background image

Zygmunt Zeydler-Zborowski

Człowiek o cętkowanej twarzy

Rozdział I

Zmęczenie - ciężkie, odurzające jak działanie narkotyku. Bezwład całego ciała, szum 

w   głowie,   nieznośnie   piekące   powieki.   Wiele   dni   wytężonej   pracy,   nieprzespane   noce, 

nieustanne napięcie nerwowe.

Wczesny   czerwcowy   świt   pokrył   szarością   zakurzoną   szybę.   Za   oknem   poczęły 

przesuwać się szachownice pól wypełnionych dojrzewającym zbożem. Potem soczysta zieleń 

łąk, jakaś rzeka i znowu zboża. Domy, wtopione w krajobraz, czerwieniły się nie otynkowaną 

cegłą   albo   szarzały   betonowymi   ścianami.   Z   ich   drzwi   wychodzili   ludzie   na   powitanie 

nowego dnia.

Przechylił w tył głowę i przymknął oczy, ale był zbyt zmęczony, żeby zasnąć. Koła 

wystukiwały rytmicznie: An-ka... An-ka... An-ka... Nie mógł się doczekać, kiedy ją znowu 

zobaczy, kiedy posłyszy jej wesoły, pełen radości życia śmiech. Otworzył oczy, ale szybko je 

zamknął, wracając do swoich myśli. An-ka... An-ka... Pewnie jeszcze śpi. Oczywiście, że śpi. 

Przecież jest strasznie wcześnie. Wsunął rękę do kieszeni i dotknął kluczy. Wejdzie cichutko i 

obudzi ją pocałunkiem. Uśmiechnął się na myśl, jaka będzie zaskoczona. Nie zawiadamiał jej 

o swoim przyjeździe, bo dokładnie nie wiedział, kiedy skończy robotę. A zresztą, jakie to ma 

znaczenie! Najważniejsze, że już niedługo będą znowu razem. A Wojtuś? Ogarnęła go nowa 

fala rozczulenia. Zobaczył płową główkę syna i te oczy, ogromne, niebieskie, zawsze jakby 

trochę zdziwione. Pewnie jest u babci w Otwocku, łobuzuje z chłopakami. Kawał urwisa. 

Babcia czasem ma z nim trochę kłopotu. Ale od tego jest przecież babcią, żeby miała kłopot z 

wnukami. Jutro weźmie wóz i pojadą z Anią do Otwocka. Musi zobaczyć Wojtka. Jakżeby 

inaczej.

Na Wschodnim wysiadło sporo osób. Podróżni, pośpiesznie opuszczający wagony, 

zmieszali się z tłumem oczekujących na peronie. Powitalne okrzyki, nawoływania, ogólne 

zamieszanie. Ktoś szuka bagażowego, ktoś nie może doliczyć się walizek, ktoś inny zgubił 

ciocię   i   krzyczy   rozpaczliwie:   „Ciociu!   Ciociu!”.   To   wszystko   jest   denerwujące.   Pociąg 

bardzo długo stoi, stanowczo za długo. Wreszcie rusza. Zaraz będzie Centralny.

Zdjął z półki walizkę, włożył płaszcz i wyszedł na korytarz. Koła wagonu zadudniły 

na moście. W dole Wisła, brunatna po ostatnich deszczach, szeroko rozlana, nie zachęcająca 

do kąpieli. I zaraz tunel. Stukot kół wydawał się bardziej intensywny. Wreszcie. Centralny!

background image

„Czy będą taksówki?” - myślał niespokojnie idąc w kierunku wyjścia. Żałował, że nie 

zadzwonił do któregoś ze zmotoryzowanych kolegów. Ale przecież nie mógł wymagać, żeby 

ktoś zrywał się dla niego o świcie. Był już przygotowany na to, że będzie łapał jakiś wóz „na 

łebka”.

Niespodziewanie taksówki podjeżdżały jedna za drugą. Czekał tylko dziesięć minut. 

Kierowca,   człowiek   starszy,   najwyraźniej   zmęczony   życiem,   nie   zdradzał   ochoty   do 

rozmowy. W milczeniu zajechali na Mokotów.

- Wie pan, gdzie jest Lenartowicza?

-  Co   mam   nie   wiedzieć   -   odburknął   niechętny   taksówkarz   i   energicznie   obrócił 

kierownicą.

Nareszcie   w   domu.   Pośpiesznie   wysiadł   z   wozu   i   zapłacił,   dając   iście   królewski 

napiwek.   Był   tak   podniecony,   że   przeskakując   po   dwa   stopnie   wbiegł   na   drugie   piętro. 

Niecierpliwymi rękami otworzył zamki i pchnął drzwi.

W   mieszkaniu   panowała   zupełna   cisza.   „Jeszcze   śpi,   kochana   moja”   -   pomyślał, 

wieszając płaszcz na wieszaku. Ostrożnie, bardzo ostrożnie, na palcach  szedł w kierunku 

pokoju, w którym stał ich małżeński tapczan. Cicho nacisnął klamkę i stanął jak wryty. Pokój 

był pusty, tapczan nakryty narzutą, na której rysowały się barwną plamą kolorowe poduszki, 

ani  śladu  pościeli.   Wszystko  poukładane  porządnie,   z pedantyczną  dokładnością.  Nic  nie 

wskazywało na to, że ktoś spędził tu noc.

Tak był pewien, że zobaczy śpiącą Ankę, iż przez chwilę stał nieruchomo, nie wierząc 

własnym oczom. Potem zaczął biegać po całym mieszkaniu, zajrzał do łazienki, do kuchni, do 

pokoju Wojtusia. Nikogo. „Gdzie ona jest? Co się z nią mogło stać?” - myślał zdenerwowany. 

Raz jeszcze obiegł całe  mieszkanie,  jakby przypuszczał,  że Ania gdzieś się schowała, że 

przecież musi tutaj być. Odchylił nawet zasłony okienne i zajrzał do szafy. Gdyby gdzieś 

wyjechała, to zostawiłaby przecież jakąś wiadomość, kartkę...

Usiadł   na   tapczanie   i   zapalił   papierosa.   Powoli   zaczął   się   uspokajać.   „Jestem 

skończonym   idiotą   -   pomyślał,   zaciągając   się   dymem.   -   Dlaczegóż,   u   diabła,   tak   się 

denerwuję?   Przecież   mogła   zanocować   u   matki   albo   u   Krystyny.   A   może   pojechała   do 

Otwocka?” Ostatecznie to jeszcze nie żadna tragedia, że nie zastał jej w domu, tak jak to 

sobie wyobrażał siedząc w pociągu.

Przysunął krzesło do stolika, na którym stał telefon, podniósł słuchawkę i nakręcił 

numer. Po chwili posłyszał sennie schrypnięty głos teściowej.

- To ty, Stachu? Bój się Boga. O której godzinie ty do mnie dzwonisz? Nie mogłam 

zasnąć do trzeciej, a ty już o świcie... - Głębokie ziewnięcie towarzyszyło tym słowom.

background image

- Bardzo przepraszam, ale przed chwilą wróciłem z terenu i nie zastałem Ani w domu. 

Myślałem, że może zanocowała u mamy.

-  Nie, nie zanocowała. - Znowu ziewnięcie. - A jak ciebie nie ma w domu całymi 

tygodniami, to się później nie dziw... Jak się ma młodą i ładną żonę, to trzeba jej pilnować, a 

nie tak... Cóż ty sobie wyobrażasz?

Odkładał słuchawkę ze złością. „Stara kretynka. Jej tylko jedno w głowie”. Pomyślał 

chwilę i znowu nakręcił numer. Tym razem posłyszał młody, wesoły głos:

- Halo?

- Nie obudziłem cię, Krysiu?

- Ale skądże! Jestem już po porannej gimnastyce. Zaraz idę pod prysznic.

-  Nie   gniewaj  się,   że  tak   wcześnie  dzwonię,   ale   właśnie  wróciłem  z   terenu  i   nie 

zastałem Anki w domu. Myślałem, że może zanocowała u ciebie.

- Nie, Ania nie nocowała u mnie. Wprawdzie chciałam ją wczoraj ściągnąć na takiego 

małego brydżyka, ale jakoś nie udało mi się jej złapać. Może pojechała do Otwocka.

- Może. Przepraszam cię.

Zadzwonił jeszcze do ciotki, do przyjaciół, do bliższej i dalszej rodziny. Zawsze z tym 

samym   rezultatem,   a   właściwie   bez   rezultatu.   Ania   u   nikogo   nie   nocowała   i   nikt   jej   w 

ostatnich dniach nie widział. „Na pewno pojechała do Otwocka, do Wojtusia - pocieszał się. - 

Przecież nic złego nie mogło się stać”. Postanowił ogolić się, zajrzeć na chwilę do komendy i 

pojechać do Otwocka.

Pospiesznie zrzucił zmięte, zakurzone ubranie, poszedł do łazienki, zaczął namydlać 

twarz. W tej chwili zadźwięczał dzwonek, który wydał mu się dziwnie głośny.   „Anka” - 

pomyślał, biegnąc do telefonu.

To nie była ona. Charakterystyczny nosowy głos Górniaka zabrzmiał bezosobowo, 

oficjalnie. Żadnych powitań, żadnych przyjacielskich żarcików.

- Dobrze, że przyjechałeś, Stachu. Czy mógłbyś zaraz wpaść do komendy.

- Co się stało? Czy coś z Anną? Coś z moją żoną?

- Zaistniały pewne komplikacje. Przyjeżdżaj.

- Miała wypadek? Jest może w szpitalu?

- Nie. Nie było żadnego wypadku. Twoja żona jest zupełnie zdrowa. Przyjeżdżaj jak 

najprędzej i zaraz zamelduj się u szefa. Trzymaj się.

Nie   myślał   już   o   goleniu.   Pospiesznie   wytarł   namydloną   twarz   ręcznikiem   i   z 

powrotem włożył rzucone na krzesło ubranie. Miał zamęt w głowie. Bardzo się bał.

.

background image

Spod krzaczastych brwi patrzyły uważnie szare oczy. Pułkownik Makowski należał do 

tych   ludzie   których   trudno   jest   wyprowadzić   z   równowagi.   Nie   poddawał   się   emocjom. 

Zawsze, w najtrudniejszych nawet sytuacjach, potrafił zachować zimną krew. Tym  razem 

jednak widać było, że z trudem się opanowuje.

Kornicki usiadł. Miał ochotę zapalić, ale nie sięgnął do kieszeni po papierosy.

- Co się stało? Co z Anną?

Chwila   kłopotliwego   milczenia.   Makowski   obracał   w   palcach   nie   zapalonego 

papierosa, jakby nie mogąc się zdobyć na rozpoczęcie tej rozmowy.

-  Słuchaj, Stachu... W życiu  każdego człowieka bywają  takie  momenty,  że trzeba 

mocno wziąć się w garść. Cokolwiek usłyszysz, musisz zachować całkowity spokój. Liczę na 

ciebie.

- Ale co się stało? Mówże wreszcie! - wybuchnął Kornicki.

-  A   więc   tak...   -   pułkownik   odchrząknął   i   przełknął   ślinę.   -   Od   pewnego   czasu 

mieliśmy   pod   obserwacją   taką   mocno   podejrzaną   willę   w   Konstancinie.   Ruleta,   poker, 

narkotyki,   prostytutki,   pokoje   gościnne   dla   wiadomych   celów,   słowem   lepszy   burdel. 

Dzisiejszej nocy urządziliśmy nalot na ten lokal. Sporo osób zostało zatrzymanych, a między 

innymi i twoja żona.

Kornicki zerwał się.

- Anna?! To niemożliwe!!!

- Siadaj. - Makowski uspokoił go ruchem ręki. - Niestety to fakt. Parszywa historia. 

Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Trzeba tę sytuację spokojnie przeanalizować, 

dokładnie zbadać.

Kornicki przeciągnął dłonią po czole.

- Niemożliwe... Niemożliwe... Jak to się stało? Anna... Zatrzymaliście ją?

- Widzisz... - Makowski poruszył się niespokojnie. - Musieliśmy ją zatrzymać. W jej 

torebce znaleziono złotego Schaffhausena, złotą bransoletę i portfel z obcą walutą. Wszystko 

to zostało skradzione jakiemuś Szwedowi. Przesłuchiwałem go osobiście.

Kornicki robił wrażenie człowieka, który dużo wypił.

- To znaczy... To znaczy, że ten Szwed i Anna...

-  Był   pijany   -   wyjaśnił   pułkownik.   -   Nie   pamiętał   dokładnie,   jak   wyglądała 

dziewczyna. Zarządziłem konfrontację, ale nie mógł z całą pewnością stwierdzić, że tą była 

Anna. Wypił dużo, a w lokalu panował półmrok... Rozumiesz więc, że w tej sytuacji...

Kornicki odzyskał panowanie nad sobą. Powziął decyzję.

- Muszę natychmiast zobaczyć się z Anną - powiedział stanowczo.

background image

Makowski pokręcił głową. - To nie takie proste...

- Jak to? Chyba mam prawo zobaczyć się z żoną? Porozmawiać, wyjaśnić...

- Oczywiście - zgodził się pułkownik - ale widzisz... Ona nie chce z tobą rozmawiać.

-  To mnie nie obchodzi! - Kornicki uderzył pięścią w blat biurka. - Chce czy nie 

chce... Musi. Musi ze mną rozmawiać, musi wyjaśnić. Przecież ja nie mogę tej sprawy tak 

zostawić.

- Uspokój się, Stachu. Całą sprawę przeanalizujemy na zimno, zbadamy, ale widzisz... 

na   razie   lepiej   będzie,   jeśli   nie   zobaczysz   się   z   żoną.   W   pierwszym   odruchu   ja   sam 

zaproponowałem, żeby z tobą porozmawiała. Dostała gwałtownego ataku histerii. Nie chce z 

nikim   rozmawiać,   nikogo   widzieć.   Wezwałem   lekarza.   Powiedział   stanowczo,   żeby   jej 

niczym nie denerwować, żeby ją zostawić w całkowitym spokoju. Rozumiesz więc, że w tej 

sytuacji... Dla dobra twojej żony nie powinieneś z nią teraz rozmawiać. Musimy odczekać.

Kornicki oburącz chwycił się za głowę.

-  Co   to   wszystko   znaczy?   Co   się   dzieje?   Anna...   Zawsze   taka   opanowana,   taka 

spokojna. Atak histerii... Nie mogę w to uwierzyć.

-  To był  typowy atak histerii - powiedział wolno pułkownik, wyraźnie  akcentując 

każde słowo. - Możesz mi wierzyć. Nie mam żadnego powodu, żeby wprowadzać cię w błąd.

- Co robić...? Co robić...?

-  Posłuchaj mnie, Stachu. - Makowski serdecznym ruchem poklepał przyjaciela po 

ramieniu. - Znamy się przecież nie od dziś, znam twoją żonę i cała ta historia wydaje mi się 

zupełnie nieprawdopodobna. Im dłużej o tym wszystkim myślę, tym mocniej utwierdzam się 

w przekonaniu, że mamy do czynienia z jakąś prowokacją, jakąś ukartowaną intrygą.

- Ale kto i dlaczego?

-  Nie   wymagaj   ode   mnie   zbyt   wiele.   Na   to   pytanie   nie   potrafię   ci   jeszcze 

odpowiedzieć. Śledztwo już zostało wdrożone.

- W tej sytuacji muszę złożyć rezygnację - powiedział Kornicki.

Pułkownik potrząsnął głową.

-  Nie   śpieszmy   się   z   tym.   Na   razie   zostaniesz   zawieszony   w   czynnościach 

służbowych.   Wspólnie   przemyślimy   to   wszystko.   Zobaczymy,   jak   się   potoczą   wypadki. 

Jestem przekonany, że to jakaś paskudna afera. A ty się trzymaj, nie upadaj na duchu i bądź 

dobrej   myśli.   Wiesz,   że   masz   tutaj   przyjaciół.   Sądzę,   że   najlepiej   będzie,   jeśli   akta 

rozpoczętych przez ciebie spraw przekażesz Wrończakowi. Wiem, że pozostajesz z nim w 

przyjacielskich   stosunkach.   Będzie   ci   przyjemniej   to   wszystko   z   nim   załatwić.   Już 

rozmawiałem na ten temat z Wrończakiem.

background image

.

Porucznik  Wrończak  był  doświadczonym  oficerem,  a  wyglądał  tak,  jakby dopiero 

opuścił mury szkolne. Szczupły,  zwinny,  wysportowany,  pełen  wrodzonej życzliwości  do 

świata i ludzi, bardzo szybko aklimatyzował się w każdym środowisku. Jego po chłopięcemu 

zaróżowiona, pogodnie uśmiechnięta twarz błyskawicznie zdobywała mu sympatię otoczenia. 

Ukończył Wydział Prawny na Uniwersytecie Warszawskim i początkowo chciał poświęcić 

się adwokaturze, ale później zdecydował się na pracę w milicji. Interesowały go zagadnienia 

związane kryminalistyką i kryminologią. Pasjonował się penetracją środowisk przestępczych. 

Dzięki wrodzonej inteligencji, szybkiemu refleksowi i znajomości psychologii miał  na tym 

polu znaczne osiągnięcia. Szybko zdobył zaufanie przełożonych, coraz częściej powierzano 

mu samodzielne zadania i mówiono, że zapewne niedługo awansuje na kapitana. Z Kornickim 

zaprzyjaźnił się - bardzo prędko. Obaj obdarzeni byli dużym poczuciem humoru i obaj mieli 

w sobie prawdziwą radość życia. 

W obecnej jednak sytuacji owo poczucie humoru nie na wiele się zdało. W ponurych 

nastrojach siedzieli po dwóch stronach urzędowego biurka i Wrończak przejmował zaczęte 

sprawy.

- Tutaj masz jeszcze tę szmuglerską aferę - powiedział Kornicki i dodał, zapalając 

papierosa:   -   To   chyba   byłoby   już   wszystko.   Jeśli   potrzebowałbyś   jakichś   wyjaśnień   to, 

oczywiście, chętnie ci służę.

Wrończak pokiwał głową i wskazał teczkę leżącą z boku:

- A to?

Kornicki machnął ręką.

- To zaraz odeślę do archiwum. Nieaktualne.

- Co to za sprawa?

- Takie tam przywidzenia. Nie zawracaj sobie głowy.

- Przywidzenia?

- Nie ma o czym gadać. - Kornicki skrzywił się niechętnie. - Słyszałeś może o tym 

samobójstwie na Świętokrzyskiej?

- Coś sobie przypominam. Zdaje się, że jakaś młoda dziewczyna otruła się gazem.

- Tak.

- I chciałeś się tym zająć?

- Chciałem... Nieważne.

Wrończak spojrzał z zainteresowaniem.

- Miałeś jakieś wątpliwości?

background image

-  Mówię   ci,   że   to   teraz   nieważne.   Być   może,   że   działałem   pod   wpływem   czysto 

emocjonalnych impulsów Wiesz, jak to bywa. Czasem się człowiekowi coś zdaje.: Nie ma o 

czym mówić.

- Znałeś tę dziewczynę? - nie ustępował Wrończak.

- Tak. Znaliśmy się od dziecka. To właśnie dlatego nie mogłem uwierzyć w to, co się 

stało. Samobójstwo było absolutnym zaprzeczeniem jej charakteru, jej postawy życiowej. To 

nie był ten typ...

Wrończak zamyślił się.

- Hm... No cóż... To bardzo skomplikowane zagadnienia. Właściwie nie istnieje taki 

zupełnie czysty typ człowieka, bez żadnych domieszek. Wszyscy jesteśmy jednym wielkim 

melanżem   psychicznym.   Każdy   z   nas   jest   zlepkiem   najrozmaitszych   cech,   które   się 

uwydatniają   albo   nie,   w   zależności   od  środowiska,   okoliczności,   bodźców   zewnętrznych. 

Niesłychanie   trudno   wyrobić   sobie   trafną   opinię   o   człowieku.   Znasz   kogoś   nawet 

kilkadziesiąt lat, jesteś przekonany, że to jest taki a taki facet i nagle, w jakimś momencie, 

okazuje się, że to zupełnie ktoś inny, że jego reakcje nie mają nic wspólnego z wizerunkiem, 

który sobie przez te wszystkie lata stworzyłeś.

Kornicki uważnie spojrzał na przyjaciela.

- Wygłosiłeś bardzo pouczający referat. Czy chcesz mnie przekonać, że Olga jednak 

popełniła samobójstwo?

Wrończak energicznie potrząsnął głową.

-  Nie mam zamiaru o niczym cię przekonywać. Chciałbym tylko ci uświadomić, że 

jeśli ktoś nie jest typem samobójcy, to jeszcze żaden dowód, iż nie popełnił samobójstwa.

- Masz rację, tyle że moje wątpliwości nie tylko na tym się opierają.

- W takim razie może opowiedziałbyś mi coś więcej o tej historii.

-  Właściwie nie ma wiele do opowiadania. Znalazłem się zupełnie przypadkowo w 

pogotowiu milicyjnym w momencie, kiedy dozorca domu dzwonił, że jedna z lokatorek otruła 

się gazem. Posłyszałem nazwisko i natychmiast tam pojechałem.

- I od razu miałeś jakieś wątpliwości?

- Tak. Od razu. Tydzień przedtem rozmawiałem z Olgą. Była w doskonałym nastroju, 

miała różne plany, mówiła mi o projektowanym małżeństwie. Wydało mi się czymś zupełnie 

nieprawdopodobnym,   żeby   w  kilka   dni   po   tej   rozmowie   odebrała   sobie   życie.   Poza   tym 

zastanowił mnie ten list.

Na twarzy Wrończaka odmalowało się żywsze zainteresowanie.

- Zostawiła list?

background image

- Tak. Napisała, że ma wszystkiego dosyć, że nie widzi w życiu żadnego sensu, żeby 

nikogo nie winić i takie różne rzeczy...

- List został napisany ręcznie czy na maszynie? - spytał Wrończak.

- List został napisany jej ręką. Ekspertyza wykazała to ponad wszelką wątpliwość.

- Nie rozumiem w takim razie, co cię zastanowiło w tym liście?

- Był pisany przez kalkę.

- Przez kalkę? - zdumiał się Wrończak.

- Tak. Chcesz zobaczyć? - Kornicki rozwiązał teczkę i wyjął z niej kawałek papieru. - 

Przyjrzyj się uważnie. List został napisany długopisem, który Olga bardzo mocno naciskała, 

zupełnie tak, jakby chciała, żeby tekst odbił się wyraźnie na jednej lub paru kopiach.

Wrończak uważnie obejrzał zapisaną kartkę papieru.

- Rzeczywiście. Wygląda na to, że masz rację. Znalazłeś taką kopię?

- Nie.

- A może miała zwyczaj mocno przyciskać długopis? Kornicki potrząsnął głową.

-  Nawet gdyby tak było, to nie mogłaby robić tego aż tak silnie, a poza tym było 

akurat odwrotnie. Otrzymywałem  przecież od niej listy.  Pisała leciutko, ledwie dotykając 

papieru. Zresztą ta kartka została powalana kalką na odwrotnej stronie. Niewielki ślad na dole 

w lewym rogu. Tak jakby kalka się odgięła i powalała papier w czasie pisania. Przyjrzyj się.

Wrończak ponownie obejrzał list.

- Masz rację. To interesujące. Na ogół nie zdarza się, żeby ktoś przed popełnieniem 

samobójstwa pisał list pożegnalny przez kalkę w paru egzemplarzach.

-  No właśnie - ożywił się Kornicki. - Wprawdzie ten kawałek papieru mógł zostać 

powalany przy innej okazji, ale ten fakt bardzo mnie zastanowił.

- Znalazłeś tam w ogóle jakąś kalkę?

- Tak. Dwie paczki kalki ołówkowej w szufladzie biurka.

- Czym zajmowała się ta dziewczyna?

-  Była   redaktorką  w  wydawnictwie.   Dokładnie  nawet  nie  wiem,  gdzie   pracowała. 

Podczas ostatniej naszej rozmowy wspomniała, że chce zmienić posadę.

Wrończak w zamyśleniu potarł wierzchem dłoni gładko wygolony podbródek.

- Na co jej, u diabła, była potrzebna kalka ołówkowa? Kornicki wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia. Sam się nad tym zastanawiałem. Może pisała recenzje z jakichś 

książek, ale to raczej wątpliwe. Recenzje pisze się zazwyczaj w jednym egzemplarzu, a potem 

daje do przepisania na maszynie.

- Miała w domu maszynę?

background image

- Nie. Nie znaleźliśmy. Wrończak westchnął.

- No cóż... Poszlaki raczej mizerne. Ale ty jednak chciałeś zbadać tę sprawę.

- Nie mogłem pogodzić się z samobójczą śmiercią Olgi - To mnie tak nurtowało... Ale 

oczywiście   grały   tu   rolę   czysto   emocjonalne,   osobiste   względy.   Nie   zawracaj   sobie   tym 

głowy.

-  Tego nie mogę  zrobić - powiedział zdecydowanie Wrończak. - W związku z tą 

niesamowitą   historią   w   Konstancinie   muszę   bardzo   dokładnie   zbadać   wszystkie   sprawy, 

którymi   się   interesowałeś.   Co   do   tego   otrzymałem   zupełnie   wyraźne   instrukcje   od 

pułkownika. Co tam jeszcze masz oprócz tego listu?

- Fotografię Olgi. Chcesz zobaczyć?

- Pokaż. Ładna dziewczyna. Oczy pełne życia.

-  Otóż to - podchwycił skwapliwie Kornicki. - Była niesłychanie żywotna. Miała w 

sobie tyle energii, tyle radości. W żaden sposób nie mogę uwierzyć, żeby ona... właśnie ona 

targnęła się na życie.

Wrończak włożył do teczki fotografię i zaczął znowu oglądać list.

- Trochę dziwne.

- Co?

- Nie zastanowił cię kształt tej kartki?

- Nie.

- Spójrz. To jest kartka zwykłego maszynowego papieru, ale trochę krótsza. A teraz 

przyjrzyj   się   uważnie   górnemu   brzegowi.   Nieznaczna   nierówność.   Jaki   z   tego   można 

wyciągnąć wniosek? Wydaje mi się, że tylko jeden. Kawałek kartki został odcięty nożem albo 

żyletką.

- To zupełnie możliwe - przytaknął Kornicki - Ale co z tego?

- Jeszcze nie wiem. Może to ma jakieś znaczenia, może nie ma żadnego. W każdym 

razie zaczyna mnie ta sprawa interesować. Czekaj... czekaj... właśnie w tej chwili wpadło mi 

coś do głowy...

Zadzwonił telefon. Wrończak podniósł słuchawkę.

- Tak, tak, jest u mnie - powiedział. - Właśnie skończyliśmy. Zaraz mu powtórzę. - 

Odsunął   od   siebie   aparat   i   spojrzał   na   przyjaciela.   -   Stary   chce   jeszcze   z   tobą   pogadać. 

Cholernie się przejął tą całą historią. To w gruncie rzeczy bardzo porządny chłop. I lubi cię.

Kornicki wstał.

- No to cześć. Odezwij się któregoś dnia.

- Na pewno. Trzymaj się, Stachu.

background image

Po wyjściu Kornickiego Wrończak przez dłuższą chwilę przyglądał się fotografii Olgi 

Wierzbickiej, a następnie wyjął z szuflady biurka szkło powiększające i znowu zaczął badać 

pożegnalny list samobójczyni. - Odcięte... Nie ma wątpliwości, że odcięte - mruczał do siebie. 

Ta sprawa, która zdawała się nie wzbudzać niczyich wątpliwości, zaczynała go intrygować. 

Kornickiego znał dobrze i wiedział, że to człowiek trzeźwy, obdarzony zdrowym rozsądkiem, 

Jeśli więc coś podejrzewał... To prawda, że mogły tu odgrywać rolę elementy emocjonalne, 

ale...

Wszedł Górniak.

- Masz. Przyjrzyj się - powiedział rzucając na biurko plik fotografii.

Były to zdjęcia młodej ładnej kobiety, grającej w miętę, tańczącej z na wpół nagim 

Murzynem,   pijącej   jakiś   trunek,   rozdającej   karty.   Na   niektórych   odbitkach   mocno 

roznegliżowana, w wyzywających, niedwuznacznych pozach. Wrończak oniemiał.

- Ależ to Anka Kórnicka! - wykrzyknął. - Skąd ty to masz?

- Znaleźliśmy w tej spelunie dużej klasy japoński aparat fotograficzny i właśnie w tym 

aparacie były te zdjęcia. Na wszystkich zona Staszka Kornickiego.

Wrończak   nie   mógł   ochłonąć   z   wrażenia.   Raz   jeszcze   obejrzał   zdjęcia   jakby   nie 

wierząc własnym oczom.

- Niesłychane... niesłychane... - powtarzał. - I nie wiesz, czyj to aparat?

- Nie mam pojęcia. Facet prysnął i zostawił sprzęt, który kosztuje kupę forsy.

- Dlaczego przypuszczasz, że to facet?

- Bo ładną dziewczynę zazwyczaj fotografują faceci, szczególnie w takich pozach i w 

takim stroju.

Wrończak pokręcił głową.

-  Nie zawsze. Wszystko zależy od tego, komu i po co były potrzebne tego rodzaju 

fotki. Co o tym myślisz?

Górniak bezradnym ruchem rozłożył ręce.

-  Bo ja wiem. Trudno coś konkretnego powiedzieć. To niewątpliwie wygląda dość 

podejrzanie. Można by było przypuszczać, że ktoś chciał mieć materiał dowodowy przeciwko 

Kornickiej...

- Szantaż?

-  Chyba nie możemy wykluczyć  takiej ewentualności. Tylko w jakim celu? Forsy 

przecież nie mają.

Wrończak zamyślony bębnił palcami po blacie biurka.

background image

- Nie tylko dla pieniędzy ludzi się szantażuje - powiedział po chwili. - Różne mogą 

być  motywy.   W  każdym   razie   będziemy  musieli  bardzo  poważnie  zastanowić   się  nad tą 

sprawą. To wszystko nie jest tak zupełnie proste, jak by się mogło na pierwszy rzut oka 

wydawać.

-  Czy Staszek Kornicki  prowadził  ostatnio  jakąś skomplikowaną  sprawę?  - spytał 

Górniak.

- Nie. Nic takiego ekstra nie miał na warsztacie. Przejąłem od niego wszystkie akta, 

ale są to raczej sprawy drobne, już na ukończeniu. Myślisz, że może ktoś chciał na niego 

wywrzeć presję, żeby trochę inaczej poprowadził dochodzenie? Nie, nic z tych rzeczy. Po 

pierwsze on sam byłby chyba wysunął tego rodzaju sugestię w rozmowach z nami, a po 

drugie te sprawy, które aktualnie prowadził, naprawdę nie mają większego znaczenia. Żeby 

montować aż taką aferę... Nie, musiałoby być coś poważniejszego.

- Masz rację - przyznał Górniak. - No cóż... Zobaczymy. Jak byś się zapatrywał na to, 

żebyśmy przesłuchali teraz tego Palkosza? Może od niego czegoś się dowiemy?

Wrończak podniósł słuchawkę..

- Dobrze, możemy zacząć od niego. Zaraz każę go przyprowadzić.

- Może wolisz rozmawiać z nim w cztery oczy?

-  Nie, nie, zostań. Myślę, że dobrze będzie, jeżeli zarejestrujemy sobie tę rozmowę. 

Zaraz włączę magnetofon. A ty siądź tak trochę z boku i obserwuj reakcje tego faceta.

Po   chwili   wszedł   do   pokoju   Leon   Palkosz.   Był   średniego   wzrostu,   tęgi;   nalana, 

kwadratowa   twarz   nie   wzbudzała   sympatii.   Pod   lekko   skośnymi,   chytrze   błyszczącymi 

oczkami zarysowywały się fioletowymi  plamami  wątrobiane worki. Ubrany był  starannie, 

choć z wyraźnie prowincjonalną elegancją. Pachniał na znaczną odległość wodą kwiatową; a 

czarne włosy błyszczały od brylantyny. Nerwowym ruchem przygładzał fryzurę i poprawiał 

kolorową   chusteczkę   wystającą   z   kieszeni   marynarki.   Podszedł   do   biurka   energicznym 

krokiem i skłonił się z wyreżyserowaną godnością.

- Nazywam się Palkosz, Leon Palkosz. Dzień dobry panu.

Wrończak   jednak   nie   kwapił   się   z   podaniem   ręki   i   tłusta,   ozdobiona   licznymi 

pierścionkami dłoń opadła z wolna.

-  Proszę, niech pan siada - powiedział Wrończak, wskazując krzesło stojące przed 

biurkiem.

Właściciel rozrywkowego lokalu w Konstancinie usiadł, przygładził znowu i tak już 

gładko   przyklejone   do   czaszki   włosy   i   powiedział,   usiłując   nadać   swojemu   głosowi 

swobodny, a nawet trochę nonszalancki ton:

background image

-  Mam nadzieję, że zostało już wyjaśnione to przykre nieporozumienie i że jestem 

wolny.

- Nie został pan przez nas zatrzymany - wyjaśnił Wrończak. - Zaprosiliśmy tylko pana 

do komendy, żeby porozmawiać o pewnych sprawach, to i owo wyjaśnić...

Leon Palkosz odetchnął z widoczną ulgą.

-  Nie rozumiem, co tu jest w ogóle do wyjaśniania? To raczej ja mógłbym rościć 

pretensje.   Urządzili   panowie   zupełnie   bezpodstawnie   nalot   na  mój   dom.   Przestraszyliście 

moich gości. Gdybym chciał, to złożyłbym skargę do prokuratury albo nawet do ministerstwa, 

ale ja nie lubię się bawić w takie rzeczy.  Nie lubię się przyczepiać. Wolę każdą sprawę 

załatwić polubownie.

Wrończak puścił mimo uszu te słowa. Powiedział:

- Pan jest właścicielem tej willi w Konstancinie, w której został zorganizowany dom 

gry?

-  Jaki tam dom gry, panie poruczniku? - oburzył się Palkosz. - Koń by się uśmiał. 

Zaprosiłem kilku znajomych z żonami. Zabawiliśmy się trochę...

- Coś się chyba panu pomyliło - wtrącił Górniak. - Nie spotkaliśmy u pana ani jednej 

pary małżeńskiej.

- Bo panowie odwiedzili mnie bardzo późno. Goście już się zdążyli częściowo rozejść.

-  Udowodnimy   panu,   że   brał   pan   pieniądze   za   udział   w   gi   ach   hazardowych   - 

powiedział   Wrończak.   -   Wtedy   sprawa   będzie   wyglądała   trochę   inaczej.   Znaleziono   w 

pańskiej willi ruletę.

Palkosz roześmiał się.

-  Świetny dowcip. Przecież to zabawka. Znajomy przywiózł mi z Włoch. Tak, dla 

żartu.

- Czyżby? - zdziwił się Wrończak. - I także dla żartu położono na stole pięć tysięcy 

dolarów i siedemdziesiąt tysięcy złotych?

- Nie ma u nas zakazu posiadania obcej waluty, panie poruczniku.

-  To prawda. Istnieje natomiast zakaz dotyczący gier hazardowych.  Zresztą, panie 

Palkosz, co my się tu będziemy czarować? Szkoda czasu. Prowadził pan w swojej willi dom 

gry połączony z takim niewielkim burdelikiem...

Fachowiec od działalności rozrywkowej zrobił obrażoną minę.

- Z burdelikiem? Panie poruczniku! To jest bardzo krzywdzące, co pan mówi. U mnie 

bywa   wyłącznie   najlepsze   towarzystwo.   Można   powiedzieć:   sama   śmietanka.   Jestem 

człowiekiem towarzyskim, wesołym, lubię się od czasu do czasu zabawić z przyjaciółmi. 

background image

Mam bardzo wpływowych przyjaciół, panie poruczniku, na wysokich stanowiskach. Może nie 

wszystkim byłoby na rękę, gdyby z tego wynikł jakiś większy skandal. Naprawdę nie ma z 

czego robić takiej sprawy. Chcieliśmy się trochę rozerwać. Tak trudno w dzisiejszych czasach 

o dobrą rozrywkę. Filmy marne, do teatru nie ma na co pójść, program telewizyjny - machnął 

ręką - pożal się Boże. Nawet porządnej rewii nie ma w Warszawie. Więc ludzie starają się 

uprzyjemnić sobie życie we własnym zakresie. To przecież nie przestępstwo.

Wrończak odetchnął głębiej, tak jakby to on wygłosił ten monolog.

- Niektórzy z pańskich gości mieli przy sobie narkotyki.

Palkosz skrzywił się z wyraźnym niesmakiem.

- Chyba zdaje pan sobie sprawę, że za to nie mogę odpowiadać. Nie zaglądam nikomu 

do kieszeni ani do torebki. To nie w moim stylu.

Wrończak wyjął z akt maszynopis.

- Mam tu listę pańskich gości. Prawdopodobnie to nie jest pełny spis, ale... Proszę mi 

powiedzieć, kto to jest Izabella Solicka.

- Nie wiem. Pierwszy raz słyszę to nazwisko.

- Tak? - zdziwił się Wrończak. - Wprost trudno uwierzyć. Byłem przekonany, że pan 

doskonale zna tę panią. To prostytutka polująca na dolarowych gości. Ale mniejsza o to. 

Proszę mi powiedzieć, gdzie pan poznał panią Annę Kórnicką?

- W ogóle nie znam pani Kornickiej.

- To zdumiewające. Z tego wynika, że pan nie zna swoich gości, swoich przyjaciół. 

Jakże to?

Palkosz końcem języka zwilżył grube mięsiste wargi. Próbował się uśmiechnąć.

- Widzi pan, panie poruczniku... czasem się zdarzy, że moi znajomi przyprowadzą do 

mnie  swoich  znajomych,   a  ja  wyznaję  zasadę,   że  przyjaciele   moich  przyjaciół  są  moimi 

przyjaciółmi... Oczywiście, że wszystkich poznaję osobiście, ale przecież pan wie, jak ludzie 

niewyraźnie  mówią  swoje nazwiska przedstawiając się. Ja mam zwyczaj  swoje nazwisko 

wymawiać bardzo wyraźnie i głośno. Nie mam się czego wstydzić. Leon Palkosz to jest Leon 

Palkosz. Pochodzę, panie poruczniku, z tych dobrych, z tych prawdziwych Palkoszów. Mój 

prapradziadek...

-  Czy pamięta pan, kto wprowadził do pańskiego domu panią Kornicką? - uciął te 

genealogiczne wywody Wrończak.

Praprawnuk sławnego prapradziadka wzruszył ramionami.

-  Jeżeli   w   ogóle   nie   wiem,   o   kogo   chodzi,   to   nie   mogę   wiedzieć,   kto   tę   panią 

wprowadził do mojego domu.

background image

- I rzeczywiście nie pamięta pan pani Kornickiej?

-  Daję panu najświętsze słowo honoru, że nie wiem kto to taki. Może gdybym  ją 

zobaczył...

Wrończak pokiwał głową.

-  Słusznie.   -   Wybrał   spośród   fotografii   Anny   najbardziej   przyzwoitą   i   spojrzał 

pytająco.

- Zna pan tę panią? 

- Ależ oczywiście! - wykrzyknął Palkosz. - To pani Mariola.

- Mariola? A nazwisko?

Palkosz znowu wzruszył ramionami.

-  Nie pamiętam. Nigdy nie przywiązuję żadnego znaczenia do nazwisk. Nazwisko 

można mieć dzisiaj takie, jutro inne. Mnie wystarcza Mariola.

- I ta pani była w pańskiej willi?

- Rzecz jasna, że była. Przecież panowie u mnie ją spotkali. Ale ja jej nie zapraszałem.

- A kto? Z kim przyszła?

- Nie mam pojęcia. Nie pamiętam. Było dużo osób, zamieszanie...

-  Panie Palkosz... - Głos Wrończaka zabrzmiał energicznie. - Czy uważa pan, że ja 

powinienem wierzyć w to wszystko, co pan mówi?

- Powiedziałem prawdę, najświętszą prawdę. Nie mam zwyczaju kłamać.

-  To bardzo ładnie z pańskiej strony. - Wrończak spojrzał na Górniaka. - Bądź tak 

dobry i poproś do nas panią Kórnicką.

Po   chwili   weszła   Anna.   Była   bardzo   blada,   ale   spokojna.   Nie   wyglądała   ani   na 

zdziwioną, ani na przestraszoną. Nie było widać, żeby płakała. Jej duże ciemne oczy były 

tylko lekko zaczerwienione od niewyspania, ale patrzyły z zupełną obojętnością, bez żadnego 

wzruszenia, tak jakby sytuację, w której się znalazła, uważała za najzupełniej normalną.

Wrończak zarówno ze Staszkiem Kornickim jak i z Anną od dawna był po imieniu. 

Teraz   jednak,   w   obecności   Palkosza,   uznał   za   stosowne   wystąpić   bardziej   oficjalnie, 

urzędowo.

- Zna pani tego pana?

- Tak. To pan Leon Palkosz.

- Czy była pani w domu pana Palkosza?

- Przecież wiecie - padła trochę niecierpliwa odpowiedź.

- Czy została pani zaproszona przez pana Palkosza? - kontynuował Wrończak.

background image

- Powtarzam, że ja tej pani nie zapraszałem - zaprzeczył energicznie Palkosz. - Nigdy 

tej pani nie zapraszałem ani też w ogóle nigdy jej przedtem nie widziałem.

- To prawda. Pan Palkosz mnie nie zaprosił - potwierdziła Anna.

-  W takim razie w jaki sposób znalazła się pani w nocy w jego domu? Kto panią 

zaprosił do tej willi w Konstancinie?

- Jeden znajomy.

- Ale konkretnie kto? Proszę o nazwisko.

- Podolski. Julian Podolski.

-  Ależ ja nie znam żadnego Podolskiego! - wybuchnął Palkosz. - Słowo daję, panie 

poruczniku, żadnego Podolskiego...

- Chwileczkę - przerwał mu Wrończak; - Niech się pan uspokoi. Gdzie pani poznała 

Juliana Podolskiego? - spytał, zwracając się do Anny.

- W kawiarni.

- I twierdził, że jest przyjacielem pana Palkosza.

- Tak.

Palkosz stracił panowanie nad sobą. Poderwał się z krzesła.

-  Nie  znam Podolskiego.  Słowo honoru. To  jakaś granda!  Jakiś spisek  przeciwko 

mnie. Nie pozwolę...

Wrończak skrzywił się.

- Niech pan siada - powiedział z niesmakiem. Palkosz postał chwilę, w końcu usiadł 

sapiąc głośno. Wrończak spojrzał na Annę.

