background image

KAZIMIERZ TETMAJER 
LEGENDA TATR
MARYNA Z HRUBEGO JANOSIK NĘDZA LITMANOWSKI
WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW 1972, wyd. III

TEKST WG WYDANIA:
WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW 1961

MARYNA Z HRUBEGO
LEGENDY TATR CZĘŚĆ PIERWSZA

Pamięci Seweryna Goszczyńskiego pierwszego poety Tatr
Ujrzała Maryna w nizinie Czarny Staw. Wiatr kołysał ponurość jego wód wśród mgieł, w 
pomroce. Głuchy bełkot dawały fale, o głazy u brzegów bijąc. Coś niewypowiedzianie 
smutnego szło od tej toni w górę. Stojąca wysoko na skrzesanej, stromej uboczy pod 
Kościelcem Maryna patrzała w tę wodę, o której słyszała od urodzenia. Z biczem w ręku, 
opasterzona w płachtę szarą od deszczu, patrzała w dół spod skały, podana piersią naprzód. 
Jej szafirowe, ogniste oczy stykały się z czarną, posępną powierzchnią wody, wiązały się z 
nią, zdawały spływać w jedno. Dusza dzieckadziewczyny uczuła się tak samo wahaną głucho 
wiejącym wiatrem. Po raz pierwszy poszła paść w hale i po raz pierwszy spojrzała na tę 
wodę, której

Pamięci Seweryna Goszczynskiego... - Tetmajer żywił trwałe uczucia uznania i sympatii dla 
autora Zamku Kaniowskiego. W słowie wstępnym do cyklu Na Skalnym Podhalu wyznał, że 
dzieło to powstało pod auspicjami Goszczyńskiego, zwłaszcza jego Dziennika podróży do 
Tatrów. Wyznał o wiele więcej jeszcze: "Goszczyński otwarł mi ten świat (Podhala - przyp. 
red.);
otwarł mi oczy (...) on mię potem do poezji pchnął" (op. cit., rozdział Stara książka i stara 
pieSn, wyd. z r. 1955, s. 44). Prócz koneksji literackich rodzinę Tetmajerów, zwłaszcza ojca 
poety - Adolfa Tetmajera, łączyły z Goszczyńskim więzy osobistej przyjaźni.

imię było jądrem rozmów na Hrubem. Lecz imię prawdziwe tej wody było: groza.
Powoli mgły zakryły staw i omroczyły Marynę, tłumiąc wiatr. Nieprzewładana pustka objęła 
ją, nieogarnione stracenie się od świata. Uczuła nad sobą zwały spiętrzone ślizgich, 
skrzesanych, niebosiężnych skał i pod sobą wodę zapadłą w mgły, i w okrąg mgły 
niezmierne. Uczuła się w pustkowiu nieprzewładanym. I uczuła, że wszystko, co w sobie 
miała, ucichło, znikło. W duszę jej wrażała się ta godzina z mocą wiadomą, że nie zapomnisz 
jej nigdy. Oparła się na biczysku i pochyliła twarz. Zapamiętała się w mroku.
Ptak jakiś zafurgotał zza zrębu i przeleciał na dół w przepaści...
Wrzało już, choć nie buchał jeszcze płomień. Chmielnicki gotował się do ostatecznej 
rozprawy z królem i Rzecząpospolitą. Gdy Jan Kazimierz rozsyłał wici na pospolite przeciw 
Kozakom ruszenie, tysiące wysłańców Chmielnickiego pospieszyło do dalekich ziem 
polskich *, pod Poznań, Kraków, w zachodnie województwa. Mieli oni podniecić chłopów do
buntu, gdy tylko szlachta pociągnie w pole.
Strach zaś był wielki. Olbrzymią armię zbierał Chmielnicki. Naprzeciw sił królewskich 
zgromadził przeszło trzysta pięćdziesiąt tysięcy Kozaków, czerni i ordy tatarskiej.

Chmielnicki gotował się do ostatecznej rozprawy (...) tysiące wysłańców Chmielnickiego 
pospieszyło do (...) ziem polskich - Po zwycięstwach w r. 1648 nad wojskami koronnymi pod 

background image

Żółtymi Wodami, Korsuniem i Piławcami oraz po przebiegu walk w r. 1649 (oblężenie 
Zbaraża) Chmielnicki próbował na terenie Polski, głównie w Wielkopolsce i Lubaczowskiem,
prowadzić dywersję na tyłach z zamiarem wywołania ogólnoludowego powstania. Użył do 
tego celu 2 tysięcy wysłanych w głąb kraju emisariuszy.
Chmielnicki zamierzał daleko: zamierzał zwalić całą szlachecką rzeczpospolitą, wywołać 
powszechne powstanie polskiego ludu, Rakoczemu ułatwić zajęcie Krakowa, szlachtę 
zdruzgotać raz na zawsze.
Rzucono i rozszerzano wieść, że szlachta buntuje się przeciw królowi, że wymordować chce 
chłopów, że Kozacy na pomoc królowi i obronę chłopów ciągną. Judzeni chłopi, skorzy dla 
tyraństwa, ucisku i wyzysku panów dawać posłuch podobnym wieściom, łatwo burzyć się 
zaczęli. Buchnęły tu i owdzie pożary, w lasy chłopi na tajemne narady szli, zuchwalsi, 
odważniejsi wobec szlachciców i ich sług się stali.
Na Podtatrzu, w Beskidach, lud z dawien dawna do łupieży, zbójectwa, oporu był pochopny. 
Przez całe Karpaty, od zachodu do wschodu ich granic węgierskich, raz w raz tworzyły się i 
dawały o sobie znać bandy grabieżcze.
W województwie krakowskim, w małym stosunkowo okręgu górskim, więcej było zbójów i 
napadów niż na ziemiach całej Rzeczypospolitej polskiej, a typ życia Górali podobny był do 
typu życia zaporoskich Kozaków.
Rody sołtysie używały tej wolności w górach, jaką cieszyły się rodziny kozacze na Rusi, a 
młódź chadzała na zbój na obie strony gór, jak Kozacy na wyprawy z Siczy. W owym czasie 
Górale byli rozjadli. Od trzydziestu lat trwał spór między dworem szlacheckim i ekonomiami 
duchownymi i królewskimi o czynsze za wypasy na polach (na które jedni chłopi mieli 
przywileje i nadania z uprzednich czasów, inni nie mieli), z rozmaitą słusznością, ale i z tym, 
że i słuszność gwałcono. Prócz tego Lubomirscy, chciwi tytułów i majątków, wstydzący się 
już rodzinnego, małego Lubomierza, a piszący się hrabiami na Wiśniczu i Jarosławiu 
(Wacław Śreniawa Potocki: Wojna okocimska), jęli wydzierżawiać dla większego zysku 
Żydom cła, myta i karczmy i wzbraniać palenia wódki i szynkowania, wbrew prawom 
osadniczym, warującym sołtysom i całym gromadom w kasztelani!

krakowskiej własne karczmy i gorzelnie. Za przykładem nowych, ale już magnatów, szła 
okoliczna szlachta. Rozjątrzeni chłopi rwali się do oporu i odwetu, powstawały bandy po 
kilkudziesięciu ludzi, napadano dwory i podłoże pod bunt powszechny było gotowe.
W uczuciu pewnej trwogi i niepokoju opuszczała szlachta podgórska dwory i 'zagrody, aby do
obozu królewskiego pod Sokal ciągnąć. Szczupłe, prawie nie istniejące lub zgoła nie 
istniejące załogi po starościch grodach i grodkach, strzec mający w czas wojny pokoju 
domowego wojscy, prywatne poczty, te, których przeciw Chmielnickiemu nie pchnięto, 
panów duchownych i świeckich: małą dawały ochronę i skąpe bezpieczeństwo. Główną 
otuchą szlachty, wyciągającej z progów rodzinnych, była nadzieja, że chłopi się na nic 
większego nie ważą, a także przekonanie, że nad ogólniejszym ruchem musiałaby stanąć 
jedna, i nie chłopska, nie chamska głowa. Nie bez trwogi, ale wzgardliwie liczono, że się taka 
głowa nie znajdzie. Nie przypuszczano dwóch Chmielnickich równocześnie, gdy jeden już 
był i od lat całych nękał wojną i odetchnąć nie dawał.
W dumnej hardości z zamków swoich spoglądali naokół panowie małopolscy, ci, którzy dla 
wieku czy niedomagania w pole na wezwanie królewskie nie wyszli, i plenipotenci pańscy 
pod czas dominiami rządzący; z umyślnym też lekceważeniem patrzyli na ruchy chłopskie 
urzędnicy królewscy. Starosta czorsztyński, pokojowiec królewski, Platemberg, w zamku 
dzierżawców Żydów pozostawiwszy, w zbroi szmelcowanej ku wojsku odjechał.
Gdy Szymek Bzowski, czyli Aleksander Leon Kostka z Krakowa do Siworogu, zamku 
Joachima Herburta *, pana na stu wsiach, u którego podówczas bawił, zakupiwszy odzienia, z
sercem roztęsknionym wracał: na każdym popasie, od Mogilan poczynając,

background image

do (...) zamku Joachima Herburta - Herburtowie, ród pochodzenia niemieckiego. Do Polski 
przybyli w w. XIV z Moraw i osiedli w Samborskiem.
10

tu o podpaleniu, tam o kradzieży, ówdzie o zabójstwie nawet słyszał, a gromadki chłopskie, 
nie budzące ufności, po drodze spotykał.
Ale jego strój szwedzki, bródka z szwedzka przycięta, łatwa do poznania najęta w Krakowie 
kolasa czyniły na chłopach wrażenie, iż obcy to człowiek jedzie, a napadu lękać się potrzeby 
mieć nie musi, skoro go nawet na pachołka przy boku woźnicy nie stać, bez którego lada 
szlachetka za próg z domu nie stąpił. Mijano go też bez uwagi.
Ów zaś plany szerokie roił.
Beatę Herburtównę, jedynaczkę, poślubić, na stu wsiach panem się uczuć, rywala, 
wojewodzica Sieniawskiego, pognębić, a potem - ? Król Jan Kazimierz bezdzietny był, linia 
Wazów polskich gasła - on jeden krew z krwi, kość z kości króla Władysława Czwartego, 
wnuk jedyny Zygmunta Trzeciego, pierwszego z dynastii, w Polsce pozostawał... A choć go 
mała szlachcianka, panna Tekla Bzowska, porodziła, po ojcu on jeden z królewskiej w Polsce 
krwi się wiódł... Gdyby jakiś wielki czyn, jakiś czyn znakomity...
Na dworze szwedzkim wiedziano, kim jest, gdy z listami króla Władysława, wzywającymi do
wojny tureckiej, w 1648 r. jeździł, i przyjmowano go odpowiednio; znał go także jako 
królewskiego syna książę Siedmiogrodu, Rakoczy, u którego po śmierci ojca przebywał; 
wiedział o nim Chmielnicki *. Czuł w sobie zręczność, śmiałość, dar ujęcia ludzi, przyjaciół 
znaleźć się spodziewał. Wychowany też w magnackim domu Kostków z dzieciństwa, otarty o
dwór jako paź królowej Cecylii Renaty*, wiedział, iż niejednego

znał go (...) Rakoczy (...) wiedział o nim Chmielnicki. - Siedmiogród w latach 1526-1686 
stanowił odrębne księstwo, na którego czele stał magnat węgierski, książę Jerzy II Rakoczy 
(1621-1660). Zetknął się z nim Napierski przypuszczalnie w r. 1651. W tym samym czasie 
Kostka pojawił się w obozie Chmielnickiego, z którym uzgodnił plany ruchu na Podhalu.
jako paź królowej Cecylii Renaty-We dług źródeł historycznych Kostka Napierski był paziem
na dworze królowej Cecylii Renaty, którą Władysław IV poślubił w r. 1637.
11

z panów panicza dwornością, pańskim obejściem przewyższy i gdyby trzeba było, głowę 
wznieść i panem stanąć potrafi.
Rozumiał też, że król ojciec nic o nim nie myślał, gdy go niewątpliwie z królewską wolą do 
Kostików, których imię przejął, na wychowanie dano, gdy go później do fraucymeru królowej
stamtąd wzięto i gdy na koniec, jako wysłaniec królewski do Szwecji, miał kredytywy do 
wszystkich monarchów * i książąt chrześcijańskich. Król Władysław Czwarty jedynego miał 
syna, Zygmunta, i ten umarł On był jedynym synem królewskim, dziedzicem...
Małżeństwo stryja Jana Kazimierza z królową wdową nie wróżyło już potomstwa - ale 
możnowładcy polscy, choćby królewskiego, bękarta na tron by nie puścili. Nie puściłaby go 
też i szlachta, ciemna, głupia i możnowładcom służąca. Ha! I jednych, i drugich zgnieść!
Pycha pierś Kostce rozpierała, żądza wzniesienia oddech dławiła. Zgnieść, zdeptać, a 
znakomitym wojennym czynem błysnąć i ogłosić się światu!...

jako wysłaniec królewski do Szwecji, miał kredytywy do wszystkich monarchów - Kostka 
Napierski w czasie wojny 30-letniej służył w armii szwedzkiej w randze kapitana, lecz już w 
r. 1648 był w kraju, w otoczeniu króla Władysława IV. Jako jego poseł skierowany został w 

background image

tajnej misji do monarchów Hiszpanii i Szwecji. W archiwach szwedzkich zachowała się 
wiadomość o przybyciu w 1648 r. do Sztokholmu Aleksandra Leona ze Sztemberku 
Napierskiego w celu żądania pomocy w planowanej wojnie z Turcją. Zaskoczony 
wiadomością o niespodziewanej śmierci króla Władysława IV, Kostka znalazł schronienie u 
królowej szwedzkiej Krystyny;
kredytywa (niem.) - pisemne pełnomocnictwo udzielane posłowi delegowanemu za granicę.
syna Zygmunt a... - Zygmunt Kazimierz, jedyny syn króla Władysława IV i jego pierwszej 
żony, Cecylii Renaty, ur. w 1640 r., zmarł 9 VIII 1647.
12

Pod króla znaki pociągnąć nie chciał - nie chciał służyć temu stryjowi, który go nie znał, 
który na tronie jego ojca siedział, nie chciał służyć i słuchać, gdy się do panowania i 
rozkazywania urodzonym widział.
Zawidził też panom polskim nad wyraz wszelki. Ci magnaci, którzy jak Bogusław Radziwiłł, 
kiedy jechali incognito, w tysiąc koni jechali; ci dawni, dumni z rodów Zborowscy, 
Chodkiewicze, Koniecpolscy, Tarnowscy, ci dumni z książęcej krwi Wiśniowieccy, Zbarascy,
Zasławscy, ci pyszni, rosnący przy pomocy łask królewskich zagrabiciele dostojeństw, 
władzy i bogatych starostw, Lubomirscy, Potoccy, kłuli go w oczy aż do krwawych w nich 
świateł.
A porówno z ambicją, gwałconą miłością własną, zazdrością wrodzoną: wrzała mu w sercu 
miłość do Beaty Herburtówny.
Jej serca pewny był, lecz i tu naprzeciw niego stał szlachcic - pan polski, potomek przodka, 
który się na akcie unii lubelskiej podpisał, prastarego, potężnego, przesławnego domu syn: 
Jan Sieniawski *, wojewodzic krakowski.
Polak, rdzenny Lach, również z Herburtówny urodzony, w którego żyłach krew wszystkich 
polskich królewiąt płynęła.
Bogaty jak król, władny jak hetman, butny jak książę udzielne, urodny jak bożek słowiański.
Drobny, nikły, w obcisłych, szwedzkich pluderkach, często skrycie łatanych, karłem i 
nędzarzem czuł się syn króla Władysława naprzeciw tego dębczaka, od złota i drogich 
kamieni lśniącego.
Gryzł Kostka pod cienkim, czarnym wąsem wargi i w palcach niecierpliwych pierścionek z 
włosów Herburtówny, ofiarowany mu jako zadatek miłości, obracał.

Jan Sieniawski - Ród Sieniawskich osiągnął w dawnej Rzeczypospolitej szereg wysokich 
dostojeństw (buławy hetmańskie l krzesła wojewodzińskie). Postać Jana Sieniawskiego 
fikcyjna.
13

Jako Kostka, choć z mniej bogatego, mniej możnego domu niż Sieniawski, od tego kasztelana
rzekomo się wiódł, co również podpis na akcie unii za Zygmunta Augusta położył. Świętego 
też w rodzie miał, a stąd osobliwe błogosławieństwo nad domem Kostków upatrywano.
Stary Herburt, pobożny nad miarę, ze czcią go i poszanowaniem, jako krewnego świętych, 
gościł i niewątpliwie przez samą pobożność związkowi z córką nie miałby się sprzeciwiać.
Do stanowczego punktu musiało przyjść. Sieniawskiemu na polowaniu kość niżej łokcia 
niedźwiedź przetrącił i stąd on, sześciuset husarzów i tysiąc piechoty własnego pokrycia 
królowi pod Sokal posławszy, sam w domu pozostał i do Siworogu, jako krewniak po matce i 
konkurent do panny, zjechał.

background image

Popierała go stryjna panny, kasztelanowa księżna Dymitrowa Korecka, po śmierci matki 
matkę Beacie zastępująca, pani dumna i ubogim, choćby to był nie świętego Stanisława 
Kostki, ale samego świętego Piotra krewny, gardząca.
Gdy Kostka w nowym odzieniu na zamku Herburtowskim stanął, zastał on tam sprawy 
naprzód pchnięte. Oto księżna Sieniawskiego, który rzeczy aż do szczęśliwego zakończenia 
kampanii kozackiej odkładał, nastraszyła Kostką i ten się zdeklarował i o panny rękę tegoż 
dnia właśnie prosić się gotował.
Zacisnął Kostka pięście na te wieści i ledwo się z kurzu podróżnego otrzepawszy i 
obmywszy, do Beaty szedł.
Już się ku zachodowi słońce miało. Pachniał ciepłym kwietniem ogród zamkowy, pełen 
kwiatów cennych i drzew odwiecznych. Nad sadzawką zamyśloną napotkał Beatę. Ośmnaście
lat swoich i cudne lico uwieńczyła wianuszkiem kwiatków polnych, zaplecionych zgrabnie i 
powabnie.
- Prawdali to? - zawołał Kostka, prawie witać zapominając. - Prawdali to jest?
14

- Co ma prawdą być? - zapytała Beata.
- Co słyszę, iże wojewodzie Sieniawski o rękę waszą, miłościwa wojewodzianko, prosić dziś 
jeszcze przed wieczorem ma?
- Prosić może, to nikomu nie wzbronno.
- A ja?
- A wy też o nią prosić możecie.
- Lecz jakaż wasza odpowiedź będzie? Wojewodzianka uśmiechnęła się lekko i wzniosła 
oczy niebieskie ku górze.
- Gwiazd jeszcze nie ma - one wiedzą.
- Zatem je wydrzeć z nieba rękoma trza, aby rzekły!
- Wydrzejcie. I to wolno.
- Wojewodzianko! - krzyknął niemal Kostka. - Dawaliście mi próby przyjaźni waszej! 
Włosów waszych pierścionek mam!
- Gwiazd jeszcze nie ma - odrzekła Herburtówna z uśmiechem. - Nie wzszedł wieczór.
I aleją dębową ku zamkowi jęła iść, a Kostka szedł za nią, tak gorejący ogniem, że trudno mu 
było chciwe usta i dłonie pragnące na wodzy trzymać.
Szli chwilę w milczeniu, z jednego szpaleru w drugi przechodząc. Wtem pierwsza gwiazda na
błękicie zatlała, blada jeszcze, ale już widoczna.
- Gwiazdy już są - szepnął Kostka pochylając się ku Beacie.
Ona zaś odwróciła ku niemu nieco głowę i niewypowiedzianej łaski uśmiech posłała mu z ust 
i ze źrenic.
- Kto ma wiarę i nadzieję - zaczął Kostka pół nieprzytomny.
- Ten posiąść może miłość - dokończyła Beata Herburtówna nigdy dotąd u niej przez Kostkę 
nie słyszanym, drżącym od wzruszenia głosem.
- Mam rozumieć? - zapytał Kostka półszeptem namiętnością zdławionym.
- Jak serce dyktuje.
Naówczas zastąpił on drogę Beacie, ukląkł przed
15

nią na kolana i za kraj jej żupanika obramowanego gronostajem ujął, a ona zwróciła naprzód 
twarz w bok, jakby ze wstydu, a potem wraz ku niemu, jakby zwalczona tym, co ją parło.

background image

Za dłonie obie Kostka ją chwycił - nie broniła ich; ku sobie pochylił - poddała się - i 
nachyloną, klęcząc, wyżej stanu ułapił, piersiami przygarnął i usta w usta jej wcisnął. Wyrwać
się niby chciała, ale ją niemoc zniewoliła.
Wtedy Kostka wstał i wpół przez ramię przegiąwszy, lica, oczy, usta, szyję, obnażoną w czas 
ciepła, całować bez upamiętania zaczął.
Gdy do siebie przyszli, więcej już gwiazd na niebie płonęło.
Szybko poprawiwszy i ogarnąwszy szatki, jak sarna spłoszona, iść przed się ku zamkowi jęło 
dziewczę. Kostka zaś obok kroczył, milcząc ze szczęścia, z ręką na rękojeści szpady, którą 
szwedzkim obyczajem nosił, opartą.
Podeszli pod zamek.
W wielkiej sieni od ogrodu stał Herburt wojewoda, księżna Korecka, Sieniawski i dworzanin 
jego i druh, Michał Gozdawa Sulnicki, człek siły niezwykłej i rębacz w Małopolsce pierwszy,
z twarzą zuchwałą i groźną, bez grosza majętności, z łaski Sieniawskiego żyjący. Z nim 
razem on się chował, pół^sługa, pół-przyjaciel.
Obaj strojni byli od stóp do głów - a Sieniawski na podziw.
Miał on na sobie kontusz szafirowy aksamitny, z brylantowymi guzami, z których każdy 
miasteczko żydowskie był wart, pod tym żupan z niebieskiego atłasu, a pas go opasywał 
niewysłowionej roboty, tak mieniący się przy blasku zapalonych już świeczników, iż się 
widziało, że się sztuką tęczy przepasał. Ku temu hajdawery karmazynowe i z żółtego safianu 
łyskliwe buty, na złotych podkówkach u napletków. U boku słynna Sieniawskich karabela o 
złotej pochwie, na rękojeści kołpak soboli z czaplą białą kitą, rubinami,
16

szmaragdami, brylantami, szafirami i żółtymi topazami przypiętą. Lewa ręka, od 
niedźwiedzia przetrącona, na czarnym 'spoczywała temblaku.
Sulnicki, choć dworzanin, prawie nie mniej od złota i kamieni świecił, aby znać było, co to za
pan, co nie tylko siebie jak królewic, ale i dworzanina swego nawet nad miarę niejednego 
posesjonata ubrać może.
Właśnie w imieniu Sieniawskiego Sulnicki deklarację o rękę Beaty czynić kończył, gdy oboje
z Kostką nadeszli. Aliści Beata, która ostatnie wyrazy słyszała, a z nich i z wyglądu sceny 
snadnie treść dyskursu poznać mogła, 'zwracając się wprost ku Sieniawskiemu, z uprzejmym 
skinieniem głowy rzekła:
- Wielki to honor dla mnie, gdyż, ile się domyślam, rzecz o mnie idzie, że potomek tak 
znakomitych przodków i sam nie mniej od nich znakomity kawaler, którego mężem swym 
nazwać za zaszczyt by sobie najpierwsze w Polszcze panny miały, ku mnie afekt swój 
zwrócić raczył. Iście srodze mi markotno, że afekt ten w tym momencie wewspółdźwięku nie 
znajduje.
- Jakoż to? - zapytała księżna Korecka.
- Gdyż serce moje komu innemu oddałam. Blask radości zajaśniał na twarzy wojewody, 
Sieniawski zaś przy tych słowach Beaty w bok się wsparł
i płomieniem z oczu zaświecił.
- I komuż to, jeśli wiedzieć wolno? - zapytała księżna Korecka.
- Tu obecnemu panu Aleksandrowi Kostce - odpowiedziała Beata. Nim kto ozwał się, 
pospieszył wojewoda głos wziąć:
- Umiem i ja cenić honor - rzekł - jaki na dom mój z ucieleśnienia afektu imci wojewódzka 
spłynąć by miał. Nie ma jednak snadź domu wielkiego w Rzeczypospolitej, z którym by 
gniazdo Herburtów spowinowacone nie było, a i samego tu przytomnego wojewodzica 
Herburtówna rodziła. Gdy sami do czeskiej mitry prawo nosim, nieobce w naszych 
krewieństwach małżeńskich buławy, wielkie pieczęcie i mitry

background image

17

książęce. Z rodem atoli, którego najwyższa dystynkcja ziemska: świętego wydać - z łaski 
Boga spotkała, nie dał Bóg się dotychczas skoligacić. I gdy ani dostatków, ani dostojeństw 
nam nie brak, za wyraźny dokument łaski Opatrzności mam, iż do krwie naszej krew, która i 
we świętego Pańskiego żyłach krążyła, przymieszać życzy sobie.
Naówczas zdarł w górę głowę Sieniawski i odpowiedział:
- Nie mam ja tu co dłużej porabiać, gdy mnie porówno serce córki, jak woła ojca odtrąca. 
Zbyt jednak umiłowaną sercu mojemu jest wojewodzianka Beata, w zbyt wielkiej czci mam 
jego wielmożność pana wojewodę, w zbyt wielkiej estymie przesławny ród Herburtów, abym,
co wiem im przeciwnego, zmilczał.
A iż do delacji * nawet w świętej i obowiązkowej sprawie usta Sieniawskiego się nie zniżą, 
Sulnicki - czytaj list, który na twoje zapytanie kasztelan Janusz Kostka z Dębin ci odpisał.
Kostka drgnął, jakby złym przeczuciem tknięty, a Sulnicki, wielki arkusz z zanadrza 
dobywszy, czytać począł:
- "Do Imci Pana Michała Sumickiego, wojewódzka Sieniawskiego dworzanina:
Jako mnie waszmość, podejrzeniami pewnymi, jako piszesz, tknięty, pytasz i do odpowiedzi 
ze strony wiadomej osoby obligujesz, odpowiadam waszmości przez umyślnego co następuje:
Sprawiedliwie szacuję miłość waszmości ku prawdzie i nienawiść szalbierzy S wiadomym 
czynię, iż ów Aleksander Leon Kostika ze Szternberku, za takiego się podający, z rodu 
naszego nie jest. Przed dwudziestu kilku laty do 'stryjecznego mego, Rafała Kostki, 
kasztelana bełskiego, zaufanego króla nieboszczyka Władysława, przywiózł hajduk chłopię, 
ledwie mówić mogące, bogato odziane i tam je wraz z oddanym sobie listem zostawił. Dom 
był bezdzietny

d e l a c j a (tac.) - potajemne oskarżenie, doniesienie 
18

i dziecko jak swoje chowano. Gdy chłopiec podrósł, zasię po niego przysłano i co się z nim 
później działo, nie wiem. Z naszego plemienia Kostków on nie jest, jeśli to ten za takiego się 
prezentuje. To wiem i słowem uręczam, a nawet, gdyby potrzeba w jakiej ważnej sprawie 
była, i przysięgą uręczyć mógłbym. Życzę zdrowia waszmości.
Janusz Kostka z Dębin, kasztelan sieradzki".
Gdyby grom z jasnego nieba uderzył, większego by efektu zdziałać nie zdołał.
Wojewoda list z ręki Sulnickiego wychwycił, jeszcze raz go przeczytał i ozwał się mocno 
pomieszany:
- Zaiste! Na palu pal - bo 'takie miał, gdy go co poruszyło, przymówisko - ręka to kasztelana, 
tak mi znana, jak moja własna. Któż więc waszmość jesteś? - zwrócił się ku Kostce.
Ten stał biały jak płótno.
- Ktoś 'waść jest? - zapytała porywczo księżna Korecka.
Kostka milczał, a Sieniawski rzekł:
- Jakom rzekł, nie mam ja tu co dłużej porabiać. Atoli zdaje mi się, iż ziem nie uczynił, 
zezwalając zaufanemu memu, któren z gorliwości ku mnie, o cześć domu Herburtów nie 
mniej też dbały, podejrzenia powziąwszy, w najsłuszniejszą stronę, gdy kasztelan Rafał i 
małżonka jego nie żyją, z interrogacją * się zwrócił. Cokolwiek stąd wyniknie, mnie wszelako
jedno tylko: odejść stąd - pozostaje.
- Czekaj, wasza miłość, nie odjeżdżaj, póki się sprawa nie wyklaruje! - zawołał wojewoda i 
zwracając się ku Kostce: - Mów waszmość, kto jesteś? - powtórzył.

background image

Kostka 'milczał. Białość nie ustępowała mu z twarzy, oczy w ziemię wbił i stał jak skazaniec. 
Byłby może słowa 'nie rzekł, gdyby nie prośba Beaty, która ręce jak do pacierza złożywszy, 
ozwała się błagalnie:

interrogacją (iac.) - zapytanie, badanie śledcze 
19

@- Na Boga, proszę, powiedz waszmość nazwisko swe i godło!
Naówczas Kostka spojrzał na nią zarówno z wyrzutem, jak z miłością nieopowiedzianą, i 
wyprostowawszy się, iż acz nieduży, prawie wysokim w tej chwili się wydał, spojrzenie w 
oczach obecnych topiąc, rzekł spokojnie i wyniośle:
- Imię moje jest w księdze dziejów zapisane nie tam, gdzie wasze będzie.
Znaczenia tych słów nie pojąwszy, a najmniej się podobnych spodziewając, wszyscy stali 
chwilę, spoglądający po sobie, aż pierwszy ozwał 'się zuchwale Suiriicki:
- Nie o enigmata * tu idzie, jeno o nazwisko waścine. Powiadaj je i basta.
Jeszcze dumniej wzniósł Kostka głowę w górę i odparł:
- Odpowiedzieć ci raczę, pachołku, iż pan twój mnie do kolan kołpakiem kłaniać się winien.
Spłonił się na to Sieniawski i w oka mgnieniu karabelę ze złotej pochwy wyrwał, ale go 
blisko stojący wojewoda za rękę chwycił i krzyknął:
- Jedno, nie pozwolę (krwi rozlewać w domu moim, drugie, nie wiesz waszmość, kto zacz, a 
jak zbój mordować nie będziesz!
Zatrwożona i ze łzami w oczach Beata powtórnie się ku Kostce skłoniła.
- Mów waszmość, jak cię zowią - błagała - nie wystawiaj serca mego na próby ognia!
I wtedy ponownie Kostka - jako pierwej, na nią popatrzywszy - rzekł głośno i wyraźnie:
- Jam jest króla Władysława syn *.
enigmata (lać.) - tajemnice
Jam jest króla Władysława syn - Na kilka lat przed powstaniem występował Kostka jako 
Aleksander Lew (Leon) Napierski ze Sztemberku (Sztem-berk - wieś w Prusach Królewskich,
majątek magnackiej rodziny Kostków), prawdopodobnie było to jego autentyczne nazwisko. 
Według źródeł pochodził z Mazowsza, z rodziny używającej herbu Dąbrowa, którym 
pieczęto-
20
Znów oniemieli wszyscy, jeszcze dłuższą chwilę milczenie potrwało niż uprzednio.
Przerwała je kasztelanowa Korecka, mówiąc w aluzji do nazwiska Wazów:
- Z tych pewnie waz, co nie jabłko i wawrzyn, ale pierogi ze śmietaną naszały.
Huknął śmiechem Sulnłcki, rozśmiał się i Sieniawski, a Sulnicki przez śmiech zawołał:
- U mojego szwagra jest fornal Władysław Król, zali nie ten? Nawet podobny z urody!
- Pachołku - odpowiedział Kostka wyniośle - jesteś mi jako pies, co na mnie szczeka. Obrazić
nie możesz, ale obitym będziesz.
Porwał się wreszcie wojewoda, który stał jak słup, bez słowa i ruchu.
- Dość! - krzyknął. - Ktokolwiek waść jest, iżeś śmiał pod nieprawdziwym wejść w dom mój 
nazwiskiem, próg mój przestąpić proszę!
- Panno Beato! - zwrócił się Kostka ku wojewo-dziance, która z twarzą zasłonioną rękoma 
stała.
Słowa nie otrzymał, ale ruch głowy nic dobrego, owszem, źle mu wróżył.
- Beato! - rzekł jeszcze.
Lecz tylko ten sam ruch głowy uzyskał.
- Milcz, wasze! - rzekła księżna Korecka. - Jak śmiesz ożywać się jeszcze do tej, którąś 
zuchwalstwem twym i bezczelnością pokrzywdził i pohańbił! Znamy takich królewskich 
synów! Z hajduka w pralni się kocą!

background image

- Tak jest! - krzyknął z kolei wojewoda. - Tak jest! Jak śmiałeś, fałszywego nazwiska 
używając, na
wali się również Kostkowie. Jako dziecko wychowywał się w domu starosty malborskiego 
Mikołaja Rafała Kostki. Zarzucano jednak Napierskiemu bezprawne używanie nazwiska 
Kostka, za pomocą którego próbował on dodać sobie wobec szlachty splendoru, na chłopów 
zaś oddziałać swoimi związkami ze św. Stanisławem. W czasie śledztwa na torturach zeznał 
on, że jest nieprawym synem Władysława IV (wątpliwe!) i że nazywa się Wojciech Stanisław
Bżowski.
21

dziecko moje, na Herburtównę, oczy podnieść! Powsinogo! Przybłędo! Precz mi z zamku! 
Precz!
Kostka na te obelgi i groźby ku Beacie się zwrócił, ta jednak, twarzy nie odkrywając, milczała
jako pierwej.
Naówczas gniew go ogarnął, ręką w zanadrze sięgnął i z kieszeni zwitek z pierścionkiem z 
włosów wojewodzianki dobywszy, pod nogi go jej rzucić chciał, ale się wstrzymał, zbyt 
bowiem ją jeszcze miłował, aby wstydzić zdołał.
Ta snadź odgadła czy odczuła myśl jego, odsłoniła bowiem nieco lica i pełne strachu, 
przerażenia, wdzięczności spojrzenie padło na twarz Kostki.
- Precz! - huczał wojewoda. - Ty niewiadomy człeku, iszalbierzu imienia królewskiego! 
Precz, bo na samą myśl, żeś na córkę moją patrzeć śmiał, krew mię zalewa! Fora! do kroćset 
diabłów, bo psami wyszezuć każę!
Za wiele tego Kostce było. Nie licząc się już z nikim i z niczym, choć wiedział, że zginąć 
musi, za szpady rękojeść chwycił, 'gdy nagle o niespodzianej godzinie dzwon kościelny we 
wsi pod zamkiem 'zabrzmiał i równocześnie dwaj dworzanie wojewody, Rajcerz i Szybka, w 
najwyższym pomieszaniu przybiegli, jeden przez drugiego wołając:
- Wasza miłość! Zbóje! Folwark zgorzelicki płonie! Czerń pustoszy!
- Gwałtu! - krzyknęła kasztelanowa, wojewoda zaś, o Kostce zapomniawszy, bo Zgorzelice 
tuż niemal obok zamku leżały, gębę na razie w zdumieniu i przerażeniu otworzył.
- Kupa chłopstwa! - wołał Rajcerz. - Dowiedzieli się snadź, że chorągwie nadworne pod 
panem Makowskim do obozu królewskiego wyprawione!
- Co jest ludzi w zamku! Do broni! Na koń! - wrzasnął wojewoda, mowę odzyskawszy. - Hej!
Wasiutyński! - krzyczał oglądając się za marszałkiem dworu.
Poskoczył naprzód Sulnicki, a Kostka, trzasnąwszy
22
szpadą w pochwie, wpadł za nim do stajni i nie mając swego, w zamieszaniu najlepszego z 
wierzchowców wojewody okułbaczył i .za bramę na nim wypadł. Myślano, że ku 
Zgorzelicom leci, ale on w lesie nie opodal zaimku n'a prawo skręcił i na gościniec 
myślenicki ku Rabie, co pary było w bachmacie, ruszył.
Wrzawę i dzwon larmo czyniący słyszał, wkrótce otoczyła go cichość wieczorna, łunę tylko 
widział na niebie.
O Beatę się nie lękał. Zbyt potężnym było imię wojewody, aby chłopi, choćby jak zuchwali, 
porwać się na zamek ważyli; zbyt wielu ludzi w zamku, aby najmniejsze niebezpieczeństwo 
rodzinie wojewody grozić mogło. Spalono już wprawdzie po dwakroć Bełz i zamek 
ciechanowski, ale tam dowodził zorganizowaną bandą zuchwały i podstępny emisariusz 
ChmSelnickiego, Jachowski *. Uprzednio wstecz złupił herszt Bajus z towarzyszami 
Januszkowice, .zabito panów Trojanowskich, Bobownickiego, Bylinę z Leszczyn, 
splądrowano dwór Olszewskiego w Siarach, Domaradz-kiego w Ropie, słynny Czepiec i 
Sawka napadli na Jamgród *, choć obwarowany, Męcińskiego, zrabowali w Zyndramowy 
siedmdziesiąt siedm stadnych klaczy, zgrabieżyli dwór Delpacego w Glinniku, Cikowskiego 

background image

w Żegicach, Michałowskiego w Rogach pod Iwoniczem, ale z podobnych napaści drwić mógł
armatami strzeżony, podobny do twierdzy gród Herburtów.
emisariusz   Chmielnickiego,   Jachowski - Jachowski, agent Chmłelnickiego, był dowódcą 
oddziału antyszlacheckiej partyzantki chłopskiej działającej w okolicach Lubaczowa, między 
Sanem a Bugiem. Spalił dwukrotnie Bełz i zamek Ciechanowski. Trudnił się również agitacją 
i kierował akcją szpiegowską.
złupił herszt Bajus z towarzyszami Januszkowice (...) słynny Czepiec i Sawka napadli na 
Jamgród - Bajus z Leszczyn nad Ropą, przywódca grupy rozbójniczej. Napadów dokonał w r.
1644. Przed zemstą szlachty uszedł na Węgry. Napady Czepca i Sawki (zob, przyp. do s. 73) 
na Jamgród Dukielski, Glinnik, Zegice, Rogi itd. nastąpiły na wiosnę r. 1649.
23

W Zgorzelicach były obory pańskie, tam też znęcili się zbóje.
Z łuną w sercu, 'nie mniejszą n'fż ta, która ponad nim świeciła, z huraganem gniewu, żądzy 
zemsty, a zarazem bólu i rozpaczy w sercu pędził Kostka gościńcem. Aż ubieżawszy więcej 
niż milę drogi, koniowi zwolnił, aby go nie zapalić i nie zmarnować.
Olbrzymia łuna gorzała na niebie.
Wstrzymał Kostka 'konia, na kułbace się skręcił twarzą wzad, wzniósł rękę z pięścią zwiniętą 
i wyciągnąwszy w stronę pożaru, począł nią trząść złowrogo, mówiąc:
- Poczekajcie, magnaty! Zapalę ja wam lepszy ogień nad głową! Poznacie mnie! Psie syny!
Ku górom konia skręcił. W tę dziką, zapadłą stronę wściekłość go i gniew skierowały, jak 
instynkt wilka, co się z łańcucha urwał. A w pędzie o Chmielnickim jął myśleć. Chmielnicki 
niejednokrotnie znać mu dał, że o nim wie, że się z nim liczy. Jakby umyślnie wysłannicy 
hetmana zaporoskiego spotykali go *, półsłówka znaczące szeptali. Bohdan Chmielnicki nie 
tylko o prawa Kozaków i chłopów ruskich, on i o inne prawa upomnieć się mógł - zwłaszcza 
dla sprzymierzeńca...
Chmielnicki...
Ojciec był osadnikiem czehryńsikim za czasów starosty Daniłowicza i zwano go Chmiel, a 
syn był hetmanem 'kozackim, który z chanem tatarskim brat za brat był, księcia Jeremiasza 
Wiśniowieckiego zza Dniepru wyparł *, hetmanów koronnych wielkiego
Jakby umyślnie wysłannicy hetmana zaporoskiego spotykali g o... - O powiązaniach Kostki z 
Chmielnickim świadczą odezwy hetmana ukraińskiego znalezione w papierach Napierskiego, 
jak również fragment listu Napierskiego z dn. 18 VI 1651 do Lętowskiego: "...Mamy dobrą 
zmowę z Chmielnickim i z Tatarami".
księcia   Jeremiasza   Wiśniowieckiego zza Dniepru wyparł-W r. 1648, na wieść o klęsce w 
dolinie Krutej Bałki (między Korsuniem a Bohusła
24
i polnego w niewoli miał, do którego wojewoda Kisiel w poselstwie jeździł. Więc jeżeli syn 
Chmielą z So-botowa, z futoru, Chmielenko, nad sobą chorągiew malinową nosić kazać mógł,
cóż on, królewski syn?!...
- Hej, hłopce, wieś, co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem - ciepło.
- Ono wej ciepło.
- Wiaterek od wyhodu słonka poduhuje - wiosna.
- Wiesna.
- Jar.
- Ydź jar.
- Kie wiesna, to ciepło.
- Terazeście wej, Janie, dobrze pedzieli! Wy macie rozum!
- Tak ci powiem, Symuś, ze hań na Stawie ani śkiełka lodu nie będzie.
- Nie będzie.

background image

- Słonko cysto pięknie spaliło.
- O bo haj!
- A na Zmarzłem pod Zawrate 'będzie.
- Będzie.
- Będzie. Kaź by się podział, kie hań do cienia.
- Ze j tyś to!
- Ale w Pięcistawak hań już sołtysia Nowobilscy z owcami może bedom *.
- Może.
wem) i pójściu do niewoli hetmanów polskich Kalinowskiego i Potockiego, Jeremi 
Wiśniowiecki wycofał się wraz z wojskiem z wysuniętej pozycji Pryłuki za Dnieprem.
w Pięcistawak hań już sołtysia Nowobilscy z owcami - Sołtysi ród Nowobilskich z Białki, 
począwszy od drugiej ćwierci XVII wieku, dziedzicznie piastuje funkcje baców na halach 
Pięciu Stawów Polskich, Roztoki i Morskiego Oka. Dostojeństwo rodu (królewskie 
przywileje) nie przeszkadzało zresztą ongiś Nowobilskim w prowadzeniu procederu 
zbójnickiego na wielką skalę.
2 Legenda Tatr
25

- Przy Rybim * bedom?
- Bedom. Cóż by nie byli?
- W Cihej bedom?
- Syćko nizy.
- Naska hala haw u Stawuk nawyzsa.
- Nawyzsa.
- Ale co ci powiem, to ci powiem: piękna. i- Piękna.
- E, ze piękna, to już piękna. Nie mas jej gany - nijakiej.
- O bo nie mas!
- Jyno telo, co zimna. K'a inendy już dawno pasom, kim się trawa otawi na niej.
- No.
- Tego lata, jak będzie tak bars ciepło, to hań pudzieme.
- Oba.
- Oba pudzieme. A gęsiołki se, Symuś, weź. Bo kie hań Byrnas na kobzie zabrzęcy, a 
Franków Pięter i mój wnęk Sobek na fujerak zagrajom, to cóż byś ty hań, hłopce, przez gęśli 
robieł! Anibyś hań nie miał po co iść. Boby cię weredy skalami dołu zajeny!
- Hej! Może.
- Siednieme se popod sałas do słonka. Las nam będzie pachł z doliny, a zaś kosodrzewina i 
limby od wierchów. Telo musicie grać, coby nas juhasi za graniom we Wirhcihej słyseli!
- Tej tyś to!
- Nieg wiedzom, ze Po laki grajom! Luptocy zatraceni!
- Wiera ze tyś! Ono ik sytko mierzi to granie.
- No! I zyntyce se słodkiej popijeme. Z moskali eke.
- Bajtoć!
- Do słonka się grzejęcy. Bo my starzy.
- Hę! Co bees robieł...
- Symuś, kielo 'ci tyś to rahujom?
- Hę, ono będzie cosi na pionty na sesdziesionty.
Przy Rybim- Dawna nazwa Morskiego Oka. 26
- Dziecko! Jedy mnie haw trzi osiemdziesiont na świentom Flawijom mineno! Coześ ty piroci
mnie? Smarkać! Alebyś mię i tak jesce w tańcu nie przebrał!
- Kaź by!

background image

- O bo nie! Nie przebieres! Kie mi pięć dwaścia rdków beło, to się trzok juhasów białcanów 
ustawiło, kimek ja się zagrzał!
- Ej ha!
- Tak beto, tak. Ja beł hłop! Ja cały Carny Staw równo ze pse obleciał! Cok go toporzyske 
pądzieł. Alek hipfcał!
- Pod Kościelce.
- Wody kęs!
- Kęs. Ale ja se i tak, wiecie, Janie, uwazujem, ze kłęby hań do stawu dopływu nie beło, a 
coby się woda w nim w piwo obrócieła, hę! toby go do jesieni ludzie wysusyli.
- Mójeś ty! Niejeden by hań skąpał przi nim, jyno by taki mułek ostawili. Ba jesce by przi 
nim leżał, coby go cuł.
- Aleby się tyz zgichło luda, kieby się wieść taka po świecie ozniesla! Taka by jyno cyrniawa 
hań stała. I kosę by prasinom, nie bałby się, cy mu zaleje.
- Anibyś 'drogom nie przęseł, telo by 'na koniu jehał, nacyrpał w obońki i wióz ku hałupie.
- Nagorzyj by jyno na tyk beło, co po więzieniak siedzom. Kieby się taki dowiedział, toby 
umar ze żalu, co przez niego wypijom.
- Ale ci powiem, Symuś! Aleby się tyś tem głównym pijakom ocieliła krowa! Z dziecyskami 
by przi-seł, a i babę by w doma nie ostawieł.
- Hoć kulawy, toby łaź, a i ślepy by tu macał!
- Straśnie by się moc luda bez ten pijatykę wykróciło! Biskupi by musieli nakazować i 
księdzowie z ambon wołać.
- Starostowie z Nowego Targu i z Ciorśtyna by musieli hajduków posyłać, coby dostępu 
bronili.
- Haj! Ono by się i wojsko zdało! Bo kieby się
27

chłopi na to uzdobirali, toby ka jaki hajduk na ziemi leżał. Służbę by odrobił dubelt!
- Wiera by odrobił! Do poruseństwa by przisło, jakby na siełe bronili. Boby hłopi pedzieli: 
Cóż haw komu do tego? Dy ito piwo 'nase! Cyś go ty warził?!
- Prawda! Co by się haw wto miał do tego wrażać! Woda beła wse gazdowska, to i piwo 
gazdowskie!
- Miałby się wto opowazyć twoje własne piwo ci bronić pić?!
- Ja by temu dał! Przi sam Panu Bohu, tu byk bestyjom zabiel!
- Wojewoda z Krakowa by zołmirzów posłał. Ludzi by karali. Za wojaka byś wisiał.
- A za jednego powiesonego toby się do siódmego pokolenia ludzie mścili. Ja by mu haw 
pokazał za własne piwo we stawie ludzi karać!
- Krew by się lała potokami!
- Całom Polskom by skroś tego piwa zmącili. Król by uciekać musiał.
- Prawda, zęby się nie osiedział, kieby się cały wóz ozkierendał.
- Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem, Symuś, rebelija by beła jesce nie taka, jako 
teraz skroś Kozaków. Ale to się nie stanie.
- Dyć ja wiem, ze się nie stanie, ale o cemze by my radzili...
Tak w ciepłą, długą wiosenną noc stary Jan Topór Jasica z Hrubego i stary Szymon Krzyś z 
Olczy, siedząc przed Toporową chałupą i na gwiazdy patrząc, rozmawiali.
Gwiazdy świeciły nad nimi, nad Koszystą, nad Buczynowymi Turniami, nad Swinicą.
Olbrzymi las czerniał popod góry, popod hale, las, który się zdawał nie mieć końca, początku 
ani wieku;
bo pnie w nim z pniów na pniach spróchniałych rosły.
Wiosenny wiatr nocny powiewał starcom w twarze ł musikał długie, masłem wysmarowane, 
na ramiona spadające włosy.

background image

Ujął Krzyś w rękę leżące obok skrzypce, od wę
28
drownego Cygana nabyte, a przez Cygana podobno gdzieś aż we Lwowie ukradzione, 
przedmiot podziwu i zazdrości wszystkich muzyków góralskich, i lekko brzęknął w struny 
smyczkiem.
Wiedział on, czym Topora ucieszy, i starodawną nutę cicho zagrał.
Przysłuchał się Topór, pokiwał głową i rzekł:
- Hej, z tam to wej nutom za króla Stefana, Panie Boże mu ta grzyhy odpuść, wybranieccy 
hłopcy na wojnę moskiewskom śli *.
I zanucił pod nosem:
Hej kie my się rusyme, ej z wirsku do doliny, ej wroga, pobijeme, ej zoden nie zginieme... Ej 
w doliny, w doliny, ej wybraniecki hłopce, ej do króla Stefana, ej pod moskiewskie kopce... 
Ej od madziarskiej strony, ej poduhuje wiater, ej nas Stefan Batory, ej jako orel z Tater... Ej 
Stefanie Batory, ej prowadzze nas, prowadź, ej bo my nie budzieme, ej krwie nasej żałować... 
Ej Zamojski hetmanie, ej wielgomozny panie, ej dałeś mi prok, strzelbę, ej dzienkujem ci za 
nie... Ej budzie jar, budzie jar, ej budom rolom orać, ej wybraniecki hłopiec, ej budzie 
maszerować... Ej włosy moje, włosy, ej moje żółte wlose, ej nie bedom otrząsać, ej popod 
bucki rosę!...
Tak cicho nucił za cichą Krzysiową melodią, wtem dobył głosu i na odmienną nutę huknął:
wybranieccy hłopcy na wojnę moskiewskom śli - Piechota wybraniecka, czyli łanowa, 
powstała za panowania króla Stefana Batorego (1576-1586) na mocy uchwały sejmu z r. 
1578. Z każdych 20 łanów (łan - ok. 16,8 ha powierzchni) ziemi w królewszczyznach 
powoływany był w czasie wojny jeden chłop wybraniec, zwolniony od pańszczyzny i 
podatków i obdarzony jednym łanem ziemi. Piechota wybraniecka odznaczyła się szczególnie
w czasie wojny z carem moskiewskim Iwanem Groźnym (w latach 1578-1582).
29

Dziewanno kohana, mas łliołe kolana, bassamterremtete! jak na wodzie piana! Hjjheuu!! -
i to go zgubiło.
Albowiem w te razy zgrzypły dźwierze i wychyliła się z mich głowa Toporowej Marty, 
Sobcakówny spod Kopy z domu, Janowej żony, i gromki głos się ozwał:
- Wieś go! Smyku! Bedzies haw holofiił po nocy? Spać!
- Krzyś... Dyj haw Krzyś - próbował mamrotać Topór.
- Krzyś nie Krzyś, nieg idzie spać! Pościelone ma w izbie. Spać!
Ruszył się Topór z ławy, mruknął do Krzysia, a to dla salwowania honoru:
- Z babami narabiał nie bedzies! - i postąpił ku drzwiom chałupy, a Krzyś, odmruknąwszy po 
rozumie:
- Ba j toć! To nie hłopska rzec! - gęśle pod pachę wziął i za nim poszedł w gościnę. Bo Krzyś 
na posiady, w odwiedziny, do Toporów rad przychodzował i rad był zawsze witany, tak dla 
humoru, jak dla pięknego grania na gęślach, jako też, że nikt tak szczerze nie podziwiał, 
subtelnie i przyjemnie bogactw i dostatku Toporów nie chwalił, a komplementów obojgu nie 
zdołał prawić.
Ale po drugiej stronie domu, za bramą obory okolicznej, pobudowanej tak, że gdy się wrota 
wielkie wjazdowe zaparły, żadnych drzwi na zewnątrz, żadnego okna nie było, a stąd równie 
złemu człowiekowi, jak wilkowi i niedźwiedziowi niepodobnym był przystęp, na 
skamieniałym odłamie cisowego pniaka, co, jak starzy ludzie mówili, tysiąc lat miał mieć, 
również w gwiazdy pozierając, siedziały wnuczka Toporów, dziewiętnastoletnia Maryna, i jej
krewniaczka, diocana, cioteczna siostra, młodsza o rok Mrowcówna Teresia, także w Hrubem
rodzona, co się do nich nazywało do Sikory spod Uspiska.
...Rzeżwa, jasna, złota woń szła we wczesne, słoń

background image

30
cem błyszczące rano z polanki pod Kopieńcami w świetlne, błękitne niebo. Iskrzyły się rosy 
na trawach, ziołach i kwiatach, kwiatach wonnych, białych i różowych, błyszczały na igłach 
rosnących wraz cisów, jodeł i świerków, na czarnych, podłużnych liściach wierzb górskich i 
zielonych, pierzastych liściach jarzębin, lśniły w słońcu. W przepysznej świeżości rannej stały
obok siebie ogromne buki i szerokokonare jawory, dostojne i majestatu twardej siły pełne, a 
obok bielały brzozy białopienne i olsze splątane zielonymi liśćmi.
Młódź drzewna, w gęstą, zwitą spleć związana, miejscami zbite, zwarte krze, chusciaki, gaje, 
wrzeć się zdawały rozpędzoną mocą wzrostu i bujnią soków życiowych. Polanka otoczona 
była wałem drzewnym, koronami i pąkowiem lasu.
Olbrzymie paprocie i łopuchy zarzuciły ją z kraju drzew, a wysokie szczawie i smukłe kiście i
łodygi paśnej trawy ponad niską murawą zieleniły się jako podłoże i baldakimy kwiatów. 
Rosa szkliła świat, ziemię u nóg.
A wysoko lśniły się w słońcu obfite w żar przezroczysty, śniegiem jeszcze osypane, zawisłe 
w przestrzeni wysoko na zwiewnych mgłach seledynowych nad ciemnymi lasami, 
szafirowopromienne skały, tak lekkie i lotne, jakby wiatrem niesione, w radosny niezmiar 
nieba wcięte. Całą polankę napełniało wesele i szczęście wiosennego rana. Nieujęty urok 
rozwiał się we fale promiennego powietrza.
Tysiące drozdów skalnych, okowiaków i mazaków śpiewało, których dźwięczny, cudowny, 
mocny gwizd rozdzwaniał las dookoła. Zdało się, że każda kropla rosy brzmi, każde drzewo, 
cicho stojące, dźwięczy. Śpiewające powietrze błękitniało nad ziemią.
Niezmierny, niezmącony spokój oprządł uroczysko. Cicho, wolno z gęszczu wyszedł jeleń i 
przekroczył przez polankę, unosząc olbrzymie, rosochate rogi w inną stronę gęstwiny.
Ze starą, poszczerbioną dziadkową kosą, prosto
31

przymocowaną na drzewcu, wziętą od wszelkiego wypadku z domu, wsparta na niej, stała 
Maryna Toporówna i patrzała w świat. Nie wyszła ona po cokolwiek, przez wiosnę szła z 
domu na tę polankę, na słonecznisko śródleśne. A kiedy ją owoniały ziemia i las, ośpiewały 
ptaki, oświetliło słońce i obłękitniły góry hen skalne: wówczas z piersi jej wypłynęła pieśń:
Hej Janickowa krasa rada owce pasa, we dnie po dolinie, w nocy przi dziewcynie...
I taką ją śpiewającą z dala usłyszał w gęstym lesie wojewodzie Jan Sieniawski, samotrzeć 'się 
na górskim, z Hiszpanii za nieprzepłacone pieniądze sprowadzonym, niewielkim koniu 
snujący popod Tatry.
Błędnym rycerzem przezywała go rodzina i znajomi, albowiem z półprzyjacielem, pół^sługą 
swoim Sulnickim i hajdukiem Tomkiem tygodnie, a czasem miesiące całe wędrował on przez 
lasy i pola, dróg nie pytając, upolowaną zwierzyną się żywiąc, po zamkach pańskich albo i po
chłopskich stodołach na sianie nocując. Sześć psów gończych przy koniu szło tak 
tresowanych, że żaden bez znaku nawet na widok zwierza nie ruszył, prócz tego wyżły dwa i 
cztery olbrzymie w Anglii zakupione dogi, którymi szczuć dzika było miło, ale które i do 
obrony służyły. Albowiem w tym otoczeniu wojewodzie Sieniawski, półbóg z Sieniawy, jako 
go księżne i hetmanówny w Warszawie i w Krakowskiem zwały, przejechał świat od 
północnych bagien i jezior pruskich i litewskich, aż po Żelazne Bramy Dunaju, Dzikie Pola i 
goszczony przez grafów i furstów niemieckich aż po Ren.
Ale najraczej wędrował on przepastnymi puszczami Karpat, bijąc odyńce, walcząc z 
niedźwiedziami i szukając przygód miłosnych z urodziwymi mołodyciami na Rusi, z bujnymi
Góralkami w Polsce. Oprócz tego od wczesnego chłopięctwa kochał się w wojewodziance 
Beacie Herburtównie, z którą się we właściwym czasie ożenić chciał.
32

background image

Sierotą był i samodzielnym panem tak olbrzymiej fortuny, iż ledwie ostrogska ordynacja * ją 
przewyższała, a ni Zasławscy, ni Radziwiłłowie, ni książę Jeremiasz Wiśniowiecki - któremu 
sam czynsz roczny z 39 610 poddanych zadnieprskich, nie licząc mnóstwa futorów, 
folwarków ekonomicznych i 423 młynów, nie licząc podatku z szynków, zboża, miodu, 
bydła, zwierzyny, ptactwa po jego dobrach: milion dwakroć sto tysięcy złotych przynosił - nie
byli bogatsi. Wydawało mu się też wszystko równo, jak mówili współcześni, i mało kogo za 
równego sobie z rodu poczytując, o książęcy tytuł, do czego go namawiano, dbać nie racząc, 
wszystko za dostępne i możliwe dla siebie
miał.
Był Jan Hieronim Zygmunt August Sieniawski wzrostu wysokiego, w barkach szeroki, ale w 
postaci smukły, o włosach ciemnych w loki z przyrodzenia krętych, nos miał orli, pod nim 
wąsy młode, z polska puszczone, a oczy jasnobł^kitne, świetnie promienne, kiedy chciał 
ciepłe i słodkie, kiedy chciał srogie i straszne, z przyrodzenia dumne i nieulękłe. Twarzy
był jasnej, pociągłej.
Z Herburtówny zrodzony dwie miał tradycje w pochodzeniu: jedną, że Herburtowie, gdy 
marli, dla dzielności w orły się siwe przemieniali i orłami opuszczali świat ziemski; drugą, że 
gdy się rodził Sieniawski, piorun w najwyższego dęba w okolicy bił, aby
go nie zacieniał koroną.
W swej woli i potędze rosnący, ledwie się królowi Sieniawscy uchylali, a Jan Hieronim, za 
kwiat rodu uważany, kwiatem się rodu swego znał.
ostrogska ordynacja - Założona została mocą uchwały sejmowej w r. 1609 przez kasztelana 
krakowskiego, Janusza ks. Ostrogskiego. Objęła znaczną część fortuny Ostrogskich (600 wsi, 
miast i miasteczek) w województwie wołyńskim l kijowskim. Do dziedziczenia jej powołani 
zostali sukcesorowie męscy rodu, a w braku ich - synowie Eufrozyny z Ostrogskich 
Zasławskiej. Po wygaśnięciu Zasławskich ordynacja miała przejść na Radziwiłła i jego 
potomstwo.
33

Jednak obok buty, pychy i awanturniczości melancholia go nachodziła nieraz, a wówczas 
nikogo przy sobie nie znosił. Jeśli był w zamku, ostrożnie się mu trzeba było na oczy 
pokazywać; jeśli na łowach, opuszczał myśliwych nic nie powiedziawszy; jeśli na samotnej 
ze Sulnickim i pachołkiem wędrówce, znikał im z oczu z ogarami i czasem tydzień minął, 
nim się spotkali znowu. Tkwiły wprawdzie w olstrach przy jego siodle pistolety, rusznicy 
jednak nie brał, tylko łuk i strzały, niechybne w jego ręku, i jeśli ubił zwierzynę, to go huk 
nawet nie zdradził. Często, starając się dyskretnie pana śladami iść, widzieli go z daleka 
Sulnicki i Tomek, jak na ogierze 'swoim hiszpańskim pomiędzy psami gdzie wysoko na 
połonince lub polance stał, czasem w noc księżycową, a czasem silny jego głos gdzie z lasu 
ich doleciał, gdy śpiewał:
Wdzięcznej młodości nie spełnione żale, fcędyź po bystrym świecie mię, nosicie...
Gdy Sieniawski, właśnie tak towarzyszów odbiegłszy, Marynę Toporzankę o kosę wspartą 
spomiędzy jodeł i smreków ujrzał, psyknął na psy i harapem im pogroził, po czym konia 
pocisnął i naprzód ruszył. Na skraju lasu się zatrzymał. Nie chciał on przerazić dziewczyny 
ani spłoszyć, już zaś krew w nim wrzała i żądza doznania rozkoszy natychmiastowej pierś mu
rozdęła.
W kieszeni od rajtuzów dłonią po czerwonych złotych, których tam garść nasypana była, 
przesunął, kołpaczek letni poprawił i patrzał.
Po chwili z konia zeskoczył, psy 'na smycze wziął i do drzew poprzywiązywał, i świsnąwszy 
nad nimi harapem, aby, przestraszone, nie rwały się za nim, nazad na konia wsiadł i z lasu 
powoli wyjechał.

background image

Z daleka kołpak zdjął i ku dziewczynie nim na powitanie, na dobrą wolę, powiewał, ale ta nie 
lękała się snadź, lecz jak była wsparta o stylisko kosy, tak stała, z chustką żółtą na ramiona 
opadłą, w białej,
34
wyszywanej czerwono na ramionach koszuli, w niskim "do pół piersi, z błękitnej materii w 
srebrne naszywane kwiaty, gorsecie, rozchylonym na przedzie i zasznurowanym amarantową 
tasiemką, w ciemnogranatowej w niebieskobiały deseń tłoczonej spódnicy. Włosy we dwa 
warkocze splecione po plecach aż poniżej tyłu spływały, stopy obute miała w białe onycki i w
żółte kierpce, wełnianą czarną taśmą po płótnie kreto przypięte.
Dopiero bliżej podjeżdżając, jej przepysznej górskiej piękności zadziwił się Sieniawski, miała
bowiem cudną, jasną twarz nad białą szyją i wyniosłymi półkulami piersi, a biodra kryły 
niewypowiedziane ponęty. Spod gęstych, ciemnoblond brwi, nisko zbiegłych, ogromne 
.szafirowe oczy patrzały śmiało i bystro.
- Niech będzie pochwalony! - zawołał podjeżdżając Sieniawski.
- Na wieki wieków! - odpowiedziała dziewczyna.
- Dzień dobry! Dobrze jadę? - wołał Sieniawski, świadomy fortelów.
- A ka? - zapytała dziewczyna.
Rozśmiał się Sieniawski i rzekł nieroztropnie:
- Przed siebie.
- Starajcie się o nos, bo hań las - odpowiedziała dziewczyna.
- Ja bym tu nim wprzód rad uwadzić.
- Coby ino nie scyrniał!
- Twardo tak?
I najechał blisko koniem.
Ale dziewczyna zagrodziła drogę do siebie kosą w poprzek.
Sieniawski zeskoczył z siodła i oszołomiony żądzą, zbliżając się, bełkotał, sam widocznie nie 
wiedząc, co gada:
- Tak twardo? Tak twardo?
Maryna nie cofała kroku, tylko przesunęła szybko kęsisko w ręku, tak że ostrze znalazło się 
wzdłuż naprzeciw Sieniawskiego.
Przystanął i roześmiał się głośno.
35

- Zacięłabyś mię? - zapytał z góralska.
- Zatnem.
- A -wiesz, kto ja jestem?
- A to 'mi syćko jedność.
- Wiesz ty, że ja mam sześć tysięcy własnego wojska?
- Ale nie tu. A ja 'mam kosę!
- I że mam więcej niż sześćdziesiąt tysięcy poddanych gospodarzy?
- Ale ja wolna, królewska! Sieniawski sięgnął do kieszeni i wydobywszy dukata, o kosę 'nim 
brzęknął.
- Słyszysz? - zapytał.
- No?
- Dukat.
- Ej ha! Raty! My haw złota nie widzieli! - zadrwiła Maryna.
- A skąd?
- Aż haństela - i Maryna wskazała na Tatry, ku Węgrom.
- Zbójeckie?
- A pan co myśleli? Ze on pytać pudzieme?

background image

- Sto dukatów ci dam - rzekł.
- Za co?
- Za ciebie - szepnął namiętnie.
- Za mnie? Ja nie warcem nic abo świat.
- Jak to?
- Wto mnie nie miłuje, to mu nie stojem za nic, wto mnie miłował będzie, tok mu za świat 
cały.
- Zaimek mam z pięciu wieżami - chcesz w nim mieszkać? - rwał Sieniawski słowa ze 
zduszonej piersi.
- Moje wieże wyse i więcel ik - wskazała ręką Tatry.
- Uzłocę cię, ubiorę w perły, w diamenty!
- Ej ha! - przydrwiła Maryna. - Kie ja do wody do potoku włazem, to po mnie perłów, 
diamentów dość!
- Kochać cię będę! - krzyknął Sieniawski.
36
- Wiedzom pan, jako u nas powiadajom? Zakohał j om jak sydło mróz.
- No to cię porwać każę, zuchwała dziewko! Maryna obejrzała się szybko, myśląc, że może 
służbę ma ten pan za sobą, i wymierzywszy sztych kosy
prosto w piersi Sieniawskiego, rzekła:
- Gwiźnij!
Oczy jej przy tym zaiskrzyły się tak, że można było uwierzyć, że uderzy.
- Jestem sam, nie mam nikogo - rzekł Sieniawski, 'w którym mimo woli zabiło serce.
- No to wiedz pon: u nas co Topór, to topór!
- Jakże to?
- Ja z Toporów 'mam ród, z Hrubego. Mój brat i nascy hłopi by mię pod ziemiom naśli!
Roześmiał się Sieniawski. Gdyby miał był pod ręką Sulnickiego i Tomka, byliby dziewkę 
porwali, choćby dla przekonania się, jak to jej chłopi z Hrubego szukać będą i jakby wypadła 
wojna między Sieniawskim a Toporami. Ale sam tego wobec kosy uczynić nie mógł.
- Jeść mi się chce - rzekł, aby jakoś rozmowę dalszą umotywować.
- No to jedźcie do nas, do hałupy. Bo tu nie mas nic.
- Ugościsz mię?
- Wdzięcnie.
- A gniewasz się o to, com ci mówił?
- Młodziście, toście głupi - rzekła Maryna, zamykając kwestię. - Pocie!
Ale gdy Sieniawski po ogary ruszył w gęstwę, aby je zabrać ze sobą, Maryna zawołała:
- O, to na nic! Ze psami! Boby ig naskie owcar-skie potargały!
- No, to jakże? Psów zostawić nie mogę.
- To nic. Ostańcie haw przi nik, a ja haw jeść la was i la nik doniesem. Słóźcie watrę zatela.
Zwróciła się i z kosą na ramieniu w las wstąpiła. Ale Sieniawski ognia nie kładł, tylko 
popręgu ko
37

niowi popuścił i wędzidło podpiął, aby się paść mógł, po czym na trawie na wznak legł i o 
młodym, gibkim, jędrnym ciele Maryny myślał.
W pół godziny, albo mało co więcej, wypadła ona z lasu okrakiem oklep na koniu, w pełnym 
galopie, z workiem i koszyczkiem w jednej ręce, w drugiej z siekierą. Gnała z leśnej drogi 
polaną co koń, niski, krępy kasztan, mógł wyskoczyć.
- No, a kaź watra? Coście haw robili? - wolała z daleka. - Kaź watra? Jest haw bób, fasola, 
spyrka,. placek, la psów tyś w rąbiaku. Cyście spali? Jakisi z was papęziak!

background image

Sieniawski z trawy wstał śmiejąc się, a Maryna zwłóczyć chrust na ogień zaczęła. Z pomocą 
jej siekiery i podróżnego toporka wojewodzica w mig olbrzymia watra buchnęła. Dobył 
Sieniawski wino i wódkę z troków, spyrkę nożykiem krajał i na patyku skwarzył; popijał. Za 
ten czas bób i fasola się gotowały.
Ucztę miał smakowitą, w kłębach dymu, wśród iskier trzaskających z żywicy.
Gdy się posilił, Maryna z pustoty świeże smolne smreczki i jodełki ciąć zaczęła i na ogień je 
ciskać;
skoczył i Sieniawski do tej uciechy. Wybudowali stos na człeka wysoki, że się zdawało, iż 
płomień i dym w niebo bije.
Ogary podrażnione jak na pożar wyć zaczęły.
Tak się poznali.
Minęło temu dwa lata, na samym początku wielkiego maju (czerwca).
Nikt o tym nie wiedział, tylko Teresia, powiernica.
I długo w noc czerwcową za chałupą siedząc, szeptały dziewczęta o "panu", który się jeszcze 
tego roku po zimie nie pokazał, choć zawsze, gdy tylko śniegi stajały, przybywał w te strony.
- Wto wie? Może się ozenieł? - mówiła Tereska.
- Ja by jego i jom zabiela! - odpowiedziała Maryna. W izbie zaś, korzystając z tego, że 
gaździna, stara
3fi
Marta, "Sobcockula", zasnęła, a przy tym trochę przygłucha była, stary Topór, któremu sypiać
w nocy nie dawało, z Krzysiem na pościeli leżącym rozmawiał w ciemności.
- Śpi?
- Śpi.
- To wrodniak taki cujny jak pies, telo ino, co głuhawy, to moje babsko - szeptał Topór. - 
Twoja Byrka, słisy?
Bo Krzyś od Byrcarzów z Gładkiej żonę miał.
- Slisy. Kiebyk ino napity du domu prziseł, hoć-byk jak kot po cichućku łaź, wie!
- Wiś, wiś, wiś? - zacudował się stary Topór. - I co robi?
- Je klnie. A case to i z pościele na pośród izby stusi!
- Wiś, wiś, wiś! Stusi, padas?
- Bo to, wiecie, nogę w łydku ma jak barani zadek! Byrka i Byrka!
- Hę wiera! Taka icie wyonacy! Moja ta, dziękować Panu Bogu nowysemu, telo dobrze, co 
huda. Sieły już takiej nie ma.
- Hę, Byrka to se tak jyno pokracuje po izbie. A hoćbyk jako domarźniony w zimie beł, kie z 
łasa przyjadę, to se jyno pod nogę włazem, to mi ciepło.
- Hej hłopce! Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem: 'ciepło! - rzekł Topór z zazdrosnym
znawstwem.
- Jak niedźwiedziowi pod wykrote.
- To, to, to! Wiś! Kieby to Sobcockula teka beła! Ale to scypki!
- Dopieroście se kwalili, '00 je huda.
- Hej, wieś, ciekowi bieda dogodzić. To by f ciał i hańto. Temu to wej padajom: Nie wierz 
lawemu oku, zakiel się prawe nie przipatrzi, a pote obu!
- Terazeście wej, Janie, dobrze padzieli! Wy macie głowę! - 'rzekł Krzyś z wielbiącym 
przekonaniem.
- I ciepło oi hań?
- Ciepło.
39

- Pod nogom. Hm... Zamyślił się.
- Symek - ozwał się po chwili.

background image

- Co?
- Ja se to tak uwazujem, aj uwazujem, co jakby
beło, tak by beło, zawdy tłuściejsa baba lepsa.
- Wy macie irozum! - rzekł Krzyś, ale już sennie.
Po cieple przyszło zimno, a potem znowu ciepłe dni, nieomal jak w Jakubskim miesiącu 
(lipcu) nastały. Po czym pewnego popołudnia szybko od północy ku południowi ciemne 
chmurki zaczęły nad hale wybiegać, stawiać się nad nimi i pierzyć, i głuche, jednoitonne 
huczenie z gór poczęło się toczyć w dół. Szedł
halny wiatr.
Wzmagał on się poza wierchami i runął w dół, gorący, nieodparty, nawałny, miecąc 
tumanami chmur i gęstą, rzęsistą siekawicą. Uderzył z taką mocą, aż las pokłonił, ustał i 
znowu runął. I tak z przerwami, już potem suchy, bez deszczu, 'obalając jasienie i lipy przy 
chałupach, rwąc dranice z dachów, krócąc las, dął przez noc i dzień aż do południa, tłoczył 
spoza krzesanic kłęby chmur na przewyrt w doliny i krył w pomroce, w mroku chmur, Tatry. 
A gdy deszcz po nim, mocna wiosenna Uć dwie doby przelała i słońce się ziskrzyło na niebie,
gazdowie spod Świnicy i Giewontu uznali, że czas już ku Stawom statek wygnać, bo śniegi 
wyginęły i Kopa Magury radośnie zazieleniała.
Było to w początku wielkiego maja. Wzięto się 'więc do mycia i czyszczenia sprzętu 
szałaśnego, kotłów miedzianych, pucier, gielet, drewnianych naczyń z pałąkiem do dojenia 
owiec, oboniek, płaskich, okrągłych naczyń do zwozu mleka, skopców, czerpaków. Juhasi 
poczęli smażyć w maśle koszule ^ strugać strzały, naprawiać kołczany; kto miał, to opatrywał
rusznicę lub pistolety na krzemień. Powszechny ruch, powszechna wesołość nastała. Już do 
Toporów, do Sobfka, wnuka Janowego, po trzeci raz
40
przez gazdów z Hrubego, z Olczy, z Ustupu, od Bach-ledów, spod Kopy, od Sobczaików, od 
Walczaków, od Tatarów, od Gąsienic wybranego bacą, poczęli się schodzić juhasi dawniejsi i
świeżo nastali. Były rady, narady, nauki, a osobliwie udzielał ich sitary Kret z Ustupu, juhas 
odwieczny, którego nikt młodym nie znał i któremu mogło być nawet wyżej stu lat.
Na wtorek, trzy dni przed Zielonymi Świątkami, naznaczył baca dzień miesania. Ze 
wszystkich osiedli w pobliżu Hrubego zegnano owce na polankę przed domem Topora Jasicy,
gdzie czekali już na nie baca Sobek i juhasi. Tam każdy gazda oddawał swoje stadko, a potem
'zmieszano wszystkie owce razem do wielkiego zagrodzenia, koszaru. Jeden juhas wziął 
koronkę w rękę, drugi z zagrody owce puszczał, licząc, a gdy krzyknął z orawska: desat! - 
juhas paciorek różańcowy przesunął. Owiec było tysiąc dwieście, które bacy gazdowie na lato
powierzali.
Osobno stały krowy z pasterkami i młode woły z wolarzami, do 'szałasu należącymi. Szałas 
nadawał nazwę tylko pastwisku owiec. Stało i kilkanaście koni, mających lato spędzić na hali.
Z mrocznej, szarej mgły wyłaniały się wierchy, bystro słońcem złocone, w pełnym obłoków 
niebie tonące. Liliowosine i fioletowe były te obłoki, które wiatr po szafirowym niebie gnał. 
Bo wiatr dął silny w to rano wygnania na halę.
Wierchy jakoby się ścigały z obłokami, to miały je przed sobą, to ginęły w nich; to znowu 
ponad szczytami skłębił się tuman kolorowy, a czasem rozbił się w strzępy i rozleciał właśnie 
w chwili, kiedy blask słońca ugadzał, jak gdyby złotawy ryś wpadł między stado barwistych 
cietrzewi, sinogarlic i dzikich gołębi na kępach podkrywańskich.
Mnóstwo bab, 'chłopów, dzieci zebrało się żegnać juhasów, pasterki i swój dobytek. Matki 
całowały córki, ojcowie upominali synów, ażeby trzody warowali przed wilkiem i 
niedźwiedziem, bacy słuchali, ze zbójnikami, jakby przyszli w odwiedziny, byli
41

grzeczni, co polecali tym więcej, że niejeden z nich sam za młodu "za buczki" chadzał.

background image

Stara Baganta dawała dziewkom ziela od uroku, od porobiska, tak dla człowieka jedne, jak 
dla bydlęcia drugie, nieodbyte, gdy się rozdętemu świeżą trawą bydlęciu spałtek, kawałek 
drewna, w pysk kładzie, a boki gniecie. Brali i juhasi ziela, srebrne pieniążki dając, choć klęte
naszyjniki na szyjach nosili.
Ten ów na owce, na 'statek swój spoglądał, baby krowy po karkach głaskały, osobliwie cielęta
przez zimę podrosłe; smutno się im z nimi było rozstawać.
O pogodzie możliwej radzono, lato przepowiadano mokre zrazu, potem aż do jesieni suche i 
upalne.
Owiec zegnanych do kupy pilnowały już psy wielkie, kudłate, o wilczych mordach, białe, z 
obrożami kolczatymi na karkach, i obstawili je sobą juhasi zbrojni w ciupagi z brzęczącymi 
mosiężnymi kółkami na tylcu toporzyska, w kije opalone na czarno, śpe-rulce, oblaki 
bukowe, sękowce ze smreka, siekance nasadzane krzemieniami, buńkosie, maczugi obite 
mosiężnymi kółkami, wesołe 'brzękiem przy pochodzie, straszące owce, a straszne jako broń.
Na głowach mieli małe 'kapelusiki czarne, okrągłe, płytkie, z wąskim skrzelem, 
wysmarowane tłuszczem, z kostkami z morskich muszelek białych, naszytymi na rzemyk, lub
z mosiężnymi łańcuszkami, owitymi dokoła dla oporu na wiatr; ten i ów w kołpaku baranim 
w kształt perski, kostkami, paciorkami, koralikami oplecionym; włosy wymaszczone, na 
ramiona od uszu dwie kiecki, huncfuty, we warkoczyki plecione, w paciorki i koraliki zdobne,
na 'szyi brem-bulce, naszyjniki z kamyków, kulek i kawałków mosiądzu; koszula spięta 
blachą mosiężną z łańcuszkami, trzpieniem przekłuta, od pasa do pachy pas z pięciu żółtymi 
mosiężnymi klamrami, z ciemnej brązowej 'skóry, nabijany świecącymi mosiężnymi i 
Srebrnymi guzikami, za pasem noże z trzema bulkami z mosiądzu na trzonku, u poniektórego 
pistolet. Koszula w maśle usmażona, czarna, połyskliwa, z rękawami
42
rozszerzonymi ku pięści, że gdy chłop stanął, do kolan opadały kutasikami zdobne, krótka, że 
ledwie spod pasa nad portkami rąbkiem wystawała, a często gęsto chłop gołym bokiem i 
brzuchem błysnął. Portki białe, ze zaszczepkami niebieskimi i czerwonymi z włóczki, wąskie,
obcisłe, w onycki wpuszczone i rzemieniem okręcone w pół łydki, na stopie kerpiec z jednego
kawałka skóry. Przez ramię torby juhaskie z wełny czarnej i białej plecione, frombijami 
(frędzlami) zdobne, u niektórego rusznica na krzemień, ale z rzadka, zresztą łuki długie i 
kołczany strzał pełne, zręcznie z łyka smrekowego plecione.
Ten i ów zaś, to kobza skórzana, to piszczałka z wierzbowego drzewa, to fujera lub trombita 
długa niezmiernie, czasem na półtora chłopa zdłuźć, rozszerzona u wylotu; tę osobliwie 
wolarze miewać lubili. Chłopy same rosłe, smukłe, gdzieniegdzie olbrzym dwie stopy nad 
sążeń, to znowu chłop jak pniak, zebrany w sobie, krótki, a z plecami jak ława. Na ramionach 
serdaki, guńki białe krótkie, nijako nie wyszywane; ten i ów kożuch na plecy odział.
Przy juhasach młode chłopcy, gońcy, czyli honiel-nicy, uczniowie na juhasów.
Zaś pasterki miały koszule białe, cyfrowane czerwoną lub czarną grubą nicią na ramionach, 
spódnice ciemne, wytłaczane w białe kropki, zapaski różowe;
nogi w kierpcach, tylko nie rzemieniami, ale czarnymi, grubymi wełnianymi sznurami, 
nawłokami, owite, na ramionach chustki, zapaski, stare guńki ojcowe, stare kożuchy macyne. 
Mało która piechotą, ale okrakiem na koniu na drewnianym siodle, na nim przewieszone 
obońki, garnki, skopce, rajtoki, worki z mąką. Tu znowu koń objuczony kotłami żelaznymi do
gotowania strawy, sprzętem juhaskim, przyodziewą męską, dziewecką, zapasami we 
workach. Przytroczona do siodła tu i owdzie rąbanka krótka z szerokim obuchem, 
wygodniejsza od ciupagi do domowej roboty. Dziewfci, co pieszo szły, na długim lejcu konie 
trzymały.
43

background image

Dziewki bujne, urodne, piersiste i zasadzisle, aż się spódnica jak bruzda między kępami 
dzieliła. A twarze rozmaite. Jedne podłużne, ciemnowłose, czarnookie; inne o włosach 
jasnych, oczach niebieskich, krótkie i kwadratowe, z mocno wystającymi kośćmi 
policzkowymi; nosy najgęściej orle, nie za długie, wspaniałe, o wąskich nozdrzach. A tak u 
chłopów, jak u bab twarze śmiałe, przytomne, myślące, pełne energii i ochoty.
Ruch 'był. Juhasi oganiali owce do kierdela, a raz po raz który z radości, że już w hale idzie, 
pokrzyk-nął, gwizdnął lub 'ciupagę zberczącą mosiądzem wysoko ponad głowę rzucił, że 
zawarczała młyńcem w powietrzu i w rękę mu z brzękotem spadła.
Stał baca, Sobek Topór od Jasiców Toporów, Janów wnęk, Marynin brat, jak buk pomiędzy 
gromadą. Ruszać już trzeba było, bo słońce wychodziło coraz wyżej.
Wzrostu nie był nadludzkiego, jak kilku olbrzymów, ale imponująco głową ogół przenosił, 
barków potężnych, a ciemna jego, wąska, orla twarz z nosem zgiętym ku wąskim ustom, 
harda, miała zuchwały wyraz, jakby z magnatów i rycerzy pochodził. Podobne do 
Maryninych szafirowe oczy spod ciemnych włosów, z ciemnej twarzy świeciły jak ognie.
Bacą był już trzeci rok na wspólnych halach pod Kopą Królowej i przy Stawach, choć dopiero
dwadzieścia pięć lat sobie liczył, gdyż rozumem, odwagą, męstwem, siłą, a przy tym 
rzetelnością wszystkich przewyższał. Starzy chłopi ma bacostwo go wprowadzili, a starsi 
juhasi chętnie słuchali i poważali.
- Łop! - mówił patrząc nań do Krzysia dziadek Jan, 'który przed izbą stał.
- Łop! - odpowiedział Krzyś.
- Taki był i nieboscyk ociec, kieby beł żył.
- Ja takiego hłopa jyno raz w Lupitowie widział, kiek do Budzyna na robotę seł. Kamieniami 
młyńskiemi się bawił - rzekł Krzyś chcąc pochlebić.
- Ej ha? - zadziwił się Jasica Topór z niedowie
44
rzaniem. - Kamieniami młyńskiemi? Cy zaś nie śklis, Symuś, dziecko?
- Na ozaist! Jeden kamień podrucował, a drugi hytał.
- Cię! Cię! Cię! - dziwił się Topór.
Sobek się "kamieniami młyńskimi" nie bawił, ale pięścią najokrutniejszego buhaja głuszył i 
na plecy zarzucić mógł, był zaś przy tym na podziw lekki w tańcu i skoku i szybki w biegu, 
co przy takiej sile ludzi zdumiewało. Jeden tylko Janosik Nędza Litmanowski go 
przewyższał, ale z Janosikiem się nikt nie równał.
- No, cas! - rzekł popatrzywszy na stado uporządkowane i na słońce, i niebo.
I skinąwszy na starego Franka Bundę z Kotelnicy, który mu kropidło podał i kotlik miedziany
ze święconą wodą, co po nią aż do Szaflar biegał, bo jej bliżej nigdzie nie było, podstawił: 
szedł przed nim dookoła owiec, kropiąc je i modląc się o błogosławieństwo i zachowanie od 
nieszczęścia, po czym, na czoło pochodu wyszedłszy, krzyż 'ciupagą przed stadem na drodze 
uczynił i do góry ją ostrzem wzniósł.
Błysnęła stal pod słońce, a to był znak.
- Ostajcie z Bogiem! - krzyknął Sobek do pozostających.
- Boże prowadź! Zegnaj Panbóg! Z Pane Boge! - odpowiedziały mu setki głosów.
Zadęli juhasi i wolarze we fujery i trombity, zabrzęczeli na kobzach, gwizdnęli na 
piszczałkach, zadźwięczeli 'na gęślach, zazberczały 'metalowe kółka przy ciupagach i obijane 
metalowymi obrączkami maczugi; huknęli ci, co nie grali, krzyknęły na krowy pasterki i 
klasnęli w bicze wolarze. Szczeknęły psy i zatętniał tupot racic owczych i bydlęcych i tętent 
kopyt końskich. Ale cudownie, melodyjnie, uroczyście zagrały tysiące spiżowych dzwonków 
u szyi trzód. I pochód ruszył. Konno i pieszo otoczone stada, wiedzione przez bacę, naprzód 
w olbrzymiej wydłużonej gromadzie, potem krowy, potem woły poczęły
45

background image

się sunąć drogą przez Toporową polanę. A wraz rozległo się wyskanie, wysoki krzyk, 
pasterek i młodych gońców, i kilkanaście głosów przy jęczeniu fujer i trombit, rzępoleniu 
gęśli i piszczałkach, przy basowaniu kobz zawiodło:
Hej baco nas, baco nas, podź s nami na sałas,
•popod białe skole na slebodnom wole!
Hej baco nas, baco nas, powiedźze nas horę,
by my uzdajali w turnickak oborę!
Hej baco nas, baco nas, kielo baranów mas,
kielo mas owiecek, kielo mas dziewecek?
Rozłamał się chór - mężczyźni zaśpiewali:
Hej baco nas, baco nas, nie żałuj nam mleka, my ci przywiedziemy spod Krzywania byka!
Zaśpiewali mężczyźni, a dziewki odpowiedziały:
Hej baco nas, baco nas, nie żałuj nam syra, co jo cię nie bedem do ranią budzieła!
I znowu 'chłopi:
Hej baco nas, baco nas, nie żałuj zyntyce, my ci wybiereme uherskie piwnice!
I dziewki:
Hej baco nas, baco nas, podzwól zatańcowac, co ci dam, to ci dam - nie bedzies żałować!
l znowu chórem wszyscy:
Hej w polany, w polany - kosiar murowany, murowany kosiar - baca jako cysar!... 
Huuhahahauuu!
Ale cudownie, melodyjnie, uroczyście grały tysiące spiżowych dzwonków u 'szyi trzód.
46
Stary Topór Jasica w szerokim pasie i jego żona, chuda, wysoka Sobcackula, i mały Krzyś w 
kapeluszu ma bakier, o krzywych nieco w kolanach od siebie nogach, i setki chłopów, bab i 
dzieci stali na polanie i patrzyli, jak się pochód posuwał przez polanę ku lasowi, skręcał za 
drogą na lewo i prawo, aż się pierwsze owce zaczęły w lesie zanurzać.
- Idom - rzekł Topór.
- Idom - powtórzyła Sobcackula.
- Idom - zakończył Krzyś.
I wszyscy troje z rozrzewnieniem, miłością i tęsknicą za pochodem patrzyli. Stary Topór 
dwadzieścia lat, aż do śmierci ojca, kiedy mu już bogactwo odziedziczone czasu nie 
zostawiało, bacą bywał. Co się przy owcach naużył, napanował, nażył!... Stara Sobcackula 
tam była dziewką cudną i ponętną - tam przytulił ją ku sobie w ciemną noc Staszek Wraj z 
Cichego, dawno zmarły - tam bolesnej rozkoszy zaznała, przy Stawach, pierwszy raz w 
męskim uścisku leżąca... Jeszcze Topora Jasicy nie znała. Ale on później rad był, bo kiedy 
dziewkę parobcy radzi widzieli, to znać, że musiała być warta tego i że godną brał. Stary 
Krzyś co się nagrał tam, naśpiewał, przez trzy lata za gońca, przez dziesięć lat za juhasa u 
Wawrzka Gąsienicy spod Kopy służąc, nim go potem w świat poniosło...
Tam przy Stawach najradośniejsze godziny przeżyli. Był to jakby raj jakiś zaczarowany. 
Dziećmi śniło się ,,o Stawach", w juhasów bawiono, brzyski, wzgórza, to były turnie Świnicy,
Kościelca, Granatów, Harnaś kudłaty musiał udawać niedźwiedzia, Zbójko wilka, woda w 
cebrzyku to był staw, ów staw czarny, wielki, posępny, nieprzeniknionej głębi, pustymi 
trawami i kosodrzewiną orosły, głuchymi turniami otoczony, którego jedyny ruch życia to 
była fala lekko marszczona, jedyny głos - huczący w turniach grom lub lecące spod nieba 
hurkocące głazy mrozem odcięte. Ów staw wiekuiście tajemny, jako król wieńcem jeziorek 
osnuty, w Pańszczycy, w Toporowym
47

lesie, za Kościelcami pod Świnicą, jak okiem Zmarzłym Stawem w Kozie Turnie i w Granat 
patrzący, król, który snadź chyba wichrem ponad szczyty z równymi sobie wodami w Pięciu 

background image

Stawach rozmawiał. Bo tak się, podług Krzysia, niosła mowa jezior, od jednych ku drugim, w
Piarżystą Dolinę przez Mury Luptowsikie, w Rybie i Oko Morskie ponad nim, ponad 
Miedziane i dalej het w Hińczowy Staw za Hruby Wierch Mięguszowiecki i het, het aż w 
słoneczne, leśne, zielonobrzegie nad jasną równiną luptowską Ploso Szczyrbskie, wodę nad 
złote zboża wyniosłą.
- Idom - mówił stary Topór.
- Idom - powtarzali stara Sobcackula i stary Krzyś.
Oni zaś szli, juhasi, pasterki, trzody, konie, z hukaniem, brzękiem, muzyką, śpiewem i 
cudowną grą tysięcy dzwonków. Rzucane w powietrze i chwytane w rękę migotały ciupagi. 
Tonęli w lesie.
Wąż jakoby olbrzymi, łuskami migocąc i brzmiąc, wsuwał się w nieprzejrzany, prawieczny 
las.
Idom...
Aż wchłonął ich głęboki mrok drzew.
Z lasu zaś jeszcze biegła juhaska pieśń:
Hej idom se owiecki, idom se barany, hej idzie se za niemi juhas porubany! * Hej porubane 
rence, porubane plecy, hej wiozę ig porubal? Przi dziewcynie w nocy! Hej dziewcyno kohana,
z tysiąca wybrana, hej pięknie tobie hodzić we krwi po kolana! Hej ginem, skroś tobie 
gazdowscy synowie, hej jaze cię piorunem zatrzasii bogowie!...
Z coraz dalsza, z 'coraz dalsza słychać było jęczenie
hej idzie s e za niemi juhas porubany - Znaczna część spośród przytoczonych przez Tetmajera
w Legendzie Tatr pieśni i piosenek góralskich ma charakter autentyczny.
48
dalekonośnych trombit i zbyrkotanie spiżowych turIrków i kłapacy,
- Idom - rzekł stary Topór, uczynił za pochodem ręką krzyż w powietrzu, schylił się, urwał 
garść trawy spod nóg i rzucił w stronę lasu szepcąc:
- Bóg daj! Bóg daj! Bóg daj! Dadźbóg, wielgomozny boże *! Panie dobrego losu!
Powoli wznosił się pochód lasem, aż rozwarła się przed nim Toporowa polanka, ta sama, na 
której pierwszy raz Maryna spotkała się z wojewodzicem Sieniawskim. Przepromienne słońce
lało się na trawę i pachnące młode liście drzew, wycinane w rozmaity, śliczny kształt, 
nabrzmiałe soczystą zielonością i tak wesołe, że, jak mówił stary Kret, hnet byś rzók, jize 
świergotać zacnom, jako sikory leśne. Nawet ciemne igły smreków, jodeł i cisów świetliły się
pogodnie.
- Straśnie piękne to rano! - rzekł juhas Franek Marduła znad Potoka do Sobka, blisko którego 
na przedzie szedł.
- O bo piękne! Dobrze zwiestuje na całe lato.
- Kieby jyno Panjezus jasne dni, a ciemne noce darzył - eh! niek cię co praśnie! pięć wołów z 
Cihej Doliny nase!
Dadźbóg, wielgomozny boże! - Dadźbóg, pogański bożek otwierający liczny zastęp istot 
mitologicznych występujących na kartach powieści.
Tetmajerowska mitologia góralskosłowiańska nie opiera się bezpośrednio na przekazach 
staropolskich (w których ze skąpych danych zbudowano niezupełnie spoisty system 
słowiańskiego Olimpu), lecz na opracowaniu wtórnym w postaci broszury Joachima Szyca pt.
Słowiańscy bogowie, Warszawa 1865. Broszura ta konstruuje w sposób całkowicie dowolny i
fantastyczny, choć nie pozbawiony cech poetyckich, słowiański Olimp, wzorowany wyraźnie 
na schemacie greckorzymskim rodziny bogów. Krytycznej analizie ostaje się zaledwie kilka 
bóstw autentycznych: Tor, inaczej Prowe, Perun - bóstwo gromu i błyskawicy; Swantewit, 
inaczej Światowid - bóstwo plonów i dobytku, Swarożyc, inaczej Dadźbóg - bóstwo słońca; 
Trigław - bóstwo troiste ognia ziemskiego i niebiańskiego. Poza tym u Słowian występowały 

background image

złe duchy - bogi śmierci, nocy, chorób, mrozu, posuchy, lecz nie znane są ich uosobienia, 
postaci i nazwy.
3 Legenda Tatr
49

- Redom nam ta i luptowsey juhasi prógować kraść.
- Poprógujemy się!
- Baca w Cihej sam ten, co i łoni, Andryś Bieha. Pedział Sablikowi tak: Powiedźcie Polakom 
za Lilio-wem, ize mam na to lato śtyrdk takik juhasów napytanyk, co ś niemi samopięć cały 
sałas stawiański ozpierem!
- Ej ha! Telo się we j tęzył?
- Trza się będzie warować. Straśnie pono piękne, bakiesiste owce ma mieć Andryś z jakiegosi
dworu spod Hradku na lato dane. Wysy pięć sto.
- Ej ha! Będzie w cem brakować!
Tak rozmawiali baca i jego towarzysz, Franek Mar-duła znad Potoka, najlepszy juhas, tylko 
że doić za niego trzeba było, bo nie umiał ani nie chciał, a i paść często, bo go raz po raz na 
hali nie było. Albowiem był on wielki 'złodziej (zwłaszcza owiec i byków ze sąsiednich hal), 
zbójnik, tancerz, pijak, gładysz, bitnik i kochanek.
Sytka Mardułowie tacy: co u drugiego, to jego, co u tobie słowo, to u nik pięść, a co u kogo 
łyżka, to Mardułowi dziewka.
Wiodła droga jeszcze lasem kęs pod górę, a potem się z niej Sobek wziął na prawo, w perci.
Tam się owce poczęły wydłużać w nieskończony sznur, bo było wąsko, po boku się ledwie 
juhas pod smreczki przeciskał albo też w stadzie pomiędzy owcami z psem szedł. Gęstwa 
była straszna, drzewo nigdy nie cięte, chraścią, smędlakami zarośnięte i zatrzepane. Tysiąc 
dwieście owiec wyciągnęło się w biały i czarny sznur, kozy w nim, a za nimi jedna za drugą 
szły krowy, i woły wielkie rogi między gęstwiną przedzierały. Od turlika pierwszej owcy do 
kłapaca ostatniego wołu dźwięczał i dzwonił spiż na ogromnej śródleśnej, błędnej w zakręty 
'przestrzeni.
Bystrzej i bystrzej pod górę, między 'stary, choć coraz niższy las, gdzie się już wszelkie inne 
drzewo traciło, a tylko smreki coraz wyłączniej zostawały,
50
koło potoku, co z Czarnego Stawu szedł, podbijać się począł pochód ku wąwozowi poza 
Kopą Królową, ku Królowej Hali, od Maćka Króla, co tam pierwszy pasać zaczął, nazwanej. 
Aż sięgnięto kosodrzewiny i po kilku godzinach cienia leśnego ujrzano słońce i wierchy, i 
ostry górski powiew przypłynął.
Naówczas taka radość owładła serce Sobka Topora z Hrubego, że zabrzęczał nabijaną ciupagą
swoją nad głową i wzniósł głos:
Hej idom se owiecki tom stawianskom pyrciom!
drugi wiersz dziesiątki męskich, kobiecych i chłopięcych głosów rzuciły na las:
Hej juhasa nie widać, ino zwonki zbyrcom!
i powtórzyły raz drugi, jak zwykle.
A Franek Marduła przeskoczył stopami przez własne toporzysko, prawą ręką za siekierę, lewą
za koniec drzewa ujęte, i rozdarł się, aż zgiełcało po hali:
sowia mi dziewcyna owiecek nawraca! Huuuhauuu! Ani jo nią juhas, ani jo nie baca,
- Is, is, Mardułe matura biere! - szepnęły z uśmiechem pasterki.
Zaś Marduła jął skakać przez toporzysko w tył i naprzód, potem puścił je jedną ręką i przez 
wyciągnięte ręce kozła na darni przewrócił, i podskoczywszy, pięć razy kierpce w powietrzu 
skrzyżował, nim na ziemię spadł.
- Is, is, Marduła lace - zaśmiały się dziewczęta. Wówczas Marduła się rozpędził i wyższe od 
siebie chuściaki susem przesadził, iż się zdał jak cap skalny, co za kozą w listopadzie goni.

background image

Sobek zasię dobył pistoletu zza pasa i strzelił. Huknęły za nim i inne rusznice i pistolety, 
zadęto znów we fujery i kobzy, które już nad lasem były, a kto
Rl

z lasu z instrumentem wychodził, dąć zaczynał, tak że muzyka rosła i wzmagała się od 
momentu do momentu.
Wkraczano w dziedzinę szczęścia.
Wtem: is! is! icie go! icie go! - ozwały się krzyki.
Czy zaspał w cieple i zbudziły go dopiero strzały i hałasy, czy telo śmiały a ciekawy był: 
olbrzymi, czarny niedźwiedź 'z karbu pod Królową patrzał. Stał tak zachylony za ubocz, że 
mu tylko łeb 'z karkiem i piersiami i przednie łapy widać było, a cień gruby padał odeń na 
'murawę zieloną.
Przekrzywił łeb, jak gdyby lepiej naBitawaonymi uszami się przysłuchać i lepiej małymi 
ślepiami się przypatrzeć chciał, i widniał w górze.
- Hej! Jak to se hań hyrnie stoi! - krzyknął któryś z juhasów.
- Erezie! - krzyknął inny, niby jak na owce, chcąc go zegnać.
- Nie byłbyś ty telo durny, kieby haw Sablik s nami beł - zawołał trzeci.
Już jednak sześć czy siedm srogich psów z okrutnym ujadaniem pod górę się po upłazie 
puściło. Niedźwiedź nie czekał, tylko zawrócił się i znikł za upłazem.
- Hę! To obieś! Myślał, co se tu będzie wirhował, jako będzie f ciał! - ozwał się Michna, 
wolarz.
- Wójt halom! Sołtys stawiański! - szydzili juhasi.
Jeszcze raz się niedźwiedź wyżej pokazał na wysiecysku, między kosodrzewiną ku Magurze, 
i znikł.
- Ale ze je hytry! - wołano. - Hipce jak jeleń. Stracie! się psie drewno w pusDkak!...
Psy przywołane wróciły, a pochód cały posuwał się po stokach Magury po pochyłej darni, aż 
znowu na perć między kosodrzewiną i ogromnymi głazami, co ku stawiańskiemu owczemu 
szałasowi i krowim szopom wiodła, wstąpił. Pomiędzy wyrosłą kosodrzewiną owce poczęły 
ginąć z widoku. Sobek, po przodku idąc, wybujałą od jesieni tu i owdzie gałęź zamachem
52
ciupagi odtrącał i wiódł, aż się szałas i szopy ukazały.
Dolina, dolina, na dolinie sałas, cemuz mię dziewcyno do niego nie wołos?...
śpiewał Marduła, tańcząc w pochodzie "drobnego" i wywijając ciupagą nad głową.
Wkroczono w dziedzinę szczęścia.
Poruniło się pięknie, gdzie okiem spojrzeć, zielono, tylko na turniach śniegu płaty olbrzymie, 
w żlebach, gdzie do cienia, hrubo go jeszcze na chłopa zwyźć.
Jasne, białe mgiełki kołysały się nad wierchami.
Zmęczone bydło poczęło się rozglądać, rozpoznawać, przypominać sobie, wdychać, chylić 
łby, wąchać bystrymi nozdrzami, poszczypywać i 'skubać trawę koło szałasu i szop.
Wiatry halne, a osobliwie ten wielki, co z końca grudnia (z początku listopada) wiał, porobiły 
szkody, postrząsały kamienie z dachów, a śniegi wielkie, co w zimie, w jagweńcie przed gody
(w grudniu przed Bożym Narodzeniem) i potem 'drugi raz w godniku (styczniu) ku końcu 
miesiąca spadły, zgniotły szopy dwie krówskie do imentu. Trzeba było naprawiać, ale to się 
duchem przy telik chłopach i wszelkim sprzęcie potrzebnym z domu zabranym robiło. 
Osobliwie olbrzymi Bartek Gałajida, wolarz, i Franek Marduła znad Potoka 'cud dokazowalii,
bo Gałajda na dachy kamienie wykładał, co by trzej ludzie mieli co dźwignąć, a Marduła tak 
obuchem dzwonił, co się widziało, że w pięciu kuźniach kują. A co raz to se pokrzyknął: 
Hoba hop!
Koszary jęto stare naprawiać, 'nowe stawiać, strągi, miejsca do dojenia owiec, w nich grodzić.
Ożyła hala.

background image

Zapłonęła watra w szałasie bacowskim; gruby zawaternik, kłat z drzewa z tyłu watry, tlał, a 
'smolne drzewo raz po raz dorzucane trzaskało iskrami i miły, znany, gryzący, gęsty dym 
'szałaśny napełnił wnętrze. Na Jadwidze, długim kiju, uwieszonej u żerdzi po
53

przecznej, pod dachem szałasu z dwu stron przymocowanej, wisiał kocieł, a w nim warzyła 
się klusKa z owsianej mąki, bo Jeszcze nie dojono, filarowego Józka Bronka od Cajiki ją 
gotowała. Na odwiecerz, kiedy owce zegnano do koszarow, poszedł baca do szałasu po 
żarzące węgle i wsypawszy węgle, ziela zbierane na Matkę Boską Zielną i żywicę ze 
smreków, uzbieraną w lesie, w łupek z kory smrekowej, wrócił z tym ku owcom, zdjął 
kapelusz, przeżegnał się i kadząc od zachodu ku wscnodowi, trzy razy obszedł je w 
milczeniu, z powagą wielką.
Po trzecim razie wysypał węgle na ziemię przed strągą, korą przykrył i ukląkł, a za nim 
poklękali na jedno kolano juhasi, w oknach, otworacn zagrodowych stojący, i odmówili 
pacierze do Opatrzności, aby się owce dobrze pasły i doiły i aby im rzucone przez złych ludzi 
uroki, porobiska, nie szkodziły, osobliwie przeciw zwartogłowianiu, skolerzeniu, chorobie 
skurłata, czyli wymienia, i tracelinie, gubieniu się w górach.
Gdy się pomodlili, powstał Sobek i krzyknął na gońców: Goń! Ci zegnali owce ku oknom, a 
juhasi wzięli się do dojenia i wypuszczali po jednej ze strągi. Gdy podojono, gońcy zawołali: 
Dość! Nieg będzie pokfalony Jezus Hrystus! Juhasi przeżegnali się i chuchnąwszy w ręce 
ruszyli ku szałasowi za Sobkiem bacą. Ten uchylił skrzypiących drzwi i przestąpiwszy próg 
pozdrowił pustkę: Nieg będzie pokfalony Jezus Hrystus!
Potem nad naczyniem, w którym się mleko na żętycę przygotowywało, Sobek, zakasawszy 
szerokie rękawy koszuli, rozciągnął czystą, cieniutką lnianą satę, położył na środku jej mały, 
gruby woskowy krzyżyk święcony i drobnej cetyny, gałązek smrekowych, aby mleko szło z 
glielet bez brudu i poświęcone.
Gdy zaś i krowy wydojone do szop zaparto, woły, konie i capy polegały na trawie, psy koło 
nich - zeszli się pasterze do bacowskiego szałasu.
Było tam towarzystwo przebrane, chłop znał do
54
chłopa sposób, wiedział, co drugi chłop wart, a i dziewki były niepłone, bo każda obuchem 
wilka ubić mogła.
Byli tam oprócz bacy owczarze zawołani, Michał Jesionek Wyćwieki ze Suchego Ogrójca, 
Wojtek Brzega Gdowin, bo matkę wdowę miał, Drzewiany albo Drzewiarz, bo rad z drzewa 
strugowa!, Jędrek Mocarny ze Starej Polany, Staszek Bulcyk z Cichego, Byrnas, stary, ale 
jary, byli baraniarze dwaj, Pięter Topór od Gacka i Józek Pycior, dwaj wolarze, Paweł 
Michna Sawicki, co go nazywano Dąbrowskim, i Bartek Gałajda, ku temu gońców młodych 
kilku;
było pasterek siedm, a pośród nich Maryna Toporów-na i jej siostra cioteczna Teresia, 
Jadwisia i jej siostra Zośka od Kohutów, która, jedyna spośród dziewek, wdziękom Franka 
Mardułowym się oparła, skutkiem czego przeniósł on się z afektami do Jadwisi, ku wiecznej 
pomście uzdajawszy śpiewankę (bo i to umiał), wysoce złośliwą i z góry mierzącą:
Bolały mię nóżki hodzęcy do Zośki, a kie do Jadwisie, zagoiły mi się!
Tam oni koło watry siedzieli w dymie dusznym, wędząc w nim gibkie, mocne ciała i 
pasterskie odzienie.
Na hali zbyrkotały dzwonki, to tu, to tam, to owcze, to wole, to z krówskich szop, ale nie 
często, bo stace było zmęczone drogą, więc spoczywało spokojnie.
Pies czasem zaszczekał. Było cicho.
Gwarzyli - musieli się na nowo w halę wżyć.

background image

Opowiadał Wojtek Gdowin, co mu matka mówiła, jako mądry na mądrego trafił: "Jechali 
furmani drogą i strasznie się im chciało pić, bo było prawie właśnie gorkie, gorące połednie, a
juhas owce pasł na upłazie.
Pyta się furman furmana:
Piłbyś? Jybyś pił, kiebyś miał co!
Furman zatrzymał konie, podstawił putnię pod dy
55

szel, sjon huzdę z konia, zawiesił na dyszlu i wzion doić mleko z dyszla z tej huzdy.
Do razu owce staneny 'na upłazku i zbecały. Hę! Skoceł juhas! Zrucił cuche ze sobie, prasnon
na ziem, kie zacnie bić po niej toporzyske!
Ustał ten doić, co doił z uzdy, ba cóż, kie trza było do juhasa jeszcze w pytanie, żeby ustał 
bić, ibo się widziało, iże kości w grzibiecie furmanowi wypukajom. Tak wej mądry na 
mądrego trefił. Wiedział furman owcom porobić, cóż, kie i ten juhas wybity chłop był; znał 
się bronić..."
Tak opowiadał.
Potem, kiedy gwiazdy na niebo wyszły, nocny wietrzyk w kosodrzewinie i w poniiżnej 
smreczynie zaszeleścił, poszły pasterki ku krowom na szopy, na strych, spać, a juhasi, 
barainiarze, wolarze ku koszarom i stadu. Pozapalowali watry godne, od wilka, niedźwiedzia i
rysia, wolarze w trombity zadęM raz, drugi, trzeci na odstraszenie i gwieździsta cisza, od 
czasu do czasu przedżwi^kła dzwonkiem spiżowym, ogarnęła staiwiańską halę.
Nazajutrz baca ikierdele podzielił: owce, dojki i kozy z najlepszymi juhasami osobno, na 
najlepsze pastwiska, na Halę Królową, ku Magurze, pod Liliowe, za Zielone, ku Mechom; 
jarki, jagnięta, barany, capy osobno w Kościelec, w Żółtą Turnię; krowy poszły nad stawki 
Kuklaty, Długi i inne, pod Pośrednią i Skrajnią, woły w kosodrzewinę i w las nad potokiem. 
Konie spętano .przy szałasie, aby się nie porozchodziły daleko i wilkom łupem nie stały.
Sam baca warzył żętycę, koło oszczypków się krzątał.
Zaczęło się doroczne życie pasterskie.
Na trzeci dzień po przybyciu na szałas przyszli gazdowie, właściciele owiec, z dołu do miru. 
Poszli z juhasami owce paść, a na południe, wróciwszy, sami w strągach owce do swoich 
naczyń doili. Po wydo-jeniu każdy do naczynia cienki patyk wetknął i dokąd mleko sięgało, 
zakarbował, a podług tej miary
56
drugi patyk naznaczył i taki zamirek bacy oddał. Podług obliczenia z tą miarą ser miał baca na
końcu lata gaździe odważyć. Niektórzy zaraz po południu, niektórzy przenocowali i nazajutrz 
rano odeszli.
Już teraz przez trzy miesiące blisko nikt się na hali nie spodziewał gości, chyba jeden 
Marduła, który nigdy nie był pewien, gdziekolwiek by był, czy za nim jaka dziewka z 
płaczem i lamentem albo z miłości, albo, co go najbardziej cieszyło, z zazdrości nie przyleci.
Niemało się też zdziwił Sobek, cytający owce przy kosarze na schyłku słońca, gdy spostrzegł,
iż z wielkim ujadaniem psy się ku perci przychodniej rzuciły. Rozległ się strzał - jeden, drugi 
i trzeci.
- Zbójnicy cy co? - pomyślał Sobek, ale zbójnicy zazwyczaj z głośną muzyką na hale szli.
Pobiegli gońcy i psy przywołali, i niedługo ukazało się czterech ludzi, z których tylko jeden, 
po pańsku ubrany, nie był Sobkowi znajomy. Na czele on szedł, czekanem się wspierając, 
obok postępował sołtys z Czarnego Dunajca, ogromnej postaci, siwobrody i siwowłosy 
Stanisław Łętowski *, za nimi zaś torby płócienne na plecach dźwigali dwaj chłopi z Ustupu, 
Stasel Wojtek z synem. Wszyscy zbrojni byli, jak do podróży w górach.
Z daleka się sołtys Łętowski baranim kołpakiem Sobkowi pokłonił. Znać go poznał, że baca.

background image

Łętowskiego Sobek widział tylko parę razy w życiu, ale jego znano na całym Podtatrzu. On 
był jakoby księciem góralszczyzny, marszałkiem zwany, bo wszelakich buntów i rozruchów 
naczelnikiem bywał. Lat temu dwadzieścia trzy, w 1628 r., zasłynął on szeroko, kiedy jakoby 
hetman stanął na czele po
Lętowski - Stanisław Łętowski (właśc. Nowopolski z Łętowni, zm. 1651), sołtys ze wsi 
Czarny Dunajec. W latach prowadzonej przez chłopów walki o swe prawa ze starostą 
Mikołajem Komorowskim (1624-33) zdobył popularność jako przywódca powstania 
chłopskiego i zyskał zaszczytny przydomek "Marszałka".
57

szel, sjon huzdę z konia, zawiesił na dyszlu i wzion doić mleko z dyszla z tej huzdy.
Do razu owce staneny na upłazku i zbecały. Hę! Skoceł juhas! Zrucił cuche ze sobie, prasnon 
na ziem, kie zacnie bić po niej toporzysko!
Ustał ten doić, co doił z uzdy, ba cóż, kie trza było do juhasa jeszcze w pytanie, żeby ustał 
bić, bo się widziało, iże kości w grzibiecie furmanowi wypukajom. Tak wej mądry na 
mądrego trefił. Wiedział furman owcom porobić, cóż, kie i ten juhas wybity chłop był; znał 
się bronić..."
Tak opowiadał.
Potem, kiedy 'gwiazdy na niebo wyszły, nocny wietrzyk w kosodrzewinie i w poniiżnej 
smreczynie zaszeleścił, poszły pasterki ku krowom na szopy, na istrych, ispać, a juhasi, 
baraniarze, wolarze ku koszarom i stadu. Pozapalowali watry godne, od wilka, niedźwiedzia i 
rysia, wolarze w trombity zadęli raz, drugi, trzeci na odstraszenie i gwieździsta cisza, od 
czasu do czasu przedżwiękła dzwonkiem spiżowym, ogarnęła stawiańską halę.
Nazajutrz baca kierdele podzielił: owce, dojki i kozy z najlepszymi juhasami osobno, na 
najlepsze pastwiska, na Halę Królową, ku Magurze, pod Liliowe, za Zielone, ku Mechom; 
jarki, jagnięta, barany, capy osobno w Koscielec, w Żółtą Turnię; krowy poszły nad stawki 
Kuklaty, Długi i inne, pod Pośrednią i Skrajnią, woły w kosodrzewinę i w las nad potokiem. 
Konie spętano przy szałasie, aby się nie porozchodziły daleko i wilkom łupem nie stały.
Sam baca warzył żętycę, koło oszczypków się krzątał.
Zaczęło się doroczne życie pasterskie.
Na trzeci dzień po przybyciu na szałas przyszli gazdowie, właściciele owiec, z dołu do miru. 
Posz'li z juhasami owce paść, a na południe, wróciwszy, sami w strągach owce do swoich 
naczyń doili. Po wydo-jeniu każdy do naczynia cienki patyk wetknął i dokąd mleko sięgało, 
zakarbował, a podług tej miary
56
drugi patyk naznaczył i taki zamirek bacy oddał. Podług obliczenia z tą miarą ser miał baca na
końcu lata gazdzie odważyć. Niektórzy zaraz po południu, niektórzy przenocowali i nazajutrz 
rano odeszli.
Już teraz przez trzy miesiące blisko nikt się na hali nie spodziewał gości, chyba jeden 
Marduła, który nigdy nie był pewien, gdziekolwiek by był, czy za nim jaka dziewka z 
płaczem i lamentem albo z miłości, albo, co go najbardziej cieszyło, z zazdrości nie przyleci.
Niemało się też zdziwił Sobek, cytający owce przy kosarze na schyłku słońca, gdy spostrzegł,
iż z wielkim ujadaniem psy się ku perci przychodniej rzuciły. Rozległ się strzał - jeden, drugi 
i trzeci.
- Zbójnicy cy co? - pomyślał Sobek, ale zbójnicy zazwyczaj z głośną muzyką na hale szli.
Pobiegli gońcy i psy przywołali, i niedługo ukazało się czterech ludzi, z których tylko jeden, 
po pańsku ubrany, nie był Sobkowi znajomy. Na czele on szedł, czekanem się wspierając, 
obok postępował sołtys z Czarnego Dunajca, ogromnej postaci, siwobrody i siwowłosy 
Srtanisław Łętowski *, za nimi zaś torby płócienne na plecach dźwigali dwaj chłopi z Ustupu,
Stasel Wojtek z synem. Wszyscy zbrojni byli, jak do podróży w górach.

background image

Z daleka się sołtys Łętowski baranim kołpakiem Sobkowi pokłonił. Znać go poznał, że baca.
Łętowskiego Sobek widział tylko parę razy w życiu, ale jego znano na całym Podtatrzu. On 
był jakoby księciem góralszczyzny, marszałkiem zwany, bo wszelakich buntów i rozruchów 
naczelnikiem bywał. Lat temu dwadzieścia trzy, w 1628 r., zasłynął on szeroko, kiedy jakoby 
hetman stanął na czele po
Łętowski - Stanisław Łętowski (właśc. Nowopolski z Lętowni, zm. 1651), sołtys ze wsi 
Czarny Dunajec. W latach prowadzonej przez chłopów walki o swe prawa ze starostą 
Mikołajem Komorowskim (1624-33) zdobył popularność jako przywódca powstania 
chłopskiego i zyskał zaszczytny przydomek "Marszałka".
57

ruseństwa przeciw staroście nowotarskiemu, Mikołajowi Komorowskiemu, ciemięzcy ludu, 
na którego sołtysi Czarnego Dunajca chłopów pospolitym ruszeniem pozwali. 
"Marsiałkował" on wtedy ze sławą wielką i wielką już wówczas swoją powagę potężnie 
wzniósł i utrwalił.
Zbójnicy zaś, sam nawet Jano Nędza Litmanowski z Nędzowego Gromka ku Kościeliskom, 
harnaś nad harnasie, dolin i dziedzin strach, "oreł halny", "ryś leśny" i "stryła z hmur", 
najzuchwalszy z zuchwałych, najbutniejszy 'z butnych, najhonorniejszy z honornych, 
Łętowskiego szanował i "straśnie miał za co", tak dla chwały, jak znaczenia, mądrości i 
bogactwa.
- Nieg będzie pofalony! - zawołał Łętowski nabliżywszy się.
- Na wieki wieków. Jamen! Witajcie! - odkrzyknął Sobek.
A gdy sobie ręce wstrząsnęli, rzekł Łętowski do pana:
- Sobek Topór, baca.
Po czym, z godnością głowę wznosząc, wskazał na przybyłego:
- Pan Kostka, pułkownik królewski.
Sobek odkrył głowę.
Ale Kostka żywo przysunął się ku niemu, rękę z kapeluszem ku głowie mu podźwignął, dłoń 
potem uścisnął i rzekł:
- Cieszę się, że was poznaję, mój baco. Siła o was słyszę, kędy się popod Tatry obrócę. 
Widzę, że was nie przechwalono.
- Młody som jest, ale przy sicie i przy huci - rzekł Łętowski.
Sobek zaś, rad i z grzeczności, i z komplementu pułkownika, ręką wskazał szałas mówiąc:
- Prosem, nieg racom do sałasa.
- Sobek - począł od razu Łętowski - my haw prziśli do was nie po próżnicy. Pan mająm 
rezolucyjąm królęwskąm. Król kazuje na nogi wstanonć i panów bić. Nie kce, jyno coby nad 
krajem był sam,
58
a w kraju hłopi. Pan pułkownik sam jest wysłani poruseństwo zrobić. Uniwersały, ozkazy 
królewskie mająm, z podstarościm nowotarskim, Wiktorynem Zdanowskim, jak go znacie, i z
panem rektorem Mar-tinusem Radockim, bakałarzem we skole w Pcimiu, sam jest 
porozumiem, ja ś niemi, od Dónajca, z Wi-towa, z Hohołowa, z Długopola, z Ludźmirza, z 
Cerwienego, z Koniówki, z Marusyny, ka jaka wieś hłopi za mnąm, a wy zaś tu Podhalanów, 
a osobliwie swo-jąm rodzinę zwieść macie. Bo co Topór, to topór, a wyście nad Toporami 
głowa! Mardułów, Galiców, Chowańców, Łojasów z Poronina, Gąsieniców, Siec-ków, 
Walcaków, Sobcaków spod Kopy, Gadejów, Matejów, Mocarnyk, Stopków, Pitoniów z Polan
trza rusyć!
- Rusy się - odpowiedział Sobek.
- No, nie rzókek panu? - zwrócił się Łętowski ku Kostce z zadowoleniem. - Ja ludzi znam. Jak
ja stary i oni, młody, zawołamy, hyr się stanie po sytkik dziedzinak dookoła - hłopy stanąm 

background image

jak jeden! Za sytkie hrziwdy, ucisk, swąmwole, ciemięstwo, łupiestwo i oabójstwo ślaneckie 
się mścić! Mnie jyno o to sło, 'cobyście wy, Sobek, stanęni przi nas!
Rad był Sobek niewymownie, gdy przed samym pułkownikiem i posłem królewskim sam 
marszałek Łętowski tak go wysoce cennym mianował, i z pewnego radosnego zawstydzenia 
ozwał się:
- Ono by wartało z Jane Nędzom Litmanowskim się porozumieć!
- E! - odpowiedział Łętowski. - Jano hłop bucny, ale powiher! A i złodziej strasecny! Jakby 
my kraść śli - nie mas nadeń, ale tu o więkse i inkse rzecy idzie. Jego byś nie utrzimał, boby 
piersom noc, jyno by się na doliny zniżył, na rabunek poleciał. Pote go może pozwać, kie o 
rabunek będzie sło.
- O! Jak jyno o to idzie, to mnie go tu nie trza sukać! - roześmiał się Sobek. - Jest haw u mnie 
na sałasie Franek Mardułów, po Wojtkowi po Kulowym, mozeście znali, z Cihego znad 
Potoka?
59

