Heroldowie Joe Blacka
Ćwiek Jakub
„Nie ma Ŝadnych omenów. Los nie wysyła heroldów. Zbyt jest na to mądry lub zbyt okrutny.”
„Portret Doriana Graya” Oscar Wilde
Ćwiek Jakub
Jakub Ćwiek (ur.
24 czerwca
1982
w
Głuchołazach
) –
polski autor fantastyki i DJ. Studiuje kulturoznawstwo na
Uniwersytecie Śląskim
w
Katowicach
. Wiceprezes
Ś
ląskiego Klubu Fantastyki
. Pracuje jako animator
kultury. Jego pierwsza ksiąŜka, Kłamca, ukazała się w
grudniu 2005
nakładem wydawnictwa
Fabryka Słów
.
Członek grupy teatralnej Słudzy Metatrona, w
wystawianej przez nią sztuce na podstawie komiksu
Neila Gaimana
Arlekin i walentynki
wcielił się w
tytułową rolę.
Część pierwsza
Heroldowie
1.
Niech w waszych duszach zagości strach,
Ankou prawdziwym jest władcą zjaw.
Okryty płaszczem utkanym z nocy
Kiedy go spotkasz, nie szukaj pomocy.
Chudy dziadyga, stary wóz, szkapa
Obwieszczą twój koniec… i koniec świata.
– Stewart.
Głos Matki wyrwał go z transu. Chłopiec niechętnie podniósł oczy znad ksiąŜeczki i posłał
rodzicielce pełne wyrzutu spojrzenie. „Zawsze wiesz, kiedy się czepić, by zepsuć zabawę, nie?”,
pomyślał. „Oboje z tatą jesteście w tym najlepsi. Mistrzowie świata w czepianiu się Stewarta
Crane’a.”
– Słucham? – wycedził.
Matka zamachała mu przed nosem portfelem Ojca.
– Tata zapomniał go zabrać. Podskocz tam szybciutko, Ŝeby nie było scen przy kasie. Wiesz, Ŝe
ojciec nie lubi takich nerwowych sytuacji.
Wiedział o tym doskonale. Przez tę właśnie nerwowość, wszyscy, od Ojca począwszy, a na
siedzącej obok Stewarta dwuletniej Suzie kończąc, mieli na sobie identyczne, róŜniące się tylko
rozmiarem, koszulki. Widniała na nich gęba tego durnego, modnego ostatnio, literackiego
bohatera – czarodzieja Oliego Cromwella i logo wydawnictwa Ojca, które „miało zaszczyt”
wydawać tę Ŝenadę. „Nie denerwuj taty”, usłyszał rano. „Wiesz jak nie lubi takich nerwowych
sytuacji.” A teraz wszyscy wyglądali jak idioci.
Wziął od Matki portfel i burcząc cicho pod nosem wysiadł z samochodu.
• • •
Stacja Shell, na której się zatrzymali, jak zresztą wszystkie stacje tej firmy na całych niemal
wyspach, wyglądała teraz bardziej na skrawek świata wyciągnięty wprost z „Rob Roya” niŜ
współczesną placówkę „muszelki”. Wejście do sklepu i wszystkie dystrybutory zabudowano
makietami udającymi karczmę, drzewa, krzaki, studnie, a nawet wygódkę. Tu i ówdzie
porozstawiano tajemnicze drogowskazy i papierowe menhiry, a całości dopełniał, pomalowany
na zielono, podjazd.
Pomimo starań dekoratorów Ŝadna z ozdób nie zainteresowała jednak Stewarta na tyle, by
poświęcił jej choć przelotne spojrzenie. Jego uwagę przykuł dopiero wiszący przy wejściu plakat.
Z zapowiadającego najnowszą hollywoodzką superprodukcję afisza spoglądał nań staruszek
Connery w zielonym wdzianku leprechauna i z wielkim pistoletem w ręce. Pod spodem
umieszczono tytuł i hasło reklamowe, które brzmiało „Skradli mu złoto – wrócił po swoje”.
Chłopiec skrzywił się. W całym swoim jedenastoletnim Ŝyciu nie słyszał ani nie czytał jeszcze
niczego głupszego.
ZbliŜył się na tyle, by fotokomórka raczyła go zauwaŜyć i rozsunąć drzwi. Wszedł do środka.
Od razu dostrzegł Ojca (przydroŜna stacja Shell nie byłaby w stanie ukryć przyprószonych
siwizną sześciu stóp i dwóch cali w kretyńskiej koszulce) i podszedł do niego zanim zaczepił go
któryś z przebranych za „chochlika tęczy” pracowników.
– Zostawiłeś w samochodzie – powiedział, podając mu portfel.
Ojciec skinął głową i uśmiechnął się.
– Dzięki mały czarodzieju – rzucił wesoło. – Kupić ci coś?
– Nie tato – wycedził Stewart. – Jakoś nie mam na nic ochoty.
Podniósł z półki pierwszy lepszy komiks i udał, Ŝe pogrąŜa się w lekturze. Ojciec wzruszył
ramionami, wrzucił do koszyka jeszcze kilka drobiazgów i ruszył w stronę kasy.
• • •
Do samochodu wrócili razem. Ojciec podszedł do bagaŜnika i połoŜył torbę na ziemi. Wyjął z
niej paczkę chipsów.
– Daj to do mamie – polecił. – Schrupiemy po drodze.
Chłopiec skinął głową. Otworzył drzwi samochodu, pochylił się, by wsiąść i zobaczył swą
ksiąŜkę w pulchnych dłoniach Suzie.
– Zostaw to, ty mały złodzieju! – wrzasnął.
Matka odwróciła się błyskawicznie.
– Co się dzieje? – zapytała surowo.
– Ona wzięła moją ksiąŜkę – odparł Stewart wzburzonym głosem. ZdąŜył juŜ dostrzec świeŜo
zagięty dolny naroŜnik okładki. – Zaraz ją podrze.
Matka pokręciła głową.
– Nie wygłupiaj się, Stewarcie, i nie rób nerwowej atmosfery. Twoja siostra jest po prostu
ciekawa, co ty tam czytasz. Poza tym zaraz ci ją odda, prawda Suzie?
Dziewczynka posłusznie oddała ksiąŜkę bratu. Niemal w tym samym momencie usłyszeli trzask
zamykanej klapy i po chwili wsiadł Ojciec.
– Co to były za krzyki? O jaką ksiąŜkę chodzi? – zapytał.
Mama wzruszyła ramionami.
– Twoje dziecko uparło się, by nam coś poczytać na głos.
Postanowiliśmy poczekać z tym na ciebie. – Odwróciła się w stronę syna i posłała mu wymowne
spojrzenie. – Myślę, kochanie, Ŝe moŜesz juŜ zaczynać.
Dusząc w sobie przekleństwa (nie zamierzał wszak robić nerwowej atmosfery), Stewart otworzył
ksiąŜeczkę na pierwszym lepszym wierszyku. Odczekał, aŜ zamruczy odpalony silnik, a na
przednim siedzeniu zaszeleści otwierana torba chipsów. Potem zaczął czytać.
