background image

Była niespokojna. Bała się. Bała się po raz pierw­

szy od czasu, gdy dała się wplątać w sieć półprawd 
i kłamstw. 

Maja nie spodziewała się, że ktoś z rodziny będzie 

szukał u niej schronienia. Z opowieści Reijo wysnuła 

wniosek, że z nich wszystkich najlepiej się ułożyło Knu-
towi. Był tym, który zdobył złoto, dobrobyt i szczęście. 

A teraz znalazł się u niej. Z żoną i dzieckiem. Nie­

mal jak włóczęga. 

N o , może nie tak całkiem biedny, miał pieniądze. 

Ale nie miał ziemi, w której mógłby zapuścić korzenie. 

Maja ulitowała się nad nim. Otworzyła szeroko 

drzwi posiadłości na wyspie Hailuoto, zadbała, by 
przybysze poczuli się jak w domu. Jej także było miło 
przebywać z rodziną. To prawda, że Knut zawsze po­
zostawał w najlepszej komitywie z Idą, ale był także 
bratem Mai. Podobał jej się mężczyzna, na którego wy­
rósł. Trudniej jej przyszło zaprzyjaźnić się z Anjo, jak 
zawsze zresztą z kobietami. Nie była to wina Anjo, tej 
miłej w obejściu, serdecznej Anjo. Maja to wiedziała. 

Nie nalegała, żeby zostali na długo. Ale nie mogła 

ich tak po prostu wyrzucić na ląd i zabronić odwie­
dzin. Knut mówił o znalezieniu czegoś własnego, ale 
nie spieszył się zbytnio. 

Zwlekał tak długo, że Maja zaczęła się niepokoić. 
Ona, pani na Hailuoto, bała się. 

background image

Tak nazywali ją ludzie. 
Pani na Hailuoto. 

Wiedziała lepiej niż ktokolwiek, że nie było to tyl­

ko pochlebstwo. Te słowa zawierały nutę szyderstwa. 
Ludzie śmiali się z Williama Runefelta, że ożenił się 
z Panną Nikt Znikąd. Była więcej niż pewna, że do­
dawali przy tym, że nawet nie jest ładna. 

I mieli rację. 
Po prostu tak się ułożyło, że William Runefelt, naj­

lepsza partia na wschód od rzeki Torne, pokochał 

właśnie ją. 

Obdarzył ją dostatkiem i poczuciem bezpieczeń­

stwa, którego nikt inny by jej nie zapewnił. No 
i ochraniał jej brata. 

Jej własne uczucia schodziły wobec tego na drugi 

plan. 

Nadal przebywał w Niemczech. Zbyt gorąco ma­

rzył o wolnej Finlandii. W kraju wciśniętym pomię­
dzy żądnych potęgi obcych władców okazało się to 
niebezpieczne. Łatwo można było dowieść, że Wil­
liam stoi po niewłaściwej stronie. Gdy ujawniono spi­
sek, pomógł mu fakt, że jest synem Marcusa Rune­
felta. Ojciec uratował skórę zarówno jemu, jak i Ailo. 

Z upływem lat wybaczono mu tylko częściowo. 

Rozważano pozwolenie na jego powrót pod warun­
kiem, że będzie się trzymał w cieniu. 

William pisał, że o niczym innym nie marzy. Przy­

gotowany był na poniesienie ofiar po to, żeby móc uj­
rzeć ją i syna. Syna, którego jeszcze nigdy nie widział. 

Maja nie była przekonana, czy William dotrzyma 

zobowiązania, że zapomni o swoich przekonaniach. 

Nie była pewna, czy ona sama jest gotowa na jego 

powrót do domu. Na Ailo czekała z utęsknieniem. 

background image

A mąż... równie dobrze mógłby pozostać tam, 

gdzie jest. 

Jej dusza stwardniała z upływem czasu. Miała teraz 

dwadzieścia cztery lata. Była pełna gorzkich doświad­
czeń, ale czuła, że przeciwności losu ją umocniły. Są­
dziła, że jest wystarczająco silna, aby żyć w kłamstwie. 

Ale nie wzięła pod uwagę, że będzie gościła brata 

pod swym dachem. Innego brata. Powoli godziła się 
z myślą, że przetnie ostatnie więzy łączące ją z Ruiją 
bez względu na to, ile bólu jej to sprawi. Równie du­
żo bólu wynikało z ich podtrzymywania... 

Aż nadjechał Knut. 
I sprawił, że zaczęła się bać. 

Knut zauważył to i podzielił się swoim spostrzeże­

niem z Anjo. Jej też takie myśli przychodziły do głowy. 

Oddalali się od domu, kierując w stronę zatoki. Był 

późny wieczór. Maja pisała list do męża. Wydawało 
się, że robi to cały czas. Nie byli pewni, czy wszystkie 

wysyłała. Ale pisała je. Co wieczór do późna w noc. 

- Była taka, gdy przyjechaliśmy? - spytał Knut. -

Może to nasza wina? 

Anjo cofnęła się myślami wstecz, ale nie mogła 

znaleźć odpowiedzi. Nie wiedziała. Po prostu nie są­
dziła, że kiedykolwiek zdoła zrozumieć Maję. Starsza 
siostra Knuta jest i pozostanie dla niej zagadką. 

Gdy przybyli, pierwszym pytaniem było: „Jak się 

ma Reijo?". Poza tym nie okazała szczególnego zain­
teresowania losami rodziny. Na tej wyspie stworzyła 
sobie własny świat i wydawało się, że jest jej tu dobrze. 

Anjo z lekka to przerażało. Ale właściwie rozumia­

ła, dlaczego Maja tak uczyniła. Była przecież tu obca. 

Ona, Anjo, chyba inaczej by tu żyła. 
Ale tajemnicza Maja była interesująca. Na pewno 

background image

trzymała wiele w ukryciu. Mimo że nie okazywała 
specjalnej serdeczności, roztaczała pewien czar. 

- Maja ma wszystko - stwierdził Knut w zamyśle­

niu. Usiadł na trawie porastającej pas ziemi nad pla­
żą. Wiatr rozwiewał mu włosy. Zachęcająco poklepał 
miejsce koło siebie. - Dlaczego więc jest mi jej żal? 

- Dlatego, że jesteś na tyle wrażliwy, żeby wyczuć 

w tym fałsz - odpowiedziała Anjo cicho. Ujęła męża 

pod ramię i oparła o nie policzek. Zamyślona, zapa­
trzyła się przed siebie. - Maja stara się udowodnić, że 
się jej powiodło. Chce, żebyśmy zauważyli to, i nic po­
za tym. Ale w głębi duszy jest samotna i nieszczęśliwa. 

Ma małe dziecko, a otoczona jest przez służbę, która 
dla niej pracuje. Za pieniądze. Mąż nie zdołał wciągnąć 
ją w swój świat, zanim odjechał. A ludzie jego stanu 
nie zwykli spełniać tego rodzaju dobrych uczynków, 
kochany Knucie. Nie zlitują się nad przebiegłą panni­

cą, która oplotła jednego z nich swoją siecią. 

- Maja zawsze była samotna - zauważył Knut za­

myślony. - Tylko Rei jo, jako jedyny, znał ją napraw­
dę. I może Heino... Tak, no i Ailo. Ich łączyło coś spe­

cjalnego... 

- A ty? - spytała Anjo. - Nigdy ci nie ufała? 
- Dawniej tak - odparł. - Ale gdy Ida dorosła, oka­

zało się, że to nasze charaktery bardziej do siebie pa­
sują. Ona była pogodna. Łatwiej było z nią dzielić się 
tajemnicami. W Mai czaił się mrok. A to działa od­
straszająco, gdy jest się tylko chłopcem. No i Maja 
uznała Ailo za swego najlepszego na świecie brata. 
Widywali się tak rzadko, że częściej rozmawiała 
z nim w myślach niż twarzą w twarz. Może najwy­

godniej było obcować z nim w marzeniach. O wiele 
trudniej przychodziło jej przestawać z tym, który 

background image

mógł mieć potrzebę podzielenia się z nią myślami na 

co dzień... 

- To gorzkie słowa - rzuciła Anjo, roztrzepując Knu-

towi włosy. Już były trochę za długie, czas je podciąć. 
Uśmiechnęła się lekko na wspomnienie wielmożów, do 
których musieli zwracać się w Oulu, szukając Mai. Nie­
którzy mieli na głowach pudrowane peruki. Najwyraź­
niej zaczynały obowiązywać wśród członków warstwy, 
do której należała teraz Maja. Anjo wyobraziła sobie 
męża w czymś takim i ledwo stłumiła śmiech. 

- Nieładnie tak mówić, Knut. To nie tylko wina 

Mai. Na pewno nie było jej łatwo w życiu! 

- Żadnemu z dzieci Raiji nie było łatwo w życiu -

potwierdził Knut. - Jednak Ida i ja nie staliśmy się ta­
cy. Maja zawsze się od nas różniła... 

Wzruszył ramionami. Ciasno objął żonę. Dobrze wie­

dział, że była czymś najwspanialszym, co mu się zdarzy­
ło w życia Czuł, że mógłby się stać niezłym dziwakiem, 
gdyby los lub Najwyższy nie zesłał mu jej w porę. 

- Broniłbym Mai gołymi pięściami, gdyby zaszła ta­

ka potrzeba - wyznał cicho. - Gdyby ktoś jej zagroził, 
powiedział o niej coś obraźliwego... Ale uważam, że 

w rodzinie powinniśmy oceniać się uczciwie. Myślę, że 

byłbym w stanie jej to wszystko powiedzieć wprost. 

- I zniósłbyś, gdyby ona odpłaciła ci tym samym? -

spytała Anjo z nutką złośliwości. - Gdyby powiedzia­
ła ci prawdę o tobie, tak jak cię widzi? 

-Tak. 

Zamilkł na dłuższą chwilę. Zapatrzył się w niebie­

ską dal. Dalej niż mógł dostrzec, znajdował się 
szwedzki brzeg. Na północy było wybrzeże fińskie, 

wcielone do Szwecji. 

- Myślę, że chcę tu mieszkać - powiedział z namy-

background image

słem. - Chyba bym potrafił. Nie na tej wyspie, ale 

w tym kraju. Liczę się jednak z tym, że trudno będzie 
kupić ziemię. Przecież to właśnie dlatego tylu ucieka 
do Norwegii, bo w Suomi nie ma ziemi. Zgodnie z pra­

wem dostaje ją najstarszy syn. - Knut nabrał powie­

trza i wypuścił je powoli. Podjął decyzję. - Ale z pew­
nością nie wyjadę stąd, dopóki nie zrozumiem lepiej 
Mai. Zanim nie zdobędę zadowalającej odpowiedzi na 
pytanie, o którego zadanie prosiła mnie Ida... 

- O Ailo? - upewniła się Anjo cicho. Znała odpo­

wiedź, napełniała ją chłodem. 

Knut skinął głową. 

- To nie jest takie oczywiste, jak Maja to przedsta­

wia. Wiele szczegółów się nie zgadza, nie brzmi wia­

rygodnie. Czuję po prostu, że ona kłamie. Na tyle ją 
znam, że wyczuwam u niej fałsz. Wiesz, moja Anjo, 

według mnie Maja zaczęła się bać dopiero wtedy, gdy 

się tu zjawiliśmy. Z jakiegoś powodu nie chce, żeby­
śmy tu z nią byli. 

-Jak możesz tak mówić? Jest gościnna jak mało kto! 
Knut zerwał źdźbło trawy, wsunął między zęby 

i zaczął gryźć w zamyśleniu. 

- Nie mogła inaczej. Nie chcę powiedzieć, że nas nie 

lubi, bo to nieprawda. Ale się boi. I mogę się założyć 
o własną duszę, że to ma związek z naszą rozmową 
o Ailo. Oczywiście, mogła odchodzić od zmysłów, roz­
paczając po ukochanym bracie. Rozumiem to. Ale to 
nie był ten rodzaj żalu. Nie czujesz tego, Anjo? Prze­

cież zwykle świetnie wyczuwasz takie rzeczy... 

Nic takiego nie zauważyła. Maja nie była wylew­

na, ale to chyba też z powodu żałoby. 

- Jest coś, co tu się nie zgadza - mówił dalej Knut. -

Coś, o czym Maja nie chce, żebyśmy wiedzieli. Ailo ni-

background image

gdy nie opuściłby Idy. Wiem to na pewno. Mógłby za 
nią umrzeć, ale nie mógłby jej złamać serca. 

- Przychodzi ci do głowy, że on mógłby żyć?! - spy­

tała Anjo przerażona. - Wiesz, co mówisz, Knut? 
Zdajesz sobie sprawę, co to mogłoby oznaczać? 

Pokiwał głową. 
- Ale mam nadzieję, że to jednak nie to... 
- Więc trzymajmy się tej nadziei! - oświadczyła 

Anjo stanowczo. - Idzie jest teraz dobrze z Sedolfem. 
Nie wiem, czy żyłaby tak spokojnie i zwyczajnie 
z Ailo. Różnił się bardzo od Sedolfa. 

Knut zaśmiał się, wstając. Pomógł żonie się pod­

nieść i otrzepać z trawy. Nie żeby to było konieczne. 
Po prostu lubił jej dotykać. Wiedział, że jej także 
sprawia to przyjemność. 

- Ależ wy, kobiety, jesteście do siebie podobne... -

naigrywał się. - Niewielu z was nie oczarowałyby 
ciemne oczy Sedolfa. Wystarczy ładny uśmiech i już 
topniejecie jak masło na słońcu! 

Anjo wysunęła usta do pocałunku i otrzymała go. 

Przytuliła się do męża. Jakże go kochała! Miłością ci­
chą i spokojną, ale mocną jak nigdy dotąd. 

- Tak, jesteśmy podobne, Knut! - westchnęła. -

Wystarczą ciemne oczy i młodzieńczy czar, a pada­
my jak muchy! 

Zawsze umieli się razem śmiać. Przeżywając coś ra­

zem, mogli podwajać radości i zmiejszać smutki. 

- Sedolf pasuje do Idy - twierdziła stanowczo An­

jo. - Ailo był jak ogień. Ida też ma go pod dostatkiem. 
Mogliby się nawzajem w końcu zniszczyć. Nie twier­
dzę oczywiście, że się nie kochali, ale to było tak 
gwałtowne. Sedolf jest mniej niebezpieczny pod tym 

względem. Jest do Idy niepodobny. I wyzwala w niej 

background image

nowe strony. Tak jak ona wydobyła jego dobre ce­

chy. Zmienił się w takim stopniu, że nigdy byśmy te­
go nie podejrzewali... 

- To nie do wiary, jaka ty jesteś mądra! - westchnął 

Knut, całując jej czoło, nos i zatrzymując się dłużej 
na ustach. 

- Przecież jestem tak stara, że widziałam niejedno 

w życiu - uśmiechnęła się. Nie bała się żartów na te­

mat własnego wieku po prostu dlatego, że to nie by­
ło niebezpieczne. 

Nagle, wśród uścisków i pocałunków, Anjo spo­

ważniała. 

- Nie wiem, czy mam ochotę tu zostać... - stwier­

dziła z namysłem. Jej jasne oczy przesłonił jakiś cień. 
Knut wiedział, że w takich chwilach na nic by się nie 
zdało zagadywanie jej i odwracanie uwagi. - A zawsze 
marzyłam o Finlandii... 

Uwolniła się z jego objęć. Potrzebowała przestrzeni, 

swobody ruchów. Zeszła nad samo morze. Stanęła na 
ostatnich kamieniach. Fale niemal obmywały czubki jej 
butów. Ogarnęła ją dziecinna ochota na zrzucenie ich, 
podciągnięcie spódnicy i pobrodzenie po wodzie. 

Nie zrobiła tego, stała tylko i czuła gładzący ją po 

policzkach wiatr od morza. 

- Nigdy nie będzie tak jak w marzeniach - rzekła. -

Nigdy całkiem tak. O marzeniach można decydować. 

A życie się przeżywa. Nie jest możliwe zmienić coś 
poza sobą. 

- Chcesz wracać? Do domu? - spytał Knut niepew­

nym głosem. 

Podszedł do niej blisko i położył ręce na jej ramio­

nach. Tak bardzo chciał ją uszczęśliwić, ale teraz nie 
był pewien, czy jej marzenia zgadzały się z jego ma-

background image

rżeniami. Czy gdzieś po drodze się nie rozdzieliły... 

- Do domu? - powtórzyła jego słowa. - Nie mamy 

już domu. Nie możemy przecież wrócić i zażądać od 
Idy zwrotu gospodarstwa.  O n o już jest tylko jej i Se-
dolfa. Do nas nie należy. Nie mamy do czego wracać, 
kochanie... 

- Żałujesz? Wolałabyś, żeby tak się nie stało? 
Wtedy zaśmiała się swoim dobrym śmiechem. 
Podniosła kamień, zamachnęła się ręką mocno, po 

męsku, i rzuciła najdalej jak potrafiła. Niesprecyzowa-
ne marzenia znikają równie szybko, jak toną kamienie. 

- Żałuję? - Chwyciła męża za ręce i okręciła się z nim. 

- Żal nic nie pomoże, Knut. Nic a nic. I nie sądzę, że­
bym chciała tam wracać. Jeżeli w ogóle chciałabym 
gdzieś być, to w Alcie, gdzie czułam się jak w domu... 

- Siedzi tam namiestnik, który niechętnie nas wi­

dzi... - stwierdził Knut sztywno. - Ale było to ładne 
miejsce, które uważałem za swój dom. Może mógł­
bym tam żyć, moja Anjo. Razem z tobą mógłbym żyć 
gdziekolwiek! 

- Chyba chcę wrócić do Norwegii. Mimo wszyst­

ko - stwierdziła Anjo. - Czy to źle? 

- Wcale nie - odparł. - Niech minie kilka lat. Mo­

że jednak pomieszkamy u Mai. Przecież niedługo 
wróci ten jej mąż. Przyznaję bez bicia, że bardzo je­
stem ciekaw, jaki on jest. Jak to jest pomiędzy nimi. 
Może to brzydko, ale to prawda. Ciekaw jestem czło­
wieka, który obdarował Maję tym wszystkim... 

- A ty byś tego nie zrobił dla kobiety, którą ko­

chasz? - spytała Anjo, drocząc się. 

- Oczywiście - uścisnął ją znacząco. Szli plażą. - Nie 

o to mi chodzi. Nie rozumiem po prostu, jak mężczy­
zna z jego sfery mógł się aż tak zakochać w Mai... 

background image

Anjo dała mu kuksańca w bok. Była zła za Maję. 
- Ona ma coś w sobie, więcej, niż jesteś w stanie 

dostrzec. Czasami się zastanawiam, czy ty nie jesteś 
całkiem ślepy, Knucie Karlssonie Elvejord! 

- Nie, no wiem, że jest ładna pod bliznami - stwier­

dził Knut zrezygnowany. - Źle mnie zrozumiałaś. 

Jednak ona nie jest miła. Zamyka się przed ludźmi. 

Wysuwa kolce na wszystkie strony. Nie jest taką ko­
bietą, dla której można poświęcić wszystko. 

- On tego nie zrobił - stwierdziła Anjo. - Dał jej 

to, co miał, ale nic nie poświęcił. Rozzłościł ojca; nie 
on pierwszy, nie ostatni. Nawet w jego... sferze są ta­

cy, którzy żenią się z miłości... 

- Nie sądzę, żeby on miał być lepszy od nas - odparł 

Knut. Zauważył znaczącą pauzę, jaką żona zrobiła 
przed słowem „sfera". Ale nie słyszał, że sam zrobił to 

wcześniej. - Ma po prostu więcej do stracenia niż ja... 

Anjo potrząsnęła głową i pogłaskała po policzku te­

go swego męża. Knut niedługo skończy dwadzieścia 
trzy lata, pomyślała. Chwilami wydaje się dojrzały 
i mądry, a chwilami niedorosły. Teraz słyszała chłopca. 

Ale nie powiedziała tego na głos, rozzłościłoby go to. 

- On ją bardzo kocha. A wtedy nie pomaga żadne 

lekarstwo - stwierdziła. - W Mai jest coś szczególne­
go, Knut. Nawet jako jej brat nie mogłeś tego nie za­
uważyć. Sądzę, że owo coś działa mocniej na męż­
czyzn, choć i ja to czuję. Ona nie jest byle kim. Już 
to wcześniej zauważyłam. 

Kopnął kamień tak mocno, aż potoczył się w stro­

nę wody. 

- Tak, ona jest córką swojej matki - rzucił cierp­

ko. - Mama też miała w sobie coś. Tak wszyscy mó­

wili, choć nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Ida jest rów-

background image

nie ładna jak ona. Ja mam oczy i upór Raiji. A Maja 
odziedziczyła całą resztę, nawet jej moc... 

- Ja widziałam twoją matkę, nie zapominaj o tym -

odpowiedziała żona. - W Raiji było coś niewytłuma­
czalnego. Nie drwij z tego, Knut. To było coś szcze­
gólnego, mimo że trudnego do nazwania. I coś takie­
go widzę też w twojej siostrze. Raija była nie tylko bar­
dzo ładna. Miała w sobie więcej, zawsze tak twierdzi­
łam. Maja nie jest równie uderzająco piękna, ale ma to 
coś. Przysięgam. Ufam tylko, że jej to nie unieszczę-
śliwi jak twojej matki. 

Knut dotknął ostrożnie kosmyka włosów, który 

wysunął się z ciasno splecionego warkocza żony. 

Sprawił, że jej twarz jeszcze zyskała na łagodności 
i delikatności. 

- Tyle w tobie troski o nas wszystkich, moja An­

jo. Jesteś zbyt dobra jak na naszą rodzinę. 

Jej śmiech zatarł wrażenie jego słów; przekonał go, 

jak bardzo się myli. Właśnie to jest rodzina dla niej. 
Knut i jego bliscy. 

Knut po raz nie wiedzieć który dziękował wyższym 

siłom, że zesłały mu właśnie Anjo na żonę. Ciepłą, dobrą 

Anjo. Anjo, która uczyniła go na powrót człowiekiem. 

- Powinieneś poważnie z nią porozmawiać, Knut -

stwierdziła. - Mnie się to nigdy nie uda. Nie dopusz­
cza mnie blisko, zamyka się w sobie, jeśli dotykam ja­
kichś osobistych spraw. Ty jesteś jej bratem. Poza tym 
umiesz rozmawiać z kobietami, jesteś delikatny i czu­
ły, gdy chcesz. 

Skrzywił się. 
- Stare, zapomniane sztuczki - zapewnił ją. - Coś 

takiego nie robi wrażenia na Mai, zapewniam cię, mo­
ja Anjo. 

background image

Nie potrafił przekazać żonie, jak bardzo czuje się 

odrzucony przez Maję. Jakby siostra spisała go na 
straty dawno temu, jakby nie przedstawiał dla niej 
żadnej wartości ani jako człowiek, ani brat. Nikt nie 
umiał tak okazać obojętności jak ona. Wystarczyło, 
że spojrzała chłodnymi oczami pozbawionymi uczuć. 

Bolało go to, bo ją kochał. Kochał od zawsze. Nic 

nie mogło tego zmienić. 

- Pozostaniemy tu, póki co - zdecydował w koń­

cu. - Nie wiem tylko, czy to będzie miły pobyt. Mam 
nadzieję, że mój list dotarł do Reijo i że on zdoła od­
powiedzieć. 

- Jeśli on zużyje tyle samo czasu na odpowiedź, ile ty 

na napisanie listu, możemy się spodziewać wiadomości 
około świąt Bożego Narodzenia - zaśmiała się Anjo. 

- Pamiętasz, że Maja nic nie dopisała od siebie? Na­

wet nie pozdrowiła? 

Anjo pokiwała głową. 
- Maja ma swoje powody - stwierdziła. Współczu­

ła Mai. Pragnęła z całego serca, aby jej mąż wkrótce 
powrócił. 

- Najbardziej drażni mnie właśnie ten jej upór -

odparł Knut. 

Szli skarpą ciągnącą się wzdłuż plaży. Wietrzyk 

przyjemnie chłodził im twarze. Byli już na tyle bli­
sko domu, że nie musieli trzymać się utartych ście­
żek. Dobrze poznali okolice. Były to ramy ich świa­
ta. Albo świata Mai... 

- Musi mieć swoje powody - twierdziła uparcie An­

jo. - Łatwo jest osądzać. Trudniej starać się kogoś zro­
zumieć na tyle, żeby dać mu spokój. A może wręcz 
zacząć podziwiać... 

Knut objął żonę, oglądając się na morze. Musiał 

background image

jeszcze raz na nie popatrzeć, zanim wrócą. Uświado­
mił sobie, jak bardzo tęskni za fiordem Lyngen. Fior­
dem otoczonym potężnymi skałami niczym strażni­
kami. Zatoka Botnicka była inna. Nie miała w sobie 
tej dzikości, ale pozwalała uciszyć tęsknotę za do­
mem choć na chwilę. 

- Chyba zmierza tu jakaś łódź - zmrużył oczy, 

wpatrując się w kierunku północy. - Maja nie wspo­
minała, że oczekuje gości. 

Anjo pokręciła głową. 
- Powinniśmy wrócić - oznajmił Knut. - Nigdy nie 

wiadomo, kogo tu niesie o tak dziwnej porze... 

Anjo zebrała spódnicę i pobiegła, trzymając męża 

za rękę. 

Nie byli przyzwyczajeni do odwiedzin na Hailu-

oto. Może dlatego się przestraszyli. 

background image

Maja zachowywała się z godnością królowej. Nie 

mogła się tego od nikogo nauczyć, to płynęło z jej 

wnętrza. 

Knut i Anjo, zdyszani, powiedzieli jej o łodzi. Ba­

li się, że to jacyś nieproszeni goście. Maja na służbie 
miała pół tuzina mężczyzn i tyle samo kobiet. Jeśli 

ktoś zamierzałby wyrządzić jej krzywdę, nie napot­
kałby szczególnego oporu. Obecność Knuta i Anjo 

w niewielkim stopniu zmieniała sytuację. 

Ale Maja nie okazywała strachu. Zamknęła go 

w sobie, jak wiele innych uczuć. Tylko ktoś, kto ją 
dobrze znał, mógł go u niej dostrzec. 

Nie poczyniła żadnych przygotowań. Poprosiła 

tylko Anjo, żeby poszła na górę i zajęła się dziećmi. 
Knutowi pozwoliła zostać. Czekała. 

Przybysz najwidoczniej dobrze znał dom, bo bez 

wahania odnalazł salon. Wszedł bez pukania. 

Był wysokim mężczyzną. Starszym, ale nadal przy­

stojnym, zauważył Knut. Miał siwe włosy, lecz coś 
tak żywotnego w sobie, że zapominało się o wieku. 

Jasne, błękitne oczy omiotły pomieszczenie. Zauwa­

żyły każdy przestawiony sprzęt. Choć wzrok przyby­
łego tylko na krótko zatrzymał się na Knucie, ten 

wiedział, że przybysz zdążył wyrobić sobie o nim 

zdanie. Z pewnością niezbyt wysokie. 

- Witam cię, teściu - rzekła Maja. Nie dygnęła, 

background image

wskazała mu tylko ręką fotel, niegdyś jego własny. 

Ujrzała błysk złości w spojrzeniu niespodziewanego 
gościa. Bawiło ją to. Tego nie mógł jej odebrać. 

Marcus Runefelt nigdy nie zaakceptował wyboru 

partnerki dokonanego przez swego jedynego syna. 
Kiedyś, gdy była nieustępliwą żoną Heino Aalto, na­

wet ją podziwiał. Ale nigdy by nie przypuszczał, że ta 

kobieta zdoła zauroczyć jego syna do tego stopnia, że 
poprosi ją o rękę. Według niego Maja nie była kobie­
tą, z którą można się żenić. Możliwe, choć nie rozu­
miał tego jako mężczyzna, że można się dać nią ocza­
rować. W takim wypadku członek jego sfery zapewnia 
takiej kobiecie byt. Ale ożenek to gruba przesada. 

Mimo to Marcus Runefelt nie obwiniał Mai o te 

polityczne głupstwa, jakich dopuścił się jego syn. Na­

wet narzeczona, którą wybrał dla Williama i która da­

ła mu kosza, też dała się w to wciągnąć. Ona, jej mąż 
i brat tkwili w tym po szyje. Brat w końcu poszedł 
po rozum do głowy. Gdyby William też tak uczynił, 
nie siedziałby teraz w Niemczech. 

- To nie jest pewnie wizyta towarzyska - zaczęła 

Maja słodkim tonem - ale mogę chyba zapropono­
wać ojcu coś do picia? 

Usiadł ciężko. Machnął dłonią, odmawiając. Nie 

chciał, by go czymkolwiek podejmowała. Po raz 
pierwszy postawił tu swoje stopy od czasu ślubu sy­
na. Gdyby nie to, że nie mógł zrzec się syna, swoje­
go dziedzica, nie przybyłby i teraz. Nawet z wizytą 
towarzyską. 

- Kto to jest? - spytał, nie patrząc na Knuta. 
- To mój brat - odpowiedziała Maja, siadając na 

wprost teścia. Nie dała poznać, że się boi. Jej spojrze­

nie nie ustępowało nawet na cal. 

background image

Knut nie zmienił miejsca. Widział ich oboje jedno­

cześnie. To Marcus Runefelt musiałby się odwrócić, 
by na niego spojrzeć. Czego pewnie i tak nie zrobi. 

- Masz wielu braci? 
Czuła wyraźnie ironię w głosie teścia. 
- Jeszcze tylko tego - odpowiedziała z uśmiesz­

kiem. - Możesz się mu przyjrzeć, ojcze! W swoim cza­
sie mówiono, że oboje mamy oczy naszej matki. Mie­
liśmy tę samą matkę, ale nie tego samego ojca. Ailo 
i ja mieliśmy tego samego ojca, ale inne matki... 

Siwe, krzaczaste brwi ściągnęły się ze złością. Nie 

pozwoli się sprowokować. 

- Utrzymujesz kontakt z Williamem? 
Pokiwała głową. 
- Chce wrócić? 
- Jeżeli będzie mógł - odparła zdecydowanie. Ma­

ja, jaką widział przed sobą, była Knutowi obca. Nie 
przypuszczał, że może taka być. Teraz wierzył, że 
mogła zauroczyć każdego mężczyznę. Nie była już 
przygarbioną, samotną siostrą. Nie Mają, która nigdy 
nie miała zalotników. Mają, która niemal nienawidzi­
ła swoich sióstr za ich urodę i gładkie policzki. 

Anjo mówiła prawdę: w Mai było coś, czego nie da 

się wyrazić słowami. Coś, co wiązało jak lina, może 
jeszcze mocniej, niebezpieczniej. Nigdy wcześniej nie 

widział Mai wychodzącej naprzeciw wyzwaniom 
z diabelskim błyskiem w oczach, który sprawiał, że 
miodowa otoczka jej źrenic błyszczała jak słońce. Al­
bo zorza polarna. 

- Czy będzie się hamował? Trzymał język za zęba­

mi? - spytał Marcus Runefelt. Użył zwrotu, którego 
by nigdy nie użył wobec równych sobie. Coś w Mai 
sprawiło, że chciał być wulgarny. 

background image

- Tak twierdzi - odparła. - Chce wrócić za wszel­

ką cenę. - Uśmiechnęła się. - Ale nie za taką, którą 
byś pewnie zapłacił, by się mnie pozbyć, ojcze. Na 
tyle nie ma dosyć wygnania, żeby się na to zgodzić. 
Nie pozbędziesz się mnie. Mam dziecko, które jest 

jego synem. Ty może wolisz o tym nie pamiętać, ale 
William na pewno nie zapomni. 

Marcus wiedział, że Maja ma rację. Bawił się tylko 

taką myślą, ale nie zamierzał jej tego zaproponować, 
nawet żeby ją zirytować. 

- Nic mnie nie obchodzisz, Mario - odparł. - Chcę 

tylko, by mój syn powrócił do domu. Chcę, żeby był 
przy mnie, gdy będę umierał. Żeby przejął mój majątek. 

- A twój wnuk? - spytała Maja niewinnie. 
Zmierzyli się spojrzeniami. 
- Wtedy nie będę już żył - odpowiedział jej najpo­

tężniejszy człowiek w Tornedalen. 

Maja nie naciskała więcej. Też nauczyła się nie 

przekraczać pewnych granic. 

- Możesz sprowadzić Williama do domu? - spyta­

ła tylko. 

- Pod warunkiem, że nie będzie angażował się 

w politykę - odrzekł. - To zdecydowane żądanie. Mo­
że zajmować się handlem, może żyć jak chce i gdzie 
chce. Nic mu nie będzie odebrane, zachowa swoje 

przywileje. Ale nie wolno mu mieć cokolwiek do czy­
nienia ze sprawami kraju. 

Maja pokiwała głową. To jej odpowiadało. Tak było 

bezpieczniej także dla niej. I tak Finowie niewiele mogli 
zmienić. I tak kosztowałoby to więcej, niż było warte. 

- Czy to nie jest zasadzka? - spytała nagle. - Całe 

życie ojciec kupował coś i sprzedawał. Czy nie jest to 
próba sprzedania własnego syna? 

background image

Błękitne oczy cisnęły błyskawice. Runefelt zerwał 

się z fotela i stanął tuż przed Mają, drżąc z tłumio­
nych emocji. Knut zrobił krok do przodu, spodzie­

wając się, że ten człowiek zaraz uderzy jego siostrę. 
Ona jednak siedziała tak samo spokojnie, z leciutkim 
uśmieszkiem na wargach. Wybuch teścia przekonał ją 
o jego uczciwych intencjach. 

Marcus Runefelt wypuścił powietrze z płuc, oddy­

chając ciężko. Odwrócił się od niej plecami. 

- Zapomnę, że o to spytałaś - powiedział cicho. -

Zapomnę, bo pytałaś z troski o niego. Udowodniłaś, 
że przynajmniej dobrze mu życzysz. Mam obietnicę 
na papierze, że William może powrócić. Nic mu się 
nie stanie, jeśli będzie się trzymał z dala od polityki. 

Z kieszeni surduta wyjął sztywny papier i wręczył 

Mai. 

Rozwiązała jedwabną wstążkę i rozprostowała do­

kument. Dłonie jej drżały, gdy go czytała. 

Ledwie rozumiała niektóre szwedzkie słowa, ale 

ukrywała to, by nie dać satysfakcji teściowi. Czytała, 
nie spiesząc się. Odcyfrowała nawet podpis: Karol 
Gustaw Tessin. 

Napotkała spojrzeniem wzrok Runefelta. 
- Obraca się ojciec w wysokich kręgach - stwier­

dziła nie bez podziwu. 

Karol Gustaw Tessin był jedną z potężniejszych 

osób w królestwie. Był przywódcą Stronnictwa Ka­
peluszy. Członkiem Rady Państwa. Marszałkiem ge­
neralnym i prezydentem kancelarii. I dobrym przyja­
cielem następcy tronu. 

Jeżeli ten człowiek złożył swój podpis pod zapew­

nieniem, że nic złego nie spotka Williama, gdy wró­
ci, mogła czuć się bezpiecznie. 

background image

Co więcej, pismo zawierało jeszcze jedno sformuło­

wanie. Wspomniany był w nim nie tylko młody Rune­

felt, lecz także Ailo. „William Runefelt i jego przyjaciel." 

Marcus Runefelt wiedział o tym, lecz mówienie 

o jakimś tam Lapończyku byłoby poniżej jego god­
ności. 

Serce Mai biło tak głośno, że myślała, iż wszyscy je 

słyszą. Gdyby Marcus Runefelt wiedział, jak to sfor­
mułowanie było dla niej ważne... Ale się nie domyślał. 

Maja starannie złożyła papier i znów przewiązała 

go wstążką. 

- Mogę mieć nadzieję, że mój syn go dostanie -

oświadczył sztywno Runefelt. - Przekaż mu, że nie 
musi się już obawiać powrotu. Że jego ojciec też mu 

wybaczył. 

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. 
- Dziękuję - rzuciła Maja, gdy prawie wychodził. 
Zatrzymał się na chwilę. Spojrzał jej w oczy. Na­

rodziło się pomiędzy nimi zrozumienie. Nie przy­
jaźń, nawet nie szacunek. Ale zrozumienie. 

- William otrzyma to szybko - dodała. 
Mężczyzna opuścił pokój. 
-  O t o mój czarujący teść - oznajmiła Maja z gorz­

kim uśmiechem, odkładając dokument na sekreta-
rzyk. Knut miał wielką ochotę zobaczyć pismo, ale 
nie chciał prosić. A Mai najwyraźniej nie przeszło to 
przez myśl. 

- Marcus Runefelt we własnej osobie. Ojciec Wil­

liama. Miłościwie panujący nad Tornedalen... 

Maja przerwała i spojrzała na Knuta z rozpaczą. 

Po chwili rzuciła mu się na szyję. Wtuliła twarz w je­
go ramię, mocząc je łzami. 

- Nawet nie spytał o Henrika! Nawet nie chciał go 

background image

zobaczyć! Cóż to za człowiek, Knut? Cóż za dziadek?! 

Knut nie umiał odpowiedzieć. W jego rodzinie 

dzieci były ważne. Poświęcano im wiele uwagi i mi­
łości. Były punktem centralnym wszystkich pokoleń. 

Pozwolił Mai się wypłakać. Teraz to nie była jego 

silna siostra. Maja, którą znał z domu. Ani ta, którą 
niedawno poznał. To była jeszcze jedna Maja... 

- Niedługo wróci William - pocieszał ją, gładząc 

po wstrząsanych szlochem ramionach. - Może wtedy 
zmięknie... 

Płakała bez słów. Wypłakała łzy, których by nikt 

nie zobaczył. Wobec Knuta mogła stracić opanowa­
nie. Był jej bratem. Nikt inny by tego nie ujrzał. 

Maja miała zapuchniętą twarz, gdy go puściła. Po­

ciągnęła nosem i uśmiechnęła się. 

- Wyglądasz zupełnie tak, jakbyś była dziewczyn­

ką - wyrwało się Knutowi. 

Maja sięgnęła do szpilek we włosach. Rozpuszczo­

ne, spłynęły jej na plecy. Były nadal gęste i czarne. 
Otarła twarz grzbietem dłoni. Nie wyglądała już god­
nie i po królewsku. 

- Nikt pewnie nie widział tak pani na Hailuoto -

rzuciła i opadła na fotel, który zajmował wcześniej 
Marcus. - Nie, on nie zmięknie - kontynuowała myśl. 

- Szczyci się tym, że jest surowy. Surowy, ale spra­
wiedliwy. Gdyby miał więcej synów, odwróciłby się 
od Williama. Ale ponieważ William jest jedyny, a on 
sam zaczyna odczuwać swoje lata, to robi, co może. 

- Ktoś wysoko postawiony? - Knut skinął głową 

w stronę dokumentu, krzyczącego bielą z blatu sekre-
tarzyka. 

- Tak wysoko, że kolejny to następca tronu lub sam 

król - odparła Maja. - To Tessin - spojrzała na Knu-

background image

ta, czy to nazwisko coś mu mówi. Potrząsnął głową. 
- Światowy człowiek - cmoknęła zamyślona. - On jest 
marszałkiem generalnym, a jego żona ochmistrzynią 
na dworze następcy tronu. Przywódca Stronnictwa 
Kapeluszy. Prezydent kancelarii. Jedna z bardzo waż­
nych osób, Knut. Nikt mi nie powie, że mój teść nie 
umie się wkręcić we właściwe kręgi. Nawet nie chcę 

wiedzieć, jak tego dokonał. Stać go na wszystko. 

- Ale oznacza to, że William naprawdę może wró­

cić do domu? 

Pokiwała głową. 
- Jeśli zgodzi się na milczenie w sprawie polityki 

i porzucenie marzeń o fińskiej Finlandii. 

- A czy chce wrócić? 
Maja długo patrzyła bratu w oczy. Na jej ustach 

błąkał się nieodgadniony uśmiech. 

- To może zabrzmi dziwnie, Knut... To jest coś, 

o czym nigdy nawet nie marzyłam. O czym nigdy 
bym nie przypuszczała, że się mi przydarzy. To prze­
cież Elise była tą piękną. Potem Ida. Ja mogłam tyl­
ko marzyć, że ktoś się ze mną ożeni. Nawet przez 
myśl mi nie przeszło, że ktoś mógłby mnie ubóst­

wiać, obdarzyć miłością przesłaniającą rozsądek. 
A jednak spotkało mnie to. I to więcej niż jeden raz... 

Oparła się wygodnie w fotelu. Jedną nogę przerzu­

ciła mało po kobiecemu przez poręcz. Zaszeleścił dro­
gi materiał, wykrochmalona halka. 

Knut poczuł lekkie zażenowanie. Wiedział, że roz­

mawia z nim w zaufaniu, że mówi więcej, niż kiedy­

kolwiek wcześniej. Że się odsłania. Mimo to czuł się 
dziwnie. Głównie dlatego, że pozornie wiedział o niej 

wszystko. A teraz okazywało się, że nie wiedział nic. 

- William mnie ubóstwia - rzekła Maja. Głowę mia-

background image

ła odrzuconą na oparcie fotela. Knut nie mógł do­
strzec, czy miała zamknięte oczy. - Gdyby William 

musiał wybierać pomiędzy mną a Finlandią, wybrałby 
mnie. Oczywiście, dziecko umacnia go w tej decyzji. 
On wróci. Wyślę ten list jutro z rana. Na pewno jakiś 
statek z Oulu go zabierze. A jeśli nie, są inne, które 
odbijają z innych portów i płyną do Niemiec czy Da­
nii. Pieniądze załatwią wszystko, mój drogi Knucie. 

Stała się tak pewna siebie, tak bezwzględnie pew­

na swojej wartości, że aż wyrachowana. Musiała taka 
być, stwierdził Knut. Ale nie wiedział, czy to mu się 

podobało. Kobiety jego życia były łagodniejsze, przy­
najmniej z pozoru. 

- Szokuję cię? - spytała nagle, siadając prosto. Wy­

glądała dokładnie jak dawna Maja z jego wspomnień. 

