemożliwe. Dać się ponieść 

niespodziewanemu impulsowi to coś zupełnie innego, niż 
podjąć świadomą decyzję, że teraz pójdą razem do łóżka. 

W czasach wczesnej młodości, myślał Gus, kiedy życie skła­

dało się tylko z impulsów, takie chwile nie były problemem. 

Miał dla tej kobiety zbyt wiele szacunku, żeby z pełną 

świadomością wziąć tylko to, co chciał, i odejść. Nie wątpił, 
że ona cieszyłaby się tą nocą tak samo, jak on. Był doświad­

czonym kochankiem i sprawianie kobiecie przyjemności po­
większało jego własną rozkosz. 

Wiedział jednak, że potem odjedzie. Rano już go tu nie 

będzie. Parę dni później, na Outer Banks, pochłonie go nowy 
projekt budowy, opiniowanie tego i owego, zakup materia­

łów. Pośród tych zajęć zapomni o kobiecie i dziecku, któ­
re zostały w małej mieścinie, gdzieś w dalekiej Georgii. Za­
pomni? 

Kogo ty bujasz, człowieku... 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Miał serię dziwnych snów, po których obudził się obolały, 

niezadowolony, z uczuciem przykrej pustki. Poczuł zapach 
smażonego bekonu i usłyszał płacz dziecka. To pozwoliło mu 
wrócić do rzeczywistości. 

Wszedł na dwie minuty pod prysznic; letnia woda płynęła 

słabymi, nierównymi strumykami. Po chwili pojawił się 
w drzwiach kuchni z wilgotnymi włosami, w nie zapiętej je­

szcze koszuli. Mariah kołysała na lewym biodrze marudzącą 
wciąż Jessie. Prawą ręką obracała bekon na patelni. Widać 
było, że utrzymanie w dłoni widelca nadal sprawia jej trud­
ności. 

- Przepraszam, jeśli cię obudziłam - powiedziała. 

- Nic się nie stało. 
Gus miał swoje poranne przyzwyczajenia. Zdarzało mu 

się zaczynać dzień w obecności kobiety, ale nigdy małego 
dziecka. 

- Czy mogę ci pomóc? 

- Może nakarmisz Jessie? Wszystko jest przygotowane. 

Próbowałam przygotować też jakieś śniadanie dla ciebie, ale 
przy dziecku trudno coś zaplanować. - Uśmiechnęła się. 

To nie w porządku, myślał Gus, żeby kobieta wyglądała 

tak atrakcyjnie, mimo iż palcem nie kiwnęła, by zadbać 

o swojąurodę. Jej szlafrok pamiętał lepsze czasy. Włosy miała 
zaplecione w nieporządny warkocz, a na twarzy błyszczącej 

od kremu nie było śladu makijażu. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 89 

Wyglądała mimo to tak słodko, że mógłby ją zjeść. 
Żołądek zaburczał mu z głodu. Zmarszczył brwi, jakby 

chciał za chmurną miną ukryć swoje lubieżne myśli. 

- No, mój króliczku - powiedział, siadając przy dziecku. 

- Wujek Gus zaraz cię nakarmj. Lubimy dobrze zjeść, pra­
wda? - Przy Jessie czuł się pewnie, łatwiej było mu ukryć 
zakłopotanie. Martwiło go to, co zdarzyło się ubiegłej nocy. 

Co gorsza, chciał, żeby się powtórzyło! 
Ta kobieta rzuciła na niego jakieś czary. Był głodny jak 

wilk, nie napił się nawet kawy, ale widok jej bioder opiętych 
starym szlafokiem wystarczał, by wyobraźnia ruszyła pełną 

parą. Tam pod spodem... 

Z wysiłkiem zwrócił uwagę na dziecko. 
- A teraz, mój śliczny aniołku, spróbujemy, jak smakuje 

to żółte papu. Otworzysz ładnie buzię, żebym mógł do niej 

trafić... No, grzeczna dziewczynka! 

Mariah kończyła smażyć jajecznicę, gdy Gus kapnił Jessie 

musem morelowym. Uśmiechał się z rozbawieniem, bo mała 

jadła z apetytem wszystko, co jej podsuwał. Między kolejny­

mi porcjami uśmiechała się, pokazując malutkie ząbki. 

- To zadziwiające - mruknął. 
- Co jest zadziwiające? - Mariah musnęła jego bark, sta­

wiając na stole miseczkę z czymś, co wyglądało jak mokry 
gips. - To kaszka - wyjaśniła. - Powinna to jeść potem... 
Albo najpierw. Basil coś o tym mówił, ale wszystko mi się 

pokręciło. 

- Nie przejmuj się, i tak trafi w to samo miejsce. - Wy­

bierając resztki ze słoiczka, Gus konstatował z dumą, że 
świetnie sobie radzi z niemowlętami. - Wspaniale nam idzie, 
prawda, Jess? - Zapach smażonego bekonu i bzu, bliskość 
ciepłego ciała kobiety trochę go oszołomiły. Wyciągnął po raz 
ostami pełną łyżkę w stronę otwartej ochoczo buzi. - Wiesz, 

background image

90 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

nigdy nie miałem do czynienia z niemowlętami, ale Jessie to 

bardzo mądre dziecko. Popatrz tylko, jak patrzy mi prosto 

w oczy i śmieje się, jakbyśmy opowiadali sobie dowcipy... 

O, widzisz! Ona na pewno mnie lubi. 

Mariah pochyliła się nad stołem i wytarła resztki musu 

z bródki dziecka. 

- A to dopiero! Dlatego pewnie uważasz, że jest taka 

mądra? 

Gus pociągnął ją za warkocz. Mariah roześmiała się, za­

brała pusty słoik i przysunęła miseczkę z kaszką. Coraz wię­
cej rzeczy robiła prawą ręką, choć potłuczone palce nadal ją 
bolały i miały siny kolor. Nalała kawę do kubków. 

Gus zanurzył łyżkę w kaszce i znów się uśmiechnął, bo 

Jessie szeroko otworzyła buzię. 

- Poczekaj, króliczku. Wujek Gus nie jest taki szybki, jak ty. 

Mariah odwróciła się w stronę kuchennego blatu. Promie­

nie porannego słońca oświetlały jej nieskazitelny profil. Pięk­
no może być tylko powierzchowne, myślał Gus, ale nie prze­

staje mimo to być tym, czym jest. To bardzo głęboka myśl, 
choć pojawiła się w jego głowie o siódmej dwadzieścia dwie 

o poranku. 

Jessie nie była zachwycona mokrym gipsem. Wypchnęła 

go językiem z buzi, a na jej twarzy malował się taki niesmak, 

że Gus aż się zadziwił wyrazistością uczuć małego czło­
wieczka. 

- Ri? 

- Słucham?-Mariah nabierała łyżeczką śmietankę z puszki. 

- Nie wydaje mi się, żeby ona to lubiła. 

- Tak? To niech nie je. 

- Ale może powinna - zmartwił się Gus. - Spróbujmy 

trochę tę kaszkę dosłodzić, dobrze? 

Mariah rzuciła mu miażdżące spojrzenie. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 91 

- Wydaje ci się, że więcej cukru to recepta na każdy 

problem? 

Ich oczy spotkały się i patrzyli na siebie na tyle długo, że na 

jej twarzy pojawił się lekki rumieniec. Czy myślała o tym sa­

mym, co on? O tym, że są rzeczy słodsze niż cały cukier świata? 

- Chciałem tylko pomóc - odpowiedział, wzruszając ra­

mionami. 

Parę godzin później pomagał Mariah, naprawiając stopień 

schodów przy wejściu. W szopie na podwórzu znalazł wystar­

czającą ilość desek i potrzebnego materiału. Nie mógł tego 
tak zostawić. Wyobraził sobie, że Mariah któregoś dnia staje 

na tym stopniu z Jessie na rękach... Strach pomyśleć, co 

mogłoby się stać. 

To miało mu zająć godzinę. Najwyżej dwie. No, jeszcze 

powinien naprawić spłuczkę. Przecież i tak zdąży wyjechać. 
Może powinien też zajrzeć do rury odpływowej przy zlewie. 
A drzwi, które obsunęły się na zawiasach? Nie można ich 
porządnie zamknąć. 

Kategorycznie zabronił sobie patrzeć na zagrzybiony sufit. 

Przecież nie zostanie tu jeszcze przez tydzień po to, żeby 

położyć nowy dach! 

- Gus, ja naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć - za­

wołała Mariah, widząc, jak wynosi skrzynkę pełną narzędzi 
z ciężarówki, a potem ciągnie deski z szopy na podwórze. 

Ciekawe, czy ona wie, co może dziać się z mężczyzną na 

jej widok, myślał Gus. Ubrana była w rozciągnięte szorty 

i męską koszulę, Jeśli ta kobieta nie zejdzie mu szybko z oczu, 

nie wiadomo, czy w ogóle zacznie naprawiać te schody. Już 
teraz wolałby zająć się czymś zupełnie innym. 

Odeszła. Gus westchnął z ulgą. Wyjął ze skrzynki zwijaną 

miarkę i zmierzył cyprysową deskę. 

background image

92 

UMOWA !VA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Przyniosłam ci mrożoną herbatę. 

Miarka wypadła mu z rąk. Schylił się po nią i wyprostował 

powoli, nie pozwalając sobie nawet zerknąć na długie, gołe 

nogi Mariah. 

- Dziękuję. Czy ona jest... hmm... posłodzona? 
- To prawie syrop. Zdołałam już poznać twój gust. 

Jeśli głowa Gusa służyła do myślenia, było to jakiś czas 

temu. Teraz panował w niej coraz większy chaos. Nie miał 

pojęcia, dlaczego. Przyglądał się zębom Mariah. Były bardzo 

ładne, ale nie doskonałe. Jeden z nich na przodzie lekko za­

chodził na drugi. Ta drobna skaza jego zdaniem czyniła całość 

jeszcze bardziej fascynującą. 

- Gdzie Jessie? - zapytał mrukliwie. 
- Zasnęła w krzesełku przy stole. Położyłam ją do łóże­

czka. Basil mówił, że ona nie zawsze chce spać po śniadaniu, 

ale jeśli zaśnie, to tym lepiej. 

Przysiadła na ganku. Gus krótkim spojrzeniem ogarnął jej 

pełną wdzięku sylwetkę: wygięte plecy, głowa odrobinę prze­

chylona w bok, ramiona splecione wokół pięknych nóg. Nie 

była to żadna z wystudiowanych póz, które z takim upodoba­
niem przybierała Lisa. Opowiedział o niej, gdy Mariah zwie­

rzyła mu się z paru szczegółów romansu ze sprzedawcą ciąg­

ników, który szukał bezpłatnej opiekunki dla swoich dzieci. 

Gus mówił o związku z Lisa prawie żartobliwym tonem. 

- Wyobraź sobie, że nawet kupiłem jej pierścionek. Oka­

zało się, że gdy przygotowywałem się do tego, aby się jej 

oświadczyć, ona pakowała walizki, żeby wyjechać do Nowe­

go Jorku. Podpisała już kontrakt jako modelka. Ale śmieszne, 

prawda? 

- Jest modelką? - zapytała wtedy Mariah. - W której 

agencji? 

Gus wzruszył ramionami. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 93 

- Nawet jeśli mi powiedziała, zapomniałem. Ja nie pasuję 

do tego towarzystwa. 

Mariah spojrzała na niego z dziwnym wyrazem twarzy, po 

czym podała deser. 

Ta rozmowa miała miejsce ubiegłego wieczoru. Teraz, 

wstając, skierował się do starej szopy. Obejrzał jej bezładnie 
spiętrzoną zawartość, przyświecając sobie latarką. 

- Hej, czy mogę użyć tego, co tu jest? 
- Zapewniam cię, że nikt inny tego nie potrzebuje. Basil 

mieszka w wynajętym mieszkaniu, a żadna z moich sióstr nie 
zamierza przekwalifikować się na stolarza. Przy okazji, jeśli 

przeglądasz rupiecie, zobacz, czy nie ma wśród nich narzędzi 

ogrodniczych. Gdzieś mi przepadła motyka. 

- Wiesz, kiedy wczoraj mówiłaś mi, że lubisz pracę 

w ogrodzie, wyobraziłem sobie jedną z tych dam, które w ka­
peluszu i powiewnej sukni przechadzają się po ścieżkach, zry­

wają kwiaty i wkładają je do koszyka. 

Mariah odrzuciła głowę do tyłu i roześmiała się głośno. 
- Nie wiedziałam, że czytujesz romanse ~ zażartowała. 

- To mi przypomniało, że mogę rozpakować książki, póki 
Jessie śpi. 

Gus popatrzył za nią, gdy odchodziła w stronę domu. Po­

tem wytarł ramieniem pot z czoła. Jeśli zostały mi jeszcze 
resztki rozsądku, pomyślał, naprawię te schody, zrobię porzą­

dek z kanalizacją i wynoszę się stąd. Jak najszybciej, zanim 
znowu przyjdą mi do głowy zakazane myśli. 

Z drugiej strony, nie mógł przecież tłuc w deski młotkiem, 

póki dziecko śpi. Powinien raczej naprawić spłuczkę. 

- To dobrze - ucieszyła się Mariah, kiedy powiedział jej 

o swoich planach. - Żabka do odkręcania rur jest w kuchni, 

w dolnej szufladzie kredensu. Jeżeli będziesz w domu, rzuć cza­

sem okiem na Jessie, dobrze? Ja skoczę na chwilę do miasta. 

background image

94 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Gus zgodził się, oczywiście, choć najbliższe miejsce, które 

wyglądało na miasto, znajdowało się co najmniej pięćdziesiąt 
kilometrów stąd. Chyba że miastem nazywała Muddy Lan­

ding. Widział, jak ruszała z zasłanego igliwiem podjazdu, 
i zastanawiał się, czy stać ją na nowe opony. Te łyse są na­

prawdę niebezpieczne. Ale z finansami może być u niej kru­

cho... Mówiła, że szuka nowej posady. 

Jakie też mogą być możliwości pracy w takiej wsi, która 

składa się z kilkunastu większych domów, dwóch sklepów, 

warsztatu samochodowego i kościoła? Nad rzeką widział po­

mosty z palikami do mocowania łodzi, ale cóż to za rzeka? 
Mógłby przez nią splunąć na drugi brzeg. 

W czasie nieobecności gospodyni wyłączył główny zawór 

wody i przejrzał doprowadzenia ze studni. Wszystko wyglą­

dało na jeszcze starsze niż dom. Zwykle sam nie zajmował 

się hydrauliką na swoich budowach, ale nie trzeba było spe­

cjalisty, aby przekonać się, że rury są do niczego, zawór 
pompy tonie w wodzie, a przy zbiorniku spłuczki trzeba 

zmienić pływak. 

Czy w tym sklepie, w którym pracowała, są części hydrau­

liczne? 

Człowieku, tłumaczył sobie, to nie jest twój problem. Cie­

bie tu prawie nie ma, zrozumiano? 

Sęk w tym, że Marian go intrygowała. Gus lubił zagadki. 

Niech skonam, jeśli się mylę, pomyślał, ale kobieta z taką 
twarzą i figurą z łatwością znalazłaby pracę modelki. Ba, gdy­

by była dość obrotna, mogłaby trafić nawet do telewizji. 

Co więc, na Boga, robiła w takiej zapadłej dziurze jak 

Muddy Landing, zajmując się dzieciakami i marnując swoje 

najlepsze lata w wiejskim sklepie z żelastwem? 

Znacznie później tego popołudnia Gus nadal naprawiał 

schody. Marian miała dość mieszane odczucia, gdy jej powie-

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 95 

dział, że skoro już się do tego zabrał, powinien to zrobić 

porządnie. W szopie było dużo desek: zostały tam jeszcze 
z czasów, gdy ojciec Marian planował zbudować coś, co 

nigdy nie wyszło poza fazę pomysłu. Con Brady miał dużą 
wprawę w rozpoczynaniu różnych przedsięwzięć, z poczyna­

niem dzieci na czele. Doprowadzanie spraw do końca nie szło 
mu już tak łatwo. 

Marian rozmyślała nad tym, co by było, gdyby ojciec nie 

odszedł. Może lepiej, może gorzej. Dobrze pamiętała, jak to 
wyglądało potem, gdy matka nie wypuszczała już z ręki bu­
telki. To był naprawdę trudny okres. 

Potem pomyślała o tej krótkiej, jakby ukradzionej komu 

innemu chwili w ciemności, z Gusem. Zbieg okoliczności, 
przypadek, który zdarzył się dlatego, że nikt jej od dawna nie 
całował. Zareagowała tak mocno, bo nikt nigdy nie pieścił jej 
w ten sposób. 

W końcu dorosła kobieta ma pewne potrzeby. 