- Ten, co miał pedzieć księdzu z miasta: "Ja by Panu Bogu gwiazdy krad, kiebyk skrzydła 
miał"? Słysałek. Bo to seroko gadali, jako se z księdzem ukwalował.
- Ten, ten, ten.
- Już chłopi het po górach poruszeni - rzekł Kostka. - Koło Grybowa, Sącza, Myślenic, 
Limanowy. Wiecie, baco, że wojsko i szlachta w obozie daleko przy królu na wojnie 
kozackiej?
- I wybranieccy hłopi hań pośli.
- Uda się łatwo - wojska nie ma.
- Ja by wolał, jak się mam bić, cobyk się miał s kiem - odparł Sobek.
- Czekajcie jeszcze! To dopiero początek! - rzekł Kostka, bystre i zuchwałe rzucając 
spojrzenie.
W takiej rozmowie szli do szałasu, gdzie ich już juhasi i pasterki z ciekawością oczekiwali.
Na Liliowe, na przełęcz wysoką, wybiegła od krów Maryna. W głowie jej huczało, w sercu 
wrzało. Ostawiła krowy swoje przy innych pasterkach, co tam pasły, sama szła jak koza po 
czerwieniatych tam piargach, aż się wydarła na górę.
Pełna mgieł złocistych od słońca była pod nią dolina od strony węgierskiej. Mgły suche i 
lotne kotłowały się i kłębiły, unoszone rannym, wartkim wichrem, nisko w podolu. Czasem 
oddarł się płat mgły i podbity rozstrzępiał się po upłazach i uboczach wielkich, wyniosłych 
kop Gołych Wierchów, których zieleń spokojną zamącał.
Z głębiny, spod mgły słychać było spiżaki, dzwonki spiżowe wołów liptowskich, co się tam 
pasły.
Z biczem w ręku wybiegła Maryna na przełęcz, sama nie wiedząc kiedy.
Noc całą w szałasie przesiedziała, słuchająca mów mężów, co przybyli. Siedzieli na stołkach i
na ławach brat jej Sobek, stary Kret i stary Byrnas, Marduła,
60
Gałajda i inni juhasi, co starsi, Łętowski i ów pan młody w kusej czarnej katanie. On mówił 
najwięcej. Mówił o strasznych krzywdach chłopskich, o strasznej doli chłopskiej tam, niżej, 
po wsiach dółskich, gdzie z krwawego potu chłopa panowie żyją, gdzie pod batogami 
pańskimi chłopi konają, gdzie się im najświętszych, odwiecznych praw i przywilejów 
przeczy, własność rabuje, pańszczyzną dusi, gorzej psa, gorzej bydlęcia chłopa traktuje, gdzie
ucisk idzie w parze z poniewierką, katowanie mężczyzn z gwałtem kobiet, gdzie szlachcic 
ślinę swoją wyżej ceni nad godność chłopa, utarcie nosa nad jego życie.
A wśród tych nazwisk, które najczęściej na usta Kostki wracały, najgęściej brzmiało 
nazwisko Sieniawskich z Sieniawy, wojewodzica, który w chłopskie brzuchy i babskie tyły 
podkówkami kopał, aż odciski podkówek znać było.

background image

Wrzało i huczało w sercu Maryny.
Był ten złoty panicz katem, krwiopijcą, zdziercą i okrutnikiem...
Był potworą, widmem, na której wspomnienie ludzie się żegnali...
Był gwałcicielem dziewcząt nieletnich, porywaczem matek i żon do swoich komnat 
zamkowych, skąd je po nocy napastnej rozpusty rankiem biczami płaczące wypędzać kazał...
Był ohydą, która dziewczęta, matki i żony do naga hajdukom przed oczyma swych gości 
rozbierać kazała...
I tego ona kochała?
Krew burzyła się w żyłach Maryny i na biczysku zatrzasły się jej palce...
Słuchała całą noc, sama jedna z kobiet, nie odzywając się nic, w kącie szałasu o ścianę 
plecami oparta.
Do pomsty, do powstania, do kary i zrzucenia pęt, do otrząśnięcia z siebie szlacheckiego 
jarzma wołał ten człowiek, którego pułkownikiem królewskim tytułowano. Tłumaczył, że 
król, zmuszony przez szlachtę, na wojnę przeciw chłopom ruskim ruszył, hetma
61

na kozackiego Chmielnickiego jako wybawiciela ruskich chłopów malował, sam się takim 
wybawicielem w Polsce mianując. Mówił, że szlachta przeciw królowi, który ludowi dobrze 
życzy, zbuntować się zamyśla, pokazywał pergaminy i opowiadał, że król w nich chłopów do 
obrony swej osoby i do dźwignięcia się przeciw szlachcie pozywa. Wymieniał miejsca, gdzie 
chłopi, a osobliwie beskidowi Górale, już powstali, i nazwiska dowódców ogłaszał. Raczył 
winem, które za nim na grzbiecie we worku Stasel ze synem przynieśli, i na zdrowie 
chłopskiej wolności w ręce marszałka Łętowskiego i Sobka pił.
Mieszało się w głowie podczas słuchania Marynie, myśli w niej wirem latały, jak woda w 
stawie wiruje, kiedy w nią wiatr halny uderzy.
Bolało ją serce, piekły usta, piekła krew...
I wstali wszyscy, i śmierć panom i szlachcicom na krzyż bacowski święcony z wosku, po 
którym się mleko cedziło przez płótno, przysięgali, a Sobek, jej brat, wzburzony, śmierć od 
topora największemu okrutnikowi, wojewodzicowi Sieniawskiemu, poprzysiągł.
Dziki zaś Marduła tak się wściekł, że z ławy się porwawszy, we watrę równymi nogami 
skoczył, aż ogień pod dach buchnął, czerwono go jaskrawiąc i łuną obżegując.
I wszyscy krzyczeli jeden przez drugiego, tylko stary Kret patrzał w płomień i milczał.
W pierś chwytała Maryna wiatr z Wierchcichej Doliny po uboczy się ku niej pnący i chwytała
w usta mgłę, co ją ku niej niósł, aż omgliło ją całą i świat jej, a ona światu znikła.
Wtem na obcą jakąś, liptowską czy orawską nutę zahuczało poniżej we mgle, dwoma głosami
śpiewane:
E dy se, Janosik, twoje bile ruce budom otwierały kupieckie truchlice, kupieckie truchlice i 
królewskie składy budzies se odmykał, Janosicku młady!...
62
Pieśń, górnie, dumnie śpiewana przez jeden stary głos i drugi męski, huczała we mgle.
Janosicku polski, nie bój się nicego, madziarskik hajduków, Zomku Orawskiego, nie bój się 
zupana pod rysiom bekiesom, Janosicku polski, tobie wiatry niesom!...
We mgle, poniżej, w poprzek uboczy, nad przepaściami, trzymając wzajem zarzucone ręce na
swoje karki, szli, snadź przynapici, stary Sablik i Janosik Nędza Litmanowski z rusznicami na
plecach. Snadź skądś z Cichej albo z Ciemnosmreczyńskiej Doliny, czy z polowania, czy z 
jakiejś może dalszej wędrówki z Węgier przybywali. We mgle zaś za nimi ujrzała Maryna 
trzech chłopów z torbami na grzbietach, zbrojnych również w strzelby. Widać Jano Nędza ze 
zbójeckiej wyprawy na Węgry wracał.

background image

Zataczali się obaj ze Sablikiem, ale dzierżyli się na nogach mocno. I nie dostrzegłszy Maryny 
we mgle, przeszli dalej po uboczy i zginęli z widoku. Pewnie ku Kohdratowej Hali do 
białodunajeckich juhasów i Pawlikowskiego sohysa, bacy, wstąpić zmierzali.
Nędza Litmanowski, właściciela wielu polan pod Hrubym Reglem, wielu gruntów i licznego 
stada, syn, zbójnik nad zbójnik! i hetman zbójecki, bogato chowany, tak że nigdy nic twardo 
nie robił i białymi rękami jaśniał, skąd pieśń o jego białych "rucach" powstała, rabuś tak 
butny, że ze swymi towarzyszami:
Tomkiem Gadeją Stopką od Cajki, Wojtkiem Stopką Mateją i Wojtkiem Stopką Mocarnym 
bodaś co nie kradł, ale na kupieckie "truchlice" po miastach i królewskie prawdziwe składy 
się porywał: znajomy był Marynie, bo od czasu do czasu szałas stawiański nawiedzał. Rad go 
gościł Sobek i obaj się bardzo za co mieli, obaj bogaci, mocni i odważni, a Franek Marduła 
nie wiedział, gdzie go posadzić najdostojniej. Byłby też do jego bandy na życie i śmierć 
przystał, ale się go Nędza bał, bo "o zbyt ku dziewkom cia0-
63

nęło, a taki nigdy nie jest pewny. Niejeden JUŻ "dobry" i najlepszy chłop skroś tego i sam 
zginął, i towarzysze przezeń szwankowali.
A chodził Nędza Janosik Litmanowski w czapce twardej, wysokiej, czerwonej, ze złotymi 
lampasami, z kutasem ze sznurków złotych po prawej stronie, w koszuli czerwonym 
jedwabiem haftowanej, ze złotą spina z łańcuszkami pod szyją, złote klamry do pasa dał 
zrobić, było ich pięć, i portki, zawsze białe i nowe, czerwoną i szafirową nicią grubo w kółka 
i piękne desenie koło szafirowej zascepki, w pięcioro wykwintnie złożonej, cyfrować sobie po
boku kazał, a od parzenic aż w oczy biło. Mnóstwo na nim łańcuszków, blach i guzików 
dygotało, że gdy szedł, jako dzwon dżwięczał.
- Kie tego diabli bedom brali - mawiał stary Krzyś - to będzie Lucyper myślał, ze wóz do 
piekła z miedzianem! garkami wieżom, telo będzie zbyrku.
Minęli Marynę poniżej po mglistym stoczysku góry nad przepaściami idący Janosik z 
Sablikiem, a ona wbijała oczy w tego hetmana, jakby się w nim całe góry i cały lud zbiegały. 
Oni ginęli w mgle, aż się z niej tylko dobył górny, mocny zaśpiew:
Ozwijaj się, hućku, syćko pomalućku, po ciemnej dolinie, po ciemnym wirsycku! Ozwijaj się,
bućku, syćko pomalućku, jak się ty ozwinies, syćkik nas przykry jes. Oźlegoj się, głosie, 
syroko po lesie, ożlegoj się wkoło, pokiel mi wesoło!...
śpiewali, zataczając się we mgle po upłazie, stary Sablik i białorucy hetman zbójecki złotem 
malowany.
Kiedy się Kostka na cetynie w szałasie obudził, dzień już świecił i sołtysa Łotewskiego, który
obok spał, dawno już nie być musiało. Członki Kostkę bo
64
lały, częścią, że nieprzywykły był on do górskich dróg, które przewędrował, częścią od 
twardego legowiska. Przeciągnął się, na wznak położył, rękę pod głowę podścielił i 
rozpamiętywać począł.
Pędzącemu w noc, z łuną folwarku Herburtowego nad głową, z bólem i targającym wstydem 
w sercu, gościńcem myślenicklim: żądza tylko zemsty i wściekłości pobudkę grała. Chłopi się
buntowali przeciw szlachcie, zatem przeciw wrogowi jego, Sieniawskiemu, przeciw 
Herburtowi, przeciw Sulmickiemu, przeciw kasztelanowi Kostce, który go listem pognębił, 
biegł więc ku chłopom, aby przy ich pomocy, korzystając z ich zemsty, samemu się mścić, 
ich ręką ciosem za własną ranę zapłacić. Dusiły go gniew, nienawiść, zawiść, gdy pędził. Ale 
od tego czasu zmieniło się w nim sumienie.
Oko w oko strasznej, nieludzkiej krzywdzie mieszczaństwa i chłopów, strasznemu, 
nieludzkiemu łotro-stwu i zbrodni stanął. Owe łupiestwa, grabieże i gwałty, owe zabójstwa, 
pasy darte z żywego ciała, na pal wtłaczania, owe tortury nie szlachcica, ale nikczemnej, 

background image

podłej bestii niegodne, które tacy dwaj Stadniecy chłopom zadawali *, jeden przez gniew na 
panią Opalińską ręce jej poddanym odpiłowywać każąc, drugi "dla widoku" całe wsie paląc; 
owo panowanie bezkarnej, rozpasanej, srogiej, jak zwierzęta głupiej i hańbą okrywającej 
siebie, a do upadku wiodącej
Owe łupiestwa, grabieże i gwałty (...) które tacy dwaj Stadniecy chłopom zadawa1 i... i t d. - 
Stanisław Stadnicki (1551-1610) zwany "Diabłem Łańcuckim", awanturnik i gwałciciel 
szlachecki. W prowadzonej wojnie podjazdowej z rodziną Opalińskich dopuszczał się zbrodni
i grabieży m. in. na poddanych przeciwników. W toku zajadłej walki z pierwszym mężem 
przyszłej Anny Opalińskiej był sprawcą gwałtów i okrucieństw, kazał m. in. trzem chłopom 
poobcinać ręce, w tym dwu z nich - obie, z innego kazał drzeć pasy, następnie oderżnąć ręce 
piłą i zakopać żywcem po szyję do ziemi (W. Łoziński: Prawem i lewem). - Marcin Stadnicki,
kasztelan sanocki, brat poprzedniego.
Stanisław Stadnicki do przedsięwzięć swych chętnie angażował najbliższą rodzinę.
65

kraj szlachty, której "epoką" było ścięcie w Krakowie czterech rdewinnych rajców miejskich 
za to, że płatnerz, w twarz przez pana Tenczyńskiego uderzony *, odwetu na nim poszukał, a 
po zamordowaniu magnata w kościele Franciszkanów przez tłum mieszczan, zbiegł, a której 
ideałem był książę Jeremiasz Wiśniowiecki, żołnierz dzielny i na podziw bohaterski, lecz na 
lud tyran krwawy i publicznego dobra we Lwowie jawny na swój prywatny użytek zaborca:
wszystko to serce w Kostce wstrząsać poczęło, odkąd się temu żywymi oczyma 
przypatrywać, żywymi tego rękami dotykać począł. Czuł własną swoją krzywdę niknącą pod 
nawałą tej krzywdy ludzkiej, roztapiającą się w niej bez śladu niemal, jak kropla wody w 
morze wpuszczona. Biegł ku Myślenicom siebie mścić, a nim z Myślenic do Nowego Targu 
się dostał, już się czuł chłopów mścicielem.
I grało mu w uszach przysłowie szlachty: "Kto by chłopa zabił, jakoby psa zabił", i słowa o 
szlachcie stryja króla Jana Kazimierza nad wyraz obelżywe, pełne goryczy, wstrętu i 
zniechęcenia.
Począł rozumieć nieszczęśliwego stryja, a sam królewską krew w sobie czując, dębem się 
przeciw szlachcie podnosił w duszy i jedno czuł: że w tym narodzie król, mieszczanie i chłopi
sojusz przeciw szlachcie zawrzeć byli powinni.
Z Chmielnickim porozumiał się. Znał on Chmielnickiego nicwartość moralną, ale i potęgę, i 
geniusz wojenny, i przede wszystkim znaczenie jego nazwiska dla chłopów. Chmielnicki to 
był bohater, który się porwał ocalić uciemiężony lud. Chmielnickiego
płatnerz, w twarz przez pana Tenczyńskiego uderzony - W r. 1461 rycerz Jędrzej Tęczyński 
oddał zbroję do naprawy płatnerzowi krakowskiemu Klemensowi. Kiedy okazało się, że 
płatnerz nie wywiązał się z zadania, Tęczyński wymierzył mu policzek. W obronie płatnerza 
stanęli mieszczanie, którzy zapędzili Tęczyńskiego do kościoła Franciszkanów, gdzie go 
następnie zamordowali. Werdyktem kasztelana krakowskiego, brata zamordowanego, za czyn
ten sześciu mieszczan zostało skazanych na ścięcie.
imię było dla nieszczęsnych poddańczych chłopów symbolem wybawienia, wolności - czym 
był istotnie, nie wiedzieli.
W głowie Kostki wichrzyły się plany. Gdy uniwersały Chmielnickiego, wzywające chłopów 
do powstania, otrzymał: Rakoczego z Węgier pozwać postanowił, przy jego pomocy Kraków 
zająć, a potem dalej iść, aż po mieszczańskochłopską koronę w Warszawie...
Traf chciał, iż uciekłszy od Herburtów i w góry zapadłszy, w Pcimiu koło Myślenic popasał, 
gdzie się z rektorem Martinusem Radockim *, anabaptystą, od 40 lat nauczycielem pcimskiej 
szkoły, zetknął.
Srogi to był wróg szlachty, a jeszcze większy duchowieństwa, któremu zawinił, gdyż sam 
niegdyś teologię studiował i przez dziewkę, potem żonę swoją, odpadł. Naukę wielką miał i 

background image

znaczenie u chłopów ogromne, i mir, wrogiem ciemięstwa wszelakiego, wyznawcą 
Chrystusowego pokoju i bogomódlcą o mesjasza ludu .będąc.
Ten, w Kostce zesłannika niebios ujrzawszy, biegłość mając w sztuce i naśladowaniu pisma, 
dla świętej sprawy oswobodzenia chłopów spod katowni szlacheckiej na wzór 
przypowiednich listów królewskich, wydanych rok przedtem niejakiemu Napierskiemu 
pułkownikowi na zaciągi dla Wiśniiowieckiego *, gdy
z rektorem Martinusem Radockim, anabaptystą - Marcin Radocki (zm. 1651) cieszył się 
dużym zaufaniem miejscowych chłopów, którzy pod jego wpływem odmawiali odrabiania 
pańszczyzny i dochodzili swych praw w sądach referendarskich. Król Jan Kazimierz 
specjalnym uniwersałem (12 IV 1651) wzywał poddanych wsi Pcim do posłuszeństwa i 
wykonywania należnej robocizny. Radocki był anabaptystą, tj. członkiem postępowej 
społecznie sekty religijnej, powstałej w Niemczech; w Polsce anabaptystami nazywano 
również arian, czyli braci polskich, występujących częstokroć z radykalnym programem 
społecznym.
na wzór przypowiednich listów... wydanych rok przedtem niejakiemu Napiers k i e m u... na 
zaciągi dla Wiśniowiecki e-go... - Informacja Tetmajera nieścisła, oparta przypusz
67

się w swaty do Multan wybierał, Kostce przypowiednie listy na jego imię wydał i pieczęciami
je z poprzednich listów zdjętymi zatwierdził, pułkownika tytuł i nazwisko przysądzając.
Chudy i wysoki ten starzec, z twardymi żyłami w obnażonej, długiej szyi, nim fałszerstwo to 
uczynił, długo przed krzyżem Chrystusa krzyżem leżał i noc całą potem się modlił, czysty 
zamiar Bogu ofiarowując.
On Kostce podstarościego Zdanowskiego * w Nowym Targu, jako człowieka największe 
zaufanie wśród sołtysów mającego, wskazał, wskazując zarazem wodza całej góralszczyzny, 
"marszałka" Łetowskiego, z którym porozumienie kum Zdanowski ułatwić mógł.
Staruszek, pan Wiktoryn Zdanowski, w małym domku przy końcu ulicy Ludzimierskiej 
blisko boru miejskiego od lat sześćdziesięciu mieszkał, od lat trzydziestu był podsrtarościm, 
handlował serem, masłem, kapustą, grochem i bobem, z księżmi w okolicy w kości, karty i 
warcaby grywał, wino im, śliwki i gruszki
czalnie na błędnym odczytaniu Szczęsnego Morawskiego (Światek boży i życie na nim. 
Rozruchy ludu podgórskiego z 1651 r., r. 1871). Wg tego źródła Napierski (t j. Kostka) za 
pośrednictwem Radockiego zużytkował własny list przypowiedni, wydany przez króla rok 
przedtem na jego własne nazwisko Napierski, upoważniający go do czynienia zaciągów na 
wyprawę u boku księcia Dymitra Wiśnio-wieckiego, odbywającego swaty na Multanach. 
Pieczęcie z tego listu posłużyły do falsyfikatu, w którym pojawiło się sfałszowane nazwisko: 
Leon z Szternbergu Kostka herbu Dąbrowa, zmyślona dystynkcja pułkownika i bezprawne 
upoważnienie do werbowania zaciągów dla obrony południowych granic przed Rakoczym. 
Przypuszczenie jednak o istnieniu dwóch Napierskich wydaje się bezpodstawne.
podstarościego Zdanowskiego - Wiktoryn Zdanowski, podstarości nowotarski, zarządzający 
w zastępstwie starosty tamtejszą królewszczyzną. Popularny wśród Górali z powodu swego 
przyjaznego stosunku do wsi. W r. 1631 miał głośny zatarg ze starostą Komorowskim o 
wymuszanie bezprawnych świadczeń na poddanych z założonych przez siebie w 1623 r. wsi 
Zub i Jastrzębie.
68
przez furmanów z Ludzimierza, Krauszowa i Długopola sprowadzał i rozsyłał, ze wszystkimi 
sołtysami, ezarnodunajeckimi, białodunajeckimi, białczańskimi, Chochołowskimi i spod 
Gorców w najprzyjaźniejszej zażyłości pozostawał, ich samych i ich żony leczył, dzieci im do
chrztu trzymywał.

background image

Znali go wszyscy i szanowali, a gdy mały, w lecie już nawet w kożuszku sieraczkowym, 
modą węgierską skrojonym, z szarym barankiem na kołnierzu, zgarbiony i na czekaniku 
wsparty, na rynek nowotarski wyszedł, kapelusz za kapeluszem i czapka za czapką się 
uchylały, a sam ksiądz dziekan, proboszcz od Sw. Anny, na gorzałeczkę do niego często gęsto
zachodził.
Podstarośoi, wielce pobożny, uproszonym i ochotnym opiekunem miejskiego bractwa 
kościelnego św. Anny patronki był i do kościoła co dzień rano z długim różańcem chadzał, 
nad którym zawsze w połowie zasnął, tak iż go baby budziły:
- Stajcie, panie podstarości, bo jus cas!
- Albo co? - pytał się budząc.
- Bo jus nos kolanom dzień dobry pedział! A mieszczanie nowotarscy zawsze z tego 
jednakową uciechę mieli.
Siedział podstarości w kożuszku w jednej ze swych dwu izbinek wieczorem w sam dzień 
Feliksa Kapucyna i kabałę kładł, dwie sroki chowane, kłócące się z kawką na ramie otwartego
okna, bo dzień był ciepły, od ogródka mając, gdy dziewka pułkownika mu królewskiego 
zameldowała.
- Co? Kto? Hę? - słyszał Kostka zapytania niezbyt chętne zza drzwi.
- Jakisik pon. Pado, co je pułkownik królewski.
- Jak powiadasz?
- Pułkownik.
- Pułkownik?
- Ze dyć mówiem: pułkownik! - krzyczy dziewka zniecierpliwiona.
- Pułkownik! Pułkownik! Ciekawym, jaki by tu
69

mógł być, kiedy wszyscy na wojnie, nawet pan starosta czorsztyński Platemberg, Żydów na 
zamku zostawiwszy, pojechał *. Pułkownik! Cielę! Może całownik, hę, co, nie pułkownik? 
Cielę jedno! Proś!
Kostka wszedł.
Sam, bez sługi, w zakurzonym ubraniu, snadź że nie z konnej podróży, niepokażny z twarzy i 
postawy, Kostka podejrzliwe i niedowierzające spojrzenie staruszka spotkał. Nie czekając też,
żywo listy przez Radockiego sfałszowane z zanadrza wyjął i wręczając je podstarościełnu, 
rzekł:
- Aleksander Lew Kostka Napierski ze Sternberku, pułkownik królewski, mający rozkaz po 
odejściu pospolitego ruszenia werbować lud na obronę granic województwa krakowskiego 
przeciwko Rakoczemu.
Gdy staruszek nazwisko Kostka usłyszał i pieczęć królewską ujrzał, zachłysnął się ze 
wzruszenia, a potem, listy obok na stół położywszy i ręce z rozczapierzonymi palcami 
wzniósłszy przed Kostką stojąc bąkał:
- O rany Boskie! Kostka, świętego Stanisława, patrona czystości, potomek, senatorów syn, 
króla najjaśniejszego pułkownik - do mnie... Rany Chrystusowe... Do mnie? Cóż ja? 
Krzesło...
I z nieoczekiwanym impetem nagle z góralska wrzasnął:
- Jagniś! Krzesło dla pana pułkownika! Polewkę z wina! Z cynamonem! Wartko! Ka Agata? 
Półgęska przynieść! W ocymieniu!
Obaczył się od razu Kostka, z kim ma do czynienia,
pan starosta czorsztyński Platemberg, Żydów na zamku zostawiwszy, pojechał - Jerzy 
Platemberg sprawował od r. 1643 władzę starosty czorsztyńskiego. Starostwo swe traktował 
wyłącznie jako synekurę. Zamek, pozbawiony załogi i nie przygotowany do obrony, zostawił 
istotnie Żydowi-dzierżawcy Salomonowi Włostowiczowi. W związku z tym spotkały go 

background image

później na sejmie zarzuty ze strony szlachty, domagającej się m. in. odebrania mu starostwa i 
egzekwowania odeń odszkodowania.
70
i chyląc się Zdanowskięmu ku ramieniowi i w rękaw sieraczk&wego kożuszka go całując 
rzekł:
- Wielki, to honor dla mnie pierwszą autoritatem *, nie tylko Nowego Targu, ale i całego 
Podhala, poznać. Pewnym jest powodzenia, z czym przybywam, jeżeli tylko wasza miłość, 
mości panie podstarości, względów mi swych i pomocy nie umkniesz.
Przy dymiącej polewce z cynamonem, przy półgęsku, szynce i kołaczu z serem żwawo szła 
pogawędka. Kostka się, nim pierwszą łyżkę do gęby wziął, nie tylko przeżegnał, ale 
westchnąwszy i krótką modlitewkę po łacinie szeptem, dla siebie widocznie, nie dla pozoru, 
odmówił, czym ufność do się w staruszku od zamachu wzbudził. A gdy się pokrzepili i 
Agnieszka miód stuletni, prezentem od proboszcza z Odro-wąża, księdza Misia, przysłany, na
stole postawiła, humor rozjaśnił twarze.
Ujrzawszy Kostka gitarę na ścianie, prosił staruszka, by zagrał, czemu podstarości nie 
odmówił, owszem, brzęknąwszy w struny nie tylko grać, ale i śpiewać począł. Jedną pieśń o 
bitwie pod Piewcami, o Florianie Szarym, drugą o Halszce z Ostroga od kniazia Dymitra 
Sanguszki porwanej prześpiewawszy, uśmiechnął się filuternie i podreptawszy ku drzwiom, 
czy dobrze zamknięte, uderzył dwa akordy i dyszkantem zanucił:
Justysiu, Justysiu, czyli śpisz sama? Nie, mości rycerzu, za ścianą mama!
A wtem Kostka nutę podjął i barytonem podłożył:
Justysiu, Justysiu, cicho to będzie, ze ani kogutek ciszej na grzędzie!
Ucieszył się staruszek, głowę na ramię przechylił, papuciem, w które obuty był, przytupnął i 
dalej wiódł:
autoritatem (lać.) - znakomitość
71

Ah, mości rycerzu. Pan Bóg nad nami! Kogutek, gdy kocha, bije skrzydłami!
Nie skarży się kurka na takie bicie, puść jeno, obaczysz, mój aksamicie!
wtórował Kostka, Zdanowski zaś coraz cichszymi akordami zakończył.
Ale gdy skończył, nieco zawstydzony na pułkownika spojrzał i ozwał się jakby 
usprawiedliwiając:
- Stara to piosnka dworska - jeszcze ją pono za króla Zygmunta Starego skomponowano. 
Nieskromna nieco.
- Nic to, ojcze szanowny! - przerwał mu Kostka. - I święci apostołowie w Kanie Galilejskiej 
świeckimi piosenkami pewnie się zabawiali.
Staruszek Kostki już nie puścił, mieszkać go do siebie zaprosił, karmił, poił, czym mógł 
raczył, gościem się swoim pysznił i całe mienie swoje i osobę swoją gotów był oddać na jego 
usługi. Po sołtysa marszałka Łętowskiego posłał, a Kostka, krótko z nim na uboczu podczas 
poobiedniej drzemki Zdanowskiego pogadawszy, prawdę mu, po co i z czym przybył, 
powiedział, że chce w imieniu króla chłopów nie na obronę granic przeciw Kozakom, ale 
przeciw ciemiężącej chłopów i buntującej się przeciw królowi szlachcie werbować i jako 
drugi Chmielnicki mścicielem i obrońcą ludu roboczego stać się.
Uchylił Łętowski staroświeckiego kołpaka na nazwisko Kostki od świętego Stanisława, 
uchylił na tytuł pułkownika, uchylił na imię króla, ale najchętniej uchylił na wspomnienie 
Chmielnickiego.
- E, to to to, mości panie pułkowniku - rzekł. - To wej cłek! Kieby u nas taki beł! Taki hetman
hłopski na Małąmpolskom!.,.

background image

Marszałek Łętowski ciupagę swoją, którą wszyscy znali, z orłem, rytym przez kowala Stanika
ze Starego Bystrego, na prawej stronie, z niedźwiedzią głową na lewej i krzyżem Pańskim na 
obuchu, gońcem
72
po sołtysach i wójtach w Nowotarszczyźnie z zawołaniem swoim posłał, a Kostka, na 
sfałszowanych listach królewskich wsparty, mandaty odnośne mając w ręku, werbował 
otwarcie w krakowskim województwie i aż na Śląsk werbowników posyłał, glejty 
bezpieczeństwa, gdy trzeba było, po polsku i po niemiecku pisząc.
Milczał Kostka o swym pochodzeniu, nie chcący podejrzeń żadnych ani hałasu tym wzniecać,
wszędzie się jako poramiennik królewski przedstawiając. Przede wszystkim trzeba było ludzi 
sobie oddanych, sobie obowiązanych i na wszystko dla niego gotowych straceńców znaleźć, a
tu mu traf szczęśliwy dopomógł. Właśnie gdy u podstarościego Zdanowskiego bawił i 
dostatecznie się już wieść o jego bytności, dostojeństwach i zamiarach po Nowym Targu 
rozkrzewiła, miano tam tracić dwóch znakomitych dowódców zbójeckich, Cepca i Sawkę *, z
których każdy po kilkudziesięciu ludzi pod komendą miał i podobną sławą, jak Nędza 
Litmanowski na Podhalu, w dalszym Beskidzie się cieszył.
Zdarzyło się im nieszczęśliwie, iż gdy się we dwóch, od band swych oddzieliwszy, na 
przeszpiegi lasem harklowskim snuli, pachołkowie miejscy przez Żyda podprowadzeni ich 
dopadli, powrozami związali i do miasta przywiedli.
Tam, na rynku przed ratuszem, za wiele łupiestw i morderstw rajcy miejscy ściąć ich kazali i 
już kat, Melchior Handzel, z niemieckich osadników, wielki, ostry, często używany swój 
miecz w gotowości trzymał, a łby zbójców na pniaku jodłowym położone być miały, gdy 
nagle konikiem Zdanowskiego z ulicy
miano tam tracić dwóch znakomitych dowódców zbójeckich, Cepca i Sawkę... - Postaci i 
fakty historyczne; Wasyli Czepiec z Grybowa dowodził grupą rozbójniczą działającą głównie 
w Bieszczadach; Andrias Sawka, były pasterz orawski stad ks. Rakoczego, biegły w piśmie, 
rozpowszechniał uniwer;
sały Chmielnickiego. O ułaskawieniu skazanych ^dzięki wstawiennictwu Kostki wspomina 
Joachim Pastoriusz.
t Legenda Tatr
73

Ludzimierskiej Kostka wraz z podstarościm na rynek wjechał i prosto przed ratusz, na 
zgromadzonych ludzi pokrzykując, gnał.
- Pułkownik, pułkownik jedzie! - rozległo się po rynku.
Wstrzymał się kat, czekał burmistrz z rajcami, aby znakomitemu szlachcicowi, świętych 
Pańskich potomkowi, króla pana pułkownikowi satysfakcji łbów odlatujących widoku nie 
umknąć, gdy, ku niemałemu zdumieniu, Kostka, na nogi się podniósłszy, gromko krzyknął:
- Szlachetni, sławetni, uczciwi, wiernie mili przyjaciele, panowie rajcy nowotarscy i ty, 
sławetny nowotarski burmistrzu! W imieniu najjaśniejszego króla jegomości, pułkownikiem i 
wysłańcem jego będący, dla dwóch tych ludzi skazanych, iże najjaśniejszemu królowi życie 
ludzkie tej godziny ani jedno nie na zbyt, łaski i darowania proszę, abym pod przysięgą 
wiernej służby do królewskiego wojska ich zaciągnął, gdzie pierś nieprzyjaciołom 
Rzeczypospolitej nadstawiając, niecne wczoraj zmazą, godne dzisiaj, błogosławione jutro 
zasłużyć będą mogli!
Zdumiał się burmistrz Mikołaj Rayski, rzeźnik z pradziada, zdumieli rajcowie miejscy.
Nie śmieli jednak życzeniu pułkownika i poramiennika królewskiego się sprzeciwiać i 
egzekucji na rozkaz burmis'trza kat zaniechał. Miecz tylko goły, według starego zwyczaju, 
obu przed oczyma przewlókł i siarki grudkę sporą na miseczce zapaliwszy, płonącą im pod 
nos przytknął, mówiąc: Pamiętaj, jak to pachnie! Pamiętaj, jak to pachnie!

background image

Wystąpił potem przedni mówca miejski, kuśnierz, Izydor Bełtowski, i długimi i wzniosłymi 
słowy grzeszników życiu cnotliwemu przywracał, po czym na znak burmistrza pęta im zdjęto 
i pułkownikowi ich darowan'0, ku któremu do kolan z płaczem wdzięczności przypadli.
Kostka przyjść im do siebie kazał, a porozmawiawszy, gdy ich widział na śmierć i życie sobie
oddany
74
mi, polecił im wcielić do band swych wszystkich junaków, którzy ku niemu przystawali, a 
nadto prawdę im odkrył i przysłany sobie uniwersał Chmielnickiego do rozpowszechnienia 
we właściwym czasie im
wręczył. A uniwersał * ten brzmiał:
,,Bohdan Chmielnicki Wiadomo czynię wszystkim poddanym Korony Polskiej, iż za 
szczęściem i błogosławieństwem od Pana Boga nam danym, pod moc i władzę naszą 
podbiwszy państwa tejże Korony Polskiej, uwolnić was wszystkich obiecuję od ciężarów i 
robocizny. Będziecie tylko na samych czynszach, we wszelakich wolnościach, tak jako 
szlachta byli, tylko żebyście nam wiary, tak jako ruscy nasi poddani, dotrzymali; panów 
swoich żebyście opuszczali, przeciw nim powstawali i do nas się jako w największych 
grupach gromadzili".
Kości były rzucone. Kostka był winien zdrady względem kraju i względem króla. Gdyby 
uniwersał taki przychwycono i Kostce rozpowszechnianie go udowodniono: winien był 
śmierci.
Na całą Rzeczpospolitą, na wszystko, co się Polską nazywało samo i komu Polską nazywać 
kazało, się porwał. Musiał albo zwyciężyć, albo umrzeć.
A gdy w niespokojną noc swoją, po odprawieniu Cepca i Sawki z uniwersałem 
Chmielnickiego, w domku podstarościego nowotarskiego przy ulicy Ludzimierskiej 
rozmyślał, im głębiej w rzecz wniknąć usiłował, tym jaśniej widział, że tu walka nie tylko na 
żelazo, ale i na dusze być musi, że szlachta jest nie tylko w kraju panem, ale dusza szlachecka
jest tego kraju duszą.
Zrazu wydało mu się: wzniecić bunt, szlachtę znicestwić, króla detronizować, samemu się 
królem mieszczan i chłopów stać - teraz jednak zrozumiał,
uniwersał Ch miein i cki ego sału autentyczny.
Tekst uniwer
TS

że na miejsce potęgi duszy szlachty potęgę jakiejś innej duszy trzeba dać, że gdy się jedną 
kulturę duchową obali, nie tylko natychmiast inną na jej miejsce stawiać trzeba będzie, ale 
nawet w imię tej nowej, następnej i zastępczej kultury wystąpić. Rozdać chłopom pańskie 
grunta nie dosyć było - ten chłop, stając się panem kraju, musiał od razu przed sobą jakiś 
wyższy ideał mieć, wiedzieć, że z chwilą zwycięstwa nie zaczyna się tylko używanie, ale że 
zacznie się dalsza jakaś szlachetna praca dla siebie i drugich, nie stagnacja, ale owszem, 
pochód naprzód.
Chłop był ciemny i jedyną jego wiedzą, jego kulturą duchową, jedynym, za pomocą czego 
można w nim było duszę stwarzać, była religia.
W tym momencie przypomniał sobie Kostka opata tynieckiego, księdza Rstrokońskiego *, 
biskupa, człeka dziwnego wielce.
Z kasztelanem, u którego się wychowywał, kilkakrotnie Kostka w Tyńcu był i potem jeszcze 
sam księdza Pstrokońskiego, który go polubił, nawiedzał, a ilekroć go widział, zawsze czcią i 
podziwem czuł się przejęty.
Ksiądz biskup Pstrokoński, opat benedyktynów tynieckich, wcale do ogółu wyższego 
duchowieństwa podobnym nie był, nad miarę nie jadł i nie pił, w karty nie grał, kochanie nie 
utrzymywał, na łowy nie jeździł, dostojeństw się nie napierał, dla miłego grosza wszystkiego 

background image

uczynić gotów nie był, ale klasztorem i naukami się zajmując, ludziom dobrze czynił, brata w 
każdym uznawał i świętego Franciszka
księdza Pstrokońskiego - Stanisław Pstrokoński, biskup chełmiński; z benedyktynami 
tynieckimi miał Kostka istotnie bliżej nie ustalone powiązania. Dowodem - wydany przez 
Kostkę glejt, list bezpieczeństwa, przytaczany iprzez Tetmajera na s. 81, Wg Oświęcimia 
wydanie glejtu dla klasztoru było spowodowane udaną pobożnością Kostki. Wg Szczęsnego 
Morawskiego opat Pstrokoński nie przestał darzyć Kostki zaufaniem jeszcze po oblężeniu 
Czorsztyna, wydając dla biskupa Gembi-ckiego uspokajające informacje.
76
z Asyżu za wzór najgodniejszy naśladownictwa uważał. Widział on zło zakrzewione w 
Kościele i złą drogę, którą kraj ku zgubie wiodła szlachta, i nieraz o tym z Kostką, zachodniej
cywilizacji świadomym, mówił. Doń Kostka ruszyć, jego w zamiary swe wciągnąć, jego, 
szeroko przez chłopów znanego i błogosławionego, jakby papieżem, widomym 
reprezentantem katolicyzmu swej sprawy uczynić postanowił.
Tymczasem zaś z polecenia jego rektor Martinus Radocki i sołtys Łętowski porozpisywali 
listy po wsiach i sołtystwateh okolicznych, wzywając lud, aby się gromadził pod wodzą 
pułkownika królewskiego Kostki, ze świętej pochodzącego rodziny, przeciw Żydom i 
szlachcie w imię Chrystusa, którego Żydzi zamordowali, i najjaśniejszego króla, przeciw 
któremu szlachta bunt podnieść 'zamyśla, obiecując, co Chmielnicki w swym uniwersale 
obiecywał, i pomoc kozacką. A iż ściąg wojsk do Nowego Targu do oSoby pułkownika 
zapowiadali, nakazywali listami, aby wszyscy, którzy się do łączności poczuwają, chałupy 
zielenią maili, a to będzie znak, by ich 'zwerbowani przechodzący nie rabowali i nie 
podpalali, jako właśnie czyniły szlacheckie zaciągi, tak iż przemarsze ich do napadów 
tatarskich porównywano, a miejscami srogie bójki wynikały; gdzie szlachita grabiła i bez 
miłosierdzia odzierała chłopów i mieszczan, ci, zrozpaczeni, wściekle szlachtę mordowali, za 
co znów bez miłosierdzia karani byli, aż w końcu zgliszcza, ruinę, nędzę, rany i śmierć 
chłopom i mieszczanom za sobą wraz z trupami z obdjej strony zostawiano.
Chłopi też na gwałt wiece zwoływać i gałęziami zielonymi chałupy maić jęli.
Nie wszystkim jasnym było, o co chodzi i co być ma, ale wszyscy zrozumieli, że się od złego 
zabezpieczyć można. Wsie jak gaje istne wyglądały.
Przez takie też zielone wsie Kostka, na krótki czas Nowy Targ opuściwszy, do Tyńca 
krakowskim gościńcem na wózku podstarościego Zdanowskiego pędził.
A był to piękny, pogodny dzień wiosenny, kiedy
77

ksiądz opat Pstrokoński, z murów klasztoru tynieckiego z wysoka na Wisłę, łany i wsie 
wiślane patrząc, Kostki mówiącego słuchał. Ten zaś wołał w gorączkowym uniesieniu:
- Ojcze! Nędznym człekiem, 'zbrodnią, zemstą pędzony między chłopstwo padłem, a dziś, 
gdym jako Tomasz w rany Chrystusa, w rany ich palce wetknął, siebiem zapomniał, ich 
mścić, ich zbawić chcę! I nie straszne mi nic, czylibym i śmierć dla nich ponieść miał! 
Szeroki ja plan żywię: szlachtę zgnieść, z Rzymem zerwać, aby nam tu zaś Possewinów, jak 
Batoremu, nie nasyłali, wysokie, z magnatami trzymające duchowieństwo obalić, królestwo 
polskie ze swoim własnym polskim papieżem, ze swoim własnym polskim kościołem 
zbudować! O, ojcze, ojcze duchowny! Zali może zrozumieć polskiego chłopa od żuru i 
barszczu włoski ksiądz, sałatą i morskimi ślimakami karmiony?! Możeż być pasterzem duszy 
polskiej ten, który tej duszy nie zna, ten, który, sam suchą skałą, wodą i cyprysami otoczon, 
pszenicznej polskiej modlitwy, z dębów i jodeł rodzonej zbożności, w szerokich zachodach 
staczającego się nad Wisłą słońca rodzonej tęsknoty Boga nie zna? O zaiste, ojcze! Swego, o 
polskiej duszy papieża, nie bulli i rozkazów z rzymskiej kancelarii chłopu polskiemu trza!
- Schizma! - zawołał ksiądz Pstrokoński wzburzony.

background image

- Nie schizma, ojcze, jeno Polska! - krzyknął Kostka. - Jeno polski papież w polskim Rzymie,
jeno wawelska katedra miast katedry świętego Piotra, polski Wawel nad Wisłą miast zamku 
Anioła nad Tybrem, polski kościół Mariacki miast Świętego Jana z Lateranu!

- Piotr Apostoł fundował Rzym - rzekł opat.
- Lecz Chrystus wszemu światu fundował Boga - odparł Kostka.
- Papież, świętego Piotra następca, namiestnik Chrystusa Pana jest, jako Piotr był pierwszym 
Jego namiestnikiem - rzekł opat surowo.
78
- Ja nie wiem, przewielebny ojcze biskupie, ja nie wiem - odparł Kostka, jakoby z rozpaczą w
głosie - teologii-m nie studiował, w Piśmiem świętym, w Nowym Testamencie nie biegły. 
Może to grzech, co mówię, jedno widzę: a planta pedis usque ad verticem capitis non est 
sanitas *, od stóp do głowy rak toczy, a Rzym nie daje lekarstwa, a Rzym nie leczy! Giniemy,
ojcze, rozpada się ciało nasze! Wojny nasze to konwulsje, zwycięstwa nasze to kurcze rąk 
ściśniętych w spazmie 'konania!
Dusić jeszcze możem - nie pokonujemy! Bronić się jeszcze możem - 'nie zwyciężamy! Zginąć
musi ten lew, co chory, słoniom i bawołom rykiem nie grozi, lecz się 'tylko, w jamie swej 
leżąc, wilkom, hienom i lampartom łapami, acz potężnymi jeszcze, opędza. Kędyś trucizna 
jest, co duszę i ciało polskie zatruła. Szlachta otruta jest - umrze. Ojcze! Nowej Polski trza! 
Zali w Rzymie się nowa dusza polska ma rodzić? Zali z Tybru wody trza czerpać, by polską 
pierś rzeźwiła, zali z cyprysów ogień -kłaść, by w budowanym z dębów powiśinych kościele 
ogień ofiarny polskiej duszy płonął?
- Więc czego ty chcesz? - spytał biskup po chwili.
- Hasła z Krakowa, dzwonu Zygmunta, krzyża
a •planta. pedis... - W r. 1566 odbył się w Sądowej Wiszni sejmik, na którym rozpatrywano 
sprawę ewentualnego rozwodu króla Zygmunta Augusta z drugą żoną - Katarzyną austriacką. 
Stanisław Orzechowski wystąpił z oracją skierowaną przeciw królowi: "Oto przychodzi 
ostatni dzień, a nieochybnej zguby czas na Koronę Polską. Byliśmy Polakami, była Korona ta 
sławna, była chwała i spaniałość Polaków, ale ich nie ma więcej, wołam z onym poetą 
łacińskim Wirgiliuszem, który tak pisał o zburzeniu Troi (...) obawa jest, abyśmy owej 
piosnki z łacińskim poetą nie śpiewali: Byliśmy, a nie jesteśmy;
(...) a gdybyśmy chcieli wszystkie tej Korony wypatrzyć ułomności, to zawołalibyśmy z 
prorokiem Izajaszem: Od pięty aż do głowy nie ma w niej zdrowia, bo nie ma jedności" (J. 
Szujski, Roztrząsania i opowiadania historyczne, 1876, s. 203-204).
79

z katedry wawelskiej, polskiego biskupa, który chłopom w kłos pszenicy, w różdżkę dębu, w 
wiązkę trawy łącznej krzyż owity ukazawszy, powie głosem ogromnym: "In łioc signo 
vinces! * - W tym znaku zwyciężysz!
Biskup Pstrokoński niżej głowę spuścił, tak iż długa mu czarna broda po habicie spłynęła.
- Ojcze! Wstań! Weź krzyż! Pastorałem nową Polskę wzbudź! Lud nie wierzy w Boga, on 
wierzy w was! Chłopu polskiemu księdza trza! Ojcze! Wstań! Z zakonnikami swymi z tych 
murów wyjdź! Patrz! Wiosna się kwieci - rozkwitnie świat! Porwiemy za sobą klasztory, 
proboszczów wsiowych, młodszy kler! Stworzymy na starej ziemi nowy kraj, nową Polskę, 
której król&m ja, papieżem polskim będziesz ty!
Ksiądz Pstrokoński porwał się.
- Samozwańcy?!
- Jam króla Władysława Czwartego syn!
- Jam biskup katolicki, opat tyniecki, sługa Rzymu!
- Ojcze!

background image

Biskup Pstrokoński odwrócił głowę i szlochaniem wybuchnął.
- Ojcze! - krzyczał Kostka.
- Nie! - odparł opat i twarz w dłonie ukrywszy, łkał z wielkim piersi wstrząsaniem.
- Ojcze! - wołał Kostka z rozpaczą. - Wiesz, że w tym zbawienie! O, Rzym, który cię łamie! 
O, Rzym!
I wtzniósł zaciśnięte pięści w górę, lecz ksiądz Pstrokoński opanował się i rzekł:
- Bóg jeden i jeden Jego Kościół, i jeden jest namiestnik Chrystusowy. Do końca świata 
Rzym będzie świata panem i wyrocznią. Twój krzyż w pszenicę, dąb i trawę łączną owity 
pogański by był. Krzyż Chrystusów jedno różańcem spowijać można.
- Kłamiesz, ojcze, sam sobie! - zawołał Kostka z bolesną porywczością.
In h o c signo vinces! (łac.) - w tym znaku (krzyża) zwyciężysz!
80
- Młody jesteś, królewicu! - odparł opat. - Z ziemi powszechnej powstaje człowiek i w 'ziemię
powszechną powraca. Część ziemi jeno nazywa się Polską. Zaczęła się Polska, skończy 'się, 
bo ludzka jest. Lecz dusza z Boga pochodzi i wiekuiście żywię. Wszystko życie świata w 
nagim krzyżu się 'mieści. Tego słuchajmy. Piotr postawił opokę, na której stoi Kościół świata,
a bramy piekielne nie przemogą go. Ja cię rozgrzeszam. Młodyś jest i gorący. Wiara twoja 
zbawia cię, dobrego chcesz. Duch święty cię oświeci i na drogę prawą nawrócisz. Idź i 
działaj, twórz.
- A ty, ojcze, a ty? - jęknął Kostka.
- Modlić się będę za ciebie i za twoją sprawę, która jest świętą, póki jej światło Chrystusowe 
świeci.
- Nie krzykniesz z twoich murów tynieckich?
- Gdyby Rzym pozwolił.
- Nie wyjdziesz w infule 'z krzyżem z nich?
- Jeśli Rzym rozkaże.
- Ojcze! Ty gubisz miliony ludu! Na jedno słowo wasze, biskupi, na widok krzyża we 
waszych rękach - my zwycięzcę!
- Jam sługa posłuszny - rzekł opat tyniecki.
- A! - zawołał Kostka z wściekłością prawie. - Ah! Palcami grudę rwać, gdzie by ją można 
rydlem jako piasek za 'się ciskać! A! Czego ja bym z wami nie dokazał?! Jutro by Polska 
naszą była! Lecz nie, ojcze! Ja ciebie porwę z sobą! Gdy tu, w Krakowie, chłopi w Zygmunta 
uderzą, ty się nie oprzesz, ty pójdziesz. Wiem! I rozkażę, by cię nikt nie niepokoił z tych, co 
tu ze Śląska ciągnąć do mnie popod Tyniec będą.
I do podręcznej torby, która obok leżała, sięgnąwszy, sprzęt potrzebny dobył i szybko pisać 
począł:
"Ich inscriptus Oberster zu Ross und Fuss com-mando und befehie last dem Closter Tyniec 
mit sein einige Gutter ganz frei lassen, aUter non faciendo sub poena colli.
Ja, niżej podpisany, zlecam i mocno przykazuję,
81

ażeby ten Konwent Tyniecki ze wszystkimi wsiami wcale nienaruszenie zostawał od 
przechodzących żołnierzów, pod regimentem naszym będących, pod utraceniem gardła, kto 
by się inaczej śmiał poważyć i przy czym być znakowi wojskowemu * sobie na obronę 
postawionemu, i listowi ręką i pieczęcią własną zaznaczonemu. Dań w Tyńcu dnia 8 maja, r. 
1651. Aleksander Lew z Szternberku".
Po czym Tyniec i biskupa Pstrokońskiego opuściwszy, Kostka nazad pod Tatry wrócił i tam 
podług rady marszałka Łętowskiego przez Sobka Topora skalnych Podhalanów ruszyć na halę
ku Stawom poszedł.

background image

W błękitnych mgłach, daleko, widywał Kostka nieraz podczas łowów, które mu podstarości 
Zdanowski gotował, z gór Beskidu, Kluczek i Gorca, zamek czorsztyński, nad Dunajcem na 
skalnym ostrogu wzniesiony. Wydawał on mu się sercem opancerzonym tej doliny, której 
koroną królewską były Tatry, mieczem jasny Dunajec. I Górale na łowach zamek ów 
wskazywali. A wieści o zbierających się gromadach chłopskich coraz częstsze i gęstsze 
dochodziły,
Na błękitnym tym zamku z owitą w błękitne, przezrocze muśliny Beatą Herburtówną Kostka 
się widział -- różowe jej ciało przez przeźrocz świeciło...
A złote korony na głowach światłem grały... Ach! Czynu!...
Jako orzeł uderzyć od góry!
Hetmanem zaporoskim ogłosił się Bohdan Chmiel-nicki, a ten tytuł jemu nie mniej niż 
zwycięstwa blasku dodawał; starostą czorsztyńskim postanowił się ogłosić Kostka - w imię 
króla przeciw królowi, niewolnikowi szlachty. A co starosta czorsztyński Góralom, to 
kasztelan krakowski małopolskim chłopom miał zwiastować, a potem król - całej Polsce.
przy(Fz ym być znakowi wojskowemu - wg źródeł poprawne brzmienie: ,.p r z y c z n y m 
być znakowi wojskowemu'', tj. przeciwnym.
82
Wraało 13 czerwca, w zły dzień, 1651 roku w wu 1-kiej karczmie Icka Hammerschlaga na 
rogu rynku i ulicy Szaflarskiej, którą zbójników podhalańskich w kajdanach często do miasta 
na stracenie prowadzono i o której jest szeroko znana nuta:
Wiedomze mię, wiedom, Saflarskom ulicom, •pewnie mię zawiedom ku tym szubienicom.
Ze stu chłopów zgromadziło się tam, a byli to przedstawiciele dziesiątków tysięcy Górali, 
przy panu pułkowniku Kostce się opowiadających. Wielu tam było młodych sołtysów, którzy 
na mocy prawa króla Władysława od zaciągów wojskowych na wojnę kozacką się wykupili, 
wielu gazdów poważnych, a za stołem pod ścianą, gdzie siedział sam pułkownik, po prawej 
ręce mając podstarościego Zdanowskiego, po lewej rektora Radockiego, zasiedli po obu 
ramionach marszałek Łętowski, sołtys z Chochołowa Jędrzej Kojs, z Białego Dunajca 
Pawlikowski, z Białki Nowo-bilskich trzech, z wójtem sołtysim Maciejem, Zych z Witowa, 
mieszczanie nowotarscy, wójtowie niesołtysi i z mnogich jeszcze wsi gazdowie znaczni, a na 
rogu stołu Sobek Topór, owce i bacostwo Byrnasowi zwierzywszy, szerokimi barkami 
Wszystkim górował.
Urada szła, wino, piwo i gorzałka sprawiedliwie potokami się lały, którą bogaci sołtysi i 
gazdowie dawać kazali. Naleciało się bab i mieszczanek, baby także od wsi przybyły za 
chłopami, a Podhalanki skalne wierchowały nad wszystkimi wysoką głową i jasnym licem, 
szafirowymi jak z ognia oczyma i wysokimi, pełnymi dumy i siły ramionami. Szyję też 
pojedna całą w dukaty węgierskie obwieszoną miała, że gdy kroczyła, to jak złoty dzwon 
dżwiękła.
Pośród nich Maryna Toporówna podobna do jodły bujnej królowała.
Dziesiątki tysięcy ciupag i kos do stóp Kostki kłoniono.
Potężnym się czuł, królem już prawie.
83

Róg jego z czorsztyńskich murów jak grzmot uderzy. Wtem chłopi, Podhalanie, ryknęli 
ogromnym chórem:
Wto pije, to pije, piom Podhalanie, dali se powiesać ciupażki na ścianie!...
Polana, polana niejednego pana, polanę skosili, pana obwiesili!
Panowie, panowie, budziecie panami, ale nie budziecie przewodzić nad nami!
Panowie, panowie, wyście nas trapili, i my was budzieme, jyno powstanieme!...
Panom belo wolno po kobiercak bieżeć, a nam belo wolno w grobie ciho leżeć!...

background image

Złowrogo huczała pieśń. Rozgorączkowane, rozgadane, rozjaśnione twarze chłopów 
ściągnęły się i stały drapieżne, głuche i twarde. Twardość, zaciętość, suchość okrutna i 
złowieszcza jęła się ryć w znanych sobie, przez siebie wyżłobionych bruzdach na licu. Orle 
nosy, wąskie wargi, blade i suche policzki z wystającymi kośćmi stały się kamienne nieomal, 
w żelazo zastygłe. Tylko oczy niebieskie i bure płonęły, podobne do ognisk na dzikich 
kamiennych polach jesieni.
Do rana pili i do rana śpiewali. Nikt w mieście nie spał i warty stały pod bronią, choć czuły 
swą bezsilność wobec tego zboru zbrojnych w ciupagi chłopów, jednak wściekłość przeciw 
szlachcie tak opanowała chłopskie głowy, że ani jeden uczynek gwałtu na mieszczanach się 
nie spełnił.
Pili jeszcze nazajutrz i śpiewali, kiedy Kostka, wysławszy Sobka Topora na Podhale, 
marszałka Łętowskiego do Czarnego Dunajca na tworzenie pułków chłopskich, z kilkunastu 
ludźmi pod zamek czorsztyński ruszył.
Starosta czorsztyński, młody i piękny Platemberg, w szmelcowanej zbroi i lamparciej skórze 
na ramionach jako szambelan królewski ku osobie królewskiej
84
w czas wojny wraz z całym swym pocztem wojskowym się wybrał, pozostawiając, wbrew 
prawnemu przepisowi, miast załogi ochronnej Żydów dzierżawców.
Kostka pod zamek podstąpił i gdy główny dzierżawca, Żyd Jozue Zbaraski, w rozwianym 
chałacie, z pejsami u wielkiego okrągłego łba, z cebulaistymi oczami, w białych pończochach
i pantoflach, bramę otwarł o świcie, zaczajony ze swymi w lasku pod murem Kostka przez 
bramę wpadł, Żydów, Żydówki i Żydzięta powiązać kazał i stał się panem Czorsztyna.
Gdy na mur zamkowy wstąpił, rozszerzyła mu się dusza, jak skrzydła wielkiego ptaika, gdy 
je, ocknąwszy się ze snu na wysokiej skale, szeroko rozłoży i potężnie nimi zatrzepoce.
Rycerskich Wazów królewski syn stał na blankach królewskiej twierdzy i poglądał po 
ziemiach.
Na skale, nad spienionym Dunajcem wyniesiony, dzielił zamek czorsztyński Węgry od 
Polski. Posiadłości Rakoczego tuż za Dunajcem leżały, a droga z Węgier do Krakowa przez 
Czorsztyn wiodła. Był to klucz, który wrota Wawelu od Spażu zamykał.
Lecz mógł i otworzyć. Rakoczy, książę Siedmiogrodu, przeciw któremu pozornie Kostka 
wojska werbował, przez Czorsztyn na Kraków patrzał...
Niesłychanie, gwałtownie, nad podziw szybko niedawne jeszcze chęci tylko Kostki przybrały 
ciało. Uczynił krok na przepastnym moście, lecz wiierzył, że przejdzie. Czy nie teraz spełnia 
się wróżba Cyganki siedmiogrodzkiej, iż wysoko umrze? Czy nie jest już wywyższony nad 
innych?
Ze swojego zamku w Siwym Rogu, ze swoich baszt w Sieniawie czy Brzeżanach nie dumniej,
nie wyniośliej, nie wspanialej pozierają Herburt lub Sieniawski. Dziesiątki tysięcy otaczają 
ich nienawidzących ich poddanych - jego setki tysięcy ubóstwiających go Górali. Sześć 
tysięcy żołnierzy ma Sieniawski, cztery tysiące Herburt - on kilkadziesiąt tysięcy siekier, kos, 
maczug, rusznic i pistoletów podniesie.
85

Gdyby dzisiaj chciał, mógłby niebawem ruszyć stą.di w proch zetrzeć Siwy Róg, z ziemią 
zrównać Sieniawskich gród hetmański, Beatę na rękach chłopskich, jak wydarte z ogrodu 
nurtem powodzi brzoskwiniowe drzewo, gdzie by chciał, ponieść - ale nie chciał. Nie był już 
zakochanym ubogim młodzieńcem - był odnowicielem Polski u progu czynu.
Ale że chytrze, zwłaszcza w początkach, nim się Górale wiedzeni przez Sobka Topora i 
Łętowskiego zgromadzą, poczynać trzeba było: do księdza Piotra Gębiekiego, biskupa 
krakowskiego, wysłał umyślnym list donosząc, iż za rozkazem królewskim zajął Czorsztyn "z
obawy, ażeby forteca ta pograniczna, nie mająca żadnej załogi i opatrzenlia, nie dostała się w 

background image

ręce Węgrów". Prosił też biskupa o posłanie mu kilku armat przewoźnych, prochu i kuł, bo 
nic w zamku oprócz nadartych z chłopów przez Jozuego Zbaraskiego pieniędzy i 
nagromadzonej przez Żydówki obfitej żywności nie zastał.
Aliści ksiądz dziekan nowotarski, Jędrzej Bytomski, zaproszony na indora do proboszcza 
ludzimierskiego, księdza Michała Słomki, zauważył, przez wieś jadąc, iż wszystkie chałupy 
umajone są zielonymi choinami.
Zadziwił się i spotkanego przysiężnego ludzimierskiego Cyriaka o powód zapytał.
- Jegomość nie wiedzom? - odparł Cyriak - Je dy to na to, coby wojsko nie rabowało i nie 
podpaIowało.
- Jakie wojsko?
- E to, 'co pan Kostka, królewski pułkownik, za królewskim ozkazem werbuje.
I biskup Gębicki otrzymał w Krakowie równocześnie niemal Kostkowe zażądanie działek i 
amunicji do zajętego Czorsztyna i alarmujące listy od dziekana z Nowego Targu i proboszcza 
z Lubnia koło Pcimia, gdzie rektor Radocki wiece chłopskie tajemnie zwoływał, a nawet od 
pana Zdanowskiego, któremu ksiądz Bytomski o majeniu chałup donieść rozkazał.
86
W lot zrozumiał biskup, iż ów obrońca całości Rzeczypospolitej wysoce jest podejrzany, a 
zapowiedziane zaciągi Bóg wie na co posłużyć mogą, odpisał więc Kostce, że "nie w taki 
sposób zajmuje się królewskie zamki do obrony zlecone" i że radzi mu, aby dobrowolnie 
Czorsztyn opuścił, sam zaś zwołał radę panów krakowskich, którzy w mieście obecni byli, 
sześćdziesięciu dragonów pod panem Michałem Jordanem, dobczyckim starostą *, na 
odebranie Czorsztyna wysłał, ku którym się spory poczet wolentariuszów szlacheckich 
przyłączył.
Zmieszał się srodze Kostka, list biskupa otrzymawszy, i w pierwszej chwili gorąco i zimno 
mu się zrobiło, a łydki pod nim zadygotały. Wydawało mu się, iż potrzebował tylko rękę 
wyciągać i brać, że zająwszy zamek, nogę jakoby w strzemieniu postawił i tylko drugą 
przełożyć musiał, aby w siodle sieść, ale przekonał się przy pierwszym kroku, że się łudził i 
mylił. Przeraziło go także własne młode niedoświadczenie, którego sobie, pisząc list do 
biskupa, jaskrawy dał dowód.
Opór przeciw sobie sam wywołał i przyspieszył. Odezwać się można było, mając kilka 
tysięcy, a nie kilkunastu ludzi w Czorsztynie.
Za drugiego Chmielnickiego, w którym mieszkał "lew wespół z wężem", się miał, przekonał 
się jednak, iż stary hetman zaporoski z uśmiechem by go klepał po ramieniu, a on go jak żak 
nauczyciela słuchać był winien.
Jednak chwilę tylko zniechęcenie i przerażenie
pod (...) Michałem Jordanem, dobczyckim starostą - Pierwszą ekspedycją karną, wysłaną 
przez bisk. Gembickiego, dowodził Michał Jordan. Wojsko biskupie stanęło pod murami 
zamku prawdopodobnie 16 VI 1651. Przebieg działań jest u Tetmajera tylko w ogólnym 
zarysie zgodny z prawdą historyczną. Po nieudanych próbach pertraktacji wojsko przystąpiło 
do ataku, uwieńczonego zdobyciem dwóch bram zamkowych i podpaleniem trzeciej - co 
Tetmajer wszakże przemilcza. - Wobec zaciętego oporu stawianego przez oblężonych, 
ekspedycja zaniechała dalszego szturmu.
87

trwało. Odwagą i męstwem niedoświadczenie i nierozwagę wyrównać postanowił, a i czasu 
na myślenie nie stało, gdyż pan starosta Jordan swego brudnego kasztana ze strzałką, 
dragonów oraz ochotną szlachtę tak pędził, że już nazajutrz po liście biskupim pod 
Czorsztynem stanął.
Brzuchaty i wąsisty pan Jordan, pod zamkiem przenocowawszy, murom się o świcie 
przypatrywać począł i podług instrukcji biskupa zamyślił się z panem Kostką naprzód w 

background image

słowne pertraktacje wdać. Rozkazał więc trębaczowi, Szeludze z Czarnej Wsi pod 
Krakowem, płachtę białą, od pasterki wziętą, na kiju wywiesiwszy, z trąbieniem wielkim ze 
sobą pod zamek podjechać.
Kostka naonczas spał, a spali i chłopi, krzątaniem się po zamku i plądrowaniem go znużeni, 
nie spały tylko baby, dwie Nowobilskie, Maćkowa i Józkowa, i dwie dziewki, JantoSia 
Zeglenliowa z Miętustwa i Hanka Pokusówna z Długopola, co z chłopami z Nowego Targu 
do Czorsztyna przywędrowały. Siedziały one w kuchni i piekąc z mąki pani Jozuowej 
Zbaraskiej kołacze z serem, uradzały.
Nagle Józkowa Nowobilska przestała zagniatać mąkę, nastawiła uszu i powiada:
- Cosi robiom, co trombiom.
- Może? - odpowiedziała jej Nowobilska Machowa.
- Naozaist trombiom - powiada Józkowa. - Trza wyjźreć.
Wyszła i wróciła z wiadomością, że szlachcic na koniu i żołnierz z białą płachtą na kiju i z 
trąbą pod murem 'stoją.
Maćkowa Nowobilska, żona sołtysiego wójta - rodziny sołtysie miewały osobnych wójtów i 
wójtom gminnym nie podlegały we wsi - Odłożyła ciasto, otarła ręce i wyszła z kuchni, a za 
nią towarzyszki.
Wystąpiły na blanki, a Józkowa krzyknęła:
- Nie trąb ta telo, bestyja, 'bo pana obudzis, j... ci oko dziś!
Ale Maćkowa, baba obstarna i obszarna, rzekła z godnością:
- Ckaj! - i zapytała wyniośle: - Wto?
- Hej tam mosterdzieju! - wrzasnął Jordan, bo takie przysłowie miał. - Nie ma nikogo, tylko 
baby?!
- Som jest i hłopy - odparła Maćkowa. - Co fcecie?
- Gdzie pan Kostka?
- Śpi.
- To go obudź!
A Maćkowa rzekła wyniośle:
- A cóż 'to, nie widzis, ze gaździna?
Wspomniał Jordan polecenie biskupa, ażeby politykował, chłopów nie drażniąc, zatrzymał 
więc oburzenie i zawołał:
- Obudźcież go, gaździno!
- Na co?
- Jaśnie wielmożny Michał Jordan, starosta dobczyeki, rozkazuje! A Maćkowa odpowiedziała
z dumą:
- Nas pan starosta ciorśtyński taki dobry, jak i dobcycki!
- Ksiądz biskup krakowski mnie tu posłał!
- E to se stójcie! - zawołała Józkowa Nowobilska. Pan Jordan wpadł w pasję - na razie jednak 
słów i pomysłu mu brakło i zwrócił się do Szelugi ze srogim spojrzeniem, wybuchając z pasji:
- Phu, mosterdzieju, co?! Brrum! A Hanka Pokusówna, tęga, przystojna, młoda dziewczyna z 
"diablim pyskiem", spod baszty:
- A cóż to hań grzmi? Bo tu u nas pogoda. Siepnął się Jordan w kułbace, ale strzymał jeszcze.
- Słuchajcie, baby - podniósł głos - idźcie mi po Kostkę natychmiast!
- Ej ja hań 'mię idę, bo się boje, byk się nie zadawiła - odpowiedziała Pokuszczanka.
- Best! - rozśmiała się Józkowa Nowobilska. - Diabłów zjadło z dziewkom!
89

- Po coście, panie starosto, przyjehali? - zapytała Maćkowa godnie.
- Zamek brać! - odparł Jordan z dołu.
- Zamek u mnie gotowy, jyno nie wiem, cy kłuć nie diablipotę! - zawołała Pokusówna.

background image

Huknął śmiechem trębacz Szeluga, który mundsztukiem trąby zęby zaciskał, buchnęły 
śmiechem baby na murze, a Józkowa zawołała:
- Siejdze, pokuso zatracona! Cy cię milońscy dziś?! Pan Jordan zaś, cały spłoniony, ryknął:
- Psie baby sobacze! Skórę z was drzeć każę!
- A skądże pan zacnom? - zapytała Pokusówna.
- Skąd, ty małpo wszeteczna?! - wrzasnął pan starosta. - Stamtąd! - I obróciwszy się w siodle, 
zaryczał bawolim głosem:
- Bywaj!
Wnet z przylasku poczęli się wysuwać dragoni biskupa Gębickiego i szlachta wolontariusze.
- Stąd! - powtórzył pan Jordan w furii. Stropiła się Józkowa Nowobilska, poznała, że niepeć, i
rzekła do Maćkowej:
- Stesecnyk diabłów zjadło, aj zjadło - zołmirze... Ale Maćkowa nie straciła godnego rezonu; 
wiedziała ona, że tysiące chłopów pod Czorsztyn nadciągnąć
mają, i krzyknęła z góry zuchwale:
- Panie starosto! Cobyś nie właz, jak koński mi-hał, ka ci nie trza!
- Czekaj, ty wiedźmo stara! - ryknął pan Jordan i zdarłszy konia z trębaczem za sobą, 
zawrócił ku swoim.
Długo sapał, nim się wysapał, a gdy za radą porucznika dragonów i pana Gozdawy 
Mieszkowskiego wymowny pan Skoraczyński i ksiądz z Maniów, za wojskiem przybyły, z 
samym Kostką już mówiący i obiecujący mu zupełną 'swobodę, gdyby zamek dobrowolnie 
oddał, nic nie wskórali: do szturmu uderzyć kazał.
Aliści kilkakrotne zapędy dragonów pod mury i usi
90
łowane podpalenie bramy nie powiodły się; w zamku było nieco broni, chłopi też mieli swoją,
w dodatku obecny pleban z Maniów ducha oblegającym odbierał, nieustannie powtarzając i 
wołając: "Spieszmy się! Spieszmy się!" Obawiał on się bowiem mających rzekomo 
nadciągnąć zbuntowanych Górali.
Nieudane ataki, strata kilkunastu koni ustrzelonych i dość ciężkie rany i potłuczenia kilku 
dragonów, a przy tym coraz rosnący strach przed czernią chłopską źle podziałał na pana 
Jordana, gdyż nagle, nic nie powiedziawszy nikomu, z panem Mieszkowskim, Skoraczyńskim
i jednym jeszcze szlachcicem ogony końskie zamkowi pokazali. Gdy wodza brakło, ruszyła 
za nim, tchórzliwie zresztą bardzo zachowująca się, ochotnicza szlachta, a za nią i dragony 
pomknęli z kopyta gościńcem ku Krakowu, w ślad starosty.
Drwił Kostka sam ze siebie, że się tak łatwo dał był na razie listowi biskupiemu nastraszyć i 
że go tak szybko zwątpienie opadło. Zetknął się, starł z nią i zwyciężył przeciwność tak 
łatwo, że aż śmiechu to było warte, bez jednego skaleczonego w zamku człowieka. Stłukł się 
tylko w kolano, jakby naumyślnie na śmiech i żart, że przecie rany przy odpieraniu szturmu 
były, kowal z Łopuszny, Magiera, o kant kamiennego muru się uderzywszy.
Rad też i wesół, gdy państwo Jozue i Ryfka Zbarascy miodem swoim i winem chłopów 
częstowali, zasiadł w kancelarii szambelana Platemberga i znalazłszy tam inkaust i co 
potrzeba, do imei pana Wi-ktoryna Zdanowskiego list prozą i wierszem * pisać począł, 
zapraszając, aby "na świętego Jana stawić się w Czorsztynie raczył, bo wielkie wojska tutaj 
ścią
...do imci pana Wiktoryna Zdanowskiego list prozą i wierszem - Około 20 VI wysłał istotnie 
Kostka Napierski list do podstarościego Zdanowskiego. Do listu dołączył wierszowany opis 
oblężenia zamku przez Jordana, zatytułowany Oblężenie gniazda lwiego. Pełny tekst wiersza 
opublikował L. Kubala w szkicu pt. Kostfcff Napierski (t. I Szkiców historycznych, r. 1873). 
Z publikacji tej skorzystał Tetmajer.
Dl

background image

gać się będą, gdyż jest wola Boża, a nie inna, aby tak wielkie zbrodnie ukarane zostały, co daj
Boże, aby bez rozlania krwie chrześcijańskiej. Ja WM. Pana gospodarzem zostawiwszy, pójdę
sam, gdzie mię Bóg z wojskiem obróci...
...bramę zapalili, Mniemając, żeby orła w piersi ugodzili. Wtym się im lew otrząsnie, pocznie 
prószyć z'góry, Aże mięła maślanka rozlała się w dziury. Bramę zalał, ich pokłuł, pozabijał 
konie, Ze nazad musiał jechać na świniom ogonie. Wtym obaczy, nie dudka, starostwa 
pragnący, Chłop babiasty i tłusty, Jordanek rzeczący:
Nie chcąc czekać ostatka samoczwart uskrobał,
Czyli się też w kwatery między skały schował.
Potym w kotły usarskie w zamku uderzono
I ospałych żołnierzy z akownic * budzono.
Wtym się porwą do koni, nie chcąc czekać dalej,
Pieszo jedni, na koniach drudzy uciekali,
Inni jeszcze na zamku w Krakowie statutu
Zapomnieli i swego prawnego Talmutu.
Kazał ich lew prowadzić, z długich arkabuzów *
Nabawię! niejednego z nich strachu jak guzów.
Otóż wam, Zuzanicy *, cóżescie wygrali,
Tylkoscie lwa daremnie na się rozgniewali,
Który się skrył, choć cicho, na tajemne skały,
Kędy ledwie orlice pióra donaszały.
Przy kiem Pan Bóg, z tym trudno, niebożę, wojować:
Lepiej by snadź za grzechy wcześnie pokutować. Bojemy się człowieka; bój się raczej Boga, 
Przy tym stojąc, mnie ufaj, nie dojdzie cię trwoga. O nieszczęsne łakomstwo, o przeklęta 
pycho, Któraś w Polskę, ach, ach, ach, wprowadziła licho!
akownic a, hakownica - rodzaj dawnej strzelby zapalanej lontem
arkabuz (f r.) - rodzaj dawnej strzelby zuzanicy, zuzaniści (stpol.) - lubieżnicy, starzy 
rozpustnicy
92
Boję się, by nie przyszły już proroctwa ony, Ze miało wnisć wszystko złe tu od Akwilony *. 
Ten, co widział, świadczy"*.
Drugi też list do marszałka Łętowskiego wysłał, ażeby jako z największym ludem 
przybywał... "A upomnij WM. M. M. Pan, ażeby z sobą braffi siekiery jedni, a drudzy rydle. 
Pójdziem wszyscy przez Kraków i dalej przez wszystką, jeśli wola będzie, Polskę. Mamy 
dobrą zmowę z Chmielnickim i z Tatarami i niemieckie wojsko przyjdzie 'nam na pomoc..."
Radowała się i weseliła młodość pana Kostkowa. Na zaimku starościńskim, na wyniosłym 
ostrogu siedział, listy wojenne pisał, w hardości stał. Na wspaniałym karle szambelańskim 
rozparty, nogi przed się na niedźwiedzią podesłaną pod kantorek skórę wyciągnął i ręce w 
kieszenie szwedzkich rajtuzów wsadził, głowę przez poręcz przewiesiwszy.
Ty będzies płakała, jo nie bende słysoł, jo nie bende słysoł, sionde sobie w pokoiku, listy 
bende pisol -
przypomniała mu się pieśń mazowiecka o trzech panach Potockich, co jechali z wojny, "pytali
się, pytali się o nocleg spokojny..." A kiedy już mieli
tę nockę spokojną, pytali się, pytali się o dziewcyne strojną...
złe (...) od Akwilony - z Północy (dosł.: Akwi-lon, u Rzymian nazwa północnego, mroźnego 
wiatru)
Wiersz pisany przez Kostkę w zamku czorsztyńskim, cytowany przez Kubalę (przyp. aut.).
83

Beata Herburtówna...

background image

Zali sen?...
Kędyś, gdzieś ogród kwietniowym, wczesnym ciepłem pachnący... dawno... daleko... Uścisk -
uścisk promienny...
Sieniawski, Sulnicki, Korecka księżna, wojewoda...
Pożar Zgorzelic, łuna...
Królowej Cecylii Renaty dwór... bale dworskie... uczty... psoty paziowskie...
Poniewierka, głody, niedostatki...
Zali sen?
Ach! ten słodki, ten cudowny, ten niebiański uścisk nadziemskiej iście rozkoszy...
Wtem stanęła przed nim Maryna z Hrubego.
- Panie - rzekła - przysłał mnie brat Sobek ze dwoma ludziami, sam w tym tyżniu haw s 
tysiące ludzi będzie...
Przypatrzył się jej Kostka zamgławionymi marzeniem oczyma. Wspaniale stała.
- A ty co? - spytał. - Chcesz tu zostać?
- Fcem.
- Po co?
- Ja do wojny pudem.
- Bić się?
- Haj.
- Chłopów dość, wystarczy.
- Ja Się we krwi opłukać musem.
- Albo co?
- Bo ja się od diabła kusić dała - musem się omyć.
- We krwi?
- Haj.
- A coś robiła?
- Ja się z potworem zadawała.
- Jak to?
Nie odpowiedziała Maryna, tylko rzekła ponownie:
- Sobek brat haw bed'zne hnet. Samyfe Toporów ś nim siedmi, Mardułów trzok... Kostka 
przypatrywał się piękności Maryny.
14
- Maryna - rzekł przeciągając się.
- Co?
- Maryna - powtórzył.
- Panie, ostańcie mi święty, hłopski zbawiciel! - rzekła Maryna i wyszła z komnaty.
Przybył nazajutrz Łętowski, ale z paru tylko chłopami, w odwiedziny, obiecując powrócić i 
spod Czarnego Dunajca dziesiątki tysięcy chłopów ze wszech stron góralszczyzny zwieść, 
oddano też w cztery dni po ustąpieniu Jordana list od rektora Martinusa Radockiego z Pcimia,
który, o "miłośnikach prawdy Chrystusowej" wspomniawszy, donosił, "iż chłopi, gdyby 
dozwolenie albo głos IMci króla słyszeli, te-dyby prawie sami, na dwory szlacheckie 
następując, niszczyli je, aby już więcej hardość i wyniosłość ze złością tyrańską na ziemi nie 
panowała..."
Siadł więc Kostka ponownie przy kantorku Platemberga i manifest * swój, zaczynający się od
"Pokój Chrystusa!" - pisał, gdzie w imieniu króla "Wszystkie wolności tym wszystkim, którzy
teraz stać przy nim będą, i dwory szlacheckie i co w nich" w obszernych słowach obiecał. 
Dodawał też, "aby (jako na polecone od króla IMci) żadnym uniwersałom, choćby i z 
pieczęcią, i z ręką króla IMci były, wiary nie dawali, gdyż te musi wydać, 'bojąc się szlachty".
Na Kraków zapowiadał pochód i do Czorsztyna "pod swe skrzydła garnąć się" kazał, 
kościołów polecając nie tykać, "gdyż o Boga i krzywdę ludzką wojować będzietoy".

background image

Dań w Czorsztynie 22 czerwca 1651.
Szczęśliwa i radosna młodość pana Kostkowa na zamku się cieszyła. Manifesty wydawał, 
potęgą się czuł, sławę nieśmiertelną przed sobą widział. Cieszył się jak dziecko i w ręce byłby
klaskał, a cebulooki, kłapouchy, minogogęby, mały, gruby, brudny,
manifest - Manifest czy uniwersał Kostki Napierskiego z dn. 22 VI pisany był, wg źródeł, w 
czasie oblężenia Czorsztyna i został przejęty przez oblegających. Zawiadamia w nim Kostka, 
że "Na święty Jan [tj. 24. VI] pójdziem pod Kraków".
95

krostowaty i finezyjnoironiczny Jozue Zbaraski śmieszył go nad wyraz. Sam nie wiedział, czy
się bawi w rewolucję, czy to prawda? Jestli mesjaszem chłopów, panem Czorsztyna, wodzem 
setek tysięcy - czy paziom królowej Cecylii! w Warszawie, w wojnę turecką z towarzyszami 
grającym? Krótko, nagle, jakby przez sen się działo...
Wypadł Kostka po napisaniu swego uniwersału z kancelarii Platemberga i na Józkową 
Nowobilską trafiwszy, pod boki ją chwycił i kręcić babą zaczął, a pokrzykiwać: hop! hop! - 
że myślała, iż oszalał. A kiedy ją puścił, choć baba pięćdziesięciu blisko była, zwierzyła się 
Maćkowej Nowobilskiej:
- Wiecie, kumosko, kie mię ujon, hoćjek ta taka nienomłodsa, ej wiecie, na mój prawdu, ja by 
się mu 'nie broniła - jakby tak jus musiało być...
A Maćkowa:
- Hej, 'wiera, jakby musiało... I westchnęła ze zwątpieniem.
Aliści niedługo miał się czas cieszyć sobą młody pułkownik.
Z 'krzykiem: - Zołmirze idom! Zołmirze idom! - przybliegł wysłany po jaja na wieś chłopak, 
co przy Kostce służbę pachołka pełnił. W pół godziny później dragoni, piechota, puszkarze z 
dwoma działami zamek otaczać poczęli - w tysiąc ludzi blisko pod wodzą pułkownika 
biskupiego Jareckiego *.
Ksiądz bisikup Gębicki, po niesławnym odwrocie pana Jordana spod Czorsztyna, gdzie 
babom na gębę, a chłopom na pięści nie sprostał, wielkie larmo podniósł. Wysłał 250 
piechoty pod Czorsztyn, a do podstarościego i sędziego grodzkiego krakowskiego list 
pchnął*: "Z Krakowa d. 30 Junii 1651. Czorsztyn
w tysiąc ludzi (...) pod wodzą pułkownika biskupiego Jareckiego - szczegół historyczny.
do podstarościego i sędziego grodzkiego krakowskiego list pchnął - List jest dokumentem 
autentycznym. Napisał go dn. 20 VI biskup Gembicki do podstarościego krakowskiego 
Śmietanki, chwilowo nieobecnego w Krakowie. Już następnego dnia
96
uhieżono i zbójcami osadzono! Ad primum nuntium posłani ludzie, qui flarnmam 
estinguerent *, nic nie wskórali i ten ogień t'li się, bo chłopstwo msurgżt...* Dla miłości i 
ratunku ojczyzny przybywaj, przybież W. M. Pan, b'o to straszny ogień!"
Popędził goniec do króla, rozesłano do wszystkich proboszczów po wsiach, aby z ambon 
przeciw buntowi wołali i lud powstrzymywali, a za 250 wyprawionej piechoty 
wyekspediował przerażony biskup jeszcze 200 siewierskiego swego regimentu, 60 har-ników,
zwanych tak od hamisza albo zbroi, a także świstakami, od komendy świstaniem na wzór 
zbójecki, strzelców górskich wybranych i dwa działa. Starosta z Lubowli otrzymał rozkaz i 
przywiódł również dwa działa i 150 żołnierzy. Spod Muszyny przybyli dragoni biskupa. A 
gdy na dzień 27 czerwca podstarości krakowski Śmietanka wszystką szlachtę, starych, 
chorych, sługi, faktorów i 'urzędników królewskich i duchownych do Krakowa przeciw 
buntownikowi Kostce .powołał: miał on 22 czerwca naprzeciw tysiąca oblegających 27 górali
i 5 kobiet w zamku.
Ale miał pewność odsieczy. Z Podhala z Sobkiem, z Beskidów z Cepcem i SaWką, od 
Czarnego Dunajca gromady Łotewskiego przybyć miały lada godzina. Cepiec i Sawka 

background image

donieśli, iż pod Lanckoroną, pod Melsztynem stoją całe kupy czerni, iż całe wsie spod 
Krosna, jak Żegice, Budzyn, ciągną z wójtami na czele, iż pod Babią Górą, w Ochotnicy nad 
Nowym
Śmietanka ogłosił uniwersał do szlachty województwa krakowskiego, powołujący wszystkich
pozostałych w domu, także "starych i chorych" w dn. 27 VI pod broń celem odparcia 
powstania chłopskiego ;• 20 Junii (łac.) - 20 czerwca;
Ad primum nuntium (tac.) - na pierwszą wiadomość; q u i flammam extinguerent (łac.) - 
którzy by ogień ugasili
insurgit (łac.) - powstaje
5 Legenda Tatr
97

Targiem, w Porębie, w Niedźwiedziu, w całej okolicy bliskiej i dalekiej dziesiątki tysięcy pod
bronią stanęły.
Więc choć się nie spodziewał oblężenia fi 27 tylko chłopów i 5 bab w zamku miał, nie uląkł 
się i bronić postanowił, a wici smolne na alarm palić kazał. Rozgorzał Czorsztyn na wsze 
strony i dymem Siię osłonił.
Tymczasem, gdy się zamek na wezwanie nie poddał, bombardować go z dział i 'szturmować 
piechotą poczęto.
Rusznic i armat kilka w zamku było, ale nie było prochu i kuł. Kostka za czasu manifesty 
pisał i z Jo-zuego Zbaraskiego kpinkował, ale o amunicję się nie był postarał. Zębami zgrzytał
teraz i paznokcie w dłonie wciskał, ale to się na nic nie zdało.
Wierny pachołek jego, do Lubowli w nocy po proch i kule choć do rusznic chyłkiem wysłany,
w ręce dragonów wpadł i pod zamkiem na widoku rano 24 czerwca ćwiczony był batami.
Wstało to rano złowrogie. Smolne wici płonęły na murach dzień i noc, gorzał Czorsztyn na 
wsze strony
i dymem się osłaniał, na alarm buntownikom, ale nikt nie przybywał.
- Cóż będzie? - zapytał Kostkę Łętowski w kuchni, gdzie ogień płonął.
- To! - krzyknął Kostka i wybiwszy czekanem szybę z ramy ołowianej, wydarł ołów i na 
tygiel rzucił. - Będą kule!
Za czym za jego przykładem wszelki metal w zamku na kule przetapiano, gwoździe 'z gontów
darto, baby marmury z posadzek łamały, smołę warzyły, kamienie z bruków wyważały; czym
kto mógł, raził, prażył, tłukł dobywających fortecy.
Dobiegło południe - pomoc nie przybywała.
- Cóż będzie? - zapytał sołtys Łętowski, patrząc ku wojsku biskupiemu, które obiadowało.
Ale Kostka, ranny draśnięciem kuli w czoło, nic mu nie odpowiedział. A że krew mu oczy 
zalewała, poszedł ranę zawiązać.
Spotkał 'w progu Marynę, kule ulane w kuchni z kandelabrów Platemberga na mur niosącą.
- Płótno masz? - spytał.
- Cysta kosula - rzekła Maryna i ugiąwszy spódnicy, płótna kawał oddarła.
- Wiąż - powiedział Kostka. Zawiązała.
- Gdzie twój brat Sobek?
- On przydzie.
W tej chwili kula armatnia, okno zdruzgotawszy, nad głowami im, w pułapie, cegły krusząc, 
utkwiła.
- Aby tylko dotrzymać! - rzekł Kostka. - Zresztą mnie nie wezmą. Nie damy się wziąć!
Marynie stanął w oczach straszny wyraz twarzy Szczepana Kurosa, parobka z Miętustwa, 
kiedy kochanka jego, Żegleniówna, która mu jeść na mur niosła, kulą w pierś trafiona, u nóg 
mu padła i zmarła.

background image

Maryna zauważyła już, że chłopi między sobą zamieniają szeptane słowa i kryte spojrzenia. 
Słyszała, jak Nowobilski Maciek, chłop po Łotewskim najpoważniejszy, mówił do brata 
stryjecznego Józka: - Nie przydzie nik. My tu wyginieme sytka i telo będzie.
A Józek Nowobilski, olbrzym woły noszący, ponuro powiódł po ziemi jastrzębimi oczyma.
- Ale co z Sobkiem? Co z Toporami? - mówił Kostka. - Co z bratem twoim, Maryna?
- Ja nie wiem, panie. Wto jak wto, ale on haw jus powlinił być. Na wcora pod noc se ślubił 
przyjść. A Sobek hłop nie taki - co komu cy sobie sam prziślubi, to zrobi, hoćby mu sam 
Chworz-Smok z carnymi skrzydłami abo Krwnik-Ubijca, ''mierzei bóg z macugom, 
zastompili.
- Niech się dzieje, co chce - rzekł Kostka chwiejąc głową. - Już drugi dzień na murze na 
nogach jestem, oka dwie noce nie zmrużyłem, morzy mnie taki sen, że wytrzymać nie mogę. 
Chwileczkę pośpię.
- Nie legajcie, panie - rzekła Maryna. - Wto wie, co może być?
99

- Niech będzie, co chce! Za ten czas może Sobek nadciągnie albo Cepiec i Sawka...
I rzucił się na łoże Platemberga.
Tymczasem działa biskupie i starosty lubowelskiego grzmiały bez przerwy i mury zamku 
kruszyły. Gorączkowo dobywał Czorsztyna pułkownik Jarecki, bo się nadciągnięcia 
chłopskiej odsieczy bał. Osobliwie o Podhalanach skalnych wieści pewne doszły, że się 
ruszyli i na przełaj przez góry na Białkę mieli iść. Sobek Topór dowodził. Coś ich snadź w 
drodze zaszło, ale każdej chwili przybyć mogli.
Nie wiedzieli jednak o tym oblężeni chłopa, a wiarę w odsiecz stracili. Piechota ani dragoni 
do zamku się mię darli, chował ich Jarecki na możliwy atak czerni, tylko 'działa raz po raz 
kruszyły mur, rażąc wewnątrz muru zamkniętych ludzi.
W piwnicy, aby się od kuł zasłonić i winem pokrzepić, zebrali się obaj Nowobilscy, Kuros i 
czterech innych Górali.
- Co może być, co nik nie przyhodzi? - rzekł Józek Nowobilski.
- No ja ci nie wiem pedzieć, bracie - odpowiedział Maciek. - Sobek od Jałsice się zadusiował 
na rany Hrystusa Pana i na samego boga Poklenca klan, co haw wcora we wiecór z ludziami 
przydzie. Dy ani -wte nie wiedział, co s nami będzie, a nie dopieroz teraz, kie harmaty po 
górak dudniom, jaz Oźwiena głuhnie. Ale itu nikogo znikąd nie widno.
- No, to co będzie, krzesny ojce? - ozwał się
Kuros. - Mamę ginąć sytka, jak moja Jantośka niescęsna?
- Ze 'dy prawda - rzekł Kulach z Ludzimierza.
- Oibwiesom nas, łebo bedom i kołem łomać, łebo ćwiertować jak w jatkak - rzekł Bagancarz 
z Klikuszowy.
- Pasy s nas kazom katowi drzyć - rzekł Truty z Lasku.
- Bedom s nas ciało odscypali jak trzaski - ozwał 'się Kapuściarz z Pyzówki.
100
- Ani nas we świenconej ziemi nie dadzom grzybść.
Zwiesili głowy.
- Baby i dzieci ostawimy sieroty...
- Majątki, ziemie świentej odumremy...
- Na męki się damy...
- A nie sprawimy nic...
- Hłop był hłopem ii hłopem będzie...
- Pan był panem i będzie panował...
- Taki musi być porzondek świata i wola Boska...
- Cóż 'bees robieł?...

background image

-. My tu nasom śmierzciom światu nie zbawime...
- Ani nikogo...
- Może ta pan Kostka i dobrze kcieli...
- Abo i marsiałek Łętowski...
- Ale kie się nie da, 'to się nie da...
- A cóż komu z naskiej haw śmierzci przydzie? Nic.
- Abo z męki?
- Ma 'się odmienić, ;to się odmieni, a 'nie, to nie.
- Ale bez ten zamek się nie odmieni.
- O, bo wiera nie!
- Wto dowodzi - nieg radzi. Ginąć się nikomu nie fce.
- Zej ba! Hebaby głowy ni miał! W tej chwili we drzwiach piwnicy okazały, z siwą brodą, 
Łętowski 'stanął.
- Hłopy! - krzyknął. - Hań na murak jyno pięci zdrowyk, a wy tu?!
- Tu - odpowiedzieli ponuro.
- Cóż radzicie?
Chwilę milczeli, a potem Józek Nowobilski rzekł:
- Ginąć darmo się nikomu nie kce. Zrozumiał Łętowski i zbladł.
- No to co fcecie? - zapytał cicho.
- Kaź som jest jąco Maciek Nowob:
- Poseł ranę za
ozwał się wymija
101

Nastało milczenie. Wtem zagrzmiało i z muru za plecami Łętowskiego gruz się od uderzenia 
kuli działowej posypał.
- Sami widzicie - rzekł Józek Nowobilski.
- Nas jest zdrowyk mało co wysy dziesieńci, a hańtyk jest tysiące.
Nagle porwał się Szczepan Kuros z niskiego stołka.
- Co haw długo ukwalować?! - krzyknął. - Za ' mek trza oddać i jest! Na to chłopi czekali.
- Zamek trza oddać! Słuśnie gadze! - zawołali, zrywając się z miejsc dwaj Nowobilscy, 
Kulach i trzej towarzysze.
- Hłopi! Bójcie się Boga! - krzyknął Łętowski. -
I zamek oddać, i pod nóż iść! To lepi zginąć w mu
rak!
- Ja już wiem, jako zrobić! - zawołał Maciek Nowobilski. - Mnie nie trza ucyć. Ja przy 
wojsku bywał.
I porwał się biec.
- Kaź lecis? - zatrzymał go Łętowski we drzwiach.
- Na mur! Zamek dać!
- Przez pana pułkownika nie wolno!
- Pytaj się go sam!
- Nie pudzies!
- Pude!
- Marsiałku, puście nas! - krzyknęli chłopi, którym Łętowski drogę z piwnicy we drzwiach 
zagradzał.
- Przez pana pułkownika nic!
- Bajto! - wrzasnął zachwalę Kuros i starca wpół uchwycił, by na bok szarpnąć.
Gdy się ten ośmielił, ośmielili się i inni. Ubezwład-nili Łętowskiego, a Józef Nowobilski 
rzekł:

background image

- Zapremy was haw, w piwnicy, do czasu.
I wepchnąwszy Łętowskiego do lochu, drzwi zatrzasnęli.
Maciek Nowobilski zaś na mur wbiegł, powiewając 102
białą czuchą nad głową na znak, który jako dawny wojskowy znał.
Dostrzegł pułkownik Jarecki czuchę i pod mury się posunął.
- Co chcecie? - krzyknął.
- Za Kostkę i za Łętowskiego puścicie nas ślebodno? Jarecki się czerni bał, odpowiedział 
więc:
- Puścimy!
- Przysięngniecie?
- Przysięgniemy!
- Podpisecie się?
- Podpiszemy!
- No to ustańcie strzylać! Poślemy opis do podpisania!
- Dobrze!
Skoczył Maciek po Jozuego Zbaraskiego, wywlókł przerażonego Żyda spod stosu pierzyn za 
kołnierz i rozkazał mu pisać warunki poddania zamku i wolności.
Armaty ucichły.
Kostki chłopi nie szukali. Nie chcieli mu spojrzeć w oczy. Wiedzieli od Maryny, że spał.
Wtenczas Maryna weszła do komnaty i ujrzała Kostkę na łożu Platemberga, nad chęć snem 
zmorzonego.
Wstrząsnęła go za ramię.
Zerwał się:
- Co?! Sobek z Toporami?
- Nie - odpowiedziała Maryna. - Hłopi zamek oddali.
- Jak to?! Co?! - krzyknął Kostka skacząc na równe nogi.
- Jako wam mówiem. Skoda was.
- Kto oddał?! Gdzie Łętowski? Ustrzelon?
- Nie, zaparty do piwnice.
- Prawdę mówisz?
- Prawdę.
Kostka opadł na łoże.
103

- Słuchajcie, jak nie wierzycie - rzekła Maryna. - Armaty cicho stojom. Kostka poczekał na 
chwilę.
- Prawda - rzekł.
- Skoda was - powtórzyła Maryna. Strasznym wydało się Kostce milczenie oblężniczych 
armat.
- Jak śmierć - rzekł jakby do siebie. Nagle porwał go gniew, wściekłość, tupnął nogą,' cisnął 
przez zęby przekleństwo, porwał się biec... bronić się jeszcze godzinę, jeszcze dwie... pomoc 
nadejdzie!
Skoczył w drzwi, chciał wypaść na podwórzec zamkowy - ciężkie drzwi dębowe, na schody 
wiodące, znalazł zamknięte od zewnątrz.
Snadź czymś zaparte. Skręcił ku oknu, ale z okien apartamentu Platemtoerga nie było widać 
podwórca, tylko w dali Tatry, a przed nimi okolicę podgórza. U dołu był wysoki stok skały 
zamkowej. Niepodobna się było wydostać.
- Zamknęły mnie psiewiary! - krzyknął stając bezradnie.
- Zamkneni - rzekła Maryna. I po raz trzeci dodała:
- Skoda was.

background image

W mgnieniu oka, jak tonącemu, przesunęło mu się przed myślą wszystko, sfałszowane listy 
królewskie, werbunek i buntowanie chłopów, uniwersał Chmiel-nickiego, uniwersał jego 
'własny przed dwoma dniami wydany, zajęcie zamku - jawna zdrada i rewolucja... czekać go 
mogła tylko śmierć.
Siadł na łóżku i głowę na rękach na stole wsparł.
- Żal wam młodego życia? - zapytała Maryna. Kostka milczał. Nagle coś zahuczało.
- Strzelili! - krzyknął radośnie, dźwigając głowę.
- Nie - to 'mur kajsi, kulami zdziurawiony, gn.i-chnon.
Kostka naprężył uwagę - cicho było. 104
- Żal wam życia? - powtórzyła Maryna. Naówczas Kostka podniósł oczy, popatrzył na nią i 
począł 'mówić powoli:
- Hej, Maryś...
Hej, Maryś! Słońce się nade miną wzniosło jak nad młodym dębem, królem drzew, i koronę 
'mi uzłoeiło... za cóż tak rychło, tak zaraz chmury miały wzejść, piorun się nade mną miał 
zakołysać?... Wywyższeń chciałem być - ale nie jeno własnej 'chwały - ludz-kiegom szczęścia
pragnął...
Wieki miną, nim się to pełnić pocznie, co się za moją sprawą, co się przeze mnie pełnić 
miało... Królem chłopów, królem małych chciałem 'być, jako on król Kazimierz Wielki...
- Królem-jeście kcieli być? - zapytała zdumiona Maryna. Ale Kostka nie wytłumaczył jej, 
tylko 'mówił dalej:
- Wieki miną... Chłopi sami, rękoma własnymi, nóż pęta na ich szyi przecinający w odmęt 
morski rzucają. Czemu mnie opuścili? Czemu nie przyszli? Oh! Czemuż biskup Pstrokoński, 
opat tyniecki, Rzymu się bał? Któż pierwszy gubi mnie i któż pierwszy gubi wolność narodu 
chłopskiego?! Wiem! Zgaduję, kto!
Rozżalił się Kostka i łzy mu w oczach stanęły.
- Czemu chłopi nie przyszli! - wybuchnął. - Czemu nie przyszli! Zdruzgotali mnie życie 
młode, sobie powróz na szyję zmocnili! Obaczą teraz! Ogień i miecz ich karać będzie. A mnie
jeno śmierć. O Beato, Beato, Beato!...
- Świętom Beatę wołacie?
- Świętą, mnie najświętszą na ziemi! Miłowałem ci j'a, miłowałem, aż serce tajało we mnie! 
Miłowałem dziewicę aniołowi niebieskiemu podobną i ona mnie też miłowała. Myślałem z 
nią szczęśliw na szerokich 'majętnościach, albo i więcej jeszcze, być, a dziś co? Na suchej 
skale zamkniony, wojskiem oblężon, od wszystkich odstąpień - krzyż 'mnie, mesjaszowi 
chłopskiemu, z cierni korona, włócznia do boku
105

i gąbka octowa! A o szatę moje, o myśl moje, o cnotę moje szlachta z księżmi kości rzucać 
będą i niedolę chłopską wydzierać sobie będą, jak krucy kości i ścierw, szponami go 'każdy 
we swoje stronę ciągnący!
Straszliwy żal, ból brzmiał w głosie Kostki. Przybliżyła się doń Maryna i rzekła:
- Panie, luto mi was. Pojźrał na nią Kostka.
- Użaliło się mi was serce moje. Miejcie pociese-nie.
- Jakoż pocieszenie mam mieć? - odpowiedział gorzko Kostka.
- Prząśnice, piekielne panny, na kołowrotku nić wam pletły... Już nastarsa nożyce biere, już 
ogień gotowy, nie wypletom wam nici do znaku, w ogień prasnom. Pocieseie się - na kwilę.
- Jak?
- Uciesoie się se mnom.
- Jak? - powtórzył Kostka nie rozumiejąc.
- Tu wam legnę - rzekła Maryna, stając przy łożu szambelana Platemberga.

background image

Zezwał Sobek chłopów ze Skalnego Podhala. Spod Osobitej od Orawie pod Murań do Żaru 
rozlecieli się jego wysłańcy po wsiach podtatrzańskich... Zeszło się przeszło trzystu zbrojnych
chłopów przed chałupę Topora Jasicy do Hrubego. Stanęli gromadą, w kosy, łuki, maczugi, 
ciupagi, często w rusznice i pistolety zbrojni. Było wielu starych, byli chłopcy nieletni, bo 
młódź parobska w polu przy królu była.
Wyprostował się stary Topór Jasica, że się o głowę wyższy niż zwykle zdał, i zieloną gałęzią 
smrekową krzyż nad wojownikami w powietrzu uczyniwszy, silnym wyrzekł głosem:
- Bogu przenoświętsemu was oddajem, Panu Jezusowi i Matce Boskiej Ludzimirskiej! Nieg 
was pro-
106
wadzi, a Tur bóg, co ramie dźwiga, i Trząś Straf, co przed nim na kruku leci, nieg będzie s 
wami! Dźiewięsiły, Ćmy i Krocie nieg bedom s wami, a Cernica Marzanna, Mór poprzed 
was! Węzokose, jędze straśne, i Dziw-Dziwo z hociom głową, i katdiaboł z wil-cym pyskem 
nieg wroga przed wami płosom! Jessa, trzy głowy boże, Panie świata, pomagaj w bój!
Za czym wyniosła Toporowa Sobcackula jarkich węglików drzewnych na łopacie żelaznej, a 
Topór obuchem siekiery w łopatę uderzył, że się ogień na wsze strony świata rozprysnął, i 
gromkim głosem zawołał:
- Jako te wągle na strony świata, tak od was nieg idzie moc i przerażenie! Bydźcie zdrowi!
- Jezus Maryja s nami' - krzyknęli chłopi. - Ostajcie z Bogeni
- Boże prowadź!
Wyszedł Sobek na czoło, a Marduła obok niego, z wielkiego męstwa wyrzucający młyńcem 
w powietrze zberczącą obrączkami ciupagę.
Chciał Sobek Janosika Nędzę Litmanowskiego pozwać ku sobie, aby się z nim spotkał, i 
posłał doń Krzysia z Marduła na Nędzów Gronik. W ciepłe, piękne południe tam zaszli.
- Is, is, kieli leży! - ukazał Krzyś Mardule Janosika Nędzę, wyciągniętego pod jaworem do 
słońca. Z podziwem nań popatrzeli, choć go dobrze znali, a podziw ten w Mardule był tak 
wielki, że nawet nie budził zazdrości.
Mały dwunastoletni chłopiec, celadnicek, siedział za Nędzą na pniaku jaworowym, bo od 
wieków jaworami Nędzów Gronik zarośniony był, i grał mu na gęsiołkach.
Nędza w krzesanice Czerwonych Wierchów błękitno bielejące 'między ciemnymi lasami na 
reglach patrzał. Białe i różowawe obłoczki ukazywały się i nikły.
Krzyś przybrał uroczystą minę, a Marduła począł drobne kroki stawiać. Podchodzili nie 
zauważeni przylaskiem rzadkim, dom od wschodniej strony
107

ocieniającym. Krzyś ruszył kapelusz nad czołem i 0'zwał się:
- Nieg będzie pokfalony! Co se tak hań pozieracie?
- Niegze będzie! Witajcie! - odrzekł Nędza, wstając z trawy na widok gości. - Patrzem, bo się 
mi widzi, ze hań cosi widzem.
- Je co?
- Jyno się wpatrzajcie dobrze. Straśnie haw u nas w Polanak dzieci na cosik mrejom. U samej 
mojej siostry umarło dwoje, a trzecie jyno, jyno! Pałrzajciez dobrze! W rzecy mgiełka. Hań za
łase, popod turnie. Widzicie?
- Haj, widzem - rzekł Marduła. - Obłocek.
- Obłocek, wpatrzaj się tęgo, a przisłoń ocy, bo słonko razi. W białej sacie Ciha, bogini moru 
dziecięcego, hodzi, a wianek 'ma na głowie z cyrwonego polnego maku i krwawiącąm hustom
włosy obwija. Ja tu już uwazował, ize ona hodzić ma, bo kwiaty skły i trawa miejscym tak jak
kieby pozwypalował. Ona to hań!
- E? - zawołał Marduła z przestraszonym niedowierzaniem.

background image

- O, ona będzie - potwierdził Krzyś z dwóch powodów: raz, że we wszystko nadzwyczajne 
wierzył, po wtóre, że skoro tak potęga Janosikowa widziała i mówiła, to tak musiało być.
- No to jom widzicie - rzekł Nędza. - Ona hań jus dość dawno miga. Ceka pewnie na Kanie, 
co te dzieci, co jej zuciekały, przywabi ku sobie, pohyce i hań je na obłoku prziwiezie.
- E jakoż to? - zapytał chłopczyk, co gęśle trzymał.
- Ciha jest cyrniata na gębie, a ocy ma wyłupio-ne, jak u sowy, i takie jak mróz. Powietrze 
koło niej jak z grobu, zimne, 'wilgotne, zatychnione. Białom ma smate na sobie, taki płasc, 
opleśniony, a pręt carny trzimie w rency i ka na dziecko trefi, to go tym pręte tknie i dziecko 
mrę.
108
- Sine się stanie, jak kiebyś go zadawieł - rzekł Krzyś. - Ja to widział pod Budzyne, be temu 
ze trzydzieści roków.
- Haj. A te dzieci, co jej ucieknom, to zaś ściga piekielna bogieńka niescęńścia, Kania. T'a się 
obróci każdemu dziecku w jego matkę, kie się ś niem stretnie, i wabi go ku sobie. Dzieci 
lazom jak głupie, to je pote na obłoki posadzi, siednie ku nim i leci.
- Ka? - zapytał 'chłopczyk.
- Je wtoz wie? Ciha służy u Marzanny, Kania zaś Cihej dospomaga.
- Ja jesce se staryk ludzi słyhował o Śmiertnicy
i o Dżumie - rzekł Krzyś.
' - Tote to jyno starsyk ludzi naracyj bierom - rzekł Nędza. - Mnie to Sablik radzie! o nik. 
Beły haw obie pote, kie tu Tatarzy w Kościeliskiej Dolinie byli i z Polakami się bili *.
- Dżuma pono jesce gorsa - rzekł Marduła.
- Sytkik wte Carny Bóg i Peklenc z piekła puścili. Trzybek i Marzanna na Pogwizdowyk 
skrzidłak lecieli i hłopów i baby bili, a Mór z kosom za niemi seł.
- Haj. Boby se sama Dżuma nie dała rady - rzekł Marduła.
- Wte mieli hrubom robotę - zauważył Krzyś.
- Bajto! Sablikowi gwarzeł pradziadek, co się ludzie kopyrtali jak muhy.
- Bie! Nie kopyrtałbyś się, kie cię taki palice tknie?! - rzekł Krzyś.
- Wicie jom? Cihom? Ona hań ciągle z łasa we wirhu wychodzi i wraca. Ja się ku niej od 
samego ra
kie tu Tatarzy w Kościeliskiej Dolinie byli i z Polakami się bili - powtórzenie miejscowego 
podania, wiążącego powstanie nazwy Doliny Kościeliskiej ze słowem "kości", które 
pozostawić mieli rzekomo Polacy pokonani przez Tatarów, lub na odwrót, najeźdźcy 
pokonani przez Polaków. Fakty przeczą legendzie, ponieważ Tatarzy najazdem swym w r. 
1241 nie objęli Tatr, choć dotarli w ich pobliże (okolice Pienin).
109

nią patrzem. Ceka na Kanie pod turniami - mówił Nędza.             •
- Wiera ceka - przytwierdził z przekonaniem Krzyś.
- Pono śmierzć, Marzanna, na piersego kwietnia, wte, kie słomianom osobę we wodak topiom
a śpiewajom: "Śmierzć się wije po płotu, sukająca kłopotu" mrę - ozwał się chłopczyk z 
gęślikami.
- Wiera ci ta śmierzć mrę! Nie gadaj gówien!... - odpowiedział Nędza, a Krzyś, z podziwem 
nań patrząc, rzekł:
- Terazeście wej, Janosiku, dobrze pedzieli! \<y macie rozum!
I popatrzał z pokiwnięciem pochwalnym głową fcu Mardule.
- No, aleście haw do mnie s cemsi prziśli? - zapytał Nędza. - Maciuś, powiedz mace, ze som 
jest goście. Coby mleka prziniesła i oscypka, i spyrki, i placka.
Wyniosła zatem gaździna, wzniosłego wzrostu i pięknej powagi, poczęstunek; popod 
jaworami legli, jedząc i pijąc. A chłopczątko przygrywało im na gęślikach, raz po raz 

background image

przerażonymi oczyma ku białoróżo-wym mgłom pod krzesanicami Czerwonych Wierchów 
poglądając.
A gdy się najedli i napili i Marduła z Krzysiem, po co ich Sobek Topór posłał, opowiedzieli, 
odrzekł im Nędza, oddając naprzód, jak przystało, cześć Sobkowi:
- Sobek Topór hłop jak się patrzy, i my dwa, kieby na to padło, to bymy świat oznieśli. Ani 
nie wiem, wto lepsy, jyno co Sobek jakisi powolniejsy. Ale ja ta wojny mam dość po Węgrak,
za Tatrami. I co mnie to ta obchodzi? Ku mnie haw nie idzie nik, żaden pan ani ksiądz, ani 
Żyd, ani pahołek, cy to królewski, cy kaśtelański łebo starościński, nieg będzie, jaki fce, 
bobyk go obuske wypłacie!, coby syćk.ie zęby we smatece du domu poniós. Mnie haw 
dobrze. Komu źle, nieg się broni. Jakby mnie źle beło, to
110
ja hań nie pudem nikogo pytać, ba się bedem bronił sam. Moje interasy hań - wskazał za 
Tatry - nie po dziadowskik dolinak. A i casu nie mam tracić. Sablik ośpihował bogatyk 
kupców, co pojadom bez Luptów, idzieme na nik i moi itrze hłopi jutro.
- Sytka polscy hłopi majom wstać - rzekł Marduła.
- I ci od Krakowa i od Sąca?
- Ha j.
- Dobrze, coś mi pedział! Ja by się hań z Labami miał babrać? Nędza Litmanowski, skrzidlaty
Podhalan? Bajto! Jesce kiebyście sami Górale, hoćby ta i Klisce, i Zagórzanie, na jaki dwór 
śli! Może byk ta i poseł. Z podkówcarzami kieby się mi dało zejść, to heba po to, cobyk ś nik 
kopę w polu ustawieł, jak ze snopków owsianyk.
- O całom Polskom idzie - rzefcł Marduła. - Tak mi Sobek ipedzieć kazał.
- Je jakaż to ta Polska? I ka? Tu, bo my Polacy, a za granicom Orawcy i Luptacy, a pote 
Madziary. A ku Krakowu nie Polska, jyno Lafy. Ze cóż mi ta po hańtyk hłopak? Nieg im ta i 
za pazdury drzyzgi wbijajom. Mnie to jedność.
- Król spoiny...
- Pan Bóg jesce spólniejsy, taki twój, jak i miemieeki. A bees to Miemca bronieł? Jesce byś 
bestyjom kopnon, jakby go maścili, kiebyś jyno piętę wraził.
Na taki argument zwiesili Marduła i Krzyś głowy w zakłopotaniu.
- Powiedźcie Sobkowi tak: - dodał Nędza - ja hań w doliny nie pude, bobyk się wodom struł i 
pod nos by mi dółskie powietrze śmierdziało. Ba jakby haw wto do nas z Góralami, ze 
skalnemi, wojnę fciał robić, to ja mu zastompiem. Wte nieg odkażę po mnie. A i to. Jest hań 
nizy tyś zbójnicy godni, Ce-piec, Sawka. Nieg robiam, co uwazujom. A mnie by nie rzec było
hań im zbójecki honor odbierać iść. Stary Sablik pada, jize niedźwiedź spod Krziwanin
111

nie pudzie niedźwiedziom pod Osobitom łebo pod Wysokom wołów paśnyk bić. Ja tu, tam 
oni zbójeccy hetmani. Ja im ta przeskadzać nie pude.
- Kie to nie o zbójectwo rzec idzie. Tem rażę - rzekł Marduła.
- Sewiec jyno buty robi, a 'kowal jyno konie kuje - odpowiedział Nędza.
Powtórnie zwiesili w zakłopotaniu głowy posłowie i widząc, że nie wskórają nic, ku odejściu 
z powrotem się zabierali. Ale Nędza wtedy wstał, do chałupy poszedł i wkrótce stamtąd do 
czekających z darami powrócił.
Dostał tedy dla siebie Krzyś pięć złotych węgierskich dukatów, pięknie pod słońce 
migocących, a Marduła nóż liptowski w cisowy trzonek oprawny, w kościele w Ruziomberku 
przez biskupa święcony, aby się nim przez trzydzieści brzuchów można wypruć, po wielkim i
sławnym zbójniku Śliwie z Kubina. Dla Sobka dał Nędza blachę złotą, równie świętą, bo ze 
zabranej w Kieżmarku monsitrancji, wielki talizman w przygodzie, przez słynnego Stanika w 
Starem Bystrem misternie przekowaną, dla Maryny złotej lamy na gorset, kupcowi w 
Koszycach skradzionej, i dla starego Topora Jasicy cztery flaszki wina, własnoręcznie przez 

background image

Sablika ze znawstwem rzeczy w piwnicy w Ujhely pod Tokajem u grafa wybranego. W winie
tym był ogień życia.
Każdy dar wręczając, Janosik Nędza, co trzeba było o nim, powiedział. Złotem suł ze 
szczodrych, białych rąk, co nigdy nic twardo nie robowały.
A matka jego, dumna gaździna na stu krowach, dla Maryny sztukę ślicznego płótna, w domu 
uprzędzio-nego, dodała. Z zadowoleniem na tę moc swego rodu i podziw przybyłych patrzał, 
stojąc w progu, stary Nędza Litmanowski, Janosików ojciec, pan czterech-set owiec i polan 
niezmiernych. I na skinienie jego celadnicek dzbanek gorzałki wyniósł, którą uraczyli się 
wszyscy do sytości. Zarazem się pożegnano.
- Hej - mówił Krzyś, chwiejąc się nieco na krót
112
kich, poderwanych w kolanach nogach - hej, wieś, powiem ci: majontek!
- Majontek - powtórzył, usiłując się utrzymać w równowadze, Marduła. I obaj jedną myślą 
przejęci zawiedli na gęsty las, którym powracali:
E dy se Janosik, twoje bile race...
Sobek, niepomyślną odpowiedź Janosika Nędzy otrzymawszy, nie czekał, ale ruszyć do 
Czorsztyna postanowił. Jednak nie wprost, jak było najbliżej, na prawo w stronę Pienin, lecz 
w dół na dunajeckie koryto, wsiami większymi, bo się spodziewał po drodze ludzi zagarnąć.
Aliści biskup krakowski, Gębicki, do kogo mógł, listy słał, a wojewodzie Sieniawski, zdrową 
już niemal lewicę czując, zaopatrzenie zamku w Sieniawie pozostawiwszy, mimo iż tak 
znaczne, hufy królowi pod Beresteczko wyprawił, jeszcze dwieście siedm-dziesiąt koni z 
sześciu działami polowymi pod Czorsztyn na wezwanie biskupie mógł ruszyć. Żołnierz każdy
w strzelbę i pistolety w otstrach był uzbrojony.
I ci się ze Sobkowymi chłopami, ku którym się już niewielu przyłączyło, bo w Szaflarach 
wszystkich chłopów ksiądz zatrzymał, na równi pod Nowym Targiem o południu zeszli. 
Nagle, jak na zaklęcie, z mrocznego lasu wypadli Sieniawskiego żołnierze.
Siły były te same, ale uzbrojenie i sprawność bojowa inne. W mig obiegli dragoni chłopów i z
koni z rusznic ognia do nich dali, gdy sześć dział prosto w kupę kartaczami bluznęło.
Jęk się podniósł, strach Górali ogarnął.
Spotkanie było tak nieprzewidziane i niespodziewane, atak tak gwałtowny, że się .chłopi od 
razu zmieszali i bezład się wszczął. Na próżno Sobek ciupagę wzniósł i ze wściekłym przy 
boku Marduła z nożem Janosikowym w ręku ku najbliżej stojącym dragonom pędem ruszył; 
na próżno kilkanaście strzelb
113

chłopskich huknęło i kilkadziesiąt strzał furknęło przez powietrze. Ten i ów dragon zachwiał 
się i spadł z konia, ale palba ich i armaty, przez ćwiczonych artylerzystów Sieniawskiego 
kierowane, waliły chłopów jak burza las. Rozbiegli się w ucieczce *.
Sieniawski rannych chłopów z placu ruszać zakazawszy, aby za żywa dognili, i dragonów na 
straży tego czynu kilku zostawiwszy, sam pod Czorsztyn co pary w koniach kłusował, aby 
przybyć, nim go wezmą bez niego
Z oczami w sufit wlepionymi, uwięziony w komnacie Platemberga, leżał Kostka na łożu 
drugą już godzinę z rzędu. Maryna obok siedziała milcząc.
Czekali.
Wtem otwarto drzwi przedpokoju i kilku ludzi weszło: zastali podwoje do sypialnej komnaty 
Platemberga zamknięte i zapukali silnie.
- Kto? - zapytał Kostka.
- My.
Poznał głos Maćka Nowobilskiego.
- Łotry, tchórze i zdrajcy?! - krzyknął.