• • •
Boisz się kruków? I słusznie, mój panie
Lecz bój się takŜe, gdy nad rzeką staniesz
A odzieŜ skrwawioną prać będzie starucha
Bo bliski juŜ dzionek, gdy wyzioniesz ducha.
– Czy naprawdę nie ma w tej ksiąŜce niczego innego, niŜ te krwawe wierszyki? – zapytał Ojciec.
Nosił się z tym pytaniem od pierwszej przeczytanej przez syna rymowanki, wtedy jednak
postanowił dać ksiąŜce szansę. Teraz, siedem rymowanek później, zmienił zdanie.
Stewart wzruszył ramionami.
– Ma jeszcze rysunki – powiedział. Zaraz jednak dorzucił: – Ale nie wiem, czy chciałbyś je
obejrzeć. Są trochę… upiorne.
Matka kolejny raz zaszeleściła trzymaną na kolanach torebką chipsów. Wyjęła jeden
niepołamany i włoŜyła do ust męŜowi.
– Zastanawiam się, kto wydaje takie głupoty – stwierdził Ojciec mlaskając. – Jaki jest tytuł tego
koszmaru?
– „Heroldowie Joe Blacka”, Tato – odparł chłopiec. Niepewnie zerknął na profil Matki i dodał: –
A wydało ją twoje wydawnictwo. W zeszłym roku.
W samochodzie zapanowała niezręczna cisza. Ojciec przestał mlaskać, a ręka Matki zamarła we
wnętrzu torebki. Nawet Suzie, wyczuwając wiszącą w powietrzu burzę, przestała mówić do
siebie i włoŜywszy kciuk do buzi czekała na rozwój wypadków.
Stewart poczuł się nagle w obowiązku znaleźć choć jeden wierszyk, który mógłby naprawić
sytuację. Choć jeden, z którego Ojciec mógłby być dumny. Szybko przekartkował ksiąŜeczkę i
znalazłszy zaczął czytać.
Krzykiem zwiastuje smutną nowinę
Banshee, co z głosu mocnego słynie.
Gdy arią raczy ten widmowy śpiewak
Przyjdzie słuchaczom pójść prosto do nieba.
– To juŜ nie jest takie złe – skomentowała Matka, uśmiechając się nerwowo. – Właściwie to
myślę, Ŝe…
Gdzieś z oddali dobiegł ich nagle potworny, świdrujący uszy wrzask. Przestraszony Ojciec
skręcił gwałtownie i samochód z impetem uderzył w słabą barierkę. Za nią była juŜ tylko
przepaść…
2.
Kobieta z całej siły pchnęła drzwi i wybiegła z chaty. Podtrzymywana ręką, niedopięta spódnica i
stary katalog z kosmetykami w zaciśniętej pięści wyraźnie sugerowały miejsce, które musiała w
pośpiechu opuścić.
– Co się stało? – zawołała, usiłując przekrzyczeć wrzask. Nie usłyszała odpowiedzi, ale tak
naprawdę wcale jej nie potrzebowała. Wszystko rysowało się przed jej oczami nadzwyczaj
wyraźnie.
Pierwszym, co dostrzegła wybiegając z chaty, był przewrócony pieniek i rozrzucone drewno.
Ułamek sekundy później jej wzrok zarejestrował wystającą zza pieńka ruszającą się nogę i rękę
uzbrojoną w zakrwawioną siekierę. Niedostrzegalna z punktu widzenia kobiety reszta ciała
właściciela obu kończyn dawała o sobie znać jedynie werbalnie. Potwornym wrzaskiem.
Kobieta odwróciła się na pięcie i wbiegła z powrotem do chaty. Gdy wróciła, spódnica była juŜ
zapięta, a w dłoni zamiast katalogu trzymała apteczkę. Podbiegła do wrzeszczącego i
pochyliwszy się, uderzyła go z otwartej dłoni w twarz. MęŜczyzna, olbrzym o porośniętej bujną
rudą brodą twarzy i wyglądzie pogromcy barów na Alasce, zamilkł błyskawicznie.
Kobieta uśmiechnęła się do niego i z rozbawieniem pogroziła mu palcem.
– Ładnie tak straszyć matkę, ancymonie? – spytała. Nie czekając na odpowiedź, zajęła się
skaleczoną nogą.
– Tyle lat rąbiesz drewno – komentowała przy tym – i dalej nie wiesz jak się obchodzić z
siekierą? Co by na to powiedział twój Ojciec?
MęŜczyzna uniósł się na łokciach.
– Pewnie wybełkotałby coś po pi… auu!
Kobieta odstawiła na bok buteleczkę ze spirytusem.
– Nie waŜ mi się jęczeć, ancymonie – ostrzegła – ani obraŜać swojego Ojca. Tyle dla ciebie
zrobił. Zdejmuj te gacie. Całe są w krwi.
Odsunęła się kawałek, robiąc synowi miejsce. MęŜczyzna sycząc i kwękając rozpiął pas i powoli
zsunął dŜinsy.
Gdy opatrunek był juŜ gotowy, pomogła synowi wstać i usłuŜyła mu jako wsparcie w drodze do
chaty. W środku pomogła mu usiąść na krześle obok radia.
– Połącz się z Konowałem – poleciła, przerzucając przez ramię skrwawione spodnie. – I powiedz
mu, Ŝeby ruszył tu swój chudy, stary zad, jeśli chce mnie jeszcze kiedykolwiek oglądać. Idę nad
rzekę. MoŜe nie jest jeszcze za późno, by uratować coś z tej szmaty.
Wzięła z półki szare mydło, pod pachę stojącą przy ścianie tarkę i wyszła.
MęŜczyzna odczekał, aŜ zamkną się za nią drzwi, po czym chwycił za mikrofon.
3.
ś
adne z rodziny Crane’ów nie obejrzało krótkiego filmu o swoim Ŝyciu, choć kaŜde z nich (no
moŜe z wyjątkiem Suzie) załapało się juŜ na początkowe napisy. Okazało się jednak, Ŝe barierka,
mimo iŜ poległa w starciu z samochodem, zadanie swe wypełniła. Pojazd przednimi kołami
zawisł nad przepaścią, zachwiał się… i znieruchomiał.
Ojciec zmusił się, by puścić kierownicę i ostroŜnie odwrócił głowę.
– Nikomu nic się nie stało? – zapytał drŜącym głosem.
Matka i Stewart zaprzeczyli. Po krótkiej chwili chłopak dorzucił, Ŝe i z jego siostrą jest wszystko
w porządku. Ojciec odetchnął z ulgą.
– Dobrze więc – powiedział juŜ nieco spokojniej i bardziej stanowczo. – Musimy opuścić
samochód, ale zrobimy to tak, jak powiem.
Uśmiechnął się do Ŝony.
– Ty wysiądziesz pierwsza. Musimy odciąŜyć przód. Poza tym wyjmiesz Suzie. Stewart…
– JuŜ odpięta, tato – zakomunikował chłopak. – Gotowa do zabrania.
– Dobrze – Ojciec westchnął. – Damy przodem.
Matka uchyliła drzwi najszerzej jak się tylko dało i ostroŜnie przecisnęła się na zewnątrz.