- A może ten Podolski występował pod przybranym nazwiskiem?

Potrząsnęła głową.

- Tego nie wiem. Możliwe.

- Jak on wygląda?

- Wysoki przystojny brunet, dobrze zbudowany.

- Który z pańskich znajomych odpowiadałby temu rysopisowi? - spytał Wrończak.

Palkosz wzruszył ramionami.

- Znam wielu przystojnych brunetów. Nie orientuję się, o kogo chodzi.

- Ale ktoś przecież przedstawił panu „panią Mariolę”?

- Nie przypominam sobie. Chyba nie. Wszyscy mówili pani Mariola... pani Mariola...

Wrończak zwrócił się do Anny.

- Czy pan Podolski zapoznał panią z panem Palkoszem?

- Nie.

background image

-  Nie   bardzo   rozumiem.   Przyjechała   pani   z   panem   Podolskim   do   tej   willi   w 

Konstancinie i pan Podolski ni zapoznał pani z gospodarzem?

- Zaraz po przyjeździe zaczęliśmy tańczyć. Pana Palkosza poznałam o wiele później, 

w czasie zabawy.

Wrończak milczał przez chwilę, jakby się zastanawiali nad tym, jak pokierować dalszą 

rozmową. Wreszcie spojrzał na Palkosza i powiedział:

- Może pan przejdzie teraz do sąsiedniego pokoju z porucznikiem Górniakiem. Radzę, 

żeby pan był z nim bardziej szczery, niż ze mną.

- Powiedziałem najszczerszą prawdę, panie poruczniku.

-  Ośmielam się wątpić. I pragnę zwrócić pańską uwagę na to, że jedynie naprawdę 

szczera rozmowa może nieco poprawić pańską sytuację.

Palkosz ukłonił się i wyszedł eskortowany przez Górniaka. Anna podniosła się ze 

swego miejsca.

- Czy ja także mogę już odejść?

-  Jeszcze   chwileczkę.   Chciałbym   z   tobą   zamienić   parę   słów.   -   Wrończak   bardzo 

zakłopotany wyjął papierosy. - Zapalisz?

- Nie, dziękuję. Wiesz przecież, że nie palę.

- Ach tak, prawda. Zapomniałem. Może usiądziesz. Usiadła i spojrzała wyczekująco.

Przeszedł   się   parę   razy   po   pokoju,   paląc   papierosa.   Widać   było,   że   szuka 

odpowiednich słów, żeby zacząć tę rozmowę.

-  Posłuchaj mnie, Aniu - powiedział wreszcie, zatrzymując się koło biurka. - Może 

pogadalibyśmy ze sobą tak zupełnie po prostu, szczerze, jak dwoje dobrych przyjaciół. Co o 

tym myślisz?

Odwróciła głowę.

- Zostaw mnie w spokoju.

- Bo widzisz - ciągnął dalej Wrończak - ja w żaden sposób nie mogę uwierzyć w tę 

całą historię. Żebyś ty... w szulerni... w burdelu... W głowie mi się to nie mieści. Powiedz, co 

się, u licha, stało? Dlaczego tam pojechałaś z tym jakimś facetem? Upił cię? Zastrzyknął ci 

jakiś narkotyk? Na miłość boską, powiedz, o co tu chodzi, co się za tym wszystkim kryje. 

Absolutnie nie wierzę, żebyś ty tak, dla rozrywki... ot, tak sobie...

Anna   unikała   jego   wzroku.   Wargi   jej   drżały.   Nietrudna   się   było   domyślić,   że 

ogromnym wysiłkiem woli usiłują panować nad sobą.

-  Błagam cię - powiedziała cicho, zmienionym przez napływające łzy głosem - nie 

męcz mnie. Zostaw... Ja już naprawdę nie mam sił.

background image

Wrończak doznał uczucia litości, ale postanowił niej rezygnować i wykorzystać tę 

chwilę, która wydała mu siej odpowiednia do zwierzeń.

-  Od tylu lat jestem waszym przyjacielem - powiedział serdecznie. - Możesz chyba 

mieć do mnie trochej zaufania. Bądź ze mną szczera. Powiedz, o co tu chodzi. Przecież to 

absolutnie niemożliwe, żeby nie było jakiegoś powodu.

Wyjął z teczki plik fotografii i rozłożył je na biurku. 

- Spójrz.

-  Moje zdjęcia  - powiedziała  obojętnie Anna. Nagiej stała się zimna,  opanowana, 

pozbyła się uczucia lęku czyi rozpaczy.

- I pozwoliłaś się fotografować w tej spelunie, w takich pozach?

- A dlaczego nie? Wszyscy się fotografowali.

W   tych   słowach   zadźwięczała   jakby   drwina,   jakby   wyzwanie.   Wrończak   odniósł 

wrażenie,   że   Anna   pragnie   pogrążyć   się   celowo,   że   jest   to   jakieś   masochistycznej 

samooskarżenie.

- Znaleźliśmy tylko twoje zdjęcia. Czy wiesz, kto je robił?

- Jakiś mężczyzna.

- Znasz jego nazwisko?

- Nie.

- I nie masz mi nic do powiedzenia na temat tej całej afery?

- Nie.

- Do wszystkich diabłów! - zniecierpliwił się Wrończak. - Chcę ci pomóc. Tobie i 

Staszkowi. Czy ty tego nie rozumiesz?

Poważnie skinęła głową.

-  Rozumiem. Dziękuję. Jestem ci bardzo wdzięczna, ale nikt mi pomóc nie może. 

Proszę cię, żebyś mnie nie męczył.

- Dobrze. Jak sobie życzysz. Wobec tego skończymy już tę rozmowę. Gdybyś miała 

mi coś do powiedzenia, daj mi znać.

Został   sam.   Usiadł   za   biurkiem   i   oparł   głowę   na   zaciśniętych   pięściach.   Wszedł 

Górniak.

- No i co? Powiedziała coś? Dowiedziałeś się czegoś?

- Nie. Dziwna historia, bardzo dziwna. To wszystko nie jest takie proste, jak nam się 

wydaje. Oddałeś do badania daktyloskopijnego ten aparat fotograficzny?

- Oczywiście.

- Bardzo chciałbym spotkać się z facetem, który robił te zdjęcia.

background image

- Obawiam się, że to nie będzie takie proste - uśmiechnął się Górniak.

- I chyba masz rację.

Rozdział II

Leżał  na wznak i utkwiwszy spojrzenie w jakiejś plamie  na suficie, starał się nie 

myśleć   o   niczym.   Nie   było   to   jednak   proste.   Natrętne   obrazy,   jak   pocięta   i   chaotycznie 

posklejana taśma filmowa, przesuwały się nieustannie przed oczami, nakładały się na siebie, 

męcząc, nie dając chwili spokoju. Po bezsennej nocy był skrajnie wyczerpany i marzył o tym, 

żeby chociaż na chwilę zasnąć, żeby zapomnieć. Ale sen nil przychodził, za to dręczyły go 

wspomnienia.

Jest lato. Bezchmurne, upalne. Dawno już nie widziano nad Bałtykiem takiej pogody. 

Leży na piasku i z roi koszą poddaje się beztroskiemu urlopowemu nastrojowi Jest dobrze, tak 

bardzo dobrze. Słońce solidnie przygrzewa, morze szumi łagodnie, mewy pokrzykują zniżają 

lot. Przydałaby się jakaś letnia przygoda. Wokoło tych ładnych dziewczyn. Jest jednak zbyt 

rozleniwiony, żeby szukać, zaczepiać, flirtować, mówić jakieś głupstwa I nagle...

- Przepraszam pana. Która godzina?

Nie mogło zacząć się bardziej banalnie, a jednak tak sn właśnie zaczęło.

Była  bardzo zgrabna,  wspaniale  opalona i miała  duża gorące oczy.  Biały kostium 

wydawał się jeszcze bielszy na tle brązowej skóry.

Powiedział która godzina i uśmiechnął się przy te okazji życzliwie. Odwzajemniła 

uśmiech i podziękowała

- Wczoraj nasypało mi się piasku do zegarka i musi a łam oddać go do zegarmistrza - 

pospieszyła z wyjaśnieniem.

Podobała mu się, ale nie chciał nawiązywać od razi rozmowy. Leżała na dużym kocu i 

nie był pewien, czyjeś sama. Na myśl, że lada chwila może nadejść jej towarzysz, ogarnęła go 

zazdrość. Zdawał sobie sprawę, że jest to uczucie zupełnie bezsensowne, ale nic nie mógł na 

to poradzić. Nie wiadomo dlaczego od razu poczuł, że ma dc tej dziewczyny jakieś prawa. 

Nie odzywając się obserwował ją dyskretnie.

Po jakimś czasie naciągnęła na głowę czepek kąpielowy i poszła w kierunku morza. 

Miał ogromną ochotę pobiec za nią, ale zrezygnował. Nie chciał, żeby to robiło wrażenie, że 

się narzuca, że chce pospiesznie zawrzeć znajomość. „Nie mogę być natrętny - myślał - tylko 

dlatego, że mnie spytała o godzinę”.

Wróciła. Wyglądała srebrzyście. Krople wody błyszczały w słońcu. Wydała mu się 

jeszcze ładniejsza.

background image

Płynęły   godziny   i   nic   nie   wskazywało   na   to,   że   dziewczyna   jest   w   towarzystwie 

jakiegoś   adoratora.   To   było   bardzo   pocieszające.   Znowu   spytała   która   godzina   i   zaczęła 

pakować rzeczy do dużej płóciennej torby. Najwyraźniej szykowała się do odejścia. Kiedy 

podniosła koc, poderwał się z piasku.

- Pomogę pani wytrzepać - powiedział. - Dziękuję. Bardzo pan miły.

Długo trzepali koc, może nawet trochę za długo i patrzyli sobie w oczy.

- Do widzenia - powiedziała.

- Przyjdzie pani jutro na plażę? - spytał.

- Jeśli nie będzie padało...

- Pogoda murowana - wykrzyknął z zapałem.

Był pewien, że się nazajutrz spotkają. I rzeczywiście.

To były bardzo piękne chwile. Wylegiwali się na piasku, pływali w morzu, chodzili na 

długie spacery. Nie mówili o miłości, a to, co ich łączyło, trudno było nazwać flirtem w 

potocznym   tego   słowa   znaczeniu.   Stali   się   dobrymi   kompanami,   czuli   się   znakomicie   w 

swoim towarzystwie i od pierwszych chwil znaleźli wspólny język. Oboje byli weseli, mieli 

poczucie   humoru   i   lubili   się   śmiać.   Wszystko   ich   cieszyło,   nawet   przypalona   flądra   w 

smażalni ryb.

Wyjechała wcześniej. Odprowadził ją na dworzec. Wymienili telefony. Dopiero wtedy 

dowiedziała się, że pracuje w milicji.

- Czy to cię do mnie zniechęca? - spytał niespokojnie.

- Ale skądże - roześmiała się. - Ja w tym roku kończę prawo. Pójdę do adwokatury 

albo może zastanę prokuratorem. Myślę że będziemy się wspaniale uzupełniać W każdym 

razie liczę na ciebie, że będziesz mi dostarcza klientów.

Roześmiali się. Nadjechał pociąg. Pomógł jej wsiąść dc wagonu. Starym obyczajem 

pomachała chusteczką.

- Czekaj na mój telefon! - krzyknął na pożegnanie. W Warszawie spotykali się często. 

Lubili   przebywać   w   swoim   towarzystwie.   Chodzili   do   teatru,   do   kina,   do   Łazienek.   W 

dalszym ciągu jednak byli wyłącznie parą zaprzyjaźnionych kumpli. Ani razu nawet jej nie 

pocałował. Nie wiedział właściwie dlaczego, ale Anna dziwnie go onieśmielała. Nie potrafił 

zachowywać się w stosunku do niej tak jak w stosunku do innych dziewczyn. Czuł, że nie 

może,   nie   powinien   „podrywać”   jej   w   taki   zwyczajny,   banalny   sposób.   To   nie   był   typ 

dziewczyny, która czeka tylko na okazję, żeby się rozebrać.

Przygotowywała   się   do   egzaminu,   a   że   on   specjalizował   się   w   prawie   karnym, 

zaproponował   pomoc.   Zgodziła   się   i   bez   żadnych   oporów   przyszła   do   jego   kawalerki. 

background image

Przygotował kawę, kupił kilka ciastek. Miał zamiar poczęstować ją gruzińskim koniakiem, 

ale dał spokój. Nie chciał, żeby cokolwiek zdarzyło się między nimi pod wpływem alkoholu.

Kiedy skończyli zajmować się paragrafami kodeksu karnego, powiedział:

- Czy miałabyś ochotę zostać moją żoną? Spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła 

się.

-  Sądzę, że to dobry pomysł. Muszę ci się przyznać, że myślałam już o tym. Tak, 

chyba powinniśmy być dobrym małżeństwem.

I   rzeczywiście...   Wszyscy   uważali   ich   za   bardzo   dobre   małżeństwo,   a   co 

najważniejsze i oni również byli tego zdania. Kochali się, byli młodzi, zdrowi, przyszedł na 

świat Wojtuś, dostali mieszkanie, Ania zrobiła dyplom, zaczęła aplikować, finansowo jakoś 

sobie radzili, słowem - wszystko układało się jak najlepiej. I nagle...

Ciągle jeszcze nie mógł uwierzyć, że to, co się stało, wydarzyło się naprawdę. Ania? 

Niemożliwe... Niemożliwe. Koszmar... Nie chciała się z nim nawet zobaczyć, nie chciała z 

nim zamienić kilku słów. Chyba ma prawo... ma prawo żądać!

Zadzwonił telefon.

Nie chciał z nikim rozmawiać. Niech mu dadzą spokój. Nie może. Dzwonienie jednak 

nie ustawało, natrętne, „jazgotliwe, trudne do zniesienia. Już miał wyszarpnąć sznur, kiedy 

pojawiła się refleksja. A jeżeli to z komendy? Jeżeli Anka zdecydowała się z nim rozmawiać? 

Podniósł słuchawkę. Posłyszał schrypnięty od nikotyny głos teściowej.

- Czy to ty, Stachu? Chciałabym porozmawiać z Anią. Możesz ją poprosić?

Na chwilę zamarł, trzymając słuchawkę przy uchu. Nie wiedział, co powiedzieć.

- Halo... Halo... Jesteś tam? Słyszysz mnie, Stachu?

- Tak, tak, jestem, jestem. Słyszę.

- A co ty masz taki zmieniony głos?.

- Nie, nie... Chyba dlatego, że spałem...

- Poproś Anię.

- Ani nie ma.

- Jak to nie ma? A gdzież ona się podziewa?

- Wyjechała... Do Torunia. Służbowo.

- I nie zatelefonowała do mnie?

- Widocznie zapomniała.

- Jak tylko wróci, powiedz jej, żeby do mnie zadzwoniła. Mam do niej interes.

-  Dobrze.   Oczywiście.   Powtórzę.   Do   widzenia.   Odłożył   słuchawkę   i   z   trudem 

przełknął ślinę. Ogarnęło go przerażenie. Dotychczas nie pomyślał o tym, że przecież będzie 

background image

musiał powiedzieć teściowej, matce, znajomym. Jak długo można ukrywać to, co się stało? Ja 

długo można opowiadać ludziom, że Anka wyjechał służbowo do Torunia? Będzie musiał, 

wreszcie będzi musiał...

Znowu zadźwięczał  dzwonek. Tym  razem u drzwi wejściowych. Nie zdając sobie 

nawet sprawy z tego, co robi, poszedł otworzyć.

W progu stała wysoka, bardzo elegancka dziewczyna.

Nie można jej było nazwać klasyczną pięknością, ale miała interesującą twarz, której 

największą ozdobą były duże brązowe oczy.

-  Cześć, Stachu, jak się masz - powiedziała wesoło, wyciągając na powitanie dużą, 

mocną dłoń. - Od dłuższego czasu nie mogę się z wami skomunikować. Dzwonię i dzwonię, 

nikt nie odbiera telefonu. Co się z wami dzieje?

- Byłem w terenie - mruknął. - Wiesz przecież.

-  No tak, wiem. - Usiadła na fotelu i wyjęła z torebki papierosy. - A gdzie Anka? 

Znalazłeś ją wreszcie?

Milczał.

Przyjrzała mu się uważniej.

-  Bój się Boga! Jak ty wyglądasz? Stachu! Co się stało? Przeciągnął dłonią po nie 

ogolonej twarzy.

- Widzisz, Krysiu...

- Co się stało? Mówże wreszcie! Gdzie Anka?

Nie było sensu udawać. I tak wcześniej czy później będzie musiał jej powiedzieć. 

Krystyna   była   najlepszą   przyjaciółką   Ani.   Usiadł,   zapalił   papierosa   i,   zaciągnąwszy   się 

dymem, opowiedział wszystko krótkimi urywanymi zdaniami. Słowa z trudem przechodziły 

mu przez gardło.

Krystyna słuchała z szeroko otwartymi oczami.

- To nieprawdopodobne, zupełnie nieprawdopodobne. Mówisz poważnie?

- Do wszystkich diabłów! Czy wyglądam na człowieka, który urządza sobie głupie 

żarty?

Krystyna pokręciła głową z niedowierzaniem.

- Nic z tego nie rozumiem. Znam przecież Annę od tylu lat...

Kornicki wyjął z szafy winiak i dwa kieliszki. - Nie rozmawiajmy na ten temat. Mam 

dosyć. Rozumiesz? Mam absolutnie dosyć.

background image

- Przyznasz, że trochę trudno mówić o czym innym - nie ustępowała Krystyna. - To 

spadło na mnie  jak grom z jasnego nieba. I ty rzeczywiście  nic nie zauważyłeś,  nic nie 

wzbudziło twoich podejrzeń?

- Nic.

- Psuło się coś między wami ostatnio?

- Anna była niezadowolona, że ja ciągle poza domem.. - Bo to rzeczywiście nie ma 

najmniejszego sensu, żeby mąż całymi tygodniami i miesiącami zostawiał żonę samą.

- Przecież nie jeździłem dla przyjemności. 

- A może podejrzewała cię, że podrywasz jakieś babki. Przyznaj się. Z ciebie to też 

lepszy numer.

- Dajże spokój. Głupie żarty.

-  Bo według mnie - mówiła dalej Krystyna - coś takiego mogła zrobić tylko przez 

zemstę, żeby się na tobie odegrać. Jeżeli dowiedziała się przypadkowo, że ją zdradzasz...

-  Daj mi święty spokój - żachnął  się Kornicki. - Prosiłem, żebyś  mówiła o czym 

innym.

Nalał   winiaku   i   podał   jej   kieliszek.   Krystyna   wypiła   mały   łyk.   Miała   bardzo 

zafrasowaną minę.

- Dobrze, już dobrze. Nie denerwuj się. Ale nie możesz się dziwić, że próbuję jakoś 

sobie to wszystko wytłumaczyć. Wiesz przecież, że Anka to moja najlepsza przyjaciółka, i 

wiesz także, jaką sympatią darzę ciebie, Stachu. Strasznie mi przykro. Naprawdę. Nie mani 

pojęcia,   co   Ance   strzeliło   do   głowy.   Wiem,   że   jest   piekielnie   o   ciebie   zazdrosna.   Była 

zazdrosna nawet o Olgę.

-  Ależ to zupełnie  bez sensu! - wykrzyknął  Kornicki. Z Olgą nic mnie  nigdy nie 

łączyło poza prawdziwą przyjaźnią. Bawiliśmy się jako dzieci, chodziliśmy razem do szkoły. 

Nigdy nie myślałem o niej jako o kobiecie. 

-  A może Anna nie była o tym tak zupełnie przekona na - uśmiechnęła się leciutko 

Krystyna. - Ale a propos, Zdaje się, że miałeś zamiar zająć się sprawą śmierci Olgi. Coś 

wspominałeś...

Kornicki wzruszył ramionami.

- Daj mi spokój. Ja się już żadnymi sprawami ni$ zajmuję.

Spojrzała na niego zdziwiona.

- Nie rozumiem. Dlaczego?

- W tej sytuacji zostałem zawieszony w czynnościach służbowych. To chyba zupełnie 

zrozumiałe.

background image

- Co ty mówisz? Zostałeś zawieszony w czynnościach służbowych?

- Oczywiście. Do wyjaśnienia tej sprawy.

- I nie będziesz pracował w komendzie?

- Na razie nie.

- Ależ to niesprawiedliwe!

- Takie są przepisy. I chyba słuszne. To ma swoj(uzasadnienie. Ta sprawa musi być 

wyjaśniona.   Gdyby   się   okazało,   że   Anna,   a   może   i   ja...   Zresztą,   nie   warto   się   nad   tym 

zastanawiać.

Krystyna podniosła się i ujęła go serdecznie za rękę.

- Chciałabym ci jakoś pomóc. Pamiętaj, że w każde chwili możesz na mnie liczyć.

- Dziękuję ci. Jesteś bardzo kochana, ale nikt mu pomóc nie może. Sam muszę sobie 

jakoś poradzić z tym wszystkim.

-  Czy   nie   mógłbyś   złożyć   podania,   żeby   ci   jednak   pozwolili   w   dalszym   ciągu 

pracować w komendzie?

Potrząsnął głową.

- To wykluczone.

- I nie pozwolą ci nawet dokończyć zaczętych spraw?

- Nie. Od razu wszystko musiałem przekazać koledze.

- To niesłychane - oburzyła się. - A co będzie ze sprawą Olgi?

- Nic. Pójdzie ad acta i będzie spokojnie spoczywała w archiwum.

- Wiesz co, mam myśl! - zawołała podekscytowana własną inwencją. - A gdybyś się 

tym zajął poza milicją, jako prywatny detektyw. Co ty na to?

Kornicki wzruszył ramionami.

-  Jesteś   strasznie   dziecinna.   Chyba   rozumiesz,   że   mógłbym   mieć   duże 

nieprzyjemności. Zupełnie nieaktualne. Zresztą teraz muszę się zająć własnymi sprawami.

Zadźwięczał dzwonek. Krystyna spojrzała pytająco.

- Spodziewasz się kogoś?

- Nie. Nie mam pojęcia, kto to może być. Dzwonek znowu się odezwał. Tym razem 

bardziej natarczywie.

- Idź otworzyć. Może to coś ważnego.

Podniósł się niechętnie i poszedł do przedpokoju. Po chwili wrócił prowadząc dwóch 

mężczyzn.

- Pozwól, że ci przedstawię. Pułkownik Makowski, Porucznik Wrończak.

- O, my się już chyba znamy - powiedziała, wyciągając rękę do Wrończaka.

background image

-  Rzeczywiście - potwierdził. - Poznaliśmy się właśnie tutaj, na herbatce. To było 

dosyć dawno, ale doskonale pamiętam.

Z kolei przywitała się z pułkownikiem

-  Mrozicka   -   przedstawiła   się   bardzo   wyraźnie,   energicznie   potrząsając   szeroką, 

muskularną dłonią pułkownika.

Kornicki, jako uprzejmy gospodarz, wykonał zapraszający gest.

- Proszę, siadajcie. Napijecie się kawy?

-  Nie.   Bardzo   dziękujemy   -   zaprotestował   stanowcze   pułkownik.   -   Nie   rób   sobie 

kłopotu. Zresztą przed chwil? byliśmy na kawie. Nie należy przeciążać organizmu zbył dużą 

dawką kofeiny.

Krystyna spojrzała na zegarek.

- Na mnie już czas. Wybaczcie panowie, że nie dotrzyj mam wam towarzystwa, ale 

jestem umówiona. Gdybyśf Stachu, czegoś potrzebował, zadzwoń.

- Dziękuję ci. Na pewno zadzwonię, nawet gdybym niczego nie potrzebował.

- Do widzenia - skinęła głową.

Kornicki odprowadził Krystynę do przedpokoju. Wrócił, usiadł i zapalił papierosa.

Przez   chwilę   panowało   kłopotliwe   milczenie.   Pierwszy   odezwał   się   pułkownik 

Makowski.

- Chciałbym cię, Stachu, o coś zapytać.

- Słucham?

- Czy po powrocie z terenu dokładnie rozejrzałeś się po swoim mieszkaniu?

- Nie miałem na to czasu - odparł Kornicki. - Jeżeli chcecie przeprowadzić rewizję to 

proszę bardzo.

Makowski uśmiechnął się.

- Propozycja jest taka, żebyś ty sam, osobiście, przeszukał swoje mieszkanie. Trzeba 

sprawdzić,  czy ci  czegoś:   nie  podrzucono.  W tej   aferze  wszystko  jest możliwe.  A może 

znajdziesz coś, co dotyczy twojej żony, jakiś list, notatkę, numer telefonu. Rozumiesz chyba, 

że w obecnej sytuacji każdy szczegół może mieć znaczenie. Jeśli chcesz to ci pomożemy?

- Dobrze - powiedział Kornicki i od razu zabrał się do roboty.

Dokładne   przeszukanie   mieszkania   zabrało   sporo   czasu.   Szafy,   szafki,   szuflady, 

walizki, kuchnia, łazienka, pawlacze w przedpokoju. Nie znaleźli jednak absolutnie nic, co by 

mogło ich zainteresować. Żadnej notatki, żadnego listu, który mógłby dać coś do myślenia, 

rzucić   choćby   odrobinę   światła   na   sprawę.   W   pewnym   momencie   Wrończak   spostrzegł 

książkę, leżącą na nocnym stoliku. Władysław Tatarkiewicz „O szczęściu”.

background image

- Nie wiedziałem, że interesujesz się filozofią. Kornicki potrząsnął głową.

- Ja raczej nie. To Anna...

- Czekaj... czekaj... - zainteresował się Wrończak.

-  Jest tu dedykacja. „Kochanej Oldze w dniu Imienin życzy dużo, dużo szczęścia, 

Wanda”. Czy to jest książka tej twojej znajomej, tej ze Świętokrzyskiej?

Kornicki skinął głową.

- Tak. Anna pożyczyła od Olgi. Nie zdążyła jej oddać. Wrończak usiadł na tapczanie i 

z zainteresowaniem zaczął przewracać kartki.

- Ciekawa rzecz. Warto to przeczytać. Żeby człowiek miał tylko więcej czasu. Chyba 

że podczas urlopu. Mógłbyś mi pożyczyć?

- Oczywiście. Tylko mi oddaj.

- Bądź spokojny. A to co takiego?

- Co tam znaleźliście? - zainteresował się pułkownik.

- Pokwitowanie na list polecony do Feliksa Siemantowicza z Koszalina.

- Pokażcie.

Makowski uważnie obejrzał kawałek papieru.

- Zgadza się. Pokwitowanie na list polecony. Znasz, Stachu, jakiegoś Siemantowicza, 

który mieszka w Koszalinie?

Kornicki potrząsnął głową.

- Nie. Nie znam ani też nie znałem kogoś takiego.

- A twoja żona?

- Nie przypominam sobie, żeby Anna kiedykolwiek: wymieniała to nazwisko.

-  Ponieważ   pokwitowanie   znaleźliśmy   w   książce   tej;   twojej   znajomej,   to 

prawdopodobnie ona nadała  list  do  Koszalina  - powiedział  pułkownik. - List musiał  być 

ciężki, bo opłata jest bardzo wysoka. Na wszelki wypadek sprawdzimy. Jak to się nazywała ta 

twoja znajoma?

- Olga Wierzbicka.

- A tak, tak, prawda. Olga Wierzbicka. Przypominam sobie. I ty nie wierzyłeś w jej 

samobójstwo.

-  Absolutnie   nie.  Za  dobrze  ją znałem.  Olga  była   zupełnym   zaprzeczeniem   takiej 

postawy wobec życia.

- I chciałeś zająć się tą sprawą? Kornicki wzruszył ramionami.

- Teraz to już nieważne.

Pułkownik w zamyśleniu pokręcił głową.

background image

- Nie masz nic przeciwko temu, że zabierzemy to pokwitowanie?

- A cóż ja mogę mieć przeciwko temu? Bardzo proszę. Mnie to pokwitowanie nie jest 

potrzebne.

Pułkownik Makowski podniósł się z fotela.

-  No cóż... Nie będziemy ci dłużej zawracać głowy. Wybacz, że zabraliśmy ci tyle 

czasu. Bądź zdrów, Stachu.

Kiedy znaleźli się w samochodzie, pułkownik spojrzał na Wrończaka i powiedział:

-  A   tego   Siemantowicza   trzeba   jak   najprędzej   sprawdzić.   Zbierzcie   o   nim   jak 

najwięcej informacji. Nie wolne nam niczego zaniedbać.

Rozdział III

Skończył się golić, wziął prysznic, wykasował się szorstkim ręcznikiem i natarł całe 

ciało wodą kolońską. Spojrzał w lustro i uśmiechnął się z zadowoleniem. Jak na czterdzieści 

osiem   lat,   które   skończył   w   zeszłym   tygodniu,   prezentował   się   znakomicie.   Ani   śladu 

brzucha, efektownie zarysowane mięśnie, ładnie opalona na złotawy brąz skóra. Naprężył 

bohatersko szeroką pierś i znowu się uśmiechnął.

- Fantastyczny mężczyzna - powiedział głośno. - Fan-tas-ty-czny. - Lubił przeglądać 

się w lustrze i podziwiać swoje wypielęgnowane, starannie utrzymane ciało. Porównywał się 

do greckich posągów albo do rzymskich gladiatorów. Uprawiał sporty, był silny, zręczny, 

pełen życia i młodzieńczego wigoru. Jedyną jego troską była bujna jasna czupryna, która 

nieubłaganie   zaczynała   się   przerzedzać.   Próbował   różnych   lekarstw,   zasięgał   porady   u 

najsławniejszych specjalistów, wszystko to jednak nie dało pożądanych rezultatów. Nie chciał 

dopuścić do siebie myśli, że kiedyś będzie zupełnie łysy. Straszne.

Rozległ   się   dzwonek,   raz   długi,   trzy   razy   krótki   i   znów   długi.   Włożył   błękitny 

jedwabny szlafrok, który przywiózł sobie z Brukseli, i poszedł otworzyć.

W   drzwiach   stał   mężczyzna   średniego   wzrostu,   o   twarzy   gęsto   nakrapianej 

wątrobianymi   plamami.   Czarne,   gładko   uczesane   włosy   wyglądały   jak   peruka.;   Oczy 

zasłaniały przeciwsłoneczne okulary.

- Ciao, Aldo - powiedział i, nie czekając na zaproszenie, wszedł energicznym krokiem 

do przedpokoju.

Człowiek w błękitnym szlafroku skrzywił się z wyraźną niechęcią.

- Tyle razy cię prosiłem, żebyś nie przychodził do mojego prywatnego mieszkania.

Przybysz wzruszył lekko ramionami.

background image

-  Bądź pewien, że nie przyszedłem tutaj bez powoduj Nie odbierasz telefonów, nie 

pokazujesz się w miejscach publicznych, a pisanie listów jest raczej niewskazanej W jaki 

sposób miałem się z tobą skomunikować?

- Coś pilnego?

- Raczej tak. Przyszedłem cię ostrzec.

- Ostrzec? Mnie? Ciekawe.

-  Nawet   bardzo   ciekawe   -   przyznał   człowiek   o   cętkom   wanej   twarzy.   - 

Porozmawiajmy.   Ale   może   byś   najpierw   włożył   coś   na   siebie.   Nie   lubię   patrzeć   na 

rozebranych mężczyzn. Nie jestem pederastą.

Aldo dopiero teraz spostrzegł, że jego jedwabny szlafrok zbytnio się rozchylił.

- Przepraszam cię. Zaraz się ubiorę - powiedział nie speszony. - Nie spodziewałem się 

twojej wizyty i właśnie wyszedłem z wanny.

- Masz coś do picia?

- Oczywiście. Tutaj jest barek.

- Nie chodzi mi o alkohol.

- W kuchni, w lodówce, jest woda mineralna. Weź sobie. A ja tymczasem ubiorę się, 

żeby godnie przyjąć gościa.

Po   jakimś   czasie   znowu   się   spotkali.   „Gość”   siedział   w   fotelu   i   wolno   popijał 

mazowszankę,  Aldo,  w  garniturze  z   ciemnoniebieskiego  tropiku,   usadowił  się  po  drugiej 

stronie owalnego stolika.

-  Rzeczywiście   nie   chcesz   napić   się   czegoś   mocniejszego?   -   spytał,   ukazując   w 

uśmiechu białe zdrowe zęby, które były jeszcze jednym powodem do jego zadowolenia z 

własnego wyglądu.

- Dziękuję. Woda mineralna najzupełniej mi wystarczy.

- Jak sobie życzysz. Więc...?

-  Więc? - powtórzył nieszczęśnik z wątrobianymi plamami i zdjął ciemne okulary, 

odsłaniając okrągłe niebieskie oczy, patrzące z dziecięcym zdziwieniem. Te oczy sprawiały 

dziwne wrażenie, zdecydowanie nie pasowały do całej postaci.

Aldo poruszył się niecierpliwie.

-  Zdaje   się,   Lucjanie,   że   przyszedłeś   po   to,   żeby   mi   coś   ciekawego   powiedzieć. 

Wspomniałeś nawet o tym, że pragniesz mnie ostrzec.

Nieznaczny uśmiech pojawił się na wąskich szarawych wargach.

- O, widzę, że się zaczynasz interesować. Czy mam mówić wprost?

background image

- Sądzę, że tylko całkowicie bezpośrednia rozmowa ma jakiś sens. Wykrztuś wreszcie, 

o co ci chodzi.

- Szef cię podejrzewa, że chcesz się dyskretnie ulotnić.

- Do jasnej cholery! Czego ten skurwysyn chce ode mnie? - Aldo wyszedł nieco poza 

ramy wytwornej konwersacji. - Czego on chce? Przecież akcja została przeprowadzona tak, 

jak sobie życzył.

Człowiek nazwany Lucjanem odstawił pustą szklankę na stolik.

- Niezupełnie, przyjacielu, niezupełnie.

- To znaczy?

- To znaczy, że ten nalot milicji był absolutnie niepotrzebny.

- Tego nie mogłem przewidzieć.

- A powinieneś był przewidzieć. Masz chyba jakichś znajomych w milicji.

- To nie takie proste.

Tamten znowu się uśmiechnął, wyjął papierosy i zapalił. 

-  Mało   jest  na  świecie  rzeczy  prostych  -  powiedział   wolno,   patrząc  ponad  głową 

swego rozmówcy. - A poza tym za rzeczy proste nie otrzymuje się takich pieniędzy. Sądzę, 

że” musiałeś już uzbierać sobie ładną sumkę.

- To nie twoja sprawa.

- Masz rację. Nie moja. Ale radzę ci, żebyś nie myślał o zmyciu się z terenu. To nie 

żarty.

- Ależ ja wcale o czymś takim nie myślę.

-  No,   no.   Nie   zapominaj,   że   szef   ma   dobry   wywiad,   bardzo   dobry.   Przyszedłem 

właściwie, aby ci powiedzieć, że nie chciałbym być na twoim pogrzebie.

- Nie strasz mnie.

-  Nie   mam   najmniejszego   zamiaru   cię   straszyć.   Mówię   tylko   zupełnie   jasno   i 

wyraźnie, jak sprawa wygląda. Uciułałeś trochę waluty i chętnie byś zniknął. Ale ostrzegam 

cię, że ten numer nie przejdzie. A teraz powiedz mi co z Leonem?

- Na razie nie został aresztowany. Da sobie radę. O niego możesz być spokojny.

- A dziewczyna?

- Co dziewczyna?

- Jesteś jej pewny? -. Najzupełniej.

- Mogą próbować ją rozpracować.

-  Nie  sądzę. A choćby nawet się nią zainteresowali, to co jej można zarzucić? Nic, 

absolutnie nic.

background image

Lucjan dolał sobie wody mineralnej do szklanki.

- Głupia historia z tym aparatem. To było zupełnie idiotyczne.

Aldo wzruszył ramionami.

-  Nie widzę powodu, żeby z tego robić tragedię. Facet się spłoszył. Trudno mu się 

dziwić. Ale w rezultacie osiągnęliśmy to, o co nam chodziło. Sprawa...

-  Tak, tak. Nie zapominaj jednak, że na aparacie zostawił odciski palców, których 

milicja nie omieszkała zdjąć i utrwalić.

Aldo roześmiał się.

- Nie przesadzaj. Jesteś strasznym panikarzem. Niby w jaki sposób mają dojść czyje to 

odciski palców? Bzdura, kompletna bzdura.

-  Wiesz,  co  jest  w  naszej  robocie  najważniejsze?  -  spytał   człowiek   o  dziecięcym 

spojrzeniu.   -   Zdolność   przewidywania.   Tylko   ten,   kto   potrafi   przewidzieć   posunięcia 

przeciwnika, może liczyć na sukces. To jest gra, mój drogi. To jest bardzo ryzykowna gra.

Skrzywił się.

- Wiem. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Czy masz coś jeszcze do mnie?

- Tak. Chodzi o to, żebyś pilnował dziewczyny. Jaki to ona ma pseudonim? Zawsze 

zapominam.

- Diana.

-  Ach, prawda. Diana. Bogini myśliwych. Może to nawet dobre dla niej imię. Lubi 

polować... Otóż jest rzeczą wskazaną, żebyś ją miał na oku. Nigdy nie wiadomo, co kobiecie 

może strzelić do głowy. A my na żadne niespodzianki nie możemy sobie w obecnej sytuacji 

pozwolić.

- Dobrze. Będę z nią w kontakcie. Lucjan podniósł się z fotela.

-  No,   to   by   było   chyba   wszystko.   Bądź   ostrożny,   nie   afiszuj   się   zbytnio   swym 

„wspaniałym” torsem i nie próbuj głupich numerów. Pamiętaj, że cię ostrzegłem. Ciao, Aldo.

Został   sam.   Dokładnie   zamknął   drzwi   na   wszystkie   zamki   i   zasuwy,   a   następnie 

wrócił do pokoju, w którym przed chwilą rozmawiali. Usiadł na fotelu, wygodnie wyciągnął 

nogi przed siebie i zamyślił się. To, co usłyszał, było zaskakujące. Skąd, u diabła, mogli 

wiedzieć o tym, że nosił się z zamiarem wyjazdu? Nikomu się przecież nie zwierzał, nie 

rezerwował też jeszcze miejsca na samolot. Intuicja? A może jego zachowanie wydało im się 

podejrzane? Ale przecież zachowuje się zupełnie normalnie, tak jak zawsze. Więc dlaczego? 

To prawda, że miał ogromną ochotę zmienić miejsce pobytu. Czuł, że ziemia im wszystkim 

zaczyna się palić pod nogami. W takich sytuacjach nigdy nie należy przeciągać struny i w 

odpowiedniej chwili trzeba zniknąć. Więzienie. Wzdrygnął się. W razie wpadki wyrok na 

background image

pewno nie byłby mały. Nawet wchodziłaby w grę kara śmierci. Co dalej? Próbować mimo 

wszystko wyjechać, zniknąć, zmienić nazwisko? A tamci? Pilnują go. I to dobrze pilnują. 

Jeżeli przysłali do niego tego pompatycznego pokurcza z ostrzeżeniem, to znaczy, że... Poczuł 

się  osaczony.   Z  jednej  strony  ci,  z  drugiej  tamci...  Matnia,   z której   nie  widział  wyjścia. 

Zarówno pozostanie tutaj jak i ucieczka były ryzykowne. Teraz już nie czas żałować tego, co 

się stało, ale właściwie żałował, że wdał się w to wszystko, że podjął się tej cholernej roboty. 

Wyobraźnia zaczęła pracować z jakąś złośliwą, sadystyczną siłą, podsuwając mu przed oczy 

coraz bardziej przerażające obrazy. Wstał, podszedł do barku i wypił kieliszek wódki. W tej 

chwili odezwał się dzwonek u drzwi wejściowych. Długo, trzy razy krótko i znowu długo. 

„Czyżby Lucjan wrócił”? - pomyślał zdziwiony. Odstawił kieliszek i poszedł otworzyć. Nie 

spodziewał się, że zobaczy Woźnickiego. 

- Kazik?

Wysoki mężczyzna o wydłużonej szczurzej twarzy i gęstych kędzierzawych włosach 

uśmiechnął się.

- Sie masz. Nie spodziewałeś się moich odwiedzin?

- To prawda. Nie spodziewałem się twoich odwiedzin.

- Mogę wejść?

- Jeżeli musisz.

- Mam do ciebie pewną sprawę. Ale nie bój się. Nie zabiorę ci dużo czasu.

Woźnicki   wszedł   energicznym   krokiem,   jak   człowiek   znający   dobrze   rozkład 

mieszkania. Spostrzegł otwarty barek i powiedział wesoło:

- O, widzę, że się posilałeś w samotności. Czy pozwolisz, że i ja się trochę wzmocnię?

Nalał   sobie  sporą  porcję  koniaku,  usiadł  i  przez  chwilę   przyglądał   się złotawemu 

trunkowi pod światło.

- Popierasz koniak radziecki. To dobrze, to nawet bardzo dobrze. Grunt to właściwa 

orientacja   polityczna.   Ale,   jak   się   zapewne   domyślasz,   nie   o   koniaku   chciałem   z   tobą 

pomówić, Aldo... Aldo. To brzmi dumnie, romantycznie  i zagranicznie. Więc... posłuchaj 

mnie, Aldo. Potrzebuję pięciu tysięcy... pięciu tysięcy dolarów oczywiście.

- Nie wiem, dlaczego mi to mówisz. To mnie zupełnie nie interesuje.

-  Mówię ci to dlatego, że mam  zamiar otrzymać  od ciebie tę kwotę - powiedział 

Woźnicki.

-  Obawiam się, że będziesz musiał zmienić ten zamiar. Mogę cię zapewnić, że ode 

mnie nie dostaniesz nawet dolara. Złotówki także nie. Nie miej złudzeń.

- Zdaje się, że jesteśmy wspólnikami.

background image

- To co z tego? Dostałeś przecież swoją dolę. Szczurzą twarz wykrzywił pogardliwy 

grymas.

- Nędzny ochłap. Cały czas uważałem to tylko za drobną zaliczkę.

- Chyba się mylisz, Kaziu. Doskonale pamiętam, że zgodziłeś się wykonać robotę za 

taką właśnie a nie inną sumę. O żadnych zaliczkach nie było mowy. A poza tym pragnę 

zwrócić ci uwagę na fakt, że robotę spartoliłeś:

- Spartoliłem?

- Oczywiście. Gdzież są te zdjęcia, które miałeś dostarczyć?

- Wiesz przecież, że aparat zabrała milicja - żachnął się Woźnicki.