Przypomniała sobie Vance'a Brubakera i ochłonęła. To do­

brze, że jest na tyle rozsądna, żeby nie bujać w obłokach 
dłużej, niż przez chwilę. 

Gus jako mężczyzna też ma swoje potrzeby. Miał w życiu 

pewnie tyle kobiet, że może nie wszystkie pamięta. Mówił, 
że niedawno bliski był myśli o małżeństwie. Kimkolwiek jest 
ta Lisa, musi być wyjątkowo głupia. Nie chcieć takiego męż­

czyzny. .. 

- Zrobię ci dobrą kolację - obiecała, trzymając koniec 

deski, którą właśnie piłował. Chciała mu się jakoś odwdzię­

czyć za pomoc. Nie było jej stać, żeby mu zapłacić, przynaj­

mniej do czasu, kiedy znajdzie pracę. 

Rozmawiali o tym, jedząc pieczone kurczaki, kaszę jęcz­

mienną i duszone warzywa z jej ogrodu. 

- Kiedy byłam rano w mieście, zatrzymałam się w sklepie 

background image

96 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

u Grovera. Nie miałam nadziei, że wrócę do swojej dawnej 
pracy, ale myślałam, że może potrzebują kogoś do administra­
cji. Grover potwierdził jednak to, co wcześniej słyszałam. 
Będą zamykać interes. Firma, która ma dużą sieć podobnych 

sklepów, otwiera nową placówkę w Darien. 

- To co będziesz robiła? 

Mariah wzruszyła ramionami. 

- Nie wiem. Coś w końcu znajdę. - Będę musiała, po­

myślała. 

Nie wróci do Vica. Za nic. Pieniądze to nie wszystko. Nie 

nadawała się do życia, w którym na wszystko brakuje czasu, 

życia pośród fleszów i kolorowych neonów. Jeszcze parę mie­
sięcy i odzwyczaiłaby się od Muddy Landing. W tamtym ży­
ciu nie było problemów z kanalizacją. Mogła podnieść słu­
chawkę telefonu i zamówić, co tylko chciała, jeśli nie miała 
ochoty gotować. Gdy przychodziła do domu obładowana za­
kupami, portier otwierał przed nią drzwi. Jak mogłaby wrócić 
tutaj, gdyby przywykła do czekoladek i kwiatów, do zapro­

szeń, które dostawałaby od dobrze ubranych mężczyzn, jeż­
dżących luksusowymi samochodami? 

Gdyby została, nie byłaby tam szczęśliwa. Ani w Nowym 

Jorku, ani w Palm Beach. Czułaby się jak manekin, służący 
do pokazywania pięknych strojów, jak mówiąca lalka, nakrę­

cana przez człowieka nazwiskiem Vic Chin. A zaproszenia od 
mężczyzn miałyby swoją cenę, której nie chciała płacić. 

- Co robiłaś na Florydzie? 

Pytanie Gusa zaskoczyło ją zupełnie. Tak, jakby czytał 

w jej myślach. Jeśli on ją lubił - a widać było coraz wyraźniej, 
że tak - chciała, żeby lubił ją za to, kim była naprawdę, a nie 
za to, jak wyglądała. 

- Pracowałam tam prawie przez rok. Sporo w tej pracy 

podróżowałam, ale już do niej nie wrócę. Nie lubię podróżo-

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 97 

wać samolotem i poza tym źle się czuję w dużych miastach. 
Myślę, że jestem typową prowincjuszką. Czy to źle? 

Gus wyciągnął rękę przez stół i włożył na swój talerz do­

datkową porcję duszonych warzyw. 

- Nie, dlaczego? Ja też nie lubię być otoczony przez tłum 

obcych ludzi, szczególnie na małej przestrzeni. Sporo zależy 
od tego, gdzie człowiek spędził dzieciństwo. Ja wychowałem 
się w Durham, a teraz nawet i tam źle się czuję. 

Również po tym posiłku Gus nalegał, że pozmywa naczy­

nia. Jessie bawiła się spokojnie w swoim kojcu, zajęta pękiem 
kluczy, które jej dał. Przedtem jednak dokładnie je umył. 
Mariah była tym ubawiona. 

- Ona brała już do ust wszystko, co znajduje się w tym 

domu, nie wyłączając śmieci z podłogi. 

- Może tak, ale wolę potem nie słyszeć, że Gus Wydowski 

otruł dziecko brudnymi kluczami. - Uśmiechnął się. 

Mariah tak bardzo chciała zapamiętać iskierki w jego 

oczach i błysk zębów, kiedy się uśmiechał. 

Sięgnęła po resztki kupionego ciasta, które chciała podać 

na stół. Gus bez zastanowienia objął ją w pasie. Powoli wstał 

i odsunął krzesło, na którym siedział. Mariah głośno wes­

tchnęła. Przypomniała sobie to samo co on. 

Wczorajsza noc. Oni oboje, spleceni w uścisku, płonący 

takim pragnieniem, że ledwie zdołali się opanować. 

Szybko cofnął ręce. Przesunął dłonią po włosach, ode­

tchnął głośno i powiedział: 

- Przepraszam, chyba jednak nie będę jadł ciasta. 

- Gus, nie przejmuj się - Mariah powiedziała to cichym, 

ale stanowczym głosem, żeby wiedział, że jej emocje są pod 

kontrolą. - My tak działamy na siebie, i tyle. To może się 
zdarzyć każdemu w podobnych okolicznościach i nie musi 

nic znaczyć. 

background image

98 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Wiesz przecież, Mariah, że za nic na świecie nie chciał­

bym cię skrzywdzić. 

- Wiem, Gus. Jesteś takim miłym człowiekiem i naprawdę 

dobrym przyjacielem. Szkoda by było, gdyby... fizyczne po­

żądanie zepsuło naszą przyjaźń. Kto wie, może znowu kiedyś 

będziesz tędy przejeżdżał i będziesz chciał się tu zatrzymać. 
Pamiętaj, nie wahaj się. Na mnie możesz zawsze liczyć. 

- No, cóż... - Gus gładził się ręką po karku. Czuł, że 

mięśnie aż mu stężały z wewnętrznego napięcia. - Dobrze 

jest mieć różne możliwości - stwierdził, choć jego oczy mó­

wiły coś całkiem innego. Coś, co sprawiło, że serce Mariah 

zaczęło bić szybszym rytmem. 

Jessie zgubiła klucze w fałdach kocyka w kojcu i zaczęła 

kwilić, prosząc o pomoc. 

Gus sięgnął po nie w tym samym czasie co Mariah. Ich ręce 

spotkały się na dnie kojca. To, co przy rym odczuli, było

v

jak 

porażenie prądem. Mariah spazmatycznie wciągnęła powietrze. 

- Mówiłeś, że chcesz jechać do Savannah? 
- Tak powiedziałem wczoraj. Jak poradzisz sobie z Jes­

sie? Przecież możesz posługiwać się tylko jedną ręką. Nieraz 
będziesz musiała dokądś pojechać. Nie masz nawet fotelika 
samochodowego dla dziecka. - Zamierzał zadzwonić w tej 

sprawie do któregoś supermarketu w pobliżu, ale nie miał na 

to czasu. 

- Jakoś tu przyj echałam bez prawa j azdy, prawda? Poradzę 

sobie również bez fotelika. * 

Gus wrzucił klucze do kojca i odwrócił się w jej stronę. 

Nagromadzone emocje eksplodowały wybuchem gniewu. 

- Niech to cholera weźmie, kobieto! Mnie nie obchodzi, 

czy wlepią ci mandat, ja mówię o bezpieczeństwie Jessie! 
Tylko dlatego, że jesteś taka uparta i nie chcesz przyznać, że 

potrzebujesz pomocy... 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

99 

~

 Gdybym potrzebowała pomocy, w tym mieście jest wie­

lu ludzi, do których mogę zadzwonić. Mam jeszcze kilku 

przyjaciół w Muddy Landing, wyobraź sobie. 

Tuż za nimi Jessie w skupieniu oglądała pęk kluczy. 

W końcu znalazła ten, którego szukała, i triumfalnie włożyła 
go sobie do buzi. Gus i Mariah spoglądali na siebie. 

Mariah poddała się pierwsza. Westchnęła ciężko. 

- No dobrze, zadzwonię do Basila i zostawię wiadomość, 

żeby przysłał tu fotelik dla Jessie. On pracuje przy sieci kom­

puterowej. Może przesłać wszystko wszędzie. 

- Uważasz, że foteliki można przesyłać za pomocą kom­

putera? - Gus uniósł kpiąco brew. Tak bardzo chciałby wziąć 

ją teraz w ramiona, choć z drugiej strony obawiał się jej do­

tknąć. Wyglądała na zmęczoną i przygnębioną. To sprawiało, 
że pragnął jej jeszcze bardziej. Od wymarzonej kobiety swego 

życia oczekiwał przede wszystkim tego, by być jej potrzeb­
nym. Przez to pragnienie nieraz znalazł się w opałach. 

- Posłuchaj, może po prostu zostanę tu jeszcze do ju­

tra? Jest szansa, że znajdziemy jakiś fotelik w Muddy 

Landing. Przecież tutejsi ludzie też mają samochody i małe 
dzieci. 

Wieczorem, gdy Mariah położyła już Jessie spać i sama 

poszła do łóżka, Gus znalazł się z powrotem w dziennym 
pokoju. Nie mógł spać. Telewizor nadawał się na złom. Obraz 
trząsł się i falował. To, co widział, przypominało film science 

fiction. Wszystkie postacie na ekranie miały głowy pomięte 

jak włoskie orzechy. 

Wyłączył telewizor i wziął do ręki wczorajszą gazetę. Od­

łożył ją po chwili. Rozejrzał się dookoła. Pokój nie był do­
kładnie wysprzątany, ale ten lekki nieporządek dodawał mu 
przytulności. Tam, gdzie ma być wygodnie, nie musi panować 

background image

1 0 0 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

sterylna czystość. Gus czuł się tu „po domowemu". Nie pa­
miętał miejsca, w którym ostatnio było mu tak dobrze. 

Nadal stało tu pudło z książkami. Przenosił je już tyle 

razy... Może je rozpakować i wynieść, gdy będzie puste. Nie 
wiadomo, kiedy Marian znajdzie wolną chwilę, żeby to zro­
bić. Dziecko zajmuje tyle czasu, a do tego jej ręka... 

Przesunął kilka drobiazgów na brzeg półki, robiąc miejsce 

na książki z pudła, które zaczął wyjmować i układać rzędami. 

Zapełnił już dwie półki, gdy w ręce wpadł mu album z foto­
grafiami. Początkowo nie zamierzał go otwierać, ale gdy zerk­
nął na jedną z jego stron, nie mógł się oprzeć. 

Oto mężczyzna i kobieta, z oczami zmrużonymi w ostrych 

promieniach słońca, stojący obok pontiaca z początku lat 

pięćdziesiątych. Czy to rodzice Mariah? Mężczyzna był wy­

soki, kobieta niewielkiego wzrostu. Znajdowała się w jego 

cieniu, dosłownie i pewnie też w przenośni. Potem kilka zdjęć 
tej samej kobiety z dwójką dzieci, chłopcem i dziewczynką. 
Już nie było na nich mężczyzny. Na kolejnym zdjęciu kobieta 
z tą samą parą i niemowlęciem na kolanach. Gus przypusz­

czał, że niemowlę to Burdina, a stojący przy matce chłopak 
to Basil. Wyglądał trochę matołkowato. Najstarszym dziec­
kiem musi być Mariah. Dłuższą chwilę przyglądał się chu­
dziutkiej, wysokiej dziewczynce w zbyt luźnej sukience, 
z ciasno zaplecionymi warkoczykami i wystającymi kolana­
mi. Nosiła okulary. Nie była ładnym dzieckiem. To było wi­
dać, choć na większości fotografii patrzyła w dół, na swoje 
bose stopy. Biedny dzieciak, matka nawet nie pomyślała 

o tym, żeby porządnie zapleść jej warkoczyki. Może nie miała 
czasu. 

Gus dalej przewracał kartki albumu, przyglądając się dłu­

żej zdjęciom, na których była Mariah. Nie było ich wiele. Na 
następnych stronach zniknęła z fotografii postać kobiety 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 0 1 

i większość z nich przedstawiała dzieci w czasie szkolnych 

uroczystości czy wycieczek. Żadne z dzieci nie było podobne 
do Mariah takiej, jaką teraz znał. Może tylko jedna z dziew­

cząt, prawdopodobnie Alethia, przypominała siostrę stanow­

czym zarysem podbródka. Zamykał już album, gdy spomię­
dzy ostatnich, pustych kart wyśliznęło się kilka błyszczących 
fotografii większego formatu. Widać było, że zrobił je zawo­
dowiec. Nie mogły należeć do rodzinnego albumu. Już cho­

wał je z powrotem do środka, gdy para znajomych nóg przy­
ciągnęła jego uwagę. Długie, szczupłe, błyszczące od olejku, 

wyglądały na jeszcze dłuższe w kostiumie kąpielowym, który 

z boku wycięty był aż do pasa. 

Modelka stała na plaży z rozwianymi włosami, których 

pasma częściowo zakrywały jej twarz. Wiatr rozwiewał też 
poły szerokiej, prawie przezroczystej bluzki, którą dziewczy­
na przytrzymywała jednym palcem. Włosy zakrywały czoło 

i oczy, ale dół twarzy był dobrze widoczny. Rozpoznał te 
szerokie, pięknie zarysowane usta i delikatny, choć mocny 

podbródek. 

Gus zaklął cicho. Następny cios, który przebrał miarę go­

ryczy. Nie widzącymi oczami wpatrywał się w dwie fotogra­

fie; na drugiej z nich Mariah była mniej roznegliżowana. Po­

tem wsunął je pomiędzy kartki albumu, który schował z po­
wrotem do pudła. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Wszystko to miało swój dalszy ciąg następnego ranka. Gus 

był w okropnym nastroju. Nie mógł zasnąć prawie do świtu. 

Myślał o Dinie, która złamała mu serce prawie dwadzieścia 
lat temu. Lisa zraniła jego najgłębsze uczucia ledwie przed 

paroma tygodniami. Gdy wreszcie zasnął, śniły mu się obie, 

jak zawinęły do przystani przy Little Charlie jachtem o roz­

miarach lotniskowca. Pytały go o Gusa. 

Próbował im wytłumaczyć, że on jest tym, którego szukają, 

ale wyśmiały go i kazały mu poszukać prawdziwego Gusa. 

Potem znalazł się na rusztowaniu jakiejś budowy i próbował 
dostać się na piętro budynku, który nie miał ani schodów, ani 

okien. 

Naprawdę miewał w życiu przyjemniejsze sny. 
- Powiesz mi wreszcie o dalszym ciągu twojej zawodowej 

kariery, czy wolisz dalej bawić się ze mną w kotka i myszkę? 
- zapytał ostrym tonem, ledwie Mariah weszła rano do kuch­
ni. Był wściekły, że go oszukała, a przede wszystkim zły, że 

aż tak się tym przejmuje. 

- Dalszy ciąg mojej... Och, masz na myśli moją pracę 

modelki? Skąd się o tym dowiedziałeś? 

Na twarzy Gusa pojawił się zjadliwy uśmiech. 
- Miałaś nadzieję, że nie znajdę tych zdjęć? Pewnie dla­

tego nie ruszałaś pudła z książkami? 

- Gus, na miłość Boga! Zostawiłam pudło nie rozpakowa­

ne tylko dlatego, że musiałam na półkach ustawić inne przed-

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

103 

mioty, które mogłyby dostać się w ręce Jessie. Na książki nie 
było już miejsca. A poza tym, w czym problem? 

- Więc to tym zajmowałaś się tam, na Florydzie? 

- Tak, i co z tego? 
- Co z tego? To dlaczego trzymałaś to w tajemnicy? I po 

co wciskałaś mi ten kit o ciężkiej pracy w sklepie? 

- Pracowałam w sklepie przez dwanaście lat. Nawet dłu­

żej, jeśli liczyć wcześniejszą pracę na godziny po szkole. 
Modelką byłam krócej niż rok. 

- Dlaczego to rzuciłaś? 

Mariah popatrzyła na niego, jakby wątpiła w jego zdrowe 

zmysły. 

- Bo Basil potrzebował mojej pomocy. Przecież o tym 

wiesz. 

- Musiał być inny powód. Żadna kobieta nie rzuca pracy 

modelki, żeby zostać niańką dziecka swojego brata. 

- Jak widzisz, znalazła się taka, która to zrobiła. 
- Ale przecież do tego wrócisz, prawda? To całe szukanie 

pracy tutaj... Udawałaś tylko, prawda? 

- Wolisz jajecznicę na boczku czy na kiełbasie? 
- Na kiełbasie! A więc, wracasz do tamtego zajęcia czy 

nie? 

