background image

Rozdział 11 

 

Zrobiło  się  późno  zanim  Gabrielle  spostrzegła  parę  Wróżek,  do  których  była  gotowa 

podejść.  Fani  sportu  już  dawno  przetoczyli  się  przez  centrum,  zabierając  swoje  samochody 
(Redsi wygrali, słyszała fajerwerki), a słońce opadło nisko za drapaczami chmur, otaczającymi 
Fountain  Square,  barwiąc  srebrzyste  ściany  okien  na  różano  i  rzucając  wysokie,  wczesno 
wieczorne cienie w poprzek placu. 

W  czasie  długiego  oczekiwania,  zdała  sobie  sprawę,  że  Wróżki  rzeczywiście  go 

obserwowały. W ciągu dnia pojawiło się ich wiele. Ale ponieważ po prostu tam siedział, nie 
robiąc niczego, większość z nich szybko odchodziła. Przypuszczała, że nie był zbyt zabawny. 

W końcu zauważyła swoją dwójkę. Wybrała ich, ponieważ nie byli tak oślepiająco piękni 

jak reszta i miała nadzieję, że podobnie jak ludzie, ci mniej atrakcyjni nie byli tak… cóż, byli 
bardziej dostępni. 

Mężczyzna i kobieta, oboje blond i z migoczącymi oczami, stali w pobliżu ławki, na której 

siedział Adam, pogrążeni w głębokiej rozmowie. Zamiast pomachać do niego, zdecydowała się 
do niego dołączyć i skoczyć z tym. 

— O co chodzi? Nie widziałaś nikogo? — Zapytał Adam, gdy się zbliżyła. 

Czy ten ochrypły głos z celtyckim akcentem brzmiał na prawie… radosny? Pokręciła głową 

na tę idiotyczną myśl, decydując, że słońce musiało upiec jej mózg w czasie długiego, nużącego 
popołudnia. 

— Są dokładnie tutaj. — Powiedziała mu, wskazując. 

— Gdzie? — Popatrzył w miejsce, które pokazywała i wymamrotał strumień przekleństw. 

— Jezu, nie mogę uwierzyć, że nawet ich nie widzę. Patrzą na mnie? 

— Nie w tym momencie. I są tam. — Powiedziała, próbując nakierować jego spojrzenie. — 

Stoją około dziesięciu stóp na lewo od ciebie, mniej niż stopę od kosza na śmieci. — Wzięła 
głęboki oddech, przygotowując się, żeby do nich podejść, gdy nagle męska Wróżka odwróciła 
się i spojrzała na nią. 

— Cześć. — Powiedziała uprzejmie. — Chciałabym z wami przez chwilę porozmawiać. 

Muszę — 

— Sądzę, że to nas widzi, Aine. — Powiedziała męska Wróżka, zagłuszając ją, z dumnie 

uniesioną brwią. 

To? Pomyślała Gabby z drgającymi nozdrzami. To nazwało  tym? To się nazywa tupet. 

Była  całkowicie  urażona.  Była  człowiekiem.  Miała  duszę.  To  nie  było  i  nie  miało.  Jeśli 
ktokolwiek był tym, nie była nim ona. 

background image

— Och, weźcie się już w garść. Jestem tu tylko po to, żeby przekazać wiadomość. Adam 

Black chce, żebym powiedziała wam… — Gabby zamrugała i urwała. Odwrócili się do niej 
plecami  i  nie  poświęcili  jej  jakiejkolwiek  uwagi,  prowadząc  ściszoną  rozmowę,  której  nie 
mogła podsłuchać. 

Potem mężczyzna pokiwał głową i nagle obie Wróżki zniknęły. W jednej chwili były, w 

następnej ich nie było. 

Wzdychając ciężko, Gabby zacisnęła dłonie w pięści i odwróciła się do Adama. — Czy wy 

wszyscy jesteście tak cholernie aroganccy? 

— Co masz na myśli? Co oni mówią? 

— Nie mówią niczego. Odeszli. Nazwali mnie „tym” powiedzieli coś do siebie nawzajem i 

zniknęli. 