Knut wziął do ręki srebrną wazę. Jego palce prze­

biegały wzdłuż kwiatowego wzoru u jej podstawy. 
Wydawało mu się, że rozpoznaje kwiaty z domo­

wych traktów, ale chyba mu się wydawało. Pewnie 
twórca wazy wyrzeźbił to z wyobraźni. 

Oczy Mai śledziły z napięciem jego dłonie. Czyż­

by waza była aż tak cenna? 

- Zmieniłaś się - stwierdził i usiadł na brzegu fote­

la. Nadal miał trudności w obcowaniu z tym dobro­
bytem. Najlepiej mu się siedziało na skrzyni z drew­
nem w domku na cyplu. 

- To wszystko mnie zmieniło - odparła, obejmując 

gestem cały pokój. - Musiałam, żeby sobie z tym po­
radzić. Inaczej wilki połknęłyby mnie ze smakiem. 
Musiałam stać się równie twarda jak one. A moje ma­
ski są równie dobre jak te przywdziewane przez in­
nych, Knut. Tutaj nie jest ważne, kim jesteś, ale ile 
masz pieniędzy. Wszystko się na tym opiera. 

background image

Knut nie do końca podzielał zdanie Mai. Nie był 

równie cyniczny. Sam miewał kontakty z przedstawi­
cielami władzy, ale nadal uważał, że można żyć po 
swojemu. I żyć dobrze, będąc sobą. 

- Pewnie chcesz, żebyśmy się wyprowadzili przed 

powrotem twojego męża - powiedział Knut, patrząc 
Mai prosto w oczy. - Długo go nie było. Nie powin­
niście mieć cudzej rodziny w domu. Będziecie potrze­
bować spokoju, żeby znów się zbliżyć... 

Maja uśmiechnęła się krzywo. W oczach zamigo­

tał jej jakiś wyzywający blask. 

- William i ja nigdy nie byliśmy ze sobą blisko 

w ten sposób. Nawet nie wiem, czy potrafimy. Mi­

łość pomiędzy nami jest nierówno podzielona, mój 
Knucie. William mnie ubóstwia. Ja za niego wyszłam. 
- Zapatrzyła się przed siebie pustym spojrzeniem. -
Czasem zastanawiam się, czy chcę, żeby on wrócił. 
Czy nie byłoby najlepiej, gdyby tam pozostał na za­

wsze. Najlepiej dla nas. Zanim zaczęlibyśmy na sie­
bie źle działać. Zanim byśmy się znienawidzili... 

- Przecież może się zdarzyć, że go pokochasz - za­

uważył Knut ostrożnie. Starał się nie zdradzić, że do­
piero teraz go zaszokowała. 

- Przecież może się zdarzyć, że mama wróci z Ro­

sji - zażartowała smutno Maja. - Czy nie na to Re-
ijo wciąż liczył? Aż wreszcie przestał... Ja nie mam 
takich marzeń. To bez sensu... - Po dłuższej chwili 
ciszy dodała: - Sądzę, że powinniście zostać. Nie 
bójcie się powrotu Williama, on łatwo się zaprzy­
jaźnia, lubi ludzi. A jeśli będziecie chcieli sobie ku­
pić coś na własność, pewnie wam pomoże. Chyba 
go nie wykluczą z towarzystwa, a raczej przytulą 
do swej piersi. Nie ma to jak urodzić się ze srebr-

background image

ną łyżeczką opatrzoną herbem Runefeltów w buzi... 

Maja nie wiedziała, dlaczego tak mówi. Przecież to 

było niemal równoznaczne ze zdemaskowaniem! Je­
śli William wróci, to razem z Ailo. A przecież dla 
Knuta i Anjo Ailo nie żył. Sama przekazała rodzinie 
tę wiadomość. 

Oni na pewno nie są głupi. Ukryć kogoś w domu, 

w którym mieszka tyle osób, graniczyło z niemożli­
wością. To szaleństwo. 

Ale nie cofnęła swoich słów. Nadeszły z jej wnę­

trza, stamtąd, dokąd nie dotarły jeszcze kłamstwa. 
Czuła, że naprawdę tego chciała. Może miała nadzie­

ję, że się uwolni z tej sieci, w którą się wplątała? Nie 
mogła sobie wyobrazić, jak mówi Anjo i Knutowi, że 
zostali oszukani. Ale może sami to odkryją? 

Zdała się na los. 
Maja nauczyła się właściwie dobierać słowa, miała 

na to wystarczająco dużo czasu. Napisała wiele li­
stów. Nie wszystkie wysłała, skończyły w płomie­

niach. Lubiła patrzeć, jak jej pismo pożera ogień, po­
zostawiając popiół i dym. Uderzyła ją przy tym myśl, 
że ogień bardzo często nawiedzał ich rodzinę. Zasta­
nowiło ją to. Ale nie przestraszyło. 

Odkryła za to, że dobrą bronią - mimo swej nie­

winnej postaci - może być pióro. Mogło ubarwiać, 
dodawać, tłumaczyć na wiele sposobów... Potrzebo­

wała tylko właściwych sformułowań. 

Nigdy nie było jej łatwo pisać do Williama. A on 

miał dar słowa. Pisał tak, że wszystko mogła sobie 
z łatwością wyobrazić, czuć, jakby sama to oglądała. 
Ona w pisanie listów musiała wkładać dodatkowy 

wysiłek, bo wiedziała, że mąż oczekuje od niej rów­

nie prawdziwych relacji. 

background image

Nadeszła noc. Sama położyła synka spać. Nie by­

ło to oczywiście niezbędne. Od kobiet ze sfery, w któ­
rą weszła, nie oczekiwano, żeby zajmowały się dzieć­
mi. Potomstwo traktowano jak zło konieczne. Im 
prędzej kobiety wydały dzieci na świat, tym szybciej 
mogły znów zacząć żyć beztroskim życiem. Dziećmi 
zajmowała się armia służących. Choroba uzależnie­
nia od przyjemności dotarła z salonów Europy także 
na północ Skandynawii. 

Dla Mai chłopiec był wszystkim. Służba nazywała 

go małym Williamem. Maja nazywała go Henrikiem. 
Nazywanie go imieniem Reijo na co dzień było po­
nad jej siły. Reijo był tylko jeden... 

Siedziała samotnie, z piórem, kałamarzem i kartką 

grubego papieru przed sobą. Obok leżał dokument 
od Tessina. 

Zaczęła bez specjalnego wstępu. 

Możesz wrócić do domu, Wilłiam. Ty i Aiło. Twój 

ojciec tego dokonał. Przyjechał tu, pokłóciliśmy się 
w końcu. Nie sądzę jednak, żeby mnie nienawidził. 

To tylko stary człowiek, który chce odzyskać syna, 

a jest zbyt dumny, by powiedzieć to wprost. O wnu­
ka nawet nie spytał. To mnie zraniło. Knut uważa, że 

jego stosunek do dziecka się zmieni, gdy wrócisz do 

domu. Jak widzisz, władze nie oczekują od ciebie ni­
czego innego poza tym, żebyś poświęcił to, co, jak pi­
sałeś, jesteś przygotowany poświęcić. Już wystarcza­

jąco długo cię nie było, William. Twój syn zasługuje 

na ojca. Ty zasługujesz na niego. 

Przerwała. Siedziała, niemal na strzępy szarpiąc pió­

ro. Nie wiedziała, jak ma sformułować dalszą część... 

Jest pewien problem, który dotyczy Ailo. On nie mo­

że zostać w Niemczech. Chcę, żebyś go ze sobą zabrał. 

background image

On jest moim bratem, nie powinien pozostać w obcym 

kraju Ale są tu Knut i Anjo, i na razie nie wyjadą. Sa­
ma ich o to prosiłam. Trudno jest zerwać więzy krwi. 
Rozumiemy się tak dobrze. Byłam taka samotna. A Hen-
rik uwielbia mieć towarzysza zabaw. Może będziesz 
mógł pomóc Knutowi kupić coś własnego. Później. 

Spróbuj na początek ulokować Ailo gdzieś w Oulu. 

Na jedną noc. Potem może mieszkać w odległym 
skrzydle domu albo w którymś z domów po drugiej 
stronie wyspy. Rozejrzę się tam. Knut pod żadnym 

pozorem nie może się dowiedzieć, że Ailo żyje. Knut 

kontaktuje się z Reijo, a on z Idą. Wygląda na to, że 
Ida jest szczęśliwa z Sedolfem. Ailo sam wybrał. Już 

jest za późno na zmianę decyzji. Wiem, że on mnie 

zrozumie, William. Wiem, że się postara... 

Tak wiele napisała o Ailo, o bracie, dla którego 

miała tyle serca. Mało słodyczy oczekiwania wiązała 
z tym, któremu była poślubiona w obliczu Boga. 

Ale Maja nie mogła oszukiwać. William zresztą te­

go po niej nie oczekiwał. Wiedział doskonale, że lata 
rozłąki nie mogły zbudować pomiędzy nimi miłości. 
Mogli się tylko dzielić myślami. Miłością nie. 

Zresztą miłość na papierze jest niewiele warta. 

background image

Mai udało się wysłać list, który oznaczał wolność 

dla Williama i Ailo. Już był w drodze na południe. 
Ona sama wciąż błąkała się niespokojnie. Coraz czę­
ściej zakładała proste, jednokolorowe sukienki, któ­
re Anjo bez wahania nazywała sukniami roboczymi. 
Ona o wiele bardziej wolała te w kwieciste wzory. 

Maja znikała na całe dnie. Nie mówiła im, gdzie. 

Knut i Anjo niepokoili się o nią. 

- Miejmy nadzieję, że to z czasem minie - powie­

dział Knut. 

Siedział z żoną w ogrodzie. Lato dobiegało kresu, 

ale nadal cieszyli się piękną pogodą. 

Jeszcze kwitły kwiaty, dodając ogrodowi kolorów 

i uroku jak żadnemu innemu miejscu na północy Fin­
landii. 

Chłopcy bawili się na trawie. Dobrze było mieć to­

warzysza. 

Anjo uważała, że jest aż nazbyt ciepło jak na ko­

niec lata. Dla niej mogłoby być już chłodniej. Czuła 
się ciężka i niezgrabna, mimo że lekko znosiła ciążę. 

Knut uważał, że to dlatego, że porównywała się 

z Mają. A Maja była bardzo drobna. 

- Cieszysz się na to dziecko? - spytała Anjo męża. 
Knut wyciągnął się na trawie. Dłoń położył delikat­

nie na wypukłym brzuchu żony, który dawał schro­
nienie ich dziecku. Dziecku poczętemu z miłości. 

background image

- Oczywiście, że się cieszę - uśmiechnął się czule. 

Anjo za każdym razem, gdy patrzyła na Knuta, 

wciąż widziała w nim wiele z chłopaka. Kochała go 

za to z podwójną siłą. On nigdy, przenigdy się nie ze­
starzeje. Zawsze będzie miał w sobie coś z dzikiej, nie­
okiełznanej młodości, której sama nie zaznała. Nawet 
nie mogła sobie jej wyobrazić, bo nigdy czegoś takie­

go nie przeżyła. Czasem Knut drażnił się z nią, mó­
wiąc, że ona chyba nigdy nie była młoda. Potem śmiał 
się do niej tak ciepło, że mu wybaczała. 

Zapominała, że jest od niego o tyle starsza. Po pro­

stu wiedziała, że tylko ona z nich dwojga czasami 
o tym myśli. 

On nigdy. 

Jego uczucie nie zależało od wieku. On kochał ją, 

i tyle. Nigdy jej nie powiedział, dlaczego, choć tysią­
ce razy błagała go o to. 

I może właśnie to było wystarczającą odpowiedzią. 
Może nie powinna go naciskać. Może nie powin­

no się znać uczuć kochanej osoby aż tak dokładnie. 

Anjo zresztą też nigdy nie udało się nazwać swo­

ich uczuć do Knuta. Wyrazić tego, co czuła, a co by­
ło tak wielkie i niewiarygodne. W żadnym z języków, 
które znała, nie znalazłaby na to słów. 

Może tak samo czuł Knut? 
- Powinniśmy mieć dom dla tego malca - rzekł 

z lekkim smutkiem. 

- Dobrze nam tu - zaptotestowała Anjo, ale wie­

działa, co miał na myśli. 

Ona też tęskniła za czymś, własnym. 
Pogładził pieszczotliwie twardy brzuch Anjo. 

Uwielbiała to, mówił o tym jej uśmiech. Lubiła takie 
leniwe, powolne pieszczoty... 

background image

Nagle brzuch zafalował, jak zawsze niespodziewa­

nie. 

Knut spojrzał na Anjo z szerokim uśmiechem, 

zachwycony tak, jakby to było coś naprawdę nie­
zwykłego. 

- Mój syn mocno kopie - stwierdził, przykładając 

ucho do brzucha żony. 

Anjo pogłaskała go po jasnej czuprynie. Nie mo­

gła powstrzymać uśmiechu. 

- A może to twoja córka ma silne nogi? - przeko­

marzała się. 

Nie dał się sprowokować. Nie tym razem. Był po 

prostu szczęśliwy. 

- Może jest podobna do pozostałych kobiet w mo­

jej rodzinie - zauważył. - No właśnie, a co też Maja 
robi całymi dniami? Powinna się czymś zajmować, 
a nie ganiać nie wiadomo gdzie jak jakiś włóczęga. 

Jest przecież panią. Wiesz, jak nazywają ją w Oulu? 

Spojrzał na Anjo. 
- Pani na Hailuoto - odpowiedział sam sobie. 
- No właśnie - rzekła. - To jej wyspa. Może tu ro­

bić, co jej się żywnie podoba. Może chodzić ubrana 
jak arystokratka lub włóczęga, wszystko wedle ży­
czenia. 

Zerknęła na chłopców. Byli bardzo zajęci ustawia­

niem zagrody z szyszek. Ciekawe, kiedy im się to 
znudzi... 

- To musi być dla niej trudne - dodała w zamyśle­

niu. Spojrzała na Knuta spod wpółprzymkniętych 
powiek. Zastanowiła się, czy tak naprawdę żyła, do­
póki on nie stał się częścią jej życia. A nawet jeśli tak, 
to jak jej się to udawało? - Przecież nie wie, czy on 

wróci. Nie wie, kiedy. Minęło już tyle miesięcy, od 

background image

kiedy się widzieli. Tylko Bóg wie, jak było wcześniej 
między nimi. I tylko On wie, jak się między nimi uło­

ży. Na miejscu Mai też bym się włóczyła po lesie... 

Nie, oni nie mogli się domyślać, co Maja robiła ca­

łymi dniami, bo dobrze zacierała ślady. Znalazła to, 
czego szukała. 

Doszła do wniosku, że głupotą byłoby ulokowanie 

Ailo w ich domu. Każdy dom ma tyle własnych od­
głosów. Gdy się w nim mieszka, można się ich na­
uczyć na pamięć. 

Zauważono by obce kroki. 
Usłyszano, że skrzypią inne drzwi. 

Anjo i Knut nie są głupi. Maja wiedziała, że na 

pewno by się zorientowali, że ktoś nowy przebywa 

w domu. Nie potrzebowaliby na to wiele czasu. 

Po zachodniej stronie wyspy stało kilka domków, 

niektóre z nich całkiem odosobnione. W swoim cza­
sie mieszkali tam służący lub ubodzy krewni. 

Jeden z tych domków był zbudowany z kamienia. 

W kraju drewna zbudowano kamienny dom! 

Był ładny. 
Miał w sobie coś wyjątkowego, czego nie miały in­

ne domy, które Maja widziała. Zauważała to za każ­

dym razem: coś magicznego w jego szarych ścianach 
obrośniętych pnączami. Nawet trudno było go za­
uważyć z powodu otaczającej go roślinności. Drzewa 
i krzewy rosły bardzo blisko. Kamienne ściany wto­
piły się w otoczenie. Dom współgrał z naturą, mimo 
że postawiły go ludzkie ręce. 

Miał coś, co oczarowało Maję. 
Na tyle znała swego brata, że wiedziała, że on od­

czuje to samo. 

background image

Natura zawsze przemawiała do Ailo. Wyrósł na jej 

łonie, był z nią ściśle związany. 

D o m miał kiedyś ogród. Maja odnalazła tu rośli­

ny, których nigdy nie widziała tak daleko na półno­
cy. Nawet napotkała kilka krzewów różanych! 

Ułatwiło jej to wybór. 
To był dom dla Ailo. 
Oczywiście, mały, nie miał wielu pokoi, a na stry­

chu nie można było się wyprostować. 

Ale Ailo zrozumie, że nie chciała go wygnać ze 

swego domu. To posłuży tylko jako tymczasowe 
schronienie. Jak tylko znajdą coś dla Kmita i Anjo, 
jej dom znów stanie się jego domem. Na zawsze. Ailo 
zrozumie. Zrozumie bez zbędnych słów. Poza tym on 
nigdy nie dbał o własność. 

Tam, skąd pochodził, dzielenie się z innymi było 

ważniejsze od posiadania. Wspólnota ważniejsza od 

pojedynczego człowieka. 

Ailo mieszkał w gorszych warunkach niż w tym 

domku, stwierdziła w końcu Maja. 

Ona też czasem tęskniła za prostotą i wolnością. 

Zamykała oczy i z lekką melancholią przywoływała 

w pamięci półmrok i zapach jurty gdzieś na płasko­
wyżach północy. 

Ailo się tu spodoba, pomyślała. 
D o m był już prawie gotów. Dużo czasu i trudu 

kosztowało wyrzucenie niepotrzebnych sprzętów, 

wyszorowanie wnętrza i wniesienie mebli i innych 

rzeczy. Jej ludzie spędzili na tym niejeden wieczór. 

Ale pracowali z radością. 

Obiecali milczenie. 
Maja wtajemniczyła ich w sprawę. 
Pomogli jej. I Ailo. 

background image

Po tym, jak poznali prawdę o jej bracie, gotowi by­

li dla niego na wszystko. 

Maja nie sądziła, żeby Knut i Anjo coś zauważyli. 

Zastanawiali się pewnie, czym zajmowała się całymi 
dniami, ale nie pytali. Przyzwyczaili się, że chadza 
własnymi drogami. Zawsze taka była. 

Maja uśmiechnęła się gorzko. 
Czasem wygodnie było mieć taką opinię, nawet 

wśród najbliższych. 

Praca dobrze jej zrobiła. Z radością pracowała fi­

zycznie. Dobrze było się zmęczyć. Podnosić, przesu­

wać, myć, czyścić... 

Od tak dawna tego nie czuła. 
Maja odkryła, że jej tego brakowało! Zmęczenia. 

Nigdy nie przypuszczała, że przeżyje kiedyś coś ta­

kiego. Wspaniale było, klęcząc, szorować podłogę. 
Z jakiegoś powodu podłogi w tym kamiennym dom­
ku były z drewna. 

Wszystkie wyszorowała piaskiem. 
Siedziała potem, oglądając swoje zaczerwienione 

od wody dłonie. Damy ze sfery Williama na pewno 
skrzywiłyby się na ich widok, może nawet wzdrygnę­
ły z obrzydzenia. 

Maja była szczęśliwa. 
Sprawiło to nie tylko zmęczenie. 
Zrozumiała, że jest jeszcze tą dawną Mają, że jest 

sobą. Ze potrafi jeszcze czegoś dokonać poza siedze­
niem w fotelu z przyzwoleniem, żeby inni pracowa­

li za nią. 

Uświadomiła sobie, jak niewiele razy po przyby­

ciu na wyspę czuła się potrzebna. 

To przerażało. 
Teraz znów była człowiekiem, prawdziwym czło-

42 

background image

wiekiem, a nie jakąś ozdobą, którą stawia się na sto­
le i odkurza. W dodatku ozdobą nieszczególnie pięk­
ną... Z bliznami. 

Maja usiadła na schodach. Przed nią roztaczał się wi­

dok na Zatokę Botnicką. Sądziła, że Ailo go polubi. 

W ogrodzie nic nie zmieniła. Powinien pozostać, 

jaki jest, przynajmniej z zewnątrz. 

Nawet przychodziła tu różnymi drogami, aby nie 

wydeptać szczególnie jakiejś jednej ścieżki, która mo­

głaby kogoś skusić. 

Pomyślała o wszystkim. 
Maja wsparła głowę na ręku. Była zmęczona i za­

dowolona, ale także nieco przestraszona. 

Oczywiście z powodu tego snu. 

Jeśli to w ogóle był sen. W życiu doświadczyła już 

przedziwnych stanów, które nie mogły być ani snem, 
ani rzeczywistością. 

Nigdy nie umiała ich odróżnić. 
Stało się to podczas jednej z bezsennych nocy. Czę­

sto się jej zdarzały. 

Później Maja sądziła, że nie spała, gdy podniosła 

się z łóżka. Na koszulę nocną zarzuciła tylko szal. Bo­
so poszła do altany. 

Wtedy też uważała, że nie śpi. 
Ale nie była pewna. To ją przerażało. Przerażało 

niemal na równi ze snem. 

Bo reszty nie przeżyła na jawie, mogła przysiąc. Ale 

nie mogła określić, jakiego rodzaju był to sen. Mogła 
o nim porozmawiać tylko z Reijo. Może jeszcze z Ailo. 

Bo obaj widzieli już ją w takim stanie. 
Obaj umieli ją uspokoić. 
Stała w obcej okolicy. Widziała otwarty krajobraz, 

ubogi w rośliny i dziki. Była noc. 

background image

W oddali rozciągało się morze. Niedaleko płynęła rze­

ka, albo może była to zatoka. Jeżeli rzeka, musiała być 
bardzo szeroka. Coś jej jednak mówiło, że to rzeka. 

Stała przy grobie. 

Dziwnym, obcym grobie. Miał krzyż z jakby jed­

nym ramieniem za dużo, krzywo przyczepionym al­
bo częściowo zerwanym przez wiatr. 

Bo wiało. 
Krajobraz sprzyjał wiatrom. 
Obróciła się nieznacznie i ujrzała dom. Duży, ze 

stajnią i szopą. Nie mogła dostrzec szczegółów, tyl­
ko ciemne zarysy. 

Jak w domu, w którym straszy. 

Było zimno. Gdy się obudziła, miała przemarznię­

te stopy. 

Gdzieś daleko na niebie dojrzała odblask zorzy po­

larnej. Zorzy, do której czuła zawsze dziwny pociąg, 
jakby miała ją we krwi. 

Zorza rozbłysła na chwilę, przyciągając jej spojrze­

nie. Otoczyła lodowym płomieniem dom. Przez krót­

ką chwilę Maja przedziwnie wyraźnie widziała jedno 
z okien. 

Nienaturalnie wyraźnie. 

Zobaczyła w nim jakąś postać. Coś jej mówiło, że 

zna tę osobę. Coś pchało ją ku niej, ale coś innego jej 
tego broniło. Broniło tak mocno, że aż ją bolało. 

To była kobieta. 
Zorza rozjaśniła się po raz ostatni. I zgasła. Pochło­

nęła ją ciemność nocy. 

Maja widziała i czuła, jak to się dzieje. 
Marzła i czuła, jak jej ciału odbierana jest siła. 

Jakby cała krew spłynęła z jej żył. Jakby uszło 

z niej życie. 

background image

Ale nie bała się. Po prostu stała i pozwalała na to. 

Bo tak musiało to być 

Stała tak w obcej okolicy, pod gwiazdami ułożo­

nymi inaczej niż była przyzwyczajona, i ogarniał ją 
przedziwny spokój. 

Wszystko, co się działo, było właściwe. 
Zrozumiała to i zaakceptowała. Wiedziała, że sama 

była akceptowana i kochana. Że nic nie działo się na 
próżno. 

Było częścią większej całości. 
Widziała wyraźnie. 

Teraz poznała pozostałe części całości. 
Ale gdy się obudziła ze swojego najdziwniejszego 

snu, nic nie pamiętała. 

Czuła się tylko odrętwiała, zmarznięta i zmęczona. 
Bała się. 
To niewyjaśnialne stało się częścią jej życia już 

dawno temu. Pogodziła się z tym, że zdarzają się jej 
dziwne rzeczy. 

A teraz bała się, że ów dar, który tyle razy przeklina­

ła, o który prosiła, żeby jej go odebrano, został jej od­
jęty. Bała się, że tak się stało, choć wcześniej sama bła­
gała o to na kolanach. Tajemnicze dziedzictwo ciążyło 
jej jak przekleństwo, mimo że dzięki niemu mogła po­
magać innym. Ludziom, którzy coś dla niej znaczyli. 

Nie czekała na list od Williama. Kiedy przyjedzie, 

to przyjedzie. 

Chodziło jej o Ailo. Zawsze istniała więź pomię­

dzy nią a Ailo. Dzięki temu dziedzictwu po Raiji, 
dzięki temu czemuś, czego nienawidziła, a jednak nie 
nienawidziła. 

Ale teraz nie czuła nic. 

Nie mogła uwierzyć, że Ailo o niej nie myślał. Że 

background image

nie próbował do niej dotrzeć w myślach. On wiedział 
o łączącej ich więzi. 

A teraz nie mogła nawiązać z nim kontaktu. 
To ją przerażało. 
Nie była w stanie uwierzyć, że mogła ten dar, czy 

przekleństwo, stracić. To tak, jakby ziemia usuwała 
się spod jej nóg. 

Jeśli nie wyczuwała Ailo, mogło to oznaczać, że go 

już nie ma. 

Że nie żyje. 
Takie wyjaśnienie było jeszcze trudniejsze do za­

akceptowania. 

Dlatego pozwoliła się pochłonąć pracy. Dlatego 

tak często wracała do tego kamiennego domku. 
Chciała schować się przed wszystkimi. Nie mogła po­
zwolić, aby inni odkryli jej strach. Nie mogła się nrm 
z nikim podzielić. 

Lękała się o kogoś, o kim wszyscy myśleli, że nie 

żyje. 

Maja westchnęła. Złamała gałązkę z suchym kwia­

tem róży. Była piękna, jednocześnie żywa i nieżywa. 
Przyprawiła ją o dreszcz. 

Maja podniosła się. Zamknęła drzwi na klucz 

i schowała go w ścianie pomiędzy kamieniami. 

Z różą w ręku poszła do domu jeszcze inną ścieżką. 
Nadłożyła sporo drogi. 

Potrzebowała tego. Jej dusza tylko tak mogła się 

uspokoić. 

Bo Maja wiedziała, że inaczej będzie płakać. 

Przystań ukryta była przed wzrokiem Anjo i Knu-

ta. Nie zauważyli, że przybiła łódź. 

Nie widzieli mężczyzny schodzącego na ląd. Męż-

background image

czyzny, który jakby przytulił wzrokiem wszystko, co 
zobaczył na ukochanej ziemi. 

Nie mogli widzieć jego uśmiechu. 
Byli tak zajęci sobą i chłopcami, że nie dostrzegli 

go nawet wtedy, gdy zaczął biec w kierunku domu. 
Gdy zwolnił, przerzucił płaszcz przez ramię i zatrzy­
mał się na chwilę. Popatrzył w ich stronę zmrużony­
mi oczami i podjął wędrówkę stanowczym krokiem. 

Nie mogli wiedzieć, że przez chwilę sądził, iż ko­

bieta jest jego żoną, a mężczyzna obok jej kochan­
kiem. Nie mogli wiedzieć, że jego serce przestało bić 
na chwilę, dopóki nie zrozumiał, że widzi brata 
i szwagierkę Marii. 

Anjo i Knut zauważyli go dopiero, gdy usłyszeli 

zgrzyt kamieni pod jego butami. 

Anjo nigdy nie zapomni swego pierwszego wraże­

nia. Przybysz był wysokim mężczyzną. Stał chwilę 

w miejscu, a Knut zaraz rozpoznał w nim ojca Hen-

rika. To nie mógł być nikt inny niż syn Marcusa Ru-
nefelta. Mąż Mai. 

Knut wstał i wyszedł mu na spotkanie. Wyciągnął 

rękę. Przy szwagrze wydawał się niski. 

- William Runefelt, prawda? - spytał. 

Mężczyzna pokiwał głową. Uśmiechnął się. 

Anjo spodobała się jego otwarta twarz, zauroczył 

uśmiech. Mężczyzna był dobrze zbudowany. Nie­
trudno było to dostrzec, a raczej trudniej odwrócić 
od niego wzrok, przyznała sama przed sobą. Był wą­
ski w biodrach i szeroki w ramionach. Miał na sobie 
koloru bordo spodnie do kolan, kamizelkę w kwiaty 
i białą koszulę rozpiętą pod szyją. Fular, o ton jaśniej­

szy od koloru spodni, wisiał rozwiązany. Płaszcz 

przewieszony przez ramię był koloru bordo, a wstąż-

background image

ka, którą związał włosy, koloru fulara. Białe pończo­

chy i pantofle z klamrami dopełniały całości stroju. 

Wyglądał jak książę z bajki, zaklęty królewicz po­

wracający do pałacu. 

Knut przedstawił mu Anjo. 

Anjo odwzajemniła silny uścisk dłoni Williama 

i stwierdziła, że go lubi. Wyczuwała w nim ciepło. 

- Gdzie jest Maria? - spytał przyjemnym, niskim 

głosem. 

Małżonkowie wymienili spojrzenia. 

Anjo pomyślała o tej okropnej sukience, którą Ma­

ja założyła rano. Ona nie chciałaby powitać Knuta 

w takiej. A nie rozstawali się przecież na dłużej... 

- Maja... Maria - poprawił się Knut - chadza włas­

nymi drogami. Poszła gdzieś z samego rana... 

Wzruszył ramionami. 
Uśmiech Williama był łagodny. Oczy zdradzały 

zrozumienie i tęsknotę. 

- Maria zawsze chadzała własnymi drogami - po­

twierdził. - Ma do tego prawo. Takich ptaków jak ona 
nie zamyka się w klatkach... 

Serce Anjo przepełniło wzruszenie. Ten mężczy­

zna wiedział, co to miłość! 

Spojrzenie przybysza zwróciło się w stronę mal­

ców. Ci, gdy zobaczyli obcego, odsunęli się na bez­
pieczną odległość. Teraz przypatrywali mu się tak ba­
dawczo, jak tylko dzieci potrafią. 

Twarz Williama złagodniała. 

Nie spoglądając w stronę Knuta i Anjo, jakby nie 

mógł oderwać wzroku od małego, spytał: 

- To on? Mój syn? 

Anjo wstała z wysiłkiem i podeszła do Henrika. 

Wzięła go za rączkę i podprowadziła do obcego ol-

48 

background image

brzyma. Przytrzymała malca przed sobą i pogładziła 
po włosach. 

William opadł na kolana. Twarz miał na wysoko­

ści twarzy tego dziecka, które było jego synem, 

w którym rozpoznawał siebie. I Marię. 

- To twój tata - powiedziała Anjo Henrikowi. - To 

twój tata, Henriku, który wreszcie przyjechał do ciebie! 

William podniósł chłopca ostrożnie, jakby był zro­

biony z delikatnej porcelany. Wpatrzył się w dziecię­
cą zdziwioną twarzyczkę i przytulił małego. 

Po twarzy popłynęły mu łzy. 
Nawet nie próbował ich ukrywać. Pozwolił im pły­

nąć. 

Tak długo czekał na ten moment! Tyle razy go so­

bie wyobrażał! Ale nie przewidział tej burzy uczuć, 
które wywołał w nim jego syn. 

Była to miłość tak wielka, że Williamowi brakło słów. 

Maja zauważyła jego przybycie. 

Już prawie doszła do altany, gdy dostrzegła postać 

na drodze. Od razu go poznała. 

Wyobrażała sobie, że przywita go na salonach, uro­

czyście, w swej najlepszej sukni. Przygotowana na 
spotkanie, piękna na jego powitanie. 

Stałaby, spokojnie uśmiechnięta, i pozwoliła na 

uścisk. Na pocałunek, który może by coś w niej obu­
dził. Powitałaby go godnie, ze świadomością, że jest 
panią wyspy, tą, którą w kręgach Williama ze śmie­
chem nazywali „panią na Hailuoto." 

Los chciał inaczej. Serce znów ścisnęło się jej ze 

strachu. Lodowa obręcz lęku i niepewności odebrała 
jej dech. Skoro William tu był, Ailo też musiał być 

w pobliżu. Bardzo blisko. 

background image

Ałe ona tego nie wyczuła! Ani przez chwilę. 
Nie wierzyła, żeby Ailo nie poświęcił jej ani jednej 

myśli. 

Bała się. 
Ale przemogła strach. 
Może nie wyglądała na panią na Hailuoto, ale mo­

gła się tak zachować. 

Wyszła z cienia lasu. William wyczuł jej obecność, 

obecność kobiety, którą kochał ponad życie. Równie 
mocno kochał syna, ale to był inny rodzaj miłości. 
Nie mógł porównać go do uczucia, które żywił do 

Marii. 

Odwrócił się w stronę altany i ujrzał ją. Ujrzał jej 

postać dokładnie taką, jaką wyobrażał sobie co dzień 
i co noc przez czas rozłąki. 

I wiedział, że jest jeszcze wspanialsza, niż ją sobie 

wyobrażał. Jeszcze piękniejsza. Jeszcze bardziej god­

na pożądania. 

Kochał ją. 

Wiedział to z niezachwianą pewnością. 
Wiedział, że jeśli idzie o niego, rozstanie nic nie 

zmieniło. 

Znał ją teraz lepiej dzięki listom. 
Kochał ją równie mocno. 

Szła ku niemu wyprostowana, taka, jaką ją zawsze 

pamiętał. Lekkim krokiem. Szczupła i piękna. Z ogni­
stym spojrzeniem. I z oczekiwaniem w oczach. 

To był jakby lęk. I pytanie. 
A przecież pamiętał Marię jako kobietę pozbawio­

ną uczucia strachu! 

Wyszedł jej na spotkanie, nadal trzymając syna na 

ręku. Objął ją wolnym ramieniem. 

- Jestem w domu, Mario - powiedział. Pocałował 

background image

ją w usta. Wiedział całym sobą, że nic już nie zdoła 

ich rozłączyć. 

- Ailo? - szepnęła. 
- W Oulu - odparł równie cicho. Ujrzał, jak cień 

znika z jej oczu. A więc bała się o brata... - Kocham 
cię - wyszeptał. - I kocham naszego syna. 

Przytulił mocno ich oboje. 
- Nareszcie jestem w domu - westchnął. - W do­

mu... 

Anjo zdołała się odwrócić. Poczuła się jak intruz. 
- Dobry Boże - szepnęła do siebie - jakże on ją 

uwielbia... 

background image

Dzień nabrał rozmachu. William przywiózł ze sobą 

skrzynie, które należało rozpakować, torby podróżne 
pełne nowości ze świata. Lata spędzone w Europie nie 

pozostały bez śladu. William miał pieniądze i kupował 
różne rzeczy. Myślał wtedy o Marii. O synu. 

Wiele przedmiotów, które przywiózł, nosiło wyraź­

ne znamię ręki Ailo. Maja zauważyła to i jej serce się 
ścisnęło. Palcami musiała dotknąć zdobień. Jednocze­
śnie pilnowała się, żeby Knut tego nie zauważył. On 
miał bystre oko. Znał lapońskie hafty cynową nitką 
i rzeźby z kości równie dobrze jak ona. Może nawet le­

piej. Gdyby się dokładnie przyjrzeć misom, wazom 
i świecznikom przywiezionym z Niemiec, można by 
odnaleźć wiele z tych motywów wtopionych w zdobie­
nia, nie tak regularnych i kanciastych jak utarte wzory. 
W delikatnych wzorach kwiatowych Maja widziała 

hafty zdobiące odświętny kołnierz kaftana babki. 

Ailo na pewno nauczył się wielu nowych rzeczy, ale 

nie stracił nic ze swej tożsamości w obcym kraju. Nie 
naśladował tamtejszych wzorów. Ailo dostrzegał pięk­
no ozdób tworzonych podczas wielu zim przy nędz­
nym oświetleniu w mrocznych jurtach przez spraco­

wane dłonie kobiet, daleko na północy. Nie odrzucał 

swego dziedzictwa. 

Maja była z niego dumna. Ale nie mogła tego jesz­

cze okazać. 

background image

William asystował przy wieczornej kąpieli Henri-

ka. Pierwszego wieczoru po powrocie taty nie mogła 
tego robić służąca. Maja zresztą zwykle sama kąpała 
synka. Służba przywykła do tego, że ich pani nie jest 
podobna do innych. Lubili ją, mimo że Maja nie by­
ła serdeczna. Wszystkich trzymała na odległość, ma­
ło kto mógł zajrzeć do jej serca. 

William położył syna do łóżka. Stał nieruchomo 

w półmroku, dopóki mały nie zasnął. Gdy słychać by­
ło tylko spokojny oddech śpiącego dziecka, objął Ma­
ję ramieniem i przytulił. Maja czuła, że ten potężny 

mężczyzna płacze. 

Knut i Anjo wycofali się do swoich pokoi. Wszy­

scy potrzebowali odpoczynku od siebie. Pomimo że 
dom był przestronny, czasami zbyt często przebywa­
li razem. Czuli to nawet oni, którzy wyrośli w cias­
nym domku z bali. 

Teraz William siedział w głębokim fotelu i patrzył, 

jak Maja się przebiera. Robiła to szybko, lecz i tak 
sprawiło mu przyjemność obserwowanie jej. Patrzył 
na jej ruchy, starając się przywołać je z pamięci. 
Oczywiście, że marzył, by ją posiąść tu i teraz. Jed­
nak jego słodka tęsknota już tak długo trwała, że kil­
ka godzin nie grało roli. 

Rozumiał, że ich wyprawa do Oulu wiele dla niej 

znaczyła. Maję i Ailo łączyło coś wyjątkowego. Za­
wsze tak będzie. 

Splotła włosy w gruby warkocz i za pomocą szpi­

lek upięła go wokół głowy. Od razu jego łagodna Ma­
ria przemieniła się w surową guwernantkę. Nie mógł 
powstrzymać uśmiechu. Wstał i pomógł jej zapiąć 
suknię na plecach. Jego palce wydawały się zbyt du­
że do tego rodzaju czynności. 

background image

- Już dawno nie miałem do czynienia z damskimi 

ubraniami - wyjaśnił, patrząc na odbicie Mai w lustrze. 

Uśmiechnęła się do męża, napotykając jego poważ­

ne spojrzenie. 

- To dobrze - powiedziała. - Byłoby źle, gdybyś 

w Niemczech nie robił nic innego niż rozpinał kobie­

ce suknie... 

William obrócił ją ku sobie gwałtownie i przytrzy­

mał mocno za ramiona. 

- Naprawdę tak myślisz? - spytał z napięciem 

w glosie. - Naprawdę tak myślisz, Mario? Znaczyło­
by coś dla ciebie, gdybym miał inne kobiety? Sprawi­
łoby ci to ból? 

Maja napotkała spojrzenie jego niebieskich, gore­

jących oczu. 

- Oczywiście, że sprawiłoby mi to ból - odparła. -

Jesteśmy małżeństwem, Williamie. Powinniśmy do­

chowywać sobie wierności. 

Puścił ją równie nagle, jak złapał. Znów zajął się 

zapinaniem guzików. 

Już więcej nie pytał. Nie była to odpowiedź, którą 

- jak wydawało mu się - widzi w jej oczach. To nie 
była odpowiedź, którą chciał usłyszeć. 

Maria wymknęła mu się, zasłaniając się banałami... 

Miał nadzieję, że odkryje jej uczucia, że wedrze się 

do jej serca, jak zawsze dobrze zamkniętego. Przez 
chwilę czuł, że drzwi są leciutko uchylone. Ale zatrza­
snęła je przed nim. 

Wyszli z domu ubrani w płaszcze i kapelusze i po­

szli po konie. Gdy oddalili się od domu, pojechali 

wierzchem. Załoga łodzi była już na przystani. Konie 
miały zaczekać na pastwisku. Zamierzali powrócić, 
zanim się rozjaśni i ktokolwiek się obudzi. 

background image

W Oulu poszli pieszo. Maja miała spocone dłonie. 

Na ulicach panowała cisza, co potęgowało echo ich 
kroków. Mai wydawało się, że wszędzie słychać stuk 
jej butów do konnej jazdy. 

Uścisk dłoni Williama był dobry. Zdjęła rękawice. 

Nigdy chyba nie przyzwyczai się do nich, a już na 
pewno nie w lecie. Jej skóra potrzebowała powietrza. 

William zatrzymał się przy jednym z nieoświetlo­

nych domów. Niczym się nie wyróżniał. Miał ze­

wnętrzne schody wiodące na piętro i ciemne okna. 

William poszedł pierwszy. Maja nawet nie odwa­

żyła się wesprzeć na poręczy. Te schody wyglądały 
tak, jakby w każdej chwili miały się rozpaść. 

Czuła, że serce podeszło jej do gardła. Biło głośno, 

jakby biegła przez dłuższy czas. Wydawało się za sła­
be na takie wzruszenia. 

William zapukał w solidne drzwi. Maja była pew­

na, że w umówiony sposób. Długo panowała cisza. 
Wreszcie ktoś przekręcił klucz w zamku. Drzwi, 
uchylając się, zaskrzypiały przeraźliwie. 

Weszli do środka. 

Było ciemno. Maja stała bez tchu. Mogła dostrzec 

tylko zarys postaci mężczyzny. Poznała go. Poznała­
by go wszędzie. Gdy William zapalał lampę, rzuciła 
się na szyję ukochanemu bratu. Ściskała go z całych 
sił i czuła, że on przeżywa powitanie równie mocno. 
Obojgiem wstrząsał szloch. Wypłakiwali całą czerń, 
którą nosili w duszy, płakali, bo byli już razem. Pła­
kali z radości. 

Słabe światło okazało się niemal zbyt mocne. Ma­

ja położyła ręce na ramionach Ailo. 

Ailo... 
Ailo z lapońskiego rodu, ubrany w strój, w którym 

background image

według Mai mógłby zostać przyjęty na każdym dwo­
rze w Europie. Ciemne włosy zebrane wstążką na 
karku. Twarz zakryta czarną zamszową maską. 

Maja zaczęła rozwiązywać tasiemki podtrzymujące 

maskę. Nie bała się widoku twarzy brata. Już wcześniej 

widziała jego blizny i chropowatą skórę. Jej nie przy­

prawi ona o dreszcz, nie odwróci się z obrzydzeniem. 

