background image
background image

Józef Ignacy Kraszewski

Pałac i folwark

Obrazy naszych czasów

background image

— Patrzże no, asindziej, patrz i powiedz mi, czy jest co na świecie piękniejszego nad ten 

widok! — mówił podżyły już, ale pełen siły, energii i zdrowia, czerstwy, spokojnego oblicza 
mężczyzna w sukni duchownej do młodego chłopaka, który dość obojętnie i zimno oglądał 
się po okolicy. Oba siedzieli na ganku z szeroką wystawą, ocienioną dwoma ogromnymi 
lipami, na probostwie, nie opodal od starożytnego gotyckiego kościółka. Na stole przed nimi, 
na  tacce  czarnej, zużytej,  stała para  wytartych  filiżanek,  imbryczek  kamienny od kawy i 
garnuszek podobny od śmietanki. Cały przybór był  więcej  niż skromny,  stary, otłuczony, 
biedny, ale czysty. Gruba serwetka podesłana pod tacę, bułka sczerstwiałego chleba, odrobina 
masła na talerzu fajansowym zapełniały resztę stolika.

Plebania, pod której gankiem siedzieli, była prawie tak dawna, jak kościółek, a na tym, 

choć go znać restaurowano razy kilka, widać było ślady budowy końca XIV lub XV w. Z 
podań miejscowych wiadomo było, że świątyńka ta, jedna z najpierwszych w kraju po jego 
nawróceniu, istniała już w XI wieku. Każde niemal sto lat coś do niej dodało, zmieniało, 
przyozdabiało, domurowywało, aż póki w XVII w. nie wyrosła już taką, jaką miała pozostać 
do dziś dnia.

O plebanii i mieszkańcy jej dożywotni, i dziedzice, i parafianie nie bardzo myśleli i nie 

wiadomo, kiedy ją zbudowano, a od niepamiętnych czasów podpierano tylko i łatano, byle się 
trzymała. Zwykli jej posiadacze nie byli wymagającymi. — Stare dwie prześliczne lipy, od 
których cienia dach gnił po trosze, tak były piękne i miłe, że dla nich zapominano o ukrytym 
w ich gałęziach probostwie.

Spoza konarów, ponieważ domostwo stało razem z kościółkiem na małej wyniosłości, 

rozwijał się widok na okolicę czysto nasz polski, którego jeszcze żaden komin fabryczny, 
żadna   nieforemna   zbytnią   foremnością   budowa   nie   psuła.   Jak  okiem   sięgnąć   widać   było 
równinę   uprawną,   małymi   poprzecinaną   laskami,   pola   w  szachownice,   wioseczki   między 
nimi, krzyże nad drogami, parę srebrnych stawków, sznur jasny rzeczułki, co je łączyła, łąki 
zielone,   a   bliżej   małe   miasteczka   u   stóp   tego   wzgórza,   na   którym   był   kościołek   ze 
cmentarzem starym, obwiedzionym murem, i plebania z ogrodem i sadem.

Dla młodego człowieka widok ten mógł nie mieć szczególnego wdzięku, bo mu nic nie 

przypominał, ale oczy starszych w tym hieroglifie zielonym ile rzeczy wyczytać mogły, co tu 
było wspomnień, ile poezji!

Młody  człowiek   potoczył   wejrzeniem,   posłuszny  rozkazowi,   popatrzał   i   nic   nie   rzekł. 

Ksiądz śledził pilnie kierunek jego oczów, czekał, zdaje się, odpowiedzi, a nie doczekawszy 
żadnej, wolniejszym głosem począł:

— Ja nie wiem, moje dziecko, ja nie wiem, czym to się dzieje, że wy, młodzi, teraz nie  

czujecie nic i my starzy za was młodymi być musimy, boby już na świecie nie było tego, co 
się młodością nazywa, a świat bez młodości, jak rok bez wiosny, na nic by się nie zdał. 
Zapewne, może to wina nie wasza, ale nas, cośmy takimi wychowali. — Westchnął.

— Czytałeś asindziej — dodał — Żywot Mikołaja Reja przez Trzecieskiego? Jużcić, choć 

w jakiejś historii literatury musiałeś się z nim spotkać?

Mody chłopak cicho mruknął:
— Czytałem.
— Taka to bywała owa młodość, nieco dzika, ale gorąca, żywa, chciwa wszystkiego… 

chciwa życia i nauki, książki i kwiatków, koni, polowania, widoków niezwyczajnych, ludzi 
wielkich…   Wy,   moi   drodzy,   w   piętnastu   leciech   jesteście   odczarowani,   wyżyci,   niczego 
nieciekawi, sceptycy… ani łzy w was, ani uśmiechu.

Spojrzał ksiądz na siostrzeńca siedzącego z miną zasępioną na ławce, a widząc, że i te 

słowa jakoś rozbudzić go nie mogły, spytał:

— Cóż masz za plany i projekta na te ferie?
—   Ja?   —   powoli   i   cicho   rzekł   Julian   —   właściwie   ferii   mieć   nie   będę,   chciałbym 

pospieszyć z egzaminami, a więc roboty ogrom, a i do rozprawy przygotować się muszę.

background image

— Dlaczego tak bardzo spieszyć? — zapytał ksiądz po chwili. — Nauka, moje dziecko, 

ma to do siebie, że, by się w człowieku mocno usadowiła, potrzebuje czasu. Co prędko się 
nabywa,   ulatuje   też   żywo   i   później   ślad   nie   pozostaje   ciężkiej   pracy   i   tych   podwalin 
gruntownych, które budowę dźwigać powinny.

Czego się spieszyć? Będąc tobą, jeszcze bym rok przeciągnął studia uniwersyteckie.
— Spieszę się, kochany wuju — odpowiedział Julian — choćby dlatego, ażeby wam nie 

być ciężarem.

Ksiądz ruszył ramionami i popatrzał na młodzieńca z prawdziwym współczuciem.
— Julku mój — odezwał się — nigdyś mi ty ciężarem nie był, robię dla ciebie, com 

powinien i mogę. Dzielę się z tobą moim chlebem razowym i uczciwą miernością. — Tym 
mniej to kosztuje, że jestem duchownym, że potrzeb nie mam, że ten chleb mój, to chleb 
ubogich braci, a ja dla siebie nie wymagam więcej nad to, co Bóg dał. Ja ci powiem, Julku, 
jaka jest przyczyna, dla której ty spieszysz. Nie mam ci tego za złe, jest ona w części uczciwa 
i szlachetna, a zresztą tętni w niej puls naszego wieku. Nikt nie jest już wolen od jego zarazy. 
Spieszysz   się,   bo   ci   doskwiera   niepomiernie   mierność,   ubóstwo,   bo   chcesz   własnego   a 
dostojniejszego chleba. Grzechem to nie jest, gdy bez krzywdy cudzej, a w pracy własnej się 
go zdobywa… ale, moje dziecko! na to krótkie życie człowieka dlaczego koniecznie potrzeba 
wam tak wiele?

Ja nie wiem — dodał chodząc z wolna po ganku — wy wszyscy teraz tacy jesteście spaleni 

tą żądzą nabywania, która jest w gruncie nie tyle może pragnieniem  u ż y c i a   jak chęcią 
p a n o w a n i a …   Wiecie,   że   pieniądz   królem   i   autokratą,   chcecie   go   mieć,   aby   przezeń 
rozkazywać.

Julek jakoś nieochotnie się tłumaczył, popatrzał na wuja i począł nieśmiało:
—  Ale,   kochany   wujaszku   —   rzekł   —   to   dobrze   jest,   kto   czuje   w   sobie   powołanie 

duchowne, przestawać na małym; na świecie inaczej.

— Tak, prawda, na świecie inaczej, lecz nie przeto lepiej — przerwał wuj żywo — dawniej 

między życiem świata a plebanii była tylko różnica potęg, a nie charakteru, dziś między 
dwoma światy naszymi — przepaść. Myśmy słudzy Chrystusowi, wy Baalowi

*

 słudzy… my 

dzieci ewangelii, wy filozofii poronione chłopięta… Co tu począć na to… Czujemy, niestety, 
aż   nadto,   że   wydzieleni,   odosobnieni,   pozostaliśmy   czymś   martwym   i   bez   możności 
wpłynięcia na społeczeństwo, bo mówimy innym językiem i w imię prawd innych, które dla 
was zestarzały, choć są wiekuiście młode i świat do nich powrócić musi.

— Ja się wcale z wujem kochanym w dysputy wdawać nie chcę ani mogę — odparł Julek 

— na co mamy te kwestie poruszać.

Ksiądz stanął, popatrzał, wziął w ręce głowę siostrzeńca i pocałował go, uśmiechając się.
— Widzisz, moje dziecko — i to znamię wieku, nie chcieć dysputować nawet… Ja, gdym 

miał twoje lata, chrypłem od gorączkowych rozpraw, tyś sceptyk, fatalista — powiadasz sobie 
— księdza nie nawrócę, on mnie nie przekona, po co gębę studzić! nieprawdaż?

Julek się roześmiał.
—  A  co?   nie   tak?   nieprawda,   młody  filozofie?   —   dorzucił   wesoło.   —   No,   dobrze… 

mówmy o czym innym… Przypuszczam, żeś uniwersytet dokończył, egzamina zdał, stopień 
osięgnął, a nawet się wydoktoryzował — co dalej?

Bystro zamienili spojrzenia. Julek wstał z ławki, jakby iskrą jakąś wewnętrzną zażegnięty.
— Tu nie ma co robić! — zawołał — doktorów mnóstwo, kraj ubogi — albo pojadę do, 

Rosji, albo do Ameryki…

Ksiądz zamilkł i po chwili rzekł znowu: — Gdybyś mi był powiedział, że o chlebie i 

wodzie do Ameryki lub do Rosji chcesz jechać dla studiów, dla nauki nowej, dla odkryć! o 
mój   Boże!   przyklasnąłbym,   ale   w   twoim   wieku   myśleć   już   o   zbieraniu   grosza,   o 
sprzedawaniu tego, co tylko co nabyłeś, o opuszczeniu kraju… To smutne…

* Baal — kananejski bóg przyrody i płodności: czczony przez Izraelitów od XII do VII w. p.n.e.

background image

Jam zawsze myślał, że ty tu sobie u nas w miasteczku osiądziesz. Doktora blisko nie 

mamy, apteka jest, chorych pełno… Praktykę na chleb wystarczającą miałbyś pewnie, dworek 
byś sobie najął, potem mógł i kupić i żylibyśmy tu cicho, święcie, po bożemu, przykładnie, a 
ja miałbym pociechę na was patrzeć.

—   Ale,   kochany   wuju,   ja   bym   tu   zardzewiał!   —   zawołał   Julian   —   zapomniałbym 

wszystkiego.

— Dlaczego? książki mieć możesz! do Berlina mógłbyś pojechać śledzić każdą nowość i 

wynalazek,   praktyk   byś   miał   i   na   wsi   pod   dostatkiem…   nie   rozumiem!  Alboż   to   złe 
towarzystwo, ja, matka, nasz światek ubogi a poczciwy, no — i dwory szlacheckie i pańskie. 
— Nie, nie! ty bo chcesz koniecznie robić fortunę. Julek się roześmiał.

— A gdyby?
— Po mojemu, moje dziecko, byłbyś na fałszywej drodze — odparł ksiądz. — Kiedy się 

pracą zdobędzie grosz, dobry jest, wiele nim pożądanego i dobrego uczynić można… ale nie 
mieć innego celu w życiu, i to tak za młodu, nad robienie grosza — fałszywy kierunek. To 
owa mitologiczna beczka Danaid do napełnienia

*

. Ano — dość, dość, bo ja cię chcę kochać, a 

nie sprzeczać się z tobą. Wy dzieci waszego wieku, biedne, biedne jesteście…

Słońce się chyliło ku zachodowi… ksiądz Piotr przypomniał sobie wieczorny brewiarz i 

poszedł szybko do sąsiedniego pokoju, wynosząc go z sobą już rozłożony na nieszpornym 
nabożeństwie.

— Przepraszam cię, muszę mój brewiarz odmówić, zatem do zobaczenia… pochodzę w 

ciszy moich starych drzew na cmentarzu i pomodlę się.

Już schodził z ganku, gdy się, jakby myślą poruszony, odwrócił.
— Widzisz — rzekł — co to między nami za różnica… ty się pewnie uśmiechasz z tej 

mojej regularnej, do godziny przywiązanej modlitwy, wy tego także nie rozumiecie, że dusza, 
ciągle spętana tego życia kałem i prozą, potrzebuje pokarmu modlitwy, godziny, w której by 
się podniosła wyżej ku nieśmiertelnym rzeczom. Higiena duszy, mój doktorze, wymaga tego, 
jest to, jakbym z dusznej izby wyszedł na świeże powietrze…

Uśmiechnął się do milczącego Julka i żywym krokiem poszedł, otwierając bliską furtkę na 

przyległy cmentarz pod kościołem.

Julek, zamyślony, podparty na łokciu, siadł na ławce, oczy wlepił w miasteczko, które stąd 

prawie całe widać było, i zadumał się.

Nie dano mu jednakże długo tu pozostać samemu. Drożyną od miasteczka wiodącą szedł 

powoli mężczyzna otyły, w okularach, niemodnie ubrany, ale z pewnym wykwintem, znać 
człek zamożny. Może też, idąc do plebanii, trochę się i przybrał, bo strój był nadto świeży na 
codzienny, kapelusz popielaty jak z igły, kamizelka pikowa biała, a na palcu ręki, której 
brakło  rękawiczki,  ogromny sygnet  połyskiwał,  rodzący podejrzenie,  że  go  dla  powagi  z 
szufladki dobyto.

Fizjognomia tego przychodnia kazała się w nim domyślać bardzo praktycznego człowieka; 

twarz była myśląca na chłodno, roztropna, oczy bystre, usta zwężone i nie obiecujące zbytniej 
szczeroty. Kroczył zamyślony i posyłał wejrzenia na wszystkie strony, jakby rozmierzał plac 
boju. Szedł wolno, niekiedy nawet zatrzymując się i ważąc może, co ma mówić i jak się 
znaleźć powinien. Odbijało się to w całej postawie, która to pokorną się stawała, to nieco 
siebie pewniejszą. Bystre oko postrzegło znać w ganku siedzącego Juliana, który bodaj myślał 
się cofnąć, zobaczywszy gościa, ale już byłq za późno. Ruszył się tylko na ławce i z wyrazem 
zafrasowania i przymusu pozostał.

Równocześnie   prawie,   gdy   już   na   ganek   wchodził   ów   jegomość,   z   plebanii   wyszła 

niemłoda,   bardzo   ubogo   i   skromnie   ubrana   kobieta,   z   wyrazem   słodyczy   i   szczęścia   na 
twarzy. Pierwsze jej wejrzenie padło na chłopaka i kroki zaraz skierowała ku niemu, lecz nim 

* Danaid beczka — wg mitologii greckiej beczka bez dna, w którą czerpały wodę Danaidy — córki króla 

Danaosa, odbywając w ten sposób karę piekielną za zabójstwo swych mężów w noc poślubną

background image

zdołała przemówić, na pierwszym schodku, ze zdjętym kapeluszem, ocierając łysinę, stanął 
gość i uśmiechając się, pozdrowił głośnym:

— Dobry wieczór! państwu dobrodziejstwu! a, i pan Julian!
Otworzył ku niemu ręce obie, jakby do uścisku. Julek, wstawszy powoli, poszedł jedną z 

tych dłoni po angielsku ująć dość obojętnie. — Staruszka postąpiła także i powitała go.

— Jak się tam pan ma, panie Ostójski, czy zdrów? czy zdrowi wszyscy?
— Dziękuję serdecznie… bardzo dziękuję, do nóżek upadam… a ksiądz Kanonik?
— Mój brat przy swoim brewiarzu, to jego gadzina, a tej on dla nikogo w świecie nie 

opuści.

— Dawno pan Julian przyjechał? Nic nie wiedziałem.
— Wczoraj, wczoraj! Jeszcześmy się nim nacieszyć nie mogli, nagadać z nim nie mieli 

czasu… Siadajże pan, kochany panie Ostójski.

Wciąż uśmiechając się do pana Juliana, gość przysiadł na ławce, Julian był nie wiadomo 

czym trochę pomieszany i posępny.

— Coś mi pan Julian niewyśmienicie wygląda — rzekł przybyły — mizernie, blado… To 

te   powietrze   miejskie   nic   niewarte…   wędzi   człowieka…   tu   u   nas   na   wsi   odżywi   się   i 
odrumienieje.

— To nie powietrze — pochwyciła matka — ale nauka, nauka! Co też oni pracy mają! On 

się nią zamęcza, to poczciwe, dobre chłopczysko nasze, chciałby i co prędzej nauki skończyć, 
i nie dać się nikomu wyprzedzić.

— Ale tu u nas książki precz… i odpocząć trzeba — przerwał Ostójski — tak! tak! My tu 

pana rozruszamy i rozbawimy…

— Gdybym ja na to czas miał — odezwał się jakimś głosem niepewnym Julek — ale ja, 

choć na ferie przybyłem, stosy ksiąg i papierów musiałem przywieźć z sobą… a pracować mi 
trzeba może więcej niż w mieście.

— Ale pfe! co znowu, co znowu! — oburzył się Ostójski — na to nie pozwolimy, ani pani 

dojbrodziejka, ani ksiądz Kanonik… ani ja, jako stary przyjaciel domu.

Julek skłonił się dziękując, ale dodał zaraz:
— A kiedy mus…
— Jak to się ślicznie składa — niby nie słysząc tego dodatku, odezwał się Ostójski — ja, 

nic nie wiedząc o przybyciu kochanego pana Juliana, szedłem tu prosić księdza Kanonika i 
panią dobrodziejkę na obiadek do mnie, na łyżkę barszczu… Nie spodziewałem się, że będę 
miał tak miłym gościem jednym więcej.

To mówiąc, podszedł i w obie szerokie dłonie ujął rękę młodzieńca, który kłaniał mu się 

zakłopotany. Odmówić nie było sposobu, a widocznie przyjmować nie bardzo miał ochotę.

W tej chwili zza otwierającej się furtki dał się słyszeć głos Kanonika:
—   Kochanego   pana   Józefata…   witamy.   Jak   się   masz,   stary?   Jak   się   masz!   widzisz, 

doczekaliśmy się Julka, widzisz… Po twarzy matki można to poznać było z daleka, a sądzę, 
że i po mojej. Ja też, choć się z nim zawsze kłócić muszę, ale go kocham bardzo.

Uścisnęli się z panem Ostójskim serdecznie.
— Jak się masz, stary! — powtórzył proboszcz. — co u was słychać!
— Cóż może być słychać, oprócz kłopotu gospodarskiego — rzekł Ostójski — gdyby nie 

na   plebanią,   nie   wybrałbym   się   z   domu,   taka   teraz   robota   w   polu,   człek   być   musi 
nieodstępnie, bo za oczami…

Machnął ręką.
— No, ale chwała Bogu, dobrze? — spytał Kanonik.
— Tak, ani źle, ani dobrze — odezwał się, ręką gładząc łysinę, stary — jakoś się tam 

wlecze.

— Inaczej na świecie nie może być! — uśmiechnął się ks. Kanonik — a co się tyczy 

obiadu — dodał — mój dobrodzieju, wiesz, ja zawsze sobie waruję jedno — jeśli może dokąd 

background image

nie zawołają, bo obowiązki przede wszystkim.

— To się rozumie — kłaniając się szepnął Ostójski.
— Chorych mamy dosyć, bo to tu zimnice panują i przechodzą w różne gorączki niedobre 

— mówił Kanonik — umiera ludzisków dosyć, rodzi się też niemało, Bogu dzięki… no i nie 
próżnujemy…

Gdy   to   mówili,   w   ganku   nagle   zjawiła   się   postać   nowa,   od   której   jakby   chłodem 

śmiertelnym powiało. Zobaczywszy ją w progu, wszyscy oniemieli, wesoły ton rozmowy 
nagle   się   urwał.   Ostójski   nawet   spoważniał.   Po   cichu   wszedłszy,   bo   nikt   nie   słyszał   go 
idącego, stał z miną pokorną, ale kwaśną, żółty, suchy, chudy, mizerny mężczyzna, młody 
jeszcze,   niemiłej   twarzy,   na   której   wyraz   jakby   niechęci,   zazdrości   jakiejś   i   szyderstwa 
tajonego się malował. Można było odgadnąć na pierwsze wejrzenie, iż stosunki jego w tym 
domu nie były zbyt przyjazne, acz jawnie poufałe i bliskie być musiały. Oparł się o stół i oczy 
spuściwszy, stał z zaciętymi wargami.

Typ   to   był   człowieka   zrodzonego   do   martwienia   siebie   i   drugich,   który   do   życia 

potrzebował walki, sporu, ujadania się, opozycji. Czarne jego oczy małe latały niespokojne, 
nie dając się schwytać, bojaźliwe razem i pełne złośliwości… w ustach skrzywionych jad i 
gniew zdawał się skryty. Młode czoło całe było już pomarszczone, a jakaś namiętność czy 
wewnętrzna męczarnia pofałdowała mu twarz i koło ust poorała krzywe drogi, którędy gniew 
drgające muskuły pościągał.

Samo   przybycie   księdza   Wikarego,   gdyż   on   to   był,   wywarło   przykre   na   wszystkich 

wrażenie, rozmowa się przerwała, oczy skierowały ku niemu, czekano w milczeniu jakimś 
odezwania się jego, domyślając, że darmo nie przybył.

— Niech ksiądz Leon siada — rzekł Kanonik.
— Nie mam czasu siedzieć — odezwał się głosem suchym ks. Wikary — przybyłem tylko 

oznajmić księdzu Kanonikowi, że do chorego jestem wezwany.

— Mogę i ja jechać — rzekł żywo Kanonik.
— Stara Stachowa życzyła sobie, bym ja przybył — odparł, spuszczając oczy, Wikary.
— Jeżeli sobie życzyła.
Ksiądz   Kanonik   się   zbliżył   do   mówiącego,   który   zniżył   głos   i   po   cichu   coś   z   nim 

poszeptawszy, z przesadną pokorą schylił się do jego ręki i co najprędzej wyszedł.

Wszyscy lżej odetchnęli.
Ostójski posłał za nim wzrok i poruszył głową.
— Żebyś się pan prędzej wydoktoryzował — rzekł cicho do Juliana — a wyleczył ks. 

Wikarego z tej żółci, bo to taki człek chory…

Kanonik   udał,   że   nie   słyszy,   matka   Juliana   także,   przyszły   lekarz   się   uśmiechnął, 

zadzierzgnięta w ten sposób rozmowa nie poszła dalej — Ostójski popatrzał po wszystkich i 
zamilkł. W chwilę potem kapelusz wziął ze stołu i zabierał się do odejścia.

— Ano, więc czekam z obiadkiem — odezwał się kłaniając i rękę podając z kolei — o 

godzinie pierwszej waza na stole… Czekam sercem i rękami otwartymi…

Kanonika pocałował w ramię, panią siostrę w rękę, Julka może miał ochotę w twarz, ale 

medyk z dala tylko dłoń uścisnął.

Potem szybkim krokiem ruszył pan Ostójski z plebanii do miasteczka. Ksiądz, za nim 

długo, popatrzywszy, westchnął i ująwszy znowu swój brewiarz, wszedł do wnętrza.

Ksiądz   Leon   mieszkał   obok   plebanii   w   nowszym,   niewielkim   domku,   który   wikarią 

nazywano. Od niedawna przysłano go Kanonikowi w pomoc, nie pytając wcale, czy mu ten 
towarzysz i współpracownik będzie po myśli. Zdaje się, że młody duchowny miał silne w 
górze plecy i że go przeznaczono na lepsze i wyższe jakieś miejsce, a tymczasowo tylko dano 
mu   tutaj   przytułek.   Widać   było   po   nim,   jego   zgryźliwym   usposobieniu,   sposobie   życia, 
humorze   i   obejściu   się   z   Kanonikiem,   iż   czuł   się   podrzędnym,   owym   stanowiskiem 
upośledzony. Mówiono, że był bardzo uczony, oprócz bowiem seminarium diecezjalnego i 

background image

akademii w Niemczech jakiś czas był na studiach w Rzymie i stamtąd powróciwszy, czuł się 
powołanym do sterowania tymi, którzy w Propagandzie i Sapienzy

*

 nie zaczerpnęli tradycji. 

Sądził, że użytym zostanie przy stolicy biskupiej lub samym pasterzu, że osiągnie profesurę w 
szkole duchownej, a skończyło się na tymczasowym wikariacie, i to jeszcze przy Kanoniku, z 
którym trudno mu się zgodzić było.

W  tych   dwóch   ludziach   dwa   przeciwne   systemy  i   wykłady  nauki   chrześcijańskiej   się 

uosobiały.   Kanonik   brał   z   niej   wszystko,   co   było   miłością,   dobrocią,   słodyczą, 
przekonaniem…   ks.   Leon   wybierał   z   upodobaniem:   grozę,   strach,   surowość   nieubłaganą. 
Pierwszy z nich pociągał ku sobie, otwierając ramiona ku ludziom, serce dla ludzi; drugi 
piorunami   ciskał,   przerażał   i   strachem   chciał   świat   prowadzić.   Dla   Kanonika   litera   była 
równie świętą jak duch ewangelii, lecz z faryzeuszowską drobnostkowością nie przywiązywał 
się do niej, spokojny będąc w sercu, bo ją pojmował z miłością wielką; dla ks. Leona litera 
była wszystkim, a poza nią nie widział nic. Różnili się też wielce i w innych swych pojęciach 
obowiązków, świata, ludzi, a najbardziej tym, że Kanonik był otwartym i szczerym, ks. Leon 
zamkniętym, napuszonym i wiecznie jakby rozgniewanym.

Nie   widziano   go   nigdy   z   twarzą   wesołą.   Z   ambony   grzmiał   i   piorunował,   jakby   nie 

słodkiego Jezusa, ale groźnego Jehowy był kapłanem. Po kilku pierwszych próbach, nawet w 
dnie odpustu i ścisku, konfesjonał, w którym ks. Leon spowiadał, był pusty, gdy do Kanonika 
tłumem się  cisnęli  ludzie.  To  zwiększyło  jeszcze  gniew wewnętrzny ks. Wikarego,  który 
utrzymywał, że parafia była zdemoralizowaną, popsutą i potrzebowała wielkiego, rygoru, aby 
wyjść z tego rozprzężenia. Nie taił się on z zarzutami przeciwko Kanonikowi, i ten wiedział 
dobrze, iż nie miał w nim przyjaciela, ale go wymawiał, tłumaczył i nie miał mu tego za złe.

— Bo to, widzicie — mawiał cicho — młody jest, jak zwykle gorliwość go unosi, co rzecz 

chwalebna… Przy tym uczył się w Rzymie, ma nauki wiele, a myśmy tu zardzewieli i od lat 
długich Ojców św. nie czytujemy, w wielu rzeczach lepiej od nas poinformowany… Dajcie 
mu pokój…

Dano mu w istocie tak dobrze pokój, iż nikt się do niego nie zbliżał, nikt nie żył z nim i 

Wikary   został   ze   swą   zgryźliwością   odosobniony   zupełnie.   Obejście   jego   z   ludźmi   tym 
bardziej   jeszcze   stało   się   szorstkie.   Nie   można   mu   było,   w   pełnieniu   obowiązków   nic 
zarzucić, a życie prowadził wielce przykładne. Jedynym domem otwartym dlań tutaj był tak 
zwany pałac dziedziców hrabiów Skwirskich. Miasteczko, kilka wiosek i folwarków należały 
do   tej   rodziny,   niegdyś   możniejszej   jeszcze,   teraz   dość   bogatej,   ale,   jak   powiadano, 
nieopatrznym zbytkiem goniącej ku ruinie. Rodzina ta, która za panowania saskiego dopiero 
ze   szlacheckiej   wyniosła   się   na   magnacką   i   protekcją  Augusta   III   dorobiła   się   tytułu, 
majętności, koligacji, znaczenia i imienia, acz polska nazwiskiem, zaledwie się nazwać mogła 
polską  obyczajami   i życiem.  Jak  wiele  rodzin  pańskich  u  nas, znosiła  swój   pierworodny 
grzech polszczyzny, będąc kosmopolityczną i nienawidząc wszystko, co wybitniej polskim 
było.

Domyśleć się łatwo, że wszyscy jej członkowie wychowywali się lub nie w kraju, albo nie 

przez krajowców, a starano się im od dzieci nadać wyższy polor, poczucie swej wielkości i 
pogardę polonizmu, którego lękano się jak ognia. Żaden z członków familii nigdy do pracy 
narodowej, do patriotycznych szaleństw nie należał; wszyscy mieli sobie wpojoną nienawiść 
rewolucji, demokracji i chauvinismów

*

 wszelkiego rodzaju. Katolicy byli wielce gorliwi, ale 

na sposób nie polski, to jest nosili na sobie skorupkę katolicką wielce obcisłą, nie czując się 
obowiązanymi nią do niczego więcej, prócz praktyk kościelnych, w życiu nie wiązali się 
niczym znajdując, że na to mieli dyrektora sumienia i spowiednika, ażeby ich rozgrzeszał.

* Propaganda i Sapienza — Propaganda, właśc. Congregatio de Propaganda Fide, jedna z kongregacji kurii 

rzymskiej,   kierująca   działalnością   misyjną   na   terenach,   gdzie   katolicyzm   nie   jest   w   pełni   umocniony 
Kongregacja   prowadziła   w   Rzymie   kolegium   kształcące   młodych   misjonarzy   jak   również   uboższy   kler   z 
rozmaitych krajów, Sapienza, nazwa uniwersytetów w Rzymie i Pizie

* chauvinizmy (fr.) — szowinizmy

background image

Żyjąc po większej części za granicą, bo, Skwirscy w kraju mało mieli stosunków, żadnego 

związku   z   życiem   jego,   najwyższą   wzgardę   dla   swych   współziomków   i   największą 
obojętność na losy Polski i prowincji, w której niby to zamieszkiwali.

Rodzina składała się z hrabiego, który był sławnym na europejskim turfie sportsmanem, a 

lubił się włóczyć po świecie, po dworach, po wodach i stolicach; z samej hrabinej, która miała 
dwór swój i żyła całkiem osobno w wielkim świecie paryskim; na ostatek z syna piastującego 
godność   szambelana   i   bawiącego   się   bez   różnicy   w   domu,   za   domem,   byle   zawsze   w 
przyzwoitym   towarzystwie   duków

*

  i   hrabiów,   figur   urzędowych   i   wysoko   położonych. 

Młodszy syn był jeszcze w jakimś zakładzie oo. jezuitów w Belgii, skąd miał na dokończenie 
wychowania jechać do Londynu i Paryża.

Mimo upodobania w wędrówkach trafiało się czasami, że któryś z członków dostojnej 

familii na czas krótki zawitał w ojczyste progi, szczególniej gdy się potrzeba było zaopatrzeć 
w   ten  nervus   rerum

*

 bez   którego   się   nie   podróżuje,   nie   bawi,   a   nawet   trudno   być 

przyzwoitym człowiekiem… Naówczas pałac, zawsze gotów na przyjęcie państwa, stawał na 
odpowiedniej   stopie,   służba   przywdziewała   przepyszną   liberię,   następowały   polowania, 
kursa

*

, bale, teatr francuski, zabawy i rozrywki, o ile na nie nasz kraj barbarzyński i ubogi 

mógł   starczyć.   Niekiedy   dla   oryginalności   zapraszano   lordów,   duków   i   znakomitości 
europejskie   zachowawczego   obozu.   Długi   były   ogromne,   majątek   obciążony,   wymagania 
przez to nie zmniejszały się wcale, można było przewidywać nieuchronną ruinę, lecz, jak 
zwykle   w   razach   podobnych,   życie   na   pańską   skalę,   śmiałość,   pewna   zręczność   w 
prowadzeniu interesów oddalały chwilę fatalną, w której wszystko runąć miało.

Żaden z naszych magnatów nie wierzył nigdy do ostatka, ażeby mógł upaść. O pracy, o 

zajęciu się interesami, o jakiejkolwiek rachubie mowy nawet nie było. Trzymano do tego 
plenipotenta, który robił razem pańskie i własne interesa, a majętność była wydzierżawianą 
folwarkami. Właśnie pan Ostójski trzymał jeden z najznaczniejszych.

Z kilku rysów poprzedzających domyśli się każdy, iż tu ksiądz Kanonik w wyszarzanej 

swej sutannie, źle mówiący po francusku, nie umiejący w salonie przyzwoicie się znaleźć — 
zresztą   mocno   posądzany   o   tendencje   demokratyczne,   dobrze   widzianym   być   nie   mógł. 
Formy wymagały tego, ażeby w kaplicy pałacowej w razie bytności państwa odbywało się 
regularnie nabożeństwo — wzywano na to ks. Wikarego, który od razu łaski sobie wszystkich 
zaskarbić umiał. Pokorny, ugrzeczniony, znający Paryż, Niemcy i Rzym, co do ludu mający 
pojęcia zdrowe, nie bawiący się w zakładanie szkółek, niepotrzebnych i sentymentalnych 
ochronek, głoszący zawsze, że oświata tylko w małej dozie i z ostrą religijną przyprawą 
ludowi jest potrzebną, aby nie mnożyła niebezpiecznego proletariatu inteligencji — ks. Leon 
lubionym tu był bardzo. Hrabina spowiadała się u niego i znajdowała go bardzo, uczonym i 
wybornym dyrektorem sumienia, młody hrabia lubił z nim pogadać, a stary widział go z 
przyjemnością u swojego stołu. Równie dobrze był ks. Leon z plenipotentem hrabiów, którym 
był nie jaki Margocki. Przeszłość jego, ciemna jakaś i nieodgadniona, w życie jego głębiej 
wejrzeć nie dozwalała. Zjawił się na horyzoncie przy dworze i osobie starego hrabiego, zrazu 
jako miły rezydent, doradzca i factotum

*

. Pośredniczył w pożyczaniu pieniędzy u żydów i 

chrześcijan, posyłany bywał, gdy hrabia sam gdzie jechać sobie nie życzył, a w końcu z tego, 
faktora wyszedł naturalnym awansem na pełnomocnika… Sama hrabina dosyć go też lubiła, a 
nie można było nie lubić w istocie. Żadna rękawiczka nie jest podatniejszą od niego. Znać na 
nim   było   wychowanie   wyborne,   wielkie   otarcie   w   świecie,   pojęcie   jego,   życia   potrzeb, 
zamiłowanie zbytku i elegancji, ton miał doskonały, trafność w postępowaniu niezmierną, a 
przy tym — co w takim domu wiele znaczy — prezentował się tak pięknie, mówił, chodził, 

* duk (z fr.) — książę
* nervus rerum (łac) — nerw życia, główna sprężyna działania ludzkiego (pieniądze)
* kursa — wyścigi konne
* factotum (łac.) — totumfacki, człowiek do załatwiania wszelkich spraw

background image

tańcował   z   takim   szykiem   arystokratycznym,   iż   hrabina   często,   patrząc   nań   przez   nie 
opuszczającą ją nigdy lornetkę, mawiała:

— Savez–vous, ja się zawsze muszę dziwić, skąd Margocki prend ce grand air

*

. Nabrał go 

u nas, ta pewno, mais l’avoir su se l’approprier si bien!

*

Margocki zastępował gospodarza, bawił gości, urządzał partie, obmyślał zabawy, szukał 

pieniędzy, opędzał natrętów i przy tym wszystkim miał dobry humor niczym nie zachwiany, a 
choć niezbyt młody, powierzchowność bardzo miłą. Łysina go nawet nie szpeciła. Ubrany 
zawsze   wedle   ostatniej   mody,   wyświeżony,   za   interesami   państwa   jeździł   z   ich   liberią 
powozami   i   końmi   najlepszymi;   lubił   się   bawić   na   swoją   rękę,   zawsze   w   dobrym 
towarzystwie tylko, pił i grał jak nie można lepiej. W kółku, któremu się wyłącznie poświęcał, 
był,   można   powiedzieć,   ukochany.   Z   wielu   sobie   podobnymi,   okręcając   się   ciągle   w 
dostojnym kole, sam miał się za pana, za arystokratę i za coś nad gmin lepszego. Nie krył się 
wcale   ze   swą   wzgardą   dla   dorobkowiczów,   dla   ludzi   nowych,   dla…   proletariatu. 
Proletariatem tu zwało się wszystko, co nie chodziło w białych rękawiczkach i nie mówiło po 
francusku.   Nikt   też   niemiłosiernie]   nie   szydził   z   naszych   sansculottów,   liberałów   i 
demokratów, patriotów i polonusów.

Słowem Margocki był stworzony dla hr. Skwirskich, jak oni dla niego. Jak ich interesa 

robił, sądzić było trudno — to pewna, że mimo olbrzymich często w podołaniu im trudności, 
zawsze  sobie  jakoś dawał  radę. Ks. Leon był  z  nim bardzo  dobrze, łączyła  ich  wspólna 
nienawiść ku Kanonikowi, którego Margocki wprost — czerwonym i rewolucjonistą nazywał. 
Nie mógł mu tego darować, że raz na plebanii przez długi czas dwóch rannych ukrywał 
powstańców…  W  czasie   pobytu   hrabiostwa   i   w   czasie   ich   niebytności   także   plenipotent 
zamieszkiwał jedno ze skrzydeł pałacu, gdzie życie wiódł co się zowie, wystawne, wygodne i 
wesołe. Miał cały dwór, kuchnią i stajnią na usługi.

Dobrze opodal od pałacu, parku, stajen i zabudowań dziedziców, stał folwark gospodarski, 

dla samej pompy wspaniale wymurowany i z dala bardzo pokaźny. Pół drewniany, na pół 
murowany   dworek,   skryty   za   zabudowaniami   tymi,   otoczony   sadem   owocowym,   był 
mieszkaniem   pana   Ostójskiego,   dzierżawcy.   O   ile   rezydencja   hrabiowska   piękną   była   i 
artystycznie urządzoną, o tyle tu, gdzie się mieścił dzierżawca, nic dla uprzyjemnienia mu 
życia   nie   przedsięwzięto.   Szczera,   surowa   proza   prawdziwej   pracy   otaczała   dworek,   nie 
powabny, a nawet nie bardzo wygodny. Dopominał się pan Ostójski o niektóre ulepszenia, ale 
go zbywano to tym, to owym i na żadne zezwolić nie chciano. Szczęściem, nie mając licznej 
rodziny, bo był wdowcem, a jedna tylko córka mu z kilkorga dzieci pozostała i jedna siostra, 
niemłoda panna, obywał się tym, co miał.

—   My   tu   —   powiadał   —   nie   dla   przyjemności   żyjemy   —   to   warsztat   do   robienia 

pieniędzy… dobrze, że się człowiek do tego przywiązać nie może.

Ale, choć to się tak mówiło, Ostójski od lat kilkunastu dzierżawił folwark, przy każdym 

odnowieniu   kontraktu   zaprzysięgał   się,   iż   dłużej   trzymać   go   nie   chce,   potem   ze   strachu 
przenosin,   kłopotu   i   z   żalu   po   miejscu   —   zostawał.   Ostójski   był   dobrym   i   pracowitym 
gospodarzem,   a   co   lepiej,   poczciwym   człowiekiem.   Żył   trudem   i   kłopotami,   na   które 
narzekał, a których gdyby mu zabrakło, z nudy by umarł pewnie. Drugą życia jego podporą 
była — córka jedynaczka. Kochał ją nad wszystko na świecie, był dla niej ojcem, matką, 
przyjacielem, sługą i psuł dziewczę, jak tylko mógł najsłodziej i najpokorniej. Czego Zośka 
chciała,   to   musiało   się   stać,   bądź   co   bądź…   panowała   tu   Zośka…   rządziła   Zośka… 
rozkazywała Zośka… słuchali wszyscy.

Nie   popsuł   jej   wszakże   poczciwy   ojciec,   bo   dziecko   było   dobre,   rozpieścił   tylko,   i 

roztkliwił.

Zosia   wychowaną   była   z   największym   staraniem,   miała   najlepsze   guwernantki, 

* prend ce grand air (fr ) — przybiera ton wielkiego pana
* mais l’avoir su se l’appropner si bien! (fr.) — lecz potrafić przyswoić to sobie tak dobrze!

background image

najdroższych metrów, dla jej  przyjemności ojciec nawet, zdawszy gospodarstwo na łaskę 
bożą, jeździł raz trzy miesiące po Europie, aby jej Paryż, Włochy i Szwajcarią pokazać. Zosia 
była piękną bardzo, silną, zdrową, czarnobrewą, polską, wesołą, ruchawą, swawolną, a umiała 
się przymilić bez zalotności nie tylko ojcu, ale każdemu, kto ją widział. Czuć w niej było 
serce szlachetnej polskiej dziewoi, otwarte ku wszystkiemu, co dobre, piękne, wzniosłe i 
poczciwe. Z wielką pracą uczono ją grać, śpiewać, rysować; grała też, śpiewała i rysowała 
wcale ładnie, ale nie była artystką. Wolała książkę, poezję, opowiadanie, ogródek i kwiaty.

Jakby dla pohamowania tej roztrzepiotanej ptaszyny siostra pana Ostójskiego, panna Klara, 

osoba   lat   pod   pięćdziesiąt   mająca,   była   niesłychanie   sztywna,   poważna,   wysznurowana, 
wyszukana   w   mowie,   ostrożna   w   postępowaniu   i   na   pozór   zimna.   Ona   tu   przestrzegała 
przyzwoitości,   stanowiła   wędzidło   i   hamowała   ojca   i   córką,   często   zbyt   formy 
zaniedbujących.

Panna   Klara   niegdyś   u   hrabiostwa   X…   przebywała   dosyć   długo   jako   towarzyszka   i 

przyjaciółka   hrabinej,   z   tego   staroświeckiego   domu   wyniosła   wspomnienie   wielu   form   i 
zwyczajów, których teraz niezmiernie ściśle przestrzegała. Ostójski wierzył w nią i słuchał jej 
do pewnej miary, to jest o tyle, o ile Zosia pozwoliła. Zosia kochała ciocię, ale troszeczkę się 
z niej czasem śmiała i nie wierzyła, żeby tak surowo należało pilnować zastarzałych jakichś 
zwyczajów.

Siostrzeniec   księdza   Kanonika,   pan   Julian,   któregośmy   poznali   już,   wychował   się   od 

młodych lat na probostwie, bo gdy matka jego owdowiała i nie miała się gdzie podziać, brat 
pośpieszył z nią się dachem i chlebem podzielić. A że od probostwa do folwarku nie było i 
ćwierci mili, dzieci widywały się prawie co dzień, bawiły z sobą i przywykły do siebie… a 
później? — może pokochały… Ze strony Juliana miłość ta, wprędce powstrzymana powagą 
doroślejszego młodzieńca, potem dumą ubogiego chłopca, skryła się gdzieś w głąb serca i 
może w nim zasnęła… Zosia, o czym ojciec najlepiej wiedział, pozostała wierną pierwszemu 
uczuciu i choć go nie objawiała zbyt wyraźnie, nabrało ono z czasem siły, z którą już teraz 
trudno walczyć było. Choć córka pana dzierżawcy mogła mieć, jak nawet sam pan Margocki 
ją cenił, najmniej sto tysięcy talarów, licząc w to piękne gospodarskie remanenta — a pan 
Julian nie miał złamanego szeląga, ojciec, zawczasu postrzegłszy skłonność w córki sercu, 
byłby z największą ochotą na wydanie jej zezwolił — ale… ale — pan Julian, szczególniej od 
lat dwóch, zupełnie się jakoś usunął, ostygł i trzymał tak na uboczu, jakby chciał zerwać ze 
starymi przyjaciółmi. Zosia, zmuszona kryć się ze swym przywiązaniem, nie myślała wcale 
narzucać się towarzyszowi młodości, ale z dziecinną naiwnością i wiarą powiedziała sobie po 
cichu: „Będę czekała, nie pójdę za mąż, musi moją miłość uczuć i ożenić się ze mną”. Tak 
jakoś była tego pewną, że chłód grzeczny, okazywany jej przez Juliana, wcale ją smutkiem 
nie nabawiał może…? któż tam zrozumie serce kobiece?

Ona   to   pierwsza   dowiedziała   się   jakoś   bardzo   zręcznie   o   spodziewanym   Juliana 

przyjeździe o przybyciu jego i dała zręczniej jeszcze do zrozumienia ojcu, że powinien był 
Kanonika   z   siostrzeńcem   na   obiad   zaprosić.   —  Posłuszne   ojczysko,   zrozumiawszy,   o  co 
chodzi — powlekło się na probostwo i rozkaz spełniło.

Nazajutrz   dzień   był   przedwcześnie   jesienny   i   deszcz   mżył   szary   i   chłodny,   ale   w 

naznaczonej godzinie Kanonik pod ogromnym, starym, szafirowym parasolem, podkasawszy 
sutannę,   ciągnął   na   folwark,   a   za   nim   w   ślad,   pod   drugim   podobnym   przykryciem,   syn 
prowadził   matkę.   Z   dala   już   Zosia   stojąca   w   oknie   zobaczyła   gości,   chciała   wybiec   ma 
ganek… Szczęściem stała na straży ciocia Klara i postrzegłszy ruch, zawołała żywo:

—   Zosiu,   na   miłość   Boga!   już   ja   wiem,   co   chcesz   zrobić   —   proszęż   cię,   siądź   do 

krosienek, nie wyglądaj nawet oknem… ale proszę cię i zaklinam! Co ten młodzieniec sobie 
pomyśli? Mężczyźni są pełnymi pychy i samolubstwa, dobrąż jest rzeczą te zgubne w nich 
skłonności lekkomyślnym postępowaniem rozniecać?

Ciocia mówiła tak zawsze stylem książkowym i z retoryką wielką, a zwłaszcza, gdy nieco 

background image

była poruszoną. Zosia uśmiechnęła się, zarumieniła i do krosienek usiadła, uczuła słuszność 
postrzeżenia, jednakże na próżno szukała igły i włóczki, i kłębuszka, jakoś się jej w oczkach 
mąciło.

— Kochana, droga Zosiu — ciszej dodała ciotka — zaklinam… bądź chłodną! dziecko 

moje! pojmuję szlachetną twą przyjaźń łączącą cię z towarzyszem lat wiosennych, lecz to jest 
— mężczyzna! Poskrom uczucie i nie okazuj mu go, abyś się zbyt nie wydała…

Tu cioci wyrazu zabrakło, a w sieniach dało się słyszeć szastanie nogami i oczyszczanie się 

z błota, a potem głos rozczulony pana Ostójskiego, który, naprzeciw wyszedłszy, wołał:

—  Ale   proszęż,   proszę…   deszcz   mi   dziś   figla   podwójnego   wypłatał,   bo   i   państwo 

zmokliście, i kopy mi w polu mokną.

Zosia   spuściła   była   posłuszną   główkę   na   krosienka,   ale   wytrzymać   długo   nie   mogła, 

zdrowe   rady  cioci   zapomniane   zostały,   zerwała   się,   furknęła   i   z   bijącym   sercem   stanęła 
naprzeciw   drzwi   czerwona   jak   wisienka.   Nim   ciotka   pospieszyła   stanąć   w   opozycji, 
otworzyły się owe drzwi, weszła matka Juliana, Kanonik, a na koniec — on.

Zosia jego tylko widziała, wyciągnęła rękę zapomniawszy, że ostatnią razą, na Wielkanoc, 

bardzo był dla niej zimny — uśmiech opromienił jej usta… Pan Julian wchodził blady, bardzo 
blady, a zimny jakiś i krochmalny, jakby obcy… oczy ich spotkały się, Zosia teraz pobladła, a 
on   się   lekko   zarumienił   —   przywitanie   było   tak   ceremonialne,   iż   cały   humor   odebrało 
biednemu dziecku. Z uśmiechem osmutniałym siadła przed swoimi krosienkami, szukając 
wzroku Julka na próżno. Młody doktor patrzał wszędzie, gdzie nie było potrzeba, na nią nie 
śmiał. Ostójski, który szpiegował niespokojny, także pochmurniał — i powiedział sobie w 
duchu: „to głupi chłopiec!”

Z   tego   pierwszego   wrażenia   Zosia   ochłonęła   jakoś   prędko,   rumieniec   z   wolna   na 

twarzyczkę wrócił, oczy zamglone rozjaśniły się, usta się uśmiechać poczęły, postanowiła nie 
zważać na upór tego niewdzięcznika, który ani spojrzał na nią. Oczyma panna Klara starała 
się jej wmówić pohamowanie, lecz na próżno; oczów można było nie rozumieć i można ich 
było nie słuchać.

Zosia z krzesełkiem przysunęła się śmiało ku Julianowi i szepnęła żywo:
— No, jakże się pan ma? zaledwie raczyłeś się ze starą przyjaciółką przywitać.
— To go tak te książki zamęczyły — odpowiedziała, dosłyszawszy pytanie, matka — 

przyjechał pracą przybity zupełnie, osowiały, chcieliśmy mu poodbierać te książczyska, ale 
nie daje…

— Wiesz pan, żeś nawet zmizerniał — odezwała się żywo Zosia — myślałam, że może 

byłeś pan chory…

— O! nie pani! tylkom zestarzał — rzekł Julian — a w istocie pracy mamy dosyć.
— Tego to ja panu zazdroszczę — dodała Zosia — boć to miło być musi mieć pracę i cel 

tak wielki, naukę dla pożytku bliźnich… zresztą samą wiedzę, która nęci i przyciąga.

— Wszakże każdy się może uczyć i pracować? — rzekł Julian.
— Do czego? proszę pana? — przerwała Zosia — po co? na co się komu zda moja nauka, 

a nawet i mnie? Moje powołanie wiejskiej gosposi ciasnym się ogranicza horyzontem…

— Dlaczegoż wiejskiej tylko gosposi? — powoli począł Julian — wszak panią zapewne i 

inne czeka życie, powołanie… i świat zapewne szerszy.

— Tego ja nie chcę! — odezwało się dziewczę — dziękuję bardzo! — nigdy bym daleko 

nie chciała od mego gniazdka odlecieć.

— To dobrze, że mu to mówisz, moja Zosiu, może go to nawróci — wmieszała się matka 

— bo on już nam prawi, że się gdzieś wyrwie do Rosji lub do Ameryki.

Zosia w pierwszej chwili, posłyszawszy to, pobladła trochę, spojrzała na towarzysza i 

powiedziała stanowczo:

— Niech sobie mówi, my go nie puścimy! nieprawdaż pani?
— Żeby to można tych uparciuchów nie puszczać? — westchnęła matka — ale to nas 

background image

słucha tylko, dopóki nie włoży bucików, a potem… tymi bucikami nas zastuka i już nic nie 
pomaga.

