background image
background image

JENNY CARROLL / MEG CABOT

background image

KRAINA CIENIA

Pamięci A Victora Cabota

oraz jego brata Jacka „Franceà” Cabota

background image

1

Powiedziano  mi,  że  tam  będą  palmy.  Nie  wierzyłam,  ale
tak mi powiedziano. Że

zobaczę je z samolotu.

Och,  wiem,  w  południowej  Kalifornii  rosną  palmy,  nie
jestem skończoną idiotką.

Oglądam  telewizję.  Ale  przeprowadzałam  się  do
północnej Kalifornii. A tam nie

spodziewałam  się  palm.  Zwłaszcza  że  mama  kazała  mi
zabrać swetry.

- Przydadzą ci się - powiedziała. - Kurtki też. Tam bywa
naprawdę zimno. Nie aż tak

jak w Nowym Jorku, ale dość zimno.

Dlatego  w  samolocie  miałam  na  sobie  czarną  skórzaną
kurtkę motocyklową. Mogłam

ją,  oczywiście,  zapakować  razem  z  innymi  rzeczami,  ale
w niej było mi jakoś raźniej.

background image

No więc leciałam samolotem w czarnej skórzanej kurtce,
obserwując przez okno

palmy,  podczas  gdy  samolot  zniżał  się  do  lądowania.
Myślałam sobie: cudownie, czarna skóra

i  palmy.  Pasuję  do  tego  miejsca  jak...  Podejrzewałam  to
od początku... ...że nie pasuję.

Mama  nie  przepada  specjalnie  za  tą  kurtką,  ale  słowo
daję, nie włożyłam jej dlatego,

żeby  jej  zrobić  na  złość.  Nie  mam  do  niej  żalu  o  to,  że
wyszła za mąż za faceta, który mieszka

na drugim końcu Ameryki, zmuszając mnie, bym zostawiła
szkołę w połowie drugiej klasy i

porzuciła  najlepszą  -  właściwie  jedyną  -  przyjaciółkę,
jaką' miałam od czasów przedszkola, i

miasto, w którym spędziłam szesnaście lat życia.

Och, nie, nie mam o to do niej najmniejszej pretensji.

Naprawdę  lubię  Andy'ego,  mojego  ojczyma.  Jest  dobry
dla mamy. Jest z nim

szczęśliwa. A dla mnie jest bardzo miły.

background image

Denerwuje mnie tylko ta przeprowadzka do Kalifornii.

Aha, wspomniałam o dzieciach Andy'ego?

Cała  trójka  stawiła  się  na  lotnisku,  żeby  mnie  powitać.
Razem z moją mamą i Andym.

Trzech chłopaków. Śpiący, Przyćmiony i Profesor, jak ich
nazwałam. Moi nowi bracia.

-  Suze!  -  Nawet  gdybym  nie  usłyszała,  jak  mama
wykrzykuje moje imię i tak nie

mogłabym  ich  nie  zauważyć.  Andy  kazał  młodszym
chłopcom trzymać w górze wielki

transparent  z  napisem:  Witaj  w  domu,  Susannah!  Każdy
pasażer wysiadający z mojego

samolotu,  przechodząc  obok  tej  gromadki,  wołał  do
swoich towarzyszy podróży: „Popatrz,

jakie to miłe!”

i uśmiechał się do mnie w sposób, który przyprawiał mnie
o ból żołądka.

O, tak, czuję się jak w domu. Jak cholera.

background image

-  No,  dobrze  -  zwróciłam  się  do  komitetu  powitalnego.  -
Możecie zwinąć transparent.

Mama zaczęła mnie jednak obściskiwać, z przejęciem nie
zwracając uwagi na to, co

mówię.  „Och,  Suzie!”,  powtarzała  w  kółko.  Nienawidzę,
kiedy ktoś poza mamą nazywa mnie

Suzie, więc rzuciłam chłopcom przez ramię ostrzegawcze
spojrzenie, żeby sobie za dużo nie

wyobrażali.  Stali  jak  barany,  szczerząc  zęby  pod
głupawym transparentem: Przyćmiony,

ponieważ jest za tępy, żeby przestać, Profesor, ponieważ...
cóż, chyba dlatego, że po prostu

ucieszył  się  na  mój  widok.  Jest  trochę  dziwny...
Najstarszy, Śpiący, stał jak kołek i sprawiał

wrażenie... niewyspanego.

-  Jak  tam  podróż,  dzieciaku?  -  Andy  zdjął  mi  torbę  z
ramienia i zarzucił na swoje.

Zaskoczył go jej ciężar. - Hej, co ty tam masz? Wiesz, że
nie wolno wywozić z Nowego Jorku

background image

hydrantów przeciwpożarowych?

Uśmiechnęłam  się.  Andy  jest  troszeczkę  zwariowany,  ale
w miły sposób. Nie ma

pojęcia,  co  wolno,  a  czego  nie  wolno  w  stanie  Nowy
Jork, bo był tam najwyżej z pięć razy.

Nawiasem  mówiąc,  dokładnie  tyle  wystarczyło,  żeby
przekonać moją mamę, że powinna za

niego wyjść.

-  To  nie  jest  hydrant  przeciwpożarowy.  To  parkometr.
Mam jeszcze cztery torby.

-  Cztery?  -  Andy  udawał  zaszokowanego.  -  Co  ty  sobie
właściwie wyobrażasz, że się

tu wprowadzasz, czy co?

Wspominałam  już,  że  Andy  uważa  się  za  aktora
komediowego? Nie jest nim. Pracuje

jako stolarz.

-  Suze  -  odezwał  się  Profesor  z  entuzjazmem  -  Suze,  czy
zauważyłaś, że przy

background image

lądowaniu ogon samolotu lekko podskoczył do góry? To z
powodu prądu wstępującego.

Pojawia  się,  kiedy  masa  poruszająca  się  z  dużą
prędkością napotyka na swojej drodze wiatr o

tej samej albo większej prędkości, wiejący w przeciwnym
kierunku.

Profesor, najmłodszy syn Andy'ego, ma dwanaście lat, ale
sprawia wrażenie

czterdziestolatka. 

Prawie 

całe 

wesele 

spędził,

opowiadając mi o chorobach bydła oraz o tym,

że  Strefa  51  to  zwykłe  wciskanie  ciemnoty  przez  rząd
amerykański, który nie chce, żebyśmy

zdawali  sobie  sprawę,  że  Nie  Jesteśmy  Sami  w
Kosmosie.

- Och, Suzie - paplała mama - tak się cieszę, że tu jesteś.
Pokochasz ten dom. Z

początku  nie  czułam  się  w  nim  jak  u  siebie,  ale  teraz,
kiedy... przyjechałaś... Och, poczekaj,

aż zobaczysz swój pokój. Andy tak ślicznie go urządził...

background image

Andy  i  mama  spędzili  przed  ślubem  mnóstwo  czasu  na
szukaniu domu na tyle dużego,

żeby  każde  z  dzieci  miało  własny  pokój.  W  końcu  kupili
wielki dom na wzgórzach Carmelu.

Było ich na niego stać, ponieważ kupili go w stanie na pół
zrujnowanym, a firma budowlana,

dla której Andy wykonuje mnóstwo zleceń, doprowadziła
go do stanu używalności na

korzystnych  warunkach  finansowych.  Mama  przysięga,  że
mój pokój jest najładniejszy w

całym domu.

- Co za widok! - powtarza do znudzenia. - Z okna twojego
pokoju widać ocean! Och,

Suze, będziesz zachwycona.

Byłam  tego  pewna.  Prawie  tak  samo,  jak  tego,  że  wolę
kiełki alfalfi niż bajgle oraz

surfing niż jazdę metrem. W końcu i Przyćmiony otworzył
buzię i mruknął:

- Podoba ci się transparent?

background image

Nie  mogę  uwierzyć,  że  jest  w  moim  wieku.  Należy  do
szkolnej drużyny zapaśniczej,

więc czego się po nim spodziewać? Jedyne, o czym myśli
- wiem, bo siedziałam obok niego

na  przyjęciu  weselnym,  to  znaczy  między  nim  a
Profesorem, więc można sobie wyobrazić,

jak  wspaniale  nam  się  konwersowało  -  to  chwyty  za
gardło oraz koktajle proteinowe na

przyrost masy mięśniowej.

-  Tak,  jest  wspaniały  -  odparłam,  wyrywając  go  z  jego
mięsistych łap i trzymając

napisem  w  dół.  -  Możemy  już  iść?  Chcę  zabrać  swoje
torby, zanim ktoś inny to zrobi.

-  Och,  dobrze.  -  Mama  uścisnęła  mnie  po  raz  ostami.  -
Och, tak się cieszę, że nareszcie

jesteś! Ślicznie wyglądasz... - A potem, choć widać było,
że robi to trochę wbrew własnej

woli, dodała cicho, tak, żeby nikt inny nie usłyszał:

-  Wydawało  mi  się,  że  już  rozmawiałyśmy  o  tej  kurtce,

background image

Suze. Sądziłam też, że

wyrzucisz te dżinsy.

Miałam  na  sobie  stare  dżinsy,  te  z  dziurami  na  kolanach.
Świetnie pasowały do

czarnej  jedwabnej  koszulki  oraz  butów  za  kostkę,
zapinanych na suwak. Dżinsy i buty, w

zestawieniu  z  czarną  skórzaną  kurtką  oraz  marynarską
torbą na ramię nadawały mi wygląd

nastoletniej uciekinierki z domu. Zupełnie jak z filmu.

Ale,  ostatecznie,  jeśli  leci  się  osiem  godzin  przez  cały
kraj, to chyba ma się prawo do

odrobiny wygody.

Wyraziłam tę opinię głośno, a mama tylko podniosła oczy
do nieba i na tym się

skończyło. To jest fajne w mojej mamie. Nie truje jak inne
matki. Śpiący, Przyćmiony i

Profesor nie mają pojęcia, jak im się udało.

- W porządku - westchnęła. - Chodźmy po twoje torby. - I

background image

trochę podnosząc głos,

dodała: - Jake, chodź. Idziemy po bagaż Suze.

Musiała  zwrócić  się  do  niego  po  imieniu,  bo  wyglądał,
jakby spał na stojąco.

Zapytałam  kiedyś  mamę,  czy  Jake,  który  w  tym  roku
kończy szkołę średnią, nie cierpi czasem

na  narkolepsję  albo  uzależnienie  od  narkotyków,  a  mama
na to:

- Nie, dlaczego pytasz?

Jakby facet nie zachowywał się jak warzywo, mrugając z
rzadka i milcząc jak zaklęty.

Zaraz, to niezupełnie tak. Kiedyś zwrócił się bezpośrednio
do mnie, mówiąc: „Hej,

należysz  do  jakiegoś  gangu?”  Zapytał  o  to  na  weselu,
kiedy złapał mnie na zewnątrz, w kurtce

narzuconej na sukienkę druhny, ćmiącą papierosa.

Dajcie  żyć,  dobrze?  To  był  mój  pierwszy  i  ostatni
papieros w życiu. Byłam w stresie.

background image

Martwiłam się, że mama wychodzi za mąż i przeprowadza
się do Kalifornii, gdzie na pewno o

mnie  zapomni.  Kiedy  mama  postanowiła  poślubić
Andy'ego, oboje uznali, że jej, z jednym

dzieckiem i zawodem dziennikarki telewizyjnej będzie się
łatwiej przeprowadzić niż jemu -

ojcu  trojga  dzieci  i  posiadaczowi  własnej  firmy.
Przysięgam, że od tamtego czasu nie wzięłam

papierosa do ust.

Nie  wyobrażajcie  sobie  nie  wiadomo  czego  na  temat
Jake'a. Ma prawie metr

dziewięćdziesiąt  wzrostu,  bujną  blond  czuprynę  i
błyszczące niebieskie oczy, zupełnie jak

ojciec, i jest - jakby to ujęła moja najlepsza przyjaciółka,
Gina - dziko przystojny. Nie jest

jednak  najpiękniejszym  kwiatkiem  na  klombie,  jeśli
rozumiecie, o co mi chodzi.

Profesor nadal nawijał na temat wiatru. „Wyjaśniał, z jaką
prędkością trzeba się

background image

poruszać,  żeby  pokonać  przyciąganie  ziemskie.  To  się
nazywa prędkość ucieczki. Uznałam,

że  Profesor  może  się  okazać  pożytecznym  stworzeniem,
jeśli chodzi o odrabianie lekcji,

chociaż jestem o trzy klasy wyżej od niego.

Profesor wykładał, a ja rozglądałam się dookoła. To była
moja pierwsza w życiu

podróż do Kalifornii i pozwolę sobie stwierdzić, że choć
nie opuściliśmy jeszcze lotniska -

było  to  lotnisko  San  Jose  -  nie  ulega  najmniejszej
wątpliwości, że nie jesteśmy w Nowym

Jorku. Po pierwsze, wszędzie jest bardzo czysto. Żadnych
śmieci czy graffiti. Halę lotniska

pomalowano  na  pastelowe  kolory,  a  wiadomo,  jak  brud
wyłazi przy jasnych barwach. Jak

sądzicie,  dlaczego  nowojorczycy  ubierają  się  na  czarno?
Nie dlatego, że chcą być eleganccy.

O  nie.  Nie  chcą  biegać  do  pralni  z  naręczem  ubrań  za
każdym razem, kiedy je zdejmą.

background image

Ten  problem  w  słonecznej  Kalifornii  zdawał  się  nie
istnieć. Z tego, co zauważyłam,

pastele są na topie. Choćby ta kobieta, która nas minęła -
miała na sobie różowe legginsy i

białą,  niezwykle  kusą  sportową  bluzeczkę.  I  to  wszystko.
Jeśli taki strój w Kalifornii uchodzi

za  wzór  przyzwoitości,  to  powinnam  się  przygotować  na
poważny szok kulturowy.

A  wiecie,  co  mnie  jeszcze  zaskoczyło?  Nikt  się  z  nikim
nie kłócił. Przy kasach stały

małe  kolejki,  ale  nikt  nie  podnosił  głosu,  rozmawiając  z
kasjerką. Klienci w Nowym Jorku

kłócą  się  z  każdym,  kto  stoi  za  kontuarem,  nieważne,  czy
to jest lotnisko, dom towarowy

Bloomingdales, czy stoisko z hot dogami. Wszędzie.

A tutaj wszyscy nad sobą panują.

Chyba  wiem  dlaczego.  Po  prostu  w  otoczeniu  nie  ma
niczego przygnębiającego. Na

zewnątrz w pełnym słońcu kołyszą się palmy, na parkingu

background image

skrzeczą mewy - nie gołębie, ale

duże białe i szare mewy. A przy odbiorze bagażu nikt nie
pofatygował się, żeby sprawdzić,

czy  naklejki  na  nim  zgadzają  się  z  numerami  na  moim
bilecie. Usłyszałam tylko:

- Do widzenia! Miłego dnia!

Niewiarygodne.

Gina,  moja  najlepsza  przyjaciółka  na  Brooklynie,  no
dobrze, moja jedyna

przyjaciółka,  powiedziała  mi  przed  wyjazdem,  że
posiadanie trzech braci przyrodnich ma

swoje  dobre  strony.  Chyba  wiedziała,  co  mówi,  bo  ma
czterech braci - nie przyrodnich, ale

rodzonych.  W  każdym  razie  nie  wierzyłam  jej,  tak  samo
jak nie wierzyłam w te palmy. Kiedy

jednak  Śpiący  złapał  dwie  moje  torby,  a  Przyćmiony
następne dwie, w związku z czym nie

miałam  już  nic  do  niesienia,  jako  że  Andy  wziął  już
przedtem moją torbę na ramię,

background image

zrozumiałam,  co  mogła  mieć  na  myśli:  bracia  bywają
użyteczni. Są w stanie nosić naprawdę

ciężkie rzeczy i nie robi to na nich specjalnego wrażenia.

Sama  pakowałam  te  torby,  więc  wiem,  co  jest  w  środku.
Sporo ważą. Ale Śpiący i

Przyćmiony mruknęli tylko: „Nie ma sprawy. Chodźmy”.

Ruszyliśmy  na  parking.  Kiedy  automatyczne  drzwi  się
rozsunęły, wszyscy, łącznie z

moją  mamą  -  sięgnęli  do  kieszeni  i  wyjęli  okulary
przeciwsłoneczne. Najwyraźniej wiedzą o

czymś, o czym ja nie wiem. A kiedy wyszłam na zewnątrz,
uświadomiłam sobie, o co chodzi.

Kalifornia jest bardzo słoneczną krainą.

Nie  tylko  słoneczną,  ale  świetlistą  -  tak  świetlistą  i
kolorową, że aż kłuje w oczy. Też

miałam gdzieś okulary, ale ponieważ kiedy wylatywałam z
Nowego Jorku, było jakieś osiem

stopni  i  padał  deszcz  ze  śniegiem,  nie  pomyślałam,  żeby
umieścić je na wierzchu. Kiedy

background image

mama  po  raz  pierwszy  powiedziała  mi,  że  się
przeprowadzimy, zapewniła mnie, że zakocham

się w północnej Kalifornii.

-  To  tam  właśnie  zrobiono  wszystkie  te  filmy  z  Goldie
Hawn i chevroletami! -

oznajmiła.

Lubię  Goldie  Hawn  i  lubię  chevrolety,  ale  nie
wiedziałam, że kręcili razem filmy.

-  Tam  toczy  się  akcja  opowiadań  Steinbecka,  które
czytałaś w szkole - dodała. - No

wiesz, na przykład Czerwonego kucyka.

Cóż,  nie  zrobiło  to  na  mnie  szczególnego  wrażenia.
Wszystko, co pamiętałam z

Czerwnego  kucyka  to  to,  że  nie  było  w  nim  żadnych
dziewcząt, ale za to pełno wzgórz. Stojąc

na  parkingu  i  patrząc  zmrużonymi  oczami  na  wzgórza
otaczające Międzynarodowy Port

Lotniczy San Jose, stwierdziłam, że jest ich mnóstwo i że
porasta je wysuszona brązowa

background image

trawa.

No  i  drzewa.  Drzewa,  jakich  w  życiu  nie  widziałam.
Miały spłaszczone wierzchołki,

jakby  spadła  na  nie  z  góry  potężna  pięść.  Dowiedziałam
się później, że to cyprysy.

A  wokół  parkingu,  na  obszarze  z  całą  pewnością
nawadnianym, rosły rozłożyste

krzewy

z

ogromnymi

czerwonymi

kwiatami.

Większość

przycupnęła

u

stóp

background image

nieprawdopodobnie  wysokich  i  zaskakująco  grubych
palm. Później odkryłam, że te kwiaty to

hibiskusy.  A  niezwykłe  owady,  unoszące  się  nad  nimi  i
wydające wibrujący dźwięk, to wcale

nie owady, tylko kolibry.

- Są wszędzie - powiedziała mama, kiedy zwróciłam na to
uwagę. - Mamy dla nich w

domu  karmniki.  Możesz  powiesić  jeden  za  oknem,  jeśli
masz ochotę.

Kolibry  przylatujące  do  okna  pokoju?  Jedyne  ptaki  na
Brooklynie, które odwiedzały

mój  parapet,  to  gołębie.  Nie  przypominam  sobie,  żeby
mama zachęcała mnie do ich

dokarmiania.

Radosne uniesienie z powodu kolibrów przeszło jak ręką
odjął, kiedy Przyćmiony

oznajmił znienacka:

-  Ja  prowadzę.  -  I  skierował  się  do  siedzenia  dla
kierowcy w dużym wozie, do którego

background image

właśnie podeszliśmy.

- Ja prowadzę - oświadczył Andy zdecydowanym tonem.

- Ojej, tato - jęknął Przyćmiony - jak ja w ogóle zdam ten
egzamin, skoro nigdy nie

dajesz mi poćwiczyć?

-  Możesz  ćwiczyć  w  ramblerze  -  odparł  Andy.  Otworzył
tył land - rovera i zaczął

ładować moje torbiszcza. - To dotyczy także ciebie, Suze.

To mnie zaskoczyło.

- Co mnie też dotyczy?

-  Możesz  jeździć  ramblerem.  -  Pogroził  mi  żartobliwie
palcem. - Ale tylko wtedy, gdy

obok siedzi ktoś z ważnym prawem jazdy.

Zamrugałam zdumiona.

- Nie umiem prowadzić. Przyćmiony zarechotał jak koń.

-  Nie  umiesz  prowadzić?  -  Dźgnął  łokciem  Śpiącego,
który Stał, opierając się o bok

background image

wozu,  z  twarzą  zwróconą  ku  słońcu.  -  Hej,  Jake,  ona  nie
potrafi prowadzić!

- Nic w tym niezwykłego, Brad - wtrącił się Profesor - że
rodowity nowojorczyk nie

ma prawa jazdy. Nie słyszałeś, że Nowy Jork szczyci się
najbardziej rozbudowaną siecią

transportu  masowego  w  Ameryce  Północnej,  obsługującą
trzynaście przecinek dwa miliona

ludzi  na  obszarze  sześciu  i  pół  tysiąca  kilometrów
kwadratowych, od Nowego Jorku, przez

Long  Island  aż  do  Connecticut?  I  że  rocznie  jeden
przecinek siedem miliarda pasażerów

korzysta z usług metra, sieci autobusowej oraz kolei?

Wszyscy spojrzeli na Profesora, a moja mama wyznała:

- Nigdy nie miałam samochodu w mieście. Andy zamknął
tylne drzwi wozu i

powiedział:

- Nie martw się, Suze. Zaraz cię zapiszemy na kurs prawa
jazdy. Nauczysz się

background image

wszystkiego i nie będziesz gorsza od Brada.

Rzuciłam  okiem  na  Przyćmionego.  Choćbym  żyła  milion
lat, nie przyszłoby mi do

głowy, że ktoś mógłby zasugerować, że muszę coś zrobić,
aby w jakiejś dziedzinie dorównać

Bradowi.

Zrozumiałam  jednak,  że  czeka  mnie  wiele  niespodzianek.
Palmy to tylko początek W

drodze do domu, który znajduje się o dobrą godzinę jazdy
od lotniska - i to dość męczącą

godzinę, wziąwszy pod uwagę, że siedziałam zaklinowana
między Śpiącym a Przyćmionym,

mając  za  plecami  Profesora,  usadowionego  na  moim
bagażu i wygłaszającego peany na temat

zalet  nowojorskiego  transportu  -  uświadomiłam  sobie,  że
teraz wszystko będzie inaczej.

Zupełnie,  zupełnie  inaczej  niż  się  spodziewałam,  a  także
inaczej niż do tego przywykłam.

Nie  tylko  dlatego,  że  zamieszkam  na  drugim  końcu

background image

kontynentu. Nie dlatego, że

wszędzie, gdzie spojrzę, widzę rzeczy, których nie spotyka
się w Nowym Jorku: przydrożne

budki  z  karczochami  albo  granatami  po  dolarze  za  tuzin,
niekończące się winnice, gaje

drzewek  cytrynowych  i  avocado;  soczyście  zielone
rośliny, których nie potrafiłam nawet

nazwać.  A  ponad  tym  wszystkim  kopuła  nieba  tak
błękitnego i ogromnego, że balon, który

wypatrzyłam  w  górze,  wydawał  się  nieprawdopodobnie
mały. Jak guzik na dnie basenu o

olimpijskich rozmiarach.

No  i  ocean,  który  pojawił  się  tak  nagle,  że  początkowo
uznałam, że to jeszcze jedno

pole.  Po  chwili  jednak  stwierdziłam,  że  to  pole  lśni,
odbijając słońce i wysyłając w moją

stronę świetliste SOS. Przy tak jasnym świetle ciężko było
obyć się bez okularów

przeciwsłonecznych.  Ale  oto,  przed  moimi  oczami

background image

rozciągał się Ocean Spokojny... ogromny,

rozległy  jak  niebo,  żywy,  pulsujący,  napierający  na
przecinkowate pasmo białej plaży.

Dla  mnie,  mieszkanki  Nowego  Jorku,  widok  oceanu  -
zwłaszcza takiego z plażą - był

czymś 

niezwykłym. 

Nie 

mogłam 

powstrzymać

westchnienia zachwytu. A kiedy westchnęłam,

wszyscy  umilkli.  Z  wyjątkiem  Śpiącego,  który  akurat,
oczywiście, spał.

-  Co  takiego?  -  zapytała  zaniepokojona  mama.  -  Co  się
stało?

-  Nic  -  mruknęłam  zmieszana.  Moi  współpasażerowie
przywykli najwyraźniej do

widoku  oceanu.  Mogli  pomyśleć,  że  jestem  wariatką,
skoro podniecam się czymś tak

zwyczajnym. - Ocean.

-  Tak  -  powiedziała  mama  -  czyż  nie  jest  piękny?
Przyćmiony na to:

- Fajne fale. Może wpadnę na plażę przed wieczorem.

background image

-  Nie  -  wtrącił  się  jego  ojciec.  -  Dopóki  nie  skończysz
pracy semestralnej.

- Ojej, tato!

To  skłoniło  mamę  do  długiego  i  szczegółowego  opisu
szkoły, do której miano mnie

posłać, tej samej, do której chodzili Śpiący, Przyćmiony i
Profesor. Szkoła, nazwana

imieniem pewnego Hiszpana, Junipero Serry, który zjawił
się tutaj w XVIII wieku i zmusił

miejscowych  Indian  do  porzucenia  własnej  religii  i
przejścia na chrześcijaństwo, mieściła się

w ogromnym budynku misji z palonej cegły, odwiedzanym
przez prawie dwadzieścia tysięcy

turystów rocznie.

Tak  naprawdę  wcale  jej  nie  słuchałam.  Moje
zainteresowanie szkołą zwykle równało

się  zeru.  Jedynym  powodem,  dla  którego  nie  mogłam
sprowadzić się tutaj przed świętami, był

brak  miejsca  w  Szkole  Misyjnej.  Sytuacja  zmieniła  się

background image

dopiero w drugim semestrze. Nie

miałam  nic  przeciwko  temu  -  przez  parę  miesięcy
mieszkałam z babcią, co nie było takie złe.

Babcia  jest  nie  tylko  świetną  adwokatką  do  spraw
kryminalnych, ale również powalającą na

kolana kucharką.

Ocean,  który  właśnie  zniknął  za  wzgórzami,  nadal
przyciągał moją uwagę, 'wytężyłam

wzrok,  mając  nadzieję,  że  znowu  się  pokaże,  kiedy
wreszcie dotarły do mnie słowa mamy.

- Zaraz. Kiedy tę szkołę zbudowano? - zapytałam.

-  W  XVIII  wieku  -  wyjaśnił  Profesor.  -  System  misyjny,
wprowadzony przez

franciszkanów pod patronatem Kościoła katolickiego oraz
władz hiszpańskich, miał służyć

nie  tylko  nawracaniu  Indian  na  chrześcijaństwo,  ale
również uczeniu ich rozmaitych,

przydatnych  w  społeczeństwie  hiszpańskim  rzemiosł.
Pierwotnie zadaniem misji było...

background image

-  W  XVIII  wieku?  -  powtórzyłam,  pochylając  się  do
przodu. Siedziałam między

Śpiącym  -  jego  głowa  spoczywała  na  moim  ramieniu,
dzięki czemu mogłam stwierdzić, że

używa szamponu Finesse - i Przyćmionym. Otóż Gina nie
wspomniała ani słowem o tym, ile

miejsca zajmują chłopcy, a zajmują, jeśli obaj mają jakieś
metr osiemdziesiąt i ważą mniej

więcej  po  osiemdziesiąt  kilo,  bardzo  dużo.  -  WXVIII
wieku?

Matka  usłyszała  chyba  panikę  w  moim  głosie,  bo
odwróciła się do mnie i powiedziała

łagodnie:

-  Suze,  rozmawiałyśmy  już  o  tym.  Mówiłam  ci,  że  do
Roberta Louisa Stevensona jest

lista  oczekujących,  a  ty  powiedziałaś,  że  nie  chcesz  do
żeńskiej szkoły, więc Najświętszego

Serca nie wchodzi w rachubę, a Andy słyszał przerażające
historie o narkotykach i gangach w

background image

szkołach publicznych...

-  XVIII  wiek?  -  czułam,  że  serce  wali  mi  jak  po  biegu.  -
To jakieś trzysta lat!

- Nie rozumiem - mruknął Andy.

Przejeżdżaliśmy  właśnie  przez  nadmorskie  miasteczko
Carmel, z malowniczymi

domkami,  niektóre  były  nawet  kryte  strzechą,  ślicznymi
restauracyjkami i galeriami sztuki.

Andy  musiał  jechać  bardzo  ostrożnie.  Mnóstwo
samochodów miało tablice z innego stanu i

ruch był duży, natomiast brakowało świateł. Nie wiedzieć
czemu miejscowi uważają ten

szczegół za powód do dumy.

- Co jest takiego złego w XVIII wieku?

-  Suze  nigdy  nie  przepadała  za  starymi  budynkami  -
wyjaśniła mama „głosem od

złych nowin”. Nazywam go tak, bo używa go w telewizji,
kiedy mówi o katastrofach

background image

samolotowych i zabójstwach.

-  Och  -  westchnął  Andy.  -  To  dom  chyba  też  jej  się  nie
spodoba.

Chwyciłam podgłówek jego fotela.

-  Dlaczego?  -  zapytałam  zduszonym  głosem.  -  Dlaczego
dom mi się nie spodoba?

Zrozumiałam  dlaczego,  kiedy  tylko  przyjechaliśmy  na
miejsce. Dom był wielki i

przepiękny,  z  wieżyczkami  w  wiktoriańskim  stylu  i
tarasem na dachu. Niczego nie

brakowało.  Mama  kazała  go  pomalować  na  niebiesko,
biało i kremowo, otaczały go wysokie

sosny  i  krzewy  obsypane  kwiatami.  Trzypiętrowy,
zbudowany wyłącznie z drewna, a nie z

koszmarnej  mieszaniny  szkła  i  stali  albo  terakoty,  jak
domy wokół, był zdecydowanie

najładniejszym, najgustowniejszym domem w okolicy.

A ja nie miałam ochoty w ogóle do niego wchodzić.

background image

Zgadzając 

się 

na 

przeprowadzkę 

do 

Kalifornii,

wiedziałam, że czeka mnie dużo

zmian. Karczochy przy drodze, gaje cytrusowe, ocean... to
naprawdę nic takiego. W gruncie

rzeczy największa zmiana polegała na tym, że miałam się
dzielić mamą z innymi ludźmi.

Przez  dziesięć  lat,  odkąd  umarł  tata,  byłyśmy  tylko  we
dwie. I muszę przyznać, że mi to

odpowiadało. Gdyby nie to, że mama przy Andym jest w
tak widoczny sposób szczęśliwa,

uparłabym się i sprzeciwiła całej tej przeprowadzce.

Wystarczyło  jednak  choćby  raz  na  nich  popatrzeć,  żeby
stwierdzić, że świata poza

sobą  nie  widzą.  Jaką  byłabym  córką,  gdybym  stanęła  w
takiej sytuacji okoniem?

Zaakceptowałam  więc  Andy'ego,  zaakceptowałam  jego
trzech synów i pogodziłam się z tym,

że mam wyjechać i zostawić wszystko, co znam i kocham
- najlepszą przyjaciółkę, babcię,

background image

bajgle,  Soho  -  aby  dać  mamie  szczęście,  na  jakie
zasługuje.

Nie  zastanawiałam  się  jednak  nad  faktem,  że  po  raz
pierwszy w życiu zamieszkam

w... domu.

I  to  w  nie  byle  jakim,  ale,  jak  z  dumą  oznajmił  Andy,
wyciągając mój bagaż z

samochodu  i  rzucając  go  w  ramiona  swoich  synów,  w
dziewiętnastowiecznym zajeździe

przerobionym  na  dom  mieszkalny.  Zbudowany  w  1849
roku, nie cieszył się, jak się wydaje,

najlepszą  sławą  w  okolicy.  W  salonie  na  dole  często
dochodziło do strzelaniny - przy kartach

i  z  powodu  kobiet.  W  ścianach  nadal  widniały  dziury  po
kulach. Andy otoczył jedną taką

dziurę specjalną ramką. Trochę ponure, jak sam przyznał,
ale jakże interesujące. Gotów był

się założyć, że mieszkamy w jedynym domu na wzgórzach
Carmel, który ma w ścianie dziurę

background image

po dziewiętnastowiecznej kuli.

„ Ehm”, mruknęłam. Wcale w to nie wątpię.

Kiedy  wchodziliśmy  po  schodach  na  ganek,  mama  wciąż
zerkała w moją stronę.

Wiedziałam, że boi się mojej reakcji. Rzeczywiście trochę
mnie rozzłościła, nie uprzedzając o

niczym.  Domyślam  się,  dlaczego  postąpiła  w  ten  sposób.
Gdyby mi powiedziała, że kupili

dom,  który  ma  ponad  sto  lat,  nie  przeniosłabym  się  do
niego. Zostałabym z babcią.

Mama ma rację: nie lubię starych budynków.

Muszę  jednak  przyznać,  że,  jak  na  tak  stary  dom,  ta
budowla jest naprawdę

szczególna.  Z  ganku  widać  cały  Carmel,  osadę,  dolinę,
plażę, morze. Widok zapiera dech w

piersi, to za niego ludzie byli gotowi - i robili to, sądząc
po wymyślnych domach wokół -

płacić miliony. Tego nie powinnam mieć nikomu za złe.

background image

Kiedy  jednak  mama  powiedziała:  „Chodź,  Suze,  obejrzyj
swój pokój”, zadrżałam.

Dom  w  środku  był  równie  piękny  jak  na  zewnątrz.
Połyskujące drewno klonowe,

wesołe błękity i żółcie. Rozpoznałam różne rzeczy mamy i
poczułam się lepiej: pojemnik na

ciasto,  który  kupiłyśmy  kiedyś  podczas  weekendowego
wypadu do Vermont, moje zdjęcia z

dzieciństwa  na  ścianie  w  salonie  obok  fotografii
Śpiącego, Przyćmionego i Profesora. Na

regałach  były  książki  mamy,  jej  rośliny,  które
przetransportowała za nieprawdopodobne

pieniądze, ponieważ nie mogła znieść rozłąki z nimi. Stały
wszędzie na drewnianych

stojakach,  zwisały  nad  witrażowymi  oknami,  tkwiły  na
słupkach na szczycie poręczy

schodów.

Ale napotkałam także przedmioty, których nie pamiętałam
z domu: biały komputer na

background image

biurku,  przy  którym  mama  zwykła  siadywać,  by  wypisać
czeki i sprawdzić rachunki,

szerokoekranowy  telewizor  umieszczony  ni  w  pięć,  ni  w
dziewięć w kominku, do którego w

dodatku podłączono joysticki od jakiejś gry wideo; deski
surfingowe oparte o ścianę przy

drzwiach  do  garażu.  A  także  potężne  zaślinione  psisko,
które podejrzewało chyba, że chowam

w kieszeniach jakieś smakołyki, bo usiłowało wpakować
mi do nich swój wielki wilgotny

nos.

To  wszystko  wydawało  się  należeć  do  świata  mężczyzn.
Do tych rzeczy przyzwyczaję

się  dopiero  po  pewnym  czasie.  W  życiu;  które
stworzyłyśmy sobie z mamą, takie przedmioty

nie istniały.

Mój  pokój  znajdował  się  na  górze,  nad  daszkiem  ganku.
Mama prawie przez całą

drogę z lotniska mówiła z widocznym zdenerwowaniem o

background image

ławie, którą Andy umieścił w

oknie  wykuszowym.  Z  okien  rozciągał  się  ten  sam  widok
co z ganku, obejmujący panoramę

całego  półwyspu.  To  rzeczywiście  miło  z  ich  strony,  że
dali mi taki ładny pokój, pokój z

najładniejszym widokiem w całym domu.

A  potem  zobaczyłam,  ile  zadali  sobie  trudu,  żebym  czuła
się jak u siebie. Może nie

ja...  tylko  jakaś  niezwykle  kobieca  abstrakcyjna  istota.
Oszklone toaletki czy staromodne

aparaty telefoniczne nigdy nie były w moim guście. Andy
okleił ściany kremową tapetą w

niebieskie  niezapominajki  -  ponad  białą,  Wymyślnie
wzorzystą boazerią. Tą samą tapetą

oklejono ściany mojej własnej łazienki. Kupiono dla mnie
nowe łóżko - z kolumienkami i

koronkowym  baldachimem,  takie,  jakie  mama  zawsze
chciała mi kupić i widocznie teraz nie

zdołała  oprzeć  się  pokusie.  Kiedy  zobaczyłam  to

background image

wszystko, poczułam wyrzuty sumienia z

powodu  tego,  jak  zachowywałam  się  w  samochodzie.
Naprawdę. Przechadzając się po

pokoju, uznałam, że nie jest tak źle. Na razie w porządku.
Może wszystko będzie dobrze,

może  w  tym  domu  nigdy  nie  było  nieszczęśliwych  ludzi,
może ci, których tu zastrzelono,

zasługiwali na swój los...

Pocieszałam się, dopóki nie odwróciłam się do okna i nie
stwierdziłam, że ktoś już

zajął  ławę,  którą  Andy  umieścił  z  taką  troską  o  moją
wygodę.

Ktoś,  kto  nie  miał  rodzinnych  powiązań  ze  mną  czy  też
Śpiącym, Przyćmionym lub

Profesorem.

Spojrzałam  na  Andy'ego,  żeby  sprawdzić,  czy  zauważył
intruza. Nie zauważył, mimo

że obcy siedział na wprost niego.

background image

Mama także go nie widziała. Zobaczyła tylko wyraz mojej
twarzy. Chyba nie był

najprzyjemniejszy,  bo  mina  jej  zrzedła  i  ze  smutnym
westchnieniem wyszeptała:

- Och, Suze, tylko nie to.

background image

2

Chyba  powinnam  coś  wyjaśnić.  Nie  jestem  raczej
przeciętną szesnastoletnią

dziewczyną.  Och,  na  oko  wydaję  się  zupełnie  zwyczajna.
Nie biorę narkotyków, nie piję, nie

palę - no, tylko ten jeden raz, kiedy przyłapał mnie Śpiący
Poza uszami niczego sobie nie

przekłułam, a i to tylko po jednej dziurce w każdym uchu.
Nie mam tatuaży. Nigdy nie

farbowałam  włosów.  Jeśli  nie  liczyć  butów  i  skórzanej
kurtki, nie ubieram się na czarno.

Nawet  nie  maluję  paznokci  na  ciemne  kolory.  Jednym
słowem, jestem zupełnie zwyczajną,

przeciętną, nastoletnią Amerykanką.

Pomijając fakt, że rozmawiam z umarłymi.

Może  nie  powinnam  ujmować  tego  w  ten  sposób.  Może
powinnam powiedzieć, że to

background image

umarli  rozmawiają  ze  mną.  Nie  zachęcam  ich  do
rozmowy. W gruncie rzeczy staram się tego

unikać, jak tylko się da.

Ale czasami się nie da.

Duchy na to nie pozwalają.

Nie wydaje mi się, żebym była stuknięta. W każdym razie,
nie bardziej niż inne

szesnastolatki.  Pewnie  niektórzy  uważają,  że  jestem
szalona. Tego zdania była niewątpliwie

większość  dzieciaków  z  poprzedniej  szkoły.  Nieraz
napuszczano na mnie szkolnych

pedagogów.  Czasami  nawet  myślę,  że  byłoby  prościej,
gdyby mnie zamknęli.

Ale  nawet  na  dziewiątym  piętrze  Bellevue,  gdzie  zamyka
się nowojorskich szaleńców,

nie zdołałabym uciec przed duchami. Znalazłyby mnie.

Zawsze im się udaje.

Pamiętam  pierwszego.  Jest  to  wspomnienie  równie

background image

wyraźne jak inne z tego okresu, a

więc niezbyt wyraźne, ponieważ miałam wtedy dwa lata.
Pamiętam na przykład, że kiedyś

odebrałam  kotu  mysz  i  tuliłam  ją  w  ramionach,  dopóki
przerażona mama mi jej nie wyrwała.

Cóż,  miałam  tylko  dwa  lata?  Nie  wiedziałam,  że  należy
bać się myszy. Czy też

duchów.  Dlatego  też  czternaście  lat  od  tamtego
wydarzenia duchy mnie nie przerażają.

Czasami  mnie  tylko  zaskakują.  Albo  denerwują.  Ale
przerażać?

Nigdy.

Duch,  podobnie  jak  mysz,  był  mały,  szary  i  bezradny.  Do
dziś nie wiem, kto to był.

Przemówiłam  do  niego  w  dziecinnym  języku,  którego  nie
rozumiał. Duchy nie rozumieją

dwuletnich  dzieci  lepiej  niż  żywi.  Patrzył  na  mnie  ze
smutkiem ze szczytu schodów. Było mi

go żal, tak samo jak myszy i chciałam mu pomóc. Tylko że

background image

nie wiedziałam jak. Zachowałam

się  więc  tak,  jak  każde  dwuletnie  dziecko  w  podobnej
sytuacji. Pobiegłam do mamy.

Wtedy  otrzymałam  pierwszą  lekcję  na  temat  duchów:
tylko ja je widzę.

Cóż, rzecz jasna inni ludzie widzą je także. Skąd brałyby
się opowieści o

nawiedzonych  domach  i  tym  podobne.  Jest  jednak  pewna
drobna różnica. Większość osób,

które  mają  takie  doświadczenia,  widzi  jednego  ducha.  Ja
widzę wszystkie.

Widzę każdego zmarłego, który z jakiegoś powodu włóczy
się po ziemi, zamiast udać

się tam, dokąd po śmierci udać się powinien.

Zapewniam was, to tłum duchów.

Tego  samego  dnia,  kiedy  zobaczyłam  pierwszego  ducha,
odkryłam też, że większość

ludzi,  nawet  moja  własna  mama,  wcale  ich  nie  widzi.
Żaden z ludzi, których znam. Nikt się,

background image

w każdym razie, do tego nie przyznał.

A  to  wiąże  się  z  drugą  rzeczą,  której  nauczyłam  się  na
temat duchów czternaście lat

temu:  nie  należy  się  przyznawać,  że  widziało  się  ducha.
Nigdy.

Nie  chcę  powiedzieć,  że  tamtego  popołudnia  mama
domyśliła się, że widzę ducha i

paplam  o  nim  po  dziecinnemu.  Wątpię,  żeby  to  do  niej
dotarło. Sądziła pewnie, że próbuję

powiedzieć jej coś o myszy, którą mi wcześniej odebrała.

Pełna  dobrej  woli,  spojrzała  jednak  na  schody,  skinęła
głową i powiedziała:

„Posłuchaj, Suze, co byś zjadła na lunch? Grillowany ser?
A może tuńczyka?”

Nie  spodziewałam  się  takiej  reakcji,  jak  w  wypadku
myszy. Mama, która opiekowała

się wtedy noworodkiem sąsiadki, na widok myszy głośno
wrzasnęła, a na moje dumne słowa:

„Popatrz,  mamusiu,  teraz  ja  też  mam  dzidziusia”,

background image

krzyknęła jeszcze głośniej. Zdaję sobie

sprawę,  że  nie  mogła  zrozumieć,  o  co  mi  chodzi,
ponieważ nie dotarło do niej, co chciałam

powiedzieć.

Spodziewałam  się  jednak,  że  zareaguje  jakoś  na  widok
istoty unoszącej się nad

schodami.  Codziennie  udzielano  mi  tysiąca  wyjaśnień  na
każdy możliwy temat, od gaśnic

przeciwpożarowych  po  gniazdka  elektryczne.  Dlaczego
nie usłyszałam słowa na temat tego

czegoś na schodach?

Trochę  później,  gryząc  kawałek  grillowanego  sera,
uświadomiłam sobie, że mama nie

wyjaśniła  mi  niczego,  ponieważ  nie  było  nic  do
wyjaśnienia. Ona po prostu niczego nie

widziała.

W  wieku  dwóch  lat  nie  wydało  mi  się  to  dziwne.  Ot,
jeszcze jedna rzecz, która różni

background image

dzieci  od  dorosłych.  Dzieci  muszą  zjadać  wszystkie
warzywa z talerza. Dorośli nie muszą.

Dzieci  mogą  jeździć  na  karuzeli  w  parku.  Dorośli  nie.
Dzieci widzą szare istoty. Dorośli nie.

Ale chociaż miałam tylko dwa lata, zrozumiałam od razu,
że o szarej istocie ze szczytu

schodów nie należało rozmawiać. Z nikim. Nigdy.

I  nigdy  tego  nie  robiłam.  Nie  opowiedziałam  nikomu  o
moim pierwszym duchu ani o

setkach innych, które spotkałam w ciągu następnych kilku
lat. O czym zresztą miałabym opo-

wiadać? Widziałam je. Przemawiały do mnie. Na ogół nie
rozumiałam, co mówiły i czego

chciały. W końcu odchodziły. Koniec historii.

Tak  by  się  to  pewnie  ciągnęło  w  nieskończoność,  gdyby
nagle nie umarł mój tata.

Jednego  dnia  gotował  i  żartował  w  kuchni,  a  następnego
już go nie było.

Tydzień po jego śmierci spędziłam, siedząc na schodkach

background image

przed domem, i czekając, aż

tata  wróci,  chociaż  zapewniano  mnie,  że  to  nigdy  nie
nastąpi.

Nie  wierzyłam  w  te  zapewnienia.  Dlaczego  miałabym
wierzyć? Mój tata miałby nie

wrócić?  Odbiło  im?  Pewnie,  mógł  umrzeć,  tyle
zrozumiałam. Ale z pewnością wróci. Kto

będzie  mi  pomagał  w  matematyce?  Kto  będzie  budził  się
ze mną wcześnie rano w sobotę,

piekł  belgijskie  wafelki  i  oglądał  filmy  rysunkowe?  Kto
nauczy mnie, zgodnie z obietnicą,

prowadzić  samochód,  kiedy  skończę  szesnaście  lat?  Mój
tata mógł umrzeć, ale byłam absolut-

nie pewna, że go jeszcze zobaczę. Codziennie widywałam
tłumy zmarłych. Dlaczego nie

miałabym zobaczyć własnego taty?

Tata  umarł,  bez  cienia  wątpliwości.  Umarł  na  rozległy
zawał serca. Mama poddała

ciało  kremacji,  a  prochy  umieściła  w  zabytkowym

background image

niemieckim kuflu do piwa. Wiecie, takim z

pokrywką.  Tata  lubił  piwo.  Ustawiła  kufel  wysoko  na
półce, tak, żeby kot go nie strącił i

czasami,  kiedy  sądziła,  że  nie  ma  mnie  w  pobliżu,
przemawiała do niego.

Bardzo  mnie  to  smuciło,  ale  nie  mogę  mieć  do  niej
pretensji. Gdybym była mamą,

chyba też gadałabym z tym kuflem.

Okazało  się  jednak,  że  to  ja  miałam  rację.  Tata  umarł,
owszem, ale doczekałam się

jego powrotu.

W  gruncie  rzeczy  teraz  widuję  go  chyba  częściej  niż  za
życia. Kiedy żył, musiał

chodzić  do  pracy.  Teraz  nie  ma  za  dużo  do  roboty,  więc
spędzamy razem sporo czasu. Może

nawet  za  dużo.  Jego  ulubiona  zabawa  polega  na
materializowaniu się w momencie, kiedy

najmniej  się  tego  spodziewam.  Trochę  działa  mi  to  na
nerwy.

background image

Tata  udzielił  mi  pewnych  wyjaśnień,  więc,  w  pewnym
sensie, dobrze się stało, że

umarł, bo inaczej nigdy niczego bym się nie dowiedziała.

Kiedyś usłyszałam coś na temat duchów od wróżki, która
wróżyła z kart do tarota. To

było  podczas  szkolnego  festynu.  Poszłam  do  niej  tylko
dlatego, że Gina nie chciała iść sama.

Uważałam, że to strata czasu, ale w końcu nie takie rzeczy
robi się dla najlepszych przyjaciół.

Ta  kobieta,  madame  Zara,  medium  obejrzała  karty  Giny  i
powiedziała jej dokładnie to, co

tamta  chciała  usłyszeć:  odniesiesz  sukces,  będziesz
neurochirurgiem, wyjdziesz za mąż w

wieku lat trzydziestu, urodzisz troje dzieci, tralala. Kiedy
skończyła, podniosłam się, żeby

wyjść, ale Gina uparła się, żeby madame Zara powróżyła
i mnie.

Możecie się domyślić, co się stało. Madame Zara zajrzała
w karty, zmieszała się i

background image

potasowała je ponownie. Potem spojrzała na mnie.

- Rozmawiasz z umarłymi - oznajmiła.

-  O,  mój  Boże!  O,  mój  Boże!  Naprawdę?  -  zawołała
podniecona Gina. - Suze,

słyszałaś?  Potrafisz  rozmawiać  z  umarłymi!  Też  jesteś
medium!

- Nie medium - uściśliła madame Zara. - Mediatorką.

- Czym? Co to jest? - zdumiała się Gina.

Aleja  wiedziałam.  Nikt  mi  nigdy  nie  mówił,  jak  to  się
nazywa, ale wiedziałam, o co

chodzi.  Tata  nie  wyjaśnił  mi  tego  w  ten  sposób,  ale  i  tak
zrozumiałam: jestem kimś w rodzaju

łącznika dla każdego, kto kopnął w kalendarz, zostawiając
po sobie... cóż, bałagan. Jeśli

potrafię, doprowadzam wszystko do porządku.

Tylko  tak  jestem  w  stanie  to  wytłumaczyć.  Nie  wiem,
dlaczego spotkało to akurat

mnie, 

pod 

każdym 

innym 

względem 

jestem

background image

najnormalniejsza w świecie. Mam tylko tę

nieszczęsną umiejętność komunikowania się ze zmarłymi.

Nie ze wszystkimi. Tylko z tymi, którzy są nieszczęśliwi.

Widzicie  więc,  że  w  ciągu  ostatnich  szesnastu  lat  moje
życie było pasmem

przyjemności.

Wyobraźcie  sobie,  jak  to  jest,  kiedy  nawiedzają  was
duchy - dosłownie nawiedzają - w

każdej  minucie,  każdego  dnia.  Niezbyt  to  przyjemne.
Idziecie do sklepu po wodę - uaaa,

nieżywy  facet  na  rogu.  Ktoś  go  zastrzelił.  Jeśli
doprowadzicie do tego, że gliny przymkną

mordercę, ofiara będzie mogła spoczywać w pokoju.

A chcieliście tylko kupić wodę.

Albo  idziecie  do  biblioteki  po  jakąś  książkę  i  zaczepia
was duch bibliotekarki,

domagając się, żebyście przekazali siostrzenicy, że jest na
nią wściekła za to, co zrobiła z

background image

kotami po jej śmierci.

A to są tylko tacy, którzy wiedzą, czemu wciąż plączą się
po ziemi. Połowa nie ma

pojęcia, dlaczego nie trafiła dotąd w zaświaty.

Jest  to  denerwujące,  bo  to  ja  mam  im  pomóc  się  tam
dostać.

Jestem mediatorką.

Nikomu nie życzę występowania w takiej roli.

W  tym  fachu  nie  dostaje  się  wynagrodzenia.  Nie
przypominam sobie, żeby mi

zaproponowano pensję, czy coś w tym rodzaju. Od czasu
do czasu ogarnia mnie tylko fala

ciepłych  uczuć,  bo  wiem,  że  zrobiłam  coś  dobrego.  Na
przykład, zapewniłam jakąś

dziewczynkę, która nie zdążyła pożegnać się z dziadkiem,
zanim umarł, że dziadek naprawdę

ją kocha i wybacza jej, że zniszczyła jego ulubioną fajkę.
Takie rzeczy naprawdę sprawiają

background image

przyjemność.

Ale  na  ogół  dostaję  jedynie  gęsiej  skórki.  To  nie  tylko
uciążliwe, bo ciągle trzeba się

handryczyć  z  istotami  niewidzialnymi  dla  innych,  ale
bardzo nieprzyjemne, ponieważ wiele

duchów  zachowuje  się  po  prostu  niegrzecznie.  Nie
przesadzam. Są jak wrzód na tyłku. To na

ogół tacy, którzy chcą się włóczyć po tym świecie, zamiast
przenieść się do innego.

Prawdopodobnie zdają sobie sprawę, że w związku z ich
niecnymi postępkami, nie czeka ich

serdeczne  przyjęcie  gdzie  indziej.  Dokuczają  więc
ludziom, zatrzaskując drzwi, zrzucając

przedmioty,  strasząc  zimnem,  jęcząc.  Wiecie,  o  czym
mówię. Złośliwe duchy.

Czasami  stają  się  niebezpieczne.  Próbują  zrobić  ludziom
krzywdę. To mnie zwykle

wyprowadza  z  równowagi.  Czuję  wtedy  konieczność
dołożenia takiemu duszkowi w tyłek.

background image

To  właśnie  miała  na  myśli  mama,  mówiąc:  „Och,  Suze.
Tylko nie to”. Kiedy jakiś

duch dostaje ode mnie po tyłku, robi się... bałagan.

Nie  miałam  najmniejszego  zamiaru  bałaganić  w  moim
nowym pokoju. Dlatego

odwróciłam  się  tyłem  do  ducha  siedzącego  na  ławie  pod
oknem i powiedziałam:

-  Nic  się  nie  stało,  mamo.  Wszystko  w  porządku.  Pokój
jest świetny. Bardzo jestem

wam wdzięczna.

Widziałam,  że  mi  nie  wierzy.  Moją  mamę  trudno  nabrać.
Podejrzewa, że coś jest ze

mną nie tak, ale nie może dojść, co to takiego. To pewnie
dobrze, gdyż taka wiedza

wstrząsnęłaby  jej  światem.  Jest  przecież  reporterką
telewizyjną. Wierzy tylko w to, co widzi.