Zapanowała nad odruchem oparcia się o samochód i na drŜących nogach podeszła do tylnych
drzwi. Otworzyła je, pochyliła się i wyjęła córkę z fotelika. Kilka drobnych kamyczków pognało
w przepaść, ale nawet tego nie usłyszała. Jej tłukące się w piersi serce skutecznie wszystko
zagłuszało.
Ojciec odczekał, aŜ Ŝona odsunie się od samochodu, po czym złapał za klamkę.
– Otwieramy na trzy, Stewarcie – polecił. – Otwieramy i wyskakujemy.
Chłopiec równieŜ połoŜył dłoń na klamce. Na sygnał szarpnął za nią, pchnął drzwi i wyskoczył.
Znalazł się na przydroŜnym Ŝwirze. Obok, dysząc cięŜko, leŜał Ojciec. Obaj popatrzyli po sobie,
po czym niemal równocześnie przenieśli wzrok na samochód. Ten ani drgnął.
Ojciec podniósł się z ziemi i podszedł do syna.
– Wszystko przez te twoje głupoty – powiedział surowo, podając mu rękę. – Zachciało ci się
kretyńskich wierszyków o jakimś Banshee czy innych zmorach. Widzisz, do czego
doprowadziłeś?
Chłopiec nie odpowiedział. Jakoś wcale, a wcale nie czuł się winny, Ŝe jego Ojciec nie lubi
nerwowych sytuacji i do tego panikuje prowadząc auto. A co do krzyku, wiedział doskonale, Ŝe
zadziałałby na nich tak samo, nawet gdyby wcześniej nie słyszeli rymowanek. Był przeraŜający.
Snując te i im podobne myśli, ostroŜnie zbliŜył się do maski samochodu, aby zerknąć w przepaść.
Za jego plecami Suzie dostała nagłego ataku histerii i najpierw Matka, a potem oboje z Ojcem,
próbowali ją uspokoić. Stewart przykucnął i zacisnąwszy rękę na wygiętym słupku począł
przyglądać się rozhulanej w swym korycie górskiej rzece. Powoli przeniósł wzrok na
przeciwległy brzeg i… miał szczęście, Ŝe się trzymał. Po drugiej stronie, przy rozłoŜystym
konarze dębu, klęczała stara kobieta i posługując się tarką prała jakieś łachy. Woda w maleńkiej
zatoczce, przy której znajdowała się niewiasta, mieniła się czerwienią…
4.
Stary Konował westchnął i odłoŜył mikrofon. Wyjazd w tej właśnie chwili był mu zupełnie nie
na rękę, ale i tak wiedział, Ŝe pojedzie. Pojechałby, choćby w miasteczku trwała właśnie
epidemia dŜumy.
Wszystko dlatego, Ŝe stary Konował się zakochał, a, jak sam twierdził, w jego wieku istniała
tylko jedna rzecz gorsza niŜ ten rodzaj odurzenia. Nieraz powtarzał to kumplom, z którymi co
piątek siadał do brydŜa w knajpie „U Robina” (jakby któryś z owych zapomnianych przez śmierć
dziadków potrzebował takich przestróg). Siadał wtedy wyprostowany, podnosił w górę kufel
Guinnessa i mówił:
– Jest tylko jedna rzecz gorsza od zakochania się na starość, panowie. Jeśli traficie na złą babę i
to na tyle sprytną, by wyczuła, o co wam chodzi. Wtedy wpadliście w łajno po uszy.
Choć powtarzał to niezliczoną ilość razy, co tydzień otrzymywał owacje jakby odkrył lekarstwo
na raka. Potem oczywiście wszyscy, łącznie z nim samym, zapominali o owej mądrości, aŜ do
następnego spotkania. Tyle, Ŝe pewnego dnia, bodajŜe w jakiś pochmurny czwartek, stary
Konował spotkał „tę jedyną” i przy następnej partyjce mówił juŜ niestety z własnego
doświadczenia. Od tej pory zrodziła mu się teŜ w głowie kolejna mądrość. Gorszym od głupca,
mówiła, jest mędrzec, który głupio wpadł…
Przechodząc koło lustra w przedpokoju zatrzymał się i poprawił surdut. Przez chwilę przyglądał
się sobie krytycznie, po czym zrezygnowany machnął ręką. NałoŜył płaszcz i sięgnął po
kapelusz. Podniósł z ziemi swą lekarską torbę i wyszedł przed dom.
– Dzień dobry panu – ryknął barczysty chłopak, stojący obok zdezelowanego powozu Konowała.
Zza jego szerokich pleców wyglądała zaprzęŜona do pojazdu wychudła szkapa. – Ładny mamy
dziś dzionek, nieprawdaŜ?
Konował burknął coś w odpowiedzi, wsiadł na kozioł i ruszył w stronę lasu.
5.
Stewart nie krzyczał. Przez jakiś czas wydawało mu się, Ŝe to robi, po chwili jednak do jego
przeraŜonego umysłu dotarło, Ŝe wrzeszczy jego siedząca nieopodal siostra, a on wydaje z siebie
tylko ciche rzęŜenie.
Matka pogładziła go po włosach.
– JuŜ dobrze synku – uspokajała go, zerkając w stronę Ojca.
Ten stał przy przepaści i przeczesywał wzrokiem drugi brzeg. Z ręką przy czole wyglądał jak
okrętowy majtek wypatrujący lądu. Nic nie zauwaŜywszy, odwrócił się do Ŝony i wzruszył
ramionami. Ta delikatnie skinęła głową.
– Musisz się wziąć w garść, Stewarcie – mówiła, nadal głaszcząc go po włosach. – Tam nie ma
Ŝ
adnej praczki. Musiało ci się wydawać.
Ojciec podszedł do Suzie i wziął ją na ręce. Z niewiadomych przyczyn dziewczynka, niedająca
się dotąd przekupić nawet koszem słodkości, nagle umilkła. Rodzice przyjęli ten mały cud z
nieukrywaną ulgą.
We względnej ciszy, po niespełna kwadransie chłopiec wrócił do siebie na tyle, by pomóc Ojcu
wypchnąć samochód z powrotem na drogę i nawet oburzyć się, gdy Matka nazwała go dzielnym
małym czarodziejem. Suzie znowu zaczęła płakać, ale tym razem dość szybko uległa wdziękom
wyjętego z bagaŜnika milky way’a.
Wszystko zmierzało ku dobremu i tylko samochód (głupi zagraniczny grat, jak nazwał go Ojciec)
nie dawał się przekonać, aby przejść nad sprawą do porządku dziennego. Nie wiedzieć czemu, za
Ŝ
adne skarby nie chciał odpalić.
– Przydałby się jakiś mechanik – stwierdził w końcu Ojciec, zamykając klapę. Wytarł ręce w
otrzymany od Ŝony papierowy ręcznik. – Ja się na tym kompletnie nie wyznaję. Mechanik albo
chociaŜ transport, bo do Shella mamy juŜ ładny kawałek. A tędy jeszcze nikt nie przejechał,
zauwaŜyłaś?
– Ktoś w końcu musi – pocieszyła go Matka. – Droga jest bardzo zadbana. NiemoŜliwe, Ŝeby
nikt tędy nie jeździł.
