background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

EDWARD BALCERZAN

POBYT

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

Świat wtłacza się w nas,
cokolwiek chcemy wydobyć.

Witold Wirpsza

background image

5

I

KRWISTY

Atak furii nie powinien był już nastąpić powtórnie.
Pozostawałem pod wrażeniem krwistego bydlaka, jakim był w swej istocie Mawka. Pod-

dałem go bezwzględnej rewizji,  z a w a r ł  w sobie, tak pomyślałem, tę przeklętą szablę, któ-
rej obiecał był nie brać. Naturalnie, można nie wierzyć, że ktoś tego wzrostu co Mawka może
nie tylko swobodnie chodzić, ale nawet jeździć na rowerze i tańczyć, nie rozstając się z ukrytą
w spodniach autentyczną ułańską szablą. Przyciskał ją pasem do biodra, a rękojeść zasłaniał
marynarką.

– Teraz będziesz we mnie ordynarnie wmawiał, że nie warto brać szabli – warknął. – Po-

wiesz, że opłaca się sztylet?

Jak go mogłem zbyć kiepskim żartem? Na zły dowcip mieliśmy przecież swój gest czy też

„mig”,  ilekroć  porozumiewaliśmy  się  na  migi:  prawą  ręką  na  wysokości  policzka  wykony-
wało się ruch kręcenia korbki, podczas gdy lewa dłoń, zachowując kształt szczęki, oddalała
się z wolna od podbródka. Gest oznaczał „wysuwanie brody”, czyli spalony dowcip albo „lut-
kowy kawał”;  miał  przywodzić  na  myśl  twarz  Lutka  Hejżesza,  chłopca  kościstego,  bez  po-
czucia humoru. – Po co sztylet? – zapytałem. – Kogo byśmy tak chcieli rżnąć?

Sfałdował czoło. Pomyślałem, że z nim trzeba postępować umiejętnie jak z kryształkiem

detektorowym,  trzeba  długo  odczytywać  tę  twarz  w  szarym  cieniu,  by  wymacać  jak  druci-
kiem czuły punkt w załamaniu którejś bruzdy.

– Myślisz, że co? Mało chuliganów? – powiedział Mawka.
Znalazłem sposób. Pochyliłem się nad biurkiem i chwyciłem wargami koniec gumowego

węża,  który  wystawał  ze  sterty  książek.  Wąż,  wmontowany  tu  przed  paroma  miesiącami,
prowadził zawiłą drogą: pod maszyną do szycia, za regałami do butli na kaflowym piecu. W
butli stało wino porzeczkowe. Piłem, a Mawka stał za moimi plecami, prawdopodobnie śle-
dził falowanie wina. Szydził ze mnie, przygotowywał pokazowe picie.

– W pierwszej turze do ilu? – zapytałem, zanim skończył z winem. – Do stu? – nie miał

czasu na przemyślenie kontrataku, już robiłem przysiady. Oddychał otwartymi ustami, zlizy-
wał z palców wino, liczył moje kucnięcia. A stał bardzo blisko. Szabla  w  spodniach  defor-
mowała kształt jego lewej nogi. – Teraz ty, do stu pięćdziesięciu – powiedziałem. Byłem pe-
wien, że nie zdejmie marynarki. Mawka nawet na boisku, gdy grał w szczypiorniaka, biegał w
swym  pomiętym  granatowym  garniturze.  Ale  musiał  wydostać  szablę.  Wyniosłem  ją  do
kuchni. Poprosiłem go, by tymczasem liczył sam swoje przysiady. Zapewniłem go, że wierzę
w jego uczciwość i honor. Mawka lubił terminy zaczerpnięte z etyki. Prowokował rozmowy
na ten temat, odnosiłem wrażenie, że szczególnie łapczywie wychwytuje z moich wypowiedzi
sądy szlachetne i najmniej sprawdzalne. Dziś rano, gdy zrywaliśmy agrest na działce, potem
jedliśmy ogórki z brudną solą, miałem sposobność, by się o tym przekonać. Mawka, w sięga-
jących do kolan spodenkach, stał na dachu budki. Takie spodnie nazywało się w tym czasie,
w którym Mawkę poznałem, „dynamówami”. Mawka sterczał na dachu, widziałem go z krza-
ka agrestu, między dojrzałymi owocami – okruchami tłuczonej cegły w soplach lodu. Naraz

background image

6

Mawka  zeskoczył.  Na  sąsiedniej  działce  ktoś  zakrzyczał,  szczekał  pies.  –  Ocharkałem  go-
ściowi psa – powiedział Mawka. – Sąsiad pomstował na nas krótko. Ostatecznie wygodniej
mu  było  nie  zadzierać  z  nami,  złodziejowi.  Miał  na  sumieniu  wiadro  „szklanej”  czereśni  i
mógł się domyślać, że wytropiliśmy ślad jego nocnej kradzieży. Zatem Mawka miał prawo do
odwetu. Ale w cichym skupieniu wysłuchał mojej pochwały zemsty ładnej, kulturalnej. Zało-
żył ręce na kark, rozwarł oczy i wiercił piętą dziurę w kretowisku...

Dziś powtórzyłem po raz drugi manewr z lekcją o honorze.
Pamiętam, w liceum, po otwarciu naszej wystawy, kiedy Mawka oprowadzał plastyków-

amatorów z Pałacu Młodzieży i zepsuł głośno powietrze, replikując w ten sposób czyjąś zja-
dliwą uwagę, notabene na temat mojej akwarelki, powiedziałem: – Nie możesz smrodzić jak
bydlę, o ile chcesz być człowiekiem sztuki – a Mawka powtórzył: – Tak, sztuki, Henryk.

Rozszyfrowałem  Mawkę  w  kwietniu,  wpadł  mi  wówczas  w  ręce  jego  zeszyt,  zapisany

moimi  wypowiedziami,  obok  rejestru  wydarzeń,  doświadczonych  przez  Mawkę  „po  raz
pierwszy  w  życiu”.  (Pierwsze  w  życiu  golenie,  przy  którym  zaciął  się  brzytwą,  odnotował
czerwonym atramentem.)

Teraz, gdy wynosiłem szablę, zaklinając go na honor, by uczciwie sam liczył przysiady, nie

przerwał kucania. Zapytał, gdzie położyłem szablę. Powiedziałem, że w rupieciarni. Był wściekły.
A  nie  przerwał  przysiadów.  Zastanawiałem  się  nad  kolejnym  jego  posunięciem:  jak  zagra.  Do
mordobicia, uspokoiłem się, nie dojdzie. Ten krwisty szlagon ma wyczucie ładu, a bójka nie na-
daje się do tego, co stanowimy z nim razem, ona byłaby wtrętem  obcym. Prędzej się  ukorzy i
wyżebrze szablę, bardziej ze względów estetycznych niż innych. „Honor”, antybiotyk, powinien
działać w nim do północy, więc Mawka nie wykradnie raz straconej szabli. Zatem co?

– Sto pięćdziesiąt! – zawołałem. Wykończy mnie w ten sposób, że nie przerwie kucania,

sam zrobi dwieście, a ja się wykończę przy trzystu. Stać go na to. Tak, stawonóg, bydlę, kucał
dalej.  Opuszczał  ręce  i  przy  każdym  przysiadzie  pukał  paznokciem  w  podłogę.  Zmęczenie
czuło się w nabrzmiewaniu żył na skroni, ale nie w jego ruchach. Obraziłem się:

– Ciągniesz do dwustu, a ja mam kipnąć przy trzystu?
Czekałem na ten dwusetny przysiad. Mawka trzasnął w kolanie, przy dwusetnym zachwiał

się,  zbyt  gwałtownie  poderwał  głowę,  przedreptał  dwa  kroki  w  stronę  łóżka,  a  jednak  wy-
szarpnął się w górę. Naliczyłem jeszcze czterdzieści przysiadów.

– Wcale nie o to chodzi – powiedziałem – że zgrywasz bohatera. Powiedz jednak: do ilu?

Może warto ustalić?

– Ja tak mogę do usranej śmierci. Będę przysiadał i przysiadał, i przysiadał, aż mnie szlag

raz trafi. I cześć.

Zobaczyłem go z postrzępioną siatką żył na skroni, wyobraziłem sobie, że wciąż kuca, ale w

przedśmiertnych  drgawkach.  Przypomniałem,  na  co  go  stać:  nie  tak  dawno  temu  usunął  dwa
przednie, najzupełniej zdrowe zęby, tłumacząc, iż ma słaby organizm i nie będzie żywił „sobą”
kości, bez których może się obejść! Zatrzymałem go oburącz w półprzysiadzie. Opadł na podłogę,
żeby chwilę odsapnąć, potem szarpnął się do góry. Przycisnąłem go za szyję do krzesła.

– Nie rób ze mnie idioty – zdenerwowałem się – bo za chwilę po prostu rzucę tobą w regał.

Więc przestań.

Czy to znaczy, że ja mógłbym go uderzyć? Nie. Ale w wyobrażeniu Mawki – chyba tak.

Pamiętam, po maturze nad Rusałką rysowaliśmy kwiaty, on leżał na brzuchu tuż nad lustrem
wody. Gdy zbliżyłem się do niego, aby porównać rysunki, stwierdziłem, że to, co narysował,
jest zadziwiająco podobne do mojego. Schyliłem się nad nim i wrzasnąłem: – Aa, zrzynasz!...
– Dzielił nas tylko jego skierowany na mnie wzrok, lecz spojrzenie miał tak zwarte, tak ma-
sywne, że wydało mi się, iż stanąłem przed kuloodpornym szkłem, za którym drży ze strachu
Mawka.  Dopiero  gdy  usiadłem  obok  i  wsunąłem  pędzel  w  wodę  pełną  słońca,  zapytał,  czy
chciałem go uderzyć. Zdenerwował się: – Nie jestem pewien, czy nie napiłbym się wina, tak
się ciebie bałem – powiedział.

background image

7

Teraz sapał w zakurzone krzesło. –  Zdaje  się,  że  wysiadło  mi  ścięgno  –  mruknął,  chciał

rozczulić mnie, ale ja wciąż trzymałem go za szyję.

– Słuchaj – powiedziałem – zaraz dam ci spokój. Zostawię cię w spokoju, a ty wstaniesz.

Wstaniesz, będziesz mógł posiedzieć, chodzić. Ale nie wolno ci kucać. Co do tego umawiamy
się raz na zawsze.

– Tak, Henryk. Umawiamy się.
Gdy wychodziłem, słuchał Griega z płyt. Wyszedłem, żeby kupić kilka grochówek i zup

ogonowych w proszku. W bramie spotkałem Feliksa. Zakupy trwały długo, biegałem z pięć-
setką do kiosku i do drogerii, znów do kiosku po karty pocztowe, które postanowiliśmy wy-
syłać do rodziców z różnych miejsc postoju. Wracając znów natknąłem się na Feliksa. „Syn
Freuda” cwałował na oślep, a mógł każdej chwili zjechać plecami w dół – na schodach było
pełno  zgniłych  czereśni,  które  rozsypał  Mawka.  Prawą  rękę  „syn  Freuda”  miał  zawiniętą
ręcznikiem i ujętą w sztywną okładkę. – Byłeś u niego, Feliks? – zawołałem. Nie pamiętam,
czy odpowiedział. Mawka od razu przyznał się: – Spieprzyłem gościowi rękę. – Potem wy-
szedł do kuchni i wrócił ze spienionym kwasem chlebowym nalanym do kubka, który ukradł
w barze mlecznym. – Pij – powiedział. – Byk nasiusiał, dobre.

Pokazałem  „wysuwanie  brody”  –  po  raz  szósty  mówił  o  tym  byku,  wciąż  go  to  bawiło.

Zobaczyłem, że pod kołdrą ukrył szablę; wystarczyła nikła fałda, abym ją rozpoznał. – Cóż to
dokładnie znaczy? – zapytałem, odrywając wargi od kubka – że spieprzyłeś Feliksowi rękę? –
Już nic nie znaczy. Usztywniłem mu i dałem świeży ręcznik. Raz  tylko prany. – Wlazł pod
łóżko, wyciągnął miednicę, w której kołysała się woda, ruda od  krwi i jodyny. O co im po-
szło? – Gość chciał wmówić, że trenował floret. Wmawiał i wmawiał. A ponieważ mam dwie
szable, z tym, że jedną trzymam w biurku, o czym ci nie mówiłem, bo nie lubisz, kiedy mó-
wię o szablach, więc dosunąłem mu i cześć – powiedział Mawka.  – Wychodzimy – powie-
działem. – No – powiedział Mawka.

Ręce  niósł  wyprostowane,  odstające  od  boków,  strzelał  palcami,  policzek  miał  wydęty,

pomrukiwał. Chyba czekał, aż przypomnę mu, że mamy jeszcze jedną rzecz do załatwienia,
że  musimy  pójść  na  koncert.  Najpierw  długo  prosiłem,  żeby  kiedyś  zabrał  mnie  ze  sobą,  a
przynajmniej powiedział mi, w której knajpie grywają jego kompozycje. Podał w końcu na-
zwę knajpy, ale wymógł przyrzeczenie, że nie pójdę nigdy sam, że razem i koniecznie w dniu
wyjazdu  odwiedzimy  „Artystyczną”.  Dziś  jest  właśnie  dzień  wyjazdu.  Udajemy,  że  nie  pa-
miętamy o koncercie. Mawka stanął w oknie klatki schodowej, coś wypluł.

– Cztery sekundy pod wiatr.
Przyznałem  mu  rację,  chociaż  nie  dosłyszałem  zderzenia  plwociny  z  dnem  podwórza.

Gdzieś  w  górze  skrzypnęły  drzwi.  Mawka  udał,  że  nie  słyszy  hałasu  biegnących  schodami
dzieci,  dopiero  gdy  mijał  go  chłopczyk  w  białych  kolanówkach,  trzepnął  go  w  czuprynę  i
chłopczyk od razu zapłakał, jakby podłączono do niego prąd. – Mówisz, że się nie przewróci?
– zapytał Mawka, usiadł na poręczy, wypiął tyłek i zepsuł powietrze. – Nie spudłowałem, co
mówisz? – Na  dole  biegnący  zawadził  o  ścianę,  na  pewno  się  pośliznął  na  czereśni,  zaczął
głośno rozpaczać – „mama, mama, mama” i „Jezusik, jeny, jeny, jeny”. Na dole stał pan Po-
łubin. Nie lubiliśmy go, nie wiem czemu. – A świeca znów się, kolego Maurycy, tliła – za-
grodził  nam  drogę  Połubin,  przepuszczając  chlipiącego  chłopca  w  białych  kolanówkach;
szczeniak zawisł za plecami Połubina – na mosiężnej klamce oszklonych drzwi. – Drugi raz
lepiej jednak zważać i sprawdzić, co jest zgaszone, a co nie jest. Wyście, kolego, zamkli w
piwnicy palącą się świecę.

Mawka próbował przecisnąć się wzdłuż ściany, ale Połubin czuwał: – Może nie wiecie, a

ja próbowałem zdmuchnąć.

– Zdmuchnął pan? – ożywił się Mawka, ale Połubin był zły: – Szpara za wąska, co sobie

myślicie – powiedział.

– No. Nieźle – kiwnął głową Mawka.

background image

8

Połubin postąpił do przodu: – Jak jest?
– Pierwszorzędnie.
Łobuz wiszący na klamce pokazał Mawce język. Tego było za wiele. – Poszedł wont, drań,

stąd! – wrzasnął Mawka w oczy Połubina i puścił się w pogoń za chłopcem.

– Jużem myślał, że kolega Maurycy na mnie tak – westchnął Połubin – a on jednak tak na

dziecko inżynierostwa Siudzińskich. – Wyprostował spinacz biurowy i uderzył nim trzykrot-
nie w brodawkę serdecznego palca. – Ot – uśmiechnął się szarpnięciem górnej wargi – czego
dziś w szkołach uczą.

Aż do „Colosseum” Mawka szedł po krawędzi chodnika; dawno już minęliśmy rzeczoną

knajpę.  Nie  przypomniałem  mu  o  koncercie,  pokazałem  pięść:  –  Parzyste,  Aleja  Wojska  –
powiedziałem. – Nie, suniemy przez park. – Wyrzuciłem dwa palce, Mawka całą dłoń. Nie
doganiałem go do gmachu radia, dopóki sam nie stanął. – Gość, rozumiesz, zaparł się w sobie
– powiedziałem.

– No – powiedział Mawka.
– Biegnie, jak koń, ścigają go dziewczęta na rowerach. Traktorzyści.
– No – powiedział Mawka.
– Jeden wychodzi ze sklepu, daje mu marynarkę, gość nic. Biegnie dalej. Namawiają go,

proszą, za cholerę, nic.

–  No  –  podjął  Mawka.  –  Dogania  go  grubas,  spocony,  w  pumpach,  z  dwudziestolecia,

chce, żeby się tamten z nim na rękę pomocował. Zwierza się, że już nie może. Całe życie ma-
rzył. Tamten nic. Wołają straż pożarną. Aktorzy... – Literaci – wtrącam. – Z autografami –
mówi Mawka. – Z obrazkami... – No – powiedział Mawka. – Facet z tępą miną, solidny pra-
cownik, taki, co zgłasza się do robienia gazetek ściennych... – Do konferansjerki... – Przepi-
suje kawały z „Karuzeli”, ludzie się nie śmieją, wtedy recytuje fraszki, coraz bardziej świń-
skie...  No  –  uciąłem  –  a  tu  samoloooty...  (Wizja  nadlatujących  triumfalnie  samolotów  koń-
czyła z reguły nasze fantazjowanie, analogicznie do typowych sekwencji finalnych popular-
nych wówczas filmów „wojennych”.) Tak dotarliśmy do parku. Mawka położył się na traw-
niku, który staczał się stromą, szeroką pochylnią aż do Rusałki.

– Pokocimy się – zaproponował Mawka.
– „Pokoczusia, powalusia, tełesykowoho mjaska najiwszys’” – powiedziałem. Mawka był

zły, że wyleciało mu z pamięci polskie „turlać się”. Nie lubił lekcji poprawności językowej.
Stąd tylko do połowy zbocza można poturlać się przyjemnie, potem czuje się już tylko bicie
traw po oczach i przedsmak wymiotów. Oprzytomniałem, wbity szyją w mokry chwast. Ktoś
grał w pobliżu na organkach. Przybiegł do mnie pudel z głupim pyskiem. Mawka leżał nieco
dalej, pod kasztanem. Rzuciłem tam suchą gałązkę, pies pobiegł za nią i stanął nad Mawką.
Uderzył go łapą, ale Mawka nie otworzył oczu i powiedział: – Połóż się, Henryk. Coś niesa-
mowitego, patrz, podświetlone słońcem liście! Szczególnie, gdy masz zawrót głowy.

Pudel cofnął się gwałtownie, zazgrzytał łapami o żwir.
– Impresjoniści mieli dużo racji – westchnął Mawka. Pies pełznący na brzuchu kichnął. –

Henryk – ostrzegł Mawka psa. – Jeżeli musisz rzygać, to nie na mnie, zgoda?

Pudel czmychnął, a ja postanowiłem, że nie wygram nigdy tego zajścia przeciw Mawce,

nigdy mu nie powiem: „a pamiętasz, jak ciekawie rozmawiałeś z psem o malarstwie?”. Usia-
dłem przy nim, kazał mi leżeć pod kasztanem i zapamiętać kolory prześwietlonych liści.

––

Knajpa ta miała dla nas – w swoim wnętrzu z barem na wprost wejścia, w ruchach konsu-

mentów  –  coś  z  nastroju  jadłodajni  dworcowej,  może  nerwowy  rozgardiasz,  typowy  dla
miejsc zbiorowego żywienia, a w kinkietach, w ich jasnym popielu coś ze speluny portowej, i
jeszcze coś ze schludnej stołówki domu wczasów pracowniczych: coś w bieli obrusów. Arty-

background image

9

ści: pianistka wyłożona brązowym pudrem, z „trwałą”, blondyna, obok skrzypek i wioloncze-
lista,  ten  drugi  stary,  wiekowy,  rasowy,  a  wszyscy  troje  dość  tu  niepotrzebni,  ustawieni  na
małej estradce. Jeszcze silniej wadził w knajpie Mawka. Jego obecność była tu już zupełnym
nieporozumieniem. Chodził cztery razy od stolika, przy którym siedziałem w zapachu bigosu,
do estradki z pianinem, gdzie ceglastą twarz kobiety  porównywałem do  doniczki  z  układną
fryzurą  blond-zielska,  poruszał  się  nie  tyle  krokami,  co  kolejnością  pęknięć  przestrzeni.  To
znaczy: nie strzelał palcami, a szedł tak, jakby nimi strzelał, tak ułomnie.

Skrzypek coś zapisał na kolanie, kiwnął głową, spojrzał na mnie, zagrali. Mawka usiadł na

krawędzi krzesła. Nogi rzucił na siwy dywan, a ręce – jakoś równie pokracznie – powtarzały
układ nóg, zaczepione przegubami o uda. – Wzięło tamtych – odezwał się Mawka, pokazując
kciukiem małżeństwo w głębi sali.

– Do nich dotarło – skłamałem.
Przy tamtym stoliku milczeli, mąż wydmuchiwał dym wysoko pod sufit, ale tego dymu w

półmroku prawie się nie widziało, można więc było sądzić, że spogląda na lampę, pajęczynę,
że widzi tam coś interesującego. Parę osób dało się na to nabrać. Pewien sierżant nie odrywał
wzroku  od  sufitu,  uśmiechał  się  tajemniczo.  Żona  sączyła  oranżadę,  widziałem,  że  płacze.
Miałem lepsze oczy niż Mawka i stanowczo więcej czasu, aby zaobserwować, że małżeństwo
w głębi sali jest małżeństwem skłóconym, w każdym razie tu, w tej knajpie, skłóca się z nara-
stającym rozdrażnieniem. Skoro milczą, to skupieni w swym wewnętrznym rozdźwięku, a nie
wzruszeni kompozycją Mawki.  Zależało nam  na  wytropieniu  twarzy.  Przejętej,  ładnej,  opa-
nowanej  muzyką.  Ach,  nie  byliśmy  sprawiedliwi  w  tym  obrzydzeniu  do  ust  mlaskających
flakami, spożywających żeberka. Któż nie ma prawa zajadać żeberek w sosie koperkowym, w
porze obiadowej? A jednak żerujące szczęki, wargi wysysające szpik, to żucie, żarcie, upoka-
rzało nas.

– Porozmawiajmy szczerze – powiedziałem,
Mawka brzęczał w szklance łyżką, którą gniótł kawałek cukru ubabrany w fusach. Brako-

wało mu zębów od pewnego czasu i musiałem mu rozgryzać cukier, bo wrzucał pół kostki. –
Od twojego rozgryzania rozbolała mnie szczęka – powiedział. Zapytałem, czemu ma zły hu-
mor. Czy grali źle? Ach, nie, przeciętnie grali, ale jest smutny, bo kto tego słuchał? Pierwszy
utwór,  który  jest  publicznie  wykonany  i  –  zupełna  obojętność  ludzi.  Powiedziałem,  że  do-
tknięty  czuje  się  Rachmaninow,  nie  Mawka,  bowiem  70%  kompozycji  zajmuje  Rachmani-
now, a drobne ozdobniki, owszem, są od Mawki. Czy mu żal tych ozdobników?

Wybiegł do ustępu. Nie użyłem chyba słowa „plagiat”? Pomyślałem, że jeżeli przetnie so-

bie gwoździem żyły, zapamiętam go jako szczeniaka, histeryka, z którym nie tylko przyjaźń,
ale  znajomość  była  stratą  czasu.  Swoją  drogą  postąpiłem  po  świńsku.  Mawka  miał  samo-
dzielne  kompozycje,  dzięki  jego  melodiom  moje  wiersze  znała  cała  szkoła,  śpiewał  je  chór
szkolny.

Zapłaciłem za bigos i postanowiłem sprawdzić, czy się uda Mawkę odratować. Zderzyłem

się z nim w kotarach. – Zapłaciłeś? – szepnął. – No to gazu.

Niebawem z ustępu wyszedł mąż (skłócony z żoną), który miał mokry kark i włosy. Ob-

wąchiwał dłoń z ponurym wstrętem. Zaczął o czymś opowiadać żonie. Pokazał palcem sufit;
domyśliłem się, że opowiada, jak naraz nad jego kabiną na suficie – pojawiła się plama. Z tej
plamy kapało. Żona powąchała jego dłoń. Z grymasu warg wywnioskowałem, że powiedziała
„umyj”, albo „tfuj”. Mąż jej kazał powąchać głowę. Żona powtórzyła grymas „tfuj”. On mó-
wił, usłyszałem to, „przecieka rura”.

Nie  rozumiałem,  czemu  Mawka  to  zrobił.  Podejrzewałem  wprawdzie,  że  będzie,  musiał

zrobić coś w tym stylu, coś doskonale wulgarnego. Ale wiedziałem na pewno,  j a k  on to
zrobił. Mawka „lał” znakomicie. Był mistrzem w „laniu na odległość” w szkole. On  „dole-
wał” do sufitu. (Papierosów w szkole nie palił.)

background image

10

––

Padał z brzękiem, tyle miał w kieszeni drobnych monet, cały w świetle, jakby przydeptać

miał cień, jakby cień był kocem, ale światło też gwałtownie opadało, cień wysuwał się spod
niego, lazł na wykop. Reszta nocy  gdzieś  się  rozpełzła.  Wciąż  pamiętam  nas  zerwanych  ze
snu, Mawkę, jak leżał na brzuchu na tym czmychającym kocu cienia i brzęczał od zimna pie-
niędzmi. Przedtem pamiętam strzelaninę. Wyrywanie sobie z rąk tej samej dętki, plątaninę w
rękawach koszuli (jedwabnymi koszulami owijaliśmy twarze przed  komarami), łowienie to-
nącego  plecaka.  Nie  jest  rzeczą  możliwą,  aby  to  wszystko  pomieścił  czas  gaśnięcia  jednej
rakiety. Musiało być tych rakiet więcej.

– Wiecie ludzie?... – mruczał Mawka. Wyglądał obrzydliwie.
Spał niecałą  godzinę.  Z mojej winy: zrobiłem mu awanturę, chodziłem po brzegu,  bliski

płaczu,  marzłem  i  nie  mogłem  uleżeć  na  mokrej  trawie  pod  prochowcem.  Uspokajał  mnie
łagodnie, jak wariata. Demonstrował, jak się trzeba położyć pod pniem, jak skulić, jak osłonić
plecy przed wiatrem.

– Umyj twarz – powiedziałem. – Oczy masz w klajstrze.
Od leszczyny rósł krzyk „hura”, Mawka przetarł pięścią zielone powieki. Biwakowaliśmy

nad strumieniem, który cwałował pełen traw i zielska, sam strumień to było pędzące dno, wo-
dorosty, muł, żwir, a woda zdawała się tylko potem mknącego potwora. Wodorosty powie-
wały, pulchne, grube. W żwirze trafiały się jakieś kretyńskie przedmioty, raz imbryk. – Co za
blaszana gęba – powiedział Mawka. – Tu masz nos, tu masz oczy – pokazywał. Rozrabiali-
śmy w tej gębie akwarele.

– Co robić? – zapytał Mawka. Poradziłem mu, żeby się wykąpał. Wlazł do wody. Płynąć w

tym strumieniu pod prąd – znaczyło nie ruszać się z miejsca. Mawka płynął pod prąd. Kom-
pania, a może tylko pluton piechoty przebiegał obok. Żołnierze  klęli, wypełniali las dymem,
który  z  kolei  wypełniał  płuca.  Rzucali  petardy,  wiatr  przyniósł  nam  dwa  spadochroniki  od
rakiet. Nikt nas nie zauważył. A przewidzieliśmy inaczej. – Mawka mógł zwrócić uwagę do-
wódcy, który – zmylony białym „kalesonem” – mógł wrzasnąć „Wy co, szeregowy?”. Mawka
miał odpowiedzieć „A czy źle?”. Po dłuższym wyczekiwaniu zmieniliśmy plan; Mawka po-
stanowił powiedzieć: „Od niedzieli płynę i płynę, a koło mnie wciąż ten sam wodorost”.

Rozebrałem się, żeby zastąpić  go w tym strumieniu, mógł  tam  dostać  zapalenia  płuc.  W

płaskich  ruchach  „żabki”  robił  wrażenie  chłodnego  pikla,  jego  nogi  w  tym  odcieniu  wody
miały połysk płatów ogórkowych. – Ruszamy – powiedział Mawka – i pies trącał. Jest taka
wieś pod Stargardem. No. Oni teraz tam są, uprawiają zresztą ryż. Nic, tylko ryż. – Kto? –
zapytałem. – No. Białogwardziści. Bo wiesz, że mój stryj był jesaułem carskim? Teraz oni się
osiedlili za Stargardem. – I uprawiają ryż? – No – odpowiedział Mawka.

Niebawem  dane  mi  było  sprawdzić,  że  ten  cały  pomysł  wycieczki  rowerowej  (pomysł

Mawki), to, że sypiamy w mokrych trawach, wycinamy inicjały w korze drzew, nadwerężamy
mięśnie, oglądamy słońce, gotujemy zupy z chemikaliami (biwakując nad  fabrycznym ście-
kiem),  szkicujemy  pejzażyki  z  bajorkami,  podkradamy  spółdzielczą  marchew,  fantazjujemy
na temat osady białogwardzistów uprawiających ryż, to wszystko, wszystko po to, aby Maw-
ka mógł rozmówić się z Matematyczką.

Miała zdumiewających rodziców. Ilekroć ktoś powiada, że ma na wsi rodziców, wyobra-

żam ich sobie mniej więcej tak, jak wyglądają ci tutaj. – Oj, coś drętwo – westchnął ku mnie
Mawka. Rozwodziłem się właśnie na temat przypiętej nad kalendarzem reprodukcji 

Demona

Wróbla.  O  Matematyczce  wiedziałem,  że  ma  zawiedzione  ambicje  malarskie.  Ilekroć  z  nią
rozmawiałem,  zaczynałem  mówić  o  malarstwie,  ale  dziś  niewiele  ją  ten  temat  interesuje.  –
Malowaliście po drodze? – zapytała. – O zachodzie słońca – odrzekł Mawka, zaczął przypo-
minać, jak staliśmy urzeczeni prawdą baroku, barokowych chmur, jak mówiliśmy, że gdyby
namalować je tak, jak w tej chwili wyglądają, „ludzie by nie wierzyli”. – Co robiłam o zacho-

background image

11

dzie słońca? – Matematyczką powtórzyła to pytanie dwa razy, ale tylko dla nabrania tchu. –
Wiem, wiem, wiem, o zachodzie?... Robiłam coś niemądrego? – („Po co się zgrywa?” – po-
myślałem – „I kim jest ten facet w ciemnych okularach?”) – brakowało jej rozpędu, szeleściła
słowa,  nie  wydzielając  żadnego  nawet  przydechem,  jakby  wargami  przebiegała  po  czymś
sprężystym – ...podpisywałam akt ślubu? Ano tak, tak. No tak, tak.

Charakterystyczni staruszkowie namówili nas na spacer nad jezioro. Matematyczka chyżo,

ruchami kozicy wdreptywała na pokrętną drogę, prowadziła nas grą białych tenisówek, roz-
bieganych jak piłeczki ping-pongowe.

(Nie wiem, czy była lubiana. Jej lekcje, pozbawione tak zwanego celu wychowawczego,

przynosiły  dużą  ulgę  po  chemii,  po  kazaniach  Chemika.  Ani  razu  nie  „wyspowiadała  się”
przed klasą, nie zdradziła nam swego „życiowego doświadczenia”. Miała tę właśnie przewagę
nad starszymi nauczycielami. Opanowana. Bezwzględna w stawianiu ocen. Nikt się w niej nie
zakochał. Tylko Mawka.)

Wyszliśmy na dziką plażę, jej ulubione miejsce, tu czytała 

Pasję życia i Trzy barwy czasu.

Plaża albo raczej wyrwa w trzcinach – kawałek mokrej łachy nabrzmiały szerokim korzeniem
spiłowanego  drzewa.  Mawka  zrzucił  spodnie  i  popłynął.  Ilekroć  dotąd  rozmawiałem  z  nią,
opanowywał  mnie  lęk,  przeświadczenie,  że  wchodzę  na  teren  zdradliwy,  gdzie  wystarczy
słowo, a będzie pojęte na opak, że zawadzi o jej któryś kompleks. Próbowałem teraz o Van
Goghu,  o  granicy  życia  i  śmierci,  porównałem  tę  intensywność  życia  roślin  Van  Gogha  z
ożywieniem chorego na gruźlicę przed agonią i naraz przestraszyłem się: a co, jeżeli ona ma
gruźlicę? albo ktoś z jej bliskich?

Tymczasem  Mawka  wciąż  pływał.  Gdzieś  daleko,  bo  ustał  plusk  wody,  zawołałem:  –

Mawkaaa!...  –  Niepotrzebnie,  zlegalizowałem  w  ten  sposób  niepokój.  Odtąd  Matematyczka
patrzyła  tylko  przed  siebie,  rzucając  do  wody  kępki  trawy.  Gdzieś  dość  blisko  szastał  się
szczupak.  –  Zresztą  on  doskonale  pływa  –  powiedziałem.  Rozkrwawiła  na  łydce  komara.
Niepotrzebnie na łydce. Musiałem myśleć o niej, w takiej sytuacji myśleć głównie o niej, jak
to jest z tym jej mężem, dlaczego mamy spać z nim razem w szopie, czyż – jeżeli jest mężem
– nie ma prawa spać z Matematyczką  w jednym łóżku? Jeżeli  wzięli  ślub  cywilny  i  on  nie
chce jej „tknąć”, jako katolik jest wprawdzie w porządku, ale jako mężczyzna – upokorzony.
Tyle satysfakcji dla Mawki. Czyżby się utopił?

Opowiadał, że przychodziła do niego z różami. Róże miały być z ogródka pewnej dobrej

znajomej,  ale  Mawka  wiedział,  że  Matematyczka  nie  zna  nikogo  w  Szczecinie  z  różami  w
ogródku, że kwiaty kupuje. Przed rozmową o tym, co „jest najważniejsze”, na którą nauczy-
cielka przyszła punktualnie, w kostiumie z wełenki, Mawka zaprowadził ją na 

Diabła wcielo-

nego. To był zresztą jeden z jego mniej celnych pomysłów. Po seansie, jak zazwyczaj, mil-
czeli, licytując się, kto pierwszy powie tradycyjne „no i jak?”, to pierwsze „no i jak” powie-
dział  Mawka.  I  pierwszy  skomentował  film  –  „Cały  tragizm  –  powiedział  –  że  dzieliła  ich
różnica wieku”. Długo stali na deszczu. – „No a z nami co?” – zapytał Mawka. Nie ustalili
godziny spotkania. Mawka nawet nie pytał, którym pociągiem ona pojedzie do rodziców na
wieś.

Spacerowała teraz po brzegu. Weszła do wody po kostki. Grzebała stopami w mule. Szła

głębiej, aż do zderzenia spódnicy z powierzchnią wody. Prześladowały mnie plastyczne wizje
na temat jej i jej męża.

– Płynie – powiedziałem.
– Boże, jak długo tam był.
Usłyszałem wołanie: – Henryk!...
– Tak? Jesteśmy – odkrzyknęła Matematyczka. – Co ci jest? – krzyknąłem, Mawka odpo-

wiedział, że wysiadła mu chyba ręka.

– Dopłyniesz sam?
– Nie mam pojęcia.

background image

12

– Zmierz grunt.
Stanął, woda sięgała mu do ust. Po chwili wygramolił się na piasek, przytaskał w palcach

nóg strzępki glonów. Udawał absolutne wyczerpanie, szedł przede mną, obejmując bark Ma-
tematyczki.

Marzło mu czoło. Wracaliśmy do Szczecina. W ciągu tych jedenastu godzin tylko dwa ra-

zy schodziliśmy z rowerów: przy studni dróżnika, żeby napić się wody, i w Stargardzie, żeby
napić  się  oranżady.  Mawka  jechał  w  białej  chustce  zawiązanej  pod  brodą  –  bał  się  ropy  w
zatokach czołowych. – Zdejm to – prosiłem – jest świt, na drodze coraz więcej robotników.

– Zdjąć i marznąć?
– Mawka, zrozum, że ja się wstydzę.
– Czego? Ty jedziesz normalnie.
– Nikt nie nosi chustek. Brzydko ci w niej. Patrzą na nas jak na wariatów. Ale wiem, ro-

bisz mi na złość.

– No. Gość nie wytrzymał. Płacze. Pisze do ministerstwa. Kupuje berety, kapelusze, czapki

uszanki, prosi. A tu samolo...

– Wiesz dlaczego? Wiesz dlaczego? Bo ten drugi, który jedzie w  chustce,  chce przestra-

szyć cały świat, wypływa na środek jeziora, znajduje mieliznę, sterczy tam pół godziny, a na
brzegu biegają, płaczą. Gość wraca jako bohater. Niech drży świat i nieszczęsna, która wyszła
za mąż, bo jest ktoś, kto może pływać i pływać do usranej śmierci. A tu samoloty, co?

Mawka się najpierw roześmiał, ale w chwilę potem postanowił się obrazić: – No i kto jest

złośnik?  Ty  –  powiedział.  Chustkę  zdjął  dopiero  przed  przystankiem  ósemki.  Wracaliśmy
zmęczeni  podróżą  i  sobą,  bo  gdyby  nie  to,  Mawka  inaczej  byłby  przyjął  propozycję,  żeby
rozpakować plecak na ulicy, podzielić się obrazami i rozjechać – każdy w swoją stronę. Poro-
zwieszałby  na  parkanach,  porozmieszczał  na  chodniku  obrazki,  bieliznę,  dętki,  a  robiłby  to
wolno, prowokując naraz  dyskusję  nad  przewagą  brązu  w  mojej  akwarelce,  malowanej  nad
fabrycznym ściekiem, uparłby się, by ustawić ją na trawniku i pooglądać z oddalenia, a potem
na tle szyby czyjegoś okna... On to robił często, takie demonstracje, kiedyś woził szkic 

Cze-

remcha po mieście i zapraszał do dyskusji konduktorki, listonoszy, milicjantów...

Koło Bramy Portowej, w pośpiechu, zasłaniając worek rowerami, przełożył część swoich

rzeczy z mojego plecaka, wypiliśmy milczkiem resztę wiśniówki z Łobezu, powiedzieliśmy
sobie „no to cześć” i rozstaliśmy się.

KOMENTARZ DO „KRWISTEGO”

Ursyn był pierwszym człowiekiem, który zmusił mnie do przemyślenia faktów, ułożonych

w  pamięci  już  w  osobny  rozdział,  poświęcony  „mojemu”  Mawce.  Widocznie  którymś  sło-
wem, jak zbyt ostrym gestem, przeciąłem lekkie granice gawędy. Zauważył ten gest. Jest spo-
strzegawczy. Zapamiętał to słowo, to miejsce, w którym fakty rządzone są już innym prawem,
nie prawem plotki, choćby nawet dość strasznej, ale dającej się zamknąć westchnieniem „no
tak” czy „mój Boże”. Po raz pierwszy ktoś okazał niezadowolenie z mojego sposobu mówie-
nia  o  ludziach.  Ursyn  machał  dłonią,  (ruch  strząsania  termometru  spięty  z  ruchem  łapania
muchy),  mógł  uderzyć  w  szklankę.  Mówią  o  nim,  że  trzepnięciem  dłoni  potrafi  przekreślić
człowieka. Że nie umie postępować z ludźmi. To insynuacje. Ludzie go fascynują. Uprawia
przecież reportaż. Zawiera mnóstwo znajomości, wycina adresy z „kącików przyjaciół” pism
młodzieżowych, krajowych i obcych. Im dłużej mówiłem o Mawce, tym natrętniej czułem, że
– jak sam powiedział – „to nie to”. Co nie co? Nie rozumiałem go. Być może moja technika
myślenia o sobie i innych była zbyt prymitywna, bo ja wiem? – upraszczająca temat. Powie-
działem: – Zaczekaj. Nie jestem fraszkopisem. Pozwól mi komplikować odpowiedzi. – Ursyn

background image

13

przycichł, ale nie tak, jakby oto zamierzał w skupieniu celebrować ze mną myśl o sprawach
ostatecznych, tylko raczej przyczaił się, by mnie zaskoczyć, kiedy zacznę rozmyślać inaczej,
ale znów głupio. Znów „nie tak, nie tędy”.

– Czy bawiłeś się w dzieciństwie w „wyścig myśli”? – zapytałem, by zyskać na czasie. –

Gra polega na uświadomieniu tego, że się myśli, że się myśli o tym, jak i co, i że się właśnie
myśli, na próbie oddzielania nurtów myśli oraz na tym, że takie oddzielenie nigdy się nie mo-
że udać. Pragniesz jasności, precyzji, a stwarzasz w środku chaos, mętlik, wrzask... – Wstęp
ten nie wywarł na Ursynie żadnego wrażenia. Mnie się raczej podobał. Sądziłem, że wysub-
telniając język wypowiedzi, stwarzam szansę pogłębienia tego, co zapewne przedtem zbanali-
zowałem.  Postanowiłem  szukać  rehabilitacji  w  słowach  patetycznych,  wieloznacznych.
Przedstawiać każdy fakt nie jako fakt, lecz symbol, za którym kryje się niewyrażalny kosmos
egzystencji. Być sobą, pomyślałem. Kimś naprawdę szczerym. Zazwyczaj szczerość kojarzyła
mi się ze wspomnieniami trudnego dzieciństwa. – Odkąd siebie pamiętam – mówiłem – wie-
rzyłem, że wszystko jest dla mnie. Że świat jest celowy. Dobrze nam się nie powodziło, lecz
wierzyłem: nie powodzi się nam dobrze „tak na niby”. Muszę przejść Potężną Próbę. Gdzieś
jest Ktoś, kto myśli tylko o mnie. Reżyseruje dla mnie trudną sytuację i obserwuje, jak się w
niej zachowam. A więc muszę być chłopcem na schwał... (– Na co, na co? – wtrącił w tym
momencie Ursyn. – Mów dalej. Nie szkodzi.) – Nie miałem swego Boga – powiedziałem. – A
za to miałem sobowtóra. Wiesz, ja byłem Heniek, Henias, a mój sobowtór Perehenias. Henias,
na przykład, był grzeczny. Perehenias łobuz. A wiesz, skąd to imię? – zapytałem i opanowany
tym dziwnym nastrojem, w którym człowiek zamieniony w ckliwość, w tajemniczość, w ma-
gię, czuje się nie „sobą” już, lecz uczestnikiem jakiegoś Misterium, zerwałem z łóżka prze-
ścieradło, zawołałem niemal śpiewnie: – Wiesz, co znaczy „perehenia”?

– Czy przez samo „h”? – zapytał Ursyn. – Wiem. Potrawa skandynawska z dziewięciu li-

ter.  Kiedyś  przez  nią  przerżnąłem  krzyżówkę  z  kociakiem.  Z  tym,  że  tego.  Możesz  mówić
dalej.

Czułem, że popadam w stan bardziej komiczny niż poważny. Ale już nie mogłem z tego

wyjść.  Narzuciłem  prześcieradło  na  Ursyna.  Kazałem  mu  spleść  dłonie,  unieść.  Nie  chciał
wstać, lecz  go dźwignąłem. Sapał. Powiedziałem, że to  sztuczne  widmo, „perehenia”.  Ręce
splecione są jak starcza, zmarszczona twarzyczka. Że w ten sposób u nas straszyło się dzieci.
Jakiś wujek czy znajomy stawał w ciemnym kącie, a wyglądał jak duch. (– Jak wyglądał? –
sapnął Ursyn i odrzucił prześcieradło. – Skąd ty mogłeś wiedzieć, jak wygląda duch?)

Chciało mi się płakać. Moje Wielkie Misterium rozpadało się przy byle prymitywnym żar-

cie.  Gdybyż  Ursyn  starał  się  mnie  niszczyć  w  sposób  wyrafinowany,  zmyślny!  Nie.  On  od
niechcenia pokpiwał sobie ze mnie. A więc gdy mówiłem o Mawce i sobie lekko, niefraso-
bliwie: było źle. Gdy zacząłem mówić serio, „zgłębiać problematykę”, udziwniać siebie: było
śmiesznie. Nigdy w życiu nie szarpałem się w tak rozstawionych sidłach. Źle, gdy myśli się o
życiu formułami prozy satyrycznej. Cyklem scenek rodzajowych. Źle, gdy myśli się o życiu
symbolami.  Teatrzykiem  misteryjnym  sporządzonym  z  mglistych  przeczuć.  Spłycasz  –  źle.
Pogłębiasz źle. Jak możliwe są myśli o życiu? W którym miejscu szczerość staje się zabawna,
a symbole przewracają się do góry dnem, ukazując nadmuchaną pustkę?

Ursyn zmuszał mnie wciąż do mówienia. Replikował teraz każde zdanie. Misteryjne dymy

rozwiały się same. Teraz Ursyn kierował spektaklem. On się też przede mną zgrywał, ale mą-
drzej. Zainscenizował Moralitet. Oczywiście, zrozumiałem to dopiero później. Odtwarzałem
sobie często w pamięci tę scenę, ale nie tak, jakby mogła wyglądać sfilmowana, lecz tak, jak
ją rozumiałem. Ursyn przejął na siebie rolę Recenzenta nie literatury, lecz literackości moich
myśli i poglądów. Każda jego replika była jedynie przyjacielskim ostrzeżeniem. Mówiłem, że
„mój Mawka ma duszę artysty”. Ursyn odpowiadał cokolwiek. Odpowiadał jednak tak, jakby
wywieszał  n a     t y c h     s ł o w a c h   tabliczkę z napisem 

BANAŁ. Powiedziałem, że się boję

zanikania czasu. Ursyn sięgnął po napis 

MISTYFIKACJA. Wyznałem mu, że nigdy nie potra-

background image

14

fię zrozumieć człowieka, który w życiu widzi tylko tani merkantylizm. Ursyn cisnął w moją
stronę 

NARCYZEM.

Wtedy mu powiedziałem, że jestem za młody, abym mógł już w tej  chwili mieć dystans

krytyczny do siebie i rówieśników. Na to Ursyn nie znalazł tabliczki. Powiedziałem, że nale-
ży  szukać  własnej  fabuły,  własnego  mitu,  żeby  strzępkom  życia  nadać  jakiś  sens.  Ursyn
chciał już wywiesić nowy napis – 

LITERACKOŚĆ – ale potem powiedział:

– Z tym, że tego. Ktoś ma prawo szukać mitu w strzępkach, niezależnie od tego, że czasa-

mi można sobie pożartować.

background image

15

II

MOST

Świński blondyn w beżowym nieprzemakalnym prochowcu, nie tyle beżowym, co – w tej

sali, na tle tych ścian – barwy światła dziennego rozbełtanego z elektrycznym, Lech Tyszar-
ski,  przesuwa  się  między  ławami.  Przypomina  ruch  papieru  czerpanego  na  drewnianych  li-
stwach. Powiedziałem mu to. Powiedziałem „mokry arkusz”. Zrozumiał. Każdy sąd zanurzo-
ny w moje myśli tak głęboko, że wystaje na zewnątrz sam wierzchołek, którego krawędzie nie
mogą rysować obrazu całości, Tyszarski rozumie. Mogę to zaraz sprawdzić. Powiem, obojęt-
nie co, bez znaczenia, na przykład: „trzęsawisko”. Lech przyzna mi rację. Albo zacznie pole-
mizować: – „Z trzęsawiskiem przesadzasz” – powie. Albo że jego również ta myśl gnębi od
dłuższego czasu.

Ileż to razy ja i Gorzelańczyk próbowaliśmy go zdemaskować! Ględzić przez trzy godziny

trzy po trzy, a potem w łeb go obuchem: – „Cokolwiek zrozumiałeś, nie jest do rozumienia,
nic nie znaczy”. – Zaczynaliśmy ględzić, Tyszarski – rzecz jasna – rozumiał. Chętnie wtrącał:
– „Mów, mów, ja doskonale rozumiem” – i tym swoim głębokim basem, bo na basie pełnym
kaszlu potakiwał, a polemizował czystym barytonem, tym wnikaniem w nasz bełkot kojarzył
oderwane zdania, zespalał je w nas samych,  fabularyzował,  że  nasze  ględzenie  trzy  po  trzy
było coraz bardziej powiązane – pływające wysepki słów kojarzyły się u spodu, wmarzały w
siebie. Lech dorzucał wtedy swój „niepokój”, wszystko bowiem sprowadzało się u niego do
„niepokoju”. Mówił: – „Przesadzacie z niepokojem”. – Przegrywaliśmy i ja, i Gorzelańczyk.

Za  dzwoniącymi  szybami  leży  woda  w  szparach  na  dziedzińcu,  popielata,  matowa  jak

płótno.  Szpicbródka  z  Towarzystwa,  widać  go  przez  szybę,  poklepuje  lśniącą  oponę  rozdy-
gotanej ciężarówki. Robotnicy przechylają kubeł pełen popiołu i żużlu, ciężarówka chwyta go
odwłokiem, zgrzyta segmentami, przenosi do góry dnem. U spodu wirujące, specjalne miotły
ryżowe do zamiatania ulic. Zużywają się po kilkunastu kilometrach.

A Tyszarski wędruje wzdłuż ścian popękanych w szkic do bitwy pod Płowcami, w cały za-

rys fortyfikacji i podartych kolczug, wspina się na palcach, wyjmuje z kieszeni blaszany grze-
byk,  wyłuskuje  nim  pineski  z  napisu  „DBAJ  O  CZYSTOŚĆ  MIASTA”.  Chowa  napis  pod
prochowiec. To prezent dla Ciuchny, który gromadzi wywieszki.

Tyszarskiego pamiętam sprzed roku, też z obskurnej świetlicy, tyle że wiejskiej, której su-

fit powiewał gęstymi spiralami karbowanej bibułki. Skradł tam reklamę soli pastewnej. Przy-
wieziono nas na wieś, uczestników Zlotu, mikrobusem w ramach akcji „Młoda Wieś Literac-
ka”:  pediatrę  z  powiatu  –  autora  wspomnień  okupacyjnych,  kierownika  szkoły  –  piszącego
wiersze, i mnie. Ktoś odstąpił mi zaproszenie na ten Zlot, ktoś mniej ważny, bo zakwatero-
wali mnie w domu studenckim na peryferiach. Sypiałem po cztery  godziny, z obrad zwykle
nie mogłem trafić do „domu”, wałęsałem się po pustkowiu między żwirem i wannami z wap-
nem, przepędzano mnie z terenów budowy, przewracałem się na gołoledzi, ścinającej nocami
jezdnie – a przewracam się często – zgubiłem bon na obiad, docierałem do „domu” – wszyscy
spali, po ciemku ściągałem ubranie, powolutku w kalesonach właziłem pod koc śmierdzący
czyimiś  włosami,  zasypiałem,  ale  bez  zmiany  pozycji,  żeby  nie  budzić  innych  chrzęstem

background image

16

sprężyn, wstawałem obolały, z czerwonym lotnym piaskiem w oczach, z językiem jak suchy
korzeń, chciałem wyjechać. Postanowiłem uciec. Decyzję ucieczki przyśpieszyła wiadomość
o spotkaniu autorskim na wsi. To jest stracona noc, myślałem. Nonsens, żebym na wsi czytał
t a  k  i  e    wiersze.  Jestem  tu  przez  przypadek.  Dajcie  mi  rok,  popracuję  z  tymi  ludźmi  rok,
wtedy mogę im zrobić wieczór poezji kogo chcecie, Eliota, myślałem. Najpierw powiozą po-
ciągiem, potem będziemy czekali w kawiarni dworcowej na mikrobus z powiatu. Wyjdę na
spacerek i mnie zgubią. Trzeba się  gdzieś  zaszyć.  W  tym  tłoku  przy  piwie.  Twarz  zasłonić
kuflem i kanapką z serem. Powinni zgubić...

Tyszarski wytropił. Jeżeli tak można powiedzieć – zajął się mną. W pociągu byłem sam.

Nie samotny, nie osamotniony, tylko doskonale bezpieczny, ale odkąd  Lech  mnie  wytropił,
zaszedł z tyłu, z tłumu przy piwie i poprosił o ogień, więc nie mogłem już uciekać, potem w
mikrobusie,  gdy  gwarzył  z  pediatrą,  nie  spuszczał  ze  mnie  wzroku,  opowiadał  dowcipy  i
sprawdzał, czy mnie ubawiły, przywiązałem się do niego. Nie polubiłem go wcale, sądziłem,
że  obowiązuje  prosta  grzeczność:  z  kimś,  kto  się  mną  zajął,  muszę  trzymać.  Wyznaczyłem
sobie nawet pole koła z Lechem w środku, którego nie opuszczałem, starając się nie być zbyt
blisko  ani  za  daleko.  Jego  spojrzenia,  stwierdziłem,  były  porozumiewawcze.  Oto  on  i  ja  –
zdawały się mówić – jesteśmy ponad sytuacją w tej świetlicy z przewiewem bibułki, z chło-
pakami rżnącymi w ping-ponga, do których przyłączył się ryży pediatra, rozebrał do koszuli,
podwinął rękawy i skacze, a kierownik szkoły w cyklistówce stoi pod plakatem „CHCEMY
SOLI” i wyciąga maszynopisy z teczki, chociaż wieczorku nie będzie, bo ludzie nie przyszli,
tylko chłopaki tu sobie trenują ping-pong, dobrze się stało, Lech prozy nie pisze, wierszy nie
pisze, więc dobrze się stało, duża lipa, teatr nierzeczywistości. Tak sobie wtedy myślałem o
spojrzeniach Lecha. On rozmawiał z chłopakami. Szkoda, że tak wyszło, mówił. Pewno każ-
dy z nich woli boksować. Chłopaki odpowiadali mu grzecznie. Tak, czytali ogłoszenie, że ma
być zebranie, ale nie pisało, że z autorami. – Jak z autorami, toby więcej przyszło? – zapytał
Tyszarski i zdjął ze ściany plakat „CHCEMY SOLI”. Chłopcy nie zapytali, po co mu ten pla-
kat. Jakby nie chrzciny u organisty, ludzie przyszliby i bez autorów.

– U was chłopaki lubią boksować? – zapytał Tyszarski.
– Czemu?
– A nic. No to szkoda. Przywiozłem autorów, poczytaliby wam różne wiersze, niektóre do

śmichu, niektóre do płaczu.

– U organisty są chrzciny, a tak toby przyszli – odpowiedzieli chłopaki.

––

Szpicbródka z Towarzystwa – wciąż go widać przez dzwoniące szkło – zagląda do kubła,

jakby  chciał  stwierdzić:  faktycznie,  ciężarówka  wchłonęła  cały  żużel.  Robotnicy  nachylają
drugi kubeł. Znów odwłok ciężarówki. Ruch zgrzytliwych segmentów. Nowoczesny wóz do
oczyszczania miasta. Pokaz sprzętu. Wychodzimy ze świetlicy, ja i Lech. Niech nas zobaczy
ten Szpicbródka.  Niech  wie.  Uczestniczymy  w  pokazie.  Popieramy  akcje  oświatowe  Towa-
rzystwa.  Wóz  rusza  z  sykiem  mioteł,  zeskrobuje  nimi  wodę  na  dziedzińcu.  Gromadka  mo-
krych  dzieci  podąża  za  wozem.  Szpicbródka  z  tyłu,  chce  zapalić,  ogniki  odskakują  mu  od
palców, nie chwytają wilgotnego papierosa.

– Dwoma zapałkami, prezesie – mówi Lech. – Jak marynarz na wachcie w czasie sztormu.
– Więc, koledzy, jesteście – rzeczowo stwierdza tamten.
Na tle bramy kobieta-wartownik rozkręca termos. Między prętami  tej bramy widać dwie

popielate mniszki idące męskim krokiem. Zaraz Lech podejdzie do kobiety-wartownika, po-
częstuje ją „travelem”. To jego trening. Nie pomyliłem się: idzie, nie pomyliłem się już wtedy
na wsi, gdy znalazłem formułę na Lecha: włamywacz. On dobiera się do ludzkich łask umie-
jętnie, a nie chce wyjść z wprawy, więc zjednał sobie wartownika-kobietę, otyłą i granatową,

background image

17

bo  on  musi  się  przyzwyczaić  do  tych  gestów  pobratymczych  z  ludźmi,  bacząc  na  razie  na
zysk  minimalny.  Dla  „mojego  uszanowa...  szanowne...  pa...”  u  szatniarzy  wszystkich  knajp
tego  miasta,  dla  „ostatnio  rzadko  pan  nas  odwiedza”  u  portierów  deesów.  Tamci  myślą,  że
Tyszarski podaje im rękę, widzą przecież rękę Lecha z paczką papierosów, a tymczasem to
proteza, jego sposób na kalectwo wyglądu. Lech wygląda antypatycznie. Robi wrażenie szui.
Ach, na dobrą sprawę nic mi nie wiadomo, żeby kiedyś postąpił jak szuja, on tę swoją „szuję”
ma w szerokiej chuligańskiej gębie, w płaskich zębach i szyderczych ruchach warg. Powierz-
chowność faceta, z którym lepiej uważać. Ma tę „szuję” jak kwiat ma piękno, jak zagadko-
wość  ptaki.  Coś  musi  z  nią  począć,  czymś  zniszczyć  powierzchowność  szui,  jakimś  gwoź-
dziem, który – wbity w żelazko – niszczy ideę żelazka.