- Wracam, czy nie wracam, to nie twoja sprawa. Nie je­

stem Lisa. 

To prawda. Nie była Lisa. Była sobą, Mariah Brady, i to 

jest jedna z przyczyn tego, że było mu tak ciężko. 

Gruby, żeliwny rondelek wypadł jej z ręki i potoczył się 

po podłodze. Gus zaklął, schwycił rondel i postawił go na 
kuchni. 

- Ja przygotuję śniadanie - burknął. - Mówiłem ci, że za 

dużo próbujesz robić tą chorą ręką. Sama potrzebujesz pomo­

cy, a przecież musisz opiekować się dzieckiem! 

background image

104 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Marian, rozzłoszczona, wyszła szybkim krokiem z kuchni. 

Gus patrzył za nią z uczuciem rozterki i przygnębienia. 

Przez kolejne dwa dni oboje byli zdenerwowani. Gus znaj­

dował sobie kolejne powody, żeby nie wyjeżdżać. Co jakiś 

czas wybuchały kłótnie o drobiazgi; potem przepraszali się 

i kłócili znowu. Gus miał wrażenie, że wygląda to prawie jak 
życie w małżeństwie, tyle że doświadczał tylko przykrych 

aspektów takiego życia, bez jego przyjemniejszych stron. 
Tymczasem coraz bardziej pragnął właśnie tych przyjem­
ności. 

Byli tak blisko siebie, więc Gus przez cały prawie czas 

znajdował się w stanie fizycznego podniecenia. Tym zresztą 

tłumaczył sobie ciągłe wybuchy gniewu. 

Ciekaw był natomiast, czym Marian jest taka podener­

wowana. 

Tłumiąc coraz silniejsze przypływy pożądania, Gus napra­

wił przedpotopową kanalizację, wymienił poręcz i część słup­

ków ganku od strony podwórza, zalutował kilka ledwie wi­

docznych przecieków w starych miedzianych rurach, dopro­
wadzających wodę ze studni. 

Ręka Marian powoli stawała się sprawna. Na pierwszy 

ogień poszły krzewy z jednej strony podwórza, które Marian 

wykopała i przesadziła na drugą stronę. Gus wciąż powtarzał 

w duchu, że ta dziewczyna ma chyba lekkiego fioła. 

Tak przynajmniej bronił się przed tym, żeby nie wyjąć jej 

łopaty z raje, nie położyć tej upartej istoty na pachnącym 

igliwiu, by kochać się z nią tak długo, aż oboje zapomnieliby 

o powodach, dla których tego dotąd nie zrobili. 

Basil dzwonił od czasu do czasu. Znalazł już Myrtiss. 

Próbowali jakoś dojść ze sobą do porozumienia. Jessie wciąż 
była źródłem nowych niespodzianek i zachwytów. Gus nic 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 0 5 

dotąd nie wiedział o niemowlętach, ale szybko się uczył. Dwa 

razy pojechał do miasta, do sklepu z narzędziami i do dru­

giego, który pełnił rolę supermarketu dla kilkuset tutejszych 

mieszkańców. Miał tam okazję obserwowania rówieśników 

Jessie. 

- Czy ty wiesz, że inne maluchy są strasznie wrzaskliwe? 

- opowiadał. - Piszczą, wrzeszczą, złoszczą się o byle co. 

Czy to normalne? 

Oboje pracowali na dworze: Marian wieszała pranie na 

sznurkach, które Gus niedawno rozpiął między drzewami. 
Gus podpierał ściany szopy, które pochylały się już tak, jakby 

miały zamiar runąć. Teraz zrobili sobie przerwę na odpo­
czynek. 

- Nie znam się na tym aż tak dobrze - mruknęła Marian 

z odcieniem rozleniwienia w głosie, mrużąc oczy od słońca. 
- Przypuszczam, że niemowlęta są różne, podobnie jak doro­

śli ludzie. Niektóre płaczą i marudzą, inne nie. 

Gus przechylił się do tyłu, opierając łokcie na stopniu 

schodów powyżej tego, na którym siedział. 

- Jessie nie marudzi, prawda, mój śliczny króliczku? -

rzucił w kierunku kojca. - Kiedy panienka Jessie zamierza 
coś zrobić, ustala plan akcji, a potem zabiera się do roboty. 
Dziś rano, kiedy byłaś pod prysznicem, widziałem, jak przy­
patrywała się koszykowi na śmieci. Temu, co stoi za pasiastym 

krzesłem. Dumała nad swoim przedsięwzięciem przez parę 
minut; prawie widziałem, jak jej się obracają trybiki w głowie. 
A potem... Niech skonam, na pewno zsunęłaby się z kanapy, 
podciągnęła na blacie stolika, obeszła go dookoła i... 

- Gus, chyba nie pozwoliłeś jej dotrzeć do tego kosza na 

śmieci? Wiesz, że ona wkłada wszystko do ust! 

Gus nie był w nastroju, żeby się gniewać o drobiazgi. 

- Co ty powiesz? - odparł niezbyt ciepłym tonem, prze-

background image

1 0 6 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

czesując palcami brodę. To małe gąsiątko skubało go za nią 
bez ustanku, żuło ją z zapamiętaniem i wcierało w nią połowę 
każdego posiłku. Gus zazwyczaj miał na sobie, nie tylko na 

brodzie, wszystko to, co nie trafiło do żołądka Jessie. Dziś 
włożył ostatnią czystą koszulę. 

Patrzył z pewnym zakłopotaniem na to, co łopotało na 

sznurze w lekkich podmuchach wiatru. Gdy brał prysznic, 
Marian zgarnęła pozostawione przez niego ubranie i włożyła 

je do pralki razem z rzeczami swoimi i Jessie. Teraz wisiały 

razem, w ujmującej za serce bliskości: damskie figi, męskie 

bokserki, dresy, drelichowe spodnie, dalej cały rządek malut­

kich ciuszków dziecka i jeszcze trzy jego koszule. 

Ostre promienie słońca przedzierały się przez gałęzie sosen 

i potężnego drzewa cyprysowego, które osłaniało większą 

część podwórka. 

- Żywica kapie z sosen na mój samochód - powiedział 

Gus, ale nie miał ochoty ruszyć się, by przestawić ciężarówkę. 

- Taki czas; drzewa nabrzmiały już sokami. 
Nie tylko one, pomyślał Gus. Czuł, jak wszystko w nim 

nabrzmiewa, kiedy wdychał zapach żywicy i wilgotnej ziemi 

zmieszany z bagienną wonią pobliskiej rzeki. Gdzieś niedale­
ko stukał w drzewo dzięcioł. Właściwie to w Muddy Landing 

jest całkiem przyjemnie. Cicho tu, spokojnie. To jedno z tych 

miejsc, gdzie czas zatrzymał pół wieku temu. Można polubić 
życie w takim zakątku... 

Wygląda na to, że powinienem wyjechać stąd jak najprę­

dzej, pomyślał. Ktoś taki jak on może wsiąknąć w tę atmosfe­
rę. Ale przecież żadna kobieta, która poznała inny świat, świat, 
w którym żyją modelki, nie wytrzyma długo w takiej mieś­
cinie. 

Spojrzał w stronę kojca, gdzie Jessie, w plastikowej misce 

na głowie, o której widocznie zapomniała, przyglądała się 

L MOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 0 7 

swojej ubrudzonej rączce. Wyciągała tę rączkę przez szpary 

kojca i badała smak ziemi. Ta ziemia jest chyba dość czysta 

po ostatnim deszczu, pocieszał się Gus. 

Gdy tylko deszcz przestał padać, zrobiło się tu bardzo 

gorąco. Taka pogoda sprawia, że człowiek staje się leniwy, 

zbyt leniwy, żeby walczyć z czymkolwiek, również z poku­

są... 

Przeniósł wzrok na Marian, która siedziała na stopniach 

poniżej. Leniwie trącała bosą stopą koniec porzuconego obok 
szpadla. Gus przypomniał sobie, jak wyglądała na tej błysz­

czącej fotografii, z odsłoniętymi nogami, w tej podniecająco 

przezroczystej bluzce, którą przytrzymywała na piersi tylko 

jednym palcem. 

Teraz wyglądała jeszcze bardziej zmysłowo. Włosy upięła 

w kok i tylko pojedyncze, kręte pasma wymykały się z węzła, 
opadając na szyję i policzki. Jej skóra, przynajmniej ta nie 
osłonięta, miała teraz głębszy odcień kości słoniowej od pracy 

na świeżym powietrzu. Gus uznał, że jak długo żyje, nie 
widział czegoś tak rozkosznego dla oczu, jak jej odsłonięty 

kark. 

- Chyba przygotuję lunch - zamruczała, podnosząc się 

z ociąganiem. - Mam ochotę na małe co nieco. 

- Dobrze. Ja tymczasem skończę z tą szopą. Potem zbiorę 

się do odjazdu. 

Gus też miał ochotę na małe co nieco, ale to był całkiem 

inny głód. Każdego ranka, odkąd tu przyjechał, postanawiał 

sobie, że wyjedzie przed końcem dnia. Ubiegłego wieczora 

rozstali się, nie mówiąc sobie nawet „dobranoc". 

Jednak nadal tu był. Próbował wmówić sobie, że to ze 

względu na Jessie. Małe, błękitnookie stworzonko z tyłecz­
kiem owiniętym pieluchą zawojowało go całkowicie. To była 

jednak zaledwie część prawdy. Najważniejszą przyczyną była 

background image

108 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 0 9 

ta kobieta, która oczarowała go bez reszty. Przy niej zaczynał 
wierzyć w pewne rzeczy, w które zabronił sobie wierzyć daw­
no temu. 

Kto się raz sparzy, ten na zimne dmucha, jak mówi przy­

słowie. Gus sparzył się o co najmniej jeden raz za dużo. 
Zimne czy gorące, najbezpieczniej jest się nie zbliżać. 

W porze kolacji Jessie była wyjątkowo marudna. To się 

dotąd nigdy nie zdarzało. Rozrzucała mieloną wątróbkę z gro­

szkiem na wszystkie strony. W końcu z rozmysłem cisnęła 
miską o podłogę. Po tym wyczynie spojrzała na Gusa z takim 

wyrazem twarzy, jakby chciała powiedzieć: „No, rusz się, 

duży człowieku, ja się świetnie bawię". 

Duży człowiek wiedział, że nawet malutkie kobiety mie­

wają swoje humory. 

- No, kwiatuszku, gdybym nie widział, jaką masz z tego 

powodu frajdę, to wyjąłbym cię z krzesełka i kazał wylizać to 

wszystko z podłogi. - Powiedział to mrukliwym tonem, ale jego 
potężna dłoń pieszczotliwie gładziła małą stopkę dziecka. 

- Ja ją wezmę - powiedziała Marian. Sięgnęli po dziecko 

w tej samej chwili i ich ręce się zetknęły. Gus odruchowo 
podtrzymał Marian, ujmując ją za ramiona. Na krótką chwilę 

jej głowa spoczęła bezwładnie na jego ramieniu. 

Gus przymknął oczy, by opanować to, co rozpętało się 

w jego wnętrzu. 

- Przecież ty zasypiasz na stojąco. 
- Zmęczyłam się tym kopaniem. Wyszłam z wprawy. Jo­

ga nie utrzymuje sprawności aż do tego stopnia, jak mi się 
zdawało. 

Joga? O czym ona mówi? W tej chwili nie był jednak 

w stanie zwracać uwagi na drobiazgi. Cały wysiłek woli skie­

rował na to, by nie porwać jej w ramiona. 

Marian westchnęła. 
- Wykąpię Jessie i położę ją spać. Jeśli z nią dzieje się coś 

niedobrego, muszę zadzwonić do Basila i dowiedzieć się, co 

powinnam zrobić. Może tylko wyrzyna jej się kolejny ząb. 

Czy nie myślisz, że dlatego kaprysi? 

- Przypuszczam, że tak - odpowiedział Gus, nadając swo­

jemu głosowi ton głębokiego przekonania. - Dobrze, rozbierz 

małą i przygotuj kąpiel. Włożę naczynia do zlewu, a potem 

zajmę się dzieckiem. Sforsowałaś rękę tym kopaniem i powin­

naś odpocząć. Może masz ochotę na drinka? 

- Gus, ty naprawdę nie musisz... 

- Nie trać energii na protesty. A więc każdy robi swoje. 

Raz, dwa! 

Patrzył, jak wyjęła z kojca popłakującą Jessie. Poruszył go 

widok jej zgarbionych ze zmęczenia pleców i cieni pod ocza­

mi. Może wstawała do dziecka ubiegłej nocy? Jeśli się śpi 
w tym samym pokoju z płaczącym maleństwem, trudno tego 
uniknąć. 

Teraz pragnął, żeby ta historia ze zdjęciami w ogóle nie 

miała miejsca. Wolałby ich w ogóle nie znaleźć. 

Poza tym ten łobuz, Basil, nie powinien podrzucać jej 

swojego dzieciaka tuż po tym, co przeżyła na stacji benzyno­

wej i kiedy musiała jechać w fatalnym stanie taki kawał drogi. 

Gus nawet nie umiał sobie wyobrazić, że mógłby tak wyko­

rzystać swoją siostrę. Owszem, Angel czasami cerowała i ła­
tała jego ubrania, gdy zatrzymywał się u niej przejazdem, 
nieraz przyrządzała mu coś pysznego, ale on starał się jej 

zawsze odwdzięczyć. Przecież odbudował jej dom po po­

żarze! 

A ten Basil jak się zachował wobec swojej siostry? Zo­

stawił ją samą z dzieckiem na takim odludziu! Ech, szkoda 
gadać! 

background image

110 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Ułożył dość bezładnie naczynia w zlewie i skierował na 

nie strumień gorącej wody. Przyrzekł sobie, że jutro pójdzie 

do miejscowego ślusarza i każe mu wymienić wszystkie za­
mki w drzwiach. Potem poszuka sklepu ze sprzętem gospo­

darstwa domowego i kupi zmywarkę do naczyń. Suszarkę do 

bielizny też. Kobieta taka jak Mariah, niezależnie od tego, co 

będzie robić w przyszłości, nie powinna tkwić w takiej rude­

rze, mając za najbliższego sąsiada zdziwaczałego pszczelarza 

o dwa kilometry stąd! 

Przecież ona niszczy sobie ręce, piorąc i myjąc naczynia, 

niszczy sobie twarz na tym słońcu, pracując w ogrodzie! 

Jakoś nie przyszło mu do głowy, że Mariah mogłaby nie 

przyjąć jego podarunków. Gus zawsze był hojny dla kobiet. 

Kupował im biżuterię, perfumy, czekoladki, kwiaty. Nawet 

czasami bieliznę. Lisa uwielbiała drogą bieliznę, duże błękit­
ne opale i dobrego szampana. 

Tak się złożyło, że podarunki dla Mariah będą trochę bar­

dziej praktyczne. W czym problem? 

Zostawił naczynia w zlewie, żeby odmokły, i poszedł do 

łazienki wykąpać Jessie. Odsunął Mariah na bok. 

- Nawet nie próbuj brać jej na ręce. Ona się wije jak 

węgorz. Tak, wujek Gus zajmie się tobą... Ale nie jedz mydła, 
króliczku! Ono wcale nie jest smaczne, choć ładnie pachnie. 

Mariah podała mu ręcznik. Gus owinął nim dziecko i po­

sadził jej na kolanach. 

- Daj mi puder, dobrze? 

Gus ze zmarszczonymi brwiami obserwował, jak Mariah 

pudrowała różowy tyłeczek i zakładała małej pieluszkę. Po­

tem wciągnęła jej przez główkę maleńką koszulkę. Zwykle 

Jessie radośnie akceptowała ten wieczorny rytuał. Dziś gry­
masiła przez cały czas i wpychała do ust wszystko, co miała 

pod ręką. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

111 

- Chyba rzeczywiście wyrzyna jej się ząb - powiedziała 

Mariah. Gus skinął głową. - Wydaje mi się, że dziąsło jest 
trochę spuchnięte, widzisz? 

Razem położyli ją do łóżka i podali butelkę ze smoczkiem. 

Potem Gus skończył zmywać naczynia. Z pewnym wysiłkiem 
skierował swoje myśli na czekające na niego kontrakty bu­

dowlane. Dwa domy, każdy oszacowany na kwotę dwustu 
pięćdziesięciu tysięcy dolarów, to nie byle gratka dla firmy 
budowlanej. Jego przedsiębiorstwo cieszyło się bardzo dobrą 

opinią. Miał na swoim koncie wiele budów skończonych 
przed terminem i po kosztach niższych od zaplanowanych. Po 

latach starań o dobrą pozycję na rynku mógł teraz wybierać 

klientów. A także lokalizację. Wypracował sobie dobre kon­

takty z inspektorami budowlanymi, podwykonawcami i ad­

ministracją wielu okręgów stanu. Był kawalerem bez żadnych 
zobowiązań i lubił ten styl życia. 