A duchów nie można zobaczyć.

Nie potrafię wyrazić, jak bardzo chciałabym być taka jak
ona.

background image

- To dobrze - powiedziała. - Cieszę się, że ci się podoba.
Trochę się martwiłam. Wiem,

że nie przepadasz za... hm, starymi domami.

Stare  domy  to  dla  mnie  najgorsza  rzecz,  bo  im  starszy
dom, tym większa szansa, że

ktoś  w  nim  umarł  i  tkwi  w  nim  nadal,  oczekując
zadośćuczynienia za krzywdy albo pragnąc

przekazać  komuś  ostatnie  przesłanie.  Kiedy  szukałyśmy  z
mamą mieszkania, zdarzało nam

się  wchodzić  do  jakieś  fantastycznego  budynku,  a  ja
oświadczałam: „O, nie. Nie ma mowy”.

To  naprawdę  zdumiewające,  że  mama  nie  odesłała  mnie
po prostu do internatu.

- Poważnie, mamo. Pokój jest wspaniały. Strasznie mi się
podoba.

Andy  zaczął  natychmiast  biegać  po  pokoju,  pokazując  mi
Światła zapalające się i

gasnące na klaśnięcie (o, rany) oraz rozmaite inne gadżety,
które zainstalował. Kroczyłam za

background image

nim,  wyrażając  zachwyt,  starannie  unikając  spojrzenia  w
stronę, gdzie Siedział duch. Troska

Andy'ego naprawdę mnie wzruszyła.

Postanowiłam,  że  ze  względu  na  niego  będę  szczęśliwa.
W każdym razie na tyle, na

ile to możliwe w wypadku kogoś takiego jak ja.

Kiedy  Andy  pokazał  mi  już  wszystko,  co  było  do
pokazania, wyszedł na dwór, żeby

zająć  się  barbecue,  ponieważ  w  związku  z  moim
przyjazdem mieliśmy zjeść superdanie z

cielęciny  i  owoców  morza.  Śpiący  i  Przyćmiony  zerwali
się, żeby „poskakać na fali” przed

obiadem,  a  Profesor,  mamrocząc  pod  nosem  o  jakimś
tajemniczym eksperymencie, nad

którym  pracuje,  wyniósł  się  do  innej  części  domu,
zostawiając mnie sam na sam z mamą...

No, powiedzmy.

-  Jesteś  pewna,  że  wszystko  w  porządku,  Suze?  -
dopytywała się mama. - Wiem, że to

background image

ogromna zmiana. Wiem, że dużo od ciebie wymagam...

Zdjęłam  kurtkę.  Nie  pamiętam,  czy  już  o  tym
wspominałam, ale jak na styczeń było

bardzo ciepło. Ponad dwadzieścia stopni. W samochodzie
prawie się ugotowałam.

- W porządku, mamo - zapewniłam. - Naprawdę.

-  Musiałaś  zostawić  babcię,  Ginę,  Nowy  Jork.  To
samolubne z mojej strony, wiem.

Wiem, że nie było ci... łatwo. Zwłaszcza odkąd umarł tata.

Mama  sądzi,  że  nie  jestem  zupełnie  taka  jak  inne
nastolatki. Nie jestem też taka, jaka

ona  była  w  moim  wieku.  A  była  cheerliderką,  królową
balu absolwentów, miała ogromne

powodzenie.  Za  źródło  wszelkich  moich  niepowodzeń
mama uznała śmierć taty. Począwszy

od  tego,  że  nie  mam  przyjaciół,  z  wyjątkiem  Giny,  a
skończywszy na dziwacznym

zachowaniu w różnych sytuacjach.

background image

Zgadzam się, że pewne rzeczy, które zdarzyło mi się robić,
muszą się wydawać dość

niezwykłe komuś, kto nie ma pojęcia, dlaczego i dla kogo
coś robię. Kilka razy złapano mnie

tam, gdzie być mnie nie powinno. Parokrotnie przywoziła
mnie do domu Policja. Stawiano mi

zarzuty  naruszania  prywatnego  terytorium,  posądzono  o
wandalizm albo włamania.

Nigdy  nie  trafiłam  przed  oblicze  sądu,  ale  spędziłam
wiele godzin w gabinecie

psychoterapeuty  mojej  mamy,  który  zapewniał  mnie,  że
skłonność do mówienia do siebie jest

absolutnie normalna, za to prowadzenie rozmów z ludźmi,
których nie ma, raczej nie.

Stąd  moja  niechęć  do  wszystkich  budynków,  których  nie
Wzniesiono w ciągu

ostatnich pięciu lat.

Dlatego tyle czasu spędzam na cmentarzach, w kościołach,
Świątyniach, meczetach,

background image

mieszkaniach  lub  domach  innych  ludzi  oraz  w  szkole  po
lekcjach.

Przypuszczam,  że  synowie  Andy'ego  słyszeli  coś  na  ten
temat i stąd te wzmianki o

gangu.  Ale,  jak  już  wspomniałam,  za  moje  poczynania
nigdy nie trafiłam do więzienia.

A  dwutygodniowe  zawieszenie  w  prawach  ucznia  w
ósmej klasie nie zostało nawet

odnotowane w moich papierach.

Więc może to nie jest takie niezwykłe ze strony mamy, że
siedzi na moim łóżku,

mówiąc 

„zaczynaniu 

wszystkiego 

od 

nowa”.

Niesamowite, że robi to, podczas gdy w

odległości  paru  metrów  od  nas  siedzi  duch  i  nam  się
przygląda. Ale mniejsza o to. Wydaje

się, iż koniecznie musiała mnie zapewnić, że na Wybrzeżu
Zachodnim wszystko ułoży się

doskonale.

Ze  swojej  strony  zamierzałam  bardzo  się  postarać.

background image

Postanowiłam, że nie zrobię

niczego, co naraziłoby mnie na aresztowanie, więc była to
„nowa karta” w moim życiu.

-  Cóż  -  odezwała  się  mama,  którą  opuściła  wena  po
wygłoszeniu mowy na temat: nie

znajdziesz przyjaciół, jeśli nie wyjdziesz im naprzeciw. -
Jeśli nie potrzebujesz pomocy przy

rozpakowywaniu,  to  chyba  pójdę  zobaczyć,  jak  Andy
radzi sobie Z obiadem.

Andy nie tylko potrafi zbudować absolutnie wszystko, ale
jest w dodatku, w

przeciwieństwie do mamy, znakomitym kucharzem.

-  Dobrze,  mamo,  idź.  Trochę  się  tu  porozglądam  i  za
chwileczkę zejdę na dół.

Mama  skinęła  głową,  ale  kiedy  już  była  przy  drzwiach,
odwróciła się jeszcze z oczami

pełnymi łez i powiedziała:

-  Chcę  tylko,  żebyś  była  szczęśliwa,  Suzie.  Zawsze  tylko
tego pragnęłam. Myślisz, że

background image

będziesz tutaj szczęśliwa?

Objęłam  ją  mocno.  W  butach  na  obcasach  jestem  tak
wysoka jak ona.

- Oczywiście, mamo. - Pewnie, że będę. Już czuję się jak
w domu.

- Naprawdę? - Mama pociągnęła nosem. - Przysięgasz?

- Tak jest.

Wcale  nie  kłamałam.  W  pokoju  na  Brooklynie  duchy  też
były przez cały czas.

Wyszła,  a  ja  delikatnie  zamknęłam  za  nią  drzwi.
Odczekałam, aż ucichnie stukot jej

pantofli na schodach, a potem odwróciłam się i zapytałam
istotę pod oknem:

- No, dobrze, kim ty, do diabła, jesteś?

background image

3

Nie można powiedzieć, żeby ducha mężczyzny siedzącego
w wykuszu zaskoczył

sposób, w jaki się do niego zwróciłam. Obejrzał się tylko
przez ramię, żeby sprawdzić, czy

rzeczywiście odezwałam się do niego.

Za  jego  plecami  było  jednak  tylko  okno  z  niesamowitym
widokiem na zatokę Carmel.

Odwrócił  się  więc  do  mnie  i  zauważył  widocznie,  że
uważnie mu się przyglądam, bo szepnął

Nombre  de  Dios  w  taki  sposób,  że  Gina,  z  jej  słabością
do Latynosów, zemdlałaby

natychmiast.

-  Nie  ma  sensu  odwoływać  się  do  najwyższych  mocy  -
oznajmiłam, odsuwając obite

na różowo krzesło od toaletki i siadając na nim okrakiem.
- Jakbyś się dotąd nie zorientował,

background image

On  nie  poświęca  ci  zbyt  wiele  uwagi.  Inaczej  nie
pozwoliłby ci gnić tutaj od... - Przyjrzałam

się  jego  strojowi,  który  przypominał  te  z  filmu  Dziki
Zachód. - 
Ile to było, sto pięćdziesiąt lat?

Czy naprawdę szlag trafił cię aż tak dawno temu?

Spojrzał  na  mnie  oczami  czarnymi  i  lśniącymi  jak
atrament.

-  Co  to  jest...  szlag?  -  zapytał  głosem,  który  sprawiał
wrażenie zardzewiałego od

długiego nieużywania.

Podniosłam oczy do nieba.

Kopnąłeś 

kalendarz 

wytłumaczyłam. 

-

Wykorkowałeś. Odwaliłeś kitę.

Przekręciłeś się.

Na  widok  jego  zmieszanej  miny,  wskazującej  na  to,  że
nadal nie rozumie, o czym

mówię, powiedziałam z irytacją:

- Umarłeś.

background image

-  Och  -  mruknął.  -  Umarłem.  -  Zamiast  jednak
odpowiedzieć na moje pytanie, pokręcił

głową.  -  Nie  rozumiem  -  powiedział  zdumiony.  -  Nie
pojmuję, jak to możliwe, że mnie

widzisz. Przez te wszystkie lata nikt nigdy...

-  Cóż,  posłuchaj,  czasy  się  zmieniają  -  przerwałam  mu.
Rozumiecie, słucham tego na

okrągło. - No, to jaki robal cię zżera?

Zamrugał  wielkimi  ciemnymi  oczami,  rzęsy  miał  dłuższe
niż moje. Nieczęsto zdarza

mi  się  spotkać  ducha,  który  okazuje  się  takim
przystojniakiem, ale ten chłopak... rany, musiał

robić niesamowite wrażenie za życia, bo mimo że siedział
tu martwy, ja próbowałam zapuścić

wzrok  pod  jego  rozchełstaną  białą  koszulę  ukazującą
kawałek torsu, a nawet brzucha. Czy

duchy  mają  muskuły?  Nigdy  przedtem  nie  miałam  okazji
ani też ochoty Zbadać tej kwestii.

Nie  zamierzałam  jednak  z  tego  powodu  się  rozpraszać.

background image

Jestem przecież

profesjonalistką.

-  Robal?  -  powtórzył.  Głos  miał  czysty,  a  jego  angielski
był pozbawiony wyraźnego

akcentu.  Uważam,  że  mówię  w  podobny  sposób,
pomijając brooklińskie naleciałości,

polegające  na  rozmywaniu  się  t.  Zdecydowanie  miał  w
sobie coś z Hiszpana, na co

wskazywało westchnienie Nombre de Dios i karnacja, ale
był w takim samym stopniu

Amerykaninem,  jak  ja.  Albo  w  takim  stopniu,  jaki
możliwy jest dla kogoś, kto urodził się,

zanim Kalifornia stała się stanem.

-  Taak.  -  Odchrząknęłam.  Odwrócił  się  lekko,  kładąc
obutą w wysoki but stopę na

bladoniebieskich  poduszkach  pokrywających  ławę,  a  ja
przekonałam się bez cienia

wątpliwości,  że,  owszem,  duchy  mogą  mieć  muskuły.
Mięśnie jego brzucha rysowały się

background image

bardzo  wyraźnie,  a  pokrywało  je  jedwabiste  czarne
owłosienie.

Przełknęłam ślinę. Głośno.

-  Robal  -  powtórzyłam.  -  Problem.  Dlaczego  ciągle
jeszcze tu jesteś? - Spojrzał na

mnie  z  zainteresowaniem,  choć  nadal  bez  zrozumienia.
Wyjaśniłam zatem: - Dlaczego nie

przeszedłeś na drugą stronę?

Pokręcił głową. Czy wspomniałam, że ma krótkie ciemne i
sprawiające wrażenie

bardzo, bardzo gęstych włosy?

- Nie wiem, co masz na myśli.

Było  mi  coraz  bardziej  gorąco,  ale  wcześniej  zdjęłam
kurtkę i nie mogłam już bardziej

się  rozebrać.  Zwłaszcza  że  duch  uważnie  mi  się
przyglądał. Zaczynałam być trochę zła.

-  Co  masz  na  myśli,  mówiąc,  że  nie  wiesz,  co  mam  na
myśli? - warknęłam,

background image

odgarniając  z  oczu  kosmyk  włosów.  -  Nie  żyjesz.  Nie
powinieneś być tutaj. Powinieneś

przebywać  gdzie  indziej,  tam,  gdzie  trafiają  ludzie  po
śmierci. Cieszyć się życiem wiecznym

w  niebie  albo  smażyć  się  w  piekle,  albo  reinkarnować
się, albo przejść do innego stanu

świadomości,  albo...  cokolwiek.  Nie  powinieneś  tak  po
prostu... cóż, po prostu włóczyć się po

ziemi.

Popatrzył na mnie z uwagą, opierając łokieć na kolanie.

-  A  jeśli  ja  po  prostu  lubię  włóczyć  się  po  ziemi?  -
zapytał. Nie jestem pewna, ale

odniosłam  wrażenie,  że  się  ze  mnie  nabija.  A  tego  nie
lubię. Naprawdę. Na Brooklynie bez

przerwy  zabawiano  się  moim  kosztem.  No,  dopóki  nie
przekonałam się, jak skutecznie moja

pięść,  wchodząc  w  bliski  kontakt  z  czyimś  nosem,  może
zamknąć temu komuś buzię.

Nie  byłam  gotowa  przyłożyć  temu  chłopakowi.  Jeszcze

background image

nie. Właśnie przebyłam

tysiące  kilometrów,  żeby  zamieszkać  z  bandą  głupich
chłopaczydeł, nadal wisiało nade mną

rozpakowywanie 

klamotów 

już 

zdążyłam 

prawie

doprowadzić mamę do płaczu; a do tego w

sypialni  znalazłam  ducha.  Czy  można  mieć  do  mnie
pretensję, że jestem trochę za ostra?

-  Posłuchaj  -  powiedziałam,  podnosząc  się  energicznie  i
przerzucając nogę nad

oparciem krzesła - możesz się włóczyć, ile ci się żywnie
podoba, amigo, ale nie możesz robić

tego tutaj.

- Jesse - powiedział, nie ruszając się z miejsca.

- Co?

-  Nazwałaś  mnie  amigo.  Pomyślałem,  że  może
zainteresowałoby cię, że mam imię.

Nazywam się Jesse.

Skinęłam głową.

background image

- W porządku. Nie ma sprawy. A zatem, Jesse, nie możesz
tu zostać.

-  A  ty?  -  uśmiechnął  się  Jesse.  Miał  miłą  twarz.  Dobrą.
Twarz, dzięki której w starej

szkole  zostałby  królem  balu  maturalnego  jak  dwa  razy
dwa cztery. Taką twarz Gina

wycięłaby z magazynu ilustrowanego i powiesiła u siebie
w sypialni. Był piękny. Ale

wydawał się też niebezpieczny. Bardzo niebezpieczny.

-  A  ja  co?  -  zdawałam  sobie  sprawę,  że  jestem
niegrzeczna. Miałam to gdzieś.

- Jak ci na imię? Spojrzałam na niego wściekła.

-  Posłuchaj,  powiedz  mi,  czego  chcesz  i  spadaj.  Jest  mi
gorąco i chcę się przebrać. Nie

mam czasu na...

Przerwał mi łagodnie, jakby w ogóle mnie nie słuchał.

-  Ta  kobieta,  twoja  matka,  nazwała  cię  Suzie.  -  Jego
czarne oczy iskrzyły się wesoło. -

background image

To zdrobnienie od Susan?

-  Susannah  -  poprawiłam  go  odruchowo.  -  Jak  w  Och,
Susannah, nie płacz, bo już

dość.

Uśmiechnął się.

- Znam tę piosenkę.

-  Taak.  Była  pewnie  w  górnej  czterdziestce  przebojów
roku, w którym się urodziłeś,

co?

Nadal się uśmiechał.

- A więc teraz to jest twój pokój, Susannah?

- Owszem. Tak, teraz to jest mój pokój. W związku z tym
będziesz musiał się

wyprowadzić.

- Ja będę musiał się wyprowadzić? - Uniósł czarną brew.
- Przez półtora stulecia to był

mój dom. Dlaczego miałbym go opuścić?

background image

- Dlatego. - Teraz już wściekłam się na dobre. Głównie z
powodu gorąca. Chciałam

otworzyć okno, ale okna znajdowały się za jego plecami,
a ja nie miałam ochoty podchodzić

do niego zbyt blisko. - To jest mój pokój. Nie zamierzam
go dzielić z jakimś martwym

kowbojem.

To  go  ubodło.  Z  trzaskiem  postawił  nogę  na  podłodze  i
zerwał się z ławy. Natychmiast

pożałowałam  moich  słów.  Był  wysoki,  znacznie  wyższy
ode mnie, a w butach na obcasach

mam prawie metr siedemdziesiąt.

-  Nie  jestem  kowbojem  -  poinformował  mnie  gniewnie.
Mruknął też coś po

hiszpańsku, 

ale 

ponieważ 

zawsze 

uczyłam 

się

francuskiego, nie miałam pojęcia, o czym

mówi. Jednocześnie antyczne lustro, zawieszone nad moją
nową toaletką, zaczęło się

niebezpiecznie kołysać. I nie był to skutek kalifornijskiego

background image

trzęsienia ziemi, ale odbicie

gwałtownych  uczuć  ducha  stojącego  tuż  przede  mną,
którego moce psychiczne miały właści-

wość przekształcania się w energię kinetyczną.

Tak  to  już  jest  z  duchami:  są  niezwykle  drażliwe!
Wystarczy byle głupstewko, żeby je

wyprowadzić z równowagi.

-  Hola!  -  zawołałam,  podnosząc  obie  ręce  do  góry.  -
Spokojnie. Spokojnie, chłopie.

- Moja rodzina - wściekał się Jesse, machając mi palcem
przed nosem - harowała jak

niewolnicy,  żeby  coś  w  tym  kraju  osiągnąć,  ale  nigdy,
przenigdy, jako yaquero...

Wtedy  właśnie  popełniłam  poważny  błąd.  Wyciągnęłam
rękę i złapałam go za palec,

którym celował w moją twarz, po czym przyciągnęłam go
tak blisko, żeby usłyszał mój syk:

-  Uspokój  się  z  tym  lustrem.  I  nie  wymachuj  mi  palcem
przed nosem. Spróbuj jeszcze

background image

raz, to ci go złamię.

Odsunęłam jego rękę, stwierdzając z satysfakcją, że lustro
znieruchomiało. A potem

zobaczyłam jego twarz.

Duchy nie mają krwi. No, bo skąd? Przecież nie są żywe.
Przysięgam jednak, że twarz

Jessego stała się tak blada, jakby odpłynęły z niej ostatnie
krople krwi.

Ponieważ  duchy  nie  są  żywe  i  nie  mają  krwi,  nie  są
również istotami materialnymi,

więc  jak  mogłam  złapać  go  za  palec?  To  absurd.  Moja
ręka powinna przejść przez niego jak

przez powietrze. Zgadza się?

Otóż,  nie.  Tak  jest  z  większością  ludzi.  Ale  nie  z  takimi,
jak ja. Nie z mediatorami.

Widzimy  duchy,  możemy  z  nimi  rozmawiać  i,  jeśli  to
konieczne, możemy im dokopać w

tyłek.

background image

Nie  jest  to  coś,  czym  bym  się  miała  ochotę  chwalić.
Unikam dotykania ich. Prawdę

mówiąc,  unikam  dotykania  kogokolwiek.  Jeśli  zawodzą
wszelkie próby mediacji i wobec

odpornego  ducha  muszę  zastosować  perswazję  fizyczną,
wolę, żeby nie wiedział przed

czasem, 

że 

jestem 

do 

tego 

zdolna. 

Względem

przedstawicieli innego świata godne polecenia

są ataki niespodziewane, gdyż z reguły nie można liczyć z
ich strony na uczciwą grę.

Jesse  wpatrywał  się  w  swój  palec,  jakbym  wypaliła  w
nim dziurę. Prawdopodobnie po

raz pierwszy od stu pięćdziesięciu lat ktoś go dotknął. Coś
takiego może przyprawić

człowieka o zawrót głowy. Zwłaszcza martwego.

Wykorzystałam  jego  oszołomienie  i  powiedziałam  tonem
nieznoszącym sprzeciwu:

- Jesse, to jest mój pokój, jasne? Nie możesz tutaj zostać.
Albo powiesz mi, co mam

background image

zrobić,  żebyś  przeszedł  na  drugą  stronę,  albo  musisz
poszukać sobie innego domu, gdzie

będziesz straszył. Przykro mi, ale tak to właśnie wygląda.

Jesse podniósł wzrok znad swojego palca. Na jego twarzy
nadal malowało się

niedowierzanie.

-  Kim  jesteś?  -  zapytał  cicho.  -  Co  z  ciebie  za...
dziewczyna?

Zanim  wymówił  słowo  „dziewczyna”,  zawahał  się  przez
dłuższą chwilę. Widocznie

nie  był  pewien,  czy  jest  ono  odpowiednie  w  moim
wypadku. To mi do reszty popsuło humor.

Może  i  nie  cieszyłam  się  w  szkole  największym
powodzeniem, ale nikt nigdy nie podawał w

wątpliwość  mojej  kobiecości.  Kierowcy  ciężarówek
trąbią na mnie od czasu do czasu na

przejściach  i  to  nie  dlatego,  że  staję  im  na  drodze.
Robotnicy budowlani wykrzykują różne

sprośności  pod  moim  adresem,  zwłaszcza  kiedy  mam  na

background image

sobie skórzaną miniówkę. Co

prawda przed chwilą zagroziłam, że złamię mu palec, ale,
na rany Boga, to wcale nie znaczy,

że nie jestem dziewczyną!

-  Powiem  ci,  jakiego  typu  dziewczyną  nie  jestem  -
wycedziłam. - Nie jestem

dziewczyną,  która  miałaby  ochotę  dzielić  pokój  z
przedstawicielem płci przeciwnej.

Zrozumiano?  Więc  albo  sam  się  wyniesiesz,  albo  cię  do
tego zmuszę. To zależy tylko od

ciebie.  Dam  ci  trochę  czasu  do  namysłu.  Ale  kiedy  tu
wrócę, Jesse, życzę sobie, żeby cię tu

nie było.

Odwróciłam się i wyszłam.

Musiałam. W kłótniach z duchami zwykle jestem górą, ale
teraz czułam, że

przegrywam  i  to  na  całej  linii.  Nie  powinnam  traktować
go tak grubiańsko. Nie wiem, co

background image

mnie napadło. Naprawdę nie wiem. Tylko...

Chyba po prostu nie spodziewałam się zastać we własnej
sypialni ducha tak

przystojnego chłopaka. To wszystko.

Boże,  myślałam,  pędząc  jak  burza  przez  hol,  co  zrobię,
jeśli on nie odejdzie? Nie będę

mogła się rozebrać we własnym pokoju!

Głos w mojej głowie radził dać mu trochę czasu. Bardzo
uważałam, żeby nie

wspomnieć o tym głosie psychoterapeucie mamy.

Daj mu trochę czasu. Zgodzi się na wszystko. Zawsze tak
jest.

Cóż, w większości wypadków, w każdym razie.

background image

4

Obiad  u  Ackermanów  przypomina  obiad  w  każdej  dużej
rodzinie: wszyscy mówią

jednocześnie,  z  wyjątkiem,  oczywiście,  Śpiącego,  który
odzywa się wyłącznie, gdy ktoś go o

coś  zapyta,  i  nikomu  nie  chce  się  sprzątać  ze  stołu.
Zanotowałam w pamięci, żeby zadzwonić

do Giny i powiedzieć jej, że się myliła. Posiadanie braci
nie przynosi żadnych bezpośrednich

korzyści:  przeżuwają  z  otwartymi  ustami  i  wyżerają
wszystkie chrupiące bułeczki, zanim

zdążę sięgnąć po chociaż jedną.

Uznałam,  że  po  obiedzie  rozsądniej  będzie  omijać  mój
pokój i dać Jessemu więcej

czasu  na  podjęcie  decyzji,  czy  opuści  go  ze  Wszystkimi
zębami, czy tylko z częścią. Nie

jestem zwolenniczką przemocy, ale w moim zawodzie to,
niestety, nieuniknione.

background image

Czasami  udaje  się  wymusić  na  kimś  chwilę  uwagi
wyłącznie za pomocą pięści. Wiem,

że  nie  jest  to  sposób  zalecany  przez  podręczniki
psychologii, które można znaleźć na półkach

terapeutów.

Z  drugiej  strony,  nigdy  nie  twierdziłam,  że  jestem
terapeutką.

Mój plan miał tę wadę, że była sobota wieczór. W stresie
przeprowadzki

zapomniałam,  co  to  za  dzień.  W  Nowym  Jorku  w  sobotę
wieczorem pewnie wyszłabym z

Giną  na  miasto,  pojechała  metrem  do  Village  i  obejrzała
jakiś film albo po prostu plątałabym

się koło pizzerii U Joego, przyglądając się ludziom. Cóż,
jestem dziewczyną z wielkiego

miasta,  ale  to  nie  znaczy,  że  wiodłam  tam  wspaniałe,
niesamowite życie. Nigdy nie umówił

się  ze  mną  żaden  chłopak,  jeśli  nie  liczyć  tego  razu  w
piątej klasie, kiedy Daniel Bogue

background image

poprosił, abym z nim zatańczyła na łyżwach jedyny taniec
dla par na lodowisku w

Rockefeller Center.

Skompromitowałam się wtedy, padając jak kłoda na lód.

Mama jednak nie mogła się doczekać, kiedy zaistnieję na
towarzyskiej scenie

Carmelu.  Gdy  tylko  zmywarka  została  załadowana,
zapytała:

-  Brad,  co  robisz  dzisiaj  wieczorem?  Są  jakieś  imprezy,
czy coś? Może zabrałbyś Suze

i przedstawił ją paru osobom?

Przyćmiony, 

który 

przygotowywał 

sobie 

koktajl

proteinowy - najwyraźniej dwa tuziny

krewetek oraz potężny stek, które skonsumował na obiad,
nie wystarczyły, żeby zaspokoić

jego apetyt - odparł:

-  Taak,  może  mógłbym,  jeśli  Jake  dzisiaj  nie  pracuje.
Śpiący, który ocknął się na

background image

dźwięk swojego imienia, łypnął na zegarek.

- A niech to - mruknął, złapał dżinsową kurtkę i wybiegł z
domu.

Profesor spojrzał na zegar i mlasnął językiem.

- Znowu się spóźni. W końcu go wywalą.

Śpiący pracuje? To coś nowego, więc zapytałam:

- Gdzie pracuje?

-  W  Peninsula  Pizza.  -  Profesor  dokonywał  właśnie
jakiegoś dziwacznego

eksperymentu 

udziałem 

psa. 

Wielkie 

psisko,

skrzyżowanie bernardyna z niedźwiedziem,

siedziało  cierpliwie  na  podłodze,  podczas  gdy  Profesor
przymocowywał elektrody do wygo-

lonych  placków  na  jego  boku.  Najdziwniejsze  w  tym
wszystkim było to, że nikt się tym nie

przejmował, a już najmniej pies.

-  Sp...  to  znaczy  Jake  pracuje  w  pizzerii?  Andy,  który
szorował brytfannę, wyjaśnił:

background image

- Pracuje jako roznosiciel. Przynosi do domu kupę forsy z
napiwków.

-  Oszczędza  -  poinformował  mnie  Przyćmiony  z  wąsami
białymi od koktajlu. - Na

camaro.

- Hm - mruknęłam.

-  Chcecie,  żebym  was  gdzieś  podrzucił?  -  zapytał  Andy
wielkodusznie. - Zrobię to z

chęcią.  Co  ty  na  to,  Brad?  Chcesz  pokazać  Suze,  co
zwykle robicie w centrum handlowym?

- N - nie. - Przyćmiony wytarł usta rękawem bluzy. - Nikt
jeszcze nie wrócił z Tahoe.

Może w następny weekend.

Prawie  usiadłam  z  poczucia  ulgi.  Słowa  „centrum
handlowe” zawsze napełniały mnie

grozą,  która  nie  miała  nic  wspólnego  z  umarłymi.  W
Nowym Jorku nie ma takich miejsc, ale

Gina  uwielbiała  jeździć  pociągiem  do  New  Jersey.
Zwykle po godzinie zaczynałam cierpieć

background image

na  przeciążenie  zmysłów  i  musiałam  schronić  się  w
jakimś barku, popijając herbatkę ziołową,

dopóki mi nie przeszło.

Poza  tym  nie  zachwycała  mnie  specjalnie  perspektywa
„podrzucenia w jakieś

miejsce”.  Mój  Boże,  co  to  za  miasto?  Rozumiem,  że,
wziąwszy pod uwagę doświadczenia

San  Andreas,  metro  może  nie  wydawać  się  świetnym
rozwiązaniem, ale dlaczego nie

pomyślano o przyzwoitej sieci autobusowej?

-  Już  wiem  -  powiedział  Przyćmiony,  odstawiając  z
trzaskiem szklankę na blat. -

Pokażę ci parę gier z Coolboardera.

Zamrugałam zdziwiona.

- Słucham?

-  Pogramy  w  Coolboardera.  -  Ponieważ  wyraz  mojej
twarzy nie uległ zmianie, dodał: -

Nie słyszałaś o Coolboarderze? Chodźmy.

background image

Zaprowadził  mnie  do  szerokoekranowego  telewizora  w
pracowni. Coolboarder okazał

się  grą  wideo.  Był  to  wyścig  na  deskach  po  rozmaitych
górskich zboczach. Prędkość i

manewry kontrolowało się za pomocą joysticka.

Pobiłam  Przyćmionego  osiem  razy,  zanim  w  końcu
zaproponował:

- Może obejrzymy jakiś film?

Wyczuwając, że popełniłam błąd - pewnie powinnam była
pozwolić biedakowi

wygrać  chociaż  raz  -  próbowałam  się  zrehabilitować  i
zaproponowałam, że dostarczę prażoną

kukurydzę z kuchni.

Dopiero  wtedy  ogarnęła  mnie  fala  zmęczenia.  Między
Nowym Jorkiem a Kalifornią są

trzy  godziny  różnicy,  więc  mimo  że  była  dziewiąta
wieczorem, czułam się, jakby była północ.

Andy  z  mamą  wycofali  się  do  wielkiej  sypialni,
zostawiając szeroko otwarte drzwi, pewnie

background image

dlatego,  żebyśmy  sobie  nie  wyobrażali,  że  robią  tam  nie
wiadomo co. Andy zabrał się do

czytania powieści szpiegowskiej, a mama oglądała film w
telewizji.

Sądzę,  że  zachowywali  się  tak  wyłącznie  ze  względu  na
naszą obecność. Założę się, że

w  inne  soboty  zamykają  drzwi  albo  przynajmniej
wychodzą gdzieś z przyjaciółmi Andy'ego

czy  nowymi  kolegami  mamy  ze  stacji  telewizyjnej
Monterey. Starali się najwyraźniej ustalić

jakąś  rutynę  postępowania  w  domu,  tak,  żebyśmy  my,
dzieci, mieli poczucie bezpieczeństwa.

Stanowczo  należałoby  im  przyznać  punkty  za  dobre
sprawowanie.

Czekając, 

aż 

kukurydza 

zacznie 

podskakiwać,

zastanawiałam się, co o tym wszystkim

sądzi mój tata. Powtórne małżeństwo mamy nie nastrajało
go entuzjastycznie, mimo że, jak

już  wspomniałam,  Andy  to  wspaniały  facet.  Moja
przeprowadzka na Wybrzeże Zachodnie

background image

podobała mu się jeszcze mniej.

-  W  jaki  sposób  -  zapytał  -  mam  cię  odwiedzać,  skoro
będziesz mieszkała tak daleko

od Nowego Jorku?

- Problem polega na tym, tato, że nie powinieneś w ogóle
mnie odwiedzać. Jesteś

przecież  martwy,  zapomniałeś?  Powinieneś  robić  to,  co
inni zmarli, zamiast szpiegować mnie

i mamę.

-  Nie  szpieguję  was  -  oświadczył  urażony.  -  Po  prostu
sprawdzam, co słychać. Żeby

się upewnić, że jesteście szczęśliwe, i tak dalej.

-  No  cóż,  jestem  szczęśliwa  -  zapewniłam.  -  Bardzo
szczęśliwa. Mama też.

Kłamałam. Nie na temat mamy, oczywiście. Zmiana domu
przyprawiała mnie o

rozstrój  nerwowy.  Nawet  teraz  nie  byłam  pewna,  czy
wszystko będzie dobrze. Ta sprawa z

background image

Jessem...  gdzie  właściwie  podziewa  się  tata?  Dlaczego
nie zjawił się na górze, żeby wykopać

tego  chłopaka?  Jesse  jest  przecież  facetem  i  siedzi  w
moim pokoju. Tata powinien jakoś

zareagować...

Ale tak to już jest z duchami. Nigdy nie ma ich w pobliżu,
kiedy są naprawdę

potrzebne.

Chyba  musiałam  na  chwilę  odjechać,  ponieważ  nagle
usłyszałam brzęczenie

mikrofalówki.  Przesypywałam  popcorn  na  drewnianą
misę, kiedy do kuchni weszła mama,

zapalając górne światło.

-  Cześć,  skarbie  -  rzuciła  i  spojrzała  na  mnie  uważnie.  -
Dobrze się czujesz?

-  Oczywiście,  mamo  -  zapewniłam.  Wpakowałam  trochę
kukurydzy do ust. - Przyć...

to jest Brad i ja chcemy obejrzeć film.

background image

- Na pewno? - Mama nie przestawała mi się przyglądać. -
Jesteś pewna, że nic ci nie

jest?

-  Tak,  czuję  się  dobrze.  Jestem  tylko  trochę  zmęczona  i
tyle. To ją wyraźnie uspokoiło.

- Ach, tak. Spodziewałam się, że odczujesz różnicę czasu.
Ale... wydawałaś się taka

przygnębiona,  kiedy  weszłaś  do  swojego  pokoju.  Wiem,
że z tym łóżkiem z baldachimem

trochę przesadziłam, ale nie mogłam się oprzeć pokusie.

Przeżułam kukurydzę.

- Łóżko jest w porządku, mamo. Pokój też.

-  Tak  się  cieszę.  -  Mama  odgarnęła  mi  włosy  z  czoła.  -
Tak się cieszę, że ci się

podoba, Suze.

Mama  czuła  taką  ulgę,  że  było  mi  jej  żal.  Dobra  z  niej
kobieta i nie zasługuje na to,

żeby  mieć  córkę  mediatorkę.  Wiem,  że  nigdy  nie

background image

dorastałam do jej oczekiwań. Kiedy

skończyłam  czternaście  lat,  założyła  mi  osobną  linię
telefoniczną, sądząc, że będzie do mnie

dzwonić tylu chłopaków, że jej przyjaciele nie zdołają się
w żaden sposób z nią

skontaktować. 

Możecie 

sobie 

wyobrazić 

jej

rozczarowanie, kiedy nikt, poza Giną, nie

korzystał z mojej prywatnej linii, a Gina dzwoniła na ogół
po to, żeby mi opowiedzieć o

swoich  randkach.  Jak  już  wcześniej  wspomniałam,
chłopcy z poprzedniej szkoły nie palili się,

żeby się ze mną umawiać.

Biedna  mama.  Zawsze  chciała  mieć  miłą,  zwyczajną,
nastoletnią córkę. Zamiast tego

ma mnie.

-  Skarbie.  Nie  chcesz  się  przebrać?  Masz  na  sobie
ubranie, w którym przyleciałaś.

Powiedziała  to  w  momencie,  kiedy  do  kuchni  wszedł
Profesor, żeby wziąć klej do

background image

swoich  elektrod. 

Nie 

zamierzałam, 

rzecz 

jasna,

powiedzieć czegoś w rodzaju: „Och, prawdę

mówiąc,  mamo,  chciałabym  się  przebrać,  ale  nie
zachwyca mnie myśl, że mam to zrobić w

obecności  martwego  kowboja,  który  mieszka  w  moim
pokoju”.

Wzruszyłam  tylko 

ramionami 

wystudiowaną

obojętnością zapewniłam:

- Taak, oczywiście, zaraz się przebiorę.

- Czy na pewno nie pomóc ci się rozpakować? Czuję się
okropnie. Powinnam była...

-  Nie,  nie  potrzebuję  pomocy.  Rozpakuję  się  sama.  -
Popatrzyłam na Profesora, który

grzebał w szufladzie. - Lepiej już pójdę - powiedziałam. -
Nie chcę przegapić początku filmu.

Oczywiście  przegapiłam  początek,  środek  i  koniec  filmu,
bo zasnęłam na kanapie.

Trochę  po  jedenastej  obudził  mnie  Andy,  szarpiąc  moje
ramię.

background image

- Wstawaj, dzieciaku. Widzę, że cię ścięło. Nie martw się,
Brad nikomu nie powie.

Wstałam  półprzytomna  i  dowlokłam  się  do  pokoju.
Podeszłam wprost do okna,

otwierając  je  na  oścież.  Ku  mojej  radości  Jesse  zniknął.
Tak, ma się tę siłę przekonywania.

Złapałam  torbę  i  poszłam  do  łazienki,  gdzie  wzięłam
prysznic . A ponieważ nie byłam

całkiem  pewna,  czy  Jesse  wziął  sobie  moje  słowa  do
serca i spłynął z prądem, przebrałam się

w  piżamę.  Po  wyjściu  z  łazienki  byłam  trochę
przytomniejsza. Rozejrzałam się, rozkoszując

chłodnym  powiewem  od  okna,  wciągając  zapach  jodu
unoszący się w powietrzu. W

przeciwieństwie do Brooklynu, gdzie wciąż wyły syreny i
hałasowały samochody, tutaj

panowała  cisza,  przerywana  od  czasu  do  czasu
pohukiwaniem sowy.

Ku  mojemu  zaskoczeniu  stwierdziłam,  że  jestem  sama.
Naprawdę sama. W strefie

background image

bezduchowej. To jest to, czego zawsze pragnęłam.

Wskoczyłam  do  łóżka  i  klaśnięciem  wyłączyłam  światło.
Zakopałam się z rozkoszą w

świeżej pachnącej pościeli.

Tuż  przed  zaśnięciem  miałam  wrażenie,  że  słyszę  coś
jeszcze oprócz sowy. Jakby ktoś

śpiewał.  Och,  Susannah,  nie  płacz,  bo  już  dość.  Jadę
sobie z bandżo na kolanie, twój z

południa gość.

Ale to, z pewnością, tylko moja wyobraźnia.

background image

5

Dwunastoklasowa Szkoła Misyjna imienia Juniper o Serry
stała się koedukacyjna w

latach  osiemdziesiątych.  Ostatnio,  jak  się  z  ulgą
dowiedziałam, przestano wymagać od

uczniów  noszenia  mundurków.  Mundurki,  które  przedtem
obowiązywały, były niebiesko -

białe,  a  te  kolory  nie  należą  do  moich  ulubionych.  Na
szczęście wzbudzały taką niechęć, po-

dobnie jak wyłącznie męski skład klas, że w końcu z nich
zrezygnowano; chociaż nadal nie

wolno  nosić  dżinsów,  uczniowie  mogą  ubierać  się  mniej
więcej tak, jak im się podoba. Ja

zamierzałam  chodzić  w  ubraniach,  które  kupowałam  w
rozmaitych miejscach w New Jersey z

Giną  w  charakterze  konsultantki,  więc  taka  sytuacja
bardzo mi odpowiadała.

Katolickość  szkoły  stanowiła  jednak  pewien  problem.

background image

Może nie tyle problem, co

niedogodność.  Wiecie,  mamie  nie  zależało  na  tym,  żeby
wychować mnie w jakiejś konkretnej

religii.  Ojciec  był  niepraktykującym  żydem,  mama
chrześcijanką. Religia nigdy nie

odgrywała  znaczącej  roli  w  życiu  rodziców  i  nic
dziwnego, że dla mnie stanowiła dziedzinę

raczej obcą i mętną. Myślicie pewnie, że powinnam lepiej
od innych orientować się w tych

sprawach,  ale  tak  naprawdę  nie  mam  zielonego  pojęcia,
co się dzieje z duchami, które

odsyłam tam, gdzie powinny znaleźć się po śmierci. Wiem
tylko, że kiedy to robię, nie

wracają. Nigdy. Koniec, kropka.

Kiedy  więc  w  poniedziałek  po  moim  przybyciu  do
słonecznej Kalifornii zjawiłyśmy

się  z  mamą  w  sekretariacie  Szkoły  Misyjnej,  doznałam
lekkiego wstrząsu na widok prawie

dwumetrowego  krucyfiksu  wiszącego  za  biurkiem

background image

sekretarki.

Nie  powinnam  się  jednak  dziwić.  W  sobotę  rano  mama,
pomagając mi się

rozpakować, wskazała szkołę z okna mojego pokoju.

-  Widzisz  tę  wielką  czerwoną  kopułę?  -  zapytała.  -  To
Misja Pod kopułą jest kaplica.

W  pobliżu  plątał  się  akurat  profesor  -  zauważyłam,  że  to
jedno z jego ulubionych zajęć

-  i  zaraz  zabrał  się  do  kolejnego  wykładu,  tym  razem  na
temat franciszkanów, zakonu

opartego na regule świętego Franciszka, przyjętej w 1209
roku. Ojciec Junipero Serra,

franciszkanin,  to  według  Profesora  postać  zdecydowanie
niedoceniana. Przez niektórych

hierarchów  Kościoła  katolickiego  uważany  był  za
bohatera, w pewnym momencie chciano go

nawet  beatyfikować,  ale,  jak  wyjaśnił  Profesor,  Indianie
amerykańscy uznali to posunięcie za

„aprobatę 

metod 

kolonizacji 

stosowanych 

przez

background image

Hiszpanów. Jakkolwiek Junipero Serra

opowiadał  się  za  przyznaniem  nawróconym  Indianom
praw w kwestiach ekonomicznych,

odmawiał  im  prawa  do  samostanowienia.  Był  też
zagorzałym zwolennikiem kar cielesnych i

apelował  do  władz  hiszpańskich  o  prawo  stosowania
chłosty wobec Indian”.

Kiedy  Profesor  skończył  wykład,  spojrzałam  na  niego  i
powiedziałam:

- Pamięć fotograficzna? Zmieszał się.

-  No  -  mruknął.  -  Dobrze  jest  znać  historię  miejsca,  w
którym się mieszka.

Zapamiętałam  to  sobie  na  wszelki  wypadek.  Profesor
może okazać się nieoceniony,

jeśli Jesse zjawi się ponownie.

Teraz,  stojąc  w  chłodnym  biurze  starego  budynku,  który
Junipero Serra kazał wznieść,

by  nauczać  miejscowych  Indian,  zastanawiałam  się,  ile
duchów tutaj spotkam. Ten cały Serra

background image

z  zacięciem  do  kar  fizycznych  z  pewnością  narobił  sobie
wrogów wśród Indian. Ani przez

chwilę nie wątpiłam, że spotkam ich wszystkich.

A  jednak,  kiedy  wkroczyłyśmy  przez  łukowato  sklepioną
bramę na podwórze Misji,

mojej  uwagi  nie  zwróciła  ani  jedna  osoba,  która
wyglądałaby na nienależącą do tego świata.

Paru  turystów  pstrykało  zdjęcia  imponującej  fontanny,
ogrodnik uwijał się żwawo przy pniu

palmy,  pasażem  między  dwoma  budynkami  szedł  ksiądz
pochłonięty rozmyślaniem. To było

piękne,  ciche  miejsce,  chociaż  tak  stary  budynek  musiał
być świadkiem śmierci wielu ludzi.

Nic z tego nie rozumiałam. Gdzie podziały się duchy?

Może  bały  się  przebywać  w  tym  miejscu?  Sama  czułam
się niepewnie, patrząc na

krucyfiks.  Nie  mam  nic  przeciwko  sztuce  sakralnej,  ale
czy trzeba tak wiernie przedstawiać

ukrzyżowanie, ze wszystkimi detalami?

background image

Widocznie  nie  byłam  odosobniona  w  swoich  odczuciach,
bo chłopak, który rozwalił

się  na  kanapie  stojącej  naprzeciwko  tej,  na  której
polecono nam z mamą zaczekać, podążył za

moim spojrzeniem i stwierdził:

- Ma podobno płakać krwawymi łzami, jeśli zdarzy się, że
jakaś dziewczyna ukończy

tę szkołę jako dziewica.

Nie  mogłam  się  powstrzymać  od  śmiechu.  Mama
spojrzała na mnie gniewnie.

Sekretarka, pulchna kobieta w średnim wieku o wyglądzie
bigotki, przewróciła tylko oczami i

powiedziała zmęczonym głosem:

- Och, Adamie...

Adam,  przystojny  chłopak  w  moim  wieku,  skierował  ku
mnie śmiertelnie poważną

twarz.

-  To  prawda  -  oznajmił  surowo.  -  To  się  zdarzyło  w

background image

zeszłym roku. Moja siostra. -

Zniżył głos do konspiracyjnego szeptu: - Adoptowana.

Roześmiałam  się  ponownie,  a  mama  zmarszczyła  brwi.
Poprzedniego dnia spędziła

mnóstwo  czasu,  wyjaśniając  mi,  jak  trudno  było  zapisać
mnie do tej szkoły, zwłaszcza że nie

istnieje  żaden  dowód  na  to,  iż  zostałam  ochrzczona.
Przyjęto mnie w końcu ze względu na

Andy'ego,  którego  trzej  synowie  tutaj  się  uczą.
Przypuszczam, że ważną rolę w tej sprawie

odegrał spory datek na szkołę, ale mama w życiu by się do
tego nie przyznała. Powiedziała

tylko,  że  powinnam  się  odpowiednio  zachowywać,
zamiast, na przykład, wyrzucać różne

przedmioty przez okno, choć przypomniałam jej, że akurat
do tego incydentu nie doszło z

mojej  winy.  Walczyłam  z  wyjątkowo  gwałtownym,
młodym duchem, który nie chciał

przestać  straszyć  w  szatni  dziewcząt  w  mojej  dawnej

background image

szkole. Wyrzucenie go przez okno

wreszcie  do  niego  przemówiło  i  sprowadziło  na
właściwą drogę na wieki wieków.

Mamie  powiedziałam,  że  ćwiczyłam  uderzenia  tenisa  i
rakieta wyślizgnęła mi się z

ręki. Nie była to zbyt wiarygodna historyjka, zwłaszcza że
rakiety nigdy nie znaleziono.

Akurat  w  chwili,  gdy  wróciłam  myślami  do  tego
wyjątkowo bolesnego wspomnienia,

otworzyły się ciężkie drewniane drzwi i ukazał się w nich
ksiądz.

-  Pani  Ackerman  -  powiedział  -  jak  miło  znowu  panią
zobaczyć. A to musi być

Susannah  Simon.  Zapraszam  do  środka.  -  Odsunął  się,
żeby nas przepuścić, a potem zwrócił

się jeszcze do chłopca na kanapie:

-  Och,  nie,  panie  McTavish,  tylko  nie  pierwszego  dnia
nowego semestru.

Adam wzruszył ramionami.

background image

- A co ja mogę zrobić? Paniusia mnie nie znosi.

-  Uprzejmie  proszę,  aby  nie  wyrażał  się  pan  o  siostrze
Ernestynie w ten sposób, panie

McTavish.  Spotkamy  się  za  chwilę,  kiedy  skończę
rozmawiać z paniami.

Weszłyśmy  i  dyrektor,  ojciec  Dominik,  gawędził  z  nami
przez jakiś czas, wypytując

mnie  o  wrażenia  na  temat  Kalifornii.  Powiedziałam,  że
podoba mi się tutaj, zwłaszcza

zachwyca  mnie  ocean.  Przed  wizytą  w  szkole,  kiedy  już
się rozpakowałam, sporo czasu

spędziliśmy 

na 

plaży. 

Znalazłam 

okulary

przeciwsłoneczne i chociaż na pływanie było za

zimno,  cudownie  się  bawiłam,  leżąc  na  kocu  i
przyglądając się falom. Były wysokie, wyższe

niż  na  Słonecznym  patrolu,  a  Profesor  opowiadał  przez
pół popołudnia, dlaczego tak jest.

Niczego  nie  zapamiętałam.  Tak  bardzo  odurzyło  mnie
słońce, że nie słuchałam, co mówi.

background image

Odkryłam,  że  uwielbiam  plażę,  jej  zapach,  wodorosty  na
brzegu, chłodny piach między

palcami,  smak  soli  na  skórze  po  powrocie  do  domu.
Carmel nie jest może idealnym miejscem

dla  miłośników  bajgli,  ale  na  Manhattanie  z  pewnością
nie ma plaży.

Ojciec  Dominik  wyraził  szczerą  nadzieję,  że  będę
szczęśliwa w Szkole Misyjnej, a

następnie zapewnił, że chociaż nie jestem katoliczką, będę
mile widziana na mszy. W

niektóre dni studenci katolicy są oczywiście, zobowiązani
do uczestnictwa w nabożeństwie.

Mogą  przyłączyć  się  do  nich  albo  zostać  sama  w  pustej
klasie, wybór należy do mnie.

Rozbawiło mnie to trochę, ale zdołałam się powstrzymać i
nie parsknąć śmiechem.

Ojca  Dominika,  mężczyznę  w  mocno  podeszłym  wieku,
można nazwać dziarskim. Z białym

kołnierzykiem  i  w  czarnej  sutannie  jest  nawet  przystojny.
Oczywiście jak na swoje

background image

sześćdziesiąt lat. Ma siwe włosy, bardzo niebieskie oczy i
starannie utrzymane paznokcie. Nie

znam  wielu  księży,  ale  uznałam,  że  ten  jest  w  porządku.
Zwłaszcza że nie rzucił się na

chłopaka  przed  sekretariatem,  który  nazwał  zakonnicę
„paniusią”.

Ojciec  Dominik  opisał  rozmaite  wykroczenia,  za  które
mogę być usunięta ze szkoły:

wagary, narkotyki na terenie szkoły i tak dalej. Na koniec
zapytał, czy mam jakieś pytania.

Nie miałam. Zwrócił się do mamy, czy ma jakieś pytania.
Nie miała. Ojciec Dominik wstał

więc i powiedział:

-  Świetnie.  Pożegnam  zatem  panią,  pani  Ackerman,  i
odprowadzę Susannah na

pierwszą lekcję. Dobrze, Susannah?

Pomyślałam,  że  to  dziwne,  że  dyrektor,  który  pewnie  ma
dużo do roboty, poświęca

czas,  aby  mnie  odprowadzić,  ale  nie  odezwałam  się.

background image

Wzięłam tylko płaszcz - czarny wełniany

trencz  firmy  Esprit,  tres  chic  (mama  nie  pozwoliłaby  mi
włożyć skórzanej kurtki pierwszego

dnia w szkole) - czekając, aż mama i ksiądz się pożegnają.
Mama pocałowała mnie na do

widzenia  i  przypomniała,  żebym  o  trzeciej  znalazła
Śpiącego, ponieważ jego zadaniem jest

odwiezienie  mnie  do  domu.  Oczywiście  nie  nazwała  go
„Śpiący”. Godny pożałowania brak

publicznego  transportu  oznaczał,  niestety,  że  chcąc  się
dostać albo wrócić ze szkoły, będę

zdana na łaskę braciszków.

Mama  odeszła,  a  ojciec  Dominik  ruszył  ze  mną  przez
podwórze, poleciwszy przedtem

Adamowi, żeby na niego zaczekał.

- Nie ma sprawy - rzucił Adam, patrząc na mnie lubieżnie
zza pleców księdza.

Nieczęsto  chłopcy  w  moim  wieku  patrzą  na  mnie  w  ten
sposób. Miałam nadzieję, że będzie w

background image

tej  samej  klasie  co  ja.  Marzenia  mamy  dotyczące  mojego
życia towarzyskiego mogłyby

nareszcie stać się rzeczywistością.

W  trakcie  spaceru  ojciec  Dominik  opowiadał  mi  o
budynku - albo raczej budynkach,

gdyż  było  ich  kilka.  Szereg  domów  o  grubych  murach  z
palonej cegły łączyły nisko

zadaszone  pasaże.  Pośrodku  znajdował  się  piękny
dziedziniec z palmami, czynną fontanną i

posągiem  z  brązu  przedstawiającym  ojca  Serrę  z  grupką
typowych indiańskich squaw z

niemowlętami  na  plecach,  klęczących  u  jego  stóp.
Naprzeciwko znajdowały się kamienne

ławki,  na  których  można  było  samotnie  kontemplować
urodę dziedzińca. Drzwi do klas i

szafki  wbudowano  wprost  w  ściany.  Jedna  z  tych  szafek,
jak wyjaśnił ojciec Dominik, ma

należeć do mnie. Oto szyfr. Czy chcę zostawić płaszcz?

Kiedy  obudziłam  się  w  niedzielę  rano,  zaskoczył  mnie

background image

fakt, że trzęsę się z zimna.