Julian milczał, bawiąc się rękawiczką, potem popatrzał na matkę i odezwał się do niej 

cicho:

— Musimy być posłuszni naszym przeznaczeniom.
— A mnie zdawałoby się — żywo podchwyciła Zosia — że właściwie przeznaczeniem 

człowieka   jest,   nabywszy   nauki,   wypłacić   się   nią   ziemi,   co   go   wychowała,   własnemu 
krajowi…

— Jest to bardzo piękne jako teoria — rzekł Julian — cóż, kiedy kraj ma nas za wielu i 

naszych służb nie potrzebuje.

— Któż to panu mówił? — odezwało się dziewczę.
— Patrzę i widzę — szepnął Julian, ciągle trzymając się z powagą wielką, jakby na wodzy 

— ale po cóż to mówić o jakichś tam czczych może projektach?

Nie wiadomo z jakiego powodu, może widząc, iż panna Klara milczy trochę osamotniona, 

matka   Juliana   wstała   i   poszła   ku   niej   na   drugi   koniec   pokoju.   Ostójski   z   Kanonikiem 
rozmawiali   po   cichu   u   okna   nieco   opodal,   tak   że   Julian   został   sam   z   Zosią   przy   jej 
krosienkach. Patrzała na niego prawie z politowaniem jakimś.

— Mój panie Julianie — rzekła wkrótce — nie udawajże starego eskulapa, połóż ten 

nieszczęsny kapelusz i rękawiczki, siądź i rozmówmy się po staremu, bo się będę gniewać. 
Nie dałam przecie żadnego powodu do takiego nakrochmalenia względem mnie. Pamiętasz 
pan, jak to niegdyś pogniewaliśmy się o kasztany, cośmy całe dwa dni bokiem chodzili do 
siebie, czyżby znowu jaki niewidzialny kasztan wpadł między nas?

Julian mimowolnie oczy podniósł i uśmiechnął się, Zosia roześmiała się także.
— Doprawdy, zdziczałeś mi pani w tym Berlinie.
— Mówiłem pani, zestarzałem…
— No, to prędko odmłodniej! my tu nawet starym nie pozwalamy się ukwaszać. To wolno 

tylko ogórkom, pardon de l’expression

*

. Jaka szkoda — szczebiotała ciągle — ten nieznośny 

deszcz   nie   pozwala   mi   pokazać   panu,   jak,   wierna   naszym   wspomnieniom   dziecięcym, 
uprawiam   starannie   nasz   ogródek   i   tę   grzędkę,   na   której   razem   sialiśmy   owe   nasionka 
polnych kwiatków, które nigdy nie wschodziły. Miałożby to tak być później w życiu i z 
uczuciami, że posiane w młodości, wyrastają z chwastem? — Ostatnie słowa wypowiedziała 
ciszej i prędko. Julian drgnął, popatrzał na nią, spuścił oczy i począł bojaźliwie:

— Niech pani wierzy, iż przyjaźń i szacunek dla niej nigdy w tak niewdzięczny sposób się 

nie zmienią.

— Szacunek może być poważny i zimny — przerwała Zosia — bo to staruszeczek, ale od 

przyjaźni   już   dlatego,   że   jest   rodzaju   żeńskiego,   wymagałabym   trochę   więcej   ognia… 
swobody…

Przerwała nagle i poczęła cicho:
—   Panie   Julianie,   bądź   pan   po   dawnemu,   zapomnij   o  Ameryce,   rozgość   się   u   nas. 

Pojedziesz sobie, kiedy zechcesz, a tymczasem…

I znowu daremnie oczekując odpowiedzi, zaśmiała się, zaczynając z innego tonu:
— A! to się już domyślam… zwierz mi się pan! Zakochałeś się w Berlinie, dlatego jesteś 

taki smutny!

— Zgadłaś pani — śmiejąc się także, zawołał Julian.
— W kim?
— W prześlicznej trupiej główce, która mi do studiów służyła. Zosia pobladła.
— Jak to? pan? I na panu to nie czyni wrażenia? trupia główka? Może doprawdy kobieca? 

i nie wiesz pan, czyja?

—   Że   kobieca,   to   pewno   —   odpowiedział   Julian   —   i   musiała   być   młodziuchną,   bo 

* pardon de l’expression (fr ) —przepraszam za wyrażenie

background image

wszystkie w niej ząbki, jak rząd perełek, siedzą.

Zosia się wstrzęsła.
— No, to w istocie rozumiem teraz, że po takich przysmakach życie i ciepły oddech jego 

obrzydnąć, zobojętnieć mogą. W istocie miłość nauki, którą pan nazwałeś trupią główką, 
zabija inne uczucia… ona jest także zazdrosną… Tylko, mój panie Julianie, jestli na świecie 
taka trupia główka, co by żywej muszki była warta!

Otworzyły się drzwi do jadalnego pokoju i panna Klara ozwała się patetycznie:
—   Niechże   państwo   raczą…   pokarmy   już   są   na   stole…   pokarmy   już   są   na   stole… 

Służymy czcigodnym gościom naszej strzechy.

Wszyscy byli tak nawykli do uroczystych przemówień p. Klary, iż nikt się nie roześmiał. 

Kanonik podał jej rękę, Zosia sama wyciągnęła rączkę Julianowi, ojciec poszedł sam.

— Siadaj pan przy mnie! — rzekła — chcę się z nim nagadać, bo potem nierychło pana 

złapię… a ja, że nie mam żadnego takiego przyjaciela o perłowych ząbkach, staremu jestem 
wierna…

Na twarzy młodego medyka, która się dziwnie mieniła, znać było jakby pasowanie się z 

sobą, utrzymał się wszakże z powagą i odpowiedział tylko:

— Wierz mi pani, że choćbym do Ameryki pojechał, jej miłych słów nie zapomnę…
— Jakkolwiek by mi przyjemnym było, żeby moje słowo zawędrowało do antipodów — 

wesoło zawołała siadając Zosia — wolałabym, żebyś i pan został tu z nami, i ono. Ależ to 
żarty te projekta podróży? nieprawdaż?

—   Doprawdy,   że   jeszcze   sam   nie   wiem,   tysiąc   mi   snuje   się   po   głowie   planów   i 

projektów…

Rozmowa stała się powszechniejszą, bo Ostójski wprowadził coś de publicis

*

 o wyborach 

blisko następujących.

— Otożem ciekaw, jak się one nam udadzą — rzekł.
—  Czemu   się  udać  nie   mają  —  przerwał   Kanonik  —  poczciwy  lud  nasz  ma   dziwne 

poczucie swych obowiązków, ani go ustraszy groźba, której często używają — ani odwiedzie 
bieda od spełnienia ich.

— O, mój Boże — zawołała Zosia — księże Kanoniku, przy obiedzie o polityce mówić, 

nie ma nic niezdrowszego, wszystko się w ocet obróci.

— Ma panna Zofia słuszność! — zaśmiał się Kanonik — mówmy o czym innym — co 

nowego?

— Otóż jest nowina i dla nas bardzo ważna — odezwał się Ostójski — pani hrabina z 

Paryża przybywa na parę podobno miesięcy do nas. Mówią, że i młody hrabia zjedzie. Ożywi 
się nasz dwór, który stoi pustkami,

— Ale, ale! pustkami! — zaoponował Kanonik — a pan Margocki?
— No, tak, aleśmy się z nim obyli — rzekł Ostójski — i zawsze to nie to, co hrabina, która 

lubi zabawy, towarzystwo… Gości będziemy mieli.

— A co nam po nich — mówił Kanonik.
— Przepraszam, mnie to bawi — zawołała Zosia — z mojego okna prosto widok na 

gościniec do pałacu. Jak to wszystko paradnie jedzie, z biczów palą, karety i kocze się toczą, 
trąbki pocztowe grają… A te liberie!

— W istocie, Zosiunia ma słuszność — dodała panna Klara — te splendory są rozkoszą dla 

oka znużonego jednostajnością i monotonią wioski… a niemałą dla nas rozrywką…

—  Jeśli   młody  hrabia   przyjedzie   —  dorzuciła   Zosia   —   jeszcze   ładniej,  bo   występują 

konno, często cała kawalkata, amazonki, dżokeje w kurtkach pąsowych… Raz nawet, gdy 
jechali na lisy, widziałam pana Margockiego we fraku pąsowym… a jakiż był doskonały!

Zaczęła się śmiać.
—   Proszęż   cię,   Zosiu   —   zgorszona   odezwała   się   panna   Klara   —   w   tym   nie   ma   nic 

* de publicis (łac.) — o sprawach publicznych

background image

śmiesznego, jest to zwyczaj łowców angielskich, iż przywdziewają ten strój powabny dla oka 
i odróżniający ich od pospolitego gminu.

Wszyscy zamilkli.
— Żeby mi papa konia kupił i amazonkę sprawił — zawołała Zosia.
— Otóż masz! jeszcze czego! — ofuknął stary — tak, zapewne, żeby jeszcze, uchowaj 

Panie  Boże,  koń  poniósł  albo  jaki  przypadek…  Takiemu  trzpiotowi,  wartogłowie,  jak ty, 
konno jeździć! Dajże ty mi pokój.

— A tatko mówi, że mnie kocha i dogadza mi — mruknęła Zosia — wszyscy państwo 

widzicie jak.

— Moja Zosiuniu — przerwała panna Klara — czyniłam ci niejednokrotnie tę uwagę, iż 

jakkolwiek osoby wyższego towarzystwa pozwalają sobie konnej jazdy, nigdy bym młodej 
dziewicy nie życzyła ani jej pożądać, ani się do niej zapalać. Dla niewiasty…

— Cóż ciociu, kądziel i wrzeciono? — wszyscy się śmieli, ciocia trochę się uraziła.
— Wszystko, co chcesz, byle nie koń i cygaro — rzekła żywo.
— Będę więc siedzieć przy krosienkach, a dla uniknienia pokusy — zawołała Zosia — 

zamknę oczy i zasunę okno…

Obiad przeszedł na takiej pogadance swobodniej, nawet pan Julian się rozruszał nieco i 

chwilowo wrócił mu humor młodzieńczy…

Deszcz, który cały ranek prószył, sprawdzając chłopskie meteorologiczne postrzeżenie, ku 

południowi   począł   coraz   mżyć   delikatniej,   resztę   mgły   rozpędził   wiatr,   obłoki   się 
porozdzierały, słońce wyjrzało i gdy od stołu się ruszono, pogoda była tym piękniejsza, że 
powietrze się odświeżyło. Zosia uderzyła w ręce, ciesząc się tą niespodzianką, która jeśli nie 
do ogródka, to choć na ganek wyjść dozwalała.

Ogród   przy   folwarku,   gwoli   gospodarskiej   wygodzie   zasadzony,   ładny   wcale   nie   był. 

Zajmował   spory   kawał   pola   na   płaszczyźnie,   ogrodzonego   szczelnie   i   zasadzonego   w 
kwadraty owocowymi drzewami. Już za czasów gospodarstwa pana Ostójskiego przybył tu 
szpaler leszczynowy, altana i kilka drzew. Z jednej strony cień dawała ulica przypierająca do 
płotu,   obsadzona  starymi  topolami   nadwiślańskimi.  W  jednym   kątku,  status  in   statu,  był 
ogródek wydzielony dla Zosi, opasany misternym płotkiem z brzeziny, z furtką starannie 
wyciosaną, tu rosły jej ulubione kwiatki, tu niegdyś gospodarowali razem i kłócili się z panem 
Julianem, i kochali potem, i wiekuistą poprzysięgali sobie miłość.

Maleńki ten kątek z ławeczką, z altanką, bzami i winem obsadzoną, ze stoliczkiem w niej, 

pachnący, cały rozkwitły, choć ciasnymi opasany ścianami, wcale był ładny. Gdy po obiedzie 
otworzono drzwi szklanne jadalnego pokoju na ogród, Zosia wskazała ręką ścieżkę wiodącą 
do swojego gospodarstwa.

— Rada bym się panu Julianowi pochwalić — rzekła — jak ja teraz rozumna jestem i 

praktyczna.   Pamiętasz   pan,   dawniej   ginęłam   za   różyczkami,   liliami,   bratkami,   za 
malowanymi altankami, które się śmieją i pachną tylko — a teraz!! Ciocia powie panu, że 
przeczuwam przeznaczenie gospodyni domu i poważnym oddaję się studiom… Znajdziesz 
pan   z   podziwieniem   zagon   przepysznych   truskawek   sprowadzonych   z   Erfurtu,   maliny 
maltańskie   ogromne   (ale   nasze   są   słodsze!)…   nawet   jakiś   oryginalny   kartofel   z 
poszanowaniem wypielęgnowany, aby mógł być ojcem licznej familii. Widzi pan…

Zosia się śmiała, rada by była pod oczyma rodziny, a jednak sam na sam przejść się z nim 

choćby po wielkiej ulicy głównej, która jako piaskiem wysypana, już była suchą — ale Julian 
się nde domyślał… Cierpliwa Zosia powiedziała sobie: „Będzie tu przecież drugim razem — 
nie trzeba się zbytnio nabijać”

Od strony tej domu widać było daleko równinę ku pałacowi rozciągającą się i szeroką aleję 

topolową wiodącą ku niemu, i cienisty park, na którego ciemnej zieleni pałac wspaniale się 
malował   ze   swą   kopułą   blachą   obitą   i   dwoma   nad   oficynami   niby   bastionowanymi 
przyczółkami.   Z   tej   strony   opasywał   dwór   obwodowy   mur   z   chatką   dla   szwajcara   przy 

background image

monumentalnej bramie. Na dwóch jej kamiennych słupach stały dwa lwy jeszcze z saskich 
czasów.   Lwy   to   były   może   heraldyczne,   może   poetyczne,   ale   do   żywych   mało   mające 
podobieństwa.   Właśnie   się   oczy   towarzystwa   skierowały   ku   gościńcowi,   gdy   z   bramy 
wysunęła się amerykanka

*

  parą koni ładnych zaprzężona. Siedział w niej mężczyzna. Pan 

Ostójski, postrzegłszy go, ruszył ramionami.

— Zejdźmy czy co… — szepnął — to Margocki, a jak nas zobaczy, gotów wstąpić… e, to 

nudziarz!…

Amerykanka, puszczona kłusem wyciągniętym, parła tak szybko, że nim się namyślono 

skryć do domu, już było za późno. Siedzący w niej mężczyzna średnich lat, ale wybornie 
udający młodego, ukłonił się żywo Ostójskiemu i zawołał zza, płotu:

— Wstąpię na chwilkę!
Zosia się zarumieniła, ustępując do pokoju, Ostójski skwaśniał, machnął ręką i mruknął:
— Niechże go z tą jego grzecznością… siostro Klaro, zmiłuj się, kawy czarnej i jakiego 

likworu czy co?

I poszedł na drugi ganek przyjmować gościa nie proszonego, który się już w sieniach 

bardzo głośnym śmiechem i przerywanym mówieniem zwiastował.

Ciocia Klara poważnie, z godnością osoby, która się szanować umie, skierowała się ku 

drzwiom wewnątrz prowadzącym, Kanonik siadł przy siostrze, w kątku, Juliana pociągnęła 
Zosia ku fortepianowi.

— Lubisz pan jeszcze muzykę? — spytała,
— Zapomniałem jej, ale słucham wiele, bo w Niemczech to pokarm powszedni…
Ledwie rozpoczęli, a tuż wtoczył się Margocki.
Jest   to   własnością   rzeczy   naśladowanych,   że   jeśli   oryginału   nie   karykaterują, 

wybitniejszymi czynią główne jego cechy. Margocki był kopią arystokratycznego gentelmana, 
uderzającą charakterystyką pańską. Nie można było powiedzieć, by ta kopia była chybioną, 
owszem, arystokratycznie nawet pojęta i do pewnego stopnia oryginalna, miała wdzięk, a 
mimo to oko znawcy rozpoznawało w niej, że było powtórzonym dziełem ucznia, nie mistrza.

Na   prawdziwego   wielkiego   pana,   jego   wady   i   przymioty,   jego   szlachetną   piękność   i 

miękką elegancją, na to comme il faut

*

 nie dające się określić, składa się krew, wychowanie, 

spadek   wieków,   wpływ   otoczenia,   tysiące   niepochwytnych   emanacji   ludzi,   świata   i 
przedmiotów, jest on naturalnym owocem i wypadkiem tych sił koniecznym; — naśladowany 
pan i arystokrata, który może być w duszy czymś jak najmniej do niego podobnym, ubiera się 
w   cudzą   suknię   i   gra   gorzej   lub   lepiej   rolę   pożyczoną.   Margocki   grał   ją   doskonale, 
przyczyniała się do tego i długa wprawa. Dla oka mniej bacznego mógł uchodzić za potomka 
wielkiej rodziny. Mężczyzna był pięknego wzrostu, postawy udatnej, twarzy rysów dosyć 
czystych, wyrazu roztropnego i pojętnego… Na czole, koło oczów, przy ustach znużenie i 
wiek zaczynały już rysować znamiona i drogi, którędy starość przyjść miała, ale ogólny ton i 
koloryt twarzy był jeszcze świeży i młody. Margocki miał lat pięćdziesiąt, nie wydawał się 
wszakże starszym nad trzydzieści kilka. Niezmiernie grzecznie, wszedłszy, powitał Zosią, 
która   mu   z   daleka   dygnęła,   skłonił   się   naprędce,   unikając   zbliżenia,   Kanonikowi   i   jego 
siostrze, niedowierzająco spojrzał na Juliana i począł, trzymając ciągle kapelusik miękki pod 
pachą, a spinając rękawiczki, rozmawiać z gospodarzem.

— Pani hrabina, wedle wszelkiego podobieństwa, przyjeżdża dziś… jadę na spotkanie do 

pierwszej stacji, dokąd już poszły ekwipaże i służba… Szanowny panie Ostójski, jeśliby w 
pałacu co potrzebowano, bośmy nie bardzo przygotowani na przyjęcie — pomóżże nam, 
proszę.

Ostójski się skłonił:
— Z największą chęcią — jutro na rozkazy… Odwrócił się do Kanonika.

* amerykanka — powozik odkryty, zazwyczaj bez kozła albo z kozłem z tyłu
* comme il faut (fr.) —jak należy: poprawność

background image

— Jegomość dobrodziej przyszłe nam jutro z ranną mszą ks. Wikarego, to się kolatorce

należy.

— O której? — spytał Kanonik.
— Ks. Wikary już godzinę będzie wiedział… dla mnie — dodał Margocki — przyjazd ten 

i spodziewany pobyt pani hrabiny jest największym szczęściem, bom się okropnie wynudził, 
sam siedząc w tym pustym pałacu. — Często mnie brała wielka chętka korzystać z sąsiedztwa 
domu pańskiego, alem się obawiał naprzykrzać.

Ostójski nie umiał nic lepszego powiedzieć nad:
— Mój mości dobrodzieju! ale tego… ale tego… bardzo proszę… cóż znowu…
Weszła ciocia Klara, a za nią wyrostek wniósł kawę i likier.
— Pozwoli pan dobrodziej… kawki czarnej i kieliszeczek likworku? — spytał Ostójski, 

biorąc sam tacę.

Margocki, należący do pierwszorzędnych smakoszów, będący wyrocznią w rzeczach jadła 

i napoju, z obawą spojrzał na kawę i butelkę, którą posądzał o krajowe pochodzenie. Dopiero 
zobaczywszy znaną etykietkę, uspokoił się i przyjął ofiarę.

Panna Klara, rączką w obciętą rękawiczkę bez palców przystrojoną, której piąty palec 

dramatycznie się nad innymi unosił, nalała z wielkim wdziękiem nektaru mokki i przysunęła 
go Margockiemu. Ostójski tymczasem płyn piernikowego koloru cedził do kieliszka, szepcąc 
chłopcu, aby ich więcej przyniósł.

Z   filiżanką   w   ręku   plenipotent   podszedł   do   Zosi,   której   minka   zdradzała   jakieś 

nieukontentowanie.

— Pani zawsze wiele się zajmuje muzyką? — zapytał.
— Dosyć! — szepnęła zimno Zosia.
— Jakiż jest pani ulubiony kompozytor? Czy pani wagnerzystka? czy szumanistka? czy 

szopenistka? czy…

—   Ja,   panie,   jestem…   w   muzyce…   bez   szczególnych   i   wyłącznych   upodobań,   biorę 

wszystko, co mi się wydaje pięknym.

— Ale któż najlepiej przemawia do serca pani? Zosia spojrzała mu śmiało w oczy:
— Śpiew kościelny i piosnka pastusza…
— A, a! więc i Chopin?
— Często…
— Pani wie zapewne — dorzucił Margocki — że nasza hrabina była niegdyś znakomitą 

wirtuozką, lubi muzykę niezmiernie, pasjami, i dziś jeszcze, mimo swych piędziesięciu, do 
których się nie przyznaje  par parenthèse

*

 gra jeszcze bardzo ładnie. To jej najulubieńsza 

rozrywka… a że tu nie ma z kim grać na cztery ręce — co jest jej wielką rozrywką — bardzo  
by pewnie była rada, gdyby pani…

— A! ja wcale nie grywam na cztery ręce! — pospiesznie przestraszona zawołała Zosia.
Margocki się roześmiał.
— Ce n’est que le premier pas qui coute

*

 — rzekł — znajomość z hrabiną pewnie by była 

miłą… i niepodobna, by ona pani, pani jej nie oceniła. Jest to znakomita ze wszech miar 
osoba… sławna z dobroci, dowcipu, talentów we wszystkich europejskich stolicach.  Elle a 
été très goûtée par l’impératrice Eugénie

*

.

— Ale, zmiłuj się pan, ja jestem prostą sobie wieśniaczką — zawołała Zosia.
— Godna najświetniejszych salonów — rzekł żywo Margocki i skłonił się. — Ja już z góry 

spisek na panią uknułem; je n’en demordrai pas

*

.

*  kolatorka   (łac)   —   opiekunka   i   dobrodziejka   miejscowego   kościoła,   mająca   prawo   przedstawiania 

kandydata na proboszcza

* par parenthèse (fr ) — nawiasem mówiąc
* ce n’est que le premier pas qui coute — Najtrudniejszy jest tylko pierwszy krok
* Elle a été tres goûtée par l’imperatrice Eugénie (fr.) — Cesarzowa Eugenia bardzo ją sobie upodobała
* je n’en demordrai pas (fr ) — nie odstąpię od tego

background image

Skłonił się i odstąpił, aby Zosi nie dać czasu się bronić.
Ostójski, który część rozmowy pochwycił, posmutniał, ale się mieszać nie chciał, podsunął 

likier, Margocki spojrzał na zegarek:

—  Il était temps!

*

  — krzyknął przerażony — muszę lecieć, bo nuż hrabina nadjedzie. I 

prędko   pochwyciwszy   kapelusz,   obdzielił   ukłonem   wszystkich,   wysunął   się,   znikł. 
Amerykanka zahuczała, pojechał. Odetchnęli wszyscy. Ostójski tylko był pochmurny, a Zosia 
gniewna.

— Otóż to, mosanie, masz tobie łaskę pańską — zawołał gładząc łysinę — ani się będzie 

można wykręcić teraz od muzyki, stosunków, salonowania… a ten mój koziołek Zosia…

— E! tatku! koziołek się nie da! — przerwała córka.
— Ale to ci dobrze tak mówić, nie da się, nie da! na to nie ma sposobu — mówił ojciec. — 

Chcesz, żeby mnie za ciebie szykanowano i prześladowano, żeby mnie gniewem swym ścigał 
na każdym kroku wszechmogący Margocki, bo on wszechmogący tutaj! to darmo! I hrabiego 
ma w kieszeni, i hrabinę też, i hrabiątka, a tu odnowienie kontraktu za pasem. Odmówiłażbyś 
ojcu pomocy? a nie chciała mu oszczędzić przykrości?

Zosia od fortepianu przybiegła i rzuciła mu się na szyję.
— No, nie mówmy o tym, ponudzę się dla ciebie… Zresztą tatko niech to na mnie spuści, 

a ja sobie dam radę.

Julian spojrzał na zakłopotane dziewczę i żal mu się może zrobiło, bo rzekł:
— Nie ma to nic tak strasznego to towarzystwo pańskie — trochę się należy przyzwyczaić, 

a   niezbyt   się   o   jego   łaski   troszczyć!   o!   pannie   Zofii   to   przyjdzie   łatwo   z   jej   trafnym 
instynktem i…

Zosia spojrzała.
— Komplement — rzekła, załamując ręce komicznie — a kiedy też już pan Julian mnie, 

mnie, mnie, śmie prawić komplementa! — to znak ostatecznego rozbratu… pan, mnie.

— Ale to nie jest komplement!
— A cóż to jest? — spytała Zosia. — Nie — potrząsając głową, odpowiedziało dziewczę 

— nie. Stary mój przyjaciel, pan Julian, inaczej by mi to był powiedział.

Obwiniony zamilkł. Matka spojrzała na syna z pewnym smutnym zdziwieniem.
Rozmowa rozbita, chwytana z kolei przez wszystkich przytomnych i rzucana, zakończona 

została sentencjonalnie przez pannę Klarę:

— Gdyby mnie o zdanie pytano — odezwała się — wyraziłabym je z właściwą mnie 

otwartością. Dla osoby w kwiecie wieku, jak luba Zosia, cóż może być pożądańszym nad 
dobre   towarzystwo?   W   nim   się   nabiera   tej   woni   i   tonu,   który   całemu   życiu   urok   daje. 
Przyklasnęłabym z serca, gdyby w pałacu bywała, mówię otwarcie.

Ostójski mruknął:
— Niech ich z tonem i wonią… Nie dokończył. Goście się zaczęli żegnać.
Wychodząc   z   folwarku,   Julian   wyprosił   się   na   przechadzkę   ku   sąsiedniemu   lasowi. 

Kanonik z siostrą wracali sami. Szli długo zamyśleni oboje, smutni trochę, milczący.

— Przyznam ci się, siostruniu — po długim przestanku szepnął Kanonik, pochylając się ku 

idącej   z  założonymi   na  piersiach  rękami  matce   Juliana  —  przyznam  ci  się,  że   jakoś  mi 
Julek… teraz mniej smakuje niż kiedykolwiek. Dobry, poczciwy chłopak, ale już świat z 
niego uczynił swoją istotę, już nam dziecię nasze odebrał… już to jest zarodek człowieka po 
myśli wieku. Prawda, inaczej być nie mogło, a mogliżeśmy go wychowywać gdzie indziej! To 
było do przewidywania.

— Ja to sama widzę — głosem boleści pełnym odpowiedziała matka — a! widzę aż nadto i 

boli   mnie   to.   Jednakże,   mój   bracie,   to   są   wrażenia   młodości,   chwilowe,   przemijające, 
najgłębiej   w   duszę   wpaja   się   to,   co   ona   za   młodu   przyjęła…   Powróci   nam   Julek   nasz 
dawny… zobaczysz.

* II était temps~! (fr) — właśc. Il n’etait que temps! — Najwyższy czas!

background image

— Daj to Boże — westchnął Kanonik — bo teraz my się nie zgodzimy. Proszęż cię, komu 

Bóg łatwiejsze usiał szczęście, jak jemu?

Trzeba być ślepym, żeby nie widzieć tego, że poczciwa Zosia go kocha, może więcej niż 

brata.   Ostójski   by   ją,   dziś   wydał…   kupiliby   dworek   w   miasteczku,   praktykę   by   miał   i 
żylibyśmy w kupce jak u Boga za piecem. Uważałaś, jaki był Julian zimny dla nich…

— No, tego, kochany bracie, znowu tak bardzo ganić i za złe mu mieć niepodobna — ujęła 

się matka — chłopiec ubogi, nie chce być winien wszystkiego Zosi, nie chciałby, aby go 
posądzono o to, że się dla posagu ożenił.

— Zapewne… tego, bym mu nie zganił — rzekł ksiądz — ale ja głębiej sięgam w duszę… 

jest to i jest coś więcej… ambicja! Nie pragnie nauki i sławy, jak to dawniej bywało, ale po 
dzisiejszemu chęć zużytkowania nauki i talentu dla zyskania majątku i pozycji.

— Mój drogi, możnaż tak sięgnąć w duszę człowieka? — broniła matka.
— Winienem może, ale z rozmów Juliana wnioskuję, bodajbym się mylił — dokończył 

Kanonik.

—   Bóg   widzi,   to   ożenienie   ze   śliczną,   miłą,   dobrą   Zosią,   to   dla   mnie   było   zawsze 

marzenie, o które modliłam się do Boga — no, dziś trudno się łudzić — trudno! Będą tu różne 
krzyżować się wpływy i zajdą rzeczy… niespodziane. Zosię już ciągną do pałacu. Hrabina 
uczyni to dla Margockiego, który widocznie poluje na posag i majątek Ostójskiego. Dziewczę 
najpoczciwsze, ale młode i słabe, a urok pańskości na umysł młody — wielki.

Potrząsła głową staruszka.
— Nasze piękne sny i projekta trzeba pono pożegnać — dodała.
— Niech to tam Pan Bóg sobie złoży, jak wola Jego — dodał Kanonik. — Żyłem długo na 

świecie, jedna mnie prawda uderzała nieustannie — bo to, iż najczęściej, o co się człowiek 
najmocniej stara, czego najgoręcej pragnie, na złe mu wychodzi, czego się lękał, zbawić 
może. — Zdajmy się na Opatrzność i idźmy ufni w nią prostą drogą.

— A! tak! tak! kochany bracie! — powtórzyła matka Juliana — ja też nic nie pragnę dla 

niego, tylko żeby czystym i poczciwym pozostał.

— Amen! — rzekł ksiądz — reszta dodaną mu będzie.
Szli tak drożyną ku plebanii powoli, słońce było nad zachodem. Przez gęsty cień lip przy 

probostwie   przedzierały   się   złote   promienie,   rysując   fantastyczne   na   ziemi   kobierce.   Z 
ciemnych gąszczy liści szczyt starożytnego kościółka strzelał ku niebu ze swymi gotyckimi 
ozdoby. Z drogi już dochodząc, wzgórze to całe z murami, domami, szczytem tym, drzewy, 
ogrodem, wyglądało dziwnie powabnie i uroczyście. Bliżej nad drogą, jakby zapraszając do 
kościoła,   stała   na   marmurowym   słupie   nowym   piękna   figura   N.   Panny   Łaskawej,   którą 
Kanonik, z dawna na nią grosz zbierając, w tym roku właśnie postawił.

Stanął tu naprzeciw tego krajobrazu, złożył ręce, jakby się modlił, i rzekł z rozrzewnieniem 

do siostry:

— Mój Boże! jakże to u nas cicho, pięknie i miło! człowiek wrósł sercem do tego kąta… 

ukochał   go…   umiłował   i   doprawdy,   zdaje   mi   się,   że   na   świecie   nigdzie   lepiej,   nigdzie 
piękniej być nie może; aż strach, by za tę ziemską miłość Bóg nie pokarał, a nie rzucił gdzie 
stąd daleko!

— A, cóż to ty mówisz! co ty mówisz! — zawołała siostra przelękniona — gdzież, kto by 

mógł? dlaczego?

Kanonik głową poruszył.
— Nie trwóż się, nie ma nic, ano, tak czasem w serce obawa zastuka… Niepodobieństwa 

nie   ma.   Zwierzchność   duchowna   nie   pyta   nas…   dysponuje   sama,   a   my   posłuszni   być 
powinniśmy… Inaczej być nie może. Kościół ma wielkie do wypełnienia obowiązki, myśmy 
żołnierze Chrystusowi i gdzie nas postawią na placówce… winniśmy nieruchomi stać, każą 
iść — iść… Cóż byśmy byli za kapłani, gdyby warga sarknęła, a serce zabolało?

Poszli   milczący   już   ku   probostwu.   W   miarę   jak   się   zbliżali,   niespokojna   o   swe 

background image

gospodarstwo siostra pospieszała, ksiądz kroku zwolnił i pożegnawszy ją skinieniem ręki, 
ścieżynką w lewo, wiodącą do furtki cmentarnej, skierował się ku kościółkowi, który był 
wszech jego starań celem, ukochanym pieścidełkiem. Chodził tak często w wolnych chwilach 
oglądając go, przemyślając, czyby co dodać, poprawić, ozdobić nie można.

Cmentarz stary, otaczający ową świątyńkę, obwiedziony był murem. Za dawnych czasów 

grzebiono tu umarłych.  Znać jeszcze  było w ziemi  gdzieniegdzie wklęsłe,  szerokie  płyty 
kamienne,   na   których   słota   i   mchy   napisy   powyjadały.   W   ściany   też   kościoła   dawnym 
obyczajem powprawiane były rzeźbione wieka. Ten cmentarz, dawniej trochę opuszczony i 
zarosły, Kanonik, lubiąc to miejsce, postarał się przeistoczyć na istny ogródek. Porobiono tu 
ścieżki piaskiem wysypane, zasadzono kwiaty i krzewy, popodnoszono grobowe kamienie i 
krzyże. Teraz wyglądało tu świeżo i malowniczo wielce. Wikary tylko znajdował, że to była 
elegancja niepotrzebna przy domu Bożym…

Gdy   Kanonik   szedł,   postrzegł   zaraz   w   progu   kościoła   kościelnego,   który   tam   coś 

porządkował i zamiatał, a dywanik jakiś wytrzepywał. Spotkanie z nim miłe było zawsze 
Kanonikowi, bo też, mimo gderliwości i fukania, nie było poczciwszego serca ni człowieka 
nad starego kościelnego tutejszego. Kochali się nawzajem.

Chociaż teraz w szarej, długiej chodził kapocie, z twarzy zaraz wyglądał kościelny na to, 

czym był — na dawnego żołnierza. Sumiasty wąs siwy, głowa była jak kolano, pokryta czarną 
czapeczką, oko niewielkie, wypukłe, nos garbaty dawały mu jedną z tych twarzy, jakimi 
Orłowski

*

  starą   szlachtę   swą   piętnował.   Był   też   pono   szlachcicem   pan   Warmski,   znany 

pospolicie pod nazwiskiem Eliasza. Za młodu służył pod Kościuszką, lat swoich dobrze nie 
wiedział.   Od   kościuszkowskich   wypraw   przebył   niewolę   w  Sybirze,   potem   zaciągnął   się 
znowu do wojska i bił się jeszcze w r. . Nosił też na kapocie zawsze kawał starej wstążki 
virtuti militari. Od czasu, jak na jedną nogę w kampanii okaleczał i okulał, dostawszy się tu 
do kościoła, już go nie opuszczał. Utrzymywany jego staraniem, był w największym porządku 
i czystości. Kanonik i on żyli w prawdziwej serdecznej przyjaźni. Eliasz kochał też Julka jak 
własne dziecko, matkę jego poważał, służył i im też z wielką serca radością i był szczęśliwym 
aż do przybycia ks. Leona. Pierwszy raz go zobaczywszy, zaraz pokiwał głową, nie podobał 
mu się.

— Ten nam tu piwa nawarzy! — rzekł do siebie — z oczów mu patrzy źle! o! źle!
Zdaje się, że Eliasz też nie miał szczęścia się podobać ks. Leonowi, bo od pierwszych dni 

wiecznie coś miał mu do zarzucania, a stary nie krył się z tym, iż go znieść nie mógł. Nie 
uchybił mu w niczym, nie sprzeczał się nigdy, nie odpowiadał nawet, gdy się odzywał do 
niego, ale stanowczo rozkazów jego nie wypełniał bez konfirmacji Kanonika.

— Co to tu on będzie burmistrzował! — mówił — jać służbę znam… on tak dobrze zostaje 

pod ordynansem. Kanonika, jak i ja! W nieswoje rzeczy nosa wścibiać — wara. No — osoba 
duchowna. — Zna się uszanowanie, zawsze pomazaniec i kapłan — wszelako ja bym wolał, 
żeby mu gdzie indziej choć probostwo dali, byle go tu nie było. On tu nam porządek psuje i 
ciągle niby coś nowego chce wymyślać.

Tę   niechęć   bardzo   wyraźną   Kanonik   usiłował   o   ile   możności   uśmierzyć   —   jakoż 

poskromił łatwe jej wybuchy, bo Eliasz znał karność i praktykował ją po żołniersku — tylko 
— uczucia swe w sobie schowawszy, niełatwo się ich wyrzekał. Wikary ze swojej strony 
skarżył się ciągle na starego wiarusa, usiłując go precz wyrzucić pod pozorem niedołężności i 
wieku, Kanonik stanowczo odmawiał.

— Póki mnie tu, poty i jego — mówił krótko i wyraziście.
Trzepiąc dywan, cały pokapany woskiem, stary mruczał i spluwał.
— Co ty tam gderzesz, Eliaszu? — spytał Kanonik, zbliżając się.
— A jak nie mam gderać? jak się nie mam oburzać? co ja tu poradzę! co! — mówił Eliasz. 

*  Orłowski   Aleksander   (1777–1832)   —   wybitny   malarz   i   rysownik   m   in.   autor   licznych   rysunków 

przedstawiających typy dawnej szlachty

background image

— Kobierzec stary, bo, to podobno jeszcze z pogrzebu nieboszczyka generała do kościoła się 
dostał, poleli go woskiem… dziury powypalali, a ks. Leon na mnie się napuszą, że ja w takim 
stanie go zaścielam, że ja powinienem go odświeżyć! co ja mu zrobię? jak? czyść go, myj, 
wyłupuj, trzepanie tu nie poradzi.

— Wiesz co, panie Eliaszu — rzekł Kanonik — aby ten przedmiot drażliwy z oczów 

usunąć, schowaj go do skarbca i — po wszystkim.

— No — to ołtarza przed ś. Antonim nie będzie czym zasłać — rzekł Eliasz — to ten — 

potem powie, że gołe stopnie i że to obraza Pana Boga, niechlujstwo, zaniedbanie…

— Jest na to rada — zawołał Kanonik — mam dywanik, który mi nie jest potrzebny, 

ofiaruję go chętnie pod stopy ś. Antoniemu.

Eliasz spojrzał i głową potrząsł. — Nie potrzeba, ja wiem, że to wasz ostatni i że na 

wypadek drogi siana nie będzie czym zasłać.

— Albo to ja podróżuję!
Eliasz zajął się kobiercem znowu, ale pancerz wosku, którym był oblany, nie dozwalał ani 

pomyśleć o odczyszczeniu. Stali tak oba, medytując, nad nim.

— A ks. Wikary gdzie? — spytał Kanonik.
— Już pojechał czy poszedł. Przybył tu Stasiek Wątróbka, bo mu Pan Bóg dał dziecko i 

ono słabe, chciał chrztu, a kobieta spowiedzi, bo też niezdrowa. Domagali się ks. Kanonika.

— A byłoż mi dać znać!
— Chciałem! szedłem, to mnie ofuknięto — i wyrwał się Wikary — rzekł żołnierz. — On 

się teraz wszędzie wyrywa, gdzie nie potrzeba i choć go sobie nie życzą, a to tylko, aby JMść 
ks. Kanonika nie dopuścić. Ja jestem głupi, ale ja to widzę już, że on chce wyprzeć zewsząd 
JMść. Wszystko niby z gorliwości bierze na siebie! Dobrze! a tymczasem gada, że Kanonik 
stary, niedołęga, marzyciel i do niczego…

Kanonik się zarumienił.
— Tego on nie mówi i nieprawda! Eliaszu… daj pokój.
— Mówi, ale ostrożnie i po cichu, po cichu. Wie, dobry człeczek, gdzie co rzec i jak! O, 

wie!

Rękę wiarus podniósł do czoła i spuścił ją z wielkim wzruszeniem.
— Ty bo go, nie lubisz?
— A kto by go lubił? ta — to gorzkie jak pieprz — odparł stary — a chytre…
— No — już chytre — proszę cię, dosyć tego — rzekł Kanonik — dosyć.
— Bądź wola twoja, księże Kanoniku, dosyć, ani słowa, ino to jedno dodam — szepnął 

stary — że jegomość go kiedyś poznasz lepiej — ino będzie po czasie — więcej nie powiem.

Wziął się stary do kobierca.
Kanonik pomodlił się przed kościołem, starego poklepał po ramieniu i poszedł ku furtce 

wiodącej stąd na probostwo. W ganku już spotkał ks. Leona, który pot z czoła ocierał.

— Czemużeście mi nie dali znać — witając się rzekł Kanonik — iż Wątróbka życzył sobie 

mnie mieć… byłbym pospieszył.

Ks. Leon zaciął wargi.
— Chciałem ks. Kanonika wyręczyć — odpowiedział sucho.
— Pojmujecie przecież, iż ja bym także moją część w cura animarum

*

 rad spełnić… nie 

odbierajcie mi jej, proszę… Ci ludzie mogą sądzić…

— Przepraszam — przerwał Leon — oni nie powinni dobierać sobie duchownych… każdy 

z nas przychodzi w imię Boże…

— Nie trzeba być tak bardzo surowym — odezwał się Kanonik — w ogólności powiem 

wam, wy zapewne w najlepszej chęci to czynicie, ale za ostro się czasem obchodzicie z 
ludkiem naszym, który do łagodności nawykł.

— To źle — syknął Wikary — to źle, religii mu zasłodzonej podawać nie trzeba, bo ją 

* cura animarium (łac.) — obowiązki duszpasterskie

background image

lekceważyć będzie.

— Wiem, że w tym różnią się nasze pojęcia — chłodno odezwał się Kanonik — lękam się 

wszakże, by zbyteczna surowość więcej nie szkodziła, niż pomagała… Syn Boży był miłością 
samą. Oto na przykład, gdy stary Wojciech umierał, kazaliście precz iść od umierającego 
rodzinie… skonał tak, nie pożegnawszy się z nią, na co niezmiernie płakali.

Ks. Leon ironicznie popatrzał na Kanonika.
— Jest to bardzo chwalebny zwyczaj przez rzymskie duchowieństwo zaprowadzony, aby 

w godzinie śmierci konający myślał o Bogu, nie o ziemskich rzeczach… po co tam rodzina? 
po co to pożegnanie? Po co te dystrakcje, które skruchy nie dopuszczają.

Kanonik słuchał.
— Każdy kraj ma swój obyczaj, u nas tego nie bywało.
Ks. Leon ruszył wzgardliwie ramionami:
— Pozwolisz mi, ks. Kanonik, choć młodszemu, uczynić tę uwagę, że — zapewne nie z 

jego winy, ale przez wiekowe opuszczenia i tolerowania — wkradło się u nas wiele zgubnych 
zwyczajów. Potrzeba surowości bezwzględnej, aby je wykorzenić — mam to najmocniejsze 
przekonanie.

— Mój ojcze — z wolna rzekł Kanonik — pobłażać złemu nie godzi się nigdy, ze złem nie 

ma   kompromisu,   ale   z   naturą   ludzką   więcej   dokażecie   łagodnością   niż   piorunami 
Jowiszowymi. Cały duch nauki Chrystusowej sprzeciwia się użyciu tam grozy, gdzie dobroć 
starczy.  Będziecie żyli  dłużej, doświadczycie więcej, przekonacie się kiedyś, iż surowość 
zbytnia w kapłanie zamiast mu nadać powagę, odbiera ją, czyniąc go na pozór namiętnym i na 
oko gniewliwym, choćby nim nie był. Ks. Leonie, gorliwość was unosi często za daleko. Ks. 
Leon uśmiechnął się:

— To rzecz mojego, sumienia.
— Nie czynię też z tego wymówki, aleście wy mi zadali słabość.
Wikary odwrócił się z szyderską, a jakimś przypomnieniem spokorniałą postacią. Wyrazy 

jego następne przybrały dziwny ton zaledwie podchwyconej ironii.

— Gdzieżbym ja się ośmielił ks. Kanonikowi cokolwiek bądź zarzucać! Może się źle 

wytłomaczyłem   —   znam   moje   położenie,   obowiązki,   zależność,   winne   starszym 
posłuszeństwo i proszę mi wierzyć, że… ściśle trzymam się stanowiska mojego, granic nie 
przekraczając nigdy…

A po chwili począł dziwnym jakimś tonem coraz w powagę rosnącym.
— Pozwoli ks. Kanonik…
— Wszystko w świecie — rzekł spokojnie kapłan — mów, co się podoba.
— Każdy wiek Kościoła wojującego ma swój odrębny charakter i strategia też kościelna 

zmienić się musi, stojąc wobec coraz innego nieprzyjaciela… Ja byłem w Rzymie i tam 
zaczerpnąłem skazówki co do właściwego sposobu postępowania…

— Zapewne — rzekł Kanonik — ale przyznasz mi, że i każdy kraj ma właściwy sobie 

charakter, a Kościół zwykł od wieków, jak dobra matka, zastosowywać się do potrzeb swych 
dzieci.

Ks. Leon przeszedł się, uśmiechając, po ganku.
— Miałem właśnie do ks. Kanonika prośbę — rzekł — ale…
— Proszę mówić, jeśli w mej mocy… — Chciałbym odbyć rekolekcje u ks. ks. jezuitów 

w…

Kanonik zrazu nic nie rzekł.
— Czy to koniecznie u jezuitów? — spytał po przestanku cicho.
— Ja się nie taję z moją słabością dla wielkich zasług i surowej pobożności tego zakonu.
— Obojga nie zaprzeczam — rzekł Kanonik — jedną bym tylko uczynił uwagę. Słuszna 

czy  nie,   naród   nasz   przypisuje   wpływowi   tego   zakonu   opanowanie   przezeń   wychowania 
publicznego, wszystkie klęski nasze, upadek i ciemnotę. Nie będę się z panem sprzeczał o to, 

background image

czy twierdzenie to jest zupełnie uzasadnione. W pewnych jednak chwilach życia narodowego 
boleść kraju poszanować należy — błędne nawet może sądy uwzględnić. — Czyż nie ma ani 
zakonu, ani miejsca, gdzie by rekolekcje odbyć można pobożnie i święcie, tylko tam? Na co 
narażać i odstręczać od siebie ludzi.

— Aby ich wywieść z błędu — zawołał gorąco ks. Leon — należy walczyć otwarcie z 

uprzedzeniami. Jezuici raz, czasu reformy, Kościół w Polsce uratowali, dano im, być może, 
ocalić go od wpływu masonerii, judaizmu i rewolucji.

Kanonik spuścił oczy i milczał znowu czas jakiś.
— Nie wiem, nie wiem — odezwał się — może, może. Trudno z takimi rzeczy się spierać 

—  kwestia  zawiła…  Ja  bym  wolał,  aby się  katolicyzm  bez  tych  pomocników  obszedł… 
lecz… szanuję… przekonanie.

— Więc mi ks. Kanonik nie zakazuje? — spytał ks. Leon.
— Zakazywać? ja? mój ks. Leonie — śmiejąc się przerwał Kanonik — a cóżem ja kiedy 

jegomości zakazywał?

— Ale, bo choć w formie łagodnej, to zakaz — ofuknął ks. Leon.
— Bynajmniej, jedź waćpan, jedź. Jeżeli jednakże potem niełatwo ci będzie pozyskać 

sobie tu zaufanie i miłość u ludzi… sam sobie przypiszesz winę.

— Więc nie jadę — powtórzył ks. Leon.
— Jedź, nie jedź, jak ci się podoba — dokończył, wstając z ławki, Kanonik — proszę 

tylko, nie mów, żem ja zakazywał. Z tym, co myślę, nie taję się, nie zjednywa mi to przyjaciół 
— nowych zaś niechęci nie życzyłbym sobie ściągać.

W wielu rzeczach i poglądach różnimy się z sobą, mogę się bardzo mylić — Bóg osądzi.
Łagodna ta mowa zdawała się właśnie łagodnością swą do najwyższego stopnia drażnić 

Wikarego,   którego   twarz   kurczyła   się,   wyprężała,   krzywiła,   a   oczy   to   łyskały,   to   się 
przymykały, wtórując ustom.

— Ja też — zawołał — nie myślę się podawać za nieomylnego, ale mam za sobą powagę 

nowych rozporządzeń kościelnych i te to zaczerpnąłem w samym Rzymie.

Ks. Kanonik posuwasz tolerancję do tego stopnia, iż przypuszczasz i żydów, i protestantów 

do prawie równych praw społecznych…

— Zdaje mi się, że na tej tolerancji opierając nadzieję nawrócenia, nie mylę się — dajmy 

pokój,   dajmy   pokój   —   rzekł,   poskramiając   widoczne   wzruszenie   —   czytaj,   ks.   Leonie, 
Ewangelię, czytaj Ewangelię, umiłuj Chrystusa, a gdy ci się oczy odsłonią, ażebyś wejrzał w 
serce Jego… nie będziesz mnie potępiał…

Widocznie   unikając   dalszej,   wielce   drażliwej   rozmowy,   Kanonik   poszedł   do   swojego 

pokoju po brewiarz i z nim wysunął się ku zwykłej uliczce cmentarza, po której chodząc, 
odmawiał modlitwy.

Ks. Leon pozostał w ganku, zadumał się… oczy jego, zwrócone ku pałacowi, dostrzegły 

właśnie   ciągnące   drogą   ku   niemu   ekwipaże.   Domyślił   się   zapewne,   że   przybywała 
dziedziczka. Przodem szła amerykanka, dalej kareta poczwórna, mała karetka, kocz i bryka. 
Wszystko   to   z   wielkim   klaskaniem   batów   i   trąbieniem   pocztarskim   wtoczyło   się   w 
dziedziniec pałacowy i znikło.

Ks. Leonowi oczy zajaśniały, zatarł race i żywym krokiem pobiegł ku wikarii.

Pałac Skwirskich, zbudowany w XVIII w. nosił na sobie wszystkie cechy jego smaku 

wykwintnego do zbytku, nie bez wdzięku może, ale nadto wyszukanego i rozkwieconego. 
Skwirscy żyli na dworze saskim i służyli obu Augustom, pierwszemu w jego nieskończonych 
miłostkach, drugiemu w niezmordowanym łowiectwie, dzieląc obu upodobania w przepychu i 
elegancji — pałac też ich przypominał budowy drezdeńskie, salony Moritzburga i pałace 
Brühlowskie

*

. W głównych apartamentach coś później poprzerabiano i dodano, w bocznych 

*  Moritzburga salony i pałace Brühlowskie — Pałac Moritzburg, myśliwski pałac królewski w Saksonii, 

background image

szczęśliwi byli właściciele, gdy smak do rokoko powracać zaczął, iż oryginalne jego próby 
posiadali.   —   Pałac   pozostał   rokoko.   Począwszy   od   frontu,   na   którym   poczepiane   były 
wazony, amorki, kwiaty kamienne, boginie, perłowe sznury i wieńce, aż do gabinetów z 
lustrami w ramach porcelanowych i ścianami ze zwierciadeł — wszystko było w tym stylu — 
o ile go u nas wynaśladować umiano. Stary ów zbytek, nieco spłowiały, jeszcze się wcale 
pięknie   wydawał.   Pełno   tu   było   pamiątek   nie   starszych   nad   wiek   XVIII,   portretów   we 
fryzurach   i   bogato   haftowanych   frakach,   wygorsowanych   pań   z   bukietami,   cytrami, 
amorkami, pieskami i wachlarzami. Wszystko, co zdobi drezdeńskie dawne pałace, przeniosło 
się tu po trosze, aby je przypominało.