Teraz powtarzał sobie, że pora wrócić do tego, co było dla 

niego dobre i bezpieczne. Pora wrócić do pracy i zapomnieć 
o kobiecie, która go intrygowała, ale też odrywała od dotych­
czasowego życia. 

Nie mógł zasnąć tej nocy. Może udzielił mi się niepo­

kój Jessie, myślał. Leżał bezsennie na nie swoim łóżku, 
w obcej sypialni, na pościeli, która pachniała bardziej słoń­

cem niż proszkiem do prania. Przez otwarte okno dobiegał 
go cichy szept wiatru w gałęziach sosen i stłumiony krzyk 

sowy. 

We własnym domu słyszałby szmer strumyka, który toczył 

swe wody w skalistej rynnie tuż pod oknem sypialni. Nad 
oceanem słyszałby kojący szum przypływu. 

Czas wracać do domu, powtarzał sobie po raz setny. Wyśpi 

się jeszcze porządnie tej nocy, rano załatwi parę telefonów i 

background image

112 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

w drogę, na północ. Umocniony w swych zamiarach, starał 

się rozluźnić i zasnąć. 

Nie uświadamiał sobie, ile czasu spał, kiedy coś go obu­

dziło. Usłyszał przez ścianę kwilenie dziecka i cichy głos 
Mariah. Natychmiast wstał z łóżka. Tym razem szybko na­

ciągnął spodnie i zapiął je porządnie. 

- Co się stało? - zapytał niespokojnym szeptem, wcho­

dząc do sąsiedniego pokoju. - Czy mała jest chora? 

- Chyba nie. Nie czuję, żeby miała gorączkę. To na pewno 

ząb. - Mariah siedziała na brzegu łóżka, trzymając dziecko 
w ramionach. Kołysała je lekko, mrucząc jakąś melodię. 

Gus wyszedł na palcach do saloniku i wrócił z fotelem na 

biegunach, w którym bujało się chyba kilka pokoleń Bradych. 

- Usiądź tutaj. Możesz wygodnie się oprzeć - powiedział. 

Wziął od niej dziecko, poczekał, aż usiadła w fotelu, i podał 

jej

 małą. Sam przysiadł na brzegu łóżka. 

- Nie musisz tu być. Idź spać - wyszeptała Mariah. 
- Możesz czegoś potrzebować. 

Owszem, potrzebowała czegoś, ale nie sądziła, aby Gus 

chciał jej to dać. Bardzo jej pomógł, ale zamierzał wyjechać. 
Chciał uciec stąd praktycznie od pierwszej chwili, kiedy prze­
kroczył próg jej domu. 

Ubiegły tydzień był okresem szczególnych doświadczeń. 

Zbyt późno, niestety, zorientowała się, że taka zabawa w dom 
z mężczyzną i małym dzieckiem może być dla kobiety nie­
bezpieczna. 

Szczególnie jeśli tym mężczyzną był Gus Wydowski.Teraz 

wyglądało to prawie śmiesznie, myślała ze smutkiem. Oto 

kołysze się na fotelu z dzieckiem w ramionach, śpiewa jakąś 
kołysankę, a Gus siedzi na skraju łóżka i patrzy na nią. W sła­

bym, różowawym świetle księżyca wyglądał jak niezdarny 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

113 

w swej pierwotnej sile, nie oswojony niedźwiedź. Nie mógłby 
z pewnością być wzorem męskiej urody, ale jednak... 

WieJe Jat temu Mariah snuła zwykłe dziewczęce marzenia. 

Śniła o pięknym księciu, który porwie ją w ramiona i będą 

żyli potem długo i szczęśliwie. Szkoda, że dowiedziała się tak 

późno, że niektórzy książęta z bajki niekoniecznie muszą być 
piękni, bogaci i dobrze ubrani. Niektórzy mogą mieć rozwi­
chrzoną brodę, chodzić w wypchanych drelichowych po­

rtkach i mieć spracowane ręce. Potrafią jednak uśmiechać się 
do kobiety tak słodko, że serce topi się jej jak wosk, zanim 
zdoła pomyśleć o jakiejś obronie. 

- Usnęła - szepnął Gus. Mariah skinęła ze smutkiem gło­

wą; nie chciała jeszcze rozstawać się z ciepłym ciałkiem dzie­
cka, które tuliła do piersi. Jeżeli to miała być jedyna ludzka 
istota, do której mogła się przytulić... 

- Ja ją położę - powiedział Gus. Mariah wstała, czu­

jąc jakiś szczególny podtekst w jego cichym, stanow­

czym sgłosie. Serce zaczęło bić jej tak mocno, że prawie 

je słyszała. 

Odchyliła ozdobioną zajączkami kołderkę i cofnęła się 

o krok, gdy Gus pochylił się nad kołyską. Blada poświata 

księżyca oświetlała jego szerokie plecy. Jaki to dziwny czło­
wiek, pomyślała. Jak mogła przypuszczać kiedyś, że wyszedł 
z więzienia. Przestał być blady już po paru dniach spędzonych 

na słońcu. Chyba nawet trochę przytył dzięki jej tradycyjnej 
kuchni. 

Dotknął ramienia Mariah, sprawiając tym, że jej ciało ob­

lała fala żaru. 

- Chodźmy stąd, niech mała spokojnie śpi. 
- Idź do siebie, Gus. - Czy ten cienki, drżący głos napra­

wdę wydobył się z jej gardła? 

- Mariah... 

background image

14 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Jeżeli wyjdzie z pokoju, wiadomo, co może się zdarzyć. 

)bawiała się tego. Może jeszcze bardziej obawiała się, że nic 

ięnie zdarzy. Od chwili gdy pocałował ją na podjeździe stacji 

enzynowej, coś zaczęło się dziać między mmi. Może nad-

zedł już czas, żeby przekonać się, co to jest. Zawahała się 
iszczę przez chwilę, po czym wyszła w ślad za Gusem i ci-

ho zamknęła drzwi. 

Gus stał tuż za drzwiami. Bez słowa otworzył ramiona 

Marian, czując, jak resztki rozsądku wyparowują jak mgła 

w promieniach słońca, podążyła ku niemu. 

Dosyć tego czekania, pomyślała na wpół z ulgą, na wpół 

obawą. On znowu ją pocałuje i ona odda mu ten pocałunek, 

Potem będą się kochali, ale rano obudzi się sama. Za tydzień, 

o, może za miesiąc będzie już mogła wmawiać sobie, że to 

wszystko tylko jej się śniło. 

Teraz niech się dzieje, co chce. 

- Tylko tę noc... - szepnął Gus, gdy jego ramiona zamy-

;ały ją w uścisku. - Daj mi chociaż tę noc, a nie będę prosił o nic więcej 

Proś! Proś! Krzyczała w duchu. 
Gus nie był pewien, kto zrobił pierwszy ruch, ale jego usta 

:nalazły się na jej wargach. Delikatnie popychał Mariah 
v stronę pokoju, w którym sam spał. Drżał tak mocno, że 
edwie mógł utrzymać się na nogach. Weź się w garść,Wytrzymaj jeszcze trochę! 

W ciemności wpadł na krzesło i na moment wypuścił 

Mariah z ramion. Roześmieli się oboje. Chciał pocałować ją 
w usta, ale trafił na czoło. Przesunął więc wargi na jej powie­
li, potem na skroń, co było równie podniecające. Jej włosy 
pachniały szamponem i słońcem. Skóra Mariah była delikat-
la, gładka jak atłas i pachniała bzem. Miał ochotę całować ją 
vszedzie, pieścić każdy centymetr jej rozkosznego ciała, aby 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

115 

odjechać stąd ze wspomnieniem, które trwałoby w nich oboj­
gu dłużej niż ta noc. 

Bo po tej nocy on wyjedzie. Musi to zrobić. Jeśli zostanie, 

nie będzie mógł wyjechać już nigdy. Dla nich dwojga nie ma 
wspólnej przyszłości. Kiedyś przecież postanowił związać się 
z kobietą i pamiętał, jak się to skończyło. 

- Mariah - wyszeptał schrypniętym głosem, z wargami na 

jej szyi, popychając ją w stronę łóżka. 

- Cicho... Nic nie mów. Nie chcę teraz myśleć o niczym 

poza tym, co jest teraz. Gus, po prostu kochaj mnie... Proszę. 

Nawet jeśli wiedział o niej tak wiele, teraz był zaskoczony. 

Uderzony nagłą myślą, powiedział: 

- Mariah, ty już to robiłaś, prawda? To znaczy, chyba nie 

jesteś... 

- Dziewicą? - zapytała, śmiejąc się nerwowo. - Boże ko­

chany, oczywiście, że nie! Mam w tych sprawach ogromne 

doświadczenie! - Jedyny weekend ze sprzedawcą ogrodni­
czych traktorów, który nawet nie zdjął w łóżku skarpetek, dał 

jej ten potężny bagaż

 doświadczeń. Zanim uniosła się do 

obiecanego nieba, Vance już chrapał. - Ale... Wiesz, Gus, ja 
nie biorę żadnych pigułek... 

Gus roześmiał się. 

- Też o tym nie pomyślałem, ale mam coś w torbie. Po­

czekaj chwilkę, dobrze? - Potrzebował całej minuty, żeby 

wziąć się w garść. Do diabła, czuł się jak wagon dynamitu 
z bardzo krótkim lontem. 

Gdy wrócił, Mariah stała wciąż nieruchomo w swojej ba­

wełnianej koszuli. Nigdy jeszcze nie spał z kobietą, która szła 
tak ubrana do łóżka. Większość z nich miała na sobie coś 

bardzo skąpego i seksownego, pozostałe były nagie. 

Gus powoli uniósł koszulę powyżej jej bioder i piersi, 

a potem zdjął ją z Mariah i rzucił na ziemię. Jego drelichy 

background image

116 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

szybko znalazły się na podłodze w ślad za jej koszulą. Potem 
bardzo ostrożnie ułożył Mariah na łóżku i sam położył się 

obok. Trząsł się gwałtownie. Pragnął jej od chwili, gdy zoba­
czył ją po raz pierwszy. To odczucie stawało się z czasem tak 

intensywne, że nie był w stanie myśleć o niczym innym. 

Teraz jego marzenie stawało się rzeczywistością. 
Gdy oczy Mariah przywykły do ledwie sączącego się przez 

okno światła księżyca, patrzyła na szerokie, potężne ramiona 
Gusa, na gęstwinę ciemnych włosów na piersi. Większość 
kolegów pracujących jako modele goliła włosy w tym miej­

scu. Nigdy dotąd nie zdawała sobie sprawy, jak podniecający 
może być mocno owłosiony mężczyzna. 

Ze śmiałością, nie wynikającą na pewno z jej mizernego 

doświadczenia, wyciągnęła rękę i dotknęła jego piersi. Jej pazno­
kieć zawadził lekko o płaską brodawkę sutka, która natychmiast 
zareagowała. Usłyszała, jak Gus głośno wciąga powietrze, i po­
czuła to, co napierało na dół jej brzucha. Była taka szczęśliwa, 
że jej dotknięcie spowodowało tak silną reakcję. 

Marzyła o tym, żeby poznać dotykiem rąk całe jego ciało, 

ale nie miała na to dość śmiałości. Musiałaby dużo dłużej 

obracać się w neonowym świecie mody, by zapomnieć o opo­
rach i uprzedzeniach, które tkwiły w jej podświadomości 
przez całe życie. 

- Gus,ja... 

- Co, kochanie? Co lubisz najbardziej? 
- Ciebie - powiedziała po prostu. Z dreszczem rozkoszy 

znowu poczuła przypływ jego podniecenia. Przycisnęła moc­
no biodra do jego brzucha, ich nogi splotły się. Tylko od pasa 
w górę odchyleni byli nieco od siebie. Spojrzenie Gusa prze­

śliznęło się po jej piersiach. 

Gus był zdania, że Mariah jest najpiękniej zbudowaną 

kobietą, jaką widział w życiu. Nawet zdjęcia nie oddawały 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

117 

w pełni tego, co teraz widział. Prawdziwa Mariah była czymś 

więcej niż tylko pięknym ciałem wystawionym na pokaz. Jej 

urodę rozświetlały zalety duszy. 

Tej nocy to nieporównane piękno, ta słodka zmysłowość 

będą należały tylko do niego. A gdy minie ta noc... 

Nie, teraz nie będzie o tym myślał. 
Cała jej sylwetka sprawiała wrażenie tak delikatnej, tak 

niezwykle kruchej. 

- Nie chciałbym zrobić ci krzywdy, najdroższa - powie­

dział, wodząc palcem po krągłości jej piersi, czując, jak twar­
dy jej czubek spęczniał jeszcze bardziej pod wpływem tej 

pieszczoty. Mariah westchnęła cicho i zamarła w oczekiwa­
niu. Gus poczuł, że cienka warstewka potu pokrywa jego 
ciało. 

- Nie obawiaj się, Gus. Nie jestem taka wątła, jak ci się 

wydaje - odpowiedziała ze śmiechem, który zabrzmiał dość 

niepewnie. 

Gus bardzo chciał, żeby to, co mieli przed sobą, zaczęło 

się powoli i trwało przez jakiś czas. Tak byłoby lepiej dla nich 
obojga. Nie wiedział jednak, jak długo będzie w stanie wy­

trwać. Czuł żar jej ciała, gdy napierała na jego męskość, 
rozpłomieniając go jeszcze bardziej. 

- Poczekaj, kochanie - szepnął ochryple. - Jeszcze chwil­

kę. - Comął się w obawie, że stanie się to, czego się najbar­
dziej obawiał. 

Mariah impulsywnie sięgnęła ręką w dół i objęła go pal­

cami. Gus omal nie eksplodował. Wydał chyba jakiś stłumio­

ny okrzyk, bo jej dłoń cofnęła się gwałtownie jak oparzona. 

Mogła się oparzyć, pomyślał. Czuł, jakby tamto miejsce 

było rozżarzone do białości. 

- Gus, nie wycofuj się teraz, proszę cię - powiedziała 

cicho. 

background image

118 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Wycofać się! pomyślał. Żeby to uczynić, trzeba byłoby 

mieć choć odrobinę woli. Co to takiego jest „wola"? To, co 
pulsowało tak boleśnie poniżej brzucha, miało swoją własną 
wolę. Objął gwałtownie wargami jej usta w zachłannym, nie­
cierpliwym pocałunku. Operując w ciemności tylko jedną rę­
ką, próbował otworzyć małą paczuszkę. To nie było takie 
proste. Jej nogi owinęły się już wokół jego bioder, czuł na 
sobie i to, co było pomiędzy jej nogami: jedwabiste, gorące 
dotknięcie, które doprowadzało go do szaleństwa, do krawę­

dzi orgazmu. 

- Zwolnij tempo, kotku -jęknął. Pragnął najpierw pieścić 

ją, upewnić się o jej gotowości. Chciał ją jeszcze całować, 

smakować ustami jej ciało, nasycić wszystkie zmysły tą cu­
downą kobietą, którą była Sara Mariah Brady. 

Mariah nie chciała zwalniać tempa. Pamiętała, że jutro ma 

go utracić. Przypomniała sobie, jak jakiś ptak uderzył w okno 
domu i spadł, ogłuszony, na ziemię. Trzymała go w rękach 
przez jakiś czas, ale to, że przez chwilę mogła to robić, nie 

oznaczało, że go oswoiła, a on zapragnął z nią zostać. Odle­

ciał, wolny i dziki, gdy tylko się ocknął. 

Dłonie Gusa przesunęły się niżej. Mariah uniosła biodra 

do góry. Jeśli miała kiedyś jakąś godność czy dumę, nic z nich 

nie zostało. Pragnęła go teraz, w tej chwili! 

- Gus, proszę... 

Gdy wszedł w nią wreszcie, ciało Mariah stanęło w pło­

mieniach. Wstrząsana gwałtownym spazmem, wykrzyknęła 

raz jeszcze jego imię, po czym cały świat zakręcił się wokół 
niej. Patrzyła na Gusa szeroko rozwartymi oczami. W przy­

ćmionym, srebrnym świetle księżyca widziała jego twarz, 

skrzywioną jakby grymasem bólu. Jego oddech stał się nie­
równy; po każdym głębszym wdechu następowała seria krót­
kich, spazmatycznych westchnień. Mruknął coś pod nosem, 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 119 

przekleństwo czy miłosne zaklęcie. Potem opadł na nią bez­

władnie. * 

Z radością przyjmowała ten ciężar, obejmując go ciasno 

ramionami, aż stoczył się na bok, pociągając ją za sobą, i 
przytulając mocno. Zachowywał się jak tonący, który chwyta 
się ostatniej deski ratunku. 