- Otóż to. Cisnąłeś aparat ze zdjęciami i uciekłeś.

- Miałem się dać złapać z takim dowodem rzeczowym? W każdej chwili mogli mnie 

zatrzymać. Cudem udało mi się wydostać z tej obławy.

Aldo przyglądał się mówiącemu zmrużonymi oczami.

- Tak czy inaczej zdjęć nie dostarczyłeś. Wobec tego nic ci się nie należy, a na dobrą 

sprawę powinieneś oddać to, co dostałeś. Chyba jasne.

-  Taaak - powiedział cicho Woźnicki i podniósł się z fotela. - Więc teraz ty mnie 

posłuchaj. Nie wiem, do czego ci były potrzebne te zdjęcia, ale węszę tu jakąś dużą aferę. I 

sądzę, że byłoby ci bardzo nie na rękę, gdybym się z tego wszystkiego zwierzył milicji.

- Szantaż? Wzruszenie ramion.

-  Możesz   to   sobie   nazywać,   jak   ci   się   żywnie   podoba.   Nie   zależy   mi   na 

nomenklaturze. Zależy mi na forsie. Mam zamiar zmyć się z terenu, jak tylko dostanę te pięć 

tysięcy dolarów. Siedzieć tu nie ma sensu. Nie lubię takiej gorącej atmosfery. A wydaje mi 

się, że i dla ciebie, i dla twoich wspólników, bo nie wątpię, że masz takich, będzie o wiele 

wygodniej i bezpieczniej, jak ja zniknę. Im mniej ludzi zamieszanych w tę aferę zostanie 

tutaj, tym lepiej.

- Im mniej ludzi, tym lepiej - powtórzył Aldo. - No cóż... Ja ci tych pieniędzy nie dam, 

bo nie mam. Muszę się porozumieć... A za co właściwie, według ciebie, należy ci się tak 

wysoka gratyfikacja?

-  Za   poniesione   ryzyko,   strach,   zdenerwowanie.   Czy,   twoim   zdaniem,   nie   jest   to 

zupełnie wystarczająca motywacja?

-  Nie wiem. To zależy od punktu widzenia. Miałeś wykonać zadanie, którego nie 

wykonałeś. Powtarzam ci to po raz drugi.

- Nie zostało powiedziane, że będzie nalot milicji na lokal.

- Tego nie można było przewidzieć.

background image

- A szkoda. Kiedy się podejmuje taką akcję, powinno się brać pod uwagę wszystkie 

możliwości. Byłem pewien, że to jest lokal, którego milicja nie rusza.

Aldo pokiwał głową.

- I ja też tak sądziłem.

Woźnicki dopił koniak i skierował się ku wyjściu.

- To kiedy mam się zgłosić po tę forsę?

- Zadzwoń do mnie jutro.

Trzasnęły drzwi. Aldo odczekał chwilę, a potem wyszedł, wsiadł do windy i zjechał 

na dół. Podszedł do budki z automatem telefonicznym. Nakręcił numer i posłyszawszy męski 

głos, powiedział:

- Emil. Pięć tysięcy. Szantaż.

W odpowiedzi rozległ się trzask odkładanej słuchawki.

Rozdział IV

Nie chciał do niej telefonować. Wolałby, żeby to wyglądało na przypadek. W praktyce 

okazało się jednak, że nie jest łatwo zrealizować takie „przypadkowe” spotkanie. Przez parę 

dni kręcił się koło jej domu, ale bez rezultatu. Albo wcale nie wychodziła, albo pokazywała 

się na ulicy w towarzystwie jakichś mężczyzn i kobiet. Wsiadała do samochodu, szła ulicami, 

zawsze wesoła, roześmiana, pełna życia. Nie było okazji, żeby do niej podejść. Wreszcie 

zdecydował się zadzwonić.

- Halo - posłyszał miękki, melodyjny głos, trochę sztucznie wyreżyserowany.

- Dzień dobry pani - powiedział. - Mówi Wrończak, przyjaciel Staszka Kornickiego. 

Nie wiem, czy pani sobie przypomina...

-  Ależ tak, oczywiście.  Pamiętam  doskonale.  Niedawno spotkaliśmy się u Stacha. 

Biedaczysko.

- Chciałbym panią zaprosić na kawę.

-  Na   kawę?   -   zdziwiła   się.   -   Czy   to   propozycja   o   charakterze   służbowym,   czy 

prywatnym?

-  Prywatnym. Wyłącznie prywatnym. Obiecuję, że przyjdę po cywilnemu. No więc 

jak? Zgadza się pani?.

- No cóż... - wyczuł wahanie w jej głosie. - Właściwie dlaczego nie mielibyśmy razem 

pójść na kawę...

- No właśnie. Dlaczego? - podjął z zapałem. - Gdzie się spotkamy i kiedy?

Umówili się na następny dzień o czwartej w „Krokodylu”. Spóźniła się tylko dziesięć 

minut. „Z iście czatującym uśmiechem wyciągnęła rękę na powitanie.

background image

- Jest pan nieprzyzwoicie punktualny.

- Niepunktualność to przywilej pięknych pań - uśmiechnął się.

- Nie zaliczam się do „pięknych pań”.

- Przesadna skromność - odparował z komiczną powagą.

Zamówił kawę i koniak, a kiedy kelnerka odeszła, spojrzał na siedzącą obok niego 

dziewczynę.

- Cieszę się, że panią widzę.

- Dziwne.

- A to dlaczego?

- Przyznaję, że jestem zaskoczona pańskim zaproszeniem. Proszę mi powiedzieć, co 

się za tym kryje?

- Dlaczego pani sądzi, że coś musi się kryć za naszym dzisiejszym spotkaniem?

-  Jeżeli zaprosił mnie pan na kawę, to zrobił pan to przecież w jakimś określonym 

celu.

- Czy ma pani przy sobie lusterko? - spytał Wrończak. Spojrzała na niego zdziwiona.

- Mam, oczywiście.

- Może mi pani je dać na chwilę?

Wzięła torbę z sąsiedniego krzesła i wyjęła lusterko.

- Proszę.

- Doskonale. A teraz niech pani spojrzy. Co pani widzi?

- Nic szczególnego.

-  Widzi  pani  młodą,   uroczą   dziewczynę,   która   bardzo  mi   się  podoba.  Czy to   nie 

wystarczający powód, żebym zaprosił panią na kawę?

Krystyna roześmiała się szczerze rozbawioną i włożyła lusterko do torebki.

-  Ma   pan   dosyć   skomplikowaną   technikę   prawienia   kobietom   komplementów.   A 

jednak nie jestem zupełnie przekonana, że to jedyny powód naszego dzisiejszego spotkania.

- Uważa pani, że milicjant jest pozbawiony normalnych ludzkich uczuć i nie może mu 

się  tak zupełnie  po prostu  podobać młoda,  ładna  dziewczyna,  która  zrobiła  na nim  duże 

wrażenie? Nawet bardzo duże...

Pokręciła z powątpiewaniem głową.

-  Jeżeli   mam   być   zupełnie   szczera,   to   muszę   powiedzieć,   że   pański   zawód   jakoś 

automatycznie wzbudza we mnie nieufność, podejrzliwość. Trudno mi uwierzyć, że pan może 

przestać być milicjantem.

background image

-  Niech więc pani spróbuje sobie wyobrazić, że jestem architektem, dziennikarzem 

albo   chirurgiem.   Trochę   dobrej   woli,   a   nasze   wzajemne   stosunki   ułożą   się   o   wiele 

sympatyczniej.

- I rzeczywiście umówił się pan ze mną prywatnie? - dopytywała się, wciąż nieufna.

Roześmiał się.

-  Ależ,   oczywiście.   Zresztą   dlaczego   miałbym   się   z   panią   umawiać   służbowo   w 

kawiarni? Od tego jest komenda. Zapewniam panią, że w stosunku do pani mam tylko i 

wyłącznie prywatne zamiary.

Szybkim ruchem odsunęła spadające jej na czoło włosy.

- Właściwie nie powinnam się zgodzić na to spotka nie. Znamy się tak mało.

- A jednak przyjęła pani moje zaproszenie. Można wiedzieć dlaczego?

- Byłam ciekawa. Chciałam się dowiedzieć, czego pan chce ode mnie, a poza tym... 

Poza tym chciałam z panem porozmawiać o Annie.

- O, widzę, że to pani ma ochotę nadać naszemu spotkaniu charakter służbowy.

-  Nie   może   się   pan   dziwić,   że   mnie   ta   sprawa   bardzo   interesuje.   Anna   to   moja 

przyjaciółka. Jestem wstrząśnięta tą całą historią. Zupełnie tego wszystkiego nie rozumiem. I 

z Anną, i ze Stachem jestem zaprzyjaźniona od lat. Więc nie może się pan dziwić...

- Wcale się nie dziwię, ale, jeśli mam być szczery miałem raczej ochotę porozmawiać 

o pani.

Nie zwróciła uwagi na te słowa.

- Niech mi „pan powie, co pan tak naprawdę myśl o sprawie Anki.

Nieznacznie wzruszył ramionami.

- Nie ma o czym myśleć. Sprawa jest zupełnie prosta. Wpadła w złe towarzystwo, dała 

się omotać jakiemuś hochsztaplerowi, to wszystko. Zaprowadził ją do speluny, którą milicja 

już od dawna miała pod obserwacją.

- Nie sądzi pan, że kulisy tej sprawy mogą być bardziej skomplikowane?

-  Nie   sądzę.   Nie   jestem   w   stanie   dopatrzyć   się   ti   żadnych,   jak   pani   to   nazywa: 

„kulisów”. Bardzo chciałbym znaleźć jakieś okoliczności łagodzące, ale niestety... Po prostu 

zwykła lekkomyślność, nic więcej. Staszek ostatnio bardzo dużo wyjeżdżał służbowo. Nie 

było   go   w   domu   całymi   tygodniami,   a   nawet   miesiącami.   Ania   czuła   się   niewątpliwie 

pokrzywdzona, zaniedbywana, opuszczona. Pewnie pojawił się w jej życiu pozornie bardzo 

efektowny mężczyzna i... Cóż - uśmiechnął się - trzeba pilnować młodej i ładnej żony.

- Żonatych oficerów milicji nie powinno się na tak długo wysyłać w teren.

- Czasami jest to niezbędne. Taka praca.

background image

-  Nigdy   nie   spodziewałabym   się   czegoś   takiego   po   Ance.   To   mnie   zupełnie 

zaskoczyło.

- Nie tylko panią. Nas wszystkich.

-  Żal   mi   Staszka.   Na   pewno   prowadził   różne   ciekawe   sprawy,   z   których   musiał 

zrezygnować.

- Oczywiście.

- Mój Boże - westchnęła Krystyna - tyle lat pracy. To prawdziwy cios dla Staszka. On, 

taki obowiązkowy,  taki ambitny,  pracowity... I właśnie jego musiało to spotkać. Tak się, 

biedakowi,   ostatnio   jakoś   nie   wiodło.   Kilka   miesięcy   temu   odebrała   sobie   życie   jego 

przyjaciółka, koleżanka z lat dziecinnych, a teraz ta historia z Anną. Słyszał pan może o 

samobójstwie Olgi Wierzbickiej?

- Tak, słyszałem - odparł obojętnie Wrończak. - Staszek opowiadał mi o niej. Ciężko 

przeżył jej śmierć. Nie chciał wierzyć, że to było samobójstwo. Nosił się nawet z zamiarem 

wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.

- No i co?

Wrończak potrząsnął głową.

- Nic. W gruncie rzeczy nie ma i nie było żadnej sprawy. Denatka zostawiła list, w 

którym  wyjaśniła  powody swojego desperackiego  kroku. Staszek był  tutaj  zaangażowany 

uczuciowo i dlatego dopatrywał się czegoś, czego nie było. Dziewczyna zupełnie zwyczajna 

cierpiała na rozstrój nerwowy. Teraz w ogóle ludzie mają bardzo słabe nerwy, łatwo popadają 

w neurastenię, histerię. Takie już te nasze czasy.

- To prawda - przytaknęła Krystyna. - Na każdym kroku spotyka się jakieś zaburzenia 

psychiczne.   Niedawno   jedna   moja   znajoma...   Ale   może   porozmawiamy   o   weselszych 

rzeczach?

- Właśnie to chciałem zaproponować - uśmiechnął się Wrończak. - Tematyka niezbyt 

pogodna. - Podniósł kieliszek - Pani zdrowie. Nie wyobraża sobie pani nawet, jak się cieszę, 

że panią poznałem.

- Rzeczywiście?

- Ależ tak. To szczera, najszczersza prawda. Patrzą na panią doznaję bardzo dziwnego 

uczucia. Wydaje mi się, jakbym panią znał już bardzo, bardzo dawno. Od lat.

-  Co pan powie? A mnie się zdaje, że ja coś podobnego słyszałam bardzo, bardzo 

dawno, i to wiele, wiele razy.

Zrobił obrażoną minę.

- Pani jest złośliwa.

background image

- Nie lubię banalnych powiedzonek.

- Ma pani rację. Ale rozmowy z pięknymi kobietami to, niestety, nie moja specjalność.

- Wszystkiego się można nauczyć przy odrobinie dobrej woli.

- Gdyby pani zechciała mnie przyjąć na przyśpieszony kurs...

- Dlaczego przyśpieszony?

- Żyjemy w epoce odrzutowców i rakiet międzyplanetarnych - uśmiechnął się. - Nie 

mamy czasu na długie i trwałe flirty.

- Jeśli chce pan być moim uczniem - powiedziała z uśmiechem - to przede wszystkim 

musi się pan nauczy™ cierpliwości. W tych sprawach nie jestem zwolenniczką rakietowego 

tempa. Ale dlaczego tak się pan przygląda mojej ręce?

- Ma pani piękną bransoletkę. To musi być coś starego.

- Tak. To rodzinna pamiątka po babce.

- Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że to wenecka robota.

- Trafił pan w dziesiątkę. Rzeczywiście, moja babka przywiozła sobie tę bransoletę z 

Wenecji. Była tam w czasie podróży poślubnej.

Zamyślił się melancholijnie.

- Podróż poślubna... Wenecja... gondole…

- To musiało być bardzo romantyczne. A propos. Kiedy się znowu spotkamy?

- Nie wiem. Może nigdy.

-  Nie   lubię   takich   słów   jak   „nigdy”   i   „zawsze”.   Czy  nie   uważa   pani,   że   są   zbyt 

patetyczne?

Roześmiała się.

- Próbuje się pan odegrać?

-  Nie miałem tego zamiaru. Przykro mi, że nie zrobiłem na pani zbyt korzystnego 

wrażenia.

- Tego nie powiedziałam.

- Ale jeżeli pani nie chce podtrzymywać naszej znajomości...

- Tego także nie powiedziałam.

- Powiedziała pani, że może nigdy się nie zobaczymy.

- Drobne słówko „może” pozostawia otwartą furtkę.

- Więc mogę mieć nadzieję? Krystyna roześmiała się wesoło.

- Nadziei nigdy nie trzeba tracić.

- Zadzwonię do pani w najbliższych dniach.

- Tego nie mogę panu zabronić.

background image

Kiedy wyszli z kawiarni, wyciągnęła rękę na pożegnanie.

- Wolę, żeby pan mnie nie odprowadzał.

- Nie chce pani, żeby nas widziano razem?

- Wolę, żeby pan mnie nie odprowadzał - powtórzył z naciskiem.

- Czyżby zazdrosny amant?

Spojrzała na niego z wyraźnym niezadowoleniem.

- Mam wrażenie, że chciałby pan za dużo wiedzieć. Proszę nie zapominać o tym, że to 

było nasze pierwsze spotkanie. Do widzenia.

Wracał do domu wolnym krokiem, pogrążony w zadumie. Dziewczyna podobała mu 

się bardzo i to go poważnie zaniepokoiło. „Tego jeszcze brakowało, żebym się zakochał” - 

pomyślał, otwierając drzwi swojej kawa lerki.

.

-  Ależ   cholernie   nadymiliśmy!   -   W   pokoju   rzeczywiście   było   szaro   od   dymu. 

Pułkownik Makowski podszedł do okna i otworzył je szeroko. - Paskudny nałóg papierosy. - 

Wrócił za biurko i spojrzał na swojego współpracownika.

-  No cóż - powiedział po chwili namysłu - to, co; mówicie, jest interesujące. Więc 

teraz wy chcielibyście? się zająć tą sprawą?

Wrończak skinął głową.

- Tak. Wydaje mi się, że warto. Ale musimy zachować całkowitą dyskrecję. Nikt, ale 

to absolutnie nikt nie może o tym wiedzieć. Wszyscy muszą być stuprocentowo przekonani, 

że sprawa już definitywnie poszła ad acta.

Pułkownik spojrzał z pewnym zdziwieniem.

- Czyżbyście przypuszczali, że tutaj, u nas...

-  Ależ  nie - zaprzeczył  pośpiesznie  Wrończak  - nie  mam  żadnych  podstaw, żeby 

cokolwiek podejrzewać.! Muszę mieć jednak całkowitą pewność, że ani jedno słowo w tej 

sprawie nie przecieknie.

- Co do tego możecie być najzupełniej spokojni. Wrończak wstał.

-  Już   się   chyba   odmelduję.   I   tak   zabrałem   masę   czasu,   pułkownik   zatrzymał   go 

ruchem ręki.

- Jeszcze chwileczkę. Zapomniałem was zapytać, jak się czuje Kornicki.

- Chyba nie jest w szampańskim nastroju.

- Tak, tak, oczywiście. Szczerze mi go żal. Musimy się nim jakoś zająć...

- Mam wrażenie, że jest ktoś, kto się nim bardzo troskliwie opiekuje.

- Kogo macie na myśli?

background image

-  Serdeczną przyjaciółkę Anny Kornickiej. Spotkaliśmy ją wtedy u Staszka. Sprawę 

komplikuje fakt, że mnie także mocno wpadła w oko.

-  O, do licha - uśmiechnął  się Makowski. - Trzeba uważać na oczy.  Ja osobiście 

wyznaję   zasadę,   że   przyjaciółki   naszych   przyjaciół   nie   zawsze   powinny   być   naszymi 

przyjaciółkami.

.

Średniego wzrostu, drobna, bardzo szczupła. Trudno było określić jej wiek. Mogła 

mieć   zarówno   trzydzieści   kilka,   jak   i   pięćdziesiąt   kilka.   Poruszała   się   szybko,   nerwowo. 

Okrągłe  oczy przypominające  wiewiórkę  błyszczały  inteligencją.  Paliła   dużo  i jej   długie, 

wąskie palce pożółkły od nikotyny. Kolorowym obrusem nakryła okrągły stolik i postawiła na 

nim kawę i kruche ciasteczka, które zarekomendowała jako „domowej roboty”. Wszystkie te 

czynności   wykonała   szybko,   jakby się  bardzo  spieszyła.  Najwyraźniej   podekscytowały  ją 

odwiedziny młodego, przystojnego mężczyzny.

- Więc pan jest kuzynem biednej Olgi.

- To była moja cioteczna siostra - powiedział Wrończak z takim przekonaniem, jakby 

od wczesnego dzieciństwa kształcił się w sztuce kłamania. - Jak już wspomniałem, przez 

wiele miesięcy przebywałem służbowo za granicą. Byłem w Szwecji i nic nie wiedziałem o 

tym, I się stało. To mnie zupełnie zaskoczyło. Nigdy bym ni przypuszczał, że Olga...

-  Wszystkich   nas   to   zaskoczyło,   proszę   pana,   absolutnie   wszystkich.   Ale,   proszę, 

niech się pan częstuje. Tc§ ciasteczka są rzeczywiście doskonałe. To jeszcze przepis mojej 

mamy, która odziedziczyła go po swojej mamie a mojej babci.

Wrończak zjadł jedno ciastko, powiedział „wyborne” i wrócił do właściwego tematu.

- Dowiedziałem się, że pani przyjaźniła się z Olgą i dlatego pozwoliłem sobie...

- Tak. Lubiłyśmy się. To była bardzo wartościowa dziewczyna. Pracowita, sumienna, 

uczynna... Cieszyła się powszechną sympatią.

- To prawda. Olga była niezwykle wartościowym człowiekiem. Co ją mogło popchnąć 

do tego desperackiego kroku. Jak pani myśli?

Wzruszyła ramionami.

-  Nie mam pojęcia. Nic nie wskazywało na to, żeby przeżywała jakieś depresyjne 

stany. Zawsze tryskała zdrowiem i radością życia. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

- A może sprawy sercowe? Zdaje się, że miała narzeczonego.

- Tak. Ale to chyba nie to. Mieli się przecież niedługo pobrać.

- Zna pani tego człowieka?

- Nie. Jakoś się nie złożyło. Zresztą... - urwała nagle jakby speszona.

background image

- Co pani chciała powiedzieć?

- Nie, nie, nic ważnego.

- Proszę, niech mi pani opowie o wszystkim, co dotyczy Olgi - nastawał Wrończak. - 

To dla mnie bardzo ważne. Niech pani nie ukrywa przede mną żadnego szczegółu.

Spojrzała trochę zdziwiona jego natarczywością.

- Nie mam zamiaru niczego ukrywać! Zapewniam pana.

-  Może   ten   człowiek,   ten   jej   narzeczony,   skrzywdził   ją?   Może   to   jednak   przez 

niego...?

-  Olga   była   zbyt   silną   indywidualnością,   żeby   dać   się   do   tego   stopnia   pognębić 

mężczyźnie. Nie, nie, żaden mężczyzna nie był w stanie doprowadzić jej do samobójstwa.

- Więc jaki mógł być powód tego desperackiego kroku?

- Nie potrafię panu powiedzieć, naprawdę nie potrafię.

- Może jakieś przykrości w pracy?

-  Skądże znowu! Olgę bardzo ceniono w wydawnictwie.  Świetnie  pracowała.  Nie 

słyszałam o żadnych przykrościach. Przeciwnie. Miała zostać przedstawiona do odznaczenia.

- Więc była zadowolona z pracy? Chwila wahania.

- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ale chyba nie. Odnosiłam wrażenie, że ciągłe 

redagowanie cudzych tekstów zaczynało ją nużyć.

- A nie próbowała sama pisać?

- Skąd pan wie? Pisała do pana w tej sprawie?

-  Nie.   Nie   korespondowaliśmy   ze   sobą.   Kiedyś,   bardzo   dawno,   dała   mi   to   do 

zrozumienia, ale zupełnie ogólnikowo. Nie była skłonna do zwierzeń.

-  Tak. Ma pan rację. Miała dosyć  skryte  usposobienie,  mimo  to kiedyś,  w chwili 

szczerości...

- Zwierzyła się pani ze swoich planów literackich?

-  To było powiedziane ot, tak sobie, bez żadnych konkretnych... Pamiętam, że była 

niedziela.   Olga   przyszła   do   mnie   na   herbatę.   Piłyśmy   także   i   koniak,   który   dostałam   w 

prezencie od autora. Po paru kieliszkach powiedziała, że już jej zbrzydło poprawianie błędów 

gramatycznych i konstrukcyjnych i że sama chciałaby napisać współczesną powieść.

- Ciekawe. A co to miało być?

-  Historia   o   młodej   romantycznej   dziewczynie   zagubionej   we   współczesności, 

walczącej z obcym, niezrozumiałym dla niej światem.

- Czy przystąpiła do realizacji tego planu?

background image

- Nic mi o tym nie wiadomo. Już więcej nie chciała ze mną na ten temat rozmawiać. 

Wszelkie   próby   nawiązania   do   tamtej   rozmowy   zbywała   żartem.   Wie   pan,   w   naszym 

zawodzie   to   są   bardzo   trudne   sprawy...   Tyle   mamy   do   czynienia   z   cudzymi   niedobrze 

napisanymi   tekstami,   tak   często   musimy   te   teksty   poddawać   wnikliwej   krytyce, 

dyskwalifikować,   odrzucać,   że   potem   człowiek   nie   ma   odwagi   pisać.   Zbyt   szczegółowo 

poznajemy od kuchni pracę literacką. Rezultat jest taki, że każdy własny tekst wydaje się do 

niczego. Ja sama kiedyś chciałam pisać i zrezygnowałam. Można być albo redaktorem, albo 

literatem.

- To ciekawe, co pani mówi. Nigdy się nad tymi sprawami nie zastanawiałem. Proszę 

mi powiedzieć, czy Olga, poza panią, miała jakichś serdecznych, zaufanych przyjaciół?

- Chyba nie... To była dziewczyna, która nie tak łatwo zawierała przyjaźnie. Nieufnie, 

z dużą rezerwą podchodziła do ludzi.

- Jeśli pani pozwoli, to chciałbym jeszcze o coś zapytać.

- Ależ oczywiście, bardzo proszę.

- Czy słyszała pani nazwisko Siemantowicz, Feliks Siemantowicz?

Zmarszczyła brwi i potarła dłonią czoło.

-  Zaraz, zaraz... chwileczkę... Siemantowicz... Siemantowicz... czy to nie będzie ten 

nauczyciel Olgi? Zdaje mi się, że tak się właśnie nazywa.

- Nauczyciel?

- Tak. Olga często wspominała swojego ukochanego polonistę, jeszcze ze szkolnych 

czasów. Chyba Siemantowicz. Zawsze mówiła, że bardzo dużo mu zawdzięcza, że dzięki 

niemu polubiła gramatykę i nauczyła się pisać po polsku. Podobno wszystkie pensjonarki się 

w nim podkochiwały. Wie pan, jak to bywa. Tak się jakoś składa, że najczęściej polonistę 

obdarzają dziewczęta żywszymi uczuciami.

-  Może   dlatego,   że   polonista   reprezentuje   między   innymi   romantyczną   poezję   - 

uśmiechnął się Wrończak.

- Możliwe.

- Czy pani poznała osobiście profesora Siemantowicza?

- Nie. Słyszałam tylko o nim od Olgi.

- A gdzie go można znaleźć?.

- Zupełnie się nie orientuję. Chciałby się pan z nim zobaczyć?

- Tak.

- Myśli pan, że dowie się od niego czegoś interesującego?

- Nie wiem. Może...

background image

- Czy w ogóle mają sens te wszystkie rozmowy? Nic już nie możemy zmienić, nic nie 

wróci życia biednej Oldze.

-  Chyba   pani   ma   rację  -   przyznał   Wrończak   -  ale...   Rozejrzała   się   dokoła,   jakby 

chciała sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje, przysunęła krzesło bliżej fotela; na którym 

siedział jej gość, i zniżyła tajemniczo głos.

- Powiem panu coś w zaufaniu. Ja nie wierzę, żeby to było samobójstwo. A-bso-lut-

nie nie wierzę - podkreśliła. - I wydaje mi się, że milicja także nie.

Przyjrzał jej się uważnie.

- Jakiego typu książki pani redaguje? - spytał.

- Przeważnie kryminały.

.

W komendzie czekał już na Wrończaka Górniak.

- Masz dla mnie coś ciekawego?

- Chyba cię to zainteresuje. Mamy trochę materiału dotyczącego tego Siemantowicza 

z Koszalina.

- Dawaj! - zawołał podekscytowany Wrończak.

Po   chwili   czytał   przysłaną   dalekopisem   notatkę:   „Feliks   Siemantowicz.   Polonista, 

około   sześćdziesiątki.   Przez   wiele   lat   wykładał   w   liceach   w   Warszawie.   Zaczął   pić. 

Parokrotnie   skompromitował   się   wobec   młodzieży.   Został   przeniesiony   do   Bydgoszczy, 

następnie   do   Koszalina.   Ostatnio   uległ   wypadkowi   samochodowemu   i   otrzymał   rentę 

inwalidzką. Obecnie nie uczy w szkole. Dorabia sobie prywatnymi lekcjami. Zna języki obce: 

francuski, angielski, niemiecki. Pije w dalszym ciągu”.

- Czego ty właściwie chcesz od tego staruszka? - spytał Górniak.

Wrończak podrapał się za uchem.

- Dokładnie nie wiem. Być może, że wezmę od niego parę lekcji stylistyki.

- Masz zamiar zostać literatem?

- Kto wie? Jak mi się znudzą te wszystkie śledztwa, to może zacznę pisać kryminały. 

Materiału nie brak, trzeba tylko nabrać trochę wprawy. Ale wracajmy do naszych spraw. 

Przesłuchiwałeś jeszcze Palkosza?

Górniak skrzywił się niechętnie.

- Przesłuchiwałem. Żadnych rewelacji. W kółko powtarza to samo.

-  Jeżeli od niego niczego nie można się dowiedzieć, to trzeba się rozejrzeć w jego 

otoczeniu. Musi przecież mieć jakąś przyjaciółkę.

- Ma. Nie zaprzecza. Podał mi nawet nazwisko. Ludmiła Miękusz.

background image

- Ludmiła Miękusz - powtórzył Wrończak. - Bardzo efektowne nazwisko. Warto by 

było pogawędzić z tą panią.

- To nie takie proste. Zniknęła bez śladu. Nawet Palkosz nie wie, gdzie jej szukać.

- Jak byś się zapatrywał na to, żeby wytropić Ludmiłę Miękusz?

Górniak nie wyglądał na zachwyconego tą propozycją.

- Mogę spróbować, ale za rezultat nie ręczę. To chyba nie będzie łatwe. Wydaje mi 

się, że ta dziewica dołoży wszelkich starań, żeby się ze mną nie spotkać.

Rozdział V

Wracał zupełnie wyczerpany nerwowo. To było bardzo ciężkie przeżycie. Uciekał, 

uciekał jak przestępca. Był szczęśliwy, że to się wreszcie skończyło, że nie musi już kłamać, 

grać   komedii.   Matka   nieustannie   pytała   go   o   Annę.   Nie   mogła   zrozumieć,   dlaczego   nie 

przyjechali   razem.  Stale   wracała  do  tego  tematu.   Musiał   na poczekaniu  wymyślać  jakieś 

historie, że Anna wyjechała służbowo, że nie będzie jej w domu kilka tygodni, że dokładnie 

nie wie, kiedy wróci itd., itd. Nie mógł przecież powiedzieć prawdy. Nie miał odwagi. W 

głębi podświadomości kryła się nadzieja, że jednak jakoś się to wszystko wyjaśni. „Nie skażą 

jej - powtarzał sobie wielokrotnie. - Nie mogą jej skazać”. Chyba by oszalał, gdyby Ania... 

Wtedy   musiałby   powiedzieć   wszystkim:   matce,   teściowej,   wszystkim.   Takiej   rzeczy   nie 

można   ukrywać   w   nieskończoność.   Ludzie   zaczną   mówić.   Jeżeli   on   nie   powie,   to   inni 

powiedzą.

Wojtuś ucieszył się z jego przyjazdu. Zaraz jednak zajął się nowymi zabawkami i na 

tatusia   nie   zwracał;   większej   uwagi.   Od   czasu   do   czasu   wykrzykiwał   coś   triumfalnie   i 

przynosił drewniany samochód, żeby pokazać, żeby się pochwalić. Wyglądał zdrowo, był 

opalony i świetnie rozwinięty jak na swój wiek. I on także zapytał parę razy „gdzie mama?”, 

ale   nie  upierał  się  przy  tym  temacie   i całkowicie   zadowolił  się  wiadomością,   że  „mama 

niedługo   przyjedzie”.   Natomiast   babcia   była   wyraźnie   zaniepokojona.   „Co   wy  tak   ciągle 

jeździcie? Najpierw.” ciebie dłuższy czas nie było, a teraz znowu Anka. Niedobre są takie 

ciągłe   rozłąki   w   małżeństwie.   Uważaj,   żebyście   sobie   nie   skomplikowali   życia.   Uważaj, 

Stachu”, i Powtarzała to z małymi wariantami kilka razy. Próbował zmienić temat rozmowy, 

mówił o wydarzeniach politycznych, pytał o program telewizyjny, opowiadał o swojej pracy 

w terenie. Wszystkie te wysiłki nie na wiele się zdały. Starsza pani z uporem wracała do ich 

małżeńskich spraw. Z największym wysiłkiem trzymał na wodzy rozdygotane nerwy. Bał się, 

żeby nie wybuchnąć. Udało się. Wreszcie spojrzał na zegarek i powiedział, że musi wracać. 

Nie próbowała go zatrzymywać, chociaż było jeszcze dość wcześnie. Mogło się zdawać, że i 

ona z pewną ulgą żegna syna. Spytała wprawdzie, kiedy znów przyjedzie, ale w tych słowach 

background image

zabrakło  serdeczności.  „Jak tylko  będę  miał  chwilę  czasu” - odpowiedział  bezosobowym 

tonem. Wycałował syna, który śpieszył się do swojego samochodu i nie był zadowolony z 

tych pieszczot.

Szybkim,  nerwowym  krokiem  ruszył  w kierunku furtki,  jakby się bał, że  go ktoś 

zatrzyma. Patrzyła na jego lekko przygarbione plecy i bardzo skłopotana kręciła głową. Nie 

zaproponowała, że go odprowadzą na stację, tak jak zwykle to robili.

Dopiero kiedy kolejka ruszyła, odetchnął swobodniej. „Uciekam - myślał. - Uciekam 

od matki, od dziecka”. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Staruszek, siedzący naprzeciwko 

powiedział surowo: „To dla niepalących”. Schował papierosy.

Wysiadł na Dworcu Śródmieście. Przyszło mu do głowy, żeby pójść do jakiegoś kina, 

ale zrezygnował. Pojechał do domu.

Na schodach spotkał Wrończaka.

- O, ale mam nosa! - zawołał wesoło porucznik. - Właśnie idę do ciebie. A ty skąd 

wracasz?

- Byłem w Otwocku - odparł niechętnie Kornicki.

- No i jak tam rodzinka? Pociecha się chowa?

- W porządku.

Wrończak podejrzliwie spojrzał na przyjaciela.

- A jak twoje samopoczucie?

- W porządku. Weszli do mieszkania.

-  Chcesz   się   czegoś   napić?   -   spytał   Kornicki,   usiłując   grać   rolę   gościnnego 

gospodarza.

- Dziękuję. - Wrończak potrząsnął głową. - Kawy i herbaty nie lubię, a alkoholu na 

służbie nie pijam.

- Przyszedłeś służbowo?

- Powiedzmy: pół na pół. Pół prywatnie pół służbowo.

- Może masz zamiar jeszcze raz przeprowadzać u mnie przeszukanie?

Wrończak protestacyjnie zamachał rękami.

- Oj, przestań. Przyszedłem pogadać z tobą o tym i owym. Wczoraj rozmawiałem z 

Anną.

Kornicki poruszył się niespokojnie.

- No i co?

- No i nic. Pytała o ciebie, o dziecko.

- W dalszym ciągu nie chce się ze mną widzieć?

background image

- Nie chce. Prosiła tylko, żebyś zabrał Wojtusia i wyjechał gdziekolwiek - nad morze 

albo w góry.

Kornicki wzruszył ramionami.

-  Po co miałbym zabierać Wojtusia z Otwocka? Dom w dużym ogrodzie, niedaleko 

Świder, po którym chłopak może sobie brodzić. Przecież to znakomite warunki dla dziecka.

- Masz rację - przytaknął Wrończak - No cóż... powtarzam tylko to, o co mnie prosiła 

Anna.

- A jak ona się czuje?

-  Wydaje   się,   że   zupełnie   nieźle.   Zrobiła   na   mnie   wrażenie   spokojnej   i 

zrównoważonej.

Kornicki zaczął sobie wyłamywać palce.

- Dlaczego ona, u diabła, nie chce się ze mną zobaczyć? Nie próbowałeś jej namówić?

- Ależ oczywiście, że próbowałem! Wiem przecież, jak ci na tym zależy. Stanowczo 

odmówiła. Prosiła tylko, żebyś zabrał dziecko i wyjechał gdzieś na całe lato. Kilka razy to 

powtarzała.

Kornicki   wzruszył   ramionami.   Dłuższą   chwilę   trwało   milczenie,   zanim   Wrończak 

ostrożnie zapytał:

- Słuchaj, Stachu, powiedz mi, ale tak zupełnie szczerze, czy nie podejrzewasz, że był 

jakiś facet, który się kręcił koło Anny?

- Nie zauważyłem. Zresztą ostatnio, jak wiesz, nie było mnie w Warszawie.

- Tak, tak, oczywiście. - Wrończak wyjął papierosa, zapalił go, zaciągnął się głęboko. 

Miał   zakłopotaną   minę.   -   Chciałbym   z   tobą   pogadać   jak   chłop   z   chłopem.   Ostatecznie 

jesteśmy od tak dawna zaprzyjaźnieni, że chyba...

- O co ci właściwie chodzi? - zniecierpliwił się Kornicki. - Wykrztuś wreszcie.

-  Chodzi o to, że... No, po prostu chciałbym wiedzieć, jak się w ostatnich czasach 

układało wasze małżeńskie pożycie?

- Do czego ci potrzebna ta informacja?

-  Może się przydać. W całej tej sprawie wyczuwam wyraźnie jakąś psychologiczną 

rozgrywkę. To wszystko nie jest takie proste.

- Więc jeżeli chcesz koniecznie wiedzieć - powiedział z naciskiem Kornicki - to nasze 

pożycie małżeńskie układało się jak najlepiej. Anna była oczywiście niezadowolona, że ja tak 

często i na tak długo wyjeżdżam w teren, ale rozumiała, że nie robię tego dla przyjemności.

- A ty nie miałeś tutaj, w Warszawie, jakiejś sympatii?

- Słucham?!

background image

Wrończak miał skruszoną minę.

- Nie gniewaj się, Stachu, ale to są ludzkie sprawy. Każdemu się może przytrafić jakiś 

skok w bok.

- Mogę cię zapewnić, że mnie się nic takiego nie przytrafiło.

-  W porządku. Wierzę ci. Widzisz... prowadząc dochodzenie w tej sprawie muszę 

eliminować   pewne   przesłanki.   Jak   nam   wszystkim   wiadomo,   kobieta   zazdrosna   może 

posunąć się do nieobliczalnych czynów. Dlatego chciałem tę ewentualność wykluczyć.

Kornicki pogrążył się w posępnych rozmyślaniach.

-  Dlaczego ona nie chce się ze mną widzieć...? - zapytał spoglądając bezradnie na 

przyjaciela.

- Wydaje mi się - powiedział Wrończak - że Anna się boi.

- Kogo? Mnie?

- Boi się, że jeśli ciebie zobaczy, to się załamie, że nie zdoła utrzymać się w roli, jaką 

sobie z niemałym zapewne wysiłkiem wypracowała.

- Ale dlaczego w ogóle ma odgrywać jakąś rolę? Dlaczego wobec mnie nie może być 

zupełnie szczera? Stało się, co się stało i trudno. Można przecież o tym wszystkim? spokojnie 

i szczerze porozmawiać!

Wrończak skrzywił się z dezaprobatą.

-  Wiesz, Stachu, dziwię ci się. Jesteś przecież facetem inteligentnym, masz za sobą 

wieloletnią praktykę  jako oficer milicji, a podchodzisz do tej sprawy jak żółtodziób.  Nie 

upraszczaj tak tego wszystkiego.

- Nie rozumiem.

-  O   rany   -   jęknął   Wrończak.   -   Wszystko   ci   trzeba   tłumaczyć.   Nie   ulega   chyba 

wątpliwości,   że   ktoś   chciał   zdobyć   materiał   kompromitujący   ciebie   i   Annę.   Wystarczy 

obejrzeć te zdjęcia.

- Jakie zdjęcia?

- Nie pokazywałem ci?

- Nie.

-   W   tym   burdelu   w   Konstancinie   znaleziono   aparat   fotograficzny.   Po   wywołaniu 

błony   okazało   się,   że   są   to   zdjęcia   Anny   w   różnych   ryzykownych   pozach.   To   bardzo 

gustowny materialik do maleńkiego szantażyku. Nie uważasz?

-  To   prawda.   -   Kornicki   w   zamyśleniu   pokiwał   głową?   Natychmiast   jednak 

zreflektował się. - Teraz ty rozumuj jesz jak żółtodziób. Kto niby miał mnie szantażować? 

Ostatnio nie prowadziłem żadnej aż tak poważnej sprawy, żeby pasowała do twojej teorii.

background image

Wrończak wzruszył ramionami.

-  Nie   wymagaj   ode   mnie   za   wiele.   Gdybym   wszystko   wiedział,   to   wsadziłbym 

winnych do pudła i zamknąłbym dochodzenie.

- Przy Annie znaleziono narkotyki, heroinę...

- Zgadza się. A także skradziony zegarek, portfel i bransoletę.

- Przecież nie mogli wiedzieć o tej akcji.

-  Oczywiście,   że   nie.   Przypuszczalnie   któryś   z   nich   w   czasie   nalotu   wsunął   te 

przedmioty   do   torebki   Anny   Wiedzieli,   że   w   tej   sytuacji   zostanie   zatrzymana,   a   ciebie 

zawieszą w czynnościach służbowych.

- I myślisz, że chodziło o to, żeby się mnie pozbyć?

- Wszystko na to wskazuje. I chcesz to wyjaśnić?

- Mam taki pobożny zamiar. Czy mi się uda, nie wiem. Kornicki mocno uścisnął dłoń 

przyjaciela.

-  Dziękuję   ci   z   całego   serca,   Jurku.   Jesteś   naprawdę   porządnym   chłopem.   Może 

mógłbym ci jakoś pomóc w tym dochodzeniu? Oczywiście zupełnie nieoficjalnie.

Wrończak energicznie potrząsnął głową.

- Uchowaj Boże. Absolutnie nie możesz się do tego mieszać. Jeśli moje rozumowanie 

jest prawidłowe i jeśli rzeczywiście ktoś chciał cię odsunąć od pracy w milicji, to ten ktoś 

musi   być   święcie   przekonany,   że   mu   się   udało.   Co   do   tego   nie   może   być   ani   cienia 

wątpliwości! Jakiekolwiek twoje zaangażowanie się w tę sprawę może mi popsuć całą robotę. 

Kiedy będzie mi potrzebna twoja współpraca, powiem ci.

Zadźwięczał dzwonek.

- Spodziewasz się kogoś?

- Nie.

Kornicki   wyszedł   do   przedpokoju.   Po   chwili   wrócił   w   towarzystwie   Krystyny. 

Wyglądała tak ślicznie, ze Wrończakowi aż dech w piersiach zaparło.

- O, znowu się spotykamy - powiedziała wesoło, wyciągając rękę na powitanie.

Właśnie... znowu - bąknął niezbyt zręcznie Wrończak.

- Napijesz się czegoś? - spytał Kornicki - Kawa? Herbata? Koniak?