W jednym z bocznych gabinetów, właśnie najświeższym i najwykwintniejszym, którego 

obicie stanowiła materyjka perłowa w rzucane róż bukiety, przy stoliku siedziała hrabina, 
której podano herbatę naprędce. Na berżerkach

*

, krzesłach, konsolkach pełno było dokoła 

podróżnych   torebek,   chustek,   flaszeczek,   węzełków   i   fraszek,   którymi   życie   eleganckie 
otaczać   się   lubi.   Sama   pani,   wygodnie   zasiadłszy   w   fotelu,   nogi   sparłszy   na   stołeczku, 
rozglądała się po swym gabinecie. Była to osoba dobrze niemłoda, lecz środkami, jakich 
sztuka   dostarcza,   nadzwyczaj   szczęśliwie   zakonserwowana.   Paryż   ma   tyle   wynalazków 
najrozmaitszych   dla   odnowienia   płci,   wyrównania   marszczków,   przywrócenia   świeżości, 
nadania blasku oczom, zastąpienia zębów, przysztukowania włosów, iż, umiejąc korzystać z 
jego darów, osoba, jak hrabina, pamiętająca o swej powierzchności, może przedłużyć wielce 
pozory młodości i zachować się prawie piękną do późnego wieku. Była też mimo zbytniej 
pełności   kształtów   hr.   Skwirska   wcale   ładną,   a   drobne   jej   rysy,   choć   się   nieco   rozlały, 
zachowały pewien wdzięk arystokratyczny. Portrety cesarzowej Katarzyny w późniejszym 
wieku   najlepsze   dać   mogą   wyobrażenie   o,   tego   rodzaju   twarzy   i   piękności.   Ubrana   z 
niezmierną starannością, mimo że była w podróży — miała postawę prawdziwie królewską. 
Sparty oburącz o poręcz krzesła stojącego naprzeciw, Margocki zdawał się oczekiwać na jej 
rozkazy, wpatrując się niespokojnie w twarzyczkę, której oczy prawie umyślnie go unikały.

— Kogóż tu macie na wsi? — spytała, ciągle mówiąc tylko po francusku, hrabina.
— Sąsiedztwo się wcale nie zmieniło — odpowiedział Margocki — ciż sami ludzie, tylko 

— niestety — postarzeli trochę, dużo zubożało… kilku umarło…

— Więc? — spytała wyzywająco hrabina.
— Hrabiowie Żyńscy…
— Hrabiowie? — uśmiechając się powtórzyła Skwirska — a dalej?
— Państwo Targońscy…
— Bon

*

, przypominam… tak… te sławne owczarnie, on n’y parle qu’en grains, moutons  

et   religion

*

 już   wiem…   bardzo   pobożni…   bardzo   przyzwoici…   ale   nudni.   Nie   ma 

świetniejszego nic, gdzie by się zabawić, rozerwać umiano?

— W ogólności — rzekł Margocki — kraj nasz bardzo mało się bawi, czasy są ciężkie.
— O! bardzo ciężkie, il n’y a que les usuriers qui prospèrent

*

 — westchnęła hrabina. — 

Ale ja też nie myślę się bawić, przyjechałam odpocząć, kółko jak najmniejsze sobie zrobię… 
je vivrai très retirée

*

.

— Gdybym ośmielił się poddać myśl…
— Ośmiel się, panie Margocki — z uśmiechem rzekła pani.
— Pani hrabina z miejscowych żywiołów mogłaby sobie dwór stworzyć — Wikary, ksiądz 

bardzo przyzwoity, córka dzierżawcy wielce muzykalna, siostrzan Kanonika, młody chłopak, 

rozbudowany przez króla Augusta II, pałac Brühlowski budowla wzniesiona w Dreźnie przez ministra królów 
Augusta II i Augusta III — Henryka Brühla w r 1737

* berżerka — rodzaj kanapki lub szerokiego fotela w stylu rokokowym
* bon (fr.) — dobrze, ładnie
* on n’y parle qu en grains, moutons et religion (fr) — tam mówi się tylko o zbożu, baranach i o religii
* il n’y a que les usuners qui prospèrent (fr) — tylko lichwiarze prosperują
* je vivrai très retirée (fr ) — tu będę żyła z dala od towarzystwa

background image

ładny i naiwny… nareszcie ja, sługa pani, kilku jeszcze dzierżawców… Cela ne tire pas en  
conséquence

*

  — dodał  — są to stosunki jak u wód,  qu’on laisse  demain,  quand on est  

dégoûté.

Hrabina przelotnie nań spojrzała.
— Nous en reparlerons!

*

 — szepnęła — myśl nie jest zła. To się będzie nazywać, że nie 

przyjmuję nikogo, a zawsze jest jakiś resurs. Z tymi też ludźmi do żadnych występowań 
kosztownych nie jestem zmuszona… tout leur sera bon. Mój Margocki, powiedzże ty mi — 
dodała — co wy robicie z pieniędzmi, że ich u was nigdy nie ma!!

— Ale my ich też nie mamy..
— Przyznaj się — hrabia traci??
— Pani hrabino dobrodziejko, nie tylko jeden, ale oba szalenie tracą. Naturę mają pańską.
— Ale za cóż ja mam za nich pokutować! — żałobliwie poczęła hrabina. — Zostawiliście 

mnie odłużoną w Paryżu… a wiecie, że Paryż wymaga… Bywając u cesarzowej, która jest z 
ks.   Metternich   razem   taką   elegantką,   niezmiernie   wiele   potrzeba,   przecież   się   swój   kraj 
reprezentuje… Narobiłam długów, choć ledwie le premier nécessaire

*

 sobie pozwalałam. Nie 

macie na to wyrozumienia najmniejszego! Nikomu bym się nie dziwiła, ale ty, mój Margocki, 
que je croyais devoué à mes i n t é r ê t s !

*

— Pani — przerwał plenipotent, uderzając się w pierś — proszę wierzyć, że czyniłem 

l’impossible

*

.

— A nic zrobić nie mogłeś! nic! — westchnęła hrabina. — Teraz ja ci powiem, c’est mon 

ultimatum

*

 muszę powrócić do Paryża, dałam cesarzowej słowo, a nie mogę inaczej, jak 

wioząc pieniądze dla spłacenia długów. Il y va de mon honneur!

*

Hrabina zdawała się w tym słodkim przekonaniu, że dosyć było jej groźby, aby dobyć 

pieniądze, o których pozyskaniu zresztą najmniejszego nie miała wyobrażenia. Myślała, że 
obowiązkiem   było   tego   świata,   co   pieniądze   miał,   dostarczać   ich   na   uciechy   i   fantazje 
wielkiej pani.

Margocki patrzał i milczał; hrabina powtórzyła
—   Powiedz   to   sobie,   że   muszę   powrócić,   a   nie   wrócę   bez   pieniędzy…  c’est   mon 

ultimatum!

Plenipotent milczał jeszcze, skłonił się i szepnął:
— Nous ferons l’impossible.

*

— Oba hrabiowie tracą niemiłosiernie, a ja za nich cierpię! — dodała hrabina — nie mieć 

nawet tych nędznych stu tysięcy franków w rok, których potrzebuję —  mais c’est quelque 
chose d’horrible!

*

 W końcu mnie zmuszą, że się zakopię na wsi i naturalnie umrę… bo ja tu 

żyć długo bym nie potrafiła. Ja się już stałam paryżanką, mój Margocki, mnie potrzeba Lasku, 
Bulwarów,   Opery,   Tuileriów   jak   powietrza   do   życia…   Ty   przecie   mnie   zrozumiesz   i 
wejdziesz w położenie moje… mój drogi.

Spojrzała   oczyma   tkliwymi   na   plenipotenta,   który  też   rozczuloną   zrobił   minę,   ale   nie 

wiedział, co odpowiedzieć, i kłaniał się tylko.

— Enfin

*

 nie trzeba sobie zatruwać tych pierwszych chwil powrotu, ty to będziesz pamiętał 

—   rzekła   powoli.   —   Postarajże   się   zaprezentować   mi   tych   panów   i   te   panie,   które 

* cela ne tire pas en conséquence (fr.) — To nie pociąga za sobą konsekwencji
* nous en reparlerons! (fr ) — Pomówimy jeszcze o tym
* le premier nécessaire (fr ) — konieczne potrzeby
* que je croyais devoue a mes intérets’ (fr) — o którym sądziłam, ze jest oddany moim interesom
* 1’impossible (fr ) — niemożliwe
* c’est mon ultimatum (fr.) — to moje ultimatum
* Il y va de mon honneur (fr ) — Tam chodzi o mój honor
* Nous ferons 1’impossible (fr ) — Dokażemy rzeczy niemożliwej
* mais c’est quelque chose d horrible (fr) — ależ to cos okropnego
* Enfin (fr.) — W końcu, wreszcie

background image

rekomendujesz,   i   sam   mi   ten   dwór   ułóż   —   ale   pamiętaj,   że   choć   skromny   i   wiejski, 
przyzwoitym być musi.

— Pani hrabina od wieśniaków nie będzie wymagającą — rzekł plenipotent. — Córka 

pana Ostójskiego może wybornie służyć do gry na cztery ręce.

— A! to doskonale!
— Ks. Wikary…
— Ten żółty? — Ten sam.
— Tak, przyzwoity jest i skromny… a potem?
— Młody, medyk z probostwa? ładny i miły chłopiec…
Hrabina spuściła oczy, znalazła znać rekomendację nadto naiwną.
— Któż więcej? kto więcej?
— Ano, stary, wielbiciel pani, pułkownik napoleoński — baron Erlich…
— Przypominam sobie — miły, umie rozmawiać, mnóstwo anegdot o Napoleonie… Tak, 

tak! więc żyje.

— Zasechł i trzyma się dotąd, tylko co roku peruczkę odmienia.
Na   tej   rozmowie   przeszła   godzina,   a   że   pani   po   podróży  skarżyła   się   na   ból   głowy, 

Margocki wkrótce ją pożegnał. Następny dzień poświęcony był obejrzeniu pałacu, ogrodu i 
przygotowaniom do uczynienia pobytu możliwym. Cały dwór latał, popychany w różnych 
kierunkach… pałac i ogród, jakby z letargu wyprowadzone, ożyły.

Z rana ks. Wikary był ze mszą, a na kawę proszony do hrabinej, siedział godzinę, słuchając 

opowiadań   o   biskupach,   osobach   duchownych,   ks.   Dupanloup,   Darbois,   ks.   Bauerze,   o. 
Hiacyncie, o których hrabina wiele ciekawych szczegółów wiedziała.

Tegoż samego wieczora wcale niespodziewanie przybył, dowiedziawszy się o powrocie 

matki, młody hrabia ze stolicy na powitanie hrabinej, której od roku nie widział. Stosunki 
matki i syna były bardzo na pozór serdeczne, w rzeczy całkiem chłodne. Cieszyła się ona, że 
umiał w świecie i na dworze przetorować sobie drogę, rada była, że imię swe nosić umie 
godnie, ale nie mogła mu darować, iż to tak drogo kosztowało i nie dozwalało jej swobodniej 
odpoczywać w Paryżu. Znajdowała, że powinien był od dawna bogato się ożenić i przestać 
być rodzicom ciężarem, a znaleźć pannę, której by majątek dla obojga starczył.

Charakterystycznym było, że matka i syn nigdy z sobą otwarcie nie mówili; rozmawiali o 

świecie, o dworze, o interesach nigdy. Syn narzekał na mamę przed plenipotentem, ona się na 
niego skarżyła także — ale z sobą będąc, wzajemnych żalów nie napomknęli nawet nigdy. 
Hrabina znajdowała, równie jak on, que ce serait mesquin…

*

Przyjazd syna rozradował hrabinę, była to miła atencja

*

  zawsze, jak mawiano dawniej, 

kazała go prosić natychmiast, choć nie była ubrana, do swego pokoju i uściskała serdecznie. 
Odezwało się na chwilę macierzyńskie uczucie, choć stłumione od dawna.

— Nieprawdaż! — rzekła po przywitaniu — ty mi tu jakiś czas zostaniesz!
— Dopóki służba moja szambelańska nie przypadnie — odparł syn — bo tej chybić nie 

mogę.

— A! to się rozumie… ale powiedzże mi — pytała hrabina — nie masz przecie jakich 

projektów? co robisz? co myślisz? nie znalazłeś sobie stosownej partii?

Hrabia, który nie znalazł nic oprócz artystki w teatrze Fryderyka Wilhelma, do której się 

nie myślał przyznawać, spuścił oczy i zamilkł.

— A! to trudno — odparł — widzi kochana mama, do tego by potrzeba być na innej 

stopie,   inny  tren   prowadzić!   a   to,   przy  moich   dochodach   skromnych,   niepodobne.  Entre 
nous

*

, kochana mamo, papa zbyt wiele potrzebuje, ma do tego zupełne prawo, ale dla mnie 

nie pozostaje wiele…

* que ce serait mesquin (fr ) — ze to by było małostkowe
* atencja (łac.) — oznaka poszanowania, grzeczność
* Entre nous (fr.) — Mówiąc między nami

background image

Ta wymówka, która z dala też dotykała i matkę, spowodowała przydługie milczenie.
— I ja bym też mogła się trochę użalić na hrabiego — dorzuciła po chwili — ale, laissons 

cela

*

to nie pomoże.

Zaczęto mówić o czym innym, hrabina wpadła na ulubiony swój temat, Paryż, opis dworu, 

zabaw,   odwiedzin   w   Compiègne,   balów   itp.   Młody   Szambelan   słuchał   z   zajęciem   i 
wywzajemnił się niektórymi szczegółami ciekawymi o dworze, o rozrywkach jego, podróżach 
itp.

Rozstali się po rozmowie długiej bardzo, z siebie zadowolnieni, a gdy Margocki wszedł 

potem do pokojów Szambelana — tu mu rzekł wesoło:

— No, myśl Margosiu, żebym się nie nudził, bo dla mamy posiedzieć muszę… Wiesz, że 

mama zawsze ślicznie wygląda? prawda? — roześmiał się. — Jest kto w sąsiedztwie? — I 
począł   wypytywać   o   młodzież.   Margocki   wyliczał   mu,   prześmiewając,   opowiadając, 
dworując doskonale. Nad wieczorem stary intrygant, który wiedział, jak prowadzić interesa, 
poszedł do folwarku, wymanewrowawszy tak, by był pewien, że zastanie samą pannę Klarę. 
Udało   mu   się   przedziwnie,   gdyż   Ostójski   z   córką   poszedł   na   probostwo,   a   panna   Klara 
pozostała dla zajęć gospodarskich.

Była nawet w stroju tak zaniedbanym, iż zrazu nie życzyła sobie przyjąć Margockiego, ale 

ten polecił służącej powiedzieć, że ma interes pilny. — Panna Klara zmuszoną była wyjść.

Postrzegłszy ją, stary kawaler posunął się z wymuszoną grzecznością na spotkanie.
— Przepraszam, jeślim jakie zajęcie pani przerwał, ale chciałem i potrzebowałem parę 

słów na osobności pomówić.

Panna Klara zarumieniła się, chociaż daleką była  od przypuszczenia, by para słów na 

osobności ją osobiście obchodzić mogła…

— Co pan dobrodziej każe? ale proszęż zająć miejsce…
— Pani dobrodziejko — zawołał Margocki — spodziewam się, iż wielu słów potrzebować 

nie będę, żeby ją przekonać, jak dobrze życzę całemu ich domowi… Uwierzy mi pani.

— Panie dobrodzieju! mój brat i ja doświadczyliśmy jego łaski tylokrotnie…
— Otóż i teraz z prawdziwej dla państwa życzliwości przychodzę zaprosić pannę Zofiję, 

aby odwiedziła i zbliżyła się do hrabinej. Uzna pani, że i gustu do muzyki nabrać może, bo 
hrabina była uczennicą Liszta, i na tak dobrym towarzystwie zyska. Dla młodej osoby jest to 
nieoceniona zręczność.

Margocki wiedział, do kogo to mówił, znał bowiem słabość panny Klary do większego 

świata. Z wielką uwagą przysłuchiwała mu się…

— Rzeczywiście —odezwała się, namyśliwszy — niezaprzeczenie… tak jest, uznaję, iż 

dla naszej Zosiuni byłoby wielce pożądanym otarcie sięo świat tak dystyngowany, lecz, widzi 
pan… mój brat, domator, gospodarz… ma swe przesądy…

— A komuż właściwiej, jak pani, która żyła w większym świecie (pochlebiło to pannie 

Klarze), starać się go przekonać i nawrócić.

— Zosiunia także…
— Pani nie odmówisz w tym swojego wpływu. Przyznam się — dodał — idzie mi i o 

zabawienie hrabiny, ale tu interesa się schodzą… wspólne dobro obu stron…

Panna Klara potakiwała głową.
— Niech pan będzie pewny — odezwała się — iż całej wymowy serca i przywiązania 

użyję… będę się starała…

— Więc poruczam to pani! — rzekł Margocki — a wiem, że sprawa w dobrych jest 

rękach… Pani masz rzadki dar przekonywania!…

Panna Klara zarumieniła się z radości, wstała, pożegnała się, a wracając do kuchni, nie 

mogła się wstrzymać od wyznania przed sobą, iż Margocki był człowiekiem rozumnym i 
bardzo miłym — bardzo miłym. W istocie filut tylko wielki.

* laissons cela (fr ) — porzućmy to

background image

Hrabina przez ks. Wikarego kazała także prosić pana Juliana, o którym zasłyszała, iż był 

muzykalnym, aby się jej zaprezentował.

Stosunki ks. Wikarego z siostrzeńcem Kanonika były dosyć dziwne. Zdawałoby się, iż 

niechęć dla wuja powinna była spłynąć na siostrzeńca… działo się inaczej — ks. Leon był z 
Julianem   łagodny,   grzeczny   i   skutkiem   jakiejś   rachuby,   usiłował   go   ku   sobie   pociągnąć. 
Nieźle mu się nawet w tym powiodło, gdyż młody medyk okazywał skłonność większą ku 
myślom i poglądom ks. Leona niż ku prostym, a trochę oklepanym prawdom ewangelicznym 
głoszonym   przez   wuja.   Ten   wuj,   tak   zacny,   w   oczach   medyka   wydawał   się   —   jakby 
zacofanym i na mylnej drodze. Julek z całą swą zacnością życie pojmował inaczej i godził się 
jakoś z wikariuszem, choć — był po trosze materialistą. Nie miał też wstrętu do Wikarego, a 
choć mu nie okazywał jawnie nadzwyczajnej sympatii — nie stronił od niego. Zosia jak ognia 
obawiała się pałacu i jego towarzystwa, Julian był go raczej ciekawym i wcale unikać nie 
myślał.

Tu   miejsce   może   wspomnieć   o   ks.   Leonie   i   jego   przeszłości.   Demokratyczno–

ewangelicznej   idei   zwolennik,   ks.   Kanonik   był   szlachcicem   najczystszej   wody   — 
arystokratyczno–zachowawczych zasad ks. Leon, choć o tym nikt nie wiedział, gdyż taił się 
usilnie, miał do dziś dnia żyjącą matkę, która trzymała szynk na wielkim gościńcu. Poświęciła 
ona wszystko i zniosła nadzwyczajne prywacje, aby syna usposobić do stanu duchownego, 
marła  dlań  głodem,   skrzywdziła   córkę  pono  i   doczekała  się  wprawdzie,   iż  syn  dobił   się 
stanowiska bardzo na przyszłość wiele rokującego — ale za to… matki prawie znać nie chciał 
i ona go latami całymi nie widywała. Serce macierzyńskie dało sobie wytłumaczyć, iż matka 
propinatorka losowi jego wielce szkodliwą by być mogła. Ks. Leon, obcując ze szlachtą i 
poczuwszy za granicą, iż szlachectwo coś znaczy, a ma swą cenę, kazał sobie już wyrzezać 
herb… który rodzinie istotnie szlacheckiej podobnego nazwiska należał. Sam zaś przed sobą 
tłumaczył się, iż rodzina zubożała, a w niskim bycie i o swym pochodzeniu zapomnieć mogła. 
Gdy Kanonik, prawdziwy karmazyn, ledwie o swoich przodkach co wiedział, a herbu nie 
używał   przez   poczciwą   skromność,   ks.   Leon,   plebejusz   szczery,   wyszlachcił   się   gwoli 
krescytywie

*

.

Matka ks. Leona, szczęściem dla niego, trzymała gospodę na żwirowce o jakie mil dziesięć 

od   miasteczka,   a   bez   pozwolenia   syna   nie   śmiała   doń   ani   pisać   —   ani   przyjeżdżać. 
Wzdychała, biedaczka, za swym jedynym, posyłała mu, co oszczędzić mogła, i czekała, by się 
nad nią zmiłował. Zwykle ks. Leon raz w rok jeździł do niej, gdy na nadzwyczajne wydatki 
potrzebował   zasiłku.  Wyrachowywał   się   tak,   ażeby  przybyć   nocą,   stawał   w  austerii   jako 
prosty podróżny i zabawiwszy przez wieczór, uciekał do dnia. Siostrę, która była wydaną za 
leśniczego,   prostej   kobieciny,   obarczonej   pięciorgiem   dziatek,   od   lat   wielu   nie   widywał 
wcale.   Z   rozkazu   jego   matka   nie   powiedziała,   gdzie   przebywał,   i   zawsze   przed   nią 
utyskiwała, że się Leonowi źle dzieje, aby siostra do niego nie zawitała, czego się niezmiernie 
obawiał. Miał bowiem tę słabość, że chciał za syna niegdyś majętnej szlachty uchodzić. Za 
takiego miał go i Kanonik, i wszyscy tutaj, a w pałacu nawet było przekonanie, że familia, z 
której ród prowadził, była très comme il faut.

Wiadomo,   że   stary   Mniszek,   ostatni   dziedzic   Wiśniowca,   tylko   rodowitą,   odwieczną 

szlachtę tym  comme il faut  darzył i gdy mu pewien niezbyt starej daty panicz, ożeniony z 
kuzynką jego, przyniósł swój rodowód, mozolnie dociągnięty do XV w., odpowiedział:

— Continuez et vous finirez par devenir des gens très comme il faut.

*

Ks. Leon mówił pięknie po francusku, po włosku, znał Paryż, Rzym, Włochy, a to samo 

już go poniekąd uszlachcało.

Za dawnych czasów szlachcicowi za herb stała kresa na czole, teraz dosyć francuszczyzny 

* krescytywa (łac) — poprawa bytu kariera
* continuez et vous finirez par devenir des gens tres comme il faut (fr.) — Niech pan kontynuuje, a skończy 

się na tym, że staniecie się ludźmi porządnymi

background image

i politury.

Panna Klara oczekiwała na brata, przysposabiając się w duchu do walczenia, jeśliby było 

potrzeba, za dobrą sprawę. Margocki przekonał ją, ujął i pozyskał najzupełniej. Wiedziała 
wszakże, iż z Zosią nie pójdzie łatwo, a z bratem dlatego trudno, iż on pociągnie za córką. 
Zbroiła się więc tymczasowo w argumenta, chodząc żywo po pokoju.

— Juścić, jeśli brat życzy sobie losu dla córki, powinien być z tego szczęśliwym, że jej się 

taki dom otwiera! Ale ja przeczuwam, co się tu święci! Zosia ma głowę nabitą tym doktorem, 
który nawet jeszcze doktorstwa nie pozyskał! Przecież panna, która będzie miała sto tysięcy 
talarów posagu, mogłaby coś lepszego znaleźć niż takiego medyka… Szlachcic i hrabia nawet 
by   się   trafił!!   bo   i   piękna,   i   rozsądna,   i   wychowałam   ją   jak   nie   można   lepiej.   Tylko 
wznioślejszych uczuć nadać jej nie mogłam…

Tu westchnęła panna Klara.
— Wrodzona to rzecz i tego się pono nie nabywa — to darmo. Niech sobie brat mówi, co 

chce, ja od mojego zdania nie ustąpię, a choćby się Zosia upierała, to nie pomoże… ja na 
swoim postawię… Brat ma tyle rozumu, iż się da przekonać, zresztą pani hrabinie odmówić 
tego nie może.

Panna Klara, (począwszy się tak podbudzać do przewidywanej wojny, doszła do tego, że 

się rozgniewała na brata i Zosię, choć jeszcze z nimi nie mówiła. Sama argumentowała, sama 
odpierała  swe dowodzenia,  sprzeczała  się, roznamiętniała  i  gdy wszedł  Ostójski  z  córką, 
zupełnie spokojny, ledwie się opamiętała, iż oni jeszcze o niczym nie wiedzieli.

— Niechże ja Zośce pierwsza powinszuję — zawołała, podbiegając do progu.
— Mnie? czego? — spytało dziewczę, śmiejąc się — cóż się stało?
— Hrabina przysłała Margockiego, prosząc ciebie do pałacu.
Zosia aż krzyknęła ze strachu i przerażenia i zakrywszy także oczy, poczęła wołać:
— Za nic w świecie! za nic! jestem chora, jestem… co każecie, wszystko zrobię — ale 

tego nie chcę… nie chcę!

Ostójski spojrzał na siostrę, na córkę i wąsa pociągnął.
— Już! już! pieszczoszka się rozchodziła — przerwała ciotka — czekaj, powoli, spokojnie, 

pomyśl, nim się będziesz zarzekać.

— Bez namysłu! i już nie chcę… Ojciec milczał.
— No, dobrze, nie chcesz — zgoda — rzekła panna Klara, uśmierzając w sobie gniew — 

dobrze,   hrabina   się   obraża,   przychodzi   odnowienie   kontraktu,   ojcu   odbierają   dzierżawę   i 
idziemy z jego remanentami w świat.

— O! mój Boże! z pieniędzmi też i pracą ojcowską — odparła Zosia — to nie straszne…
Spojrzała na ojca, który wciąż wąsy kręcił.
— Nieprawdaż, ojcze?
—  Juściż   człowiek   sobie   zawsze   na   świecie   kąt   znajdzie   —   rzekł   powoli   —   chociaż 

znowu, rumacja — moje dziecko — niemała rzecz… niemała.

— I dlaczego? dlatego, że pieszczonej panience nie chce się wystąpić, gdzie? w salonie 

takiej pani, która na królewskich dworach jak najlepiej jest widzianą. Przecież hrabina słynie 
z jak najlepszego tonu, przecież to pański dom… W dodatku uczennica Liszta… Ty zawsze 
mówisz: „a! żebym to ja mogła nabrać stylu, stylu”… a gdy styl sam do ciebie idzie, to żeby 
się trochę nie zakłopotać, odpychasz go! Samaż powiedz? czy to…

—   Czy   to   rozumnie?   —   podchwyciła   Zosia.   —   Ciocia   chciała   powiedzieć,   czy   to 

rozumnie.

Zosia była chłodna i nie unosząc się, pocałowawszy ciocię w ramię, zaczęła:
— Niechże ciotka mnie posłucha. Nie przeczę, że mogę nabrać stylu, lecz i świat ten, i 

ludzie, i życie nie dla mnie. Nawyknąć do nich, jest to sobie może zatruć życie. Nuż ja się 
rozkocham w błysku, w elegancji, w tych obyczajach… to co?

— A! jak Boga kocham, Zosia ma słuszność — rzekł Ostójski.

background image

— Zofia u ciebie zawsze, a ja nigdy nie mam słuszności, mój bracie — trochę urażona 

odezwała się panna Klara. — Cóż to ona ma zaraz się popsuć, patrząc na jedwabne suknie 
hrabiny? Jakiż to tak niebezpieczny świat i towarzystwo! Co to za przypuszczenia!

W miarę jak się rozogniała panna Klara, do coraz wyższego wznosiła się stylu.
— Ojcze nieopatrzny! — zawołała — dziecię od kolebki uczysz samowoli! Tak! Co byś 

miał   ją   nakłonić,   ażeby   korzystała   z   jedynej   może   sposobności   wdrożenia   sięw   układ 
wielkiego świata, ty ją w niziny i poziome sfery sprowadzasz. Zasklepiona jest miłość twoja, 
człecze niebaczny.

— E! e! daj no pokój! daj pokój tej retoryce — przerwał Ostójski — mnie to nie porusza, 

bo ja tego się nasłuchałem. Gadajmy po ludzku… Na co ja mam Zosię męczyć…

— A cóż to za męka? włoży sukienkę i pójdzie z tobą albo ze mną, trochę się za pierwszą 

bytnością porumieni — zakłopocze… trochę się zażenuje, a potem sama ci dzięki składać 
będzie.

— Jeśli moja niebytność może, ojcze, ściągnąć jakąś nieprzyjemność… ano, pójdę! — 

rzekła Zosia po namyśle — ale… ale… zobaczycie państwo, że manie tam bardzo potem 
zapraszać nie będą, na taką się im prostaczkę wystrychnę.

Ciocia ręce załamała.
— Ty byś śmiała! — krzyknęła.
—   Słuchaj,   ciociu   droga   —   marsa   strojąc   strasznego,   odezwała   się   Zosia   —   czy   wy 

myślicie,   że   oni   mnie   czymkolwiek   w   świecie   imponują?   ani   tonem,   ani   pałacem,   ani 
imieniem, ani ekwipażami, ani francuszczyzną, ani tymi cesarzami, z którymi się kumają! Są 
to ich zabawki dziecinne… a ja dzieckiem nie jestem i moje lalki dawno rzuciłam w kąt… 
Oni   ze   swymi   długami,   próżnością,   komediami   salonowymi,   pożyczanym   językiem, 
obyczajem, myślą… wydają mi się — wie ciocia co? — śmieszni…

Na pannę Klarę uderzył rumieniec, który się zmienił w bladość.
— Moja Zosiu — szepnęła, ścinając usta — złe książki i może niewłaściwe towarzystwo 

nabiły ci głowę tymi ideami demokratycznymi… Człowiek powinien zdążać ku wyższemu, a 
nie dobrowolnie leźć — w błoto.

— Ku wyższemu! zgoda! ku bohaterom, świętym, czystym, ludziom ofiary — a! ciociu! 

idźmy! spinajmy się, naśladujmy… ale salonowa ta wielkość to szych i świecidełko, co tylko 
przy lampach złudzić może, a blasku słońca nie wytrzyma.

— Oto masz, oto masz — obie ręce wyciągając patetycznie ku bratu, zawołała panna Klara 

— oto są skutki tej literatury, tych polskich książek, którymi ją karmiłeś. Tylko braknie, żeby 
się w chłopie zakochała i za niego za mąż poszła.

— A, gdyby chłop był, i oświecony, i zacny, i podobał mi się — to co? — spytała Zosia —  

myśli ciocia, że ja bym się zawahała?

Ostójski nie śmiał córce się sprzeciwić, ale głęboko westchnął, stare jego szlachectwo 

odezwało mu się w sercu.

— Co bo to gadać! co bo to siostra na takie rzeczy naprowadza rozmowy… kiedy tu nie o 

to idzie — począł bąkać, chodząc po izbie z rękami w tył założonymi. — Ja Zosi do pałacu 
nie zmuszam; a, co prawda, że towarzystwo może miłe, żeby zaś miało być bardzo młodym 
zdrowe, nie powiem. Przy tym pojmuję, że gdzie człowiek nie czuje się równym i za równego 
uznany nie jest, tam mu źle i ciasno…

— Duma, dumka w Zosi gra — przerwała panna Klara — nie chce się hrabinie, która jest 

urodzoną w książęcym domu, pokłonić… Panuje tu na folwarku… więc…

Zosia   się   mocno   zarumieniła   i   posmutniała,   a   wyraz   jej   twarzy  pochwyciwszy,   ojciec 

zasępił się i z wyrzutem spojrzał na siostrę.

— Moja ciociu, ja nigdzie panować nie chcę… ale też nikomu się sponiewierać nie dam… 

Trzeba tego dla spokoju ojca — pojadę do pałacu — o cóż idzie — a tam będę się umiała  
znaleźć jak przystało… więc dosyć…

background image

To   mówiąc,   Zosia   wzięła   kapelusz   i   szal,   rzucone   na   krzesło,   i   spokojnie   wyszła   do 

swojego   pokoju.   Ostójski   został   ze   spuszczoną   głową,   panna   Klara,   w   której   jeszcze 
zburzonych   uczuć   i   myśli   zostało   pod   dostatkiem   nie   wyszafowanych   —   zdziwiona,   i 
zakłopotana,   ujrzała   się   wobec   brata   wprawdzie   zwycięską   na   placu   boju   —   ale   mocno 
zmieszaną, co dalej począć miała.

Ostójski wziął ją za rękę.
— Po co Zosię drażnić? na co to takie rzeczy pleść? do czego? No, widzisz, siostro, 

widzisz… Zosia się zburzy, odchoruje, a ty będziesz wszystkiemu przyczyną.

—   Odchoruje,   zburzy!   —   powtórzyła   Klara   —   aćpan   jesteś   ślamazarnik,   dziecko 

pieścisz… a o prawdziwym jej dobru zapominasz… Rozpieściłeś — i po wszystkim.

Róbcie sobie, co zechcecie, ja wiem, że ja tu głosu nigdy nie mam, choć więcej świata 

widziałam niż wy wszyscy. Umywam ręce… dobrze, dobrze! nie mieszam się do niczego. 
Jedźcie, nie jedźcie! mnie to wszystko jedno!

To powiedziawszy zakręciła się i wyszła. Ostójski z założonymi w tył rękami pochodził po 

pokoju,   potem   jakby   sobie   co   przypomniał,   wybiegł   do   gumiennego   i   zajął   się 
rozporządzaniem robocizny na jutro.

Leczyło go to zawsze w podobnych utrapieniach domowych.
Zosia   w   swoim   pokoiku   siedziała   na   kanapce   zamyślona,   ale   niezbyt   tym   wszystkim 

wzruszana.   Domyślała   się   ona   lepiej   od   innych,   że   w   tym   wszystkim   grał   pewną   rolę 
Margocki, który żywił jeszcze nie objawioną widocznie nadzieję pozyskania jej serca i ręki.

Zosi wydawało się to po prostu śmiesznym, bo jego żargon, pański ton, dystynkcja nabyta 

wcale się jej nie podobały i nie przypuszczała, żeby ją co zniewolić mogło do zadania gwałtu 
sercu. Powiedziała sobie, że z zimną krwią da mu przy pierwszej zręczności poznać, ażeby 
głowy próżno nie nabijał rzeczą niemożliwą.

Kochała Juliana od dzieciństwa. Więcej niż staranie p. Margockiego przestraszał ją chłód 

młodego człowieka, z którego niczym dobyć nie było podobna najmniejszej uczucia oznaki.

Myślała   więcej   o   nim   niż   o   tych   strasznych   odwiedzinach   w   pałacu   —   nie   miłych 

wprawdzie, ale obojętnych.

— Co się Julkowi stało? — mówiła sobie — tak się zmienił, że ja, com tak jasno w duszy 

jego widziała wszystka, teraz w nią już zajrzeć nie mogę. Czyste jej wody coś mi zmąciło… 
Inny człowiek, zimny, bez czucia — ostygły, obojętny, broniący się nawet wspomnieniom! — 
Widocznie   nie   chce   mnie,   lęka   się   —   stroni   —   trzeba   przecierpieć…   przeboleć… 
przeczekać… przemilczeć. Potrafię wszystko… Być nie może, by tak rychło serce i dusza tak 
poczwarnie się skrzywiły… zmieniły, żeby zapomniał, żeby nie czuł. Będę z daleka badać go 
i patrzeć… udam i ja, gdy potrzeba, obojętną… Zobaczemy.

Na   te   dumy,   drzwi   uchyliwszy,   ostrożnie   wśliznął   się   ojciec   cicho,   zadysponowawszy 

robotę, aby zobaczyć, co się z kochanym dziecięciem dzieje.

— Co ty tak siedzisz po ciemku? — zapytał.
— Odpoczywam — szepnęła Zosia — trochę byłam zmęczona.
— I Klara cię napadła, ale ty się tym nie gryź… zrobisz, co ci się podoba… ja cię zmuszać 

nie będę. Nie odnowią mi dzierżawy, Bóg z nimi, znajdziemy inną.

Pocałował ją w czoło, a ona go w rękę.
—   Mój   tatku   —   rzekła   —   nie   ma   o   czym   mówić,   trzeba,   bądź   co   bądź,   do   pałacu 

pojechać… a tam… ja nie popełnię żadnej niedorzeczności… tylko, tylko będę sobą i jak 
mnie Bóg stworzył. Nie podobam się, nie poproszą mnie więcej i — na tym koniec… Ciocia 
— szepnęła ciszej — czasem się tak potrzebuje wyburzyć, ale jej to przejdzie.

Ostójski uściskał jeszcze raz, nic nie mówiąc, córkę.
— Ty jesteś złote dziecko… ty moja najdroższa! mój gołąbek biały! ja wiem — rzekł — że 

ty sobie rady dasz… i będę spokojny.

— Tak, tak! nie trzeba z małych rzeczy robić wielkich! — uśmiechnęła się smutnie Zosia.

background image

Owa przygotowana burza skończyła się na tym. Na próżno przy wieczerzy próbowała ją 

wywołać   znowu   panna   Klara   —   Zosia   się   uśmiechnęła,   powiedziała   po   prostu:   „O   cóż 
chodzi? pojadą do pałacu” — i zamilkli.

Margocki, który wszelkiego rodzaju sprawy umiał prowadzić z niezaprzeczonym talentem, 

a przyjaciele nawet często go uniwersalnym zwali człowiekiem — zarysował sobie zawczasu 
plan kampanii, której celem było zdobycie serca panny Zofii.

Rachował   on   wiele   na   olśnienie   dzieweczki   osobistymi   przymiotami   swoimi,   ale 

ubocznych   pomocniczych   środków   nie   chciał   zaniedbywać.  Wiedział,   że   dziecinna   jakaś 
miłostka istniała między Zosią a Julianem, ale przez ks. Wikarego był uwiadomiony, iż młody 
medyk wystygły był i jakby się chciał wycofać. Należało go zupełnie od panny oderwać i 
przekonać ją, że na miłość nie zasługiwał. Margocki ku temu miał już środek napięty.

Hrabina, która potrzebowała towarzystwa, muzyki, rozmowy, roztargnienia, a sama sobie 

zostawiona.,   śmiertelnie   się   nudziła,   woziła   z   sobą   zawsze   albo   jakiegoś   doktora,   albo 
fortepianistkę   lub   jakąś   towarzyszkę.   Od   lat   dwóch   w   niezmiernych   u   niej   łaskach   była 
Włoszka, rodem z Mediolanu, panna Carita Selvi, osoba piękna bardzo, muzykalna wielce, 
śpiewająca dosyć mile, grająca na fortepianie z wielką wprawą i uczuciem. O przeszłości jej 
hrabina wiedziała tylko tyle, ile ona sama opowiadała. Przez jakiś czas występowała pono na 
scenie jednego z paryskich teatrów, potem dawała lekcje w Paryżu. Hrabina naprzód brała ją 
do grania na cztery ręce, patem, podobawszy sobie, zatrzymała stale i można powiedzieć, że 
w niej zakochaną była.

Signora Carita Selvi mogła się w istocie podobać, powierzchowność miała śliczną, typ w 

niej włoski, południowy, nie z tym swym ogniem wybuchającym gwałtownie występował, 
który często raczej przestrasza, niż pociąga, ale jakby mgłą okryty, złagodzony, łzawy, cały w 
sobie   zamknięty.   Prześliczne   jej   nade   wszystko   oczy   czarne,   spod   długich   rzęs   patrzały, 
patrzały coś mówiąc tak nakazująco, tak tajemniczo, tak otumaniające, iż ich potędze oprzeć 
się nie było podobna. Wzrokowi towarzyszył uśmiech łagodny, smętny i wyraz twarzyczki 
melancholijny i namiętny razem.

Coś   tajemniczego,   skrytego   było   w   niej   całej,   w   postaci,   chodzie,   uśmiechu,   mowie, 

wzroku,   jakby  w   przeszłości   niedojrzanej   pogrzebała   coś   strasznego,   co   uśmiechem,   jak 
mogiłę kwiatami, trzeba było przysłonić. Carita nie była nigdy ani wesołą bardzo, ani nazbyt 
ożywioną, z nowymi znajomymi dziecinnie bojaźliwą, ale gdy raz strach ten przezwyciężyła, 
przylgnąć umiała, przytulić się, jakby szukała opieki i obrony… Z łatwowiernością dziecięcia 
potem   i   naiwnością   dziecinną   zabierała   sobie   ludzi   i   pętała   ich   tym,   że   się   do   nich 
przywiązywała, że im zdawała się ufać bez granic.

Trudno zresztą określić wrażenie, jakie Włoszka czyniła — to pewna, że mężczyźni na 

zabój się kochali, a ona — niby wszystkim nie broniła, niby sprzyjała serdecznie każdemu, 
uśmiechała się, oczyma wabiła — a mimo to pewnych granic przekroczyć nie dawała. W roku 
przeszłym młody hrabia rozkochał się był w niej śmiertelnie, lecz po pańsku. Zdawało mu się, 
że panienka, muzyczka jakaś, aktorka będąca na żołdzie matki jego, łatwą będzie dlań pastwą, 
rzucił się tedy ku mej po szalonemu… Carita pozwoliła mu rozpocząć romans, nie unikała 
wcale, nie dziczyła się bynajmniej, dopuściła go do napisania listu, na list odpowiedziała 
nader rozsądnie, nie zerwała grzecznych stosunków, wodziła go całe lato, ale z taką sztuką 
unikała (nie dając tego poznać) wszelkiego niebezpiecznego spotkania, iż hrabia sam z pełna 
nie wiedział, jak mu się — wyśliznęła…

Margocki, nierównie zręczniejszy od hrabiego, a mający to za sobą, że mógł poddać myśl 

o   małżeństwie,   potajemnie   szalał   dla   niej,   wzdychał,   chwytał   wszelkie   możliwe   środki 
spotkania się sam na sam, intrygował, straszył, desperował, listy pisał, i tak samo wyszedł jak 
hrabia.

W   tym   wszystkim   najdziwniejszym   było,   iż   Carita   zdawała   się   mieć   upodobanie   w 

prowadzeniu takich zakulisowych intryżek i nie tylko ich nie unikała, ale podsycała oczyma, 

background image

uśmiechem,   wielce   dwuznacznymi   słówkami:   Całą   jej   obroną   było,   że   zdawała   się   nie 
wierzyć w prawdziwość gorących uczuć, jakie jej okazywano — i brała je za grzeczne żarty, 
za galanterię bez konsekwencji.

Margocki, straciwszy dużo czasu na próżne czułości dla pięknej Carity, która była tak 

naiwną, że się hrabinie spowiadała z nich, śmiesząc ją powieściami tymi, wpadł teraz na myśl 
dać jej na łup Juliana.

Zaraz drugiego dnia, gdy hrabina listy pisała w swoim gabinecie, a Carita biegała od 

niechcenia   po   fortepianie,   próbując,   czy   był   dobrze   nastrojony,   zbliżył   się   do   niej   z 
grzecznym uśmiechem, oparł na erardzie

*

 i z cicha począł rozmowę:

—   Znowu   tedy   wróciłaś   pani   na   większą   mękę   naszą!   —   rzekł   z   westchnieniem   — 

jeszcześmy nie odboleli tych ciosów, które jej oczy nam zadały przeszłego roku…

— Jak to — my? — spytała.
— Wszakże kto miał szczęście zbliżyć się do pani, każdy się w niej śmiertelnie zakochać 

musiał.

— Sądzisz pan?
—   Jestem   pewny,   młody   hrabia   szalał,   ja   wariowałem,   doktor   Sz…   odchorował… 

posądzam nawet ks. Wikarego, że z miłości pożółkł tak…

Uśmiechnęła się i poczynając tryl szepnęła:
— Jaki pan jesteś złośliwy!
— Ja? ja jestem sercem i dobrocią samą. — A żartujesz pan sobie ze mnie.
— Czyżbym śmiał!… Milczenie.
— Mam do pani jedne prośbę…
— Cóż takiego? — Poczęła pasaż sekstami.
— Będzie tu pewnie dziś lub jutro młody człowiek… przyszły doktor… ubogi chłopak, 

młody i ładny… ale nadzwyczaj zimny… obojętny, wystygły… Wszyscy powiadają, że nie 
tylko w życiu się swoim nie kochał, ale nie może kochać się nigdy. — Spróbuj, pani, na nim 
ślicznych  oczu   swoich…   Ja  —  przyznaję  się,  zrobiłem  zakład   gruby,  że   pani  mu  głowę 
zawrócisz… Zawróć mu ją pani.

Podniosła czarne oczy i patrzała długo na starego cynika, patrzała tak, że się aż zmieszał, 

bo w tym spojrzeniu był smutek, politowanie i potęga niezmierna.

— Głowę zawrócić? — rzekła. — O! to nie trudno, bo ona u was, panowie, kręci się łatwo 

— ale serce wyszukać i nim owładnąć?

— Ja jestem tego przekonania, że się głowę zawraca, gdy się serce opanuje… — rzekł 

Margocki.

— A! nie! u panów miłość wchodzi przez głowę i często do piersi trafić nie może, a 

szukając serca, znajduje pustkę.

Zaczęła grać głośno, Margocki nie ustępował.
— Zrób pani doświadczenie na młodym człowieku — dodał śmiejąc się — bądź co bądź 

da mu to zawsze chwilkę szczęścia lub marzenia. Więc choć spiskuję przeciw niemu, niewiele 
grzeszę. Przy tym, wie pani co, medyk, młody, piękny, ma nadzieję świetnej przyszłości, jest 
wolny… któż wie!… mógłby… (Zatrzymał się).

— Ożenić się? — spytała naiwnie z uśmiechem. — Czy pan sądzisz, że ja tak za mąż 

wyjść pragnę?

Margocki począł, spuściwszy oczy, bębnić palcami po dece fortepiana.
— No, alboż nie?
— Nie — to smutna rzecz pójść za mąż. La pièce est finie, le rideau est tiré… et adieu  

* erard — marka francuskiego fortepianu (od nazwiska słynnego producenta fortepianów. Sebastiana Erarda, 

1752–1831)

background image

l’espérance

*

 Nie, nie! ja nie wyjdę za mąż. Cest triste! triste! triste!

*

— Nawet kochając? — spytał Margocki.
— Tym bardziej! — pokręciła główką — miłość jest ślicznym marzeniem, a małżeństwo 

rzeczywistością, po co się budzić, gdy się śni o szczęściu…

— Ja wracam do p. Juliana.
— A! ma imię Julian? Giuglio, ładne imię…
Popatrzała, śmiejąc się, na łysinę Margockiego zręcznie na pół tupecikiem przysłonioną.
Plenipotent podniósł się, westchnął mocno, Włoszka roześmiała się, wstała od fortepianu i 

poszła do hrabinej. — Margocki był pewien, że bardzo zręcznie rzucił zapałkę na prochy.

— Hrabia — rzekł w duchu — urażony, tego roku będzie się trzymał z dala, aby ją ukarać 

za to, że go ocenić nie umiała, ja rezygnuję, abdykuję i zwracam się ku pannie Zofii — 
pozostaje pannie Caricie Julian… a że ona nie wytrzyma, by oczyma kogoś nie paliła… 
padnie ofiarą— Zatarł ręce.

W kilka dni hrabina kazała Margockiemu prosić na herbatę wszystkich z folwarku i z 

probostwa.

Dla wielu, co się wymówić od tych odwiedzin nie mogli, było to straszne utrapienie. 

Naprzód ks. Kanonik do nowej sutanny i urzędowego stroju nie był nawykły i chodził w nim 
jak w pożyczanym, a towarzystwo pałacowe nie było mu też do serca. Siostra jego, choć 
bardzo   by   mogła   w   najwykwintniejszym   salonie   znaleźć   się   wedle   jego   obyczajów,   bo 
odebrała wychowanie bardzo świetne i świat ten nie był jej obcy — nie pokazywała się od 
dawna między ludźmi, nie mając się ani w co ubrać, ani humoru swobodą wymaganiom 
towarzyskim   odpowiedzieć.   Ona   więc   po   prostu   podziękowała   za   zaszczyt   i   kazała 
przeprosić. Julian musiał pójść, a choć jego garderoba w dość studenckim była stanie, jakoś ją 
z   biedą   potrafił   dopełnić.   Krawat   i   kamizelkę   matka   własnymi   rękoma   odnowiła   i 
wyprasowała.

Na   folwarku   panna   Klara   była   niesłychanie   zajęta   sobą   i   Zosią.   Miała   trzy   suknie 

jedwabne, a wszystkie okazały się zleżałe i nieświeże, potem Zosia nie chciała się tak ubrać, 
jak ona życzyła. Stąd spór żwawy, patetyczne występy, a ostatecznie zostało dziewczę przy 
białej sukience, i złotej bransolety, którą miało od ojca, nie włożyło… P. Ostójski kłopot miał 
z białymi rękawiczkami. P. Klara utrzymywała, że żadnych innych włożyć niepodobna bez 
uchybienia domowi i okazania nieumiejętności znalezienia się — a jedyne, eks–białe, jakie w 
szufladzie   się   znalazły,   jeszcze   z   zaprzeszłorocznych   zapust,   były  i   poprute,   i   zbrudzone 
niegodziwie. Spadł tedy na pannę Klarę obowiązek przywrócenia im pierwotnej fizjognomii 
— co z lewą dosyć szczęśliwie się udało, prawa zaś do życia nowego wskrzeszoną być nie 
mogła. Żywy umysł p. Klary wskazał Ostójskiemu sposób przyzwoity ukrycia tego defektu; 
zaleciła   mu,   ażeby   na   lewą   rękę   włożył   rękawiczkę,   a   w   prawej   trzymał   drugą,   której 
kalectwa nikt w ten sposób dojrzeć nie mógł. Było to nawet, wedle panny Klary, bardzo z 
szykiem, jedną rękawiczkę trzymać tak podartą, okazując pewne lekceważenie dobrego tonu 
— dla wyrobów rękawiczniczych i tego tam talara głupiego, który się za nie płacił.

O godzinie naznaczonej Ostójski, panna Klara i Zosia siedli do poczwórnego kocza, boć 

piechotą, choć blisko, iść nie wypadało. Woźnicy wydano ze składu nawy kapelusz i białe 
perkalowe rękawiczki… ruszono.