background image

- Nieg pan odeprę. Pote bedzieme gadać. Kostka porwał się i klucz w zamku przekręcił. 
Weszli obaj Nowobilscy, Kuros i trzech innych chłopów.
- Daliście zamek!
Potężni chłopi przeciw niskiego Kostki zmieszali się, aż Kuros zuchwale rzekł:
- Kupilimy życie i wolność za wase głowy.
- Za czyje?
- Za wąsom i za Łętowskiego.
Rozbiegli się w ucieczce - Epizod z rozgromieniem chłopów pod Nowym Targiem fikcyjny. 
Do epizodycznego starcia wojska pod dowództwem Jordana z czernią doszło jedynie pod 
samym zamkiem czorsztyńskim, przy czym starcie nie przyniosło rozstrzygających wyników.
Chłopskie masy powstańcze, opóźnione w swym pochodzie napadami na poszczególne 
dwory, stanowiły dla wojsk biskupich zagrożenie jeszcze pewien czas po pojmaniu Kostki.
114
Roześmiał się wówczas Kostka. Roześmiał się szeroko. I śmiał się długo, długo, serdecznie. 
A potem ręce naprzód wyciągnął i rzekł:
- Wiążcie mnie!
- Tego nie trza, jak pan dobrowolnie pudom - odpowiedział Maciek Nowobilski, nie patrząc 
Kostce w oczy.
- Dobrowolnie pójdę - dobrowolnie narażałem się na śmierć dla was, to i dobrowolnie pójdę 
na .nierć przez was. Idźmy. I Kostka postąpił przed siebie.
- Hłopi - ozwał się Józek Nowobilski z wahaniem.
Ale Maciek rzekł:
- Przisiengnione, podpisane, skońcone.
- Gdzie marszałek Łę+owski? - zapytał Kostka.
- W piwnicy je - zaparty. Zaraz go wywiedzieme.
- Przyjaciele - rzekł Kostka łagodnie - we mnie i w nim zabijacie sami siebie.
- Kieby odsiec beła nadciągła, kieby hoć Sobek z Hrubego bel nadeseł - lepsi co dwie głowy 
spad-nom, jako cobymy sytka mieli być o głowę krótsi - uniewinniał rzecz Józek Nowobilski.
- Mielimy ostawiać baby, dzieci sieroty? - mówił Bagancarz.
- Łętowski stary, wyście nie zeniaci - zauważył
Kulach.
- Wyście nas zreśtom na to prziwiedli - ozwął się Kuros. - Za wąsom sprawom my tu prziśli, 
za wasym oskazem w zamku się bronili. Obiecowaliście dziesienć tysięcy hłopów - kaź som 
jest?
- Kieby beli prziśli...
- Sami powiedzcie, panie, comy mieli robić? - rzekł Maciek Nowobilski. - Dwa dni my się 
bili jak lwy, jageście to sami nie raz i nie dwa razy do nas rzekli. Syćko Złybóg bożek 
przeklon! Nie stanie się nic. Ginońć - o co, ale o nic?
- Haj, haj! - przytwierdzili chłopi.
115

Otwarli Nowobilscy drzwi od piwnicy i wyszedł z niej Łętowski. Z lękiem spojrzał 'nań 
Kostka, ale chłop był spokojny. Nie rzucił mu ani jednego spojrzenia wyrzutu czy żalu.
Przystąpił do Kostki i wyciągnąwszy ku niemu twardą, zmarszczoną od pracy rękę, rzekł bez 
wzruszenia:
- No to już my nań!
Wszyscy zdrowi i lżej ranni chłopi, obie Nowobil-skie i Hanka, Żydzi, z pęt uwolnieni, 
otoczyli Kostkę i Łętowskiego. Maryna szła z tyłu jak nieprzytomna.
Okropności, które słyszała była o kochanku swoim, Sieniawskim, a które jej z myśli nie 
ustępowały, szturm do zamku, w którym walczyła, lejąc na żołnierzy smołę, gruz strącając i 

background image

widłami wdzierających się po drabinach prąc na dół, godzina przepędzona z Kostką w 
komnacie Platemberga, nieprzyjście brata, zdanie zamku i wydawanie Kostki na śmierć, i 
spokój jego, podobny do spokoju drzewa na walącym się urwisku w czas ciszy: wszystko to 
oszołomiło ją, jakby zamroziło krew.
I chłopi milczeli. Nawet zuchwały i 'zawzięty Kuros odwrócił głowę w bok i oczy przed 
siebie w ziem puścił.
Stali tak - w chwili wydawania ludzi na śmierć *.
Wtem ozwał się chrypliwy, wąskoustny głos:
- Kłaniam jaśnie wielmożnemu panu staroście pułkownikowi, kłaniam!...
Stali tak - w chwili wydawania ludzi na śmierć - Źródła historyczne potwierdzają fakt, że do 
ostatecznego upadku Czorsztyna przyczyniła się zdrada niektórych członków załogi, 
będących w porozumieniu z harnikami z oddziałów oblężniczych. Szczęsny Morawski 
twierdzi - wbrew wersji Tetmajera - że do zdrady przyczynił się Wasyli Czepiec, 
przebywający z Kostką w Czorsztynie.
Wg całkiem odmiennej relacji ówczesnej, Napierski został ujęty wskutek jakoby 
łatwowierności okazanej harnikom ks. dziekana Kaszkowica, którzy pod pozorem niesienia 
pomocy Napierskiemu, wpuszczeni na zamek, ujęli następnie przywódcę powstania 
podhalańskiego.
116
To Jozue Zbaraski przestał się bać Kostki i chłopów. A to tym więcej, że w tej chwili przez 
otwartą bramę zamku wjeżdżał na siwym dzianecie pułkownik Jarodki, a obok na rosłym, 
izłotogniadym tureckim, bojowym bachmacie, w bok buławką pozłacaną wsparty, 
wojewodzie Hieronim Sieniawski. Za nimi dragoni. Wpadli też i chłopi czorsztyńscy i zaraz 
widząc zmianę fortuny, przypodobać się wojsku chcieli i Kostkę jęli szarpać za długie włosy i
pomstować mu. Przerażony jęknął rozpaczliwie, lecz Jarecki dragonom chłopów precz 
odpędzić kazał.
Wtedy Sieniawski podjechał bliżej i krzyknął drwiąco:
- Tuśmy się spotkali, panie Kostka?!
Ale w ten raz wzrok jego padł na twarz Maryny.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! - krzyknął żegnając się przez czoło, lewe ramię i pierś 
złoconą buławą. - Maryna?! Ty tu co robisz?!
Zacisnęło się Marynie gardło. W zdumieniu, w zasłupieniu poznała Sieniawskiego.
Wojewodzie lekce sobie Jareckiego, oficerów i obecną szlachtę ważył - był pan, a oni 
wszyscy do strzemion mu się ledwie, by sobie jego pańskie łaski zaskarbić, nie gięli; za nic 
też miał wzięcie w taki sposób Czorsztyna.
Pchnął konia i blisko ku Marynie podjechał.
- Maryna, ty tu, przy tym drabie?! - rzekł surowo, wskazując buławką Kostkę, którego już 
wraz z Łętowskim dragoni Jareckiego otoczyli.
Maryna milczała. Żal, ból, oburzenie, gniew mowę jej odejmowały.
- Ty przy tym psie?! - powtórzył.
Marynie głos wrócił. Wyprostowała się i rzuciła Sieniawskiemi" prosto w twarz, co jej do 
myśli przyszło.
- To, coś 'ty bez dwa roki ode mnie ani upytać, ani za złoto kupić nie zdołał, to on ode mnie 
przed godzinom dobrowolnie dostał! Teraz wieś?!
Zapłynął krwią Sieniawski na twarzy, aż się pur
117

purowy stał. Słowa mu brakło. Nagle buławkę złoconą wzniósł i z konia w głowę Marynę 
trzasnął. Bluznęła krew, a Maryna, krzyknąwszy: Jezus Maria! - z rozkrzyżowanymi rękami 
w tył padła. Potem wbił w boki bachmata złote ostrogi i zdarł go cuglami, że wspięty na 

background image

zadnich kopytach skręcił, i skinąwszy buławką przed siebie, między swoich konia wparł i 
poleciał ku bramie jak opętany. Runęli za nim jego kawalerzyści.
Ruch się zrobił koło Maryny. Podjęły ją z ziemi Nowobilskie z Hanką. Maćkowa jej do serca 
dłoń przyłożyła, a widząc, że żyje, zaniosły ją ku studni i trzeźwić zaczęły.
Wojsko 'zrabowało zamek do cna, potem Jarecki, zostawiwszy w nim 'załogą piechotę 
biskupią z armatami, Kos'tkę i Łętowskiego na luźne konie wsadziwszy, co tchu, w obawie 
przed mogącą nadciągnąć od Czarnego Dunajca lub Babiej Góry czernią, ku Nowemu 
Targowi z dragonami ruszył.
Gnał przez Luboń, Myślenice i Mogilany i "na drugi dzień pod wieczór do Krakowa docierał. 
A tam, gdy się o prowadzeniu buntownika Kostki wieść doniosła, wyjechała naprzeciw druga 
dragonia na Kazimierz, 'za staw królewski, w towarzystwie panów szlachty Siewierskich pod 
chorągwiami. Tam wsadzili go na kolasę i stojącego przywiązali do drabinek, ręce 
związawszy. Stał w kolasce, że go mógł każdy widzieć. Stał i wesoło, śmiało, swobodnie po 
tłumie ludzi, bo lud srogi wyszedł na Kaźmierz, pozierał. Łętowski siedział za nim w kolasie, 
z rękoma w tył związanymi, w magierce i brudnej koszuli. Przez Grodzką bramę 'koło wału, 
przez miasto przywieziono ich przed pałac biskupi, stamtąd odwieziono na zamek i 
wpakowano Kostkę do wieży szlacheckiej, Łętowskiego 'do złodziejskiej.
A już w Szaflarach księdzu plebanowi tamtejszemu oddawali chłopi uniwersał 
Chmielnickiego, dany przez Kostkę Cepcowi i Sawce, a przez nich i ich wysłanników 
pomiędzy lud rozdawany. Ten uniwersał ple
118
bań szaflarski biskupowi Gębickiemu posiał, podpisując "pod przysięgą", skąd go dostał, i ten
uniwersał, przetrząsając w więzieniu kieszenie Kostki, w jednej kieszeni znaleziono.
Zebrał się na gwałt sąd krakowski i na gwałt strażnik grodzki przedłożył protokół, akta, listy i
uniwersały Kostki, raporta zaciągów niemieckich i ów uniwersał Chmielnickiego i wniósł 
oskarżenie. Śpieszono się, bo słuchy szły, że Górale odbić Kostkę ciągną.
Nie chciało się to panom krakowskim, a osobliwie biskupowi Gębickiemu, pomieścić w 
głowie, żeby jeden jakiś młody człowiek, bez bogactw, bez znaczenia osobistego, bez potęgi, 
Kostka czy nie Kostka, choćby jak śmiały, porwał się sam na szlachtę, i to w tak bezczelnie 
zuchwały sposób, gdyby kogoś za sobą za plecami nie miał. Agenta czyjegoś w nim 
podejrzewano.
Samo porozumienie 'z Chmielnickim, przed którym bądź co bądź wielkie wojsko 
Rzeczypospolitej w tej chwili stało, "wydawało się niewystarczającym. Jedni mówili: 
Rakoczy, inni: cesarz niemiecki, inni imię samego nawet króla, którego ogół szlachty 
nienawidził, w grę wciągali. Mógł on o przygniecenie żywiołu szlacheckiego skrycie się 
starać. Inni rachub nawet pomiędzy sobą szukali. Wiedziano, że Kostka po dworach pańskich 
bywał. Mogły być czyjeś ambicje, zemsty, zamysły poruszone... Kostka mógł być 
podstawioną figurą jakiego magnata, dążącego do zrujnowania i unicestwienia rywali, 
detronizacji gasnącej dynastii Wazów i sięgnięcia po chłopską koronę... Ksiądz biskup 
Gębicki zaś, któremu pełniący cnoty św. Franciszka z Asyżu opat tyniecki dawno już pod 
oczy padł, a który, jak wiadomo było, Kostkę nie tylko ostatnim czasem gościł, ale nawet 
glejt bezpieczeństwa, w oskarżeniu przedłożony, od niego otrzymał: tam podejrzenia swe 
zwrócił.
Nie mógł sobie biskup wyobrazić, czego by opat w związku z buntem chłopskim szukał, co 
by zyskał,
119

ale faktem było, że gdy się wszyscy tego ruchu bali, on się go nie potrzebował bać. Za nic, dla
świątobliwości opata i jego cnót miłosiernych, Kostka by był listu bezpieczeństwa tak 
starannie stylizowanego nie dawał.

background image

Ręka rękę myje - myślał ksiądz Gębicki - też kruczego tylko oka kruk szczędzi... Mógł opat w
razie potrzeby schronienie obiecać Kostce, mógł mu i pieniędzy dostarczyć... Kto wie, co on 
tam, chodząc po swoim tynieckim ogrodzie za murami, mógł myśleć...
Kostka wyznać prawdę i wyjawić wszystko musiał. Postanowiono przeprowadzić z 
uwięzionymi śledztwo na mc.kach.
Ze zamkowego okna szlacheckiej turmy pozierał Kostka nad Wisłę w stronę Tyńca. Było 
rano, świt. ślicznie wschodziło ogromne słońce, 'złocąc niebo od razu zuchwałym blaskiem. 
Na Wiśle zazieleniła się i zasrebrzyła fala.
Jak okiem sięgnąć zboża i łąki, pełne kwiecia białego sady, ogrody kwitnące i naokoło 
puszcze. Góra Świętej Bronisławy zielona, białe wieże kościoła kamedułów bielańskich z 
czarnymi dachami, jakby pochylone nad Wisłą. Szeroka, zielona przestrzeń Błoń, na które już
stada miejskie ze Zwierzyńca, z Półwsia Zwierzynieckiego, z Woli, z Czarnej Wsi, spod 
łobzowskiego Kazimierzowskiego pałacu wyganiano - stada krów i konie.
Pod zamkiem i naokół cicho - cicho aż het poza pola ku błękitnym wzgórzom Beskidu, ku 
dalekim, majaczącym w szeżodze rannej ostrym, lśniącym widziadłom Tatr.
Szły drobne z wysoka postacie bab krakowskich w jaskrawych chustach, jasnych spódnicach i
czerwonych butach, z koszykami na rękach i plecach do Krakowa na targ. Szły po dwie, po 
trzy, czasem grupką - drobne, kolorowe, jak w jasełkach dla dzieci.
Na zamkowej górze pod murami śpiewało mnóstwo
120
ptaków wiosennych, czyniąc świegot i wesołe, radosne dźwięczenie powietrza.
Świat cały obudził się ze snu i otwarł barwne, świetne, dźwięczne źrenice.
W taki czas opat ksiądz biskup Pstrokoński chodził po swym tynieckim parku i pacierze 
poranne odmawiał.
Kwitły koło niego jabłonie i czereśnie, zieleniła się winnica benedyktyńska, kwitły starannie 
hodowane i pielęgnowane róże, lilie, narcyzy, fuksje, piwonie i tulipany.
Pachniał mu w spokoju ogród, w pogodzie i rozmodleniu porannym.
I wydaje się opatowi, iż Bóg widzi jego modlitwę - jego i klasztornego ogrodu; iż odwieczne 
dęby, lipy i klony, wśród których w surowym swym habicie się przechadza, wpół z nim się 
modlą, jakoby kopułę nad ołtarzem, baldakim splecionych konarów nad jego pacierzem 
czyniące.
O ojcze, ojcze Pstrokoński!...
Czemuż nie chciałeś krzyża w rękę wziąć i z murów klasztoru twego, z Tyńca bram wyjść i 
chłopom polską, chłopską wiarę powiedzieć, i krzyż im w zboża, w bławaty polne, w trawę 
łączną owity wynieść?...
Czemuż nie chciałeś papieżem chłopskim być, narodowego kościoła jutrznią i wieszczem?...
Czemuż nie chciałeś być zwiastunem i głosicielem chłopskiego, polskiego Chrystusa?
Czemuż wolałeś być i pozostać sługą Rzymu?
Czemuż dałeś na zatracenie sprawę świętą, czemuż w rękach sług Rzymu i przyjaciół hardego
barbarzyństwa przepadła?
O Beato!
Beato Herburtówna, piękna, oto przez twoje ręce w ręce sądu wydany!...
Boleśnie, żałośnie patrzył Kostka przed siebie.
Otwarły się drzwi żelazne.
6 Legenda Tatr
121

Wszedł dozorca więzienny i dwóch drabów z krótkimi, szerokimi tasakami w ręku.
- Na sąd? - zapytał Kostka.
- Nie, na męki - odpowiedział dozorca.

background image

- Jak to?!
Nie odpowiedziano mu nic, jego zaś zimny pot oblał od stóp do głów w jednym momencie.
- Na męki?! Czemu?! Za co?! Możecie mię zabić, lecz po co męczyć macie?!
- Nie wiemy. Przywieść rozkazano.
Opanował się Kostka. - Idźmy - rzekł, podobnie jak kiedy go wydać miano w Czorsztynie.
Powiedli 'go na dół po wąskich schodach kamiennych, wywiedli w 'ciemny korytarz i 
wprowadzili w niskie sklepienie, kształt piwnicy mające.
Tam na ścianach czarnych ciosowych tliły się kagańce czerwone i słaby blask dnia przez 
kratowane okna zazierał; obok stołu nisko płonęła w tyglu siarka żółtym płomieniem.
Siedział za "wielkim stołem, 'czarnym suknem okrytym, sędzia w kapturze zapadłym na oczy,
w opończy długiej. Obok stał kat i jego pomocnicy.
Stawiono Kostkę przed stół.
Stanął prosty i sztywny, jakby wyniosły.
Królewski syn, ludu wódz i zbawiciel...
- Ktoś jest? - zapytał sędzia.
- Aleksander Leon Kostka Napierski ze Sternberku.
- Kłamiesz! - rzekł sędzia.
- Kłamać nie będę. Jam Władysława Czwartego króla syn.
- Z kim byłeś w zmowie? Nie rzekł nic.
- Bierz go kat!
Zbliżył się kat i jego pomocnicy. Zwleczono z Kostki odzienie do pasa. Do obręczy 
żelaznych, w podłogę wbitych, przywiązano mu nogi, do podobnych obręczy, wtwierdzonych
w powałę, ręce i przewleczono sznury, które ujął kat w dłonie.
122
- Z kim byłeś w zmowie? Nie odpowiedział.
- Włócz go kat!
Raz!
Kat wyprężył sznury. Zatrzeszczały 'kości w stawach w 'ciele Kostkowym.
- Z kim byłeś w zmowie?
Dwa!
Trzy!
Pal go kat!
Dwaj pomocnicy kata przytknęli pochodnie do płonącego tygla i zapaliwszy przybliżyli je do 
wytężonego, wyciągniętego w strunę 'ciała Kostki, do boków. Skóra poczęła smędzić.
- Z kim byłeś w zmowie? Milczenie.
- Raz!
Dwa!
Pal go trzy!
Kat zanurzył żelazną warząchew w 'tyglu i bryznął płonącą siarką na obnażone piersi 
Kostkowe.
Ze ściśniętych jego zębów wydarł się krótki, dziki Jęk:
- Będziesz mówił? - zapytał sędzia.
- Będę! - stęknął Kostka.
Cofnięto płomienie, sfolgowano sznury.
- Chłopów zbuntować chciałem, Ohmielnickiego pomoc przyrzeczonąm miał - jego włócz! 
Rakoczy zjednany był - jego pal! Werbować Niemców posłałem, Kraków rabować, kościoły 
palić, dwory szlacheckie w popiół mienić, szlachtę tępymi nożami rżnąć chciałem! W 
zgliszcze, w perzynę, w kurzawę dawną Polskę obrócić chciałem, nową z polskiego dębu i 
polskiej pszenicy postawić! Jak mór, jak Boży gniew, jak wulkan i trzęsienie ziemi, jak 

background image

deszcz ognia 'piekielnego Gomorę duchowną, Sodomę szlachecką przejść, zniweczyć ślady i 
pamięci imienia nie pozostawić chciałem! We krwi i ogniu utopić
123

i zatopić was, księża, panowie, szlachta, biskupi, rycerze, sędziowie, kąty: tegom chciał!
Runął i zemdlał. Ocucono go wodą. Sędzia, wzburzony, więcej go już nie pytał, rozkazał pod 
pachy wziąć i do celi odwlec, a co Kostka mówił, spisał. Z kolei przyprowadzono 
Łotewskiego. Ten, wchodząc, przeżegnał się i westchnął.
- Nazywasz się? - zapytał sędzia.
- Stanisław Łętowski, sołtys z Camego Dónajca.
- Z kim w zmowie byliście? A Łętowski odpowiedział:
- Z Panem Jezusem, co ludzi sytkik równyk stwo-rzeł.
Wkręcono mu palce w śruby i obcęgami żelaznymi szczypano ciało, ale nawet nie jęknął. 
Powiedział tylko:
- Choćbyście mnie tu umencyli, nie powiem nic, bo nic do powiedzenia nie mas. Heba to 
jedno: nie dziś to jutro! Zreśtom wiecie sytko.
Ale biskup Gębicki miał list proboszcza z Lubnia w ręku. Posłano pięćdziesięciu dragonów 
do Pcimia i ci na siodle rektora Martinusa Radockiego rzemieniami umocowawszy, 
przywieźli go do Krakowa, gdzie był przed sąd postawień, męczon, lecz tak samo, jak 
Łętowski, mówił, że nic nad to, co wiadomym jest, do powiedzenia nie ma.
Tymczasem przyszły wieści, iż król spod Sokala * Michała Zebrzydowskiego, miecznika 
koronnego, z kilkuset jego własnymi ludźmi, przydając mu pieniężnie zaciągniętych, 
kozackie chorągwie cztery i dragonów pana Marcina Czarnieckiego cztery kornety, przeciw 
rebelii chłopskiej wysłał, a ku tym przyłączył się pan Aleksander Michał Lubomirski, ko
król spod Sokal a... - Mimo od wiosny 1651 grożącego ze strony Kozaków niebezpieczeństwa
król istotnie wysłał latem pod Kraków około 2 tyś. wojska pod dowództwem Michała 
Zebrzydowskiego l Aleksandra Michała Lubomirskiego. Obaj byli osobiście w wyprawie 
zainteresowani, gdyż dobra ich w Krakowskiem leżały na terenach zagrożonych powstaniem.
124
niuszy koronny, sandomirski starosta, "chcąc i majętnościom swoim, które wszystkie prawie 
około Krakowa leżały, succwrere * i oraz się spodziewając prędzej w tej tam na sławę dobrą 
zarobić okazjej". Ku temu i Lanckoroński, śniatyński starosta, się przybrał. Ci z uwalniającą 
od pospolitego ruszenia attestacją królewską: "Jan Kazimierz, z łaski Bożej, Król Polski, 
Wielkie Książe Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie, Smoleńskie, 
Czerniechowskie, a Szwedzki, Gotski, Wandalski dziedziczny Król. Wszem wobec i każdemu
z osobna, komu to wiedzieć należy, a mianowicie Dygnitarzom, Urzędnikom, Starostom i 
wszystkiemu Rycerstwu i Obywatelom koronnym, uprzejmie nam miłym, oznajmujemy, iż na
zatłumienie buntów i tumultów, w województwie krakowskim i po wszystkim Podgórzu 
przez jednego łotra wszczętych, niejakiego Aleksandra Kostkę, wyprawiliśmy etc. etc. etc... 
za czym, jeżeliby którego spod tych chorągwi Urodzonego Koniuszego Koronnego 
towarzysza albo czeladnika kto względem tego pospolitego ruszenia turbować chciał, aby za 
ukazaniem tej attestacyej zaraz wolny od prawa zostawał. Na co dla lepszej wiary przy 
podpisie ręki naszej pieczęć koronną przycisnąć rozkazujemy. Dań w obozie pod 
Beresteczkiem dnia XXVI miesiąca Czerwca, Roku Pańskiego MDCLI, panowania naszego 
polskiego III-go, szwedzkiego IV-go roku. Jan Kazimierz Król" - ruszyli.
Też "Jerzy Hrabia na Wiśniczu Lubomirski, Marszałek Wielki Koronny, Generał Krakowski, 
Spiski, Chmielnicfki etc. Starosta", wszystkiej szlachcie, którą "za nastąpieniem 
niebezpieczeństw od ściany podgórskiej i żarzącej się między chłopy rebelliej J. K. Mc. Pan 
nasz M-ciwy dla obrony i zabieżenia wszczynającym się rozruchom, ze zdaniem Panów Rad i

background image

Senatu powracać raczy", attestację "z władzy urzędu swego" dał, że "ochotni do obrony 
całości ojczyzny
succurrere (łac.) - przyjść z pomocą
125

efcc. byli" i teraz "za samym zdaniem tylko, wolą J. K. M. i Senatu potrzebą Rzpitej 
pociągnieni, wracają". Razem 2000 wojska z wielkim strachem, mimo potęgi kozackiej i 
tatarskiej naprzeciw, na gwałt wyprawiono. "Albowiem najbardziej ze wszystkich 
niepokojących wieści z kraju (przez pana Twardowskiego, surrogatora * poznańskiego, i pana
Adama Niedźwiedzkiego z Królikowa, powiatu słupieckiego przysłanych) potrwożyły 
wszystkich listy Piotra Gębickiego, Biskupa Krakowskiego".
Wyrok sądu 'zapadł *: osądzono Radockiego na ścięcie, Łętowskiego na ćwiertowanie, 
Kostkę na pal.
Jechał ksiądz opat biskup Pstrokoński do Krakowa wstawiać się za Kostką, ale gdy mu 
powiedziano, iż wydany dla klasztoru tynieckiego list żelazny powagę powszechną zwrócił, 
uląkł się. Uląkł się tym więcej, że 'stosunki Kostki z sekciarzem Radockim, wrogiem 
panującego Kościoła, podejrzenia jakowe i na niego zwrócić były mogły.
Zgłosił się tylko na zamku, iż jako dawny obwinionego znajomy i wychowawcy jego, 
nieboszczyka kasztelana Rafała Kostki, przyjaciel, wyspowiadać by go chciał, na co 
pozwolono.
Było rano wczesne w dzień egzekucji, kiedy go do celi Kostki puszczono.
surrogator (łac.) rościński
zastępca podkomorski lub sta
Wyrok sądu zapadł - Proces Napierskiego i Łętowskiego odbył się przed sądem grodzkim w 
Krakowie w dniach: 30 VI - 18 VII. W toku przewodu podsądni zostali wydani na tortury. 
Mimo tortur Napierski nie wymienił konkretnie nazwiska żadnego ze swych wspólników, 
zeznał tylko, że liczył na pomoc Chmiel-nickiego, Rakoczego i zacięznych wojsk niemieckich
oraz na udział w powstaniu 30 tyś. chłopów. Wyrok, skazujący Kostkę na pal, a Łętowskiego 
na ćwiartowanie, zapadł 18 VII. Proces Radockiego, ujętego w Pcimiu i przewiezionego 
stamtąd do Krakowa, rozpoczął się 8 VII; 11 VII sąd wydał wyrok skazujący go na karę 
śmierci i wbicie głowy na pal.
126
Kostka leżał na słomie, oczy miał otwarte, w słup stojące, nieruchome.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - ozwał się opat, próg przestępując.
- Niech będzie na wieki wieków. Amen - odpowiedział skazany nie patrząc, kto wchodzi.
- Synu, niosę ci ostatnią pociechę przed śmiercią - rzekł opat. Kostka wzniósł głowę i poznał 
przybyłego.
- A - rzekł dźwigając się z pościeli - to ty, ojcze? Bądź zdrów!
- Przyniosłem ci Ciało i Krew Pańską.
- Ojcze, jam chciał kościoły palić!
- Ciało i Krew Pańską ci przyniosłem.
- Ojcze, jam chciał dobra duchowne chłopom rozdać!
- Ciało i Krew Pańską ci przyniosłem - rzekł po raz trzeci opat.
- Rzym mi przyniosłeś, ojcze! Jesteście jako śmierć! Cokolwiek by się robiło, jakkolwiekby 
się broniło: przyjdzie! I wy przychodzicie jak śmierć:
pewni, w godzinę śmierci! Ale nie ma was tam, gdzie jest życie!
- Chrzcimy - powiedział opat.
- Chrzcicie! "Woda wasza i sól - to żelaza!
- Blużnisz, synu, i grzeszysz w ostatnim momencie życia.

background image

- Bluźnię i grzeszę?! Zali ciebie, ojcze, nie okuto w żelaza w zaraniu, abyś gdy przyjdzie 
pora, ręce i nogi pod pętami uczuł? Nie powstałeś, nie wyszedłeś z krzyżem przed prosty lud, 
ten lud, którego Chrystus był mesjaszem!
- Anabaptysta Radocki przez ciebie mówi.
- Nie potrzeba tu anabaptystów! Świętego Franciszka z Asyżu naśladujesz, który Chrystusa 
naśladował. O zaiste! Gdyby się Chrystusowi podobało w te dni z nieba zstąpić, byłby on cię 
rozgrzeszył, ojcze, przed nami z krzyżem spotkawszy! I świętym byłbyś we większym 
kalendarzu niż ten, którym
127

rok rachujemy! Świętym byłbyś w kalendarzu milionów dusz nieszczęśliwego narodu 
uciemiężonych! Nie kadzidła za tynfy u kupców nabyte by cię, ojcze, okadzały w ołtarzu, ale 
by ci błogosławił tłum ciemiężonych i łzy niewoli obmyłyby ci stopy i ręce wodą świętą, jak 
wodą chrztu!...
Pod ten czas, wyspowiadawszy się i komunię przyjąwszy od zamkowego księdza, sołtys 
Łętowski pisarzowi do kaźni mu przyprowadzonemu dyktował testament *, zaczynając:
"W Imię Pańskie Amen! Roku Pańskiego 1651 dnia 24 lipca.
Ja, Stanisław Marsiałek alias Łętowski, widząc się być iż dopuscenia Pana Boga 
Wsechmogoncego bliz-sym śmierzci niżeli żywota, takie osporządzenie cyniem: naprzódzi 
duse swojom oddajem Panu Bogu Wsechmogoncemu w rence jego święte, a ciało ziemi... 
Siostrze Kajsce becka kapusty, co pod oknem w carnej izbie stoi, i dwoje cielont od cisule. 
Jantałek śrybelnyk wielgik talarów wengierskik na nowy ołtarz w kościele w Dónajcu lęgu 
jem, kotlik dukatów nieg dzieci pomiendzy się ozdzielom. Jyno co-by się przi tem nie 
kłopocili. Brat Franek do równości sprawiedliwie ozdzielić ma. Jest je showany w ogródku za
izbami, blisko studnie, między skalami, pod takom wielgażnom skrzizal, tak jako w murze. 
Jyno trza przódzi rankom miejsce przeżegnać i trzi razyj przepedzieć: w Imię Ojca i Syna i 
Duha Swientego. Amen - bo ig inacy nie dostanie. Śmiertelny jest cłek i śmierzci się zawdy 
spodziewać musi. Nie żal mi umierać, bok długo żył i Panu Bogu się nie prociwiem, jyno mi 
to żal, co nie w doma, ka ojcowie marli, umrem, ba na mękak, cemu ja się nigda za 
zywobycia nie spodziewał.
Ale skoro taka wola Boska, nieg będzie. I to mi
testament - Wersja Tetmajerowska jest skróconą i zarazem swobodną przeróbką oryginału, w 
kierunku nadania dokumentowi silniejszego kolorytu regionalnego, podhalańskiego (gwara, 
fikcyjny pomysł z kotlikien0.
128
żal, co się ze swojemi ludziami, ze żonom, z dzieciarni, z bratem, ze siostrom i ze sytkiemi 
nie pożegnam, ani co se jesce na swoje rolom i na sad, hoć się ta w nim płono rodziło, na łąki 
i na las, na całe gazdostwo, a beło z łaski Pana Boga niemałe, nie uspozieram, ocy ś niem nie 
uciesem, ba trza obdalno od swojego kraju odpytać świat. Bóg zegnaj sytkim i sytkiemu, co 
po mnie ostaje, i bądź miłościw mnie grzes-nemu teraz i w samej istej godzinie śmierzci 
mojej, co nieg się stanie w Imię Ojca i Syna i Duha Swientego. Amen."
Rektor Radocki odmówił księdza i ostatniej spowiedzi.
- Z Bogam duszę wziął, Bogu ją oddam - rzekł do zakonnika, który doń przyszedł.
- Nie bądź zuchwały myśleć, iżbyś Bogu ręce wiązać lub rozwiązywać mógł. Co wy 
zawiążecie na ziemi, będzie zawiązane i w niebie, a co wy rozwiążecie na ziemi, będzie 
rozwiązane i w niebie, powiedział Chrystus, co dotyczyło jego świętych prawd, nie władzy 
nieba i piekła w ludzkich rękach!
A gdy przedstawienia, namowy, prośby i zaklęcia nic nie pomogły i suchy, żylasty starzec 
niewzruszonym pozostawał, wzburzony ksiądz wyszedł krzyknąwszy:
- Idź więc, przeklęty heretyku, samochcąc w ogień wieczny! Na stosie by cię spalić należało!

background image

Wówczas powiadomiony o tej zatwardziałości sąd głowę jego na palu wystawić rozkazał.
Na Krzemionkach za Wisłą troistą szubienicę wzniesiono i pomocnicy kata ostrz żelazny na 
pal sosnowy wbili. Jedenaście chorągwi konnych w pełnym rynsztunku, 'miejskich, biskupa i 
panów okolicznych, wyjechało, a gawiedzi miejskiej masy ogromne poza Wisłę przez most, 
na promie i łódkach rybackich się przeprawiły. Ze strachem, który z niecną i podłą 
ciekawością walczył.
129

Wieść, iż Kostkę pojmano, iż go do Krakowa dragoni "pod siablami" wieźli, rozeszła się falą 
po góralszczyźnie. Żony mężów, matki synów, siostry braci, dziewki kochanków, a dzieci 
ojców za szyje czy pod nogi obejmowały i wołały, aby go szli bronić. Ku wieści tej 
przymieszała się wieść po śledztwie, na którym się Kostka wyznał, iż był królewski syn. 
Starzy chłopi pamiętali wielkie wojny za Zygmunta III i Władysława IV, walczyli pod nimi 
przeciw Turkom i Rosjanom, pamiętali bunty i rokosze szlacheckie, królów udrękę, i chowali 
w duszach miłość i cześć dla rodu królewskiego i królewskiej krwi.
Dlatego "cała siła województwa", jedenaście chorągwi, otoczyła plac egzekucyjny.
Pod ten czas też Beata Herburtówna, na rekolekcjach w klasztorze klarysek w Nowym Sączu 
przez ojca osadzona, usłyszawszy, iż Kostkę na pal wbijać mają, po prześcieradłach 
'związanych w nocy po murze się spuściła i jak szalona przed się 'w habicie, w który ją 
przyodziano, biegła. Biegła ku Krakowu gościńcem, napadana przez psy, które jej habit darły,
różańcem się im ametystowym opędzając.
Biegła przez noc z tą myślą, aby Kostikę ratować, lecz ku ranu sił jej braknąć zaczynało i z 
'wycieńczenia słaniała się, gdy w polu nie opodal dym i ogień dostrzegła. Czując, że padnie i 
krwawymi stopami nie pójdzie dalej, tam się zwróciła.
Traf chciał, iż obozował to Sieniawskiego oddział, spod Czorsztyna przeciw chłopom 
wiedziony.
Sieniawski jeszcze do nikogo nie przemówił był; jechał na czele i szukał band chłopskich, 
które, o ile się wiły w okolicy, przed jego dragonami pierzchały.
Przy osobnym ognisku, na derach i kobiercu leżał Sieniawski pół drzemiąc, kilkadziesiąt 
kroków od żołnierzy, gdy 'ku niemu Beata Herburtówna przypadła.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! - 'zawołał oczy podnosząc.
- I ja go chwalę! - odpowiedziała Beata i w tej chwili poznali się nawzajem.
130
- W takim stroju?! Wojewodzianka?! Tu?! Sama jedna?! Pieszo?! - mówił zdumiony 
Sieniawski.
- Pana Kostkę ratować biegnę! Na pal go w Krakowie wbijać mają!
Zerwał się Sieniawski z leżenia na równe nogi. Złe ognie na twarz mu wybiły. Przytknął 
trąbkę do ust i zagrał na alarm. W mig porwali się pobudzeni już dragoni.
- Konia luzem! - krzyknął. Usłyszeli dragoni i duchem wierzchowca przywiedli, w zdumieniu
na pannę spoglądając.
- Mości wojewodzianko, oto koń - wybaczaj, lecz damskiego siodła nie mamy z sobą - rzekł 
Sieniawski.
- Dokąd? - zapytała Herburtówna.
- Kostfeę odbić! - odpowiedział Sieniawski dziwnym głosem.
Beata ustami do ręki mu przypadła. Rycersko odsunął ją Sieniawski, na konia w rękach 
prawie podniósł, burkę swoją na nią zarzucił i na ogiera swego skoczywszy, ostrogi mu wbił i
krzyknął:
- Naprzód!
Wichrem pomknęli. Wszystko stało się tak szybko, że dopiero teraz, na koniach, w pędzie, 
żołnierze mieli czas na dziwienie się i nierozumienie. Odbiegli lanc-korońskich lasów.

background image

Nikt nie przeszkadzał egzekucji u troistej szubienicy na Krzemionkach. Na wielkim 
drabiniastym wozie, w otoczeniu eskorty wojskowej z dobytą bronią, wieziono trzech 
skazanych przez Stradom, Każmierz, na most, i przez Podgórze nad Wisłą na Krzemionki. 
Dzień był dżdżysty, wiosenny, to chmurny, to świecący słońcem, pełen wilgoci.
Kostka jechał blady jak trup, ze ściętymi ustami i z oczyma tak zimno surowymi, że gdy na 
kogo spojrzał, mróz szedł po członkach. A patrzał po ludziach ciągle, na prawo i na lewo - 
czy chciał się im przypatrywać, czy szukał kogo? Wyprostowany siedział, nieporuszony. Ale 
od czasu do czasu garbił się, kur
131

czył, strach śmiertelny i zgroza osiadały mu twarz, smutek, ból i rozpacz ściągały mu głowę 
w dół - i znów prostował się, i znów jechał wyprostowany,
zimny i surowy.
Radocki oczy w przestrzeń miał wbite, jakby nie istniało naokół niego nic. Łętowski wypił w 
każni konewkę wina i jechał obojętny na śmierć, która tak czy tak jest nieuchronna.
Wtem ujrzał Kostka itroistą szubienicę i pod nią pal we mgle.
Wówczas szyja wstąpiła mu w ramiona, a broda wpiła się w pierś, oczy skołczały, pot 
wypłynął na czoło, zaczął się trząść i dławienie poczęło mu ramionami podrzucać. Nieopisana
trwoga osiadła mu twarz. Ale trwało to krótko. Opanował się, nie wzniósł, ale poderwał 
głowę w górę, wyprostował się i uikazał twarz tak spokojną, stężoną, własnowolną, jak gdyby
ta śmierć, której naprzeciw szedł, była oczekiwaną.
Podjechano pod szubienicę, wysadzono skazanych z wozów. Stał 'kat z pomocnikiem; jeden 
miecz ciężki trzymał w ręku, drugi przy palu z nabitym szpicem żelaznym stał. Pień na głów 
ścinanie był przygotowany.
Urzędnik grodowy, wśród grobowego milczenia tłumu i żołnierzy, odczytywać począł 
wyroki: spokojnie ich skazani wysłuchali.
Po czym podprowadzono rektora Martinusa Radoc-kiego; i on, i Łętowski ręce mieli w tył 
związane.
Dwaj pachołkowie opuścili Radockiego na klęczki, obnażyli mu szyję; Radocki milczał i oczy
miał wzniesione w niebo.
Dopiero gdy ukląkł, westchnął i dużym głosem zawołał:
- Przyjdź Królestwo Twoje!
Ciężki miecz spadł: głowa potoczyła się wśród strumieni bluzgającej z arteryj krwi.
Po czym kat podjął ją za długie, siwe włosy i otwartymi usty 'bluzgającą jeszcze 'krwią i 
łypiącą
132
oczyma, jął przybijać gwoździami do jednej z szubienic.
Pomruk zgrozy przeszedł przez tłumy. Następnie przyprowadzono do pnia Łotewskiego. Nie 
rzekł nic, tylko:
- Skoro się tak Panu Bogu nawysemu podobało...
Ukląkł i został ścięty. Potężne jego ciało, z odzienia odarte, kat mieczem na części 
ćwiertował.
Kostka patrzał na te egzekucje bez drgnienia powieki. Twarz miał białą, bez kropli krwi. Nie 
drżał, tylko chwiał się w tył i naprzód, jakby zgoła ruchu swego nieświadomy.
Raz po raz zwracał twarz w stronę Tatr - odsiecz nie nadeszła...
- W godzinie śmierci swojej powiedz, jak się nazywasz - ozwał się sędzia.
- Szymon Bzowski, Władysława króla syn - odpowiedział Kostka cicho, ale wyraźnie.
Pomruk, głosy różne, współczucia, żalu, szyderstwa, nienawiści, zawziętości, litości 
odezwały się.
Kat kazał się Kostce położyć na ziemi.

background image

Legł.
Dwaj pachołkowie uklękli przy nim tak, iż każdy jedną ręką rozszerzył mu nogi i 
przytrzymywał, drugą ramię do ziemi przyciskał.
Naówczas kat uniósł kół zaostrzony i co miał siły, uderzył.
Jąknął Kostka. Dał się słyszeć płacz i śmiech spazmatyczny kobiet.
Kół nie wniknął w ciało należycie.
Drugi więc i trzeci raz ugadzał nim w ciało Kostkowe niezręczny kat rękami drżącymi, wśród
okrzyków, klątw, wyzwisk, łkania i przeraźliwych pisków mieszanego tłumu; pot ściekał mu 
po twarzy, dygotał cały. Z Kostki zaś piersi wydzierały się jęki nieludzkie.
Za którymś razem rozpruto ciało Kostki, jak należy; szpic utkwił we wnętrznościach. 
Wówczas z rzygającym z podbrzusza krwią ciałem, czerwony cały
133

od krwi pal pomocnicy kata z Kostką wznieśli i w przygotowany zawczasu dół wstawiwszy, 
ziemią go okopywać zaczęli.
Trupią, ale żywą twarz Kostki z oczyma raz wraz przymykającymi się i otwierającymi 
ujrzano ponad sobą. Głos snadź zamarł mu w piersi z cierpienia.
Nagle tłuim się zakołysał i rozstępować począł - przeraźliwy, przerażający wrzask niewieści 
przeszył i wstrząsnął powietrze, łby końskie sapiące wydobyły się z tłumu i na miejsce 
egzekucji, osypani kurzem, Siemawski we zbroi, Beata Herburtówna w burce Sieniawskiego i
Sulnicki za nimi przypadli.
Beata konia wstrzymała i jak gdyby zalęgła w siebie nieruchoma. Sieniawski zaś w bok się 
wsparł i zawołał:
- Cóż, panie Kostka? Spotkaliśmy się? Ha zaiste! Imię twoje jest w księdze dziejów zapisane 
nie tam, gdzie nasze będzie! Rywalu!
Tłum i wojsko, a nawet urzędnicy i dygnitarze w pierwszej chwili, nim Sieniawskiego 
poznali, myśleli, że to może gońce królewscy z ułaskawieniem, spóźnionym już, lecą. Słowa 
Sieniawskiego zdumienie i zgrozę wywołały; wtem Beata Herburtówna, zeskoczywszy z 
konia i nie krzycząc, ale skrzecząc okropnie, pod pal Kostkowy podbiegła.
Burka osunęła jej się z ramion i spadła na ziemię - poznano kobietę.
Nikt jej w pomieszaniu drogi nie zastąpił - obłapiła słup z ciałem Kostkowym ramionami i 
usta do buchającego krwią żywą tułowia przycisnęła.
Z obecnymi poczęło się dziać coś nieopisanego. Kat i pomocnicy uciekli między wojsko, tłum
uchodzić począł niemy, unosząc omdlałe kobiety. Nieprzytomnie stojącemu na koniu 
Sieniawskiemu Sulnicki cugle z dłoni wyrwał, przez łeb koński zdarł i parł się z nim ku 
sieniawskim dragonom, choć im nie grożono, gdyż wszystkim tysiącom ludzi mowa została 
odjęta.
Chorągwie wojewódzkie mieszać się zaczęły i zwracać konie ku miastu bez 'rozkazów. Jedna 
za drugą
134
ruszyły kłusem wzdłuż Wisły, dążąc ku podgórskiemu mostowi. Naówczas ogarnęła tłum 
paniczna trwoga przed zapowiadaną odsieczą czerni. W niewypowiedzianym strachu, tłocząc 
się, kotłując, przewracając, obalając i depcąc jedni drugich, wiele tysięcy uciekało w ślad 
jazdy rycerskiej lub biegło, gdzie stał prom i przewoźne łódki. Dygnitarze i urzędnicy 
wskakiwali na wózki, gdzie kto mógł, i pędzili galopem za wózkiem kata, który ze swymi 
pomocnikami pierwszy na przodzie na wozie egzekucyjnym za wojskiem, biczem konie 
smagając, gnał.
W kwadrans nie było na Krzemionkach nikogo, tylko ze straszliwie rozdziawionymi 
powiekami głowa rektora Radockiego, przybita do szubienicy, i krwawe jego ciało, głowa 

background image

sołtysa Łętowskiego twarzą leżąca do ziemi i czerwone ćwierci jego korpusu, i na pal 
wsadzony Kostka, a pod nim Beata Herburtówna, pal obejmująca.
- Pić - szepnął Kostka.
Herburtówna oderwała się od słupa - spojrzała wokół: wody nie było. Opodal, daleko płynęła 
Wisła, lecz w czym przynieść?
- W czym ci przyniosę?! - krzyknęła z rozpaczą. Kostka uczynił ruch rękami w znak, iż 
rozumie,
że mu jej podać nie może; ruch to był chorego
dziecka.
- O Boże! - jęknęła Herburtówna. - O Boże! - zawołała. - Ludzie! Pomocy!
Nie było nikogo.
Kostka stulił dłonie i pokazał, aby mu tak przyniosła.
- Jakże ci podam, choćbym doniosła?! - krzyknęła Herburtówna.
Ponowny ruch zrozpaczonego dziecka wykonał Kostka.
- Cierpisz?! - wydarło się z łona Herburtówny. Nie odpowiedział.
- Kochałam cię! - krzyknęła.
- Z ciebie... - odpowiedział Kostka wyraźnie i znać serce w nim pękło, gdyż skonał.

^tał Sobek Topór obok koszara i czytał owce zegnane z paszy na odwiecerz, jako to baca, czy 
wszystkie są.
Sto se jedna, sto se dwie, stoi baca u jedle -
przyśpiewywał pod nosem stary Byrnas, przypatrując się z opodal tej robocie.
Czytał Sobek Mardułowe owce, a czytać trzeba było nie tylko, że się co kilka dni zawsze 
liczyło z obowiązku, ale że się Mardule samemu zdawało, iże mu "cosik chybiło". Kiedy 
Marduła z pasenia wracał śpiewając:
Hej na mojej polanie sto owiecek stanie, ty moja dziewcyno, pozieraj se na nie! -
to wiadomo było, że wszystkie wiedzie; ale kiedy, co się od czasu do czasu przygodziło, 
śpiewał:
Owiecki pocytac, owiecek niespełna, cy się potraciła poza hucki wełna? -
to już Sobek wiedział, że albo "wilk co porwał", albo "z tumie odpadła", albo się "cosi kajsi 
stało, ani nie wiedzieć co, co jednej nie mas..." Czasem dwu, czasem trzech... Bo Mardułę 
kusiło w nocy, kusiło i w dzień - a nieszczęście nie czeka. On ino ku Bron
136
ci Polkowskiej w Kasprową albo ku Helci od Seligi w Goryczkową od owiec poleciał - raz 
kieli cas - bo przecie dziewek na miejscu przy Stawach moc było - hop! jest! brakuje.
Sobek teremtetuje, gniewa się, to potem na parę casów dobrze.
Ale Mardułę kusiło w nocy, kusiło i w dzień... Przerachował Sobek owce, z kierdela brakło 
trzech.
- No, kieloz ik ta chybia? Jedna? - zapytał Marduła z udaną niedbałością, bo się Sobka, jako 
bacy, bał.
- Trzi - odpowiedział Sobek.
- Może? - zgmytlił Marduła jakoby ze zdziwieniem.
- Coś robieł?
- Je cóż byk robieł? Mozek ta zadrzimał kielo telo.
- Kaś beł?
- W Kaspr... - mam pedzieć: w Kościelcu.
- Dy ja wiem, zek ci w Kościelec z owcami kazał iść; ale kas ty sam, przez owiec, beł?
- Je kaź byk beł? Dej ci gadam: mozek ta zadrzimnon, a Licha z Biedom nie trza pytać. Oni 
sam wartcy.
- Jak ty ku Bronci.

background image

- Edź - obraził się Marduła, a gońcy huknęli śmiechem.
- Ja wiem, jako beło - rzekł Byrnas. - Raróg bożek właz Gałajdzie do rękawa i we wilkołaka 
go odmienił. On owce Mardule porwał i zjad!
- Hahaha! - śmiali 'się gońcy i jęli wołać ku wo-larzom: - Gałajda! Zjadeś Mardułowi owce!
Bo Gałajda, jak olbrzymi był i za trzech ludzi siłę miał, tak też za trzech ludzi jadł, mógł jeść 
zawsze i nigdy syty nie był.
A Raróg Rarasik, bożek maleńki, Peklenca Boga służebnik, w Gałajdowym rękawie jak pchła
mógł skakać.
- No - rzekł Sobek, pozierając na gęste, mroczne mgły, które zawaliły góry - dziś ig ni mas co
iść
137

sukać. Ciemno. Heba jutro rano. A jak się nie najdom, to ig Marduła Kubowi z Podwiicnika 
zapłaci. Bo to jego chybia.
- Cóż byk nie zapłacie!? Zapłaceni - mruknął Marduła zły.
- Uskładajom się Broncia z Helciom, a jesce i Jadwisia co doruci - i Kasia, i Hańcia, i Zosia - 
żartował Sobek.
Marduła marknął dosyć obraźliwie dla dziewcząt, gdzie je wszystkie ma i mieści, i chcąc się 
Sobkowi przypochlebić, jął się gotować do dojenia.
- Hę, hłopy! - zaśmiał się Byrnas. - Rombcie las na ogień, bo do jutra nie uwarzime. Marduła 
będzie dojeł!
- Ha ha ha! - huczeli gońcy.
Gdy podojono, powieczerzano i pokiepkowano jeszcze z Marduły, a dokuczały mu 
najbardziej równie zazdrosna o niego Jadwisia, jak nie podbita przezeń nigdy Zosia, i gdy 
zapadła groźnie ciemna, w chmurach utopiona noc, wówczas Sen przyszedł na polanę ku 
Stawowi skleić powieki dzieci i starców, zewrzeć w uścisku kochanków i rozciągnąć członki 
samotników, jak Gałajda, przy ognisku wedle wołów, pod smrekiem rozłożystym.
- Na jutro be śnieg - ozwał się do siedzącego na ławce Sobka stary Kret, poprawiając 
toporzyskiem watrę w szałasie.
- Wtoz wie - może być. Zima.
- Ha j. Raz tu na tej hali w Bartłomiejskim przisły takie zimna, co nad cuda mroziło. W nocej 
my się redykali ze statkem dołu, bo się widziało, 'co umarż-nie.
Dorzucił drew na •watrę i począł ręce grzać, wyciągając je nad ogień. Sobek zaś znowu myślą
ku temu, co się zdarzyło, powrócił.
Już minęło kilka tygodni od rozgromu pod Nowym Targiem, którego doświadczył. Wrócił w 
hale. Wieść o wzięciu Czorsztyna, o wydaniu Kostki i Łętowskiego, o ich śmierci 
męczeńskiej rozeszła się szeroko;
138
i ku Stawom posłał ją Stasel synem, ten, który tam Kostkę prowadził.
Marynę baby przywiozły na Hrube, gdzie bezprzytomna długo leżała, nim do sił powracać 
zaczęła. Silnym ciosem ugodził ją "rycerz". Toczyła ją jakaś tajemnica rycerskiej, krwawej 
miłości, o której nie wiedział nikt.
Sobkowi się wszystko czasem wydawało jak Sablikowa baśń...
Trudno było uwierzyć, że się stało, że on sam udział w tym brał.
A słowo "szkoda", co myśli Sobkowe od kilku tygodni zamykało, mieściło w sobie wszystko, 
co Sobek czuł.
- Skoda... Bo się widziało, ze świat odmłodzi... Wtulił ręce między kolana, głowa mu 'zwisła 
ku ogniu.
- Śpi... na siedzącku - zamruczał Kret do siebie, spojrzawszy na Sobka. - Taki to się i tak 
wyśpi...

background image

Sobek spał, tymczasem zaś ciężkie, ciemne chmury, co nad Tatrami zawisły, poczęły silić 
śniegiem jak w listopadzie. Orawski dojmujący wiatr z zachodu huczał doliną.
- Hę - mruczał stary Kret - be tyś hań staw sumiał...
Wielki, głuchy, niezgłębiony Czarny Staw, którego już trzydzieści lat nie widział, bo tylko w 
dolinie pasał.
Ku ranu zdrzemnął się Kret, obudził się zaś Sobek. Było jeszcze mroczno, ale już miał się 
robić dzień. Chlipnął Sobek zimnej żętycy, obmył twarz wodą z konewki, wziął ciupagę i 
pistolety za pas i wyszedłszy z szałasu gwizdnął z cicha 'na swoje dwa psy owczarskie.
Śnieg przypirchnon dosyć grubo, ale Sobek się bał, że słońce 'w Jakubskim 'miesiącu może 
nagle wejść i stopić śnieg do znaku, a chciał po tropach owiec przez Mardułę potraconych 
poszukać.
139

Cichy stał świat, tylko wiatr czasem po kosodrzewinie przeszumiał i poleciał dalej.
Sobek ruszył ku Czarnemu Stawu owczą percią.
Na dolinie był słabszy, ale w górach wysoko musiał tęgi wicher dąć, bo się chmury jęły 
rozbijać, wznosić i gdy słońce zaczęło świtać, brzask się spod chmur, na niebie skłębionych, 
w których tonęły szczyty, popod turnie ukazał.
Rozwidniło się.
I wówczas Sobek wzdrygnął się nagle, stanął i w przerażeniu prawie że zawołał:
- Jezus Maryja! W Imię Ojca i Syna i Ducha Świentego Amen! Je cóż to takie?!
Przestraszone jego oczy padły na psy, ale psy spokojnie stały.
Tak jest - wyraźny to był ślad. Przy pierwszym zaświeceniu dnia dostrzegł go Sobek. Ślad 
małych stóp, jakby dziecięcych.
Słychował Sobek z ludzi starszych o bogieńkach, co w kyrpcoskak chodziły *, ale to nie był 
ślad kierpców. Był to ślad małych, szerokich, dziwnych butków z dużymi obcasami.
Sobek dygotał i ciupagę w dłoni ściskał. Ale cóż pomóc mogła ciupaga przeciw duchowi, co 
w bucikach chodził? Gdyby był święconą kulę do pistoletów miał - ale nie miał. Jednak i tak 
'wyjął pistolet z opaska i gotów był go przełożyć pod kolano kurkiem na dół i 'strzelić, jak się 
do Złego strzela.
Ogarnięty niewysłowionym niepokojem, byłby uciekł z powrotem do szałasu, gdyby nie 
spokój psów, które niczego nie węszyły, a wiadomo, że pies ducha czuje.
Odważył się postąpić i zajrzeć w kosodrzewinę, w którą się wkręcała ścieżika. Ślad trwał.
o bogieńkach, co w kyrpcoskak chodziły - "Siły nieczyste" w przyrodzie albo bóstwa 
niższego rzędu były wyznawane faktycznie w dawnej Słowiańszczyźnie i w dawnej Polsce. 
Nosiły rozmaite nazwy: mamuny, dziwożony, boginki, brzezinki, wiły.
140
- W nocy sło - szepnął sam do siebie, przejęty. Sobków początkowy pełen przerażenia lęk 
począł się przemieniać w lękliwą ciekawość. Jednak to nie szło na dwóch ratkach, tylko na 
bucikach.
- Kiebyk poseł za tem? - pomyślał.
- E wiera! - przyszło mu na myśl. - Cy mię pote nie wewiedzie łka w pustki i nie przisiednie 
abo w jakom grotę w Kościelcu nie wewiedzie i skalami nie zawali na widkuistom wiecność?
Szedł ostrożnie, czujnie, z wytężonym słuchem i 'wzrokiem. Serce biło mu prędko, 
gwałtownie. Coś go ciągnęło. Czuł to. I ujrzał Staw Czarny, cichy, posępny, rozległy i 
zmarszczony. Chmury nad nim wisiały całunem i dookoła bieliły się upłazy. Martwy, 
wieczysty staw.
Stanął i sparł się oburącz na ciupadze.
Wtem zaszczekały zajadle psy; Sobkowi omal ciupaga ze strachu nie wypadła z garści.

background image

A nie opodal o jakie dziesięć kroków, w kosodrzewie, snadź wsparty przednimi łapami na 
łomie pnia, ukazał się niedźwiedź czarny i ogromny.
Sobkowi ciupaga wrosła w garść i odwaga mu powróciła, a nawet humor na widok 'tego 
dżwierza w serokik madziarskik gaciak, towarzysza gór.
- Tuś? - krzyknął. - Dziadu zatracony.
- Pudzies! - zawołał na psy, które się ku kosodrzewinie rzuciły. - Pudzies ty!
Ale już było za późno; zaciekła suka poskoczyła za blisko. Niedźwiedź schylił się i 
przeraźliwy psi pisk przedarł powietrze. Z rozdartym, tryskającym krwią uchem, którego 
niedźwiedź sięgnął pazurem, suka uskoczyła ku Sobkowi.
- Jerdyk tobie! Zjes ty ozpalonom skałę! Bees mi haw drogę zastempował i psy kaliceł?! - 
wrzasnął Sobek.
I dobywszy pistoletu, nie pytając, w kufę niedźwiedziowi wypalił.
Kula gdzieś po boku paszczy się pośliznęła, czerwieniąc czarne kudły. Niedźwiedź w 
pierwszej 'chwili
141

jakoby się zdziwił - nie zabierał on się snadź wcale do walki, byłby człowieka koło siebie 
przepuścił, ognał się tylko psu. Ale teraz ryknął złowrogo, zniknął w kosodrzewinie, zachwiał
nią jak halny wiatr i w mgnieniu oka wzniósł się przed Sobkiem na ścieżce na zadnich łapach,
olbrzymi, ciekący juchą z rozwartego pyska, z łapami przednimi podżwigniętymi w górę i 
rozczapierzonymi pazurami.
- Oprałeś ty dwok diabłów! Ckaj! - wrzasnął Sobek ł z drugiego wyrwanego z pasa pistoletu 
lepiej,
w komorę, strzelił.
W tejże samej chwili dopadły boków niedźwiedzich broniące, wierne swemu panu psy.
Niedźwiedź po strzale padł na łapy, beknął, oderwał od siebie i prasnął jednego psa w bok, 
gdzie pies padł martwy, bez jęku nawet. W tymże momencie ostrze ciupagi Sobka wcięło się 
po obuch w czaszkę
niedźwiedzia.
Niedźwiedź z rykiem siepnął się tak straszliwie mocno, że Sobek, nie chcąc runąć za ciupagą,
puścić
ją z rąk musiał.
Niedźwiedź przypadł na przednie łapy przed głazem, z 'ciupagą sterczącą w czaszce.
Jeszcze się szarpnął, poderwał i osunął na piersi. Zaciekła suka chwyciła go za kark za 
uchem. Sobek zaś wyskoczył na głaz i oburącz z czaszki ciupagę
wydarł.
- Skoda dźwierza - sapnął. - Nie robieł nic, statku nie bił, te jałówkę jedne. Każdy fce żyć. 
Mięło pojrzeć, kie po ubocy hodzi. Darmo. Zawdy się ze śmierzciom 'mijał nie bedzies. 
Niedźwiedź w kosówce nie sukana rzec. No nic.
Spojrzał znów na ślad bucików. Wił on się dalej śniegiem.
Niezmierny strach ogarnął Sobka znowu, jednak walka i zwycięstwo dopiero co odniesione 
czyniły go śmielszym. Czuł się w łasce Pana Jezusa.
Zdjął zabitemu psu obrożę, gwizdnął na sukę i począł iść tropem, szukania owiec niechając 
zupełnie.
142
Trop od wody skierował się w prawo i znaczny był na uboczu Kościelca.
- Ku wodzie przisło, koło wody sło i wzieno się spinać - zauważył Sobek.
Jednak zaraz też zauważył, że buciki na śniegu się ślizgały, znać było nawet upadek na 
kolana, po czym skręt w dół na prawo, przy czym w paru miejscach ślady upadku i usunięcia 
się.

background image

- E kiz to diasi?! - szepnął sam do siebie Sobek. - Cóż to za bogieńka, co kiełza?
Tymczasem jednak nagle zagrzmiało, skłębił się powicher i z chmur, wiszących całunem nad 
halami, sypnął mroźny, ogromny grad, tak gęsty, że natychmiast pokrył i zabielił sobą całą 
powierzchnię skalną. Mglista wilgoć przysiadła ziemię. Niebo siało jak z kadzi. Suka skuliła 
się, a Sobek zakrył ramieniem twarz, bo się o oczy bał, i kucnął w kosodrzewinie, aby się jako
tako osłonić.
W niedługą chwilę po kostki tego gradu było.
- Źle - myślał Sobek przerażony - niwto iny to beł, jyno płanetnik *, co gradami rządzi. 
Pogniewał się, cok go ślakował, i cysto pióknie doliny gradem zasuje... Kieby naw jyno ku 
mnie nie fciał przyjść!... Widlisko jedno!...
Zimno spadło takie, że się Sobek mimo serdaka i całej wytrwałości trząść począł.
Waliło i waliło gradem przy gruchocących się po skałach od czasu do czasu grzmotach, po 
czym znowu lunęła chmura śniegiem z deszczem zmieszanym z taką gwałtownością, jakby 
potop miał nastąpić.
- Co mię tyś to aj co skusiło za tom potworom iść?! - myślał Sobek. - Je dy świat zniesie, jak 
nie ustanie...
Wtem suka zjeżyła grzbiet.
płanetnik, co gradami rządzi - zjawa z kategorii podobnej, co dziwożony i boginki. Wdzierał 
się zwykle do siedzib ludzkich, które zatapiał wkrótce obfitym deszczem.
143

Sobkowi dech zamarł w piersiach. Usłyszał chlupot, jakby coś biegło, coraz bliżej.
- O Świenci Pańscy, ratujcie mnie! - westchnął. Lecz spojrzał i zobaczył Mardułę w serdaku 
zarzuconym na głowę, sadzącego susami jak jeleń.
- Franek! - krzyknął.
Marduła się wzdrygnął, z przestrachu ledwo nie siadł i stanął jak wryty.
- Kaź tak uciekas? - zapytał go Sobek dźwigając się z ukrycia.
- Rany Boskie, Sobek! - krzyknął Marduła. - Ja widział cosi strasne!
- Ka?!
- Hań, pod Małym Kościelce - w kosówce... wiązek na to...
Sobek nie pytał dalej; wyskoczył ku Mardule na perć i jęli uciekać obaj spod Kościelców na 
lewo, w przeciw.
- Hań niedźwiedź - sapnął Sobek.
- Niegze ta! - odsapnął Marduła nie zwalniając kroku.
Przeskoczyli trupa niedźwiedzia, suka z warczeniem za nimi, i biegli na prześcigi obchodną 
drogą ku szałasom.
Gdy zdyszani wypadli ze smreków na halę, ujrzeli przed szałasem starego Kreta, który na 
łubie z kory węgle jarzące trzymał i ku 'chmurom z nich spod okapu dachu kadził.
- Is, is! - rzekł Sobek. - Kret się płanetnikowi prociwi. Kadzi ku niemu.
- Cy go tyś przewładze? - zastanowił się Marduła.
Przybiegli ku starcowi.
- Tuście? - rzekł on. - Cy jus świat fce zabrać, cy co?...
Całe okolę ciekło strugami wody.
Ale nagle ulewa poczęła się uśmierzać; szybko, jak naszła.
Porwał się z dołu nieuhamowany wicher i jął gnać
144
chmury z niezmierną gwałtownością, zupełnie jak powódź wielkiej górskiej rzeki niesie 
szerokokonare pnie drzew, splątane z sobą. Na wschód pędziły chmury, poza Granaty i Kozi 
Wierch, 'tak szybko, iż wkrótce poczęło się ukazywać ponad niskimi wzgórzami we framudze
Tatr od północy niebo ostre, czyste, błysłe, świetnego, głębokiego, granatowego niemal 

background image

szafiru, jakby zmyte i wymrożone nawałnicą. Rozprzestrzeniało się coraz więcej, wznosiło, 
rozszerzało, i wreszcie spoza chmur trysnął blask słońca tak ognisty, aż ślepił. I jakoby 
wypadła z kłębów obłocznych w szalonym gonie ogromna kula słoneczna i słońce jakby 
żarłoczne i rozhukane runęło promieniami na ziemię. Śnieg i grad, gdzie go kupy nie 
rozmoczone od deszczu w zakryciu leżały, począł świecić, a potem topnieć i tajać w oczach; 
słońce prażyło jak żywy ogień. Po rozpętaniu słoty zwaliło się na świat takie szaleństwo 
pogody, że się zdawało, iż świat skipi i rozbłyśnie się promieniami. Nie trwało dwóch 
pacierzy.
- No wtos hań rządzi? - zamruczał stary Kret. - Cy się Pogoda z Psotom i insi bogowie 
zawzieni? Wtóry mocniejsy?
Ruszono się od razu z szałasu i szop statek głodny na paszę wyganiać. Wtem ku szałasowi 
zbliżył się olbrzymi Gałajda, który pilnował wołów, brnąc w mokradle i dźwigając na rękach 
ciało pół biało, pół czarno powłóczyście odziane, kobiece snadż, bo długie, jasne, mokre 
włosy niemal do stóp Gałajdzie spływały.
- Je cóż to niesies? - spytał Sobek, przystępując z ciekawością.
- Ja to nalaz w kosodrzewinie - odpowiedział Gałajda.
W 'cichym, ustronnym uroczysku leśnym Maryna układała ostatnie kamienie na kopiec 
kwadratowy. Było to w sam dzień Wniebowstąpienia Najświętszej Panny Marii, 15 sierpnia.
7 Legenda Tatr
145

Krowy zeszły już z hal, zimna bowiem przyszły wczesne, a pastwisk wszędzie 'blisko chałup 
było dosyć; przy stawach 'zostali tylko juhasi z owcami i wo-larze, Teresia więc pomagała 
Marynie układać głaz na głaz.
- Bój się Boga, Maryna - mówiła - duse diabłu zaprzedanie. Dy jesce nie to, ale dziś sam 
dzień Matki Boskiej. Odpust w Ludzimierzu...
Nie odpowiadała Maryna nic, tylko stanąwszy przy stosie kamiennym i przymierzywszy, iż 
sięga jej wyżej pasa, rzekła:
- Dość.
Po czym siekierą poczęła ciąć dookoła siebie młode smreki, rąbać i na stos ciskać.
Teresia czyniła machinalnie to samo i wkrótce gruby pokład świeżych, smolnych kłód leżał 
na głazach.
Wtedy Maryna wyjęła z kieszeni serdaka krzemień, krzesiwo i hubkę, skrzesała iskry i 
podpaliwszy chraści, podsunęła ją pod stos drzewa.
- Maryna, rany Boskie - mówiła Teresia - dyj my krzcone... świenconom wodom...
Niedługo czekały: ogień chwycił się żywicznej smreczyny, języki ogniste poczęły obiegać 
białe drzewo, pełzać po nim, lizać je, wyginać się, jakby z sinoczerwonej blachy były, i 
'wystrzelać ponad nie i spomiędzy kłód, podobne do wiatrem chwianych czerwonozłotych 
kwiatów o ostrych końcach.
Naówczas, gdy się stos dobrze rozpalił, przystąpiła Maryna ku małemu byczkowi, który stał 
nie opodal uwiązany u jodełki, postawiła na ziemi garnek miedziany i zabiwszy obuchem 
byczka, poderżnęła mu nożem gardło, tak iż krew ściekała w miedź.
Następnie rozćwiertowała byczka i część po części na ogień rzuciwszy, postawiła wśród 
płonących polan garnek z krwią i wznosząc ręce do góry, krzyknęła głosem wielkim:
- Jecie i pijcie!...
146
- Maryna! - ozwała się Teresia, zaczynając dygotać.
Ale Maryna, jakby nie słysząc, wołała z oczami ponad las w niebie utkwionymi:
- Halu, 'ty, co w zimie marźnies, a odtajes na kaz-dom wiesne, boże wsehmogoncy, światło 
stworzenia, słowo ojca bogów i ludzi, ty, co zwiestujes objawienie. Jestem! Halu, boże 

background image

wsehmogoncy, iy, co wniwec obracas i zaś odnawias świat, w tobie cas, w tobie wiecność! 
Trygławie, ze wtorego trzok urwanyk głów staneno trzok bozyców, bóg biały, bóg carny i bóg
rudy, a za każdym siedem potęg, co światem władzom! Światowidzie - Słońce i wy, Zwiezdy 
wiecorne i raniejse, Lelu, Polelu, matko Lado, matko Dziewo, bogami brzemienna! I ty 
PierunieGromie, Torze, co wroga orzes! Zywieno, Dziedzilijo miłosna, Przyśnieno, pani 
sprawiedliwości, co się jyno śnis, Wodanie Jezerny z Wihrami! I ty Świentoborze, Jediowy 
Stromie ze siełom żelaza, Pachmo woniejący! I wy, Majki zielone majowe, Drzewice, 
przepromienione miesiącem, lasowe panny! I wy sytka, złe bogi, piekielni panowie, Peklencu,
Nijo, Marzanno, Carty, Latawce, Chwycice, Mór! Jecie i pijcie!
- Maryna, Maryna - 'szeptała, drżąc ze wzruszenia, Teresia.
- A cóż?! - 'krzyknęła Maryna. - W Imię Krystusa, z Naświentsom Maryjom Pannom ludzie 
śli i co się stało?! Ludzie pobici, Ciorśtyn wzięty, pan Kostka na palu zginon, sołtysa 
Łętowskiego ćwiertował miecem kat, jako ja haw tego bycka siekierom ozrubała! I co się 
stało?! Hań, daleko, pod Berestecke, kajsi na ślepak, ślakta hłopów ruskik pobiła! I co się 
dzieje?! Panowie się teraz zlecieli nazad do Polski mścić, jak krucy na chorego zająca! Ka 
słyseć: siubienice, pale, kije, kary, ogień, mieć! Panowie karajom, ze hłopi polscy wolności f 
cieli!
Krew się leje, jęk, płac, zębów zgrzitanie! Wolność hłopska posła w popiół i w dym! W Imię 
Krystusa, z Matkom Boskom panowie ślakta na hłopów idom,

no to my co?! Dyj się Bóg sam proci sobie nie porwie, a cóż mu lud? Na Boga trza bogów 
takik, jako i On!-
- Ze dy krześcijanski Panbóg namocniejszy...
- Mocny! Zwaleł kamiene ołtarze okfiarne, chramy świente, gontyny zmian, świente gaje, 
bożnice, przenoświentse bugaje w nik zabacone od ludzi;
A spytaj się nasyk dziadów, jako za starodawnyk bogów bywało. Kmieć beł wolny, ślebodny 
i z kmiecia beł król i królewski ród, jako kieby i s nas, z Toporów. Nie beł lepsy kruświeki 
Piast, jako haw podhalański Topór! Beł kmieć! Za starodawnyk bogów wolność beła - za 
teraźniej wiary jest pańscyzna, jest na hłopa łańcuhy, kara i śmierzć! Telo wej jest - więcel 
nic!
- No to co ty fces?
- Starodawnyk nasyk bogów wołam! Nieg nas wesprę jom, nieg broniom! Na całom Polskom 
hłopski jęk! Panowie z wojny wrócili i za reberyjom pana Kostkowom kara jom! Toś 
słysała?!
- Słysałak...
Wtem, kiedy się już krew dodymiała w miedzi, a mięso żarły smolne płomienie, zerwała 
Maryna grube, czerwone korale, setki talarów warte, ze szyi i rzuciła je na stos wołając:
- Co nadrogsego mam - wam da jem! Spojrzała po sobie - nie miała więcej kosztownego na 
sobie nic; więc zdarła z ramion złotymi kwiatami haftowany gorset i prasnęła na stos z 
wołaniem:
- I to! Hoć biedne!...
Nagle wzrok jej padł na złoty medalion święcony w Krakowie, 'który świecił w rozwartej 
koszuli na piersiach Teresi, powieszony na czerwonej wstążeczce; poskoczyła ku niej i urwała
go ze wstążki.
- Maryna! - (krzyknęła Teresia przerażona. - Cóż ty robis?!
- Ofiarujem go Niji, pani miłosierdzia, piekieł królowej!
i4a
Teresia zasłoniła twarz obu rękami ze zgrozy i jęła uciekać, sama zaś Maryna, jakby 
przesilona swym czynem, została bez ruchu i słowa nad ogniem.

background image

A gdy była już zupełnie sama, pośród milczących jodeł, smreków i buków, co tam rosły, w 
dzień cichy, padła na kolana i podniósłszy ręce na głowę z płaczem i szlochaniem zawodzić 
zaczęła:
- Dziedzilijo, pani miłosna, ty, co wieniec mirtowy różami mas pleciony! Wydrej ze serca 
mojego ten miełość niescensnom, przeklentom! Cok ci winowata, iześ mi carta wcielonego 
miełować kazała? On brata mojego i hłopów naskik pogromie!, przezeń pan Kostka, hłopski 
Mesyjas, na męki i śmierzć dany, on mnie buławom zlotom igłowe ozbieł, on fcrwiom 
hłopskom się pasie, hłopów katuje! Za cóż ja w tej miełości tonem, w tem miełowaniu sknem 
i pozbyć go nie mogem?! O Dziedzilijo, pani, 'bądź lutościwa mojemu pragnieniu! Wydrej mi
ze serca młodego, z młodej duse Sieniawskiego, ze Sieniawy pana!
I twarzą się ku ziemi skłoniła, a włosy jej ciemne, w dwa warkocze uwite, przez ramiona 
opadły na leśny mech.
Powoli iął wstawać wiatr i szumieć lasem.
Pod ten czas stary Topór Jasica i stary Krzyś siedzieli przed chałupą Toporową i ukwalowali. 
Toporowa żona, Sobcackula, do Ludzimierza na odpust pojechała. Bogata gaździna ubrała się
pięknie, aby ani mieszczkom nowotarskim, ani 'zamożnym sołtysiankom Długopolskim, ani 
słynnym z majątków Gąsior-kowym z Rogoźnika nie ustąpić. Na głowę czepiec włożyła 
wzorzysty, ślicznie i krasno haftowany, granatowo i czerwono, na szyję korale grube, w trzy 
rzędy, ogromnym dukatem spięte, na się kożuch odziała czerwonym suknem kryty, 
młodziutkimi, białymi barankami podbijany, do stanu, złotymi wstążkami szamerowany na 
piersiach i lamowany w pasie
149

i z tyłu. Spodnie wiele, a na wierzchu wzorzystą, ciemnogranatową w siwe tłoczenia, ku temu
buty żółte, wysokie, na podkówkach, a na ramiona rańtuch biały, cieniuchny. Tak strojna 
powiozła się z czeladzią wozem o drewnianych osiach, zgrzypiącym, parą końmi, tęgimi 
kasztanami, którymi pacholik niemy powoził.
W domu została tylko niemłoda, szpetn: służka Ewa od Koślów, ze sąsiedniej Pardółówki, i 
małe cielę, co w izbie mieszkało. Jak to' u gazdy.
Ciepły wiatr podmuchiwał.
- Wieś, Symuś - mówił stary Topór - co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem: ciepło.
- Ciepło. Taki wiater jak grzane piwo - odpowiedział Krzyś.
- Hej wiera, ciepło. Taki dzień, jak wte, kie Sobek z hłopami w Ciorśtyn seł.
- Taki.
- Nie dał Bóg - rzekł stary Topór i zasmucił się. Ale Krzyś, jedno brzydził się smutkiem, 
drugie, nie poniósł osobiście żadnej szkody, trzecie, o humor i zdrowie bogatego Topora, 
swego hojnego przyjaciela, dbał, rzekł więc:
- Nie trapmy się. To na nic. Kieby ziemia beła smutna, toby ś niej kwiaty ani jagody nie rosły.
Topór pomyślał.
- Boby nie mogły - powiedział.
- Nie rosłoby nic, jyno krzan.
- I gorcyca.
- Terazeście wej, Janie, dobrze pedzieli! Wy macie głowę! I jałowiec.
- Hę hę hę! - rozśmiał się Topór. - Kwicale by miały uciehe, ale Symuś, dziecko, co by tyś 
wte pasterki zbierały po lasak?
- Abo s cym by się ołtarz strojeł?
- Hę, wieś, Ona ta wie, Matka Boska. Ona se wse kwiatów nagazduje na wiesne.
- Je bo wie, ze Jej świento będzie na Matkę Boskom Zielnom.
150
_ Ale dziś pono Wniebowstąpienie, to jesce lepsej Matki Boskiej jako Zielnej.

background image

- O, bo lepsej. Nie mas lepsejsej jako dzisiak. W tej chwili wiatr zadął mo'cniej i na bakier 
lekko
wdziany kapełusek Krzysiowi z głowy o parę kroków
na murawę zniósł.
- Is, is, is! Nie dało, a biere - rzekł stary Topór.
- To nie w porzondku - dodał Krzyś podnosząc kapelusik. - Daj, ale nie bier!
- Hę - - cy nam tyś ta Sobcackula co prziwiezie z odpustu? - rzekł Topór.
- E! - zauważył Krzyś z niedowierzaniem, spoglądając na Topora.
- Prziwiezłaby to co kiedy gaździna! - ozwała się Jewfea, wychylając głowę z drzwi. - Dy to 
łakome jak pies, a skąpe co cud!
Stary Topór zaczął się śmiać.
- Słuśnie gada. Jewka zaś zakończyła:
- Obiad!
- Pojdze - rzekł Topór do Krzysia, zapraszając.
- Je dy ta - odpowiedział Krzyś z ceremonią, choć na obiad czekał pożądliwie.
- E pojdze jyno! Podź.
- Je dy ta - powtórzył Krzyś i poszli do izby, gdzie ich bogactwo otoczyło.
Tam Jewa postawiła przed 'nimi krupy warzone i dymiące mięso baranie. Dobry obiad we 
wielkie święto.
Podsunęła Toporowi baraninę, a Krzysiowi krupy, ale Krzyś rzekł:
- Wy mnie krupami, koślawko, nie sielcie, ba mi dójcie klubre mięsa, bo mi z mięsa nie źle.
Usłyszawszy to Topór śmiać się zaczął i sam gościowi mięso w misie przysunął mówiąc:
- To to taki skąpy brzydoś, jak i Sobcackula, ta Jewcia.
Jedli. Krzyś mlaskając połykał i połykał, bo żarłoczny, choć mały był. Nie mogła Jewa 
wytrzymać
151

i rzekła z przekąsem, widząc, że ogromnie ubywa z misy:
- E dy już może dość będzie? Ale Krzyś odpowiedział:
- Lepi coby brzuk puknon, jak coby to miało ostać - i jadł dalej.
A gdy się już najedli i gęby otarli, stary Topór mleka słodkiego się napił i do Krzysia się 
ozwał:
- Matki Boskiej Wniebowstąpienie... hm... Słisałeś tyś to, Symuś, co gadajom?
- Je co?
- O Mace Boskiej na Suhyfc Horak oray/sluk?
- Wiem.
- Ze je żywa ma być?
- Ta, co skądsi z Uherska na Suhe Hory do kościoła uciekła?
- Ta. Ksiądz niewierny beł i przekonać się fciał, i nozyke mały palec skrabnon. Krew wysła.
- Wiem. Pote się za żywa zamurować dał.
- Sam się wej ukarał, jeże niewierzący beł. Kościół drzewiany, a przy nim murowana komora.
- Haj. Ale nie mas Matki Boskiej nad Ludzimir-skom *.
- O, nie mas! Ona je tyś żywa. Kie jom po ujńściu ludźmirskik cystersów do Scyrzyca w 
Nowy Targ do fary przenieśli, to się w nocy wyrtła do Ludźmirza.
Ale n i ś mas Matki Boskiej nad Ludzi-m i r s k o m (...) - "Matka Boska Ludzimirska, z 
kościoła, w XIII wieku fundowanego, do wystawionego przed dwudziestu kilku laty nowego 
przeniesiona, w ołtarzu wielkim od niepamiętnych czasów przez Górali jako cudowna jest 
uważana (...) Jest to największa i najdroższa świętość całej góralszczyzny, która ją czci jako 
patronkę swoją" (przyp. aut,). Drewniana statua Matki Boskiej z Dzieciątkiem powstała ok. r. 
1400. Jest dziełem anonimowego ludowego snycerza i należy do zabytków archaicznej rzeźby

background image

ludowej na Podhalu. "W XIII wieku osiedlili się cystersi w Ludzimierzu; wskuteik napadów 
'zbójeckich pozostawiwszy kościół i klasztor, uciekli do Szczyrzyca [r. 12:45]. Kościół 
przetrwał aż do ostatnich czasów; już za mojej pamięci rozebrano go i postawiono nowy, 
murowany [w r. 1869-1877]" (przyp. aut.).
152
- W nocy. Hłopi konie pasący jasność widzieli, jak
bez pola sła.
- Haj haj ha j! Rada swój kościół widzi.
- Je dy Jej tyś w nim dobrze. Ciepły, suhy, a i malowany pięknie, padajom, bok hań nie beł. 
Cóż by ci hań nie siedziała?
Umilkli chwilę.
- Je - rzekł Krzyś - sytka świeńci ku Mace
Boskiej nie płacom nic. Ona je władna.
- Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem:
władna.
- I dobra.
- Haj.
- Dowiedział ja się z jednego wendrownego cłeka, ono to kesi w Polsce miało być, co się raz 
stało. Przi-seł złodziej i korale Mace Boskiej w ołtarzu ze syje fciał sjonć. Siengnon rencom, a
Ona wystawiła rącke z ołtarza i hyciła go za ten renke.
- E raty! Za ten renke?
- No. Nijakim świate się wydrzyć nie móg.
- Eu!
- No i dobrze nie bardzo, ześli się ludzie. Radżom:
co mu robić? Jeden gada: Uciońć mu renke! Drugi gwarzi: Uciońć mu głowę! Trzeci mu roki 
sądzili, ono nic, trzimie. Jaze jeden pada: Darujmy mu! I wte Matka Boska tego złodzieja 
puścieła.
- Puścieła?! E raty, Symuś, dziecko! Puścieła?...
- Telo je dobra.
- E ze już dobra! To ci powiem, tak jak jest:
dobra.
- Dobra.
- Anibyś wej nie pedział, ze to z babskiego fajtu,
babski potunek.
- O bo nie! Kazbyś ta! Ja baby znam!
- Raz ci upuściela, jak w puhu.
- A pote cię telo dogryzie, co ci do pluć zajźre.
- Hę hę hę! - rozśmiał się stary Topór z uradowanym rozkosznym znawstwem. Krzyś 
pożegnał się niebawem i poszedł. Obawiał on
153

się docinków skąpej Toporowej, gdy powróci z odpustu, bo bardzo dużo zjadł.
Poleciała i Jewa, posprzątawszy po obiedzie, na Pardółówkę do siostry, co tam wydana była.
Został stery Topór sam.
Począł się przechadzać po izbie, a cielę beczało głodne. Użaliło się go Toporowi i częstował 
je mówiąc:
- Ze bodej ze to keny, bodę j! E wtoz to widział płakać! E cóż mię lizes, e dziadulko? Nie 
dostanies połedininki pilno, bo zakiel ta z odpustu gaździna przijedzie!... Mas młodzicek, mas
sianecko, prógujze... Nie bęc nic!...

background image

Dawał cielęciu siano z ręki, a ono chwytało raz za źdźbła, raz za palce; stary Topór uśmiechał
się z rozrzewnieniem.
W tej chwili silnie ktoś zapukał do izby, tak śmiało i silnie, że Topór pomyślał: cy 
Litmanowskiego Nędzy Janosik cy co? - i głośno zawołał:
- Nie zaparteT
Otwarły się drzwi i schylając głowę pod niską framugą dworzanin Sieniawskiego, Sulnicki, 
wstąpił przez próg, a za nim ukazało się kilku sieniawskich kozaków.
- Niech będzie pochwalony! - ozwał się Sulnicki.
- Niegze będzie. Witajcie, panie! - odpowiedział Topór. - Co haw fcom?
- Takeśmy po drodze wstąpili - rzekł Sulnicki, siadając na ławie. - Na mleko. Uczęstujecie 
nas?
- Je dyć gaździnej nie mas - rzekł Topór z zakłopotaniem - pojebała 'z celadziom na odpust. A
i Jewka służka kajsi...
- O, to nic - odpowiedział Sulnicki. - Wnuka wasza, Maryna, nam poda.
- I Maryny nie mas - kesi wysła, od ranią.
A skondze pan Maryne zmajom? - zapytał prosto-
dusznie.
- Z Czorsztyna! - roześmiał się Sulnicki brutalnie.
154
Nieufność i gniew zagrały we wąskich, przymglonych źrenicach Topora.
- Z Oiorśtyna? - rzekł. - Ka jom rycerz buław-kom w coło wycion?
- Stamtąd, stamtąd - zaczął Sulnicki jak pierwej, ale nagle mu snadź coś do głowy przyszło, 
gdyż zmienił ton i ozwał się uprzejmie:
- Panu memu luto Maryny, że uderzoną została. Sto czerwonych złotych jej posyła, nagrodzić 
pragnie.
Na widok złota, z brzękiem z trzosu wysypywanego na stół, wąskie, przymglone źrenice 
Topora zapłonęły chciwym blaskiem, a palce zadrgały.
- I jeszcze nie tak ją nagrodzi - mówił Sulnicki - tylko powiedzcie nam, ojcze, gdzie Maryna?
- Kie tyś nie wiem, prosem ig pięknie - odpowiedział stary Topór z uszanowaniem.
- No to my tu na nią poczekamy - rzekł Sul-nitfki. - Chłopcy! Dać tu miodu, ale konie 
gotowe! - rozkazał kozakom.
W starym Toporze wzbudziła się znowu nieufność.
- Zołmirze? - zapytał wskazując kozaków.
- Pańscy.
- Moc ig haw?
- Trzydziestu.
- Trzidziestu?! Cy wojna?
- Może być i wojna - uśmiechnął się zuchwale Sulnicki. - Witki w lasach...
Stary Topór drapnął się za uchem i zabrał ku drzwiom mówiąc:
- Ja haw zaraz bedem.
- Dokądże to zamierzacie iść, ojcze? - zapytał Sulnicki, zastępując mu drogę.
- A cóż mi to z własnyk izbów wyjść nie ślebodno? - obruszył się staruszek.
- Macie gości.
- Wiera, gości - rzekł Topór bardzo nieufnie. W tej chwili dojrzał przez okno Sulnicki 
wychylającą się z lasu Teresie.
155

- Łap! - krzyknął pokazując ją najbliższym kozakom, otaczającym dom.
Teresia cofnęła się na widok żołnierzy przed domem i znikła w gąszczu; kilkunastu jeźdźców 
ruszyło galopem ku lasowi.

background image

- Kogóż to pan łapać kazujom?! - zapytał ciekawie, ale energicznie stary Topór.
- Twoją wnuczkę, Marynę, chamie! - huknął Sulnicki pewny swego. - Bośmy po to 
przyjechali!
Stary Topór zapłonął cały; rozprostowały mu się plecy, jak kiedy w pochód wojenny 
wybierających się chłopów błogosławił, cofnął się krok w tył i krzyknął groźnie:
- Wnękę mojom, gazdowskom dziewkę, wy?! A cóż wam do niej?!
- Będzie łóżko mojemu panu słać i będzie z nim spać! - odpowiedział Sulnicki.
- Ona? Pańska dziewka?! Maryna?!
- Mogła zdrajcy, hołyszowi Kostce, za podściółkę być, woli panu wojewodzicowi!
- Pan Kostka świenty cłowiek beł! - zawołał Topór oburzony. - Z famieliji swientej i 
królewski pułkownik! La Boga i la króla takiemu nie bees ujmował nic! A wy, psiogłowce 
zatracone, w pole! Mars!
- A to? - krzyknął Sulnicki wskazując dukaty na stole.
Zawahał się stary Topór, na złoto spojrzawszy, ale tylko na sekundę jedną; zagarnął 
przedramieniem w koszuli dukaty i z brzękiem rzucił na podłogę, wołając:
- Bier se ig! Zjedz!
Sulnicki zaśmiał się i krzyknął:
- Zliżesz, stara świnio, gdy stąd Marynę za włosy powleczemy!
Ziskrzyły się wąskie, przymglone oczy starego Topora; schylił się, chwycił siedak za nogę i w
łeb nim w czapę drucianą Sulnickiego trzasnął, że się ten, zamroczony od ciosu, gębą na stół 
zwalił; potem zwró
156
cił się ku kozakom ze wzniesionym stołkiem, krzycząc:
- Ja tu gazda! Tu was wybijem do nogi, piesecne psy piekielne! W pole!
Ale pachołek przyboczny Sulnickiego, nie czekając, kindżał z pochwy na piersiach dobył i w 
bok pod serce Topora pchnął. Z rozkrzyżowanymi rękami, z jękiem: Jezus kohany! - zwalił 
się starzec na podłogę. Za czym 'poczęto go bić i kopać, i zabito.
Widząc, że Sulnicki bez zmysłów, na stół twarzą padłszy, leży, kozacy, którzy słyszeli, iż 
gazdowie górscy skarby miewają, jedni dukaty pozbierali, a drudzy plądrować się dom 
rzucili. Tymczasem też jeden po drugim gońcy Teresi popowracali.
- Nie złapaliście?
- Nie. Kamień we wodę! To był majak.
- Czort zatumanił...
- Diabeł zrobił, żeby dusza tego starego bez odpuszczenia grzechów do piekła poszła...
Sprzewracawszy, co było, zrąbawszy skrzynie, zwaliwszy piece, zrujnowawszy piwnice, 
stajnie, chlewy, zabrali kozacy nieprzytomnego jeszcze prawie Sulnickiego między siebie na 
konia i kłusem ruszyli ku drodze, którą przybyli, unosząc łup co lepszy.
Teresia, ujrzawszy dom Toporów otoczony żołnierzami, za których wzięła Sieniawskiego 
kozaków, przerażona cofnęła się w las, a słysząc, że ją gonią, wpadła do starego, 
opuszczonego lochu, kędy podobno niegdyś osiadły tu szlachcic, Płaza, banita, wino chował 
w beczkach. Loch w gąszczu między dwoma wykrotami po wietrze halnym uszedł uwagi 
kozaków. Tak im się też dziwnym wydało, żeby ktoś im po prostu z oczu znikł, że nie bardzo 
tropili, od razu mamunę czarcią przypuszczając.
Długo siedziała w lochu Teresia, nim się wychylić odważyła, a gdy ostrożnie ku krajowi lasu 
podeszła i przekonała się, że nikogo naokół nie ma, pobiegła ku domowi Toporów i trupa 
starego Topora w progu ujrzawszy, wrzasnęła z przerażenia i nie patrząc wię
157

cej, trzęsąc się cała jak od zimnicy, popędziła w uroczysko leśne ku Marynie.

background image

Niedługo potem stara Toporowa, Sobcackula, z odpustu z furmanem, małym pacholikiem, 
niemową, bo reszcie czeladzi pozwoliła w Ludzimierzu jeszcze pozostać, w obejście 
wjechała. Wspaniale, po gazdowsku. Nie wiozła z odpustu nic prócz kukiełki.
Na widok mężowego trupa i wnętrza domu zrąbanego i zniszczonego: w bezwładzie i 
skostnieniu członków upadła na twardą glinę sieni wznak; pacholik wystraszony głowę jej 
podjął i poduszkę przywleczoną podsunąwszy, uciekł nieprzytomny ze strachu, konie 
zostawiając.
Nie zastawszy siostry w domu, powracała też na Hrube i Jewka, nie mogąca się uspokoić nad 
apetytem Krzysia.
- Wrodoś, kielo to żre! - mruczała. - Miskę byś połknon! Wiera nie?! Przepaśny koń! Wilce 
garło! Zarbyś? Jaskółce gniazdo!
Nagle głos zamarł jej w krtani: z otwartych drzwi od sieni wyskoczyła z cienia przez wysoki 
próg łasica.
- Je cóż to?! - zdumiała się Jewka. - Nie mas nikogo, co haw łasice gazdujom? Je dy wóz i 
konie na oborze...
Wstąpiła do sieni i omal nie potknęła się na leżącej z odjętą mową i władzą członków 
Toporowej.
Potem natrafiła na zamordowanego Topora; potem ogarnęła zdumionymi oczami zrąbane 
skrzynie, poodrywane dyle podłogi, sprzewracane łóżka, zdarte półki, rabunek.
- Zbójnik! beły - zakonkludowała - abo panowie karajom...
Siadła na ławie, wtem wzrok jej padł na coś błyszczącego w rogu pod ścianą - podbiegła.
- Dukat!... Miał!...
Rzuciła wzrokiem wzgardliwym na starego Topora.
- Miał!
Zaczęła szukać, szperać, biegać jak łasica po domu.
158
Znać było, że szukano przed nią, ale śladów pieniędzy Toporowych nie znalazła.
Były one schowane dobrze, pod jaworem za izbami, w ziemi.
Czego kozacy nie ukradli, to szukając pokrajali, posiefeli, poszarpali. Mało co pozostało w 
dobrym stanie.
Jewka od razu, nie namyślając się, nie żałując nikogo, postanowiła iść na służbę ka inendej.
Toporowie, Sobek i Maryna, którzy żywi pozostali, nie byli jeszcze wprawdzie bynajmniej 
"dziady" mimo rabunku, ale ją nieradzi widzieli - młode pępki, łandygi!
Postanowiła też w te razy wynieść się z Hrubego w dalszą okolicę, zabierając co się da. 
Rozłożyła wielką chustę na pośród izby i ładowała w nią graty mrucząc: dobre - niedobre...
Nie szło jej o nikogo.
Ale oprócz przyodziewy, o ile jej kozacy nie ukradli, jedyną niemal rzeczą nie zniszczoną, a 
zabrać się dającą na plecy, była poduszka, na której leżała Toporowa.
Ze skołczałym językiem i skościałymi członkami, straszliwym wzrokiem za kradnącą i 
plądrującą Jewka wodziła leżąca na glinianej polepie w sieni bezwładna, ale przytomna 
Toporowa Sobcac-kula.
Kradnie!...
I oczy jej w nieruchomych oczodołach paliły się piekielnym blaskiem, stare, wściekłe, 
bezsilne oczy...
Kradnie - ten dziad, ten plugac, sługa!
Okrada ją - gaździnom nad gaździny - - kradnie jej majątek!... Resztę majątku!...
- Hę! Zagłówek! - zamruczała Jewka łakomo, patrząc na poduszkę pod głową Toporowej. 
Zagłówek, poduszka, piękny, fajny, dobry! Piękna poduszka!...
Pochyliła się nad Toporową i chwyciła poduszkę za dwa rogi, wtem we włosy wbiły się jej 
jak szpony

background image

159

suche, chude, kościane palce ręki gaździny i zastygły
tam, zdrętwiały zamarłe.
- Puść! - charknęła Jewka. - Puść, bo cię za
dawiem!
Ale oczy Toporowej Sobcackuli tak straszno patrzały w jej twarz, że nie śmiała jej sięgnąć ku
gardłu, aby udusić.
- Gaździno, puście! - jęła błagać.
Chwilowo przerwany okropną złością bezwład członków Toporowej trwał znowu. Jewka 
chciała rozerwać jej palce siłą, ale nie mogła.
Wołać było późno. Głos się głuszył w sieni i dom stał daleko i osobno na polanie.
Powoli zaczął zapadać mrok.
Olbrzymi Gałajda wraz z Sobkiem dziwne stworzenie przynieśli do szałasu i wszyscy juhasi i 
gońcy zbiegli się i zadziwieni oglądali.
Gałajda trzymał to na rękach ostrożnie, blisko ognia i obsuszał, bo było mokre.
Dziewka to była młoda, cudacznie ubrana. Miała suknię na sobie białą, sukienną, na tym 
płaszcz czarny sukienny i na nogach drewniane, przypięte rzemykami podeszwy z obcasami. 
Te to Sobek po śniegu ślakował.
Cudowali się Sobek, Marduła, Byrnas, nawet stary
Kret nic nigdy podobnego nie widział.
Chrzczone było, bo mu na szyi złoty krzyżyk na złotym łańcuszku wisiał.
Mokre było całe i oczu otworzyć nie chciało. Ale
żyło. - E dy ozebrać trza, coby oskło - rzekł stary
Kret.
Więc że dziewek nie było, stary Kret i Byrnas na rękach Gałajdowych rozbierać ono zaczęli, 
młodsi zaś z szałasu wyszli. A że babskiej przyodziewy nie mieli, owinęli nagie, bo do 
koszuli przemokło, do suchych guń i uwędzonych w dymie kożuchów i położyli nisko
160
i blisko ognia na ławce, tak ażeby dym ku twarzy nie szedł.
- Uwarz słodkiego mleka - rzekł stary Kret do Sobka.
Więc Sobek wypłukał czyste naczynie i mleko z ostatniego udoju gotować zaczął, oni zaś 
radzili, co by to mogło być i skąd się wzięło, ale nikt nie wiedział nic...
- Przisło...
Wtem dziewczyna westchnęła i otwarła oczy niebieskie.
- Patrzi - rzekł młody goniec.
Ale Sobek palcem milczenie nakazał przez delikatność.
Gałajda zaś suszył koszulę i suknie nad watrą, bacząc, by się nie przypiekły.
- Gdziem jest? - ozwał się cichy, słaby głos.
- U nas, w sałasie stawiańskim - odpowiedział Sobek.
- Mleka jej dajcie - rzekł Kret.
Nalał Sobek gorącego mleka do czystego skopca i podstawił pod usta dziewczynie, w obu 
dłoniach dzierżąc.
Piła - i kolory życia nieco jej na twarz wracać jęły.
Wypiwszy popatrzyła po sobie i prawie że krzyknęła:
- Jam naga! Gdzie moja koszula?!
- Jeć się susy - odpowiedział Gałajda rozpinający koszulę jak żagiel ku ogniowi.
- Oddajcie mi koszulę, suknię, płaszcz! - wołała dziewczyna, zatulając się gunią. - Czy wy 
zbójcy?!
- My juhasi, pasterze - powiedział Sobek. - Nie bójcie się haw nicego!

background image

- Wy dobrzy ludzie?
- Z dobrem! dobrzi.
- Jam - zaczęła i urwała.
- My się ani nie pytamy, wtoście wy - rzekł Sobek. - Będziecie jesce pić?
161

Dziewczyna rąk nagich spod guni wyjąć nie chciała, więc jak poprzednio przykląkł nad nią i 
ze skopca ją poił.
Napiła się, zamknęła oczy i twarz schyliła.
- Może będzie spać - szepnął Kret.
- Wyście dobrzy ludzie? - zapytała cicho, widocznie usiłując walczyć z wycieńczeniem i 
snem.
- Śpijcie jak u janioła na rencak - odpowiedział Sobdk.
- Młode - nie będzie temu 'nic - szeptał Kret. - Cud boski, ani nóg nie odmroziło. Musiało 
kajsi w kolibie siedzieć. Gałajda, kaześ jom nalaz?
- Ja to 'nalaz uswijane w kłębko w kosodrzewinie. Wisiało w gałęziak - odpowiedział powoli 
Gałajda, rozciągając obsuszoną koszulę na żerdzi nad watrą.
- Musiało nogi stulić pod się, a ręce za pazuhy wephać, bez to nie odmroziło - rzekł Kret. - 
Bóg świci, co nie zglewiało samo. Uwazujciez, coby 'zygi na niom nie leciały.
- Siumne dziewce - szepnął Byrnas, gdy dziewczynie przywarły się powieki.
- Jak leluja! - szepnął Sobek.
- Do cudu! - szepnął Marduła.
Na palcach chodzili, drwa obsuszali, nim na ogień poszły, by nie dymiło, mleko gotowe mieli,
a coraz czym świeżym przyodziali.
Dziewczyna leżała na naprędce usłanym posłaniu ze smreczyny i chust, pod kożuchami.
- Zamglało w kosówce - mruczał Kret. - Nieg się odeśpi. Osata się hnet, bo to młode.
Czuwali. Obleczona przez Kreta i Byrnasa w koszulę dziewczyna leżała.
Szeptem ozwał się Brzegów Wojtek do Sobka:
- W samem tem miejscu leży, ka pan Kostka pościelone miał.
Wydało im się, że dziewczę drgnęło; popatrzeli - blade było jak płótno i głowa zwisła mu w 
tył. Zlękli się mocno, ale stary Kret znał obacować i do przytomności dziewczę przywrócił.
162
Lękliwie pozierali, czy znowu nie zemdleje. Przeszła noc.
I na drugi, i na trzeci, i na czwarty dzień czuwali - stała się wielka cisza w szałasie.
Jeden przed drugim żałował, że bab nie ma do pomocy i przyzioru, ale wszyscy radzi byli, że 

sami.
Posługi spełniał stary Kret z pomocą starego Byrnasa.
Nie wiadomo było, czy dusza nie ucieknie, ale ją za wszystkie końce trzymali.
Nie sądzili dziewczęciu życia, ale nie tracili nadziei, że nie umrze.
A nie dziwota, że śmierć za węgłem szałasu stała -- co to przetrzymać musiało, nim ją 
Gałajda znalazł, co przetrwało...
Nauczyło się to biedy, o ha j...
Ale stary Kret znał zioła cudowne; więc zbierali je na wyprzódki i do szałasu nieśli, a 
Marduła po najlepszy litworowy korzeń aż w Litworowe pod Polski Grzebień * lasami na 
Roztokę i na Białą Wodę doliną pod Wysoką poleciał. O świcie się wybrał, a słońce śródpołu 
wysoko jeszcze na niebie stało, kiedy wrócił. Tylko nowe kyrpce zdarł.
Stary Kret ziela warzył, a on seliriiejakie przysady znał; zamawiał chorobę.
Dziewczę o świecie nie wiedziało, gadało, krzyczało. ale nikt nie rozumiał, co.
Jeszcze co można było zrozumieć niekiedy, to słowo: oczy.

background image

- Urzók jom wtosi ocyskami - mówił stary Kret.
Szóstego dnia rano choroba się jakoby przesiliła i dziewczę przytomnie spojrzało.
w Litworowe pod Polski Grzebień - Dawniej Polski Grzebień stanowiła długa partia 
szczytowa Tatr pomiędzy Małą Wysoką a Lodowym. Być może nazwa ta obejmowała 
pierwotnie pasmo szczytów jeszcze rozlegle jsze: od Wysokiej obok Rysów aż po Lodowy. 
Obecnie - przełęcz pomięć'- ' ^elickim Szczytem a Małą Wysoką.
163

Stało się wielkie święto w szałasie. Że delikatnie jeść musiało być nauczone, dawali mleko 
słodkie z miodem, którego Mardule dziewki
aż z dalekiego Ratułowa naniosły. Nikt się o nic nie pytał, o nic dziewczęcia nie
badał.
Było. Zrobiły się cudne, gorące dni i zaczęto wychodzić
przed szałas.
'Naszła jednak noc parna a chmurna i mglista nadzwyczajnie.
Nie mógł Marduła wytrwać. Wybrał się cicho z szałasu i przeżegnawszy się od złego, 'przy 
czym mruknął trzykrotnie: ,,Ojcze Światowidzie!", i rzuciwszy przed siebie trzy kamyczki, 
puścił się niesłychanie szybkim pędem z kroku ku Liliowej Przełęczy, skąd zsunął po ćmie 
jak nietoperz dołu, kamienie trącone, nim spadły, stopą przytrzymując, cicho ponad szałas 
liptowski. Przystanął obwysno nie opodal za skałą, nasuł prochu na twardą dłoń, skrzesał 
'iskrę i zapalił. Buchto. Już był pewny, że żaden pies nie zaszczeka. Po czym kradł się bez 
szelestu za instynktem, jak żbik przyczajony, a jak ryś posuwisty. Znał. gdzie
koszar.
Powiadajom na mnie, ze jo ukroi jagnię, jo je ukrod z owcom, niek mi robiom, co fcom -
męłło mu się wśród zębów. Nie był ani wesoły ze psoty, ani rad z zuchwałości - wciągnięty w
siebie przystępował i przystępował, wolno a zsuwisto po uboczy, przychylony i diabelnie 
ostrożny. Dopadł owcę zza ogrodzenia, jedną ręką za wełnę na leżeniu, drugą za nos, by nie 
zbeczała, podniósł bez żerdź, zarzucił jak mógł na plecy i ramię i chyłkiem w zwyrt 
najśmiglejszy w górę skoczył. Psy się nie ruszyły. Dopiero rad się stał, bo dokazał stuki nad 
śtukę, zuchwałości nad zuchwałość, bystrego serca nad bystre. Już mu dygotało na 'zębach:
Ucyła mnie matka pięknie zatancowac, a ociec mię ucyl ukraść, dobrze showac -
ale się wstrzymał.
Juhasi liptowscy czuwali niedaleko w nizinie. W bacówce watra gorzała przez szpary. 
Marduła się od razu schylił z owcą na karku, wypiął portki ku juhasom i pomiędzy nogi swoje
pozdrowił ich niepięknie. Po czym się wyprostował, podskoczył i kerpce na dwoje w 
powietrzu skrzesał z uciechy, jedno, że ukradł, drugie, że pannie przyniesie.
Na Litijowem się ozdarł:
- Bacio, boziaj me w rzyć i z owcom!!... Owcooom!!...- rozległo się echo od Swinicy i 
Walentkowej ku Gołym Wierchom i Zielonemu Krzyż-nemu - tak zgiełcało we mgle, jakby 
się dzwor
w niebie urwał,
I uradował się Marduła, że ma taki piękny i do
nośny głos.
Powstała rano larma na Hali Liptowskiej; bać
z Wierchcichej spostrzegł i wybrał się z pięciu juha sami zbrojne, na siłę skradzione owce 
odbierać. Mai duła słynął. Przyszli czarni, odymieni i od mosiądz dżwięczący, wczas, w 
słońca, co mgły zgasiło, blask Ale Sobek wyszedł naprzeciw nich z juhasami i gc
się sobie wzajem pokłonili, rzekł:
- Mamy tu pannę, przy bitce krzyk. Wrócem wal
To ino bez spaś. A jakby wam o bitkę sło, to s

background image

zejńdżmy hań na grani. Zgoda?
I dał owcę, którą Mardule markotnemu odebr
- Zgoda - rzekł baca. - A jakbyście se chci
spróbować, wyjdzeme. Pokłonili się sobie godnie, podali ręce i rozeszli
godnie. Ale przechodząc mimo Bobkowego szałasu b
z Wierchcichej i juhasi liptowscy ujrzeli dzie"w
siedzące przed progiem. - Jaaj! - zadziwił się śpiewnie baca z Wierć
chej Doliny.
164

- Jaaj! - zadziwili się śpiewnie juhasi. Bo to był śpiewny, smętny, słowacki lud; a nie miał w 
węgierskiej niewoli nic prócz swoich kobiet.
I stanęli rzędem, i dziwowali się pięknu, co rozkosz daje.
I ze wzdychaniem, brzęcząc blachami i zbroją, w górę odeszli.
A gdy stawiańscy juhasi z gońcami owce paść wygnali, Sobek sery w szałasie gniótł; stary 
Kret, do słońca się grzejąc, bo cudne sierpniowe pogody były, pośród głazów na hali 
dziewczęciu opowiadał.
Opowiadał jej o ogromnych kościołach w skałach, gdzie księża w białych komżach mszę 
odprawiają i tysiące świec się jarzy, a od organów na chórach cała góra wewnątrz gra; 
opowiadał o pieczarach, gdzie złote są mosty nad wodami, po których od mraikoty mało 
widno, a na sadzawkach bezdennych złote kaczki pływają i jajka z diamentu niosą; o parobku,
co dziewczętami gardził, a po śmierci za nimi biegał i rutę im z kapelusza dawał, żeby mszę 
za jego duszę kupiły; o dziewczynie, co nikogo kochać nie chciała * i po śmierci zmieniła się 
w kwiatobłok, co ani na ziemi siąść, ani do nieba wzbić się nie może;
o królu wężów, co na Tatrach leżał i nikomu się widzieć nie dawał, aż gdy go parobek jeden 
odważny podpatrzył, on śpiących rycerzy na śpiących koniach ze sikały na lud w burzy i 
zawierusze puścił. Od których lud Perłowic, co się z połkniętej perły kobiecie jednej koło 
Jaszownic urodził *, za poradą lilii za
Opowiadał jej o ogromnych kościołach w skałach (...) o pieczarach, gdzie złote są mosty nad 
wodami (...) o parobku, co dziewczętami gardził (...) o dziewczynie, co nikogo kochać nie 
chciała (...) - Są to na ogół reminiscencje z Seweryna Goszczyńskiego (Dziennik podróży do 
łotrów, zwłaszcza w rozdziale zatytułowanym Świat duchowy Podhalan oraz poemat pt. 
Sobótka, którego akcja rozgrywa się w Tatrach).
Perłowic, co się z połkniętej perły kobiecie (...) urodził - Perłowic, wg podania góral-
166
biwszy smoka Wołosyna, który się zamienił w górę nad Roztoką, i widziadło, co w Mnicha 
skamieniało nad Rybim Jeziorem, i zwalczywszy króla wężów - uwolnił. Ale do śpiących 
rycerzy nie doszedł, bo król wężów, uciekając pod ziemię, skałę ogonem strącił i wchód do 
nich zawalił. A Perłowic się potem z lilią ożenił, bo tak był ślubował, gdy prosił Boga, aby 
mu lud od utrapienia uwolnić pozwolił. Wówczas lilia przed nim wykwitła i broń mu 
pokazała, maczugę. A gdy wątpił, to maczuga była tak ciężka, że jej dźwignąć nie mógł; a 
gdy wierzył, to była lekka jak pióro. Nią zwyciężał.
I opowiadał jej o czarnym, samotnym stawie pod Kościelcem, kędy z głuchych skał ściekała 
woda i kędy wiatr pływał na fali poruszonej. On trzy kwartały w roku, gdy owce, co się nad 
nim pasały, z hali zeszły, bywał samotny. A wtedy z wielkimi jeziorami w Pięciu Stawach, z 
Rybim Jeziorem i Morskim Okiem ponad nim, z Hinczowym Stawem za Hrubym Wierchem 
Mięguszowieckim on gwarzył. Pytał się ich bez wiater przed zimą: Nie śpicie ta jesce? - czy 
jeszcze na nie nie zapadł lód; a potem na wiosnę:
Nie śpicie ta jus? - czy lód już po nich potajał. Głosiły się stawy jeden do drugiego, bo sytko 
polubienie 'ma.

background image

Gwarzyły, jako to było, kiedy cała dolina popod Tatry pod morzem była. Były wody 
niezmierne na obszerz świata rozlane, one zaś, wyniesione wysoko w górach nad morskimi 
wodami, słuchały, jako szumią, bo do chmur zdychno było.
Tysiąc lat po tysiącu szło.
Wtem przyjechał król Chrobry i mieczem przeciął łańcuch gór. Z niesłychanym hukiem i 
grzmotem runęło morze w dół za Gorce i świat tamten zalało. Ka było morze, leje się Biały 
Dónajec i Carny.
skiego, pogromca króla wężów - Wołoszyna, wybierającego haracz z ludności miejscowej. 
Podanie to, umiejscowione częściowo w Pieninach, częściowo w Tatrach.
167

Stawy zostały same, samotne, wielkie wody na wysokości. A jeszcze dawniej nie było nic, 
lem śnieg i lód. Dawno.
I różne inne powieści prawił stary, istuletni Kret, a dziewczę słuchało.
Nieraz też juhasi kolejno, jeden za drugim, przy muzyce czyjejkolwiek tańcowali w szałasie 
wieczorem, a potem często cała gromada chłopaków, gońców, wyskakiwała naraz koło watry 
"drobnego", aż bita ziemia odzywała. Czasem chłopcy ,,cud broili":
na igłowach stawali, ma rękach chodzili, we watrę się prali, na drągach na poprzek pod 
dachem powtykanych wieszali się jak małpy i śpiewali popod dach.
A że dziewczę rado słuchało, więc i juhasi śpiewywali, po dwóch i po trzech lub wszyscy 
razem w szałasie bacowskim, a nigdy nic nieprzystojnego i nigdy nawet uwagi ani ga'ny starsi
chłopi młodym dać nie musieli. Niekiedy stary Brert, w zamyśleniu podczas śpiewów 
siedzący, przyćmionym, głuchym głosem zawiódł:
Musem jo se, musem siekierkę nastalić, bo mię obiecujom przi dziewcynie zabić!... -
i znowu w zamyślenie stuletnie zapadał, w zapamięć...
Gdy nikogo w szałasie nie było, gdy juhasi owce w upłazy pognali, a baca ku nim wyjrzeć 
poszedł, naówczas miało dziewczę gości: szare ptaki, gazda szałaśny i siwarnik, śmiało koło 
szałasu się kręcili, ze śwSegotem i piskaniem, i zlatywał czasem z wysoka tęczoskrzydły, z 
dziobem podobnym do żądła, motyl skalny, o długich, silnych pazurach, zwiedzacz ślizgich 
od ciekącej wody turni wyniosłych i szczelin nadbezdennych nad zawrotnymi przepaściami, 
gdzie czarna śmierć nocuje. Z kosodrzewiny i z górskiego karlego jałowca krzaków lub niżej, 
spośród czerwonych jarzębin, zrywał się dziki kohut, cietrzew, na ciężkich skrzydłach, lub 
głuchań z potłumnym łopotem, w przestrzeni kołysały się potężne jastrzębie lut) wartkie, 
trzepotliwe jastrząbki, nieruchome
168
w powietrzu, jak przeszpilone w przestrzeni; a czasem zataczał ponad halą koła bijący owce 
orzeł skalny lub śmigał ponad nią szybki, gwałtowny, jak z piorunu odprysły, sokół, w locie 
jaskółkę chwycić zdolny. Spod Żółtej Turni gwizdały świstaki, między głazami żerujące, a 
'czasem dał się słyszeć wysoko ze skał ostry, chrapliwy, pszkający gwizd kozicy, blisko zaś 
wśród kamieni prześlizgiwała się żółtopłowa łasica lub biały gronostaj. Metaliczne jesienne 
muchy o przejrzystych błonach migały z brzękiem S pozłociste, świecące, zielonawe 
chrząszcze suwały się w trawie powoli, po której szybko przemykały szare halne pająki o 
wysmukłych nogach. Ostrożny lis wystawiał niekiedy z gęstwiny pobok ostrokończysty, 
szpiczastouchy łeb lub żbik żółtooki albo kuna ciemna popatrzyły ku szałasom z konarów 
smrekowych i uciekły od ludzi.
Niekiedy po zielonych trawiastych uboczach, co popod Magurę biegły, przechodził 
rozłogorogi jeleń, cień rosochaty wlekąc za sobą i 'spozierając w dół czamo-złotymi, 
mieniącymi się szafirowo oczyma, lut) tętniło po nich stado łań z cielętami.
Tam, leżąc z 'rękami za tył głowy założonymi, na hali, widziało dziewczę nad sobą gry nieba 
rozmaite, zmienne kolory błękitu, fale 'barw i świateł, od blado-srebrnego seledynu aż do w 

background image

granat wpadającego szafiru, i chmur gry upajająco przemienne, od ledwo widnych, 
zwiewnych, pierzchliwych, białych mgieł, wypływających z głębiny i mknących nie wiadomo
gdzie, aż do ciężkich, mrocznych chmur, zaścielających jednostajną powłoką dolinę, i żółto-
granatowych, świecących fosforem obłoków, na których płynie burza.
Jednego promienistego dnia dziewczę poszło i dość długo go nie było, aż się zaniepokoił 
Sobek i juhasi, co na odwiecerz z owcami zeszli. Ale ono wyszło z lasu i pęk kwiatów 
leśnych i ziół pachnących przyniosło i dało pół Sobkowi, a pół Gałajdzie, którzy ją do szałasu
przynieśli. Gałajdzie śwircki 'stanęły
3 Legenda Tatr
169

w oczach - bo to było przy nim małe, ani mu pod pazuchę głową nie sięgało. On był olbrzym.
Nazywali dziewczynę "ono" za starym Kretem;
imienia nie znali.
Pewnego dnia ono zapytało Sobka:
- Długo tu jeszcze będziecie?
- Niedługo.
- Pójdę razem z wami do wsi, abym tu na wiosnę powrócić mogła.
A nikt, choć z wyjątkiem Kreta i Byrnasa chłopy były młode, nawet myśli nieprzystojnej nie 
powziął. Marduła nawet się pytał Sobka, czy nie myśli, czy to nie święte albo czy z nieba nie 
zjechało gdzie z deszczem ku Stawom?
- Jedy beło zmarżnione i chorowało, w niebie tego nie ma - rzekł Sobek.
- Mogło się wej stłuc, tele dale z nieba lecący - odpowiedział Marduła.
- Nie jest z nieba, bo syćko robi tak, jak cłek - rzekł Byrnas. - Ja wiem, bok widział.
- Dy i Pan Jezus jad i pił, a Bogem beł - odparł pomądrze Marduła.
I wszyscy nań z podziwem spojrzeli, bo od niego rzadko o czym innym, tylko o spódnicach, o
bitkach, o pijaństwie i o złodziejstwie słychowali.
Ono było ciche i modliło się wiele. A o pobyt pana Kostki na hali nigdy nie pytało, ale gdy 
opowiadali, słuchało blade i modliło się potem, długo w noc klęcząc, w bacówce, gdzie 
sypiało pod opieką dwóch 'psów, u progu na łańcuchu upiętych.
Psy mu ręce lizały, owce doń przychodziły. Żeby mu się nie przykrzyło, juhasi przynieśli 
młode jagnięta. Tych kilka już onego ani w dzień, ani w nocy nie opuszczało. Nieraz juhasi 
rano 'budzić przyszli - ono śpi, na jagnięciu głowę wsparłszy, a 'między jagniętami się grzeje.
- Jak 'na śkle malowane - mówił z zachwytem Sobek. Wtem wieczorem, tego dnia, gdy 
Sieniawskiego
170
dragoni Toporową zagrodę najechali, psy gwałtownie zaszczekały i w chwilę potem -w progu
szałasu pojawiły się Maryna z czarną wypaloną głownią w ręku i Tereska.
Właśnie wieczerzano i ono piło kwaśne mleko z plackiem.
- Maryś, cos ci?! - krzyknął Sobek, widząc twarz siostry zmienioną i wyraz straszny.
- Pomsta! - zawołała Maryna. - Bogowie wołajom się mścić!
Nieskończonym, nieobjętym szumem chwiał się był inad Maryna las. Powoli, w dymie stosu, 
poczęła jej się była pojawiać ogromna, jakoby miedzianoszkar-łatna twarz w złotej z długimi 
kolcami koronie, okolona rudymi kędziorami. Pochylała się ona nad stosem w chmurze dymu.
Widziadło.
Maryna, klęcząca od długiej chwili z oczyma w płomień wpatrzonymi, przygięła głowę przed 
majestatem zjawiska.
Bóg się pojawiał...
Starzy bogowie wysłuchali jej, przychodzili pomagać przeciwko panom i księżom...
Starzy bogowie nieba i ziemi, wód i gór, lasów i gajów świętych...