- Jeżeli jesteś taki dobry, to daj mi tylko szklankę zimnej wody. - Usiadła na fotelu i 

wachlowała się chusteczką.

- Bardzo dzisiaj ciepło. Po prostu upał. Parno.

-  Rzeczywiście,   ciepło   -   zgodził   się   Wrończak.   -   Ale   może   być   deszcz.   Nawet 

przepowiadali deszcz albo burzę.

background image

- Niech mnie pan nie straszy. Nie wzięłam parasolki. Kornicki wrócił z kuchni, niosąc 

szklankę wody i przerwał im pogawędkę na tematy meteorologiczne.

Piła małymi łyczkami, popatrując na obu mężczyzn. W ciemnych oczach pojawiły się 

figlarne błyski.

- Jak się czujesz, Stachu?

- Dziękuję ci. Doskonale.

- Miałeś do mnie zadzwonić.

- Jakoś się nie złożyło.

- Może ja panom przeszkodziłam?

-  Ależ nie - zaoponował energicznie Wrończak. - Skądże znowu. Przyszedłem  do 

Staszka z przyjacielską wizytą.

-  A ja przyszłam  z konkretną propozycją.  Chcę cię,  Stachu, zaprosić na wernisaż 

Romana.

- Na wernisaż? - zdziwił się Kornicki.

-  Tak.   Parę   tygodni   temu   Roman   wrócił   z   Meksyku.   Przywiózł   masę   prac   i   w 

najbliższy piątek   odbędzie  się  wernisaż.  Roman  to  mój  były  mąż  -  dodała  wyjaśniająco, 

spoglądając na Wrończaka. - Roman Mrozicki, znakomity malarz, abstrakcjonista. Zapewne 

słyszał pan to nazwisko.

- Oczywiście - skłamał Wrończak.

- No więc jak będzie, Stachu? Dasz się namówić? Kornicki potrząsnął głową.

-  Nie,   nie   dam   się   namówić   i   nawet   trochę   ci   się   dziwię,   że   mi   coś   takiego 

proponujesz. Wiesz przecież doskonale, że nie jestem w nastroju, żeby iść między ludzi.

-  Szkoda  - westchnęła.  - Chciałam,  żebyś  się  trochę  rozerwał. Sądziłam,  że ci  to 

dobrze   zrobi.   Powinieneś   właśnie   zobaczyć   ludzi,   porozmawiać,   oderwać   się   od   swoich 

myśli...

-  Nie, nie namówisz mnie. Za to może Jurek się wybierze. Przecież on też coś tam 

maluje.

Krystyna spojrzała z żywym zainteresowaniem.

- Doprawdy? Jest pan artystą? Wrończak bardzo się zmieszał.

- Jaki tam ze mnie artysta. Wolne żarty. Ot, jestem sobie takim niedzielnym malarzem, 

jak to mówią. Czasem coś nabazgrzę.

-  W takim razie na pewno zainteresuje pana wystawa prac Romana. Bardzo proszę, 

jeżeli tylko dysponuje pan czasem w piątek po południu. Będzie dużo znakomitości ze świata 

artystycznego. Przemówienia, kwiaty. Jednym słowem wielka gala.

background image

- Czy mam przyjść we fraku? Roześmiała się.

-  Nie przesadzajmy. Ale wolałabym, żeby nie przyszedł pan w dżinsach. Więc jak? 

Mogę na pana liczyć?

- Postaram się. Chyba do piątku nic się takiego nadzwyczajnego nie zdarzy.

Wyjęła z torebki zaproszenie wydrukowane na lśniącym, kredowym papierze.

-  Proszę.   Jeżeli   pan   będzie   miał   ochotę,   niech   pan   przyjdzie   wcześniej. 

Porozmawiamy przed otwarciem.

- Na pewno będę miał ochotę. Rozmowa z panią to dla mnie prawdziwa przyjemność - 

skłonił się szarmancko Wrończak. Spojrzał na zegarek: - Bardzo żałuję, ale na mnie już czas. 

Zostawiam cię, Stachu, pod dobrą opieką. Do widzenia.

Po wyjściu Wrończaka Krystyna z uśmiechem spojrzała na Kornickiego.

- Miły jest ten twój kolega. Inteligentny, kulturalny.

-  O   tak.   Jurek   to   bardzo   wartościowy   chłopak.   Czas   tylko,   żeby   się   ustatkował. 

Powinien się ożenić, założyć rodzinę.

- Nie chce się żenić?

- Jakoś nie może sobie znaleźć dziewczyny, która by mu pasowała na żonę. A może to 

i lepiej, że się nie śpieszy. Ma się źle ożenić i później żałować...

- Widziałeś się z Anią? - spytała niezbyt taktownie! Krystyna.

- Nie. Anka nie chce.

- Nie wiesz dlaczego?

- Nie mam pojęcia.

- A w ogóle masz jakieś wiadomości w związku z tą całą dziwaczną historią?

Kornicki   miał   ogromną   ochotę   opowiedzieć   o   przypuszczeniach   Wrończaka,   ale 

doszedł do wniosku, że lepiej się z tym nie wyrywać. Nie mógł przecież przewidzieć, z kim 

Krystyna może podzielić się tego rodzaju refleksjami.

- Nie, nie mam. Zresztą, czego się mogę dowiedzieć? I Sprawa jest zupełnie, prosta i 

nie wymaga komentarzy. 

- Co mogę dla ciebie zrobić? W czym ci pomóc? Dotknął jej dłoni.

- Dziękuję ci serdecznie. Jesteś bardzo kochana, alej właściwie niczego mi nie trzeba. 

Jeżeli masz ochotę czasem przyjść tutaj, popatrzeć na starego, ponurego faceta, to bardzo cię 

proszę. Sądzę jednak, że bez trudu możesz sobie znaleźć weselsze towarzystwo.

- Przestań, Stachu - powiedziała energicznie. - Nie lubię, jak mówisz takie głupstwa.

-   Każdego   z   nas   życie   w   jakiś   sposób   doświadcza.   Nie   wolno   się   poddawać. 

Uśmiechnął się smutnie.

background image

-  Teoretycznie   masz   rację,   ale   w   praktyce...   Kiedy   się   całe   życie   nagle   wali...  

Machnął ręką. - Dajmy temu spokój. Mówmy o czym innym.

- Powinieneś się czymś zająć.

- Zająć? Czym? Co chcesz, żebym robił?

-  Musisz   sobie   znaleźć   jakąś   robotę,   która   by   cię   absorbowała.   Nie   możesz   tak 

siedzieć bezczynnie, pogrążony w posępnych rozmyślaniach. To cię wykończy psychicznie.

Wzruszył ramionami.

- No, mógłbyś chociaż pojechać do Otwocka - nie ustępowała.

- Właśnie dzisiaj tam byłem. Niedawno wróciłem.

- Jak mały?

- Doskonale. Zdrów jak ryba, świetnie wygląda.

-Tam są znakomite warunki dla dziecka.

- Nie pytał o mamę?

- Pytał, ale był zbyt zajęty samochodem, który mu przywiozłem, żeby... Tak... dobrze 

mu tam. Ma doskonałą opiekę, wspaniały teren do zabawy. Zupełnie niepotrzebne mu inne 

letnisko.   -   Znowu   miał   ochotę   opowiedzieć   o   tym,   co   usłyszał   od   Wrończaka   i   znowu 

zrezygnował. Nie chciał rozmawiać o Annie z nikim, nawet z Krystyną.

Spojrzała na zegarek.

-  Muszę cię już pożegnać, Stachu. Gdybyś czegoś potrzebował, zadzwoń. Najlepiej 

wcześnie rano. Trzymaj się.

Odprowadził - ją do przedpokoju. Kiedy wracał, zadzwonił telefon.

Od razu poznał chroniczną chrypkę teściowej.

- To ty, Stachu? Co się dzieje z Anką? Dlaczego nawet do mnie nie zajrzy?

I znowu musiał kłamać, że wyjechała, że służbowo,  że  to może dłużej potrwać. Jak 

tylko wróci, to oczywiście... Wszyscy  zdrowi,  wszystko w porządku. Nie ma  powodu  do 

żadnych   niepokojów.   Teściowa   jednak   mocniej   przypierała   go   do   muru   niż   matka.   Nie 

dawała się zbyć byle czym. Pytała o adres Anki, domagała się szczegółowych informacji. 

Była nieustępliwa, żądała dokładnych wyjaśnień. Wykręcał się, jak umiał, wymyślając na 

poczekaniu   całą   legendę.   Spocił   się   solidnie,   zanim   odłożył   słuchawkę.   I   wcale   nie   był 

pewien, czy matka Anki uwierzyła w  to  wszystko, i czy nie zacznie rozrabiać. „Jeżeli ma 

jakieś wątpliwości, to gotowa polecieć do komendy - myślał skłopotany. - Nie, nie, nie wolno 

do   tego   dopuścić.   Przynajmniej   na   razie,   dopóki   cała   sprawa   nie   skonkretyzuje   się 

ostatecznie. Nikt nie powinien się dowiedzieć, absolutnie nikt. Gdyby jej powiedzieli, to na 

drugi dzień całe miasto będzie o tym mówić. Tej baby nikt nie zmusi do milczenia.

background image

Wytarł   mokre   od   potu   czoło,   podniósł   słuchawkę   i  połączył   się   z   komendą.   Na 

szczęście zastał Górniaka, któremu wyjaśnił sprawę. Porucznik, już drugi raz żonaty i mający 

jak najgorsze doświadczenia z teściowymi, nie lekceważył sprawy.

- Zajmę się tym. Spokojna głowa. Od nas niczego się nie dowie. Chyba, żeby gdzie 

indziej był jakiś przeciek, ale nie sądzę. Sprawa na razie traktowana jest jako ściśle poufna. 

Możesz spać spokojnie. Nie przejmuj się, Stachu. Jakoś to będzie. Grunt to spokój.

Kornicki podziękował i odłożył słuchawkę. „Grunt to spokój - myślał, uśmiechając się 

ironicznie - Jak to się łatwo mówi”. Wyobraził sobie szeroką, rumianą twarz Górniaka, z 

której emanowała niezmiennie pogoda ducha. Od pierwszego rzutu oka nie można było mieć 

wątpliwości, że jest to człowiek cieszący się dobrym apetytem i że sypia znakomicie.

Rozdział VI

Gala   była   rzeczywiście,   jak   to   powiadają,   na   cztery   fajerki.   Prasa,   telewizja, 

fotoreporterzy, dostojne osobistości ze świata artystycznego i politycznego, słowem bardzo 

uroczyście. Splendoru całej imprezie dodawały kieliszki z białym i czerwonym winem, słone 

paluszki, migdały, krakersy i widoczne gdzieniegdzie powbijane na wykałaczki oliwki.

Wrończak spóźnił się nieco i ominęły go oficjalne przemówienia. Fakt ten dawał mu 

pewną psychiczną przewagę nad resztą towarzystwa. Mimo to czuł się trochę nieswojo w tym 

tłumie ludzi otrzaskanych z atmosferą wernisaży. „Co ja tu, u diabła, robię?” - myślał zły, że 

dał   się   namówić   na   tę   imprezę.   Dla   kurażu   sięgnął   po   kieliszek   z   czerwonym   winem   i 

schrupał krakersa, który wydał mu się odrobinę zjełczały. W tej chwili podeszła do niego 

Krystyna.

- Witam pana. Cóż tak późno?

- Bardzo przepraszam, ale obowiązki służbowe...

-  Obowiązki   służbowe -  powtórzyła,  uśmiechając   się. -  No, jak pan  ocenia   prace 

Romana?

Zmieszał się.

- Przyznaję, że nie zdążyłem jeszcze obejrzeć... Taki tłum..

- Tak, przyszło wiele osób. A wernisaż jak to wernisaż. Ludzie bardziej interesują się 

sobą niż tym,  co wystawiono.  - Poufałym  gestem wzięła go pod rękę i poprowadziła do 

najbliższych obrazów. - To są impresje meksykańskie - powiedziała wyjaśniającym tonem. - 

Prawda, że interesujące?

- Interesujące - zapewnił skwapliwie, chociaż pomyślał, że mogłoby to równie dobrze 

nosić nazwę krajobrazy księżycowe.

background image

- Potem pan sobie obejrzy resztę, a teraz przedstawię pana mężowi - zaproponowała 

Krystyna.

-  Z największą przyjemnością. Roman Mrozicki nie miał w sobie nic z zaniedbania 

„rasowego” artysty.  Był  krótko ostrzyżony na jeża, miał pociągłą, śniadą twarz, starannie 

wygoloną,   nosił   ciemny,   świetnie   skrojony   garnitur,   białą   koszulę   i   znakomicie   dobrany 

krawat   w   najlepszym   gatunku.   Ani   śladu   połatanych   dżinsów,   rozczochranych   długich 

włosów czy pobrudzonego farbami swetra. Nieuświadomiony obserwator mógłby sądzić, że 

ma przed sobą wytwornego dyplomatę, a nie malarza.

Przywitał się z Wrończakiem z odrobiną kordialnej protekcjonalności i przyjacielskim 

gestem dotknął jego ramienia.

-  Cieszę   się,   że   pan   zechciał   przybyć   na   tę   skromną   uroczystość...   Krystyna 

wspominała, że pan także maluje. - Mówił wolno, starannie dobierając słowa i odnosiło się 

wrażenie, że upaja się dźwiękiem własnego głosu.

Wrończak uśmiechnął się z zażenowaniem.

- Pani Krystyna przesadza z tym moim malowaniem. Takie sobie zupełnie dyletanckie 

bazgranie. Amatorszczyzna.

- Najwięksi artyści byli amatorami i dyletantami, drogi panie - powiedział z dostojną 

powagą Mrozicki. - Zawodowa rutyna łatwo może przerodzić siew rzemiosło i często bywa 

grobem   prawdziwego   talentu.   Proszę   mi   wybaczyć,   ale   muszę   przywitać   się   z   panią 

ministrowa. Do zobaczenia, panie Wrończak. - Skłonił się i odszedł.

- No, jak się panu podoba mój były mąż? - spytała Krystyna.

- Bardzo dystyngowany.

- Nie ma pan pojęcia, jakie ma powodzenie u kobiet. To właśnie stało się przyczyną 

naszego rozstania.

- Widzę jednak, że państwo pozostają w przyjacielskich stosunkach.

- Dlaczego nie? Jesteśmy przecież ludźmi kulturalnymi.

W   tym   momencie   Krystynę   otoczyło   grono   rozszczebiotanych   pań,   mających 

najwyraźniej   ogromną   ochotę   podzielić   się   najnowszymi   plotkami   z   „wyższych   sfer 

towarzyskich”. Wrończak wycofał się taktownie Nic bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, a że 

znalazł się właśnie koło stołu z napitkami, sięgnął po kieliszek. Białe wino było kwaśne i 

ciepłe.   Zrezygnował.   Pomyślał   tęsknie   o   dobrze   zamrożonej   żytniej   i   śledziu   w   oliwie. 

Zamiast tego zjadł oliwkę, zagryzając słonym paluszkiem. Postanowił pomimo tłoku i wbrew 

przyjętemu   zwyczajowi   obejrzeć   obraz.   Malarstwo   interesowało   go   naprawdę.   Prace 

Mrozickiego były na pewno na wysokim poziomie, ale Wrończak wyczuwał w nich pewną 

background image

sztuczność,   brak   szczerości.   Odnosił   wrażenie   że   Mrozicki   jest   pozerem,   i  w   życiu,   i   w 

malarstwie, człowiekiem goniącym za aplauzem publiczności.

Ktoś dotknął jego ramienia. Odwrócił się. Przed nim stała Krystyna z kieliszkiem w 

ręku. Towarzyszył jej Mrozicki.

- Panie Jurku, cóż pan taki posępny?

- Przetrawiam wrażenia artystyczne. To wymaga skupienia.

- A propos. Wybieramy się z Romanem i jeszcze paroma przyjaciółmi na kolację. Nie 

poszedłby pan z nami? Zapraszamy pana serdecznie.

- Byłoby nam bardzo miło - dorzucił Mrozicki bez specjalnego zapału.

Wrończak skłonił się.

-  Dziękuję   za   miłe   zaproszenie,   ale   niestety   nie   mogę   skorzystać.   Jestem   już 

umówiony na dzisiejszy wieczór.

- Jaka szkoda - zmartwiła się prawie szczerze Krystyna. - Wobec tego innym razem to 

sobie powetujemy. Mam nadzieję, że jak zwykle spotkamy się któregoś dnia u Stacha.

- To bardzo prawdopodobne.

Na sali powoli zaczęło się przerzedzać. Kieliszki były puste, słone paluszki zniknęły, 

zostały tylko krakersy, które najwidoczniej rzeczywiście nie były zbyt świeże. Doszedł do 

przekonania, że nie ma sensu siedzieć tu dłużej. Pożegnał się z Krystyną i jej byłym mężem, 

który niezwykle serdecznie uścisnął mu dłoń.

-  Raz jeszcze dziękuję, że pan przyszedł - powiedział. - To bardzo miło z pańskiej 

strony.

.

- Proszę, pan będzie łaskaw spocząć, panie poruczniku. Czym mogę służyć?

Wrończak   usiadł,   wyjął   papierosy   i   przez   chwilę   przyglądał   się   przystojnemu 

mężczyźnie, który przypominał mu Curda Jurgensa.

- Może pan zapali?

-  Dziękuję.   Chętnie.   -   Wypielęgnowana   dłoń   wyciągnęła   się   w   kierunku   pudełka 

carmenów. Trzasnęła zapalniczka. Obaj zaciągnęli się dymem i znowu to samo pytanie: - 

Czym mogę panu służyć?

- Chciałbym pana prosić o pewne informacje.

- Czyżby milicja interesowała się jeszcze samobójstwem mojej narzeczonej?

- Nie, nie. - Wrończak energicznie potrząsnął głową. -

background image

Ta sprawa nas zupełnie nie interesuje. Zostało stwierdzone ponad wszelką wątpliwość, 

że to było samobójstwo i sprawa definitywnie poszła ad acta. W tej chwili chciałbym z panem 

porozmawiać na zupełnie inny temat.

Twarz Stromińskiego wyrażała szczere zainteresowanie.

- Słucham. Słucham uważnie.

Wrończak zgasił w dużej metalowej popielniczce papierosa, który mu jakoś dziwnie 

nie smakował.

-  Widzi   pan,   panie   inżynierze,   przed   kilkoma   dniami   milicja   zlikwidowała   w 

Konstancinie pewien bardzo podejrzany lokalik. W prywatnej willi urządzono coś w rodzaju 

kasyna gry połączonego z domem schadzek. Na parterze były zielone stoliki i ruleta, a na 

piętrze nastrojowo urządzone pokoje z bardzo wygodnymi tapczanami.

-  Mój   Boże,   jak   trudno   w   dzisiejszych   czasach   o   wygodny   tapczan   -   westchnął 

Stromiński. - Ale nie bardzo rozumiem, w jakim celu pan mnie informuje o tej udanej akcji 

milicji.

Wrończak uśmiechnął się.

- Pozwoliłem sobie pana niepokoić z powodu mego przyjaciela.

- Z powodu pańskiego przyjaciela? - zdumiał się Stromiński.

- Tak. Chodzi o kapitana Kornickiego. Zapewne pan go zna.

- To bardzo przelotna znajomość. Kiedyś poznała nas ze sobą Olga.

-  Niech pan sobie wyobrazi,  że w tej spelunie w Konstancinie milicja zatrzymała 

między innymi żonę Kornickiego.

Stromiński podniósł brwi do góry.

- Taak. To przykre. Dalej jednak nie rozumiem...

- Zapewne zna pan Annę Kórnicką?

-  Owszem, znam, ale to także bardzo powierzchowna znajomość. Widzieliśmy się 

zaledwie kilka razy.

Wrończak odchrząknął, jakby się przygotowywał do dłuższego przemówienia.

- Prowadzę dochodzenie w sprawie tego lokalu, w Konstancinie i nawiązuję kontakty 

ze wszystkimi ludźmi, którzy mogliby mi coś na ten temat powiedzieć.

Stromiński poruszył się niecierpliwie.

- Zapewniam pana, że mnie tego rodzaju rozrywki nie interesują.

- Nie wątpię w to - pośpiesznie powiedział Wrończak. - Ale ponieważ pan zna Annę 

Kórnicką, więc przypuszczałem, że może się czegoś od pana dowiem. No, wie pan, jak to 

background image

jest...   Znajomi   rozmawiają   na   różne   tematy,   mogła   panu   coś   powiedzieć   o   tej   willi   w 

Konstancinie albo...

-  Proszę pana! Już mówiłem, że panią Kórnicką poznałem zupełnie przypadkowo i 

nigdy tej znajomości nie podtrzymywałem. Nie widziałem jej od wielu miesięcy i na żadne 

takie tematy z nią nie rozmawiałem.

- A czy pan zna Juliana Podolskiego? - spytał nagle Wrończak.

Stromiński żachnął się.

-  Nie, nie znam żadnego Juliana  Podolskiego. A w ogóle jestem zaskoczony tym 

całym dziwacznym przesłuchaniem. Co to wszystko znaczy? Czego pan właściwie chce ode 

mnie?

Wrończak zrobił skruszoną minę.

-  Proszę mi  wybaczyć,  panie inżynierze,  ale nasza praca naprawdę nie jest łatwa. 

Wszelkimi  sposobami usiłujemy zdobyć  potrzebne nam informacje. Liczymy  na życzliwą 

pomoc społeczeństwa. Przykro mi, że zabieram panu cenny czas...

-  Chętnie   bym   panu   pomógł   -   powiedział   udobruchany   nieco   Stromiński   -   ale 

doprawdy nic nie wiem na temat tej podejrzanej willi w Konstancinie. Nie tylko, że tam nigdy 

nie byłem, ale nawet nie słyszałem o istnieniu takiego lokalu.

- No cóż... - Wrończak bezradnie rozłożył ręce. - W takim razie nie pozostaje mi nic 

innego,   jak   raz   jeszcze   przeprosić   pana   za   to   najście.   Nie   zabieram   więcej   czasu.   Do 

widzenia.

Wychodząc porucznik spostrzegł na ścianie niewielki portret młodej, bardzo ładnej 

dziewczyny. Zatrzymał się.

- Ładna rzecz.

- Interesuje się pan malarstwem? - spytał Stromiński.

- Trochę. Czyj to portret?

-  Mojej   świętej   pamięci  narzeczonej,  Olgi.   Wrończak   podszedł  bliżej   i  przeczytał 

podpis:

„R. Mrozicki”.

- Dobry malarz. Właśnie wczoraj byłem na jego wernisażu.

- Doprawdy? - Stromiński był coraz bardziej zdziwiony. - Nie przypuszczałem...

- Nie przypuszczał pan, że milicjant może mieć zainteresowania artystyczne...

- Nie, nie... nie to chciałem powiedzieć.

- Niech się pan nie tłumaczy - roześmiał się Wrończak. - Dziwię się, że pana wczoraj 

nie spotkałem na tym wernisażu. Było bardzo dużo ludzi.

background image

- Poznał pan Mrozickiego?

- Tak. Przedstawiono mi go.

- Jakie pan odniósł wrażenie?

- Bardzo elegancki i kulturalny pan. Stromiński pokiwał głową.

- Tak. To człowiek dużej klasy, Europejczyk. Wrończak wrócił do portretu.

-  Doskonała robota. Co za ekspresja, ile wyrazu w tej twarzy! I kolorystyka także 

bardzo interesująca. Prawdziwe dzieło sztuki. To była dziewczyna niezwykłej urody.

Stromiński spochmurniał.

- Tak. Miała rzeczywiście niebanalne rysy i do tego była wybitnie inteligentna. Może 

nawet nazbyt inteligentna - dodał po chwili, jakby mówił sam do siebie.

-  Nie  bardzo rozumiem  - Wrończak  uważnie  spojrzał  na swego rozmówcę.  - Nie 

rozumiem, jak można w ogóle mówić o przesadnej inteligencji.

- Czasami lepiej nie grzeszyć zbytnią dociekliwością” nadmiernie rozwiniętą fantazją 

- uśmiechnął się blado Stromiński. - To, co mówię, dotyczy przede wszystkim kobiet.

- Szkoda, że taka wspaniała dziewczyna tak prędko odeszła. To musiał być dla pana 

ogromny cios.

Stromiński pokiwał głową.

- Tak. To było ciężkie przeżycie.

- Co ją mogło pchnąć do takiego rozpaczliwego kroku?

-  Nie mam pojęcia. O ile mi wiadomo, nie miała żadnych konkretnych powodów. 

Chyba, że...

- Chyba, że co? - podchwycił z ożywieniem Wrończak.

- Chyba, że jakieś komplikacje natury psychicznej. 

- No cóż... Stało się. W tej chwili już nie ma sensu rozpamiętywać tego wszystkiego.

-  Oczywiście,   oczywiście   -   przytaknął   pośpiesznie   Wrończak.   -   I   najmocniej 

przepraszam, że rozmowa zeszła na tak bolesny dla pana temat, ale ten portret... Do widzenia.

Szedł ulicami pogrążony w głębokiej zadumie. Staszek Kornicki, Krystyna, Mrozicki, 

Stromiński, wreszcie Górniak, wszystkie te postacie wirowały mu przed oczami w jakimś 

fantastycznym korowodzie. Usiłował posegregować fakty, powiązać w jakąś logiczną całość, 

wysnuć wnioski z gestów, z wyrazów twarzy, z reakcji na jego słowa. Nie bardzo jednak mu 

się to udawało. W głowie miał kompletny chaos i nie wiedział, od czego czy też od kogo 

zacząć. Tak był pogrążony w rozmyślaniach, że o mało nie wpadł pod ciężarówkę. Posłyszał 

kwiecistą „wiązankę”, która mu się zresztą słusznie należała; szedł nie zwracając uwagi na 

czerwone światło.

background image

W komendzie czekał na niego promieniejący dumą Górniak.

- Wyobraź sobie, stary, że znalazłem. Szukajcie, a znajdziecie. No i znalazłem.

- Co znalazłeś? - spytał Wrończak bez większego zainteresowania.

- Nie co, ale kogo. Znalazłem Ludmiłę Miękusz.

- Ludmiłę Miękusz? A któż to taki?

- Jak to? Przyjaciółka Palkosza! Przecież szukamy jej od dawna. Nasi ludzie dopadli 

ją dopiero wczoraj w Krynicy Morskiej.

- No i co?

-  Jest   teraz   W   komendzie.   Czekam   na   ciebie.   Wolałem,   żebyśmy   ją   we   dwóch 

przesłuchali. Zresztą przecież to ty prowadzisz dochodzenie.

Wrończak machnął ręką.

- Mogłeś ją sam przesłuchać. Nie spodziewam się żadnych rewelacji.

- Co dwie pary uszu to nie jedna - powiedział z przekonaniem Górniak. - No więc jak? 

Chcesz z nią teraz pomówić?

- Dawaj.

Weszła   niedbałym   krokiem   profesjonalnie   kołysząc   biodrami.   Nietrudno   było 

odgadnąć,   że   każdy   jej   ruch   został   starannie   wyreżyserowany.   Barwny   strój,   przesądnie 

intensywny makijaż, powłóczyste spojrzenie i zagadkowy uśmiech.

„Zdaje się, że wyższe sfery towarzyskie” - pomyślał  Wrończak i wskazał krzesło, 

stojące przed biurkiem.

- Proszę, niech pani siada.

- Merci - usiadła, zakładając nogę na nogę i uśmiechając się uwodzicielsko.

Wrończak zauważył, że nogi były wyjątkowo zgrabne.

- Proszę mi podać swoje imię i nazwisko.

-  Ludmiła   Miękusz.   Znajomi   i   przyjaciele   mówią   do   mnie   po   prostu   Ludka   albo 

Ludeczka, albo nawet Ludzia. Ale ja „Ludzia” nie lubię, bo to czasami niezbyt wygodne. 

Kiedyś jeden pan krzyknął w restauracji „Ludzia! „, kelner zrozumiał „wódzia” i zupełnie 

niepotrzebnie postawił na stoliku pół litra. Wynikło nawet z tego drobne nieporozumienie.

- Pani zawód?

-  Dame   de   compagnie.   Dama   do   towarzystwa.   Pilotuję   od   czasu   do   czasu 

zagranicznych gości. Mówię un peu po angielsku, un peu po francusku no i co nieco po 

niemiecku. Lubię reprezentować, przyjmować, oprowadzać, objaśniać, uświadamiać. To mój 

żywioł.

- Czy pani wie, w jakim celu ją zaprosiliśmy? Uśmiechnęła się.

background image

- Zaproszenie takie un peu przymusowe. Nie mogłam, odmówić. Ale muszę przyznać, 

że ten porucznik, który mnie tutaj doholował, bardzo sympatyczny i dobrze wychowany. Od 

razu widać savoir vivre. Domyślam się, że panowie chcieli ze mną mówić w sprawie tego 

nieszczęsnego Leosia.

- Pani jest przyjaciółką pana Leona Palkosza? Wzruszyła ramionami.

-  Ja jestem przyjaciółką różnych panów. Zresztą to zależy od tego, co kto rozumie 

przez słowo „przyjaźń”. To nie są takie proste problema.

Wrończak   tak   lawirował,   żeby   nie   spojrzeć   na   Górniaka.   Bał   się,   że   parsknie 

śmiechem. A tu trzeba było zachować powagę.

- Pani zapewne wiedziała o tej willi pana Palkosza w Konstancinie?

- Czy wiedziałam? O rany! Ileż ja sobie krwi napsułam, żeby temu głupiemu Leonowi 

wybić to ze łba. Nie dało rady. Uparł się jak cap, że kupi. I kupił. Wiedziałam, że to się musi 

źle skończyć. Teraz posiedzi w pudle. Dobrze mu tak. Wcale go nie żałuję. Rien ne va plus.

- Dlaczego pani przypuszczała, że to się musi źle skończyć?

- A bo to trudno się domyślić? Każdy głupi się domyśli, że tak długo nie pociągnie. 

Póki sobie Leoś kręcił un peu w walucie, to żył spokojnie i byłby dożył późnego wieku na 

wolności. Ale ni z tego, ni z owego we łbie mu się przewróciło i voilà - klops. Kupił te willę 

w   Konstancinie,   odremontował,   kupę   forsy   w   to   wsadził,   urządził   burdel,   kartograjstwo, 

pijatyki, ruleta. No to rzecz jasna, że milicja musiała go zahaczyć. Choćby nawet nie chcieli, 

to musieli. Bo kto to, proszę pana, w dzisiejszych czasach taki szum robi? Interes można 

prowadzić   cichutki,   ale   nie   tak   na   cały   regulator.   C’est   impossible.   I   jeszcze   do   tego 

wszystkiego kidnaperzy.

Wrończak spojrzał zaskoczony.

- Jacy kidnaperzy? Ludmiła Miękusz zmieszała się.

- E... nie... Tak mi się powiedziało, czasem tak coś lapnę...

- Proszę mi opowiedzieć o tych kidnaperach.

- Kiedy naprawdę nie mam co opowiadać. Przejęzyczyłam się.

Wrończak spojrzał damie do towarzystwa prosto w oczy.

- Chyba pani nie chce mieć przykrości.

- A kto by chciał!

-  No właśnie. Ale muszę panią ostrzec, że jeżeli nie będzie pani z nami szczera, to 

mogą być kłopoty, i to bardzo poważne. Radzę dobrze się zastanowić.

-  Ależ ja jestem bardzo szczera! Ja w ogóle mam taką szczerą naturę. Już się taka 

urodziłam.

background image

- Więc proszę nam powiedzieć, co pani wie o tych kidnaperach - nalegał Wrończak.

- Właściwie to niewiele.

- Co mianowicie?

-  Widzę,   że   muszę   panu   wszystko   od   początku.   Pan   jest   doprawdy   niemożebny, 

impossible.

- Proszę, niech pani mówi. Słucham.

- Czy mogę zapalić? - spytała, jakby pragnąc zyskać na czasie.

- Proszę.

Wyjęła z torebki jakieś zagraniczne papierosy i elegancką zapalniczkę.

- Słucham - ponaglał Wrończak.

-  Więc było tak - powiedziała, zaciągając się dymem. - A w ogóle to byłam wtedy 

wlana, un peu ivre. I nie mogę ręczyć, czy naprawdę to wszystko słyszałam, czy też może mi 

się zdawało albo śniło.

- Co pani słyszała?

- Leżałam na tapczanie i okropnie mi się w głowie kręciło i mgliło mnie. Bo najgorzej, 

proszę pana, to wódkę mieszać ze słodkim winem.

-  Święta   prawda   -   przyznał   z   przekonaniem   Wrończak.   -   Więc   leżała   pani   na 

tapczanie...

-  Tak było. Leżałam na tapczanie, a w sąsiednim pokoju rozmawiali jacyś faceci. 

Zdawało   mi   się,   że   był   tam   Leoś,   ale   nie   jestem   pewna.   Nie   słyszałam,   co   mówili,   ale 

skapowałam, że się czegoś cholernie żarli. Wreszcie Leoś, a może to nie był Leoś, krzyknął, 

że on się w żadne kidnaperstwo nie będzie bawił i niech sobie szukają innego do tej roboty. 

Na to jeden z tych facetów uciszył wszystkich i powiedział: „Nie podskakuj, bo możesz być 

mocno przegrany. Wiesz, że z nami nie ma żartów”.

- I co dalej?

- I to wszystko. Poszli.

- I nie orientuje się pani, kim byli ludzie, którzy prowadzili tę rozmowę.

- Nie mam zielonego pojęcia.

- Odniosła pani wrażenie, że jednym z nich był Leon Palkosz.

- Nie przysięgnę. Mogło mi się zdawać. Mówię przecież panu, że byłam fest wlana. 

Ululałam się na perłowo. Leoś mnie ostrzegał, żebym nie piła mistelli po jałowcówce. A ja go 

nie usłuchałam i wot voilà. Jeszcze mnie do dzisiaj mgli, jak sobie wspomnę.

- Czy pani często bywała w tej willi w Konstancinie?

background image

-  Wcale nie bywałam. Raz mnie tam zawiózł, ale zaraz uciekłam. To nie dla mnie 

towarzystwo. Pokłóciliśmy się wtedy z Leosiem. Zresztą w ogóle już mnie dzisiaj nic z nim 

nie łączy. Wszystko razem to mnie gów... O, pardon. To mnie nic nie obchodzi. Ja lubię 

solidnych mężczyzn, z pozycją towarzyską. Leoś narozrabiał, to niech siedzi w pudle. Dobrze 

mu tak.

- Czy pani zna pana Juliana Podolskiego?

- Nie znam.

- I nigdy pani nie słyszała tego nazwiska?

- Nie.

- A czy pani zna kogoś, kto często odwiedzał willę pana Palkosza?

- Nie interesowałam się gośćmi Leona. Absolument.

Wrończak wstał.

- Dziękuję pani za rozmowę. Gdyby pani chciała dodać coś do tego, co pani tu przed 

chwilą powiedziała, to proszę nas odwiedzić. Do widzenia.

- Do widzenia, panie poruczniku - powiedziała nastrojowym głosem. Wyjęła z torebki 

bilet wizytowy i położyła go na biurku.

- A to co takiego?

- To mój adres i telefon. Gdyby pan miał ochotę kiedyś zadzwonić, będę bardzo rada. 

Adieu. - Wyszła, nie zapominając o kokieteryjnym ruchu bioder.

Jak na komendę parsknęli śmiechem.

-  Ale   babka   -   powiedział   Górniak.   -   Niech   ją   gęś   kopnie.   Widziałeś,   jak   cię 

podrywała? Masz powodzenie.

Wrończak wytarł sobie załzawione oczy.

- Coś niesamowitego. Z trudem udało mi się utrzymać powagę.

Górniak sapał, opanowawszy paroksyzm wesołości.

- Co ona bredziła o tych kidnaperach?

-  Właśnie.  -  Wrończak  nagle   się zasępił.  -  To mi   wygląda   na bardzo  śmierdzącą 

sprawę. Chyba będę musiał delikatnie pogadać ze Stachem.

- Przypuszczasz, że chodzi o dziecko Kornickiego?

- Nie wiem. Może to wszystko nie ma sensu. Jeśli ktoś chciał unieszkodliwić Stacha, 

to dopiął swego i już nie musi... Zresztą mniejsza o to. Teraz trzeba się zająć tym starym 

draniem.

.

background image

Leon Palkosz był jak zwykle starannie ubrany i gładko wygolony.  Robił wrażenie 

człowieka spokojnego, zadowolonego z życia i nic nie wskazywało na to, żeby się czymś 

specjalnie przejmował. Ukłonił się, usiadł i spojrzał pytająco.

- Życzył pan sobie ze mną mówić, panie poruczniku.

- Rozmawialiśmy z panią Ludmiłą Miękusz - powiedział Wrończak.

Palkosz pogardliwie wydął wargi.

- Z tą głupią kurwą?

- Niezbyt sympatycznie wyraża się pan o swojej przyjaciółce - zauważył Wrończak.

Palkosz wzruszył ramionami.

-  Jaka tam przyjaciółka. Śmiechu warte. Dziwka. Każdy mężczyzna czasem ma do 

czynienia z takimi. Ale żeby zaraz przyjaciółka...

- Panuje powszechna opinia, że jednak pan się z nią przyjaźnił.

- Niech pan nie zwraca uwagi na to, co gadają ludzie. Grunt to fakty. A fakty są takie, 

że nic mnie z tą zdzirą nie łączy. Owszem, może kiedyś tam wpadła mi w oko, ale się bardzo 

prędko   zorientowałem   co   za   typ   i   wyrzuciłem   na   zbity   pysk.   Bo   widzi   pan,   panie 

poruczniku...

- Mniejsza o to - przerwał Wrończak. - W tej chwili chciałbym z panem porozmawiać 

na temat tego, co usłyszałem od pani Ludmiły Miękusz.

Palkosz, nie pytając o pozwolenie, wyciągnął papierosy, zapalił. W ogóle zachowywał 

się bardzo swobodnie, zupełnie jakby był na herbatce u swoich dobrych znajomych.

- O czym tu można rozmawiać?

- Na przykład o kidnaperstwie - rzucił energicznie Wrończak.

Twarz Leona Palkosza wyrażała bezgraniczne zdumienie.

- O kidnaperstwie? Nie rozumiem.

-  Ludmiła Miękusz zeznała - mówił dalej Wrończak - że któregoś dnia podsłuchała 

przypadkowo rozmowę kilku mężczyzn, którzy się między sobą sprzeczali, a jeden z nich 

oświadczył, że nie przyłoży ręki do żadnego kidnaperstwa. Wydaje jej się, że poznała pański 

głos.

- Była pijana.

- Owszem, twierdzi, że trochę wypiła. Palkosz roześmiał się hałaśliwie.

- Panie poruczniku, jak Boga kocham, nie bądźmy dziećmi. Chyba pan się doskonale 

orientuje, co to się ludziom zdaje po wódce. Znałem takiego jednego, silny był kizior, jak 

sobie fest podchromolił, to mu się zdawało, że jest Napoleonem i bitwę prowadzi.

- Więc pan twierdzi, że pan z nikim o żadnym kidnaperstwie nie rozmawiał?

background image

- A z kim miałbym o takich rzeczach rozmawiać - wzruszył ramionami Palkosz. - I po 

co?   To   jest   jakieś   nieporozumienie.   Owszem,   nieraz   się   zdarzyło,   że   rozmawiałem   ze 

znajomymi o tych różnych porywaczach, terrorystach, gangsterach. Wszyscy o tym mówią. 

Ale żebym ja miał powiedzieć, że nie chcę brać udziału w jakimś kidnaperstwie... A niech 

mnie ręka boska broni! Nic podobnego nigdy nie mówiłem.

Wrończak z szuflady biurka wyjął magnetofon.

-  Chciałbym,  żeby pan przesłuchał taśmę, na której nagrałem rozmowę z Ludmiłą 

Miękusz.

- Proszę uprzejmie.

Palkosz słuchał bardzo uważnie. Nietrudno było zauważyć, że w miarę rozwijania się 

dialogu, z dużym wysiłkiem opanowuje ogarniającą go wściekłość. Po skończonej „audycji” 

nie odezwał się ani słowem, jakby się bał, że timbre głosu może zdradzić jego uczucia.

- No i co? - spytał Wrończak. Wzruszenie ramion było jedyną odpowiedzią.

- Ma pan coś do powiedzenia? - nalegał Wrończak.

- Panie poruczniku - Palkosz mówił z pozornym spokojem - przecież ta kurwa sama 

dobrowolnie zeznała, że była zalana w trupa i że nic na pewno nie może powiedzieć. Może jej 

się zdawało, a może jej się śniło, jak to pijanej. Po co ta cała rozmowa? Przecież chyba nie 

bierze pan poważnie bredzenia upitej dziwki.

- Kiedy ze mną rozmawiała, nie była pijana - sprostował Wrończak.

- Ale wtedy była. Była kompletnie zalana i coś jej się przywidziało.

- A pan pamięta tę waszą pijatykę?

- Przede wszystkim nie żadną „naszą pijatykę” - obruszył się Leon Palkosz - bo ja w 

ogóle   od   jakiegoś   czasu   nie   używam   alkoholu.   A   jeżeli   chodzi   o   to,   czy   pamiętam,   to 

owszem, pamiętam. Ludka przyprowadziła jakichś trzech facetów i solidnie popili. To jedno 

prawda, że ją ostrzegałem, żeby nie piła słodkiego wina po wódce, ale do niej można mówić 

jak do słupa.

- Co się stało po tej pijatyce?

- A co się miało stać? Nic. Poszli. Byłem zajęty i nawet nie zwracałem na nich uwagi. 

Myślałem, że ją odwieźli do domu, ale nie. Położyła się w służbówce, a tamci się zmyli. 

Dopiero rano ją znalazłem, jak już trochę przyszła do siebie.

- Czy ten pokoik jest połączony z jakimś innym pokojem?

- Tak, oczywiście. Jest obok większy pokój.

- Czyli praktycznie pani Ludmiła Miękusz mogła słyszeć rozmowę prowadzoną w tym 

większym pokoju?

background image

-  Nie mogła  słyszeć  żadnej rozmowy - zniecierpliwił  się Palkosz - ponieważ  tam 

nikogo nie było, nikt nie rozmawiał. To jest pokój... To pokój przeznaczony dla służby. Taki 

rodzaj ubieralni. Stoją tam szafy. O tej porze nikogo już tam nie było. To wszystko jej się 

przywidziało, panie poruczniku. Nie ma o czym w ogóle rozmawiać.