Dłonie Mai gładziły policzki Ailo. Uśmiechała się 

do niego poprzez zasłonę łez. On też się uśmiechał. 
Oczy jego wyrażały to samo ciepło co kiedyś. Radość, 
że ją widzi. Zaufanie. Porozumienie. To coś, co ist­
niało pomiędzy nimi dlatego, że byli rodzeństwem. 
Na zawsze połączeni ze sobą więzami krwi, losu i... 
kłamstwa. 

- Cieszę się, że wróciliśmy - odezwał się Ailo gło­

sem tym co zawsze. 

Maja ponownie go uściskała. Nie mogła się powstrzy­

mać, chciała znów poczuć, że on naprawdę tu jest. Nie 
mogła też opanować łez. Po prostu płynęły. Nie musia­
ła się ich wstydzić ani przed Ailo, ani Williamem. 

- A więc Knut mieszka u was? - spytał Ailo, nie 

spuszczając wzroku z Mai. 

Potwierdziła. W krótkich słowach opowiedziała 

mu, dlaczego Knut przyjechał do Finlandii. Nie 

wszystko była w stanie opisać w liście. Opowiedzia­
ła Ailo historię Knuta z tą samą goryczą w głosie, z ja­
ką on to robił. Niesprawiedliwość, której dopuszczo­
no się wobec niego, bolała ich wszystkich. 

- Nigdy bym nie przypuszczał, że Emil będzie do 

czegoś takiego zdolny - stwierdził Ailo w zadumie. -

Ale Ida zawsze potrafiła wzbudzać gwałtowne emo­
cje... Ida ma się dobrze? 

Maja potwierdziła, przełykając ślinę. Czuła, że 

56 

background image

Ailo żałuje i że będzie żałował do końca życia. Ale 
wiedziała też, że nigdy nie zmieni swej decyzji. 

Dla Idy był martwy. 

- Idzie jest dobrze z Sedolfem - powiedziała. -

Dzieciom też. Knut mówi, że Sedolf jest po uszy 

w nich zakochany i traktuje je jak swoje własne. 

I znów ten wyraz zagubienia w oczach Ailo. Świa­

domość, że gdzieś daleko ma coś własnego, ale nigdy 

nie wyciągnie po to ręki. Będzie tylko rozmyślał, mil­
czał i... kochał. Zawsze na odległość. 

Sam wydal na siebie ten wyrok. 

Ailo spojrzał na swoje nadgarstki. Na jednym na­

dal widoczna była blizna po cięciu nożem. Pamiętał 

wyraźnie ten moment. On i Knut w świetle ognia, cie­

pło bijące z paleniska, trzaskający mróz na zewnątrz. 

Czuli, że są razem, choć nie łączyły ich więzy krwi. 
Dlatego sami je stworzyli. Nacięli cienką skórę 

wielkimi, ostrymi nożami. Nie poczuli bólu. 

Zmieszali swoją krew. Stali się braćmi. 
Rozpaczliwie tęsknił za rozmową z Knutem. Knut 

widział Idę, wiedział, jak żyje. Mógł mu opowiedzieć 
o niej dużo więcej niż Maja. Czul, że Maja, mówiąc 
o Idzie, celowo zachowuje obojętność. 

A on chciał uczuć! Chciał patrzeć na twarz roz­

mówcy i widzieć, czy płacze, czy się śmieje. Z wyra­
zu twarzy innego człowieka potrafił wyczytać rów­
nie dużo, jak z jego słów. 

Knut tyle wiedział o Idzie! Był jego bratem krwi, 

ale także bratem Idy. Jej prawdziwym bratem. Wię­
zy krwi więcej znaczyły od tych, które ludzie sami 
stworzyli. Knut na pewno silniej związany jest z sio­
strą niż ze swoim najlepszym przyjacielem. 

Trudno byłoby dopuścić Knuta do tajemnicy i wy-

background image

magać, żeby jej dotrzymał. W ten sposób wciągnęli­
by w kłamstwo także jego. Ailo uważał, że i tak wie 

o nim zbyt wiele osób. 

- Jak długo potrwa moje odosobnienie? - spytał. -

Rozumiem, że to dla mojego bezpieczeństwa, ale 
tęsknię za wyspą. Chciałbym móc wyjść na dwór, 
usiąść na plaży i patrzeć na morze. Mieć nad sobą nie­
bo, powietrze... 

- Knut i Anjo zostaną pewnie długo - powiedział 

William. - Anjo oczekuje dziecka. Nikt nie wyrzuca 
z domu ciężarnej... 

- Mimo to możesz wrócić na wyspę - odezwała się 

Maja. - Będzie to wymagało od nas ostrożności. Ale 
tam poczujesz się lepiej. W tym domu nie możesz zo­
stać! Ja bym się w nim udusiła... - Rozejrzała się wo­
kół, a jej ciało przebiegł dreszcz. Pokoje były małe 
i niskie. - Wolę nie myśleć, jak się tu czułeś... 

Ailo uśmiechnął się szeroko mimo bólu gniotące­

go mu piersi. 

- Zdołałem przyzwyczaić się do niejednego, moja 

siostro - rzekł z tęsknotą w głosie. Tęsknotą za roz­
ległymi płaskowyżami daleko na północy, gdzie zie­
mia należała do wszystkich i do nikogo. 

Maja opisała mu kamienny domek. Ailo zareago­

wał dokładnie tak, jak oczekiwała. 

- Nic nie będzie dla mnie za ciasne, Maju - powie­

dział. - Nie chcę niczego posiadać. Wierzę, że wol­
ność wynika między innymi z tego, że się nie ma zbyt 
dużo na własność. Mimo że teraz posiadam więcej, 
niż potrzebuję, oddałbym to wszystko bez żalu. Nie 
płaczę za przedmiotami. Dla mnie nadal czymś naj­
lepszym jest życie na północy. Tam cały twój dom 
mieści się na saniach. Tam ludzie wokół ciebie zna-

background image

czą więcej niż twoja własność. Tam jest się biednym, 
gdy się nie ma rodziny, a nie pieniędzy, jak u was... 

Maja spojrzała na brata z bólem. Powiedział „u 

was..." Wykluczył ją ze świata, który ona nadal uwa­

żała za swój! Na równi z nim była dzieckiem suro­

wego płaskowyżu! 

- Zabierzcie mnie na Hailuoto jeszcze dziś w no­

cy! - poprosił Ailo. - Potrzebuję tylko kilku rzeczy, 
które zmieszczą się w torbie. Wystarczy mi nóż, że­
by rzeźbić w drewnie. Będę tam miał co robić. Za­

wsze mam. Jeżeli zechcecie mnie czasem odwiedzić, 
chętnie porozmawiam. W domu chyba nadal jest 

ktoś, kto mnie pamięta? 

Maja pokiwała głową. A więc przewiozą Ailo już 

dziś w nocy. Trochę na to liczyła. Bardzo chciała go 
zobaczyć, lecz może jeszcze ważniejsze było dopro­

wadzić do tego, żeby na stałe był w pobliżu. Nie bę­
dzie musiała się zastanawiać, dlaczego nie poczuła, że 
wraca. Przerażała ją myśl, że ich wyjątkowy kontakt 

może już się zerwał. A przecież istniał nawet wtedy, 
gdy Ailo ukrywał się w Niemczech... 

Ale pewnie go teraz nie potrzebowała, gdy będą 

żyć tak blisko siebie. 

William chciał się sprzeciwić, ale zmilczał. Może ta 

noc była dobra jak każda inna. Resztę rzeczy Ailo 

ktoś ze służby przywiezie kiedy indziej, przybijając 
prosto na plażę przed kamiennym domkiem. 

Wiedział, ile to znaczy dla Marii. A on nieba by jej 

przychylił, byle ją zadowolić. Nic innego dla niego się 
nie liczyło. Chciał ją zdobyć za wszelką cenę. Wyszła 

za niego, bo nie widziała dla siebie innej możliwości. 
W czasie niezliczonych, pełnych tęsknoty bezsennych 
nocy William obiecał sobie, że zrobi wszystko, by 

background image

zdobyć jej serce. Aby zdobyć zaufanie i uczucie wy­
kraczające poza przyjaźń i szacunek. W końcu na 
pewno go pokocha. Nawet gdyby miał na to poświę­

cić całe życie, dokona tego. 

Ailo wrócił na wyspę. Z przystani pojechał z Mają 

na jednym koniu. Rozdzielili się niedaleko domu. Wil­
liam zaprowadził oba konie do stajni, a Maja i Ailo 
ruszyli przez ciemny las. Niełatwo było dostrzec 
ścieżkę, ale Maja zdołała już poznać ten las na wylot. 

- Najchętniej pojechałbyś do domu, prawda? - spy­

tała Maja. Myśli jej krążyły wokół ostatnich słów bra­
ta. O wspólnocie z pobratymcami, o życiu w wolno­
ści. - Do Laponii? 

- Tam nie wrócę - odpowiedział stanowczo, jakby 

już się nad tym zastanawiał. Z żalem w głosie, ale bez 
goryczy, której oczekiwała. - Finnmark jest za mały 
- dodał. - Sama wiesz, siostrzyczko, że słowa szybko 
krążą. A o mnie prędko zaczęto by mówić. Moje my­
śli zawsze będą wracać tam, ale ja pozostanę tutaj. Tu 
mam krewnych i tu nikogo nie krzywdzę. 

Nie wspomnieli Idy, ale oboje o niej pomyśleli. 

Maję przepełniła dziwna mieszanina miłości i niena­

wiści do młodszej siostry. 

Kochała ją. Tego nic nie mogło zmienić. Kochała 

także Ailo. Było to uczucie, którego nie dało się po­
równać czy zmierzyć. 

Jednocześnie czuła zarzewie nienawiści do Idy. 

Dlatego, że mogła tak szybko zapomnieć o Ailo. Dla­
tego, że potrafiła być szczęśliwa z Sedolfem. 

Maja wiedziała, że to nie miało ze sobą związku, 

że nie mogła oskarżać Idy. Ona żyła swoim życiem. 
Dla niej Ailo był martwy. 

Jednak miewała takie niedobre myśli. Raz jeszcze 

background image

zapragnęła zerwać wszelkie więzy łączące ją z do­
mem. 

Doszli do domku. Maja otworzyła drzwi kluczem. 

Pokazała bratu wszystkie pomieszczenia w migoczą­
cym świetle lampy. Napaliła w piecu i na palenisku. 

Była z siebie zadowolona. Urządziła dom tak, że 

stał się przytulny. Poświęciła na to wiele nocy. Knut 
i Anjo nic nie spostrzegli. 

- Sama to zrobiłaś? 
Maja uśmiechnęła się z dumą. Opowiedziała Ailo, 

jak wszyscy służący jej pomagali. Jak się cieszyli, że 
mogą zrobić to dla niego. Wszyscy mieli milczeć. By­
li po jego stronie. 

- Jeżeli to przeciągnie się do zimy, przeniesiemy 

cię do domu - rzekła Maja. - Trudno ukrywać ślady 
na śniegu. A ten dom zimą pewnie nie jest szczegól­
nie zaciszny. 

- Nie mów tak - Ailo pogłaskał ścianę. - One wi­

działy więcej niż ty czy ja. Te ściany potrafią dotrzy­
mać tajemnic. Mają duszę. Już je kocham. 

- Ty, który potrafisz obyć się bez rzeczy? - zażar­

towała. 

Ailo pokiwał głową. Widziała po jego oczach, że 

mówił poważnie. Znów zdjął maskę. Założył ją, gdy 

wyszli z domu w Oulu. Osłonił dodatkowo twarz 

rondem kapelusza. Mimo że to był środek nocy, od­

wracał się od okien. 

Nawet w masce przerażał, ale nieosłonięta twarz, 

która naprawdę nie przypominała twarzy, była trud­
niejsza do zaakceptowania. 

Nawet Maja, która kochała go bez zastrzeżeń, zda­

wała sobie sprawę, że mógł budzić odrazę. Zarówno 
w masce, jak i bez niej. 

background image

- Chyba nie jest ci tu źle? - spytał, zdejmując płaszcz. 
Maja pokręciła głową. Jej życie mogło pójść o wie­

le gorszymi ścieżkami. 

- William to wspaniały człowiek - dodał. Wysta­

wiał świadectwo Williamowi, który stał mu się bliski 
jak brat. 

- Wiem - odparła Maja. 
- Nie wolno ci go unieszczęśliwić - powiedział 

Ailo ostrożnie. - On traktuje cię jak... boską istotę. 

I nikt na całym świecie nie potrafiłby go zranić do­
tkliwiej niż ty... 

Maja wiedziała o tym. 
- Nie zrobię tego - zapewniła z powagą. - Nie mog­

łam dostać tego, którego najbardziej chciałam. Nie 
zdołałam zatrzymać tego, którego dostałam. William 

jest dla mnie aż za dobry. Ale nie potrafiłabym go 
zranić. On jest taki wrażliwy. 

- Jak chowa się synek? 
- Henrik? - Twarz Mai od razu złagodniała. - Wil­

liam zyskał jego zaufanie. Chłopiec jest do niego po­
dobny. Ma moje oczy, ale to mały Runefelt, bez wąt­
pienia. Jest dobrym dzieckiem... - Zamilkła. - Szkoda, 

że tak daleko stąd do Lyngen - dodała. - Tak daleko 
do twoich... 

Zacisnął dłonie w pięści. 
- Mogę tylko dziękować Bogu, że to tak daleko -

rzucił cicho. - Pokusa byłaby zbyt silna. Może ze­
chciałbym zmartwychwstać? Nikomu nie przyniosło­
by to szczęścia. Ani mnie, ani Idzie. Ani Sedolfowi. 

Serce Mai ścisnęło się z bólu, ale musiała się z nim 

zgodzić. Pewnie wiele razy o tym myślał. 

- Może uda mi się przyjść jutro - powiedziała. Mu­

siała wracać. Niedługo wstanie świt. 

background image

No i pewnie czekał na nią William. 
- Na pewno przyślę kogoś z jedzeniem. I... - zawa­

hała się, lecz dokończyła: - ... jeśli chcesz, przychodź 
do altany, gdy będzie ciemno. Tam mogę się z tobą 
spotykać. William też. Może to ryzykowne, ale nie 
mogę znieść myśli, że wygnałam cię z domu! 

Ailo podszedł do niej. Przyłożył swój zniszczony 

policzek do jej gładkiego. 

- Nie czuję się jak wygnaniec, siostro - rzekł. -

Uważam, że przyjęłaś mnie bardzo ciepło. 

background image

Dom był cichy, gdy Maja nadeszła. Ciemność 

przybrała niebieskawy odcień, wstawał poranek. 

Popatrzyła na okno ich sypialni. Zasłony były do 

połowy zaciągnięte, tak jak wtedy, gdy odjeżdżali, 
lecz w pokoju panowała ciemność. 

Maja zatrzymała się, jakby coś poczuła w powie­

trzu. A może to tylko wiatr, który rozwiał jej płaszcz 
niczym żagiel, zmusił ją, by stanęła? 

Pomyślała o dniach i nocach bez Williama. Były ni­

czym długi sznur pereł. 

Maja wiedziała, że właśnie to ją dręczy. Bała się no­

cy. Bliskości Williama. Bała się wspólnego łoża. 

Bała się, lecz jednocześnie była ciekawa. 
Bo pamiętała. 
Dobrze pamiętała. 
William był wymagającym kochankiem, a zarazem 

czułym: takim, o jakim marzyły kobiety. Należał do 
niej. Powinna chyba czuć wyrzuty sumienia, że waha 
się przed wspólną nocą. 

Maja chciała jej. Ale jednocześnie nie chciała. 
Pora pomiędzy nocą a porankiem była szczególnie 

cicha. Ale cisza zawierała także dźwięki: szum gałęzi, 
plusk fal uderzających o brzeg, zgrzyt gałęzi ociera­
jącej się o ścianę domu. Maja starała się zapamiętać, 
która to. Każe ją ściąć, bo może obudzić dzieci... 

Wtedy dostrzegła, że drzwi altany są otwarte. No-

background image

gi same ją tam zaniosły. Wiedziała, że to musiał być 
William. A więc on też nie wszedł do domu. Także 
jego zauroczył ten moment. 

To dobrze. 
Altana była ich miejscem, o wiele bardziej niż po­

koje. Żadne pierzyny i miękkie materace nie mogły 
zastąpić twardych ław tego szklanego domu. 

Maja weszła do środka. Zamknęła za sobą drzwi. 

Ujrzała zarys postaci męża zapatrzonego w dal. Nie 
odwrócił się ani nie poruszył. 

- Spodobało mu się? 
- Tak - odparła. - Bywał tam samotny? Jego twarz 

musiała odstraszać... 

- Zanim nauczył się języka, był samotny. Jeden 

człowiek nigdy nie wystarczy drugiemu. Musisz mieć 
jeszcze innych, aby poczuć się w pełni człowiekiem. 

Usiadł. Ramię oparł o parapet. Widział Maję jako 

cień wśród innych cieni tej kończącej się nocy. 

- Sądzę, że właśnie jego maska sprawiła, że dla wie­

lu kobiet stał się atrakcyjny. Ailo odnosił większe 
sukcesy, niż by dokonał tego ze swoim dawnym wy­
glądem! - Zaśmiał się cicho. - Niektóre przedstawi­
cielki płci pięknej mają kurze móżdżki, Mario. Jakże 
się cieszę, że nie ożeniłem się z jedną z nich! 

Maja nie posądzała Ailo o to, że pragnął zdobywać 

kobiety w ten sposób. Ale zrozumiała, co William 
chciał jej przekazać. Usłyszała pogardę w jego głosie. 

- Mężczyźni także miewają kurze móżdżki -

stwierdziła, zdejmując płaszcz.  N i e było zimno. 
Szklane ściany altany zatrzymywały wiatr. 

- Ailo jest inny, niż go pamiętasz, Mario - powie­

dział William. - Czas spędzony w Niemczech zmie­
nił go. Tak jak życie, do którego jest zmuszony. 

background image

- Przecież rozumiem - prychnęła Maja. Czyżby są­

dził, że jest głupia? Ale opanowała się. Nie chciała 
zniszczyć tej delikatnej chwili. Zaufanie, które do sie­
bie czuli, było nad wyraz kruche. Łatwo je unicestwić 
nieostrożnym słowem. 

- Wiele mu dała nauka u znanych złotników — mó­

wił dalej William. — Dla Ailo oznaczała ona o wiele 
więcej niż tylko możliwość zabicia czasu. Myślę, że 
on jest stworzony do sztuki. Ma dar w rękach. W pal­
cach. Ma oko, które dostrzega wokół piękno, 
a on przetwarza je w niespotykany sposób. Dużo się 
teraz dzieje w Europie. Zmienia się styl. Przedtem 

wszystko miało być ciężkie, solidne: meble, obrazy, 
biżuteria. A teraz jest jasno. Lekko, delikatnie, 
miękko. Nowy styl przypomina taniec. Ailo pochwy­
cił to w lot. Od razu wiedział, jak stworzyć coś, co 
pozostaje w zgodzie z kanonami mody, a jednocześ­
nie jest całkiem odmienne. Wytwarza ozdoby jedyne 

w swoim rodzaju. Nikt na świecie nie zdołałby go na­
śladować. Ailo jest urodzonym artystą, moja Mario! -
Williamowi aż poczerwieniały policzki. - Chciałbym 
wiedzieć, ilu też artystów z jego narodu otrzymało od 
życia szansę rzeźbienia w czymś innym niż kości. 

- Lub haftowania cynową nitką. Także kobiety są 

uzdolnione, Williamie... 

Westchnął. 
- Nie utrudniaj, Mario! Nie chcę się kłócić. Po pro­

stu cieszę się, że Ailo miał okazję rozwinąć swoje 
zdolności. 

Maja nie powiedziała, co myśli. Ze tak naprawdę 

Ailo bardziej niż ktokolwiek był przeznaczony do ho­
dowania reniferów, do życia na łonie natury. Tam gdzie 

zima jest najdłuższą nocą, a lato dniem bez końca. 

background image

William urodził się do innego świata. Do wspania­

łości stworzonych ludzką ręką. Nawet nie przeczu­

wał istnienia zjawisk, które zachwycały, a nie były 

skalane dotykiem człowieka. 

Ailo był urodzony dla świata przyrody. Ona pewnie 

też. Człowiek nie jest w stanie stworzyć kwiatu ucze­
pionego skały tak wysoko, że można niemal dłonią do­
tknąć nieba. Człowiek nie umiałby stworzyć mięciut-
kiego jak puch pisklęcia pardwy. Nie umiałby stworzyć 
pączków na suchych gałęziach, które pod wpływem 
pieszczot słońca i wody rozwijały się w liście. 

To było wielkie. 
To była sztuka. 
Ale tego William nigdy nie pojmie. Dla niego 

czymś najwspanialszym było naśladowanie natury 
przez człowieka. 

Ale to dobrze, że Ailo mógł wypełnić czymś swo­

je życie. Gdyby postrzegał je jako pozbawione sensu, 
byłoby naprawdę źle. 

William wstał i podszedł do Mai. Jego dłonie obej­

mujące jej talię wydawały się zbyt duże. Pokręcił gło­

wą, spoglądając na żonę. 

- Aż nie mogę uwierzyć, że to prawda - powiedział. -

Lękam się, że się obudzę i znów znajdę się tam daleko. 

Ale przecież wtedy nie mógłbym cię obejmować... 

Maja uśmiechnęła się. Która kobieta nie pragnęła­

by usłyszeć takich słów? On jest jej mężem, i tak daw­
no nie byli blisko... 

- Jesteś taka piękna, Mario! 
Słowa Williama ogrzewały ją, bo wiedziała, że w je­

go oczach jest naprawdę piękna. Jej samej nie podoba­
ło się własne odbicie w lustrze. Ale William nie kła­
mał. Wystarczało usłyszeć zachwyt w jego głosie. Choć 

background image

raz chciałaby ujrzeć kobietę, którą w niej widział, spoj­
rzeć na siebie jego oczami. Zobaczyć siebie jako ładną. 

Jego wargi pieściły jej twarz. Nie całowały, tylko 

przesuwały się, suche, po całej powierzchni. Lekko 
jak piórka, jak podmuch wiatru, jak marzenia. 

Aż dotarły do ust, napotkały je, wpółotwarte, 

i przykryły. Całowali się, rozniecając w sobie ogień. 

Byli jak wulkany pełne lawy, pełne tego, co się 

w nich żarzyło, a czemu niebezpiecznie byłoby dać 

ujście od razu. 

Dlatego rozłączyli się i odsunęli od siebie tak, że sty­

kały się tylko ich usta. Wreszcie i one straciły kontakt. 

Stali na odległość ramienia i patrzyli na siebie. 

Przytomni, lecz oszołomieni. Dźwięki wokół nich 
jakby zniknęły. Stali w ciszy miękkiej niczym obłok. 

William uśmiechnął się. Złożył usta jak do poca­

łunku i przesłał go Mai, która wręcz poczuła jego do­
tyk. Przesunęła językiem po wargach, zwilżając je. 
Nie spuszczała wzroku z męża. Dostrzegła, że oddy­
cha szybciej. 

Nagle schwycił jej dłonie i gorejącymi wargami ca­

łował każdy palec, wierzch dłoni i wreszcie wnętrze. 

Krew w Mai zawrzała. 
Nigdy wcześniej nie czuła takiego gorąca... 
Przesunęli się ku sobie niezauważenie, a może tyl­

ko się pochylili... 

Twarz Mai zbliżyła się do szyi Williama, poczuła 

jego zapach. Pachniał niebezpiecznie kusząco. 

Wreszcie pokonała dzielącą ich odległość, świado­

mie i z tęsknotą. Oplotła ramionami jego plecy, po­
czuła mięśnie i ciepło jego ciała. 

Musiała poczuć smak jego skóry. Dotknęła warga­

mi jego szyi, całowała, gryzła, lizała... Smakował ob-

background image

co, po męsku. Przypominał jej o ledwo pamiętanych 
przyjemnościach, podniecał ją... 

Jej wilgotne wargi wędrowały wzdłuż linii jego 

szczęki, lekko uszczypnęły koniuszek ucha. Gorący 
oddech owionął jego ucho. Spuściła deszcz lekkich, 
gorących pocałunków na jego usta, a potem jej język 

wśliznął się pomiędzy wargi, żądając więcej. 

Dłużej nie mogli się już powstrzymywać. Maja 

rozpięła koszulę Williama, wyszarpnęła ją ze spodni 

i odkryła całe obszary ciepłej skóry. Rozkoszowała 
się jej dotykiem i smakiem... 

Rozpinała mu spodnie, a on biedził się z guzikami 

jej sukni. Aż musiał odwrócić Maję i wtedy mu się 
udało. Dłonie wsunęły się pod materiał sukni, objęły 
brzuch, dotarły do piersi, były ich pełne, podczas gdy 
zęby gryzły leciutko jej białe ramiona. 

Jej dłonie bawiły się brzuchem Williama, wśliznę­

ły w rozpięcie spodni i sprawiły, że niemal odszedł 
od zmysłów. 

Jedną ręką zerwał wiązania jej bielizny. Poczuł, że 

opadła i że Maja z niej wyszła. Uniósł skraj jej suk­
ni i przycisnął ciało do jej ciała. Wiedział, że ona też 
go pożąda, że kieruje go tam, dokąd oboje chcieli, by 
dotarł. 

Jej dłonie przesunęły się do tyłu, obejmując jego 

biodra tak mocno, że niemal nie mógł się poruszać. 
Oboje pragnęli jak najdłużej powstrzymać wybuch 

wulkanu, by jak najpóźniej ich ogień przeszedł w żar. 

Jego dłonie pieściły ją i nasłuchiwały jej sygnałów. 

Zachęcała go i prosiła o jeszcze. 

Twarz Williama zatopiona była w jedwabistych 

włosach Mai, o których tyle marzył. Z zamkniętymi 
oczami oboje wpłynęli w rozkosz. 

background image

We wspólnym łożu mogliby obrócić się do siebie 

plecami, zamknąć oczy i udawać sen. 

Tu było to niemożliwe. Ale nie czuli zażenowania. 
Musieli spojrzeć sobie w oczy. I zrobili to z uśmie­

chem pełnym tajemnic. I czułości. 

Bo była między nimi czułość, delikatna i spokojna. 

I przyjaźń. 

William szybko pocałował Maję w oba policzki, 

a ona musnęła jego usta. 

Pieszczoty, którymi obdarzali się po akcie miłos­

nym. Gdy ich ciała były znużone, leniwe i wilgotne, 
syte i zaspokojone. Zmęczone dobrą miłością. 

- Kocham cię, Mario - powiedział z uśmiechem. 

Tak czuł, ale nie oczekiwał, że odpowie tak samo. 

- Jesteś wspaniały, Williamie - odrzekła Maja. 
Wiedział, że ona nie szafuje tego rodzaju słowami, 

dlatego znał ich wartość. 

Pomógł jej przy guzikach sukni, zapinając co dru­

gi. W końcu mieli jeszcze iść spać. Maja zaśmiała się, 
podnosząc z ziemi koronkowe majtki. 

- I tak by się nie utrzymały - stwierdziła, zwijając je 

i wkładając pod pachę. Narzuciła na ramiona płaszcz. 

William zdjął surdut. Sięgał mu tylko do połowy 

uda: na południu Europy uznano by go za niemod­
ny. Tam mężczyzna o jego pozycji powinien nosić 
surdut długi do kolan. 

Ale na Hailuoto William chodził ubrany jak chciał. 

Wiedział jednak, że na dworze szwedzkim zaraz 
przejmą nową modę. Przejmą nawet biało pudrowa­
ne peruki i niedługo nie będzie się można bez nich 
tam pokazać. 

Williama mierziła ta myśl. 
Złapał płaszcz i kapelusz. Rozwiązał fular pod szy-

background image

ją. Koszulę na piersi rozpiął już wcześniej. Spojrzał 
czule na żonę. Pogłaskał jej kark, zanim objął ją ra­
mieniem. 

- Nie sądzisz, że powinniśmy położyć się spać? -

zapytał. 

Poczuł wielkie znużenie. Zmęczyła go podróż na 

północ, mimo że nie mógł narzekać na pogodę. Poza 
tym ten dzień, jak mało który, dostarczył mu tyle 

wrażeń, że ledwo stał na nogach. 

Maja pokiwała głową. Jej twarz przybrała łagodny 

wyraz. Gruby warkocz, uwolniony z surowej fryzu­

ry, miała przerzucony przez jedno ramię. William 
najbardziej lubił Maję z rozpuszczonymi włosami. 

Zadawał sobie pytanie, czy ona o tym pamięta. 

Razem wyszli z altany, z tego przeszklonego dom­

ku, niemego świadka ich najwspanialszych chwil. Al­
tana mogła właściwie stanowić symbol ich związku: 
była czymś pięknym, lecz kruchym... 

Anjo nie mogła zasnąć. Dziecko, które nosiła pod 

sercem, było bardzo żywotne. Czuła, jakby jej brzuch 

wypełniały ruchliwe ramiona i nogi. Gdy tylko ona 

sama próbowała ułożyć się do snu, maleństwo zaczy­
nało się kręcić. 

Leżała wtedy cicho, wsłuchana w ten cud dziejący 

się w jej ciele. Składała te chwile do skarbca pamięci, 
aby móc kiedyś w przyszłości je wydobyć. Oczywi­
ście, męczył ją brak wystarczającej ilości snu, ale dla 
Anjo fakt, że będzie miała jeszcze jedno dziecko, był 
cudem samym w sobie. Przecież jeszcze niedawno są­
dziła, że spędzi życie w samotności. 

Najpierw zdarzył się Knut, i był to pierwszy cud. 

To, że wybrał właśnie ją, nadal ją zadziwiało. Nigdy 

background image

nie zrozumie, co w niej ujrzał. Ale była mu nieskoń­
czenie wdzięczna, że odwzajemnił jej uczucie. 

Knut dał jej nowe życie. Ofiarował więcej, niż kie­

dykolwiek odważyła się zamarzyć. Widziała swoje 
życie jako nieskończony łańcuch dni poświęconych 
służbie innym. Pełnych pracy w cudzym domu, za 
pieniądze, z pochylonym karkiem. 

Knut nadał życiu Anjo inny wymiar. 

Zamiast spędzić życie w samotności, stała się czę­

ścią jego rodziny. I stworzyli własną. Mały Karl był 
kolejnym cudem. A teraz to nowe dziecko. Było speł­
nieniem marzeń, których nawet nie śmiała snuć. 

Więc mimo że małe nie dawało jej zasnąć, nie od­

czuwała tego jako ciężaru. Raczej jako wzbogacenie. 
Otrzymywała tak wiele... Kilka bezsennych nocy było 
niską ceną za to wszystko, co zostało jej ofiarowane. 

Najczęściej leżała, nie budząc Knuta. Potrzebował 

snu. I nie doznawał tego cudu tak mocno jak ona. To 
przecież działo się w jej ciele. Oczywiście, kładł dło­
nie na jej brzuchu, przykładał do niego ucho i poli­
czek, ale czuł to wszystko tylko z zewnątrz. 

Anjo mogła czuć dziecko i dłońmi, i od wewnątrz. 

To podwajało wrażenia. A i tak były mocne. 

Tej nocy małe zachowywało się szczególnie nie­

spokojnie. Anjo nie zmrużyła oka. Patrzyła, jak po­

woli jaśnieją zasłony w oknie. Niedługo będzie już 
ranek. W domu panowała jeszcze cisza. 

Mimo zamieszania wywołanego powrotem Willia­

ma Karl nie obudził się w nocy. Henrik też nie. Zwy­
kłe wiele nie potrzeba, by wybić takich szkrabów 
z ich ustalonego rytmu dnia. 

Nie potrafiła już wymusić na sobie snu. Była cał­

kiem wybudzona i nie czuła zmęczenia. Ale wiedzia-

background image

ła, że nie jest panią domu i nie zamierzała wyręczać 
Mai w jej obowiązkach. Prędzej czy później będzie 
miała swój pęk kluczy u pasa. 

Teraz starała się trzymać w cieniu. 

Cicho wysunęła się z łóżka. Boso przeszła po zim­

nej podłodze. Ubrała się bezszelestnie. Poszuka ko­
szulki, którą zaczęła szyć dla maluszka. Taka praca 
pasuje do tej pory dnia. 

Otworzyła ostrożnie drzwi do pokoju, który dla 

niej i dla Knuta był salonem. To Maja zarządziła, by 
jedną z sypialni przemeblować tak, by zmieniła się 

w przytulny salon. 

Rozumiała, że potrzebowali namiastki własnego 

domu. Oczywiście, mogli korzystać bez ograniczeń 
z jej domu, ale Maja rozumiała, że dla kobiety to nie 
to samo. 

Poranny brzask nie przeniknął jeszcze do wnętrza, 

Anjo jednak nie zapaliła lampy. Wciąż tkwił w niej 
dawny nawyk oszczędzania. Odsunęła zasłony. 
Z przyjemnością zważyła w dłoni gruby, sztywny ma­
teriał. Wiedziała, że jest kosztowny i że pamięta jesz­
cze czasy dzieciństwa Williama. Może będzie tu wi­
siał także wtedy, gdy Henrik dorośnie? 

Pozostała przy oknie. 
Szare światło poranka zawsze zachwycało Anjo. Ale 

lubiła też ciemność. Oczywiście białe noce na północy 
miały też swój urok, ale jednak uważała, że widok księ­
życa w pełni, oglądany ciepłą, letnią nocą to coś wspa­
niałego. Na północy księżyc kojarzył się z zimnem. 

Dostrzegła ich dopiero, gdy zamknęli za sobą 

drzwi altany. William szedł w samej koszuli, ze zwi­
niętymi ubraniami pod pachą. Drugą ręką przytulał 
Maję. Miała warkocz spuszczony na plecy. Obejmo-

background image

wała męża w pasie. Anjo zorientowała się, że William 
jest w butach do konnej jazdy. 

Nietrudno zgadnąć, czym zajmowali się w altanie, 

stwierdziła Anjo. Ale zmarszczyła w zamyśleniu 
brwi, przyglądając się ich strojom. Wydawało się, że 
tej nocy w ogóle nie spali w łóżku. Gdzie byli wcześ­
niej? Na lądzie? 

Dlaczego? 
No i te buty do konnej jazdy... 

Nie słyszała odgłosu końskich kopyt. A może mia­

ła nie słyszeć? 

A może... no tak! Przecież nie tak dawno usłysza­

ła, jak ktoś otwiera drzwi do stajni. Sądziła, że to 
chłopak stajenny wybrał się na nocną przechadzkę. 

Teraz mogła odrzucić to przypuszczenie. 
Stała cicho przy oknie. Rozległo się słabe skrzyp­

nięcie drzwi wejściowych. Po długiej chwili odgłos 
ich ostrożnych kroków i kolejne skrzypnięcie, tym 
razem drzwi sypialni Williama i Mai. 

Powinni posmarować zawiasy, jeśli zamierzają 

kontynuować te nocne wyprawy, przemknęło Anjo 
przez myśl. 

Zastanawiała się, co to mogło oznaczać. 
Bo to nie był przypadek. Maja i William chcieli za­

chować coś w tajemnicy przed nią i Knutem. 

Zasiadła z robótką, a jej myśli nadal krążyły wo­

kół tej sprawy. 

Upewniła się w swoich podejrzeniach przed połu­

dniem, gdy zobaczyła, jak mąż kucharki oliwi zawia­
sy drzwi wejściowych. 

background image

W czasie następnych nocy Anjo bardzo się starała, 

by nie zasnąć, ale właśnie to podziałało na nią jak śro­
dek nasenny. Nigdy jeszcze tak szybko nie zasypiała 
i rzadko jej sen bywał aż tak głęboki. Nie odkryła 

więc niczego niezwykłego. 

W ciągu dnia Maja zachowywała się jak dawniej. 
O Williamie trudno było Anjo coś powiedzieć, 

przecież wcześniej go nie znała. Ale nie wydawało się, 
żeby cokolwiek go niepokoiło. 

Anjo uważała, że to jest zastanawiające. 
Wiele razy omal nie wspomniała o swych podejrze­

niach Knutowi. Wiedziała jednak, że mąż nazwie to 

wścibianiem nosa w nie swoje sprawy. Nie chciała, że­

by uważał, iż stała się jedną z tych, które pogardliwie 
nazywał plotkarami. Taką, która cały czas poświęca­
ła na śledzenie powodzeń i niepowodzeń - a zwłasz­
cza niepowodzeń - innych. 

Po prostu nie miała zbyt wiele do roboty. O dom 

dbała służba. Anjo tylko układała czyste ubrania na 
półkach. Czasami zajmowały się z Mają gotowaniem, 
ale po powrocie Williama robiły to coraz rzadziej. 

Aż za dużo tego leniwego życia, uważała Anjo. Głów­

nie opiekowała się synem, a to przecież niekłopotliwe. 

Nie potrafiła być damą. Miała dłonie szorstkie od 

pracy. Urodziła się po to, by pracować, a nie żeby sie­
dzieć bezczynnie na jedwabnych poduszkach. 

background image

W niespełna tydzień po powrocie William wybrał 

się do Tornio odwiedzić ojca. Nie miał na to specjal­
nej ochoty, ale Maja go przekonała. Nie lubiła teścia, 
ale tłumaczyła Williamowi, że ojciec to ojciec. I nie­

wątpliwie zasługą Marcusa było, że syn mógł wcześ­

niej wrócić do domu. Maja nigdy by nie uzyskała 
podpisu Tessina na stosownym dokumencie. 

William pojechał. Zawiózł prezenty, które nieuważ­

nie wybrał spomiędzy tych, na których mu mniej zale­
żało. Wziął też parę złotych świeczników roboty Ailo. 

Długo ważył je w dłoni, zanim je zapakował. Nie 

chciał rozstawać się z dziełami Ailo. Jednak pokusa 
była silna. Ojciec niewątpliwie znał się na modzie, 
pierwszy wprowadzał nowinki. Styl Ludwika XV do­
brze się przyjął w Szwecji. Wiadomo też było, że 

właśnie Tessin był entuzjastą sztuki francuskiej. 

Rokoko, lekkie i wdzięczne, podobało się Ailo, ale nie 

hołdował niewolniczo temu stylowi. Był artystą w naj­
lepszym tego słowa znaczeniu. Artystą i złodziejem. 
Podkradał po trochu z różnych motywów, a jednocześ­
nie był na tyle odważny, że wplatał w wytwory swoich 
rąk także motywy ze świata dzieciństwa i młodości. 

William zastanawiał się, czy ojciec rozpozna na 

świecznikach wzory lapońskie. 

Maja odmówiła towarzyszenia mu w podróży. Nie 

naciskał jej. 

Wiedział poza tym, że Ailo potrzebował kontaktu 

z siostrą. Mógł się czuć samotnie po latach spędzo­
nych w niemieckim mieście. 

Właśnie tego cichego wieczoru Anjo nie mogła już 

dłużej milczeć. 

- Knut - zwróciła się z powagą do męża. - Coś tu 

się dzieje nocami. 

background image

Siedziała, jak zwykle szyjąc. Niepokój w jej spoj­

rzeniu przywiódł Knutowi na myśl czasy Alty, gdy 
Feldt rozsiewał wokół śmierć. Uznał jednak, że An-
jo czuje się nieswojo, bo ma zbyt mało zajęć. 

- Oczywiście - odparł z uśmiechem. - Byłoby 

smutno, jeśli nic by się tu nie działo w nocy... 

Anjo przewróciła oczami i odłożyła robótkę. Gdy­

by była lżejsza, zerwałaby się z fotela. Wstała z tru­
dem i podeszła do okna. 

- Doskonale wiesz, Knucie Elvejord, że nie to mam 

na myśli! Czy śpisz aż tak mocno? - Odwróciła się 
do niego. - Naprawdę nic nie słyszysz? 

Wzruszył ramionami, lecz coś w wyrazie jego twa­

rzy zdradziło, że wie, o czym ona mówi. W końcu nie 
był ani głupi, ani głuchy. 

- Widziałam ich - rzuciła Anjo i znów się odwró­

ciła. Nie zniosłaby pogardy w jego spojrzeniu. -
W dniu, kiedy wrócił. W nocy, już nad ranem, wyszli 
z altany. Maja i William. 

- Widać mają stamtąd miłe wspomnienia - powie­

dział Knut, stając za żoną i obejmując jej brzuch. -
Przecież nie my będziemy decydować, gdzie mają się 
sobą cieszyć, prawda? 

Rozzłościła się. Przestraszyło ją to. Właściwie nie 

złościła się na niego jeszcze nigdy. 

- Byli w strojach podróżnych - rzekła z naciskiem. -

Gdybyśmy my chcieli zafundować sobie nocną przygo­
dę, nie zakładalibyśmy butów do konnej jazdy, płasz­
czy i kapeluszy. 

Knut milczał. 
Słyszał nocą ostrożne otwieranie i zamykanie 

drzwi. Lekkie kroki... 

- Nie raz zdarzyły się te nocne wędrówki - mówi-

background image

la dalej Anjo. - Trwają od czasu powrotu Williama. 

- Może coś takiego działo się też wcześniej, tylko 

tego nie zauważyłaś - zaoponował Knut. - Tamtej no­
cy zobaczyłaś Maję i Williama i teraz wszystko z ni­
mi łączysz. 

Nie przekonał Anjo. Przeżywała przecież bezsen­

ne noce i przed powrotem Williama. Wtedy nie sły­
szała żadnych nocnych wędrowców. 

- Może Maja ma romans z chłopcem stajennym -

zażartował Knut. 

- Maja nie jest typem kobiety, która może" mieć ro­

manse - odcięła się Anjo. - To najgłupsza rzecz, jaką 
od ciebie usłyszałam. 

Miała rację. 
- No dobrze - przyznał. - Coś się tu dzieje noca­

mi. No i co z tego? Czy powinniśmy się w to mie­
szać? Ja uważam, że nie powinniśmy się zdradzać 
z naszymi domysłami przed Mają i Williamem. 

- Tak uważasz? - spytała Anjo, patrząc na męża py­

tająco. 

- Maja wydaje się bardziej radosna niż przedtem -

odparł. - Cokolwiek to jest, dobrze jej robi... 