Ku własnemu zdziwieniu poczuła, że ta chwila była jesz­

cze słodsza niż sam gwałtowny wybuch rozkoszy, tak inten­
sywny, że ledwie możliwy do zniesienia. 

- Ta.. .ak - mruknął już jakby przez sen Gus. 

Tak, tak, powtarzała Mariah w duchu, choć wiedziała, że 

jutro usłyszy inaczej brzmiące słowo. Nie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Gus obudził się, prawie od razu przytomny. Spał bardzo 

głęboko; pierwszy raz od wielu tygodni, może nawet lat. 

Dobry seks świetnie robi na sen. Dobry, to za mało powie­
dziane. Wspaniały. Najlepszy na świecie. 

Na zewnątrz było ciemno, choć oko wykol. Najciemniej 

jest tuż przed świtem. W głowie Gusa huczały jakieś słowa; 

zastanawiał się, kto je wypowiadał i dlaczego miały zna­
czenie. 

Dlaczego obudził się z głębokiego snu w środku nocy? 

Przecież nie nastawiał budzika. 

Mariah spała przy jego boku, oddychając równo i spokoj­

nie. Jej ramię spoczywało na jego brzuchu, twarz wtuliła 
w zagłębienie jego barku. Pachniała swym wonnym mydłem 

i seksem. Poczuł, że jego męskość znów staje na baczność. 
Mógłby znów zacząć. Tylko czy dla niej to nie będzie zbyt 

wiele? 

Od początku kochał się z nią dość gwałtownie. Był prawie 

pewien, że Mariah nie jest tak doświadczona, jak chciała mu 

wmówić. 

Chociaż później i ona okazała niezwykły zapał, szczegól­

nie ostatnim razem. 

Zamknął oczy i przebiegał pamięcią wydarzenia ostatnich 

kilku godzin. Ten żar. To zachłanne, pulsujące, aż bolesne 
pragnienie. Wreszcie burzliwe, ale jakże słodkie spełnienie. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 2 1 

A zdawało mu się, że wszystko już wie i seks nie sprawi 

mu żadnych niespodzianek. 

Od lat jednak budził się u boku swych kolejnych kobiet 

z jakimś przykrym odczuciem przygnębienia. Czuł to również 
wtedy, gdy było im dobrze w łóżku i gdy oboje zgadzali się, 

że chodzi im tylko o fizyczne doznania. 

Mariah poruszyła się przez sen. Spojrzał na nią z uczuciem 

niebezpiecznie podobnym do zaborczości. Oto jego kobieta! 

I czuł się tak dobrze. Wspaniale. Był wreszcie szczęśliwy! 

Nagle usłyszał jakieś dziwne dźwięki... 
- Cóż to znaczy, do diabła - zamruczał cicho. Jego ręka, 

już pochylona nad nagą piersią Mariah, zamarła w bezruchu. 

To nie mogła być Jessie. Nie rąbała przecież swojej kołyski 

na kawałki i nie rozrzucała ich po podłodze. Nie zwlekając 

już ani chwili, wyśliznął się z łóżka. Sięgnął po leżące na 

podłodze spodnie i włożył je w pośpiechu. 

Uważaj tym razem, Wydowski, powiedział sobie w duchu. 

Niespodziewana konfrontacja może zakończyć się twoją klę­
ską, jeśli przeciwnik zobaczy cię nago. 

- Zostań tutaj - polecił szeptem Mariah, która wymrucza­

ła przez sen jego imię. Wyszedł cicho na korytarz i szybko 
rozejrzał się wokoło. Potem zajrzał do pokoju, w którym spała 

Jessie. Dziecko leżało w swojej ulubionej pozycji: na brzusz­
ku, z uniesioną pupą, jedną piąstkę wsunęło do ust. Poczucie 

odpowiedzialności za tę małą istotę, obawa ojej bezpieczeń­

stwo ogarnęły go nagle z przemożną siłą. 

Naciągnął kołderkę na wystający tyłeczek, zatrzymał się 

jeszcze chwilę, nasłuchując, po czym wyszedł z pokoju. 

Wtem usłyszał stłumione przekleństwo. Natychmiast przy­

warł do ściany. Zwykle nie myślał o potrzebie noszenia broni, 
ale teraz czuł, że chłodny dotyk stali w ręku dodałby mu 

pewności. Musiał bronić kobiety i dziecka. Owszem, był do-

background image

122 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

)ry w walce na pięści, ale przeciwników mogło być więcej. 
Mogli być uzbrojeni. 

Było ich co najmniej dwóch. Odgłosy ich obecności do­

biegały z saloniku. Któryś z nich miał latarkę. Jeden przeszu­
kiwał szuflady małej komody, drugi kręcił się w pobliżu półki 
z książkami. 

- Uważaj na ten podnóżek, Eddie - mówił któryś z nich. 

- Prawie się przewaliłem na pysk. 

- Cholerny świat, tu nic nie ma, same śmieci - mruczał 

drugi. 

- Jest jeszcze ta kobitka. Całkiem niezła... 

- Za chuda. Ja tam lubię, żeby było za co złapać. 

Gus poczuł ucisk w żołądku. Zimny pot zrosił jego czoło. 

Mógłby ich zabić gołymi rękami. 

- Do diabła, stary, szkoda czasu. Jeśli baba ci nie pasuje, 

to idź do samochodu. Ja tam myślę, że jak tu jesteśmy, to 
trzeba ją pomacać. Rozgrzeję tę panienkę trochę, a kiedy będę 

miał dość, możesz i ty się skusisz. Nie po to ciągnąłem się tu 
taki kawał drogi, żeby odjechać z niczym! 

Po moim trupie, pomyślał z furią Gus. 

Zaklął głośno. Usłyszeli go. 
- Co to było? 

- Zapal to cholerne światło, Buck! 

- Żeby mieć na karku parszywych sąsiadów? 

- Tu nie ma żadnych sąsiadów! Ta rudera jest na odludziu. 

Szczury przychodzą z wizytą i tyle. Chodź, człowieku, cizia 
miała przy sobie prawie pięć setek. Gdzieś musi mieć więcej, 

no nie? 

Gus cofnął się do kuchni. Na półce koło drzwi stała skrzyn­

ka z narzędziami. Kiedyś żartował z jej zawartości, ale teraz 

zmienił zdanie. Kawałek rurki, którego Mariah używała do 

odkręcania zaworów, może wyglądać jak lufa rewolweru. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

123 

Gdyby przewidział, co może się zdarzyć, uzbroiłby się 

dużo lepiej. W samochodzie ma przyrząd do wstrzeliwania 

kołków. Parę serii z tej zabawki i byłoby po kłopocie. 

Przybysze kłócili się tak zażarcie, że nie usłyszeli, gdy 

wśliznął się do pokoju. Stanął tak, by mieć ścianę za plecami. 

- No, panowie... Teraz bądźcie uprzejmi podnieść rączki 

do góry i odwrócić się tyłem. Tylko powoli, dobrze? Będę 
bardzo wdzięczny za współpracę. 

Reakcja włamywaczy była niemal zabawna. Jeden wypu­

ścił z rąk to, co trzymał, chyba ozdobne pudełko, które Mariah 

przestawiła kiedyś na najwyższą półkę. Pudełko to uderzyło 
w plastikową, obwieszoną dzwoneczkami zabawkę, po czym 
upadło z łoskotem na podłogę. 

Gus spokojnym głosem przerwał stek przekleństw, które 

wyrzucali z siebie zdezorientowani włamywacze. 

- Wolałbym nie być zmuszony do użycia broni; z zasady 

nie strzelam poza sezonem. Choć podobno do szczurów wol­
no strzelać przez cały rok. 

Podziwiał samego siebie za ten spokojny ton głosu. W głę­

bi duszy czuł panikę. Serce łomotało mu w piersi jak szalone. 

Myślał teraz tylko o Mariah i Jessie, spokojnie śpiących parę 
metrów stąd. 

Mylił się, spała już tylko jedna. 
- Co się dzieje, Gus? - szepnęła Mariah, pojawiając się 

tuż za nim, zaskakując go tak, że o mały włos nie wypuścił 
z ręki swej fałszywej broni. 

- Nic takiego, Ri. Dam sobie radę. Wracaj do łóżka. 
- Zdawało mi się, że Jessie coś mruczy przez sen. Pocze­

kaj, zapalę światło... 

Schwycił ją za rękę i ścisnął z całej siły. Miał nadzieję, że 

to była lewa ręka. 

- Nie trzeba, kotku. Idź spać. Jeśli Jess naprawdę się zbu-

background image

1 2 4 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

dzi, może wiele narozrabiać. Wolałbym, żebyś go nie budziła, 
bo to chłopisko łatwo wychodzi z nerwów. 

Czuł, że Mariah jest całkiem zdezorientowana. Jessie... 

Chłopisko?! 

- Cofnij się lepiej, moja droga. Idź do kuchni i zadzwoń 

do szeryfa. Mam parę szczurów na muszce. 

Mariah pojęła już, co się dzieje. Gus czuł, że może mu 

pomóc. 

- Wiesz co... Potrzymaj ten rewolwer, a ja ich zwią­

żę. Tylko ostrożnie, jest odbezpieczony. Spust jest piekielnie 

czuły. 

Podał jej rurkę. Pochylił się do jej ucha i szepnął: 

- Graj dalej. 

Szybko wpadł do kuchni, odszukał kłąb sznura do bielizny 

i ostry nóż. Już wracał, gdy usłyszał, że Jessie rzeczywiście 

się budzi. 

Nogi się pod nim ugięły. 

Jakieś trzy kwadranse później samochód szeryfa odjechał 

wraz z aresztowanymi do miasta. Sam szeryf był wyraźnie 

ciekawy, co Gus robi u Mariah w środku nocy, ale nie pytał 

go o to. 

Gus miał nadzieję, że przedstawiciel prawa nie będzie zbyt 

ciekawski. Miasteczko aż trzęsłoby się od plotek. 

Poziom adrenaliny wracał mu powoli do normy. Za to 

burczało mu w brzuchu z głodu i czuł zbliżający się ból głor 
wy. Dobrze się stało, że był tu tej nocy. Strach pomyśleć, co 

mogłoby się zdarzyć. Dzięki niemu Mariah odzyskała.swoje 

klucze, a te oprychy siedzą w areszcie. 

Mniej optymistyczny był fakt, że znowu zaczęło padać. 
- Właściwie to już pora na śniadanie. - Mariah oparła się 

o futrynę drzwi. Miała na sobie bawełniany szlafrok w żółte 
kwiatki, który przeżył już czasy swej świetności. Na niej 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 2 5 

wyglądał jak kreacja za milion dolarów. Przyczesała włosy, 

ale widać było, że jest przygnębiona. 

Gus zastanawiał się, czy ma siebie winić za jej podkrążone 

oczy. Fakt, że tej nocy nie mieli wiele czasu na odpoczynek. 

- Jessie rozbudziła się zupełnie i chyba już nie zaśnie 

- oznajmiła Mariah. - Zmieniłam jej pieluszkę i dałam butel­

kę. Jeżeli jesteś głodny, przygotuję ci śniadanie. 

Gus rozmyślał nad tym, co zdarzyło się między nimi kilka 

godzin temu. Miał dziwne wrażenie, jakby upłynęło znacznie 
więcej czasu. Unikali patrzenia sobie w oczy, a tym bardziej 
mówienia o tym, co zaszło. 

Oboje byli spięci. Mariah miała taką minę, jakby żałowała 

tego, co miało miejsce tej nocy. 

Jakby wolała, żeby go już tutaj nie było. 

Owszem, zamierzał wyjechać, ale najpierw chciał z nią 

porozmawiać. Nie miał zwyczaju przesypiać się z kobietą 

i odjeżdżać rano w siną dal bez słowa. Nie podobało mu się 
i to, że Mariah chce go wyrzucić poza nawias jej życia w ten 
sposób. 

- Wystarczą mi płatki z mlekiem - mruknął. Żeby unik­

nąć jej wzroku, oglądał zawartość szuflady ze sztućcami. 

- W porządku. Gdy będziesz jadł, ja wezmę prysznic 

i ubiorę Jessie. 

- Dobrze. 

Do diabła, przecież ona nie musi robić takiego przedsta­

wienia! Udawać, że nic ich nie łączy... To, co zdarzyło się tej 
nocy, nie musi zwiastować weselnych dzwonów czy obietnic 
na całe życie, ale przecież coś znaczy. 

Przynajmniej dla niego. 
Nastawił kawę, żeby się zaparzyła. Wsypał kukurydziane 

płatki z orzechami na talerz, wrzucił kawałki pokrojonego 

banana, wsypał parę łyżek cukru i zalał wszystko mlekiem. 

background image

126 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Po tej historii z Lisa powinien być trochę mądrzejszy. Ma 

szczęście do modelek, jasny gwint! Czy on się nigdy niczego 

nie nauczy?... 

I pomyśleć, że prawie przekonał samego siebie, że tym 

razem jest inaczej. Prawie uwierzył, że kobieta, która umie 

usmażyć wieprzowe kotlety i robić placki kukurydziane, 
a ponadto lubi pracę w ogrodzie, jest kimś więcej niż tylko 
ładną buzią. Znowu dostał nauczkę. 

Trudno. Tak czy owak, powie jej parę słów do słuchu 

i ruszy w drogę na północ. Nie zostanie ani chwili dłużej 

w miejscu, gdzie nie jest mile widziany. 

Tylko co jej powie? 

O mały włos, a byłbym popełnił błąd, moja droga? 
A może: myślałem, że mamy przed sobą jakąś przyszłość, 

że ty możesz mieć swoje miejsce w moim życiu, a ja w two­

im... Że możemy mieć razem parę takich słodkich dziecia­

ków, jak Jessie... 

Już to widzę, pomyślał z goryczą. Czy kobieta, która po­

znała kolorowy, błyszczący świat, który jest jedynym natural­

nym otoczeniem modelki, porzuci go dla zgrzebnego życia 

w górskiej chacie? Dla związku z gruboskórnym stolarzem, 

który przez ostatnie dwadzieścia lat unikał małżeństwa jak 
ognia? 

Gus zmył naczynia i ułożył je na suszarce. Łazienka była 

pusta, wziął więc prysznic, zabrał swą szczoteczkę do zębów 

i zapakował ją wraz z innymi rzeczami do podróżnej torby. 

Nie lubił długich pożegnań. Trzeba powiedzieć, co należy, 

i ruszać w drogę. 

Z pokoju w głębi korytarza dobiegły go radosne dziecinne 

chichoty. Oznaczało to, że Mariah nakłada Jessie ubranko. 
Temu rytuałowi towarzyszyło zwykle pocieranie małego no­

ska, łaskotanie w pępuszek albo w szyjkę. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 2 7 

Będzie mu brakowało tej słodkiej kruszynki. Bardzo. Pra­

wie tak samo, jak jej cioci Ri. 

Do diabła, chyba będzie też tęsknił za Muddy Landing. 

Zadzwonił telefon. Mariah zawołała z sypialni, żeby go 

odebrał. Może telefonują z biura szeryfa, pomyślał Gus. Chcą 
uzupełnić zeznania. 

- Tu dom Bradych! - Niechętnie podniósł słuchawkę. 

Chwila milczenia. 

- Kto mówi? - zapytał w końcu nieznajomy męski głos. 
- A kto pyta? - Gus nie był w nastroju do zgadywanek. 

- Tu Basil Brady. Chciałem rozmawiać z Mariah. Czy 

ona... Czy moja siostra jest w domu? 

O szóstej dwadzieścia siedem? Gdzie indziej miałaby być, 

pomyślał z ironią Gus. Prawie słyszał pytania, które tamten 
chciałby teraz zadać. Wolnego. Niech się łobuz poskręca 
z ciekawości jeszcze przez jakiś czas. Zasłużył na to. Zmusić 

własną siostrę do porzucenia intratnej pracy po to, żeby zwalić 

jej na głowę własny problem! 

Nawet jeśli tym problemem była Jessie, która warta jest 

każdego poświęcenia. 

- Mariah ubiera Jessie. Zaraz ją poproszę do telefonu. 

Podczas gdy Mariah rozmawiała z bratem, Gus wkładał 

bagaże do ciężarówki. Wciąż z nim rozmawiała, gdy wrócił, 
aby pożyczyć sobie ze skrzynki zwijaną miarkę. Zaraz, to była 

przecież jego miarka! 

Wymierzył dokładnie miejsce, gdzie powinna stanąć suszarka 

do bielizny, potem zmierzył jeszcze przestrzeń pomiędzy zle­

wem a lodówką, żeby można było wstawić tam zmywarkę. 