Ks.   Kanonik   z   zapasowym   parasolem   niebieskim   szedł   pieszo,   Julian   wziął   laseczkę 

tylko… ks. Wikary ich wyprzedził.

Herbata podaną być miała na ganku od ogrodu i parku, gdzie już hrabina siedziała w 

krześle   z   lornetką   nieodstępną,   dzierzgając   jakąś  cluny

*

 ubrana   przepysznie   w   suknię 

* La pièce est finie le rideau est tiré et adieu 1’espérance (fr) — Sztuka skończona kurtyna zapadła i zegnaj 

nadziejo

* c’est triste! triste! triste! (fr.) — To jest smutne! smutne! smutne!
* cluny — rodzaj koronek (od nazwy miejscowości we Francji)

background image

jedwabną koloru bismarckowskiego

*

  z czarnymi koronkami. Przy niej piękna Carita, która 

zawsze chodziła czarno — wiedziała, że jej z tym było do twarzy, szczebiotała dosyć wesoło. 
Wikary trochę opodal, w nowej sukience, w pasie czarnym, przeglądał jakąś książkę, niekiedy 
mieszając się do rozmowy. Margocki chodził po ganku, gryząc w ustach gałązkę, na ostatek 
młody hrabia w stroju rannym, dosyć poufałym, nogi sparłszy na stołeczku i skrzyżowawszy 
dla wygody tak, że wyższe kolano na równej z brodą było linii, palił sobie cygaro. Jeden palec 
swobodnej ręki założony miał bardzo elegancko, za wykrojony rękaw kamizelki.

W   takim   rozkładzie   zastało   towarzystwo   pałacowe   przybycie   panny   Klary,   Zosi   i 

Ostójskiego, który posłusznie rękawiczkę podartą trzymał razem z kapeluszem. Hrabina nieco 
się poruszyła na fotelu, nie wstając, młody hrabia rzucił cygaro i powoli dobył się z głębin 
krzesełka, Wikary powstał, Margocki pospieszył gościom towarzyszyć. Hrabina pilnie przez 
lornetkę naprzód poczęła się przypatrywać Zosi, na którą oczy Carity i hrabiego, były też 
zwrócone.

Dzieweczka zaledwie trochę żywszym niż zwykle okryta rumieńcem, wcale nie zmieszana, 

swobodna,   przywitała   się   grzecznie.   Panna   Klara   była   poruszona   „do   głębin   duszy”,   jak 
później mówiła. — Po pierwszych kilku słowach, gdy siadać już miano, wszedł Kanonik i 
Julian. Hrabina, przez wierność zasadom, wstała na powitanie duchownego i chciała go nawet 
pocałować   w   ramię,   do   czego   jednak   nie   przyszło.   Uśmiechem   potem   przyjęła   bladego 
Julka… i… wszyscy miejsca zajęli. Carita nie spuściła ani na chwilę z oka młodzieńca, który 
jej był zapowiedziany jako piece de résistance

*

zdawała się z głęboką uwagą badać z twarzy i 

postawy, czyim i kim on być mógł. Zapatrzyła się nawet tak bardzo, iż Margocki jej szepnął:

— Zgubiony jest, a ja zakład wygrałem.
Julian   wszakże   oczów   tych   zrazu   nie   postrzegł,   był   nieco   zmięszany,   przyglądał   się 

hrabinej   i   jako   medyk   mimowolnie   myślał   o   temperamencie,   jaki   powierzchowność 
zdradzała.   Nierychło   dopiero,  oczy  podniósłszy,  spotkał   wejrzenie  Włoszki   i  —  olśniony 
widocznie — zapatrzył się w nią — typ był dlań nowy.

Zosia, jak w pierwszej chwili nie okazała najmniejszej trwogi, tak też pozostała panią 

siebie do ostatka. Na pannie Klarze znać było przejęcie ważnością tego uroczystego aktu i 
obawę, aby siostrzenica nie strzeliła umyślnego bąka.

Zbliżyła się do Zosi Carita i bardzo uprzejmie starała się ją zabawić. Młody też hrabia, 

który   miał   wzrok   równie   słaby,   jak   matka,   szkiełko   aż   wbił   w   oko,   by   się   lepiej   Zosi 
przypatrzeć.

Nawykły  po   miastach   i   po   salonach   do   przywiędłych   nieco   lub   sztuką   odświeżonych 

twarzy, zachwycony był urokiem tej prawdziwej młodości, tej wiosenki wesołej, niewinnej, 
która błyszczała w oczach dziewczęcia.

Odciągnął na bok Margockiego.
— Ależ to dziewczyna! — zawołał — ach! ça

*

! jeśli to ta, o której mi mówiłeś, że się masz 

starać ochotę, je vous en fais mon compliment

*

, jak poziomka. Tylko savez–vous, coś bardzo 

śmiało patrzy…

Margocki stał, olśnięty także i napuszony nieco.
— Hrabio, jeśli mi trochę pomożecie — będzie moją. Tylko starego trzeba nastraszyć 

odebraniem dzierżawy i procesem przy wyjściu, a wezmę ją… i będę wdzięczen do śmierci.

Zamyślony hrabia nic nie odpowiedział, potem się zwrócił do Margockiego:
— Czy i posażna? — spytał. Plenipotent, nie zastanowiwszy się, szepnął:
— Sto tysięcy talarów.
— Dla ciebie! — rzekł hrabia — a toć to niebiosa by się otwarły!…  tu ferais le grand  

* bismarckowski kolor — kolor brudnożółtoorzechowy
* piece de résistance (fr ) — dosł. danie główne porcja kąsek
* ça (fr.) — tak jest
* je vous en fais mon compliment (fr ) — składam gratulacje

background image

seigneur à ton aise, avec cent mille — pardieu — sachant le faire sans sou ni maille.

Ostatnie   wyrazy   były   impertynencją,   ale   Margocki   od   dobrych   swych   przyjaciół 

przyjmował wszystko, jak teraz, skrzywionym uśmiechem.

Tymczasem Zosię zaczepiała hrabina, nie mogąc inaczej, po francusku, gdyż w polskim 

języku zaledwie się z lokajem i ogrodnikiem rozmówić mogła. Zosia mówiła pięknie i łatwo, 
nie zakłopotało ją to bynajmniej.

—  Słyszałam,   że  pani  jesteś   bardzo  muzykalną  —  rzekła   —  to  mnie   cieszy  z  trochę 

egoistycznych powodów. Carita… muzykalna także, na cztery ręce ani umie, ani chce grać… 
a ja to tak lubię!!

— A, pani — odpowiedziała Zosia — ja i muzykalną tak, bym się ośmieliła popisywać, nie 

jestem, i na cztery ręce nie grywam wcale.

—  A,   moje   dziecię,   to   będzie   dla   ciebie   z   korzyścią,   gdy   się   nauczysz,   a   ja   ci   z 

przyjemnością służyć będę za nauczycielkę… Wiesz, że moim był ten nieoszacowany, dobry, 
genialny nasz abbate, monsignor

*

 Liszt.

— Wiem, pani, i to mnie tym większym strachem nabawia!
— A lubisz muzykę? — spytała hrabina.
— Któż by muzyki nie lubił — zawołała Zosia — muszę się jednak przyznać, że ona dla 

mnie jest miłą życia przyprawą, ale samym życiem… nie…

Hrabina, trochę zdziwiona wyrażeniem, spojrzała przez lornetkę, jakby twarzą powiedzieć 

chciała: bardzoś śmiała, moja panienko…

Catrita też z uwagą zaczęła się przypatrywać dziewczęciu.
— Nie dziwię się — zaczęła powoli dostojna pani — że panna Zofia, acz lubi muzykę, nie 

roznamiętnia się dla niej. Na wsi, nie słysząc wirtuozów…

— Ja, pani — przerwała Zosia — słyszałam ich trochę…
— A! gdzie? — z lekką ironią spytała pani.
— W Paryżu i we Włoszech…
Hrabina, która nie wiedziała, iż Zosia z ojcem tę podróż odbyła, pokiwała głową.
— Wielkie to szczęście świat widzieć szerszy i wyżej pod wszelkimi względami stojący od 

naszego biednego zakątka.

—  A!   pani!   ale   to   kątek   najmilszy   w   świecie,   bo   to   ziemia   nasza,   bo   to   Polska   — 

ojczyzna…

P. Klara zbladła, milczenie głębokie panowało chwilę, wszyscy czuli się zakłopotani tym 

wystrzałem   szowinizmu   biednej   Zosi,   która,   dojrzawszy   łatwo   skutku   wywartego, 
uśmiechnęła się nieco, nie zmieszała wcale.

— Tak! święte to uczucie przywiązania do kraju — lodowato mówiła hrabina — ale ono 

nas zaślepiać nie powinno! Myśmy jeszcze tak nisko.

— Aleśmy byli wysoko — odparła Zosia śmiało — a i wspomnieniami żyć można.
— Bardzo rezolutna! — szepnął młody hrabia Margockiemu.
—  Mais elle est charmante la petite avec son patriotisme — si naïf et si hien senti!

*

  — 

szepnęła   półgłosem   stara   hrabina   do   Carity,   odpowiedziawszy   wprzód   Zosi   grzecznym 
słówkiem.

Panna Klara na próżno dawała znaki siostrzenicy, nic one nie pomogły. Rozmowa, która 

się stała powszechniejszą, dozwoliła Zosi równie stanowczo i oryginalnie odezwać się kilka 
razy. Ciocia była pewną, że się dziecię gubi — truchlała — tymczasem stało się, co się często 
dzieje,   hrabina,   młody   hrabia,   znudzeni   monotonią   codziennego   swego   towarzystwa, 
serwilizmem otoczenia, do którego nawykli, znaleźli Zosię nadzwyczaj miłą, dowcipną i — 
zachwycającą. Zosia, która sądziła sama, iż zrazi ich do siebie — pociągnęła. Śmielszy ton jej 

* abbate, monsignor (wł.) — tytuły nadawane dostojnikom kościelnym: Wasza Wysokość
*  Mais elle  est charmante la petite avec son patriotisme si naïf et si bien senti!  (fr ) — Ależ ta mała jest 

czarująca ze swym naiwnym i szlachetnym Patriotyzmem

background image

odpowiedzi   poprowadził   rozmowę   z   wybitych   kolei   zwykłych   na   nieco   świeższą   drogę. 
Ożywili się wszyscy, rozweselili i hrabina w końcu poszła aż uściskać Zosię.

Potem   poprowadzono   ją   do   fortepianu   —   ale   wymówiła   się   od   grania.   Nieszczęśliwa 

służebnica Carita musiała usiąść posłuszna i grać coś Chopina, coś Henselta

*

. Dała się nawet 

uprosić sama pani i zagrała Liszta ustęp z węgierskiego Rapsodu, z wielką siłą i wyrazem. Po 
tych   dwóch   wystąpieniach,   gdy   bardzo   nalegano   na   Zosię,   wymawiała   się   nieco   —   ale 
sądząc, że byłoby zbytkiem miłości własnej nie dać się słyszeć, rzekła w końcu:

—   Ja,   jako   niedawna   pensjonarka…   cóż   zagrać   mogę…   Niestety!   chyba   oklepaną 

Beethovena Sonatę.

— Oklepaną? powiedz nieśmiertelną — przerwała Carita — i graj pani.
Tę  Sonatę,  jedną   z   najtrudniejszych,   którą   niegdyś   Liszt   grywał   na   koncertach,   Zosia 

odegrała z zapałem wielkim i wybornie.

Hrabina, która słuchała z uwagą i przejęciem, wstała potem poważnie, przyszła do niej i 

ściskając jej rączkę, rzekła:

— Kto tak gra tę Sonatę, ten wszystko grać może.
— Prócz Rapsodii Liszta — odpowiedziała Zosia śmiejąc się.
Wieczór   i   herbata,   które   obiecywały   się   nudno   i   śmiesznie,   wypadły   dzięki   Zosi   tak 

szczęśliwie, przeleciały tak chyżo, iż gdy się żegnać przyszło, nie postrzeżono, jak strasznie 
późno było.

Czas   dla   nikogo   nie   został   stracony   oprócz   Margockiego,   który   doznał   zawodu. 

Skromniejszej roli spodziewał się on dla Zosi, a świetne przyjęcie odsunęło ją od niego. 
Zbliżył się za to hrabia, okazując wielkie zajęcie tą — „śliczną dzieweczką wiejską”.

Kanonik po krótkiej rozmowie z hrabiną, i Ostójskim wysunął się na plebanię. Wikary, 

domowy prawie, pozositał do końca z ironicznym uśmiechem, ze złośliwym twarzy wyrazem, 
śledząc spojrzenia i ruchy.

Julian byłby zupełnie zapomnianym, gdyby nie Carita. Jakoś się tak złożyło i składało, że 

litościwa panienka była albo blisko, albo koło niego, lub przy nim. Mówili wiele i po cichu; 
jeszcze  więcej  ona wpatrywała  się w niego natrętnie,  nielitościwie  tak,  iż często  medyk, 
obawiając się fizjologicznych jakich następstw niepotrzebnych, oczy spuszczać musiał. Carita 
była tego wieczora tak prawie piękną, jak Zosia, w innym tylko rodzaju. P. Ostójska podobną 
była, wedle starego porównania jeszcze z czasów Anakreonta

*

, do rozwijającego się pączka, 

Carita do kwiatu, który omdlał na łodydze. W pierwszej życiu wszystko było nadzieją, w 
drugiej wiele tajemnicą i wspomnieniem. Julian sentymentalnym nie był wcale, medycyna 
uczyniła go nawet dosyć rozczarowanym — ale młody, doznawał od tych oczu zabójczych 
jakiejś gorączki, która aż w poezję go rzucała.

Nie   podobało   mu   się   zresztą,   że   Carita   była   tak   dziwnie   dlań,   tak   wyszczególniająco 

grzeczną. Margocki, który patrzał z boku, uśmiechał się mefistofelesowskim śmieszkiem — 
Zosia   widziała   także,   iż   Julian   był   prawie   ciągle   z   tą  Włoszką,   która   się   jej   też   wydała 
strasznie   piękną   —   serce   się   jej   ściskało,   ale   im   mocniej   ból   czuła,   tym   usiłowała   być 
weselszą.   Niepokój,   zazdrość,   smutek   wybuchnęły   dopiero   łzami,   gdy   powróciwszy   na 
folwark, pomodliwszy się długo, długo, poduszkę swą oblała płaczem nieutulonym.

Panna   Klara,   która   zrazu   przygotowaną   była   do   kłótni,   do   nauk,   musiała   milcząco 

przyznać, że Zosi się — udało. Ostójski tryumfował.

— Ja mówiłem — szepnął siostrze, dając dobranoc — my wszyscy przy niej głupi… to 

dziewczyna genialna! Ty jej daj pokój! to, to! wie ona, co, gdzie, jak powiedzieć i jak się 
znaleźć…

P. Klara ruszyła ramionami i pokiwała głową.
— Przyszłość okaże! — odezwała się patetycznie, odchodząc.

* Henselt Adolf (1814–1889) — niemiecki pianista i kompozytor
* Anakreont — grecki poeta liryczny z VI w. p.n.e.

background image

Rachuby ludzkie, chociażby one na najgruntowniejszych oparte były podstawach i umysł 

nad   nimi   najlogiczniejszy   pracował,   chybiają   prawie   zawsze.   Mówiąc   językiem 
matematyków, mają one w sobie zawsze zbyt wiele liczb nie znanych, ażeby dobrze wypaść 
mogły.   W   rachunek   wchodzi   serce   ludzkie,   które   najczęściej   zawodzi,   charakter,   który 
podlega   wyjątkowym   i   nieobliczonym   metamorfozom,   wreszcie   zewnętrzne   wpływy, 
zupełnie nieprzewidziane. Niezmiernie więc rzadko to, co człowiek osnuł pracowicie, spełni 
się po jego myśli, a najdziwniejsza to, że gdy cel osiągnie, znajduje, iż to, czego pragnął, 
wcale jest czym innym, niż się spodziewał. Fatalizm turecki jest niedorzeczny, ale wiara w 
rozumną opatrzność nieuchronna. Jest bowiem w sektach logika uderzająca, choć czasem 
nierychła,   i   z   Heglem   powiedzieć   można   zawsze   —  alles   was   ist,   ist   vernünftig

*

 My 

powiadamy lepiej, a toż sarno — „Bądź wola Twoja”.

„My powiadamy!” Tak napisaliśmy wprawdzie, ale jakże rzadka powiadamy: „Bądź wola 

Twoja”, a jak częściej daleko: „Bądź wola moja!”

P. Margocki nasz właśnie podług tej woli swej osnuł plan kampanii, której pierwsze zaraz 

wypadki   dały  mu   niezmiernie   do  myślenia.   Szło   wszystko   nie   podług   jego   zawczesnego 
obrachunku.

Po pierwszej bytności w pałacu odwiedziny Zosi, która wcale nie czuła do nich wstrętu, 

pana Juliana i innych osób z okolicy powtarzały się niemal codziennie. Hrabina potrzebująca 
rozrywki w stosunkach u wód i na wsi nie była zbyt przebierająca; wiedziała, że to za sobą 
żadnych   nie   pociąga   następstw   —   Zosia   ją   bawiła   oryginalnością   swoją.   Julian   się   jej 
podobał, zarówno jak Caricie. Nie nawykła do ludzi z tego świata, który wszystko bierze 
poważnie i do serca, znajdowała go wyższym nad innych, bo z nią nie grał komedii miłości i 
był grzeczny, a na pozór chłodny. Włoszka wolała ten chłód pełen uszanowania, pod którego 
lodami czuła gorejące żary, niż czcze umizgi ludzi, którzy kochać nigdy nie mogli.

W czym się najfatalniej przerachował, jak mówią, Margocki, to w wypuszczeniu z klub 

swoich młodego hrabiego. Tymczasem hrabia Edmund od pierwszych odwiedzin Zosi mocno 
się nią zajął. Margocki nie przypuszczał, żeby to na serio czymś innym być mogło nad płochą 
zabawkę, ale go to niepokoiło. Ile razy się spotkali, hrabia mówił, rozpytywał tylko o Zosi, 
nareszcie jednego dnia niespodzianie oświadczył, że wypada mu za matkę i za siebie być z 
odwiedzinami na folwarku, zabrał Margockiego i pojechali.

Zosia przyjęła ich ani zdziwiona, ani do zbytku tym honorem przejęta, a choć ojciec i 

ciocia występowali tak, że cały dwór się poruszył i tysiące bąków postrzelano z wielkiej 
gorliwości, ona pozostała po swojemu, wesołą, grzeczną, ale bynajmniej nie poruszoną.

Wróciwszy z tych odwiedzin, nazajutrz, gdy Margocki przyszedł rano do hrabiego, zastał 

go zadumanym w fotelu i pierwsze pytanie, jakie usłyszał, było:

— Mój Margocki, czy też oni są szlachta?
— Kto? — spytał zdumiony Margocki — alboż wiem, o kogo idzie?
— Niedomyślny! — rozśmiał się hr. Edmund — o kogóż ja pytać mogę? o Ostójskich!
— Szlachta!! alboż ja wiem, kto dziś już szlachcic — rzekł, ruszając ramionami, kwaśny 

plenipotent.   —  Przypadkiem   wpadł   mi   w  ręce   jeszcze   na   końcu  XVII  w.   wydany  przez 
jakiegoś Wacława Potockiego głupi foliant  Poczet herbów,  i to jeszcze wierszem. Otóż, że 
tam herbów znalazłem wiele, kupiłem go u Lissnera… a z niego zapamiętałem te wiersze:

Pełne tytułów ściany, pełne herbów płatwy

*

,

Gdzie miały być nożyce, koziki i dratwy…

Któż to dziś  rozpozna szlachcica?  Każdy dziś, kto chce,  wpisze się w bractwo,  które 

otworem stoi. — Czy Ostójscy od Ostoi pochodzą? dalipan, nie wiem… Może!! nie pytałem 

* alles, was ist, ist vernünftig (niem.) — wszystko, co jest, jest rozumne
* płatwy — belki podtrzymujące krokwie

background image

go o to…

Hrabia zamilkł, a po przestanku rzekł:
— Kiedy jest herb Ostoja.
— A jest, ale cóż to dowodzi? — rzekł Margocki.
— I panna, powiadasz, będzie miała sto tysięcy talarów? hę?
Margocki oniemiał na to pytanie. Po milczeniu domyślił się hrabia, że go drasnął, spojrzał 

nań, uśmiechnął się.

— A, zapomniałem, że ty się pono myślałeś o nią starać!
Ale słuchaj no Margosiu, ja bym tobie na tę grę puszczać się nie radził. Umiem cię ocenić 

— z tym wszystkim, gdyby przyszło do tego, żebyś Zosię dostał, elle est plus forte que toi

*

, 

siedziałbyś pod pantoflem, a nie nawykły do tak ciasnego kąta, udusiłbyś się wprędce. Zosia 
ta, to nie pospolite stworzenie, wcale nie pospolite. Patrz tylko — elle a la conscience de sa 
force

*

 Nie zmieszana, pewna siebie, swobodna, wszędzie jest na swoim miejscu… Dodaj 

młodość, wdzięk — bo śliczna — i powiedz mi, ze stu tysiącami talarów — czyż może być, 
żeby   ona   za   ciebie   poszła?   Margocki   był   do   żywego   dotknięty,   wstał   z   krzesła   jak 
przypieczony nagle i począł chodzić po pokoju przyśpiewując, jakby na niegrzeczne pytanie 
odpowiadać nie chciał. Hrabia złośliwie gonił go oczyma.

— No, nie  gniewaj   się,  Margosiu,  ne  me  boudez pas

*

 przyjacielską  ci  radę  daję,  nie 

kompromituj się…

— Ale skądże pan hrabia tak dziś gorliwy o to, abym się nie skompromitował? — rzekł 

Margocki. — Proszę być spokojnym…

— Zrzekłeś się? — spytał hrabia.
— Nie, wcale nie — odparł Margocki — czekać będę tylko, aż panu hrabiemu odejdzie 

fantazja  zabawiania   się  w romansik  niewinny  ze  szlachecką   dzieweczką…  która   z  niego 
żartować może będzie.

— Ma foi!

*

 — zaśmiał się hrabia — miałaby słuszność szydzić, gdybym się na romansik 

porwał! Niegłupim!

— A więc cóż znaczą te naskakiwania, jeżdżenia, przysiadania się? — spytał Margocki.
— Nic nie znaczą, prócz że mnie tak platonicznie oczarowała sobą, jak piękny posąg lub 

obraz — rzekł hrabia.

Ale Margosio się dowie na pewno, czy oni szlachta? Plenipotent popatrzał i buchnął nagle:
— Szlachta, szlachta! I cóż z tego? Szlachta herbu Ostoja, mieli kilka wiosek, ojciec tego 

safanduły starego był cześnikiem… więc dalej co? co?

I stanął przed hrabią, ten popatrzał mu w oczy.
— Ma sto tysięcy talarów? — spytał powoli. — Ma… a dalej co? co?
Hrabia parsknął.
— Dalej? ja ci powiem, co dalej! Słuchaj, gdyby mi się ona bardzo podobała, gdybym ja 

się jej podobał, gdyby mi celibat sprzykrzył, gdybym fantazję miał — któż by mi zabronił 
ożenić się z nią? Moja hrabiowska korona pokryje szlachecką Ostoję ich, ojciec się wyniesie 
dalej…

Margocki osłupiał zupełnie.
— I hrabia myślisz, że matka jego, osoba książęcego rodu, że ojciec na to pozwoli? — 

zawołał — to są żarty.

— Dziś to są może żarty, a jutro może to być prawda — spokojnie odezwał się hrabia. — 

Ja sobie marzę, a juściż mnie tak dobrze, jak komu innemu, marzyć wolno…

—  Przyznam  się  —  pochwycił   z  goryczą   Margocki  —  że   podobnej  fantazji  po  hrabi 

* elle est plus forte que toi (fr.) — ona jest silniejsza od ciebie
* elle a la conscience de sa force (fr.) — ona jest świadoma swojej siły
* ne me boudez pas (fr) — me dąsaj się na mnie
* Ma foi! (fr) — Słowo daję

background image

nigdym się nie spodziewał.

— Widzisz, Margosiu, trafiają się niespodzianki na świecie — a ja ci jeszcze w dodatku 

jedną   opowiem   historyjkę.  Wczoraj   mama,   wstawszy  od   fortepianu,   przechadzała   się   po 
ganku,   ja   siedziałem   z   cygarem.   Ni   z   tego,   ni   z   owego   zaczęliśmy   rozmawiać.   Mama 
powiada: „Dlaczego ty nie pomyślisz o ożenieniu?” Na to ja: „bo mi się dotąd nie zdarzyło 
spotkać kobiety, która by albo na mnie trwałe uczyniła wrażenie, albo zasługiwała na to, 
qu’on passe outre,  nie pytając, czy się podoba”. Na to mama: „Czegóż ty wymagasz po 
żonie?” Odpowiadam — „żebym ją mógł trochę kochać i trochę dla niej szaleć. Wiem, że to 
przejdzie, mais les morçeaux en sont bons

*

. Ot, tak rozmawialiśmy z pół godziny, na ostatek 

mama pyta, na przykład w jakim rodzaju kobieta by mi się podobać mogła? Odpowiedziałem 
bez wahania — „coś w rodzaju Zosi, córki naszego arendarza”.

— Arendarza! — powtórzył Margocki.
— To na jedno wychodzi, dzierżawca, arendarz — dokończył hrabia: — Czy myślisz, że 

mama bardzo się obruszyła? Popatrzała na mnie: „To śliczna dzieweczka, eh bien, si le coeur 
vous en dit, vous êtes, je crois, assez riche, pour vous en passer la fantaisie

*

. To są słowa 

mojej matki.

Margocki   powtórnie   osłupiał   i   zamyślił   się   tak,   że   następującego   po   tych   wyrazach 

śmiechu hrabiego nie dosłyszał.

— Widzisz — rzekł Edmund — ojciec by pewnie, skrzywiwszy się, w końcu powiedział 

toż samo…

—   Tak,   wszystko   to   być   może   —   ozwał   się   ironicznie   Margocki   —   ale   kiedy   już 

opowiadamy sobie historyjki, należy hrabiemu ode mnie powiastka o tym, jak panna Zofia 
śmiertelnie jest zakochana w panu Julianie.

Hrabia zerwał się z krzesła.
— Allons donc

*

!

— Najprawdziwsza prawda! — rzekł zimno Margocki.
— A jednak ty się z nią chciałeś żenić? — spytał hrabia.
— Mnie to bynajmniej by nie zawadzało.
— Dlaczegoż ma mnie zawadzać? — podchwycił hrabia. Ale po chwilce dodał. — Nie — 

w istocie, gdyby tak było… no, nie zniósłbym. Ty, to co innego… Mów prawdę — skąd ty to 
wiesz?

— To są stare dzieje! To wiedzą wszyscy — rzekł Margocki.
— Chłopak przystojny, ale mruk, milczący i nie umiejący chodzić po ludzku, a widzę go 

co dzień w kątku z tą Caritą, która gdyby oczów nie wystrzelała na kogo, sama by się spaliła 
od nich — to jakaś chyba miłość dziecinna, niewinna i zapomniana… A co mi tam to szkodzi.

Począł   chodzić   po   pokoju…   i   zamilkł.   Margocki   też   wielce   wzruszony   wyszedł   i 

dopadłszy   swojego   mieszkania,   z   furią   począł   je   mierzyć   ogromnymi   krokami.   Twarz 
krzywiąc i głową łysą trąc nieopatrznie rękami, tak że tupet w końcu postradał. To go dopiero 
upamiętało.

Zosia,   choć   smutna   trochę,   bo   nie   mogła   dotąd   ani   się   rozmówić   nawet   z   Julianem, 

panowała nad sobą i przed ludźmi nie okazywała, co się w jej duszy działo. Wpadała na różne 
myśli, a zawsze uznając je niedorzecznymi, mówić sobie musiała:

— Będę czekała! on wróci! on moim będzie!
Wytłomaczyła sobie, że Julian unikał jej dlatego, iż ubogi, nie chciał sięgnąć po rękę pełną 

złota, a zarazem powiadała, iż gdy się dorobi — co nieuchronnie nastąpić musi — dopiero 
naówczas przyjdzie jako równy jej, przypomnieć słowo dane i ów skromny pierścionek, który, 

* mais les morçeaux en sont bons (fr) — ale rzecz, mimo niepełności, ma swoją wartość
* eh bien, si le coeur vous en dit, vous êtes, je crois. assez riche. pour vous en passer la fantaisie (fr.) — a 

więc, skoro ci tak serce dyktuje, to, jak sądzę, jesteś dostatecznie bogaty, aby dogodzić fantazji

* Allons donc (fr.) — No, dalej

background image

nie mogąc dla oczów ludzi nosić na ręku, nosili na piersiach oboje…

Domyślała się trochę starań Margockiego, ale z nich uśmiechała się w duchu — wiedziała, 

że   ojciec   jej   w   żadnym   razie   przymuszać   nie   będzie.   Co   do   hrabiego,   który   dla   niej 
nadzwyczajną okazywał grzeczność, nie mogła nawet przypuścić, żeby jemu się śniło starać o 
nią.

Nikt też z domowych tak dziwacznej myśli nigdy nie miał i mieć nie mógł, stary Ostójski 

po szlachecku tradycyjnie znał respekt przed panem. O mało go za kolana nie uściskał, jak to 
bywało,   żeby   zaś   córka   jego   miała   dziedzicowi   wpaść   w   oko   —   nie   mógł   się   wcale 
spodziewać.

Margocki też po chłodnym rozmyśle całe zwierzenie się hr. Edmunda wziął za trefny żart, 

którym mu tylko dziedzic chciał strachu napędzić. Dziwował się nawet sam sobie, iż na 
chwilę  mógł   to  wziąć   na  serio.  Zosia   grała   wiele,   czytała,  wzdychała,  szukała  rozrywki, 
wymyślała sposoby zbliżania się do Juliana — nadaremnie. Julian stale jej unikał.

Oczy matki jego widziały to także, a  dla biednej  kobiety,  która na dziecinnej  miłości 

budowała   sobie   gmach   przyszłego   szczęścia   swojego   dziecięcia,   ten   chłód   Julka   był 
niewytłumaczony — i bolesny.

Jednego ranka wreście, chodząc po ogrodzie, długo się namyślawszy, z wielką trwogą, 

odważyła się dotknąć tego przedmiotu.

Położyła rękę na ramieniu syna i czule się w niego wpatrując, szepnęła:
— Powiedz ty mi prawdę, niepotrzebnie może mieszam się w te sprawy, ale matką jestem, 

wszystko, co mego dziecięcia dotycze, obchodzi mnie — powiedz mi — wyście się z Zosią 
kochali   tak   mocno,   ona,   ja   to   wiem   najlepiej,   zachowała   dla   ciebie   całe   przywiązanie 
dziecięce, a dodała doń szacunek, na jaki zasługujesz… Powiedz mi, dlaczegóż ty taki dla niej 
jesteś   zimny,   taki   z   nią   ceremonialny?   Nie   namawiam   cię   do   żadnych   nieroztropnych 
romansów, do bałamucenia biednego dziecka… ale chłodu twojego dla niej nie pojmuję. 
Możeż być w świecie milsze, piękniejsze, zacniejsze dziewczę nad nią?

Julian zarumienił się, zdawał namyślać — a potem odezwał głosem przytłumionym:
— Moja matko… są uczucia, z których się wytłumaczyć trudno. Prawda, że kochałem 

Zosię   i  kocham  ją  jeszcze,   ale   miłością  brata.  Gdybym  na  chwilę  inne   powziął   uczucie, 
starałbym się jak najmocniej je zwyciężyć. Tego moja i wasza godność wymaga… Byłożby to 
wam miłym, żeby mówiono, żeśmy się do domu tego wcisnęli po to, aby z przyjaźni jego dla 
nas korzystać?  Żebym  ja, ubogi, sięgnął po rękę bogatej dziedziczki — bo Zosia będzie 
bardzo majętną. Nie! z naszej strony korzystanie z ich dobroci, z ich słabości dla nas byłoby 
nieszlachetnym. Ja chcę być winien wszystko swej pracy i samemu sobie! To mój cel. Gdyby 
Zosia była swobodną, a ja miał to, co ona… ale Zosię pochwyci ktoś lada dzień.

Matka posmutniała, nie było jednak co powiedzieć.
— Moje dziecko, bardzo to ładnie, ale jeśli ona cię kocha?
— Droga matko — rzekł smutnie Julian — gdyby nawet tak było, to fantazja młodego 

dziewczęcia, która sobie uleci. A któż wie! gdybym się dał uwieść urokowi jej twarzyczki i 
fortuny, a potem w dniach posępniejszych posłyszał wymówkę, żal! A! nie! nie! — dodał — 
myśleć nawet o tym niepodobna…

— Wiesz co — odpowiedziała matka — wszystko to może być prawdą, ty po męsku 

zapatrujesz się na życie, pobudki są szlachetne — a przecież, mój Julku — ja — matka, 
wolałabym w tobie może widzieć — więcej serca!

Julian drgnął cały, zapłonął, pobladł.
— Serce mieć potrzeba — rzekł — ale mu się zbytnio dać powodować nie można.
— Tylko mnie się zdaje, mój Julku, że tak chłodno trzymać je na uwięzi może człowiek 

naówczas, gdy nie kocha. Ty jej nie kochasz… A więc, rzecz skończona! Szkoda, bo lepszego 
dziewczęcia nie znajdziesz na świecie, ani co by cię szczerzej kochało…

Na tym się skończyła rozmowa, Julian odszedł, a matka popłakała, chodząc po ogrodzie.

background image

Ocierając łzy, znalazł ją na ławce Kanonik, który szedł czegoś wzruszony i niespokojny. 

Spostrzegłszy chustkę przy oczach, stanął i na ustach wyrazy już poczęte stężały.

— Co ci to jest, siostruniu?
— A! nic! nic! to tak, sama nie wiem. — Zdaje mi się, że tylko co mówiliście z Julianem? 

— spytał ksiądz.

— Przed chwilą, ale nie myśl, żeby on był przyczyną, poczciwe dziecko! z jego powodu 

nie płakałam jeszcze.

— A dlaczegoż?
— Mój Boże! czyż tego nie rozumiesz? serce matki, gdy miłością wzbierze, musi się 

wylać łzami…

Choć nie przypuszczał, żeby siostra taiła co przed nim, Kanonik ją badał wzrokiem długo.
— Jeżeli to tak tylko owe łzy rozczulenia, to dobrze, siostro kochana, bobym ci boleści 

nawet nie chciał przyrzucić, a idę do ciebie, ażeby się poskarżyć.

— Mój Boże! cóż się tobie stać mogło!
— No, nic, nic, tylko — ot, powszedni smutek, jaki po ludziach chodzi.
Westchnął i siadając, dobył list z kieszeni.
— Odebrałem od księdza oficjała, który mi jest z dawna przyjacielem, list — list, który mi 

daje do myślenia. Nigdym nie posądzał o niechęć dla mnie ks. Wikarego, bom mu do niej nie 
dał powodu. Tymczasem okazuje się, że — z gorliwości jakiejś biedne człeczysko czuje się w 
obowiązku mnie deniuncjować u góry. Tam już i tak my, starsi księża, nawykli do innego 
nieco w Kościele porządku, niewiele mamy łaski. Wymagają dziś (może to potrzebne na te 
czasy)   pokory,   posłuszeństwa,   zaparcia   się   starych   naszych   tradycji,   których   nam   nabyć 
trudno. Czasem się człek odezwie nie w tonie dzisiejszym, powie coś z serca, nadto gorąco… 
wszystko to notują. Jam z dawna tak zanotowany jako liberał, patriota i podobno demagog… 
Teraz jeszcze do tego przychodzi w dodatku, że mnie odmalowano u zwierzchności jako 
opuszczającego się w spełnianiu obowiązków i zdziecinniałego… Ks. Wikary, jak się zdaje, 
rad by mnie gdzie na emeryturę wyprawić, a sam probostwo posiąść… Podobno i kolatorowie 
pałacowi są za nim… Ja dla nich nie dosyć jestem surowy, nie dość orthodoxus.

*

Westchnął.
— Czy mi odbiorą probostwo? — wątpię — ale zawsze rzecz bolesna.
Siostra, słuchając opowiadania, załamała ręce.
— A, niegodziwy, niegodziwy człowiek! Cóżeśmy mu uczynili!
— Moja duszo, cicho! cicho! nawet nie mogę sumiennie powiedzieć „niegodziwy”. Może 

to,   robi   ze   źle   zrozumianej   gorliwości,   może   ja   —   sędzią   własnym   być   nie   mogę   — 
opuszczam się w istocie. Choć doprawdy, skrutuję sumienie, nic mi ono nie wyrzuca!

—   To   po   prostu   nikczemna   ambicja   człowieka,   który   chce   miejsce   twe   posiąść   — 

odezwała się siostra.

— Miejsce! miejsce! mój Boże — zawołał Kanonik — ja bym mu go chętnie ustąpił 

zresztą, gdybym  się nadto do tego kąta  nie przywiązał…  Gdzież  się podzieję?  Żyć  bym 
indziej nie potrafił, tu zaś — usunąwszy się z plebanii… ty wiesz najlepiej, nie mam nic, nie 
zebrałem ani grosza… jak się przekarmić?

— Ale przecież mowy o tym być nie może? — podchwyciła siostra.
— Dotąd nie — jednak wypada mi pojechać i tłomaczyć się… Oficjał mi to radzi.
— A nie przysłał ci listu Wikarego?
— Owszem, mam go, użytku jednak nie zrobię żadnego ani mu dam poznać, że wiem o 

tym…

Jeszcze mówili, gdy żywy chód dał się słyszeć w ogródku i ks. Wikary z Julianem pokazał 

się w uliczce. Na widok jego matka Julka zapłonęła gniewem, Kanonik list schował, ale 
jednak nie dosyć prędko, by oko bystre papieru nie dostrzegło. Ks. Wikary wiedział już, bo 

* orthodoxus (gr.–łac ) —prawowierny trzymający się ściśle przepisów (Kościoła)

background image

czyhał na brieftregera

*

, że Kanonik od oficjała coś odebrał.

Na żółtej twarzy jego było trochę niepokoju czy przeczucia. Matka Juliana wstała z ławki i 

natychmiast   odeszła,   Kanonik   z   twarzą   spokojną   zbliżył   się   do   ks.   Leona,   który   bardzo 
pokornym, słodkim i prawie nadskakującym stał się.

— Mój księże Leonie — rzekł do niego — potrzebuję pomówić z nim co do zastąpienia 

mnie przez dni kilka. Będę musiał wyjechać… jestem powołany. Bystro spojrzał Wikary.

— Bardzo dobrze, wszakże ja zawsze gotów jestem do spełnienia rozkazów ks. Kanonika.
— Muszę i Oleje przywieźć, i inne mam interesa — rzekł proboszcz.
— Czy, uchowaj Boże — co… nieprzyjemnego? — szepnął ks. Leon.
— Zgadłeś, ks. Wikary — uśmiechnął się Kanonik — trochę mnie ktoś tam oskarżył, 

trzeba się wytłumaczyć. Możem też w czym i winien, trzeba przyjąć ojcowską burę z pokorą.

Żółta twarz Wikarego stała się na chwilę pomarańczową, siną, a potem białą — Kanonik 

patrzał na te zmiany tak spokojnie, jakby na wieczorne obłoki.

— Lecz któż by mógł i śmiał — wybełkotał Wikary — ks. Kanonika obwiniać? o co?
— Ano, zdaje się, że może i jest o co — mówił Kanonik — okazuje się, żem zestarzał, 

opuścił się, zaleniwiał. — A temu wszystkiemu — dodał — to i Wasze winien, ks. Wikary, do 
zbytku mnie wyręczasz… Ludzie to widzą i wnoszą, żem niedołęga. Odtąd mam prośbę jedne 
i   konieczną   do   was,   życzę   sobie   sam   rozporządzać   moją   częścią   pracy   i   sam   ją   sobie 
wydzielać. Zechciejcie mnie w niczym i nigdy nie zastępować, chybabym sam o to prosił.

Powiedział to tak chłodno, grzecznie, bez najmniejszego odcienia gniewu i żalu, iż ks. 

Wikary   sadzał,   że   mu   zapewne   coś   donieść   musiano,   ale   nazwiska   jego   pewnie   nie 
wymieniono. Odetchnął.

— Bardzo dobrze — rzekł zawsze niewyraźnie — bardzo dobrze, wszak ja się stosuję do 

rozkazów ks. Kanonika.

Kanonik się skłonił.
W tej chwili list, niedobrze naprędce wetknięty w kieszeń, wypadł na ziemię i ks. Leon z 

przerażeniem   poznał   pismo   własne.   Zdrętwiał…   Kanonik   schylił   się,   papiery   zebrał   i 
schowawszy je do kieszeni, pozdrowił go i odszedł.

Wikary stał długo, nie wiedząc, co począć. Sam był człowiekiem nadto namiętnym, ażeby 

mógł przypuścić, że tu się bez zemsty i odwetu obejdzie. Spokój, z jakim mówił Kanonik, 
wedle niego dowodził tylko, że potężne mając plecy, wcale się nie obawiał. Należało więc 
tym bardziej lękać się o siebie. Nie pojmował Wikary, ażeby po denuncjacji pozwolono mu tu 
dłużej pozostać, i podróż tłumaczyła się tym, że Kanonik zażąda zmiany wikarego. Mieszało 
to nadzwyczajnie wszystkie plany i roboty porozpoczynane ks. Leona, roboty tajemne, które 
jemu tylko samemu znane były, a których wykonanie długiego wymagało czasu. Stał tak, 
mimo zwykłej swej przebiegłości, zrazu nie wiedząc, co pocznie, przeniesienie zdawało się 
nieuchronnym, a było dlań — zabójczym. Iść się ukorzyć przed pokrzywdzonym byłoby 
daremnym, lecieć do pałacu, żądać rady i protekcji — upokarzającym. Należało się przyznać 
do listu, a bądź co bądź, ten rodzaj honoru, choćby gorliwością osłoniony, chluby mu nie 
przynosił. Gubił się w myślach, nie mając siły ruszyć z miejsca.

Julian,  który  był  odszedł   nieco,  wrócił   właśnie  i   zastał   go  jeszcze  pod  wrażeniem  tej 

trwogi.

— Co ci to, ks. Wikary?
— Mnie? mnie? no — nic — nic… mam czasem takie uderzenia do głowy… Chodźmy.
— Przejść się?
— A, nie, nie! ja muszę… zdaje mi się… może być, że będę potrzebował do pałacu — 

przepraszam…

I zostawiając zdumionego Juliana, odbiegł na wikarię. Szło mu o to, by został… aby go z 

miejsca nie wydalono — potrzebował tego koniecznie. Biec do pałacu? jechać potajemnie, 

* brieftreger (z niem.) — listonosz

background image

aby Kanonika wypędzić, zostawiając kościół bez obsługi? Spuścić się na los i pozostać, nic 
nie czyniąc?

Z kolei błyskały mu te wszystkie myśli po głowie, a za którą miał pochwycić, nie wiedział. 

Była nawet chwila, że zamierzał wprost udać się do Kanonika, wyznać mu swą winę i prosić 
o przebaczenie… Nie postanowiwszy nic — chwycił kapelusz i szybkim krokiem uszedł z 
probostwa tak, że stary Eliasz, który go nieco szpiegował — nie mógł dopatrzeć, dokąd. 
Szepnął tylko, widząc go tak biegnącego:

— O! już go też coś opętało! opętało! już poleciał… jak lis na kury… na polowanko! Ej! 

odkryję norę, ptaszku! odkryję, chociem kulawy… Bo że ty tu coś niedobrego knujesz — to 
bym na Ewangelią przysiągł.

Pan Ostójski miał jeden zły nałóg, którego się sam wstydził — w wolnych od zatrudnień 

chwilach, gdy nikogo obcego nie było w domu, zapaliwszy cygaro pięciofenigowe, bo takie 
mu najlepiej smakowało, usiadł za stołem, dobywał dosyć tłuste już karty i kładł kabałę. 
Umiał ich różnego rodzaju z dziesięć, była więc pewna rozmaitość w zabawie. Na każdą 
kabałę,   co   gorzej,   zamyślał   coś   —   na   przykład,   czy   pszenica   porośnie,   czy   rzepak   się 
wysypie? itp.

Ale, co najgorzej, jeśli mu kabała nie wypadała, a nikogo w pokoju nie było — bo przy 

ludziach się tego nie dopuszczał, pozwalał sobie maleńkich licencji i poprawek ślepego losu. 
Wyciągał karty więzione ze środka kupki — chował przychodzące nie w porę pod spód; 
zawsze wtedy tylko, gdy siostra i córka nie patrzały lub nie uważały. Nad kabałą siedzieć był 
czasem   nawet   gotów   z   uszczerbkiem   gospodarstwa,   czego   się   wstydził.   Lecz   biedny 
człowiek, tyle się napracowawszy w życiu, miał prawo do zabawienia się czasem kabałą, nikt 
mu tego za złe nie miał. On tylko sam czuł, że w tym była słabość, i przed obcymi krył się nie 
tylko z kabałą — nawet z kartami.

Zdarzyło się, że jakoś przez dni kilka nie można było do kabały się przysiąść, tego więc 

dnia   z   wielkim   apetytem   dobrał   się   do   szufladki   z   kartami   i   począł   je   żywo   rozkładać, 
zamyśliwszy na to, czy Julianowi da P. Bóg rozum, by się do Zosi przybliżył — kładł trzecie 
kupkę dopiero, gdy drzwi tajemniczo przemknąwszy, spojrzawszy przez nie, po cichu weszła 
panna Klara.

Spojrzał pobieżnie na nią, trochę mu była w uroczystej chwili nie na rękę, ale niewiele go 

zmieszała, kładł dalej. Stanęła wszakże tak, iż z postawy domyślał się, że rozmowę jakąś 
przyniosła.

— A co? — spytał.
—   Czekam,   żebyś   tę   kabałę   skończył,   bo   jest   bardzo   ważna   rzecz,   tajemnica…   do 

zobopólnego porozumienia — stylizując już nieco, rzekła cicho Klara.

— Ja dopiero zaczynam! — zawołał Ostójski — więc cóż? kura zniosła szare jajko? Cielę 

zdechło? co?

— No, nie obracaj w żarty rzeczy nieznanej — uroczyście dodała siostra — rzeczy ważnej, 

wielkiej, której doniosłości umysł twój ani dościga, ani się dorozumiewa.

— E, do kata! to chyba koń zdechł! — żartobliwie mruknął Ostójski.
— Jesteś istotnie nielitościwy z tym swym lodowatym szyderstwem — tu idzie o Zosię…
Ledwie tych słów domówiła, ojciec się zerwał, rzucając karty.
— O Zosię? na cóż! gadaj! co!?
— Daj że mi w pewien szyk myśli me złożyć — rzekła panna Klara.
Ostójski milczał, ale z niecierpliwości bębnił palcami po stole.
— Jest taka rzecz — mówiła do ucha prawie panna Klara. — Mam swych przyjaciół i 

życzliwych   w   pałacu…   mam   swe   stamtąd   wiadomości.   Wiem   z   największą,   ale   to   z 
największą   pewnością   —   zatrzymała   się   —   młody  hrabia   szalenie   się   w   Zosi   zakochał. 
Ostójski się roześmiał i ramionami ruszył.

— No, to co?

background image

— Jak to? nie przewidujesz następstw? nie widzisz nadciągającej chmury… może burz, 

które istnienie nasze zakłócić mogą? Jesteśli obojętnym na losy twego jedynego dziecięcia?

— Nie, ale bo mów po prostu, jak mówisz do dziewek na folwarku, bo dalibóg zwariuję! 

— zawołał Ostójski — więc cóż?

— Ale to jest miłość jak nawałnica gwałtowna… miłość takiego młodzieńca… który…
— No, który się ożenić nie może i nie zechce, który sobie się podurzy, my się z niego 

pośmiejemy — i kwita. Pojedzie do Berlina i przy aktorkach zapomni.

— Ty zawsze z prozaicznej strony uwzględniasz wszelkie wypadki — mówiła panna Klara 

— lecz ta miłość nie jest przelotną fantazją nierozważnego młodzieniaszka, on o niej mówił z 
matką.

— To nie może być! — zawołał Ostójski — bałamuctwo! tfu!
— Klnę ci się, iż tak jest, jakem rzekła… nie bierz lekko, bo małym nie jest… ja ci to 

mówię.

— Ale cóż tedy począć?
Panna Klara z politowaniem popatrzyła na brata:
— Więc nie wiesz, co ci czynić należy? Że ta miłość szlachetnego młodziana może do 

twego domu wnieść zaszczyty, świetną przyszłość — dźwignięcie z poziomego stanu, w jaki 
nas niesprawiedliwe wtrąciły losy.

— A dajże ty mi  pokój z tymi losami, ja z mojego poziomego stanu zupełnie jestem 

zadowolniony — a niech mnie Pan Bóg łaską swą uchowa, bym Zosię wydał za takiego, co 
by myślał, że jej łaskę zrobił… Ani o tym chcę słuchać.

— Lecz spytaj, ojcze niebaczny, serca swego dziecięcia? — zawołała panna Klara — a 

jeśli ono ci powie, iż czuje skrzydła do górnego lotu i chce tego szczęścia, którego ty cenić 
nie umiesz?

— A! ba! Zosia ma nadto rozumu… o tym nie ma co mówić — rzekł Ostójski — Juliana 

kocha.

— Tak, a ten niewdzięczności czarnej pełen człowiek uwodzi ową Włoszkę i potajemny z 

nią romans prowadzi.

— On? z Włoszką tą czy Cyganką, bo do Cyganki podobna! — zaśmiał się Ostójski. — 

Byłby głupi!

— Ona go usidliła… Ostójski wciąż się śmiał.
— Nie może być, a gdzieżby oczy podział, kiedy ma przed sobą Zosię.
— Zapytaj serca o jego dziwactwa! — przerwała panna Klara — ono ci powie, iż są 

tajemnice…

— Ale ba… ja tam te tajemnice znam; wszelako to chłopak uczciwy i w błoto nie wlezie… 

no! darmoś mnie nastraszyła…

—   Spełniłam   —   rzekła   w   ostatku   uroczyście   jeszcze   siostra   —   co   mi   nakazywało 

sumienie, powiedziałam ci, ostrzegłam… czyń, co ci dyktuje obowiązek rodzicielski…

Wpadająca   do   pokoju   Zosia   przerwała   w   porę   rozmowę,   którą   panna   Klara   z 

nadzwyczajną   zręcznością   zwróciła   na   masło   i   sery…   Zosia   uściskała   ojca,   pocałowała 
ciotkę, okręciła się po pokoju i siadła do fortepianu zagrać mu ulubionego poloneza.