Anjo milczała długą chwilę. Wiele myśli kłębiło się 

jej w głowie. 

- On obiecał, że nie będzie się w nic angażował po 

powrocie do domu, prawda? 

Knut pokiwał głową. 
- Czy jeszcze ktoś jest tu na wyspie? - zastanawia­

ła się. - Ktoś, kto kontynuuje działalność, z której po­

wodu William musiał uciekać z kraju? Ludzie, którzy 
pragną niepodległości Finlandii? 

- Możliwe - odpowiedział. Nie zdziwiło go to przy­

puszczenie. Jeszcze raz Anjo uznała, że musiał o tym 

background image

wcześniej myśleć. - Można tak sądzić. Ale to wcale nie 

znaczy, że William jest w coś zamieszany. Zbyt wiele 
mógłby stracić. Niełatwo byłoby mu drugi raz wywi­
nąć się od odpowiedzialności. Za pierwszym razem 
pomogła mu pozycja ojca. Może nazwali to szaleń­
stwem młodości. Udało im się wystarczająco szybko 

zorganizować ucieczkę. 

- Sądzisz, że właśnie o to chodzi? 
- Nie wiem - odparł. Anjo jednak wyczuwała, że 

mąż tego nie wyklucza. 

- Nie wiem - powtórzył, ocierając policzek o jej 

włosy. - Zresztą to nie nasza sprawa. Najlepiej będzie, 

jeśli nic nie będziemy wiedzieć. I najbezpieczniej... 

O tym Anjo nie pomyślała. Słowa męża sprawiły, 

że poczuła wewnętrzne zimno. Nie bała się o siebie, 
lecz o Maję. 

Maja łatwo zapalała się do różnych spraw. A spra­

wa niepodległości kraju na pewno by ją pociągnęła. 
Mogłaby się dla niej poświęcić. 

- On wydaje się taki szczęśliwy... - powiedziała An­

jo, myśląc o Williamie. Wróciła na swój fotel. Knut 
pomógł jej ułożyć poduszki za plecami. Pod koniec 
ciąży właśnie plecy i nogi bolały ją najbardziej. - Prze­
cież nie będzie ryzykował? - Pytanie skierowała za­
równo do Knuta, jak i siebie. - Ma wszystko. Maję. 
Henrika. Wyspę. Czegóż więcej może chcieć? 

- Ludzie, którzy zawsze mieli wszystko, myślą tro­

chę inaczej niż ja czy ty - uważał Knut. - Ty też by­
łaś gotowa wiele poświęcić, gdy deptaliśmy Feldtowi 
po piętach. Ty też zapaliłaś się do tej sprawy, Anjo... 

Pamiętała to dobrze. Ale i tak ryzykowali mniej niż 

William. 

- My chcieliśmy się pozbyć namiestnika, nie króla... 

background image

Knut uśmiechnął się przelotnie. 
- Wszyscy mieliście wiele do stracenia. Jeżeli twier­

dzisz, że to bez znaczenia, to tak, jakbyś mówiła, że 
Knut Olsson poszedł do Kopenhagi i z powrotem na 
próżno. Zdradziłabyś to, w co on wierzył. W co sa­
ma wierzyłaś. Zdradziłabyś tych, którzy umarli... 

- Nie mieliśmy wiele do stracenia - upierała się An-

jo, zmęczona. 

- Mieliście własne życie - powiedział Knut. - Jest 

to coś najcenniejszego. I narażaliście się o wiele bar­
dziej niż William. W cokolwiek on się zamieszał. 

- Prawdopodobnie byłam wtedy odważniejsza -

odparła. W rękach znów trzymała robótkę, choć ani 
razu nie wbiła w nią igły. - No i miałam wtedy dużo 
mniej do stracenia. O wiele mniej, Knut... 

Spojrzała mu w oczy. Prosto w jego brązowe oczy, 

których natarczywe spojrzenie tak ją kiedyś irytowa­
ło. Teraz je kochała. W jego spojrzeniu mogła się za­
nurzyć i w nim pozostać. 

- Zanim się zjawiłeś, nie bardzo dbałam o Anjo -

dodała z powagą. - To ty nauczyłeś mnie życia. Ży­
cia i radości. 

Knut potrząsnął głową. Opadł na kolana przed fo­

telem i położył głowę na kolanach swej żony. Kobie­
ty, która była dla niego najważniejsza spośród 

wszystkich ludzi. 

- Nie mogłem nauczyć cię czegoś, co już umiałaś -

powiedział cicho. Oparł policzek na udzie Anjo. Jej 
dłonie gładziły go po włosach, błądziły po skroni. 
Choć były to szorstkie i łatwo czerwieniejące dłonie 
kobiety, która całe życie ciężko pracowała, Knutowi 

wydawały się najpiękniejsze, a ich dotyk miękki i ła­

godny. Kobieta o skórze białej jak lilie i delikatnych 

background image

dłoniach, które nigdy nie trzymały uchwytu wiadra 
z wodą, nie poruszyłaby jego serca... 

Nie wspominał już nawet tej o imieniu Anna. 
To Anjo była dla niego stworzona, a on dla niej. 

Po prostu nie mogło być inaczej. 

- Kocham cię, i już - powiedział. - Kocham. Ja cię 

ani trochę nie zmieniłem, moja Anjo. Jeżeli ktoś 

w ogóle kogoś zmienił, to ty uczyniłaś mężczyzną te­
go szalonego młodzieńca. Pamiętasz, jacy byliśmy 
tamtej jesieni z Ailo? Bóg świadkiem, że niewiele 
oglądaliśmy świata poza jurtą! 

Zaśmiała się ciepło. 
- Obaj byliście przystojniakami. 

Knut podniósł głowę i spojrzał na Anjo. Wiedział, 

że błądzi wspomnieniami gdzieś po odległych cza­
sach, że jej myśli wróciły na północ, na ścieżki wydep­
tane przez nich w Finnmarku. Przez niego i Anjo. 

I Heino. 
I Ailo. 
Których już nie ma. 
Pozostali tylko on i Anjo. Tylko oni mogli wspo­

minać. 

- O Boże, jak ja tęsknię za Ailo! - wyrwało się Knu-

towi. - Zwłaszcza tu, gdzie i on przebywał. Zupełnie 
jakbyśmy przybyli na Hailuoto po jego śladach! Na 
próżno. Na tej wyspie nawet trudniej wyobrazić so­
bie, że on nie żyje. Bo nic się nie wyjaśniło! 

Anjo pokiwała głową. 
- Może tak powinno być. Często tak się dzieje 

z najlepszymi. Heino też był zbyt młody, żeby 
umrzeć. Tak jak Ailo. To ich łączyło: byli najlepszy­
mi z nas. Jakby zbyt dobrzy dla tego świata. Tacy 
umierają młodo... 

background image

Długo siedzieli, dzieląc ciszę i myśli. Było im nie­

wypowiedzianie dobrze razem. Wiedzieli, że sprawa 
tajemniczych nocnych wędrówek ich nie dotyczy, ale 
nie mogli przestać o niej myśleć... 

Maja czekała na zapadnięcie nocy. Na tę porę do­

by, w której mogła dotrzymywać towarzystwa Ailo. 

Teraz, gdy tu był, uświadomiła sobie w pełni, jak bar­
dzo jej go brakowało. Ile czasu zmarnowali. 

W pewien dziwny sposób ta niezwykła sytuacja 

zbliżyła ją z Williamem. Łączyło ich coś więcej niż 
tylko dziecko. Obojgu to dobrze zrobiło, choć żadne 
nie wiedziało, co się stanie, gdy wszystko wróci do 

normy. Tego dnia, gdy już nie będzie ich jednoczyć 
tajemnica. 

Zaufanie, jakie zrodziło się pomiędzy Mają a Knu-

tem, było krótkotrwałe jak taniec jętki przed śmiercią. 

To Maję bolało. Przecież byłoby dobrze mieć bli­

sko swoich krewnych. Ale czasem męczyło. 

Dom stał już od dawna cichy, gdy otulona szalem, 

z butami w ręku, schodziła ostrożnie po schodach. 

W duchu przeklinała każdy trzeszczący stopień. 

Wierzyła jednak, że nikt jej nie słyszy. Kazała do­

kładnie naoliwić wszystkie zawiasy, więc drzwi nie 
skrzypiały. 

Skradać się tak we własnym domu... 
Dla Ailo jestem gotowa na wszystko, pomyślała. 

Było to dobre usprawiedliwienie. Ale nie całkiem 

prawdziwe. 

Nie robiła tego tylko dla Ailo. Również dla siebie. 

Może najbardziej dla siebie samej. 

Już na zewnętrznych schodach założyła buty. No­

cami było bardzo zimno. 

background image

Ciemności zawsze budziły u niej tęsknotę za Nor­

wegią. Za górami w różowej, letniej poświacie, za mo­

rzem płonącym pod długim, letnim pocałunkiem 
słońca, za głębinami, które mogły skrywać wszystko. 

Ale jej kraj był tutaj. 

Dla Mai z racji jej pochodzenia Finlandia zawsze 

była ojczyzną. Stała się nią naprawdę wtedy, gdy 
przyjechali z Heino na południe. Wydawało się jej, 
że to było wieki temu. Maja utwierdziła się w decy­
zji, gdy wybrała Williama, a nie powrót nad fiordy. 

Norwegia. Ruija. Nadmorski kraj... Były jak echo 

w pamięci. Wiedziała, że Norwegię też mogła nazy­
wać ojczyzną. Ale nigdy tego nie zrobi. 

Suomi było jej. Nieważne, jak mocno tęskniła, jak 

bardzo jej marzenia ciągnęły ją na północ. Maja ni­
gdy nie opuści już tego kraju. 

Należała do niego. 
Był jej przeznaczeniem. 

Ailo pewnie już przyszedł. Na podwórzu poczuła 

dym, musiał mocno palić na noc. Nawet w dzień 
w domku było chłodno. Dziwne, że w tym kraju peł­
nym drewna postawiono dom z kamieni... 

Jak tylko zapadał zmierzch, Ailo rozniecał ogień 

w kominku. 

Otworzyła drzwi altany. Siedział na ławie. Spo­

strzegła, że zmienił bukiet. Jej róże z ogrodu zastąpił 
leśnymi kwiatami. Były równie piękne. 

Mimo to ona nadal będzie kochała róże. Stanowi­

ły dla niej symbol nieosiągalnego piękna, które teraz 
należało do niej. 

Ailo by tego nie zrozumiał. On kochał wszystko, 

co dzikie i nieograniczone. 

- Udało ci się wyjść? - spytał. Niepotrzebnie, ale to 

background image

stanowiło część rytuału. - Dzisiaj zerwałem pięć gatun­
ków kwiatów - mówił. Ktoś postronny mógłby sądzić, 

że Ailo plecie od rzeczy. - Siedziałem na łące pełnej 
kwiatów. Moje palce dotykały każdego z nich. Było to 
jak dotykanie ukochanej kobiety. Teraz znam je na pa­
mięć. Ich zapach. Kolory. Kształty. Wiem, które części 
są miękkie jak puch, które gładkie, które zagięte, znam 
ich liście. Zarazem, Maju, nie znam ich wcale. Każdy 
kwiat jest inny. Są tak różne jak ludzie. To zadziwiają­

ce, tym bardziej że nie można tego wyjaśnić. Chciał­
bym robić łyżki, noże i widelce z motywami kwiatów. 
Półmiski o niezwykłych krawędziach. Świeczniki, ja­
kich świat nie widział. Brosze dla pięknych kobiet 
przedstawiające kwiaty, które tylko okryły się złotem 
i srebrem. Chcę tworzyć, Maju! Rzeczy, których jesz­

cze nikt nie widział. Takie, które już mam w głowie. 

Wierzyła mu. Wierzyła, że był w stanie tego doko­

nać. Ailo mógł stworzyć rzeczy, których świat nie wi­

dział. Piękno, którego świat jeszcze nie mógł sobie 

wyobrazić. 

Może po to żyli w kłamstwie? 
- Ktoś mógł cię dojrzeć - powiedziała Maja z cięż­

kim sercem jak zawsze, gdy uważała, że Ailo nie jest 
ostrożny. - Ktoś mógł cię zobaczyć na tej łące... 

- Ktoś? - powtórzył żartobliwie, jakby nie czuł po­

wagi sytuacji. 

Maja nie rozumiała go. Przecież sam postanowił 

spalić za sobą mosty. Postanowił, że umrze dla świa­
ta, dla tych, którzy go znali. 

- Knut i Anjo - poprawił. - Inni wiedzą o mnie. 

Nawet przychodzą tu, by porozmawiać. Dlaczego 
boisz się mówić wprost, Maju? Nigdy tak nie robiłaś. 

To do ciebie niepodobne. 

background image

- Wiem - odparła. Była tym wszystkim zmęczonx 

Spoczywało na niej zbyt wiele odpowiedzialności. -

Wiem o tym, Ailo. Nie jestem już dawną Mają. Nawet 

nie tą, która była później. Bóg jeden wie, kim jestem... 

- Nie da się uciec - stwierdził cicho Ailo. - Na tym 

to polega. 

Maja odwzajemniła jego spojrzenie na tyle, na ile 

pozwalała ciemność. Nie mogli zapalić nawet świecy. 
Zwróciłaby uwagę. 

Wszystko musiało pozostać tajemnicą. Kłamstwo 

miało być jedyną prawdą. 

- Dzieci Mikkala i Raiji nigdy nie zdołają uciec - po­

wiedział. - To jakieś przekleństwo. Jesteśmy związani 

z przeszłością. Musimy pamiętać. Nigdy nie dostąpi­
my łaski zapomnienia. Stwarzamy cierpienie sobie 
i przysparzamy go innym. We wszystkim jest piekiel­
nie dużo cierpienia, siostro. 

- Czy myślałeś o mnie w drodze tutaj? - Maja do­

piero teraz zadała bratu pytanie, które gnębiło ją od 
dawna. Krążyła wokół niego, ale nie mogła go wypo­

wiedzieć. - Próbowałeś do mnie dotrzeć, Ailo? 

- Próbowałem - odparł z ociąganiem. 
- Ja tego nie odebrałam. 
- C o ? 
- Nie odebrałam tego - powtórzyła, ściskając dło­

nie. - Sądzę, że utraciłam te zdolności, Ailo. Zobacz, 
kilka dni temu się oparzyłam. 

Dwoma palcami dotknęła jego dłoni. Wyczuł po­

deszłe osoczem pęcherze. 

- Nie mogłam ukoić bólu. Nie umiałam go stłumić 

ani tego wyleczyć... 

- Przecież nigdy nie mogłaś kierować tej siły ku sobie™ 
Maja potrząsnęła głową. 

background image

- Nie o to mi chodzi. Uważam, że straciłam swą 

moc. Nie widzę żadnych obrazów. Żadnych głosów, 

światła... Nic. To minęło, Ailo. Mimo że zwykle prze­
klinałam tę siłę, teraz się boję. Czuję się tak, jakby 
ktoś ze mnie... zrezygnował. 

Dłoń Ailo odszukała jej policzek. 
- Nie zrezygnował, Maju - powiedział z pewnością 

w głosie. Maja nie wiedziała, skąd ją czerpał. - Po prostu 

już tego nie potrzebujesz. Siły nigdy nie należały do cie­
bie, siostro. Były pożyczką, taką jaką jest dziecko. Były 

czymś przemijającym, nie należącym do ciebie. Nie są ci 
już potrzebne. Uważam, że powinnaś się cieszyć! Zacząć 
żyć spokojnie i cicho. Wykonałaś swoją część dzieła. Już 
nie masz przed sobą wielkich zadań. Ja odbieram to ja­
ko sygnał, że twoje dalsze życie będzie spokojne. 

- Albo krótkie - rzuciła Maja. 
- Boisz się, że umrzesz? 
Nie wiedziała. Te słowa po prostu jej się wymknęły. 

Poczuła, że już jest niepotrzebna. I to bolało. Pozosta­
ła tylko Maja, a ona nigdy nie miała o sobie wygóro­

wanego zdania. Teraz uświadomiła sobie, że może ba­

ła się właśnie tego: że utrata mocy znaczy utratę życia. 

- Chyba tak - odparła z wahaniem. Najbardziej lę­

kała się tego, że nie zobaczy, jak Henrik dorasta. -

Tak - rzuciła zdecydowanie. Nie powinna kłamać 
Ailo. Byli rodzeństwem. 

- A co mogłoby ci tu grozić? - Ailo starał się prze­

mówić jej do rozsądku. 

Zrozumiała, że brat ma rację. Ale zetknęła się już 

tyle razy ze śmiercią, że nie mogła wykluczyć, iż nie 
spotka jej w najmniej oczekiwanym momencie. 

Oczywiście, była młoda. Młodzi nie powinni tak 

myśleć... 

background image

- No tak - odparła głucho. - Co mogłoby mi się 

przydarzyć... tutaj? 

Wzrok Ailo powędrował ku oknom pokojów zaj­

mowanych teraz przez Knuta i Anjo. Myśli kłębiły 
mu się w głowie. 

Posłużenie się kłamstwem wydawało się początko­

wo tak łatwe. Jednak narastało tak szybko, jakby na­
wijało się grubą wełnę na kłębek. 

Ailo siedział w samym środku jednego z takich 

kłębków. Czuł, że się dusi, że dłużej tego nie zniesie. 

Podjęcie postanowienia było łatwiejsze niż sądził. 

Oczywiście, długo przedtem się zastanawiał. Potem 
tylko się śmiał i nazywał siebie głupcem. 

Teraz już nie uważał się za głupca. 
Czuł, że to będzie najwłaściwsze. Jedna z jego najroz­

sądniejszych decyzji. Zdawał sobie sprawę, że dłużej nie 
może już snuć tej nici kłamstwa. To przeważyło. 

Przed nimi była zima i śnieg. 
Będzie pozostawiał ślady. Łatwo je odkryć. Wyspa 

jest mała. 

Sprawiłoby to Knutowi i Ailo ogromny ból. 
Dobrowolne ujawnienie swej obecności także nie 

będzie łatwe, ale Ailo uświadomił sobie, że winny jest 
prawdy nie tylko wobec Mai. Kochał jeszcze innych 
ludzi. Wielu uważał za swoich krewnych. 

Tylko przed Idą nie mógł odkryć kłamstwa, bo ona 

zaczęła nowe życie. Nie chciał jej go odebrać. Na 
pewno zasługiwała na szczęście. 

Bóg wie, że potomkom Raiji i Mikkala nie zesłał 

zbyt dużo szczęścia... 

- Maju - rzekł. - Maju, chcę, żeby Knut się o mnie 

dowiedział. Weź mnie do domu. Chcę spotkać się 
z Knutem. 

background image

Nic nie dało przekonywanie go. Maja próbowała, 

ale na próżno. Jej zdaniem decyzja brata była nad wy­
raz nierozsądna. 

- Ida nie może się o tym dowiedzieć! - twierdziła. -

Ty sam zacząłeś tę grę i niech Bóg broni, byś skrzyw­
dził Idę! Chyba udusiłabym cię wtedy własnymi ręka­
mi... 

Ailo był spokojny i zdecydowany. 
- Knut też kocha Idę - odrzekł. Wymawianie imie­

nia żony przychodziło mu z trudem. - Knut nigdy by 
nie zniszczył tego, co zbudowała. Ja tym bardziej nie. 

A wiesz przecież, że Knut nie jest głupi. Wcześniej 
czy później odkryje tajemnicę. Przejrzy nasze kłam­

stwo. Wtedy o wiele trudniej będzie mu zaakcepto­

wać fakt, że mu nie zaufaliśmy. On jest twoim bra­
tem, Maju. A w pewien sposób i moim. Oczywiście, 
będzie mu trudno. Ale dla mnie trudniej jest trzymać 
go z dala. Gdyby coś takiego wydarzyło się Knutowi, 

wolałbym o tym wiedzieć... 

Maja westchnęła. 
- A więc teraz? - spytała. Lepiej było mieć to już 

za sobą. Ailo najwyraźniej się nie podda. - Ale to 
niech Knut zdecyduje, kiedy powie o tym Anjo.  O n a 
nie powinna cię teraz widzieć. Nie czuj urazy, ale ona 
niedługo będzie rodzić. Mogłoby to być zbyt dużym 
szokiem. 

background image

- Anjo pewnie widziała gorsze rzeczy niż moja 

twarz - rzucił Ailo lekko - ale przyznaję, że nie je­
stem już takim przystojniakiem jak kiedyś... 

Maja wykrzywiła usta w grymasie. On się nie bał 

żartować, to pomagało akceptować sytuację. Dzięki 
temu mógł żyć dalej. Gdyby kogoś innego spotkał ta­
ki los, popełniłby samobójstwo. 

Ona, gdy była dziewczyną, wiele razy płakała z po­

wodu swojego wyglądu. Wtedy wydawało się jej, że 
wygląd tak wiele znaczy. Teraz nadal nie przepadała 

za swym odbiciem w lustrze. Starała się unikać pa­
trzenia w nie. 

Można by powiedzieć, że mężczyźnie łatwiej jest być 

brzydkim. Pewnie tak. Ale w przypadku Ailo było to 
coś więcej. Ailo nie był brzydki. On nie miał twarzy. 

- Jesteś pewien, że tego chcesz? - spytała powtór­

nie, gdy już wyszli w noc. Zatęskniła za obecnością 

Williama. Czuła się bezradna i samotna. Cała odpo­
wiedzialność spoczywała tylko na niej. Jeśli coś pój­
dzie źle, stanie się to z jej winy. 

Ale Ailo był dorosły. 
Mimo że nie miał ani rysów twarzy, ani nosa i ust, 

mimo że jego skórę pokrywały blizny i zgrubienia, 
nadal był czującym człowiekiem. Nie przedmiotem. 
Maja jako ostatnia powinna pomyśleć coś takiego. 

Wewnątrz on nadal był Ailo. Miał w sobie wszyst­

ko, co było udziałem dawnego Ailo, a poza tym do­
bre i złe doświadczenia z czasów nowego Ailo. 

Maja wiedziała już, że nie powinna się sprzeciwiać. 

To było jego życie. 

Nie ponosiła odpowiedzialności za brata. To on 

odpowiadał za własne życie, jak każdy człowiek. 

- Oczywiście, że tak - odpowiedziała sama sobie. 

background image

Owinęła się ciaśniej szalem, bo poczuła, że marz­

nie. Zdziwiło ją to, bo pochodziła przecież z płasko­

wyżów północy i znała o wiele mroźniejsze wiatry. 

Poszli do domu. 
Nie starała się już zachowywać ciszy. Nawet chcia­

ła, żeby drzwi zaskrzypiały. 

Ailo poszedł do salonu. Po drodze zdjął płaszcz 

i surdut i rzucił je na stojące w korytarzu krzesło. 

Maja odruchowo chciała wziąć jego ubrania 

i ukryć w szafie, ale opanowała się. 

Byłoby to tylko odsuwaniem tego, co nieuchronne. 

Jednak schody wiodące na piętro wydawały jej się 

niebywale długie. Korytarz ciągnął się w nieskończo­

ność. Musiała kilkakrotnie zaczerpnąć oddechu, za­
nim zapukała do drzwi pokoju Knuta i Anjo. 

Odpowiedział jej Knut. Poprosił, żeby weszła. Led­

wo dała radę otworzyć drzwi, czuła, że opuściły ją siły. 
Wśliznęła się do pokoju, nie zamykając za sobą drzwi. 

Była blada. Słyszała głośne bicie swego serca. Wi­

działa wpatrzone w nią brązowe oczy brata. 

Był sam. Anjo musiała się już położyć. Może to i le­

piej. 

- Coś się stało? - spytał Knut. Słyszał ją, gdy wy­

chodziła i gdy wchodziła. Usłyszał też odgłos zamk­
nięcia jeszcze jednych drzwi na dole. Coś mu mówi­
ło, że Maja nie jest sama. 

Pokręciła głową, nadal trzymając za klamkę. 
- Chciałabym, żebyś zszedł na dół - powiedziała 

cicho i z powagą. 

- Możemy porozmawiać tutaj - odrzekł. 
Maja odwróciła się i wyszła na korytarz. 
- Musisz ze mną pójść, Knut! - rzuciła tylko. 

Nie mógł odmówić. Może to był ten moment, na 

background image

który czekał? Może przekroczy te niewidzialne gra­
nice, które siostra ustaliła dla niego i Anjo? 

Poszedł za Mają. Zamknął cicho drzwi. Nie wie­

dział, czy Anjo usłyszała Maję, ale nie przekazał żo­
nie, że wychodzi. 

Sam nie wiedział, dlaczego. 

Zeszli na dół. 
W korytarzu było ciemno, lecz w małym salonie, 

który Maja najbardziej lubiła, zapalono lampę. Wi­
dział jej światło przez uchylone drzwi. 

Maja weszła przed Knutem i zatrzymała się. Wy­

minął ją, ona tymczasem zamknęła drzwi i oparła się 
o nie. 

Jej głos dobiegł go jakby z bardzo daleka: 

- Jest tu ktoś, kto pragnie się z tobą spotkać... 
Przy oknie, tyłem do nich, stał mężczyzna. Ubra­

ny był w koszulę i spodnie, które wcisnął do długich 
do kolan butów. 

Włosy miał ciemne. Knut dostrzegł w jego włosach 

jakiś sznurek. Nie był pewien, kogo widzi, ale zaczął 
poznawać. , 

Tego kogoś poznałby wszędzie. 

Stopy ciążyły mu ołowiem, ledwo mógł nimi po­

ruszać. Wydawało mu się, że zbliżenie się do tego 
mężczyzny trwa rok. W ustach miał sucho, język był 
jak zwiędły liść. 

Udało mu się jednak wydobyć z siebie to, co po­

myślał: 

- U diabła, to nie może być prawda! 
Ale jego dłoń opadła na ramię żyjącego człowieka, 

a nie tego, który miał być martwy. 

- Cóż u diabła... 
Ailo odwrócił się powoli. 

background image

Knut puścił jego ramię, gdy ujrzał maskę. Popa­

trzył na nią, potem na Maję. 

Zdezorientowany, poruszał rękami, ale żadne 

z nich nie spieszyło z wyjaśnieniami. Żadne nie wy­
powiedziało ani słowa. 

- Przecież nie żyjesz - rzekł Knut bezbarwnym gło­

sem. Nie mógł się ruszyć. Widział tylko tego męż­
czyznę. Mógł się założyć o wszystko, że to Ailo. -
Przecież, do cholery, nie żyjesz! Ida wyszła za Sedol-
fa! Nie możesz tak po prostu wrócić - żywy... 

Knut przerwał i odwrócił się w stronę Mai. Podszedł 

do niej, schwycił ją za ramiona i potrząsnął jak lalką. 
Błagał ją spojrzeniem, by powiedziała, że to niepraw­
da. Że mu się to tylko wydaje, że to nieporozumienie... 

- To nie jest Ailo! Boże, Maju, powiedz mi, że to 

nie Ailo! To przecież ty sama mówiłaś, że on nie ży­
je! Przecież nie można zmartwychwstać... 

Jednak Maja milczała. Patrzyła tylko na Knuta 

swoimi niezwykłymi oczami: ciemnobrązowymi, 
z miodową otoczką wokół źrenicy. 

Patrzyła. 
Puścił ją, jakby parzyła jego dłonie. Odwrócił się 

od niej z wściekłością. 

Ale to uczucie szybko minęło. Przeszło w rezygna­

cję. Już wiedział. 

Wiedział od razu, gdy ujrzał mężczyznę przy 

oknie. 

Knut opadł na fotel. Oparł się i jakby otworzył na 

to, co musiało nastąpić. 

- Nigdy nie sądziłem, że cię jeszcze spotkam, Ailo -

powiedział, nadal nie będąc pewien, czy to wszystko 
dzieje się naprawdę. - Nieczęsto spotyka się umarłych, 
zanim się umrze. 

background image

Ailo nadal nie odpowiadał. Wreszcie rozwiązał tasiem­

ki maski, zanim nawet Knut spytał, dlaczego ją nosi. 

Gdy opadła, już nie musiał pytać. 
Knut wpatrzył się w jego twarz, oniemiały. Gdzieś 

z głębi świadomości dobiegł go głos Elise upominają­
cy go, że to nieładnie gapić się na ludzi. 

Gdzież jest teraz Elise? 
Ona też by się gapiła. 
Przesunął się na krawędź krzesła. Zacisnął dłonie. 

Poczuł nagle, że ma mokre policzki, chociaż nie wie­
dział, że płacze. 

Otwór nad podbródkiem mężczyzny, jego usta bez 

warg, poruszyły się. Dobiegł go głos Ailo: 

- Wiele prawdy było w relacji Mai. Choćby to, że 

przeżyłem. Ale miałem umrzeć. Śmierć została oszu­
kana, ale ja też. W jakimś stopniu jestem umarły... 

Głos Ailo... 
I ta koszmarnie zniszczona twarz... 
Głos Ailo... 
Ailo. 
Knut nie mógł już siedzieć. Nie mógł siedzieć tak 

i słuchać tego głosu, którego, jak sądził, nigdy nie 
usłyszy. Trudno było mu pogodzić się z tym, że Ailo 
nie żyje. Ailo był kimś więcej niż przyjacielem. Był 
tym bratem, którego nigdy nie miał, ale którego przez 
całe dzieciństwo pragnął mieć. 

Ailo był jakby częścią niego samego. 
Objął go ramionami i przytulił swój policzek do 

tego, co było teraz policzkiem Ailo. Poczuł lodowa­
ty uścisk wokół serca pod wpływem dotyku jego 
chropawej skóry, który jednak minął. 

Największa była radość. 
Radość, że jego najlepszy przyjaciel, jego brat, żyje! 

background image

Było to jak zmartwychwstanie. 
Czas stanął w miejscu. Nic się nie liczyło. 
Maja patrzyła na nich. Zrozumiała, jak bardzo są 

sobie bliscy. 

Poczuła się zbędna. 
To bolało. Ale Maja była dorosła. Wiele się nauczyła. 
Ludzi nie miało się na własność. 
Nie miało się prawa wyłączności na ludzi. 

Knuta i Ailo łączyła niezwykła przyjaźń. Ten mo­

ment należał do nich. 

Wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. 
Żaden z nich tego nie zauważył. 

- A więc to ty byłeś tą tajemnicą... 
Knut potrząsnął głową i znów usiadł. 

Ailo poruszał się lekko pomiędzy eleganckimi me­

blami. Znał ten pokój. Znalazł wino w jednej z szafek. 
Nalał do dwóch kieliszków i podał jeden Knutowi. 

- Jeszcze nie przyzwyczaiłem się do tych kryszta­

łów - zaśmiał się Knut lekko zażenowany. 

Zauważył, że zniszczone usta Ailo rozciągają się 

w czymś w rodzaju uśmiechu. 

- Nie ma różnicy - stwierdził Ailo. - To tylko przy­

krywka, Knut. Oni są także ludźmi... 

Pociągnął łyk wina. Knut też. 
- Dlaczego? - zadał wreszcie pytanie Knut. 

Ailo usiadł w fotelu. Rozdzielał ich tylko niski sto­

lik. 

- Wróciłem tutaj zamiast do domu. Zamiast do 

Finnmarku - powiedział, obracając kieliszek mocny­
mi palcami. - Oczywiście, że powinienem był udać 
się do domu. Ale to los zrządził inaczej. Nie wiem... 

Potrząsnął głową. 

background image

Knut zaczął przyzwyczajać się do jego wyglądu. 

Czuł, że widok przyjaciela nadal będzie go szokował, 
ale wiedział już, czego się spodziewać. 

- Maja mnie potrzebowała. Czułem jej wołanie tak 

mocno, że nie mogłem tego zlekceważyć. No i zaan­
gażowałem się w plan Williama. Może to też było 
i moje marzenie, choć właściwie mnie nie dotyczyło? 
Plan zawiódł. Wyleciał w powietrze razem ze stat­
kiem, prochem i częścią mnie. Ale można uznać, że 
miałem szczęście. Inni stracili życie... 

- Byłeś w Niemczech z Williamem? 
Ailo pokiwał głową. 
- To mi dużo dało. Nauczyłem się sztuki złotnic-

twa. Wiele dla mnie znaczy, że mogę tworzyć pięk­
no, gdy mam taką twarz... 

- Ale dlaczego? - Knut upierał się przy swoim py­

taniu. - Dlaczego, u Boga, to kłamstwo, że nie żyjesz? 
Miałeś przecież Idę... 

Ailo pokiwał głową. Oczy wyrażały bezgraniczny 

smutek. Jedynie one w całej twarzy były zdolne od­

zwierciedlać uczucia. 

- Tak, miałem Idę. I co, zrobiłbym jej przyjemną 

niespodziankę? Po co jej taki mąż? Mąż, którym 
mogłaby straszyć dzieci? I to skutecznie... 

- To nie miałoby dla Idy znaczenia! - oburzył się 

Knut. Tak oszukać Idę, dobrą, słodką Idę... Był zły 
i rozżalony w jej imieniu.  O n a nie zasługiwała na ta­

kie potraktowanie. 

- Wiem - odparł Ailo cicho. Dolał wina z karafki. 

Wpatrzył się w purpurowy płyn. Zakołysał kielisz­
kiem, obserwując odcienie koloru na ściankach kie­
liszka. - Wiem o tym, Knut. Ale to miałoby znacze­
nie dla mnie. Mężczyzna ma swoją dumę. 

background image

Zamilkł na dłuższą chwilę. Wreszcie podniósł 

wzrok i wpatrzył się w oczy Knuta. 

- Ona jest szczęśliwa z Sedolfem, prawda? 

O Boże, co za historia! 
Knut pokiwał głową. 
- Tak, jest - potwierdził. Nie mógł powiedzieć nic 

innego, byłoby to kłamstwo. 

- Cieszę się, że nie wyszła za Emila - rzucił Ailo. -

Coś mnie w nim niepokoiło już wtedy, mimo że stał 
się dobrym przyjacielem. A gdy Maja powiedziała mi, 
dlaczego tu przybyłeś... tak, nie zdziwiłem się. Można 
się było spodziewać czegoś takiego po Emilu... 

- Ale ja nie mogę ukrywać, że żyjesz! - rzucił Knut 

gwałtownie, o mało co nie rozlewając wina. 

- Nie możesz? - spytał Ailo ze smutkiem. Nie od­

mawiał jednak Knutowi prawa do podjęcia decyzji. -
Nie mogę cię do tego zmusić. To ja chciałem się z to­
bą zobaczyć. Maja była przeciwna. Ale ty wiele dla 
mnie znaczysz, jesteś jak brat. Przecież kiedyś stara­
liśmy się nimi zostać... braćmi krwi. Obiecaliśmy so­
bie wzajemną uczciwość. Wsparcie. Zaufanie. 

- Ale nie obiecaliśmy, że będziemy kłamać, żeby 

kryć drugiego! 

Ailo wzruszył ramionami i upił nieco wina. 
- Nie - powiedział tylko. Rozstrzygnięcie proble­

mu pozostawił Knutowi. 

- Dlaczego nie zostawiliście mnie w przekonaniu, 

że Maja ma romans z chłopcem stajennym! - wes­
tchnął Knut, uśmiechając się nieoczekiwanie. - Zasta­
nawiały nas nocne wycieczki Mai. Zaczęliśmy się 
przychylać do tej wersji... 

Śmiech Ailo. 
Dobry Boże, jak wspaniale było znów go usłyszeć! 

background image

Ailo zawsze miał zaraźliwy śmiech. Sprawiał, że jego 
radość stawała się udziałem innych. 

Knut niemal o tym zapomniał. 
- Chciałem, żebyś wiedział - rzekł Ailo poważnie. 

- Prędzej czy później byś to odkrył. Gdyby mój brat 
krwi ukrywał coś takiego przede mną, bardzo by 
mnie to zabolało... 

Knut z trudem przełknął ślinę. Wiedział, że w sło­

wach Ailo kryła się prawda. 

Obiecali sobie zaufanie. 
Pomiędzy nimi leżało kłamstwo, którego Ailo na­

wet nie starał się usprawiedliwić. 

- Ida jest twoją żoną - próbował jeszcze Knut. -

To znaczy więcej niż ten, z którym zmieszałeś krew. 

- Ida jest teraz żoną Sedolfa - przypomniał Ailo. 

Spojrzenie mia£ mroczne. Knut wiedział, że uczucie 

Ailo do Idy nie umarło. Nadal się żarzyło. 

- Nie w oczach kościoła - Knut musiał to powie­

dzieć. - To ty jesteś jej mężem. Sedolf nie może nim 
być, dopóki ty żyjesz. Albo dopóki nie rozwiążesz te­
go małżeństwa. 

Ailo potrząsnął głową. 
- Naprawdę nie rozumiesz? - spytał. - A co ty byś 

zrobił, gdyby ci się coś takiego przydarzyło? 

- Anjo by mnie nadal kochała - stwierdził Knut 

stanowczo. - Tak, jak Ida by cię nadal kochała. 

Smutek w oczach Ailo. A jednocześnie upór. Mi­

łość do Idy. Ból. I chęć życia. Paląca potrzeba two­
rzenia, plany na przyszłość... 

- Ida jest młoda, Knut. Pewnego dnia znudziłoby się 

jej życie z mężczyzną bez twarzy. Pewnego dnia zako­
chałaby się w młodzieńcu z gładką skórą i ustami, któ­
re mogą całować i pieścić. Może zaczęłaby nienawidzić 

background image

życia ze mną, mimo że kiedyś mnie kochała, mimo że 
postanowiła spędzić ze mną życie. Nie stawiłbym te­
mu czoła. Nie byłbym w stanie znieść odrazy w jej 
spojrzeniu. Mieć świadomość, że jestem jej kulą u no­
gi. Że zagradzam drogę jej szczęściu. Nie zniósłbym 
tego. Dlatego umarłem dla niej. Dlatego prosiłem Ma­
ję, żeby przekazała wam kłamstwo. Nie ma w tym jej 

winy. Musiałem ją przekonywać. Nie pochwalała tego. 
Ale może ona wyraźniej widzi ciemne strony naszych 

duszy, Knut. Maja chciała, żeby Ida była szczęśliwa. Ja 
też. A ty mówisz, że jest szczęśliwa. To dobrze. Nic 
nie mogło sprawić mi większej radości... 

- Poza tym, gdybyś to ty ją uszczęśliwił? 
Po dłuższej chwili Ailo skinął głową. 
- Ale to już niemożliwe. Miłość nie jest dla umar­

łych. 

Knut przełknął ślinę. Zrozumiał, ile by zniszczył, 

gdyby napisał do Idy, że spotkał Ailo. Że z nim roz­
mawiał. 

To nie miało sensu. 
- Gdy Ida wróciła z Finnmarku, powiedziała, że 

zostałeś naznaczony przez Roto - stwierdził Knut 
z bladym uśmiechem. 

- Roto jest symbolem zarówno śmierci, jak i cho­

roby - wyjaśnił Ailo. - Sam wyraźnie czułem, że Ro­
to chciał mnie schwytać. Ale miałem być ocalony. 

Jeszcze nie nadszedł mój czas. Czyjaś dłoń mnie 

ochroniła. Ale jestem naznaczony przez Roto... 

Knut uświadomił sobie, że Ailo w to wierzy. Dla 

niego to coś więcej niż tylko słowa o magii. Dla niego 
to świat równie rzeczywisty jak realny. Tylko inny. 

- To dobrze, że wiem o tobie - powiedział wresz­

cie suchymi ustami. Nie było łatwo mu to wyznać. 

background image

Niełatwo zapewnić, że dotrzyma tajemnicy. - Cieszę 
się, że mnie w to włączyłeś. 

- Nie mogłem ci dać znaku życia, dopóki mieszka­

łeś w Norwegii. To byłoby zbyt niebezpieczne, praw­
da? Dla Idy. Dla mnie. Wolałem stracić ją w ten spo­
sób, niż dać jej okazję do współczucia. Może została­
by ze mną tylko z tego powodu? Przecież ją znałeś. 

Tak... to też prawda. 
Ale nadal sprawiała ból. 
- Nie rozumiem, jak mogłeś przeżyć - odezwał się 

Knut. 

- Moja twarz przypominała kaszę - opisywał Ailo 

ponuro. - Reszta ciała nie wyglądała lepiej. Ale Maja 
mi pomogła. Ona jest w stanie ofiarować życie za 
tych, których kocha. 

- Będę milczał - powiedział Knut. Każde słowo 

miało gorzki posmak. 

Zdecydował się kłamać przed osobą, którą kochał. 
Przed Idą. 
Albo kłamstwo, albo prawda, która zniszczy życie 

wielu osób. Jej też. 

- Będę milczał. Zadowolony? 
Ailo pokiwał głową. Ale smutek nie zniknął z jego 

oczu. 

- A ty? - spytał Knut. Obracał pusty kieliszek 

w dłoni, musiał czymś zająć ręce. Kryształ był ciężki. 

I zimny. - Co zamierzasz robić? 

- Tworzyć. A cóż by innego? 

Knut nie znał innej odpowiedzi. 
- Gdzie teraz mieszkasz? 

Ailo opowiedział mu o kamiennym domku. 
- Możesz się tu przenieść. Nie masz się czego oba­

wiać. 

background image

- Dobrze mi tam - odparł Ailo zamyślony. - Lubię 

mieć coś mojego. I niedużego. Ale z chęcią tu przyj­
dę, kiedy będę miał ochotę. 

Rozstali się po wielu godzinach. Ailo wyszedł z do­

mu równie cicho, jak wszedł. Knut pogrążony w myś­
lach poszedł na górę, do Anjo. 

- Kto to był? - spytała. - Słyszałam Maję. Poznałeś 

jej tajemnicę? 

Knut pokiwał głową. Musiał objąć żonę, poczuć jej 

bliskość. 

- Nigdy byś nie zgadła - powiedział ochrypłym 

głosem. - Nigdy, Anjo. Siedziałem na dole i rozma­

wiałem z Ailo. On żyje. Nie jest martwy. Stracił tyl­
ko pół twarzy. 

Opowiedział jej wszystko. 
Anjo słuchała. 
Płakali, wsparci o siebie nawzajem. Oboje zgodzi­

li się, że Ida nigdy nie może się o niczym dowiedzieć. 

background image

Ailo rozmawiał z Mają o spotkaniu z Knutem. Ro­

zumiała, że nie powinna zadawać zbyt wielu pytań. 
To była sprawa między nimi dwoma. 