– Czy Szpicbródka – odciągam Lecha na bok – czy on daje nam do zrozumienia, że trans-

akcja zawarta?

To by była transakcja korzystna. Oni nam salę na próby – my im podpisy na deklaracjach

członkowskich. Uczestniczylibyśmy w akcjach Towarzystwa.

– Rzeczywiście, nowoczesny sprzęt – zwracam się do Szpicbródki, ale z tak wymuszoną

uciechą, że Szpicbródka podsuwa mi dłoń i bez słowa odchodzi.

– Wolałbym – mówi Lech – żeby nikt nie rozwalał Klubu. Jeżeli rozwali Klub, a ze Szpic-

bródką nie wyjdzie, zostaniemy bez budy – przygląda się syczącej ciężarówce, która zawraca.
Każdy coś w Klubie knuje. Każdy ten Klub rozwala. Nasze spory wysypały się z dużego for-
matu,  nie  ma  tragizmu  bytu,  nie  pociąga  nas  już  dziwność  kultu  jednostki,  czołgamy  się  w
kolczastych  zaporach  podejrzeń.  Gorzelańczyk  to  tłumaczy  „fatalizmem”  miejsca  naszych
zebrań. Mówi, że źle działa  atmosfera  pomieszczenia,  że  samo  już  zagospodarowanie  prze-
strzeni w willi pana Ignasia – i wylicza – to, że zamiast wieszaka sterczy w holu betonowy
niedźwiedź wniesiony z ogródka i na łeb tego monstrum trzeba rzucać płaszcze (makabra), że
siadamy  na  skrzynkach,  a  Jan  Ciuchna,  prezes  Klubu  Młodej  Inteligencji,  na  fotelu  denty-
stycznym  (po cholerę?), to, po trzecie, że po  kątach  leżą  misy  cynowe  (udziwnienie),  że  tu
każdy – jak się okazuje – sprzęt jest  z a m i a s t   właściwego sprzętu, w siwaku barwne kredki
z a m i a s t   kwiatów, atrament w probówkach (niepraktyczne), komplet: niebieski, czerwony,
zielony;  że  tu  nam  stworzono  wielką  metaforykę,  wprowadzono  w  świat  przekształceń  se-
mantycznych, co kiedyś wystarczyło, aby Klub zaistniał.  Z a m i a s t   tego, o co chodzi na-
prawdę. – A co nas obchodzi naprawdę? – zapytałem Gorzelańczyka, szelma odpowiedział: –
To jest właśnie przedmiot naszych sporów.

– Chyba tego niedźwiedzia nie bierzesz poważnie? – wtrąca się do moich myśli  Lech. –

Daj spokój z metaforyką.

O  czym  myślał  od  czasu,  w  którym  minęliśmy  bramę  z  karabinem  granatowej  kobiety,

kiedy zmartwił się, że stracimy budę? Dokonywał nowego włamania – do mnie. Odgadywał
ruchome  platformy  w  moim  lekkim  jak  światło  rusztowaniu  myśli,  wytropił  te  miejsca,  na
których budują się części obrazów. Jak prześledził wędrówkę moich myśli, odkąd powiedział
– „Zostaniemy bez budy”? Najpierw to „zostaniemy bez budy” wprowadził we mnie jak że-
ton. „Bez budy” musiało – jak podejrzewał – uderzyć w „co znaczy bez budy”, ale wciąż nie
dotykając linii wyglądów, które były głębiej. Może – odczekał sekundę – pojawiła się w mej
wyobraźni widmowa „buda w ogóle”. Wyobrażenie czterech ścian. Platforma opadła niżej, na
poziom „bez jakiej budy”, poruszyła nowe hasło wywoławcze „jak wygląda ta buda, bez któ-
rej” – wyrzuciła hasło „klub”. „Klub” zajmował już miejsce, na którym wyglądy sprzęgły się
w całą wizję, skąd spadały na biegnące platformy jak żywe kawałki: Ignaś, probówki, skrzyn-
ki, Gorzelańczyk, fotel, niedźwiedź, misy cynowe, Ciuchna, niedźwiedź, niedźwiedź... Wie-
dział, że nienawidzę tej ogrodowej szmiry, że na niedźwiedzia jestem uczulony. Wiedział, że
w karuzeli obrazów tworzących „klub” właśnie niedźwiedź powtórzy się najczęściej. Dlatego
mnie „odgadł”: – Daj spokój z niedźwiedziem.

To dopiero połowa triumfu Lecha. Zgadł pierwszą moją myśl z równania z jedną niewia-

background image

18

domą. To jest, na dobrą sprawę, robota dla kieszonkowca, takie „włamanie”. Teraz będę pró-
bował mu uciec. Przesunąć dźwignię w ten sposób, aby zakłócić pracę mechanizmu kojarze-
niowego. Myśleć to, co się z niczym aktualnym nie kojarzy, dajmy na to: (karuzela wychwy-
tuje widokówki): konie w trawie, lokomotywa, oddział esesmanów (psiakrew, kojarzy się, to
z jakiegoś filmu!), płonący żagiel, suma kątów w trójkącie (nadal się kojarzy), sztuczne oddy-
chanie, cyrkiel (już lepiej, ale powstaje schemat – sport i geometria), lokomotywa (już było!),
piraci (znów marynistyka, żagle, piraci...), hokeista na trawie (co ja z tym sportem?), tygrysy
(co? żeby potem niedźwiedź?), cyrk (znów kojarzę!...), motywy brzydoty... O: motywy brzy-
doty. Niech mnie łapie na motywach brzydoty. Ale nawet nieważkie pojęcia są wyobrażalne,
materializują się i zużywają w czasie, „motywy brzydoty” nie będą więc myślane w nieskoń-
czoność, chociaż powtarzam je, przepisuję językiem na zębach, a myślę za dużo, o wiele za
dużo, żebym miał z nim wygrać ten turniej.

– Próbujesz uciec? – woła z tyłu Lech.
A tak, przecież biegnę jak koń. (Konie już były...) Czy on zgadł, że próbuję mu uciec my-

ślami, czy nie zgadł? Uśmiecha się, ale to nic nie znaczy, on nie powie, czy wygrał, to nade
mną  byłby  triumf  przedwczesny,  jeszcze  mnie  nie  „rozgryzł”.  Gdybyż  wiedział...  Gdybyż
zgadł, jak  go sobie „streszczam” – bo kogóż  nie  da  się  streścić,  architektura  nawet  gęstych
secesyjnych charakterów ma w sobie prosty schemat rur wodociągowych – że streszczam go
tak: Lech Tyszarski chce zwalczyć dolegliwość „szui”, a sprostać temu może, budząc zaufa-
nie u pewnych ludzi drobnym poczęstunkiem, u innych przenikliwym widzeniem człowieka,
a to wymaga wysiłku, wysiłek zaś sam już zmusza do współczucia. Mógłbym mu teraz po-
wiedzieć  –  „Przestań  mnie  wzruszać,  nie  musisz  ze  mną  robić  ceregieli,  jesteś  swój  chłop,
bratnia dusza, z tobą można kraść konie (znów konie), więc nie zachowuj się jak lichy sztuk-
mistrz, który podbija widownię nie trickiem, lecz strachem, że trick się nie uda. Masz na mnie
dwa sposoby: jeżeli nie zadziwisz swą inteligencją, to przynajmniej rozczulisz, że tak bardzo
chciałeś mnie zadziwić. Przez to jednak nie wyleczysz swojej „szui”. Nie wiem, czy Lech – to
swój chłop. Czy nie zrobi mi w przyszłości świństwa”.

Zapytałem raz Gorzelańczyka, jak mu się widzi Tyszarski.
Lech mu się „widział” inaczej, niż go poznałem, nie na wsi, lecz w pierwszorzędnym lo-

kalu, w środku jakichś kombinacji z dolarami, coś z tych filmowych wizji nocnego Paryża, w
których błyszczące kołnierze orkiestry, faszyzująca młodzież, pistolety. Lech i jego przeklęta
„szuja”,  z  tym,  że  „szuja”  osobno,  po  animizacji,  oswojony  lampart  na  kolanach  Lecha.
Wszyscy wiedzą, że chciałby ją zabić, tego lamparta, że do niego strzelał. Mówi – „Przez to
śmierdzące bydlę zwichnąłem karierę”. Mówi – „Dawali mi za nią czterdzieści tysięcy fran-
ków, ale jakże ją sprzedam?” Mówi – „To po rodzicach pamiątka” – i mówi – „żarłoczna be-
stia, ale przywiązana do człowieka”.

––

Tak wkraczamy do szarego gmachu, obaj uzbrojeni, obaj czujemy się w lśniących pancer-

zach, które – wydaje się nam w tej chwili – obudowały się wokół naszych myśli, aż brzęczą,
winny  zwracać  uwagę.  Idziemy  w  zbroi,  w  złudzeniu,  że  tylko  to,  co  myślimy,  jest  realne.
Wchodzimy do sali obrad. To znaczy: wchodzi Lech, dostał się między przesmyki z rzędów
krzeseł a wstających z tych krzeseł mężczyzn. Powstają prężnie, strzelający zamkami teczek.
Zasłaniają mi Lecha, wypełniają korytarz sobą i szelestem rozcinanych paczek papierosów w
celofanie, rozcinanych paznokciami... Coraz gęściej od dymu. Przechadzam się między nimi z
opuszczoną przyłbicą, która odcina moją Niezależność i moje Myśli. Nie przeczuwają nawet
pancerza,  w  którym  chodzę.  Nie  wiedzą,  jak  myślałem  interesująco.  A  przy  spluwaczce  –
ostatecznie stałem przy niej pierwszy – zwiera się grupka mężczyzn, odcina mi dostęp, cofam
się  z  popielatym  pręcikiem  nad  palcami.  Nie  mam  gdzie  strząsać  popiołu.  Wokół  innych

background image

19

spluwaczek ta sama historia. Plecy w garniturze. Pośladki w elanie. Oczywiście, przychodzi
ochota,  żeby  kogoś  w  te  pośladki  kopnąć.  Normalna  reakcja.  A  wiem,  że  nie  kopnę.  Mam
lepszy sposób. Będę ich po prostu miał za idiotów. Stoję w środku ich szelestu, trzymam w
dłoni rozsypany popiół – i mam ich... Wraca dobry humor.

A gdzie Lech? Z Lechem czuję się raźniej, mimo wszystko.
On przynajmniej chce zgadywać moje myśli. Przynajmniej mu zależy na mnie. Gdzie jest

Lech?  Wyobrażam  sobie  sytuację,  w  której  Lech  by  przestał  istnieć.  Gdyby  Lech  przestał
istnieć  jak  Mawka,  co  wtedy?  Nie  podoba  mi  się  to  pytanie.  Nie  chodzi  mi  w  tej  chwili  o
śmierć Lecha. Nie podoba mi się ta odpowiedź. Przecież o śmierć Mawki też mi nie chodziło.
Nie podoba mi się sposób, w jaki myślę. Gdybym, zaczynam od nowa, we wracającym z sali
obrad Lechu – rozpoznał Nielecha. O! Wróciłby ktoś, kto akurat  przestał być Lechem, cho-
ciaż był nim kilka minut temu. Z części Lecha posklejany Nietyszarski. Przekomponowany.
Po  zabiegu  drugiej  integracji.  „Szuja”  z  jego  świadomości,  z  tych  widzialnych  dla  umysłu
rusztowań, zlazłaby niżej,  p o d  świadomość, do piwnicy. Aby straszyć Nielecha w snach.
Przystrzyc na nowo żywopłot jego pisma. Jawić się w kompromitujących przejęzyczeniach.
Tyle mogłaby mieć do  gadania „szuja” z lochów  podświadomości,  w  tyle  Freuda  można  w
końcu wierzyć. Ale to, co naprawdę budowało Lecha, co by mogło naprawdę zbudować Nie-
lecha, co kieruje i mną, i innymi, jest aż nadto jaskrawe i uświadomione. To jest nawet prze-
rozumowane, to jest może aż na siłę wymyślone, prędzej sztuczne, założone w sztuce, niż w
kompleksach wyniesionych z czasu, w którym było się podobnym do kijanki. W świadomości
Antylecha byłby chyba sam smutek. Trywialny i swojski, byłaby to osobowość mięciutka, w
zgrzebnych, ruchliwych jak wszy zgryzotach, a zgryzoty to by była nazwa stroju, w którym
zawsze by mu było niewygodnie.

Wraca Lech, to jest niestety  Lech jak dawniej, a pomyślałem radosne „nareszcie” i teraz

jestem  zły  –  „co  mnie  z  tym  typem  łączy”?  Obok  jest  Zdzich  Tututłuk,  cholernie  go  lubię,
sylwetka nerwowa, nasz kumpel, student antropologii. Przed Tyszarskim – ile to jednak daje:
mieć  chuligańską  gębę!  –  rozstępują  się  tamci  wokół  spluwaczki,  jakby  ich  plecy  w  elanie
poczuły „szuję”, same plecy, bo żaden się nie obejrzy. Lech któregoś potrącił – nie przeprosił,
potrącony zdążył złapać żółtą teczkę, która ześliznęła się aż pod kolano, chwycił ją kurczowo
i powiedział: – My tu chyba panom zasłaniamy.

Kółko  pękło  gwałtownie,  w  dwa  równe  szeregi.  Zdzich  Tututłuk  szepnął  do  mnie  swoje

„ty,  fajne  ujęcie”  –  bo  świat  Zdzicha  składa  się  z  „ujęć”,  odkąd  poddał  się  tyranii  nowego
bzika. Tym razem jest to bzik filmowy. Zdzich „kręci” filmy, a ponieważ brak mu, jak twier-
dzi, dwóch rzeczy – kamery i pokoju ze zlewem na laboratorium – „kręci” filmy w pamięci,
kocha się w sekwencjach czarno-białych, sam zaczął nosić czarny krawat i białą koszulę.

– Byłoby lepiej – rozmawia z nim Lech – gdybyś jednak nie rozwalał Klubu. Jeżeli rozwa-

lisz Klub, a z Towarzystwem nie wyjdzie...

Tłuste śmierdzące gałęzie dymu ze spluwaczki, chyba suchej w środku, skoro palą się tam

niedopałki,  wpełzają  pod  oczy.  Zaduch  wgniata  powieki  w  czoło.  W  tym  zaduchu  nawet
przyjaciele są antypatyczni, nawet Zdzicha trudno znieść w tym dymie, chociaż nie pali, a jest
tylko cząstką otoczenia i zarasta w nim trującym, czarnym zielskiem. Coś wyjaśnia  gorącz-
kowo Tyszarskiemu. Staram się wsłuchać. Klub rozwalić musimy, mówi. Inaczej wkopiemy
się w organizację o zadaniach sensu stricto politycznych. Wbrew sobie, nie będzie odwrotu,
pójdziemy do kicia i cześć. Kim jest bowiem nasz szef, pan Ignaś? Przyjacielem młodzieży?
Pederastą? Szpionem? Nie ma poglądu na film. Nie czytał „X Muzy”. I on nam miałby pomóc
w  pracy  artystycznej?  Z  takim  lepiej  ostrożnie,  mówi  Zdzich.  Dudni  głośnym,  niespoistym
basem,  z  którego  wciąż  mu  wyskakuje  ognik  śpiewnej  nutki,  on  go  zwalcza,  chce  zasypać
gęstą  chrypką,  zbyt  nerwowo,  aż  wybucha  kaszlem.  Wczoraj  prosił,  żebyśmy  koniecznie
wpadli na obrady. Dostał miejsce przy stoliku z napisem „PRASA”, ale jest z tej gorszej pra-
sy,  nie  specjalistycznej,  ani  nie  poczytnej,  reprezentuje  pisemko  abstynenckie,  drukujące

background image

20

spowiedzi uzdrowionych alkoholików, fraszki notorycznie rymowane „lepiej – nie pij”, pełne
okrutnych złorzeczeń. Z całej dzisiejszej  narady  lekarzy  zwalczających  alkoholizm  zostanie
krótka wzmianka podpisana Z. Tutł. Jego debiut dziennikarski! Zarobkował dotąd skromniej,
przy korekcie. Mija mu kaszel, znowu dudni, niech go słyszą, niech się dowiedzą, że on, cho-
ciaż ten gorszy, z tej gorszej prasy, ma takie problemy, o jakich się nie śniło wytwornym leka-
rzom, tym siłaczom z Izb Wytrzeźwień województwa.

Przykłada  dłoń  do  gardła,  jak  szalik,  miękko,  jakby  zasłaniał  przed  nami  ów  melodyjny

ognik, mówi wolno. Klub rozwalić musi i to z kilku względów. Musi ubiec Jana Ciuchnę. Nie
daj Boże, żeby Ciuchna opanował Klub. My, zapewne, nie mamy pojęcia, z jakimi pomysła-
mi nosi się Jan Ciuchna. On ma koncepcję masońską. Zdzich nam może dać słowo honoru.
Niech  go  na  tym  miejscu  jasny  byk  zastrzeli  (?),  jeżeli  zmyśla.  Czy  nas  urządza  pomysł
Ciuchny, co? My i masoneria! Zebrania w czarnych maskach są wprawdzie filmowe, ale za-
łóżmy wobec tego  grupę artystyczną. Ciuchna formułuje program loży  w  dwóch  słowach  –
„czynić dobrze”. Co to znaczy? Może któryś z nas wie? Zresztą Zdzich nie rozwali Klubu, on
go tylko przewietrzy, on chce wywiać zeń zapaszek polityczny. Kierują nim względy ogólne.
Nie  marzy  mu  się  prezesura,  o  nie!  Gdy  powstanie  grupa  artystyczna,  może  w  niej  zostać
pionkiem.

– Cholera, ty, żebym nerek nie przeziębił – mówi naraz Tututłuk. Ma na sobie mokre slipy.

Przyszedł tu prosto z pływalni. Tyszarski wpatruje się w Zdzicha z ponurą obojętnością. Po-
zwala mięśniom twarzy wypocząć, nie ryzykuje grymasu, lekkiej zmarszczki. Prawdopodob-
nie razem ze mną tęskni teraz do miejsca przy oknie, przez które uciekają gęste pasma dymu.

– Wpadliśmy tu – odzywa się Lech – i chcemy doradzić, żebyś lepiej nie rozwalał Ciuch-

ny.

– Klubu – poprawia Zdzich.
– Powiedziałem: Ciuchny.
Najgorszy  był  ów  moment  zmiany,  brutalny,  nie  do  określenia  (coś  jak  zdzieranie  snu

przez  żelastwo,  co  spada  z  rumorem  po  ścianie  i  chociaż  wiadomo,  że  dzwonił  budzik,  to
bezpieczniej jest odczekać chwilę, w której mogłoby się mimo to okazać, że po ścianach la-
tały ostre skrzydła blachy). Wciąż wracam do momentu, w którym zaszła zmiana. Zdzich bez
sensu zaczął dmuchać w palce, Lech wprowadził wszystkie zmarszczki na szerokie czoło, a
ich strach przeszedł na mnie, pomyślałem: „on go zaraz wyrżnie”. Nie wiedziałem, kto kogo.
Ale chyba „szuja” Tututłuka.

– Wobec tego ja rozwalę Ciuchnę – usłyszałem swój głos gdzieś daleko, na twarzy marsz-

czącego  się  Lecha.  To  jest  dla  mnie  samego  rewelacją.  Nigdy  dotąd  nie  myślałem  źle  o
Ciuchnie. Obserwuję teraz Zdzicha, jego sympatyczną gębę, która wierci się na długiej, białej
szyi,  przypominam  go  sprzed  dwóch  miesięcy,  jak  przyjechał  do  mnie  latem,  był  na  plaży,
klęczał w czarnej marynarce, bez spodni. Za płaską wydmą. Wyrzucał szczypta po szczypcie
morski piasek z kieszeni.

– Zostaw Ciuchnę w spokoju – mówi Lech. – Otrzymałem wczoraj w nocy od niego tele-

fon. Chciał się ze mną pożegnać. Jak się łatwo domyślacie: znów popełnia samobójstwo. Ale
gdy jest w takim stanie, lepiej dać mu spokój.

Zdzich gwałtownie dmucha w palce, Lech cedzi przez wargi szyderczy uśmieszek.
– Byłeś u niego? – pytam. – Dziś rano: sprawdzałeś?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo to kłamstwo.
– Twoje? Wymyśliłeś to w tej chwili?
– Jego kłamstwo. Jak zwykle.
– Więc byłeś u niego?
– Nie.

background image

21

Lekarze, siłacze z prowincji, mijają nas gęsto, jak przydrożne  drzewa. Dopiero teraz wy-

czuwam ich przemęczone twarze, kolor oczu, słyszę  głosy. Stajemy przy uchylonym oknie.
To pozwala oczom przerzucić długi most nad dachami w błękit. Być w przestrzeni, nie w tej
skorupie, nie w gnieździe splecionym z detali, ze spierzchłych  uśmiechów, obrzydliwych w
dokładności, w kaszlu Zdzicha, który wybucha tak blisko (kaszel, kaszel), że brakuje jednego
kroku, by utonąć mu, Zdzichowi, w płucach. W winorośli, którą łamie burza majowa.

Błękit pozwala dotknąć całej architektury. Jej kamiennych zmagań z przestrzenią. Tu słoń-

ce rozpada się równo na balkony i dachy, i okna. Klarowne kryształy powietrza, które leżą w
podwórzach,  odgradzają  od  siebie  ściany.  Pokoje  w  tych  ścianach  są  ciepłe  jak  butelkowe
szkło.  Z  wysokości  już  trzeciego  piętra  odzyskuję  całą  panoramę.  Teraz  próbuję  odnaleźć
każdego z nas po kolei w żywej mapie miasta i okolic. Stwarzam sobie nawet na ten cel hi-
potezę, że miejsce  p o b y t u  w tej chwili któregokolwiek z nas ma znaczenie szczególne.

––

Godzina szesnasta trzy. Najdalej jest Gorzelańczyk. Stoi na chybotliwej podłodze II klasy,

w płaszczu z czarnego plastiku, wygniecionym jak bilet tramwajowy, pod pachami i w kołnie-
rzu posklejanym. Gorzelańczyk stale dojeżdża. Teraz przykłada swoją czerwoną dłoń do za-
parowanej szyby i wyzwala w środku okna  półksiężyc  pejzażu:  masywy  stłumionej  zieleni,
wysoki zarys wieży spadochronowej, ktoś mówi: – „Już wieża, to Sołacz”. – Najpierw dojeż-
dżał w jakimś celu, na zajęcia. „Jako dojeżdżający” spóźniał się pół godziny każdej środy na
ćwiczenia  w  studium  wojskowym,  podpułkownik  zezwolił.  Po  skreśleniu  z  listy  studentów
Gorzelańczyk dojeżdża tylko do nas. Opłacamy jego podróże, organizujemy mu noclegi, ży-
wimy go. Gorzelańczyk wyciera teraz płaszcz mokrą dłonią, stary łach Jana Ciuchny wyże-
brany od niego którejś nocy cały w srebrnych plamkach (ni to pleśń, ni to osad chemiczny,
świństwo, które wlazło na plastik i „nie idzie go zmyć”). W tym przedziale – przypuszczam –
Gorzelańczyk  już  oswoił  współtowarzyszy  podróży,  zrobił  to  sprytnie,  że  wydaje  się  im  –
nawet posklejany – młodzieńcem wytwornym, co to i dla starszych ma uszanowanie i własną
pojętność posiada. Nie bez fantazji młody człowiek, choć w wojsku nie służył, nie bez drygu
do polityki, w sporcie oblatany. Takiego mieć zięcia! Umie słuchać, gdy przemawia doń star-
szy, który ojcem jego mógłby być... Gorzelańczyk umie dobrze słuchać. Oni nawet nie podej-
rzewają, jak intensywnie wsłuchiwał się w nudnawą gawędę staruszka, który wysiadł w Kie-
krzu, jak nauczył się od niego intonacji w „panie, która  j e s t  godzina?”, z przyciskiem na
„jest”.  Nie  wiedzą,  jak  złośliwą  zostawiali  w  nim  karykaturę  swoich  gestów,  powiedzonek,
wagonowych zwierzeń. Skąd, na przykład, może wiedzieć ten olbrzym w krostach, który po-
wiedział „już wieża, to Sołacz”, ten musujący złością rolnik z Czerniejewa, że istnieje grupa
ludzi, jakiś Zdzich, jakiś Lech, jakiś Tram, przed którymi Gorzelańczyk będzie go dziś prze-
drzeźniał? Żebyż powtórzył dokładnie, co słyszał, o wrednej synowej, o pieniądzu, który nie
przynosi człowiekowi szczęścia, ale nie, Gorzelańczyk wybierze  z całego rolnika jeden gry-
mas wypluwania tytoniu, jedno zdanie, może to:  „wezne  kiedy  cholerę  i  rozedre  jak  suke”.
Wplecie  ten  okrzyk  w  słowa  skradzione  innym,  w  jeden  strumień  głosów,  a  jego  koledzy,
jakiś Tram, jakiś Lech, jakiś Ciuchna, będą umierać ze śmiechu.

––

Godzina  szesnasta  cztery.  Wiem,  że  teraz  pod  dachami  wyjętymi  z  przestrzeni,  wśród

lamp,  pod  opasłym  kominem,  z  którego  właśnie  leje  się  dym  brązowy  i  czarny  spalanych
tamponów, w gmachu dużym, nieforemnym, którego historia pokojarzyła z przybudówek w
jakiś gorszy Wawel, znajdę Waldka Czerwionego, o którym dotąd nie pomyślałem ani razu.
To, że Waldek siedzi w kancelarii, że narzucił na plecy biały kitel, nie ma dla niego, dla jego

background image

22

istoty, żadnego znaczenia. Otaczające  go przedmioty, sposób zarobkowania,  wpływy środo-
wiska, to wszystko,  co  wydaje  się  kształtować  i  łamać  z  dnia  na  dzień  każdego  z  nas  –  po
Waldku  spływa  jak  woda.  Mówimy,  że  lansuje  typ  „człowieka  w  ogóle”.  Kosztowało  nas
kilka nocy zrozumienie, jak to jest możliwe. Wychowany w rodzinie wileńskiej, wielodziet-
nej, w której saga rodowa, zdaje się, tragiczna, splata się z masą rodzajowych opowiastek, jak
to „ciocia Kaźmiera w Riazaniu po ulicy szła goluśka-goła”, jak to „Robka na cmentarzu raz
duszyczka ochcił” – Waldek odrzucił tę całą warstwę obyczajowości, przywdział ponadcza-
sowe trykoty, a ponieważ nawet człowiek „w ogóle” ma jakieś cechy charakteru – zebrał w
sobie cechy „jako takie”, ich esencję. Oczywiście, jest w tym sporo przesady. Ale tą częścią
prawdy, jaka w każdej hiperboli ma miejsce, jest wyraźna dążność Czerwionego do ascezy.
Żadnych,  mówi,  ozdobników  w  liryce.  Żadnych  przyzwyczajeń  w  życiu.  Tylko  prosta  wy-
kreślna geometria działania, od – do, od narodzin świadomości do jej śmierci, konstruowanie
bytu w kategoriach ogólnych, jak czas, przestrzeń, ludzkość, materia, znak, miłość. Właśnie:
miłość.  Waldek  kocha  pielęgniarkę  z  oddziału  chorób  dziecięcych.  Z  całą  siłą  odwiecznej
miłości.  Mitem  o  miłości.  Jest  to  uczucie  jasne,  w  najlepszym  gatunku.  Żadnych  obciążeń
pokoleniowych. Nic z „dziwnej młodzieży”, miłość bez dekoracji, bez orkiestry jazzowej, bez
filmowych migawek z autostopu, na tle kotar.

––

Godzina  szesnasta  pięć.  Są  dwa  miejsca  w  panoramie  miasta,  w  których  może  być  Jan

Ciuchna.  Jeżeli  odebrał  sobie  życie...  Nonsens.  Słynie  z  fałszywych  alarmów.  Wprawdzie
dotąd, co nas wszystkich niepokoi, zawiadamiał tylko swoje „babki”, wszczynał listami po-
płoch w żeńskiej części deesu, zakochana w nim naprawdę Wisia Krugiołka zamykała się w
łazience, żeby płakać, jej rywalki przypinały klipsy, nurzały się w pudrze, odjeżdżały taksów-
kami spod gmachu, w którym wtedy ani jedno okno nie było zamknięte, z każdego wyzierało
po pięć – siedem głów, wpadały na mroczne schody kamienicy, w której mieszkał Ciuchna,
przed  drzwiami  zwalniały,  żadna  nie  chciała  wejść  pierwsza,  rzucały  złotówkę  (orzeł  czy
reszka?), któraś wciskała dzwonek, wychodziła gospodyni, pani Poniży, w szlafroku w kwia-
ty: – Jan Ciuchna kazał, żeby – mówiła – jeżeli kto przyjdzie, przeprosić, bo śpi.

Więc jeżeli Jan nie umarł, a chciał tylko odświeżyć widownię i  rozegrał tragifarsę przed

Tyszarskim,  to  na  pewno  w  tej  chwili  przechodzi  przez  park,  w  swych  szerokich  marynar-
skich spodniach, zbliża się do gmachu Opery. Grywa tam w tłumie statystów.

––

I w ten sposób moje gniazdo się zamyka.
Wracam do jego ciasnej wnęki, między kaszel Zdzicha a pysk Tyszarskiego. Znów, jak ry-

sunek tuszem, bez faktury i światłocienia, pojawia się wyraźnie: Zdzich na plaży w  czarnej
marynarce, bez spodni, za wydmą wyrzuca szczypta po szczypcie morski piasek z kieszeni...

Nie  dowierzam  tym  rebusom  pamięci,  tym  wizjom,  które  naraz  „przychodzą  do  głowy”

nieprzywoływane, w których skończona ostrość tym gwałtowniej wymaga racjonalizacji, im
trudniej zrozumieć, skąd się wzięły. Ta wizja wygląda na negatyw „fajnego ujęcia” z Tututłu-
kiem, którego pamiętam, jak wiecował z tłumem studenterii, wśród płonących na wietrze ża-
gwi z gazet, pod pięściami uniesionych megafonów, na trawnikach i rozległych placach. Wy-
chowany wśród ludzi praktykujących katolicyzm zwyczajowy, gdzie śledź w piątek i kościół
w niedzielę zastępował przeżycia mistyczne, niezbędne dla pewnych natur, Tututłuk chodził
na wiece jak na nabożeństwa. Wyzwalały się w nim uczucia ogromne, autentyczne i mocne.
Metafizyka zbiorowych emocji, współżycie z tym, co naprawdę stwarza człowieka, z historią,
z  jej  mechaniką  wielkich  konfliktów,  które  dotąd  ani  Tututłuka,  ani  jego  najbliższych  nie

background image

23

wciągnęły  wewnątrz  siebie,  omijały.  Chęć  zupełnej  uległości  wobec  tego  demiurga,  aż  po
śmierć,  aż  do  przekreślenia  swej  osobowości,  nazwiska,  egoizmu.  To  było  wreszcie  życie!
Okrzyk, wzniesiony w jednym końcu placu, szybował jak faeton po nawierzchni głów, docie-
rał wszędzie, zapalał nagłe słońca w oczach, w krtani. Zdzich wznosił okrzyki. Widziałem go.
Był wtedy piękny. Znałem go i lubiłem, on mnie również lubił, a na wiecu chciał, bym się do
niego przecisnął, żebyśmy  stali razem i wołali „precz” i „niech żyje”, więc  chciał mnie  za-
wołać, ale jego usta, które wciąż wyrzucały „niech żyje” i „precz”, krzyknęły same:

– Niech żyje Traaam!
To bluźnierstwo, ta pomyłka, zanim Zdzich uświadomił sobie, że zaszła pomyłka, zerwała

z nawierzchni głów, jak kłęby różowego pyłu, trzykrotne „niech żyje”. Na tym wiecu, niepo-
trzebnym,  z  prawa  serii,  mówca  nigdy  nie  doszedł  do  głosu,  przeczekiwał  krzyki,  w  prze-
rwach między okrzykami pytał histerycznie – „Można?” (czy już można przemawiać?), a ktoś
z tłumu odpowiadał mu radosnym –  „Możnaaa!...”  –  Absurdalność  tego  dialogu  wyzwalała
zbiorowe poczucie komizmu, tu trzeba pamiętać, że Gałczyński z 

Zieloną Gęsią święcił wów-

czas pierwsze triumfy wśród studentów. Miałem i ja w tym czasie swego krnąbrnego Gżeg-
żółkę, moje nowe wcielenie Perehenii, hodowane na pożywce rozczarowań, poczucia nonsen-
su  i  pewno  młodości,  mój  sobowtór  postanowił  spłatać  figla  Zdzichowi,  więc  –  gdy  prze-
brzmiał okrzyk na cześć Trama – zawołałem,  a  głos  miałem  czysty,  wtedy  nie  paliłem  tyle
papierosów: – Precz z tyranią Trama!

...i olbrzymie, równie mocne „pre-hecz” poszybowało pod trybunę, wśród płonących gazet,

które nosił wiatr.

Próbuję teraz montażu: znika tłum, aż do zupełnego wyjaśnienia w białe wydmy – Zdzich

wyrzuca z kieszeni morski piasek. Niedobrze. Same układy wyglądów nie wyjaśniają nicze-
go. Z zestawienia dwóch pojęć nie wynika trzecie. Narzuca się wprawdzie symbolika, ale jej
drażniąca wieloznaczność budzi sprzeciw. Geneza „ujęcia” ze Zdzichem na plaży jest gdzie
indziej. Jest prostsza. Pytanie: kim był Zdzich, gdy mnie odwiedził latem w Świnoujściu, w
największe upały, kim Tututłuk jest teraz, gdy serdecznie przejął się wypadkiem z Ciuchną?
W Świnoujściu w ciągu czterech dni pobytu tylko raz ze mną poszedł nad morze. Wiedział, że
mój organizm źle znosi słońce. Spiekota wbija w oczy żółte żagle i rozrywa nimi skronie. On
był szczerze zmartwiony stanem mego zdrowia. Wymyślił pół tuzina „fajnych chwytów” na
mnie, uczył moją mamę, jak ma sobie ze mną radzić. Niech mi mama przysyła raczej paczki.
Paczka musi zawierać prowiant, którego nie da się zjeść zbyt prędko.  Żebym nie  głodował.
Zdzich był  wówczas  taki  sam  jak  teraz.  Dlatego  przypomniałem  sobie  go  na  plaży.  On  był
taki sam serdeczny jak teraz.

––

Teraz gdy zbliżamy się do gmachu Opery, zostałem nieco w tyle,  nie zdążyłem przebiec

jezdni  przed  ogromnym  hałaśliwym  radiowozem,  stoję  między  strugami  pojazdów,  widok
Zdzicha jest nieciągły, wykrawany z przestrzeni. Nerwowy. Wóz meblowy, śliski lakier napi-
sów na szerokim boku. Cięcie: Zdzich. Chowa krawat wyszarpnięty  wiatrem.  Gest  urwany.
Twarz kierowcy za szkłem. Zdzich z rękami w kieszeniach. Beżowa taksówka. Zdzich pleca-
mi.  Taksówka.  Profilem.  Wóz  z  koksem.  Zdzich  poprawia  krawat.  Autobus.  Dużo  twarzy,
jedna ruda. Kontur Zdzicha, czarny rozbity – i zaraz pysk konia, woźnica, siano, wolno, usy-
piająco, faktura siana na wozie. Teraz Zdzich ma do mnie żal, że ugrzązłem między pojazda-
mi. On już chciałby wbiec do opery, zobaczyć Ciuchnę, może Ciuchna żyje. Zdzich, którego
lubię,  jest  na  mnie  zły.  Ostatecznie  to  nie  moja  wina,  że  nie  zdążyłem  przebiec.  Nie
ugrzązłem tu dla przyjemności. Mógł mnie przejechać radiowóz. Ale, uspokajam się, on nie
jest zły naprawdę. Czuje tylko zniecierpliwienie. Przecież tu Lech zawinił. Jakże mógł zlek-
ceważyć wiadomość o depresji Ciuchny? Tututłuka to prawie rozbestwia.  Lech postąpił  tak

background image

24

rozmyślnie, żeby potem się wychwalać, jaki on sprytny, jak nie dał się nabrać. Spec od pod-
świadomości, kurwa jego mać. Można mówić, że Ciuchna jest błaznem, ale czy ktokolwiek z
nas życzy mu śmierci? Czy nie zrobiłby wszystkiego, aby do tej śmierci nie dopuścić? Może
trzeba z Ciuchną porozmawiać. Przywiązuje taką wagę do kompleksu winy. Zdzich komplek-
su  t a k i e j   winy nie ma.

On w scenerii Centralnych Konfliktów porusza się bezpiecznie. Nic mu nie jest. A Ciuchna

miał pecha. Nie zauważył zapadni, runął w dół. Pokaleczył się. Stracił głowę. Rozkład racji
moralnych był taki, urządzenie scenerii było takie, że nie tylko Ciuchna wtedy stracił głowę.
Trzeba go ratować. Cóż sobie myśli Tyszarski?

Właśnie, o czym on teraz myśli? Cedzi swój uśmieszek. Milczy i daje mi szansę rewanżu –

teraz  ja  spróbuję  zgadnąć  myśli  Tyszarskiego.  Nie  tak  dawno,  kiedy  powiedziałem,  że  naj-
wyższy czas, by Klub rozwalić i założyć grupę artystyczną, Lech wyznał, że nie lubi słowa
„grupa”. Nie dowierza mu. Ilekroć słyszy „grupa” – widzi most. Cholernie szary, a na moście
grupa ludzi z rowerami. U wylotu mostu każdy siada na swój rower i odjeżdża w swoją stro-
nę. Z nami będzie podobnie. Grupa ludzi przechodzących most. Na jak długo, zapytał, prze-
widuję żywot naszej grupy? Rok? Pół roku? Powiedziałem: nic mnie nie obchodzi, to nie jest
ważne. Ważne jest natomiast, czy na moście coś się stanie, gdy  będziemy razem, w  grupie,
czy się coś wydarzy. Czy nasz przemarsz będzie miał historię. A powinien dla każdego mieć
coś, co nigdy potem nie będzie możliwe. Dam ci przykład negatywny, powiedziałem. Wczo-
raj byłeś na moście dworcowym z obcymi. Wczoraj nic się nie stało i nie ma znaczenia, że nie
byłeś na tym moście sam. Jesteś dziś w tym samym miejscu. Jakiś człowiek skacze z mostu
pod pociąg. W tej minucie wszystkich znajdujących się w pobliżu coś złączyło, będziesz dłu-
go ich pamiętał, oni będą pamiętali ciebie... Nie podobał mi się taki przykład. Zacząłem mó-
wić, że kto wie, czy nie jesteśmy  razem w  grupie po to, by jeden Czerwiony został kimś –
wśród  nas?  Może  ten  właśnie  układ,  który  współtworzymy,  ten  nasz,  jak  mawia  Waldek,
„układ względnie izolowany” jest warunkiem rozwoju Czerwionego właśnie? Mimo to grupa
ma sens, powiedziałem, ale  Lech ten  przykład  z  człowiekiem  skaczącym  z  mostu  zapamię-
tał...

Ach, nie będę go oskarżał, Lech na pewno nie pomyślał wprost, że gdyby Ciuchna umarł,

to w historii naszej grupy coś by się zdarzyło... Jest w nim tylko lekkie drżenie  wyobraźni,
niecierpliwość, która jawi się z lekturą prozy kryminalnej, gdy czytamy pięćdziesiątą trzecią
stronę, a autor wciąż nikogo nie chce zamordować. Jest w nim przeczucie układu wydarzeń,
w których, być może, odegra rolę. On dotychczas nie odgrywał żadnej roli, jego również ze-
pchnęła za rampę sceneria Wielkich Konfliktów, jego mały dramat niemożności zaangażowa-
nia staje się tym dokuczliwszy, że my chociaż mamy plan pracy twórczej. On tymczasem jest
rodzajem instalacji, nasz jedyny odbiorca, obdarzony talentem łączenia oderwanych wizji w
wyższe układy znaczeniowe!

Stoimy przed drzwiami Opery, Zdzich zezuje na mnie, Lech coś mówi na mój temat, tak,

on mówi, że Tram kryje się za ich plecami, nie powiedział dotąd słowa o Ciuchnie. Dlaczego?
Osaczyli mnie. Czy szkoda mi Ciuchny? Do cholery! Nie wiem. Oczywiście, że szkoda. Prze-
cież nie pogodziłbym się z jego śmiercią. Ale czy rozumiem wobec tego Lecha, który mógłby
w śmierci Jana Ciuchny upatrywać pewien „wyższy sens”? Rozumiem. Nie, nie tylko. To są
moje insynuacje. Może Lech o takiej możliwości „obdarzenia sensem” tego samobójstwa nie
pomyślał, tylko ja, ja sam to sobie wymyśliłem? Ja takiego Lecha sobie pomyślałem. A jeżeli
Lech aż  t a k i m    nie jest? Co, jeżeli  t a k i e   myśli miałem tylko ja? Niedobrze. Zaplątałem
się  we  własnych  myślach.  Czego  oni  się  tak  na  mnie  gapią?  Dajcie  mi  spokój!  Dajcie  mi
święty spokój! Mam to gdzieś.

– Co mówisz? – pyta Zdzich.
– Mam to gdzieś.
– Co ci jest? Ale powiedz, co ci jest?

background image

25

Lech, jak zwykle, już mnie „zgadł”. Takie robi wrażenie. Ma w swej „szui” współczucie

zmieszane  ze  wstrętem,  jakbym  rzygał,  a  on,  pokonując  obrzydzenie,  postanawia  się  mną
mimo wszystko opiekować. Przypomina mi w tej chwili Mawkę. Z tą różnicą, że nie Mawka
do mnie, tylko ja do Mawki czasem czułem obrzydzenie. (Nad strumieniem, wtedy, na  wy-
cieczce. No.  Gość płacze. Nic. Kupuje kajak. Chce nad strumień. Gonią  go.  Gość  nic.  Nic,
tylko strumień. A tu samolooo...) Tututłuk natarczywie zaczyna mnie pocieszać: – Chłopie –
mówi. – Powiedz, co ci jest? Zmartwiłeś się przez Ciuchnę?

– Daj mu spokój – mówi Lech. – Ja znam Henryka.
– To ty daj mu spokój – Zdzich nie lubi, żeby ktoś go przewyższał w serdeczności.
– Znam Henryka – mówi Lech.
– Henryk, to równy chłop – przerywa mu Tututłuk.
– Ale zostaw go. Pójdziemy sami. Ja mam rację. Chodź.
Czy muszę odpowiedzieć? Przytaknąć? Zatrzymuję ich przecież w ten sposób. Po raz drugi

na mnie czekają. Rozkleiłem się. To nie dla mnie. Nie chcę ich serdeczności. Mam coś w gar-
dle, jakby szklanka nagle weszła w krtań. Będę zaraz płakał. Ja im się w końcu rozbeczę. Oni
mnie jeszcze nie znają. W głowie szumi filmowy banał: front, okopy, ubabrani w glinie, ko-
goś brak, czyjś głos: „Płacz, mężczyzna musi umieć płakać”. Nienawidzę takich słów. Mierzi
mnie ta duma, z jaką mówi się „mężczyzna”. Płeć, też powód do dumy! Mam to gdzieś. Już
lepiej. Trzeba się tylko starać na coś wściec. Trzeba komuś w duchu nawymyślać. Idiotyczne
słowo „nawymyślać”. Wszystkie słowa są idiotyczne. Nie znam niczego głupszego od słów.
Te potworki, te ślepe potworki, które  masami  wylatują  w  przestrzeń.  Już lepiej.  Raz  bolała
mnie głowa. I źle. Nie mnie głowa bolała, tylko „ja bolałem”, bo kiedy myślę „ja” – to „ja”
jest w  głowie.  Raz  bolałem.  Tak  się  nie  mówi.  Raz  bolała  mnie  głowa.  Mawka  poszedł  po
proszki do apteki. Miał poprosić o „coś na uśmierzenie bólu”. Przejęzyczył się, zdenerwowa-
ny, zażądał czegoś „na uśmiercenie”... – A kawaler dla kogo chce kupić? – spytano go. – Dla
kolegi – odpowiedział prostodusznie. Ale jaki to ma związek z czymkolwiek? Czemu Maw-
ka? No tak: uśmiercenie. On i teraz ten Ciuchna. Powariowali. Już mi przechodzi. Tamci po-
szli.  Poczekam.  Brzydkie  słowo  –  czekać.  Cze-kać.  Cze-kać.  Tragedia  faceta,  któremu
obrzydł cały język, cała mowa. Nie może mówić, ba! – nie może myśleć. I popełnia samobój-
stwo. Oczywiście – samobójstwo Jana. Co to jest, że mnie tak rozkleił, a nad Mawką przecież
nie płakałem? Co rozumiem przez „nad” Mawka? Nie widziałem jego zwłok. Nie widziałem
go od czasu, kiedy wsiadł na rower i pojechał. Powiedzieliśmy sobie „no to cześć”.

––

Wchodzę  w  półmrok  niskiego  korytarza,  pociętego  we  wnęki  i  gzymsy.  Mijam  makiety

drzew spękane ordynarną farbą. Wewnątrz gmachu nie czuje się już jego pysznej architektu-
ry. Ta budowla składa się w środku z samych tylko brzmień. Za ścianami przesuwają się ma-
sywne  szuflady,  pełne  luźnych  części  maszyn,  zegarów,  które  brzęczą  za  każdym  porusze-
niem.  Nad  sufitem  gęsty  łopot  pędzla.  Trzy  ostre  szelesty,  jakby  ktoś  darł  prześcieradło  na
bandaże. Z wnęki kaszel radioodbiornika. Głosy za mną, wyraźne: – Zachorował, bo nie pije
piwa. – Robotnicy w bluzach poplamionych kredą przesuwają drabinę. Fragment arii czystym
barytonem, urwany tak nagle, jakby wyłączono prąd. A wysoko, na najwyższej kondygnacji
wszystkich głosów, hałasuje nerwowo telefon.

Zabłądziłem. Te drzwi, przy zawiasach wilgotne, u dołu pstre od gaszonych o nie papiero-

sów, to nie są drzwi do bufetu. Pełno tu sypkiej farby, pobrudziłem się. Znów głosy: – Piwo
zmyje z każdego człowieka zarazę. – Poplamieni kredą robotnicy. Nie widziałem Mawki od
czasu, kiedy wsiadł na rower i powiedział „no to cześć”. Zdanie to wydaje mi się w tej chwili
czymś ważniejszym niż niepokój o Ciuchnę. Wystarczyło, że znalazłem się w tym gmachu,
abym zyskał pewność, że Jan cieszy się najlepszym zdrowiem. Gdybym nie wpadł był przed

background image

26

chwilą w chandrę, gdybym poszedł z nimi szukać Ciuchny, byłbym im w końcu wyznał, że
w i e d z i a ł e m     o     z a m i a r z e     C i u c h n y ,  zanim ten zadzwonił do Lecha. W każdym
razie – mogłem się domyślać. Tę depresję Ciuchny w pewnym sensie  j a     s p o w o d o w a -
ł e m .

Otrzymałem wczoraj list od Mawki. Pisał, że odbierze sobie życie. Podzieliłem się tą wia-

domością z Janem, byłem rozbity, komuś musiałem powiedzieć o tym liście. Mogłem wpraw-
dzie szukać Tyszarskiego w deesie, pojechać do Zdzicha, dzwonić do szpitala do Czerwione-
go. Wybór Ciuchny o tyle był trafny, że uznałem go za sui generis specjalistę od tych spraw.
Przewidziałem punkt po punkcie jego reakcję, jak się potem okazało, błędnie. Sądziłem, że
mnie zechce uspokoić. Że wyjaśni mi, jak trudno coś takiego ze sobą zrobić. Jak zaczyna się
szukać przed  t y m  ucieczki – nie w sloganach, nie w urodzie życia, nie w strachu, lecz w
natrętnym myśleniu o innych. Że przychodzi pytanie: wobec kogo chcę umrzeć? Sprawdza się
reakcje otoczenia. Najpierw w wyobraźni. Bada stopień zespolenia z sobą innych. Potem za-
chodzi konieczność osaczenia domysłów faktami. Ciuchna rozsyła  listy, zawiadamia przyja-
ciół i czeka. Odtąd musi być konsekwentny. Nie wolno mu umrzeć, zanim się nie dowie, jakie
wrażenie zrobi swoim odejściem. Okazuje się, że nie istnieją myśli, nawet skryte, które były-
by znaczące poza otoczeniem. Bez adresu. Bez układu odniesienia. Że nie czuje się zupełnej
próżni. W próżni można umrzeć całkiem łatwo. Ale nigdy się nie czuje próżni.

Przekonany, że znalazłem motywację dla czynów Ciuchny, o którym mówi się zazwyczaj

„blagier”, „błazen”, czekałem, aż on mi to wszystko sam powtórzy. Wtedy analogicznie od-
czytam list Mawki. Dojdę do wniosku, że Mawka mnie tylko „sprawdzał”, że żyje. Niestety.
Przede wszystkim Ciuchna nie uwierzył. Poprosił o list, a ja listu nie miałem przy sobie. Wte-
dy  zaczął  unikać  moich  spojrzeń.  Zrozumiałem,  że  mi  nie  wierzy.  A  jednak  powiedział,  że
Mawkę podziwia. – Wiesz, ja go podziwiam. – Ani słowa otuchy. Czyżby sądził, że przysze-
dłem z kłamstwem? Że opowiadam o kimś, kto jest bardziej od niego odważny? Którego na-
leży  podziwiać?  Pomyślałem,  że  idiotą  tak  kompletnym  to  Jan  chyba  nie  jest.  Rano  jednak
straciłem resztę wątpliwości. Powiedziałem głośno, że Ciuchnę wykończę. I ja go naprawdę
wykończę. Jak on śmiał mnie podejrzewać, że skłaniałem go do samobójstwa? Mnie o taką
podłość! Za co? Na jakiej podstawie?

–  Gdzieś  ty  przepadł?  –  słyszę  z  tyłu  łamliwy  bas  Zdzicha.  –  W  bufecie  jest  Ciuchna  –

mówi. – Jest! Żyje!

– I co mówi? – pytam trochę bez sensu.

––

Ciuchna siedzi koło Czerwionego (też go zawiadomił?), już po próbie, w swym codzien-

nym  ubraniu,  ale  jeszcze  z  czarną  gębą:  on  tu  grywa  Murzynów  w  kilku  widowiskach.  Na
stole  leży  plakat  DBAJ  O  CZYSTOŚĆ  MIASTA,  podarunek  Lecha.  Gorzelańczyk  zjada
chleb, który pokroił w zygzaki, podobne do błyskawic z dziecięcych rysunków, mówi: – Ach,
nie czytałeś Vercorsa? Żadnej książki Vercorsa? Jak można nie znać Vercorsa? No, moi złoci:
Vercorsa? Serio, powiedz, naprawdę: nie czytasz Vercorsa? No, wiesz, daruj. Vercorsa. Ja cię
najmocniej przepraszani, nie czytasz Vercorsa?...

Próbuję się odnaleźć w środku sytuacji. Było tak: ktoś poprosił Gorzelańczyka, żeby „zro-

bił” Ewunię Żarniecką, widocznie montaż słów wykradzionych z pociągu już się wyczerpał.
Gorzelańczyk  naśladuje  teraz  nie  głos  Żarnieckiej,  byłoby  to  dość  trudne,  jej  głos  jest  bez-
barwny i może dlatego ta dziewczyna ma tak jaskrawe oczy, naśladuje nie oczy, to jest rów-
nież niemożliwe, jej oczy są jak dwa powiększające szkła nad strzępkiem liścia, lecz – on ma
przedziwny talent, Gorzelańczyk! – prezentuje jej „esencję”, to, co najważniejsze. Zachowuje
własny  grymas „oblatanego w sporcie” i swój  gest wycierania z rękawa srebrnego osadu,  a
jednak schwycił podobieństwo między sobą a nią, już sprowadził ją nieomal do bufetu, wśród

background image

27

nas, Zdzich ją poczuł najsilniej, wyprzystojniał, uszy mu zapłonęły, warg nie może uwolnić z
prężnego uśmiechu. A z kolei ów zarzut („nie czytasz Vercorsa”) przyjął do siebie Czerwio-
ny,  szuka  teraz  sformułowania,  przy  pomocy  którego  będzie  mógł  wykazać  bezzasadność
takich  zarzutów.  Na  tle  tej  sytuacji  wraca  myśl  o  Mawce.  Najpierw  jest  nią  tylko  pewna
zbieżność talentów Mawki i Gorzelańczyka – obaj dbają o naśladownictwo w sztuce, obaj z
dobrym  wynikiem.  Potem  moje  wyrzuty,  że  dlatego  nie  umiałem  nigdy  opowiedzieć  im
Mawki, ponieważ nie potrafię go przedstawić w „tym, co najważniejsze”, nie umiem go stre-
ścić, chociaż wiem, to są przecież moje słowa dziś już  pomyślane  –  „nawet  supersecesyjne
budowle  mają  w  środku  prosty  schemat  rur  wodociągowych”  oraz  układ  sił  ciążenia,  który
można narysować na kartce papieru. Tymczasem ilekroć w tym  gronie mówiłem o  Mawce,
przedstawiałem  go  im  od  strony  gzymsów,  przybudówek,  sztukaterii,  fresków  ściennych,  a
nie fresk, nie  gzyms dyktował Mawce list  o  samobójstwie.  W  młodości  ornamentyka  ulega
przecież ciągłej zmianie. A cóż zostaje w środku? Cóż jest środkiem Mawki? W którym miej-
scu uszkodzono instalację i skąd ulatnia się gaz?

Skąd mam wiedzieć, czy u Mawki „to co najważniejsze” nie jest celowo  zamaskowane?

Gdyby szereg jego zachowań był naprawdę systemem sygnałów ważności, a więc: krwistość,
szczeniactwo,  artyzm,  mistyfikacje,  tkliwość,  gdybym  z  tego  zbudował    m o d e l     c h a -
r a k t e r u   – taki model wykluczałby śmierć. Gdzież tu miejsce na samobójstwo? Te sygnały
świecą silnym światłem życia, gry, przygody.

Zatem system sygnałów, które odbierałem, był fałszywy.
Błędny rozkład znaków drogowych spowodował katastrofę. Nie jego, tylko moją katastro-

fę poznawczą. Samobójstwo tego szczeniaka, który  uczył mnie oglądać liście prześwietlone
słońcem, wizjonera i fantasty, którego poczucie komizmu wyżywiłoby całe mrowie zawodo-
wych humorystów – samobójstwo Mawki przyszło z najmniej przeczuwalnej strony.

Dla mnie dotąd w ogóle nie przeczuwalnej.
Skoro mógł lekką ręką przekreślić ambicje malarskie, a zdawało się przecież, że w najlżej-

szej smudze światła na kubku czy dłoni widział już warstwę farby na płótnie – odpowiedniej
grubości,  w  odpowiedniej  ramce?...  Jeżeli  angażował  w  swój  teatr  wygłupów  całe  szkoły,
komitety rodzicielskie, całe kamienice, zawsze mu było za mało widowni, bisował, pamiętni-
ki  pisał  dla  co  najmniej  pięćdziesięciu  osób,  krążyły  od  szkoły  do  szkoły,  obrazy  woził  po
mieście, żeby inni widzieli, żeby o nim mówiono, niechby go nawet wytykano palcami, ale w
różnych  dzielnicach,  na  Pogodnie,  w  śródmieściu,  wszędzie,  wszędzie,  wszędzie,  jeżeli  ta
żądza sławy przestała się naraz liczyć?... Skoro bywał serdeczny, dobry, pomysłowy, natura
wschodnia, rzewna, lubił dom, majsterkował, harował na działce, miał w sobie coś z dziecka
wojny, dbał o grosz dla rodziny, miewał różne pomysły potraw pożywnych a tanich, opieko-
wał się siostrą, mną, skoro to nic nie znaczy?... Jeżeli budował wokół siebie całą obyczajo-
wość,  barwną,  szczegółową,  zwariowaną?...  Skoro  czytał,  przecież  tyle  czytał,  że  zaginał  z
oczytania filologów?... Jeżeli nosił w sobie wyobraźnię tak burzliwą, że każde zadanie z try-
gonometrii rozwiązywał trzema sposobami?... Skoro to wszystko było ornamentem?... Jeżeli
potrafiliśmy z nim urządzić wystawę, ale tam: my! – on załatwił świetlicę, opracował scena-
riusz, diabli wiedzą skąd wytrzasnął grono pomocników, jakieś ładne dziewczęta z niższych
klas, które biegały do sklepów po sznurki, płótno, listwy, a on dyrygował, potem zaczął spro-
wadzać na wystawę typów nie z tej ziemi, przyjaciół Witkacego, wielbicieli Legera, starych,
siwych speców, którzy z nami mówili długo i rzeczowo jak z dorosłymi, jeżeli to, co był wte-
dy  zademonstrował,  to  nie  była  jakaś  „żyłka  organizacyjna”,  ale  całe  laboratorium  pulsują-
cych żył, tętniący krwiobieg. Jeżeli to wszystko przekreślił? Machnął ręką?