Jak na zawołanie, gdzieś z oddali dobiegło ich rytmiczne KLAP KLAP i ciche skrzypienie. Po
dłuŜszej chwili zza zakrętu wyłonił się ciągnięty przez koszmarnie chudą szkapę wózek. Na
koźle siedział podobny do stracha na wróble męŜczyzna w czarnym płaszczu i ze spiczastym
kapeluszem na głowie.
– Co tam jest? – zaciekawił się Stewart. Ku uciesze Suzie odłoŜył na bok torbę chipsów i wstał z
ziemi. – Co to za dziwne dźwięki?
Przez chwilę wydawało mu się, Ŝe umysł po raz kolejny płata mu figla, ale pełne rozbawienia
zdumienie na twarzach rodziców odebrało mu tę nadzieję. Co ich tak cieszy? PrzecieŜ on
przyjechał tu, Ŝeby zwiastować… nagle dotarło do niego, Ŝe przecieŜ tego wierszyka rodzice nie
słyszeli. Nie przeczytał go im. Są zupełnie nieświadomi tego, co się zbliŜa.
– Mamo – zaczął. – Nie patrzcie na niego. To…
Poczuł jak jego język drętwieje, a oczy zasnuwają się mgłą. ZadrŜały mu kolana, a włoski na
karku stanęły na baczność. Potem zemdlał.
Część druga
Joe Black
6.
– Nic mu nie będzie – rzekł Konował, zbadawszy Stewarta. Mówił nieco skrzekliwym głosem,
który brzmiał jedynie odrobinę bardziej miłosiernie od skrzypienie kół jego wozu. – Ale dobrze
by mu zrobił kawałek materaca i świeŜa herbata. Znajomi, do których jadę, mieszkają nieopodal.
Na pewno bliŜej niŜ ktokolwiek inny.
– Naprawdę dziękujemy, Ŝe się pan zatrzymał – wyraziła swą wdzięczność Matka. – Właśnie
rozmawialiśmy z męŜem o tym, jak bardzo opustoszała jest ta droga. Baliśmy się, Ŝe juŜ nikt nie
przyjdzie nam z pomocą.
Stojący nieopodal Ojciec, bezskutecznie siłujący się z komórkowym brakiem zasięgu,
potwierdził słowa Ŝony skinieniem głowy. Konował wzruszył ramionami.
– Lekarz ma obowiązek pomóc ludziom w potrzebie – powiedział. – To z mojej strony nic
nadzwyczajnego. A teraz, jeśli nie mają państwo nic przeciwko, proponowałbym zabezpieczyć
samochód i zabrać stąd chłopca. Nie powinien tak leŜeć na ziemi. – Uśmiechnął się krzywo. –
Jak mawiał mój Ojciec, staruszka Gaja strasznie szybko się przyzwyczaja.
PołoŜyli Stewarta na wózku, po czym Matka z Suzie usadowiły się koło chłopca, a Ojciec obok
Konowała na koźle. Wozem zatrzęsło, zaskrzypiały koła, a szkapa ponownie zaczęła wystukiwać
swe staccato. Ruszyli.
• • •
– A czym pan się zajmuje panie Crane? – zapytał Konował, gdy wszelkie konwenanse i rozmowy
o pogodzie mieli juŜ za sobą. Chwilę temu zjechali właśnie z głównej drogi w ukrytą między
drzewami porośniętą soczystozieloną trawą dróŜkę.
– Jestem właścicielem wydawnictwa dla dzieci – odparł Ojciec, rozglądając się z zachwytem. –
Rany! Nie wiedziałem, Ŝe okoliczne lasy są tak piękne.
– Nie są. – Konował uśmiechnął się smutno.
Ojciec uniósł brwi.
– Nie rozumiem.
Woźnica wzruszył ramionami.
– To proste panie Crane – wyjaśnił. – Ma pan szczęście jechać jedną z tych niewielu dróg nie
odkrytych jeszcze przez turystów. Pozostałe nie wyglądają tak pięknie.
Ilustracja: Artur Wawrzaszek
Niemal równocześnie westchnęli i przez chwilę jechali w milczeniu.
Mroczny, zielony baldachim drzew z kaŜdą chwilą przepuszczał coraz więcej światła, aŜ w końcu
wóz stanął nad rzeką. Oba jej brzegi spinał w tym miejscu dość szeroki mostek z jedną poręczą,
po której wolno, majestatycznie przechadzał się czarny kruk.
Ptak przez chwilę zdawał się nie dostrzegać wozu, a gdy juŜ zwrócił na niego uwagę, swe
przenikliwe spojrzenie skierował na siedzących na koźle męŜczyzn. Jego dziób otworzył się
powoli.
– Nigdy juŜ – dobiegło do uszu Ojca, który wzdrygnął się mimowolnie. Dopiero śmiech
Konowała uzmysłowił mu, kto tak naprawdę powiedział te słowa.
– Niech mi pan wybaczy ten drobny psikus – poprosił woźnica – ale tak dawno nie miałem okazji
poćwiczyć swych brzuchomówczych zdolności. A teraz nadarzyła się po prostu wspaniała
okazja.
– śadna sprawa. A swoją drogą, ciekaw jestem czy Poe teŜ padł ofiarą takiego dowcipu.
Konował zaniósł się jeszcze większym śmiechem.
– Padł ofiarą – wydusił. – A to dobre.
Przeprawa przez mostek przebiegła spokojnie, choć widok szalejącej pod nim rzeki, tej samej, w
której niemal nie wylądowali, przyprawił Ojca o szybsze bicie serca. Całe szczęście, pomyślał, Ŝe
wszystkich na tyle wozu zmorzył sen. Dość mieli wraŜeń.
Po drugiej stronie ścieŜka sprawiała wraŜenie nieco węŜszej, ale wóz nadal mieścił się na niej bez
problemów. Właściwie to nawet jechało się przyjemniej, bo trawa była zdecydowanie bardziej
puszysta, nigdzie nie czaiły się złośliwe kamienie czy korzenie, a ptasie trele wyraźnie przybrały
tak na sile jak i jakości.
W końcu po którymś z kolei zakręcie, zza drzew zamajaczył im kształt, kojarzący się nieodparcie
z bajkami braci Grimm – stara drewniana chata.
– Oto i cel naszej podróŜy – oznajmił Konował, uśmiechając się. – Niech się pan nie przeraŜa. W
ś
rodku jest nieco nowocześniej.
Ojciec odpowiedział uśmiechem.
– Od nowoczesności to właśnie próbuję uciec.
Odwrócił się i dotknięciem w ramię obudził Ŝonę. Ta przeciągnęła się, a otworzywszy oczy
westchnęła z wraŜenia.
– BoŜe, jak tu pięknie – wyszeptała.
Siedzący na koźle wymienili znaczące spojrzenia, niczym starzy wyjadacze, którzy właśnie
dopuścili Ŝółtodzioba do tajemnicy.
– Ciesz się, Ŝe nie widziałaś rzeki – powiedział Ojciec, a Konował potwierdził skinieniem głowy.
– MoŜesz obudzić dzieci?
– Jasne – zgodziła się.
Wóz minął niewielką, ozdobioną polnymi kwiatami tabliczkę i wjechał na podwórze.