- Stałoby się o wiele gorzej, gdybym go w to nie 

wtajemniczył - powiedział. 

Maja zgodziła się z Ailo. Uścisnęła go, zmęczona. 

Przeszło jej przez myśl, że właśnie ona i Knut byli je­
dynymi ludźmi, którzy przytulali go, gdy nie miał ma­
ski na twarzy. Co prawda, opowiadał Mai nieco cynicz­
nym tonem o damach z wyższych sfer tam na południu. 
O tych, które uważały, że noszenie przez niego maski 
było tak podniecające, że chętnie zadzierały przed nim 
spódnice. Ale żadna z nich nie widziała go bez maski. 

- Chcę nadal mieszkać w domku - stwierdził. - Jest 

mi tam dobrze. Nie urodziłem się do życia na jedwab­
nych prześcieradłach... 

Śmiech Mai zabrzmiał gorzko. 
- A sądzisz, że ja tak? 
Zaśmiał się, nadal trzymając ją w uścisku. Czuł, jak 

bardzo ją kocha. 

- Myślisz, że bylibyśmy szczęśliwsi, gdyby dane 

nam było żyć tam, gdzie się urodziliśmy? - zastana­

wiał się z nutką wątpliwości w głosie. - William jest 
dobry dla ciebie - dodał. - Nie znalazłabyś kogoś ta­
kiego w domu... 

- A kto będzie dobry dla ciebie? - spytała Maja, 

background image

unikając odpowiedzi. Pogładziła go po policzku, po 
czole. Rozczochrała sztywne, czarne włosy. 

- To już poza mną - stwierdził Ailo lekko. Zbyt 

lekko. Nadal był młody. 

Anjo płakała, gdy ujrzała twarz Ailo. Potem go po­

całowała. Ailo otarł jej łzy. 

- Chyba płaczę także dlatego, że cię widzę żywego -

powiedziała. - Dlatego, że byłeś tak bardzo przystojny, 
Ailo. Dlatego, że straciłeś - i my wszyscy - tak dużo. 
Dlatego, że Ida jest szczęśliwa, a ty samotny. Dlatego, 
że podobałeś mi się bardziej niż Knut, gdy was po raz 

pierwszy zobaczyłam... 

Ailo zaśmiał się. 
- Bałem się, że cię przestraszę, Anjo. Że dziecko się 

za wcześnie urodzi... 

Poklepała się po brzuchu. 
- Nie obraziłabym się, kochany Ailo! Byłby to do­

bry uczynek... 

Patrzyła na niego. 

- Rozumiem, dlaczego wybrałeś maskę - stwierdziła 

w końca - Ale czy ona nie działa równie odstraszająco? 

Wzruszył ramionami. 
-  O n a mnie osłania - powiedział cicho. 
Anjo zrozumiała. 
Knut zabrał ją ze sobą do kamiennego domku Ailo. 

Łatwo trafili dzięki wskazówkom Mai. Wolał, żeby An­
jo zobaczyła go tam niż w domu. Knut obawiał się reak­

cji dzieci. Ailo był najmilszym człowiekiem, jakiego znał, 
ale jego wygląd przerażał. Malcy mogli się przestraszyć. 

Anjo nie chciała puścić Ailo. A tak bała się tego 

spotkania! Wyobrażała sobie Ailo gorzej, niż opisy­

wał Knut. 

background image

A teraz nie budził w niej odrazy. Musiała go obej­

mować. Czuła się tak, jakby po długiej nieobecności 
powrócił brat. Ailo też był dla niej bratem. Inaczej niż 

dla Mai, inaczej niż dla Knuta, ale wspólne przeżycia 
sprawiły, że stali się czymś więcej niż przyjaciółmi. 

- Nie możesz mnie tak trzymać - powiedział Ailo 

z uśmiechem w głosie. - Zaraz Knut oskarży mnie 
o uwiedzenie żony. A ja po prostu działam tak na ko­
biety! Wszystkie lecą tylko na urodę... 

W jego głosie nie było goryczy. Anjo nie miała po­

jęcia, jak udało mu się tego uniknąć. Tak łatwo było­
by czuć żal do wszystkich naokoło... 

Pocałowała go tam, gdzie kiedyś miał wargi. Lek­

ko, jak siostra. I puściła go. 

- Cieszy cię tworzenie? - spytała po chwili. - Uda­

je ci się wypełnić tymi przedmiotami życie? 

Anjo zawsze trafiała w sedno. 
- Tak, to daje mi sens - stwierdził Ailo stanowczo. -

Rzeczy nie są dla mnie ważne, ale sprawia mi przyjem­
ność ich tworzenie. To śmieszne, prawda? Ale dobrze 
mi robi przyczynianie się do powstania czegoś piękne­
go. Odtwarzanie czegoś na mój sposób. Sprawianie in­
nym radości pięknymi przedmiotami. Rozumiesz to 

chyba? 

- Mówisz trochę jak Pan Bóg - przyznała. 
- Ale kobiety przecież zawsze tworzyły rzeczy -

sprzeciwił się Ailo. - Robicie na drutach, tkacie, szy­
jecie ubrania. Gotujecie jedzenie. To jest tworzenie. 
Nie sprawia ci to radości? 

Anjo zastanowiła się. Chyba nigdy nie czuła takiej 

radości, jaką słyszała w głosie Ailo. 

- My tworzymy, bo musimy - przyznała w zamyś­

leniu. - Oczywiście, cieszy nas, gdy coś ładnie wyj-

background image

dzie, ale czynimy to z konieczności. Twoja twórczość 
jest czymś innym. 

Ailo przyznał Anjo racje. Ale bardzo trudno było mu 

wytłumaczyć, jak to odbierał. Jak bardzo czasem czuł 
się rozdarty, tworząc rzeczy właściwie niepotrzebne. 
W głębi duszy odczuwał to jako grzech. Ale mimo to 
musiał tworzyć. Błyszczące metale przyciągały go i od­
pychały jednocześnie. Był to inny rodzaj złotego świa­
tła niż to, które oblało ich wtedy w skale. Ale miało tę 
samą siłę. Dawało mu taką bezbrzeżną radość. Mógł 
przetwarzać coś, co miało wartość, ale nie było piękne 
samo w sobie, w coś najpiękniejszego. Może cieszyło go 

to tym bardziej, ponieważ sam był oszpecony. 

- To jest moje życie - powiedział w końcu. Po pro­

stu. To stanowiło sedno sprawy. Zawsze będzie nosił 

w sobie tęsknotę za tym, co było jego. Za tym, co te­
raz jest nieosiągalne. Ale jego życie nie jest pozbawio­
ne wartości, nikt nie powinien tak sądzić. Mimo że to 
mogło zabrzmieć banalnie, czuł, że lepiej było, że ko­
chał Idę, a potem ją stracił, niż gdyby nigdy jej nie ko­
chał. Przeżył niezwykłą bliskość drugiego człowieka. 
Doświadczył, co to znaczy być stworzonym dla kogoś. 

Może aniołowie im pozazdrościli? Widać zbytnio 

do siebie pasowali... 

- Powinieneś zamieszkać w domu - stwierdził 

Knut. Rozejrzał się wokół. Kamienny domek nie był 
zły, Maja, urządzając go, zrobiła kawał dobrej robo­

ty. Ale Ailo nie powinien być sam. Knut odbierał to 
tak, jakby Ailo został skrzywdzony po raz drugi. 

Ailo tylko potrząsnął głową. Dla niego sprawa by­

ła zamknięta. 

- Rozmawialiście z dziećmi? - spytał. Widział mal­

ców z dala. Syna Knuta i syna Mai. Sam odczuwał 

background image

wielką pustkę. - Ostatnią rzeczą, jaką bym chciał, to 
stać się postrachem dzieci. 

- Nigdy nim nie będziesz! - Anjo znów go uściska­

ła. Łatwo jej to przychodziło, po prostu promienio­

wała ciepłem. W jej sercu było miejsce dla wszystkich, 

którzy tego potrzebowali. - Dzieci wszystko akceptu­
ją - stwierdziła głosem pełnym czułości. - To dorośli 
uczą je wznosić mury, Ailo.  O n e same tego nie potra­
fią. To od nas uczą się, że coś może być dziwniejsze 
czy brzydsze od czegoś innego. To my odstraszamy je 
swoją niepewnością, swoim strachem. Dzieci chcą 

wiedzieć, dlaczego - a potem przyjmują to do wiado­
mości. Dzieci to najwspanialsi ludzie, jacy są, Ailo. -
Zamilkła. Nieświadomie gładziła się po wypukłym 
brzuchu. Sama nie wiedziała, jaka jest przy tym pięk­
na. - Na pewno będą cię pytać. Na pewno będziesz 
musiał zdjąć maskę. Będą się wpatrywać. Może do­
tkną. Ale nie stanie się tak, że cię nie polubią z powo­
du twojej twarzy. Różnisz się od wszystkich, których 

widzieli, ale nie odsuną się od ciebie, chyba że dasz im 
powód. Ale nie sądzę, żebyś to zrobił. 

- Myśleliście zapewne, co będzie dalej? - spytał Ailo. -

Gdy dzieci mnie zobaczą, spalicie za sobą mosty... 

Knut i Anjo wymienili spojrzenia. Rozmawiali i o tym. 

Tylko duże dzieci były w stanie dotrzymać tajem­

nicy. W ogóle nie należy obarczać dziecka tajemnicą. 

Jego świat jest prawdziwy. Dorośli nie powinni uczyć 

dziecka kłamstwa, nie powinni wprowadzać go w ży­
cie pełne półtonów i cieni. W świat, który nie jest tak 
jednoznaczny jak ich, w którym było albo jasno, al­
bo ciemno. Nic pomiędzy. 

- Rozumiemy to, Ailo - powiedział Knut z westchnie­

niem. Napotkał spojrzenie Ailo. - To boli. Nie będę kła-

background image

mał, bracie. To bardzo boli. Ale musimy wybrać. A te­
raz jesteś nam o wiele bliższy niż ci w Lyngen. Dla nas 

z Anjo nie ma żadnej przyszłości w Skibotn. Już nie. Nie 
mamy do czego wracać, nawet gdybyśmy chcieli. Już nie 
chcę zaczynać od początku. Tam. O ile wiem, nigdy nie 
zobaczymy żadnego z nich. To ułatwia wybór. - Knut 
zaczerpnął oddechu. - Chcemy mieć cię pomiędzy na­
mi, Ailo. Zawsze z nami byłeś jako jeden z nas. Brat, 
przyjaciel. Kochamy cię i jesteśmy z ciebie dumni. Dla­
tego nigdy nie powiemy całej prawdy. Zawsze będziemy 
milczeć. Maja już do tego przywykła. Od razu to zrozu­

miała. Dla nas nie powinno być to trudniejsze... 

Następnego dnia Ailo przyszedł na obiad. On też 

potrzebował czasu. Bał się. Bał się odrzucenia, tym 
bardziej, że inni mieli oparcie. On nie. 

Ubrał się jak na wizytę w niemieckich salonach. To 

miało mu pomóc zachować równowagę psychiczną, 
gdyby go zawiodło poczucie własnej wartości. Wie­
dział, że to tylko pozory, ale wiedział także, jak bar­

dzo się boi. 

Miał na sobie surdut, żółty z domieszką brązu. Do­

pasowany w pasie, rozszerzał się ku dołowi i sięgał 
do kolan. Rękawy zakończone były szerokimi man­
kietami w kolorze złotobrązowym. Długie do kolan 
spodnie były nieco ciemniejsze, jak kora sosny 

w słońcu. Stroju dopełniały biała koszula i pończo­
chy, jak tego wymagała moda panująca w Europie. 
Włosy miał zebrane złotą wstążką. 

Twarz zakrył maską. Czarną, zamszową maską, 

osłaniającą go jak tarcza. 

Wszedł do jadalni z płaszczem przewieszonym 

przez ramię. Zdjął kapelusz i rzucił go w kierunku 

background image

uśmiechniętej Mai. Koło niej stał Henrik. Oczy 
chłopca rozszerzyły się. 

Oczy Karla też. 
Knut trzymał syna na ręku. Czuł, jak jego ciałko 

sztywnieje. Wtedy Knut zrozumiał słowa Anjo. 

Dzieci przyjmowały niezwykłe rzeczy bardziej na­

turalnie i swobodnie niż dorośli. Dorośli zamykali 
swój umysł. Pozwalali, aby kierowały nimi strach 
i przesądy. 

Karl i Henrik przyjęliby Ailo swobodnie, gdyby 

spotkali go sami. 

A teraz otaczali ich dorośli, którzy czegoś od nich 

oczekiwali. Dzieci to wyczuwały. 

Tylko Maja okazała, że zna tego człowieka. A dzie­

ci robiły to, co dorośli. Patrzyły i naśladowały ich. 
Henrik złapał kapelusz obcego i ukrył za nim twarz. 
Ale wyglądał zza niego ciekawie. 

Knut nie zastanawiał się dłużej. Zrobił to, co i tak 

miał zrobić. Podszedł do Ailo i uściskał go jak brata. 

- Kto to jest? - spytał Karl dźwięcznym głosem. 

Odchylił się lekko do tyłu, żeby lepiej go widzieć. -
Dlaczego nosi maskę? 

- Jestem Ailo - powiedział przybysz swoim miłym, 

ciepłym głosem i usiadł w fotelu. - Mam maskę, bo 
jestem bardzo brzydki. 

- Aha... Jak bardzo? 
Karl zaczął się gwałtownie wyrywać ojcu, aż ten 

wreszcie postawił go na podłodze. Malec podbiegł do 
Ailo i usiadł bardzo blisko, wpatrując się w maskę. 

- Jak brzydki? - powtórzył. W jego głosie brzmia­

ła mieszanina strachu i podniecenia, jak wtedy gdy 
dzieciom opowiada się straszne bajki, które jednak 
zawsze się dobrze kończą. 

background image

- Bardzo - wyjaśnił Ailo. - Moja twarz się kiedyś 

spaliła. Jest chropowata. Nie mam ust takich jak two­
je, mam tylko otwór. A mój nos przypomina karto­
fel. Chyba wyglądam jak... stallo. 

- Ja wiem, co to jest! - obwieścił Karl z dumą. - To 

prawie jak troll? 

Ailo potwierdził skinieniem głowy. 
Mała rączka dotknęła ostrożnie podbródka Ailo. 

Cofnęła się. Chłopiec cały czas patrzył Ailo w oczy. 
Ten siedział nieruchomo jak skała. 

- Możesz dotykać - zapewnił małego. 
Karl przysunął się bliżej. Usiadł Ailo na kolanach. 

Długo i z powagą patrzył na maskę, w oczy ukryte 

w jej otworach. 

Przyłożył obie dłonie w miejsca, gdzie maska po­

krywała policzki Ailo. Długo je tak trzymał. 

- Możesz ją zdjąć? 
Ailo rzucił bezradne spojrzenie w stronę Knuta, 

ten odwrócił się do Anjo. Obaj mężczyźni pytali ją 
niemo o radę. Byli niepewni. 

Anjo pokiwała głową. Nawet mrugnęła okiem, do­

dając im odwagi. 

- Jeżeli się odważysz - rzucił Ailo ochryple. - Dla 

niektórych jest to przykry widok. 

- A dla ciebie? - spytał Karl, gdy Ailo rozwiązywał 

tasiemkę. 

- Już nie - odparł. - To przecież moja twarz. Przy­

zwyczaiłem się do niej. 

Maska opadła. 
Chłopiec gwałtownie wciągnął powietrze. 
Także Henrik uwolnił się z objęć matki i podszedł do 

tego dziwnego pana, który rozmawiał z Karlem. Stanął 
koło fotela. Złapał się poręczy i wpatrzył się w obcego. 

background image

Karl dotknął twarzy Ailo samymi opuszkami pal­

ców. Bez słowa, w niemym podziwie zmieszanym ze 
strachem. 

- To boli? - spytał. 
Ailo potrząsnął głową. 
Chłopiec cofnął dłonie. Nadal wpatrywał się w Ailo 

z powagą. 

- Nie jesteś brzydki - orzekł w końcu. - Nie tak 

bardzo... 

Atmosfera w pokoju od razu zelżała. Knut ode­

tchnął głęboko. Ten chłopak zasłużył sobie na wielki 
kawałek trzcinowego cukru, to pewne! 

- To dobrze. Cieszy mnie to - odparł Ailo, wsadza­

jąc maskę do kieszeni. - Nie muszę jej nosić, gdy je­
stem z wami, co? 

Karl potrząsnął głową. Spojrzał na Henrika. 

- Boisz się go? - spytał małego. - Boisz się Ailo, 

Henrik? 

Synek Mai potrząsnął głową. Przecież nie mógł bać 

się tego dziwnego pana, skoro Karl się nie bał! 

- Nie - odrzekł cicho. W jego głosie nie było jednak 

pewności. Ailo pogłaskał go po włosach. Wtedy Henrik 
poczuł, że ten pan o dziwnej twarzy ma miłe dłonie. 

Malec dotknął jego kolana. Przyłożył do niego po­

liczek, po czym schronił się w bezpieczne objęcia ma­
my. Ale już się nie bal. 

I Ailo został na obiedzie. Bez maski. Był wśród lu­

dzi, których kochał. Z tymi, którzy znaczyli dla nie­
go teraz najwięcej na świecie. 

Było to dobre uczucie. 
Także to mogło być szczęściem. 

background image

William nie wrócił do domu sam. Towarzyszyła 

mu młoda dziewczyna. Niewysoka, miała jasne wło­
sy i szare oczy, i miłą, lecz pozbawioną wyrazu twarz. 

Jednak gdy Maja popatrzyła na nią, uznała, że jest 
w jej spojrzeniu coś znajomego. 

William pociągnął dziewczynę za sobą w kierunku 

Mai, obejmując gościa ramieniem. Uśmiechał się tak, 
jak tylko on potrafił. Trzymał ją w taki sposób, jak­
by była klejnotem. Przez sekundę coś zakłuło Maję 

w sercu. Strach. Ta dziewczyna była ładna. Maja od 

dawna nie przeglądała się w lustrze, ale wiedziała, że 
ta mała jest od niej ładniejsza... 

- To Anna Kajsa, Mario. Zamieszka u nas - obwie­

ścił. - Jest moją siostrą. 

- Zapominasz, że poznałam twoje siostry, Willia­

mie - odparła Maja lodowatym tonem. Była pewna 
swej porażki. Ale dlaczego jej to zrobił? Sądził, że jest 
taka głupia? Czy tak było przyjęte w jego kręgach? 

Jeszcze nie tak dawno wyznawał jej miłość. Czy to nic 

nie znaczyło? Czyżby nie dawała mu wszystkiego? 

Czuła zimny i brzydki strach. 
- To nie jest żadna z nich. Chyba nie sądzisz, że je­

stem ślepa, Williamie Runefelcie! 

Zaśmiał się szczerze. 
- Kocham cię - rzucił po prostu. Objął ją i zanurzył 

twarz w jej włosach. Powtórzył to po fińsku, tak jak 

background image

lubiła: - Mina rakastan sinua, Mario. Kocham cię chy­
ba najbardziej wtedy, gdy jesteś zazdrosna jak teraz. 

- Zazdrosna? Ja?! - Chciała się uwolnić z jego objęć, 

ale jej nie puszczał. Maja z irytacją zauważyła, że Wil­
liam przyprawił ją o rumieniec w obecności tej dziew­
czyny, która nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat. 
Nie robi się takich scen przed obcymi. On powinien 
to wiedzieć! Była zła i czuła się trochę upokorzona. 

-  O n a jest moją siostrą, Mario - powtórzył z na­

ciskiem. 

Maja przyjrzała się dziewczynie. Dopiero teraz 

uświadomiła sobie, że to właśnie oczy Williama roz­
poznała u Anny Kajsy. A w ogóle, to kto nadaje ta­
kie imię dziecku! 

Maja zrozumiała. Przecież relacje w jej rodzinie też 

były skomplikowane. Były siostry i bracia przyrodni, 
przygarnięci... 

- Z nieprawego łoża? - spytała. W kręgach Willia­

ma używano tego określenia zamiast słowa „bękart", 
ale tylko mówiąc o własnej sferze. 

Zauważyła, jak Anna Kajsa skurczyła się na dźwięk 

jej słów. Spuściła wzrok, a na jej policzkach wykwit-
ły gwałtownie rumieńce. 

William odsunął się od Mai, a ona poczuła ukłucie 

wyrzutów sumienia. Jako ostatnia mogła mieć prawo 

do potępiania tej małej za to, co zrobili jej rodzice. An­
na Kajsa niewątpliwie była owocem przygody Marcu-
sa Runefelta, ale przecież w niczym nie zawiniła! 

Objęła stojącą sztywno dziewczynę. 
- Witam cię - powiedziała. - Mam nadzieję, że do­

brze się u nas poczujesz. 

Anna Kajsa usiadła dopiero wtedy, gdy William ją 

poprosił. Spojrzenie nadal nie zdradzało strachu, lecz 

background image

coś w jej zachowaniu dowodziło, że od dawna nawyk­
ła do ślepego posłuszeństwa. 

Jej oczy omiotły wnętrze pokoju, ale tak, żeby ani 

Maja, ani William tego nie dostrzegli. Maja sama dłu­
go trenowała takie dyskretne spojrzenia, dlatego 
zwróciła na to uwagę. 

William zdążył polubić tę nową siostrę. Swoich 

urodzonych w uświęconym małżeństwem związku 
sióstr nigdy nie zdołał pokochać. Ale ta mała zdoby­
ła jego serce. Może dlatego, że był jej potrzebny? Po 
prostu od razu poczuł łączące go z nią więzy krwi. 

Historię Anny Kajsy opowiedział dopiero wieczo­

rem, gdy zostali sami z Anjo i Knutem. Żadne z nich 
nie widziało Ailo w ciągu dnia. Uważali, że ma pełne 
prawo decydować, kiedy ich odwiedzi. Wiedzieli, że 
nadal potrzebował samotności i że nie lubił, gdy mu 
przeszkadzano w pracy. 

- Jest córką tatusia - rzucił William z grymasem. -

Nietrudno to dostrzec. 

- Ale skąd aż taka o nią troska? - spytała Maja z pew­

ną dozą sarkazmu w głosie. - Na pewno nie jest jedy­
nym, przepraszam za wyrażenie, kukułczym jajem, któ­
re twój ojciec podrzucił gdzieś w Szwecji i Finlandii. 
Nie sądzę, żeby prowadził ich rejestr. Dlaczego ona? 

William popatrzył długo na Maję tym swoim spoj­

rzeniem, które sprawiało, że w końcu milkła. 

- Już? - spytał. - Ojciec ma pewne poczucie przy­

zwoitości, Mario. Pewne... - uśmiechnął się krzywo, 
ale oczy miał poważne. - Matka Anny Kajsy skończy­
ła piętnaście lat, gdy ją urodziła. Dziewczyna ma te­
raz siedemnaście. Jej matka pochodziła z dobrej ro­
dziny. Nie z tych, które obcują z następcą tronu, ale 

background image

oczko niżej... - Skrzywił się. W twarzy Mai też moż­
na było odczytać pogardę. 

- Tata zadbał o Annę Kajsę, ale nie chciał żenić się 

z tak młodą dziewczyną, jaką była wtedy jej matka. 
Znaleziono dla niej dużo starszego męża. Wdowca. 
Nie brzmi to wszystko ładnie, ale takie właśnie jest 
życie Anny Kajsy. Pół roku temu jej matka przyje­
chała z nią do ojca. Powiedziała, że teraz on musi się 
o nią zatroszczyć. Ze nie może już u nich mieszkać. 
Ojciec próbował ulokować ją u moich sióstr, ale się 
nie udało. Nie chciały jej, nie wiedziały, jak wytłuma­
czyć jej obecność. Nie podobało im się też, że ojciec 
tak otwarcie się do niej przyznaje. 

Maja uśmiechnęła się jadowicie. 
- Więc dlaczego? 
- Ładna, niemal dorosła kobieta w domu... - rzuci­

ła Anjo przez zaciśnięte zęby. - Czyż nie o to cho­
dzi? Czy tę małą spotkało to, czego się można domyś­
lać? - spytała, utkwiwszy w Williamie oczy pełne 

współczucia. 

- Nie ze strony męża jej matki - przyznał William 

z ciężkim sercem. - Ale on ma trzech synów z po­
przedniego małżeństwa. Nadal mieszkają razem. By­
ło tak, jak przypuszczasz, Anjo. To oni, wszyscy 
trzej. Nikt nie wie, od jak dawna. Anna Kajsa nie chce 
o tym mówić. Twierdzi, że nie pamięta. Może i to 
prawda. Jej matka zapewnia, że nie miała o niczym 
pojęcia, że nic nie wiedziała, że nie mogła sobie tego 

wyobrazić... Sądziła, że to diabeł opętał Annę Kajsę... 

Maja aż zgrzytnęła zębami. Jej twarz ściągnęła się 

w nienawiści. 

William otoczył ją ramieniem. Pozwoliła, żeby po­

gładził ją po włosach. 

background image

- Tak już jest, że winę zrzuca się na kobiety. To 

one są tymi, które kuszą, wabią... 

Maja wtuliła twarz w zagłębienie szyi męża i zmo­

czyła łzami jego koszulę. 

- Choć raz twój ojciec postąpił słusznie - rzuciła, 

pociągając nosem. 

- Ona potrzebuje wiele ciepła - stwierdził William. -

Potrzebuje nas: kogoś, komu może zaufać. 

- Czy wie o Ailo? 
William westchnął. 
- Wspomniałem tylko, że mam tu brata, który lu­

bi być sam. Który był ranny. Który nie lubi, gdy lu­

dzie na niego patrzą... - Wzruszył ramionami. - Prze­
cież nie miałem pojęcia, że powiedziałaś o nim Anjo 
i Knutowi. Zmieniasz zdanie prędzej, niż wiatry 
zmieniają kierunek w zatoce! Podobnie Ailo. Jak ta­

ki solidny człowiek jak ja może za wami nadążyć? 

-  O n a musi się dowiedzieć o Ailo, spotkać się 

z nim - stwierdziła Anjo. Instynktownie czuła, że je­
go ciepło, jego los i cierpienie może poruszyć Annę 
Kajsę. Może obudzi w niej poczucie wspólnoty? Coś, 

czego nie udało się uzyskać Williamowi. Do czego 
ona sama była chyba za stara. Maja? 

Anjo nie była pewna. Maja chciała dobrze, ale sa­

ma miała tyle zahamowań. Powinna najpierw zbu­
rzyć własny mur, którym odgradza się od świata, 
a dopiero potem cudzy... 

William pokiwał głową. Chyba wiedział, co ma na 

myśli Anjo. 

- Była traktowana jak uboga krewna - mówił da­

lej. - Nie przysługiwało jej zbyt wiele praw, mimo że 
była córką pani domu. Dopiero po wielu latach zro­
zumiała, że była jej córką... Nie spotkało ją wiele ciep-

background image

ła w życiu. Chciałbym, żeby doświadczyła tego tutaj. 
Żeby była szczęśliwa. Jeśli może. Nawet tego nie je­
stem pewny. 

- A co sądzi twój ojciec? - zastanawiała się Maja. -

Czy też uważa, że to była wina Anny Kajsy? 

William zaprzeczył. 
- On ma serce, Maju, mimo że tego jeszcze nie do­

świadczyłaś. Pociągnął za pewne sznurki. Jej przyrodni 
bracia nieoczekiwanie utracili część przywilejów. Zosta­
li odsunięci przez znajomych. To też może być karą. 

Maja pokiwała głową. A więc teść miał serce. Dla 

wszystkich ludzi oprócz swego syna. Jedynego pra­
wowitego syna. Zdołał ją zadziwić. 

- Szkoda, że nie ma dość wpływów, żeby móc ich 

skazać. Na śmierć - dodała mściwie. 

- Twoja łagodna i wybaczająca natura zawsze mnie 

ujmowała - rzucił William z uśmiechem, odsuwając 
długą grzywkę z jej czoła. Pocałował je. Maja pozwo­
liła na to, dało jej to poczucie dobrego ciepła. Nie­

ważne, że działo się to na oczach Anjo i Knuta. Oni 

także nie skąpili sobie pieszczot przy innych. 

- Są rzeczy, których nie można wybaczyć. - W gło­

sie Mai czuć było siłę norweskich skał smaganych fa­
lami morza. - Należy do nich krzywdzenie dzieci. 

Jest to zbrodnia tak wielka, że brak na nią słów. I nie 

ma kary, która mogłaby to zrównoważyć. 

- Niestety, niewiele osób dzieli twe poglądy - odparł 

William. - Przynajmniej nie daje im wyrazu. Ale ten 
przypadek wzbudził reakcję u tych, którym ojciec go 
przedstawił. Odsunięcie ich towarzysko to oczywiście 
za mało. Ja też czuję jak i ty, kochana. Ale nie może­
my zrobić nic innego poza obdarzeniem Anny Kajsy 
ciepłem. No i poza nauczeniem jej dobrych manier... 

background image

Maja obróciła się gwałtownie w stronę męża. Spio-

runowała go wzrokiem. 

- A więc to jest cełem? To był właściwy powód? 

Marcus Runefelt nie robi niczego bez podtekstu, 
prawda? Mamy jego nieślubną córkę uczynić damą! 
A wtedy znajdzie dla niej odpowiednią partię. Pięk­
ny odwet na jej prześladowcach, nie ma co! 

William pogłaskał jej blizny na policzkach. Przesu­

wał wzdłuż nich z miłością opuszkami palców. Tylko 
Anjo to zauważyła i gardło jej się ścisnęło, a pierś 
przepełniło ciepło. Ona też miała blizny na ciele. Tyl­
ko ona wiedziała, jakie to ważne, że nie budziły 

w Knucie odrazy. I tak ją cieszyło, że Knut nie widział 

nic dziwnego w tym, że William czule pieścił blizny 
Mai. A więc można nauczyć się kochać także blizny. 

- Kiedy to zaczęłaś, moja śliczna, przejmować się 

ukrytymi zamiarami swoich nieprzyjaciół? - zastana­

wiał się William. 

- A ty uważasz, że to w porządku? 
- Wiem tylko, że Annie Kajsie będzie u nas lepiej 

niż u ojca. Lepiej niż u moich sióstr, niż u kogokol­

wiek innego. Twoja opieka jest więcej warta niż 
chłód, którym byłaby otoczona. Wierz mi, Mario. 
Dlatego nie obchodzą mnie motywy, jakimi kieruje 
się ojciec. Chcę tylko, żeby jej było dobrze. Naresz­

cie dobrze. 

- William ma rację - poparła go Anjo i zaśmiała się 

cicho. - Choć chyba sporo czasu minie, nim pod two­
ją opieką Anna Kajsa stanie się damą... 

Nawet William musiał się uśmiechnąć. 
Maja nie mogła tak łatwo przestać myśleć o losie 

Anny Kajsy. Gdy Anjo i Knut udali się na spoczynek, 
nie zdradzała chęci pójścia w ich ślady. Widziała, że 

background image

William jest zmęczony, ale wiedziała też, że bez niej 
się nie położy. 

- Co jeszcze mówił twój ojciec? - zapytała. - Upo­

minał cię, żebyś nie rozmawiał z niewłaściwymi oso­
bami? 

- Jest już starym człowiekiem - rzucił William, pół­

leżąc w fotelu. Rozpiął koszulę i podwinął rękawy. -
Oczywiście, cieszył się, że mnie widzi w domu. 

- Ale najchętniej widziałby cię tam, gdzie miałby 

nad tobą kontrolę. Tam, gdzie by mnie nie było... Pew­
nie wysłałby mnie gdzieś daleko razem z dzieckiem... 

William powoli pokręcił głową. 
- Uważam, że on w pewien sposób cię podziwia, 

Mario. A to u niego coś nowego. Nigdy nie podziwiał 
żadnej kobiety za coś innego niż ładna twarz czy fi­
gura. Sam tego nie rozumie. To tak go deprymuje, że 

wręcz się ciebie boi, moja kochana! 

- Biedny Marcus Runefelt! - prychnęła Maja. - Cóż 

to za cios dla mężczyzny! 

- No i chce poznać Henrika - dodał William z sze­

rokim uśmiechem. - W czasie spotkania z tobą nie 
odważył się spytać. Jak mówiłem: przerażasz moje­

go starego ojca! 

Maja do końca w to nie uwierzyła. 
- Przypuszczam, że to ty go przekonałeś... 
- No i spodobały mu się świeczniki Ailo! - zaśmiał 

się głośno. - Sądził, że pochodzą z Niemiec, że to 
ostatnia moda. Nie mógł uwierzyć, gdy mu powie­
działem, kto je zrobił. 

Maja uśmiechnęła się. Wiele by dała, żeby zoba­

czyć na własne oczy zdumienie Marcusa Runefełta, 
kiedy dowiaduje się, że arcydzieła niemieckiej sztuki 
złotniczej wyszły spod ręki Lapończyka, jej brata. 

background image

- Ale chce więcej takich. Ma do tego oko. Ailo bę­

dzie miał zajęcie... 

Mai przemknęło przez myśl, że w Norwegii brat 

nie dostałby takiej szansy. 

- Położysz się? 
Potrząsnęła głową. 
- Nie mogę. 
- Przeze mnie? - Aż usiadł w fotelu. Próbował po­

chwycić jej spojrzenie. - Było nam tak dobrze przed 
odjazdem. Dobrze nam ze sobą. Przecież jesteśmy 
przyjaciółmi... - Rozłożył bezradnie ręce. - Po tym, jak 
cię dzisiaj zobaczyłem, gdy przywiozłem Annę Kajsę, 
zacząłem mieć nadzieję, że pomiędzy nami obudzi się 

coś większego. Że to początek czegoś nowego... Do­
strzegłem zazdrość. Możesz zaprzeczać, ile chcesz, ale 
to była zazdrość. Nie jestem głupi. Sądziłaś, że ona 
coś dla mnie znaczy, i nie spodobało ci się to. Nie by­
łaś tego w stanie ukryć, mimo że próbowałaś, kocha­
na. Miałem nadzieję, że to oznacza początek... 

Maja wstała. Nie mogła usiedzieć spokojnie pod 

tym jego spojrzeniem. Nie mogła wytrzymać wyrazu 
rozpaczy i oddania w jego oczach, chciała uciec przed 

jego pożądaniem. 

- Byłam zazdrosna - przyznała. Dłonie wbiła 

w oparcie fotela, a wzrok w ciemność nocy. Odwró­
ciła się do niego plecami. - Byłam, William. Możliwe, 
że to coś znaczy. Możliwe, że nic. Nie chcę tego te­
raz roztrząsać, rozumiesz? 

Milczał. Maja nie odwróciła się, bała się wyczytać 

odpowiedź w jego twarzy. 

- Nie chcesz położyć się ze mną spać? 
- Tak, ale spać - odrzekła z naciskiem. - Ale ty pew­

nie nie o tym myślisz? 

background image

Jego cichy śmiech wystarczył za odpowiedź. 

- Na wszystko musi przyjść odpowiedni moment, 

William. A teraz moje myśli błądzą w bagnie niedo­
brych wspomnień. Nie umiem się od nich uwolnić. 
A wtedy nie jestem w stanie ulec czyjemuś pożąda­

niu. To budzi niechęć, wstręt... 

Pochyliła głowę. Patrzyła, jak jej dłonie ugniatają 

oparcie fotela. Wiedziała, jakie to poniżające i nisz­
czące być wykorzystaną. Jej też się to zdarzyło. W in­
ny sposób niż Annie Kajsie. Ale się zdarzyło. 

Dziewczynie najwyraźniej udało się usunąć najgor­

sze z pamięci. Nad Mają czuwał anioł, który zatarł 

wszystko. AJe gdzieś głęboko tkwiło nadal. Któregoś 
dnia mogło powrócić. Coś, co różniło się od relacji 
Anjo, Heino i Reijo... 

- Czy to z powodu Anny Kajsy? 
A więc William zrozumiał to, czego nie wyznała 

wprost. 

Podszedł do niej. Położył swe dłonie na jej dło­

niach, lecz nie narzucał się jej. Utrzymywał dystans, 
którego potrzebowała. 

Maja pokiwała głową. 
- Z powodu Anny Kajsy. Nie mogłabym teraz te­

go zrobić. Stałoby się wstrętne. A ja nie chcę, żeby 
tak było! Jest zbyt wspaniałe... 

- To przecież coś zupełnie innego! - przekonywał 

William cicho. 

Maja spojrzała na niego przelotnie i ponownie 

wpatrzyła się w ciemność. 

- Oczywiście, że tak. Sądzisz, że tego nie rozu­

miem? Ale nie mogę oderwać myśli od tego, co ona 
przeszła. Widzę to w całej ohydzie. Dlatego nie znio­
słabym czyichś dłoni na moim ciele. Mimo że to by-

background image

łyby twoje dłonie, mimo że zrobiłbyś to z miłości... 
Potrafisz to zrozumieć, prawda, przyjacielu? 

Obrócił ją ku sobie. Jego oczy napotkały wzrok żo­

ny. Dzielił z nią jej rozpacz; w oczach Mai widział 
czarną otchłań. 

Pożądanie znikło. W jego objęciu pozostała tylko 

czułość. Obejmował ją, aby podzielić z nią tę czerń. 
Aby odjąć jakąś część jej cierpienia, aby dać jej cie­
pło. Był bardziej przyjacielem niż kochankiem. 

- Jesteś niezwykłą kobietą - wyszeptał. - Czy już 

ci to mówiłem? 

- Na pewno - odparła Maja, wsparta czołem o je­

go ramię. Nie widzieli się, ale czuli swoją bliskość. 

To wystarczało. 
- Jesteś wspaniałym człowiekiem, William. 
Nie powiedziała tego dlatego, że tak należało. To 

była prawda. 

- Jestem twoim mężem - odparł. - Świadomość, że 

są tacy mężczyźni jak przybrani bracia Anny Kajsy, 
sprawia, że wstydzę się jako mężczyzna... 

- To ciebie nie dotyczy. Ich nie jest wielu. Ale i tak 

za dużo... - głos na chwilę odmówił Mai posłuszeństwa. 
- To wprawia mnie w straszną złość, ale czuję się bez­
radna. To wszystko jest tak ohydne, brudne i wstrętne... 

William pokiwał głową. 
- Też tak czułem, gdy mi ojciec o tym opowiedział. 

Nie spałem dobrze tamtej nocy. Ale nie możemy 
o tym myśleć. Musimy myśleć o niej, wspomagać ją. 
Najważniejsza jest teraz Anna Kajsa. Nasz gniew jej 
nie pomoże. Ona jest człowiekiem, Mario. Nie tylko 
kimś, komu współczujemy. Musi być silna. Długo 
przecież z tym żyła. Długo udawała, że nic się nie 

dzieje. Cicho znosiła ból. Brała na siebie wstyd 

background image

i grzech, bo oczywiście tak jej wmówili. Nadal pew­
nie tak sądzi. Ona nawet nie czuła złości! Mam na­
dzieję, że jeśli okażemy jej dość ciepła, będzie w sta­
nie to z siebie wyrzucić, pozbyć się tego balastu! 

Maja puściła Williama, bo musiała na niego spoj­

rzeć. Z uwagą wpatrywała się w jego twarz. Jedno­
cześnie wydawała jej się znajoma i obca. 

- Naprawdę tak myślisz? - spytała z niedowierza­

niem w głosie. - Naprawdę? 

- Tak. Czy to dziwne? 
Maja pokiwała głową i uściskała go. 
- Cieszę się, że taki jesteś, Williamie - rzekła. - Cie­

szę się, że jesteś moim mężem. 

Było to najbliższe słowom miłości wyznanie, jakie wy­

powiedziała. William na długo zachował je w pamięci. 

- Rozumiesz, dlaczego nie chcę... Dlaczego nie mo-

Pokiwał głową. Dusza ludzka jest zaiste labiryn­

tem. A jego żona nie należy do nieskomplikowanych 
ludzi. Zresztą, William nawet nie wiedział, czy na­
prawdę chciałby poznać ją do głębi. Dobrze, że były 

w niej obszary, do których nigdy nie uzyska dostępu. 
Ona nigdy mu się nie znudzi, to pewne... 

- Co chcesz teraz zrobić? - spytał ostrożnie. 
- Myśleć. 
- Na dworze? 
Skinęła głową twierdząco. 
- Chcę być sama - odpowiedziała na jego niezada-

ne pytanie. Mógł to tylko zaakceptować. 

- Pójdziesz do Ailo? 
Zaprzeczyła. 
- Muszę być sama - wyjaśniła. 
William mógł nie czuć się odrzucony. Pocałował 

background image

ją, powstrzymując swoją tęsknotę. Nie chciał, żeby 
skojarzyła ją z tamtymi obmierzłymi czynami. 

Maja obdarzyła go jednym z tych swoich uśmie­

chów, za które mógłby oddać życie. Leciutko przesu­
nęła palcem po czole męża, jakby chciała zetrzeć je­
go ponure myśli. William pogładził ją po włosach. 

- Jesteś taka piękna, moja Mario - powiedział, za­

nim ją puścił. - Jeżeli będziesz chciała ze mną poroz­
mawiać albo żebym cię objął, jak wrócisz, obudź mnie! 

Pokiwała głową. 
I zniknęła w ciemnościach nocy. 

Może on nigdy do tego nie przywyknie. Zawsze 

czuł się osamotniony, gdy tak znikała. Jakby ucieka­
ła od niego. William wiedział jednak, że jeśli chce spę­
dzić z tą kobietą resztę swych dni, to musi nauczyć 
się okiełznać te złe uczucia, które budziła w nim jej 
potrzeba samotności. Musiał to akceptować. I nie 

okazywać, jak bardzo czuł się wtedy opuszczony. 

On po prostu chciał być razem z nią. 
William nie wiedział tylko, że życie z żadną kobie­

tą z rodu Alatalo nie było łatwe... 

background image

10 

Ailo obudził się na długo przed świtem. Sen nie był 

dla niego czymś oczywistym. Miewał noce, gdy nie­
mal nie spał. 

Ta była jedną z nich. Nie mógł też pracować. Mar­

nował kolejne godziny, siedząc i patrząc w ogień. 