background image

Stare bogi, człowieka potężni druhowie mili, moce swoje...
Spływali ponad nią w ćmie, 'staczali się w niesłyszanym grzmocie. Ich twarze drgały w 
brzemieniu omroku ich przybywania. Siarką i ciepłem gromu było ich czuć. Marynie 
pracowała gwałtownie pierś. Przejmowała ich w nią, zastępowała nimi w ciążę.
Wtem zdyszana, zziajana Teresia wpadła w uroczysko.
- Maryna! Nie mas dziadka, nie mas pościeli, nie mas w komorze nic! - krzyknęła.
- Jako?! Co?!
171

- Wpadli źli ludzie, dziadka zabili, pościele zrom-bali, co ka beło wzieni, przyodziewe, spyrki
- nie mas w doma nic! Pustka!
- Wto?
- Zołmirze! I mnie na koniak gonili, ale jęk do Płazowskiej piwnice uciekła.
- Tobie gonili? - powtórzyła Maryna.
- Ha j! Na koniak. Może z dziesieńci. Prawiek z łasa fciała wyjńść.
- Ha! - krzyknęła Maryna zrywając się z klęczek. - To jego zołmirze! To po mnie przijehali! 
To on - sieniawski pan!
- Ze jakoż wieś?
- Ten łbozyc mi rzók, co hań się w dymie z nieba znosi! O bogowie przenajświeńtsi! Wyście 
mnie ukarali i wy mnie teraz wołacie! Za krew - fcrew! Za głowę dziadka Jasicy - jego głowa!
Za mój dom - jego dwór! Na jego sable: -topory! Hejhaaa!
Dziki, przeraźliwy, wysoki wrzask napełnił powietrze, a porwana ze 'stosu i zakręcona nad 
głową głownia wianem iskier owiała Marynę.
- Hejhaaa! - powtórzyła okrzyk. - Tego trza beło, coby się hłopi porwali bronić i mścić! I 
poskoczyła naprzód.
- Ka polecime? - zapytała Teresia.
- Ku Stawom, do Sobka! Mścić się! Mścić!
Był dziesiąty dzień po przybyciu Beaty Herburtów-ny na halę 'ku Stawom.
Sobek zbiegł na dół z dziewkami, ujrzał własnymi oczyma rabunek i trupa dziadka; nie rzekł 
nic i pogrzeb dziadkowi wyprawił. Zbili mu jedlową truchle z czysto rzezanych desek i do 
truchły, co rad widział za życia, włożyli: stary 'nóż zbójecki, starą po Toporze Łamiskale 
przodku blachę, co się nią koszulę spinało pod szyją, i śliczny obrazek na szkle malowany, 
wyobrażający świętą Cecylię w zachwycie na
172
organach grającą, której aniołowie słuchali, z zielonymi palmami w rękach, którą za listwą w 
izbie miał. A stary Topór Żelazny wsunął 'mu jeszcze pod głowę ziemi garść, bo był gazda i 
ziemię miłował. Truchle zabili, włożyli na wóz i 'do Szaflar do parafii powieźli. Za wozem 
szły baby z płaczem i zawodzeniem, jako zwyczaj każe, i 'chłopi milczący, zawzięci, zły 
gniew żujący.
Tak szli z trupem z Hrubego przez Olczę, Poronin, Biały Dunajec, najlepszymi drogami, aby 
się trup nie trząsł, do Szaflar.
Szedł i mały Krzyś, strapiony, z olbrzymim Gałajdą, który, woły drugiemu wolarzowi 
zwierzywszy, na pogrzeb spod Kopy Królowej zstąpił. A gdy się pogrzeb odbył, razem 
wracali i do karczmy w Białym Dunajcu, do srodze znajomego Krzysiowi Żyda wstąpili i w 
strapieniu pili. A gdy potem wyszli i znowu pod hale, trzymając się za ręce, wracali, użaliło 
się Krzysiowi Gałajdy, że ani żony, ani dzieci nie miał i samotnie woły pasać w lecie, a w 
zimie w domu siedzieć musiał, i mówił 'mu, bo to byli dobrzy znajomi:
- Wieś ty, ja cię ożenię... Najdem ci babsko obi-telne, jak się patrzy... Tobie baby trza...
- Trza - potwierdził rzewnie Gałajda.

background image

- Ja ci najdę!... Nie oblizańca ami nie matafije, co by maniery miała... Mnie tobie żal... Same 
ino obsiwkary koło tobie, co na jednem ramieniu wodę nosi, a na drugiem ogień...
Gałajda westchnął.
- Tobie baby trza - mówił Krzyś z przekonaniem. - Ja ci posukam... Gazdowskom dziewkę, 
nie wysredzianom, rezuwitnom, wystawnom i przystojnom... Boś ty cłowiek!
Gałajda wzruszony stanął, małego Krzysia w olbrzymie łapy obłapił i lepkimi wargami w usta
go mlasnął. Po czym znowu, objąwszy się za karki, ruszyli, a Krzyś zataczając się dowodził:
- Tobie baby trza... Ja wiem... Ja ci najdem... Co
173

by miała duse jak woda, serce jak złoto, rozum jak włosy, a od biedry do biedry w zadku śtyry
siuhy... Browar!... Bo o itakom nietrudno, co ma dupę jak scudło.
Gałajda chlipał, Krzyś mówił:
- Kie ja młody beł, za mnom takie kerdelem hodzieły... Wino mi na Węgrak konewkami 
nosieły... Ja kazdom uwiód... Nie wierzys mi? Tobie baby trza... Ja ci najdem... Bo baba jest 
psia para, lec przez baby okfiara... My to nieraz z nieboscyke Topore gadali... On miał 
głowę!...
Nagle Krzyś się zatrzymał, puścił Gałajdę, zastąpił mu drogę i rzekł groźnie:
- To beł hłop! Nie taki jak ty, dziadu!
Gałajda się stropił i zmartwił.
Po czym wstąpili do karczmy w Poroninie, gdzie zastali równie wielkiego, potężnego i 
pijanego jak Gałajda Jakuba Karkosa i zaczęli z nim pić. Po chwili Karkos bez przyczyny dał 
w łeb Gałajdzie, aż jękło, a Gałajda mu oddał, aż znowu jękło, Krzyś zaś, zdjąwszy ze ściany 
skrzypce karczmarza Żyda, zaczął na nich grać Toporową drobną nutę orawską:
Hora, hora, wysoko si, moja mielą daleko si...
Wkrótce Gałajda uderzył w łeb Karkosa, Karkos zaś Gałajdę. Ale to wszystko bez gniewu; 
dlatego że byli mocni i że im to nie szkodziło. I tak od czasu do czasu huczały grzmocone 
pięściami jak bochenki łby, Krzyś zaś grał.
Po czym poczęli do siebie zdrówkać wódką, blaszanymi kwaterkami, a potem zaczęli się 
ceremoniować, gdyż Karkos, jako miejscowy, chciał płacić za Gałajdę i Krzysia, Gałajda zaś 
za Krzysia i za niego.
Wreszcie Gałajda wziął pod pachę i wyniósł Żyda za drzwi. Krzyś wybił okno bez powodu i 
wyszedł za nim przez nie, a Karkos wlazł do alkierza i położył się do łóżka Żydówki spać.
174
-. Ja cię ożenię - mówił znowu Krzyś do Gałajdy. - Tobie baby trza... Coby ci honor 
oddawała... Boś ty cłowiek!...
Straszliwe gniewy rozpłonęły nad okolicą górską. Z jednej strony szlachta, dumna i upojona 
zwycięstwem pod Beresteczkiem *, o którym sama wieść zgniotła pozornie wszystkie ruchy 
chłopskie, przybywszy do domu i karcąc zbuntowanych chłopów, "zdawała się odchodzić od 
siebie ze zemsty i oburzenia". Śledztwa i sądy, zwłaszcza we województwie krakowskim, 
wszczęto tak srogie, iż całe wsie uciekły w góry na życie zbójectwem lub przedzierały się i 
poddawały pod opiekę Węgrom. Ścinano, palono, wieszano, zabijano pałkami i puszczano z 
dymem domostwa. Z drugiej strony zapłonął gniew Toporów z Hrubego.
Już stary Mikołaj Topór Od Muru, stryjeczny brat zabitego Topora Jasicy, i stary Wojciech 
Topór Leśny z Hrubego, i Stanisław Topór Żelazny spod Wierchu schodzili się na narady, a 
wszyscy dookoła, Ustupscy z Ustupu, Murzańscy z Muru i Murzasihia, Łojasy z Pardółówki, 
Bulcyki z Poronina, Bachledy od Bachledów, Zalińscy z Furmanowej, Chowańce z Cichego, i
dalsi, potężni, w przyjacielstwie pozostający, Nowobilscy z Bialki, Pary z Bukowiny, 
Jarząbki spod Kopy, pomiędzy których wieść się o napadzie pańskich kozaków, mordzie i 
rabunku rozeszła, dzielili oburzenie.

background image

Wszyscy patrzeli na Sobka Topora, najbliższego, co się pomścić miał, a Sobek, owce z hali 
zegnawszy, siedział w chałupie i milczał.
szlachta... upojona zwycięstwem pod Be-resteczkiem - Bitwa pod Beresteczkiem (28-30 VI 
1651) zakończyła się całkowitą klęską wojsk kozackich. Klęska ta wpłynęła zarazem na 
ostateczne zlikwidowanie prób powstańczych chłopów polskich.
175

- Sobek hłop! O 'niego się nie ma co obawać! Cosi namyśluje! - gwarzyli między sobą 
gazdowie, gotowi pomóc krewniakowi i towarzyszowi.
Tu w królewszczyźnie, na Podhalu, nie było panów ani 'kar - można było radzić i myśleć.
Maryna Sobkowi opowiedziała wszystko. Jak ją poznał Sieniawski, jak jej się podobał, jak ją 
kusił złotem i pochlebstwami na próżno, ale jak ona go kochała nad wszystko i gdyby był 
parobkiem, jak byłaby mu się pod pierwszym jaworem oddała, lecz nie chciała, aby jej użył 
pan, ku któremu nie czuła się równą; jak oddała się panu Kostce, by go pocieszyć w godzinę 
niewoli i nieszczęścia, kiedy wszyscy stają się równi, i jak bogów 'dawnych wołała w pomoc i
przymierze -- a Sobek smołę ze smreków żuł w zębach i słuchał milcząc.
Nieruchoma, skościała babka leżała w izbie na pościeli.
Przychodził Krzyś i grywał; grywał stare Topora Jasicy nuty i ducha jego krwawego z 
tamtego świata wywoływał. Schodzili się Toporowie, Od Muru, Leśny, Żelazny, i sąsiedzi, i 
piersi im rozsadzało oburzenie, że się ktoś na Topora i gazdę na swoim porwać śmiał, a 
młodzi Toporowie mówili Sobkowi:
- My gotowi!...
Udał się Sobek 'w Polany do starego Sablika i stary iSablik z gęślikami, rzekomo nika nic, 
ruszył gościńcem krakowskim i po tygodniu powrócił z wiadomością, że zamek w Sieniawie 
srogi, armatami, nie ciupagami by go dobywać trza, a wojska w nim tysiące.
W tajemnicy było mówiono. Oprócz Sobka, Maryny i Krzysia nie słyszał nikt, nawet ono, 
dziewczę, które z ha'1 z juhasami zeszło i u Sobka mieszkało, lekkie posługi domowe czyniąc
i koło nieruchomej babki posługując.
Słyszał też w swej wędrówce stary Sablik, iż panu Herburtowi ze Siwego Roga zginęła córka 
i że jej poszukuje, a za znalezienie trzy tysiące czerwonych złotych wypłaci. Opowiadał i o 
zakonnicy, co pod pa
176
lem Kostkowym, gdy wszyscy uciekli, została i kędyś znikła potem jak mgła. Wiele słyszał, 
bo umiał słuchać. "Miał głowę..."
Tknęło coś Sobka i poszedł wprost zapytać dziewczęcia, ono odrzekło:
- Jam jest. Ale nie wydajcie, bo tu żyć, tu umierać pragnę.
I do ręki mu przypaść chciała, aby ją całować, ale Sobek zatrzymał ją łagodnie i spytał:
- Jako 'was, panno, wołać mamy? Dziewczę pomyślało chwilę i odrzekło:
- Chrzestne imię trzecie mam Ludmiła - tym mnie wołajcie.
Tak więc ją zwano, ona zaś prosiła, aby ją za siostrę uważać.
- Majętności wam nie żal? - zapytał raz Sobek.
- Majętności moje rw 'ziemi leżą - odpowiedziała z żałobą.
Tymczasem Sieniawski kozakom, którzy rzekomej Maryny, przez Sulnickiego wskazanej, nie
schwytali, po trzysta śmiertelnych plag wsypać kazawszy, wiernego i obeznanego z okolicą 
górską sługę Tomka w przebraniu wędrownego kramarza ze swej strony na prześpiegi w 
H.rube posłał. W ręce Marynę dostać jakim nie bądź sposobem postanowił. Ruszył więc 
Tomek z koralikami, paciorkami, grzebieniami, medalikami i obrazkami świętymi i do osady 
Toporów Jasiców wstąpił, a tam oprócz Maryny ujrzał i poznał Beatę Herburtównę, którą 
nieraz, z panem swym do Siwego Rogu jeżdżąc, widywał. Co też powróciwszy 
Sieniawskiemu zameldował.

background image

Zdumiał się Sieniawski, a potem, palec do góry przy bystrym spojrzeniu wznosząc, rzekł do 
Tomka:
-' Ani pary z pyska! Obie w sak! Milcz!
- Tysiąc czerwonych złotych masz u mnie - dodał.
Jak przed Sobkiem, tak i przed Maryna wyznała się Beata. Przyjaźń między nie weszła i 
opowiedziały sobie wszystko - i wzajem w największym wzrusze
177

niu w o'czy sobie poglądnęły, 'bo tenże sam Sieniawski Marynę uwieść chciał, buławką ją 
ugodził i porwać, choć daremnie, rozkazał - i tenże sam Sieniawski z Beatą chciał się żenić, 
pana Kostki nieszczęścia stał się przyczyną. Ale Mary na o swej miłości do Sieniawskiego nie
rzekła, bo się wstydziła; i o iswej miłości do Kostki nie powiedziała Herburtówna. Czemu w 
Tatry z klasztoru uszła, nikt jej nie badał. Była.
Tylko kiedy się Maryna dowiedziała, że Sieniawski równocześnie, gdy ją bałamucił, inną 
zamyślał poślubić, krzyknęła: loter! - i Beata na wiadomość, że zalecał się do Maryny w 
czasie konkurów do jej ręki: o łotr! - szepnęła przez zęby.
Wysłuchał opowiadania dziewczyn Sobek l gdy w czas jakiś ponownie zjawił się ten Isam 
kramarz Tomek, przynosząc przyobiecane Marynie korale do wyboru, choćby tylko na pokaz,
Sobek na noc go zatrzymał, z pomocą Maryny gębę w nocy mu zakneblowawszy, ręce i nogi 
mu związał i cicho do lasu nie opodal do lochu Płazy wyniósł, gdzie, przytykając mu nóż 
kończysty do serca, gębę odetkał i rozkazał:
- Gadaj, co wieś!
- Co mam gadać? - jęknął śmiertelnie przelękniony Tomek.
- Co wieś! Ja poznam prawdę! I nóż lekko przycisnął.
- Prawdziwyś kramarz?
- Nie - szepnął trzęsąc się Tomek.
- Wtoś jest? Ja prawdę poznam!
- Sługa...
-Cyj?
Zawahał się Tomek, ale Sobek znowu nóż pocisnął.
- Pana ze Sieniawy.
- Widźis? - zwrócił się Sobek do Maryny. - Co wieś?
- Ja 'sługa, mnie kazali...
- Dobrze. Gadaj sytko, co wieś?
- Siostrę waszą pan mój porwać każe...
- Dobrze. Co więcy?
178
- Wraz z wojewodzianką Herburtówna, która u was jest...
- Wie o niej?
- Wie.
- Skąd?
- Ja ją poznał.
- Po coś teraz drugi raz do nas prziseł? Tomek zamilkł. Sobek nóż pocisnął.
- Gadaj!
- Dwa tysiące koni sieniawskich, niby na karanie chłopów za bunt, w lesie pod Obidową stoi.
- Dobrze. Na co?
- Napaść was.
- Cy jest sam pan? - zapytała Maryna.
- Pan w karczmie w Zaborni, z kilkudziesięciu ludźmi.
- Kie majom napaść?

background image

- Jak doniosę, że dziewka i panna w domu.
- Dobrze. Co więcy?! - spytał Sobek.
- Więcej nie wiem nic.
- Co pan Sieniawski fce z Marynom konać?
- Nie wiem. Com wiedział, tom rzekł. Ale mnie nie zdradźcie! Na palu bym zgnił.
- Pewnyś!
Po czym Sobek nóż, który na sercu Tomkowym trzymał, po rękojeść wbił, wyciągnął język z 
ust trupa, urżnął i spuściwszy z zabitego dolne odzienie, wetknął go trupowi w odkryty tył, 
jak dawny zwyczaj uczył, aby było o takiej rzeczy milczenie.
Następnie w sam koniec lochu z Maryna zabitego wepchnęli i ciężkimi kamieniami 
przywalili.
Siadł Sobek pod smrekiem i ciężko głowę zwiesił na piersi.
- Teraz jus po mas - począł mówić w strapieniu. - Na takom siełe niś mas rady. Ani się 
obronić, ani uciec, ani się skryć. Ucieceme na Węgry, to nas hanstela za pieniądze dostanom. 
Ucieceme w góry, z polowacki żyć, to nas zima wyzenie. A dom spalom,
179

bydło, owce zabierom, budynki powalajom, wyjndzieme na dziadów. Pote jakoż babkę 
odejńść i onym samom jedne ostawić? Ja już nie wiem rady nijakiej... Na dwaścia ludzi, na 
dwa sta ludzi ciupagi by się nasły teraz po wojnie, kie hłopy do'bre jus w do-ma, ale na dwa 
tysiąca!... Zginie nase pokolenie Toporów, Jasiców, bo pokiel ja żywy, ani tobie, ani 
Herburtównej on nie weźnie, ale pote co?...
- Trza zwołać jutro Toporów, Żelaznego, Leśnego, Od Muru - rzekła Maryna.
- No i co? Na co, hojbymy zwołali? - odrzekł Sobek. - Cóż poradzom? Trza by z dziesieńci 
mil wkoło hłopów pozwołować, a i to by jesce nic nie płaciło ku telej siele. Dwa tysiąca 
wojska! Hóbaby Waliłaś z Łamiskałom z grobu powstali, cobyś obstał!
Dźwignął się spod smreka i w milczeniu ku domowi szli.
Tam on do czarnej izby lec poszedł, bo jeszcze do rana daleko ibyło; Maryna zaś do białej 
świetlicy, gdzie z Herburtówną sypiały.
- Tyś to, Marynko? - zapytała budząc się Herburtówną.
- Ja.
- Wychodziłaś? Gdzieś była?
- Niescęście - rzekła Maryna, siadając na pościeli. - Ten kramarz, co haw beł, to beł przebrany
pana Sieniawskiego służący; pana Sieniawskiego dwa tysiąca zołmirzów kiełka mil stąd, pod 
Obidowom w lesie, on sam w karcymie w Zaborni, tobie i mnie porwać fcom.
- Wiedzą o mnie? - krzyknęła Herburtówną przerażona.
- Wiedzom. Ten służący cię poznał, kie cię tu kiejsi widział.
- Ten, co tu śpi?
- On 'tu 'nie śpi.
- Przecie go brat twój zatrzymał na noc?
- Nie mas go haw więcyl.
- Jak to? Poszedł? Do Sieniawskiego?
180
- On jus nie pudzie nika.
- Albo co?
- To nic... Trza radzić, co robić?
- Uciekać!
- Ba! Ka? Z gór cię niedługo zima w dolinę zezenie. A dom... a babka...
- Ja ucieknę...
- E, to was łapiom. Dwa tysiąca ludzi!

background image

- O Boże, Boże! - jęknęła Herburtówną w rozpaczy. - Lubo w klasztorze mnie ojciec 
zamurować za życia każe, lubo po niewoli żoną tego łotra zostać mi przyjdzie!... Wolej 
śmierć -niż jedno albo drugie! Równie mi .straszna klasztorna cela wilgotna, włosiennica, 
dyscyplina i niewola, jak łoże tego pohańca, tego gnębiciela, straciciela mego Lwa!... Co 
robić?! Co robić?! Sierotam nieszczęsna... U 'was myślałam do końca życia pozostać, 
choćbyście mi kazali gnój spod krów waszych widłami wyrzucać i podłogi w izbach 'myć, a z
ostatnią sługą jeść dali, ale i wam piorun nad głową wisi...
Poczęła płakać, a potem wśród łez opowiadać, jak ją ojciec, gdy pożar folwarku ugaszono i 
rabusiów odegnano, do Sącza do klasztoru na pokutę wywiózł, jak ją tam zakonnice dręczyły,
jak ją morzyły głodem, budziły w nocy, rozbierały do naga i biły dyscyplinami, pokrzykując 
przy tym dziwnie, jak ją siekły językami, wypominając jej świat i urodę, jak poniewierały jej 
miłość i z jaką radością doniosły jej o skazaniu pana Kostki na ipal, że już tego okrucieństwa 
znieść nie mogła.
- Myślałaś się na Kostkę naprawić * - rzekła jej bezwstydnie przełożona - a tu ci jego samego 
na pal. wprawią!...
A gdy to usłyszała, dziwna moc w jej członki wstąpiła, po prześcieradłach zsunęła się z piętra
i uciekła.
A gdy od pana Kostki trupa na palu w nocy się oderwała, poczęła iść w tę stronę, w którą 
ostatnie jego spojrzenie padło, ku Tatrom, i szła, szła przez
naprawić się - nasadzić się
181

lasy, jagodami się żywiąc, obojętna na dzikiego zwierza, inie czując zimna ani upału, nie 
znużona, jakby ją te oczy za sobą wiodły, nie wiedząc, po co idzie ani dlaczego?... Szła nie 
wahając się, nie błądząc, nie zbaczając z drogi i dopiero, gdy zawieja śnieżna ją napadła, 
poczęła błądzić i wreszcie skuliła się w kosodrzewinie, by zginąć.
I żałowała wówczas, że nie rzuciła się do tego ciemnego stawu, nad którym przechodziła, 
ażeby zasnąć w jego głębiach na wieki.
Ah! I teraz żałuje, żałuje, żałuje!...
Jęła ją Maryna gładzić po głowie, ona zaś lamentowała. "Z ciebie" było ostatnie słowo pana 
Kostkowe, bo jej wzgarda wbiła weń pal. Gdyby mu była nie okazała wzgardy jako ojciec, 
jako księżna ciotka, jako wojewodzie Sieniawski, nie byłby on z bólem, rozpaczą i gniewem z
zamku Herburtowskiego wypadł, nie byłby się w rebelię chłopską cisnął, nie byłoby się to 
nieodpłacone, straszne, okropne nieszczęście stało... Z niej to poszło... Ona mu miała rodzić 
dzieci, a urodziła mu śmierć.
- Pan Kostka hłopów ratować kciał - rzekła Maryna. W ciemmie nie ujrzała ona oczu Beaty, 
wznoszących się ku niej z pełnym niezrozumieniem.
I dalej lamentowała ona i tuliła się do Maryny, po rękach ją całując, za kolana chwytając, aby 
jej broniła wraz z bratem, aby jej ani w ręce Sieniawskiego na żonę, arii w ręce ojcowe na 
pokutę i karę nie wydawali. Obiecywała ich sowicie nagrodzić, gdy kiedyś po ojcu fortunę 
odziedziczy, i kuliła się pod silne Marynine ramiona.
Uchyliły się drzwi i Sobek spytał:
- Nie śpicie?
- Nie - odpowiedziała Maryna. - A ty, bracie?
- Mnie już sen odbióg powiek, pokiela się tak abo tak nie przeważy. Trza będzie może, jak 
zegicanom, całej wsi z wójtem, przed pana swojego Krżistofa Ci-kowskiego tyraństwem i 
brata jego Jarosa rotmistrza pomstom, na Węgry za Beskid: sytkim Toporom kany
182
prec do światu się wynosić. Pan Sieniawski, słysałek, ma sam więcyl wojska, jak nas tu 
gazdów ku kosie z trzidżiestu wsi.

background image

- Sześć tysięcy - szepnęła Herburtówna.
- A i to, jak się ujńść da - 'rzekł Sobek. Chwilę milczeli, aż ozwała się Maryna głuchym, 
nieswoim, ale stanowczym głosem.
- Ostanom Topory na Hrubem.
- Ja pewnie, ale trup - rzekł Sobek z poważną, spokojną rezygnacją.
- Nie.
- Cóż myślis, siestro? Żywego mię ani ku domowi, ani ku wam obu nie przekrocom.
- Legnijme spać - rzekła Maryna. - Sen śmierzci brat, ale dobrej rady ociec.
Cofnął się Sobek do czarnej iżby, a gdy się nazajutrz o świcie ocknął, Maryny nie było przy 
piecu, warzącej śniadanie, jak co dzień. Czekał, a gdy się doczekać nie mógł, Uchylił znowu 
drzwi od świełtlicy i ujrzał Beatę samą na pościeli. Zbliżył się, stanął nad nią i począł szeptać:
- Ja by cię miał dać komu zabrać, kie jyno u nas siedzieć fces, kwiecie lelujowy?! 
Niedocekanie nicyje! Nie jestek ci ja wojewoda ani książę żadne, myśleć o tobie ni mogem, 
ale cię żaden więcyl miłować nie zdole ani miłować nie będzie! Do twojej wole moja krew i 
życie, ptasku z dolin! Kwiecie lelujowy!
'Coś poderwało mu kolana, ukląkł przy łóżku, wtem obudziła się Herburtówna i ujrzawszy 
Sobka, zawołała zdziwiona i przestraszona:
- Co to jest?! Co robicie, Sobku?!
- Sukałek Maryny, fciałek se pacierze odmówić - odpowiedział Sobek zmieszany, powstając.
-' Nie ma Maryny?
- No nie ma...
Ona zaś, osiodławszy konia i kosę wziąwszy w rękę, jechała kłusem przez las ku Zaborni. 
Śpieszyła się
183

bardzo. Sieniawski bowiem niewątpliwie, nie mogąc się doczekać sługi, ruszy ku Tatrom. 
Temu trzeba było zapobiec.
Drogi nie znała, ale do Raby Wyżniej na przełaj dobiła, a stamtąd jej chłopi, jako ma jechać, 
powiedzieli.
Gdy się zbliżyła ku Zabomi, było już blisko południa. Jechała stępo, bo koń był już zmęczony
i ona sama znużona wielce, porówno drogą długą, jak i myślami.
Jechała naprzeciw niebezpieczeństwa, ażeby mu zastąpić, ażeby go nie puścić, by przyszło.
Nie wiedziała, co uczyni, chciała tylko wtargnięcie Sieniawskiego na Hrube zatrzymać.
Oddawała mu się w ręce; jako próg, którego przekroczyć nie potrafi, legnąć chciała u nóg 
jego. Co z nią będzie - nie mogła przeczuć.
Bogowie ją powołali - to czuła. Za pogrom Sob-kowego hufca, za pal pana Kostki, za śmierć 
dziadka, za rabunek domu - wiedli ją ku Sieniawskiemu się mścić, lecz porówno z 
nienawiścią, jak i z miłością w sercu...
Dziedzilija, pani miłosna, nie wysłuchała jej modlitwy... Pani miłosna, we wieńcu mirtowym 
różami czerwonymi przeplecionym chodząca, błękitną przepaską pod piersiami przepięta, 
gołębiami otoczona, serce miała widne w boku, aby widać 'było, że nie masz w nim nic 
nieczystego, zemsty ani zdrady. W sercu Maryninym, jako żmije pośród lilij, pomieszane 
były uczucia. I kochała, i nienawidziła.
Trzymała się leśnych dróg, ażeby na gościńcach w oczy nie wpadać, i kierowała podług 
widoku Babiej Góry, pod którą leżała Zabornia. Tu i ówdzie też ludzie spotkani, jak ma 
jechać, wskazali. Tłumaczyła się Janosika Nędzy Litmanowskiego siostrą i że do Bajusa z 
Leszczyn, herszta, który miał żółte wąsy i panów Trojanowskiego, Bobrownickiego i Bylinę 
zabił, w poselstwie od brata wyprawiona, a takie przedstawienie się wystarczało. Nie podniósł
na nią
184

background image

nikt zuchwale oczu - chyba poza plecami parobcy łakomo na jej krasę spoglądali.
Dojechała po południu i straży przed karczmą do pana się z interesem od Tomka 
opowiedziała.
Pod ten czas Sieniawski w izbie przywiezionymi ze sobą kobiercami wybitej siedział i 
wiersze pisał. Czuł się samotnym, opuszczonym i serce miał przepełnione tęsknotą i żałością. 
Gdy pachołek zapukał, dźwignął głowę zaledwie, lecz gdy się dowiedział, że dziewka z kosą 
na koniu przed karczmą stoi, rzucił pióro, porwał się od stołu i wypadł na dziedziniec.
Tam zdumiał się niepomiernie, ale to zdumienie krótko trwało. Poskoczył ku Marynie i 
wrzasnął, podobnie jak w czorsztyńskim zamku:
- Tyś?!
- Ja - odpowiedziała Maryna z konia. Dokoła stali dragoni, kilkunastu ludzi, którzy 
świadkami byli wstydu, jakim go Maryna w Czorsztynie okryła. Wściekłość Sieniawskiego 
ogarnęła. Jakby ogniem zapalony i przez ogień myślący krzyknął:
- Bierz ją!
Dragoni zdarli Marynę z konia, nim kosą śmignąć mogła.
- Zwlecz - krzyknął Sieniawski. Z ramion Maryny ściągnięto kożuszek.
- Do naga!
Nie broniła się. Kilkanaście silnych rąk obezwładniło ją; zerwano z niej zapaskę i spódnicę, 
wreszcie koszulę. Włosy z rozplecionego warkocza sypnęły jej się na ramiona.
Nie krzyczała. Blada strasznie, patrzała w oczy Sieniawskiemu, nic ludzkiego w spojrzeniu 
nie mając.
Wysokie, proste jej góralskie ramiona nie drżały w rękach żołnierzy. Stanęła naga, jak 
jodłowe drzewo, smukłe, gibkie i mocne.
Żołnierze Sieniawskiego, do wszystkiego przyzwyczajeni, spoglądali jednak po sobie. On zaś 
w bok
185

się, jako miał zwyczaj, wsparł i sapiąc z pasji, w Marynę patrzał.
Maryna nie wiedziała, co z nią pocznie - czy nie rzuci jej na pastwę dragonom? Więc 
niebieskie jej oczy, jak kończyste noże z błękitnej stali, usiłowały przeszyć Sieniawskiego aż 
do serca. Śmiertelna zgroza ją owładła.
Jako broń pozostały jej tylko zęby i dusza w oczach.
Sieniawski stał i patrzał na nią.
Widywał on w podróżach swoich po Włoszech marmurowe posągi nagich bogiń starożytnych
- bogini łowów, Diana, co z oszczepem jelenia 'goniła, taką być musiała.
Przepyszna moc zwierała się w ciele Maryny z przepyszną żeńską pon^tą. I nagle poczęły 
Sieniawskiemu usta drgać, broda i szczęki wyciągnęły mu się naprzód, szyja wydłużyła z 
bark, jak u polującego sokoła, i niespodzianie, jakby większą niż wszystko inne siłą pchnięty, 
skoczył ku niej, w pół objął ręką i - precz! - krzyknąwszy dragonom, nagą po stopniach 
kamiennych do karczmy wewlókł. Tam, oczy zamknąwszy, aby jej oczu nie widzieć, w 
objęcia ją chwycił. Ona 'zaś, potęgę Dziedzilii, pani miłosnej, poznając, czuła, że progiem 
między Toporami a Sieniawskim legła.
Długo milczeli, aż Sieniawski szepnął:
- Kochałaś mnie?
- Kohałak - odpowiedziała Maryna.
- Czemuś mi była oporna?
- Ja nie róża leśna, co się tardze, powonio i praśnie!
- Kochasz mnie jeszcze?
- A tyś co zrobieł?
- Com chciał!

background image

Sieniawski uczuł, jak ręce Maryny związały mu się za krzyżem i ugięły mu krzyż.
- Tomek cię posłał?
- Hej. Jo go nasła konającego w lesie.
- Co się stało?
186
- Niedźwiedzica go przysiadła.
- Herburtówna jest u was?
- Ja by tobie i jom zabiela - rzekła Maryna.
- Kochasz mnie jeszcze?
Maryna nie odpowiedziała, tylko dłonią poszukała, gdzie było bijące wojewódzka serce.
Tymczasem zwycięstwo pod Beresteczkiem zgniotło do cna chłopskie bunty. Wieści o 
szerokich pogromach chłopskich, karach i zemście szlacheckiej dochodziły coraz gęstsze i 
straszniejsze, a Sulnicki, wściekły na Sieniawskiego, że go w Zaborni w pustkowiu trzymał, 
sam hulał i żołnierzom hulać pozwolił. Rozpoczęły się pożary, gwałty, mordy, łupiastwa; co 
noc płonęły domy w wielu miejscach, łunę olbrzymią na niebo rzucając. Łunami pozdrawiali 
się wzajem co-mes Lanckoroński, później od chłopów zabity, rotmistrz Cikowski * i Sulnicki 
sieniawczyk.
W jedną taką czerwoną noc obudził się Krzyś i rzekł do swojej żony Byrki:
- Byrka, jak tak dalej pudzie, to ono wej i do nas przydzie.
- O bo przydziel - potwierdziła Byrka z zajadłym babskim pesymizmem.
- Jak się nie przeonacy na inacy, to będzie źle.
- O bo będzie!
- Ratować się trza.
- No trza!
- Rence jest, jyno głowy nie mas - rzekł Krzyś.
- To tyś to...
comes Lanckoroński, później od chłopów zabjty, rotmistrz Cikowski - Stanisław 
Lanckoroński, właściciel wsi Iskrzynna w okolicach Krosna, Cikowski: Andrzej, rotmistrz; 
jego brat-Krzysztof posiadał wieś Zegice między Duklą a Krosnem, której ludność 
występowała wielokrotnie wrogo wobec ciemiężącego ją właściciela. Gdy po zwycięstwie 
pod Beresteczkiem obaj Cikowscy wznowili okrutne represje, cała wieś uszła w Bieszczady, a
następnie na Węgry do Zborowej, gdzie poddała się opiece Rakoczego
187

- Sobek Toporów beł hłop!
- No, no...
- Ale go zradzieło pod miastem, ludzie doń wiarę stracili. I cosi mu chybia. Jo go widział 
pozawcorem. Jakisi taki łazi ja'k zdechły. Jesce się to Maryńsko kajsi podziało...
- I konia wziena pono?
- No.
- No to się Sobkowi nie ma cego cudować. Dyj to skoda wieldzaźna - koń.
- 'Sobek nie. Ale ja hłopa wiem.
- Wtoze taki?
- Litmanowskiego Janosik, od Nędze.
- Ten harnaś?
- Ten. To sęk! Jak ten nas nie zratuje, to niwto iny. Kie ten euipnie nogom, to mu siedem sito 
diasków spod kyrpca wyskocy! To oreł! Jo idę ku niemu.
- Je dy idź - rzekła Byrka, niewiele ponad garnek i kidanie spod krowy rozumiejąca.
Zebrał się Krzyś, zimnej kapusty z wczorajsza na śniadanie zjadł, bo o ile w ogóle jeść lubił, 
o tyle u siebie 'szczędził i nie dostawał: kawałek placka owsianego i spyrki do szmatki na 

background image

drogę zawinął i ruszył pod Kopę, na polany i osiedla Zakopane, do Nędzów. Żadnej karczmy 
nie minął i w każdej się 'napił, ale w miarę, 'aby trzeźwo 'do Janosika zajść. Tego się obawiał,
że go w .domu nie zastanie, jakże się jednak zdziwił, gdy pod chałupą Nędzową ogromną 
gromadę bab, chłopów i dzieci ujrzał.
- Je cóż 'to? - pomyślał sobie. - Cy wto umar, cy co?
Wszyscy mówili do siebie szeptem, a gdy Krzyś gwarę podniósł, aby się zapytać, co się stało,
dano mu znaki, aby milczał.
- Śpi! Śpi!
- Wto? - zapytał Krzyś.
- Janosik.
- Janosik? W doma je?
- W doma. Ale śpi.
188
- Cy je chory?
- Nie, ale śpi.
- A po co się was haw zgichła tela żmudź, jak na odpust?
- My ku Janosikowi przyśli.
Przepchał się Krzyś przez ciżbę ku izbie, gdzie przed progiem oboje starzy Nędzowie i dwie 
stryjeczne siostry Janosika, Jadwiga i Krystka, 'stały, obok zaś na ławie stary Sablik 'siedział i
po strunach gęślików palcem cicho dzwonił. Kobieta jakaś stara, matkę Janosikową po twarzy
gładząc, pytała właśnie:
- Rusy isie?
A Nędzową odpowiedziała z wyniosłą dumą:
- Qn się rusy.
W tej 'chwili otwarły się drzwi i z sieni domu wyszedł Janosik Nędza, w koszuli tylko i w 
portkach, boso, i odgarniając włosy z czoła powiódł po obecnych pytającym, sennym jeszcze 
wzrokiem. Najbliżsi zaś chłopi, baby, dzieci do nóg mu padli z [krzykiem i jękiem:
- Ratujcie nas!
- Prze co? - zapytał Janosik spokojnie.
- Prze gwałt, prze ozbójstwo, prze ogień, prze katostwo! I kobiety pod inogi Janosika 
pochwyciły wołając:
- Co mamę, to wam damę! Ja 'płótna! Ja krowę! Ja miodu!
- Ja dziewkę! - krzyknęła jakaś ibaba, śliczną szesnastoletnią córkę za rękę dzierżąc. - Nie 
tykana, hetmanie zbójecki!
Tłum ludu otoczył Janosika, on zaś dłonie położył na głowach dwóch kobiet, co u nóg mu 
(klęczały szlochając, i rzekł:
- Kie ja od Zelaznyk Bram na Dunaju z rabunku bez Żelazne Wrota w Tatrak do Polski seł, 
widział ja cyrwonom od ognia noc. Cy to bez to?
- Bez to! Bez to! - krzyknęli ludzie.
- Śłaheckim ramieniem Panbóg kara! 'Ze my wolności fcieli.
189

- Za reberyjom!
- O kara, kara! Gorzy Tatarów ślakta broi! Palom, ścinajom, wiesajom!
- Całe wisi ucieka j om!
- Całe wsi spalone!
- Bydło, ludzie, majontek, syćko ginie!
- Ratuj nas! Ratuj!
- My tu ku tobie, hetmanie zbójecki, jak ku archaniołowi Mijałowi przilecieli!
- Pod skrzidła twoje!

background image

- Słońcem ijeś beł nad nami, bydż jako mieć!
- Broń nas od panów!
- Świenty Stanisław Kostka syćkie łzy swojego świentego poturika we iworcek pozbierał i 
Panu Bogu na stół zaniós!...
- No, no!...
- Krew się nasa leje! Nik godziny niepewny!
- Od ognia, głodu, wojny, nagłej, niespodziewanej śmierzci i pańskiego karania zahowaj nas, 
Panie!
- Od pańskiej rency ratuj nas, Panie!
- Pan Lanckoroński jako Lucyper z piekła wyseł!
- A rotmistrz Cikowiski jako Jancykryst!
- Mór, powódź i posuha nic proci panów nie sto-jom!
- Gorsa własna ślakta od Tatarów!
- Uciec nam na kraj świata abo wyginońć u proga hałup!
Rozległ się powszechny jęk i płacz bab, chłopi ze zwieszonymi głowami w milczeniu 
rozpacznym stanęli, śliczne zaś siedmnastoletnie dziewczę wyrwało się z matczynej ręki, 
skoczyło ku Janosikowi i zawisnąwszy mu na szyi, jęło go całować po licu piszcząc:
- Hetmanie zbójecki! Ratuj dziedziny naskie! Odsunął Janosik Nędza poważnie dziewczyninę
i ozwał się w te słowa:
- Kie mię matka, będzie temu ze seść roków, w Carny Dónajec do spowiedzi wyganiała, 
gwarzyli mi ludzie drogom, ze hań straśnie zły ksiądz i ze bije.
190
Taki duk prziseł do mnie, ani zły, ani dobry. Mesie se, ze jak mnie będzie bił w kościele, to 
jak tobie wolno, to i mnie.
- No, no, zawdy tak trza - rzekł stary Nędza, przytakując głową.
- No to jak panom wolno bić hłopoiw, to i hłopom panów - skończył Janosik.
- To to wej! - zawołał z tłumu Krzyś z zachwytem. - Terazeście wej, Janosiku, dobrze 
podzieli! Wy macie głowę!
- Haj - rzekł stary Nędza do syna. - Trza, cobyś się ruseł.
- On się rusy - odpowiedziała matka Janosika z wyniosłym spokojem.
- Możecie iść du domu - rzekł Janosik. - A wto ma wolom z hłopów, nieg zbrój z domu 
zabiere i tu przidzie na dziś na wiecór.
Do rąk, do nóg cisnęli się hetmanowi zbójeckiemu ludzie, że się ognać nie mógł; 'całowali go 
po twarzy, po ramionach, głaskali po włosach. Śliczne zaś siedmnastoletnie dziewczę stanęło 
przed nim, sięgając dłonią pod szyję, jakby zawiązkę od koszuli rozpleść gotowe, i zapytało:
- Fcecie mnie? Zarusięki?
Ale on się uśmiechnął do niej łagodnie i łaskawie, jak do dziecka, i rzekł:
- Nie ku orłowiś ty, ba jacy ku pawowi. Bydź zdrowa! Dziewczę popatrzyło nań chwilę i 
rozpłakało się.
- Du domu! Du domu! Posprząccie się tustela - rozpędzał ludzi stary Nędza. Błogosławiąc, 
we Izach jeszcze i już w radości odchodzili.
Pozostał tylko stary Sablik i Krzyś.
Wtem Jamosik włożył dwa palce w usta i gwizdnął przeraźliwie, aż powietrze zadrgało.
- Je kiz to sto dziadów?! - zawołał przerażony Krzyś.
- Hę, hę, hę - zaśmiał się stary Sablik i oparłszy
191

gęśle o żebro, zgrzypnął po 'nich krótkim, kabłąkowatym smykiem.
Krzysiowi w uszach dzwoniło, że ani nie słyszał Sablikowego grania. A myślał: Co to będzie?
Na co to takie gwiżnięcie, że od 'niego aż w pępku zadrga.

background image

Niedługo z lasu, skąd 'dym snadź nad chałupą widać było, wynurzył się wysoki chłop i 
zbliżać ku Nędzowemu domostwu począł.
- Jus idzie jeden - rzekł Sablik.
- Ę! - rzekł Krzyś, który już wiedział. Przyszedł potem drugi towarzysz Janosikowy
i trzeci. Snadź od domowej roboty szli; na jednego
odzieniu 'trzaski pouczepiame były.
- Nieobdalno mieskajom - objaśnił Sablik Krzysia.
- Je dy ten i diabła w piekle obudzi, kie gwiź-nie! - rzekł Krzyś z zachwytem i począł 
podziwiać Janosikowych towarzyszy, pięknych, wysokich i potężnych, co gdy "staneni do 
prostej leniji, to jaze pachło!" Jak buki na wiosnę.
- Hę, ci narobiom matu - szepnął do Satolika. Sablik zaś pokiwał głową i zgrzypiał dalej na 
gęsiołkach.
- Hej, krzesny ojce - ozwał się Janoisiik Nędza - zagrajcie o zbójnikowi, o 'tym jakimsi 
Janosikowi, co przede mnom bywał, nutę, 'bo się mi wte dobrze myśli.
Przykręcił Sablik kołki, posmarował smyczek smołą, z kieszeni od serdaka dobytą, i począł 
zaraz z polska z orawska śpiewać i na 'gęślach 'sobie misko'wspartych wtórować, istryjeczne 
zaś siostry Janosika, Krystka i Jadwiga, w głos za nim poszły. Słuchał Krzyś pieśni 
zbójnickiej, której nie znał jeszcze, i cudował się jej piękności. Oni, patriząc na Janosika, 
który na ławce pod jaworem siadł, ręce w przypory od portek założył i bose nogi szeroko 
'rozsławione na trawę przed siebie wyciągnął, podczas gdy trzej towarzysze jego, za 'nim 
stojąc, na ciupagach się wsparli, śpiewali:
192
Pod jaworkem, pod zelenym *, orze Hancia wotkem ciemnym. Jesce skiby nie zorała, matka 
na niom zawołała:
Hanciu, Hanciu, pójdź sem domu, wydajem cię, nie znom komu, wydajem de Janickowi i 
hroznemu zbójnickowi! We dnie idzie, w nocy przydzie, on nigdy nic nie przyniesie, lem 
sablićku okrwawionom i kosuike uznojonom. Jano, Jano, kajes ty był, cos se sablićku 
zakrwawił? Wyrubałek tu jedlicku, co stajała w okienecku. We dnie, w nocy hurkotała, mnie 
smutnemu spać nie dała. Kazoł Hańcz kosuike prać, nie kazoł jej bardzo płukać. Hancia prała 
i płukała, prawom rąckę s niej wyjena. W tej rucyce pięć palusków, a na małym złoty 
piestrzen, w tym piestrzonku troją wrotka -dyć to mego brata rućka!... Nikomu nic nie 
pedziała, do matusie pobiezała, Matko, matko, mąci moja, cy som bracia wszecy doma? A nie
syćka. A prę keho? Prę Janicka nomłodsego. Już w Luptowie wyzwaniajom,
Pod jaworkem, pod zelenym (...) - W zaPisie S. Goszczyńskiego, L. Siemieńskiego i L. 
Zejsznera bohater pieśni okazuje się krwawym żonobójcą, mordującym z powodu wykrycia 
się jego sprawek zbójnickich. W wersji Tetmajera, przejętej od gawędziarza Gadei, bohater 
pieśni jest bardziej "honorny", bardziej zharmonizowany z postacią samego Janosika 
ŁiStmanowskiego.
9 Legenda Tatr
193

Janosika łapać majom. Już w Luptowie wyzwonili, Janosika ułapili. Ułapili, JUŻ go wiedom, 
trzy dziewcatka za nim idom. Jednej Hancia, drugiej Marcia, trzeciej malowana Tercia. 
Hancia płace, Marcia kwili, Tercia się mu trzymie syji. Nie plac, Terdu, serce moje, co ty 
widzis, wszecko twoje! Nic nie widzem, te horićku, te niescęsne siubienicku! Kłęby jo bet 
dawno wiedział, ze jo budziem na niej wisiał, dałbyk jo jom odmalować, srybtem, złotem 
wyobijać. Ode spodu talarkami, a od wierhu dukatami, a na wierhu zlotu kawku, gdzie 
połozem swoje hławku...
Krzyś z szeroko otwartymi oczyma, z półuśmiech-niętą, rozchyloną gębą, wpatrzony w 
Sablika i w dziewczęta, w niemym 'zachwycie słuchał pieśni zza Tatr skądś przyniesionej, 

background image

łowiąc każde słowo, łowiąc melodię, aby nic mię uronić i wszystko w głębokim uwielbieniu 
zapamiętać. Janosik zaś 'Nędza pozierał przed siebie "w mgły, snadź kędyś daleko myślą 
będąc. A gdy ustali śpiewać, ozwał się półgłosem, jak gdyby obrazem kończył myśl swoją:
Kiedy hłopcy z dołu na Orawu przisli, zdumiała Orawa i Orawcy wsyscy! -
po czym rzekł do trzech swych towarzyszy:
- Lecie po dobryk hłopak, co blizy. A naprędzej do tyk, co się ku mnie wprasali, powiecie im, 
ze im teraz nie odpowiem, ba ik wdzięcnie przijmiem. Wto
194
fce się mścić, niek idzie, a wto fce rabować, niek idzie tyś. N'a dziś wiecór niek tu bedom. A 
ja zatela idem spać.
Podniósł swą wspaniałą siłę i poszedł do domu legnąć na wygodnej pościeli, za nim zaś poszli
ojciec i matka, co trzeba było, przygotować.
Trzej chłopi po krótkim porozumieniu ruszyli każdy w innym kierunku.
Krzyś przysunął się ku Sablikawi i spytał:
- Je kaście tyś takoim pieśń słiseli?
- Ja to słysał - odparł Sablik - daleko we świecie, na Spiżu, u jednego leśnidkiego, co my u 
niego na polowaniu beli, Jarząbek ze Zywcańskiego, stryk Jaśków Wawrzek Nędza 
nieboscyk, a i Jasiek beł, takie jesce hłopcysko, nie beło mu osiemnaście roków. Ci hań w 
takik lasak siedzom, co może trzi dni na syćkie strony iść, zacym z łasa wyjńdzie. To jest lasy
grafów Palfik, Erdedyk *, panów Maryasik, a i biskupie. Do tyk hań nie dojdzie nijaka wieść. 
O wojnie się dowiedzom, kie tsie już skońcy, o morowem powietrzu, kie się kajsi w morzu 
utopi. Miał hań ten leśnicki trzi córki; jednej beło Irma, miała jasne włosy jak len, drugiej 
Weronka, miała carne warkoce mieniące, trzecia beła młodsa, Juczi, Ulka po nasemu, i brat 
beł, hłopiec, Andryś, co na h&rmoniji igrał. Ony ten pieśń śpiewały. Haniok ciho, jacy jyno 
potok pod dom sumi i drzewa nad nim. Do nieba jyno ponad wierhowce widno, ferecyna w 
pas, a pustki co straf. Dziewki płótno przędom i śpiewajom, pieśń po pieśni. Zamnozyło się 
hań dzikik świń i ryły po polak, bo ik beło tysiące, i odkażał po nas stary grof Palfi, ze my 
strzelcy. I poleciał s nami Jasiek, bo to beło ciekawe.
- Ładne beły dziewki? - zapytał Krzyś zainteresowany.
- Do cudu!
- Jakoż Się hań ta leśniarka nazywała?
grafów Palfik, Erdedyk - Palffy z Erdod, stary ród książęcy i hrabiowski na Węgrzech, 
rozgałęziony w kilka linii genealogicznych.
195

- Sełbyś hań? Rabsik. Oni to nazywajom Hagi. My hań krótko beli, jyno jedne noc, co my 
haństela dalej pośli, ku Batyzowcom. Jasiek nieraz rabsickie dziewki wspomina. Kotwi się 
mu jesce dziś za niemi.
- Je cemuz hań nie pudzie?
- Zbójnikowi nie rzec tak hodzić. On się zawdy warować musi. O Jaśkowi po Węgrak 
bębnowali i na jego głowę dwa tysiąca talarów naznacono.
- Ej wiera! Ale takom pieśń w złoto oprawić!
- W złoto. Kie Janosik co namyśluje, jako ka zrobić ma, to mu jom wse śpiewać musem. A i 
te dziew-Ki się poznaucowały.
- Hę, nie mas to jako przi starej pieśni medeto-wać - powiedział Krzyś z naciskiem. - Ja sam, 
kie mam co do myślenia, to se sejmiem skrzipce ze ściany i gram. Byrka ta cosi ozore miele, 
co inlic nie robiem, a!le ja jej ita jyno telo zeźwieńce:
Stara baba, hłop młody, wjehał na niej do wody, nie fdała mu wody pić -
- Ej hłopce! - wykrzyknęła jedna stryjeczna siostra Janosika, Jadwiga, do drugiej, Krystki, 
gdy Krzyś swawolny ostatni czwarty wiersz zwrotki dokończył.

background image

- Ja tak uwazujem - rzekł 'Sablik - ze nie mas nad muzykę i pieśń. W niej się zmieści cała 
dusa cłowieka. A i tyk gór bez tydzień nie obejńdzies, a do jednego pomyślenia ig syćkie 
wrazis i na strunak ci w jednym razie brzęknom, jak kiebyś na gwiazdy poźrał.
- Haj - potwierdził Krzyś.
- Ja nieraz i dwa tyźnia sam po górak po polo-wace hodzieł, ale mnie się nie cło. Gęślikik jęk 
zawdy miewał w rękawie w cusce, to jęk postrzelonemu niedźwiedziowi i przigrał, coby mu 
beło wesoło umierać.
- Ej ha! - zawołał Krzyś.
196
- A sobiek grał po dolinak w nocy, przi watrze, pod Krziwanie, w Hlińskiej Dolinie, pod 
Hrubym Wierne, w Hlinej za Wołowcem, w Miegusowskiej, ka padło. Turnie beły koło mnie 
i las. Ja bel hań sam jedyniec, a drugi beł on.
- Niedźwiedź - rzekł Krzyś z przejęciem.
- Niedźwiedź. My się hań sukali, ale kie my się ześli, to las grzmiał.
Wyciągnęła się sępia twarz starego Sablika, brząk-nął smykiem po gęślach, usta wąskowargie
mu zadrgały i siwe, przymglone źrenice w bezmierz pobiegły.
- A .lupto'Skik strzelców kieloście hań w skalak z kulkom w piersiak ostawili? - zapytał 
Krzyś. Sablik ruszył tylko głową:
- E dy ig idź porahuj - mruknął. - Po co zastempowali? - rzekł po chwili, nie przestając grać. 
Krzyś zaś rzekł:
- Teraz ja jus na miejscu. Kie się Janosik Litmanowski rusy, to amen. Lecem ja ku Sobkowi, 
ku Toporom, ku Mardułom, ku Mrowcom na Olcom, trza odesłać na Bfiałke, na Gron.
- Jest hłopy i na Bukowinie - wtrącił Sablik.
- Hań naród postrahany, to we wierhu, wiater. Hłop kie do pola wyjńdzie, to mu każdy włos 
osobicie stoi, a na każdym włosie wes siedzi.
- Ej hłopce! - zawołała siostra stryjeczna Janosika, Krystka, do Jadwigi.
- Ścignon by ja jyno oblecieć i odkażać z kiełka hłopami od nas, to w nocy haw bedom. Boby 
się niejeden pomścić kciał za Nowy Targ. Zgichnie się haw litwa! Jak jaskółek w jesieni na 
wieżom w Saflarak przi kościele. Rrzidom Topory, Mardułowie, Ustupscy, hę, ci im hań 
zaśpiewajom:
W rzyci widły, w rzyci widły, a na końcu gwóźdź, pojdze ku mnie, pojdze ku mnie, bedziem6
się bóSć!
Hę, hę, hę - przyśmiał się Sablik lekko.
197

- No, ostańcie z Pane Boge na temćase - mówił Krzyś wstając z ławy. - Przyde i ja. Jyno se 
sfarzipce z hałupy weznem. Bedem wam pomagał Janosikowi grać, kie legnie.
- A babsko? - zapytał Sablik.
- Byrka? Moja Byrka nie zginie!
Starej babie w potoku leżał diabot przi boku...
- Ej hłopce! - wykrzyknęły do 'siebie obie siostry stryjeczne Janosika, Jadwiga i Kryistka, 
parskając śmiechem.
Ale z sieni wychyliła się matka Janosikowa i psyk-nęła:
- Ciho bydźcie, dziewcęta! Janosik śpi!
On jednak nie spał. Leżał na pościeli twarzą ku powale i w sosrąb ryzowany patrzał. Już to 
ośm lat 'uszło, jak w Rabsiku był, Irmę, Weronkę i Juczi śpiewające, i Andrysia grającego na 
harmonii słyszał. Przyszli rano przed świtem do leśniczówki, strasznymi lasami idąc, on i ci 
strzelcy nad strzelce, chrzestny ojciec Sablik, stryk Nędza i Jasiek Jarząbek ze Zyw-
cańskiego. Wiódł ich posłaniec grafa Palffyego. Spali w kolebie w lesie, przyszli jeszcze w 
mrok. Mgły były. Żona leśniczego śniadanie im zastawiła, a we mgle koło domu, po rosie, 

background image

przesuwały się koło stajni krowiej i koło gospodarstwa dziewki jak widma. Twarzy uznać nie 
sposób było, nic, tylko znać było, że dziewczęta. Wszystko się wydawało jak ze mgły - dom, 
stajnia, chlew, ludzie, psy gończe powiązane. Drobny deszczyk mżył, grube krople kapały z 
dachu powoli i rzadko; co się uzbierało na goncie.
Dała im leśniczowa wódki borowiczki po pucharku i chleba z paprykowaną węgierską słoniną
po okrutnym kęsie. Stryk Wawrzek Nędza, któremu nos zła
198
mał niedźwiedź, i Jasiek Jarząbek, jego przyjaciel, któremu nos złamała Kunda Harendzka, 
trąciwszy go weń ramieniem przy zwyrcie w tańcu, po tym śniadaniu zaczęli mówić. Nie 
rozumiał ich nikt, ale oni siebie rozumieli. Choć nawet głusi trochę obaj byli:
stryk ad obucha, którym go za młodu Kula Wałowy przy Marcinkowej Bronci uderzył, 
Jarząbek od drzewa, co się na niego przy rąbaniu zwaliło. Brzęczeli na gębach jak na drumli; 
tyle tylko można było rozumieć, jak stryk Wawrzek mówił: betstyjka! - a Jarząbek: na to 
mówiący - bo takie porzekadła mieli.
Dziewki bujne, wysokie, tęgie we mgle się ukazywały, w dziedzińcu, na wilgotnej rosie, co 
kroki głuszyła.
Poszli z leśniczym. Cały dzień do wieczora polowali, z obławą się zeszedłszy. Padło dziewięć
dzików, trzy wilki, ryś, cztery jelenie i łoś, nie licząc sarn, lisów i zajęcy; dwa niedźwiedzie 
postrzelane poszły. Jednego strzelca Niemca spruł na śmierć odyniec; dwóch ludzi z gońców 
poszarpał niedźwiedź, z tych jeden zaraz zmarł.
Wrócili wieczorem do leśniczówki, aby przenocować i dalej się nazajutrz posunąć.
Sutą wieczerzę z pańskiego skarbu zastawiła leśniczowa. Było wino tokajskie i miód 
koszycki, placki z pszenicznej mąki i gulasz okraszony, i paprykarz pieprzny; bogata ziemia 
węgierska, mlekiem i miodem płynąca, o której 'na skalnym, zimnym Podhalu śnił lud jak o 
raju...
Wypogodził się 'ku wieczorowi las; gwiazdy na wietku miesiąca niebo czarne zasłały. Las się 
nimi zarosił, jakoby kwitł. Tysiące gwiazd na wierchow-cach i konarach świeciło.
Po wieczerzy Sablik jął grać na gęślikach, a stryk Wawrzek i Jarząbek grzali nogi, stanąwszy 
naprzeciw siebie i cyfrując po góralsku dostojnie i pięknie, jak na tak sławnych i wielkich 
myśliwych przystało; potem Andryś grał czardasza na harmonii, a tańczył go stary Sablik z 
leśniczowa, ku podziwowi obecnych,
199

tym większemu, że był Polak, i w kyrpcach, nie w butach. Gdy skończył, zabrzęczał Jarząbek 
do Jaśka jak na drumli:
- Zatońc-ze se i ty, hłopce, na to mówiący. Więc krzesny ojciec Sablik przykręcił kołki i 
zazgrzypiał, a Andryś grał sekundę. Zodział Janosik czuchę, zrucił serdak i pas i wyszedł na 
pośród izby w koszuli tylko i w portkach. Pojrzał we drzwi od sąsiedniej izby: obie dziewki 
tam stanęły, co je we mgle rano na pół widne widział. Jedna miała jasne włosy jak len i 
niebieskie oczy; druga czarne włosy mieniące i oczy 'szafirowe jak niebo.
Serce w nim zadrgało. Popatrzał ku tej drugiej i zaśpiewał przed Sablikowymi gęślami:
Nie smućze się, dziewce, kie jo się nie smucę, caty świat obejmie, ku tobie się wrócę!
Tak głosem oczoim dziewczyny odpowiedział.
Ale już nie wrócił więcej.
Tańczył nieźle, bo stryk Wawrzek nierad chwalił i młodzież miał za nic, a "e bestyjka!" ze 
dwa razy powiedział.
A gdy zgrzany, obhajdukowawszy trzydzieści razy izbę dookoła i wykrzesawszy całego 
drobnego, do pola dla ochłodzenia się wyszedł, po niewielu krokach dziewczynę czarnowłosą
spdtlkał.
- Piękny taniec - rzekła.

background image

- Wyście piękniejsi - on powiedział.
- Jutro pójdziecie dalej?
- Jutro.
Westchnęła dziewczyna, a on ją wpół ujął i szepnął:
- We was świat!...
Rozejść się trzeba było. Potem dziewczęta zawołała matka do izby. Wzięły się, jak zwykle, 
do przędzenia płótna i za matką poczęły śpiewać gościom, a Andryś grał na harmonii. Długo 
w noc słuchali myśliwcy w wielkiej mrocznej izbie, kagańcem smolnym oświeconej, 
posiadłszy na ławach koło ścian, poopierawszy
200
głowę na rękach, pieśni; o młodizieńcu, co się pytał matki:
Pani matko, gdze je wasza cera? Priszoł som ju nadszciwić? ---
A gdy się dowiedział, że umarła, leży w szczerym polu w hroboweńku, poszedł nad grób i 
wołał:
Wstań Naninka z teho hrobowefika, a podaj mi rucziczku - tri roczki minuli, jak som cię nie 
widzal, chce są z tobą pocieszyć...
A gdy nie 'wstała, gdy mu powiedziała "wec som całkom zemdlona", oczy ziemia zasypała i 
usta, tak się żalił:
Ked ja swu Naninku ne dostanem, pójdzem ja na skalu, shloniem hławu, na skału wisoku, 
prevelmi siroku, shłoniem swu htawiczku, spadniem dołu. Mnia szesmi młodzieńca niesti 
budu, fakoły woskowe horec budu, a twe siwe ocka •płakać 'budu...
I śpiewały z uśmiechem:
Pokel ja som bolą mala, maminka me kolimbala, hoho, hoho, hoja, hoja, hołubinko, duszo 
moja! Ale ked ja som uź duża, hiejdate mi matko muza, hoho, hoho, hoja, hoja, hołubinko, 
duszo moja!...
I o tych wędrownikach, co śpiewali:
Kec powandrujeme, cóż my pić budzeme? Wineczko z Tokaju, wodziczku z Dunaju...
201

I śpiewały smutną, tęskną pieśń niewoli węgierskiej :
Hej Krywaniu, Krywaniu, Krywaniu'...
I o tym śuhaju, co był taki wspaniały, że ku niemu musiałaby krasna holka osiem razy krasna 
być...
I wreszcie zaśpiewały:
Pod jaworkem, pod zelenym, orze Hańcza wołkem ciemnym, jesce skiby nie zorała, matka na
niom zawołała:
Hanciu, Haraczu, pójdź sem domu, wydajem cię, nie znam komu. Wy da jem cię Janickowi i 
hroznemu zbójnickowi...
Za pieśnią szła pieśń, aż pcrtężnych myśliwców sen morzyć począł i wsparte na rękach głowy
kiwać im się jęły. Wówczas spać ich na szopę do siana wyprowadzono. Ale z czarnowłosą 
Weroniką ścignął Jasiek słowo zamienić.
Więc gidy posnęli wszylscy, zesumął się z szopy, a ona już u studni czekała. Poszli w 
chojnik, gwiazdami nabijany. Nie broniła mu ani ust, ani siebie.
Tylko pytała:
- Wrócisz się?
A on jej odpowiedział: '
- Wrócem. Ona mu mówiła:
- Takiś mli, jak ten las... A on jej mówił:

background image

- Bierem s tobie miód, jako pscoła z beżu... Noc była jeszcze, kiedy się rozstali, świtu nie 
było, kiedy leśniczy na rogu na psy zagrał. Znów im dano po pucharku borowiczki i po kęsie 
okrutnym chleba
202
z paprykowaną słoniną. Ale Jasiek nie jadł, tylko do torby chleb ze słoniną wraził i odchodząc
zaśpiewał:
Nie smućze się dziewce, kie jo się nie smucę, cały świat obejnde, ku tobie się wrócę!...
'Lecz już w parę tygodni później zawiódł go ojciec na Pająkówkę, ku Krzistofowi Pająku, 
zbójeckiemu sławnemu harnasiowi, bo taką karierę uradzili ze strykiem i chrzestnym ojcem 
dla niego, a matka do-kwalowała. Pająk go spróbował na jedno i na drugie, na siłę, na bieg, na
skoki, na rzucanie ciupagą i cięcie konarów w powietrzu od rzutu, i na odwagę i 
zaprzysiągłszy przed odwiedzionym pistoletem, do bandy przyjął, a gdy w rok później 
'nieszczęśliwie powiesili Pająka w Mikułaszu na Liptowie, już Janosik Nędza sławnym był 
zbójnikiem i nagrodę za jego głowę obiecowano.
Kochanek miał, ile chciał i gdzie by był chciał; ale on się dziewek warował trochę, bo zdrada 
przy tym.
A onej Weronki z Rabsiku zapomnieć nie mógł.
Zali była dalej u ojców w lesie, zali się wydała za mąż i gazduje gdzie na jakiej leśniiarce albo
na gazdostwie rolnym? Zali żyje? Zali umarła? Zali piękna taka do cudowności, jako była?
Nieraz się o niej Janosik Nędza zamyślił, bo mu jej nikt nigdy nie zastąpił, a urok kobiet był 
mu ku urokowi Weronki, jako kwiatów w ogrodzie ku róży ciemnej.
I często mu Sablik spiskie pieśni grać i śpiewać musiał, i ponauczali się ich jego towarzysze 
od Sab-lika, i jego siostry stryjeczne, i mały czeladniczek, a nawet matka często nuciła przy 
tkackim warsztacie, kądzieli albo podczas rafania lnu. I kiedy Janosik co zamyślał, 
medytował nad ozym, kazał sobie tak śpiewać. Przy pieśniach Weronki z lasów spiskich 
namyślawszy, siał postrach po dolinach, od Liptowa przez Cisę aż po Bramy Żelazne u 
tureckiej granicy.
Nie tylko Strach o głowę swoją Janosika Nędzę
203

wstrzymywał od szukania Weironki. W nienawiści, odrazie i wzgardzie ku zbójnikowi 
Weronkę w pańskiej leśniarce chowano, jak jego wychowano we wzgardzie ku pańskim 
sługom i w dumnej wyniosłości. Nie dałaby się mu matka nawet żenić nie z gazdowską 
.córką, ale z "dziadem", "spod pańskiego pro-ga", "'ze służkom".
I spotkać się obawiał - - wolał pamiętać tę noc, te godzin parę i kazać sobie śpiewać pieśni, 
przy których plany wypraw zbójeckich, podobne do planów orła, układał.
Beata Herburtówna na Hrubem miejsce Maryny przy gospodarstwie zajęła. Ona rano 
wstawała warzyć śniadanie, ona białymi, delikatnymi rękami gotowała obiad i wieczerzę, a 
nawet do prania się wzięła.
Maryny nie szukano. Widno było, że zabrała konia i pojechała gdzieś własnowolnie, 
umyślnie. Mogła strachem nagłym opętana przed (Sieniawskim gdzie uciec... Mogła 
mniemać, że w ten sposób nieszczęście odwróci... Nie było się już o co w razie napadu na 
Hrubem bić. Mogła przypuszczać, że prędzej czy później Herburt się o pobycie Beaty u nich 
dowie i zabrać ją przybędzie, a temu się sprzeciwiać nikt nie ośmieli ani powinien.
Ale w miarę jak coraz więcej i bliżej Sobek Topór Herburtównę przy sobie miewał, w duszy 
jego poczęły się niecić ognie i pożądania miłosne, a krew poczęła w nim kipić. Nie poważał 
się wprost, ale pochłaniał postać panny poza plecyma rozpalonymi oczami i w ustach czuł na 
jej widok suchość płomienistą. Wynajdywał tysiączne przyczyny, aby ciągle być przy niej, a 
męczył się, bo się niczym nie zdradzał. Sypiał on zawsze w izbie czarnej, a ona w białej, ale 

background image

Sobek w nocy pod drzwiami jej siadywał, słuchał i klął dom tak budowany, że szpary między 
drzwiami
204
a framugą nie było, a i zlegi od góry się dopasowały. Aż razu pewnego przyszła mu szatańska
myśl do głowy: w powale dziurę wywiercić i tamtędy patrzeć.'
Wziął świder wielki, gdy Beata w stajni przy krowach była, i na strych z nim wyszedł. Ale 
gdy ostrze do drzewa przyłożył nad łóżkiem Beaty, strach święty go przeniknął.
On że miał wiertać dziurę, dziurawić dom, za króla Olbrachta budowany, półtorasta lat 
stojący, w którym ojciec i pradziadowie jego, Topór Krzos, Topór Obuch Jasica, Topór 
Wysoki marli, w którym zmarł i budowniczy jego Waliłaś, brat Łamiskały, co Hrube 
wykarczowali, polanę wyrobili, w którym dziadka zabito, w którym się pokolenia rodziły - 
dom święity? Miał go psuć?!
I buk, i smrek w lesie od jednego włókna psuć się zaczyna, nim scędrzeje do cna i zbutrzniały
do znaku runie. I niedźwiedziowi poczyna próchnieć jeden ząb - wielki jest jeszcze i mocny, 
ale koniec się mu zaczął, chyli się, aż legnie. Ale Ito rofbi czas, a on by w domu swym, w 
domu ojców miał sam zacząć zniszczenie?
I cofnął przytknięty świder od drzewa powały.
Ale przyszła żądza. Ujrzy pannę w łoże idącą, ujrzy, jak wstawać będzie, jak się obmywać i 
bieliznę przewłóczyć będzie, ujrzy...
I przytknął świder do drzewa. Zdawało mu się, że dom zadrżał.
I znów stal odjął.
Święty strach, święta groza go ogarnęła. Obejrzał się wkoło. Zdawało mu .się, że cienie stoją 
poza nim, że straszliwe ramię wyciąga ku niemu Waliłaś, co Hrube karczował, i Łamiskała, 
co polanę wyrobił, olbrzymy.
Ale nikogo nie było.
Znów przytknął świder - przycisnął, zakręcił.
I wiercić począł z całych sił, z wściekłością, potem oblany, dygocący z zimna.
Wiertał... Wiercił dziurę z pasją, z szaleństwem,
205

z siłą dziesięciu ludzi, aż nie stało oporu. Wyciągnął stal, dmuchnął w trociny i ujrzał światło 
i pościel Beaty Herburtówny. Wówczas szybko zbiegł na dół zmieść podłogę i od tego czasu 
dni i noce przepędzał na strychu. Bo wyjść trzeba było i lec na powale, gdy nikt nie słyszał, a 
zejść także tak samo. Więc nieraz przeleżał tam od popołudnia aż do dnia białego nazajutrz.
Poczęli radzić krewni.
Maryna znikła, Sobek ścieńciwiał, aż do cienia stał się podobny, gospodarstwa zaniedbał, 
zdechniony łazi - jak tak dalej pójdzie, przy telim majątku na dziada wyjdzie. Zaziuneno go 
cosi, jak gad ptaka ocami - a i cały dom po Jasicach...
Ku temu niedalelko w sąsiedztwie chłop zdrowy, co od wojska spod Beresteczka przyszedł, 
wybraniec, położył się i umarł. Rozszerzyła się łożnica pomiędzy ludźmi wkoło. Skąd, kiedy 
chłop zupełnie zdrowy jeszcze do osiedla przywędrował?...
Baby poczęły szeptać między sobą, radzili chłopi. Chłopi o Bobkowym upadku i że ni 
Maryny nie szuka, ni o pomszczeniu dziadkowej śmierci nie myśli;
baby co innego szeptały. Żona Topora Żelaznego rzekła do żony Leśnego Topora:
- Cosi Jasiców zaziuneno...
- Wiera haj! i ja tak myślom...
- Maryna się straciła - ślaku znaku po niej...
- No. Jakby jom co porwało.
- Myślałak ja, cy nie dziwozony - ale ig haw nie mas nikany ani o nik nie słyhno.
- Mniik samo to nie; ludzie go nie wlidowali dawno. Wilki tyś nie, to nie zima.

background image

- No to ka się straciła?
- Edź?
- Iz koniem. Do ziemie nie wjahała ani w powietrze nie furkła. Nic, jyno jom wygnało z 
domu. Wto wie ka - w las łebo w turnie. Wto wie cy jesce żywa?...
- No, no, no, wto ta wie, co się ś niom stało?... 206
- Zaziuneno jom. Nic, jacy to.
- A i Sobek jaki? Cień i cień. A i mało go widno. Syćko kajsi w doma siedzi bez calućkie dni.
- Haj. Ja uwazyła po nim przemianę.
- Tak i ja. A od kiedy?
- Dy niedawno. Mało co, kie się przyredykali z hol
z owcami...
- No, no, no. Teraz my na ceście. Zaziuneno Jasiców.
- Zaziuneno.
- A ludzie chorujom. Troje pomarło.
- No.
- Skąd? Bez co? Dyj tu nijakiej chorości nie bywało! Skąd się wziena? Kieby Wojtek 
Bustryckiego, co od wojny prziseł, beł prziseł chory - ale Panie broń, nie beło mu nic!
- Tu zachorował.
- No tu, ze zdrowego. Zaziuneno cosi Hrube.
- Zaziuneno. Ale co?
- A cóż haw łazi zdrowe, piękne, nie brakuje mu
nic? A skąd się wzieno?
- Je co?
- Żre, pije, jako ony płanietnik, co pod Kopom za wodom u Sobanka siedział, a dokucał 
syckik, jaze
pole osiedla fcłał wytopić.
- No. Ale haw płanietnika nie mas nikany, do nikogo nie ślaz siedzieć, pomiędzy gazdów.
- Ze dyć wiem. Ale co Gałajda nalaz? Przi Sta
wuk?
- Ehę? Ten pannę?
- On mi sam opowiadał, a ja mu powiadowała kiełka razy j: wto wie cyś dobrze zrotoieł, coś 
jo'm
prziniós.
- Może i to być. Hm...
- No dy uwazujcie sami: syćko się naokoło fce skantrzyć, stulać dołu, a ono rośnie!
- No, no, prawdę gadacie.
- Ja ta na nikim rada wirchowała nie bedem. Ale
tu - w ocy bżga jak nożem!
207

- Hej, hej, hej - bźga.
- Topór stary zabity, Toporowa jak kłoda leży,
Maryna przepadła, Sobek zgłupiał, a onemu dobrze.
- No, no.
- Ja wam tak powiem, bo ja ta nierada figli nijakik gadam, wto wie co Gałajda do sałasa 
przmiós?
- No, no, wto wie?
- Może ibyć mamuna jaka, dziwa stwora, pokusa... Pomilczały chwilę pod wrażeniem.
- No .to cóż robić? - rzekła Leśna.
- Co robić? A co zrobili w Trybściu za Białom Wodom z carownicom?

background image

- Z Biedrzanom? Co jom spalili?
- No!
Znów umilkły. Uczuły, że rzucają coś strasznego z dusz, jakby kamień rozpalony na głowę 
czyjąś z rąk.
- Kie krowy zaceny mleko tracić, kie dzieci wzieny mreć? A samo tak 'i ona skądsi przisła.
- Ze światu.
- Bajto! Wtoz wie skąd?
- Może i z Łysej Góry?
- Ja to słisała z ludzi. W Hispanji sami księdzo-wie każowali heretyków i wseliniejakilk 
carowników palić. I to beło świente.
- Dyć i jakiegosi Husa Niemcy spalili.
- No, co dzieci w żywocie macierzyńskim urzekał, ze się umarłe rodziły.
- Ja to słasała na odpuście w Saflarak, jako ksiądz z ambony wołał.                            . •
- Hej raty, przeraty!                       ;
- Trza lud ratować.
- A i ród; Sobek Topór.
- Może się i Maryna najdzie. Wto wie?
- A coby 'my jom wzieny 'bić? Fotela, pokiela się Maryna nie wróci abo polkiel nie powie, ka 
je jest abo ka Marynine ciało, jakby nie żyła?
- Podźme ku hłopom.
Poszły. Chłopi wysłuchali z uwagą. Bo ,to byli mądrzy i świadomi spraw świata gazdowie i 
choćjakich
208
próżniaków im nie trza było mówić. Przywołali najstarszego między sobą, Topora Od Muru, i
jego żonę od Kulów z Gronia.
Na spalenie się nie godzili, "dowodu" takiego nie było. W to uwierzyli, że się Maryny 
wyzbyło z domu czarami, żeby więcej jeść miało, i że Sobkowi pocyniło, aby zmarniał i aby 
całe gazdostwo wzięło sobie. To już bywało nieraz. Czasem się i dziwtore-mu dialbłu 
uprzykrzyło w piekle siedzieć, umyślił se na ziemi gazdować. To albo od chłopa gazdostwo 
kupił, albo wysłużył, jak to diabły są niejednako władni, albo go wystraszył, albo rozmaitymi 
sposobami do ruiny przywiódł i gazdostwo sobie wziął, tak jak Żyd. Czasem też i figlem 
wycyganił. I żenili się. Po takim jakimsi duchu jest Duchowie w Międzycerwiennem przy 
Czarnym Dunajcu. A i Polkusowie, ród szeroki, od Ludzimierza po Polany pod halami, 
skądinąd się nie wzięli. Kto wie czy ta panna to nie diabli poseł, a może diabłowa kochanka?
- Kie jej nie widział nik nika hodzić ani nic...
- Nie bójcie się! Jedno 'mogli się ułożyć na kwilę, drugie diaboł nie potrzebuje dźwierzy 
sukać ani na oknie burzyć. Hoćjakom sparom wleci, koło zapory cy nad progem, a ludzi 
zaśpi.
- Bajto! To duk!
Milczał stary Topór Od Muru, wreszcie rzekł:
- Co łby mogło być, nie wiem, ale ze se Sobków i Marynin majontek przysobić fce, to może 
być. Słuhował ja ze staryk ludzi o karle, co się do gazdy na pahołka zjednał i gazda przy nim 
na takom biedę prziseł, co się obwiesić fciał. Niwto mu poradzić nie wiedział. Ale beł cłek 
'mądry i poradzie! karła wygnać. Toż to zesła się cała dziedzina i karła wygnali het, iza 
granice. I ony hłbp się zaś sproście! na gazdę jako prędzy. A to miało być kajsi na Orawie.
- No, no, no, widzicie - poczęła szybko mówić Żelazna.
- Samo tak i tu będzie - zaczęła za nią Leśna. Sobek zaś jak szalony chodził. Porwać się na 
Beatę
209

background image

nie ważył, nawet się do niej bardzo odzywać śmiało nie nauczył ani nie próbował.
Co razy w nocy pod jej drzwi podszedł, to odpadł od nich, pchnąć nie śmiał. Tylko zdziczał 
tak, że rad był, że Maryna przepadła, bo przy niej aniby na strychu przy wywierconej w 
powale dziurze leżeć, ani pod drzwiami Beaty w nocy nasłuchiwać w sieni nie mógł. A 
słuchał każdego jej poruszenia, feażdego westchnienia, oddechu.
Kiedy sią po pościeli przesuwała, jego dreszcze gorące przechodziły, jafc żeby się żelaza 
roztopionego napił. Czasetm mu przychodziło na myśl fcotlik miedziany z dukatami spod 
jaworu za domem wykopać, pannie nogi złotem obsypać, ale go zaraz śmiech brał - nie telo 
złota ona w ojdowym zamku Widziała, może jej więcej do przesypywania garneczkami jako 
dziecku dawali...
'Nieraz tłukł Sobek głową w stajni o ścianę, a czasem się wściekł i konie szarpał za uzdy, 
kopał i pięścią po łbach bił bez powodu, że drżały, gdy wchodził, podczas gdy dawniej szyje 
ku niemu obracały przyjaźnie. Dziwował się parobek służący, ale gdy raz się odezwał, Sobek 
pozbierał mu w kułak koszulę pod gardłem, zakręcił i takimi oczami nań spojrzał, że parobek 
postanowił milczeć, choćby Sobek i żywcem skórę z koni darł.
Beata zaś chodziła cicha, nic nie widząca, niczego niedomyślna, w trwodze i niepokoju o 
Marynę i w przerażeniiu przed Sieniawskim. Niemniej powietrze i zdrowe jadło oraz zajęcie 
sprawiły, że utyła nieco i nabrała kolorów, których nigdy nie miała. Miłość i straszne 
przejście z Kostką, wyrzuty sumienia i żal czyniły, że łagodna jej i spokojna dusza smutną się
stała i zadumaną i wieczna melancholia ocieniała jej czoło i źrenice. Żyła zaświatom, a drżała 
przed rzeczywistością.
W Sobku nie postrzegła nic. Nie przychodziło jej to do myśli. Jego mizerny wygląd i 
opuszczenie się przypisywała zgryzocie, której miał tyle przyczyn;
210
czego on zaniedbywał w gospodarstwie, ile w jej siłach było, własną pracą i trudem nagrodzić
się starała. Co się mogło stać z Maryna, w głowę zachodziła.
Wiele też kłopotu i dolegliwości było ze starą Toporową, babką, która widocznie już ani żyć, 
ani umrzeć nie mogła. Przytomna była, bo oczy jej przytomnie po ludziach błądziły, i 
męczyła się widać walką życia i śmierci, ale umrzeć nie mogła. Do szkieletu podobna leżała 
w komorze bezwładna i nieruchoma i co rano szeroko miała rozwarte straszne, półtrupie oczy 
- żyła.
Jednego dnia przed południem Sobek, wracając z ciupagą w ręku z lasu, gdzie drzewo 
zakirzesami znaczył na ścięcie, ze zdziwieniem ujrzał sporą gromadę ludzi z Toporami, 
Żelaznymi, Leśnymi Od Muru, i ich żonami na czele, podchodzącą pod jego dom z widłami, 
cepami, z biczami, osobliwie baby. Przyśpieszył kroku i stanął naprzeciw pytając:
- Je kaź to lakom kupom idziecie? Cy na wilki?
- Do tobie - odpowiedział Topór Od Muru, głowa rodu.
- Do mnie?
- No.
- Cy się stało co? Ale co?
- Idzieme Złe z twojego domu wyganiać.
- Złe? Z mojego domu haw? Je jakie .Złe? Ja nie wiem o nicym!
- Nie wieś, boś zaziuniony - rzekła Toporowa Żelazna.
- Ja zaziuniony? Cyście zgłupieli, stryno? Cóż wy radzicie?
- Stryna dobrze radżom - rzekł Topór Od Muru. - My cię prziśli ratować.
- Je kiz diasi?! - krzyknął Sobek zniecierpliwiony. - Cyście wy sytka wary jaki, cy ja o rozum 
przi-seł? Cóż wy haw radzicie do mnie?
I uderzył końcem toporzyska o kamień.
211

background image

Naówczas Topór Od Muru wystąpił krok naprzó i począł mówić:                                •
- Słuhaj, Sobuś, dziecko, kie na Orawie w jednafli dziedzinie kareł się do gazdy za pahołka 
zjedni^B i gazda przi nim itak, jak tyś i ty haw teroz, marnia^B syćko się mu nie więdło, 
krowy zdychały, owce zJa^H łowiały, kobyły porucowały, baba mu umarła, on sangH zrzesał,
jako tyś i ty haw teraz; ku temu się mór n^H
ludzi cisnon - zesła się famielija i cała wieś i karłaJ wygnali.                                          >
- No to co? Cóż to haw ma do mnie?        '
- A ty se myśl pozbieraj do głowy: dziadek zaa bity, babka rażona, Maryna zginena, wto wie 
cy jesce żywa, tyś zrzesany, ścienciwiony co ijaze żal, gazdo-*;
stwa nie patrzis, ludzie dookoła na łożnice mrę' jom --
- No to co? - przerwał mu Sobek niespokojnie, jakfoy przeczuciem tknięty.
- My haw od tobie wyganiać przisli.
- Kogo?!
- Pannę.
- Pannę?!
- My uradzili, je ze ona to złe we was dom przi-nieisła.
- Ona?!
- No.
- Cyście wy się saleju nazarli, stryku, cy mnie bez rozumy przejńść fcecie?!
- Uwazuj, do kogo gadas! - rzekł Topór Żelazny surowo.
- Jezus Małyja! Na mój sto prawdu! Nie wódźcie mnie na pokusenie, bo hoć jeście starsejsy i 
stryk - -
- Tu cała dziedzina za nami - rzekł Topór Leśny.
- A coby i tysiąc dziedzin beło! Ja tu gazda! Na • swojam! Kogo mam w doma, 'to mój! Icie w
krocset diabłów, pokielek dobry! Stosecnyk diasków zjadło!
- My się haw tobie nie boime - rzekł Topór Od Muru.
- My haw przisli w świentej sprawie. Ka panna? 212
- Ale skąd wam to do głowy wjehało?! Stryła wam maciory do boku! Skąd?!
- Z mądrości - odpowiedział Od 'Muru. - My nie od dziśka zyjeme ani nase baby tagze. Tyś 
młody, głupi. Dowodu nie mas. Ty nie wieś nic. A jesce barzyj bez to, coś zaziuniony.
- Je siem skaranie, trzisła wam w garle dziś, stryku, s tem zaziunieniem! Ja zaziuniony, jak 
haw krew śknie spod obuha!
- Uwa.zuj, do kogo radzis! - odezwał się Żelazny groźnie.
- A hojbyk i do was samyk radzieł, krzeteny ojce! - grzmiał Sobek głosem. - Wy mi jej nie 
wydrecie, helba z dusom!
Spojrzeli chłopi po sobie, spojrzały baby; pokiwali głowami.
- No, Sobek - rzekł Topór Od Muru. - Kaź panna?
Wtedy Sobek zsiniał, sczerniał prawie; oburącz ujął toporzysko od ciupagi i rąbać dookoła 
siebie począł kamienie, głazy, krze jałowcowe, ziem, jakiby go szaleństwo owładło. Piana 
wybryzgnęła mu na usta, oczy stanęły w słup, biegł i w zamachu rąbał, straszliwe kręgi 
zataczając ciupagą.
Ludzie się cofnęli w trwodze, wołając:
- Złe nim piere! Złe nim piere!
Ale ToporoWie, Żelazny i Leśny, i dwóch chłopów podsunęli się ku Sobkowi, jakby ślepemu 
w szale, i chwycili go za ramiona. Odpadło trzech, jak od buhaja wściekłego, lecz Żelazny, 
siłacz, przy ramieniu prawym się utrzymał. Poskoczyło więcej chłopów, ubezwładnili Sobka, 
zwalili na trawę i przysiedli pod sobą. Wtedy z gardła jego wydarł się krzyk, jak z gardzieli 
dławionego przez wilki jelenia.
Ten krzyk usłyszała zajęta w piwnicy Beata i wybiegła z niej, w spódnicy ugiętej po ikola.na, 
przed dom.

background image

- Tu je! Tu je! - wrzasnęły baby.
213

zawołała Herbur
- Co się stało?! Na Boga?! -
łowna.
Ale nagle ujrzała się napadniętą i otoczoną przea tłum z widłami, cepami i biczami. Koło niej 
ryknęłyj dzikie głosy:                                      '
- Za granice! Rusią j stela! Bier się! Uciekaj! Carownico! Psia duso! Idź istąd! Bezero! Psie 
mięso zatracone! Rusiaj tustela...
Bicz śmignął i uderzył ją w plecy.
- Ah! Jezu! Co to jest?! - krzyczała Herbur
tówna. - Za co mię bijecie?! - Za co mię wypędzacie?!
- Rusiaj! Rusiaj! - ryczał tłum. - Za granice! Bier się! Uciekaj! Carownico! Dziwa stworo! 
Weredo!
Jeden z machających koło niej bijaków od cepów ugodził ją w głowę. Złapała się za głowę 
rękami, zasłonić chciała od ciosów.
- Ukamienować jom! - wrzasnęła jakaś baba. Ludzie usłuchali - schylili się i podjęli z ziemi 
kamienie. Pierwfsze rzuciło dziecko, chłopiec dwunastoletni, któremu oczy zażegły się 
ogniem. Trafił Beatę w grzbiet.
Wtem przez tłum przepchał isię stary, stuletni Kret;
zasłonił Beatę rozpostartą gunią i odezwał się do niej:
- Podź, dziecko! Uciekaj, bo cię żabi jom! Ja s to-bom! Podż!
Ptasimi, pełnymi śmiertelnego lęku oczami spojrzała Beata Herburtówna na Kreta i przypadła
głową pod starą, wytartą gunię.
Kret ją zatulił i wieść począł w stronę lasu, a za nimi szedł tłum, złorzecząc, hucząc i 
hałasując, ale nie bijąc ani nie rzucając kamieni. Taka była powaga, taki majestat opieki w 
starcu, w którym każda ' kostka już się trzęsła, taki odzew na napad, że ludzi onieśmielił. Szli 
za nimi bandą, wielu, zwłaszcza dzieci, z kamieniami w rękach, z wrzaskiem i krzykiem, ale 
czuli się jakoby ogłupieni przez Kreta.
214
I w końcu poczęli ostawać, a ci dwoje szli naprzód, aż przybliżyli się do lasu i znikli.
Trzej Toporowie, Od Muru, Żelazny i Leśny, popatrzyli na siebie.
- Przysady miał - rzekł Żelazny. - Ja to dawno kalkulował...
Gdy wieś wypędzała Beatę za swoje granice, w las, Sobek, czarny prawie na twarzy, bez 
przytomności na ziemi leżał; trzy Toporowe, Żelazna, Leśna i Od Muru, do domu Jasiców 
weszły i nad pościelą Toporowej Sobcackuli w komorze stanęły.
- Nie może umreć, stary biedak - rzekła Leśna.
- Ani żyć - rzekła Żelazna.
- Ani jedno, ani drugie - rzekła Od Muru. W rozwartych szeroko źrenicach Jasicowej 
wymalowało się śmiertelne, okropne przerażenie.
- Wie biedok - rzekła Żelazna - co radzime.
- Je dyj sama bacy, kie jej ociec nie móg skonać.
- I kie staremu Głacanowi już sto trzidzieści ro-ków beło, a jesce żył, ślepy, głuhy, taki jyno 
trzopek.
- Haj, haj, haj! - pokiwała głową Toporowa Od Muru.
- Je na cóż to takiego półtrupa trzimać? Heba coby w izbak powietrze psuł. S niej julz nic nie 
będzie.
- O bo nic!
- No nic.

background image

- A beła to gaździna!
- I baba!
- A i dziewka musiała być! Padajom starzy, co się jaz świat rumienieł, kie iprzi Stawuk 
pasała.
- No! Mogło to być!
- Siedmi parobków się o niom wyzabijać fciało.
- A teraz półtrupa.
- No, no...
- Ani pól nie mas. Ćwierć.
- Tak to wej, tak...
Oczy Sobcackuli przesuwały się, niewypowiedzia
215

na trwogą przeszyte, z twarzy na twarz stojących na< nią kobiet.
- Biedaku stary •- rzekła Leśna.
- Nieborko! - westchnęła Żelaizna.            |
- Ale trza ś niom zrobić, jako jest zwyk. Jako] i nam feiejsi może młodsi zrobiom, jak by my 
za długoj żyły. Dawieł jej przecie nie bedzies - rzekła Od| Muru.                                           ;'
- No, no, zrobić trza, jako jest zwyk...            ;
- Trza - rzekła Leśna.
- Porzondek Sobkowi w hałupie zrobić. Kieby
staryk do łasa nie wywozowali, łoby młodym ciasno beło. Taki świat.
- Taki wej, taki...
- Może ta i skórze j dojńdzie...
- Albo ta i dźwierz dziki przydzie. Co fiie ma mencyć długo.
- No, no! Taki jest porzondek świata.
- Z dawna starzy gadowali: Kie s ikim za casu śmierzć rzędu nie może sama dojńść, trza jej 
dospo
móc. Biercie, kumosko - rzekła Toporowa Od Muru.
- Pościele skoda.
- Je dy naw descki na podwórcu jest. Nie mas co wozu zaprzągać, bo las blisko.
- Siejdze haw jesce zatela, biedarstwo, siedź. Oczy Sobcackuii pełne były potwornej 
rozpaczy. Trzy Toporowe zaś wzięły kilka desek z podwórca, znalazły gwoździe i siekierę, 
zbiły obuchem nosze
i powróciły do komory.
- No, podź! - rzekła Leśna.
Sucha, twarda, skalista rezygnacja widniała już w oczach starej, półmartwej Góralki.
Toporowe podniosły jej sztywne ciało z pościeli, wyniosły z domu, położyły na zbitych 
desikach i dźwi- . gnęły w górę. Stały w podwórcu, na oborze, między domem mieszkalnym a
stajniami i chlewami. Trzymały Sobcackulę na deskach.
- No, pojźryjze jesce na gazdostwo, biedaku - rzekła Toporowa Żelazna.
216
- Ostatni raz!
W tej chwili zaryczała w stajni smutno, przeciągle krowa.
Jakieś jakby drgnienie wzruszyło nieruchomą, skościałą twarz Sobcackuii i jakby łzy 
zaszkliły w kątach jej suchych oczu.
- Wiś? Płace - rzekła Od Muru. - Śwircki jej w ocak staneny.
- Luto jej króiw...
- I krowom jej.
Toporowa Żelazna otarła łzę rękawem od koszuli;

background image

po zawiędłej, jakby zatęgłej bruzdami twarzy Toporowej Od Muru popłynęły duże, sączące 
się strugi łez.
- No, podżme - rzekła Toporowa Leśna, wzdychając żałośnie.
We wrotach obory spotkały Sobka - szedł czarny prawie na licu, chwiejąc się i wspierając na 
ciupadze.
- Babka skonać nie może. Fcemy ci do cysta porzondek zrobić w doma.
- Trza, cobyś się zenieł - rzekła Toporowa Od Muru.
- Haj - potwierdziła Leśna.
- Uprzącemy ci. Hoć to dzieci abo wnęki same robujom i staryk ojców cy dziadków do łasa 
wieżom, ale tyś jakisi taki jak chory teraz, fcemy cię przerencyć.
Sobek popatrzył na babkę błędnymi oczami.
- Dobrze - rzekł jakby bez myśli. Trzy Toporowe, niosąc Sobcackulę na deskach, wyszły 
przed izby; ludzi nie było - poszli za Beatą ku granicy. Przed izbami stali tylko trzej 
Toporowie. Popatrzyli i nie spytali nawet o nic, nieraz to widzieli.
- Uprzącemy Sobkowi - rzekła Leśna. - Maryny nie mas, tego diabła my wyzeneni, trza, coby 
się Sobek zenieł.
Trzej Toporowie kiwnęli głowami w milczeniu, pochwalając.
10 Legenda Tatr
217

Kobiety zaś, tą samą drogą, którą owce pędzono^ sprzed Toporów Jasiców ku Stawom, szły 
ku lasow^j i zanurzyły się w nim.
- Ka jom oistawime? - Spytała Żelazna.
- U Płazowej piwnice. Hań gąsc, husciawa - odrzekła Od Muru.
Poniosły i położyły nosze na mchu.
- Haw cię źmierzć dokończy - rzekła Losna.
- A janieli cię i haw najdom, jageś nie w grzyhu - rzekła Żelazna.
- Ostaj z Pane Boge! - rzekła Od Muru. Popatrzyły chwilę na Sobcackulę: twarda, spokojna, 
skalista rezygnacja świeciła martwo w oczach
starej Góralki.
- Deski zabiereme? - spytała Leśna.
- Je dy to nie wóz - rzekła Od Muru.
- Zawdy skoda - rzekła Żelazna. - Pięknie ohe-
blowane.
- Jasieniowe drzewo...
- Na 'mehu jej i tak lepsi będzie...
- Lekcyj się jej skona...
- No...
- Ani nie musime tyk desecek Sobkowi wracać. On ig ma dość.
- Kozda se nieg weżnie po jednej...
- No...
- Ono się przida w doma...
- Bajto! Przida...
- Je cóż ta takiemu biedokowi, na cym leży?
- A hojby jom to obesło, to nie powie...
- Bo nie gada...
Zdjęły sztywne ciało Sobcackuli z nosz i na mchu położyły.
- Lezze se haw, łez - rzekła Żelazna. Po czym rozbiły nosze i (każda wzięła deskę ipod ' 
pachę, i wlec je jęły odwracając się ku wsi. Po chwili rzekła Leśna:
- Ale wam powiem, kieli to ten las, co się nie przeruwa nikany...

background image

218
- No haj... Straśnie je wielgi...
- I pusty. A może ta w nim teraz niejeden taki
stary cłowiek leży...
- Abo i błądzi!... Kie Kośla swojego ojca Pietra do łasa wywióz, to jesce Pięter fajnie 
hodzieł...
- Nie móg się wej Kośla dookać, kie ociec umrę... To straśnie gwattoWliwe, a złe jaik pies.
- Mnie raz Mrowcowa Kaśka padała, jeże kości ze starego Mijała Mrówce, co beł jej hłopa 
strycnym dzładkem, to jaze kajsi pod Kosystom juhasi z wiesnom naśli, telom dal zaseł, kie 
go przed Gody syn Maciek, co go nazywali Frombijarzem, do łasa wywióz.
- Siełe miał, na, to seł, a wracać się ku domu nie
miał po co.
- Wiecie - rzekła Leśna - kie se tak pomyślis, e, to strasny ten las... Jedni w nim niedoumarci 
leżom, drudzy po nim hodzom, na rencak i na nogak pojeden... i na brizuhu się wiece...
- Haj, haj, haj! Takie jascury...
- A jęcy to, wzdyha...
- Nie dajze Panie Boże za długo żyć!
- Strasno pomyśleć - mówiła Leśna. - Taki głuhy las, sełbyś po nim, a tu ci cosi kajsi pod 
krzakem westhnie...
- Abo zjajcy...
- O raty! Ja by zamglała...
- Abo 'kieby ci się taki na radku z cienia wywłók - pod nogi...
- Ocy do tobie wystawie!...
- Ze zębisków, jak ta jesce ma pojeden, ozór wywalieł...
- I zasitompił ci -- ze ziemie patrzęcy -
- Ja by zamglała - rzelkła Leśna.
- Ja by uciekła - rzekła Żelazna.
- Ja by kopła, nieg się dzieje, co fce - rzekła Od
Muru.
- Strasno pomyśleć, taki las...
- Strasno...
219

Powróciły do Sobka; trzej Toporowie siedzieli prze< domem na ziemi.
- Kaź Sobek? - spytała Żelazna.
- W nuku - odpowiedział jej mąż.
- Podźmyz ku niemu.                      ;
Chłopi powstali i wraz z żonami do sieni weszli;:
Sobek leżał w czarnej izbie na pościeli.
- Sobek - rzekł Topór Od Muru - ja jest no
starsy, to ci radżom. Ostałeś sam, majontek jest, trza, cobyś się zenieł.
- Ale s kim? - zauważył Leśny.
- Dziewek po świecie dość. Jest hań i po Łętow-
skim Marsiałku córka, Hanka, dziewka do rzecy i bogata.
- Jest na Białce dwie dziewki u Stanisława Nowo-bilskiego jak śrybło - rzekła Toporowa Od 
Muru.
- Abo i pod Kopom u Tatara, Marysia, u Sym-cia? - rzekła Leśna.
- Dziewek po świecie dość. Będzie fciał, to se wybiere; opuści się na nas, to my mu 
wybiereme. O to nie bieda...
W tej chwili usłyszeli Toporowie nosowy głos Krzysia, iktóry śpiewał:

background image

Napić by się, napić, kieby co dobrego! Kiedyby obłapić, coby co godnego!...
- Krzyś z Olce - rzekł Topór Żelazny.
- Przynapity.
Jakoż przynapity nieco Krzyś ukazał się we drzwiach na krótkich, krzywych nieco w iks 
nogach, w kapeluszu na bakier, z miną butną.
Patrzał 'z jasności w sień z olśnionymi jeszcze oczyma, a Topór Od Muru zauważył;
- Kanysi popił, bo podufały.
- Jest haw wto? - zapytał Krzyś nie pozdrawiając i wyniośle.
- Jest - odpowiedziano mu.
- Sobek Topór?
220
- Jest i Sobek.
- Jest je? Ka?
- Haw. Na pościeli.
- No to nieg wstaje! Janosik Nędza Litmanowski na panów idzie.
- Co?! Jako?!
- Jako mówiem! Ja idem ś nim, jyno skrzipce weznem.
- Ka idzie? Co?
- Na panów! Ludzi bronić!
- Nędza? Hetman zbójecki?
- No!
Sobek siadł na pościeli, potem zerwał się, skoczył, schwycił ciupagę i z gołą głową do sieni 
wypadł, potrącając Krzysia we drzwiach, który się zachwiał.
- Kapelus weź, piscolce! - zawołali za nim Toporowie.
Ale on wyskoczył w pole, wpadł do stajni, wywiódł konia na użdzienicy, wskoczył nań i z 
kopyta się puścił.
- Zginie - rzekł Topór Od Muru, patrząc za nim.
- Skoda go - rzekł Topór Leśny.
- Maryny nie mas, Sobek kajsi jedzie bez pamięci, jakby pole przypadke zginon, no to 
majomtkem się my dzielime - rzekła Toporowa Żelazna z niesłychaną nagłością porywczą.
Ale Topór Od Muru surowo na nią popatrzał.
- O Sobkowi nie radź, a o Marynie nie wiadomo nic. Pokiel ja zyjem, garka tu jednego nik nie
rusy!
Umilkła chciwa Żelazna.
- Krzyś, gadajcież, co, jak? - naglił Leśny. Ale Krzyś, który powracając od Nędzów do 
karczem wstępował, popatrzył nań z niewypowiedzianym
lekceważeniem i odpowiedział:
- Jageś 'ciekawy, to hań leć.
-• Ze ka?
- Na Nędzów Gronik. Hań dziś w nocyj zbiórka.
- Dziś?!
221

- Ja idem po skrzipce i po Mardułe - oświad-| czył Krzyś i wyszedł na krótkich nogach, 
chwiejąc" się. Zaraz za domem zaczął brzęczeć na nosie:     ;
Kie my se podzieme horę dolinami,           • budom ze się dziewki obzierać za nami!...
W głęboki zaś las ku Spiżu szedł stary, stuletni Kret przed Beatą Herburtówną, mrucząc do 
niej:
- .Trzeba se dwa tęgie kije ułomić, od wilków abo i złego cłeka cy psów, kie na ceste 
wyjdłzieme. Ludziom się nie cuduj, co cię wygnali. Ludzie som jest głupi. Dziw Boże, jakby 

background image

się ka mądry nalaz. A ja tobie nie opuscem, bok cię nie na to mlekem warzo-nem karmił, 
cobyk cię na zaginienie dawał. Ja pomału za ludziami seł, nie wiedzęcy, ka idom ani po co? 
Włógek się ta, bok stary. Prawie jęk sproście na dobrom kwilę prziseł. Ony by cię może beły i
ukamienowały, ty baby. Prze co? Brzydosie zatracone? Mnie ta po nicym nie lufo. Ta 
izbecka, ka jęk siedział, jak na psa. Ba kie w hale z wiosnom pudom,
to mi luto będzie. O! Będzie mię cliwo przez owiec! Będzie!
- Ojcze! Wyście dobrzy! - szepnęła Herburtówną.
- Hej, Boże, dziecko - odpowiedział Kret - takim głosem nik się do mnie siedemdziesiont 
rolków nie obezwał... A kaź twoi ojcowie siadująm? Wyjdzieme z lasu, bedzieme się 
ospytować. Zawiedem cię. Może mi hań owce dadzom paść. Hawok się juls nie wrócem. 
Fciały cię psie pary ukamienować! Prze co? Ale przez owiec z wiosnom to by mię cliwo beło.
O, cliwo by mię beło. Ja je osiemdziesiont roków pas w halak...
Krzyś, co się stało u Toporów, nie wiedział, szedł on bowiem w inną stronę, walecznego 
Mardułe ku
222
Janosikowi Nędzy pozwać. Zastał go siedzącego na progu domu, w którym ze starą matką 
mieszkał, bęsiem, nieślubnym synem będąc.
Marduła był ponury. Posiadał on bowiem dwie pary portek, jedne nowe, drugie stare, ale się 
zdarzyło, że gdy wszelki dudek, jaki miał, wymijał po karczmach, poszły za dudkiem i nowe 
portki.
Krzyś, który się po drodze wody z potoku napił i tym do równowagi umysłowej znacznie 
przywrócił, zauważył Marduliną gorycz i zapytał politycznie:
- Hłopie! o cym tak medetujes?
- Hę, radbyk na kściny iść.
- Kaź to? - zapytał Krzyś skwapliwie.
- U Wojdyłów.
- Je cóż ta Bóg nagodzieł? Hłopiec cy dziewka?
- Dziecka nie ma. Zdziwił się Krzyś.
- I jako?
- Bo się narodziło nieżywe. Ale kściny som jest, bo syóko beło przygotowione.
- Je prawda - rzekł Krzyś - wtoz go ta wiedział, jakie się narodzi? Nie pytał się go nik. 
Gorzałka hań jest?
- I piwo, i wino, syćko. Dy Wojdyła gazda!
- Pytali cię?
- Hę, i oni, i wcora wiecór jesce przileciała Klar-ka Ustupska, cobyfc jyno prziseł. A i 
Wojdyłówne, Marcia i Milcia, strycne, mię straśnie pytały. Wtoz hań zatańcy, jak mnie nie 
będzie?
I Marduła stał się dumny.
- No, kiebyś na kwilę poleciał - rzekł Krzyś zastanawiając się. - Je, ale cemuz nie idzies?
- Jakoż pude? W '.taikik portkak nieporada iść... I wyciągnąwszy długie nogi przed Krzysia, z 
żałością na swoje połatane spodnie spojrzał. Krzyś pomyślał chwilę i rzekł:
- Wieś co, mam ja nowe portki, końdek som jest długawe i syrokawe na mnie, bedom na 
tobie. Lejdze duhem do Byrki, ona ci da, wisom hań na zyrdce
223

w białej izbie, a przynieś mi i skrzipce. Niepyta
nyk na te kściny, ale mnie ta ze skrzipcami przyjmioim.
- Ha j! - krzyknął Marduła i gwizdnąwszy na psa zajął go kijem i puścił się biec w 
nieporównany sposób, jak to miał zwyczaj, za psem galopującym przed nim, nieledwie się go 
za ogon trzymając.

background image

- Jedy by ci ten kisiendza po kolendzie łapieł -
mruknął Krzyś, zasiadając Mardułowe miejsce na progu.
- Na kściny na malućkom kwilecke wstąpime, i tak hańtędyj droga ku Nędzy.
Usłyszała stara Mardułka obce mruczenie i wyjrzała z izby do sieni.
- Tuście, swoku? - ozwała się przyjaźnie.
- Zy haw. Jak się ta miewujecie, ciotko?
- Ze tak ta, po końdku. Ani tak, ani tak. Kaź Franek?
- Poleciał do mnie na portki. Skroś tyk kścin. Rad by tańcyć.
- E dobrze ze tyś! Wyzycycie mu? Bo se straśnie markocieł, co ni ma w cym iść.
- Ale z tyk kścin to on tu jus du domu nie przydzie.
- Zje ba kas pudzie?
Jął Krzyś Mardułkę objaśniać, a ta wysłuchawszy rzekła:
- Je dy dobrze. Może się ta przecie raz Franefe do kupy pozbiera i na p&rzomnego, godnego 
złodzieja, jako i drudzy, wyjńdzie. Ja to sama wiem, ze i ś niego by móg być złodziej, jaz nie 
żal, kieby nie te dziewki! Co się mu nieraz nagadam: "Franek, dajze pokój, posiedź! S temi 
freirkami nic nie nagazdujes, ba jesce swoje minies! Złodziej byś móg być, jako i Nowobilski 
wtóry na Białce abo Maleją w Polanak, a tyś co?! Z porwaśnegoś rodu, to ta porwies, ale wto 
fce się ze zbójectwia na gazdę sprościć, nie musi o fi-
glak, kohaneckak myśleć, ba jedno w głowie mieć:
kraść!"
224
- Terazeście wej, Mardułko, dobrze p&dzieli! - rzekł Krzyś. - Wy macie rozum.
- Ale Franek jako Franek! Co prawom rencom przyniesie, to trzoma lawemi pomiendzy 
dziewki ozda, a i pozywać się go bojom, hoć je hłop, bo taki nigda niepewny, co mu jyno to 
nań w głowie, to cerniućkie a drobne. Nieraz ja się i napłacem, bok go przecie na zbójnika 
howała...
- Przy JanosSku się prziucy. To ociec świenty zbójecki! - rzekł Krzyś z namaszczeniem, 
kiwając patykiem na oście.
Tak rozmawiali, tymczasem zaś szybkobiegacz Marduła z portkami Krzysiowymi i 
skrzypcami, wiatr 'zdumiewając, powracał.
Psa nawet za sobą zostawił.
- Żeś tyś hytry - rzekł Krzyś z uznaniem.
Z porozumiewawczym, polecającym spojrzeniem spojrzała Mardułka na Krzysia - co by to z 
Franka mogło być, a j być!...
W mig się przeobuł Mairduła; trochę było ciasno i krótkawo, ale ony okami płóciennymi 
poowijał kostki wysoko i rzemieniem pookrącał. Było.
Opowiedział mu za ten czas Krzyś, po co poń przyszedł: Mardule się oczy zaśmiały, słuchał 
bystro, po czym ciupagę z kąta, noże i pistolety z półki zaraz wziął. A gdy matkę całował na 
pożegnanie w rękę, ta rzekła:
- Idzies tak, jak do skoły. Talant ci Pan Bóg dał, od korzenia się weź!
- Ale się z moik portek wyobujes? - zastrzegał się Krzyś, ruszając z Marduła.
- Wyobujem. Ja se ta nie jyno jacy portki, ale i buty z holowami najdem!
- Łacwie - rzekł Krzyś. I obliczał, że z godzinkę się na chrzcinach zabawiwszy, jeszcze na 
czas na Nędzów Gronik zajdą, a nie, to Janosiika dościgną. O tym, że miał i innych 'chłopów 
ku Janosikowi pozwać, już nie myślał.
U Wojdyłów grali, aż z daleka huczało. Gości
225

wdzięcznie Wojdyłowie powitali, a na widok Krzysia9 poczęto wiwatować, bo to był muzyka
nad muzyki.]

background image

Młoda Woj dylowa od Karkasów, trzeci dzień po po| łogu, właśnie tańczyć przestała i 
szepnęła do męża:) - Uwenerujze Krzisiowom personę, coby zagrał, l Ale Krzyś, napiwszy się
ponownie, wolał naprzód zatańczyć. Chłopi rzędem dookoła izby pod ścianami stali i jeden 
po drugim przed muizyfków wychodził i tańcował, jak było zwyczajem, lecz Krzysiowi 
miejsce zrobiono dla wieku i wartości.
Wystąpił więc z ostrą miną przed muzykantów, dwóch skrzypków i basistego, i wyjąwszy 
jakieś gro-siwo ze supła smatfki, którą miał w kieszeni od serdaka, i rzuciwszy do basów, 
zaśpiewał:
Spodobały się mi u zająca usy, U jelenia rogi, u dziewcyny nogi!...
Po czym ogromnie głośno począł tupać kyrpcami w dyle podłogi i puścił się dookoła na 
oewodną nutę, Marduła zaś podskoczył ku Capkuli, babie wielkiej i na podziw rozłożystej, i 
pokłoniwszy się jej z gracją lekko kapeluszem, który miał na głowie, wpół ją ujął i 
kilkanaście razy wyzwyrtawszy, aż babie spódnice ku kolanom wylatowały, pod rękę ją 
puścił jak frygę, aż babie spódnice powyżej kolan wyleciały i pokazała się pod nimi 
mężowska biała guńka, którą dla większej jeszcze urody na biodra zapasała.
- Hejże ino z Franka pies! - krzyknął rozradowany ojciec Wojdyłowej.
Capkula zaś, prawą rękę wdzięcznie z tyłu na biodrze grzbietem dłoni ku ciału z zagiętymi 
palcami wsparłszy, wyprężyła się niepomiernie i na palcach się wspiąwszy, drobno 
beczkować wokoło Krzysia poczęła. Krzyś zaś wkoło się nosił, a co czas przed muzyką 
stawał i śpiewał.
- Choć nogami telo nie doprawdzi, to gardłem dorobi! - dokwalowali chłopi.
Głowę to na bok zwieszał, to w dół, to dźwigał, 226
odrzucał, a nogami to w dyle tupał, to po piętach się dłońmi na trojako z lewej strony, z 
prawej strony i z przodu przed sobą bił, to w obie naraz, podskoczywszy, dłońmi uderzał, to 
jedną piętą, przystanąwszy, powoli z góry mocno w podłogę rąbał.
Nagle stanął i okręcając palce wskazujące w powietrzu koło siebie, do okółka, drobnego 
zakomenderował:
Cy se bacys, kiek cię pytał, kie się jawor lipy chytał? Cy se bacys, kies mi dała, kie się lipa 
ozwijała?
- Hej, stary! - krzyknął rozradowany ojciec Wojdyłowej, grożąc Krzysiowi palcem na nosie.
Krzyś zaś na ciemieniu ręce zaplótł i krzesać począł, piętą o piętę zastawiać, to wartko nogę 
przed nogę przekładając, to z węgierska piętą za piętę cofał się w prostej linii, to drobno 
kyrpcem przed kyrpcem sunąc, w bok szedł, to w przekątną przez izbę z nogi jednej 
posuwiście, a Capkula to koło niego, to przed nim do linii, to za nim. Jął ją Krzyś ganić, 
małym korpusem w jej rozłożyste ciało godził, piersiami bez mała w brzuch, nosem w biust, 
kolanami w golenie, ona uciekała, on jej dopaść nie mógł; znów się cofał, a ona ku niemu 
zalotnie przybliżała. Z Krzysia pot się lał. Capkula czerwieniała na gębie jak rak.
Nagle Krzyś stanął, rozkraczył szeroko nogi przed muzyką i zaśpiewał:
Hej baca nas, baca nas, dobryk hłopców na zbój mas, jesce byts ik lepsyk miał, kiebys se im 
syra dałl
(śpiewankę dowcipnie skomponowaną przez juhasa zza Wirchporońca na skąpego 
tamtejszego bacę od Kohutów z Muru).
I 'podskoczywszy, jak za młodości, w górę, na obie stopy skrzyżowane Krzyś od razu spadł i 
hajduko
227

wać począł, przysiadami "ponad ziem", dokoła Capkuli; ale Capkula też pokazała, co umiała. 
Jafk si< weźmie, jak łupnie! Równymi nogami na stół wypalis
ła, aż stół jęknął, a co na nim stało, brzękło, szczękła i dzwiękło.                                          |

background image

- Wiwat! - krzyknęli chłopi.                   < Ale Capkula ze stołu zeskoczywszy przed muzykant
tów się posunęła i stanąwszy przed nimi, odmieniła:
Zagrojze mi hajduka! Kany noga, tam...!
Krzyś Capkulę wpół do zwyrtu pochwycił i okręciwszy się z nią wielokroć, pod rękę ją, ja'k 
Marduła na początku, chciał puścić, ale że on był mały, a ona wielka, ona jego ku 
powszechnemu śmiechowi z niezmiernym pędem, nim się spodział, puściła, 'aż go na baby ku
ścianie zaniosło.
- Hej, stary! - zawołał stary Wojdyła; Krzyś równowagę pochwycił i okiem ku niemu zipnął.
Gdy się zaś piwem ochłodził, między muzyków siadł i prym Mairdule, który z kolei tańczył, 
na skrzypcach grał. Ale krótkie i ciasne portki Krzysiowe na rosłym i bujnym Mardule 
poczęły zdradzać swą nieodpowiedniość. Jęły trzeszczeć, a opięte były tak, że się zdawało, iż 
we wszystkich szwach pęlkną. Toż haftki na kostkach, sztucznie w onycki pochowane, 
powyłaziły nad płótno. Spojrzał Marduła po sobie i zrozumiał, że trzeba ratować stan rzeczy. 
Huknął więc przed Krzysiem, bo właśnie drobnego tańczył:
Hejże jyno portki moje, bo mam w doma jesce troje!
Ale Krzyś nie wytrzymał, aby dościpu dościpem nie zagrzać i znad skrzypców odpowiedział:
Kiedy ty mas w doma troje, zobuj moje, obuj swoje!
Izba zatrzęsła się śmiechem. Marduła stropił się, 228
ale tylko na sekundę. Skoczył, jak pióro lekki, na skrzypce Krzysiowe i końcami palców 
skrzypiec mu dotknął z wierzchu, a Krzyś nie przestał grać, tak
lekko dotknął.
Gęby się otwarły na tę sztukę.
Zaś za chłopami, co rzędem wkoło tańczących stali, na ławach za stołem siedzieli starsi 
gazdowie i gaździnę. Gaździnę prawie ciągle po dwie, po trzy razem śpiewały, gazdowie toż 
samo i weselili się. Wódka, piwo i wino potokiem się ze dzbanów lały, a dowcipy, 
przypowiednie i żarty strzelały jak race.
Tam homerycki śmiech wywołał stary Gahut, opowiadając historię o żydowskim sądzie - jak 
wybudowano gdzieś kościół i majster blacharski na wieżę ku krzyżowi wyszedłszy, pośliznął 
się i spadł, a na dole stała masa ludzi, między nimi kupa Żydów. Na jednego z Żydów spadł i 
zabił go, jemu zaś samemu nic się nie stało. Wtedy Żydzi zaczęli krzyczeć: Ge-wałt! ukarać 
go! zabić go! Ząb za ząb! Oko za oko! Jako to żydowska wiara. Polecieli do sędziego. Sędzia 
wysłuchał i tak osądził: Ha, moi Żydzi, on go nie zabiel umyślnie, ja go - pada - inacyj karać 
nie mogem, jyno go heba pod wieżom postawić dam, a nieg jeden Żyd na wieżom wylezie, 
spadnie nań hańistela i zabije go. Inksej sprawiedliwości nie wiem.
- Wyseł tyś wtóry? - pytał ojciec Wojdyłowej, zanosząc się śmiechem.
W izbie było duszno, gorąco i ciasno nad wyraz. Wiele tam objęć, wiele uścisków, wiele 
całusów wymieniono, jedne otwarcie, drugie ukradkiem, jak komu wypadło. Gazdowie brali 
cudze baby na kolana lub obejmowali przed sobą, cudze baby szczerzyły do cudzych chłopów
zęby, kto się ku komu czuł, to z niego wyłaziło.
Tam przystojny, tęgi Wojtek Kujon zaśpiewał półgłosem do przystojnej tęgiej żony Jędrzka 
Pęksy: - Widziałek cię, widział, kies cesała przedział! - a ona mu z wiele mówiącym 
uśmiechem odpowiedziała: - I ja cię widziała, kies siwe wołki gnał! - i tak sobie
229

o sobie pod figurą poezji znać dawali, co czują, m Wojtek miał babę starą, a Pęksa się babie 
nie widział.                                              l
Tam palce bogatej Kasi Symciarówny trzeszczałyl potajemnie w palcach ubogiego Klimka 
Bustryckiego, j a w kącie, za piec wtłoczeni, Michał Wyrdzinnik ze Zosią Samkową prawie 
się zupełnie rozkoszy oddawali. Drżało wszystko od tych dziewcząt o ślicznych twarzach i 
oczach niebieskich, smukłych w biuście i ramionach, a tak pełnych biodrach, że z nich jak 

background image

kwiaty z dennicy wyrastały. A kto tknął tych bioder, szał go brał. Dyszało wszystko nad nimi.
A im płomienie w oczach świeciły, piersi od gorąca i tłoku dyszały prędko. Gięły się do 
uścisku. Wymykały się z parobkami. Wrzał pohut płciowy.
Wtem zrobił się rumor. Piotrek Sawickiego, którego do tańca puścić nie chciano, bo nie 
proszony przyszedł, i Sawiccy z Wojdyłami nie byli dobrze, a za awanturnika go 'znano, do 
basów talara srebrnego rzucił i wypchawszy się na pośród izby, skakać począł, pięściami koło
siebie wywijając, piana mu zaś ze złości zaraz na usta wybiegła. Nibt mu dziewki wywieść do
tańca nie chciał, natomiast młody brat Wojdyłowej Józka Sieczkę pchnął umyślnie, ażeby 
tańczył. Już Marduła stał blisko. Gdy się Sawicki z Sieczką bok o bok uderzyli, już Marduła 
był przy nich, a gdy Sieczka dostał w pysk pięścią i zatoczył się na rząd ludzki, już Marduła 
koszulę skręconą w garść pod gardłem Sawickiego trzymał. Ale Sawicki, parobek niosłaby, 
tak samo Mardule zakręcił i dławić się zaczęli. Chwilę wszystko ustało z ciekawości, który 
którego praśnie. Zsinieli Marduła i Sawicki. Niedługo to jednak trwało. Znikł Sawicki pod 
nawałą napastniczych ciał, a w chwilę potem krwawą masę do sieni wyniesiono i z sieni w 
smreczki za domem ciśnięto.
Uspokoił się mat i zaraz się dalej ochota zaczęła.
Czy Sawicki był żywy, czy umarły, nikt się nie troszczył.
230
Upił się jednak ogromnie cioteczny brat panny młodej *, Bartek Bachleda, i bałamutę zaczął; 
wrzeszczał, (klął i rwał się do bitki. Więc go kilku poważniejszych chłopów za ręce wzięło, 
wywiedli go w pole, chałupę z rogu nieco dżwigli i pod podchylony węgieł długie włosy 
Bartka wsadziwszy, opuścili dom na powrót.
- Teraz se nieg siedzi, polkiel się nie wysuma.
Darł się Bartok wniebogłosy, ale to w ogólnej wrzawie i przy muzyce głutehło.
Tam tancerz jakiś do drobnego znowu ciął:
Złamała się posdótka, kany spała frairka, złamała się na dwoje, na niescenscie na moje!
Owdzie starzy gazdowie, blaszanymi kwaterkami wódki do siebie zdrówkając, opowiadali 
sobie dalej ucieszne historie i 'pokładali się raz w raz w tył ze śmiechu lub po kilku 
bezbarwnymi głosami ryczeli piosenki rozmaite. Baby wywodziły pieśni, przeraźliwie cienko,
przy drzwiach 'zaś blisko stanęło kilka dziewcząt, objęły się rękami za szyję i śpiewały ustami
w usta jedna drugiej, że ledwie można było zrozumieć:
J o ci powiadała: przijedź, hłopce, przijedź, a tyś nie przijehał, wolałeś mię ni mieć!
Hłopcy moi, hłopcy, nie dacie mi uróść, pozieracie na mnie, jako na latorosd...
Ale wnet otoczyli je parobcy. Głosy się zmieszały, głowy przepletły, ciała jęły stykać ze sobą.
Wesołość, radość, zdrowie potężne i namiętna ochota i zdolność
upił się jednak (...) brat panny młodej - Typowe "przepisanie się" autorskie. Tetmajer, 
odtwarzając wesołą atmosferę zabawy góralskiej, zapomniał, że nie jest to przecież wesele, 
lecz raczej stypa po noworodku.