• • •
Obudzony Stewart potrzebował chwili leŜenia w bezruchu, by zorientować się gdzie są. Ostatnią
rzeczą jaką pamiętał był stukot kopyt po asfalcie, skrzypienie kół starego wozu i przeraŜająca
postać w kapeluszu, jak ten czarownicy z krainy Oz. Potem pojawił się sen, w którym tajemniczy
przybysz wcale nie okazał się potworem, a tylko dobrodusznym staruszkiem, oferującym im swą
pomoc.
Zapamiętane ze snu oblicze woźnicy, choć wyglądające jak twarz Pinokia wyrzeźbionego z
pustynnego drzewa, było tak pełne ciepła, Ŝe po przebudzeniu jedynym Ŝyczeniem chłopca było
móc zobaczyć je raz jeszcze. Tym razem na jawie.
Nie bał się juŜ ani odrobinę. Wręcz przeciwnie, nawet jeŜeli przybysz rzeczywiście był
straszliwym Ankou, to on, Stewart Crane właśnie obudził się na jego wozie cały i zdrowy. A
Ojciec nawet śmiał się z dowcipów zjawy. To wszystko całkiem nieźle wróŜyło na przyszłość.
Chłopiec usiadł, przeciągnął się. Posłał szeroki uśmiech wpatrującej się w niego z niepokojem
Matce (ona na ten widok wyraźnie odetchnęła z ulgą) i z zachwytem rozejrzał się wkoło.
Wóz, skrzypiąc niemiłosiernie, usiłował właśnie sprostać wymaganiom swego właściciela i
wykonać zgrabny zwrot tuŜ przed chatką. Udało się średnio, przede wszystkim ze względu na
kobietę, która pojawiła się w progu i tak zaaferowała woźnicę, Ŝe ten nie dostrzegł wystającego z
ziemi kamienia. Pojazd z niemal ludzkim jękiem podskoczył na wyboju, charknął, strzyknął i
wygiął się gwałtownie w parodii ukłonu, a siedzący na nim pasaŜerowie cudem uniknęli
bliskiego spotkania z ziemią.
Kobieta pokręciła głową z wyrazem pogardy na twarzy.
– Brawo, Konowale – zadrwiła. – Ostatnia rzecz jakiej mi dzisiaj trzeba, to twoje rozklekotane
szkaradzieństwo na moim podwórzu.
Woźnica wzruszył ramionami, uśmiechnął się przepraszająco do Ojca i zsunął się z kozła.
Dystyngowanym krokiem podszedł do stojącej w progu kobiety, pochylił się i usiłował
pocałować ją w rękę. Omal nie oberwał ścierką.
– Nie czas na umizgi, stary capie – ofuknęła go, po czym duŜo ciszej dodała: – Poza tym, co
pomyślą sobie twoi goście.
– Właśnie miałem zamiar ci ich przedstawić – odparł Konował pogodnie. – Oto są państwo
Crane i ich urocze pociechy. Spotkałem ich…
Gospodyni machnęła ręką.
– Jakoś sobie poradzimy z tą prezentacją bez ciebie. Idź, zobacz co z moim chłopcem.
Konował posłusznie wszedł do chaty. Kobieta poczekała, aŜ cała rodzina zgramoli się z wozu, po
czym podeszła do nich z kaŜdym witając się tak serdecznie, jakby znali się od lat. Kazała mówić
na siebie Drwalowa (te współczesne nazwiska, stwierdziła, zupełnie nic nie znaczą) i zaprosiła
ich na potrawkę z królika, jak tylko ten gamoń Konował upora się z raną jej syna.
Stewart zostawił słuchanie kobiety rodzicom, a sam, pod pozorem spaceru z siostrą, ruszył po
skrzętnie zamiecionym podwórku. Rozglądał się uwaŜnie, ale nie wypatrzył zupełnie nic
ciekawego. Wbita w pieniek, wypolerowana i lśniąca w słońcu siekiera za nic nie chciała
przypominać walecznego topora baśniowych krasnoludów, a w równo ułoŜonych szczapach
drewna coś interesującego mógłby znaleźć jedynie jakiś maniak, z rodzaju tych, co gapią się w
chmury i widzą w nich króliki i Ŝaby.
– Stewart – usłyszał za plecami głos Ojca.
Odwrócił się i zauwaŜył, Ŝe rodzice stoją tuŜ przed progiem. Kobieta musiała juŜ wejść do
ś
rodka. Podniósł siostrę na ręce.
– JuŜ idziemy tato – zawołał, ruszając w ich stronę.
• • •
Wnętrze chaty rzeczywiście wyglądało nieco nowocześniej. Całą ścianę po lewej zajmował
zaląŜek kuchni i nieco podstarzałe CB-radio, stojące na udziwnionym metalowo-szklanym
biurku, a po przeciwnej stronie izby znajdował się mały salonik składający się z dwóch
topornych foteli (zielonych), starej ławy (wiśniowej) i wiklinowej kanapy.
Na prawo od wejścia, w rogu, wisiał sporych rozmiarów telewizor, który, zamocowany pod
kątem trzydziestu stopni tuŜ pod sufitem, wyglądał jak pozostałość po jakimś pubie. Podobnie
zresztą jak metalowe drzwi z kwadratowym wizjerem prowadzące do wnętrza chatki. Zza nich
wyłonił się właśnie Konował, asekurując wielkiego jak dąb młodego drwala.
– Nic mu nie będzie – powiedział, zauwaŜywszy, Ŝe gospodyni bacznie się im przygląda. – To
tylko…
– Wiemy, co się stało, stary capie – odburknęła niewiasta. – Poza tym ten gamoń powiedział ci
wszystko przez radio.
Odwróciła się w stronę stojących w progu, nieco onieśmielonych wnętrzem, Crane’ów
– Proszę, niech się państwo rozgoszczą. – Uśmiechnęła się ciepło do Matki, bądź teŜ siedzącej na
jej rękach Suzie. – Potrawka zaraz powinna być gotowa.
– Nie chcielibyśmy sprawiać kło… – zaczął Ojciec, ale kobieta machnęła ręką.
– Jaki to tam kłopot – odparła. – Goście to sama słodycz.
Poczekała, aŜ wszyscy, łącznie z Konowałem i jego pacjentem, rozsiądą się wygodnie w
„saloniku”, (upewniła się teŜ, czy lekarz nie popełnił Ŝadnej gafy przy prezentacji drwala), po
czym skrzętnie zabrała się do pracy.
Po chwili posiłek nęcąc przepięknym zapachem znalazł się na ławie w glinianym półmisku. Woń
potrawki była tak niezwykła, Ŝe cała rodzina Crane’ów z niecierpliwością czekała, aŜ gospodyni
rozłoŜy talerze i usiądzie wreszcie na zwolnionym przez Konowała fotelu.
Staruszek podsunął sobie krzesło i mogli zabrać się do jedzenia.
• • •
– A znacie to? – zapytał młody drwal. Właściwie, ze względu na pełne usta, zdanie brzmiało
raczej jak: „A Ŝnaczie tfo?”, ale nikt nie miał problemów ze zrozumieniem, tym bardziej, Ŝe w
trakcie trwania posiłku brodacz zdąŜył zadać je juŜ kilkanaście razy. Z resztą dowcipu odczekał,
aŜ do przełknięcia ostatniego kęsa.