Ida była w Skibom. Tam gdzie być powinna. To 

tam jej życie wypełni się tym, co powinien jej ofiaro­

wać on. Ale on nie stanie się jego częścią. 

Oczywiście, że to gorzkie! Oczywiście, że piekło 

jak sól sypana na żywe rany. Nie oszukiwał się. 

Jego los. 
Jej los. 

Różniło ich to, że ona mogła się śmiać. Ze mogła 

cieszyć się życiem. On miał tylko wspomnienia. 

Ailo już nie płakał. Jakiś czas temu nie robił nic in­

nego. Nie pomagało. Nie łagodziło bólu. Łzy nicze­
go w nim nie oczyściły, bo przelewał je w samotno­
ści. Nie mogło być inaczej. Może to było najbardziej 
gorzkie. 

Kłamstwo, które wybrali, było najlepszym rozwią­

zaniem. Śmierć niewiele się różniła od jego obecnego 
stanu. 

Sam dokonał wyboru. 
Nie pomagało mu myślenie o słuszności tej decy­

zji. Po nocach takich jak ta przepełniał go ból. Od­
czuwał go fizycznie, nie mógł się od niego uwolnić, 

background image

a jedynie mógł odsunąć na chwilę. Wreszcie się przy­
zwyczaił, uznał go za część swego losu. 

Bywały jednak noce, gdy nie dawał mu rady. 
Wstawał świt. Nad zatoką rozpościerała się mgła. 

Ailo wepchnął koszulę do skórzanych spodni. 

W Niemczech zamówił kilka par z mięciutkiej skóry 
jelenia, z kurtkami do kompletu. Nałożył jedną 
z nich, bose stopy wsunął w miękkie, długie buty. 

Wyglądał dobrze, ale i tak by wolał, aby jego ubra­

nie było uszyte przez kogoś, kto zna się na tym le­
piej niż krawcy w Europie. Przez kogoś, kto wiedział, 
jak je uszyć, żeby było wygodne po latach noszenia, 
i nadal ładne. Kto czynił z ubrania drugą skórę, a nie 
przedmiot mody. 

Jego odzienie nie przypominało spodni i kurtek 

szytych przez kobiety Północy... 

Było jedynie namiastką. 
Ailo wyszedł w szary i wilgotny poranek. W nowy 

dzień, pełen nieodkrytych możliwości. W taki, jakim 
niegdyś było jego życie. 

Kiedyś. 
Skierował się w stronę plaży. Usiadł na piasku. 

Czuł, że jest chłodny, ale wiedział, że słońce niedłu­
go wyjdzie zza chmur i rozgoni mgłę. Sprawi, że znik­
nie bez śladu. 

Tak jak jego przyszłość. 
Przesiewał piasek przez palce. Zmuszał się, aby nie 

myśleć. W nocy twarz Idy stała mu tak wyraźnie 
przed oczami... Sedolfa też. 

Czuł, jak spala go zazdrość. 

To Sedolf miał być ojcem dla jego dzieci. Bolało, 

choć oczywiście mogły trafić gorzej. Jego myśli wa­
hały się pomiędzy zadowoleniem, że to jego wybra-

background image

ła, a złością, że w ogóle kogoś wybrała tak szybko 
po... śmierci męża. 

W jednej chwili był wspaniałomyślny i życzył jej 

wszystkiego najlepszego. Cieszył się, że potrafiła żyć, 

kochać, śmiać się. W następnej czuł, że mógłby ją za­
bić właśnie za to. 

Przecież byli dla siebie stworzeni! Nawet Reijo to 

przyznał. Córka Raiji i syn Mikkala: któż, jak nie oni, 
byli dla siebie stworzeni? 

Ona była dla niego. 
Nie dla Sedolfa. 
Ale to ramiona Sedolfa obejmowały ją w nocy. Se-

dolf oznaczał życie, a jego samego Roto naznaczył 
czymś, co mimo wszystko nazywał twarzą. 

Dlaczego nadal się tym katował? Dlaczego wciąż 

analizował to? Za każdym razem z innym wynikiem. 
Wszystko na próżno. On miał tu spędzić życie 
i wreszcie umrzeć. On, który już od dawna był mar­
twy. Może nawet będą musieli podać dwie daty śmier­
ci na jego grobie? 

Ailo zaśmiał się do siebie brzydkim śmiechem. 
I wtedy usłyszał nieznany kobiecy głos: 
- O Boże, tu ktoś jest?! 
Ailo odwrócił się gwałtownie w stronę głosu. Uj­

rzał ciemną sylwetkę, zobaczył, jak unosi ręce ku twa­
rzy. Usłyszał ostry krzyk przecinający ciszę. Upadla. 

Nie miał maski. Spoczywała w kieszeni kurtki. Od­

wrócił się i zgrzytając zębami, zaczął zawiązywać tasiem­

ki. Piekło go pod powiekami, ale nie miał więcej łez. 

Któż to, u diabła, był? Nowa służąca? Nic o tym 

nie słyszał. Ale może przywiózł ją William? 

Czyżby nie ostrzegli jej, żeby nie włóczyła się po 

wyspie? Ze może napotkać jakiegoś potwora? 

background image

Ailo skrzywił się, podchodząc do obcej. Zemdlała. 

Jasne włosy rozsypane były wśród suchej trawy 

o tym samym kolorze. 

Ułożył ją lepiej, rozluźnił kołnierzyk sukienki. Po­

klepał ostrożnie po policzku. 

- Hej tam - powiedział swoim miłym, ciepłym gło­

sem. - Wracaj, mała! 

Powoli dochodziła do siebie. 

Jej ubranie było bardzo dobrej jakości, zarówno 

materiał, jak i wykonanie. Spojrzał na jej dłoń. 
Ostrożnie dotknął wnętrza. Dotyk potwierdził to, co 

już zauważył: była szorstka. Dziewczyna musiała zaj­
mować się czymś innym niż tylko haftowaniem. By­
ła to dłoń służącej. Ubranej w suknię pani. 

Ailo odsunął się nieco, bo nieznajoma się poruszy­

ła. Gdy zobaczyła go, uniosła dłoń do ust i ugryzła 
ją. Nie krzyczała, ale oczy zdradzały paniczny 
strach. 

Ailo wyciągnął rękę. Dziewczyna chciała wstać, ale 

nadepnęła na brzeg sukni i znów się przewróciła. 

On siedział nieporuszony. 
- Nikt ci o mnie nie powiedział? 
Potrząsnęła głową bez słowa. Odsunęła się jeszcze 

dalej. 

- Nie jestem niebezpieczny. Po prostu poparzyłem 

kiedyś twarz. Widziałaś już. Wtedy zemdlałaś. To dla­
tego noszę maskę... 

- Kim jesteś? - spytała, nie spuszczając z niego 

wzroku. Miała głos dziewczyny. Ale oczy w jej mło­
dej twarzy były oczami starej kobiety. 

- Bratem pani domu - odparł. - Bratem Mai... Marii. 
Wpatrywała się w niego, przełykając ślinę. Zwilży­

ła językiem wargi. Wydawało się, że już doszła do sie-

background image

bie. Zacisnęła dłonie, aż zbielały kostki. Usta drżały. 
Nadal nie spuszczała z niego oczu. 

- Jej bratem? - powtórzyła. Zaśmiała się dziwnie. -

Spytaj, kim ja jestem! 

- Kim jesteś? - spytał Ailo posłusznie. Nie podo­

bał mu się jednak mroczny ton jej śmiechu. To, że 
drżał niebezpiecznie blisko granicy płaczu. 

- Siostrą Williama - rzuciła. Już się nie śmiała. Po­

trząsnęła głową. Jasne, gęste włosy sięgały jej do ra­
mion. Ailo ucieszył się, że nie są rude. - Jestem nieślub­
nym dzieckiem Marcusa Runefelta. Jednym z wielu. 

-Aha. 
Ailo przyjrzał się jej. Dziewczyna była młodsza niż 

mu się początkowo wydawało. Miała w sobie jakąś 
niewinność, mimo że jej słowa cięły ostro niczym 
nóż. W jej zachowaniu było coś bezbronnego... 

- U nas tak się urodziła Maja - rzucił. - Nie po­

winnaś sądzić, że jesteś jedynym nieślubnym dziec­

kiem na całej Północy. 

Zaśmiała się nieszczerze. Spojrzała na maskę. 
- Jak się nazywasz? - spytała. 
Powtórzyła jego imię kilka razy, jakby je smakowała. 
- Nie jest fińskie? 
- Lapońskie - odparł. - Ja jestem Lapończykiem. 

Maja tylko w połowie. A ty, mała, masz jakieś imię? 

- Anna Kajsa. Skończyłam siedemnaście lat. Ale 

czuję się tak, jakbym miała naraz i dwanaście, i seo. 

Powiedziała to z uśmiechem, ale Ailo wyczuł po­

wagę w jej głosie. 

- Ja jestem dużo, dużo starszy - westchnął. - Mam 

dwadzieścia cztery lata. Ale czuję się stuletnim star­
cem. Może więc jesteśmy rówieśnikami, gdy ty prze­
żywasz ciężkie chwile? 

background image

Spojrzała na niego poważnie. Stała na sztywnej, 

pożółkłej trawie, stale narażonej na podmuchy wiat­
ru znad zatoki. Już bez uśmiechu na bladych wargach 
pokiwała głową. 

- Może tak - rzekła. 
Młoda dziewczyna nie powinna mówić tak smut­

nym tonem, przemknęło przez głowę Ailo. Ale nie 
chciał pytać. I wiedział, że to nie jest czas na żarty. 

- Nadal się mnie boisz? - spytał. 
Anna Kajsa z pewnym wahaniem potrząsnęła gło­

wą. Najwyraźniej nie była całkiem pewna. Mimo to 

zaryzykowała zrobienie kilku kroków w jego stronę. 

Stanęła w odległości ramienia. Ailo czuł, że bliżej 

za żadne skarby nie podejdzie. 

- Mógłbyś zdjąć maskę? - spytała. Głos jej drżał, 

ale wzrok był stanowczy. Postanowiła, że będzie pa­

trzyła prosto na to, co ją przeraziło. Chciała wyjść 
naprzeciw temu, czego się bała. On nie mógł jej nic 
zrobić, zresztą nie chciał. 

Może dlatego, że jego głos był cichy jak popołu­

dniowy letni deszcz, który pozostawiał po sobie pięk­
ny zapach i który tylko wzmacniał życie? 

Oczywiście, był mężczyzną, ale różnił się od innych. 
- Nie będziesz się bala? 
Potrząsnęła głową, nie spuszczając z niego wzro­

ku. Postanowiła, że nie będzie się bać. Była niczym 

odważny żołnierz walczący w pierwszym szeregu. 
Szła na spotkanie przeznaczenia wyprostowana 

i z uniesionym czołem. 

Ailo rozwiązał tasiemki. Maska opadła. Patrzył na 

Annę Kajsc i dostrzegł, jak pobladła. Jak jej źrenice 

się rozszerzyły. Jak z trudem przełykała ślinę i wal­
czyła ze sobą. 

background image

- Nie stanowię pięknego zjawiska, wiem - powie­

dział spokojnie. - Choć rzeczywiście kiedyś uchodzi­
łem za przystojniaka... Ileś tam dziewczęcych serc bi­
ło mocniej na mój widok. I żadna z nich się nie bała. 

- To jest takie... 
- Wina królewskiego prochu - rzucił Ailo sucho. -

Pewnie o tym słyszałaś. O tych okropnych ludziach, 
którzy chcieli sprzeciwić się królowi i ukraść jego 
broń. Którzy podłożyli ogień na jego statku i wysa­
dzili w powietrze znajdujący się tam proch. Jego 
część wypaliła w moją twarz. Pewnie tuż po tym wy­
padku byłem jeszcze brzydszy, ta krew... 

Dziewczynę przeszedł dreszcz. 
- Boli cię to? 
- Twarz nie. Ona tylko zastygła w tę maskę. Ale 

mam uszkodzone ramię. Boli mnie noga. Plecy nigdy 
nie będą zdrowe... 

Anna Kajsa oddychała z trudem. Oczywiście, on 

był odrażający. Ta jego chropowata skóra, jakby ktoś 
formował jego twarz w glinie i znudził się tym, za­
nim zdecydował, jakie będzie miała rysy... I ta bryła 
gliny zastygła tak, że nie mógł już nic z nią zrobić. 
Pozostawił tylko otwory na oczy, nos i usta. 

Była to twarz, która się mogła przyśnić. Nie była re­

alna ani człowiecza. Ale płonęły w niej oczy: miłe, me­
lancholijne, zmieniające kolor, przekazujące uczucia... 

No i ten głos. 
Głos, który dotarł do niej, zanim otworzyła oczy 

i ujrzała jego maskę. Głos, który był najłagodniejszy 
spośród tych, jakie słyszała. Miększy od puchu. 

Anna Kajsa wiedziała, że wewnątrz Ailo jest ładny. 
- Nie przestraszę się ciebie już więcej - rzuciła nie­

mal pewnie. Nadal drżała, ale wiedziała już, kim on jest. 

background image

Wierzyła, że Ailo nie stanowi dla niej niebezpie­

czeństwa. Miała doświadczenie. Umiała przeczuć, 
który z mężczyzn może ją skrzywdzić. Wielu miało 

w sobie coś, czego się bała. Nie lubiła, gdy jej doty­

kano, choćby całkiem niewinnie. 

Nawet ojciec przestraszył ją swoją mocną sylwetką. 

William też był potężny, ale z nim czuła się bezpiecz­
nie. Dla niego kobiety były ludźmi. Dla jej przyrod­
niego brata istniała tylko jedna kobieta: jego żona. 
W jego obecności oddychała z ulgą. 

Knut pewnie też był taki, ale jeszcze nie miała co 

do tego pewności. 

Ailo był jedynym mężczyzną poza Williamem, 

przy którym mogła czuć się bezpiecznie. 

Anna Kajsa może była jeszcze dzieckiem. Ale mia­

ła doświadczenie kobiety, która żyła długo i doznała 

więcej cierpienia, niż mogła znieść. 

Czuła wyraźnie, kiedy napotkała przyjaciela. 
- To dobrze - uśmiechnął się Ailo. 
I Anna Kajsa dostrzegła ten uśmiech. Jako jedna 

z niewielu ludzi odgadła, że ten skurcz nieuformowa-
nej twarzy oznacza uśmiech. 

- Nie lubię straszyć ludzi - dodał. 
- Czy to dlatego tu mieszkasz, a nie w domu? Cho­

wasz się? 

Ailo potrząsnął głową. 
- Ja sam tak chciałem. Chyba rozumiesz, dlaczego... 
Dziewczyna nie odpowiedziała. Ale może rozumiała. 
- Ja mam tu pozostać do czasu, aż się stanę damą -

oznajmiła z ironią. Teraz, gdy go zaakceptowała, mó­

wiła więcej. Jej wzrok zwrócił się na południe, w stro­

nę lądu. Ailo dostrzegł cień lęku w jej młodej twarzy, 
która czasem wydawała się zbyt dojrzała. Nie wiedział, 

background image

skąd brały mu się takie myśli. Po prostu się pojawiały. 

- Nie sądzę, żeby to nastąpiło. Myślisz, że wtedy 

będę mogła tu zostać? Na zawsze? 

W jej głosie płonęła nadzieja. Ailo uderzyła myśl, 

że większość dziewcząt w jej wieku załamałaby ręce 
z rozpaczy, gdyby miały przebywać na wyspie, odcię­
te od świata. Błagałyby, żeby je stąd wywieźć. 

Ale Anna Kajsa nie była zwykłą dziewczyną. Ailo 

czuł, że musi o niej porozmawiać z Mają. 

- Naprawdę byś chciała? 
Energicznie pokiwała głową, aż frunęła jej grzyw­

ka. Ale dłonie nadal trzymała zaciśnięte. Ciało zdra­
dzało strach. To strach ją krępował. Czegóż to mo­
gła się bać Anna Kajsa? Ailo żył w przekonaniu, że 
tylko on wzbudza strach. 

Musiało ją przerażać coś na lądzie. 
Ale nie wolno mu pytać! 
- Maja i William na pewno pozwolą ci tu pozostać 

tak długo, jak będziesz chciała - powiedział Ailo 
z przekonaniem. 

- Ale on... Marcus Runefelt... 
Znów zbladła. Czyli jedna z osób, których się ba­

ła, to Marcus Runefelt. Jej ojciec. Ailo mógł to zrozu­
mieć. Stary Runefelt wzbudzał takie uczucia. Ailo po­
dejrzewał jednak, że w gruncie rzeczy nie o to chodzi. 

- On nie jest Wszechmogącym - rzucił szorstko. 
Dziewczyna spuściła wzrok, jakby to swobodne 

użycie określenia Boga ją krępowało. 

- On nie może cię do niczego zmusić. Nie chce -

poprawił się. Uświadomił sobie, że Runefelt jest te­
raz prawnym opiekunem dziewczyny i jednak może 
ją zmusić.  O n a też to wiedziała. 

- Kiedy przyjechałaś? Wczoraj? 

background image

Pokiwała lękliwie głową. 
- Z Williamem... 
Ailo zrozumiał, że nie mieli czasu, by mu o niej 

powiedzieć. 

- Nie mogłam zasnąć - tłumaczyła. - Musiałam 

wyjść z domu. Nikt jeszcze nie wstał. 

- Cieszę się, że się spotkaliśmy. Choć pewnie by­

łoby lepiej, gdybyśmy poznali się w inny sposób... 

Anna Kajsa uśmiechnęła się. Była taka słodka, gdy się 

uśmiechała. Ailo czuł, że już wkradła się w jego serce. 
Stała się jakby młodszą siostrą. Jego rodzina wciąż się 
rozrastała! I więzy krwi niewiele mają z tym wspólne­

go. Więzy duchowe są ważniejsze. Są bardziej pewne. 

- Mogę zobaczyć twój dom? 
Ailo zgodził się i poszedł pierwszy. 
Pozostawił na kominku płonący ogień, lecz mimo 

to było chłodno. Dopiero później promienie słońca 
wpadające przez okna pomagały w ogrzaniu wnętrza 
kamiennego domku. 

Jej oczy dostrzegły wszystko. Meble z poprzedniej 

epoki, które Maja tu kazała przenieść i które nie pa­
sowały do tego wnętrza. Dom zbudowany był dla 
grubo ciosanych mebli dla służby. 

Zmarszczyła nos. 
- Co, nie podoba ci się? - zdziwił się z uśmiechem. 
- Tu nie jest jak w tym dużym domu. To nie ty to 

urządzałeś. 

Miała bystre spojrzenie. 
- To Maja - odpowiedział i zaśmiał się. Złapał się na 

myśli, że wieki całe już tak się nie śmiał, nie czuł takiej 
radości jak teraz. Teraz odkrył, że nadal umie się śmiać. 

Wszystko dzięki tej dziewczynie, która wciąż sta­

nowiła dla niego zagadkę. 

background image

- Zauważyłam. 
Rozglądała się, zmrużywszy oczy. Zmarszczyła 

brwi. Jej oczy rozjaśniły się, były jak przejrzysta woda. 

- Ale nie zmieniła wszystkiego. Dużo zostało po sta­

remu. To nie jest dom dla państwa. Nie chciała tak... 

- Nie udałoby się - stwierdził Ailo. - Dom jest za 

mały. 

- No i ty byś tak nie chciał? 
Była bystra. 
- Nie chciałbym. 
- Sądzę, że o tym wiedziała - rzekła Anna Kajsa. 

Usiadła na stole, który stał pośrodku pokoju. Ailo 
starał się, żeby przynajmniej on był posprzątany. Po­
za tym mało się przejmował porządkiem. - Chciała, 
żeby on pasował do ciebie. 

Skąd taka przenikliwość u tej młodej dziewczyny? 
- Widzę takie rzeczy - odparła, mimo że Ailo nie 

zadał tego pytania. - Patrzę na to, czym ludzie się ota­
czają, i wtedy rozumiem ich lepiej. 

- To jest jakiś sposób - przyznał Ailo. - Ale rów­

nie dużo można uzyskać, rozmawiając. 

Umknęła mu spojrzeniem i nie odpowiedziała. 
Ailo zrozumiał, że taka rozmowa jak ta z nim te­

raz nie jest dla niej czymś zwyczajnym. Nieoczeki­

wanie zdobył zaufanie dziewczyny i wiedział, że mu­
si bardzo uważać, by go nie stracić. W niej było coś 

nieuchwytnego, coś trudnego do określenia. 

- Ale i tak wiele wyczytałaś z tego pokoju - po­

chwalił ją Ailo nie na tyle szybko, żeby uznała to za 
kłamstwo lub za zaprzeczenie wypowiedzianych 
słów. 

Jej twarz rozjaśniła się. 

Była tak młoda, że nie wyczuwała zmian nastroju. 

background image

To wiedział. Ale wiedział także, że na pewno nie by­
ła przeciętna. 

- Tyle tu ładnych rzeczy... 

Jej wzrok zatrzymał się na jednej z jego srebrnych 

mis, potem na innej ze zdobieniami kwiatowymi. Ailo 
najchętniej czerpał motywy z natury, ze świata roślin 
i zwierząt. Tych modeli nie odpychał jego wygląd. Za­
wsze miał je pod ręką i nie musiał z nimi rozmawiać. 

- Cieszę się, że tak uważasz. 
Spostrzegła, że jego oczy rozjaśniły się w uśmiechu. 
- To ja je zrobiłem. 
Oczy dziewczyny rozszerzyły się w zdumieniu. 

Zsunęła się ze stołu. Musiała podbiec do tych przed­
miotów, dotknąć ich pieszczotliwie, pogładzić... 

Ailo zrozumiał, że stworzył coś, co dawało radość. 
Zrozumiał też, że Anna Kajsa umiała dostrzegać 

piękno, mimo że nigdy się o nim nie uczyła. 

Istniało w niej, tak samo jak w nim. Miała do tego 

serce. Ailo poczuł nagle, że może jednak nie jest sa­
motny. Ze jest ktoś, kto potrafi zrozumieć tę część 
jego duszy dużo lepiej niż Maja. Dla Mai jego prace 

nie znaczyły zbyt wiele... 

- Robisz też biżuterię? - spytała. 
- Rzadko - odparł. Wszystko, co próbował stworzyć, 

zamieniało się w figurkę odlatującego ptaka. To bolało. 

- Ale umiesz? 
Potwierdził. 

Zamilkła na dłuższą chwilę. Walczyła ze sobą, aż 

w końcu spytała: 

- Mógłbyś zrobić dla mnie ozdobę? Powinnam mieć 

coś takiego, skoro mam zostać damą... Bardzo bym chcia­
ła, żebyś to ty ją zrobił. Czy mógłbyś zrobić coś, co... 

- ... byłoby tobą? - dokończył za nią. 

background image

Anna Kajsa pokiwała głową. Jej palec błądził 

wzdłuż łodygi rośliny na obrzeżu misy. 

- Powinnaś być kwiatem - stwierdził. 
Oczy jej się rozszerzyły pytająco. 
- Dlaczego kwiatem? 
Na pewno nie była uciekającym ptakiem, to wie­

dział, ale nie mógł jej tego powiedzieć. 

- Widzę ciebie jako kwiat - odparł po prostu. - Ja­

ko bratek. Delikatny, ale taki, że gdy już się na nie­
go spojrzy, nie można oczu oderwać. 

Jej policzki lekko poróżowiały. Twarz się zamknę­

ła. Uśmiech znikł. 

Ailo zastanawiał się, czy w jego słowach było coś 

niewłaściwego. 

- Zrobię dla ciebie tę ozdobę - rzucił pospiesznie. -

Ten kwiat... 

Nie odpowiedziała. Odstawiła misę. Spojrzała na 

niego tak, jakby ją zawiódł. Ailo nie mógł się domyś­
lić, dlaczego. 

- Muszę wracać - oznajmiła tylko. - Sądzą pewnie, 

że uciekłam. 

I poszła. 
Bez słowa wyjaśnienia. 

Ailo wiedział już, że zrobi ten bratek w złocie. 
Zastanawiał się, co mogło spowodować zmianę 

w zachowaniu dziewczyny, co przesłoniło jej twarz. 

Nie wiedział jeszcze, że sprawiło to jego jedno spoj­

rzenie, w którym zdradził się jako mężczyzna. Gdy 
spojrzał na nią tak, jak patrzy mężczyzna na ładną ko­
bietę. Wtedy wzniosła mur. On na tyle odgrodził się od 
tej sfery życia, że tego nie spostrzegł. Nie zrozumiał. 

Ailo nie znał przeżyć Anny Kajsy. Jeszcze nie. 

background image

11 

To Anjo opowiedziała mu o Annie Kajsie. Dopie­

ro po południu poszedł do dużego domu. Przez cały 

dzień starał się naszkicować idealny bratek. 

Anjo napotkał w altanie. Siedziała tam i szyła, jak 

zwykle. Ailo zachwyciła jej bujność. Była tak ładna, 
promieniejąca od wewnątrz. Przypominała słońce, 
które dawało ciepło i światło. Wyglądała młodo, wy­
dawała się szczęśliwa i spełniona. 

Ailo cieszył się z jej powodu. Pamiętał, jaka była 

kiedyś. Pamiętał tę Anjo, która pracowała jako ku­
charka namiestnika w Alcie. 

Boże, jak to było dawno! 

- Ależ mnie zaskoczyłeś! - zaśmiała się do niego 

Anjo. Jej dłonie na chwilę przerwały pracę. W altanie 
było chłodno, ale nie zimno. Wiatr i ziąb pozostały 
na zewnątrz. 

Podszedł do niej i długo na nią patrzył. 
- Jesteś ładna - powiedział. - Cholernie ładna! 

Anjo roześmiała się z całego serca, aż musiała przy­

trzymać brzuch, który falował jak morze podczas bu­
rzy. 

- Łatwo dałabym się oszukać - stwierdziła, gdy się 

uspokoiła. W oczach nadal miała ogniki. - Trochę po-
kołysałam małe, choć i tak jest ruchliwe, powiem ci! -
Położyła jedną dłoń tam, gdzie nosiła nowe życie. 

- Pozwalają ci tu samej siedzieć? 

background image

Pokiwała głową i poklepała ławkę koło siebie. Ailo 

posłusznie usiadł. 

- Co gorsza, wszyscy odpłynęli... 
Anjo naprawdę wyglądała bardzo ładnie, gdy się 

uśmiechała. Oczami pełnymi uśmiechu napotkała za­
troskane spojrzenie Ailo. 

- Anna Kajsa potrzebowała ubrań - wytłumaczyła. -

Poznałeś ją, prawda? Mówiła nam„. 

- To dziwne dziecko - pokiwał głową Ailo. 
Anjo nie odpowiedziała od razu. 
- Popłynęli do krawcowej, która szyje dla nich od 

lat. Knut się przyłączył, ponieważ William dowie­
dział się, że ktoś sprzedaje gospodarstwo. A Maja 
chce sprowadzić lekarza, żeby tu pozostał do czasu 
mojego rozwiązania. 

- Ale postarasz się nie zrobić tego, gdy jestem tu 

sam ze służbą? 

Śmiech Anjo jakby rozjaśnił ściany wokół nich. 
Spoważniała po chwili. 
- Co sądzisz o Annie Kajsie? Ona nic nie powiedzia­

ła o spotkaniu z tobą, poza tym że się poznaliście... 

- Przyznała, że się przestraszyła? 
Anjo potwierdziła skinieniem głowy. 
- To dziwna dziewczyna. Młoda, a zarazem nie­

zwykle dojrzała. I taka zalękniona... 

Spojrzał na Anjo, a potem na szklaną ścianę. Mat­

ka Williama miała poczucie piękna. Altana była tego 
dowodem, ta kobieta pozostawiła w niej cząstkę sa­
mej siebie. 

- Wydawało mi się, że się zbliżyliśmy, że mówiliśmy 

tym samym językiem, że mnie zaakceptowała. Była ta­
ka ufna! I nagle to się zmieniło, ona stała się inna, jak­
by wzniosła lodową ścianę pomiędzy nami. I poszła... 

background image

Anjo odłożyła robótkę. Poczekała, aż Ailo skoń­

czy. Ujęła go za rękę i ścisnęła mocno. 

- Mam nadzieję, że odzyskasz jej zaufanie, Ailo. 

Ona potrzebuje przyjaciela, biedaczka. Ale nie wybie­
rze byle kogo. Sądzę, że ty się nadajesz. Mam nadzie­
ję, że to tobie okaże ufność, że do ciebie będzie mog­
ła się zwrócić. Wierzę, że masz siłę, by jej pomóc. 

- Co jej się stało? 

Anjo nabrała powietrza i opowiedziała mu histo­

rię życia Anny Kajsy tak jak ją usłyszała. 

To nie była bajeczka dla grzecznych dzieci. 
Ailo miał 'wściekłość w spojrzeniu, gdy skończyła. 

Teraz on potrzebował dłoni Anjo. 

- Biedna mała! - rzucił z głębi serca. Teraz ją lepiej 

rozumiał. Ale nadal pozostawała dla niego bratkiem. 
Intensywnie niebieskim bratkiem, który zapożyczył 
kolor od wieczornego nieba i górskich jezior. - Teraz 
rozumiem, dlaczego tak ją cieszyło, że może tu być. 
- Nadal czuł, jak szaleją w nim gniew i bezsilność. 
Nie mógł znaleźć dla tych uczuć ujścia, nie był w sta­
nie pomóc Annie Kajsie. Ona potrzebowała teraz ko­

goś godnego zaufania, kogoś, kto by mógł być dla niej 
rodziną. Kto potrafiłby sprawić, że odzyskałaby wia­
rę w ludzi, w mężczyzn. Kogoś, kto by jej nigdy nie 
zawiódł, do kogo mogłaby się zawsze zwrócić. 

- Postaram się - obiecał. - Ale wiele zależy od niej. 
- Pewnie większa część - odparła Anjo mądrze. 
Ailo pozostał jeszcze razem z nią. Patrzył, jak szy­

je. Rozmawiali. O dziecku, które się miało urodzić. 
O Mai. O Williamie. Wrócili do czasów spędzonych 
na płaskowyżach północy. Odkryli, że oboje za nimi 
tęsknią. Ale oboje też wiedzieli, że żadne z nich nie 
odważy się na powrót tam. 

background image

Nie siedział długo. Nie chciał spotkać się z pozosta­

łymi. Potrzebował czasu na przetrawienie historii An­
ny Kajsy. Musiał to zrobić, zanim ponownie spojrzy 
jej w oczy, inaczej dziewczyna pozna, co on teraz czu­
je. Miała bystre spojrzenie. Już rozumiał, dlaczego. 

To ona musiała go zaakceptować. Wszystko opie­

rało się na jej zaufaniu. 

Ailo wiedział bardzo dobrze, że właśnie on powinien 

okazać się godny tego zaufania. Chciał zostać jej przy­
jacielem. Stało się to jego nowym celem życia. Może nie 
najłatwiejszym, ale jego życie i tak nigdy nie było łatwe. 

- Znasz miejsca, gdzie rosną bratki? - spytał nagle 

Anjo. 

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

- Bratki? - powtórzyła. 
- Bratki. 
- Wiosną zakwitło kilka przy schodach. Nie pamię­

tam, czy nadal tam rosną. Ale może masz na myśli 
dzikie bratki? 

O nich też myślał. Bujające się na długich łodyż­

kach, pełne chęci życia, drobne i ładne. 

- Chyba na nie też jest za późno - westchnął. 
- Dlaczego bratki? - nie poddawała się Anjo. 
- Nie sądzisz, że pasują do Anny Kajsy? - odparł 

pytaniem. 

- Ty chyba widzisz zbyt dużo, mój Ailo - powie­

działa w zamyśleniu. - Mam nadzieję, że znajdziesz 
te bratki.  O n a nigdy nie dostała nic pięknego, nic, co 

by było zrobione z myślą o niej... 

Gdy Ailo przyszedł do nich następnego dnia, zo­

baczył Annę Kajsę z Henrikiem i Karłem. Pięknie wy­
glądała, gdy biegła z malcami po zielonej trawie. Jej 

background image

jasne włosy lśniły niczym pole pszenicy, błękitna, 
prosta sukienka furkotała na wietrze. 

- Ma do nich podejście - zwierzyła się mu Anjo. -

Obie z Mają już teraz jesteśmy jej bardzo wdzięczne. 
Wiem, że maluchy są słodkie, ale potrafią też mocno 
zmęczyć... 

Zaśmiała się. 
- No i stratą czasu byłoby posadzenie jej do hafto­

wania. Obie z Mają zjeżyły się na samą propozycję. 

Dziewczyna nienawidzi tego równie mocno jak two­

ja siostra. 

Chłopcy dostrzegli Ailo. Nawet Anna Kajsa nie była 

ich w stanie utrzymać. Małe stopki popędziły do tego 

wujka, który wyglądał groźnie, a który był taki miły. 

Ailo schwycił piszczących malców, okręcił ich na­

około, aż krztusili się ze śmiechu. Na koniec cała trój­
ka upadła na trawę, wyczerpana. 

Anna Kajsa z wahaniem podążyła za chłopcami. 

W końcu pozostawali pod jej opieką. A Ailo był przy­
jacielem. Żałowała, że tak wtedy zareagowała. On był 
miły. 

Ale poczuła ten dawny, dławiący strach. Po prostu 

uciekła. 

Ailo nie miał złych zamiarów. Wiedziała o tym. Prze­

cież pozwolił jej odejść. To zawiniła jej wyobraźnia. 

Ailo różnił się od innych mężczyzn. 
I to czymś więcej niż tylko oszpeconą twarzą. 
Anna Kajsa długo myślała w nocy. O nim też. Je­

go twarz, czy nie-twarz, stawała jej przed oczami. 
Czuła wtedy, że chce krzyczeć. Ale coś w niej zasta­
nawiało się, jak on mógł wyglądać kiedyś. 

Anjo mówiła, że był niezwykle przystojny. Chyba 

najprzystojniejszy ze wszystkich mężczyzn, jakich 

background image

znała. Wtedy Knut chrząknął i spytał, dlaczego w ta­
kim razie nie zagarnęła dla siebie tego pięknisia... 

Zaśmiali się, ale Anna Kajsa nadal nie wiedziała, 

jak Ailo kiedyś wyglądał. 

Patrzyła na Anjo i Knuta, na ich głowy pochylone ku 

sobie, na oczy niemal mówiące do siebie... Poczuła, jak 
zimny pot spływa jej po plecach. Musiała od nich odejść. 

Podeszła teraz z wahaniem do Ailo leżącego w tra­

wie z malcami na brzuchu. Był zarazem i koniem, 

i trollem. Miał dobry śmiech. Chłopcy go lubili. Śmia­
li się i piszczeli, a ich małe rączki próbowały go ła­
skotać. Nie wydawało się, żeby to specjalnie odczu­

wał, ale śmiał się i podskakiwał, żeby ich nie zawieść. 

Najpierw dostrzegł brzeg jej sukienki. Była jasno­

niebieska jak styczniowe niebo tu, w Finlandii. 
Z ciemniejszym brzegiem wzdłuż dołu. 

To było jedyne przybranie, ale tak młoda dziewczy­

na nie potrzebowała ozdób. Była ładna sama w sobie. 

Młodość była ładna. 
Ailo ze śmiechem uwolnił się od natrętnych rączek. 

Pozwolił chłopcom zawisnąć na swojej szyi. Lubił ba­

wić się z nimi. Mógł sobie wyobrażać, że naprawdę jest 
ojcem. Były to momenty otoczone złocistą poświatą. 

Ale także Anna Kajsa promieniowała taką poświa­

tą. Także Anna Kajsa była ważna. 

Udało mu się usiąść, nie wypuszczając z objęć sio­

strzeńca i bratanka. 

Pozdrowił dziewczynę łagodnie. Zrobił to pierwszy, 

ponieważ ona od razu straciła całą odwagę i stała tyl­
ko z płonącymi policzkami i spuszczonym wzrokiem. 

- Wczoraj cały dzień szukałem bratków - powiedział. 
Zerknęła na niego szybko. Dostrzegła powagę 

w spojrzeniu. 

background image

- Znalazłeś? 
- Tak, wiele. W nocy je szkicowałem. Musiałem na­

rysować wszystkie. Żaden nie jest całkiem podobny 
do drugiego, wiesz? 

Pokręciła głową. Kąciki ust ostrożnie uniosły się 

w górę. 

- Co teraz robisz? 
- Wyrzeźbię kilka w drewnie, zobaczę, jak wyjdą. 

Wybiorę najładniejszego. Zrobię formę z gipsu, po­
tem w glinie. W końcu wytopię najładniejszego w zło­
cie - dla ciebie. 

Anna Kajsa uciekła wzrokiem. 

Nie mogła temu uwierzyć. Ale on potrafił wywo­

łać przed jej oczami ten obraz, sprawić, żeby zaprag­
nęła owego cudeńka równie mocno jak on. Mimo to 
nie umiała sobie wyobrazić bratka innego niż zwy­
kły. 

Nie mogła też uwierzyć, że dostanie prezent. 
Anna Kajsa bała się doznać zawodu. 
- Możesz przyjść zobaczyć rysunki... 
Patrzyła w dal. Jej twarz była tak młoda, tak naga. 

Spojrzenie błądziło, by nie mógł go ściągnąć. 

Chciała. 
I nie chciała. 
- Możesz wziąć dzieci - zaproponował. - Lubią 

tam przebywać. Uwielbiają bawić się w piasku. Nic 
nie szkodzi, jeśli coś stłuką w domku, to nieważne. 

Ailo chciał stworzyć wrażenie, że to ma być zwy­

kła wycieczka. I że nie chodzi tylko o nią, skoro ma 
wziąć ze sobą chłopców. 

- Możemy poprosić o koszyk z jedzeniem i rusza­

my - dodał. Gotów był odgryźć sobie język, bo wy­

dało mu się, że zbytnio naciskał. 

background image

O n a jednak prawie nie słuchała. Wreszcie jej 

wzrok na chwilę spoczął na Ailo. 

- Będę mogła wybrać kwiat, z którego zrobisz dla 

mnie ozdobę? 

Potwierdził. 
- Możemy iść teraz? 

Ailo z trudem podniósł się na nogi. Uśmiechnął się 

do malców, którzy mieli już kwaśne miny. Wujek nie 
zajmował się nimi od nieskończenie długiego czasu! 

- Czy te dwa urwisy mają ochotę na wyprawę 

z Anną Kajsą i starym wujkiem Ailo? 

Zachwycony wrzask powiedział mu, że z pewno­

ścią mają. 

Ailo pokłusował w stronę domu z jednym chłop­

cem na barana, a z drugim na ręku. Anna Kajsa szła 
kilka kroków za nimi. Z wahaniem, ale szła. 

Anjo opuściła zasłonę i odsunęła się od okna. Po­

słała Mai spojrzenie pełne radosnego triumfu. 

- Wiedziałam! Wiedziałam, że Ailo będzie umiał 

przebić się przez jej lodową powłokę. 

- Nie ciesz się za wcześnie! - ostudziła ją Maja. Jed­

nak i ona się radowała. Anna Kajsa potrzebowała kogoś, 
kto będzie ją rozumiał. Wiedziała, że sama nie potrafi 
do niej dotrzeć. - Byle tylko nie zbliżyli się za bardzo! -
dodała cicho. - Byłoby to dla nich nieszczęście... 

- Za wcześnie na smutki - stwierdziła Anjo. Ale 

i jej ta myśl przeszła przez głowę. 

- Ailo nie pozwoli na to - oznajmiła Maja. 
Dobiegł ich odgłos biegnących dziecięcych stóp. 

Skierowały się w stronę kuchni. 

- Ailo nigdy nie dopuści, żeby znów doznać zawo­

du - dodała. 

- Nie, Ailo nie - odparła Anjo. - Ale nic nie wie-

background image

my o dziewczynie. To, co przeszła, pozostawiło głę­
bokie ślady w jej duszy. Jak świeżo zorane bruzdy. 

Złe byłoby pozostawiać nowe... 

Maja pokiwała głową. Szwagierki spojrzały sobie 

w oczy. Wiedziały to samo. Myślały to samo. 

Oczywiście, doznały ulgi na myśl, że Ailo zdoby­

wał zaufanie Anny Kajsy. Nie tłumiło to jednak stra­
chu, który obie czuły. 

Wisiał jeszcze w powietrzu, gdy Ailo wszedł do 

kuchni. Stanął przy drzwiach. 

- Hu, hu, czuję tu chrześcijańską krew - odezwał 

się słowami trolla z norweskiej bajki. 

Rozluźniło to atmosferę. Śmiech Anjo i Mai był 

jednak nieco wymuszony. 

- Straszek i Ponurek mają ochotę pójść ze mną na 

wyprawę. I z Anną Kajsą. Bierzemy ze sobą koszyk 
z jedzeniem. Więc jeśli zastaniecie pustą spiżarkę, bę­
dziecie wiedzieć, gdzie się to wszystko podziało. 

Był tak beztroski i zadowolony. Taki, jakim go pa­

miętały z bardzo, bardzo odległych czasów... 

Obie kobiety na to wspomnienie poczuły ukłucie 

w piersi. 

Może niepotrzebnie się lękały. Przecież to mogło 

się obrócić na dobre i dla Ailo. 

- Znalazłem bratki - zwrócił się Ailo do Anjo. - Ca­

łe masy. A teraz Anna Kajsa wybierze sobie jednego. 

Anjo opowiedziała Mai o jego planach. Maja pode­

szła do brata i potargała mu włosy. 

- Postaraj się, żeby ładnie wyszedł, mój Ailo! Mo­

że bratek stanie się znakiem rodowym Anny Kajsy, 
tak jak ptak o rozpostartych skrzydłach jest naszym... 

- Zrobię dla ciebie nowego - odparł. Nie chciał roz­

mawiać o dziewczynie z Mają i Anjo. Domyślał się, że 

background image

jeszcze przed chwilą mówiły o nim. A w spojrzeniu 
Mai czaiło się coś, czego nie potrafił zdefiniować. -
Gdzie Knut i William? 

- Jeszcze zostali - wyjaśniła Anjo. - Oglądają go­

spodarstwo, które może kupimy. Trochę się rozluź­
ni na Hailuoto. 