Musiałam  wygramolić  się  z  pościeli  i  zamknąć  okna.  Ku
mojemu ogromnemu zdumieniu

dolinę  spowiła  gęsta  mgła,  zasłaniając  widok  zatoki.
Uznałam, że to skutek jakiegoś

gwałtownego tropikalnego sztormu, ale Profesor wyjaśnił
mi cierpliwie, że poranna mgła to

zjawisko  typowe  na  północnym  zachodzie  i  że  Pacifico,
po hiszpańsku „Spokojny”, został tak

nazwany z powodu względnie rzadko występujących burz.
Mgła, jak zapewnił, znika do

południa, a później robi się gorąco.

Miał  rację.  Kiedy  wróciłam  z  plaży  do  domu,  mój  pokój
zamienił się w piekarnik i

znowu  otworzyłam  okna  na  całą  szerokość.  Rano  jednak
zastałam je zamknięte. Pomyślałam,

że  to  bardzo  miło  ze  strony  mamy,  że  tak  się  o  mnie
troszczy.

Mam  nadzieję,  że  to  była  moja  mama.  Jak  się  tak

background image

zastanowić... ale nie, nie widziałam

Jessego  od  dnia,  w  którym  się  wprowadziłam.  To  z  całą
pewnością moja mama zamknęła

okna.

W każdym razie, kiedy wyszłam na dwór, żeby wsiąść do
samochodu mamy,

stwierdziłam,  że  jest  lodowato  i  dlatego  włożyłam
wełniany płaszcz.

Ojciec  Dominik  poinformował  mnie,  że  przydzielono  mi
szafkę numer 273. Pozwolił,

żebym  sama  ją  znalazła.  Przechadzał  się  w  tym  czasie  za
moimi plecami, wpatrując się w

belki  zadaszenia,  w  których,  jak  z  zadowoleniem
stwierdził, co roku wiły gniazda jaskółcze

rodziny.  Wydaje  się,  że  bardzo  lubi  ptaki,  właściwie
wszystkie zwierzęta, ponieważ

interesował  się,  jak  sobie  radzę  z  Maksem,  psem
Ackermanów, jak również otwarcie obruszył

się  na  Andy'ego,  który  uparcie  twierdzi,  że  trzeba

background image

wymienić drewno w dachu ze względu na

szkody, jakie wyrządzają jaskółki i ich odchody.

268,  269,  270.  Wędrowałam  wzdłuż  rzędu  szafek,
sprawdzając numery na beżowych

drzwiczkach.  W  przeciwieństwie  do  szkolnych  szafek  na
Brooklynie, te nie były zabazgrane

graffiti, 

wgniecione 

ani 

pozalepiane 

plakatami

heavymetalowych zespołów. Przypuszczam, że

uczniowie  na  Wybrzeżu  Zachodnim  przywiązują  większą
wagę do tego, jak wygląda ich

szkoła, niż my, Jankesi.

271, 272. Zatrzymałam się nagle.

Obok szafki 273 stał duch.

Nie był to Jesse, lecz dziewczyna, ubrana podobnie jak ja,
tylko że z długimi jasnymi

włosami,  a  nie  brązowymi,  jak  moje.  Miała  wyjątkowo
nieprzyjemny wyraz twarzy.

-  Na  co  się  gapisz?  -  zwróciła  się  do  mnie.  Po  chwili,

background image

spoglądając na kogoś za moimi

plecami, zapytała: - A więc kogoś takiego wpuszczono na
moje miejsce? Wiedziałam.

Dobra, przyznaję, trochę mnie ruszyło. Odwróciłam się na
pięcie, stając twarzą w

twarz  z  ojcem  Dominikiem,  który  patrzył  na  mnie
ciekawie.

- Tak myślałem - mruknął na widok mojej miny.

background image

6

Przeniosłam wzrok z ojca Dominika na ducha dziewczyny
i znowu spojrzałam na

księdza.

- Ksiądz ją widzi? - zdołałam wreszcie wykrztusić. Skinął
głową.

- Tak. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem od twojej mamy
o tobie i twoich...

problemach  w  starej  szkole,  zacząłem  podejrzewać,  że
możesz być jedną z nas, Susannah. Nie

byłem  jednak  pewny,  więc  milczałem.  Chociaż  imię
Szymon∗, z czego zapewne zdajesz sobie

sprawę,  pochodzi  od  hebrajskiego  słowa  oznaczającego
„uważny słuchacz”, a jako mediator...

Prawie  go  nie  słuchałam.  Nie  mogłam  przejść  do
porządku dziennego nad faktem, że

w końcu, po tylu latach, spotkałam innego mediatora.

background image

-  A  więc  dlatego  nie  ma  tutaj  duchów  Indian!  -  niemal
wrzasnęłam. - Ksiądz się nimi

zajął.  Rany,  zastanawiałam  się,  co  się  z  nimi  stało.
Spodziewałam się spotkać setki...

Ojciec Dominik skłonił skromnie głowę.

-  Cóż,  ściśle  mówiąc,  nie  były  to  setki  -  powiedział  -
jednak na początku mojej

bytności  tutaj,  dość  dużo.  Ale  to  nic  takiego,  doprawdy.
Spełniałem tylko swój obowiązek,

robiąc użytek z niebiańskiego daru, otrzymanego od Boga.

Skrzywiłam się.

- Czy to właśnie On jest za to odpowiedzialny?

- Ależ oczywiście, że nasz dar pochodzi od Boga. - Ojciec
Dominik spojrzał na mnie z

góry  z  tym  szczególnym  rodzajem  politowania,  jakie
wierzący okazują zwykle nieszczęsnym

żałosnym stworzeniom, które mają wątpliwości. - A skąd,
twoim zdaniem, mógłby się wziąć?

background image

-  Nie  wiem.  Zawsze  miałam  ochotę  porozmawiać  na  ten
temat z kimś dorosłym.

Ponieważ, gdybym mogła wybierać, wolałabym raczej nie
cieszyć się błogosławieństwem

tego rodzaju.

Ojciec Dominik wydawał się zdziwiony.

- Ale dlaczego nie, Susannah?

-  Ponieważ  przez  ten  dar  mam  tylko  kłopoty.  Czy  zdaje
sobie ksiądz sprawę, ile czasu

spędziłam  w  gabinetach  psychiatrycznych?  Moja  mama
uważa, że jestem kompletnie stuknię-

ta.

-  Tak.  -  Ojciec  Dominik  pokiwał  w  zamyśleniu  głową.  -
Tak, rozumiem, że dla laika

taki cudowny dar może wydawać się... hm, niezwykły.

∗  Susannah  ma  na  nazwisko  Simon,  co  jest
odpowiednikiem polskiego imienia Szymon (przyp. red.).

- Niezwykły? Ksiądz żartuje!

background image

-  Przyznaję,  że  na  terenie  Misji  jestem  bezpieczny  -
stwierdził ojciec Dominik. -

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że dla was, eee... że się
tak wyrażę, w okopach, to musi być

szalenie trudne, tak bez duchowego wsparcia...

- Dla nas? - Uniosłam brwi. - Chce ksiądz powiedzieć, że
jest nas więcej niż ksiądz i

ja?

-  Cóż,  tak  przypuszczam...  z  pewnością  musi  nas  być
więcej. Nie możemy być

jedyni... Nie, nie, z pewnością są jeszcze inni.

- Przepraszam - odezwał się duch niecierpliwie - ale czy
ktoś zechciałby mi

powiedzieć, co się tutaj dzieje? Co to za suka? Czy to ona
ma zająć moje miejsce?

-  Hej!  Licz  się  ze  słowami.  -  Posłałam  jej  mordercze
spojrzenie. - Ten człowiek jest

księdzem, jak może zauważyłaś.

background image

Zachichotała złośliwie.

-  Ojejej.  Wiem,  że  to  ksiądz.  Cały  tydzień  próbuje  się
mnie pozbyć.

Zerknęłam zaskoczona na ojca Dominika.

- No, cóż, Heather jest trochę uparta... - bąknął zmieszany.

-  Jeśli  myślisz  -  wysyczała  Heather  -  że  będę  po  prostu
stała z boku i pozwolę oddać

tej suce moją szafkę...

- Nazwij mnie suką jeszcze raz, panienko, a postaram się,
żebyś resztę wieczności

spędziła wewnątrz tej szafki.

Heather spojrzała na mnie bez cienia strachu.

-  Suka  -  wysyczała,  przeciągając  to  słowo,  tak  jakby
zawierało kilka sylab.

Uderzyłam  tak  szybko,  że  nie  zdążyła  zauważyć
podniesionej pięści. Grzmotnęłam ją

na  tyle  mocno,  że  wpadła  na  szafki,  zostawiając  w  nich
wgniecenie w kształcie ciała.

background image

Wylądowała  ciężko  na  kamiennej  podłodze,  ale  w
mgnieniu oka zerwała się na równe nogi.

Spodziewałam  się,  że  mi  odda,  ale  Heather  pognała
korytarzem, głośno szlochając.

-  Phi  -  mruknęłam  właściwie  do  siebie.  -  Tchórz.
Wiedziałam doskonale, że wróci.

Odstraszyłam ją tylko na chwilę. Miałam jednak nadzieję,
że do naszego następnego spo-

tkania jej zachowanie trochę się poprawi.

Kiedy zniknęła, chuchnęłam lekko na knykcie. Duchy mają
zadziwiająco twarde

szczęki.

- Więc o czym to ksiądz mówił?

Ojciec  Dominik,  nie  odrywając  wzroku  od  miejsca,  w
którym przedtem stała Heather,

zauważył bardzo oschłym jak na księdza głosem:

-  Na  Wschodzie  nauczają  obecnie  interesujących  technik
mediacji.

background image

- Ejże! - zawołałam. - Wyzywanie mnie nikomu nie ujdzie
na sucho. Nie obchodzi

mnie, co wycierpiała za życia.

-  Sądzę  -  powiedział  z  namysłem  ojciec  Dominik  -  że
musimy pewne rzeczy

przedyskutować.

Nagle  otworzyły  się  boczne  drzwi,  zza  których  wyjrzał
potężny brodaty mężczyzna.

Ksiądz położył palec na ustach.

-  Wszystko  w  porządku,  Dom?  -  Musiał  widocznie
usłyszeć uderzenie astralnego ciała

Heather o szafki. A swoją drogą zabawne, ile ważą duchy.

-  W  porządku,  Carl  -  odparł  ojciec  Dominik.  -  W  jak
najlepszym. I spójrz, kogo ci

przyprowadziłem.  -  Ojciec  Dominik  położył  mi  rękę  na
ramieniu. - To twoja nowa uczennica,

Susannah  Simon.  Susannah,  to  twój  wychowawca,  Carl
Walden.

background image

Wyciągnęłam  rękę,  którą  przed  chwilą  znokautowałam
Heather.

- Bardzo mi miło, panie Walden.

- Mnie również, panno Simon. Mnie również. - Moja dłoń
zniknęła w jego ogromnej

dłoni.  Nie  wyglądał  na  typowego  nauczyciela.  Raczej  na
drwala. Musiał rozpłaszczyć się na

ścianie, żebym zdołała wślizgnąć się obok niego do klasy.
- Cieszę się, że do nas dołączyłaś -

dodał  grzmiącym  głosem.  -  Dzięki,  Dom,  że  ją
przyprowadziłeś.

- Nie ma za co - powiedział ojciec Dominik. - Mieliśmy
niewielki problem z szafką

Pewnie słyszałeś. Nie chciałem ci przeszkadzać. Poproszę
woźnego, aby się tym zajął.

Susannah, chciałbym, żebyś zjawiła się w moim gabinecie
o trzeciej, żeby, hm, wypełnić

resztę papierów. Uśmiechnęłam się słodko.

- Och, nie mogę, ojcze. O trzeciej jadę z bratem do domu.

background image

Ojciec Dominik nachmurzył

się.

- Wobec tego zwolnię cię na chwilę z lekcji. Koło drugiej.

- Dobrze. - Pomachałam mu ręką. - Na razie.

Podejrzewam,  że  na  Wybrzeżu  Zachodnim  nie  mówi  się
dyrektorowi „na razie” ani też

nie  macha  ręką  na  pożegnanie,  ponieważ,  kiedy
odwróciłam się do klasy, stwierdziłam, że

moi  nowi  koledzy  wpatrują  się  we  mnie  z  otwartymi  ze
zdumienia ustami.

Może chodzi o moje ubranie? Ze zdenerwowania ubrałam
się na czarno, czego zwykle

nie robię. Zawsze to powtarzam: jak nie wiesz, w co się
ubrać, włóż coś czarnego. Czarny jest

zawsze odpowiedni.

A  może  nie?  Rozejrzałam  się  po  klasie  i  zobaczyłam,  że
nikt nie ma na sobie nic

czarnego.  Biel,  trochę  brązu,  mnóstwo  khaki,  ale  czarny

background image

nie.

Pan  Walden  nie  zauważył  chyba  mojego  zmieszania.
Przedstawił mnie i poprosił, aby

powiedziała  coś  o  sobie.  Powiedziałam,  a  oni  nadal
gapili się na mnie z nieodgadnionymi

minami.  Poczułam  pot  na  karku.  Czasami  mam  wrażenie,
że wolę towarzystwo umarłych od

towarzystwa 

rówieśników. 

Szesnastolatki 

bywają

naprawdę przerażające.

Pan  Walden  okazał  się  na  szczęście  poczciwym  facetem.
Stałam pod tablicą najwyżej

przez  minutę,  pod  obstrzałem  tych  wszystkich  spojrzeń.
Potem polecił mi zająć miejsce.

To  się  wydaje  takie  banalne,  prawda?  Idź  i  zajmij  jakieś
miejsce. Ale, widzicie, były

tylko dwa miejsca. Jedno obok naprawdę ładnej opalonej
dziewczyny o gęstych kręconych

włosach  koloru  miodu.  Drugie  daleko  w  tyle,  za
dziewczyną o włosach tak białych i skórze

background image

tak różowej, że musiała być albinoską.

Nie, nie zgrywam się. Albinoską.

Na  moją  decyzję  wpłynęły  dwie  rzeczy.  Po  pierwsze,
kiedy zobaczyłam to miejsce z

tyłu,  zauważyłam  także,  że  okna  tuż  za  nim  wychodzą  na
parking przed szkołą.

No, w porządku, to może niezbyt wspaniały widok. Ale za
parkingiem rozciągało się

morze.

Nie  żartuję.  Ta  szkoła  ma  lepszy  widok  na  ocean  niż  ten,
który mogę podziwiać z

okien  mojego  pokoju,  ponieważ  znajduje  się  dużo  bliżej
plaży. Z okien klasy widać fale.

Chciałam więc siedzieć jak najbliżej okna.

Drugi  powód  był  prosty:  nie  chciałam  usiąść  obok
opalonej dziewczyny, żeby

dziewczyna  albinoską  nie  pomyślała,  że  zniechęcił  mnie
jej dziwny wygląd. Głupie, prawda?

background image

Jakby  ją  to  w  ogóle  obchodziło.  Nie  wahałam  się  ani
chwili. Zobaczyłam morze, zobaczyłam

albinoskę i natychmiast to kupiłam.

Jak  tylko  zajęłam  miejsce,  jakaś  dziewczyna  siedząca
bliżej tablicy zaśmiała się

złośliwie,  mrucząc  pod  nosem,  ale  tak,  żeby  wszyscy
słyszeli:

- Siadaj sobie koło odmieńca, czemu nie.

Spojrzałam  w  jej  stronę.  Na  jej  perfekcyjne  loki  i
perfekcyjny makijaż. Powiedziałam,

bynajmniej nie szeptem:

- Przepraszam cię, czy cierpisz na zespół Tourette'a?

Pan  Walden  odwrócił  się,  chcąc  napisać  coś  na  tablicy,
ale powstrzymał go ton

mojego  głosu.  Wszyscy  odwrócili  się,  żeby  na  mnie
spojrzeć, łącznie z opaloną dziewczyną,

koło  której  nie  usiadłam.  Ta  złośliwa  zamrugała,
zaskoczona.

background image

- Co?

- Zespół Tourette'a - potwierdziłam. - To takie zaburzenie
nerwowe, które powoduje,

że  ludzie  mówią  rzeczy,  których  nie  chcą  tak  naprawdę
powiedzieć. Cierpisz na to?

Jej policzki zaczęły powoli przybierać szkarłatną barwę.

- Och, a więc byłaś niegrzeczna świadomie.

-  Nie  nazwałam  odmieńcem  ciebie  -  wyjaśniła
dziewczyna pośpiesznie.

-  Wiem  -  powiedziałam  -  i  dlatego  po  szkole  złamię  ci
tylko jeden palec, a nie

wszystkie.

Odwróciła  się  natychmiast  w  stronę  tablicy.  Usiadłam
wygodnie na krześle. Nie wiem,

o  czym  tak  szeptano,  ale  zauważyłam,  że  świetnie
widoczna pod białymi włosami skóra na

głowie  albinoski  staje  się  purpurowa.  Pan  Walden
usiłował przywołać wszystkich do

background image

porządku.  W  końcu  trzasnął  pięścią  w  biurko  i
oświadczył, że skoro mamy tyle do

powiedzenia,  to  możemy  to  wyrazić  w  wypracowaniu  na
tysiąc słów na temat bitwy pod

Bladensburgiem w czasie wojny 1812 roku, z podwójnymi
odstępami między wierszami. Do

złożenia na jego biurku następnego dnia rano.

Och,  świetnie.  Dobrze,  że  nie  przyszłam  do  szkoły,  żeby
znaleźć przyjaciół.

background image

7

A jednak znalazłam. Choć wcale się o to nie starałam. Nie
zależało mi. Mam dość

przyjaciół  na  Brooklynie.  Mam  Ginę,  najlepszą
przyjaciółkę, jaką można sobie wyobrazić.

Nie potrzebuję więcej znajomych.

Nie  sądzę  też,  żeby  ktoś  mnie  tutaj  polubił  po  tym,  jak  z
mojego powodu kazano im

napisać  wypracowanie  na  tysiąc  słów.  A  zwłaszcza  po
tym, co zaszło, kiedy szliśmy do innej

sali  na  kolejną  lekcję.  W  Szkole  Misyjnej  nie  ma
dzwonków, zmieniamy klasy o ustalonych

porach, w trakcie pięciominutowych przerw. Jak tylko pan
Walden wyszedł, albinoska

odwróciła  się  na  krześle  z  wściekłym  błyskiem  we
fioletowych oczach za przyciemnionymi

szkłami okularów.

background image

-  Spodziewasz  się,  że  będę  ci  wdzięczna  za  to,  co
powiedziałaś Debbie? - syknęła.

-  Nie  musisz  -  powiedziałam,  podnosząc  się.  Również
wstała.

- Ale dlatego to zrobiłaś, zgadza się? Broniłaś albinoski?
Ulitowałaś się nade mną?

-  Zrobiłam  to  -  włożyłam  pod  ramię  zwinięty  płaszcz  -
ponieważ Debbie jest trollem.

Zauważyłam,  że  kąciki  jej  ust  lekko  zadrżały.  Debbie
zgarnęła książki i rzuciła się do

drzwi  w  chwili,  gdy  tylko  pan  Walden  pozwolił  nam
wyjść. Dziewczęta szeptały coś między

sobą,  rzucając  mi  jadowite  spojrzenia,  wzruszając
ramionami, na których udrapowały swetry

od Ralpha Laurena.

Widziałam,  że  dziewczynę  albinoskę  rozbawiło  moje
porównanie, ale nie pozwoliła

sobie na śmiech.

-  Wiesz,  sama  potrafię  walczyć  o  swoje  -  oświadczyła

background image

ostro. - Nie potrzebuję twojej

pomocy, Nowy Jorku.

Wzruszyłam ramionami.

- W porządku, Carmel.

Uśmiechnęła 

się 

wbrew 

sobie. 

Błysnął 

aparat

dentystyczny, iskrzący się równie

mocno, jak morze za oknem.

- Cee Cee.

- Co za Cee Cee?

-  Tak  się  nazywam.  -  Wyciągnęła  do  mnie  mlecznobiałą
dłoń o paznokciach

pomalowanych  jaskrawym  pomarańczowym  lakierem.  -
Witaj w Szkole Misyjnej.

Pan Walden zwolnił nas o dziewiątej. Do dziewiątej zero
dwie Cee Cee przedstawiła

mnie  jakimś  dwudziestu  osobom.  Większość  z  nich
dreptała za nami, kiedy

background image

przemieszczałyśmy  się  do  następnej  klasy,  wypytując
ciekawie, jak to jest mieszkać w No-

wym Jorku.

-  Czy  tam  rzeczywiście  jest  -  zapytała  dziewczyna  z
końską szczęką - tak... tak... -

rozpaczliwie  szukała  odpowiedniego  słowa  -  tak...
metropolitalnie, jak mówią?

Nie  muszę  dodawać,  że  te  dziewczyny  nie  należały  do
najładniejszych w klasie. Od

razu zwróciłam też uwagę, że nie odzywały się do ładnej
opalonej dziewczyny oraz tej, której

obiecałam  złamać  po  szkole  palec.  Te  dziewczyny
stanowiły pstrokatą zbieraninę, niektóre z

trądzikiem,  niektóre  z  nadwagą  albo  zdecydowanie  zbyt
kościste. Nie miały na sobie

eleganckich  swetrów  i  spódnic  khaki.  Z  przerażeniem
zobaczyłam, że jedna nosi sandały.

Białe. Do beżowych rajstop. W styczniu!

Nie zapowiadało się najciekawiej.

background image

Cee  Cee  wydawała  się  przewodzić  temu  stadku.  Była
redaktorką szkolnej gazetki

„Wiadomości  Misyjne”,  którą  określała  jako  „raczej
przegląd literacki niż zwykła gazeta”.

Gdy  twierdziła,  że  nie  potrzebuje  nikogo,  kto  by  walczył
w jej sprawie, mówiła całkiem

poważnie.  Dysponowała  zapasem  słownej  amunicji  oraz
śmiertelnie poważnie podchodziła do

wszystkiego,  co  robi.  Pierwszą  rzeczą,  o  jaką  mnie
zapytała, kiedy przestała się na mnie

wściekać,  było,  czy  nie  miałabym  ochoty  napisać  czegoś
dla jej gazety.

-  Nic  wymyślnego.  Może  na  przykład  krótki  artykuł,  w
którym porównałabyś kulturę

młodzieżową  na  Wybrzeżu  Wschodnim  i  Zachodnim.  Na
pewno dostrzegasz mnóstwo różnic

między  nami  a  swoimi  przyjaciółmi  z  Nowego  Jorku.  Co
ty na to? To by zainteresowało

czytelników,  zwłaszcza  dziewczyny  takie  jak  Kelly  i
Debbie. Może napomknęłabyś coś o

background image

tym, że na Wybrzeżu Wschodnim opaleniznę uważa się za
dowód złego gustu?

Roześmiała  się,  bez  złośliwości,  ale  też  i  nie  całkiem
niewinnie. Ale taka właśnie, jak

wkrótce  odkryłam,  jest  Cee  Cee  -  cała  w  uśmiechach,
jeszcze bardziej promiennych z powodu

tego  nieszczęsnego  aparatu,  tryskająca  humorem.  Słynie
nie tylko z ciętego dowcipu, ale

także  końskiego  śmiechu,  którym  parska  w  sposób
niekontrolowany, nie mogąc powstrzymać

przepełniającej  jej  radości.  Uciszają  ją  nieustannie
napuszone siostry nowicjuszki, które

dyżurują  na  korytarzu,  starając  się,  abyśmy  nie
przeszkadzali turystom pstrykającym zdjęcia

Junipero Serry i łaszących się do niego Indianek z brązu.

Szkoła  Misyjna  jest  małą  szkołą.  Do  drugich  klas  chodzi
zaledwie siedemdziesięciu

uczniów.  Cieszę  się,  że  mamy  z  Przyćmionym  rozbieżne
plany zajęć, więc spotykamy się

background image

tylko  na  lunchu.  Lunch,  nawiasem  mówiąc,  jada  się  na
wielkim trawiastym placu obok

parkingu, skąd widać morze. Na tych samych ławkach, co
uczniowie drugich klas, rozwalają

się  seniorzy,  najstarsze  roczniki,  a  nad  głowami  tych,
którzy okazali się na tyle nierozsądni,

żeby  rzucić  frytkę,  krążą  mewy.  Wiem,  bo  sama  tego
doświadczyłam. Siostra Ernestyna - ta,

którą Adam, uczęszczający ze mną na zajęcia z socjologii,
nazwał „paniusią” - podeszła do

mnie i powiedziała, żebym więcej tego nie robiła. Jakbym
miała na to ochotę po tym, jak

pięćdziesiątka  ogromnych  skrzeczących  mew  zapikowała
w moją stronę, otaczając mnie

niczym  gołębie  na  placu  Waszyngtona,  gdy  rzuciło  im  się
kawałek precla.

W każdym razie Śpiący i Profesor jadali lunch o tej samej
porze co ja. To był jedyny

moment,  kiedy  spotykałam  Ackermanów  w  szkole.
Obserwowanie ich w naturalnym

background image

środowisku  to  interesujące  zajęcie.  Z  zadowoleniem
stwierdziłam, że nie pomyliłam się w

ocenie  ich  charakterów.  Profesor  trzyma  się  z  grupą
dzieciaków o wyglądzie maniaków

komputerowych, z których większość nosi okulary i trzyma
laptopy na kolanach. Przyćmiony

przebywa z osiłkami, wokół których krążą gromadką - jak
mewy nade mną - ładne opalone

dziewczyny  z  naszej  klasy,  łącznie  z  tą,  obok  której  nie
zdecydowałam się usiąść. Dziś ich

rozmowy  toczyły  się  wokół  prezentów  gwiazdkowych,
jako że tego dnia widzieli się po raz

pierwszy  po  feriach  zimowych,  oraz  tego,  kto  złamał
najwięcej kończyn na nartach w Tahoe.

Najciekawiej  jednak  obserwowało  się  Śpiącego.  Nie
dlatego, że się obudził. O, nie.

Siedział  na  ławce  z  zamkniętymi  oczami  i  twarzą
zwróconą do słońca. Ponieważ mam to na

co  dzień  w  domu,  nie  to  mnie  zainteresowało.
Zainteresowało mnie, co dzieje się obok niego.

background image

A  siedział  tam  niewiarygodnie  przystojny  chłopak,  który
nie robił nic, poza tym że patrzył

przed  siebie  z  wyrazem  przeraźliwego  smutku  na  twarzy.
Od czasu do czasu jakaś

dziewczyna, przechodząc obok - dziewczyny zawsze krążą
w pobliżu przystojnych

chłopaków - mówiła mu „cześć”, a on odrywał wzrok od
morza i odpowiadał „cześć”, żeby

zaraz  powtórnie  skierować  spojrzenie  na  hipnotyzujące
fale.

Przyszło  mi  do  głowy,  że  Śpiący  i  jego  kolega  mogą  być
ćpunami. To by wiele

wyjaśniało.

Kiedy jednak zapytałam Cee Cee, kim jest ten chłopak, a
także czy nie ma on

przypadkiem problemu z narkotykami, odparła:

-  Och,  nie.  To  Bryce  Martinson.  Nie,  nie  jest  pod
wpływem narkotyków. Jest tylko

smutny, wiesz, bo jego dziewczyna umarła podczas ferii.

background image

- Naprawdę? - Przeżuwałam właśnie specjał ze szkolnego
bufetu. Wyżywienie w

Szkole  Misyjnej  pozostawiało  wiele  do  życzenia.  Teraz
zrozumiałam, dlaczego tyle osób

przynosi  jedzenie  z  domu.  Daniem  dnia  były  dzisiaj  hot
dogi. Nie żartuję. Hot dogi. - Jak

umarła?

-  Strzeliła  sobie  w  głowę  -  poinformował  mnie  Adam,
chłopak poznany przed

gabinetem  dyrektora,  który  właśnie  się  do  nas  przysiadł.
Zajadał cheetosy z ogromnej torby

wyciągniętej  ze  skórzanego  plecaka.  Plecaka  od  Louisa
Vuittona, należy dodać. - Odstrzeliła

sobie tył czaszki.

- Boże, Adamie, jak możesz być tak cyniczny? - zgorszyła
się jedna z nieefektownych

dziewcząt.

Adam wzruszył ramionami.

background image

- Nigdy jej nie lubiłem. Nie mogę powiedzieć, że lubię ją
teraz. W gruncie rzeczy,

kiedy nie żyje, nie znoszę jej jeszcze bardziej. Słyszałem,
że będziemy musieli przejść dla niej

w środę stacje krzyżowe.

-  Zgadza  się  -  potwierdziła  z  niechęcią  Cee  Cee.  -
Musimy się modlić za jej

nieśmiertelną  duszę,  ponieważ  popełniła  samobójstwo  i
jej przeznaczeniem jest smażyć się w

piekle przez całą wieczność.

-  Naprawdę?  Myślałem,  że  samobójcy  idą  do  czyśćca  -
mruknął Adam w zamyśleniu.

-  Nie,  głupolu.  A  dlaczego,  twoim  zdaniem,  wielebny
Constantine nie chce wydać

Kelly 

pozwolenia 

na 

odprawienie 

nabożeństwa

żałobnego? Samobójstwo to grzech

śmiertelny.  Wielebny  Constantine  nie  dopuści,  aby
czczono pamięć samobójcy w jego

kościele. Nie pozwoli nawet rodzicom, aby ją pochowali

background image

w poświęconej ziemi. - Cee Cee

wzniosła  do  nieba  fiołkowe  oczy.  -  Nigdy  nie  lubiłam
Heather, ale wielebnego Constantine'a i

jego  głupich  zasad  nienawidzę  jeszcze  bardziej.  Chodzi
mi po głowie artykuł na ten temat, a

nazwałabym go „Ojciec, Syn i święty Hipokryta”.

Dziewczęta  zachichotały  nerwowo.  Poczekałam,  aż  im
przejdzie i zapytałam:

- Dlaczego to zrobiła? Adam był wyraźnie znudzony.

- Z powodu Bryce'a, oczywiście. Zerwał z nią.

Ładna  czarnoskóra  dziewczyna  o  imieniu  Bernadette,
zdecydowanie górująca nad

nami wzrostem, pochyliła się i szepnęła:

_ Słyszałam, że zrobił to w centrum handlowym. Możecie
w to uwierzyć?

Inna dziewczyna dodała:

-  Tak,  w  samą  Wigilię.  Robili  razem  zakupy  przed
świętami, a ona wskazała palcem

background image

na  brylantowy  pierścionek  na  wystawie  u  Bergdorfa  i
oznajmiła, że chce go mieć. Myślę, że

to  go  wyprowadziło  z  równowagi.  Wiecie,  to  był
pierścionek zaręczynowy. Zerwał z nią od

razu.

-  A  ona  wróciła  do  domu  i  się  zastrzeliła?  -  Historyjka
wydała mi się naciągana. Kiedy

wcześniej zapytałam Cee Cee, gdzie będziemy jedli lunch,
gdyby Boże broń, padało,

wyjaśniła,  że  wszyscy  zostają  wtedy  w  klasach.  Siostry
roznoszą różne gry, na przykład

scrabble. Zastanawiałam się, czy ta historia, podobnie jak
ta o lunchu w deszczowy dzień, nie

jest czczym wymysłem. Cee Cee to dziewczyna, która jest
w stanie, nie ze złośliwości, tylko

dla 

zabawy, 

naopowiadać 

nowej 

koleżance

niestworzonych rzeczy.

- Nie wtedy - odpowiedziała Cee Cee. - Przez jakiś czas
próbowała się z nim

background image

pogodzić.  Dzwoniła  do  niego  co  dziesięć  minut,  aż  w
końcu jego matka powiedziała jej, żeby

przestała.  Potem  zaczęła  przysyłać  mu  listy,  grożąc
samobójstwem, jeśli do niej nie wróci.

Nie  odpowiadał,  więc  wzięła  czterdziestkę  -  czwórkę
tatusia, pojechała do domu Bryce'a i

zadzwoniła do drzwi.

W tym momencie opowiadanie przejął Adam, wiedziałam
więc, że nastąpi jakiś

makabryczny opis.

-  Taak  -  zaczął,  podnosząc  się,  żeby  odegrać  scenkę,
posługując się cheetosem w

charakterze  rewolweru.  -  U  Martinsonów  było  właśnie
przyjęcie noworoczne, więc zastała ich

w  domu.  Otwierają  drzwi,  a  na  progu  stoi  dziewczyna  z
bronią przyłożoną do głowy.

Powiedziała,  że  jak  Bryce  nie  przyjdzie,  to  pociągnie  za
spust. Nie mogli jednak zawołać

Bryce'a, bo wysłali go na Antiguę...

background image

- .. .w nadziei, że słońce i woda ukoją jego stargane nerwy
- wtrąciła Cee Cee -

ponieważ,  rozumiecie,  teraz  powinien  raczej  myśleć  o
nauce. Niepotrzebne mu dodatkowe

stresy w postaci szalonej wielbicielki.

Adam łypnął na nią gniewnie i podjął na nowo opowieść,
przykładając cheetosa do

głowy.

-  Taak,  owszem,  to  był  poważny  błąd  ze  strony
Martinsonów. Jak tylko usłyszała, że

Bryce'a  nie  ma  w  kraju,  pociągnęła  za  cyngiel,
odstrzeliwując sobie tył czaszki, aż kawałki jej

mózgu oblepiły świąteczne lampki wiszące przed domem.

Wszyscy,  poza  mną,  jęknęli  z  wrażenia.  Ja  pomyślałam  o
czymś innym.

- Puste krzesło w waszej pracowni, to obok, jak jej tam...
Kelly. Tam siedziała zmarła

dziewczyna, prawda?

background image

Bernadettę skinęła głową.

- Taak. Dlatego wydało nam się takie dziwne, że przeszłaś
obok niego. To było tak,

jakbyś wiedziała, że siedziała tam Heather. Pomyśleliśmy,
że może jesteś medium albo...

Nie  zadałam  sobie  trudu,  żeby  wyjaśnić,  że  fakt  ten  nie
miał nic wspólnego z moimi

nadzwyczajnymi  mocami  umysłowymi.  W  ogóle  nic  nie
powiedziałam. Pomyślałam: Rany,

mamo,  ładnie  z  twojej  strony,  że  mi  powiedziałaś,
dlaczego tak nagle przyjęto mnie do tej

szkoły, choć przedtem nie było wolnych miejsc.

Popatrzyłam uważnie na Bryce'a. Po wakacjach na Antigui
był bardzo opalony.

Siedział  na  długim  stole,  z  nogami  na  ławie,  łokciami
opartymi na kolanach, ze wzrokiem

wbitym  w  Pacyfik.  Delikatny  wiaterek  mierzwił  jego
piaskowoblond włosy.

On  nie  ma  pojęcia,  pomyślałam.  Nie  ma  zielonego

background image

pojęcia. Wydaje mu się, że jego

życie to koszmar, a najgorsze jeszcze przed nim.

Wszystko przed nim.

background image

8

Nie  musiał  długo  czekać.  Zabrała  się  do  dzieła  zaraz  po
lunchu. Oczywiście Bryce nie

zdawał  sobie  z  tego  sprawy.  Zauważyłam  ją  w  tłumie
natychmiast, gdy wszyscy ruszyli do

szafek.  Duchy  roztaczają  wokół  siebie  swego  rodzaju
poświatę, która odróżnia ich od

żywych. Dzięki Bogu, bo inaczej w wielu wypadkach nie
umiałabym ich rozpoznać.

W  każdym  razie  była  tam,  posyłając  mu  pełne  jadu
spojrzenia, jak jeden z

jasnowłosych  bohaterów  Wioski  przeklętych.  Ludzie,
nieświadomi jej obecności, przechodzili

wprost  przez  nią.  Czułam  coś  w  rodzaju  zazdrości.
Chciałabym, żeby duchy były dla mnie

niewidzialne.  Wiem,  że  wówczas  nie  cieszyłabym  się
obecnością ojca przez ostatnich parę lat,

ale  rany,  teraz  nie  stałabym  jak  głupia,  czekając,  aż

background image

Heather zrobi coś okropnego.

Nie  wiedziałam,  rzecz  jasna,  co  takiego  ma  w  planie.
Duchy bywają brutalne. Ta

sztuczka  z  lustrem,  którą  zrobił  Jesse,  to  naprawdę  nic
takiego. Rzucano we mnie różnymi

przedmiotami z taką siłą, że gdybym się nie uchyliła, sama
w tej chwili należałabym do

świata  duchów.  Miałam  mnóstwo  wstrząsów  mózgu  i
złamanych kości. Mama uważa, że

mam  pecha  i  ciągle  zdarzają  mi  się  wypadki.  Tak,
mamusiu, zgadza się. Złamałam

nadgarstek, spadając ze schodów. Aha, a spadłam dlatego,
że popchnął mnie duch

trzystuletniego konkwistadora.

Kiedy  tylko  zobaczyłam  Heather,  wiedziałam,  że  coś
szykuje. Nie opierałam tego

założenia na naszej uprzedniej konwersacji. Podążyłam za
jej wzrokiem i stwierdziłam, że to

nie w Bryce'a się wpatruje. Jej uwagę przyciąga belka w

background image

zadaszeniu w tej części pasażu, w

której  akurat  znajdował  się  Bryce.  Zauważyłam,  że
drewno zaczyna drżeć. Nie cały dach.

Och, nie. Tylko jedna ciężka belka. Dokładnie nad głową
Bryce'a.

Błyskawicznie  rzuciłam  się  całym  ciężarem  na  Bryce'a.
Runęliśmy na ziemię i

poturlaliśmy  się  kawałek.  Nagle  rozległ  się  potężny  huk.
Zasłoniłam rękami głowę, więc nie

widziałam,  jak  gruby  kawał  drewna  rozbija  się  na  ziemi.
Ale usłyszałam. A także poczułam.

Obsypały  mnie  drzazgi,  wbijając  się  boleśnie  w  moje
ciało. Dobrze, że miałam wełniane

spodnie.

Bryce  leżał  pode  mną  nieruchomo.  Pomyślałam,  że  może
dostał kawałkiem drewna.

Kiedy jednak uniosłam twarz, stwierdziłam, że nic mu się
nie stało. Patrzył tylko

przerażonym  wzrokiem  na  leżącą  niedaleko  nas  potężną

background image

belkę. Wszędzie walały się odłamki

drewna.  Bryce  zapewne  uświadomił  sobie  właśnie,  że
gdyby ten element architektoniczny

zetknął  się  z  jego  czaszką,  to  na  kamiennej  podłodze
walałyby się także szczątki Bryce'a.

Przepraszam. 

Przepraszam... 

dobiegł 

mnie

zdenerwowany głos ojca Dominika.

Przepychał  się  przez  tłum  zdumionych  gapiów.  Na  widok
belki na ziemi zastygł bez ruchu,

ale widok mnie i Bryce'a zmobilizował go do działania.

-  Dobry  Boże!  -  krzyknął,  biegnąc  w  naszą  stronę.  -  Nic
wam, dzieci, nie jest?

Susannah, czy jesteś ranna? Bryce?

Usiadłam  powoli.  Często  zdarza  mi  się  sprawdzać,  czy
mam wszystkie kości całe i

lata praktyki nauczyły mnie, że im wolniej się podnosisz,
tym większe masz szanse wykryć

złamanie i tym mniejsze, że pogorszysz sprawę.

background image

Dziś jednak wyglądało na to, że wszystko mam na swoim
miejscu. Podniosłam się na

nogi.

-  Boże  święty  -  powiedział  ojciec  Dominik  -  jesteś
pewna, że nic ci się nie stało?

-  Nic  mi  nie  jest  -  zapewniałam,  otrzepując  ubranie.
Wszędzie miałam drzazgi. A to

był  mój  najlepszy  żakiet,  od  Donny  Karan.  Rozejrzałam
się, szukając Heather. Gdybym ją

wtedy  dopadła,  zabiłabym,  jak  słowo  daję...  No,  ale  ona
już jest martwa. I w dodatku

zniknęła.

- Boże - jęknął Bryce, podchodząc do mnie. Nie wydawał
się ranny, tylko trochę

zaszokowany.  Ciężko  byłoby  zrobić  krzywdę  takiemu
wielkiemu chłopakowi. Miał dobrze

ponad  metr  osiemdziesiąt  i  szerokie  bary.  Prawdziwy
niedźwiedź.

Mówił do mnie. Do mnie!

background image

-  Boże,  z  tobą  wszystko  w  porządku?  -  zapytał.  -  Dzięki.
Boże. Chyba uratowałaś mi

życie.

-  To  nic  takiego,  naprawdę  -  rzuciłam.  Nie  mogłam  się
powstrzymać i wyciągnęłam z

jego swetra drzazgę. Kaszmir. Tak podejrzewałam.

-  Co  tu  się  dzieje?  -  Drogę  przez  tłum  torował  sobie
wysoki mężczyzna w grubej

sutannie  i  czerwonej  czapeczce.  Spojrzał  na  belkę  na
podłodze, potem na dziurę w dachu i

zwrócił się do ojca Dominika:

-  Widzisz?  Widzisz,  Dominiku?  Tak  się  kończy  twoja
pobłażliwość wobec ptaków.

Zakładają  gniazda,  gdzie  im  się  podoba!  Pan  Ackerman
ostrzegał nas, że to się może tak

skończyć. I popatrz, miał rację! Ktoś mógł zginąć!

A więc to jest wielebny Constantine.

-  Tak  mi  przykro,  monsignor  -  odparł  ojciec  Dominik.  -

background image

Nie mam pojęcia, jak mogło

do  tego  dojść.  Dzięki  Bogu,  nikomu  nic  się  nie  stało.  -
Popatrzył na mnie i na Bryce'a. -

Dobrze się czujecie? Wydaje mi się, że panna Simon jest
trochę blada. Zabiorę ją do

pielęgniarki,  jeśli  nie  masz,  Susannah,  nic  przeciwko
temu. Resztę dzieci proszę o powrót do

klas.  Nikomu  nic  się  nie  stało.  To  był  wypadek.
Rozejdźcie się.

Zdumiewające,  ale  wszyscy  posłuchali.  Ojciec  Dominik
miał w sobie coś, co

sprawiało,  że  nie  można  go  było  nie  posłuchać.  Dzięki
Bogu, wykorzystywał to w służbie

dobra, a nie zła!

Chciałabym  móc  powiedzieć  to  samo  o  wielebnym.
Sterczał w opustoszałym nagle

korytarzu  ze  wzrokiem  wbitym  w  belkę.  Widać  było,  że
nie jest w najmniejszym stopniu

spróchniała.

background image

- Te ptasie gniazda zostaną usunięte, Dominiku - odezwał
się cierpko wielebny. -

Wszystkie. Nie możemy pozwolić sobie na takie ryzyko. A
gdyby w tym miejscu stał jakiś

turysta?  Albo,  Boże  broń,  arcybiskup.  Przyjeżdża  w
przyszłym tygodniu, jak ci wiadomo. Co

by było, gdyby w tym miejscu stał arcybiskup Rivera i ta
belka właśnie by spadła? Co wtedy,

Dominiku?

Siostry,  które  słysząc  zamieszanie,  wyszły  na  korytarz,
patrzyły na biednego ojca

Dominika z takim wyrzutem, że z trudem trzymałam buzię
na kłódkę. W pewnym momencie

otworzyłam  nawet  usta,  ale  ojciec  Dominik  mocniej
ścisnął mnie za ramię i ruszył w kierunku

drzwi.

-  Oczywiście!  -  zawołał.  -  Masz  całkowitą  rację.  Zaraz
sprowadzę woźnych,

monsignor. Nie możemy dopuścić, żeby arcybiskup został

background image

ranny. Absolutnie nie.

-  Boże,  co  za  kretyn!  -  wykrzyknęłam,  kiedy  tylko
znaleźliśmy się w gabinecie

dyrektora.  -  Czy  on  naprawdę  myśli,  że  parę  ptaków
mogło zrobić coś takiego?

Ojciec  Dominik  przeszedł  przez  pokój  wprost  do  małej
gablotki, w której znajdowały

się trofea i plakietki - nagrody za wyniki w nauczaniu, jak
się później dowiedziałam. Zanim

władze 

diecezji 

przydzieliły 

mu 

stanowisko

administracyjne, ojciec Dominik był powszechnie

lubianym nauczycielem biologii. Sięgnął za jedną z nagród
i wyciągnął paczkę papierosów.

- Nie jestem pewien, Susannah, czy to nie świętokradztwo
- powiedział, patrząc na

czerwono  -  białą  paczuszkę  -  żeby  nazywać  dostojnika
Kościoła katolickiego kretynem.

-  No,  to  dobrze,  że  nie  jestem  katoliczką.  Może  ksiądz
zapalić jednego, jeśli ma ksiądz

background image

ochotę  -  skinęłam  głową  w  stronę  papierosów.  -  Nikomu
nie powiem.

Rzucił  tęskne  spojrzenie  na  paczkę,  potem  westchnął
głęboko i odłożył ją na miejsce.

- Nie. Dziękuję, ale lepiej nie.

Oho.  Może  to  i  dobrze,  że  nigdy  nie  ciągnęło  mnie  do
fajek. Uznałam, że lepiej będzie

zmienić temat, więc zaczęłam oglądać trofea.

- 1964 - zauważyłam. - Uczył ksiądz kawał czasu.

-  Owszem.  -  Ojciec  Dominik  zasiadł  za  biurkiem.  -  Co
tam się, Susannah, na miłość

boską, zdarzyło?

-  Och  -  wzruszyłam  ramionami  -  to  tylko  Heather.  Zdaje
się, że wiemy już, dlaczego

się tu kręci. Chce zabić Bryce'a Martinsona.

Ojciec Dominik pokręcił głową.

-  To  okropne.  Straszne.  Nigdy  nie  spotkałem  się  z  taką...
taką siłą niszczycielską u

background image

ducha. Nigdy, odkąd jestem mediatorem.

-  Naprawdę?  -  Wyjrzałam  przez  okno.  Okna  gabinetu
dyrektora nie wychodziły na

morze,  lecz  na  wzgórza,  gdzie  stoi  mój  dom.  -  Ojej!  -
zawołałam. - Widać stąd miejsce, gdzie

mieszkam!

- Zawsze była taką miłą dziewczyną. Nigdy nie mieliśmy
żadnych kłopotów

wychowawczych  z  Heather  Chambers  przez  wszystkie  te
lata, które spędziła w Szkole

Misyjnej.  Co  mogło  wywołać  u  niej  tyle  nienawiści  do
młodego człowieka, którego ponoć

kochała?

Zerknęłam na niego przez ramię.

- Ksiądz żartuje?

-  Cóż,  tak,  wiem,  że  zerwali  ze  sobą,  ale  tak  skrajne
emocje... ta chęć mordu... To

dziwne...

background image

Cmoknęłam zniecierpliwiona.

-  Przepraszam,  wiem,  że  ksiądz  składał  śluby  czystości  i
tak dalej, ale czy naprawdę

nigdy  nie  był  ksiądz  zakochany?  Nie  wie  ksiądz,  jak  to
jest? Ten chłopak ją spławił. Jeśli to

nie jest powód, żeby chcieć kogoś zabić, to nie wiem, jaki
może być inny.

Przyglądał mi się zamyślony.

- Mówisz na podstawie własnego doświadczenia?

-  Kto,  ja?  Niezupełnie.  To  jest,  zakochiwałam  się  w
różnych takich, ale nie mogę

powiedzieć, żeby któryś odwzajemnił to piękne uczucie. -
Ku mojemu żalowi. - Jednak

potrafię  sobie  wyobrazić,  jak  się  czuła  Heather,  kiedy
Bryce z nią zerwał.

- Pragnęła śmierci - stwierdził ojciec Dominik.

- Rzeczywiście. Ale okazało się, że to nie wystarczy. Nie
spocznie, dopóki go stąd nie

background image

zabierze.

- To przerażające. Naprawdę przerażające. Rozmawiałem
z nią, gardło sobie zdarłem,

a ona nie chciała słuchać. A teraz zdarza się coś takiego.
Będę musiał doradzić temu młodemu

człowiekowi,  żeby  pozostał  w  domu,  dopóki  tego  nie
rozwiążemy.

Roześmiałam się.

-  W  jaki  sposób  zamierza  ksiądz  to  zrobić?  Powie  mu
ksiądz, że jego martwa

dziewczyna  chce  go  zabić?  O,  tak,  to  się  spodoba
wielebnemu.

- Ależ nie. - Ojciec Dominik otworzył szufladę i zaczął w
niej czegoś szukać. -

Wystarczy  odrobina  pomysłowości  i  pan  Martinson  nie
będzie mógł przychodzić do szkoły

nawet tydzień.

- O, Boże! - poczułam, jak blednę. - Chce go ksiądz otruć?
Czy nie ma jakiejś reguły,

background image

która tego zakazuje?

-  Otruć?  Nie,  nie,  Susannah.  Pomyślałem  o  wszach.
Pielęgniarka przeprowadza

przegląd raz w semestrze. Dopilnuję, żeby pan Martinson
okazał się ciężkim przypadkiem...

- To obrzydliwe! - wrzasnęłam. - Nie może ksiądz zarazić
wszami tego chłopca!

Ojciec Dominik podniósł głowę znad szuflady.

-  Dlaczego  nie?  To  się  nam  ogromnie  przyda.  Trzeba  mu
zapewnić bezpieczeństwo do

czasu,  aż  sprowadzimy  pannę  Chambers  na  drogę
rozsądku...

-  Nie  może  go  ksiądz  zarazić  wszami  -  powtórzyłam
ostrzej, niż należało. Nie wiem,

dlaczego  tak  bardzo  mi  się  to  nie  spodobało,  poza  tym
że... cóż, ma takie ładne włosy.

Przyjrzałam  im  się  z  bliska,  kiedy  leżeliśmy  rozciągnięci
na ziemi. Miękkie loki, w których z

przyjemnością  zanurzyłabym  palce.  Na  myśl  o  tym,  że

background image

mogłoby się w nich roić od

pasożytów,  robiło  mi  się  niedobrze.  Jak  to  było  w  tym
wierszyku dla dzieci?

Spojrzałeś mi w oczy

By mnie zauroczyć.

Pogłaskałam twoje włosy

I coś mnie ugryzło.

Ojej - mruknęłam, siadając na biurku. - Proszę schować
te wszy, dobrze? I pozwolić

mnie  załatwić  sprawę  z  Heather.  Mówił  ksiądz,  że  jak
długo z nią rozmawiał? Tydzień?

-  Od  Nowego  Roku.  Tak,  wtedy  pojawiła  się  po  raz
pierwszy. Teraz wiem, że czekała

na Bryce'a.

-  Zgadza  się.  Dobrze,  proszę  mi  pozwolić  tym  się  zająć.
Może musi po prostu pogadać

z inną dziewczyną.

background image

- Nie wiem - powiedział ojciec Dominik, patrząc na mnie
z powątpiewaniem. -

Odnoszę  wrażenie,  że  masz  pewne  skłonności  do...  cóż,
rozwiązań siłowych. Mediator,

Susannah,  nie  powinien  uciekać  się  do  przemocy.  Mamy
pomagać znękanym duchom, a nie

męczyć je.

-  Słucham?  Był  ksiądz  przypadkiem  przed  chwilą  na
korytarzu? Sądzi ksiądz, że

powinnam  po  prostu  stać  tam  i  przekonać  tę  belkę,  żeby
nie rozbiła Bryce'owi głowy?

-  Oczywiście,  że  nie.  Chciałem  tylko  powiedzieć,  że
gdybyś spróbowała okazać trochę

współczucia...

- Mam w sobie mnóstwo współczucia, ojcze. Moje serce
krwawi z powodu tej

dziewczyny,  naprawdę.  Ale  to  jest  moja  szkoła.  Rozumie
ksiądz? Moja. Nie jej. Już nie.

Podjęła decyzję, od której nie ma odwrotu. I nie pozwolę

background image

jej pociągnąć za sobą Bryce'a ani

kogokolwiek innego.

-  Cóż...  -  ojciec  Dominik  nie  krył  sceptycyzmu.  -  Cóż,
jeśli jesteś pewna...

-  Jestem.  -  Zeskoczyłam  z  biurka.  -  Proszę  zdać  się  na
mnie, dobrze?

-  Dobrze  -  odparł  ojciec  Dominik.  Powiedział  to  jednak
bez przekonania. Poprosiłam

go o przepustkę, żeby siostry się nie czepiały, kiedy będę
wracała do klasy. Właśnie jedna z

nich  -  nowicjuszka  o  surowej  twarzy  -  studiowała  ją  z
najwyższą uwagą, kiedy otworzyły się

drzwi z tabliczką PIELĘGNIARKA i na korytarz wyszedł
Bryce także z przepustką.

- Hej - zawołałam. - Co się stało? Czy ona... znaczy... Czy
stało ci się coś? Jesteś

ranny?

-  Nie  -  uśmiechnął  się  trochę  nieśmiało.  -  Cóż,  jeśli  nie
liczyć tej paskudnej drzazgi,

background image

która dostała mi się pod paznokieć. Usiłowałem strzepnąć
te wszystkie kawałeczki drewna z

ubrania i wtedy tam wlazła i...

Wyciągnął prawą rękę. Miał zabandażowany kciuk.

- Au! - Skrzywiłam się.

-  Tak.  -  Zrobił  ponurą  minę.  -  Użyła  maści  rtęciowo  -
chromowej, której nienawidzę.

- Rany, ale miałeś paskudny dzień.

- Nie aż tak. - Opuścił rękę. - W każdym razie gdyby nie
ty, byłby gorszy. Gdyby cię

tam nie było, już bym nie żył.

Zauważył, że przed chwilą wyszłam z gabinetu dyrektora i
zapytał:

- Masz jakieś kłopoty?