Jego oczy się zmrużyły. — Jeśli to jakaś sztuczka… 

— Nie jest. — Powiedziała niecierpliwie. — Przysięgam, że tu byli. Próbowałam z nimi 

porozmawiać, a oni po prostu zniknęli. 

— Jak wyglądali? — Zażądał odpowiedzi. 

Opisała ich, dodając, że mężczyzna nazwał kobietę „Aine.” 

Przewracając oczami, jęknął. — Znam ją. 

— I? 

— Jest księżniczką z linii Aoibheal, Pierwszego Domu D’anu i jedyną królewską rzeczą w 

niej jest to, jak wielkim jest bólem w dupie. Ale ona mi pomoże. Wróci. 

— Jesteś pewny? 

Pokiwał  głową.  —  Tak,  Aine  zawsze  była  we  mnie  trochę  zadurzona.  Może  więcej  niż 

trochę.  Właściwie  —  Powiedział  z  cierpiętniczym  westchnieniem.  —  ma  obsesję  na  moim 
punkcie. 

Jasne,  pomyślała  z  irytacją  Gabby.  Nawet  inne  wróżki  nie  były  niewrażliwe  na  jego 

uwodzenie. Co to mówiło o szansach ludzkiej kobiety? Powinna istnieć szczepionka przeciwko 
Adamowi Blackowi. I wszystkie kobiety powinny dostawać ją po urodzeniu. 

— Usiądź. — Powiedział, wskazując ławkę obok siebie. — To nie potrwa długo. Wróci. 

Aine nie odmówi mi niczego. 

Gabby zaczęła siadać i zatrzymała się. Kolejna Wróżka pojawiła się nieoczekiwanie obok 

fontanny, sama. Samotna. Dokładnie tak, jak miała nadzieje przez całe popołudnie. Dokładnie 
to,  czego  jak  powiedział  Adam,  nigdy  nie  znajdzie.  —  Cóż,  myliłeś  się,  —  Wymamrotała, 
czując się niewytłumaczalnie rozgniewana z powodu Aine-która-nie-odmówi-mu-niczego. — 
ponieważ tam stoi jedna Wróżka. I jest zupełnie sam. 

background image

Adam  zerwał  się  na  nogi,  ostro  i  słyszalnie  wciągając  powietrze.  —  Co?  Gdzie?  Nie, 

zaczekaj — nie pokazuj, ka-lyrra. Nawet znów na niego nie patrz. Albo na mnie. Odsuń się, 
odwróć się do mnie plecami, a potem powiedz mi jak wygląda. — Syknął. 

Gabby spojrzała na niego. Nie mogła się powstrzymać — brzmiał na tak zaalarmowanego. 

— Nie patrz na mnie. — Znów cicho syknął. — Rób, co mówię. 

Poruszona  nagłością  w  jego  głosie,  Gabby  posłuchała,  odsuwając  się.  Odwracając  się, 

ustawiając się do niego profilem, oparła ręce o niski, kamienny murek, który otaczał  rzeźbę 
krzaków  i  kwiatów,  i  udawała,  że  cieszy  się  widokiem.  Opuszczając  głowę  tak,  że  włosy 
zasłoniły  jej  twarz,  powiedziała  cicho  i  wyraźnie.  —  Jest  wysoki.  Miedziane  włosy,  złote 
pasemka. Czarny torques i bransolety, nosi — 

— Białe szaty i ma bliznę na twarzy. — Zakończył za nią Adam. 

— Tak. 

— Gabrielle, odejdź w tej chwili i nie oglądaj się za siebie. Tak szybko i daleko, jak możesz. 

Zrób to. Teraz. 

Ale  do  licha  z  tą  kobietą,  powinien  wiedzieć,  że  znowu  nie  posłucha  bezpośredniego 

rozkazu. Ten pierwszy raz musiał być fuksem, nie miała jednej, posłusznej, ustępliwej kości w 
swoim ciele. 

Przeniosła spojrzenie z powrotem na niego, przeszukując jego twarz, jej brwi ściągnięte w 

zmieszaniu. 