Ostójski, choć tak obojętnie niby zbył pannę Klarę, mimo woli wszakże zadumał się nad 

tym, co mu powiedziała. Kwaśno mu się zrobiło. Pana dla córki, mimo honoru, stanowczo nie 
chciał, a nużby się istotnie przyczepił?

— No — rzekł pocieszając się — toćby mu rodzice zabronili, nie ma sobie czym głowy 

suszyć!

Przyszło mu jednak na pamięć, że hr. Edmund był już trzy razy na folwarku i w istocie do 

Zosi się bardzo przysiadał. Stary potrząsł głowę. Zosia jeszcze grała, gdy go zawołano na 
ganek dla interesu.

W ganku stał Margocki, który wejść nie śmiał, bo był w myśliwskim stroju, ujął tylko po 

background image

przywitaniu pod rękę Ostójskiego i wprosił się z nim do jego pokoju. Po minie poznać było 
można, że z czyimś przybył  ważniejszym niż zwykle. Rozpoczęcie rozmowy utwierdziło 
jeszcze w tym przekonaniu.

— Spodziewam się, że Cześnikiewicz (był to tytuł od wielkiego dzwonu) wierzysz mi, iż 

domowi jego szczerze sprzyjam i szacuję go… Niech mnie to tłumaczy, iż z bardzo może 
niespodzianą przychodzę tu przestrogą i radą… Ale naprzód, kochany Cześnikiewicz, dasz mi 
uroczyste słowo szlacheckie, że mnie nie wydasz i nie zdradzisz w żadnym razie…

— Panie dobrodzieju — zawołał Ostójski — uczciwy człowiek jestem i w to się nie bawię.
— Bo mi o was idzie — rzekł Margocki, przystępując do niego z wielkimi ostrożnościami 

i oglądaniami na wszystkie strony. — Mówię otwarcie… Mam wielki szacunek i wdzięczność 
dla domu moich hrabiów, ale — co prawda, to prawda. Życzę im dobrze, wszelako… no, 
zrozumiesz, gdy ci powiem, Cześnikiewiczu kochany, że nasz hrabia Edmund pokochał się w 
córce waszej, pannie Zofii.

Spojrzał na Ostójskiego, ten stał jak słup milczący, tylko palce, złożywszy na piersiach, 

okręcał wedle zwyczaju, słuchał.

— Z tego nic być nie może, trzeba ich znać, jak ja znam, ale dla panienki — mówił dalej 

Margocki — rzecz nieprzyjemna… Ludzkie języki ze wszystkiego umieją czernidło wyssać.

Zatrzymał się po wtóre, Ostójski stał i dumał.
— No — co wy na to?
— Proszęż was, szanowny panie, co ja tu mam na to powiedzieć? i co począć? Mnie i jej to 

do niczego a znowu nie jestem z tych, co by dali z siebie robić zabawką…

— Więc cóż?
— Więc przestaniemy bywać w pałacu.
— Myślicie, że on tu was nie dogoni? — zapytał Margocki. — Oszalał jak młokos.
— Juściż mu drzwi zamknąć nie mogę.
— Tak — odparł Margocki — ale — nie zdradźcie mnie tylko — wszak macie gdzie 

pewnie krewnych? czyżbyście dokąd wyjechać nie mogli.

Ostójski pomyślał.
— To zdrowa i przyjacielska rada — rzekł — ale kiedy już tak pozwalasz z sobą mówić 

otwarcie — powiem ja, co mi podróż utrudni. Moja Zosia… moja Zosia… no, przecież w tym 
złego nie ma nic, z młodości ma przywiązanie do Juliana… On tu rzadko do nas zawita, 
właśnie przyjechał… nie zechce się jej teraz — odbiec stąd i byłoby jej przykro. Ja przyczyny 
zmuszającej do wyjazdu powiedzieć nie mogę, ona nie zechce jechać, a, dalipan, jak się 
uprze, to na swoim postawi. To moje dziecko jedyne i ona u mnie — pani.

Margocki się uśmiechnął.
— Ta miłość dla pana Juliana to wątły kwiatek wiosenny. Czyż panna Zofia nie widzi, że 

on się bierze do Włoszki i nie odstępuje jej na krok?

— Dalibóg bym wyjechał — rzekł Ostójski — byle ją jak stąd wyciągnąć… A, jak ono 

jest, to jest — dodał, podając rękę Margockiemu — za przestrogę wam serdecznie dziękuję. Z 
duszy, z duszy…

Rzuciwszy to ziarno, z którego się spodziewał, że coś urosnąć musi, plenipotent zakręcił 

się, wziął za czapkę i pożegnawszy gospodarza, który go na ganek przeprowadził, odjechał.

Zachmurzony Ostójski wyszedł, gdy go zawołano do wieczerzy, ręce w kieszeniach, głowa 

spuszczona,   krokiem   powolnym,   jak   był   zwykł,   gdy   co   miał   na   sercu.   Zosia   właśnie 
rozdawała krupniczek, ale nie było ich przy stole, tylko dwoje, bo p. Klara, rozchorowawszy 
się na głowę i przewiązawszy ją w szafranie farbowaną chusteczką, ca jej zawsze pomagało 
— została w swoim pokoju.

— Co to ojcu jest? — zapytało dziewczę, podając mu wódkę i zakąskę.
— Nic mi nie jest, tylkom głupi — rzekł wzdychając Ostójski — tylkom głupi.
Zamilkli, córka patrzyła nań jak w tęczę.

background image

— Niech no mi tatko powie, to mu lżej będzie, trzeba, co jest złego, z siebie wyrzucić…
— Kiedy bo to — ani złe, ani dobre, tylko… tylko głupie — dodał Ostójski wzdychając.
— Ale cóż to jest?
— Bałamuctwo!
Zamilkł znowu, popróbował jeść krupnik, który zwykle jadał, nie smakował mu, ukąsił 

chleba i tego przełknąć nie mógł, siadł i palce okręcał sumując. — Czy to jaki sekret? — 
spytała Zosia.

— Sekret, o którym wróble na dachu śpiewają — rzekł Ostójski.
— A ja nie wiem! — mruknęła Zosia.
— E! dalipan, mnie się widzi, że i ty to wiesz, tylko pewnie, jak ja, nie robisz z tego sobie 

wielkich rzeczy.

— Nie mogę zgadnąć — dodała Zosia.
— Nie łam sobie głowy — głupstwo! — powtórzył Ostójski.
Podano kaszkę sypką, Ostójski wziął na talerz, skosztował i łyżkę położył.
— Jeść czegoś nie mogę.
— Bobyś się tatko wyspowiadał przede mną i — i byłoby, ci zaraz lżej, ja bym coś może 

poradziła!

— Ty?
— Ja.
— No, proszę… ty… do rady!
— I bardzo! — roześmiała się Zosia.
Ostójski odstawił talerz, poszedł po swoje karty i zamiast wieczerzę jeść, począł kabałę 

kłaść. Zosia przestała pytać, ale pomagała do ulubionej zabawki.

— Powiedz ty mnie, Zosiu — zawołał nagle Ostójski — czyś ty nie postrzegła, że to 

paniątko, hr. Edmund, słodkie oczki do ciebie robi?

— Jakże bym ja, kobieta, nie postrzegła tego? — uśmiechnęła się Zosia. — Gdyby to nie 

od tatka, pogniewać by się można za samo pytanie.

Cześnikiewicz zaczął się śmiać. — Cóż ty na to, hę?
— A! ojcze kochany, chyba ze mnie żartujesz i tym drugim pytaniem. On się bawi, ja się  

nim bawię i na tym koniec… któż by brał na serio wzdychania takiej ekscelencji!

— Masz słuszność! ale bo nie wiesz może, iż ludzie już o tym gadają.
— Niech sobie plotą.
— I żeby ci to nie szkodziło?
— Cóż mnie szkodzić może, że kochają się we mnie; gdybym ja się kochała, byłabym 

płocha, to co innego…

— No — a  gdyby cud się stał  i ów panicz…  ów panicz,  przyszły dziedzic  kluczów, 

zamków, wsi, folwarków zaszłapał tak, żeby się oświadczył o Zośkę?

—   Zośka   by   się   pokłoniła   grzecznie,   za   honor   podziękowała   i   powiedziałaby   mu: 

Niegodnam, abyś wstąpił do przybytku serca mego… Bywaj pan zdrów…

Ostójski śmiał się, aż mu się brzuch trząsł, odsunął kabałę i w chwili, gdy zimną kaszkę 

miano zabierać, namyślił się.

— Stój, czekaj — będę jadł! apetyt mi powrócił.
Chłopak wyszedł. Cześnikiewicz był już w najwyśmienitszym humorze.
— Jednak, wiesz co, Zośko — rzekł — ja sobie myślę, że dla niego i dla nas lepiej by 

było, gdybyśmy mu z oczów zeszli i tak gdzieś… wycieczkę sobie zrobili.

Zosia głową potrzęsła.
— Mój tatku, pomyślałby, że my się go ulękli. Przy tym ja do podróży nie mam ochoty 

najmniejszej. — To sobie przejdzie.

— Jak chcesz… jak chcesz… Ale ludzie plotą, że to niby bardzo serio.
Dziewczę ruszyło ramionami.

background image

— Ja jestem dziecko i świata nie znam — odezwała się — ale wiem, że hrabiowie tacy na 

serio   się   nie   kochają.   Bałabym   się   niepotrzebnie   w   biednym,   ubogim,   osamotnionym 
człowieku obudzić pasję, ale w takim hrabi!!

Ostójski pociągnął na tę intencję kabałę i na tym się skończyło.

Tego dnia, gdy Kanonik począł się wybierać w drogę, a spłoszony Wikary wymknął się z 

plebanii,   cały  dzień   go   nie   było.   Nie   przyszedł   na   obiad,   nie   wrócił   po   obiedzie,   a   nad 
wieczorem hrabina przysłała swojego kamerdynera z ukłonem, prosząc Kanonika, aby był 
łaskaw ją tegoż jeszcze dnia odwiedzić.

Kanonik, nie mogąc wyjechać ani chcąc odmówić kolatorce, kazał odpowiedzieć, iż służyć 

nie omieszka. Niedługo czekając, wziął swój parasol nieodstępny, a żeby czasu po drodze nie 
tracić, brewiarzyk w rękę i powoli pociągnął ku pałacowi. Kamerdyner czekał już na niego w 
ganku i jak tylko spostrzegł, poszedł oznajmić pani hrabinie, która natychmiast kazała prosić 
Kanonika do gabinetu. Zastał ją tu samą, w krześle nad stolikiem, na którym już stała dla 
gościa podana kawa.

—   Bardzo   przepraszam   —   odezwała   się,   zmuszając   do   polszczyzny,   hrabina   —   że 

fatygowałam ks. Kanonika, chciałam pomówić, poradzić się.

Kanonik się skłonił — ona westchnęła.
— Trudno mi tak czasem do kościoła dojechać, a chciałabym codziennie słuchać mszy św., 

a znowu wam Wikarego odbierać, kiedy powinien być pomocą — zwłaszcza przy waszym 
wieku.

— A! pani hrabino — roześmiał się proboszcz — ja jeszcze nie czuję się tak starym i 

niedołężnym i radę sobie dam z parafią… Wikary mi nie jest tak nieodzownie potrzebnym.

— Zawsze, zawsze mój ojcze…
Kanonik chciał wysłuchać, o co chodziło, więc milczał.
— Otóż, mój dobry ks. Kanoniku, wiedząc i to, że wam podobno jakoś ten młody człowiek 

niezupełnie dogodny…

— Tego nie powiem — przerwał Kanonik — ja jestem z niego dosyć kontent, może on ze 

mnie nie…

Hrabina spojrzała bystro i spuściła oczy.
— Koniec końców, wzięłabym go sobie za kapelana, to i wy byście się od niego uwolnili 

— i ja bym wam nie była ciężarem… Czy nie macie nic przeciwko temu?

— Pani dobrodziejko — odezwał się Kanonik — jak tylko jej życzeniem jest to — dla 

mnie będzie najmilej, jeśli się ono spełni.

— Tak! tak! byłam pewna — śmiejąc się dodała pani — że wy się za to gniewać nie 

będziecie. Ale powiedzcie mi, ot, tak szczerze, jak swej kolatorce… czym on względem was 
przewinił?

— Ja go o nic nie obwiniam — rzekł Kanonik. — Możemy być różnych charakterów, nie 

zawsze się godzić w sposobie zapatrywania na świat, na ludzi i obowiązki — ale ja nic nie 
mam przeciwko niemu.

— Nic?? — powtórzyła hrabina.
— Nic a nic — potwierdził Kanonik.
— Więc się starać mogę, aby mi go wyznaczono za kapelana do pałacowej kaplicy?
— Jeśli wola w tym pani…
Rozmowa   tak   poczęta,   prowadzona   ze   strony   kolatorki   bardzo   ostrożnie   i   delikatnie, 

potrwała jeszcze z pół godziny, zeszła na obojętne ogólniki i Kanonik oddał dobranoc.

Przy pożegnaniu hrabina powtórzyła zapytanie i dodała:
— Pomimo że mnie ks. Kanonik zapewniasz, że nic do ks. Wikarego nie masz, ja — na 

wszelki wypadek go proszę, gdybyś, będąc w mieście, był pytanym o niego… nie psuj mu… 
a jeśli jest nawet wina jaka — dodała z przyciskiem — odpuść mu ją po chrześcijańsku.

background image

Pocałowała w ramię księdza, który powoli odszedł. W powrocie na plebanię już brewiarz 

nie przydał się, gdyż zaczynało być ciemno, Kanonik z myślami swymi wolno pociągnął ku 
domowi. Czekała go tam siostra z ubogą wieczerzą — Juliana nie było.

Wieczerza była więcej niż skromna, nakrycie do niej jak najprostsze, obrus gruby, talerze 

stare, łyżki cynowe, karafka wody i chleb razowy.

Ponieważ probostwo było bardzo intratne, miano niezmiernie za złe Kanonikowi to jego 

tak nazwane skąpstwo, które wypływało z zasady. Utrzymywał on, że ksiądz był szafarzem 
mienia   ubogich   i   sam   jak   najmniej   w   użyciu   się   od   nich   różnić   powinien.   Miano   to   za 
przesadę,   za   pokrywkę   sknerstwa   tylko.   Obywatelstwo,   które   się   zjeżdżało   na   odpusty   i 
święta,   nie   znajdując   na   probostwie   nic   oprócz   najprostszego   śniadania,   nie   mogło   tego 
darować   Kanonikowi,   iż   nie   poił   i   nie   karmił.   Zarzucano   mu   nepotyzm

*

  zbieranie   dla 

siostrzeńca, dla siostry, chociaż biedny kapłan grosza nie miał przy duszy. Wiedzieli najlepiej 
ubodzy w miasteczku, szkółka, sieroty, na co szły jego dochody… Ci, co go bliżej znali, byli 
dlań z uwielbieniem, ale na złośliwych nigdy nie zbywa.

Przy wieczerzy smutnym był i pleban, i siostra jego; do tego usposobienia przyczyniało 

się, iż Julian zbyt często się oddalał z plebanii, bawił, nie opowiadając się, gdzie, wracał 
smutny, posępny, milczący i nawet matce się nie zwierzał z tajemniczych jakichś obrotów. 
Wiedzieli, że u Ostójskich bywał rzadko, i to właśnie trapiło, że gdzieś się błąkał, a zapytany, 
niechętnie tłumaczył. Obawiano się nań wpływu pałacowego… gdyż posądzano, że tam pono 
najczęściej   chodził   i   najdłużej   przesiadywał.   Jednakże   Kanonik,   aby   nie   martwić   matki, 
matka, żeby nie zniechęcać wuja dla syna, nie wspominali o tym i unikali rozmowy. Oboje 
widzieli w nim ze smutkiem wielkim zmianę wcale niepocieszającą. Pracował nad miarę, ale 
żył   z   duszą   i   sercem   zamkniętym,   z   rachubą   zimną   i   troską   ciągłą   o   przyszłość,   bez 
młodzieńczych   porywów   ku   niczemu,   co   zwykło   młodość   pociągać.   W   jego   wieku   to 
wystygnięcie za wczesne, to opętanie widokami ambicji i robienia majątku, nie było wcale 
pocieszającym. Kanonik nie porywczym był w sądzeniu, matka, jako matka, pobłażająca — 
obojgu wszakże serce się trwogą ściskało.

I tego dnia talerz, przy którym zwykł był Julian zasiadać, nie był zajęty przez cały ciąg 

wieczerzy, nie przyszedł na oznaczoną godzinę. Matka patrzała na puste krzesełko i łza się jej 
w oku kręciła. Mówiła jej na ucho p. Klara o tym, iż powszechnie postrzegano, że się zbliżał 
bardzo do pięknej Włoszki, nie wierzyła wszakże pobożna kobieta, aby coś zdrożnego w tym 
stosunku być mogło. Kanonik, jak o wielu innych rzeczach, tak i o tym wcale nie wiedział. 
Jego trapiło to więcej, iż Wikary zbyt często z nim przestawał, bo się jego wpływu obawiał.

Z drugiej jednak strony matka i wuj, zbyt praktyczny kierunek widząc w Julianie, nie 

pojmowali,   jak   by   ująć   się   dał   temu,   co   mu   przyszłość   zawiązać   mogło   i   co   jego 
realistycznym przekonaniom było przeciwne. Najgorszym zaś dla obojga wydawało się to, iż 
Julian niechętnie mówił o sobie i nadto był zamknięty, co dowodziło, iż stracił dziecięce 
zaufanie do matki i wuja.

Pod koniec owej  postnej  wieczerzy,  która się składała  z kleiku  owsianego  i kilku  jaj, 

nadszedł Eliasz, odnoszący zwykle wieczorem klucze od zakrystii, od niepamiętnych czasów 
spoczywające nocą na kołku u drzwi, i pozdrowił siedzących.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki wieków — rzekł Kanonik. — Czy ks. Wikary powrócił?
— Nie ma go… nie ma — odparł Eliasz — ale niewielki i żal po nim — dodał — bodaj 

czy nie zanocuje w pałacu, bo po manatki przysłał.

— A! — rzekł Kanonik.
— Aleć on i bez nich tam nieraz nocował… nie wiem, co znaczy, iż dziś je zabrali.
— On tam zapewne stale przy kaplicy osiędzie — rzekł Kanonik.
— Toćby i dobrze zrobił — mruknął wiarus — płakać nie będziemy.

* nepotyzm — nadużycie zajmowanego stanowiska przez protegowanie krewnych

background image

— A Juliusza tam nie widziałeś? — spytał Kanonik.
— Nie, z książką poszedł… nie wiem.
— Gdy powróci, poproś go do mnie, jutro jadę, rad bym się z nim widział.
Dosyć   już   późno   było   i   Kanonik   w   swoim   pokoiku   ostatek   wieczornych   pacierzy 

odmawiał, gdy nareszcie Juliana krok dał się słyszeć w pierwszej izbie. Zbieg wszedł.

— Gdzieżeś to bywał? — spytał wuj.
— Zatrzymano mnie w pałacu…
Kanonik położył brewiarz, zbliżył się do siostrzeńca, pocałował go w głową.
— Mój Julku, mój Julku, powiedz mi, co tobie jest? Nie takeś dobrze z nami, jak dawniej, 

stronisz od matki i ode mnie, nadto często przebywasz w towarzystwie pałacowym, zmieniłeś 
się.

— Kochany wuju — zawołał Julian — naprawdę nie wiem, czy mi za złe mieć można, iż 

to towarzystwo dobrym znajduję. Trudno o lepsze…

— Ja go nie ganię… ale — płoche ono — rzekł ksiądz — a że na świat patrzy z salonu, w 

którym jest zamknięte zawsze, pogląd jego na świat ten fałszywy często.

Julian ruszył ramionami.
— Jakże twój wielce praktyczny kierunek, twoja miłość pracy, twoja ambicyjka godzi się z 

przekonaniami tych osób? — spytał Kanonik.

— Jakoś się godzą — lakonicznie zamknął Julek. — Są to ludzie dobrze wychowani, 

zdrowo zapatrujący się na społeczeństwo, jakim ono jest, bez urojeń, bez marzeń, i to właśnie 
zbliża mnie do nich, bo ja — marzeniami się brzydzę.

Kanonik   stanął,   popatrzał   długo   na   Juliana,   nie   mówiąc   słowa,   i   wrócił   ku   niemu,   z 

czułością obejmując za szyję.

— Dziecko moje! ty, w twoim wieku, marzeniami się brzydzisz! o mój słodki Boże! coś 

powiedział! Tak! — wiek nasz cały idzie w tym kierunku, iżby rad ochrzcił marzeniami 
najszlachetniejsze   serca   porywy…   wkrótce   może   i   ewangelię   nazwiecie   marzeniem… 
wszystko marzenie! Ależ dziecko drogie, tym, co ty zwiesz marzeniem, życiem ducha tylko 
żyje człowiek… jeśli zejdzie na ciało, będzie cywilizowanym bydlęciem… Marzenie!! mój 
Boże — mówił Kanonik — a toć żywot. Ideały! a toć słońca, do których lecieć potrzeba… 
ona to jest więc u was także marzeniem, wszystko, co człowiek niedoścignionego ściga.

Stał   winowajca,   uśmieszek   mu   krzywił   usta,   nie   mówił   nic.   Kanonik   uspokoił   się   po 

chwilce, zmiarkował, że spór i dialektyka z milczącym niemożliwa, dał pokój.

—   Ja   jutro   jadę   —   rzekł   —   byłbym   ci   wdzięczen,   żebyś   więcej   przy   matce   i   domu 

pozostał. Między nami mówiąc, dobrą twą, kochającą cię matkę zaniedbujesz trochę. Mniej 
tego pałacu, a więcej pilnuj domu, jak mnie kochasz. Zechcesz się rozerwać, idź lepiej do 
Ostójskich, tam masz przyjacielskie prawdziwie, dawno wypróbowane serca… tam nic ci nie 
grozi. W pałacu radzi ci są, bo się nudzą, ale oni z ludźmi nie swego świata żyją tylko z 
nudów i przez grzeczność… a szczerej dla nich miłości nie mają, bo ich za pośledni rodzaj 
ludzi nawykli rachować…

Siostrzeniec milczał — na tej się więc nauce skończyło.
— Dobranoc, dobranoc.
Kanonik padł na kolana i długo się jeszcze modlił.
Skutkiem otwarcia oczów p. Ostójskiemu rozmowy jego z Zosią i rozbudzonej uwagi 

obojga było, że między pałacem a folwarkiem stosunki nieco ostygły, a raczej ostrożniejszymi 
się   stały.   Był   to   jedyny   sposób   wszakże,   mówiąc   po   staremu   —   podbicia   bębenka   hr. 
Edmundowi,   który   o   ile   był   zdolnym   się   zakochać,   w   Zosi   się   zakochał.   Matka   mu 
bynajmniej nie przeszkadzała, może z wielką przebiegłością niewieścią obrachowawszy, iż 
przeszkody   spotęgowują   miłość,   a   dany   jej   bieg   wolny   prędzej   ją   wyczerpuje.   Hrabina 
należała zresztą do tych pieszczonych życiem zobojętniałych istot, które unikają wszystkiego, 
co im pokój i używanie czymkolwiek zakłócić może. Była nawet dobrą i łagodną dlatego 

background image

najbardziej,   ażeby   się   nie   irytować   i   nie   ściągać   sobie   niepotrzebnych   kłopotów.   Ilekroć 
Edmund mówił przed nią o Zosi, odpowiadała mu:

— Jesteś już pełnoletnim, masz rozum, rób, jak uważasz lepszym dla ciebie, ja ci nic nie 

narzucę… Ludzie się żenią dla siebie, powinni się żenić sami. Nie będę kryć przed tobą, iż 
świetną partię znaleźć byś potrafił przy stosunkach, jakie bierzesz po nas w spadku. — Mais, 
c’est votre affaire!

*

I odwracała rozmowę na inny przedmiot. Hr. Edmund tymczasem czuł się coraz więcej 

opanowanym wrażeniem, jakie na nim Zosia, sama o tym nie wiedząc, czyniła. Gdy parę dni 
tylko   jej   nie   widział,   biegł   sam   na   folwark,   wciskał   się   gwałtem   i   godzinami   tam 
przesiadywał. P. Klara, nie dając po sobie poznać tego, sprzyjała naturalnie miłości, którą 
uważała za nadzwyczajne szczęście dla Zosi i domu. Ostójski był grzeczny a zimny. Ale jego 
najczęściej nie zastawał odwiedzający na folwarku. Największą przeszkodą dla hr. Edmunda 
była wesołość Zosi, która śmiejąc się ze wszystkiego, nic na serio brać nie chciała i ten 
nieszczęśliwy Margocki, który albo na folwark go wyprzedził, albo go tam dognał… albo z 
drogi już czymś odciągnął.

Prowadził on to bardzo zręcznie, złapać go nie było podobna na umyślnym zabieganiu — 

wytłomaczył się zawsze, przecież… licho go wniosło niepotrzebnie, gdy hr. Edmund najmniej 
się spodziewał.

Jednego   wieczoru   zasiadł   się   był   tak   gość   w   najlepsze   pod   pozorem,   że   życzy  sobie 

Ostójskiego doczekać, czemu p. Klara wcale nie była przeciwną, gdy przez okno, na drodze 
do pałacu wiodącej, ukazał się powóz, podróżnymi tłomokami i kuframi obładowany.

Ponieważ się nikogo z gości w pałacu nie spodziewano, hr. Edmund chwycił aż lornetkę, 

żeby powóz lepiej rozpoznać, i dopatrzył tylko tego, że na kufrach był futerał od męskiego 
kapelusza, co zwiastowało przybyłego mężczyznę.

Kto to być mógł, głowę sobie łamał, ale bądź co bądź, czuł się tam potrzebnym i rad 

nierad, przeklinając natręta, musiał ciocię i Zosię pożegnać. Pobiegł sam do pałacu, wiedząc, 
że matka by przysłała po niego.

Na drodze spotkał zadyszanego Margockiego.
— Biegłem właśnie po pana hrabiego.
— A! gość jakiś, przeklęty natręt.
Margocki się roześmiał, biorąc za boki.
— No, któż to taki?
— Stary hrabia!
Młodemu hrabiemu ręce opadły. Ze wszystkich natrętów ten może, choć się go nazwać tak 

nie   godziło,   był   najniebezpieczniejszym.   Łacno   się   też   domyślał   każdy,   co   niespodzianie 
sprowadzało   hrabiego,   dzielącego   się   między Wiesbadenem  a   Ostendą,   do  domu.   Musiał 
odebrać wieść, że żona wyruszyła ssać dochody, że syn tam był także, i w trwodze, ażeby mu 
nie zagarnięto potrzebnych funduszów na przebycie zimy w Nicei i Monaco, pospieszał i on 
na plac boju. Interesowani łatwo się tego mogli domyśleć i można sobie wyobrazić, jak mu 
byli radzi. Stosunki pana domu z żoną i dziećmi były nader przyjazne, serdeczne na pozór, ale 
najobojętniejsze w świecie. Całymi latami nie widywali się z sobą, spotykali jak dobrzy starzy 
znajomi, mówili, nie dotykając nigdy kwestii drażliwych, w interesach traktowali z sobą przez 
trzecie   osoby,   witali   mile,   rozstawali   przyzwoicie.   Dla   zachowania   też   tej   przyzwoitości 
pisywano   do   siebie   listy   pełne   do   niczego   nie   obowiązującej   czułości,   najśliczniejszą 
francuszczyzną,   nigdy  nie   tykając   interesów.   O  tych   uwiadomiony  był   plenipotent,   który 
musiał często nader ostro przed nim występujące strony godzić, zbliżać i sądzić. W chwili, 
gdy  często   najzaciętsza   była   walka   o   pieniądze,   których   wiecznie   wszyscy   potrzebowali 
więcej, niż mieć mogli, listy ceremonialne tchnęły najwykwintniejszą czułością.

Hrabia był o wiele starszym od żony, ale utrzymywał się przy pozorach pewnej siły i 

* Mais c’est votre affaire! (fr ) — Ależ to twoja sprawa!

background image

rzeźwości   prawie   młodzieńczej   środkami   od  Anglików   wyuczonymi.   Słusznego   wzrostu, 
szykowny,  grand seigneur  w każdym ruchu i słowie, twarz miał chudą, ale jeszcze piękną, 
włosów siwych nie farbował ani się z nimi taił, ale je utrzymywał bardzo starannie. Strój jego 
był nadzwyczaj prosty na pozór, ale w istocie wyszukany i robiony u najlepszego krawca na 
Regent Street. Innych jak angielskie suknie hrabia nie mógł ani nosić, ani znieść.

Nie mógł się nie podobać hrabia, tak był miły, grzeczny, dowcipny, tak umiał rozmawiać, 

tak się potrafił z najwyższym zawsze znaleźć taktem. Istny gentleman angielski, obrał sobie 
za wzór lordów izby wyższej i na nich się z wielkim powodzeniem wymodelował. Co do 
przekonań i barwy politycznej był torysem najczystszej wody, a polskiego nie miał w sobie 
nic i przyznawał się otwarcie, że się o to najpilniej starał, by się odpolonizować. Na naród, do 
którego   miał   nieszczęście,   jak   powiadał,   należeć,   zapatrywał   się   ze   znanego   bardzo 
stanowiska najwyższej pogardy i wstrętu. Dosyć, ażeby co było polskim, by dlań się stało 
niemiłym. Obyczaje, cnoty, wady potępiał, znajdując zawsze ironiczną stronę we wszystkim, 
z której się prześmiewać lubił.

Typ to wcale nie wyjątkowy. Mamy, niestety, Polaków takich mnóstwo, którzy jeśli nie 

mówią jak hrabia, myślą jak on.

Stosunki w kraju ograniczały się dla hrabiego światem urzędowym i małą liczbą tych 

domów, które się starają doń zbliżyć i należeć. Poniżej już dlań nie było ludzi, z którymi by, 
nawet zmuszony, raczył przestawać… to była już ta nieznośna polonia, której nie cierpiał. 
Jeśli wypadkiem dłużej się w kraju zabawił, a w cudzym gdzieś domu zaprezentowano mu 
kogo, naprzód starał się ręki nie podać, potem cofał nieco, pozdrawiał ukłonem dumnym, nie 
mówił słowa i oddalał się dając do zrozumienia, iż zbliżać się nie myśli.

Za granicą hrabia wcale tak przebierającym nie był, w Monaco i Wiesbaden zasiadał do 

stolika gry obok największej hałastry europejskiej, zapoznawał się, bywał, przyjaźnił, ale w 
domu!! W kraju też zwykle z musu tylko siedział, na krótko, i uciekał jak z atmosfery, którą 
wyżyć nie mógł.

Margocki   z   hr.   Edmundem   pospieszyli   do   oficyny,   w   której   były   zawsze   gotowe   na 

przyjęcie apartamenta hrabiowskie, gdyż tam zajechał i wysiadł. Miał się przebrać i posłał do 
hrabinej z zapytaniem, czy będzie przyjętym i o której obiad. Stary hrabia inaczej nie jadał jak 
najwcześniej o siódmej, tu na wsi o trzeciej musiała jadać hrabina, dla uniknienia wielu 
niedogodności, ale i ona by była wolała siódmą lub ósmą. Ponieważ już było po obiedzie, 
hrabia kazał sobie podać obiad w swoich pokojach, a do hrabinej obiecał się na wieczór.

Nakarmić hrabiego było na wsi niesłychanie trudno, wykwintny smakosz, nie rozumiał 

obiadu bezprawidłowego. Musiała być ryba, zwierzyna, lody, przekąski, nowalie, cztery wina 
różne, szampan itp. Musiało to wszystko być podane z szykiem, a najstarsze bordeaux bez 
koszyczka i stojące wydałoby mu się nie do picia.

Gdy Edmund wszedł, a ojciec zajęty był toaletą, rozpoczętą po podróży od kąpieli, nie 

można się z nim więc widzieć było, póki by się nie ubrał. Dobrą godzinę najmniej miał młody 
hrabia przed sobą i poszedł z Margockim do jego mieszkania na dół.

— No, Margosiu — ciężka na ciebie przyszła godzina — odezwał się do niego — mama, 

papa i ja… Trzy błagające dłonie, a raczej garście, które by jak najwięcej pochwycić i ścisnąć 
chciały!! Wyłysiejesz do reszty.

Plenipotent się uśmiechnął.
— Z próżnego i Salomon nie naleje — rzekł — przedstawię rachunki… okażę wydatki… a 

co zostanie… zabierzecie.

— Tylko ci z góry powiadam, ja na rachunki nie patrzę, mama ich nie rozumie, ojciec się 

nimi nudzi, rachuj, jak chcesz, a pieniądze żeby były. To moje ultimatum.

— A jak nie będą?? — spytał Margocki. Edmund się zamyślił:
— No to od czegóż ty i twoja głowa? pożycz. Plenipotent się roześmiał.
— Bajeczna to rzecz dostać pieniędzy!

background image

— Ty umiesz i bajeczne czynić rzeczywistością. Przegadali tak aż do godziny, w której się 

wyjścia ojca mógł spodziewać syn. Poszli. W chwilę po ich przybyciu do saloniku drzwi się 
otworzyły   i   stary   wszedł,   z   niezmierną   czułością,   wesołością,   żywością   ściskając   syna, 
któremu się przez szkiełko przypatrywać zaczął.

Margockiemu podał rękę.
Mówił tylko po francusku.
— Ty, mój Margosiu — coś mi postarzałeś… Edmund zmężniał…
Hrabia prosił siedzieć syna, jakby gościa, sam siadł, dano znać o obiedzie, przeszli do 

małej jadalni, gdzie kamerdyner przybyły ze starym urządził, jak mógł, çe mauvais diner

*

 

zapowiedział panu, że tego dnia musi się zaspokoić tym, co było, inaczej by bowiem, jak 
Ludwik XIV., naraził się na —  c z e k a n i e ! Gospodarz był  do tego przygotowany i jak 
mówił, il faisait bonne mine à mauvais jeu

*

.

Rozprawiano   o  kursach,   o  koniach,   o  wodach,   o  polityce,  o  różnych   znakomitościach 

stałego lądu i W. Brytanii. Hrabia był ożywiony i werwy pełen. Przy nim gaśli wszyscy.

Nareszcie po czarnej kawie, po likworze, po cygarze kamerdyner podał kapelusz i białe 

rękawiczki, hrabia wybrał się pozdrowić żonę. Syn i plenipotent składali orszak jego. Na 
przyjęcie gościa hrabina kazała oświecić wielki salon, przywdziała suknię, w której była raz 
w Tuileriach, słowem wystąpiła, wiedząc, że to mężowi będzie przyjemnym.

Z   daleka   patrzący  byłby   poprzysiągł,   iż   tych   ludzi   dwoje,   co   najwięcej   dobrymi   byli 

znajomymi i dobrymi przyjaciółmi. Rozmowa nie tknęła nic poufalszego, ojciec tylko spytał 
dla formy o drugiego syna… a potem wzajem sobie przy herbacie opowiadając anegdoty z 
wielkiego świata, ona, co jej mówiła cesarzowa i księżna Metternich, on, co mu powiadał lord 
Clarendon i Gladstone… przesiedzieli najmilej do północy, dali sobie dobranoc i rozstali się, 
zachwyceni sobą.

— Wiesz, Carito — odezwała się po wyjściu męża hrabina do towarzyszki — hrabia 

jeszcze dziś jest jednym z najpiękniejszych mężczyzn w Europie. Quelle prestance! quel air  
grand seigneur!

*

 I powiadam ci, że nic nie starzeje, cudownie zakonserwowany.

W tej samej prawie chwili — hrabia mówił Margockiemu:
— Hrabina nieco utyła… ale co za świeżość twarzy! jaki blask w oczach… wcale jeszcze 

ładna, a wiesz, że ma lat pięćdziesiąt… C’est moi qui vous le dit

*

.

Tegoż   wieczora   gruchnęło   na   folwarku,   po   miasteczku,   że   hrabia   przybyć   raczył. 

Wiedziano, że  był  wymagającym  i że oddanie mu  należnego  hołdu przez osoby na jego 
ziemiach   osiadłe   uważał   za   obowiązek.   Przygotowano   się   więc   nazajutrz,   spytawszy   o 
godzinę. Zwykle w takich razach zbierało się, co żyło, we frakach do salki w oficynie, na 
godzinę jedenastą. Tu czekano od kwadransa do trzech — drzwi się otwierały i dostojny pan 
wchodził w rannym surducie pozdrowić swych wiernych poddanych… Zresztą grzecznym dla 
nich był nadzwyczajnie, ale grzeczność jego mroziła i odpychała. Jako dobry katolik — co do 
form zewnętrznych — księży witał naprzód, potem obchodził dokoła wszystkich i łaskawie 
pozdrawiał z kolei słowem lub dwoma. Jeśli zaś kto miał nieszczęście na niełaskę zasłużyć, 
karany bywał milczeniem. Po odbytej  ceremonii uciekało wszystko szczęśliwe, że się jej 
zbyło, do domów, a czasem ksiądz lub ktoś potrzebny zostawał, jeśli na przykład zamierzano 
u niego dostać pieniędzy.

I tym razem ceremonia powitalna odbyła się uroczyście. Ostójski przybył także z tą białą 

rękawiczką w ręku, a że Margocki dawno już o zamożności jego mówił, hrabia uczcił go, na 
wypadek   gdyby   miał   potrzebować,   kilką   słowy   miłymi   i   uśmiechem   uprzejmym.   Z   ks. 
Kanonikiem   zagadał   hrabia   o   Rzymie   i   złośliwości   Włochów,   o   żuawach   papieskich,   o 

* çe mauvais diner (fr.) — ten kiepski obiad
* il faisait bonne mme a mauvais jeu (fr) — robił dobrą minę do złej
* Quelle prestance! quel air grand seigneur! (fr ) — Jaka prezencja! jaki ton wielkiego pana’
* c’est moi qui vous le dit (fr.) — Ja to panu mówię

background image

nadziei pewnej, iż dawne ziemie oderwane od państwa kościelnego przywrócone zostaną…

Po kwadransie wszyscy jak zawsze rozeszli się, hrabia siadł odpocząć. Edmund poszedł do 

matki,   został   tylko   powstrzymany   Margocki,   bo   hrabia   się   chciał   od   niego   o   interesach 
dowiedzieć.

— Siadajże, proszę cię, bez ceremonii. Tak się rozpoczęła rozmowa.
— Chciałbym się coś dobrego od ciebie dowiedzieć o interesach! Mów mi!  La pauvre 

chère   comtesse

*

  pewnie   potrzebuje   pieniędzy,   ja   ogromnie,   ogromnie,   przyjechałem,   nie 

mając trzech tysięcy franków w kieszeni. Edmund mówił mi, że ma długi. No, cóż ty nam 
dasz?

Nie   będziemy,   szczegółowo   spisywali   bardzo   ciekawej   rozmowy   hrabiego   z 

plenipotentem, przeciągnęła się ona bardzo długo i zostawiła po sobie wrażenie przykre na 
dostojnym panu. Posądzał nawet plenipotenta o nieudolność, ociężałość lub… kto wie? o co 
gorszego może jeszcze… Bo jak to być mogło, żeby nie było pieniędzy??

Gdy ludzie tego rodzaju potrzebują ich, nie ma najmniejszej wymówki, pieniądze muszą 

być — jest dla nich rzeczą oburzającą, aby im odmawiano Ze premier nécessaire, które często 
stami tysiąców się liczą. Ale jakże żyć comme un manant?

*

Hrabia   wcale   zadowolnionym   nie   był   z   plenipotenta,   ukazującego   same   trudności, 

szkopuły, ciężary, niepowodzenia. Dla ukarania go zasępił się i był najpewniejszy, iż brwi 
zmarszczone i groźba niełaski wszystko to zmienić muszą.

Zaczęto pod koniec rozmowy o panu Edmundzie, o jego życiu, o wydatkach itp. Margocki 

miał ten dobry system, iż ojcu zawsze mówił sous le sceau du secret na syna, synowi na ojca, 
matce na obu.

— Pan hrabia wie, jak całą rodzinę kocham i szanuję, a pana Edmunda wielbię — ale mnie 

on smuci… Bo cóż to za życie?

— Co? traci? traci? na kobiety?
— No, tego nie powiem, żeby tak wiele… une actrice.
— Przystojna? widziałeś?
— Bardzo ładna Niemeczka.
— Hm! il faut que jeunesse se passe.

*

— Ale już by też czas pomyśleć o ustaleniu losu, o małżeństwie. Hrabia ma zbyt miękkie 

serce — dodał, śmiejąc się niby dobrodusznie — miałem tego dowód świeży.

— A, a! powiedzże mi to! — zawołał hrabia.
— To nawet trochę nadto serio jakoś wygląda — dodał Margocki — formalnie zakochany, 

oszalały w córce Ostójskiego, dzierżawcy.

— Allons donc!
— Tak dalece, że z hrabiną roztrząsał szanse ożenienia.
— Allons donc! czy wariat?
— A hrabina z tą swoją anielską dobrocią zdawała się mu nie tylko nie sprzeciwiać — ale 

potakiwać… Dlatego potrzebowałem hrabiemu to powiedzieć, boć należy temu zapobiec.

—  Najgorzej   jest  w  takie  rzeczy się   mięszać!   —  rzekł   stary  hrabia   —  nadaje  się  im 

ważność, której nie mają. Niebezpieczeństwo, jeśli jakie grozi, to tej biednej dziewczynie… 
no, ale co mi tam do tego! niech ojciec pilnuje!

Margocki więcej nie nalegał, potrzeba mu tylko było rzucić wiadomość, aby później do 

niej przyszyć, co wypadnie.

Chociaż   p.   hrabina   gościła   u   cesarzowej   i   była   w   przyjaźni   z   ks.   Metternich,   gdy 

okoliczności zmuszały ją do pobytu na wsi, obchodziła się takim towarzystwem, jakie mieć 
mogła,   byle   nie   została   samą.   Z   przyjazdem   hrabiego,   który   nierównie   był   w   wyborze 

* La pauvre chere comtesse (fr ) — Biedna droga hrabina
* comme un manant (fr.) — jak prostak
* il faut que jeunesse se passe (fr ) — młodość musi się wyszumieć

background image

trudniejszym i mniej przystępnym, w pałacu musiało się wiele zmienić. Wprawdzie hrabia nie 
rozkazywał, nie mieszał się, nie przeszkadzał, ale umiał obejściem się swym, miną, jednym 
niczym okazać dotkliwie, czyja przytomność była mu nieprzyjemną. Jednym ze środków 
przezeń najpospoliciej używanych do odpłaszania ludzi było ignorowanie ich zupełne. Tych, 
których   sobie   nie   życzył,   nie   widział,   nie   słyszał,   nie   znał;   nie   mówił   do   nich,   unikał 
spojrzenia, nie odpowiadał na pytania, słowem obchodził się z nimi, jak gdyby ich tam nie 
było. W ten sposób, nie używając gwałtownych środków, umiał się w końcu pozbyć każdego. 
Zaraz następującego dnia, zobaczywszy w pałacu zwykłe towarzystwo, ks. Wikarego, który 
zwał  się kapelanem,  pana Juliana, którego  mianowano doktorem  anticipative

*

 na ostatek 

pannę Zofię z panną Klarą, hrabia rozpoczął postrzeżenia swe i postanowił w duchu oczyścić 
pałac z żywiołów napływowych, które mu się nie podobały. Kapelan uzyskał amnestię już dla 
swej sukni, już przez to, że mówił biegle o książętach rzymskich i kardynałach, z którymi, jak 
utrzymywał,   poufale   obcował,   Julian   niezbyt   mu   się   podobał,   lecz   względem   niego 
postanowił   do   czasu   zachować   się   neutralnie,   co   się   tyczy   panny   Zofii   i   cioci,   na   to 
spojrzawszy   z   ukosa,   hrabia,   nie   rozbrojony   wdziękiem   pierwszej   ani   wdzięczeniem   się 
drugiej, powiedział sobie, że je wyprawi na folwark.

Dla samego syna nie chciał tolerować ich pobytu i odwiedzin w pałacu częstych pod 

pozorem muzyki. Zaledwie się pannie Zofii skłoniwszy, nie odpowiedziawszy ani słowa na 
wyszukany komplement panny Klary, stary pan szukał tylko środka grzecznego okazania tym 
paniom, ażeby poprzestały bywać w pałacu. Z mężczyznami nierównie łatwiej, z kobietą 
bardzo trudna, niegrzecznym bowiem we własnym domu ani być mógł, ani chciał.

Zaraz   pierwszego   wieczora,   gdy  Zosia,   wedle   swojego   obyczaju   wcale   nie   zmieszana 

przytomnością hrabiego, śmiało gwarzyła i wypowiadała myśli swoje z dziecięcą naiwnością 
i odwagą, hrabia, wysłuchawszy szczebiotania, poznał, że miał do czynienia z niepospolitą 
istotą.

To go więcej jeszcze nastraszyło. Nie odzywał się wcale do niej, udawał, że nie patrzy, ale 

uważnie słuchał rozmowy jej z hrabiną, z Caritą i synem. Śmiałość, świeżość myśli, spokój, z 
jakim mówiła, mocno go zastanowił. Dziedziczka milionów i wielkiego imienia nie mogła 
być   śmielszą.   Urok   młodości   przy   tym…   nowość…   nie   był   do   pogardzenia.   To,   co   w 
opowiada—   niu   Margockiego   wydało   mu   się   wcale   obojętnym,   teraz,   po   lepszym 
przypatrzeniu z bliska, nabierało groźnego znaczenia. Edmund, wcale nie zważając na ojca, 
był nadskakującym i niezmiernie czułym dla Zofii.

Hrabia powrócił do swych pokojów zamyślony. Synowi nic mówić nie chciał, nie było to 

w jego obyczaju, pannie dać poznać nieukontentowanie nader zdawało się trudnym, a jednak 
coś było począć potrzeba.

Hrabia zostawił stanowczą decyzję czasowi. Następnych dni zachował się jak obojętny 

widz tylko, ale oko miał nader trafne i najmniejszy ruch a skinienie mu nie uszło. Dopatrzył 
się tu nawet rzeczy, których nikt nie widział i o których nie wypadało mu też mówić nikomu.

Upłynął tydzień od przybycia hrabiego, na pozór nie zmieniło się nic w pałacu. Stary 

wszakże do nowych gości swej żony nigdy słowa nie powiedział, nie zapytał, nie wszedł w 
rozmowę. Z jednym Wikarym czasem parę słów zimnych zamienił.

Po tygodniu, gdy wszystko zdawało się iść już swym trybem bez najmniejszej z jego 

strony   przeszkody,   jednego   poranka,   namyśliwszy   się,   hrabia   napisał   bilecik   i   oddał   go 
swemu kamerdynerowi z poleceniem, aby go ktoś niepostrzeżenie odniósł na folwark. Kartka 
ta, bardzo złą polszczyzną napisana i nieczytelna, zapraszała pana Ostójskiego, ażeby był tak 
grzeczny i nazajutrz o godzinie dziesiątej hrabiego odwiedził.

Ostójski, który zwykle wszystkie interesa z Margockim kończył, a z hrabią nigdy żadnego 

nie   miał   i   mówić   z   nim   nawet   nie   umiał,   niezmiernie   się   temu   zaproszeniu   zdziwił   i 
zafrasował,   gdyż   inaczej   wytłomaczyć   go   sobie   nie   mógł,   jak   —   potrzebą   pożyczenia 

* anticipative (łac.) — z góry, naprzód

background image

pieniędzy — i to grubych. — Ulokować zaś na odłużonych dobrach na czwartym lub piątym 
numerze po landszafcie

*

 sumę znaczną było toż samo, co ją na wieki stracić. Wymówić się 

nieposiadaniem jej nie było sposobu znowu, bo zdrajca Margocki mógł o obrocie kapitałów 
szlachcica doskonale zawiadomić.

Nie powiedział zrazu nikomu o zaprosinach Ostójski, kabałę pociągnął, nie wyszła, był 

zły…

Trzeba   było   nazajutrz   iść   do   pałacu   o   godzinie   dziesiątej,   rodziło   się   wszakże   dla 

szlachcica pytanie, którego on bez rady osób doświadczeńszych rozwiązać o swej sile nie 
umiał. W surducie iść, jako z rana, czy we fraku, jako do ekscelencji i jurysdatora

*

? Nie chciał 

chybić jemu, ale też i sobie, okazując się nieobeznanym ze zwyczajami światowymi. Instynkt 
dyktował   surdut,   obawa   tradycyjna   przed   jaśnie   wielmożnym   —   frak   i   ową   znowu 
nieśmiertelną rękawiczkę białą. Pociągnął kabałę na frak — nie wypadła, los więc oświadczał 
się   za   surdutem.   Rodziły   się   zatem   skrupuły.   Hrabia   był   niesłychanie   dumny,   był 
szambelanem bodaj dwóch dworów, kawalerem kilku wysokich orderów, miał gwiazdę… 
Ostójski uczuł się tak niepewnym, iż musiał zwierzyć się siostrze.

Panna Klara  wysłuchała petycji  milcząca i głęboko  zadumana — nie  wydała wszakże 

natychmiastowego wyroku, ważyła długo, co za i przeciw powiedzieć się dawało.

— Widzisz, kochany bracie — odezwała się złagodzona względem niego wdzięcznością za 

to, że ją do rady wezwał — widzisz… to pan z panów… i twój, bądź co bądź, chlebodawca, 
siedzisz na jego majątku… znasz dumę… włóż frak…

Byłby Cześnikiewicz włożył  go niechybnie, gdyby z wielkiej  gorliwości o to, aby się 

wydał świeżym, choć nim nie był, nie wzięła go w opiekę panna Klara i nie postanowiła 
odprasować.   Żelazko   było   gorące   bardzo,   służąca   weszła   pytać   o   rozkazy,   zbyt   długo 
pozostawione na pole fraka spaliło ją najnielitościwiej, do dziury.

Rozpacz panny Klary odmalować się nie daje, chociaż ona nic nie była winną, tylko ta 

głupia służąca, która weszła nie w porę i stała się katastrofy przyczyną. Drugi z rzędu frak — 
nader   podżyły   i   o   białym   dniu   niemożebny,   sługiwał   tylko   na   te   baliki   i   wieczory   w 
sąsiedztwo,   gdzie   zawsze   sosem   oblewano   i   świece   kapały.   Przy   świetle   był   jeszcze 
uchodzący, ale o godzinie dziesiątej nadto na nim znaczne były wszystkie blizny w mnogich 
walkach odniesione.