-  Nie,  skąd.  Ojciec  Dominik  chciał,  żebym  wypełniła
jakieś formularze. Jestem nowa,

wiesz.

background image

-  Jako  nowa  uczennica  -  odezwała  się  surowym  głosem
nowicjuszka - powinnaś

przyjąć  do  wiadomości,  że  nie  pozwala  się  na  zbijanie
bąków na korytarzu. Oboje

powinniście udać się do swoich klas.

Przeprosiłam  i  odebrałam  przepustkę.  Bryce  zaoferował
szarmancko, że pokaże mi

salę, w której mam kolejną lekcję i siostra zostawiła nas,
usatysfakcjonowana. Jak tylko

oddaliła  się  wystarczająco,  by  nas  nie  słyszeć,  Bryce
powiedział:

-  Masz  na  imię  Suze,  tak?  Jake  opowiadał  mi  o  tobie.
Jesteś jego nową przyrodnią

siostrą z Nowego Jorku?

-  Zgadza  się  -  powiedziałam.  -  A  ty  jesteś  Bryce
Martinson.

- Och, Jake o mnie wspomniał?

Niemal  roześmiałam  się  na  myśl,  że  Śpiący  mógłby  się
rozgadać na jakikolwiek temat.

background image

- Nie, nie Jake.

Powiedział  „och”  takim  smutnym  tonem,  że  prawie
zrobiło mi się go żal.

- Ludzie pewnie o mnie mówią, co?

-  Trochę.  -  Poszłam  za  ciosem.  -  Przykro  mi  z  powodu
tego, co stało się z twoją

dziewczyną.

- Mnie też, możesz mi wierzyć. - Jeśli nie był zadowolony,
że poruszyłam ten temat,

nie okazał tego. - Nie chciałem nawet tu wrócić po... no,
wiesz. Usiłowałem przenieść się do

RLS,  ale  tam  jest  pełno.  Nawet  w  państwowej  szkole
mnie nie chcieli. Ciężko jest zmienić

szkołę,  kiedy  został  tylko  jeden  semestr  nauki.  Nie
musiałbym w ogóle wracać, gdyby nie to,

że... wiesz. W college'ach zwykłe życzą sobie świadectwa
ukończenia szkoły średniej.

Roześmiałam się.

background image

- Słyszałam o tym.

-  Wszystko  jedno.  -  Bryce  zauważył,  że  niosę  płaszcz.
Targałam go ze sobą cały dzień,

ponieważ  nie  mogłam  używać  szafki.  Drzwi  wgniotły  się
tak, że nie dało się ich otworzyć,

kiedy cisnęłam w nie ciałem Heather. - Chcesz, żebym to
wziął?

Tak  mnie  zaszokowała  jego  uprzejmość,  że  odparłam  bez
namysłu:

- Pewnie. - I podałam mu płaszcz. Wsunął go pod ramię.

- Więc pewnie wszyscy obwiniają mnie o to, co się stało z
Heather - powiedział.

- Nie wydaje mi się. Jeśli już, to obwiniają Heather o to,
co się stało z Heather.

-  Taak  -  mruknął  Bryce.  -  Ale  to  ja  ją  do  tego
doprowadziłem, rozumiesz? Na tym to

polega. Gdybym z nią nie zerwał...

- Masz dość wysokie mniemanie o sobie, co?

background image

- Słucham? - Był wyraźnie zdumiony.

- Przyjmujesz, że zabiła się z twojego powodu, a mnie nie
wydaje mi się, żeby tak

właśnie  było.  Popełniła  samobójstwo,  ponieważ  była
chora. Nie miałeś z tym nic wspólnego.

To zerwanie mogło pełnić rolę katalizatora, doprowadzić
ją do załamania nerwowego, które i

tak  mogłoby  nastąpić  z  jakiejś  innej  przyczyny.  Rozwód
rodziców, nieprzyjęcie do drużyny

cheerliderek, śmierć kota. Cokolwiek. Więc nie rób sobie
takich wyrzutów. - Dotarliśmy do

drzwi  klasy.  Następną  lekcją  była  geometria  z  siostrą
Mary Catherine. Odwróciłam się do

niego  i  wzięłam  płaszcz.  -  Cóż,  tu  wysiadam.  Dzięki  za
podwiezienie.

Przytrzymał rękaw płaszcza.

-  Poczekaj.  -  Nie  widziałam  jego  oczu  -  szeroki  okap
chronił przez słońcem i

powodował, 

że 

pasażach 

panował 

półmrok.

background image

Pamiętałam jednak, że są niebieskie. W

naprawdę  ładnym  odcieniu  błękitu.  -  Posłuchaj.  Pozwól
gdzieś się zaprosić dzisiaj

wieczorem. Chcę ci podziękować za uratowanie życia i za
wszystko.

-  Dziękuję  -  powiedziałam,  ciągnąc  płaszcz.  -  Ale  mam
już plany na dzisiaj. - Nie

dodałam,  że  moje  plany  wiążą  się  jak  najściślej  z  jego
osobą.

- No, to jutro wieczorem. - Ciągle nie puszczał płaszcza.

-  Posłuchaj,  w  ciągu  tygodnia  nie  wolno  mi  nigdzie
wychodzić - oznajmiłam.

Nie była to prawda. Mimo że kilkakrotnie odwiozła mnie
do domu policja, mama

ufała  mi  całkowicie.  Gdybym  umówiła  się  z  jakimś
chłopcem, na pewno nie miałaby nic

przeciwko temu. Sęk w tym, że jak dotąd nie zaprosił mnie
dokądkolwiek żaden chłopak. Ani

w dzień powszedni, ani w żaden inny.

background image

Nie  dzieje  się  tak  dlatego,  że  jestem  brzydka.  Nie
przypominam co prawda Cindy

Crawford, ale nie jestem taka znowu najgorsza. Chodzi o
to, że w szkole zawsze uważano

mnie  za  dziwadło.  Tak  się  zwykle  sądzi  o  dziewczynach,
które gadają same ze sobą i mają

czasem do czynienia z policją.

Nie  zrozumcie  mnie  źle.  Od  czasu  do  czasu  w  szkole
pojawiał się jakiś nowy chłopak i

bywało, że okazywał mi zainteresowanie, dopóki ktoś nie
naopowiadał mu o mnie dziwnych

historii. Wtedy omijał mnie jak zadżumioną.

Chłopcy z Wybrzeża Wschodniego. Co oni wiedzą?

Teraz jednak miałam szansę zacząć nowy rozdział życia, z
nową nieświadomą mojej

przeszłości  populacją  chłopców.  Cóż,  jeśli  nie  liczyć
Śpiącego i Przyćmionego, a wątpię,

żeby  któryś  z  nich  puścił  parę  z  ust,  jako  że  żaden  nie
należy do... powiedzmy, ludzi

background image

rozmownych.

W  każdym  razie,  żaden  z  nich  z  pewnością  nie
naopowiadał niczego Bryce'owi, gdyż

jego następne słowa brzmiały:

- Zatem w weekend. Co robisz w sobotę?

Nie byłam przekonana, czy to rzeczywiście dobry pomysł,
żeby wiązać się z

chłopakiem,  którego  chce  zabić  jego  zmarła  dziewczyna.
A jeśli na to wpadnie i spróbuje się

na  mnie  mścić?  Ojciec  Dominik  z  pewnością  by  tego  nie
pochwalił.

A  z  drugiej  strony,  jak  często  takiej  dziewczynie  jak  ja
zdarza się umawiać z tak

przystojnym chłopakiem jak Bryce Martinson?

- W porządku. Sobota będzie dobra. Podjedziesz po mnie
o siódmej?

Uśmiechnął  się  szeroko,  pokazując  śliczne  zęby  -  białe  i
równe.

background image

-  O  siódmej  -  powtórzył,  puszczając  wreszcie  płaszcz.  -
Do zobaczenia o siódmej, jeśli

nie wcześniej.

- Do zobaczenia. - Stałam z ręką na klamce. - Och, Bryce,
jeszcze jedno.

Szedł korytarzem w stronę swojej klasy.

- Tak?

- Uważaj na siebie.

Wydaje  mi  się,  że  puścił  do  mnie  oko,  ale  trudno  mieć
pewność w tym półmroku.

background image

9

Kiedy  po  lekcjach  wdrapałam  się  do  ramblera,  Profesor
wrzasnął, podskakując z

podniecenia:

- Wszyscy o tobie mówią! Wszyscy widzieli! Uratowałaś
temu chłopakowi życie!

Uratowałaś życie Bryce'owi Martinsonowi!

-  Nie  uratowałam  mu  życia  -  stwierdziłam,  spokojnie
przekręcając tylne lusterko, żeby

sprawdzić,  jak  wyglądają  moje  włosy.  Doskonale.  Słone
powietrze zdecydowanie im służy.

- Właśnie, że tak. Widziałem tę belkę. Jeśliby wylądowała
na jego głowie, zabiłaby

go! Uratowałaś mu życie, Suze. Naprawdę.

-  No,  dobra  -  mruknęłam  i  rozsmarowałam  odrobinę
błyszczku na wargach. - Może i

tak.

background image

-  Boże,  byłaś  tylko  jeden  dzień  w  szkole,  a  już  jesteś
najpopularniejszą dziewczyną!

Profesor  był  niesłychanie  podniecony.  Zastanawiam  się,
czy to nie skutek zażywania

jakichś medykamentów. Lubię go. W gruncie rzeczy lubię
go najbardziej spośród synów

Andy'ego.

To  właśnie  on  złożył  mi  wizytę  poprzedniego  wieczoru,
kiedy zastanawiałam się, w co

się  ubrać  pierwszego  dnia  do  szkoły,  i  zapytał  -  twarz
miał przy tym bardzo bladą - czy nie

chciałabym zamienić się z nim sypialniami.

Spojrzałam na niego, jakby spadł z księżyca. Profesor ma
miły pokój, ale dlaczego

mam zrezygnować z własnej łazienki i widoku na morze?
Ani mi się śni. Nawet jeśli dzięki

temu  miałabym  się  pozbyć  nieproszonego  współlokatora,
Jessego, który nie pojawił się,

odkąd wysłałam go do wszystkich diabłów.

background image

- Skąd ci przyszło do głowy, że chciałabym się zamienić?
- zapytałam.

Wzruszył ramionami.

-  Nic,  tylko...  ten  pokój  jest  taki  trochę  niesamowity,  nie
wydaje ci się?

Wytrzeszczyłam  na  niego  oczy.  Nocna  lampka  rzucała
wesołą różową poświatę, z

odtwarzacza  CD  leciały  piosenki  Janet  Jackson  tak
głośno, że mama już dwa razy krzyczała,

żebym  przyciszyła  „Niesamowity”  to  ostatnie  określenie
jakie mogłoby pasować do mojej

sypialni.

-  Niesamowity?  -  powtórzyłam,  ogarniając  spojrzeniem
całe wnętrze. Jessego ani

widu,  ani  słychu.  Żadnych  duchów.  Znajdowaliśmy  się
zdecydowanie w świecie żywych. -

Co jest w nim niesamowitego?

Profesor wydął wargi.

background image

-  Nie  mów  tacie,  ale  badałem  historię  tego  domu  i
doszedłem do wniosku, że tu

straszy.

Zamrugałam nerwowo. Mała piegowata buzia była bardzo
poważna.

-  Chociaż  współczesna  nauka  odrzuciła  większość
rzekomych świadectw dotyczących

zjawisk  paranormalnych  w  naszym  kraju  -  ciągnął
Profesor - istnieje jednak mnóstwo do-

wodów  na  to,  że  owe  niewyjaśnione  zjawiska
rzeczywiście mają miejsce. Badania, jakie

prowadziłem  w  tym  domu,  nie  wykazały,  jak  dotąd,
obecności istot niematerialnych, na co

mogłoby  wskazywać  tak  zwane  „zimne  miejsce”.
Zaobserwowałem jednak w tym pokoju

zdecydowane  fluktuacje  temperatury,  co  skłania  mnie  do
przypuszczenia, iż niegdyś doszło tu

do  bardzo  emocjonującego  wydarzenia,  może  nawet  do
morderstwa, i że jakaś pozostałość

background image

ofiary  -  możemy  ją  nazwać  roboczo  „duchem”  -  nadal  tu
przebywa, być może w próżnej

nadziei  uzyskania  zadośćuczynienia  za  przedwczesną
śmierć.

Oparłam się o kolumienkę przy łóżku, bojąc się, że upadnę
z wrażenia.

-  Oho  -  wydusiłam,  z  trudem  powstrzymując  drżenie
głosu. - Wiesz, jak stworzyć

przyjemną atmosferę.

Profesor wyraźnie się zmieszał.

-  Przepraszam  -  mruknął,  a  koniuszki  jego  odstających
uszu mocno poczerwieniały. -

Nie  powinienem  był  tego  mówić.  Wspomniałem  o  tym
Jake'owi i Bradowi, ale oni sądzą, że

mi  odbiło.  Pewnie  tak  jest.  -  Przełknął  ślinę  jak  bohater,
który musi zrobić, co do niego

należy.  -  Uznałem  jednak,  że  moim  obowiązkiem  jako
mężczyzny jest zaproponowanie ci tej

zamiany. Widzisz, ja się nie boję.

background image

Uśmiechnęłam  się.  Szok  minął  i  ogarnęła  mnie  fala
czułości. Byłam wzruszona. Ta

oferta wymagała nie lada odwagi z jego strony. Naprawdę
wierzył, że w moim pokoju straszy,

a  jednak  gotów  jest  poświęcić  się  dla  mojego  dobra,
powodowany staromodną galanterią

wobec kobiety. Nie można go nie lubić. Wiem, co mówię.

- W porządku, Profesorku - powiedziałam, zapominając w
porywie uczuć, że ten

pseudonim  wymyśliłam  wyłącznie  na  własny  użytek.  -
Sądzę, że potrafię sobie poradzić z

każdym  zjawiskiem  paranormalnym,  jakie  może  mieć  tu
miejsce.

Nie wydawało się, żeby obraził się za przezwisko.

-  Cóż,  jeśli  naprawdę  nie  masz  nic  przeciwko  temu...  -
powiedział z widoczną ulgą.

- Nie, wszystko jest jak trzeba. Ale pozwól, że cię o coś
zapytam. - Ściszyłam głos, na

wypadek, gdyby Jesse czaił się w pobliżu. - Czy w trakcie

background image

swoich badań nie natrafiłeś

przypadkiem  na  imię  tego  nieszczęśnika,  którego  dusza
nawiedza rzekomo mój pokój?

Profesor pokręcił głową.

- Otóż jestem pewien, że potrafiłbym znaleźć dla ciebie tę
informację, jeśli ci

naprawdę  zależy.  Mogę  sprawdzić  w  bibliotece.
Przechowują wszystkie gazety, jakie wyszły

w tym rejonie, odkąd uruchomiono pierwszą drukarnię, na
krótko przed zbudowaniem tego

domu.  Są  na  mikrofilmach,  ale  jeśli  poświęcę  trochę
czasu...

Wydawało mi się trochę porąbane, żeby dzieciak spędzał
wolny czas w jakimś

ciemnym 

magazynie 

bibliotecznym, 

przeglądając

mikrofilmy, podczas gdy o przecznicę czy

dwie dalej rozciąga się przepiękna plaża. Ale cóż, każdy
robi to, co lubi, no nie?

- Świetnie - powiedziałam więc.

background image

Zrozumiałam teraz, że pewne zauroczenie Profesora moją
osobą może w każdej chwili

przybrać  niepokojące  rozmiary.  Najpierw,  z  własnej  i
nieprzymuszonej woli zgodziłam się

pozostać  w  pokoju  rzekomo  nawiedzanym  przez  ducha,
następnie uratowałam życie

Bryce'owi  Martinsonowi.  Co  dalej?  Mam  przebiec
kilometr w trzy minuty?

- Posłuchaj - odezwałam się, podczas gdy Śpiący walczył
z zapłonem, który zwykł

zapalać się dopiero za którymś razem - zrobiłam po prostu
to, co każdy by zrobił, gdyby stał

dostatecznie blisko.

- Brad stał dostatecznie blisko - stwierdził Profesor - i nic
nie zrobił.

Na to Przyćmiony:

-  Jezu  Chryste,  nie  widziałem  tej  cholernej  belki,  jasne?
Gdybym widział, też bym go

odepchnął.

background image

-  Taak,  ale  nie  widziałeś.  Pewnie  byłeś  zbyt  zajęty
gapieniem się na Kelly Prescott.

To kosztowało Profesora potężnego kuksańca w ramię.

- Zamknij się, Dawidzie - burknął Przyćmiony. - Nic ci do
tego.

-  Wszyscy  się  zamknijcie  -  odezwał  się  Śpiący,
zdumiewająco zrzędliwie, jak na

niego. - Nigdy nie uruchomię tego przeklętego samochodu,
jeśli będziecie mi ciągle

przeszkadzali.  Brad,  odczep  się  od  Dawida,  Dawidzie,
przestań mi ryczeć nad uchem, a ty,

Suze,  jeśli  nie  zabierzesz  swojej  wielkiej  głowy  sprzed
lusterka, nie będę wiedział, jak jechać.

Do  diabła,  nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  będę  miał  to
camaro!

Telefon zadzwonił po obiedzie. Mama musiała krzyczeć z
dołu, bo akurat miałam

słuchawki  na  uszach.  Mimo  że  był  to  dopiero  pierwszy
dzień nowego semestru, miałam

background image

mnóstwo pracy domowej, zwłaszcza z geometrii. W starej
szkole doszliśmy do siódmego

działu.  Druga  klasa  w  Szkole  Misyjnej  była  już  w
dwunastym. Wiedziałam, że marnie

skończę, jeśli nie zdołam nadrobić zaległości.

Kiedy zeszłam na dół, żeby odebrać telefon, mama była na
mnie tak wściekła, że

musiała  krzyczeć  -  oszczędza  struny  głosowe  ze  względu
na pracę - że nie powiedziała mi,

kto dzwoni. Podniosłam słuchawkę.

- Słucham?

Po chwili ciszy usłyszałam głos ojca Dominika.

-  Halo?  Susannah?  Czy  to  ty?  Przepraszam,  że  cię
niepokoję w domu, ale myślałem

nad  tym  intensywnie  i  uważam,  tak,  uważam,  że
powinniśmy niezwłocznie coś z tym zrobić.

Nie  mogę  przestać  myśleć  o  tym,  co  by  się  stało  z
nieszczęsnym Bryce'em, gdyby nie ty.

background image

Obejrzałam  się  przez  ramię.  Przyćmiony  grał  w
Coolboarderów - z tatą, jedyną osobą

w domu, która dawała mu wygrać - mama pracowała przy
komputerze, Śpiący wyszedł,

zastępując  jakiegoś  roznosiciela  pizzy,  który  akurat
zachorował, Profesor natomiast siedział

przy stole w jadalni, opracowując jakiś projekt naukowy.

-  Eee...  -  bąknęłam  -  nie  mogę  teraz  swobodnie
rozmawiać.

- Zdaję sobie z tego sprawę - powiedział ojciec Dominik.
- I nie martw się, poprosiłem

jedną  z  nowicjuszek,  żeby  zaczęła  tę  rozmowę  zamiast
mnie. Twoja mama myśli pewnie, że

to jakaś twoja nowa przyjaciółka ze szkoły. Ale chodzi o
to, Susannah, że musimy coś zrobić

i, jak sądzę, najlepiej dziś wieczorem...

-  Proszę  posłuchać,  nie  ma  powodu  do  niepokoju.
Wszystko jest pod kontrolą.

- Naprawdę? - zdziwił się ojciec Dominik. - Naprawdę?

background image

A to jakim sposobem? Jakim

cudem wszystko jest pod kontrolą?

-  Nieważne.  Ale  robiłam  to  już  wcześniej.  Wszystko
będzie dobrze. Obiecuję.

-  Tak,  dobrze,  to  ślicznie,  że  przyrzekasz,  że  będzie  w
porządku, ale widziałem cię już

w akcji, Susannah, i muszę przyznać, że twoje metody nie
wywarły na mnie pozytywnego

wrażenia. 

Za 

miesiąc 

spodziewamy 

się 

wizyty

arcybiskupa i nie możemy...

Odezwał się sygnał, że ktoś czeka na rozmowę.

-  Och,  proszę  chwilkę  poczekać.  Mam  drugą  rozmowę.  -
Wcisnęłam klawisz, mówiąc:

- Mieszkanie państwa Ackerman - Simon.

- Suze? - odezwał się głos, którego nie rozpoznałam.

- Tak...

- Cześć, tu Bryce. Co słychać?

background image

Spojrzałam  na  mamę.  Marszczyła  czoło,  pogrążona  w
pracy.

- Hm... Nic takiego. Czy możesz chwilę poczekać, Bryce?
Mam kogoś na drugiej linii.

- Jasne.

Przełączyłam się znowu do ojca Dominika.

-  Eee...  cześć  -  rzuciłam,  uważając,  żeby  nie  zwrócić  się
do niego w sposób oficjalny. -

Muszę  kończyć.  Mama  ma  ważny  telefon  na  drugiej  linii.
Od senatora. Od senatora

stanowego.  -  Prawdopodobnie  czeka  mnie  za  to  piekło,
jeśli rzeczywiście ono istnieje, ale nie

mogłam wyjawić ojcu Dominikowi prawdy: że zamierzam
chodzić z byłym chłopakiem

ducha.

-  Ach,  oczywiście  -  powiedział  ojciec  Dominik.  -  Ja...
cóż, jeśli masz już jakiś plan...

-  Mam.  Proszę  się  nie  martwić.  Nic  nie  zakłóci  wizyty
arcybiskupa. Przyrzekam. Do

background image

widzenia.  -  Rozłączyłam  się  i  wróciłam  do  Bryce'a.  -
Cześć. Przepraszam. Co słychać?

-  Och,  nic  takiego.  Właśnie  o  tobie  myślałem.  Na  co  byś
miała ochotę w sobotę?

Chciałabyś  pójść  gdzieś  na  kolację  albo  do  kina,  a  może
jedno i drugie?

Znów odezwał się sygnał drugiej linii.

-  Bryce,  przepraszam  cię  bardzo,  tutaj  jest  prawdziwe
zoo, czy możesz chwilkę

poczekać? Dzięki. Halo?

- Och, cześć, czy to Suze? - zapytał nieznany dziewczęcy
głos.

- Tak, słucham.

- Cześć Suzie, mówi Kelly. Kelly Prescott. Z twojej klasy.
Posłuchaj, chciałam ci

tylko  powiedzieć,  że  to,  co  zrobiłaś  dzisiaj  dla  Bryce'a,
było wspaniałe. Nigdy w życiu nie

widziałam, żeby ktoś zachował się tak odważnie. Powinni
to podać w wiadomościach. W

background image

każdym  razie,  w  sobotę  urządzam  małe  spotkanie,  nic
specjalnego, takie tam party na basenie.

Moi  starzy  wyjeżdżają,  a  basen  jest,  oczywiście,
podgrzewany, więc pomyślałam, że jakbyś

miała ochotę, mogłabyś wpaść.

Stałam  ze  słuchawką  w  ręku,  jakby  we  mnie  uderzył
piorun. Kelly Prescott,

najbogatsza,  najpiękniejsza  dziewczyna  w  drugiej  klasie,
zaprasza mnie na party tego samego

wieczoru, 

kiedy 

umówiłam 

się 

na 

randkę 

z

najseksowniejszym chłopakiem w całej szkole.

Który akurat czeka na drugiej linii.

_  Taak,  pewnie,  Kelly.  Z  największą  przyjemnością.  Czy
Brad wie, gdzie to jest?

- Brad? -  zdziwiła się Kelly.  - Och, Brad.  Zgadza się, to
twój przyrodni brat, prawda?

Och, tak, zabierz go ze sobą Poza tym...

- Chętnie bym pogadała, Kelly, ale mam kogoś na drugiej
linii. Czy możemy o tym

background image

porozmawiać jutro w szkole?

- Ależ naturalnie. Cześć.

Przełączyłam  się  znowu  do  Bryce'a  i  poprosiłam,  żeby
poczekał jeszcze chwilę.

Zakrywszy dłonią słuchawkę, wrzasnęłam:

-  Brad,  party  na  basenie  u  Kelly  Prescott  w  tę  sobotę.
Idziesz albo chrzań się.

Przyćmiony wypuścił joystick z ręki.

- Niemożliwe! - ryknął radośnie. - Cholera, niemożliwe!

-  Ejże!  -  Andy  trzepnął  go  po  głowie.  -  Uważaj,  jak  się
wyrażasz!

Wróciłam do Bryce'a.

-  Kolacja  to  świetny  pomysł.  Wszystko,  poza  zdrową
żywnością.

Bryce na to:

-  Fantastycznie!  Też  nienawidzę  zdrowej  żywności.  Nie
ma nic lepszego niż kawałek

background image

mięsa z frytkami i sosem...

-  Eee,  tak,  Bryce.  Posłuchaj,  znowu  ktoś  się  usiłuje
dodzwonić. Naprawdę mi przykro,

ale  powinnam  odebrać,  dobrze?  Porozmawiamy  jutro  w
szkole.

-  Och,  jasne.  -  W  głosie  Bryce'a  brzmiało  zdumienie.
Przypuszczalnie jestem pierwszą

dziewczyną,  która  rozmawia  z  kimś  jeszcze,  kiedy  on
dzwoni. - Cześć, Suze. I, hm, dzięki raz

jeszcze.

- Nie ma sprawy. Zawsze do usług. - Znowu przełączyłam.
- Halo?

- Suze! Mówi Cee Cee!

W tle usłyszałam ryk Adama:

- I ja też!

-  Słuchaj,  dziewczyno  -  odezwała  się  Cee  Cee  -  idziemy
do Clutcha. Zabierzesz się z

nami? Adam właśnie zrobił prawo jazdy.

background image

- Jestem legalny! - wrzasnął Adam do słuchawki.

- Do Clutcha?

- Taak, do Coffee Clutch, w centrum. Pijesz kawę, no nie?
Jesteś przecież z Nowego

Jorku, co?

Musiałam się chwilę zastanowić.

- Um, tak, tylko że... muszę coś zrobić.

-  Och,  daj  spokój.  Co  musisz  zrobić?  Wyprać  pelerynę?
Wiem, że jesteś bohaterką i

pewnie nie masz czasu dla nas, maluczkich, ale...

-  Nie  skończyłam  wypracowania  na  tysiąc  słów  na  temat
bitwy pod Bladensburgiem

dla  pana  Waldena.  I  muszę  się  ostro  wziąć  do  geometrii,
jeśli mam nadążyć za wami,

geniuszami.

- Psiakość - mruknęła Cee Cee. - W porządku. Ale musisz
obiecać, że jutro usiądziesz

background image

koło  nas  podczas  lunchu.  Chcemy  usłyszeć,  jak  to  było,
kiedy przycisnęłaś swoje ciało do

ciała Bryce'a. Jak się czułaś i w ogóle.

- Ja nie chcę - odezwał się pełen zgrozy głos Adama.

- Dobra - rzuciła Cee Cee. - No, więc to ja chcę wiedzieć
wszystko na ten temat.

Zapewniłam,  że  nie  pominę  żadnego  szczegółu  i
rozłączyłam się. Przyjrzałam się

telefonowi.  Ku  mojemu  zachwytowi  nie  zadzwonił
ponownie. Aż trudno w to uwierzyć. W

życiu nie byłam tak rozchwytywana. Czułam się dziwnie.

Okłamałam  ich,  oczywiście,  w  kwestii  pracy  domowej.
Wypracowanie napisałam i

przerobiłam dwa rozdziały z geometrii. Tyle mniej więcej
byłam w stanie zdziałać w jeden

wieczór.  Prawda  była  taka,  że  miałam  do  załatwienia
pewną sprawę poza domem i musiałam

się trochę przygotować.

background image

Mediator  nie  potrzebuje  właściwie  narzędzi.  Żadnych
krzyży czy święconej wody,

które  ponoć  przydają  się  do  walki  z  wampirami.  Zresztą
nigdy dotąd nie spotkałam wampira,

chociaż  spędzam  sporo  czasu  na  cmentarzach.  Co  do
duchów jednak, trzeba zdać się na łut

szczęścia.

Czasami,  żeby  wykonać  robotę  jak  należy,  trzeba  się
gdzieś włamać. A tego nie zrobi

się bez narzędzi. Bardzo polecam przedmioty, które można
znaleźć na miejscu. Człowiek nie

chodzi wtedy obładowany. Zabieram jednak ze sobą pas z
narzędziami - latarką,

śrubokrętami,  obcęgami  itd.  -  który  zakładam  na  czarne
legginsy. Zapinałam go właśnie koło

północy,  zadowolona,  że  wszyscy  w  domu  śpią  -  łącznie
ze Śpiącym, który do tej pory zdążył

wrócić z pizzerii - i akurat narzuciłam kurtkę, kiedy złożył
mi wizytę stary znajomy.

background image

-  Ojej  -  zawołałam,  kiedy  dostrzegłam  jego  odbicie  w
lustrze, przed którym

poprawiałam moją kreację. Słowo daję, widuję duchy od
lat, ale nadal dostaję dreszczy, kiedy

któryś  się  przy  mnie  materializuje.  Odwróciłam  się
gwałtownie, zła nie dlatego, że się

pojawił,  ale  że  udało  mu  się  mnie  zaskoczyć.  -  Dlaczego
ciągle tu jesteś? Wydawało mi się,

że miałeś się wynieść.

Jesse  przybrał  swobodną  pozę,  opierając  się  o  jedną  z
kolumienek przy łóżku. Jego

ciemne oczy powędrowały od czubka mojej zakapturzonej
głowy do czubków czarnych

wysokich butów.

- Trochę późno na wyjście z domu, nie sądzisz, Susannah?
- zapytał obojętnie,

jakbyśmy  dyskutowali  właśnie  na  temat  drugiej  ustawy  o
zbiegłych niewolnikach, którą, o ile

się nie mylę, wydano mniej więcej w czasie, kiedy umarł.

background image

-  Uhm  -  burknęłam,  ściągając  kaptur.  -  Słuchaj,  bez
obrazy, Jesse, ale to mój pokój.

Może  byś  zechciał  go  opuścić?  I  nie  mieszaj  się  w  moje
sprawy, dobrze?

Jesse ani drgnął.

- Twojej mamie nie spodoba się, że tak późno wychodzisz.

-  Moja  mama.  -  Rzuciłam  mu  wściekłe  spojrzenie,
zadzierając głowę. Był naprawdę

niepokojąco  wysoki  jak  na  kogoś,  kto  nie  żyje.  -  Co  ty
możesz wiedzieć o mojej mamie?

- Bardzo lubię twoją mamę - odparł Jesse spokojnie. - To
dobra kobieta. To

prawdziwe szczęście mieć tak kochającą matkę. Myślę, że
bardzo by ją zmartwiło, że

wkraczasz na tak niebezpieczną drogę.

Niebezpieczna droga. Zgadza się!

-  Taak,  cóż,  coś  ci  powiem,  Jesse.  Od  dłuższego  czasu
wymykam się nocami z domu,

background image

a  mama  nigdy  nie  robiła  z  tego  powodu  afery.  Wie
doskonale, że potrafię o siebie zadbać.

No dobrze, to kłamstwo, ale skąd on może wiedzieć?

- Doprawdy? - Jesse uniósł powątpiewająco czarną brew.
Zwróciłam uwagę, że przez

środek  owej  brwi  biegnie  blizna,  jakby  ktoś  ciął  Jessego
nożem po twarzy. Byłam w stanie to

zrozumieć. Zwłaszcza kiedy parsknął śmiechem, mówiąc:
- Nie sądzę, querida. Nie w tym

wypadku.

Podniosłam do góry obie ręce.

-  W  porządku.  Po  pierwsze,  nie  mów  do  mnie  po
hiszpańsku. Po drugie, nie masz

pojęcia, dokąd idę, więc bądź łaskaw się odczepić.

-  Ależ  wiem,  dokąd  się  wybierasz,  Susannah.  Idziesz  do
szkoły, żeby porozmawiać z

tą dziewczyną, która próbuje zabić chłopca, tego chłopca,
który chyba ci się... podoba.

background image

Zapewniam  cię,  querida,  że  sama  nie  dasz  sobie  z  nią
rady. Powinnaś zabrać ze sobą księdza.

Wytrzeszczyłam oczy. Miałam wrażenie, że wychodzą mi z
orbit, ale to mi się

naprawdę nie mieściło w głowie.

-  Co?  -  wyjąkałam.  -  Skąd  wiesz  to  wszystko?  Czy  ty...
mnie szpiegujesz?

Po  wyrazie  mojej  twarzy  zorientował  się,  że  powiedział
za dużo, bo wyprostował się i

oświadczył stanowczo:

- Nie wiem, co masz na myśli. Wiem tylko, że narażasz się
na niebezpieczeństwo.

-  Śledziłeś  mnie  -  stwierdziłam,  celując  w  niego
oskarżycielsko palcem. - Zgadza się?

Boże, Jesse, mam już starszego brata, wielkie dzięki. Nie
musisz za mną łazić...

-  O,  tak  -  powiedział  Jesse  z  sarkazmem  -  ten  brat
niezmiernie się o ciebie troszczy.

Prawie tak samo jak o to, żeby się wyspać.

background image

- Ejże! - zawołałam, poczuwając się do obrony Śpiącego.
- On pracuje po nocach,

jasne? Oszczędza na camaro!

Jesse  wykonał  coś,  co,  jak  podejrzewam,  w  1850  roku
uchodziło za wulgarny gest.

- Nigdzie nie pójdziesz.

-  Tak?  -  Odwróciłam  się  i  ruszyłam  do  drzwi.  -  Spróbuj
mnie zatrzymać, truposzu.

Znał  się  na  swojej  robocie.  Kiedy  położyłam  rękę  na
klamce, zasuwka wskoczyła na

miejsce. Przedtem nawet nie zauważyłam, że na drzwiach
jest zasuwka. Musi być bardzo

stara. Jednej części brakowało, a klucz z pewnością zginął
dawno temu.

Stałam przez pół minuty, wpatrując się w zadziwieniu we
własną dłoń, naciskającą

bezskutecznie  klamkę.  W  końcu  wciągnęłam  głęboko
powietrze, tak jak radził

psychoterapeuta  mamy.  Nie  sugerował,  żebym  stosowała

background image

tę technikę, mając do czynienia z

uciążliwym duchem. Radził robić to wtedy, kiedy będę w
stresie.

Pomogło. Bardzo.

-  No,  dobrze  -  westchnęłam,  odwracając  się.  -  Jesse.  To
nie w porządku.

Jesse wydawał się zmieszany. Widziałam wyraźnie, że nie
jest z siebie zadowolony.

Ktoś,  kto  zabił  go  w  poprzednim  życiu,  z  pewnością  nie
uczynił tego w odwecie za jakiś

okrutny  uczynek.  Jesse  nie  lubił  ranić  ludzi.  Był  dobrym
człowiekiem. W każdym razie

próbował.

-  Nie  mogę.  Susannah,  nie  chodź  tam.  Ta  kobieta...  ta
dziewczyna, Heather, nie jest

taka,  jak  duchy,  które  spotykałaś  do  tej  pory.  Jest
przepełniona nienawiścią. Zabije cię.

Uśmiechnęłam się do niego zachęcająco.

background image

-  No  więc  muszę  się  jej  pozbyć,  prawda?  Daj  spokój.
Otwórz drzwi.

Zawahał  się.  Przez  sekundę  myślałam,  że  to  zrobi.  W
końcu jednak nie zdecydował

się.  Stał  tylko  z  zakłopotanym,  ale...  zdecydowanym
wyrazem twarzy.

-  Jak  sobie  chcesz.  -  Okrążyłam  go  i  skierowałam  się
wprost do okna. Postawiłam

nogę  na  lawie,  którą  zrobił  Andy  i  bez  wysiłku  uniosłam
siatkę w środkowym oknie.

Przełożyłam  nogę  przez  parapet,  kiedy  poczułam,  że
chwyta mnie za nadgarstek.

Odwróciłam głowę. Nie widziałam jego twarzy, ponieważ
w pokoju paliła się tylko

mała  lampka,  ale  słyszałam  wyraźnie  błagalną  nutkę  w
jego głosie.

- Susannah.

I tyle. Tylko moje imię.

Nie odezwałam się. Nie mogłam. Właściwie mogłam, bo

background image

nie zaschło mi w gardle... Po

prostu... nie wiem.

Zamiast tego zerknęłam na jego dłoń, dużą i śniadą, nawet
na tle mojej czarnej kurtki.

Miał mocny chwyt, jak na nieżywego faceta. Nawet jak na
żywego. Podążył za moim

wzrokiem  i  zobaczył  swoją  dłoń  ściskającą  mój
nadgarstek.

Puścił mnie, jakby moja skóra pokryła się nagle bąblami.
Wygramoliłam się przez

okno.  Kiedy  udało  mi  się  bez  szwanku  przejść  po  dachu
nad gankiem, a następnie zeskoczyć

na ziemię, spojrzałam w okno mojego pokoju.

Jessie, oczywiście, zniknął.

background image

10

Była  chłodna  jasna  noc.  Pełnia  księżyca.  Stojąc  przed
domem, widziałam, jak wisi nad

morzem  niczym  żarówka.  Nie  taka  stuwatowa  jak  słońce,
ale może dwudziestka piątka, jakich

używa  się  do  lamp  biurowych  z  obracanym  kloszem.
Pacyfik, który z tej odległości wydawał

się  gładki  niczym  szkło,  był  doskonale  czarny,  jeśli  nie
liczyć białego jak papier cienkiego

pasma księżycowego światła.

W  tym  świetle  widziałam  wyraźnie  czerwoną  kopułę
kościoła Misji. To jednak nie

oznacza  wcale,  że  Misja  jest  blisko.  Czekały  mnie  dobre
dwa kilometry drogi. W kieszeni

miałam kluczyki od ramblera, które zwinęłam pół godziny
wcześniej. Metal nagrzał się od

mojego  ciała.  Rambler,  turkusowy  w  świetle  dnia,  teraz,
w cieniu podjazdu, sprawiał

background image

wrażenie szarego.

Dobra,  wiem,  że  nie  mam  prawa  jazdy,  ale  jeśli
Przyćmiony daje sobie radę...

No, niech będzie. Stchórzyłam. Czy nie lepiej się stało, że
postanowiłam zrezygnować

zjazdy?  W  końcu  nie  za  bardzo  wiem,  co  i  jak.  Nie,  no
umiem prowadzić, tylko nie miałam

okazji  pojeździć,  ponieważ  całe  życie  spędziłam  w
światowej stolicy transportu publicznego.

Och,  nieważne.  Odwróciłam  się  i  ruszyłam  w  stronę
garażu. W domu jest trzech

chłopaków, zgadza się? Musi więc być przynajmniej jeden
rower.

Znalazłam.  Chłopięcy  rower  z  tą  cholerną  poprzeczką  i  z
obrzydliwie twardym

wąskim siodełkiem. Wydawał się jednak w porządku. Nie
miał, w każdym razie, płaskich

opon.

Ale jak ja będę wyglądała? Ubrana na czarno dziewczyna,

background image

mknąca o północy na

rowerze ulicami miasta.

Nie  sądziłam,  że  znajdę  jakąś  odblaskową  taśmę,  ale
uznałam, że kask rowerowy

zupełnie  wystarczy.  W  garażu  wisiał  jeden  na  kołku.
Zsunęłam kaptur bluzy i zapięłam kask.

O, tak. Elegancja i dbałość o bezpieczeństwo - to cała ja.

Ruszyłam w dół. Żwirową alejką nie jedzie się specjalnie
wygodnie, zwłaszcza na dół.

A,  jak  się  okazało,  droga  przez  cały  czas  prowadziła  w
dół, jako że dom, z którego tak

świetnie  widać  zatokę,  stoi  uczepiony  zbocza  czegoś,  co
jest w gruncie rzeczy górą.

Zjeżdżanie  w  dół  jest  zdecydowanie  łatwiejsze  niż  jazda
pod górę. Nie liczyłam na to, że

pokonam tę drogę na rowerze w drugą stronę. Czeka mnie
pchanie roweru pod górę. Jazda w

dół  nieźle  dała  mi  się  we  znaki.  Górka  była  tak  stroma,
droga tak kręta, a nocne powietrze tak

background image

zimne,  że  jechałam  z  duszą  na  ramieniu,  a  po  policzkach
spływały mi łzy, wywołane wiatrem.

No i te wyboje...

Boże!  Jak  to  przeklęte  siodełko  wbijało  mi  się  w
siedzenie, kiedy podskakiwałam na

nierównej drodze!

Ale  wzgórze  nie  było  jeszcze  najgorsze.  Na  dole
znalazłam się na skrzyżowaniu. To

przeraziło  mnie  dziesięć  razy  bardziej  niż  jazda  w  dół,
ponieważ, chociaż było dobrze po

północy, nadal panował duży ruch. Zatrąbił na mnie jakiś
samochód. Nie moja wina.

Zjeżdżając,  nabrałam  takiego  rozpędu,  że  gdybym
usiłowała zahamować, to przeleciałabym

przez  kierownicę.  Jechałam  więc  dalej,  o  włos
uniknąwszy zderzenia z pikapem, a potem, nie

wiem jak, znalazłam się na parkingu koło szkoły.

Misja  w  nocy  wygląda  zupełnie  inaczej  niż  w  dzień.  Na
parkingu nie ma ani jednego

background image

wozu  i  panuje  taka  cisza,  że  słychać,  jak  na  plaży  w
Carmelu fale uderzają o brzeg.

Ponadto,  pewnie  ze  względu  na  turystów,  zainstalowano
reflektory, które oświetlały

kopułę  i  cały  front  kościoła  z  ogromną,  łukowato
sklepioną bramą. Z tyłu, gdzie się

zatrzymałam,  panował  mrok.  Co  mi  akurat  niezwykle
odpowiadało. Ukryłam rower za

pojemnikiem na śmieci, powiesiłam kask na kierownicy i
podeszłam do okna. Misja powstała

w  czasach  dinozaurów,  kiedy  nie  znano  klimatyzacji  czy
centralnego ogrzewania, więc żeby

utrzymać  chłód  latem  i  ciepło  zimą,  stawiano  domy  o
naprawdę grubych murach. A to

oznacza,  że  okna  są  osadzone  dość  głęboko  w  ścianie  z
palonej cegły i mają szerokie

parapety.  Wdrapałam  się  na  jeden  z  takich  parapetów  i
rozejrzałam dokoła, żeby sprawdzić,

czy nikt mnie nie śledzi. Nie było nikogo, jeśli nie liczyć
kilku borsuków grzebiących w po-

background image

jemniku  na  śmieci  w  poszukiwaniu  resztek  lunchu.
Osłoniłam twarz dłońmi, żeby nie

przeszkadzało mi światło księżyca i zajrzałam do środka.

Klasa pana Waldena. Noc była na tyle jasna, że widziałam
zapisaną jego ręką tablicę i

plakat  przedstawiający  Boba  Dylana,  jego  ulubionego
poetę.

Wybicie  jednego  kwadracika  szyby  w  staromodnej
żelaznej ramce, wsunięcie ręki do

środka  i  otwarcie  okna  zajęło  mi  chwilę.  Jeśli  chodzi  o
włamywanie się przez okno, to

najtrudniejszą  rzeczą  nie  jest  wybijanie  szyby  ani  nawet
wkładanie ręki do wewnątrz.

Najbardziej  trzeba  uważać,  wyciągając  ją,  bo  wtedy
można się najdotkliwiej pokaleczyć.

Mimo  że  wkładałam  specjalne  rękawice  do  walki  z
duchami, czarne, grube, wzmocnione

gumą  na  kostkach,  zdarzało  mi  się  zaczepiać  rękawem  i
wyjmować podrapaną rękę.

background image

Tym  razem  nie  przytrafiło  mi  się  nic  takiego.  Okno
otwierało się do środka, więc

mieściłam się w nim z łatwością. Zdarzało mi się włamać
do pomieszczeń wyposażonych w

system  alarmowy,  co  kończyło  się  niezbyt  przyjemną
przejażdżką na tylnym siedzeniu wozu

należącego  do  nowojorskiej  policji,  jednak  Misja  nie
wprowadziła jeszcze tak

wyrafinowanych  zabezpieczeń.  Ograniczano  się  do
zamykania drzwi i okien, z nadzieją że

może nic złego się nie stanie.

To także bardzo mu odpowiadało.

Kiedy stanęłam na podłodze klasy, zamknęłam okno. Po co
alarmować stróża? Szybko

przeszłam między ławkami, ponieważ drogę oświetlał mi
księżyc. A kiedy udało mi się

otworzyć drzwi i wyjść pod daszek od strony dziedzińca,
stwierdziłam, że latarka w ogóle nie

będzie  mi  potrzebna.  Podwórze  było  zalane  światłem.

background image

Przypuszczam, że Misję udostępnia się

turystom do późnych godzin wieczornych, bo wszędzie na
dachu porozstawiano wielkie,

świecące  na  żółto  reflektory,  skierowane  na  różne
interesujące miejsca: najwyższą palmę, tę z

największym  krzewem  hibiskusa  u  stóp,  fontannę,  która
nadal tryskała wodą. Oświetlony był

też oczywiście posąg ojca Serry, przy czym jeden reflektor
wydobywał z mroku jego brązową

głowę, inny zaś głowy klęczących u jego stóp Indianek.

Dobrze się składa, że ojciec Serra jest od dawna w parku
sztywnych. Mam wrażenie,

że posąg nie przypadłby mu raczej do gustu.

Na dziedzińcu nie było żywego ducha. Nikogusieńko. Poza
cichym pluskaniem wody

i  graniem  świerszczy,  nie  rozlegał  się  żaden  dźwięk.
Panował nieziemski spokój. Byłam

zaskoczona,  ponieważ  żadna  z  moich  szkół  nigdy  nie
robiła na mnie takiego wrażenia. A ta

background image

owszem,  dopóki  za  moimi  plecami  nie  odezwał  się  ktoś
szorstkim głosem:

- A co ty tutaj robisz?

Odwróciłam  się  na  pięcie  i  stanęłam  z  nią  twarzą  w
twarz. Opierała się o swoją szafkę

- przepraszam, moją szafkę - patrząc na mnie gniewnie, z
ramionami skrzyżowanymi na

piersi.  Miała  na  sobie  bardzo  ładne  ciemnografitowe
spodnie i szary kaszmirowy sweterek.

Na szyi zawiesiła naszyjnik z pereł - jedna perła na każde
święta Bożego Narodzenia i

urodziny  -  otrzymany  zapewne  od  kochających  dziadków.
Włożyła również czarne

błyszczące  mokasyny.  Włosy,  lśniące  w  świetle
reflektorów, wydawały się gładkie i

szczerozłote.  Była  naprawdę  piękną  dziewczyną.  Tym
bardziej szkoda, że strzeliła sobie w

głowę.

-  Heather  -  powiedziałam,  ściągając  kaptur.  -  Cześć.

background image

Przepraszam, że przeszkadzam...

-  zawsze  lepiej  zacząć  od  uprzejmości  -  ale  sądzę,  że
powinnyśmy porozmawiać.

Heather  ani  drgnęła.  Zmrużyła  tylko  oczy.  Bardzo  jasne,
chyba szare. Długie rzęsy

pociągnęła tuszem, a na powiekach miała kreski zrobione
grafitową kredką.

-  Porozmawiać?  -  powtórzyła  Heather.  -  Och,  pewnie.
Jakbym miała ochotę z tobą

rozmawiać. Wiem o tobie wszystko, Suzie.

Skrzywiłam się.

- Mam na imię Suze - sprostowałam.

- Wszystko jedno. Wiem, po co tu przyszłaś.

-  To  dobrze  -  stwierdziłam.  -  W  takim  razie  nie  muszę
niczego wyjaśniać. Usiądziemy

gdzieś, żeby pogadać?

-  Pogadać?  Dlaczego  miałabym  z  tobą  gadać?  Co  ty
myślisz, że na głupią trafiłaś?

background image

Boże, wydaje ci się, że jesteś sprytna. Myślisz, że możesz
się tak po prostu wepchać, co?

- Słucham?

- Na moje miejsce. - Wyprostowała się i ruszyła w stronę
fontanny. - Ty - rzuciła mi

spojrzenie  przez  ramię  -  nowa  dziewczyna.  Nowa
dziewczyna, która sądzi, że może się tak po

prostu  wślizgnąć  na  miejsce,  które  ja  zostawiłam.
Dostałaś moją szafkę. Prawie ci się udało

ukraść  moją  najlepszą  przyjaciółkę.  Wiem,  że  Kelly
dzwoniła do ciebie i zaprosiła cię na

swoją  głupią  imprezę.  A  teraz  ci  się  wydaje,  że  możesz
ukraść mojego chłopaka.

Oparłam ręce na biodrach.

- To nie jest twój chłopak, Heather, zapomniałaś? Zerwał
z tobą. Dlatego umarłaś.

Przestrzeliłaś sobie głowę w obecności jego matki.

Heather otworzyła szeroko oczy.

background image

- Zamknij się - warknęła.

-  Strzeliłaś  sobie  w  głowę  w  obecności  jego  matki,  bo
byłaś zbyt głupia, żeby zdawać

sobie  sprawę,  że  żaden  chłopak,  nawet  Bryce  Martinson,
nie jest wart takiej ceny. - Przeszłam

obok  niej  na  jedną  ze  żwirowanych  ścieżek  między
klombami ogrodu. Nie chciałam

przyznać,  nawet  sama  przed  sobą,  że  stanie  pod  dachem,
po tym, co się przydarzyło

Bryce'owi,  napawa  mnie  niepokojem.  -  Boże,  musiałaś
być wściekła, kiedy zrozumiałaś, co

zrobiłaś.  Zabiłaś  się.  I  to  z  powodu  takiej  bzdury.  Z
powodu chłopaka.

- Zamknij się! - Tym razem wrzasnęła. Zacisnęła dłonie w
pięści, zamknęła oczy i

lekko się zgarbiła. Dzwoniło mi w uszach. Nikt jednak nie
nadbiegł od strony probostwa,

gdzie  paliły  się  światła.  Gołębice,  gruchające  na  dachu,
umilkły, gdy pojawiła się Heather, a

background image

świerszcze przerwały nocną serenadę.

Ludzie  na  ogół  nie  słyszą  duchów,  zwierzęta,  nawet
owady są nadzwyczaj wyczulone

na  zjawiska  paranormalne.  Maks,  pies  Ackermanów,  z
powodu Jessego nie zbliża się do

mojego pokoju.

- Nie drzyj się, to bez sensu - powiedziałam. - Nikt poza
mną cię nie usłyszy.

- Będę krzyczała, ile mi się podoba! - wrzasnęła.

Ziewając, podeszłam do ławki pod posągiem ojca Serry i
usiadłam. U podstawy

posągu  zauważyłam  tabliczkę.  Dzięki  światłu  księżyca  i
reflektorom odczytałam ją bez trudu.

Czcigodny  ojciec  Junipero  Serra  -  głosił  napis  -  1713  -
1784. Jego prawość i

skromność  były  lekcją  dla  Wszystkich,  którzy  go  znali  i
korzystali z jego nauk.

-  Słuchasz  mnie?  -  krzyknęła  Heather.  Spojrzałam  na  nią
uważnie.

background image

Przestała  krzyczeć,  podeszła  bliżej,  a  jej  twarz  zamieniła
się w maskę nienawiści.

-  Posłuchaj  mnie,  suko  -  wysyczała,  zatrzymując  się  o
kilka centymetrów ode mnie —

chcę, żebyś stąd zniknęła, rozumiesz? Chcę, żebyś odeszła
z tej szkoły. To jest moja szafka.

Kelly  Prescott  jest  moją  najlepszą  przyjaciółką.  A  Bryce
Martinson jest moim chłopakiem!

Wynoś  się  stąd,  wracaj,  skąd  przyszłaś.  Zanim  się
pojawiłaś, wszystko było w porządku.

Musiałam jej przerwać.

- Wybacz, Heather, ale to nieprawda, że wszystko było w
porządku. Wiesz, skąd

wiem?  Bo  nie  żyjesz.  Rozumiesz?  Nie  żyjesz.  Zmarli  nie
mają szafek ani najlepszych

przyjaciółek,  ani  chłopaków.  A  wiesz,  dlaczego?
Ponieważ nie żyją.

Heather  wyglądała  tak,  jakby  zaraz  znowu  miała  zacząć
wrzeszczeć, ale zdusiłam jej

background image

krzyk w zarodku, mówiąc spokojnie i łagodnie:

-  Wiem,  że  popełniłaś  błąd.  Straszliwy,  przerażający
błąd...

- To nie ja popełniłam błąd - powiedziała Heather cicho. -
Bryce popełnił błąd. To

Bryce ze mną zerwał.

- Taak, zgadza się, nie ten błąd miałam na myśli. Mówiłam
o twoim samobójstwie z

powodu głupiego chłopaka, który z tobą...

-  Jeśli  uważasz,  że  jest  głupi  -  przerwała  mi,  chichocząc
złośliwie - to dlaczego

umówiłaś  się  z  nim  na  sobotę?  Słyszałam,  jak  cię
zapraszał. Szczur. Prawdopodobnie

zdradzał mnie każdego dnia, kiedy ze sobą chodziliśmy.

-  No,  cudownie.  Jeszcze  jeden  powód,  żeby  się  przez
niego zabić.

Na  jej  rzęsach  zabłysły  łzy,  lśniące  jak  kryształki,  które
kupuje się w sklepie i

background image

przyczepia do paznokci.

-  Kochałam  go  -  szepnęła.  -  Skoro  nie  mogłam  go  mieć,
nie miałam po co żyć.