Stanął na chwilę w progu drzwi prowadzących do ogrodu 

i patrzył, jak deszcz pada na bagienną trawę, która rosła gęsto 

wzdłuż brzegów rzeki. Prawdę mówiąc, nie była to rzeka, 
tylko strumień. 

background image

1 2 8 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Niektóre rzeczy, myślał, nie są takie, jakimi wydają się być. 

Inne owszem. Problem w tym, żeby wiedzieć, które są auten­

tyczne. 

- Basil i Myrtiss przyjeżdżają po Jessie - powiedziała 

Mariah, zatrzymując się przy drzwiach wiodących do koryta­

rza. - Są już między Brunswick i Darien, jadą w naszą stronę. 

- Już się pogodzili? - W gruncie rzeczy tamci ludzie i ich 

małżeńskie problemy nic go nie obchodziły, ale jeśli Mariah 

chce mu o nich opowiedzieć, to przecież jej wysłucha. 

- Myrtiss była trochę załamana, bo Basil spędzał wię­

kszość czasu w pracy, zamiast z nią i z dzieckiem. Potrzebo­

wała jego pomocy, ale nie wiedziała, jak zwrócić na to jego 
uwagę. 

Gus zamknął drzwi na podwórze i oparł się o nie. 
- Widzę, że znalazła sposób. 

Mariah wzruszyła ramionami. 

- Oni są tacy młodzi. Myrtiss ma dopiero dwadzieścia 

dwa lata. 

- A co ty robiłaś, kiedy byłaś w jej wieku? Jeśli dobrze 

pamiętam, pracowałaś w sklepie z narzędziami i opiekowałaś 

się rodzeństwem. Jakoś dawałaś sobie radę. 

- Myrtiss jest inna. Ona była najmłodsza w rodzinie. 
- Rozumiem. A ty byłaś najstarsza. - Gus zaczął pojmo­

wać różnicę. - Zaparzyłem kawę. 

Dzbanek stał tuż przed nimi. 
Ręce Mariah mięły pasek od szlafroka. 

- Widzę, że się spakowałeś. 

Teraz Gus wzruszył ramionami. Dlaczego nie mógł się 

zdobyć na parę pytań i wyjaśnić wątpliwości, które go nurto­
wały? 

Na przykład, czy dla niej ta ostatnia noc była czymś więcej 

niż tylko satysfakcją z udanego seksu? 

L MOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 2 9 

Czy potrafiłaby zrezygnować z kariery modelki po to, żeby 

zostać żoną zwykłego kierownika budowy? Jego zdaniem, 
było to niemożliwe. Nie umiałby się dzielić Mariah. Nie byłby 
w stanie znieść myśli, że byle gnojek podnieca się na widok 
zdjęcia jego żony w skąpym kostiumie kąpielowym. 

Pokazywanie strojów grupie bogatych dam to co innego. 

Niestety, dzisiaj modelka robi wiele innych rzeczy poza spa­

cerowaniem po wybiegu. 

Dlaczego ja, u diabła, nie pojechałem wtedy dalej, na po­

łudnie? 

Gus wyjeżdża, myślała Mariah. Zamiast żalu czuła gniew, 

który opanował ją na dobre, gdy zobaczyła jego gładko za­
ścielone łóżko, pustą szafę i ciężarówkę zaparkowaną tuż 

przed wejściem. 

Przyszło jej do głowy, że rabusie tylko dlatego odważyli 

się wejść do domu, bo Gus przestawił oba samochody na tylne 

podwórze w obawie przed kapiącą z sosen żywicą. 

Boże święty, co by było, gdyby zastali tylko ją i Jessie! 

- Gus, nawet nie zdążyłam ci podziękować... 

Gus pojawił się w drzwiach. Myślami był wciąż przy tym, 

co zdarzyło się między nimi w nocy, kilka godzin temu. 

- Nie musisz mi dziękować. Niech to wszyscy... Przecież 

nie ma za co! 

- Ale gdyby cię tu nie było... No, pewnie bym sobie 

poradziła, ale muszę przyznać, że zjawiłeś się w samą porę... 

Gusowi głos uwiązł na chwilę w gardle. 

- Zjawiłem się... w porę? 

Mariah zmrużyła powieki. Oczy Gusa rozszerzyły się ze zdzi­

wienia. On miał na myśli najwspanialszy seks, jakiego doświad­
czył w ciągu swego życia. O czym ona mówi, do diabła? 

- No, cóż, tak czy owak mamy już wszystko za sobą, 

możemy więc się pożegnać. 

background image

1 3 0 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Gus miał ochotę mocno nią potrząsnąć. Bardzo rzadko 

w życiu wściekłość doprowadzała go do gwałtownych re­

akcji. Nigdy w stosunku do kobiet. Tym razem jego agresja 

nie była podyktowana chęcią zrobienia jej krzywdy. Oszoło­

mił go tylko nowy przypływ pożądania. 

Do diabła, to nie tylko to. To była miłość! 

Hamując z trudem miotające nim uczucia, puścił ją i szyb­

kimi krokami pomaszerował wzdłuż korytarza. Mariah z za­
mierającym sercem słuchała stukania jego kowbojskich bu­

tów o podłogę. Po chwili z pokoju w głębi domu dobiegły ją 

powitalne okrzyki Jessie: 

- Dus! Dus! 

Dotychczas słownik małej składał się z pięciu słów: mama, 

dada, Ri, nu-nu i hau-hau. Teraz przybył jeszcze „Dus". 

Boże mój, ile razy będzie jeszcze słyszała to imię? Tyle 

rzeczy wokoło będzie jej o nim przypominać. Nie wyobrażała 

sobie, jak będzie w stanie to wytrzymać. Już nakłonienie go, 
by u niej przenocował, było błędem. Kochanie się z nim ostat­

niej nocy było największą jej pomyłką w życiu. 

Gdyby wtedy, na stacji, miała na sobie stary dres zamiast 

pięknego kompletu z lnu, który kupiła okazyjnie na wyprze­
daży. .. Gdyby miała na nosie okulary, swoje wstrętne okulary 
w plastikowej oprawie, za którymi kryła się przez całe prawie 

życie... Zaraz potem, gdy Vance ją zostawił, w odruchu buntu 

kupiła sobie po raz pierwszy szkła kontaktowe. 

Gdyby więc Gus zobaczył ją taką, jaką naprawdę była, na 

pewno nie przyjechałby za nią do Muddy Landing, a jej by­

łoby łatwiej o nim zapomnieć. 

Oczywiście, tak samo łatwo jak przestać w ogóle oddy­

chać... 

Do diabła, mężczyzna powinien kochać kobietę za to, kim 

jest naprawdę, a nie za to, że specjaliści od damskiej urody 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 3 1 

uczynili z niej piękność. Nie można opierać miłości na tym, 

co widać na zewnątrz. Takie uczucie nie przetrwa próby cza­
su: siwych włosów, zmarszczek, żylaków czy drugiego pod­

bródka. 

Sama bała się zadać sobie pytanie, kim jest prawdziwa 

Mariah Brady. 

Czy rzeczywiście była tą kobietą, która widząc odrobinę zain­

teresowania ze strony mężczyzny traciła resztki rozsądku? 

Czy była dziełem Vica, istotą, którą on stworzył, po czym 

wystawił na pokaz? 

Kim była naprawdę? Żadną z nich? Obydwiema? 

Gus wyjął Jessie z kołyski. Trzymał ją w ramionach przez 

długi czas, podczas gdy dziecko ciągnęło go za brodę i gła­
dziło paluszkami jego krzaczaste brwi. Widać było, że nawet 

jeśli coś naprawdę jej dolegało, teraz czuje się doskonale. 

- Chodź, mój króliczku, czas powiedzieć sobie do widze­

nia - powiedział cicho. 

Mariah czekała w kuchni. Wzięła od niego małą, usadziła 

ją w wysokim krzesełku i dała jej herbatnika. 

Potem odwróciła się do Gusa. 

. - Nie wydaje mi się, abyś zechciał zadzwonić i dać mi 

znać, czy dojechałeś bezpiecznie do domu. - Powiedziała to 
takim tonem, jakby sprawa była przesądzona. 

- A chciałabyś? 
- Żebyś zadzwonił? - Wzruszyła ramionami. - Jak 

chcesz. To twoja sprawa. Nie będę ci miała za złe, jeśli tego 

nie zrobisz. 

Oboje krążyli wokół tego samego tematu. Doskonale 

o tym wiedzieli. Gus wyciągnął ramiona w stronę Mariah 
w chwili, gdy ta pochyliła się, by podnieść herbatnik, który 
Jessie upuściła na podłogę. Ręce Gusa opadły. 

background image

1 3 2 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Zadzwonię do ciebie na pewno. Jeżeli cię tu jeszcze 

zastanę. 

- A gdzie miałabym być? 

- W porządku, nie mówmy o tym. A więc... Wyjeżdżam, 

ale... Gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy... To znaczy, gdy­

by się okazało... - No i jak facet ma powiedzieć kobiecie, że 

gdyby się okazało, że jest w ciąży, albo tylko chce być... To 

on wypali dziurę w autostradzie, tak będzie tu grzał? - Ma­
riah, gdybyś kiedyś potrzebowała... 

- Już to mówiłeś. 

- Tak... Chyba tak. No, to... Dbaj o Jessie i powiedz Ba-

silowi i Myrtiss, że żałuję, iż nie miałem okazji ich poznać. 

- Wymuszony grymas na jego twarzy miał oznaczać uśmiech. 

- Dobrze, powiem im. Słuchaj, Gus, jeszcze raz dziękuję 

ci za wszystko. Za tę Florydę, za moją szopę, za schody 

i naprawę kanalizacji. I za ostatnią noc. - Przymknęła oczy 

i westchnęła. - Wiesz, o czym mówię. 

- Tak, wiem, o czym mówisz. 

Wsiadł do ciężarówki i ruszył w drogę, ale najpierw jesz­

cze porwał ją w ramiona i popatrzył jej w oczy z tak bliska, 
że mógłby policzyć rzęsy na przymkniętych powiekach. Za­

nim się od niej odsunął, zauważył jeszcze jej piegi. Trzy. Na 

ileż więcej sposobów ta kobieta zmieniła jego życie... 

Może za jakieś pięćdziesiąt lat nawet jej to wybaczy. 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

No cóż, takie jest życie, moja droga, pomyślała Mariah. 

Gdy skończyła machać ręką na pożegnanie swoich gości, 
ramiona opadły jej w poczuciu pustki i przygnębienia. Wy­
muszony uśmiech zgasł. Odwróciła się w stronę domu. Trzeba 

doprowadzić wszystko do porządku, postanowiła. 

Mój Boże, jakie to będzie bolesne! Czuła, jakby wydarto 

jej z ramion własne dziecko. 

Gdy żegnała się z Gusem, miała wrażenie, jakby wyrwano 

jej z piersi bijące wciąż serce. Teraz, gdziekolwiek spojrzała, 

wszystko przypominało jej niedawno minione chwile. Ten 
nieporządny, ale znany jak własne pięć palców duży pokój, 

z poustawianymi na najwyższych półkach drobiazgami, żeby 

małe rączki nie mogły do nich sięgnąć. Kuchnia, w której Gus 

zmywał naczynia, a ona wycierała je i wkładała do szafki, 
gdzie karmił Jessie, podczas gdy ona przyrządzała kolację. 

Sypialnia... 

Na całym świecie nie starczy krzaków do przesadzania, aby 

Mariah mogła zagłuszyć w sobie te wspomnienia. 

Nalewała kawę do kubka, gdy zadzwonił telefon. To była 

Burdy. 

- Basil mówił, że wróciłaś do domu na jakiś czas. Posłu­

chaj, Ri, czy nie mogłabyś pożyczyć mi paru groszy? 

- Czy to bardzo pilne? Trochę jestem spłukana w tej chwi­

li, ale jeśli ci bardzo na tym zależy, to coś wykombinuję. 

- Zamierzała spieniężyć swój wkład terminowy, mając na-

background image

34 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Izieję, że ta rezerwa wystarczy do czasu, gdy znajdzie nową 

•racę. 

- Chłopaki wyjeżdżają na ferie wiosenne. Uzbierałam pra-

vie tyle, ile trzeba, pracując po godzinach, ale trochę mi 

wakuje. Wyślij mi setkę, dobrze? Oddam ci, kiedy tylko będę 
nogła. 

Marian miała całą listę nie spłaconych jej przez rodzeństwo 

długów. Była pewna, że kiedy staną na własnych nogach, 
zwrócą jej wszystko. Problem w tym, że wciąż byli na do­

robku. 

Tak bardzo ich kochała. To była jej najbliższa rodzina. 

Zwracali się do niej w trudnych momentach, bo sama ich 
kiedyś do tego zachęcała. Od czego w końcu ma się rodzinę? 

Obiecała, że wyśle czek już jutro. Włożyła brudne naczynia 

do zlewu. Basil i Myrtiss spieszyli się z odjazdem, choć nie 
tak bardzo, żeby nie zjeść solidnego posiłku przed drogą. 

Z kuchni wyszła na podwórze, do szopy. 

Gus spędził cały dzień przy jej naprawianiu... 

Wyjęła z szopy łopatę i motykę, po czym rozejrzała się po 

ogrodzie. Do czego by się tu zabrać? Biedne azalie powinna 

chyba zostawić w spokoju. Dość się napodróżowały. Ostatnio 
przesadziła je wówczas, kiedy złapała się na przytulaniu do 

piersi Gusowej koszuli, zanim włożyła ją do pralki. 

Deszcz przestał padać, ale niebo wciąż było pochmurne. 

Ona również była w ponurym nastroju. Spojrzała na gałęzie 

sosen, które zwieszały się nad podjazdem. 

Gus przekroczył granicę stanu Północna Karolina, jadąc 

autostradą koło Charlotte. Przestało padać. Przez rozpełzające 
się na boki szare chmury sączyły się blade promienie słońca, 

oświetlając rząd jaskrawożółtych forsycji, zasadzonych przy 

skraju drogi. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 3 5 

Nie cieszył się z nadchodzącej wiosny. Był wyczerpany 

brakiem snu i... 

Nie ma się nad czym rozwodzić. Był zmęczony i już. 

Nie będzie się zatrzymywał na odpoczynek. Szkoda czasu. 
Przez całą drogę powtarzał sobie, że uciekł w samą porę. 

Mężczyzna, który przetrwał w kawalerskim stanie przez trzy­

dzieści dziewięć i pół roku swego życia, najwidoczniej nie 

jest stworzony na męża. 

Tak się jednak składało, że w miarę upływu czasu przeko­

nywanie o tym samego siebie dawało coraz słabsze rezultaty. 

Gdy dojechał do domu, na skałach w tyle podwórza wciąż 

leżały płaty śniegu. Niewielka chata wyglądała dziwnie nie-

przytulnie. W środku było jeszcze gorzej. Zapomniał już, jaki 

bałagan zostawił za sobą, wyjeżdżając w pośpiechu. Przed 

wyjazdem zaś leżał chory przez cały tydzień. 

Gdy wypakowywał rzeczy z ciężarówki i sprzątał dom, 

przypomniał sobie, jak Marian prowadziła swoje gospodar­
stwo. Było tam czysto, ale niezbyt porządnie. Pudła i paczki 
po przyjeździe długo czekały na rozpakowanie. Dziecko krę­

ciło się wszędzie, wprowadzając dodatkowy zamęt. To wszy­

stko sprawiało jednak wrażenie prawdziwie domowej atmo­
sfery. 

Wyłożył na stół kupione produkty spożywcze: gotowe ka­

napki, sklepowe ciasto i piwo. Zjadł pół kanapki i wypił 

szklankę piwa. 

Potem znalazł notes i długopis. Pora wysłuchać wiadomo­

ści z automatycznej sekretarki. 

Angel dzwoniła dwa razy, ale nie miała niczego istotnego 

do zakomunikowania. Chciała tylko sprawdzić, czy brat już 
wrócił. Ma do niej zadzwonić, kiedy zjawi się w domu po 

wakacjach. 

Ale miał wakacje! Koń by się uśmiał! 

background image

36 L MOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

Dzwonił też jego brygadzista, Pete Davies, żeby powie-

zieć, iż załatwił już potrzebne zezwolenia. Pojedzie niedługo 

a wybrzeże, żeby gromadzić materiały do budowy. 

Telefonował dentysta, aby przypomnieć mu o półrocznym 

przeglądzie. To pewnie zasługa Angel. 

Wreszcie była też wiadomość od Kurta. Gus sięgnął po 

btelkę i wlał resztę piwa do szklanki. Z szerokim uśmiechem 
słuchał głosu starego przyjaciela, który opowiadał, że wrócił 
wreszcie z Alaski i chce wynająć mały kuter. Jeśli Gusa znu-

znudziiły place budowy, to chętnie przyjmie go jako członka za-

załogi. 

