background image

Czyja jest TVP? 
Nasz Dziennik, 2011-03-07 

TVP ma pozostać zmonopolizowana przez ludzi o 
światopoglądzie lewicowym i liberalnym, nie ma w 
niej miejsca dla tradycjonalistycznej i patriotycznej 
prawicy. Jakkolwiek ułożą się koalicje w KRRiT, 
Radzie Nadzorczej i Zarządzie TVP, w żadnej nie 
przewiduje się udziału nikogo, kto kojarzyłby się z 
Prawem i Sprawiedliwością.
 
 
Wieczorem 3 marca Krajowa Rada Radiofonii i 

Telewizji, po siedmiu miesiącach pracy i sporów, wybrała Radę Nadzorczą Telewizji Polskiej 
na najbliższe trzy lata. Nikt nie próbuje udawać, że w rezultacie uzyskane zostało 
"odpolitycznienie" mediów publicznych. Wręcz przeciwnie, w siedmioosobowym składzie 
wprost wskazuje się dwóch członków PSL i dwóch przedstawicieli SLD. Do tego dochodzi 
dwóch delegatów ministerstw (czyli Platformy Obywatelskiej). Jako siódmego, dla 
zademonstrowania rzekomego pluralizmu, wskazano prof. Wojciecha Roszkowskiego, byłego 
eurodeputowanego PiS. Pat uniemożliwiający wyłonienie składu rady wydawał się nie do 
przezwyciężenia, przepychanki trwały kilka miesięcy. Lewica żądała dla siebie trzech 
mandatów w radzie, uzyskała dwa. Platforma, nie mogąc przezwyciężyć oporu ludzi 
Grzegorza Napieralskiego, postanowiła ich kosztem o wzmocnieniu PSL, sama zostawiając 
sobie tylko dwa miejsca będące w gestii rządu. Ludowcy uzyskali dzięki temu w nowych 
władzach TVP nieproporcjonalnie dużą reprezentację. Osoba prof. Roszkowskiego w tych 
układankach niestety się nie liczy. Nikt nie potrzebuje jego głosu, by uzyskać większość w 
siedmioosobowym gremium. Łatwo policzyć, że konfiguracje mogą być trzy: PO z PSL 
(2+2), PO z SLD (2+2) oraz - najmniej dziś prawdopodobna - SLD z PSL (2+2). 
Nowo wybrana rada nadzorcza ma teraz obowiązek wskazać nowy skład trzyosobowego 
zarządu telewizji, który rządzić będzie na Woronicza do roku 2015. Do tego potrzebny jest 
konkurs, a jego wyniki musi zatwierdzić (i dokonać rzeczywistego wyboru prezesa i jego dwu 
zastępców) wyższa instancja, czyli Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Zanim to nastąpi 
(może minąć kolejnych kilka miesięcy), nowa rada nadzorcza ma prawo czasowo delegować 
do pełnienia funkcji szefa telewizji jednego ze swoich członków. Tak też się stało. W piątek, 
4 marca, jak ogłoszono - na okres sześciu tygodni, pełniącym obowiązki prezesem został 
Juliusz Braun, delegat ministra kultury w radzie nadzorczej, a więc osoba związana z PO. Kto 
będzie potem decydował o personaliach władz polskiej telewizji? Krótkoterminowo, jednak w 
praktyce nawet przez wiele miesięcy - może to być PO i PSL (do tego wystarcza zwykła 
większość w radzie nadzorczej). Długoterminowo, a więc w perspektywie kilku lat - nikt bez 
poparcia SLD się nie przeciśnie (do tego trzeba czterech z pięciu głosów w KRRiT, tu SLD 
ma dwóch członków, a PO i PSL dysponują łącznie tylko trzema głosami). Dlatego 
największą siłą w przyszłych decyzjach personalnych w mediach publicznych rozporządza 
lewica. 
 
SLD szachuje Platformę 
 
Jak do tego doszło? Latem ubiegłego roku politykom Platformy Obywatelskiej wydawało się, 
że całkowicie objęli władzę nad mediami publicznymi w Polsce. Decyzją Bronisława 
Komorowskiego przed upływem kadencji rozwiązana została wybrana w 2006 roku, za 
czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości oraz Lecha Kaczyńskiego, Krajowa Rada Radiofonii 
i Telewizji, natomiast Sejm przyjął specustawę medialną, na mocy której równie gwałtownie 