I  czy  to  nuta  troski  w  tych  pięknych,  zielonozłotych  oczach?  Troski  o  niego?  Choć  był 

zadowolony,  widząc  pierwszy  ślad  takiej  słabości,  w  tej  chwili  mógł  się  okazać  jej  zgubą. 
Właśnie opisała Darroca, a gdyby Darroc dostał go w swoje ręce w jego obecnym stanie, cóż… 
nie  miałby  posłuchania  u  Aoibheal  —  nigdy  więcej.  A  gdyby  Darroc  dostał  w  swoje  ręce 
Gabrielle… Adam spiął się, nie chcąc rozważać tej myśli. Do diabła, tego nie oczekiwał! — 
Idź. Warknął. 

Ale, gdy to mówił, zobaczył jej twarz. Nie patrzyła na niego. Jej wzrok utkwił w punkcie 

lekko po prawej i za nim. Jej usta znów się otwarły, oczy rozszerzyły się niesamowicie, a jej 
twarz była bezkrwisto blada. 

— Ł-ł-ł — łoooofh — łooowh — Zagulgotała. 

Adam zareagował instynktownie, zdolny wymyślić tylko jedną rzecz, która mogła umieścić 

tę minę na jej twarzy i sprawić, żeby jej język plątał się na Ł. 

— B-b-b— Spróbowała znowu. 

A jeśli Łowcy byli w tym samym miejscu, co Darroc, nie przyszli po nią. A przynajmniej 

nie  najpierw.  Między  nim  i  Starszym  Wysokiej  Rady  były  tysiące  lat  złej  krwi  i  nie 
przychodziło  mu  do  głowy  wiele  rzecz,  którymi  Darroc  cieszyłby  się  bardziej  niż 

background image

obserwowaniem jak Łowcy rozrywają go na kawałki, gdy był w śmiertelnej formie.  Wtedy i 
tylko wtedy skierowałby swoją uwagę na sidhe-seer. A jego mała ka-lyrra nie miałaby szans. 
W  rękach  Darroca  każda  mroczna  i  pokręcona  bajka  o  Wróżkach,  którą  kiedykolwiek  jej 
opowiedziano, stałaby się prawdą. 

Rzucił się na nią. 

Boże, byli otoczeni przez niebezpieczeństwo, którego nie mógł nawet zobaczyć! Jak miałby 

ją chronić? Czyj to w ogóle był cholerny, głupi pomysł?

44

 

Gdy  jego  ręce  zamknęły  się  na  jej  ramionach,  coś  śmignęło  obok  jego  ręki  z  cichym 

gwizdem.  Owijając  rękę  wokół  jej  talii,  okręcił  się  i  zrobił  unik,  szarpiąc  ją  w  schronienie 
swojego ciała, krzywiąc się, gdy coś ukłuło tył jego ramienia. 

Zamykając  oczy,  chwycił  ją  mocno  i  przeniknął  miejsce,  mniej  więcej  na  południe, 

naciskając  najdalsze  granice  tego  jak  daleko  mogły  go  zanieść  jego  zmniejszone  moce.  W 
chwili,  gdy  zmaterializował  się  ponownie,  natychmiast  przeniknął  znowu,  z  ramionami 
zamkniętymi wokół niej. 

Tory  kolejowe.  Przeniknięcie.  Sklep  spożywczy.  Dalej.  Dach  domu.  Przeniknięcie.  Pole 

kukurydzy. Przeniknięcie. Pole kukurydzy. Przeniknięcie. Pole kukurydzy. Przeniknięcie. Pole 
kukurydzy.  Przeklęty  środkowy  zachód.  Przeniknięcie.  Szczyt  wieży  kościoła  bez  żadnej 
możliwości balansowania na wąskiej, śliskiej iglicy. 

Zaczęli spadać, przelatując obok krzyży i gargulców, i pospiesznie znów przeniknął w locie. 

Przemieszczał się nadal, szybciej, z przyprawiającą o zawrót głowy prędkością, bez przerwy 
na  złapanie  oddechu,  desperacko  próbując  najbardziej  jak  to  możliwe  zwiększyć  dystans 
między swoim wrogiem, a jego małą, o wiele zbyt śmiertelną ka-lyrra

 

***** 

 

Gabby była pewna, że krzyczała, ale nic się nie wydostawało. 

Ramiona Adama Blacka nie były po prostu ciasno wokół niej, udało mu się owinąć wokół 

niej jak żywa tarcza. 