- Ta ubieralnia to taki zaciszny pokój - powiedział Wrończak - nadający się do poufnej 

rozmowy.

Palkosz żachnął się.

- A pan krugom swoje. W co mnie pan chce wrobić, panie poruczniku, i dlaczego? Co 

ja   panu   zawiniłem?   Tłumaczę   przecież   wyraźnie,   że   wtedy   w   tamtym   pokoju,   nikt   nie 

rozmawiał, nikt.

Wrończak z niedowierzaniem pokręcił głową.

- Skąd ta pewność?

- Bo ten pokój jest zawsze zamykany na klucz.

- A ten mały pokoik ma drugie wejście czy też trzeba przejść przez ubieralnię, żeby 

się do niego dostać?

- Trzeba przejść przez ubieralnię.

- W takim razie w jaki sposób pani Miękusz tam się dostała?

Palkosz speszył się.

-  Nie   wiem.   Może...   może   któryś   z   kelnerów   ją   tam   wprowadził   widząc,   że   jest 

pijana... W każdym razie to nie jest miejsce do żadnych rozmów.

- Pani Ludmiła Miękusz zeznała, że słyszała rozmowę na temat jakiegoś kidnaperstwa 

- upierał się Wrończak. - Niech mi pan szczerze powie, o co chodziło? O porwaniu czyjego 

dziecka rozmawiano?

Palkosz był zupełnie wyprowadzony z równowagi.

-  Rany boskie! Panie poruczniku!  Nie będziemy chyba  bez przerwy rozmawiać  o 

jednym i tym samym! Powiedziałem przecież wyraźnie, że nic nie wiem o żadnym porwaniu i 

że   na   taki   temat   z   nikim   nigdy   w   życiu   nie   rozmawiałem!   Czego   pan   chce   ode   mnie? 

Dlaczego mnie pan męczy? Jeśli pan ma większe zaufanie do jakiejś pijanej dziwki niż do 

mnie, to niech pan ją wypytuje! Może panu znowu jakichś bredni naopowiada... Ja nic nie 

powiem, bo nic nie wiem. - Otarł spocone czoło i odsapnął. - Mogę zeznawać w sądzie pod 

przysięgą.

Wrończak westchnął.

- Szczerze mówiąc niezupełnie jestem przekonany o prawdziwości pańskich słów. Ale 

skoro pan nie chce mówić...

background image

- Nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie, panie poruczniku. Absolutnie nic. Jak 

Boga kocham.

-  Dobrze. Skończmy więc na razie tę rozmowę. Gdyby się pan zdecydował, panie 

Palkosz, złożyć jakieś dodatkowe zeznania, proszę dać mi znać.

Po wyjściu Leona Palkosza Wrończak spojrzał na Górniaka.

- Co o tym sądzisz?

-  Łże jak najęty. Wystarczyło przyjrzeć się tej uroczej buzieczce, kiedy puszczałeś 

taśmę. Gdyby tylko mógł, byłby gołymi rękami udusił swoją przyjaciółeczkę.

- Odniosłem to samo wrażenie - powiedział Wrończak. - Wydaje mi się, że jest trochę 

prawdy w tym, co mówiła ta dziewczyna. To prawda, że była pijana, ale mimo wszystko... W 

każdym razie zachowanie Palkosza było bardzo zastanawiające.

Rozdział VII

Wyłowiono go niedaleko Modlina.

- Lato tego roku mamy chłodne - powiedział lekarz - woda zimna. Denat przebywał w 

wodzie najwyżej dwadzieścia cztery godziny, może nawet krócej.

- Przyczyna zgonu? - Pytanie było retoryczne. Porucznik z miejscowej komendy znał 

już odpowiedź.

-  Postrzał   w   potylicę   ze   stosunkowo   małej   odległości   -   odpowiedział   znudzonym 

głosem lekarz. - Jak pan zresztą widzi.

Dokładne przeszukanie ubrania nic nie dało. Żadnych dokumentów, notatek, nic, co 

by pozwoliło na zidentyfikowanie zwłok. Jedynie w górnej kieszeni marynarki znaleziono 

żeton,   jakich   się   używa   do   gry   w   ruletę.   Po   krótkiej   naradzie   zdecydowano,   że   należy 

zawiadomić Warszawę.

Wrończak z Górniakiem przyjechali służbową wołgą. Pułkownik uznał, że sprawa jest 

poważna i nie należy tracić ani chwili.

Obaj oficerowie w milczeniu wysłuchali relacji przedstawiciela modlińskiej komendy. 

Rybacy zauważyli ciało, które fale zniosły między przybrzeżne chaszcze. Wszczęli alarm, 

przyjechało pogotowie i milicyjny radiowóz, wyłowiono zwłoki. Lekarz dokonał wstępnej 

obdukcji. To wszystko.

Wrończak przez chwilę przyglądał się nieboszczykowi.

- Niesympatyczna twarz - mruknął do siebie. Górniak, który stał tuż obok, wzruszył 

ramionami.

- Nie widziałem jeszcze topielca z sympatyczną twarzą. Nie miej za dużych wymagań.

Wrończak przyklęknął i podniósł nieruchomą rękę.

background image

-  Linie   papilarne   jeszcze   czytelne.   To   już   jest   coś.   Strzał   w   tył   głowy   z   małej 

odległości - powtórzył opinię lekarza. - A teraz błyskawiczna sekcja.

Modlińska komenda  obiecała, że przeprowadzi dochodzenie mające  ustalić, czy w 

górze rzeki ktoś nie słyszał strzału lub nie widział jakiejś bijatyki, szarpaniny. A może nawet 

przypadek pozwoli odnaleźć człowieka, który widział, jak wrzucano trupa do rzeki? Mało to 

wszystko   było   prawdopodobne,   ale   nie   należało   niczego   zaniedbać.   Czasami   przecież 

nieoczekiwany   zbieg   okoliczności   pomaga   rozwikłać   najbardziej   nawet   skomplikowaną 

zagadkę kryminalną.

Wrończak i Górniak wrócili do Warszawy. Niestety, musieli asystować przy sekcji 

zwłok. Obaj bardzo tego nie lubili, ale nie było rady. Lekarz mógł zlekceważyć jakiś drobny 

szczegół, nie mający istotnego znaczenia dla podstawowych zasad medycyny sądowej.

- Niesympatyczna twarz - upierał się Wrończak. - Ma w sobie coś ze szczura.

- Spójrz na jego nogi - powiedział Górniak. - Ma bardzo starannie zrobiony pedikiur. 

Zostały nawet jeszcze resztki lakieru na paznokciach.

- Interesujące - przyznał Wrończak. - Czyżby pederasta?

Górniak wzruszył ramionami.

- Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Trzeba się porozumieć z jakimś gabinetem 

kosmetycznym.

Badanie   treści   żołądka   wykazało,   że   morderstwo   zostało   popełnione   po   sutym 

obiedzie. Znaleziono kawałki ryby, resztki ananasa, kraby, ostrygi.

Wrończak pokręcił głową.

- Luksusowy obiadek.

Górniak, który nagle poczuł się trochę niewyraźnie, pośpiesznie zapalił papierosa.

- Może porozmawiamy o czym innym? - zaproponował błagalnie.

Wrończak jednak nie miął zamiaru rezygnować z tego tematu.

- Ciekawe, kto za to wszystko płacił.

- Daj spokój. To nie ma znaczenia.

-  Mylisz   się.   Ma.   Bardzo   chciałbym   wiedzieć,   czy   obiad   stawiał   morderca   czy 

zamordowany.

Górniak skrzywił się sceptycznie.

- Wątpię, żebyś się dowiedział.

- Spróbujemy - powiedział optymistycznie Wrończak. - Dla chcącego nic trudnego.

Dalszy przebieg sekcji nie przyniósł żadnych rewelacji. W głowie denata znaleziono 

pocisk. Zamordowany został strzałem z pistoletu, kaliber 7,65.

background image

Odciski   palców   można   było   zdjąć   bez   większych   trudności.   Wrończak   nie   tracąc 

czasu   porównał   je   z   materiałem   daktyloskopijnym   zebranym   w   willi   Palkosza.   Po 

wielogodzinnnej  żmudnej  pracy okazało się, że linie papilarne topielca  wyłowionego pod 

Modlinem są identyczne z odciskami palców zdjętymi z aparatu fotograficznego, w którym 

znaleziono   kompromitujące   Annę   Kórnicką   zdjęcia.   To   był   już   pewien   krok   naprzód   i 

Wrończak wpadł w doskonały humor.

- No i co z tego? - spytał sceptycznie Górniak.

- Znaleźliśmy faceta, który fotografował Annę.

- Nie sądzę, żebyś się od niego zbyt dużo dowiedział.

- Po nitce do kłębka - pocieszał się Wrończak. - Oczywiście, że ten nam już nic nie 

powie, a szkoda. Natomiast istnieje możliwość, że przypadkowo natrafimy na kogoś, kto go 

znał albo chociaż widywał.

- Myślisz, że ktokolwiek w tym topielcu będzie mógł rozpoznać swojego znajomego? 

- zauważył sceptycznie Górniak.

-  Postaramy się o to, żeby można go było  zidentyfikować. Trudno powiedzieć, w 

jakim stopniu to się uda, ale spróbujemy.

Jeszcze tego samego dnia Wrończak porozumiał się z pułkownikiem, który wyraził 

zgodę na eksperyment.

Przystąpiono   do   akcji.   Wykwalifikowani   specjaliści   poddali   nieboszczyka   tak 

starannym   zabiegom   kosmetycznym,   że   po   kilku   godzinach   mógł   od   biedy   uchodzić   za 

człowieka żywego. Następnie Wrończak polecił wykonać zdjęcia w pozycji siedzącej oraz 

półleżącej. Sprawę ułatwiał fakt, że topielec miał otwarte oczy.

Górniak z nie ukrywanym obrzydzeniem przyglądał się tym wszystkim manipulacjom.

-  Ty   byś   się   nadawał   na   reżysera   filmów   makabrycznych   -   powiedział   z 

przekonaniem. - W Ameryce zrobiłbyś karierę.

Wrończak niecierpliwie zamachał rękami.

- Nie zawracaj mi głowy. Teraz spróbujemy zidentyfikować faceta.

.

Na drugi dzień Wrończak przyjechał do komendy niemal o świcie. Jakież było jego 

zdumienie, gdy zastał już pogrążonego w pracy Górniaka.

- A to co? Cierpisz na bezsenność?

- Żebyś wiedział - westchnął Górniak. - Po twoich wczorajszych numerach śniły mi 

się takie koszmary, że wolałem sobie poczytać. Dlatego wcześniej wstałem.

- I co czytałeś? Mam nadzieję, że nie żaden „kryminał”.

background image

- Oszalałeś? „Pana Tadeusza”. To znakomita lektura na uspokojenie nerwów.

Wrończak skrzywił się.

- Jesteś przewrażliwiony.

- Możliwe. W każdym razie nie nadaję się do pracy w zakładzie medycyny sądowej.

Wrończak wyjął z kasy pancernej akta sprawy, usiadł za biurkiem i przez dłuższą 

chwilę przyglądał się z satysfakcją fotografiom „ożywionego” nieboszczyka.

-  Dobra robota, bardzo dobra robota - mruczał pod nosem. - Teraz trzeba, żeby te 

zdjęcia obejrzeli wszyscy goście pana Palkosza.

- A Leonka zostawimy sobie na deser?

- Aha!

Niestety żadna z osób, które brały udział w zabawie w Konstancinie, nie rozpoznała 

właściciela japońskiego aparatu fotograficznego.

-  Mógł być ucharakteryzowany - podsunął Górniak, kiedy zastanawiali się, co robić 

dalej.

- To niewykluczone - zgodził się Wrończak. - No cóż... Pogadamy z Palkoszem.

Właściciel rozrywkowego lokalu był w niezmiennie dobrej formie. Z daleka pachniał 

jakąś   zagraniczną   wodą   kolońską,   którą   obficie   skropił   twarz   po   goleniu.   Nie   zdradzał 

najmniejszego zdenerwowania. Uśmiechał się ze swobodną beztroską.

- Moje uszanowanie - ukłonił się z przesadną uprzejmością. - Moje uszanowanie panu 

porucznikowi. Znowu się spotykamy. Można powiedzieć, żeśmy się już z panem zżyli. Nie 

ma pan pojęcia, jak żałuję, że nie mogę pana zaprosić na dobry obiadek. Może kiedyś, jak 

Bozia da doczekać lepszych czasów.

Wrończak położył na blacie biurka fotografie.

- Zna pan tego człowieka?

Palkosz bardzo uważnie przyglądał się zdjęciom. Przecząco pokręcił głową.

- Nie. Nie znam. Nigdy go nie widziałem. Wygląda niezbyt zdrowo.

- Ten człowiek był w pańskiej willi właśnie tej nocy, kiedy złożyliśmy panu wizytę.

Na Palkoszu ta wiadomość nie zrobiła wrażenia.

- Być może. Mówiłem już przecież, że moi przyjaciele przyprowadzali różnych gości. 

W każdym razie ja go ni widziałem. Ani wtedy, ani w ogóle nigdy.

Wrończak wsunął fotografie do teczki.

- Gdzie w Warszawie można dostać ostrygi? - spytał - W której restauracji?

Palkosz był szczerze zdziwiony.

background image

-  Ostrygi? Pan porucznik ma chęć na ostrygi? Oj, to będzie trudna sprawa. Chyba 

nigdzie pan nie dostanie. Może w „Victorii”, ale bardzo wątpię. W „Forum” na pewno nie ma. 

To u nas niepopularny artykuł. Na ostrygi musi pan jechać do Rzymu, Paryża albo Madrytu. 

W Warszawie przypuszczam, że wątpię.

- Zazdroszczę panu dobrego humoru - powiedział Wrończak. Palkosz uśmiechnął się.

- Tylko ten dobry humor trzyma mnie przy życiu, panie poruczniku. W najcięższych 

chwilach.

Wrończak pokiwał głową i zakończył rozmowę. Kiedy zostali sami, Górniak odezwał 

się po chwili:

- Wcale nie mam stuprocentowej pewności, że ten facet nie łże.

Wrończak nalał sobie szklankę wody i wypił jednym tchem. Paliła go kaszanka, którą 

zjadł na śniadanie z dużą ilością musztardy.

- A ja mam stuprocentową pewność, że łże. Założyłbym się o sporą sumę, że znał tego 

fotografa wyłowionego z Wisły. Sprawa zaczyna nam się komplikować. Do tej afery z Anną 

Kórnicką doszło morderstwo. Mamy prawo przypuszczać, że to się jakoś wiąże.

Górniak skinął głową.

- No chyba, że się wiąże. Skoro zastrzelono fotografa, który robił zdjęcia Kornickiej...

- Zastrzelono - powtórzył mechanicznie Wrończak. - Tak, to by wskazywało na to, że 

mamy   do   czynienia   z   prawdziwymi   bandziorami.   Nie   każdy   u   nas   ma   pistolet.   Tu   nie 

Ameryka.

- Może należałoby się porozumieć z kontrwywiadem - podsunął Górniak.

Wrończak wzruszył ramionami.

- Na razie nie mamy żadnych podstaw. W obecnym stadium śledztwa cała ta historia 

ma   wszelkie   cechy   sprawy   typowo   kryminalnej.   Na   wszelki   wypadek   porozumiem   się   z 

pułkownikiem   i   z   prokuratorem,   chociaż   właściwie   nie   mamy   żadnych   konkretnych 

argumentów, żeby podejrzewać działalność obcego wywiadu. Ostatecznie to, że ktoś został 

zastrzelony z pistoletu o niczym nie świadczy. Ale możemy się zaasekurować.

- Co będziemy teraz robić? - spytał Górniak. Wrończak w zamyśleniu podrapał się za 

uchem.

- Słuchaj, Wacek, ja miałbym taką propozycję. Chciałbym, żebyś się zajął ostrygami.

- Proszę?

-  Musimy znaleźć lokal, w którym można zjeść ostrygi. Chyba wiesz, co wykazała 

sekcja? Rozumiesz teraz?

Górniak pokiwał głową.

background image

- Rozumiem. Chcesz ze mnie zrobić alkoholika.

- Słucham?

- Każesz mi łazić od knajpy do knajpy, rozmawiać z kelnerkami, z bufetowymi... Tu 

zakąska, tam zakąska, a pod zakąskę... seta. Jedna, później druga. I tak się człowiek wciąga. 

Od rzemyczka do koniczka.

Wrończak uśmiechnął się.

-  Wcale   ci   nie   każę   chodzić   po   knajpach.   Wystarczy,   jak   sobie   usiądziesz   przy 

telefonie i podzwonisz...Victoria”, „Forum”, „Bristol”, „Grand Hotel”, „Europejski”, bo ja 

wiem gdzie jeszcze.

- A ty?

- Ja muszę znaleźć tę dziewczynę, która robiła fotografowi pedikiur.

-  Nie bądź taki cwany - obruszył się Górniak. - Mnie każesz szukać ostryg, a sam 

będziesz latał za dziewczynami, tak? Te manikiurzystki czy tam pedikiurzystki bywają bardzo 

atrakcyjne.

-  Kto wie. Może trafię rzeczywiście na taką atrakcyjną. Ale co z tego! Nie mogę 

przecież na służbie występować w roli podrywacza.

-  To   się   niczego   ciekawego   nie   dowiesz   -   stwierdził   z   przekonaniem   Górniak.   - 

Przecież podrywacz też może być służbowy.

- Przestań się wygłupiać.

-  Nie bądź taki zasadniczy. Ja się wygłupiam służbowo. Musimy się do tej roboty 

zabrać z humorem.

- No dobrze, już dobrze - zgodził się Wrończak. - Niech ci będzie z humorem, byle 

szybko.

.

Górniak   stracił   sporo   czasu,   siedząc   przy   telefonie.   W   „Forum”   odesłano   go   do 

„Victorii”, w „Victorii” do „Forum”. Wszędzie odpowiadano: „Ostryg nie prowadzimy i nie 

wiemy,  gdzie   je  można  dostać”.  Informacje  były  krótkie,   pośpieszne.  Nietrudno   było  się 

domyślić, że rozmówca chce jak najprędzej pozbyć się natręta.

„Jeżeli w Warszawie nie ma, to na prowincji tym bardziej - medytował zasępiony 

Górniak. - Może na Wybrzeżu? Ale znad morza do Modlina... Na ogół trupy nie płyną pod 

prąd. Nie ma o czym mówić”.

Zadzwonił   telefon.   Pułkownik   Makowski   prosił,   żeby   jak   najszybciej   dostarczyć 

zdjęcia topielca do komendy na Wilczej.

background image

Górniak wsunął kopertę z odbitkami do kieszeni, zbiegł na dół i wskoczył na swój 

motor. Oddał fotografie zastępcy komendanta i nie tracąc czasu, ruszył z powrotem. Jechał 

Kruczą. Mijając Wspólną, przypomniał sobie, że kiedyś stołował się w „Toruńskiej” i miał 

tam  zaprzyjaźnionego  kelnera.   Może  on coś  doradzi  z  tymi  cholernymi  ostrygami,   jeżeli 

oczywiście jeszcze pracuje w „Toruńskiej”.

Okazało się, że pracował. Przytył trochę, ale wyglądał świeżo i wesoło.

- Moje uszanowanie. Kopę lat nie widziałem szanownego pana. Zaraz stoliczek. Już 

się robi.

Górniak wziął kelnera pod rękę i odprowadził na bok.

- Nie chodzi o stoliczek, panie Tadziu. Nic ńie będę jadł. Niech mi pan tylko powie, 

czy pan nie wie, gdzie w Warszawie można dostać ostrygi?

W oczach pana Tadzia odmalowało się takie zdumienie, jakby zobaczył przed sobą 

autentycznego Marsjanina.

- Ostrygi? Pan szanowny raczy żartować. W Warszawie ze śledziami bardzo ciężko, a 

co dopiero ostrygi. Na co panu akurat ostrygi. Mamy dzisiaj świeżutkie schaboszczaki. Nie 

pożałuje pan.

-  Kiedy   ja   właśnie   ostrygi   -   upierał   się   Górniak.   -   Pytałem   już   w   paru   lokalach 

kategorii „S”. Nie mają.

Pan Tadzio pokręcił głową frasobliwie.

- Ciężka sprawa. Chyba, żeby w „Mesie”.

- W „Mesie”?

- Tak. Jest taka malutka knajpka na Placu Zbawiciela. Tam koło tego rybnego sklepu. 

Na pięterku. Może przypadkiem.

Górniak walnął się dłonią w czoło.

- Do diabła! Ma pan rację. Że też ja zupełnie zapomniałem!

-  Bo tam  serwują wyłącznie  dania   rybne  -  wyjaśnił   pan  Tadzio.  -  A,  o ile   sobie 

przypominam, pan szanowny za rybami nie bardzo...

- Ma pan znakomitą pamięć. Dziękuję za dobrą radę. Lecę do „Mesy”. Do widzenia.

- Do widzenia. I życzę smacznego. Ale, że się pan tak napalił na te ostrygi...

Górniak nie słuchał już dalszego ciągu przemówienia i wybiegł z „Toruńskiej”.

Starannie   zaondulowana   pani,   stojąca   za   bufetem,   obrzuciła   zadyszanego   klienta 

krytycznym spojrzeniem.

- Ostrygi? Owszem, serwujemy. To kosztowne danie - dodała, wydymając dyskretnie 

uszminkowane wargi.

background image

Górniak doszedł do wniosku, że nie ma sensu odgrywać komedii. Wyjął legitymację 

służbową. Pogardliwy wyraz twarzy zniknął jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej.

-  Ależ   oczywiście,   oczywiście.   W   tej   chwileczce   każę   panu   podać   ostrygi,   panie 

poruczniku. Panno Kaziu! - rzuciła w głąb sali.

Górniak powstrzymał ją ruchem ręki.

- Nie mam zamiaru jeść ostryg. Chciałbym z panią zamienić poufnie kilka słów.

- To może przejdziemy na zaplecze.

- Zgoda. Niech będzie zaplecze.

Znaleźli   się   w  ciasnym   pomieszczeniu.   Zaondulowana   pani   podsunęła   skwapliwie 

wysłużone krzesło. W jej oczach malował się autentyczny niepokój.

- Co się stało? O co chodzi? Czyżby jakiś donos?

- Czy w tym lokalu zawsze można dostać ostrygi? - spytał Górniak.

-   Nie,   nie   zawsze,   ale   właśnie   od   jakiegoś   czasu...   Chyba   przed   tygodniem 

otrzymaliśmy nową dostawę. Czy pana interesuje dokładna data?

-  Interesują mnie ludzie, którzy tutaj przed paroma dniami jedli ostrygi - wyjaśnił 

Górniak.

Odetchnęła z wyraźną ulgą.

-  Nie wiem, o kogo chodzi - uśmiechnęła się uprzejmie. - Różni klienci zamawiają 

ostrygi.   Chociaż,   jak   wspomniałam,   to   dosyć   kosztowne   danie   i   nie   każdy   może   sobie 

pozwolić na taki wydatek.

- Tak, oczywiście. - Górniak wyjął z kieszeni kopertę, w której miał zdjęcie topielca. 

Na samo wspomnienie sekcji zrobiło mu się niedobrze. - Chodzi o tego człowieka.

Dłuższą chwilę przyglądała się fotografiom.

-  Trudno   mi   powiedzieć   coś   pewnego,   ale...   Na   ogół   mam   pamięć   do   twarzy. 

Chwileczkę. Może pan zaczeka. Porozmawiam z kelnerkami.

Po pewnym czasie wróciła w towarzystwie przystojnej blondyneczki z kokieteryjnie 

zadartym noskiem.

- To właśnie ten pan, panno Wandeczko. Niech pani powie wszystko, co pani wie.

Kelnerka   przełykała   ślinę   z   wrażenia   i   obracała   w   palcach   fotografię 

ucharakteryzowanego topielca. Górniak odebrał zdjęcie i spytał:

- Poznaje go pani? Skinęła głową.

- Tak... chyba tak. Parę dni temu... Taki trochę podobny do szczura. Ta sama twarz, 

tylko na zdjęciu jakby i trochę tęższy. Nie przysięgnę oczywiście, ale wydaje mi się, że to ten 

facet. Siedzieli tam w głębi, pod oknem.

background image

- Czy to było męskie towarzystwo?

- Tak. Sami panowie”

- Ilu ich było?

- Trzech.

- Pamięta pani, jak wyglądali tamci dwaj?

-  Pewnie, że pamiętam. Jeden był bardzo przystojny. Piękny mężczyzna. Blondyn, 

wysoki, świetnie zbudowany - westchnęła tęsknie.

- A ten drugi? To znaczy ten trzeci? Pogardliwie wydęła wargi.

- Nic ciekawego. Pokraka. Cała twarz w drobne plamki, cętkowana jak indycze jajo. 

Obrzydliwość.

- Pili dużo?

- Sporo. Szczególnie ten z fotografii. Tak się upił, że musieli go wyprowadzić. Bo ten 

blondyn to wcale nie pił. Mówił, że nie może, bo prowadzi wóz.

- Widzę, że pani wpadł w oko ten blondyn - uśmiechnął się Górniak.

Zaczerwieniła się.

-  A   żeby   pan   wiedział!   Tak   rzadko   się   teraz   spotyka   eleganckich,   dobrze 

wychowanych mężczyzn. Nawet mnie w rękę pocałował.

- W rękę panią pocałował? - zdziwił się Górniak.

-  Bo   to   było   tak,   proszę   pana   -   zaczęła   wyjaśniać   panna   Wandeczka.   -   Ten   pan 

zostawił   na   krzesełku   zamszowe   rękawiczki,   bardzo   wytworne,   takie,   jakich   używają 

automobiliści.  Więc  ja, niewiele  myśląc,  wybiegłam  za nimi  na ulicę,  żeby mu  oddać te 

rękawiczki. Dopadłam ich w ostatniej chwili, kiedy wsiadali już do wozu.

- Jaki to był wóz?

- Piękny. Zagraniczny.

- Ale jakiej marki?

-  Ja   się   tak   dobrze   nie   znam.   Zagraniczny.   Może   ford,   może   opel,   a   może   ten 

hamburger.

- Chciała pani pewnie powiedzieć humber.

- No tak. Właśnie. Ale faktycznie to nie wiem. Wspaniały wóz. Takiego srebrzystego 

koloru. To jest frajda, takim czymś jeździć.

- Tak. To jest frajda - przyznał Górniak. - Więc pani podawała tym panom ostrygi.

-  Ma się rozumieć. Jedli ostrygi, i to nawet sporo. Także i kraby zamówili. I chyba 

łososia z rusztu. Słono zapłacili. Ale co to dla takich znaczy. Na pierwszy rzut oka widać, że 

duża forsa.

background image

- Niech mi pani jeszcze powie, jakiego koloru były te rękawiczki?

- Popielate. W sam raz pasowały do wozu.

- A ten człowiek z cętkowana twarzą także był pijany?

-  Pić pił, ale po nim nie było znać. Widocznie ma mocną głowę. Bo to z klientami 

różnie. Jeden wypije parę  kieliszków i już ma dosyć, a drugi pół litra i nie poznać, że pił. 

Zależy od człowieka.

- Tak. Wszystko zależy od człowieka - powiedział sentencjonalnie Górniak i pożegnał 

obie panie.

.

Podczas   gdy   Górniak   poszukiwał   ostryg,   Wrończak   wytrwale   odwiedzał   gabinety 

kosmetyczne.   Szło   mu   jak   z   kamienia.   Niechętne   panie   w   różnym   wieku   wzruszały 

ramionami i nie tylko, że nie potrafiły udzielić żadnych informacji o człowieku, który kazał 

sobie   lakierować   paznokcie   u   nóg,   ale   niejednokrotnie   płonęły   świętym   oburzeniem, 

twierdząc, że nie mają klientów homoseksualistów.

Aż wreszcie na Żoliborzu...

Nie była ani młoda, ani ładna, ani zgrabna. W ogóle jakakolwiek atrakcyjność nie 

wchodziła   w rachubę.  Natomiast   stwierdziła   obojętnie,   że  rzeczywiście   ma   klienta,   który 

ogromnie dba o nogi, regularnie przychodzi na pedikiur i każe sobie lakierować paznokcie. 

Czy jest pederastą, czy nie - to ją nie interesuje. Nie ma zwyczaju wtrącać się do prywatnych 

spraw swoich klientów. Przychodzi, płaci i do widzenia.

Wrończak wyjął fotografie topielca spod Modlina.

- Czy to jest pani klient? Przyjrzała się uważnie.

- Wydaje mi się, że ten. Twarz jakby trochę tęższa, ale chyba to on. I to znamię pod 

prawym okiem... Tak, tak, to będzie on. Czy coś przeskrobał?

-  Trudno   powiedzieć   -   odparł   wymijająco   Wrończak.   -   Może   tak,   może   nie.   Nic 

pewnego na tym świecie.

- Pewne jest tylko to, że wszyscy musimy umrzeć - stwierdziła pedikiurzystka.

- Czy pani wie, gdzie mieszka ten pani klient?

- Nie wiem. Nie pytałam go o adres. Ale coś mi się zdaje, że na Sadach Zoliborskich.

-  I   jeszcze   jedno   pytanie.   -   Wrończak   uśmiechnął   się,   jakby   chciał   prosić   o 

wyrozumiałość. - Czy tutaj, w waszym zakładzie, odwiedzał może tego klienta jakiś znajomy 

czy znajoma?

Zastanowiła się chwilę.

background image

-  Tak. Teraz sobie przypominam. Przychodził tutaj do niego taki dziwny jegomość. 

Chyba ze dwa razy... Już nie pamiętam, może trzy.

- Dlaczego pani powiedziała „dziwny jegomość”?

-  Bo   całą   twarz   miał   pokrytą   drobnymi   brunatnymi   plamkami.   Widocznie   coś   z 

wątrobą. Pierwszy raz coś takiego widziałam i pewnie dlatego zapamiętałam.

- Wysoki, niski?

-  Średniego wzrostu. Brunet. Miał takie czarne, jakby przyklejone do głowy włosy, 

błyszczące. Wyglądały jak peruka.

- Może pani pamięta, o czym rozmawiali? Potrząsnęła głową.

- Mówili po angielsku, a ja nie znam tego języka. Znam niemiecki, trochę francuski. 

Angielskiego kiedyś zaczęłam się uczyć, ale mi nie szło. Trudna wymowa.

- A może wymieniali między sobą jakieś imiona? Wiem, że to trudno spamiętać, ale 

może akurat...

Uśmiechnęła się triumfalnie.

- Niech pan sobie wyobrazi, że tak. Mój klient mówił do tego cętkowanego Lucjan. 

„Ciao, Lucjan”, albo „hello, Lucjan”. Może dlatego zapamiętałam, że mój mąż miał na imię 

Lucjan. Umarł biedak. Jeszcze nie był taki stary. Pięćdziesiąt osiem lat. Marskość wątroby. 

No, każdy z nas musi kiedyś umrzeć - dodała z ciężkim westchnieniem.

Wrończak doszedł do przekonania, że już niczego więcej się nie dowie. Podziękował 

za rozmowę i serdecznie uścisnął dłoń wdowy po Lucjanie.

.

W krótkich słowach podzielili się wrażeniami.

- Człowiek o cętkowanej twarzy - powiedział powoli Wrończak.

- Człowiek o cętkowanej twarzy - powtórzył jak echo Górniak.

Wrończak   zaczął   przechadzać   się   po   pokoju.   Górniak   zaś   zabrał   się   do 

przygotowywania herbaty. Poczuł głód na wspomnienie restauracyjnych smakołyków.

Pierwszy przerwał milczenie Wrończak.

- Podejrzana historia z tym cętkowanym facetem.

- Podejrzana - zgodził się obojętnie Górniak.

- No bo tak - Wrończak podążał za wątkiem swoich myśli - jeżeli facet afiszuje się z 

taką gębą, to znaczy, że robi to celowo.

- Mistyfikacja - mruknął Górniak, smarując bułkę topionym ementalerem.

- Właśnie! Mistyfikacja - zgodził się Wrończak. - Ale po jakiego diabła?

background image

-  To   proste   -  wybełkotał  Górniak,  który  właśnie  zaczął   się  pożywiać.   Przełknął   i 

mówił dalej już normalnym głosem. - To proste, Jureczku. Facet najwyraźniej chce sobie 

wyrobić opinię „cętkowanego”. Jeżeli jest zamieszany w likwidację tego topielca, to może 

mieć również coś wspólnego ze sprawą Kornickiej. Asekuruje się. Rozumiesz? Asekuruje się. 

Liczy się z możliwością, że będziemy szukać faceta z cętkowana twarzą. A tu gówno. Wcale 

nie ma cętkowanej gęby. Normalny przystojniak.

Wrończak pokiwał głową.

- Rozumowanie zupełnie logiczne, zakładając oczywiście, że zarówno twoja kelnerka, 

jak i moja pedikiurzystka rzeczywiście rozpoznały na tym zdjęciu naszego topielca.

-  No   coś,   do   cholery,   musimy   założyć   -   zdenerwował   się   Górniak.   -   Inaczej   nie 

zrobimy ani kroku naprzód. Panimajesz?

- Panimaju. Ale to wszystko razem wziąwszy jest palcem na wodzie pisane. A propos. 

Muszę napisać raport dla pułkownika. Waciu, kochany, może ty byś to zrobił. Ze mnie taki 

literat jak z koziej...

- Wiem, wiem, co masz na myśli - przerwał mu Górniak. - Ale nie licz na „kochanego 

Wacia”. Kto prowadzi śledztwo? Ty czy ja?

Wrończak westchnął ciężko, usiadł przy maszynie i wkręcił papier.

.

- Raport jak raport. - Pułkownik uderzył dłonią w maszynopis.

- Właśnie - zgodził się bez zapału Wrończak.

- Co o tym myślicie?

- Cóż tu można myśleć? Niewiele. Śledztwo znajduje się w początkowym stadium.

-  Wydaje   mi   się,   że   wam   jakoś   ślamazarnie   idzie   ta   sprawa.   Dotychczas   nic 

konkretnego. - Pułkownik zamyślił się i zapalił papierosa. - A może przydałaby się wam 

pomoc? Może ktoś z większym doświadczeniem? Na przykład... na przykład...

Wrończak zaczerwienił się.

- Panie pułkowniku, ja bardzo proszę o jeszcze trochę cierpliwości! To moja pierwsza 

poważniejsza sprawa. Zależy mi... Zrobię, co w mojej mocy.  Obiecuję, że w najbliższym 

czasie... Mam już pewne koncepcje.

- Na razie macie tę idiotyczną sprawę Kornickiej oraz trupa wyłowionego z Wisły - 

powiedział   pułkownik.   -   Prokurator   chce   przejrzeć   akta   sprawy   i   zaznajomić   się   z 

dotychczasowymi   wynikami   śledztwa.   Obawiam   się,   że   nie   będzie   zachwycony.   Czy  wy 

rzeczywiście   jesteście   zdania,   że   należy   łączyć   sprawę   Kornickiej   z   przypadkiem   tego 

zastrzelonego człowieka, którego wyłowiono pod Modlinem?

background image

- Raczej tak. Linie papilarne pasują...

-  Hm.  - Pułkownik sięgnął  po nowego papierosa. - A co z tym  srebrzystoszarym 

wozem?

-  Nie   mamy   żadnych   danych.   Prawdopodobnie   był   to   samochód   pochodzenia 

zagranicznego, ale jaki...? Nie potrafiła określić marki.

-  Coś  wam  zaproponuję,  poruczniku.  Jeżeli  sprawa  wygląda   tak,  jak  to  wy  sobie 

wyobrażacie, to chyba warto by było obskoczyć wszystkie możliwe warsztaty samochodowe. 

Można przypuszczać, że ten wóz został już przemalowany na inny kolor, zapewne zmieniono 

też tapicerkę Jeśli faceta rzeczywiście zastrzelili w tym wozie, to bez krwi się nie obeszło. Tu 

i   tam   jakaś   podejrzana   plamka...   W   takiej   sytuacji   bezpieczniej   zmienić   tapicerkę. 

Przemalowanie wozu zawsze można jakoś upozorować, wystarczy przecież „przypadkowe” 

solidniejsze otarcie się o drzewo. Co o tym sądzicie?

- Natychmiast się do tego zabiorę - zapalił się Wrończak. - Czy mogę liczyć, że pan 

pułkownik zostawi mi jeszcze tę sprawę?

- Dobrze. Ale to wszystko musi się posuwać żwawiej naprzód. Jeśli w przeciągu kilku 

najbliższych  dni  nie  będziecie   mieli   jakichś  konkretnych   osiągnięć,  dostaniecie  kogoś do 

pomocy.

- Na pewno będę miał osiągnięcia, panie pułkowniku. Gwarantuję. Daję głowę.

- Nie szastajcie tak za bardzo waszą głową - uśmiechnął się pułkownik. - Może wam 

się jeszcze przydać. No, życzę powodzenia. Gdyby coś ciekawego, to zaraz dawajcie znać.

- Oczywiście.

.

- No i co? - spytał rozgorączkowany nieco Górniak.

-  Wyobraź sobie, że stary chciał mi odebrać sprawę. Zaproponował mi konsultanta. 

Rozumiesz?

- Coś ty! Chyba się nie dałeś?

- Na razie jeszcze prowadzę śledztwo.

- A ja jestem twoim pomagierem?

- Nie odpowiada ci? Górniak wzruszył ramionami.

- Nie narzekam.

- W porządku. Musimy się zainteresować warsztatami samochodowymi w Warszawie 

i pod Warszawą.

- A bo co?

background image

-   Musimy   sprawdzić   czy   srebrzystoszary   wóz,   do   którego   wsiedli   ci   z   rybnej 

restauracji, nie został przypadkowo przemalowany na jakiś inny kolorek.

Rozdział VIII

Atmosfera była ciężka. Przystojny, dobrze zbudowany blondyn z przerzedzoną, bujną 

niegdyś czupryną oglądał z przesadnym zainteresowaniem swoje starannie wypielęgnowane 

paznokcie.   Człowiek   o   twarzy   pokrytej   brunatnymi   cętkami   wpatrywał   się   w   ciężkie 

aksamitne story szczelnie zasłaniające okna. Trzeci osobnik siedział za solidnym, masywnym 

biurkiem i niecierpliwym ruchem szarpał krótko przystrzyżoną brodę.

Milczenie przedłużało się. Blondyn zrezygnował z podziwiania swych rąk i zapalił 

papierosa. Człowiek o cętkowanej twarzy oderwał wzrok od zasłon, wyjął z kieszeni gazetę i 

pogrążył się w lekturze. Pierwszy odezwał się ten z brodą:

-  Durnie   -   powiedział.   Nie   ulegało   wątpliwości,   żenię   ma   zamiaru   bawić   się   w 

dyplomację.

Blondyn   zaciągnął   się   papierosem,   zmrużył   oczy   i   utkwił   w   mówiącym   zimne 

spojrzenie.

- Kogo masz na myśli? - spytał flegmatycznie.

- Was, oczywiście. Was dwóch. Przecież nikogo więcej tutaj nie ma.

Blondyn wstał.

- Jeżeli mamy rozmawiać w tym tonie, to ja rezygnuję. Daj mi znać, kiedy będziesz w 

lepszym humorze.

- Siadaj! - Rozkaz zabrzmiał ostro jak smagnięcie biczem.

Blondyn usiadł na dawnym miejscu i znowu oddał się kontemplowaniu paznokci.

-  O co ci właściwie chodzi? - spytał człowiek o nakrapianej twarzy, nie odrywając 

oczu od gazety.

- Partacka robota.

- Dlaczego?

Brodacz walnął pięścią w biurko.

- Rusz tą swoją tępą mózgownicą, to może zrozumiesz dlaczego.

Cętkowany złożył starannie gazetę i wsunął ją do kieszeni.

- Jesteś szefem, Martin, ale to jeszcze nie powód, żebyś wyładowywał na nas swój zły 

humor - powiedział z całkowitym spokojem. - Może rzeczywiście odłożymy naszą rozmowę. 

Jestem   zwolennikiem   spokojnej   i   uprzejmej   dyskusji.   Takie   wymyślanie   sobie   nawzajem 

niczego nie załatwia.

background image

Człowiek   nazwany  „szefem”  poruszał  przez   chwilę   w milczeniu   żuchwami,  jakby 

usiłując opanować ogarniający go gniew.

- Uważacie, że wszystko załatwiliście all right? No powiedz Lucjan, czy rzeczywiście 

tak uważasz?

Zagadnięty wzruszył  ramionami  i znowu sięgnął po gazetę, tym  razem jednak nie 

zabrał się do lektury.

-  Nie   zawsze   wszystko   tak   się   układa,   jak   byśmy   sobie   tego   życzyli.   L’homme 

propose e Dieu dispose. Na polski można by to było przetłumaczyć: chłop strzela, pan Bóg 

kule nosi.

-  Nie   baw   się   w   rozważania   językowe   -   zniecierpliwił   się   „szef”.   Co   się   tyczy 

strzelania, to przecież załatwiliście tego faceta jak kretyni. Kto wam kazał używać broni?!

- Z tłumikiem - próbował usprawiedliwiać się cętkowany.

- Z tłumikiem czy bez to nie ma znaczenia. Wrzuciliście do Wisły trupa z dziurą w 

karku. I coście sobie wyobrażali? Że go nie wyłowią? Owszem. Wyłowili. Pod Modlinem.

- Skąd wiesz? - spytał blondyn, odrywając spojrzenie od paznokci.

- Ja muszę wszystko wiedzieć. Tylko wy niewiele wiecie. Idziecie z nim do knajpy, 

upijacie go i wykańczacie w wozie. Przecież w tej knajpie mogła was widzieć kupa ludzi.

-  Kazałeś go zlikwidować  - mruknął  cętkowany.  „Szef” znowu uderzył  pięścią  w 

biurko.

- Ale nie w ten sposób! Jest wiele możliwości załatwienia dyskretnie takiej sprawy! 

Prymitywna, dyletancka robota! Trzeba go było przynajmniej gdzieś zakopać!

- Jechał za nami jakiś wóz - wtrącił Aldo. - Mieliśmy wrażenie, że ma do nas interes. 

Nie było czasu na kopanie. Kiedy tylko udało nam się urwać, wrzuciliśmy do Wisły i spokój.

Brodacz skrzywił się.

- Czy spokój to się jeszcze okaże. Mogę was zapewnić, że zrobiono dokładną sekcję 

zwłok, bardzo dokładną. Coście jedli w tej knajpie?

Aldo potarł dłonią czoło.