-  A  teraz,  kiedy  nie  żyjesz  -  powiedziałam  zmęczonym
tonem - uznałaś, że powinien

do ciebie dołączyć, zgadza się?

- Nie podoba mi się tutaj - ciągnęła cicho. - Nikt mnie nie
widzi. Tylko ty i ojciec

Dominik. Jestem taka samotna...

-  Tak.  To  zrozumiałe.  Ale  nawet  jeśli  zdołasz  go  zabić,
prawdopodobnie nie będzie ci

za to specjalnie wdzięczny.

- Sprawię, że mnie polubi - w głosie Heather zabrzmiała
pewność. - W końcu

będziemy  tylko  we  dwoje,  on  i  ja.  Będzie  musiał  mnie
polubić.

Pokręciłam głową.

- Nie, Heather, to nie działa w ten sposób. Popatrzyła na

background image

mnie w napięciu.

- Co masz na myśli?

- Jeśli zabijesz Bryce'a, nie ma gwarancji, że on trafi tutaj,
do ciebie. Nie wiem na

pewno, co się dzieje z ludźmi po śmierci, ale wydaje mi
się, że w każdym przypadku jest

inaczej.  Jeśli  go  zabijesz,  pójdzie  tam,  gdzie  mu
przeznaczone. Niebo, piekło, kolejne

wcielenie,  nie  jestem  pewna.  Wiem  jednak,  że  nie
znajdzie się tutaj, z tobą. To nie wygląda w

ten sposób.

- Ale... - zdenerwowała się Heather - to niesprawiedliwe!

-  Mnóstwo  jest  niesprawiedliwych  rzeczy,  Heather.  Na
przykład to, że musisz cierpieć

przez  całą  wieczność  z  powodu  błędu,  który  popełniłaś
pod wpływem impulsu. Gdybyś

wiedziała, co się dzieje po śmierci, z pewnością byś tego
nie zrobiła. Ale to nie musi być tak.

background image

Spojrzała  na  mnie.  Łzy  zastygły  na  jej  rzęsach,  jak
okruszki lodu.

- Nie musi?

- Nie, nie musi.

-  Chcesz  powiedzieć...  chcesz  powiedzieć,  że  mogę
wrócić? Skinęłam głową.

-  Możesz.  Możesz  zacząć  wszystko  od  początku.
Pociągnęła nosem.

- W jaki sposób?

- Musisz się tylko zdecydować.

Jej piękną buzię wykrzywił na chwilę grymas zawodu.

- Ale ja już dawno uznałam, że tego właśnie chcę. Jedyne,
czego chcę, odkąd... odkąd

to się wydarzyło... to odzyskać swoje życie.

Pokręciłam głową.

-  Nie,  Heather,  źle  mnie  zrozumiałaś.  Nigdy  nie  wrócisz
do swojego poprzedniego

background image

życia. Ale możesz zacząć nowe. Będzie lepsze niż to tutaj,
niż wieczna samotność,

wściekanie się na ludzi, ranienie ich...

-  Powiedziałaś,  że  mogę  odzyskać  swoje  życie!  -
wrzasnęła. W jednej chwili

zrozumiałam, że ją straciłam.

-  Nie  chodzi  mi  o  twoje  poprzednie  życie.  Miałam  na
myśli życie w ogóle...

Było jednak za późno. Ogarnęło ją szaleństwo.

Stało się dla mnie jasne, dlaczego rodzice Bryce'a wysłali
go na Antiguę. Żałowałam,

że mnie tam nie ma. Chciałam być gdzie indziej, byle nie
stać na drodze tej dziewczyny,

kiedy jest wściekła.

-  Powiedziałaś  -  krzyczała  Heather  -  powiedziałaś,  że
mogę odzyskać swoje życie!

Okłamałaś mnie!

- Heather, nie okłamałam cię. Chciałam tylko powiedzieć,

background image

że twoje życie minęło, sama

je ucięłaś. Wiem, że to straszne, powinnaś była pomyśleć
o tym, zanim...

Przerwała mi nieludzkim wyciem.

- Nie pozwolę ci, nie pozwolę ci przejąć mojego życia!

- Heather, już ci mówiłam, że nie próbuję zrobić niczego
takiego. Mam swoje własne

życie. Niepotrzebne mi twoje...

Teraz,  kiedy  ptaki  i  świerszcze  umilkły,  na  dziedzińcu
słychać było tylko plusk wody

w  fontannie.  Ten  dźwięk  nagle  wydał  mi  się  dziwny.
Pojawiło się jakieś bulgotanie.

Zerknęłam  w  tamtą  stronę.  Z  powierzchni  wody  unosiła
się para. To by mnie tak bardzo nie

zdziwiło, ostatecznie jest zimno, a temperatura wody może
być wyższa od temperatury

powietrza, gdyby nie wielki bąbel, który nagle prysnął na
wzburzonej tafli.

background image

Wtedy  zrozumiałam.  Woda  się  gotowała.  Wściekłość
Heather spowodowała, że woda

osiągnęła temperaturę wrzenia.

-  Heather  -  zawołałam  z  ławki  -  Heather,  posłuchaj,
musisz się uspokoić. Nie możemy

rozmawiać, kiedy jesteś...

-  Powiedziałaś...  -  zauważyłam  z  przerażeniem,  że  oczy
uciekły jej w głąb czaszki. -

Ze... mogę... zacząć... od nowa!

Należało coś zrobić. Ławka pode mną nie musiała trząść
się tak gwałtownie, żebym

zrozumiała, że powinnam się podnieść.

Wstałam,  i  to  szybko.  Na  tyle  szybko,  że  nie  oberwałam
ławką. Na tyle szybko, żeby

dopaść  Heather,  zanim  się  zorientowała,  i  dołożyć  jej
pięścią w podbródek.

Tyle  że,  ku  mojemu  zaskoczeniu,  to  nie  zrobiło  na  niej
najmniejszego wrażenia. Za

background image

bardzo  zapamiętała  się  w  złości.  Zdecydowanie  za
bardzo. Cios nie odniósł skutku, poza tym

że zabolały mnie kostki. No i że wprawiło ją to w jeszcze
większą wściekłość.

- Teraz - odezwała się Heather głębokim głosem, który w
żaden sposób nie

przypominał szczebiotania cheerliderki - tego pożałujesz.

Woda w fontannie zaczęła wrzeć i przelewać przez brzegi
basenu. Strugi wody

wystrzeliły  na  pięć  metrów  w  górę,  opadając  kaskadą  w
bulgoczącą parującą czeluść. Ptaki

siedzące  na  gałęziach  zerwały  się  do  lotu,  na  chwilę
zasłaniając księżyc.

Miałam  dziwne  wrażenie,  że  Heather  nie  żartuje.  Co
więcej, miałam wrażenie, że jest

w stanie spełnić groźbę, nie ruszając małym palcem.

Moje  przypuszczenia  potwierdziły  się,  kiedy  głowa
Junipero Serry odpadła nagle od

odlanego  w  brązie  ciała.  Urwała  się  z  taką  łatwością,

background image

jakby twardy metal zamienił się w watę

cukrową.

Nie  towarzyszył  temu  żaden  hałas.  Głowa  zawisła  na
chwilę w powietrzu. Dziwaczny

kąt,  pod  jakim  wisiała,  zmienił  wyraz  ciepłego
współczucia na twarzy ojca Serry w szatański

grymas.  Stałam  jak  zahipnotyzowana,  patrząc  na  światło
odbijające się od metalowej kuli,

gdy nagle stwierdziłam, że zaczyna spadać...

Mknęła  w  moją  stronę  tak  szybko,  że  stanowiła  jedynie
smugę na nocnym niebie,

niczym kometa albo...

Nie  miałam  okazji  zastanowić  się  nad  dalszymi
porównaniami, ponieważ w następnej

sekundzie  coś  ciężkiego  grzmotnęło  mnie  w  żołądek  i
rzuciło na ziemię. Rozłożyłam się jak

długa, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Było takie piękne.
Noc taka czarna, a gwiazdy zimne,

background image

odległe i migotliwe jak...

-  Wstawaj!  -  Rozległ  się  szorstki  męski  głos  tuż  przy
moim uchu. - Myślałem, że

lepiej sobie z tym radzisz!

Coś  wybuchło  o  centymetr  od  mojego  policzka.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam

obsceniczny uśmiech Junipero Serry.

Jesse  jednym  szarpnięciem  postawił  mnie  na  nogi,  a
następnie pociągnął w stronę

pasażu przed budynkiem.

background image

11

Wróciliśmy  do  klasy  pana  Waldena.  Nie  wiem,  w  jaki
sposób, ale nam się to udało.

Głowa  posągu  przez  cały  czas  gnała  za  nami,  prując
powietrze ze złowieszczym świstem, jak-

by ojciec Serra coś wykrzykiwał. W końcu z impetem kuli
armatniej wyrżnęła w ciężkie

drewniane drzwi w momencie, w którym zatrzasnęliśmy je
za sobą.

-  Jesus  Cristo  -  wysapał  Jesse,  kiedy  staliśmy,  dysząc  z
wysiłku, oparci plecami o

drzwi,  jakbyśmy  własnym  ciężarem  byli  w  stanie
powstrzymać Heather, która mogła przejść

przez ścianę, jeśli tylko miałaby na to ochotę. - „Potrafię
sama sobie radzić”, powiedziałaś.

„Muszę się tylko jej pozbyć”, powiedziałaś. Świetnie!

Starałam  się  oddychać  równo  i  myśleć  o  tym,  co  robić
dalej. Nigdy nie widziałam

background image

czegoś podobnego. Nigdy.

- Zamknij się - burknęłam.

-  Truposz.  -  Jesse  odwrócił  głowę  w  moją  stronę.  Jego
pierś wznosiła się i opadała

rytmicznie.  -  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  tak  właśnie
mnie nazwałaś? To zabolało, querida.

Naprawdę.

- Mówiłam ci... - Coś ciężkiego waliło w drzwi. Czułam,
jak uderza w mój kręgosłup.

Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że to głowa
fundatora pewnej szkoły misyjnej. -

.. .żebyś mnie nie nazywał w ten sposób.

-  Dobrze,  byłbym  wdzięczny,  gdybyś  nie  wyrażała  się
pogardliwie na temat mojej...

- Posłuchaj, te drzwi nie będą się trzymały wiecznie.

-  Nie  -  zgodził  się  Jesse.  Akurat  wtedy  metalowa  głowa
przebiła się częściowo przez

drzwi  w  miejscu,  które  udało  jej  się  nadwyrężyć.  -  Czy

background image

mogę coś zasugerować?

Patrzyłam,  przerażona,  na  głowę,  która  tkwiła  w
drzwiach, gapiąc się na mnie

zimnymi brązowymi oczami. To wariactwo, ale mogłabym
przysiąc, że się do mnie

uśmiechała.

- Pewnie - wysapałam.

- Biegnij.

Bez  namysłu  posłuchałam  jego  rady.  Podbiegłam  do
parapetu i, nie zwracając uwagi

na  ostre  kawałki  szkła,  wskoczyłam  na  niego.  Otwarcie
okna zajęło mi tylko parę sekund, ale

Jesse,  który  nadał  zmagał  się  z  czymś,  co  przypominało
wyjący huragan, i tak zdążył

powiedzieć:

- Hm, czy mogłabyś się pośpieszyć?

Zeskoczyłam  na  parking.  Zabawne,  że  gdy  stało  się  na
zewnątrz grubych murów

background image

Misji,  nie  sposób  było  się  zorientować,  że  wewnątrz
szaleją siły nadprzyrodzone. Na parkingu

nadal  było  pusto.  Panowała  cisza,  jeśli  nie  liczyć
dobiegającego z oddali łagodnego szumu

oceanu.

-  Jesse!  -  syknęłam  w  stronę  okna.  -  Chodź!  -  Nie
wiedziałam, czy Heather nie będzie

miała ochoty wyładować wściekłości na kimś niewinnym,
zamiast na mnie, ani też, czy Jesse

także ma w zanadrzu jakieś sztuczki, w rodzaju tej z głową
posągu. Wiedziałam tylko, że im

prędzej  oboje  znajdziemy  się  poza  zasięgiem  jej  złości,
tym lepiej.

Pozwolę  sobie  w  tym  miejscu  zaznaczyć,  że  nie  jestem
tchórzem. Ale nie jestem także

kretynką.  Uważam,  że  kiedy  mamy  do  czynienia  z  siłą,
której nie jesteśmy wstanie stawić

czoła, nie pozostaje nic innego jak ucieczka.

Nie należy jednak zostawiać nikogo w potrzebie.

background image

- Jesse! - wrzasnęłam przez okno.

-  Wydawało  mi  się,  że  mówiłem  -  odezwał  się  mocno
poirytowany głos za moimi

plecami - żebyś uciekała.

Sapnęłam z wrażenia i zakręciłam się na pięcie. Jesse stał
na asfaltowym parkingu,

plecami do księżyca, z twarzą w cieniu.

- O, mój Boże. - Serce biło mi tak mocno, że o mało nie
eksplodowało. Nigdy w życiu

tak się nie przestraszyłam. Nigdy.

Może  dlatego  zrobiłam  to,  co  zrobiłam,  a  mianowicie
chwyciłam Jessego za koszulę.

- O, mój Boże - wysapałam znowu. - Jesse, nic ci nie jest?

-  Oczywiście,  że  nic.  -  Wydawał  się  zdziwiony  tym
pytaniem. To chyba rzeczywiście

było  głupie  z  mojej  strony.  W  jaki  sposób  Heather  może
zaszkodzić Jessemu? Przecież go nie

zabije. - A czy tobie nic się nie stało?

background image

-  Mnie?  Wszystko  w  porządku.  -  Spojrzałam  w  stronę
ciemnych okien klasy pana

Waldena. - Czy myślisz, że ona... skończyła?

- Na razie - odparł Jesse.

-  Skąd  wiesz?  -  Stwierdziłam  niezwykle  zdumiona,  że
cała się trzęsę. - Skąd wiesz,

że zaraz nie przelezie przez ścianę i nie zacznie wyrywać
drzew, żeby w nas nimi rzucać?

Jesse  pokręcił  głową.  Zauważyłam,  że  się  uśmiecha.  Jak
na kogoś, kto zmarł, zanim

wynaleziono  ortodoncję,  miał  bardzo  ładne  zęby.  Prawie
tak ładne jak Bryce.

- Nie zrobi tego.

- Skąd możesz wiedzieć?

- Bo tak. Ona jeszcze nie wie, że jest w stanie to zrobić.
To wszystko jest dla niej

nowe, Susannah. Nie wie, na co ją stać.

Jeśli  to  miało  mnie  pocieszyć,  to  odniosło  przeciwny

background image

skutek. Jesse przyznał właśnie,

że Heather jest w stanie wyrywać drzewa i rzucać nimi w
ludzi, a nie robi tego jedynie z

powodu  braku  doświadczenia.  To  wystarczyło,  żebym
przestała drżeć i puściła jego koszulę.

Wiem,  że  Heather  mogłaby  mnie  ścigać,  gdyby  chciała.
Mogłaby, tak samo jak Jesse, który

poszedł  za  mną  do  szkoły.  Chodzi  jednak  o  to,  że  Jesse
zdaje sobie sprawę ze ' swoich

umiejętności.  Jest  duchem  o  wiele  dłużej  niż  Heather,
która dopiero dowiaduje się, na co ją

stać.

To było najbardziej przerażające. Jest duchem tak krótko...
i już ma taką moc.

Zaczęłam chodzić po parkingu tam i z powrotem.

-  Musimy  coś  zrobić  -  powiedziałam.  -  Musimy  ostrzec
ojca Dominika. I Bryce'a. Mój

Boże,  musimy  ostrzec  Bryce'a,  żeby  nie  przychodził  jutro
do szkoły. Ona go zabije. Zabije go

background image

w chwili, gdy postawi stopę na progu szkoły...

- Susannah... - zaczął Jesse.

- Chyba powinniśmy do niego zadzwonić. Jest pierwsza w
nocy, ale możemy do niego

zadzwonić  i  powiedzieć  mu...  nie  wiem,  co  mamy  mu
powiedzieć. Możemy powiedzieć, że

ktoś  groził  mu  śmiercią,  czy  coś.  Może  to  go  przekona.
Albo moglibyśmy sami zagrozić mu

śmiercią.  Tak  zróbmy!  Zadzwońmy  do  niego,  ja  udam
kogoś innego i powiem: „Nie

przychodź  jutro  do  szkoły,  bo  zginiesz”.  Może  się
przestraszy. Może...

- Susannah - powtórzył Jesse.

-  Albo  możemy  poprosić  ojca  Dominika,  żeby  to  zrobił!
Ojciec Dominik może

zadzwonić  do  Bryce'a  i  powiedzieć  mu,  żeby  nie
przychodził do szkoły, że coś się stało...

-  Susannah.  -  Jesse  zagrodził  mi  drogę  w  chwili,  gdy
odwróciłam się, żeby przejść ten

background image

sam odcinek dwóch metrów, który przemierzałam w obie
strony od paru minut. Zatrzymałam

się nagle, zaskoczona jego bliskością, uderzając nosem w
miejsce, gdzie rozchylał się

kołnierz  jego  koszuli.  Jesse  chwycił  mnie  za  ręce,
pomagając utrzymać równowagę.

To mi się nie spodobało. Pamiętam, że chwilę przedtem to
ja go złapałam. No,

właściwie nie jego, tylko jego koszulę. Ale i w zwykłych
okolicznościach nie lubię, kiedy

ktoś  mnie  dotyka,  a  zwłaszcza  duchy.  A  już  szczególnie
takie, które mają dłonie równie duże

i silne jak Jesse.

-  Susannah  -  powtórzył  znowu,  zanim  zdążyłam  mu
powiedzieć, żeby zabrał ode mnie

swoje wielkie żylaste łapy. - Wszystko w porządku. To nie
twoja wina. Nie mogłaś nic zrobić.

-  Nic  nie  mogłam  zrobić?  Żartujesz?  Powinnam  była  dać
jej takiego kopa, żeby znowu

background image

znalazła się w grobie!

- Nie - Jesse pokręcił głową. - Zabiłaby cię.

-  Gówno!  Mogłam  ją  pokonać.  Gdyby  nie  zrobiła  tej
sztuczki z głową...

- Susannah...

- Mówię poważnie, Jesse. Poradziłabym sobie, gdyby nie
wpadła w taką furię. Założę

się,  że  jeśli  poczekamy,  aż  ochłonie  i  wrócimy  tam,  to
zdołam ją przekonać...

- Nie. - Puścił moje ręce, ale tylko po to, żeby objąć mnie
ramieniem i poprowadzić w

stronę pojemnika na śmieci za którym zostawiłam rower. -
Chodźmy. Wracajmy do domu.

- Ale co...

Ścisnął mnie jeszcze mocniej.

- Nie.

- Jesse, nic nie rozumiesz. To moja praca. Muszę...

background image

- To także zadanie ojca Dominika, prawda? Pozwól mu się
tym zająć. Nie ma powodu,

żeby cała odpowiedzialność spoczywała na tobie.

- Owszem, jest. To ja nawaliłam.

- To ty przyłożyłaś jej pistolet do głowy i pociągnęłaś za
cyngiel?

-  Oczywiście,  że  nie.  Ale  to  przeze  mnie  wpadła  w  taką
złość. Nie mogę prosić ojca

Dorna,  żeby  po  mnie  sprzątał.  To  byłoby  zdecydowanie
nie w porządku.

-  Zdecydowanie  nie  w  porządku  jest  to,  że  ktoś  może
oczekiwać, iż młoda

dziewczyna,  taka  jak  ty,  stanie  do  walki  z  demonem  z
piekła rodem - Jesse z trudem

zachowywał spokój.

- Ona nie jest demonem z piekła. Jest tylko wściekła. Jest
wściekła, bo chłopak,

któremu ufała, okazał się...

background image

-  Susannah.  -  Jesse  zatrzymał  się  nagle.  Jeśli  nie
poleciałam na buzię i nie

rozpłaszczyłam  na  asfalcie,  to  tylko  dlatego,  że  nadal
obejmował mnie ramieniem.

Przez  chwilę,  tylko  przez  chwilę,  naprawdę  myślałam...
cóż, myślałam, że mnie

pocałuje.  Nikt  mnie  nigdy  dotąd  nie  pocałował,  ale,  jak
się wydaje, wszystkie warunki zostały

spełnione.  No,  wiecie,  księżyc,  mocno  bijące  serca,
emocje związane z ucieczką przed

wściekłym duchem...

Oczywiście  nie  bardzo  wiedziałam,  co  sądzić  o  tym,  że
mój pierwszy pocałunek miał

być  pocałunkiem  kogoś  należącego  do  świata  umarłych,
ale cóż, żebracy nie mogą grymasić,

a  ponadto,  zapewniam  was,  że  Jesse  jest  o  niebo
przystojniejszy od wszystkich żywych

chłopaków,  jakich  ostatnio  poznałam.  Nigdy  nie
widziałam takiego przystojnego ducha. W

background image

momencie śmierci nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia
lat. Byłam ciekawa, z jakiej

przyczyny  umarł.  Duchy  zmarłych  ludzi  zazwyczaj
wyglądają tak, jak wyglądali ci ludzie tuż

przed  śmiercią.  Na  przykład  mój  tata  teraz,  kiedy  mnie
nawiedza, nie wygląda inaczej niż na

dzień  przedtem,  jak  poszedł  pobiegać  po  parku  dziesięć
łat temu.

Przypuszczam,  że  Jesse  został  zamordowany,  ponieważ,
jak na mój gust, wygląda

cholernie  zdrowo.  Niewykluczone,  że  trafiła  go  jedna  z
tych kul, po których zostały dziury w

domu na dole. Ładnie ze strony Andy'ego, że oprawił je w
ramki na pamiątkę dla potomności.

A  teraz  ten  niesamowicie  przystojny  duch  sprawia
wrażenie, jakby zamierzał mnie

pocałować.  Cóż,  kimże  ja  jestem,  żeby  mu  w  tym
przeszkodzić?

No,  więc,  rozumiecie,  odchyliłam  lekko  głowę  do  tyłu,
patrząc na niego spod rzęs i

background image

rozchylając  usta.  Wtedy  zauważyłam,  że  jego  uwaga  nie
skupia się na moich wargach, tylko

dużo niżej. I to nie na moim biuście, co też nie byłoby złe.

- Ty krwawisz - stwierdził.

Czar prysnął. Oczy o mało nie wyskoczyły mi z orbit.

- Wcale nie - odparłam odruchowo, ponieważ nie czułam
żadnego bólu. Jednak gdy

spojrzałam w dół, zobaczyłam, że u moich stóp wykwitają
na chodniku drobne plamki. Po

ciemku trudno było określić ich kolor. W świetle księżyca
wydawały się czarne. Z

przerażeniem  zauważyłam  podobne  plamy  na  koszuli
Jessego.

Z  całą  pewnością  to  moja  krew.  Przyjrzałam  się  sobie
uważnie i stwierdziłam, że

udało  mi  się  przeciąć  drobną,  ale  jednak  ważną  żyłkę  na
nadgarstku. Kiedy rozmawiałam z

Heather, ściągnęłam rękawice i schowałam je do kieszeni,
a później, podczas pośpiesznej

background image

ucieczki, 

zapomniałam 

włożyć 

je 

powrotem.

Skaleczyłam się pewnie, wskakując na usłany

szkłem  parapet.  Co  tylko  potwierdza  moją  teorię,  że
właśnie przy wychodzeniu przydarzają

się najgorsze rzeczy.

-  Och  -  mruknęłam,  obserwując  strumyczek  krwi.  Nic
innego nie przychodziło mi do

głowy, jak tylko: - Ale paskudnie. Przepraszam za koszulę.

-  To  nic.  -  Jesse  sięgnął  do  kieszeni  czarnych  obcisłych
spodni i wyciągnął coś białego

i miękkiego. Owinął tym mój nadgarstek kilka razy. Robił
to w milczeniu, bardzo skupiony.

Pierwszy  raz  zdarzyło  mi  się,  żeby  duch  udzielał  mi
pierwszej pomocy. To nie aż tak

interesujące jak pocałunek, ale też niezłe przeżycie.

- Dobrze - powiedział wreszcie. - Boli?

-  Nie  -  odparłam  zgodnie  z  prawdą.  Wiedziałam  z
doświadczenia, że boleć zacznie po

background image

paru godzinach. Odchrząknęłam. - Dziękuję.

- Drobiazg.

- Ależ nie. - Nagle, to idiotyczne, zebrało mi się na płacz.
Naprawdę. A ja nigdy nie

płaczę.  -  Mówię  poważnie.  Dziękuję.  Dzięki,  że
przyszedłeś, żeby mi pomóc. Nie powinieneś

był  tego  robić.  To  znaczy,  cieszę  się,  że  tak  się  stało.  I...
cóż, dziękuję. To wszystko.

Zmieszał  się.  Chyba  zachowałam  się  dość  naturalnie,
rozklejając się w takiej sytuacji.

To  było  silniejsze  ode  mnie.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.
Żaden duch nie był dla mnie taki

miły. Och, tata próbował. Ale tata nie jest osobą, na której
specjalnie można polegać. Nigdy,

tak  naprawdę,  nie  mogłam  na  niego  liczyć,  zwłaszcza  w
potrzebie.

Co  innego  Jesse.  Tyle  dla  mnie  zrobił,  choć  go  o  nic  nie
prosiłam. W gruncie rzeczy,

byłam dla niego dość nieprzyjemna.

background image

-  Nie  ma  za  co  -  powiedział  w  końcu.  A  potem  dodał:  -
Chodźmy do domu.

background image

12

To  „chodźmy  do  domu”  zabrzmiało  tak  ciepło.  Tylko  że
dom, w którym mieszkamy,

nie wydawał mi się jeszcze domem. Przebywałam w nim
przecież zaledwie od paru dni.

No i, naturalnie, Jesse nie mieszka tam na takiej zasadzie
jak ja.

A  jednak,  duch,  nie  duch,  uratował  mi  życie.  Nie  da  się
zaprzeczyć. Pewnie zrobił to,

żeby mnie udobruchać i żebym go nie wykopała na ulicę.

Bez względu jednak na motywy, zachował się wspaniale.
Nikt, jak dotąd, nie pomagał

mi z własnej i nieprzymuszonej woli, głównie dlatego, że
nikt nie zdawał sobie sprawy, że

potrzebuję pomocy. Nawet Gina, przy której madame Zara
odkryła, że jestem mediatorką, nie

wiedziała, dlaczego przychodzę do szkoły z podkrążonymi
oczami ani gdzie znikałam, kiedy

background image

zrywałam się z lekcji, co zdarzało się nagminnie. A ja nie
byłam w stanie jej tego

wytłumaczyć.  Nie  chodzi  o  to,  że  Gina  uznałaby  mnie  za
wariatkę, ale na pewno komuś by o

tym  powiedziała.  Czegoś  takiego  nie  sposób  utrzymać  w
tajemnicy, chyba że przytrafia się

nam samym. Poza tym bałam się, że dojdzie to w końcu do
mojej mamy.

A  mama  wpadłaby  w  obłęd.  Tak  zachowują  się  matki,  a
moja nie stanowi wyjątku. Już

zdążyła  posłać  mnie  na  terapię,  podczas  której  musiałam
wymyślać skomplikowane

kłamstwa,  w  nadziei  że  to  wyjaśni  moje  aspołeczne
nastawienie. Nie zamknięto mnie w domu

bez  klamek,  ale  trafiłabym  tam  z  całą  pewnością,  gdyby
mama odkryła prawdę.

Więc,  owszem,  cieszę  się  z  obecności  Jessego,  chociaż
czuję się trochę niepewnie. Po

klapie mojej misji w szkole odprowadził mnie do domu, a
więc postąpił jak prawdziwy

background image

dżentelmen.  Pchał  nawet  mój  rower.  Przypuszczam,  że
gdybyś ktoś wyjrzał przez okno

któregoś z mijanych przez nas domów, stwierdziłby, że ma
omamy. Zobaczyłby idącą

zmęczonym krokiem dziewczynę, a obok niej sunący lekko
rower.

Dobrze  się  składa,  że  ludzie  na  Wybrzeżu  Zachodnim
chodzą wcześnie spać.

Przez  całą  drogę  do  domu  myślałam  obsesyjnie  o  tym,  w
którym momencie

popełniłam 

błąd, 

jeśli 

chodzi 

Heather. 

Nie

zastanawiałam się nad tym głośno, bo nie

chciałam  zachowywać  się  jak  zacięta  płyta  czy
mechaniczne pianino, czy co tam mieli w

czasach  Jessego.  Jednak  o  niczym  innym  nie  mogłam
myśleć. W całej mojej paroletniej

karierze  mediatorskiej  nie  spotkałam  tak  gwałtownego,
zachowującego się tak irracjonalnie

ducha.  Po  prostu  nie  miałam  pojęcia,  co  robić.  A
wiedziałam, że muszę szybko coś wymyślić;

background image

od momentu, kiedy zaczną się lekcje, a Bryce znajdzie się
w śmiertelnym niebezpieczeństwie,

dzieliło mnie zaledwie kilka godzin.

Nie  wiem,  czy  Jesse  odgadł,  dlaczego  milczę,  czy  może
także myślał o Heather. W

każdym razie odezwał się nagle, przerywając ciszę:

-  „Niebo  nie  zna  wściekłości,  jak  miłość  zamieniona  w
nienawiść, ani piekło takiej

furii, jak zraniona kobieta”.

Spojrzałam na niego zdziwiona.

- Mówisz na podstawie własnego doświadczenia?

W świetle księżyca zobaczyłam, że uśmiecha się lekko.

- Cytuję Wiliama Congreve'a.

-  Och.  -  Zastanawiałam  się  przez  chwilę.  -  Ale,  wiesz,
czasami zraniona kobieta ma

powody, żeby się wściekać.

-  Mówisz  na  podstawie  własnego  doświadczenia?  -

background image

zainteresował się.

- Niespecjalnie.

Chłopak musi okazać ci zainteresowanie, zanim cię zrani.
Nie powiedziałam jednak

tego  głośno.  Nie  dbam  o  to,  co  Jesse  o  mnie  myśli.
Dlaczego miałoby mnie obchodzić, co

myśli o mnie martwy kowboj?

Ale  nie  zamierzałam  uświadamiać  mu,  że  nigdy  nie
miałam chłopaka. Nie mówi się

takich  rzeczy  przystojnym  chłopakom,  nawet  jeśli  są
martwi.

-  Nie  wiemy  przecież,  tak  naprawdę,  co  zaszło  między
Heather a Bryce'em. Może ma

powody, żeby czuć do niego żal?

-  Do  niego,  pewnie  tak  -  powiedział  Jesse  z  niechęcią.  -
Ale nie do ciebie. Nie miała

prawa cię atakować.

W  jego  głosie  zawrzał  taki  gniew,  że  uznałam,  iż  może

background image

lepiej zmienić temat. Pewnie

powinnam wściec się na Heather za to, że dybie na moje
życie, ale z drugiej strony, często

mam  do  czynienia  z  ludźmi  niemyślącymi  racjonalnie.
Dobrze, może nie do tego stopnia, co

Heather,  ale  wiecie,  co  mam  na  myśli.  Poza  tym
nauczyłam się jednego: nie należy niczego

brać do siebie. Owszem, próbuje mnie zabić, ale kto wie,
może inaczej nie potrafi? Skąd

możemy  wiedzieć,  jakich  miała  rodziców?  Może
mordowali każdego, kto działał im na

nerwy...

Jakkolwiek,  w  związku  z  tym  naszyjnikiem  z  pereł
dodawanych z różnych okazji,

miałam co do tego wątpliwości.

Myśl o morderstwie kazała mi się również zastanowić, co
tak bardzo poruszyło

Jessego.  Przyszło  mi  do  głowy,  że  przecież  on  sam
prawdopodobnie zginął gwałtowną

background image

śmiercią.  Może  też  sam  się  zabił?  Nie  wydaje  mi  się
jednak, żeby był typem samobójcy.

Może umarł na jakąś wyniszczającą chorobę...

To chyba nie było specjalnie taktowne z mojej strony, ale
cóż, nikt nigdy nie chwalił

mnie  za  szczególny  takt.  Poszłam  za  ciosem  i  po  prostu
zapytałam go o to, kiedy szliśmy

żwirową alejką pod górę.

- Hej, a jak ty właściwie umarłeś?

Jesse  nie  odpowiedział  od  razu.  Prawdopodobnie  się
obraził. Zauważyłam, że duchy

nie  lubią  tego  tematu.  Czasami  nawet  nie  pamiętają,  jak
doszło do ich śmierci. Ofiary

wypadków  samochodowych  na  ogół  nie  mają  o  niczym
pojęcia. Wiele razy widziałam, jak

szukały  swoich  współpasażerów.  Wyjaśniam  im  wtedy
wszystko, a potem staram się dojść,

gdzie  są  ci  ludzie  których  oni  usiłują  znaleźć.  To  jest
naprawdę okropne. Muszę trafić do

background image

odpowiedniego urzędu, gdzie przechowuje się protokoły z
wypadków i, udając, że dostałam

takie  zadanie  w  szkole  zanotować  nazwiska  ofiar  i
dowiedzieć się o ich dalsze losy.

Mówię wam, czasami mam tego wszystkiego dość.

Tak czy inaczej, Jesse milczał przez jakiś czas i sądziłam,
że już nic nie powie. Patrzył

przed  siebie,  na  dom,  w  którym  umarł  i  który  miał
nawiedzać, dopóki... cóż, dopóki nie upora

się ze sprawą, która trzyma go na tym świecie.

Księżyc  nadal  jaśniał  na  niebie,  teraz  już  dość  wysoko  i
widziałam twarz Jessego

wyraźnie  jak  w  dzień.  Nie  wyglądał  jakoś  inaczej  niż
zwykle. Jego wąskie usta wykrzywiał

lekki  grymas,  a  okolone  gęstymi  rzęsami  oczy  pod
lśniącymi czarnymi brwiami ujawniały

tyle,  co  lustro.  Mogłabym  się  w  nich  przejrzeć,  ale  nie
byłam w stanie domyślić się ich

wyrazu.

background image

- Hm - mruknęłam. - Wiesz co? Nieważne. Jeśli nie masz
ochoty o tym mówić, to nie

musisz...

- Nie, wszystko w porządku.

-  Byłam  tylko  ciekawa,  to  wszystko.  Ale  jeśli  to  zbyt
osobiste...

-  To  nie  jest  zbyt  osobiste.  -  Doszliśmy  do  domu.  Oparł
rower o ścianę garażu. -

Wiesz,  ten  dom  nie  zawsze  był  domem  rodzinnym  -
odezwał się, stojąc w cieniu.

A ja na to:

-  Ojej,  naprawdę?  -  Udałam,  że  słyszę  o  tym  po  raz
pierwszy.

-  Tak.  Kiedyś  był  tu  hotel.  No,  może  bardziej  zajazd  niż
hotel.

- A ty zatrzymałeś się tam, jako gość? - zapytałam wesoło.

- Tak. - Wyszedł spod daszka nad garażem, ale nie patrzył
w moją stronę. Zerkał na

background image

morze.

- I... - usiłowałam go skłonić do dalszych wynurzeń. - Coś
się stało, kiedy tam byłeś?

-  Tak.  -  Teraz  spojrzał  na  mnie.  Patrzył  bardzo  długo,  a
potem powiedział: - To długa

historia, a ty na pewno jesteś nieźle zmęczona. Połóż się i
odpocznij. Rano zdecydujemy, co

zrobić z Heather.

To nie w porządku.

- Zaraz, zaraz, nigdzie nie pójdę, dopóki nie skończysz tej
historii.

Pokręcił głową.

- Nie. Jest już późno. Opowiem ci innym razem.

- Ojej! - Zachowywałam się jak małe dziecko, które mama
wysłała wcześnie do łóżka,

ale  miałam  to  gdzieś.  -  Nie  możesz  tak  po  prostu  zacząć
jakiejś historii i jej nie dokończyć.

Musisz...

background image

Jesse otwarcie sobie ze mnie żartował.

-  Idź  się  położyć,  Susannah.  -  Podszedł  do  mnie  i
popchnął delikatnie w stronę

schodów. - Dość przerażających przeżyć jak na jedną noc.

- Ale ty...

- Kiedy indziej - powtórzył. Stałam na najniższym stopniu
ganku, patrząc na jego

roześmianą twarz.

- Przyrzekasz?

Jego zęby błysnęły bielą w świetle księżyca.

- Przyrzekam. Dobranoc, querida.

Mówiłam ci - burknęłam, wchodząc po schodach - żebyś
mnie tak nie nazywał.

Była prawie trzecia nad ranem i stać mnie było jedynie na
symboliczne oburzenie.

Nadal  funkcjonowałam  według  czasu  nowojorskiego,  to
jest z trzygodzinnym

background image

wyprzedzeniem. Ciężko wstać rano do szkoły, nawet jeśli
spało się pełne osiem godzin. Jak to

będzie po czterech godzinach?

Wślizgnęłam  się  do  domu  najciszej,  jak  się  dało.  Na
szczęście wszyscy, z wyjątkiem

psa,  spali  jak  zabici.  Maks,  rozwalony  na  kanapie,
popatrzył na mnie i pomachał przyjaźnie

ogonem. Czujne zwierzątko. Do tego moja mama nie życzy
sobie, żeby sypiał na bielutkiej

kanapie. Nie miałam jednak zamiaru zrobić sobie z Maksa
wroga, spędzając go. Jeśli

przymrużenie  oka  na  fakt,  że  wyleguje  się  na  kanapie,
mogło powstrzymać go od postawienia

wszystkich na nogi, to warto było zapłacić tę cenę.

Powlokłam  się  na  górę,  zastanawiając  się,  co  zrobić  z
Heather. Wiedziałam, że muszę

wstać  wcześnie  rano,  zadzwonić  do  szkoły  i  uprzedzić
ojca Dominika, żeby znalazł Bryce'a,

jak  tylko  ten  przekroczy  bramę  szkoły,  i  odesłał  go  pod

background image

byle pretekstem do domu. Nawet jeśli

tam pretekstem miałyby być wszy. Trzeba za wszelką cenę
przeszkodzić Heather w

osiągnięciu celu.

Jednak  perspektywa  wstania  tak  wcześnie  rano  nawet  po
to, żeby uratować życie

chłopakowi,  z  którym  umówiłam  się  na  sobotę,  nie
wydawała mi się zbyt pociągająca. Teraz,

kiedy  spadł  poziom  adrenaliny,  uświadomiłam  sobie,  że
jestem potwornie zmęczona. Ledwie

trzymając się na nogach, poszłam do łazienki i przebrałam
w piżamę. Byłam pewna, że Jesse

mnie nie szpieguje, ale nie powiedział mi, w jaki sposób
umarł, więc nie chciałam ryzykować.

Mogli go powiesić za podglądanie, co chyba zdarzało się
od czasu do czasu sto pięćdziesiąt

lat  temu.  Dopiero  zmieniając  opatrunek  na  skaleczonym
nadgarstku, przyjrzałam się szmatce,

której użył Jesse.

background image

To  była  chusteczka.  W  tamtych  czasach  wszyscy  takie
nosili, bo nie było chusteczek

higienicznych.  Ceniono  je  sobie,  wyszywano  na  nich
inicjały, tak, żeby nie zgubiły się w

praniu.

Chusteczka  Jessego  nie  miała  jego  inicjałów,  co
stwierdziłam, kiedy wypłukałam ją

starannie  i  wyżęłam  nad  umywalką.  Był  to  duży
kwadratowy kawałek białego płótna, no,

teraz  właściwie  różowego,  obszyty  delikatną  koronką.
Trochę za bardzo kobieca jak dla

mężczyzny.  Zaczęłabym  się  być  może  zastanawiać  nad
orientacją seksualną Jessego, gdybym

nie  zauważyła  inicjałów  w  rogu.  Duże  ozdobne  litery
MDS wyszyto drobniutkim ściegiem,

białą nitką na białym tle. MDS. Ani śladu J..

Dziwne. Bardzo dziwne.

Powiesiłam  chusteczkę,  żeby  wyschła.  Nie  musiałam  się
martwić, że ktoś ją zobaczy.

background image

Po  pierwsze,  poza  mną  nikt  nie  korzystał  z  tej  łazienki,
nikt inny nie mógłby jej też zobaczyć,

tak  samo  jak  Jessego.  Jutro  będzie  tam,  gdzie  ją
zostawiłam. Może zażądam od Jessego,

zanim mu ją oddam, aby mi wyjaśnił, co oznacza MDS.

W  momencie,  gdy  zasypiałam,  uświadomiłam  sobie,  że
MDS musi oznaczać

dziewczynę. Stąd ta koronka. I ozdobny krój liter. Czyżby
Jesse nie zginął w wyniku

strzelaniny, 

jak 

sądziłam, 

tylko 

podczas 

kłótni

kochanków?

Nie  wiem,  dlaczego  to  przypuszczenie  tak  bardzo
wytrąciło mnie z równowagi, ale tak

właśnie  było.  Nie  mogłam  zasnąć  przez  całe  trzy  minuty.
Potem przewróciłam się na bok,

zatęskniłam przez chwilę za starym łóżkiem i zapadłam w
sen.

background image

13

Zasnęłam  z  niezłomnym  zamiarem,  żeby  obudzić  się
wcześnie, zadzwonić do ojca

Dominika  i  ostrzec  go  przed  Heather.  Zamiary  są  jednak
tyle warte, co ludzie, którzy je mają.

Ja  chyba  nie  jestem  wiele  warta,  bo  obudziłam  się
dopiero wtedy, gdy mama zaczęła mną

energicznie  potrząsać.  Dochodziła  siódma  trzydzieści  i
samochód odjeżdżał beze mnie.

Tak  się,  w  każdym  razie,  chłopcom  wydawało.  Śpiący
jednak stwierdził, że zgubił

kluczyki  od  ramblera,  zdołałam  więc  zwlec  się  z  łóżka  i
jakoś ubrać. Nie mam pojęcia, co na

siebie  włożyłam.  Zeszłam  po  schodach  chwiejnym
krokiem, czując się tak, jakby ktoś

grzmotnął  mnie  kilka  razy  w  głowę  workiem  pełnym
kamieni. Akurat wtedy Profesor

opowiadał  wszystkim,  że  siostra  Ernestyna  zagroziła  mu

background image

powtarzaniem klasy, jeśli jeszcze raz

spóźni się na apel przed lekcjami.

Wówczas  dopiero  przypomniałam  sobie,  że  klucze  do
ramblera nadal spoczywają w

kieszeni  mojej  skórzanej  kurtki,  bo  tam  zostawiłam  je
poprzedniego wieczoru.

Cofnęłam  się  chyłkiem  po  schodach  i  udałam,  że
znalazłam kluczyki na półpiętrze.

Nastąpił wybuch radości, ale Śpiący marudził, że zostawił
je na haczyku w kuchni i nie mógł

zrozumieć,  jakim  cudem  trafiły  na  schody.  Przyćmiony
stwierdził: „To pewnie ten duch

Dawida” i uśmiechnął się drwiąco do Profesora, który się
zmieszał.

A  potem  wszyscy  władowaliśmy  się  do  samochodu  i
ruszyliśmy.

Spóźniliśmy  się,  oczywiście.  Apel  w  Szkole  Misyjnej
imienia Junipero Serry zaczyna

się  punktualnie  o  ósmej.  Dotarliśmy  na  miejsce  jakieś

background image

dwie minuty po. Podczas apelu każą

nam  stać  na  dziedzińcu,  chłopcy  osobno,  dziewczęta
osobno, jakbyśmy byli kwakrami.

Sprawdzają obecność, czytają ogłoszenia i tak dalej. Trwa
to jakieś piętnaście minut.

Zamierzałam  pobiec  wprost  do  gabinetu  ojca  Dominika,
ale siostra Ernestyna

zauważyła,  jak  się  przekradamy  i  śledziła  nas  złym
wzrokiem, dopóki nie stanęliśmy w

odpowiednich  rzędach.  Nie  obchodziło  mnie  specjalnie,
co siostra Ernestyna notuje na mój

temat 

swoim 

małym 

czarnym 

notesiku, 

ale

zorientowałam się, że bardzo trudno będzie

przedostać się do gabinetu dyrektora, ze względu na żółtą
taśmę rozpiętą między

kolumienkami  wokół  dziedzińca,  no  i,  naturalnie,
gliniarzy.

Jak się łatwo domyślić, księża i zakonnice wstali rano na
poranną mszę i ujrzeli posąg

background image

założyciela  szkoły  bez  głowy,  fontannę,  w  której  prawie
nie było wody oraz przewróconą i

połamaną  ławkę,  jak  również  rozwalone  drzwi  do  klasy
pana Waldena.

Nic więc dziwnego, że wpadli w panikę i wezwali gliny.
Ludzie w mundurach kręcili

się  po  całej  szkole,  zdejmując  odciski  palców  i  mierząc
różne rzeczy, na przykład odległość,

jaką  pokonała,  lecąc  w  powietrzu,  głowa  Junipero  Serry,
oraz prędkość, jaką musiała

osiągnąć,  żeby  wybić  tyle  dziur  w  grubych  na  siedem
centymetrów drzwiach. Jakiś gość w

granatowej  wiatrówce,  z  literami  CBTSPD  -  policja
miasta Carmel? - na plecach, konferował

z  ojcem  Dominikiem,  który  wyglądał  na  wykończonego.
Nie mogłam podchwycić jego

spojrzenia i uznałam, że będę musiała poczekać do końca
apelu, żeby wymknąć się do jego

gabinetu i za wszystko przeprosić.

background image

Na  apelu  siostra  Ernestyna,  zastępczyni  dyrektora,
oznajmiła nam, że to akt

wandalizmu.  Wandale  włamali  się  przez  klasę  pana
Waldena i dokonali spustoszeń w szkole.

Całe  szczęście,  powiedziała,  że  taca  i  masywny  złoty
kielich na mszalne wino i hostie nie

zostały ukradzione, ale nadal znajdują się w szafeczce za
ołtarzem. Wandale brutalnie

pozbawili  głowy  pomnik  założyciela  szkoły,  ale  nie
ruszyli rzeczy naprawdę wartościowych.

Wezwano  nas,  żebyśmy  natychmiast  wystąpili  do  przodu,
jeśli wiemy cokolwiek na temat

tego  straszliwego  wypadku.  Oraz  że  jeśli  czulibyśmy  się
niepewnie, występując jawnie, to

możemy  to  zrobić  anonimowo.  Wielebny  Constantine
będzie spowiadał przez całe

przedpołudnie.

Mój  Boże!  To  nie  moja  wina,  że  Heather  odbiło.  W
każdym razie, nie do końca. Jeśli

background image

ktoś powinien się spowiadać, to właśnie ona.

Stanęłam  w  szeregu  za  Cee  Cee,  która  nie  była  w  stanie
ukryć zachwytu nad tym, co

się  stało.  Niemal  dało  się  przeczytać  nagłówek,  który
właśnie rodził się w jej głowie: „Ojciec

Serra  traci  głowę  dla  wandali”.  Wyciągałam  szyję,
zerkając w stronę starszych klas, żeby

sprawdzić, czy jest tam Bryce. Nie zauważyłam go. Może
ojciec Dominik dotarł już do niego

i odesłał do domu. Widocznie zorientował się, że bałagan
na dziedzińcu to wynik działalności

istot nie z tego świata i postąpił, jak nakazuje przezorność.
Miałam tylko nadzieję, ze względu

na Bryce'a, że ojciec Dominik nie zaaplikował mu wszy.

Dobrze,  przyznaję,  że  ze  względu  na  siebie.  Bardzo
pragnęłam tej randki w sobotę i

nie chciałam, żeby została odwołana z powodu wszy. Czy
to zbrodnia? Żadna dziewczyna nie

może  poświęcać  całego  czasu  na  walkę  z  zaburzeniami

background image

parapsychicznymi. Potrzebuje także

odrobiny romantyzmu.

Kiedy  tylko  apel  się  skończył,  a  ja  próbowałam  zerwać
się z godziny wychowawczej i

prysnąć  do  gabinetu  ojca  Dominika,  zatrzymała  mnie
siostra Ernestyna.

-  Przepraszam,  panno  Simon  -  powiedziała,  gdy  właśnie
usiłowałam zanurkować pod

żółtą  taśmą.  -  Być  może  w  Nowym  Jorku  nie  zwraca  się
uwagi na ostrzeżenia policji, ale

tutaj, w Kalifornii, uważamy takie zachowanie za wysoce
niewskazane.

Wyprostowałam  się.  Niemal  mi  się  udało.  Pomyślałam
sobie różne nieprzyjemne

rzeczy  o  siostrze  Ernestynie,  ale  zdobyłam  się,  z  trudem,
na w miarę uprzejme:

-  Och,  siostro,  tak  mi  przykro.  Widzi  siostra,  ja  muszę
dostać się do gabinetu ojca

Dominika.

background image

-  Ojciec  Dominik  -  odparła  siostra  Ernestyna  lodowato  -
jest dzisiaj ogromnie zajęty.

Rozmawia  właśnie  z  policją  na  temat  nieszczęsnych
wypadków dzisiejszej nocy. Będzie miał

czas dla interesantów najwcześniej po lunchu.

Wiem, że to raczej niewłaściwe wyobrażać sobie, jak się
powala zakonnicę ciosem

karate, ale nic nie mogłam na to poradzić. Doprowadzała
mnie do szału.

-  Proszę  posłuchać,  siostro,  ojciec  Dominik  prosił,  abym
zgłosiła się do niego dziś

rano. Przyniosłam pewne, hm, dokumenty ze starej szkoły,
które dyrektor chciał zobaczyć.

Musiałam  sprowadzić  je  FedEksem  z  Nowego  Jorku,
właśnie dotarły, więc...

Myślałam,  że  z  tymi  dokumentami  i  FedEksem  to  dobre
zagranie i dowód

przytomności  umysłu,  ale  siostra  Ernestyna  wyciągnęła
rękę, mówiąc:

background image

-  Daj  mi  je,  a  z  największą  chęcią  zaniosę  je  ojcu
Dominikowi. Cholera!

-  Eee  -  mruknęłam,  przechodząc  na  pozycje  obronne  -
nieważne. No, to chyba... chyba

pójdę do niego po lunchu.

Siostra  Ernestyna  posłała  mi  spojrzenie  mówiące:  „Aha,
właśnie, tak myślałam”, a

następnie  skierowała  uwagę  na  jakieś  niewinne  dziecię,
które popełniło błąd, pojawiając się w

szkole  w  levisach,  co  stanowiło  jaskrawe  pogwałcenie
obowiązujących w szkole reguł

dotyczących stroju.

- To są moje jedyne czyste spodnie! - zawyło dziecię, ale
to nie wzruszyło siostry

Ernestyny.  Stała  jak  skała,  nadal  blokując  przejście  do
gabinetu dyrektora i notując coś w

czarnym notesiku.

Nie miałam wyboru, musiałam iść na lekcję. Poza tym, co
takiego mogłabym

background image

powiedzieć ojcu Dominikowi, czego sam nie wie? Z całą
pewnością zdaje sobie sprawę, że to

Heather  zdewastowała  pół  szkoły,  ja  natomiast  rozbiłam
okno w klasie pana Waldena.

Prawdopodobnie  nie  był  zachwycony  rezultatami  moich
starań, więc po co mu się narzucać?

Powinnam raczej schodzić mu z drogi.

Pozostawało jednak pytanie... co z Heather?

Sądzę,  że  nadal  dochodziła  do  siebie  po  wybuchu
wściekłości poprzedniej nocy. W

drodze  na  lekcję  nie  zauważyłam  nigdzie  śladu  jej
obecności i to mnie ucieszyło. Ojciec Dom

i  ja  zyskaliśmy  trochę  czasu,  żeby  wymyślić  jakiś  plan
działania, zanim uderzy ponownie.

Na lekcji usiłowałam przekonać samą siebie, że wszystko
będzie dobrze. Nie mogłam

jednak pozbyć się wyrzutów sumienia w stosunku do pana
Waldena. Zniszczenie drzwi do

klasy  zniósł  dość  dobrze.  Nie  wydawało  się  również,

background image

żeby martwił się jakoś strasznie z

powodu  wybitego  okna.  Cała  szkoła,  naturalnie,  huczała
od plotek na ten temat. Byli tacy,

którzy twierdzili, że pozbawienie Junipero Serry głowy to
zwykły kawał najstarszego

rocznika. Kiedyś, jak opowiedziała mi Cee Cee, najstarsi
uczniowie obwiązali dzwony

poduszkami,  więc  kiedy  zaczęto  w  nie  bić,  rozległy  się
jedynie stłumione pacnięcia. Teraz,

zdaje się, podejrzewano, że to coś podobnego.

Gdyby znali prawdę. Krzesło Heather obok Kelly Prescott
nadal pozostawało

znacząco  puste,  a  jej  szafka  ciągle  nie  dawała  się
otworzyć w związku z wypaczeniem

drzwiczek, do którego doszło, kiedy ją na nie pchnęłam.

Ironia  losu  sprawiła,  że  kiedy  przypomniałam  sobie  to
wydarzenie, Kelly Prescott

podniosła rękę i zapytała pana Waldena, czyjego zdaniem
to sprawiedliwe, że w związku z

background image

decyzją wielebnego Constantine'a msza żałobna w intencji
Heather się nie odbędzie.

Pan  Walden  oparł  się  na  krześle  i  położył  obie  nogi  na
biurku.

- Nie patrz na mnie - powiedział. - Ja tutaj tylko pracuję.

-  No,  tak  -  mruknęła  Kelly.  -  Czy  nie  uważacie,  że  to
niesprawiedliwe? - zwróciła się

do  całej  klasy.  Jej  obramowane  tuszem  oczy  wyrażały
prośbę. - Heather Chambers chodziła

tutaj  przez  dziesięć  lat.  To  niewybaczalne,  że  jej  pamięć
nie zostanie uczczona w jej szkole.