Ale to nie to sprawiało, że dławiła się krzykiem. To było to, że ciągle materializowała się i 

dematerializowała. Tak jakby. W jednej chwili istniała, a potem nie istniała, a potem znowu 
istniała. Ani trochę jej się to nie podobało. Za każdym razem była w innym miejscu. Sklepy. 
Parkingi.  Pola  kukurydzy.  Tych  było  mnóstwo.  Niespodziewanie  na  szczycie  wąskiej, 
zaostrzonej iglicy — ach! — kościoła i spadanie! Gdy chodnik pędził im na spotkanie, nagle, 
na szczęście byli gdzie indziej. 

                                                           

44

 Jak coś nie wyszło to się teraz do własnego planu nie przyznaje. 

background image

Po chwili po prostu zamknęła oczy i modliła się, naprawdę mocno próbując nie myśleć o 

niczym, a zwłaszcza jak bardzo Księgi Wróżek myliły się, co do Łowców. 

Byli jeszcze bardziej przerażający, obecni ciałem, jeśli to z tego byli zrobieni, niż twierdziły 

Księgi  O’Callaghan.  Naturalnie  nie  było  tam  żadnych  ich  obrazków,  ponieważ  jakakolwiek 
O’Callaghan  je  widziała,  została  zabrana.  Ten  niewielki,  udostępniony  opis  łączył  je  z 
klasyczną wersją Diabła, z kopytami, rogami i skrzydłami. I tacy byli, tak jakby. Ale jeszcze 
gorsi. Wysocy, z twardą skórą, ze świecącymi, pomarańczowymi oczami jak okna do piekła, 
mieli  skrzydła,  ostre  zęby  i  długie,  zabójcze  szpony.  I  nie  była  pewna,  ale  pomyślała,  że 
widziała ogon. Jedyną rzeczą, której nie rozumiała, było, dlaczego, skoro wyraźnie byli zdolni 
do rozerwania swojej ofiary na strzępy gołymi… er, podobnymi do rąk kończynami, strzelali 
do nich z ludzkiej broni. 

 

***** 

 

Gdy w końcu zatrzymali się na porośniętym trawą terenie, Gabby przez długą chwilę nie 

mogła mówić. Zdała sobie sprawę, że jest przemoczona od stóp do głów. Woda tryskała z jej 
włosów, przylepiając je do jej twarzy. Stała, drżąc w jego ramionach, opierając się jego silne, 
twarde ciało, łapiąc jeden głęboki oddech za drugim. 

— Wszystko w porządku, ka-lyrra? — Powiedział przy jej uchu. 

—  W  porządku?  W  porządku?  —  Wystrzeliwując  z  jego  uchwytu,  okręciła  się  by  staną 

twarzą do niego. Zdrapując przemoczone włosy z twarzy, krzyknęła. 

— A wyglądam w porządku? Oczywiście, że nie jest w porządku. Moje życie rozpada się 

wokół mnie, a ty mnie pytasz czy jest w porządku? 

Tusz do rzęs spływał jej po policzkach, tworząc plamy na jej koszulce. Cofnęła się od niego, 

mrużąc oczy. Jej buty zachlupotały, gdy się ruszyła i spojrzała na nie nierozumiejąco. Kijanka 
wypadła z nogawki jej jeansów i trzepotała na ziemi. 

— Fuj! — Wskazała na nią drżącym palcem. — Kijanka. Mam kijankę w spodniach! 

— Szczęśliwa kijanka. — Mruknął. Potem. — Gdy ktoś przenika miejsce, ka-lyrra, ląduje 

na czymkolwiek, co aktualnie zajmuje te przestrzeń. Co nie jest wielkim problemem, gdy ten 
ktoś  ma  też  wszystkie,  swoje  moce.  Ale  ja  nie  mam.  Trafiliśmy  na  jezioro  gdzieś  około 
dziewięćdziesiątego, siódmego skoku. I w przeciwieństwie do powszechnych wierzeń, ja nie 
chodzę po wodzie. 