background image

zakończone miały być kadencje Rad Nadzorczych TVP i Polskiego Radia. Głównym celem 
rządzącej partii było odsunięcie od jakichkolwiek wpływów w środkach przekazu ludzi 
kojarzonych z partią Jarosława Kaczyńskiego. Platforma popełniła jednak dwa błędy. Dała się 
w dziecinny sposób wymanewrować politykom SLD, którzy umiejętnie wykorzystali fakt, że 
zaślepieni wrogością do opozycyjnej prawicy ludzie Tuska nie dostrzegli, iż decydujący głos 
przy wyborze nowych władz mediów publicznych będą mieli ludzie lewicy, a nie Platformy. 
Pierwszy błąd popełniony przez PO polegał na wyborze przez Sejm w skład pięcioosobowej 
Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji aż dwóch przedstawicieli SLD. Do podjęcia 
jakiejkolwiek uchwały przez KRRiT potrzeba zgodnie z ustawą kwalifikowanej większości 
głosów. Nie wystarczy zwykła większość trzech głosów, do każdej decyzji potrzeba co 
najmniej czwartego głosu, a więc głosu przynajmniej jednego z przedstawicieli SLD. I ludzie 
Grzegorza Napieralskiego ze swej silnej pozycji skwapliwie korzystają. Każda decyzja 
KRRiT musi mieć placet lewicy. SLD może więc blokować wybór przyszłego zarządu TVP 
tak długo, aż nie uzyska korzystnego dla siebie rozwiązania. Podobnie blokować może próby 
odwołania popieranego przez siebie prezesa TVP. 
Partia Napieralskiego liczy też na zmianę układu sił w przyszłym, wybranym jesienią Sejmie. 
Przyszły parlament może znów podjąć próbę ustawowej zmiany władz telewizji. Lewica ma 
nadzieję, że w razie niekorzystnego dla siebie rozstrzygnięcia personalnego i przedłużającego 
się chaosu znajdzie większość parlamentarną, dzięki której zagwarantuje sobie poszerzenie 
zakresu wpływów w mediach. Że nie jest to niemożliwe, uczy niedawna historia, kiedy to w 
okresie ostatnich pięciu lat próby nowego rozdania w mediach publicznych za pomocą 
odpowiedniej ustawy sejmowej podejmowane były pięciokrotnie. 
 
Naród wydziedziczony z mediów 
 
W całym tym gorszącym międzypartyjnym sporze zapomina się o najważniejszym: 
prawdziwym właścicielem Telewizji Polskiej jest Naród. Do tej pory przez ponad 
dwadzieścia lat jego elity nie potrafiły w sposób sprawiedliwy ustalić zasad zarządzania tym 
arcyważnym dla kultury i tożsamości dobrem wspólnym. Z udziału w nim przez lata 
systematycznie eliminowany jest nurt prawicowy, konserwatywny i niepodległościowy. Trwa 
dramatyczna zapaść finansowa TVP i Polskiego Radia, pokazująca samobójczą dla państwa 
politykę utraty suwerenności w dziedzinie kultury. 
Cóż zatem pozostaje milionom Polaków, którzy nie chcą, by przez najbliższe lata ich 
Telewizja Polska była znów postawem sukna rozdzieranym przez PSL, SLD i PO? Wyrzec 
się należnej im własności? Podstawowym hasłem widzów TVP nurtu prawicowego powinno 
być: "Musimy się policzyć". To ważny argument, coraz ważniejszy w dzisiejszym świecie. 
"Policzenie się" działa w dwie strony. Mobilizuje własne szeregi i stwarza istotne narzędzie 
nacisku na stronę przeciwną. Ciągle zbyt mało stosuje się w naszym kraju prostych sposobów 
wyrażania swego zdania: poprzez list, skargę, protest do Krajowej Rady Radiofonii i 
Telewizji, rady nadzorczej, programowej. Porównajmy: w Polsce rocznie odnotowuje się 
zaledwie około tysiąca interwencji obywatelskich w sprawie mediów, w Wielkiej Brytanii - 
siedemdziesiąt tysięcy! Wielu wydaje się, że to nie ma znaczenia. Otóż ma. Niezadowolenie 
kilkuset tysięcy ludzi ma wymierny rezultat ekonomiczny. Poparcie kilkuset tysięcy ludzi - 
daje również efekt mierzony w złotówkach, choćby odpowiednie wpływy z reklamy. Wie o 
tym każdy, kto choć trochę orientuje się w ekonomii. Istotne są także wyrazy poparcia 
kierowane do niezależnych publicystów i nagłaśniane w niezależnych mediach. Konieczne 
jest wsparcie dla konkretnych audycji, programów i osób. Musi być wiadomo, że stoją za 
nimi setki tysięcy zdeterminowanych odbiorców. Nie mniej ważne pozostaje wspieranie 
mediów "drugiego obiegu", mediów prawdy. Ten nurt jest coraz silniejszy, ale nie dość silny 
jak na wielomilionowy prawicowy elektorat. Nawet najlepsze jednak niezależne prywatne 