– Tram jest czegoś smutny – mówi Ciuchna, pierwszy się do mnie odezwał, albo jest za-

wstydzony, musiał pojąć, że to było oszczerstwo, co pomyślał wczoraj o mnie, albo właśnie
nie, być może nadal utrzymuje, że go chciałem „zgładzić”, podsuwając wymyślony wzorzec
Mawki. Byłżeby Jan  tak kompletnym imbecylem?

background image

28

– Tram, on się wyszczerza – wtrąca Gorzelańczyk. – Jest kanciasty, ale się wyszczerza.
– Doskonale rozumiem – replikuje niezawodny Lech. – Tram jest właśnie taki.
Dopóki  będę  drążył  metaforę  „czyny  Mawki  –  ornament”,  nie  posunę  całej  sprawy  o

ćwierć kroku naprzód. Fałsz zawiera samo porównanie. To nie tak, Mawka nie jest podzielo-
ny na warstwy, na jakąś „treść” i „formę”. Porównanie trzeba przebudować. Trzeba przyjąć,
że wszystko było autentycznym Mawką, każdy jego wygłup, każdy gest. W tym ujęciu wcale
nie istnieje „to co najważniejsze”, bo „najważniejsze” tworzyło się z dnia na dzień. Mawkę
można by raczej porównać do pająka, który łazi po dużej budowli. Gdy przydybie muchę w
pajęczynie na gzymsie (notabene Mawka zjadał muchy) – jest pająkiem z gzymsu. Gdy wy-
snuwa sieć w otwartym oknie – jest pająkiem z okna. Gdy zasypia na poddaszu – jest pają-
kiem z poddasza. Jest pająkiem w każdym miejscu inaczej. Określonym przez  p o b y t  w tej
czy innej części gmachu!

Jak dochodzi do samobójstwa? Pająk żyje za prędko.  Zużył całą architekturę,  każdy  kąt,

każdą rysę zna na pamięć, może już tylko dublować podróże jak prom, reprodukować chwyty.
Jest znużony i znudzony. Coś mnie razi w tej pajęczej przypowieści... Ale spróbuję dalej: żył
za prędko, przedwcześnie zmarkotniał, zużył się, tak, jego gmach okazał się nietrwały, z ma-
teriałów żrących same siebie, które wchodziły ze sobą w lotne związki chemiczne, fresk zże-
rał  ściany,  kolumny  topniały  jak  wosk.  Gmach  przemieniał  się  w  muzykę.  Gasły  schody.
Tynk zwiewało w zaspy, bardzo to ładne (filmowe), ale czy prawdziwe? Dla jakiegoś pająka
– może tak, ale nie dla Mawki. W tej krótkometrażówce brakuje dwóch rzeczy: pamięci i wy-
obraźni. Przyjąć tezę, że człowieka nie ma, że z dnia na dzień, z godziny na godzinę staje się
kim innym, można wtedy i wyłącznie wtedy, gdy pozbawi się człowieka pamięci. Wówczas
tylko  teraźniejszość  tworzy  czas  istnienia.  Przeszłość  ginie  bezpowrotnie.  Nie  wiem.  Ja  na
sobie tego nie doświadczam. Czyż przeżywam teraz swoje „teraz”? Nie! Cóż mnie, zatopio-
nego w myślach o Mawce, obchodzi teraz „szuja” Tyszarskiego? Czy przeżywam kunszt Go-
rzelańczyka? Wszystkie razem wzięte śmierci Ciuchny, gdyby teraz się odbyły, nie wywabią
z moich myśli Mawki, który kiedyś, w czasie przeszłym, istniał. Oni tę obojętność wyczuwa-
ją, uwzięli się na mnie; Ciuchna mówi: – Tram jest nieprzytomny.

– Tram jest fajny chłop – powiada Zdzich.
– On jest kanciasty – mówi Gorzelańczyk. – Przychodzi i jest. Żegna się i znika. Gdyby

Trama nie było, ja bym go wam wymyślił.

Tyszarski: – Przesadzasz. Rozumiem, ale przesadzasz.
...Czy zanik wyobraźni, która buduje inny czas – czas przyszły! – naszedł naraz na Maw-

kę? Fakt, że zdradzał przejawy chłopięcego fetyszyzmu, gromadził jakieś strzępki włosów w
celofanie, wstążki, szczoteczkę do zębów ukradł raz którejś dzierlatce, wystarczy, by stwier-
dzić, że miał żywą wyobraźnię erotyczną. Jestem pewien, że był dotąd niewinny. Raz całował
się z Matematyczką, pocałował ją w policzek, na tym koniec. Cóż to znaczy, że się (pająk)
zużył? Bzdura! On dopiero przygotowywał rozsmakowanie miłości. Nieraz myślałem, że na-
rzuca zwariowany pośpiech w każdej innej sferze doznań – gracz! przechera! – by zostawić
na koniec samą miłość, wielką i zupełną. Był wrażliwy na świeżość, dziewczęcość, lubił pan-
ny skromne, rozgarnięte, puszkinowskie. Nie pamiętam w jego ustach chamskich uwag o ko-
bietach. Żadnych kawałów sypialnianych. (Jeżeli zajmowała go biologia, to inaczej, na przy-
kład, rysował „aparaty do męczenia jaj”, w czym dorównywał ponurością zawodowym maka-
brycznym  humorystom,  ale  w  tych  mechanizmach  z  wiertarkami,  z  systemem  żyletek,
laubzeg, naczyń z kwasami, szczurami, w tych igraszkach wyobraźni rodem ze średniowiecza
i Kafki, którego zresztą nie znał, nie było przecież pornografii, tych lepkich smaczków, eufe-
mizmów, chrząknięć, nic z tych rzeczy.) Wizje miewał ładne, jak z 

Piękności nocy Claire’a,

które  oglądał  siedem  razy  w  kilku  kinach.  Czyż  nie  przyszło  mu  do  głowy,  aby  sprawdzić
owe  wizje?  Jestem  pewien,  że  w  tym  czasie,  odkąd  się  z  nim  rozstałem,  nie  miał  po  temu
okazji.  A  czyż  nie  jest  naturalne,  że  chłopięce  wizje  erotyczne  trzeba  w  końcu  sprawdzić?

background image

29

Nie, ten „pająk” miał za mało czasu, aby zwiedzić wszystkie części  gmachu. Porównanie  z
„pająkiem” jest wadliwe.

– Opowiadałem wam o takim Mawce – mówię.
– Mawka? Ach, plastyk-kompozytor! Co z nim?
– Odebrał sobie życie.
– Jak? Co zrobił? – krzyczy Zdzich...
Nie, on nie mógł zużyć wszystkich szans istnienia. Nie znał  walki  celowej,  walki  o  coś.

Bywał w cerkwi i uważał się za hurra-antyklerykała, ale cóż to  był za smarkaczowski bunt,
gdzie jego „walka” polegała na udanej nadgorliwości. Śpiewał pieśni przejmującym głosem i
przedłużał mszę o kilka minut. Klęczał i śpiewał, zresztą ładnie, kapłanowi więc nie  wypa-
dało kończyć ceremoniału, gdy – jak sądził – doprowadził kogoś do ekstazy. O cóż walczył?
Walczył tylko o wygraną. Opętany był hazardem wygrywania. Czyż nie tęsknił do walki na-
prawdę? Tyle czytał o zmaganiach ludzi z ludźmi, czyż nie zechciał tych zmagań doświad-
czyć na sobie? Zanim umrze? Co tam książki! Miał w swym rodowodzie aż nadto blizn po
wiatrakach Centralnych Konfliktów, miał ojca z zagmatwaną przeszłością kontr- i rewolucyj-
ną, miał wspomnienie Chin z wojskami Czang Kaj-szeka, ustępującymi przed czerwoną par-
tyzantką, miał swój kult Stalina, którego portrety przerysowywał kiedyś kredkami do gazetek
ściennych; swój pożar tych portretów.

(Pamiętam,  w  naszym  szukaniu  nieprzeczuwalnych  środków  ekspresji  malarskiej,  nama-

wiałem go, by zrobił obraz pod tytułem 

Drzewo genealogiczne. Był to pomysł literacki bar-

dziej niż malarski: na naturalistycznym klonie – Mawka inaczej drzewa nie mógł namalować
– wisiały, w naszym scenariuszu, przeróżne przedmioty, a przeważała broń, szyszaki, dzidy,
szable, oczywiście: szable, mauzery... Na wierzchołku tego drzewa siedział Mawka. Puszczał
bańki mydlane albo  grał na  skrzypcach.  Co  do  tej  czynności  nasze  zdania  były  podzielone,
Mawka wolał skrzypce. Jakoż zaczęty szkic przerobił na 

Dwa klony w słońcu. Nawet tu nie

podjął walki, chociaż miała to być opowieść o walce, na terenie sztuki. Wolał ładny pejzażyk.
Nasze upodobania miały ze sobą coraz mniej wspólnego. Ale ja byłem starszy od Mawki o
dwa lata. Musiał zdawać sobie z tej różnicy sprawę, był bardziej odważny niż ja, gdybyż ze-
chciał walczyć – jego  pierwsze starcie  przyćmiłoby  wszystkie  moje  potyczki  razem  wzięte.
Jego Ryzyko byłoby Ryzykiem doprowadzonym do ostateczności. Poza wyobrażalną granicę.
Więc i to miał przed sobą. Więc i tego w swej biografii miał jeszcze doświadczyć. Co za po-
mysł z wyczerpaniem się świata dla Mawki? Jaka tam przypowieść o pająku!)

– Co ty wygadujesz? – syczy Gorzelańczyk.
Jego noga pod stołem wędruje od buta do buta, od czarnych butów Zdzicha, obok żółtych

Lecha, ordynarnych „traktorów” Ciuchny, do „obuwia” Waldka Czerwionego – Waldek nosi
„obuwie w ogóle” – jego noga szuka mojej nogi. Jego noga chce mnie kopnąć.  Żebym sie-
dział cicho. Takich rzeczy nie wolno dziś mówić w obecności Ciuchny. Czy ja nie rozumiem?

– Ale o czym ty mówisz? – ostrzega mnie Zdzich gęstym szeptem. I wytrzeszcza na mnie

oczy,  jakby  chciał  nimi  zająć  cały  obszar  swej  czerwonej  twarzy.  Waldek  struchlał.  Faluje
nozdrzami, a bezruchem rzęs i ciszą zmarszczek przekazuje swoje ostrzeżenie. To, co powie-
działem, każdy pojął jako prowokację. Wymyśliłem samobójstwo Mawki, żeby Ciuchna po-
wiedział o swoim. Żeby wyjaśnił, co to było z tymi telefonami. Tram jest twardy, myślą, ale i
okrutny. Tak myśli Czerwiony i pozostali. Nawet Lech, ale Lech jest mną zachwycony. Pełen
dymu  spalanego  szybko  papierosa.  Tram  jest  konsekwentny,  myśli,  powiedział,  że  Ciuchnę
rozwali i już go rozwala. Lech  t a k i e g o  Trama nie przeczuł. Nie martwi go to jednak.
Wreszcie odkrył partnera z własną „szują”. Gorzelańczyk kopie mnie pod stołem.

– Tram jest przemęczony – mówi Zdzich. – A tak, to on swój chłop. Z tym, że przemęczo-

ny i gada.

Gorzelańczyk chce „ratować sytuację”. Wstaje i będzie za chwilę powtarzał swój „program

poetycki”, złożony z przedrzeźnionych obiegowych chwytów literackich. Zrobi to zabawnie,

background image

30

z  kaznodziejskim  patosem,  dziś  mówi  głośniej,  żeby  zakrzyczeć  moje  tu  przed  chwilą  wy-
mówione „odebrał sobie życie”. Recytuje:

– O przemęczaniu się mgliście. Ach, w tym wytchnieniu z mżawki brakuje gardeł okręż-

nych. Niesiesz w żebrach zdławione łkanie trzech izotopów. Dobądź, ale bez słowa, jedyne
ziarno  księżyca,  które,  wzięte  z  osobna,  oddaje  pogłos  metalu.  Gruszo,  brzemienna  kałużą!
Wodospady, schorzałe oliwą! Gniotą mnie rogi sarnie i twe palce w stawach bezradne. Prze-
padnę – wypluwa chleb, ubawiony rymem, może mówić dalej, ale Czerwiony nie znosi tych
parodii: – Kogo ty profanujesz? – pyta.

– Tramowi się coś poplątało – odzywa się Zdzich. Nie udało się  Gorzelańczykowi znisz-

czyć tej atmosfery, którą zbudowały moje słowa. – Albo nas zapicował – mówi Zdzich Tutu-
tłuk.

– To na pewno – wtrąca Lech. – Ale wiadomo, po co – zezuje na Ciuchnę, który jest zapa-

trzony w jeden punkt, w środek kufla.

– Otrzymałem od Mawki list – wyjaśniam. – Zawiadamia mnie, że odbiera sobie życie.
– Też listownie? –  podchwytuje  Tyszarski.  –  W  jakim  sensie  pytasz  „też”? –  zdenerwo-

wałem się. – Przecież on jest w Szczecinie.

– Kto? – pyta Gorzelańczyk.
– No Mawka.
– Jaki Mawka?
– O czym ty w ogóle mówisz? – nie wierzą mi, nie uwierzył mi wczoraj Ciuchna, dzisiaj

oni. Gorzelańczyk znów próbuje recytować:

– Deszcz. Ma. Większość zdawkową. Dawkę mosiężnej rudy. A w innym dżdżu jest prze-

lotny, będący w istocie mżawką.

– Lub Mawką – dodaje Tyszarski.
–  Podziwiam  go  –  odzywa  się  w  tym  momencie  Ciuchna  i  teraz  wszyscy  razem  chyba

mnie  nienawidzą.  Waldek  Czerwiony  aż  chudnie,  przypomina  ostrzony  ołówek  w  grze
zmarszczek, w wydłużającym się nosie. Unikają mego wzroku. Oni  nie wierzą. Ale już nikt
nie próbuje przerzucić rozmowy na inny temat. Teraz ich wspólnym celem będzie udowod-
nienie mi kłamstwa. – To twój kumpel? – pyta Gorzelańczyk. – Mawka był twoim bliskim
kolegą? – pyta Lech.

– Tak – dobieram słowa – i byłbym się po nim wszystkiego spodziewał, tylko nie samo...
– Wobec tego przestaję cokolwiek rozumieć – przerywa Gorzelańczyk. – Ja też – wtrąca

Lech.

– On był twoim przyjacielem? Serdecznym?
– Jeżeli to się mieści w twojej wyobraźni, to tak.
– Jak Boga kocham, Henryk, jestem głupi! Albo ja jestem głupi, albo ty nas picujesz! – To

na pewno – dorzuca Tyszarski. – Tram jest twardy.

– Gdybyś mówił prawdę, Tram... – kontynuuje Gorzelańczyk. – Ale czekaj. Powiadasz, że

Mawka napisał list?  I  t y  n i e  p o j e c h a ł e ś  d o  S z c z e c i n a?  I ty nie pojechałeś do
Szczecina? – chleb wypada mu z dłoni, wstaje, ściera skwarki podeszwą z podłogi. Jest zmę-
czony tym swoim nade mną „zwycięstwem”. Nie lubi zwyciężać, ja  go znam. On by  wolał
improwizować pastisze, bawić nas. W awanturach spala się jak wata. Cóż na tym zyskał, że
mnie „zdemaskował”? Może stracił jednego z tych, do których dojeżdża?...

– Może bałeś się o mnie i nie pojechałeś? –  podpowiada  Ciuchna.  –  Ja  też  jestem  kum-

plem.

Cóż to znaczy? Czy naprawdę zależy mu na wyznaniu, że jest moim kumplem i że bałem

się o jego życie? Może daje mi po prostu pojąć, że za dużo serca daję jakiemuś tam Mawce?
Może próba pojednania? Jestem kumplem i nie miejmy do siebie o nic żalu. Gdybyż wiedział,
jak wydaje mi się czymś mizernym w porównaniu z Mawką, czymś szczątkowym. Nie dlate-
go, że urządza widowiska, nie dlatego, że jest tchórzem podszyty.  On po  prostu  jest  ubogi,

background image

31

jest  jak  gdyby  jedną  tylko  cechą  Mawki,  która  żyje  bytem  samodzielnym.  Jak  grzbiet  fali,
wydzielony z morza, który zaczął żyć osobno i nie będzie niczym innym, tylko grzbietem fali.
Bez dna, bez trzeciego wymiaru, sam kształt. Wbrew dialektyce i bez niespodzianek. Co nie
znaczy, że działałem przeciw Ciuchnie. Powtórzyłem dziś to samo, co mówiłem mu, by  go
przekonać, że nie wymyśliłem śmierci Mawki, że powtarzam to przy naszych kolegach, bo to
prawda. Niestety. Gorzelańczyk „zdemaskował” mnie. Ja powinienem być w Szczecinie, każ-
dy tak pomyślał. – Bałem się o ciebie, zgadłeś – zwracam się do Ciuchny, mgła znad czoła
spływa mi na oczy, ręce drżą, nie panuję nad głosem, zaraz go obrażę, już go obraziłem, po-
wiedziałem: – Przyszło mi do głowy, że złapałeś syfa.

– O czym ty w ogóle mówisz? – krzyczy Zdzich.
Zrywam z nimi, zrywam żywe nici, które mnie z nimi łączyły. Oni są wstrętni. Czerwiony

nurza w dłonie żółty patyk nosa, Zdzich Tututłuk unosi sztywną twarz z poskręcaną obręczą
uśmiechu,  Gorzelańczyk...  Nagadałem  głupstw.  Niesmacznie  wyszło.  Po  co  się  uniosłem?
Ciuchna gmera w kieszeni, odchodzi do okna, Tyszarski biegnie za nim. Wykręca mu rękę. Z
pięści Ciuchny wypada ampułka. Kokaina? Ich oczy: – Tyś go doprowadził do takiego stanu.
– Reflektory ich oczu, ostre brzytwy. A ja się po prostu uniosłem. To zdanie pojmuję coraz
dosłowniej, jakbym się uniósł pod sufit i szybuję we mgle, która spływa znad czoła. (Samolo-
ooty...). Nagadałem głupstw. Uciec. Uciec. Skrzyżowane reflektory ich spojrzeń.

––

Korytarze olbrzymiego  gmachu, który składa się z przeróżnych  dźwięków.  Przytłumione

muzyczne szuflady grają teraz ciszej, przesunęły się o kilka ścian. Głosy z wnęki, jakby drżał
oszklony  kredens.  W  tynku  pęka  fajans,  gzymsy  chrzęszczą,  zbudowane  jakby  z  kruchych
spodków. Naraz muzyka i szum, i zgrzyty przeistaczają się w klarowne bryły światłocienia.
W przestrzeń. Zawędrowałem aż na trzeci balkon.

Przede  mną  żyrandol,  kryształowy  olbrzym  pod  sufitem  jak  zastygły  kłąb  żarłocznych

mew, które chwytają w locie kawał bułki. Jak zwykle, narzucona przez ten przedmiot myśl: a
co  by  było,  gdyby  żyrandol  runął  na  widownię?  ile  trupów?  I  bezpośrednio  po  tym  prze-
świadczenie, że każdy sobie zadał to pytanie, ktokolwiek był w tej operze. Na scenie popla-
mione kredą smugi robotników. Orkiestra w koszulach w półmroku i z tej odległości jest tak
lekka, że łazi po soczystej płachcie sceny jak refleksy nasłonecznionej kałuży wędrujące po
korze. Są i drzewa na scenie. Ma się rozumieć – opera! Przez chwilę usiłuję poczuć się tu jak
na rozpoznaniu – na terenie sił nieprzyjaciela. Przedstawiciel opozycji artystycznej podpatruje
wrogie obozowisko! Reprezentuje skłóconą mniejszość. Nasz pierwszy spektakl, marzę,  nie
zgromadzi tłumów. Dla pewnych gustów będzie upokarzające, że aktor ma znaczenie rekwi-
zytu, rekwizyt zaś jest tylko znakiem w didaskaliach, między którymi dramat nie istnieje, bo
nie ma go na scenie, on jest przewidziany w wyobraźni widza. W  niej się ma rozegrać. My
tylko  podpowiemy  układ  zdarzeń,  zarysujemy  konflikt,  „reszta  jest  milczeniem”.  Smugą
światła ze sceny będziemy wyjmować obrazy. Obrazy samych pojęć, samych pytań. Trudne.
Dla widzów będzie to szalenie trudne. Zadrwimy z ich lenistwa.  Ilekroć zarysuje się porzą-
dek, sens, struktura – ktoś je zburzy. Podpowiemy nową. Znów zburzymy. Niech się dobrze
spocą. Żadnych ułatwień z naszej strony. Teatr okrucieństwa. Muszą z nami walczyć. Zoba-
czyć,  jak  przebiega  tok  myślenia.  Oto  jak  myślicie,  poznajecie  świat,  powiemy  ludziom.  A
czyż bardziej dramatyczne są schematy intryg? Ktokolwiek w życiu myślał aż do bólu mózgu,
ten, kto naprawdę walczył o nadanie sensu światu i kto przegrywał – będzie w końcu naszym
sprzymierzeńcem. A teraz stanowimy garstkę. Skłóconą. Tak, wewnętrznie, niestety, skłóco-
ną. Waldek, Zdzich, Gorzelańczyk i ja. Niepotrzebnie się uniosłem. Jeżeli się „rozpadniemy”,
kogóż będę reprezentował? Gorzelańczyk nie będzie miał do kogo dojeżdżać, ja nie będę miał
kogo reprezentować. Musimy być razem. Bo nas zniszczą.

background image

32

Nie  pojechałem  do  Szczecina,  bo...  Trzeba  im  było  spokojnie  wytłumaczyć.  Znają  mnie

przecież. Zdzich mnie lubi. Tyszarski rozumie. Nie pojechałem do Szczecina, ale  wysłałem
kilka  listów.  To  nie  sztuka  zakasać  rękawy,  wejść  bez  reszty  w  jeden  tunel  życia,  w  jedną
myśl, być użytecznym sprzętem, kretem. Ja tak nie chcę! Nie lubię prostych pytań ani takich
działań, które by miały mnie zamknąć tylko w sobie. Lubię przestrzeń. Wielość. Kierowanie.
Jeżeli uda mi się pokierować biegiem spraw w ten sposób, że ci, do których rozesłałem listy,
uratują Mawkę, będę dumny. Będzie znaczyło, że istnieje teren życia, który udało mi się za-
gospodarować.

Nadałem wydarzeniom sens, strukturę.
(Słyszę w tej chwili głos domniemanego widza, który ogląda mój  wewnętrzny spektakl i

oto zapytał: – Jak to jest,  że  tam  człowiek  umiera,  a  pan  sobie  wymyśla  alibi,  mówi  pan  o
kierowaniu, czy to nie egoizm, co? Ukryty kompleks władzy? Żądza wywyższenia? Ambicje
szarej eminencji? – Tak – odpowiadam – chcę być szarą eminencją, źródłem prądu, który po-
rusza  wokół  siebie  cząstkę  świata.  Nie  chcę,  by  mnie  chwalono;  to  nie  jest  cel  praktyczny,
lecz poznawczy. Mam wrażenie, że każdy swoim życiem pisze to pytanie, choć nie każdy je
w ten sposób  formułuje.  Pytanie  o  granicę  sił  jednostki.  Pytanie:  ileż  ja  potrafię  zmienić  w
otoczeniu? Jeżeli  nic,  jeżeli  wszystko  wokół  mnie  istnieje  takie,  jakim  byłoby  i  beze  mnie,
więc  mogłoby  mnie  nie  być.  Zatem  jestem  nieporozumieniem.  Dygresją.  Wątkiem  luźnym.
Tłem zdarzeń, mniej niż tłem, pasożytem. Sekwencją z filmowej dłużyzny, którą bez szkody,
ba,  z  pożytkiem  dla  filmu  trzeba  obciąć  przy  stole  montażowym.  Mniej  niż  dłużyzną.  Ta
przynajmniej źle wpływa na całość dzieła, a ja na nic nie wpływam. Jestem. I nic więcej. Ja
tak nie chcę.)

Mawka wywierał wpływ na otoczenie nieporównanie większy niż ja. Wżerał się w ludzką

pamięć  jak  sól,  jak  ług.  Zostawiał  swego  sobowtóra  w  każdym,  z  kim  się  zetknął.  Raz  na
zawsze.  Cudowne  dziecko.  Talent,  geniusz.  Krwisty.  Niepospolity  dar  widzenia  świata.
Tramp. Włóczęga. Malarz. Kompozytor. Jak ktoś z takim kapitałem mógł popełnić zbrodnię,
bo ta jego śmierć jest przecież zbrodnią?

Tu  jest  chyba  błąd.  W  tych  słowach,  w  tym  pytaniu  czuję  błąd.  Pytanie  jest  za  gładkie.

Powiadam, że zostawiał trwałe ślady w innych. Piękne ślady. Ale jak było potem? Na wysta-
wie?  Znajomi  Witkacego,  wyznawcy  Legera,  ładne  dziewczęta,  dwie  notatki  w  prasie.  Fa-
chowcy rozmawiali z nim jak z już dojrzałym twórcą. Amatorzy z Pałacu Młodzieży, mniej
nawykli do werbalnych pochlebstw, traktowali go jak instruktora, zadawali pytania rzeczowe,
robili notatki. Był w ich wieku. Dotąd wszystko się zgadza, Mawka mógł zafascynować sobą
„pół Szczecina”, sukces naszej wystawy przerósł wszelkie oczekiwania. W każdym razie ja
niczego  lepszego  nie  chciałem.  Mój  schemat  działania  był  rozbudowany,  ale  tylko  w  jedną
stronę. Malowałem. Pisałem sonety. Wystarczyło, aby ktoś przeczytał mój wiersz dwa razy,
że ktoś dłużej stał przed moim grafikiem. Wystarczyła jedna myśl życzliwa o mnie, że smar-
kacz, bo smarkacz, ale o coś walczy. To już był mój ślad. Przynajmniej pierwszy zarys śladu.
A jak było na wystawie z Mawką?

Kiedy mówił złą polszczyzną, pełną mglistej symboliki, frazesów, panowała cisza. Niemi-

ła. Potem zwierzył mi się, że w tej ciszy naraz począł się dusić. Że obrzydła mu wtedy rola
rzeźby z ołtarza, do której się modlą. Rozumiałem go. Trzeba było wówczas jakiegoś żartu,
aby  tę  atmosferę  rozładować,  zniszczyć  egzaltację,  nie  burząc  wzruszenia.  Mawka  przestał
mówić,  pamiętam,  zbliżył  się  do  mojej  akwarelki:  –  „Ja  wysiadam  ze  swoimi  malunkami
przed tym. No”. Zapytali, dlaczego tak sądzi. Co mu się w tej akwarelce tak podoba? – „No.
Bo właśnie, że to nie jest akwarelka” – odpowiedział. – „Gość malował sokiem z tulipanów.
Co tam farby”. Któryś ze zwiedzających schował notes, obejrzał mój rysunek i powiedział, że
nie  widzi  tutaj  soku  z  tulipanów,  tylko  źle  skomponowaną  akwarelkę.  –  „O  –  powiedział
Mawka  –  zaraz  na  podwórzu  dziecku  teczka  spadnie...”  –  odwrócił  się  tyłem  do  okna,  po-
czerwieniał,  zmarszczył  czoło,  marynarka  mu  zagrała  światłem  fałd,  gdy  tak  się  zgarbił  i

background image

33

pierdnął. Potem mu zrobiłem awanturę. Potem mnie przepraszał. Potem zanotował moje sło-
wa, że kto bydlak, ten nie może być człowiekiem sztuki...

Nie. Nie mogłem się pomylić. Teraz mam genezę jego śmierci. To  jest pewnik. Byle nie

myśleć za prędko! Nie o wszystkim naraz. Rozsmakować triumf. Jaki byłem  głupi. Czułem
wtedy tylko niesmak.  Stać  mnie  było  na  zrobienie  awantury.  Zaraz,  po  kolei.  Nie  mogę  po
kolei, bo ten smak triumfu jest trujący, bo jak można pławić się w radości, że oto mam, mam
jego śmierć na dłoni?

Co silniejsze: świadomość udanej diagnozy czy fakt, że diagnoza dotyczyła śmierci?
Po kolei. Nie umiem po kolei. Nie pojechałem do Szczecina.
Muszę. To trzeba sformułować. A to nie jest łatwe.
Najpierw fakty.
Wystawa  jest  dowodem  numer  jeden.  Jak  było  w  restauracji?  Grali  jego  plagiat.  Szukał

wzruszenia  na  twarzach,  siły  muzyki.  Koniecznie  chciał  wyrwać  z  zapachu  bigosu  twarz
przejętą wzruszeniem. Gdy wreszcie znalazł taką twarz, przejętą, zatroskaną, wprawdzie nie z
powodu jego muzyki, ale on myślał przecież, że właśnie wzruszona jego muzyką, to uznał za
stosowne właśnie na nią „nalać”. Mało?

Raz  przyniósł  kota.  Podarował  go  siostrzyczce.  Chciał  być  dobrym  bratem.  Siostra  była

zachwycona kotkiem. Przyprowadziła koleżanki, dumna, nie tylko z tego, że ma w domu kot-
ka, ale z tego, że może wszystkim powiedzieć – „Brat mi przyniósł. Brat. Mój brat jest dobry-
dobry”  –  mogła  mówić  tak  z  rosyjska,  rzewnie.  I  wtedy  Mawka  przygotował  swój  okrutny
spektakl. Posadził kotka na gorącym piecu. Obok położył dyktę. Pod piecem ustawił wiadro z
lodowatą wodą. Połowa dykty sterczała nad wiadrem. Kot skoczył na tę dyktę, przechylił ją i
runął w dół, do wiadra. Mawka wyłowił kotka. Powtórzył jeszcze raz to samo. I potem jesz-
cze. I jeszcze. Siostra krzyczała, koleżanki pouciekały. Kot sparszywiał i musieli go wyrzucić
z domu. Mało?

Jakiż  byłem  w  Szczecinie  krótkowzroczny.  Trzeba  mi  było  pół  roku  rozstania,  trzeba

śmierci  Mawki,  by  zrozumieć,  jaki  byłem  głupi.  Owszem,  wstrzymywałem  go  przed  tymi
wygłupami. Rozumiałem je jako „wygłupy” właśnie. Ładne mi „wygłupy”! Tak długo znać
człowieka i tak mało o nim wiedzieć! A taki byłem dumny, że ja jeden go znam. Myślałem:
inni albo wierzą w jego geniusz, albo mają go za wariata. Ja znam prawdę o nim.

Geniuszem nie jest, w sztuce geniusz jest niemożliwy, nawet Rembrandt i Szekspir mają w

sobie elementy szmiry. Ale talent, myślałem, Mawka ma. I to jest jego „drugie dno”, to jego
„najważniejsze”. „Wygłupy” są powierzchnią Mawki – talent „drugim dnem”. Powierzchnię
trzeba  zwalczać.  I  zwalczałem.  Mówiłem  o  honorze,  posłannictwie  sztuki.  Skutkowało.  Na
jakiś czas. A potem znowu... – „Nie bądź świnią” – zaklinałem go. A nigdy nie stwierdziłem,
po co Mawka bywa świnią. Po co. A po co wciąż przesadza, po co śpiewa w cerkwi, nie zna
miary?  Po  co?  Dlaczego  nie  potrafi  stanąć  w  pewnej  chwili  w  miejscu?  Tam,  gdzie  dążył?
Ach,  czułem  to  intuicyjnie,  to,  co  teraz  wiem.  Raz  powiedziałem,  że  jest  alpinistą,  którego
filmują, on lezie na szczyt, zdobywa, szał na dole, brawa, gość na szczycie, czeka na najazd
kamery, końcowe zdjęcie, finał, wówczas on zdejmuje portki i wystawia goły tyłek.

Nie myślałem wtedy, co się z takim gościem dzieje potem. Czy złazi ze szczytu? Skacze

głową w dół? Być może z kilku szczytów zlezie. Aż go wszyscy będą mieli za wariata. Nikt
nie  odważy  się  podziwiać  go,  filmować.  Wtedy  wlezie  na  najbardziej  niedostępny  szczyt,
sam, w nocy, no a potem...

Często wpadał w chandrę. Musiał czuć, że taki schemat działań jest bez sensu. Cokolwiek zrobił

– unieważniał. Likwidował, cokolwiek był stworzył. Plugawił to, co sam obdarzył pięknem.

Najpierw  kreował  w  oczach  innych  ludzi  swego  sobowtóra  (Mawka-geniusz,  Mawka-

talent), w chwilę potem sam na siebie wysypywał kubeł śmieci. On inaczej nie mógł. Zmysł
komizmu,  potrzeba  groteski?  Chyba  tak.  Chyba  tak.  I  ta  potrzeba  przesady,  chęć  zrywania
granic.

background image

34

I odnalazłem jego śmierć? Na pewno? Po kolei. Ta diagnoza do końca nie jest jasna. Dla-

czego  przy  mnie  jego  złość  na  siebie  była  krótkotrwała?  Pamiętam,  po  wystawie  na  długo
zmarkotniał.  Najpierw  sam  go  wpędziłem  w  wyrzuty  sumienia.  Potem  żal  mi  się  zrobiło
szczeniaka. Powiedziałem, że to, co zrobił, budzi wstręt, ale jest drugorzędne. Z innej płasz-
czyzny. Chodzi o talent, mówiłem, o wartość dzieł, a skoro namalujesz dobry obraz, to gdy ci
sprawi  to  przyjemność,  siedź  pół  dnia  w  miednicy  z  gównem.  Proszę  bardzo.  Naszkicujesz
piękną gałąź bzu, a potem – właź. Rysunek na tym nic nie straci. Mawka słuchał. Rozumiem
teraz, czemu tak uważnie słuchał, czemu notował moje słowa. Wiedział, że zawsze go wycią-
gnę z katza. Może na mnie liczyć. Zawsze go będę mierzył wartością jego sztuki. Z tej posta-
wy sam nie zdawałem sobie sprawy. Miał we mnie bank; kapitał, który we mnie włożył, nie
przepadał.  Byłem  mu  potrzebny.  Dlatego  byłem  jego  przyjacielem.  To  jest  trochę  przykre.
Dotychczas sądziłem, że fascynuję go tak samo, jak on mnie. A teraz widzę, że byłem li tylko
służebny wobec jego kompleksów. On chyba tego nie wiedział. Aż pewnego dnia rozstaliśmy
się z „no to cześć”. Znów się zaczynam denerwować.

Czuję tę nadpływającą myśl, cholernie ciężką, która – jakby płynęła z zewnątrz, z mroków

opery – uderza w nozdrza. Rozstaliśmy się. To jest jeszcze nie ta myśl. Ona dopiero zbiera się
ze  wszystkich  strzępków  żyrandola,  formuje  w  oddali.  I  Mawka  został  sam  ze  swoim  wia-
drem gówna. Myśl zbliża się, olbrzymia, chciwa, szuka słów jak  pożywienia. Mawka został
sam, beze mnie.

Może  coś  się  stanie.  Ktoś  chodzi  po  balkonie,  może  mnie  zaczepi  i  przestanę  myśleć.

Chwytam  jakieś  obrazy,  ale  tak  dalekie,  że  są  filmem  nie  z  ekranu,  lecz  odbitym  w  kaflu:
Zdzich, Tyszarski, myśleć o nich. Ale Mawka został sam z tym swoim plugastwem. Ilu ludzi
do siebie pozrażał? A co, jeżeli wszystkich, których najpierw pozachwycał sobą? I naraz po-
czuł się w pokoju sam. Pokoju tego nie zdobiły już obrazy, nie uszlachetniał widok skrzypiec,
był w nim tylko smród po sparszywiałym kocie.

Do  kogo  miał  pójść?  Kto  z  nim  poważnie  będzie  mówił?  O  prawdziwej  sztuce,  posłan-

nictwie? Myśl jest teraz we mnie.

Jest zimna. Dziwne, ręce nie drżą, chociaż myśl jest zimna. Czy ma siłę fizyczną ta myśl?

Chyba  nie  ma.  Czy  można  ją  przeżyć?  Oczywiście.  Można.  Rozlokowała  się  już.  Już  ją
oswajam. Przyzwyczajam się jak do gruźlicy. Będę brał zastrzyki, myślę sobie, zastrzyki. Ona
boli. Trzeba jej dać słów, bo boli.

Można ją będzie wyjąć, wtedy ulży. Zbieram słowa, bo inaczej się nie ruszy. Mawka. Rzu-

cam jej słowo „Mawka”. I słowo „umarł”. Zabieram jej to „umarł”. Bo może nie umarł. Teraz
mam szansę, by tę myśl opóźnić. Pozostanie wydobyta do połowy. Próbuję wrócić do pytania,
czemu nie jestem w Szczecinie. Mam już wypracowany układ zdań.  (– Każdy człowiek ma
pewne właściwości. Trudno o to mieć do kogoś pretensje. Ja, na  przykład, nie mogę znieść
ceremoniałów, które towarzyszą ludzkiej śmierci.)

Jeżeli Mawka umarł – „umarł” wraca na jakiś czas do Myśli – i odbędzie się jego pogrzeb,

to nie wolno mnie nakłaniać do wyjazdu. To jest dla mnie charakterystyczne. Mam w zapasie
i  drugą  obronę.  (Myśl  tymczasem  cicho  się  czai.)  Może  Mawka  nie  umarł.  (Wyszarpuję
„umarł” z Myśli.) Myśl chowa się głębiej, ale nadal boli. Napisałem list do mamy, myślę. Ona
go obroni przed ponowną decyzją. Śmierci, myślę, śmierci. Mama jest pedagogiem, nie to, co
ja. Zmusi go do myślenia. Przegra z mamą. Po co ja mam tam jechać? Jak on mi teraz spojrzy
w oczy? Jak ja mam patrzeć w jego oczy?...

I naraz moja Myśl przerywa wszystkie tamy, krzyczy we mnie, w głębi oczu, w uszach –

Mawka podjął decyzję śmierci – krzyczy – bo został sam, bo sam narobił głupstw, bo wyje-
chałem, bo nikt w nim nie chciał wciąż odbudowywać szacunku do samego siebie. Któż jest
za  tę  śmierć  odpowiedzialny?  Ja.  I  tyle  pozostało  mi  z  triumfu  rozpoznania  przyczyn  jego
śmierci. Tyle, że rozpoznałem wśród tych przyczyn siebie.

background image

35

––

– A pan do kogo? – pyta mnie głos z tyłu. – Ja tu na próbę. Tak przyszedłem sobie... – od-

powiadam. – Na statystę może? – zieje głos z półmroku uchylonych drzwi. – Tak. Chciałbym
się zapisać. – Ktoś z półmroku mnie ogląda, bada. – Co ja poznam w płaszczu? Pan jest wy-
pchany.  Potrzebujemy  solidnie  zbudowanych  chłopców,  na  rycerzy.  Ale  pan  wypchany.  –
Półmrok w drzwiach zelżał. Ten ktoś poszedł.

background image

36

III

NASTROJE

Ciuchna i ja. Jestem piekielnie zmęczony. – Wypalimy i zasypiamy, zgoda? – proszę go.

Ułamuje pół papierosa i tę żarzącą połówkę wkłada do cygarniczki. Mokro w niej. Błocko po
nikotynie skwierczy. Przeszkadza mi spać.

Opadam na tapczan. Z brzmienia sprężyn wyłania się zgiełk dworca. Podróżowałem ostat-

nio. Robiłem to dla nich. Oni. Lech Tyszarski z teorią instytucji opiekuńczej, byle jakiej, byle
miała pieniądze i prawa wydawnicze. Czerwiony z wizją pisma dla poetów. Gorzelańczyk ze
swoim ciągiem wolnych skojarzeń. Ciuchna i ja.

– Są perspektywy – przerywam Ciuchnie. On nieustannie mówi. Mówi i mówi. Prowadzi-

my cykl nocnych rozmów, coś w rodzaju żywej ankiety psychologicznej. Teraz Ciuchna od-
powiada na pytanie: „Dlaczego jestem tragiczny?”

– Ból przynosi mi ulgę – mówi.
– Nie odróżniasz tragedii od melodramatu. Poczytaj sobie Kleinera. Śpimy. Dobranoc.
Ulga, to jest ciekawe słowo – myślę. Wiersz pod tytułem 

Ulga. Postać z dramatu: Sławo-

mir Ulga. Plemię Ulga-Ulga. Bez taryfy ulgowej. Presja słowa (w czasie wycieczki rowero-
wej z Mawką łowiliśmy ryby. Brakowało nam ich nazwy. Ani to płoć, ani leszcze. Więc mó-
wiliśmy: swołocz. Ryba swołocz).

–  Co  ci  się  najmniej  podoba  w  Tyszarskim?  –  budzi  mnie  Ciuchna.  –  Tyszarski  jest  jak

swołocz – odpowiadam. – Chwyta do pyska robaka i prowadzi go w trzciny. Szarpiesz, zry-
wasz żyłkę. A swołocz z haczykiem w pysku odpływa.

– Więc dlaczego nie wylejesz go z „Czter?”
Tak się gada wśród nas, tak rozchwiewa znaczenie słowa. Boże, jak chciałbym zasnąć. Za-

dowolony Ciuchna myśli, że Tyszarski – to swołocz, a swołocz – to taka ryba. I znowu mówi.
Odmalowuje nastroje. Na tle jego  głosu wyobrażam sobie  skrzydło  drzwi,  które  wysadził  z
zawiasów tłum ogarnięty paniką w kinie. Te drzwi są właśnie Janem Ciuchną. Chwileczkę.
Uzasadniam metaforę na różne sposoby: Ciuchna bywał dla ludzi otwarty. Miał coś z drewna.
Zamykano go. Wszystkie próby motywacji są naiwne. Chodzi o sytuację. Ciuchna jest szcząt-
kiem niesionym przez tłum. W biegu pogruchotali go, okaleczyli.

–  Dlaczego  tolerujesz  w  grupie  Tyszarskiego?  –  wraca  do  zadawnionego  kompleksu.  –

Musisz być sobą.

Od kogoś się już dowiedział. Sam by na to nie wpadł. Gorzelańczyk wszystkim wmawia,

że „nie jestem sobą”. Że mam łatwość mimikry. Przyjmuję sposób  bycia innych, nawet styl
wypowiedzi. Jestem przez to lubiany, umiem słuchać, to ważne. Ale w samej sytuacji kogoś
lubianego, zdaniem Gorzelańczyka, kryje się gruby fałsz. Człowiek sympatyczny – utrzymuje
Gorzelańczyk – jest człowiekiem zakłamanym.

– Torturujecie mnie – teraz się bronię. – Mam jedynie poczucie wstydu. Nie uderzyłem ni-

kogo w twarz. I słaby charakter. Nie umiem skończyć z paleniem. Myślisz, że nie próbowa-
łem? Próbowałem po każdym papierosie spalać jedną książkę. Myślisz, że nie paliłem? Pali-
łem. Książki i papierosy. I wiesz co? Pozbyłem się w ten sposób makulatury, a gdy przyszło
wrzucić do pieca tom 

Bajek Lafontaine’a, wycofałem się z gry. Notabene Lafontaine podaro-

wany w szkole podstawowej „za dobrą naukę i pracę społeczną”.

background image

37

– Po co ty o tym mówisz? – przerywa Ciuchna. – Posłuchaj. Niech to nie będzie o mnie.

Co powiesz o gościu, który najpierw jest z jednym tłumem i z tym pierwszym tłumem idzie
walczyć.  Dosłownie.  Potem  jest  sanitariuszem.  Przez  szczęśliwy  zbieg  okoliczności  dostaje
kitel sanitariusza. Wywozi karetką rannych z drugiego tłumu, z tego tłumu, przeciw któremu
szedł walczyć. Między rannymi znajduje naboje i broń, i broń i naboje podrzuca tym z pierw-
szego tłumu. Pierwsi strzelają do drugich, ranią, zabijają. A gość wyciąga rannych i wywozi
do szpitala. To trwa siedem godzin. Dosłownie.

– Co sobie przy tym myślałeś?
– Myśleć zacząłem później. Poradź mi coś. Pojechałbym do Szczecina. Przyjęliby mnie na

statek? Jak jest w Szczecinie, Tram?

–  W  Szczecinie,  człowieku  –  budzę  się  całkowicie,  na  pewno  tej  nocy  nie  zasnę  –  w

Szczecinie są perspektywy...

„Ugryź  się  w  język”  –  myślę.  Ciuchnie  nie  należy  opowiadać  o  Szczecinie  i  perspekty-

wach.  Wszystko  zostało  ustalone.  Ukartowane.  Zjawią  się  tu  niebawem  członkowie  grupy
„Cztery” i przeprowadzimy z Janem rzeczową rozmowę. Musi zrezygnować z udziału w im-
prezach  grupy.  Niestety,  kompromituje  nas.  Jest  grafomanem.  Trudno.  Jakkolwiek  skończy
się ta sprawa dla Ciuchny  – musi opuścić grupę. Jest grafomanem nieuleczalnym, wygłasza
razem z nami swoje teksty, śmieją się z niego i z nas. Zakrztusiłem się dymem „sporta”. Albo
i  z  obrzydzenia  do  siebie.  Otóż  to.  Ilekroć  mam  wykonać  chirurgiczne  cięcie,  opanowuje
mnie wstręt. Chciałbym inaczej. Porozmawiać sobie z Ciuchną o piśmie, o naszym piśmie w
Szczecinie, ponieważ tam powstanie organ młodych. Opchnę w pierwszym numerze szkic o
futuryzmie. I koniecznie wiersze Waldka Czerwionego, między drzeworytami zagęszczonymi
czernią, o spękanych płatach czerni, jakby w maszynie drukarskiej dostały się do farby zia-
renka  piasku.  Tak  powinny  wyglądać  przerywniki  do  wierszy  Waldka.  Warto  spróbować  z
grafiką Mawki, podsunąć redakcji kilka jego prac, najmniej staroświeckich.

Są nareszcie. Powoli zbiera się Rada Artystyczna Grupy Twórczej „Cztery”. Przyszedł właśnie

Tututłuk. Ale on nie zacznie rozprawy z Ciuchną. Na mnie może nie liczyć. Co innego, gdybym się
był przedtem wyspał. Jestem do niczego. Umówiliśmy się na jedenastą. Zbliża się pierwsza. Zwle-
kają. Gorzelańczyk nazwał tę rozmowę egzekucją. Zastraszył nas  tym słowem. Powiedział: – Po
kolei, od najsłabszego, zaczynamy się wykańczać – to mi pachnie małą historiozofią.

Więc Tututłuk jest wyraźnie podniecony. Zazwyczaj ilekroć wpada do pokoju, ma się chęć

przywiązać go od razu czymś, unieruchomić. Ilekroć Czerwiony powiada, że wykonujemy za
dużo ruchów, wskazuje Tututłuka. Ale to nie są ruchy, które nic nie znaczą. Wygląda na to, że
Tututłuk  coś  zepsuje,  zniszczy,  że  skradnie  wertowaną  z  nerwowym  pośpiechem  książkę,
zeżre cukier ze słoika, strąci z gwoździa gwasz, poplami ścianę, powysypuje z pudełka  gu-
mowe czcionki, którymi podrabiamy czasem karty stołówkowe. Ja i Ciuchna wyjmujemy mu
z palców sznurek od firany – już nim szarpał, już naddarł kreton. Grzebał w farbkach. Na sar-
nich rogach w pokoiku Ciuchny – nazywamy ten pokoik Spiżarką, jest bez pieca – wisi po-
łówka jabłka na żyłce i notes. Tututłuk dopada notesu. Czyta, ziewa. Na jakiś czas spokój.

– Cóż, panowie – ziewa szerzej Tututłuk – dacie herbaty?
– Dostaniesz.
Nie tak dawno odkrył loch na peryferiach, który mógł być pomieszczeniem dla prób. Loch

czy  bunkier,  mówiliśmy  „loch”.  Nie  wykorzystaliśmy  go  jednak,  zniechęcił  nas  Gorzelań-
czyk, który powiedział: – To mi pachnie Makuszyńskim.

Ciuchna parzy herbatę.
– Ktoś na klatce schodowej – odzywa się Zdzich.
– Co?
– Ktoś stoi.
Nie  doceniłem  zatem  Zdzicha.  Zaczął  „egzekucję”  zgodnie  z  planem.  Najpierw  trzeba

Ciuchnę przestraszyć. Ciuchna przestraszony panice nie ulega, rozumuje precyzyjnie, nadaje

background image

38

się do rzeczowej wymiany zdań. – Dziwny typ – mówi Zdzich. – Masz z kimś porachunki? –
mówi głośno. Zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Zdaję sobie z tego doskonale sprawę, ale
przestaję go słyszeć. Łykam powietrze, a nie dociera do płuc. Kończy się na języku, więźnie
w krtani, kończy się na języku smakiem nikotyny, cebuli i wódki.

– Trochę mi nie tego – prawdopodobnie to w tej chwili mówię. – Słabo, czy co. Może któ-

ryś z was uchyli okno.

Wychodzę do łazienki. Nie jest ze mną aż tak źle, skoro wystarcza sił na przemyślenie te-

go,  czy  mógłbym  (w  wierszu)  wykorzystać  wrażenie:  w  nogach  biegną  pęcherzyki,  jak  we
wrzątku, tłuką o skórę, rozpryskują się w mięśniach...

W kuchni. Gospodyni, pani Lucyna Poniży, kobieta. W kuchni nie jest mi nagle lepiej, a

tylko prościej, zwyczajniej. Ona, Poniży, i kuchnia mają swoją prostą składnię, swój komuni-
katywny  szyk  wyrazów  i  przedmiotów.  „Nie  pracuje”,  ma  dziecko,  mąż  zarabia  w  Miasto-
projekcie na pracach zleconych „jako inżynier”, siedział, zdradza Lucynę Poniży, Lucyna jest
zaniedbana, do kina nie chodzi. Lucynę widuję przy szorowaniu sedesu, przy dziecku, które-
go nie może „oderwać od piersi”, pierś ma do ssania, jak ręce do czynności gospodarskich,
jak do zmartwienia głowę, a język ma poparzony od smakowania sosów, anginę od przecią-
gów, w których wystaje przy praniu.

To jest właśnie owa prostota i to jest nasza stacja docelowa.
– Przepraszam, czy mógłbym dostać octu? Na migrenę?
– Cały zielony na twarzy – informuje mnie o mnie pani Poniży.
Mam wrażenie, że podejrzewa mnie oto o chorobę przewlekłą, zastanawia się, co doradzić,

jakiś aliaż „od wszystkiego”, a jeszcze lepiej lekarstwo zagraniczne, którego „nie można do-
stać”. Stoi na tle kredensu. Emalia łuszczy się na nim w zatrzęsienie motyli (Poniży ma szla-
frok w kwiaty). – Słyszał pan wczoraj?... – powiada.

Wkłada palce do mydlin. Teraz widzę ją na tle pieca ze słoikami: PIEPRZ, MAJERANEK,

SÓL, ZAPACHY DO CIAST.

– No i niech pan powie... – mówi. O co jej chodzi? Obserwuje mnie.
– Tak – odpowiadam, chcę wykryć powód jej zmartwienia – Co będzie dalej? – pytam i

przypominam, że córeczka miała na buzi wysypkę, może płakała w nocy, więc znów pytam –
Lepiej dziś? Poprawiło się?

– Powiedz pan, kiedy było lepiej? – wydziera się na mnie Poniży. – Panie! Osiem lat mał-

żeństwa, ale on wziął mnie młodą, ja do teraz mam młode ciało, panie, patrz pan! Patrz pan
tylko! To jest stare ciało? To jest stare ciało? W każdym razie to nie jest ciało starej kobiety.

Odwija rękaw. Przemieszczam spojrzenie wzdłuż ręki, ręki silnej (pierwsze spostrzeżenie), białej

(też pierwsze, ale drugorzędne) jak z ciasta. Dłoń w mydlinach. Mam migrenę, nie panuję nad ako-
modacją oka, cała ręka Poniży traci kontur, granice, jest bielsza, świeci, przypomina jarzeniówkę.

– Niechby spał, niechaj inna mu dobrze robi, ale niech przy dzieciaku nie próbuje awantur,

czy nie? – skarży się teraz. – Żeby choć przy dzieciaku słów nie używał, no, pół biedy...

Daje mi wreszcie ten ocet. Ktoś zadzwonił. Tyszarski, przechodzi przez kuchnię do Spi-

żarki. Tymczasem pocieszam panią Lucynę banałami, że jest rzeczywiście młoda, ma życie
przed sobą. Idę do łazienki. Tu oglądam się w lustrze przekrwionymi oczyma i mam wraże-
nie, że to lustro jest    p r z e k r w i o n e .  Asocjacja: przekrwiony, krwisty, Mawka.

––

Otrzymałem dziś od mamy list. Wiem, jaki miała przebieg depresja Mawki. Przeżył „za-

wód miłosny” (to jego określenie).  Opowiadał,  że  porzuciła  go  dziewczyna.  Wygarnęła  mu
„wszystko”, co o nim myśli, że jest nudny. (Mawka nudny? Nieprawdopodobne!) Mawkę to
zabolało. Przeczytał na nowo 

Dziadów część czwartą i ...moje Kwiaty na tapetach! „Miesz-

kam w pokoju bez okien i  drzwi,  można  w  nim zrobić  trzy  kroki,  a  to  stanowczo  za  mało,

background image

39

żeby nabrać rozpędu i uderzyć głową w ścianę...” – jakoś tak zaczynała się ta moja niedobra
proza. Zanim Mawka zrozumiał 

Kwiaty, kojarzył je – po swojemu – z samotną brzózką na

Żelechowie. Miewał takie pomysły: kiedyś dowodził mi, że kremowy staw i rudy las w tym
pejzażyku  m a  w  s o b i e  

Spowiedź chuligana Jesienina, że niebo nad Dąbiem  j e s t  Bar-

karolą Czajkowskiego. Dla mnie to było enigmatyczne. Przyznawałem mu z reguły słuszność.
Wyjechał na Żelechowo. Zabrał sztylet i sznur. Sztylet przywiązał do brzózki. Przewidziałem
to: będzie mu zależało na najmniej prawdopodobnej wersji samobójstwa, na kreacji samobój-
stwa środkami ostatniej szmiry. Miał prawo. Resztę sznura uwiązał nad sztyletem, w liściach,
i nagiął drzewko w kierunku rękojeści, do tyłu. Drugi koniec sznura przytwierdził do betono-
wej bryły (brzózka rosła na gruzach, częste w krajobrazie szczecińskiego przedmieścia). Wy-
starczyło ustawić się na wprost odgiętego drzewa, aby – z chwilą, gdy pęknie sznur – drzewo
s a m o  przyniosło nóż i  s a m o  go wbiło w Mawkę. Proste? No więc. Czekał, aż pęknie
sznur.  Ale  dlaczego  miał  pękać?  Dobry,  mocny  sznur  do  wieszania  dywanu?  Rzucił  cegłę.
Trafił od razu w węzeł na pręcie, pręt wystawał z betonowej bryły. Kilka razy rzucał cegłami.
Za każdym razem uderzenie wstrząsało całą maszynerią i osłabiało drugi węzeł, przytrzymu-
jący sztylet. Mawka tego nie wziął w rachubę. Jego „rachuba” w tym czasie nie uwzględniała
działania przypadku. Szukał nowej cegły – znalazł pudełko po zapałkach, puste. To nasunęło
mu pomysł ogniska. Cofnął się do przystanku, kupił zapałki i „Kurier”, a po powrocie zbadał,
czy nikt nie naruszył maszynerii. Nikt. Brzózka przygięta prawie do ziemi tworzyła ładny łuk.
Po sztylecie lazła mucha. Złapał tę muchę i zjadł. Umiał połykać muchy, co nie znaczy, że
zjadał wszystko. Nie mógł znieść, na przykład, wysysania oleju ze smażonych rybich główek,
ale połykał muchy.

Wokół sznura na betonie rozpalił ognisko. Ustawił się na wprost brzózki i czekał. Czekał

na  odlot  gałęzi.  Niepokoił  go  gęsty  dym,  który  mógł  kogoś  zwabić  z  pobliskich  ogródków
działkowych. Tymczasem wiatr poderwał płonącą gazetę, wypełnił wnętrze drzewa dymem i
popiołem. Gałęzie poleciały na Mawkę wespół z całym śmieciem, z połową ogniska, z obluź-
nionym sztyletem. Przed sztyletem nie byłby ustąpił, ale cofnął się przed ogniskiem, i to go
uratowało. Przeszedł kilka kroków na ślepo. Miał zaprószone oczy. Splunął, opluł tynk krwią.
Kupił w kiosku trzy prestoplasty. Wrócił do domu pooklejany, osłabiony. Pił ciepłe mleko z
miodem i opowiadał o ciężkiej przeprawie z chuliganami, których obawiał się zawsze.

––

Dezercja trwa zbyt długo. Muszę już wyjść z łazienki, Ciuchnę trzeba wywalić z grupy...