Gorączkowo  przebiegając  dłońmi  w  górę  i  w  dół  swoich  przemoczonych  jeansów, 

wymacując  ewentualne,  kolejne, pełzające paskudztwa, wysyczała.  — Och, nienawidzę  cię. 
Nienawidzę cię. — Więc może brzmiała jak dziecko z napadem złego humoru, ale naprawdę, 
wrzała,  odkąd  go  spotkała,  miała  po  prostu  jedno  niepokojące,  denerwujące,  niedorzeczne 

background image

doświadczenie  po  drugim.  Prawie  dostała  ataku  serca  na  dachu  tego  kościoła.  Gdy  właśnie 
zaczęła myśleć, że się do tego przyzwyczaja, że bycie niszczoną i rekonstruowaną raz za razem 
nie było, aż takie okropne, krztusiła się obrzydliwie smakującą, śmierdzącą, rybną i mszystą 
wodą. 

— Nie, nie nienawidzisz. — Powiedział miękko. 

—  Wypiłam  trochę  tego  jeziora!  Mogłam  udławić  się  rybą  albo  żabą,  albo…  albo… 

żółwiem! 

— Najmądrzej trzymać zamknięte usta w czasie przenikania. 

Przeszyła go mroźnym spojrzeniem.  — Teraz mi to mówisz. — I tak niech szlag trafi tę 

Wróżkę.  Stała  tu,  czując  się  jak  rozwydrzone  dziecko  i  przemoczona,  a  on  wyglądał  tylko 
piękniej, mokry, cały ociekający i lśniący, złocisty aksamit, z mokrymi włosami, opadającymi 
plątaniną do pasa. 

—  Chodź,  Gabrielle  —  Powiedział,  wyciągając  rękę.  —  musimy  iść  dalej.  Mogą  mnie 

wytropić po tej małej ilości magii, której używam do przenikania, ale tylko ogólny kierunek. 
Musimy przenikać dalej, żeby rozszerzać ich poszukiwania. 

—  Czy  jest  coś  jeszcze,  co  mądrzej  zrobić,  o  czym  powinnam  wiedzieć  zanim  znów  po 

prostu  wyparujemy?  —  Schowała  ręce  za  plecami,  żeby  nie  mógł  jej  po  prostu  złapać  i 
przeniknąć  zamiast  odpowiadać.  Poza  tym  potrzebowała  chwili,  żeby  przygotować  się  na 
następną serię podróży, które zaprzeczały wszystkim, znanym prawom fizyki. 

— Mogłabyś spróbować mnie całować. Lepszy mój język niż żaba, nie?  — Z ciemnymi 

oczami, iskrzącymi złotem, sięgnął do niej. 

— To samo. — Warknęła to kłamstwo, cofając się, z rękami nadal za plecami. Spojrzała 

znacząco na trzepoczącą kijankę. 

— Co? 

— Zabierz ją z powrotem. 

— Żartujesz, prawda? — Powiedział niedowierzająco. 

— Mamy czas? 

Rozważył to. — Tak, ale — 

— Więc nie, nie żartuję. 

— To jezioro jest trzy przeskoki temu. — Powiedział niecierpliwie. 

— Jeśli nie zabierzesz jej z powrotem, umrze i podczas, gdy ty możesz sądzić, że to tylko 

małe,  żałosne  stworzenie  z  króciutkim  życiem,  które  ledwie  się  liczy  w  porządku  rzeczy 
Wróżek, założę się, że w porządku rzeczy kijanek ona naprawdę czeka, żeby stać się żabą. A 

background image

teraz  zabierz  ją  z  powrotem.  Życie  to  życie.  Nie  obchodzi  mnie  za,  jak  maleńkie  uważa  je 
wszechpotężna Wróżka. 

W jedną, ciemną brwią wygiętą, pochylił głowę. — Tak, Gabrielle. —  Podnosząc kijankę 

w jednej, dużej dłoni na tyle delikatnie, że ją to zdziwiło, zniknął.

45

 

 

***** 

 

Gdy  go  nie  było,  Gabby  zdrapała  oślizgły  mech  ze  swojej  torebki  (była  oszołomiona, 

odkrywszy, że nadal miała ją na ramieniu) rozpięła ją i sprawdziła zawartość. Dla odmiany 
cieszyła  się,  że  mogła  sobie  pozwolić  tylko  na  tanie  torebki  —  fałszywa  skóra  okazała  się 
wodoodporna.  Wyławiając  puderniczkę,  starła  pozostałości  makijażu  i  zdarła  wodorosty  z 
włosów, żałośnie przyjmując do wiadomości, że sprawy poszły już mniej więcej tak źle, jak 
tylko mogły pójść. 