– Co to jest: czterdziestu ludzi w mini morrisie? – Dał obowiązkowe trzydzieści sekund na
odpowiedź, a potem wyjaśnił: – Autokar wycieczkowy z Glasgow.
Wszyscy zebrani (za wyjątkiem Suzie) wybuchnęli śmiechem, choć Stewart kaŜdy z
opowiadanych przez drwala dowcipów słyszał juŜ przynajmniej po pięćdziesiąt razy. Zwykle
opowiadał je Ojciec podczas rodzinnych kolacji.
Mimo to nikt jakoś nie miał sumienia przerywać brodaczowi, więc kaŜdy cierpliwie szczerzył
zęby w uśmiechach i czekał, aŜ wyczerpie mu się repertuar. Zbiegło się to mniej więcej z chwilą
podania na stół szarlotki, na której widok ślinianki drwala ostro zabrały się do pracy. Moment ten
błyskawicznie wykorzystał Konował.
– A co się tam właściwie wydarzyło na drodze? – zapytał. – Co spowodowało wasz wypadek?
Nie dostrzegłem tam Ŝadnych kałuŜ, ani leŜących na drodze konarów. Wiewiórka wybiegła? A
moŜe coś większego?
Ojciec pokręcił głową.
– Właściwie – stwierdził – to nawet zabawna historia, prawda kochanie?
Ostatnie słowa skierował do siedzącej obok Ŝony, która skinęła głową i dalej usiłowała wcisnąć
kawałek mięsa pomiędzy zaciśnięte zęby córki. Ojciec nalał sobie herbaty.
–Wszystko zaczęło się od ksiąŜki Stewarta… – zaczął.
Gdzieś tak w połowie opowiadanej historii zorientował się, Ŝe to, co jemu wydało się zabawne,
wcale nowych znajomych nie śmieszy. Wręcz przeciwnie, siedzieli oni teraz z pełnymi skupienia
minami, wszyscy wyprostowani, jak dzieci na ogniskach, gdzie opowiadane są historie o
duchach. Gdy wspomniał o praczce, gospodyni przeprosiła wszystkich na moment i wyszła do
drugiego pomieszczenia. Jej twarz wydała się Ojcu blada, jakby trupia.
– I wtedy właśnie zobaczyliśmy pana – zakończył swą historię. – Resztę juŜ pan zna.
Stewart przez chwilę miał taką minę, jakby koniecznie chciał uzupełnić wypowiedź Ojca, ale po
głębszym zastanowieniu, postanowił milczeć. Konował i drwal popatrzyli po sobie. Młodszy
męŜczyzna wzruszył ramionami. Lekarz westchnął.
– Myślę, Ŝe będziecie państwo potrzebować pomocy hm… mechanika. – powiedział, drapiąc się
po głowie. – Znam nawet jednego takiego. Zaraz spróbuję się z nim skontaktować.
Wstał i podszedł do radia. Przez chwilę wywoływał kogoś, aŜ w końcu z pomiędzy szumów
rozległ się cichy głos w dziwnym, kojarzącym się Ojcu z bułgarskim, języku. Rozmawiali przez
chwilę, a potem Konował odwiesił mikrofon.
– Powinien tu być za nie więcej niŜ trzy godziny – rzucił bardziej do drwala niŜ do Crane’ów. –
Mówił, Ŝe zdąŜy ze wszystkim zanim się ściemni.
Brodacz uśmiechnął się smutno.
– Panie Crane chciałbym, Ŝeby pan wiedział, Ŝe strasznie mi przykro.
– Niepotrzebnie – zapewnił go Ojciec. Trochę dziwne wydały mu się przeprosiny w tym właśnie
momencie. – Nam przecieŜ nic nie jest, a samochód był ubezpieczony.
Konował pokręcił głową, ale nic nie odpowiedział.
Drwal, podobnie jak wcześniej jego Matka, przeprosił zebranych i udał się do drugiego
pomieszczenia. Po dłuŜszej chwili (podczas której jedynym dźwiękiem w saloniku było ciche
podśpiewywanie Suzie) wrócili razem. Kobieta niosła pod pachą szachownicę.
– Pomyślałam sobie – wyjaśniła, rozkładając ją na stole – Ŝe skoro i tak musicie państwo tu
zaczekać, to moŜe poćwiczycie sobie odrobinkę.
Państwo Crane popatrzyli po sobie z rozbawieniem.
– Ale my nigdy nie graliśmy w szachy – powiedział Ojciec. – Poza tym nie za bardzo rozumiem,
po cóŜ mielibyśmy właśnie w tej chwili ćwiczyć grę…
– Bo to czasem bardzo przydatna umiejętność – wyjaśniła Drwalowa. – Nie wiem czy słyszał pan
o tym, jak to szachy uratowały setki ludzkich istnień?
– Pamiętam tylko, Ŝe w jakimś filmie człowiek grał w szachy ze Śmiercią – przypomniała sobie
Matka.
Konował skinął głową.
– „Siódma pieczęć”, mój ulubiony. A pamięta pani scenę, gdy Śmierć ścina drzewo, na którym…
– Przerwał pod naporem przeszywającego spojrzenia gospodyni. – Przepraszam, odbiegam od
tematu.
– Ja umiem grać w szachy – wtrącił się Stewart. – Wygrałem nawet międzyszkolne zawody.
Konował wyszczerzył zęby.
– Doskonale. Więc moŜe na rozgrzewkę zagrasz z Drwalem. Ostatnio sporo ćwiczył.
– Jasne – zgodził się chłopak.
Ojciec jednak nie dawał za wygraną.
– Ja jednak dalej nie rozumiem, dlaczego akurat teraz mamy grać w szachy. Mój samochód
stoi…
– Samochód jest bezpieczny kochanie – uspokoiła go Matka. Dostrzegła płomień radosnego
podniecenia w oku syna i z całych sił chciała, by mienił się tam jak najdłuŜej. – I tak nikt tam nie
jeździł. A Stewartowi przyda się lekcja główkowania, nie uwaŜasz?
Ojciec, gdy się namyślił, rzeczywiście tak uwaŜał, więc nie oponował juŜ ani słowem,
ograniczając się do wzruszenia ramionami.
Gracze zajęli miejsca po przeciwnych stronach stołu i rozpoczęła się rozgrywka. Nie trwała
nawet pięciu minut. Podobnie jak rewanŜ. Drwal pomimo swych ćwiczeń nabierał się na
najprostsze triki pokroju „mata w pięciu ruchach”, zdarzało mu się mylić gońca z wieŜą i
poświęcał figury, ratując pionka. Nic dziwnego, Ŝe dość szybko ustąpił miejsca Konowałowi.
Lekarz radził sobie znacznie lepiej. Pierwszej partii omal nie wygrał (w ostatniej chwili Stewart
doprowadził do pata), druga trwała prawie godzinę i zakończyła się pyrrusowym zwycięstwem
chłopca.