Pani  Lucyna  Poniży,  znów  na  tle  słoika  PIEPRZ  i  słoika  ZAPACHY,  pokazuje  złą  twarz.
Łamie  ją  w  krzyżu?  A  może  blokowałem  za  długo  łazienkę?  Tacy  ludzie  nie  znoszą  gości
przesiadujących w łazience, nawet gdy sami nie mają tam nic do roboty.

– Dziękuję za ocet i przepraszam – mówię. – Dobranoc.
Nie, nie ma do mnie żalu. Oto uśmiecha się porozumiewawczo. Przegina się naraz, obła-

puje za talię i patrzy wysoko, na lampę.

W Spiżarce Ciuchny – obecni: Tututłuk, Tyszarski, Gorzelańczyk. Poprzychodzili. Tyszar-

ski w samodziałowej marynarce, ze swoimi szerokimi zębami, pochylony nad taboretem zjada
łyżką stołową cukier. Tututłuk ma rozpalone uszy, okulary, wieczny uśmieszek. Jak smarkacz
na mrozie. Przed chwilą chuchał na szybę i podpisywał się palcem na szkle. Teraz, gdy mnie zoba-
czył, wytarł rękawem szybę i zaczął rozkręcać czyjeś wieczne pióro. Co z Janem? Leży na wznak
na tapczanie. Już jest serio, zesztywniał, przestraszyli go. Gdzieś w pobliżu, między gazetami zwi-
sającymi  ze  wszystkich  czterech  półek  szafy,  snuje  się  Gorzelańczyk.  Rada  Artystyczna  Grupy
Twórczej „Cztery”. Wiedzą, że „Tram wysiadł z głową”, że nie mam pojęcia, jak  daleko zaszli,
który punkt tej całej „egzekucji” już realizują. Odzywa się Zdzich; pełno go w tej Spiżarce, bawi się
piórem, uderza nogą do rytmu w szafę, śpiewa łagodnym basem:

background image

40

Natenczas Wojski schwytał powiew iskier z próchna, i trzy razy wzdrygnął w swej mo-

gile Ciuch-na-aaa...

na melodię godzinek. Wypuścił z pióra atrament, ubabrał dłonie.
– Jeszcze nie rozumiesz? – pyta mnie ze złością.
Rozumiem. Gra idzie zgodnie z planem. Plan w gruncie rzeczy prosty: przestraszyć Jana

Ciuchnę, porozmawiać z nim rzeczowo, wylać z grupy, pójść do domu. Ale oni wciąż reali-
zują pierwszą fazę: straszą. Gorzelańczyk między gazetami rysował. Narysował atramentem
na kartkach wyrwanych z zeszytu: wieniec żałobny, krajobraz cmentarny, projekt pomnika śp.
J. Ciuchny. Teraz zbliża się do tapczanu, chce poprzypinać nad Ciuchną te obrazki. A Tyszar-
ski zjada łyżkami cukier.

– Oto usta już zamkniona i śledziona jest mu więdnie! – pieje rozpromieniony Zdzich. –

Gorzelańczyk stetryczał jest. Ciuchna umrzyk jest. Jeszcze nie rozumiesz?

Rozumiem. Tututłuk stara się niezauważalnie wytrzeć ręce w czarny blezer Ciuchny. Go-

rzelańczykowi  zabrakło  pinesek,  więc  rysunek  z  projektem  pomnika  ustawia  na  piersiach
Ciuchny.  Jan  żuje  papier,  jakiś  bilet  tramwajowy.  Rozumiem.  Zagalopowali  się.  Trzeba
przejść do rzeczowej rozmowy. – Winkielried ożył! – mówię.

– Coś ty? – pytają. – A jak?
Powinien ożyć, mamy z nim kilka spraw do omówienia. Pamiętają.  Trzeba przedyskuto-

wać  sprawę  wykluczenia  Jana  z  grupy.  Ciuchna  wysłuchał  już  sporo  cytatów  cmentarnych,
złożyli  przed  nim  egzamin:  „motyw  śmierci  w  literaturze  polskiej”.  Wpadam  na  pomysł.  –
Warto zrobić małe przesłuchanko. – Spodobało się. Tututłuk wytarł wreszcie dłonie, sięga do
kieszeni, wyjmuje wiązkę kluczy. Podrzuca je nad twarzą Ciuchny. Kapitalne. Tyszarski nie
uporał się z całym zapasem cukru, nalewa więc do słoika wody i wynosi do kuchni. Wraca z
papierosem w zębach. Kuca przy Ciuchnie. Dmucha na niego dymem. Muszę zatem – soli-
darnie – jakoś uzupełnić tę scenkę, skopiowaną z filmów kryminalnych. Ustawiam miednicę
na  taborecie.  Sięgam  po  czajniczek,  krople  herbaty  spadają  na  dno  miednicy,  rytmicznie,
dźwięcznie. Świetny pomysł. Gorzelańczyk jest zachwycony. Tyszarski chce nadrobić swoją
opieszałość, chyba czuje, że pomysł zjadania cukru był pomysłem nieefektownym, wpada w
szał:

– Wy co, student? – ryczy, wygrzebuje spod tapczanu brudne skarpety i podkłada Ciuchnie

pod głowę.

– Powiedzcie nam, czy nie zdajecie sobie sprawy, że wasza literatura... – zaczynam mówić,

chcę  połączyć  idiotyzm  zabawy,  która  opanowała  nas,  która  staje  się  coraz  bardziej  czymś
autonomicznym, z pierwotnym, praktycznym zamierzeniem, ale Tyszarski krzyczy: – Tylko
bez łgarstw, Ciuchna! Nie wykręcajcie kota ogonem. Wy co, sodomita? – wrzeszczy. Odcho-
dzę do okna. Kim jest Lech Tyszarski, zadaję sobie to pytanie po raz nie wiem który. Co on
wyprawia? Wpadł w szał. Chwyta Ciuchnę za gardło (Ciuchna leży), szczypie go, teraz wci-
ska  mu  za  pazuchę  skarpety.  Wiem,  jak  się  czuje  Tyszarski.  Ze  mną  zdarzyła  się  podobna
historia kilka lat temu, na kolonii letniej. Miałem wtedy siedemnaście lat. Zalesialiśmy w ra-
mach akcji „miasto  –  wsi”.  Chłopi,  którzy  nie  mogli  sobie  poradzić  z  ładowaniem  świń  do
ciężarówki, poprosili kilku z nas do pomocy. Wprowadzono nas do chlewu. Jak łagodnie za-
braliśmy się do  pracy!  Każdy  z  nas  cholernie  bał  się  świni,  popychał  ją  sztywnym  palcem,
poklepywał jak konia. A robotnicy kopali zwierzęta, ciągnęli za uszy, za pyski, klęli. Każdą
świnię trzeba było wciągnąć na deskę i wepchnąć na platformę  wozu.  Robotnicy  przerażali
nas swą brutalnością. Pogardzaliśmy nimi. Do czasu. Zaczęliśmy ich naśladować, w pasji, w
rozbestwieniu, bić, kłuć scyzorykami. Boksować świnie. Drapać świnie. Tylko w ten sposób
można było wpędzić bestię na deskę i do samochodu. – Ciuchna! – wrzeszczy Tyszarski.

Do czego to doprowadzi? Ciuchna zaczyna się bronić. Bije Tyszarskiego w pierś. Kopie w

brzuch. Tyszarski siada na podłodze.

background image

41

– Raz, dwa, trzy – liczy nas Ciuchna. – Trzech na jednego.
Zdejmuje bluzkę, jest goły do pasa. – Bijemy się po kolei – ponuro proponuje Ciuchna.
– Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec – zgadza się Gorzelańczyk i przezornie od-

chodzi pod drzwi. Tyszarski wstaje z podłogi. Zanurza wargi w kałuży z herbaty, którą wyla-
łem do miednicy. Do policzka przykleił mu się rudy strzępek.

– No to cóż? – słyszę swój głos. – Chyba dość tej zabawy? Otwieram posiedzenie Rady

Artystycznej Grupy Twórczej „Cztery”. Są pewne dla nas perspektywy w Szczecinie...

background image

42

IV

PŁASKORZEŹBY

Pojechałem.  To  słowo,  pomyślane  uroczyście,  szumiące  jakby  wśród  wypranych  flag  na

białym  statku,  układam  ozdobną  kursywą,  jak  na  secesyjnym  telegramie  z  wiadomością  o
czyichś ważnych zaślubinach. A kontekst, w którym się pojawia,  nieustannie zmieniam, bu-
duję nie ze słów: z obrazów, które spełniają się w przeczuciu miasta za biegnącą po porwa-
nym krajobrazie szybą. Pojechałem. To miasto jest ze wspomnień. Już rozsypuje się na wido-
kówki turystyczne, z połyskiem cegieł zabytkowych krypt, tak kolorowe, że są jak oranżada,
którą  piłem  w  Dąbiu,  z  jej  smakiem  nieruchomej  rzeki,  w  jej  blaskach  paliwa,  skrojonych
wiatrem w mapę świata.

Pojechałem.
Mam w głowie jasny, prosty układ przyszłych zdarzeń.
Chcę odnaleźć Mawkę. Zbadać jego ślady. Inaczej nigdy się nie dowiem, co ten szczeniak

zrobił. Czym zaplugawił siebie w oczach innych, jak  go  lekceważą,  kto  się  z  niego  śmieje.
Dlaczego musiał odejść. Czemu chciał to zrobić. Mój wzrok, złączony z szybą, wtargnął na
wzniesienie, złożone z ruchu rysujących szkło pożółkłych traw. Tak jest dobrze. To odpowia-
da wizji moich przewidywań – czyste tło, żaden zbyteczny szczegół nie przecina oczu. Kiedyś
Mawka mówił, że zna go „pół Szczecina”. Więc muszę obejść „pół Szczecina”, każdy właści-
ciel  jakiejś  cząstki  Mawki,  o  tyle  godny  uwagi,  o  ile  swoją  cząstkę  ma  nie  zniekształconą,
czystą,  przechowywaną  skrzętnie,  w  suchym  miejscu,  odda  mi  ją,  a  ja  z  tych  pozbieranych
cząstek złożę całość. Skończony „obraz Mawki w oczach innych”.  Jadę z tą nadzieją. (Lite-
ratura uczy, że to jest możliwe.)

Scenę składania w całość owych cząstek Mawki przenika coś, co sączy się jak słabe ciepło,

które znienacka wchodzi w lód pokrywający rzekę i kładzie w nim zarysy przyszłych szcze-
lin.  Na  razie  to  jest  lekki  chrzęst.  Dopiero  potem  wtargnie  siła.  Nie  umiem  tego  nazwać.
Określam to tymczasem abstrakcyjnie jako Element Zagrożenia.

Wybucha  w  szybie  przestrzeń,  ptak  nad  rzeką,  mosty.  Gdzież  jest  ukryty  ów  Element?

Może gdzieś w pobliżu, w Kostku Szkuderlaku, którego spotkałem w pociągu? Znamy się ze
szkoły. On ma również swoją cząstkę Mawki, którą chcę mu wydrzeć. Ale dlaczego w nim
miałbym  odnaleźć  Zagrożenie?  Gawędzi  sobie  ze  staruszką,  sztywną  kobieciną,  która  robi
sztuczne kwiaty z bibułki i srebrnych strzępków. Mówi, że zrzucali z samolotów.

– Takie srebro? – uprzejmie dziwi się Kostek Szkuderlak, nurza uśmiech w dłoni. – Słusz-

na racja, pani. Z samolotów.

– Wcale nie dla zarobku – wyjaśnia kobieta. – Na Zaduszki.
Gdzież  w  Kostku  może  tkwić  Element  Zagrożenia?  Należy  do  tej  „połowy  Szczecina”,

którą znam z czasów uczniowskich. To on, łobuz w kurtce z gabardyny, wiecznie ze śniegiem
w kieszeniach i pod czarnymi klapami, pokazał mi urok gruzów. Sam przesiadywał w gruzach
szczecińskiej Starówki całymi dniami. Śnieg zgarniał z cegieł,  ze  skrzepów  metalu  i  tynku,
zżerał  garściami.  Kazał  nam  jeść  „piszczele”;  tak  nazywaliśmy  sople  lodu,  które  piszczały
pod zębami w starciu ze szkliwem, zrywało się je nad wejściem do tunelu zamkowego; przy-

background image

43

wodziły na myśl sarkofagi i wykopaliska, cierpła od nich szczęka. W gruzy szło się po lekcjach.

– A sprzeda mi pani kwiatka? – śmieje się Szkuderlak.
– Jak mogę? – dziwi się kobieta. – Toż na grób syna. Namawiałam, zaklinałam, nie. Poje-

chał na Zachód. Traktorem go stratowali.

W gruzy szło się po lekcjach. Każdorazowy podział na dwie walczące armie był renesan-

sem przyjaźni zburzonych dnia poprzedniego i jednocześnie organizacją nowych nienawiści,
aktualnych na dziś. Biliśmy się „na cegły”. Z odległości jedenastu kroków w głowę nie celo-
wano.

– Dańska tańczy w operetce – zwraca się naraz do mnie Szkuderlak. On pamięta wszyst-

kich kolegów ze szkoły podstawowej. Ja za tymi nazwiskami nie widzę już żadnych twarzy. –
Kłaniałem się jej, ale udała, że nie widzi. Pamiętasz Krystynę Dańską? – ogląda mnie zygza-
kami; już wie: nie pamiętam Krystyny Dańskiej. Nasze spojrzenia ulatują w górę, tam, w po-
wietrzu, omijają się spłoszone sobą, spadają na dół, na kant walizki, na papierosa, na kciuk.
Raz nawet kciuk powąchałem w chwili nazbyt uciążliwego milczenia. Co on może wiedzieć o
Mawce, myślę. Wtedy, w gruzach, wszystko było inaczej. Z brzękiem szyby, z hałasem mi-
gających  trójkątów  przestrzeni  wytłoczonej  w  metalu  i  w  oczach  przebiega  głośny  alfabet
mijanego mostu. Jak inaczej? W drzwiach licealistka z nylonową siatką zaplątała się w guzi-
kach marynarza. Kobieta ułamuje żółty drut, łopoce dłońmi, jakby to były skrzydła motyla.
Kostek coś mówi, znów do kobiety, że buty ma z przeceny, a nie ma szalika, jest listopad, a
co zimą, ale jest jak jest i nie warto się niczym przejmować. O czym to ja myślałem? Kostek
w gruzach. Widać Wały Chrobrego. O czym to ja?... Zagrożenie. Myślałem o Zagrożeniu. W
cybernetyce to się nazywa „biały szum”. Gdy tak jak teraz, w tym samym kanale biegnie kil-
ka, kilkanaście różnych informacji jednocześnie, powstaje „biały szum” (tu oczywiście wizja
fal pod dziobem motorówki). „Świat wtłacza się w nas, cokolwiek chcemy wydobyć”. Trzeba
uporządkować  sprawę  Kostka,  bo  nie  jest  w  końcu  obojętne,  gdzie,  w  jakich  miejscach  są
rozsiane cząstki sobowtóra Mawki.

Znam go z czasu, w którym raz gotów byłem bronić go do upadłego, a kiedy indziej mało

brakowało, a byłbym mu rozwalił głowę. Szkuderlak wtedy płakał. Łobuz, ale płakał. Skarżył
się na ból oczu, dostał ode mnie w twarz tynkiem. A przecież pogodziliśmy się, wytrąbiliśmy
butelkę wina w  gruzach. (Na marginesie tych  wspominków myśl: jak dziś wygląda miejsce
tamtej bójki? Parę lat temu uprzątnięto stamtąd gruzy. Na miejscu bójki stoi dom z fioleto-
wymi balkonami. Ale na miejscu, w którym nastąpiło pogodzenie – jest pusto. Dziwne. On
tam siedział, ja wycierałem mu chusteczką twarz, a teraz jest tam idealnie pusto. Nieporuszo-
ne  wiatrem  niebo.)  Na  dobrą  sprawę  nie  wiem,  czy  lubiłem  go.  Powtarzam:  przyjaźń  była
mocna, ale krótkotrwała. Można ją było wylosować. Nie odgrywała żadnej roli osobowość. W
gruzach, na piętrach rumowisk, wokół  Baszty  Kobiet,  istniała  tylko  walka  –  w  najczystszej
postaci. Znaczyłem nic i wszystko. Ważne, jak potrafiłem walczyć. Raz mogłem znaczyć tyle,
co garść tynku, co lawina śmiecia, zsypywanego za poręcz na wczorajszego przyjaciela. Raz
byłem gzymsem, kiedy indziej ścianą. Jeżeli oberwałem w nadgarstek kamieniem, to ów nad-
garstek bolał całą „armię”.

– Ach, no jakże: Mawka! Znam. Typ nie z tej ziemi. Skąd on w ogóle jest? Skąd się wziął?

– z wrogością pyta Kostek, potem stwierdza pogodnie: – Myśmy spalili razem budę.

Uspokoił mnie, najłatwiej pójdzie chyba właśnie z Kostkiem. Przerwał naukę, gdy był w

ósmej klasie i raz na zawsze utrwalił w pamięci to wszystko, co wydarzyło się za jego czasów
szkolnych. Na pewno nie pozmieniał faktów ani wrażeń. – Wylali mnie – mówi. – Wiesz, po
pożarze. Mawkę przenieśli wtedy do twojej szkoły, a mnie wylali.

– Za spalenie szkoły?
– Czekaj. Gdyby wylewali za spalenie, to każdego. I Mawkę.
Mawka nigdy mi o tym pożarze dokładnie nie opowiadał.
– Bo ja zadarłem z dyrem o coś jeszcze – mówi Kostek. – I mnie  wylali. Tak? A jak to

background image

44

było,  człowieku,  normalnie.  Zresztą,  nie  zaraz  szkołę.  Tylko  pracownię  botaniczną.  No  i
ustęp. To była inkwizycja.  Mawka  naznosił  do  ustępu  pism,  zwalił  na  kupę  i  podpalił.  Nas
siedziało  w  kabinie  czterech.  Ja,  Lewakowski,  brat  Dańskiej  i  Fiedźka.  Kurzyliśmy  faje,
człowieku, normalnie. Pamiętasz Fiedźkę? Każda klasa miała swoją kabinę do kurzenia faj.
Po lekcjach co innego. Szliśmy kurzyć do kabiny maturzystów. Tak? Siedzimy i nic. Nagle
ktoś śpiewa. Co jest? Patrzymy: Mawka. Pali pisma na posadzce.  Zajoba dostał, myślę. My
nic. Ale Mawka mówi, robimy świętą inkwizycję. On właśnie pali heretyckie pisma. Fizyka,
chemia, matema, wsio k cziortowoj matieri. Heretyckie pisma, to heretyckie pisma. O co cho-
dzi? Palilim, co było pod ręką. Tak? A Szymek, cholernik, wziął i kopnął.

– Co on kopnął? – pyta kobiecina od kwiatów.
–  Nie  pamiętasz  Szymka  Lewakowskiego?  –  znęca  się  nade  mną  Szkuderlak.  –  Tłusty

blondynek  taki.  Przeciętniak.  Noga  w  szczypiorze.  On,  proszę  pani,  płomień  kopnął.  Nie
wiem, czy się firana zajęła. W każdym razie myśmy uciekli. Przychodzimy nazajutrz rano, a
srocz spalony, poręcz spalona, pracownia spalona.

Nie,  on  nie  spotkał  Mawki  od  dłuższego  czasu.  Jest  przejęty  w  jakiś  ładny  sposób  tym

spotkaniem ze mną. Po tylu latach! Staje się wylewny. Koniecznie muszę przyjąć jego zapro-
szenie. On ma kawalerkę. Dla mnie się zawsze znajdzie jakiś tapczan. Tym bardziej że rodzi-
ce moi przenieśli się do Świnoujścia, co, hotel? – nonsens! Mam u niego nocleg. Bez gadania.
Co porabiał przez te wszystkie lata? Nie pracuje już w transporcie. – Przejechałem jednego
luja. Moja wina? Szedł po jezdni, wyszedł ze szpitala na Arkońskiej, szedł do kiosku. Stracił
głowę.  Miałem  poślizg.  Zahamowałem,  ale  miałem  poślizg.  Normalny  człowiek  zdążyłby
przebiec, ale to był chory. Prawo jazdy odebrali, skórkojady. Moja wina? – Pracuje w handlu.
A ja wciąż piszę te wierszyki? On raz słyszał audycję. Najpierw nie mógł dojść do ładu, czy
to ten Henryk Tram, czy inny jakiś Tram. On się na tej współczesnej poezji ni chu-chu nie
zna. Prasę, owszem, czyta. Można żyć z pisania? Ile za taki wiersz zapłacą? Trzysta? Sto?

– Zależy od redakcji. Raz dostaniesz sto, raz trzysta.
To jestem frajer. On zarabia lepiej. Najlepiej się zarabia na antenach telewizyjnych. Trzeba

znać wymiary, sama antena – to nie żadna filozofia, jeżeli znasz wymiary.

Zaczynam wierzyć, że Kostek będzie moim sprzymierzeńcem. On będzie moim sprzymie-

rzeńcem,  tak  jak  cień  drzewa  jest  sprzymierzeńcem  ciała  zmęczonego  słońcem.  Odpocznę
przy nim. Nie przyjechałem do Szczecina tylko po to, żeby się czegoś dowiedzieć o świecie,
w  którym  żyje  Mawka,  chcę  więcej:  jeżeli  jest  to  świat  dla  Mawki  wrogi,  skoro  –  z  winy
Mawki, mniejsza o to – w tym świecie nie chciał żyć, widocznie nie mógł, to nie wystarczy
go rozpoznać, zbadać siły, które zwróciły się przeciwko Mawce. To jeszcze nie jest przyjaźń.
To  należy  zmienić.  Odbudować,  poddać  reperacji  ów  „obraz  Mawki  w  oczach  innych”.
Choćby  w  pewnej  części,  w  pewnych  oczach.  Element  Zagrożenia  jest  jednak  w  pobliżu.
Znów  niepokój.  Szyba.  Wlecze  się  po  pejzażu  zbudowanym  z  cegieł.  Ta  część  miasta  jest
szczególnie brzydka, most, zajezdnia, tramwaj. Tu posprzeczałem się kiedyś z Mawką o ma-
larstwo.

––

Powiedziałem mu, że gdyby tak, jak się widzi: o świcie jesienią albo w zimowy zmierzch,

wszystko  jedno,  namalować  ten  zakątek,  siedząc  właśnie  za  szybą  pociągu,  to  jaką  i  czyją
prawdę opowie się wówczas? Prawdę oczu turysty. A prawdę pamięci, życia? – Wtedy Maw-
ka zapytał, co mam na myśli, mówiąc o prawdzie pamięci. Był ciekaw techniki malarskiej, w
której taką prawdę chcę wyrazić. Powiedziałem mu: – Widzisz kamienie. Tu i wszędzie. As-
falt wspina się środkiem ulicy. Płytkie leje na jezdni. Za bramą różowy żwir. Zaczniesz ma-
lować i wszystko zakłamiesz. Z tej stromej uliczki zjeżdżaliśmy wózkami. W czterdziestym
szóstym. Od lat nie widuje się na ulicach Szczecina dzieci zjeżdżających wózkami, po troje-

background image

45

czworo na wózku, kiedy jedno steruje dyszlem. Za taki wózek od Szkopa można było dostać
klejnoty. A ten chodnik, ta krawędź chodnika, tu wyszedłem kiedyś na ulicę, niosłem jabłko
nadziane na drut, taki drut do robienia swetrów, w pustych domkach willowych na Pogodnie
leżały całe stosy takich drutów. Jabłko było czerwone, malinówka. Podszedł do mnie Szkop,
był głodny; mógł mieć siedem lat. Wiesz, jak wtedy nienawidziłem Szkopów. A dostał ode
mnie to jabłko.

Pojechaliśmy potem na Pogodno. Pokazałem mu domki willowe, w czterdziestym szóstym

niezamieszkane, tam po strychach koczował nasz „garnizon”, naszego „wojska imienia Skar-
bu Tarzana”. W którejś łazience był sztab. Papierowe okręty szły na dno, tonąc z ładunkiem
pfenigów,  w  wodzie  wyprostowywały  burty  i  kominy,  dymiąc  smugami  z  kryształków  z
nadmanganianu potasu. To jest tworzywo mojej  pamięci  o  tym  mieście,  powiedziałem.  Nie
rozstrzygnie się jednak sprawy przez wkomponowanie w pejzaż miejski kilku scenek rodza-
jowych.  Chodzi  bowiem  o  sceny  chronologicznie  niejednorodne.  I  nie  tylko  o  rodzajowe.
Chodzi  o  moment  przeżycia  jednorazowego,  ale  przy  całej  wiedzy  o  historii  przedmiotów
postrzeganych w tym jednym momencie. Owszem, są w mej pamięci, powiedziałem, epizody
wymarzone dla kopisty ludzkich ugrupowań. Dla przykładu – barwna gromadka dzieci grają-
cych  w  pfenigi.  Pokazałem  mu  pod  murem  kilka  charakterystycznych  figur  z  tej  gry.  Rzut
bilonu o mur. Nogi w  drgającym  rozkroku, kolana wciśnięte w  cegły, lewe przedramię  przy-
pięte do muru jak bluszcz, w drugiej ręce moneta. Mierzenie odległości między monetami na
ziemi. Musiałem klęknąć, żeby przypiąć najszczelniej do ziemi dwa bilony: dużym i wskazują-
cym palcem. Przeniosłem na dłoń cały ciężar ciała. Powiedziałem: – Tymczasem drugi gracz
podpełza do twojej dłoni, opiera się na łokciu. Będzie próbował ci wybić któregoś pfeniga spod
palca. – Potem usiadłem. Ustawiłem między nogami kolumienkę z dziesięciogroszówek. Wyja-
śniłem, że każda moneta w tej kolumnie leży reszką do góry. W kolumienkę rzucasz ciężkim
bilonem. Te monety, które od uderzenia przewrócą się do góry orłem – wygrywasz.

Mawka zwrócił uwagę na udział palców w tej grze. Gdyby znał ubiory dzieci z czterdzie-

stego szóstego (w tym czasie był w Mandżurii), namalowałby tę scenkę w stylu pieriedwiżni-
kowskim. Starałby się oddać na płótnie, powiedział, przede wszystkim wysiłek palców. Pal-
ców, które wciskają w ziemię pfenigi. Zrobiłby to tak (powiedział), żeby faktura  k r z y c z a
ł a  f a r b a m i.  Żeby groziła rozdarciem dłoni. To było ładne. Przyznałem, że wygrywa –
jeden: zero. Ale broniłem całości, w której rozdarta dłoń jest tylko detalem, jednym z wielu.
Na tych murach, powiedziałem, rozpoznaję sceny z różnych lat.

 Oglądam je jak płaskorzeźby pamięci.
Tu na każdym murze żyje po kilka takich płaskorzeźb.
– One są dla ciebie – powiedziałem – przezroczyste, bez faktury, światłocienia. A dla mnie

istnieją. Problem, czy są w ogóle do odtworzenia olejnymi farbami na płótnie.

(Na  to  Mawka,  że  najlepiej  malować  wywarem  z  białych  nici.  Pokazałem  mu  „wysuwanie

brody”.) Teraz, kiedy do sceny dzieciaków grających w pfenigi dokładam przypomnienie Mawki,
jak demonstrowałem mu sposób gry w pfenigi, czyż nie przyrasta do faktury muru nowa płasko-
rzeźba? Świeży fresk? I czy nie odkształca tym samym obrazu całości? (Mur pomalowano. Daw-
niej miał barwę zestarzałych cegieł. Widniał na nim kredowy napis:

 ŚWINIA MIKOŁAJCZYK.

Teraz jest 

PRZEZORNY ZAWSZE UBEZPIECZONY. Rewolucja i stabilizacja.)

Ale  dlaczego  ten  drobny  epizod  przypomniałem  aż  tak  szczegółowo?  Wiem:  epizod  z

Mawką, mam obsesję Mawki, sam narzuciłem sobie o nim myśli, odkąd pojechałem. Wiem,
po co narzuciłem. Ponieważ kłamstwo, od początku kłamstwo, bowiem wyjazd do Szczecina
ma  nie  jeden  cel,  lecz  dwa.  Co  najmniej.  Istnieją  sprawy  –  poza  Mawką  –  równie  wielkiej
wagi. Dla mnie, oczywiście, dla mnie. A jednak bardzo chcę, by  Mawka był w tych  celach
najważniejszy,  jakkolwiek  nigdy  się  nie  dowiem,  co  jest  prawdziwym,  pierwotnym  moty-
wem, a co jest tylko racjonalizacją. Chcę, by motywem była sprawa Mawki. Chcę, żeby kie-
rowała  mną  tym  razem  przyjaźń.  Dlatego  myśl  o  Mawce  próbuję  podsycać.  Chwilami  ona

background image

46

mnie zaczyna nużyć. To znów  zajmuje  silnym  ogniem,  autentycznie.  Wygląda  na  to,  że  tej
drugiej  sprawy  jakbym  się  trochę  wstydził,  jakby  to  była  mała  zdrada  Mawki.  Znów  czuję
mój Element Zagrożenia, który jest w pobliżu. Czyżby płaskorzeźby? Może właśnie Mawka,
rozbity na wiele płaskorzeźb, na wiele warstw, powrastał w innych ludzi, zespolił się z wielo-
ścią innych przeżyć. Jego sobowtór rośnie samodzielnie. Ulega ciągłym odkształceniom. A ja
nie tylko go nie powykrawam z oczu innych, ale będę miał za mało siły, by go zmienić. Może
o  to  chodzi?  Czy  tego  się  boję?  Tej  pełnej  niespodzianek,  rozrodczej  substancji,  jaką  jest
ludzka  świadomość.  Jej  anonimowości.  Bo  z  kim  u  licha  mam  walczyć  o  Mawkę?  Kto  go
skrzywdził?  Albo  inaczej:  gdzie  jest  teraz  to,  co  go  skrzywdziło?  Jakie  ono  teraz?  Równie
silne? Czy nadal rani? Może dawno umarło. Zeszło z powierzchni umysłów, jak poparzona w
słońcu skóra z pleców. Nie wiem.

––

– No to cześć – mówi Kostek na przystanku. – Przyjdziesz?
– Przyjdę. – W barze mlecznym spotykam Łacinniczkę. Kolejka, pod którą ruda dziewczy-

na w zielonych pończochach zmywa kamienną podłogę, przestępuje łamliwym płotem z mo-
krej części na suchą. Łacinniczka już poznała mnie, kiwa głową, pokazuje, że schudłem: wsy-
sa głęboko policzki. Unoszę wzrok pod sufit, co ma znaczyć, że wiem, ale trudno, trwają stu-
dia, jest szereg spraw, mój organizm, brak witamin w dzieciństwie, druga wojna... Będę mu-
siał zamówić śmietanę. Nie doceniam nabiału – tyle palę. Łacinniczka kupiła twarożek z gra-
hamką, staje nieopodal, a wciąż mnie ogląda, jest głodna, skrajem dłoni odruchowo posuwa
ku sobie grahamkę. Przeszkadzam jej jeść. Wymieniamy spojrzenia i to jej przeszkadza. Więc
naraz,  żeby  jej  pomóc,  okazuję  gwałtowny  niepokój,  sięgam  po  portmonetkę,  zaglądam  do
bufetu ponad głowami kolejki, wyciągam szyję, gubię rozmyślnie  obracaną w palcach dwu-
złotówkę,  brzęk  bilonu  porusza  stojących  w  kolejce,  spadają  w  dół  głowami  jak  strąceni  z
kręgosłupów, gmerają w kieszeniach. Podnoszę pieniądze z uczuciem wstydu, jakbym podno-
sił nie swoje; odwracam się: Łacinniczka zjada twarożek.

– Na długo? Na długo? – pyta Łacinniczka.
– Przejazdem, w sprawie pisma. Ursyn kręci w Szczecinie sprawę pisma. Na Zaduszki wy-

padł  dzień  rektorski.  –  Dlaczego  stchórzyłem?  Dlaczego  powiedziałem  o  tych  innych  spra-
wach, które mnie sprowadziły do Szczecina, nie o Mawce?

– Ursyn, Ursyn – mruczy Łacinniczka. – U mnie miał zasłużony bardzo dobry. Pamiętam

go  ze  szkoły  wieczorowej.  No  a  ty?  Jak  studia?  Studia?  –  Łacinniczka,  wysoka,  koścista,
mrucząca, mądra. Musiałem przed nią stchórzyć. Ilekroć z nią rozmawiam, odnoszę wrażenie,
że  wszystkie  tajemnice,  klęski,  powikłania,  wszystkie  odmiany  czasu  i  rzeczywistości  –  są
tylko moim literackim mitem. Udziwnieniem. Ona jest ponad tym. Jest znacznie bardziej mą-
dra  –  mądrością  prostoty.  Ale  nie  taniej,  nie  trywialnej,  nie  tej  –  z  manifestów  literackich
pewnych kół. Jej mądrość płynie z prostoty Ezopa, bajki z morałem, przypowieści. Może to
rzecz przypadku, że tak ją pojmuję – po prostu w kilku pierwszych wypowiedziach cały kon-
flikt, w którym wikłałem się do bólu mózgu, przecięła kiedyś  jednym  mądrym  aforyzmem.
Jednym  ruchem  myśli!  Dlatego  dziś  rozmawiam  z  nią  serdecznie  i  jednocześnie  oschle,  to
znaczy: uśmiech, wzrok, tonacja mego głosu ma wyrażać przywiązanie, jakie czuję do niej z
czasów  szkolnych,  ale  w  wyznaniach  jestem  lapidarny  i  ostrożny.  Być  może  jest  to  strach
pacjenta przed psychiatrą, który zniweczył w chorym jakiś kompleks. Chorobę wyleczono, a
kompleksu szkoda. Pytała mnie o studia?

– Miałem kłopoty z wojskiem.
– O ho ho! – raduje się. – Powiadasz, że o mały włos, a byłby się Heniutek z plecaczkiem

turlał po transzei? Co? Hi, hi! A jak mamusia?

Wyjaśniam, że na kursie. Nocleg mam u kolegi.

background image

47

– Na długo? Na długo? – Wychodzimy z baru, odprowadzam ją do kina „Kosmos”, ona po

lekcjach  często chodzi do „Kosmosu”. Nie pozwala nieść wypchanej teczki. Idzie  dziarsko,
ma wełniane skarpety na chudych nogach.

– No, a twój zatracony koleżka? – pyta.
Właśnie. Mój zatracony koleżka. Sama na to wpadła, żeby mówić o nim. Ale: czemu „zatraco-

ny”? Czy słyszała coś o Mawce? Piąte przez dziesiąte. Ponoć tatinek dostał się do mamra. – Jak się
poprawnie mówi: mamr czy mamer? – chichoce. W każdym razie siedzi w mamrze.

– Mawka, o ile wiem, posprzeczał się z ojcem – podpowiadam.
– Wojuje z rodziną? – wykrzykuje Łacinniczka, właściwie mówi, cichym głosem nawet, a

jednak muszę ją sobie wyobrażać w tych słowach, jak – na tle białego wodospadu – krzyczy,
być może, bawi się w Indiankę, a może uczestniczy w sabacie czarownic. Ma coś z ptaka. Ale
to  nie  jest  ptak  drapieżny,  chociaż  chudy.  To  jest  ptak,  który  był  prototypem  diabła  w  śre-
dniowieczu.  Ptak  z  rysunku  tuszem,  czarnym  tuszem.  –  No,  no.  Tatinek  siedzi,  siedzi.  Coś
przeskrobał w handlu. Co? Nie wiem sama. No a ty? No a ty?

Stoimy koło szerokiego okna w ładnym, nowoczesnym hallu. Ona na mnie patrzy, a ja na pewno

jestem  brudny,  nie  ogoliłem  się,  zasłaniam  twarz  kołnierzem.  Mówię,  że  szukam  Mawki.  Przez
chwilę drżę, że się przyczepi do owego „szukam”, że się będę musiał zwierzyć, a ona mi opowie
jakąś baśń indyjską, o białym słoniu, o zatrutych kwiatach. Morał tej baśni zniszczy mnie...

–  Malujesz?  Powiedz.  Ty  zawdzięczasz  malowanie  Mawce.  Mawka,  Mawka.  On  miał  u

mnie dostateczny, ale mocny dostateczny. To był zdolny uczeń.

– Prawda, że zdolny? – ucieszyłem się. – Widzi pani profe...
Napis 

PRZERWA zapala się w matowej ramce. Łacinniczka sięga po bilet, ostrym paznokciem

kreśli na nim jakieś czarcie znaki. – W końcu niczego się o tobie nie dowiedziałam – mówi z iryta-
cją. – Co ty robisz? Kochasz się przynajmniej? Czy masz dziewczynę? Dziewczynę?

– I tak, i nie. Rzecz w fazie wstępnych komplikacji.
–  Komplikacji,  komplikacji,  komplikacji  –  przedrzeźnia  mnie,  warczy,  gasi  papierosa.  –

Moja diagnoza: ty się warzysz w gęstym sosie. Tram, wysmażasz na tym sosie swoje wiersze.
A jakże, słyszałam, słyszałam. Cóż? Nie oceniam tego. Można i tak. Ale jak długo można?
Sam zobaczysz. Brakuje wam mocnej, chwytliwej doktryny. Ktoś spreparuje wam doktrynę i
przyjmiecie ją, i uwierzycie. I wyginiecie, Tram. A pókiś młody, plącz się, plącz! Ale pamię-
taj: w życiu trzeba być lisem.

Nie zdąży już opowiedzieć bajeczki o lisie. Patrzy na zegarek.
– Miałeś u mnie dobry?
– Dobry plus.
– A zasłużony?
Ona też jest jednak na swój sposób enigmatyczna. To mnie uspokaja. Przez chwilę zwal-

czam niedorzeczną  myśl,  żeby  się  z  nią  umówić  gdzieś  na  kawę.  Ogarnia  mnie  przyjemna,
słodka tkliwość, chcę jej powiedzieć coś miłego i jak zwykle w takich chwilach – w głowie
pustka!  Jak  mawia  Zdzich,  który  ostatnio  czyta  Ingardena:  umysł  złożony  z  samych  miejsc
niedookreślenia. Wywlekam z mięśni bezradny uśmieszek, jedyne, co potrafię.

– Bądź zdrów, lisico – mówi. – Pozdrów mamę – mruczy i odchodzi.

––

To jeszcze nie labirynt, Tramie. To jest tylko miasto. Chcesz mieć koniecznie  bóstwo,  a

nie  masz  pewności,  czy  bóstwem  tym  jest  sama  przyjaźń,  czy  też  twoja  pasja  poznawania
życia,  dla  której  przyjaźń  jest  jedynie  materiałem.  Królikiem  doświadczalnym.  Miewasz
chwile, w których – zapewne to jest wina oddalenia, rozstania z Mawką – bóstwem wydaje ci
się właśnie ów tragiczny szczeniak. Myślisz: niby umarł i jakby zmartwychwstał. Niby ostatni
wariat „w oczach innych”, a miewał uczniów. Choćby „syna Freuda”. Układasz małą biblię

background image

48

Mawki. To jest niebezpieczne. I fałszywe. Obce. Sprzeczne z twym umysłem, który zaczyna
płatać takie figle, że wżera się jak kret – w minerał, w kamień, w gówno, robi wrażenie bar-
dzo rzeczowego kreta, który nie chce omijać najtwardszej przeszkody, a jednocześnie gdzieś
na  boku  stwarza  lęki,  krople  żwiru.  Irracjonalne,  bagienne  ogniki  mistyczne.  Sam  tego  nie
cierpi. Przecież nikt go nie zmuszał, żeby został kretem. Mógł zwalić ciężar świata na Kogo
Innego. Uwierzyć, że istnieje Kret Niematerialny, który jest wszędzie, łazi po kosmosie. Sam
ów kosmos stworzył. Sam się temu dziwi. Opowiadali ci o takim Krecie, Tram. Dlaczego nie
zechciałeś weń uwierzyć? Miałbyś spokój. Byłbyś cząstką Ładu, który jest odwieczny. Teraz,
gdy  zapożyczasz  motywy  biblijne,  masz  wyrzuty  sumienia.  Przerost  ambicji,  Tram!  Ty  –  i
tysiąclecia, które ów mit pisały! Wciąż się zapominasz, kim jesteś. Że jesteś gówniarzem. O,
ten  ciągnik,  potworek  prychający  dymem  ze  skrzyżowania  ulic,  widzisz  go,  zaraz  ciebie
przejedzie i co? Ach, nie umiesz wyobrazić własnej śmierci? Czujesz tylko, jak pod kołami –
w  pisku  opon  –  znika  naraz  cała  problematyka,  którą  wytwarzasz  swoim  mózgiem,  swoim
kretem. Rozumiesz? Znika cała problematyka. Rozpadają się balkony, wizje, brzmienia, ob-
serwacje, twoje oczytanie, pojęcia, uczucia, troski, bóle. Wszystko. Wszystko znika. Nigdzie
się nie podziewa. Było przecież w tobie. Najstraszniejsze jest to, że nigdzie się nie podziewa.
Nosisz w sobie gigantyczne nic, Henryku Tramie. A nie lubisz słówka „nicość”. Ono pachnie
nieprzyjemnie, prawda? Szarlatanerią jakąś trąci, prawda? Racjonalistą jesteś, co? Uciekasz z
tych rozważań. (To są na razie tylko rozważania.) Ciągnik odjechał i jesteś bezpieczny. Mó-
wisz: – Całe szczęście. – Jasne: całe szczęście. Widzisz, dlaczego pojechałeś do Szczecina?
Teraz widzisz. Wyobrażałeś sobie, że po prostu go zapytasz: – Jak to jest? Jak to możliwe, że
człowiek  sam  zadecydował  o  nicości?  –  Plujesz.  Wypluwasz  jak  najdalej  słówko  „nicość”.
Nie smakuje? Wolisz prostsze: śmierć. (Wydaje ci się, że jest prostsze).

Mawka będzie wiedział.
Jeżeli Mawka powie, jak to jest ze śmiercią – chwycisz Najważniejsze. Reszta może być

działaniem, wiem, dla przyjaciela, wiem, w płaskorzeźbach, wiem, działaniem trudnym, ale to
będziesz  miał  za  sobą.  Dowiesz  się.  Oczyścisz  teren  dla  Mawki,  zrekonstruujesz  zaufanie
innych do tego szczeniaka. Ale ty się boisz. Posadziłeś go na ołtarzyku, nie: na Wielkim Ołta-
rzu  ze  szczerego  złota  twoich  wyobrażeń.  Bo  to  jest  szczere  złoto.  (Coś  ostatecznie  jest  w
człowieku szczere.)  Zabrałeś  nadmiar  gestów,  mimiki,  szczegółów,  które  wadziłyby  wznio-
słości kompozycji. On tam siedzi. Mawka. A teraz ty się boisz, że gdy wejdziesz tam, do jego
domu,  otworzy  drzwi  zaspany  typ,  ponury,  nudny,  z  twarzą  Mawki,  z  głosem  Mawki
(wprawdzie),  ale już bez wzniosłości  bóstwa,  które  wie,  jak  można  chcieć  nicości,  w  brud-
nych gaciach, z żółtym nalotem na niemytych zębach, powie jakiś banał, drugi, trzeci. Albo
nie. Powiedzmy, że  się  będzie  bardzo  starał.  Ale  nie  umie  mówić.  Ufa  wszystkim  słowom,
nigdy  nie  czuł,  jak  powiedziane  tracą  wszelki  ciężar,  znika  brzmienie  –  jedyny  sygnał  ich
materialności  –  w  umyśle  naraz  stają  się  nieważkie.  Kartki  papieru,  porwane  przez  wiatr,
wciąż mniejsze, dalsze... A co ja? Co  ja  mu  powiem?  –  Cześć,  Mawka.  Przyjechałem.  Wi-
dzisz, chciałem się z tobą spotkać. Spotkać, porozmawiać.  Napędziłeś mi strachu swoim li-
stem. Trudno.  Było  –  minęło.  Chciałeś  zrobić  głupstwo.  Mniejsza  z  tym.  Jak  ci  leci?  Moje
studia? Daję sobie radę, dziękuję. To miłe, że chcesz wiedzieć. Przyjechałem właśnie, żeby
zbadać sprawę pisma. Ach, mój wpływ jest minimalny, ale mam przyjaciół. Poeci, fantaści.
Nie, nie pomyśl zaraz, że zależy mi na nich bardziej niż na tobie! Wręcz przeciwnie. Coraz
jaśniej  widzę,  że  ty  sam  zbierasz  wszystkie  ich  cechy.  One,  twoje  cechy,  tam  są  jakby  po-
dzielone na głosy. Oni razem, ale Mawka: tylko razem zastępują mi jednego ciebie. Przemy-
ślałem dokładnie tę sprawę. Dam ci przykład. Gdyby wyrwać z ciebie talent naśladowczy, dać
mu ręce i nogi, i twarz, to powstanie taki jeden Gorzelańczyk. Gdyby twoją serdeczność oraz
oczytanie – Zdzich Tututłuk. Twoją myśl o śmierci – Jan Ciuchna. Widzisz, jak się dziwnie
ułożyło, co? A twoje chamstwo, wiesz, że byłem szczery, nie miej żalu, że mówię o cham-
stwie, to i na to mam jednego szuję. Nie pasuje do kompletu tylko Waldek. Ale on jest „w

background image

49

ogóle”. Co, nie rozumiesz? On jest „w ogóle”, co znaczy, że z nim przyjaźń nie jest możliwa,
no,  opowiem  innym  razem,  jak  to  jest  z  tym  Waldkiem.  A  ten  Ciuchna...  Właśnie  miałem
ciebie spytać, jak to jest, gdy człowiek postanawia umrzeć?...

––

– Co, taksówką przyjechałeś? Z dworca? Zwariowałeś?
Po jego policzku wędruje nerwowy gruzełek, jakby za skórą ukrywał kłąb pogmatwanych

sznurowadeł. Stoi w czerwonych skarpetach na środku pokoju. Czeka, aż udam, że się obra-
ziłem. To jest ceremoniał. Ursyn najpierw udaje, że moja wizyta jest mu nie na rękę, jest nie-
grzeczny, ja z kolei muszę udać, że zrobił mi przykrość, na co on się rozchmurzy albo roze-
śmieje. – Zatrzymałem taksówkę i podałem twój adres – wyjaśniam. – To dobrze – mówi po-
godny Ursyn. – Dostaniesz herbaty. Nie: to bardzo dobrze! Jest szereg rzeczy. Szereg spraw.

Słucham go pilnie, umysł mój w tej chwili gotów wchłonąć wszystko, byle oderwać się od

spraw związanych z Mawką. Jakkolwiek Ursyn też ma ową „cząstkę” Mawki, zorganizował
mu wystawę. Oni się poznali. Chciałem, żeby doszło do tej znajomości. Ursyn ze wszystkich
ludzi,  jakich  znam,  jest  jakby  najmniej  rzeczywisty.  Kto  raz  go  widział,  powie,  że  przesa-
dzam. Grubas. Niedźwiedziowate ruchy, silny głos. Wypełnia sobą teraz cały pokój, drepce w
slipach. Nie kryje w sobie niespodzianek, więcej: wyklucza sobą pewne niespodzianki. Jest
nie do pomyślenia w pewnych sytuacjach. Wystarczy spytać znajomego, jak wyobraża sobie
Ursyna w wojsku. Albo na wiecu. Albo w szkole. Tego się nie da  wyobrazić. Ursyn pisany
jest w innej stylistyce, nadaje się tylko do wybranych scenerii. Czy Ursyn mógłby poprawiać
zeszyty,  pełnić  dyżury  na  boisku  szkolnym  w  czasie  dużej  przerwy,  zawracać  sobie  głowę
komitetem rodzicielskim? Absurd! To by nie był Ursyn. On wszystkich przyzwyczaił do wy-
branych  zagadnień,  do  wyłączności  terenów,  na  których  zgadza  się  realizować    w ł a s n y
p o b y t .  I to jest chyba mało rzeczywiste. Ta postawa. Uczy nas historia, że – na dobrą spra-
wę – z człowiekiem można zrobić wszystko. Złamać każdy schemat. Ursyn o sobie opowiada:
gdzie był, jak postąpił, komu co wytknął. Od lat najprostszy schemat. Akcja i reakcja. Ktoś
wyśmiał go w gazecie. On temu komuś odgryzł się przez radio. Ktoś mu wypił wódkę. On mu
podstawił nogę (i ten się przewrócił). Ktoś mu pożyczył słownik. On ten słownik zgubił. Nic
nigdzie się nie kończy u Ursyna. Albo inaczej: wszystko kończy  się od razu. Spala się i ga-
śnie. I nowa historyjka. Po niej inna. Bez związku z pierwszą. Znów za chwilę inna. Równie
przejrzysta. Akcja i reakcja. Ping-pong. Bez uogólnień. Zmiana rakietek – wymiana partnera.
Bez jakichkolwiek wniosków. Czysta radość gry.

– Ursyn – zaczepiam go – nie zacząłbyś pracować w szkole? Z dziećmi? – specjalnie po-

wiedziałem: z dziećmi. Po jego policzku wędruje gruzełek, tym razem mniejszy. Ursyn wiąże
krawat na środku pokoju.

– Są dzieci i dzieci – mówi. – Proszę ja ciebie. Córka Kicaja. Ona mnie jakoś lubi. Za każ-

dym razem musiałem jej przynosić mleko. W termosie. Dla kotka. Jeszcze najpierw, póki nie
trzeba było chodzić do mleczarni, a ja nie znoszę kolejek, to tego. A potem kolejki. No i pro-
szę  ja  ciebie:  kupiłem  tabletki  od  bólu  głowy.  Dwie  tabletki  rozpuściłem  w  mleku  i  zanio-
słem. Kotek wypił i zasnął. Spał trzy doby! – śmieje się Ursyn.

– I co?
– I miałem spokój.
To jest właśnie Ursyn! On jest też na swój sposób mądrzejszy ode  mnie,  ale  inaczej  niż

Łacinniczka.  Jest  mądry  inaczej.  Ale  jak  inaczej?  Znów  niemoc  słowa,  dolegliwość  styli-
styczna, strach przed kłamliwością sformułowań. Jak jest mądry Ursyn? Trzeba sprawdzić: –
Słyszałem, że ostatnio miałeś przeprawę z Chodynickim? – pytam, gdyż Ursyn z każdym miał
jakąś „przeprawę” i z reguły „ostatnio”.

– Z Chodynickim? A, z Chodynickim była lepsza sprawa.  Najpierw  się na mnie obraził.

background image

50

Potem tego. Raz chciał postawić piwo, kiedy indziej wino. Mogę się z nim nie zgadzać, co nie
przeszkadza wypić piwo. Albo pójść na mecz. To może być uzależnione od nastroju. W ja-
kimś sensie. Komuś się może podobać Rilke. Ktoś nigdy nie pokocha figurki z fajansu. Jedno
nie musi drugiemu przeszkadzać. Dostaniesz herbaty. Ja mogę chcieć grać w szachy, a ty mo-
żesz nie chcieć. Albo coś. A Chodynicki tego nie rozumie. Mogę iść do lasu. Dla mnie kolor
żółty jest ładny, a zielony – brzydki. O co chodzi? Dla Kicaja ten niedopałek może być nie-
bieski.  Bo  jest  brzydki.  Pod  tym  względem  Chodynicki  jest  idiotą  –  przerywa,  wkłada
płaszcz, za ciasny i za krótki. – Między innymi – mówi – najechał na ciebie. Ale to na margi-
nesie.

– Chodynicki na mnie?
– Chodynicki. Myślał, że jeżeli ja z nim piję piwo, to znaczy, że się z nim zgadzam. Jakiś

nonsens. Z tym, że niekoniecznie masz się tym  przejmować.  Ni  stąd,  ni  zowąd  najechał  na
ciebie, żeś szczeniak. Nieodpowiedzialny, tego owego. Dupek żołędny. Jakaś głupia historia.
Z tym, że tego.

– Ale co ja mu zrobiłem? Czego się czepia?
– Opieprzyłeś go telefonicznie.
Co? Ursyn jest skonsternowany. Przemieszcza się na krześle z szeroko rozstawionymi rę-

kami,  jakby  chciał  zważyć  wszystkie  „za”  i  „przeciw”.  (Resztą  słabnącego  zainteresowania
docieram do wniosku, że owa mądrość Ursyna polega na celowym zawieszaniu myśli o krok
przed pointą. Doprowadza do chwili, w której potrzebny byłby jakiś sąd ogólny. Jakiś morał.
Że z tego a tego wynika to a to. A u Ursyna właśnie nie wynika! Może być tak i owak. Ktoś
lubi  szachy,  a  ktoś  nie.  Więc  na  czym  w  końcu  zasadza  się  mądrość?  A  na  tym,  że  on  nie
czuje potrzeby pointy i wskutek tego nie może postawić fałszywej diagnozy.)

– Podobno zadzwoniłeś i nazwałeś go kutasem – mówi. – Ale tego. Ja mu wyjaśniłem. O

ile znam Trama, powiedziałem, to Trama, primo, w ogóle w Szczecinie w tym czasie nie by-
ło, secundo, Tram nie powie przez telefon na człowieka, „kutas”. Tylko że... A Chodynicki
wciąż, że jesteś szczeniak, no to się zdenerwowałem i powiedziałem: kochany, uspokój się.

– I co?
– I on się uspokoił – triumfuje Ursyn.
To dziwne. Odtąd dosłownie wszystko, cokolwiek się stanie, może zyskać nieprzeczuwal-

ny teraz ciężar. A więc komuś zależało, żeby mi zaszkodzić? Ktoś, kto na swój sposób chce
zorganizować  wokół  siebie  teren,  sądzi,  że  przeszkadza  mu  Tram.  (Tram  w  poprzek  ulicy,
co?) Nie wiem, lepiej to czy gorzej, czy to ma świadczyć o ułomnej strukturze umysłu ludz-
kiego, czy też na jego inną ułomność jest odtrutką, to, że trzeba strachu przed  i n t r y g ą,
aby świat nabrał większego znaczenia... (Strachu lub raczej podniecenia strachem: oto zosta-
łem dostrzeżony, ktoś wykonał pracę, był pewien, że zagrażam mu, więc chciał, żeby mówio-
no na mnie „szczeniak” i „rozrabiacz”, na mnie. Czy to przykre? Frapujące? Jakie?) Już za-
czynam ważyć. Nabieram wymiarów. Czuję naraz na twarzy układ światłocienia. Z zadowo-
leniem  uświadamiam  sobie  ręce.  Moje  ręce  (podobno  najładniejsze  w  całym  moim  ciele).
Powietrze dookoła mnie powoli cierpnie. Wydziela z dymu lotny piasek i wcina się drobnymi
kryształkami w skórę. Najruchliwsze – w pierś. I teraz „ja”, skupiony niegdyś tak wysoko, aż
pod czaszką, czuję się – oto wracam w ciało, tonę w nogach, w butach, wchodzę pod paznok-
cie, równomiernie. (Ostatkiem przeciążonej wyobraźni buduję krótki kadr: żelazko – tonie w
białej  wodzie.)  Prawdopodobnie  wyglądam  zabawnie,  bo  Ursyn  zwalcza  trzepocący  przy
wargach uśmieszek, przypominający swym rysunkiem ważkę: – Co? – dobrodusznie śmieje
się półgłosem.

Kto to mógł zrobić? Nieokreślony ruch ręką.

background image

51

––

– To są idioci – ostrzegał mnie Ursyn. Z nimi trzeba postępować dialektycznie. Idioci, ale

wódka robi swoje. Najpierw się z takim wypije, a potem przyjdziesz do biura i powiesz ta-
kiemu:  –  „Cześć.  Daj  dotacje  na  pismo”.  –  Ten,  szepce  Ursyn,  jest  najważniejszym  działa-
czem. Ten chudy. Reszta jest otoczeniem. Ale z nimi też miło wypić jedną wódkę. – Gwar, po
sali chodzą same głosy, oderwane zdania. Siedzący na niskich fotelach, na tle wysokich ścian
ze  złoconymi  rezedami,  pogarbieni,  pozbawieni  twarzy,  które  nurzają  to  w  talerzach,  to  w
dłoniach, a na talerzach mają złote żyłki, istnieją tu z o wiele mniejszą siłą niż gwar, który się
nad  nimi  personifikuje.  Jeżeli  zamknąć  oczy  i  zacisnąć  uszy,  to  sala  jest  jak  wypełniona
miednicami, w których chlupoce letnia woda. Chlup-chlup. Chlup-chlup. – Przyprowadziłem
wam Henryka Trama – te słowa, które wypowiedział Ursyn, przechadzają się po stole z pi-
wem, oto siadły na łysej głowie śpiącego, który przeciera mokrym palcem oko, szeleści celo-
fanem  w  kieszeni  pomarańczowego  swetra,  jakby  rozwijał  ostatniego  cukierka  i  chciał  go
wrzucić do ust, niepostrzeżenie, aby nikogo nie częstować, wyciąga pomięty celofan z uwię-
zionymi  w  nim  cybalginami,  rozcina  srebrnym  zębem,  ma  srebrny  ząb,  a  nie  wiedziałem,
układa tabletki na serwecie, cztery, sześć, zgarnia, wysypuje na język i połyka. – Mówi wam
coś to nazwisko? – wyodrębnia się z sypkiego gwaru nowy człon.  Nazwisko to nikomu nic
nie mówi. Ursyn brutalnie chwyta mnie za łokieć, chwyta za łokieć śpiącego działacza, pró-
buje zlepić jego miękkie palce z moimi. Siedzę z rozdartą paczką papierosów i nie mam od-
wagi zapalić, bo nie mam zapałek, a nie chcę budzić człowieka i prosić o ogień. Ursyn po-
szedł sobie. Przesuwam się z  fotelem  tak,  abym  mógł  widzieć  najbardziej  srebrną  część  tej
sali  –  ekran  telewizora.  Trzy  smutne  plastyczki,  długowłose,  bez  piersi,  oglądają  program
razem ze mną. Głos Ursyna dobiega mnie z okolicy baru:

– Pisać o zmarłym z pederastycznych pozycji? Nonsens.
Przyznaję po  cichu rację Ursynowi. Bo nonsens. Siedzący  obok  działacz  wciera  palec  w

oko, a ze środka wydostaje się głos działacza, który jest (głos) znużonym facecikiem: – Pan
jest poetą? – pyta głos i zamienia się w chrypkę, w starą babę Chrypkę: – Wyście zabrnęli w
ślepą uliczkę!