O święty Walenty, Kurt Stryker rybakiem? 
Gus wspomniał dobre, dawne czasy, kiedy to on, Kurt 

Aleks znani byli jako Duży, Czarny i Przystojniak. No, może 

niedokładnie w tej kolejności. Razem byli nie do pobicia na 
boisku futbolowym, najpierw w szkole, potem w college'u. 

Najładniejsze dziewczyny z grupy dopingującej szkolną 

irużynę też nie umiały im się oprzeć. Największym powodze-
niem cieszył się Kurt. Chłopak z rolniczej farmy był tak diab-

o przystojny, że mógłby złamać dziesiątki serc. Na szczęście 

przy swojej męskiej urodzie był jednym z najprzyzwoitszych 
facetów, jakich Gus spotkał w życiu. Był raczej nieśmiały, co 
miało swoją przyczynę w wadzie wymowy, która dokuczała 
mu w dzieciństwie. To czyniło go jeszcze bardziej pociągają-
cym dla kobiet. 

Chłopcy lubili go za to, że zawsze był lojalny, umiał ciężko * 

pracować i był naprawdę świetnym kompanem. Lata spędzo­
ne na farmie sprawiły, że stał się niezwykle silny. Dzięki temu 
stanowił cenne wsparcie w młodzieńczych bijatykach. 

Kochany stary Kurt! Jak on lubił szybkie samochody! 
Gus wystukał numer, który podał mu Kurt, i przeczekał 

tuzin sygnałów. Nie włączyła się sekretarka. Przyjaciel'nie 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 3 7 

przepadał za nowoczesnymi zabawkami. Załatwiać sprawy 
najprościej, za dużo przy tym nie tracąc, oto była jego życiowa 
filozofia. Zaraz po ukończeniu college'u zaciągnął się do stra­

ży przybrzeżnej, z tej samej przyczyny, dla której Gus rzucił 

college tuż przed maturą. Obaj kochali się na zabój w Dinie, 

dziewczynie, która wyszła za Aleksa, a potem się z nim roz­
wiodła. 

Gus zaczął rozmyślać o przeszłości i o tym, ile to wody 

upłynęło już od czasu, gdy ostatni raz byli razem. Odłożył 

słuchawkę, zastanawiając się, dlaczego jego przyjaciel po tylu 
latach spędzonych na lataniu nad Alaską w misjach ratunko­

wych nagle wraca na wschodnie wybrzeże i kupuje łódź. Coś 
mu tutaj nie pasowało... 

Pięć dni później, późnym wieczorem, grał w pokera z pa­

roma ludźmi ze swojej budowlanej załogi. Nagle w środku 
gry położył karty na stole, popchnął leżące obok niego żetony 
do banku na stole i wstał. 

- Zmykam już, chłopcy. Skończcie sami tę grę. Poczęstuj­

cie się tym, co zostało w lodówce i zamknijcie dobrze drzwi, 

kiedy będziecie wychodzić, dobrze? 

- Człowieku, przecież dziś jest dopiero czwartek. Nie mo­

żemy zacząć pracy, dopóki nie przywiozą materiałów. To 
będzie nie wcześniej niż w poniedziałek. Dokąd się tak spie­

szysz? 

- Wcale się nie spieszę. Spotkamy się w poniedziałek na 

budowie. Wiecie, co macie robić i gdzie są wasze kwatery. 
Jeśli się trochę spóźnię, zaczynajcie beze mnie. Pete ma wszy­
stkie dokumenty. Rachunki zapłacone. 

Było już po północy, gdy Gus dojechał do Durham. Stary 

dom Angel służył teraz wyłącznie jako biuro dla jej firmy 

background image

138 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

ogrodniczej, ale Gus nadal miał klucz do jego drzwi. Wszedł 
do środka, rzucił swoje bagaże w kąt i skierował się do łóżka, 

które stało posłane w jego dawnym pokoju. 

Następnego ranka kończył załadunek ciężarówki, gdy sa­

mochód Angel wjechał na parking. 

- Gus! Czemu nie dałeś znać, że tu będziesz... Niech to 

piorun strzeli! Co ty robisz? Nie powiesz mi chyba, że chcesz 
urządzić ogród koło swojego

 szałasu! 

- Ten szałas, jak byłaś go łaskawa określić, jest najle­

piej zaprojektowanym, najlepiej zbudowanym ze wszy­
stkich... 

- Dobrze, dobrze. Tadż Mahal się do niego nie umywa. 

Chodź tutaj i uściskaj mnie. 

- Nie wiem, czy zdołam cię objąć, siostrzyczko. Czyżbyś 

połknęła arbuza? 

Angel dumnie wygładziła zielony kombinezon na wypu­

kłym brzuchu. 

- Bądź uprzejmy okazywać więcej szacunku dla swojego 

siostrzeńca, Wydowski. 

Gus otrzepał ręce o spodnie i objął siostrę wraz z sio­

strzeńcem niedźwiedzim uściskiem. 

- Świetnie wyglądasz, złotko - powiedział. - Aleks pew­

nie jest cały w skowronkach. Przy okazji, powiedz mi, co 
najlepiej rośnie na podmokłej gliniastej glebie środkowo­
wschodniej Georgii? Wybrałem już parę roślinek, ale... 

- Parę roślinek! Przecież zabrałeś mi prawie wszystko, co 

przygotowałam na wiosenny sezon! 

- Takie byle co? I tak byś tego nie sprzedała. Zrobiłem 

listę wszystkiego, co wziąłem. Kopia jest na twoim biurku, 
razem z czekiem in blanco. Jak obliczysz, ile się należy, to daj 
mi znać. Potwierdzę czek w moim banku. 

- Coś mi się zdaje, że gdybyś tak szastał pieniędzmi firmy, 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 3 9 

jak swoimi własnymi, to dawno byś zbankrutował - śmiała 

się Angel. 

- A ty masz automat kasowy zamiast serca i nie potrafisz 

pewnych spraw zrozumieć. Są rzeczy, wobec których pienią­

dze nie mają znaczenia. 

Angel oparła się o luksusową limuzynę o rozmiarach śred­

niego czołgu. Był to podarunek od Aleksa. 

- Rozumiem, że przez te „rzeczy" rozumiesz długonogie 

ślicznotki, meksykańskie piwo, słodycze i swoją ciężarówkę, 

czy tak? Gus... Ty byłeś u fryzjera?! Masz na sobie nowe 

spodnie, i... Niemożliwe! Wyczyściłeś pastą swoje kowboj­
skie buty? 

- To nie są kowbojskie buty, lecz... 
- Ja lepiej wiem, mój drogi. - Angel zmrużyła oczy 

i przyglądała się bratu uważnie. - Gus, co tu jest grane? 

- O Jezu, czy człowiek nie może sobie nawet przystrzyc 

włosów... 

- Myślisz, że ja cię znam od dziś? Masz dziewczynę, 

prawda? I to nie byle jaką, bo nawet dla Lisy nie przycinałeś 
brody u fryzjera. Nawet nie wiem, czy ci się to w ogóle zda­
rzyło od czasu, kiedy ją zapuściłeś. To było zaraz potem, jak 
Dina i Aleks... 

- Do diabła, kobieto, zostawisz ty mnie w spokoju? Zro­

biłem to, bo mój przyjaciel... 

-

 Chciałeś powiedzieć, przyjaciółka... - To było stwier­

dzenie, nie pytanie. 

- A jeśli nawet? 
- Gus, jestem jedyną twoją krewną, jeśli nie liczyć Ash-

fieldów. Chyba wypada, żebyś powiedział mi, o co chodzi? 

- Co za Ashfieldowie? 
- Rodzina Aleksa, twoi powinowaci. Ale nie zmieniaj te­

matu. Powiedz mi wreszcie, kim ona jest i dlaczego, zamiast 

background image

1 4 0 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

kupić jej parę tuzinów róż w kwiaciarni, ograbiłeś mnie z za­
pasu roślin ozdobnych. Te kobiety, z którymi się zwykle za­

dajesz, nie odróżniają fikusa od buraka. - Angel, nagle po­
ważniejąc, położyła na ramieniu brata swą małą, kwadratową 

dłoń. - Gus, czy to coś poważnego, czy po prostu jakiś żart? 

- W porządku, moja droga. Wywierciłaś mi dziurę w brzu­

chu; poddaję się. Rzeczywiście, chodzi o kobietę, i chyba to 

jest coś poważnego. Przynajmniej z mojej strony. Może zno­

wu pakuję się w kłopoty, ale nie zamierzam się poddać. Trzy­
maj za mnie kciuki. 

Myrtiss zadzwoniła z Atlanty późno w nocy, kiedy dotarli do 

domu. Mariah pędziła do telefonu na złamanie karku. Gdy usły­

szała w nim głos bratowej, starała się ukryć rozczarowanie. 

- Czy Jessie dobrze zniosła podróż? - zapytała. 
- Już jest w łóżeczku i wszystko jest w porządku, ale po­

wiedz mi, Mariah, co to znaczy „dus". Cały czas powtarza to 

słowo. 

Mariah wydała z siebie dźwięk, który brzmiał jak śmiech 

i szloch jednocześnie. 

- Wiesz, mała słyszy jakieś słowa i przekręca je po swo­

jemu. Aha, znalazłam kółeczko do gryzienia. Przesłać wam, 

czy macie zapasowe? 

- Mamy ich co najmniej kilka. Tamto wyrzuć do śmieci. 

Mariah, nie zdążyłam nawet podziękować ci, jak należy. Za­
mierzałam wszystko wyjaśnić, ale tak, żeby Basil tego nie * 

słyszał. 

- Niczego nie musisz wyjaśniać. Rozumiem, o co ci cho­

dziło. 

- Naprawdę? Wiesz, trudno mi było rozmawiać z tobą 

wcześniej, bo zawsze czułam się w twojej obecności onie­

śmielona. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 4 1 

- Poważnie? - Mariah miała nieraz wrażenie, że bratowa 

chyba jej nie lubi, ale nie sądziła, że Myrtiss może czuć się 

w jej obecności onieśmielona! 

- Zawsze wydawałaś mi się taka pewna siebie, i byłaś ode 

mnie dużo wyższa, i... 

- Że jestem wyższa, nie mogę zaprzeczyć. Mogę się wy­

najmować jako maszt na plaży. Ale pewna siebie? Moja droga, 

jest wręcz przeciwnie! 

- Ale Basil opowiadał, jak ciężko pracowałaś, żeby ro­

dzeństwo skończyło szkołę, i zajmowałaś się całym domem, 
choć pracowałaś dodatkowo w sklepie. Zawsze stawiał mi 

ciebie za przykład: Ri robi to tak, a tamto owak. Aż głupio 

mi się przyznać, ale czasem miałam tego dość. 

- Święci anieli! Już ci się teraz nie dziwię. Owszem, wie­

działam, że Basil ma trudności w kontaktach z ludźmi. My­
ślałam, że to dlatego, iż wychował się pośród dziewczyn. 
Chyba jednak ważniejszy był fakt, że jako nastolatek w ogóle 

nie miał czasu na zabawę. Teraz kcmputery są dla niego 
zabawkami i nie może się od nich oderwać. Dobrze choć, że 

zarabia wystarczająco dobrze na tej swojej zabawie. Musisz 

pamiętać, że pod wieloma względami jest jeszcze chło­
pcem, a chłopcy potrzebują twardej ręki. Trzeba, żebyś była 
stanowcza, ale jednocześnie dawała mu do zrozumienia, że 

go kochasz. 

- Ba, to rozumiem, ale najpierw on w ogóle musi zauwa­

żyć, że ja istnieję i że mam jakieś uczucia. 

Mariah roześmiała się. 

- To ci się już udało. 

Myrtiss roześmiała się również. Jej głos brzmiał dużo cie­

plej niż na początku rozmowy. 

- Nie miałabym odwagi zostawiać go samego z dziec­

kiem, gdybym nie była pewna, że mu pomożesz. Wiedziałam, 

background image

1 4 2 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

że Jessie będzie w dobrych rękach. Wszystko się udało. Basil 

mówi, że dostał niezłą nauczkę i już wie, że zajmowanie się 

dzieckiem to ciężka praca. - Myrtiss zachichotała wesoło. 

- Ale nie wiem, jak będzie po urodzeniu następnego dziecka. 

Chyba znowu wezwiemy cię na ratunek. Czy nie przeprowa­

dziłabyś się do Atlanty? Tu też są agencje dla modelek. 

- Nie myślałam jeszcze o przeprowadzce, ale... Mówiłaś 

o następnym dziecku? 

- No... To jeszcze nic pewnego, ale przeżyliśmy następny 

miodowy miesiąc, zanim wróciłam do domu. Basil chciał, 

żebyśmy zostali przez jakiś czas w hotelu, w którym mnie 

znalazł. Tam była wanna z hydromasażem i wielkie łóżko... 

Wiesz, jak to jest. 

Mariah nie wiedziała. Chciałaby wiedzieć, czemu nie, ale 

życie nie dało jej takiej okazji. 

- W tej wannie chyba niewiele widział, bo mu się zaparo­

wały okulary... Powiadasz jednak, że nie bawił się wyłącznie 

swoim laptopem? 

- Mariah! 

- Laptop to jest komputer! Miałam na myśli jego podrę­

czny komputer! 

Obie chichotały teraz jak nastolatki. 

Porozmawiały jeszcze przez chwilę, po czym Mariah od­

łożyła słuchawkę. 

Przeprowadzić się do Atlanty? Nigdy w życiu. To przecież* 

wielkie miasto. 

Następnego dnia rano wysłała swoje oferty do wszystkich 

sklepów z narzędziami i sprzętem, które znalazła w lokalnej 
książce telefonicznej. Powołała się na swój wieloletni staż 

w charakterze zastępcy kierownika. Na razie wysłała oferty 

do Brunswick i Waycross. Jeśli to nic nie da, spróbuje jeszcze 

w Savannah i Athens. Nie w Atlancie. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 4 3 

W najgorszym razie może przecież wrócić do Vica i pra­

cować jako modelka. To była ostateczność, ale lepiej się czuła 
wiedząc, że jest jeszcze i to wyjście. 

Dzień później spieniężyła swój wkład terminowy. Kara za 

niedotrzymanie terminu wynosiła tylko siedem dolarów. Po­

słała czek Burdinie i poprosiła Moe'ego Chitty, by zrobił 

porządny przegląd jej samochodu. 

Po południu wystawiła domowe kwiaty w doniczkach na 

ganek, napełniła karmniki dla ptaków i wysypała resztę ziaren 

słonecznika dla wiewiórek i gołębi. 

W piątek była gotowa do drogi. Nawet jeśli nie znalazła 

jeszcze pracy, zasłużyła na wakacje. Tak dawno ich nie miała. 

Prawie zapomniała, jak to jest, kiedy człowiek może robić, co 
mu się podoba. 

I może jechać, dokąd mu się podoba. Na przykład w stronę 

gór, do Północnej Karoliny. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Mariah stała już w drzwiach wejściowych, z kluczykami 

do samochodu w ręku. Na widok zajeżdżającej przed dom 

ciężarówki, wyładowanej czymś, co wyglądało jak wyrwany 

z korzeniami kawałek dżungli, zaczęła się śmiać. Znała tę 
ciężarówkę i jej oczy napełniły się łzami. 

- Cóż to ma znaczyć, parada z okazji święta wiosny? Blo­

kujesz mi wyjazd, Wydowski - zawołała przez siatkowe 

drzwi. - A mówiąc poważnie, co tutaj robisz? Zapomniałeś 
czegoś? 

Gus otworzył z rozmachem drzwi szoferki i wysiadł. Wy­

glądał jeszcze bardziej imponująco niż tamten emanujący siłą, 
twardy mężczyzna, którego zapamiętała. 

Przez cały miniony czas miała przed oczami każdy szcze­

gół jego twarzy. Teraz promienie południowego słońca odbi­

jały się w mosiężnej klamrze skórzanego paska, w wypuco­

wanych butach, padały na lśniącą ciemną brodę i srebrzyły się 

w pojedynczych siwych włosach świeżo ostrzyżonej czupry­
ny. Był opalony i wyglądał tak pięknie, że, nie wiadomo* 

czemu, jej oczy znów napełniły się łzami. 

- Nie spodziewałam się, że tu wrócisz - powiedziała. 

W jej spojrzeniu była radość, nadzieja, ale i cień niepewności, 

gdy wyszła mu na spotkanie. 

- Miałem zamiar nie wracać. To znaczy, próbowałem trzy­

mać się od ciebie z daleka. Nic z tego. 

Zbliżył się powoli i stanął naprzeciw niej, z rękami w kie-

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

145 

szeniach sztywnych jeszcze, bo całkiem nowych dżinsów. 
Mariah widziała go z bliska. Już nie wyglądał na tak pewnego 

siebie, jak przed chwilą. 