-  Zaraz,   zaraz...   niech   sobie   przypomnę.   Jakaś   ryba,   ale   jaka   nie   pamiętam.   Na 

przekąskę były kraby.

- I ostrygi - dorzucił Lucjan. Człowiek z brodą roześmiał się hałaśliwie.

-  A więc sekcja wykazała, że denat spożył ostrygi, kraby i jakąś rybę. Czy wiecie, 

idioci, co to znaczy? Zlokalizują tę knajpę, i to szybko. Bo gdzie w Warszawie można dostać 

ostrygi? Może nawet już mają wasze rysopisy!

Aldo wzruszył ramionami. Nie wyglądał na przejętego słowami szefa.

background image

- Mało to ludzi chodzi do knajpy i je kraby i ostrygi? Nie przesadzajmy. Jesteś dzisiaj 

w złym nastroju i wyolbrzymiasz pewne rzeczy.

- Nie wyolbrzymiam, tylko realnie patrzę na sytuację. Niech się wam nie zdaje, że w 

milicji siedzą sami idioci, którzy w ogóle nie myślą. A jeżeli sobie skojarzą to morderstwo z 

Konstancinem?

- W jaki niby to sposób mieliby sobie skojarzyć? - zainteresował się cętkowany.

-  Zapominasz,  że ten kretyn  zostawił aparat  fotograficzny.  Sądzisz, że zapomnieli 

zdjąć odciski palców?

- A ty sądzisz, że wpadło im do głowy, żeby porównywać właśnie te odciski z liniami 

papilarnymi topielca? - uśmiechnął się Lucjan.

Brodacz skinął głową.

- Nie możemy tego wykluczyć.

- Bzdura. Ponosi cię fantazja.

-  Mylisz   się.   To   wcale   nie   jest   takie   fantastyczne.   A   w   ogóle   cała   ta   akcja   w 

Konstancinie także została spartolona.

- To był przecież twój pomysł - żachnął się Aldo.

-  Zgadza   się.   To   był   mój   pomysł   i   to   był   dobry   pomysł.   Tylko   nie   należało   go 

realizować akurat tego wieczora, kiedy milicja zrobiła nalot na lokal.

-  Kto mógł to przewidzieć? Milicja na ogół nie ogłasza takich rzeczy w prasie ani 

przez radio i telewizję.

Martin spojrzał ponuro na mówiącego.

- Głupie żarty. Proponując taką akcję, byłem przekonany, że macie jakieś wtyczki w 

milicji.

Lucjan potrząsnął głową.

- To nie takie proste. A nawet gdybyśmy kogoś mieli, to oni takie rzeczy trzymają w 

ścisłej tajemnicy. Poza niewieloma ludźmi nikt nie wie, kiedy akcja zostanie zrealizowana...

- Właśnie o to chodzi, żeby między tymi niewieloma ludźmi był wasz człowiek!

- Czy ty czasami nie masz za wielkich wymagań?

- Za to wam płacę.

Lucjan poruszył się niecierpliwie na fotelu.

- Ja osobiście mam tego wszystkiego dosyć. Dosyć! Rozumiesz? Nie chcę tej roboty. 

Nie chcę waszej forsy. Wycofuję się. Spływam.

Człowiek z brodą przyjrzał mu się uważnie. W jego oczach pojawiły się złe błyski.

background image

- Chyba nie wiesz, co mówisz - powiedział wolno, zniżając głos prawie do szeptu. - 

Sądzę, że się orientujesz... Z tej roboty nie można się wycofać. Oczywiście, jeżeli nie chcesz, 

żeby twoje zwłoki wyłowiono z Wisły... Tylko tym razem to już nie będzie pod Modlinem. I 

obejdzie się bez strzelaniny. To wszystko jest chyba jasne, co?Żeby już nie było między nami 

żadnych niedomówień.

Lucjan milczał. Wyjął z kieszeni gazetę.

Szef przeniósł spojrzenie na dobrze zbudowanego blondyna.

- To był twój wóz, prawda?

- Tak.

- Mam nadzieję, że kazałeś go przemalować.

- Oczywiście. I zmienić tapicerkę.

- Najlepiej byłoby się go pozbyć. Sprzedaj to swoje autko gdzieś na prowincji.

- Tak zrobię, ale nie teraz. Moi koledzy mogliby się zdziwić, że sprzedaję wóz, który 

niedawno kupiłem.

- Słusznie - pokiwał głową człowiek z brodą. - Zaczekamy z tym. A teraz chciałbym 

poruszyć z wami jeszcze parę spraw.

Zwrócili ku niemu pytające spojrzenia.

- Otóż... Hm... - Odchrząknął i mówił dalej: - Otóż przede wszystkim trzeba rozwinąć 

nasze stosunki towarzyskie. Musimy mieć dokładniejsze informacje i lepsze, dużo lepsze - 

podkreślił - rozeznanie terenu. Ty, Aldo, skontaktuj się jak najprędzej z Dianą i powiedz jej, 

żeby energiczniej zabrała się do tego fircyka. Ja jej w tymi pomogę, ale wolałbym się zbytnio 

nie afiszować. Jeżeli chodzi o ciebie, Lucjanie, to chciałbym,  żebyś sobie wybił te różne 

głupstwa z głowy i w dalszym ciągu działał tak jak działasz. Sądzę, że w sytuacji, w jakiej się 

obecnie znaleźliśmy, powinieneś zrezygnować z tej mistyfikacji. Dotychczas to było all right, 

ale teraz chyba będzie lepiej jeżeli...

Cętkowany skinął głową.

- Myślałem już o tym. Chyba masz rację.

- A co z Koszalinem? - spytał szef, zwracając się do blondyna.

Aldo rozsiadł się wygodniej w fotelu, wyciągnął długie!

-  Na   razie   nie   widzę   powodu   do   niepokoju.   Trzeba   to   załatwić,   ale   chyba   nie 

powinniśmy się zbytnio spieszyć.

- Sądzisz, że się już zupełnie nie interesują tą sprawą?

- Jestem pewien, że nie. Tamten miał fioła na tym punkcie, ale ci mają teraz co innego 

do roboty.

background image

Człowiek z brodą z powątpiewaniem pokręcił głową.

- Nie jestem tego taki pewien. Musimy bardzo poważnie brać pod uwagę możliwość 

mistyfikacji. Ten Wrończak, czy jak mu tam, to lepszy cwaniak. Ja bym na twoim miejscu nie 

wierzył ani jednemu jego słowu.

Aldo wzruszył ramionami.

-  Tak czy inaczej, musimy, moim zdaniem, zaczekać, aż trochę przycichnie sprawa 

Emila. Nie możemy tak rozrabiać na wszystkich frontach. Ta akcja w Koszalinie może w 

konsekwencji okazać się nie tak prosta, jak nam się zdaje.

- Masz rację - zgodził się szef - Zaczekamy.

- Przecież w ogóle nie mamy żadnej pewności, że ten stary... - wtrącił się do rozmowy 

Lucjan.

- Znaleziono kalkę ołówkową - przerwał mu Aldo.

- I czego to dowodzi?

- Mogli wysunąć niewygodną dla nas hipotezę, na przykład taką, że istniały jeszcze 

inne egzemplarze.

Cętkowany skrzywił się sceptycznie.

-  Przesada.   Nie   popadajmy   w   panikę.   Mam   wrażenie,   że   zaczynamy   przesadnie 

fantazjować. A gdyby nawet założyli, że są kopie, to w żaden sposób nie skojarzą sobie tego z 

Koszalinem i z tym starym pijakiem. Bo widzisz, Aldo...

Tym razem wtrącił się szef.

-  Nie masz racji, absolutnie nie masz racji. W naszej robocie należy przewidywać 

każdą ewentualność, choćby nawet wydawała się zupełnie fantastyczna. Podstawową zasadą 

jest przewidywać, nieustannie przewidywać. - Nie zawsze jest to możliwe - uśmiechnął się 

sceptycznie Lucjan. - Poza tym czasami trzeba ryzykować. Takie nieustanne przewidywanie i 

asekurowanie  się  musi  w konsekwencji torpedować   każdą  akcję.  Kto, na  przykład,  mógł 

przewidzieć ten nalot w Konstancinie? Nikt, absolutnie nikt.

- Gdybyśmy mieli lepszy wywiad... - zaczął szef i zaraz urwał. Przez chwilę szarpał w 

milczeniu brodę. - Co do tej akcji w Konstancinie, to przyznaję samokrytycznie... Poniosła 

mnie trochę literacka fantazja. Należało to samo zrobić kameralnie.

- Sceny filmowane w studio - podsunął Aldo.

-  O   właśnie.   Można   było   przecież   osiągnąć   ten   sam   efekt   w   odpowiednich 

dekoracjach. A propos. Co z Leonem?

- A co ma być? - odparł obojętnie Aldo. - Jest na wolności. Nie zrobią mu krzywdy. O 

niego możesz się nie kłopotać. To jest facet, który w każdej sytuacji da sobie radę.

background image

- Ciekawe, co powiedział podczas przesłuchania. Aldo wzruszył ramionami.

- A co mógł powiedzieć? Po pierwsze: miał kontakt wyłącznie z Robertem, a Robert 

już od dawna siedzi w Paryżu, po drugie; żeby z niego pasy darli to by nie puścił pary z gęby.  

Doskonale się orientuje, czym to grozi.

Szef pokiwał głową.

- I ja tak myślę. Ciekawe, ile mu Robert powiedział na temat sprawy, bo przecież coś 

musiał mu dać do zrozumienia.

-  Oczywiście.   Poczciwy   Leonek   przypuszcza,   że   tu   chodzi   o   jakąś   większą   aferę 

gospodarczą. Ta świadomość całkowicie go usatysfakcjonowała. A jeżeli nawet snuje jakieś 

fantastyczne przypuszczenia, to tym gorzej dla niego. Ale nie sądzę. To jest trzeźwo myślący 

facet.

Inna sprawa jest bardziej niepokojąca. Szef spojrzał uważniej.

- Co mianowicie?

- Przyjaciółka Leona, Ludka, zeznała, że słyszała rozmowę o jakimś kidnapingu, którą 

Leon jakoby prowadził z dwoma innymi facetami.

- Ależ...! To idiotyczna historia! - zdenerwował się szef. - Leon ci mówił?

-  Tak. Spotkaliśmy się w kolejce. Nie pamiętam już, co sprzedawali - banany czy 

pomarańcze. Kolejki to najlepsze miejsce do poufnych zwierzeń. Można sobie sporo rzeczy 

naszeptać   do   ucha.   Bezpieczniej   niż   w   kawiarni.   W   lokalu   zawsze   ktoś   może   coś   sobie 

skojarzyć.

Szef znowu zaczął nerwowo skubać brodę.

- To bardzo niedobrze, bardzo. Jak to się stało, że podsłuchała, o czym mówili?

- Podobno pijana leżała w sąsiednim pokoiku, w takiej służbówce.

- Leon mógł sprawdzić.

- Pewnie, że tak, ale nie zrobił tego.

- Fatalna historia. I zeznała, że to był na pewno Palkosz?

- Zeznała, że tak jej się zdawało.

- Mówisz, że była pijana?

- Kompletnie.

-  Po   pijanemu   różne   rzeczy   się   majaczą.   Przypuszczam,   że   nie   będą   brali   tego 

poważnie.

- I ja tak myślę - przytaknął Aldo. - Nie przejmuj się. Z Leonem rozmawiał Emil, a ten 

już nikomu nic nie powie. Leona możemy być pewni. Za bardzo dba o własną skórę, żeby 

ryzykować choćby jednym słowem.

background image

- Ten Emil to był kiepski nabytek - powiedział szef. Aldo potrząsnął głową.

-  Nie   masz   racji.   To   był   dobry   nabytek,   tylko   zupełnie   stracił   orientację.   Zaczął 

podskakiwać jak idiota.

- Mięczak - dorzucił Lucjan. - Gwarantuję, że przy pierwszym przesłuchaniu puściłby 

farbę. Mnie on się nigdy nie podobał. Uważam, że pozbyliśmy się go w samą porę.

- Może tylko niezbyt zręcznie - zauważył szef. Machnął ręką. - Mniejsza o to zresztą. 

Teraz już nie ma o czym gadać. Trzeba by się zastanowić co z tą dziewczyną.

- Nie masz chyba zamiaru jej likwidować? - powiedział Aldo i uśmiechnął się. - Tego 

by było trochę za wiele. Zresztą, co miała powiedzieć, to już powiedziała. Wydaje mi się, że 

nie ma  co sobie nią głowy zawracać. Nie i wie, kto rozmawiał.  Nie wie, czy na pewno 

słyszała to, co słyszała. Była kompletnie pijana. Takiego zeznania nie mogą brać pod uwagę.

Człowiek z brodą skrzywił się.

-  Ty,  jak zwykle. Wieczny optymista. Ten twój optymizm kiedyś  cię zgubi. Bądź 

pewien,   że   oni   biorą   pod     uwagę   wszystko,   nawet   rzeczy   pozornie   całkowicie   nie   -   i 

prawdopodobne. Coraz bardziej dochodzę do przekonania, że ty się słabo orientujesz w pracy 

milicji.

Aldo żachnął się.

- Nie udawaj takiego wspaniałego speca. Ty się znowu tak znakomicie orientujesz.

-  Nie będziemy chyba dyskutować o naszych kwalifikacjach. Nie sądzisz? Na razie 

jestem  waszym   szefem.  A  teraz  chciałbym,   żebyśmy  sobie   raz  na  zawsze   ustalili  pewne 

sprawy. Żadnych posunięć bez uzgodnienia ze mną, absolutnie żadnych. Zrozumiano?

- Tak jest, szefie - uśmiechnął się Aldo, trzaskając obcasami.

-  Zupełnie zbyteczne te żarty. - Spojrzenie zmrużonych oczu brodacza było bardzo 

nieprzyjemne. - Jestem, niestety, zmuszony zaostrzyć dyscyplinę organizacyjną.

To leży w interesie nas wszystkich. Dosyć już tej dyletanckiej partaniny. Nieudana 

akcja   w   Konstancinie,   bezsensowne   zastrzelenie   tego   durnia   i   na   dodatek   ta   dziwka 

podsłuchała rozmowę Leona z Emilem, Wystarczy.

- Jakiś profit z tego wszystkiego jednak jest - zauważył Aldo. - Kornicki odszedł.

-  Ale   na   jego   miejsce   przyszedł   ktoś   inny.   Nie   wiadomo,   co   kombinuje.   A 

Kornickiego mielibyśmy w garści.

- Coś wam powiem - wtrącił się do rozmowy Lucjan. - Szef ma rację, że sytuacja nie 

najlepiej  wygląda.   Jak  byście  się   zapatrywali  na  to,   żeby  odciągnąć   uwagę   Wrończaka  i 

skierować ją w innym kierunku?

Rozdział IX

background image

Identyfikacja zwłok znalezionych koło Modlina okazała się rzeczą nieprostą. Żadna 

jednostka   MO   nie   otrzymała   meldunku   o   zaginięciu   człowieka,   który   byłby   z   zawodu 

fotografem.   W   Zawodowym   Związku   Fotografików   nie   potrafiono   udzielić   żadnych 

informacji,   ale   to   niczego   nie   dowodziło.   Mógł   być   fotografem   czy   też   fotoreporterem 

działającym   samodzielnie.   Wszelkie   usiłowania,   żeby   się   czegoś   dowiedzieć   od   ludzi 

parających się w sposób mniej lub więcej amatorski fotografią, również nie dały rezultatów. 

Wprawdzie owa pedikiurzystka wysunęła przypuszczenie, że jej klient mieszka na osiedlu 

zwanym   Sadami   Żoliborskimi,   ale   po   pierwsze   nie   sposób   było   przeszukać   wszystkich 

istniejących tam mieszkań, po drugie była to informacja bardzo wątpliwej wartości. Facet 

równie dobrze mógł mieszkać na Bielanach czy w Śródmieściu. Pedikiurzystka mogła mieć 

kogo innego na myśli, a podobieństwo z fotografią topielca mogło być przypadkowe.

-  Do jasnej cholery!  - klął Wrończak. - Musiał przecież facet mieć jakąś rodzinę, 

znajomych, przyjaciół... Ktoś się musiał zorientować, że nie daje znaku życia.

- Może ktoś się i zorientował - powiedział Górniak. - Tylko może temu komuś jest nie 

na rękę zawiadamianie milicji. A w ogóle to ty się tak nie przejmuj, Jurek, jak Boga kocham. 

Jeśli się będziesz tak denerwował, to w końcu dostaniesz zawału.

Wrończak aż podskoczył na krześle.

- Jak się nie mam przejmować kiedy stary chce mi odebrać sprawę. Rozumiesz, co to 

dla mnie znaczy? Taka sprawa! Taka okazja! Szlag by to trafił.

- Widzę, że jesteś diabelnie ambitny - uśmiechnął się z przekąsem Górniak. - Ja tam 

nie mam zamiaru traci zdrowia dla jakiegoś topielca. Robię, co do mnie należy i koniec. Nie 

denerwuję się tak cholernie jak ty.

-  Bo ty w ogóle nie masz nerwów! - wybuchnął Wrończak. - Nic cię nie obchodzi 

poza tymi twoimi bułkami z topionym serem.

-  Człowiek musi coś jeść - odparł z flegmatycznym spokojem Górniak. - Z pustym 

żołądkiem daleko ni zajedziesz. A to ci jeszcze powiem, że w naszej robocie najważniejszy 

jest spokój. Tak. Spokój i jeszcze raz spokój. Zdenerwowanie przyćmiewa umysł i odbiera 

możliwość logicznego rozumowania.

- No, to co niby wynika z tego twojego „spokojnego” rozumowania? - spytał zjadliwie 

Wrończak.

-  Może coś niecoś wynika. - Górniak nie tracił spokoju. - Zgadzam się, że musimy 

działać energicznie, ale langsam, langsam aber sicher, czyli cisze jedziesz, dalsze budziesz. 

Tak   od   razu   nie   przeskoczysz.   Przede   wszystkim   musimy   znaleźć   warsztat,   w   którym 

przemalowali wóz, bo to chyba nie ulega wątpliwości, że przemalowali i zmienili tapicerkę.

background image

-  Ta akcja jest już w toku - mruknął już łagodniejszym głosem Wrończak - ale jak 

dotąd bez rezultatu.

-  Chwileczkę. Cierpliwości! Będzie i rezultat. Poza tym warto się zastanowić, skąd 

mieli pistolet, z którego rąbnęli faceta.

- Kupili w jakiejś melinie. To nie problem. Górniak potrząsnął głową.

- Tu bym się z tobą nie zgodził. Cała ta afera wygląda dosyć poważnie. Ludzie tego 

pokroju nie ryzykowaliby kupna pistoletu u pokątnego kombinatora. Za duże ryzyko. Ja bym 

raczej   wysunął   przypuszczenie,   że   przywieźli   go   sobie   z   zagranicy.   To   bardziej 

prawdopodobne.

- No i co proponujesz?

- Należałoby się przyjrzeć ludziom, którzy często wyjeżdżają.

- Ba! - roześmiał się Wrończak. - Jesteś wspaniały! Jak to sobie wyobrażasz?

Górniak wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Rzucam tak, po prostu, złote myśli.

- Wypchaj się.

.

Nie tylko zwykłym śmiertelnikom, ale nawet i oficerom milicji przychodzi z pomocą 

od czasu do czasu przypadek.

Wrończak siedział za swoim biurkiem pogrążony w ponurej zadumie, kiedy zadzwonił 

telefon. W słuchawce rozległ się radosny głos:

- Cześć. Jak się masz? Cieszę się, że nareszcie cię złapałem. Od dwóch dni usiłuję się 

z tobą skontaktować. Nie mogę cię zastać ani w domu, ani w komendzie.

-  Cześć - powiedział Wrończak, nie mogąc się zdobyć na cieplejszy ton. Pogodny 

nastrój Bolka od razu zaczął działać mu na nerwy.

- Koniecznie musimy się zobaczyć - grzmiało w słuchawce.

- Nie mogę, mam masę roboty.

-  Przestań   się   wygłupiać.   Robota   nie   zając,   nie   ucieknie.   Muszę   z   tobą   pogadać. 

Zapraszam cię na obiad do „Dziennikarzy”.  O czwartej. Dobra? Czekam. Cześć! - I nim 

Wrończak zdołał coś powiedzieć, stuknęła słuchawka.

„Idiota. Co on sobie właściwie wyobraża? Nie mam nic lepszego do roboty, tylko 

chodzić z nim na obiady. Nie pójdę. Niech czeka”.

A jednak poszedł.

background image

Bolek Zamecki był młodym, bardzo ruchliwym dziennikarzem. Uczesany na „Tytusa” 

miał rumianą, tryskającą zdrowiem twarz, w której dominowały duże, szaro-niebieskie oczy. 

Cieszył się znakomitym apetytem oraz powodzeniem u kobiet.

Na widok wchodzącego Wrończaka zerwał się z fotela i trochę zbyt hałaśliwie zaczął 

się witać z przyjacielem.

- Kopę lat, Jureczku! Co u ciebie? Strasznie dawno się nie widzieliśmy. Chodź, chodź, 

zarezerwowałem już stolik, pogadamy.

Z holu przeszli do sali restauracyjnej. Bolek był tu widocznie stałym bywalcem, bo 

kelner   natychmiast   zaprowadził   „pana   redaktora”   wraz   z   „jego   towarzyszem”   do 

zarezerwowanego stolika.

- Ale ja wódki nie piję - zastrzegł się Wrończak.

- To może piwko?

- Wystarczy woda mineralna.

Kiedy zamówili obiad, Bolek uważniej przyjrzał się przyjacielowi.

- Coś ty taki przegrany? Mizernie wyglądasz. Wrończak skrzywił się.

- Cholernie dużo roboty. Prowadzę teraz paskudną sprawę.

- Szkoda, że nie możesz mi się zwierzyć jaką.

- Zwariowałeś?

- Wiem, wiem, tajemnica służbowa - roześmiał się Bolek. - A nie masz dla mnie nic 

takiego, o czym mógłbyś opowiedzieć?

- Na razie nie.

-  Szkoda. Mam ochotę napisać coś na temat jakiejś kryminalnej  sprawy. Podobno 

wyłowiłeś z Wisły trupa z dziurą w głowie.

Wrończak spojrzał zaskoczony.

- A ty skąd wiesz?

- Krasnoludki mi opowiedziały. Albo się jest dziennikarzem, albo się nie jest. To teraz 

rozpracowujesz tego topielca?

- Jeżeli będziesz próbował pociągnąć mnie za język to cześć. Żegnam cię - powiedział 

niecierpliwie Wrończak.

- Dajże spokój. Przecież żartowałem. Nie zgadniesz, skąd wracam.

- Nie mam zamiaru zgadywać.

- Byłem w Sierakowie.

- W Sierakowie? A po kiego licha cię tam poniosło?

background image

-  Nie tylko w Sierakowie. Byłem także w Iwnie, Nowielicach, Kadynach. Widzisz, 

Jureczku, objeżdżam po kolei wszystkie stadniny i stada ogierów.

- Chcesz zmienić zawód?

- Nie o to chodzi. Wyobraź sobie, że postanowiłem napisać książkę dla młodzieży o 

koniach.   Zbieram   materiały.   Może   podpiszę   umowę   z   „Iskrami”.   Myślę,   że   to   powinno 

chwycić.   Tylko,   cholera,   ciągle   mam   za   mało   fotografii.   Bo   do   tego   są   potrzebne 

pierwszorzędne, fachowo robione zdjęcia. Ja trochę umiem fotografować, ale tu chodzi o 

artystyczną robotę.

Wrończak doznał nagłego olśnienia. „A może akurat? - pomyślał. - Żadne ryzyko”.

- Ty chyba masz kontakty z fotoreporterami, z fotografikami? - spytał, usiłując nadać 

swojemu głosowi obojętne brzmienie.

- Oczywiście, że mam. Ale wszyscy lepsi są w tej chwili zajęci, a tu trzeba pojeździć, 

stracić sporo czasu.

Wrończak wyjął z portfela fotografię topielca spod Modlina.

- Znasz może tego faceta?

-  Ależ to Kazio Woźnicki! - wykrzyknął Zamecki. - Skąd masz jego zdjęcie? Mam 

nadzieję, że nie poszukuje go milicja. Porządny chłop, tylko lubi wypić i bardzo leci na forsę. 

Ale dlaczego właściwie ty się nim interesujesz?

- Czy to fotograf? - spytał Wrończak.

- Taki fotograf-amator. Nawet nieźle robi, tylko niezbyt solidny. Nie można na nim 

polegać. Ostatnio dłuższy czas siedział w Ameryce Południowej. Przywiózł sporo ciekawego 

materiału.

- Czy jesteś zupełnie pewien, że ten facet nazywa się Kazimierz Woźnicki?

-  Oczywiście. Zresztą ma tu znamię - wskazał palcem. - Nie ma wątpliwości, że to 

Kazio Woźnicki. Ale o co chodzi?

- Nic, nic - odpowiedział Wrończak, który zdołał się już opanować. - Nie wyobrażasz 

sobie   nawet,   Bolciu,   jak   mi   pomogłeś.   Jestem   ci   szalenie   wdzięczny.   Mam   ochotę   cię 

uściskać.

- Czyżby Kazio był tym topielcem, którego wyłowiłeś z Wisły? - spytał Zamecki.

- Nie próbuj się czegokolwiek ode mnie dowiedzieć. Żałuję, ale nie mogę puścić pary 

z gęby. Jeżeli masz ochotę, to zawołaj kelnera i zapłać. Ja się bardzo śpieszę.

- Mieliśmy sobie dłużej pogadać - westchnął z żalem Bolek.

background image

- Innym razem, kochany, innym razem. W tej chwili rzeczywiście ziemia mi się pali 

pod nogami.  Aha, dobrze, że sobie przypomniałem.  Daj  mi  adres i telefon  tego twojego 

fotografa.

.

Kazimierz  Woźnicki  zajmował  na  Sadach  Żoliborskich   dwa  pokoje z  kuchnią.  W 

jednym mieszkał, a drugi przeznaczony był na pracownię fotograficzną. W mieszkaniu unosił 

się ciężki zapach stęchlizny i chemikaliów.

-  Ale śmierdzi - skrzywił się Górniak i zabrał się żwawo do otwierania wszystkich 

okien.

- Ostrożnie - upomniał go Wrończak. - Uważaj, żebyś nie starł odcisków palców.

- Spokojna głowa.

Fachowcy od daktyloskopii przystąpili natychmiast do działania. Roboty było dużo, 

ale   pracowali   szybko   i   sprawnie.   Kiedy   skończyli,   Wrończak   i   Górniak   zabrali   się   do 

przeszukiwania pomieszczeń.

- Nie lubię tego - mruczał Górniak. - Nie znoszę grzebać się w cudzych ciuchach.

Wrończak wzruszył ramionami.

- A kto lubi?

W   szafach,   jak   to   w   szafach,   ubrania,   bielizna,   buty,   skarpetki.   Wszystko   bardzo 

porządnie   poukładane,   z   pedantyczną   dokładnością.   Na   półkach   książki,   czasopisma   w 

różnych językach, albumy z fotografiami. Na małym owalnym stoliku stała napoczęta butelka 

francuskiego koniaku i dwa kieliszki. Zadziwiał brak jakiejkolwiek korespondencji - żadnego 

listu,   kartki   ani   nawet   zaadresowanej   koperty.   W   szufladzie   biurka,   między   starymi 

ilustrowanymi   czasopismami,   Wrończak   znalazł   trzy   kartki   papieru,   na   których   ktoś 

nabazgrał jakieś rysunki. Były to z ogromną nonszalancją potraktowane szkice - akt kobiecy, 

impresja   na   temat   roślin,   coś   w   rodzaju   pejzażu.   Wszystko   to   wykonane   naprędce, 

pośpiesznie, jakby ktoś ot, tak sobie rysował dla zabicia czasu. Wrończak jednak, który trochę 

znał się na tych sprawach, od razu poznał rękę dobrego fachowca. Kartki były wyrwane ze 

zwykłego małego szkolnego bloku. Poza tym nie natrafił na nic interesującego i po pewnym 

czasie zrezygnował z przeszukiwania biurka.

Górniak zaś z niezwykłym zainteresowaniem oglądał tapczan. Obchodził go dookoła, 

przyklękał, opukiwał.

- Co ty wyprawiasz? - spytał zdziwiony Wrończak. - Chcesz się położyć spać?

Górniak pokiwał głową, ale nie zaprzestał swej działalności.

- Chętnie bym się przespał, to swoją drogą, ale w tej chwili nie o to mi chodzi.

background image

- A o co?

- Popatrz na tę politurę. Wrończak wzruszył ramionami.

- Politura jak politura. Nie wiem, co cię tak frapuje.

-  Spójrz. - Górniak przyklęknął. - Tutaj, w tym miejscu, trochę jaśniejsza i świeżo 

położona. W drugim końcu to samo. I obok także.

Wrończak pochylił się.

- Sądzisz, że...?

- Właśnie. Sądzę, że... - przytaknął Górniak i na dobre zabrał się do majsterkowania. 

W kuchni znalazł wszystko, co mu było potrzebne. Dłuto, śrubokręt, obcęgi i kilka innych 

narzędzi.

- Nasz fotograf miał najwyraźniej dobrze zaopatrzony warsztat - zauważył Wrończak, 

który zaczął pomagać Górniakowi.

Znaleźli   w tapczanie  bardzo  sprytnie   spreparowane  skrytki,  a  w nich  filmy,   kilka 

rolek.

-  Trzeba   to   zaraz   dać   do   wywołania   -   powiedział   podekscytowany   odkryciem 

Wrończak.

.

Po obejrzeniu zdjęć pułkownik Makowski zdecydował, by zawiadomić kontrwywiad. 

W naradzie wziął udział kapitan Chodakiewicz.

-  To   rzeczywiście   wygląda   paskudnie   -   powiedział,   obejrzawszy   cały   materiał.   - 

Dobrze, że się z nami skontaktowaliście. Przekażę wszystko natychmiast naszym ekspertom. 

Być może, że to się wiąże ze sprawą, którą w tej chwili mamy na warsztacie. Nie będę was, 

koledzy, wtajemniczał w szczegóły, bo to w danym momencie nieistotne, ale mamy powody 

przypuszczać,   że   pewne   materiały,   związane   z   bardzo   poważnymi   badaniami   naszych 

instytutów   naukowych,   przeciekają   na   Zachód.   Prowadzimy   właśnie   dochodzenie,   być 

może...

-  Bardzo   prawdopodobne,   że   nasze   śledztwo   zazębiło   się   z   waszą   działalnością   - 

przytaknął pułkownik. - Ten trup wyłowiony pod Modlinem...

- Wiem, wiem - przerwał mu niezbyt uprzejmie Chodakiewicz, który był człowiekiem 

niecierpliwym.   -   Chodzi   właśnie   o   tego   fotografa.   Czy   zostały   ustalone   jakieś   jego 

powiązania?

-  Jeszcze   nic   konkretnego   -   wtrącił   się   do   rozmowy  Wrończak.   -  Przeszukaliśmy 

bardzo dokładnie mieszkanie i nie natrafiliśmy na żaden ślad jakichkolwiek jego kontaktów 

towarzyskich czy przyjacielskich. Rozmawialiśmy z sąsiadami, ale to nic nie dało. Wszyscy 

background image

jednogłośnie   twierdzą,   że   Kazimierz   Woźnicki   był   człowiekiem   samotnym,   bardzo 

spokojnym, nie przyjmował żadnych wizyt, a jeżeli ktoś u niego bywał, to nikt o tym nie 

wiedział.

- A kobiety? - spytał Chodakiewicz.

-  O   kobietach   także   nikt   nic   nie   wie.   W   każdym   razie   musiał   czasami   ktoś   go 

odwiedzać, bo znaleźliśmy na stole koniak i kieliszki.

- Przypuszczalnie pił koniak z mordercą - powiedział Górniak. - A następnie pojechali 

do tej knajpy przy Placu Zbawiciela na ostrygi...

- Skąd tak dobrze orientujecie się w jadłospisie? - zdziwił się Chodakiewicz.

- Sekcja - wyjaśnił Wrończak.

- Co proponujecie w tej sytuacji? - spytał pułkownik, zwracając się do przedstawiciela 

kontrwywiadu. - Może całkowicie chcecie przejąć tę sprawę?

Kapitan Chodakiewicz zamachał rękami, jakby się opędzał od uprzykrzonej muchy.

- Ależ, broń Boże. Nie ma mowy o przejmowaniu przez nas tej sprawy. Prowadzicie w 

dalszym ciągu normalne śledztwo w sprawie morderstwa, a my ściśle i bardzo dyskretnie z 

wami współpracujemy. Rozumie się samo przez się, że nasza rozmowa jest ściśle tajna. Nikt 

nie   powinien   się   dowiedzieć,   że   kontrwywiad   interesuje   wyłowiony   z   Wisły   fotograf. 

Wszyscy muszą być przekonani, że jest to sprawa wyłącznie kryminalna.

-  To   nie   ulega   wątpliwości   -   przytaknął   pułkownik.   -   Teraz   -   zwrócił   się   do 

Wrończaka - musimy jak najszybciej ustalić powiązania Kazimierza Woźnickiego. Musiał 

przecież gdzieś się obracać.

-  Zaraz   się   do   tego   zabiorę   -   zapewnił   Wrończak,   któremu   przed   oczami   stanęła 

wesoła twarz Bolka Zameckiego.

- Człowieku, czego ty właściwie chcesz ode mnie?

-  Chcę się czegoś dowiedzieć o Kazimierzu Woźnickim. Prowadzę śledztwo w tej 

sprawie.

-  Wiem, już mi to dziesięć razy mówiłeś. Szkoda człowieka. Był trochę dziwak, to 

prawda,   ale   go   dosyć   lubiłem.   Nie   mam   pojęcia,   kto   mógł   go   kropnąć.   Słowo   honoru. 

Musiałeś ściągać mnie aż tutaj, do komendy?

- Musiałem.

- Nie mogliśmy się spotkać gdzieś na małej wódce?

- Nie mogliśmy. Traktuj to jako oficjalne przesłuchanie. Włączyłem magnetofon.

Zamecki skrzywił się z wyraźnym niesmakiem.

background image

- Mam wrodzoną awersję do wszystkiego co oficjalne. Dojdzie w końcu do tego, że 

wpakujesz mnie do pudła, tak na wszelki wypadek.

-  Może   przestaniesz   się   zgrywać   i   opowiesz   mi   coś   o   Kazimierzu   Woźnickim   - 

zaproponował Wrończak.

Bolek wzruszył ramionami.

-  Co tu jest do opowiadania? Woźnicki był fotografem, bardzo dobrym fotografem, 

fotografikiem, można powiedzieć. Miał artystyczne zacięcie.

- Czy mógłbyś mi coś powiedzieć na temat jego kontaktów?

- Jakich kontaktów?

-  No... zwyczajnych, ludzkich. Musiał przecież mieć jakichś znajomych, przyjaciół, 

dziewczynę.

Zamecki bezradnym ruchem rozłożył ręce.

-  Widzisz,  Jureczku,   to  będzie  bardzo   trudna  sprawa.  Prawdę  powiedziawszy,   nie 

żyłem z nim blisko. Nie orientuję się w jego kontaktach, znajomościach - Był raczej mało 

komunikatywny, zresztą, jeśli mam być zupełnie szczery, to nigdy go specjalnie nie lubiłem.

- Przed chwilą słyszałem, że go dosyć lubiłeś - zauważył Wrończak.

- No tak... rzeczywiście tak powiedziałem, ale w gruncie rzeczy to Kazio nie dawał się 

lubić. Był taki jakiś...

- Jaki? - podchwycił Wrończak.

- Skryty, zamknięty w sobie. Chyba nie umiał się; cieszyć życiem. Zawsze mu było 

źle,   zawsze   mu   było   mało.   Zarabiał   przecież   nieźle,   a   bez   przerwy   narzekał,!   Kiedyś 

wybraliśmy się razem do knajpy, to jadł jak z łaski, bez żadnego apetytu. Jak taki facet siedzi 

przede mną i dziubie, to mnie najlepsze danie przestaje smakować.

- No a dziewczyny?

-  Dziewczyny - powtórzył Bolek i zamyślił się. - Czekaj, czekaj. Miał taką jedną. 

Niech sobie przypomnę.!

- Wysil się - nalegał Wrończak.

-  Właśnie się wysilam. Chwileczkę. Tak, tak, teraz sobie przypominam. Tyle tych 

dziewczyn się przewija, łatwo zapomnieć. Ale właśnie w tym momencie stanęła mi jak żywa 

przed oczami. Magdalena miała na imię.

- Nazwisko?

- Tego nie wiem. Może wiedziałem, ale nie pamiętam.

-  Czym się zajmowała? Musiała przecież coś robić. Musiała mieć jakichś rodziców. 

Bolek, jak Boga kochamw nie dajże się tak ciągnąć za język! Mów jak człowiek.

background image

- Nie gorączkuj się tak. Czekaj. Już wiem. Jej ojciec jest ramiarzem.

- Ramiarzem?

- No tak. Robi ramy do obrazów. Podobno bardzo; dobry fachowiec. Ja tam sobie nic 

nie potrzebuję opraw wiać, to nie wiem. Nigdy u niego nie byłem. Chociaż  nie, raz byłem. 

Odprowadzałem Kazia. Ale do pracowni nie wszedłem.

- To znaczy, że wiesz gdzie jest ta pracownia?

- Wiem.

- Musisz mnie tam zaprowadzić albo podać adres.

- Zaprowadzę cię, bo możesz nie trafić. To w podwórzu. Wejście takie trochę trudne 

do znalezienia. Zaprowadzę cię, żebyś się wreszcie ode mnie odczepił. Myślałem, że sobie 

przyjemnie pogadamy,  jak chłop z chłopem,  ale ty,  jak wskoczysz w jakieś śledztwo, to 

koniec. Tylko o trupie i o trupie. A mnie to zupełnie nie bawi. To nie moje hobby.

.

Eugeniusz Zajbert był średniego wzrostu, krępy, mocno zbudowany. Potężny kark i 

szerokie muskularne ramiona świadczyły o dużej sile. Zupełnie łysa głowa świeciła się jak 

polakierowana. Na grubym, mięsistym nosie miał okulary w dużej, ciemnej oprawie.

Wrończak przedstawił się, pokazał legitymację służbową i powiedział.

- Mam tutaj wóz. Może pojechałby pan ze mną na krótką rozmowę?

- A u mnie nie możemy porozmawiać, panie poruczniku?

- Możemy, oczywiście, tylko nie chciałbym, żeby nam przeszkadzali pańscy klienci.

Zajbert spojrzał na zegarek.

- Dochodzi siódma. Mogę już zamknąć interes. Pokonując kilka stopni wszedł na górę 

i wytaszczył na środek pracowni dwa wyściełane krzesła.

Przez   ten   czas   Wrończak   z   ciekawością   przyglądał   się   już   gotowym   ramom, 

oprawionym obrazom albo poszczególnym elementom ram. Nie trzeba było być wybitnym 

znawcą,   żeby   stwierdzić,   iż   Eugeniusz   Zajbert   był   pierwszorzędnym   fachowcem   i 

specjalizował się w stylowych ramach.

-  Proszę, niech pan siada, panie poruczniku. Możemy zupełnie spokojnie i poufnie 

porozmawiać. Na pewno nikt nam nie przeszkodzi. Lepiej niż w komendzie.

-  Chciałbym   porozmawiać   i   z   panem,   i   z   pańską   córką   -   powiedział   Wrończak, 

sadowiąc się na zabytkowym krześle.

Zajbert potrząsnął głową.

-  Niestety, córki nie ma w Warszawie. Wyjechała do Elbląga, do przyjaciółki. Ale 

sądzę, że za jakiś tydzień powinna wrócić. A czym ja mógłbym panu służyć?

background image

- Prowadzę śledztwo w sprawie zamordowania niejakiego Kazimierza Woźnickiego - 

powiedział wolno Wrończak.

Zajbert złapał się za łysą głowę.

- Rany boskie! Woźnicki zamordowany?  - Tak. Znał go pan?

- Oczywiście. To był narzeczony mojej córki. Mieli się pobrać. Ale już od dość dawna 

stosunki między nimi się popsuły. W rezultacie Magda, to znaczy moja córka, postanowiła 

zerwać definitywnie tę znajomość. Prawdę mówiąc, byłem nawet z tego dosyć zadowolony. 

Ten człowiek nie nadawał się na męża dla mojej córki. Panie świeć nad jego duszą. Ale jak to 

się stało? Kto go zabił?

-  Właśnie   tego   chciałbym   się   dowiedzieć   -   uśmiechnął   się   leciutko   Wrończak.   - 

Gdybym wiedział, kim jest morderca, to w tej chwili nie rozmawiałbym z panem.

Zajbert zdjął okulary i starannie przetarł je kraciastą chusteczką.

- Chętnie bym panu pomógł, panie poruczniku, ale:, naprawdę zupełnie nie wiem, co 

mógłbym dla pana zrobić?

- Usiłuję zebrać możliwie jak najwięcej informacji o Kazimierzu Woźnickim wyjaśnił 

Wrończak. - Przypadkowo dowiedziałem się, że był narzeczonym pańskiej córki i dlatego 

zdecydowałem się pana odwiedzić.

Zajbert westchnął.

-  Przykro   mi,   panie   poruczniku,   bo   z   całego   serca   chciałbym   panu   pomóc,   ale 

doprawdy   niewiele   wiem   na   temat   tego   człowieka.   Wiem,   że   był   bardzo   zdolnym 

fotografikiem, i to wszystko.

- Miał jakąś rodzinę? Rodziców, rodzeństwo, krewnych?

- Właśnie to było zastanawiające, że nigdy nie chciał mówić na temat swojej rodziny. 

Pytałem go oczywiście, ale zawsze zbywał mnie jakimś żartem albo zmieniał temat rozmowy. 

Przyznaję, że to mi się bardzo nie podobało.

- Czy z pańską córką także nie rozmawiał o swojej rodzinie?

- Nie. Wiele razy pytałem o to Magdę. Zawsze mi odpowiadała, że Kazio nie chce nic 

powiedzieć na temat swojej rodziny. Dziwny był człowiek.

- Czy Woźnicki dawał panu do oprawy jakieś fotografie?

- Tak, ale to było dawno. Właśnie tutaj, w pracowni, poznał moją córkę. Twierdził, że 

się zakochał od pierwszego wejrzenia. Bo, prawdę mówiąc, Magda może się podobać, i to 

nawet bardzo. Nie mówię tak dlatego, że to moja córka. To rzeczywiście pierwszorzędna 

dziewczyna.

background image

- A może pan wie, w jakim środowisku obracał się Kazimierz Woźnicki? Może pan 

się zetknął kiedyś z jakimiś jego kolegami, przyjaciółmi?