Nie  tylko  nadal  utknęła  z  Adamem  Blackiem,  ale  inne  Wróżki  wiedziały,  że  mogła  je 

zobaczyć, a jakaś podła Wróżka — według Adama taka, której nie można było ufać — też ją 
odkryła i w trakcie tego wszystkiego ktoś wezwał Łowców. 

Zadrżała  na  to  wspomnienie.  W  jednej  chwili  wpatrywała  się  w  Adama,  próbując 

dowiedzieć  się,  dlaczego  brzmiał  na  tak  spiętego  i  ponaglającego,  w  następnej  potworne 
stworzenia z jej najgorszych koszmarów zmaterializowały się z powietrza za nim. 

I miały broń, co uznała za wystarczająco niedorzeczne, ale co dziwniejsze, strzelały — nie 

do niej — ale do niego. Co tu się do cholery działo? 

Ścierając  ostatnią  smugę  tuszu  do  rzęs,  znieruchomiała.  Nie  był  w  stanie  ich  zobaczyć. 

Wszystko, co był w stanie widzieć, to jej twarz i wiedziała na, jak przerażoną musiała wyglądać. 
Nie była zdolna do sformułowania pojedynczego słowa, krew w jej żyłach zmieniła się w lód, 
zamrażając ją pewnie w miejscu. Gdyby nie Adam, stałaby tam, piszcząc cicho, bezradnie, aż 
Łowcy zrobiliby, cokolwiek robili z sidhe-seers. Desperacko próbowała powiedzieć „Łowcy” 
i „broń,” ale nie była w stanie wydusić sylaby. 

I co zrobił? Ostatnią rzecz, która by sobie wyobrażała. Bez wahania rzucił się naprzód, żeby 

ją osłonić. Owinął swoje, potężne ciało wokół jej. Wiedząc, że coś okropnego było za nim, nie 
przeniknął  natychmiast  w  bezpieczne  miejsce.  Użył  swojego  śmiertelnego,  już-nie-
niezwyciężonego ciała, żeby ją chronić. Mógł zwyczajnie przenieść się gdzie indziej i porzucić 
ją, co było dokładnie tym, czego oczekiwała po zimnokrwistej Wróżce. 

Zrobił to tylko dlatego, że teraz potrzebuje cię jeszcze bardziej. Musi cię chronić. Jesteś jego 

oczami, widzącymi wrogów, których on nie może zobaczyć

                                                           

45

 Czego to facet nie zrobi, żeby dobrać się kobiecie do majtek. Nawet kijanki będzie niańczył. 

background image

— Kijanka została odesłana do jej wodnego domu, ka-lyrra. — Adam zmaterializował się 

przed  nią,  otrząsając  się  jak  wielkie,  mokre  zwierzę,  krople  wody  latały  wszędzie.  Uniósł 
ciemną głowę, widząc jej poważny wyraz twarzy. — Wszystko będzie dobrze, Gabrielle. Nie 
pozwolę niczemu cię skrzywdzić. Nie dzisiaj. Nigdy. 

— Bo teraz potrzebujesz mnie bardziej niż kiedykolwiek. — Powiedziała gorzko. — Musisz 

utrzymać mnie przy życiu. 

Uniósł głowę i przyglądał jej się przez długą, oceniającą chwilę. — Na wypadek, gdybyś 

zapominała, próbowałem cię zmusić, żebyś odeszła w chwili, gdy powiedziałaś mi o samotnym 
Tuatha Dé. Dokładnie mówiąc, powiedziałem „Odejdź w tej chwili i nie oglądaj się za siebie. 
Tak  szybko  i  daleko,  jak  możesz.”  Ty  zdecydowałaś,  że  mnie  nie  posłuchasz.  I  zawsze 
mógłbym znaleźć inną sidhe-seer, Gabrielle. Czytałem twoje książki. Jedna z nich wymienia 
nazwiska rodów w Irlandii, mających widzenie. Wszystkich rodów. 