- Co znaczy „nic z tego"? Czy coś poszło inaczej, niż się 

spodziewałeś? 

- Nie. Tylko ze sobą mam problem - odpowiedział z od­

cieniem zakłopotania w głosie. 

- Czy... hmm... znalazłeś tam pracę? No... Czy budujesz 

coś? 

- Nie. 
- Poddaję się, Gus. O co tu chodzi? Co znaczą te drzewa 

z tyłu ciężarówki? 

- Przywiozłem trochę niezłego towaru. Wszystkie mają 

etykietki, gdybyś chciała wiedzieć, jak się które nazywa. -
Wyciągnął ku niej swą szeroką, pokrytą odciskami dłoń. Ma­

riah ujęła ją nieopatrznie. Za późno spostrzegła, że zrobiła 

głupstwo. Stał zbyt blisko. Znów poczuła znajomy zapach 
kawy, mydła i skóry, choć nawet nie miał na sobie skórzanej 
kurtki. 

Gus wciągnął w nozdrza dobrze zapamiętaną woń. Powi­

nienem przywieźć jej parę krzewów bzu, pomyślał. Na pewno 
chciałaby mieć koło domu prawdziwy bez. 

- Ładnie jesteś ubrana - Gus wskazał na kremowożółte 

spodnie i bluzkę z cieniutkiej bawełny. Zauważył, że Mariah 
lubi żółty kolor. Było jej w nim wyjątkowo do twarzy. 

Jej było we wszystkim do twarzy! 
Na nogach znów miała sandały na grubej podeszwie, które 

sprawiały, że niemal dorównywała mu wzrostem. Westchnął 

głośno. Opasał ją ramionami i zanurzył twarz w jej włosach. 

- Tak mi ciebie brakowało - szepnął. Głos miał głęboki 

i schrypnięty. - O Boże, Mariah, jak bardzo mi ciebie bra­

kowało. 

background image

146 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Jeszcze trochę, a już byś mnie tu nie zastał - odpowie­

działa po chwili, gdy mogła wydobyć głos ze ściśniętego 

gardła. - Właśnie wychodziłam. Popatrz, co tu mam... Klucze 

do samochodu. - Zadzwoniła nimi nad jego uchem. - Chcia­
łam ruszyć na północ i przeszukać okolice Banner Elk, choć 
nawet nie wiedziałam dokładnie, gdzie to jest. 

Gus zaśmiał się najpierw cicho, ale potem wybuchnął ser­

decznym śmiechem. 

- Chyba żartujesz? Naprawdę chciałaś mnie znaleźć? 

Marian zesztywniała w jego ramionach. 

- No, nie jesteś jedyną atrakcją w tamtych stronach. Nie 

myśl sobie... 

- Sezon narciarski już się skończył - oznajmił Gus z ła­

godną przekorą. 

- Nie jeżdżę na nartach. 
- No, można jeszcze łowić pstrągi. 

- Nie mam wędki. 

Ramiona Gusa oplotły Marian jeszcze ciaśniej. Zamknął 

oczy i myślał o tym, co by zrobił, gdyby jej tu nie zastał. 
Pewnie sam zasadziłby te wszystkie krzewy wokół jej domu. 

- Chodźmy do środka - powiedział stłumionym głosem. 

- Najpierw musimy porozmawiać. 

- Najpierw, to znaczy przed czym? 

Gus ujął ją w pasie i obrócił w stronę domu. 

- A jak myślisz? 
- Przed zasadzeniem tych krzewów, które mi przywio­

złeś. Gus, muszę ci uczciwie powiedzieć, że chcę sprzedać 

dom. 

Gus przyglądał się jej przez chwilę. Te rozpuszczone włosy 

koloru pszenicy, te policzki, jak marzenie rzeźbiarza, nogi... 
Czy jest na świecie piękniejsza kobieta? 

- Ładny ogród może zachęcić kupujących - zauważył. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

147 

- Kto zechce kupić ten dom? Może jacyś zapaleni wędka­

rze. Nikt nie przyjeżdża do Muddy Landing, żeby tu zamie­

szkać. Wszyscy uciekają stąd w poszukiwaniu pracy. 

- To może zachowamy go jako dom letniskowy? - Gus 

starał się powiedzieć to spokojnym tonem, choć dłonie miał 
spocone ze zdenerwowania. 

Jakby to, że się jej właśnie oświadczył, nie było niczym 

niezwykłym. 

Jakby nie był już podniecony jak młody ogier, boją widzi, 

bo jej dotyka. Ciekawe, czy to zauważyła? Miał wprawdzie 
luźne spodnie... 

Nie odważył się jej pocałować. Czuł, że jeśli zrobiłby to 

przed wejściem do domu, mógłby posunąć się do czegoś, 

czego na ogół nie robi się publicznie. 

Udało się im dotrzeć do drzwi. 

- Musimy porozmawiać - powiedział, próbując patrzeć 

na nią wzrokiem pełnym powagi. 

Nic z tego. Z przeciągłym westchnieniem porwał ją w ra­

miona i zmiażdżył jej usta pocałunkiem, który wstrząsnął nim 
od stóp do głów. 

- Zdejmij te przeklęte buty - wymruczał. 
- Przecież mogę rozmawiać z tobą, będąc w butach. 

W pośpiechu popychał ją w stronę sypialni. 

- Ale możesz też rozmawiać bez butów. I bez ubrania... 

- Przywarł ustami do jej warg w kolejnym pocałunku. 

- Gus, co ty robisz... 

Podniósł na nią błagalny wzrok. 

- Mariah, masz przed sobą człowieka gotowego na wszy­

stko. Nie zostało mi wiele czasu... 

Serce podeszło jej do gardła, gdy usłyszała te słowa. 

- I jeszcze mniej cierpliwości. Wyobraź sobie górę dyna­

mitu i bardzo krótki lont. Już zapalony... 

background image

1 4 8 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

On jej to mówi! Sama czuła, jak ten lont skwierczy już, 

sypiąc iskrami. 

- Kobieto, jeśli nie chcesz iść ze mną do łóżka, to mi to 

powiedz, ale szybko. 

Chciała iść z nim do łóżka, i to był jej największy problem. 

Pragnęła go w każdej chwili, marzyła, by być z nim tak długo, 

jak tylko to będzie możliwe. 

- Ile masz czasu? 
- Wystarczy. 

- Lepiej powiedz, ile naprawdę masz czasu. - Zrzuciła 

sandały na grubej podeszwie. - No, to jest nie fair. Ja zdjęłam 

buty, a ty nie. 

- Poczekaj, kotku. To nie wszystko, co będziemy musieli 

zdjąć. - Gus podskakiwał najpierw na jednej nodze, potem na 

drugiej, zrzucając w pośpiechu swe wysokie buty, a potem 
nowiutkie skarpetki. Schwycił za węzeł, którym związała rogi 

swej bluzki, i poradził sobie z nim w parę sekund. Mariah 

wiązała go dziś przez całe pięć minut, żeby ładnie wyglądał. 

Potem jednym ruchem ściągnął przez biodra jej spodnie i żół­
te figi. Osunęły się na podłogę u jej stóp. Została tylko w ko­
ronkowym biustonoszu. - To zdejmiemy spokojnie i powoli 
- obiecał schrypniętym szeptem. Mariah skinęła głową. 

Gus rozpiął spodnie. Mariah słyszała chrzęst błyskawicz­

nego zamka, ale nie spojrzała w dół. Nie miała odwagi. Serce 

i tak biło w jej piersi jak oszalałe. 

- Ale nie za wolno - poprosiła z niepokojem. 

Boże mój, jaki on był wspaniały! Zapomniała już prawie, 

jak szczupły i płaski był jego brzuch. A te bary... 

Wszystkie te piękne muskuły miały pewnie jakieś nazwy, 

tak jak istniało jakieś określenie na to, co czuła. Na to, że 

chciała być przy nim zawsze i że już nigdy, nigdy nie pozwoli 
mu odjechać dokądkolwiek bez niej. Na to, że chciała czuć 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 4 9 

na ustach smak jego warg, napawać się jego zapachem, wchło­
nąć go w siebie całego tak, aby jego ciało stało się jej ciałem. 

- Mam nadzieję, że nie masz pilnych spraw do załatwienia 

- powiedział Gus, odgarniając drżącymi rękami ozdobioną 

koronkami narzutę i układając Mariah na chłodnym, świeżym 

prześcieradle. - To może trochę potrwać. 

Trwało niecałe trzy minuty. Przynajmniej jeśli chodzi 

o pierwszy raz. Po pierwszym wzajemnym dotknięciu świat 
wkoło stanął w płomieniach. Mariah oplotła nogami jego 
mocne, lśniące od potu ciało i trzymała je w słodkim uścisku. 

Gus poruszał się w niej gwałtownie, w narastającej rozkoszy, 
aż poczuł, że jej ciało zaczyna wić się i szamotać w jego 

ramionach. 

Z gardłowym okrzykiem osunął się na nią, nie zwalniając 

uścisku. 

- Aniele mój... - mruknął. - Ależ ja tego potrzebowałem! 
Mariah też tego potrzebowała, ale nie chodziło jej tylko 

o krótką chwilę oszałamiającej rozkoszy, która otwierała 

przed nią niebo i piekło. 

- Gus, czy ty myślisz... - zaczęła niepewnie. 
- Bardzo rzadko. - Gus uniósł lekko głowę, żeby się do niej 

uśmiechnąć. Jego twarz nadal płonęła rumieńcem, oddychał głę­

boko i chrapliwie. - Przepraszam cię, kochanie. Przyrzekałem 

sobie, że wszystko odbędzie się w innej kolejności. Najpierw 

chciałem, żebyś przyzwyczaiła się do mojej propozycji. 

- Jakiej propozycji? - Mariah aż przestraszyła się tego 

pytania. 

- No, żebym ja... Żebyśmy byli razem. Na... Na stałe. 

- Spojrzał na nią szybko, jakby z obawą, po czym opuścił 
głowę na poduszkę. - Ja potrafię się przystosować. Chodzi mi 
o to, że może chciałabyś wrócić do pracy modelki. To dałoby 

się pogodzić, dopóki... 

background image

150 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Nie... 

Gus uniósł głowę. Marian wydało się, że jego oczy zasnuły 

się głębokim cieniem. 

- Nie? 

- Och, Gus, chciałam tylko powiedzieć, że nie mogę od­

dychać. Czy możesz się trochę przesunąć? 

Gus ujął ją mocno za ramiona i podniósł w górę tak, że 

całym ciałem leżała teraz na nim. 

- Lepiej? 

- Nie wiem. Dalej nie mogę racjonalnie myśleć. 
Uśmiechnął się, po czym roześmiał na cały głos. Mariah 

czuła pod sobą jego wibrujące ciało i odbierała to jak nową, 

szczególną pieszczotę. 

- Ale nie możesz mi zarzucić, że w łóżku nie daję ci 

równych szans. 

- Gus! - Poczuła, jak gorąco oblewa całą jej twarz. Gdyby 

była dziesięć lat młodsza, mogłaby sądzić, że się rumieni. Gus 

przyciągnął jej twarz do swojej. Najpierw ich pocałunek był 
tylko lekkim dotykaniem się ustami i wzajemnym przekoma­

rzaniem, aż stał się głębszy, coraz bardziej gwałtowny i zmy­

słowy. 

Tym razem kochali się inaczej, zaczynając powoli i łagod­

nie, napawając się każdym ruchem i dotknięciem, odkrywając 
nowe sposoby dawania sobie rozkoszy. 

Przerywając na chwilę, aby nabrać tchu, Gus zamknął oczy ^ 

i westchnął. Gdy otworzył je z powrotem, aż zamarł z za­
chwytu, widząc ciało Mariah unoszące się wysoko i dumnie 

nad jego brzuchem. Długie, lśniące uda pieściły jego boki 
przy każdym subtelnym poruszeniu jej bioder. 

- Zabijasz mnie, najdroższa. Powoli i stopniowo zabijasz 

mnie, ale to będzie cudowna śmierć - wyszeptał. 

- Nic na to nie poradzę. Lubię to poczucie przewagi. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 5 1 

- Tylko rób tak dalej, a zostaniesz wdową, zanim jeszcze 

zdążysz stanąć ze mną przed ołtarzem. - Ujął ją mocno za 

ramiona i trzymał mocno, sam wsuwając się w głąb jej ciała 
coraz gwałtowniej i mocniej, unosząc ich oboje ku chwili 

słodkiej eksplozji. 

Później leżeli obok siebie, popijając mocną kawę. Gus 

przypomniał jej, że nie odpowiedziała mu na pytanie. 

- Nie odpowiedziałam? Jakie to było pytanie? Przecież 

mówiliśmy o wielu rzeczach. Czy powiedziałam ci, że Jessie 
wciąż dopytuje się, gdzie jest „Dus-Dus"? 

Gus uśmiechnął się szeroko. 

- No, byłem całkiem niezły, prawda? 

- Jako niańka? 

- Pewnie. Jak na człowieka bez żadnej praktyki w tej dzie­

dzinie, spisałem sienie najgorzej. 

- Aha. Bo myślałam, że miałeś na myśli swoje niedawne 

wyczyny w łóżku - przekomarzała się Mariah. 

Ramiona Gusa zacisnęły się mocno wokół niej. Głowa 

Mariah znalazła się w zagłębieniu jego barku. 

- Jeślibyśmy trochę poćwiczyli... 

- Podobno masz mało czasu. 

- To się da załatwić. Co byś powiedziała na pracowity 

miesiąc miodowy na plaży? 

- Przecież ja nie mam pracy. 

Jego dłoń powędrowała pod koc i znalazła pewne miejsce 

na wewnętrzej stronie jej uda, które okazało się niezwykle 
wrażliwe. 

- Właśnie chcę ci zaproponować pracę. 

Mariah miała dość tych zagadek. 

- Nie żartuj, Gus. Przecież ty nie zatrudniasz modelek. 

Zresztą nie chcę już być modelką. Znajdę sobie inne zajęcie. 
Najlepiej na świeżym powietrzu. 

background image

1 5 2 UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT 

- Proszę bardzo. Wprawdzie mogę bez trudu utrzymać nas 

oboje, ale jeśli chcesz pracować, dopóki nie urodzą się dzieci, 
to nie mam nic przeciwko temu. 

Dzieci? O dobry Boże, pomyślała Marian w oszołomieniu. 

- A jeśli okaże się, że nie pasujemy do siebie? Przecież 

tak krótko się znamy - powiedziała wreszcie. 

- Dobrze, proponuję ci pewną umowę. - Gus ostrożnie 

odstawił na stolik swoją filiżankę. Następnie ujął obie dłonie 
Mariah. - Już i tak straciliśmy sporo czasu. Co byś powie­
działa, gdybyśmy pobrali się jak najszybciej? Znajdę dla nas 

jakieś mieszkanie, w pobliżu kwatery chłopaków z budowy. 

Zobaczymy, jak ci się spodoba na wybrzeżu. Potem możemy 
spędzić jakiś czas w górach, a za rok zbuduję dla nas duży 

dom, żeby mogła w nim mieszkać liczna rodzina. Może Jessie 

zechce nas odwiedzić. Co o tym myślisz? 

Mariah miała ochotę uszczypnąć się i przekonać, że nie śni. 

- Ale nie powiedziałeś jeszcze ani słowa o miłości. 

- Wiesz... To chyba jest jedno z tych słów, które 

mężczyźnie z trudem przechodzą przez gardło. Ale poprosi­
łem cię przecież, żebyś została moją żoną. Nigdy nie propo­
nowałem tego żadnej kobiecie. Kiedyś wprawdzie miałem 
zamiar się ożenić, ale tak się nie stało. I wtedy nie czułem do 
tamtej kobiety tego, co odczuwam, będąc z tobą. 

- Czy to ma oznaczać, że... 
- Że cię kocham? No pewnie! - Popatrzył na ich złączone 

ręce i westchnął. - Tak, kocham cię. Bardzo. W ogóle nie 

jestem sobie w stanie wyobrazić życia bez ciebie. To jest takie 

uczucie, rozumiesz? 

Mariah skinęła głową z namysłem. 
- Hmmm. W tej sytuacji chyba powinniśmy spróbować 

być razem. Dobrze - powiedziała już całkiem stanowczo. -
Wyjdę za ciebie i pojadę z tobą, dokąd tylko będziesz chciał. 

UMOWA NA PIĘĆDZIESIĄT LAT  1 5 3 

A przez następne pięćdziesiąt lat może uda nam się stworzyć 

całkiem udany związek? 

- Szanowna pani, to wspaniała umowa. Uściśnijmy zatem 

sobie dłonie! - Jego oczy zalśniły głębokim błękitem. 

- Mam lepszy pomysł - szepnęła Mariah.