– Mają państwo cudownego dzieciaka – pochwaliła gospodyni. – Jest znakomitym zawodnikiem.
– Sam jestem zaskoczony – przyznał Ojciec. – Grał tak, Ŝe z pewnością wygrałby ze Śmiercią.
Drzwi na podwórze otworzyły się gwałtownie i do środka wkroczyła mroczna postać w płaszczu
z kapturem.
– Czy ktoś mnie wzywał? – zapytała grobowym głosem. – Czy ktoś ze śmiertelnych odwaŜył
się wymienić moje imię?
Ojciec juŜ chciał skomentować pojawienie się przybysza w jakiś błyskotliwie zabawny sposób,
gdy poczuł, Ŝe słowa więzną mu w gardle. Tajemnicza postać uniosła ręce i wypowiedziała kilka
słów w owym dziwnym, podobnym do bułgarskiego języku. Nagle cała izba wypełniła się
obrazami gnających przez krwistoczerwoną wieczność zjaw o groteskowo wykrzywionych
twarzach. W ich oczach pojawiał się czasem jakiś ognik świadomości, zaraz jednak niknął w
mętnej otchłani szaleństwa. Potem obraz zmienił się. Widzieli płonące pole bitwy, przez które
szły gnijące zwłoki, wymachując przestarzałą bronią.
I znowu zmiana.
Tym razem pośrodku izby pojawiło się łóŜko, na którym leŜał stary człowiek. Starzec otworzył
usta wypuszczając z nich maleńki, niebieskawy obłoczek…
Przybysz opuścił ręce i sięgnął do kaptura. Obraz łóŜka z kaŜdą chwilą stawał się coraz mniej
wyraźny. Gdy zniknął zupełnie, kaptur opadł na plecy i ramiona, ukazując wszystkim przystojną
twarz, do złudzenia przypominającą oblicze Brada Pitta.
– Jam jest ten, którego zwą Śmiercią – oznajmił Przybysz. – I przyszedłem po Was,
Crane’owie.
Pierwszy otrząsnął się Stewart.
– A nie mówiłem? – wrzasnął bardziej podniecony niŜ wystraszony. Świadomość, Ŝe jednak miał
rację, jakoś zupełnie przyćmiła lęk. – Od razu wiedziałem, Ŝe to nie moŜe być przypadek. –
Wskazał ręką gospodarzy i Konowała. – To zwiastuny Śmierci. Heroldowie Joe Blacka.
Ojciec powoli odwrócił głowę i zerknął w stronę lekarza. Z całych sił pragnął, aby tamten
wybuchnął śmiechem, okazał się aktorem wynajętym przez kolegów z wydawnictwa, albo nawet
tym wrednym typem od ukrytej kamery, który zaraz kaŜe mu się szczerzyć do kuchenki gazowej
i pozdrowić wszystkich znajomych. Konował jednak stał ze spuszczoną głową. I to najbardziej
przekonało Ojca, Ŝe to jednak moŜe być prawda.
– Bez urazy, mały – powiedział Drwal, wyciągając rękę w stronę Stewarta. – Taka praca.
Chłopiec równieŜ wyciągnął dłoń. Uścisk Drwala był pewny i mocny, ale równieŜ w jakiś sposób
delikatny.
– Rozumiem. Ale i tak wiedziałem. To ty krzyczałeś?
Drwal skinął głową.
– MoŜesz mi mówić Ban… To znaczy mógłbyć… Znaczy, no wiesz, gdyby nie…
Ś
mierć chrząknął i wskazał rodzinie drzwi wyjściowe.
– Jakby to powiedzieć, jestem troszkę zajęty.
Ojciec rozejrzał się niepewnie, szukając jakiegokolwiek wyjścia z sytuacji; jego racjonalny
umysł poległ jednak w konfrontacji z tak niedorzecznym pomysłem. Jak moŜna uciec przed
czymś, w czego istnienie nawet nie do końca wierzysz? Matka przytuliła Suzie do piersi i z całą
surowością, na jaką było ją stać spojrzała Śmierci w oczy.
– A jaka jest, jeśli mogę wiedzieć – zapytała – przyczyna naszej śmierci? Tylko to, Ŝe
widzieliśmy tę trójkę?
Postać przy drzwiach wyszczerzyła się w uśmiechu.
– Wypadek samochodowy, rzecz jasna. Chyba nie myśleliście, Ŝe uratuje was zwykła
barierka? Albo, Ŝe istnieją jeszcze tak piękne fragmenty lasów? Pospieszcie się, nie macie
juŜ cza…
I wtedy właśnie gospodyni krzyknęła.
– Zaproponuj mu szachy, Stewarcie. Zagraj z nim o wasze Ŝy…
Ś
mierć błyskawicznie odwrócił głowę i kobieta trafiona jakąś niewidzialną siłą uderzyła o ścianę.
Pozostała na niej w bezruchu. Było juŜ jednak za późno. Stewart podbiegł do szachownicy i
odwróciwszy się wrzasnął.
– Wyzywam cię na pojedynek! Pojedynek o nasze Ŝycia!
Ś
mierć skrzywił się i podrapał po gładko wygolonym policzku. W końcu jednak zdjął płaszcz i
podszedł do stołu.
– Zgoda, młody człowieku – odparł. – Ale okaŜ się godnym przeciwnikiem.
Usiadł i odwrócił szachownicę tak, by do niego naleŜała biała armia. Przesunął o dwa pola
pionka przy samej lewej krawędzi.
– Twój ruch.
Chłopiec podniósł rękę i nagle zauwaŜył, Ŝe król wygląda zupełnie jak miniaturka Ojca, królowa
– Matki (z trzymaną na rękach Suzie), a wszystkie pozostałe figury i pionki otrzymały jego
twarz. Armia Małych Stewartów Crane’ów w pojedynku ze Śmiercią. Wykonał ruch, odczekał
swoje i ruszył się po raz kolejny. I znowu…
Z kaŜdym kolejnym traconym pionkiem czy figurą czuł potworne ukłucie gdzieś we wnętrzu
głowy, a gdy stracił królową, Matka wrzasnęła z bólu. Śmierć za kaŜdym razem śmiał się jak
dziecko i wykrzykiwał „touche”. Stewart zaczynał juŜ tracić nadzieję… i wtedy właśnie
wypatrzył lukę. Schowawszy ręce pod stół, zacisnął pięści, z całych sił starając się myśleć o
czymkolwiek innym, tylko nie szachownicy. Nie wiedział, czy Śmierć nie czyta mu czasem w
myślach i wolał nie ryzykować. Czekając więc na ruch przeciwnika, powtórzył sobie pierwszy z
ksiąŜkowych wierszyków.
Czarne ma serce, tak jak i nazwisko
Znają go wszędzie, moŜe zrobić wszystko
Na całym świecie ma sług swoich mrowie
On zwie się Joe Black, oni – Heroldowie.
Ale przecieŜ, myślał, nadal uciekając wzrokiem od szachownicy, ci tutaj okazali się dla nich mili.