-  Nie miałem  okazji. Nawet Magda się kiedyś  dziwiła,  że Kazio nie ma  żadnych 

kolegów. W każdym razie nikogo jej ze swoich znajomych nie przedstawił. To był chyba typ 

dziwaka, mizantropa. Nie mówi się źle o zmarłych, ale nie miałem do niego przekonania. 

Byłem zadowolony, kiedy to całe narzeczeństwo się rozchwiało.

- Czy był pan kiedyś w jego mieszkaniu?

- Nie. Nigdy mnie do siebie nie zaprosił. Zresztą nie mam czasu na takie towarzyskie 

wizytki.

- No, bądź co bądź miał być pańskim przyszłym zięciem.

- Tak, to prawda, ale przyznam się panu, że ja od samego początku nie wierzyłem, że 

to małżeństwo dojdzie do skutku. Wolałem się na wszelki wypadek zbytnio nie angażować.

Wrończak pokiwał głową.

- Rozumiem. Czy może mi pan powiedzieć, czym zajmuje się pańska córka?

- Oczywiście. Współpracuje z „Orbisem”. Pilotuje wycieczki zagraniczne. Zna kilka 

języków. Studiowała na uniwersytecie. Lubi swoją pracę. No, jest to oczywiście ciekawsza 

robota, bardziej ruchliwa niż siedzenie za biurkiem w jakimś urzędzie.

Wrończak uznał rozmowę za skończoną. Wstał i pożegnał łysego „ramiarza”.

Jeszcze   tego   wieczora   zajrzał   do   komendy.   Zastał   tam   Górniaka   pogrążonego   w 

lekturze. Opowiedział mu o swojej wizycie w pracowni.

- Czyli niewiele się dowiedziałeś? - podsumował Górniak.

- Dowiedziałem się, że pan Eugeniusz Zajbert, niedoszły teść naszego topielca, nosi za 

ciasne kapelusze albo... 

Rozdział X

Ten   dzień   był   pełen   niespodzianek.   Z   rana   zameldował   się   sierżant   Wiśniewski, 

oznajmiając z triumfem, że w okolicy Góry Kalwarii znalazł warsztat, w którym malowano 

szarego opla i zmieniano tapicerkę w wozie.

- Macie go tu? - spytałem podekscytowany Wrończak.

- Przywiozłem. Czeka na korytarzu.

- Dawajcie go.

Po   chwili   sierżant   wprowadził   krępego   mężczyznę   o  gęstej   kudłatej   czuprynie, 

czerwonej twarzy i małych, błyszczących  jak paciorki oczach. Widać było, że jest trochę 

speszony. Nerwowo miął w rękach bardzo już sfatygowany beret.

- Niech pan siada. Nazwisko?

background image

- Klimecki... Leopold.

- Podobno prowadzi pan warsztat samochodowy.

- Tak jest, panie kapitanie - skłonił głowę. - Prowadzę.

-  Nie   jestem   kapitanem   tylko   porucznikiem   -   sprostował   Wrończak.   -   Mówił   mi 

obecny tu sierżant, że ostatnio przemalowywał pan perłowego opla.

- Perłowy był. Faktycznie - potwierdził Klimecki.

- Kto przyjechał do pana tym wozem?

- Jeden gość.

- Z czyjego polecenia?

- Z niczyjego. Tak sam z siebie przyjechał.

- Jak się nazywa?

Kudłaty fachowiec od samochodów wyjął z kieszeni zmiętą, brudną kartkę papieru i 

odczytał:   Zenon   Waliszewski.   Numer   rejestracyjny   także   oczywiście   zapisałem.   Proszę 

bardzo - podał kartkę Wrończakowi.

- Czy to przemalowanie było konieczne? Klimecki pokiwał głową.

-  Raczej   tak.   Z   tym   obtarciem   nie   mógł   przecież   jeździć.   Paskudnie   wyglądało. 

Mówił,   że   wpadł   w   poślizg   i  tak   się   fatalnie   otarł   o   drzewo.   Musiałem   nawet   trochę   i 

karoserię wyklepać.

- Na jaki kolor przemalował pan ten wóz?

- Na taki ciemnozielony. Bardzo gustowny.

- Słyszałem, że ten pański klient kazał sobie zmienić tapicerkę.

-  To   prawda.   Kazał.   Mówił,   że   mu   czerwona   tapicerka   do   tej   zieleni   nie   pasuje. 

Zmienił na szarą. Faktycznie zieleń z szarym lepiej gra.

- Czy ten pański klient dobrze mówił po polsku?

- A czego by nie miał mówić? Jak każdy z nas.

- Myślałem, że może był cudzoziemcem.

-  Jaki   tam   cudzoziemiec,   panie   poruczniku.   Rejestracja   warszawska.   Swój   chłop, 

znający się na rzeczy. Na4 wet jeszcze litra dorzucił do tego, co zapłacił za robotę.

- Czy może mi pan powiedzieć, jak wyglądał ten klient?

- O, co do tego to wygląd miał paskudny.

- Paskudny? - zainteresował się Wrończak. - Dlaczego?

-  Bo   całą   mordę,   za   przeproszeniem,   miał   w   takie   brązowe   kropki,   całkiem   jak 

indycze jajo. Aż niemiło było patrzeć. Nie wiem, co to za choroba, wątroba czy jak? Ja bym 

background image

się ludziom wstydził pokazać z takim pyskiem. Na takiego chyba żadna kobita nie poleci. 

Przyśnić się może.

- Wysoki? Niski? - indagował dalej Wrończak.

- Średni. Trochę wyższy ode mnie.

- Co jeszcze może pan o tym kliencie powiedzieć? Klimecki wzruszył ramionami.

-  A cóż ja mogę powiedzieć? Nic. Klient jak klient, Przyjechał, dał wóz do roboty, 

jeszcze   trzeba   było   trochę   karoserię   wyklepać,   zapłacił,   nie   targował   się   i   pojechał.   To 

wszystko, panie poruczniku.

- Dziękuję panu - powiedział Wrończak i zwrócił się do sierżanta.

- Odprowadźcie pana Klimeckiego. I sprawdźcie tę; rejestrację.

Właściciel warsztatu samochodowego ukłonił się bardzo grzecznie.

- Moje uszanowanie.

Kiedy wyszli, Wrończak spojrzał na Górniaka.

- No i co ty na to?

- Znowu ten cętkowany, cholera jasna - skrzywił się Górniak. - Trzeba by go znaleźć.

Wrończak z powątpiewaniem pokręcił głową.

- Nie sądzę, żebyśmy go znaleźli.

- Facet z taką gębą rzuca się w oczy.

- Właśnie dlatego. Zadzwonił telefon.

-  Biuro Przepustek. Zgłosił się do porucznika Wrończaka niejaki obywatel Edward 

Stromiński, inżynier.

- Wydajcie mu przepustkę. Wyobraź sobie - zwrócił się do Górniaka - przyszedł do 

mnie Stromiński.

- Narzeczony tej samobójczyni ze Świętokrzyskiej?

- Ten sam.

- Chcesz z nim rozmawiać w cztery oczy?

- Nie, nie, zostań. Chyba, żeby on chciał mówić tylko ze mną.

Rozległo się energiczne pukanie. Wszedł Stromiński szybkim, nerwowym krokiem. 

Przywitał się pośpiesznie i usiadł. - Ja do pana, panie poruczniku, w bardzo pilnej i dziwnej 

sprawie. Ponieważ już się poznaliśmy, więc pomyślałem sobie, że najlepiej do pana...

- O cóż to chodzi? Słucham? - uśmiechnął się uprzejmie Wrończak.

- Otóż tak... - Stomiński wyjął z kieszeni chustkę i wytarł spocone czoło. Następnie 

odchrząknął i przełknął ślinę. Robił takie wrażenie, jakby ta czynność sprawiała mu pewną 

trudność. - Chyba muszę panu wszystko opowiedzieć od początku.

background image

- Tak będzie na pewno najlepiej - przyznał Wrończak.

- A więc tak... - Stromiński nalał do szklanki trochę wody z karafki i wypił spory łyk. - 

Nie   wiem,   czy   pan   się   orientuje,   że   pracuję   w   Instytucie   Badawczym,   który   ma   duże 

znaczenie dla obronności kraju.

Wrończak potrząsnął głową.

- Nie interesowałem się tą sprawą.

-  Pewnego  dnia   -  mówił  dalej   Stromiński  -  odwiedził   mnie  jakiś  człowiek,  który 

wysunął bardzo dziwne propozycje. Początkowo prowadził rozmowę dosyć ogólnikowo, ale 

potem przystąpił do konkretów. Krótko mówiąc, zaproponował mi bardzo poważne kwoty w 

dolarach   w   zamian   za   udostępnienie   pewnych   materiałów.   Oczywiście   stanowczo 

odmówiłem.

- Czy powiadomił pan o tym odpowiednie władze? Stromiński bardzo się zmieszał.

- Właśnie nie i to był mój ogromny błąd.

-  Dlaczego   pan   tego   nie   zrobił?   -   zdziwił   się   Wrończak.   -   Przecież   to   pański 

obowiązek.

-  Widzi pan panie poruczniku... będę z panem zupełnie szczery.  Ten człowiek mi 

groził. Powiedział wprost, że mnie zabije, jeżeli o jego wizycie doniosę władzom. Był tak 

sugestywny, że jakoś... Przyznaję, że zachowałem się bardzo głupio. Myślałem, że się na tym 

skończy.   Potem   wynikła   ta   tragiczna   sprawa   z   moją   narzeczoną...   O   tamtym   właściwie 

zapomniałem. Poza tym doszedłem do wniosku, że to był jakiś głupi kawał; ktoś chciał mnie 

nastraszyć   czy  też   wypróbować   moją   lojalność,   bo   ja   wiem   zresztą.   Przestałem   w  ogóle 

myśleć o tej historii.

- A dlaczego pan dzisiaj do nas przyszedł? - spytał Wrończak. - Czy coś się stało?

- Tak. Wczoraj znowu zostałem zaatakowany w tej sprawie.

- Może pan opowie to zdarzenie.

-  Oczywiście. Po południu pojechałem do przyjaciół, którzy mieszkają w Falenicy. 

Ponieważ   mój   wóz   był   w   warsztacie,   wsiadłem   w   pośpieszny   autobus   linii   „C”.   Kiedy 

wieczorem   wracałem   do   Warszawy,   na   przystanku   autobusowym   przez   chwilę   nie   było 

nikogo. Wtedy podszedł do mnie z tyłu jakiś człowiek, powiedział rozkazująco, żebym się nie 

odwracał i zagroził mi, że jeżeli nie zgodzę się na współpracę z nimi, to mnie zlikwidują.

- Jak wyglądał ten człowiek, który pana wtedy odwiedził? - spytał Wrończak.

-  Brunet,   średniego   wzrostu,   dosyć   mocno   zbudowany.   Miał   twarz   pokrytą 

wątrobianymi plamami. Robiło to bardzo przykre wrażenie.

- Ta wizyta miała miejsce przed śmiercią pańskiej narzeczonej.

background image

- Tak. Miałem nadzieję, że mnie zostawią w spokoju, a jednak... Nie wiem, co robić, 

panie poruczniku. Czuję, że jestem śledzony.

Wrończak westchnął.

-  No   cóż...   Ta   sprawa   właściwie   leży   w   kompetencji   kontrwywiadu,   zważywszy 

charakter instytutu, w którym pan pracuje. Trzeba się z nimi skontaktować.

-  Niech   mi   pan   pomoże   -   powiedział   prosząco   Stromiński.   -   Nie   mogę   przecież 

pracować dla obcego wywiadu.

-  Wcale   pana   do   tego   nie   namawiam   -   uśmiechnął   się   Wrończak.   -   Jak   już 

wspomniałem,   porozumiem   się   w   pańskiej   sprawie   z   kolegami.   W   miarę   możliwości 

będziemy się starali otoczyć pana opieką. Jeżeli mam być szczery, to cała ta historia nie robi 

na mnie poważnego wrażenia. Myślę, że może to być jakiś kawał. W każdym razie obiecuję, 

że energicznie się tym zajmiemy.

Stromiński wstał.

- Bardzo dziękuję, panie poruczniku. Jestem panu ogromnie zobowiązany.

- Może pana odwieźć? - zaproponował Wrończak. - O ile się orientuję, pański instytut 

znajduje się dosyć daleko.

- Dziękuję - uśmiechnął się Stromiński - przyjechałem własnym wozem.

-  Odprowadzę   pana,   panie   inżynierze   -   powiedział   Górniak.   -   W   tych   naszych 

korytarzach można zabłądzić.

- Jakoś trafiłem. Sądzę, że do wyjścia także bym trafił. Ale jeżeli pan taki uprzejmy...

Przed komendą stał ciemnozielony opel. Górniaka aż zatkało. Tapicerka była szara.

- Pański wóz wygląda zupełnie jak nowy.

- Tak - przyznał Stromiński. - Właśnie w tych dniach odebrałem go z warsztatu. Był 

już trochę zniszczony. Zresztą kolor miał taki niepraktyczny, jasnoperłowy. To dobre, może 

nawet efektowne, ale na krótki czas. Co prawda przy tej okazji musiałem się wykosztować i 

kazałem zmienić tapicerkę. Czerwona nie pasowałaby do tej zieleni.

Górniak pociągnął dłonią po karoserii.

- Świetna robota. Gdzie pan wytrzasnął takiego fachowca?

Stromiński uśmiechnął się z zadowoleniem.

-  A   tak,   rzeczywiście   dobrze   to   zrobił.   Mam   takiego   zaufanego   człowieka   w 

Pruszkowie. Nie wiem, jak tam z innymi klientami załatwia, ale mnie zawsze bardzo solidnie 

wykonuje każdą pracę.

background image

-  O, to mnie ogromnie interesuje - powiedział z ożywieniem Górniak. - Właśnie za 

parę   miesięcy   mam   dostać   małego   fiata.   Kontakt   z   takim   warsztatem   byłby   dla   mnie 

ogromnie cenny.

Stromiński wyjął z kieszeni notes.

- Władysław Mańkowski. Zaraz panu zanotuję jego adres i telefon. W razie potrzeby 

może się pan na mnie powołać.

Górniak wziął kartkę, podziękował i wrócił na górę. Wrończak spojrzał podejrzliwie 

na kolegę.

- Co się stało? Co ci jest? Górniak przeciągnął dłonią po czole.

- Zwariowałem. Ja chyba kompletnie zwariowałem. Ratuj, Jureczku.

- Ale co, u licha, się stało? Mówże wreszcie.

-  Facet   parę   dni   temu   przemalował   swojego   jasnoperłowego   opla   na   kolor 

ciemnozielony. Czerwoną tapicerkę kazał zmienić na szarą.

- Nie opowiadaj głupstw.

-  Jak Boga kocham - Górniak uderzył  się w piersi. - Na własne oczy widziałem. 

Chyba, że mam szmergla.

- Widziałeś?

- Tak jak ciebie w tej chwili.

- Niebywałe. Co to znaczy?

- A czort go wie. Daję ci słowo, że jak to zobaczyłem, o mało szlag mnie nie trafił. 

Jeden pod Górą Kalwarią, drugi w Pruszkowie.

- Wziąłeś od Stromińskiego adres warsztatu?

-  Jasne. - Górniak położył  kartkę na biurku. - Zapisał mi. Powiedziałem,  że mam 

dostać fiata i że taki kontakt z dobrym warsztatem bardzo mnie interesuje.

- Jest i telefon - powiedział Wrończak. - Natychmiast tam zadzwoń.

Górniak usiadł i nakręcił numer. W słuchawce posłyszał basowy nieco schrypnięty 

głos:

- Warsztaty samochodowe. Mówi Mańkowski. Słucham?

- Czy można dać panu wóz do generalnego remontu?

-  Na razie nie ma mowy.  Jestem zawalony robotą. Do października,  listopada nie 

przyjmuję żadnych zamówień. Do widzenia.

Górniak odłożył słuchawkę.

- Nie żadna lipa. Warsztat jest. Mańkowski także jest. Wszystko gra.

background image

Wrończak   oparł   podbródek   na   zaciśniętych   pięściach   i   pogrążył   się   w   zadumie. 

Odezwał się dopiero po dłuższej chwili..

- Tak mi się zdaje, że ktoś chce nas zrobić w konia. Rozległo się stukanie do drzwi. 

Wszedł sierżant Wiśniewski.

-  Obywatelu   poruczniku,   melduję,   że   sprawdziłem.   Żaden   wóz   nie   został 

zarejestrowany   na   nazwisko   Zenona   Waliszewskiego,   nie   ma   też   takiego   numeru 

rejestracyjnego. Wszystko lipa.

- Spodziewałem się tego - pokiwał głową Wrończak. - Dziękuję wam.

Po wyjściu sierżanta, Górniak skłopotany podrapał się za uchem.

- No i co ty na to? Wrończak wzruszył ramionami.

- Już ci powiedziałem. Ktoś chce nas zrobić w konia. Ale my się tak łatwo nie damy. 

Na razie muszę wysłać ten list do Koszalina.

- Do Koszalina? - zdziwił się Górniak.

- Tak. Wyślemy wewnętrzną linią list do komendy w Koszalinie. W kopercie będzie 

druga koperta, adresowana do Staszka Kornickiego. Komenda koszalińska nada ten list do 

Staszka.

Górniak pokręcił głową.

- Nic z tego wszystkiego nie rozumiem.

- Nie szkodzi - uśmiechnął się Wrończak. - Później ci wytłumaczę.

Teraz   muszę   lecieć   do   pułkownika.   Nie   mogę   przecież   tak   zostawić   sprawy 

Stromińskiego.

Tego   się   zupełnie   nie   spodziewali.   To   spadło   na   nich   jak   przysłowiowy   grom   z 

jasnego nieba. Z samego rana wezwał ich obydwu pułkownik.

- Siadajcie. Mam złe wiadomości. Inżynier Stromiński w szpitalu.

- W szpitalu?! - wykrzyknęli zgodnym chórem.

- Tak. Wczoraj w nocy znaleziono go nieprzytomnego na ulicy. Pogotowie odwiozło 

go do szpitala.

- Ale, na miłość boską, co się stało? - dopytywał się Wrończak.

-  Przed   chwilą   miałem   telefon   -   wyjaśnił   pułkownik.   -   Nie   znam   szczegółów. 

Stromiński został napadnięty i poraniony.

- Jedziemy do szpitala - zadecydował Wrończak.

- To właśnie chciałem wam zasugerować. Jedźcie, nie traćcie czasu.

.

background image

Długie, błyszczące farbą korytarze, białe fartuchy, dziewczęta w białych czepkach. 

Szpital.

Dyżurny lekarz przyjął ich uprzejmie, choć z pewną rezerwą.

- Proszę panów do mojego pokoju.

Zniszczone biurko, parę krzeseł, wygnieciona kozetka i półka z książkami.

- Jak to się stało? - spytał Wrończak. Lekarz wzruszył imionami.

- Nie byłem przy tym, proszę panów. Rannego znaleziono na ulicy w Ursynowie. To 

nowa dzielnica, stosunkowo słabo oświetlona.

- Jaki stan?

-  Stan   chorego   nie   budzi   obaw.   Ogólne   obrażenia   ciała.   Najgroźniejsze   było   to 

pchnięcie nożem i gdyby nie szerokie, solidne szelki...

- Szelki? - Wrończak przerwał zdziwiony. Sam nie wiedział dlaczego, ale szelki jakoś 

dziwnie nie pasowały mu do inżyniera Stromińskiego.

-  Właśnie - potwierdził lekarz - Nóż ześliznął się po szelkach i prawdopodobnie to 

uratowało życie temu człowiekowi.

- Kto go znalazł?

- Nie wiem. Jacyś przechodnie. Zaalarmowali pogotowie.

- Czy można z nim porozmawiać? Lekarz był niezdecydowany.

- Nie bardzo to wskazane. Stosunkowo niedawno odzyskał przytomność...

- Tylko parę minut, panie doktorze - zapewniał Wrończak.

- Zgoda. Ale tylko parę minut. Nie należy go męczyć. Stromiński był bardzo blady. 

Bandaże opasujące jego głowę pogłębiały jeszcze tę bladość. Na widok znajomych twarzy 

uśmiechnął się z wysiłkiem.

-  Dzień dobry,  panie poruczniku. Widzi  pan... to się szybciej  stało, niż mogliśmy 

przypuszczać. Jednak... - Urwał i bezgłośnie poruszał wargami.

- Czy może pan mówić? - spytał Wrończak.

- Tak... Trochę mi trudno, ale mogę.

- Co pan robił na Ursynowie?

- Mieszka tam mój kuzyn. Byłem u niego na brydżu. Zasiedzieliśmy się. Było już po 

pierwszej...

- Pojechał pan wozem?

- Tak.

- W jakim momencie pana napadli?

background image

-  Kiedy wsiadałem do wozu. Kiedy otwierałem... Nie mogłem się bronić. Było ich 

kilku.

- Czy zauważył pan twarz któregoś napastnika?

- Skądże. Było ciemno. A poza tym napadli na mnie z tyłu. Poczułem tylko uderzenie 

w głowę i straciłem przytomność.

-  W takim razie na czym opiera pan swoje twierdzenie, że napastników było kilku? 

Skoro zaatakowali pana od tyłu...

-  Nie wiem. Doprawdy nie wiem. Tak mi się jakoś wydało, ale być może był tylko 

jeden. Musieli się dowiedzieć, że byłem u panów i dlatego...

Weszła pielęgniarka.

- Proszę nie męczyć chorego rozmową. Wizyta skończona.

Wyszli. Wrończak odszukał lekarza.

- Miałbym do pana prośbę, panie doktorze.

- Słucham?

-  Chodzi   mi   o   to,   żeby   temu   rannemu   pobrać   krew   i   przeprowadzić   bardzo 

szczegółowe  badanie. Jeżeli  w tej chwili  nie dysponujecie  odpowiednimi  fachowcami,  to 

natychmiast przyślemy kogoś z Zakładu Medycyny Sądowej.

Lekarz uważnie przyjrzał się mówiącemu.

- To zbyteczne, panie poruczniku. Możemy wykonać każde badanie krwi. Proszę tylko 

dokładnie sprecyzować, o co panu chodzi.

- Może przejdziemy do pańskiego gabinetu - powiedział Wrończak. - Wolałbym nie 

na korytarzu.

.

Wóz inżyniera  Stromińskiego  stał na podwórzu komendy dzielnicowej  Warszawa-

Mokotów. Wrończak wraz z Górniakiem oglądali go uważnie.

- Odciski palców zdjęte? - spytał Wrończak.

- Tak jest, obywatelu poruczniku - odparł służbiście sierżant Gołębiowski, asystujący 

przy oględzinach. - To była pierwsza rzecz, o której pomyśleliśmy. Przyjechała ekipa. Zdjęli 

linie papilarne i z karoserii, i wewnątrz wozu. Solidna robota.

Wrończak z aprobatą pokiwał głową.

- To świetnie. Powiedzcie mi kto przeszukiwał wóz?

- Ja, obywatelu poruczniku.

- Znaleźliście coś interesującego?

background image

-  Właściwie nic specjalnego. Tylko taką małą tekturkę, nie tekturkę... - Sięgnął do 

kieszeni. - O właśnie to.

- Opakowanie po jednorazowej strzykawce - powiedział Wrończak.

-  I mnie się tak wydało - przytaknął skwapliwie sierżant. - Próbowali zdejmować z 

tego odciski palców, ale nie wyszło.

- No to co? Idziemy? - spytał zniecierpliwiony Górniak.

Wrończak zamyślił się. Nie od razu odpowiedział.

-  Tak, idziemy.  Chciałbym tylko, żeby Mańkowski z Pruszkowa obejrzał ten wóz. 

Chyba pozna swoją robotę.

Kiedy wracali do komendy, Górniak powiedział:

- Wiesz co, Jureczku? Dla mnie ta cała sprawa śmierdzi na kilometr.

- Nie mam zamiaru się z tobą spierać - odparł Wrończak.

Rozdział XI

Kornicki bardzo się zmienił. Schudł, zmizerniał, wyglądał tak, jakby mu przybyło co 

najmniej   z   dziesięć   lat.   Jego   zawsze   pełna   życia   i   energii   twarz   wyrażała   rezygnację   i 

obojętność. Był  zupełnie  spokojny.  Mogło się zdawać, że pogodził  się z losem,  odrzucił 

jakąkolwiek myśl o walce.

Przywitał   przyjaciela   z   uprzejmym   uśmiechem   i   zaproponował   kieliszek   winiaku. 

Wrończak odmówił. Nie był w nastroju do picia alkoholu. Zgodził się na szklankę herbaty.

Podczas gdy Kornicki krzątał się w kuchni, Wrończak długimi krokami przemierzał 

pokój i w zamyśleniu pocierał dłonią kark. Czuł się nieswojo. Miał ogromną ochotę dodać 

Staszkowi trochę otuchy, wydobyć go z tej beznadziejnej apatii. Nie miał jednak odwagi. Po 

pierwsze, człowiek znajdujący się w tym stanie ducha co Kornicki mógł zdobyć się na jakieś 

zupełnie nieobliczalne w skutkach posunięcie, a po drugie, wszystkie te hipotezy były wciąż 

tylko hipotezami. A jeżeli sprawa wygląda zupełnie inaczej? Jeżeli całe jego rozumowanie 

okaże się w rezultacie oparte na fałszywych przesłankach? To co wtedy? Czy powinien robić 

Staszkowi   jakiekolwiek   nadzieje,   jeżeli   nie   ma   stuprocentowej   pewności   sukcesu?   Ale   z 

drugiej   strony,   chcąc   prowadzić   tę   grę,   musi   Staszka   wtajemniczyć,   namówić   go   do 

współpracy.

Wszedł Kornicki z herbatą. Postawił szklanki na stoliczku i spytał:

- Masz ochotę na jakieś herbatniki, a może trochę dżemu z czarnych porzeczek?

- Daj spokój - uśmiechnął się Wrończak. - Żadnych słodyczy. Odchudzam się. Sama 

herbatka w zupełności wystarczy, nawet bez cukru.

Kiedy usiedli w fotelach, Kornicki spojrzał na przyjaciela.

background image

-  Jak ci leci? - spytał siląc się na pogodny ton. Wrończak z zapałem dmuchał na 

gorącą herbatę.

- Nie narzekam. Roboty dużo, ale jakoś się ląduje. Robię, co mogę, żeby ci poprawić 

humor. Zebrałem już sporo materiału w twojej sprawie. Mam nadzieję, że niedługo zmienisz 

swój   pesymistyczny   światopogląd.   Wypływają   coraz   to   nowe   elementy.   To   bardzo 

skomplikowana sprawa, ale chyba razem z Górniakiem damy sobie jakoś radę.

- Może byś mi coś powiedział na ten temat? - zaproponował Kornicki.

Wrończak potrząsnął głową.

-  Wolę nic nie mówić, dopóki cała historia nie będzie zupełnie klarowna. Boję się 

zapeszyć. Wiesz, że jestem trochę przesądny, ale miałbym do ciebie pewną prośbę.

- Mów, o co chodzi.

Herbata już nieco ostygła, Wrończak siorbnął spory łyk.

- Otóż tak... Chciałbym, Stachu, żebyś się rozchorował.

- Dziękuję. Tego mi jeszcze brakuje.

-  Czekaj,   czekaj...   -   Wrończak   znowu   sięgnął   po   szklankę   z   herbatą.   -   Co   by   tu 

wykombinować? Teraz mamy lato w całej pełni. Grypa raczej nie wchodzi w rachubę. Mam! 

- wykrzyknął triumfalnie. - Najlepsze będzie zatrucie pokarmowe.

-  Chcesz mnie zaprosić na obiad do którejś restauracji kategorii „S”? - skrzywił się 

Kornicki.

- Skądże znowu. - Wrończak był bardzo podekscytowany własnym pomysłem. - Nie 

wybieram   się z  tobą  do  żadnej  knajpy.  Symulacja.  Rozumiesz?  Będziesz   symulował.   Bo 

widzisz...

- Po jakiego diabła? - zniecierpliwił się Kornicki.

- Powoli, daj mi skończyć. Zatrucie będzie najlepsze. Nikt nie sprawdzi, czy cię boli 

brzuch, czy nie. Położysz się do łóżka, wezwiesz lekarza, niech ci przepisze jakieś lekarstwa, 

poprosisz ciotkę, żeby poszła do apteki... Tylko nie zażywaj tych wszystkich świństw, bo się 

naprawdę   możesz   rozchorować.   Liczę   na   twoją   ciocię,   która   na   pewno   nie   omieszka 

zawiadomić o tej chorobie wszystkich znajomych i tak zwanych „przyjaciół”.

- Tylko po jakiego czorta ta cała idiotyczna komedia? - zdenerwował się Kornicki.

Wrończak uśmiechnął się.

- Liczę, Stachu, na twoje zdolności aktorskie. Oczywiście, że muszę cię wtajemniczyć 

w tę grę. Posłuchaj...

.

background image

Wymizerowany był dostatecznie. Dwa dni leżenia w łóżku dodatkowo go osłabiły. 

Czytał „Potop” i czekał na dalszy rozwój wypadków.

Trzeciego dnia przyszła go odwiedzić Krystyna.

- Biedaku. Tak cię wzięło - powiedziała współczująco.

-  Ledwo żyję - jęknął żałośnie Kornicki, podciągając pod brodę kołdrę. - Wybacz, 

Krysiuniu, że cię przyjmuję w takim negliżu, ale...

- Oszalałeś? Co ty wygadujesz? Jesteś przecież ciężko chory. Był lekarz?

-  Był.   Zapisał   mi   całą   aptekę.   Spójrz.   -   Bezwładnym   ruchem   ręki   wskazał   stolik 

zastawiony medykamentami.

- Ale co ci właściwie jest?

- Bo ja wiem. Chyba się strułem.

- A co powiedział lekarz?

- Powiedział, że zatrucie.

- Ale coś ty zjadł? Co ci tak zaszkodziło? Kornicki wzruszył ramionami.

- Diabli wiedzą. Może ta ryba w galarecie, może tatar.

- Zwariowałeś?! Kto w lecie je tatara?

-  Jakoś nie pomyślałem. Byłem taki zajęty czym  innym... Ale dziękuję ci bardzo, 

Krysiuniu, że mnie odwiedziłaś. Jesteś ogromnie kochana.

- Jak tylko dowiedziałam się od twojej cioci, to zaraz przybiegłam.

- Poczciwa z ciebie dusza.

-  Chorych   należy   odwiedzać   -   uśmiechnęła   się   Krystyna.   -   Może   ci   coś   trzeba 

załatwić?

-  Nie. Bardzo dziękuję. Nic mi nie trzeba. Ciocia już wszystko załatwiła. Ona do 

takich rzeczy jedyna.

- Wymizerowałeś się, biedaku.

- Cóż chcesz. Dwie noce prawie nie spałem... Ale, ale, był dzisiaj u mnie listonosz z 

poleconym. Tak się fatalnie czułem, że nawet nie zdołałem przeczytać. Bądź taka dobra i daj 

mi go. Leży tam, na telewizorze.

Krystyna wstała i sprężystym krokiem podeszła do telewizora.

- Z Koszalina - powiedziała. Kornicki zrobił zdziwioną minę.

- Z Koszalina? Pokaż. - Ze zwyczajnej, niebieskiej koperty wyjął kartkę papieru, jakby 

wydartą ze szkolnego zeszytu, przeczytał i skrzywił się. - E, to jakiś kawał.

Krystyna spojrzała na niego pytająco.

- Co się stało? Jakieś przykrości?

background image

-  Nie. Nic przykrego. Wyobraź sobie, pisze do mnie jakiś facet z Koszalina, że ma 

egzemplarz powieści, którą napisała Olga. Nieprawdopodobne.

- Można przeczytać? - spytała Krystyna.

- Oczywiście. Bardzo cię proszę.

Przebiegła oczami nieporadne, kulfoniaste litery.

- Można przypuszczać, że to pisał stary człowiek albo małe dziecko. Czy słyszałeś o 

tym, żeby Olga napisała jakąś powieść?

Potrząsnął energicznie głową.

- Nie. Skąd ten facet, u diabła, ma mój adres? Skąd w ogóle wie o moim istnieniu?

-  Może od Olgi - podsunęła Krystana. - Nie mówiła  ci nigdy o znajomym,  który 

mieszka w Koszalinie?

- Czekaj. Jak on się nazywa? Krystyna spojrzała na podpis.

- Feliks Siemantowicz.

-  Siemantowicz?  Feliks?   Nigdy  w  życiu  nie   słyszałem  o  takim  facecie.   No  cóż... 

Trzeba będzie do niego napisać. Albo może pojadę do Koszalina...

-  Najpierw  musisz  wyzdrowieć.  Nie   możesz  z   chorym  żołądkiem  wybierać   się  w 

podróż.

Kornicki pokiwał głową.

- Co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Dzisiaj nie miałbym nawet siły dowlec się na 

dworzec. Ale swoją drogą to zastanawiająca historia. Olga, powieść, Siemantowicz... Nic nie 

rozumiem.

-  Na razie leż spokojnie i niczym  się nie denerwuj - powiedziała autorytatywnym 

tonem Krystyna. - Masz coś do czytania?

- Czytam „Potop”. W razie choroby to zawsze niezawodna lektura.

- No to trzymaj się, Stachu. Muszę już lecieć. Gdyby ci było czegoś potrzeba, dzwoń.

Rozdział XII

Mdły zapach wódki i piwa porozlewanego na brudnych stolikach. Powietrze szare od 

tytoniowego dymu. Zmęczone kelnerki sennie snują się po sali. Twarze blade, zrezygnowane, 

oczy   podkrążone.   Ludzie,   którzy   tu   przyszli   i   wytrwale   siedzą   do   późna,   usiłują   sobie 

dowieść, że używają życia.

Przy stoliku pod oknem siedzi stary człowiek. Twarz obrzękła, oczy przekrwione, 

wargi popękane. Długie siwe włosy posklejane w niechlujne strączki spadają mu na pokryte 

potem   czoło.   Jest   pijany.   Naprzeciwko   siedzi   gładko   uczesany   brunet,   pachnący   wodą 

kolońską w dobrym gatunku.

background image

- Już późno, panie profesorze. Czas do domu. Odprowadzę pana i zabiorę rękopis.

-  Jeden by tak, drugi by inaczej, panie tego - bełkocze pijany.  - Każdy ma swoje 

przyjemności   w   tym   zafajdanym   życiu.   Jeden   lubi   wątróbkę   z   cebulką,   a   drugi   na   ten 

przykład blondynki. Ja jestem Siemantowicz, Feliks Siemantowicz. Feliks znaczy szczęśliwy. 

Po łacinie, kochanku, po łacinie. Znasz łacinę? Znasz gramatykę? Wiesz, co to jest ablativus 

absolutus albo accusativus cum infinitivo?? No, powiedz. Wiesz czy nie wiesz?

- Nie uczyłem się łaciny, panie profesorze.

-  A pewnie. Czego  was teraz  w tych  szkołach  uczą?  Wszystko  ignoranci,  nieuki, 

zwykłe durnie. Zwykłe durnie, powiadam.

- Już późno - powtórzył brunet. - Odprowadzę pana i zabiorę ten rękopis.

- Jaki znowu rękopis? A... rękopis... Powieść. Dobra powieść. Mój Boże... taka młoda 

dziewczyna... Oj, życie, życie. Dziś się żyje, jutro gnije, A tobie co do tego? Po co ci rękopis?

-  Mówiłem już panu, panie profesorze, że nazywam się Tomasz Majewski i jestem 

kuzynem tragicznie zmarłej Olgi Wierzbickiej. Chcę odebrać od pana rękopis tej powieści. To 

pamiątka rodzinna po biednej Oldze.

Stary niepewną ręką sięgnął po butelkę i napełnił kieliszki.

- No to napijmy się, drogi kuzynie. Twoje zdrowie. Brunet nie tracił cierpliwości.

-  Pan mnie źle zrozumiał, panie profesorze. Ja nie jestem pańskim kuzynem tylko 

Olgi, Olgi Wierzbickiej.

W zamglonych oczach pijanego starca błysnęło coś jakby przebłysk świadomości.

-  A skądże ja mogę wiedzieć, czy ty jesteś kuzynem Olgi, czy nie? Kuzyn. Każdy 

może tak powiedzieć.

- Po co miałbym pana wprowadzać w błąd?

-  Po co. Czy ja wiem po co? Czy to w ogóle wiadomo po co ludzie bez przerwy 

kłamią? Kłamstwo jest, kochanku, tak stare jak świat. Już człowiek jaskiniowy umiał kłamać. 

A jeżeli dobrze się przyjrzymy historii ludzkości... Czy ty w ogóle znasz historię powszechną 

albo choćby tylko Polski?

- Tak... Trochę...

- Trochę, trochę... - przedrzeźniał stary. - Założę się, że o niczym nie masz zielonego 

pojęcia. Wy, młodzi, przeważnie nie macie o niczym  pojęcia. Czy wiesz na przykład, co 

napisał Wacław Potocki?

- Nie przypominam sobie w tej chwili. Pijany profesor zarechotał.

-  Ani w tej, ani w żadnej innej sobie nie przypomnisz. A dlaczego? Dlatego, że po 

prostu nie wiesz i nigdy nie wiedziałeś. Ot, co. Kelner, wódki! - wykrzyknął niespodziewanie. 

background image

- Ja stawiam. A Wacław Potocki, kochanku, między innymi, napisał „Wojnę Chocimską”. 

Wiesz już teraz? „Wojnę Chocimską”.

- Teraz już wiem - przytaknął zgodnie brunet.

- Wiem, że nic nie wiem. Czego was w tych szkołach teraz uczą? Łaciny ani w ząb, 

historii literatury ani w ząb, historii powszechnej ani w ząb. Nic. Ani w ząb. Nieuki. Same 

nieuki. Wszędzie. Gdzie się człowiek obróci same nieuki. A łacina to podstawa, pod - sta - 

wa, drogi kuzynie. Powiedz mi, kochanku, po jakiego czorta nosisz tę perukę?

Pytanie to padło tak nieoczekiwanie, że brunet się zmieszał.

- Ja nie noszę żadnej peruki...

-  Opowiadasz - roześmiał się Siemantowicz. - Wypić wypiłem, troszkę sobie nawet 

podpiłem, ale nie do tego stopnia, żebym nie widział, że masz na łbie perukę. Chcesz, to 

spróbujemy. - Żylasta ręka wyciągnęła się w kierunku przylizanych czarnych włosów.

Brunet cofnął się gwałtownie. - Proszę mnie nie ruszać.

- A widzisz - śmiał się w dalszym ciągu profesor.

- Boisz się, kochasiu, tu błysnąć łysiną. Byłoby przedstawienie pierwszej klasy. Pal 

sześć. Co mnie w końcu obchodzi, czy nosisz perukę, czy nie. No... kończymy tę wódkę i 

maszerujemy do domu. Golnij sobie. Jeszcze masz tu kawałek śledzia na zakąskę.

- Dziękuję. Już nie mogę.

-  A ja mogę, kochasiu. Feliks Siemantowicz zawsze może. Za kołnierz nie wylewa, 

panie tego. Dobranoc. A tę powieść Olgi to ty sobie wybij z głowy. Żadnego rękopisu ode 

mnie nie dostaniesz. Kelner! Płacić!

- Pan pozwoli, panie profesorze, że ja ureguluję. Siemantowicz protestująco zamachał 

rękami.

- Obejdzie się. Ja piję, ja płacę. A zresztą od takich gówniarzy, którzy nie wiedzą, co 

to jest ablativus absolutus, żadnych fund nie przyjmuję. Kelner! Płacić! Odpływamy. Cześć 

pracy.

.

Dopóki profesor Siemantowicz przebywał w zadymionej, cuchnącej piwem i ludzkim 

potem sali restauracyjnej, jakoś się trzymał. Kiedy jednak znalazł się na świeżym powietrzu, 

wypita wódka rozebrała go solidnie. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, zataczał się, miał 

ogromną ochotę usiąść sobie gdzieś pod murem i trochę odpocząć. Z największym wysiłkiem 

oparł się tej pokusie i dzielnie sunął ku swej kwaterze, nie będąc zupełnie pewien, czy idzie 

we właściwym kierunku. Wreszcie dobrnął jakoś i zabrał się do otwierania drzwi. Nie było to 

rzeczą łatwą, ale i z tym się niebawem uporał.

background image

W  pokoju  panował  straszliwy  nieład.   Wszędzie  walały  się papiery,   książki,  różne 

części garderoby, resztki jedzenia, butelki po wódce. W kącie pod ścianą stał tapczan, a raczej 

brudny, rozbabrany barłóg.

Siemantowicz   odchrząknął   i   nagle,   nadspodziewanie   czystym   głosem,   odśpiewał 

fragment arii ze „Strasznego Dworu”. Po czym zatoczył się, w ostatnim momencie odzyskał 

równowagę i zaczął się rozbierać. Nie szło mu to łatwo - i marynarka, i kamizelka sprawiały 

mu niemało kłopotu.

- Czyżbym się zalał? - mruczał, walcząc z opornym rękawem. - Nie do wiary. Przecież 

prawie nic nie piłem. To ta pogoda tak na mnie fatalnie działa. Znowu zanucił, tym razem 

„Góralu, czy ci nie żal...” - Ten pętak myślał, że mnie upije. Niedoczekanie. Już taki frajer to 

ja nie jestem. I taki gówniarz wyobrażał sobie, że mnie owinie dookoła małego palca. A 

nawet nie wie co to accusativus cum infinitivo. Niech go wszyscy diabli. Jeszcze się taki nie 

narodził,  kto by Feliksa Siemantowicza  do wiatru wystawił.  No, czort z nim.  Trzeba się 

położyć. Miałem dzisiaj pracowity dzień. Pracowity? A co właściwie takiego robiłem? Nie 

pamiętam. Mniejsza o to. Jutro sobie przypomnę. Feluś, do łóżeczka. Już najwyższy czas.

Monolog został zakończony głośnym ziewnięciem. Profesor przeciągnął się, zgasił 

światło i nie zdejmując butów, runął na posłanie. Zasnął ciężkim, pijackim snem.