życia hulały, z hulania przechodziły w szał. Szczepan z Ustupu, niemłody już chłop, ale w 
barach jak wół, Capkulę na ręce porwał i z nią hajdukował za jakimś tancerzem. Jasiek z 
Podwiicnika w zębach stół ze wszystkim, co na nim było, 'próbował dźwignąć. Staszek Topór
na rękach do góry nogami chodził, a Mar-duła w miejscu do wścieknięcia nad głowy ludzkie 
podskakiwał. Zośkę Jacinową, babę dzietną, tak nabrało, że na Maćka Karkosa, parobka, 
piersiami padła i przygniótłszy go ku ścianie, dyszała na nim: - tyś mój! tyś mój! Zaś Hanka 
Wojdy łowna trzem parobkom na raz wynieść się na rękach z izby dała, spod oczu matki, 
która wołała pijana:
- Jeno hłopcy po młodsemu, po młodsemu! Stary Wojdyła, dziadek martwo narodzonego, ze 
starym Byrcarzem, teściem Krzysia, objąwszy się za szyję, na śmierć pijani, pod ławę się 
zwalili i tam jeszcze nos w nos śpiewali żałośnie ciągle to samo:

background image

Byłaby ja, była, cobyk jesce usta, jyno by mię mama gałęziom przesiusła!...
Nie opodal zaś młoda Wojdyłowa z matką męża kłóciły się ząb za ząb, co by z dziecka było, 
gdyby było żyło, czyby się było podało na Wojdyłów, czy na Karkosów, a jej matka własna 
kiwała się na ławie nad blaszanką gorzałki, zawodząc:
- Oj toiedarstwo, kies tyś 'ty się nieżywe narodziło, kies ty takie kściny miało mieć!...
Wtem nagle Krzyś ustał grać, za struny wsunął smyk, wstał z ławy i podszedłszy żywo ku 
Mardule, ozwał się doń surowo:
- Franek, je cos to robis?!
- Abo co?
- Je dy my mieli do Nędzów lecieć!
- Hę dwaścia zjadło! Iście my mieli!
- No, to cos ty robis?! - A wy?
Zastanowił się Krzyś, jakby mu to dopiero na myśl 232
przyszło, spuścił z tonu i odpowiedział o wiele łagodniej:
- No to podźme.
I nie żegnając się z nikim wyszli z izby, a gdy wyszli, Krzyś rzekł:
- Po drodze nam Gałajda. Hybajme poń.
Gałajdę zastali na słomie, na której sypiał w małej izdebce, gdzie sam jeden mieszkał i 
gospodarstwo prowadził.
Gałajda leżał pod niską powałą, w dusznym cieple, twarzą na izbę 'zwrócony, i chrapał, aż 
dudniało.
Przystąpił doń Krzyś i Wstrząsnąwszy go 'mocno za ramię, że się obudził, zaczął mu 
opowiadać, po co wstąpili.
Ale Gałajda wysłuchał opowieści i na zapytanie Krzysia, czy pójdzie z nimi, odpowiedział:
- Nie.
- Lacego?
- Bobyf spał.
- No to haw przyjadom panowie i zabijom cię.
- Może - odmruknął z obojętnym niewspółudziałem Gałajda i obrócił się twarzą ku ścianie.
- Byku! - huknął mu jeszcze zgorszony Krzyś nad uchem, ale Gałajda znowu chrapnął, aż 
zadudniało.
Poszli więc sami, przyspieszając kroku. Ciemno już było i gdy przechodzili przez pastwisko 
na Gładkiej poza lasem, ozwał się Marduła do Krzysia cokolwiek zmienionym głosem:
- Gwarze! mi kowal, Fakla Józek *, znaliście go, ze kie do freirki do Słodycków za Kopę 
tutędej hodzieł i raz w nocy seł, patrzi, a tu się źrybie pasie. Widziało się mu, że Firkowe, 
strzelieł toporzyskem bez zadek i pada: "Idzies ty du domu, weredo!" A to żryibie kie zerzy! 
Jaz się las zatrząsł! I jedzie prosto nań, z pyska kielce wystawiło jak miedziane i ogień
Gwarzśł mi kowal, Fakla Józek - Opowiadanie o przygodzie Pakli z czarodziejskim 
źrebięciem jest powtórzeniem gadki Tomka Gadei z Polan (W. Brzega:
Gadeja, "Lud" 1910, s. 202).
233

mu wej z nozdrzy fuknon. Fakla się złąk, jaze zedrzał, toporzyskem się opądza, a to cym blizy
ku niemu, tym je więkse, rośnie, jaz nad las. Fakla się cofie do łasa i skrył się. Wrócił się do 
domu. Kie na drugom noc zaś ku freirce się zabrał, kie w to miejsce przi-seł, to jaze .poty na 
niego biły, telo się bał.
- Hę - rzekł Krzyś - ja by hań nie seł, hojby 'miała zlotom!
Po chwili zaś zaczął mówfić:

background image

- Ono nie śpi. Kie Wnękowie z Dzianisa księdza, co z kazaniami przijehał, zabili, bo się im 
straśnie śrybelne mentaliild u niego zwidziały, co się nie narobili, coby ciało skryć, a nie dało.
Wsadzili go do becki z kapustom, wyjońć musieli, pote zagrzebi! w ziem, zaś wyjeni.
- Bez co? - przerwał Marduła.
- Bo musieli. A obawiali się, bo księdza biskup krakowski posukować kazał. Na ostatku 
umyślili wywieźć go za granice orawskom. Nie daj Synu Boży! Zaprzągł! dwa konie, co ku 
granicy przijahali, nie mogli za niom rusyć. Musieli wrócić. Jaz ig hajdukowie dostali i 
obiesili.
- No to i ci 'zbójnicy, bacycie, co w Saflarak hłopa zabili, samo tak; kie ludzie krwiom tego 
zabitego liny od zwonów w kościele pomaścili i zacyni we zwony bić, to ka ten głos zwonów 
zaleciał, to ig zatrzimał. Nijakim świate przestompić nie mogli. Tak jak klętej obręce.
W Goryckowej ig kajsi połapali, co się kręcieli po dolinie jak zaklenci.
- Haj, przidzie tak, co hamuje. I seliniejako rozmaicie. Kie stary Jawolcyk z Małego Cichego, 
Jadam, ten woli złodziej, zmar, to go śtyrma wołmi z miejsca w truhle rusyć nie dało. Ba go 
sami hłopi musieli wynieść.
- Je bo za swojego zywobycia nic nie robieł, jyno woły kradał, to go po śmierzci nie fciały 
wieźć,
- Ja ci powiem, Franek, niezlicne rzecy we świecie jest, aj jest! Niek cię Bóg scęści!
234
- O jest!
- Cłowidk nie jest scęśliwy. Bo je na ostatku stworzony. W samym zadku stworzenia stoi, 
syćko złe, co na świat sło, on uwadziło. Cała kurniawa.
Szli milcząc, aż Krzyś powiedział:
- Zimna noc. Cujem. Ja jus rzadki. Nie takik wyraźny, jakok bywał. Cłek tak cieńce na 
starość, jak płótno.
Marduła popatrzał na niebo i rzekł:
- Be pogoda.
- Będzie, bo miesiąc kolombkom dołu. Kie je rożkami do góry, to pokazuje na dysc. Ja się jus
i dogonieł. W tańcu to się widzi wiatru we mnie telo, co-byś rąbanice urobieł. Ale tak to mię 
ubyło. Ba z łamania po kościak tok się wylecył. Wzionek liści z pokrziwy, z jasienia, z 
bożego drzówka, z macierzanki i z jałowca z 'bobkami, pięciorakie ma być, i parzyłek się. 
Popuściło mnie do trzeciego razu. O, godnie jęk się zratował. Bo mię jus noga jedna bars 
dogorywała. Kie co gościec cłowiekowi lubi, to pilno pomoże. No jus my do koniecźlebu 
dośli. Jus my blizo potoków.
- Ale! - zawołał nagle Marduła. - Dy ja we wasyk portkak!
- No niegze ta! Wróois mi ine.
- O to nic! Ale się hłopi bedom śmiać, ize nie pro-ci preporcyje portki namierzane... Krzyś 
myślał chwilę i rzekł:
- O to nic. Paniezus pedział, ze nie miejsce zdobi cłeka, jyno cłowiek miejsce. Tak tyś i portki
hłopa. Ale co robić!
- Ksiąndz hoćby beł w lesie, to mu każdy niesie - rzekł sentencjonalnie Marduła w 
analogicznej myśli.
- To tyś to! - rzekł Krzyś. - Bydżze wesoły, cłe-ku! A wieś, padała mi 'stara Magiei-fea, jeże 
Sobcac-kule do łasa baby, Toporki, wyniesły.
- Może?
- Ze ba haj! Zawdy się mi zbacuje, jako stary Hury, kie go syn bieł i bez izbę wlókł, coby go 
za próg
235

wyrucić, pedział: E, stój, synu, bo tyś i ja ojca dalej nie włócył, jeno po próg...

background image

Potem, że droga była jeszcze długa, jął Krzyś opowiadać Mardule o kunistworze, tchórzu, 'co 
był taki wielki jak koń, gdyż był tego zdania, że lepiej o niczym 'mówić niż nic.
Jak obłąkana snuła się Maryna koło karczmy w Zaborni. Wszystkie krzywdy, jakich przez 
Sieniawsfeiego doznała, wszystkie zbrodnie, za które go 'nienawidziła, stopniały w jego 
uściskach jak wosk na ogniu. Zapomniała dziadka Topora, zapomniała pogromu Sobkowego 
hufca, zapomniała Kostki, zapomniała siebie i ciosu złoconą bułaWką w Czorsztynie, 
zapomniała, co o wojewodzicu opowiadano, jakim był - rozkoszy miłosnej zaznawała w 
zalewającej ją mierze i traciła zmysły. Dwie tylko rzeczy pamiętne jej były: że się przez dwa 
lata na polanach w lesie potajemnie schadzali i pieścili, kiedy jej się Sieniawski 'widział jak 
złoty archanioł z baśni, S że na Hrubem ma rywalkę, Beatę Herburtównę. O czym przez dwa 
lata marzyła, spełniło się; oddała się Sieniawskiemu cała, od stóp do głów i z duszą.
- Po co jęk przisła haw? - pytała się czasem sama siebie, musiała sobie przypominać. Legła 
jak próg u nóg Sieniawskiemu, aby nie pokroczył na Hrube, ale gdziebykolwiek się zwrócił, 
chciała, ażeby ją ze sobą wlókł, choćby mu buty rękoma obejmować miała.
A gdy pomyślała o Beacie, zęby jej się ścinały i wówczas to Sieniawski doświadczał 'z jej 
strony szału, który więcej prawie bólu niż szczęścia dawał, w którym ostre, białe, żbieze zęby 
Maryny raniły mu ciało, ssały jego krew, a jej potężne, mocne ramiona zdawało się, iż 'kości 
połamać w nim pragną.
Wieczór był jesienny. Maryna chodziła po polu koło karczmy, słuchając szumu lip i patrząc w
mgły zawalające dolinę pomiędzy górami. Ani księżyca, ani
OOfl •fOB
gwiazd widać nie było. Przez przymkniętą okiennicę karczmy szparami błyskało światło; to 
Sieniawski siedział zamknięty w wybitej kobiercami, makatami i adamaszkami żydowskiej 
izbie i wiersze pisał.
Tęsfeniło jej się. Już nadejść miała noc, codzienna noc wesela. Maryna przystawała pod 
oknem i przykładała ucho do okiennicy - pióro Sieniawskiego zgrzypiało ciągle.
Usiadła na kamieniu, ręce między kolanami zapletła i rozmyślać jęła, ale cokolwiek myśleć 
chciała, myśli ginęły. Kochała. I nie było w niej walki ani oporu. Miłość, jak buhaj szalony, 
zwaliła i rozniosła wszystkie płoty i zagrody.
Gdy tu podjeżdżała, w sercu jej wiły się żmije między liliami, teraz zaś serce jej było tylko 
płomieniem.
Nagle uchyliła się okiennica drewniana i przez kratę okna dały się słyszeć lekki świst przez 
zęby i zapytanie półgłosem:
- Maryś?
- Hawefe - odpowiedziała pośpiesznie.
- Chodź! - rzekł Sieniawski.
Pod ten czas zaś lasami na czele kilkudziesięciu zbrojnych Podhalańców kroczył hetman 
zbójecki Ja•nosik Nędza Litmanowski. Obok niego szedł Sobek Topór, milczący, jakby mu 
mowę odjęło, Marduła Franek i Nędzowi zbójeccy towarzysze nieodstępni, Gadeja, Mateja i 
Mocarny, wszyscy z rodu Stopków, siłacze, gwałtownicy i rycerze. Sablik i Krzyś 
postępowali w pochodzie, ale już nie grali. Kroczono cicho.
Stary Sablik z maruszyńskich lasów na przeszpiegi posłany, z gęsiołkami w rękawie od 
czuchy, a do brzęczenia gotowymi, wędrujący pod Babią Górę rzekomo niby do brata, który 
był kościelnym pod Lubniem, a którego w istocie nie miał, przewiedział się, że wojewodzie 
nie ma w Zaborni koło siebie więcej jak pięćdziesięciu ludzi, a reszta ruszyła przeciw 
chłopom, którzy się uspokoić nie chcieli, w stronę Kalwarii. Od Sobka zaś wiedział Janosik, 
że Sieniawski w Zaborni siedzi.

Ten pogromiciel spod Nowego Targu był mu najbliższym, a pogromienie takiego potentata 
rzucało od razu postrach na szlachtę i czyniło imię Janosikowe głośnym i sławnym.

background image

O to zaś Janosikowi Nędzy szło. Coby się hyr o nim i ozgruch stał po świecie, coby jako oreł 
spadł od Tater i żeby imię jego od razu stało się straszne.
Cicho, jak wilki, podsuwali się pod karczmę. Za przewodnika służył chłop z okolicy, a 
pochód umiał Janosik jak ryś prowadzić.
Karczma w Zaborni stała u dróg rozstajnych, samotna zupełnie.
Gdy światła dały się już z dala widzieć, Janosik rozdzielił swą bandę i oddał pojedyncze jej 
oddziały pod dowództwo swych towarzyszy, tak ażeby równocześnie ze wszystkich stron 
śpiących dragonów i sługi napaść.
- Jyno śmiało, chłopcy, a bić! - polecał.
Sieniawski nie kazał stawiać straży, wydawały mu się nie tylko niepotrzebne, ale nawet 
uchybiające jego potędze. Wokół wojowano z chamami.
Dragoni, służba, nocowali w skleconych naprędce barakach. Otoczono ich po cichu, Janosik 
zaś, Sobek Topór i kilku innych podeszli pod karczmę.
'Drzwi od sieni były nie zamknięte. Janosi'k szedł na palcach, w prawej ciupagę, w lewej ręce 
kaganek dzierżąc. Uchylił lekko drzwi od izby i ujrzał pana i Marynę snem zdjętych.
Zawahało się jego mężne i rycerskie serce.
Ale tuż za nim szedł Sobek. Poznawszy Marynę, wydał okrzyk przeraźliwy i rzucił się ku 
łożu z podniesioną siekierą w ręku.

JANOSIK NĘDZA LITMANOWSKI
LEGENDY TATR CZĘŚĆ DRUGA

ciupaga Sobka Topora, w mig ciupagą Janosika z tyłu poderwana, stal pod osadzenie, 
zastanowiła się w powietrzu; siepnął Sobek toporzyskiem, ale Janosik Nędza Litmanowski 
dzierżył jego siekierę na uwięzi.
Obudzeni krzykiem Sobka Sieniawski i Maryna zerwali się ze snu i usiedli na łożu.
- Bracie?! - krzyknęła Maryna Toporówna.
Ale nim Sieniawski do pistoletów, co obok łoża na stole leżały, ręką sięgnąć zdołał, Sobek, 
nie zdarłszy ciupagi swojej z ciupagi Janosika, z gołymi rękoma nań się rzucił i pod gardło 
chwyciwszy, na poduszkę go obalił, a ciupaga z brzękiem na ziemię padła.
Charczeć począł Sieniawski zdławiony. Moc mu zaraz członki odeszła.
Maryna nie wiedziała snadż, co czynić, chwyciła przecież ręce Sobka i odrywać je jęła od 
szyi wojewodzica; dopiero jednak .czterech przywołanych przez Janosika Górali uwolnić go z
Toporowego uścisku zdołało.
- Sobek - rzekł Janosik, który stał z boku w izbie - nie rób mu nic! On mój, nie twój.
- Mój! - ryknął Sobek. - On mi dziadka zabiel, dom okrad!
- Sobek - rzekł Janosik spokojnie - abo mię słuhać musis, abo się wróć, skądeś prziseł.
Sieniawskiego, bladego i wysilonego, chłopi trzymali na łożu, w którego nogach Maryna w 
koszuli siadła.
Sobek patrzał na nią, jakby na widziadło poglądał.
241

Snadź w głowie mu się mieszało. Trząsł się cały.
- Maryna?! - zdołał tylko wypowiedzieć.
- Kieby nie ja - rzekła Maryna - toby byli my i sytka Toporowie na Hrubem we krwi i w 
ogniu pogineni. Ja go sobom zatrzymała.
- Odruwałaś mi rence o'd jego garła! - 'krzyknął Sobek. Ale Janosik zawołał:
- Nie cas na to teraz! Hań bitka! Tego strzec!

background image

Wskazał chłopom trzymającym Sieniawskiego i wypadł w pole, skąd gwar walki go doszedł, 
chwyciwszy za rękę Sobka i ciągnąc go we drzwi.
Na podwórcu i wokoło karczmy bito się, a raczej dworzanie i dragoni bronili się przewadze 
Górali w ciemności.
Trudno było rozeznać człowieka od człowieka w nocy i we mgłach. Lecz Janosik, 
kilkadziesiąt pochodni w kącie sieni stłoczonych spostrzegłszy, pochwycił jedną, drugą złapał
Sobek - zapalili od kaganka.
- Podpalmy ikarcyme! - krzyknął Janosik. - Będzie widnij!
Przytknęli więc pochodnie do słomy poszywającej dach karczmy, w której zaszli znienacka 
Sieniawskiego z Maryna i jego śpiących żołnierzy i pachołków. Płomień się dał ujrzeć 
prędko; poszycie było suche od spodu.
Skoczyli w drugie, w trzecie, w dziesiąte miejsce - ze wszystkich stron podpalany dach 
buchnął płomieniem. Rozległ się wrzask i lament Żydów arendarzy.
Z płonącej karczmy wybiegła ledwo zaodziana Maryna i chłopi wywiedli Sieniawskiego. 
Maryna trzymała w ręku wojewodzica karabelę i z tą się między dragonów rzuciła.
Jak straszne' odyńce, co kłami prują stado wilków z nimi sparte, mordowali dworzan i 
żołnierzy sieniawskich Gadeja, Maleją i Mocarny Stopkowie, Janosikowi towarzysze, a obok 
nich gruchotali im ciupagami kości Sobek Topór i Franek Marduła. Karabelą rąbała Maryna.
242

Stary Sablik, gęśliki do rękawa od czuchy wpuściwszy, niedużą swoją, na długim toporzysku 
ciupagą raz wraz w łeb dragona czy dworzanina przebiegającego mimo szybko śmignął, a 
Krzyś z boku za płotem stał, skrzypce pod pazuchą a ciupagę w garści trzymając, i podziwiał. 
Podziwiał on nie opodal walczącego Janosika Nędzę, który zdał mu się być diabłem, nie 
chłopem. Janosik zresztą nie walczył żadną bronią - walił on ludzi człowiekiem. Ująwszy pod
gardło i za brzuch dragona, grzmocił sieniawskich to nogami jego, to głową, jakby snopem 
bił. Padali sieniawczycy od uderzeń krwawego trupa żołnierza, któremu mózg na hełmie 
czyimś wyprysnął.
- Jezus Maryja! - myślał Krzyś w zachwycie. - Jedy by ten iciekem młócieł, jak drugi 
cepami!...
Niedługo bitka trwała. Janosik w łunie karczmy triumfował.
- Zbierajcie zdrowyk! - krzyknął na Górali. Zabitych i 'ciężko rannych z pięćdziesięciu ludzi
Sieniawskiego było przeszło dwudziestu; reszta się
poddawała, broń rzucając.
- Ustawić zdrowyk i takik, co iść mozom - rozkazał Janosik. - Zamglonyk wodom lać!
Najwięcej zemdlonych od ciosu, ale zdrowych lub lekko rannych, było tych, których on sam 
dragonem na ziem zwalił. Ci stanęli prawie wszyscy, gdy ich spędzano do kupy.
- Hłopy! - zawołał Janosik do sieniawczyków. - Icie sytka ślebodno i z panem wasym! 
Powicie światu, ze ja się ruseł spod Tater, Janosik Nędza Litmanowski, hetman zbójecki z 
Nędzowego Gronika w Polanak! Po czym obrócił się do obok stojącego Mocarnego i rzekł:
- Ja wiedział, cemuk ik nie bieł ciupagom, jyno hłopem! Wyście ik pobabraH żelazem, a ci 
pudom i pedzom! Wtóry zaś kie harnaś zbójecki tak się zwiestuje jako ja!?
Kt(r) szedł przy Janosiku, olśniewał.
243

Albowiem nieporównany był to chód.
Na całą Małopolskę rozniosło się imię Janosika Litmanowskiego, a całe Podgórze trzęsło sią 
od jego imienia. Mścił on się jak szatan, raz się spod hal ruszywszy, za to, że szlachta, karając
chłopów za rebelię Kostkową, w zemście ,,od zmysłów odchodziła".

background image

Janosik chciał, aby mówiono, że znalazł swój swego, i za okrucieństwa panów na poddanych 
z nawiązką płacił. Dwory i stodoły szlacheckie płonęły, często gęsto, nazajutrz po napadzie, 
rano zgliszcza zabudowań, trupy szlacheckie w zgliszczach znajdowano. Były pochody 
nocne, były i walki ząb w ząb, oko w oko.
Chłopi owisłe w rozpaczy głowy dźwigać zaczęli, a imię Janosika powtarzać jak święte.
Jak orzeł rzucał się na szlacheckich hajduków lub królewskich harników i żołnierzy Sobek, 
jak orlica rzucała się Maryna. Ale choć ten i ów z Górali pobok pod mieczem, szablą czy od 
kuli padał, ich się śmierć nie imała. A nie mówili do siebie nic.
Wesoły, swobodny, zuchwały i butny wojował Janosik. Nigdy przy nim nie brakło na 
obozowisku z pieśnią, gęślami i opowiadką Sablika, nigdy ze skrzypcami Krzysia, a Gadeja, 
Mateja i Mocarny byli przy nim jak wichry przy płomieniu. I tak się w kupę zbili z Toporami 
z Hrubego, co nie mówili do siebie, i on ku nim, Franek Marduła.
Zarabiał on na pochwały Janosika. Bo bił się jak diabeł, a kradł jak lis, jastrząb i kuna razem 
wcielone w wilka.
I wszystko dobrze szło, póki chodził w Krzysiowych portkach.
Ale że się z niego śmiano, że ciasne i krótkie, a i Krzyś, swoje starsze drąc, o zwrot się 
pożyczonych nowszych przymawiał, postanowił Marduła o portki się postarać.
Uszyć nie było czasu dać, nie pozostawało nic, tylko ukraść.
Tak też Marduła namyślił i tak się zdecydował. Ale że i wybredny był, i nie wypadało jemu, 
tak 
244

pierwszorzędnemu rabusiowi i tak pierwszorzędnemu elegantowi, byle czego kraść i w byle 
czym chodzić, ruszył na portki, od bandy się oddaliwszy, do samego bogacza sołtysa pod 
Kalwarią, gdzie się rzecz nie powiodła, gdyż Mardułę schwytano, obito i przeciągającym 
żołnierzom pana Rzeszowskiego, jako podejrzanego o należenie do nie opodal grasującej 
bandy Janosika, choć się Marduła zapierał, oddano, aby go do Krakowa, do grodu zawiedli. 
Ale pan Rzeszowski lubił więźniów i Mardułę u siebie w zamku do lochu wrzucić kazał.
Gorzko i w smętku mu tam płynęły dni i noce.
Od strażnika jednego, człeka dobrego, dowiadywał się tylko od czasu do czasu, iż to w tej, to 
w innej okolicy Janosik Nędza Litmanowski się pojawił, dwór spalił, szlachcica powiesił, 
zarąbał lub za piątą granicę wystraszył, a wówczas żałość niewypowiedziana ściskała 
Marduły serce na myśl, ile się tam nabito, ile dobra złupić musiano i miano okazję.
Dni i noce biegły Mardułę w smutku i strapieniu. Sam on nie wiedział, jak długo już świata 
Bożego nie oglądał. Siedział ze spuszczonymi między kolana rękami albo przez małe 
zakratowane okienko w lochu na skraweczek widzialny nieba spozierał.
2e był poetą, począł wiersze składać. On to w przystępie autoironii uzdajał tę gorzką 
śpiewankę:
Dobry hłopiec, dobry zbój, padnie listek, to się bój!
(bo las prześwieca).
Padnie listek bukowy, jużci zbójnik gotowy!
(bo z lasu zima wypędza).
Padnie listek z jawora, hybaj Janko do dwora!
(bo w jasnym lesie złapią).
245

Zrazu składał wiersze krótkie o swej niedoli, aż raz, pewnej nocy, począł nucić cicho, 
żałośliwym głosem - głośno nie było wolno - sam nie wiedząc, skąd się mu słowa i nuta 
snują:

background image

Uswiadcy teraz w więzieniu po swyk uciehak, radości... O jak w okropnem nudzeniu ozmysla
teraz o wolności... Straciłek wolność z młodości, jakże jej teraz załujem! Narzekać musem, bo
cujem... Skowronek leci do góry, a słowik w gaju nuci, za cóż mię kraty i mury odłącać 
majom od ludzi?...
O Boże, mój Boże, wyzwólze mnie stela, wyzwólze mnie stela, z bitego kastela, cobyk tu nie 
siedział, nik o mnie nie wiedział, jyno jeden Pan Bóg, Panienka Maryja... Dała mnie tu 
wsadzić jedna kanalija...
- Za portki - dodał z goryczą.
Pewnego dnia usłyszał Marduła jakiś gwar i ruch. Weszło do kaźni trzech hajduków z 
latarnią, kazali Mardule wstać i przeprowadziwszy go przez loch, wewiedli w inne miejstee, 
wepchnęli i zatrzasnęli za nim drzwi żelazne.
Ciemniej tam jeszcze było niż uprzednio. Słaby blask księżyca wmykał się skądś spod 
sklepienia, z góry. Mardułę taka rozpacz zdjęła, że miał płaczem wybuchnąć, gdy jakoby 
oddech czyjś posłyszał.
- Jest haw wto?! - zapytał pół z radością, że nie jest samotny, pół ze strachem: czy to nie duch
sapi w ciemności.
Nic nie' odpowiedziało.
- Jest haw wto? - powtórzył, ale również odpowiedzi nie otrzymał.
246
Zląkł się Marduła strasznie i począł pacierze odmawiać, do ściany przyciśnięty. I tak usnął.
Nazajutrz rano, gdy się obudził, dzień już był i było widniej w więzieniu. Marduła ujrzał w 
mroku starca z brodą białą do pasa, z włosami niżej ramion, siedzącego na wiązce słomy, 
rzuconej więźniom do spania. Odziany był łachmanami, przez które kościane ciało 
przeglądało.
Marduła wzdrygnął się na ten widok, ale i ucieszył. Nie był przynajmniej sam, co mu było 
straszne.
- Hej! - zawołał. Starzec się nie odwrócił.
- Głuhy je - pomyślał Marduła. Zbliżył się ku starcowi, przed oczy mu przyszedł, ale starzec 
się nie ruszył.
- I ślepy je jest - pomyślał.
Dotknął go ręką.
Starzec drgnął lekko, ale się nie ozwał.
- Niemowa 'cy co? - pomyślał Marduła.
- Jaki jest, taki jest, zawdy lepsi, cok nie sam... Poprzednio Mardule strażnik jeść przynosił, tu
chleto i wodę na lince z góry spuszczono. Starzec, który nieruchomo siedział, snadź porę i 
miejsce znał, bo równocześnie, gdy bochenek chleba i dzbanek z wodą przed nim się 
zakołysały, on ręce po nie wyciągnął. I Mardule podobnie strawę przysłano.
Próbował Marduła zwrócić na siebie uwagę starca, ale nadaremnie. A gdy się dobry strażnik, 
który dbał o to, aby Marduła za żywa nie zgnił, pojawił, opowiedział, że gdy o'n do więzienia 
nastał, lat temu trzydzieści, już człowiek ów tu siedział tak dawno, że nikt nie pamiętał, kiedy 
go zamknięto ani za co. Podobno za dziada obecnego dziedzica do lochów go wtrącono. Skąd 
był, kto, już nie wiedziano. Panowie Rzeszowscy zawsze lubili więźniów.
- Nie słysy? Nie widzi? - pytał się Marduła.
- Zdaje się, że nie.
I znowu Mardule począł biec czas jednostajnie, tyle tylko, że na starca patrzał, który znać 
zupełnie
247

sprawy sobie nie zdawał, iż towarzysza niewoli mu dano.

background image

Aż raz Marduła z rozpaczy śpiewać na całe gardło zaczął. Nie śpiewał on, ale wył, ile mu sił 
w piersiach starczyło. Chciał się zawyć na śmierć - skroś Krzi-siowyk portek...
I wówczas wydało mu się, że starzec drgnął i głowę
wzniósł nieco.
Marduła śpiewał dalej: śpiewał o górach, o lasach, o zbójeetwie i kochaniu, o bitkach, o 
kopalniach srebra i żelaza * i o juhastwie w halach, o ptakach i zwierzętach, o wodzie i ogniu,
o robotach w polu i ścinaniu drzewa - śpiewał wszystko, co było życiem Górala i ubrało się w
pieśń. Starzec jakoby słuchał i słyszał, a gdy Marduła, jak wilk raniony zawywszy na końcu, 
na garść swojej słomy się prasnął, starzec pół jęknął.
Zerwał się Marduła na równe nogi.
- Mówicie?! - krzyknął.
Lecz starzec milczał.
Marduła przypadł ku niemu, za ręce go uchwycił. Starzec zdawał się nie czuć. Jął teraz 
śpiewywać Marduła na cały głos często. Snadź go z lochu nie słyszano, darł się więc 
wniebogłosy. I razu pewnego usłyszał słowo starca: dawno...
Wydało się Mardule, jakby mu kwiat na ucho padł. Przyskoczył ku starcowi i ujrzał dwie łzy 
płynące mu po twarzy.
- Żyjecie?! Cu jecie?! - wrzasnął rozradowany. Starzec jakby mocował się z sobą i wykrztusił 
znów: dawno...
A potem wysilił ze siebie:
- Śpiewaj...
...o kopalniach srebra i żelaza - Kopalnictwo rozwinęło się wcześniej w Tatrach niż 
hutnictwo. Rudy żelazne, i początkowo srebro w znikomych ilościach, wydobywano już od 
XV w. począwszy, głównie w Tatrach Zachodnich, w okolicy Tomanowej, Miętusiej, 
Pysznej, Starorobociańskiej i w Ornaku. Natomiast hutnictwo tatrzańskie datuje się dopiero 
od XVIII w.
248
I czas biegł, dni, tygodnie, miesiące czy lata - - Marduła nie wiedział. Śpiewał w kaźni, a 
starzec snadź słuchał, na słomie siedząc.
Aż razu pewnego ozwał się chrapliwie:
- Skądeś ty?
- Z gór! - krzyknął Marduła.
- Wiem - ale skąd?
- Z Olce.
- Z Olce... - powtórzył starzec. - Woda...
- Jest woda - zawołał Marduła.
- Las...
- Cy znacie?...
- Znam - wykrztusił starzec.
Marduła, jak był długi, do kolan mu przypadł.
- Dziadku! - krzyknął. - Wyście z gór?!
- Spod Tater - odpowiedział starzec.
- Skąd?!
- Z Leśnice...
Więcej tego dnia nie mógł mówić. Snadź gardło odwykło od wydawania głosu i język od 
składania wyrazów. I po tym jednym momencie jęki tylko niezrozumiałe przez długi czas z 
ust starca się wydobywały, aż znów pewnego dnia ozwał się:
- Lato...
- Rany Boskie! - pomyślał Marduła. - Cy ja tu od jesieni jus do lata przesiedział?! Cy może 
więcyl roków?!

background image

- Lato - powtórzył starzec. - Owce w halak...
- W halak...
- Dziewieńdziesiont roków...
- Tu siedzicie?
- Haj.
Mardule się tak serce ścisnęło, że nie zważając na wstrętne ciało starca, za kolana go objął.
- Dziewieńdziesiont roków nie gadałek.
- Nic?!
- Nic.
- Ja myślał, żeście niemowa i głuhy!
249

- Ja był głuhy i niemowa, aleś ty mię pieśniami obudzieł... Ja się słowa po słowie ucył... Jak 
dziecko...
- Boże jedyny!
- Haj. Ucyłek się. Zrazu ja nie móg nic ozróźnić... Słyisałek jyno głos... Alek nie rozumiał 
nic... Takie usy były, jak ze żelaza... Pole słowo... Jedno... Drugie... Mąciło się... A cosi się mi
zbacowało... Słowa się mi zbacowały i świat... Las - drzewa... Słońce - jasno... Woda - płynie,
sumi... Dziewka - piękne, rumienne... Ciupaga - zbyrcy, rombie... Hala - owce, pies, juhasi, 
turnie... Tak się mi zbacowało jedno po drugiem... Słowa i świat... Bo ja dawno nie słysał i 
nie widział... Dziewieńdziesiont roków... Haj...
- A widzicie?
- Widzem... Hałupe swojom... Wóz... Konie dwa - cisawe...
- Ale mnie haw? Przy was? Widzicie?
- Nie.
- A za co was tu zaparli?
- Zaparli?... Do lochu?... Za co?... Drzewo ścinać zgodzili... Dziewka była... Piękna... Panowa 
miełośnica... Zakohała mnie... Dawno... Juzek nie wrócieł do Leśnice.
- Kielo wam roków?
- Ja rabował cas... Dni... Po jadle... Raz do dnia... Cok urahował rok, tok dolicył... Pirsy 
dziewieńdziesionty idzie... Miałek trzi dwaścia...
- No to wam, pockajcie, sto trzynaście roków?
- Będzie...
- Jezus Maryja!
Mardułę przeszedł dreszcz lęku jak od trupa.
A starzec 'mówił:
- Ona była hań!... Za ścianom... My się słyseli... Płakała... Trzydzieści roków i dwa...
Umiiikł starzec i Marduła umilkł od grozy.
I znów milczenie ogarnęło Mardułę, starzec mówić przestał, aż po paru tygodniach w nocy 
poczuł Marduła, że go coś za ramię ciągnie.
Zląkł się i krzyknął:
Wto to?
To ja - odpowiedział starzec w ciemnościach. - Gadaj...
- Co?
- Jak tam - - u nas. Ja tu dziewieńdziesiont roków gnił... W lochu... Ja tu drzewo ścinać 
przyseł... panu... Nie wróciłek... Jak tam... u nas?... Ja by hań na kolanak seł... Ziemie 
całował... Ja by na ziemi log, piersiami przywar... Ja by hań - - wodę widzieć kciał... Drzewa 
sumiom - - jedle - - smreki - - 'lipy- Zwonki grajom... Gwary pełno... Sędyl ludzie - 
gadajom... Ja by na ziemi leżał, piersiami przywar... Ja by na fcolanak hań seł... Ziemia 
cudowna... Świat...

background image

Marduła jął płakać.
- Gadaj mi... Zielono... Trawa zielona... Oława... kie pokosis... otawi się... Jarzec siać... Pług...
Jeździ-limy do jarmaku na siacie... Zboże kupować... Żarno... Dawno...
Łuk... Strzelajom? Z łuków?... Niedźwiedź w gar-ło... Z proce w oko... Gęsie pierza na 
strzale... Ja umiał... Bez oko w mózg...
Gadaj... Kijaniom chusty prać... Peu, peu, peu, pac! pac!... Baby pierom... Pierujom?...
Biały rańtuch na niej... Kyrpcoski... Chustka jedwabna - z odpustu... Gorset... Piersi... Hę... 
Dziów-centa - - w polanie... Kie .kwiaty... Niebo - - hań... Turnie... Skały... Wysoko... Het...
Podniósł rękę nad głowę.
- Het... Wysoko... Słońce...
I runął na barłóg. Marduła poskoczył ku niemu. Starzec się rozśmiał i skonał.
Naówczas Marduła ukląkł nad nim, przeżegnał się i mówić począł:
- W imię Ojca i Syna, i Duha Swientego. Amen. Dzieńkujem Ci, Panie Boże, cofc się bez 
portki Krzi-siowe tu dostał i ze skroś tyk portek ten stary cłowiek śmiejęcy się umar. W Imię 
Ojca i Syna, i Duha Swientego. Amen.
250

Ii siądź opat tyniecki, biskup Pstrokoński, spokoju od śmierci Kostki Napierakiego nie miał.
Brzmiały mu i grzmiały w myśli słowa Kostkowe:
kędyś trucizna jest, co duszę i ciało polskie zatruła... a planta pedis usque ad verticem capitis 
nora est sanitas - od stóp do głowy rak toczy - Orzechowskiego słowa, przez Kostkę 
powtórzone onego wiosennego dnia w Tyńcu...
A rak toczył Rzeczpospolitą, 'toczył ją od podeszwy stopy do wierzchołka głowy. Aleksy 
Michajłowioz, aby przeszkodzić, by Chmielnicki z Kozakami miast jemu nie poddał się 
sułtanowi, ruszył w ,,obronie wiary prawosławnej" * i pobiwszy przez kniazia Czerkaskiego i 
Kozaka Zołotarenkę hetmana polnego litewskiego pod Wilnem, do Wilna wjechał i wielkim 
księciem litewskim się nazwał. Wycięto Swisłocz i Kojdanów, zajęto Mińsk, Połock, 
Dyneburg, Kow-
Aleksy Michajłowicz (...) ruszył w "obronie wiary prawosławnej"... itd. - Jako rezultat ugody 
perejasławskiej z r. 1654, przyłączającej Ukrainę do Rosji i poddającej ją pod zwierzchnictwo
Rosji, car Aleksy Michajłowicz, w sojuszu z Chmielnickim, wypowiedział latem 1654 r. 
wojnę Polsce. Jedna armia rosyjska zajęła w latach 1654-55 Smoleńsk, Białoruś i część Litwy
wraz z Wilnem, druga zaś, zespolona z Kozakami, pod dowództwem Buturlina - w momencie
wkraczania Szwedów do Wielkopolski - współdziałała z Chmielnickim, który otoczył Lwów, 
zajął Lublin i dotarł do Wisły. Dopiero pod naporem Tatarów, będących w sojuszu z Polską, 
armia rosyjska cofnęła się, a Chmielnicki kapi-tulował.
252
no, Grodno; Chmielnicki z kniaziem Buturlinem obiegli Lwów; Lublin zajęli Kozacy.
Karolowi X Gustawowi poddali się i przysięgli bez dobycia szabli wojewoda poznański, 
satyryk Krzysztof Opaliński, i wojewoda kaliski, Grudziński, pod Ujściem *, z dwudziestu 
dwu tysiącami pospolitego ruszenia przeciw siedmnastu tysiącom, które wiódł ze Szwecji 
graf Wittenberg i zdrajca Radziejowski. Owszem - gdy Poznań bronić się chciał, 
wojewodowie wymusili murów otwarcie. Radziwiłłowie na Litwie poddali się Karolowi 
Gustawowi i przysięgli. Warszawski magistrat zbudował nową bramę i ustawił na wałach 
dwadzieścia sześć armat, ale za trębaczem szwedzkim z listem wysłanym ruszył konno i 
woźno i za Wolą, klęczący, królowi szwedzkiemu się przedstawił. Stefan Czarniecki w 
Krakowie nie zginął jak Leonidas, ale kapitulował. Konieopolski, Dymitr Wiśniowiecki i 
Stanisław Re-wera Potocki z piętnastoma tysiącami żołnierzy poddali się Szwedom i 
przysięgli.
Fryderyk Wilhelm II, elektor, za hołd złożony w 1640-ym Wielkopolskę chciał zabrać *.

background image

Karolowi  X  Gustawowi  poddali  się i przysięgli (...) wojewoda poznański, satyryk 
Krzysztof Opaliński, i wojewoda kaliski, Grudziński, pod Ujściem - Karol Gustaw, król 
szwedzki, za poduszczeniem zdrajcy Hieronima Radzie j owskiego napadł w r. 1655 na 
Polskę, pragnąc zdobyć koronę polską. Pod wrażeniem pseudopatriotycznej orać j i Radzie 
jowskiego, przybyłego z armią szwedzką, oraz początkowych sukcesów tej armii, Krzysztof 
Opaliński oraz Karol Grudziński, sprawujący dowództwo pospolitego ruszenia, podpisali pod 
Ujściem kapitulację i adres wiernopoddańczy do króla szwedzkiego. W późniejszej fazie 
walki ze Szwecją częściowo zrehabilitowali się, przechodząc do obozu Jana Kazimierza i 
prowadząc walkę z najeźdźcą.
Fryderyk Wilhelm II, elektor, za hołd złożony w 1640-ym Wielkopolskę chciał zabrać - 
Fryderyk Wilhelm II (1620-1688) przy objęciu tronu w 1640 r. złożył królowi polskiemu 
Władysławowi IV hołd. W okresie zalewu szwedzkiego zdradził Polskę, występując zbrojnie 
po stronie Karola Gustawa. W r. 1656
253

Jan Kazimierz uciekł na Śląsk z ojczyzny.         •
Rzeczpospolita ginęła w odmętach.
Zalali wrogowie kraj. Łupiono miasta, rabowano 'dwory i pałace, obdzierano mieszkania 
królewskie, nie było kąta ziemi polskiej nie deptanej stopą najeźdźcy. Lecz broniła się Jasna 
Góra i wieść o 'tym po ludzie szła. Lud dźwigać się począł.
Leżał Janosik Nędza Litmanowski z bandą swoją w szałasach pasterskich w lasach pod Babią 
Górą.
Trzy lata wojował on ze .szlachtą i ustać ta wojna nie chciała ani nie mogła, bo Janosik na 
szlachtę napadał, szlachta na Janosika polowała. Ale mu dorównać nie mogli. Na 
złotogłowiach Janosik po lasach sypiał, małmazję pijał i słodkie ciasta jadał, i śmiał się. 
Wesoło mu było, bo zwyciężał.
Banda jego, z kilkudziesięciu ludzi złożona, ciągle nowymi siłami odświeżana, mogła była 
regularnemu wojsku cesarza za wzór służyć karności i sprawności.
Migiem Janosik wydawał rozkazy, a rozumiano je i spełniano.
Toteż setki ludzi liczące chorągwie pańskie i biskupie i wojsko kwarciane nic mu uczynić nie 
mogły, owszem, pod bokiem żołnierzom łupił, palił i wieszał, nie gorszy szlachty wróg od 
Kozaków, Rosjan i Szwedów.
Ale chłopi polscy go błogosławili.
Gdzie się pojawił, tam kończyła się krzywda, bezprawie i ucisk, a nawet nędza i głód. Bo 
Janosik złych panów tłumił, a biednym ludziom hojną ręką sypał srebro i złoto złupione. I 
szeroko rozsłynął po Małopolsce białorucy hetman zbójecki w pasie o złotych klamrach i 
złoconej czapce.
zawarł z nim układ, mocą którego Warmia miała być przyłączona do Prus Książęcych, 
później zaś, wobec bliskiego odwrotu szwedzkiego, wymusił na Karolu Gustawie 
przyłączenie Wielkopolski i zrzucenie lenna. Podpisując w r. 1657 z Polską traktat 
welawskobydgoski, utracił prawa do Wielkopolski, ale uzyskał całkowitą suwerenność.
254
Ale cofnął się Janosik w lasy górskie, albowiem zagęściło się od szwedzkiego żołnierza.
Przypadł w lasach i czekał; w ostatku już i o powrocie pod hale czasem myślał. Czwarty rok 
toczył boje za krzywdy chłopskie. Pod naciskiem Szwedów już i na ciemięstwo chłopów 
szlachcie sił braknąć zaczęło, a łup we dworach stawał się coraz marniejszy. Leżał w lasach 
babiogórskich, pił; grano mu i weselił się w puszczy.
Księdzu opatowi tynieckiemu brzmiały i grzmiały w uszach słowa Kostki: Wstań! weź krzyż!
pastorałem nową Polskę zbudź!...

background image

I w celi swojej na Tyńcu, na śniegami pola przyprószone patrząc, rozmyślał on, co by dla 
Polski uczynić mógł. A w cudowną obronę Jasnej Góry patrząc, przeczucie miał, iż stamtąd 
zbawienie i ocalenie przyjdzie. I zrozumiał, że aby Rzeczpospolita się dźwignęła, głowy jej 
trza.
Głowa ta była na Śląsku, za granicą, i sprowadzić
ją trzeba było. Lecz jak? Szlacheckie hufce jej nie zwiodą, bo ich
nie stało.
I znowu przypomniała mu się mowa Kostki:
Na jedno słowo wasze, biskupi, na widok krzyża we waszych rękach - my zwycięzcę!...
Myślał ksiądz biskup Pstrokoński, że jeżeli kto króla ze Śląska do kraju powrócić może, to 
jeno chłopi, Górale beskidowi, że bez ich pomocy przez góry i wąwozy górskie nie 
przewiedzie go ze Śląska nikt.
I myślał ksiądz biskup Pstrokoński, że jeżeli głową Rzeczypospolitej jest król, ramionami 
magnaci i duchowieństwo, piersią szlachta rycerska, to brzuchem siłę członkom dającym i 
nogami, na których ciało Rzeczypospolitej stoi, są chłopi.
Dochodziły go wieści, że król pod wpływem cudownej obrony Jasnej Góry do kraju chce, że 
się doń
255

rwie, że powiada, iż polegnie w ojczyźnie, ale jej więcej nie opuści; wiedział też, że uniwersał
królewski, który za namową żony swojej i wielkiego marszałka koronnego, Jerzego 
Lubomirekiego, z Opola na Śląsku dnia 20 listopada do Polski wysłał, a w którym między 
innymi pisał:
"Jeden do drugiego, trzeci do dwu, czwarty do trzech, piąty do czterech i tak per conseąuens 
*, by też każdy z własnymi poddanymi zgromadźcie się, a gdzie słuszna, na jaki odpór 
zwiedźcie się. Tam sobie wodza obierzcie. Jedna do drugiej kupy wiążcie się i słusznie już 
wojsko z siebie uczyniwszy, wodza nad nim wiadomego obrawszy, osoby naszej poczekajcie"
- wielkie uczynił wrażenie. Już tu i owdzie nawet chłopi zrywali się i pomniejsze oddziały 
szwedzkie znosili, już ruch szedł po kraju, potrzeba było tylko jednego wstrząsu, aby kraj 
porwał się wzdłuż i wszerz, a tym wstrząsem potężnym byłby powrót Jana Kazimierza.
Wielokroć biskup Pstrokoński rozmyślał, czy dobrze uczynił, pomocy swej synowi 
Władysława Czwartego, Leonowi Kostce, odmawiając? Czy nie byłoby to zbawieniem dla 
kraju, gdyby król taki chłopski, jakim się być Kostka zapowiadał i głosił, na jego tronie 
zasiadł, czy nie byłoby to zbawieniem dla kraju, gdyby owa ciężka i pono jedna ze 
straszliwszych w Europie niedola chłopa polskiego skończyła się była? To niewątpliwym 
było, że ogromne masy chłopskie, raz przeciw szlachcie zbuntowane i ruszone, mimo zbroić i 
waleczności zalałyby ją były, jak ją zalał Chmielnicki na Ukrainie. I to pewnym było, że za 
królem, który by był ich dobrym ojcem, i przeciw okropnemu uciskowi szlachty idący chłopi 
byliby nie tylko Chmielnickiemu piędzi ziemi urwać z granic z Rzeczypospolitej nie 
pozwolili, ale byliby tych granic niezłomną ochroną się stali. Myślał ksiądz Pstrokoński, zali 
dobrze zrobił, w on dzień wiosenny Kostki wysłuchać nie chcąc, zali nie było drogi poper 
consequens (łac.) - kolejno
256
łączyć posłuch dla Rzymu z nowatorstwem politycznym niesłychanym, a jednak może dla 
Polski do gruntu, do podstaw zbawczym?... Zali może ów Kostka, ów nieprawy syn 
nieboszczyka króla, tyle chłopstwu przychylnego, nie był zesłańcem Opatrzności, któremu 
marnie sczeznąć dozwolono?
Cokolwiek bądź, królem polskim był Jan Kazimierz.
I szalona biskupowi myśl do głowy przyszła: oto Janosika Nędzę w Beskidzie odszukać i zeń 
wprowadziciela królewskiego do granic ziemi polskiej uczynić.

background image

Za natchnienie Boże to sobie później biskup miał i myślał, że Szaweł stał się Pawłem i że 
przez łotrów dzieje się wola Boska, a nawet i dzieją się rzeczy święte.
I nie mieszkając, jakoby jasnowidzeniem jakimś ten mąż pobożny i nad niedolą ojczyzny 
spłakany, iż łzy mu jako druga Wisła płynęły po licu, ujęty, do sanek pewnego grudniowego 
dnia zaprząc kazał, opactwo swoje na czas księdzu Silvie, Hiszpanowi, zdał i samotrzeć z 
pachołkiem-woźnicą i strzelcem--gajowym, rusznic od wilków lub i ludzi do sań nabrawszy, 
ku Beskidowi ruszył.
Trudno się o Janosika dopytać było, jedno, że on z lasów wychodził, ale gdzie w lasach 
przebywa, nikomu nie obwieszczał, drugie, że chłopi zdradzić jego pobytu nawet księdzu nie 
chcieli.
Podprowadził księdza Pstrakońskiego pod obozowisko Janosikowe leśny pana 
Zebrzydowskiego z Zawoi i ukazał kierunek, w którym się udać trza, aby do obozowiska 
Janosikowego na polanie dotrzeć.
- Niech was Bóg prowadzi, jegomość - rzekł - dojedziecie tą leśną drogą, małe pół mili stąd. 
Ale wy to gorzej wilkowi - diabłu w gardło leziecie!
- Za wolą Pana naszego Jonasz z wnętrzności wieloryba, a Daniel z lwiej jamy wyszedł - 
odpowiedział mu biskup Pstrokoński i kazał ruszyć w górę.
Droga była leśna, którędy chłopi nawóz z polany
257

w zimie na saniach z osłonami zważali, bo wozem ,' przejechać byłoby nie sposób. W jar 
wjechano, że często popod drzewo, przezeń górą przewalone, jako pod arcem triumphi * 
przejeżdżać trzeba było.
Pachołek po lewej, gajowy po prawej ręce drogi przed saniami szli i śnieg kapcami deptali, bo
konie na beżtorze byłyby nie wyciągnęły, a w lic je, jeden przed drugim, zaprzężono, aby zbyt
bokami nie zapadały. Cugli trzymać nie było trzeba; jedna tylko droga była i konie za ludźmi 
szły, a biskup biczem śmigał i pokrzykiwał.
Straszny to las był i dziwował mu się biskup niepomiernie. Olbrzymie drzewa w nim rosły 
splątane gęstwą, igły z liśćmi, a najwięcej smreki z buczyną. Toteż nie tylko tropy, ale i stada 
dzików, i pojedyncze odyńce, i wycinki zgoła na bliskie oko jadący widzieli i nieraz konie 
spłoszone za uzdy łapać trzeba było. Wilki się ukazywały, ale je strzałami z pistoletów 
odganiano.
Zdawały się też znać mores przed ludźmi, co sobie biskup bliskością bandy Janosika, która 
pewnie nie żartowała z nimi, tłumaczył.
Niedźwiedzich śladów też moc wielką spotykali, ale te ślady na dawno nie kurzącym śniegu 
zaległe były i uważali, że niedźwiedzie już spać pod wykrotami dawno musiały.
Godziny całe jechali już i już popołudnie nadeszło, biskup się uspokajał w duszy, że przecie 
takie pół mili i pięciu krakowskim milom wyrówna.
Wtem chłop mu zastąpił wysoki, barczysty a śmigły, a za nim trzech innych, zbrojni wszyscy 
w ciupagi, noże, pistolety i rusznice.
Ścierpł biskup, choć po to, aby się ze zbójami zobaczyć, jechał.
- A ka to jadom? - zapytał wysoki chłop, przystępując z bliska.
Cóż za surowy widok! Włosy po ramiona, twarz od
pod arcem triumphi (łac.) - pod łukiem triumfalnym
25n
mrozów i wichrów zapiekła, dymem i żarem ognisk ogorzała, czapka na nim barankiem 
obszyta, z uszami, z suknianym granatowym dnem, z kutasem czerwonym u góry, ze złotymi 
czterema galonami na sukno dna w gwiazdę od kutasa naszytymi, kożuch rozchylony, krótki, 
a pod tym widno pas klamrzysty - portki w kapcach z sukna białego do kostek, a powyżej, 

background image

ponad nie, prześlicznie granatowo i czerwono wyszywane, z białego sukna również, 
"pończo-:
chy" się wydobywały. Rękawice też białe, o jednym palcu, wielkim kunsztem z wełny białej, 
czerwonej i granatowej plecione.
Wszystko to jasno, choć las był, od śniegu odbijało i biskupowi w oczy wpadło.
- Ka jadom?
- Do Janosika Nędzy.
Zdumiał się chłop, jakby źle usłyszał.
- Ka? - powtórzył.
- Do hetmana, Sobku, powiadajom - ozwał się Góral za przywódcą stojący.
- Do hetmana? Ze dy hań niwto nie może iść.
- Jam ksiądz, opat tyniecki, biskup - rzekł ksiądz Pstrokoński - i samotrzeć, jako widzicie, 
jadę, a nie puścicie mnie nazad, choćbym zaprzysiągł, że nie wydam, to wasza wola.
Pozdejmowali chłopi czapki, popatrzyli na siebie.
- A po co?
- Prośbę mam.
- Do nas jyno hłopi prośby majom.
- Mam ją i ja.
Popatrzeli chłopi znowu na siebie, podejrzliwie i nieufnie, ale ten, co się wpierw odezwał, 
przemówił:
- Puśćmy ig jahać, Sobku, telom dal w las wjehali a i pewnie kajsi z precka jadom. Ze dy ig 
jyno trzok, a jak prośbę majom i za biskupa się głosom -
- No to jedźcie - rzekł Sobek. - Idze 'ty, Kuba, ś niemi, coby wiedzieli na sałasie, jeże my się 
widzieli.
259

Ruszył chłop owy przodem.
- Warta? - zapytał go gajowy biskupa.
- Hm - mruknął chłop. Pytać nie było po co.
- Wojskowy u nich moderunek - pomyślał biskup. - Grzeczna czata, że lepszej by i pan Jan 
Chryzostom Pasek z Gosławic nie sformował...
Rozwidniło się przed biskupem i dachy ujrzał.
- Tu to będzie - pomyślał i mimowolny dreszcz go przeszedł.
Niebawem też zobaczył szałasy i szopy wielkie;
dym bił nad dachy. Polana była szeroka, lasem dookoła otoczona.
Wysypali się chłopi naprzeciw w zdumieniu niezmiernym.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! - pozdrowił ich biskup.
- Na wieki wieków! - odpowiedzieli. - Kuba, a to wto?
- Biskup.
Poodkrywali chłopi głowy, wraz też Janosik Nędza przed szałas bacowski wyszedł.
- Hej tam! Wto jedzie? - zapytał.
- Biskup!
- Biskup? Jaki? Skąd?
- Z Tyńca! - zawołał ksiądz Pstrokoński. - Opat benedyktyński, tyniecki!
- Witajcie! A cego sukajom?
- Janosika Nędzy Litmanowskiego.
- Ja haw - rzekł Janosik. Biskup podjechał już popod szałas.
- Prosem, nieg racom. Jyno ostrożnie, bo próg wysoki, a ocap niski - zapraszał Janosik, 
pomagając biskupowi wysiąść. I do ludzi swoich, wskazując konie i służących biskupich, się 
zwrócił: - Wziąść;

background image

jeść i pić, postawić w cieple.
Wstąpił biskup do szałasu, ponownie Pana Boga chwaląc, a z szałasu mu "niegze będzie" 
stary Sablik, Krzyś, Maryna Toporówna i obsiedli koło ogniska chłopi odpowiedzieli.
260
- Prosem. Nieg siednom - zapraszał Janosik, podając siedak samorodny, trójnozny.
Jeść i pić przed biskupem postawiono: mięsiwo, pieczeń jelenią, i wino, i miód, że lepszych i 
w Tenczynie za panów Tenczyńskich, co w złotych strzemionach jeździli, nie pijano.
- Z zacnych to piwnic zrabowane - pomyślał ksiądz Pstrokoński, smakując. Pił, jadł, gościnnie
i godnie traktowany, i pozierał dokoła. Szałas zaopatrzono na zimę, mchem szpary utkano, a 
watra paliła się taka, że i w najtęższe mrozy można się było przy niej zagrzać. Na ścianach 
wisiała broń, po domach porabowana szlacheckich, i makaty stamtąd poznoszone. Ludzie zaś,
którzy księdza otaczali, dziwne na nim czynili wrażenie: dzicz z jakąś górnością malowała się
w ich twardo rzeźbionych twarzach, a obejście ich miało cechę rodzimej dworności, u 
prostaków nie spotykanej.
Patrzał ksiądz opat Pstrokoński na Janosika, ten się go zaś delikatnie nie pytał, po co go 
widzieć chciał, aż sam mówić zacznie.
Aż ksiądz Pstrokoński nagle wstał, przeżegnał krzyżem ponad głowami obecnych i rzekł 
podniesionym głosem:
- W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Zbójcy wy jesteście!
Uczyniło się cicho w szałasie. Aż po chwili odparł Janosik, nie wstając z ławy pod ścianą, na 
której siedział, nogi wyciągnąwszy ku ognisku:
- Księże biskupie, cyście po to przyjahali?
- Zbójcy jesteście - wołał w uniesieniu ksiądz Pstrokoński - rabusie, podpalacze i mordercę!
Nie po toż przyjechał, sam się owładnąć nie mógł, uniosło go oburzenie na łotrów.
Janosik zaś rzekł:
- A panowie Cikowscy, Lanckoroński, Stadniccy, Bylina, Lesc, co z hłopów żywcem pasy 
darli, batami zabijali i dobytek hłopski psami gońcemi zezeraii, byli co?
261

Zmieszał się i stropił biskup, bo wiedział, że Janosik prawdę mówił. Ów zaś wtetał na całą 
wysokość swoją, głową pod pułap sięgając, śniady na orlej twarzy i potężnym głosem 
przemówił:
- Ja se w Polanak, we wierhak siedział, a jagek zbójować seł, to na Węgry. I ludziom biednym
jęk dawał, bo zbójnik świat równa i na to go Pan Bóg stworze! i opiekuje go. Ja tu do Polski 
nie seł. Ale przyśli ku mnie z placem i lamentem, przyśli hłopi tacy, jako i ja haw, i na panów 
o pomstę wołali. Ja tu hłopów przed panami bronić i na panak za hłopskie krzywdy mścić się 
prziseł. Rabusia, podpalowaca i mordercę mi ksiądz biskup zadajom - no to bier krziz i przed 
hłopami stań, i broń rk! Haj!
Grzmotem słów napełnił Janosik Litmanowski bacówkę zawojską.
Ksiądz Pstrokoński zaś wzniósł ręce do góry i zawołał:
- A jako Szawła w Pawła Pan zamienił, tak ja cię, zbójecki herszcie, w króla obrońcę chcę 
zmienić! Pojrzeli na siebie chłopi; nie rozumieli mowy. Biskup Pstrokoński wołał:
- Pan nasz i ojciec nas wszystkich, król Jan Kazimierz, na Śląsk przed Szwedami uszedł. 
Najświętsza Panna Maria klasztor jasnogórski ocaliła i duch w narodzie się dźwiga, otucha w 
zwątpiałe serce wstępuje. Już się miejscami nawet chłopi ubodzy, prostaczkowie, podnoszą, 
wrogów wdzięcznie, z pobożności ku Najświętszej Pannie, biją. Król pan powrócić pragnie, 
na czele rewolucji przeciw najezdnikowi szwedzkiemu stanąć. Na Śląsku on cesarskim w 
Opolu siedzi, stąd niedaleko, za górami. Górale! I wyście chłopi! Króla do Polski przez wasze
góry wprowadzić trza!
A na to Janosik, który był usiadł i nogi ku watrze wyciągnął, rzekł:

background image

- A mnie do tego co?
- Jak to co?! - zawołał ksiądz Pstrokoński. - Wszakżeś ty Polak, Polski, Rzeczypospolitej syn!
262
- Ja jest Polak, a hań, za Tatrami, Łupiący i Węgrzy; a dołu Lafy.
- Jakie Lachy?
- Ci, co ku Krakowu i w Krakowie mieskajom.
- To przecie właśnie Polacy! Bracia twoi!
- Moi bracia, Górale, w kyrpcach hodzom. Lafy to odmienny naród.
- Wszakże mowa ta sama!
- Je dy ta i ryby majom mowę ten samom, żadna nic nijako inacy jako druga nie powie, a 
pstrągowi głowac to brat? Albo łososiowi brzana?
- Ależ, człowieku! Przecie król wspólny nad wszystkimi!
- No to i niedźwiedź gazda Tatrom, a bez to kozica z liskom wraz wody pić nie hodzujom.
- Nie kochacie króla waszego?
- Ja go nie widział.
- Nie chcecie potrzebującego pomocy wesprzeć?
- Je dy jęk z Polan zeseł i śtyry roki potrzebującyk pomocy wspieram.
W uniesieniu jął ksiądz biskup Pstrokoński o królu opowiadać. Jak w Warszawie na zamku 
żył, jak władał i panował, jak uciekać i tułać się musiał, aż Gadeja, który w kącie na ławie 
leżał, ozwał się:
- Zej to tak, jak kłęby gazdę z hałupy wyścigali. Na co rzekł Krzyś przez nos:
- Terazeście wej, Tomasie, mądrze pedzieli. Wy macie rozum!
Zaś Janosik, gazdowski syn, podniósł głowę i powiedział:
- Gazdę nik z hałupy wyścigać nie śmie. Zwrócił się ksiądz Rstrokoński na ten Janosikowy 
ruch.
- No, ale tu właśnie tak, tu właśnie tak! - zawołał. - Szwedzi króla z kraju jako gazdę z 
gazdostwa wygnali.
- To nie jest w porzondku - rzekł Gadeja. - Król to król. Wyganiać go nikt nie powinił. Tu nie 
ma sprawiedliwości.
263

- Ani słychu o tem - dodał Krzyś sentencjonalnie.
- Hę! - ozwał się na to żywo Janosik. - Ja nie podzwole! Zbójnik świat równa! To by ni miało 
być!
- No widzisz, widzisz - zawołał biskup - a ono jest, jest! Widzisz!
- Gazdowi w takim niescyńściu się godzi pomóc - rzekł Gadeja - nie dopieroz królowi.
- No - przytwierdził Mocarnego Wojtek, łupiąc ziemniak z łupy.
- Haj - przyświadczył Mateja po towarzisku. Janosik spojrzał po towarzyszach.
- Jakoż uwazujecie'?
- Król to król - rzekł Gadeja.
- Polski - dodał Mocarny.
- Nas - Maleją.
Janosik pomyślał chwilę i odezwał się:
- To rzec. Gazdę wyścigowa! nie bedzies. Kieby się haw do mnie obrócieł, ja by go bronieł. 
Jastrząb be bronieł jastrząba, kiedy mu puhac młode biere. Hłop ku hłopu. Jakby na to padło, 
ja by króla na jego bronić seł. I towarzisia za mnom.
Rzucił się ku niemu biskup Pstrokoński i w objęcia go chwycił.
- Zbawionym ty jeszcze będziesz - krzyknął. - I pamięć twoja nie zaginie! I król nagrodzi!

background image

- Ja o nadgrode nie słojem - odpowiedział Janosik. - Mam swojego dość, jesce zwyse. Ba tu o 
inom rzec idzie. O prawo. Ja haw za śtyry roki hłopskiego prawa bronieł, i królewskie prawo 
jest.
- Bo na kigoz by diabła, aj diabła, sytko wysło, jakby świat na gazdak nie stał! - zauważył 
adoracyjnie Krzyś.
- Jeden ma mało, drugi dużo - rzekł Mocarny.
- Ale kies na swojem, to twoje - Mateja.
- Ludzie się majom trzymać. Bo dziś tobie, jutro mnie - rzekł Gadeja.
- Dzisiok bryje na pomyje, a jutro je sam wypije! - prayśpiewał Krzyś.
264
- A i to rzec - odezwał się Sablik - coby ludzie ku sobie w równości beli, jeden drugiego 
godny.
Lecz Janosik, który myślał, przerwał mowy, wstając i mówiąc:
- U mnie krótko. Jutro, lem świt, idzieme na Swędów. Niek ig będzie, kielo fce. A dziś, kie 
mamy gościa, a i jesce ig biskupiom miełość, niek haw będzie wesoło! Doruócie na watrę!
A gdy watra płomieniem dachu sięgać jęła, a wino złote, woniejące, z piwnicy pana 
Pongracza, pana na Mikułaszu Luptow,skim, potokami ze srebrnych, w krysztale rżniętych, 
złoconych i szczerozłotych szlacheckich pucharów popłynęło i ochota okrutna, jako zwykle 
przed wyprawą, jeszcze tak straszną i niezwykłą, ludzi ogarnęła, poczęły się snuć opowieści 
jedna za drugą, osobliwie zaś starzy Sablik i Krzyś cuda prawili.
Że zaś biskup był wesoły, jemu mogące być miłe opowiadki zbacowano.
Sablik mówił:
- Kie, prosem pięknie ig miełość duhownom, Paniezus stworze! świat, to się obeżrał, ośmiał 
się i tak se pedział:
- Bans ja to syfcko dobrze porobieł. Jyno nie wiem, cy się Jadamowi nie bee kotwić, bo je 
sam, haj.
Trza mu końcem sprawić jakom zabawkę, coby się ś niom przy casie zabawie!, coby mu się 
nie kotwiło.
Tak se pedział Paniezus.
I dobrze nie bardzo, zawołał:
- Jadalnie! Hybajze haw.
Jadam prziseł, ale się mu straśnie łydki zaceny trząść, bo się Pana Jezusa straśnie bał, haj.
- Legaj! - pada mu Paniezus. Jadam pilno log, ale se pomyślał:
- Ę, będzie cosi, będzie źle - i łydki zaceny mu jesce mocniej dygotać.
Paniezus porulsał na pościeli ręcami nad nim, tozto pilno usnon. Wyjon pote, prosem pięknie,
składak z tórbki i wyrznon mu we śnie ziobro. Ale to beło
12 Legenda Tatr
265

straśnie brzydźkie i masne, tozto prasnon na brzy
zek, cofay oskło.
Diascy nadali psa. Zakradła się kanalija, łap ziobro i w uciekaca ś nim do dżwierzy Raju.
Paniezus łap kija i dalej za nim.
Ale pies wartki, a Paniezus stary, i nie móg go dolecieć i hycić, coby mu ziobro wydar.
Lecom, lecom, jeże przilatujom do dżwierzy Raju,
a pies już beł we dźwierzak. Tozto Paniezus telo ścignon, co wartko dżwierze
kopnon. Dżwierze się na zaworke zaparły, ucieny psu ogon,
ale pies ucióte, ha j.
I dobrze nie bardzo, co Paniezus nie robi, wzion ten ogon pote, obeżrał, zgniewał się i podział
tak:

background image

- Cekaj jyno ty! Ja ci i tak pokazem, zek cosi
kajsi wart! Tozto zgniewał się, łapił ogon i z tego ogona stwo-
rzeł babę, ha j! - Śmiał się ksiądz biskup Pstrokoński, pijąc wino
wśród zbójów leśnych.
Zaś Krzyś, który był wielki zbereżnik, tak opowiadać począł:
- Nastały raz straśnie złe roki. Nic róść nie kciało
i głód bel wielgi wsędy! Jaze belo dwók kumotrów
i jeden drugiemu tak pada:
- Wiecie co, kumotrze, ja mam jarzec, a wy macie stajanie próżne, dajcie mi jedno stajanko, a 
ja wam siacia dam. Zasiejemy, urośnie nam. Kiby to diascy byli, coby nie urosło!
I tak zrobili.
Zazierajom, hodzom, ale nie kciało róść, jyno taka bieda. Straśnie beł plony ten jarzec. Ale 
tego kumotra, co jarcu dał, jesce beł płońsy, mniejsy. Zgniewał się i pedział: bier diable taki 
jarzec!
Poseł du domu i straśnie mu smutno beto. Ale kie znowa na jarzec poseł zażreć, beł już 
wielgi, więksy jako kumotrów. Wartko poleciał du domu, wyklepał kosę i hybaj kosić!
266
Przyhodzi na zagon, pobrusieł kosę i zacion. Jaz tu w te razy wyskocy diaboł. Łap mu za 
kosisko i pada:
- Stój! Nie bees kosieł.
- A bez co?
- Bo jarzec mój.
- Lacegos twój, kie ja go nastał?
- Temu, żeś pedział "bier diable taki jarzec", no to ja se go wzion. Kazałek mu róść i teraz se 
go be-dem kosieł, a ty nie!
Wzieni się za garła.
Hłop, ze beł mądry gazda, diabła się nie bał. Trzi-mał się setnie na nogak, a straśnie go prał 
po pysku. Jaze mu diasek tak pada:
- Wieś co, hłopie? Załóżmy się.
- Ja nie od tego.
- Wto na pięknie j se j kobyle przyjedzie jarzec kosić, to jego.
Hłop przistał; co miał robić.
Zaseł du domu, łeb zwiesił, bo jakoż to diabła kobyłom przebrać, kie ani konia w stajni nie 
było.
Baba jego smutek uźrała, ospytuje się, cego by taki smutny być miał.
Tak i tak - hłop jej powiada. A baba na to:
- O dajze pokój, dajze pokój! Zej do jutra się jesce nie raz namyślime. Mamy cas.
No i co się nie stało.
Raniućko, lemze świt, jehał diasek kosić jarzec na kobyle siwej, talarkowatej, co kwiatek, to 
beł na niej iny.
Hłop se ta zaś jyno wyjechał na gołej babie.
Jaz go diaboł uźrał i z daleka już wołał:
- Bier jarzec! Koś jarzec! Twój jarzec! Bo ona, ta hłopowa kobyła, beła śmyśna. Tam, ka 
miała mieć grzywę, to miała ogon, a ka
miała mieć ogon, to miała grzywę. Haj. Ksiądz biskup Petrokoński, opat tyniecki, Irt01"^
Jana Kazimierza do kraju z ucieczki sprowadzać
267

i kraj od Szwedów ratować pragnął, tak się śmiał, aż złocistym winem pana Pongracza szaty 
pokropił.

background image

Jeszcze mu, gdy już spać miał na futrach zrabowanych lec, odmówił Maleją "ojczenasz 
góralski" i przeżegnał się: "Panie ojce, bądź w miłości, jako tako na prędkości!"
Ksiądz biskup go w łeb trzepnął, ale łzy ze śmiechu chustką jedwabną ocierał.
Tańczyli też chłopi w jednym miejscu, bo miejsca skąpo było, drepcąc i podskakując, a ksiądz
Pstro-koński dziwił się zarówno dzikiej, monotonnej, zapamiętałej muzyce, jak i równie 
dzikiemu, monotonnemu a zapamiętałemu tańcowi, do 'którego trzeba mieć było istotnie 
"nogi ze stali", "abo komu diabli dali". Dziwił się 'też niezrównanej lekkości, zgrabnogci i 
wytrzymałości tancerzy, a najbardziej podziwiał, gdy tancerz, na końcach palców u stóp 
stanąwszy z wyprężonymi nogami, niesłychaną ilość razy pięty w powietrzu umiał 
niezmiernie prędko zbliżyć jedną ku drugiej i oddalić od siebie, jednej o drugą nie uderzając, 
co się księdzu biskupowi widziało sztuką godną baletu francuskiego, o którym cuda 
opowiadano.
'Zwano Marynę Toporzankę do tańca, ale pójść nie chciała. Siedziała, posępną myślą 
trawiona, w kącie szałasu, a gdy ją nagabywano, aby i babski taniec gościowi zaprezentowała,
zabrała się i poszła.
- A to kto, ta kobieta? - zapytał ksiądz biskup Janosika.
- 'Siostra tego tu haw hłopa - odpowiedział Janosik, wskazując głową Sobka Topora. - Orlica 
zbójecka - dodał. - Za dwók dobryk hłopów obsianie.
- I rabuje?
- Rabować to ta ona nie rabuje, ale jej wse do działu dajem i oskraibinami nie zbywam - rzekł 
Janosik.
- No więc co tu robi? Gotuje wam jeść i grzech z wami płodzi?
- Jeść ugotuje, ale grzyhu nijakiego nie płodzi. Sprógować tu jeden fciał, taki Juro z Lasku, 
już nie
żyje, bo go harnicy biskupa krakowskiego zastrzelili, ale się od razu nogami nakrył. Ona nie 
rabuje, ale się bije, jak na to padnie, co ani ja, ani jej brat, ani tu żaden pomiędzy nas lepi nie 
zdolimy. Ona się mści, bo jom ślakcic porwać fciał i w Ciorśtynie jam przy panu Kostkowi 
buławom wycion, co na ziem spadła zamglona...
A gdy seti morzyć wszystkich począł i spać się jedni porozchodzili po szopach, drudzy w 
szałasie poukładali, ksiądz biskup szparą, którą dla dymu w ścianie szałasu między drzewami 
zostawiono, odmawiając modlitwy, na świat Boży jął patrzeć. Gwiazdy widział tak 
wyiskrzone, jak nigdy w dolinach, na tak czystym, iż się zdawało szklannym, niebie. Zebrała 
go ochota i otuliwszy się we futro, siadł na progu przed szałasem. Las stał dookoła nie do 
wypowiedzenia cichy i spokojny. Niebo, w nieskończoność rozesłane, jasnozielonawo-
błękitne, wisiało ponad nim jako olbrzymia rola gwiazdami uprawna i gwiazdom matka. Białe
śniegi polany przed biskupem, otwarte szeroko, milczały tak samo, jak las i gwiazdy. O 
równej ciszy i równym spokoju nie miał ksiądz Bstrokoński pojęcia... I jeszcze go potęgowała
i podnosiła jedna mgła, podobna do słupu dymu z ogniska, obłok nad lasem widny, 
nieruchomy, jakby lodem przemarzły. Zastój uroczysty i niezmącony, grozy ostępu pełny.
- Zaiste - rzekł ksiądz biskup w swojej duszy - gdybym teraz anioła przelatującego zobaczył, 
nie miałbym tego za cud, tylko za zwykłe w noc zimową w górach zjawisko...
Wrócił do szałasu i legł na przygotowanym dla siebie posłaniu przy watrze, którą od czasu do 
czasu któryś z leżących koło niej Górali poprawiał.
Wtem drzwi skrzypnęły i weszła Maryna. Miała ona swoje łoże w komorze przy szałasie, 
gdzie mleko w naczyniach stawianym bywa i rozmaity sprzęt się umieszcza,
- Nie śpisz to jeszcze? - zapytał ksiądz biskup.
268
269

- Dy prawie idem - odpowiedziała Maryna.

background image

- Piękna noc - rzekł ksiądz.
- Nagodzieł Panbóg.
- Aniołowie dusz pobożnych pilnują.
- To cemuz na świecie jest grzyby?
- Tak Pan Bóg dał umyślnie, aby człowiek o zbawienie miał starość.
- Nie lepi beło cłeka całkę nie stwarzać?
- Gdyby człowieka nie było, nie mógłby być zbawionym.
- No to cóż by mu o to sło? Nie suka cycków to dziecko, co się nie urodziło. Bo niegłodne.
- Rozumu i wole Boskiej niech człowiek nie przesądza.
- Ale cierpieć mu wolno, ha j?
- Na to człowiek żyje, aby cierpiał i wycierpiał koronę niebieską.
- Nie zaobsełby się? Przez piekła i przez nieba?
- Boleść jakaś przez ciebie mówi.
- Hę, jegomość, boleść ta jako boleść; dusa ludzka beze mnie mówi, bo jom w piersiak mam 
jako i drudzy.
- Do kościoła chodzisz?
- Edź jęk ta beła parę razy w Saflarak.
- Tu co robisz?
- Sukam, cego nie najdem, tracem, cego nie zbędem.
- Gadaj wyraźnie.
- E, jegomość, ma to dziewka wyraźnie gadać, kie Panbóg nic wyraźnie nie podział?
- Blużnisz! Bóg ozwał się przez Ewangelię.
- Ja Go słysała w pierunak i grzmiotak, alek M'u nie rozumiała, co gadze.
- Chcesz pójść ze mną?
- Ka?
- Boga poznać.
- Ka? W doliny? Cy Go hań więcel jako haw? Więcel hań świeci gwiazd, hrubse lasy słojom, 
więcel wód? Cy się hań jaśniej łyska, głośniej grzani? Hur
mawice hań więkse dujom i piękniej ptaki w lecie po gaj'ak śpiewajom? Zorza hań więcel 
radosna, a na odwiecerz więcel spokojności w serce ludzkie z ćmom shodzi?
- Kto cię tak myśleć nauczył?
- Wto? Ze dy Panbóg, o wtorym gadacie. Kie syć-ko stworzeł, to i mnie, a kie syóko, to i to, 
co we mnie jest.
Zamyślił się ksiądz biskup Pstrokoński.
- Jak ci to na imię? - spytał po 'chwilLi.
- Maryna.
- Maryna - rzekł - patrz jak to pięknie: na niebie Pan Bóg mieszka, Aniołowie koło Niego, 
Święci Pańscy - chórem Mu śpiewają. Prawda, że pięknie i piękniej być nie może?
- A na ziemi co?
- Jak to co?
- Ze dy haw, na ziemi?
- Na ziemię patrzy Pan Bóg z Aniołami i Świętymi i czuwają nad nią.
- Straśnie dobrze sytka robiom - rzekła Maryna. - Ale 'ziem teraz pusta.
- Jakże to pusta?
- Kiebyście, jegomość, słyseli staryk ludzi. Kie haw jesce Światybór władał! Podany on beł na
niedźwiedzia, kudłaty i wielgi, a na głowie miał jelenie rogi. Strzóg lasów z rąbanicom w 
ręcy. Kie ,seł bez las, na zadnik nogak, to jaze dudniało pod nim... Strasny beł, ale jyno na 
tego, co lasom skodzieł. Cerwone ocy mu ze łba świeciły w nocy jak kaganki. Zedrzał 
niejeden lasowy złodziej, prasnon siekierę i uciók przed nim... Kie tu Pogoda bywała, pani 
złotego dnia i śrybnej nocy... Skrzidła miała gołębie, a bratki po nik kwitły... Kie tu bywała 

background image

Wiesna, co jej skowronki z garzci wylatowały, a uśmiehała się tak, jako słońce na jaworowyk 
liściak... Kie Lelki pilnowały skarbów, we ferecynie pohowane, kie Majki i Drzewice 
promieniste po lasak goniły... Kie 'tu kwiaty i drzewa, i ptaki z ludziami gwarzyły, kies seł 
bez las, to tak,
270
271

- Dy prawie idem - odpowiedziała Maryna.
- Piękna noc - rzekł ksiądz.
- Nagodzieł Panbóg.
- Aniołowie dusz pobożnych pilnują.
- To cemuz na świecie jest grzyhy?
- Tak Pan Bóg dał umyślnie, aby człowiek o zbawienie miał starość.
- Nie lepi beło cłeka całkę nie stwarzać?
- Gdyby człowieka nie było, nie mógłby być zbawionym.
- No to co'z by mu o to sło? Nie suka cycków to dziecko, co się nie urodziło. Bo niegłodne.
- Rozumu i wole Boskiej niech człowiek nie przesądza.
- Ale cierpieć mu wolno, haj?
- Na to człowiek żyje, aby cierpiał i wycierpiał koronę niebieską.
- Nie zaobsełby się? Przez piekła i przez nieba?
- Boleść jakaś przez ciebie mówi.
- Hę, jegomość, boleść ta jako boleść; dusa ludzka beze mnie mówi, bo jom w piersiak mam 
jako i drudzy.
- Do kościoła chodzisz?
- Edż jęk ta beła parę razy w Saflarak.
- Tu co robisz?
- Sukam, cego nie najdem, tracem, cego nie zbędem.
- Gadaj wyraźnie.
- E, jegomość, ma to dziewka wyraźnie gadać, kie Panbóg nic wyraźnie nie podział?
- Bluźnisz! Bóg ozwał się przez Ewangelię.
- Ja Go słysała w pierunak i grzmiotak, alek Mu nie rozumiała, co gadze.
- Chcesz pójść ze mną?
- Ka?
- Boga poznać.
- Ka? W doliny? Cy Go hań więcel jako haw? Więcel hań świeci gwiazd, hrubse lasy stojom, 
więcel wód? Cy się hań jaśniej łyska, głośniej grzmi? Hur
270
mawice hań więkse dujom i piękniej ptaki w lecie po gaj'ak śpiewajom? Zorza hań więcel 
rado'sna, a na odwiecerz więcel spokojności w serce ludzkie z omom shodzi?
- Kto cię tak myśleć nauczył?
- Wto? Ze dy Panbóg, o wtorym gadacie. Kie syć-ko stworze!, to i mnie, a kie syfiko, to i to, 
co we mnie jest.
Zamyślił się ksiądz biskup Pstrofeoński.
- Jak ci to na imię? - spytał po chwili.
- Maryna.
- Maryna - rzekł - patrz jak to pięknie: na niebie Pan Bóg mieszka, Aniołowie koło Niego, 
Święci Pańscy - chórem Mu śpiewają. Prawda, 'że pięknie i piękniej być nie może?
- A na ziemi co?
- Jak to co?
- 'Ze dy haw, na ziemi?

background image

- Na ziemię patrzy Pan Bóg z Aniołami i Świętymi i czuwają nad nią.
- Straśnie dobrze sytka robiom - rzekła Maryna. - Ale 'ziem teraz pusta.
- Jakże to pusta?
- Kiebyście, jegomość, słyseli staryk ludzi. Kie haw jesce Światybór władał! Podany on beł na
niedźwiedzia, kudłaty i widgi, a na głowie miał jelenie rogi. Strzóg lasów z rąbanicom w ręcy.
Kie seł bez las, na zadnik nogak, to jaze dudniało pod nim... Strasny beł, ale jyno na tego, co 
lasom 'skodzieł. Cerwone ocy mu ze łba świeciły w nocy jak kaganki. Zedrzał niejeden 
lasowy złodziej, prasnon siekierę i uciók przed nim... Kie tu Pogoda bywała, pani złotego dnia
i śrybnej nocy... Skrzidła miała gołębie, a bratki po nik kwitły... Kie tu bywała Wiesna, co jej 
skowronki z garzci wylatowały, a uśmiehała 'się tak, jako słońce na jaworowyk liściak... Kie 
Lelki pilnowały skarbów, we ferecynie pohowane, kie Majki i Drzewice promieniste po lasak 
goniły... Kie tu kwiaty i drzewa, i ptaki z ludziami gwarzyły, kies seł bez las, to tak,
271

jak kieby tysiące zwonecków koło tobie zwoniło... Di-i-i-
tirlutirlutirludon<londindondon^dinri-liliri-ili'lidindondiindondindon... Co drzewo, inom 
miało gwarę, co kwiat, 'co ziele, co ptak... Seł cłek mówięcy po lesie, bawiący się ś nim, nie 
tak jako teraz, co jyno ptaki śpiewajom, ale im nic nijako nie wyrozumies. Ka się podziały 
Promiennice nocne, co koło stawów po halak siadowały, jak kiebyś lelujami staw obsiał, i 
gwiazdami się we wodzie bawiły? Ka som jest Miesięcne Panny we gmak noc-nyk po 
wierhak latające? Ka jest Zamice, co rosę siały i rosę zbierowały? Ka Ćmy z niebieskiemi 
ocami, w cieniu leśnym popod spięciom konarów pohowane jak zające? Ka Świt iż ogniem na
głowie i cerwonemi skrzidłami i ka Olbrzym, co słońce z nieba znosieł na ramieniak, jak 
juhas owce w śtyrbnem miejscu z 'turnie? Ka som wodne duhy z trąbitami i fletami, co się 
kiejsi dawno tz capów i pasterek porodziły, kudłami obrośnione, z rogami koźlemi, na dwók 
nogak hipkające? Ka Połednice, co dziewki za ramienia hytały i na kępy na grzibiecie kładły, 
co pote robieł ś niemi, co wto fciał. Dawały. I Wiośnianki, co się na błyskawicak po niebie 
woziły? Ka się to sytko popodziało? Przyśli księdzowie z panami, poceni świente drzewa 
ciąć, dali krżiize strugać i pospostawiali je i sytko przepadło... W jeziora pozapado-wało, w 
dziury, w jamy podziemne - jyno się case ozwiom tak jako placem...
- Maryna - spytał biskup - umiesz ty pacierz?
- Eć mię ta ucyli misyjonarze, co u nas na Hrubem siedzieli, kiejek mała beła - odpowiedziała 
Maryna po chwili, jakby ze snu się budząc.
- Modlisz isię co dzień? - pytał dalej biskup.
- Modlem się, kie modlitwa ku mnie przydzie.
- Jak to?
- Kie się mi zafce, to się modlujem.
- Co dzień modlić się trzeba.
- Cy się fce, cy nie? Ze cóż to taka modlitwa sukana, co jom za nogi hyitać trza?
372
- Jaik to? Nie rozumiem ciebie.
- Modlitwa się mi widzi tak jak głód. Kie się mi fce hieba - jem, a kie się mi fce Boga - 
moldlem się. Jyno dusa nie telo nienazarta jako diało; temu trza i trzi, i śtyry razy do dnia dać 
pojeść.
- A duszy rano i wieczór Boga!
- Cy Panbóg nie jest tak jak dysc? Kie leje, to leje, a kie nie, to nie? Przydzie ku dusy, to je 
naw, to się módl, bo Go cujes blizo sobie. Modlitwy się mi tak widzom, jako kwiaty 
pachniące; nie noś ig za pazuhom, bo usknom, ba Wte woniaj, kie z ogródka pachnom.
- Maryna - rzekł 'ksiądz biskup Pstrokoński zdumiony - Maryna, szkoda ciebie!

background image

- Hej, jegomość - odpowiedziała Maryna - jesce o'kiść z łasa obleci i będzie ciepło, wiesna. 
Miejcie dobrom noc.
- Dobranoc ci. Módl się, Maryna, i przestań grzeszyć.
- Kie mi diaska żal! - roześmiała się Maryna. - Cóż by robieł, jakby my sytka w niebie beli? 
Kie diabła Panbóg stworzeł, to se zaraz pomeśleć musiał:
stworzeni i grzyby, bo po cóż byk diabła stwarzał? Kogo Panbóg stworzy, to go nie umorzy - 
padajom. Miejcie dobrom noc.
I poszła za ścianę.
Zawinął się ksiądz biskup we futro. Jakże mu dziwnie było... W obcym miejscu, w dziczy, 
pośrodku lasów ogromnych, wśród nie tylko obcych ludzi, ale zbójów, wilków i 
niedźwiedzi... Groźne, potężne chłopy chrapały pozawijane w kożuchy, dery, futra 
porabowane I makaty wokoło niego. Dym z watry gryzł w oczy, piekł żar w jeden bok, gdy w
drugi noc mroziła. Jakże daleko była wygodna cela klasztorna w Tyńcu, gdzie chłopak 
'służebny drew do pieca dokładał, a łoże spokojne i wygodne było.
Ale oto jutro miał być dzień wielki... Miał król polski przez chłopów być wprowadzony w 
granice swego kraju...
273

- Ah! - myślał ksiądz biskup Ps.trokoński w drzemotę zapadając. - Zali jeszcze kiedy chłopi 
polscy większego niźli ten i srożej, i przez większych nieprzyjaciół wygnanego z królestwa 
swego króla na rękach swoich nazad do kraju nie wniosą? Zali nie przyjdzie czas, kiedy rtak 
sroga opresja spadnie na Rzeczpospolitą, i'ż stan 'szlachecki nie starczy na jej obronę, ale ile 
rąk mocnych w niej, tylu do zbawienia swego potrzebować będzie? Zali w srogim terminie 
szlachta nie będzie szukała chłopskiego hetmana, aby ratował, bo Rzeczpospolita tonąć 
będzie w morzu klęsk?
A klęski te i upadek przepowiadał wielki kaznodzieja ojca Jana Kazimierza, ksiądz Piotr 
Skarga Pawęski...
J
anosik, przy nagromadzonych łupach straż w lesie babiogórskim na 'polanie zostawiwszy, 
ruszył o świcie na czele bandy *. W pośrodku, na sankach, ksiądz biskup Pstrokoński, jadąc i 
pacierze ranne odmawiając, a Boga o powodzenie imprezy prosząc, podziwiał siłę, zwinność, 
lekkość Janosikowych opryszków, w każdym ruchu wśród 'ciężkiej drogi się objawiającą. 
Osobliwie zajął jego uwagę Sablik, siwy i stary, a tak zgrabny i lekki, że się raczej suwać po 
śniegu niż stąpać po 'nim zdawał. Gęślicki w rękaw od czuchy wraziwszy, podpierając się 
toporkiem, szedł na równi z młodymi, z twarzy do starego sępa podobny i zamyślony.
- Ociec! - krzyknął nań biskup, gdy się koło sanek znalazł.
Sablife przystąpił bliżej.
- Ociec, o czym se też tak dumacie? - zapytał biskup.
- E meślem se, prosem ig miełość duhownom, cy
J a nosi k (...) ruszył o świcie na czele bandy - Pomysł powierzenia hersztowi zbójnickiemu 
roli wybawcy króla i obrońcy kraju przed najazdem szwedzkim wywodzi się być może z 
pracy Szczęsnego Morawskiego (op. cit.). W zakończeniu szkicu (s. 223,4) Morawski pisze o 
autentycznym zbójniku Sawce: "Więc też powrócił i Sawka Andrias (...) zbratał się z 
Labowiany i ogółem z sołtysy Beskidu Małego, (...) aż napadnięty na zimowisku w Roztoce, 
uszedł do Tylmanowej na Liga
sówkę.
Tam bacując doczekał się Szwedów (...) doczekał się chwili, że zbójców powołano na usługi 
Rzeczpospolitej".
275

background image

tyś ta hań w niebie, kie u nas zima, śniegi kurzom? Bo jakby hań zimy nie beło, to skądże by 
się u nas brała i skąd by śniegi leciały? Ja tak uwazujem, ze ona by hań miała być jesce lepsa 
jako itu, coby im hań śniegu nie hybiło, ba się musi to zwysać, co tu na ziem spaduje.
Uśmiechnął się biskup, ale we futro, aby starego nie urazić, i ozwał się:
- Hę, któż to wie, jak 'to w niebie może być?
- Oni nie wiedzom? - zapytał, lekko dworując, Sablik. - Dyć som jest na to uconi? Po śmierzci
się ta sytka dowieme i wte telo będzie wiedział dziad, co i ociec świenty w Rzymie, nie bójmy
się.
- Tylko trzeba sprawiedliwym na ziemi być.
- To to wej, mądrze radżom. Kie ja do Luptaka pod Krzywaniem z ruśnice abo z proce 
mierzem, a on do mnie, to my oba sprawiedliwi, hoć się każdemu inacy widzi.
Skonfudował się nieco biskup Pstrokoński.
- Sprawiedliwość Boska jedna jest - rzekł.
- Jyno ludzkiej telo, kielo ludzi na świecie - odpowiedział Sablik.
Zadumał się ksiądz biskup Pstrokoński nad ciemnym i grubym pogaństwem tego starca, a 
Safolik, pomilczawszy chwilę, naprzód poświstał z cicha starodawną nutę myśliwską, potem 
zamruczał:
Hej Sablicek zbójnicek, hej siekierecka ostra - •niejedna dusycka bez niom w niebo posła... 
Hej Sablik se zaśpiewał, ej Krzywań mu odpedział, bo o jego sprawie nik iny nie wiedział...
A twarz jego przeciągnęła 'się i mgliste 'siwe oczy w dal zamierzchłą pobiegły.
- Hę, to obieś! - ozwai się z pełną galanterii
276
poufałością Krzyś do biskupa, gdy Sablik się nieco oddalił. - To obies! Niejednego on strzelca
z Lupto-wa a'bo z Orawy we wantak ostawieł. Jemu nie zastempuj na drodze. Strze'li do 
icłowieka jak do wilka.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! - wykrzyknął ksiądz Pstrokoński. - Gdzieżby zaś?!
- Ę bajto! Beło ig trzok bratów, ten Jasiek, Józek i Jędrek. Kie na polowanie pośli, to kie jeden
na Krzywaniu, drugi na Hrubym Wierchu, a trzeci na Ostrej foeł, to się fcapelusami abo 
cuhami dogadowali. Ale jyno ten Jasiek ostał, fio Józka zabiel niedźwiedź, kajsi w Bobrowcu,
a Jędrzka luptowski strzelec w Miegusowskiej Dolinie. Hę, to obieś, ten Sablik! Dość się tu 
na Sąd Ostatecny nasukajom, 'kim te syć-kie kości, co on je we wierhak poóstrzepał, najdom!
- Takiż to on?
- Taki. W rzecy grzecny cłowiek, muzyka, uśmieje się, uradzi - e, ale hań, w lesie! Jyno go 
juhasi radzi straśnie widzom, kie na polanę zajńdzie, bo jak niedźwiedź woły bije, nie mas 
nadeń! A na niedźwiedzia idzie sam, z ruśnicom abo z łukem.
- Sam jeden?
- Sam. Worcek mąki weżnie, soli abo i to nie, bo jemu jej ta niekoniecnie, i idzie. Case go i 
trzi, i śtyry tyźnie nie ma. Baba już i ma nosom za duse cosi ze trzi razy dawać hodziła.
- I gdzie siedzi?
- Na polanie ka, przy juhasak, abo w lesie. Znajom go po halak na Luptowie, na Orawie, na 
Spisie i dalej, poza Matre, poza Fatre, poza Hocz, sędyl. Bacowie, panowie, panicowie, po 
nasenni leśni, a straśnie go radzi widzom, ze strzelec!
Zabawiał Krzyś 'księdza biskupa, aż i droga się wywinęła, którędy ku Krakowu wracać było 
można. Odpuścił ksiądz Pstrokoński bandzie Janosikowej grzechy i pobłogosławił, chłopi go 
w ręce całowali, a gdy się pożegnano, wziął się Janosik ku Spiżowi, którędy słuchy szły, iż 
król ma do Lubomli, do pana Jerzego Lubomirskiego, wielkiego marszałka koronne-
277

go, jechać, aby stamtąd akcję zaczepną przeciw Szwedom rozpocząć.

background image

Ostrożnie postępował Janosik, szpiegów rozsyłając, aby 'królewskiego gazdę tym pewniej na 
gazdostwo wawelskie wprowadzić. Im dalej 'ku wschodowi, 'tym śniegi były mniejsze a 
twardsze, tak że co pod Babią Górą po kolana zapadać trzeba było, to poza wytok Jaworowej 
Doliny raczej trza było raki żelazne pod kapce przyprawiać, bo się ślizgały. Gdy też 
Janosikowi Gadeja i Maleją wieści donieśli, iż Szwedzi, o przekradaniu się króla 
powiadomieni, w wąwozie nań pod Magurą Spiską czatować mieli, w mig Janosik plan walki 
powziął, a siła się już chłopów ku niemu po drodze przyłączyła. Cicho jak żbiki szli 
szpiegowie Janosika za rajtarami i szwedzką piechotą, a nim Szwedzi do wąwozu dotarli, już 
ipo obu stronach jego w lesie kilkuset chłopów na śniegach leżało.
Głazy olbrzymie na rozkaz Janosika ze zmarzłego gruntu chłopi nadludzkimi swymi siłami 
ipowydobywali i czekali przy nich nad uboczami, prawie nie pokrytymi śniegiem.
Czekali od rana, ale zimna nie czuli, tyle w nich było żądzy tej okropnej, śmiertelnej, 
zbójeckiej psoty, jaką 'wyrządzić mieli. Każdy przy głazie leżał i patrzał pomiędzy drzewa w 
dół.
Wtem zabiły im serca: naprzód ze dwustu rajtarów z oficerami, potem paręset piechoty 
poczęło w wąwóz wkraczać.
Szli niczego nie podejrzewając. I zaczaili się za zakrętem na króla, sparci w gromadę.
Co za piekielna uciecha! Zasadzka na tego, co sam zasadzkę urządza. Chłopi byliby rżeli z 
uciechy, gdyby Janosik najmniejszego hałasu pod gardłem nie zakazał i gdyby się sami 
zepsuć isobie uciechy nie obawiali.
W żelezie jechała rajteria, w kirysach szła piechota - ale to p.roci kamieniom na nic...
278
Aż i z przeciwnej strony, widno było z góry, jeźdźcy z dala ukazywać się poczęli.
Na przedzie, zrazu jak majak, jechał we futro odziany człowiek, za nim orszak nieduży, koło 
pięćdziesięciu ludzi liczący.
Jechali spokojnie, snadź niczego złego nie przypuszczając. Owszem, widać było, że jadą 
wesoło, jeździec na przedzie zwracał się często, snadź z mową, do jadących za nim 
towarzyszy.
- Król, król - szeptali Górale.
Wjechali w wąwóz. Orszak wydłużył się dla wąskości miejsca i posuwał powoli naprzód. 
Rajtaria i piechota szwedzka za zakrętem nasłuchiwać zaczęła.
Wtem wrzask straszliwy napełnił góry, od którego konie spłoszone dęba stanęły i na zadach 
przysiadły.
Z obu stron wąwozu na Szwedów zaczęła się toczyć lawina głazów.
Uczyniło się wśród nich okropne zamieszanie. Konie i ludzie miażdżeni przewalali się i z ciał
i ścierw tworzyły się kłęby i zwały. Ze wszech stron leciały głazy. Przed siebie i za siebie jęli 
przerażeni do najwyższego stopnia Szwedzi uciekać, ale w tej chwili gruchnął na nich grad 
kuł z samopałów, strzał z łuków, kamieni z proc, a w ślad wynurzyły się z mroku leśnego 
postacie i z niesłychaną szybkością zbiegając jak grad na dół, z ciupagami na 'szukających 
ratunku natarły.
Na hełmach i pancerzach szwedzkich zadzwoniły siekiery. Szwedom wydało się, że diabły, i 
prawie bronić się nie śmieli, zresztą furia nacierających, zręczność, siła i dzikość łamały 
wszelki opór. Czego nie zgniotły głazy, rąbali chłopi. Z dala zza drzewa podziwiał Krzyś 
Janosika, Sobka Topora, Maleję, Gadeję i Mocarnego, którzy ciosami ciupag hełmy łupali jak
gonty, kiedyby się dach na domu palił. Ryk nieludzki grzmiał w górach i szczęk jak w 
olbrzymiej kuźni.
- Diabli się wyzbiegajom z widłami - myślał Krzyś - bo b?dom myśleć, ze haw straho'tna 
kuźnia,
279

background image

coby im je posprascać, jak się im pokrzywiły od ognia, ka męcom...
Orszak ikrólewski tak się 'tym nieludzkim hałasem •zastraszył i stropił, i tak od niego 
osłupiał, że nawet do ucieczki się 'nie rzucił. Nuncjusz papieski i biskup krakowski Gębicki, 
którzy królowi towarzyszyli, krzyżem świętym przestrzeń przed sobą żegnać zaczęli. Dopiero
gdy pierwsi Szwedzi w popłochu spoza zakrętu wypadli, król szpady dobył, za nim iszlachity 
i żołnierzy kilkunastu, a inni do ucieczki się rwali.
Lecz widok ścigających Szwedów i spadających na nich Górali do reszty orszak królewski 
zdumił i osłupił. W oczach króla i towarzyszących mu panów i żołnierzy zarąbano rajtarów i 
piechotników szwedzkich. Gdy się zaś śmielsi z orszaku wraz z kroiłem naprzód na to 
widowisko końmi poparli, ujrzeli chłopów bijących w (kupę Szwedów, po prostu jako praczki
kijaniami w kupę bielizny mokrej walą.
- In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. Amen! * - zawołał król. - Co ito jest?!
I patrzał na rzeź zachwyconym wzrokiem. Jego to pogromców gromiono. Kto pardon wołał, 
nie darowano zdrowiem. W okrutnej zapamiętałości puszczeni na to Górale kosili Szwedów, 
aż nuncjusz papieski oczy zakrył, a biskup krakowski wołać począł:
- Dosyć! Dosyć! Stójcie, chrześcijanie! Ale dopóki ostatni stojący nie padł, ranny dobity nie 
został, straszna młoćiba toporów nie ustawała; szalała dzicz o krwi bezlitosnej.
Król ujrzał przed sobą zagrodzoną drogę - ale trupami.
- Ludzie! Ktoście wy?! - zawołał.
- Górale! - odpowiedziały zdyszane, ochrypłe głosy.
- Skąd? Kto was nawiódł?
- Janosik Nędza Litmanowski z Polan!
In nomine Patris et Filii et Spiritus. Sancti. Amen! (lać.) - W imię Ojca i Syna, i Ducha 
Świętego. Amen!
280
- Dawaj go sam! - krzyknął król. A 'biskup Gębicki zawołał:
- Chłopi! Król przed wami stoi!
Naówczas poczęli Górale odkrywać głowy z czap wełnianych, kołpaków baranich i kapeluszy
sukiennych, które się od tłuszczu zakrzepłego nieświadomemu oku jako skórzane wydawały. 
Wielu w uniesieniu przypadło do rąk i 'butów królewskich.
- Gdzież wasz wódz? Gdzież ów Janosik? - pytał Jan Kazimierz.
Wystąpił Nędza naprzód. Cały krwawy, old czapy po kerpce; z czerwonej ciupagi po 
toporzysku krew
mu ciekła.
- Aleś to, widzę, z jatki przyszedł, rzeżniku! -• zawołał wesoło król, jako był prędko skory do 
śmiechów.
Janosik czapką króla pozdrowił, nazad ją na głowę wdział, wsparł się na ciupadze i ręką w 
bok i rzekł;
- Jedźcie, panie królu, na gazdostwo wase!
- Człeku! Czapę ze łba! Do króla mówisz! - krzyknął biskup krakowski.
A 'któryś ze szlachty z orszaku wzburzonym głosem wrzasnął:
- Na kolana! Cham!
Z piorunami gniewu w oczach zwrócił się Jan Kazimierz za siebie, ale nim usta otworzyć 
zdołał, pogardliwie a wyniośle Janosik odpowiedział:
- My oba do się i w capkak możemy radzić, bo my na przodku. A klękać to mię jyno przed 
Pane Boge ucyli w kościele.
Nie śmiał się nikt nic ozwać na gniew królewski, na twarzy Janowi Kazimierzowi widny, 
ksiądz biskup Gębiold zaś, aby zło zażegnać, rzekł:

background image

- Nim w Krakowie na Wawelu Te Deum 'zaśpiewamy, tu Ciebie Panie chwalimy 
zaśpiewajmy, a wy, chłopi, ziemskiemu swemu panu drogę przez trupy szwedzkie 
rozgrodżcie!
Wzięli się chłopi do roboty, Jan Kazimierz zaś Ja
nosika pytał:
281

- Jakiej nagrody chcesz?
Janosik myślał chwilę, snadż namyślał się, potem
rzekł:
- Wytnijcie, królu, tego, co mi klękać przed wami kazował, w pysk.
- Może i to być! - zawołał wybuchając nieopatrznym śmiechem król. - A więcej czego 
chcesz?
- Nic - odpowiedział Janosik. - Ja wam pomóg jak gazda gaździe. Wracajcie się na gazdostwo
swoje. Śmiał się król.
- Jakby ci trza było, Janosiku, z Krakowa z chorągwiami pancernymi pod Tatry przyjadę!
- Mnie nań nie itrza będzie. Ja se wse rade dam sam.
- Szpetnie nam przymówił - zwrócił się król do orszaku. - No, Janosiku, czym mogę, to ci 
dziękuję w podróży!
I kiesę złota zza pasa wyciągnąwszy, pod nogi Janosikowi rzucił. Za przykładem tym poszli 
biskupi, panowie i szlachta towarzysząca królowi. Złoto potoczyło się na śnieg.
- Biercie, hłopcy, jak wam wola - ozwał się Janosik do Górali, którym na widok sakiewek 
dusze i ręce trząść się poczęły, a którzy i Szwedów na gwałt obdzierali - a wy, panie królu, 
przymcie zaś ode mnie to!
I ciupagę swoją (krwawą ku królowi wyciągnął.
- Bierz! - zawołał Jan Kazimierz na rękodajne-go, który siedział na koniu wpodle. - Bierz! Bo
oto przez chłopską siekierę do królestwa mego wracam!
I 'ruszywszy koniem ku Janosikowi, za głowę go uścisnął, i przez torowaną pomiędzy trupy 
rajtarskie drogę konia naprzód pchnął, a za nim posunął się orszak z głośnym śpiewaniem 
pieśni Ciebie Panie chwalimy, którą i pobliżej kościołów mieszkający chłopi za biskupami i 
rycerzami śpiewali, otoczywszy orszak, aby go w razie ponownej napaści bronić i osłonić.
10 latach wojny i straszliwym spustoszeniu szwedzkim wybuchł głód. Gdy Janosik z 
towarzyszami do domu rodzicielskiego, w Polany, powrócił, zastał dokoła nędzę po wsiach. 
Trzymali się, a nawet nie czuli niedostatku bogaci gazdowie, Kojsowie w Chochołowie, 
Walczaki i Jarząbki w Zakopanem, Nowo-bilscy sołtysia na Białce, nie czuł go także 
Janosików ojciec, ale ogół Górali głodem przymierał. Gdy Janosik powrócił do domu po 
latach czterech bojów ze szlachtą i zwycięstwie nad Szwedami pod Spiską Magurą, łupy 
wioząc bogate, jął on ludzi ubogich wspomagać własnym dobytkiem i z pieniędzmi sanie po 
żywność na Węgry słał. Ale ku końcu stycznia przywaliły świat śniegi tak straszne, iż dachy 
chałup pokrywały i ludzie tunele i lochy kopać musieli. Po prostu zginęła ziemia pod 
śniegiem. Dzień po dniu i noc po nocy dął wicher i płatami olbrzymimi śniegu spoza Tatr od 
zachodu rzucał. Czeladź Janosika i domowi na zmiany dzień i noc pracowali, aby przejścia od
izb do stajni, chlewów i stodoły utrzymać. Jedzenia nie brakowało, bo bydła hrubego i 
drobnego statku, owiec, baranów, świń było dość, było też czym zimować żywinę, a i drew na
opał za czasu czeladź narąbała i nawiozła z lasu. Trzy tygodnie, aż do lutego, dęły te śniegi, 
że i matka Janosika już wątpiła, czy ustaną kiedy, i śmierć przewidywała w całunie.
Aż pewnego rana rozwidniło się niebo, jasny, szklisty pokazał się błękit, rażący oczy 
lśnieniem nieporównanym i nieprzetrzymanym, i mróz okropny ściął
283

background image

świat, tak iż zwały śniegowe stęgły w żelazo. Po drabinie wydrapał się Janosik od podwórza 
na dach i po drugiej jego stronie ujrzał białą rówień.
Jak oko Sięgnąć zdołało, nie było nic, tylko biała płaszczyzna, drzewa tylko koło domów 
wzdłuż potoków z Gubałówki płynących rosnące, jawory, jesiony, lipy sterczały ponad śnieg i
lasy smrekowe białe i w 'lód ścięte. Jednego dachu nie było widać. Na Nędzowym Groniku, u
Staników, u Czajków, u Staszłów, u Faklów, Tyrałów i Pitoniów, Gadejów, Mocarnych, 
Matejów dookoła jednego 'szczytu dachu znać nie było.
- Wygineni - pomyślał Janosik z okropnym uczuciem.
Ale tu i owdzie dojrzało jego oko nad śniegami lub lasem dym błękitny - tu i owdzie więc 
byli żywi pod zawałą.
I długie znów tygodnie biegły tego jednostajnego, śmiertelnego mrozu. Niebo iskrzyło się w 
dzień słońcem rażącym, w nocy gwiazdami, których moc ogromna zdawała się przybyć na 
stropie, a które tak świeciły, jak płomienie. Ludzie poczęli na nartach i karpiach suwać się po 
skorupie otchłannego śniegu, a wilki nad dachami się ukazywały i bywały wypadki, że 
zgłodniałe rzucały się znad dachów na podwórza wewnętrzne obejść domowych bez pamięci. 
Tam walczyć z nimi musiano, bo ich wygnać nie było którędy. Straszno było pojrzeć w nocy, 
gdy nad głową dookoła widziało się iskrzące się ślepia pośród gwiazd złowrogich i słychać 
było nad głową warczenie lub wycia zajadłe. Taka sucha, druzgocąca mrozem zima trwała aż 
do końca marca. Kto umarł, to wykopywano jamę w kupie śniegu na dziedzińcu i tam go 
grzebano.
Wszystko wydawało się zaumarte. Cisza była w powietrzu nieprzegarniona i ani jeden ptak 
nie przelatywał przez czyste przestwory. Wyginęły od śniegów i zimna lub uleciały niżej, 
gdzie może nie tak twardo było. Raz jeden spostrzegł Janosik o fioleto-
284
wym zmroku puchacza, wysoko lecącego gdzieś ku południowi, za Tatry.
Wtem przyszedł halny wiatr, talk ciepły, że cieplejszy w czerwcu nie bywał, i dął półtora 
dnia, a potem lic gwałtowna, ulewa przerażająca. Jak w styczniu wiało śniegiem, tak teraz 
deszcz ustać nie chciał. Wzięły śniegi topnieć po dolinach. Ciepłe wiatry dęły i nawoziły 
chmur od wschodu. Rozpływały się śniegi, topniały w oczach, nikły. Deszcze przeświecały 
piorunujące słońca, o gwałtowności i sile orkanu protnieni. Zwały śniegowe zsuwały się 
podmokłe w dół z grzmotem i hukami dech zapierającymi. Wydobyły się na wierzch 
odmarzłe wody. Uczyniła się powódź, choć na Tatrach leżał jeszcze śnieg, do lipca, w 
nadmiernej nasypany grubości, trwać wróżył.
Jakże straszne były widoki...
W niektórych chałupach znaleziono ludzi z głodu pomarłych, całe rodziny, indziej 
uduszonych pod zawałą śniegową. Toż zwierzęta domowe, konie, krowy, owce, psy, świnie 
zdechłe i uduszone. Znajdowano ślady przerażających walk z wilkami, gdzie czasem wilki 
zażarły 'całe rody góralskie, ilub też we wspólnej z napadniętymi pozostały mogile śródśnież-
nej. Znajdowano domy zgniecione nawałą śniegu, zmiażdżone chałupy, stodoły, stajnie, a pod
tym trupy i ścierwa, Bóg wie odkąd, od miesięcy całych leżące. Tak zginęła cała rodzina Jana 
Fakli w Polanach, tak dwie familie Zychów w Witowie, Sieczka Stanisław z rodem swoim w 
Zakopanem i wielu, wielu innych. Na setki zmiażdżonych śniegiem liczyć było
można.
Wilki bandami teraz grasować zaczęły, zeszły z gór i niedźwiedzie, obudzone już, a nile sobie
w lasach znaleźć nie mogące. W biały dzień rzucał się zwierz leśny na ludzi i napadał wprost 
domy. Niedźwiedzie po trzy, cztery, pięć i więcej w stadzie rozwalały stajnie, atakowały 
chałupy lub na dachy po węgłach uciekały przed goniącymi je hordami wilków.
285

background image

I walki krew mrożące widywali ludzie dzikich be-styj, które się zażerały między sobą u 
progów i u ścian ludzkich.
Śniegi stopione gwałtownie wzdęły rzeki, powódź spłynęła na Podhale. Piekło się wściekło - 
mówił lud.
Teraz wybuchł głód w całej pełni potwornej, choroby niesłyszane, nędza przerażająca i 
śmiertelna.
U Walosów -w Brzegach rodzice dzieci zabili i zjedli, w Szaflarach Król żonę własną z grobu
wykopał na cmentarzu, zabrał do domu, gotował i jadł, aż -w boleściach umarł.
Mnóstwo szalonych poczęło się snuć po dolinach. Przychodziły dzikie poczwary od Gorców i
z Zagórza, kretyny wolowate, a ze wsi podhalańskich rozbiegali się w świat obłąkańcy z 
pianą na wargach i gryźli się po polach z psami wściekłymi lub ginęli, szarpani przez wilki na
sztuki.
Całe pasma wściekłych wilków włóczyły się, siejąc postrach, grozę, przerażenie nie do 
wypowiedzenia. Powietrze zaś (napełniło się chmurami kruków, wron, jastrzębi, sępów i 
orłów, spadających stadami na ścierwa i zwłoki gnijące.
- Świat fce zaginonć - mówili chłopi. Klęska była niesłychana i niepamiętna. Wyległy też z 
gór potwory, wiłkołaki, strzygi, martwce, latawce, dziwożony, topielce. Widywali je ludzie 
rozognionymi od głodu i przerażenia oczyma. Okropne upiory jeździły na niedźwiedzicach i 
uganiały na wilkach z chychotem i piekielnym śmiechem. Wśród stad ptaków drapieżnych 
zlatywały gryfy i biły się z orłami i sępami. Wrzask, skwir nieraz słyszeli ludzie w powietrzu 
nieznany i ptaki spadały pokrwawione, z poprzebijanymi kośćmi barkowymi na ziemię.
Widziano karły w siwych czapach baranich i portkach miejskich, szerokich, od kierpcy 
obutych i rzemieniami po wierzchu okręconych, jak siały pod lasami i w lasach grzyby 
trujące. Salkę od Słodyczków ze Zebu Mnich porwał, gdy po wodę wieczorem po
286
szła, i przepadła bez śladu, choć blisko domu było. Wrzasnąć tylko zdołała.
Rozhukali się wśród tej zagrozy ludzie. Kto co miał w sobie, to się wydobywało z niego 
rozpasane. Bracia gwałcili siostry, teściowie synowe, cudze żony na nagim polu oddawały się
kochankom, dziewki dwunastoletnie nierząd czyniły. Koniec świata przepowiadali starce i 
wróżowie i przyjście Jancykrysta.
Mord jął się szerzyć. Zabijano się o kawałek placka owsianego, o kwartę mąki. Lada kłótnia, 
lada spór krew wytaczały, a dawne zemsty wiały jak wicher. Ludzie się mścili na sobie, jakby
lękając się, że umrą i nie zdążą.
Głupota, lekkomyślność, rozpacz zresztą powodowały sprawy szalone. Jarząbek ze 
Zywcańskiego za obiad Halę Jarząbczą nad Chochołowską Doliną sprzedał, Kojs, wójt 
'sołtysi z Chochołowa, rolę pod trzydzieści korcy darował dziadowi Bartkowi z Łopuszny, bo 
"cóż mu po niej". A jego synowie jeszcze mu, temu dziadowi, siostrę swoją, cudowną Kasię 
sołtysiankę, 'przez jakieś obłąkanie ducha w małżeństwo dać chcieli.
Ginęło Podhale.
Na to ginięcie zaś patrzały spokojnie Tatry.
W niemej, głuchej zapamiętałości siedzieli wieczo-
A na Tatry patrzał Janosik Nędza Litmanowski. rem przed chałupą pod jaworem oboje 
rodzice Janosika i ponurzy Gadeja, Maleją i Mocarny Stopkowie.
Im jeść nie chybiało, bo na Węgry po zbóju chodzili, ale trapiło ich powszechne utrapienie 
góralskie. Siedzieli na ławie koło jaworów, popodpierali brody na rękach i kolanach i myśleli.
Pod domem zaś na ławie, wyciągnąwszy bose nogi przed siebie, choć dopiero kwiecień był, i 
założywszy ręce za przypory u portek, siedział Janosik, obok Sablik stary, na ławie siedząc, 
pogwizdywał.
Obaj patrzyli przed siebie w górę na Tatry, gdzie słońce zachodziło, czerwonofioletowe i 
chmurne.