Poszedł więc Ostójski — tak chciało przeznaczenie — w czarnym surducie, spiętym na 

jeden guzik żołądkowy, ale w kamizelce białej i cylindrze. Wpuszczono go natychmiast, i to 
nie do sali audiencjonalnej, ale do gabinetu hrabiego, co było już dowodem szczególnej łaski. 
Hrabia miał na sobie przepyszne ranne ubrańko z lekkiej flaneli, a na głowie fezik nader 
zręcznie   ułożony.   Pozdrowił   Ostójskiego   uprzejmie,   wskazał   mu   krzesło,   sam   usiadł, 
nachylając się ku niemu, i rozpoczął rozmowę.

Nim z niej jednak zdamy sprawę, poprzedzim ją małą uwagą ku zrozumieniu potrzebną.
Ostójski   był   bardzo   łagodnym,   dobrodusznym   i   pokornym   nawet   człowiekiem,   to   nie 

ulegało   wątpliwości,   miał   jednak   słabe   i   drażliwe   w   sercu   punkta,   których   dotykać   nie 
należało — bo tu, jak za przyciśnięciem sprężyny, odzywała się i buta szlachecka, i obrażona 
miłość własna, i krew gorąca, którą powierzchownie, jak lawę wulkanu, czas ostudził, choć 
pod spodem rozpłomieniona jeszcze płynęła. Tych odcieni charakteru mało kto z najbliższych 
Ostójskiemu był świadomy, a cóż dopiero hrabia, który go znał tylko jako potulnego swojego 
dzierżawcę,   wyglądającego   na   hreczkosieja,   szczęśliwego,   gdy   go   łaskawe   słowo   z   ust 
pańskich zaszczyci.

— Mój kochany panie Ostójski — rzekł hrabia powoli — daruj mi, żem acana dobrodzieja 

fatygował, i mam do pomówienia. Znam go, jeśli nie osobiście, to ze stosunków naszych z 
dawna jako godnego człowieka.

* landszafta — ziemskie towarzystwo kredytowe w dawnych Prusach
* jurysdator (łac) — mocodawca

background image

Ostójski wstał z krzesła, ukłonił się, kapelusz upuścił, podjął go i słuchał.
— W delikatnej cale materii zmuszony jestem przemówić do niego. — Hrabia westchnął.
— Acan dobrodziej sam ojcem jesteś…
Ostójski znowu się skłonił, ale kapelusz aż zgniótł, tak trzymał, żeby mu po wtóre nie 

upadł.

— Jest rzecz taka… hrabia Edmund, człowiek młody, niedoświadczony, snadź miękkiego 

serca i płochy, Widzi mi się do córki asindzieja, pięknej panny Zofii, zbytni okazywać afekt. 
Bardzo mnie to zasmuciło, bo i dla panienki to gra niebezpieczna i naturalnie — nic z tego 
być nie może — i chłopiec się durzy na próżno. Trzeba na to szukać rady i temu zapobiec… 
aby się to nie przeciągało…

Ostójski, słuchając, zrazu uszom nie dowierzał, potem sczerwieniał cały jak rak, zakrztusił 

się,   bo   czuł,   że   mu   krew   napływa   do   głowy,   i   choć   hrabia   zamilkł,   dając   mu   czas   do 
odpowiedzi, słowa wyjąknąć nie mógł.

—   Niepodobna,   żebyś   pan   lub   siostra   jego   nie   dostrzegli   tego,   żeby   ojciec   tego   nie 

wiedział,   muszę   więc   przypuszczać   —   dodał   hrabia   —   iż   może   rachujecie   na   słabość 
młodzieńca, matki i moją, a czuję się w obowiązku oświadczyć mu, iż ta rachuba omyli…

Ostójski pod koniec zerwał się, wzburzony, zadławiony gniewem, zapomniawszy zupełnie, 

że mówił z ekscelencją gwiaździstą i jurisdatorem.

— Panie hrabio — zawołał głośno i prawie krzykliwie.
Hrabia za rękę go chwycił
— Na miłość Boga, tylko ciszej!
— Panie hrabio — wyrywając rękę, krzyknął Ostójski — moja córka… moja córka… ja, 

mości dobrodzieju, nie potrzebuję żadnych podobnych rachunków…

— Tylko ciszej, proszę cię, i nie gniewaj się, panie Ostójski — rzekł hrabia skłopotany 

nieco — no! to dobrze, to bardzo dobrze! więc cicho, zgoda… niech tylko w pałacu nie bywa.

—  Aleśmy   my,   mości   dobrodzieju,   panie   hrabio   —   dodał   Ostójski   jeszcze   bardziej 

rozjątrzony — wcale się tam nie cisnęli. Nie żądni jesteśmy towarzystwa, do którego nie 
nawykliśmy, mamy swoje. Córka moja udała się tam na wyraźne zaproszenie i naleganie pani 
hrabinej. Żadnych koperczaków do mojej córki, gdybym je widział i orne przypuszczał — nie 
dopuściłbym… bo córka moja partię sobie odpowiednią znajdzie…

— Tylko nie gniewajże się, mój panie Ostójski — rzekł hrabia zmieszany — nie bierz tych 

rzeczy tak gorąco… nie urażaj się. Rozumiesz to bardzo dobrze, iż ja dla mojego syna partii 
odpowiedniej i majątkiem, i imieniem szukać muszę, a nie…

Ostójskiemu oczy krwią zaszły.
— Ale ja także! ja także! mości dobrodzieju! panie hrabio. Ja w tym szczęścia córki nie 

widzę, żeby poszła za panicza, którego by rodzina krzywo na nią patrzała. Zosia ma swoje sto 
tysięcy talarów gotówki, czego czasem i księżniczki nie mają, ma poczciwe imię, młodość, 
rozum, a z tym się prosić nie potrzebuje, aby ją kto wziął.

Ostójski był tak wzburzony i gniewny, iż obawiając się, aby mu język nie poddał jakiej 

niedorzeczności, natychmiast, mimo że hrabia usiłował go uśmierzyć i zatrzymać, ukłonił się 
i  z  impetem wielkim  wyszedł.  Nie wiedząc,  co  począć,  a  uczuwszy dopiero,  iż  popełnił 
wielką niezręczność,  nie obrachowawszy dobrze  charakteru szlachcica,  hrabia  pozostał  w 
gabinecie blady, zmieszany i sam na siebie gniewny. Czuł bowiem, iż to wystąpienie musi za 
sobą pociągnąć skutki nieprzyjemne. Lecz co się stało, odstać się nie mogło.

Ostójski  wybiegł raczej, niżeli wyszedł z  oficyny,  szczęściem,  że go nikt nie  widział; 

pogięty kapelusz, zapomniawszy o znajdującej się w nim rękawiczce, wbił na głowę tak, iż 
białych   palców   część   zwisła   mu   na   czoło,   czego   w  wielkim  rozgorączkowaniu   nie   czuł, 
opędzając   się   rękawiczce   niby   muchom   natrętnym.   Sam   nie   wiedział,   jak   się   dostał   na 
folwark. W kapeluszu na głowie wpadł do pokoju, w którym córka grała na fortepianie, rzucił 
się do niej, całując ją i ściskając — stłumionym powtórzywszy kilkakroć głosem:

background image

— Od dzisiejszego dnia… ani noga twoja w pałacu… proszę i rozkazuję.
Na głos ten wpadła, jakby przeczuwająca coś, panna Klara.
—   Słyszy  siostra   —   zawołał   Ostójski   —   jam   ojciec   tu   i   mam   prawo   dyspozycji,   od 

dzisiejszego dnia, chociażby po stokroć zapraszano, nikt nie pojedzie do pałacu. Stosunki są 
zerwane. Ja tak chcę i dysponuję.

— Ale cóż się stało? — zapytała panna Klara.
— Nic się nie stało, tylko ja, ojciec, głowa domu i pan, chcę, by tak było, i rozkazuję.
— Zawołać Jakubka. Panna Klara stała niema.
— Proszę mi kazać zawołać Jakubka.
Jakubek   był   chłopak   pełniący   różne   funkcje,   lokaja,   kamerdynera,   woźnicy,   a   nawet 

dozorcy w polu. Przeważnie jednak półmiski roznosił i posługiwał w salonie.

— Zawołać Jakubka! — po raz trzeci powtórzył pan Ostójski, aż sama Zosia pobiegła po 

niego, czemu się nie sprzeciwił. Tego czasu użyła panna Klara, aby go spytać znowu.

— Ale cóż bratu jest?
— Nic mu nie jest i proszę mnie o nic nie pytać. Dysponuję, bo mi się tak podoba. — W 

tejże chwili Zosia wbiegła, prowadząc ze sobą Jakubka, który w pośpiechu, nie mając czasu 
przywdziać surduta, zjawił się w granatowej kamizelce.

— Jakubek mnie wysłucha z uwagą i spełni co do joty to, co mu powiem. Słyszysz — co 

do joty.

— Słyszę, panie.
— Włożysz surdut naprzód, porzucisz wszelką inną robotę, kto inny cię zastąpi, staniesz w 

ganku i będziesz stać od godziny rano do wieczora. Jeśliby kto przyjechał lufo przyszedł z 
pałacu, hrabia dziedzic stary czy młody, czy ktokolwiek bądź — zastąpisz mu drogę i powiesz 
wyraźnie i dobitnie, że państwa nie ma w domu. A jeśliby się wnijść upierał — zamkniesz 
drzwi pod nosem — słyszysz?

— Słyszę, proszę pana — rzekł Jakubek — ależ oni widzą i wiedzą, kiedy państwo są u 

siebie — cóż ja będę kłamał?

— Tylko mi ty nie teologuj i nie kręć — zawołał Ostójski — dla wszystkich my jesteśmy 

w domu, a dla nich — nie.

Jakubek gębę otworzył.
— Zrozumiałeś?
—   Rozumiem,   proszę   pana,   to   tak   jak   w   mieście,   gdzie   choć   kto   jest   doma,   nie 

przyjmuje…

— Jeśli spytają o mnie — nie ma, o pannę Klarę — nie ma, o pannę Zosię — nie ma. Nie 

ma i nie ma.

— A dopóki to ma być?
— Póki cię ze szyldwachu nie zdejmę — rzekł Ostójski. Dobył sakiewki z kieszeni, dostał 

z niej talara bitego i dał chłopcu — porzuć wszystko i idź na wartę w ganek.

To rzekłszy, spocony, zmęczony, rzucił się Ostójski na kanapę i uznojone czoło sparł na 

dłoni. Zosia i panna Klara stały nad nim milczące, nie śmiejąc go nawet zapytać, co się stało. 
Rzadko go widywano w tym stanie, a gdy był tak podrażniony, wiedziano, iż mu się trzeba 
dać wysapać, dopiero sam potem, udobruchany, z serca ciężar zrzuci i wygada się.

Panna   Klara   zrozumiała   tylko   jedno,   iż   jej   dla   Zosi   nadzieje   rozchwiane   były,   iż   coś 

stawało tej miłości, na którą ona rachowała — na przeszkodzie.

Zosia   przyjęła   to   obojętnie,   dla   niej,   jakkolwiek   pałacowe   towarzystwo   było   dosyć 

przyjemnym, ceniła je głównie z tego, że tam teraz częściej Juliana spotkać, spojrzeć na niego 
i śledzić go mogła.

Ostójski siedział długo, oparłszy głowę na dłoni, wzdychał, kręcił się, mruczał, nareszcie 

oczy odsłonił i zobaczył już tylko Zosię samą, która z troskliwością dziecięcą w milczeniu 
siedziała, czekając, aż ochłonie.

background image

— Ty tu jesteś? — spytał cichym głosem — dobre dziecko? Prawda? nie gniewasz się na 

mnie? nie?

— Za co?
— Za to, że cię towarzystwa pałacowego pozbawiłem… ale niech ich tam wszystkich… 

wezmą… Nam nic po nim, nie… Toć przecie ludzie z innej gliny i innego gatunku. Co nam 
po nich, co im po nas? Pókiśmy im gotowi, jak pudle, na dwóch łapach służyć, poty dobrze, 
ale, uchowaj Boże, myśleć się o równe upomnieć prawa…

— Mój tatko, o cóż poszło?
Ostójski pomyślał trochę, jakby rozważał, czy ma jej wszystko powiedzieć, potem rzekł:
— Na co ci mam taić. Stary hrabia mnie wezwał dziś rano, aby mi oświadczyć, iż my na  

próżno rachujemy na bałamucenie jego syna, bo on się w żadnym razie z tobą nie ożeni… A 
razem prosił, abyś ty nie bywała w pałacu.

Zosia skoczyła zapłoniona, gniewna jak ojciec, uderzając w rączki.
— A ty? a ty? — spytała.
— A jam mu powiedział, że my nikogo ciągnąć nie potrzebujemy, że my… tego. No, dosyć 

żem mu szpetnie zmył głowę i wypadłem. Teraz trzeba się innej dzierżawy starać, bo gdyby 
oni mnie chcieli, ja ich — nie. I rozumiesz dlaczego, gdyby kto przyszedł z pałacu, zakaz 
przyjmowania…

Zosia pocałowała ojca w czoło.
— Uspokój się tatku — rzekła — proszę cię. Postąpiłeś godnie, święcie… Nie rada bym w 

tej chwili stąd ruszyć, ale — wola Boża! Słuchaj, dobry ojcze — konie dysponuj na jutro, 
gospodarstwo zdaj na Obzorskiego — a my — jedźmy.

— A, ty jesteś złota dziewczyna! — zawołał zrywając się Ostójski — tyś anioł, ja wiem i 

czuję twoją ofiarę… ale trzeba jechać. Jedźmy… jedźmy! dokąd?

— Dokąd chcesz — mnie wszystko jedno. Jutro — dziś, jeśli można.
Zosi łzy się kręciły, ale i ona oburzona była, krew młoda w niej kipiała.
— Dokąd chcesz, ojcze… byle prędko…
Ojciec rzucił się ją całować i ściskać, popłakali się oboje. Na tę scenę weszła panna Klara 

zdumiona, trochę kwaśna.

— Cóż to za czułości? — spytała. Ostójskiemu humor nagle powrócił.
— Siostro Klaro — odezwał się —  hora canonica

*

 każ dać wódki i piernika… i niech 

ich… wezmą!

— A ja o niczym nie wiem! — z urazą szepnęła stara panna — mnie trzymacie w dręczącej 

nieświadomości przedmiotu waszych gniewów, rozczuleń i wesela? Godziż się to?

Ostójski milczał, Zosia szła pocałunkiem przebłagać.
— Mnie zawsze los ten spotyka jakby obcą istotę — westchnęła panna Klara.
Zdziwienie   w  pałacu   było   wielkie,   gdy  Zosia,   zaproszona   na   obiad   i   na   przegranie   z 

hrabiną ulubionego jej kwintetu Schumanna na cztery ręce — nie przybyła. Czekano chwilę, 
potem   dano   do   stołu,   potem   sądzono,   iż   przyjdzie   po   obiedzie,   aż   hrabina,   która   swym 
fantazjom wszelkim, a szczególniej muzykalnym lubiła dogadzać — trochę się pogniewała. 
Szepnęła Caricie:

— Czemuż choć nie dała znać, jeśli chora lub jej co przeszkodziło? to — niegrzecznie.
— Ale może by posłać się, dowiedzieć? — dodała Włoszka.
Młody hrabia, który podsłuchał rozmowę, ofiarował się pójść sam, szczęściem hrabina nie 

przyjęła wniosku, skinęła na Juliana.

— Mój doktorze — odezwała się do niego na ucho — proszę cię, uczyń to dla mnie, 

przejdź   się   na   folwark   i   dowiedz,   co   się   tam   dzieje.   Panna   Zofia   przyrzekła   mi   być   na 
obiedzie i grać ze mną, nie przyszła na obiad, zdaje się, że już nie będzie, i — nie dała mi 

*  hora   canonica,   właśc.:   horae   canonicae   (łac.)   —   stałe   godziny  pewnych   czynności   w   życiu   kapłana: 

modlitw, posiłków, powrotu do domu itp.

background image

znać. Więc chyba chora lub kto w domu.

Julian się skłonił i wysunął, rzucając ukośne wejrzenie na Caritę, która, przeprowadziwszy 

go ironicznym uśmiechem do drzwi, zakręciła się po salonie i po zręcznych kilku obrotach 
znalazła się przy ks. kapelanie, z którym dosyć rozmawiać lubiła. On też, zapewne w celu 
nawrócenia zbłąkanej owieczki, nie unikał jej. Hrabina z Margockim i Edmundem sposobili 
się do ulubionego staremu panu whista z dziadkiem.

Julian, który od niejakiego czasu coraz był rzadszym gościem na folwarku, szedł teraz jako 

wysłaniec hrabinej nie bez pewnego pomieszania. Towarzystwo pałacowe, do którego się 
bardzo   garnął   w  początku,   które   mu   się   podobało   niezmiernie,   teraz   po   bliższym   w  nie 
wtajemniczeniu, wcale go nie zaspokajało. Często, bardzo już często tęsknił i żałował chwil 
swobodnych   spędzonych   w   wesołym   towarzystwie   Zosi.   Duma   wszakże   wrócić   tam   nie 
dopuszczała.

Dlaczego taż sama duma nie czuła się ani draśniętą, ani upokorzoną obejściem się z nią 

osób z otoczenia hrabinej — to sobie wytłumaczyć trudno.

Na ganku Julian znalazł pilnie stróżującego Jakubka, któremu spełnienie powierzonych 

obowiązków leżało na sercu. Widział z daleka, że Julian szedł z pałacu, miał wyraźny rozkaz 
niewpuszczania nikogo stamtąd przychodzącego — nastroił się więc we drzwiach i rzekł 
uroczyście:

— Panny nie ma, panienki nie ma i jegomości nie ma!
Zdumiony medyk słuchał, nie mogąc zrozumieć. — A gdzież są?
— Ja nie wiem (sic), ale nie ma.
— Wyjechali?
— Ja nie wiem, ale nie ma — powtórzył wyraziście Jakubek.
I byłby odszedł już Julian, gdyby Ostójski przez okno nie zobaczył, co się dzieje, i głupoty 

Jakuba się nie domyślił. Wybiegł sam w ganek, zapraszając Julka i ściskając go serdecznie.

Jakubek, który sądził, że otrzyma pochwałę, a oberwał burę, wielce został zdumiony.
Weszli do pokoju, gdzie na nich już Zosia czekała z uśmiechem i błyskiem szczęścia na 

czole. Cioci jakoś nie było, bo zajmowała się przygotowaniami do podróży.

— A to jakaś szczęśliwa gwiazda nam tu was przyniosła! — zawołał ojciec — boście od 

wieków nie byli, a myśmy się stęsknili za wami.

I począł go ściskać na nowo.
— Jam przyszedł w misji i poselstwie — odezwał się Julian.
— Od kogo?
— Od hrabinej. Panna Zofia przyrzekła jej być na obiedzie i grać z nią. A że nie dała znać, 

co przeszkodziło, hrabina, niespokojna, przysłała mnie zapytać, czy kto nie chory?

—   Nikt   nie   chory!   —   odezwał   się   Ostójski   —   tylko,   rzecz   prosta,   ja,   ojciec,   nagle 

postanowiłem Zosię wywieźć na świeże powietrze, nie oznajmiwszy jej o tym; dziś pakujemy 
tłumoki, nie było czasu nawet posłać przeprosić… jutro jedziemy.

— Jutro? państwo jadą? dokąd? — zapytał Julian — tak nagle?
— Nie, projekt był od dawna, tak się jakoś zwlekło — rzekł Ostójski — a że Zosia nie jest  

przeciw temu, pojedziemy na winogrona nad Ren albo do Tyrolu… bo jeszcze sam nie wiem.

Julian słuchał, niedobrze rozumiejąc, Zosia patrzała nań… wszyscy zamilkli.
— Przepraszam cię, kochany Julianie — dodał nagle Ostójski — na chwilkę muszę odejść, 

zostawiając cię z gosposią moją, ona ci reszty dopowie. Ja zaraz powrócę, mam coś pilnego 
zadysponować.

To wyjście ojca, co Zofia pono doskonale zrozumiała, nie miało innego celu prócz dania 

im czasu, aby się z sobą mogli rozmówić swobodnie, bo gospodarz wpadł do swego pokoju i 
siadł sobie na fotelu, okręcając palec około palca i uśmiechając się do własnego dowcipu.

Julian, który by mógł szczęśliwym się uczuć z tej darowanej mu chwilki, zakłopotanym 

był tylko mocno, Zosia także.

background image

— Przecież — odezwała się — choć hrabinie winni jesteśmy, że pana u siebie widziemy. 

Szczęśliwsze od nas pałace, bo tam pan co dzień jesteś, u nas — nigdy. Czy czarne oczy tej 
ślicznej Carity tak ciągną?

Julian się zarumienił, tłumaczenie było trudne.
— Te czarne oczy — rzekł — nie ciągną nikogo, bo chciałyby nadto wszystkich ku sobie 

pociągnąć.

— Więc cóż tam ma taki urok dla pana? — spytała Zosia.
— Wszakże ja tam i panią co dzień spotykam — rzekł grzecznie medyk.
— A! dziękuję! — roześmiała się Zosia — ale nie wierzę. Był czas, panie Julianie, kiedy… 

kiedy bym temu dała była wiarę, dziś…

— Dziś we wszystkim się trzeba bronić urokom — odezwał się Julian — bo nadszedł czas 

surowej pracy i ścisłego z życiem obrachunku… z przyszłością.

—  A  my   w   waszej   przyszłości   nie   mamy   żadnego   miejsca!   —   szepnęła   Zosia.   — 

Bezwstydną też jestem, że się o nie upominać ważę? nieprawdaż? żadnego nie mając prawa? 
Tak…   myśmy  teraz   obcy  sobie…  Ale   przypomnij   pan,   że   były  chwile,   gdyśmy  snuli   tę 
przyszłość jakoś inaczej i łącząc z sobą jej plany i nadzieje…

— Pani, pani! — zawołał Julian — na cóż to przypominać, byliśmy dziećmi… świat nam 

się wydawał jakimś eldorado, zamieszkałym przez aniołów, wielu uczuć, myśli, względów nie 
mieliśmy   pojęcia…   Cóżem   ja   winien,   że   —   dziś   uczułem   się   zuchwałym,   szaleńcem   i 
wchodzę na drogę rozsądku i obowiązku. Któż pani zaręczy, że mnie to wiele, wiele nie 
kosztuje?

— Doprawdy, ja także teraz nawet się z panem rozmówić nie umiem — mówiła Zosia — 

dawniej to nam tak szło ładnie i dobrze… pół słowa starczyło, by myśl przelać, dziś, w sta 
obwinięta, jeszcze zrozumiałą nie będzie. Pan mnie nie chcesz, ja pana nie mogę zrozumieć.

Julian uczuł się wzruszonym, ale natychmiast poskromił w sobie ten zaród słabości.
— No, kiedyż my się zobaczemy? — spytała go weselej Zosia, której oko odgadło uczucie 

— kiedy i gdzie? zabawisz pan tu długo? czy my go zastaniemy?

— Wątpię — rzekł Julian — ja wprędce jechać będę musiał.
— A powrócisz?
— Czyż mogę oznaczyć? Bóg wie jeden…
— Może was matka pociągnie tu, a my z tego skorzystamy…
Julian, obawiając się osłabnąć, już brał za kapelusz i drżącą rękę podał Zosi — która ją 

poufale zatrzymała.

— Czekaj pan — rzekła z powagą i wzruszeniem — na odjezdnym muszę panu zostawić 

słowo jedno, którego nie powinieneś zapomnieć. Serce moje wstrzymać go nie potrafi — 
kochaliśmy się dziećmi — dziś losy nas dzielą. Ja czytam w duszy waszej, lękasz się bogatej 
dziedziczki… Wiedz, panie Julianie, jedno, że ci ta dziedziczka będzie umiała czekać, póki ty 
nie   staniesz   się   równie   bogatym.   Znajdziesz   ją   wierną   dawnemu   uczuciu,   spokojnie 
oczekującą… i ufną w to, że dwa serca, które czyste połączyło uczucie, nawet po chwilowym 
obłędzie powrócić do siebie muszą. Na to ci rękę moją daję…

To   rzekłszy,   nagle   się   odwróciła   i   wybiegła.   Julian   stał   jeszcze   uderzony  tymi   słowy, 

wzruszony, gdy Ostójski wszedł, udając pośpiech, jakby z dalekiej wracał przechadzki.

— Cóż to jest? Gdzie Zosia?
— Tylko co wyszła — rzekł Julian — a ja muszę państwa pożegnać, bo mi trzeba wrócić, 

zdać sprawę hrabinie.

— Dobrze — zawołał Ostójski — idź, spraw się, ale potem wymknij i jeżeli jesteś nam 

przyjacielem, wróć do nas dziś jeszcze. Spędzim razem wieczór ostatni.

Zosia powróciła wesoła na pozór.
— Łączę moje prośby do ojcowskich. Wróć pan na chwilę.
Julian się wahał. — Będzie późno!

background image

— Czekamy choć do północy — rzekł ojciec — bo się musiemy pakować, rachować, a 

spać się nikomu dziś nie chce.

— Czy mam powiedzieć, że państwo wyjeżdżają? Ostójski się namyślił.
—   Kłamać   zawsze   brzydko,   a   znowu…   oznajmić   im,   to   tak,   jakbyśmy   chcieli   być 

zatrzymywani. Powiedz pan, że familijny interes bardzo pilny przypadł niespodzianie, że być 
może, iż jechać wypadnie. A sam przychodź…

— Przyjdziesz pan? — spytała Zosia.
— Przyjdę koniecznie! — rzekł ze łzą jakąś w oku Julian, zmieniony i poruszony.
Zosia pogoniła za nim wzrokiem i wyszła do swojego pokoju smutna i szczęśliwa razem.
Julian pospiesznie biegł ku pałacowi.
W tej chwili nie był on już panem siebie, zwyciężyła go Zosia — cała dawna miłość 

odezwała się znowu i widział z rozpaczą, że zdobyta z taką pracą obojętność, jednym jej 
poczciwym słowem została zgruchotaną. Był jej wdzięcznym, ale postanowił się trzymać. 
Cóż, kiedy teraz na własne swe postanowienia niewiele już rachował…

W pałacu nikt się nie domyślał rannej owej historii, jeden Margocki dośledził, że był 

Ostójski, ale po co i w jakim sianie wyszedł, nie wiedział. Przypuszczał, że sprawa pieniężna 
być musiała. Gdy Julian wszedł do salonu, hrabina spytała go głośno:

— Co się Zosi stało?
— Przepraszam najmocniej, ale wina nie panny Zofii, tylko ojca. Otrzymali niespodzianie 

jakąś   wiadomość   tyczącą   się   familijnych   interesów,   która   nagle   zmusiła   do…   pasania… 
radzenia, a może nawet do wyjazdu zmusi…

— O! mój Boże! ale cóż to jest? — odezwała się hrabina — jużciż Zofia nie pojedzie?

— Nie wiem zgoła — rzekł Julian.
Hrabia stary,  grając whista, nie stracił słowa z tej rozmowy, chociaż zdawał się tylko 

kartami zajęty — Edmund odwrócił się cały ku Julianowi.

— Czyżby mieli jechać? — spytał.
— Pan Ostójski sam jeszcze nie wie — odpowiedział Julian — mnie proszono w pomoc 

do pisania listów i będę musiał wracać natychmiast.

Margocki skorzystał z chwili, gdy rozdawano karty, odciągnął Juliana w stronę.
— Co to jest? pan nie mówisz wszystkiego? czy im się co stało? — zapytał.
— Nie wiem, istotnie nie wiem — odezwał się Julian.
— Czy jadą?
— Być może, pan Ostójski zakłopotany…
— Strata jaka?
— Nie powiedziano mi…
— Jeśli jadą, to zapewne za dni parę? — wtrącił plenipotent.
— Ja myślę.
— Zdawało mi się — dokończył Margocki — iż wszystkie ich stosunki i interesa znam 

doskonale, a to coś zagadkowego, czego nie rozumiem.

Julian   się   wymknął.   W   drodze,   jako   mąż   baczny   i   przewidujący,   uczynił   mocne 

postanowienie unikania rozmowy z Zosią sam na sam, obawiał się bowiem, aby pod jej 
wzrokiem nie postradał resztki samoistności.

— Winienem to mej godności człowieka, winienem… jej i sobie… Trzeba wytrwać.
Jakoż wytrwał aż do ganku folwarku, na którym może przypadkiem czekała nań panna 

Zofia. Uśmiechając się, podała mu rękę.

—   Panie   Julianie   —   szepnęła   —   teraz,   gdy   ja,   słaba   niewiasta,   jak   mówi   ciocia, 

odważyłam się na wyspowiadanie wielkiej tajemnicy, gdy pan wiesz wszystko o mnie, a ja 
widzę   jasno   w   waszej   duszy,   nie   unikajmyż   siebie,   nie   bójmy  się   i   bądźmy  po   staremu 
dobrymi przyjaciółmi…

background image

Chodź pan do ojca i pomóż mu liczyć pieniądze na drogę, a radź, dokąd jechać mamy…
Ostójski przyjął gościa w otwarte ramiona, za to panna Klara bardzo kwaśno. Oświadczyła 

ona, że w podróż się nie wybierze i pozostanie przy gospodarstwie. Łatwo się dorozumieć, iż 
wyjazdowi była z zasady przeciwną.

— Zosia i mój brat — mówiła głośno — mają to w charakterze, iż postępują sobie bez 

głębszego zastanowienia. Jechać? jechać? dokąd? nie zdawszy sobie sprawy dlaczego i czy 
wymogi położenia zmuszają w samej istocie do tak stanowczego kroku… Gdy dodamy — 
kończyła — iż dla rolnika chwila ta w przebiegu czasu jest pierwszej wagi… iż to wszystko 
leży w pilnym wzroku głowy domu… o! co za lekkomyślność nieprzebaczona!

Ale me rady są zawsze odrzuconymi, mój pogląd uchylony, me życzenia systematycznie 

poczytywane   za   niedorzeczne   —   ja   dla   nich   jestem   nieznośną   Kasandrą…   Dobrze! 
milczeniem zawrę me usta, zawrę me serce milczeniem, ale zostanę wierna przekonaniom na 
stanowisku obowiązków…

Ostatnie wyrażenia tak pięknie brzmiały jej samej w uszach, iż gotowa była przebaczyć 

bratu i siostrzenicy za to, że jej nastręczyli sposobność do tak wymownego wysłowienia.

Jeden tylko Pan Bóg i po trosze plenipotent znał prawdziwy stan interesów hrabstwa. 

Margocki domyślał się go raczej, niż zbadał, obawiał się bowiem na dno tej przepaści długów 
zaglądać.   Stary   hrabia   miał   swoje   długi,   miała   je   hrabina,   miał   syn   starszy,   a   wedle 
wszelkiego prawdopodobieństwa młodszy też już się musiał zacząć wprawiać powoli w tę 
sztukę.

Margocki   wiedział,   iż   interesa   były   w   bardzo   złym   stanie,   że   jedno   niewczesne 

wypowiedzenie znaczniejszego kapitału mogło spowodować ruinę, ale ten miecz Demoklesa

wisiał od tak dawna na włosku, a nie spadał, iż można się było spodziewać, że się i dłużej 
potrzyma.

Jedno tylko zabezpieczył sobie plenipotent, to własny odwrót bezpieczny, miał bowiem 

kapitalik w fandbriefach

*

 od czarnej godziny we własnej kieszeni i w razie kataklizmu w tej 

arce mógł się salwować z potopu.

W tej chwili nic grożącej burzy nie zdawało się zapowiadać — piorun miał uderzyć za 

jasnego nieba. Bawiono się w pałacu, hrabina mówiła o wyjeździe do Paryża, hrabia wybierał 
się   do   Monaco,   Edmund   myślał   o   stolicy,   gdyż   zniknięcie   Zosi   wymagało   jakiegoś 
serdecznego lekarstwa. Miał podejrzenie wielkie, iż mu  ktoś tu szyki pomieszał. Ale nie 
wiedział,   na   kim   się   mścić,   na   Margockim,   czy   na   rodzicach…   W   ostateczności   byłby 
pojechał dla rozerwania się do stolicy, ale nie wprzód, ażby ostatecznie powrotu Zosi utracił 
nadzieję.

Wielka to prawda, że przepełnioną czarę jedna kropla rozlewa — tak się i tu stało. W roku 

przeszłym Margocki, mając sobie przez hrabiego polecone wyszukanie niezwłocznie pięciu 
mizernych tysięcy talarów, a nie mogąc ich już wyssać z dzierżawców, napadł niejakiego 
Czółkiewicza, szlachcica, który właśnie kawał ziemi kupował, i wymodlił z niego żądaną 
sumę, zaręczywszy honorem hrabiów i wszystkim najświętszym, iż te w terminie za rok 
oddane zostaną. Były one tym nieodzowniej potrzebne, że Czółkiewicz zobowiązał się je za 
majątek nabyty dopełnić. Przyszedł termin, ale nikt o nim nie myślał. Margocki powiedział 
sobie,   że   szlachcic   może   czekać   albo   kredyt   znaleźć;   hrabia   ani   chciał   słuchać   o   tym. 
Czółkiewicz ścigał listami, posłańcami, niegrzecznościami, nic nie pomogło. Wprawdzie dał 
sobie rady w istocie szlachcic, ale obrażony tą preponderencją

*

 pańską i sposobem, w jaki się 

z   nim   obchodzono,   poprzysiągł,   że   swoje   talary   odbierze.  W  chwili,   gdy  już   o   nim   nie 
myślano wcale, zjawił się Margockiemu jak statua komandora na ucztę.

* Miecz Demoklesa (właśc. Damoklesa) — symbol grożącego stale niebezpieczeństwa
* fandbriefy (niem.) — listy zastawne
* preponderancia (łac) — przewaga

background image

Czółkiewicz   był   prosty   człek,   ale   butę   miał   szlachecką   ogromną;   gospodarz,   rolnik, 

nawykły do rozkazywania, nie do słuchania, zżymał się na sam cień przemocy i przymusu.

— Co to oni sobie myślą? — burczał przez całą drogę — myślą, że ja się ich zlęknę czy 

co? A co? zobaczymy, panie hrabio?

Ogromny, barczysty, silny, czerwony, wzrosły jak niedźwiedź, kosmaty, z twarzą rozlaną, z 

oczyma krwawo zachodzącymi, pasjonat i krzykała Czółkiewicz łagodny był jak karmelek, 
gdy go kto zażyć umiał, ale na sam cień przemocy zrywał się z uzdy jak szalony.

Gdy   wpadł   do   Margockiego,   plenipotent   zbladł   ze   wzruszenia,   ale   niełatwy   także   do 

uchodzenia, gdy się pogniewał, starł się zaraz z Czółkiewiczem na ostro.

—   Przyrzekłeś   waćpan,   obiecałeś,   dałeś   słowo   —   zaryczał   Czółkiewicz   —   oddaj,   bo 

będziesz infamisem

*

 Ja wam tu pokażę, co to jest szlachecką krwawicę przywłaszczać! ja 

swoje muszę mieć! tu nic nie pomoże. Minęły te czasy, gdy się uboga szlachta, pożyczywszy 
pieniądze, kłaniać jeszcze musiała o nie. A mnie co do tego, że wy nie macie! Weźcie u 
lichwiarza, sprzedajcie łyżki, ja moje pieniądze muszę odebrać.

Na   próżno   go   Margocki   łagodził;   co   powiedział,   to   szlachcica   jeszcze   bardziej 

rozwścieklało. Od słowa do słowa, jak zaczął tymi infamisami sadzić, Margocki mu drzwi 
pokazał, bo był w pasji. Czółkiewicz poleciał i zrobił awanturę hrabiemu, który w cały swój 
majestat   uwinąwszy   się,   wytrzymywał   atak   z   zimną   grzecznością,   na   ostatku,   gdy   mu 
Czółkiewicz począł dopiekać, zawołał kamerdynera i kazał lokajom wyprowadzić natręta…

Szlachcic silny, lokajami jak gruszkami cisnął o podłogę, stłukł zwierciadło, zgruchotał 

dwa   krzesła   i   wyszedł,   odgrażając   im.   Jakoż   rozpoczął   proces   i   wypowiedział   sumę 
natychmiast. Położenie było groźne. Inni wierzyciele, jakby się ze snu pobudzili, sypnęli 
pozwami o zaległe procenta i kapitały, których termina minęły od dawna.

Zdaje się, że Czółkiewicz, zawczasu rozgłosiwszy bankructwo, pobudzał do tego. Pozwy i 

areszta

*

  sypnęły   się   jak   grad.   Margocki   głowę   stracił.   Widząc   to,   nadzwyczaj   z   niego 

niezadowolniony hrabia wyprawił natychmiast po adwokata Fellera, który jego interesami 
prawnymi zawiadował. Feller przybył, miał on dawne obowiązki względem rodziny. Człek to 
był stary, wystygły, rachmistrz nielitościwy — nie pojmujący, by w rachuby cyfr co innego 
nad cyfry wchodzić mogło. Z rozkazu hrabiego poszedł zrewidować księgi i przekonać się o 
stanie interesów.

Po   ścisłym   wyliczeniu   długów   i   szacunku   dóbr   okazało   się,   iż   majątek   stopniał   i   że 

kapitały i procenta należne pokrywały go zupełnie. Hrabia oczom i uszom wierzyć nie chciał. 
Feller przyniósł wyciągi i przekonał go, że wszystko było straconym. Edmund, wezwany do 
pomocy przez ojca, po raz pierwszy ujrzał też, jaką miał przed sobą przyszłość. Hrabinie 
jeszcze nic nie mówiono, ale ta krzątanina w oficynach oznajmywała każdemu, kto chciał czy 
nie wglądać w nią, że się coś złego święciło.

Latano   z   księgami,   z   papierami,   wysyłano   posłańców.   Margocki   zachorował,   dostał 

żółtaczki i nie wychodził z pokoju. Dostać pieniędzy nie było podobna, bo rozgłos interesowi 
nadany   przez   Czółkiewicza   odstręczał   wszystkich.   Feller   nie   taił,   iż   subhastacja   była 
nieuchronną, a jeszcze nie można było zapewnić, czy sprzedaż pokryje należności. Położenie 
jak najrozpaczliwsze zniewoliło Edmunda, który miał stosunki w stolicy i spodziewał się tam 
coś uzyskać, wyjechać z poleceniem ojca do dostojnych a bogatych krewnych i koligatów. 
Krewni wszakże i powinowaci są wyborni, gdy się ich nie potrzebuje; dowiedziona rzecz, iż 
w   pilnym   razie   cofają   się   ze   wstrętem   od   niedelikatnego   człowieka,   który   śmie   ich 
powoływać do spółki w biedzie. Hr. Edmund przejechał się tylko daremnie i powrócił ze 
smutnym doświadczeniem, iż żadnych nadziei mieć nie można…

Stary pan upadł na umyśle i odwadze całkowicie, po dniach całych rozmyślał, czy opium 

lepsze,   czy   pistolet.   Hrabina,   coś   dowiedziawszy   się,   płakała,   modliła   się,   rozpaczała. 

* infamis (łac ) — skazany na utratę czci i praw, niegodziwiec bezecnik
* areszta — zajęcie rzeczy względnie nieruchomości na podstawie wyroku sądowego

background image

Edmund chodził zadumany, czując, iż on by jeden familią mógł ratować, sprzedając siebie i 
imię.

Poszedł naprzód do Margockiego, który powoli z żółtaczki wychodził, ale jeszcze z pokoju 

się nie ruszał, a miał przez swego hrabiego, który teraz całą winę tej katastrofy na niego 
zrzucał — polecony wyjazd i niepokazywanie się już na oczy.

W   części   słusznie   zarzucono   plenipotentowi,   iż   wcześnie   o   złym   stanie   majątku   nie 

przestrzegał,   chociaż   on   składał   się   listami,   że   to   wielekroć   bezskutecznie   czynił.   Jeden 
Edmund z nim się jeszcze widywał. Margocki w chorobie tej wymizerniał, wychudł, opuścił 
się tak, że trudno w nim było poznać dawnego salonowego eleganta wiecznie młodego. Ton 
też z nim i obejście zmieniło się. Edmund wszedł w kapeluszu, przywitał się kiwaniem głowy 
i usiadł.

— Słuchaj, Margocki — rzekł — ja muszę ratować ojca, nie ma  innego wyjścia nad 

ożenienie. C’est dit

*

Czy prawda, że Zosia ma sto tysięcy talarów?

Margocki, który już marzenie swe dawne musiał rzucić, odparł potakującym skinieniem 

głowy.

— Najprostsza więc rzecz, jeśli ojciec zapewni mi sto tysięcy, żebym się z nią żenił, 

możemy w ten sposób ocalić główny folwark z pałacem, bo resztę landszafta pokryje.

Margocki, oparty na łokciu, popatrzył i rzekł cicho:
— Niech hrabia próbuje, ja się już tu do niczego nie mieszam.
—   Tu   nie   ma   co   próbować   —   odparł   Edmund   —   ale   należy   wprost   działać,   i   to 

natychmiast, bo chwili nie ma do stracenia. Jasno się rozmówić ze starym Ostójskim, niech da 
sto tysięcy, a sam z siostrą, żeby się zupełnie usunął. Pojmuję ożenienie z panną Zofią, ale nie 
z familią — ojciec się prawie zgadza, matka zupełnie.

Plenipotent słuchał, nie odpowiadając wcale. Od dwóch dni Ostójski po kilkotygodniowej 

przejażdżce   powrócił   był   na   folwark.   Przyspieszyła   powrót   jego   odebrana   wiadomość   o 
smutnej katastrofie, z której trzeba było ratować także swoje, co się jeszcze u hrabiów miało. 
Na folwarku także czynność była niezmierna, strach i niepokój.

Zosia tylko pocieszała ojca, że się wyniosłszy stąd, kupić coś mogą i spokojniej pozostać 

w domu własnym na przyszłość.

— Cóż ty na to, Margocki — no, mów. — Mówiłem już, niech hrabia próbuje…
— A ty byś nie był tak dobry, żebyś mi pośredniczył w tym? pomógł?
— Ja? ależ ja nie wychodzę…
— Doktor ci już pozwolił. Wprawdzie — dodał Edmund — wiem, iż sam się tam chciałeś 

posunąć, lecz sądzę, że ci od dawna myśl ta odejść musiała. Byłaby to twoja dla mnie ostatnia 
przysługa i dowód życzliwości…

— Ale, panie hrabio — ja — i nie mogę i — uchowaj Boże, coś przeszkodzi lub się nie 

poszykuje znowu — winę złożycie państwo na mnie. Pan Feller dobrze z Ostójskim znajomy, 
jemu lepiej przystało o taki interes się z nim rozmówić.

Urażony tą odmową, hr. Edmund udał się do ojca naprzód, u którego już był milczące 

wyjednał pozwolenie — a upoważniony przez niego, posłał po Fellera, który w swej czarnej 
jedwabnej mycce na łysinie, przyszedł ze stoicką swą zimną krwią na zawołanie.

— Kochany doktorze (Feller był naturalnie utriusque juris) okoliczność jest następująca. 

Ratunek jedyny w ożenieniu.

Doktor głową potrząsł potakująco.
— Dzierżawcą u nas jest znany wam pan Ostójski, dobry, stary szlachcic, który ma córką i 

sto tysięcy talarów. Córka mi się podoba bardzo, gdy tu bywała w pałacu; stoma tysiącami z 
landszaftą można by uratować główne fundum

*

. Mogę się z nią ożenić. Warunek jeden, aby 

ojciec   i   ciocia   się   wynieśli.   Nie   mogę   im   wzbronić   widywania   się   z   moją   żoną…   lecz 

* C’est dit (fr.) — Postanowione
* fundum (łac.) — główny folwark: grunt przy zamku

background image

naturalnie w pewnych warunkach…

Tu   hr.   Edmund   nieco   obszerniej   począł   warunki   te   określać.   Feller   słuchał,   ręce 

założywszy w tył, czasem zażywając tabakę, z uwagą wielką, głową tylko to w lewo, to na 
prawo kręcił.

— Otóż, kochany doktorze, ty, który nas ratujesz z tego chaosu — dokończył Edmund — 

weź jeszcze na siebie pertraktacją o to z panem Ostójskim. Nigdy on ani mógł marzyć o 
podobnym dla córki losie… Skorzysta z naszego położenia…

— Czy z nim kiedy była już o tym mowa? — rozpoczął spowiedź prawnik.
—   Ojciec   mi   teraz   wyznał,   iż   trochę   sprawę   popsuł.   Powinieneś   wiedzieć   wszystko, 

kochany   Fellerze.   Panna   Zofia   bywała   w   pałacu,   ja   byłem   dla   niej   grzecznym   i 
nadskakującym — hrabia się oburzył na sam cień mezaliansu; wezwał do siebie szlachcica i 
prosił go, aby córka nie bywała w zamku. Po czym oni wyjechali zaraz za granicę… No — 
rzekł Edmund — źle to jest, lecz sądzę, zdaje mi się, że się to da naprawić. Panna, jeśli się nie 
mylę, będzie za mną.

Feller, który tabakę zażywał, nic nie odpowiedział, spytał tylko, czy ma iść zaraz.
— Naturalnie, im prędzej, tym lepiej — rzekł Edmund — proszę was… po skruszeniu 

pierwszych lodów ja sam przybędę.

Doktor wziął paleto, laskę, kapelusz i wyruszył. Znał on Ostójskiego dosyć dobrze, ale nie 

tyle,   by   mógł   przewidzieć,   jak   on   ten   interes   widzieć   będzie.   Sprzedaż   imion   i   handel 
majątków na tytuły jest rzeczą tak pospolitą i dziś zwykłą, że się nawet po dziennikach 
trafiają ogłoszenia hrabiów oświadczających, iż gotowi są Mojżeszowego wyznania się nie 
wzdrygać dla stu lub dwóchkroć sto tysięcy. Feller, który o niejednej podobnej historii słyszał, 
sądził, iż i tu rzecz będzie możliwą — a w handlu gniewu nie masz — powiada przysłowie — 
pociągnął więc na folwark. W ganku zastał pana Ostójskiego rozmawiającego z włodarzem 
swym i zakłopotanego. Zobaczywszy doktora, gdy go poznał — zawołał:

— A to pan kochany! co za gość! proszę do mnie, proszę…
Zaprowadził go, domyślając się już jakiegoś interesu, do swojego pokoju, usiedli tu.
—   Cóż?   w   smutną   chwilę   przybyłeś   tu,   szanowny  doktorze   —   rzekł   Ostójski   —   jak 

prawdziwy doktor, ale pono z choroby tej, na jaką w pałacu pochorowali, wyprowadzić ich 
trudno. Zastarzała! cha! cha!

Ostójski westchnął.
— Do kata, że i my jeszcze odpokutujemy za nich…
Feller   był   milczący,   sparł   się   na   lasce,   mruczał   półsłówka,   myślał,   jak   to   do   interesu 

przystąpić.

— Tak  — rzekł  — smutna  w istocie  rzecz  widzieć  tak  upadającą  starożytną  rodzinę, 

krajowi zasłużoną… bardzo smutno…

— Jak sobie posłali, tak się wyśpią — rzucił Ostójski — od dawna to było przewidziane…  

tańczyli tak aż do brzegu przepaści. Teraz ratunku nie ma.

— Zapewne, zapewne, trudny, nie przeczę, ale jeśli się młody hrabia zaofiarować zechce…
Ostójski drgnął, wyprostował się i milczał, coś go tknęło.
—   Młody   człowiek,   z   takim   pięknym   imieniem   —   mówił   Feller   —   przystojny, 

wykształcony, mógłby się łacno i bogato ożenić.

— A, zapewne, zapewne, niechby się żenił! W istocie to jedna rada! — rzekł Ostójski 

kręcąc palcami.

— Któż by nie chciał się skoligacić z rodziną tak znakomitą, na dworze położoną dobrze, 

mającą stosunki ogromne.

— Ogromne stosunki! — wtórował Ostójski.
— Może wziąć z pół miliona talarów, byle skinął — mówił Feller.
— Niech bierze! niech bierze! To będzie po synowsku… i rodziców wyratuje… bardzo 

pięknie, niech uczyni z siebie ofiarę.

background image

— Cała rzecz, że to wszystko tak nagli, gdyby nie to…
— W istocie nagli… sprzedadzą z publicznego targu, bardzo nagli.
— Z tego powodu — ciągnął Feller — młody hrabia gotów by, gdyby mu się co trafiło, i  

mniejszym kontentować…

— Dobry syn! dobry syn… niech się kontentuje czymkolwiek, byle choć fundum ocalić — 

pałac tak piękny, pamiątkowy — mówił Ostójski.

— Ja ręczę, że sto tysięcy talarów mająca panna mogłaby go teraz mieć.
— Myślicie? — spytał Ostójski — to dla nich byłoby mało.
— Landszafta pokryłaby resztę — rzekł Feller — a przy dobrym gospodarstwie…
— No, tak! zapewne! zapewne — wzdychając, dodał gospodarz — w ostateczności…
Feller zażył tabaki, zdawało mu się, że rzecz była bardzo dobrze rozpoczęta.
—   Coś   mi   mówiono   —   począł   —   że   hrabia   Edmund   bardzo   był   czuły   dla   pańskiej 

córeczki? nie dziwiłbym się… nie dziwił…

Ostójski   zrobił   minę   dziwną,   gębę   wykrzywił,   ściągnął,   podniósł   i   wymówił 

niezrozumiałego coś.

— Cóż wy myślicie dać córce posagu? — spytał Feller.
— Ja? Zosi, ano — rzekł Ostójski — bez remanentów, które też coś warte, myślę, że 

weźmie tysięcy.

— No, to rzecz byłaby może do zrobienia, gdybyście sobie życzyli?
Gospodarz zapatrzył się na palce, które były w ciągłym ruchu — i nic nie mówił.
— Myślicie — spytał — że rzecz byłaby do zrobienia… hm?
—  Tak   dalece   —   począł,   przysuwając   się   Feller   —   iż   poufnie   wam   wyznam,   jestem 

posłany dla wyrozumienia was.

— No, proszę, dla wyrozumienia! — powtórzył Ostójski.
— I jeśli zechcecie, możecie mieć wnuki hrabięta… a córkę…
— Hrabiną!! — uroczyście dodał Ostójski — diabli interes dla takiego jak ja szlachetki, i 

to,   taniej   grzyba.   Za   nędzne   sto   tysięcy   talarów…   pokusa!   Doktorze,   pokusa…   Jakże? 
zgodziliby się?