—  Tak?  —  Gabby  była  przerażona.  Gdzie?  Jakim  sposobem  to  przeoczyła?  Dlaczego 

kiedykolwiek zostały spisane. Och, dlaczego ktoś nie spalił tych stron dawno temu? 

Skinął głową.  — W pierwszym  tomie, zapisane starodawnym  językiem.  Strony nazwisk. 

Więc widzisz, nie potrzebuję cię. Znam ludzkie zwyczaje znacznie lepiej niż moi wrogowie. 
Łatwo mógłbym ukryć się na wystarczająco długo, żeby namierzyć kolejną. 

— Więc, dlaczego tak nie zrobiłeś? — Zapytała słabo. 

I jak by przetrwała, gdyby to zrobił? 

— Naraziłem twoje życie. Naprawię to. 

Gabby  zamrugała.  Jego  głos  był  napięty,  akcent  bardziej  ucięty  niż  zwykle  i  gdyby  był 

normalnym człowiekiem, pomyślałaby, że był na siebie wściekły za wystawienie jej na ryzyko. 

Starczy  krzyków,  powiedziała  ostro  jej  wewnętrzna  czternastolatka,  nawet  jak  na  księcia 

Wróżek, brzmi na wściekłego na siebie za narażenie cię na niebezpieczeństwo. Mogłabyś mu 
trochę odpuścić?
 

Stała z otwartymi ustami i dziesięcioma, różnymi pytaniami, walczącymi na języku, ale on 

pokręcił głową. 

— Nie teraz. Musimy iść. Niedługo będziemy mieć miejsce, żeby porozmawiać, ale to nie 

jest ono. Chodź. 

Gabby stała, pewnie zakładaj torebkę na ramię. Gdy podeszła, żeby do niego dołączyć, nagle 

zauważyła, że woda, ściekająca z jego mokrej koszuli ma czerwonawą barwę. 

— Jesteś ranny? — Wykrzyknęła, sięgając do jego ramienia. 

Wykręcił się ze wzruszeniem ramion. — To nic — 

— Pozwól — 

background image

— Zostaw to. Nic mi nie jest. Spłukałem to w jeziorze. Nie jest głębokie. Chodź, Irlandko. 

Dłoń. W mojej. Teraz. 

Gdy po prostu tam stała, marszcząc się ze zmartwieniem, powiedział. — Nie mam zamiaru 

zejść zanim znów stanę się nieśmiertelny. Zapewniam cię, że jeśli mówię, że to bez znaczenia, 
to  tak jest.  — Przerwał  na chwilę, a potem dodał  cicho.  —  I nie musisz się bać, Gabrielle. 
Zniszczyłem je. 

— Łowców? — Powiedziała pusto. — Nie zrobiłeś tego. 

—  Strony,  wymieniające  sidhe-seers.  Nie  powinnaś  tak  ułatwiać  działania  mojej  rasie. 

Potrafią być bezlitośni, niebezpieczni. 

— W przeciwieństwie do ciebie, tego och-tak-miłego-gościa-Adama-Blacka? — Kwaśny 

komentarz wymknął jej się z ust zanim mogła się powstrzymać. 

Posłał  jej  niecierpliwe,  ganiące  spojrzenie.  —  Mogłabyś  spróbować  patrzeć  poza  swoje 

uprzedzenia, Irlandko? Spróbuj widzieć mnie

W porządku, to namieszało jej w głowie. Sprawiło, że poczuła się jakby była nadmiernie 

krytyczna i małostkowa. Nie była nadmiernie krytyczna, ona tylko podążała za faktami, a fakty 
były takie — 

Cóż, fakty były… er takie, że nie była całkowicie pewna, jakie były fakty w tym momencie. 

Cholera! Dlaczego rzeczy nie mogły być po prostu czarnobiałe? Człowiek dobry, Wróżka 

zły. Proste! Wychowano ją do wiary w to. 

Czy  naprawdę  zniszczył  strony,  zdradzające  wszystkie  sidhe-seers?  Dlaczego?  Dlaczego 

miałby w ogóle się wysilać? 