background image

Gdy oczy ich tam w przestrzeni, nad wierchami ze
287

szły się i dusze zrozumiały - wydobył stary Sablik 2 rękawa od czuhy gęśliki i grać począł.
Grał stare odwieczne nuty, jakie strzelcy i zbójnicy niegdyś tam, w praczasie grywali.
A gdy jedna i druga godzina minęła i na niebie już wśród chmur gwiazdy świecić zaczęły, 
ozwał się Janosik do towarzyszy:
- Hłopcy, pudzieme na wojnę...
J uż się ku wiośnie brało, śnieg w dolinach tatrzańskich ginął, w cieniu trwał jeszcze, a w 
słońcu w błcrto się przeistoczył. Dziką i pustą doliną szedł stary Sablik z ruisznicą przez 
prawe, łukiem przez lewe ramię, z ciupagą w ręku i nożem za pasem.
Czekał on od jesieni zimę całą na ten czas. Ani go straszliwa nędza Podhala, ani bieda we 
własnym domu od myśli nie odwodziły. Sablik pasem brzuch głodny ściągnął, na gęślikach 
brzęczał, gdzie się dało gorzałkę pił, śpiewał, gwizdał i wiosny czekał. A gdy się już ile ityle 
ociepliło, nie powiedziawszy nawet żonie: ostań s Pane Boge! - znikł samotnie.
Rozkosz niewypowiedzianą, radość niewypowiedzianą odczuł, gdy znowu rzemienie od 
'kierpców potężnie przykręcał, nie na chód dzienny, ale na długie dni wędrówki; gdy znowu 
ciupagę w garści poczuł, która twardą stalą do twardej jego dłoni na długie dni przyrosnąć 
miała, gdy obuwał się w portki na to, aby może tygodnie całe ich nie ściągać; gdy to, co miał 
na sobie i przy sobie, na długi czas nieoddzielnie z nim być miało, być jego wszystkim i 
wystarczającym. Jego nóż doświadczony, jego dobrze obejrzane krzesiwo, które znajdowały 
się z nim tylekroć w pustkach górskich i znowu tam znaleźć się z nim miały, dawały mu 
rozkosz, 'jaką czuć może orzeł, na szpony swoje spozierający. Z radością słanął na 
zawiązanych kierpcach nie po to, aby do 'karczmy albo do sąsiadów zabiec, ale aby śliznąć się
na nich, gdzie ludzkie oko często nie sięgło nigdy przed-
13 Lagenda Tatr
289

tem. Stanął na tęgich podeszwach z twardej skóry, wesoły.
Znowu czekały go noce pod niebem gołym, watry ze świeżego rąbania, smolne, pełne dymu i 
trzasku wilgotnych gałęzi, owo samotne pożywianie się strawą skąpą lub obfite obłowy 
polowania, wody pite ustami z rwących potoków lub ze strug sączących się między głazami. 
Sablik cieszył się na ową smolną polepę, którą poróść mu miała twarz, szyja, kark, ręce, że 
stać się miał nieledwie częścią lasu, czymś dzikim, odyńcom, jeleniom i smrekom 
pokrewnym i podobnym. Znowu oczy jego, ręce i nogi miały mu być wszystkim. Sablik miał 
znowu, jak od lat kilkudziesięciu, być sam z sobą, zupełnie i wyłącznie, i radował się na to, 
jak się cieszyć może orzeł o łowach swoich myślący.
Pogwizdując i pośpiewując oglądał swój sprzęt podróżnostrzelecki, badał go i próbował. 
Szedł wyzywać pustacie, drogi błędne i straszne, lasy i góry, zwierza groźnego i ludzi 
wrogich, strzelców przeciwników zza Tatr nie mniej niż sam groźnych; szedł żyć całą pełnią 
swej śmigłej, drapieżnej i rycerskiej duszy, zagrążyć się w Tatrach, które go wychowały.
Szedł na wicher, deszcze, śniegowe fujawice, spiekoty, mroki mgielne i nocne, na znój, pot, 
na trud swoich kolan, na ślizgie spiczaste kamienie, zdradne upłazy trawne; ostre sęki drzew, 
spadziste utrudzające ubocze i turnie ziejące przepaściami. I śmiał się sam do siebie. 
Albowiem w tym wyrósł, to umiłował i nie rozumiał życia bez tego. Stary Sablik kochał 
zdyszenie się swych piersi, spojrzenie szukające oparcia dla stopy, kochał rozciągnięcie się 
swego ciała na palcach rąk trzymających się odziomków skały i palcach stóp opartych w 
szczelinie nad otchłanią; kochał szum piargów uwożących się mu spod kierpców, kochał 
wysilony zarzut ciupagi na konar w nie chcącym puścić w górę gąszczu, krępującym głowę, 

background image

ramiona, piersi; kochał wrąb jej w strom wyniosły, aby spocząć obok w kraju rysia i żbika, 
żmii i kuny leśnej.
Drogą mu była ojczyzna jego duszy myśliwskiej i wędrownej, duszy skrzydlatej.
Szedł, aby mu wiatr w oczy i szyję gołą bił, na rozkosz nozdrzy i płuc do zimnego prądu 
powietrza nawykłych, szeidł na radość rąk, gdy w rękawy od koszuli wiatr się wmyka, na 
pełnię życia skóry, gdy w twarz rzęsny, bystry deszcz siecze i jedna jej cząstka nie zmyta, nie 
przenikniona wodą nie pozostanie. Szedł odwiedzać to, co znał, kąty lasów przepadłe, 
moczary skryte w gąszczu, spady wód szumiące i koleby myśliwskie, leże ciche i tajemne, 
gdzie długo po odejściu strzelców ostrożna liszka albo kuna skalna, wietrząc i spozierając 
dookoła, resztek słoniny szuka.
W Dolinie Piardzystej, przy tym niźnim stawie, jest han kolibecka wyrąbana w skale...
Szedł znaleźć to, co zawsze było niespodziane, gdzieś rogi z kozicy przez rysia pożartej lub 
lawiną strąconej, gdzieś ślady walki zimowej wilków z dzikami lub pojedynku niedźwiedzia z
odyńcem, po którym często dwa szkielety obgryzione przez drapieżników pozostawały; 
często spod śniegów wytajał trup człowieka, strzelca, zabitego przez współzawodników, 
zaskoczonego kurniawą i zawalonego śniegami, czasem skarbów poszukiwacza, co z turni 
odpadł, z którym się turnia usunęła, że zginsł, lub zabitego tajemną ręką złodzieja albo ducha,
co skarbów strzegł.
Całą historię strasznej, ponurej, niezwładanej i nieowładniętej zimy tatrzańskiej czytał Sablik 
na wiosnę, gdy śniegi stopniały. Gdzie lody skałę rozsadziły, gdzie śnieg las połamał, gdzie 
wichry w nim spustoszenie porobiły. Szlakował niedźwiedzia, gdzie spał, jelenia, gdzie ku 
źródłu chodził, rysia, kędy kwiaty, do róż podobne, rozwitych łap swoich odciskał.
Cieszył się na świst strzały swojej, na huk swej rusznicy, z której gładkiej lufy kula wartko i 
śmigle a celnie leciała. Cieszył się na mierność swej ręki,
290
291

na przykład twarzy do kolby, oka zmrużenie. Cieszył się na stuk swego toporka w ciszy gór i 
lasów...
Hej^ Ciupaga! Z wyostrzonej stali!...
Salblik czuł się cały w sobie, cały przez siebie, skończoną czuł się istnością, tak wcięty w 
Tatry, jak bywa wbity słup w dno rzeki, nad którym jedna powierzchnia przepływa.
Tak niknął z wiosną od pół wieku, a gdy po tygodniu, dwóch, trzech, czasem po miesiącach 
całych do domu wrócił, znowu z Janosikiem Nędzą na wyprawy lub na przeszpiegi szedł.
Jak gazdostwo się więdło', jak sobie żona, niegdyś piękna Tereska od Walczaków ze 
Skitoówki, dawała rady, on o to nie dbał. To nie było jego życie.
Rusznicę Saiblik wziął, ale prochu tylko na kilka nabić w rogu, bo go koło domu wypsuł, łuk 
niechybny starodawny przez schylone wiekiem barki przewiesił i ruszył w góry, orzeł stary, 
na łowy.
Szedł ku dzikiej, pustej dolinie Kościelisk. Ledwo minął las, co ją zasłaniał, i drogę nad 
Dunajcem, (kędy owce na hale, na Smytnią, w Ornak, w Tomanową, do Smreczyn, na 
Pyszną, szły, kędy z hal siano i nawóz zwożono, a za królów Zygmuntów górniczy do kopalni
srebra i żelaza trakt był, pośród odciśniętych na śniegu tropów sarn, jeleni, lisów, kun, 
wiewiórek, wyder i wilfków ujrzał ślad przechodniego dzika, który snadż złamaną od kuli 
lewą nogę zadnią powłóczył, i ślady czterech niedźwiedzi, dwa wielkie, zwłaszcza jeden 
ogromny, i dwa mniejsze, z tych jeden większy.
Popatrzył i ozwał się sam do siebie:
- 'Dwa stare, niedźwiedzica z młodym i piastun. Przypatrzył się baczniej odciskom 
największych łap na wilgotnym śniegu.
- On!

background image

Poznał go Sablik. Ta sama pięta, te same palce, te same pazdury. Przyłożył do śniegu ciupagę,
gdzie miał naznaczony znak długości i szerokości tych łap zdłuść i syrzć. On był.
Hę, Boże, dajze się ś nim zejść!
Siem diasków zjadło, aj, zjadło, zej dy się mi widzi, ze jesce uróst. Hoć temu będzie może 
telo, jako mnie...
Sablik nie pamiętał już dokładnie, odkąd za nim chodził; zdawało mu się, że od samej 
wczesnej młodości, odkąd polować zaczął.
iSablik go widział i uznał, że nie było godniejszego w Tatrach niedźwiedzia ani nie będzie, 
chyba za trzysta lat.
Jak się Janosik Nędzów trafił jeden na całe Tatry i od czasu Toporów Łamiskały i Walilasa z 
H.rubego chłopa takiego pod Tatrami nie było, tak się i teraz niedźwiedź trafił i drugiego 
takiego nie masz. Na chłopa i na niedźwiedzia trza czekać. Gawiedzi zawsze jest dość, ale 
chłop, co by był jak się patrzy, a i niedźwiedź, czas minie! O bo minie!
Widział go Sab'lik kilka razy i strzelał doń. Ale czy chybiał zawsze, czy tylko po kudłach kulą
osmędził, nie mógł poznać, bo nigdy kropli farby na śniegu ani na rosie czy mchu znać nie 
było.
Sablik w bądź co nie wierzył, ale już czaisem przypuszczał, że niedźwiedź przysady, sposoby 
miał jak czarnoksiężnik.
Znali go i inni strzelcy, Jędrzej Wala, Sieczka Maciek, Sobczafc Staszek i jego ojciec 
Sobanek, Samek Wojtek, Symcio Tatar, Jarząbek Jasiek ze Zywcańskiego, znali go 
Tyrałowie, Marduła Józik z Polan, Wojtek Bukowski z Pająkówki, strzelcy najsławniejsi, ale 
nieradzi nawet mówili o nim. Bo 'to potwora była tak straszna, że im serce w piersiach miękło
i nieraz go koło siebie puścili nie strzelając, a z widłami myśliwskimi i toporem czy maczugą 
żaden by się przed nim stanąć nie ważył. Woły on najpotężniejsze ciosem łapy zabijał, a tak 
zuchwały i odważny był, że gdy go w Zuberskiej Dolinie za Rohaczami woły gonić zaczęły i 
na sporą skałę nagnały, stanrtąd ze skały na nie skoczył i po grzbietach im jak po moście 
wichrem przeleciał, straszliwe tylko, krwawe bruzdy

292
293

na mięsie zostawiwszy. W ten sposób do lasu uciekł i tej jeszcze nocy dwa woły z tego stada 
ubił.
Czyniono na niego sieci, stawiano oklepce żelazne, kopano doły - obchodził.
Sablika myśliwska dusza płonęła do tego niedźwiedzia. Abo ja twój, abo ty mój - myślał. A 
choć towarzystwo myśliwskie lubił, z tym niedźwiedziem samotnie się tylko spotkać pragnął, 
aby z nim nikt rozkoszy walki i chwały zwycięstwa nie dzielił, a jeśli ulegnie - dziś czy jutro: 
to jedność.
A nie 'wątpił, że przyjdzie taki dzień i taka godzina, kiedy się oko w oko zewrą - na śmierć i 
życie.
Stary Sablik nie bał się potwora, bo w ogóle nie bał się śmierci. Urodzisz się bez twojej woli, 
żyjesz i umrzeć musisz. A co potem, o to się nie kłopocz, bo to darmo, nie dowiesz się, a 
potem będziesz wiedział. Nie było o czym myśleć. Zwierz zdechnie, drzewo zgnije, człowiek 
umrze. Talk musi być.
Dziką, pustą doliną Kościelisk nad wodą, aż ku źródłu, gdzie się woda w dwie strony dzieli, 
Sablik tropem niedźwiedzim postępował, a 'trop to był z nocy. Ale nie opodal za źródłem 
tropy się dzieliły;
niedźwiedzica z młodymi poszła w górę na prawo, w ubocz, on poszedł samotnie dalej doliną.
I Sablik poszedł za nim.

background image

Dzień był cichy i mgła góry przysiadła, lecz tak cienka, że słońce świeciło przez nią 
przyćmione i ponad nimi wysoko widać było koło światła w szeżo-dze, w oćmie i zatajeniu, 
jakby w usidleniu zmroku.
Niedźwiedź skręcił na Smytnią, na lewo przeszedł tuż koło pustych jeszcze szop juhaskich, 
wstąpił na ubocze lesiste i drąc się między wykroty, przełażąc przez skały sterczące ze 
śniegów i w śniegi zapadając, przebrał się ku wieczorowi już do Doliny Kamiennej pod 
Czerwone Wierchy. Sablik zmiarkował, że człowieka zaczuł i ucieka przed nim.
Uradował się jego duch i miał to sobie za dobrą przepowieść.
W Kamiennej Dolinie trzeba było nocować.
294
Sablik wynalazł kamień wielki z małym wydrążeniem na wierzchu, ułożył chrustu i drzewa 
kosodrzewinowego na ognisko, skrzesał ogień i w płonącą watrę włożył skałkę, do dołka zaś 
w głazie nalał wody i naBypał mąki, której odrobinę z domu wziął do woreczka, a gdy się 
'skałka rozpaliła, wsunął ją we wodę. I była kluska, którą gorzałką popił.
O sól nie pytał.
Potem-watrę nabił tęgą, kosodrzewiny naciął na zapas na noc i legł przy ogniu na mchu.
Naid nim zapaliła się noc tysiącem gwiazd i sierpem miesiąca, co zza turni się dobył. Wokoło
zaś były olbrzymie kamienne ściany, korytarze i zakręty, nad którymi się piętrzyły pod niebo 
mury, podobne do twierdz i baszt, wapiennych turni. Myśl Sablikowa mimowiednie błąkała 
się po tych korytarzach, przepaściach, grotach odsłoniętych i pieczarach bez sklepienia, 
niezmiernej wielkości, gdzie mogły spoczywać od prawieków żyły złota i srebra lub iskarby 
zakopane przez zbójników. A gdy go wśród cichego szumu nocy górskiej i grzmiącego od 
czasu do czasu huku urwanych głazów i spadających lawin śnieżnych kędyś we wysokościach
naszedł sen: śniło mu się, iż ze skrzydłami u ramion wędruje po Kamiennej Dolinie i ciupagą 
skały rąbiąc, złoto z nich wyrąbuje i pod nogi sobie zgarnia.
Gdy się obudził, jeszcze ciemno było, lecz po zimnie poznał, iż ku dniowi się zmienia. 
Dorzucił patyków i gałęzi kosodrzewinowych na watrę i ręce zabijać zaczął, by się ogrzać.
A już olbrzymie ciemnomodro-fioletowe cienie zaczęły się słać po skałach i mrok nocny tajać
zaczął, tak iż gwiazdy z wolna w oczach gasły, a niebo szarzało.
Napił się Sablik gorzałki i świsnął lekko przez zęby.
Warzyć jeść czasu nie było, co zostało z wczorajszej kluski, na zimno zjadł, proch pod 
krzemień podsypał i z pierwszym brzaskiem ruszył z legowiska.
295

Wiedział on, że niedźwiedź w dolinie nie nocował, ale śnieg mię prószył i oślady nie 
zakurzył, łatwo ją znalazł.
Het popod turnie Małołączniaka drzeć się Sablik, nad przepaściami wisząc, po śniegach 
musiał, ale sobie powtarzał: kiedy nie urwał się on, nie urwiem się i ja, dy je cięzejsy, a kie 
się jemu w głowie nie zawracało, to się i mnie nie musi - i (koło południa za niedźwiedziem, 
który znowu na południe ku Węg-grom wykręcił, między Małołączniakiem a Kopą 
Kondracką przez Jaworową Dolinę do Wierchcichej 'zszedł.
Tu otoczył go tak ogromny las, że niebo ponad nim zniknęło.
Ale dzień był słoneczny, gorący prawie i wiatr ciepły od Liptowa wiał, tak iż las pachnąć j'uż 
zaczął, a i śniegu mało w nim było. Rozszerzały się Sablikowe płuca radośnie, że znowu po 
długich miesiącach na węgierskiej stronie Tatr się znalazł, na tej stronie pięknej i do miodu 
podobnej.
Głód był, dało się jednak strzałą śmigłą jarząbka ze smreka strącić. Sablik obdarł pierze i 
surowo piersi zjadł i barki i udka obgryzł - nie było czasu piec. Albowiem niedźwiedź w las 
się wszył i Salblilk czuł, że nie jest daleko i że poza dolinę nie wyszedł.

background image

Rysim więc chodem za osiądą popod konary często na brzuchu się sunąc, nagle zatrzymał się.
O jakie pięćdziesiąt kroków w kotlinie niedźwiedź na zadnich łapach wspięty Stał i jarzębinę 
zeszłoroczną, zmarzniętą łapami do kupy z gałęfei zgarniał.
Sablik patrzał chwilę z gęstwiny.
Potwornego ogromu, czarny, wyciągnięty prosto zwierz wydawał się jak drzewo. Zasłonił 
sobą kęs przestrzeni, bo kotlinka była nie zabita smrekami, lecz wolna nieco od lasu. Tram 
tylko ją przewalił na poprzek spróchniały.
Niedźwiedź nie czuł człowieka; stał poniżej Sablika i wiatr od niego ku Sablikowi zaciągał.
Sablik odwiódł po cichu kurek, proch świeży pod
296
sypał na panewkę i kolbę do twarzy przycisnął, pod łopaitkę na komorę wymierzywSizy.
Ale nie strzelał. Wiedział on, że drugi raz w życiu tej rozkoszy mieć już nie ibędzie, jak nie 
miał jej nigdy dotąd, pół wieku życia przepolowaWszy. Rozśpiewała się w nim dusza 
hymnem mordu, zwycięstwa, tryumfu, potęgi. Z lufą wymierzoną przed siebie, pod nawałą 
konarów do ziemi obrosłego Smreka leżąc, przez muiszikę na lufie patrzał i był jakoby pijany
widokiem niedźwiedteia i świadomością prochu, pakułów i kuli w rusznicy.
Starość od niego odeszła.
Wtem niedźwiedź 'zwrócił ku niemu głowę. Małe jego, skośne ślepia zamigotały, 'przestał 
jarzębinę zgarniać i łapy zatrzymał w ruchu na gałęziach - w tej chwili Sablik za cyngiel 
pociągnął.
Niedźwiedź wzdrygnął się, beknął i na przednie łapy spadł.
- Dostał, bo zbecał - przemknęło przez głowę Sablika.
W tym momencie zasłonił mu się przed oczyma świat - olbrzymia czarna masa waliła się ku 
niemu, łamiąc konary. Ale Sablik z lekkością ptaka spod gęstwy się wysunął i gałęzi 
sąsiedniego smreka dłońmi się uchwyciwszy, w susie między nie się dźwignął i Wspinać 
zależał. Z rykiem niedźwiedź dęba stanął, lecz go już nie pochwycił. Rzucił się więc na pień i 
sapiąc wła'zić zaczął.
Sablik wspinał się coraz wyżej, myśląc: 'kim się ty ta wygramodilas, to ja jus będę na 
wierhu...
A dulszę jego przenikała radość walki.
Gdy niedźwiedź w połowie drzewa był, trzasnął pod nim konar i zwierz rutnął na trawę.
Jak wściekły obiegał drzewo, wspinał się na zadnie łapy, ryczał i pianę z krwią z pyska 
toczył. Sablik miarkował, że go niedobrze, choć ciężko trafił. Mógł długo żyć.
Rusznicę Sablik zostawił w gąszczu, ciupagę pod drzewem. Ale zdjął łuk z ramienia, strzałę 
spod boku
297

ze skórzanej pochwy wyciągnął i wymierzywszy, w kark niedźwiedzia ugodził.
Raz po raz z piętnastu strzał, które wziął z domu, trzynaście w cielsku niedźwiedzia utopił, 
dwie sobie zostawiając, aż wreszcie zwierz, czy raną zmożony, czy pragnieniem spieczony, 
czy od bólu od strzał spod drzewa odstąpił i w las zapadł.
Sablik natychmiast zsuwać się ze smreka zaczął.
- Pockaj, weredo - mruczał - wlazbyś mi ka, zdechnonbyś i zgnił... Nie na to my się pół wieku
sukali... Ckaj!
Chwycił naprzód ciupagę, poczekał chwilę, po czym rzucił się ku rusznicy i nabijać ją począł.
- Na niedźwiedzia kula gaździna - mruczał przybijając ją lekko stemplem. - Na niedźwiedzia 
nie mas nad kule...
I odnalazłszy farbę, jął kroczyć za nią.
Szedł ostrożnie, raczej skradał się, czujny na każdy szmer, na każde drgnienie gałązek, 
pomiędzy którymi się przeciskał, z oczyma w ziemię wbitymi, by farby nie stracić. Śmierć 

background image

była koło niego, bo niedźwiedź mógł w każdym miejscu zapaść w gęstwie, z każdego miejsca
dźwignąć się z rykiem na zadnie łapy i zwalić się nań jak piorun. Więc stawał, nasłuchiwał, 
wietrzył ostrymi, wiatr chwytającymi nozdrzami. Kilkakroć kolbę już ku piersiom schylił, 
niosąc strzelbę przed sobą oburącz, lufą do góry, kurkiem blisko pachy. Wtem zobaczył 
niedźwiedzia.
Przy wodzie, poniżej w jarze stał i ranę broczącą ziemią z mchem dartą zaciskał. Lecz gdy 
Sablika ujrzał, ryknął straszliwie i przed siebie się rzucił. Odskoczył Sablik w tył. Nie strzelał 
z góry, bo w pędzie bał się nie trafić w krzyż albo w mały u niedźwiedzi mózg, po którego 
czerepie kula ześlizgnąć się mogła.
Stanął i czekał, aż niedźwiedź wzniesie się przed nim na zadnie łapy.
- Teraz abo ty mój, abo ja twój - myślał przyłożywszy strzelbę ku żuchwom.
Jak kiedy płomień podczas pożaru dach przeżre
298
i z kłębem .czarnego dymu z wichrem ponadeń wybuchnie, tak z czerwonym, błyskającym 
białokrwawymi kłami pyskiem, z jęzorem krwawo spienionym i ślepiami lśniącymi wypadł 
ów czarny niedźwiedź na brzeg, rwąc spod łap kamienie, i widząc strzelca przed sobą, na 
tylne nogi się wspiął; a w tej chwili z rury Sablikowej rusznicy prysnął ogień i dym i w 
grzmocie strzału bestia zwaliła się na piersi i jęzor wysunąwszy, rozszerzyła łapy bezwładnie.
Krew buchnęła z paszczęki, posoka spiekła - - konać począł.
Naówczas Sablik, o kilkanaście kroków stojąc, oparł rusznicę o smreka, ciupagę na konarze 
zawiesił, wyjął z rękawa czuichy gęśle, kołki zawiłgłe popluł i zębami przykręcił, smykiem i 
palcem popróbował i o bok lewy niżej ramienia oparłszy, grać niedźwiedziowi począł.
Napełnił się cichy, nieprzejrzany, samotny las chrapaniem konającego zwierza i Sablikowym 
graniem. Dzikie, rwane, zgrzypiące, ostre tony drgały i plątały się z sobą ponad głową 
zwalczonego potwora. Huczała w wąwozie rzeka po głazach, jakoby tło do tej muzyki 
poddająca.
Zwierz chrapał i charczał okropnie, krew z pyska wylewając, Sablik zaś grał. Oczy jego 
utopiły się w kudłatym łbie zwierza, jako mgliste gwiazdy w jesień 'toną w czarnym stawie 
tatrzańskim.
Idzie se Sablicek, drózeckom się wiedzie,
budzie się prógował z luptoskim niedźwiedzie,
z luptoskim niedźwiedziem, z spiskom niedźwiedzicom,
w lesie pod Furkotem, popod Krzesanicom.
Niedźwiedzica spiska swe młode ucyła:
waruj się Sablika, on gorsy jak stryła! Co ja się nahodzieł, potoków nahrodzieł, zakielak 
niedźwiedzia na serce ugodzieł. Co ja się nahodzieł i tom, i tom stronom, zakiel my się zeSli 
w ciasnem miejscu oba. Hucała dolina, dygotał wirsycek,
299

kie poseł za pasy z niedźwiedziem Sablicek.
Sionce się pytało, w dolinę patrzało,
cy się hań za pasy biere skała z skałom?
Hmury się pytały, niebe uciekały,
bo się im widziało: świat się wali cały!
Pan Jezus się patrzy - prę Boha żiweho!
Sablik to poluje, chromem go od złego!...
Lekcej się niedźwiedziowi konało.
Zapamiętał się Sablik w swej grze. Jakoby duchy wszystkich pomordowanych przez siebie 
niedźwiedzi zwoływał na pogrzeb króla Tatr, z nowotarskich Gorców, od Babiej Góry, z 
spiskiej Kratowej Hali i przepastnego liptowskiego Dziumbiru o leśnych szczytach, gdzie 

background image

polował. Spod Rohaczów i Wołowca, z Jarząbczej, z Pysznej, z Tomanowy Polskiej, ze 
Strążysk i dalej z lasów Roztoki, z Pięciu Stawów, z Kopro-wej, z Ciemnych Smrcczyn, 'spod
Wysokiej, zewsząd z Tatr wołał duchy pobitych przez się potworów. I otoczyły kołem swego 
brata, straszne, groźne, posępne.
Przybywały jeden po drugim, bo Sablik wierzył, że duchy ich tam pozostają i krążą po 
pustkach, kędy śmierć im zadano. Przybywały i wieńcem otaczały ostatniego, który do nich 
przybywał. Piąty, dziesiąty, piętnasty i dwudziesty, dwadzieścia jeden widm z czerwonymi 
ranami w piersiach, na łbach, na grzbietach i w brzuchach poczwarnych.
Witajom go - myślał Sablik.
I zegna go las...
Wtem niedźwiedziowi pysk posunął się po ziemi.
Naowczas Sabilik wyprostował się, schował gęśle do rękawa, poczekał chwilę, a potem duży 
kamień podjąwszy, w łeb nim niedźwiedziowi gruchnął.
Zwierz nie drgnął.
Więc ciupagę z gałęzi Sablik zdjął i młodego smreczkia ściąwszy i okrzesawszy, śmiało 
przystąpił i z niesłychanym trudem tyle olbrzyma podważył, aby mu nożem brzuch spruć i 
parę z cielska wypuścić. Po
*
300
czym szybko watrę złożył, ognia skrzesał i wydawszy z boku sztukę, na patyk ją nadział i 
piec nad ogniem począł, podstawiając kapelusz, by doń sadło kapało. A gdy się naskwarzyłb 
pełno, sadło wypił i jeść, nożem przy ustach urzynając mięso, począł.
Po czym tęgi płat mięsa, skórę obdzierając, nożem i palcami i zębami ją przytrzymując, iż 
koszulę i pas krwią ubroczył, spod grzbietu wyciął i do torby wrzucił, olbrzymie zaś 
niedźwiedzie ścierwo łamanym i ciętym chruisitem, gałęziami, mchem przykrył, aby go ni 
strzelcy, ni żaden zwierz dziki nie znalazł. Urosła nad zwierzem mogiła. Do wsi się Sablik z 
powrotem zabrał, by z Tyrałami i Bukowskim powrócić i poćwiartowane mięso oralz skórę 
zabrać.
Aby jednak ślady zmylić i strzelcom innym drogi do niedźwiedzia nie wskazać, głazami 
potoku spod śniegów i z lodów skalnych płynącego iść począł, kierując się ku przełęczy 
Goryczkowej, co Polskę od Węgier dzieliła, doliną Cichą od Hali Kondratowej i Kalatowej, w
przełęcz wyniosłą między trawiastymi kopi-cami i szczytami położoną, kędy .świstaki kopały 
gniazda i gdzie się lubił pasać jeleń z lasów węgierskich lub z pustek spod Giewontu i Kopy 
Magury wyszły.
Długi czas potokiem, z głazu na głaz skacząc, z kawałem niedźwiedziny we worku szedł, aż 
się w las wkroczyć zdecydował.
Wola perć w gęstwie go wiodła, gdy głos ludzki usłyszał. Zatrzymał się, strzałę i łuk w ręce 
ujął i w gęstwinę się wkulił.
Nie mylił go słuch wyćwiczony - ludzie mówili. Zbliżali się dróżką leśiną, w skos z percią się
schodzącą.
Sablik przyczaił się. Już odróżniał głośną gwarę - 'to byli strzelcy liptowscy.
Serce poczęło mu bić mocno, lecz powoli uspokoiło się. Oparł strzałę na cięciwie i czekał. 
Było ich tylko dwóch.
- Abo ja twój, abo ty mój...
Niedługo wyszli. Sablika w gąszczu nie zauważyli,
301

minęli go i szli dalej. Rusznice mieli na plecach. Szli na kozice, jelenie lub sarny.
Sablik mógł ich przepuścić i poczekawszy ruszyć w przeciwną drogę, by się nie spotkać. Ale 
wąska twarz jego ściągnęła się, bruzdy na niej wyżłobiły, usta skrzywiły się i zbiegły ku 

background image

dołowi w kątach, straszliwa nienawiść, zawziętość, a zarazem okrutność niewypowiedziana 
wymalowała się w mglistych starych oczach i uśmiech straszny na twarz wystąpił. Nie 
wiedzieli nic, szli spokojni, ufni, bezpieczni. Sablik śmiał się w duchu. Naciągnął łuk, 
zmierzył do o'ka i ze świstem wypuszczona strzała w tył głowy, między kapelusz a kołnierz 
barankowy serdaka, ugodziła strzelca idącego po lewej stronie.
Z jękiem zwalił się na twarz, rozkrzyżowując ramiona.
- Miałbyś mnie ty kie! - pomyślał Sablik.
Drugi strzelec zwrócił się, zerwawszy rusznicę przez głowę, ale w tej chwili drugą strzałę 
Sabilik wpakował mu w gardziel.
Krew go oblała, zatoczył się, rusznica mu z ręki wypadła i runął plecami na drzewo poza nim 
stojące.
Wtedy Sablik z gęstwy z ciupagą w ręku wyskoczył.
W mgnieniu oka przypadł ku wspartemu o drzewo Liptakowi, a temu strach śmiertelny 
unieprzytomnił lice i szept śmiertelnego lelku wydarł mu się z ust:
- Sablik!...
Jedną chwilę patrzał nań Sablik, któremu siwe włosy zmierzwiły się od igieł smrekowych i 
polepiły od smoły - chciał widzieć trwogę nieprzyjaciela, błagalne o życie oczy, drżenie ciała 
wrogiego przed wzniesioną ciupagą.
Napawał się. Pił rozpacz, strach, bezsilność nieprzyjaciela modrymi, mglistymi oczyma, po 
czym śmignął siekierą i czoło Liptakowi rozłupał.
Ten z wrzaskiem się okropnym zwalił i otrzymał pięć uderzeń na ziemi.
302
Zabitego już Sablik rąbał.
On miał się mścić za. to: on im w zwierzynnych górach zwierzynę kradł, oni by go byli, w 
ręce dostawszy, zabili.
Poskoozył potem ku towarzyszowi, który z mózgiem przebitym martwy leżał.
Wówczas Sablik obrabował strzelców liptowskich:
zabrał im rogi z prochem, kule, noże i żywność, a Strzelby pochował pod głazy, aby je 
później zabrać, bo ciężko by było. Wydarł strzały swoje z ran strasznych, obtarł o trawę i w 
pochwę schował.
I poszedł dalej.
Raźno mu się szło, lekko, rzeźwo, odmłodniał. Pojadł niedźwiedziny, popił niedźwiedziego 
sadła, Liptaków pobił...
Wychynął już z lasu w ubocze, a wówczas obejrzał się za się.
Samotny był.
Gołe Wierchy były poza nim, Wielka Kopa, Tomanowa Polska, Węgierska, Czerwone 
Wierchy od południa, wokoło góry ogromne, pod nim las, a nad nim niebo.
Roztężyła mu się pierś, rozwarła szeroko.
Czuł się królewski, wielki, niepokonany.
Poznają go strzelcy, co towarzyszów swoich pomordowanych znajdą. Poznają go po okropnej
celności strzał. I pójdzie znowu o nim wieść na Wyhodną, Kokawę, Prybilinę, Mięguszowce, 
Hradek, Wielką - Sablik był, ludzi pobił, Sablik chodzi po górach!...
Roześmiał się.
Jak okiem sięgnąć, samotny był, pan Tatr, kozic, jeleni, niedźwiedzi, wróg strzelców 
liptowskich.
Nieprzeimierzona pustynia powietrza w twarz starą, bruzdami pożłobioną, wiatrem mu 
uderzyła.
I zwrócił się ku przełęczy w ubocz, do góry, dobywszy gęśliki z rękawa czuchy i nucąc nad 
opartymi pod ramię:
303

background image

Sablik se zaśpiewał, Krywań mu odpędzić!, bo o jego sprawie nik lny nie wiedział...
Nieprzemierzona przestrzeń powietrza słuchała.
A oto opodal, nie wieHaząc niczego złego, stado kozic się pasło. Stare pasły się po odtajanej 
od słtońca ku południowi .trawie na uboczy, od czasu do czasu pozierając na młodzież, która 
cuda broiła. Jedne w szalonym tempie ścigały się po upłazach, inne się bodły, na kolanka 
przyklękając i pod brzuch różkami celując, jak zwykły czynić capy, walczące w jesieni w 
czas rui, drugie zjeżdżały po twardych śniegach w dół, na zadach przysiadając i podbijając się
nad urwiskami na cztery nogi, jak sprężyny stalowe odgięte. Niejedną śnieg skręcił i zwiózł 
na grzbiecie, przecie zawsze w porę się dźwignęła na cztery nogi, wesoła i swobodna.
Naliczył ich Sablik jedenaście starych i óśm młodych, godny kerdel, dziewiętnaścioro. Lecz 
gdy kombinował, czyby je podejść mógł, nagle z góry, jakby z Obłoków wypadły, orzeł na 
stadko uderzył. Nim zbiegły się, nim skupiły i rogi nadstawić zdołały, już na rocznego 
capiorika runął i szponami mu boki ob-łapił.
Alle podnieść nie zdołał. Cap zaś rzucił się przerażony i gdy kozy zbiegały się w kupę, w 
przechodzącym wyobraźnię ludzką pędzie począł biec na oślep przed siebie gruntem 
kamiennym, i widział Sablik, jak orzeł skrzydła rozpiął i unoszony gnał nad bezdenne 
przepaście. Szponów wyrwać w szalonym spadzie głęboko wbitych nie mógł, dziobem kuć 
ofiary wśród rozipacznego pędu po łbie nie zdołał. Sus za susem leciał cap w dół, do 
skrzydlatego potwora podobny. Już uderzył tak strasznie skrzydłem orlim o turnię, mimo 
przebiegając, że złamać je musiał, bo skrzydło orłowi zwisło. Lecz snadź w oczy krzywym 
dziobem ptak uderzyć potrafił, bo oto bez kierunku,
304
na oślep capa SabSUik gnającego zobaczył, w urwiska, gdzie nagle gruchnął z krzesanicy na 
upłaz i toczyć się poczęli w dół wśród olbrzymich wahadeł skrzydeł orlich i skrętu ciał, aż 
znilkli Sablikiowi sprzed wzroku.
- No niegze ta - pomyślał Sablik - przydzieme po niedźwiedzia jutro, to się ig ta da nańść w 
dolinie, jaik ig liski i rysie nie zezrejom za tela.
Spłoszony kerdel kozic pierzchał wichrem ku szczytom nad Kasprową Doliną.

ż
ył Marduła Franek w strapieniu srogim i opuszczeniu nieludzkim w lochu u pana 
Rzeszowskiego, gdy zwłoki starca zabrano. Rezygnacja go ogarnęła i melancholia tak ciężka, 
iż całymi dniami i nocami, podobnie jak zmarły starzec, z głową na piersi zwisła siedział, bez 
myśli już prawie, bez czucia.
- Pomału to i ja gadać zabacem - myślał - i sto roków tak przezyjem, bez te portki 
niescensne...
Wtem pewnego dnia klucz w zardzewiałym zamku drzwi do lochu zazgrzytał i przy blasku 
latarni, którą niósł odźwierny, ukazał się postawny mężczyzna z ręką za pas wetkniętą, w 
czapie z zawiasami i szerokich hajdawerach i rzekł:
- Możesz iść. Marduła nie zrozumiał.
- Wto? Kany? - zapytał.
- Ty; gdzie ci się podoba - odpowiedział mężczyzna.
- Wolnyk?! - wrzasnął Marduła.
- Wolnyś.
Marduła buchnął do nóg panu, ten zaś odsunął go mocną ręką i powiedział:
- Nie mnie dziękuj, jeno Bogu Najwyższemu i jaśnie wielmożnej pannie Agnieszce 
Rzeszowskiej, kasztelance wojinickiej, która za wojewodzica Sieniawskiego za mąż 
wychodząc, ojca w dniu zrękowin swych o wypuszczenie więźniów ubłagała.
- Je kaź tyś ona? - wrzasnął Marduła. - Cobyk jom za nogi obłapieł!

background image

306
- Módl się za. panną kasztelanką i o błogosławieństwo Boże dla jej potomstwa proś, i ruszaj z 
Bogiem.
Marduła się zebrał i poszedł.
Zataczał się jak pijany, gdy wyszedł na powietrze. W łachmanach go z zamku puszczono, a 
gdy się zza rzeki poza siebie obrócił i czarne małe okna u dołu murów ujrzał, o mało nie 
omdlał ze zgrozy.
W okropnym odzieniu, z włosami niżej bark, z brodą blisko pępka, szedł jak dziad, o kawałek
chleba prosząc, aż mu się na prawdziwego, dostatnio odzianego dziada w polu trafić udało. 
Tego obdarł do koszuli, samego zaś u suchej wierzby uwiązał, aby za nim z wrzaskiem nie 
leciał, i puścił się w dalszą podróż. Ale nie ku domowi naprzód skierować się postanowił.
Maszerował on ze sakwami dziadowskimi i kijem prosto pod Kalwarię Zebrzydowską, gdzie 
go sołtys na kradzieży portek złapał i dragonom pana Rzeszowskiego oddał.
Po paru dniach wędrówki zaszedł na miejsce pod wieczór.
Zastał sołtysa, jak był, tylko podstarzałego nieco;
prosił o ndcleg, pozwolono mu go. W zmizerowaniu więzieniem wyglądał na starca, poznania
się nie obawiał.
Po wieczerzy, którą mu dano, cuda jął opowiadać.
- Hę! - zaczął. - Kiebyście wy wiedzieli, po co ja haw prziseł.
- No po co, po co? - zapytał ciekawie sołtys.
- Hę, kie mi może nie uwierzicie - ociągnął się
Marduła.
- No ino gadajcie, gadajcie, dziadku, będziemy widzieć.
- Idem ja z daleka, ze świentego miejsca, aze od Grobu Krystusowego.
- Joj!
- Miałek hań objawienie.
- W Imię Ojca i Sena!
- Ukazał się mi świenty Tobijas i podział mi tak:
307

jest hań sołtys pod Kalwaryjom Zebrzydowskom, grześnik straśny -
- E, co !by ta!
- Diabli się o niego ju!s pytajoim -
- Rany Boskie!
- On ukrziwdził straśnie cłeka -
- No bez co? Jako? Kiedy?
- Hłopa pięknego, młodego, co portki u niego wyzycyć przyseł, z parobkami dobił i 
zołmirzom pana Rzeisowtekiego dał.
- Wyzycyć? Prawda! Ukraść! I kie .to ta było! Dawno! - odmarknął sołtys.
- E dy mnie świenty tyś wcora rano mię gadał - obruszył się Marduła. - Trzy roki ze Ziemie 
Świelntej idefm. Bez dwanaście mórz jęk płynon i dwa sta rzek jak morze głębokik jęk 
przęseł; a jyno trzy mosty na nik beły.
- Jejejej!
- I pada mi ten świenty Zianaireus...
- Dyjeście mówili Tobijas?
- Tobijas się 'nazywał 'na ziemi, a w niebie to go zaś Zahareusem wołajom, bo ta i was po 
śmierzci nie bedom wołali: Wojciehu! - jyno: podź haw, grześniku zatracony! - odpowiedział 
nie stropiony Marduła.
Sołtys westchnął.

background image

- Pada mi - mówił Marduła - icie, dziadku, ku temu (sołtysowi pod Kalwaryjom i powici ez 
mu Itak:
hłop się obiesił <ze żalu i sytkie jego grzyby na niego spadły Iz hłopa. A to beł złodziej, 
drapieżnik, łupierz, biłtnik, zabójca i gwałciciel.
Sołtys gFoWę zwiesił.
- Za iVo syitiko, co' ten hłSop porolbieł, będzie ten sołtys na itym tu świecie odpowiadał, 
niby na ik. Diabli 'się o niego pytajom, co się bieda ognać, padał mi ten świenty.
- No to cóż radzie? Cóż radzić?
- Co radzić? Źle. A 'znacie wy tego sołtysa?
308
Popatrzył sołitys na 'żonę, żona na niego. Wtem Marduła oczy przysłonił i wrzasnął:
- Ze cóż to?!
- Co? Gdzie? - spytał przerażony sołtys.
- E 'za wami! E hań! Cy cień stoi?
- E gdzie?!
- E hań, za plecami! Rany Boskie! W imię Ojca i Syna, i 'Ducha Swientego! Jamen! Jamen! 
Jamen! I Marduła pocizął czynić krzyże w stronę sołtysa.
- Cóż tam? - krzyknęła wystraszona sołtyska.
- Diaiboł taań 'stał! Lewdy jęk go odegnał! Sołtys skulił się i poit mu urosił 'czoło, a Marduła 
żegnał i powtarzał: Jametn! Jamen! Jamen!
- Nie ma go ju!s? - azepnął sołtys.
- Nie ma. Uciók przed krzize, a połę ja tu mam wodę, ico •jom Panjezus w Kanie Galilejskiej 
nie do-pieł - i póika'zał flaszkę Iz .wódką, którą W sakwie dziadowskiej namacał.
Sołitys się skulił w dziesięcioro i w przerażeniu drżącym głosem pyttał:
- A 'nie pedział wam świerity, jako się sołtys ratować ma i cyby się jako diabłu nie wykupił? 
A Marduła z powagą na ito:
- Podział mi świenty Tobijas tak: niek się sołtys wybicować da, coby go bete tydzień baba 
miała po cym smarować, a pote pieńdziesiont dukatów na okfiare księdzu na msom do 
kościoła na Obidowom do Krziza niek zaniesie.
- Je skondze ja tyś takie pieniądze weznem? - jęknął sołtys.
- Toście to 'wy som jest?! - krzyknął Marduła zdumiony, usuwając się w świątobliwym 
zgorszeniu na bok.
Sołtys głowę 'zwiesił.
Wtem Marduła jak wrzaśnie, jak chluśnie wódką w okno:
- Diabeł zażrał!
- Do okna?!...
Po niedługiej chwili legł sołtys na ławę. A Marduła,
309

że osłabiony się czuł, dał kostur swój sołtysce, a co wycięła męża, wołał:
- Tęzejze! Tęzejze! Diabły wyskakujom jak śmieci ze żarna we młynku! O! O! Tu je! Tu 
dwa! Kielo to 'tego! Jesce ze go! Jesce ze go! Ze dy tu pełna izba grzybów!
Dwa 'tygodnie Marduła u sołtysa siedział, jadł, pił, łgał i do sił wracał, a chłopi się do niego 
schodzili, nad którymi modlitwy odprawiał, błogosławił, złe zażegnywał. Jak do cudownego 
obrazu 'chłopi ciągnęli i po rękach go całowali, a znosili jadła, napitku, przyodziewy, domek 
postawić chcieli, byle ich tylko nie opuszczał.
A Marduła miał prosto Iz nieba 'wiadomości jak prorok.
Pewnego dnia spojrzał w górę, zobaczył burzę ciągnącą od Krakowa: powiada niby do 'siebie,
ale tak, żeby go wszyscy słyszeli:
- Wiedziałek, 'ze tak będzie...

background image

- No co? No co? - pytają isię ludzie, co ku Mar-dule procesją szli.
- Ociec 'zły... Pokłopocili się ze syne... To zawdy tak - mówi Marduła, kiwając ręką z 
rezygnacją.
- Wtóry ociec? Jaki?
- E to tak. Panu Bogu to jus dawno markotno o to, ize nie Jego kwalom, ba Pana Jezusa. Ja, 
pada, stworze! świat, ludzi i syćko, powie to wto: niek będzie pofalony Bóg Ociec? Ba jyno 
syćko: niek będzie pofalony Jezus Krystus! A cóż on proci mnie? Jakby mnie, pada, nie beło, 
toby i jego nie beło. A jak wto, rzekę, wkiełżnie do kałuże abo do młaki, o to wtedej:
Boże ratuj! Albo do biedy wpadnie, źle mu wyhodzi:
Boże jedyny, nie opuscajze mnie! A jak se ślebodno idzie, dobrze mu: niek 'będzie pofalony 
Jezus Krystus! Je pokielze to tego będzie?
Chodzi po niebie, pomrukuje, a DulsT Świenty za nim na skrzidłak lace i w usy mu: gru gru 
gru! gru gru gru! - bo tyś Paniezusowi zazdrości.
Jaze Pana Jezusa cysto pięknie nagniewali oba,
310
stanon wej proci nik i pada: Je kiz to sto dziadów! Kieby nie ja, toby ani teło nie beło! Boby 
beli na świecie ino sami Żydzi i Turcy! A jesce ta Ociec jako Ociec, ale ty, Duhu Świenty, nie
podwódź, ba rad bydż, co cię do Świentej Trójce rahujom, hoć jeś ptak! Furces, laces, a coś 
żrobieł? Cyś się to ukrzizo-wać dał? Abotoyś znał zmartwykpowstać? Pockaj! Niek cię 
oskubiom i zamurujom, cy trzeciego dnia wyjńdzies! Nie bój się! Zielone Świątki mas po 
moik Godak i po Wielgiej Nocy - kieby moich Świąt nie beło, to twoik jesce ani telo! Wto by 
ci kądziel w kościele, kieby nie ja?! Ja się, pada, doprociwieł, coby w Męce Pańskiej nic nie 
hybiało, a tyś za tela, pada, grok dzióbał po niebie! A Ociec to tyś zawdy taki pokłębny! Jak 
mię nie mieli ludzie kwalić, to ik nie trza beło stwarzać! Ba haj! Cy ja pytał o nik? Cy mi to 
końcem trza beło na krzizie wisieć? Ja by się był zaobeseł przez tego! Wiera haj! Może nie?!
Telom zwadę zrobili, co cud! Przileciała Matka Boska, słuha, za Synem stanena. Takiście 
skrzętny, pada do Pana Boga, jak i mój Józef! Syćko mu źle! Cyście jus taki stary, jak i to 
moje świente Józefisko?
A Pan Bóg straśnie nierad widzi, kie mu o starości radżom. Icie, co się robi? Jakie hmury 
carne idom? Bo się Ociec ozpajedził, pada: Staryk? Ale mi wej jesce nic nie hybia! Młodego 
przeskoce! Potrafi to wtóre s was? - Kie łupnie piorunami! Widziało się, że się niebo zawali. 
No i icież: burza idzie jak straf. Syćko z tego...
Kiwali chłopi głowami w niemym zdumieniu na objawienie.
A gdy sołtys konie sprzedał, woły sprzedał, a Marduła się podpasł i do sił wrócił, ruszyli 
razem w las, ku Obidowej, z ofiarą po grzechów odkupienie, bo się diabły mimo biczowania 
ukazywać w oknie nie przestały. A gdy głęboko już w lasach i pustkach kilka mil od Kalwarii
byli, Marduła sołtysa za kark ułapił, na ziemię zwalił, piętą w potylicę kopnął, drugi raz 
poprawił i pistolet, który sołtys za pas na drogę wra
311

ził, wyrwawszy, do łba mu przytknął i wrzasnął po zbójecku:
- Daj piniaze!
W śmiertelnym przerażeniu i zdumieniu sołtys woreczek z pieniędzmi oddał, a Marduła, 'ze 
trzydzieści razy kosturem go jeszcze po dopiero co wysmarowanych miejscach potężnie 
przeciągnąwszy, krzyknął:
- Diabli cię odstompili, bestyja, cok skroś tobie tele roki w hereście wysiedział?! Pockajze, 
oni cię haw najidom! Heba 'ci świenty Tobijas Zahareue pomoże!
Chwycił ledwo żywego sołtysa i związawszy mu pasem z własnych jego spodni nogi, głową 
go na dół na (konarze powiesił i w las skoczył.
A gdy się u matki swojej pokazał, rfco go poznać nie mogła.

background image

Odzienie dziadowskie, broda po pępek, a złotymi i srebrnymi pieniędzmi 'stół zasiał. Zaraz 
przyszedł ogromny Gałajda z nożycami, którymi owce strzygał, i Mardule włosy urównał i 
torodę obciął, a potem go ogolił, głowę mu pod pachę wmiesiwszy i mocno trzymając. Potem 
mu nowe swoje portki olbrzymie odprzedał, a potem zaraz Marduła, portki ręką 
przytrzymując, bo mimo pasa zjechać chciały, między dziewki poleciał, ale już ani jednej 
'znajomej panną nie zastał, gidyż wszystkie za mąż powychodziły.
Wyprawił więc ucztę w 'karczmie na Ustupie, aby się o nim znów głośno stało, i o przygodzie
swojej ze sołtysem pod Kalwarią Zebrzydowską, o więzieniu, o starcu w nim, o uwolnieniu, o
tym, jak sołtysa wypłacił, szeroko i głośno opowiadał. Dobiegły te wieści Maryny 
Toporównej ti w sercu jej zawrzało.
Sobek Topór po powrocie z wypraw Janosikowych natychmiast się z Hanką Bulcylkówną 
ożenił, Maryna zaś, mały idom osobno pobudowawszy, samotna siedziała, o wyjściu za mąż 
słyszeć nie chcąc, choć się mimo nędzy powszechnej, Klęsk i moru wielu parobków o jej rękę
głosiło. Ale Maryna odtrącała każdego i w posępnośei chodziła, a rada była tylko Krzysio-
312
wej muzyki słuchać, który też od Janosika do domu do Byrki powrócił.
Zastał Byrkę stęsknioną Krzyś i zaraz po dawnemu na wieczerzę krapkę kapusty dostał i pod 
nogę jej potem wlazł.
Zły czas skończyć się nie chciał. Wiosnę całą tak lało, że potoki górskie ziemię z zasiewem 
znosiły i wszystko gniło, a co zrosło, niebywałe po tych deszczach susze wypalać jęły. 
Zapowiadał się głód jeszcze większy, niż był w zimie.
Ale Maryna nie dbała o to ani o nic na świecie. W jej sercu rosła straszna tęsknota do 
wojewodzica Sieniawskiego, do jego uścisków i do jego mowy pieszczonej. Gdy Janosik 
Nędza Litmanowski do karczmy w Zabomi z Sobkiem Toporem wszedł i w łożu ją z 
wojewodzicem znalazł, równocześnie opanowały ją wstyd, wściekłość i strach o 
Sieniawskiego, że byłaby brata rękami własnymi udusiła, gdyby był Janosik ciupagi 
Sobkowej nad wojewodzicem wzniesionej swoją ciupagą nie podbił. Czuła to, że Sieniawski 
droższy jej jest nad wszystko, a gdy z bandą Janosikową na szlacheckie dwory szła, to nie tyle
szła, by się na szlachcie mścić, ile by czuwać, aby Sieniawskiego nic złego od chłopów nie 
spotkało. Ale wojewodzie znikł jej z oczu - pewno na zamku swoim, daleko na Rusi, 
bezpieczny za murami siedział.
(Nie wiedziała, że Sieniawski ze wstydu i złości, iż go chłopi pobili, S w wojnę taką wdawać 
się nie chcąc, Sulnickienru gromienie rebelii zlecił, sam zaś do Włoch pojechał i tam w 
Rzymie śród panów italskich i dam żył, błyszcząc urodą, wzrostem i złotem. Po długim czasie
dopiero wrócił i w węzeł małżeński wstąpić postanowił.
Ale nie myślał już o Herburtównie, której śladu odszukać strapionemu ojcu się nie dało. Ku 
kasztelance wojnickiej, znakomitego w Rzeczypospolitej domu, Agnieszce Rzeszowskiej, 
afekt obróciwszy, wzajemność jej nie tyle zdobył, ile ofiarowaną sobie
14 Legenda Tatr
313

przyjął i zrękowiny odbyły .się na wiosnę, a ślub do lata dla ogromnych przygotowań 
odłożono.
Królewskie to miało być wesele, od którego Rzeczpospolita cisnąć była powinna.
Wyniośli tak wysokiego związku sławą Rzeszowscy nad stan i miarę przepych weselimy 
gotowali, Sieniawski zaś jedno' tylko: nowy kontusz z brylantowymi, tak olbrzymimi guzami 
robić rozkazał, iż ile guzów, tyle wsi dobrych u sukni mu wisiało. Sporo złota ze skarbu 
sieniawskiego i brzeżańskiego wyszło, ale tem ubytek ledwie znać było.

background image

Maryna 'z Hrubego nie czekała. Na koń, jak uprzednio, gdy do Zabomi jechać miała, siadłszy,
ruszyła nad San, ku zamkowi panów Rzeszowskich, podług drogi, jaką jej Mardula 
rozpowiedział.
Co 'chciała przedsięwziąć - nie myślała. Przeszkodzić chciała ślubowi wojewodzica i 
przeszkodzić temu ślubowi wyruszyła z Hrubego. Mijała miasteczka i wsie, lasy, pola orne i 
pastwiska, widziała stada koni panów małopolskich i niezliczone trzody bydła i owiec, 
których, zda się, wszystkie hale w Tatrach by nie wypasły, widziała dworki, dwory, pałace i 
zamki warowne, dumne grody Lubomirskich, Zborowskich, Mieledkich, Szydłowieckich, 
Kościeleckich i króla. Widziała świat .nieznany i odmienny, ale nie dziwowała mu się. 
Albowiem 'serce jej pełne było tylko miłości, tęsknoty, żallu i wściekłości.
I myślała, jak się dziwnie plecie, że Mardułę niedługo potem z więzienia puszczono, gdy ona 
do domu powróciła, że 'właśnie siedział on w zamku pana Rzeszowskiego i panna 
Rzeszowska, którą Sieniawski ślubić miał, wolność mu wybłagała, jakby 'umyślnie, by o 
'weselu opowiedzieć mógł. Czuła w tym rękę bóstwa - Dziedzilii, pani miłości, 'czy okropnej 
Zamarzłej 'Czernicy, której oddech upadał lodem. Wiodło ją li coś dobrego, Chrystus i 
Białybóg czy Złybóg i diabli piekielni?
W niewiadomości jechała z dziką rozpaczą i dziką miłością w 'sercu, nie przemyśliwając nic, 
nic nie
314
przewidując. Ale byłaby jechała 'w paszczę niedźwiedziom rozżartym.
Siłę też w sobie czuła taką, że jednym zamachem pięści powaliła ogromnego chłopa, Iktóry 
jej drogę w lesie koło Bochni zastąpił, obroniła się też siekierą z domu wziętą trzem kundlom 
owczarskim, które ma nią, gdy przez pustki przejeżdżała, napadły i ją a konia rozszarpać 
chciały. Bóstwo ją jakieś wspomogło wtedy, bo jednemu z psów czaszkę rozłupała na prawo, 
drugiemu łapę w powietrzu przetrąciła na lewo, trzeciego zaś koń uderzył zadnimi kopytami i 
na miejscu ubił.
Po tygodniu blisko jazdy ujrzała zamek, który z opowiadania Marduły poznała, iż był 
zaimkiem panów Rzeszowskich.
Było to pod wieczór, na pustym gościńcu. Maryna zsiadła z konia, zdjęła zeń użdziennicę i 
siodło, odniosła nieco w gąszcz, a konia, poklepawszy po karku, puściła wolno. Zaraz zaczął 
się paść.
Sama zaś legła w gęstwinie i do rana czekała.
Nazajutrz rano, siekierę pozostawiwszy, do zamku prosto poszła, a gdy ją odźwierny w 
bramie zatrzymał, opowiedziała się za biedną sierotę z domu przez macochę wygnaną, która 
służby szuka. Wpuszczona, obejmowała nogi gospodyni i po kolanach ją 'całowała, aby jej 
rondle myć, krowy doić lub choćby śwtiniom jeść nosić pozwolomo. Jej wspaniała mocna 
budowa, uroda i bystra przytomność umysłu ułatwiły jej przyjęcie - dano ją do kuchni.
Widywała pannę Rzeszowską i starała jej się na oczy wejść. Panna Agnieszka, łagodna i 
ludzka z natury, a sama wiele w domu czyniąca, zauważyła ją i widząc zręczność i urodę, z 
kuchni do kredensu przeniosła. Za czym i do swojej osoby wziąć ją chciała, ale Maryna 
wymówiła się, obawiając się wejść na oczy wojewodzicowi, którego przyjazdu wrychle się
spodziewano.
Albowiem nie wiedziała, co ima czynić. Jak przeszkodzić wejściu wojewódzka na Hrube 
postanowiła,
315

tak postanowiła i nie dopuścić do ślubu wojewodzica z panną Rzeszowską. Czasem 
przychodziło jej na myśl chwycić siekierę od drwa rąbania i przechodzącą przez dziedziniec 
lub spacerującą po ogrodzie pannę napaść i głowę jej roztrzaskać, ale gdy spojrzała na pannę 
Rzeszowską, żal się jej robiło, bo o swoje życie ani tortury nie dbała. Panna Rzeszowska 

background image

piwne miała oczy i tak się nimi śmiała do każdego, jak kwiatami. Podobne do 'ciemnych 
bratków aksamitnych te oczy były. Całą twarz dosyć ciemną miała z rumieńcem jasnym i 
włosy kasztanowate. W chodzie zaś, w ruchu, w ciele powab taki, że czarowała ludzi. Kobiety
to .rozumiały, że posiąść taką, taką przytulić - szczęście niewypowiedziane.
Nie dziwiła się Maryna Sieniawskiemu, że taką zakochał, że przy niej Be'aty Herburtówny 
zapomniał, a cóż dopiero o niej, prostej dziewce. Słyszała też, jak mówił kozak Sieniawskiego
z listem przysłany, że pan bratu stryjecznemu powiadał, iż -większa gładkość panny 
Agnieszki 'niż nierówność fortuny, parenteli i godności w Rzeczypospolitej.
Co 'się Marynie pięści na pannę Rzeszowską ścisnęły, to opadły znowu, a panna, jak 
umyślnie, szukała jej, głaskała po twarzy, lubiła z nią mówić, nazywała Marynią albo 
Marycbną i obdarowywała znoszonymi chustami i spódnicami, choć na Marynę krótkie były. 
Aż inne dziewczęta dworskie zazdrość brała, ale i poszanowanie w ludziach dla Maryny 
rosło.
Myślała Maryna to i to. Czasem, żeby 'się do wyprawnej służby panny Rzeszowskiej, co by 
jej nietrudno było, dostać i wojewodzica choć z daleka, choć z kuchni czy pralni widywać, ale
czuła, że to by było męką straszliwą, niemożebną do przetrwania. Jej miłość do wojewodzica 
unosiła ją, jak wicher płomień roznosi. I czuła Maryna, że wszystko naokół niej jest jako 
dachy słomiane na stodołach, iż na co spadnie, zniszczy i strawi.
Czuła się z tą mocą nad tymi (ludźmi. Naczynia stołowe myjąc w kredensie, czuła się jak 
orlica nad
316
pawiami w dziedzińcu, wybierająca czas, aby uderzyć. Wietrzyła krew, ona, która tak 
wściekle .rzucała się w bój, gdy się zdarzyło starcie, kiedy w bandzie Janosika chadzała, że ją 
krwawą Maryna nazywali. Szukała śmierci.
Obłąkiwała ją myśl, aby p odziać gdzieś pannę Rzeszowską, stracić ją z oczu Sieniawskiego, 
jak się niegdyś Herburtówna Beata z oczu ludzkich zapodziała, nikt nie wie gdzie 
przepadłszy.
Z zamku Rzeszowskich, z okien, patrzała na Wisłę, wielką i szeroką, nie opodal płynącą, 
między wikliny
i przylaski.
Panna lubiła chodzić nad Wisłę. Rwała kwiatki i nuciła piosenki dworskie i chłopskie, bo tych
masę umiała. Zapytała też o Ito i Marynę, a gdy jej Maryna raz i drugi z cicha w dziedzińcu 
swoje przeciągłe góralskie śpiewanki zanuciła, rozsmakowała się w nich panna i na 
przechadzki jej ze sobą chodzić
kazała i śpiewać. Dziwnie się po dolinach nad Wisłą po wiklinach
rozlegało:
Cys mię ty widziała, cy ci wto 'powiedział, ze jo na wirsycku z owieckami siedział? Ani mi 
kto mówieł, jyno jo widziała, jak się na wirsycku owiecka bielała!...
Śmiała się 'czasem panna z dziwnej, obcej (nuty, a czasem uczyła się i ciągnęła razem z 
Maryna:
Wysoki zomecek, wziones mi wionecek! Wysa jesce skała, samas mi go dała! Wianku 
lelujowy, spodes z mojej głowy, •pudzies dołu wodom, nie zejńde się s tohom!...
Nieraz nad głębią wodną napadała Marynę chęć porwać pannę Rzeszowską wpół i w wodę 
wtrącić. I gdyby się ratowała, poty po głowie kamieniami bić, aż na dno pójdzie i woda ją 
zniesie. Widziała jej
317

ciało płynące z falą, coraz dalej, coraz dalej, precz, na zawsze, ha wieki...
I inie nie śmiałaby 'tego uczynić, ona, która przez lata cztery przy Janosiku Nędzy parobkom 
dworskim i panom, harnikom 'królewskim i wojsku w twarz w czasie walki patrzyła, aniby 

background image

nie była iniezdolna śmignąć swymi stalowymi ramionami dziewczynę na siągę od brzegu, w 
głąb...
W zaimku zaś czyniono do ślubu przygotowania, nad miarę świetne.
I nadszedł on 'czas .nieszczęsny dla Maryny.
Widziała z okna kredensu, jak w złoconej poBzÓKtnej karocy w siwe jabłkowite ikonie 
tureckie, z grzywami ido piersi i ogonami do ziemi, zajechał wojewodzie Sieniawski, z 
pozłacanymi hajdukami z węgierska na koźle i za karocą. Widziała go przez szybę 
kryształową i jak wysiadał świetny i piękny, w bramowanej sobolami delii aksamitnej, 
granatowej, kapiącej złotem.
Widziała go z okna kredensu, zza (kraty, i byłaby się rzuciła ku niemu 'udusić go, zadławić i 
zacałować na śmierć.
Trzystu ludzi przyjechało za nim w orszaku. Jechali husarze nadworni i kozacy, koniuszowie i
masztalerze, hajduki, pajuki, rękodajni i marszałkowie jego dworu, sokolnicy z cudnymi 
sokołami i wiedzione 'smycze chartów wspaniałych. Nawet wielbłądy dwa przyszły, 
złotoszytymi kapami okryte.
Obóz poza zamkiem rozbiła drużyna Sieniawskiego, bo jej gdzie w zamku pomieścić nie 
było. Ale choć tak licznym otoczony był dworem, taką potęgą oblubieniec, przecie większą 
potęgą nad jego oblubienicą czuła się Maryna z Hrubego.
Zjechała gości moc wielka, panów i dygnitarzy koronnych, krewnych pana młodego i panny 
młodej, zjechało też i pomniejszej, mniej znacznej, ale Kacnej szlachty wiele, obu domom 
powinowatej, i zaroiło się w zamku i w miasteczku pod nim, jakoby wielki jarmark się 
odbywał.
318
A wśród tej ciżby chodziła panna Agnieszka Rzeszowska, jasna jak gwiazda od szczęścia.
'Zabawy Maryna widziała z okna kredensu: ścigali się młodzi kawalerowie do pierścienia, 
kopiami z siodeł wysadzali na improwizowanych turniejach, szczuto psami chowane 
niedźwiedzie i w pole kawalkaty wyjeżdżały z psami i sokołami, oblubieńcy pośrodku.
Wyło w Marynie serce.
Kryła się, aby Sieniawski jej nie ujrzał, a także przed swawolą młodzieży szlacheckiej, 
przebierającej w dziewkach dworskich, miasteczkowych i wiejskich w okolicy jak w 
ulęgałkach. Pojąć tego Maryna nie mogła, bo dziewki oddawały się jak niewolnice, na jedną 
noc, na jedną godzinę, na jedną chwilę nieraz. Najmniejszego oporu, najmniejszej swej woli 
nie miały. Kto skinął, kto zawołał, do tego 'szły. A gdy jedną Maryna zagadnęła, 
odpowiedziała:
- Jest, ze się fcce, jest, ze się 'nie kce, ano lepiej po staremu, jak matki robiły, niżli 
podkówkom w brzuch dostać abo kściną bez plecy.
- A cyś ty niewolnica?
- Ja poddana, pańska. A ty to nie?
- Nie!
- A cyjaześ ty?
- Swoja i swojej śmierzci!
- Śmierci? No to my wsyscy. Piersy Pombóg, drugi pan, trzecia śmierć. A coś ty inksygo jako 
ja?
- Nic - odparła Maryna i pomyślała, gdzie inaczej ona tuliła ku sobie pierwszego spośród tych
kawalerów, ah! i pana młodego panny Rzeszowskiej!...
A gdy wszyscy pojechali do kościoła w miasteczku ślubnym orszakiem i zamek opustoszał, 
chwyciła Maryna nóż długi i spiczasty i wybiegła z nim na schody, nie dostrzeżona przez 
nikogo, i przez komnaty popędziła a'ż do tej świetlicy, gdzie łoże oblubieńcze na noc 
poślubną nowożeńcom pod baldachimem z błękitnego, w gwiazdy złote tkanego jedwabiu 

background image

przygotowane stało. Stare łoże dębowe, na którym panny Rzeszowskie od prababek 
dziewictwo traciły, z wy
319

jątldem tej jednej, co się z lekarzem nadwornym skaliła i żywcem w lochu pod zamkiem 
zamurowana za króla Zygmunta została.
Wielkie, ciężkie kotary osłaniały to łoże, grube i fałdziste, ku samej ziemi opadłe. Szybkim 
ruchem znalazła się Maryna za kotarą przy ścianie, ukryta tak, że chybaby umyślnie ktoś jej 
szukać tam szedł,
aby mógł odkryć.
Decyzję powzięła jedną: zamordować oboje, gdy się oboje do rozkoszy ułożą.
- Hę, ty bees ś niom spał?! - szeptały jej zakrwawione zębami usta. - Ty bees jego?! Ty?! Ce-
kajcie! Ja naw!...
Długo głusza wielka zalegała zamek, aż przez okna uchylone usłyszała Maryna trzask z 
batów, strzelanie z moździerzy, okrzyki; snadź powrócono od ślubu.
I długo, długo w noc grzmiał zamek od palby z moździerzy i armatek, od śpiewów li 
rozgwaru weselnego, a jaskrawe blaski wpadały do ciemnej komnaty małżeńskiej, bo już 
wieczór nastał i noc nastała. Wtem weszło dwóch hajduków z zaświeconymi kandelabrami, a 
za nimi wojewodzie Sieniawski z oblubienicą i rodzice panny młodej, i orszak cały weselny, 
który państwa młodych w łoże prowadził.
Tam słyszała Maryna, jako chór pacholąt, cudnie biało przystrojony, różaimi całymi dywan w
komnacie zasłał i przy dźwiękach niewidzialnych lutni śpiewać począł:
Za amora przyczyną wstąp w to loże, dziewczyno, kawalera grzecznego przymknąć do serca 
swego. Już my długo czekali, róże w ogrodzie rwali, byS w to łoże, niebogo, wonnych 
kwiatów szła drogą. Niech cię Wenus za łaską swą ozdobi przepaską,
320
byś mężowi się zdała jeszcze piękniejsza cała. Nic już kryć się nie godzi, słodki będzie to 
złodziej, gdy zbawionej sekreta krzyknąć przyjdzie: o r eta! Jąć nie przyjdą ratować ani będę 
żałować, czegoś chciała, dostałaś, znajdziesz, czego szukałaś! Ani twego błagania luto mi, ni 
wzdychania, czegoś chciała, szukała, to będziesz dzisiaj miała -- vivant! crescant! floreant! *
Po czym matka, babka, ciotki, stryjne, krewne, druhny i przyjaciółki poczęły żegnać płaczącą 
pannę młodą, hajdukowie cofnęli się z kandelabrami, cofnął się orszak ślubny i Sieniawski z 
panną Rzeszowską pozostali sami.
- Moja! - krzyknął wojewodzie, chwytając ją w objęcia.
- Mój!...
Piekło wrzało w Marynie. Oddech tłumiąc i nóż ściskając, przytłaczała się do ściany za 
koitarą.
Ogniem żywym palił jej się mózg i paliło serce. Wydawało jej się, że rozsadza ją, rozerwie w 
sztuki uczucie, którego nazwy nie znała. Wschłuchiwała się. Zda się, jakoby brała w siebie 
żar, piekło całe. Czuła się podobną do dział podczas oblężenia Czorsztyna, w które im więcej 
prochu nasuto, tym straszliwszy wyrzucały pocisk.
I nagle jęk przedarł powietrze.
Zerwał się z łoża, wydzierając się z miłosnego uścisku, Sieniawski, z krzykiem przerażenia 
porwała się za nim z posłania panna .młoda.
vivant! crescant! floreant! (lać.) żyją! rozmnażają się! kwitną!
niech
321

- Co to?! - 'krzyknął wojewodzie. - Zali przywidzenie?
- O nie! O nie! - wołała młoda pani. - Słuchaj! Tam 'ktoś jest! Jezu! Czy czart?!

background image

I z głośnym, przeraźliwym wrzaskiem w bieliźnie runąć chciała we drzwi, by uciekać, ale ją 
Sieniawski przytrzymał za rękę.
- Stój! Czekaj!
I schwyciwszy szarawary i buty na się, karabelę przy łożu złożoną 'z pochwy wydarł i ku 
kotarze przystąpił.
Rozchylił lewicą fałdy kotary, w prawicy gotowa do szitychu broń trzymając.
Jasny, pełny księżyc padał w okno i świecił w komnatę: Sieniawski ujrzał postać kobiecą.
Cofnął Się, przerażony tym widokiem miespodzianylm.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! Kto tu?! Widziadło?! A kysz!
Lecz gdy między fałdy ręką pchnął, żywe ciało natrafił. Uchwycił wtedy niżej łokcia postać 
Stojącą i wyrwał silnie ku sobie, a wówczas przy miesiącu poznał Marynę.
Nóż 'wbity tkwił jej nad gorsetem w piersiach po lewej stronie.
- 'Chryste Przenajświętszy! - krzyknął Sieniawski. - Co to?!
- Ja - rzekła głucho Maryna.
- Maryna?! Ty przebita?!
Poznała ją młoda pani i z wybuchem przypadła.
- Marynka?!
- Znasz ją? - zapytał mąż.
- Znam. Służyła u nas.
- Ona? Ty? Maryna tu? Tu? Skąd?
- A ty ją znasz? - zapytała Agnieszka, już Sieniawską, zdumiona.
- Z dawna! Ty przebita?!
- Ha j.
- Jakim .sposobem?!
322
- Ja tobie zabić przyślą - rzekła Maryna,
- Mnie?!
- I jom!
Wskazała głową młodą panią.
- Wariatka?! - krzyknął Sieniawski ze zgrozą.
- Nie! Jynok 'konała.
- Skądże ten nóż w twych piersiach? Na Boga!
- Ja go sama 'Wbiła.
Skłoniła się. Pochwycił ją Sieniawski i posadził na fotelu przy łożu stojącym, nie opodal 
okna.
- Agnuś! - zawołał. - Wdziej co na się. Biegnij, każ zawołać medyka mego, Franconiego! Ale 
Maryna przytrzymała Sieniawską mówiąc:
- Stójcie, .pani. Mnie nijakik Frankonik nie trza. Nija'kiik medyków. La minie jyno jeden 
medyk - śmierzć.
- Boże! Marynka! - zawołała pani .Sieniawską. - Marynka! Coś ty uczyniła? Coś ty uczynić 
chciała?!
- Przebiłak się. Cóż?
Umilkli Sieniawscy, jakby wstyd, wstyd zresztą niczym wyitłumaczalnym nie sprowadzony, 
dusze ich przejął. Aż pani Sieniawską rzekła:
- Marynka, biedna; czekaj, nic ci nie będzie, doktora przywołamy!
- Pani - przerwała jej Maryna - nie mąćcie mi śmierzci. Ona idzie. Jus je nieprec. Nabliza się 
pomału.
Oboje Sieniawscy wzdrygnęli się.
- Nie mąćcie mi śmierzci, nie wołajcie nikogo... Wody mi dajcie krapke.
Nalała Sieniawską z kryształowego dzbana szklenicę i podała ją Marynie.

background image

- Marynka! - jęknęła. - Ten nóż!... W piersiach twoich!
'- Wynijdź pani z pokoja - odpowiedziała Maryna. - Nie patrz... Krew... Wynijdź i ty, jak fces,
panie młody. Umrem sama - ja sprosta dziewka góralska, mnie haw do śmierzci nikogo nie 
trza... Jyno mi ten łaskę zróbcie: nie wołajcie medyków. Ja nie fcem
323

żyć ani jus nie mogem - ja to cujem... To jyno kwilą.
Przypadł Sieniawski na kolana przy Marynie, pod nogi ją objął i jęknął:
- Maryś! Odpuść mi! Przebacz!
- Z nicego. Tyś beł pan...
- Kochałeś ją? - wyszeptała, sło,niiąc oczy, Sieniawska.
- J'a jego kohała - rzekła Maryna.
- Uwiodłeś ją? - pytała Sieniawska z przerażeniem.
- Ja mu się dała, sama. Okfiarowałak się mu - jus nie panna. Pan Kostka mi wieniec z coła 
sjon, w Ciorśtynie.
- Gdziem cię buławką ugodził - odezwał się Sie
niawski.
- Hań.
Sieniawska rozszlochała się.
- Co słyszę! Czego się dowiaduję! - powtarzała wśród szlochań.
- Nie płaćcie, pani... On wam to kie opowie - we wiecór. Będziecie sami. Opowie, jako my się
poznali i ka, na polanie, blizo Toporowyk Sławków... Opowie, jako my się shadzali i jako 
beło... Pote pan Kostka prziseł - hłopów ratować... On rozgromię! Górali, co ig mój brat, 
Sobek, wiód panu Kostce na odsiec, twój mąż... Pote mię porwać fciał, posłał zołmirzy... Pote
my się ze sługi, z Tomka, dowiedzieli, Izę je jest w Zaborni - hań ja go zatrzimać posła, nie 
puścić w Hrube... Tomka mój brat zabiel.
- To on? Mówiłaś, że go niedźwiedzica rozszarpała. -
- Haj. My beli te niedźwiedzie, z brate moim. Pote jęk z Janosike Nędzom Litmanowskim 
posła panów bić - tobie strzec...
- Jak to?
- Ja by tobie nie bela dała włosa z głowy sjońć. Sieniawski kolana Marynine całować począł.
324
- Pote jęk się dowiedziała, ize się żenić bedzies - przyjehałak...
- By mnie zabić? - oderwał Sieniawski usta od kolan Maryny.
- I żonę twojom. No 'to mię mas i sable mas - zetnij mię abo katowi daj, niek domęcy.
Z głośnym, przeraźliwym jękiem runęła Sieniawska na sofę turecką i wyć z płaczu 
spazmatycznego zaczęła.
- Cicho! Zmilknij! - zawołał Sieniawski. - Widzisz, że jej źle...
Maryny oddech stawał się coraz krótszy, bardziej zduszony, rwany, głowa zwisła jej ku 
ramieniu.
- A to jest moje życie - poczęła mówić półgłosem, jakby niezupełnie już przytomna - łąki i 
zimy, las, Carny Staw... Mój brat mię za ramie wzion, kie ja się weń zapatrzowała, w 
głęlbizne... Kazał mi iść, odejńść, ze hań przepaści *... Mnie nie beło piętnaście roków... Ja 
się zapatrzyła, wpadłak w głębizne... w toń...
- Czegoś ty 'chciała? Mów! - szepnął Sieniawski.
- Ja was fciała zabić, bok cię zanadto zakohała. Ja haw męki wystała, wystałak piekło za tom 
firankom - nie 'wypowie nik, nie przemyśli nik... Ale kiejek telo miłości wasej użrała - ja nie 
was, ja moje serce tem noże przebiła, co go haw z piersi mojej widno...
Opadła w fotelu.
- Cierpisz?

background image

- Nie telo - jyno mię mgli - to jus będzie zaraz... po mnie...
- Bież po księdza! - krzyknął Sieniawski do żony.
- Nieskoro - i co mi po nim? Nie was ksiądz do mojej duse - powiher mnie weźmie...
kazał mi iść, odejńść, ze hań przepaści - Słowa Maryny odnoszą się do urywka tekstu, który 
odpadł w czwartym kolejno wydaniu Legendy Tatr z r. 1922. Fragment ten zawierał krótką 
scenę z Sobkiem powstrzymującym siostrę przed upadkiem w przepaść.
325

Wstrząsnął się Sieniawski.
- Maryna! Biużnisz Bogu! W 'chwili skonania może!
- Hę - szepnęła Maryna - podź naw, niek ci głowę przitulem, niek cię przy minie ucujem... A 
to wieś, jako śpiewujom? Hej zahucały góry, zasumiała woda, hej śmierzć mi ulubieniec, a ja 
panna młoda...
Sieniawski ją za rękę ścisnął.
- Patrzała ja kiejsi we wodę, w ciemnom... W Car-ny Staw... Zapatrzyłak się weń... Ono 'się 
mi wej znacyło... Cuł to Sobek, brat, kie 'mię za ramie ujom... Bał się, byk nie wpadła... 
Wpadłak...
Wtem wzdęła jej się pierś, podniosła ręce i krzyknęła prawie głośno:
- Stawie! Stawie! Stawie Carny!... Głowa jej opadła.
- Jezu! Kona! - zawołał Sieniawski. Sięgnął ręką ku twarzy Maryny - już była martwa.
W biełiźnie, z wrzaskiem: ludzie! ludzie! - wypadła młoda pani z komnaty.
Sieniawski pozostał przy Marynie sam. Położył jej dłoń na ziębnące czoło, nachylił się ii w 
usta ją pocałował i w 'ręce obie, i zdawało mu się, że Maryna szepnęła: bądź zdrów! - ale 
poznał, że to mu się tylko już zdawało. I rękę na czole Maryny trzymając, mówić zaczął 
półcicho:
- Przysięgam ci, iże póki życia mego, żaden poddany mój chłop mieczem, kołem ani 
ćwiertowaniem karan nie będzie, przez śmierć twoją, Maryna, tak nii dopomóż Bóg i Święty 
Krzyż!
Potem nóż z martwej już piersi wolno wysunął, z krwi otarł i na kolanach zmarłej złożył 
mówiąc:
- A to relikwia święta będzie, którą na ołtarzu w kościele w Brzeżanach zawieszę.
- śpij!
W tej chwili 'ze światłem wpadli goście weselni, kto trzeźwy o ityle, o ile jeszcze był, i służba
wystraszona.
- Mości kasztelanie! - rzekł Sieniawski do ka
326
sztelana Rzeszowskiego, ojca Agnieszki. - Gromnice z zakrystii każ przynieść, księży wołać i
modlitwy za umarłych odmawiać. A na zwłoki tej dziewki, tej chłopki, Maryny z Hrubego, 
cztery deski dobowe zbić daj, do Brzeżan ją powiozę i w złoconej trumnie pochować każę. Na
obchód pogrzebowy wszystkich waszmościów z sobą zapraszam!

W tenże sam czas wieść po górach poszła, iż dusza pokutująca czy zaklęta panna po nich się 
włóczy. Chodziła po halach to tu, to tam od niejakiego czasu osoba młoda, naga zupełnie, 
tylko w trawy, w liście, kwiaty i gałązki odziana, z olbrzymimi złocistymi włosami, które ją 
jak płaszcz okrywały, przychodziła ku szałasom, gdzie psy w dziwny sposób nie rzucały się 
na nią, ale tylko oszczekiwały ją i wyły na jej widok i po jej odejściu; jadła i piła, co jej 
podano, i nie mówiła nic, tylko się uśmiechała. Odzienie, jakim ją okryć chciano, zrzucała.
Włóczyła się po Tatrach od wiosny, błądziła po lasach i uboczach, wstępując na hale. Znali ją 
pod Hawraniem, przy Zielonym Stawie pod Szczytem Kieżmarskim, w Dolinie Zimnej Wody
i Staroleśnej, w Dolinie Wielkiej, w Batyżowieckiej, wszędy od południa. Zrazu bali się jej 

background image

juhasi i uciekali przed nią; później już tylko kobiety strach przed nią zdejmował. Złego nie 
robiła nic, do każdego się uśmiechała jak dziecko.
Miano ją za duszę nie z tego świata, dlatego nikt na nią ręki w żadnym zamiarze nie podniósł,
a wiarę ,tę zachowanie się psów zajadłych i atakujących każdego potwierdzało.
Gdy jednak razu pewnego zawędrowała het aż ku północy, ze strony węgierskiej Tatr na 
polską, na ubocz pod Lilijowem, poznał ją tam Franek Marduła, barany pasący, i poniżej 
pasąca krowy Teresia z Hrubego.
Mówili oni z sobą, gdy widziadło się nabliżyło, i w trwodze śmiertelnej za turnicę się 
schowali, ale gdy bliżej nadeszło, szepnęła Teresia:
328
- Franek! Ze dy to podane na ten pannę, co u Jasiców Toporów bywała, co jom wygnali i 
ukamienio-wać f cieli, i co z Kretem starym usła?
- No no no! I mnie się widzi!
- Ale pewnie! To ona! Sama ta! Ta panna, co jom Gałajda w śniegu nalaz!
- E, to będzie jyno jej dusa - rzekł ostrożnie Marduła.
- Zy ka dusa? Kie ma pięty pozbijane? Dusa by ci pięty po skalak zbijała? Poglądnął Marduła 
bystro.
- Prawda - rzekł, ale bez przekonania.
- Ja na nie zawołam - rzekła Teresia i krzyknęła:
- Panno!
Stanęło widmo niewieście, obejrzało się.
- Po imieniu zawołam, Ludmiła jej. Panno Ludmiło!
Widmo niewieście stało i słuchało.
- Is - słuha. Jyno zgłupieć musiała. Biedarstwo! Ja się jej nie boje, ja idę ku niej.
Teresia wyszła zza skały, a i Mardułę wstyd wziął lękać się, gdy się dziewka nie boi, choć nie
dowierzał i pięty go o materialności widziadła nie przekonały dostatecznie.
Teresia zbliżyła się śmiało.
- Panno Ludmiło - rzekła - wyście to som? Widmo ludzkie uśmiechnęło się.
- Was Gałajda nalaz? Wyście bywali u Jasiców Toporów, u Sobka i Maryny? Na Hrubem? 
Was ukamienować fcieli?
Coś, jakby myśl jakaś, przemknęło przez twarz półodzianej w liście, trawy i gałązki kobiety. 
Zmarszczyła czoło, wytężenie mózgu odmalowało jej się w oczach i nagle złapawszy się za 
głowę rękami, z piskliwym wrzaskiem napastowanego dziecka, kurcząc głowę w ramiona i 
jakby osłaniając ją od razów, uciekać jęła. Puściła się za nią Tereska i Marduła podążał 
wołając: nie bój się! stój! - ale gdy ją doganiali, upa
329

dła na ziemię i jak kuropatwa, gdy na nią jastrząb bije, głową przypadła iku ziemi, rękami ją 
ciągle słoniąc.
- Panno Ludmiło - ozwała 'się Teresia łagodnie - panienko, wyście to? Nie strahajcie się! 
Pocie s nami do sałasa! Na mleko, na ser.
Ale gdy ją za rękę ująć chciała, rozpaczny pisk wydała półnaga osoba.
- Waryjak - rzekł Marduła. - Zgłupiała. Daj jej pokój.
- Ostawić jom mię możemy. Walki jam zjed-zom, zmarznie abo od głodu zemre. Patrz, jakie 
to chude, biedne! Skóra i kości. Franek, odejńdź, może se mnom samom pudzie.
Oddalił się Marduła i za wielką wantą uik.rył, Teresia zaś usiadła obok leżącej, ale cała jej 
słodycz i perswazja na nic się nie zdały, a gdy na ręce biedną wariatkę wziąć chciała, taki 
wrzask rozpaczny zaczął 'wstrząsać jej piersią i z ust się wydzierać, że serce ścisnęło się w 
piersi Tereski.
Nagle Franek wzdrygnął się i ozwał:

background image

- Ostaw jom! Niek robi, co fce! To jaj przeznace-
nie. To prziwilija śmierzci...
Teresia natychmiast cofnęła się, przejęta grozą. Półnagie stworzenie porwało się z ziemi i 
poczęło
się spiesznie oddalać.
- Zginie - rzekła żałośnie Teresia.
- Nie mów nic. Tu jest Duk. Kie Duha nie beto, to jom Gałajda nalaz.
Kobieta szalona oddalała się. Szła szybko ku turniom nad Kasprową Doliną.
- My się cofany. Tu Duk rządzi. 'Mnie ja'ze włosy stajom. Cafmy się!
- Je idyć...
Cofnęli się spiesznie. Herburtówna znikła w ska"
- Mnie jej straśnie żal - szepnęła Teresia. łach.
- Cyt! Nie mów nic. Ka Duh władze, tam się cłowiek nie śmie prociwić.
330
- Po cemeś go poznał?
- Zimno mnie takie iprzejeno jak lód. Ja jesce nigda takiego zimna nie pocuł. Mnie ociec 
opowiedał: taki mróz po kościak ludzi przęseł, kiedy stary Jarząbek na polowaniu miał od 
turnie odpaść. Palce im do łuków przymarzły. Nie wysło dwa pacierze, Jarząbek się urwoł, z 
piargiem skała, i gruchnon do przepaście z Koziego Wierhu, dziś hań leży. To prziwilija 
śmierzci.
- Mogli go hycić?
- Mogli. Bo mój ociec przed nim, a Jarząbek syn za mim, a ten się uwióz i ręce wyciągnon. 
Ale już Duk beł. Duk żenię przed sobom. Tak jak matka dziecko do hałupy. Dziadek Jarząbek
podział do mojego ojca: jo już ;ze idwa roki przy moim synie Duha cuł. Jo wiedzioł.
Teresia się skuliła.
- Rany Boskie! - szeptała. - Rany Boskie! Panie Jezu! Panienko Maryjo, miejcie jom w 
Swojej opiece i nas także... Kret już zemzeć musiał, temu jom samom ostawieł.
To straśny świat... Jo by s tych gór uciekła... Bo my tu i tak ino prziśli ze światu...
- Wsędy jednako - rzekł Franek. - Przebrało we Panu Bogu scenśliwości. Dał jom wodom, dał
jom ziemi, dał jom słońcu, gwiazdom i miesiącowi, nie zna niescęśliwości cłowiecej ni 
drzewo, ni ziele, ni krowa, ni owca. Na samym ostatku cłowiek stworzony. W samym zadku 
stworzenia stoi. Nie starcyło dlań boskiego daru. Tak to tak...
- Ona już może nie żyje...
- Może... Siednijme ka obdalno. Syćko się pasie. Nagle przerażający wrzask rozdarł 
powietrze. Franek i Teresia popadali na twarze.
- Łaska syćkik Bogów nad nami - powtarzał Franek. - Nik jej ratować nie móg. Duh puścieł 
mróz śmiertelny... Bądźcie nam miłościwi sytka Bogowie niebiescy, ziemscy i piekielni...
- Amen...

Ledwo parę tygodni statek był po Zielonych Świątkach na halach, gdy nad doliną nowotarską 
niebywale licznymi stadami białe rybitwy o długich, wąskich skrzydłach nad wodami krążyć 
poczęły. Przylatywały one zawsze, gidy wiosenna świętojańska powódź okolicę podgórską 
nawiedzić miała, nie widywano ich jednak w takiej gromadzie. Miarkowali z tego chłopi, że 
powódź będzie sroga, sroższa niż zazwyczaj, bo te weredy czują wodę. Ale zadrżała rówień 
nowotarska.
Dwa dni z tygodnia przed świętym Janem deszcz się wzmógł, a dnia trzeciego ulewy całe 
niebo od strony orawskich Tater pokryło się po południu koło godziny trzeciej chmurą czarną.
Zagrzmiało kilka razy i chmura oberwała się na ziemię. Deszcz nie lunął, ale runął z 
wysokości. W jednej chwili wody poczęły tak pęcznieć, jak 'żmije, gdy się najedzą. W 

background image

Ludzimierzu wezbrały oba koryta Dunajca, to, które idzie pod kościół, i to, które idzie pod 
brzeg, gdzie siedzieli Gapka i Wietrzny Kuba, rybak.
Między tymi korytami, bocznym pod brzegiem i głównym pod kościołem, rozciąga się 
szeroka rówień, kamieńcem zwana, trawą w znacznej części porosła, pastwisko gminne, 
którędy i 'z dalszych pastwisk, z Zardzawicy i skądinąd, bydło powraca i w bród główne 
koryto rzeki pod samą wsią przechodzi. Na maruszyńskie i rogożnickie wierchy stamtąd 
widno i na łańcuch Tatr w jedną stronę, w drugą na Gorce, Kluczki, Babią Górę i orawskie 
wzgórza.
332
Dzieci nieletnie w Ludzimierzu pasały, z wodą obeznane dobrze, od wilków w lecie spokojne,
zwłaszcza że lasu w pobliżu kamieńca i pastwisk między rzeką nie było. Deszcze ich nie 
trwożyły, ale gdy woda, wartko i bystro od Krauszowa, Długopola i Czarnego Dunajca z 
Kościeliskiej i Chochołowskiej Doliny się tocząca, nagle wzbierać zaczęła, tak nagle, iż w 
oczach rosła i dźwigała się ku (krawędziom pobrzeży, w popłochu gnały bydło ku rzece, póki 
jeszcze zbrodzić ją można.
Lecz napór wód był tak gwałtowny, że bydło mu się oprzeć nie mogło i wegnane pierwsze 
krowy co słabsze fala obaliła i toczyć po męcie zaczęła. Na który widok inne z rykiem z wody
i od wody się cofnęły, pasterze jęli krzyczeć i płakać i zgromadzone już na przeciwnym 
brzegu kobiety również krzyczeć i płakać jęły.
Wieś poczęła się na brzeg zbiegać. Chłopi z pobliża po konie poskoczyli, a konie mieli rosłe, 
bo z dawna po wino na Węgry i po sól do Wieliczki jeździli, i wpław na ratunek w rzekę 
wjechali. Ale choć kilku śmielszych na najlepszych koniach na drugą stronę dobiło, nie 
wszystkie dzieci, na koń je biorąc, ratować mogli. Więc te, które zostawały, z rozpaczy się im
portek i końskich ogonów chwytały, lecz kilkoro czy z trwogi, czy też nie miał ich kto już 
zabrać, zostało na wyspie. Chłopi batami krowy w rzekę gnali, sądząc, że między konie je 
wziąwszy przegnają. Ale krowy nagnać się nie dały, a woda rosła. Więc z powrotem puścili 
się chłopi z samymi dziećmi; mały Jaś Cajków, co przy ogonie Byrnasowego siwego ogiera 
wisiał, odpadł w prądzie i woda go zniosła.
W ten sposób Cajcyna Hanka trzech swoich krów, które w Dunajec pierwsze weszły i 
utonęły, i syna w jednym prawie momencie pozbawioną została, i tarzając się po ziemi i 
włosy drąc z głowy, wyła:
- Kieby się mi 'beły sytkie dzieci wytopiły, a co-by mi krów woda nie wziena! Kieby się imi 
beły syt
333

kie dzieci wytopiły, a coby 'mi krów woda ,nie wziena!
Bo dzieci był wydatek, a krowy był dobytek.
Dzieci jeszcze miała troje, które płacząc biegały koło szalejącej z rozpaczy matki.
Niedługo rzeka wystąpiła z koryta; z dwu stron poczęły 'się rozlewać wezbrane odmęty, a 
wyspę, na której stało kilkadziesiąt sztuk bydła i kilkoro dzieci, poczęły otaczać wody 
powodzi.
Już ryk krów i lament 'dzieci woda głuszyć zaczynała.
Wtem 'nadbiegł Jędrek Fit z głośnym wołaniem:
- Ka Zosia?! Ka moija siostra Zosia?! Rąbał on drzewo opodal w lesie, w Grelu, i 
porzuciwszy .siekierę, pędził na ratunek, bo wiedział, że Zosia z krowami za wodę poszła i że
woda stać 'się groźną już musi.
- Hań - wskazał mu ręką wójt Sopiarz za Dunajec, bo Zosi nie miał kto na konia zabrać.
Więc Jędrek iw wodę skoczył. Silny, młody chłop do pół koryta ramionami i grzbietem 
wystając z tonią walczył, lecz go zniosło. Rękę w górę wzniósł i pochylił się, rzucił się 
naprzód, lecz sille fali oprzeć się nie mógł, zatoczył się, ipadł i płynął przewracany prądem.

background image

Na ten widok matka ich, wdowa po Michale Ficie, przysiężnym, która niemo nad brzegiem 
stała, niemo w tył padła. Nikt się nie popatrzał, czy żyje, czy umarła. Nie było głowy na to.
-Nastąpił mrok talki, jakoby się słońce zaćmiło. Woda nie rosła już, ale piętrzyła się; od 
brzegu cofać się musiano. Zachód słońca 'zaledwie znać było w nawale chmur, które tytko 
bladły w tej stronie. Dunajec wylał .na gościniec, mętny i brudny, zalał ogrody Bartłomieja 
Fita, Krużlów, Szymczyków, organisty. Rzucono się do chałup bliżej wody stojących na 
ratunek rzeczy, dobytku domowego, niemowląt, starców i chorych. Na falach już toczyły się 
pnie z tam powyższych i drzewa powyżej powyrywane.
334
Ciemności potężniały i ulewa mię ustawała w potędze. Za wodą już tylko, jakoby kępę w 
cieniu, gromadę krów i kilkoro dzieci wtłoczonych między nie odróżniano. Ludzie przed 
powodzią musieli się cofać coraz dalej od brzegów. Pod wieczór na gościńcu już koniom mad
brzuch woda sięgała. Z dachów nawoływano ku krowom i pastuszkom, jak gdyby im to co 
pomóc mogło.
Łodzi we wsi nie było, woda na to zawsze była o wiele za płytka; o żadnej tratwie myśleć nie 
można było, rzeka by ją była rozbiła, rozniosła i porwała za sobą. Nikt zresztą w całej wsi 
mad płytką górską wodą pojęcia o pływaniu nie miał.
W pola, w stronę lasu wynosili się chłopi nad wodą mieszkający; za szczęśliwych miani byli 
ci, 'co się dalej pobudowali. Lecz takich było niewielu, bo i Lepietnica od Klifeuszowy gnała 
z drugiej strony, straszliwie wezbrana w Beskidzie.
Gdy wieczór zapadł, kto miał dziecko iza rzeką, powtarzał: czy je też zobaczy jutro rano? 
Matki i siostry wyły w lamencie.
Noc rozpętanych żywiołów, powodzi deszczu, huraganu i ciemności czarnych pomnożyła 
rozpacz, a gdy blady dzień zaświtał, przed oczyma Górali ludzimierskich widniało ryczące 
'morze, na którego wściekłej, spienionej, glinianej barwy fali płynęły domy zniesione z 
wyższa, które druzgotało w ich oczach i porywało domy ich własne i które pochłonęło bez 
śladu dzieci ich wraz z bydłem. Nie było widać nic, tylko toń ryczącą, niezmiernie rozlaną.
Na myśl, jak woda zbliżać się musiała w mocy, jak rykiem trwożyła śmiertelnie, a stopy 
podmywała coraz wyżej; jak dzieci chlupotały w wodzie, jak im sięgnęła kolan, brzuchów, 
jak je obaliła i porwała wraz z krowami, i poniosła gdzieś, naprzód, na głębie pod Sypką, pod 
nowotarskim brzegiem, gdzie je topielce chwytały, skąd ich już mię uratuje inikt 'nigdy ani 
nie ujrzy; na myśl, jak te dzieci płakać i wołać o ratunek musiały, nim tonąć zaczęły: matki 
dosta
335

wały obłędu, a Katarzyna od Walosa, której syn dwunastoletni utonął, chwyciła topór, 
pobiegła ku kościołowi przez wodę brnąc, dopadła go i rąbać zaczęła, krzycząc w opętaniu:
- Ludzie Ci kościół stawili, cobyś w nim siedział, a Ty kas beł, coś się nasym dzieciom 
potopić dał?! Kaś beł? Kaś poseł z kościoła?!
I rąbała ścianę kościelną, aż ją czterech chłopów, obawiając się zemsty Boga i sroższego 
jeszcze dopustu, powrozami skrępowało i gębę jej chustą zatkało, aby ibiuźnić okropnie nie 
mogła i Pana nie wyzywała.
'Cała dolina nowotarska zatonęła w (klęsce powodzi; nawet w wysokich wsiach 
podhalańskich, gdzie zwykle potoki z hukiem w dół spadały, poginęli ludzie, bydło, 
poobalały się domy. Lamentem napełnił się świat dookoła. Trzy dni woda gazdowała 
niszczącą potęgą, niczym nie odparta, niczemu nie podległa.
Z Nędzowego Gromka w Kościeliskach, z wysokości nadwodnej patrzał na to Janosik i 
słuchał, pozberkując obuszkiem ciupagi po kamieniach przed domem.

background image

- Wiedziały rybitwy, po co lecom nań skądsi jaze od morza - mówili chłopi dunajeccy, gdy 
rybitwy po opadzie wód pozostałe na szlamie o-yby i upieczone od słońca, co na niebo z 
pomroków wyszło, czerwone raki dzióbały. - Taka gawiedź wie. Mądrzejsa je jako cłowiek...
Po straszliwych nieszczęściach zimy i wiosny twardy Góral odetchnął, aby niepohamowane 
puścić wodze chciwości, oszczędności i zazdrości. Wielu woda pochłonęła i zniszczyła całe 
zasiewy, wielu gruntu części znaczne w rwących odmętach potraciło. Dzieci •były ciężarem 
rodzicom, starzy rodzice dzieciom. Stary Siuta, gazda ludzimierski miepłony, sam torbę przez
plecy przewiesił, kij do ręki wziął i synowi się z chałupy uchylił, po pytaniu poszedł. Bał się, 
że go zabije. Tak uczyniła niewidoma Kułalska z Ostrowska, Handzel stuletni z Waksmundu. 
Kępiński z Kliku
336
szowy, który czternaścioro dzieci miał, a któremu woda dom wzięła i cały zasiew zamuliła, 
dwoje tylko najmłodszych przy sobie i żonie zostawił, resztę wypędził, a że iść nie chciały, 
biczem bił.
Lecz gdy na dolinie nowotarskiej po klęsce świętojańskiej powodzi w oczach kobi&t łzy nie 
oschły, a chłopom bruzdy się na twarzach, zawsze wyryte, nie izagładzały, gdy wskutek 
nieustannych deszczów nędzne zboża w żniwa po Wniebowzięciu Matki Boskiej pozbierali i 
do stodół zwieźli; gdy jesień nadciągnęła i Podhalanie z kolei do zbiórek się gotowali, owsy 
swoje kosili i w snopki wiązali, i w stołki ustawiali: nie znany poniższym nowotarskim wsiom
wróg, halny wiatr, się pojawił.
Natura tam nie spała, w Tatrach.
Zrazu, przed zachodem słońca, huk było słychać w głębi gór, a potem zza Goryczkowej, zza 
Giewontu, zza Czerwonych Wierchów chmurki lotne, siwe, pierzaste wybiegać jęły, po czym 
zawisł nad górami ogromny wał siwych chmur i trwał nieruchomy, aż nagle spychać go jęła 
moc dmącego wichru i po stromych ścianach skał staczać się począł w wąwozy i kotliny, 
między turniami Tatr a lasami regli zawarte. Jak olbrzymi wodospad kłębiły się zwały chmur 
nieprzebranych, po ścianach prostopadle w dół się sunąc. Zadął potem wicher, krótko, 
gwałtownie, porywczo, z przerwami ciszy.
Po czerwonym zachodzie słońca poczęło dąć lepiej, gałęzie się łamały, płytko rosnące smreki 
samotne tu i owdzie trzasły i powaliły się na ziem. Szumiało całą noc, lecz nad ranem, nim 
zaświtało jeszcze, runął wiatr.
Zakotłował się świat. Huk, szum, wycie wypełniły go, jakby horda szatanów potwornymi 
skrzydłami łopotała ponad nim. Pęd powietrza to cichł, jakoby się uniżał falisto ku ziemi, to 
znów wzmagał się i wzbijał w górę jak orzeł szalejący. Rzekłbyś, że olbrzym obłąkany, jak 
tęcza ogromny, to przypada piersiami ku ziemi, to wznosi się i rękami chwyta za czuby
15 Legenda Tatr
337

gór, nad światem potrząsa nimi i zgina je poczwarną siłą. Wszystko zdawało się drżeć, a żwir 
miótł spod nóg jak kurzawa. Wiatr dochodził chwilami do potęgi grzmotu. W .cztery strony 
świata rozniósł snopy owsa, a nie poruszony jeszcze na zagonach posłał na ziemi. W 
powietrzu wirowały liście, konary, słoma i ptaki pochwycone zawieją. Wozy i konie 
wywalały się, ludzie padali. Oddzierały się deski z dachów, dachy całe zrywało i domy 
dźwigały się z węgłów.
Tak wiało dzień i noc, czyniąc na drogach zasieki z drzew obalonych, wyrywając przesieki w 
lasach, jak drogi i wyręby. Z owsów nie zostało nic - wiatr je rozniósł i wymłócił. Została 
nędza i rozpacz.
Tak klęskami raził Bóg - cała góralszczyzna jęczała zimą, wiosną, latem i jesienią 
nawiedzona nad zwykłą miarę.

background image

Bywały czasy złe. Za króla Zygmunta Starego przez jedenaście lat nic się rodzić nie chciało i 
od głodu ludzie padali jak muchy, a setki wytruły się jadowitymi grzybami i 'zielami, w 
których nie przebierano; za króla Stefana powódź trzy razy, rok po roku, Nowotarskie 
spustoszyła, ale i zimę, i wiosnę, i lato, i jesień, rok cały, aby Złybóg, Czarnoboh, światem 
rządził, aby łzy nie osychały kobietom i bruzdy, wyryte zawsze na twarzach mężczyzn, nie 
zagładzały się, i rok cały walczyć o istnienie w całej okolicy polskich Tatr w okrutny sposób 
trzeba było: ito dojęło ludziom do żywej kości.
Patrzył na to Janosik i pozberkiwał obuszkiem topora, 'bijąc nim o kamienie przed chałupą, 
przed którą siadywał, nogi przed się wyciągnąwszy.
'Starzy zaś gazdowie w Nowotarszczyźnie, na Skalnym Podhalu, ku Spiżowi i Orawie, 
mówili:
- Trza się będzie heba wynieść ka we świat... Syćkie biedy się uwzieny... Jak tak pudzie dalej,
wyginieme od głodu...
I tysiące oczu mężów, niewiast, dzieci patrzyło na Tatry, ku Liptowu, ku słonecznej, 
pszenicznej, winorodnej ziemi Niżnich Tatr.
338
Wówczas też "procesjami" ludzie na zbój za Tatry polskie zaczęli chodzić, ale niejednemu to 
"kreto szło", nie przyniósł nic, dziury we łbie, albo i wcale nie wrócił.
Za Tatrami się też przeciw zbójnikom bronić umiano. Nienawiść tylko rosła wzajemna i chęć 
zemsty od strony węgierskiej. Do Polski nie było po co iść, ale gdy kogo z Polaków złapano, 
"odpiók". Bito, mordowano, katowano, wieszano na szubienicach i drzewach; zamki w 
Lewoczy na Spiżu, w Mikułaszu na Liptowie, Orawski * zapełniły piwnice więźniami. 
Mnóstwo ginęło po prywatnych zamkach i dworach lub gdzie dopadnięci na rabunku czy jego
intencji zostali. Choć się ten i ów rzemiosłem zbójeckim wspomógł, biedę w chałupie na 
chwilę obegnał, spyrek czy mąki przyniósłszy, nikt się nie zratował. A choć i pieniędzy który 
nabył, nazbijał, ciężko było na wozie o drewnianych osiach gdzie dalej po zboże jechać; na 
koniach jeździli, ale i .trudno było kupić, i ni pieniędzy na zakup, ni nabytego towaru, ani 
życia swego nikt pewny nie był, bo i swoi chłopi z dolin wydzierali, napadali, mord był 
dookoła.
Głód jął się szerzyć od północy Tatr polskich i przybierać rozmiary straszne, ciągnąc za sobą 
śmierć, co się jaze potem zalewała od prace.
Janosik Nędza Litmanowski rozdawał, co miał. Ojcowizną i macierzyzną rządzić nie mógł, 
ojcowie żyli i majątek 'dzierżyli, ale skarby swoje spod buków, jabłonek i spod głazów z 
miejsc klętych dobywał i ludziom dawał. Czuł on się do tego w obowiąz-
zamki w Lewoczy (...) w Mikułaszu (...) Orawski - słynne kaźnie zbójników polskich, na 
których temat osnute są liczne pieśni zbójnickie. L e w o-c z a - niewielkie miasto na Spiszu, 
posiadające warowny zamek; Mikułasz - właśc.: Liptowski Święty Mikołaj (Liptovsky Svaty 
Mikulas), miasto nad rzeką Wagiem, stolica żupy liptowskiej. (W Mikułaszu zginął w r. 1713 
słowacki Janosik); Orawski, właśc.: Orawskie Zamki lub: Zamki, warowne budowle położone
na niedostępnej skale, okolone rzekami. Były wielowiekową rezydencją magnackiej rodziny 
węgierskiej Thurzów.
339

ku, w obowiązku do swojej pychy, swojej górności, swojej wyższości. Dawał z gestem króla, 
wspaniale, chciał, aby wiedziano, że biorą i od kogo. Rzucał skarby z miną wielkiego pana, 
którego żadna klęska ziemska dosiąc nie może, który nie obawia się niczego i od niczego nie 
jest zależnym. Ale choć było tego mnogo, była to kropla w morzu nędzy i wyczerpało się w 
końcu.
Wówczas Janosik począł myśleć. Począł myśleć więcej i głębiej nad tym, co mu jeszcze w 
zimie w głowie błyskać jęło.

background image

I pewnego popołudnia poszedł ku izbom, gdzie mieszkały mię opodal jego domostwa siostry 
jego stryjeczne, Krystka i Jadwiga Nędzówne, z bratem młodszym, Wojtkiem.
Zastał je 'w czarnej izbie na 'warsztacie przędące, a Wojtuś pod oknem kozikiem łyżnik 
strugał.
- Niek będzie pofalony! Co ta na was słyhno, dziewcęta? - zapytał Janosik.
- E, nic 'tyś ta takiego, bracie. A na tobie jak, lepiej? - odpowiedziały dziewki.
- Płótno przędziecie?
- Haj.
- A Wojtuś struga? - rzekł Janosik, siadając na ławie pod ścianą.
- No.
- I cóż tyś ta tak strugas, hłopce?
- Łyżnik.
- Pokaże. Ej wiera! Nie ucnie ci się to tak strugać?
- E, wieś - odpowiedziała Jadwiga - on by we dnie i w nocy strugał. Przipatrzze się, jakiego 
świentego Marcina babce z limbowego drzewa urobieł. Wiś?
- Ej ha! Ale skądże wiecie, jeże to świenty Marcin?
- My nie wiedzieli, ale zaseł do nas pozawcorem Kuba Mrażtucarz, ten temu rozumie, bo sam 
świentyk seliniejakik struguje, od razu poznał, ize to świenty Marcin.
340
- A tyś wiedział, Wojtuś, kies robieł? - spytał Janosik.
- Nie. Dopiero kie mi Kuba podzieli.
- No, to i ten Kuba niegłupi - rzekł Janosik. - Ja hojbyk się i trzi dni do tego świentego patrzał,
tobyk go nie uznał, co za jeden. No, dziwoty nie mas, każdy temu rozumie, s cym sam robuje.
Kieby Kubę wewiedli w las, toby na mnie wołał.
Zmilkli. Warsztat warczał.
Jadwiga, Krysitka i Wojtuś Nędzowie mieszkali sami, bo ich rodzice odumarli, a do nich 
nazywało się do Zubkosa, po dziadku, który zębami grube gwoździe przecinał.
Wielki czarny kot z błyszczącymi oczami, który siedział obok konewki, powstał na cztery 
łapy, wygiął grzbiet w kabłąk, ziewnął, podniósł ogon w górę, wyciągnął w tył poza się 
naprzód lewą noigę tylną, potem prawą i przyszedłszy ku Janosikowi począł mu się o portki 
ocierać bokiem głowy i ciała i mruczeć.
- Kyci! - ozwał się doń Janosik. - Cóż ci dam? Kie nie mam nic.
- E, jemu się jeść nie fce, wrodniakowi - rzekła Krystka. - Ptaki hyce po lesie, kiejsi zająca 
udusieł. Na niego nie ma biedy.
- Ale ma ludzi jest - odpowiedział Janosik.
- O jest.
- Telo lamentu, co nieg ręka Boska broni - rzekła Jadwiga. - Ludzie gadajom, co jus het sytka 
wykapiom. Zginonć majom Górale.
Westchnęły dziewki żałośnie.
- Ja beła wcora u Florka, fciałak, coby mi prziseł stojaki naw do warśtatu naprawić, bo on 
umie, Umar.
- Umar Florek?! - zawołał Janosik poruszony.
- Otruł się. Grzibem. Zasłak hań, tok ani nie wiedziała, jako wyjńść. Sama przy piersi z 
dziecke, a pierś wyskniona jak patyk. On leży nieżywy na wyrku. Troje dzieci po izbie łazi, 
sukajom co zjeść. Jedno dziewce, siedmi roków, skałę tłukalnom od soli lizało.
341

Suka się im oscenila przy hałupie, pięcioro ma młodyk, sytko skucy od głodu, jaze mgli. Śniło
się mi całom noc o nik. Jesce, kie wspomnę, to jaze drży serce we mnie. Zaniesłak im, cok 
mogła.

background image

- Dobrześ 'zrobiła. Bieda na ludzi przyślą, co cud.
- Ej bieda, bracie, bieda - powtórzyła Krystka.
- O bo bieda - dodała Jadwiga. Westchnęły znowu obie.
- Dziewcęta - ozwał się po 'chwili Janosik. - Zaśpiewajcie o zbójnikowi, o Janosikowi.
- E, bracie, ani się śpiewać nie kce - rzekła Krystka.
- No dy jyno kielo telo, niegłośno.
Wojtuś podniósł oczy na Janosika. Słyszał on nieraz, bo 'to wszyscy gadali, że gdy Janosik, 
strycoy brat, hetman zbójecki, chce myśleć, każe sobie o zbójnikowi, o Janosikowi jakimsi, 
tegoż imienia, co przed latami kiedyś bywał, śpiewać, a gdy co namyśli, "ziem się trzęsie".
I dziewczyny wiedziały to, więc cicho jedna za drugą zaczęły:
Pod jaworkem, pod zelenym, orze Hancia wołkem ciemnym, jesce skiby nie zorała, matka na 
niom zawołała:
Hanciu, Haraczu, pójdź sem domu, wydajem cię, nie znam komu, wydajem cię Janickowi i 
hroznemu zbójnickowi!...
Dalej brzmiała cicho pieśń, a Janosik oczy w sos-rąb sną powale wlepił i słuchał, a gdy 
prześpiewały 'koniec o szubienicy, gdy zbójnik mówi:
Kieby jo heł dawno wiedział, ze ja biidziem na niej wisiał, dałbyk ja jom odmalować, 
śrybłem, złotem wyobijać;
342
ode spodu talarkami, a od wierhu dukatami, a na wierhu zlotu kawku, gdzie połozem swoje 
hławku...
Janosik wstał, końcem kierpca 'kota odsunął i rzekł:
- Bydźcie haw zdrowi syćka! Dobranoc.
- Dobranoc, bracie!
Janosik wyszedł przed dom stryków i szedł ku swoim izbom, a gdy był przy nich, włożył dwa
palce w usta i gwizdnął.
(Rozdarło się powietrze i psy tu i owdzie zaszczekały strwożone.
Niedługo z lasu, skąd dym snadź nad chałupą widać było, wynurzył się wysoki chłop i zbliżać
ku Nędzo-wemu domostwu począł.
Przyszedł potem drugi towarzysz Janosikowy i trzeci - Gadeja, Mateja i Mocarny Stopkowie, 
Janosikowi towarzisia zbójeccy *.
Stanęli w milczeniu, gotowi słuchać, co powie.
- Hłopy - rzekł Janosik - ja wam jus radzie! kiejsi, ze pudzieme na wojnę.
- No - odpowiedział Gadeja - radziłeś.
- Bacymy - powiedzieli drudzy.
- No. Strasne biedy na lud przisły. Ludzie marli od biedy w zimie, pote powodzie, mrejom zaś
znowa w jesieni i tak jus widzimy dalej będzie. Takie casy nastać obiecujom. Hłopcy, icie 
pomiendzy ludzi: wto fce se mnom ca wojnę iść, po sytkie dobro, na hieb, na mięso, na wino, 
na złoto: niek haw przydzie.
Do trzok dni ludzie haw majom być. Na Nędzowym Groniku.
- I ka pudzieme? - 'zapytał Mocarny.
Gadeja, Mateja i Mocarny Stopkowie, Janosikowi towarzisia zbójeccy - Nazwiska fikcyjnych 
towarzyszy Janosika są zarazem nazwiskami autentycznych zbójników z lat trzydziestych - 
dziewięćdziesiątych ub. wieku, kończących w sposób naturalny lub gwałtowny (np. Mateja) 
swą karierę w okresie wczesnej młodości Tetmajera.
343

- Na hieb, na mięso, ,na wino, na złoto.
- W Polskom?
- Na hieb, .na mięso, na wino, na złato - powtórzył Janosik.

background image

Mrugnęli Gadeja i Maleją 'na Mocarnego: snadż hetman nie chciał nic więcej powiadać. 
Odeszli.
On zaś przywołał celadnika Maciusia i rzekł mu:
- Graj!
I siadł przed izbami na ławie, nogi przed się wyciągnąwszy i palce w przypory u portek 
wsunąwszy.
Maciuś wrócił z chałupy ze skrzypcami i zaraz grać począł. Czasem mu Janosik nutę z cicha 
przygwizd-nął. Czasem z cicha przyśpiewał:
Nie bój się, Janicku, nie bój się tego nic, Orawskiego Zamku, luptoskik szubienic! Nie bój się,
Janicku, nie bój się, nie zginies, wyjndzies do wirsycka, siekiereckom zwinies'.
Noc szła i gwiazdy w nów miesiąca zalśniły sklep ciemnych niebiosów. Lekki wiatr, który w 
nocy zwykle przychodzi, podmuchiwał ad turni Czerwonych Wierchów.
-Lim - rzekł Krzyś, łapiąc pchłę na karku, do żony swojej, Byrki, która się po chałupie kręciła
- stara, wieś? Beł Matejów Wojtek u Gałajdy, pozywał go ku Janosikowi aa. wojnę; na hieb, 
na mięso, na wino, sną złoto.
- E - westchnęła ciężko Byrka - ono by się zdało, a j zdało! Głód!
- No - rzekł Krzyś.
- Pietrków Franek z głodu zgłupiał; goni po lesie nagi i krzicy. Jagnieska od Kapuściarza 
samo to.
- Więcel takik będzie - rzekł Krzyś, kręcąc pchłę w palcach.
Wtem, gdy 'mówili, wpadła najbliższa sąsiadka, Kohutowa, z hałasem, wołając:
- Rany Boskie! Co się stało! Żelaznego Topora syn dzieci swoje zarombał! Icie - pedział - 
ziem Boskom gryźć, kie Bóg hieba nie dał!
Stanęła oszołomiona wieścią Byrka, a Krzyś zgniecioną pchłę z palców puścił na podłogę, 
mrucząc:
- Idze, weredo! - i przydeptując ją kyrpcem, zapytał głośno z przejęciem:
- Topora Żelaznego syn? Jasiek?
- No ha j, Jasiek - odparła baba, Kohutowa. - A słyseliście? Janosik Nędza na jakomsi wojnę 
woła? Na hieb, na mięso, na wino, na złoto?
- No toście i wy słyseli? Dopiero mi mój wej opowiadał - rzekła Byrfka.
- Mój hłop idzie - rzekła Kohutowa.
- Idzie?
345