— Są zmuszeni — szepnął Feller — nic się im innego nie trafia.
Ostójski począł trzeć brodę i wąsy.
— Naturalnie — mówił coraz ośmielając się Feller — byłyby pewne warunki.
— Na przykład? — spytał gospodarz.
— Widzicie, oni mają takie stosunki, że oczywiście — muszą w wyborze towarzystwa być 

oględni. Prywatnie familia żony używałaby praw swoich, ale w pewne dnie… niepodobna, by 
ciążyła na hrabi, który żonę może imieniem swym uczynić godną najwyższych towarzystw, 
ale rodziny jej zaślubić całej — trudno mu.

— Bardzo słusznie! — mówił powoli Ostójski — rodzina powinna znać mores i pójść do 

nory, gdy potrzeba… Tego się nawet spodziewałem, słuszny warunek…

— Widzicie — to by się już łatwo dało doprowadzić do skutku…
—   Zapewne,   bardzo   łatwo   —   odezwał   się   spokojnie   Ostójski   —   gdybym   ja   był,   za 

pozwoleniem, kpem, a moja córka głupią. Na nieszczęście, kochany doktorze, ona ma rozum i 
serce, a ja, choć prosty człek, więcej sobie moje niepokalane imię szacuję niż hrabiostwo tych 
bankrutów.

Ostójski począł się śmiać, widząc osłupienie doktora Fellera.
— Naprawdę, śliczny targ dla kogo innego, tylko nie dla nas… kilka tygodni temu stary 

hrabia zakazał nam bywać w pałacu, posądzając o to, żeśmy bałamucili mu syna, teraz gotów 
by go nam dać, byle sto tysięcy! Ha! ha! mój doktorze, jakżeście się mogli podjąć takiego 
targu?? prawda, nie znaliście mnie dobrze, a ludzie są różni.

— Za pozwoleniem — zawołał zmieszany adwokat — tu nie ma ani nadzwyczajnego nic, 

ani czym byście się mieli obrażać. To po prostu interes. Wy jesteście obrażeni… A — któż 

background image

wie, może wasza córka ma inne przekonania?

— Słuszna uwaga — rzekł spokojnie Ostójski i podnosząc głos zawołał:
— Jakubek!!
Chłopak zjawił się we drzwiach.
— Proś tu panny Zofii.
W milczeniu, przerywanym tylko prychaniem ze śmiechu Cześnikiewicza, doczekali się 

przybycia Zosi, która wbiegła; zobaczywszy Fellera, ukłoniła mu się i zbliżyła do ojca.

— Ten pan ma do asińdzki interes — rzekł ojciec chłodno.
Feller się kłaniał i twarzy pergaminowej usiłował nadać wyraz przyjemny.
— Przepraszam — ozwał się — właściwie był to interes do papy…
— Nie, nie do mnie — zaprzeczył Ostójski — do panny Zofii; hrabia Edmund oświadcza 

się przez usta swego posła, iż zgadza się poślubić cię, byłem ja mu zapłacił sto tysięcy 
talarów i dał słowo, że w pałacu nie będę bywał, tylko przez garderobę… No, chcesz? masz 
hrabiowską koronę.

Zosia zmarszczyła się zrazu, a potem się zaczęła śmiać.
— Państwo sobie ze mnie żartujecie.
— Ale nie — szczera prawda — rzekł ojciec — jakem szlachcic.
— Wolałabym, żeby to był żart — przerwała Zosia — bo w takim razie nie byłabym 

zmuszoną gniewać się i oburzać.

Zakręciła się i podeszła do ojca, jakby u niego opieki szukać chciała.
— Dziwi mnie, że wy, panie, z waszym wiekiem i doświadczeniem, zgodziliście się — 

poczęła z uwagą — iść z taką propozycją do nas… Należymże do jakiejś kasty upadłej, która 
potrzebuje rehabilitacji, która ma płacić za prawa obywatelstwa w salonach, które dla niej nie 
są wcale pociągającymi?

A wieszże pan — rzekła coraz żywiej — że gdybyście wy nam dawali nie sto, nie trzykroć, 

ale miliony, ja bym nie oddała ręki temu, dla kogo nie mam ani przywiązania, ani szacunku…

— Daj już pokój, ma dosyć — przerwał ojciec — nie ma się co burzyć… Dziękujemy za 

honor i kwita…

Feller, zmieszany, wziął za kapelusz i począł przepraszać.
— Ja się na pana nie gniewam — rzekł Ostójski — oni to winni, iż panu nastręczyli myśl 

tę   i   przekonanie,   iż   z   nią   do   nas   trafić   można.  A  —   prócz   tego   —   gdybym   był   złym 
człowiekiem, powinien bym podziękować, boć mi przyniosłeś wieść, iż ja sobie pałac ten i 
dobra kupić mogę za sto tysięcy… A na co mi w dodatku hrabia?

Feller wyniósł się co najprędzej.
Panna Klara, która, coś przeczuwszy, za bocznymi  drzwiami  podsłuchiwała, weszła w 

majestacie całym oburzenia i gniewu.

— Ślicznie rodzic i córka postąpili sobie — zawołała — odepchnęliście szczęście, które 

wam samo w ręce szło… O zaślepieni! Śmiejcie się, drugi raz nie przyjdzie ono… Żadnej 
wzniosłości uczuć, nic szlachetniejszego w duszy… Na co wam Bóg dał pieniądze, ja nie 
wiem… Śmiejcie się — ja płaczę i nie taję się. Los się Zosi nastręczał, a teraz…

—  Teraz,   mościa   dobrodziejko,   zostaniemy   hreczkosiejami,   jak   byliśmy.   Ja   zaczynam 

pracować na drugie sto tysięcy i Zosia będzie miała przyjemność odmówić jakiemu księciu.

Ostójski śmiał się serdecznie.
— Alem go zażył, kochanego doktora — alem go zażył, wyspowiadałem do ostatniego 

słówka, dopiero, gdy się wyszeptał… Ha! ha…

Zosia, milcząc, łzę otarła, popatrzyła w okno kędyś daleko i westchnęła.
Pannie Klarze dano się wywnętrzyć z całą jej retoryką, co jej pewną ulgę sprawiło.

Gdy piorun w borze dąb obali, padając, gniecie on sobą, co dokoła pod cieniem jego rosło, 

tak samo rodzina, około której skupiało się ludzi wiele, ruiną swą pociąga wszystko, co się 

background image

przy niej gromadziło.

Wieść   o   katastrofie   błyskawicą   pobiegła   po   dworze,   po   okolicy,   witana   zdziwieniem, 

przerażeniem, obawą o samych siebie tych, co zaufawszy tak na pozór świetnemu bytowi, 
swoją   do   niego   przytulili   dolę.   Każdy   w   tej   chwili   popłochu   szukał   naturalnie   ratunku 
naprzód dla siebie, każdy się zakłopotał o to, co się z nim stanie.

Hrabia, hrabina, syn, co od lat wielu rozdzieleni byli, w nieszczęściu zmuszeni zostali 

zbliżyć się, radzić — ratować. W istocie ratunek był tym trudniejszy, iż wypadek całkiem 
schwycił niespodzianie, wszyscy się oni łudzili pozorem dostatku, nigdy nie zadając sobie 
pracy   wejrzeć   w   stan   interesów.   Nie   obwiniali   wszakże   siebie,   spadała   wina   na 
nieszczęśliwego Margockiego cała. Po cichu hrabia przypisywał upadek zbytnim wydatkom 
żony,   ona   jego   pasji   do   gry  i   koni…   Część   grzechu   spadała   na   hr.   Edmunda,   który  też 
szafował groszem…

Rozpisano listy do rodziny, wołając o pomoc, ale te pozostały bez odpowiedzi. Hrabina 

płakała,   hrabia   rozpaczał,   Edmund   jako   jedyną   deskę   wybawienia   podsuwał   swoją   myśl 
ożenienia.

Odpowiedź, którą przyniósł Feller, złagodziwszy ją znacznie, została powitana grobowym 

milczeniem, Edmund zaciął wargi, spojrzał na ojca i oświadczył, że jutro jedzie do stolicy.

Margocki, zaledwie wstawszy po żółtaczce, kazał rzeczy swe spakować i poszedł pożegnać 

hrabinę,   która   go   nie   przyjęła,   hrabia   przez   kamerdynera   życzył   mu   szczęśliwej   drogi, 
oświadczając,   że   się   widzieć   nie   będzie.   Skromnym   wózkiem   wyruszył   plenipotent,   a 
przejeżdżając około folwarku, smutny, kazał się tu zatrzymać. Chciał Ostójskiego pożegnać.

—   Cóż   to   się   z   wami   stało,   panie   dobrodzieju!   —   krzyknął,   zobaczywszy   go, 

Cześnikiewicz.

— Ano, widzicie, odchorowałem pokutą za cudze grzechy — westchnął plenipotent. — 

Nie chcieli mnie słuchać, brnęli, brnęli, a teraz winę walą na mnie. Taka to sprawiedliwość; 
gdyby nie ja, dawno by już się to stało, co dopiero teraz ich spotkało.

— Strasznie asieńdziej zżółkł i wymizerniał — rzekł Ostójski — ale cóż, trzeba się z wolą 

Bożą zgodzić. I ze studni woda się przebierze… Nas to także dotknie, bo z dzierżawy ruszyć 
się musiemy.

— Po co? — spytał Margocki — pewnie folwarki sprzedawać będą pojedynczo, to go 

sobie i z pałacem kupicie.

— Z pałacem nie — rzekł Ostójski — obawiałbym się go, aby mi się od niego stary łeb nie 

zawrócił,   a   mnie   on   po  co?   a   mnie   to   na   co?   Uchowaj   Boże…   żyliśmy  we  dworku  po 
Bożemu, zostaniemy w nim, póki życia…

Margocki westchnął jeszcze do niedawnych swoich marzeń o Zosi i pojechał… Panna 

Zofia nie wyszła, a panna Klara zajęciem się wymówiła.

Hrabina,   która   piękne   oczy   do   reszty   wypłakiwała   i   zapomniawszy   o   paryskich 

kosmetykach,   postarzała   nagle,   oświadczyła,   ściskając   ją,  Włoszce,   iż   się   rozstać   muszą. 
Carita uroniła także łezkę, uściskała swą dobrą panią i oświadczyła, że jej w tej chwili opuścić 
nie chce i nie może… Zagadkowa ta istota, nie kwapiąc się na powrót ani do Włoch, ani do 
Paryża   —  szeptała,  że   może  tu   w kraju  znajdzie   sobie   miejsce  nauczycielki   muzyki   lub 
guwernantki.   Ks.   kapelan,   sam   także   niepewien,   co   z   sobą   uczyni,   przez   miłość 
chrześcijańską zajmował się mocno jej losem i obiecywał, że miejsce, jakiego sobie życzyła, 
da się wyszukać.

Porzuciwszy wikarią, był on też w niemałym kłopocie w pierwszej chwili, lecz ufny w 

stosunki, wyruszył natychmiast do miasta, aby się o inne wystarać miejsce.

Ks. Kanonik, powróciwszy ze swej podróży, nienajlepsze przywiózł wiadomości i choć się 

przed   siostrą   taił   z   nimi,   sposępniał   bardzo.   Miał   on   tam   u   wielkiego   ołtarza   starych 
znajomych, towarzyszów i przyjaciół, ale nowy obrót rzeczy wyrugował ich z zajmowanych 
stanowisk — odebrał im wpływ i nie tajono przed nim, że zagrożonym będzie losem wielu 

background image

innych   swych   współtowarzyszów,   jeśli   pewnych   ustępstw   z   przekonań   nie   uczyni,   od 
pewnych   ludzi   się   nie   cofnie,   rękojmi   nie   da   absolutnego   posłuszeństwa   nawet   w   tych 
rzeczach, które zwykle woli każdego się pozostawiają. Ks. Kanonik nie mógł przyobiecywać, 
czego   mu   sumienie   dotrzymać   nie   dozwalało.   Wysłuchał   gróźb,   przykładów,   zmilczał, 
pożegnał się i wyjechał.

— Stanie się, co Bóg da — wola jego święta.
Nie   tajono   mu,   iż   szukano   tylko   najmniejszego   powodu,   cienia   winy,   aby  go   usunąć. 

Między innymi popularność zbyt wielka u ludu, troskliwość o jego losy, miłość ogólna za 
winę   mu   były   poczytywane.   Znajdowano,   że   zbyt   był   tolerującym,   a   na   ostatek 
najśmiertelniejszym grzechem, jaki mu zarzucono, był dowiedziony wstręt jego do zakonu 
ojców jezuitów i uchylanie się od wszelkiej z nim styczności. W tym czasie jakoś przypadły 
wybory,   w   których   wszelkie   współdziałanie,   rada   i   pomoc   świeżo   były   duchowieństwu 
najsurowiej zakazane. Zakaz ten, jakkolwiek z tradycjami Kościoła niezgodny, kanonicznie 
nie   uprawniony   —   należało   poszanować,   zostawując   zań   odpowiedzialność   tym,   co   go 
wydali. Tak postanowił Kanonik, lud wszakże, nawykły biec do niego po radę, obiegł go, 
wybłagał, zmusił do przemówienia słów kilka. Zdaje się, że na to tylko oczekiwano, i jednego 
ranka papier z konsystorza pieczęcią zwiastował mu suspensę a rozkaz zdania probostwa 
nowemu administratorowi. Przypadło to właśnie równocześnie z podróżą ks. Wikarego do 
miasta i eks–kapelan pałacowy zmuszony został przyjąć administracją.

Gdy  rozkaz  ten  nadszedł,  Kanonik  zrazu  jakoś oczom  swoim nie  wierzył;   łza  mu  się 

zakręciła w oczach, popatrzał na lipy i domek, na kościółek i poszedł do siostry.

— Siostruniu kochana — rzekł, przybierając ton wesoły — kogo Pan Bóg kocha, temu 

krzyże zsyła. Dostaliśmy i my krzyżyk z łaski Jego… ale go trzeba nosić błogosławiąc… 
Odebrano mi moje probostwo. Ale to nic… to nic. Jam już stary… Dworek najmiemy w 
miasteczku,   przecie   mi   na   kościółek   patrzeć   i   w   moim   drogim   modlić   się   nie   zbronią. 
Plebania nawet była wilgotna… ty byś była dostała reumatyzmu… a mój by się pogorszył…

Staruszka rozpłakała się, zakryła oczy rękoma, lecz prędko, nie chcąc brata rozrzewniać 

bardziej, utuliła się, łzy zostawiając na noce samotne.

Wieść   o   odjęciu   probostwa   Kanonikowi   rozeszła   się   szybko   i   zrodziła   oburzenie, 

zdziwienie,   potem   wywołała   większe   niż   kiedykolwiek   oznaki   miłości   i   szacunku 
powszechnego,   które   stokrotnie   za   doznaną   krzywdę   zapłaciły.   Włościanie   z   okolic, 
mieszczanie,   lud,   szlachta   płynęła   na   probostwo,   ofiarując   usługi,   pomoc   i   współczucie 
serdeczne… Niestety — gorące te demonstracje pogorszyły jeszcze sprawę Kanonika, bo je 
poczytywano za wywołane przez niego, chociaż się od nich wypraszał, jak mógł.

Jednym z pierwszych, którzy przybiegli na probostwo, był Ostójski z Zosią. Szlachcic bez 

ceremonii klął intrygantów co wlazło.

— Jeśli mnie ks. Kanonik choć odrobinę kochasz, jeśliś mi przyjacielem, jeśli mam łaskę u 

niego — nie jedź nigdzie, nie przyjmuj, nie najmuj nic. Gotowa rzecz czeka. Mam dworek w 
mieście, kupiwszy z musu za dług, który mi kością w gardle stoi — wyjm mi tę kość z gardła. 
Pustka! rujnuje się, pada — zrobicie mi prawdziwie przyjacielską posługę, biorąc go sobie.

To mówiąc ściskał i wołał coraz głośniej.
— Inaczej być  nie może, tak mi  Panie Boże dopomóż! Będę się gniewał śmiertelnie, 

musicie.

Zosia nalegała na matkę Juliana, ale ta nigdy woli swej mieć nie chciała i z radą żadną nie 

śmiała się odzywać. Kanonik pod naciskiem Ostójskiego odpowiedział podziękowaniem, ale 
stanowczo nie przyjął ofiary.

Dworek, o którym mowa — stary w istocie, nadrujnowany, ale z pięknym ogrodem i 

drzewami,   wziął   Ostójski   po   mieszczaninie,   który   u   niego   był   tysiąc   talarów   pożyczył, 
dopłacając rodzinie. Nie mieszkał w nim nikt, bo go Ostójski na wszelki wypadek trzymał, 
gdyby go jaka burza wygnała z folwarku. Dla Kanonika i jego siostry był za obszerny nawet. 

background image

Położony   u   stóp   wzgórza,   na   którym   wzniesiony   był   kościołek,   w   niewielkim   od   niego 
oddaleniu, miły był tym, że z okien jego widok rozciągał się na kościół, starą plebanią i 
okolicę… Schronienia dogodniejszego nie mógł znaleźć Kanonik.

Na pierwszą więc chwilę miał już choć dach nad głową, tym potrzebniejszy, iż nowy 

administrator zjechał zaraz i nie widząc się z ks. Kanonikiem, przez przywiezionego nowego 
organistę oświadczył, że probostwo na mieszkanie zająć jest zmuszony.

Tegoż   samego   wieczora   stary   Eliasz,   który   z   wielkiego   gniewu   ledwie   mógł   mówić, 

oświadczył Kanonikowi, iż miejsce kościelnego rzuca i z nim się razem oddala.

— Nie, mój stary — rzekł Kanonik — proszę cię, żebyś tego nie uczynił — służyłeś 

kościołowi, nie mnie, nie opuszczaj naszych kochanych ołtarzy. Któż je przybierze? kto je tak 
troskliwie oczyści i ustroi, jak ty?… Znieś chwilę przykrą, poddaj się woli wyższej… zostań, 
proszę cię, zostań. Boję się o kościół — tam wszystko, com ja starał się posklejać i poznosić, 
powyrzucać zechcą, ty może obronić potrafisz…

— Ojcze, panie! oni mnie tu zjedzą! oni mnie życie zatrują…
— Kochany stary… pokorą, pokorą, powolnością wiele się czyni. W milczeniu, spokojnie 

zostań   przy obowiązku…   jeśli  cię  rugować  zechcą,   przyjdziesz  do  mnie.   Ja  się  niewiele 
oddalam — tu pod górą najmę dworek u Ostójskiego.

Eliasz  zapłakał,   do  kolan  się  skłonił,  nie   rzekł   już  nic,   bo  nie  chciał   się  sprzeciwiać. 

Nazajutrz nastąpiły przenosiny. Niewiele one kosztowały czasu, bo sprzętu część należało do 
probostwa,   a   własność   ubogiego   Kanonika   była   bardzo   skromna.   Zaprzeczono   mu   wielu 
rzeczy,   do   których   miał   prawo   —   ustąpił   bez   sporu.   Modlił   się   w  ganku,   patrząc   na   tę 
rumację,  która  mu  serce  rozdzierała,  nareszcie  spostrzegłszy siostrę,  która  z  zapuszczoną 
zasłonką   głową,   wyszła   ubrana   jak   w   drogę,   ruszył   się   z   ławki.   Wejrzeniem   pożegnał 
probostwo i skierował ku kościołkowi. Ten był zamknięty, klękli pomodlić się w progu. Eliasz 
za nimi. Gdy Kanonik wstał, pogodną miał twarz i uśmiechnięte usta — ofiarował Bogu 
boleść w jego usługach zyskaną — lekko mu było, bo nic sobie do wyrzucenia nie miał.

Zaszli powoli z góry ku pustemu dworkowi, gdzie Ostójski czekał z chlebem i solą, Zosia 

z przygotowanym podwieczorkiem, a Klara z wymownym słowem pociechy.

Jednakże   mimo   wszelkich   starań   o   złagodzenie   wrażenia,   które   przenosiny  te   uczynić 

musiały,   wszystkim   jakoś   było   smutno.   Ostójski   niekiedy   stawał   w   oknie   i   patrzał   na 
probostwo z groźbą w oczach… jakoby chciał nowemu panu powiedzieć: — nie będzie ci tam 
gładko!

W   istocie,   Wikary,   niewielu   znany   bliżej,   a   nikomu   miły,   zgotował   sobie,   zastępując 

usuniętego   Kanonika,   życie   wcale   nie   do   zazdrości.   Lud,   który   miał   zaufanie   w   starym 
przyjacielu, stronił od probostwa, a szedł do dworku, szlachta, umiejąca szanować cnotę, 
okazywała wszystka zimną obojętność zastępcy. W niedzielę, mimo zaproszenia, w święto 
nikt   ani   zaszedł   na   probostwo.   Wikary—administrator   został   odosobniony   i   naturalnie 
przypisywał to intrygom Kanonika, chociaż ten najmniejszego nie miał udziału w niczym i 
słowem żalu nawet nigdy się nie odezwał.

Stosunki z folwarkiem były jak najściślejsze, z plebanią tylko przez Eliasza jeszcze miał 

jakąś styczność Kanonik. Rano bardzo zwykle mszą świętą odprawiwszy, wracał do dworku i 
tam nad brewiarzem lub książką przesiadywał dzień cały, wieczorem często bywali z siostrą 
na folwarku.

Julian   wyjechał   dla   zdania   egzaminów   i   pisania   swej   lekarskiej   rozprawy,   której   miał 

bronić publicznie — w pałacu panowała cisza przedburzowa, Ostójski też musiał na wszelki 
wypadek   tak   swe   interesa   uporządkować,   aby  go   sprzedaż   majątku   i   możliwe   wyjście   z 
dzierżawy nie zastały nie przygotowanym.

Stary  hrabia   siedział   w   oficynie,   hrabina   płakała   w   pałacu.   Carita   po   niejakim   czasie 

objawiła swej dobrodziejce postanowienie założenia pensji w miasteczku. Zdawało się, iż 
eks–kapelan   poddał   jej   tę   myśl,   gdyż   za   nauczyciela   do   kilku   przedmiotów   miała   go 

background image

zamówionym   i   do   ogólnego   nadzoru   nad   zakładem.   On   też   pierwszym   urządzeniem   się 
zajmował.   Na   wiadomość   o   tym   stara   hrabina   podniosła   oczy,   popatrzyła   na   Włoszkę, 
pokiwała głową i spytała ją, czy nie ma może zamiaru wstąpić później do jakiego zakonu? 
Carita zarumieniła się mocno, a po chwili szepnęła, iż za nic ręczyć nie można, jeśli przyjdzie 
natchnienie.   Na   tym   się   skończyła   rozmowa.   Wkrótce   potem   do   nowo   zajętego   domu 
przeniosła się Włoszka, przybyła jeszcze jedna podżyła już nauczycielka, wzięta z poręki ks. 
Wikarego,   i   rozesłano   ogłoszenie   o  otwierającej   się   pensji   wedle   planu   i   metody  innych 
klasztornych urządzonej.

Po wyjeździe hr. Edmunda kilkanaście dni upłynęły bez żadnej o nim wiadomości, ojciec 

tym był niespokojniejszy, iż na nim ostatnie swe pokładał nadzieje. Nareszcie jednego dnia 
hrabina bilecikiem oznajmiła mężowi, że miała mu coś do udzielenia z listu Edmunda. Hrabia 
pospieszył   do   pałacu.   Na   stoliku   zastał   list   otwarty,   który   syn,   więcej   do   matki   czując 
zaufania, do niej adresował. Mniej więcej brzmiał on jak następuje:

„Nie chciałem nic pisać o sobie, dopóki by się coś stanowczego nie trafiło, o czym by 

donieść było warto. Szczęściem, przybywszy do stolicy, zastałem tu niczym nie popsute pole, 
gdyż o naszym nieszczęściu wiadomość jeszcze była nie doszła. Przez dni kilka musiałem 
odwiedzać moich znajomych, aby wpaść na myśl jakąś, na drogę. Miasto zastałem prawie 
puste, wszyscy jeszcze byli u wód lub na wsi. Już prawie zwątpiłem o powodzeniu, gdy mi się 
nastręczył baron Sauer. Ani hrabia, ani mama kochana nie możecie znać barona Sauer, gdyż i 
on, i jego baronostwo świeżej jest daty. Wyrósł on, wychował się, dojrzał, wygładził się, 
spotężniał i przywdział tytuł na giełdzie. Nie potrzebuję objaśniać, iż należy do najstarszej na 
ziemi   arystokracji,   bo   pochodzi   z   pokolenia   Lewi.   Pamiętają   go   ludzie   buchhalterem   w 
podrzędnym   domu   wekslowym,   potem   handlarzem   akcji   i   papierów,   potem   w   maleńkim 
sklepiku,   gdzie   pieniądze   zmieniał   i   sprzedawał   walory,   potem   wspólnikiem   jakiegoś 
przedsiębiorstwa   kolei   żelaznej,   potem  bankierem   na   pierwszym   piętrze   Pod   Lipami

*

  na 

ostatek… baronem Sauer i milionerem… Jakże go mam opisać? Im z mniejszego wyszedł, 
tym dziś jest większym panem, ale co się zowie  grand seigneur.  Pałac przepyszny, willa 
cudowna w Tiergartenie, ekwipaż jeden z najpiękniejszych, stół lukullusowy, dom otwarty, 
bale, jakich ambasadorowie nie dają… Otarł się przy tym tak wybornie, iż w nim owego 
dawnego buchhaltera ani znać.

Baron Sauer był mi zawsze bardzo przyjaznym. Zobaczywszy mnie, zaprosił na obiad 

męski. Żona jego była  na wsi. Pojechałem, było nas kilku z wyższego tutejszego świata 
dobrych chłopców, radych się poweselić i pośmiać. Przy obiedzie paplaliśmy. Zgadało się o 
ożenieniu, jam się nie bez celu wyrwał, że mnie celibat nudzi i że gotów bym się ożenić… 
baron podchwycił:

— Naprawdę? naprawdę? Nie masz hrabia przesądów?
— Żadnych, ale wymagam od żony wykształcenia jej stanowi właściwego, młodości i — 

dokończyłem, na dłoni wskazując, jak się liczy gotówkę. Baron się roześmiał.

—  Cela va sans dire?

*

  — rzekł. — Chcecie się żenić, bierzcie Filipinę Sauer, mojego 

zmarłego brata córkę… Widzieliście ją, ładna jak aniołek, a raczej jak szatanik, uczona jak 
Rachel… i ma trzykroć sto tysięcy talarów posagu… Wiem, że jesteście katolikiem i że dla 
was sama przyzwoitość wymaga, aby żona była katoliczka — ale o to bardzo łatwo — nam 
wszystko   jedno…   Filipinę   umyślnieśmy   zachowali   i   wychowali…   nie   dając   jej   żadnej 
konfesjonalnej edukacji, aby sobie religię wybrać mogła… Gdyby się trafił bankier izraelita, 
mogłaby zostać w wierze ojców, jeśli protestant junkier

*

, gotowa być protestantką — a gdy 

się katolik podoba — będzie katoliczką.

Uśmiechnął   się   poczciwy   Sauer,   znajdując   nadzwyczaj   praktycznym   wychowanie 

* Pod Lipami — Unter den Linden (główna ulica w Berlinie)
* cela va sans dire (fr.) — Rozumie się samo przez się
* junkier — wielki właściciel ziemski w Prusach

background image

synowicy — przyznaję się, że mnie to wszystko wielce także nęciło. Widywałem już pannę 
Filipinę, jest ładna, a raczej śliczna bruneteczka maleńka, nos tylko nieco za rasowy… rączka 
i nóżka cudne, oko diamentowe, żywa, dowcipna… i trzykroć sto tysięcy talarów.

— Dobijemy targu — rzekłem — byle niedługo myśleć…
— Serio?
— Zupełnie.
— Mam pisać, by żona ją przywiozła?
— Proszę.
Podaliśmy sobie ręce… Zgoda stanęła. Sauer zatarł ręce… Mnie się w głowie kręciło. 

Powróciwszy   do   domu,   zasmuciłem   się   trochę.   Te   stosunki!   stosunki!   pokrewieństwo   z 
Mendelssohnami   i   Beerami,   a   zatem   i   Meyerbeerami   mogą   smakować…   mnie,   com 
niemuzykalny…   ach!   tam   zaraz   w   miejscu   powinszowali   mi   wszyscy,   a   ktoś   zręczny 
przysięgał się, iż dawno we mnie domyślał się miłości dla panny Filipiny. Nie przeczyłem. 
Nazajutrz gruchnęła to po Berlinie, nie ręczę, żeby Sauer sam, bojąc się mego wycofania, nie 
roztrąbił. Zatelegrafowano moje oświadczenie do Ostendy.

Po tym pamiętnym mi obiedzie upłynęło dni cztery, jednego ranka otwierają się drzwi i bez 

anonsowania wchodzi do mnie baron, ale kwaśny i z wywróconą twarzą, ażem się zląkł. 
Stanął naprzeciw mnie, kiwając głową w milczeniu:

— No, no, podszedłeś nas, hrabio, cale zręcznie…
— Ja? jak? — spytałem.
— Ojciec wasz zbankrutował?!
— Tak źle nie jest — rzekłem — interesa są ciężkie, ale nie zrozpaczone.
— Ale wy nic nie macie?
— Mamy jeszcze stosunki i imię, które coś przecie warte — odrzekłem dumnie — a ja 

siebie też nawykłem nieco cenić…

— To wszystko dobrze — odparł baron — Filipina poszłaby za was, gdybyście złamanego 

nie mieli szeląga; umielibyśmy was i imię spożytkować. Idzie o to, że ożenienie w chwali, 
gdy bankrutujecie, rzuca na nas cień niemiły, jakobyśmy kupili was sobie na licytacji. Tego 
nie chcemy. Interes nie był zupełnie to jasny, trzeba nam było powiedzieć wszystko…

— Zatem zrywamy interes — rzekłem, kłaniając się.
— Nie możemy zerwać — odparł, siadając, baron — ale go musiemy ułożyć tak, aby się to 

inaczej wydawało. Możecie się wszakże pochwalić, iż potrafiliście wpędzić w matnię barona 
Sauer, który nikomu nigdy jeszcze łapać się nie dał.

Pomimo   nieukontentowania   i   chwilowego   nieporozumienia   układ   przyjdzie   do   skutku. 

Sauer rozgłosić potrafił, żeśmy z panną od roku byli zaręczeni.

Widzę,   że   hrabia   i   mama   się   może   wzdrygnie,   wystawiając   sobie   moją   Filipinę   cale 

inaczej,   niż   jest.   Muszę   więc   dodać,   że   oprócz   piękności,   oprócz   najwyborniejszego 
wychowania, jest rozumna, dowcipna i umiejąca się tak zastosować, iż dla niej żaden świat, 
żadne towarzystwo nie będzie strasznym. Niech ludzie sobie, co chcą, szepcą po cichu, mnie 
to jest obojętnym. Hrabia, jeśli można, dobrze, by zjechał tu, a wesele przyspieszyć by się 
dało…”

W  przypisku   do   tego   listu   hrabia   Edmund   wyszczególniał,   jaką   oprócz   posagu   panna 

Filipina przyniesie wyprawą, i że samych sreber ma za piętnaście tysięcy talarów itp.

Hrabia wysłuchał czytania listu z rezygnacją chłodną. Ani ów, ani żona jego nie widzieli w 

tym małżeństwie nic tak nadzwyczaj  niestosownego. Żadne też z nich nie przypuszczało 
nawet,   iż   Abraham   Helig,   kupiec   i   dzierżawca   arendy   w   miasteczku,   w   bliskim   był 
pokrewieństwie z hrabiną przyszłą, jak się ta później okazało…

Hrabina   przywodziła   mnóstwo   przykładów   podobnych   we   Francji,   hrabia   wiedział   o 

przybliżonych do tego w Anglii wypadkach. Westchnęli oboje i stary pan nazajutrz pocztę 
zamówił do stolicy. Honor i syn był ocalony — ale co z rodzicami stać się miało? Nie śmieli 

background image

nawet mówić o tym, choć oboje czuli, że zostając na łasce syna, byli w położeniu dosyć — 
przykrym.  Tymczasem   życie   szło   trybem   dawnym,   dwór   i   wydatki   zmniejszone   być   nie 
mogły.   Hr.   Edmund   tak   się   spieszył,   iż   gdy   ojciec   nadjechał,   już   znalazł   dzień   ślubu 
naznaczony i przepyszne litografowane karty de faire part

*

 gotowe do rozesłania w imieniu 

rodziny.

Baron Sauer przyjął jego ekscelencją z wielkimi honorami, dał obiad pyszny, na którym 

był jeden minister i dwóch generałów, pokumał się z nim serdecznie i przygniótł go do ziemi 
swą poufałością. Wyprostowany, chłodny, ale trupio blady hrabia przeszedł przez te wszystkie 
próby ognia, rachując, iż cierpliwością zdobędzie sobie modus vivendi

*

 przyzwoity, będąc na 

łasce syna i synowej.

W  przeddzień   ślubu   postanowił   rozmówić   się   z   Edmundem,   który,   zmieszany   trochę, 

oświadczył mu, iż baron Sauer wziął na siebie ułożenie wszelkich interesów pieniężnych i że 
hrabia z nim o tym będzie musiał pomówić jako z opiekunem jego przyszłej żony. Hrabia 
prawie to wolał, jednak kwaśno mu było. Tegoż dnia napisał bilecik do barona, który się 
zjawił zaraz dla pogadanki.

Wielkiemu panu ciężko przychodziło otrzeć się o drażliwą materię, ale musiał.
— Kochany baronie — rzekł — wiesz, jak z łaski plenipotentów i złych ludzi, z którymi 

mieliśmy   do   czynienia,   majątek   nasz   został   nadwerężony.   Przyjdzie   wam   go   okupić 
pieniędzmi synowej, ale cóż my dla siebie wymówić mamy?

Bębniąc   po   stole   palcami   i   wpatrując   się   w   swą   tłustą   rączkę,   Sauer   począł,   nie 

spojrzawszy nawet na hrabiego:

—  Les bons comptes font les bons amis!

*

  Ja także pragnąłem o tym z kochanym hrabią 

pomówić. Sprawa mojej pupili i synowicy nie moja, wymaga z mej strony nadzwyczajnej 
baczności… cudzy interes, panie hrabio, cudzy — rzecz święta!

Westchnął.
— Jużcić na to nie pozwoli nasza familia, aby hrabia i hrabina zostali bez przyzwoitego 

utrzymania, ale my wiele dać nie możemy… Tam na majątku nie ma nic… nic…

— Panie baronie, przy dobrym gospodarstwie będzie przewyżka — zawołał hrabia.
— No! toż trzeba, żeby mąż coś miał! To, co my ofiarujemy, to tylko z serca dobrego i 

przez szacunek dla państwa… ale my wiele dać nie możemy. Filipina ma trzykroć sto tysięcy 
talarów. Co one zrobią włożone w ziemię? Ziemia to hipoteka doskonała, ale interes kiepski. 
Pięć procentów! co to jest! pięć procentów! Co to jest za lokata, kiedy ona dziś z papierów ma 
piętnaście!   Cóż   oni   będą   mieli   dochodu?   Piętnaście   tysięcy  talarów!   Co  to   jest   dla   nich 
piętnaście tysięcy talarów? Co oni mogą z tego dać?

Baron zatrzymał się, hrabia zagryzał usta aż do krwi niemal.
— Ja jestem człowiek praktyczny — rzekł Sauer — niech pan popyta, że mnie tu wszyscy 

znają za  praktycznego człowieka…  Proszę wierzyć.  Hrabina  mama  niechaj  zostanie przy 
dzieciach, po co jej jeździć i tracić osobno… na małe potrzeby, mając wszystko w pałacu, czy 
to wiele na wsi się wydaje! Ah, tysiąc talarów to świat!! Co się tyczy pana hrabiego, my 
wiemy, że pan przywykł jeździć, że panu to do zdrowia potrzebne… Teraz wszystko tanieje… 
No, trzy tysiące talarów?

Popatrzał, hrabia słuchał z oczyma spuszczonymi w ziemię, nie mówiąc słowa, nie zdając 

się mieć ochoty odpowiadać.

— Z cudzej kieszeni mnie trudno szafować — dodał Sauer — no, a naprawdę nie ma 

czego! Jeśli się interesa poprawią później, a majątek oczyści…

Hrabia jeszcze nie odpowiedział i głowę trzymał spuszczoną. Bankier nie wiedział, co to 

ma znaczyć, ale nie śmiał być natrętnym. Począł palcami grać na stole i wpatrywać się w nie 

* de faire part (fr.) — zawiadomienia ślubne
* modus vivendi (łac) — sposób życia, utrzymania znośnych obopólnych stosunków
* Les bons comptes font les bons amis (fr ) — dosł. rzetelne rachunki pozyskują nam przyjaciół

background image

osłupiałym wzrokiem.

Panowało milczenie przykre. Nagle hrabia wstał, wyprostował się, głowa do góry i rzekł 

sucho:

— Cóż robić! co robić!
Na próżno Sauer starał się jakąś obojętną zawiązać rozmowę, nie było sposobu, stary 

milczał z dumą, która się targować ani chciała, ani myślała — Sauerowi przykro było może, 
iż   się   to   tak   urwanym   sposobem   skończyło,   po   chwili   jednak   pożegnał   się   i   wyszedł. 
Nazajutrz miał nastąpić ślub w kościele św. Jadwigi, gdyż chrzest panna młoda kilką dniami 
wprzódy   odbyła.   Niewielka   garstka   zaproszonych   świadków   towarzyszyła   obrzędowi.   Ze 
strony pana młodego był sam jeden ojciec, obwieszony orderami, z gwiazdą i w mundurze 
Kawalerów Bożego Grobu

*

, który jest wspaniały. Pokrewni panny patrzali z pewną dumą, że 

takiego pięknego szczupaka złapać sobie potrafili.

Baron   Sauer   miał   wprawdzie   kilka   pięknych   dekoracji,   ale   takiego   przepysznego 

munduru!! zazdrościł.

Po odbytym obrzędzie na obiad zaprosił do siebie baron całe towarzystwo składające się z 

dwudziestu kilku osób. Uczta była prawdziwie królewską i tak kosztowną, iż goście mimo 
woli, jedząc rachowali, ile to talarów na nią wyszło. Przepych w srebrze, w porcelanie, w 
winach niezrównany. Sauer jadał w dni powszednie, gdy żony nie było, à huis clos

*

, obiady z 

traktieru mu przynoszone po sgr., ale gdy należało — wystąpić — występował pańsko.

Hrabia stary, wielki znawca win i delikatesów, utrzymywał, że takiego wina bordeaux nie 

pił od lat dziesięciu… Sauer zapraszał naiwnie swych gości:

—   Proszę   tego   skosztować   —   mówił   do   krewnych   —  p a n   w   d o m u   t e g o   n i e 

d o s t a n i e s z …

Późną nocą jakoś skończyła się nareszcie baltazarowska uczta owa i wszyscy wstali weseli 

i   szczęśliwi…   Całe   towarzystwo   odprowadzało   na   kolej   państwa   młodych,   którzy  wedle 
zwyczaju przedsiębrali miodowy miesiąc spędzić w szwajcarskich gospodach. Mieli tylko 
wstąpić na godzinę do majątku, aby hrabinej zaprezentowała się synowa, i natychmiast ruszyć 
w drogę. Stary hrabia jechał z nimi także. Na stacji kolei czekał jeszcze kosz szampana ze 
złotymi szyjkami, wypito zdrowie, zaświstała lokomotywa ironicznym jakimś głosem — i… 
w świat.

Trzykrotne „hoch!” rozległo się poza wagonem, w którym hrabina Filipina z ogromnym 

bukietem   uśmiechała   się   mężowi   na   przemian   i   staremu   hrabiemu,   już   drzemiącemu   po 
trudach biesiadnych.

Na wsi trzymano w zupełnej tajemnicy całą ową historią zdobycia nowej fortuny przez 

hrabiego Edmunda. Ostójski tylko zasłyszał coś z dala niepewnego o projektach ożenienia, 
ale z kim, co? — nie wiedziano.

Jednego ranka, gdy Cześnikiewicz pracował w swoim pokoju, a prawdę powiedziawszy, 

ciągnął   kabałę   —   zastukano   do   drzwi,   prawie   równocześnie   drugimi   wszedł   Jakubek   i 
oznajmił, że Abraham Helig chciał się widzieć…

— A, to niech wejdzie — rzekł Ostójski.
Otworzyły  się drzwi  od  ganku i  znana  postać  starego  Heliga  pokazała  się w progu  z 

niezwykłą na twarzy jasnością. Ostójski tak był uderzony wyrazem fizjognomii starego Żyda, 
iż sądził zrazu, że wielki los na loterii musiał wygrać.

Stary   Żyd,   najmajętniejszy   kupiec   w   miasteczku,   który   dostarczał   wszystkiego 

Ostójskiemu i zostawał z nim w dobrych stosunkach, człowiekiem był uczciwym, niezbyt 
wykształconym, ale już trochę w świecie otartym. Sadził się nawet na mówienie czysto po 

*  Kawaler Bożego Grobu — tytularny stróż Bożego Grobu Order Bożego Grobu ustanowiony w czasie 

wojen krzyżowych, zatwierdzony oficjalnie w r 1496 przez papieża Aleksandra VI, podzielony został w r 1868 
przez papieża Piusa IX na trzy kategorie Order Wielkiego Krzyża Komturów i Rycerski Order przedstawiał 
czerwony krzyż otoczony czterema mniejszymi Noszony był na czarnej wstążce

* à huis cios (fr.) — przy drzwiach zamkniętych, dyskretnie

background image

polsku.

Za młodu chodził on starą modą, ale się z czasem przebrał, jak mówił, po niemiecku, 

chociaż zostały mu niektóre części stroju właściwe tylko naszym Izraelitom.

— Kłaniam uniżenie, panie Helig, kłaniam uniżenie.
Abraham, nie nosząc już pasa, ręce założywszy za surdut, uśmiechając się kłaniał.
— Jak się pan Cześnikiewicz ma? czy dobrze zdrów?
— At, co chcesz, stare graty kości noszą… stary grzyb jestem i mam się jak skrzypiąca 

wierzba…

— A, a! albo to jegomość stary, ja dziesięć może lat starszy jestem…
— A w roku przeszłym trzeci się raz ożeniłeś? nieprawdaż? — dodał Ostójski — no, ja 

bym tego głupstwa zrobić nie potrafił.

— Dlaczego to ma być głupstwo? — zapytał Abraham.
— U nas to tak nazywają.
— A u nas, panie Cześnikiewicz, mówią, że przykazanie Boże.
Ostójski ruszył ramionami.
— No? co słychać, panie Abraham?…
— Hm! co słychać? to pan już musi wiedzieć.
— Na przykład?
— Dla nas, to największa nowina, że młody pan hrabia jutro się żeni, a pozajutro tu będzie 

z żoną.

— Doprawdy?
—  W  samej   istocie   —   mówił,   uśmiechając   się,  Abraham   —   no!   i   pięknie   się   ożeni! 

Panienka ma trzykroć sto tysięcy talarów, oprócz co jej stryj da wyprawy, a to pierwszy 
bogacz w Berlinie.

— Ale któż? co? jak się zowie? — pytał Ostójski.
— Ona jest synowicą sławnego bankiera, barona Sauera. Czyżbyś pan o nim nigdy nie 

słyszał? a, to nie może być!

— A! ten, co szachrował na kolejach.
— Szachrował? przepraszam pana — rzekł Abraham — on szpekilował, ja coś o tym 

wiem…

Ostójski się zamyślił mocno.
— Synowicą Sauera?
— Tak jest, a mnie ona wypada po siostrze — siostrzenica.
Ostójski osłupiał.
— Co waćpan mówisz! hrabia! ale to nie może być!
— Jak nie może być, kiedy jest! — rzekł tryumfalnie Abraham — moja rodzona siostra 

była za Henrykiem Sauerem…

— Jak to? hrabia by się ożenił z Żydówką? — zakrzyczał Ostójski, któremu się mieszało w 

głowie.

— No tak… ale ona już zapewnie przyjmie taką wiarę, jakiej będzie potrzeba. Ja tego nie 

chwalę… a ją tak wychowali. Teraz i u nas taki wiek nastał, że ludzie swojej wiary nie 
trzymają.

— Ale cóż u sto diabłów — rozchodził się Ostójski — co mi asindziej prawisz, panie 

Abraham, hr. Edmund żonaty z siostrzenicą waszą?

— I z rodzoną! — rzekł powoli Abraham, ruszając ramionami. — No, to co? to co? oni 

stara familia i my stara familia… my jesteśmy z pokolenia Lewi, a to wiadomo, że my 
egzystowali, kiedy tych hrabiów na świecie wcale słychać nie było…

Ostójski stał ciągle osłupiony, nagle zerwał się i otworzywszy drzwi, począł wołać:
—   Klaro!   Zosiu!   Zosiu!   Klaro!   a   proszę,   a   prędko!   Obie   kobiety   wbiegły   prawie 

natychmiast,   a   widząc   starego   poruszonego,   domyśliły   się,   że   Abraham   jakąś   nowinę 

background image

przynieść musiał.

— Cóż to się stało? co? a! dobry dzień, panie Helig.
— Co się stało? — zawołał Ostójski — ja tego wam powiedzieć nie potrafię, a gdybym 

powiedział, myślelibyście, że z was żartuję. Niech Abraham powie.

— A! proszę pana — rzekł Abraham — cóż tak nadzwyczaj osobliwego! Gdy pożyjemy, 

zobaczymy może dziwniejsze rzeczy, wiek taki nastał!

Zosia patrzała ciekawie.
— Dziwnego? cóż dziwnego się stać mogło? — spytała.
— Nic dziwnego — odparł Abraham — młody hr. Edmund jutro się żeni z bardzo bogatą, 

piękną i dosyć wychowaną panną, a że ona jest moja siostrzenica…

Panna Klara krzyknęła „ach!” — zakryła sobie oczy i padła na kanapę.
— Skończenie świata! — zawołała. Zosia zaczęła się śmiać.
— Doprawdy? — rzekła prychając.
— Słowo daję panience — poważnie odezwał się Abraham — no, co dziwnego…
Po chwili Klara wstała blada, z rękoma załamanymi.
— Bez pozwolenia rodziców!
— A! jak to? stary hrabia był na ślubie.
— Gdzie? w synagodze? — zapytała Zosia naiwnie.
— Nie — odezwał  się Abraham — ona jest  katoliczka.  Na trzy dni  przed ślubem ją 

ochrzcili. Ona miała takiego rozumnego, stryja, co ją chował na wszelki wypadek bez żadnej 
wiary. A jakby jej przyszło pójść za żyda albo za protestanta…

Tej teorii wysłuchały kobiety ze zgrozą. Klara powtórzyła raz jeszcze:
— Skończenie świata! Ostójski kiwał głową.
— Więc jakże, panie Abrahamie, przecie gdy przyjadą, pójdziesz się im pokłonić albo oni 

odwiedzą wujaszka? Jak Boga kocham w głowie się miesza.

— Nie, ja tego nie zrobię — odpowiedział izraelita z powagą — ona porzuciła wiarę 

swoją, między nią a nami nie ma już nic, ona nie moja siostrzenica, jam jej obcy. No — ale 
przyznam się jegomości, chciałem się przed nim pochwalić! Nie — ja tam nie pójdę ani ona 
do   mnie   nie   przyjedzie…   Hrabia   pewno   nie   wie   nawet   o   tym,   że   ma   wujaszka   w 
miasteczku…   a   ludzie…   będą   o   tym   wiedzieli.   Dla   biednego   żyda   —   dodał   —   to   jest 
satysfakcja! A! a! czego to teraz za pieniądze kupić nie można! Kłaniam jegomości…

Nie  miał  nic  pilniejszego  Ostójski  po  obiedzie  nad zaniesienie  tej  nowiny  do dworku 

księdza Kanonika, który ani o ożenieniu, ani o rodzaju tego ożenienia i stosunkach, jakie z 
sobą przynosiło, nie wiedział wcale. Panna Klara nie towarzyszyła im w tej wyprawie, była 
bowiem do szpiku kości szlachcianką polską i uczuła się, wedle dawnych pojęć, dotknięta tak 
w swym dostojeństwie, iż dostała bólu głowy i musiała się uciec do zwykłej żółtej chusteczki, 
z którą się na świat nie pokazywała.

Zaledwie   usiedli   około   starego   okrągłego   stolika,   który   nosił   jeszcze   na   sobie   ślady 

studenckiego scyzoryka pana Juliana, Ostójski się odezwał, nie mogąc dłużej wytrzymać:

— Księże Kanoniku! nowina wielka, hr. Edmund jutro się żeni z panną Sauer, synowicą 

bogatego   barona   Sauera…   wiecie!   Był   u   mnie   dziś   rano   Helig   i   oznajmiając   o   tym, 
oświadczył razem, iż hrabina przyszła jest jego rodzoną sio—strze—ni—cą.

Matka Juliana ledwie nie tak zakrzyknęła, jak panna Klara: — Jezus! Maria!
— Ale, stójcie państwo! — dodał Cześnikiewicz — katoliczką jest od trzech dni, była 

wychowaną   tak   mądrze,   iż   do   tej   pory   żadnej   wiary   nie   miała,   jak   czystą   białą   kartę 
zachowano ją, by na niej przyszły mąż wyznanie swoje zapisał.

Ks. Kanonikowi wydało się to żartem, wyda się to może powieściopisarskim konceptem 

niejednemu z czytelników, ale — niestety — historyczny to fakt, XIX wieku indyferentyzm 
malujący   najlepiej.   Co   więcej,   nie   jest   on   może   jedynym,   a   w   rodzinach   praktycznych 
powtórzy się pewnie i przejdzie we zwyczaj.

background image

Gdy Ostójski zaręczył, że nie zmyślił, a Zosia potwierdziła uroczyście i opowiedziała, co 

słyszała sama od Abrahama, Kanonik odezwał się smutnie:

— Idziemy więc szybkimi kroki do tego stanu obojętności religijnej, która poprzedziła u 

pogan upadek ich społeczeństwa. Religia staje się formą, imieniem, rzeczą podrzędną. Bierze 
się ją dla wygody i rzuca, gdy zawadza jak tłumoczek podróżnemu… I to czyni ludzkość nie z 
błędną wiarą instynktami stworzoną, ale z objawioną, co przyniosła światu — prawdę, co 
stworzyła społeczność nową, stosunki nowe, co wyzwoliła człowieka — co go połączyła z 
Bogiem.