Działacz,  wespół  z  facecikiem  swego  głosu,  macha  dłonią,  jakby  odpędzał  natrętnego  w

swej czułości psa. Jakby mówił: odejdź. Albo: odydź. Poszedł wont. Coś podobnego gdzieś
już  raz  widziałem.  Wszystko  tam  było  inne,  ale  w  tym  samym  klimacie.  Nie  tak  dawno  to
widziałem,  co  to  mogło  być?  Dziś  przed  południem.  Czy  to  było  w  barze  mlecznym?  Nie.
Czy w hallu dworca? Chyba nie. Zmęczony jestem, ale muszę sobie to przypomnieć. Twarz
działacza ukazuje się naraz tak blisko, że brzmienia słów synchronizują się z ruchami warg i
zdania już się nie antropomorfizują, facecika nie ma, sczezł:

– Sprawa jest jasna jak parasol – mówi działacz i szeptem złowieszczym: – W Szczecinie

powstaje klub wściekłych...

Macha ręką. Mniejsza z tym. Słyszał, że Ursynowi marzy się pismo. Ale jaki profil będzie

miało to pismo? Rysuje mokrym palcem na talerzu jakiś profil. Dalsze słowa połyka, wmru-
kuje  do  wewnątrz.  Powiedział  jakiś  dowcip,  którego  nie  dosłyszałem.  Roześmiał  się  z  tego
dowcipu. O coś mnie teraz pyta. Odpowiadam na wszelki wypadek, że tak. – Jak? – jest bar-
dzo zdziwiony i wyprostowany. – Sam pisywałem wiersze – mówi z emfazą. – Panie. Panie
Tram. Kolego Tram. Możemy nawiązać współpracę.

– Chętnie.
Zamienia się w teatralną Podejrzliwość. Chętnie? Robi wrażenie, że się na mnie zawiódł

boleśnie.  Tęsknię  do  widoku  jego  srebrnego  zęba,  ale  on  uporczywie  milczy.  Ja  stąd  sobie
pójdę.  Zaczynam  marzyć  o  prowincji.  Nieduży,  estetyczny  powiatowy  dom  kultury,  marzę.
Nikt  nic  nie  wie.  Nikt  się  niczego  nie  domyśla.  Bilard,  wieczorki  taneczne,  kabaret,  ping-
pong. A nieprawda! My robimy 

W mrokach złotego pałacu Tadeusza Micińskiego. Schodzi-

background image

52

my się wieczorami, naczytujemy tekst, aż pewnego dnia wybucha bomba na cały kraj! Z naj-
dalszych zakątków Polski zjeżdżają wycieczki. No. Zbudowali baraki, bo hotel przepełniony.
Reporterzy.  Studenci.  Historycy  sztuki.  Rybacy  dalekomorscy.  Kioskarze.  Autostopowicze.
Dziwna  młodzież.  Rzemieślnicy.  Bunty  drobnomieszczan.  Protesty  fraszkopisów.  Bankruc-
two pism satyrycznych. Wopiści. Międzywojenne harcerki. My nic. Skromni ludzie z powia-
tu, którzy wzięli na warsztat tekst jednego z największych polskich dramaturgów. Wielbiciele
Witkacego.  Entuzjaści  Legera.  Kwiaty,  recenzje,  polemiki.  No.  A  tu  samolooo...  (Błysk  –
Mawka! Tracę czas. Tam jest Mawka. Element Zagrożenia. Biały szum. Krótki błysk niepo-
koju.)

– Przyszedł, cholera, Rokita – wdziera się we mnie, w mózg, w uszy, w kark, przerażony

szept Ursyna. – Rokita. Co robić?

Wszystko jedno, niech będzie Rokita, myślę. I tak tracę czas. Wpadłem w biały szum, więc

wszystko jest bez znaczenia. – Proszę bardzo! – wołam. – Czemu nie? – Rokita dziękuje mi
za zaproszenie, poprawia skarpety i siada. Niech będzie Rokita. – Niech pan siada – mówię. –
Srocz spalony. Poręcz spalona. Pracownia spalona...

Przybysz jest jeszcze świeży, nie wchłonął nastroju klubu,  we  włosach  i  fałdach  ubrania

zachował powietrze z ulicy.

– Kolega już sobie tego – stwierdza wyrozumiale. – Podpił – i zwraca się do Ursyna: – To

poleci moja audycja?

– Proszę pana... – mówi Ursyn.
Działacz budzi się znów, mam oto jego srebrny ząb, ale teraz tak mi się nie podoba. Ładny

był tylko błysk srebrnego zęba, a ząb i na dodatek w pęcherzykach śliny nie jest ładny. Co nie
ma absolutnie żadnego znaczenia, jak wszystko, co się tu odbywa. O tym, że nie ma znacze-
nia, staram się pamiętać. – Kim jest Rokita? – pytał działacz. – Kim jestem? – dziwi się Ro-
kita, chyba nie lubi takich pytań, bo czerwienieje. – Mogę dopiero być – filozofuje. – Być,
jeżeli zechcę. Być to chcieć. A chcieć? Ja mam dwa chcenia. Jedno u spodu, drugie od pod-
niebienia. I mogę chcenie mieć trzecie, ale jakie? Tego nie zgadniecie. Fragment poematu pod
tytułem – mówi Rokita.

Działacz  wyrzuca  spod  palców  płonące  zapałki.  Jedna  spada  na  celofan  po  cybalginach.

Zajmuje się lekkim ogniem. Rokita  gasi ten pożar dnem  filiżanki.  –  Jaki  pan  ma  zawód?  –
pyta działacz. – Twarz Rokity, sępia, coraz bardziej obrażona, z ostrymi zaciekami nikotyny
przy  wargach.  –  Kimkolwiek  byłem  –  mówi.  –  Co  pana  konkretnie  interesuje?  Wkładam
mundur i prowadzę pluton piechoty  na  rozpoznanie.  Chwytam  kielnię,  rym  do  „dzielnie”,  i
buduję dom. Morze jest głębokie i szerokie. Pływałem, pływałem, pływałem. Interesuje pana
konkretnie praca na statku. Opowiedzieć?

– Opowiedzieć.
– Hm. Zdarzenie ze statku. (Nie przejmuj się, bratku. Ta moja zdolność rymowania, co?)

Ktoś  coś  zaczyna  mówić.  O  żonie.  My  siedzimy  i  słuchamy.  I  każdy  nieznacznie  podciąga
nogawkę. Raz jedną nogawkę, raz drugą. Raz tę, raz tę – demonstruje to, odsłania białe łydki
z piaskiem czarnych kropek. – Nie jest tak? I mówiący spostrzega, że wszyscy od dawna sie-
dzą z białymi nogami. Jest tak?

Działacz baranieje. A ja już wiem! To jest ta  sama  atmosfera.  Palenie  heretyckich  pism,

ustępy, Mawka, Szymek kopnął płomień. – Czy pan pisuje? – pyta działacz.

– Pisywać, to coś wiedzieć. Ktoś sobie może długo płakać nad ścierwem kota. (Mnie nie

porusza ta tęsknota.) Ja nie płaczę. Na razie mnie zadowala, że jest, jak jest. A pan co mówi?

Działacz baranieje po raz drugi. – Nie chciałem pana urazić – mówi. – Audycja nie pójdzie

– wzdycha Ursyn – bo to jest jedno wielkie nic, co pan napisał.

– Nie od jednego słyszałem, że nic. Mnie różni namawiali: przestań pisać. (Zwisać. Wysy-

sać. Misa.) Gówno prawda. To i owo widziałem.

– Możemy nawiązać współpracę – decyduje działacz.

background image

53

Zasłaniam uszy. W miednicach ciepła woda szeleści łagodnym chlup-chlup. (– Nie urazi-

łem was? – pyta działacz. – Nie szkodzi – mówi Rokita. – Myśmy mieli na statku kucharza,
który się powiesił.) Wysoka biała ściana ze złotymi kwiatami na gzymsach. Wysokie stojaki,
powyginane. Miednice duże i małe. A w każdej miednicy woda mruczy swoje łagodne chlup-
chlup. I wolno, tygodniami paruje.

I tak kostnieją  pierwsze,  naskórkowe  obserwacje  –  po  znieczulonych  nadmiarem  wrażeń

płytkich lustrach mózgu. Przecież to tak zostanie. Sklecony z secesyjnych stojaków szkielecik
pogrąży się we mnie i jakkolwiek bym sobie nie powtarzał, że głupstwo, epizod pusty, bez
znaczenia – nie usunę go z pamięci. No dobrze. Ale co ja z tym wyobrażeniem pocznę? Skoro
już jest. Tym bardziej że nie tylko o mnie chodzi. Co ja im powiem? Zdzichowi, Czerwione-
mu, Gorzelańczykowi? (Tyszarski się nie liczy; Ciuchna założył Klub 0007 z dewizą „czynić
dobrze”.) Czy im powiem, że życie jest walką, czy wprowadzę ich do tej wysokiej sali i po-
wiem: – Widzicie? Jest tu sporo wody. Chlup. Boicie się? – Nie! – odpowiedzą. – A te mied-
nice?  –  krzyknę.  –  Zarybimy?  –  Odpowiedzą:  –  Zarybimy.  –  Tututłuk  zrzuci  czarno-białe
łachy. – Ty – powie – żebym nerek nie przeziębił. – I zacznie pływać w najszerszej miednicy,
na cały ekran, chudy, z rybią łuską. Za nim Czerwiony – ryba w ogóle. I Gorzelańczyk – teatr
udawania ryby.

Żarty żartami, ale co ja im naprawdę powiem?
Symbole symbolami, ale jak wygląda sprawa pisma?
Wraca – w skróconej perspektywie czasowej pamięci – architektura miasta, w którym palą

się trzy jasne okna. Trzy ciepłe bryły jak z butelkowego szkła. A ja ich tam, w tych bryłach,
zostawiłem. Oni je wypełniają swym oczekiwaniem. Myślami o mnie.  Naszą  wspólną  ideą.
Nareszcie spełnia się – i to w wymiarach większych, niż chciałem! – marzenie, żebym kogoś
mógł  reprezentować...  Reprezentuję  trzy  istnienia.  Trzy  biografie.  Czerwiony  tak  dalece  mi
zaufał, że dał w szczecińskiej prasie ogłoszenie o zamianie mieszkania. Teraz od rzetelności
mego rozpoznania zależy – wszystko! Cokolwiek zrobię, w którąkolwiek pójdę stronę, moja
decyzja pozostawi w ich biografiach ślad.

Załóżmy,  że  zarządzę  odwrót.  Powiem:  –  Kochani,  zaszło  nieporozumienie.  Nie  mamy

szans w Szczecinie, pismo nie powstanie, pomyliłem się, wierzyłem w miraż. – I oni tak po-
stąpią, jak im będę radził. I cała przyszłość, cały układ zdarzeń, który pomieści ich istnienie,
będzie liczył się od tego miejsca, od tej chwili. Od tych moich słów. Czy nie za wiele odpo-
wiedzialności? (Zdzich, dajmy na to, zakocha się w dziewczynie, której tu nigdy by nie spo-
tkał... Po kilku latach powie, że ta miłość była jego klęską... Złamała mu życie... Czerwiony,
dajmy na to, zatruje się gazem... W grę wejdzie przypadek... Nikt nie odważy się przypuścić
nawet, że Henryk Tram miał w tym swój udział... Na to się złoży szereg spraw zupełnie ze
mną nie związanych... Ale ja będę wiedział... To wystarczy...)  Gdzież jest granica odpowie-
dzialności za to, co się stanie w przyszłości?

Któryż fakt jest pozbawiony tej (teoretycznej) szansy, aby na przyszłe fakty mieć decydu-

jący wpływ? Ile potrzeba czasu, aby to, co kiedyś miało miejsce, nie mogło już być w ogóle
brane pod uwagę w ogólnym rozrachunku – teraz? Rok? Miesiąc? Trzy godziny? Co? Gdzie
jest, powtarzam, granica, która dzieli bezpośredni powód zaistnienia faktu – od pośredniego?
Co? (Załóżmy, że sprowadzę ich do miasta... Powiem: – Kochani, jest prawo przygody. Pro-
szę  wypełnić  druczki  na  pobyt  stały.    P o b y t   s t a ł y .    Zobaczymy,  co  się  tutaj  da  zrobić.
Może będzie lepiej tu niż tam? – Gorzelańczyk poważnie myśli o  morzu... Z każdego rejsu
przywiezie  mnóstwo  podpatrzonych  scenek,  powiedzonek...  To  mu  na  dobre  wejdzie  w
krew...  Nie  trzeba  fantazjować,  by  móc  stwierdzić,  że  w  tym  układzie  nie  biografia  będzie
inna,  lecz  będzie  inny  cały  Gorzelańczyk...  On,  który  ma  niepokojącą  chłonność  świata!  Z
tym jego prestidigitatorstwem. Z osobowością zbyt podatną na wpływy, osmozę, nieszczelną,
naśladowczą.)  Bez  cienia  przesady:  mam  ich  w  palcach.  Ale  nie  znaczy  to,  że  są  do  mojej
dyspozycji, mam ich w palcach, którymi mogę ich jedynie popchnąć, nadać im kierunek, wło-

background image

54

żyć w tę lub w inną  f o r e m k ę   p o b y t u  – nie zdając sobie sprawy, jaki kształt z tej formy
wyjdzie! I to jest najstraszniejszy chyba kreacjonizm życia. Świadomość odpowiedzialności
za to, czego do końca przewidzieć się nie da. A przy tym – nic mi nie jest. Dla pojęć wielu
ludzi strach mój będzie wymyślony. „Cóż mu jest?” – spytają. Studiuje, nie jest ciężko chory,
życie ma ciekawe, zna nieprzeciętnych ludzi, liczą się z nim, są tacy, którzy już czują z jego
strony zagrożenie, ale nikt poważnie mu nie szkodzi... Fakt. Nic mu nie jest. Zbyt wielką wa-
gę przywiązuje do faktu istnienia.

I do płynących z tego faktu konsekwencji.
Chciał  coś  znaczyć.  Za  wszelką  cenę  chciał  coś  znaczyć  sobą,  znaczyć  otoczenie  jak

okruch kredy, który zaplątał się w biegnące fałdy sukna. Więc teraz ma – co chciał! Dlaczego
nie jest tym uszczęśliwiony? Trzy biografie! I czwarta przecież – Mawki. No i piąta. Własna.
(Na marginesie tamtych czterech.)

Uświadamiam  sobie  naraz,  że  Mawka  nigdy  nie  zdradzał  zainteresowania  moim  czasem

przeszłym. Traktował mnie tak, jakbym był zaistniał dopiero z chwilą naszej pierwszej roz-
mowy. Nie odczuwał  potrzeby  moich  wspomnień  z  dzieciństwa.  Nie  wykonał  żadnej  pracy
poznawczej nade mną. Nie szukał dla mnie formuły. Doprawdy, w tej przyjaźni gdzieś ugrzę-
zła ciemna skrytka, wciąż nie wyjaśniona przez promieniowanie czasu.

Niedawno  został  obarczony  nową  wiedzą  o  mnie.  Z  tego  względu  mogły  nastąpić  dość

poważne odkształcenia w jego uczuciu przyjaźni. Spotykał się z moją mamą. Przychodził do
niej  ze  stukartkowym  brulionem,  w  którym  notował  jej  wypowiedzi.  (Szkicował  portrety.)
Mama musiała dużo o mnie opowiadać. Jak chorowałem. Jak przyniosła mi do szpitala poma-
rańcze, a ja żałowałem, że nigdy przedtem nie dopadła mnie błonica i nie miałem okazji jeść
tych wspaniałych owoców. Jak groziła mi śmierć. Jak wyrzekłem się tych słów o pomarań-
czach.  Powiedziałem,  że  potrafię  zrezygnować  z  nich  na  zawsze,  jestem  gotów  znieść  naj-
większą nędzę, byle bym tylko mógł żyć. Te wspomnienia były funkcjonalne, one miały re-
generować,  jak  kalkę  nad  płomieniem,  instynkt  życia  u  Mawki.  Ale  czy  nie  spowodowały
innych, ubocznych zmian?

Mawka podczas ostatniej wizyty zachował się zagadkowo.
Zjawił się, pisze mama, z czarną obwódką na rękawie. Udawał, że nie rozumie pytania –

„Czy coś się stało?” – Najpierw odrzekł z grubiańską beztroską, że pasmo materiału wyciął ze
starego garnituru ojca. Starego, wyjaśnił, więc nic się nie stało. Garnitur prędzej czy później
pójdzie na szmaty. Zresztą z ojcem się o coś posprzeczał. Teraz nie mieszka z rodziną. Mści
się na ojcu, który chciał go uderzyć. – „Do tego Lidka zmarła. Młodsza siostrzyczka. No”. –
Powiedział  to  równie  beztrosko,  a  potem  dodał  –  „ona  chodziła  do  dziewiątej  klasy.  Same
czwórki i piątki”. – Po raz drugi udał, że nie rozumie pytania – „Jak to się stało?”

Skwapliwie zgodził się na poczęstunek. Sam zażądał herbaty, chociaż dotąd zwykle prze-

konywał był mamę, że płyny  szkodzą mu na  serce.  Sztylet,  tłumaczył,  naciął  mu  osierdzie.
Tym razem wypił jedną, drugą, trzecią, siódmą szklankę herbaty. Pot przecinał mu czoło mię-
dzy żyłami, zalewał kark. Długie krople wysnuwały się z ciała jak nylonowe tasiemki. Oczy-
wiście, nie zdjął swej zakurzonej marynarki, nie rozluźnił krawata, którego ciasny węzeł wę-
drował z każdym łykiem po czerwonej szyi. W dół i w górę. W dół i w górę. Było coś w tym
z  owego  przysiadania  i  przysiadania,  i  przysiadania.  I  jednocześnie  jakieś  starcze  niemal
okrucieństwo: oto się zamęczam, płyn mi szkodzi, ale piję, czy widzicie? Czy widzicie? Piję
płyn, który mi szkodzi. Płyn jest szkodliwy, a ja go piję. Wypijam to, co może mi zaszkodzić.
Czy widzicie? Czuło się w tym dostojeństwo samoudręczenia, ale  nieciągłe, urywane, prze-
mieszane z chęcią rozczulenia. „Więc jak to się stało? – podjął nagle Mawka – Lidka skarżyła
się na ból brzuszka. Cały dzień. Brzuszek boli, no to boli brzuszek. Jaż nie jestem lekarzem.
Dałem kropli miętowych. Położyłem do łóżka. Zasnęła. A jak zasnęła, to i nikt się już jej nie
dobudził. Lidka, Lidka! A Lidka jest zimnym trupkiem. No. I lusterko koło buzi nie zaparo-
wywało”.

background image

55

Mawka,  jak  pisze  mama,  opowieści  o  mnie  „słuchał  z  niezadowoleniem”,  raz  się  nawet

„skrzywił”,  co ją  głęboko dotknęło. Mówił na mnie oficjalnie: Henryk,  a nie: Heniutek  czy
Henias. Mama pisze, że może jest „przeczulona na tym punkcie”,  ale odniosła wrażenie, że
Mawka „próbuje wszystkiego”, aby uczucie litości skupić na sobie. Każda opowieść „o He-
niutku gdy miał siedem lat” – upokarzała go. Odwracała uwagę od jego niedoli. Mama, pisze,
rzecz jasna, wierzy w nieszczęście, które spotkało rodzinę Mawki, a jednak „nie bez wyrzu-
tów sumienia” stwierdza, że wiadomość o śmierci Lidki Mawka przed nią „rozegrał”. Wyglą-
dało na to, pisze, że zaplanował sobie taki właśnie przebieg wizyty, z takim właśnie systemem
zaskoczeń.

––

Nie  potrafię  opanować  nerwowego  wysychania  ust,  gdy  stoję  oto  przed  drzwiami  i  nie

mam śmiałości nacisnąć rączki dzwonka, mosiężnej, z gorącym nalotem  czerwieni i  czerni.
Drzwi  otwiera  mi  Feliks.  Zbrzydł.  Jeszcze  zbrzydł.  Nie  zeszpeciły  mu  się  rysy  twarzy,  ale
ruchy: utył w biodrach. Jest w zielonym dresie. Wprowadza mnie bez słowa do pokoju Maw-
ki. Na podłodze płachty zamalowanego czymś niebieskim płótna. Tubki, płyty, patelnia. Je-
żeli nie zastałem Mawki, to nie zabawię tu dłużej. Feliks nie wchodzi w rachubę.

Cóż  on  może  powiedzieć  godnego  uwagi?  Zaliczam  go  do  gatunku  istot  uporządkowa-

nych, bez rozdźwięków i wewnętrznych szczelin. Gębę ma taką skończoną. Każde zamknię-
cie  ust,  gdy  przerywa  mówienie,  jest  u  niego  zamknięciem  tematu,  każda  myśl  kończy  się
wyczerpaniem oddechu i połknięciem śliny. – Bezprawnie tu nie mieszkam – wrogo odzywa
się „syn Freuda”.

(Jakkolwiek by nie było – porozmawiać z nim minutę można. Ostatecznie – to jest znalezi-

sko Mawki. Pamiętam, że gdy go zobaczyłem po raz pierwszy, sądziłem, iż pozuje Mawce do
tryptyku 

Samobójca. Gdyby  chodziło o rysy twarzy, powiedziałbym: koń. Ale  Feliks  dba  o

wyraz  twarzy,  o  mikroklimat,  wrażenie  bezdennej  mądrości,  szczególnie  irytującej.  –  Ty  –
pytałem Mawkę – Kto to jest? – Nie mówiłem ci? To syn Freuda! – odpowiedział Mawka. –
Twierdzę, że „syn Freuda” – to kompletny bałwan.)

– Mawka sobie wyrobił na ten pokój nominację – mówi. – Ja ten pokój właśnie odnajmuję.

Opłaciłem z góry dwa miesiące. Wszystko gra! – połyka ślinę. – (Spełniło się jego marzenie.
On od dawna chciał porzucić pokój na Ku Słońcu. Zimą tam zamarzał, spał w pierzynach, w
palcie. Wprawdzie mógł korzystać z węgla gospodarzy, ale musiał schodzić do piwnicy. A to
było właśnie ponad siły „syna  Freuda”!  Bał  się  zwłok.  Ubzdurał  sobie,  że  woda  podskórna
przyniosła z cmentarza czyjeś zwłoki... Za nic w świecie nie chciał  grzebać w węglu, obok
skrzyni  z  ziemniakami,  które  wyłaziły  cielistymi  pędami,  przerywając  tkaninę  sparciałego
worka. Były podobne raz do chudych palców, raz do mózgu. Mawka twierdził, że to człowiek
o niezwykłej wyobraźni. Byłem innego zdania. Twierdziłem, że „syn Freuda” ma wrażliwość
imbecyla, którego twarz zarasta rudymi włosami, a on wciąż ma tęgiego pietra przed Palcem
Baby Jagi w szparach rusztu z opowiadań babuni. Nie, dla mnie to żaden dowód talentu, wy-
obraźni, wrażliwości; jakkolwiek znam poetów, którzy, eksploatując takie właśnie lęki, zro-
bili karierę.)

– Więc ty jesteś teraz przyjacielem Mawki? – pytam; Feliks nie chwyta drwiny, jego koń-

skie chrapy nadają obliczu wyraz pewnego smutku. Zaczyna mówić. Zanosi się na to, że bę-
dzie długo mówił. Może chce się zwierzyć? Może usprawiedliwić, że nie Mawkę tu zastałem,
tylko jego? Mówi, że się nie wpraszał do Mawki. Nie szukał jego przyjaźni. To Mawka go
znalazł.

– Zagaił mnie przy kiosku. Piłem piwo. Kazał, żebym z nim szedł do domu, gdzie ma do

przeniesienia  bagaż.  I  za  fatygę  zapłaci.  Poszedłem.  Oczywiście,  żadnego  bagażu  nie  było.
Zostawił mnie w pokoju z obrazami. Patrzę: całe ściany. Od góry do dołu uwieszone obraza-

background image

56

mi. – Feliks przypomina sobie również butlę z czerwonym winem na piecu. Tę butlę w zasa-
dzie pamięta najlepiej. (Przez cały czas miał ochotę napić się  wina.) W pierwszej chwili są-
dził, że Mawka nie ma z kim pić, i dlatego go zabrał spod kiosku. Czy pochwalił jego obrazy?
Te obrazy – to nie było „nic specjalnego”, mówi. Widoczki, a on lubi sceny historyczne. Ob-
raz musi być straszny, mówi. Musi przedstawiać ludzkie ciało we krwi. Całe w fałdach, po-
wiada Feliks, drogich materiałów, najlepiej granatowych i żółtych. Mawka wyraźnie go pro-
wokował do wyrażania zachwytu. Zaproponował bezpłatne lekcje. – Zapytał, czy chcę dojść
do  takiego  odczuwania  piękna  jak  on.  Co  to  oznaczało?  A  to,  że  on  niby  specjalnie  czuje
piękno, a ja niby jestem ten głupi. Ja najbardziej nienawidzę przechwałek! Ważne, żeby cie-
bie kto chwalił, a ty żebyś słuchał i kiwał głową. Czy nie? – Pysk Feliksa na moment ciem-
nieje,  światło  w  pokoju  żółknie,  włókna  żarówek  drżą.  Jak  gdyby  ciemność  w  tym  pokoju
była naturalną własnością przestrzeni, na jakiś czas wypartą poza okno, w szpary mebli. W
meble. Pod płótna na podłodze.

Dopiero teraz przyglądam się malowidłom Feliksa uważniej. Nie ulega wątpliwości: kicze,

zaskakujące  typowością  –  łabędzie  w  nenufarach  płyną  po  błękitnobiałych  falach...  Cztery
kremowe kolumny pałacyku, jako tło... Girlandy zsypujące się różowym kwieciem z okien. –
Nie rozumiałem niektórych obrazów Mawki – mówi Feliks. – Jeżeli nie rozumiałem, to albo
ja byłem  głupi, albo obrazy do kitu. Dlatego zgodziłem się na tę naukę. Może ja  naprawdę
byłem głupi? Teraz coś mi się zdaje, że jednak obrazy były do kitu.

Biała bezsilność, która ogarnia mnie, unieruchamia myśl, jest jak tańczący muskuł w roz-

tworze z wywoływaczem nad kartką papieru fotograficznego, z którego nie wyłania się żąda-
ny obraz. Żadne zjadliwe zdanie, jak na złość, nie przychodzi do głowy. Czym go zdruzgo-
tać? Światło gaśnie i ciemność rozpręża się równomiernie. Co za idiota, myślę. Co za bałwan.
Sam robi ostatnie knoty, a... Zadziwiający jest spokój krwiobiegu. Obezwładnienie. Senność.
Stać mnie jedynie na beznamiętną relację. Po prostu „streszczam” sobie to, co właśnie czuję.
Pokonany przez fenomen głupoty. Jakbym układał słowa, które komuś powtórzę, może Ursy-
nowi. Powiem: – Wiesz, na podłodze leżały kicze z łabędziami. – Powiem: – Mnie po prostu
zatkało. Tu jego kicze, a on tak wyrażał się o Mawce, że mnie zatkało.

Feliks strzela zapałkami, syczące główki odskakują od paznokci. Jak go Mawka może tole-

rować?  Jak  zgadza  się  na  to,  by  jakiś  pacykarz  założył  w  jego  domu  wytwórnię  ostatniej
szmiry? Bezpłatne lekcje! Oto co za monstrum wyrosło na ciepłej pożywce jego tęsknot dy-
daktycznych!  Czeladnik  sztuki,  nawrócony  lumpenproletariusz.  Apostoł  chrystusowych  mi-
tów  Mawki.  Co  ja  mam  począć  z  tym  typem? Wyrżnąć  w  mordę;  Mawka  sam  próbował  –
poharatał mu rękę szablą, zagoiła się. I maluje tą poharataną ręką. Ktoś dzwoni. Głos Kicaja.
Ale przecież Kicaj...

Teraz doprawdy przestaję cokolwiek rozumieć.
Kicaj jest malarzem z prawdziwego zdarzenia. Przyjacielem Ursyna. Ma być  redaktorem

działu  plastyki  naszego  pisma.  I  on  odwiedza  Feliksa?  Oni  się  znają?  Czy  istnieją  jakieś
sprawy,  które  mogą  jednocześnie  interesować  „syna  Freuda”  i  Kicaja.  (Pieniądze?)  Źle  za-
brałeś  się  do  swojej  „walki”,  Tram.  Zdaje  się,  że  atakujesz  z  niewłaściwej  strony.  W  tym
miejscu świat jest najeżony zagadkami. Jest jak kolczuga z samych znaków zapytania. Nasłu-
chuję. Pada moje nazwisko. To Feliks powiedział, że u niego jest Tram. I powiedział jeszcze
–  Przedstawiciel...  –  Odpowiedzi  Kicaja  nie  dosłyszałem.  Czuję  tylko,  że  jest  niespokojny,
zamyka za sobą drzwi i zbiega schodami na dół. Jak to? Nie wszedł, nie przywitał się ze mną,
on, serdeczny, gadatliwy, towarzyski? Więc kontakty z „synem Freuda” są wstydliwą tajem-
nicą  Kicaja.  Aha.  I  co  dalej?  Oni  mają  wspólne  interesy.  Ale  jakie?  Nowy  znak  zapytania.
Wchodzi w tkankę myśli jak ciężki, rdzewiejący harpun.

– I nie szkoda ci farb na malowanie tych gówien? – pytam; znalazłem słowa, nie najbar-

dziej celne, ale obelżywe.

– Dlaczego? – dziwi się ciemność w drzwiach. – Przecież się forsa zwraca. Pytasz, jakbyś

background image

57

nie wiedział... – Czy jest zadowolony z tego zajęcia? – pytam. Jest. Nie wziąłby się do jakiej
pracy? Nie myślał o tramwajach? Po co? Żeby jeździć. Byłby motorowym, miałby uczciwe
zajęcie. Co?

– Ale ja chcę malować.
– Kiedy nie umiesz malować. Jestem szczery, to jest niedobre, cholernie niedobre. Musisz

mi wierzyć. Trochę się na tym znam. – Nad podłogą kwitnie płomyk światła. Feliks łazi na
czworakach koło swoich nenufarów, w ciemności nadepnął był na tubkę z czernią: pokrętna
linia oplotła kuper łabędzia. Zdejmuje czerń scyzorykiem: – Masz, cholera! Niedobre. Teraz
będzie niedobre. Chociaż nie. Przemaluję łabędzia i cześć. Jeden może być czarny. A już by-
łem zły.

Zawracanie głowy z tym cymbałem. Jakie to w końcu ma znaczenie dla spraw, które mnie

tu przywiodły? Ciekawe: nie przypominam sobie zdarzenia, w którym Mawka mówiłby coś o
szmirze. Jaki miał do niej stosunek? Na ogół tolerancyjny wobec dzieł nieudanych, sprzeci-
wiał się mojej bezwzględności, nie rozumiał poetyki pamfletu. Ilekroć twierdziłem, że ten a
ten artysta nie ma niczego do powiedzenia, replikował: – Chyba gość wie lepiej, czy coś ma
do powiedzenia. Przecież jeżeli tworzy, to coś musi mieć do powiedzenia. – Gdybyż umiał,
jak  ja,  nienawidzić  kurewstwa  w  sztuce,  gdyby  był  na  nie  tak  uczulony  jak  ja,  wówczas
mógłbym zaliczyć Feliksa do głównych wrogów Mawki. Feliks byłby elementem świata, któ-
ry  Mawce  obrzydł  i  z  którego  musiał  odejść.  Pamiętam,  na  wycieczce  rowerowej  zabrakło
nam pieniędzy. Leżeliśmy w mokrych trawach, pod „namiotem” z dwóch prochowców, koca i
gałęzi, nad bajorkiem porosłym rzęsą. Fantazjowałem na temat sposobów zdobywania pienię-
dzy. Miałem różne pomysły. To były tylko pomysły. Mówiłem: – Goście, rozumiesz, malują
najgorsze  knoty.  Jelenie,  nenufary,  pałacyki.  –  No.  Traktory  –  wtrącił  Mawka.  –  Czekaj  –
przerwałem mu – chodzi o pieniądze. Jeżdżą od wioski do wioski z tymi knotami. Sprzedają.
Pięć stów za religijny. Trzy za pejzaż. Gonią ich. Chłopi. Z kosami. Każdy chce kupić. No.
Sołtys zamówił na całą ścianę. – No – powiedział Mawka. – No –  powiedziałem. – Malują
sołtysowi na ślubnych prześcieradłach. –  Mawka  się  roześmiał,  wstał  i  poszedł  odlać  się  w
bajorko. Wrócił i zasnął natychmiast. Nie powtórzyliśmy tej rozmowy, przecież nie traktowa-
liśmy jej serio.

– Nic mu nie brakuje – wzdycha Feliks. – Kicz jak kicz. A twoje były lepsze?
– Słuchaj, gówniarzu. Kiedyś malowałem. Może nieudolnie. Może źle. Ale to było coś. To

znaczy: o coś tam chodziło. Takiego świństwa nigdy bym nie zrobił, ja bym nie potrafił.

– E? – śmieje się „syn Freuda” gębą perszerona. – Dlaczego? Przecież wiem, że malowa-

łeś.

Nigdy takich świństw nie malowałem! Pajac do mnie mruga. Dopiero z tym mrugnięciem

uświadamiam sobie, że od kilku minut dwie nagie żarówki drżą silnym światłem. Feliks staje
się zadziwiająco uroczysty. Mlaska językiem, jakby rozsmakowywał napój, którym mnie za-
mierza  poczęstować.  Jest  w  tym  podniosłym  milczeniu  na  swój  sposób  tkliwy.  Tkliwością
sadysty, który oblizuje elegancką brzytwę. Przypuszczam, że teraz on z kolei wertuje w mó-
zgu swój ubogi słownik, że już odrzucił kilka sformułowań, chce wybrać bardziej połyskliwe.
Pół mówi, pół śpiewa: – Prześcieradełka, prześcieradełka, miał raz gruby sołtys, pewien gru-
by sołtys. Wyście malowali, tala, lala, lala. Takie same knoty, papa, papa, pipa. A ja wiem, a
ja wiem, a ja wszystko, wszystko wiem!..

Odwraca  się  tyłem,  dawkuje  swój  triumf.  Opowiadał  mu  Mawka.  Podobno  zarobiliśmy

wtedy  na  knotach  po  cztery  patyki.  Ja  miałem  (na  marginesie)  uwieść  wnuczkę  sołtysa,  w
której zakochał się Mawka. (Oho!) Oczywiście, do tych spraw „syn Freuda” się nie wtrąca.
On sam kiedyś był pewien,  że  kto  chce  malować  naprawdę,  nie  może  zarabiać  na  knotach.
No, ale skoro jego mistrzowie... „Mistrzowie” wymówił z pewną trwogą, poczerwieniał, ru-
mieniec  zajął  mu  policzki,  nie  naruszając  absolutnie  nosa.  Głośno  połknął  ślinę.  Obciągnął
dres na biodrach i usiadł tak, jak gdyby chciał pokazać, że jest już grzeczny. Zapytałem, czy

background image

58

Mawka mu naprawdę opowiadał takie bzdury. Tak. Słowo honoru. I powiedział, że to pomysł
Trama (!). Ale czy powiedział „pomysł”, czy też mówił, że ten pomysł był urzeczywistniony,
pytam. Urzeczywistniony. Po co mówić o nieurzeczywistnionych, dziwi się Feliks. Ale my-
śmy się poważnie narażali. To był dziki handel. Feliks ma lepsze sposoby. Ale skoro mnie ten
temat  irytuje,  lepiej  nie  mówić.  Czy  mam  chęć  na  szklankę  wina?  Szkoda.  Porzeczkowe.
Pierwsza klasa.

Teraz  mnie  przeprasza,  ale  jutro  chce  skoczyć  na  ryby,  ma  kolegę  z  łódką  na  Regalicy.

Musi zmienić piórko przy pływaku. Czy nie wie czego? Jak mam spotkać Mawkę? Feliks nie
ma pojęcia. Lidka będzie wiedziała, mówi. Jest w sąsiednim pokoju.

– Kto?!
– Nie pamiętasz Lidki? – „syn Freuda” jest roztargniony, już zapewne przebywa myślami

na Regalicy, w kręgach głębokiej zieleni, z białym pływakiem w środku, który leciutko prze-
kłuwa naskórek rzeki... Wyobrażam sobie, że oto zbliżam się do  niego, chwytam go za gar-
dło, wrzeszczę – „Powiedz, jaka Lidka? Przecież Lidka!... Przecież Mawka mówił!...” Ale nic
takiego się nie dzieje.

Mózg kurczy się jak zimna pięść gwałtownym bólem.
Czekam, aż ten ból minie.
Aż mnie puści.
Nie chce. Jest.  I tak zostanie. (Brzegiem mózgu, jego  cienką warstwą, której jeszcze ból

nie objął, rejestruję myśl, że Mawka kłamał. Więc Mawka kłamał.) – Czy w tym domu – py-
tam – ktoś ostatnio umarł? No, ktoś z jego bliskich?

– Mawki? Z bliskich Mawki zmarła babka, a bo co?

––

Przedostaję  się  do  pokoiku,  którego  drzwi  są  zawieszone  rudą  kołdrą,  w  dolnym  rogu

przypaloną  żelazkiem.  Lidka  trzyma  palce  w  utrwalaczu.  (Lidka!)  Za  jej  włosami  dymi  ża-
rówka,  owinięta  flagowym  płótnem.  Jej  palce,  ułamane  pod  czerwonym  płynem,  są  ciasno
pozrastane,  błyszczące,  tworzą  na  grzbiecie  dłoni  ostre  rowki.  Szerokości  igły.  (Dlaczego
Mawka  właśnie  Lidkę  chciał  pochować?)  Pociera  szerokim  przegubem  swoje  rozchylone
wargi. To ładnie, mówi, że się zjawiłem. Nie tak dawno myślała o mnie. Że powinien przyje-
chać  Tram.  Przyjść,  porozmawiać...  Jej  przegub  jest  biały.  Ma  splecione  wokół  kostki  trzy
atramentowe żyłki. (Przecież Lidka... Przecież Mawka mówił...) Wymyślił pogrzeb Lidki, bo
na sobie chciał skupić uwagę i litość, mama miała słuszność. Ale dlaczego wymyślił pogrzeb
właśnie Lidki? Przecież nie można – nawet w wyobraźni! – uśmiercać człowieka tak na chy-
bił-trafił, skoro nawet w idiotycznej grze z łódeczką – płynie sobie łódeczka, a w niej siedzą
trzy osoby, straganiarka od kiszonej kapusty, kasjer z domu mody i listonosz, o jednego pasa-
żera za dużo, kogoś musisz utopić, wybieraj: straganiarka? nie, listonosz? nie? więc kasjer?
kasjer!  –  nawet  w  tej  idiotycznej  grze  jakieś  względy  decydują  o  śmierci  kasjera,  choćby
wszystkie  osoby  były  nam  obojętne  w  równym  stopniu,  to  może  ów  kasjer  ma  złą  dykcję,
może to, że „nie patrzy człowiekowi w oczy”, jakieś względy drugorzędne, ale jakieś wzglę-
dy, więc jeżeli on uśmiercił (w myślach) Lidkę, nie mógł tego dokonać bez motywów. Pod-
świadomych,  ale  motywów.  Drugorzędnych,  ale  motywów.  (Tym  bardziej  że  w  tym  domu
ktoś umarł naprawdę.) Lidka wciąż trzyma przegub na wargach, jakby chciała go pocałować,
nie dlatego, by kochała się w swych rękach – narcyzm w Lidce jest niewyobrażalny – ale mo-
że przegub boli, może poparzyła. Kiedyś, mówi, do tej ciemni nie pozwalano jej chodzić. Go-
dzinami, pamięta, siedziałem tu z Mawką. Ona nie mogła odrabiać lekcji, tak ciekawa była
naszych  zdjęć,  pilnowała  nas,  gdy  wychodziliśmy  z  tej  ciemni  i  gdy  płukaliśmy  zdjęcia  w
łazience. Małe, sześć na cztery, sześć na sześć. Z trudem się jej udawało coś zobaczyć przez
szeroką  strugę  wody,  która  z  sykiem  rozwidlała  się  w  palcach  Mawki.  Więc  dlaczego  nie

background image

59

mówiła, że chce z nami wywoływać zdjęcia? Nie śmiała o to prosić. (Co u licha: zadawnione
żale? Mawka opiekował się siostrą wzorowo. Ale był mało serdeczny, to fakt. Lidka była dla
niego  tylko  organizmem,  który  rośnie,  grozi  mu  anemia,  koklusz.  Organizmem,  w  którym
pękła kość, i lekarz nie wie, czy dziewczyna nie będzie utykać. Była zamkniętym światkiem,
w którym kość się zrasta, szczelina wypełnia się krzepnącą bielą, w którym wędruje pokarm,
tlen,  wilgoć,  czerwone  arterie,  następuje  podział  komórek,  który  musi  jeść  żelazo,  dużo  ja-
błek,  tartą  marchew,  dokąd  wstrzykuje  się  wapno.  W  takich  właśnie  kategoriach,  oświato-
wych, myślało się w tym domu o Lidce. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że tak było, i że
było  to  dla  dziecka  demoralizujące.  Tak  się  utarło,  owo  „się”  znienawidzone  w  filozofii,
przeklęte „się”, na które nie ma winowajcy, któremu ulegamy wszyscy. Utarło się, że Lidka...
Teraz przypominam... Mawka pozował parokrotnie mnie, ja pozowałem Mawce. Mawce po-
zował „syn Freuda”, ja rysowałem prawie wszystkie twarze, ukradkiem albo za zgodą mode-
la, ale nigdy nam nie  przyszło  do  głowy,  żeby  rysować  Lidkę!  Podpatrywaliśmy  z  balkonu
grupkę  dzieci,  szkicując  ich  gesty,  ubiory,  a  za  naszymi  plecami  siedziała  Lidka,  odrabiała
lekcje. Zaczynam się denerwować. Tram się podnieca, myślę o sobie słowami Gorzelańczyka,
podnieca się, bo wietrzy prawidłowość.) Lidka coś do mnie mówi o jakimś węgorzu, nie słu-
cham  jej;  to  było  tak:  Mawka  znalazł  kiedyś  kliszę  z  prześwietlonym  kolanem  Lidki.  Był
wtedy w swojej „połowie Szczecina” na swój sposób głośny jako malarz, po naszej wystawie.
(Czemu się denerwuję? Fakt jest na tyle wymowny, że aż mało prawdopodobny). Było tak:
Mawka znalazł tę  kliszę.  Pokazał  mi:  –  Patrz,  Lidka.  No.  –  I  schował.  W  jakiś  czas  potem
dostał zamówienie na dekorację świetlicy spółdzielczej. Chodziło o wykonanie tła dla orkie-
stry  jazzowej,  na  płótnie,  na  szerokość  ściany.  Przyszedł  do  mnie  po  radę,  czy  warto  takie
zamówienie  realizować.  Powiedziałem,  że  zależy,  jak  zrealizuje.  Jeżeli  dobrze,  to  warto.  –
Ale oni chcą nowoczesne tło – powiedział Mawka. – Tam będzie jazz. – Więc zerżnij z kogoś
nowoczesne tło – poradziłem. Reszty nietrudno się domyślić. Byłem w tej świetlicy. Chłopcy
z orkiestry w jaskrawych koszulach grali na czarno-białym tle prześwietlonego kolana Lidki.

–  Co  mówisz?  –  pytam  Lidkę.  –  Jaki  węgorz?  Nie  zabiłem  żadnego  węgorza.  Zaraz:  co

mówisz?

Śmieje  się.  Mówi,  że  jestem  śmieszny.  Przecież  tłumaczy  mi:  węgorz  jest  w  łazience.

Trzeba go zabić. Ona się boi. Feliks łowi węgorze, a ona musi zabijać. To znaczy, tylko raz
coś  takiego  robiła.  To  było  okropne.  Odcinała  głowę  szewskim  nożem.  To  było  straszne.
Krwawiący sznur na stole. Taki krwawiący kabel, który jeszcze żyje. Teraz nie może płukać
zdjęć nad wanną, bo on tam pływa. A ona musi myśleć, że trzeba  go zabić. Dlatego ma do
mnie prośbę. Ostatecznie jestem mężczyzną. – Jesteś bardzo uprzejma – mówię. – Bo Felik-
sowi... – (o mały włos, a byłbym powiedział „ucięło”) – Feliks tego nie może zrobić, co?

Śmieje się. Jest w swym granatowym fartuszku, w którym widziałem ją po raz ostatni. Czy

to możliwe? Jedno jest pewne: ilekroć ją widziałem, zawsze była w czymś granatowym. W
czymś skromnym. Nie pamiętam, aby dobierano do niej inne kolory, wstążki, sukienki paste-
lowe i białe, buciki; nie znała tych dziewczęcych rekwizytów, nie wystawiano jej na pokaz,
nie podziwiano. A jeżeli mówiono – bo mówiono – o potrzebach Lidki, to mówiono: – „Lidce
trzeba kupić buty”.  –  „Czy  zaniosłaś  swoje  buty  do  szewca  na  rogu?”  –  pytano  ją.  –  „Wy-
czyść buty pastą” – upominała ją babunia. – „W domu zdejmij buty, bo stukasz” – irytował
się Mawka. Lidka nosiła buty, solidne, na skórze.

– Na jakiej zasadzie w tym domu – pytam – istnieje ten bałwan? Twój Feliks?
Wymiana zdań staje się niespodziewanie gorączkowa. Pytam: – Co cię z nim łączy? – Lid-

ka: – Nic. On tu mieszka. – Ja (idiotycznie): – Małe mieszkanko na Mariensztacie. A węgo-
rze? – Łowi. – Na Regalicy, co? – Lidka: – Jesteś w błędzie. Za kogo mnie masz? – Jakiego
typu relacje zachodzą między tobą a tym typem? – (Pomyliły mi się style. Ale Lidka wie, o co
chodzi. Doskonale wie!) – Nie łączą mnie z nim żadne relacje. Co ty wygadujesz? – patrzy mi
prosto w oczy. Oczy Lidki są poczciwe. Ale nawet teraz nie pomyślałem, że może ciekawe.

background image

60

Może ładne. Może nie tak łatwo by je było namalować? Pytam: – Pozowałaś mu? Lidka?... –
No to co? Z niego będzie malarz pierwsza klasa. – Ostatni szmirus! – krzyczę. – Dla zarobku
to on szmirus, a dla sztuki artysta – krzyczy Lidka. – Jego przyszłość, to fajans. Co on potrafi
z fajansu! Cuda-niewida. – A Mawka?! – krzyczę – Mawka?.. – Co  tam Mawka – wzrusza
ramionami.

– Coś ty powiedziała?
Teraz rozumiem. To oni. Oni zamordowali Mawkę. Zajął się tą swołoczą Feliksem, wpro-

wadził do domu. Ten zbałamucił mu siostrę, wmówił w nią swój fajans, swój talent. Matkę
Mawki chyba też przekonał, że jest lepszy. I Mawka musiał odejść z tego domu. Nie miał tu
niczego  do  roboty.  Dlatego  pogrzebał  właśnie  Lidkę.  Ciekawe,  co  naprawdę  łączy  Lidkę  z
„synem Freuda”. Ale to jest jej sprawa. Jej o r g a n i z m u , myślę z satysfakcją, jej narządów,
myślę ze złością. Jej ciałek krwi, gruczołów, kości, wapna. Gdzie jest ten węgorz? Węgorza
trzeba  wytrzeć  solą.  Po  co  szewski  nóż?  Gdzie  ona  miała  oczy,  myślę.  Taki  bęcwał.  Takie
monstrum. Alfons. Gad.

– Co chciałem jeszcze wiedzieć? Aha. Mawka miał wystawę. Nie podobała się w Szczeci-

nie? Tylko powiedz prawdę.

– Tak, ale...
– Ktoś go zjechał? W prasie?
– Właściwie nie.
– A niewłaściwie?
– Wy jesteście tacy śmieszni. Sama nie wiem. Kto jest śmieszniejszy, ty czy Feliks? Nikt

nie zjechał Mawki. No.

– Więc czemu powiedziałaś „ale”?
– Czy powiedziałam „ale”?...
Rozumiem. Nagadałem głupstw, straciła do mnie zaufanie i teraz jest ostrożna. To wystar-

czy, myślę. Wystarczy to, co zobaczyłem w domu Mawki.

Lidka podaje mi jakiś zeszyt. – Próby pisarskie Mawki – mówi. Warto, żebym poczytał,

śmieje się. Byłoby nawet dobrze, żebym przeczytał to, zanim spotkam się z Mawką (?). Nie
poznaję w tym momencie Lidki. Ma w sobie coś z „kobietki” z filmów kryminalnych, z owej
„cizi”, którą jedynie po to rzucono na ekran, by na nią ściągnąć podejrzenia. Ach, oczywiście,
jej „kobietka” jest zagrana środkami amatorskiej sceny szkolnej. – Dowiesz się pewnych rze-
czy – mówi. – O Mawce czy o tobie? – O sobie i o nim – wyjaśnia. Bardzo łatwe do rozszy-
frowania. – Od razu – mówi – wiedziałam, o kogo tam chodzi. A na Feliksa nie mów „bał-
wan”. Co ci złego zrobił? Ja zresztą – mówi – wcale z nim nie chodzę. Jesteś w błędzie. Aku-
rat chodzę z kim innym.

– Za dużo nie chodź – mówię. – Pogoda jest zdradliwa. Dbaj o swój organizm. I nie prze-

zięb gardła. No to cześć.

Już za bramą, w kolorowej mgle, która pęka po bokach zaciekami żółtych świateł, pomie-

szanych z seledynem firan, kwiatów w oknach, po raz drugi dzisiejszego dnia – po raz pierw-
szy ten dziecinny lęk opanował mnie w mieszkaniu Ursyna – czuję ciągłość, w codzienności
zwykle  zatracaną  ciągłość  granic  mego  ciała.  A  powietrze  dookoła  cierpnie.  Kryształkami
mgły wrzeźbia się w skórę. Mgła ma zapach starych cegieł, kauczuku i bielizny prasowanej
przegrzanym żelazkiem. Oto ja – w panoramicznej szybie sklepu z galanterią, zwielokrotnio-
ny w zielonkawych lustrach, jak w rycerskiej zbroi. Moje czoło  jest obcisłą kolczugą, która
zwiera  ordynarnym,  biologicznym  bólem  wszystko,  co  przed  chwilą  pomyślałem  i  co  za
chwilę pomyślę. Moje ruchy, przy pomocy których mogę siebie w tych lustrach przetasować.
Wraca dawne przeświadczenie, że jestem śledzony. Że tu ktoś mnie filmuje z ukrycia. Staram
się, by ujęcia były „fajne”, przesycone wizualną treścią. Aby w tym moim „filmie” w ogóle
nie było szansy prostego rozdziału na formę i treść. Na fabułkę i zdjęcia. Żeby tego się nie
dało opowiedzieć. Żeby trzeba to było zobaczyć. Ten mój „film”. Po raz pierwszy zdaję sobie

background image

61

sprawę,  że  zaczynam  „kręcić  filmy”  nie  dlatego,  abym  nie  miał  właśnie  żadnych  innych
zmartwień i chciał taniej rozrywki, nie dlatego, że mój homo ludens też ma prawo bytu, natu-
ralne  prawo  do  zabawy,  lecz  przychodzi  to,  ta  –  jakby  się  zdawało  –  próżność  w  chwilach
zagrożenia.  Wtedy  kiedy  przegrywam.  (Czymże  jest  bowiem  radość?  Gdzie  się  lokalizuje?
Poza mną. Jeżeli zwyciężyłem, wtedy nie mam czasu na własne „ujęcia”. Moje zwycięstwo
jest nad czymś. Wówczas świat otrzymuje ode mnie piękno całymi garściami. Ja go obdarzam
sensem estetycznym, moralnym, jakimkolwiek. Stać mnie wtedy na  to. Byłem w dobrej for-
mie, mam prawo pomyśleć. Byłem silny. I będę hojny. Gałązka bzu w spękanych rękach stra-
ganiarki – niech ma piękno! Megafon, który wbija w słońce czarne fortepiany – niech będzie
wspaniały! Dziewczynka w białych kolanówkach z psem, dwa razy od niej większym – niech
jest wzruszająca! Ja tu rządzę.) A dziś jest zły dzień. Rozpoznałem, co prawda, ów świat, któ-
ry miałem rozpoznać. Ale czy potrafię w nim cokolwiek zmienić? Jakiej potrzeba tu siły?

Co to w ogóle jest siła?
Czy jest we mnie?
Dotąd w moich wyobrażeniach siła nigdy nie występowała w jakiejś czystej postaci. Skoja-

rzona była zwykle z przedmiotem, w którym działa. Siła wiatru,  na przykład – burta grubej
łodzi,  ciężarnej  żywymi  rybami,  pęka  jak  bibułka.  Siła  techniki  w  oliwie,  w  smarze  czarne
człony gąsienicy, pełne żwiru i ostrych żelaznych warkoczy, wyświeconych zawiasów i ha-
ków, sworzni, gwintów, klekocących sztab, biegnących kółek, pierścieni, segmentów, w sło-
necznej mazi, w rdzawym pyle... Ale jeżeli mówię „nie starczy mi sił”, gdy powiadam, że „w
lesie wracają mi siły” –  to  czy  wówczas  moja  wyobraźnia  zostaje  jak  pusty  biały  łachman,
którego nie naświetla żaden obraz siły? Nie wiem. Zapewne taka doskonała pustka wyobraźni
jest  przeciwna  naturze  naszego  umysłu.  Chyba  pojęcia  również  są  wyobrażalne.  Chyba  je
można  malować.  Ja  w  tej  chwili  naprawdę  potrzebuję  malarza,  który  by  umiał  pokazać  na
płótnie moją siłę. Żebym wiedział, jakie mam w tej sytuacji szanse. Co to jest, czym dyspo-
nuję.

Czy to jest przestrzenne? (Czy opłaca się z czymś takim atakować?) Może ono jest zdolne

tylko do obrony. Ile zajmuje ciała, ile myśli? Z czego ma granice?

Czy  to  spala  się  we  mnie,  czy  krąży  jak  tlen,  zostawiając  na  płótnie  jedwabne  półkola?

(Dla mnie, w mojej sytuacji, to jest ważne. Nie obchodzi mnie, jak wygląda teraz moja twarz.
Czy mam ciekawy rozkład świateł na rękawie. To mnie nie obchodzi.)

Może to jest czarne, że wystarczy przykleić do płótna garść spalonej gazety. Może małe.

Wystarczy kilka draśnięć suchą igłą na kawałku linoleum.

––

Po  raz  ostatni  (chyba)  w  tej  wędrówce  lustro,  w  przedpokoju  Kostka  Szkuderlaka.  Nie

dzwoniłem. Drzwi były uchylone. Moje oczy w tym lustrze, które ma kolor wody i jak woda
zamarza wokół ust. No to nareszcie odpocznę. Moje drzewo, mój cień, nieszkodliwy, poczci-
wy Szkuderlak. Jak nazywa Mawkę? Typem nie z tej ziemi! Cha, cha! Polubiłem tego Szku-
derlaka. Jest na pewno na swój sposób miglanc i niejedno ma za uszami, ale to, co on ma za
uszami, nie jest w końcu wymierzone we mnie. (O ile były w dziejach wojskowości rzeczy,
które strzelały zza uszu. Cha, cha! Zmęczony jestem i zaczynam myśleć idiotyzmy...) Umysł
broni się przed myśleniem. Organizm się broni.  I ma prawo. Tu jestem bezpieczny. Mała z
Kostkiem  pogawędka,  myślę,  mała  kawa,  parę  stron  z  „prób  literackich”  Mawki  –  i  spać.
Spać,  Heniutek.  Co,  smarkacz?  Przemęczył  się?  Nie  płakać.  Wyśpisz  się,  Henias,  wypocz-
niesz, a świt jest mądrzejszy od nocy, jak mówi rosyjskie przysłowie...