Cisza.   I   nagle...   Ostrożnie,   bardzo   ostrożnie   otworzyły   się   drzwi.   Wszedł   jakiś 

człowiek  w  ciemnym   płaszczu.   Szybkim,  skradającym   się  krokiem   zbliżył  się  do  okna   i 

zamknął je dokładnie, rzucając czujne spojrzenia na śpiącego profesora. Następnie podszedł 

do kuchenki gazowej umieszczonej we wnęce. Postawił na niej imbryk z wodą, naciągnął na 

twarz maskę przeciwgazową i odkręcił wszystkie kurki. W tym samym momencie rozległ się 

energiczny, rozkazujący głos:

- Ręce do góry!

Zabłysło światło. Pistolet gotowy do strzału wyjaśnił sytuację.

Wrończak, nie spuszczając z oczu mordercy, błyskawicznie zakręcił kurki od gazu, 

otworzył okno i zdarł nocnemu gościowi maskę z twarzy i czarną perukę.

- O, co za spotkanie - udał radosne zdziwienie. - Pan Zajbert we własnej osobie. Co za 

niespodzianka!   Widzę,   że   pan   nie   tylko   wyrabia   piękne   ramy   do   obrazów,   ale   również 

urządza   sobie   od   czasu   do   czasu   ćwiczenia   przeciwgazowe.   Pomówimy   na   ten   temat 

obszerniej. Na razie proszę... Nie, nie z przodu. Z tyłu rączki. O tak, znakomicie. Bardzo się 

cieszę, że nie utrudnia mi pan pracy.

.

background image

Przeszukanie   przeprowadzone   w   pracowni   Eugeniusza   Zajberta   dało   sensacyjne 

rezultaty.   W   niektórych   ramach,   doskonale   dobranych   do   obrazów,   znaleziono   misternie 

sporządzone   maleńkie   skrytki,   w   których   można   było,   nie   budząc   niczyich   podejrzeń, 

umieszczać na przykład mikrofilmy lub inne materiały informacyjne.

Wrończak z zadowoleniem zacierał ręce.

- Dobijamy. Rozumiesz, chłopie, co to znaczy? Kończymy. A jednak miałem dobrego 

nosa.

- Zobacz, co znalazłem w tym kredensiku między różnymi  szmatami  - powiedział 

Górniak.

Wrończak   aż   gwizdnął   przeciągle   oglądając   maskę   sporządzoną   z   cieniusieńkiej 

gumy, nakrapianej drobnymi brązowymi plamkami.

- Fantastyczna! Co za precyzyjna robota. Założę się, że to albo zachodnioniemieckie 

albo japońskie.

- Moglibyśmy szukać tego cętkowanego do takiej śmierci - roześmiał się Górniak. - 

Dobry numer, nie?

-  Znakomity.   Będziemy   to   musieli   oddać   do   muzeum   Zakładu   Kryminalistyki. 

Niesamowita historia. Przecież to jest tak cienka guma...

- A my byliśmy przekonani, że rzeczywiście facet chory na wątrobę.

- Oczywiście - przyznał Wrończak - Początkowo ja także byłem pewien. Później już 

mi   coś   zaczęło   świtać,   że   to   może   jakaś   mistyfikacja,   ale   raczej   przypuszczałem,   że   się 

charakteryzuje. Nie sądziłem, że można spreparować taką misterną maskę.

Górniak pokiwał głową.

-  Rzeczywiście.  Ale trzeba przyznać, że facet nam namieszał.  Tu cętkowany,  tam 

cętkowany. Kompletnie nas skołował. Przesłuchiwałeś go już?

- Oczywiście. Na razie nic nie chce gadać. Zaczekamy, aż trochę skruszeje. Posiedzi, 

poduma   i   za   parę   dni   będzie   inna   rozmowa.   Zresztą   i   my   będziemy   mieli   dodatkowe 

argumenty. Na to trzeba czasu.

- Weźmiemy się za dziewczynę?

- Chyba tak.

.

Była bardzo pewna siebie, nonszalancka. Usiadła, założyła nogę na nogę i nie pytając 

o pozwolenie, zapaliła papierosa. Z pogardliwym uśmiechem przyglądała się Wrończakowi.

-  A więc jednak miałam dobrego nosa, że ta nasza randka nie była  taka zupełnie 

bezinteresowna - powiedziała po chwili. - Gratuluję, panie poruczniku. Zrobił mnie pan, jak 

background image

to się mówi.  Moje uznanie.  I ten numer  z listem z Koszalina  także  był  pierwszorzędny. 

Dobrze pomyślane. Jest pan zdolnym  człowiekiem. No cóż... na tym  polega gra. Raz się 

wygrywa, raz się przegrywa.

Wrończak   cierpliwie   wysłuchał   tej   przemowy.   Wiedział   doskonale,   że   za   tymi 

pozornie swobodnymi, żartobliwymi słowami kryje się strach.

- Proszę mi powiedzieć, od jak dawna pracuje pani dla obcego wywiadu?

Pogardliwie wydęła wargi.

-  Chyba nie ma sensu, żebyśmy tracili czas na tę rozmowę. Przecież to nie pański 

resort. Itak te wszystkie pytania będzie mi zadawał kto inny.

Wrończak uśmiechnął się.

-  O tym to ja doskonale wiem. Chciałem tylko w rozmowie z panią dowiedzieć się 

czegoś o Annie Kornickiej, ale jeżeli pani tak sprawę stawia...

-  Właśnie   tak   sprawę   stawiam.   Nie   znoszę   powtarzania   w   kółko   jednego   i   tego 

samego. Wszystkie zeznania złożę w odpowiednim czasie w obecności powołanej do tego 

osoby.

Wrończak   ruchem   ręki   wskazał   szczupłego   mężczyznę,   siedzącego   pod   oknem   i 

pozornie pogrążonego w lekturze „Życia Warszawy”.

- Wobec tego oddaję panią pod opiekę majora Proteckiego ze Służby Bezpieczeństwa.

Major złożył wolno gazetę, wsunął ją do kieszeni i powiedział:

- Pani pozwoli ze mną.

.

Eugeniusz Zajbert zachowywał się spokojnie, nie próbował nadrabiać miną czy też 

okazywać nonszalancji.

Był   poważny,   milczący.   Zdawał   sobie   doskonale   sprawę   z   sytuacji,   w   jakiej   się 

znalazł i wiedział, że niewiele ma na swoją obronę.

- Jak dawno pracuje pan dla obcego wywiadu? - spytał Wrończak.

- Nie pamiętam. Może od dwóch lat, może dawniej. To chyba nie ma znaczenia.

-  Jeżeli   ja   o   coś   pytam,   to   znaczy,   że   to   ma   znaczenie   -   stwierdził   energicznie 

Wrończak. - Proszę mi powiedzieć, czy pan zamordował Olgę Wierzbicką, czy też zrobił to 

jej narzeczony, Edward Stromiński.

Zajbert skrzywił się pogardliwie.

- Ten mydłek?

background image

- Więc pan? - nalegał Wrończak. - Pan otruł Olgę Wierzbicką pozorując samobójstwo. 

To samo chciał pan zrobić z profesorem Siemantowiczem. Także gaz. To widocznie pański 

ulubiony system.

-  Do niczego się nie przyznaję - powiedział Zajbert. - Jeżeli chodzi o tego starego 

pijaka, to rzeczywiście można to uznać za usiłowanie zabójstwa, ale tylko usiłowanie.

-  Chciał się pan pozbyć  niewygodnego świadka, a jednocześnie odebrać od niego 

kopię   powieści   Olgi   Wierzbickiej.   Chodziło   o   ten   kompromitujący   fragment,   z   którego 

skorzystaliście, żeby upozorować jej samobójstwo.

Zajbert był w dalszym ciągu spokojny.

- Nikt mi nie dowiedzie, że to ja zabiłem tę dziewczynę.

-  To się jeszcze okaże - uśmiechnął się nieprzyjemnie Wrończak. - Niech pan nie 

zapomina, że ma pan wspólników. Ludzie tego pokroju nie mają sentymentów i trudno liczyć 

na ich lojalność. Każdy broni własnej skóry. Sypią, proszę pana, sypią.

Zajbert   nie   zareagował,   ale   widać   było,   że   te   słowa   zrobiły   na   nim   wrażenie. 

Najwyraźniej nie był pewny swoich wspólników.

- To pan zastrzelił Kazimierza Woźnickiego - powiedział po chwili Wrończak.

- Ja nikogo nie zastrzeliłem. To jakaś insynuacja. Wrończak potrząsnął głową.

- Nie, to nie jest insynuacja. To są fakty. W „Mesie”, rybnej restauracji znajdującej się 

przy Placu Zbawiciela, zjadł pan obiad w towarzystwie Edwarda Stromińskiego i Kazimierza 

Woźnickiego. Wtedy oczywiście miał pan na twarzy to... - Wrończak wyjął z szuflady biurka 

gumową maskę nakrapianą brązowymi cętkami.

Zajbert pobladł. Chciał coś powiedzieć, ale przygryzł tylko dolną wargę.

-  Parokrotnie   występował   pan   w   tej   znakomicie   wykonanej   masce   -   mówił   dalej 

Wrończak. - I przyznaję, że w pewnym  stopniu wprowadził nas pan w błąd. Szukaliśmy 

człowieka   z   twarzą   pokrytą   wątrobianymi   plamami.   Ale   wróćmy   do   sprawy   zabójstwa 

Kazimierza Woźnickiego. To on fotografował Annę Kórnicką w tej spelunie w Konstancinie. 

Podczas obławy znaleźliśmy aparat z odciskami jego palców. W pewnym momencie musiał 

stać   się   dla   was   niewygodny   i   postanowiliście   go   zlikwidować.   Wtedy,   w   tej   „Mesie”, 

spiliście   go   i   wsadziliście   na   wpół   przytomnego   do   opla.   Perłowa   karoseria,   czerwona 

tapicerka. Potem zastrzeliliście Woźnickiego, a ciało wrzuciliście do Wisły, licząc na to, że 

nie zostanie tak prędko znalezione i że rozkład zwłok będzie znacznie zaawansowany, co 

ogromnie utrudni identyfikację. Tymczasem stało się inaczej. Zwłoki wyłowiono stosunkowo 

bardzo szybko pod Modlinem. Mogliśmy nawet bez trudu uzyskać odciski palców denata. 

Obawiając   się,   że   ktoś   widział,   jak   wpakowywaliście   do   waszego   opla   Woźnickiego, 

background image

kazaliście   przemalować   wóz   na   kolor   ciemnozielony   i   zmienić   tapicerkę   na   szarą. 

Niewykluczone,   że   na   tapicerce   były   ślady   krwi.   Wprawdzie   przy   tego   typu   ranie 

postrzałowej krwawienie jest stosunkowo niewielkie, ale ślady krwi na pewno mogły być 

widoczne. W warsztacie samochodowym, znajdującym się w okolicach Góry Kalwarii znowu 

wystąpił   pan   jako   człowiek   z   cętkowaną   twarzą.   Żeby   nas   całkowicie   zdezorientować, 

Stromiński,   będący   właścicielem   identycznego   opla,   kazał   przemalować   swój   wóz   w 

warsztacie   w   Pruszkowie,   także   na   kolor   ciemnozielony   i   tapicerkę   także   dał   szarą... 

Przyznaję, że to było zgrabne posunięcie. - Wrończak odetchnął, zapalił papierosa i spytał: - 

Czy ma pan może coś do dodania w tej sprawie?

Zajbert   milczał.   Stromiński   natomiast   był   kompletnie   roztrzęsiony.   Zupełnie   nie 

panował nad sobą

-  Zmusili mnie, panie poruczniku... Szantażowali... Znęcali się nade mną. Grozili... 

Szantażowali. Ja... nie chciałem... Próbowałem się opierać, przeciwstawić... Grozili, że mnie 

oddadzą   w   ręce   władz.   Działałem   pod   przymusem.   Teraz   żałuję...   bardzo   żałuję... 

Powinienem był... Za późno... za późno.

-  Chwileczkę   -   Wrończak   przerwał   tę   bezładną   gadaninę.   -   Może   pan   się   trochę 

uspokoi i zacznie odpowiadać na moje pytania. Musimy wyjaśnić pewne szczegóły.

Stromiński napił się wody i zapalił papierosa.

- Szantażowali mnie, panie poruczniku... Słowo daję, działałem pod przymusem.

- Niech pan przestanie mówić w kółko jedno i to samo - zdenerwował się Wrończak. - 

Proszę mi powiedzieć, jak się to wszystko zaczęło.

Stromiński znowu sięgnął po karafkę z wodą.

- Pan wybaczy, ale jestem taki zdenerwowany...

- Wcale się nie dziwię. Ja, na pańskim miejscu, także byłbym zdenerwowany. Więc 

może mi pan wreszcie wyjaśni, jak do tego doszło, że nawiązał pan współpracę z obcym 

wywiadem.

-  Moja kuzynka wyszła za mąż za Niemca. Mieszka stale w Hamburgu. Jej mąż to 

bardzo   zamożny   człowiek.   Jest   właścicielem   dużej   firmy   handlowej.   Zaprosili   mnie. 

Pojechałem. Któregoś wieczoru przyszło na kolację parę osób. Rozmawialiśmy, wypiło się 

sporo alkoholu. Było wesoło. W pewnym momencie jakiś Niemiec siedzący koło mnie zaczął 

mnie wypytywać o moją pracę. Jak panu wiadomo, pracuję w Instytucie Badań nad Energią 

Neutronową.

- I udzielił pan zbyt dużo informacji - podsunął Wrończak.

background image

- Właśnie, panie poruczniku. Zbyt dużo informacji. Byłem trochę podpity i zapewne 

dlatego... Zresztą, nié miałem pojęcia... Nie przypuszczałem, że ten łotr wszystko nagrywa. 

Dowiedziałem   się   o   tym   dopiero   na   drugi   dzień,   kiedy   mnie   zawieziono   do   biura   ich 

wywiadu, gdzie kazali mi przesłuchać tę taśmę. Byłem przerażony. To był zwykły, ordynarny 

szantaż. Powiedzieli, że jeżeli nie będę z nimi współpracował, to przekażą tę taśmę naszym 

władzom. Zgodziłem się. Przyznaję, że zrobiłem bardzo głupio. Zdołali mnie zastraszyć.

- Ale dolary za te usługi pan brał - zauważył Wrończak.

- W pewnym sensie.

- Co to znaczy „w pewnym sensie”? Brał pan czy nie? No cóż... - Stromiński napił się 

wody. - Widzi pan, panie poruczniku... W tej sytuacji... Wrończak niecierpliwie machnął 

ręką.

- Dajmy temu spokój. I tak ta nasza rozmowa ma charakter wstępnego przesłuchania. 

Następnie   zajmą   się   panem   koledzy   z   kontrwywiadu.   Nie   wątpię,   że   oni   zażądają 

dokładniejszych informacji. Mnie raczej interesują sprawy o charakterze czysto kryminalnym. 

Proszę mi powiedzieć, czy to pan zamordował swoją narzeczoną?

Stromiński w protestacyjnym odruchu zamachał gwałtowanie rękami.

-  To   nie   ja!   To   nie   ja!   Słowo   honoru!   Ja...   nie   chciałem...   Ja   próbowałem   się 

sprzeciwiać. Nie chciałem! To oni. To ten przeklęty Zajbert. To urodzony morderca.

-  Próbował   się   pan   sprzeciwiać   -   uśmiechnął   się   Wrończak.   -   Ale   jakoś   z 

nienadzwyczajnym   rezultatem.   Proszę   mi   powiedzieć,   dlaczego   postanowili   zlikwidować 

Olgę Wierzbicką? Zorientowała się, że pan pracuje dla obcego wywiadu, tak?

- Właśnie - skinął głową Stromiński - Tak się nieszczęśliwie złożyło, że...

- Pan wiedział, że Olga Wierzbicka pisze powieść.

- Wiedziałem. To znaczy...

- I oczywiście to pan wpadł na pomysł, żeby fragment tej powieści użyć do symulacji 

samobójstwa. To miał być jej pożegnalny list, napisany przed śmiercią. Zostanie więc pan 

oskarżony o współudział w morderstwie.

Stromiński pochylił się i ukrył twarz w dłoniach.

- Boże! Boże! Co ja zrobiłem? Co ja zrobiłem?

- Niech pan da spokój - skrzywił się z niesmakiem Wrończak. - Proszę mi wierzyć, że 

te wszystkie sceny rozpaczy i skruchy nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. A teraz 

może   przejdziemy   do   dalszych   faktów.   Tragiczna   śmierć   Olgi   Wierzbickiej   została 

zakwalifikowana   jako   samobójstwo   i   sprawa   poszła   ad   acta.   Pojawiły   się   jednak 

niespodziewane   komplikacje.   Otóż   kapitan   Stanisław   Kornicki   nie   wierzył,   że   to   było 

background image

samobójstwo.   Postanowił   zająć   się   wyświetleniem   tej   sprawy.   To   było   dla   was   bardzo 

poważnym  zagrożeniem. Może to pan wpadł na pomysł, żeby żonę kapitana Kornickiego 

wciągnąć do tej speluny w Konstancinie i porobić zdjęcia, które miały następnie służyć do 

szantażu?

- To nie ja! Nie ja! - zaprzeczył z ożywieniem Stromiński. - To ten łajdak Zajbert.

Wrończak uśmiechnął się.

- Widzę, że usiłuje się pan wybielać kosztem swojego wspólnika. To jest oczywiście 

swoista taktyka, ale nie sądzę, żeby się ona panu na coś zdała. Takie stawianie sprawy, że o 

niczym pan nie wie, w żadnej akcji nie brał pan udziału, jest chyba dosyć dziecinną obroną. 

Nie wydaje się panu?

- Kiedy ja naprawdę, panie poruczniku... Ja w tych wszystkich brudnych sprawach nie 

maczałem palców.

- Czyżby? - zdziwił się Wrończak. - Sądzę, że nie może pan zaprzeczyć, że zjadł pan 

obiad w restauracji „Mesa” przy Placu Zbawiciela w towarzystwie Eugeniusza Zajberta oraz 

Kazimierza Woźnickiego?

Stromiński zbladł.

- Ja...

-  Dziwi to pana zapewne, że my tyle wiemy. - Wrończak znowu się uśmiechnął. - 

Zastrzeliliście wtedy Kazimierza Woźnickiego.

- Ja nie strzelałem! Ja go nie nie zastrzeliłem! To on, to ten opryszek, ten morderca... 

To Zajbert go zastrzelił! Ja nie...

Wrończak pokiwał głową.

-  No tak. Znowu pan zwala na swojego kumpla. Jestem gotów uwierzyć, że to on 

strzelał   do   Woźnickiego.   Ale   nie   da   się   chyba   zaprzeczyć,   że   pan   pomagał   w   tej   akcji. 

Najpierw piliście razem, a potem zapewne pomagał pan wyciągnąć ciało z wozu i wrzucić do 

Wisły. Mamy już drugi współudział w morderstwie, panie inżynierze. Wydaje mi się nawet, 

że to nieistotne, kto strzelał...

- Panie poruczniku... Ja... Ja działałem pod przymusem. Ja starałem się przeciwstawić. 

Zmuszali mnie! Szantażowali!

-  Wiem, wiem, już to wszystko słyszałem - skrzywił się niecierpliwie Wrończak. - 

Przejdźmy teraz do dalszego rozwoju wypadków. Otóż, jak już wspomniałem, wóz został 

przemalowany,   tapicerka   zmieniona.   Tak   na   wszelki   wypadek.   Zapewne   doszliście   do 

wniosku,   że   dosyć   lekkomyślnie   afiszowaliście   się   tym   oplem.   I   słusznie.   To   nie   było 

najlepiej pomyślane. Zaczęliście podejrzewać, że może pan pozostaje pod obserwacją milicji, 

background image

że może wydał się nam pan jakiś niewyraźny. W związku z tym postanowiliście zastosować 

metodę uderzeniową. Atak. To mogło być nawet dobre posunięcie, ale niezupełnie wyszło. Po 

prostu  sprawy  zaszły  zbyt  daleko  i  ta   komedia,  którą   pan  tutaj  u  nas  odegrał   prosząc  o 

ochronę, a następnie pozorowany napad na Ursynowie, to wszystko nie chwyciło. Być może, 

że   w   pierwszym   momencie   dałem   się   trochę   zaskoczyć,   ale   po   przeprowadzeniu 

wyczerpującej   rozmowy   z   lekarzem,   który   pana   przyjmował   do   szpitala,   doszedłem   do 

wniosku, że coś tu nie gra. I rzeczywiście. Czy to był pana pomysł?

- Nie, skądże. To był pomysł szefa.

- Uhm. Szefa. A kto jest waszym szefem?

-  Tego   nie   powiem.   -   Słowa   te   zostały   wypowiedziane   z   niespodziewaną 

stanowczością.

-  I   pan   sądzi,   że   ja   się   nie   dowiem,   kto   jest   waszym   szefem?   -   uśmiechnął   się 

Wrończak.

Stromiński wzruszył ramionami.

- To mnie nie obchodzi. Ja nie powiem.

- O, pan i tak mi już bardzo dużo powiedział.

-  Nic nie powiedziałem. To pan cały czas mówił. Wrończak nie mógł powstrzymać 

wesołości.

-  Zgadza   się.   Przeważnie   ja   mówiłem,   ale   pan   w   pewien   sposób   potwierdzał 

prawdziwość   moich   słów.   Dzięki   pańskim   reakcjom   utwierdziłem   się   w   przekonaniu,   że 

fakty, co do których nie miałem stuprocentowej pewności, są zgodne z rzeczywistym stanem 

rzeczy.   To   jest   jedna   z   metod   prowadzenia   przesłuchania,   panie   inżynierze.   W   danym 

wypadku okazała się znakomita.

Stromiński spojrzał na Wrończaka z nie ukrywaną nienawiścią.

.

To był błąd. Nie powinien pójść sam na tę rozmowę. Ale Górniak wyszedł do miasta i 

nikt nie wiedział, kiedy wróci, a poza tym... Był ambitny. Chciał sam, bez niczyjej pomocy 

zakończyć tę skomplikowaną sprawę.

Pracownia na Nowym Mieście przedstawiała się imponująco. Ogromne pomieszczenie 

na parterze, pozwalające z dużej perspektywy oceniać obraz umieszczony na sztalugach. Po 

wewnętrznych  drewnianych  schodach wchodziło się na górę do pokoi mieszkalnych.  Nie 

brakowało   również   schowków   i   zakamarków,   w   których   można   było   przechowywać 

blejtramy, farby, ramy i wszelkiego rodzaju przybory, służące do pracy artystycznej.

Drzwi otworzył sam mistrz.

background image

- O, pan porucznik! Co za miła niespodzianka. Proszę, proszę uprzejmie. Miło mi, że 

mnie pan odwiedził. Czyżby potrzebna panu była jakaś fachowa porada z zakresu techniki 

malarskiej? Chętnie służę, bardzo chętnie. Prawdę mówiąc, ogromnie cenię pracę malarzy 

amatorów.   To   są   często   rzeczy   wyrażające   szczerze   uczucia,   pozbawione   rutyniarstwa. 

Proszę, niech pan siada. Napije się pan czegoś? Koniak? Whisky? Martini?

Wrończak potrząsnął głową.

-  Nie.   Dziękuję.   Nie   pijam   alkoholu   na   służbie.   Mrozicki   zapraszającym   ruchem 

wskazał wygodny fotel.

Wrończak usiadł, ale nie na fotelu tylko na krześle. Chciał mieć możliwość szybszego 

działania, gdyby zaszła taka potrzeba.

- W czym mogę panu pomóc? - spytał Mrozicki.

-  Nie przyszedłem do pana, żeby zasięgnąć porady w sprawie techniki malarskiej - 

powiedział powoli Wrończak.

- Wobec tego czym mogę panu służyć?

- Prowadzę śledztwo w pewnej sprawie...

- Wiem, wiem - przerwał Mrozicki. - Jakiś skandal w sferach milicyjnych. Coś mi się 

obiło   o   uszy,   ale   ja   się   takimi   rzeczami   zupełnie   nie   interesuję.   Krystyna   mi   coś   tam 

opowiadała.

-  Pańska   była   żona,   pani   Krystyna   Mrozicka,   została   zatrzymana   -   powiedział 

Wrończak, wyraźnie akcentując każde słowo.

Kordialny uśmiech zniknął z twarzy artysty.

-  Krystyna?   Aresztowana?   To   nieprawdopodobne.   To   jakieś   idiotyczne 

nieporozumienie!

Wrończak potrząsnął głową.

-  Przykro mi, ale to nie jest nieporozumienie. Czy pan wie, o co jest oskarżona? O 

współpracę z obcym wywiadem.

- Ależ to bezsensowne!

-  Szczegółowe  śledztwo   wykaże,  czy  to  takie  „zupełnie   bezsensowne”.  Ale  w  tej 

chwili   chciałbym   omówić   inną   sprawę.   Czy   pan   zna,   a   raczej   czy   pan   znał   niejakiego 

Kazimierza Woźnickiego?

Mrozicki potrząsnął głową.

- Nie.

Wrończak wyjął z teczki rysunki znalezione w mieszkaniu Woźnickiego.

- To pan rysował? Chwila wahania.

background image

- Tak.

- Znaleźliśmy te szkice w mieszkaniu Kazimierza Woźnickiego. Musiał pan znać tego 

człowieka.

Mrozicki zmarszczył brwi, jakby usiłował sobie przypomnieć.

- No, wie pan, panie poruczniku, spotykam się z tyloma ludźmi... Czym się zajmuje 

ten człowiek?

-  Był   fotografem   -   wyjaśnił   Wrończak.   -   Mówię   w   czasie   przeszłym,   ponieważ 

Kazimierz Woźnicki nie żyje. Został zamordowany.

- To przykre - stwierdził obojętnie Mrozicki.

-  Nawet   bardzo   -   przyznał   Wrończak.   -   A   dla   pana   tym   bardziej,   że   Kazimierz 

Woźnicki został zamordowany przez pańskich wspólników.

- A to ciekawe. Pan chyba wie, kim ja jestem!

- Tak, wiem - odparł spokojnie Wrończak. - Agentem obcego wywiadu.

- Zechce pan opuścić moje mieszkanie. W przeciwnym wypadku wezwę milicję.

- Zapomina pan, że właśnie ja jestem przedstawicielem milicji - zauważył Wrończak. - 

Przy   okazji   chciałbym   panu   zakomunikować,   że   oprócz   pani   Krystyny   zatrzymaliśmy 

niejakiego Eugeniusza Zajberta oraz inżyniera Edwarda Stromińskiego. Będzie panu raczej 

trudno wyprzeć się znajomości z nimi, nie sądzi pan?

-  Wydaje mi się, że po prostu padłem ofiarą jakiegoś nieporozumienia - stwierdził 

pojednawczo Mrozicki. - Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim sądzić.

- A mnie się wydaje, że pan doskonale wie, co o tym wszystkim sądzić - uśmiechnął 

się Wrończak. - Zdaje się, że wybiera się pan z wystawą swych prac do Madrytu?

- Tak. Wybieram się. - Mrozicki był nieco zdziwiony tą zmianą tematu.

Wrończak pokręcił głową z ubolewaniem.

-  Obawiam   się,   że   trzeba   to   będzie   odłożyć   na   czas   dłuższy.   Niech   pan   sobie 

wyobrazi,   że   w   ramach,   wykonanych   do   pańskich   obrazów   przez   Eugeniusza   Zajberta 

znaleźliśmy bardzo zręcznie skonstruowane skrytki, a w nich mikrofilmy przeznaczone dla 

obcego wywiadu.

- Ja tam nic nie wkładałem! - oświadczył malarz.

-  Ale  miał  pan taki  zamiar.  Od dłuższego  czasu przecież  pracuje pan dla  obcych 

wywiadów.

- Nie ma pan na to żadnych dowodów, absolutnie żadnych.

- To się jeszcze okaże.

background image

-  Panie   poruczniku...   -   Głos   Mrozicki   ego   zabrzmiał   nagle   łagodnie,   niemal 

przyjacielsko.   -   Wszystko   wskazuje   na   to,   że   chce   mi   pan   przysporzyć   zupełnie 

niepotrzebnych kłopotów. Otóż... chciałbym coś panu zaproponować. Mam w tej chwili sporo 

wolnej gotówki, która się marnuje w banku. Jakieś dwa miliony złotych i trzydzieści tysięcy 

dolarów w walucie.

Wrończak energicznie potrząsnął głową.

- Skierował pan tę propozycję pod niewłaściwym adresem. A teraz chciałbym zajrzeć 

do pańskiego garażu.

- Bardzo chętnie - zgodził się z niespodziewaną skwapliwością Mrozicki.

W garażu stał zielony opel do połowy przemalowany na czarno. Mrozicki otworzył 

drzwiczki i nagle ze schowka znajdującego się koło kierownicy wyjął błyskawicznym ruchem 

pistolet.

W tej chwili rozległ się basowy głos:

- Ręce do góry. Rzuć broń!

Rozdział XIII

- Nie rozumiem, co ci strzeliło do głowy, żeby tam przyjechać?

Górniak uśmiechnął się z wyraźną satysfakcją.

- Metoda dedukcyjna, poruczniku Wrończak, metoda dedukcyjna. Wyobraź sobie, że 

nie   dalej   jak   wczoraj   skończyłem   czytać   o   Sherlocku   Holmesie.   To   bardzo   pouczająca 

lektura. Dokąd się mogłeś wybrać? Nie tak trudno było to wydedukować. Niewiele myśląc 

wskoczyłem na motor i przyjechałem, zdaje się w samą porę.

Wrończak uściskał przyjaciela.

- Waciu, kochany, uratowałeś mi życie.

-  To bardzo prawdopodobne - przyznał Górniak. - Facet nic nie miał do stracenia. 

Pistolet z tłumikiem. Byłby cię kropnął, a ciało zabetonował w podłodze garażu. To stary, 

wypróbowany sposób, chociaż w przypadku Mazurkiewicza nie zdał egzaminu. Znaleziono te 

babki zabetonowane pod podłogą garażu. Ale to inna para kaloszy. Wtedy już się do niego na 

fest zabrali. Po jakiego diabła, Jureczku, sam się powlokłeś do artysty?

- Szajba mi odbiła - przyznał ze skruchą Wrończak.

- Chciałeś odegrać takiego gieroja, co to sam, o własnych siłach kończy sprawę.

- Coś w tym rodzaju.

- Obawiam się, że szef spuści ci solidne manto.

- Jestem na to przygotowany. Będzie miał stuprocentową rację.

Górniak pokiwał głową.

background image

- Broni oczywiście przy sobie nie miałeś?

- Nie.

- Zupełnie jak dziecko - pokiwał głową Górniak. - Nie lepiej go było ściągnąć tutaj, do 

komendy   i   spokojnie   porozmawiać?   A   gdyby   prysnął?   Widziałeś,   ile   miał   różnych 

paszportów? Lekkomyślnie to załatwiłeś, Jureczku, bardzo lekkomyślnie. Twoje szczęście, że 

masz takiego bystrego kolesia koło siebie.

-  Nie męcz mnie już - jęknął Wrończak. - Wiesz, że ten facet mi proponował dwa 

miliony złotych i trzydzieści tysięcy dolarów w walucie?

Górniak spojrzał zaskoczony.

- O, do licha. I tyś, frajerze, nie wziął?

- Wyobraź sobie, że nie. A ty byś wziął?

- Ja niżej miliona dolarów nie biorę - roześmiał się Górniak.

Zadzwonił telefon. Wrończak podniósł słuchawkę.

- Czekają na nas. Idziemy - powiedział, gasząc niedopalonego papierosa.

W gabinecie pułkownika panował uroczysty nastrój. Kawa, winiak, chłodzące napoje, 

wazony z kwiatami. Na tę niecodzienną odprawę przybyli przedstawiciele kontrwywiadu, a 

wśród nich także kapitan Chodakiewicz.

Pierwszy zabrał głos pułkownik Makowski:

-  Przede   wszystkim   pragnę   podziękować   porucznikowi   Wrończakowi   oraz 

porucznikowi   Górniakowi   za   ofiarną   i   owocną   pracę   związaną   z   tą   niesłychanie 

skomplikowaną aferą kryminalno-szpiegowską. Jednocześnie gratuluję wyżej wymienionym 

sukcesu.

-  W imieniu naszego resortu również pragnę pogratulować kolegom za znakomicie 

przeprowadzoną akcję, która doprowadziła do ujęcia agentów obcego wywiadu, działających 

na naszym terenie. W pełni zdajemy sobie sprawę z tego, że to nie było łatwe zadanie - 

powiedział kapitan Chodakiewicz.

-  Po tym oficjalnym wstępie - uśmiechnął się pułkownik - może pogawędzilibyśmy 

sobie w bardziej familiarnym  nastroju. Sądzę, że zarówno kolega Wrończak, jak i kolega 

Górniak mogliby nam własnymi słowami opowiedzieć o tej całej aferze. Kiedy właściwie 

zaczęliście coś podejrzewać?

-  No więc tak... - Wrończak odchrząknął i napił się trochę fructovitu. - Już cała ta 

historia z Anną Kórnicką wydała mi się bardzo podejrzana. Nie mogłem sobie wyobrazić, że 

Anna z własnej, nieprzymuszonej  woli znalazła  się nagle w tej spelunie w Konstancinie. 

Kiedy   przejmowałem   nie   dokończone   sprawy   od   Staszka   Kornickiego,   natknąłem   się   na 

background image

przypadek   domniemanego   samobójstwa   niejakiej   Olgi   Wierzbickiej.   Olga   Wierzbicka 

zorientowała się w pewnym momencie, że jej przyszły mąż, inżynier Stromiński, należy do 

siatki   szpiegowskiej.   Należało   ją   sprzątnąć.   Dokonał   tego   niejaki   Eugeniusz   Zajbert   za 

pomocą   gazu.   List   pożegnalny,   napisany   ręką   denatki,   ułatwił   znakomicie   upozorowanie 

samobójstwa. Był to po prostu fragment powieści, którą pisała Wierzbicka.

-  A   w   jakim   momencie   zaczęliście   podejrzewać   Krystynę   Mrozicką?   -   spytał 

pułkownik.

Wrończak umoczył wargi w winiaku.

-  Właściwie od pierwszej chwili ta szykowna dama wydała mi się podejrzana. Za 

bardzo się dopytywała, czy będziemy prowadzili dochodzenie w sprawie Wierzbickiej.

- A Stromiński? - zagadnął pułkownik.

- Stromiński również zrobił na mnie niezbyt dobre wrażenie podczas naszej pierwszej 

rozmowy.   Wyczułem,   że   przez   cały   czas   miał   postawę   wyraźnie   defensywną,   jakby   się 

obawiał z mojej strony jakiegoś ataku. Poza tym zobaczyłem u niego w mieszkaniu portret 

jego byłej narzeczonej, Olgi Wierzbickiej, namalowany przez Mrozickiego. To pozwoliło mi 

przypuszczać,   że  między  Stromińskim  a  Mrozickim   istnieją  jakieś  powiązania.   Sądzę,  że 

Stromiński miał sporo kłopotu z tym portretem. Na pewno chciał się go pozbyć, ale też bał 

się, że to wzbudzi podejrzenia  znajomych,  którzy go odwiedzali.  Stromiński  to człowiek 

słaby,   tchórzem   podszyty,   stwarzający   tylko   wokół   siebie   atmosferę   tak   zwanego 

„stuprocentowego   mężczyzny”.   Wiedząc,   że   ma   powiązania   z   Mrozickim,   bez   trudu 

skojarzyłem go sobie i z Krystyną, byłą żoną Mrozicki ego. Miałem więc już „na tapecie” trzy 

osoby.

- A następnie przyszła kolej na symulację tego napadu - wtrącił kapitan Chodakiewicz.

- Właśnie - podjął Wrończak. - Najwidoczniej poczuli się zagrożeni i postanowili nas 

całkowicie zdezorientować. Stromiński przyszedł do komendy prosić o ochronę. Na drugi 

dzień   dostał   zastrzyk,   po   którym   stracił   na   pewien   czas   przytomność,   a   następnie   został 

ucharakteryzowany tak, że wyglądał na silnie potłuczonego. Niewykluczone, że raz i drugi 

zdzielili   go   po   łbie,   żeby   to   wyglądało   przekonywająco.   Lekarz,   który   przyjmował 

poranionego   Stromińskiego,   powiedział,   że   te   wszystkie   rany   i   obrażenia   robiły   trochę 

podejrzane   wrażenie,   jak   również   tak   długie   omdlenie,   nie   mogące   być   wynikiem 

powierzchownego poturbowania. Analiza krwi także budziła pewne wątpliwości. Poza tym w 

mieszkaniu Stromińskiego nie znaleźliśmy ani jednej pary szelek. Tymczasem właśnie szelki 

miały   mu   rzekomo   uratować   życie   w   czasie   napadu.   Wystąpiłem   o   nakaz   aresztowania 

background image

Stromińskiego, tym bardziej, że to było już po akcji przeprowadzonej w Koszalinie. Miałem 

właściwie pewność, że Stromiński współdziałał przy zamordowaniu swojej narzeczonej.

-  No, tak. A teraz może nam kolega Górniak opowie o ostrygach - zaproponował 

pułkownik.

Szeroką twarz Górniaka rozjaśnił promienny uśmiech.

-  To   nie   było   takie   proste,   proszę   towarzyszy.   Musiałem   odszukać   w   Warszawie 

knajpę, w której można dostać ostrygi. Wreszcie znalazłem.

- Gdzie, gdzie? - zainteresował się kapitan Chodakiewicz.

- W takiej rybnej knajpie przy Placu Zbawiciela. Nazywa się „Mesa”. Zdobyłem sporo 

informacji. Okazało się, że topielec jadł te ostrygi razem ze Stromińskim i z tym cętkowanym 

Zajbertem.   Kółko   się   powoli   zamykało.   Następnie   chcieli   nas   zabajtlować   tym 

przemalowywaniem dwóch opli. Myśleli pewnie, że się w tym wszystkim pogubimy.

-  Mrozicki swojego opla przemalował potem do połowy na czarno. Drugiej połowy 

nie zdążył - powiedział Wrończak.

-  Ale a propos - podjął pułkownik. - Wydaje mi się, że kolega Wrończak za dużo 

ogląda westernów. Zapragnął odegrać rolę samotnego bohatera...

Wrończak zaczerwienił się.

- To prawda. Przyznaję z ręką na sercu, że się solidnie wygłupiłem i gdyby nie Wacio 

Górniak...

- Nie przesadzaj... - przerwał mu Górniak. - Sam także dałbyś sobie radę z tym artystą.

- Bardzo wątpię. Byłby mnie wtedy kropnął. Wiedział, że to koniec zabawy.

-  Może  nie   będziemy  mówili   o przykrych  sprawach  -  zaproponował  z  pogodnym 

uśmiechem pułkownik. - Najważniejsze, że się wszystko szczęśliwie skończyło, a z każdego 

fałszywego kroku należy wysnuwać odpowiednie wnioski na przyszłość.

- Chciałbym się jeszcze dowiedzieć, jak to się stało, że Anna Kórnicka zdecydowała 

się pojechać do tej spelunki w Konstancinie? - powiedział kapitan Chodakiewicz.

- Zwykły szantaż - wyjaśnił Wrończak. - Zagrozili jej, że zabiją Staszka i dziecko. Do 

tego stopnia ją sterroryzowali, że nie chciała widzieć się z mężem, żeby się nie załamać i nie 

powiedzieć wszystkiego. Początkowo mieli nawet zamiar porwać dziecko, ale zapewne doszli 

do przekonania, że to zbyt skomplikowana i ryzykowna impreza. Dużo łatwiej było zdobyć 

kompromitujące Annę fotografie i szantażując Kornickiego zmusić go, żeby nie zajmował się 

sprawą Olgi Wierzbickiej. Pułkownik energicznie potrząsnął głową.

- Mylicie się, kolego. W przypadku tego rodzaju szantażu obowiązkiem Kornickiego 

było zameldować o tym i jestem pewien, że byłby to zrobił.

background image

- Kto Annę Kórnicką zaprowadził do tej spelunki? - spytał Chodakiewicz.

Wrończak zmarkotniał.

- Facet podał się za Juliana Podolskiego. Obawiam się, że to nie jest jego nazwisko i 

że już od dawna przebywa poza granicami naszego kraju. Sądzę, że po akcji w Konstancinie 

natychmiast się ulotnił.

- Niewykluczone, że go znajdziemy - uśmiechnął się Chodakiewicz. - W każdym razie 

postaramy się dowiedzieć, gdzie się ten pan obecnie obraca. Teraz my przejmiemy tę sprawę i 

w   dalszym   ciągu   będziemy   ją   rozpracowywali.   Jeszcze   tylko   chciałem   zapytać,   jakich 

pseudonimów używali ludzie przez was zatrzymani?

Wrończak poprawił się na krześle i odchrząknął.

- Szef, czyli Mrozicki, występował pod pseudonimem Martin, Stromiński nazwał się 

Aldo, Zajbert - Lucjan, Woźnicki - Emil, a Krystyna Mrozicka - Diana. To wszyscy, których 

udało   nam   się   zidentyfikować.   Nie   wątpię,   że   powiązania   tych   ludzi,   szczególnie 

Mrozickiego, są o wiele szersze. Ale to już należy do kompetencji waszego resortu.

Zebranie zakończono toastem na cześć bohaterów dnia.

Rozdział XIV

Anna cicho, na palcach, wychodzi z dziecinnego pokoju.

- Śpi? - pyta Kornicki.

-  Przed   chwilą   usnął.   Och,   Stachu,   jaka   jestem   szczęśliwa,   jaka   bezgranicznie 

szczęśliwa, że to już minęło, że znowu jesteśmy razem. To był straszny, koszmarny sen.

Gładził ją po włosach.

- Nie myśl już o tym, kochanie. Anna przytula policzek do jego dłoni.

- Tak mi przykro, że przeze mnie ty...

- Daj spokój. Obiecałaś, że nie będziemy rozmawiać na ten temat.

- Powinnam ci była wszystko powiedzieć, wszystko...

- Na pewno byłoby lepiej.

-  Ale   nie   mogłam.   Zrozum.   Bałam   się,   strasznie   się   bałam.   Zagrozili,   że   zabiją 

Wojtusia i ciebie, jeżeli nie będę posłuszna. Nie miałam odwagi się przeciwstawić... Byłam 

pewna, że tak zrobią. Pojechałam do Konstancina, bo myślałam, że im chodzi o omówienie 

spraw okupu...

- Nie zadręczaj się już tym wszystkim. Zapomnij o tym, co było. Minęło i znowu jest 

jak dawniej.

- I kochasz mnie tak jak dawniej? Uśmiecha się i przytula ją do siebie.

- Może nawet jeszcze bardziej.