A, prawdę mówiąc, uważam, że to, co stało się wczoraj,
to był znak.

Pan Walden wydawał się ogromnie rozbawiony.

- Znak, Kelly?

-  Tak  jest.  Wierzę,  że  wypadki  ostatniej  nocy  oraz  to,  co
spotkało Bryce'a - łączy się

ze  sobą.  Nie  sądzę,  że  posąg  ojca  Serry  został
zbezczeszczony przez wandali, ale przez

background image

anioły.  Anioły,  które  mają  za  złe  to,  iż  wielebny
Constantine nie pozwala rodzicom Heather

na urządzenie jej tutaj pogrzebu.

W  klasie  rozległ  się  szmer.  Patrzono  z  niepokojem  na
krzesło Heather. Normalnie

niechętnie wypowiadam się w szkole publicznie, ale tego
nie mogłam puścić mimo uszu.

Odezwałam się więc:

-  Chcesz  zatem  powiedzieć,  Kelly,  że  twoim  zdaniem,  to
anioł wybił to okno za moimi

plecami?

Kelly  musiała  odwrócić  się  na  krześle,  żeby  na  mnie
spojrzeć.

- Cóż - powiedziała. - To mogło...

- Dobrze. Myślisz, że to anioły wyważyły drzwi do klasy,
odcięły głowę posągu i

nabałaganiły na dziedzińcu?

Kelly wysunęła wyzywająco brodę.

background image

-  Tak.  Zgadza  się.  Anioły,  które  rozgniewały  się  na
wielebnego Constantine'a za to, że

nie  pozwolił  nam  wyprawić  mszy  żałobnej  za  duszę
Heather.

Pokręciłam głową.

- Bzdura - oznajmiłam. Kelly uniosła brwi.

- Przepraszam?

-  Powiedziałam,  że  to  bzdura,  Kelly.  Sądzę,  że  twoja
teoria jest bzdurna.

Twarz  Kelly  przybrała  interesujący  odcień  czerwieni.
Podejrzewam, że zaczęła

żałować, że zadała to pytanie.

-  Nie  wiesz,  czy  to  nie  były  anioły,  Suze  -  odezwała  się
szorstko.

-  Otóż  przypadkiem  wiem.  Ponieważ,  o  ile  mi  wiadomo,
anioły nie krwawią, a tutaj

wszędzie na wykładzinie znaleziono krew wandala, który
zranił się podczas włamania.

background image

Dlatego  policja  wycięła  kawałki  chodników  i  zabrała  je
do laboratorium.

Nie  tylko  Kelly  sapnęła  ze  zdumienia.  Wszystkich  to
zaskoczyło. Zapewne nie

należało  wspominać  o  krwi,  zwłaszcza  że  była  moja,  ale
mój Boże, nie mogłam pozwolić,

żeby bajdurzyła o tych aniołach. Anioły, cholera jasna. Co
jej się roi? Myśli, że to Autostrada

do nieba ?

-  W  porządku  -  powiedział  pan  Walden.  -  Tym  miłym
akcentem zakończymy tę

dyskusję.  Pora  na  lekcję.  Susannah,  czy  możesz  zostać
chwilę?

Cee  Cee  odwróciła  się  do  mnie,  unosząc  do  góry  białe
brwi.

- No, to masz przechlapane, bidulo - syknęła.

Nie wie nawet, do jakiego stopnia ma rację. Wystarczyło
spojrzeć na bandaż na moim

nadgarstku,  aby  się  domyślić,  że  o  pochodzeniu  tej  krwi

background image

mam wiadomości z „pierwszej ręki”.

Z  drugiej  strony,  nie  było  powodu,  żeby  mnie
podejrzewać, prawda?

Z  duszą  na  ramieniu  podeszłam  do  biurka  pana  Waldena.
On zamierza cię wydać,

myślałam rozpaczliwie. Ale się wkopałaś, Simon.

Ale  pan  Walden  pragnął  jedynie  pochwalić  mnie  za
przypisy w wypracowaniu o

bitwie pod Bladensburgiem, które rzuciły mu się w oczy,
gdy oddawałam pracę.

- Eee. To naprawdę nic takiego, proszę pana.

-  Tak,  ale  przypisy...  -  westchnął.  -  Nie  widziałem
właściwie opracowanych przypisów

od  czasów,  gdy  uczyłem  w  college'u.  Wykonałaś  dobrą
robotę.

Wymamrotałam  skromne  „dziękuję”.  Nie  chciałam
wdawać się w wyjaśnienia, że

moja rozległa wiedza na temat bitwy pod Bladensburgiem
wzięła się stąd, że kiedyś

background image

pomogłam  weteranowi  tej  bitwy  naprowadzić  jego
następców na zakopaną w ziemi torbę z

pieniędzmi, którą zgubił w ogniu walki. Przedziwne, jakie
rzeczy nie dają ludziom spokojnie

żyć... czy też raczej zaznać spokoju po śmierci.

Już miałam powiedzieć panu Waldenowi, że w normalnej
sytuacji wolałabym

posiedzieć  z  nim  i  porozmawiać  na  temat  słynnych
amerykańskich bitew, ale teraz muszę

koniecznie  pójść  sprawdzić,  czy  siostra  Ernestyna  nadal
pilnuje przejścia do gabinetu ojca

Dominika,  kiedy  słowa  pana  Waldena  sprawiły,  że
znieruchomiałam:

-  Dziwnie  się  złożyło,  że  Kelly  akurat  teraz  wspomniała
Heather Chambers, Susannah.

Spojrzałam na niego z niepokojem.

- Ach tak? Dlaczego?

- Cóż, nie wiem, czy to do ciebie dotarło, ale Heather była
wiceprzewodniczącą

background image

przedostatnich  klas.  Teraz,  kiedy  odeszła,  zbieraliśmy
głosy na nowego wice. Myśl sobie, co

chcesz,  ale  nominowano  ciebie.  Dostałaś  dwanaście
głosów.

Oczy  zaokrągliły  mi  się  jak  spodki.  Zapomniałam
kompletnie o tym, że chciałam się

zobaczyć z ojcem Dominikiem.

- Dwanaście głosów?

- Tak, wiem, to niezwykłe, prawda? To mi się nie mieściło
w głowie.

- Byłam przecież w szkole tylko jeden dzień!

-  Owszem,  ale  wywarłaś  duże  wrażenie.  Osobiście  nie
sądzę, żebyś narobiła sobie

wczoraj  wrogów,  grożąc,  że  połamiesz  palce  Debbie
Mancuso. Nie należy do najbardziej

lubianych dziewcząt w klasie.

Otworzyłam  oczy  jeszcze  szerzej.  A  więc  pan  Walden
usłyszał jednak moją cichą

background image

groźbę. Ten fakt w połączeniu z tym, iż nie ukarał mnie za
to kozą, wzbudził we mnie

szacunek, jakiego dotąd nie czułam w stosunku do żadnego
nauczyciela.

-  Och,  to,  że  odepchnęłaś  Bryce'a  Martinsona  w
momencie, gdy kawał drewna spadał

mu na głowę, też ci raczej nie zaszkodziło - dodał.

-  O  rany  -  jęknęłam.  Chyba  nie  muszę  wyjaśniać,  że  w
starej szkole nie zdarzyło mi

się  wygrać  żadnego  konkursu  na  popularność.  Nie
starałam się nigdy o miejsce w drużynie

cheerliderek czy zwycięstwo w wyborach królowej balu.
Pomijając fakt, że w dawnej szkole

zajęcie cheerliderki uważano za idiotyczną stratę czasu, a
na Brooklynie określenie „królowa”

niekoniecznie jest komplementem. Zresztą i tak nigdy bym
się nie dostała do drużyny.

Nigdzie  też,  absolutnie  nigdzie,  nie  nominowano  mnie
dotąd do czegokolwiek.

background image

Za  bardzo  mi  to  pochlebiło,  żeby  pójść  za  pierwszym
odruchem i bąknąć: „Dziękuję,

bardzo dziękuję” i uciec.

co 

zapytałam 

zamiast 

tego 

robi

wiceprzewodniczący?

Pan Walden wzruszył ramionami.

-  Głównie  pomaga  przewodniczącemu  ustalić,  na  co
wydać budżet klasowy. Nie jest

tego  dużo,  trochę  ponad  trzy  tysiące  dolarów.  Kelly  i
Heather miały zamiar zorganizować

wieczór taneczny w Carmel Inn, ale...

-  Trzy  tysiące  dolarów?  -  Szczęka  prawdopodobnie
opadła mi do kolan, ale nie

przejęłam się tym.

- Tak, wiem, że to niedużo...

-  I  możemy  je  wydać,  jak  nam  się  podoba?  -  Kręciło  mi
się w głowie. - Jak byśmy

chcieli,” na przykład, urządzić jakieś imprezy połączone z

background image

gotowaniem na plaży, to nie

byłoby problemu?

Pan Walden spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

-  Oczywiście.  Chociaż  reszta  klasy  musi  wyrazić  zgodę.
Mam wrażenie, że

administracja  może  zaproponować  zużycie  pieniędzy  na
naprawę posągu ojca Serry, ale...

Cokolwiek  pan  Walden  chciał  powiedzieć,  nie  dane  mu
było skończyć. Do klasy

wpadła  Cee  Cee.  Za  przyciemnionymi  szkłami  okularów
widać było jej szeroko otwarte z

przerażenia oczy.

-  Chodź  szybko!  -  wrzasnęła.  -  Był  wypadek!  Ojciec
Dominik i Bryce Martinson...

Odwróciłam się natychmiast.

- Co? - zapytałam ostrzej, niż zamierzałam. - Co z nimi?

- Chyba nie żyją!

background image

14

Biegłam  tak  szybko,  że  później  siostra  Mary  Claire,
trenerka lekkoatletyki, pytała

mnie,  czy  nie  chciałabym  starać  się  o  przyjęcie  do
drużyny.

Cee  Cee  pomyliła  się  jednak  co  do  trzech  rzeczy.  Ojciec
Dominik nie zginął. Bryce

również nie.

No i w całym wydarzeniu nie było cienia przypadku.

Z tego, co dotarło do wiadomości publicznej, rzecz miała
się następująco: Bryce z

jakiegoś  powodu,  nikt  nie  wiedział  z  jakiego,  wszedł  do
gabinetu dyrektora. Może po

przepustkę w związku z tym, że się spóźnił, ponieważ nie
było go na apelu. Bryce stał przed

biurkiem sekretarki pod ogromnym krucyfiksem, o którym
Adam mówił, że spłynie

background image

krwawymi  łzami,  jeśli  jakaś  dziewica  ukończy  Szkołę
Misyjną (sekretarki akurat nie było na

miejscu; podawała kawę policjantom, którzy nadal kręcili
się po dziedzińcu), kiedy ogromny

krzyż zsunął się nagle ze ściany. Ojciec Dominik otworzył
właśnie drzwi i zobaczył zsu-

wający  się  krzyż,  który  z  pewnością  rozbiłby  Bryce'owi
czaszkę, gdyby ojciec Dominik nie

zdążył  go  odsunąć.  Skończyło  się  na  złamaniu  kości
obojczyka.

Na  nieszczęście  ojciec  Dominik  przyjął  na  siebie  ciężar
spadającego krzyża, który

przycisnął go do podłogi, łamiąc mu większość żeber oraz
nogę.

Pan  Walden  z  gromadką  sióstr  próbował  zagnać  nas  do
klas z dziedzińca, gdzie

staliśmy  tłumnie,  czekając,  aż  ojciec  Dominik  i  Bryce
wyłonią się z gabinetu dyrektora. Kilka

osób odeszło, kiedy siostra Ernestyna zagroziła wszystkim
zostaniem po lekcjach, ale nie ja.

background image

Musiałam  się  upewnić,  czy  nic  im  się  nie  stało.  Siostra
Ernestyna rzuciła coś na ten temat, że

panna  Simon  nie  zdaje  sobie  sprawy,  jak  nieprzyjemne
bywa zostanie po lekcjach w Szkole

Misyjnej.  Zapewniłam  siostrę  Ernestynę,  że  jeśli  ma  na
myśli karę fizyczną, to wezwę mamę,

dziennikarkę lokalnej telewizji, która zjawi się w szkole z
kamerami szybciej, niż trwa

zmówienie jednego Zdrowaś Mario.

To jej zamknęło buzię.

Wkrótce  potem  zauważyłam  Profesora,  który  przecisnął
się do mnie.

-  Co  ty  tu  robisz?  -  zapytałam,  spoglądając  na  niego  z
góry. Małe dzieci zwykle

przebywają w innej części budynku.

-  Chcę  zobaczyć,  czy  nic  mu  nie  jest.  -  Na  bladej  twarzy
Profesora piegi rysowały się

niezwykle wyraźnie.

background image

-  Wpakujesz  się  w  kłopoty  -  ostrzegłam  go.  -  Siostra
Ernestyna z zapałem spisuje

nazwiska.

-  Nie  obchodzi  mnie  to  -  powiedział  Profesor.  -  Muszę
zobaczyć.

Wzruszyłam  ramionami.  Śmieszny  dzieciak  ten  Profesor.
W niczym nie przypomina

swoich starszych braci, a nie chodzi wcale o rude włosy.
Przypomniałam sobie kpiącą uwagę

Przyćmionego  o  kluczykach  samochodowych  i  „duchu
Dawida” i zastanowiłam się na ile,

jeśli  w  ogóle,  Profesor  orientuje  się,  co  kryje  się  za
ostatnimi wydarzeniami w szkole.

Trwało  to,  jak  się  wydawało,  wieki,  ale  w  końcu
wyniesiono ich z gabinetu. Pierwszy

ukazał  się  Bryce,  jęczący  na  noszach  jak,  z  przykrością
stwierdzam, małe dziecko. Wiele razy

miałam połamane i przemieszczone kości i wierzcie mi, to
boli, ale nie aż tak, żeby leżeć i

background image

biadolić.  Zwykle  w  takich  wypadkach  nawet  nie
zauważam, że coś mi się stało. Jak na

przykład  poprzedniej  nocy.  Kiedy  naprawdę  boli,  jestem
w stanie tylko się śmiać, ponieważ

ból jest taki silny, że to aż śmieszne.

Dobra, przyznaję, że Bryce stracił w moich oczach, kiedy
zobaczyłam, że zachowuje

się jak mazgaj...

A  zwłaszcza  kiedy  ujrzałam  ojca  Doma,  którego
sanitariusze wynieśli w drugiej

kolejności. Był nieprzytomny, potargany, nad jego prawym
okiem widniała poszarpana,

częściowo  przykryta  gazą,  rana.  Nie  jadłam  śniadania  i
teraz widok biednego ojca Dominika z

zamkniętymi  oczami,  bez  okularów,  sprawił,  że  trochę
zakręciło mi się w głowie.

Musiałam 

faktycznie 

się 

zachwiać 

pewnie

przewróciłabym się, gdyby Profesor nie

złapał mnie za rękę, mówiąc poufnym tonem:

background image

- Wiem. Widok krwi też na mnie źle działa.

Ale  to  nie  od  widoku  krwi  ojca  Dominika,  sączącej  się
przez bandaże, zrobiło mi się

słabo. Uświadomiłam sobie, że zawiodłam. Zawiodłam na
całej linii. Ślepy przypadek

sprawił,  że  Heather  nie  zdołała  ich  zabić.  Żyli  dzięki
szybkiemu refleksowi ojca Dorna. Nie

dzięki mnie. Ja nie miałam z tym nic wspólnego.

Gdybym poradziła sobie lepiej poprzedniej nocy, w ogóle
by do tego nie doszło. W

żaden sposób.

Poczułam wściekłość. Zimną wściekłość.

Zrozumiałam nagle, co należy zrobić.

-  Czy  w  szkole  jest  komputer?  -  zwróciłam  się  do
Profesora. - Z dostępem do

Internetu?

-  Pewnie  -  odparł  zaskoczony  Profesor.  -  W  bibliotece.
Dlaczego?

background image

Puściłam jego rękę.

- Nieważne. Wracaj na lekcję.

- Suze...

-  Każdy,  kto  w  ciągu  minuty  nie  wróci  do  klasy  -
oświadczyła siostra Ernestyna

stanowczo - zostanie zawieszony, aż do odwołania!

Profesor pociągnął mnie za rękaw.

- Co się dzieje? - nie ustępował. - Do czego potrzebny ci
komputer?

- Nic - powiedziałam. Za bramą z kutego żelaza, wiodącą
na parking, sanitariusze

właśnie  zatrzasnęli  drzwi  karetki.  W  chwilę  później
odjechali z wyciem syren, w blasku

migających  świateł.  -  Tylko...  to  jest  coś,  czego  byś  nie
zrozumiał, Dawidzie. To nic

naukowego.

Profesor wyglądał na mocno urażonego.

background image

-  Rozumiem  mnóstwo  rzeczy,  które  nie  należą  do  świata
nauki. Na przykład muzykę.

Sam  nauczyłem  się  grać  Szopena  na  keyboardzie.  To  nie
jest nic naukowego. Przyjemność

obcowania  z  muzyką  czy  sztuką  w  ogóle  to  kwestia
emocji. Rozumiem muzykę i sztukę.

Więc  nie  krępuj  się,  Suze  -  ciągnął  -  możesz  mi
powiedzieć. Czy to ma coś wspólnego z...

tym, o czym mówiliśmy wczoraj wieczorem?

Odwróciłam się, patrząc na niego ze zdumieniem.

-  To  logiczna  konkluzja.  -  Wzruszył  ramionami.  -
Dokonałem pobieżnych oględzin

posągu.  Pobieżnych,  gdyż  nie  zdołałem  podejść
dostatecznie blisko ze względu na taśmę i

zespół prowadzący śledztwo. Nie doszukałem się śladów
piły czy innych wskazówek, w jaki

sposób  odcięto  głowę.  Brązu  nie  da  się  ciąć  równie
czysto bez użycia ciężkich maszyn, ale

takie urządzenia nigdy by się nie zmieściły...

background image

-  Panie  Ackerman!  -  Ton  siostry  Ernestyny  nie  był
bynajmniej żartobliwy. - Czy chce

pan, abym pana zapisała?

- Nie - bąknął poirytowany Dawid.

- Nie, co?

- Nie, siostro. - Spojrzał na mnie przepraszająco. - Chyba
muszę już iść. Ale

porozmawiamy  o  tym  wieczorem  w  domu,  dobrze?
Znalazłem coś o... wiesz, o tym, o co

prosiłaś.  Pamiętasz?  -  Popatrzył  na  mnie  znacząco.  -  O
domu.

- Och. Świetnie.

- Panie Ackerman?

Dawid odwrócił się do zakonnicy.

-  Proszę  chwilę  poczekać,  dobrze,  siostro?  Właśnie
próbuję z kimś porozmawiać.

Cała  krew  odpłynęła  z  twarzy  tej  niemłodej  już  kobiety.
To było niesamowite.

background image

Zareagowała tak dziecinnie, jakby to ona miała dwanaście
lat, a nie mój brat.

-  Chodź  ze  mną,  miody  człowieku  -  syknęła,  chwytając
Dawida za ucho. - Widzę, że

siostra przyrodnia nakarmiła cię jakimiś wielkomiejskimi
pomysłami dotyczącymi tego, jak

mały chłopiec ma się zwracać do starszych...

Dawid  jęknął  niczym  zranione  zwierzę,  ale  poszedł  z
zakonnicą zgarbiony z bólu.

Przysięgam,  że  nic  bym  nie  zrobiła,  gdybym  nagle  nie
zauważyła Heather stojącej w bramie i

śmiejącej się do rozpuku.

- O, Boże - zawołała, rżąc ze śmiechu. - Gdybyś widziała
swoją minę, jak się

dowiedziałaś,  że  Bryce  nie  żyje!  Przysięgam!  To
najśmieszniejsza rzecz, jaką widziałam! -

Odrzuciła  do  tyłu  długie  włosy.  -  Wiesz  co?  Dzisiaj
załatwię jeszcze paru ludzi w podobny

sposób. Może zacznę od tego małego, tam...

background image

Zrobiłam krok w jej stronę.

-  Tylko  dotknij  mojego  brata,  a  odeślę  cię  prosto  do
grobu, z którego się wyczołgałaś.

Heather  parsknęła  śmiechem,  za  to  siostra  Ernestyna,
która, jak sobie właśnie

uświadomiłam,  wzięła  moje  słowa  do  siebie,  puściła
Dawida tak gwałtownie, jakby dzieciak

nagle stanął ' w płomieniach.

- Coś ty powiedziała?

Zakonnica  spurpurowiała  na  twarzy.  Za  jej  plecami
Heather chichotała radośnie.

-  No,  teraz  będziesz  miała  za  swoje.  Przez  tydzień
zostajesz po lekcjach!

W tym momencie duch zniknął, a ja musiałam radzić sobie
z bałaganem, jaki zostawił.

Ku  mojemu  zdumieniu  siostra  Ernestyna  była  w  stanie
jedynie patrzeć na mnie

szeroko  otwartymi  oczami.  Dawid  rozcierał  ucho,
wyraźnie oszołomiony.

background image

-  Wrócimy  do  naszych  klas  -  wykrztusiłam.  -
Niepokoiliśmy się tylko o ojca Dominika

i chcieliśmy go pożegnać. Dziękujemy, siostro.

Siostra  Ernestyna  nadal  gapiła  się  na  mnie.  Nie
wypowiedziała ani słowa. Była kobietą

pokaźnych rozmiarów, nie taką wysoką, jak ja na obcasach
- dziś miałam na sobie czarne

botki - ale dużo tęższą, z wyjątkowo pokaźnym biustem, na
którym wisiał srebrny krzyż.

Patrząc na mnie, odruchowo dotykała go palcami. Później
Adam, który obserwował całą tę

scenę,  twierdził,  że  siostra  Ernestyna  trzymała  krzyż,
jakby miał ją przede mną obronić. To

nieprawda.  Dotykała  krzyża,  jakby  nie  była  pewna,  czy
nadal tam jest. A był. Zdecydowanie

był.

To  chyba  wtedy  Profesor  przestał  być  dla  mnie
Profesorem, a stał się Dawidem.

- Nie martw się - powiedziałam, kiedy każde z nas miało

background image

pójść w swoją stronę.

Wydawał  się  taki  przygnębiony  i  milutki  z  tymi  rudymi
włosami, piegowatą buzią i

odstającymi  uszami.  Zmierzwiłam  mu  lekko  czuprynę.  -
Wszystko będzie dobrze.

Dawid podniósł głowę.

- Skąd wiesz? - zapytał. Cofnęłam rękę.

Ponieważ  prawda  była  taka,  że  oczywiście,  nie
wiedziałam, czy wszystko będzie

dobrze. Nie miałam o tym zielonego pojęcia.

background image

15

Tuż  po  lunchu  złapałam  Adama.  Prawie  całą  lekcję
spędziłam w bibliotece, gapiąc się

w ekran komputera. Nic nie jadłam, ale prawdę mówiąc,
w ogóle nie byłam głodna.

- Cześć - powiedziałam, siadając obok niego i zakładając
nogę na nogę, tak że czarna

spódnica podjechała odrobinę do góry. - Przyjechałeś dziś
do szkoły samochodem?

Adam  uderzył  się  w  pierś.  Zakrztusił  się  fritosem  w
momencie, kiedy się dosiadłam.

Kiedy wreszcie udało mu się przełknąć, oznajmił dumnie:

- Pewnie, że tak. Odkąd zrobiłem prawo jazdy, jeżdżę jak
stary. Szkoda, że nie

pojechałaś  z  nami  wczoraj  wieczorem,  Suze.  Było  super.
Wpadliśmy najpierw do Coffee

Clutch, a potem przejechaliśmy się Seventeen Mile Drive.
Przeżyłaś coś podobnego?

background image

Rany, przy wczorajszym księżycu ocean był taki piękny...

- Czy zechciałbyś zabrać mnie gdzieś po szkole?

Adam  zerwał  się  z  miejsca,  płosząc  dwie  tłuste  mewy,
siedzące niedaleko ławki, którą

dzielił z Cee Cee.

- Żartujesz? Powiedz tylko dokąd, Suze, a zabiorę cię tam.
Vegas? Chcesz jechać do

Vegas? Nie ma sprawy. No, wiesz, ja mam szesnaście lat,
ty masz szesnaście lat. Możemy się

tam pobrać bez problemu. Rodzice pozwolą nam mieszkać
razem u nas w domu, spokojna

głowa. Nie masz nic przeciwko temu, żeby dzielić ze mną
pokój, prawda? Przysięgam, że

będę po sobie sprzątał...

-  Adamie  -  wtrąciła  się  Cee  Cee  -  nie  świruj.  Wątpię,
żeby chciała za ciebie wyjść.

-  Nie  sądzę,  aby  to  był  dobry  pomysł  poślubić  kogoś,
zanim rozwód z moim

background image

pierwszym 

mężem 

nie 

zostanie 

sfinalizowany 

-

stwierdziłam z powagą. - Chciałabym

pojechać do szpitala i zobaczyć się z Bryce'em.

Adam przygarbił się.

-  Och  -  powiedział  niewątpliwie  bardzo  rozczarowany.  -
Tylko tyle?

Zrozumiałam,  że  powiedziałam  coś  niewłaściwego.  Nie
mogłam tego odkręcić. Cee

Cee pomogła mi, na szczęście, mówiąc z namysłem:

-  Wiecie,  historia  o  tym,  jak  Bryce  i  ojciec  Dominik
dzielnie zmagają się ze słabością,

dochodząc  do  zdrowia,  nie  byłaby  złym  materiałem  na
artykuł. Czy nie masz nic przeciwko

temu, żebym się z wami zabrała?

- Ani trochę. - Kłamałam, oczywiście. Przy Cee Cee może
być mi trudno zrobić to, co

zamierzam, nie wdając się w zbędne wyjaśnienia...

A mam wybór? Żadnego.

background image

Kiedy  już  zapewniłam  sobie  transport,  zaczęłam  się
rozglądać za Przyćmionym.

Znalazłam  go  opartego  o  ogrodzenie,  pogrążonego  w
drzemce. Szturchnęłam go stopą. Kiedy

łypnął  na  mnie  zza  okularów  przeciwsłonecznych,
powiedziałam, żeby nie czekał po szkole,

bo wracam z kimś innym. Burknął coś i znów zasnął.

Potem odnalazłam automat telefoniczny. Dziwne, kiedy się
nie zna numeru telefonu

własnej  mamy.  Nadal  pamiętam  nasz  numer  brookliński,
ale nie mam pojęcia, jaki jest nasz

miejscowy  telefon.  Dobrze,  że  zapisałam  go  w  notesie.
Otworzyłam na S - jak Simon - i był

tam. Wybrałam go. Wiedziałam, że nikogo nie ma w domu,
ale chciałam się zabezpieczyć na

wszystkich 

frontach. 

Powiedziałam 

automatycznej

sekretarce, że mogę wrócić później,

ponieważ  po  szkole  wybieram  się  gdzieś  z  nowymi
przyjaciółmi. Wiedziałam, że mama

background image

będzie  zachwycona,  kiedy  to  usłyszy.  Na  Brooklynie
martwiła się, że jestem aspołeczna.

Powtarzała  do  znudzenia:  „Suzie,  jesteś  taką  ładną
dziewczyną. Nie mogę zrozumieć,

dlaczego żaden chłopak nigdy do ciebie nie dzwoni. Może
gdybyś nie robiła wrażenia takiej...

twardej.  Co  ty  na  to,  żeby  odstawić  na  trochę  skórzaną
kurtkę?”

Prawdopodobnie  umarłaby  z  radości,  gdyby  znalazła  się
na parkingu przed szkołą po

lekcjach  i  usłyszała  Adama,  kiedy  podchodziłam  do
samochodu.

-  Och,  Cee  Cee,  oto  i  ona.  -  Adam  otworzył  przede  mną
drzwi samochodu, który

okazał  się  przypadkiem  nowym  volkswagenem  bugsem.
Przypuszczam, że rodzice Adama nie

narzekają specjalnie na brak pieniędzy.

-  Chodź,  Suze,  usiądź  z  przodu,  przy  mnie.  Zerknęłam
przez okulary

background image

przeciwsłoneczne.  Poranna  mgła  zniknęła  jak  zwykle  bez
śladu i teraz, o trzeciej po południu,

słońce  stało  wysoko  na  doskonale  czystym  błękitnym
niebie.

- Eee, nie, Cee Cee była pierwsza. Usiądę z tyłu. Nie ma
problemu.

-  W  żadnym  wypadku.  -  Adam  stał  obok  samochodu,
wciąż trzymając drzwi. - Jesteś

nową dziewczyną. Nowa dziewczyna siada z przodu.

-  Taak  -  odezwała  się  Cee  Cee  z  czeluści  tylnego
siedzenia - dopóki mu nie

oświadczysz,  że  nie  pójdziesz  z  nim  do  łóżka.  Wtedy
ciebie także releguje na tyły.

Adam odezwał się głosem z Czarodzieja z krainy Oz:

Nie zwracaj uwagi na człowieka za kotarą. Wślizgnęłam
się więc na przednie

siedzenie, a Adam delikatnie zamknął drzwi.

-  Mówisz  poważnie?  -  zapytałam  Cee  Cee,  odwracając
się, podczas gdy Adam okrążał

background image

samochód, żeby usiąść za kierownicą.

Cee Cee wytrzeszczyła oczy.

-  Czy  naprawdę  myślisz,  że  ktoś  mógłby  pójść  z  nim  do
łóżka? Przełknęłam to.

- Rozumiem - powiedziałam. - A zatem, nie.

-  Zgadza  się  -  powiedziała  Cee  Cee  w  momencie,  gdy
Adam siadał za kierownicą.

- A więc - odezwał się, poruszając palcami w powietrzu
przed włączeniem zapłonu. -

Myślę, że cała ta sprawa z posągiem, ojcem Dominikiem i
Bryce'em zestresowała nas

wszystkich. U moich rodziców jest sauna, idealne miejsce
na odreagowanie po takich

przeżyciach  jak  dzisiejsze,  więc  proponuję,  żebyśmy
najpierw udali się do mnie i trochę się

odmoczyli...

- Coś ci powiem - przerwałam mu. - Dajmy sobie na razie
spokój z sauną i jedźmy

background image

prosto do szpitala. Może później będzie trochę czasu...

- Tak. - Adam był wniebowzięty. - Bóg istnieje. Cee Cee
na to, z tylnego siedzenia:

-  Powiedziała  „może”,  baranie.  Boże,  spróbuj  się
opanować. Adam spojrzał na mnie

przelotnie, wyjeżdżając z parkingu.

- Czy jestem zbyt nachalny?

- Hm - mruknęłam. - Może...

-  Chodzi  o  to,  że  już  strasznie  dużo  czasu  minęło,  odkąd
pokazała się tutaj jakaś

choćby  trochę  interesująca  dziewczyna.  -  Adam,  jak
zauważyłam z ulgą, był bardzo

ostrożnym  kierowcą.  W  przeciwieństwie  do  Śpiącego,
który, jak się wydaje, uważał, że znaki

„stop”  oznaczają  w  istocie  „zwolnij”.  -  Wiesz,  przez
szesnaście lat otaczały mnie Kelly

Prescotty  i  Debbie  Mancusosy.  To  taka  ulga,  że  dla
odmiany pojawiła się Susannah Simon.

background image

Wbiłaś  Kelly  w  podłogę  dzisiaj  rano  uwagą:  „Hm,  czy
anioły zostawiają krwawe plamy? Nie

sądzę”.

Adam ciągnął w tym duchu przez resztę drogi do szpitala.
Nie byłam pewna, jak Cee

Cee  to  zniesie.  O  ile  się  nie  mylę,  ona  czuje  do  niego  to
samo, co on najwyraźniej czuje do

mnie. Nie sądzę jednak, żeby jego zauroczenie moją osobą
było poważne. W przeciwnym

razie nie żartowałby sobie w ten sposób. Uczucia Cee Cee
wydawały mi się za to głębsze.

Och,  mogła  się  z  nim  drażnić,  a  nawet  obrażać,  ale  parę
razy spojrzałam w tylne lusterko i

złapałam  ją  na  tym,  jak  wpatruje  się  w  tył  jego  głowy
wzrokiem, który można by określić

jedynie jako cielęcy.

Ale  tylko  wtedy,  kiedy  miała  pewność,  że  on  tego  nie
widzi. Kiedy Adam zatrzymał

się  przed  szpitalem,  pomyślałam,  że  przez  pomyłkę

background image

zaparkował przed jakimś klubem albo

prywatną  rezydencją.  W  porządku,  naprawdę  wielką
prywatną rezydencją ale cóż, trzeba

obejrzeć niektóre takie miejsca w dolinie.

Po  chwili  spostrzegłam  dyskretną  tabliczkę  z  napisem
SZPITAL. Wysiedliśmy z

samochodu  i  ruszyliśmy  przez  nienagannie  utrzymany
ogród z klombami pełnymi barwnych

kwiatów.  Dokoła  uwijały  się  kolibry,  zauważyłam  też
więcej tych palm, o których myślałam,

że nie występują tak daleko na północ od równika.

W informacji zapytałam o pokój Bryce'a Martinsona. Nie
byłam pewna, czy go

rzeczywiście  przyjęto,  ale  wiedziałam  z  doświadczenia,
niestety z pierwszej ręki, że każda

ofiara  wypadku  z  urazami  głowy  zostaje  w  szpitalu  na
obserwację, przynajmniej na jedną noc.

I miałam rację. Bryce i ojciec Dominik znajdowali się w
szpitalu, umieszczeni w dwóch

background image

pokojach naprzeciwko siebie.

Nie byliśmy jedynymi odwiedzającymi. W pokoju Bryce'a
panował tłok. Wydaje się,

że  nie  było  żadnych  ograniczeń  co  do  liczby  gości,  bo  w
pokoju Bryce'a na oko znajdowała

się  większość  najstarszego  rocznika  Szkoły  Misyjnej.  Na
środku słonecznego wesołego

pokoju,  w  którym  na  każdej  płaskiej  powierzchni  stały
wazony z kwiatami, leżał Bryce z

zagipsowanym  ramieniem  i  prawą  ręką  na  wyciągu.
Wyglądał dużo lepiej niż rano,

prawdopodobnie  dlatego,  że  naszpikowano  go  środkami
znieczulającymi. Kiedy ujrzał mnie

w progu, jego twarz rozjaśnił niezbyt inteligentny uśmiech.

- Suze! - zawołał.

Wymówił to „su - u - z”, tak, jakby moje imię składało się
z więcej niż jednej sylaby.

-  Cześć,  Bryce  -  bąknąłem,  nagle  onieśmielona.  Wszyscy
w pokoju odwrócili się, żeby

background image

zobaczyć,  do  kogo  Bryce  mówi.  Przeważały  dziewczyny.
Zrobiły to, co robi większość

dziewcząt - zlustrowały mnie od stóp do głów, a dziś rano
nie wzięłam prysznica, ponieważ

bardzo  się  śpieszyłam,  więc  moje  włosy  nie  wyglądały
szczególnie świeżo.

Potem uśmiechnęły się złośliwie.

Bryce oczywiście nie zwrócił na to uwagi. Ale tak było.

Mimo  że  nie  obchodziło  mnie,  co  banda  dziewczyn,
których nie znam i których

prawdopodobnie  nie  będę  miała  okazji  więcej  spotkać,
myśli na mój temat, zaczerwieniłam

się.

-  Hej,  wszyscy  -  Bryce  był  trochę  oszołomiony
lekarstwami. - To jest Suze. Suze, to są

wszyscy.

- Cześć, wszyscy.

-  Och,  to  ty  jesteś  tą  dziewczyną,  która  uratowała  mu

background image

wczoraj życie, siostrą przyrodnią

Jake'a  -  odezwała  się  dziewczyna  w  białej,  idealnie
wyprasowanej luźnej sukience, siedząca w

nogach łóżka Bryce'a.

- Owszem, to ja.

W  obecności  tych  wszystkich  ludzi  nie  było  sposobu,
żebym zapytała Bryce'a o to, o

co miałam go zapytać. Cee Cee zabrała Adama do pokoju
ojca Dominika, żebym mogła

spędzić trochę czasu sam na sam z Bryce'em, ale zdaje się,
na próżno. Nie miałam szansy na

rozmowę z nim chociaż przez minutę. Chyba że...

Cóż, chyba że o to poproszę.

-  Słuchajcie  -  powiedziałam.  -  Muszę  porozmawiać  z
Bryce'em w cztery oczy. Czy

macie coś przeciwko temu?

Dziewczyna na łóżku nie kryła zdumienia.

background image

- Więc rozmawiaj. Nikt ci nie przeszkadza. Spojrzałam jej
prosto w oczy i

powtórzyłam 

swoim 

najbardziej 

stanowczym

mediatorskim głosem:

- W cztery oczy.

Ktoś  gwizdnął  przeciągle,  ale  nikt  się  nie  poruszył.  W
każdym razie, dopóki nie

wtrącił się Bryce:

-  Hej,  ludzie.  Słyszeliście,  co  powiedziała.  Wyjdźcie.
Bogu niech będą dzięki za

morfinę!

Seniorzy  z  ociąganiem  opuścili  pokój,  rzucając  mi  złe
spojrzenia. Bryce uniósł rękę

podłączoną do kroplówki i zawołał:

- Hej, Suze. Chodź i popatrz na to.

Podeszłam  do  łóżka.  Teraz,  kiedy  zostaliśmy  sami,
stwierdziłam, że pokój Bryce'a jest

naprawdę  duży.  Do  tego  bardzo  wesoły,  pomalowany  na

background image

żółto, z oknem wychodzącym na

ogród.

-  Widzisz,  co  ja  mam?  -  Bryce  pokazał  mi  urządzenie
wielkości dłoni z guzikiem na

górze. - Moja własna pompka środków przeciwbólowych.
Jak tylko poczuję ból, naciskam

guzik i uwalnia się kodeina. Prosto do krwi. Fajne, co?

Facet  wyraźnie  odjechał.  To  się  rzucało  w  oczy.
Uświadomiłam sobie nagle, że moje

zadanie nie będzie takie trudne, jak myślałam.

-  To  wspaniale,  Bryce.  Naprawdę  zmartwiłam  się,  kiedy
dowiedziałam się o tym

wypadku.

- Taak. - Zachichotał głupkowato. - Szkoda, że cię tam nie
było. Miałabyś okazję,

żeby mnie uratować, tak jak wczoraj.

-  Tak.  -  Chrząknęłam  zmieszana.  -  Ostatnio  jakoś  los  cię
prześladuje.

background image

- Taak. - Powieki mu opadły i przez jedną okropną chwilę
bałam się, że zaśnie.

Otworzył jednak oczy i spojrzał na mnie smętnie. - Suze,
nie sądzę, żebym stąd wyszedł.

Wytrzeszczyłam oczy. Boże, co za dzieciak!

-  Oczywiście,  że  wyjdziesz.  Masz  tylko  zmiażdżony
obojczyk, i tyle. Dojdziesz do

siebie w mgnieniu oka.

Znowu zachichotał.

-  Nie,  nie.  Chodziło  mi  o  to,  że  nie  wyjdę  stąd  na  czas,
żeby spotkać się z tobą w

sobotę wieczór.

-  Och,  nie,  oczywiście,  że  nie.  Nie  sądzę,  żeby  to  było
możliwe. Posłuchaj, Bryce,

chcę  cię  o  coś  prosić.  Pomyślisz,  że  to  dziwne...  -  W
gruncie rzeczy, w stanie takiego

zamroczenia,  chyba  nic  nie  powinno  go  zdziwić.  -  Czy
masz jakąś rzecz, którą dostałeś od

background image

Heather?

Popatrzył na mnie półprzytomnie.

- Dostałem? Masz na myśli jakiś prezent?

- Tak.

- Cóż, owszem. Dała mi kaszmirową kamizelkę na święta.
Pokręciłam głową.

Kaszmirowa kamizelka nie przyda się do moich celów.

- Aha. Coś jeszcze? Może... swoje zdjęcie?

- Och, pewnie, pewnie. Dała mi swoje szkolne zdjęcie.

- Naprawdę? - Starałam się ukryć podniecenie. - Nie masz
go przypadkiem ze sobą?

Może w portfelu? - Szanse były nikłe, wiedziałam o tym,
ale większość ludzi porządkuje

takie rzeczy raz w roku, nie częściej...

Skrzywił  się.  Sądzę,  że  myślenie  sprawiało  mu  ból,  bo
widziałam, jak parę razy

nacisnął pompkę. Po chwili jednak się odprężył.

background image

-  Pewnie  -  powiedział.  -  Nadal  mam  jej  zdjęcie.  Mój
portfel jest w tamtej szufladzie.

Otworzyłam szufladę w stoliku obok łóżka. Cienki, czarny
skórzany portfel istotnie

znajdował  się  w  środku.  Podniosłam  go  i  otworzyłam.
Fotografię Heather znalazłam

wciśniętą  pomiędzy  złotą  kartę  American  Express  i  bilet
na wyciąg narciarski. Wyglądała

zachwycająco,  z  długimi  jasnymi  włosami  przerzuconymi
przez ramię. Patrzyła kokieteryjnie

w  obiektyw.  Na  szkolnych  zdjęciach  zawsze  wyglądam
tak, jakby ktoś przed chwilą

wrzasnął:  „Pożar!”  Nie  mieściło  mi  się  w  głowie,  żeby
chłopak, który chodził z taką

dziewczyną, mógł umówić się z dziewczyną taką jak ja.

-  Czy  mogę  pożyczyć  to  zdjęcie?  Jest  mi  do  czegoś
potrzebne. Wkrótce ci oddam.

- Pewnie, pewnie - powiedział, machnąwszy ręką.

- Dzięki. - Wsunęłam zdjęcie do plecaka akurat w chwili,

background image

gdy do pokoju wkroczyła

wysoka  kobieta  po  czterdziestce,  obwieszona  złotą
biżuterią, z pudełkiem ciastek w ręku.

-  Bryce,  kochanie,  gdzie  się  podziali  twoi  przyjaciele?
Poszłam specjalnie do cukierni

po jakieś łakocie dla nich.

- Zaraz wrócą, mamo - odparł Bryce sennym głosem. - To
jest Suze. Uratowała mi

wczoraj życie.

Pani Martinson wyciągnęła gładką opaloną rękę.

-  Milo  mi  cię  poznać,  Susan  -  powiedziała,  leciuteńko
ściskając czubki moich palców.

-  Nie  do  wiary,  co  się  przydarzyło  biednemu  Bryce'owi.
Jego ojciec jest wściekły. Jakby nie

wystarczyła historia z tą okropną dziewczyną. No, wiesz...
A teraz to. Słowo daję, tak, jakby

na szkole ciążyło przekleństwo, czy co.

- Tak. Miło mi panią poznać. Pójdę już.

background image

Nikt  nie  miał  nic  przeciwko  mojemu  odejściu.  Ani  pani
Martinson, ponieważ nie

obchodziło  jej  to  w  najmniejszym  stopniu,  ani  Bryce,  bo
właśnie zasnął.

Adam  i  Cee  Cee  stali  na  korytarzu  po  drugiej  stronie.
Kiedy do nich podeszłam, Cee

Cee położyła palec na ustach.

- Posłuchaj - szepnęła. Zaczęłam nasłuchiwać.

- To po prostu nie mogło zdarzyć się w gorszym momencie
- mówił znajomy męski

głos. - Wizyta arcybiskupa jest za niecałe dwa tygodnie...

-  Tak  mi  przykro,  Constantine.  -  Głos  ojca  Dominika
brzmiał słabo. - Wiem, w jakim

napięciu żyjecie...

-  I  w  dodatku  Bryce  Martinson!  Wiesz,  kim  jest  jego
ojciec? To jeden z najlepszych

prawników w Salinas!

-  Ojciec  Dominik  dostaje  burę  -  szepnął  Adam.  -  Biedny

background image

staruszek.

-  Chciałabym,  żeby  kazał  Constantine'owi  wskoczyć  do
jeziora. - Fiołkowe oczy Cee

Cee rozbłysły. - Wysuszona stara...

- Spróbujmy mu pomóc - szepnęłam. - Może uda się wam
odwrócić uwagę

wielebnego,  a  ja  się  dowiem,  czy  ojcu  Dominikowi
czegoś nie potrzeba. Wiecie, tak raz -

dwa, zanim stąd pójdziemy.

Cee Cee wzruszyła ramionami.

- W porządku.

- Zgoda - dodał Adam. Wobec tego zawołałam głośno:

- Ojciec Dominik? - I wpadłam do pokoju.

Pokój nie był ani taki duży, ani wesoły, jak pokój Bryce'a.
Ściany pomalowano na

beżowo,  nie  na  żółto  i  stał  w  nim  tylko  jeden  wazon  z
kwiatami. Okno wychodziło na

background image

parking.  Nikt  też  nie  podłączył  ojca  Dominika  do
urządzenia pompującego środki

znieczulające.  Nie  wiem,  jaki  rodzaj  ubezpieczenia  mają
księża, ale warunki mógłby mieć

zdecydowanie lepsze.

Stwierdzenie, że ojciec Dominik wydawał się zaskoczony
moim widokiem, byłoby

eufemizmem.  Opadła  mu  szczęka.  Nie  był  w  stanie
wydusić słowa. Na szczęście za mną

wpadła Cee Cee, wołając:

-  O,  monsignor!  Wspaniale.  Wszędzie  wielebnego
szukaliśmy. Chcielibyśmy, o ile to

możliwe,  przeprowadzić  wywiad  na  temat  wpływu
wczorajszego aktu wandalizmu na

zbliżającą  się  wizytę  arcybiskupa.  Niezbyt  dobrze  się
złożyło, prawda? Jakiś komentarz?

Może  zechciałby  wielebny  wyjść  na  korytarz,  gdzie  ja  i
mój współpracownik...

Lekko  poirytowany,  wielebny  Constantine  ruszył  za  Cee

background image

Cee, mrucząc:

- Słuchaj no, młoda damo...

Podskoczyłam  do  ojca  Dominika.  Trudno  powiedzieć,
żebym była uszczęśliwiona tym

spotkaniem.  Byłam  pewna,  że  ksiądz  raczej  nie  jest  ze
mnie zadowolony. To we mnie Heather

rzuciła  głową  ojca  Serry  i  podejrzewałam,  że  ojciec
Dominik zdaje sobie z tego sprawę i to

nie usposabia go życzliwie w stosunku do mnie.

Myliłam  się  jednak.  Dobrze  mi  idzie  odgadywanie  myśli
zmarłych, ale z żywymi

radzę sobie znacznie gorzej.

- Susannah - odezwał się ojciec Dominik łagodnie. - Co ty
tutaj robisz? Wszystko w

porządku? Bardzo się o ciebie martwiłem...

Chyba  mogłam  się  tego  spodziewać.  Ojciec  Dominik  nie
miał do mnie najmniejszych

pretensji.  Martwił  się  o  mnie,  i  tyle.  Ale  to  o  niego

background image

należało się martwić. Pomijając paskudną

ranę nad okiem, był także straszliwie blady, a nawet szary.
Tylko oczy, niebieskie jak niebo

na zewnątrz, wyglądały jak zawsze, błyszcząc mądrością i
humorem.

- O mnie? - zrobiłam wielkie oczy. - Dlaczego ksiądz się
o mnie martwił? To nie ja

dostałam krucyfiksem dziś rano.

Ojciec Dominik uśmiechnął się smutno.

-  Nie,  ale  sądzę,  że  masz  mi  coś  do  powiedzenia.
Dlaczego nie dałaś mi znać,

Susannah?  Dlaczego  nie  uprzedziłaś,  co  zamierzasz?
Gdybym wiedział, że zamierzasz

pojawić się w szkole sama, w środku nocy, nigdy bym na
to nie pozwolił.

-  Właśnie  dlatego  księdzu  nie  powiedziałam.  Ojcze,
przykro mi z powodu posągu i

drzwi do klasy pana Waldena, i w ogóle. Musiałam jednak
spróbować z nią porozmawiać sam

background image

na  sam,  rozumie  ksiądz?  Jak  kobieta  z  kobietą.  Nie
wiedziałam, że tak jej odbije.

-  A  czego  się  spodziewałaś?  Susannah,  widziałaś,  co
wczoraj próbowała zrobić temu

młodemu człowiekowi...

- Tak, ale to było dla mnie jakoś tam zrozumiałe. Ona go
kochała, jest na niego

naprawdę wściekła. Nie sądziłam, że mnie zaatakuje. Nie
miałam przecież z tym nic

wspólnego.  Chciałam  jej  tylko  uprzytomnić,  jaki  ma
wybór...

-  To  właśnie  starałem  się  zrobić,  odkąd  pojawiła  się  w
szkole.

-  Zgadza  się.  Ale  Heather  nie  odpowiada  żadna  z  opcji,
które jej przedstawiliśmy.

Mówię  księdzu,  ta  dziewczyna  zwariowała.  Teraz  się
uspokoiła, bo myśli, że zabiła Bryce'a.

Gdzieś się przyczaiła, ale już wkrótce znowu się pojawi i
Bóg jeden wie, co zrobi teraz, kiedy

background image

jest świadoma, do czego jest zdolna.

Ojciec Dominik spojrzał na mnie ciekawie, zapomniawszy
najwyraźniej o troskach

związanych ze zbliżającą się wizytą arcybiskupa.

- Co masz na myśli, mówiąc: „teraz, kiedy jest świadoma,
do czego jest zdolna”?

-  Cóż,  poprzedniej  nocy  odbyła  się  jedynie  próba
generalna. Możemy się po niej

spodziewać  bardziej  efektownych  występów,  ponieważ
teraz już wie, co potrafi.

Ojciec Dominik pokręcił głową, zaniepokojony.

- Widziałaś ją dzisiaj? Skąd to wszystko wiesz?

Nie  mogłam  powiedzieć  ojcu  Dominikowi  o  Jessie.  Po
pierwsze, to nie jego sprawa.

Bałam  się  także,  że  informacja  o  chłopaku  mieszkającym
w moim pokoju mogłaby go zaszo-

kować. Ojciec Dominik jest przecież księdzem i w ogóle.

-  Proszę  posłuchać  -  powiedziałam.  -  Dużo  myślałam  na

background image

ten temat i nie widzę innego

wyjścia.  Próbował  ksiądz  przemówić  jej  do  rozumu,  ja
też. I proszę spojrzeć, do czego nas to

doprowadziło.  Ksiądz  trafił  do  szpitala,  a  ja  muszę  się
ciągle oglądać przez ramię,

gdziekolwiek  jestem.  Uważam,  że  nadszedł  czas,  żeby  tę
sprawę rozstrzygnąć raz na zawsze.

Ojciec Dominik zamrugał nerwowo.

-  Co  masz  na  myśli,  Susannah?  O  czym  ty  mówisz?
Wciągnęłam głęboko powietrze.

- Mówię o tym, co robimy my, mediatorzy, kiedy zawodzą
wszelkie inne środki.

Nadal wyglądał na zaniepokojonego.

- Wszelkie inne środki? Obawiam się, że nie rozumiem, o
co ci chodzi.

- Mówię o egzorcyzmach.

background image

16

-  Nie  ma  mowy  -  powiedział  ojciec  Dominik.  -  Proszę
posłuchać. Nie widzę innego

wyjścia.  Ona  nie  odejdzie  z  własnej  woli,  oboje  o  tym
wiemy. A jest zbyt niebezpieczna, żeby

jej pozwolić włóczyć się po świecie bez końca. Sądzę, że
musimy dać jej kopa.

Ojciec Dominik odwrócił wzrok, wpatrując się ponuro w
jakiś punkt na suficie.

- Nie po to istniejemy, ludzie tacy jak ty i ja, Susannah —
odezwał się tak smutnym

głosem, jakiego jeszcze u niego nie słyszałam. - Jesteśmy
strażnikami strzegącymi bram życia

po  śmierci.  Pomagamy  zbłąkanym  duszom  odnaleźć
miejsce ostatecznego przeznaczenia.

Wszystkie  dusze,  którym  pomagałem,  przekroczyły  tę
bramę z własnej woli...

Taak.  Przypuszczam,  że  to  przyjemne  patrzeć  na  świat

background image

oczyma ojca Dominika. Pewnie

wydaje  się  uroczym  miejscem.  Dużo  lepszym  od  tego,  na
którym spędziłam ostatnich

szesnaście lat.

- Aleja nie widzę innego wyjścia.

-  Egzorcyzmy  -  mruknął  ojciec  Dominik.  Wymówił  to
słowo z taką odrazą, jak

„odchody” czy coś równie obrzydliwego.

-  Chwileczkę  -  powiedziałam,  żałując,  że  w  ogóle
podjęłam ten temat. - Proszę mi

wierzyć,  to  nie  jest  metoda,  którą  bym  polecała.  Nie
wydaje mi się jednak, żebyśmy w tym

wypadku  mieli  wybór.  Heather  zagraża  nie  tylko
Bryce'owi. - Nie chciałam mu mówić, że

groziła  także  Dawidowi.  Oczami  wyobraźni  widziałam,
jak zrywa się z łóżka, wrzeszcząc,

żeby dać mu kule. Ponieważ jednak wygadałam się co do
swoich planów, musiałam jakoś

background image

uzasadnić  użycie  tak  ekstremalnego  środka.  -  Stanowi
zagrożenie dla całej szkoły -

stwierdziłam. - Trzeba ją powstrzymać.

Skinął głową.

-  Tak.  Tak,  oczywiście,  masz  rację.  Susannah,  musisz  mi
jednak przyrzec, że nie

będziesz 

tego 

robiła, 

dopóki 

stąd 

nie 

wyjdę.