- Dobrze jest tu z wami - wymknęło się Mai szczerze. 
Te słowa padły tak spontanicznie, że i Ailo, i An­

jo poczuli wzruszenie. 

- Tak całkiem nie znikniemy - pospieszyła z odpo­

wiedzią Anjo. 

Ailo odwrócił się w stronę Anny Kajsy. Usłyszał 

słaby szelest sukni, gdy dziewczyna schodziła ze 
schodów. 

Dzieciaki czekały w kuchni. Ailo miał nadzieję, że 

nie zdążą napsocić. 

- Wzięłam cieplejsze kurtki dla chłopców. - Anna 

Kajsa pokazała je matkom, oczekując potwierdzenia. 

Maję zabolała pokora, jaką dziewczyna wobec nich 

okazywała. Pozwoliły jej na przejęcie części odpowie­
dzialności za chłopców, żeby miała się czym zająć, 
poczuć się potrzebna. To nie miało być tylko zabija­
nie czasu jak haft. 

A tymczasem ona weszła w rolę guwernantki ni­

czym uboga krewna. 

Nie tak miało być. Nie była przecież kimś spoza 

rodziny, była siostrą Williama. Jedną z nich. 

Żadną służącą. 
O Boże, a jakimi słowami właściwie poprosiła An­

nę Kajsę o to, by się zajęła dziećmi? Czy właśnie nie 
tak ją potraktowała? 

Maja miała nadzieję że Ailo zdoła przekonać 

dziewczynę, że Mai nie o to chodziło. Miała nadzie-

background image

ję, że przekona Annę Kajsę, że tu nikt nie oczekuje 
od niej uniżoności. 

To nie po to u nich zamieszkała. 

Ailo niósł Henrika na ramionach, w końcu syn 

Mai był młodszy. Karl czul się całkiem duży, gdy tak 
szedł pomiędzy Ailo i Anną Kajsą, trzymając ich za 
ręce. Nie chciał być traktowany jak maluch, ale do­
brze było czuć uścisk dłoni dorosłych. 

Anna Kajsa niosła koszyk z jedzeniem. Ailo chciał 

go od niej wziąć, ale ona zaprotestowała stanowczo, 
twierdząc, że kwestia jedzenia to domena kobiet. 
Zgodził się choćby po to, by odczuła, że ma rację. 

Koszyk zresztą nie był ciężki. W końcu nie wybie­

rali się na czterodniową wycieczkę... 

Nie mówiła za dużo podczas drogi przez las. Nie 

do niego. Oboje zwracali się do chłopców. Przez ostat­

ni kawałek drogi Ailo niósł już obu. Małe stopy Kar­

la zmęczyły się długą wędrówką. I tak był dzielny. 

Gdy dotarli do domku, chłopcom nagle wróciły si­

ły. W końcu przybyli w nowe miejsce, które natych­
miast musieli zbadać. Zapomnieli, że byli już tu 

wcześniej. Wszystko musieli zobaczyć. Musieli siadać 

na pieńkach, łazić na czworakach wokół kamieni, cho­

wać się za rogi domu, wspinać na schody i zjeżdżać 
z nich na krągłych zadkach. Byli niezwykle zajęci. 

Anna Kajsa usadowiła się na schodach i spojrzała 

na Ailo wyczekująco. Jakby nie chciała pytać o coś, 
o czym on sam powinien pamiętać. Jakby nie chcia­
ła się narzucać. 

Ailo zrozumiał w przebłysku intuicji, że ona chce 

zobaczyć jego szkice. Od razu. 

To przecież przede wszystkim dlatego tu przyszła. 

background image

Nie powinien sądzić, że miała ku temu inne powo­

dy. Przyszła tu, aby zobaczyć szkice. Aby wybrać bra­
tek. Swój własny bratek. 

Ailo wszedł do środka. Zostawił za sobą otwarte 

drzwi, choć wiedział, że ona i tak nie wejdzie. Nawet 
gdyby chciała, to nie mogła, bo była odpowiedzialna 
za Karla i Henrika. A Anna Kajsa traktowała to za­
danie z powagą. 

Po krótkiej chwili wyszedł z teczką pod pachą, nio­

sąc wazonik z żywymi bratkami. Postawił go koło niej, 
uśmiechając się ostrożnie. Kwiaty były żółte i niebieskie. 

Rozsznurował teczkę i położył otwartą na jej ko­

lanach, aby sama mogła oglądać. Była tam niezliczo­
na ilość szkiców bratków. Niektóre rysowane ostrą, 
grubą kreską. Inne delikatnie, niezwykle wiernie, 

wręcz zachęcające, by wziąć je do ręki. 

Anna Kajsa skupiła całą swoją uwagę na rysun­

kach. Ailo w jednej chwili poczuł się jak intruz, sto­
jąc tak przed nią. 

Nie musiał pytać, co o nich sądzi. Widział to wy­

raźnie w twarzy dziewczyny. 

Nie zawsze udawało jej się skryć uczucia. Teraz na­

wet nie próbowała. 

Czuł się tak, jakby ją podglądał. Odwrócił się więc. 
Rzucił lekkim tonem, że pójdzie zobaczyć, co ro­

bią Straszek i Ponurek. Obdarzył kiedyś tymi przy­
domkami Karla i Henrika. Chłopcy byli zachwyceni, 
Ailo podejrzewał jednak, że Maja nie podziela ich 
zdania, choć rozumiała jego żart. 

Dzieci odnalazł na plaży. Siedziały tam, szczęśli­

we, obsypując się nawzajem piaskiem. 

Zdawał sobie sprawę, że żadna z matek nie będzie 

zachwycona, kiedy syn wróci z piaskiem we włosach, 

background image

ale uległ urokowi chwili. Pozwolił malcom obsypać 
piaskiem także siebie. 

Gdy nadeszła Anna Kajsa, wszyscy trzej zajęci by­

li budowaniem zamku. Ledwo usłyszał jej kroki. Po­
ruszała się bardzo cicho. 

Gdy Ailo wspominał tamten ranek, wydawało mu 

się, że są dwie Anny Kajsy. Jedna przepełniona gory­
czą, i druga taka jak teraz. 

Miała ze sobą teczkę. Usiadła na trawie. 

Ailo pozostawił chłopców bez reszty pochłonię­

tych budową zamku i podszedł do niej. Malcy nawet 
nie zauważyli jego zniknięcia. Z pełną powagą wypeł­
niali swe zadanie. 

Usiadł koło dziewczyny. Nie za blisko, żeby się nie 

przestraszyła, ale i nie za daleko. 

- Znalazłaś coś, co ci się spodoba? 
Anna Kajsa pokiwała głową. Palce bawiły się zło­

cistymi sznurkami teczki. Lubił ten kolor. Przypomi­
nał mu jesienną tundrę przybierającą złotą barwę po­
między soczystą zielenią lata a płonącą czerwienią 

ostatnich wysiłków natury, by przezwyciężyć zimę. 

Ailo lubił płaskowyże północy w żółtej szacie. 

Zauważył, że dziewczyna ma krótkie palce. Teraz 

dostrzegał takie szczegóły. Kiedyś nie. Teraz widział 
dużo i mało zapominał. 

- Położyłam go na samym wierzchu - powiedziała. 
- Mogę zobaczyć? - zapytał. Nadal znajdował się 

w takiej odległości od niej, że sama mogła wybierać: dać 

mu teczkę albo podejść bliżej. Ailo pozostał na miejscu. 

Anna Kajsa zachowała teczkę. 
Ailo dostrzegł tylko fragment sukni. Patrzył na 

dzieci, nie chciał utrudniać jej decyzji swoim spojrze­
niem. To na pewno nie było dla niej łatwe. 

background image

Otworzyła teczkę. 
Gdy wskazała na rysunek, zauważył, że obgryzała 

paznokcie. Przeszedł go dreszcz. 

Ida... 
Ida też obgryzała paznokcie. 

Już wieki temu ustalił, że to z nudów. Ida nigdy 

nie była lękliwa czy nieśmiała. Ale i tak nie robiła te­
go tak jak Anna Kajsa. Nie wyglądało to dobrze. 
Dziewczyna obgryzała paznokcie aż do krwi. Na każ­
dym palcu brakowało połowy paznokcia. 

Na pewno nie robiła tego z nudów... 
Ale nic nie powiedział. 
- To te - odezwała się cicho. - Zwłaszcza ten. - Pa­

lec wskazujący jak przestraszony ptak zatoczył krąg 
nad jednym ze szkiców. 

Zdziwił się trochę. 
Nie przypuszczał, że ona wybierze któryś z tych 

rysunków. 

To przy nich najmocniej przyciskał węgiel, szkicu­

jąc gwałtownymi ruchami i grubą kreską. Kwiat nie 
miał wielu linii, nie były miękkie. 

Ale to był bratek. I dobry wybór. Sam uważał, że 

w tym szkicu wydobył coś nowego i odmiennego. 

Styl tego rysunku nie zgadzał się z najnowszymi 

tendencjami w malarstwie europejskim. Nie przypo­
minał nic, co Ailo robił wcześniej. 

Jeżeli nie brało się pod uwagę ptaszka... 

Kwiat nie był do końca wierny naturze, ale miał si­

łę i upór. 

Jego samego korciło, by to ten był modelem dla jej 

klejnotu. Odsunął jednak tę myśl, bo zwiodła go ze­

wnętrzna delikatność Anny Kajsy. Jej kobiecość. Cza­

sem ukryta, czasem wyzywająca. 

background image

Ailo uświadomił sobie teraz, że od razu powinien 

był wybrać właśnie ten szkic. Powinien był wiedzieć, 
że ten kwiat to właśnie ona. 

Wiedział to intuicyjnie. Dlatego go naszkicował. 
Rysował niemal na oślep, jakby w napadzie wściek­

łości. Myślał wtedy o niej, o jej życiu. Czuł wyraźnie, 
że nikt nie powinien przeżywać czegoś takiego, co 
przeżyła ona. Nikt nie powinien być narażony na 
kontakt z ludźmi pozbawionymi zasad. 

Wiedział, że i tak okazała się mocna i silna, skoro 

przeżyła. Że zachowała istotę siebie. Pomimo tego, co 
zrobili z jej duszą i ciałem. 

Zachowała istotę Anny Kajsy. 
Łatwo byłoby jej się załamać. Była taka młoda 

i osamotniona. Traktowano ją nieludzko. Prześla­
dowcom udało się sprawić, że wzięła na siebie winę. 

Ailo czuł to. Wzięła na siebie ich winę, bo jej tak 

wmówili. Wierzyła im. 

Ale teraz zrodziła się nadzieja. 
Wybrała ten właśnie kwiat. Ten szkic. Wyrażający 

najwięcej złości i uporu. 

Oczywiście, że dobrze wybrała. To była ona. 
To właśnie ten kwiat dla niej zrobi! Z najlepszego 

złota. Dwa razy większy niż wcześniej zamierzał. An­
na Kajsa zasługiwała na to, by podarować jej coś, co 
każdy zauważy. 

- Dostaniesz taki kwiat - powiedział głosem prze­

pełnionym uczuciami. 

Widać zdołała dosłyszeć, że ją rozumie, że jest jej 

przyjacielem. 

- To jest naprawdę twój kwiat, Anno Kajso. 
Pokiwała głową. Wiedziała. 

Jej palce zaczęły przerzucać dalsze arkusze, owoce 

background image

wielu bezsennych nocy i samotnych popołudni. Re­

zultaty galopu jego myśli, gdy nawet nie wiedział, że 
rysuje. 

Domek przy zatoce. Dom Mai, ogród Mai. Altana. 

Maja. 

Statki, przystanie. 
Kamieniste wybrzeże. Ubogą ziemię. Morze bar­

dziej dzikie niż Zatoka Botnicka. 

Jego Rui ja. 

Rui ja Idy. 
Naszkicował rośliny tundry. Mech i górskie kwia­

ty. Wszystko z pamięci. Był pewien, że nie zrobił błę­
dów. Te rośliny były częścią niemal całego jego życia. 
Nie mógł ich zapomnieć, mimo że już kilka lat ich 
nie oglądał. 

Narysował osadę lapońską. Jurty. Spiralnie uno­

szący się dym. Stroje. Twarze tych, których pamiętał. 

Ojciec. Babka. 
Rai ja. 
Zakłuło go w sercu, gdy Anna Kajsa zatrzymała się 

nad rysunkiem Raiji. 

Narysował ją jako dorosłą kobietę, ale w chwili, 

o której ojciec mu często opowiadał: gdy stała z chustą 
na głowie w padającym mokrym śniegu. Gdy jej czar­
ne włosy porwał wiatr i szarpał nimi jak skrzydłami 
kruka. Wtedy, gdy opuszczała swoją Finlandię. Gdy sta­
ła tak, samotna i opuszczona. Obcy ptak. Mały Kruk. 

Ale Ailo nie umiał sobie wyobrazić Raiji jako 

dziecka. Dlatego narysował kobietę. 

- Była matką Mai i Knuta - wyjaśnił dziewczynie. 
Cofnęła się do rysunku przedstawiającego Mikkala. 
- Mój ojciec. 
- Byłeś do niego podobny? 

background image

- Tak mówili. 

Zastanawiał się, dlaczego o to spytała. Może chcia­

ła go lepiej poznać, nie stawiając dociekliwych pytań. 

Anna Kajsa zatrzymała się na dłużej nad portretem 

Mikkala. Narysował go w stroju lapońskim, stojącego 
przed jurtą. Widać było koniec sań. W ręku trzymał linę. 

Twarz wyrażała siłę, ale usta miały wyraz łagodności. 
Ailo był do niego podobny... 
Na pewno musiał być przystojny! 
Przerzucała arkusze dalej. Doszła do rysunku leżące­

go na samym spodzie. Oglądała go najdłużej, siedząc na 
schodach. Rozumiała, że jemu poświęcił najwięcej cza­
su. Narysował go, posługując się delikatnymi cieniami. 

Przedstawiał kobietę o oczach tak żyjących, że An­

nie Kajsie wydawało się, że na nią patrzy. 

Wąska twarz. Odrobinę zadarty nos. Brwi wygięte 

w łuk. Włosy wychodzące poza granice rysunku. Lek­

ko uśmiechnięte usta, z grymaśnie wydętą dolną war­
gą. Uśmiech najwyraźniej przeznaczony dla kogoś, 
kogo kochała. 

Ailo dostrzegł rysunek. 

Do diabła! Sądził, że go wyjął... 
Był owocem jednej z tych bolesnych nocy, gdy myś­

li jego szybowały na północ na złocistych skrzydłach. 
Gdy dał się prowadzić na zakazane mu obszary. 

- Ona jest podobna do tej kobiety - powiedziała 

Anna Kajsa. - Do matki Mai i Knuta. 

- Ona też jest jej córką - odpowiedział niemal niedo­

słyszalnie. - Maja i ja nie jesteśmy prawdziwym rodzeń­
stwem. Mamy tego samego ojca. Ona jest jej siostrą. 

- Kochasz ją? 
Tylko pokiwał głową. 

Nie zauważył, kiedy zaczął wyrywać suchą trawę. 

background image

- Ma na imię Ida - rzucił. - Ja... ją kochałem. 
Anna Kajsa długo patrzyła na rysunek. 
Czuła, że ta Ida musiała kochać Ailo. Było to oczy­

wiste. Stanowili parę stworzoną przez bogów. Ona 
taka ładna, no i Ailo... 

Z całą pewnością kiedyś był przystojny. 
- To było przed wypadkiem? 
- Przed - odparł. Nie był w stanie budować peł­

nych zdań. Głos odmawiał mu posłuszeństwa. Łzy 
piekły tuż pod powiekami. 

- Ona wie o tym? 
Pokręcił głową. 
-  O n a nigdy się o tym nie dowie. 

Anna Kajsa długo patrzyła na Ailo. Musiał bardzo 

mocno kochać tamtą kobietę. Musiał cierpieć. 

A teraz był jej przyjacielem. 

background image

12 

Knut i William powrócili z Oulu. Mieli ze sobą list 

adresowany do Mai. 

Nadszedł z Norwegii. Pokrętnymi drogami. Pra­

wie pół roku trwała podróż tego zapieczętowanego 
kawałka papieru. Wiele razy niemal zaginął. Mimo że 
zatrzymywał się po drodze, zawsze ktoś sobie o nim 
przypominał. I przekazywał dalej. Może tylko do są­
siedniej osady leżącej nieco dalej na południe, może 
trochę dalej. Wreszcie znalazł się w Tornio. Marcus 
Runefelt był przecież teściem Mai. Przekazał go da­
lej przez kogoś, kto jechał do Oulu, zanim syn go od­

wiedził. Nie wiedział nic o planach Williama. I zresz­
tą zapomniał o tym liście, gdy syn u niego był. 

Ale w Oulu ktoś Williama odnalazł. Z listem 

w dłoni. 

Adresowanym do Mai Runefelt, córki Reijo, na 

Hailuoto przy Oulu, w Finlandii. 

Pisany był silną dłonią. Knut rozpoznał charakter 

pisma Reijo. 

Użył całej siły woli, by powstrzymać się przed zła­

maniem pieczęci. Nowiny z rodzinnych stron wzbu­
dziły w nim tęsknotę. Nieważne, że źle go tam po­
traktowano. Nad fiordem stał jego dom. Coś w nim 
zawsze będzie za nim tęskniło. Tak samo jak na za­

wsze pozostanie w nim coś z wychowanego bez mat­

ki syna rybaka z Norwegii. 

background image

Historia jego rodu była historią ucieczek. Dopaso­

wał się do tradycji. Wybrał ucieczkę zamiast pozostać 

i podjąć walkę. 

Jednak są sprawy, od których mimo wszystko nie 

ma ucieczki. 

Na przykład korzenie. 
Uświadomił mu to list od Reijo. Sprawił, że znów 

poczuł zapach soli morskiej w nozdrzach i usłyszał 
krzyk mew. 

Tęsknota. 
Knut ucieszył się, że także Ailo czekał na nich w do­

mu. Nie miał żadnych nowin o własnym, nowym do­
mu dla Anjo i dzieci. Ten, który oglądał, okazał się 

zbyt duży. Spodziewano się, że nowy właściciel potra­
fi prowadzić duże gospodarstwo i koordynować pra­
cę wielu ludzi. 

Knut nie zdecydował się na taki krok. Stwierdził, 

że nie tego oczekiwał. Odpowiedziano mu, że nie bę­
dzie miał wielkiego wyboru, gdyż w Finlandii nie ma 

wystarczającej ilości ziemi uprawnej dla wszystkich. 

Knut nie czuł się najlepiej w rozmowie z panami, 

którzy zamierzali sprzedać ów majątek. Nie żeby byli 
niegrzeczni, ale poruszali się na granicy uprzejmości. 
Właściwie nic dziwnego, nie znali go, choć z pewno­
ścią miał środki na zakup gospodarstwa. Nie należał do 
żadnego znanego rodu. 

Pomogło na pewno, że przyprowadził go William. 

Mimo iż wmieszał się w spisek, mimo jego małżeń­
stwa, które zepchnęło go w dół towarzyskiej hierar­
chii, nadal był Runefeltem. 

Nie byli nieuprzejmi. Ale Knut nie czuł się z nimi 

dobrze. 

Przeczuwał, że nie będzie mu łatwo zacząć na no-

background image

wo pomimo posiadanych pieniędzy. Łatwiej byłoby 

wejść pomiędzy gorzej sytuowanych. Teraz był boga­
ty. Ale niewystarczająco znamienity. Dobre drzewo 
genealogiczne pomogłoby mu o wiele bardziej niż 
złoto. Gdyby był biedny, ale z odpowiednimi rodzi­
cami, nie zabrakłoby wokół niego towarzyszy. 

Dało to Knutowi materiał do przemyśleń zabar­

wionych goryczą, choć wcześniej nie zdarzało mu się 

nic takiego. Był dumny ze swojego ojca, rybaka. Był 
dumny ze swoich korzeni, które brały swój początek 

w biednej osadzie w Tornedalen. Był cholernie dum­

ny, że wychował go taki człowiek jak Reijo. Reijo wy­

dawał się jak opoka w porównaniu z wieloma ludź­
mi spotkanymi w Oulu. 

Czuł gorycz, ponieważ ci ludzie nie dawali mu od­

czuć, że jest godny ich towarzystwa. 

Jemu to nie przeszkadzało. On znał swoją wartość. 

Ale odbierał to jako obraźliwe w stosunku do tych, 
spośród których się wywodził. 

Maja nie czekała, aż podróżni otrzepią kurz 

z ubrań. Niecierpliwymi palcami złamała pieczęć, aż 
rozsypała się w czerwonawy pył. 

Podeszła do okna. 
Nie była świadoma, że spojrzenia obecnych skie­

rowały się na nią i że jej twarz odzwierciedlała to, co 

czytała. Nie wiedziała, że przerazili się, gdy zbladła. 
Czuła, jakby ze sztywnego arkusza papieru dobywał 
się głos Reijo. Głos z dalekiego domu. 

Kolejne słowa Reijo coraz bardziej zwiększały 

szok, jakiego doznała. Starał się ją oszczędzać jak 
mógł. Maja zdołała to dostrzec. 

Stała oparta o okno, z listem w dłoniach, i płakała. 
Podszedł do niej Ailo i wyjął papier spomiędzy jej 

background image

kurczowo zaciśniętych palców. Odłożył go na para­
pet i objął siostrę. 

Pocieszał ją samą bliskością, nie mając pojęcia, cze­

mu rozpacza. Zastanawiał się, czy on też będzie płakać. 

- Możemy przeczytać? - spytał Knut. Spojrzał Mai 

w oczy. W gardle rósł mu strach. Bał się o bliskich, 

którzy zostali w domu. 

Maja pokiwała głową i wparła twarz w ramię Ailo. 

Palce zacisnęła na szorstkiej skórze jego kurtki, czu­
ła, że niemal ją przebija. 

Ailo gładził ją po włosach, przemawiając po lapoń-

sku łagodnymi słowami. Mówił do niej w języku, któ­

ry tylko oni i Knut mogli zrozumieć. 

- Ty jeszcze nie wiesz... - zdołała wyszlochać Maja. 

Knut zaczął czytać na głos list Reijo. 

- Moja córko Maju, Knucie i Anjo, chłopcy... 

Chciałbym móc mieć was tu teraz przy sobie. Wolał­
bym opowiedzieć to, co muszę opisać. 

Los nas ciężko doświadczył. Ale nawet w bólu 

można dostrzec promyk nadziei. 

Helena i ja mieszkamy sami w domku na cyplu. 

Pojąłem ją za żonę w czasie trwania jarmarku i teraz 

oczekujemy dziecka. Tak, wasz staruszek znów zo­
stanie ojcem! Nawet nie wiem, czy sam to pojąłem 
do końca. Dlatego, że wybrałem Helenę, a może ra­
czej ona mnie wybrała, nie mogę do was pojechać. 
Bardzo bym chciał, przyznaję. Ale przeważył wzgląd 

na Helenę. Jestem pewien, że rozumiesz to, Maju. 

Emil miał wypadek w górach. Poważnie się zranił 

i pewnie nigdy nie odzyska dawnej sprawności. Ale 
Sedolf i Emil znów są przyjaciółmi. Nawet Ida. 

Chłopcy porozumieli się i połączyli swoje gospodar­

stwa. Pomagają sobie nawzajem. Myślę, że to dobrze. 

background image

Życie jest zbyt krótkie, by nosić w sercu urazę. Ja 

pewnie zawsze byłem zbyt łagodny. 

W podobny sposób jak Knuta próbowano oszukać 

Sedolfa. Z zawiści. Nie będę wymieniał nazwisk, to 

niczemu nie posłuży. Sedolf musiał ukryć się w Finn-
marku i przeczekać niebezpieczeństwo. Ida wszystko 
załatwiła. Pewnie nigdy nie zrozumiem, jak. Najwy­
raźniej zrodziło się jakieś porozumienie pomiędzy 
nią a jednym z ludzi, którzy przeszukiwali dom Knu­

ta. On jest teraz naczelnikiem w Bodę. Pomógł zała­
twić sprawę Sedolfa. Zakończył też sprawę Knuta. 
Odesłał Idzie to, co mu zabrano. Jeżeli Knut zechce, 

może wrócić do domu. 

Najsmutniejsza nowina dotyczy Idy. Wydaje się, 

że żadne z was nie uniknie cierpienia. Wszystkie dzie­
ci Raiji muszą je poznać. Miałem nadzieję, że ból 
ominie moją Idę. Nie dlatego, że kocham was mniej, 
bo nie jesteście z mojej krwi. Po prostu myślałem, że 
dość już cierpień jak na naszą rodzinę. Ale także Ida 

musiała zapłakać. 

Mała Raija usnęła na zawsze w połowie kwietnia. 

Nikt nie wie dlaczego. Nie była chora. Bez bólu po­

żegnała się z życiem. Tyle wiemy. To się stało w no­
cy. Ida ciężko to przeżyła. Chyba jeszcze się z tym 
w pełni nie pogodziła. Tym ciężej, że Raija była dziec­
kiem Ailo. Gdyby nie Sedolf, obawiam się, że postra­
dałaby zmysły. Mały Mikkal jest naszym promykiem 
światła. Oczywiście, najbardziej dla Idy. Ale sama 
mówi, że pragnęła zachować oboje... 

Knut zamilkł. 
Zapadła taka cisza, w której można by usłyszeć 

opadające płatki śniegu. 

Teraz Maja obejmowała Ailo. Ich czarne włosy zmie-

background image

szały się ze sobą. Połączyli się w gwałtownym szlocha 

Znów Maja okazała swoją siłę. Dziedzictwo Raiji, 

którego nie dostrzegało się na pierwszy rzut oka. Mia­
ła siłę swojej matki. Jej zdolność zaciśnięcia zębów 

w najczarniejszym momencie życia. Chęć opieki nad 

tymi, których kochała. Stania przy nich ramię w ra­
mię bez względu na własne uczucia. 

Maja poprowadziła Ailo do fotela i pomogła mu 

usiąść. Zdjęła mu maskę i położyła na stoliku obok. 

Nie pozostawiła go samego. Gdy tak siedział, zgię­

ty wpół, z twarzą ukrytą w dłoniach, wstrząsany pła­
czem, trzymała dłoń na jego ramieniu. Chciała, żeby 
czuł, że jest razem z nim. Że nie odejdzie. 

Cisza stała się aż gęsta. Ściskała ich wszystkich. Ból 

odczuwali jak otwartą ranę. 

Anjo podeszła do męża i wzięła list. Musiała go zoba­

czyć na własne oczy. Ujrzeć pismo Reijo. Te straszne sło­
wa. Anjo starała się wyobrazić sobie Reijo piszącego. Pew­

nie siedział pochylony nad ciemnym stołem kuchennym. 
Spoglądał na fiord. Szukał pomocy w oczach Heleny. 
I formułował dalsze zdanie. Tak delikatnie, jak umiał. 

Pomimo że takich nowin nie można przekazać de­

likatnie. 

Anjo dostrzegała nawet, kiedy robił przerwy. Wte­

dy maczał pióro na nowo. Litery od razu stawały się 

mocniejsze, bardziej stanowcze. 

Biedna Ida! 
Knut w roztargnieniu głaskał żonę po plecach. 

Wpatrywał się w Ailo. Widział, jak jego ciałem nadal 
wstrząsa szloch. Słuchał nieuważnie słów Mai, jej na­
gle łagodnego głosu. Słów, którymi nieomal śpiewała 

w swoim języku. 

- Ona była tak podobna do Ailo - usłyszał Knut swój 

background image

głos, jakby mówił to ktoś inny. Wiedział, że sypał sól 

w otwartą ranę, ale nie mógł się powstrzymać. - Była 
taka ładna... 

- Wszystkie dzieci są ładne - rzuciła Anjo. -

I wszystkie dzieci powinny żyć. 

To była prawda. 
Ale nie przynosiła ulgi. 
William czuł się zbędny. Anna Kajsa też. Bardziej 

niż kiedykolwiek. 

Próbowała pozbierać wszystkie fakty, lecz ciągle 

coś jej przeszkadzało. 

Ida. To imię znała. Była to kobieta na rysunku Ailo. 

Najładniejsza, jaką widziała. To ją kochał. 

Ale nie powiedział jej, że ma dzieci. 
Wszyscy znali ich imiona, tylko nie ona. 
Czuła się taka bezradna. Wcześniej czuła, że Ailo 

jest jej przyjacielem. Kimś bliskim. 

A teraz nie. Bo nie mogła nic zrobić, by go pocie­

szyć. Nawet nie rozumiała tego języka, w którym 
przemawiała do niego Maria. Był to jego język. 

Dziwne, nigdy o tym nie myślała. Wiedziała, że jest 

Lapończykiem, ale nie wiedziała, co to oznacza. Mó­

wił przecież tak dobrze po fińsku. Nigdy nie pomyś­
lała, że to nie jest jego ojczysty język. 

Teraz słowa jakby ich rozdzielały. A już zaczyna­

ła sądzić, że właśnie słowa mogły ich połączyć... 

William odszukał butelkę koniaku. Wiedział, że al­

kohol niczego nie rozwiąże, ale przynajmniej przytę­
pi pierwszy ból. Pomoże znieść szok i rozpacz. 

Podał Mai kieliszek. Spojrzała na niego z wdzięcz­

nością. Miała zaczerwienione powieki. Na sekundę 
przyłożył dłoń do policzka żony i napotkał jej smut­
ne wejrzenie. 

background image

Powiedział jej, że mimo że nie zna Idy, współczu­

je im. Także dlatego, że Ailo tyle dla niego znaczy. 
Ból Ailo odczuwał jak swój własny. Wszyscy, którzy 

kochali Ailo, dzielili z nim jego cierpienie. 

Gdy Ailo wreszcie odchylił się na oparcie fotela, 

jakby nie miał już sił, William położył mu rękę na ra­
mieniu i uścisnął. 

Ale tamten na niego nie spojrzał. Nie patrzył na 

nikogo. 

Maja podniosła kieliszek do ust brata. Przełknął 

trunek. Czuł, jak pali go w gardle i grzeje w żołądku. 
Pił dalej. Opróżnił kieliszek. 

Trunek go oszołomił. 

- Więcej - poprosił. 
William zawahał się. 
- Więcej! - powtórzył Ailo z naciskiem. Spojrzał 

teraz prosto w oczy Williama z takim bólem, że ten 
nalał mu ponownie. 

To też nie pomoże. Ale będzie jak smarowanie ra­

ny maścią. Trochę znieczuli. 

Tym razem Ailo sam trzymał kieliszek. Oburącz, 

gdyż dłonie tak mu drżały, jakby właśnie wrócił prze­
marznięty z zawiei śnieżnej. 

Wypił do dna, nie odejmując kieliszka od ust. Ze­

brani dostrzegli grymas jego twarzy. 

Maja bez słowa odstawiła kieliszek na stolik. Na­

dal siedziała na poręczy fotela brata. William trzymał 
rękę na oparciu mebla. 

Trwali przy nim. 
Ailo powoli pokręcił głową. 
Otaczali go sami przyjaciele. Stali wokół niego w krę­

gu. Nie będzie sam, chyba że o to poprosi. To było do­
bre uczucie. Dobre pomimo tego okropnego bólu. 

background image

- Nigdy jej nie widziałem - powiedział w końcu. -

Nigdy. Ale czuję straszny żal. Czy można czuć żal po 
kimś, kogo się nie znało? Nigdy nie dotykało? Nie 

całowało? Czy można kochać dziecko, nigdy go 
wcześniej nie widząc? 

- Można, Ailo - odpowiedziała mu Anjo. - Można. 

Ona była twoją córką. Było jej dobrze. Żyła dopóty, 
dopóki miała przeznaczone być promykiem słońca 
na ziemi. 

Westchnął głęboko. Łzy nadal płynęły. Nawet nie 

próbował ich powstrzymywać. 

Nigdy nie sądził, że jeszcze będzie mógł płakać. 

Uważał, że dosięgną! dna rozpaczy. Że nie mogło go 
spotkać nic gorszego niż to, co przeszedł. 

Ależ się mylił! 
Zapomniał, że jest ojcem. Może w pełni tego nie 

rozumiał. Nie rozumiał jeszcze, że miłość do własne­

go dziecka była czymś tak wielkim, że mogła przesło­
nić wszystko inne. Nie rozumiał tego, bo nigdy nie 
trzymał bliźniąt w ramionach. Bo nigdy nie uśmie­
chał się do nich... 

Dlatego, że był jedynie ojcem na odległość. 

A teraz przeszywał go ból. 

Jego duszę ogarnęła nieprzenikniona ciemność. 

Dopiero to był prawdziwy ból. 

To, co przeżył wcześniej, nie mogło znieść porów­

nania z obecnym cierpieniem. 

Jeszcze nie wiedział, co oznacza smutek i rozpacz... 

- Biedna Ida! - powiedział. Pomyślał, że ona prze­

cież jest matką. Urodziła ich oboje, a teraz zostało jej 
jedno. Musiało być to dla niej jak zrównanie z ziemią 
domu, w którym się żyło. 

Powiedziała przecież, że chce zachować oboje... 

background image

Ailo wydawało się, że słyszy jej głos, widzi jej usta 

wymawiające te słowa. Widział jej łzy. 

Ida miała Sedolfa! 
- Bogu niech będą dzięki, że nie jest sama - rzekł 

cicho. Złożył dłonie, wydawało mu się to naturalne. 

Jakby nie pozostało mu nic innego. 

Połowa kwietnia już dawno minęła. Zastanawiał 

się, jak teraz czuje się Ida. Jak długo człowiek uczy 
się żyć z takim bólem. Jak długo trwa, zanim przesta­
je go zauważać. Nie dlatego, że znika, ale dlatego, że 
staje się częścią życia. 

Zastanawiał się, ile czasu upłynie, zanim Ida się 

znów uśmiechnie. 

Chciał, by się śmiała. Nie powinna zawsze nosić 

smutku w oczach. Nie dlatego, żeby zapomniała. Nie 
chciał, żeby Ida zapomniała o ich wspólnym dziecku, 
o ich córce. O Małej Raiji. 

O tej, która była do niego podobna... 
Ale Ida nie powinna mieć łez w oczach. Powinna 

się znów uśmiechać. Znów być szczęśliwa. 

Tak, czuł, że Ida powinna mieć więcej dzieci. Wy­

dawało mu się to słuszne, gdy ją sobie wyobraził. Po­
mimo że oczami duszy nadal widział ją jako dziew­
czynę, wiedział, że jest dobrą matką. 

Przy jej spódnicy powinien rozlegać się dziecięcy 

śmiech. Uważał, że ona też tego chce. 

Ale to już nie będą jego dzieci. 
To niemożliwe. 

Dzieci Sedolfa. Sedolf jest dla niej dobrym mężem. 

Musiał w to wierzyć. Musiał wierzyć, że Sedolf ko­
cha ją równie mocno jak on sam. Musiał wierzyć, że 
Sedolf uszczęśliwi ją jak on. 

A może bardziej... 

background image

Westchnął. Zacisnął zęby. Ujrzał wokół siebie za­

smucone twarze. Poczuł, jak bardzo ich wszystkich ko­

cha. Wiedział, że życie mogło się okazać dużo gorsze. 

- Widzieliście umarłego, który płacze - powiedział 

lekko drżącym głosem. Nie wyszedł z tego przekony­
wający żart. Zawierał zbyt wiele bólu, żeby ktokol­
wiek mógł się uśmiechnąć. 

Anna Kajsa nic nie rozumiała. 
- Czy coś jeszcze pisze? - zapytał. Nie mógł roz­

luźnić ściśniętego gardła ani powstrzymać łez. 

Dłonie mu nadal drżały. Ale wziął Maję za rękę. Do­

tyk napełnił go ciepłem. Poczuciem wspólnoty. Wiedział, 
że ten ból będzie długo odczuwał. Wiedział, że jutrzejszy 
poranek nie zatrze śladów. Według niego - żaden. 

- Czy to cały list? 
Knut przejął kartkę od żony. Czytał lepiej od niej. 

Poza tym znał charakter pisma Reijo. 

- Spodziewają się z Heleną dziecka w grudniu -

przekazał. Przeczytał szybko ostatnie zdania. - Dziw­
nie jest wyobrazić sobie Reijo jako młodego ojca - rzu­
cił od siebie i czytał dalej. - Dobre połowy. Urodzaj. 
Sedolf więcej spędza czasu na roli niż na morzu - do­
dał i potoczył wzrokiem po zebranych. - To wszyst­
ko. - Zerknął na Anjo. - Możemy tam wrócić - rzucił 

z krzywym uśmiechem. Jednak gorycz kapała z każde­
go jego słowa. - Chciałbym wiedzieć, jak to się Idzie 
udało. Pamiętam tego człowieka. Nie wyglądał na ta­
kiego, którego mogą zmiękczyć prośby. 

Na twarz Anjo wypłynął dziwny uśmiech. Oczy 

nabrały wyrazu melancholii. 

- On był mężczyzną - rzekła w końcu. - Nie za­

uważyłeś, jak patrzył na Idę? Nie zauważyłeś, że ona 
przebiła się przez skorupę, w której się zamknął? Mo-

background image

że nie był barankiem, ale pod zewnętrzną twardością 
był zwykłym człowiekiem. Mężczyzną, który myślał 
i czuł, i może chciał po prostu z kimś porozmawiać. 

- On i Ida? - spytał Knut z niedowierzaniem. Za­

pomniał zupełnie, że nie są sami. 

Anjo nie patrzyła na męża, gdy odpowiadała. Na­

potkała spojrzenie Ailo. 

- Nie w ten sposób - rzuciła. - Nigdy w ten sposób. 

Ida nie jest łatwa. Ale łatwo jej zjednywać przyjaciół. I na 
szczęście nie osądza innych tak pochopnie jak reszta ro­
dziny. Ja myślę, że ona zdobyła zaufanie tego człowie­
ka. A on pewnie zakochał się w niej tak, jak zakochać 
by się mogło wielu mężczyzn, którzy spotykają kobietę 
taką jak Ida. Nie dlatego, że ona tego chciała czy to spro­

wokowała. Po prostu dlatego, że jest, jaka jest. 

- W takim razie stała się twardsza - stwierdził Ailo. 

Knut nie wiedział, co mówić. Nadal nie rozumiał, 

jak mogło do tego dojść. A już zupełnie nie miał po­
jęcia, skąd Anjo mogła to wiedzieć. 

- My, kobiety, wiemy o sobie więcej - odpowie­

działa Anjo na nie zadane pytanie męża. - Czasem 
rozmawiamy. Czasem kojarzymy ze sobą fakty. I do­
strzegamy więcej niż wy, mężczyźni. Wy widzicie sio­
stry, żony, matki. A my jesteśmy kobietami. Wiemy, 
jak czują kobiety. A wy macie raz na zawsze ustalo­
ne zdanie o kobietach, które kochacie. 

Knut oniemiał. 
- Może teraz powiesz mi - rzucił po chwili - że wo­

lałaś wyjść za Ailo i że Heino był twoim sekretnym 
kochankiem wtedy, gdy wzdłuż i wszerz jeździliśmy 
po Finnmarku... 

Uśmiechnęli się do siebie. Anjo odgarnęła Knuto-

wi włosy z czoła. 

background image

- Mnie znasz - powiedziała. - Ale jesteś ślepy, jeśli 

chodzi o wszystkie inne. 

- Cieszę się, że stała się bardziej twarda - rzucił 

Ailo. - Łatwiej zniesie to wszystko. 

Maja uścisnęła jego dłoń. 
- Myślę, że możemy być pewni, że Ida sobie pora­

dzi. W razie zagrożenia zawsze stawała się twarda jak 
mała drzazga. Pazurami walczy o swoich... 

- No i ma Sedolfa - rzucił Ailo ochryple. 
Nikt mu na to nie odpowiedział. Ale wszyscy myś­

leli to samo. 

Ze Ailo nie miał nikogo, kto mógłby być z nim tak 

blisko, jak Sedolf z Idą. Nikt nie mógł go tak wspie­
rać. Ailo nie miał nikogo. I nie będzie miał. 

Ale on też stał się twardszy. Umiał nazwać rzeczy 

po imieniu. I napotkać je z podniesionym czołem. 

- Nie pójdziesz dziś do domku - stwierdziła Maja. -

Mamy dosyć wolnych pokoi. 

Ale on podniósł się z fotela. Podszedł do okna. Wyj­

rzał w ciemność i wiedział, że ona na niego czeka. 

- Boicie się o mnie? - spytał, nie odwracając się. Po­

mimo że byli dla niego najbliższymi ludźmi na świecie, 
nadal czuł się źle, gdy oglądali go bez maski. Odbiera­
ło mu to pewność siebie. A teraz musiał być twardy. 

- Nie chcemy, żebyś był sam - rzekł Knut. - Współ­

czujemy ci. Przecież ona była twoją córką... 

Ailo wstrząsnął głową. Nadal wyglądał przez okno. 
- Nic mi się nie stanie - rzucił, zaciskając pięści. -

Ciemność nic mi nie zrobi. Często przebywałem 

w ciemności. Ona zawsze mnie skrywała. 

Maja objęła Ailo i przytuliła policzek do jego pleców. 
- Zbyt cię kocham, by pozwolić ci być samemu -

powiedziała. - To wielki ból. Ja też straciłam dziec-

background image

ko. Nigdy go nie widziałam. Ale wiem, co przeży­

wasz, Ailo. Przeszłam przez to sama. Byłam otoczo­

na ludźmi, ale ich odepchnęłam. Potem bardzo żało­

wałam. Bardziej niż możesz przypuszczać. To tylko 

pogorszyło mój stan... 

Uwolnił się z jej objęć. Dłońmi objął jej policzki. 
- Chcesz dobrze, Maju. Wszyscy chcecie dobrze. 

Doceniam to. Ale to mój ból. Muszę go przeżyć na 
swój sposób. I nie sądzę, że moglibyście zasnąć, gdy­
bym tu został. Może bym się opanował, ale nie wy­
szłoby mi to na dobre. Rozumiesz to, Maju, moja naj­
ukochańsza siostro? 

Maja poddała się. 
W głębi duszy rozumiała go. I domyślała się, że nie 

tylko przedstawiciele rodu Alatalo są uparci. Ze stro­
ny rodziny Mikkala Ailo też mógł sporo odziedziczyć. 