–  Czołem  Kostek!  –  salutuję;  mam  już  w  głowie  krótki  konspekt  naszej  pogawędki,  po-

wiem: – „Czołem, drzewo!” – Kostek (ze zdziwieniem): – „Czemu drzewo?” – Ja mu na to: –
„Jesteś  chłop,  jak  dąb”...  Tymczasem  „chłop  jak  dąb”  nie  odpowiada,  leży  na  drewnianym

background image

62

poniemieckim łóżku, pod wiśniową pierzyną, ogromną, zaborczą. Głowę ma owiniętą jakimś
materiałem, wciśniętą w poduszkę, poduszka jest podarta i przebijają przez nią rude plamy.
Jakby to były plamy krwi. Nie, w tym widoku pewne elementy nie są dość czytelne. Zbliżam
się. Te plamy nie przypominają śladów krwi. Te plamy są śladami krwi. Kostek otwiera oczy.
Całe  szczęście,  bo  myślałem,  że...  Z  ruchu  warg  wnioskuję,  że  to,  co  chce  powiedzieć  w
pierwszej zgłosce ma „u”. „U”, a reszty nie mogę odczytać. Pytam: – Ucho? Skaleczyłeś so-
bie ucho, tak? – (Kostek zamyka oczy) – Goliłeś się i skaleczyłeś ucho? tak?

Co ma jeszcze „u”? Nóż, dużo, uderzono. Może go uderzono?
– Uderzono cię, tak? Powiedz, tak?
W kuchni jest jakiś człowiek. Zaczyna być gorąco, myślę, co nie znaczy, abym tak ocenił

sytuację, ale w tej stylistyce chcę myśleć, dla dodania sobie otuchy, bo ja wiem? Dla dowcipu
jakiegoś,  bo  ja  wiem?  Może  z  tym  „u”  jest  „uszedł”?  Trzeba  łapać  bandytę,  żeby  nam  nie
uszedł.  (Skąd  u  Kostka  literackie  „uszedł”?  Z  prozy  kryminalnej?)  Po  kuchni  ktoś  chodzi.
Dobiega stamtąd bełkot. Skrzypią drzwi. Wchodzi ten ktoś. Ależ ja go znam! To nie jest ban-
dzior! No: w pewnym sensie bandzior to on jest, ale nie bandzior na Kostka. To jego stryj,
Fryderyk, pijak. Dlaczego spojrzał na mnie z taką nienawiścią? Stanął w zasmalcowanej ma-
rynarce oklapłej przy kieszeniach, jak martwe uszy psa. To nie jest w całym znaczeniu tego
słowa nienawiść. Znam ten gatunek załzawionych spojrzeń, przezroczystych, uciekających w
głąb oczu. To nie spojrzenie nawet, lecz rozmowa. Milczący, utrwalony w tęczówkach mo-
nolog.  Widzisz,  zdaje  się  mówić,  jestem  pijany,  pijany  jak  świnia,  a  ty  nie,  jesteś  trzeźwy,
bardzo dobrze, możesz mną gardzić, nie znasz życia, ja poznałem, po co o tym mówić, co ty
wiesz, co ty w ogóle wiesz o nieszczęściu, mniejsza z tym, jesteś trzeźwy, a ja krew przele-
wałem, jestem gnojem, rozumiesz, gnojem, rozumiesz, gnojem, rozumiesz, mniejsza z tym, że
wypiłem, no to co.

– Upływ krwi – mówi bardzo wyraźnie twarz Kostka.
Rozumiem. Zaraz zadzwonię po pogotowie. Jasne: upływ krwi.
Wpadam w rój nieskoordynowanych ruchów, które wyprzedzają myśl, zastanowienie, pal-

ce same chwytają szalik Kostka poplamiony krwią (więc  rąbnęli  go poza domem), zawijają
ten szalik w gazetę (po co?), wtłaczają do pustej doniczki ze śladami czarnoziemu na dnie (po
co? nie wiem). Łokciem zgarniam okruchy bułki z szerokiego stołu, prędko, zamaszyście, czy
chcę najpierw tu sprzątnąć? W tym pokoju, myślę, czy posprzątać? Zlikwidować ten burdel,
tak? Pewno o to mi chodzi, żeby „jakoś wyglądało”, myślę, w tym pokoju, do którego wejdą
ludzie w białych kitlach. Nie, nie tylko o to chodzi. Chcę się czegoś dowiedzieć, jak doszło do
upływu krwi, poznać bliższe szczegóły tego zajścia. I dlatego zwlekam z wyjściem? Dlatego.

– Matka nie przeżyje – mówi stryj Fryderyk. – Troje, troje jej zmarło, Nataszy; pocieszałem

ją za każdym jednym razem, tak nie płacz, bachor zmarł, kiedy komu nie marły bachory, Nata-
sza, mówiłem, ja jej powiedziałem. Ot i pambóg wziął, co dał i dobrze. Natasza, teraz ty aniołka
będziesz miała swojego, a jakże inaczej? A czyż bywa inaczej? Inaczej, brat ty mój, i nie bywa.
Ale ty mnie, Kostusiu, posłuchaj, ty starego stryja masz się słuchać, jego głowa, choć i głupia
głowa, jego kocioł, choć i głupi kocioł, ale on żeż, wszystko jedno, kocioł warzy, tak posłuchaj
Kościa...  Koościa!  Nie  umieraj.  Z  ciebie  matka,  znaczy,  Natasza,  tak  jej  z  ciebie  nie  będzie
aniołka ni nic. Ty i ja – jedna dusza. Ty się nie nadajesz. Nie nadajesz się. My mięso armatnie,
tak i trzeba wiedzieć. Pies ci mordę lizał. Ty mnie lepiej słuchaj. Pies ci mordę lizał.

Kostek mnie przywołuje. Nie chce, żebym dzwonił po lekarza. Upływ krwi, ale chyba nic

groźnego?  Kto  go  pobił?  Złomiarze.  W  sklepie?  W  jego  sklepie  opałowym.  Czym  go  bili,
butelką? Nie. Czymś cięższym. Metalowym, kluczami czy co. Ranę  jednak musi zbadać le-
karz. Ale on mnie bardzo prosi, żebym tego nie robił. Dlaczego? Bo mnie prosi. Dlaczego? –
Pobędziesz  ze  mną,  Tram?  Ja  miałem  upływ  krwi  i  jestem  słaby.  Nie  wyjedziesz?  I  pobę-
dziesz ze mną, tak?

– Ależ naturalnie – przyrzekam wzruszony.

background image

63

I  jeszcze  jedna  prośba  Kostka.  Żebym  dziś  go  nie  zmuszał  do  jedzenia.  On  nie  może

wprost  myśleć  o  jedzeniu.  Gdzieś  tu  śmierdzi.  Ale  co?  Jajecznica,  prosi,  żebym  wyniósł.  I
niech stryj Fryderyk sobie idzie. – A pamiętasz – uśmiecha się blado Szkuderlak – nasz poje-
dynek  na  cegły?  Zaprószyłeś  mi  wtedy  oczy.  Inaczej  byś  nie  zwyciężył.  –  To  pamiętam,  a
jakże, nawet dziś przypominałem sobie. Nie pamiętam Krysi Dańskiej, ale gruzy, pojedynek,
potem wino, szczegółowo... – Kostek zamyka oczy.

– On się nie nadaje – rzęzi stryj Fryderyk.
– Odprowadzę pana do przystanku.
– Nie nadaje się, nie nadaje się – bełkoce w złości stryj Fryderyk, ale pozwala się wypro-

wadzić, obdarza mnie ciepłym oddechem, ohyda, można się porzygać. Teraz cała paczka ta-
bletek nie wypędzi z mojej głowy bólu. Kilometry białych tkanin przepojonych zimną wodą i
łagodną  wonią  octu.  Kilogramy  cytryn!  Tabuny  świeżego  powietrza!  Oszroniony  gliniany
dzban z kojącym muślinowym tańcem mleka; baletnice mroźnego mleka, może to, może to by
pomogło... – Ale dlasiego? – sepleni. – Lasiego mnie  prowadzicie?  Wy?  Czy  ja  się  narazi-
łem? Panu się – owo „panu” z pijackim patosem – naraziłem? A może wszystko jest nie tak,
jak trzeba? – Wszystko jest tak, panie Fryderyku. Wróci pan do domu i... – A może ja nie po
tej stronie walczyłem? – zatrzymuje się z tak zaskakującą w tym przegniłym rusztowaniu siłą,
że tracę równowagę, chwytam go za kołnierz i dostaję w twarz nową porcję wstrętnego odoru.
Tego już za wiele. Nie pomogą oceany zimnej wody z octem. Choćbym się miał w nich uto-
pić – głowa będzie bolała na dnie. Wszystkie ryby wokół mnie będą bolały tym samym bó-
lem.

– A może?... – stryj Fryderyk, który dostał ode mnie pięścią w  kark, niech się cieszy, że

tylko  pięścią  w  kark,  bo  zalewa  mnie  biała  gorączka  i  za  chwilę  będę  gryzł,  będę  kopał,
chwycę gnoja i będę tłukł głową w latarnię, bił w pysk, w żołądek, w jaja, niech się strzeże, ja
mam tego dość!... Stryj  Fryderyk zbiera myśli, bełkoce: – Może  się nie nadaję? Nie  nadaję
się? A?

I ten jego przepastny, łzawy wzrok, to spojrzenie śmietnika, te wyziewy oczu, których się

boję. Którym nie mogę nie współczuć.  Byłbym przed chwilą  go rozdarł, zmiażdżył, ale nie
mogę nie bać się tych oczu i nie umiem im nie współczuć. Czekam w bramie, czy nie zawró-
ci. Nie, brnie dalej. Przed siebie. On dobrnie do domu, na pewno. On ma własne, jemu tylko
wiadome szlaki powrotów do domu.

––

Pierwsze  strony  brulionu  Mawki,  które  czytam  z  wysiłkiem,  każde  zdanie  po  dwa  razy,

między zimnymi łykami kawy zbożowej w kuchni Kostka, nasłuchując, czy mnie Kostek nie
woła,  śpi  spokojnie,  zawierają  przesłanie  do  „przygodnego  czytelnika”,  przed  którym  –  to
przekleństwo  „przygodnego  czytelnika”  przyjmuje  bez  buntu,  zresztą  każdy  czytelnik  jest
przygodnym – nie uda się tych notatek nigdzie ukryć, zawsze wpadną w czyjeś ręce, czy po-
łoży  je  na  dnie  skrzyni  z  rzeźbionego  dębu,  czy  będzie  chciał  „wszyć  w  siebie”,  pod  pod-
szewkę marynarki, za pazuchę i przenieść przez życie jak skradzione zielone jabłko.

Nie jest wszakże kradzieżą jego smutna opowieść, bo nie można okraść siebie, a on pisze o

sobie. Z wielu znanych mu spraw z ogromnego terenu, który poznał (z „połowy Szczecina”),
wybrał to, co dotyczy bezpośrednio jego. Nie wie jednak, czy to jest gorsze, niż pisanie o ży-
ciu innych ludzi. Może być posądzony o zarozumialstwo. (Inne sądy krytyczne „przygodnego
czytelnika” nie są w stanie go zmartwić. Wolno szydzić z jego błędów stylistycznych. Wolno
upstrzyć  cały  brulion  czerwonymi  dopiskami,  jakimiś  „sic!”  czy  „ejże?”,  łatwo  wykryć  w
jego  smutnej  opowieści  schemat.  Mawka  wie,  że  jest  „słaby  w  piórze”.  Pracuje  na  lichym
warsztacie,  w  którym  stół  się  rozpada  od  uderzeń,  w  którym  młotek  wyskakuje  z  trzonka  i
bije  go  w  palce,  a  imadło  ma  przetarty  gwint,  pilnik  jest  gładki  jak  papier.)  Nie  zarzutów

background image

64

warsztatowych  obawia  się  Mawka.  Nie  gramatyki  opisowej.  On  drży  na  myśl  („ja  drżę  na
myśl”, napisał), że czytelnik zapyta go – jakim prawem? Jakim prawem uważa swój ból za
silniejszy  od  innych?  (To  jest  tak,  jakby  ktoś,  dobrze  wiedząc,  że  ciało  każdego  człowieka
zawiera  porcyjkę  metalu,  własny  metal  uważał  za  najszlachetniejszy.)  „Poszedłem  na  kom-
promis” – pisze Mawka – „Postanowiłem szereg faktów przeinaczyć. Ta opowieść jest o mnie
i – jednocześnie – nie o mnie. Uczucia są moje – przygody zmyślone. Nikogo nie okradłem z
jego uczuć, ale też każdy ma szansę rozpoznania w moich troskach – własnych trosk”. (Mu-
siał być dumny z tej konkluzji. Zdanie to ma litery pogrubione, cieniowane żółtą kredką.)

Bohaterem opowieści jest inkasent Maurycy Mawczyna.
Każdego dnia o szóstej dziesięć w jego oknie na poddaszu zapala się światło. Poznajemy

go w epizodzie, gdy po wyjściu z łazienki z kroplą krwi trzepocącą na szczęce (po goleniu,
brzytwą)  karmi  jajkiem  szczeniaka,  puszystego  jak  grzbiet  morskiej  fali.  Szczeniakowi  na
imię Adriatyk. O godzinie szóstej czterdzieści gaśnie światło w oknie na poddaszu. Dziesiątki
tysięcy ludzi zajmuje w tym samym czasie dziesiątki tysięcy metrów kwadratowych w tram-
wajach, na przystankach i w zakładach pracy. Kucharki w barach mlecznych – w kłębach pa-
ry  –  szurają  drewniakami  po  cementowych  posadzkach.  Drewniaki  ześlizgują  się  z  ich  go-
łych, mokrych nóg. Listonosze wytrzepują z mundurów całe doniczki kurzu zebranego z ulic.
Wychodzą z wąskich bram, by od nowa wchłaniać cząstki prószącego szarym ciałem miasta.
Zimne palce czarnowłosych pielęgniarek wylewają z nocników słoneczną urynę. Czarnowło-
se szorują mydłem pierścionki na długich palcach: O godzinie szóstej czterdzieści dwie inka-
sent  wychodzi  z  domu,  ubrany  w  stareńki  garnitur,  z  tabliczką  czekolady  w  czarnej  teczce.
On, inkasent, na pierwszy rzut oka niczym się z szarego tłumu nie wyróżnia. (Tak jak w sza-
rej substancji mózgu nie odróżnisz komórki dwutysięcznej siódmej od pozostałych komórek.
Trzeba specjalnych narzędzi, niesłychanie precyzyjnej aparatury, by móc wskazać, że to wła-
śnie w komórce nr 2007 narodziła się genialna myśl, podczas gdy pozostałe komórki produ-
kują myśli nader pospolite.) Cóż szczególnie godnego uwagi ma inkasent Maurycy Mawczy-
na?  Może  jest  wynalazcą,  twórcą  kolorowej  telewizji?  Skądże  znowu!  A  więc:  bokserem,
siłaczem, któremu nie pozwalają walczyć, ponieważ może zabić od jednego uderzenia? Nie!
Maurycy nie rozgniótł w życiu komara. Może  jest  czarnoksiężnikiem?  Nie.  Uwodzicielem?
Nonsens. Mordercą? Nie, nie jest. Marzycielem?

Tak,  inkasent  jest  marzycielem.  Uważają  go  za  człowieka,  który  wchodzi  do  cudzych

mieszkań, żeby zdzierać pieniądze za światło i gaz. Tak, rzecz jasna, postępuje Maurycy, bo-
wiem to jest jego obowiązkiem. Ale nie pasją Mawczyny, o nie! Jego pasją jest ów przejmu-
jący  chorał  metalowych  świerszczy-liczników,  które  są  prześwitami  kolosalnego  Sezamu,
które przed nim, tylko przed nim otwierają swoje złote tajemnice... Godzinami może słuchać
muzyki liczników. Trzymać palce na tych węzłach unerwienia świata.

O godzinie piętnastej zero zero spotykamy inkasenta w  jadłodajni.  Oglądamy  go  oczami

kelnera. Mawczyna, człowieczek w garniturku, z czarną teczką, długo czeka na bigos. Kelne-
rowi się nie śpieszy. Kelner wie, że ktoś z twarzą spłoszonego szczura i policzkiem pociętym
brzytwą nie zażąda księgi życzeń i zażaleń. Nie napisze do gazety. Będzie czekał. Kelner chce
go sprowokować do kłótni: obsługuje tych, którzy  przyszli  później,  nie  chce  wytrzeć  strugi
piwa, która płynie po stole inkasenta, która wchodzi w jego łokcie. Klient jest spokojny. Za-
dziwiająco  spokojny.  Kelner  wreszcie  postanawia  go  obsłużyć  –  niech  się,  myśli,  chłopina
nażre. Ale klient z jadłodajni znika. Nikt nie spostrzegł, kiedy wyszedł ów flegmatyk. Musiał
wybiec  prędko.  Coś  musiało  go  wypłoszyć.  Może  ktoś?  Mawka  nie  zamierza  taić  przed
„przygodnym  czytelnikiem”  przyczyn  nagłej  ucieczki  spokojnego  inkasenta  z  jadłodajni.
Mawczyna  musiał  uciec,  biec  nie  oglądając  się  za  siebie,  owładnięty  panicznym  strachem.
Uszło  bowiem  uwadze  kelnera,  że  do  sali  wszedł  wysoki,  uśmiechnięty  mężczyzna.  Niena-
ganny ubiór i szczere oczy przybysza nie budziły podejrzeń, iż ów człowiek jest nikczemnym
typem  i  Mawka  byłby  go  najchętniej  nazwał  Prześladowcą,  gdyby  nie  to,  że  jego  bohater,

background image

65

inkasent, nadał mu inne nazwisko, z pewnych względów godne ujawnienia. Mawczyna nazy-
wał  go  w  myślach  Trałem.  (W  wyobraźni  inkasenta  jawił  się  olbrzymi,  rozpalony,  kapiący
smarami czołg-trał, który wtacza się w ulice miasta, miażdży kioski, stragany z czereśniami,
wchodzi w okna wystaw sklepowych, manekiny rozsypują się w proch pod tą kupą żelastwa,
trał brnie dalej, zwala ściany, znosi całe domy i nie ustanie, póki nie dopadnie jego, inkasenta,
w łóżku, zerwanego ze snu, dopóki – strzelając sinymi ogniami gasnących liczników! – nie
zmiażdży go, razem z psem Adriatykiem.) „Myślicie, że przesadzam? Posłuchajcie...” – pisze
Mawka. A więc to napisał Mawka. Nie rozumiem. Przerzucam kilka stron, chcę znaleźć zda-
nie, w którym lęki inkasenta będą ośmieszone, w którym Trał okaże się prawdziwym przyja-
cielem, przecież Trał... Czyżby zbieg okoliczności (jakich?), niedopatrzenie, że nazwisko tego
Prześladowcy tak przypomina moje? Czyż Mawka nie pomyślał, że jeżeli ja zostanę  „przy-
padkowym czytelnikiem”, wyrządzi mi krzywdę? „Spotkali się raz nad Dąbiem – pisze Maw-
ka. – Maurycy po  raz  pierwszy  zobaczył  człowieka,  którego  długi  nos,  dość  kształtne  ręce,
zielonkawe oczy, włosy ciemnoblond...”

Więc Trał – to Tram.
Opis krzywd wyrządzonych Mawczynie jest długi i nie mam sił, by go czytać. Interesuje

mnie finał. Ostatni rozdział nosi tytuł „Samobójca” (!). Mawczyna pełni służbę wartowniczą.
Jest żołnierzem rezerwy na przeszkoleniu. Wprawdzie za trzy tygodnie ma wrócić do domu,
ale jest już u kresu sił. Major Trał go wykończy. Już wykończył. Po raz ostatni w życiu tra-
giczny  inkasent  próbuje  się  odnaleźć  w  tym  ogromnym  świecie.  Jacyś  ludzie  w  wyświeco-
nych  oliwą  hełmach  z  krzykiem  „hura”  wskakują  do  lodowatej  wody.  Jacyś  inni  ludzie  na
traktorach wyjeżdżają w pole pełne śpiewu skowronków. Jacyś podchmieleni chuligani gwał-
cą  trzynastoletnią  dziewczynę,  która  uciekła  z  zakładu  dla  dzieci  niedorozwiniętych.  Jakiś
człowiek jakiemuś człowiekowi wycina migdały. W którymś mieście zabrakło wody. Trzeba
brać wodę ze studni. Nikt nikogo nie obchodzi. Cokolwiek zaistniało, może przestać istnieć.
Maurycy wkłada do ust wylot lufy pistoletu maszynowego i wolno  naciska język spustowy.
Secesyjny, ozdobnie napisany 

K O N I E C .

––

Pierwsza myśl: nigdy nie podejrzewałem, że koniec naszej przyjaźni będzie miał półokrą-

głe, kwieciste litery. Jest jak grupka słonecznych nasturcji w skrzynce na balkonie. (Na kra-
wędzi tej myśli: – Na takiego kopniaka chyba nie zasłużyłem.) Lokalizacja faktów: – Mawka
pisał  tę  nowelę  po  usiłowaniu  samobójstwa,  w  trakcie  ożywionej  korespondencji  ze  mną,
między wizytami składanymi mamie. A więc zadał sobie pytanie: kto zawinił jego śmierci?
Jak to było, że zapragnął umrzeć? (I pomyśleć, że szukałem winowajcy! Nie wiedziałem, w
jaki sposób mam draniowi wymierzyć sprawiedliwość, ale chciałem znaleźć drania. Voila! Co
dalej? Winowajca jest. Co dalej? Trał, czy Tram – jaka różnica?) Nie: takiego kopniaka nie
dostałem chyba nigdy w życiu. No to koniec. Powiedziałem wtedy  „no to cześć” – teraz on
powiedział „no to koniec”. Okazuje się, że byłem bestią. A przynajmniej najlepszym mode-
lem do obrazu pod tytułem 

Bestia. Dlaczego właśnie ja? Tak go  lubiłem.  Tak  podziwiałem

jego talent. Przeżywałem jego sukcesy i niepowodzenia. W moim życiu znaczył tyle, co cała
gromada ludzi. Przyjechałem do Szczecina. No a teraz koniec. No to koniec.

Podarowałem mu skłamanie śmierci Lidki. Kłamstwo to było mu potrzebne – i w porząd-

ku. Mogłem podarować drugie kłamstwo. O tych kiczach. To by była jeszcze zwykła lekko-
myślność. (To by Ursyn mógł określić jako „dowcip”.) Ale szereg tych przypadków daje re-
gularną serię. Trrach!... i przyjaźń rozstrzelano. Zmarnowałem  tyle  czasu.  Czuję  się  upoko-
rzony. Tyle czasu w tym bagienku, myślę. W tym bagienku prywatnych spraw. Zbudowałem
ciężką rozłożystą tratwę, ale nie spostrzegłem, że popycham ją  w kałuży. Nic dziwnego, że
nie mogę ruszyć z miejsca! W szparach między belkami lęgną się komary. Mam na szczęście

background image

66

grupę  „Cztery”.  Mam  innych  przyjaciół.  Wypłyniemy  na  szerokie  wody  spraw  olbrzymich,
społecznych, znaczących!... Skoro ginąć, to w przestrzeni, nie w kuble. Kiedy przyjdzie rozbić
naszą tratwę, to o skałę pełną białych ptaków, nie o krawędź muszli klozetowej. Bardzo dobrze.
Bardzo dobrze, że wypadki potoczyły się w ten sposób. Jutro rano dzwonię do Ursyna. Zało-
żymy  pismo.  My  im  pokażemy.  Jeszcze  nie  jest  późno.  Trzeba  zasnąć,  a  następny  dzień  po-
święcę innym, mądrzejszym problemom. (Szary most, na moście grupa. My ten most musimy
rozkołysać.) Tram, zobaczysz, wszystko będzie dobrze.  Życie będzie interesujące. Sam zoba-
czysz. Tylko musisz zmądrzeć. Spróbuj. Nieduży wysiłek i – jesteś mądrzejszy! Budzisz się i
czujesz, że zmądrzałeś. Wczoraj byłeś szczeniakiem. Dziś dojrzałym człowiekiem. No.

––

Przechodzimy do kuchni po skrzypiących deskach. Ursyn zjawił się z  dziewczyną,  prze-

praszam,  że  przyjmuję  ich  w  kuchni,  bo  w  pokoju  jest  chory,  kolega  z  lat  szkolnych,  miał
wypadek. Uderzono go. Miał upływ krwi. Takie małe morderstwo. – Poważnie? – przeraża
się szczerze dziewczyna.

Napad rabunkowy na sklep. Bardzo miło, że złożyli mi wizytę. Mam, niestety, tylko kawę

zbożową.  Mój  kolega  pije  wódkę  albo  zbożówkę.  Ursyn  przyszedł  w  samą  porę!  Spotkały
mnie pewne kłopoty. Rozkleiłem się. Chcę myśleć o czymś innym, sprawa pisma leży mi na
sercu. – Uciekłeś z klubu – mówi Ursyn. – To zresztą idioci. Jest szereg rzeczy, szereg spraw,
proszę ja ciebie. Wracamy z wystawy Kicaja. – (Tymczasem dziewczyna oswaja się z kuch-
nią, szuka teraz dobrego tła, w które mogłaby się najkorzystniej wkomponować. Siada koło
stojaka z miednicą, na tle ściany pociągniętej błękitną emalią. Jej ciało wchodzi w stan fine-
zyjnego rytmu z zarysem stojaka. Kolana i buciki powtarzają rysunek metalowych nóżek. Pas
jest jakby drugą wersją obręczy, a czoło odbiciem miednicy. Na opak i w innych wymiarach.)
Ursyn przemawia migotem żółtych warg, obrzmiałych, pogryzionych. Całowali się pewno na
schodach. On  chce ze mną, powiedział, rozważyć przypadek Kicaja. Czy ten malarz, dobry
malarz, inteligentny malarz, czy on może być w kolegium pisma? (Dziewczyna zzuwa z nóg
buciki i masuje błyszczące stopy. Tańczyli w klubie.) Ursyn liczy się z tym, że zerwiemy z
Kicajem,  To  ponury  wypadek.  Ale  chodzi  o  prestiż  pisma.  –  Wszedł  w  porozumienie  z
hochsztaplerem.  Za  pieniądze  poszedł  jako  „murzyn”  do  znanego  w  Szczecinie  pacykarza.
Teraz nie wiem.

(Dziewczyna  trzyma  w  palcach  wyszczerbiony  kubek,  unosi  na  wysokość  brwi.  Nie  jest

ładna, ale potrafi sobą uszlachetniać brzydki sprzęt. Może całe jej życie złożone jest z tych
drobnych korekt, które wprowadza w otoczenie. A czyż inaczej jest z kimkolwiek? Ze mną?
Ona sprawnie koryguje wyglądy – drobne błędy ortografii świata, a ja chciałem zmieniać sen-
sy całych zdań. I przegrywam, bo do końca sam tych zdań nie rozumiałem.) Co to znaczy „za
pieniądze jako  »murzyn« do znanego pacykarza”? Zasypiam. Widzę  tuziny małp o czerwo-
nych  pośladkach,  baraszkujące  w  pasmanterii.  W  aksamitnych  spiralach,  rozgryzają  guziki,
strzelają  haftkami.  One  bawią  się  w  dżunglę,  do  której  ktoś  ma  przyjść  „jako  murzyn”.  W
sercu dżungli – serce dżungli jest pożarem klatki pełnej papug – w tropikalnym stroju siedzi
Znany  Pacykarz.  Kościstymi  palcami  zgarnia  wielkie  pieniądze;  każdy  pieniądz  wielkości
główki niemowlęcia. Zasypiam. Wchodzi Kicaj. To on przyszedł „jako murzyn”. Twarz Zna-
nego  Pacykarza  w  zbliżeniu:  faktura  ziarnista,  piaskowcowa.  Z  jego  rzęs  wypadają  grudki
tynku. „Zaprószyłeś mi oczy”, mówi, ale nie jest Kostkiem Szkuderlakiem. Cicho kołyszą się
liany rysowane kredą na welwecie. Zwisają papugi. Muzyka: niepokój. Szelesty. Zasy... Taki
człowiek nam nie odpowiada, mówi Ursyn. On się nie nadaje do redakcji. Nie nadaje się. To
by biło w nasz prestiż. Gdzie my mamy prestiż, co to znaczy „prestiż”, może „prodiż”? Nie.
Prestiż. Czy to marka (zasypiam) maszyny rotacyjnej? Ni cholery nie rozumiem. O co cho-
dzi?

background image

67

Naraz budzę się gwałtownie. Rozbiegane jasne plamki uciekają z powiek. Rozumiem! Pa-

cykarzem jest Feliks. To jasne. Dzisiaj Kicaj odwiedzał Feliksa... – Wytłumacz mi, proszę, na
czym to polega? – Ursyn jest zmęczony, podobnie jak ja. Ale z jego żółtego migotu warg od-
czytuję znaczenia słów. Pacykarze, szeleści, nieczłonkowie związku, muszą płacić ogromny
podatek  za  sprzedaż  swych  knotów  albo  muszą  nielegalnie  je  sprzedawać,  narażając  się  na
konflikt z prawem. („To był dziki handel” – mówił dziś „syn  Freuda”).  Jedynym  wyjściem
dla takiego szmirusa jest spółka z członkiem związku. Musi dzielić interes z plastykiem, który
zechce położyć swój podpis na knotach. Wówczas podatek jest minimalny. A sprzedaż legal-
na. Członek związku ma z utargu procent. Właśnie Kicaj... – Oto jest ostatni Kicaj – mówi
dziewczyna  i  wydostaje  z  teczki  nieduży  drzeworyt.  Ustawia  na  zlewozmywaku.  Sen  prze-
krada  się  znów  –  idzie  ze  szczelin  obrazka.  Tyle  mam  do  powiedzenia  Ursynowi.  Czemu
zwycięża zmęczenie? Czarne miejsca tego drzeworytu rozpadają się, lecą pod sufit. Przemie-
niają się w głos Kostka: – „Słuszna racja, pani, to jest Kicaj”. Trzeba coś robić. Oderwać my-
śli Ursyna od tej historii z Kicajem. Jeżeli tego nie zrobię – wiem, co nastąpi. Ursyn wpadnie
w chandrę. Zrazi się do Kicaja, do pisma, wpadnie w chandrę na miesiąc, na dwa, na dłużej,
sprawa pisma wejdzie w martwą fazę – po raz który wejdzie w martwą fazę? – nie należy do
tego dopuścić. Bo cóż mi zostało – poza pismem? Samo brzmienie słowa „pismo” chwytam
teraz kurczowo. (Pismo: słońce grzeje czarne mrówki liter za szybami kolorowych kiosków.
Pismo: pasmo naszej liryki, naszego głosu, naszych myśli, oczu.) Tyle mam do powiedzenia
Ursynowi. „A czy w pierwszym numerze?”... – zaczynam myśl, nie  znajduję  słów,  gdy  ten
przeklęty drzeworyt zieje na mnie snem... „Trzeba będzie wypracować nowy styl reportażu...”
– zmieniam projekt zdania, którym chcę uratować Ursyna dla pisma – „bo reportaż jest po-
czytny, ale trzeba styl...” Jaki?... Styl... Reportażu... Nie wiem. Ależ wiem: myślałem kiedyś o
tym! Teraz nie wiem. Zapomniałem. Są słowa, których się nie dopasuje do zdarzeń, do pew-
nych sytuacji one się nie nadają. Szybko się kompromitują. Wyrzucam je, a one się nie mogą
nigdzie zakorzenić. Próbują wejść strzępkami swoich sylab w zimny tynk. A ześlizgują się po
włosach.  Grzęzną  w  uszach.  Wirują  obłędnie  i  skwierczą,  palą  się  w  płomieniach  zimnych
spojrzeń. Niepotrzebne. Skompromitowane. Drzeworyt. Rozbita na trzy smugi dłoń w zabor-
czej klawiaturze. Zaraz to się stanie. Ursyn podejmie decyzję. Jeszcze chwila i – wkroczymy
w Martwą Fazę.

Oglądam drzeworyt, jakbym nie miał nic innego do roboty. Za każdym uderzeniem dłoni

w klawisz – ubywa jej, myślę. Czy to ów rysunek, o jakim marzyłem? Obraz mojej siły? Oczy
wkraczają pod czarne zatoki tuszu. Spać. Spaaać... Oni zabierają się chyba do wyjścia, dziew-
czyna wyjmuje się z tła, spłukuje kubki, jest zaradna, inna. Ursyn zgarnia z dna zlewozmy-
waka garść fusów. I wiem: zaraz ciśnie to błocko w drzeworyt.

– Co robisz? Popsujesz! – krzyczę. Nie, ja tylko miałem krzyczeć, powiedziałem to spo-

kojnie, na sennym uśmiechu. Ursyn nie odpowiedział. Ale rządzą tu jego słowa, wymówione
przedtem. One rosną w tej kuchni jak trzcina. Mają siłę pierwszeństwa. – Nasze pismo musi
mieć oblicze – mówi Ursyn. –  Nie możemy dopuścić – mówi. –  Więc  nie  mamy  redaktora
działu plastyki.

Pisma jeszcze nie mamy – chcę krzyczeć, ale trzcina słów Ursyna jest gęsta. Tnie po war-

gach. Zresztą znam te nastroje. Znam z tej naszej „egzekucji” Jana Ciuchny, prawda? To jest
prawo  idei.  Jeżeli  żyje  idea,  musi  żyć  w  walce.  I  musi  zwalczać  swoich  odszczepieńców.
Tych  z  najsilniejszą  bezwzględnością.  Dlatego  Kicaj  zostanie  wylany.  Taniec  nad  trupem
Kicaja będzie odtańczony. Ileż w tym mistyki! Powiedzieli, że drzeworyt – to Kicaj. Ale mo-
głaby być zamiast drzeworytu kukła Kicaja, w którą uderzono by  stalowym grotem. Dowód
osobisty, legitymacja członkowska. Chodzi o symbolikę. O rytuał, który ma nadać idei wy-
miar metafizyczny. Ursyn zawija rękawy. Chodzi po kuchni, gruby, zadyszany, pulchny. Fa-
natyczny. Chwyta drzeworyt i niszczy, i robi to z pasją, a ma ruchy zwolnione, przetrzymane,
wrzynające się w pamięć. „Pisma jeszcze nie mamy! – chcę krzyczeć – A już są rozróby w

background image

68

redakcji!” Już się wykańczamy. Ursyn spala drzeworyt, jego strzępki spala. Widocznie musi
być  ogień.  Dla  dostojeństwa  ceremoniału  ma  być  ogień.  Klawiatura  syczy,  popiół  zagarnia
wszystkie białe miejsca. – Pisma jeszcze nie mamy – odzywam się sennie.

– Nie szkodzi – mówi Ursyn.

background image

69

V

INSCENIZACJE

Upływ krwi nie zagrażał jego życiu.
A jednak zmienił Kostka, który wczoraj był dla mnie tylko tuzinkowym szkicem do cwa-

niaka o bawolim spojrzeniu, o pogłębionych brudem zmarszczkach koło warg. Teraz przydy-
miony szarym piaskiem wągrów, pełen nie domytych śladów krwi, układających się jak słoje
spiłowanego drzewa – przypomina świątka.

Nawet zarost ma zielonkawy. Jak mech.
Rzeźba kombinowana z korzeni, mchu, drutów.
Inaczej na mnie patrzy, odkąd wszedłem do pokoju, zapytałem, czy jest głodny, i zabrałem

się do ucierania żółtka z cukrem. Ma zmieniony, przyciemniony głos. – Gadałeś sam ze sobą
w nocy – mówi. – Raz cieniej, raz grubiej. Raz po babsku, raz po męsku. W kuchni, co? –
Jego twarz zawieszona na brązowej poręczy poniemieckiego łóżka.  Wieje  stamtąd  chłód.  Z
tych wiśniowych, dętych fałd pierzyny. Nie mogę opanować drżącego błękitu, który pełga za
powiekami – ślad wczorajszej migreny – wprawia w ruch całą przestrzeń, chwieje drewnem
ciężkich mebli. Ów wibrujący błękit przenika do płuc. Każdy oddech jest jak połysk niklowa-
nych instrumentów. Czuję pokrewieństwo z bólem Kostka. Z jego osłabieniem. Czy mierzył
gorączkę? Mierzył, trzydzieści sześć i dwie kreski, nic groźnego. W nocy, mówi, pewno było
więcej, bo majaczył. Wydawało mu się, że po kuchni ktoś chodzi, jacyś ludzie, którzy chcą go
dobić, powiedział, ale chyba majaczył?

– Nie wiesz, czym mnie rąbnęli? – pyta.
Przecież  sam  wczoraj  mówił,  że  kluczami!  A  skąd  ja  mam  wiedzieć?  Obmacuje  głowę,

jakby szukał na niej śladu klucza, odciśniętego we włosach czy  we krwi. Podejrzewa, że to
był potężny lichtarz raczej, a nie klucze. To mógł być lichtarz mosiężny, na mosiądzu dobrze
kiedyś  zarabiał.  Wykantował  raz  złomiarzy  na  mosiądzu,  mówi.  Lichtarz  stał,  pamięta,  za
skrzynią, w której trzymał szklaną tłuczkę. Jakoś nie mógł się z tym gratem rozstać. Czytał,
że podobno w USA wraca teraz moda na ozdobne sprzęty. Artystycznie wykonany, mówi, był
ten lichtarz. Piękna żmija w dębowych liściach, ale jaka! – każda łuska wyraźna, każda żyłka
na liściu. Mawce by się podobało, co? Robił przecież takie śmiszne rysuneczki...

Chciałbym  wiedzieć,  jaki  przebieg  miał  ten  napad.  A  zwyczajny.  Zgasło  światło.  Lekki

szmer w przegródce z koksem. Jakby koty. Ale kot nie zgasi światła, uśmiecha się  Kostek.
Przykucnął, pamięta, za skrzynią, odczekał minutę. Martwa cisza. Wtedy sobie przypomniał o
lichtarzu. Powinien był stać blisko, gdzieś pod ręką. Zaczął szukać, ale nie mógł znaleźć. –
Alebym  dopierdolił!  –  mówi  Kostek,  jego  wzrok  ucieka  z  mojej  twarzy,  koncentruje  się  w
powietrzu. Teraz tam, o krok przede mną, w listwach słońca wsuniętych przez okno, buduje
nieruchomym  spojrzeniem  scenerię:  zsypuje  koks,  miesza  przestrzeń  z  zapachem  cementu,
ale  wizję  rozsadzają  myśli:  gdzie  się  zapodział  ten  lichtarz,  stał  tu,  trzasnąć  w  głowę,  po
czaszce, w mózg jak w orzech... Póki włosy się nie zaczną lepić... Jak radośnie! jak szczerze
chciał uderzyć pierwszy! Rozkroić jak dziecięcą łopatką darninę, pod którą spodziewane  są
węzełki czarnych dżdżownic... Czy ten napad, pytam, miał charakter rabunkowy, czy też ko-

background image

70

muś zależało, by go obić? Twierdzi, że zależało. (– Alebym gnoja dosunął! – pieje Kostek z
rozkochaniem.)  Na  koksie  ktoś  stał.  Kostek  słyszał  oddech,  a  może  burczenie  w  brzuchu?
Krzyków „pomocy”, „mordują” – nie uznaje. Jak walka – to walka. Nie jest przecież niewia-
stą. – Powiedziałem, niech zapali światło i możemy się bić. – Jak go dopadł? z której strony?
kiedy? – Nie pamiętam. Są skubańcy, którym zależało, żebym dostał po kościach. – Milicja o
tym wie?

– Henryk, czemu nie powiesz, kto u ciebie był w nocy? Mawka?
Wyjaśniam, że to nie jest tajemnicą: był kolega z dziewczyną.  Kostek posępnieje. Co za

kolega? Mawka? Mawka nic mnie nie obchodzi. O? Nie tylko oczy, cała twarz Kostka skupiła
się  na  mnie.  Jestem  osaczony  w  jego  zmarszczkach,  które  wolno  spełzają  w  uśmiech.  Są
przede mną i dookoła. O? A czemuż to raptem wyrzekam się Mawki? Nie dalej jak wczoraj
byłem nim tak bardzo  zainteresowany...  –  Coś  tu  nie  klapuje  –  mówi  Kostek.  Zjada  kogel-
mogel chciwie, srebrną łyżką. Pochłonięty smakowaniem żółtka, milczy, ale jego „coś tu nie
klapuje”, które najpierw próbowałem włożyć w obraz (smuga pary bije z sykiem w metalową
klapę), potem pozbyć się tych słów inaczej: zaśpiewać, żeby z melodią spłynęły – jego „coś tu
nie klapuje” wraca. – Mam – odzywam się głośno – mam innych przyjaciół. Odwiedził mnie
kolega dziennikarz, Edward Ursyn... – mówię coraz głośniej, bo wygląda na to, że Kostek nie
słucha. Jego twarz nie rezonuje moich słów. Chętnie chwyciłbym tę świątkowatą gębę, zebrał
w  palcach  i  ulepiał:  mój  głos  –  jego  grymas,  moje  „Ursyn”  –  jego  „ach,  tak”,  moje  „był  z
dziewczyną”  –  jego  „to  ciekawe”.  Moje  „zrozumiałeś?”  chybotanie  głowy  Szkuderlaka...
Otóż  nie,  jego  twarz  wyraża  obojętność.  Zajęty  jest  kubkiem,  wypełnia  mlaskaniem  swoje
miejsce za rogiem pierzyny, nadętym jak żagiel. – A Mawka z tym nie ma nic wspólnego.

– Z czym nie ma wspólnego? – pyta Kostek i odstawia kubek na podłogę. – Z lichtarzem?
– Z wczorajszą wizytą. Z niczym – odpowiadam.
– A dziennikarz po co był? On chciał opisać napad?
–  Przecież  przebieg  napadu  poznałem  przed  chwilą.  Cóż  mu  wczoraj  mogłem  opowie-

dzieć?

– Racja.
Nie. Tu jednak coś naprawdę nie klapuje. Ten dialog ma w nieprzeczuwalnych miejscach

rozstawione sidła. Przede wszystkim: on coś wie o Mawce. Może chciałby coś ważnego opo-
wiedzieć?  Gdybyż  mogło  mnie  to  zainteresować!  Stoję,  pochylony  nad  nim  jak  nad  rzeką,
która niesie świeży muł pod moje dłonie – świeże farby do „obrazu Mawki w oczach innych”.
I nie mam ochoty. Wycofałem się ze „sprawy Mawki” raz na zawsze. KONIEC. Kostek tego,
oczywiście,  nie  wie.  Czeka,  aż  zapytam.  Unosi  się  na  łokciach,  przemieszczając  wiśniowe
fałdy, które mienią się przyćmionym blaskiem. Wędruje na słabnących rękach po podłodze,
wysnuwając spod pierzyny grzbiet w błękitnej podkoszulce, dalej – rude od włosów pośladki,
tak dociera do radia. Prostokątny jak most. Pokraczny jak jamnik.

– Marsz do łóżka! – mówię. Chwytam go za barki i wsuwam pod pierzynę. Nerwowy od-

dech Kostka przeszedł na mnie, zahaczył kurczowo o krtań. Włączone radio przemawia naraz
słowami, które są mi znane, nie tak dawno widziałem je w maszynopisie, pamiętam nawet, że
to był maszynopis pokreślony zielonym ołówkiem:

„Przeczytałem  wszystkie  teksty  fabularne  drukowane  w  tym  periodyku  na  przestrzeni

ostatniego roku. Zapamiętałem pewną charakterystykę postaci występującej w pewnym opo-
wiadaniu. Cytuję: »kierownik nie wyglądał na człowieka, którego można wziąć na lep obiet-
nic i różowych perspektyw«. Koniec cytatu. Zastanawiałem się, czy ktoś tu nas, czytelników,
nie bierze na ów »lep obietnic i różowych perspektyw«. Sprawdziłem...”

Ależ tak! To jest felieton Ursyna poświęcony Naszym Sprawom. Więc jednak. Odrzucali

mu dwa razy ten felieton. Mówili, że za ostre, napastliwe. (– Nie szkodzi – mówił Ursyn.)

– Czemu zamilkłeś? – pyta Kostek. Sądziłem, że to on ma coś do powiedzenia. A tak. Mo-

że  mi  coś  opowiedzieć.  –  Nie  skończyłem  wczoraj  historii  ze  spaleniem  budy.  Ona  miała

background image

71

c.d.n. Nie kapujesz? Co ty, prasy nie czytasz? Dalszy ciąg nastąpi. Przychodzimy nazajutrz,
jak mówiłem, srocz spalony, pracownia spalona. Biolog ciskał się, że wypchana sowa z dy-
mem poszła...

„Teraz wiem, co to znaczy »lep różowych perspektyw«. I wiem, jak smakuje. To jest pre-

parat  psychiczny  z  kłamstw  o  społecznym  zasięgu.  Nazywa  się  –  szmira...”  Ale  Ursyn  ich
bije!  Ale  trzasnął!  W  sam  środek.  Paraliżuje  tym  swoim  felietonem  najbardziej  sprytnych
przeciwników pisma. Oni obezwładniali nas zawsze takim oto chwytem: ilekroć sprawy pi-
sma dojrzewały – wykrawali nieco miejsca w swym „Dodatku” na wiersz, na felieton, recen-
zję. Pisali, że przecież nas drukują. Popierają regionalne środowiska twórcze. O co chodzi? Po
co nowe pismo? Jest „Dodatek”. Ich „Dodatek” obsługuje wszystkich. Przesyłajcie materiały,
współpracujcie. (– Możemy nawiązać współpracę – mówił wczoraj działacz.) Więc składali-
śmy broń. Zawieszaliśmy nasze starania. Nastawała Martwa Faza. A na druk w ich „Dodatku”
można było czekać do śmierci. Gdy tylko ustawaliśmy w swych staraniach – naraz się oka-
zywało, że wiersze, które złożone są w tece „Dodatku”, wydają się „piękne, ale ekskluzyw-
ne”, że eseje są „dobre, tyle że za długie, których w żadnym wypadku nie należy skracać, tak
są zwarte, tak się myśli w nich, panowie widzą, zazębiają...”

– Mieli zniżać sprawowanie – mówi Kostek. Pytam, czy każdemu. – Tak, ale ja już miałem

dostateczny. Byłem tym najgorszym. No i dwóje, więc musiałem się jakoś ratować. Wisiałem
na włosku. Myślałem, że jeżeli pójdę do dyra, sypnę Mawkę, powiem, że to jego pomysł, to
mnie nie wyleją. Poszedłem. Powiedziałem, że to Mawka zaczął pierwszy. Myśmy tylko ku-
rzyli faje. Mawka przyniósł pisma i śpiewa. Boże cara chrani. A dyr nie uwierzył. Skończyło
się na tym, że mnie tak czy tak wylali, a Mawkę tylko przenieśli. Byłem świnia. Postąpiłem
po świńsku wobec Mawki, co? On by się teraz mógł mścić. Jak myślisz, Tram?

„...krwawa  rewia  morderców...”  –  chwytam  słowa  z  radioodbiornika  –  „...spadające  na

głowy, cytuję, straszliwe ciężary z siłą młota elektrycznego”, buchanie jaskrawych płomieni,
cytuję,  „z  lewego  biodra  tajemniczego  przybysza”,  cała  ta  strzelanina,  cytuję,  „błyskotliwie
wydobywanych  rewolwerów”,  koniecznie  „wprawnym  ruchem”,  z  „wprawnym  okiem”...
Chyba  że  gangster  mdleje  na  łamach  „Dodatku”.  Wtedy,  cytuję,  „czyni  półświadomy  gest
ręką”.  Ale  dość  tych  cytatów.  Nas  oszukują.  Krzyczymy  więc:  –  Obietnice  były  kłamliwe!
Król jest nagi! Cóż nam powiedzą? Powiedzą: – Zamieściliśmy jeden wiersz. Drukujemy nie
tylko  szmirę.  –  Rzeczywiście,  zamieścili  jeden  wiersz.  Odnajduję  go  wśród  szmirowatych
humoresek.  Wyrywam.  Trzymam  w  dłoni.  Jest  tak  mały,  że  nie  zasłania  nawet  całej  dłoni.
Teraz już wiem. Król nie jest nagi. Król ma listek figowy. Zabezpieczył się, bestia...”

– Inteligencja jest najbardziej mściwa – stwierdza Kostek.
„Nadaliśmy  felieton  dyskusyjny  Edwarda  Ursyna,  pod  tytułem  »Król  ma  listek  figowy«.

Redakcja nie ze wszystkim się solidaryzuje, ale...”

– Słyszałeś, że istnieje taki człowiek: Edward Ursyn. On tu wczoraj był.
– To on chciał na mój temat pisać powieść kryminalną?
Czemu nie, mówi Kostek. Jeżeli napisze ciekawie, czemu nie? O nim powieść byłaby w

sam raz, jak to czasem ktoś się na kimś mści po latach. – Do wszystkiego trzeba mieć dryg –
mówi Kostek i z tym słowem – które wyszarpnęło w nim nerwowy gest, jakby nim ilustrował,
zobacz: zrywający się do lotu łokieć, pisk sprężyn i zderzona z puchem mokra warga, to jest
właśnie „dryg” – z tym słowem go zostawiam.

––

Teraz liczy się każda minuta.
Ale  Ursyn  w  nich  trzasnął!  Trzeba  wszystko  opowiedzieć  Łacinniczce.  Tylko  ona  może

wpłynąć na Ursyna. Nikt w „połowie Szczecina”, poza Łacinniczką, nie odważy się do cze-
gokolwiek go nakłaniać. On jest autorytetem. O jego sympatię zabiegają chciwiej niż o pie-

background image

72

niądze na przykład. Czasem wycofuje się z  tej  swojej  partyzantki.  Zrywa  z  redakcjami,  za-
czynają  krążyć  słuchy,  że  „ostatnio  niewiele  znaczy”.  Ale  nikt  w  to  do  końca  nie  wierzy.
Młodzi pisarze nawiedzają go z tekstami. Działacze stawiają wino. Aktorzy wyczekują jego
sądów, które często przybierają postać fraszki, aforyzmu i krążą w „połowie Szczecina”. To,
że głośny krytyk stołeczny skwituje petitową wzmianką któryś spektakl, jakiś tom debiutanc-
kich opowiadań – pozostaje w opinii publicznej bez echa. Czeka  się  na  Ursyna.  Ważne,  co
powie Ursyn. Gdybyż choć trochę pochwalił, jeżeli powie, że „niezależnie od tego, czy rzecz
jest poroniona, ktoś może mieć akurat ochotę, aby przeczytać ostatnią nowelkę, a ktoś przed-
ostatnią, więc tego...” – głośny krytyk może się schować. Nie zna się, a pisze. Kto wie lepiej?
On i Ursyn! Co za porównanie. Nikt nie odważy się wpływać na Ursyna. On jest tym, które-
mu się udało. Zagospodarował wokół siebie teren. On coś zrobił. Skonstruował. Ma. Jest sil-
niejszy. I tylko Łacinniczka traktuje go jak młokosa, który miał zasłużony bardzo dobry, ale
za często grymasi.

– Z wizytą? Z wizytą?
Pachnie mocną kawą. Miele w ustach całe torfowisko tej wspaniałej goryczy, do której tak

tęsknię. Miałem szczęście, w żadnej kawiarni nie dostanę takiego „szatana”, jaki czeka mnie
tutaj! Cha cha cha! – skojarzenie: „szatana”! Jej ptasi lucyferyzm i piekielna kawa. – Z wizy-
tą? Z wizytą?

– Ze zmartwieniem.
To się nieźle składa, mruczy, ona też ma zmartwienie, jej Zmartwienie przyszło z ciężkim

kacem i od rana siedzi na balkonie. Ten pan. Teraz, Tram, nie uciekniesz. Niewidzialny de-
miurg,  wścibski  Operator  już  ustawił  kamery,  sprawdza  światłomierzem  napromieniowanie
twoich włosów i ścian barwy bzu, na tle których stanąłeś, krzątanina, w megafonach płomyki
rozkazów, kręcimy! – pobyt  wchodzi już w  stadium  montażu,  dzień  się  zgrabnie  zakompo-
nował... Człowiekiem, który siedzi na balkonie, właściwie półleży na fotelu wyplatanym wi-
kliną, jest – co nie musi ciebie dziwić, znajomości Łacinniczki są rozległe, jej „połowa Szcze-
cina”, używając dowcipu matematyków szkolnych, jest tą „większą połową” – tym człowie-
kiem jest... – Łacinniczka ma wiernych przyjaciół na Rynku Tobruckim, jakieś baby fioleto-
we  od  denaturatu,  jacyś  ślepcy  sprzedający  pieprz  z  przemytu  (z  owej  słynnej  afery  z  pie-
przem), złomiarze – tym człowiekiem jest stryj Kostka, Fryderyk.

Mieszanina twoich uczuć, Tram.
Wstyd, że wczoraj uderzyłeś go po karku, a chciałeś rozwalić mu gębę. Wstyd, że on się

będzie ciebie wstydził. A ty tego nie lubisz. Ów lęk przed montażem, przed nieprzeczuwalną
fabularyzacją wydarzeń, które się fabularyzują  s a m e;  nie rozumiesz tego „same”. Jak to:
same? Lekki wstrząs metafizyczny. I protest rozumu. Złość, że taki zbieg okoliczności staje
się problemem. Więc chęć znieczulenia. No, spotkałem stryja Fryderyka, myślisz. No to co?
Równie  dobrze  mógłbym  spotkać  Mawkę.  Oczywiście:  „równie  dobrze”  skreślasz.  Na  tej
samej zasadzie mógłbym spotkać Mawkę, to brzmi lepiej. Całe szczęście, że to  t y l k o  stryj
Fryderyk. – Ze zmartwieniem? Ze zmartwieniem? Opowiadaj. – Przepraszam, że z pewnością
zjawiam się nie w porę. O dziesiątej z wizytą? Z uchylonych drzwi wypada biały pudel. Oka-
zuje spontaniczną radość, tarza się na czubkach moich butów, zostawia po sobie dwa mokre
lusterka. (Łacinniczka: – Psu nie wolno, psu nie wolno!) Stryj Fryderyk z balkonu: – Bo może
to ja? Może ja przyszedłem nie w porę? – Łacinniczka: – No, uciekaj! Bardzo pies. Bardzo
pies. – Nie rozumie, co nas dziś ugryzło, jednego i drugiego. Doskonale się składa, mówi, że
wpadłem. Właśnie teraz, kiedy stryj Fryderyk...

(Stryj Fryderyk: – Ja się nie nadaję.)
...przyniósł  swoje  pamiętniki.  Omówimy  razem.  Człowiek  tyle  widział.  Tyle  przeszedł.