Rozmawiałem z lekarką, mówiła, że może mnie

wypuści  już  w  piątek.  To  da  nam  mnóstwo  czasu,  żeby
zastanowić się nad stosowną

metodologią... - Zerknął na stolik przy łóżku. - Podaj mi tę
Biblię, Susannah, dobrze? Jeśli

zastosujemy się dokładnie...

Wręczyłam mu książkę.

-  Jestem  pewna  -  oznajmiłam  -  że  znam  to  na  wyrywki.
Wbił we mnie błękitne oczy.

Szkoda,  że  jest  taki  stary  i  do  tego  ksiądz.  Ciekawe,  ile
serc złamał, zanim odkrył swoje po-

background image

wołanie.

-  Jak  to  możliwe  -  odezwał  się  -  żebyś  znała  coś  tak
skomplikowanego, jak

egzorcyzmy Kościoła rzymskokatolickiego, na wyrywki?

Poruszyłam się niespokojnie.

-  No,  właściwie  nie  miałam  zamiaru  zastosować  wersji
Kościoła rzymskokatolickiego.

- Jest jakaś inna?

-  Och,  pewnie.  Większość  religii  je  stosuje.  Osobiście
wolę Mecumbę. Jest bardzo

praktyczna.  Żadnych  długich  inkantacji,  czy  czegoś
takiego.

- Mecumba? - powtórzył zbolałym głosem.

-  Tak.  Brazylijskie  wudu.  Ściągnęłam  to  z  Internetu.
Trzeba tylko mieć trochę krwi z

kurczaka i...

-  Mario,  Matko  Boża  -  westchnął  ojciec  Dominik.  -  Nie
ma mowy. Heather Chambers

background image

została ochrzczona jako rzymska katoliczka i, bez względu
na przyczynę śmierci, zasługuje

na  rzymskokatolickie  egzorcyzmy,  jeśli  nie  pogrzeb.  Jej
szanse na dostanie się do nieba są

nikłe,  przyznaję,  ale  pragnę  dopilnować,  aby  stworzono
jej możliwość przywitania świętego

Piotra u wrót nieba.

-  Ojcze  Dominiku,  nie  sądzę,  żeby  miało  jakiekolwiek
znaczenie, jakich egzorcyzmów

użyjemy.  Chodzi  o  to,  że  jeśli  niebo  istnieje,  Heather
Chambers nie dostanie się tam w żaden

sposób.

Ojciec Dominik cmoknął z dezaprobatą.

- Susannah, jak możesz mówić coś podobnego? W każdym
człowieku tkwi dobro. Z

pewnością nawet ty zdajesz sobie z tego sprawę.

- Nawet ja? Co ksiądz ma na myśli, mówiąc: „nawet ty”?

-  To,  że  nawet  Susannah  Simon,  która  potrafi  być  bardzo

background image

twarda dla innych, musi

wiedzieć,  że  nawet  w  najokrutniejszym  z  ludzi  może
rosnąć kwiat dobra. Może zaledwie

kiełeczek,  któremu  potrzeba  słońca  i  wody,  ale  kwiat  tak
czy inaczej.

Ciekawe,  jakie  środki  przeciwbólowe  zastosowano  w
wypadku ojca Dominika.

-  W  porządku,  ojcze.  Wiem  tylko,  że  tam,  dokąd  uda  się
Heather, to nie będzie niebo.

O ile niebo istnieje.

Uśmiechnął się melancholijnie.

-  Chciałbym  -  odparł  -  żebyś  miała  choć  w  połowie  tyle
wiary w dobrego Boga,

Susannah, ile masz odwagi. Posłuchaj mnie przez chwilę.
Nie wolno ci, nie wolno pod

żadnym  pozorem,  próbować  powstrzymać  Heather  na
własną rękę. Nie ma cienia

wątpliwości, że wczorajszej nocy omal cię nie zabiła. Nie
wierzyłem własnym oczom, kiedy

background image

zobaczyłem  rozmiar  szkód,  jakich  dokonała.  Masz
szczęście, że uszłaś z życiem. Z tego co

zaszło dziś rano wynika jasno, że robi się coraz silniejsza.
Byłoby głupotą, niewybaczalną

głupotą,  gdybyś  znowu  próbowała  zrobić  coś  na  własną
rękę.

Wiedziałam,  że  ma  rację.  Co  więcej,  jeśli  rzeczywiście
wprowadziłabym mój plan z

egzorcyzmami  w  życie,  nie  mogłabym  skorzystać  z
pomocy Jessego, ponieważ egzorcyzmy

odesłałyby go do Stwórcy w towarzystwie Heather.

-  Ponadto  -  ciągnął  ojciec  Dominik  -  nie  ma  powodu  do
pośpiechu, nieprawdaż?

Teraz,  kiedy  udało  jej  się  wyprawić  Bryce'a  do  szpitala,
nic złego nie zrobi. Przynajmniej do

czasu,  gdy  on  wróci  do  szkoły.  Bryce  wydaje  się  jedyną
osobą, wobec której żywi mordercze

zamiary...

Nic  nie  powiedziałam.  Biedny  ksiądz  wyglądał  tak

background image

żałośnie na szpitalnym łóżku. Nie

chciałam przysparzać mu więcej powodów do zmartwień.
Prawda jest jednak taka, że nie

mogę  czekać,  aż  ojciec  Dominik  wyjdzie  ze  szpitala.
Heather nie żartuje. Z każdym dniem

nabiera  siły  i  staje  się  coraz  bardziej  złośliwa  i
przepełniona nienawiścią. Muszę się jej

pozbyć i to jak najszybciej.

Zrobiłam  w  związku  z  tym  coś,  co  z  pewnością  jest
grzechem śmiertelnym.

Okłamałam księdza.

Dobrze, że nie jestem katoliczką.

-  Proszę  się  nie  martwić,  ojcze  Dominiku.  Poczekam,  aż
ojciec poczuje się lepiej.

Ojciec Dominik nie jest jednak głupi.

- Daj słowo, Susannah - zażądał. Ja na to:

- Daję słowo.

background image

Skrzyżowałam,  naturalnie,  palce  za  plecami.  Miałam
nadzieję, że jeśli Bóg istnieje, to

w  ten  sposób  wymażę  kłamstwo  wobec  jednego  z  jego
najbardziej oddanych mu sług.

-  Niech  się  zastanowię  -  mruczał  ojciec  Dominik.  -
Będziemy, oczywiście,

potrzebowali  święconej  wody.  To  nie  problem.  No,  i
krucyfiksu.

Kiedy  tak  układał  listę  rzeczy  niezbędnych  do
egzorcyzmów, do pokoju wpadli Adam

i Cee Cee.

-  Cześć,  ojcze  Dominiku  -  rzucił  Adam.  -  Kurczę,  ale
ksiądz okropnie wygląda.

Cee Cee dźgnęła go łokciem.

- Adam - syknęła.

Zwracając się do księdza, powiedziała wesoło:

-  Proszę  go  nie  słuchać,  ojcze  Dominiku.  Moim  zdaniem
wygląda ksiądz świetnie. No,

background image

w  każdym  razie,  jak  na  kogoś,  kto  ma  tuzin  połamanych
kości.

-  Dzieci.  -  Ojciec  Dominik  wydawał  się  naprawdę
uszczęśliwiony ich widokiem. - Co

za  radość!  Ale  dlaczego  marnujecie  takie  piękne
popołudnie, odwiedzając starego człowieka

w  szpitalu?  Powinniście  siedzieć  na  plaży  i  korzystać  z
pogody.

- Przygotowujemy artykuł do „Wiadomości Misyjnych” na
temat wypadku - oznajmiła

Cee  Cee.  -  Właśnie  skończyliśmy  wywiad  z  wielebnym.
Naprawdę źle się składa, z tą wizytą

arcybiskupa i posągiem ojca Serry bez głowy.

- Taak - przytaknął Adam. - Cholerna wpadka.

-  Cóż  -  powiedział  ojciec  Dominik.  -  To  nieważne.  Na
arcybiskupie największe

wrażenie  powinna  zrobić  wasza  troskliwość  i  dobroć,
dzieci.

- Amen - podsumował Adam uroczyście.

background image

Zanim  któreś  z  nas  zdążyło  zgromić  go  za  sarkazm,  do
pokoju weszła pielęgniarka i

poprosiła,  żebyśmy  wyszły  razem  z  Cee  Cee,  bo  musi
umyć ojca Dominika.

-  Umyć  -  narzekał  Adam,  kiedy  szliśmy  do  samochodu.  -
Ojca Dominika będą

pucować  gąbką,  podczas  gdy  ja,  który  naprawdę
doceniłbym coś takiego, co dostaję?

-  Szansę,  aby  służyć  za  szofera  dwóm  najpiękniejszym
dziewczynom w Carmelu -

podsunęła Cee Cee życzliwie.

-  Taak  -  odparł  Adam.  -  Zgadza  się.  -  Zerknął  na  mnie.  -
To nie to, że nie jesteś

najpiękniejszą  dziewczyną  w  Carmelu,  Suze...  ja  tylko...
No, wiesz...

- Wiem - przyznałam z uśmiechem.

- No, wiesz, mycie. A widziałaś tę pielęgniarkę? - Adam
odchylił przedni fotel, żeby

Cee Cee mogła się wsunąć do tyłu. - Coś musi być z tymi

background image

księżmi. Może powinienem się

zaciągnąć?

-  Nie  zaciągasz  się,  tylko  odkrywasz  powołanie  -
spróbowała Cee Cee. - Wierz mi,

Adamie,  nie  spodobałoby  ci  się.  Księżom  nie  pozwalają
grać w Nintendo.

Adam przełknął i to.

-  Może  mógłbym  założyć  nowy  zakon  -  powiedział  z
namysłem. - Jak franciszkanie,

tylko  my  bylibyśmy  Zakonem  Joysticka.  Naszym  mottem
byłoby: „Dużo punktów dla

jednego, pizza dla wszystkich”.

Cee Cee na to:

- Uważaj na tę mewę.

Jechaliśmy  nadbrzeżnym  bulwarem.  Zaraz  za  niskim
kamiennym murem po prawej

stronie  rozciągał  się  Pacyfik,  rozświetlony  jak  klejnot
przez ogromną żółtą kulę słońca,

background image

wiszącą  tuż  nad  horyzontem.  Chyba  patrzyłam  w  tamtą
stronę trochę tęsknie - ten widok

ciągle  mi  nie  spowszedniał  -  bo  Adam  mruknął:  „O,  do
diabła” i zajął miejsce na parkingu,

które akurat zwolniło bmw. Spojrzałam na niego pytająco.

-  Co?  Nie  masz  czasu  posiedzieć  i  obejrzeć  zachodu
słońca? - odpowiedział.

W mgnieniu oka wyskoczyłam z samochodu.

Jak  mogłam,  zastanawiałam  się  później,  mieć  jakieś
obiekcje przed przeprowadzeniem

się  tutaj?  Siedząc  na  kocu,  który  Adam  wydobył  z
bagażnika, i przyglądając się biegaczom i

amatorom sportów wodnych, psom polującym na frisbee i
turystom z aparatami

fotograficznymi,  poczułam  się  lepiej  niż  kiedykolwiek.
Może dlatego, że byłam potwornie

niewyspana?  Może  zapach  wody  morskiej  tłumił  moje
zmysły. Ale po raz pierwszy od nie

wiem, jak dawna, czułam, jak ogarnia mnie spokój.

background image

Zdumiewające, jeśli wziąć pod uwagę, że za parę godzin
miałam stoczyć walkę z

siłami zła.

Do  tego  czasu  jednak  postanowiłam  zajmować  się  tylko
przyjemnymi rzeczami.

Skierowałam  twarz  ku  zachodzącemu  słońcu,  grzejąc
policzki w jego promieniach, słuchałam

szumu fal, skrzeku mew i paplania Cee Cee i Adama.

-  No,  więc  mówię  do  niej:  „Claire,  masz  prawie
czterdziechę. Jeśli ty i Paul chcecie

mieć  drugie  dziecko,  to  się  lepiej  pośpieszcie.  Czas
ucieka”. - Adam sączył latte, którą kupił

w  kawiarence  niedaleko  parkingu.  -  A  ona  na  to:  „Ale
twój ojciec i ja nie chcemy, żebyś się

czuł zagrożony z powodu dziecka”, a ja na to: „Claire, nie
boję się niemowlaków. Wiesz,

czego  się  boję?  Napakowanych  sterydami  mięśniaków,
takich jak Brad Ackerman. Oni

stanowią dla mnie zagrożenie”.

background image

Cee  Cee  rzuciła  Adamowi  ostrzegawcze  spojrzenie,  a
potem zerknęła w moją stronę.

- Jak ci się układa z braćmi, Suze? Otworzyłam oczy.

-  Chyba  dobrze.  Czy  Przyć...  to  jest,  Brad,  rzeczywiście
bierze sterydy?

- Nie powinienem był o tym mówić. Przepraszam. Jestem
pewien, że nie. Ale ci

wszyscy 

zapaśnicy 

mnie 

przerażają. 

są 

tacy

homofobiczni... cóż, aż trudno nie zastanawiać

się nad ich orientacją seksualną. Oni uważają, że ja jestem
gejem, ale nie złapałabyś mnie na

tym, jak w obcisłych gatkach sięgam drugiemu chłopakowi
między uda.

Poczułam,  że  powinnam  przeprosić  za  brata  i  uczyniłam
to, dodając:

-  Nie  jestem  taka  pewna,  że  jest  gejem.  Bardzo  się
podniecił, kiedy Kelly Prescott

zadzwoniła  wieczorem,  zapraszając  nas  na  imprezę  na
basenie w najbliższą sobotę.

background image

Adam gwizdnął, a Cee Cee zapytała:

- Czy jesteś pewna, że ten koc jest dla ciebie odpowiedni?
Może wolałabyś plażowy

koc  z  kaszmiru.  Kelly  i  jej  przyjaciele  tylko  na  takich
siadają.

Zamrugałam,  zdając  sobie  sprawę,  że  popełniłam  faux
pas.

-  Och,  przepraszam.  To  Kelly  was  nie  zaprosiła?
Myślałam, że zaprasza całą klasę.

- Oczywiście, że nie. - Cee Cee parsknęła pogardliwie. -
Tylko osoby z dobrego

towarzystwa, do którego my z Adamem nie należymy.

-  Ależ  ty  jesteś  wydawczynią  szkolnej  gazety  -
przypomniałam.

- Zgadza się - dodał Adam. - Przetłumacz to na kretyński,
a zrozumiesz, dlaczego

nigdy nie zostaliśmy zaproszeni na żadne party na basenie
wydawane przez księżniczkę

Kelly.

background image

-  Och  -  mruknęłam.  Przez  chwilę  siedziałam  cicho,
słuchając szumu fal, a potem

oznajmiłam:

- Cóż, i tak nie miałam zamiaru tam iść.

- Nie? - Cee Cee wytrzeszczyła na mnie oczy.

-  Nie.  Po  pierwsze,  miałam  randkę  z  Bryce'em,  która  nie
wypaliła. A teraz... cóż, jeśli

wy dwoje nie idziecie, to z kim będę tam gadała?

Cee Cee odchyliła się do tyłu.

-  Suze,  zastanawiałaś  się  kiedyś  nad  tym,  żeby
kandydować na stanowisko

wiceprzewodniczącego klasy?

Roześmiałam się.

- Och, jasne. Jestem przecież nowa, nie pamiętasz?

-  Owszem  -  zgodził  się  Adam.  -  Ale  coś  w  tobie  jest.
Kiedy wczoraj dałaś po uszach

Debbie  Mancuso,  zauważyłem  u  ciebie  prawdziwy  talent

background image

przywódcy. Chłopcy podziwiają

dziewczyny,  które  robią  wrażenie,  jakby  w  każdej  chwili
były gotowe przyłożyć drugiej

dziewczynie  piąchą  w  zęby.  To  silniejsze  od  nas.  -
Wzruszył ramionami. - Może to geny.

-  Dobra.  Wezmę  to  pod  uwagę.  Doszły  mnie  plotki,  że
Kelly zamierza wydać cały

budżet klasowy na jakieś tańce...

-  Tak  jest  -  potwierdziła  Cee  Cee.  -  Robi  to  co  roku.
Głupie wiosenne tańce. To takie

nudne. To znaczy, jeśli nie masz chłopaka, to po co? Tam
można tylko tańczyć.

- Zaraz - wtrącił się Adam. - Pamiętasz, jak przynieśliśmy
balony z wodą?

- Tak, owszem, wtedy było fajnie.

-  Tak  sobie  myślę  -  usłyszałam  własne  słowa  -  że  coś
takiego byłoby lepsze. No,

wiecie.  Piknik  na  plaży  z  grillem.  Może  nawet  kilka
pikników.

background image

-  Hej!  -  wykrzyknął  Adam.  -  Taak!  I  ognisko!  Piroman,
który we mnie tkwi, zawsze

chciał rozpalić ognisko na plaży.

Cee Cee na to:

- Zdecydowanie. To jest zdecydowanie to, co powinniśmy
zrobić. Suze, musisz

startować w wyborach!

Święty  Boże,  cóż  uczyniłam?  Nie  chcę  zostać
wiceprzewodniczącą klasy! Nie chcę się

w  to  mieszać!  Nie  jestem  przejęta  „duchem”  szkoły,  nie
mam zdania na temat tego, co się tam

dzieje! Co ja zrobiłam? Odbiło mi, czy co?

- Och, popatrzcie - odezwał się Adam, wskazując nagle na
słońce. - Zachodzi.

Wielka pomarańczowa kula zaczęła zanurzać się w morzu,
zsuwając się powoli pod

linię  horyzontu.  Woda  nie  pryskała  ani  nie  parowała
gwałtownie, ale dałabym się posiekać, że

background image

słyszałam, jak słońce plasnęło o powierzchnię wody.

- „Słońce zachodzi” - zaśpiewała cicho Cee Cee.

- „ Da da da da da” - zamruczał Adam.

- „Słońce zachodzi” - zawtórowałam.

Dobrze,  przyznaję,  to  było  dziecinne,  tak  siedzieć  i
śpiewać, obserwując zachodzące

słońce.  Ale  także  strasznie  przyjemne.  W  Nowym  Jorku
siadywaliśmy w parku i

obserwowaliśmy,  jak  tajniacy  przymykają  dealerów
narkotykowych. Ale tamto nie było ani w

przybliżeniu  takie  przyjemne,  jak  siedzenie  na  plaży  o
zachodzie słońca i śpiewanie.

Działo się coś dziwnego. Nie byłam pewna co.

- „I powiadam” - śpiewaliśmy we trójkę - „że to dobrze”!

Dziwne,  ale  w  tej  chwili  byłam  głęboko  przekonana,  że
tak będzie. To znaczy, dobrze.

Wtedy też zdałam sobie sprawę, co się dzieje.

background image

Odnalazłam  się.  Ja,  Susannah  Simon,  mediatorka,
znalazłam swoje miejsce po raz

pierwszy w życiu.

I byłam z tego powodu szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.
Wierzyłam, że wszystko

będzie dobrze.

Rany, skąd mogłam wiedzieć?

background image

17

Budzik  zadzwonił  o  północy.  Nie  wcisnęłam  przycisku
wyłączającego sygnał na parę

minut, tylko wyłączyłam budzik, klasnęłam w dłonie, żeby
zapalić nocną lampkę,

przewróciłam się na plecy i zapatrzyłam w baldachim nad
łóżkiem.

To  dzisiaj.  D  -  day.  Dzień  ostatecznych  rozstrzygnięć,  a
może tylko dzień duchów.

Po  kolacji  byłam  tak  zmęczona,  że  musiałam  się
zdrzemnąć. Powiedziałam mamie, że

idę  na  górę,  żeby  odrobić  lekcje,  atak  naprawdę  ucięłam
sobie drzemkę. W starym domu na

Brooklynie to nie byłby problem. Mama zostawiłaby mnie
w spokoju, tak jak prosiłam. U

Ackermanów  jednak  stwierdzenie:  „Chcę  pobyć  sama”
nie miało, jak się wydaje, żadnego

znaczenia.  I  wcale  nie  dlatego,  że  po  domu  włóczą  się

background image

jakieś duchy. Nie, to żywi, dla

odmiany, nie dawali mi spokoju.

Pierwszy 

był 

Przyćmiony. 

Kiedy 

zasiadłam 

do

przepysznej kolacji, przygotowanej

przez  ojczyma,  zaczęło  się  coś  w  rodzaju  przesłuchania,
ponieważ nie wróciłam do domu

przed szóstą. Nie zabrakło zwyczajowego „Gdzie byłaś?”
ze strony mamy (chociaż nie

omieszkałam  zostawić  jej  stosownego  wyjaśnienia  na
automatycznej sekretarce). Andy dodał

swoje:  „Dobrze  się  bawiłaś?”  A  potem  było:  „Z  kim  się
spotkałaś?”, i to ze strony Profesora.

A  kiedy  powiedziałam:  „Z  Adamem  McTavishem  i  Cee
Cee Webb”, Przyćmiony parsknął

pogardliwie i, przeżuwając klopsika, stwierdził:

- Chryste. Klasowe dziwadła. Andy na to:

- Uważaj, co mówisz.

- O rany, tato - jęknął Przyćmiony. - Jedno to zwariowana

background image

albinoska, a drugie pedał.

Tym  sposobem  zarobił  od  ojca  porządne  trzepnięcie  po
głowie plus zakaz

wychodzenia  przez  tydzień.  A  to  oznacza,  na  co  później,
kiedy sprzątaliśmy ze stołu,

zwróciłam  Przyćmionemu  uwagę,  że  nie  będzie  mógł
uczestniczyć w basenowym party Kelly

Prescott,  na  które  ja,  Królowa  Dziwadeł,  zdobyłam  dla
niego zaproszenie.

-  Szkoda.  -  Poklepałam  Przyćmionego  po  policzku.
Odtrącił moją rękę.

- Taak? - syknął. - Cóż, przynajmniej nikt nie będzie mnie
jutro nazywał pedalską

babą.

-  Och,  mój  drogi  -  westchnęłam.  Wyciągnęłam  rękę  i
uszczypnęłam go w ten sam

policzek.  -  Nie  musisz  się  przejmować,  że  ludzie  tak  o
tobie mówią. Mówią o tobie dużo

gorsze rzeczy.

background image

Ponownie  odepchnął  moją  rękę.  Z  wściekłości,  jak  się
wydaje, przez chwilę nie był w

stanie wymówić słowa.

-  Obiecaj,  że  się  nie  zmienisz  -  poprosiłam.  -  Jesteś  taki
cudowny.

Przyćmiony  nazwał  mnie  w  sposób  wyjątkowo  paskudny
w momencie, gdy jego

ojciec wkroczył do kuchni z resztkami sałatki.

Andy  dodał  mu  jeszcze  tydzień  siedzenia  w  domu  i
odesłał do jego pokoju. Dając

upust niezadowoleniu z takiego obrotu spraw, Przyćmiony
nastawił Beastie Boys tak głośno,

że nie mogłam zasnąć... przynajmniej do czasu, gdy Andy
zabrał mu głośniki. Zrobiło się

bardzo cicho i już miałam zapaść w sen, gdy ktoś zapukał
do drzwi. To był Profesor.

-  Eee  -  mruknął,  spoglądając  z  przestrachem  w  głąb
pokoju za moimi plecami. Pokoju

nawiedzonego przez duchy. - Czy to dobry moment, żeby,

background image

eee, porozmawiać o tym, co

znalazłem?  To  znaczy,  na  temat  domu?  I  ludzi,  którzy  tu
umarli?

- Ludzi? Masz na myśli wielu ludzi?

-  Och,  pewnie  -  odparł  Profesor.  -  Udało  mi  się  znaleźć
zaskakująco dużo

dokumentów  dotyczących  przestępstw  popełnionych  w
tym domu, z których większość to

morderstwa.  Ponieważ  był  to  zajazd,  przewijało  się  tutaj
mnóstwo ludzi, którzy wracali do

domu, zbiwszy majątek podczas gorączki złota na północy
stanu. Wielu zabito we śnie, a ich

złoto zrabowano. Niektórzy mogli zginąć z rąk właścicieli
zajazdu, ale bardziej

prawdopodobne, że z rąk innych gości...

Bałam się usłyszeć, że Jesse zginął w taki właśnie sposób.
Wcale nie miałam ochoty

poznawać  szczegółów  jego  śmierci,  zwłaszcza  że  mógł
być gdzieś w pobliżu.

background image

-  Posłuchaj,  Profesorze,  to  znaczy,  Dave.  Wydaje  mi  się,
że jeszcze nie

przyzwyczaiłam się do zmiany czasu, więc chciałabym się
trochę zdrzemnąć. Czy możemy o

tym  porozmawiać  jutro  w  szkole?  Może  zjemy  razem
lunch?

Oczy Profesora zaokrągliły się.

-  Mówisz  poważnie?  Chcesz  zjeść  ze  mną  lunch?
Spojrzałam na niego zdumiona.

- No, tak. Dlaczego? Czy jest jakiś przepis, który mówi, że
starsi uczniowie nie mogą

jadać lunchu w towarzystwie młodszych?

- Nie - odparł Profesor. - Tylko że... nigdy tego nie robią.

- A ja zrobię. W porządku? Ty kupisz picie, ja kupię deser.

- Wspaniale! - wykrzyknął Profesor i wyszedł z taką miną,
jakbym następnego dnia

zobowiązała się koronować go na króla Anglii.

Już  miałam  zapaść  w  drzemkę,  kiedy  ponownie  rozległo

background image

się pukanie do drzwi. Tym

razem  na  progu  stał  Śpiący,  który  w  tym  momencie
wyglądał na przytomniejszego niż ja.

-  Posłuchaj  -  zaczął.  -  Nie  obchodzi  mnie,  czy  bierzesz
samochód w nocy, odwieś

tylko kluczyki na miejsce, dobra?

Wybałuszyłam oczy.

- Nie brałam w nocy samochodu, Śpią... to jest, Jake.

-  Wszystko  jedno.  Po  prostu  odłóż  kluczyki  na  miejsce.  I
nie byłoby źle, gdybyś od

czasu do czasu kupiła benzynę.

-  Nie  brałam  w  nocy  twojego  samochodu,  Jake  -
powtórzyłam wolno, tak, żeby do

niego dotarło.

-  Co  robisz  ze  swoim  czasem  to  twój  biznes  -  odparł
Śpiący. - To znaczy, nie uważam,

żeby  gangi  były  fajne,  czy  coś.  Ale  to  twoje  życie.  Po
prostu odłóż kluczyki tak, żebym je

background image

znalazł.

Nie  było  sensu  z  nim  dyskutować,  więc  powiedziałam:
„W porządku” i zamknęłam

drzwi.

Udało  mi  się  wreszcie  przespać  parę  godzin,  czego  tak
bardzo potrzebowałam. Po

przebudzeniu  nie  czułam  się  specjalnie  odświeżona  -
mogłabym spać jeszcze przez rok - ale,

w każdym razie, dużo lepiej.

Na tyle dobrze, żeby kopnąć ducha w tyłek.

Wszystkie  potrzebne  rzeczy  zgromadziłam  wcześniej.  Do
plecaka włożyłam świece,

pędzle,  metalowe  pojemniki  z  krwią  kurczaka,  którą
kupiłam w mięsnym w Safeway, dokąd

po  drodze  do  domu  zabrał  mnie  Adam,  oraz  innymi
akcesoriami niezbędnymi do

brazylijskich 

egzorcyzmów. 

Byłam 

przygotowana.

Wystarczy się przebrać i mogę ruszać.

background image

Tylko  że,  naturalnie,  Jesse  musiał  się  pojawić  akurat  w
chwili, gdy skakałam z dachu

ganku.

-  Dobra  -  powiedziałam,  prostując  się.  Wylądowałam  na
miękkim gruncie, ale i tak

zabolały  mnie  stopy.  -  Postawmy  sprawę  jasno.  Dzisiaj
nie pokażesz się w szkole, rozumiesz?

Jeśli  się  tam  zjawisz,  możesz  tego  bardzo,  ale  to  bardzo
żałować.

Jesse  opierał  się  o  wielką  sosnę  na  podwórzu.  Stał
niedbale, z ramionami

skrzyżowanymi  na  piersi,  patrząc  na  mnie,  jakbym  była
jakąś ciekawostką przyrodniczą.

- Wiem, co mówię - ciągnęłam. - To będzie niedobra noc
dla duchów. Naprawdę

niedobra. Więc na twoim miejscu nie pokazywałabym się
tam.

A  Jesse  tylko  się  uśmiechał.  Noc  nie  była  taka  jasna  jak
poprzednio, ale księżyc

background image

świecił na tyle jasno, że mogłam stwierdzić, iż kąciki jego
ust unoszą się do góry.

- Susannah - odezwał się. - Coś ty wymyśliła?

-  Nic.  -  Podeszłam  do  garażu  i  wzięłam  rower.  -  Mam
pewne sprawy do załatwienia.

Jesse  zbliżył  się  do  mnie  wolnym  krokiem,  kiedy
wkładałam kask.

- Z Heather? - zapytał obojętnym tonem.

-  Zgadza  się.  Z  Heather.  Wiem,  że  ostatnio  sytuacja
wymknęła się spod kontroli, ale

tym razem będzie inaczej.

- A dokładnie, jak?

Przerzuciłam  nogę  ponad  tą  idiotyczną  rurą,  którą  mają
męskie rowery. Stałam u

szczytu dróżki, z rękami na kierownicy.

-  Dobrze.  Będę  z  tobą  szczera.  Chcę  odprawić
egzorcyzmy. Jego prawa ręka opadła na

kierownicę między moimi dłońmi.

background image

-  Co  takiego?  -  zapytał  głosem,  w  którym  nie  było  ani
śladu dobrego humoru.

Przełknęłam  ślinę.  Nie  czułam  się  tak  pewnie,  jakby
wskazywało na to moje

zachowanie.  Tak  naprawdę,  to  trzęsłam  się  ze  strachu  w
ciuchach a la Batman. Ale co miałam

robić?  Muszę  powstrzymać  Heather,  zanim  zrani  kogoś
innego, i bardzo potrzebuję wsparcia.

-  Nie  możesz  mi  pomóc  -  powiedziałam  drewnianym
głosem. - Nie możesz tam pójść,

Jesse, bo sam możesz zostać wyegzorcyzmowany.

-  Jesteś  —  stwierdził  Jesse  tonem  równie  beznamiętnym
jak mój - chora umysłowo.

- Prawdopodobnie - przyznałam żałośnie.

- Ona cię zabije. Nie rozumiesz? Właśnie do tego dąży.

-  Nie.  -  Pokręciłam  głową.  -  Ona  nie  chce  mnie  zabić.
Najpierw chce pozabijać tych

wszystkich,  na  których  mi  zależy.  A  na  końcu  mnie.  -
Pociągnęłam nosem. Zaczęło mi, nie

background image

wiadomo  dlaczego,  z  niego  kapać.  Pewnie  z  powodu
zimna. Nie rozumiem, jak te palmy to

znoszą. Na zewnątrz musi być jakieś osiem stopni. - Ale ja
jej na to nie pozwolę, rozumiesz? -

ciągnęłam. - Powstrzymam ją. A teraz puść rower.

Jesse pokręcił głową.

-  Nie,  nie.  Nawet  ty  nie  mogłabyś  zrobić  czegoś  tak
głupiego.

-  Nawet  ja?  -  Poczułam  się  urażona.  -  Dziękuję.  Nie
zwrócił na to uwagi.

- Czy ksiądz o tym wie, Susannah? Powiedziałaś księdzu?

- Hm, pewnie. Wie o tym. Mamy się tam, eee, spotkać.

- Spotkasz się tam z księdzem?

-  Owszem  -  zaśmiałam  się  niepewnie.  -  Nie  sądzisz
chyba, że próbowałabym zrobić

coś  takiego  samodzielnie,  co?  To  jest,  o  rany,  nie  jestem
aż taka głupia, bez względu na to, co

ty tam sobie myślisz.

background image

Jego chwyt na kierownicy nieco zelżał.

- Cóż, jeśli ksiądz tam będzie...

- Oczywiście. Oczywiście, że będzie.

Ponownie  zacisnął  dłoń  na  kierownicy.  Palcem  drugiej
pogroził mi przed nosem.

- Kłamiesz, co? Księdza tam w ogóle nie będzie. Zraniła
go, prawda? Dzisiaj rano?

Tak myślałem. Zabiła go?

Pokręciłam  głową.  Nagle  straciłam  ochotę  do  rozmowy.
Czułam w gardle gulę.

- Dlatego tak się złościsz - mruknął Jesse w zamyśleniu. -
Powinienem był się

domyślić. Idziesz tam, żeby jej odpłacić za to, co zrobiła
księdzu.

-  A  jeśli  tak,  to  co?  -  wybuchnęłam.  -  Zasłużyła  na  to!
Teraz złapał za kierownicę

obydwiema  rękami.  A  zapewniam  was,  że  jak  na
umarlaka, był całkiem silny. Nie mogłam

background image

ruszyć tego głupiego roweru.

-  Susannah,  to  nie  tak.  Nie  dlatego  otrzymałaś  ten
niezwykły dar, nie po to, żeby...

-  Dar!  -  omal  się  nie  roześmiałam.  Musiałam  zacisnąć
zęby. - Tak, zgadza się, Jesse.

Otrzymałam  cenny  dar.  I  wiesz  co?  Jest  mi  od  tego
niedobrze. Poważnie. Myślałam, że jak

tutaj przyjadę, to zacznę nowe życie. Myślałam, że będzie
inaczej. I wiesz co? Jest inaczej.

Gorzej.

- Susannah...

-  Co  ja  mam  zrobić,  Jesse?  Kochać  Heather  za  to,  co
zrobiła? Pocieszyć jej zranioną

duszę?  Wybacz,  ale  to  niemożliwe.  Może  ojciec  Dom
byłby do tego zdolny, ale nie ja. On

wypadł  z  konkurencji,  więc  załatwię  to  po  swojemu.
Pozbędę się jej, a jeśli wiesz, co dla

ciebie dobre, będziesz się trzymał z daleka!

background image

Kopnęłam 

wściekle 

nóżkę 

roweru, 

szarpnąwszy

jednocześnie za kierownicę.

Zaskoczony  Jesse  mimowolnie  ją  puścił.  W  sekundę
później już mnie nie było. Spod tylnego

koła  pryskał  żwir,  spowijając  Jessego  obłokiem  kurzu.
Słyszałam, jak wykrzykuje coś po

hiszpańsku.  Przypuszczam,  że  przekleństwa.  Słowo
querida nie dotarło do moich uszu.

Jadąc  w  dół,  niewiele  widziałam.  Wiał  zimny  wiatr  i  po
policzkach ciekły mu

strumienie łez. Dzięki Bogu, prawie nie było ruchu, więc
kiedy przemknęłam przez

skrzyżowanie  to,  że  nie  widzę,  nie  miało  znaczenia.
Samochody i tak zatrzymywały się, żeby

mnie przepuścić.

Wiedziałam, że tym razem będzie trudniej włamać się do
szkoły. Na pewno wzmocnili

system  zabezpieczeń  po  wydarzeniach  ubiegłej  nocy.
Wzmocnili? Przede wszystkim powinni

background image

jakiś wprowadzić.

I  zrobili  to.  Na  parkingu,  ze  zgaszonymi  światłami,  stał
wóz policyjny. Po prostu sobie

stał, a światło księżyca odbijało się od zamkniętych okien.
Kierowca - jakiś nieszczęśnik,

który dostał tak nudne zadanie - słuchał zapewne muzyki,
chociaż stojąc na zewnątrz przy

wejściu na parking, nie słyszałam żadnego dźwięku.

Muszę  więc  znaleźć  inną  drogę.  Drobiazg.  Schowałam
rower w krzakach, a potem

wybrałam się na spacer wokół szkoły.

Niewiele  jest  budynków,  do  których  nie  mogłaby  się
dostać szczupła szesnastoletnia

dziewczyna.  Chodzi  mi  o  to,  że  jesteśmy  bardzo
elastyczne. Mamy chyba więcej stawów niż

inni ludzie. Nie opowiem wam, jak udało mi się włamać,
bo nie chcę, żeby władze szkolne na

to wpadły - nigdy nie wiadomo, może kiedyś znowu będę
musiała to zrobić - zaznaczę tylko,

background image

że  jeśli  ktoś  zakłada  bramę,  to  powinien  zwrócić  uwagę,
żeby sięgała do samej ziemi.

Szczelina między cementowym chodnikiem a samą bramą
to dokładnie tyle, ile taka

dziewczyna  jak  ja  potrzebuje,  żeby  się  wślizgnąć  do
środka.

Na  dziedzińcu  bardzo  się  zmieniło  od  poprzedniej  nocy.
W powietrzu wisiała jeszcze

większa groza. Wyłączono reflektory. Wydaje mi się, że z
punktu widzenia bezpieczeństwa

nie  było  to  dobre  posunięcie,  ale  nie  można,  oczywiście,
wykluczyć, że to Heather zniszczyła

żarówki.  Teren  szkoły  pogrążony  był  w  mroku.  Fontanna
nie działała. Nie słyszałam niczego

poza cykadami w krzewach hibiskusa.

Ani  śladu  Heather.  Ani  śladu  kogokolwiek.  To  mi
odpowiadało.

Podkradłam  się  tak  cicho,  jak  się  dało,  do  szafki,  którą
dzieliłam z Heather. Uklękłam

background image

na zimnych kamieniach posadzki i otworzyłam plecak.

Najpierw  zapaliłam  świece.  Dzięki  temu  coś  widziałam.
Przytykając zapalniczkę - nie

prawdziwą  zapalniczkę,  tylko  takie  urządzenie  z  długą
rączką do zapalania ognia - do spodu

świecy,  roztopiłam  stearynę,  która  kapała  na  ziemię.
Umieściłam świecę w miękkiej kałuży,

dzięki czemu się nie przewracała. Tak samo postąpiłam z
pozostałymi świecami, tworząc

krąg. Następnie otworzyłam pojemnik z krwią kurczaka.

Nie  opiszę  wzoru,  jaki  musiałam  namalować  w  kręgu
świec, żeby egzorcyzmy

podziałały.  Nie  powinno  się  próbować  egzorcyzmów  w
domu, na własną rękę, bez względu

na  to,  w  jakim  stopniu  jesteśmy  nawiedzani  przez  duchy.
Mogą je odprawiać jedynie

profesjonaliści,  tacy  jak  ja.  Nikt  nie  chciałby  przecież
skrzywdzić jakichś niewinnych

duchów,  które  kręcą  się  akurat  w  pobliżu.  Na  przykład

background image

przypadkowe wyegzorcyzmowanie

babci nie przysporzyłoby nam popularności.

A Mecumba, brazylijskie wudu, też nie należy do zjawisk,
z którymi można żartować,

więc  nie  przytoczę  inkantacji,  jaką  odmówiłam.  Była
zresztą po portugalsku. Powiem tylko,

że  zanurzyłam  pędzel  w  krwi  kurczaka  i  namalowałam
odpowiednie figury, wypowiadając

odpowiednie słowa. Dopiero kiedy sięgnęłam do plecaka
i wyjęłam fotografię Heather,

zwróciłam uwagę, że cykady umilkły.

-  Co  takiego  -  odezwała  się  zirytowana  zza  mojego
prawego ramienia - ty tu

wyprawiasz?

Nie  odpowiedziałam.  Położyłam  fotografię  w  centrum
namalowanej figury. W

płomieniach  świec  widać  ją  było  wyraźnie.  Heather
podeszła bliżej.

background image

- Hej! - zawołała. - To moje zdjęcie. Skąd je masz?

Nie  powiedziałam  niczego  poza  portugalskimi  słowami
należącymi do rytuału. To

zdenerwowało  Heather.  No,  ale  Heather  denerwowało
właściwie wszystko.

- Co ty robisz? - zapytała znowu. - Po jakiemu mówisz? I
po co ta czerwona farba? -

Kiedy  nie  uzyskała  odpowiedzi,  stała  się  agresywna.  -
Hej, suko! - wrzasnęła, kładąc rękę na

moim  ramieniu  i  niezbyt  delikatnie  szarpiąc.  -  Słyszysz
mnie?! Przerwałam inkantację.

-  Czy  możesz  coś  dla  mnie  zrobić,  Heather?  Stań  obok
swojego zdjęcia.

Heather  potrąciła  głową.  Jej  długie  jasne  włosy  zalśniły
w blasku świec.

- Co z tobą? Jesteś na haju, czy co? Nigdzie nie stanę. Czy
to... czy to jest krew?

Wzruszyłam  ramionami.  Jej  dłoń  nadal  spoczywała  na
moim ramieniu.

background image

- Tak. Ale nie martw się. To tylko krew kurczaka.

- Krew kurczaka? - Heather się skrzywiła. - Obrzydliwe.
Żartujesz sobie ze mnie? Na

co ci to?

- Żeby ci pomóc. Żeby pomóc ci wrócić.

Heather  zacisnęła  zęby.  Drzwiczki  szafek  przede  mną
zaczęły trzaskać. Nie za bardzo.

Akurat  tyle,  abym  się  zorientowała,  że  Heather  nie  jest
zadowolona.

- Sądziłam - syknęła - że wyjaśniłam ci dość dobitnie, że
nigdzie nie pójdę.

- Mówiłaś, że chcesz wrócić.

-  Owszem  -  odparła  Heather.  Tarcze  z  numerami  przy
sejfowych zamkach szafek

zaczęły obracać się z hałasem. - Do poprzedniego życia.

-  Dobrze.  Znalazłam  sposób,  żebyś  mogła  to  zrobić.
Drzwiczki się coraz bardziej

trzęsły.

background image

- Bzdura - mruknęła Heather.

-  Wcale  nie.  Musisz  stanąć  między  świecami,  obok
zdjęcia. Nie trzeba było jej dłużej

zachęcać.  W  mgnieniu  oka  znalazła  się  tam,  gdzie  sobie
życzyłam.

- Jesteś pewna, że to podziała? - zapytała podniecona.

-  Dobrze  by  było.  W  przeciwnym  razie  wydałam
kieszonkowe na świece i krew

zupełnie bez potrzeby.

-  I  wszystko  będzie  tak  jak  przedtem?  To  znaczy,  zanim
umarłam?

- Pewnie. - Czy powinnam czuć się winna, okłamując ją?
Nie czułam się. Czułam

tylko  ulgę.  To  było  zbyt  łatwe.  -  Teraz  zamknij  się  na
chwilę, kiedy będę mówiła te słowa.

Posłuchała.  Powiedziałam,  co  miałam  do  powiedzenia.  I
jeszcze raz. I jeszcze.

Już  zaczęłam  się  martwić,  że  nic  się  nie  dzieje,  kiedy
płomyki świec zadrżały. A nie

background image

zerwał się najmniejszy podmuch wiatru.

-  Nic  się  nie  dzieje  -  poskarżyła  się  Heather,  ale
uciszyłam ją. Płomyki znowu

zadrżały.  A  potem  nad  głową  Heather,  tam,  gdzie
normalnie znajdował się dach, pojawił się

otwór 

wypełniony 

wirującym 

czerwonym 

gazem.

Patrzyłam zdumiona.

-  Eee,  Heather,  może  lepiej,  żebyś  zamknęła  oczy.
Posłuchała całkiem chętnie.

- Dlaczego? Coś się zaczęło dziać?

- Och, tak. To działa, wszystko w porządku.

Heather powiedziała coś, co brzmiało jak „fajnie”, ale nie
byłam pewna. Nie

słyszałam jej zbyt dobrze, ponieważ przypominający dym
wirujący czerwony gaz zaczął

spływać  spiralą  w  dół,  czemu  towarzyszyło  ciche
buczenie, jakby odgłos odległej burzy.

Zaraz potem długie mackowate pasma gazu zaczęły owijać
się wokół Heather, delikatnie jak

background image

mgła.  Mając  zamknięte  oczy,  nie  zdawała  sobie  z  tego
sprawy.

- Słyszę coś - szepnęła. - Czy to to?

Dziura w dachu nad jej głową poszerzyła się. Widziałam
w górze lśnienie błyskawicy.

Nie  wydawało  się,  że  jest  to  najprzyjemniejsze  miejsce,
do którego można by się udać. Nie

chcę  powiedzieć,  że  otworzyłam  bramy  piekieł  -  taką
przynajmniej miałam nadzieję - ale był

to  zdecydowanie  inny  wymiar  i,  szczerze  mówiąc,  nie
wyglądało to zachęcająco, zwłaszcza

jeśli miałoby się spędzić w takim miejscu całą wieczność.

-  Jeszcze  minutka  -  powiedziałam,  podczas  gdy  coraz
więcej wężowych czerwonych

macek oplątywało szczupłe ciało Heather - i będziesz tam.

Heather potrząsnęła długimi włosami.

- Och, Boże, nie mogę się doczekać. Pierwsze, co zrobię,
to pójdę do szpitala i

background image

przeproszę  Bryce'a.  Nie  sądzisz,  że  to  dobry  pomysł,
Suzie?

-  Pewnie.  -  Odgłos  burzy  narastał,  błyskawice  pojawiały
się raz po raz. - To świetny

pomysł.

-  Mam  nadzieję,  że  mama  nie  pozbyła  się  moich  ubrań  -
ciągnęła Heather - tylko

dlatego, że umarłam. Nie sądzisz, że mama nie pozbyła się
moich ubrań, co, Suzie? -

Otworzyła oczy. - Co?

- Nie otwieraj oczu! - krzyknęłam.

Ale  było  za  późno.  Zobaczyła!  Ujrzała  czerwone  pasma
dymu wokół siebie i

podniosła wrzask.

Nie  ze  strachu,  bynajmniej.  O,  nie.  Heather  się  nie
przestraszyła. Była wściekła.

Naprawdę wściekła.

-  Ty  suko!  -  ryknęła.  -  Nie  odsyłasz  mnie  z  powrotem!

background image

Wcale mnie nie odsyłasz z

powrotem! Odsyłasz mnie zupełnie gdzie indziej!

A  potem,  kiedy  burza  zahuczała  najgłośniej,  Heather
wyszła z kręgu.

Tak po prostu. Zwyczajnie wyszła. Jakby nigdy nic. Jakby
to była gra w klasy.

Czerwone  pasma  gazu  owinięte  wokół  jej  ciała  opadły.
Zniknęły jak sen. A otwór na górze się

zamknął.

W  porządku.  Przyznaję,  wściekłam  się.  Rany,  tyle  pracy
włożyłam w to wszystko.

-  O,  nie,  nie  wyjdziesz  -  warknęłam.  Podbiegłam  do
Heather i złapałam ją za szyję. -

Właź  z  powrotem  -  syknęłam  przez  zaciśnięte  zęby.  -
Wracaj natychmiast.

Heather  zaśmiała  się  tylko.  Ściskałam  dziewczynę  za
gardło, a ona tylko się śmiała.

Za  jej  plecami  jednak  drzwiczki  szafek  zabrzęczały
ponownie. Głośniej niż przedtem.

background image

-  Jesteś  -  krzyczała  -  trupem!  Jesteś  trupem,  Simon.  I
wiesz co? Dopilnuję, żeby reszta

poszła za tobą. Reszta twoich głupich przyjaciół. Ten twój
przyrodni braciszek też.

Mocniej zacisnęłam palce na jej gardle.

-  Nie  sądzę.  Myślę,  że  wrócisz  tam,  gdzie  byłaś,  jak
grzeczny mały duszek.

Zaśmiała się znowu.

-  Zmuś  mnie.  -  Jej  oczy  lśniły  niesamowicie.  Cóż.  Skoro
tak...

Uderzyłam  ją  z  całej  siły  prawą  pięścią.  Potem,  zanim
zdążyła dojść do siebie,

dołożyłam  lewą.  Jeśli  czuła  uderzenia,  nie  dała  tego  po
sobie poznać. Nie, nieprawda. Wiem,

że czuła, bo drzwiczki szafek zaczęły się nagle otwierać i
zamykać. Trzaskać. Mocno. Tak

mocno, że trząsł się cały dach.

Wiem, co mówię. Cały dach nad dziedzińcem kołysał się,
jakby w dole szumiały fale

background image

oceanu.  Grube  drewniane  kolumny,  podtrzymujące
łukowate sklepienie od jakichś trzystu lat,

poruszały  się  w  ziemi.  Wytrzymały  trzysta  lat  trzęsień
ziemi, pożarów, powodzi, a nie mogły

oprzeć się duchowi cheerliderki.

Mówię  wam,  pertraktowanie  z  duchami  to  nic
przyjemnego.

A potem jej palce ścisnęły moje gardło. Nie wiem, jak to
się stało. Chyba straciłam na

chwilę  czujność,  zaskoczona  tym,  co  działo  się  wokół.
Niedobrze. Złapałam ją za ramiona i

próbowałam  pchać  w  stronę  kręgu  świec.  Mruczałam
jednocześnie portugalską inkantację,

wpatrując się w rozkołysane belki dachu w górze i mając
nadzieję, że znowu pojawi się

przejście do krainy cienia.

-  Zamknij  się  -  warknęła  Heather.  -  Zamknij  gębę!  Nie
odeślesz mnie. Tutaj jest moje

miejsce!

background image

Mamrocząc słowa formuły, pchałam ją z całej siły.

-  Wyobrażasz  sobie,  że  kim  ty  jesteś?  -  Twarz  Heather
poczerwieniała. Kątem oka

zobaczyłam,  jak  z  kamiennej  balustrady  unosi  się  w
powietrze żardyniera z geranium. - Jesteś

nikim.  Jesteś  w  tej  szkole  dopiero  dwa  dni.  Dwa  dni!
Myślisz, że możesz tak po prostu sobie

przyjść  i  wszystko  zmienić?  Myślisz,  że  możesz  tak  po
prostu zająć moje miejsce? Kim ty

niby jesteś?

Trzymając ją za ramiona, kopnęłam jej nogi tak, że straciła
równowagę i obie

rąbnęłyśmy  na  twardą  kamienną  podłogę.  Żardyniera
poleciała za nami, nie dlatego, że ją

strąciłyśmy,  tylko  dlatego,  że  Heather  posłała  ją  za  mną.
Uchyliłam się w ostatniej chwili i

ciężka  gliniana  donica  rozbiła  się  z  łoskotem  o  drzwi
szafki, pryskając dookoła geranium,

ziemią i odłamkami ceramiki. Chwyciłam garście jasnych

background image

lśniących włosów Heather. To nie

było sportowe zagranie, tak samo jak sztuczka z geranium.

Wrzeszczała, kopiąc i wijąc się jak węgorz, podczas gdy
pół ciągnęłam ją, pół

pchałam  w  stronę  kręgu  świec.  Zaczęła  unosić  w
powietrze inne przedmioty. Zamki szyfrowe

wyskoczyły  z  drzwiczek  i  sunęły  ku  mnie  jak  flotylla
maleńkich latających spodków. Potem

zerwało  się  tornado,  wyrzucając  na  zewnątrz  zawartość
szafek. Książki i zeszyty z

drucianymi  grzbietami  ruszyły  na  mnie  ze  wszystkich
stron. Schyliłam głowę, ale nie

zwolniłam  chwytu,  nawet  kiedy  czyjaś  trygonometria
wyrżnęła mnie w ramię. Powtarzałam

słowa,  które,  jak  wiedziałam,  otworzą  ponownie
przejście.

- Dlaczego to robisz? - wrzasnęła Heather. - Dlaczego nie
zostawisz mnie w spokoju?

- Bo nie. - Byłam poobijana, ledwie dyszałam, spływałam

background image

potem i niczego bardziej nie

pragnęłam, jak puścić ją, odwrócić się na pięcie i wrócić
do domu, wślizgnąć się do łóżka i

spać przez milion lat.

Ale nie mogłam.

Zamiast  tego  kopnęłam  ją  w  pierś,  posyłając  na  środek
kręgu. W momencie, gdy

chwiejąc się na nogach, stanęła przy fotografii, którą dała
Bryce'owi, otwór nad jej głową

ukazał się ponownie. Tym razem czerwony dym otoczył ją
tak ściśle, jak gruby wełniany koc.

Nie mogła się wyrwać. Nie miała szans.

Zniknęła  w  czerwonej  mgle.  Ale  wciąż  ją  słyszałam.  Jej
wrzaski obudziłyby zmarłych

- tyle że ona była jedyną zmarłą w okolicy. Nad jej głową
rozległ się piorun. W czarnej

dziurze w dachu dostrzegłam błyszczące gwiazdy.

- Dlaczego? - krzyczała Heather. - Dlaczego mi to robisz?!

background image

- Ponieważ jestem mediatorką!

A  potem  czerwony  dym  otaczający  Heather  uniósł  się  do
góry, znikając w wirującym

otworze  wraz  z  Heather,  a  masywne  kolumny
podtrzymujące dach nad moją głową złamały

się nagle wpół, jakby miały dwa centymetry, a nie prawie
metr grubości.

A potem zwalił się na mnie dach.

background image

18

Nie  mam  pojęcia,  jak  długo  leżałam  pod  deskami  i
ciężkimi glinianymi płytkami.

Przypuszczam, 

że 

musiałam 

stracić 

przytomność,

przynajmniej na kilka minut.

Pamiętam tylko, że coś ostrego uderzyło mnie w głowę, a
potem otworzyłam oczy, ale

wokół  panowały  kompletne  ciemności.  Czułam,  że  się
duszę.

Ulubioną  sztuczką  pewnego  rodzaju  złośliwych  duchów
jest siadanie na piersi ofiary,

kiedy ta przytomnieje, także nieszczęśnik ma wrażenie, że
coś go przygniata, ale nie wie co.