I jeśli już o to chodziło, dlaczego tak delikatnie zabrał trzepoczącą kijankę z ziemi i odesłał 

ją?  Nie  było  wątpliwości,  że  to  zrobił,  znów  był  świeżo  przemoczony.  Mógłby  po  prostu 
skłamać (mimo wszystko kłamstwo powinno być jego drugą naturą) i powiedzieć jej, że nie 
było na to czasu. Uwierzyłaby mu, nie miała pojęcia, do czego byli zdolni Łowcy. 

powiedział jej, żeby odeszła w chwili, gdy spostrzegła samotną Wróżkę. Czy naprawdę 

zamierzał odesłać ją dla jej własnego bezpieczeństwa, na jego własne ryzyko? 

Jaka Wróżka robiła takie rzeczy? Legendarny uwodziciel i oszust? 

Albo… w połowie przyzwoita Wróżka. Istniało coś takiego? 

Kompletnie zagubiona, wsunęła swoją dłoń w jego. 

Jego wielka dłoń połknęła jej, sprawiając, że poczuła się krucho i kobieco. Odchyliła głowę 

do tyłu, patrząc na jego rzeźbioną twarz. Jego oczy były ponure, szczęka zaciśnięta. I wyglądał 
tak bardzo… ludzko. 

background image

Gdy zaczęli przenikać, zaskoczyło ją zrozumienie, że choć wiedziała, że nie była bezpieczna 

przed nim, czuła się z nim dziwnie bezpieczna. 

 

***** 

 

Nie  zatrzymali  się  ponownie,  aż  do  czasu  dobrze  po  zapadnięciu  zmroku.  Właściwie, 

rozmyślała otępiale, wydawało się, że jest bliżej świtu. Straciła poczucie upływu czasu w czasie 
ich ogłupiającego przeskakiwania z miejsca na miejsce. 

Przeniknął ich do pasażerskiego pociągu tuż przez Louisville, w Kentucky, wyjaśniając, że 

teraz musieli przez jakiś czas podróżować ludzkimi metodami, żeby upewnić się, że Wróżki 
nie będą mogły ich wyśledzić. Zapewniając ją, że Łowcy będą jeszcze przez jakiś czas zaplątani 
w pozostałości magii, które po sobie zostawił. 

Po raz kolejny była tak zmęczona, że ledwie mogła funkcjonować. Gdy przeprowadził ją 

przez wagony, aż znaleźli prawie pusty, a potem wybrał siedzenie przy oknie i pociągnął ją na 
miejsce obok siebie, opadła na nie bezwładnie. Od czasu pojawienia się Adama Blacka w jej 
życiu, jej rozkład snu stał się największym żartem. 

Sądząc po słabych smugach pomarańczu i różu na horyzoncie za oknem, wyglądało na to, 

że była na nogach prawie dwadzieścia cztery godziny bez przerwy — i znowu były to jedne z 
najbardziej traumatycznych godzin, jakie kiedykolwiek przeżyła. 

Niezdolna znaleźć jednego, solidnego punktu odniesienia, o który mogłaby się zaczepić w 

niedawnej  epidemii  nadnaturalnych  wydarzeń,  zdecydowała  się  zająć  się  tym  wszystkim 
później i poddała się wyczerpaniu, osuwając się na siedzeniu, z podbródkiem opadającym w 
kierunku jego klatki piersiowej. 

A gdy pociągnął ją w poprzek siedzeń, rozciągnął swoje długie, muskularne nogi i wciągnął 

ją w swoje ramiona, wydała tylko lekkie, zmęczone westchnienie i skuliła się przy nim. Jej 
jeansy nadal były mokre i nie miała koca, więc mogła skorzystać z ciepła jego ciała. 

Jednak to nie było usprawiedliwienie, żeby przycisnąć policzek do jego klatki piersiowej i 

odetchnąć głęboko jego pikantnym, męskim zapachem. I tak to zrobiła. 

—  Nie  zakochujesz  się  we  mnie,  prawda,  Irlandko?  —  Zamruczał,  brzmiąc  na 

rozbawionego. 

— Nie bardzo. — Wymamrotała. 

— Dobrze. Nienawidziłbym myśli, że się we mnie zakochujesz. 

Tak samo, jak ona. O Boże, tak samo, jak ona. 


Document Outline