- Pude i ja - oświadczył Krzyś. - Mnie przi Janosikowi, kie my w Polsce wojowali, beło 
dobrze. Ja się ta moc nie bił, jynok grał i piłek dubelt.
Pude.
- Symek! Staryś! - zawołała Byrka.
- A tyś młoda?! Bassam ci teremtete dziś! - wykrzyknął Krzyś z humorem i oświadczył:
ł
IVie uwazuj na to, hociaj głowa siwa! Popod starym hufcem twardy korzeń bywa!
- Mój to, wiecie, taki - rzekła Byrka do Kohuto-wej - hojby na świat sto bied się 'zleciało, on 
się
będzie śmiał.
- Temu ik tyś ludzie radzi widzom - odpowiedziała Kohutowa, z chęcią patrząc na Krzysia.
Krzyś zaś, przez okno ujrzawszy olbrzyma Gałajdę,
wrzasnął doń:
- Gałajda! Idzies na wojnę? Z Janosike?
- Idem! Z Mardułom z Frankom!

background image

- Pockajcie! Idę i ja s wami! Jyno 'się pozbieram! Duchem się zebrał Krzyś, trwać nie mogło 
długo,
bo tylko skrzypce pod pachę i ciupagę do garści miał wziąć, zresztą gotowy był; warmuzu, bo
nic innego w domu nie było, dwie zimne łyżki połknął i Byrce, która go za szyję obłapiła, 
dom zdawszy i pocałowawszy ją z mlaśnięciem w lico, a Kohutowej dawszy rękę, z izby w 
mało czasu wyszedł. Ale przy okienku się zatrzymał i zaśpiewał do wnętrza na pożegmamie:
Moja stara, nie umieraj! Wtoz mi będzie gacie pierał?...
- Beskurcyja! - zawołała Kohutowa i roześmiały się z Byrka, która łzy ocierała, a Krzyś, 
śpiewając wesoło przez nos:
Dziewcyno, dziźwcyno, o cóż ci to hodzi? Zielonos zasiała, zielono ci schodzi! -
S4fi
kroczył mały, na krzywych nieco w iks nogach, ku czekającemu nań w rynsztunku 'wojennym
potwornej wielkości Gałajdzie. Miał Gałajda w garści ciupagę, której obuchem głazy 
ogromne łupać było można, która Krzysiowi bez mała pod pachę sięgała, a której lada kto 
więcej godziny by nie poniósł; ku temu nóż straszliwy za pasem i procę, z której kamienie jak
głowy dziecinne umiał Gałajda puszczać.
Wyszedł naprzeciw nich Marduła wybryzowany jak na wesele. Pióra z cietrzewia miał za 
kapeluszem, nowy serdak i portki cyfrowane czerwono.
Na jednym ramieniu miał rusznicę, na drugim łuk, za pasem pistolety i noże, ciupagę z 
kółkami zberczącymi w garści.
- E, aleś tyś strasny! - rzekł Krzyś.
- A ja by się tobie i tak nie złąk - rzekł pomału Gałajda, patrząc na Mardułę.
- Nie zląkbyś?! A ja by się tobie może złąk?! - krzyknął Marduła.
- Hę hę hę! - roześmiał się Gałajda miskim basem.
- Jak będzie cas, pudzieme za pasy - rzekł Marduła.
- Je dyć ta jak pudzieme, to pudzieme - odpowiedział Gałajda i ruszyli w drogę, Marduła 
naprzód, potem Krzyś, na ostatku potwornie wielki Gałajda.
- Wieś, Bartek - ozwał się Marduła do Gałajdy - straśnie się mi dobrze idzie. Będzie cosi!
- Może - oświadczył Gałajda. - Zarobek. Lekkomyślny i wesoły Krzyś śpiewał:
Ty parobek, ja parobek, podźmy oba na zarobek, ty weź kosę, a jo grabie, wykosimy źlibek 
babie!
- Hę, wiś! - zauważył na to Gałajda. Marduła zaś, który miał piękny głos i skłonny był do 
przekazowania się z bohaterstwem, ujrzawszy kil-
347

ka kobiet nie opodal, rozdarł się na całe gardło po zbójecfcu, żeby wiedziały, że idzie:
Na Orawskim Zamku wisi troje zelaz - uwazujze, hłopce, cobys do nik nie wiąz!
Ale Krzyś figlarne oko 'ku niewiastom rzucił i zabrzęczał przeraźliwie przez nos:
Jedzie wóz na przewóz, malowane lusnie,
dam ci hiopce gemby, jaze mama uśnie,
jaze mama uśnie, jaze swicka zgaśnie,
dam ci hłopce gemby, jaze łóżko trzaśnie! Ej hu!...
- Is! - zauważył znowu Gałajda, gdy baby Krzysiowi wygrażały pięściami, szczerząc zęby 
szeroko z przyjemności.
I szli pełni ochoty, nadziei i wiary ku Janosikowi Nędzy Liltmanowskiemu na Nędzów 
Gronik, spotykając po drodze innych dążących tam uzbrojonych chłopów, a z nimi moc bab, 
które im towarzyszyły, "zbroje" i pożywienie niosąc (jako jest zwyczaj, że dopokąd można, 
chłop się babą przeręcza), gwarliwe i mowne na potęgę.
Zaszli ku Janosikowi wraz, tamże już sporo luda zastając.

background image

Albowiem na głos Janosikowy, naprzód do dalszych wsi posłany, aby bliżsi, którzy pierwej 
przyjdą, nie czekali, schodzili się chłopi, gazdowie i parobcy het od Beskidu, z dalekich stron.
Szli Kliszcze i Zagórzanie od Poręby, szli z Ochotnicy, od Babiej Góry, od Stróż, ze 
Skomielnej, spod Czorsztyna, od Nowego Targu i hurmem z bliskich wsi: z Ludzimierza, z 
Niwy, z Rogożnika, z Czarnego i Białego Dunajca, z Leśnicy, z Trybścia i Czarnej Góry, z 
Jurgowa, z Osturni, z Poronina, z Zakopanego, z Witowa i Chochołowa, z Maruszyny, 
Wróblówki, Koniówki, z Podcerwonego, z Między cerwiennego, z Rdzawki, z Morawczyny, 
z Łopusznej, z Ostrowska, z Waksmundu, Dębna, Sza
348
flar, z Zubsuchego i Bustryku, z Dzianisza, Działu, Cichego, z Brzegów, z Muru, z 
Harklowej, z Knurowa, z kilkudziesięciu wisi dookoła, może do tysiąca ludzi zbrojnych 
stanęło. Mogło ich być znacznie więcej, ale niektórym baby nie dały iść, niektórym zajęcze 
sumienie nie dało. A niejeden z tych, co przyszedł z dolnych wsi, z równi nowotarskiej, na 
wysokich, dzikich skalnych Podhalanów i dzikich juhasów beskidowych i na samego 
Janosika Nędzę .spojrzawszy, żałował, że się namówił, bo co za wojna dopiero będzie, kiedy 
towarzysze i wódz samym wyglądem przerażają.
Stał Janosik przed chałupą, do wojny już przybrany, od rynsztunku, blach, klamer błyszczący,
a chłopi i baby, co go pierwszy raz widzieli, szeptali:
- Is, is, taki je wej, hetman zbójecki, złotem malowany...
Babom i dziewkom mimo biedy i wojny ckliwo się robiło.
Stała kobieta, którą niegdyś martka jej Janosikowi chciała dać, aby się tylko przeciw szlachcie
ruszył, co się mu na szyję wówczas rzuciła, a on ją łagodnie odsunął i rzekł: nie ku orłowiś ty,
ba jacy ku pawowi - śliczna i młodziutka Zosia Gahutowa z Cichego. Męża przywiodła, a 
wzdychała i przypiekało ją.
Koło Janosika zaś stał sztab: Mateja, Gadeja i Mocarny Stopkowie, i Sablik stary z gęślikami 
w rękawie, a nie opodal, tuż przy nich, ustawili się mały Krzyś ze skrzypcami pod pachą, 
wystrojony i uzbrojony, na dziewki rzucający zabójcze spojrzenia Mar-duła i potwornej 
wielkości Gałajda, któremu najwyższe chłopy po ramiona były.
Dalej, przed drzwiami domostwa, stanęli Janosikowi rodzice, ojciec i matka, starzy, poważni i
dostojni, majątkiem i dobytkiem nad klęski i biedy wszystkim groźne wyżsi; Maciuś 
celadnicek i dwie siostry stryjeczne Janosika, urodziwe Nędzówny, Jadwiga z Krystką 
Zubkosowe, i brat ich Wojtuś, co kozikiem strugał.
Gdy się chłopi i baby grupowali, a gwar nie ustawał,
349

nagle Janosik zza pasa dwóch pistoletów dobył, tęgo nabitych, i w powietrze nad głowy 
huknął.
Uciszyło się, jakby makiem zasiał, on zaś na pniak skamieniały, na którym drwa rąbywano, 
wstąpił i powiódłszy dookoła oczyma, ozwał się głosem szerokim:
- Ludzie!
Biedy was dokucajom, złe was derbi, cysto pięknie wyginonć fcecie. Głód, mór, powodzie, 
nieurodzaj, se-lijakie niesceńścia was trapiom, co się widzi, ize się s was ino strzępki 
ostanom. Mnie ta nic. Samemu. Ojcowizna i macierzyzna moja mię itakie casy przetrzimie, a 
ja sam hoćjek moje złoto i śrybło hudob-nym ludziom ozdał, kie bedem fciał, to go jesce telo 
przyniesem, co go 'ten ato wielgi Gałajda, hoć on konia na grzibiet biere, nie udźwignie.
Od Zelaznyk Bram na Dónaju, bez Żelazne Wrota i Kamienistom Przeleć w Tatrak, my 
śtyrzej, haw z Gadejom, z Matejom i Mocarnego Wojtkem dukaty przynosili i jak padnie, 
przyniesienie. Ale na was, ludzie, bieda. Hoć ta i wtóry wyskocy za bucki, to jyno zbabrze. 
Wstydu narobi, zbójnikem jak się patrzy bądź wto nie będzie, .tak jako i wrona orłem. Mnie 
samemu tego nie trza, ale się mi was sytkik luto stało.

background image

Dziadkowie nasi i pradziadkowie hań za Tatry pozierali. Bo hań nieb, hań zboże, hań wino, 
hań złoto i ciepło. Doliny do cudu, rzeki rybne, po górak dźwierzyny nie tak, jaiko haw u nas, 
co się mało kie zając abo sarna trefi, ba jyno wilk i ryś; ptaków moc, a u nas jyno oreł strasny 
na niebie. A kie wiesna przidzie, to u nas dziwaśka drózdz, a hań jaze drzewa śpiewajom i z 
łasa ci się wyjńść nie fce, ba ci tak jak złotem! niciami ptakowie śpiewający nogi placom. Jest
hań życie! Co wysiejes, to ci zeżre i lic oi telo nie zgnoi ani wiater nie weżnie. Tam radość! 
Słońce świeci i grzeje, wesoły świat. Smreki konarami obite do ziemie stojom, nie takie, jak 
haw u nas, wiatrem osiecone; jabka, gruski, śliwy, wiśnie same na ziem od źrałości spadujom.
Świnie mozes hować, bo dębo
350
wyk i bukowyk żołędzi telo godnie, co śle same bez lato po lesie wypasom, nie trza karmić. 
Krowy jedna jak trzi naskie, woły siwe okrutne, konie jak śrybło! Tam ziem!
Dziadkowie i pradziadkowie nasi za Tatry pozierali, a babki i prababki naskie śpiewowały:
Janicku, Janicku, belby s tobie zbójnik, kiebys se wyrubat do Luptowa hodnik!
Dziadkowie i pradziadkowie nasi pozierali za Tatry, a babki tek śpiewowały ze cemu? Bo się 
im w tej twardej nasej, zimnej, biednej, skalnej ziemi góralskiej hańten bogaty świat śnił i 
nocami gwarzili o nim, a biadkali w roki głodów, moru, powodzi: e ce-mus my tyś nie hań, 
'za Tatrami, kie my pono haństela, przed wiekami na polskom stronę prziśli? Tak se gwarzili 
sami do siebie abo poniiendzy się uradzali! Hań ziemia bogata! Hłopi! W Luptów, na Uhry, 
za Tatry was powieść fcem, ja, Janosik Nędza Litmanowski, hetman zbójecki, cok ipo Uhrak 
zbójował, na ślakcie polskiej za hłopskom krziwde się mścił i króla polskiego na jego 
gazdostwo po śwedzkik trupak wewiód! Idziecie se mnom?
Długa chwila milczenia zapanowała pośród obecnych, gdy nagle zachwycony Marduła i 
olśniony Krzyś na gardła razem zawiedli:
Janosik, Janosik, twoje bile ruce budom otwierały kupieckie truchlice! Kupieckie truchlice i 
królewskie składy budzies se otwierał, Janosicku młady!...
a po nich chłopi, baby, tysiące głów powtórzyło:
Kupieckie truchlice i królewskie składy budzies se otwierał, Janosicku młady'...
Las zahuczał i gó.ry zahuczały. Chwycił Sablik gęśle z rękawa guni, Krzyś skrzypce spod 
pazuchy, toż
351

Maciuś celadnicek Janosikowy po skrzypce na wyżkę, nad izby skoczył. A że 'ten i ów chłop 
fujarę, gęsiołki, 'kobzę, piszczałkę na wojnę z domu zabrał, żeby mu drogami iść było 
weselej, zabrzmiał las od muzyki i zabrzmiały góry lesiste w Polanach.
Lecz Janosik jeszcze mówić chciał i z dwóch drugich pistoletów, bo ich miał cztery za pasem,
wystrzelił.
Ucichło, on zaś powiódł dookoła po ludziach oczyma i ozwał się głosem szerokim:
- Fcecie iść, to was powiodę! Panów luptoskik, grafów i baronów na gałęziak obwiesieme, 
zamki ozbijeme, hajduków pańskik i biskupik, żołmierzy i zupanów madziarskik pobijeme, 
wojaków ozezenieime! Ja sam s towarzisami, s łemi haw trzoma: Gade-jom, Matejom i 
Mocarnego Wojtkem, za regiment wojska obstoje!
- Idzieme! - ryknęli chłopi.
Naówczas gęśle, skrzypce, fujary, kobzy, piszczałki zabrzmiały, aż się niebo wzdrygło.
Janosik ojca i matkę w ręce zmarszczone pocałować przystąpił, a oni go w lico pocałowali, 
poobłapiały go za szyję siostry stryjeczne, Krystka i Jadwiga Zubkosowe, celadnicek Maciuś 
w rękaw go od koszuli pobośkał, i Janosik, na czoło wyszedłszy, strzałem z rusznicy dał znak 
gotowości.
Z płaczem, krzykiem, jajceiniem żegnały baby chłopów, mężów, ojców, braci, kochanków, 
synów.

background image

A Sobkowi Toporowi z Hrubego, który z łukiem przez plecy, z pistoletami i ciupagą w ciżbie 
stał, przypomniał się ów pochód wiosenny, kiedy po raz ostatni jako baca owce na halę ku 
Czarnemu Stawowi wiódł, kiedy potem pan Kostka z 'marszałkiem Łętowskim na halę 
przybyli, kiedy później pod Czorsztyn odsiecz panu Kostce wiódł i przez dragonów 
Sieniawskiego za Nowym Targiem rozgromiony został - a później Beata Herburtówna 
miłowana, wojna ze szlachtą, Maryna siostra przepadła, znikniona w świecie... Hej, mocny 
Boże!...
352
Sobek westchnął, splunął i ciupagę w garści ścisnął. Krzyś zaś grał mrucząc, siekierę krótką 
na łokciu zawiesiwszy.
W Kościeliska Dolinę Janosik ruszył i chłopów prowadził, a baby za nimi ogromną hałaśliwą 
bandą ku odprowadzeniu postępowały.
Było po południu, dzień mglisty i wilgotny. W las wstąpili olbrzymi, co zaraz nad Nędzowym
Gronikiem się zaczynał. Przez Kamienistą Przełęcz popod Bystrą Janosik chłopów przewieść 
chciał, poddowódz-two między trzech swoich towarzyszy, Sobka Topora, a dwóch 
Nowobilskich z Białki i dwóch sołtysów od Nowego Targu rozdzieliwszy.
W noce bez spania on sobie Liptów dla polskich Górali zdobyć umyślił. Niejedną noc na tym 
bezsennie strawił i niejeden raz sobie o Janosikowi, o zbójnikowi, śpiewać kazał, aż mu plan 
w głowie śmiałej dojrzał. Ziemi na Liptowie i południowym Spiżu, i dalej, w gemerskim, 
trenczyńskim komitacie i ku Koszycom było dość - mieli się gdzie podziać i słowaccy, i 
polscy Górale, a Słowacy za wolność spod straszliwego ucisku madziarskich panów z 
otwartymi rękami pobratymców zza Tatr powitają.
W niespane noce śnił Janosik rzeczy wielkie i cudowne. Śnił krainę szczęścia, sytości 
powszechnej i dostatku, a by ludzie nie rdzewieli i duch w nich nie upadał, śnił wyprawy 
dalsze, już nie za Tatry, ale za Nitrę, za Niźnie Tatry, za Fatrę, Matrę, He-gyalię, na Morawy, 
na Śląsk, do Austrii, na równie węgierskie pod Komarno i Budę. Śnił się i marzył Janosik 
hetmanem chłopskim jeszcze nie takim jako teraz... I śniła mu się wdzięczność ludzka, 
miłość, sława, hyr po świecie... Za plecami zaś jego Krzyś opowiadał:
- Jus gotowe jeść mieli, jyno jesce matka podziała Sowizrzałowi: lejdze wartko na ocet! - i 
dała mu gros. Kie poseł, za rok prziseł, ale się na progu utknon, prasnom flaske i ozbił jom. 
Hy - pada - taka to we j wartka robota.
353

Śmiali się idący za Janosikiem chłopi.
W wąwóz Kościelisk! wkroczono i bramę nad Dunajcem minięto. Na polanie, gdzie chłopi 
miętusiańsey siano kosowali, rozkazał Janosik babom odstąpić i do domów powrócić. Z 
płaczem, ale i radością, że zdobyć bogaty kraj idą, kobiety chłopów żegnały i gromadą 
zawodząc do domów poszły. Wysofeo brzmiało po lesie: Janosik, Janosik, twoje biłe ruce...
Drogą żelazną *, górniczą, pomiędzy olbrzymi stary las kroczył pochód ku źródłu w dwie 
strony płynącemu, ku wodzie tajemniczo spod skały wytryskającej, pod straszny ów, zapadły 
w turnie żleb, kędy woda w ulewy męty przelewała przez głazy, gdzie smoki, strachy i 
dziwotwory mieszkały i gdzie nikt bez grozy i niepokoju nie wstąpił na ślizgie kamienie 
popod wilgotne prostopadłe ściany wapienne.
- Haj - mówił Sablilk - Mnik mieska. Haństela, kie powódź ma być, wyhodzi z kagańcem w 
ręcy. Hań on dziewcęta poruwa, pasterki abo te, co na jagody idom. Hań zginena Salka 
Pokuscarzowa z Miętustwa, Kasia od Komperdy z Carnego Dónajca. I dziwozony hań siada j 
om, i smoki okrutne, oćwiary strasne, z trzoma głowami: jedna barania, druga wilca, a trzecia 
cłowieca abo sowy. Haj!
Ciało ma wilce z rybiemi skrzelami. Z jam wyzierajom, a kogo hycom, to ig. Ani się 
niedźwiedź nie wybroni. Beł śmiały polować, Marduła, on temu Frankowi Mard.ułowi jakisi 

background image

prapradziadek przydzie. Byka kie za jeden róg dopad, to na ziem prasnon. Na niedźwiedzie 
hadzał z procom, a kie ubiel, to sam na plecak do wsi prziniós.
Ani nie pruł; z bańdziochami przyniós. Hoć się mu zaśmierdział, to pokazał, kiciom siełe ma. 
Bywujom niedźwiedzie, co i do dziewieńci centów wazom. Haj.
Razu jednego stracie! się mu niedźwiedź, co przed
droga żelazna - tzw. droga Pod Reglami, którą w latach funkcjonowania w Tatrach 
kopalnictwa i hut (od XV wieku aż po lata siedemdziesiąte ub. wieku) przewożono rudę z 
Doliny Kościeliskiej do Kuźnic.
354
nim uciekał. Bez przełącke z Hohołowskiej Doliny. Ale jemu ta niedźwiedź pilno nie uciók. 
Noc beła ciemna, Marduła beł hłop śmiały, ale nie móg za nim iść po ćmie. Słozył watrę na 
płasience na kraju i siad. Co się działo, to niewypedziane rzecy! Całom noc barany becały, 
wilki wyły, sowy hukały, a i głosy ludzkie słyhno beło. Cosi w żlebie cud robieło! Marduła 
nie jyno nie usnon, ale ani nie log, ba jyno siedział i ciupagę w garzci trzimał. Widziała się 
mu ta noc za pięć nocy. Lemze namieniało na świtanie, Marduła wstał, ciupagę przy nim, 
proce miał nagotowio-nom i idzie. Nalaz jyno kości z niedźwiedzia. Ja tak uwazujem, że go 
hań niś miały zjeść wilki ani liski ogryźć. I on ta tyś tego nie radzie! pote do ludzi, Marduła. 
Padał, co hań nawet mało znać beło, coby się niedźwiedź bronie! komu abo cemu. Taka 
potwora z trzoma głowami musiała go wej przysiednonć, toż to wartko nieżywy beł. Ono jyno
pote się ig musiało więcel zlecieć i o mięso się wadziły abo może i bieły między sobom. 
Temu telo holofu beło. Ale po nik oślady nie .mas, bo to duhy. Do samej śmierzci to Marduła 
opowiadał. Haj.
- Słyseliście? - wyrwał się z szydercza któryś dowcipniś z dalszych wsi, z nizin, gdzie im te 
rzeczy obce były.
- Słysałek; prosie kwiknońć - odpowiedział Sablik, mgliste, sępie, stalowe oczy zwracając na 
śmiałka.
- Dostałeś, siedź ciho! - ozwały się głosy i dało się słyszeć kilka klapnięć po kapeluszu. 
Mędrsi chłopi wiedzieli: kto Sablik.
A zaś Krzyś mówił:
- W jednej wsi beła taka baba straśnie mądra. Syćkom prawdę wiedziała i wse ludziom 
wróżyła, co wtorego cłeka ceka abo kie umrę.
Nalaz się hłop, co się straśnie śmierzci bał, i poseł do niej. Zapłacie! jej dobrze, bo jej dwie 
kury dał, coby mu jyno pedziała, kie umrę.
355

Ona mu podziała, ze jak pudzie do młyna, wywali się, to jus po nim, to zaraz umrę.
On uwierzę! i kie seł do młyna, ślizgawica beła strasna, juści raz się wywalieł.
Leży i ceka, kie przydzie śmierzć, coby umar.
Przileciała świnia i zacena mu worek ze siaciem targać. Tardze, tardze, a on nic. Leży.
Jaze kie się tężej wziena do niego i jus owies jadła, hłop zacon krzyceć na nie, haj, żałośnie:
- Je ksy! Pudzies do hłewa! E, myrsyno jedna, kieby ja tez hoć końdek żywy beł, dałbyk ci 
tez, aj
zebyk ci dał!...
Dalsze słowa opowiastki Krzysia zagłuszył śmiech ogromny. Śmiali się chłopi, aż dolina 
dudniała. Jeszcze tylko tyle słychać było:
- Babsko miał wielgie i tęgie, juści taka hłopa
owładze. Milońsik bieda zjadła, aj zjadła, namocyła powróz.
Trzi dni się mocył... ...endecki się robieło...
Jyno ty, hłopie, bab słuhaj, to ci wse źle wyjńdzie... Jedna ci nagada bzdur, a druga cię za to 
pote rozumu naucy...

background image

- Hej wiera, naucy! - westchnął któryś z głębi
serca ze słuchaczy.
- Cy cię naucyły, Scepan? - zapytał jakiś sąsiad.
- E, jaze mu włosy wyprzały pod kapeluse!
- Wto wie, od ceg'o?!
- Bajto!
Krzyś obejrzał się, łypnął ku owemu Szczepanowi z Lasku czy z Niwy figlarnym okiem i 
zanucił:
Kźz to diasi za wóz taki? Ja smarujem, a on sapi!
Salwa śmiechu zatrzęsła lasem,
Użaliło się na to wspomnienie młodemu sercu, co w -tłustym ciele któregoś parobka z 
Długopola mieszkało, jakiejś osławionej w domu Bronci czy Marysi, i na wsiańską powolną 
nutę żałośliwie zawiódł:
356
Tak się mi zdawało, ze w lesie gorzało, to się mojej milej licko rumienialo...
ale stary satyr Krzyś w te pędy go na tę samą nutę cynicznie wyszydził:
U mojej dziewcyny w piątek namówiny, w niedziele wesele, w poniedziałek kściny -
a żałośliwie, a ozwlekle, po długopolsku...
Ale słynny z pięknego głosu Jędrek od Walinej z Zakopanego zawiódł, a wszyscy ucichli i 
słuchali:
Ta moja dziewcyna raniusicko wstaje, a moje nozecki po rosie poznaje. Zdradziłeś mię, 
zdradził, kogozej się radził? Radziłek się ciebie i Boga na niebie...
Tak śpiewnie i wesoło, i rzewnie szły twarde, osiekałe i lekkomyślne chłopy góralskie na 
wojnę, na hieb, na mięso, na wino, na złoto.
Tylko jeden Szymon Bafija z Działu, chłop koło lat pięćdziesięciu, którego okrutna, wściekła 
nędza wygnała z chałupy, wysoki, chudy z natury, a wychudzony niedostatkiem jak drewno, z
ptasim z głodu profil&m i świecącymi jak próchno w nocy oczami, ponuro poglądał po 
czarnych, odwiecznych smrekach, zwieszających z uboczy nad idącymi konary.
Skąpać w domu czy zginąć za Tatrami było mu jedno. Odszedłszy z chałupy, przynajmniej 
nie patrzy na podobne do szkieletów żonę i dzieci. Szedł z kosą na ramieniu na sztorc 
nastawioną, słaby tak, że ledwie nogi powłóczył. Sam się ze siebie w duchu śmiał - dziecko 
dobrze uchowane przewróciłoby go na ziemię.
Nędza, bez której dnia ani godziny, ani minuty nie przeżył, odebrała mu wszelką zdolność 
wiary.
- Zginie Janosik i wyginieme sytka - myślał -
357

ale to jedność, tu cy hań. Taka śmierzć węgierska, jaka i polska. A moi ta by i przy mnie 
wykapali...
Szymon okropny los przewidywał, okropny koniec wszystkim, ale szedł. Widział on Janosika 
na haku za pośrednie żebro powieszonego, a koło niego szubienice, jak okiem sięgnąć, a na 
nich chłopi wiszący.
Minęli czynne za królów Zygmuntów kopalnie żelazne i srebrne, poopuszczane sztolnie, kędy
hawiarze rudę dobywali, i przyszli na miejsce, gdzie kościół miał stać * i w ziemię się miał 
zapaść. A to dla ogromnych grzechów górników, którzy 'diabłom dusze zapisywali, byle ich 
diabli do żył metalu wiedli.
- Toż to dobrze 'nie bardzo - mówił Sablik - zgniewał się Pan Bóg i z kościoła w łunie wyseł, 
a lemze jyno •wyseł, diasek przileciał i kościół w ziem wepchnon. Trzi dni go pchał i 'trzi 
.noce, bo się kościół, hoć bez Boga, na ramieniak krzizów na dahu i na wieży stawiał. Jaze go 
wepchnon. Ale zwony pod ziemiom zwoniom, bo hań kościół niezmierwiony, cały stoi, jaki 

background image

beł. Jus go i odgrzebać prógowali, beli tacy Jawolcykowie z Cihego, bo hań śrybe'1'ne i złote 
sprzęty, kielichy, monstrancyje, ornaty ostały, ale się dokopać nie mogli, tele dale do ziemie 
wjahał. Ale hań stoi, jaki beł, i zwony w mim na Janioł Pański zwoniom. Haj.
Więc chłopi idąc słuchali i słyszeli pod ziemią:
din - don - din - don, a święta groza przenikała ich członki.
Nabożny Szymczyk z Ludzimierza klęknął i chciał pacierz zmówić, ale go obok kroczący 
Kułachów Pięter w ramię trącił:
- Wstańcie, kumotrze! Cóż się będziecie modlić,
czynne za królów Zygmuntów kopalnie (...) kościół miał stać (...) - Mowa o Starym 
Kościelisku, tj. o polanie Kira Miętusia w Dolinie Kościeliskiej, na której znajdował się ongiś
kościół. W miejscu kościoła wzniesiono później tzw. kapliczkę zbójnicką. Na końcu polany 
dotrwały do ub. wieku stare zabudowania górnicze.
358
kie hań Boga nie ma! Nie słyseliście, jak ten stary Podhalan padał, ize w łunie wyseł?
Niemniej czyniło wielu znak krzyża, Krzyś zaś zauważył:
- Będzie się hań diasek ucył na orgainak grać, bo się nie musi świenconom wodom przi 
dżwierzak zegnać.
Gdy zaś Smreczyński Staw i Tomanową Polską po boku mieli, ozwał się Sablik:
- Jest hań na polanie pod Tomanowom skamieniałe owce i juhasi przi nik, i psy. Jednego lata 
biedy przisły wielgie, psoty i ludzie ik tak naśli, kieby zamarźnionyk, lód na nik beł, taki sreń.
Skamienieli. Owce się do kupy zbiły, a juhasi przi .nik siedzom, jeden przi drugim. Oni pono 
beli kajsi z precka, ode wsi, jaze spod Obidowy. Bo to beło dawno, jesce haw pod halami 
ludzie nie mieskali, ba ze światu, z dalsa z owcami paść przyhodzili. Haj. Tozto miał baca 
jakomsi kohanjke, straśnie wierna mu bywała. Kie się du domu nie przyredykali z hol z 
owcami pod jesień, wziena jom niespokojność i posła sukać. Jidzie, jidzie i zasła, i uwidziała 
tyk skamieniałyk juhasów i bace miendzy niemi. Od żalu się hań w ten Smrecyński Staw 
r.uciła. Kie ciemna noc, na nowiu abo na wietku miesiąca, we psotę, w siompawice, co mało 
co bez gme widno, wyhodzi ta kohanka tego bace z wody i jidzie hań na polanę, ku niemu. Te
skamieniałe psy zacynajom skuceć, haj, 'żałośnie, a jeden juhas, co kobzę miał, brzęcy, ale 
tak, kieby mu wej płakało w miehu. I ona jajcy po lesie, płace, coby i śmiałego przejena. Tak 
to wej się udarzy, seliniejako, roki lecom, wieki się mijajom, a ono wej 'trwa, aj trwa. Nie 
zginie, Haj.
Góralom z wielu wsi, którzy Kościelisk nie znali, wydawała się ta dolina jak zaczarowana. 
Owe strome podniebne skały, w mroku, końcami czerwone i ogniste od zachodzącego słońca,
po których las się wspinał i po których miejscami płynąć się zdawał; owe turnie przedziwne, 
mnichy, olbrzymy, widma, sowy kamien
359

ne, przy nieustannym, jednotonnym, posępnym szumie wody serca przejmowały 
poszanowaniem i niepokojem.
A szli rozmawiając o nędzy swojej, o biedzie, o klęskach, co ich na wojnę za Tatry gnała - na 
hłeb, na mięso, na wino, na złoto, którego w Polsce brakowało.
Potem, gdy wąską ścieżką leśną wśród olbrzymich, mchami orosłych drzew przeszli i wstąpili
na zgubioną w lasach Halę Pyszną pod Bystrą i Kamienistą, skąd widno było ku Kamienistej 
Przełęczy, Janosik im na noc się rozłożyć rozkazał.
Ziskrzyły się krzemienie o ocel w tórbce przyniesione i mnogie ogniska zapłonęły. Nie 
warzyć strawę, bo tej prawie nie było, ale się ogrzać, bo wicher od wschodu na pogodę wiał i 
ziombił. Pośród mnóstwa migotliwych mgiełek stu barw niebieskich, szafirowych, złotych, 
szmaragdowych, brązowych i srebrnożółtych, jakoby przelatywał niezmiernie wartko i rwał 
się w strzępy jasno świecący sierp miesiąca na niebie niebieskoszafirowym, pełnym 

background image

niknących i odsłaniających się spod szybkich mgiełek rubinowe i szafirowozłotych, 
zwiewnych gwiazd. Niebo całe grało muzyką barw jak skrzypce wysoko strojone, na których 
nie ozwie się gruby ton, ale które jakoby płoną całe migocącymi, świetlistymi dźwiękami, 
wartką, śmigłą ręką mistrza dobywanymi. Dzwoniła w miesiąc i w gwiazdy przewiej 
obłoczna nieba, rozścielona ponad skałami, kędy cisza wiekuista leżała w wichrze i 
wysokości.
Patrzał w górę Janosik, ległszy przy watrze i z wolna szerokim głosem zaśpiewał pieśń starą, 
którą rad w górach wysokich śpiewywał:
Pasat Jano dwa woły,
pasat Jano dwa woły, dwa woły,
u zelenej u hory,
u zelenej u hory.
Zasil k'niemu hajnicy, zasil k'niemu hajnicy, hajnicy,
360
swatojdnscy zbójnicy, swatojańscy zbójnicy.
t>aj nam Jano halenu, daj nam Jano halenu, halenu, spasałeś nam jarynu, spasałeś nam jarynu.
Ja wam halenu nie dam, ja wam halenu nie dam, bo są s wami pojednam, bo są s wami 
pojednam.
Tak są oni jednali,
tak są oni jednali, jednali,
aż Janika zabili,
aż Janika zabili.
Janik leży zabity, Janik leży zabity, zabity, i halenu prykryty, i halenu prykryty.
Wiozę nad nim narieka? Wiozę nad nim narieka, narieka'! Ociec, matka, frairka, ociec, matka,
frairka.
Ociec, matka ze łzami, ociec, matka ze łzami, ze łzami, a frairka z rukami, a frairka z rukami.
Ociec matka żałośnie, ociec matka żałośnie, żałośnie, a frairka fałesnie, a frairka fałesnie!,..
Szeroko brzmiał na las potężny głos hetmana, któremu nikt wtórować nie śmiał. Unosiła się 
siła Janosikowa pieśnią z piersi, która muzyce nieba odegrać muzyką czuła się zachwyconą. 
A gdy echo Janosikowego głosu przebrzmiało i chwila uszła, na dole Legenda Tatr
361

bytych z rękawa czuchy gęślilkach, wsparłszy je o ramię, zabrzęczał Sablik siwowłosy i po 
chwili śpiewać począł:
Miał se Siecka, miał se Siecka troje dzieci, każde w swoju, każde w swoju stromi leci.
Jedno leci,
jedno leci
w ciemnu horu,
drugie leci,
drugie leci
w bystru skału.
Trzecie leci, trzecie leci
w cudze ziemie, suka sobie, suka sobie wyżywienie.
Ja sem nieboracek, nieboracek wieimi stary, nie mogem im, nie mogem im kisić strawy.
Skrzidełka mi, skrzidełka mi opadały, a rucki mię, a rucki mię obolały...
- Tak se wej stary Maciek Siecka nieboscyk apiewował - począł mówić Sablik - kie jus na 
polowanie hodzić ustał. Nie beło nadeń koziara. O bo nie!
362
Cy kraść, cy strzelić, cy z proce. On i żywe koźle za nogi hycieł. A to bóło tak: log na takiej 
pułece nad Wielgim Ogrode w Hrubym Wierhu, w turniak, na grzibiecie, a my nań z brate 

background image

Józke kozy nagnali. Wąsko beło, tozto kozy bezeń skakały. Ha j. A koźle, co na zadku 
hipkało, on dopad za nogi. Dobrze, co go nie zrucieło, bo hań strasne przepaści. Zniós go 
dołu, do wsi, i plekała go domowa koza, sało, ale zdechło. Abo mu dyhać beło nisko, abo mu 
mleko nie hasnowało - nie fciało się hować. Nie.
Rzadko on w doma na Łązku siadował, bo go to nie ciesyło, 'ba go jyno góry ciesyły, tak jako
i orła. Ale pote bieda na niego przisła, dyhawica go hyciła, co ani kroke pod górę krocyć nie 
dało, synowie się za zarobke ozIec.ieH, ka'jsi 'na Uhry pośli, to se on biedny przed hałulpom 
siedział, pozierał ku wierhom i tak se lamentował. Jaze usłysała śmierzć, co kanysi bez Łązek 
sła, zlutowała się nad nim i wiziena go. Ha, j.
Zachodziła powoli noc. Niebo ciemniało, z niebieskoszafirowego stawało się 
'ciemnogranatowe, prawie czarne. Wiatr rozdął mgły i na pośród nieba zawisł w bezdni 
szczytom i mgłom niedosięgły miesięczny sierp, białosrebrny, lśniąco błyszczący, z różową 
osmużką, ostrym brzegiem na niebie wycięty. Orły i jastrzębie, ogniskami pobudzone, 
odzywały się pociągłym piskiem z turni, a z 'wolna las napełnił się rykiem, bekiem i jakoby 
fujar olbrzymich przeraźliwym głosem: to jelenie odprawowały po polankach leśnych 
rykowisko.
Po kosodrzewinie, poniżej po lesie i dookoła po upłazach szumiał wiatr. I jakby jedną myślą z
tysiąca piersi dobyty, zagrzmiał w pustynie skalne krótki śpiew, westchnienie zbójeckie:
Świeć miesiącku, świeć mi wysoko, nie nisko, bo ja idę na zbój daleko, nie blisko!... Ej na tej 
polskiej stronie, ej daj nam Boże zdrowie, na węgierskiej cencie daj nam Boże scęscie!...
363

Powoli cichła gwara ludzka. Jednych począł morzyć sen, a drudzy myśleli o tym, dokąd idą, 
po co i czy wrócą jeszcze? Niedola ich na wojnę gnała, na zdobycie ziemi...
Koło Janosika towarzysze już spali, nawet Sablik mamrotał przez sen, choć on nieraz noc całą
przeszeptał sam do siebie, we watrę szyszki i gałązki rzucając.
Zasnął i on, jeden tylko jeszcze Krzyś jedno oko miał otwarte i nucił, stary zbereżnik, pod 
nosem:
Napić by się, napić, kieby co dobrego, kiedyby obłapić, coby co godnego -
i chrapnął.
Ale Janosik nie spał. Wracał pamięcią w tę noc, kiedy z leśniczanką Weronką obcował, która 
się go pytała; wrócisz? - której rzekł: wrócem - która mu mówiła: takiś mi jak ten las - której 
rzekł: bierem s tobie miód, jako pscoła z beżu...
A potem się mu jęło marzyć. Rozszumiał się las pysaniański, wiekuisty las...
Waligóra z Wyrwidębem, Pętorzek z Wódpuscem, Łamiskała z Walilasem wielcy Toporowie,
co Hrube wykarczowali, i potężny przodek Janosika, Jano z Gronia, który sam jeden halę 
Miętusianów napadał, bacę i juhasów pobił i siedm sto dojek uwiódł, miętuskich gazdów 
zniszczywszy, że potem wołali: nędza! nędza! - a stąd mu nazwisko Nędzy nadano - przyszli 
mu na pamięć.
Ogromny, wiekuisty pyszniański las szumiał i kołysał mu ich wielkie, nieśmiertelnej chwały 
postacie. Waligóra, Wyrwidąb... Pętorzek, co rzeki pętał, z tramów olbrzymich jazy budując. 
On, powiadają, Dunajcowi w Ludzimierzu koryto odwrócił, pod brzeg nowotarski go gnając, 
a tylko błotne, sitowiem zarosłe Mocary i Dunajcyska, gdzie kaczki dzikie siadują, po dawnej 
rzece zostały. On, powiadają, potok na dom młynarza w Ratułowie w czas powodzi przy
364
kopą lecący piersią swoją zatrzymał. Szeroką miał pierś. A młynarz córkę piękną.
Wódpusc, co potok w Kalatówikach spod głazów puścił, bo mu się wody lufo stało, że pod 
skałami jęczy i dobyć się nie może, którego bukowianie prosili, aby im w ich gołych, suchych
wierchach źródła pootwierał, i byłby to zrobił, ale go zmierzili, bo chłopi od wiatru 
ustawnego postrachane włosy mieli, a na każdym włosie wesz siedziała, co właśnie często i 

background image

Krzyś opowiadał. Zbrzydzili go widokiem niechlujnym i do dziś wodę z doliny w lecie na 
wózkach, w zimie na sankach w beczkach do chałupy wywożą.
Oni dwaj się stawili ze sobą, Wódpusc, że w Kościeliskach w źródle wodę puści, Pętorzek, że
ją zatrzyma. Ale gdy Pętorzek jeden strumień wody piersią swoją zatrzymał, Wódpusc w 
drugą stronę strumień zwrócił, a gdy Pętorzek nie mógł zdążyć na obu korytach hamować, 
zakład przegrał, wszystko
złoto w Krzywaniu.
Za to Pętorzek wodę na Czerwonym Wierchu, co się wysoko w słońcu grzała, skałami tak 
olbrzymimi zawalił, że jej Wódpusc odkopać nie mógł i musiał jej jamę w skale kuć i w 
Kościeliskach dopiero spod skały ją puścił, a kuł jamę w Czerwonym Wierchu trzydzieści lat.
Od huku i łomotu wewnętrznego góry pękały i stąd tak straszne krzesanice Kościelisk! 
wąwóz obiegły.
Oni, gdy deszcz gwiazd spadł w Kamieninej Dolinie pod Czerwonymi Wierchami, zwadzili 
się ze sobą. Pętorzek staw święcący z gwiazd utworzył i kozice w nim kąpał, że jak złoto 
błyszczały i góry od nich zalśniły, a w nocy zdawało się, że płomienie po górach się snują; ale
zazdrosny pasterz owiec, Wódpusc, rozdarł skały i staw wąwozem spuścił i piargami zasypał, 
a ten wąwóz w Kościeliskach leży i potwory
w nim siadają.
Wódpusc owce pasał, Pętorzek stada kozic, juhasi byli setni. A gdy Wódpusc ze stawów dla 
swoich owiec rzeki jął puszczać na hale poniższe, Pętorzek
365

dla swoich kozic jął stawy 'budować w niezmiernej wysokości Tatr, 'kędy się owce przybliżać
nie śmiały. Za to mu orły .na Wyżni Staw Teriański skrzydłami lodu nazwlekły i staw lodami 
zawaliły.
'Oni chwałą swoją napełniali góry i doliny - Waligóra, Wyrwidąb, Pętorzek, Wódpusc, 
Łamiskała i Waliłaś Toporowie, co Hrube wykarczowali, Jamo Nędza z Gronia, co 
Miętusianów do nędzy przywiódł. I wielu, wielu innych, choć mniejszych potęgą, było 
później. Saiblik o nich pieśni śpiewać znał, o wielkich zbójnikach Nowobilskich, o Woj'tku 
Malcu, również z Białki, co sto lat mając, hajduckiego tańcował i pod Murań na Spiż woły 
chodził kradać, o wielkich strzelcach, co niedźwiedziom kufy i łapy rzemieniami wiązali w 
lesie i w doliny na barach je nieśli, o śmiałych chłopach, co z królem wężów i jego zastępami;
z Tatarami; ze zakutymi w zbroje rycerzami, którzy dziewki porywlali, walczyli zwycięsko.
Ogromny pyszniański wiekuisty las kołysał Janosika szumem o sławie przodków.
Lecz większą on sławę posiąść mógł, lud cały z biedy, nędzy, ubóstwa w krainę dostatku 
prowadząc. On jakoby (królem nad narodem mógł stanąć, świat mu na nowo stwarzając. 
Odmienne życie, życie szczęścia chciał Janosik Góralom swoim stworzyć. A wówczas w 
dalekie wieki szumieć będą wsze lasy tatrzańskie jego imię: zbójnika nad zbójnik!, mężnego 
nad mężne, hetmana nad hetmany. Błogosławieństwo polskie i groza węgierska imię jego 
wieńczyć będą, jako świerki zielone wieńczą strzelistą turnię w Białem pod Giewontem.
I zdjął Janosika sen.
A gdy się ocknął i spojrzał inad siebie, już na bielejącym 'niebie gdzieniedzie tylko migotały 
gwiazdy. Nadchodził świt.
Wówczas powstał on i gwizdnął.
Świst ten, jak tysiące strzał, roztrysnął się dokoła i las sobą napełnił. Dźwignął głowę z ziemi 
Krzyś i mruknął:
366
_ Hej, babie w rzyć! DSasi temu na zębak pazdury brusom!
Niejednom, kieby słysała, jako kiebyś sydłem żgnon. Telo jom podruci na pościeli. 
Myślałaby, ze wto wie co? Cy jom diabeł igłom na nitkę nie nawłók?...

background image

Porwali się na znak hetmański Mateja, Gadeja, Mocarny Stopkowie, siadł na trawie stary 
Sablik i dłońmi po wilgotnej trawie pociągnąwszy, twarz sobie i oczy rosą przetarł; pobudzili 
się chłopi. Marduła trzykrotnie w górę wysoko na ochotę podskoczył i palcami obu rąk 
'mocno się trzykrotnie po skórzanych piętach od kierpców trzasnął.
I zaraz cokolwiek, co jeszcze kto miał, zjadłszy, w pochód dalszy, na Kamienistą Przełęcz, 
ruszono. Bielał świt, gdy po czerwonawych piargach i zżółkłej jesiennej trawie, zimnym 
szronem pokrytej, w chłód po uboczy wspinali się chłopi, a gdy ostatni wyspimał się na siodło
i przepad stromy, świecił się w zorzy porannej świat.
Jasnoróżowo błyszczało 'niebo spoza Krywania i blask złocisty padał na ciemnozielone 
Niżnie Tatry Liptowskie, a dolina u stóp jeszcze leżała w mroku. A gdy powoli światło 
stopiło mrok, ukazały się mgławice szare nad ziemią, nieruchome.
Ale z wolna poczęły rzednąć i przedzierać się mgły, ukazały się białe dziedziny, wsie i miasta
i zasrebrzył się bystroprądy Wag.
Prybilima, Królewska Lehota, Poręba, Hradek, Mikułasz - liptowskie wsie i miasta, gdzie 
bogate sklepy i dwory, gdzie się pszenica rodzi i wino, gdzie pod chleb siwymi wołmi orają...
Gadeja, Mateja i Mocarny Stopkowie, towarzysze Janosiko^i, zawiedli na ten widok chórem, 
co zawsze, gdy Tatry z hetmanem przestąpili, śpiewali:
Na dole, na dole siubienicek troje - wybieraj se, śuhaj, wtóre bedom twoje?...
367

Patrzyli w dół: pod stopy swoje, w długi, głęboki, niskospadły wąwóz Kamienistej Doliny, 
pusty, dziki i posępny, kosodrzewem i karłowatymi smrekami nad ciemnym lasem porosły, i 
dalej na dolinę Liptowa, het pod Dziumbir, górę wyniosłą. Jakoby ogromnym sierpem rzucił, 
coś przemknęło poniżej przed oczyma chłopów: to ryś, zwykły mieszkaniec tych stron, w 
olbrzymich susach przemknął od zachodniej ku wschodniej stronie uboczy i znikł w 
kosodrzewinie.
Potem zbliżyło się ku nim dziwne widmo w czarnych sukniach, z długą, pomierzwioną, 
siwiejącą brodą i takimiż włosami na kark obwisłymi. Na plecach worek nieregularnego 
kształtu dźwigało, a pilno patrzało po trawach.
Kto znał, poznał, że korzeniarz. Litworowego cudownego korzenia i ziół zbawczych 
lekarskich szukał.
Gruby ten, mały, stary człowiek podszedł do Janosika i ukłoniwszy się kapeluszem, rzekł:
- Szukają skarbów - tam... Niech idą... Hetman...
- Głupi - szepnęli do się chłopi, a Janosik spytał:
- Wto suka?
- Trzej... Od Krakowa... Niemcy... Tam - u Racz-kowego Plosa... Pod Kończystą... Niech 
idą... Zabiją... Wezmą... Wielki hetman... zbójecki...
- Skądże mię ty znas? - zapytał Janosik. Stary wzniósł ręce do góry.
- Co?! - zawołał przez gardło z nabożeństwem. Dał mu Janosik dukata z pasa; korzeniarz go 
pod nogi podjął, po czym rzekł sepetlawo:
- Sablik!
- Tyś tu? - odpowiedział Sablik.
- Hy, hy, hy! - zaśmiał się korzeniarz. - Pan leśniczy... w kolebie... panie... fuk! fuk! fuk!... 
Czynił naśladując ogień.
- Podpaliliście, krzesny ojce? - zapytał Janosik Sablika, ten zaś odpowiedział:
- Podpaliłek, na spaniu, w sałasisku. A dźwierzek zapar.
- Ka?
368
- Pod Osterwom. Widział. Łaził. Trzy roki temu... Edź!...
- Tak trza. Z przeskodom - przychwalił Krzyś.

background image

- Ryś przed .tobą uciekał - rzekł Janosik do korzeniarza.
- Sperkę zjadł... W kosodrzewinie... Kanalia...
- Skądeś ty, d'ziadu?
- Z Warszawy... Z Krakowskiego Przedmieścia. U panów Kazanowskich służyłem.
- Dawno na korzenie hodzujes?
- Trzydzieści lat... Do Krakowa... Niech idą... Skarbów szukają... Niemcy... Kupcy 
krakowscy... Księgi mają... Czarnoksięskie... Duchy klną...
- A tyś sukał?
- Szukałem...
- I coś nalaz?
- Duch skałę puścił... - i uniósłszy kaipelusz, pokazał zabliźnioną ryisę na głowie.
- Bez toś tyś pewnie zgłupiał, dziadu - ozwał się Krzyś. - Kaześ sukał?
- U Żabiego Plosa... Pod Lodowym... w Jaworowych Sadach...
- No wiś! Kielo to światu zeseł górami - zauważył Gadeja.
- Uhe!l się! Bo idzieme - rzekł Janosik odgarniając go ręką.
- Idze, weredo, bo ci wezmem torbę - rzekł Krzyś udając, że sięga po torbę korzeniarza z 
ziołami.
Korzeniarz udał, że się przeląkł, i kłaniając się nisko, cofnął się w bok do kosodrzewu, gdzie 
się stracieł w plątwie konarków.
Janosik patrzył na dolinę przed sobą i imężne, bohaterskie serce wzbierało mu w piersiach. 
Czuł się jako orzeł nad światem. Ziemia leżała nisko, drzemiąc jeszcze o poranku, on zaś jako
wiatr halny kłębił się w górach, wewnątrz Tatr, jako tuman chmur zza skał i wierchów się 
dobywał, by runąć na nią i zagarnąć w panowanie.
369

mgielnego stawu inna, różowosrebrna, obłoczna wynikała, skądś z dołu, spod chmur płynąca.
Było, że jakoby olbrzymie stada potwornych ryb o łusce świecącej w tumany wzdęte szarego 
morza się rzucały lub znad doliny wylała! anioł o skrzydłach rozhukanych.
Podalej zaś coraz spokojniej, coraz jaśniej rozwierała się liptowska rówień. Jakoby sen na niej
leżał różany i złocony. Spokojnie oddychała piersią.
Wtem Janosik Nędza Litmanowski gwizdnął przeraźliwie i zazberczał ponad nią zdobioną w 
mosiężne obrączki, wzniesioną nad orle pióro na głowie stalową ciupagą.
Ciężko, pusto było w gazdostwie starych Nędzów po wyjściu Janosika, jedynego syna.
Tak było trza - on się ruszył.
Ruszył się, jak niegdyś chłopów karanych mścić:
karzącą rękę szlachecką nad nimi zatrzymać, po bitwie pod Beresteczkiem.
Ruszył się po raz wtóry, z lasów z Babiej Góry, aby króla po szwedzkich trupach do własnego
kraju i własnego panowania, do ojcowizny, wewieść.
Ruszył się teraz po raz trzeci, za Tatry, nędzę polską zwyciężać, ziemię dla chłopów polskich,
dla krajanów swych, głodnych Górali, zdobywać.
Milcząc poglądali na siebie starzy Nędzowie, w pięknej białej izbie pod szerokim sozrębem 
rzeźbionym, na którym powałę wsparto, siedzący.
Tak trza było - Janosik się musiał ruszyć.
Albowiem to była jego sprawa.
On był na to chłop.
On się na to urodził.
Z dumą patrzeli na siebie starzy Nędzowie, rodzice Jamosikowi.
Ani go diabeł zrobił, ani mu czarownice koszuli, pasa i ciupagi nie darowały, koszuli, w 
której jest trwałość, pasa, w którym jest siła, i ciupagi, co się sama przez dziewięć drzwi 
przerąbie.

background image

Oni to we dwoje, on, Jasiek Nędzów z Gronia, najstarszy syn Jaśkowego Jaśka Nędzy 
Ltitmanowskiego Buókosia i Maryny Stopkówny od Cajków, i ona, Kaśka, jedynica u 
Walcaków ze Skibówki, w woniejącą od łąk czerwcowych noc go spłodzili.
373

Pełen durny własnej patrzał stary Nędza na swoją żonę i pełna dumnego własnego poczucia 
Nędzowa na męża patrzała.
Zazwyczaj było tak, że matki piękniejsze bywały od córek, a ojcowie potężniejsi od synów.
Ale jak dawno pamięć ludzka pokolenia Nędzów z Grania pamięta, jeszcze od czasów, kiedy 
na Zaskalu, między Ludzimierzem, Szaflarami a Rogożnikiem siedzieli, nie było takiego 
Nędzy.
- Ani nie będzie.
Ani Jano Miętusiański, ani Juro Siumny nie byli lepsi...
- O bo nie...
On się ruszyć musiał.
Bo jakby on się nie ruszył, to któż by?
Ku niemu, jako do słońca, oczy góralskie patrzały.
On, choć młody, był jakoby król Podhalu.
A nie ino Podhalu, ale całej góralszczyzny.
Takim synem ich Pan Bóg pożegnał.
Bez niego szlachta byłaby chłopów wymordowała, bez niego byłby król na stolicę swoją nie 
wszedł, on nędzy góralskiej drogę zastąpił, szeroką piersią drogę jej zastawił, on jej z gardła 
ludzi, jak z wilczej paszczęki jagnię, wydrze.
A gdy wydrze, gdy z chwałą i nowym bogactwem powróci, wtedy się ożeni, godnie i bogato, 
i będzie gazda na swojej cęści.
Będzie wesele, jeszcze nie takie, jakie ich samych było, choć to wesele na sześć mil wokoło 
słynęło.
Jedzie wesele dolu wsiom, niek się nam ludzie napatrzom...
Nad drzwiami umieszczony, naprzeciw misternie z cieniuteńkich badylków uplecionej 
ogromnej ruchomej sieci pajęczej, co złe oko wchodzące w dom na sobie zatrzymywała, na 
gwoździu wisiał wian, który stara Nędzowa, będąc panną młodą, na głowie miała, wian 
zeschnięty od lat dziesiątków, który nim
374
uwito, chodziła ona po Skibówce, po łące zielonej we wielgim maju przed ślubem, pomiędzy 
kwiaty, zawodząc:
Cóż mi jtós po tobie, różowy kwiatecku, kiedy jus nie bedem hodzić we wianecku?
Za obrazem zaś świętym, na szkle malowanym, tkwił bukiet ślubny pana młodego, Nędzy, 
ojca Janosika, suchy i zapylony.
Uśmiechnęli się do siebie Nędzowie.
Ona jeszcze miała tę koszulę, w 'której do ślubu w Szaflarach jeździła, w skrzyni schowaną, 
cienką jak listek, z szeroką kryzą i w cudny wzór delikatnych, smrekowych gałązek i liii j 
górskich haftowaną, i gorset miała schowamy, w złote róże na szafirowej materii haftowany, i
haftowany bogato biały, przezroczyście cienki rańtuch na ramiona, i buty safianowe 
czerwone. I schowane miała do limbowej skrzyni, gdzie się żaden owad nie zalęgnie, 
poszewki z zagłówków z cerkamii, haftowane cudownie i pracowicie, i cienkie prześcieradła 
lniane, i na dnie skrzyni pięć wojek korali bez ceny, które na święto kładła, a synowej 
darować chciała.
Ale nie lada to musiała być dziewka.

background image

Z gazdowskiego rodu, Toporówna z Hrubego albo Nowobilska sołtysianka, majętna, robotna, 
usłuchliwa, zdrowa i piękna. Wiele takich tęskno na Nędzów Gronik poglądało, lecz Janosik 
żenić się jeszcze nie chciał.
- Wiecie, mamo - mówił - wiater le&cęjsy, kie nic nie niesie. Hojby jyno gałąź z olsyny abo i 
pióro z ptaka niós, już mu nie tak idzie. Ja jest taki, jako wiater...
Uśmiechała się Nędzowa. Bo z tej natury syna sława, mająteik, znaczenie rosły.
Ale smutno spod powały, zza listwy rzeźbionej, pięknie gadzikiem strojnej i o zdobnych 
wspornikach, patrzyli się na pośród izby święci na szkle jasno ma
375

Iowani i około bogato w kwiaty malowanych limbowych ciemnozielonych skrzyń, dostatku 
pełnych, smutek się błąkał; i smutno na sozrębie widniała cyfra 1550 i napis: "Jan Nędza 
Litmanowski fundator tego domu", na który stary Nędza poglądał.
Gdyby syn nie wrócił...
Gdyby zginął...
Nie powiedzieli do siebie słowa starzy Nędzowie, tylko popatrzyli na siebie równocześnie.
Więcej niż sto lat stoi doim i gazdostwo na Groniku
się trzymie.
Pan Bóg żegnał i bogactwo rosło.
Miałoźby to wszystko osierocieć?
Westchnął stary Nędza i jego żona westchnęła.
Ale syn ruszyć się musiał.
Oni go sami na to chowali.
Sama matka ciupagę mu podała.
Uczyli go dumnie się nosić i żeby go świat za co
miał. Nie widzieli ku niemu równego ani nawet wśród
sołtysów, choć siię oni, jako Nowobilscy na Białce, Zychowie we Witowie, ze szlacheckich 
famiiij wiedli.
Sam* mu mówili, iż nie ma ku niemu równego.
Sami posłuchu dla niego uczyli uboższych Stopków, dzieci, od Gadejów, od Mocarnych, od 
Matejów, kiedy chłopcem był.
Oni pierwsi go nad świat wynosili.
W chłodnych, o'strych, wyniosłego spojrzenia oczach starej Nędzowej grube łzy się zaszkliły.
- Po co ja go tyś takiego honornego hłopa na świat wydała? - westchnęła.
Takiego hetmana?...
Ale otarła zaraz łzy końcami palców i surowy, dumny spokój na twarz jej powrócił.
- Co robić? - rzekł stary Nędza. - Orłowi się sowa nie urodzi, ba oreł. My Nędze 
Litmanowscy...
- Haj - odpowiedziała Nędzowa. - Trza przystać. A że krowy wracały z pastwiska, z jesiennej 
ścierni i łą'k, dzwoniąc spiżowymi dzwonkami u szyi, powstała gaździna z ławy i wyszła 
przed próg domu na statek oczyma rzucić. Szły stadem na południe do domu Kwiatula, 
Biodra, Krasula, wysmukła panicka, Węgierka, Środula, Cwartocha, Łysa, Łaciata, Okai-sta, 
byczki Paniś i Bukiet i wiele, wiele innych, a za nimi szli z długimi batami i ciupagami w 
rękach dwaj pasterze dorośli, którzy od wilka i złego człowieka mogli bronić trzody, i mały 
chłopiec trzeci z chabiną w garści, który się z daleka darł na głodno:
Slonecfco zahodzi, za las zapaduje,
ta nasa gaździna wiecerzom gotuje,
gotuje, gotuje, ale nie nikomu,
jyno pastyrzowi, co żenię do domu!... Huhuu!...

background image

Osobno, krocząc wolno, ogromne woły długorogie wracały z paszy, przez dwóch wolarzy, 
zbrojnych w trombity i długie ciupagi, gnane, siwe turonie
orawskie i cisonie, ii czarne polskie.
W setki turlików spiżowych dzwoniąc, z regli, przez białe psy obganiane i przez juhasów 
wiedzione, biegły owce białym olbrzymim stadem 'wraz z kozami,
kerdel nieporównany.
Bogactwo synowe spływało ku domowi. Wyszedł i stary Nędza poprzed izby i czekał.
- Żaba, gazdo, tłuce Cisule - ozwał się starszy pasterz krowi. - Przewyrce się i straanie się 
piere.
- Zawiedżze jom do stajnie - rzekł stary Nędza - zoblec się i przyruć jom kosulom na opak 
przewyr-tnionom, a pote uikąś jom bez grzibiet do trzeciego
razu, to jom zarusięki popuści.
Obora się zaroiła dobytkiem.
Powrócili do izb oboje Nędzowie. Połednina była gotowa, uwarzyła ją gaździna na czas, a 
kucharka
przygotowała. Postawiła misę ogromną na stole w czarnej izbie,
a wkrótce zasiadł Nędza i jego żona, i czeladź, parobcy i dziewki, dokoła na ławie i stołkach. 
Była
377

kluska gorąca z jarcanej mąki i po kęsi sperki. Zmówił pacierz Nędza, jako gazda, i 
przeżegnał strawę, i długimi łyżkami drewnianymi .pięknie rzniętymi, z ozdobnymi trzonki, 
wygarnowali kluskę pożywający, a do dołka wygniecionego łyżką na dnie misy dolewała 
gaździna wrzące, dymiące się mleko raz po raz ze stojącego obok garnka i każdy na łyżkę go 
wraz z kluską nabierał.
Po południu zaś, kiedy statek znowu paść wypędzono, przyszły zaźreć na stryka i stryme 
ZuibkoBowe dziewki, Krystka i Jadwiga, i ich brat Wojtuś; co z drzewa strugowa!, z 
kozikiem.
Posiadali pod izbą, bo ciepło było, a roboty o ten czas w polu nijakiej, i poczęli rozmawiać, 
Wojtuś zaś, kawałek drzewa 'lipowego miękkiego nalazłszy, zaraz zeń strugać począł.
Kształt rósł mu pod ręką.
Patrzał nań długą chwilę stryk Nędza, nie mieszając się do kobiecej rozmowy, która choroby 
studziei-nicy, pomiędzy dziećmi grasującej, dotyczyła, a na którą trzeba było do trzeciego 
razu wytrzeć dziecku gardło liściem wierzbowym, z wierzby rosnącej nad rzeką, i w to samo 
miejsce liść, skąd się go wzięło, odnieść nad rzekę, i zapytał:
- Wojtuś, je cóż to robis?
- Matkę Boskom.
- Matkę Boiskom? I powiedz mi tyś, hłopce, skąd się ci to biere, takie ipróźnioki?
- Ono mi tak jakosi samo przyhodzi, z powietrza - odpowiedział Wojtuś.
- No a tota Matka Boska, co jom strugas, jako ci do tego przisło? Skądeś pomyślenie wzion? 
Cosi cię przecie nadethnonć musiało, cobyś to robieł, a nie co ine.
- Ja się patrzał, stryku, na ziem i naiazek naw lipowego drzewa niekwardego kawałek, i 
trzimałek go w garzci, i patrzem się. I zaconek wej strugać.
- A ci się przecie Matka Boska haw na ziemi nie pokazała - uśmiechnął się stryk.
378
- Ona 'się mi nie pokazała, ja jom widział w Szaflara.k w kościele, kie my raz hań jesce z 
niebozyc-kom z matkom byli, w ołtarzu. Ale się mi to sytko, co jęk hań widział, przybacuje. 
Ja by taki ołtarz zrobić fciał. Kiebyk miękiego drzewa dość miał, to zro-biem.

background image

We środku byk postawie! Matkę Boskom z Jezusem na ręcy, z łakom obrącaskom 
cieniućkom nade głowom. Dookoła byk uzdajał gwiazdy, a pod nogami kule, a na niej wąż i 
jabko, tak, jakok widział. Widzi się .mi, co go w pysku trzimał. No, to by beł ołtarz.
- Wiera haj bełby - powtórzył stryk Nędza zamyślony.
- Ja 'by pole jesce fciał co ine wyrzezać - mówił Wojtuś. - Góry byk fciał urobić, takie turnie 
wysokie, jako hań kozice po nik hipkajom, oreł ponad nie lace i jako krzesny ociec, Sablik, 
niedźwiedzia abo dzikom świnie zabiel.
- Haj, to by beło - rzekł stryk Nędza.
- No, ono by mogło być, aj mogło, stryku. Rzekł Nędza:
- Pan Bóg ta dziwtoremu stworzeniu rozmaity talant podaruje. Dzik ma kielce, a będzie hłop 
do hoć-jakiej roboty zdatny. Ja miał raz taki dziwostworny juhaski nóż, cok 'się mu ani 
wycudować nie móg. Trzonek to miał wyzdajany z mosiądzu, z miedzi, z kości, z rogu, ono 
nawet i samo śrybło w nim beło, takie obrącki, jedna ku drugiej poznabijane, a zaś na wierhu 
to beło mosiężne denedko, a na tem denecku trzy bulki, jako we 'zbójeoklik nozak bywuje, ale
to takie bulki beły, jak słupki, straśnie pięknie wyonacone, a na samym wierhu na tyk słupkak
kłobuk luptowiski, z 'mosiądzu i z rogu, wykarbowany, i zaś na tym miedziana biaska i 
stalowy gwóźdź, co ten kłobuk nim przybity beł, a on musiał het bez pośredni słupek i bez 
cały trzonek do noża do nuka iść i może z samej tej stali beł, co i nóż. Tak wej syćko do wjed-
na uzdajane toeło, cok się dość namyślał nieraz, kiek juhasił, jakom tem głowę miał, co to 
robieł! A pote
379

jęk i ciupagę kiejsi łakom widział, co po jednej stronie beła na niej nakładziona watra, a 
naofcoło się wej ludzie na kolanak do tego ognia modlili, a na drugiej stronie to zaś 'belo 
słońce, miesiąc i gwiazdy, a na obusku cosi takie jak cłowiek, w jednej garzci trzimało pierun,
w drugiej kulle. Starzy ludzie gado-wali, bo my Isie ta dziwaśkie dość tej ciupadze 
nausprzypatrzowali syćka na sałasie, jeże to ma być bóg i trzimie świat. A ten, co jom miał, 
taki Stasek Wir-dziinnik ze Starego Bystrego, to padał, ze jom nalaz we młace, kajsi u Wale 
w Marusynie. Haj.
- E rad by ja tyś to, stryku, widzieć! - zawołał Wojtuś.
- Nóż to ani nie wiem, cy ka nie będzie do spary wbity; dziekiedy to się pojedno u gazdy 
wrazi, co i bez sto roków przesiedzi, zaklęła się najdzie. Ma cas. Ale ciupaga to nie wiem, ka 
je, bo to 'beła Wir-dzinnikowa, Stanisławowa. Jest je ta może ka sowana po nim abo się 
straciła. Bo ta Wirdzinnik już może wysy śtyrdziestu roków nie żyje.
- Cojsi se ta ze stryke ukwalujecSe - ozwała się Nędzowa.
- Jedźjek mu gwarze! o tym nózie juhaskim, coś go jesce u mnie widowała, i o 
Wirdzinnikowej ciupadze.
Dzień jesienny chylił się szybko pod 'zachód. Od regla na łąkę wyszedł jeleń na 
przedwieczorną paszę. Widać go było dobrze.
- Ka tyś ta teraz Janosik? - westchnęła Krystka.
- Hej 'wiera, kany je tyś? - powtórzyła Jadwiga Zubkosowa.
- Bojno mi on - rzekła 'stara Nędzowa, ale stary Nędza powiedział:
- Janosik wyświacony w ozbójeństwie. Nie trza se przybierać do głowy, bo to na nic.
- Wiecie, stryku - odpowiedziała Jadwiga - ja ani przyobrazenia dobrego 'nie mam, na co on z
telim narodem za Tatry poseł?
- Hajno wieś, dziewce - odpowiedział stary Nę
380
dza - po co tyś ta hań temu jeleniowi urosły rogi? Niek będzie niewycytno Bogu 
Przedwiecnemu, co mi wyraźnego hłopa dał. Ja się ś Nim o to zbywał nie bedem, ba Mu 
dzieńkujem.

background image

Z Panem Bogem zbywka na nic. To prawda własna... Tak się mi widzi, ze be dylsc.
- Idzie od śródwiecerz, z Orawy - rzekła Nędzowa.
- Janosikowi się musi scęścić - dodał jeszcze stary Nędza jakby do siebie - on świat równa, a 
nika blisko po Polsce nie zbija, ba daleko. Takiemu zbójnikowi Bóg scęści, a ludzie 
błogosławiom. Jakbyś popod nogi ludziom srał, to oni cię ta hnet obzalom. Podźmy, stara, do 
izby; zimno.
- A i wiecerzom trza przygotowić, bo się hnet pasterze przyredykajom z pasieki z bydłem i 
owce przydom z regla.
Odeszli starzy Nędzowie, natomiast przyszedł Maciuś czeladnik ze skrzypcami i siadł nie 
opodal Jadwigi, w której się kochał, a na którą 'ledwo pozierać śmiał, bo była bogata, a on 
służył i młody był jeszcze bardzo.
- Maciek, co tyś se ty myślis, kie gras? - zapytał go Wojtuś, powtarzając pytanie strykowe.
- Je cóż byk myślał? 'Gram i gram - odpowiedział Maciek.
- Krzesny ociec Sablik to se musi o starodawnyk casak myśleć, kie gra.
- A Krzyś z Olce o karcymie - zaśmiała się Krystka.
- Ja tak gram, jako słysem z ludzi - rzekł Maciek. - Ino we wiecór to się mi lepsi gra jako we 
dnie.
- Bo i las piękniej we wiecór sumi - ozwała się Jadwiga.
- No piękniej. Kie tak ciho na świecie, jako dziś je, to ci ta'k powiem, Wojtuś, ono samo w 
gęślak gra. Tak jako kieby ci cosi smycke wodziło.
- Hm, wieś, ale dy przecie włosi taki musiał być,
381

co nuty wyzdajał. Bo 'się przede samy .nie narodziły - rzekł Wojtuś.
- No juści. Taki musiał być.
- I niejeden - ozwała się Krystka. - Som jest nuty juhaskie, som jest krówiskie, som jest 
zbójeckie, strzeleckie, weselne, pogrzebne, wojemskie, rozmaite -
- No to kazby 'ci jeden cłek teio zdołał uzdajać nut? No nie? - dodała Jadwiga.
- Ze ba haj. Tak beło - odpowiedział Maciek.
- Ano tobyś i ty móg jakom uzdajać 'nutę - powiedział Wojtuś. - 'Stryna padajom, .co za jej 
pamięci ze trzi abo ze śtyry nuty poisprzybywały.
- Ono ta mo'ze przyjńść - odpowiedział Maciek. - To się w sercu rodzi. Kies smutny abo kies 
wesoły, cy ty to bees wiedział, co gras abo co bees śpiewał?
- No - rzekła Jadwiga. - Kie Kubowa Broncia leciała bez pamięci proci Kulowego Jędrzka, co
to Kulów Orawcy pobili przy drzewie, 'kie hań panom ze Zamków * ścinać buki pośli, to on 
jej z daleka zaśpiewał: Idzie od Orawy potocasek krwawy, nie pladze, dziewcyno, to nie z 
mojej hławy! Tego go ta mik prędzej nie ucył, bo ani nie wiedział, co w Orawę ku drzewu 
pudzie, ani co jego braci hań Orawcy pobijom. Ba jom fciał z daleka pociesyć.
- No - rzekł Maciek - ono samo przydzie. Świat niesie. Jedno ze świała idzie, drugie się w 
sercu rodzi -- jyno co pole jedno do serca, a drugie we świat gras.
- Abo i nie we świat - powiedziała Krystka. Jadwiga zaś schyliła nieco piękną twarz ku 
wysokim piersiom.
Na ten widok zadzwonił Maciek po strunach smyczkiem.
- Słysys? Gra - rzekł stary Nędza do żony w izbie, na pościeli spoczywając. - U nas w Polsce
ze Zamków - zob. przypis do s. 339 "zamki w Lewoczy"
382
lud przysprostawy, padajom, ale zdatny. Jeden z drzewa Matkę Boskom ustrugał, drugi gra, 
co się jaz nie żal przysłuhać.
- Haj - odpowiedziała Nędzowa. - Ale mnie o Janosika bojno. Coby ka o zdrowie abo, broń 
Panie Boże, gorzy, o życie nie przyseł.

background image

- Wieś, stara - rzekł Nędza - jaskółka z błota gniazdo ulepi, a drózdz po lesie gwizda, ale ony 
oba ku orłowi nic nie płacom. On po .niebie leci i kozy dzikie bije, i nad ptakami je królem.
- Haj, haj - pokiwała stara Nędzowa dumną głową - ale to dziecko...
Gdy zaś cicha noc nadeszła i nad całą zagrodą Nędzów Litmanowskich spokój zapanował, a 
Wojtuś spać do stryka i stryny poszedł, Maciek czeladnik, który jeszcze długo grał 
dziewczętom, ukłonił się im grzecznie kapeluszem (obawiając 'się, że przez delikatność, 
ponieważ gra, nie odchodzą) i rzekł:
- No, dobranoc. Idem na sope.
- Dobranoc - odpowiedziały dziewczęta odchodzącemu, ale się nie ruszyły z ławy pod 
domem.
- Wieś - rzekła po chwili Jadwiga do siostry - ja by sła ku Maćkowi legnąć, on mię koha.
- Ze dy idź - odpowiedziała Krystka. - Ucies jego i się.
Opuściła Jadwiga ponownie głowę 'ku piersiom, gdyż była młodsza i jeszcze panna.
- Ale to może tak nie przystanie na mnie, cobyk ja ku niemu sama sła, ba cobyk go ku sobie 
puściła.
- Kie on ani popod naskom ścianę hodzić nie śmie, bo się boi stryny.
- No...
- A ty puścis dziś ku sobie Wawrzka?
- Puscem.
- Wawrzek idzie śmiało, bo to gazdowski syn i parobek...
- No. A tobie się widzi Maciek?
Jadwiga owinęła kraj zapaski na palec i rzekła:
383

- Wieś, kie on gra, to po mnie jaze mrowiecki hodzom, het, po calem ciele.
- No, jus i na tobie cas. Sesnaście ci mineno na Syókik Świentyk. O te casy to ja jus spawała z
hłopcyskami. Idź.
- No to pude... Przitrzim dzwierze od sopy, coby nie zgrzipiały.
- Nie bój się. Wieś, ka kołki?
- E cyk to raz hań strykowe siano wykładała?... Ale wieś co?
- Zje co?
- Cóż ja mu powiem?
- Maćikowii?
- Haj.
- Je cozbyś do niego radzieła? Zawołaj: Maciek! - on się obudzi, jak jesce nie śpi. A pote on 
ci się ta o słowa pytał nie będzie!
- E best!
I Jadwiga zaczęła chichotać.
- No idze, idź - rzekła Krystka - bo widzem, co cię już mgli...
- Cy tyś ta już dziewcęta Zubkosowe posły spać? - ozwała się stara Nędzowa do męża 'na 
pościeli.
- Pewnie; cegoz by siedziały? Ani nie wiem, wto ku nim hodzuje? A toby skoda beło, kieby 
taka młodość i uroda sama leżała.
- A, to by jus beł stokrotny grzyk taki dar mar-nić! - rzekła Nędzula. - To prawda.
- Haj - odpowiedział Nędza - mnie samemu case żal, co nie mamy dziewki w doma, boby my 
się jej uhylaii z białej izby, jakby miłego swojego puścić fciała na noc.
- Ale by to musiał być parobek, ku .nasej córce! - rzekła Nędzowa. - Co by się ku Janosikowi 
równał!
- Ba, cóż radzić, kie nie ma - mruknął kłoniąc się ku snu stary Nędza.
- Jyno jacy to jedno dziecko... Sokół...

background image

Janosik chłopów w lasy popod Krzywaniem zwiódł
i w górę ku Krzywaniowi patrzał.
Krzywań z góry na Liptów spozierał.
Wysoko w słońcu świecił jego łeb skalny jak złoty.
On jako sęp z rozszerzonymi skrzydłami ku Polsce
się obrócił, grożąc jej krzywym dziobem, jakoby za
kroczył sobą Liptów i Orawę od Polski.
Piersią skalną spadł prostopadle ku dolinie Nief-
cyrce, Hruby Wierch go zastawił jak mur.
Groźno, straszno jego łeb złoty nad lasy widny,
słońcem uwieńczony, ku Janosikowi pozierał. Tak się Janosikowi Nędzy Litmanowskiemu z 

dzowego Gromka w Kościeliskach wydało, jakoby
moc liptowskiego ojca Krywania wyzywał.
- Icie? - ukazał szczyt chmurny Sablikowi.
- Wysoko - odpowiedział Sablik.
- Wysoko... Tak jakoby sobom Luptów grodzie!...
- Niegzeta... On ta i kóz, i niedźwiedzi, i świstaków przede mnom bronieł, a kieia ik hań 
padło?!
- Kieby to cło wiek taki beł!
- Je toby świat owładał! Boby ani morze ku niemu za nic nie stało!
- No!
- Tak się mi zdaje, do cudu, jak kieby patrzał na nas.
- On ta i patrzy. Ale on o tem nie meśli. On meśli o tem, co beło przed tysiącem rok ów abo i 
dawniej. On se zbacuje, jako beło, kie haw śniegi i lody leżały, co światu niewidno beło. Kie 
nań wiater lodami
17 legenda Tatr
385

duł, a zima wiecna beła. Taka lodowa ustawa na świecie.
I ciho. Ani pary. Tu wej wte wiatry grały! Wartało słuhać! Tu się słońce iskrzyło po śniegak! 
Ani ptaka, bo co by haw robieł, nic i nic, jyno skały kieniedzie. Kieby ja se beł wte z ruśnice 
wypaieł, toby mię na sto mil beło słyhać. Nie żal by beło ani umreć!
Oni majom o cym do się radzić, ci nagłowniejsi:
Łomnica, Lodowe, Gierłahowska Wysoka, Luptowska Wysoka, Hruby Wierk, Krzywań. 
Mnie 'się to nieraz widziało, co ik słysem, jako gwarzom do sobie ponad ine scyty.
Totys to taik, jako i w doma gazda z celadziom;
gazdowie, a jesce hrubi, majom o cym ze sobom uradzać. Krywań luptowskim Tatrom sołtys, 
jako Łomnica spiskim sołtyska. Oni radżom o lasak, o wodak, o pogodzie i psocie, o tym, co 
się dookoła dzieje, poza doliny, po Kosyce na Uhrak i po Kraków w Polsce. I przybacujom se
starodawne casy, co mineny. Wto wie, co się robieło, .kie woda z morza bez Pieniny uciekała.
Jaki musiał być sum! Hę, wieś, Janosik, ony majom o cym pomiendzy się ukwalować.
- Case w 'nocy, to się widziało - rzekł Janosik - ze te scyty radżom do sobie, jeden do 
drugiego. Ino jefe na to 'nie móg przyjńść, o cym by radzić miały?
- Bajto! Juści ci o ludziak haw radzić nie bedom, jacy my i skąd - odpowiedział Sablik.
- Tak uwazujeoie, krzesny ojce, izeby o ludziak nie miały nic radzić?
- Radzis ty to o mrowcycak abo o płascyckak? A cóż to jesce mrowcyca wielga proci nas, kie 
my pod górami.
- E - wtrącił Krzyś, który rozmowy zasłyszał - o płascycak jest nieraz telo co uradzić, co 
więcyl, jako o sytkiej wirności, sołtysak, wójtak, starostak, kaśte-lanak! To biskup! Kie ci za 

background image

kosule wlezie! Ani cię przy słuhamcy ksiądz telo nie wypokutuje! Ta cię wytańcy, w nocy, 
cobyś hnet babie bez przykope hipnon!
386
- Hehehe! - śmiał się Sablik.
Dał Janosik odpoczynek chłopom przed wyprawą w lasach pod Krzywaniem. Do wieczora 
mieli wypoczywać. Z łuków zwierzyny nastrzelano i było co jeść, ale surowe mięso ze solą 
chłopi musieli pożywać, bo Janosik ognia kłaść bronił, aby dymy nie zdradziły, choć lasy 
'były nieprzejrzane naokół.
Wiadomo, że diabeł nigdy nie śpi, a jak nie ma co robić, to pazury o kopyta brusi.
Rzekł Marduła do Krzyslia i Gałajdy, z którymi się
trzymał:
- Wiecie, hłopi, co, cały dzień po próżnicy w lesie
leżeć mnie się haw mię fce.
- Kazbyś seł? - zapytał Gałajda.
- Ja by się seł co ka napić - rzekł Marduła. - A dałoby się co ka przy casie porwać, no to jako 
fce, kie się dało. Skoda dnia.
- Ze dyj prawda... Teraześ we dobrze podział. Ty mas głowę! A kazbyś seł? - rzekł Krzyś.
- Ze ka bądź. Dy haw nika nie prec.
- Wyhodna blizo - rzekł Gałajda.
- Kralowska Lehota, Kokawa...
- Prybilina - dodał Krzyś - skąd ja miał freirke w Budzynie, kiek na roboty hodzieł.
- Może się jesce do was przyzna - zakpił Marduła.
- Na mój sto prawdu! Ta, kie mię uwidzi, to jesce dziś sytko praśnie, dzieci, hłopa i dom, i 
pudzie za mnom - odparł nie zbity z tropu Krzyś.
Gałajda popatrzył nań z niedowierzaniem.
- Może - rzekł.
- No to idzieme? - zapytał Marduła.
- Podźme - oświadczył Gałajda nie myślący.
- Janosik zakazał się oshodzić - zauważył Krzyś.
- Je! Wiera! - odpowiedział Marduła. - Idzieme na jagody. Dopadnieme swoik, bo tysiąc ludzi
się nie straci w lesie. A poscęści Pan Bóg, to się przyznamy. Damy Janosikowi icęść.
- On nie weżnie.
387

- No to Stopkom i Sablikowi, 'co przy nim. Ja straśnie rad pudem, bo już więcyl jako ipięć 
roków nie krad! Jako mię przy tyfe portkak pod Kalwaryjom dostali, to jesce do dziśkak nika 
nie beł.
- Hej! - rzekł Krzyś. - A Mardułaś!
- No! To tak, jak Jdeby .słowikowi bronił śpiewać - odpowiedział Marduła.
- Iści - rzekł Gałajda.
- Se mnie ta złodziej niestrasny - ozwał się Krzyś - 'ale napić, tobyk się napił. Dy jus drugi 
dzień idzie, jakók w 'karcymie nie beł. Ono się mi tak może jus w życiu nie trefi drugi raz.
- Ani się może dotela nie trafiło nigda - rzekł Gałajda.
- Ba, kie mię w pieluskak trzimali. Ja jesce nigda nie borował, 'ale jak bedem, to abo karcyme 
musom ku mnie przynieść, abo mnie ku karcymie, bobyk umar.
Szli dalej, nagle zatrzymał ich dojmujący widok. Na perci leśnej nad kotlinką młody 
niedźwiadek, piastun, ale już spory i tęgi, wyszczerzył na nich zęby i usiłował podnieść sfię 
na zadnie nogi z groźnym, gwałtownym mruczeniem; za lewą tylną nogę był on chwycony w 
żelazną paść, w oklepiec.

background image

- Jezus Maryja! - krzyknął przerażony Krzyś i w tył się cofnął. Marduła w jednej chwili 
wzniósł ciupagę do góry, ale Bartek Gałajda przytrzymał go za rękę, mówiąc spokojnie:
- Dajze pokój, to młode i w oklepcu.
- No? - zapytał Marduła.
- Wrodniak, nie uznał znaku - rzekł, ochłonąwszy z przerażenia, Krzyś. - Wiś, głupi, nie 
widziałeś żerdki?
Żelazna paść zastawiona była na ścieżce, którędy woły na halę pędzono, a nad nią, jakie jest 
prawo myśliwskie, wbita była żerdka z deseczką poprzeczną w krzyż u górnego końca dla 
ostrzeżenia przechodniów.
Dwie półobręcze z długimi i wielkimi spiczastymi 388
zębami, rozłożone szeroko w mchu, zwarły się, gdy niedźwiadek nastąpił na sprężynę, 
przyczepiony zaś na grubym łańcuchu ciężki kłat drzewa nie pozwolił mu uciekać z miejsca.
- Stary oklepiec godny kęs powiece, pojeden i na drzewo ś nim wylezie. Ja takiego widział, co
na seść siong na smreka oklepiec wywłók - rzekł Gałajda.
Niedźwiadek był wściekły i w śmiertelnym zarazem strachu; raz wyszczerzał ku Góralom 
kielce i usiłował grozić im przednimi łapami, to znowu próbował cofać się i umknąć, ale 
żelazne obręcze i kłat na łańcuchu hamowały go w miejscu.
Szarpał się i jęczał z bólu.
- Zastrzel go! - rzekł Krzyś do Marduły.
- Dobrze! - odpowiedział Marduła i strzelbę zdjął z ramienia. Ale Gałajda się ozwał:
- Dajcie mu pokój! To młode. Co wam złego zrobiło?
- Niedźwiedź - rzekł Krzyś.
- No to cóż? I on fce żyć - odparł Gałajda.
- Bartek, aleś głupi - ozwał się Marduła. - Zabić go nie fces dać, a ostawis go w oklepcu, coby
się męcył, z głodu zdech abo coby go wilki zjadły?
- Ja go w oklepcu ostawić nie fcem - rzekł Gałajda.
- No to mu go sejm - rozśmiał się Marduła.
Gałajda mówił jakby do siebie:
- Niewola strasna rzec... A i ból strasna rzec...
- Cos to robis? - zapytał zdziwiony Krzyś.
Albowiem Gałajda począł zdejmować swój ogromny serdak barani. Gałajda nie 
odpowiedział, tylko z szeroko rozpostartym serdakiem, odrzuciwszy ciupagę, postąpił ku 
niedźwiadkowi, który podskoczył ku niemu z rozwartą paszczą.
- Bartek?! - wrzasnął Marduła.
Ale Gałajda zarzucił swój serdak na łeb niedźwiedzia, zawinął go, pochylił się i objął 
ramionami niedźwiedzie łapy, i w jednym mgnieniu oka on, niedż-
389

wiedź, żelazny dklepiec, kła t z łańcuchem stoczyli się na dół z brzękiem i łoskotem w 
kotlinkę.
- Ohop! - krzyknął Krzyś z rozpaczną rezygnacją.
Marduła wyrwał nóż zza pasa i ścisnął ciupagę, gdy nim zbiegł na dół, ozwał się przerywany 
głos Gałajdy:
- Franek -- śliź -- ozewres -- żelaza -- toporzyskem...
Marduła zdumiał się i skoczył przed siebie. Tam Gałajda w potwornych swoich ramionach 
trzymał zawiniętego łbem i przednimi łapami w kożuch niedźwiadka, który się szarpał jak 
wściekły.
- Pilno - mówił - bo wereda -- mocna -- jak koń...
Marduła był Podhalaniec - i wiedział, co robić, i nie namyślał się. Wbił toporzysko od ciupagi
między zęby oklepca poza łapą niedźwiedzia i silił się rozważyć żelazo.

background image

Krzyś patrzał z góry w podziwie. Rozważył Marduła żelaza i w tył odskoczył. N'a który 
widok na górze odskoczył w tył i Krzyś. Gałajda zaś prasnął niedźwiadkiem od siebie, jak
mógł najdalej. Kożuch spadł na pusty oklepiec. Niedźwiadek gruchnął na bok, porwał się na 
łapy,
przystanął chwilę i dał susa w bok; wydarł się nad
kotlinkę piorunem i znikł w chuściawie.
- Zdrowy! - zawołał Marduła. - Nie rusyło mu kości!
- Zdrowy - powtórzył Gałajda sapiąc i podnosząc serdak.
Krzyś patrzał nań w zachwycie, gdy z kotlinki wylazł.
- Ej, Bartek, aleś tyś hłopski hłop! - rzekł - Nie bździny!
- Ani ci nie podziękował! - zaśmiał się Marduła.
- On mi ta podziękował po swojemu - odpowiedział Gałajda.
- A kieby cię beł skaliceł? - rzekł Krzyś. 390
- No to jako foiało. Dy on nie wiedział, po co ku niemu idem.
- Ja jus meślał, Bartek, żeś ty o rozum prziseł.
- E, on ta i prziseł. Jesce się to nie wydarzyło, coby wto niedźwiedzia z oklepca ratował - 
rzekł Marduła.
- Luto się mi go stało, tak jako i Kretowi hańtego dziewcęcia, u Toporów u Jasiców - 
powiedział wolno Gałajda.
- A siełe miał? - zapytał Krzyś.
- Malućko, a ja by go beł nie dotrzimał - odparł Gałajda. - Krowę by ten jus zabieł, kieby na 
uwzientego sło!
- No, wiś! Toby i tobie mógł beł zabić!
- Może - odrzelkł Gałajda.
Krzyś rozdziawił na niego oczy i poszli dalej.
Było już słońce wysoko na niebie, gdy się z lasu wysunęli.
Marduła szedł naprzód, Krzyś za nim, na końcu Gałajda.
Wstąpili na trawą porosłe jesienną, pożółkłą pagórki, pozarastane krzakami jałowcu i 
późnymi jesiennymi kwiatami, niską, szafirową, gwieździstą goryczką i modroliliowymi 
smutnymi dzwonkami o wielkich pojedynczych kielichach. Falisto kołysały się te pagórki nad
doliną Liptowa. Wsie i miasteczka bliskie widno było.
Szli prosto ku Prybilinie nad rzeką Belą.
- Ja by zatańceł i wzion co komu - rzekł Marduła.
- A ja by się napił gorzałki i zagrałbyk - rzekł Krzyś. - A ty, Gałajda, co byś robieł?
- Spałbyk - odpowiedział Gałajda.
- No to po co żeś s nami poseł? Mógeś w jafe-rak 'pod ferecynom w lesie przy Janosikowi 
legnąć i spać.
- Kieście mię zapozwali ze sobom - odpowiedział Gałajda.
- Wieś, Bartek, ale się nie gniewaj, tyś taki jak
391

wół spod Murania - rzekł Marduła. - Ka cię pozenom, to idzies.
- Huhuhu! - roześmiał się Gałajda i rzekł po chwili pomału, jako zwykle:
- A mnie mięło pomeśleć, co se ten niedźwiadek po lesie hipce. I jemu mięło. Na co popatrzył
nań Marduła i oświadczył:
- Bartek, ja ci pedział, s tobie hłop, ale kieby sytka tacy beli, toby my jesce kamieniami ziem 
orali, jako drzewiej, za Ja'dama w raju.
- Ja ta wymeślował nic nijako nie bedem - odpowiedział Gałajda. - Jest na to ini...
Rozradowała się Krzysiowa dusza.

background image

Albowiem naprzeciw nich ukazała się za małym przylaskiem karczma, jakie dobrze poznał w 
życiu.
Stał dom drewniany wielki, z wysokim góralskim dachem i z murowanym ponad nim białym 
pobielonym kominem, ściany domu szare były od dawności. Dzieliła go 'na dwie połowy 
sień, w oknach zaś małych i wąskich, których było po dwa z każdej strony sieni w izbach, 
widniały grube kraty żelazne, pordzewiałe i pajęczyną zasnute. Z boku, przy izbie po lewej 
ręce była jeszcze komora bez żadnego okna, tylko z wyciętym kwadratowym otworem dla 
odrobiny 'światła.
Przed karczmą był dziedziniec zasypany sianem, sieczką, owsem, śmieciami, a na nim studnia
z żurawiem oraz gnojówka z mętną żółtawą pianą u brzegów z .moczu końskiego, albowiem 
konie stały przy kilku wozach, siano z półkoszków biorąc. Pomiędzy końmi chodziły kury i 
gęsi żydowskie. Stała też po drugiej stronie dziedzińca wozownia, z którą łączyła się stajnia 
krowia, należna do karczmy.
Młoda tęga dziewka słowacka z zakasanymi rękawami koszuli myła szaflik pod studnią, do 
kolan mając spódnicę uniesioną, i dwa krótkie warkocze twardo splecione kasztanowatych 
włosów, niebieskimi wstążeczkami u końców przewiązane, na obie strony
392
głowy na biało przedzielonej, ku ramionom, jak ogonki młodych gończaków, krzywo 
sterczące.
- Marta! - krzyknął za nią niespodzianie Marduła.
- Jaaaj! - zawołała, słowackim obyczajem, przestraszona dziewczyna.
Na który widok ucieszone całym widokiem serce Krzysia folgi szukające sprawiło, iż Krzyś 
pełną garścią dziewczynę wyżej uda pod tył ułapił.
- Jaaaj! - krzyknęła ponownie, odskakując.
- Dobre rano! - rzekł Krzyś.
- Dobre rano 'niech maju! A skod idu? Z Polski? - odpowiedziała dziewczyna, stając frontem.
- Z Polski. Na zarobek. A jest karcmarz?
- A gdze by iszoł? Jest je.
- A kacmarka?
- I pani su.
Kacmarecko nasa, nie wyganiajze nas, jak nam nie zborgujes, to nam darmo nie das! -
zaśpiewał Krzyś zmierzając ku sieni.
Wyszedł Żyd z karczmy, wysoki, siwy, barczysty, z brodą długą, w zaświchtanym chałacie.
- Ty, pan - wołał Krzyś - borowicku mas?
- Mam - odpowiedział Żyd.
- To daj!
I postąpili ku izbie.
- A ka idom? Z telim 'zbrojeni? - zapytał Żyd, podejrzliwie patrząc na pistolety za pasem u 
Marduły tkwiące i strzelbę na jego ramieniu.
Ale Krzyś odpowiedział:
- Boime się zbójników, bo my kupcy na konie, z miasta, z Nowego Targu, znas pan? My dwa 
- wskazał na siebie i na Gałajdę - a tego my majeni, coby nas bronie! - wskazał na Mardułę. - 
To mój
pahołek. Skrzywił się Marduła na tę prezentację i ozwał się
górnie:
393

- Wino, tokaj, jest?
- Jest i tokaj.
- Dawać!

background image

I posunął się pierwszy do sieni, a z sieni do izby na lewo.
Tam młodsza Żydówka stała przy piecu i warzyła coś w rondlach, druga zaś, stara, 
pomarszczona i zgarbiona, siedziała na zydelku i darła pierze. Kilkoro dzieci kręciło się po 
izbie. Za stołem siedziało paru słowackich chłopów i piło wódkę.
Chłopi podnieśli oczy z zaciekawieniem na przybyłych, Żydzi poszwargotali między sobą. 
Zaś Mar-duła, chcąc zatrzeć wrażenie prezentacji Krzysiowej, zachęcał Gałajdę:
- Jedz! Pij! Kazuj se!
Pili, a Marduła, aby pokazać, że nie byle z kim, ale ze światowymi ludźmi ma się do 
czynienia, zaczął,
a zawtórował mu zaraz Krzyś, pieśń złodziejską, szeroko 'śpiewaną:
Siorsa burkowana, karćma murowana,
jest tam kacmarecka jesce niesimfrana.
Tak se przyknajało trzok handrusów do dnia,
siedli za stolice, dziakneli se ognia.
Swarna kaćmarecko, podzwólze nam zagrać,
troskę potańcymy, poknajemy doraz.
Swarna kacmarecka zagrać im 'kazała,
oni tańcowali do samego ranią...
Niedługo wziął za skrzypce Krzyś, a po chwili Marduła przed chłopów jął tańczyć. Ciało jego
wyprężyło się, oczy znieruchomiały i straciły wszelką myśl, a stały się jaikimś blaskiem 
bezmyślnej, krążącej po żyłach Marduły krwi; korpus wykonywał ruchy małe, miotany przez 
nogi, nogi natomiast wykonywały pracę gwałtowną jak piorun i wściekłą jak obłęd. Marduła, 
unosząc się na końcach palców u stóp, uczynił taki wir z nóg swoich, iż szalonych ich ruchów
oczy patrzących chwytać nie zdołały. Lekkość zaś w koń
394
cach stóp Marduły była taka, iż zdawał się on nie stawać na ziemi, ale tylko dotykać jej 
szpicami kierpców i suwać się, jakoby wirując w powietrzu.
Patrzyli chłopi słowaccy z niemym zdumieniem.
Wtem Marduła sikok dał i piętami w ścianę nad ich głowami uderzył.
Chłopi przygięli głowy i pootwierali gęby.
Wtem Marduła, jako umiał, skoczył i podeszwami kierpców skrzypce Krzysiowe musnął, a 
Krzyś nie przestał grać.
Chłopi słowaccy wybałuszyli oczy.
Wtem coś trzasło.
To lekkonogi Marduła jednym uderzeniem stopy gruby dyl w podłodze karczemnej złamał.
Naówczas chłopi słowaccy wybuchnęli ogromnym śmiechem zachwytu i poczęli wołać:
- Jaaj! jaaj! Pri sam Bohu! Ajestie chlap, aj chlap!
Krzyś zaś grał, oczy jego ciemnoszafirowe o długich wołoskich rzęsach, szeroko otwarte, 
wodziły się za Marduła, przymykając się, gdy Marduła zdumiewał, a ruch ręki wodzącej 
smyczek i palców przebierających po strunach był bezwiedny; również bezwiednie bił Krzyś 
takt obu stopami z piętą. Od czasu do czasu przy wyższym skoku, cudowniejszym ruchu, 
namiętniejszym rzucie Marduły, spoglądał na Gałajdę i uśmiechał się w porozumiałym 
uwielbieniu.

-Łierwszy otwarł Marduła oczy i od razu zachłysnął się, jakby mu oddech zaparło. - Jezus 
Maria! - przeżeginał się w duszy. - Zali to był sen?
Zali nie wyszedł z lochu pana Rzeszowskiego i śniło mu się tylko, że go stamtąd puszczono, 
że sołtysa na drzewie powiesił, z pieniędzmi jego na Olczę przyszedł i stamtąd na wyprawę z 
Janosikiem wyruszył za Tatry?!...
Przetarł oczy.

background image

Lecz nie, nie była to ciemnica lochu, gdzie lata długie przeisiedział: z boiku, niewysoko, 
widniało zakratowane okno w murze, którego w zamku rzeszowskim nie było.
Nagle w śmiertelnym strachu Marduła porwał się na równe nogi i kopnął obok leżącego i 
śpiącego Krzysia w kolano.
Krzyś się obudził, siadł i spytał:
- Dnieje?
- Krziś! - krzyknął Marduła. - My we więzieniu!
- Co? - zapytał Krzyś włosy odgarniając.
- Krziś! Na rany Boskie! My w hereście! We więzieniu!
Tyle rozpaczy było w głosie Marduły, że Krzyś porwał się z siedzenia, od razu trzeźwy.
- Jako?
- My we więzieniu! - wył Marduła. Krzyś rozejrzał się i ujrzał kratę w oknie ściany, pokiwał 
głową i rzekł:
396
- Juści prawda. Zaparli nas.
- Gałajda! Gałajda! - wył Marduła, kopiąc z kolei Gałajdę w bok.
Ale Gałajda spał twardo, na brzuchu leżąc, podobny do wielkiego tramu drzewa.
Marduła rozpaczliwie raz za razem trącałgo nogą. Wreszcie Gałajda się obudził i zapytał:
- Co fces?
Marduła wrzasnął z jękiem:
- Bartek, Jezusie Maryjo, my we więzieniu!
- Jako? - zapytał Gałajda sennie.
- W kreminole my! Boże! Boże! Boże!
- W kreminole? - zapytał Gałajda powoli, niewyraźnie.
- Dyj ci gadam! Zaparli nas!
- Może?
Marduła począł płakać na cały głos. Znowu więc jest w lochu, znowu, znowu, znowu?!
Gałajda zaś siadł na kamiennej posadzce lochu i począł pytać Krzysia:
- Ka my to? We więzieniu?
- Patrz! - wskazał mu Krzyś małe zakratowane okno.
- Hy - mruknął Gałajda - prawda.
- Jako my się dostali?! Jako my się haw dostali?! - ozwał się w szlochaniu Marduła do 
Krzysia, ten zaś milczał jeszcze chwilę i odpowiedział:
- Ja sytfko wiem. Tańcowałeś w karcymie, pote zaceni my pić, pote jeś ty hipnon do Gałajdy i
podziałeś mu: ty myślis, bestyja -wielga, ze ja ci się bojem? - i wycioneś go pięściom w łeb. 
On nic, jyno się ośmiał i łeb się mu skrziwiła. Tyś zaś drugi raz hipnon ku niemu i zaśeś mu 
znowa samo tak pedział:
ty myślis, bestyja wielga, ze ja ci się bojem? - i zaśeś go wyicion w łeb, a om się samo tak 
ośmiał i łeb się mu skrzywiła. Za trzecim rażę cię ciapnon, dłoniom na płask, a tyś się 
przekopyrtnon pod ławę. Zaceni się Luptacy śmiać, a Bartek im pedział: wy się nie musicie z 
Polaka śmiać. Oni jesce barzyj, bo i oni
397

przynapici beli, a Gałajda nic nie pedział, jyno do nik beckom z kapustom, co mu stała pod 
bokem, śmignon. Zrobiła się burniawa, oni do nas hipli.
- Aha! Wiem. Zbacyłek se. Ja ik w pole wyprał! - przerwał mu Marduła. Ale Krzyś rzekł:
- Edź jeś ik ta bars moc w pole nie wyprał, boś pod ławom leżał jesce, jak głupi, jyno Bartek 
synkwas do obu rency ułapieł i wzion nim jeździć po izbie 'ze starom Żydówkom na krześle, 
bo jom zawadzie! rogom. Luptowscy hłopi uciekli.
- Uciekli, kie ja wstał - rzekł Marduła. Krzyś niechętnie kiwnął głową i odpowiedział:

background image

- To jyno ten wte uciekał, co go ,nie beło. Tyś, Franek, zawdy jednaki. Kietoyś się beł nie 
fciał przekazować przed Luptakami ze siełom, toby my bśli do biśdy nie wpadli. I wyśmiali 
cię, i haw nas dali zaprzeć, a wtoz wie, 'cy kie wyjndzieme stela?
- Ze cóż my zaś takiego strasnego zrobili, coby nas nie mieli puścić? - rzekł Marduła 
przemijając cierpkie prawdy Krzysia.
- Je nic, jyno co po tej bece z kapustom trzok niezywyk ostało.
Zwiesił Marduła głowę na piersi, potem powiedział:
- Hajducy beli blisko.
- Wiera blisko! Bo ja cię za pahołka udał, a tyś płacieł i wołałeś na nas, coby my se kazowali. 
Piękny 'mi taki pahołek, co gazdowi wino płaci. Żyd zaraz do urzędu musiał dać odkaź. 
Prawie hajducy przyśli, kie my beli z winem, z gorzałkom i s temi trzoma gotowi. Straśnie my
beli sytka pijani, ani nie wiemy, kie nas tu przywiedli. Mnie się jesce w głowie zawraca.
- Ej Boże! - westchnął Marduła.
- Bo my jesce pote pili, zakiela hajducy przyśli, i tak się mi widzi, ze my polegali spać na 
ławy - kończył Krzyś.
- Tak musiało być - rzekł Marduła. - I tu nas
398

przywiedli abo i przywieźli pijanyk. A teraz nas obiesom abo tu zgmijeme za żywa.
- Kaź my som? - zapytał Krzyś.
- Cy ja wiem?!
Krzyś poszedł ku oknu i wyjrzał przez kratę.
- Tak się mi widzi, ize my na zamku w Hradku. Tak mierkujem, bo góry końdek widno.
- O! O! O! - począł łkać Marduła. - Znowuk w niewoli! O, jus teraz nie wyjńdem ś niej! Jus 
nie wyjńdem! Nigda!
Gałajda słuchał milcząc. Wtem wstał, a głową pułapu sięgnął, i przystąpił ku ścianie 
najbliższe j. Wyciągnął ku niej ręce, rozstawił ogromne palce i tak wzdłuż ścian posuwał się, 
macając je, jakby był niewidomy.
Przybliżył się ku oknu.
Wlepił w nie oczy i powietrze pociągnął nozdrzami.
Potem znowu ścianę macając sunął się wzdłuż celi, ale gdy znów ku oknu przyszedł, 
zatrzymał się i powietrze nozdrzami ciągnął.
- Niewola - mruknął powoli do siebie.
- Niewola - powtórzył.
- Niewola - rzekł po raz trzeci.
Coś takiego zadrżało w jego głosie, że Krzyś i Marduła pomimo woli z przerażeniem spojrzeli
na siebie.
Gałajdy pierś wzdymała się, usta krzywiły i oczy poczęły nabierać wyrazu przerażenia a'ż do 
obłędu.
Zwrócił oczy na Krzysia i na Mardułę, straszne i pełne okropnego strachu.
- Gałajda - rzekł Krzyś, aby przerwać milczenie i z trwogi przed Gałajda - dy cię jesce nie 
wiesajom.
- Ja - ja - począł bełkotać Gałajda - ja - w niewoli? Jakoż to? Nie mogem - iść - ka fcean - 
zapartyk -- pomiendzy mury -- nie mogem iść - ka fcem - ja -- w murak -- ja --
- Piersy raz siedzi - mruknął Krzyś porozumiewawczo do Marduły.
Gałajda położył ręce na kratach.
399

- E - rzekł Krzyś - hrube, nie wytardzes.

background image

- Próguj! Próguj, Bartek! - krzyknął Marduła. - Ja ci pomogem!
Gałajda zagiął palce na kratach, przypiął się do nich i Marduła. Nie drgnęły.
- Na nic! - zawołał Marduła. - Nie mamę haw nic? Ani noża?
- Sytko wzieni, kie my spali - odpowiedział Krzyś.
Gałajda ciągnął kratę, żyły wystąpiły mu na skroniach i na rękach i zsiniał cały z natężenia; 
ale krata nie puściła.
- Na nic! - powtórzył Marduła. - Już my ik! Na wiecność!
Gałajda szarpał kratę w tak straszliwy sposób, z takim wyrazem twarzy, aż Krzyś przerażony 
ozwał się:
- Bartek! Daj pokój! Nie siep się telo! Ale Gałajda snadź nie słyszał i szał go ogarniał. Zerwał
ze siebie koszulę, zmoczył, skręcił, założył za kratę, cofnął się krok i szarpnął. Przerwał 
koszulę i odleciał w tył ku ścianie, w którą uderzył plecami, aż jęknęła.
- Jezus Maryja! - szepnął Krzyś w trwodze na widok tak [strasznej siły i tego wysiłku.
Gdy Gałajda zaś na nie ruszoną kratę w oknie i na przerwaną na poły koszulę w swoich 
rękach spojrzał, usta skrzywiły mu się do płaczu, łzy do oczu nabiegły, pierś poczęło mu 
wstrząsać krótkie, przerywane łkanie i rozpłakał się jak zrozpaczone dziecko.
Krzysiowi stało się go żal.
- Bartek, o cóż płaces? - ozwał się, aby go pocieszyć. - O kosule? Dyj ci jej ani nie trza na 
długo, bo cię obiesom. A kie cię pod siubienice powiedom, to ci kosule dadzom, nie bój się.
- Nieładnie by beło na nik, coby nagiego wiesali - dodał Marduła rezygnacyjnie.
Gałajda łkał i na kratę patrzał, a oczy stawały mu się coraz większe, coraz więcej przerażone, 
zdawały Się wychodzić na wierzch 'ż orbit.
400

Krzyś przeląkł się o niego.
- Gałajda! Nie zapamiętuj się! - krzyknął. Gałajda zaś znowu jak człowiek nieprzytomny 
począł rękoma dookoła siebie wodzić, ruchy nimi nieokreślone wykonywać, cofać je ku 
głowie i znowu wyciągać.
- Is - rzekł Marduła żałośnie - niedźwiadkaś z oklepca puścieł, coby beł wolny, a sameś na 
niewolom prziiseł...
- Hej wiera! - westchnął Krzyś. - Jus mi Byrka więcel zimnej kapusty przez omasty na 
śniadanie nie da... Co robić... Mocny Boże...
- Kiejek do dudka przyseł, kie mi Pan Bóg piendziesiont dukatów nagodzieł, cobyk się na 
gazdę sproscił, tu mas! - biadał Marduła.
- Hej Panie Jezusie! Aleby my beli za to dukaty nieraz pili! - westchnął Krzyś.
- Ej, belibymy, beli!
- I Gałajde by my beli ożenili! Bo ja mu to zawdy padał, co mu baby trza. I byłbyk mu babsko
nalaz, jak się patrzy, nie oblizańca ani nie matafije, co by maniery miała, jyno dziewkę 
gazdowskom, nie wysiedzianom, rezuwitnom, wystawnom i przystojnom... Bo to cłowiek!
- Haj, cłowiek - powtórzył Marduła.
- Jemu baby beło trza - mówił dalej Krzyś. - Ja mu radzieł. Co by miała dulse jak woda, serce 
jak złoto, rozum jak włosy, a od biedry do biedry w zadku pięć siuhów. Coby beła.
- Haj, coby beła! - westchnął z żałością Marduła.
- Ja mu radzieł. Bo mi go beło żal. Same jyno obsiwkary beły koło niego, co na jednem 
ramieniu wodę nosi, a na drugiem ogień...
- Hej, hej! - wzdychał Marduła.
- A teraz sytko na nic.
- Na nic.
- Iz Byrkom jus nie bedem, i Gałajda się nie ożeni, i obiesom nas.

background image

401

- O rany, rany Boskie! - począł łkać wzruszony do głębi Marduła.
- I s tobie, Franek, tyś nic nie będzie. Taki piękny hłop!
- No - jęczał Marduła przez łzy. - Beł ka wtóry drugi taki?
- Nie beło.
- Ja to zawdy wiedział, ze miś!
I Marduła rzucił się Krzysiowi w objęcia.
- Symónie! - odezwał się z kąta Gałajda głosem cichym i drżącym do Krzysia.
- Co fces?
- To ja jus nie pude więcel z wołami w hale?
- Nie.
- Kie się zieleni?
- Nie.
- Kie okowiak gwizda po lesie, a siwarnik po kosodrzewinak?
- Nie.
- Kie żołna puka po smreku?
- Nie.
- A wewiórka hipka po gałęziak?
- Nie.
- Kie hmury białe po niebie idom i owce po kosarak ztoyrcom na zwonkak?
- Nie.
- Kie juhasi na piscałkak grajom po turniak, a pasterki śpiewajom za krowami?
- Nie.
- Watrę kłaść?
- Nie.
- Nie pude więcel na trawie pomiendzy lelujami żółtemi na brzuhu leżeć li j&caw żuć?
- Nie.
- Ani 'borówek i bruśnic przy wołak jeść?
- Nie.
- Ani nie bedem więcel ocami do nieba na grzibiecie leżał do słonka się grzejęcy?
- Nić.
402

- Nie pudem jus, ka bedem fciał, fcie bedem fciał, jako bedem fciał?
- Nie.
- Ba mnie cosi trzimie?
- Ha j.
- Mnie?
- Tobie.
Gałajda, żałośnie i jak dziecko dotąd mówiący, ryknął i rzucił się ku drzwiom gładkim i bez 
klamki od wewnątrz. Za nic ich chwycić nie mógł, za nic próbować wyważyć, więc po kilku 
daremnych próbach jął w nie bić sobą, własnym ogromem. Huczała cela więzienna, ale drzwi 
nie drgnęły, Krzyś zaś wołał:
- Bartek, siejdze, daj pokój, bo se na zdrowiu ublizys!
- Bartek, posiedź! - wołał ze swej strony Marduła. - To na nic! Ja to znam!
Gałajda tłukł ramionami, piersiami, kolanami drzwi, aż wreszcie cofnął się od drzwi, mówiąc 
półgłosem:
- Mocniejse...

background image

- Biedak - rzekł Krzyś - widziało się mu, co jus nic mocniejsego nie ma nadeń. A ono wej 
jest. Nasło się. Dźwierze żelazne.
- Mocniejse - powtórzył Gałajda.
Jakby z jakimś uszanowaniem, z podziwem na drzwi
patrzał.
- Wiś, Gałajda - rzekł Marduła - tak se i ten niedźwiadek pod Krzywaniem, coś go z oklepca 
puścieł, septać musiał, jako ty haw teraz. Bo i ten oklepiec beł mocniejsy jako on. Podziałeś 
mu: niewola strasna rzec, a aniś się nie nazdał, kie sam do niej
wpadnies.
- Nie nazdałek się - zachrypi! Gałajda.
- I ulutowałeś się go wej, hoć to jyno głupi dżwierz beł, ale nad nami nijakiego zlitowania nie 
będzie, aj nie będzie...
- Haj, z nienazdania my haw wpadli - zabiadkał Krzyś, Marduła zaś zawołał:
403

- Wiś, Bartek, twój niedźwiadek se po lesie skace, spomina cię... I niewolom swoje...
- Niewola - zachrypił Gałajda.
Wtem porwał się od ściany, pod którą stał, przygiął się, pochylił głowę naprzód, wziął rozpęd 
od ściany, dał Olbrzymiego susa i z łoskotem wyłamawszy kratę w oknie, wleciał w nie 
ramionami i tak został.
Krzyś i Marduła oniemieli na razie, na koniec Krzyś, widząc, co się stało, krzyknął z uciechą:
- Bartek!
Gałajda nie odpowiedział; Krzyś wołał:
- Bartek! Aleś hłop! Jesce takiego nie beło. Wysoko hań?
Gałajda milczał.
- Zamglał - rzekł Marduła.
- Nie dziwota! Kie się hań kosula urwała! Wyoiągmy go!
Wyciągnęli Gałajdę z okna, ale on zwisł im na rękach.
- Bartek! - wrzasnął Marduła.
Z czaszki Gałajdy spod włosów sączyła się krew.
- Ozbił głowę! - zawołał 'z przerażeniem Krzyś.
- Nie, łeb ma całom - powiedział Marduła wsunąwszy palce we włosy Gałajdy. - Jyno skórę 
przecieno. Położyli go na podłodze; Gałajda legł sztywno.
- Trup - rzekł Marduła. - Zabiel się.
- Zabiel się - powtórzył Krzyś, kiwając głową. - Teli hłop!
- Smierzć więksa.
- Bartek! - wrzasnął nagle, potrząsając Gałajda, Krzyś.
Ale Gałajda był nieruchomy.
- Zabiel się, na ozaist zabiel się - rzekł Krzyś z bezsilną trwogą do Marduły. - Zabiel się...
- Skoda go. Ja go straśnie rad widział - westchnął Marduła.
- I ja - powtórzył Krzyś i wybuchnął płaczem. Rozpłakał się również i Marduła i obaj płakali 
rzewnie nad ogromnym trupem.
404

- Bartuś, Bartuś, kieby ja beł przecuł, nie bełby ja cię pozywał ze sobom, kies się ty miał 
zabić! - łkał Marduła.
Lecz Krzyś ustał płakać i rzekł:
- Ale okno wybiel.
W jednej chwili przestał płakać i Marduła.

background image

- Prawda - rzekł - okno wybiel.
- Możemy uciekać.
- Możemy.
- Słonko dopiero mało co wyfaodzi. Jesce śpiom.
- To my tu od wcorańsa, od popołednia?
- No, spalimy, bo my beli pijani. Zerwał się Marduła jak żbik.
- Ucieka jme!
Krzyś przystąpił ku oknu i wyjrzał,
- Nie ma nikogo. Woda pod murem, Wag, nie bars się głęboka widzi. Jyno wysoko skocyć. 
Będzie ze trzi siongi.
- Nieg będzie i dziesieńć!
- Połózmyz go, jako trza - rzekł Krzyś - coby wiedzieli, ze to beł oświecony cłek i ze go haw 
nik nie zabiel, jyno on się sam.
- Wartko! Wartko! - wołał Marduła. Krzyś zaś ręce Gałajdzie na piersi olbrzymiej złożył i 
powieki mu przymknął.
- Bydż zdrów, bracie! - rzekł ściskając go za rękę przy dłoni.
Ale Marduła wsunął się już w okno, wystawił nogi i skoczył.
Pojrzał za nim Krzyś: spadł w rzekę, zanurzył się po szyję i stanął.
Krzysia przejął strach, lecz Marduła dawał znaki naglące rękami, wsunął się więc i on w 
okno, wspomniał Matkę Boską i Byrkę i skoczył.
Buchnął w wodę obok Marduły; zalał się, ale go Marduła za kark chwycił i tak go dzierżąc, 
wodę przebrnął, po czym wpadli w rosnący zaraz za wodą las i poczęli biec naprzód.
405

Biegli długo, aż Krzyś sapać zaczął i przemówił:
- Lekcejze, bo nie zdolem.
Zwolnił więc nieco Marduła szalone tempo, a Krzyś mruczał:
- S tobie by ibeła prawie pła abo cap, Franek... Kie umres kiejsi, to się z diabłami przy 
wolnem casie w niedziele o załogę bedzies ścigał po piekle, o trzi dudki abo o syrek... Bo bań 
pudzies za sołtysa spod Kalwaryje.
Bieżeli jeszcze, aż Krzyś zaprotestował:
- Stań! Teloś przebiegły, co cuid! Zapaliłbyś mię! Stanęli więc. Krzyś zaraz siadł na 
korzeniach od buka. Milczał chwilę, sapał, potem rzekł:
- Skoda Bartka! Beł hłop! A i dobry cłowiek, strasecnie.
- Skoda - odpowiedział Marduła. - Mnie go będzie za'1 do końca życia.
- I mnie. Ale wieś, kieby nie on, toby my haństela nie wyśli.
- Ze jak? Nigda na świecie! Tej kraty by ani trzok tęgik hłopów mię wyłomiło. Ja jom cuł, 
kiek się jej hycieł.
- BeTibymy wisieli.
- No. A co by nas beli dobili przódzi! Mało zywyk by nas olbiesili! Krzyś wstrząsnął 
ramionami od zedrżenia.
- Dobrze, co s nami beł.
- Ze dy ista łaska Boska! Ojca nam Pan Bóg dał w tym Bartku.
- Haj. Trza dzieńkować Panu Bogu, co go s nami wraz zaparli.
- I co miał łeb, nie krufkom. Gównem by beł nie wybiel.
- No. Kwałaz Panu Jezusowi, kie my tu!
- Wyślebodzilimy się.
- E - rzekł po chwili z wesołością Krzyś - ale się nacudujom, kie hań jyno jednego najdom!
- Wiiera się nacuduijom, psie kości! Kie trzy siubienice ryktowali!
406

background image

- Bajto! Nieg mię pobozia ze siubienicom, kie ja haw, w lesie. Ale kaź teraz pudzieme?
- Ku Janosikowi. Najdzieme go! On hłopami nie sieje po drodze, ba idom kupom. Wróoime 
się zaś za wodę, ale daleko. Mnie tak, kieby skrzidła rosły!
- Diabli cię wytrzęśli z nogawice! Obęckałek się wcora straśnie w tej karcymie, jesce dziś 
cujem. Posiedźmy na kwilę. Gonieł nas nik nie będzie, bo ani ślaku znaku po nas. Bedom 
myśleli, jeże my się potopili we Wagu, kie my powyskakowali oknem. A i trup ig zabawi 'by 
na ćwierć godziny, kie go najdom. Bo się bedom cudować, kieli je i jako się stało?
- No tak pedzieć sprosta, Symónie, co już widno, ize nas Pan Bóg opiekuje - rzekł Marduła. - 
Kieby Gałajdy beł nie stworze!, tobymy haw nie beli, ba hań, i musielibymy wisieć.
- No ha j.
- Cud Pana Boga, jakie ja mam scynście! - mówił Marduła. - Niwto iny takiego scynścia nie 
ma. I piniondzek nabył, i z biedy jęk bez Gałajde wyseł. A i tyk dukatów jęk nie wzion ku 
sobie, jyno dwa, dwak minon, a seś śtyrdzieści jęk ostawieł przy mace, na Olcy. I pan Bóg się
w pięknym cłowieku koha. Jyno wiecie, Krziś, nie padajcie pomiendzy ludziami, co ja się od 
Gałajdowego rencyska przekopyrtno'n. Bo to ani tak nie beło, jyno ja się utknon i bez to. 
Przewyrtnonek się we j. Ja by się mu beł nie dał na ziem prasnonć. Nie!
- Hę - rzekł Krzyś - skoda go. Ja by go beł ozenieł. Na mój sto prawdu! I byłbyk mu na 
weselu grał, i bylibymy pilii...
Marduła zaś dowodził:
- Pan Bóg tyz wie, co robi, nie bój się! On by się do sądnego dnia hańbieł, jakby mnie z Jego 
wolom takie ciarapary Luptaki obiesiły! To raz. A drugie: mięło Mu na mnie patrzyć, jak do 
kwiatu. No, ale lećmy.
- E, jyno jus tak pytlikujmy, bo straśnie prę. Gorąc! - rzekł Krzyś.