—  A!   nie!   —   zawołał,   podnosząc   ręce   do   góry   —   nie   jest   to,   dzięki   Bogu,   religii 

Chrystusowej zgon, bo ona nigdy skończyć się nie może, ale znak odrodzenia jej… Powstaną 
apostołowie nowi, przyjdą mężowie świątobliwi i dziać się będą cuda, a wiara Boża, którą 
ludzie zepsuli, z nowym blaskiem zaświeci nad ich upokorzonymi głowami w niebiosach…

Nim przyjdzie wszakże ta godzina, sprawiedliwym kielich goryczy należy wypić aż do 

dna…

Abraham   Helig,   który  tajemnicy  nie   czynił   ze   swego   chlubnego   pokrewieństwa   przed 

Ostójskim,   nie   znajdował   potrzebnym   taić   tego   i   przed   drugimi.   Zresztą   inni   jego 
współwyznawcy byliby ją również roznieśli, bo stosunek ten doskonale znali. Rozeszła się 
więc w dni kilka wiadomość po całym sąsiedztwie, a jakie uczyniła wrażenie, zdawać sprawy 
nie potrzebujemy.

Rok upłynął od opisanych przez nas wypadków w pałacu i na folwarku. W ciągu jego pan 

Julian, który zdał  cum maxima laude examina

*

  i otrzymał stopień doktora, oznajmił o tym 

wprawdzie czułymi listami matce i wujowi, ale się wytłumaczył przed nimi, iż przybyć do 
nich   nie   mógł.   W   przypisku   było   pozdrowienie   dla   całego   domu   Ostójskich.   Zosia   się 
zarumieniła mocno, czytając list ten, westchnęła i wybiegła prędko. Ojciec za nią powiódł 
oczyma i sposępniał.

Julian donosił w nim, że jeszcze nie jest pewien, gdzie się i jak obróci, lecz że ma widoki  

na jakąś katedrę w jednym z uniwersytetów moskiewskich i tam zapewne się uda, a przed 
wyjazdem będzie się starał matkę i wuja pożegnać.

W położeniu Cześnikiewicza zaszła też zmiana, gdyż wkrótce po ożenieniu z panną Sauer 

hrabiego majątki poszły na licytację i baron w imieniu siostrzenicy je nabył, dołożywszy 
swoich około pięćdziesięciu tysięcy talarów Doskonały i praktyczny bardzo administrator, 
baron, zjechał zaraz na miejsce, obejrzał folwarki i zapowiedział, że sprowadzi agronoma, 
pożyczy obrotowy kapitał i na siebie gospodarstwo obejmie. Wypowiedziano więc dzierżawę 
panu Ostójskiemu, który chwilowo był w kłopocie, znalazł przecie, nie chcąc się jeszcze 
kupnem związywać, znaczny, opatrzony folwark w pobliżu, który zadzierżawił i do niego się 
przeniósł. Grunta dochodziły do pół mili od miasteczka, domu nie było mieszkalnego, najęto 
więc   dwór   w   mieście,   pod   pozorem,   że   ten,   który   zajmował   Kanonik,   był   za   szczupły. 
Mieszkanie w miasteczku mało co rodzaj życia zmieniło, Ostójski tylko częściej wyjeżdżać 
musiał, a Zosia była samotniejszą. Chwile te najczęściej spędzała w dworku z matką Juliana, 
którą jakby własną kochała. Przychodziła z robotą, z książką, z koszyczkiem, w którym jakąś 
przyniosła nowalię, i to pomagała w ogródku, to czytała głośno, to rozmawiała z Kanonikiem. 
Stała się prawie domową. Biedna, na straży sobie wybrała miejsce, by być jak najbliższą 
wieści od Juliana. Odważyła się nawet, czego się młodej panience nie chwali, na krok bardzo 
stanowczy. Ofiarowała się podstępnie kopertować, zapisywać i pieczętować listy matki do 
Juliana, a dyplomatyzowała tak zręcznie, iż nim przyszło do pieczątki, ukradła sobie miejsce 
na   przypiski.   Oznajmiła   wszakże   Julianowi,   iż   to   czyni   bez   wiedzy   i   na   własną 
odpowiedzialność.

Na  przypisek  ten   nie  było   też   odpowiedzi  żadnej,  tylko  znów  ukłony,   ale  nie   całemu 

* cum maxima laude examina (łac.) — egzaminy zdane z najwyższą pochwałą

background image

domowi Ostójskich, osobiście Cześnikiewiczowi, pannie Zofii i pannie Klarze. Zawsze był to 
maleńki   postęp.   Za   drugim   razem   Zosia   śmielsza   już,   zamiast   pośpiesznego   przypisku, 
osobną miała karteczkę w pogotowiu i do koperty ją wsunęła.

Nie było w niej nic doprawdy, czego by papa i ciocia czytać nie mogli, ton listu żartobliwy 

i wesoły, a przecież jak on mówił wiele… Jak go, tam przywitano, zostało tajemnicą, gdyż 
pan Julian nie ośmielił się odpowiedzieć ani nawet podziękować, w przypisku tylko dołożył 
nieco czulej — „całuję rączki panny Zofii i dziękuję za wszystkie jej dla mamy, a przez mamę 
dla mnie świadczone dobrodziejstwa”.

Tłumaczyło   się   to   tym,   iż   matka   Juliana   donosiła   mu,   jak   o   niej   poczciwa   Zosia   nie 

zapomniała,

Od tych pierwszych prób panna Zofia, bezkarnością ośmielona, puściła się w formalną 

korespondencję,   choć   zawsze   bez   odpowiedzi.   Sprowadziła   sobie   cieniuteńki   papier,   aby 
niepostrzeżenie   całą   jego,   ćwiartkę   wsunąć   mogła,   i   powiedziawszy   sobie,   że   czy   trzy 
wiersze, czy cztery stronnice grzech już jeden, zasypywała maczkiem od końca do końca 
arkusik.   Sprawiało   jej   to   niewymowną   pociechę.   Opisywała   mu   życie   swoje,   matki, 
Kanonika,   mieściła   nawet   małe   niewinne   ploteczki.  A  choć   czasem   łzami   przy   pisaniu 
zwilżone   były   oczy,   list   zawsze   był   wesolutki,   dziecięcy,   miluchny   jak   szczebiotanie 
ptaszka…

— Jesteś ty uparty — mówiła Zosia — ale i ja nią być potrafię. Chcesz ty czekać, będę 

czekała i dowiodę ci, że kobiece serce lepiej od waszego brzydkiego sercyska kochać umie.

Stara matka Juliana tak już była nawykła do kopertowania, pieczętowania i adresowania 

Zosi, że nigdy żadnego do syna nie wyprawiła listu, żeby jej o tę pomoc nie prosiła. Któż tam 
wie — może się co i domyślała, bo listy z czasem grubiały, a czasem, nieostrożna Zosia, 
zapędziwszy się, półtorej ćwiartki wsuwała, co kopertę czyniło podejrzaną. A jednak matka 
nigdy nie dopatrzyła się defraudacji.

Julian w ostatnim z listów doniósł nareszcie, że po namyśle chce próbować szczęścia 

inaczej i wybiera się do Ameryki Południowej, a nim wyjedzie, przybędzie wziąć matki i 
wuja błogosławieństwo…

Zosi z podróży czytanych znany był ten kraj tylko z żółtej gorączki, przestraszyła się 

niezmiernie i zaklęła Kanonika i mamę, aby w żadnym razie nie puszczali Juliana do tego 
kraju, w którym tak okropne choroby panują. Wolała już Rosję, bo była bliżej, a cholera 
wydawała się jej mniej jakoś niebezpieczną.

Juliana wszakże, mimo przyjazdu obietnicy, wstrzymały i namysły, i wybory w podróż, tak 

że się przybycie jego przeciągnęło. Tymczasem zaszły nader smutne okoliczności.

Jednego poranka panna Klara, która bardzo rzadko, zwłaszcza sama, odwiedzała dworek i 

Kanonika, przybiegła z wyrazem twarzy tak zmienionym, przestraszona i zapłakana, że się 
matka Juliana, która ją pierwsza spotkała w progu, wylękła, sądząc, iż jakie nieszczęście 
trafiło się panu Ostójskiemu lub jego córce.

Słowa   od   panny   Klary   dopytać   się   nie   było   można   w   początku,   prosiła   o   wodę, 

popłakiwała ciągle, łamała ręce i powtarzała:

— Co to z nami będzie? co my, nieszczęśliwi, poczniemy?
Kanonik błagał ją, aby ich z tej niepewności wywiodła.
—  A!   ojcze   mój   —   zawołała   —   jest   to   jeszcze   tajemnicą,   gdyż   mój   brat   lęka   się 

rozgłoszenia — wielkie nieszczęście. Praca życia całego! Kapitał mojego brata ulokowany u 
bankiera w Berlinie cały i bezpowrotnie przepadł.

— Jakim sposobem?
— Niegodziwy człek zbankrutował i uciekł do Ameryki… brat mój powraca z Berlina… 

Nie chciał martwić Zosi i krył, jak mógł, tę klęskę, ale się to mimowolnie wydało. Jesteśmy 
bez kawałka chleba… Ostójski był tak nieostrożny… ja go zawsze przestrzegałam, słuchać 
mnie nie chciał. Wszystko złożył w jedne ręce! W domu z obawy złodziejów nic nie trzymał, 

background image

co tylko zebrał, odsyłał. Nie wiem, czy mu, oprócz remanentów, tysiąc talarów zostało…

Kanonik chwycił się za głowę.
— A! co za nieszczęście — rzekł — ten poczciwy Ostójski, żeby tylko nie rozpaczał, nie 

zagryzł się, nie rozchorował. Przecież Bóg dał, Bóg wziął… dla nich dwojga, dla państwa 
trojga — poprawił się — starczy i ta odrobina, co zostanie. Przy pracy…

Ale panna Klara, nie słuchając, płakała.
— Może bym ja poszedł do niego — zawołał Kanonik — czasem słowo przyjaciela coś 

zaważy… a przypomnienie woli Bożej…

Chciał już wziąć za kapelusz, ale go panna Klara wstrzymała.
— Nie można mu o tym mówić, póki sam nie przyzna się. Gniewałby się, żem ja go 

zdradziła, przyleciałam tu — dodała panna Klara — aby dolą naszą podzielić się z sercami 
przyjaznymi i pocieszyć współczuciem. O! przeznaczenie!

Uściskała matkę Juliana i pobiegła równie pospiesznym krokiem, jak przyszła. We dworku 

smutek był wielki.

— Pierwsza rzecz teraz — zawołał Kanonik — żeby mu jego własność zwrócić, bo dziś i 

ten dworek dla niego wiele znaczy. Nic więc nie mówiąc, trzeba innego mieszkania szukać, 
pozór jakiś znaleźć, a stąd ustąpić.

— Tak, to prawda — rzekła smutnie matka Juliana — a! ale jakże ciężko się nam będzie 

znowu przenosić.

— Ciężej jemu, moja siostruniu, na starość zostać z uszczuplonym chleba kawałkiem — 

westchnął Kanonik — ale Bóg łaskaw…

Miał iść, nie zwłócząc, do miasteczka, gdy Ostójskiego zobaczył, który z kijem w ręku 

szedł powoli, z głową spuszczoną. Na twarzy jego znać było przybicie, ale nie tak szaloną 
rozpacz i zwątpienie, jakich się Kanonik obawiał. Pozdrowili się jak zwyczajnie, Ostójski 
postawił kij w kącie i siadł.

— Jeździłeś pan do Berlina — cóż tam słychać? — spytał Kanonik.
— Ano — nic, Berlin się na wielką stolicę przerabia, choć mu to nie łatwe. Nic…
— Coś zmęczeni jesteście z podróży czy… niezdrowi, jakoś mi wyglądacie nieswojo — 

dodał ksiądz.

Ostójski się obejrzał.
— Doprawdy? — rzekł — jak to! poznaliście biedę z twarzy…
— Jest jaka bieda?
Stary się zawahał, jakby z sobą walczył, mówić czy milczeć.
— No, przed wami tajemnicy nie ma — rzekł krótko — moją krwawicę diabli wzięli.
— Co? co takiego? — zapytał Kanonik.
— Cały majątek mój przepadł — dosyć jakoś spokojnie dodał Ostójski. — Zostało mi 

bardzo mało. A w dodatku, żem sam sobie winien, więc nie ma co piszczeć.

— Cóż? skradziono?
— A juściż  —  mówił   Ostójski.   —  Licho   mi  nadało  obawiać   się  złodzieja  w  domu  i 

samemu go sobie szukać poza domem. Oddałem wszystkie moje pieniądze bankierowi, który 
zdawał   się   pewny   i   człowiek   uczciwy.   Tymczasem   uszedł   gdzieś   do  Ameryki.  Passiva

wynoszą półtora miliona, a activów

*

 jest na dziesięć tysięcy. Uwinął się tak zręcznie, że gdy 

się ludzie opatrzyli, już może był w Nowym Jorku…

— Ależ nie mieliście u niego całej waszej…
— Caluteńką krwawicę, sto piętnaście tysięcy talarów — westchnął, ocierając pot z czoła 

Ostójski. Chwila była ciężkiego milczenia, szlachcic dumał ponuro.

— Mam lat sześćdziesiąt — rzekł — nie taka to starość jeszcze, gdy są siły — lecz dorobić 

się już ciężko, choć mam za co ręce zaczepić. To, co mi zostało z remanentem, gotówką, w 

* passiva (łac) —stan bierny majątku obciążający go rozchody długi itd.
* activa (łac.) — stan czynny majątku: pieniądze, ruchomości, wierzytelności itp.

background image

zbożu,   na   dłużnikach,   dociągnie   do   kilku,   może   kilkunastu   tysięcy.   Gdym   poczynał 
gospodarzyć, więcej nie miałem… ale naówczas też nie miałem połowy tych lat, które mi 
ciężą na karku… i kochanego dziecka, o którego los jestem trwożny. Nuż choroba, śmierć… a 
ona zostanie na łasce Klary? Klara najpoczciwsza w świecie, ale… będzie po całych dniach 
deklamować, ręce załamywać — i po wszystkim.

Znowu umilkli, Kanonik i pocieszać nie umiał.
— Tylko cicho, sza! niech ludzie się ze starego dudka nie śmieją — dodał Ostójski.
— Przecież może złodzieja złapią i coś się odzyska — rzekł Kanonik.
— Gdyby go złapali, to go jeszcze żywić będzie trzeba, wszystko puścił na bursie

*

. Już tam 

drudzy starania robili… telegrafowano przez linę do Ameryki, ale ja na to grosza dać nie 
chciałem…

— Wie Zosia? — spytała matka Juliana.
— Niezupełnie, ale zdaje mi się, że się domyśla i że Klara się jej łzami wygadała, mnie 

podszedłszy. Zosia, żeby mnie nie zgryźć, wszystko w sobie stłumi — zresztą ona najmniej 
dla siebie potrzebowała, a pracować potrafi… Mnie to więcej dotyka, com jej życie chciał 
zapewnić szczęśliwe, dostatnie, beztroskie. Ale wola Boża… wola Boża…

— Kochany panie — rzekł Kanonik — byliście wy dla ubogich miłosiernymi, Bóg też dla 

was miłosiernym będzie. Nie traćcie ducha, serca, odwagi, a weźcie się do pracy.

— Muszę — odparł Ostójski — łzy za pieniędzmi brzydka rzecz, nie ronię ich, ale mi na 

duszy ciężko! ciężko. Moja Zośka! moja Zosieczka!!

Zakrył sobie twarz rękami, gdy z tyłu nadbiegające dziewczę pochwyciło go za szyję. 

Stało ono już i słuchało przez chwilę, nim weszło.

— Tatku drogi! tatku najmilszy! jeśli o mnie chodzi! a! to możesz tańcować!… A mnie 

pieniądze na co? Wiesz, że razowy chleb lubię, że sukienki perkalowe noszę, że praca mnie 
nie straszy… zostało nam przecie coś! a! czegóż się gryźć! Pluń, tatku, na licho! Mnie waszej 
pracy żal… a dla siebie — doprawdy aż lżej!

Ojciec uściskał ją czule.
— No, to dosyć — odezwał się — teraz będę spokojny…
Odwrócił się do Kanonika żywo.
— Przyszło mi na myśl, bo was znam — dodał — że wam się zaraz przyśni ze dworku 

ruszać,   aby   nie   być   mi   ciężarem.   Pilno   mi   było   was   przestrzec,   że   ja   do   pół   roku   nie 
potrzebuję go, bo mam najęty i zapłacony, a potem… no! to zobaczemy… pomieścimy się 
jakoś. Tylko ani mi się ruszajcie stąd, ani szukajcie mieszkania — jeżeli mnie kochacie.

— Mój dobry przyjacielu — przerwał rozczulony Kanonik — ja serce twe znam, ale mnie 

nie zmuszaj do położenia, które mi strasznie zacięży… nie zmuszaj. Będę swobodniejszy…

— O cóż idzie? po pół roku zrobicie, co zechcecie, a do pół roku, jak mnie kochacie, 

posiedzicie spokojnie.

Kanonik się wahał.
— Ja was proszę, mój ojcze, ja bardzo was proszę i Zosia…
— Ja ojca błagam — dorzuciła Zosia.
— Do pół roku, słowo — rzekł Kanonik. — Słowo.
— Dobrze — dokończył ksiądz — a po pół roku żadna mnie siła w świecie tu nie utrzyma. 

Wy doskonale się możecie sami we dworku tym pomieścić, ja w daleko mniejszym, ba my z 
siostrą takich apartamentów nie potrzebujemy.

— Poczekajcież no, mój dobrodzieju — wrzucił Ostójski — bardzo być może, iż ja teraz z 

dzierżawy większej wyjdę, a wezmę mniejszą i dalszą, zatem wcale w miasteczku mieszkać 
nie będę.

— To sobie dworek wynajmiecie — rzekł Kanonik — w teraźniejszym położeniu każdy 

grosz trzeba szanować.

* bursa (fr.) — giełda

background image

Na tym więc stanęło, lecz Zosia po odejściu ojca została jeszcze dłużej z matką Juliana. 

Kanonik nic nie mówił, a w duchu i dziwił się, i uwielbiał rezygnację, z jaką cios ten straszny 
przyjął stary szlachcic i jego córka. Zosia obawiała się tylko o to, by ojciec się zbytnią nie 
zabijał pracą, a Ostójskiemu szło o córkę… Przywykli do skromnego życia, nie mogli poczuć 
nawet   ruiny,   bo   im   zostawało   tyle,   że   prawie   nie   zmieniając   dawnego   trybu,   dalej   dom 
prowadzić mogli.

Chociaż wypadek miał być do czasu przynajmniej tajony przed ludźmi, ani panna Klara, 

ani   Zosia   nawet   nie   wytrzymała,   żeby  się   z   czymś   po  trosze   nie   wygadała,   ludzie   pode 
drzwiami podsłuchali, w parę dni po miasteczku i okolicy rozbiegła się głucha wiadomość o 
katastrofie   Ostójskiego.   Znali   go   wszyscy   jako   bardzo   zacnego   i   uczciwego   człowieka, 
ubolewanie więc było powszechne. Nie zbywało na dowodach współczucia, jakie rzadko się 
ludziom  trafia   zdobyć   na  obojętnym   zawsze   społeczeństwie.   Jeden  z   pierwszych   przybył 
dziedzic majątku, który Ostójski dzierżawił, a któremu się nic nie należało, bo był z góry 
zapłacony. Uląkł się on, aby go, poczciwy człek nie porzucił, i ostrożnie wielce dał mu do 
zrozumienia, że jeśliby jakiej ulgi w dalszych wypłatach wymagał, da mu ją chętnie. Ostójski 
uściskał, podziękował i odmówił ze łzami w oczach.

Naturalnie  katastrofa  była  przedmiotem  długiej   gawędy,   w  której  szlachcic  bankierów, 

spekulatorów i całej ich prozapii

*

  nie szczędził. Urazę do tego plemienia tym większą całe 

teraz   miało   sąsiedztwo,   gdy   baron   Sauer   zajął   się   gospodarstwem   majątków   hrabiego   i 
poprowadził   je   tak,   że   okolica   współzawodnictwa   z   nim   wytrzymać   nie   mogła. 
Gospodarowano tu tak, jakby jutra dla świata nie było, ciągnąc z ziemi a pobudzając ją do 
produkcji szalonej, bez względu na to, że i matki ziemi siły wyczerpać się muszą. Sąsiedzi, 
którzy guana  kupować  ani  mineralnych  nawozów  sprowadzać  nie  mogli,  gniewali  się  na 
Niemca, który ogromne czynił nakłady.

W pałacu po powrocie państwa młodych z, miodowej przejażdżki wszystko się do nowego 

ułożyło życia. Hrabina matka, wypłakawszy się nad losem swym nieszczęśliwym, pocieszała 
się tym, że synowa jej była tak zapaloną muzyczką, jak ona. Wyznaczono jej część pałacu na 
mieszkanie.   Młoda   synowa   była   nadskakująca   i   grzeczna…   życie   znośne.   Stary   hrabia, 
milcząc i nic nie dając poznać po sobie, zniósł swój upadek na oko stoicznie. Po kilku dniach 
pobytu na wsi, uroczyście pożegnał żonę, kazał upakować tłumoki i wyjechał do Monaco.

W   miesiąc   potem   dowiedziano   się,   że   został   tknięty   apopleksją   i   życia   dokończył. 

Pozostałe długi w Anglii i na stałym lądzie dokuczały synowi, ale ten ich wcale płacić nie 
myślał. Baron Sauer był tak grzeczny, iż pensję trzech tysięcy talarów przelał na hrabinę, 
dając do zrozumienia, że z nią by sobie mogła pojechać, gdzie się jej podoba… Zdaje się, że 
na tę wspaniałomyślną decyzją wpłynął podszept młodej pani, która chciała być samowładną 
w pałacu i przenieść się do gabinetu à la Louis XV

*

. Hrabina, z radością powitawszy nadzieję 

swobody, choć z tak szczupłym fundusikiem, natychmiast wybrała się do Drezna. Posyłała 
nawet   do   panny  Carity,   czyliby  jej   towarzyszyć   nie   chciała,   ta   jednak   odmówiła.   Pensja 
nadzwyczaj   już   stała   świetnie,   a   protekcja   ks.   administratora   dała   jej   sławą   i   wziętość. 
Rzeczywiście   on   nią   więcej   kierował   niż   Włoszka,   która   była   jego   najuleglejszą   sługą. 
Mówiono już o zarządzonej składce, która zakład ten miała na nowy klasztor przerobić.

O powrocie ks. Kanonika do probostwa mowy być nie mogło. Jeździł on parę razy do, 

dawnych przyjaciół i znajomych, członków kapituły, ale ci wyznali mu, że ks. Wikary miał 
takie plecy, protekcje i był tak popierany silnie, iż przeciwko niemu aniby się kto ważył 
wystąpić. Radzono mu rezygnować, a w innej diecezji lub chociażby w tej innego szukać 
probostwa, oświadczając otwarcie, iż był pomówiony o liberalizm, patriotyzm, demokrację, o 
rewolucyjność, o czerwoność i inne tego rodzaju zbrodnie, którymi raz obrzucony człowiek, 
choćby najniewinniej, już się nigdy oczyścić nie może.

* prozapia (łac) — przodkowie
* à la Louis XV (fr.) — w stylu Ludwika XV. tj. w stylu rokokowym

background image

Ks. Kanonik poddał się w milczeniu woli niebios, żal mu było opuszczać miejsce, do 

którego się przywiązał, a zdało mu się, że z tego, co mu przeznaczono przy innej jakiej pracy, 
wyżyje. On i siostra nawykli byli do tak skromnego życia, iż dla zyskania lepszego bytu nic 
poświęcać nie potrzebowali.

W   dzisiejszych   czasach   ta   teoria   swobody   człowieka,   ograniczeniem   jego   potrzeb 

zdobywana, cale nie ma wziętości — jest ona wszakże najskuteczniejszą tarczą przeciwko 
zepsuciu, a ci, co ją przyjęli, biorą z nią moc wielką, stają się niezależnymi i wyższymi nad 
pokusy.

Większej części serwilizmów, upodleń, upadków ludzkich przyczyną jest nawyknienie do 

zbytku,  próżność  i  rozpieszczenie  cielesne.  Kto  potrafił  przekonać  ciało  i  nadać  mu   hart 
potrzebny, nabywa potęgi równoważącej często, często przeważającej potęgę grosza i władzy.

Ale   ta   stoicko–chrześcijańska   teoria   dawno   odrzuconą   została.   Materializm   odkrył   i 

dowiódł, że mens sana in corpore sano

*

 i że interesa żołądka są zarazem sprawami ducha. Nie 

było   więc   innego   sposobu,   tylko   obwarować   sobie   warunki   materialne   jako   najpierwszą 
potrzebą — a że znowu wielu inaczej jak wątróbkami w pasztetach karmić się nie może — 
stąd konieczność zbrukania się dla zdobycia wątróbek — i tam dalej, i tam dalej. Kto może 
żyć kawałkiem chleba, być zdrowym i silnym, i nie tęsknić za delikatesami, stokroć jest 
większym   panem   niż   milionowy  sybaryta,   co   się   lęka   więcej   o   utratę   dobrego   stołu   niż 
dobrego imienia.

Zosia co dzień prawie przybywała na probostwo, opowiadając coś o ojcu i wynosząc jego 

spokojność i rezygnację. Trafiło się w tym czasie, iż pani matka pisała parę razy do Juliana, a 
Zosia   pieczętowała,   do   tych   jednak   listów   nie   dodała   ani   literki.   Zmieniło   się   zupełnie 
położenie.   Zosia   miała   maleńki   posażek,   a   Julian   jako   zdolny   doktor   wielką   i   świetną 
przyszłość   przed   sobą.   Poczuła   to   dobrze,   iż   mu   jej   zawiązywać   nie   była   powinna. 
Posmutniała, biedna, ale umiała tego nie pokazywać po sobie.

Największe wrażenie katastrofa zrobiła na pannie Klarze, która wypłakiwała się strasznie, 

a   nastrojona   była   tak,   że   nie   mogła   inaczej   przemówić,   tylko   niesłychanie   patetycznie, 
deklamując   przeciwko   zepsuciu   świata,   ludziom,   zdradzie,   niesprawiedliwości   itp.   Z 
rozczulenia wpadała znowu aż w gniewy czasem i kłóciła się z bratem, którego ślamazarności 
przypisywała wszystkie „nieszczęścia rodziny”. Ostójski jakby odmłodniał, tak się krzątał z 
nową gorliwością około gospodarstwa.

Jednego poranku wreszcie, gdy Zosia wedle zwyczaju przyszła do dworku dać „dzień 

dobry”  matce  Juliana,  zdziwiła  się  i  zmieszała  niezmiernie,  zastawszy  cale  niespodzianie 
młodego doktora, który przyjechał, nie zapowiedziawszy się wprzódy.

Zosia, która go niedawno tak czule i śmiało witała, napastliwie prawie, teraz i chłodno, i 

umiarkowanie pozdrowiła Juliana. Krócej też pobywszy niż zwykle, pod pozorem, że jej 
ojciec potrzebował, że miała coś do roboty w domu — pożegnała się i pierzchnęła.

Nazajutrz już nie przyszła.
Trzeciego dnia Julian z Kanonikiem i matką wybrali się po obiedzie do Ostójskiego — 

którego, szczęściem, w domu zastali. Młody medyk zdziwił się nieco, wyraźnie, umyślnie 
zwiększonej jeszcze prostocie urządzenia domu. Jedna sługa starczyła do kuchni i pokojów, 
gdyż Zosia, a po części i ciocia resztę roboty wzięły na siebie. Ostójski Jakubka odprawił i 
mówił, że się doskonale bez niego obchodzi. Nie było skąpstwa, lecz widoczna i troskliwa 
oszczędność.

Ciocia, którą po raz pierwszy spotykał Julian, podała mu rękę i rozpłakała się.
— Jedna chwila — rzekła — częstokroć przedziela szczęście od niedoli. Gdyś pan zdążał 

stąd po wieńce do stolicy… zostawiłeś nas opływających we wszystko… dziś znajdujesz w 
nędzy…

* mens sana in corpore sano (łac ) — w zdrowym ciele zdrowy duch

background image

— Ale dałabyś pokój — ofuknął Ostójski — gdzież nędza, gdzie nędza? To już retoryka za 

daleko posunięta…

— Szala losu przechyliła się w stronę przeciwną — dodała panna Klara.
Ostójski gościnnością w domu i dobrym humorem starał się gościowi dać zapomnieć, że 

powinien był kondolencyjny przynieść komplement. Na pierwsze Juliana słowo — przerwał 
mu:

—   Nic   nie   ma   tak   strasznego,   chleba   kawałek   został,   a   póki   siły,   póty   pracy   być 

powinno… Nie mówmy o tym.

Zosia, choć swobodna i prawie wesoła, nie szukała już rozmowy z Julianem, nie wyzywała 

go do niej, jak wprzódy — Julian znowu, jak gdyby ze swej strony chciał dowieść, że zmiana 
położenia na jego uczucia nie wpłynęła, o wiele był swobodniejszy i weselszy niż dawniej,

— Cóżeśmy to słyszeli — rzekł Ostójski — że się asindziej, panie Julianie, wybierasz do 

Ameryki czy do Kalifornii złoto kopać, czy co?

— Miałem w istocie myśl — odpowiedział zagadnięty — odbyć podróż naukową i jakiś 

czas poświęcić się praktyce w jednym z miast Ameryki Południowej, gdzie o dobrych lekarzy 
dosyć jest trudno — ale — ale się waham.

— Cóż? więc znowu projekt do Rosji? — spytała Zosia cicho, rada prawie, iż od żółtej 

gorączki strachu uwolnioną została… w zamian biorąc cholerę.

— Aż mi wstyd — szepnął Julian — że tak niestały jestem. Oto doprawdy sam nie wiem 

teraz… do Ameryki daleko, Rosja dla samego języka mi niedostępna, matki mi rzucić żal, 
Kanonikowi bym pragnął być pomocą… któż wie? może zostanę w kraju.

Zosia   się   zarumieniła   mocno,   Ostójski   odchrząknął   i   z   wyjaśnioną   twarzą   począł   się 

przechadzać po pokoju.

— Dalibóg — rzekł — zrobisz rozumnie, a że ci na praktyce wyborowej zbywać nie 

będzie — ręczę. Gdybyś widział, jak ja, i co tu nasze biedne ludziska feber rozmaitych, 
reumatyzmów, kalectw, choróbsk nabiorą przy pracy i klimacie — to by ci aż ślinka do ust 
pociekła.  Takie  choroby,   powiadam  ci,  nowiuteńkie,  wymyślne,   właśnie,  jakich  młodemu 
doktorowi   potrzeba!!   Będziesz   sobie   uczył   się   i   praktykował,   lepiej   jak   w   szpitalu   przy 
klinice, z tą różnicą, że u nas zobaczysz takich chorych, którzy u was leżą w łóżkach, z 
gorączką noszących snopy, z febrą młócących zboże i z reumatyzmem po kostki stojących w 
błocie godzinami… To dopiero praktyka!

— W różowych odmalowana kolorach! — dodał Kanonik. — No — co do mnie — mówił 

dalej  — ja teraz Julka ani od podróży nie wstrzymują, ani do skromnego życia na wieś 
zapraszam. Byłoby mi boleśnie, gdyby swą przyszłość dla nas poświęcał. Dlatego i odezwać 
mi się trudno.

Matka także milczała, panna Klara zbierała się coś — „rzec”, ale odłożyła na później. 

Zosia ukradkiem patrzyła w oczy Julianowi, który był zamyślony i milczący.

Gdy się wszyscy rozgadali później, a Zosia wyśliznęła się do drugiego pokoju, Julian 

nieśmiało poszedł za mą. Ostójskiemu aż oczy zaświeciły, gdy to zobaczył.

—   Panno   Zofio   —   odezwał   się   idący   za   nią   medyk   —   doprawdy  pani   coś   na   mnie 

niełaskawa.

— Dlaczego?
— Anim dotąd miał zręczność pozdrowić pani! tak ją widziałem mało… Czy panią bardzo 

tak dotknęło to nieszczęście?

— Mnie? osobiście! a! bynajmniej! — zawołała Zofia — wierz mi pan, iż anibym go 

poczuła dla  siebie.  Dla ojca dotyka mnie ono boleśnie, biedny tatko  powinien był  nieco 
spocząć…

— Czy pani uwierzysz w to, że spoczynek jest szczęściem? — spytał medyk.
— Zupełny — nie — rzekła Zofia — pojmuję to, że człowiek nawykły do pracy, gdyby mu 

ją odjęto, prędzej by się uczuł skrzywdzonym, zanudziłby się, niżby miał tym ucieszyć. Ale 

background image

zbytek pracy i frasunek przy tym w wieku ojca…

— Czyż się tak bardzo zamęcza?
— Dosyć… nadto.
— A pani go wstrzymać nie może?
— Bardzo mało… On kłopocze się niepotrzebnie o mnie, o losy moje — ja o niego. Ja 

mam słuszność, on najmniejszej. Zostało mi tyle, że starej pannie doskonale wystarczy, a 
nawet dwóm, bo juściż o cioci nie trzeba zapominać.

— Ciocia, zdaje się, mocno dotkniętą. Zosia się uśmiechnęła.
— Tak — rzekła — ale ma w tym pociechę, że nigdy tyle pięknych rzeczy powiedzieć nam 

nie miała zręczności, co teraz…

Mnie, wiesz pan, co najwięcej zasmuciło? Musieliśmy rzucić stary folwark, gdzie się tak 

długo mieszkało… Wystaw pan sobie, na moim kochanym ogródku posadzili bezbożnicy 
kapustę! kapustę!

Julian się uśmiechnął.
— Profanacja to — rzekł — ależ pani musi mieć ogródek nowy?
— Tak! nowy! nawet daleko piękniejszy. Ojciec — bo jeszcze wówczas, jak można było 

— sprowadził mi takie śliczne kwiatki z Erfurtu. Co mi po nich! Jam mój krzak bzu, co 
podrósł w mych oczach, wolała i ręką moją sadzone owe maliny.

— A wiesz pan! za karę im — wymarzły! Teraz znowu — szczebiotała Zosia — przenosić 

się pewnie potrzeba gdzieś indziej, a to koczowanie mnie męczy…

— Ojciec, co panią tak kocha — odezwał się Julian — mógłby na to łatwo poradzić — coś 

małego kupić i na swoim gospodarzyć.

— Nie, nie mamy nawet za co kupić — małego — szepnęła Zosia, spuszczając oczy — nie 

zostało nam nawet tyle, by dobry młyn gdzie nabyć. Ojcu się zdaje, że z tego, co ma, łatwiej 
się dorobi.

Mówili dłużej jeszcze, swobodnie i poufnie, a do rozmowy wmieszały się wspomnienia 

młodości, których Julian nie unikał. Był jakiś wesół i mówniejszy niż dawniej. Zosia mu tego 
powinszowała.

— A! pani! — odezwał się otwarcie — teraz to wcale co innego, jesteśmy na zupełnej 

stopie równości.

Dawniej widziałem w pani w całym blasku majestatu dziedziczkę fortuny, którą olśnięty, 

ust nie umiałem otworzyć… teraz mówię z panną Zofią.

— Więc się na coś nasze nieszczęście przydało przecie! — dodała Zosia.
— Aż mi wstyd, że ja na nim skorzystałem, gdy państwo straciliście — dorzucił Julian.
Po odejściu Kanonika ze swymi Zosia w wybornym humorze siadła grać na fortepianie. 

Grała strasznie jakoś burzliwie, gdy ojciec się wsunął.

— A co? a co? — spytał — nieprawdaż, że Julian jakby inszy człowiek. Zawadzały mu 

widocznie talary, które pojechały z tym przecherą do Ameryki?

Zosia mu się rzuciła na szyję.
— Julian śmielszy jest… a jednak?
Powróciła do grania, Ostójski poszedł do stolika kabałę kłaść, ale na co, do tego przyznać 

się nie chciał. Kabała mu wypadła, nie można wszakże zaręczyć, czy dyplomatycznie w 
pomoc jej nie przyszedł.

Julian, któremu znanym było postępowanie Wikarego z Kanonikiem i tysiączne drobne 

przykrości, jakie czynił wujowi, nie miał cale zamiaru odwiedzać probostwa. Niespodzianie 
spotkali się jednak na drodze z powracającym z pensji swej ks. Leonem, a ten zaczepił sam 
Juliana z bezwstydnością podziwienia godną. Medyk zimno go przyjął, robić mu wszakże 
wymówek i historii sam nie chciał i wiedział, że Kanonikowi by tym przykrość wyrządził.

Ks. Wikary cale teraz inaczej wyglądał, nabrał pewności siebie i tej jakiejś dumy pokornej, 

która odznacza duchownych dobijających się znaczenia. Mówił więcej, śmielej, czuć było, że 

background image

ufał w jakąś siłę w sobie i poza sobą. Nie tylko przywitał Juliana i począł z nim rozmowę, ale 
począwszy ją, nie dał odejść medykowi, ciągnąc go z sobą niemal gwałtem na plebanię. 
Jakkolwiek kosztowało go tam wejść, musiał, ciągnięty natrętnym naleganiem. Stara budowa 
wyglądała teraz wyświeżona, przyozdobiona nader pobożnymi godłami, obrazami, sprzętami, 
lecz zarazem wytwornie. Pełno było drobnostek i cacek wprawdzie uświęconych różnymi 
emblematami religijnymi, ale świecących i wabiących oko. Stare ławy i stoły zastąpiły meble 
wykwintne. Julian chwilę tylko chciał zabawić i odejść, Wikary go wstrzymał.

—   Dlatego   tylko   mówić   chciałem   z   panem   Julianem,   aby   go   zapewnić   —   rzekł 

przymilającym się głosikiem — iż to, o co mnie oskarżają — jest fałszem.

Mówią, żem przeciwko Kanonikowi intrygował… o, nie ja! nie ja! On sam przeciwko 

sobie działał. Czasy się zmieniły, karność w Kościele musiała też ulec reformie… Kanonik 
niesłusznie też uprzedzony jest przeciwko bogobojnemu zakonowi oo. jezuitów. Spełnia on 
dziś toż samo posłannictwo przeciwko doktrynerom wieku, które zwycięsko raz już sprawił w 
XVI w. Kościół uorganizował sobie ten korpus mężnych zapaśników i musi strzec, aby go 
szanowano.

Ks. Kanonik sam winien… ja mu najlepiej życzę… Proszę mi wierzyć. Ale ileż to razy 

publicznie   mówił   przeciw   temu   i   innym   zakonom,   które   są   potrzebne   i   Bogu   miłe…. 
Powtarzano jego słowa…

Julian   nie   odpowiadał   nic,   nie   usiadł   nawet   i   pobywszy   chwil   kilka,   pożegnał   ks. 

administratora.

W kilka dni potem Ostójski zaprosić przyszedł swych miłych gości ze dworku.
— Obiadek będzie skromny, szlachecki… ale barszczyk z uszkami robi kucharka… jak nie 

można lepszy… a kieliszek wina ze starego zapasu się znajdzie…

Nie można było odmówić — poszli tedy wszyscy. Panna Klara z Zosią same nakrywały, 

śmiejąc się, do stołu, a Ostójski w wyśmienitym humorze talerze przynosił.

Na tę scenę wesołą wszedł Kanonik z siostrą i Julianem. Julian zaraz rzucił się pomagać i 

szczególnej łasce Bożej winni byli, że przy tym wyprzedzaniu się nie potłukli nic.

Żadna w świecie najwykwintniejsza uczta pod błogosławieńszą wróżbą rozpocząć się nie 

mogła. Zosię los posadził przy Julianie, szczebiotała jak za dobrych czasów.

W pół obiadu Ostójski podniósł głowę znad talerza i pyta:
—  A  co   tam,   panie   Julianie,   czy   nie   zapadła   ostateczna   decyzja   względem   pańskiej 

podróży? dokądże, na wschód, na zachód, północ czy południe?

— Niech pan zgadnie — odparł Julian — w samej istocie wczoraj stanowczom sobie 

powiedział, co mam czynić… niech pan zgadnie!

— Otóż go masz! — zaśmiał się stary — jak ty chcesz, żeby stary odgadł młodego — to  

nie jest w naturze rzeczy. My postępujemy rozumnie, wy szalenie, jakże ja mogę odgadnąć, 
jakie ci się głupstwo zrobić podoba?

— Ale czyż koniecznie głupstwo? — powoli zapytał Julian.
— Prawie nieuchronnie! — westchnął Cześnikiewicz — na to jesteś młody. Młodość daną 

jest człowiekowi na to, ażeby popełnionych w ciągu jej niedorzeczności reszty życia żałował.

Kanonik się roześmiał.
— A toś asindziej trafnie powiedział.
— Tandem, panie Julianie, ja nie odgadnę. Julian miał oczy w talerz spuszczone.
— Jeszczem nawet ani matce, ani wujowi nie przyznał się — rzekł — a tu mnie pan 

Cześnikiewicz zmusza do publicznej spowiedzi.

Matka w istocie z obawą wielką spoglądała na syna, Kanonik z ciekawością.
— Ja — korzystając z milczenia, wtrąciła panna Klara — ja to znajduję naturalnym wielce 

i młodości właściwym, iż ona za ideałami goni i

ściga niedoścignione

background image

i nie dziwiłabym się, gdyby doktor Julian choćby na księżyc wzlecieć zapragnął… Wszak 

poeta nasz mówi:

Młodości, ty nad poziomy…

— Ale bezpieczniej chodzić po ziemi — przerwał Ostójski.
— I ja tak sądzę — rzekł Kanonik — chodzie po ziemi, a oczy mieć wlepione w niebo.
Zosia patrzała na Juliana, który w tej chwili oczy miał wlepione w talerz — zdawał się 

zakłopotany.

— Ano, mów pan, co poczynasz — rzekł Ostójski — i ten kieliszek wypijemy za sukcesa 

jego przyszłe…

— Zawiodę państwa nadzieje — odezwał się doktor powoli i jakby wahając. — Myślałem 

długo, długo — i — nająłem od Drewnowicza dworek w miasteczku.

Ostójski aż się z krzesła porwał.
— Możeż to być?
Kanonikowi   i  matce   łzy  się   w  oczach   kręciły,   oczy  ich   przez   nie   patrzały  na   Juliana 

dziękczynnie.

— I niceś nam nie powiedział — szepnął Kanonik. — Wiedziałem, że matka i kochany 

wuj życzyli sobie tego, zostanę, i zostanę tu z przyjemnością wielką…

— A! niechże ci Bóg płaci! — krzyknął Ostójski — i za zdrowie twoje!
Panna Klara, patrząc na zarumienioną bardzo Zosię, usta satyrycznie zagryzła.
— Ale czyż pewnie to? — rzekł gospodarz.
— Tak pewnie, żem z Drewnowiczem na lat trzy kontrakt podpisał i zadatek mu dałem — 

odparł Julian. — Dworek jest trochę za obszerny — dodał — ale Kanonik, mama, ja… i 
zresztą doktor musi mieć gdzie przyjmować pacjentów… Ogródek wcale miły i ładny, para 
lip starych, które nam probostwo przypomną.

Zosia, milcząc, piła wodę, widocznie było jej gorąco. Obiad się kończył, wszyscy wstali, 

Kanonik odmówił modlitewkę, potem przyszedł do Juliana i milcząc go w głowę pocałował. 
Ostójski wyściskał go okrutnie, matka poszła w kątek, aby łez nie pokazywać. Jakoś błogo 
było wszystkim i dobrze i stali tak w ciszy, jakby anioł pokoju przelatywał nad nimi.

Panna   Klara   tylko   może   z   tego   braku   szczytnych   prądów   w   młodzieńcu   nie   była 

zadowolnioną. Nalewała czarną kawę z minką dziwnie szyderską.

Zaczęto   naturalnie   szeroce   rozprawiać   o   urządzeniu   dworku,   o   kupieniu   skromnych 

sprzętów, o słudze, o ogródku, nawet o potrzebie bryczki i konia dla młodego doktora, po 
którego nie każdy i nie zawsze konie przysyłać może.

Przeciągnęło się to aż pod wieczór, a miłą rozmowę przerwało jeszcze przybycie, raczej 

wtargnięcie aptekarza, pana Drugdy, który, dowiedziawszy się od Drewnowicza o wesołej 
nawinie, spieszył wyrazić swe sentymenta i radość, jaką mu to sprawiało. Aptekarz, który 
niezmiernie   rzadko   wychodził   ze   swej   pracowni,   był   człowieczek   mały,   okrągły,   łysy,   z 
ogromnymi tłustymi rękami, gaduła, facetus

*

, a dobry z kościami. Powszechnie go lubiono. Z 

progu oczyma poszukał Juliana i rękę przykładając do czoła, świecącego jak bilardowa kula, 
zawołał:

— Submituję się mojemu generałowi!
—   Panie   dobrodzieju!   —   dodał   po   przywitaniu   —   nie   mogło   nic   szczęśliwszego   dla 

okolicy zdarzyć się nad to, żeś się doktor szanowny dla niej poświęcił. Ale praktyka! zobaczy 
pan, będzie! Nam trzeba było lekarza… gwałtownie. Tylko, generale dobrodzieju — rzekł, 
głos zniżając — abyście się nie trzymali nowej medycyny! Co to dziś warto… zapisze ósmą 
część gra— na trucizny i pół kwarty wody! Basta! Dawniejsze recepty proszę zobaczyć, aż 

* facetus (łac.) — facecjonista, żartowniś

background image

miło! Trzydzieści ingrediencji, jedna osobliwsza od drugiej, recepta półłokciowa, rachunek 
takiż, a chory gdy wyzdrowiał, nie wiedział, któremu był winien zdrowie z trzydziestu w jego 
żołądku goszczących medykamentów.

Śmiano się znowu. Drugda wypił kieliszek wina i zaofiarował się kochanemu doktorowi 

zaraz tanio mebelki dostarczyć, kochany doktor jednak już był w drugim pokoju z Zosią i — 
domyśleć się łatwo, że się jej oświadczył.

Powieść mogłaby na tym być skończona, bo łez i uszczęśliwienia Ostójskiego odmalować 

anibyśmy się kusili — gdyby nie jedna okoliczność wcale szczególna, która na charakter 
poczciwego ojca Zosi rzuca niespodziane światło. Wszyscy go mieli za nader prostodusznego 
szlachcica, który się nigdy na przebiegły figiel zdobyć nie mógł. Tymczasem, proszę tylko 
posłuchać, co ten ścichapęk zmalował.

Po oświadczeniu się Juliana, po zaręczynach, po upłakaniu się tych, którzy ze szczęścia 

płakać muszą, naznaczono dzień wesela na d. 24 czerwca. Wszyscy byli tego zdania, żeby 
uroczystość odbyła się skromnie, cicho, w maleńkim kółku rodziny i najbliższych przyjaciół. 
Julian i Zosia znajdowali, że wbrew niedorzecznemu obyczajowi europejskiemu, po ślubie 
karczmy objeżdżać i wspomnienia pierwszych chwil szczęścia siać po gościńcach byłoby 
niedarowaną lekkomyślnością.

Na święty Jan więc w bardzo szczupłym gronku zabawiano się u Ostójskiego, który z 

obiadem jednak wystąpił co się zowie. Kucharza zapożyczył z sąsiedztwa, sprowadził ryb i 
zwierzyny, i wina, i różnych przysmaków o wiele więcej niż było potrzeba.

Posadzono państwa młodych obok siebie, a — jak gdyby po raz w życiu pierwszy z sobą 

mówili — zagadali się, że cały świat im z oczów zniknął. Wtem stuk o kieliszek…

—   Proszę   o   głos   —   pan   Cześnikiewicz,   wzruszony,   wstaje   z   podniesionym   do   góry 

wiwatowym, pełnym szumiącego szampana.

Uciszyli się wszyscy, Ostójski pomyślał:
— Niech ja pierwszy za wasze zdrowie wypiję — rzekł powoli, wzruszony mocno — 

niech ja was pobłogosławię na długie i szczęśliwe życie pracy, zgody, pokoju i cnoty… Ja — 
ojciec… zabrałem głos, bo razem z błogosławieństwem muszę w pokorze wyznać grzech, 
jakiego się dopuściłem… Fałsz popełniłem, który mi Pan Bóg przebaczy tylko wówczas, jeśli 
wy szczęśliwi będziecie.

Uderzył się w piersi.
— Doniu moja, Zosieczko — Julku, synu mój najdroższy… peccavi!

*

 skłamałem! Nigdy 

żaden bankier mi nic nie ukradł, caluteńki mój pugilares nienaruszony leży w komodzie w 
potajemniku

*

 Ale gdyby Zosia nie była ubogą, ty byś przez fałszywy punkt honoru nudził 

ją, póki byś się nie dorobił fortuny. Cóż było począć, musiałem łgać i jakoś mi się szczęśliwie 
udało! — To mówiąc krzyknął: — Vivat!

Julian zbladł, Zosia pociągnęła go z sobą, aby się ojcu razem do nóg rzucili.
Panna Klara dostała mdłości i palpitacji serca. Kanonik płakał, matka Juliana płakała, 

goście śmieli się i ściskali.

Co najdziwniejsza, iż poczciwy ów safanduła, Ostójski tak jakoś dobrze to ukartował, tak 

naturalnie rolę swoją grał, tak wzdychał, tak się krzątał, że żywa dusza, ani córka, ani siostra, 
ani nikt nie domyślił się owego pobożnego kłamstwa, owej  pia fraus

*

 jak ją nazwał ks. 

Kanonik.   W   czasie   gdy   Ostójski   był   w   Berlinie,   trafiło   się   właśnie   podobnego   rodzaju 
bankructwa, mówiono o nim wiele, może być, że ono mu poddało ową myśl ogłoszenia 
swego upadku.

Że   Zosi   do   spisku   nie   przypuścił,   było   rzeczą   bardzo   naturalną,   bo   jej   uczucie   nie 

dozwoliłoby było do takiego środka uciec się dla przełamania dumnego oporu Juliana; panna 

* peccavi (łac) — zgrzeszyłem
* potajemnik — skrytka
* pia fraus (łac) — dosł pobożny podstęp kłamstwo w godziwym celu

background image

Klara miała mu za złe, iż jej nie zaufał. Ostójski śmiał się.

— Co państwo prawicie, żeby była mysz o tym wiedziała tylko… nie byłoby się udało, 

cała sztuka, żem nikogo do tajemnicy nie przypuścił.

Aptekarz Drugda, mający ładną córkę i niejakie dalekie plany na doktora, znajdował, że 

bądź co bądź, Ostójski sobie postąpił bardzo — niedelikatnie.

Na   biedę   nie   mogę   tej   ślubem   zamykającej   się   powieści   skończyć   tradycyjną   formą 

naszych starych bajek, bom na weselu nie był i nie piłem nic… gdyż Ostójski nikogo obcego 
nie prosił.