Łacinniczka  wertuje  zeszyt.  Teraz,  mówi,  gdy  doszedł  do  pochyłych  lat  życia,  dużo  złego
przecierpiał, sporo krzywd doświadczył, smołę żuł, zabłąkany w niekończącym się lesie, pa-
znokciami  zdzierał  z  sosen  żywicę  i  żuł,  grdykę  przegryzł  w  okopach  żołnierzowi  Wehr-

background image

73

machtu, kiedy nie miał machorki – palił miętę, mieszał suchą miętę z okurkami i ćmił, sma-
kowało, bo mówi się trudno, teraz chciałby opisać, jak i co. –  A bez pani pomocy Prusa ze
mnie nie będzie – śmieje się stryj Fryderyk. – Ot, niejedno przeszedłem. Nie młody ja. Bywa,
ranek zaświta różowieńki-różowy, niebo tak i bez jednej chmurki, nagiusieńskie-nagie, a co
ja? Ni to spać, ni nie spać. Ni wstać, ni poleżeć. I ni żyć, ni umierać.  I tak bywa. A jakże?
Myż się z panem Henrykiem znamy. Prawda, nie? – rechoce natrętnie, mieszcząc w tym pół-
kaszlu i półśmiechu, na krawędzi jakieś „joż twoja mać”, jakieś prędkie „pies ci mordę lizał”,
krztusi się, wymienając moje imię na kawałki śmiechu:

– He... he... nrykiem, joż twoja mać, ...nry, a prawda, a? Ha, haa!
Ale tych, mówi dalej Łacinniczka, tych realiów jest mało, przeważają medytacje, porzeka-

dła.  Dlaczego  nie  opisał,  jak  układało  się  jego  życie  w  pierwszych  dniach  po  odzyskaniu
Szczecina, kiedy był osadnikiem w Dębnie? (Łacinniczka: – A samogon pan pędził? Samo-
gon? – Stryj Fryderyk: – Nie każdemu może się spodobać. Jakże pisać na tematy samogonu?
– Łacinniczka: – Na tematy,  na  tematy.  Samogończyk  z  kartofli  można  pić.  Ja  na  przykład
pędziłam. Wiele rzeczy robiłam. Handlowałam tytoniem. Widzi pan, literatura... – Stryj Fry-
deryk: – To się nie nadaje. Nie nadaje się do druku. Prawda?) Ten pamiętnik, mówi Łacin-
niczka, jest miejscami traktatem o naprawie świata. I wykładem systemu wierzeń. O, na przy-
kład,  zagadnienie  piękna.  Pan  Fryderyk  znał  kryminalistę,  z  którym  jadł  jedną  łyżką,  pił  z
jednego kubka. Przytacza jego słowa – „jeśli który policejskij brzydki, tak on swołocz, a jak
ładny mężczyzna, postawny, w kolorach, krzywdy nie wyrządzi, bo zło w parze z brzydkością
chodzi”. I od razu medytacje, ogólniki. Czemu Fryderyk nie zajął się bliżej tą postacią? Trze-
ba usiąść i poprzypominać, bez pośpiechu, z ołóweczkiem w ręku, co takiego jeszcze mówił
ten człowiek... (Stryj Fryderyk: – Bandzior on, nie człowiek!) ...jak wyglądał, czego chciał od
ludzi, czy sam siebie też uważał za bandziora, może  to  był  człowiek  z  gruntu  prawy,  tylko
nieszczęśliwy...  (Stryj  Fryderyk:  –  A  kto  struł  piwnicę  mięsa,  jak  nie  on?)  O,  a  czemu  ani
słowa o tym mięsie? To jest konkret. Co to było za mięso? (Stryj Fryderyk: – Świnina.) Ale
czyje było mięso, czyja własność? (Stryj Fryderyk: – Kazionne. Struł, bo sam nie mógł zeżreć
i nam nie dał. Ludzie z wierzchu odcinali, a co w środku – jedli. Coś wygląda, że na Prusa ja
się nie nadaję. Dobry pisarz był, Prus.) Oczywiście. Trzeba pisać prawdę. Są konkursy. Ale
trzeba dawać autentyki. Opisać, jak było. Własnym życiem, losem ilustrować. Pan Fryderyk
musi  pocierpieć  nad  tekstem.  Zna  piosenkę  „brasaj  Wańka  wodku  pit’  ”?  Niech  ją  często
śpiewa. To mądra piosenka. A zna bajkę z białym słoniem? Powiedzieli biednemu włóczędze,
że zostanie szczęśliwy i bogaty, gdy spełni jeden warunek. Nie pomyśli w ciągu doby ani razu
„biały słoń”... (Stryj Fryderyk: – A jak jedna sanitarka zjadła strute mięso, to po trzech dniach
zmarła.)  Myśli  sobie  włóczęga:  nic  prostszego.  Nigdy  w  życiu  nie  myślałem  „biały  słoń”,
więc po cóż miałbym myśleć o nim teraz? Usiadł, gdzie mu kazali, u wejścia do groty. Tak
przesiedział całą dobę. I dopiero w ostatniej minucie zorientował się, że przez całe dwadzie-
ścia cztery godziny nie pomyślał o niczym innym, jak tylko o białym słoniu! (Stryj Fryderyk:
– Pies ci mordę lizał.) Więc to jasne, Łacinniczka rozumie, że ten „biały słoń” w kieliszku nie
porzuci  pana  Fryderyka.  Ale  pisać  ten  „słoń”  przeszkadza.  Gdyby  więc  go  pomniejszyć?
Dawkować? Po co pić trzy czwarte litra? Raz na tydzień dwa kieliszki. No: trzy. Wtedy moż-
na pracować nad prozą. Skąd Fryderyk bierze pieniądze? Co to było wczoraj?

–  Pana  –  mówi  Fryderyk  –  ...nryka  znam...  Co  wczoraj?  On  mnie  widział.  Prawda?  Ha,

aahaaa...

Wyszarpuje z długiej kieszeni plik pomiętych banknotów. – Ja zapłacę. Nie? A może chce

produktów? Prosto z rzeźni. Tam Kaźmierz. Wszystko, boczek, słonina. A? Kaźmierz Skoro-
goworka, mój sierżant, pracuje. My z Wałujek się kolegujemy. I w porządku człowiek. Prusa
ze mnie nie będzie, a? Poprawić na maszynie, tak i tak, literatura żeby... Sam nie zmogę. Nie
nadaję się.

Łacinniczka  domaga  się  stanowczo,  żeby  schował  pieniądze.  Nie  i  nie.  A  więc  będzie

background image

74

miała dodatkowy kłopot: iść na pocztę, odsyłać je... Niech Fryderyk zrozumie.

–  A  jeżeli  coś  nie  tak,  proszę  przebaczenia  –  żegna  się  Fryderyk.  –  Co  złego,  to  nie  ja.

Moje... – „moje” głośno, przenikliwie – ...uszanowa...

– Teraz twoje zmartwienie. Opowiadaj. Opowiadaj.
Bez wytchnienia, od razu? Racja. Szkoda czasu. Każda minuta waży. Tempo, tempo! Mo-

że kawy? Ach, marzę o kawie.  O czym to chciałem mówić? Owszem,  ja mam też „białego
słonia”. Któż to taki? Łacinniczka zsypuje na obrus garść przysmażonych pestek słonecznika.
Ukraina, co? Tam są dopiero słoneczniki! A makuchę kiedyś jadłem, makuchę? No jasne. W
czasie wojny. To pamiętam wojnę? Fragmentami. No, no, no. I cóż ten „biały słoń”? Bo ona
słucha, słucha. Tak. Ale ja mam ważniejszą sprawę na początek. Ona słucha, słucha. Przysze-
dłem tu z prośbą. Ursyn wycofał się na jakiś czas ze sprawy pisma.

– Którego nie założył – podpowiada Łacinniczka.
– Chodzi o to, żeby go namówić. W tej sytuacji...
– Chi, chi, chi! To Ursyn dokazuje? Oj, łobuziak. Oj, łobuz. No i co? I co?
I  to  w  zasadzie  wszystko.  Łacinniczka  z  radosnym  pomrukiem  spuszcza  głowę  i  zaciera

palce, nie odrywając ode mnie swych zwężonych oczu. – Iwan Groźny! – mruczy. – Chi, chi,
chi!  Narodowe  pielgrzymki  do  Ursyna.  „Nie  zniechęcaj  się,  o  carze  zmagań  kulturalnych,
wróć do Sprawy Pisma!”. Dobrze. Zadzwonimy. Może ubłagamy? A co dalej? Co z Mawką?
Rysuje? Rysuje?

– Ja, pani profesor, na temat Mawki nie chcę – mówię cicho. – Chodzi o Ursyna. – (Łacin-

niczka: – Zadzwonimy, zadzwonimy.)

Mówię, że Mawka jest tym „białym słoniem”. On mi przeszkadza. W jaki sposób? Myśleć.

No,  śmiało,  mówi  Łacinniczka,  śmiało,  opowiadaj.  Ile  kostek  cukru  do  kawy,  dwie,  jedną?
Jedną. Bo ona cukier ma, więc może dwie? Naprawdę, tylko jedną, dziękuję. Nie ma za co.
Mruczy. Z Mawką skończone, mówię, ale on wciąż jest, wciąż muszę o nim myśleć. Ponie-
waż pewnych spraw do końca nie rozumiem. Przyjechałem. Najpierw to miało być inaczej.
Chciałem go ratować. Uporządkować wokół niego świat, z którego postanowił odejść. A teraz
widzę, że nie tylko nie mam sił, żeby na zewnątrz siebie zrobić porządek, ale nie umiem opa-
nować tego, co się dzieje we mnie, w środku. Już raz się coś takiego ze mną wydarzyło. (– Ja
słucham, słucham – pomrukuje Łacinniczka.) To była taka gra. My się bawimy między sobą.
(– My, to znaczy?) Tam, na studiach. Gra polega na tym, że jeden myśli, a drugi zgaduje. Raz
próbowałem  myśleć  bez  skojarzeń.  Żeby  tamtemu  było  trudniej  zgadnąć.  Właśnie  wtedy...
(Łacinniczka: – Czemu nie jesz? Jedz.) ...i wtedy ...(– Jedz, to z najlepszej cukierni w Szcze-
cinie.) ...stwierdziłem, że mój mózg pracuje beze mnie. (Łacinniczka: – Mgliste, Tram.) Więc
inaczej. Że albo wcale nie mam wpływu na bieg myśli, albo ten wpływ istnieje, ale niezupeł-
ny. Gdzieś leży granica. Za tą granicą „ja” na „siebie” nie wywieram wpływu. (– Co dalej?)
Ależ to jest jakiś nonsens! Cóż może być dalej? Gdzież w tym układzie znajduje się „ja”, a
gdzie jest „moje” „siebie”? Jakiś obłęd. Że też język może tolerować takie powiedzenia, jak
„sam ze sobą”, jak „wpłynąć na siebie”, „weź się w garść”. A jak to narysować? Jak wygląda
człowiek, który na siebie wpływa? (Łacinniczka: – Narysować chyba względnie łatwo.) Wy-
gląd:  wytrzeszcz  oczu,  żółć  zlana  z  poblaskiem  purpury,  dużo  farby  w  wargach.  Tytuł  –
„Przed  decyzją”.  A  mnie  wyrazy  twarzy  nie  interesują.  Chcę  wiedzieć,  jak  wygląda  to  w
człowieku,  c o  wpływa, oraz to, na które wpływa tamto pierwsze. Proszę?

– A teraz mów o Mawce.
Łyk gorącej kawy. Więc o Mawce, dobrze. Chciałem... (Łacinniczka: – Wiem. Mówiłeś.

Czemu teraz nie chcesz?) – Zaraz się okaże, czemu nie chcę. Jeżeli wolno, to przeczytam jej
ten  utwór  literacki  Mawki.  Można?  Można.  W  głośnym  czytaniu  wydaje  mi  się  mniej  niż
wczoraj obelżywy. Zwracają uwagę detale, na przykład: dlaczego on uczynił swego sobowtó-
ra  właśnie  inkasentem?  Mawka  ma  tyle  z  nim  wspólnego,  co  ja  z  Trałem.  Pozostają  same
brzmienia nazwisk. Czyżby „tylko tak”? Po prostu blaga dla rozrywki? Ale przecież sugeruje

background image

75

we wstępie, że Mawczyna  j e s t  Mawką. Już bym rad wycofać swoje żale. Ale to nie jest
łatwe. Zostają pewne fakty. Choćby historia: Mawka – Feliks – Kicaj – Ursyn – pismo. Nie,
w  tym  Mawce-inkasencie  jest  element  prawdy.  Mawka  umie  sycić  przestrzeń  prądem  elek-
trycznym.  Dzięki  niemu  przecież  czuję  się  jak  na  terenie  spętanym  kablami.  Nie  wiadomo,
które drzwi otworzyć, która klamka może razić prądem.

– Oho ho! – entuzjastycznie wykrzykuje Łacinniczka. – Chwycił Kozak Tatarzyna. Kto się

czubi, ten się lubi.

– Lubi? Nie rozumiem.
To  źle.  Czy  nie  zbadałem  obrazowania,  metaforyki  utworu  Mawki?  Oho  ho!  Studencie

polonistyki! Więc państwo łoży grubą forsę na kształcenie specjalistów, a ty co? Ty jaki sto-
pień  masz  z  poetyki?  Co?  Bardzo  dobry?  Chyba  nie  zasłużony.  Wykluczone.  Łacinniczka
dymi popielatą strugą, jakby to była struga światła, którą za chwilę rozszczepi tekst na naj-
drobniejsze  cząstki.  Świat  przedmiotów  przedstawionych,  mówi,  istnieje  inaczej  niż  przed-
mioty przywołane w metaforyce. To chyba wiem. I co, nie widzę, ile w tym świecie przywo-
łanym w wyobraźni Mawki metalurgii? Jak to? Maszyny, czołgi, liczniki – u malarza brzó-
zek! U piewcy roztopów jesiennych. Ten zapóźniony futuryzm – w łzawym sentymentaliście?
Przecież,  mówi,  tekst  jest  makabryczny.  Makabrycznie  zły,  co  chyba  sam  zauważyłem.  Tu
sceneria kłóci się co krok z intrygą. – Wyobraź sobie, Henryk, – mówi – że „Jaś nie doczekał”
recytowany jest na tle meyerholdowskiej dekoracji. Eche che!

Więc jak to mam rozumieć? Nowa faza? „Metalurgiczna” podświadomość tego stawono-

ga?  Czy  raczej  przeświadczenie,  że  rozmowa  ze  mną  musi  być  zmontowana  śrubokrętem
awangardowym? A więc ukłon w moją stronę? Więc jednak. – Macie na swoim punkcie bzika
–  stwierdza  Łacinniczka.  –  Która  to  godzina?  Siedź!  Na  jedenastą  piętnaście  nie  zdążę.
Zresztą na pewno dają starą kronikę. Nic. Pójdę do „Pioniera”,  czasem warto być na filmie
oświatowym. Coś o stułbiach. Skoro ci się śpieszy, oczywista, idź. Z Ursynem popróbuję do-
bić targu. Idź, tygrysie. Królu puszczy! Tramie, synu Trama. I chi chi chiii...

––

– W sprawie zamiany mieszkania.
Niemłoda kobieta, która wprowadza nas do pokoju, ma na sobie gęsty płaszcz kąpielowy,

połyskujący ziarenkami piasku morskiego, sięgającą za kostki błękitną koszulę nocną, a więc
szczelnie jest pozasłaniana, mimo to ma w swych ruchach, w linii rąk coś takiego, co pozwala
zobaczyć całe jej ciało, matowe od „gęsiej skórki”, której wąskie pasma wędrują plecami do
ud.  –  Niech  panowie  oglądają,  kuchenkę  mamy  małą  –  powiedziała.  –  Nie  wiem,  dlaczego
ciało tej kobiety, uśmiechniętej, przywodzi mi na myśl ciała kobiet ze zdjęć oświęcimskich,
stłoczone w komorze gazowej, wycięte jak z blachy. Czemu zęby, których przecież nie odsła-
nia,  uśmiechając  się  wygięciem  samych  jasnych  warg,  tak  dokładnie  sobie  wyobrażam,  jak
chwytają czyjeś włosy, zęby krzywo pozrastane, urabiają z włosów mokre gniazdko, które ma
być przesłoną przed gazem?... – Ten pokoik nie ma pieca – mówi. – Nie ma pieca, ale drzwi
otwieram i cieplutko. Kwaterunek się nie czepia, bo bez pieca uchodzi to za skrytkę. – (Ursyn
zgodził się towarzyszyć mi w tej wędrówce. Wlecze się osowiały, nie mówimy ze sobą o pi-
śmie, ponieważ on nie ma ochoty. Zapytałem, czy rozmawiał z Łacinniczką. Powiedział, że
tak.  Nie  mówimy  o  Mawce,  ponieważ  ja  nie  chcę.  Ursyn  spotkał  go  rano  na  przystanku.
Mawka chce się ze mną zobaczyć. Powiedziałem, że pójdę. Ale wiem, że nie pójdę.) – Ubika-
cja na klatce schodowej? – pytam. – Na półpiętrze?

Gdybyż Waldek Czerwiony, mój „przyjaciel w ogóle”, dla którego  szukamy mieszkania,

był tu z nami! Gdybyż musiał wejść w ten busz szczegółów, obyczaju, powiedzonek, charak-
terów,  posmakować  tej  egzystencjalnej  mieszaniny  ludzkich  losów,  pojęć,  wyobrażeń,  cóż
zostałoby z waldkowej niewinności, z jego czystej, ascetycznej biotechniki? W tej wędrówce

background image

76

może  się  pozmieniać  cały  światopogląd,  poodkształcać  system  ważności.  –  Ubikacje,
owszem, są na klatce – wyjaśnia kobieta. – Ale ludzie tu czyści. – Siada na tapczanie i zaczy-
na  masować  łydkę,  nieco  grubszą,  bardziej  jędrną,  niż  sądziłem.  Mówi,  że  nawet  dzieci
umieją po sobie spłukać. Chyba, że braknie wody. Wtedy trzeba iść na plac do studni. Mąż
przynosi  raz  na  tydzień  dwa  wiaderka.  Ze  studni  jest  na  herbatę  czy  kompot,  bo  w  rurach,
wiadomo, fenol. W smaku da się zabić cynamonem, ale w zapachu zostaje. – Mąż na wiosnę
przestawiał ten piec, niech panowie obejrzą. – Chce, aby koniecznie Ursyn dotknął rusztu. –
Nie  ugryzie,  pan  dotknie,  pan  dotknie!  –  Żeby  sprawdził,  co  za  ruszt.  Wmontowany  przez
męża,  mówi,  mąż,  mężem,  mężowi,  o mężu!,  kogo  co  męża...  Ursyn  sapie,  zawija  rękawy,
mówi, że niekoniecznie musi sprawdzać ruszty... (Kobieta: – Koniecznie!), że ruszt może być
dobry, co nie musi świadczyć... Zaczynam recytować, utrwalone już w krtani i wargach, tyle-
kroć  powtarzane  informacje  o  mieszkaniu  Waldka,  że  balkon,  bez  łazienki,  za  to  w  kuchni
zmywaki, oglądał inżynier, można robić natrysk, bo jest odpływ wody, kobieta nie słucha, że
tuż obok przystanek, do południa słońce, nie słucha, nie rozumiem, że kaloryfery, ogrzewanie
etażowe, ona staje na tle pieca, tego, który mąż, teraz jest taka jak na początku, pomyślana w
komorze  gazowej,  blaszana,  mówi  „ruszt”,  palona  żywcem,  obozowa,  mówi:  –  Ależ  ja...  –
jakby teraz dopiero zdała sobie sprawę, kiedy nam już pokazała i ruszt, i kuchenkę – ależ ja...
– teraz wstyd jej, że się nie przyznała do tego od razu, nie byłoby tej całej gadaniny, ależ ona,
mówi, chociaż nie, może właśnie chciała porozmawiać, może tu nie ma znajomych, ludzie tu
są czyści, ale może jej nie odwiedzają, tak są czyści, więc korzysta, że ktoś przyszedł, miała
do kogo usta otworzyć, pokazać, że mieszka, jak mieszka, że mąż... – ależ ja wcale nie chcę
zamieniać mieszkania!

I nie zgłaszała oferty? Ona nie. To mąż. – Bo mnie się nawet – mówi -– nie śni wyjazd ze

Szczecina.  Tam,  gadanie.  Co  do  czego,  to  nie  tylko  Szczecin,  ale  trawa  na  Bieszczadach  z
dymem pójdzie. Mnie tu dobrze. – Zastanawia się przez chwilę, czemu jej tu dobrze, mówi
śpiewnie, z rozrzewnieniem: – I garmażer mam pod nosem.

– Jak tam jest? – po chwili pyta, widocznie przeżywa kryzys, więc trzeba działać, ale jak?

– powiedzieć, że tam zoo? operetka? – nie, w Szczecinie mają swoją – opera? – ten gmach
złożony z samych brzmień?

– Jarzyny tam są tańsze? – pyta. Owszem, nieco tańsze. – To jeszcze nie powód. – No do-

brze, mówię, ale mąż? Mąż miał powody? Czy zgłosił ofertę, bo jest kawalarzem, co? Fry-
wolnym sobie dowcipnisiem, tak? Nieprawdaż? Ach, wyjaśnia kobieta, mąż, o kim o czym o
mężu, mężowi... Po co chce wyjechać? Czy mu co brakuje? Mąż. Koszulę prasować, to Baś-
ka. Jak korki wysiadają, Baśka. Forsa, Baśka. Metka, Baśka. Mąż nie cierpi metki, po pijane-
mu jeszcze-jeszcze serwolatkę, ale zobaczy w kuchni metkę i wychodzi z domu. Oni jeżdżą
tak po całym kraju. Czemu chce wyjechać? On już taki jest, że całe życie jeździ. Nie zagrzał
nigdzie miejsca. W Gliwicach byli – wyjechali. I byli w Nowym Targu – też. I w Pile. Gdzie
nie byli? W Myśliborzu. Wozy meblowe, przeprowadzki, transport. Ona już nie ma sił. Ona
chce zostać. Raz, a zostać. Jego wciąż coś gna. Sam nie wie, czego szuka, cygan, wiatru w
polu. W Polsce. Ale tym razem – nie.

––

W sprawie zamiany mieszkania?
Chłopczyk nie spuszcza oczu z Ursyna. Więc to jest, myśli zapewne, ten pan, który  z a -

m i e n i a   mieszkania, ten tajemniczy, cudotwórczy  Przybysz, o którym tyle słyszał w wie-
czornych półszeptach dorosłych, że ktoś się zgłosi, ktoś z gazety, a nie wiedział, czy ten Ktoś
będzie  ubrany  w  strój  z  gazet,  czy  przyjdzie  z  gazetowej  fotografii,  ziarnisty...  Co  to  może
być, taka  z a m i a n a   mieszkania? Dla niego, tego chłopca – tak to sobie, oczywiście, wy-
obrażam – mieszkanie jest tylko t y m mieszkaniem, t ą połową willi. Na ścianie pocztówko-

background image

77

wa fotografia z chrzcin. Pod srebrnym krzyżem, który wisiał tu, jak sobie chłopczyk przypo-
mina,  z a w s z e ,  w szerokiej ramie poniemiecki landschaft – kasztany, popielata droga, kar-
toflisko. A obok zdjęcie z czasopisma „Ogoniok” – dziewczęta poprawiają lśniące łyżwy na
tle parkanu pokrytego śniegiem. Czy świat, który wybudowała wyobraźnia dziecka, czy me-
tamorfozy, którym tu podlegały wszystkie kąty, cienie, szpary w kaflach zaludniane armiami
fakirów,  gotowych  bronić  chłopca  aż  do  upadłego,  brudne  szyby,  odbijające  tylko  czarny
dach, od lat ten sam dach budki w sąsiednim ogrodzie, na którym kiedyś – tak to sobie wy-
obrażam – znaleziono dokumenty, czyjeś, ach, to było straszne,  chłopiec boi się słowa „do-
kumenty”,  raz  był  w  kinie,  tam  pokazywali  trupy  i  mówili  „dokumenty  zbrodni”,  czyż  ten
świat – powtarzam – ktoś w ogóle jest w stanie  z a m i e n i ć ?  Tak jak zwykłą latarkę, którą
zamienił z kolegą? I tym, Co Zamienia, ma być senny, zasapany Ursyn? Teraz go przymilnie
wypytuje, a jak mu na imię, a ile ma lat, a co go to obchodzi! Chłopiec mówi: – Zaraz przyj-
dzie brat. Brat będzie wiedział.

Wchodzi mężczyzna w drelichowej kurcie i ma taką minę, jakby zamierzał wygarnąć nam

w oczy, od razu – wie, my chcemy go oszukać, każdy chce go oszukać, ale nie ma głupich,
nam się to nie uda... Nawija wystrzępiony bandaż na palce. Pracował w ogródku. – Ogródek –
mówi – utrzymany w dobrym stanie. – Właśnie stawia płot. Wiosną nie będzie na to czasu,
więc teraz stawia płot i – po zmartwieniu, mówi.

– Brat będzie wiedział  –  mówi  chłopczyk.  –  On  jest  życiowe  zero!  –  uzupełnia  dumnie,

pokazuje, że stać go na mówienie językiem dorosłych, zapewne w brzmienie słów „życiowe
zero” wkłada własny sens, monumentalny, być może skojarzony z tajemniczym Zorro.

– Sąsiadka – wyjaśnia mężczyzna w drelichu – bachora nauczyła.  Dziś dzieci szczuje się

na starszych braci. Dobre, co? I jak mam postępować? – Tego – mówi Ursyn; rzeczywiście,
jak  ten  człowiek  ma  postępować?  Wzruszam  ramionami.  Zbyt  energicznie,  któryś  mięsień
zanosi  się  bólem,  ale  ze  mnie  sztywniak,  należy  pojeździć  rowerem,  trochę  ruchu,  trochę
sportu, myślę.

– Kombinowałem z prądem – zwierza się mężczyzna. – Podłączyć prąd do siatki i niech

tam. Niech ją spali,  sukę.  –  W  siatkówce  jego  oczu  zapala  się  suka.  Kudłata,  zlana  sokiem
suka, jesieninowska, wpięta w druty – wybucha księżycami błękitnego prądu. – Więc tego –
mówi Ursyn. – Co? – zaczyna krzyczeć tamten – Pan nie wierzy? Panie! A kto polewa wrząt-
kiem nasze róże? Kto szczał pod agrest, że teraz nie rodzi? Sam widziałem, panie. Kto do nas
puka, a matka otwiera i wtedy tamta wysypuje na nią wiadro śmieci?

– Kto? – pyta mechanicznie Ursyn.
– Frąckowiaczka.
Sąsiadka, pytam, wiedźma, mówi, wiedźma. Ona potrafi krzyknąć (ustęp mają wspólny),

że skorzystała z klozetu, a pan Pawełek po niej może spłukać. – Pawełek jestem. Leśnik. Tyl-
ko, że w cywilu.

– A ja Kwiatkowski – odpowiada Ursyn. – Też w cywilu.
„Życiowe zero” pokornieje w swym przeciągłym „ach, taak?”, w swym bełkotliwym „nie

wiedziałem, nie wiedziałem”, podsuwa nam krzesełka. Najmocniej przeprasza. Matka kazała
nic nie mówić, ale co to daje? On będzie taił – kto inny wypaple. Ręce mu opadają. Taki na-
ród,  pech,  który  prześladuje  ich  rodzinę.  Matka  stara.  Wszystko  by  było  dobrze,  gdyby  on,
Pawełek,  „leciał”  na  Frąckowiaczkę.  Najpierw  sama  mu  robiła  niedwuznaczne  propozycje;
Pawełek gryzie nitkę wyrwaną z bandażu, zatrzymuje nas na słowach „niedwuznaczne propo-
zycje”, jakby uważał za stosowne odczekać, aż ową niedwuznaczność odtworzymy szczegó-
łowo  w  wyobraźni...  (–  Ona  ma  protezę  –  dorzuca.)  ...aż  skojarzymy  Frąckowiaczkę  spod
agrestu z nim i z propozycjami... – Koszule chciała prać, na ciastka zapraszała – mówi; opo-
wiada, jak rurki z kremem przesuwała na talerzu, swoją protezą przesuwała ciastka, żeby się
ułożyły symetrycznie, apetycznie, a krem przylepiał się do kauczukowej dłoni. Kupiła płyty i
grała piosenki. Miłosne. – Noc i wokół pusto – śmieje się Pawełek. – Gwiazd pęknięte lustro.

background image

78

– (Ten, który nie chciał ani rurek, ani lustra, ani Frąckowiaczki.) – Nie da rady, zamieniam
mieszkanie i spokój. – (Jest na granicy obłędu. Zepsuł mu się żołądek, matka twierdzi, że to
na tle nerwowym. Spogląda  w okno, jakby tam, na  czarnym  dachu,  w  kretowiskach  i  gałę-
ziach wiśni przebywało jego  t ł o     n e r w o w e ,  a piosenki miłosne nagrały się same na da-
chu, który lada moment zacznie się obracać, aż zaczepi o dziób przelatującej nad nim wrony,
której pióra i kości zatrzeszczą chrapliwie – „zazdrość jak, okrutny, złowieszczy ptak, skraść
spokój u-umie, skraść spokój u-umie, skraść spokój u-umie...”) – To za miastem? – pyta „ży-
ciowe zero”. – Co za miastem? – No, mieszkanie. Przecież musi zamienić mieszkanie. Prze-
cież ta Frąckowiaczka ich wykończy. Nie srała pod drzwiami, to nasra. Wyjaśniam, że miesz-
kanie w centrum, przystanek, bez łazienki, ale są zmywaki, odpływ wody... Pawełek ogląda
mnie z przerażeniem. Czy coś źle? Po kawałku rozszerzonym wzrokiem wnika w pory mego
ciała. Czy coś źle powiedziałem? Czyżby mówiąc włączył w słowa  melodyjkę o „złowiesz-
czym ptaku”? Nie rozumiem. Teraz on stanowi dla mnie  t ł o   n e r w o w e .  Pyta: – Jak to? A
gdzie pszczoły? Panie!

Ursyn śledzi ten dialog z pewnym ożywieniem, jakkolwiek sądziłem, że dziś nic już  nie

wypędzi  z  niego  chandry.  –  Załóżmy  –  mówi  Pawełek  z  rezygnacją,  jakby  wprawdzie  był
domyślał się już naszych oszustw przedtem, ale żeby aż tak  go wykpić, i za co? i za co? –
załóżmy, że w centrum. A pszczoły? Co ja w takim wypadku mam robić z pszczołami?

– Przecież z pszczół nie zrezygnuję – mówi „zero”. – Przecież chyba pan rozumie?

––

– O-ni- w spra-wie -mie-szka..a...
Drzwi  są  uchylone.  Ciemna  szpara  przekreślona  napiętym  łańcuchem.  Za  tym  silnym,

przejmującym trelem, którego metaliczny dźwięk wypełnia całą przestrzeń, i tę, pociętą har-
monijką schodów, które jakby znieruchomiały w najgłośniejszym momencie koncertu, i tę, za
drzwiami, mieszkalną, za tym głosem czuję grube dziewczynisko, które krzyczy.

– Ilu, ilu? – szybuje głos z głębi, równie silny, a dziewczyna odpowiada w tej samej tona-

cji, z takim samym rozkładem akcentów: – Dwó-ó-ch!

– Z wa-liz-ka-my?... – szybuje głos z głębi.
–  Co-ho?  –  odśpiewuje  dziewczyna.  –  Nie-he-wiiim..  Nie-he-wii-dzę...  –  I  naraz:  zasko-

czenie, wyglądało na to, że w tym domu dialogi prowadzone są wyłącznie za zaśpiewie, szy-
bującym, histerycznym, a dziewczyna odzywa się nagle rzeczowym głosem: – Jestem tu do-
chodzącą. – A dlaczego? – chcę zapytać, dlaczego nas nie wpuszczają, ale oto ktoś z końskim
tupotem przemierza przedpokój, z którejś części przestrzeni mieszkalnej wyrywa się krzyk: –
Idę, idęęę! – Zaśpiewy ustają. Słychać terkot maszyny do szycia. – Ja-cy so-hą? – głos z głębi
i natychmiast dziewczyna: – Je-den-gru-by!... – Głos z głębi: – Jakiii? Jaakii? – Dziewczyna:
–  Jak-bok-syyyr...  A  dru-gi-to-nie-wiiim!  –  Głos  z  głębi:  –  A  druugi?  A  druuugi?  –  głos  z
głębi jest miękki, wysnuwa się ku nam fałdami atłasu, które w przerwach  fastryguje jedno-
stajny terkot.

Podejrzewam, że mieszkanie to ma spory metraż. To mnie niepokoi. W przedpokoju wraca

tupot, tym razem jest to tupot z męskim barytonem, przenoszonym jak płomyk, który pełga
mimo wiatru równym światłem. – Z tego względu – pełga ów baryton – że prosiłem Szym-
czaka, nie przyszedł, młodszego  Birnbauma, na dyżurze, dzwoniłem po Sosnowych, się  nie
dodzwoniłem, więc co ja? ja, jedyny mężczyzna w tym domu?

– Raz do jednych – oznajmia dziewczynisko, pokazując wyłupiaste oko w szparze – zapu-

kał jegomość, poprosił niby to o szklankę wody, a jak tylko go wpuścili, usiadł i powiedział,
że się stąd nie ruszy. – Zwierzam się jej ze swych obaw o metraż tego mieszkania. Zamiast
odpowiedzi  zrywa  się  jej  śpiew  pełen  lęku:  –  Pani,  paniii!...  Pa-ha-niii!...  Py-ta-ja-ki-met-
raaż?

background image

79

Głos z głębi: – Czy-hy-mu?
Dziewczyna: – To-go-nie-po-ko-iii!...
Głos z głębi: – Czy-hy-mu?
– Przez dwie noce – kontynuuje dziewczyna – spał na czym się dało. Co mu nie robili! I

doniczkę, niby to niechcący, zrucili na glacę. I elektroluksem go omietli... – urywa; wsłuchu-
jemy się oboje (Ursyn siedzi na schodach i czyta gazetę) w głosy z wnętrza, którego ład mu-
zyczny uległ zaburzeniu, już nie pojawia się atłasowy przyśpiew, a wkraczają drzwi, zawiasy,
szmery. Słowa na pogłosie. Chwytam rozproszone zdania. Wiem, że szpara jest w tej chwili
nasycona wzrokiem tamtych. Podchodzą w skarpetach, boso, obmacują mnie oczami. – Co ja
ci  za  to  mogę?  Po-widz,  powidz!  –  słyszę.  –  Słyszałaś:  jak  boksyr.  –  Ale  bez  walizków.  –
Fakstycznie. – Łe, co ja mam z tego życia. – Łe, a co ja mam z tego życia, powidz? – Drzwi
na łańcuch... – Są szpece... – Jezus Maria!... – Drucikiem podlizie, podlizie i łańcuch: smyk! –
Jezus Ma... – Wojtasik tyż miał pozamykane, a dobrał się, szpenio, tyle co garderobianej nie
wzięni...

– Jezus! – mówi dziewczyna. – A o metraż pan pytał. Cztyry izby, łazienka, kuchnia, pół-

pokoik, tualeta... – A czymu? Pan ma nominację? – Wyjaśniam, że nam chodzi o  z a m i a n ę
mieszkania. O  z a m i a n ę.  Dziewczyna wtłacza w szparę pół policzka. Jest tu dochodzącą.
Jak by co, toby mogła gotować. – Piere tyż, ale ręcami, bo pralki się lękam. Ale, panie: ręca-
mi to i pudnia mogę prać! – Co: „pudnia”? – wstaje Ursyn. Ach: pół dnia, doprowadzone do
zaniku u niezgłoskotwórcze, musi to sobie zapisać. Więc niech zapisze, mówię, i pójdziemy,
bo to nie ma sensu.

– Paniii! Paniii! – przepastnym szeptem odzywa się dziewczynisko. – Oni na zamianę. Bez

nominacji.  Na  zamianę.  –  Skąd  wiisz?  –  Dziewczyna:  –  Powiedzieliii...  –  (Z  przedpokoju
uciekają  na  naradę.)  Waldek  czterech  pokoi  nie  dostanie.  W  kwaterunku  nie  zatwierdzą.
Niech dochodząca powie, że rezygnujemy.

– U-hu-huuu! – szybuje strzęp atłasu z głębi. – Je-dyn-mo-że we-hejść... Tyn-chud-szyyy...
– Żegnam panią – mówię; zbiegamy po schodach z hałasem, ale nie potrafimy zagłuszyć

rozpaczy, którą niesie za nami metaliczny trel, dogania nas, wyprzedza, drga w prętach porę-
czy, obija się o skamieniałe harmonijki schodów, skomlę w grubym szkle okien, zwielokrot-
niony,  gęsty,  w  każdej  cegle  nakręca  blaszane  kukułki,  które  wyskakują  ze  zdziwionym:  –
Czy-hy-mu? Czy-hy-mu? Czy-hy-mu?

––

Chodź, Ursyn, zapalimy. Co, niemożliwe, już po szóstej? Zaczekaj, taki wiatr, masz, odpal

od  mojego.  A  ty  byś  chciał  załatwić  w  jeden  dzień,  na  łapu-capu?  Nie  wolno  takich  spraw
załatwiać łapu-capu. Ale wiatr! Tfu, całe wargi mam od piasku.  Zmizerniałem? Nie zmizer-
niałem, tylko ja tak zawsze po podróży i od niewyspania. Mam taką twarz, że momentalnie
chudnie. Tyle palę. Trzeba więcej mleka. Ty miałbyś umrzeć na raka, Ursyn, co ty wygadu-
jesz? E tam. Głupio gadasz. Ursyn, słuchaj. Więc gdzie ten Mawka na mnie czeka? Uważaj!
Spalisz  marynarkę.  Co  za  wiatr,  oślepnąć,  widziałeś,  widziałeś  –  w  lewo,  bardziej  w  lewo,
widziałeś? Firana. Całą firanę z okna wyrwał wiatr. Nie, to już szczyt, żeby z ulicy wiatr –
firanę?...  I  co  ci  jeszcze  mówił?  No,  opowiedz  po  kolei,  tyś  go  spotkał,  czołem,  cześć,  to,
owo, i co dalej, no opowiedz, Ursyn. Tak, ach tak. Ach tak? Że będzie czekał. Jasna sprawa.
A wiesz, wciąż przypominam sobie tego chłopca. Nie, nie Mawkę, tego dzisiejszego. Ach, to
ty nic nie wiesz! Chłopczyk z willi, no, ten brat Pawełka, tak, Pawełek, więc posłuchaj: cze-
kaliśmy na to „życiowe zero”, tak, cha, cha: „życiowe zero”; ale słuchaj: zgadywałem, co to
dziecko może sobie myśleć, no bo zrozum: żył w tym otoczeniu. Oswojony, bezpieczny i pe-
wien scenerii, która była kolebką jego wrażliwości. W której, poznając słowo „okno” – wi-
dział tamto okno, słowo „zieleń” kojarzył z liśćmi tamtej wiśni, „łóżko” – z tamtym łóżkiem...

background image

80

„Świat”? – na pewno to był świat z pobliża, to wszystko, co ich otaczało, płot, autobus, kiosk;
a teraz popatrz: przychodzimy, jacyś, bo dla niego przecież jacyś, obcy, przychodzimy – słu-
chasz? – i chcemy ten jego świat  z a m i e n i ć.  Jak? na co? czy świat bywa zamienny? To
jest jakiś szok, a może czary. Ja tych uczuć nigdy nie zaznałem. Nie zdążyłem. Zanim umysł
mój zaczął sobie kombinować, że świat jest funkcjonalny dla mnie i bezpieczny, że wiesz: o,
tak wygląda chmura, ta chmura jest po to, żeby był deszcz, a te pineski w kałuży pod bzem –
to jest deszcz, a pod deszczem – ziemia, czarnoziem, jest po to, by wyrosły kłosy na bułki dla
Henryka,  rozumiesz,  przekonanie,  że  to  coś,  w  czym  zaczynam  siebie  uświadamiać,  jest
czymś dobrym, pożytecznym, ja tego nie miałem. Właściwie, to ja nigdy nie miałem biogra-
fii, a tylko szereg pobytów w  różnych miejscach. Moja sceneria  zawsze  była  w  ruchu.  Czy
próbowałem sobie z tym poradzić? Próbowałem. Pamiętasz, jak podczas naszego pierwszego
spotkania, w hotelu, opowiadałem ci, że wierzyłem w Los. Ja, oczywiście, jakoś Los personi-
fikowałem. Więc najpierw Los był uśmiechniętym Pedagogiem, który mnie doświadcza, pod-
patruje  z  ukrycia.  Ale  był  zbyt  bezwzględny  jak  na  Pedagoga.  Myślałem,  że  Los  jest  Mili-
cjantem. Moje pierwsze zetknięcie z milicjantem... Pamiętam, zamieszkali u nas jacyś z kozą.
To  była  okropna  rodzina.  Ojciec  kradł,  znikał  z  domu,  oczywiście,  ojciec  tej  rodziny.  Oni
kozę trzymali w gabinecie, zimą żuła listy i książki, ślizgała się po zmarzłych szczynach. Raz
ukradli kożuszek na dworcu i wtedy przyszedł młody funkcjonariusz. Z psem. Stara chciała
go zastraszyć awanturą, krzyczała: znam ja wasze psy, to są psy, że się im pokazuje chustecz-
kę, potem kładzie o dwa kroki dalej, a pies szuka i szuka, i nie może znaleźć!... Ja wiedzia-
łem, że stara jest głupia. Nie o psa przecież chodzi, myślałem. Nie o kradzież. Tu przyszedł
Milicjant. On. Sam. Osoba. Ten, Który Wie. Przed Którym Się Nic Nie Da Ukryć. Ale to były
krótkie  chwile  moich  wierzeń  w  coś,  co  świat  zespala  w  jedność.  Wspomnienia  z  czterech
pierwszych lat istnienia są pozrywane, nie tworzą całości. Cóż pamiętam? Że schrupałem kie-
dyś bombkę choinkową. Że chorowałem rokrocznie. Że raz mama powiedziała „koniec koń-
ców”, obracając na palcu kluczyk od walizki, a ja długo sądziłem, że ten kluczyk to jest wła-
śnie „koniec końców”... Czy ty w ogóle mnie słuchasz? To dobrze. Postawiłem kilka pierw-
szych kroków i sceneria zaczęła się rozpadać. Deformować, zmieniać, jakieś wozy, rzeczułka,
poszarpany bombami brzeg, w który wchodzi zielona woda, liliowy chutor i pierwsze dozna-
nie  absurdu:  tu  Niemcy,  samoloty,  motocykle,  istny  „koniec  końców”,  a  w  chutorze  jakby
nigdy  nic,  dostojna  stypa,  ludzie  w  czarnych  suknach,  wielki  pogrzeb  najstarszego  z  rodu.
Nawet moje sny nie miały stabilności, nawet tam wkraczało pałubiczne życie, ale co za życie,
ale co za sny, na glinianej podłodze, na poduszce dla rannych z wmontowanym radioodbior-
nikiem... Czego chcesz? Z ra-dio-od-bior-ni-kiem! Nie krzyczę na ciebie, tylko do ciebie. Bo-
wiatr-zry-wa-sło-wa!.

–  ...  z  wmontowanym  radioodbiornikiem,  w  którym  nadawali 

Damę  Pikową  i  –  możesz

sobie wyobrazić – zmieszała się ze snem, rano bałem się otworzyć oczy, byłem pewien, że
zielona  woda  podpływa  pod  chatę  i  unosi  mnie.  Jest  muzyką  ze  szczątków  instrumentów  i
płyniemy... Wiesz co? Przejdźmy na przedni pomost. Nie, w tramwajach nie siadam, żebym
potem nie musiał ustępować. Nie. W ten sposób spłycasz to, co powiedziałem, jeżeli czytasz
w tym drobnomieszczańskie utęsknienie za domem, spokojem, skorupką, Ursyn, nie o to cho-
dzi. Czekaj. Ja zapłacę. Dlatego, że akurat mam złotówkę, a ty  byś musiał rozmieniać dwu-
dziestaka. Słuchaj. Zjawiasz  się  na  scenie.  Chcesz  odegrać  rolę.  Skoro  już  jesteś,  skoro  już
jest  scena,  chcesz  odegrać  rolę.  Nie.  Nie  wszystko  jedno  jaką.  Twórczą,  to  wystarczy.  Nie
przerywaj, kiedy mówisz, ja ci nie przerywam. Wchodzisz na tę scenę. Rozglądasz się, wiesz,
że z tych i z tych względów, narzuconych w sytuacji dramatycznej, masz stanąć na tle tamtej
seledynowej  kotary  i  powiedzieć...  Ursyn!  Kpiarzu,  cholerniku.  Ale  niech  ci  będzie,  masz
powiedzieć: „Pocałujcie wy mię...” Chodzi o to, żeby coś powiedzieć na tle tej kotary. I nagle
zamiast tej kotary widzisz... (Ursyn: – Laubzegę.)

...powiedzmy.

background image

81

– Więc tego – mówi Ursyn. – Rzeczywiście.
–  Odchodzisz,  bo  kto  wie,  czy  nie  zbłądziłeś.  O,  spostrzegasz,  coś  tam  wisi...  (Ursyn:  –

Tam? To pewnie Chodynicki.  Zapił się  na  śmierć  i  teraz  się  powiesił.)  –  Nie  przeszkadzaj.
Podchodzisz, widzisz, że to nitka. Próbujesz coś powiedzieć na  tle nitki.  Ale  tymczasem  to
już nie jest scena. Stoisz w...

(Ursyn: – W łaźni. )
...w  ogromnych  warsztatach,  w  których  tysiące  ludzi,  każdy  coś  przenosi,  rumor,  akade-

mia, ktoś podejmuje jakieś kwoty z kasy, ktoś zobowiązania, ze stołu spada kaktus w pękatej
doniczce, ty chcesz wygłosić swoją kwestię tam, na tle doniczki, ale doniczkę już sprzątnęli,
zaczynasz się śpieszyć, już nie jesteś młody, masz arytmię serca, długi, telewizor, dom, rodzi-
nę, dzieci, a nie odegrałeś roli, żadnej roli... Co? Już most? To wysiadamy.

–  W  jakimś  stopniu to,  co  powiedziałem,  wpływa  na  moje  wiersze.  Na  spotkaniu  autor-

skim... Chodź przez park, odprowadzę kawałek... Powiedzieli mi... Kto mi  powiedział?  Nie
pamiętam twarzy.  Zwykle patrzę nad  głowami widowni. One leżą na dole i nad nimi  rosną
świetlne konstrukcyjki – to ich wypowiedzi. Czasem są ze sobą sprzeczne, wtedy się zderzają
i jak druty pod tramwajem iskrzą. Powiedzieli mi, że moje wiersze są topograficzne. Jak? A
właśnie, że nie takie głupie. Buduję tereny. Wizje zagospodarowane. Jakbym się obsesyjnie
chciał określić wobec otaczających mnie przedmiotów. Nie wiem, czy to zarzut.

– To do której Mawka na mnie będzie czekał? Do siódmej. Co? Ja? Mam porozmawiać? Z

Mawką? Nie, dlaczego mi wmawiasz, że jestem zdziwiony, po to przyjechałem, żeby spotkać,
porozmawiać...  O  czym?  Tak.  To  jasne.  Kicaja  nie.  Masz  słuszność.  Nie,  bez  plastyka  nie
wyjdzie,  oczywiście.  Mawka.  Co?...  Rozumiem.  Luźna  propozycja.  Jasne,  jedna  z  wielu,  a
jednak...  Nie  żebym  się  wahał.  Muszę  zebrać  myśli.  Tak,  powiadasz:  Mawka  redaktorem
działu plastyki? Zaryzykujemy... Zaryzykuje... Na pewno indywidualność... Skąd, czy jestem
niezadowolony  z  twojej  propozycji?  Nonsens.  Sam  ci  pokazałem  Mawkę.  On  jest  moim
przyjacielem... Był. To wszystko jedno. Za dwadzieścia siódma, no to cześć. Cześć, Ursyn.

––

Pytam, czy się dziwi, że przyszedłem. Czy chciał, żebym przyszedł. Na pewno jest wygło-

dzony. Twarz mu ześniedziała, spłakał się od cebuli, którą żywi się cały dzień. Leży w stężo-
nym zapachu zestarzałego dymu, który zatracił kolor i gnije w powietrzu jak ryba, bo ta prze-
strzeń przypomina rybę: słomkowy abażur wyświetla na ścianach i meblach żółtą łuskę. Na-
dęta pierzyna kołysze się z Kostkiem jak  pęcherz.  To  mnie  uspokaja.  Nie  sens  skojarzenia,
lecz sam fakt, że widocznie mój mózg nie wyczerpał do reszty energii, skoro nadal wytwarza
obrazy.  W  takiej  sytuacji,  myślę,  i  pamiętając  o  rybie,  której  jedynym  żywym  miejscem  są
wargi Kostka, ale i to nawet miejsce, myślę, zwariowało, zaczepiam krążące w tym pokoju
słowa o wizję szkieletu: myślę: szkielet sytuacyjny, czyli splot sił; co mnie tutaj przygnało? –
nie litość, że Kostek jest głodny, nie szlachetna chęć wyprowadzenia go z pomyłki, co innego.
Potrzeba zbadania, czy ta jego pomyłka jest naprawdę  t a k a,  jak ją sobie wyobrażałem.

– Czego chcesz? – pyta przestraszony; bo może nie koniec na jednym pobiciu, ciąg dalszy

nastąpi? (Gdzieś to już spotkałem, ale dlaczego nie chcę pomyśleć imienia? pięć głosek, cóż
zawiniły: 

m jak morze, a jak arka, w jak wiosło, k jak kil, a jak awantura, u Mawki...) – Pro-

szę bardzo! – wydziera się Kostek – przecież mam doświadczenie, zasypałem mu oczy tyn-
kiem. – (U Mawki były te same fantazjotwórcze lęki. Potrzeba poczucia obcości, nie obcość,
nie  rzeczywiste  zaszczucie,  lecz  fantazjowanie,  że  się  jest  zaszczutym.  Osaczonym.  On  –  i
reszta świata. Samotność – i wilcze pazury, które wyłażą zewsząd.) – No, uderz! – krztusi się
Kostek.

– Cicho bądź!
– No uderz!

background image

82

Z  tą  różnicą,  myślę,  że  Mawka  szkicował  scenariusz  do  mitu  o  sobie,  mimo  naiwności,

nieco wyżej zorganizowany literacko, podczas gdy mitologia Kostka ma wyraźne cechy bru-
kowca. Istota jest jednak ta sama: rekompozycja faktów, bo fakty istniały, wszak w zasięgu
jednego pobytu są jakieś fakty, fakt spalenia budy, fakt donosu na Mawkę, pobicie. Trzeba im
było nadać celowość, wynajdując między nimi związki nierealne. Za to ileż ciekawsze! – Pi-
łem i zagryzałem cebulą, bo co? – mówi Kostek. – Nie za twoje. Stryj stawiał. Ma forsę. Nig-
dy nie miał, ale teraz ma.

– Marsz do łóżka!
– Bo co?
Na pewno  ciekawsze są  fakty  sprzężone  w  intrygę,  w  której  słowo,  gest,  szczegół  zapo-

dziany w przeszłości, już by można uwierzyć: zgubiony na zawsze, a to śmierć, to jest prze-
cież  z a g ł a d a     b i o g r a f i i ,  kiedy słowa dawniej mówione nie mają znaczenia, ruchy nie
mają znaczenia, fakty są bez znaczenia – stwarza (ów szczegół, ów gest) możliwość intrygi.
To jest szansa jedna na sto. Czas przeszły zmartwychpowstaje, brzęczy jak stare srebro. Mu-
siał doznać potężnego wstrząsu, kiedy z moim przyjazdem, którego nie mógł zrozumieć, wie-
dział  tylko,  że  pojawiam  się  w  związku  z  Mawką,  a  więc  zaczął  szukać  najpierw  swego
związku  ze  mną  i  trafił  na  gruzy,  na  panoramę  gruzów,  w  których  przeżył  swój  pierwszy  i
dotąd jedyny okres świetności, a panorama, z charakterystyczną Basztą Kobiet, tło wspaniałej
batalistyki, przemieniona pod działaniem czasu w dziecinną akwarelkę, której kiedyś soczysta
czerwień weszła w strzępki powierzchni bristolu, wcierana zbyt  silnie pędzlem jak w klaso-
wych gazetkach ściennych z tamtego okresu – oto naraz odezwała się srebrzystym brzękiem.
Tam wybiły bowiem źródła batalistyki chorego Kostka, który, być może, wcześniej już do-
szedł do wniosku, że póki przesiadywał w gruzach, sprzyjało mu szczęście. Kto wie, czy ten
epizod rumowiskowy nie powracał w jego myślach przedtem, przed pobiciem w sklepie opa-
łowym, czy nie uschematyzował się w balladę podwórzową o niejakim Kostku-prowodyrze i
czy  Kostek  sam  sobie  nie  zadał  pytania:  czemu  właśnie  gruzy,  nie  port,  nie  Głębokie,  mój
Boże, tyle innych terenów w tym mieście stało przed nim otworem, nie centrum, ale właśnie
zburzona  Starówka  była  jego  „połową  Szczecina”?  Nigdy  nas  nie  zachęcał  do  zabaw  pod
Basztą  –  przychodziliśmy  sami.  Nie  czynił  najmniejszych  starań,  żeby  nami  dowodzić,  ale
wszyscy traktowaliśmy go jak dowódcę, on spory rozstrzygał, udzielał upomnień, był kimś.
On był kimś nawet wtedy, gdy płakał, kiedy dostał ode mnie w twarz tynkiem. Nie nazywał-
bym tej bójki ze mną klęską Kostka. Któż pod Basztą chociaż raz nie płakał? Komuż nigdy
nie zdarzyło się opuścić pola bitwy z naderwanym uchem, z szalikiem przesiąkniętym krwią i
wodą z Odry, przyciśniętym do rozwalonego nosa?

Czarnym dniem Szkuderlaka był wrześniowy poranek, kiedy to, przystrzyżony, pachnący

krochmalem i pastą do zębów, przyszedł na uroczystość inauguracyjną roku szkolnego w li-
ceum  ogólnokształcącym,  do  którego  dostał  się  dziwnym  trafem,  stanął  onieśmielony  pod
ścianą, obok Mawki, w wielkiej sali gimnastycznej, pełnej słońca. Trudno teraz, gdy tyle w
nim bólu (trawionego wnętrzem dusznej ryby), skłaniać go do zwierzeń, czy zaraz zatęsknił
do  gruzów,  zostawionych  na  drugim  końcu  miasta,  w  tamtej  sali,  oglądając  zwisające  wy-
świecone  sznury,  ale  można  przypuszczać,  że  czuł  się  już  wtedy  fatalnie.  Że  ta  przestrzeń
przerażała go swym uproszczeniem. Była stanowczo za mała jak na jeden oddech, za obszer-
na jak na kryjówkę. W gruzach, oddychając całym krajobrazem, wchłaniał zieleń  i  błękit,  i
statki od Zamku po elewator, a kryjówek miał pełno, w wilgotnych tunelach, w grotach z ce-
gieł  i  gnijących  tapet,  gdzie  potrzeba  nie  lada  wprawy,  żeby  przejść  i  nie  pobrudzić  butów
starym kałem; Kostek wprawę tę szczególnie sobie cenił. A wtedy, w tej sali, jakaś kryjówka
była  mu  bardzo  potrzebna.  Nie  znalazł  schronienia  w  śpiewie,  który  przedzierał  się  wśród
strzyżonych głów zygzakami: „wykonaj plan!”, jak piłka, „równaj krok!”, jak ostro podawana
piłka w szczypiorniaku, „zewrzyj dłonie!”... Nie lubił sportu. Żywioł ograniczony kredowym
kołem boiska, spętany konwencją reguł, gwizdkami trenera – to przecież kaganiec. Jego anty-

background image

83

kultura żądała samodzielności. Nie oswoił się z nowym otoczeniem w czasie trwania „części
artystycznej”, gdy na estradzie pląsały białonogie ośmiolatki w strojach krakowskich. Mruk-
nął: – Ale lipa. – Uczeń ze starszej klasy recytował wiersz. „Idziemy, czarni – mówił – zwę-
gleni, jednym rytmem natchnieni”. – No – odezwał się ktoś stojący za Kostkiem. – Zaraz gość
wysiądzie z „milionem milionów”. – Słowa te zaniepokoiły stojących w pobliżu Kostka. Re-
cytator w pewnej chwili zrobił pauzę, nabrał powietrza do płuc i zawołał: – „Milion milionów
drwali!  Milion  milionów  kowali!  Milion  milionów  murarzy!  Milion  milionów...”  Mawka,
który  powiedział  przed  chwilą  swoje  „no”,  stał  spokojnie,  nie  raczył  nawet  zauważyć,  że
oglądano  go  zewsząd,  jak  gdyby  wcale  nie  chciał  nikogo  rozśmieszyć,  a  tylko  czekał,  aż
tamten  rzeczywiście  potknie  się  na  „milionie  milionów”.  Recytator  wyliczał  dalej.  „Milion
milionów  tkaczy!  Milion  milionów  spawaczy!  Milion  milionów  drwali!  Milion  milionów
kawa...” Więc jednak się sypnął. Przestąpił z nogi na nogę i zaczął wyliczać od początku. –
Pierwszorzędnie – powiedział Mawka.

Na boisku ustawiali ich parami, sprawdzali obecność, kazali na  coś czekać, zachowywać

ciszę, którą Kostek zachowywał z wewnętrznym sprzeciwem. Poleceń nie słuchał, naśladował
innych. Ktoś krzyknął: „A co on za jeden?” Odpowiedział z głupia frant, że nie wie. W pew-
nym  sensie  powiedział  prawdę.  Nie  przeżywał  jak  inni  magii  cyfr,  obojętny,  czy  zostanie
uczniem  klasy  ósmej  dwa  czy  ósmej  jeden.  Dbał  jedynie  o  to,  aby  zawsze  stać  w  pobliżu
Mawki. Czuł, że jego kryjówką jest w tej chwili protest Mawki, jego ironizowanie, z tym ga-
tunkiem antykultury zetknął się po raz pierwszy i od razu przyznał mu wyższość nad swoim.
Tak bezczelnie jak Mawka inscenizować swój sprzeciw, nie kryjąc się w gruzach, ale twarzą
w twarz z okrutnie uroczystą Szkołą – grać niby-nadgorliwość, drwiąc z całego świata! To na
pewno była wyższa klasa. Wybiec z krzesłem na boisko, odkrzyknąć woźnemu, że krzesło się
przyda, co szczególnie wówczas Kostka ubawiło, potem podejść do samej Dyry i poprosić, by
sobie usiadła, bo na pewno jest zmęczona!... Dreptać w kółko przez kwadrans po komendzie
„w miejscu – rozejść się!”; Kostek całą dobę musiałby się głowić, zanim wpadłby na coś tak
dracznego.