PrzecieŜ to tylko dzięki tej kobiecie (Krwawej Praczce, poprawił się) mógł teraz siedzieć tu i
czekać, aŜ Joe Black wykona swój ruch. Oby tylko…
WieŜa Śmierci przedarła się ku pionkowi Stewarta zbijając go i wywołując u chłopca kolejną falę
bólu. Tym razem jednak młody Crane nic sobie z tego nie robił. Zbyt był szczęśliwy. Ręka drŜała
mu, gdy ustawiał swego gońca na właściwej pozycji, głos załamał się, gdy wyrzucił z siebie dwa
obecnie najpiękniejsze dlań słowa na świecie.
– Szach i mat – wyskrzeczał, podrywając się na równe nogi. – Szach. Mat. Udało się!
Ś
mierć przyglądał się chwilę z niedowierzaniem szachownicy, potem chłopcu, a potem na
powrót szachownicy. Wstał i wyrwał swój płaszcz z rąk Konowała.
– Ciesz się tym stuleciem, Stewarcie Crane – wyszeptał, stając w progu. – Ciesz się i ćwicz.
Przyjdzie czas na rewanŜ.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł. Drzwi zatrzasnęły się za nim z głuchym łoskotem.
Matka postawiła na ziemi małą Suzie i z całych sił przytuliła drŜącego Stewarta. Brodacz pomógł
wstać Drwalowej, która przebudziła się juŜ po wstrząsie. SłuŜąc jej ramieniem (zupełnie
zapomniał o swej zranionej nodze) opowiadał ze szczegółami o zwycięstwie Stewarta. Konował
podszedł do Ojca.
– Powinniście zniknąć stąd jak najszybciej – oznajmił – gdy juŜ znajdziecie się na drodze, nie
będzie mógł się wycofać ze złoŜonej obietnicy, ale teraz… Podwiózłbym was, gdybym mógł.
– JuŜ i tak wiele zrobiliście – odparł Ojciec, podając lekarzowi dłoń. – Jakoś sobie poradzimy.
PomoŜe nam perspektywa stu najbliŜszych lat.
– Pewnie tak – zgodził się Konował. Poklepał Ojca po ramieniu i odszedł, aby pogratulować
Stewartowi.
• • •
Chłopiec przyjmował gratulacje pogrąŜony w jakimś dziwnym półśnie. Podobnie jak poŜegnania.
Stał przed drzwiami chaty, gdzie bez najmniejszego śladu buntu pozwolił się uścisnąć gospodyni,
poklepać po ramieniu Drwalowi i pociągnąć za nos Konowałowi. W jego głowie kołatała się
tylko jedna myśl. Wygrał ze Śmiercią. Rozgromił ją. Sto lat, Stewarcie!!! Sto Lat!
Wracając przez pogrąŜony w półmroku las, Crane’owie czuli się jak nowonarodzeni. Nagle
przypomniały się im wszelkie przyśpiewki zasłyszane to w przedszkolach, to na róŜnych
imprezach czy ogniskach. Czasem nawet nucili slogany z reklam.
Gdy wkraczali na mostek, Ojciec, wbrew rozchichotanym prośbom Matki, dzielił się z rodziną
swoją wersją „Kiss My Irish Ass”. Przerwał, gdy na poręczy dostrzegł czarnego kruka.
Uśmiechnął się złośliwie, sięgając po kamień. Trafiony ptak wzbił się pod niebo, skrzecząc swe
ptasie przekleństwa.
Ojciec patrzył za nim przez chwilę.
– Noc juŜ była, północ zgoła – zacytował, po czym dodał, groŜąc palcem niebu: – A spróbuj mi
teraz zachrobotać w okno, palancie. A moŜe chciałbyś jeszcze coś powiedzieć?
– Nigdy juŜ? – padła odpowiedź, tym razem jednak Ojciec nie dał się zaskoczyć. Rozpoznał głos
syna.
– Ładnie to tak straszyć tatę, łobuzie? – zapytał.
Chłopiec wzruszył ramionami.
– A co tam, zawał ci nie grozi.
Wszyscy roześmiali się pogodnie, tak głośno, Ŝe Suzie, przysypiająca na rękach Matki, (Ojciec
trzy razy proponował, Ŝe ją od niej weźmie, ale za nic nie chciała się zgodzić) poruszyła się
gwałtownie. Odczekali chwilę, aŜ dziewczynka pogrąŜy się na powrót w głębszym śnie, po czym
ruszyli w dalszą drogę.
Epilog
Ankou, Krwawa Praczka i Banshee stali na progu chaty i wpatrywali się w drogę. Rodzina
Crane’ów zniknęła pomiędzy drzewami juŜ ładną chwilę temu, tak, Ŝe właściwie mogliby juŜ
wrócić do środka. Wieczór był jednak piękny. Poza tym…
– MoŜesz juŜ wyjść – zawołała gospodyni. – Poszli.
Zza chaty wyłonił się ubrany w zielony garnitur męŜczyzna o twarzy Brada Pitta.
– I jak? – zapytał.
Ankou uśmiechnął się.
– Znakomicie się spisałeś Robinie. Zdecydowanie lepiej niŜ ja czy Banshee. Wiedziałem, Ŝe
moŜna na ciebie liczyć stary dobry druhu.
Pochwalony wypręŜył się, pierś, wypełniona dumą jak powietrzem, napęczniała.
– To cieszę się niezmiernie. – Wyszczerzył zęby. – Ale moŜe powiecie mi teraz skąd ta heca.
– To standardowa procedura w podobnych przypadkach – wyjaśniła Praczka – choć tym razem
zrobiło się nieco cieplej i stąd ta prośba do ciebie. Ci ludzie całkiem przypadkiem otrzymali
poselstwo od całej naszej trójki. Zaczęło się od mojego ancymona, a potem wszystko poszło
lawinowo.
– Najgorsze w tym wszystkim było to – Banshee, który nie lubił być publicznie nazywany
ancymonem, wszedł jej w zdanie – Ŝe oni zdawali sobie sprawę, Ŝe to poselstwa. Przynajmniej
ten mały wiedział. W takich właśnie przypadkach stosujemy tę procedurę.
Dobry druh pokiwał głową.
– Ale nadal nie rozumiem po co wam był Śmierć. I cała ta maskarada.
– ToŜ to przecieŜ oczywiste, drogi przyjacielu. – Ankou wzruszył ramionami. – Nawet nie do
końca wierząc w te zwiastuny, staliby się pewnie ostroŜniejsi. Całkiem moŜliwe, Ŝe przynajmniej
jedno z nich, najpewniej chłopiec, uniknęłoby skutków naszego zwiastowania. A wiesz czym to
grozi.
– Nawet gdy zwiastowanie jest przypadkowe?
– Nawet. A teraz są przekonani, Ŝe wygrali ze Śmiercią. MoŜe postanowią popisać się przed
znajomymi? I tak, nie tylko uratowałeś sytuację, ale i ułatwiłeś robotę samemu Szefowi. JuŜ nie
będzie musiał sam wszystkiego aranŜować. Muchy same wpadną mu w łapki.
Znad drzew wyłonił się wielki czarny kruk. Niczym sokół wykonał koło nad polanką i
majestatycznie opadł, aby wylądować u stóp stojących w progu postaci. Banshee uśmiechnął się.
– O wilku mowa – powiedział. – Witaj, szefie.