background image

media nie są w stanie zastąpić mediów publicznych. 
Nie powinniśmy w żadnym razie uznać, że wobec przejęcia TVP przez lewicę do spółki z 
liberałami należy zrezygnować ze stanowczego i głośnego domagania się proporcjonalnej 
obecności nurtu prawicowego w ofercie programowej mediów publicznych. Wręcz 
przeciwnie - tym bardziej rządząca większość ma obowiązek udowodnić, że reaguje w 
obowiązujący w demokracji sposób na wielotysięczne manifestacje niezadowolenia. 
Dotychczas działaniom tym brak odpowiedniej koordynacji. Widzowie działają 
spontanicznie, w rozproszeniu, dając upust swej frustracji na forach internetowych, w 
blogach. Spośród setek tysięcy widzów Jana Pospieszalskiego tylko kilka tysięcy 
zaangażowało się czynnie w protesty, pisząc do władz TVP, Krajowej Rady Radiofonii i 
Telewizji, do samego autora "Warto rozmawiać". 
 
To już nie czasy PRL, to już nie lata 90. 
 
Cała chaotyczna walka o władzę w polskich mediach publicznych dzieje się w sytuacji 
poważnych tarapatów finansowych TVP. Opłaty abonamentowe zbierane są w tak znikomej 
ilości, że finansują już tylko 10 proc. potrzeb telewizji. Reszta pochodzi z wpływów 
reklamowych, co zmusza telewizję publiczną do rezygnacji z ambitniejszej oferty i ścigania 
się mało wartościowymi produkcjami rozrywkowymi z TVN i Polsatem. 
Systematycznie i nieubłaganie spada liczba widzów telewizji publicznej. Jeszcze przed 
rokiem wszystkie kanały TVP miały ponad 42 proc. udziału w oglądalności telewizji przez 
polskich widzów łącznie. Teraz jest to już tylko 37 proc. (dane TNS OBOP). Zyskują TVN i 
Polsat oraz coraz liczniejsze satelitarne stacje tematyczne. To ma bezpośredni wpływ na 
niższe dochody telewizji publicznej z reklam, bo reklamodawcy płacą zależnie od liczby 
widzów danego programu. TVP przybywa silnych i bezwzględnych konkurentów 
dysponujących dodatkowymi źródłami dochodów. Oprócz bogatej oferty telewizyjnej 
sprzedają oni dostęp do platform satelitarnych, telefonii komórkowej, filmów na życzenie, 
internetu. 
Dlatego tym głupsze i bardziej nieodpowiedzialne jest pozbawienie TVP oparcia w postaci 
poczucia identyfikowania się z nią całego społeczeństwa, nie tylko wyborców PO, SLD i 
PSL. Tym bardziej że to właśnie elektorat prawicowy i tradycjonalistyczny może być tym, 
który rzeczywiście najsilniej wspiera istnienie tej instytucji. Nie chce jej sprywatyzować, 
oddać pola TVN albo jakiemuś koncernowi medialnemu z zagranicy. Chyba że ludzie 
telewizyjnego establishmentu specjalnie piłują pracowicie gałąź, na której siedzą.  
Warto jednak przypomnieć, że mamy rok 2011. To już nie czasy PRL ani nawet lata 90., 
kiedy można było ludzi skutecznie okłamywać. Społeczeństwo, Naród ma dziś bardzo wiele 
nowych sposobów komunikowania się, działania i domagania się prawdy w życiu 
publicznym, także w mediach. Kto wie, może upomni się o swoje media publiczne prędzej, 
niż wielu dziś układającym personalne klocki w TVP się zdaje.  
  

Barbara Bubula 

 
 
Autorka w latach 2007-2010 była członkiem KRRiT desygnowanym przez prezydenta Lecha 
Kaczyńskiego. 
 
  

background image

 

**************************** 

  

 
 
Kto wybiera (i odwołuje) prezesa TVP? 
- Sejm, Senat i prezydent RP wybierają Krajową Radę Radiofonii i Telewizji (5 osób). 
Obecny skład został wyłoniony w 2010 roku przez Bronisława Komorowskiego, PO, SLD i 
PSL. Kadencja KRRiT trwa sześć lat. 
 
- Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wybiera Radę Nadzorczą TVP (7 osób, w tym dwóch 
przedstawicieli rządu). Kadencja trwa trzy lata. 
 
- Rada nadzorcza przeprowadza konkurs na prezesa TVP i dwóch członków zarządu. Ale to 
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wybiera (i odwołuje) prezesa oraz zarząd TVP na 
wniosek rady nadzorczej. Odwołanie może też nastąpić na wniosek ministra Skarbu Państwa. 
Kadencja prezesa TVP i zarządu trwa cztery lata