Siadł Janosik Nędza Litmanowski, ręce za przypory od portek założywszy i nogi przed się 
wyciągnąwszy, w zamku hradczańskim, w wyzłoconej kasztelańskiej sali na szkarłatem 
obitym fotelu, a za nim stanęli jego towarzysze: Mateja, Gadeja i Wojtek Mocarnego 
Stopkowie, i siwy stary Sablik ze sępimi oczyma, pospierani na ciupagach. Przed nim zaś stał 
blady, wylękły kasztelan, Iwo Szalany, baron, z rękami w bezwładnym przestrachu 
opuszczonymi po żupanie.
- Prosem ig m.iełość, wielgomoznego pana grabie, kluce od kasę - rzekł Janosik grzecznie do 
kasztelana.
- Kasa cesarska.
- J.a tu teraz pan! Pisa j cię do cysarza: Janosik Nędza Latmanowski z Polskiej, z Nędzowego 
Gronika w Polanak, haw bel i kasę wzion!
- Tomek! - zwrócił się 'do Gadei. - Bier hłopów i icie z panem grabiom kasę cysarskom 
wybrać.
I wyciągnąwszy przed się rękę, palcem wskazał posłuszeństwo baronowi.
Z kolei zwrócił się do siedzącego pod ścianą pąsowego z gniewu kanonika, zamkowego 
proboszcza.
- Prosem ig miełość duhownom, Gałajdzie, temu, coście go we więzieniu, zaklęła ja haw z 
hłopami prziseł i Hradek zajon, nieżywego naśli, cobyscie mu taki pogrzeb sprawili, jak kłęby
jednorał cysarski pomar.
Żachnął się zuchwały ksiądz, w suknię swą dufny, i krzyknął, nie posiadając się z oburzenia:
408

- Szalejesz, chamie?!

background image

Ale Janosik ze szkarłatem obitego fotela wstał, ku księdzu postąpił, pistolet zza pasa dobył i 
pod nos go kanonikowi podsuwając, pocałował go w rękaw a rzekł spokojnie:
- Jedy jako fcecie, jegomość. Ja was ta moc nukał nie bedem. Ale będzie? I przybliżył lufkę 
pistoletu pod nos księdzu.
- No jakoż? - pytał Janosik. Ksiądz zaklął po madziarsku, porwał się z miejsca i wrzasnął:
- Zbóju!
- E ta o to nic - odpowiedział Janosik spokojnie i stalą lufy końca nosa księżego dotknął.
- Będzie?
- Będzie! - ryknął, trzęsąc się z furii, ksiądz. Janosik ujął go powtórnie za rękaw, pocałował i 
rzekł:
- I coby wartko beło, jegomość, duhem, bo tyś casu nie mamy haw siedzieć. A co my się 
końdecek teraz pokłopocili, to nic. Gniewu o to miendzy nami nie będzie.
Bier hłopów, Maleja, i idź z jegomościom pogrzeb Gałajdzie jednoralski sprawić. Ja ta 
przydem.
A setnicy i dziesiętnicy nieg pilnujom; kupców, Żydów, panów rabować wolno, siedlakom, 
hłopom a biedakom, sewiecom, krawcom, rzemieślnikom nie brać nic, ba jesce, jak bieda nań,
to mu rucić. Zbójnik świat równa.
- No wicie, krzesny ojce - zwrócił się do Sablika - może my nie dłuży jak o dwie godziny po 
świtaniu baw prziśli, a z Gałajdy już trup!
- No.
- A Mardułe ani Krźisia nik nie widział?
- No nik.
- E, to oni dwa cojsi umędrkowali, a Gałajda odpiók. Bo on ta bodeś s kim o bodejscym 
nierad radzieł. Skoda hłopa. Ja go fciał, kie się bedem z cysarzem w Peście ziemiami dzielieł, 
cysarzowi pokazać.
409

Bo nie mas pomiendzy nami nadeń, coby wto tęgiego wołu dźwignon abo z hrubego smreka 
urwał gałąź od samego serca. Ja się ś nim fciał pokwalić - jakie to w Polsce brakowne hłopy 
bywujom... Jeść się mi fce. Hej, hajduk, przywiedź mi haw barana! Tłustego!
- Tu? - zapytał wystraszony burgrabia, którego Janosik za hajduka wziął.
- Nie błafctaj pyskom, jyno rób, jako ci kazujom! - krzyknął Janosik.
A gdy skopa do sali wprowadzono, Janosik przystąpił ku niemu, nożem zbójeckim gardziel 
mu na dywanie bagdadzkim poderżnął i rzekł:
- Kaź kuhnia? Uwarzcie go w mleku, po juhasku. A hłopom woły, kielo trza. Coby mięsa 
dość belo. I biśdakowi, wendrownemu, dziadowi cisnąć. Jyno pić mało. Wto się opije, pięć 
dwaścia toporzisk.
Tak nagle, tak niespodziewanie Jamosik z tysiącem chłopów Hradek podszedł, że go wziął. 
Zajął Hradek i myślał, co dalej uczynić.
Potem siadł Janosik na stolicy na środku rynku na znak władzy swej odprawować sądy. Po 
mieście i poza miasto wołać kazał, że kto ma jaką skargę, niech przyjdzie, a sprawiedliwość 
znajdzie.
Szli więc chłopi słowaccy z narzekaniem na madziarskich panów, a Janosik słuchał i w 
pamięci karbował karby, kto się zaś na nędzę żalił, sypać mu pieniądze zrabowane kazał.
Ale już po południu tego dnia, na wozach na gwałt z Mikułasza wiezieni, przyjechali 
żołnierze, pandury i hajducy węgierscy. Wypadł na nich Janosik jak sokół łowny na 
jastrzębie. Jego ciupaga ze zberczącymi 'kółkami zdawała się być piorunem w jego dłoni. 
Tam najstraszniejszy ze wszystkich, Cygan Franek Bela z Orawskich Zamków, olbrzym o 
twarzy szatańskiej, pieszo walczący, z toporem, którego chłop w dwu rękach nie dźwignął, z 
Janosikiem się zetknął.

background image

410

Chamie! - krzyknął, waląc się na Janosika jak głaz z turni na buka.
- Psie! - odpowiedział mu Janosik, zazberczawszy
ciupagą.
Poczęli się rąbać, lecz zawsze ostrze ostrze podchwytywało. W dwie ręce Cygan topór wziął i
wił nim jak oś szprychami w szybkim pędzie. Biała mu piana na wargi wyszła, a niebieskie 
oczy złowrogo jasno błyszczały. Jak na boisku w czas młoćby cepy twardo o ziemię ubitą 
uderzają i odskakują od niej, tak topór odskakiwał od topora. Ani piędzi nie cofnął się żaden, 
tylko na nogach tęgo się opierając nacierali na siebie. Podobnie podczas wiatru halnego, gdy 
buki blisko rosną, konar we wściekłym pędzie o konar uderza, jak gdyby jeleń rogami w rogi 
drugiego
gruchnął.
Płomienie to walczyły. Wtem Cygan lewicą długi jatagan turecki zza pasa wyrwał i 
podsunąwszy się pchnął. Ale nim ostrze pod ramię Janosika ugodziło, podbił ten z boku piętą 
kolano Beli i Cygan runął wznak.
Roześmiał się Janosik i rzekł:
- Jakoż będzie? Hę?
Cygan leżał sekundę, równie przerażony, jak zdumiony. Czekał na cios, ale gdy go nie 
otrzymał, zerwał się na klęczki i pod nogi Janosika jatagan rzucając, a topór mu oddając w 
ręce, powiedział z orawska:
- Veru, prisam Panu Bohu, vystie chlap, a j chlap! W tej chwili młody pan Pongracz w 
mundurze huzarskim 'koniem natarł na Janosika - ale Janosik barkiem konia pchnął i zwalił 
wraz z jeźdżcem, który po francusku O mon Dieu! krzycząc, na głowę padł, szablę świecącą 
łamiąc i życia młodego pod ciosami Gadei zbywając.
Pierzchać przed Janosikiem poczęli Węgrzy jak wrony przed kobuzem, gdy sztychem bije. 
Gdzie się Pokazał, powstawał krzyk przestrachu: Janosz! Ja
411

nosz! - i gromady walczących się cofały. On zaś rzucał się bez myśli o liczbie, podobnie 
owemu niedźwiedziowi, co psów nie rachuje na polanie, gdy na nie wpada. Otwierała się 
przed nim przestrzeń, podobnie jak kiedy burza las wyłamuje na światło.
Het pod Smerekowicę, w góry liptowskie Węgrów gnano, a gdy ostatnich rozproszono i 
docięto, zapadła noc.
Wówczas Janosik na rogach, które towarzysze jego mieli, rozkazał trąbić na lasy na zbór.
A gdy się chłopi zgromadzili, zwycięstwem upojeni i 08 walki gorący, rozkazał Janosik, 
siedząc na głazie, jodłę ściąć i ogromne ognisko na -małej polance leśnej zapalić. Buchnął 
ogień i wzniósł się dym ze smolnych gałęzi. Poczęto jeść i pić, szumieć i huczeć. Dziko się 
stało niewypowiedzianie. Wówczas Janosik wstał i krzyknął:
- Zbójeckiego!
Stanął Sablik przy ogniu z dźwigniętą nad głowę krwawą ciupagą, włosy długie, siwe 
odgarnąwszy z czoła, po boku zaś przy nim stanęli muzycy, dwaj Łusckowie z Kotelnicy, 
bracia, co piszczałki •orzy sobie mieli, i Józek Hawrań z Jurgowa, co na Sablikowych gęślach
umiał grać. a któremu je Sablik z rękawa czuchv swojej wydobył. Zabrzmiał las muzyka.
Już Janosik z Gadeją, Mateją i Mocarnego Wojtkiem przed muzykantami stanął i nutę 
zbójeckiego ochrypłymi od znoju walki głosami zawiedli.
I w tan się puścił naprzód wódz, a za nim towarzysze i chłopów Podhalanów kilkudziesięciu 
koło watry, od krwi na blachach, klamrach i stroju czerwonych, ciupagą o ciupagę w 
powietrzu bijąc, aż iskry pryskały i las dźwięczał.

background image

Zrywały się ptaki spłoszone i zwierz leśny umykał daleko. Stary Sablik był hersztem tańcowi.
Dokoła niego 'tańczono, dokoła jego trwającej starodawnej chwały. Chłopi czcili swą własną i
siłę dawnych pokoleń. Wiedział to Sablik i godnie się wyprostował,
412

a głowę wzniósł. Czuł się jako pomnik na cmentarzu honornych chłopów, którym ich 
synowie, wnuki i prawnuki w męstwie i dzielności dorównać pragną. I wspomniał w myśli 
owe tańce, kiedy on sam, młodzieńcem będąc, koło około innych starców zataczał. I 
wspominał owe tańce, które tańczył w turniach lub puszczach leśnych sam, siłą, krwią gorącą 
własną unoszony i wyrzucany w powietrze, gdy skakał w górę i na nogach potężnych się 
kołysał z nadmiaru porywczej krzepkości.
Siwe, długie włosy spod wąskoskrzelego kłabuka mu się rozwiały, raz po razu przez zęby 
wąskimi wargami gwizdał i w takt dzikiej muzyki w miejscu nogi podźwigiwał, lekkie 
jeszcze i mocne, a na zmarszczoną jego, chudą, sępią, pełną bruzd głębokich twarz blask bił i 
cień upadał.
Tak wyglądał, jak leśny bóg mordu i pogromu. Zapach krwi dochodził mu do nozdrzy.
On lubił walczyć, mordować, zabijać. On całe życie na walce i krwi przelewaniu spędził.
I może to był ostatni wielki jego taniec, taniec, jakiego w życiu nie widział i nigdy nie 
zobaczy. Potok jego życia jakoby w jezioro się rozlał, w staw szeroki; płomień jego życia 
łuną wybuchł olbrzymiego pożaru...
Prowadził Janosik koło, a dzikie świsty, hukania i wykrzyki zdawały się drzew wierzchołki, 
na które ogień jaskrawy buchał, ku ciemności uginać.
Dzikie, szalone skoki wykonywali tancerze, ciupagi wyrzucali w powietrze z furkotem i 
chwytali je spadłe w dłonie, jak w żelazne kleszcze, gdy Janosik przed muzykantami się 
zatrzymał i ciupagę na ziem koło ognia Sablikowi pod nogi prasnąwszy, w górę na chłopa 
zwyżć wyskoczył i na skrzyżowane nogi spadłszy, hajdukować ponad ziem począł, a za nim 
chłopi tańczący poczęli ciupagi na kupę pod Sablika nogi rzucać z brzękiem i dźwiękiem od 
stali ostrz i obuchów, i kółek mosiężnych u toporzysk zberczących i szli za Janosikiem 
przysiadami ponad ziem,
413

podbijając się w powietrze, jak capy skalne w urwiskach. Sablik zaś nad nimi dreptał w 
miejscu i ciupagą, w górę podniesioną, w ogniu migotał, siwy i sępi.
Długo ich Janosik tak wiódł, aż się zatrzymał, kołpak na głowie poprawił, ciupagę swoją z 
ziemi podniósł i nutę odmienił, by wreszcie wściekłą drobną nutę zakrzyknąć:
Powiadali, powiadali, ze zbójnika •porąbali, porąbali bucha w lesie, a zbójnika wiater niesie!
Naówczas wszyscy tancerze, podjąwszy ciupagi z brzękiem z ziemi, wyprostowali się i 
poczęli drobnego krzesać, gwiżdżąc, krzycząc, przez zęby słowa piosnek rzucając i w 
uniesieniu jeden drugiego się uchwyciwszy, parami w zawrotny poszli pęd, a ciupagi 
zawadzano od jednej pary u drugiej grzmiały jak kuźnia.
Stójze, stójze, siumny hłopce,
bo na wirhu twoje owce,
hej na wirhu, nie w dolinie,
a ty leży s przy dziewcynie! Ejha!...
A gdy jeszcze warciejszą, wścieklejszą nutę Janosik zawiódł, gdy chórem wszyscy huknęli:
Rada, rada, rada dam, rada, rada pozycam...
- wówczas opętanie ogarnęło tancerzy, puścili się z par i w szalonych susach przez ogień 
wskroś płomienia, skier i dymu skakać jęli, podobni do diabłów na czarcim weselu. Jakieś 
nieartykułowane, najdziksze, 

background image

414

zwierzęce namiętnością rozhukaną i rozpasaną krzyki z ust i zębów białych i ostrych dobywać
się im jęły, ciupagami rąbali pomiędzy sobą ostrze w ostrze, zderzali obuch w obuch, i już nie
taniec, ale wir ludzki gnał koło ognia, zaś stary Sablik, stojąc w miejscu, dreptał z ciupagą w 
górę wzniesioną, a włosy się mu srebrzyły.
I znowu spokojniejsze zbójeckiego nuty szły, aż się taniec skończył, a na wszystkich wyszła 
rosa jak groch i stanęli.
Wystąpił Sablik spośród koła, gdy się przerwało jak w zapamiętaniu. Długą jeszcze chwilę 
przemówić nie mógł, tylko oczy miał wlepione w przestrzeń i snadż w oczach ii w uszach 
skręt, brzęk, taniec zbójecki.
- E, hłopcy, warce zginonć! - rzekł wreszcie i odebrawszy z rąk Hawrania gęśliki, brząknął 
palcem w struny, pomyślał chwilę i rzekł:
- E, hłopcy, ja jus niejeden taniec zbójecki bacem. Kie jesce s was żadnego na świecie nie 
beło. Beły hłopy. Diaska użrało dziś! Ja wam tak powiem, co nie żal żyć na świecie. Świat 
straśnie dobry, jyno cobyś na nawyśniejsy scebel stanon, ha wiatry duwajom i słońce z 
miesiącem świci. Sytko drobna rzec. Ale co się uciesys, kies na Krzywaniu, nad światem, to 
twoje. Siełom się swojom cłowiek ciesy i nie mas nad to radości. Niek ta wto fce ma kohanke 
abo gazdostwo, abo piniondze, ka jakie dobro, cy żonę mądrom, cy dzieci usłuhliwe, nie telo 
je wesoły, jako ten, co się cuje przy siele. Ja wam tak powiem, na mój dusiu, ja by wte fciał 
zginonć, kiek zdrowy i mocny, nie, kie bedem umierał z chorości. Ja się nigda tak nie ciesył, 
kiejek ku dziewce seł, jako kiejek z Hrubego Wierhu dolinami w Carne Ściany leciał, tak jak 
kieby mię oreł niós. I to ci powiem, Janosik, niek ta będzie, co będzie, niek będzie krew, ale 
kie się cujes hań, w scycie, niek cię Bóg oświeńci, to twoja godzina! Nie co ine. To twoje 
życie, hłopskie, strzeleckie abo zbójeckie. A co ine, to diabła warce,
415

Hłopu nie honornie w pościeli umierać. Wte warce zginonć, kies w scycie.
Potem się uśmiechnął wdzięcznie, aby przepytać, jeśli długim mówieniem znużył, a słuchacze
może właśnie do słuchania usposobieni nie byli, i z humorem i dowcipem wytwornym 
zaśpiewał przy gęślach:
Ej kieby ja se wiedział, ej luptowskie przehody, ej sełbyk poza bucki, dydźek jesce miody!...
chałupie starego Nędzy Litmanowskiego na Nędzowym Groniku siedzieli po wieczerzy w 
białej izbie oboje Nędzowie i przybyłe w odwiedziny na posiady Zubkosowe dziewki wraz z 
bratem Wojtusiem. Maciek w kącie izby po strunach na skrzypcach palcem brząkał.
Mrok panował w izbie, którą tylko kaganiec na łańcuchu zawisły, pięknie zdobny, olejem ze 
lnu napełniony, blado rozświetlał. Wtem w cieniu na ławie ujrzał stary Nędza Litmanowski 
postać męską siedzącą.
Zdziwił się, ale nie rzekł słowa, tylko się wpatrzył dobrze.
Nie wszedł tu nikt. To był duch.
Zadrżał nieco stary Nędza i oczy wytężył. Poznał. Był to pradziad jego, JUTO Nędza Siumny,
którego małym chłopcem widział.
Siedział na ławie i patrzał nań, siwy, ogromny, nad miarę potężny; na piersiach miał spinkę 
wielką, ozdobną, mosiężną, z krzyżem u wierchu i piętnastu długimi łańcuszkami, którą się 
zawsze zdobił, bo był Siumny, i z którą go pochowano, bo mu była miłą za życia.
Siedział na ławie nieruchomy i patrzał na starego Nędzę.
Potem powoli, poważnie wyciągnął ku niemu rękę.
Nikomu więcej nie dało się widzieć.
T znikł.

background image

Zasępił się stary Nędza, ale poznał, że to nie był zły duch, bo strachu na niego nie puścił, gdy 
od
417

szedł - był to pradziad jego, Juro. Pomilczał chwilę, po czym się ozwał:
- Matka!
- Zje co? - zapytała Nędzowa.
- Pokazał się mi haw pradziadek, cok go jesce małym hłopce widował - Juro Siumny.
- Iście?! - zawołała Nędzowa z niepokojem.
- Na ozaist. Tagek go widział, jak haw tobie. Rękę ku mnie wyciągnon.
- Nie pedział ci nic?
- Nic.
Stara Nędzowa zwiesiła na pierś głowę, stary Nędza zaś westchnął ciężko.
Milczeli.
Mróz biały ogarnął obie dziewczyny, Wojtusia i Maćka; zęby im zadźwięczały.
Chwila uszła, nim się ozwał cicho Wojtuś:
- Stryno, stryk Siumnego uźreli?
- No."
- Może się trza ognia warować abo złodzieja? - szepnął Wojtuś, nie otwierając myśli 
przerażenia. Strach głuchy rozlał się po izbie.
- On zwiestował niesceńście - ozwała się stara Nędzowa.
- Abo chorość; jako u Bukowskiego matka - rzekł stary Nędza.
Stawało się coraz głuszej w czarnej izbie *, aż Maciek się odezwał cicho z kąta:
- Ja to słysał z ojca, w Dzianisie, ize dziadkowie i pradziadkowie zyjom s nami w domak 
nasyk; oni nas radzi widzom, bo my ik krew i nasienie, przepowiadajom...
- Siumny by ta beł z bodejscym nie prziseł, bo to beł hłop jak śrybło - rzekł stary Nędza. - Z 
figlami by on beł haw na ławę nie siad.
- Niesceńście zwiestować przyseł - szepnęła półgłosem stara Nędzowa. - Ale trza belo, coby 
się Janosik ruseł...
w czarnej izbie - winno być: "w białej izbie" 
418

Cisza zapanowała w izbie. Dziewczyny Zubkosowe poschylały głowy. Wojtuś i Maciek 
siedzieli nieruchomo. Szła noc.
Przytuliły się dziewczęta Zubkosowe do siebie i Jadwiga szepnęła do Krystki:
- Może Janosika męcom...
- Może...
Wtem dreszcz przeszedł wszystkich.
Stary, odwieczny, rodowy, z jaworu ciosany, cisem wykładany stół, z jednej płyty jaworu 
siekierą wykrzesana i ostrzem jej gładzona, a rękawami pokoleń wypoliturowana stolnica, na 
potężnych szerokich nogach stojąca, z wyobrażeniem Męki Pańskiej, słońcem, miesiącem i 
gwiazdami w otoku, z wyobrażeniem sprzętów jadalnych dokoła otoku i drzew szumiących 
po rogach, stół, który pokolenia wykarmił i który wszyscy Nędzowie Litmanowscy w pamięci
wyrzeźbiony nosili, ozwał się. Trzy 'razy w nim "łupło".
Ścierpły dziewczęta Zubkosowe i Krystka szepnęła do Jadwigi:
- Może Janosika zabili...
- Może...
Powoli podniósł stary Nędza oczy na powałę, na sozrąb ryzowany, który ją podtrzymywał, a 
na którym wyrzeźbione było imię fundatora i gwiazda w otoku na środku, gwiazda rodziny, 
gwiazda nad domem, gwiazda rodu, a potem ku drzwiom, na których deszczułki ryzowane 

background image

Tozchodne wyobrażały wschodzące słońce: radość życia, błogosławieństwo bytu, trwałość 
istnienia. Stamtąd, z powały fazowanej spod sozrębu, od drzwi ryzowanych w jasny dzień 
światło na lśniące, gładkie, pięknie wyheblowane żółtozłociste ściany 'padało, napełniając 
dusze weselem, na mieszkanie pokoleń i świadectwo dostatku. Dziś duchy w nim w mroku 
nieszczęścia wieszczą, duchy przodków, czujne, wierne, niemylne i niedostępne. Martwy 
Wydał się staremu Nędzy sozrąb nad głową z gwiazdą w otoku w cudne kwiaty i rośliny 
rzeźbiony, belka mocy, siły i chwały domowej.

A zaś Janosika ciągnęła myśl, gdzie 'niegdyś przed laty, młodym chłopcem będąc, ze 
strykiem Wawrzkiem Nędzą (któremu nos złamał niedźwiedź) i z Jaśkiem Jarząbkiem, jego 
przyjacielem (któremu nos złamała Kunda Harendzka, trąciwszy go weń ramieniem przy 
zwyrcie w tańcu, iż tak mówili obaj, że nikt ich nie rozumiał, a oni się wzajem rozumieli), 
wielkimi myśliwymi, był chodził. Żyjeli leśniczanka Weronka, po której mu tylko pozostała 
pieśń marzeń i natchnień wojennych:
Pod jazuorkem, pod zelenym, orze Hancia wołkiem ciemnym, yesce skiby nie zorała, matka 
na niom zawołała:
Hanciu, Hanciu, pójdź sem domu, wydajem cię, nie znam komu, wydajem cię Janickowi i 
hroznemu zbójnickowi...
Żyjeli jeszcze w leśniczówce pod Batyżowiecką Doliną ona i jej siostry, Irma i Juczi, i jej brat
Andrysz kulawy, co na harmonii grał?
Żyjeli jeszcze?
Nic o niej nie wiedział. Trudno było z odwiedzinami i w odwiedziny po Spiżu i Liptowie 
chodzić, gdy na głowę cenę wywołano.
A z nieprzepartą mocą 'poczęła Janosika ciągnąć myśl.
Taka tęsknota mu objęła piersi, że aż mu serce •mdlało.
420

Nigdy, nigdy się już nie wróciła taka noc, noc podobna.
Niigidy i nigdy...
Coś go rwało, jak strumień gałęż rwie, co na głąb, w kotlinie, upadłszy, krąży po niej, a prąd 
ją porywa, coraz bliżej, coraz bliżej koryta i spadu.
- Co imię to kusi? - myślał. - Co mię hań pozywa? Ono mię cosi woła...
A że popłoch paść musiał szeroko dookoła i chłopi byli zmęczeni, dał im Janosik w Hradku 
spoczynek, sam zaś z towarzyszami Gadeją, Mateją, i Mocarnego Wojtkiem lasami popod 
Tatry, do leśniczówki pod Batyżowiecką Dolinę ruszył.
Nad wieczorem było i już gwiazdy pierwsze wschodziły, gdy pod polanką w lesie, na której 
pobudowaną była leśniczówka, stanął. Potok szumiał, a ten szum poznał Janosik - wstrzymał 
krok, przymknął oczy i posłuchał chwilę. Tak jakby od tego szumu do szumu całe długie lata 
nie ubiegły...
- Ostańcie haw - rzekł do towarzyszy - boby myśleli, ze ik zazbójować idzieme, i przelękliby 
się. I zbroje wam oddam, jyno ciupagę od psów weznem.
Więc legli trzej towarzysze w gęstwinie, a Janosik szedł ku leśniczówce. Stanął u płotu przy 
furcie, gdy wysoka, smukła kobieta właśnie psy podwórzowe z łańcucha spuszczać miała.
- Hej! - zawołał Janosik od furty.
- Kto? - zapytała.
- Swój!
- Kto?
- Z Polski. Ja haw na polowaniu beł, będzie dzisienć roków temu.
Smukła kobieta się zastanowiła i odjęła rękę od łańcucha. Zadrżał jej głos, gdy pytała:

background image

- Kto taki?
Poznał Janosik i szepnął głośno:
- Janosik.
Smukła kobieta postąpiła szybko ku furcie.
- Wyście to, Janosik? Z Polski?
421

- Ja - - Weroniko - - -
Jakieś milczenie zapadło w ciemnym lesie.
Smukła kobieta oparła się na sztachetach furty.
- Janosik - zadrżały jej usta. - Wyście to?... Wy?...
On zaś pytał szybko:
- Tata żyj om?
- Umarli.
- Mama?
- Umarli.
- Siostry?
- Pozwydawały się. Nie ma ich.
- Andryś? Brat?
- On tu ze mną. Samiśmy.
- Wyście wydana?
- Nie.
- Wtoz za leśnickiego?
- Inny, gdzie indziej. Myśmy tu tylko sami z Andrysiem i sługami. Skąd idziecie?
- Z Polski.
- Przenocować chcecie?
- Przenocujecie mnie?
- Wdzięcznie.
- Nie boicie się?
- Czego?
- Cy imię pote nie udali zbójnikom?
- Wyście wszyscy zbójnicy, z Polski - uśmiechnęła się Weronka.
Poznał zaraz Janosik, że jeszcze przez lasy wieść o napadzie na Hradek nie doszła, 'ni też, że 
Weronka nie wie, iż ów straszny Janosik Nędza Litmanowski, hetman zbójecki, to on sam.
- Gdzie idziecie?
- Na robotę. Do Peśtu. Do hut zelaznyk. Otwarła Weronka furtę.
- Wejdźcie - rzekła. - Głodniście?
- Nie. Jyno byk rad ugwarzeł s wami.
- Po toście przyszli?
- Po to.
422

Weronka zatrzymała się.
- Janosik - rzekła - dziesięć lat -
- Samo tak pachnie ten las i potok sumi - odpowiedział. - Ja kiek nad nim stanon, to się mi 
widziało, zejek go nie odchodzieł nigda.
- A nie słyszeliście go dziesięć lat -- Wezbrało Janosikowe serce.
- Weronka - rzekł - bacycie wy? Smukła kobieta odwróciła głowę.
- Bacycie wy?

background image

Głos Janosikowi, hetmanowi zbójeckiemu, zadrżał nieco.
- Coście wy musieli przez ten czas - - szepnęła półgłosem Weronka.
- Ale ja się obiecał wrócić i hawek; wróciłek się. Głowa Weronki pochyliła się mimo woli ku 
ramieniu Janosikowemu.
- Stara już jestem - rzekła.
- Nie ma wam jak siedem dwaścia.
- Dużo.
- Ja bacem. Hej, dziewce - rzekł Janosik, obejmując Weronkę wpół - ja o tobie nigda nie 
zabacył za te casy. A tyś o mnie pamientała?
- Pamiętałam.
Ogarnąć ją rękami, przycisnąć do siebie, ucałować po licu przyszła Janosikowi chęć, ale się 
lękał jej uczynić przykrość zbytnią śmiałością.
Usiedli pod izbą na ławie, w pomroce.
- Weronka - zaczął Janosik - ja se wąsom pieśń śpiewać kazował. Bacycie jom?
I zagwizdał z cicha nutę swych natchnień wojennych.
- Pamiętam - odpowiedziała Weronka.
- Haj, kazowałek se. Gwiazdy wte samo tak świeciły, jak dziś.
- Tak samo.
Wzbierało Janosikowe serce.
- Weronka - rzekł - mnie casem tak luto beło
423

za tobom, co cud! Ja by beł haw horami, wirhami
'leciał...
- Czemużeś nie przyszedł?
- Cemu?
Zmilczał Janosik i zagwizdał cicho, na wargach,
szemrząc w myśli:
Cemuzes nie przyseł, kie miesioncek wyseł? Byłbyś se posiedział i do domu poseł...
- Dziesięć lat, długi czas - mówiła Weronka.
- Cyście mię cekali?
- Zrazu tak, 'potem już nie...
- Weronka - zaczął Janosik cicho - Weronka,
'bacycie wy - ten noc?...
Dziewczyna spuściła głowę ku piersiom.
- Haj?
Z oczu Weronki spłynęły łzy.
- Cegoz płaces? Ja haw! - ozwał się Janosik
wzruszony.
- A moja młodość - - gdzie? - wyrzekła przez
te łzy Weronka.
Rozpłynęło się w piersi Janosikowe serce. Objął dziewczynę rękami, przygarnął ku sobie i po 
licu całować począł.
- Ja haw, Weronka, wyrtnonek się - mówił.
Dziewczyna otarła łzy.
- Co tam wspominać - rzekła - jak miało być, tak się stało. Idziecie jutro? Dalej?
- A jakobyacie f cieli?
Naówczas Weronka ujęła obie Janosikowe ręce
w dłonie i rzekła:
- Po 'cóż pytać?

background image

I szła cicha noc, a oni siedzieli na ławie pod izbą, w śródleśni bezgranicznym, tajemnym, 
wysoko nad światem, dalecy życiu. I mówili. Aż Weronka śpiewać półgłosem po słowacku 
poczęła:
U zelenej rokyty leży Janik zabity.
Kto ho zabil? preczo zabil?
my ne zname,
ale si ho my panenky
pohowame.
Kdeze ho polozime,
kdeże ho pohowame?
Do hajika, do hajika
zeleneho,
tam mu budę slavik spieval
w hrobe jeho.
Oplakala Marika je} wernego Janika. Pametajte, ludia Bozi, że ja zamrem, a od żalu welikeho
są pominiem.
A ked priszło ku jari,
spadły ruźe s jej twari.
Eszte ani na jar sitko
nezożali,
uż Mariszke, uż Mariszke
hrob kopali.
A na tie dwa hrobeczky
zasadiii ruziczky.
Spajaju są konariky
s konarami,
ako by są mila s milym
objimali...
Słuchał Janosik cicho nuconej, cudnie słodkiej, cudnie tęsknej, cudnie smutnej słowackiej 
pieśni.
- Hej, Boże! - rzekł. - Jak to świat idzie... Oparła mu Weronka na ramię lico, szepcąc tak 
cicho, jak gdyby ćma przefrunęła:
- A ty chcesz iść?
- Ka?
- Na grób?
424
425

- Jaki grób?
- O Janosik! W dolinę, wysoko, w Dolinę Batyżowiecką...
- Zy wtoz hań leży?
- Kto?
Podniosła go ręką i powstali, i przeszli ku bocznej
bramce za domem, wprost w las, skąd się leśna perć
rozpoczynała. Weronka szła naprzód.
Wolno szli w oćmie nocnej, pod górę, bystro, a gdy minęli smrekowy ślepy las i w 
kosodrzewinę wstąpili,
gwiazdy stały -nad ich głowami.
Gdzieniegdzie stała samotna, wyniosła limba, jak
cień.

background image

Przebyli kosodrzewiny ogromne, gałązkami perć
grodzące, świtać już miało, gdy w progi głazów wstąpili.
- Batyżowiecka Dolina - rzekła Weronka.
- Spady - odpowiedział Janosik.
Z głazu na głaz, progami się posuwali w górę, a skały nad nimi Btały zaćmione, ciemne, 
gwiazdami tu i owdzie podziergane u szczytów i 'grani, i wiatr
chłodny szumiał, poranny.
- Jam cię tu choć raz chciała przywieść - szepnęła Weronka.
- W ten dolinę?
- Ku stawu.
Gdy głazy przebyli, jął się zabielać świat. Nikło odmraczać się jęły góry, z wolna widnieć, jak
'szare masy, i błękitnieć, i w kotliny mroczno, głęboko niebieskie, między skały, brzask 
'począł wpływać blady. Oczom ukazał się posępny, czarny Batyżowiecki Staw, Wpół chmurą 
przysiadły, której przędzione strzępy
wody tykały.
- Na prawo - rzekła Weronka. Ostry, przenikliwy, długi, pszka'jący gwizd przedarł ciszę.
- Cap! - rzekł Janosik, wznosząc głowę.
Zahurkotały kamienie lecące w turniach na dół i echo poszło; 'snadź 'cap ruszył skokiem.
Po płaskich głazach zwiłgłych od wody przeszli.
- Tu - rzekła Weronka.
Ujrzał Janosik kopczyk mały, z kamieni usypany.
- Cos to? - zapytał.
Weronka uklękła bez słowa, z rękami opuszczonymi.
Patrzał Janosik na szary kopczyk kamienny, nad którym skały nagliły się w mroku i brzasku, 
jakby ruchome, a nieruchome wieczyście.
Weronka przeżegnała mogiłkę i wstała mówiąc:
- Janosik, tu twój syn. Janosik drgnął.
- Tum go pochowała Żył tylko dzień. Nie dałam go ludziom ani robakom ziemnym. Tu w 
trumience drzewianej, limbowej, gdzie nic do niego nie przyjdzie, leży w głazach i pod 
głazami, a za matkę mu wiatr...
- Ja nie wiedział - ozwał się Janosik.
- Wyniosłam go tu sama. Tu leży nasz syn... Aniś go nie widział nigdy.
- Hej, Boże! - westchnął Janosik. - Jako to
idzie świat... Weronka 'zaś mówiła:
- Co wiosnę jam tu szła patrzeć... Gdy śniegi wytajały... Jeszcze na stawie był lód. Wiatr 
mojemu dziecku do snu śpiewa - luli, luli, maleńki... Ściany krzesane Gierlachowskiej 
Wysokiej to jego dom...
- Hej - rzekł Janosik - tak se haw leży, jako oreł młody na gnieździe. Wysoko.
- W to się obróciło, kiedyś mi ty mówił: biorę z ciebie miód, jako pszczoła z bzu -
- A tyś mi podziała, co jęk ci taki, jak las... Weronka mu zarzuciła ramię na szyję.
- Ulżyło się sercu memu, gdym ci go pokazała. I on ojca poznał. W nocy się mi pytać chodził:
jaki mój ojciec? 'skąd? On z Polski - -
Janosik przystanął dumnie na głazie, wzniósł głowę i rzekł:
- Janosik Nędza Litmanowski, hetman zbójecki.
427

- Jezus Maryja! - krzyknęła przeraźliwie Weronka, cofając się z przestrachem. Ale Janosik 
ujął ją za rękę i powiedział:
- Nie bój się. Mojom bedzies i nad Luptowem paniom. W zamku siedzieć bedzieme, a tu 
stanie złoty krziz.

background image

- Tyś po Luiptowie zbójował?! Na ciebie płakano i przeklinano cię?! Na twoją głowę 
pieniądze naznaczono?! - wołała Weronka.
- Ale ja nigdy biednemu nie wzion, ba tam, ka beła kupa. Ja świat równał. Bo mnie samemu 
nie trza beło. A i wesołyk beł! I śmiały! Dziad zbójnikem nie będzie, jyino hłop! Ja się rad beł
świate uciesyć i ze świate sprógować: wto lepsy? Ja się tom ciupagom od Dónajca po Dónaj 
pirzerombał! Haj!
I Wzniósł ciupagę do góry.
- Strasznyś! - rzekła Weronika.
- Alek hyrny, władny i bogaty! Przychyliła Weronka głowę.
- Jak król - rzekła z pomimowoiną pokorą.
- Jako król!
Potem Janosik objął ją przez ramiona i mówił:
- Ja ci twojom młodość nadgrodzem... We złocie i w jedwabiak hodzić bees... Wdzięcny ja ci 
jest i zawdy jęk cię w sercu miał. Boś ty tnie swojom pieśniom zacałowała, w miej beło 
sceńście. Is, jaki świat.
Wybielała spiska równień ma dole, słońce strzeliło za Tatrami, a na czarne szczyty i granie 
Gerlachowskiej Wysokiej wybiegło różowozłociste światło i zapłonęło na nich, na zrębach i 
w załomach błękitnych, jak wstęga 'kwiatów.
- Dziecko nieg śpi - rzekł Janosik, odwracając poza się głowę ku jezioru. - Jemu haw dobrze. 
Haw Spokój. Nie przydzie ku niemu nik, nie mąci koło niego. Haw ciho. Turnie go ogrodziły 
jak mury. Tak se leży, jako na zamku kralewSki syn. Bydż zdrowa, Weronka. Ja haw prosto 
dołu zlecem, za wolemi perciami i bez las.
428

- Dokądże idziesz?
- Mnie ceka wojna.
- Z kim?
- S panami...
- Janosik! Zginiesz!
- Abo ja, abo oni. Wtosi zginonć musi. Jakby się nieprzyjaciele bali, toby wojnów nie beło. 
Bydż zdrowa! I wyzieraj mię!
Objął Weronkę w szerokie ramiona, przygarnął ku sobie, ucałował w lico i oddalać się począł.
Gdy znikł wśród złomów, zbercząc ciupagą, rozpaczliwie krzyknęła Weronka:
- Janosik!
Ale z gęstwiny dobiegł jej już tylko śpiew:
Nie smudze się, dziewce, kie ja się nie smucę, cały świat obejnde, ku tobie się wrócę! 
Janicku, zbójnicku, sto hromów do tobie! Po całej dziedzinie idzie hyr o tobie!...
Stała Weronka w pustce. Tak się jej zdawało, ze jej się śniło. Po kosodrzewinie poniżej, 
falami gnąc ją złociście we wschodzącym słońcu, spływał wiatr. Weronka odgarnęła włosy 
opadłe z czoła i uczyniła za Janosikiem w powietrzu ręką krzyż.
- Zginiesz - szepnęła.

-D iegł Janosik w dół, samotny w pustce, myśląc:
No to wej wiem, po co mię wołało. Fciało mi wej grób syna pokazać. Ludzie na świecie! 
Cyby ja się beł kie nazdał, aj nazdał, ka mój syn? Abo ze beł? Ono se wej o cłeku myśli. Nie 
bój się! Zawiedzie cię, ka fce. Nie wieś, bez co usłuhnies. Ani co za głos taki? W sumieniu się
obzywa. Jako siwarnik w kosodrzewinie. Włade ma nad światem. Nie stois za nic. Raz cię 
grzmiotami popądzi, raz się zaś znowa będzie w tobie obzywać jak piasek...

background image

Zbiegł Janosik jak strumień wezbrany do swych towarzyszy i zdziwił się, albowiem z dala 
ujrzał nie trzech chłopów, ale czterech, pod drzewami leżących przy obozowisku.
- Wtoz hań? - zawołał z daleka.
- Bafija! - odpowiedzieli.
Głos ich tak brzmiał, że Janosika niepokój przeniknął; 'w kilku susach ogromnych z góry na 
dół był przy nich.
- Co fce?
- Już sytkiemu koniec - rzekł Bafija.
- Jako?! - krzyknął Janosik.
- Sytkiemu koniec. W nocy wojacy cysarscy skądsi przyśli, Hradek wzieni.
- A hłopi?
- Wto nie zginon, to uciók. Janosik zatoczy! się i oparł o drzewo.
- Syćka uciekli?!
430

- Syćka; jyno ci nie, co ig zabili łebo pohytali w niewolom. Za pośrednie ziobro wisieć 
bedom. A wyście ka beli, hetmanie zbójecki?!
Śmignął Janosik obuch toporka w górę, ale go zatrzymał nad sobą - tylko straszne oczy padły 
w twarz Bafiji, tak że ten zbielał - iż ust Janosika grzmotnęło jedno słowo: Idź!...
Bafija się zwrócił i odchodzić począł, niknąc.
- Co gadał? - zapytał.
- Je to, co i tobie - odparł Gadeja. - Przisło w nocy wojsko, obstompiło zamek, hłopi się 
bronili, bo ig zniedobacka nie zaśli, Sablik strzóg i warty poustawiał, ale mieli harmaty, moc 
ig beła, hłopi wzieni uciekać. A Bafija uciekał i tu zaleciał.
- Sablik zginon?
- Nie. Wywiód hłopów.
- Moc zgineno?
Gadeja nic nie odpowiedział.
- Sablik się osatał hnet, jakom mu piosnecke śpiewajom - rzekł Maleją. - Uciók i wtorysi za 
nim.
- Może połowa - rzekł Gadeja.
- Kiebyś ty hań beł... - rzekł Mocarny. • - Kwała Bogu, co go nie beło! - odparł Gadeja. - 
Boby beł zginon i ani komu uciec inie dał.
- Nie bełbyś poradzie! nic - powiedział Mateja. - Zołmirzy beło ze dwa tysiąca i harmaty 
mieli.
- Tak i Bafija gadał - rzekł Gadeja - fała Bogu, co Janosika nie beło! Boby beł ludzi do 
ostatniego zahubieł! Tam się nie beło co bić, jyno uciekać. Jesce, padał, poniewtorzy hłopi z 
piniondzami śmigli. Pojedna baba za swoim hłope zajajcy, ale się ta i 'sproscom, co se do torb
nabrali, padał Bafija. Jedni mieli cas, drudzy nie. Bafija nam tu syćko opedział. Nie beło cię 
długo.
- Prosto pedzieć: nie majom ludzie ma tobie klonć - rzekł Gadeja. - Każdy wie, coś dobrze 
ludziom zrobić fciał. A nie dało się, no toś ty nie Pan Bóg. Nie wróci się ik moc, prawda. No 
to zaraz wiedzieli, ze nie na wesele idom. Nie pytał ig ta za Tatry
431

w Luptów nik, pod bukietami, 'ba pod zbrojom bić
się.
- Zje dyć - rzekł Mocarny. - Musiało być tak
abo tak.

background image

- Bóg strzóg, coś się hań w 'tej leśniarce zabawie! - rzekł Mateja - bo sam wieś, jakiś jest. S 
to-bom -nić ma aprendu, zanadtoś śmiały. I ty byś beł zginon, i my trze by my beli zgineni, i 
sytka do nogi. Aniby świadka -nie ostało. Nie dało się, no to cóż radzić?
- Bóg strzóg! - powtórzyli Gadeja z Mocarnym.
- Tak jak kieby cię umyśnie odesłał - mówił Maleją.
- Panu Bogu bez rozum nie przejńdzies - rzekł Gadeja po chwili. - Wtoz wie, co On jesce od 
tobie fce? Może cię jesce na to nawiedzić, cobyś Mu kościół ze zbójnickik pieniendzy 
postawił, tak jako kiejsi w Nowym Targu zbójnicy Świeintom Annę ufundowali. Wole 
Boskiej nie aprzepatrzuj, bo nie sprzepatrzys, a do dzieła Boskiego się nie dosprzycynis ani 
mu nie umalis.
Tak mówili, patrząc na Janosika, któremu po licu biel czerwona chodziła, a po oczach cień i 
błysk.
Słuchał on jakby nie słysząc, a gdy się milczenie stało i trwało chwilę długą, szepnął, jakby 
gdzieś we wiatr mówił:
- Tyś mię wywiedła, dziewcyno. Ty jedyna u mnie w sercu. Sytkiemu koniec. I mnie, i ayciu 
mojemu. Po czym rzekł głośno i śmiało:
- Pocie, hłopy, haw stela wysy. Jest hań rówienecka miendzy kosodrzewinom', podailej.
- Po cóż hań pudzieme? Trza uciekać za Tatry. Popod Końcystom bez Żelazne Wrota - 
powiedział Mocarny.
Rozśmiał się Janosik.
- Bez Żelazne Wrota? Wtorędy my się od Żelaznej Bramy na Dónaju w Polskom ze złotem i 
śrybłem wracali? Hańtędyj?
- No zy hań nablizy - odpowiedział Mocarny.
- Bedzies miał cas uciekać, nie bój się.
- A ono by trza. Bo nas sukać pudom - rzekł Mateja.
- Ucieces i ty! Jesce cas.
- Janosik - zaczął Gadeja, ale dalej nie mówił. Szli w górę, którędy Janosik na dół był zbiegł. 
Wydostali się nad las i wstąpili na rówieneczkę wśród kosodrzewiny, gęsto i zbicie otoczoną 
krzakami, wysokimi nad człowieka.
- Hłopcy! - rzekł Janosik. - Dajcie mi zbroje mój om.
Odebrał z ich rąk rusznicę, pistolety i noże zbójeckie.
- A teraz usłuhnijcie mnie!
- Co fces robić? - zapytał Gadeja niespokojnie.
- Podpalcie kosodrzewinę ze trzok stron.
- Na co?
- Beecie widzieć. Migem!
- Znak fces dać demem? Komu? Heba wojakom, co my haw!
- Macie cas zuciekać, kim by prziśli. • - A ty co?
- Uwidzicie. Migem podpalujcie! Dokoła! Trzej towarzysze Janosika skrzesali ogień i 
podpalili kosodrzewinę, on zaś stał między krzakami w pośrodku.
- Janosik, bo cię ogień ogarnie! - rzekł Gadeja. Ale Janosik odpowiedział:
- Jesce cas! Pomału gore, dajcie mi ręce. Dali mu ręce swoje i zdziwieni i nie rozumiejący
stali chłopi, aż Gadeja, patrząc w lico Janosika, ozwał
się powoli:
- Jezus Maryja, Janosźk! Coś ty namyślał? Smierzć se fces zrobić?!
- Cafcie się od ognia - rzekł Janosik. - Z rówienki... Chłopi się cofnęli, on zaś mówił:
- Wy mnie słuhać musicie do końca! Zaprzy
432
433

background image

siengliście. Pokiel ja żyw, ja harnaś, a wyście sprości
towarzisia. Pocie haw!
- Janosik! - ozwał się Gadeja błagalnie, w sercu
niewiedzącym przeszyty. Ale Janosik mówił:
- Hłopy! To nie mogło być, coby ja się dał pobić. Jednej śmierzci, ha j, ale więcel na calućkim
świecie nikomu. Ani księciu, ani grafowi, ani biskupowi, ani królowi. Ja by się miał du domu 
wrócić, cobyk się pomiendzy ludzi hańbieł iść, coby mi baby do ocy skakały ze zębami: A 
kiez pudzieme do Luptowa siedzieć?! Hłopów-eś wytracieł po próżnicy. O mnie by się wto 
przekwalać miał, ize ja przed nic uciók? Ja, Janosik Nędza Litmanowski, hetman zbójecki, co 
o mnie po syćkik dziedzinak na sto mil wkoło hyr seł? Ja by żyć miał, kiejek nie dokonał, na 
co jęk się zabrał? Kiejek dobryk ludzi pozwybijać dał i sam ś nimi nie zginon wraz?! U mnie 
jedno słowo tak jako pierun. Kie grzmi, to grzmi! Bydźcie zdrowi! Skoda, co Sablika nie ma, 
boby mi zagrał! Na ostatek! Mnie nie żal umierać. Ja haw nie bedem sam. Jest hań wysy, przi 
Stawie, mojego syna kopiec w skalak...
Niemi patrzyli towarzysze Janosikowi na to, co się stawało. Z oczu siwych i bystrych łzy im 
spływały na twarde twarze, ale się mu sprzeciwiać nie śmieli. Jego włada robiła, co chciała. 
Nie dorósł go nikt i przed jego oczami każdy rzednął. On wse ka
zował.
Dym wzbijał się i ogień wznosił ogarniając Janosika - rozumieli, że tak umrzeć chciał i że mu
na to ręce podali. Okrutna zgroza i żałość ścisnęły im serca, ale go porwać z ognia nie śmieli. 
On zaś oćmiał od dymu w ich oczach i prawie znikł, na ciupadze
wsparty.
- Janosik, zgores! - zawołał Gadeja, z rozpaczą
łamiąc ręce.
Nagle Matę j a i Mocarny jakby porwać się chcieli, rzucić w ogień - ale z dymu krzyknął 
Janosik:
- Ja se śmierzć zrobić muse! Zginie, wto przy
434

stompi! Inacy nie może być!... Ja was Bogu oddajem i okwiarujem, bratowie mili! Inacy nie 
może być!...
- Hej ty, Tomek - krzyknął jeszcze do Gadei. - Pudzies tu dołu, do starej leśniarki, przy 
dobrem casie. Powieś hań pannie, Weronka jej, bez co ja się nie wrócieł! I ojcom powiedz! 
Hej! Ręce im pobośkaj! Bydźcie zdrowi, towarzisia moi! I Polany!...
W osłupieniu stali opodal ognia trzej towarzysze Janosikowi; płomień piętrzył się, wzmagał 
się i dym bił w górę, i zaćmił Janosika. Groza ich przejęła, trzęśli się i płakali - ale niemoc ich
owładła. Zaklęcie głosu Janosikowego postawiło ich w miejscu. Aż gdy jęk usłyszeli w 
trzasku ogromnych krzów kosodrzewiny, w kurzawie ognia, który nagle buchnął płachtami 
czerwonymi, odwrócili się z krzykiem i popadali prawie na twarze, a potem zdjęci lękiem 
kość mrożącym biec poczęli przed siebie, z włosami spiętrzonymi do góry, jak capy oszalałe 
piorunem. Długo biegli, nim się uspokoili i nim, posiadłszy zdyszani, daleko gdzieś w lasach 
przepastnych, nieznanych, mówić mogli.
- Tak beł powinił umreć - rzekł Gadeja. - Ja •to pojon.
- Tak.
- Tak.
- I my mu nie musieli przeskadzać, ba jesce ostatniom służbę przy nim odrobić. Beł hłop.
- Beł!
- Beł!
- Godnom se śmierzć zrobieł. Sam...

background image

- Nie będzie drugiego takiego.
- Nie!
- Nigda!
- Ciupaga przy nim i syciek sprzęt.
- Dobrze.
- Popiół wiater ozniesie.
- Strasnom se zrobieł śmierzć, nie móg ścierpieć!...
- Hańbić się mu nie fciało. Nie bedzies cisem spod wierhu w piecu paleł, bo go nie zwleces.
435

- Nie.
- Nie.
- Warce się pomodlić.
Klękli w ciemności gąszczu, wpośród czarnych smreków konarami obitych do ziemi i głazów
leśnych i modlili się, jak umieli, aż Gadeja, najstarszy wiekiem, rzekł:
- Podźmy, hłopcy, w Polskom. Co haw robić dłuży? Janosik się pominon.
- Na zawdy.
- Skońceł się.
- Amen.
Ruszyli przed się i prosto szli, nieba nad głowami szukając. Aż gdy w nocy z lasu się 
wydobyli i w obcej jakiejś stronie wolnym powietrzem odetchnęli i skały prostopadłe 
gwiazdami poiskrzone ujrzeli, w żałości, pamięci i uwielbieniu zawiedli:
Janosik, Janosik, twoje bile ruce budom otwierały 'kupieckie truchlice, kupieckie truchlice i 
królewskie składy budzies se otwierał, Janosicku •młody!
I szli w górę bez chleba i wody, prąc się w skały, mimo noc, wyżej i wyżej, gnani okropną 
myślą, która bryzgała w ścianach zsuwistych, złomach ruchomych, śmierć kołysających, i 
zawisach urwanych, pod którymi gromadziła się czarna noc, chwytająca widne w świetle 
gwiazd stopy, zamknięta oczom przerażonym martwą, skrzesaną w niezmierzoną głąb głuszą.
Mgły zawaliły świat. Mgły jesienne, grube, ponure, w których najbliższe drzewa, najbliższe 
domy nikły niewidzialne. Góry i dolina utonęły w pomroku, słońce sczezło w nim, zda się na 
wieczność.
Wrota od obory okolicznej skrzypnęły, psy wszczęły hałas, ale ucichły.
- Wtorysi znajomy hłop idzie - rzekł stary Nędza do żony, która koszulę męską cienką igłą 
ślicznie haftowała.
Trzej towarzysze Janosikowi, Gadeja, Ma tej a i Mocarny, czarni od trudu skał, stanęli u 
progu sieni, u drzwi półuchylonych, jak to u gazdy, gdzie czeladzi wiele i ten i ów ze sprawą 
przychodzi. • - Idź ty piersy - rzekli Mateja i Mocarny do Gadei, którego Janosik najwięcej 
lubił i cenił i którego starzy Nędzowie najwięcej pośród nich radzi widzieli.
Wstąpił Gadeja pierwszy w sień, wysoki próg przekraczając i głowę pod ocapem chyląc, 
otwarł drzwi od białej izby świętalnej i wchodząc rzekł:
- Nieg będzie pofalony Jezus Krystus.
- Niegze będzie. Witajcie! - odpowiedzieli starzy Nędzowie.
Trzej chłopi weszli i stanęli rzędem przed drzwiami za sdbą zawartymi.
Popatrzyli na nich Nędzowie.
- Trzok was - rzekł stary Nędza.
- Trzok.
Grdyki towarzyszom Janosikowym zadrgały; milczenie zapadło.
437

background image

Wszyscy czterej chłopi opuścili głowy, tylko stara Nędzowa nie przestawała cienką igłą 
ślicznego haftu na koszuli wyszywać.
- Ka Janosik? - zapytała Gadei.
- Ostał.
- Ka?
- W Batyzowskiej Dolinie.
- Kie przydzie?
- Nie przydzie.
Umilkła stara Nędzowa i rzekła po chwili:
- Przynieście go!
- Popiół.
Porwała się Nędzowa z ławy, rzuciła koszulę na stół i krzyknęła:
- Jako?!
A stary Nędza rzekł zduszonym głosem:
- Ja wiedział. Siumny się mi pokazał. Gadajcie.
Ale wszyscy trzej towarzysze Janosikowi zaczęli płakać; zaszlochał z nimi i stary Nędza, 
choć jeszcze nie wiedział nieszczęścia. Stara zaś Nędzowa stała wsparta o stół dłonią na 
koszuli. I rzekła jakby do siebie:
- Ja mu jom haftowała żywemu, ja mu jom haftowała umarłemu - - popiół, popiół, popiół...
Cicho, ostrożnie wsunęły się do izby Zubkosowe dziewczyny z Wojtusiem. Widziały one od 
siebie idących trzech towarzyszy Janosikowych. Zaraz płakać jęli wszystko troje.
Długo, długo płakali, aż stary Nędza się ozwał:
- Gadajcie! Jako beło? Gadeja odpowiedział:
- On tak zginon, jak oreł, kie weń pierun strzeli. Wysoko w Tatrak.
- Stryłom go Pan Bóg zabiel? - zapytał Nędza.
- Nie.
I Gadeja opowiedział śmierć Janosikową i rzecz chłopów, której świadkowie jeszcze snadź 
byli nie popowracali do domów.
438

Słuchali Nędzowie ponurej opowieści dzień po dniu, godzina po godzinie, jako zwykło się 
było prawić, gdy Janosik ze zbójnickiego chodu powrócił, wino złociło się od kagańca w 
pucharkach, dukaty błyskały na stole, a miłe ciepło otulało radzących w dobrze zamkniętej 
izbie.
Gadeja skończył i twarz na ręku sparł. Stara Nędzowa, której łzy z oczu nie ciekły, rozdarła 
na poły koszulę haftowaną, wyszła z izby i siadła na ławie przed domem.
- Haw stela się Janosik rusał -- haw stela się rusył po raz ostatni.
Popiół, popiół, popiół...
Zaś stary Nędza długo płakał, czoło dłońmi obejmując, aż się zwładał i rzekł:
- Kiela beło hłopów pod Halami, kiela beło i w nasem rodzie, beł Waligóra i Wyrwidąb, 
Pętorzek i Wódpusc, beli Łamiskała i Waliłaś Toporowie z Hrubego, beli i w nasem rodzie 
Jano z Gronia, co Miętusianom siedem sto dojek wzion i na nędze ik przywiód, i Juro 
Siumny, pradziadek, i ini, bo ta i dziadek, i ociec, i ig bratowie, i zaś moji, i ja belimy hłopy 
jak się patrzy, niepłone, ale takiego, jak to moje dziecko, nie beło.
- Ani nie będzie - rzekł Mateja.
- Co dobre, bierom bogi, dawno ludzie mówili... Minom się jak gma -- ja cystę rano od 
wyhodu słonka... Darmo.
- Wieki przejńdom - rzekł Gadeja - zaklęła się taki najdzie, co on to światu opowie.
- Jaki Janosik beł - rzekł Mateja.

background image

- I jak się skońceł - rzekł Mocarny.
- Hej, hej, hej - zawiódł stary Nędza - Bóg dał, Bóg wzion. Co robić? Popiół ostał... W 
Batyzowskiej Dolinie... Daleko... Wysoko w Tatrak... Ani go wej wiater może haw nie 
przyniesie bez wierhy... Nigda... W popiół się mi syn obyrtnon... Pięknie uhowany... Telo 
wej...
439

A gdy dziewki Zubkosowe wyszły przed izby, ku strynie, zastały ją nieruchomo siedzącą na 
ławie, opartą plecami i głową o ścianę, wpatrzoną zamarłymi oczyma we mgły, poza którymi 
stały Czerwone Wierchy, gdzie Janosik lubił w ciepłe dni poglądać, leżąc pod świerkami na 
trawie lub na ławie siedząc, z palcami za przypory portek założonymi i nogami 
wyciągniętymi przed siebie.
Nie śmiały się ku niej zbliżyć i odeszły. Spotkał je Maciek, który ze stajni szedł.
- Wieś, Janosik brat się kazał spalić w Batyzowskiej Dolinie - powiedziała mu Krystka. 
Maciek zbladł i stanął.
- Rany Boskie! Prawdę gadas?!
- Prawdę. Towarzisia w izbie.
- Cemuz ja ś nim nie beł, hoć jesce jeden raz!
- Maciek - rzekła Krystka - wejze skrzipce, zagraj Janosikowom nutę strykowi i strynie.
Więc poszedł Maciek cicho na wyżkę nad izbami, zniósł skrzypce, siadł za domem i we mgły 
grube grać począł Janosikową nutę, którą on lubił śpiewywać:
We bój się, Janicku, nie bój się tego nic! Orawskiego Zamku, luptowskik siubienic! Nie bój 
się, Janicku, nie bój się, nie zginies! Wyjńdzies do wirsycka, siekireckom zunnies!
Grał długo, do obiadu, na którym trzej towarzysze Janosikowi zostali. Słuchali wszyscy w 
milczeniu. Dusza Janosikową głosiła się do nich.
Przyszła zza wierchów, zza Tater i słuchała swojej nuty tanecznej. A tak się zdawało, że 
chwila, a usłyszą wszyscy jego głos:
Nie bój się, Janicku, nie bój się, nie zginies!...
On tu jest s nami - myśleli wszyscy. - Przisel zaźreć na dom, na gazdostwo swoje, na ojca, i 
matkę,
440

na siostry i brata strycnego, odpylać ik, odpylać
świat...
Hej, miełyz mocny Boże!...
A gdy poobiadowano, na wszystkich starczyło, legli starzy Nędzowie bólem, żalem i wiekiem
zmożeni na pościel spać, trzej towarzysze Janosikowi do domów swoich odeszli. Wojtuś w 
chałupie został kozikiem strugający z brzostowego drzewa, Krystka zaś i Jadwiga wyszły z 
Maćkiem od stryków i powracały do siebie.
Krystka szła naprzód, za nią zaś Jadwiga przytuliła śliczną młodą twarz do Maćkowego 
ramienia i szepnęła:
- Wieś, Maciuś, taka mię lubość a mgłość obujena, co ani myśleć, ani iść nie mogem. O mój 
słodki! Sama nie wiem, cy mi barzyj Janosika brata lufo, cyk barzyj tobie zakohała?
Przegięła mu się na ręce, którą ją objął, w tył, piersi jej bryzgnęły spod gorsetu i 'białej 
koszuli ku górze, biodra zmiękły i krasne drobne usta z białymi drobnymi zębami rozchyliły 
się.
Poszły dziewczyny do domu swego, Jadwiga siadła za' warsztatem, na którym tkała płótno 
piękne i cienkie, Krystka zaś rozciągała na podłodze biało umytej śliczną ciemnoniebieską w 

background image

biały deseń ozdobnie tłoczoną spódnicę, którą wprzód utacała dokładnie wałem drzewianym. 
Maciek siadł na niski stołek trójnożny i brząkał palcem po strunach.
- Jus nie beemy bratowi Janosikowi śpiewować - rzekła Krystka.
- O bo nie.
- Skońceły się jus jego nuty.
- Na wiecność.
- Nie 'będzie jus nic namyślował.
- Ani mu hań wiater nie zasumi: Pod jaworkem, pod zelenym...
Krystka i Jadwiga zaprzestały roboty, warsztat ustał warczeć, Jadwiga rozłożyła spódnicę na 
stole,
441

siadła na ławie przy Krystce i objąwszy ją za szyję ramieniem, zaczęła, a siostra zaraz poszła 
za nią:
Pod jaworkem, pod zelenym, orze Hańcza wolkem ciemnym, jesce skiby nie zorała, matka na
niom zawołała --
Janosikową ulubioną pieśń.
Trży tygodnie minęło, gdy Marduła i Krzyś powrócili na Olczę. Zabłądzili, uciekłszy z 
Hradku, po lasach się błąkali głodni i spragnieni i pod klasztor jakiś żeński zaszli. Tam ich 
zakonnice puściły, jeść im dały, ale wyjść za furtę nie pozwoliły.
- Nijakim świate nas puścić nie foiały - mówił Krzyś. - Zbójnicyście i zbójnicy! 
Wypokutować nas fciały, coby nas ozgrzesyć.
- Bajto! - mówił Marduła. - Ozgrzesyć! Was ta ozgrzesały, boście starzy. Ony ta swoje 
refereta prowadzona proci potrzeby. Jyno ja hań potęgnon, kiek se pojad, to...
- Nogorzy - mówił Krzyś - co nam prząść kazowały wełnę. Ja ta jesce jako ja, prządek, ale 
nad Mardułom sępiały cięgiem, a biśterowały nań, co nie umie.
- Obserwowały nas dobrze - mówił Marduła - jeść, pić beło godnie, jyno do tego przędzenia 
to ja jus nijakiego społogu nie miał. Je to nie kosa ani nie cepy, cobyś z małego na to 
społozony beł. Ja ta ś niemi dość o to w rzędy zahodzieł. Z ręcy puscas, z ręcy puscas!... J... oi
dusiu dziś! Tonckały się koło mnie, a ustygowały: je przejndze! je przejndze!
- Przełozonom se miały uziemcystom - mówił Krzyś. - Ta musiała mieć biedre, coby jom 
uniesła! Kupa baby beło, jak kępa!
- E to beła scera baba! Ułożona! Ni eg cię co praśnie! Kie sła, to jaze ziem dudniała pod niom.
A co se koło mnie przęsła, to przeseptała do mnie - opowiadał Marduła.
443

- Mnie zaś taka zalubiła, co bela za safarke - mówił Krzyś. - Telo mi dawała wina, co się 
widziało, ze owilgnem od niego, jak kapusta o'd dysca. Mnie hań dobrze beło. Bo ja miał 
dobre zdanie do roboty, do tej wełny, to mię kwaliły. Na Mardułe ta mało co ta abo ta trę 
pyskiem, a na mnie nic.
- Edź! Dawno pedzieli, co jak wto psu ogon potrafi zawiązać, to on nie będzie s tobom gadał, 
co on to potrafił! - odciął się Marduła.
- A jus straśnie zdziorbliwe sanowniki s tyk zakonie - mówił Krzyś. - Tam się nic nika nie 
śmie podziać! Krusyne nieba, to i to podnieś i na stół połóż. A nie, toby cię hnet kijem 
odziały. Na Mardułe, kTe nie uprząd, co trza beło, to się straśnie wierhowały. Nie dostał 
mleka, jyno takom siwice.
- Ja ta cosi jynkse dostawał - rzekł obrażony Marduła. - Jesce więcel, jakok miał potrzeb. A 
radzieły do mnie: o, na to toś ty zdany hłop, kiebyś taki do wełny beł, tobys hnet półtory mili 
uprząd. Haj. Telo hań chorwatu o mnie beło, co ani ani!

background image

- Jyno to beło złe - mówił Krzyś - coś się hań nie wyspał. Każdy dzień roraty odwołać trza 
beło. Je kizby ci się diasi telo Panu Bogu uprzykrzali!
Miał nam to syćko ksiądz ozróżnić, ale my uciekli. Uździarzze se sam to zbawienie, kie ci go 
tak na raty trza. Nie śpij. Lepsy wróbel w garzci, jako sikora na dahu. Ja zbawienia nie 
widział, a spać się mi fciało.
Tak opowiadali.
I dziwowali się wraz z ludziami, jak jęło słynąć Janosikowe imię. Rozpłynęło się 'szeroko i 
daleko po dziedzinach i miastach, odludnych ostępach i zapadłych zasiedlach pustelnych, tak, 
że Wag i Orawa, Poprad i Dunajec imię jego niosły. Od młodości do końca słynął i orlił się 
Tatrom.
- Kiebyś ty taki beł - mówiły matki synom, siostry braciom, kochanki kochankom, młode 
żony mężom - kiebyś ty taki beł jako Janosik, hetman zbójecki, złotem malowany...
Już poczynał mocno kurzyć śnieg po halach i Sablik uważał, że kozice pouniżać się musiały z
grani ku dolinom. Był też grudzień (listopad), kiedy capy gonią za kozami i ścigają jeden 
drugiego zapamiętale po turniach i upłazach, a zwabić je na strzał nawet się udaje. Pewnego 
dnia wsypał, jak zwykle, trochę mąki do woreczka, wsadził flaszkę gorzałki do torby 
strzeleckiej, łuk przewiesił przez plecy, gęśle wpuścił w rękaw od czuchy i obuwszy na nogi 
białe, ciepłe kapce sukienne, sparty na swojej ciupażce ruszył w Tatry.
Wyszedł sam. Najlepsi towarzysze, jego bracia Jędrek i Józek, wielcy myśliwi Maciek 
Sieczka, Samek, Sobczak, Tatar, jedni umarli, drudzy już w domach siedzieli, starzy i 
osłabieni. Przykrzyło się Sablikowi. Bez Janosika Nędzy osmętniał mu świat. Tak jakby 
słońca ubyło na niebie. Tak posmutniały i zwisły ludziom głowy, kiedy ostatni żubr, ostatni 
łoś i ostatni bóbr, zagnane przez porąbane lasy w góry i tu osiadłe, zginęły. Osmutniał świat...
Nie zostało po nich nic, tylko wieść: Zuberec, Łosiówka, Bobrowiec... Pamięć o dziwach 
przyrody...
Bo ta i takiego chłopa, jak Janosik, nie było... Wiedział Sablik, że jurgowianie, bukowianie, 
białczanie i porońscy strzelcy polować będą po Szerokiej Jaworzyńskiej, w Jaworowych 
Sadach, pod Wysoką, we Wołoszynie, po Koszystej, w Pięciu Stawach, zakopianie w Kozim 
Wierchu i het po pobliskich górach, wiedział też, że choć go wszędzie za ojca polo
445

wania mają, młodszym nie wyrówna, postanowił więc przez Waksmundzką pod Wołoszyn do
Roztoki przejść, ku Rybiemu i przez przełęcz Pod Chłopkiem w turnie ponad Hinczowy Staw 
się dostać. Tam pustki były, bo liptowscy strzelcy w Krzywań lecieli i w Cwolską Dolinę, 
szeroki błędny rozłóg, odległy wsiom, z lasów nieprzebytych wyrosły, rzadko nawiedzając. 
Nierad też Sablik polował blisko domu;
j;am, po drugiej stronie Tatr, wstępował w inny świat, poglądał daleko, a gdy grał, na grani 
stanąwszy, to mu się widziało, że go na dolinach węgierskich aż po Kralową Hole słyszą.
Wszedł w bór, a duszę mu niosło pragnienie zawisnąć na podciętym głazie nad głęboką, 
ciemną przepaścią i dać się owiać wiatrowi, który nigdy piersią ziemi nie dotyka.
Wszedł w las ogromny i szedł nim, aż nad ciepłą wodę, miejsce jaszczurek dziwnych i 
tajemnych żab, i węży złowieszczych, przybył; potem dalej w górę się wspinał, niebo tylko 
nad sobą widząc, którędy waksmundzianie i chłopi z Dębna i Ostrowska bydło i owce na. halę
swoją pędzili na wiosnę, mijał potoki i moczary, aż zboczami Wołoszyna w karłowate ostatki 
lasu pod Opalonem wstąpił i góry koło siebie i nad sobą zobaczył.
Pytajom się góry, pytajom się lasy, ka się popodzialy starodawne casy?...
Już biały śnieg okwiecał upłazy i wierchy Miedzianego, a słońce się na nim iskrzyło, jak 
srebro i złoto płonące.
Od orawskiej strony dujom zimne wiatry, Śnieżek polatuje, osedziały Tatry!...
Zapach śniegu bił w nozdrza; wilgoć wnikała w usta i w płuca.

background image

Stary Sablik stanął i krzyknął:
446

- EheheuL.
Eheheu! - rozbrzmiało po żlebach, gdzie się kosodrzewina oszroniona błyszczała.
Był sam.
Jak król.
Sam był wpośród wierchów ogromnych, szczytów niebosiężnych, sam wśród lasów czarnych,
szumiących i wśród wód pełnych gwaru lub cichych i głębokich jak sen duszy potężnej, męża
czynu i strzelca niedźwiedzi.
Sablik stał sam w górach, wśród zimy skalnej, olbrzymi dech gór wdychał sam w płuca, nie 
dzieląc się nim z nikim, światło słońca po śniegach na jego tylko źrenice padało. Sablik jakby 
wina tęgiego, węgierskiego tokaju, popił - - podnosiło go...
Otupno mu samemu iść nie było. Był strzelec.
Raźno szedł pod zachód dnia na noc ku Rybiemu Jezioru.
Leżało ono za wałem, samotne i wielkie.
Pasterskimi perciami pośród kosodrzewiny Sablik kroczył, na wał wstąpił i na dół pojrzał.
Tam pod ciemnymi, szeroko prostopadle rozległymi, ośnieżonymi ścianami 
Mięguszowskiego Hrubego Wierchu leżało w kotlinie wśród ciemnozielonej kosodrzewiny, 
smreków czarnych i zielonych limb, śniegiem ubielonych, przez pół od zachodzącego słońca 
skrawoczerwone, przez pół czarnoszafirowe, metaliczne, odbijając w sobie skały utopione, 
milczące Rybie Jezioro.
Łapali Sablika po zelenyk bukak, ale są wybronił, miał ciupażkę w rukakl...
Patrzał Sablik, stojąc na wale pobrzeżnym, dobył gęśle z rękawa i zagrał. Nie siadł, nie jadł, 
tylko zagrał jezioru.
Ej, dyna dyna dyna - dyna! dyna dyna, dyna! - dyna dyna - dyl na dyna dyna...
447

Grał. Widziało mu się, że woda nuty odbija i na las rozrzuca. Ostre, brzmienne, stalowe. 
Wnikała muzyka, odbita od wody, w las. Jakby pszczoły z ula na słońcu w ciemne leśne 
uplecie leciały.
Grał, a patrzał w wodę. Czy też muzyką swoją nie wyprowadzi z głębiny tajemnych ryb 
ogromnych i nie zaczaruje ich muzyką, aż z wielkimi, białymi, do góry powznoszonymi 
oczami na pośród wody nie posłaną, jak gdzieś daleko, w jakimś dziwnym, bajecznym 
świecie, jakby przez mgłę każdemu widzialnym, węże czarownicy czarują... Ale nic woda 
zatajona nie wydała.
Złożył watrę z kosówki, zamyślił się i usnął. Zbudził go ranny mróz, jeszcze gwiazdy skrzyły 
się na niebie i była ciemność. Popił gorzałki i ruszył, aby się zagrzać. Dzień zwiastował się 
piękny, nie kurzyło nic, tylko wiatr poranny szumiał po jeziorze i po kosodrzewinie, od 
Rysów skądś, z wysoka, od wschodu lecąc. Na wodzie błyszczały gwiazdy, Sablikowi pod 
stopami.
"On" przechodził nocą nad jeziorem; ślady olbrzymich łap z pazurami na zwiłgłej ścieżce 
owczej odcisnął, ale zaczuł ogień i człowieka i uszedł w las pod Wysoką; godny niedźwiedź, 
stary i wielki.
Szedł Sablik żywo po lewej stronie stawu, wypatrując wielkiej ryby, i jął się piąć po ślizgiej 
trawie w ubocz Mięguszowskiego Wierchu, ku przełęczy Pod Chłopkiem.
Olbrzymi ptak kołował na powietrzu. Był to ten sęp, ostatni ze swego pokolenia, który na 
Krywaniu siadywał, na samej grani. Widniał z daleka samotny na ogromnym szczycie nad 
prostopadłą otchłanią przepaści.

background image

A gdy stanął obwysno na skale, zza Siedmiu Granatów strzeliły race słońca wschodzącego i 
zawisły blaskiem nad głuchymi wodami dwóch jezior, które Sablik miał teraz u stóp swoich; 
jedno spokojne, na dole, w wieńcu drzew i krzów, drugie wśród litych, czarnych skał, w 
kotlinie, ciche i pytające: co wiesz?
448

Rozwidniał się świat i z pomroku wyłaniał. Już szczyty zakwitły światłem, promieniejącą 
srebrnoróżową bielą, a na wody spływał błękitny dzień w zatoki, gdzie niedawno gwiazdy 
drżały na głębiach.
Sablik patrzał.
Rozświetlać się jęła woda, zgarniał się z niej mrok. Świtało.
Od południowego wschodu ukazywały się obłoki wieszczące śnieg. Powolne a silne. Mroził 
się błękit, znać było. Wtem gwizdnął cap. W Sabliku zagrała krew. Wytężył oczy. Stał na 
turni; tęgi cap, czarny. Pozierał w dół, ale Sablika nie widział jeszcze.
Sablik pilno gunię zezuł, serdak z czarnego barana wełną do góry obrócił i na czworakach 
stanąwszy kozę pasącą się udawać zaczął, tu i tam się posuwając. A łuk miał w gotowości 
pod pachą.
Spostrzegł go cap i dał sus naprzód. Jeden, drugi, trzeci - zbliżał się i na upłazku ponad 
Sablikiem stanął.
- Dalekoś, ale ty haw przydzies - szeptał Sablik ściskając łuk.
Cap stał na wysterku turnicy i patrzał, a od czasu do czasu tupał przednimi radami, 
niecierpliwie i gwałtownie. Łbem też kiwał, zbrojnym w rogi krzywo wstecz rozsadzone. 
Lecz czy zaczuł człowieka, czy oczyma poznał, gwizdnął przeraźliwie i w górę skoczył, 
podwyższył się w olbrzymich odsadach, znów stanął za turnią do pół widny i przknął: pszsz! 
pszsz! pszcz! przeciągle, na Sablika patrząc.
- Poznała wereda! - szepnął Sablik sięgając ku guni. - Nie dał się zmamić.
Cap w szalonych skokach, strącając kamienie, począł się wznosić wyżej i wkrótce zaczerniał 
tylko na śniegu, gdzie znów stanął tyłem do Sablika, ale głowę zwrócił poza się z rogami 
wystawionymi i patrzał nań.
- Ciekawa bestyja, co to... Casu se nie sata, bo go ma...
Cap patrzał długą chwilę, a potem w prostopadłą
449

zda się ścianę nad sobą wspinać się zaczął "jak mys";
piął się szparą w skale, zwisłym w dół żlebkiem, biorąc strom przednimi nogami, i znikł w 
niewidnych z dala załomach urwiska, w dziwny sposób niebyłego.
Lecz znów od lewej ręki ujrzał Sablik kozice, wysoko w górze nad sobą.
Wytężył oczy. Kierdel, siedm sztuk, pędziło po półce skalnej na prawo ku szczytom.
- Darzy się mi - mruknął, jako miał zwyczaj, sam do siebie Sablik - jus tak cujem, ze mi Bóg 
nagodzi.
W przepaście nie sposób było za nimi iść. Sablik się zejść kozice spodziewał ponad 
Hinczowym Stawem, w cieplejszej, bujniejszej dolinie od południa, wśród olbrzymich turni i 
kotlin.
Tymczasem spostrzegł, iż z grani i z turni jakoby białe potoki mąki poczęły się suć lub 
zakwitały nad nimi jakby białe ogony pawie z pyłu świecącego na powietrzu: to śnieg się 
obsypywał i wzmiatał. Wiatr poczynał duć.
- Niegze ta! - szepnął Sablik i piął się dalej po herbikaeh i zachodzikach, po spasztach, 
żlebach, zawiesach, półkach i krzesanicach, po upłazkach i dolinkach, aż nad przepaścią koło 
ściany się sunąc, ku przełęczy się dobił i na świat na drugą stronę Tatr spojrzał.

background image

Aliści dolina nad Hinczowym Stawem zawalona była mgłą. Nisko, w dole, leżało jakby 
morze mgły, grubej, gęstej, nieruchomej, siwociemnej. Dookoła ponad nią sterczały góry 
ponure i nieubłagane, okrutne, przerażające, wysokie do zaćmienia oczu, potworny kocioł 
pomłoką zapełniony.
Cała kraina liptowska zasłana była chmurami białosinymi, nieprzejrzanymi.
Wiatr dął od południowego wschodu.
Tego się Sablik nie spodziewał.
I zawahał się: spuścić się w dół ku Liptowu czy wrócić i nie kusić czarta.
Kurniawa czaiła się w kłębach.
460

- Dyj ja tu bez to nie zginem - pomyślał. - To nie piekło. Ino się kozy unizom i ja się musem 
uniżyć.
Wtem wicher uderzył magle, tak silny, iż Sablik się zachwiał. Szum lunął. Mgła nad doliną 
wzruszyła się i przedarła.
Naówczas przed oczyma Sablika otwarła się pod dachem chmur czarna otchłań, głąb straszna,
przepaść, wśród której pod podgiętym jakoby potwornym baldachimem pojawił się Hinczowy
Staw i złomy, i zręby turni nad nim stojących.
Sablik patrzał i wahał się. Nie chciało mu się wracać, wszystkiego był 'zwyczajny. Mógł wiatr
i przegnać mgły. I tak bywało.
On zaś z szalonym pędem otwierał widok nad doliną Liptowa. Dźwigał chmury i ukazywał 
coraz szersze, coraz dalsze widnokręgi, miasta i wsie w bezmierzu, pod baldachimem 
mgławicy.
Wtem ciemny obłok podniósł się od Wysokiej, zza turni, gdzieś spod Gierlachu, wicher zawył
i chlusnął śniegiem, zaćmiewając świat.
Sablik spojrzał ku Polsce.
Tam jasno było i Rybie Jezioro błyszczało wyraźnie w słońcu, jakoby góry przecinały na 
dwie połowy ziemię, szafirowe złoto - od burzy.
Lecz to nie miało trwać długo. Gwałtownisko piętrzyło się, a wiatr sypał weń po prostu 
bałwanami powietrza. Sablik utrzymywał się pod skałą, ale nagle zwyrtnął się i począł 
zstępować. Przeszył go chłód ostry i przenikliwy.
Lecz chmura ścigała go, dopadła i ogarnęła, waląc śniegiem i słoniąc mu przestrzeń przed 
oczyma czarnym prawie całunem.
Gdzieś, w przestrzeni, przebłyskiwało mu poza kurniawą słońce, ukazywały się plamy 
wielkie bladego, a rażącego światła, lecz nikły.
- Ogarneno świat... Bóg się podniós... Saleje... Sablik go znał. Siompawice, lejby, naremnice, 
burze, fujawice, dujawy, kurniawy, pomłoki, gmy, wszystko. Tysiące razy przetrzymywał i 
przebywał,
451

więcej niż pół wieku w Tatrach Boga spotykał. Nie lękał się. Cłowiek przetrzimie, ino po 
rozumie.
Śnieg sypał się płatami, zalepiając oczy i usta, gnany wichrem wyjącym pośród ścian 
czarnych od pomroczy. Sablik schodził w noc.
Nie do wypowiedzenia groźna ciemność zaszła przestworza. Zda się, jakby śniegwały 
zatoczyły sobą ziemię aż po krańce, jakby gruby jakiś, obcy żywioł zapanował nad ziemią. 
Wszelka nadzieja się w nim traci, wszelkie spodziewanie.
Na ramiona wali się ciężar i głowę przygniata, oczy zaś, czując prawo wzroku, wytężają się 
gniewnie, strwożone i bezsilne, jak jaskółki zaskoczone burzą, gdy ciągną nad morzem.

background image

- Kieby ja oreł beł - myślał Sablik - wyniósbyk się obwysno nad śnieg...
Wtem ujrzał pod stopami skrzesaną ścianę.
Tędy nie szedł.
Zwrócił się na lewo i ujrzał przepaść; na prawo toż samo.
- Ki diasi, aj diasi, kajek właz? - mruknął. - W beztok?
Cofnął się, lecz naokół były skrzesane ściany.
- Pomyliło mię wej plugastwo - mruczał. - W złem miejscu.
Stanął i próbował sobie wyzbacować drogę, ale snadź już chwilę szedł błędnie.
- Powrót zanadto zły...
Nie miałbyk matury tu ostać...
Drzewo ścięte ka bądź żlebem wyprościs, ale cłeka nie...
Godnie śniegiem przypierhło - - ślizgo - - coby nie zjehać...
Niepokój go przejmował.
Ujrzał wąski zachodzik - chwyciwszy się rękami granitu nad sobą i ledwo krawędź stóp nad 
urwiskiem na granicie mieszcząc, przesunął się i dostał pod zawieś skały, spod której go wiatr
chciał oderwać i strącić.
452

Naówczas Sablik zgrzytnął zębami, skupił się w sobie, ściągnął w siebie, napiął mięśnie, 
wtulił kark w ramiona, wystawił nieco czoło naprzód i oczy mimo śniegu rozwarł szeroko, i 
rozpoczął walkę z wichrem.
- Pojdze, podż! - szeptał, miażdżąc wargami mokry śnieg. - Podż! Myślis, ze ja stary? 
Zruciełbyś mię?
Wiatr odpychał go od turni, odrywał, ciągnął w dół, bił w niego piersią wzdętą.
Sablik zwrócił się w bok, objął wyzrąb skalny nad swoją głową rękami, dźwignął się i zawisł 
w powietrzu.
Wiatr kołysał nim, przegibał go na prawo i lewo, on zaś z zaciśniętymi zębami dźwigał się na 
rękach nad przepaścią i na wyzrąb wydostał.
Piął się znów ku górze, ku przełęczy Pod Chłopkiem, na siodło. Tam naremnicę, leżąc na 
skale, przeczekać lub po łagodnym zboczu od strony południowej w dolinę się spełznąć 
postanowił.
Na brzuchu czołgał się w górę, piersiami, udami, kolanami, brodą przywierając do skały. 
Przewijał się jak wąż popod wiszące wpół w powietrzu gzymsy skalne, zwieszony wystającą 
połową ciała we mgle pełzał po zrębach turnie, po ledwo znacznych półkach; palce w szpary 
wbiwszy, cały na rękach, prześlizgiwał się po chyłych płytach rozpękłych, nogami w wietrze 
pływając nad straszną otchłanią. Walczył.
Nie walczył o życie i o istnienie z bojaźni. Wielki strzelec nie znał trwogi. Wicher, moc 
nadprzyrodzona, naprzeciw niego stanął, zastąpił mu, ze śniegiem, z mgłą, z nocą, ze swoją 
mocą piekielną. Wicher rzucił się nań jak orzeł na skalnego capa. Ów, ufny w swoją siłę, rogi 
pod piersi orła nadstawia. Sablik na złą moc wichru odpowiedział tęgością natury, na jego 
zaciętość odwagą. Nie uląkł się. On z tym Olbrzymem Tatr walczył często, nigdy mu nie 
ustąpił, nigdy się przed nim nie cofnął, zawsze go zwy
453

ciężył i patrzał za nim z wierchów, jak na tumanach chmur niósł się het na doliny, gdzie lasy 
łamał i domy wywracał. Sablik polować szedł i nie znał trwogi. Wicher czy niedźwiedź 
jednako mu się przez więcej niż pół wieku słały pod kierpce. Sablik rzucał się na 
niedźwiedzia jak dzik, na wiatr jak łosoś, który progi skalne przesadza.

background image

W suche, zawiędłe ciało myśliwca wichrzyca biła, jakby je znicestwić pragnąc, ale twarde, 
zakrzepłe mięśnie i kości opierały jej się wytrwale i nieugięcie.
Tatry całe wyły, huczały i świszczały. Huraganem napełnił się, wezbrał, przepełnił ich świat. 
Wicher jakoby się nie miał gdzie w nich podziać, szumiał po skałach, wypływał w górę i w 
dół spływał, jak fala wody, która by głazy z hukiem staczała. Lecz Sablik w tym piekle 
śnieżnym nie drżał. Walczył.
I wydobył się na przełęcz.
- Wiś, beskurcyja - rzekł do wichru. - Nie dałek się. Ja jesce nie twój.
Wiatr od południa był słabszy, droga łatwa: Sablik zestępował w dół w zawiei śnieżnej. Dobił
się kosodrzewiny, ale dziwnie czuł się słaby.
Cysto pięknie się zamordował, widziało się, co się hnet i zubami trza będzie turnie hytać...
Legł na konarach; był bez sił, bez władzy w ciele.
Spal.
Był już drugi dzień, gdy ujrzał nad sobą jasne, czyste, śliczne, promienne, błękitne niebo i 
słonce wysoko. Nie opodal poniżej błyszczał wielki, zielony Hinczowy Staw, wysoko szczyty
stały pogodne i spokojne.
Dookoła był śnieg.
Śnieg miękki, puszysty, błyszczący, ogromny, tak wielki, iż turnie, kosodrzewina, drzewa w 
nim ginęły, który byłby zasypał Sablika, gdyby krzak kosodrzewiny, gdzie legł, nie rósł na 
wyniosłym złomie skały, skąd go wiatr omiatał.
Dookoła stały góry spokojne, milczące, wyraźne, świecące się jak srebrne.
Odmieć śniegowa wyiskrzyła lody.
Szafir mroźnych granitów rzeźbił świat.
Tatry...
Sablik leżał na wznak i patrzał na nie.
Sąż to one, te same?
Sąż to te góry, które przebiegał wzdłuż i wszerz, które nie miały dla niego tajemnic ani granic
dla jego siły?
Którym dumną stopą przystępował grzbiety, ramiona i głowy wyniosłe?
Sąż to te góry, w których miał izby swoje olbrzymie po dolinach, ściany z krzesanic, które mu
były jako dom jego życia?
Sąż to te góry, które żywiły go, poddawały się jego woli, zdawały się go rozumieć i myśl jego
zgadywać, które służyły mu?
Sąż to trwałe świadki jego triumfów, jego zysku, jego radości i sławy?
Które napełniał swoim imieniem od pół wieku, w których zdawały się na wieczność zakute 
echa jego strzałów, świsty strzał i uderzenia strasznego topora?
Które widziały jego czyny, znały jego sprawy, jakich nie znał nikt?
Z którymi jakoby zaprzysiężenie było, jakoby przymierze zawarte, których on się czuł jakoby 
duchem, władcą i dzieckiem?
Sąż to te góry, te Tatry jego rodne, które on miłował więcej niż dobytek swój, rodzinę, 
ojcowiznę i ludzi dookoła siebie?
Które były jego myślą i jego duszą?
W których on żył, jak nigdy nikt, jak nigdy nie żył nikt i nikt nie będzie, choć wieki 
przeminą?
W które się czuł zaklęty?
Jestże to tc'n dom jego potężny, ten gród jego wolności
454
455

i chwały, gród i dom, w którym przemieszkał lata całe, długie i światła pełne?

background image

Albowiem Sablik wiedział, że dlań nie ma ratunku, że więcej z Tatr nie wyjdzie...
Pierwszy raz nic mu 'nie dawały: ani wesela, ani zysku, ani upojenia, ani sławy - - nic...
Pierwszy raz obaczył ich grozę i martwotę.
Pierwszy raz patrzyły one nań zupełnie milcząc i zupełnie kamienne.
Pierwszy raz zdały mu się czymś obcym, niezżytym...
Groza - głusza - milczenie - i światło olśniewające...
Sablik wiedział, że gdy wstanie z kosodrzewiny, z głową w śnieg zapadnie, w śnieg miękki, 
głęboki i przepastny, którego nikt nie przejdzie.
Góry grzebały go w sobie.
Skrzesane, lite, niezmiernej wysokości, błyszczące skały otaczały go jak sępy spokojne 
postrzelonego jelenia, czekając, aż dokończy życia.
Z kątów doliny wyzierały ze srebrnego, skrzącego się śniegu dusze pobitych strzelców 
liptowskich i pobitych niedźwiedzi...
I dusze strzelców polskich zasypanych lawinami, odpadłych z turni, zabitych kulą liptowską.
Wesela pełne polany, kędy grał...
Kędy grawał juhasom, dziewkom cudnym i starym surowym bacom o groźnej dłoni...
Kwietne łączki 'nad potokami wiosennymi, gdzie wodę pił wśród leluji żółtych i rdzawego 
szczawiu.
Samotny jak motyl w niesłychanej głuszy ustroni górskich...
Ciche, ustronne miejsca spoczynku na upłazkach, gdzie pod nogami przepaść była, a nad 
głową, nad miękką 'trawą .skały cień dające...
Koleby myśliwskie kamienne, gdzie w mroku przędły się jego dziwne złocone powieści...
Gęsi gra...
Gra to jego gęsi właśni. Wyczarowały się ze skal
wszystkie dźwięki, jakie przez pół wieku w nie wybrzmiały... Gęsi gra.
Ej dyna! - dyna dyna - dyna! dyna dyna - dyna! - dyna dyna. - dyi na - dyna - dyna...
Sablik słucha.
Ej Sablik se zaśpiewał - ej Krzyuań mu odpedział, bo o jego sprawie nik iny nie wiedsial...
Góry zwracają mu śpiew.
Co wegrał w mię, dzwoni koło niego.
Jakoby wszystko światło na śniegu rozdzwoniło się w okrąg, po krzesanicach...
Sablik słucha.
Leży na łożu śmierci, na kosodrzewinowym krzaku.
Bez sił, zmożony walką z wichrem, osuty śniegiem nie do przebycia, zabójczym, leży na łożu 
śmierci.
Nie trwoży go nic, nie przeraża.
Od początku swego życia wiedział, że musi umrzeć, że musi przyjść taki dzień, kiedy umrze.
Umiera honorną śmiercią, godną życia.
Nie próbuje się ratować - wie, że to próżne.
Zna góry, zna ik dowody i końce.
Zasuło go. Bywa. Bywało...
Miło mu, że gęsi gra - - het, dookoła, w powietrzu...
Zna tę nutę, Sablikową 'nutę, która z wieków poszła i przetrwa wieki.
Przez dolinę śniegiem i słońcem zalaną, przez Dolinę Mięguszowiecką, rozległą, nad 
Hinczowym Stawem pełnym niewypowiedzianej piękności, idzie Smierzć.
Biała... Wysoka...
Przez śniegi białe, pomiędzy krzewy kosodrzewu, między głazy...
Idzie wolno i słucha Sablikowej nuty -
456
457

background image

Sablik patrzy na nią bez mrugnięcia powieki. Tak musi być. S Pane Jezuse nie bees w karty 
grał. U śmieizci nic nie upłaces.
Świat je jest taki, tak ułożony. Nad kazdem trza pomeśleć. Wierhowiec życia kruflki. Ze dy 
Idę umreć, to umreć.
ADNOTACJA
Legenda Tatr, podobnie jak Na Skalnym Podhalu, do którego ściśle należy, nie jest oparta na 
żadnej ludowej tradycji. Historyczną figurą jest Napierski, ale opracowanie jego historii jest 
tu poza najogólniejszymi konturami zupełnie dowolne. Drugą autentyczną postacią jest Nędza
Litmanowski, czy Litmanowski Nędza. Zapisek o nim, że się na szlachcie za nieludzkie 
karanie chłopów po buncie Napierskiego mścił, potem przeciw Szwedom powstał. Więcej 
nic. Dałem mu imię Janosika, chcąc polskiego Janosika stworzyć, albowiem rzeczywisty był 
Słowakiem.
Oryginalnych śpiewek góralskich od moich na ich temat wariantów zbyt trudno byłoby mi 
oddzielić. Łatwiej odróżnić podania i opowieści autentyczne. Opowiastka o Morskim Oku i 
piwie jest w pierwszej połowie oryginalna góralska, dalej o Perłowicu, diableźrebięciu, Matce
Boskiej na Suchych Horach, o furmanie i mleku; z książki profesora Stopki o Sabale wyjąłem
opowiadania o stworzeniu kobiety; diable, chłopie i jarcu; śmierci i świni. W mitologię 
góralską wplotłem szczegóły mitologii słowiańskiej, budując także cały gmach własnej. 
Toporowie Lamiskała i Waliłaś, Pętorzek i Wódpusc, poczwary w "Krakowie" w 
Kościeliskach, kara zbójecka za zdradę, historia o kościele i diable są przeze mnie ułożone. 
Pochód w hale wzorowany na opisie śp. ks. Sutora, z czasów dla mnie już niedostępnych.
Epoką Legendy Tatr jest wiek XVII. Język góralski jest, co się da stwierdzić, w znacznej 
części ogólną staropolszczyzna.

SŁOWNICZEK  GWAROWY
Słowniczek niniejszy składa się zarówno z objaśnień samego autora, pochodzących z 
pierwszych wydań Legendy Tatr, jak i z objaśnień Redakcji, wprowadzonych obecnie do 
książki. Objaśnienia Tetmajera ujęto dla odróżnienia w cudzysłów: " ". Wszelkie dodatkowe 
konieczne objaśnienia redakcyjne w obrębie zwartych objaśnień Tetmajera ujęto w nawiasy 
graniaste [ ], np. "z i e-n a [słów.] - kobieta".
A
a p r e n d
s tobom nie ma aprendu lewki, nie ma żartów
z tobą nie prze
B
"b a - ale"
"b a jacy - tylko" b a c y ć "b a c y - pamiętaa bajt o, bajtoć - przecząco: akurat, właśnie 
"bakiesiste - krętorune", kędzierzawe "b a r s - bardzo"
"B a r t ł o m i e j s k i - sierpień*
bassam ci teremtete - przekleństwo pochodzenia węgierskiego "b e - będzie" "b i ł e r u c e - 
białe ręce"
460
biśterować - zmawiać się,
b ł a k t a ć (słów.: blakotat") -
"b o b y f - bobym"
"brakować - wybierać"
brakowny - tęgi, przystojny, przedni
b u c n y - tęgi
bulki "bulkami - kulkami"

background image

burkowana - brukowana
burniawa - hałas
"byrka - znaczy: owca"
sprzysięgać się beczeć, kłapać, ryczeć
'.'c a s e - czasem"
cent "c e n t ó w - centnarów austriackich"
c e r k i - ozdobne wyszycia
cesta "n a ceście - drodze"
((cetyna - smreczyna", drobne gałęzie; igliwie
chojniak - młody las sosnowy
c h r a ś ć - krzewy
"c k a j! - czekaj!"
cosi kajsi - dosł.: coś gdzieś
cudować się "cudowali się - dziwili się"
cyfrowane - wyszywane, haftowane
cyrniawa - czerń, tłum, masa ludzka
cytać, czytać "c y t a ł, czytał - rachował"
D
d e r b i ć, d y r b a ć - trząść
dokwalować adokwalowała - przychwalała"
"dołu - na dół"
doprociwić się - dołożyć starań
"d o r o t a - gruba krótka świńska kiszka, tu w przenośnia
durny - dumny, zarozumiały
"d z i w a ś k a, [d z i w a ś k a n y] - rzadko gdzieś, gdzieniegdzie
dziwostworny - przedziwny
d z i w t o r y "d z i w t o r e m u - któremu;'
461

e s z t e (słów.) - jeszcze
f a j t - ród
"fakoły woskowe - pochodnie" f a ł e ś n i e - fałszywie, obłudnie ferecyna - paproć
O
g a d z i k - motyw zdobniczy, rzeźbiony w drzewie lub
haftowany na odzieży: stylizowany gad-wąż "g ę s i o ł k i - skrzypki" "g i e l e t a - 
drewniane naczynie z pałąkiem do dojenia
owiec"
"g o d n e [watry] - wielkie" gończaki - psy gończe
grać "we świat grasz - na próżno, nikomu" grań "za graniom - za górą" "g r z y b ś ć - 
grzebać" g r z y h - diabeł
H
h a j - tak
hajduk - gajowy, strażnik dworski
"h a l e n a - gunia"
handrusi - złodzieje, zbójcy
"h a ń - tam; na drugim świecie*
"h a ń s t e l a - stamtąd*
"h a ń t o - tamto"
"h a r n a ś - herszt*
hasnować

background image

hasnowało - szło na pożytek, służyło "h a w e k - tu jestem" hawiare, hawiarze - górnicy h e r 
b i k i - grzbiety, krawędzie gór
h i p n ą ć - skoczyć
"hlejdate mi muza [słów.] - szukajcie mi męża
h ł a w k a (słów.) - główka
"h o j b y k - choćbym"
hojco hoćkany - cokolwiek, gdzie bądź
holofić "holofil - halasiło
honielnik "honielnika - gońca", pomocnika juhasa
hora (słów.) - góra, las
"h o r e (słów.) - w górę"
h o r i ć k a (słów.) - górka
h u ć - chęć przy huci - z ochotą
hudobny - ubogi, biedny
huncfuty - krótkie warkocze u skroni, noszone dawniej przez Górali, częściej zbójników
"h u ś c i a k i - kupkę smreczków"
h y r - sława "hyr się stanie - głośno"
h y r n i e - pysznie, dumnie
h y r o w a ć
"h y r o w a ł - głosiła
"h y t r y - szybkis
ime n t
"d o i m e n t u - zupełnie > i s z o l (słów. iśiel) - szedł iście - rzeczywiście
Jacy
"nic jacy to - tylko to" "j a d w i g a - korzeń smrekowy, na jednym końcu w hak
zgięty do zaczepiania żerdzi, na drugim karbowany, na
którym się wiesza w szałasie kocie! z mlekiem nad
ogniema j a f e r y - kępy borówek, czernic
462
463

"Jakubski miesiąc - lipiec" jar - wiosna
j a r k i e & j a r k i c h - jarzącycha jaryna - zagon; pierwsza pasza wiosenna w halach ".j a r z
e c - .jęczmieni)
je - "e" z odcieniem niechęci, ociągania się je d y ta - a przecież tam (zwykle z niechęcią, 
ociąganiem się)
jedź jęk; e dyć jęk - a przecież-em j e r d y k
jerdyk tobi e... - przekleństwo
K
"1< a, kaź - dokąd, gdzie"
"ka inendej - gdzie indziej"
"k a j s i - gdzieś"
karpie - cienkie obręcze z przymocowanymi na krzyż deseczkami, służące do utrzymywania 
się na puszystym śniegu
"k a z b y - gdzieżby*
"k i e - kiedy"
kiecki - długie pasma włosów zaplecione za uszami, kitki
"k i e l i - jaki duży"
"k i e l i c a s - rzadko"
•<k i e l o [k i e l a] - ile; kielo telo - trochęa

background image

k i e ł z a ć "k i e ł z a - ślizga się"
kierdel "k i e r d e l a - stada"
"k im - nim"
"k i m e k - nimem"
kłopocić się - kłócić się, spierać
kolombkom
"miesiąc kolombkom dołu - cieńczeje [księżyc] "
"konać - zrobić"
k o ń d e c e k - trochę, odrobinę
"k o ń d e k - trochę"
"k o ń s k i m i h a ł - źuk"
464
"k o s a r, koszar, k o s i a r - czworoboczna zagroda
dla owiec" pod gołym niebem, w pobliżu szałasów kotwić się - nudzić się (; k r a l e w s k i e 
- królewskie* k r ó c i ć
"k r ó c ą c (las) - łamiąca k r u f k a - pasmo splecionej słomy (zwykle używane
w obchodach dożynkowych) krzesławity - niski, przysadzisty k ś c i n a - trzcina, rózga 
kunistwora "o kunistworze - tchórzu"
L
L a f y - Lachy, mieszkańcy nizin
"1 a r m a - alarm"
latać "1 a c e - lata"
łebo - lub, albo
lecieć "lecie - lećcie"
l e l u j a - lilia
"1 e m - tylko"
lepsi - lepiej
"1 i t w a - tłum"
l u ś n i e - cztery drążki wspierające się na końcach osi,
podtrzymujące drabiny wozu l u t o - żal, smutno
ł a n d y g i - próżniaki
"ł o n i - zeszłego roku"
i',ł o p - chłop"
"ł o ź n i c a - tyfus"
łydek "w ł y d k u - w udzie"
M
maścić "m a ś c i l i - bili"
matka "m a c e - matce; m a c y n e - matczyne"
matura - natura, temperament
465

"m a t u r a b i e r e - ochota bierze"
"m entaliki - medaliki"
-(miasto - Nowy Targ"
"m i e r n o ś ć - celność; mierny - celny"
minonć "m i n i e s - stracisz* dukaty minonć - wydać, stracić
m i r "d o miru - miary"
młodzicek - pęd, latorośl
moskalicek "moskalickiem - plackiem owsiany m"
mrowcyce - mrówki

background image

myrsyna - przezwisko: brzydactwo
N
na mój prawdu (słów.) - przysięga
"n a o z a i s t - zaiste, istotnie*, naprawdę
na pionty na sesdziesionty - na sześćdziesiąty piąty
"n a raty - gwałtem, koniecznie"
"n a wnuku - we wnętrznościach*
"nadszciwić - odwiedzić (po słowacku)"
najść "nasła - znalazła; nasi i - znaleźli*
"napytanyk - najętych"
narabiać (z kimś) - zadzierać z kimś, czepiać się kogoś
naremne - gwałtowne, porywiste (rzeki)
"n a s c y - nasi; n a s k a - nasa"
nienazdać się - nie spodziać się
nienazdanie z nienazdania - niespodziewanie
"nieobdalno - niedaleko"
"nieobitelny d ź.w i e r z - niedźwiedź, istota wędrująca z miejsca na miejsce"
nieodbyte, nieodbite - nieodzowne
"n i e p e ć - nie byle cos; bieda, strach
"n i e p l o n e (dziewki) niemarne, niebiedne"; n i e p ł o-n y (gazda) - niebiedny, zamożny
niesimfrana - cnotliwa, niewinna
nieślebodno - nie wolno
niewycytno - nie wymawiając
nie wysiedziana - nie spróżniaczona
nie zmierwiony - nie zmierzwiony, nie zburzony
(kościół) <nika - nigdzie; rzekomo nika nic - niby bez
interesu* "n i w t o - nikt"
"n o to już my hań - na drugim świecie" "n u r a - pysk"
O
"o bacować - umieć trzeźwića o b i e s i ć - powiesić "o b i t e l n e - obywatelne" o b I a k i 
(bukowe) - długie kije juhaskie "o b o ń k i - naczynia drewniane na mleko", płaskie beczułki 
obora
"na oborze - w obejściu" "obować się - obawiać" obsiwkary, obszywkary - fałszywe 
dziewczęta,
kobiety
obstarna - podstarzała o c a p - belka nad drzwiami, górny płaz idący ponad
drzwiami i oknami; górna framuga drzwi o c e l - krzesiwo
ocymienie "w ocymieniu - w oka mgnieniu" odbierać
"o d b i e r e m (od ojca) - pożegnam" odbyć - zbyć, stracić lada jak "o d e s ł a ć - posłać"
o d p y t a ć (świat) - zejść ze świata, umrzeć odraźnica - zastawa z desek do zatrzymywania 
wody
w młynie odwiecerz
'na odwiecerz.- ku wieczorowi"
467

o k f i a r a - ofiara
okoliczna obora - obejście gospodarskie zamożnego Górala
o k o w i a k - drozd obroźny (turdus torquatus) onacyć (po halach) - tu: przebywać, pędzić 
życie osatać się

background image

"osata się - przyjdzie do siebie" "o s i e k a ł y - zahartowany, twardy" o s i w e k, osiewek - 
zasiew
osłony - boczne deski w wozie, w saniach; gnojnice ośpihować "ośpihował - oszpiegował", 
wyśledził oświecony - poświęcony, t j. ochrzczony otawić się "otawi się (trawa) - nim 
odrośnier,
wyrośnie drugi pokos, zazieleni się ozkierendać się (o wozie) "ozkierendał się -
rozchwiał się" ozpajedzić się - rozzłościć się
P
palie opalice - palcem" "panicowie - leśni" papęziak - niedołęga parzenice sparzenie -
spodniach
pasieka - pastwisko "p a z d u r y - paznokcie" perć "w perci - na ścieżki* pięć dwaścia - 
dwadzieścia pięć pięć sto
"w ysy pięć sto - przeszło pięćseta piekąc - dawać ssać, karmić płacić
"nie płacom nic - nic nie znaczą* "p ł a s c y c a - pluskwa* poboziać - pocałować "p o c i e - 
pójdźcie* "p o d u f a ł y - zuchwały* p o h y t a ć "p o h y c e - pochwyta"
wyszyć z przodu''
468
p o k i e l - póki, pokąd pokłębny - niezgodny pokłopocić się - pokłócić się polowacka
"po polowace - polowaniu, polewaczce* połedninka, połednina - obiad pominąć się - zejść ze 
świata, umrzeć poostrzepać "poostrzepał - poroztrzepywał" "p o r o b i ć (owcom) - 
zaczarować" porobisko - urok, czary porucować
"k obyły porucowały - martwe płody* "poruseństwo - powstanie* p o s i a d y - odwiedziny
posługować "posługował - krzątał się przy gospodarstwie*
posprascać - naprostować pościel "pościeli - łóżek* potęgnąć, potęchnąć - ulżyć się "p o t u n 
e k - potomek*
powalać (budynki) apowalajom - zwalą* pożegnać - pobłogosławić (obdarowując) prę k e h 
o? (słów.) - z czyjego powodu? dla kogo? "przebrane (towarzystwo) - dobrane* p r e c z o 
(słów.) - dlaczego "p r o c i - przeciw* prociwić się - sprzeciwić się próżniaki, próźnioki - 
figle, zabawki
"choć jakich próżniaków - byle czego* prze co? - (słów.: prećo) - dlaczego, z powodu
czego?
przebiegły - zmęczony biegiem przeć, prę - pali, parzy, dopieka przekazować się (z czymś) - 
przechwalać się,
chełpić się
przekazowanie się (z czymś) - chełpienie się,
przechwalanie
"p r z e p y t a ć- przeprosić* <przerencyć - wyręczyć*
469

"przetyrmanić - zmarnotrawić"
przybacować - zob.: zbacować
przyknajać - przyjść
przypirchnąć (o śniegu) - przyprószyć
przyredykać - zob.: redykać
przyród diablipote - usposobienie wrodzone
diabła warte "p r z y s a d y - sposoby czarnoksięskie';
"przysobić (majontek) - zabrać" przysprostawy - nieco prosty przyździorbić - zaoszczędzić, 
uciułać "p y t a ć - prosić"
"w pytanie - w prośby"
po pytaniu - po prośbie pytlikować - biec drobnym krokiem

background image

R
radzić "r a d z i e ł - mówił*
"r a j t o k i - dzieżeczki na mleko"
"raz kieli cas - rzadko"
"r e b e r y j a - rewolucja*, powstanie
"rębiak - wielki garnek" surowy, nie polerowany, pękaty
redykać "redykali dołu - zeszli na dół z bydłem.>
refereta - przekr.: referaty, sprawy
rezuwitna - rezolutna, śmiała
"r o k i - więzienie"
rozum "o rozum prziseł - stracił rozum"
sanownik - człowiek oszczędny s a t a
"s a t ę - szmatę", chustkę, płótno scędrzeć (o drzewie) - rozpaść się w drzazgi
470
"s e l i n i e j a k i e przysady - rozmaite czary"
s ę p i e ć - mariv. ić się, nachmurzać
"s i a c i e - zboże, ziarno"
s i ą g a - sążeń
"s i e d a k - stolek"
s i o r s a - szosa
s i uh "trzy siuhy - pół sążnia", stopa (12 cali)
siwarnik - świergotek górski (anthus spinoletta), mały ptak żyjący w dolnej strefie piętra 
halnego, w zasięgu kosodrzewiny
s i w i c a - trawa pośledniego gatunku, niezdatna jako pasza
"sjonć - zdjąć; s j o n - zdjął: sejmie m - zdejmę"
skale, skole - kamienie, głazy, skały
skała tłukalna - sól bydlęca
skantrzeć się - zniszczeć, zabić się
składak - nożyk składany
skolerzenie - inaczej: skurłat, choroba wymienia u owcy
"s k r ó ś tego - przez to"
smędlaki "s m ę d l a k a m i - krzakami, suchymi gałęziami"
"s o w a ć - schować"
spaszty - prostopadłe ściany skał
s położonym być - wprawionym być, włożonym (do pracy)
s p o ł ó g - wprawa, włożenie się (do roboty)
"sprościć się - dorobić; sproście! śle na gazdę jako prędzy - stał się znów gazdą, jak pierwej*
"s t a c e - bydlęa
"s t a t e k - trzody"
stawić się - założyć się o coś
"s t e l a - stąd"
stołek - pięć snopków zżętego zboża ustawionych w kopę
"stosecnyk - setnych"
stretnąć się "stretnie się-spotka"
471

s t r o m - drzewo "s t r y ł a - pioruna
studzielnica, studzienna - u dzieci białe wyrzuty w jamie ustnej; pleśniawka stusić "stusi - 
zepchniea suć "suł - sypał"
s w o k "swoku - szwagrze - zwyczaj mówienia" s y ć k ik

background image

"(dokucał) s y ć k i k - wszystkim" "s y t k o - wszystko, wszyscy" ścignonć "ścignon - 
zdążyła śknąć "śknie - bryźnie" śmyśna, smyśna - ładna, zgrabna śperulce, sperulce - kije 
juhaskie śuhaj "śuhaju - parobku" "świerki - po góralsku modrzewi e" "ś w i r c k i - łzy"
T
"t e l o - tyle"
"t e l o ino - tyle tylko"
tęzyć się - udawać zucha
tonckać - kręcić się, wiercić
trombita - trąba owczarska, fujara
"truchlice - skrzynie" na odzież, sprzęt
trzi osiemdziesiont - osiemdziesiąt trzy
trzpień - zatyczka w sprzączce
"t u s t e l a - stąd"
tydzień
"w t y ź n i u - w tygodniu"
U
uherskie - węgierskie Uhry "z Uherska - z Węgier"
"u k w a l o w a ć - radzić; ukwalowali - rozmawiali" "u łożyć się - uspokoić*
472
uonacyć - zrobić, sprawić itd.
upłaz "po upłazie - zboczu trawą porosłym"
"u p y t a ć - uprosić"
uradzać "u r a d z a ł y - rozmawiały*
urament - przysięga
uspozierać - rozejrzeć się
ustawić się "u stawiło - ustało"
ustygować - narzekać, czynić wymówki
u z d a j a ć (oborę) "u z d a j a l i - zrobili"
uzdobierać się (na coś) "u z d o b i e r a l i sio -
zabrali się"
uziemcysta - przysadzista użdziarzyć - zaoszczędzić, zaskarbić
V
Veru, prisam Panu Bohu, vystie chlap aj chlap! (słów.) - Naprawdę, jak Boga kocham, wyście
chłop co się zowie
W
"w n u k u - wewnątrz:;
wanty "w a n t a k - głazach"
w a r m u z - jarmuż, głodowa potrawa z siekanych zielsk (oset, pokrzywa) zarobionych mąką
owsianą albo zmieszanych z ziemniakami; nazwa pośledniej jarzyny
"w a t r a - ogień"
wąskoskrzeli - o wąskim rondzie
"w e r e d y - szelmy"
wielki maj "wielkiego maju - czerwca"
w i e r a - zaiste, z pewnością
wirhować "wirhował - broił; wirhowała - mściła się"
w i r n o ś ć - władza, zwierzchność
"w i s - widzisz"
wkiełznąć - wśliznąć się, pośliznąć s'?
wnęk - wnuk
w o j k i - sznurki (korali)

background image

473

"w s e - zawsze* w s z e c y (słów.) - wszyscy • w t e - wtedy"
"w y b i t y (chłop) - doświadczony" wybrać "w y b i e r e m e - ukradniemy" wybryzowany - 
wystrojony wycinki - młode dziki, którym się kły wy rży na j ą wykrócić "wykróciło- 
wyginęło* wymijać "w y m i j a ł - pieniądze wydał" wyonacyć (kogoś) aw y o n a c y - 
wymusztruje" wypłacić - zemścić się wypukać <<w y p u k a j ą - popękająa wyrtnąć się "w y
r t ł a s i e - wróciła się" wysiecysko
"na wysiecysku - miejscu nad wodą, z trawy odartym"
w y z d a j a ć (nuty) - ułożyć, wymyślić wyzenąć "w y z e n i e n i - wypędzili*
'<z haństela - stamtąd*
z precka - z daleka
za b u c k i (chodzić) - na zbój
zabazić się - zachwiać się; przyjść do głowy, na
myśl
zacudować się "zacudował się - zdziwił się" zadawić "zadawiem- zadławię; z a d a w i ł a -
zadławiłaś zadusiować się "zadusiował się - zaprzy
siągł"
zagłówki - poduszki "z a k i e l [zakiela] - zanim" zakohać kogo - zakochać się w kimś załoga
o załogę - o zakład, o stawkę zaobejść się, zaobsełby się - obszedłby się zapalić (kogoś) - 
zagrzać, nabawić zapalenia "zapaski - kolorowe chustki na głowach*
474
"z a p o r y - zasuwy drewniane^
żarno - ziarno
"z a r u s i ę k i - zaraz"
"z a t e l a - tymczasem"
"zatychnione - stęchie"
z a ź r e ć - zajrzeć
zbacować się "z bacowało się - przypominało;
z bacowano - przypominano sobie"
z b & cyc - przypomnieć, zapamiętać
z b y r k - brzękanie
"z d ł u ź ć - na długość"
zdychno - tęskno
zdziorbliwy - łakomy, chciwy
ze ba haj - no tak
ze dyć, je dyć - no przecież
zegnać
"Bóg zegnaj - błogosław"
zgichnąć się "z g ichnie się - zbiegnie się"
zgiełceć "zgiełcało - rozlegało się przeraźliwie"
zglewieć "zglewiało - zmarzłoś
"z i e n a [słów.] - kobieta"
"z i m a - zimno"
z l e g i - otwory, szpary w górnych kątach słupów drzwiowych i okiennych, obliczone na 
zniknięcie wskutek późniejszego nacisku górnych płaz domu (zlegnięcie się ścian) ' "z m u d 
ź - tłum"
"znał obacować - umiał trzeźwić-) ! z r a d z i ć "z r a d z i e ł o - zdradziło; zradzieła -
zdradziła"
; z r z e s a ć "zrzesał - zmizerniał'> 'zwartogłowianie - kolowacizna [ "z wyk - zwyczaj"

background image

Izwysyć-posiadać nadmiar; zachować jako resztę t "z w y ź ć - na wysokość* |zy, żyj, z e j - 
przecież |"zygi - długie i skry"