Nie wiedziałam, co przygniata mnie i przez krótką chwilę
myślałam, że mi się nie udało i że

Heather  nadal  przebywa  na  tym  świecie,  siedzi  mi  na
piersi i znęca się nade mną, mszcząc za

to, co próbowałam zrobić.

background image

Potem pomyślałam: Może ja nie żyję?

Może tak wygląda śmierć? Przynajmniej na początku. Tak
pewnie odebrała to

Heather,  kiedy  obudziła  się  w  trumnie.  Musiała  czuć  się
tak samo jak ja: schwytana w

pułapkę,  przyduszona,  śmiertelnie  przerażona.  Boże,  nic
dziwnego, że przez cały czas była w

tak  złym  humorze.  Nic  dziwnego,  że  tak  bardzo  chciała
wrócić do świata, który znała przed

śmiercią.  To  było  okropne.  Gorsze  niż  okropne.  To  było
piekło.

Potem  poruszyłam  ręką  -  jedyną  częścią  ciała,  którą
mogłam poruszać - i namacałam

coś  szorstkiego  i  chłodnego  leżącego  na  mnie.  Wtedy
zrozumiałam, co się stało. Załamał się

dach. Heather użyła resztki swojej mocy, żeby mnie zranić
za to, że ją wyekspediowałam do

innego  świata.  Wykonała  świetną  robotę,  bo  oto  leżałam,
nie mogąc się ruszyć, uwięziona

background image

pod  nie  wiadomo  iloma  kilogramami  drewna  i
hiszpańskiej ceramiki.

Dzięki, Heather. Wielkie dzięki.

Powinnam  być  przerażona.  Nie  mogę  się  ruszyć,
przygwożdżona gruzem, w

atramentowych  ciemnościach.  Zanim  jednak  zdążyłam
wpaść w panikę, usłyszałam, jak ktoś

woła mnie po imieniu. Najpierw przeszło mi przez głowę,
że zwariowałam. Nikt przecież nie

wie,  że  wybrałam  się  do  szkoły.  Z  wyjątkiem  Jessego,  a
jego uprzedziłam, co się stanie, jeśli

się  tam  pokaże.  Nie  jest  głupi.  Wie,  że  dokonuję
egzorcyzmów. Czyżby postanowił przyjść

mimo  wszystko?  Czy  już  jest  tu  bezpiecznie?  Tego  nie
wiedziałam. Jeśli stanąłby w tym

samym kręgu świec i krwi kurczaka, czy wessałoby go do
tej samej krainy cienia, co Heather?

Dopiero teraz wpadłam w panikę.

- Jesse! - wrzasnęłam, tłukąc ręką w drewno nad głową i

background image

ściągając sobie na twarz

deszcz  kurzu  i  drzazg.  -  Nie  rób  tego!  -  krzyczałam
rozpaczliwie. Kurz dostał mi się do

gardła,  ale  nie  zważałam  na  to.  -  Wracaj!  Tu  nie  jest
bezpiecznie!

Z mojej piersi podniesiono wielki ciężar i nagle zaczęłam
widzieć. Nade mną

rozpościerało  się  nocne  niebo,  aksamitnie  granatowe  i
usiane złotym pyłem gwiazd. A na tle

gwiazd ujrzałam czyjąś zatroskaną twarz.

-  Tutaj  jest!  -  zawołał  Profesor  drżącym,  piskliwym
głosem. - Jake, znalazłem ją!

Obok  pierwszej  pojawiła  się  druga  twarz,  otoczona
grzywą trochę przydługich blond

włosów.

-  Jezu  Chryste!  -  zawołał  przeciągle  Śpiący,  spojrzawszy
na mnie. - Nic ci się nie

stało, Suze?

background image

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

- Pomóżcie mi wstać - wycharczałam.

We  dwóch  zdołali  ściągnąć  ze  mnie  większość  desek.
Następnie Śpiący polecił,

żebym  objęła  go  rękami  za  szyję,  co  zrobiłam,  a  Dawid
złapał mnie w pasie. Podczas gdy

obaj  mnie  ciągnęli,  a  ja  odpychałam  się  nogami,  gruz
opadł i zdołałam wreszcie wstać.

Przez  chwilę  siedzieliśmy  na  ciemnym  dziedzińcu,
opierając się o podium, na którym

stal  bezgłowy  posąg  Junipero  Serry.  Dyszeliśmy  i
gapiliśmy się na ruiny, które kiedyś były

naszą  szkołą.  Cóż,  to  odrobinę  dramatyczne.  Większość
budynku stała nadal. Nawet

większość  dachu  pozostała  nietknięta.  Runął  tylko
fragment nad szafką Heather, przed klasą

pana  Waldena.  Bezładny  stos  drewna  ukrył  skutecznie
ślady mojej nocnej działalności, ze

świecami włącznie. Po Heather nie zostało ani śladu. Noc

background image

była cicha, nie licząc naszych

oddechów. Oraz świerszczy.

Dzięki  temu  uświadomiłam  sobie,  że  Heather  odeszła.
Znowu słychać było

świerszcze.

-  Jezu  -  powtórzył  Śpiący,  nadal  sapiąc  ciężko  -  jesteś
pewna, Suze, że nic ci się nie

stało?

Odwróciłam  się,  żeby  na  niego  spojrzeć.  Miał  na  sobie
tylko dżinsy i wojskową

kurtkę,  narzuconą  pośpiesznie  na  nagi  tors.  Tors  miał
prawie taki sam jak Jesse.

Jak  to  jest,  że  omal  nie  zginęłam  pod  kupą  gruzu,  a  parę
minut później byłam w stanie

zwrócić  uwagę  na  coś  takiego,  jak  mięśnie  brzucha
mojego przyrodniego brata?

- Tak - powiedziałam, odsuwając kosmyk włosów z oczu.
- W porządku. Trochę

background image

potłuczona, owszem. Ale nie mam nic złamanego.

-  Powinna  iść  do  szpitala,  żeby  to  sprawdzili.  -  Głos
Dawida nadal drżał mocno. - Nie

sądzisz, że powinna iść do szpitala, żeby ją zbadali, Jake?

- Nie - zaprotestowałem. - Żadnego szpitala.

- Możesz mieć wstrząs mózgu - powiedział Dawid. - Albo
uszkodzenie czaszki.

Możesz wpaść w śpiączkę w nocy i nigdy się nie obudzić.
Powinnaś przynajmniej zrobić

rentgen. Albo może USG...

-  Nie.  -  Wytarłam  ręce  o  legginsy  i  wstałam.  Czułam  się
niepewnie, ale byłam cała. -

Chodźmy.  Zabierajmy  się  stąd,  zanim  ktoś  przyjdzie.
Musieli to słyszeć. - Skinęłam w stronę

części budynku, w której mieszkali księża i zakonnice. W
niektórych oknach zapaliło się

światło. - Nie chcę, żebyście mieli kłopoty.

-  Taak  -  mruknął  Śpiący,  podnosząc  się.  -  Mogłaś  o  tym

background image

pomyśleć, zanim prysnęłaś,

co?

Wyszliśmy  tą  samą  drogą,  którą  weszliśmy.  Podobnie  jak
ja, Dawid przecisnął się pod

bramą,  a  potem  otworzył  ją  od  środka  dla  Śpiącego.
Wymknęliśmy się tak cicho, jak się dało i

pobiegliśmy  do  ramblera,  którego  Śpiący  zaparkował  w
głębokim cieniu, by policjanci z

wozu nie mogli go dostrzec. Czarno - biały samochód stał
tam, gdzie przedtem, z kierowcą

nieświadomym  tego,  co  się  działo  zaledwie  parę  metrów
dalej. Bałam się jednak ryzykować,

próbując  przemknąć  się  koło  niego,  żeby  zabrać  rower.
Zostawiliśmy go, mając nadzieję, że

nikt go nie zauważy.

Przez  całą  drogę  do  domu  mój  nowy  starszy  brat  Jake
udzielał mi pouczeń. Sądził, jak

się wydaje, że w szkole, w środku nocy, uczestniczyłam w
jakimś tajnym zebraniu gangu. Nie

background image

żartuję. Był tym wszystkim szczerze oburzony. Dopytywał
się, co to byli, moim zdaniem, za

kumple,  którzy  zostawili  mnie  pod  stosem  dachówek  na
pewną śmierć. Sugerował, że jeśli

dokucza  mi  nuda  albo  szukam  mocnych  wrażeń,  to
powinnam zająć się surfingiem, ponieważ,

cytuję:  „Jeśli  masz  mieć  rozwaloną  głowę,  to  równie
dobrze możesz się o to postarać, płynąc

na fali”.

Przyjęłam  jego  pouczenia  tak  wdzięcznie,  jak  umiałam.
Nie mogłam przecież

uświadomić go co do prawdziwych powodów, dla których
znalazłam się w szkole o tak

dziwnej  porze.  Przerwałam  Jake'owi  tylko  raz  w  trakcie
jego antygangowego przemówienia, a

to  po  to,  żeby  dowiedzieć  się,  jak  wpadli  z  Dawidem  na
to, żeby mnie szukać.

-  Nie  wiem  -  powiedział  Jake,  podjeżdżając  pod  dom.  -
Wiem tyle, że kiedy spałem

background image

jak  anioł,  nagle  zjawił  się  Dawid  i  zaczął  marudzić,  że
musimy jechać po ciebie do szkoły A

tak, swoją drogą, to skąd wiedziałeś, Dave, że ona jest w
szkole?

Twarz  Dawida  pobladła  dziwnie,  czego  nie  wyjaśniało
nawet padające na nią światło

księżyca.

- Nie wiem. Miałem przeczucie.

Odwróciłam  się,  patrząc  na  niego  uważnie.  Nie  spojrzał
mi w oczy.

Ten dzieciak wie, pomyślałam.

Ale byłam zbyt zmęczona, żeby o tym mówić. Zakradliśmy
się do domu, szczęśliwi,

że jedynym mieszkańcem, którego obudziliśmy, jest Maks.
Machał ogonem i usiłował nas

polizać, kiedy rozchodziliśmy się do swoich pokoi. Zanim
zamknęłam drzwi mojego pokoju,

rzuciłam  Dawidowi  jeszcze  jedno  spojrzenie,  żeby
sprawdzić, czy chce albo musi, coś mi

background image

powiedzieć.  Ale  on  tylko  wszedł  do  swojego  pokoju  i
zamknął drzwi. Przestraszony mały

chłopiec. Zrobiło mi się ciepło na sercu.

Ale  tylko  przez  ułamek  sekundy.  Byłam  zbyt  zmęczona,
żeby myśleć o czymkolwiek

poza łóżkiem. Nawet o Jessie. Rano, powiedziałam sobie,
ściągając zakurzone łachy.

Porozmawiam z nim rano.

Nie  zrobiłam  tego.  Kiedy  się  obudziłam,  za  oknem  było
dziwnie jasno. Podniosłam

głowę  i  spojrzałam  na  zegar.  Była  druga  po  południu.
Poranna mgła rozwiała się i słońce

paliło tak, jakby to był lipiec, a nie styczeń.

- Cześć, śpiochu.

Zerknęłam  w  stronę  drzwi.  Stał  tam  Andy,  z  ramionami
skrzyżowanymi na piersi,

opierając  się  o  framugę.  Uśmiechał  się,  co  pewnie
oznaczało, że nie wpakowałam się w

background image

tarapaty. Co zatem robiłam w łóżku o drugiej po południu
w zwykły dzień?

-  Lepiej  się  czujesz?  -  zapytał  troskliwie  Andy.
Odsunęłam odrobinę kołdrę. Czyżbym

miała być chora?

Cóż, nietrudno byłoby udawać. Czułam się tak, jakby ktoś
spuścił mi na głowę tonę

cegieł.

Co, w pewien sposób, faktycznie miało miejsce.

- Eee - mruknęłam. - Niekoniecznie.

- Przyniosę ci aspirynę. Myślę, że to skutki zmiany czasu.
Kiedy nie mogliśmy cię

dziś  rano  dobudzić,  postanowiliśmy  pozwolić  ci  spać.
Mama prosiła, żebym cię przeprosił,

ale  musiała  iść  do  pracy.  Zostawiła  mnie  na  stanowisku.
Mam nadzieję, że nie masz nic

przeciwko temu.

Próbowałam  usiąść.  Było  mi  naprawdę  trudno.  Czułam

background image

ból w każdym mięśniu.

Odsunęłam włosy z oczu i zamrugałam nieprzytomnie.

- Nie musiałeś zostawać w domu z mojego powodu. Andy
wzruszył ramionami.

- To nic takiego. Nie miałem okazji z tobą porozmawiać,
odkąd przyjechałaś, więc

pomyślałem, że teraz to nadrobimy. Zjesz lunch?

Kiedy  tylko  wypowiedział  te  słowa,  zaburczało  mi  w
brzuchu.

Usłyszał to i uśmiechnął się.

- Nie ma sprawy. Ubierz się i zejdź na dół. Zjemy lunch na
tarasie. Jest naprawdę

piękny dzień.

Z trudem zwlokłam się z łóżka. Miałam na sobie piżamę.
Nie chciało mi się ubierać,

więc  tylko  włożyłam  skarpetki  i  szlafrok,  umyłam  zęby  i
postałam chwilę przy oknie,

wyglądając na zewnątrz i usiłując doprowadzić włosy do

background image

porządku. Czerwona kopuła

kościoła  Misji  lśniła  w  słońcu.  W  oddali  falował  ocean.
Trudno było uwierzyć, że zeszłej

nocy była to scena straszliwego zniszczenia.

Wkrótce  potem  niezwykle  apetyczny  zapach  dolatujący  z
kuchni skłonił mnie do

zejścia  na  dół.  Andy  robił  kanapkę  z  soloną  wołowiną,
serem szwajcarskim i kiszoną kapustą.

Machnięciem  ręki  wyprawił  mnie  jednak  z  kuchni  na
obszerny taras za domem. Był cały w

słońcu.  Wyciągnęłam  się  na  miękkim  szezlongu  i
udawałam przez chwilę, że jestem gwiazdą

filmową.  Potem  zjawił  się  Andy  z  kanapkami  i  dzbanem
lemoniady i przeniosłam się do stołu

pod  zielonym  parasolem,  gdzie  natychmiast  zabrałam  się
do dzieła. Jak na kogoś, kto nie po-

chodzi z Nowego Jorku, Andy przyrządza niezłe kanapki.

Andy  przykładał  się  nie  tylko  do  robienia  kanapek.
Wypytał mnie drobiazgowo o

background image

różne 

rzeczy, 

ani 

słowem 

nie 

wspominając 

o

wydarzeniach poprzedniej nocy. Ku mojemu

zdumieniu  okazało  się,  że  Śpiący  i  Profesor  nie  puścili
pary z ust. Andy nie miał zielonego

pojęcia,  co  zaszło.  Interesowało  go  jedynie,  czy  podoba
mi się w nowej szkole, czy czuję się

szczęśliwa, tralala...

Pomijając  jeden  drobiazg.  W  pewnym  momencie
oznajmił: - A więc, zdaje się,

przespałaś swoje pierwsze trzęsienie ziemi.

Omal nie zakrztusiłam się jedzeniem.

- Co?

- Swoje pierwsze trzęsienie ziemi. Nastąpiło w nocy, koło
drugiej. Nieduże, najwyżej

czwartego  stopnia,  ale  obudziło  mnie.  Nie  ma  większych
szkód, poza szkołą, gdzie zawalił się

dach  nad  dziedzińcem.  Ale  tego  można  się  było
spodziewać. Od lat ostrzegałem ich, że

background image

drewno  długo  nie  wytrzyma.  Jest  prawie  tak  stare  jak
sama Misja. Trudno się spodziewać,

żeby przetrwało wieki.

Starannie  przeżułam  jedzenie.  No,  no.  Heather  naprawdę
odeszła z hukiem, skoro

mieszkańcy doliny, a nawet ci na wzgórzach, to odczuli.

To  jednak  nie  wyjaśniało,  skąd  Dawid  wiedział,  gdzie
mnie szukać.

Poszłam na górę, usiadłam na ławie przy oknie i zaczęłam
bezmyślnie przerzucać

magazyn mody, zastanawiając się, gdzie się podział Jesse
i jak długo mam czekać na jego

pojawienie  się.  Byłam  ciekawa,  czy  wygłosi  kolejny
wykład i czy są szanse, żeby znowu

nazwał  mnie  querida.  Jednak  wrócili  ze  szkoły  chłopcy.
Przyćmiony przeszedł obok mojego

pokoju  -  nadal  winił  mnie  o  to,  że  został  uziemiony  w
domu na popołudnia - ale za to Śpiący

wsadził  głowę  przez  drzwi,  spojrzał  na  mnie,  stwierdził,

background image

że wszystko w porządku i cofnął się,

marszcząc  czoło.  Tylko  Dawid  zapukał,  a  kiedy
zawołałam, żeby wszedł, wsunął się nie-

śmiało do środka.

-  Hm  -  mruknął.  -  Przyniosłem  ci  twoją  pracę  domową.
Pan Walden przekazał ją dla

ciebie. Powiedział, że ma nadzieję, że czujesz się lepiej.

- Och. Dziękuję, Dawidzie. Połóż to na łóżku.

Dawid  położył  zeszyt  tam,  gdzie  prosiłam,  ale  nie
wyszedł. Stał, wpatrując się w

kolumienkę podtrzymującą baldachim. Domyśliłam się, że
chce porozmawiać, więc

postanowiłam nie odzywać się pierwsza.

- Cee Cee cię pozdrawia. I ten chłopak. Adam McTavish.
Czekałam. I nie

rozczarowałam się.

- Wiesz, wszyscy o tym mówią - odezwał się znowu.

background image

- O czym?

-  No,  wiesz,  o  trzęsieniu  ziemi.  Ze  na  Misji  ciąży  jakieś
przekleństwo, bo epicentrum

znajdowało się... tuż obok klasy pana Waldena.

Mruknęłam: „uhm” i przewróciłam kartkę magazynu.

- A więc - ciągnął Dawid - nie zamierzasz mi powiedzieć,
tak? Nie patrzyłam na

niego.

- Powiedzieć o czym?

- Co się dzieje. Dlaczego znalazłaś się w szkole w środku
nocy. Jak doszło do

zawalenia się dachu. Nic z tych rzeczy.

- Lepiej, żebyś nie wiedział - stwierdziłam, przewracając
stronice. - Wierz mi.

-  Ale  to  nie  ma  nic  wspólnego  z...  z  tym,  o  czym  mówił
Jake? Z gangiem? Prawda?

- Nie.

background image

Podniosłam  wzrok.  Wpadające  do  pokoju  promienie
słońca malowały różowe ślady na

jego  skórze.  Ten  chłopiec,  rudowłosy  chłopiec  z
odstającymi uszami, uratował mi życie.

Byłam mu winna jakieś wyjaśnienie.

- Wiesz, widziałem go - oznajmił Dawid.

- Widziałeś kogo?

- Jego. Ducha.

Patrzył  na  mnie  w  napięciu,  z  bladą  twarzą.  Wyglądał
stanowczo zbyt poważnie jak na

dwunastolatka.

- Jakiego ducha? - zapytałam.

-  Tego,  który  tu  mieszka.  W  tym  pokoju.  -  Rozejrzał  się,
jakby spodziewał się

zobaczyć  Jessego  czającego  się  w  kącie  mojego  jasnego
słonecznego pokoju. - Przyszedł do

mnie  zeszłej  nocy  -  powiedział.  -  Przysięgam.  Obudził
mnie. Mówił o tobie. Stąd wiedziałem.

background image

Stąd wiedziałem, że masz kłopoty.

Patrzyłam na niego z rozdziawioną buzią. Jesse? Jesse mu
powiedział? Jesse go

obudził?

-  Nie  chciał  mnie  zostawić  w  spokoju  -  ciągnął  Dawid
drżącym głosem. - Nie

przestawał mnie... dotykać. Mojego ramienia. Był zimny i
lśnił. Był zimnym, połyskującym

zjawiskiem,  a  w  mojej  głowie  odzywał  się  głos,  który
kazał mi iść do szkoły i pomóc ci. Ja

nie kłamię, Suze. Przysięgam, tak było naprawdę.

-  Wiem,  Dawidzie.  -  Zamknęłam  magazyn.  -  Wierzę  ci.
Otworzył buzię, żeby raz

jeszcze przysiąc, że nie zmyśla, ale kiedy zapewniłam, że
mu wierzę, zamknął ją gwałtownie.

Otworzył ją znowu, mówiąc ze zdumieniem:

- Naprawdę?

- Tak - odparłam. - Nie miałam okazji powiedzieć ci tego

background image

zeszłej nocy, więc robię to

teraz.  Dziękuję  ci,  Dawidzie.  Ty  i  Jake  uratowaliście  mi
życie.

Trząsł  się  cały.  Musiał  usiąść  na  moim  łóżku,  bo  inaczej
by się przewrócił.

- Więc... Więc to prawda. To naprawdę był... duch?

- Naprawdę. Przełknął głośno.

- A dlaczego byłaś w szkole?

-  To  długa  historia.  Ale  daję  ci  słowo,  że  to  nie  ma  nic
wspólnego z żadnymi gangami.

- Czy ma to coś wspólnego z... duchami?

- Nie z tym, który złożył ci wizytę. Ale, owszem, to miało
związek z pewnym duchem.

Usta  Dawida  poruszyły  się,  ale  nie  sądzę,  aby  był  tego
świadom. Wydobyło się z nich

pełne zdumienia:

- To jest jeszcze jakiś inny duch?

background image

-  Och,  jest  ich  dużo  więcej  niż  ten  jeden.  Wytrzeszczył
oczy.

- A ty... ty je widzisz?

-  Dawidzie,  to  nie  są  sprawy,  o  których  jest  mi  łatwo
rozmawiać...

-  Czy  widziałaś  tego  z  zeszłej  nocy?  Tego,  który  mnie
obudził?

- Tak, Dawidzie, widziałam.

-  Wiesz,  kim  jest?  To  znaczy,  jak  umarł?  Pokręciłam
głową.

- Nie. Pamiętasz? Miałeś tego dla mnie poszukać. Dawid
poweselał.

-  Och,  tak!  Zapomniałem.  Zajrzałem  wczoraj  do  paru
książek. Poczekaj chwilę.

Nigdzie nie odchodź.

Wybiegł  z  pokoju.  Zostałam  tam,  gdzie  byłam,  dokładnie
tak, jak polecił. Byłam

ciekawa,  czy  Jesse  jest  gdzieś  w  pobliżu  i  słucha  naszej
rozmowy. Uznałam, że miałby za

background image

swoje, gdyby tak było.

Dawid  wrócił,  zanim  się  obejrzałam,  dźwigając  stos
zakurzonych wielkich ksiąg.

Sprawiały  wrażenie  bardzo  starych,  a  kiedy  usiadł  obok
mnie i zaczął je z zapałem kartkować,

przekonałam się, że faktycznie są tak stare, jak wyglądają.
Żadnej nie wydano po 1910 roku.

Najstarsza pochodziła z 1849 roku.

-  Popatrz  -  powiedział  Dawid,  przeglądając  wielkie,
oprawne w skórę tomiszcze,

zatytułowane Moje Monterey.

Wyszło  ono  spod  pióra  pewnego  pułkownika,  Harolda
Clemmingsa. Pułkownik pisał

dość  suchym  stylem,  ale  w  książce  znajdowały  się
obrazki, co pomagało w lekturze, mimo że

były czarno - białe.

-  Spójrz  -  powtórzył  Dawid,  otwierając  księgę  na
reprodukcji fotografii naszego domu.

background image

Wyglądał  inaczej  -  nie  miał  ganku  ani  garażu.  Drzewa
wokół były znacznie mniejsze. -

Spójrz, widzisz, to jest dom w czasach, gdy mieścił się w
nim hotel. Albo zajazd, jak wtedy

mówiono.  Tutaj  piszą,  że  cieszył  się  złą  sławą.
Zamordowano w nim wielu ludzi. Pułkownik

Clemmings opisuje szczegółowo wszystkie przypadki. Czy
przypuszczasz, że duch, który

wczoraj do mnie przyszedł, jest jednym z nich? To znaczy,
jednym z ludzi, którzy tutaj

umarli?

- Cóż, najprawdopodobniej tak.

Dawid  zaczął  czytać  na  głos  -  szybko  i  z  przejęciem,  nie
potykając się na długich

staromodnych wyrazach - historie ludzi zmarłych w domu,
który pułkownik Clemmings

nazywał Domem na Wzgórzach.

Żaden z nich jednak nie nosił imienia Jesse. Żaden z nich
nawet w przybliżeniu go nie

background image

przypominał.  Skończywszy  czytać,  Dawid  spojrzał  na
mnie wyczekująco.

- Może to duch tego chińskiego posługacza - powiedział. -
Tego, którego zastrzelono,

ponieważ  nie  dość  starannie  wyprał  koszule  tamtego
dandysa.

Pokręciłam głową.

- Nie. Nasz duch nie jest Chińczykiem.

- Och. - Dawid ponownie zajrzał do książki. - A ten? Ten,
który zginął z rąk własnych

niewolników?

- Nie sądzę. Miał niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu.

-  No,  a  ten?  Duńczyk,  którego  przyłapano  na  oszustwach
karcianych i zastrzelono na

miejscu?

-  Nie  jest  Duńczykiem  -  odparłam  z  westchnieniem.
Dawid wydął wargi.

- No, to kim on jest? Ten duch?

background image

-  Nie  wiem.  Jest  chyba  z  pochodzenia  Hiszpanem.  I...  -
Nie chciałam się w to

zagłębiać  w  pokoju,  w  którym  Jesse  mógłby  nas
podsłuchać. No, wiecie, chodzi mi o te jego

oczy, długie, brązowe palce, itd.

Nie chciałam, żeby nabrał przekonania, że mi się podoba.

Potem  przypomniałam  sobie  chusteczkę.  Wyleciała  mi  z
pamięci, kiedy sprałam z niej

krew  i  powiesiłam.  Wyszyto  na  niej  inicjały  MDS.
Powiedziałam o tym Dawidowi.

- Czy te litery coś ci mówią?

Zamyślił  się.  Zamknął  książkę  pułkownika  Clemmingsa  i
sięgnął po inną - jeszcze

starszą  i  bardziej  zakurzoną.  Dawid  otworzył  ją  i
zobaczyłam tytuł: Życie w północnej

Kalifornii, 1800 - 1850

Dawid przejrzał indeks na końcu i powiedział:

- Aha.

background image

- Aha co? - zapytałam.

-  Aha,  tak  myślałem  -  oznajmił.  Otworzył  książkę  na
jednej z ostatnich stron. - Proszę

- powiedział. - Wiedziałem. To jest jej podobizna. - Podał
mi książkę ze stroną nakrytą

cieniutką warstwą ligniny.

-  Co  to?  -  zapytałam.  -  W  książce  jest  chusteczka
higieniczna.

- To nie chusteczka. To bibułka. Używano jej dla ochrony
ilustracji w książkach.

Podnieś ją.

Podniosłam.  Pod  spodem  na  lśniącym  papierze  widniała
czarna - biała reprodukcja

obrazu.  Był  to  portret  kobiety.  Pod  portretem  widniał
napis: Maria de Silva Diego, 1830 -

1916.

Szczęka mi opadła. MDS! Maria de Silva!

Wyglądała  na  kogoś,  kto  mógłby  nosić  taką  chusteczkę  w

background image

rękawie. Miała na sobie

białą  koronkową  suknię  -  w  każdym  razie  na  czarno  -
białym zdjęciu wydawała się biała.

Lśniące  czarne  włosy  piętrzyły  się  w  lokach  po  obu
stronach jej głowy, z długiej szyi

zwieszał  się  okazały  klejnot  na  złotym  łańcuchu.  Piękna
kobieta o dumnym wyglądzie

patrzyła z ram portretu z wyrazem twarzy, którego nie dało
się określić inaczej jak... wyzy-

wający.

Spojrzałam na Dawida.

- Kim ona była? - zapytałam.

- Och, to jedna z najpopularniejszych kobiet w Kalifornii
mniej więcej w tym okresie,

kiedy  zbudowano  ten  dom.  -  Dawid  odebrał  mi  książkę  i
zaczął przerzucać strony. - Do jej

ojca,  Ricardo  de  Silvy,  należała  wówczas  większość
Salinas. Była jego jedyną córką i

background image

przeznaczył  dla  jej  piękny  posag.  Jednak  nie  dlatego
dobijano się o jej rękę. W każdym razie,

nie  tylko  dlatego.  W  tamtych  czasach  dziewczęta,  które
wyglądały tak jak ona, uważano za

piękne.

- Jest bardzo piękna.

Dawid spojrzał na mnie z lekkim uśmieszkiem.

- Taak - powiedział. - Owszem.

- Ależ naprawdę.

Dawid  zauważył,  że  mówię  poważnie  i  wzruszył
ramionami.

-  No,  wszystko  jedno.  Jej  tata  chciał,  żeby  poślubiła
zamożnego ranczera - dalekiego

kuzyna, który był w niej nieprzytomnie zakochany - ale jej
podobał się inny mężczyzna,

mężczyzna o nazwisku Diego. - Zerknął do książki. - Felix
Diego. To był podejrzany typ.

Zajmował  się  handlem  niewolnikami.  W  ten  sposób

background image

przynajmniej zarabiał na życie, zanim

przybył do Kalifornii, żeby zbić majątek, poszukując złota.
Tata Marii nie akceptował

niewolnictwa  tak  samo,  jak  nie  uznawał  poszukiwaczy
złota za godnych ręki jego córki. Tak

więc Maria pokłóciła się z ojcem, który w końcu zagroził
jej wydziedziczeniem, jeśli nie

wyjdzie  za  mąż  za  kuzyna.  To  natychmiast  uspokoiło
Marię, ponieważ należała do dziewcząt,

które lubią pieniądze. Miała jakieś sześćdziesiąt sukien w
czasach, gdy większość kobiet

posiadała dwie, jedną do pracy i jedną do kościoła...

- No, więc co się stało? - przerwałam mu. Nie obchodziło
mnie, ile miała sukien.

Chciałam się dowiedzieć, jaki był w tym udział Jessego.

Dawid szukał czegoś w książce.

-  Cóż,  to  ciekawe,  ale  Maria  w  końcu  postawiła  na
swoim. - Jak?

background image

- Kuzyn nie stawił się na ślub.

- Nie stawił się na ślub? Co to znaczy, nie stawił się?

-  Po  prostu.  Nie  pojawił  się.  Nikt  nie  wie,  co  się  z  nim
stało. Opuścił rancho na parę

dni  przed  ślubem,  no,  wiesz,  żeby  zdążyć  na  czas,  ale
potem wszelki słuch o nim zaginął. Na

zawsze. Koniec pieśni.

- A... - Znałam odpowiedź, ale i tak musiałam zapytać: - A
co się stało z Marią?

-  Wyszła  za  mąż  za  poszukującego  złota  handlarza
niewolników. To znaczy, po

stosownej  zwłoce.  Wtedy  panowały  surowe  zasady
dotyczące tych rzeczy. Jej tata tak się

rozczarował  nieodpowiedzialnością  kuzyna,  że  w  końcu
oświadczył Marii, że może robić, co

jej  się  podoba  i  iść  do  diabła.  Tak  też  zrobiła.  Ale  nie
poszła do diabła. Miała z handlarzem

niewolników jedenaścioro dzieci i przejęła wraz z mężem
majątek ojca po jego śmierci i

background image

zajmowali się jego utrzymaniem...

Podniosłam rękę.

-  Poczekaj.  Jak  się  nazywał  ten  kuzyn?  Dawid  zajrzał  do
książki.

- Hektor.

- Hektor?

-  Tak.  -  Dawid  znowu  spojrzał  na  stronę  w  książce.  -
Hektor de Silva Ale matka

nazywała go Jesse.

Kiedy  podniósł  wzrok,  coś  musiało  go  zastanowić  w
wyrazie mojej twarzy, bo

odezwał się cicho:

- To nasz duch?

- Tak - odparłam równie cicho. - To jest nasz duch.

background image

19

Chwilę później zadzwonił telefon. Przyćmiony wrzasnął z
dołu, że to do mnie.

Podniosłam  słuchawkę  i  usłyszałam  piskliwy  głos  Cee
Cee.

-  Pani  wiceprzewodnicząca  -  powiedziała.  -  Czy  pani
wiceprzewodnicząca chciałaby

coś powiedzieć prasie?

Ja na to:

- Nie. Dlaczego nazywasz mnie wiceprzewodniczącą?

-  Ponieważ  wygrałaś  wybory.  -  W  tle  usłyszałam,  jak
Adam krzyczy:

- Moje gratulacje!

- Jakie wybory? - zapytałam oszołomiona.

-  Na  wiceprzewodniczącego!  -  W  głosie  Cee  Cee
brzmiała irytacja. - Rany!

background image

- Jak mogłam je wygrać? - powiedziałam. - Przecież mnie
tam nie było.

-  Nic  nie  szkodzi.  I  tak  zdobyłaś  dwie  trzecie  głosów
drugiego rocznika.

-  Dwie  trzecie?  -  Przyznaję,  byłam  w  szoku.  -  Ależ,  Cee
Cee, dlaczego ludzie na mnie

głosowali? Nawet mnie nie znają. Jestem nowa.

Cee Cee na to:

-  Cóż  ci  mogę  powiedzieć?  Emanujesz  pewnością  siebie
urodzonej przywódczyni.

- Ale...

- I pewnie nie jest bez znaczenia, że pochodzisz z Nowego
Jorku, ludzie tutaj są

zafascynowani wszystkim, co pochodzi z Nowego Jorku.

- Ale...

- A poza tym, mówisz naprawdę szybko.

- Tak?

background image

- Owszem. A to sprawia, że wydajesz się inteligentna. To
znaczy, uważam, że jesteś

inteligentna,  ale  także  robisz  takie  wrażenie,  bo  szybko
mówisz. I ubierasz się na czarno, a

czarny jest, no, wiesz, kultowy.

- Ale...

-  Och,  no  i  to,  że  uratowałaś  Bryce'a  przed  tą  spadającą
belką Ludziom to się podoba.

Dwie trzecie rocznika drugich klas głosowałoby zapewne
na zajączka wielkanocnego,

gdyby  ktoś  go  skłonił  do  ubiegania  się  o  to  stanowisko.
Nie powiedziałam jednak niczego w

tym stylu. Zamiast tego stwierdziłam:

- Cóż. A to dobre.

-  Dobre?  -  powtórzyła  zdumiona  Cee  Cee.  -  Dobre?  To
wszystko, co masz do

powiedzenia,  „dobre”?  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,
jak świetnie będziemy się bawili

background image

teraz, kiedy udało nam się dobrać do tej całej kasy? Jakie
fantastyczne rzeczy będziemy w

stanie robić?

- No, to... świetnie.

-  Świetnie?  Suze,  to  niesamowite!  Będziemy  mieli
niesamowity, niesamowity

semestr!  Taka  jestem  z  ciebie  dumna!  I  pomyśleć,  że  to
przewidziałam!

Rozłączyłam  się,  mając  poczucie,  że  zdarzyło  się  coś
niezwykłego. Nie co dzień

zdarza 

się, 

żeby 

wybrano 

kogoś 

na

wiceprzewodniczącego klasy w sytuacji, gdy ta osoba

chodzi do tej klasy krócej niż tydzień.

Nie  zdołałam  dobrze  odłożyć  słuchawki,  gdy  telefon
znowu zadzwonił. Tym razem

odezwał się dziewczęcy głos, którego nie rozpoznałam, a
który prosił o rozmowę z Suze

Simon.

background image

- To ja - powiedziałam i Kelly Prescott wrzasnęła mi do
ucha:

-  O  mój  Boże!  Słyszałaś?  Nie  jesteś  podniecona?  Ale
będziemy mieli zajebisty rok.

„Zajebisty”. W porządku.

-  Z  przyjemnością  podejmę  współpracę  z  tobą  -
powiedziałam spokojnie.

-  Posłuchaj  -  odezwała  się  Kelly,  przechodząc  nagle  na
ton negocjacji biznesowych. -

Musimy się spotkać i wybrać muzykę.

- Muzykę do czego?

-  Na  tańce,  oczywiście.  -  Dobiegł  mnie  szelest  kartek  jej
terminarza. - Załatwiłam

didżeja. Przysłał mi listę i mamy wybrać piosenki. Jak, na
przykład, jutro wieczorem? A poza

tym,  co  się  z  tobą  dzieje?  Nie  było  cię  dzisiaj  w  szkole.
Nie zarażasz chyba, co?

-  Eee,  nie.  Posłuchaj,  Kelly,  co  do  tych  tańców...  Nie
wiem. Pomyślałam, że byłoby

background image

zabawniej  wydać  pieniądze  na  coś  takiego,  jak.  ..  no,  na
przykład, piknik na plaży.

Powtórzyła beznamiętnym tonem:

- Piknik na plaży.

-  Taak.  Do  tego  siatkówka,  ognisko  i  takie  rzeczy.  -
Owinęłam sobie sznur

telefoniczny  wokół  palca.  -  Po  tym,  jak  uczcimy  pamięć
Heather, oczywiście.

- Co takiego?

-  Uroczystość  żałobna.  Widzisz,  domyślam  się,  że
wynajęłaś już salę w Carmel Inn na

tańce,  prawda?  Ale  zamiast  tańców,  moglibyśmy
wyprawić Heather uroczystość żałobną.

Wiesz, sądzę, że to by jej odpowiadało.

Ton głosu Kelly nie wyrażał żadnych uczuć.

- Nawet jej nie znałaś.

-  Cóż,  to  prawda.  Ale  wydaje  mi  się,  że  wiem,  jakiego
typu osobą była. I sądzę, że

background image

uroczystość  żałobna  w  Carmel  Inn  to  jest  dokładnie  to,
czego by sobie życzyła.

Kelly milczała przez minutę. Cóż, owszem, przyszło mi do
głowy, że może nie

podobają  jej  się  moje  sugestie.  Jestem  w  końcu
wiceprzewodniczącą. A nie sądzę, żeby dało

jej się zdjąć mnie ze stanowiska, chyba że wyrzucono by
mnie ze szkoły.

-  Kelly?  -  Ponieważ  nie  odpowiedziała,  ciągnęłam:  -
Słuchaj, Kelly, nie przejmuj się

tym  teraz.  Porozmawiamy.  Aha,  a  co  do  tego  party  w
sobotę. Mam nadzieję, że nie będziesz

miała  nic  przeciwko  temu,  że  zaprosiłam  Cee  Cee  i
Adama. Wiesz, to dziwne, ale oni

twierdzą, że nie zostali zaproszeni. Ale w tak małej klasie
jak nasza, to naprawdę nie w

porządku  nie  zaprosić  wszystkich,  rozumiesz,  o  co  mi
chodzi? Ludzie, których się nie

zaprasza,  mogą  pomyśleć,  że  się  ich  nie  lubi.  Jestem
pewna, że w wypadku Cee Cee i Adama

background image

po prostu zapomniałaś, prawda?

-  Czy  ty  jesteś  chora  na  głowę?  Nie  zniżyłam  się  do
odpowiedzi.

- Do zobaczenia jutro - rzuciłam jedynie.

Parę  minut  później  telefon  zadzwonił  jeszcze  raz.
Odebrałam, gdyż jak się wydawało,

jestem  rozchwytywana.  Nie  pomyliłam  się.  Dzwonił
ojciec Dominik.

-  Susannah  -  odezwał  się  swoim  przyjemnie  głębokim
głosem - mam nadzieję, że nie

masz mi za złe, że cię niepokoję w domu. Dzwonię, żeby
ci pogratulować wygranej w

wyborach...

- Proszę się nie martwić, ojcze Dominiku. Nikt nie słucha
na drugiej linii. To tylko ja.

-  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  -  powiedział  zupełnie  innym
tonem. - Przyrzekłaś mi!

Przyrzekłaś, że nie pójdziesz do szkoły sama!

background image

- Przepraszam, ale groziła, że skrzywdzi Dawida, więc...

-  Nie  obchodzi  mnie  to,  choćby  groziła  twojej  matce,
młoda damo. Następnym razem

masz na mnie czekać. Rozumiesz? Nigdy więcej nie wolno
ci próbować czegoś tak

ryzykownego jak egzorcyzmy bez żadnej pomocy!

-  Cóż,  dobrze.  Miałam  jednak  nadzieję,  że  nie  będzie
następnego razu.

-  Nie  będzie  następnego  razu?  Jesteś  niemądra!  Jesteśmy
mediatorami, pamiętaj o

tym.  Dopóki  istnieją  duchy,  będzie  dla  nas  następny  raz,
młoda damo, i radzę o tym nie

zapominać.

Jakbym  naprawdę  mogła  zapomnieć.  Wystarczyło
rozejrzeć się po pokoju w dowolnej

porze  dnia  i  oto  pojawiała  się  moja  chusteczka  z
zawiązanym rogiem, czyli zamordowany

kowboj.

background image

Nie  widziałam  jednak  potrzeby  informowania  o  tym  ojca
Dominika. Powiedziałam

tylko:

- Przykro mi z powodu dachu. Biedne ptaki.

-  Pal  sześć  moje  ptaki.  Nic  ci  się  nie  stało  i  tylko  to  się
liczy. Kiedy wyjdę ze szpitala,

usiądziemy  sobie  razem,  Susannah,  i  odbędziemy  długą
pogawędkę na temat właściwych

technik  mediacji.  Nie  podoba  mi  się  ten  twój  obyczaj
wkraczania na scenę i nokautowania

nieszczęsnych dusz, kiedy się tego najmniej spodziewają.

Roześmiałam się.

-  Dobrze.  Przypuszczam,  że  dokuczają  księdzu  żebra?
Odpowiedział łagodniejszym

tonem:

- Owszem, trochę. Skąd wiesz?

- Bo jest ksiądz taki miły.

background image

- Przepraszam. - Po głosie poznałam, że mówił poważnie.
- Ja... tak, rzeczywiście

odczuwam  bóle  w  żebrach.  Och,  Susannah.  Słyszałaś
nowiny?

-  Które?  To,  że  wybrano  mnie  na  wiceprzewodniczącą
klasy, czy to, że rozwaliłam

szkołę wczoraj w nocy?

-  Nic  z  tego.  U  Louisa  Stevensona  zwolniło  się  jedno
miejsce dla Bryce'a. Przeniesie

się tam, jak tylko będzie w stanie chodzić.

-  Ale...  -  To  żałosne,  wiem,  ale  poczułam  się
skonsternowana. - Ale Heather odeszła.

Nie musi się przenosić.

-  Heather  mogła  odejść  -  powiedział  łagodnym  tonem
ojciec Dominik - ale jej pamięć

trwa  wśród  tych,  których...  dotknęła  jej  śmierć.  Nie
możesz chyba mieć do chłopaka pretensji

o to, że chce zacząć od nowa w innej szkole, gdzie nikt nie
będzie szeptał za jego plecami?

background image

Ja  na  to,  bez  specjalnego  entuzjazmu,  myśląc  o  miękkich
jasnych włosach Bryce'a:

- Pewnie nie.

-  Podobno  do  poniedziałku  dojdę  do  siebie  na  tyle,  że
będę mógł wrócić do pracy. Czy

możemy się spotkać w moim gabinecie?

-  Pewnie  tak  -  odparłam  z  równym  zapałem  co
poprzednio. Ojciec Dominik zdawał się

tego nie zauważać.

-  Do  zobaczenia  zatem  -  powiedział.  Zanim  odłożyłam
słuchawkę, usłyszałam jeszcze,

jak  mówi:  -  Och,  Susannah.  Postaraj  się  w  międzyczasie
nie rozwalić tego, co zostało ze

szkoły.

- Ha, ha - mruknęłam i rozłączyłam się.

Siedząc  na  ławie  przy  oknie,  oparłam  podbródek  na
kolanach i zapatrzyłam się na

krzywiznę  zatoki  po  drugiej  stronie  doliny.  Słońce

background image

zachodziło powoli. Mój pokój opromieniło

złoto - czerwone światło, a niebo wokół słońca wydawało
się pasiaste. Kolorowe chmury -

niebieskie,  fioletowe,  czerwone  i  pomarańczowe  -
wyglądały jak wstążki, które widziałam

kiedyś  powiewające  na  majowym  palu  podczas
renesansowego jarmarku. Przez otwarte okno

wpadał zapach morza. Nadmorska bryza niosła wysoko na
wzgórza, tam, gdzie siedziałam,

słony aromat.

Zastanawiałam  się,  czy  Jesse  też  tak  siedział  w  oknie,
wdychając zapach oceanu,

zanim umarł. Zanim, czego byłam pewna, kochanek Marii
de Silvy, Felix Diego, zakradł się

do pokoju i zabił go.

Jakby  czytając  w  moich  myślach,  Jesse  zmaterializował
się o kilka kroków ode mnie.

-  Rany!  -  zawołałam,  przyciskając  rękę  do  serca,  które
biło tak mocno, że bałam się, że

background image

eksploduje. - Czy ty musisz to robić?

Opierał się nonszalancko o słupek przy moim łóżku.

-  Przykro  mi  -  powiedział.  Ale  widać  było,  że  to
nieprawda.

- Słuchaj, jeśli mamy, w pewnym sensie, mieszkać razem,
musimy wypracować

pewne zasady. A zgodnie z zasadą numer jeden nie możesz
mnie w ten sposób zaskakiwać.

-  A  jak  mam  dawać  znać  o  swojej  obecności?  -  zapytał
Jesse ze śmiejącymi się

oczami.

-  Nie  wiem.  Czy  mógłbyś,  na  przykład,  brzęczeć
łańcuchami?

Pokręcił głową.

- Nie sądzę. Jaka byłaby zasada numer dwa?

-  Zasada  numer  dwa...  -  Głos  mi  zamarł,  kiedy  tak  na
niego patrzyłam. To nie w

porządku.  Naprawdę  nie.  Zmarli  faceci  nie  powinni  być

background image

tacy przystojniak Jesse, którego twarz

opromieniało 

tej 

chwili 

zachodzące 

słońce,

uwydatniając jej regularne rysy...

Uniósł brew, tę z blizną.

- Coś nie tak, querida ? - zapytał.

Popatrzyłam  na  niego  uważnie.  Było  jasne,  że  nie  zdaje
sobie sprawy, że wszystko

wiem.  Chciałam  go  o  to  zapytać,  ale  właściwie  nie
chciałam się niczego dowiadywać. Coś

trzymało Jessego na tym świecie, nie dając mu przejść do
tego, do którego należał, a to coś,

jak  przeczuwałam,  wiązało  się  bezpośrednio  ze
sposobem, w jaki umarł. Ponieważ jednak

wyraźnie nie zależało mu na tym, żeby o tym dyskutować,
uznałam, iż to nie mój interes.

Coś  takiego  zdarzyło  mi  się  po  raz  pierwszy.  Zazwyczaj
nie mogłam opędzić się od

duchów, które domagały się mojej pomocy. Ale nie Jesse.

background image

Przynajmniej na razie.

-  Pozwól,  że  cię  o  coś  zapytam  -  odezwał  się  Jesse  tak
niespodziewanie, że przez

chwilę myślałam, że czyta w moich myślach.

-  O  co?  -  zapytałam  ostrożnie,  odrzucając  magazyn  i
wstając.

-  Zeszłej  nocy,  kiedy  ostrzegłaś  mnie  przed  pójściem  do
szkoły, ponieważ zamierzałaś

odprawić egzorcyzmy...

Otworzyłam szeroko oczy.

- Tak?

-  Dlaczego  mnie  ostrzegłaś?  Roześmiałam  się  z  ulgą.
Tylko o to mu chodzi?

- Ostrzegłam cię, bo gdybyś się tam zjawił, wessałoby cię
do innego świata jak

Heather.

-  Ale  czy  to  nie  byłby  doskonały  sposób,  żeby  się  mnie
pozbyć? Miałabyś pokój dla

background image

siebie, dokładnie tak, jak sobie życzysz.

Popatrzyłam na niego przerażona.

- Ale to byłoby... to byłoby nieuczciwe! Uśmiechnął się.

- Rozumiem. Wbrew zasadom?

- Owszem - odparłam. - Pewnie, że tak.

- A więc ostrzegłaś mnie... - zrobił krok w moją stronę -
...ponieważ odrobinę mnie

polubiłaś?

Poczułam ze zgrozą, że się czerwienię.

-  Nie.  Nic  podobnego.  Próbuję  po  prostu  postępować
zgodnie z zasadami. Które ty

złamałeś, nawiasem mówiąc, budząc Dawida.

Jesse podszedł o krok bliżej.

-  Musiałem.  Powiedziałaś,  że  nie  mogę  sam  przyjść  do
szkoły. Jaki miałem wybór?

Gdybym  nie  wysłał  ci  brata  na  pomoc  -  stwierdził  -
byłabyś w tej chwili odrobinę nieżywa.

background image

Zdawałam  sobie,  niestety,  sprawę,  że  ma  rację.  Nie
miałam jednak zamiaru

przyznawać mu tego.

- A skąd. Panowałam nad wszystkim. Ja...

-  Nad  niczym  nie  panowałaś  -  zaśmiał  się  Jesse.  -
Wpakowałaś się tam bez żadnego

planu, bez jakiegokolwiek...

-  Miałam  plan.  -  Zrobiłam  jeden  zamaszysty  krok  w  jego
stronę i nagle stanęliśmy

praktycznie nos w nos. - Kim ty jesteś, żeby twierdzić, że
nie miałam planu? Robię to od lat,

rozumiesz? Od lat. I nigdy nie potrzebowałam pomocy. Od
nikogo. A na pewno nie od kogoś

takiego jak ty.

Przestał  się  nagle  uśmiechać.  Na  jego  twarzy  malowała
się wściekłość.

- Takiego jak ja? Jak ty mnie nazwałaś? Od kowboja?

- Nie. Od kogoś, kto jest martwy. Jesse drgnął, jakbym go

background image

uderzyła.

-  Ustalmy,  że  zgodnie  z  zasadą  numer  dwa  ty  się  nie
wtrącasz w moje sprawy, a ja w

twoje - powiedziałam.

- Świetnie - odparł Jesse krótko.

-  Świetnie  -  powtórzyłam.  -  I  dziękuję.  Nadal  był
wściekły. Zapytał nadąsanym

głosem:

- Za co?

- Za uratowanie mi życia.

Gniew  natychmiast  zniknął  z  jego  twarzy.  Przestał
marszczyć brwi.

A potem wyciągnął ręce i położył je na moich ramionach.

Gdyby  wbił  we  mnie  widelec,  chyba  nie  byłabym  taka
zdumiona. Przyzwyczaiłam się

do  radzenia  sobie  z  duchami  za  pomocą  pięści,  ale  nie
przyzwyczaiłam się do tego, że patrzą

background image

na mnie tak, jakby... jakby...

Cóż, jakby chciały mnie pocałować.

Zanim jednak zdążyłam zastanowić się, co dalej - zamknąć
oczy i poddać się jego

woli  czy  też  powołać  na  zasadę  numer  trzy:  żadnego
dotykania - z dołu rozległ się głos mojej

mamy.

-  Susannah?  -  zawołała.  -  Suzie!  Jestem  w  domu.
Spojrzałam na Jessego. Zdjął ręce z

moich  ramion.  Chwilę  później  mama  otworzyła  drzwi,  a
Jesse zniknął.

- Suzie - powiedziała. Podeszła bliżej i objęła mnie. - Jak
się masz? Mam nadzieję, że

nie  jesteś  zła,  że  pozwoliliśmy  ci  spać.  Wydawałaś  się
taka zmęczona.

-  Nie.  -  Nadal  czułam  się  lekko  oszołomiona  tym,  co
zaszło między mną a Jessem. -

Nie jestem zła.

background image

-  Przypuszczam,  że  to  wszystko  w  końcu  cię  zmogło.
Spodziewałam się, że to nastąpi.

Czy dobrze ci tu było z Andym? Mówił, że zrobił ci lunch.

- Zrobił świetny lunch - stwierdziłam automatycznie.

-  Słyszałam  też,  że  Dawid  przyniósł  ci  pracę  domową.  -
Puściła mnie i podeszła do

okna. - Myśleliśmy, żeby zrobić spaghetti na obiad. Co ty
na to?

-  Brzmi  dobrze.  -  Zauważyłam,  że  mama  wygląda  przez
okno. A potem stwierdziłam,

że  nie  pamiętam,  kiedy  moja  mama  wyglądała  tak...  cóż,
pogodnie.

Może  to  dlatego,  że  odkąd  przeprowadziłyśmy  się  na
zachód, przestała pić kawę.

Bardziej prawdopodobne jednak, że to miłość.

- Na co patrzysz, mamo? - zapytałam.

-  Och,  na  nic  takiego,  kochanie  -  powiedziała  z  lekkim
uśmiechem. - Na zachód

background image

słońca. Jest taki piękny. - Odwróciła się, żeby objąć mnie
ramieniem i stałyśmy tak razem,

patrząc, jak słońce zanurza się w Pacyfiku w płomieniach
czerwieni, fioletów i złota. - W

Nowym Jorku z pewnością nie mogłabyś oglądać takiego
zachodu słońca - westchnęła. -

Prawda?

- Nie. Z pewnością nie.

- A więc - powiedziała mama, obejmując mnie mocniej. -
Co o tym myślisz? Sądzisz,

że powinnyśmy trochę tu zostać?

Żartowała, oczywiście. Ale nie do końca.

- Pewnie - stwierdziłam. - Zostańmy.

Uśmiechnęła  się  do  mnie,  a  potem  znowu  popatrzyła  na
słońce. Jaskrawa

pomarańczowa kula znikała za horyzontem.

- „Oto zachodzi słońce” - zanuciła mama.

background image

- „I tak jest dobrze” - dokończyłam.

Podziękowania dla AScarlett za skan