Więc już wtedy przyznał Mawce wyższość, ale miał zbyt silnie wmontowaną w krwiobieg

dumę prowodyra, aby mógł nie podjąć z nim rywalizacji. Tak okazał się najgorszym w szko-
le. Już po pierwszym okresie mówili, że Szkuderlak jest najgorszy. Wagarowicz. Wycina na
ławkach grubiańskie wyrazy. W ubikacjach rysuje „gołe baby”. Podkłada lusterko. Tym lu-
sterkiem  zdobył  krótkotrwałą  sławę,  chociaż  pomysł  był  nie  jego,  wzięty  z  powszechniaka,
żeby podejść do dziewczyny, blisko, i podrzucić jej pod nogi lusterko... Prawdopodobnie był-
by sobie w końcu zebrał „wojsko” chuliganerii, ale na tle Mawki reprezentował osobowość
jednostajną, uciążliwą, bez wrażliwości i poczucia komizmu. Ktoś powiedział, że Szkuderlak
jest  głupi  jak  but.  Ktoś  go  nazwał  „wypierdkiem  mamuta”.  W  jego  klasie  fascynował  inny
model:  uczeń-dandys,  lansowany  przez  Lutka  Hejżesza,  bażant  w  wąskich  spodniach.  No  i
Mawka. Dowcip. Wyobraźnia. Kostek śmierdział piwem i papierosami. Mówił źle, chodził z
brudną szyją. Zawzięty, ponury, samotny i głupi. Nie uwierzono mu, gdy przyszedł z dono-
sem na Mawkę. (Złożył donos na piśmie, a więc przyznał, że w spaleniu szkoły uczestniczył,
dając głównie dowód własnej winy, na podstawie którego można go było bez trudu usunąć ze
szkoły.) Odtąd żaden kolega nie poznawał go na ulicy.

Uciekł na wieś.
Trudno orzec, czy rdzawe powietrze Starówki było w ogóle gdziekolwiek do odnalezienia,

czy smakował jego oczom równie dojmująco pejzaż stawów zarybieniowych, podłączonych
do strumieni pełnych szumiącej zieleni i mgiełek komarów,  gdy  w  wysokich  butach  gumo-
wych kosił sztywną trzcinę, a blask kosy mieszał się ze srebrem tłustych karpi, dość na tym,
że dwa lata spędził w Gospodarstwie Rybnym, sypiał źle, na poddaszu, sam nad pustym biu-
rem,  w  czterech  ścianach  z  gnijącym  ścierwem  much,  komarów,  miażdżonych  paznokciem
pająków, że najgorsze były niedziele i święta, nie wypełnione pracą, kiedy nie miał pojęcia,

background image

84

na co ma ochotę, a nie miał ochoty na wódkę ani na zabawę, a na miłość nie miał odwagi, bo
kobieta dla Kostka była tylko częścią muru z wydrapaną „gołą babą”. Zaczął się gwałtownie
leczyć, pierwszy urlop spędził u stomatologa. Jakoż z czasem nauczył się prowadzić traktor,
wrócił do Szczecina z prawem jazdy, skończył jakieś dodatkowe kursy, miał w kieszeni po-
wściągliwą opinię kierownika, stwierdzającą, iż ob. K. Szkuderlak wykonywał obowiązki bez
zastrzeżeń, ale stronił od pracy społecznej, złych nałogów nie zauważono. Światopogląd wy-
kazuje luki.

Jakiekolwiek by fakty nie zdarzały się w biografii Kostka, czy to panna Beatka, listonosz-

ka, z którą jakiś czas chodził, aż zerwał, bo zaczęła go „namawiać do Jehowów”, czy wypa-
dek samochodowy i utrata prawa jazdy, czy areszt, posądzenie o kradzież roweru, jak się po-
tem okazało: bezpodstawne – wszystko to nie tworzyło całości, było kubłem przypadkowych
części, które nigdy nie zmontują się w poprawny silnik. Z których każda idzie „na szmelc”.
Aż pewnego razu... (– Wyście wszystko mieli obmyślone – rzęzi teraz Kostek) Nie, on nigdy
by nie skojarzył sobie napadu na sklep z tym donosem na Mawkę, przeświadczony, że pobicie
jest dziełem złomiarzy. Gdyby nie był spotkał mnie tego samego dnia. Gdybym wczoraj tak
natrętnie nie pytał o Mawkę, nie namówił go (ni stąd, ni zowąd) na zwierzenia o spaleniu bu-
dy, wydostając podstępem zleżałe w pamięci obrazy. Oberwał po głowie, ponieważ był kie-
dyś zdrajcą. Nic się nie dzieje tak ni stąd, ni zowąd. Kara dziś czy jutro będzie wymierzona.
Życie jest powieścią i jakakolwiek spotkała go krzywda przy podziale ról, to – bądź co bądź!
– ma rolę, ma rolę, ma rolę, jest w środku czegoś, co jest wynikaniem, a już był zmartwiony,
że żyje i żyje, i tyle co wącha okładki cudzych mitów, sam w którymkolwiek układzie moty-
wów – bez znaczenia.

Więc nie przyszedłem do Kostka, by mu udzielić wyjaśnień.
Nie chcę zabierać mu roli. I nie przewietrzę pokoju, tej ryby-kryjówki, która w powietrzu

przetartym listopadową mżawką mogłaby szybko zatracić nastrój  udręczenia,  grozy.  Niepo-
koju.

Skoro mu z tym dobrze (?).
Niechaj wyświetla swój „film”, swoją „powieść”.
(W  gruncie  rzeczy  to  śmieszne,  że  cały  mój  pobyt  w  Szczecinie  tylko  dla  Kostka  był

czymś. Podrzuciłem mu kawałek brakującej taśmy na stół montażowy i posklejał się „film”,
od początku do końca kłamliwy, który to „film” – zdaniem Kostka – jest „jak życie samo”.)

background image

85

VI

PROM W POŁOWIE LATA

Gdy już prom oddalił się od brzegu, który z bliska był jedynie miazgą tłumu, kolorową, ale

tylko miazgą, a z połowy rzeki, skreślonej naprędce smugą piany, ujawnił swoją prawdziwą
strukturę, pomyślałem, że podobne oddalenie zyskałem w tych dniach i zyskuję w tej chwili
od „pobytu”, gdyż wszystko, co zdarzyło się w przeciągu roku, nazywam „pobytem”. Teraz
całe  nabrzeże  jest  poliniowane.  Jak  wspomnienia  z  ostatniego  roku,  w  których  czuję  wciąż
silniejsze  linie  faz.  Nie  tak  dawno,  przypominam,  po  raz  pierwszy  w  życiu  podziwiałem
dziwną  moc  dystansu,  oddalenia,  które  jest  lokalizacją  przedmiotu  poznania  akurat  w  tym
miejscu, w tej krzywiźnie czasu, skąd rozbicie na motywy „ważne” i mniej „ważne” jest do-
piero trafne. Pamiętam, że trzeba mi było pół roku rozstania, aby dostrzec wszystkie rysy cha-
rakteru Mawki. I następnej połowy roku, aby w pewnych rysach odczytać szczeliny szczegól-
nie głębokie. Prom wyrzuca z głębi wodę, której kształt olbrzymiej róży pełen jest wiatru  i
światła. Na nabrzeżu biegnie wędkarz po omszałych pniach, tęgawy, z błękitnym żylakiem na
nodze i oto przesłania go maszt, schylony nad długonogą dziewczyną, którą też poliniowała
wąska ławka. Oto wracam po dniach otępienia, choroby, w której umysł zużył wszystkie siły i
przestał  cokolwiek  kojarzyć,  powracam  do  spraw,  nadal  ważnych  w  mym  życiu,  ale  jakoś
i n a c z e j    niż przedtem. Jak coś, co wprawdzie jeszcze raz wypada przejrzeć, ale już w per-
spektywie czasowej, w streszczeniu. „Architektura nawet gęstych secesyjnych charakterów –
przypominam pomyślane kiedyś słowa – ma w sobie prosty schemat rur wodociągowych”. A
emocje, tkliwość, słowa, brzmienie słów, obrazy, tak dokładne przecież nadal – moje są i ob-
ce. W przypomnieniach uczestniczą jak cytaty.

Może  to  w  tych  upałach,  które  ciągną  od  latarni  morskiej,  wchodzą  w  metal  dźwigów  i

urządzeń radarowych na zielonych wzgórzach, zostawiają osad  brązu na karkach  wędkarzy,
gorycz ginie, jeśli była gorycz, to nie sposób jej zatrzymać w sobie tu, w tej panoramie, ona
znika w rękawach płynących za promem, zszytych z piany.

„Być w przestrzeni” – ileż razy w wyobraźni budowałem przestrzeń podobną do tej wła-

śnie, z promem w środku. Gdy czułem znużenie, odpływ sił, być w przestrzeni – marzyłem –
„nie  w  skorupie,  nie  w  gnieździe  splecionym  z  detali,  obrzydliwych  w  dokładności”...  Gdy
ból  głowy  wchodził  w  mózg  korzeniem  tak  rozgałęzionym,  że  tabletki  już  nie  skutkowały,
marzyłem obszary, w których pędzą tabuny powietrza, wieją kilometry białych tkanin, tańczą
mroźne muśliny mleka, ptaków, ryb. „Skoro ginąć – kiedy indziej, pamiętam, myślałem – to
w przestrzeni, nie w kuble, skoro rozbić tratwę, to o skałę pełną białych ptaków”. Trzeba było
tej rzeki, tego promu, aby znaleźć potwierdzenie owych wizji, co do których sam częstokroć
miałem wątpliwości, czy nie tworzą we mnie tylko ornamentu.

Trafnie pisał Mawka w swej noweli, że trzeba specjalnych narzędzi, precyzyjnej aparatury,

aby w masie komórek mózgowych wskazać tę, w której zrodzona myśl jest naprawdę ważna,
podczas gdy pozostałe komórki produkują myśli pospolite. Niemniej jednak uczucie zdumie-
nia  jest  w  tej  chwili  moje,  gdy  z  płynącej  platformy  promu  czytam  dawne  obrazy,  słowa  i
motywy, których sensu przedtem nie podejrzewałem. Oto, widzę, na tle czerwonego ciągnika,
który wjechał na prom z przyczepami z koksem, stoi siwy majtek, opiera się dłonią o czarną

background image

86

oponę, jakby samą dłonią chciał uciszyć ten masywny terkot – i za tym obrazem, ależ tak, ja
to kiedyś widziałem w  i n n e j     w e r s j i :  schylony Szpicbródka, odwłok ciężarówki, kubeł,
zgrzyt segmentów. I nie na tym koniec. Bo obrazy wybrane z pamięci tworzą za tym ciągni-
kiem długi szereg, jakby wszystkie wiodły na ten prom, jakby były jego „przepowiednią”. Za
Szpicbródką ustawia się traktor ze skrzyżowania ulic ze Szczecina, pamiętam, omal mnie nie
przejechał; nazwałem go w myślach potworkiem. Te maszyny są ze sobą sprzężone nie tylko
wyglądem. One dały mi kiedyś wyobrażenie siły, tak, przypominam sobie, w oliwie, w sma-
rach człony gąsienicy, pełne żwiru i ostrych żelaznych warkoczy, wyświeconych zawiasów i
sworzni, i haków, sztab klekocących, pierścieni, w rdzawym pyle, więc tak: te maszyny były
zawsze powiązane z Elementem Zagrożenia, ale skąd? – może wojna? Czarny, gęsty terkot,
który  wchodził  w  liliowy  chutor,  gdy  z  potokiem  wozów  drabiniastych  uciekaliśmy  przed
Niemcami...  Może  Mawka? Jego  świat  rosnących  w  gruzach  brzózek  –  zagrożony  światem
techniki? Byłabyż to owa cząstka sobowtóru Mawki, którą noszę w sobie, a tak we mnie wro-
sła,  że  dotychczas  traktowałem  ją  jako  wyłącznie  coś  mojego?  „W  wyobraźni  inkasenta  –
pisał Mawka – jawił się olbrzymi, rozpalony, kapiący smarami czołg-trał, który wtacza się w
ulice miasta, miażdży kioski, stragany”... (Samolooty...)

Prom obraca się w kierunku „drugiej strony” – w miejscowym języku tylko prawy brzeg

jest nazywany „drugą stroną” – i jakby przechylił się na bok, jakby za dużo stali narosło w
nim z moich wizji, żelastwo wczepiło się w burtę jak skrzydło, jak sieć, która zamiast ławicy
makreli  ciągnie  wrak  olbrzymiego  bombowca.  Nie  wierzę  symbolom.  I  ta  nazwa  prawego
brzegu wcale nie jest symbolem, ponieważ wrócę tym promem, a jednak przylgnąłem do my-
śli, że tak jest w istocie, że teraz odbywa się  r e j s     n a     d r u g ą     s t r o n ę     ż y c i a .

Płynięcie gdzie indziej. W nowy „pobyt”.
Ospowata dziewczyna, bez brwi, ale w sznurach bursztynów, którą w myślach nazwałem

Rusałczycą,  rzuca  mewom  kawałki  drożdżówki.  Mewy  dzwonią  żarłocznym  kłębem,  ich
przeczuciem był żyrandol w operze, one tworzą jego nową wersję, są fragmentem wielkiego
pastiszu, pisanego tym pejzażem na mój „pobyt”. Nawet niebo, w  które wdymił się nadpły-
wający od Zalewu statek, przypomina rentgenowską fotografię pękniętego kolana Lidki! Wy-
chwytuję pierwsze lepsze zdanie: – Jak rzuciło, zaraz było po nim – ktoś powiedział. Kościsty
wyrostek o oczach tak wąskich i tak zaognionych, jakby miał gorączkę. W gromadzie dzie-
ciaków stoi pan z butelką piwa, w rozpiętej koszuli. – Należy uważać, jak sami słyszycie –
mówi pan. – Człowiek był nietrzeźwy, spadł z promu i co? Tu nabrzeże, tam prom, promu nie
szło zatrzymać. Zmiażdżyło pod wodą. Ze wszystkim – mówi pan, w jego twarzy tych słów
się nie czuje, one weszły bez reszty w oczy dzieci, jakby w każdej źrenicy ktoś w tej chwili
tonął. – A właśnie, że nie! – protestuje Rusałczyca. – Nie ze wszystkim? – dowcipkuje pan i
w twarzach dzieci zapalają się ogniki radości. – Właśnie, że go wyciągli – mówi Rusałczyca.
– Widziałam żywego, wczoraj z mężem szłam i tamten stał na „drugiej stronie”. – Pani ma na
myśli tamten świat?... – Ten dialog gaśnie nagle w łoskocie pociągu, który biegnie całą „dru-
gą  stroną”,  wypełnia  sobą,  buchającym  dymem,  szlaban,  pojazdy,  które  w  długiej  kolejce
czekają na prom. Pan w rozpiętej koszuli zbliża twarz do Rusałki i mówi półgłosem, że ma do
niej  prośbę,  bo  mniejsza  już  z tym,  czy  ten  pijak  utonął,  że  on  tutaj  prowadzi  wycieczkę  z
kolonii, a to jest męczarnia, nie jest wychowawcą, tylko intendentem, ale przyjął wycieczkę w
ramach czynu na Dni Morza, więc ma prośbę, żeby się z nim przy dzieciakach nie sprzeczać,
bo w ten sposób mu podrywa autorytet.

Ten pan, to jest typ wymarzony dla Mawki, który często wychwytywał z tłumu takie fizjo-

nomie  i  mógł  długo  fantazjować  na  ich  temat.  Pamiętam,  że  najczęstszym  bohaterem  jego
humoresek, tworzonych w kolejce do kina, w kawiarni, był „gość z cholernie tępą miną, so-
lidny pracownik, który zgłasza się do konferansjerki, przepisuje z »Karuzeli« kawały, ludzie
się nie śmieją, recytuje fraszki, świńskie, ludzie nic, on jeszcze bardziej świńskie, ludzie nic,
on jeszcze bardziej świńskie, ludzie nic...” Nigdy nie podejrzewałem, słuchając wtedy Mawki,

background image

87

że w biografii mej pojawi się ów typ fraszkopisa, by odegrać pewną rolę. Nigdy nie sądziłem,
że nie tylko chora wyobraźnia Kostka, ale „życie samo” może się układać w związki fabularne.

Oto moi przyjaciele, nie wszyscy, bo Waldek zamieszkał w Szczecinie, ale miejsce pobytu

akurat  dla  Waldka  nie  ma  żadnego  znaczenia,  pracuje  w  bibliotece,  jest,  pisma  nie  ma,  nie
drukuje, moi przyjaciele, nie Zdzich, ten jest w wojsku, pozostali: Tyszarski, Gorzelańczyk,
Ciuchna i Żarniecka – mają przybyć na gościnne występy z kabaretem „Cztery”. Ach, zapew-
ne zjawisko „kabaret” nie ma w sobie założonej idei złej sztuki! Gorzelańczyk przekonywał
mnie, gdy ich spotkałem w Międzyzdrojach, że to nawet dobrze, cóż złego, powiedział, kaba-
ret, człowieku, kabaret, istotne, co za kabaret, mówił, kto wie, czy kabaret nie ma większej
siły, tę łatwość mimikry, ludziom się podoba, niby czysta radość, duży wygłup i ścichapęk –
trach! – uderzasz, mówił, w archetypy... Ale Gorzelańczyk kłamał. Widziałem ich program.
Absolutna chała. Piosenki dziadowskie, w których widz zgaduje rym do „zupa”. – Ano do-
brze – powiedziałem. Chodzi wam o forsę. – Niestety, nie umiałem przeczytać „pobytu” jak
książki; gdybym był dość wnikliwym czytelnikiem, mógłbym wcześniej go poddać interpre-
tacji, rozkładając poprawnie akcenty ważności.

Cóż, nie żyje się z ołówkiem w ręku.
Nie rozbija biegu zdarzeń na „fiszki”.
Nie odczuwa się poetyki życia. (Nawet wtedy, gdy się wydobywa zeń poezję. To nie jest to

samo.)

Gdybym  nieco  wnikliwiej,  na  przykład,  czytał  Gorzelańczyka,  który  często  „brał  na

warsztat” Tyszarskiego, mógłbym z całą pewnością przewidzieć, że gdy tylko Lech zagarnie
władzę  –  stworzy  z  „Czter”  zarobkujący  kabarecik.  On  to  przecież  miał  wpisane  w  swoją
„szuję”! Poniewczasie zrozumiałem Gorzelańczyka, który mówił, że Lech „widzi mu się” jak
ktoś w wytwornej restauracji, w środku jakichś szachrajstw z dolarami. Wśród błyszczących
kołnierzy orkiestry. Sam, pamiętam, na wsi, po raz pierwszy zetknąwszy się z Lechem, my-
ślałem  –  „jego  żywioł  to  lipa,  teatr  nierzeczywistości”.  A  przeszedłem  obojętnie  obok  tych
spostrzeżeń. Obok wielu spostrzeżeń czynionych nad  Lechem  przechodziłem  obojętnie.  Za-
chwycony jego „wnikliwością” w zgadywaniu myśli! Nie zechciałem wyciągnąć wniosków z
tych, jak sam myślałem wówczas, półobłędnych rojeń, że pewnego dnia Lech stanie się Nie-
lechem. Że Tyszarski przyjdzie jako Nietyszarski.

Trzeba widzieć Lecha teraz, w kabarecie, by zrozumieć, co to miało znaczyć. Trzeba słu-

chać jego monologów, nazywanych – prawem zemsty chyba za wszystkie nasze uniesienia –
Wielką  Liryką!  „wstawkami  poetyckimi”,  i  trzeba  zobaczyć,  jak  pojawia  się  w  czerwonym
świetle reflektorów i „rozstanie”, „smutek”, „żal”, „twe zapłakane oczy” lazą mu spod „szui”,
to całe plugastwo sentymentalizmu. Maszyneria do tanich rozczuleń. Historyjki o  łkających
klaunach i zadumanych dorożkarzach, obrzydliwość. „Ludzie wierzą – kiedyś tak myślałem –
że  Tyszarski  podaje  im  rękę,  widzą  przecież  wyciągniętą  dłoń,  a  tymczasem  to  proteza”.
Miałem rację. „Wstawki poetyckie” Tyszarskiego są protezą, nie  wyrosły z ciała sztuki, nie
mają palców, nie chwytają idei poezji, tylko forsę, forsę. Są oszustwem. Tym bardziej szko-
dliwym, że ubrane w rękawiczki „nowatorstwa” – są w umysłach widzów „wyrazem nastro-
jów dzisiejszej młodzieży”. (Myślę, że nasz przerost racjonalizmu, był podświadomą walką z
mitem „dziwnej młodzieży”, doprowadzonej do krańców prymitywizmu myślowego. Tak też
często  czytam  mój  „pobyt”)  A  już  szczytem  drwiny  jest  to,  że  sam  fakt  założenia  grupy
„Cztery”  miał  być  właśnie  –  w  moim  przynajmniej  rachunku  –  protestem  przeciw  poezji
traktowanej  jako  „wstawka”,  jak  ją  teraz  traktuje  Tyszarski.  Przeciw  sztuce  ułatwionych
wzruszeń. Marzył się nam przecież teatr trudny, który byłby sceną myśli. Dramatem pozna-
nia. Zawiniłem, oczywiście, miałem mało sił, nie stworzyłem im  warunków, nie wpłynąłem
na bieg spraw związanych z pismem.

Wróciłem z pustymi rękoma.
Sądziłem, że na mnie czekali.

background image

88

Byłem pełen musującej dumy, że oto ich przyszłe biografie splotły się wokół mnie.
Pełen strachu, że moje pomyłki spowodują w ich życiu ważkie zmiany. (Misterne dialogi,

które miały się rozegrać między mną a nimi, a do których w efekcie nie doszło, ułożyłem w
szczegółowe  scenariusze.  Przewidziałem  ich  rozgoryczenie,  zgromadziłem  komplet  moich
replik, że przegrana pisma nie jest w stanie wykreślić z naszych planów słów kluczowych, są
inne  sposoby  działania,  na  przykład:  wydamy  maszynopis  almanachu...)  Prom,  zderzony  z
nabrzeżem, wyrzuca swój barwny ładunek, który miesza się w mych oczach, zalewanych po-
tem, z przypomnieniem serca dżungli. („Serce dżungli jako klatka pełna płonących papug”.)
Podróżni skaczą chyżo, galopują, merdając walizkami. Z „mnóstwem wrażeń” wakacyjnych...
W oczach tych, co nie zdążyli i wciąż się muszą tłoczyć na pokładzie, gdyż prom, odbity o
drewnianą  przystań,  cofnął  się,  otworzył  ciemny  tunel  płynącej  za  burtą  zieleni,  grają  całe
organy z płacht rozkładu jazdy, rozklejonych tam, w odległym o sto metrów holu dworca na
wysokich walcach obrotowych. Tam już rośnie, boją się, ogonek. – Nic, będziemy rozmawiali
o tym w domu – odzywa się gdzieś człowiek obarczony wielodzietną rodziną. – Siedem rze-
czy – mówi. – Siedem rzeczy, pamiętajcie, tobół, trzy walizki, pamiętajcie...

Byłem  gotów  sam  te  almanachy  przepisywać  na  maszynie.  Byłem  przeświadczony,  że

wracam do gniazda, w którym żaden nowy ptak w tym czasie się nie wylągł, poza ptakiem
naszej Idei. Szerokoskrzydłym ptakiem „Cztery”. A tymczasem gniazdo było puste. Jakbym
w ogóle nie jeździł do Szczecina, jakby nigdy nie mierzono perspektyw, które rosną w pano-
ramie tego miasta. Lech zupełnie zignorował moje sprawozdanie z pobytu w Szczecinie. Po-
wiedział, że ma pewne propozycje, z których, owszem, mogę się wycofać, ale które mają w
grupie zwolenników. Gorzelańczyk westchnął: – Z czegoś trzeba żyć – powiedział to z wiel-
kopolska, „czeba żyć”, zniżając głos do basu, jakby  kończył lot i zapowiadał ostateczne lą-
dowanie.

Więc czemu chcę ich teraz spotkać? Może z nudów. Z tych sinych upałów, które znoszą z

myśli złość i gorycz, w tych mokrych przestrzeniach, które się nigdzie nie kończą, wchodzą w
siebie jak odbicie bambusowej wędki w glony, glonów w zieleń, która schnie pod farbą gru-
bych  desek  z  literami 

KABEL.  Może  po  to,  by  zrehabilitować  się  w  ich  oczach,  w  swoich

oczach,  udowodnić,  że  nie  mogłem  dać  im  wprawdzie  pisma,  ale  coś  załatwić  w  końcu
umiem. Może wciąż ich lubię? W Międzyzdrojach nie powodzi im się dobrze. Gorzelańczyk
duszne przedpołudnia przepędza samotnie, pod piekącym jak bandaż brezentem maluje pla-
katy, uśmiechnięte  gęby  wpięte  w  gwiazdy  różowymi  czuprynami,  które  ktoś  każdego  dnia
dokładnie niszczy. Ciuchna pisze na plaży długie monologi. Siada w niezajętym koszu i pisze,
przerywając od czasu do czasu tę czynność łykiem cierpkiej wody, którą nosi ze sobą w syfo-
nie. Nie zdejmuje nigdy swych szerokich spodni. Gdy przychodzą właściciele kosza, Ciuchna
nie przeprasza, odchodzi, pomrukując jakieś rymy, jakieś kalambury, Tyszarski śpi w jednym
namiocie  z  Żarniecką.  Tylko  Lech  uważa,  że  jest  dobrze.  On  nosi  optymizm  na  pokaz,  jak
rude farmerki, jak czerwony język. (– Ale język mi pogryzła, chcesz zobaczyć? – budzi każ-
dej nocy Ciuchnę i kwiczy ze śmiechu. – Takie życie ma swój urok – mówi. Nigdy nie miał
zbyt poprawnej dykcji, teraz słowa zniekształca jak ciepłe kołduny, jakby po to tylko mówił,
by się nażreć, czymkolwiek, słowami czy śmiechem.)

– A mówiłam, że wyciągli pijaka, mówiłam! – zieje swądem opalonych mięśni Rusałczy-

ca, prosto w moje nozdrza. Rozchylona w białej niszy ucha i pod pachą, skąd wykluwa się
wilgotny kurczak włosów. A mówiła. Teraz tam ów pijak przycumowuje prom. Tydzień temu
wpadł do wody, „ale go wyciągli”. Widzę. Pyta mnie, czy widzę. Przecież widzę. – No i wi-
dzi pan – oddycha mi na plecach.

Tam jest stryj Fryderyk.
Sinymi palcami, które zdają się, na przekór wielkim piecom słońca, marznąć na polerach,

ugniata metalową linę. Jest blady. „Ów lęk przed montażem, przed nieprzeczuwalną fabulary-
zacją, zdarzeń, które się fabularyzują  s a m e” – teraz wraca  – ów wstrząs, którego już raz

background image

89

doznałem, i to właśnie przy spotkaniu stryja Fryderyka. I myślałem wówczas to pytanie: jak
to? jak to same zdarzenia mogą wchodzić w związki fabularne? Lecz tym razem wrażenie jest
bogatsze. Jest jeszcze bogatsze. Jest wewnętrznie złożone z motywów odległych, które żyją
symultanicznie. Z wyobrażeń o dotychczasowych jego dziejach, tak ponurych, że – sądziłem
– zbierających się jedynie w czarny kopeć lampy, wynikałyby – sądziłem – spieczone grudki
ziemi,  tej  ziemi,  w  której  kiedyś  przegryzł  grdykę  wehrmachtowca,  okrywałyby  go  coraz
szczelniej, spadające w dół, jak w dno transzei, jego alkoholizm, nos w wiśniowych żyłkach i
marskość wątroby...  Gdy  tymczasem  on,  Fryderyk,  teraz,  wśród  malowniczej  scenerii  przy-
stani, w słońcu, cumujący prom, ma w sobie lekki wietrzyk łagodności... Jest jednym z tych
ludzi, których zawód i sposób istnienia wzbudza podziw dzieci i poetów, jak owczarz, szczu-
rołap, grajek podwórzowy, ile tajemnicy, jak baśniową mądrość może mieć ktoś taki, cumują-
cy prom, jak stryj Fryderyk!... Ale do tej baśniowej otoczki nie przystaje Fryderyk-topielec,
ktoś, którego chodzi się oglądać z radosnym zdziwieniem, że on jednak żyje. Który tonął. Pił
pod wodą smary. Znów nawrót „pobytu”, kojarzenie faktów w łańcuch przyczynowy: może
chciał utonąć, zapił się na śmierć, on przecież poniósł klęskę. Chciał utonąć: on był tym ban-
dziorem, który uderzył Kostka w głowę, okradł sklep, skąd miał pieniądze, właśnie tego dnia,
skąd miał pieniądze, po co, jasne: po co, chciał „przekupić” Łacinniczkę... Zaraz, po kolei...

Pisał powieść.
Każdemu się układa w myślach jakaś „powieść”. (Kto wie, czy jej wartością nie można by

mierzyć wartości przeżytej biografii?) Nie wiem, czy pewne „życiowe” problemy nie są cza-
sem do zbadania środkami poetyki? Czyż, na przykład, teoria motywacji nie jest sui generis
filozofią odwiecznych konfliktów człowieka? A zatem: jakiego rodzaju motywy kryją się w
decyzji stryja Fryderyka, który chciał być autorem „prawdziwej” powieści? Na co liczył? Ku-
pił zeszyt, pisał bez wysiłku, wierząc wszystkim słowom, bowiem każdy fakt miał wmonto-
wany w słowa tyle razy powtarzane. Jak mógł się domyślić, że to, co tworzyło w nim „ja” –
wymaga przeróbek  stylistycznych?  Nigdy  nie  czuł  słów.  Miał  je  przecież  w  pamięci  i  skąd
mógł wiedzieć, że słowa, niezawodne we współżyciu z ludźmi, tak łatwo zbijają się w mia-
zgę. Nigdy nie czuł lęku przed słowami. Nie rozumiał, że w pewnych momentach one tracą
po kolei każde ze swych znaczeń, tracą materialność, są czystymi układami graficznymi. Stryj
Fryderyk  pisał.  Pił  i  pisał.  Czasami  widział, że  chce  zmieścić  za  dużo  wiadomości  w  kilku
zdaniach, że nagle spod słów wyskakują inne, zapomniane, jakieś powiedzonka jak to, że gdy
miał porucznika, to porucznik drapiąc się powtarzał wierszyk – „coś się kąsa między wszami,
nie inaczej, jak oni sami” – nie wiedział: co robić z tym wierszem, brał go w nawias. Ale na
ogół był zadowolony. Nie mógł pojąć przeto, czemu Łacinniczka mówi „słaby styl”, co zna-
czą  „naiwności”  (–  No,  jaż  nigdy  naiwniaczkiem  nie  był  –  dziwił  się  Fryderyk),  co  to  jest
„banał”?

– Może coś nie tak? – Próbował znaleźć, co „nie tak” jest w jego książce. Może zapomniał

czegoś? A? Niczego jednak nie zapomniał, miał to wszystko w oczach, napisał, jak było,  a
było jak żywe. Gdzież tu leży sekret, myślał. Tu jest jakiś sekret. Co to jest pisanie książki,
myślał.  Interes jak  każdy,  wszak  z  pisania  poniektórzy  żyją.  A  żyć  można  tylko  z  interesu.
Rozumował dalej. Cóż to jest interes? A? Interes – to pieniądze. I nie zaczniesz interesu bez
pieniędzy. To jest jasne. Jak dwa razy dwa. On, Fryderyk, musi mieć gotówkę. Wtedy pójdzie
jak po maśle. Jeżeli coś napisał nie tak, Łacinniczka zmieni, ale jej trzeba zapłacić. Jak zdo-
być pieniądze? Nigdy w życiu nie przypuszczał, że uderzy Kostka. On nie poszedł z tym za-
miarem do Kostka, zresztą w sklepie Kostka miało nie być. Z chwilą, gdy jednak musiał go
uderzyć – nie uciekł. Zaraz się nim zaopiekował. A gdy Kostek zaczął bredzić o złomiarzach
– wersja z Mawką przyszła mu do głowy, jak wiadomo, później – stryj skłamał, że widział w
pobliżu sklepu kogoś, kto mu bardzo złomiarza przypominał. Nie był naiwniakiem. Chciał za
wszelką cenę wydać książkę, bo – jak kiedyś już myślałem – nie istnieje życie, które byłoby
możliwe poza otoczeniem. Bez adresu. Bez układu odniesienia. Stryj Fryderyk szukał wyjścia

background image

90

z próżni. W próżni bowiem można łatwo umrzeć. Kiedy człowiek wie, że już się „nie nadaje”.
Absolutnie do niczego. Więc gdy poniósł klęskę, gdy dowiedział się, że nawet pieniądze nie
uratują go z tej próżni, bo widocznie nie ma co ratować, pomyślał o śmierci. A dlaczego go ta
myśl przywiodła właśnie tu, nad Świnę? Czemu teraz nie chce mnie poznać? Po co przyjął
pracę przy polerach, tam gdzie tydzień temu tonął, właśnie tam? A któraż fabuła, jeżeli jest
prawdziwą, nie urywa się na kilku znakach zapytania?

– Cześć, Henryk.
Ponownie wmieszałem się w tłum. Przeistaczam się z wolna w jego mikroklimat, w kory-

tarze,  którymi  wędrują  sploty  ciał,  to  beznamiętne  spółkowanie  łokci,  waliz,  materiałów,
szmerów... „Lekarze, siłacze z prowincji, mijają mnie gęsto jak przydrożne drzewa” – przy-
pomniały mi się pomyślane kiedyś słowa, które teraz chcę rozmieścić w holu dworca, ale one
znikają za obrębem myśli, „nie nadają się” do tej wielości  gestów, min, wyglądów, jakbym
sprzęt o prostych kształtach, regał czy taboret, chciał wmontować w przepych barokowej fary.
Ktoś mnie wołał. Nie poznaję żadnej twarzy. – Jak wam nie wstyd? – pyta kogoś przy kasie
otyła kobieta. – Jak to: bez kolejki? – i niespodziewanie zrywa z siebie pisk: – Jesteście świ-
nia, świnia, świiinia! – Licz się pa... ze słowa... – wybucha pełen świstów kaszel, jakby czyjaś
zadyszana złość spalała mokry chrust.

– Cześć, Henryk, nie poznajesz? – mówi ktoś w pobliżu.
Awantura przy kasie wyszarpuje z ludzkich mięśni bryzgi gestów, ktoś spocony wprowa-

dza „kuksaniec” w mój bok. Silne „świiinia” wybija się z gwaru. – Niech pan mnie nie stra-
szy! – spada w tłum maczuga zbita z głosów. – W więzieniu siedziałem... – przenika ten gwar
refleksyjne  westchnienie.  –  Inni  stoją,  a  ón  przez  ogonka?  –  Człowiek  w  ciąży,  czy  jak?  –
Dosrał mu, słyszałaś, Wacia?  –  Tylko  nie  w  obecności  dzieci!  –  Proszę  nie  ubliżać  inwali-
dzie... – Mnie w czterdziestym trzecim... – Mnie w trzydziestym dziewiątym...

– Ach, to ty? – poznaję „syna  Freuda”. Szuka mojej dłoni, chce  koniecznie,  bałwan,  za-

wiadomić mnie uściskiem dłoni, że zjawił się oto, jest, cielesny, koniecznie trzeba go poma-
cać. Co ten typ tu robi? O! – „Syn Freuda” demonstruje swoje chrapy – o! – otrzymał zapro-
szenie, mówi, jakby gryzł orzecha, tak mu pęka pod zębami słowo „arch...” – nagryza silniej –
„architektura  wnętrza”.  Schrupał.  Triumfuje.  Jak  to?  Nie  słyszałem?  Nawet  Ursyn  pisał  fe-
lieton. O? Otrzymał pierwsze miejsce na konkursie. On, amator! Studia załatwione. Wszystko
gra.  Jest  taki  uszczęśliwiony.  Czy  na  kogoś  czekam?  Co,  koledzy,  tak,  nie  przyjechali.  Nie
wyglądam na szczególnie zmartwionego. Nie miałbym ochoty popłynąć z nim promem? Tyle
nowin ma i – teraz stwierdzić to może z zupełną szczerością – tyle mi do zawdzięczenia ma,
że... Jak ten bałwan mnie przeraża. On i serdeczna wdzięczność? Do mnie, za co? Prom wrósł
w nabrzeże, samochody już wjechały na platformę, ludzie stoją w grupkach na przystani, sie-
dzą na kamieniach, karmią mewy. Trzy starszawe wczasowiczki  opalają  nogi  odsłonięte  do
połowy ud. W zieleń rzeki wrzeźbia się hałasująca motorówka. Płaskie fale podchodzą  pod
przystań. Prom odpłynie za 20 minut.

„Syn Freuda” łyka wiatr, przymyka oczy, jakby smakował po kolei: widok z promu, słoń-

ce, które, zachodząc, wpina w grzbiety fal kawałki jasnej blachy, mówi, nie otwierając oczu,
że cokolwiek do mnie miał – przekreślił, nawet strach.

Bo kiedyś go cholernie mną straszono.
Że o niczym nie wiem? Podejrzewał, że o niczym nie wiem. To była ciuciubabka, mówi, z

tak czułą słodyczą mówi „ciuciubabka”, że dziewczynka, która stoi nieopodal, na tle zwojów
metalowych lin, wybucha głośnym śmiechem. To był wariacki pomysł Mawki, mówi Feliks.
Co? No gang. Ach, racja, ja o niczym nie wiem. Było tak:

Gdy Feliks został „czeladnikiem” Mawki, „gdzieś” po czwartej lekcji „mistrz”, z odświęt-

ną miną rzekł, że musi go wprowadzić w pewną ważną sprawę. Jak  to jest, zapytał Mawka,
pijąc  kwas  chlebowy,  że  pewni  artyści,  którzy  przez  całe  życie  pracują  uczciwie  i  ciężko,
wchodzą w zapomnienie, a tylko nieliczni zdobywają rozgłos? Czy Feliks kiedyś myślał, jak

background image

91

to jest? Publiczność, naturalnie, mówił Mawka, wierzy, że w grę wchodzi talent. Sądzi się, że
właśnie  talent  gwarantuje  nieśmiertelność...  Cóż  to  znaczy  „talent”?  Czym  go  można  mie-
rzyć? Wszystko bzdura! Porażki i klęski, sławę i talenty artystyczne, począwszy od wzmianki
w gazecie, a kończąc na podręcznikach uniwersyteckich, reguluje Władza, mówił. Sprzysię-
żenie. Gang. Wolnomularski Związek Obu Półkul. (W.Z.O.P.) Ktokolwiek się narazi Władzy,
mówił – ginie. Feliks pamięta, że Mawka po tych słowach zgasił papierosa, wciskając żarzący
się koniec w swój przegub. Powiedział: – No  –  jak  gdyby  wcale  nie  czuł  bólu  –  pierwszo-
rzędnie. Teraz spróbuj ty. Bo tchórza w gangu nie potrzeba. – O! – uśmiecha się „syn Freu-
da”. – Tram, żebyś wiedział, co to był za typ, twój Mawka! A pamiętasz? Jak mi rękę poha-
ratał szablą? Wchodzę. On od razu do mnie, czy ciebie spotkałem na schodach. I co? I może
nie raczyłem się ukłonić, pyta. Nie pamiętam, powiedziałem, chyba że się ukłoniłem, ale nie
pamiętam. Mawka dał mi szablę, krzyknął „broń się!” I zaczął krzyczeć, „czy ty wiesz, kto to
jest Henryk Tram?” I jak nie rzuci się na mnie! „To jest Przedstawiciel, krzyczy, gangu, gan-
gu”!... I jak mnie nie dorżnie! Szablą. O psiakrew. Na całe życie szrama. Ale nie mam żalu.

A więc było tak, więc Mawka widział pewną korzyść w tym „dobrym uczynku”, gdy roz-

począł swoją „pracę nad Feliksem”. Nie wiadomo, czy chciał go naprawdę uczynić malarzem,
jedno tu jest pewne, że „pracował”, by go sobie podporządkować. Osaczył go więc gangiem,
tajemnicą. Brakowało mu Przedstawiciela, musiał być w tym układzie Ktoś Trzeci, czyje za-
chowanie, pewna oschłość w obejściu z Feliksem i względna dojrzałość, a może i gęba jakaś
taka, jak moja, za którą można się domyślać wielu rzeczy – zapewniały wiarygodność gangu,
związków Mawki z gangiem. Zdecydował się na mnie. (Kto wie, czy już wtedy nie dojrzał w
nim pomysł tej noweli z Trałem-bestią i czy Mawka nie zaraził się tym mitem gangu sam i
sam nie zaczął „wierzyć”, że ukrywam w sobie okrucieństwo, siłę, moc, gdyż takie właśnie
cechy charakteru miałem jako Przedstawiciel. Nie wiem.) – Cóż powiesz na to, synu Freuda?
– pyta naraz Feliks.

– Co? Skąd wiesz?
– Nazywał ciebie „synem Freuda” – mówi Feliks. – Nie wiedziałeś? – Co za bałwan, my-

ślę.  Jak  mu  to  powiedzieć? Jak  mam  wyniszczyć  w  nim  to  „przywiązanie”,  ową  „wdzięcz-
ność”, którą do mnie żywi, że nie jestem nikim z gangu, ale że nim „byłem”, że „syn Freuda”
wierzył w „syna Freuda” i oto zostaje malarzem? Z której strony bić, jak głośno wołać – nie-
porozumienie! Dla mnie. W moim prywatnym rozrachunku – nieporozumienie. Dla mnie Fe-
liks jest niczym. Może nie mam racji? Skąd ten upór? Feliks, niewyspany, obserwujący każdy
ruch dziewczyny w kombinezonie, która tym kombinezonem może go  każdej chwili pobru-
dzić, a tego się boi okrutnie, to widać, dlaczego Feliksa, Feliksa nazywam bałwanem, cym-
bałem, czym jeszcze, cóż od niego chcę? Jakiż bałwan? Przecież liczą się z nim. Zlecają ja-
kieś prace. Ledwo dostał się na studia, już mu coś zlecają, wygrał konkurs. Jakiż bałwan, my-
ślę. Brnął o własnych siłach i dobrnął. Że tak drży o swoją popielatą marynarkę, czemu mnie
to śmieszy? Może to jedyna jego marynarka? W której może się „ludziom pokazać”? Nie. Nie
o  to  chodzi.  Niech  go  zapraszają  i  niech  będzie  sympatyczny,  utalentowany,  rozczulający.
Niech  uroczy  nawet.  Zgadzam  się.  Nie  powiem  złamanego  słowa.  Ale  on  i  Mawka?  Jakże
pogodzić się z tym, że Mawka istniał, żył (i żyje) po to, by ktoś kiedyś mógł stwierdzić, że
istnienie  jego  usprawiedliwia  „syn  Freuda”.  To,  że  się  nim  zajął.  Prawdziwym  artystą,  być
może. A sam Mawka?

Mawka się nie liczy. On w ogólnym rozrachunku się nie liczy. Wszystko inne w nim było

„mniej ważne”. Mój bohater. Mój bohater przegrał.

– No, a Mawka? – pytam.
– Miał za mało zębów – mówi Feliks. – Ach, racja, ty o niczym nie wiesz.  M i a ł     z a

m a ł o     z ę b ó w .  To śmieszna historia... – Dowiaduję się, że Mawka, mój bohater, nie od
razu przegrał. Jego kryzys, który przebył jak bagnisty las, pogłębił się o nowe niebezpieczne
trzęsawisko po wystawie, chociaż nikt nie wytknął mu rażących błędów, nikt nie wyśmiał, ale

background image

92

też nikt nie mówił nic nad to, że obrazy są „rozsądne”, „poprawne”. – Czemu nie rżniesz pro-
sto w oczy? – miał pretensje do Ursyna. – Powiedz prawdę, te obrazy są nijakie, no? – Więc
tego... – peszył się wpędzony w potrzask Ursyn, który nie lubi ostatecznych wniosków – brak
im może życia, z tym, że tego. – Chwytasz sedno! – krzyknął Mawka. – To są trupy. No. Wy-
stawa moja jest kostnicą. Niczym więcej. Nie wiem. Co to jest, że farby jakby umierają, kiedy
biorę je na pędzel? – Ale Mawka nie chciał przegrać. Przeświadczony, że malarstwo ma cha-
rakter tylko naśladowczy, że marnieje mu talent w tym mieście, gdzie przeżycia są zbyt nie-
dokrwiste, w końcu „nic mu nie jest”, a powinien „dostać w kość”, doświadczyć sił żywiołu,
aby  ciało  samo  nasyciło  się  okrutnym  malowidłem  świata,  by  na  ślepo,  samą  dłonią  mógł
opisać świat na płótnie, najprawdziwszy, dotykalny, musi zacząć życie od początku. To, co
przeżył, było fikcją literacką. Jego krzyk był kłamstwem.

Ból był kłamstwem.
Przyrządzonym sobie jak gorąca strawa.
Śmierć była zieloną muchą w słońcu, którą – gdy chciał – mógł połknąć, jeśli chciał, mógł

spłoszyć,  ale  nie  musiał  się  przed  taką  śmiercią  bronić.  Nie  miał  Prześladowcy,  poza  sobą.
Chciał wypłynąć w morze. Szukał bólu, który byłby zadawanym przez coś. Walki, która by-
łaby zmaganiem z rzeczywistym wrogiem, nie skłamanym Trałem. Bez kwalifikacji, myślał,
może zostać chłopcem okrętowym. Bajkokiem. Zbierał słowa, zdania, powiedzonka marynar-
skie, w których budowały się wykresy długich rejsów, na najgorszej łajbie, myślał, w sztor-
mie,  wśród  cuchnących  rybą  desek...  Kiedyś  był  już  pasażerem  olbrzymiego  statku,  który
przywiózł go z rodziną do Polski. Nie o takim rejsie marzył. On chciał poznać świat widziany
z dna. – Miał za mało zębów, nie przyjęli go z takim ubytkiem – wzdycha Feliks.

– Tak, pamiętam, kiedyś poszedł do dentysty i usunął zdrowe zęby. Twierdził, że tych ko-

ści nie chce sobą żywić. One wyczerpują mu organizm. – Lewy brzeg, który naciera na nas
jak szeroka kra, zajęty przez czerwone autobusy, parujące bielą strojów tanecznych, rozjaśnia
się naraz poświatą rakiety. – Patrz, co za historia, no, no, no – „syn Freuda” znów przymyka
oczy. – Co za typ. A wiesz? Że ja do niego nie mam żalu?

Rusztowanie  z  cieni,  wędrujące  po  nabrzeżu,  w  oknach,  naniesione  wybłyskiem  rakiety,

która spadła za wyraźnie rysujący się na tle jej światła gmach kapitanatu portu – pęka nagle w
mosiężnym  poblasku  rakiety.  –  Zresztą  on  już  sobie  znalazł  –  mówi  Feliks.  –  Ma  nowego
czeladnika, wiesz? Nowego „syna Freuda”. Ale nie przypadł mi ten nowy do gustu... – Wi-
działeś go? – spytałem, ale nie dosłyszał. Lewy brzeg zaludnia się z minuty na minutę coraz
gęściej. Marynarze. Wojsko. Na przystani kilku mężczyzn w slipach i gumowych płetwach.
Tłum na brzegu rozstępuje się przed dwukołowym wózkiem, który pcha dziewczyna w białej
bluzce  bez  rękawów  –  wózek  z  napojami  chłodzącymi,  pełen  szklanych  naczyń,  w  których
płoną dwie klarowne kolumienki soku. Czerwień i żółć cytrynowa. – Czemu nie podoba ci się
nowy kumpel Mawki? – pytam. Lewy brzeg ociera się o burtę promu. W głębi, za szpalerem
ludzi,  bucha  gęsty  śmiech.  Na  palach  przystani  młodzieńcy  w  jedwabnych  koszulach  liżą
piąstki lodów kakaowych. – Szli, widziałem ich – powiada Feliks – na Turzynie ich widzia-
łem. Tamten z gębą, że pięć lat bez sądu dam mu z mety. Ni to złomiarz. Ni to czort. Pod pa-
chą niósł świecznik, taki lichtarz. Co on ma wspólnego z Mawką?

Ci na nabrzeżu oglądają nas, płynących promem, jakby coś szalenie zabawnego było w na-

szej sytuacji. Że oni tak na brzegu, a my tak na promie. Jak w ruchomej klatce. Człowiek w
płetwach, pełen czarnych włosów od szyi po brzuch, owija się w płaszcz kąpielowy. Orkiestra
zwiera się w czworobok, gra ujazzowione 

Morze, nasze morze. Ktoś próbuje wybić korek z

butelki, uderzając w oponę motocykla.

Czy tym razem, myślę, nie zostałem  rzeczywistym  czołgiem-trałem  Mawki?  Tym  razem

na dobre? To był Kostek, ten z lichtarzem, to jasne. Zostawiłem go bez cienia wątpliwości, że
to Mawka dokonał napadu. Dorzuciłem mu wycinek brakującej taśmy, dzięki czemu powstał
„film”  –  mit  kryminalny  Kostka.  „Jak  to  ktoś  po  latach  mści  się  na  kimś”.  Cóż  za  krótko-

background image

93

wzroczność! Ileż dziecinady! Jakże sobie to wyobrażałem, że co będzie potem, że Szkuderlak
poprzestanie  na  stwierdzeniu  faktu  „filmowości”  własnej  egzystencji?  Nie  napisze  epilogu?
On,  Szkuderlak?  Nie  dotrze  do  Mawki?  Który  wtedy,  w  sklepie,  tak  gorąco  chciał  uderzyć
pierwszy?

Nie: z tej strony nigdy nie zgadłbym zetknięcia wątków.
Jak ratować Mawkę? Jechać. Ostrzec. Jeśli coś się miało stać, to już się stało. Nie pojadę.

Wtedy  też  nie  poszedłem  na  spotkanie,  kiedy  Mawka  czekał.  A  miałem  mu  zaproponować
dział plastyczny pisma. Co ja teraz pocznę? Co ja mam z tym Mawką? Dlaczego muszę być
tym jego trałem, pechem, tym, którego  czyny –  gdyby  oglądać je  oczyma Mawki – są wil-
czymi pazurami otoczenia, od którego się ucieka. W morze. W śmierć.

Komuż  zawdzięcza  ludzkość  mit  osamotnienia?  Jak  mało  poświęcono  serca  tym,  którzy

znajdują się – wbrew własnym chęciom – w otoczeniu, w masie, wobec której ci inni, osacze-
ni, poczuli swą  o b c o ś ć.  Seria zielonych i pomarańczowych rakiet. Przed orkiestrą defiluje
grupka ludzi, na jej czele kroczy pan z seledynową brodą. Niesie trójząb. Obok chude dziew-
czę w wianku z morskiej trawy. Finał wątku „Kostek – Mawka” mógł być całkiem inny. Czy
Szkuderlak, gdy odzyskał siły, nadal wierzył w ten swój „film”, czy nie opadły go po pew-
nym czasie wątpliwości? Może zechciał sprawdzić, jak naprawdę było z tym pobiciem? Mu-
siał pójść do Mawki i powiedzieć, że rachunek krzywd w ten sposób został wyrównany. „Co
złego – to nie ja”. Niech ten „kryminał” idzie w zapomnienie. Mógł po prostu szukać nowych
związków  z „typem  nie  z  tej  ziemi”,  z  Mawką.  Który  mu  zawsze  imponował.  Mógł  zatem
brnąć dalej w swój ponury „film”, ale w poszukiwaniu Prześladowcy. Każda wersja ma cechy
prawdopodobieństwa. Nie należy również zapominać, kim był Kostek. Jakie sprawy mu da-
wały utrzymanie. Jak zarabiał na mosiądzu właśnie. Może znalazł Mawkę, żeby sprzedać mu
ten „artystycznie wykonany” lichtarz. Chciał po prostu sprzedać lichtarz.

– Raz... – odzywam się, lecz oto Feliks ginie w tłumie, a ja chciałbym zeń wydostać jesz-

cze jedno, jeszcze jedna rzecz jest nie do końca wyświetlona, a konieczna do całości rozra-
chunku. – Raz... – powtarzam – ktoś dzwonił... – ale słowa, które mówię, giną w skórze tęt-
niącego bębna. Ocierają się, jak ręcznik, o czyjś mokry kark. Wkraczają w czyjeś włosy, bar-
dzo  gęste.  –  Co?  –  ze  złością  odkrzykuje  Feliks.  Pokazuje  rękaw  poplamiony  piwem.  Jego
popielata marynarka! Chcę krzyknąć, że raz ktoś zadzwonił  do  Chodynickiego,  czy  czasem
nie „syn Freuda”? Narozrabiał. Jako Tram. Czy nigdy nie chciał ze mną zadrzeć? Z Przedsta-
wicielem gangu? – Nie dzwoniłeś? – wołam. – On – wybucha śmiechem jakiś łysy dryblas. –
On na pewno dzwonił. Panie, ja go znam. On zawsze dzwoni... – chwyta mnie za łokieć i do-
daje tajemniczym szeptem: – Tylko nie zgadniesz, w którym uchu. À propos. Nie wypijemy
wódki w „Gryfii”?

––

Przypominam sobie spotkanie z Ursynem sprzed roku. Opowiedziałem mu wtedy, w ho-

telowym pokoju, „krwistego” – taki bowiem tytuł dałem (w swoich myślach) pierwszej fazie
mojego „pobytu”. Pamiętam, jak zdenerwowałem go tą opowieścią. Jak odnajdywał Mawkę,
tego Mawkę, który okazał się mym dość pechowym bohaterem, w każdym słowie, pod każ-
dym słowem. Dużo chodził po pokoju. Coś obliczał. Kładł swe grube dłonie na serwecie, wę-
drował po ścianie palcami i cieniem swej głowy, mówił „szereg rzeczy, szereg spraw”. Do-
piero teraz zdaję sobie sprawę, co on mierzył. On mierzył w tym układzie faktów – wykres
fabuły. Na każde moje wątpliwości odpowiadał „mniejsza z tym”, „nie o to chodzi”, „trzeba
dużo pisać”. W pewnej chwili oznajmił, że tym mędrkowaniem zepsułem mu serce, ma ner-
wicę, że ostatni raz po ludzku do mnie mówi – nie wolno mi „wypuścić Mawki z ręki”. Potem
ułożył swoje grube, zasapane cielsko na wąskim tapczanie, zamknął oczy i powiedział: – „Te-
raz  ani  słowa”.  Gdyby  streścić  to,  co  mówił,  otrzymalibyśmy  bardzo  prosty  układ  słów,  a

background image

94

mianowicie, że „mój” Mawka jest ciekawym materiałem, który szkoda gdyby się zmarnował.
Nie wiadomo, jak należy postępować, żeby się materiał-Mawka nie zmarnował. Czy go ob-
serwować, pytałem. – Obserwuj. – Czy mam o nim pisać? – Trzeba pisać. Z tym, że tego. – Z
tym, że co? – Że masz go nie wypuścić z ręki. – Ale co to znaczy? – No, sam wiesz najlepiej.
– Nie wiem. – Jest szereg rzeczy, szereg spraw. Proszę ja ciebie. – Jakich rzeczy? –  Skoro
jesteś  ślepy,  to  nic  nie  mów.  Nic  nie  mów.  Nic  nie  mów,  do  jasnej  cholery!  –  Z  Mawką
wszystko jest możliwe – mówiłem. – Każdej chwili może przegrać. – Do tego nie wolno do-
puścić! – ryczał Ursyn. I tak dalej. Kto wie, czy on, Ursyn, nie doszedł do tej granicy, za którą
„szereg rzeczy, szereg spraw” nie można nazwać ani sformułować? Gdzie poznający umysł
musi ponieść klęskę – w najbardziej nieoczekiwanym miejscu, bo: w stylistyce?

Ursyn  wie,  że  są  siły,  których  dostrzegamy  tylko  błysk,  błysk  grzbietu,  strzęp  korzenia,

które  decydują.  One  tworzą  ów  „ogólny  rozrachunek”,  w  którym  przegrał  Mawka.  Musiał
wtedy odpowiedzieć, Łacinniczce, że jeżeli jego wycofanie się ze sprawy pisma może na coś
wpłynąć – to jest bardzo źle. Jest bardzo źle, że on by mógł zadecydować o upadku sprawy.
To by mogło znaczyć, że tej sprawy nie ma. Jest oszustwem wyobraźni kilku zapaleńców. A
dla wielkich sił ta sprawa nie istnieje. Oczywiście, tego Ursyn nie powiedział. On to przemy-
cił w jakimś „z tym, że tego”, w jakimś „niezależnie, ale coś”, w bełkocie, ale Łacinniczka
zrozumiała go. Prom dobija do połowy rzeki.

Dokręcam ostatnie „ujęcia”. Cóż powstanie, jakiś film – już w swoim założeniu – archi-

walny.  W  którym  obrazy  nakładają  się  na  siebie  jak  płaskorzeźby  wspomnień,  wyobrażeń.
Nie szkielet, nie umięśnienie, nie krwiobieg nawet – gdyby „film” ów porównać do organi-
zmu  –  lecz  system  nerwowy  i  jedna  półkula  mózgowa  powinny  się  wyświetlić  na  ekranie.
Sądzę, że pewne sprawy tam zostaną wyjaśnione. Do białości, ale wyjaśnione. Inne nie. I to,
że „inne nie”, jest w tym „pobycie” tym, co jeszcze lubię.

W moim filmie na tle części białych i czarnych pojawi się prom, gdy rakiety splądrują cały

błękit  nieba,  gdy  nad  nimi  przelecą  samoloooty...  Będę  wiedział,  że  bohater  przegrał.  Będę
wierzył, że w „ogólnym rozrachunku”. Ale kiedy uwierzę w to, że istnieje ów ogólny rozra-
chunek i jaką ma siłę? Czy ta siła zdoła zetrzeć Mawkę z moich myśli, aby został gdzieś, w
dygresjach tylko, wśród „mniej ważnych” wątków?

Chyba nie.

Szczecin – Świnoujście – Poznań 1961–1963 r.


Document Outline