- Ale przyjdę z samego rana - rzuciła. 
- Po południu - odparł Ailo i puścił ją. Wciągnął 

kurtkę i złapał butelkę koniaku. - Wezmę ją. To bę­
dzie moje towarzystwo. Może nie najlepsze, ale za­

wsze jakieś... 

Patrzyli, jak odchodzi w mrok. Na spotkanie naj­

dłuższej nocy swego życia. 

background image

13 

Dopiero nazajutrz późnym popołudniem ktoś zjawił 

się w jego samotni. Dla Ailo nie stanowiło to różnicy, 
dla niego czas stanął w miejscu. Było ciemno. Potem na­
stał dzień. W butelce po koniaku ukazało się dno. 

Zaczęło zmierzchać. 
Nie miał pojęcia, jaka jest pogoda na zewnątrz. 

Nie wychodził. Zamknął się w środku. Pił. Płakał. Bił 
pięściami w ściany. Przewracał meble. 

I rysował. 
Drzwi były zamknięte na klucz. Musieli pukać. 

Musieli mocno walić, by Ailo to usłyszał. Żeby usiadł. 

Żeby zrozumiał, że dzieje się coś poza nim. 

Chwiejąc się na nogach, w końcu otworzył. Dzień 

miał jeszcze w sobie światło, więcej niż wpadało 
przez okna. 

Knut i William stali na progu, patrząc na niego za­

troskanym wzrokiem. 

- Dobry Boże, jak ty wyglądasz! - wykrzyknął Wil­

liam. 

Ailo wpuścił ich do środka. 
- To był wypadek - wyjaśnił z grymasem Ailo, pod­

nosząc przewrócony stół. Potłuczone talerze zostawił 
na podłodze. 

Przybysze ogarnęli wzrokiem kuchnię. Spojrzeli 

po sobie, a potem na Ailo. 

- Czy ty w ogóle spałeś tej nocy? - spytał Knut. 

background image

Ailo opadł na fotel i odgarnął włosy z czoła. 
- Nie wiem - odparł zmęczonym głosem. - Nie są­

dzę. W pewnej chwili byłem tak pijany, że mogło mi 
się tak wydawać, ale nie wiem... 

- Żałujesz? - spytał William. 
- Żałuję czego? 
- Że tu pozostałeś. Że jesteś „umarły". 
- To i tak nie przywróciłoby życia mojemu dziec­

ku - odparł Ailo. - Ale pewnie, że żałuję. Każdego 
dnia, choć to nie ma dla nikogo znaczenia. Nawet nie 

warto o tym myśleć. Na wszystko jest nieodwołalnie 

za późno. Już tak długo byłem umarły, że mogę ta­
kim pozostać. Nie nadaję się dla żadnej kobiety. Nie 
jako mężczyzna. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. 

William nie odpowiedział. Rozmawiali już na ten te­

mat wiele razy, I zawsze dostawał tę samą odpowiedź. 

Ailo schwycił teczkę z rysunkami, przejrzał je i wy­

ciągnął kilka z pliku. Gwałtownym ruchem podał je 
Knutowi. 

- Powiedz, czy któreś jest podobne! - zażądał. 
Knut, zdumiony, spojrzał na pierwszy rysunek. 

Czarne kreski układały się w twarzyczkę dziecka. 
Wydała mu się dziwnie znajoma. Ściągnął brwi. Spoj­
rzał badawczo na Ailo. W jego oczach dojrzał takie 
napięcie, że wiedział, iż jest to sprawa wielkiej wagi. 
Kwestia życia lub śmierci. 

Powoli zaczynał rozumieć. 
Z trudem przełknął ślinę. Podniósł do oczu pierw­

szy rysunek. Przejrzał następne. 

Za każdym razem twarz dziecka. Ailo zmieniał, ze­

stawiał inaczej rysy twarzy, ale nadal była to ta sama 
twarz. 

Knut czuł wzbierający płacz, ale zwalczył go. Przez 

background image

te szkice przezierała bezdenna, czarna rozpacz Ailo. 

- Próbowałeś je narysować? - spytał w końcu, gdy 

był pewien, że głos go nie zawiedzie. Spojrzał na Ailo. 
Napotkał spojrzenie swego przyjaciela, swego brata 
krwi. Jakże by chciał dać mu to wszystko, co widział... 

Żałował, że nie potrafi dobrze rysować. 

- Próbowałem... - odparł Ailo zmęczonym głosem. 

Zmęczonym do granic wytrzymałości. - Powiedz mi, 
czy któryś jest podobny. Co się zgadza, a co nie... 

Pochylili się nad rysunkami, które Knut rozłożył 

wachlarzem na stole. 

- Rai ja była podobna do ciebie. Choć może bar­

dziej do Mikkala, twego ojca, jeśli potrafisz wyobra­
zić go sobie jako dziecko. Albo siebie. Miała czarne, 
sztywne włosy. Brwi Mikkala. Jego podbródek. Tak 
mało przypominała Idę, że trudno było niemal uwie­
rzyć, że to jej matka... 

Ailo słuchał całym sobą. 
- Tu linia jest właściwa, ale nie zgadzają się oczy. 

Bo narysowałeś oczy Idy, prawda? 

Ailo przytaknął. 
- Wyobraź sobie oczy Mai, wtedy będzie dobrze. 

No i te jej włosy... Zawsze wyglądała, jakby miała na 

główce czarny kapturek. - Knut przerzucił kilka szki­
ców. - Mały Mikkal jest podobny - stwierdził stanow­
czo. - Takim go pamiętam. Podobny do małej Idy. 
Może ma więcej uporu w spojrzeniu. Ma więcej z Ra-
iji. Właściwie lepiej ją teraz pamiętam, bo Reijo od­
najdywał i wskazywał nam podobieństwo małego do 
niej w rysach twarzy i zachowaniu. Wcześniej widzia­

łem w nim tylko Idę. 

- Ale jest podobny? - spytał Ailo ochrypłym głosem. 
Knut potwierdził. 

background image

- Poza tym tylko, że narysowałeś je trochę starszy­

mi. Mikkal może będzie tak wyglądał za rok. No a Ra-
ija... nie. - Po dłuższej chwili ciszy dodał: - Pod wzglę­
dem wieku Mikkal jest pomiędzy Henrikiem a Karlem. 

Ailo pochłaniał każde słowo Knuta. Zapamiętał, któ­

re szkice Knut uznał za udane. Złożył je stanowczym 
ruchem. Oczy płonęły mu nadal tym samym blaskiem. 

- Musiałem - wyjaśnił. - Po prostu musiałem. Wi­

działem dzieci w mojej głowie, niemal dotykałem... 
Ale to nie wystarczyło. Chciałem je naprawdę zoba­
czyć. I być pewien, że dobrze je narysowałem. Że to 
moje własne dzieci bawią się w moich marzeniach... -
Zacisnął dłonie na teczce. 

- Masz dar w palcach - rzucił Knut. 
- Coś muszę mieć - odparł Ailo. - Coś. A moje dło­

nie... palce... - Spojrzał na nie. - To było mi przezna­
czone. Teraz, gdy moje życie jest takie, jakie jest. 

W jego słowach nie było goryczy, tylko pogodze­

nie się z rzeczywistością. Jego rzeczywistością. 

- Dobrze, że Maja nie przyszła - stwierdził i usiadł. 

Rozejrzał się wokół, jakby pierwszy raz ujrzał roz­
miary zniszczeń. - Ależ tu bałagan... 

William zaśmiał się, choć oczy nadal miał poważne. 
- Maria już dawno by tu przyszła - zdradził, spoglą­

dając na Knuta - ale w drodze na Hailuoto jest nowy 
mieszkaniec. I dlatego nie mogła sobie pójść, bo po­
trzeba wprawnych położnych. Nas wygoniły za drzwi. 

Ailo spojrzał na Knuta pytająco. Ten pokiwał głową. 
- Anjo chyba źle coś obliczyła - rzucił, wzruszając 

ramionami. Ale nie był tak spokojny, jakim się chciał 

wydawać. 

Anjo obudziła się nad ranem. Od czasu do czasu 

czuła skurcze. Jednak dopiero gdy stały się regularne, 

background image

wygoniła go. Ale uśmiechnęła się, mówiąc, że to pew­
nie potrwa. Przecież jest taka mała... 

- Sądziliśmy, że to nadejdzie później. Ale przecież 

nie można odesłać kogoś takiego z powrotem... I naj­
gorsze jest to - rzucił gwałtownie - że wtedy mąż czu­
je się zupełnie niepotrzebny! Możesz tylko chodzić 
i czekać, aż to się skończy. Czujesz się jak najbardziej 
zbędna istota pod słońcem. No i tylko nie mieści ci 
się w głowie, jak ona to wytrzymuje... 

William i Ailo popatrzyli na niego. Obaj wiedzie­

li, że z nich tylko Knut to przeżył, choć wszyscy by­
li ojcami. 

Ailo nigdy nie widział swoich dzieci. Nigdy ich nie 

dotykał. William wrócił do domu do sporego już sy­
na. Ominęło go wiele miesięcy, które nigdy się nie po­

wtórzą. W ciągu których on nie był częścią życia ma­
łego. Nieważne, ile Maria mu opowiadała, ile chciała 

przekazać z tego, co czuła, co przeżywała... 

Żaden z nich nie widział tego cudu. Nie wiedział, 

jak to jest trzymać w ramionach nowo narodzonego 
syna czy córkę. Nie słyszeli pierwszego krzyku doby­

wającego się z głębi pomarszczonego, czerwonego 
ciałka. 

Knut to przeżył. 
Obaj zazdrościli mu tego, ale nic nie powiedzieli. 
Knut jednak to wyczuł, bo nie ciągnął tematu. Do­

brze jednak pamiętał narodziny Karla... Pamiętał, że 
tamtej nocy mieli być u Idy w domku na cyplu. No 
i że coś wydarzyło się wtedy między nią a Sedolfem. 

Już wtedy. 

To także skłoniło Knuta do milczenia. Ailo i tak 

bardzo cierpiał. Nie było sensu rozdrapywać ran. Mó­
wić coś, czego długo by się żałowało. 

background image

- Nic tam po mnie - rzucił tylko. - Tutaj mniej się 

denerwuje... 

- Dobrze, że sprowadziliście doktora - zauważył 

Ailo. 

- Sara z Myra odebrała już w tym roku wiele poro­

dów - wzruszył ramionami Knut. Ale na niego obec­
ność lekarza też działała uspokajająco. Nie mówiąc już 
o Mai, która najchętniej nieba przychyliłaby Anjo. 

Knut wiedział, że Anjo była w najlepszych rękach. 

Jego własne się zaś pociły ze zdenerwowania. 

Pomogli Ailo posprzątać. Zebrali potłuczone szkło do 

jednego wiadra. Na półkach się wyraźnie przerzedziło. 

Ailo potrząsnął głową z niedowierzaniem. Popa­

trzył na prawie pełne wiadro. 

- Nie pamiętam tego - stwierdził zdziwiony. -

Przysięgam, że tego nie pamiętam! 

Wyciągnął kawałek szkła. Była to ocalała nóżka 

kieliszka. 

- Jak mogłem zniszczyć coś tak ładnego? Jak? 
William wyjął mu z dłoni szkło i wrzucił z powro­

tem do wiadra, które wystawił na schody. 

- To tylko przedmioty - powiedział do Ailo. - Nie 

powinieneś teraz płakać nad potłuczonym szkłem. 
Zresztą nie najładniejszym. Maja wynalazła to na 
strychu. Nie miało większej wartości, jeśli to cię po­
cieszy. Dostaniesz nowe... 

Spojrzenie Ailo nadal było bez wyrazu. 

- Po prostu tego nie rozumiem - powtarzał upar­

cie. - Przecież nie byłem aż tak pijany. Powinienem 
to pamiętać... 

Knut przyniósł wodę z pobliskiego źródła i nasta­

wił kawę. 

- Cierpiałeś - pocieszał szwagra William. - Nie by-

background image

łeś w stanie myśleć normalnie. Musiałeś dać upust 

wielkiemu bólowi. I tak lepiej, że wyżyłeś się na 
przedmiotach. Bałem się, że... 

Ailo spojrzał mu badawczo w oczy. 
- Czego się bałeś? - spytał. - Że zwrócę się prze­

ciwko sobie? 

William pokiwał głową. 
Zapadła cisza tak doskonała, że słyszeli nawzajem 

swoje oddechy. I syczenie kropli wody ściekających 
po ściance czajnika na ogień. 

- Myślałem o tym - przyznał się Ailo. - Nie mogę 

zaprzeczyć, że o tym myślałem. Gdy od was odchodzi­
łem, tylko to miałem w głowie. Chciałem końca. Koń­

ca wszystkiego. Potrzebowałem twojego koniaku dla 
odwagi. To, że ona - moje dziecko, moja córka - umar­
ła, podczas gdy ja żyłem jak umarły dla świata... to nie 
miało sensu. Nie widziałem żadnego celu. To było ta­
kie niesprawiedliwe. Czarne. Była we mnie otchłań. 
I siła, która mnie tam ciągnęła, wciągała... Wydawało 
mi się, że to jedyna słuszna rzecz, jaką mogłem zrobić. 
Dla mnie i dla innych. Skończyć ze sobą. 

- Widziałem nóż - rzucił Knut. Zauważył go od ra­

zu, ale nic nie powiedział. Nie chciał wywoływać po­
nurych tematów. Nie w dzień, w którym rodziło się 
jego dziecko. 

Zauważył nóż, wbity w podłogę po prawej stronie 

fotela, na którym siedział Ailo. Wbity z taką siłą, że 
ostrze weszło głęboko w deski. 

- Pamiętam, że siedziałem z nożem skierowanym 

na przegub - przyznał się niechętnie Ailo, nie patrząc 
na żadnego z towarzyszy. Nie sądził, że się do tego 
przyzna. Ale to byli jego przyjaciele. Prawdziwi przy­
jaciele. Nie wszyscy mieli szczęście posiadać takich 

background image

przyjaciół. - Ale coś zawiodło. Może odwaga. Boję się 
umrzeć. Mimo że właściwie nie mam po co żyć, coś 
mnie tu trzyma. Mam marzenie... 

Więcej nie zdradził. Dalszą myśl zachował dla siebie. 

Przyszła mu do głowy niedawno. Nawet przed najlep­
szymi przyjaciółmi nie wszystko należy ujawniać. 

- Masz wystarczająco dużo odwagi, by żyć - po­

prawił go William. Był blady, lecz stanowczy. - To 
nie tchórzostwo, Ailo. To największa odwaga, na ja­
ką może się zdobyć człowiek. 

Ailo zaśmiał się głucho. 
-  N o , nie wiem, Williamie, czy to prawda... 

Kawa była mocna i gorąca. Taka, jaką zawsze robił 

Knut. Jeśli chodziło o kawę, był bardziej szczodry niż 
kobiety. Aż cierpły od niej wargi i piekło w przełyku. 

Knut wydobył jeszcze z kieszeni piersiówkę. Z lek­

kim uśmiechem na twarzy dopełnił kubki jej zawar­
tością. Bardzo chciał, by wszystko szło normalnym 
torem, by ten list od Reijo w ogóle nie dotarł. 

- Może to odrobinę za wcześnie - rzucił - ale chy­

ba nie zaszkodzi, żeby wypić zdrowie mego nowo na­
rodzonego syna! 

Przechylili kubki. Gardła piekły ich teraz jeszcze 

bardziej. Ailo poczuł, że ma skurcze żołądka. Pewnie 
zaraz zwymiotuję, pomyślał. Ale to nic, ból cielesny 
łatwiej znieść. 

Ten czarny, gęsty płyn też niósł z sobą rodzaj za­

pomnienia. Pomagał zepchnąć w głąb to, co najbar­
dziej bolało. 

- Takim pewnym siebie mężczyznom rodzą się córki -

stwierdził Ailo. - Chyba będziesz musiał zadowolić się tym 
synem, którego masz. O ile dobrze pamiętam, masz dwie 
rodzone siostry.- Raija urodziła więcej córek. 

background image

- Zapominasz o tym w Rosji... 
Rzeczywiście. Maja kiedyś mu o nim pisała. Krót­

kie, pełne goryczy zdania o bracie, którego mieli 
gdzieś na wschodzie. 

Zapomniał o wydarzeniu, które dawno temu zadzi­

wiło ludzi w osadzie. O rosyjskim statku, na który 

zabrał Raiję jego kapitan. Ten, który był ojcem jej 

drugiego syna. I który przekazał im wiadomość, że 
ona nie żyje. 

Ailo nigdy nie mógł się z tym pogodzić. Może dla­

tego zapomniał i o chłopcu. O chłopcu, który nosi 
imię podobne do imienia jego własnego ojca... 

- Tak, zapomniałem - potwierdził. Nie chciał 

o tym mówić. Tak jak o swoim dziecku, które mu 
umarło, a którego nie znał. Którego nigdy nawet nie 
pogładził po włosach. 

Nie mógł tak żyć. 
- No to wypijmy za twojego syna - poddał się. -

Chociaż chciałbym cię zobaczyć, kiedy zalotnicy za­

czną krążyć wokół twego domu... 

Jego myśli w sposób nieunikniony uleciały ku 

domkowi na cyplu. 

Knut rozmarzył się, oparłszy się o ścianę. 
- Tak, pewnie przycinałaby natrętnym zalotnikom 

palce oknem, jak taka jedna, którą znamy... - urwał. 
- Przepraszam. Nie chciałem rozdrapywać starych 
ran. Ale nie mogę też zapomnieć o mojej siostrze! Nie 
takiej, jak Ida. 

- Tak, niełatwo ją zapomnieć - zgodził się Ailo. 
Kawa w dziwny sposób stawała się coraz bardziej 

przejrzysta. A piersiówka Knuta w równie dziwny 
sposób pusta. Ból w piersi Ailo przycichł. Już nie pło­
nął ogniem, lecz się żarzył. 

background image

Rozmowa zeszła na bezpieczne tory. Byli w cał­

kiem dobrych humorach, gdy nadeszła zdyszana An­
na Kajsa. Weszła do środka, choć wyglądała, jakby 

wolała pozostać na dworze. 

Na ławę odstawiła kankę i próbowała uspokoić od­

dech. 

Rozejrzała się za Knutem, choć starannie unikała 

jego wzroku. 

- Masz córkę - obwieściła. Nawet lęk, który za­

wsze czuła, zbladł na wspomnienie tej cudownej 

istotki. -Jest śliczna! Ma masę jasnych włosów. I czar­
ne oczy. Najczarniejsze, jakie widziałam. Ciemniej­
sze nawet od węgla Ailo... - Zamilkła, przygryzając 

wargi. Musiała spojrzeć na Knuta. 

Jego radość nie miała granic. Rozpromieniony, 

młócił Ailo i Williama po ramionach. 

- Córka? Śliczna córka? Piękna córka? A nie mówi­

łem, chłopaki? Że to będzie wspaniałe dziecko, najpięk­
niejsze na świecie?! Najpiękniejsza na świecie córka! 

Uśmiech Williama sięgał niemal od ucha do ucha. 

Na twarzy Ailo też można było odczytać to samo. 
Żaden z nich nie chciał przypominać Knutowi, że 
jeszcze całkiem niedawno był święcie przekonany, że 
będzie miał syna. Nie miało to teraz znaczenia. 

- Blondyna, mówisz? - Knut przejechał dłonią 

przez włosy. Gdy Anna Kajsa popatrzyła na niego, 
nie dostrzegła w nim silnego mężczyzny. Był chłop­
cem o śmiejących się oczach. 

- Z czarnymi oczami? - Musiała mu to jeszcze raz 

potwierdzić. 

Przez twarz Anny Kajsy przemknął ostrożny 

uśmiech. Pokiwała głową. Nieco silniejszym głosem 
powiedziała: 

background image

- Czarne jak noc. 
Knut ze śmiechem pochwycił jej ramiona i okręcił 

wokół siebie w dzikim tańcu. Podniósł ją wysoko, 

ściskając wąską talię, i ucałował głośno w oba policz­
ki, zanim postawił ją na podłodze. 

- Blondynka z czarnymi oczami! - usłyszeli jesz­

cze, gdy w pląsach oddalił się ścieżką ku domowi. 

Anna Kajsa stała oszołomiona, zarumieniona, ale 

nie przestraszona. Też chciała odejść, ale przypo­
mniała sobie o kance, którą przyniosła. 

- To zupa dla ciebie, Ailo. - Jemu mogła patrzeć 

w oczy. Nawet musiała, gdyż tylko z jego oczu mog­
ła odczytać cokolwiek. Ale też chciała. 

- Maja ugotowała? 
Potrząsnęła jasną głową. 
- Ja - odparła, patrząc na swoje dłonie. - Coś tam 

potrafię... I tak nie mogłam wiele pomóc. Maja asysto­

wała lekarzowi. Wszystko szło dobrze... - Zadrżała lek­

ko i dodała: - Przynajmniej tak mówili. Ale trudno w to 
uwierzyć. - Spojrzała na Williama i Ailo swoim bez­
bronnym spojrzeniem. - To było okropne - wyznała, 
blada. - Ja nigdy nie chcę mieć dzieci. Nigdy! - rzuciła 
z gwałtownością, której żaden z nich się nie spodzie­

wał. No, ale była młoda. Nigdy wcześniej nie widziała 

porodu. Mimo że w domu traktowano ją niemal na 
równi ze służącymi, trzymano ją z dala od tych spraw. 
O nich tylko się szeptało. 

- Kobiety zawsze rodziły dzieci - stwierdził Wil­

liam. - O ile wiadomo, to jedyny sposób. I już. Ale 

większość przez to przechodzi. I nawet mają więcej 

niż jedno dziecko. Nie może być to aż tak nie do wy­
trzymania... 

Anna Kajsa, wcale nie przekonana, spojrzała na 

background image

przyrodniego brata. Wiedziała, co mówi, bo była ko­
bietą. 

- To było okropne - utrzymywała. - I ja nigdy nie 

będę miała dzieci! 

William uśmiechnął się z pobłażaniem, jakby wie­

dział lepiej. Pogładził ją delikatnie po włosach. 

- Mam nadzieję, że życie obejdzie się z tobą łagod­

nie, Anno Kajso - powiedział. - Nie znam wielu lu­
dzi, którzy zasługiwaliby na to bardziej niż ty! 

Podszedł do drzwi. 
- Pójdę chyba i obejrzę to cudo Knuta. Zobaczę, czy 

warta jest tylu pochwal, którymi ją już zasypywał... 

Spojrzał na Annę Kajsę. Dziewczyna kręciła się 

niespokojnie. Najwyraźniej nie chciała iść. Ale nie 
mogła odważyć się zostać, a już na pewno sama tego 
zaproponować. 

Ailo był jak ślepy i głuchy. Ale ona była zbyt młoda, 

by to rozumieć. Nadal znała Ailo zbyt mało. William 
żałował teraz, że nie powiedział jej całej prawdy o Ailo. 

Ale tym razem jej pomógł. 
- Zostań tu i podgrzej zupę dla Ailo. No i zoba­

czymy, czy będzie na tyle rycerski, by odprowadzić 
cię do domu przez ten ciemny las... 

- Ja się nie boję! - zaprotestowała szybko. 
William uśmiechnął się do niej. 
- Idę. Będę miał na pewno okazję do wypicia za 

zdrowie tej dziewczynki - rzucił. - Przecież ostatnio 
piliśmy za niewłaściwą płeć... 

Zamknął za sobą drzwi. 

Anna Kajsa poszukała garnka i przelała do niego zu­

pę. Robiła to wszystko, nie patrząc na Ailo. Zauważy­
ła jednak każdy szczegół. Od wczoraj nie zmienił ubra­
nia, nie czesał włosów. Pewnie nie spał ani chwili... 

background image

Pomimo wysiłków mężczyzn od razu zauważyła 

też bałagan w domu. Także wiadro ze skorupami 

i szkłem. 

- Nie mówiłeś, że masz dzieci - powiedziała, zbyt 

gwałtownie mieszając zupę. Musiała coś robić z ręka­
mi, na czymś skupić wzrok, by nie patrzeć na niego. 

- Nie - odparł jednym słowem. 
- Nigdy ich nie widziałeś? 
Pomiętała, co mówili poprzedniego wieczora. Mia­

ła dobrą pamięć. Ćwiczyła ją przez całe życie. Był to 
sposób na uniknięcie przykrych myśli. Wypełniała 
głowę tym, co usłyszała. 

Ale nauczyła się, że to dobrze wiedzieć o wszystkim. 

Dobrze było umieć słuchać. 
- N i e . 

Ailo wstał. Niespokojnie przeszedł po pokoju. Sta­

nął koło Anny Kajsy i ścisnął krawędź stołu, aż zbie­
lały mu kostki. 

- Pilnie słuchałaś, prawda? 
Zaczerwieniła się gwałtownie. 
- Nikt nie powiedział, żebym wyszła - broniła się. 

Czuła, jakby podłoga się pod nią uginała. Nie przy­
puszczała, że on może tak zareagować. Przecież był 

po jej stronie, był przyjacielem... 

- Nie to miałem na myśli... - Zmitygował się Ailo. -

Mam dzieci. Miałem córkę. Mam syna. Były bliźnięta­
mi. Nigdy ich nie widziałem. Ida jest ich matką. 

- Dlaczego więc jesteś tu? - Anna Kajsa utkwiła 

swe wielkie oczy w oczach Ailo. 

- Bo dla nich umarłem. Dlatego, że Ida sądzi, że 

nie żyję. I tak ma pozostać. Moje powstanie z grobu 
spowodowałoby zbyt dużo cierpienia. Dla mnie, dla 
niej, dla wszystkich. 

background image

- Ale to twoje dziecko! 
Pokiwał głową. Długo patrzył na Annę Kajsę. 
- Ida jest moją żoną. 
- Jesteś żonaty?! 
Westchnął, potakując. 
- A kim jest ten, którego nazywali... - Anna Kajsa 

nie zapamiętała jego imienia. Nic dziwnego: „SedolP 
brzmiało obco dla fińskiego ucha. Dziewczyna zupeł­
nie zapomniała o mieszaniu zupy, chociaż z garnka 

już mocno parowało. - Kim on jest? 

- Sedolf jest mężem Idy - wyjaśnił Ailo spokojnie 

i poważnie. 

- Ale przecież to niemożliwe! - sprzeciwiła się An­

na Kajsa, zaskoczona. - Przecież to ty jesteś jej mężem! 

Ailo pogładził ją po włosach. Umieścił pasmo jej 

włosów za uchem. Wyglądała tak przejmująco mło­
do i niewinnie, nie na swoje siedemnaście lat. 

- Ale ja nie żyję, Anno Kajso. Ida była wdową. 
Zamilkł. Dziewczyna wyglądała na wzburzoną. 

Wyjął z jej dłoni drewnianą łyżkę. Cofnęła gwałtow­
nie palce, bo musnął ją przy tym leciutko. 

- Wszystko stało się tak, bo tak musiało - wytłuma­

czył, mieszając zupę i ratując ją przed wykipieniem. 
Odsunął garnek z ognia. - Ja byłem jak umarły. Mu­
siałem podjąć decyzję. Nie mogłem być już mężem dla 

Idy. A ona jest taka młoda. W twoim wieku, może tro­

chę starsza. Powinna zaznać szczęścia w życiu. Kocha­
łem ją na tyle mocno, że umarłem dla niej. 

- Ona kochałaby cię bez względu na wszystko! 
Ailo pokiwał głową. 
- Pewnie tak - odparł. - Na pewno. Ale tak zdecy­

dowałem. I tak będę żył. Dla Idy nie żyję. 

Ale nie powiedział jej, dlaczego. 

background image

14 

Fińska córeczka Knuta i Anjo była naprawdę prze­

śliczna. Miała gęste, jasne włosy, dłuższe niż zwykle 
u noworodków. A jej oczy miały kolor głębszy niż 
czerń nocy czy węgla. Były iskrząco czarne. 

Następnego dnia Knut napisał list do domu. Jak na 

niego, niezwykle długo opisywał ten ich mały cud. 

Ale znalazł też słowa, w których przekazał ich żal 

z powodu małej Raiji. Długo zastanawiał się, jak mo­
że przemycić jakąś wieść o Ailo bez wspominania te­
go, czego nigdy nie powinien wspominać. 

Dlatego list leżał nie skończony i nie wysłany. 

Ailo poczuł, że wypełnia go coś niezwykłego, gdy 

pochylił się nad kołyską malutkiej. Skurcz w gardle 
nie ustąpił, gdy Knut podniósł ją i położył w jego ra­
mionach. Długo nie mógł wykrztusić słowa. 

- Ładna? - spytała Anjo. Była zmęczona, lecz na 

policzkach wykwitły jej rumieńce. W oczach miała 
blask szczęścia, który Ailo postanowił na długo zapa­
miętać. Gdy będzie sam, wywoła ten blask z pamię­
ci. Postara się wyobrazić go sobie, ale w oczach Idy. 
Nie na papierze, ale w swoich myślach. Taki obraz, 

który tylko on będzie w stanie widzieć. 

- Prześliczna - odparł z przekonaniem. Nie musiał 

udawać, by zadowolić dumnych rodziców. 

Ostrożnie przesunął opuszkami palców po mię-

ciutkim policzku dziecka. Mała zamrugała powieka-

background image

mi. Ziewnęła szeroko, pokazując bezzębne dziąsełka. 
Następnie skrzywiła się lekko, rozrzuciła małe dło­
nie, rozczapierzając paluszki, i znów zapadła w sen. 

- Brwi Raiji - powiedział Ailo. Musiał je pogładzić. -

Czarne skrzydła kruka się powtarzają. 

Potrząsnął głową, zadziwiony. Czuł się niezwykle 

i wspaniale, stojąc tak z małym człowiekiem w ramio­
nach. 

To był cud. 

Napełniła go melancholia, usuwając na drugi plan 

jego ból. Odsunęła go tam, gdzie Ailo nie tak często 
sięgał. Wiedział, że jeszcze nie jest z nim pogodzony. 
Ale najgorszy etap minął. Uroczyście wręczył dziew­
czynkę matce. Obserwował, jak Anjo przykłada ją so­
bie do piersi. Dostrzegł ich wspólnotę, która była 
czymś najpiękniejszym, co kiedykolwiek widział. 

Musiał mocno mrugać oczami, by się nie rozpłakać. 
Zrozumiał jasno, dlaczego tak wielu najlepszych 

malarzy przedstawiało ten właśnie motyw na swych 
obrazach. Matka i dziecko. 

On też czuł potrzebę uwiecznienia tego, co zaob­

serwował. Ale nie pędzel będzie jego narzędziem. 

- Nadamy jej piękne imię, wiesz? - powiedziała 

Anjo. 

Knut przysiadł na skraju posłania żony. Stanowili 

jedność. Ailo zazdrościł im tego, ale jednocześnie cie­
szył się, że mają siebie nawzajem. 

On był tak podzielony, niespójny... 
- Myśleliśmy, by nazwać ją po jej ojcu chrzestnym -

dodał Knut, mrugnąwszy okiem, i pozwolił Anjo do­
kończyć. 

- No i chcemy, by był nim jej prawie wujek. Jeże­

li się zgodzisz? 

background image

Ailo zamrugał oczami. To jego mieli na myśli? 
Knut potwierdził skinieniem głowy. 
- Nazwiemy ją Aila - mówiła Anjo. - Musi mieć 

fińskie imię, skoro urodziła się w Finlandii. Czy nie 
jest ładne? Najbliższe twojemu, Ailo... 

Długo na nich spoglądał. Ukucnąl koło łóżka, by 

napatrzeć się do syta na malutką. 

- Jest śliczna - powiedział w końcu. Czul, że łzy 

wzruszenia pieką go pod powiekami. - Ale ja na to 

nie zasłużyłem... 

Wtedy Anjo schwyciła go za czuprynę i pociągnę­

ła w górę, aż spojrzał jej w oczy. 

- Kochany Ailo - oznajmiła surowo - należysz do lu­

dzi, których oboje z Knutem kochamy najbardziej na 
ziemi. Jesteś wspaniały i dobry. Oboje poszlibyśmy za 
tobą w ogień. Tak jak ty zrobiłbyś to dla nas. Czuję, jak­
byś był moim bratem. Jesteś mi bliższy niż nawet kie­

dyś Heino. Teraz już wiesz, niewdzięcznika I nie przy­
chodź tu więcej i nie mów, że na to nie zasługujesz! Ja 
nazywam moje dziecko po tym, po kim chcę! A jeżeli 
nie będziesz grzeczny, nazwę ją Marcusina po Marcusie 
Runefelcie, a wiesz, że to będzie okropne dla dziecka! 

Puściła jego włosy. Ailo pochylił się i pocałował ją 

w policzek. 

Zrobił to impulsywnie. Pocałował ją ustami pozba­

wionymi warg. Był tym bardziej zdumiony niż Anjo. 

Teraz ona płakała. Czuła, że otrzymała z jego stro­

ny największy dowód zaufania. 

- Kocham cię, najmilszy Ailo - powiedziała głosem 

dławionym wzruszeniem. - Nie odmawiaj! 

Ailo wstał. Nie umiał nazwać uczuć, jakie się 

w nim burzyły. W oczach Anjo nie dostrzegł odrazy! 

Nawet cienia! 

background image

Anjo rozumiała. 

- Oczywiście, że może się nazywać Aila - rzucił. -

Ja zawsze będę ją kochał. I będę dumny, że nosi mo­

je imię. 

I tak się stało. Dziewczynka została ochrzczona 

Aila, mając Maję i Ailo za rodziców chrzestnych. 

Miała wtedy trzy tygodnie i czekała na swoją 

pierwszą zimę. 

Knut wciąż nie mógł dokończyć listu. Nadal bra­

kowało mu ostatnich słów. 

Anjo wiele razy proponowała, że ona dokończy, 

ale jej nie pozwalał. Czuł, że musi to zrobić sam. 

Teraz wiedział już, co napisać. 

Spadł pierwszy śnieg. Pokrył ziemię jakby war­

stewką cukru. Topniał, gdy w dzień świeciło słońce. 

Znów dawny niepokój pochwycił Maję jak stęsk­

niony kochanek. Nie udało jej się go pozbyć. Nie 
umiała się uspokoić. Kręciła się podenerwowana po 
domu, ale i to nie pomogło. 

Wreszcie zarzuciła płaszcz na ramiona i wyszła. 

Wędrowała, pozostawiając za sobą ślady na cienkiej 

warstwie śniegu. 

Zadrżała. Nawet nie z zimna, ale ze strachu przed 

zimą. 

Nie lubiła tej pory roku. Nie kojarzyła się jej z od­

poczynkiem, ale ze śmiercią.. 

Gdyby mogła, przespałaby ją jak niedźwiedź. Ale 

ludzie nie mogą tego zrobić. Muszą przez to przejść, 

aby zasłużyć na wiosnę. 

Obok altany stały suche róże. Mróz zaskoczył je 

jak co roku. 

background image

Nikt nie lubi myśli o zimie. Zawsze ma się nadzie­

ję, że jesień będzie długa i łagodna. 

Co roku ten sam zawód. I co roku dla Mai trudny 

do przyjęcia. 

Złamała jedną szarozieloną gałązkę. Kolec wbił się 

w jej kciuk, aż zaczęła krwawić. 

Usłyszała jego kroki. Wiedziała, że jego ślady od­

ciskają się na śniegu blisko jej śladów. Właśnie tak, 
jak będą ich wiodły razem przez życie. 

Czuła, że to jest właściwe. 
William podszedł do niej. Ujął jej dłoń w swoje. 

Miał silne, długie, szczupłe palce. Nie były to dłonie 
arystokraty, a raczej człowieka pracującego fizycznie. 

Wyciągnął kolec. Ucałował rankę, jaką pozostawił. 

Zlizał jej krew ze swoich warg. 

- Może trochę za późno na zrywanie kwiatów o tej 

porze roku - powiedział. Pochylił się jednak i ułamał ze­
schnięty pączek róży. Obłamał z niego kolce i podał Mai. 

- Smutno patrzeć, jak wystają spod śniegu w zimie -

powiedziała. - Powinny stać w cieple. One też żyją... 

William położył jej ręce na ramionach. Patrzył tyl­

ko na nią. 

- Ta twoja chęć opiekowania się wszystkim, co ży­

je, Mario! Tym, co małe... 

Pocałował ją w czoło. I puścił. Otworzył skrzypią­

ce drzwi do altany. Powinno się je naoliwić przed 
wiosną, pomyślała. 

Maja weszła za mężem do środka. 
Wszystko się tu zmieniło za sprawą mrozu i śnie­

gu, choć przeszklony dom był niby ten sam. 

Słońce lata czyniło z niego ogród. Kolorowe szyb­

ki przypominały kwiaty. 

Zima miała mroźne światło. Odsłaniała wszystko 

background image

to, co lato skrywało. Ostre cienie zamiast łagodnych. 
Biel i błękit. 

Maja zadrżała. 
- Czy kiedykolwiek zajmiesz się w ten sposób trochę 

większymi? - spytał William, stojąc zwrócony w stronę 

zatoki i jej niebieskiej wody. - Czy kiedykolwiek zaj­
miesz się z takim ciepłem kimś tak dużym jak ja? 

Pytanie zostało wypowiedziane cicho i z takim 

cierpieniem, że ostry ból przeszył serce Mai. 

Czyżby aż tak go zaniedbywała? 
Odłożyła suchy pączek róży. 
Wiele czasu poświęcała Ailo. Łączyły ich mocne 

i nierozerwalne więzy. Byli rodzeństwem. Czuła, że 
jej potrzebuje. Tak za nim tęskniła... 

Wiele czasu zajmowała jej Anna Kajsa. Dziewczy­

na była nieszczęśliwym ptaszkiem, który także po­
trzebował jej troski. Tym bardziej że broniła się przed 
nią. Maja starała się zdobyć jej zaufanie, okazać dziew­
czynie, że jej na niej zależy. Że chce jej pomóc... 

No i Henrik. Wymagał wiele uwagi i miał do tego 

prawo. Był ich dzieckiem. Potrzebował jej bardziej 
niż kogokolwiek innego. Wydawało jej się, że Wil­
liam się z nią zgadza w tej kwestii... 

Narodziny Aili wszystkich odmieniło. Jedno przez 

drugie starali się zaskarbić jej względy. Wszyscy byli 
zakochani w malutkiej. A jednocześnie pamiętali 
o Karlu i dbali, by nie czuł się odsunięty z powodu 
siostrzyczki. 

Dokoła ktoś czegoś od Mai oczekiwał, a ona ze 

wszystkich sił starała się temu sprostać. 

A czasami wykradała chwile tylko dla siebie, gdy 

uciekała do lasu, by pomyśleć. Zatopić się w myślach, 
całkiem sama. Był to czas dla jej duszy. 

background image

Ale gdzie w tym wszystkim był William? Jedli ra­

zem, siedząc naprzeciwko siebie. Razem cieszyli się sy­
nem. Leżeli we wspólnym łożu. Czasem się kochali 

w ciemności. Ale rzadko. Maja nie mogła sobie przy­

pomnieć, kiedy stało się to ostatni raz. Zawstydziła się. 

To było miejsce Williama w jej życiu?! 
- Czy jest dla mnie nadzieja, Mario? - spytał. - Czy 

jest dla mnie miejsce w twoim życiu? 

Chciało jej się płakać. 
William po prostu był. 
Tak to czuła. Tak było zawsze. Bo William kochał 

ją bez zastrzeżeń. William przeszedłby dla niej przez 
ogień. William ją uwielbiał. 

Odbierała to jako rzecz oczywistą. Uważała, że tak 

będzie zawsze. Że będzie się trzymał w cieniu. Ze nic, 
co ona uczyni, nie zmieni jego uczuć. 

Liczyła na to, że życie tak właśnie będzie wyglą­

dać. Że ona będzie tęskniła za czymś, czego już na­

wet nie umiała nazwać. A William będzie się do niej 

dostosowywał. 

Naiwne? 
Może. 

Ale było też inne słowo, które dużo lepiej oddawa­

ło tę sytuację. Gdy przyszło Mai na myśl, zadrżała. 

Okrucieństwo. 

Albo chłód uczuciowy. 

Czy to taka miała być? Czy to tymi słowami chcia­

ła siebie określać w chwilach szczerości? 

- Nie rozumiem, jak ty ze mną wytrzymujesz... -

powiedziała. 

Może usłyszał w jej głosie, że właśnie odrzuca swą 

maskę, bo odwrócił się gwałtownie. Objął ją i przy­
tulił mocno. 

background image

Policzek oparł o jej głowę. Ogrzewał ją. 
- Ja chcę tylko móc cię kochać - rzucił zdespero­

wany. - Chcę wiedzieć, że jesteś otwarta na to, co czu­
ję do ciebie. Jeśli nie, to wszystko traci sens... 

- Nie chciałam się od ciebie odsuwać - zapewniła 

sztywno. Słowa jakby raniły jej wargi. Ich wypowia­
danie bolało, ale jeszcze gorsze byłoby przemilczenie. 
- Skrzywdziłam cię, Williamie... ale musisz wiedzieć, 
że nigdy tego nie chciałam. Nie robiłam tego świado­
mie. To była taka bezmyślność bez serca... 

Zaśmiał się głucho. 
- Gdybym kiedykolwiek przypuszczał, że robisz to 

świadomie, udusiłbym cię własnymi rękami. A potem 
sam się zabił. W nadziei, że po tamtej stronie będziesz 
dla mnie łaskawsza. - Uśmiechnął się. - Wiem dobrze, 
że nie robiłaś tego świadomie, Mario. Ale to i tak 
strasznie boli. Bezdomnemu psu ofiarowałabyś wię­
cej uwagi niż mnie. 

Oparł czoło o jej czoło i spojrzał prosto w oczy. 
- Potrzebuję więcej niż tylko od czasu do czasu 

otwartych ramion i rozsuniętych kolan... 

Maja zaczerwieniła się gwałtownie. 
Trafił. 

To tak właśnie było. Wiedziała o tym najlepiej. 

Czasami, gdy zaczynało ją gryźć sumienie, wyku­

pywała się miłością fizyczną. Zamykała oczy na to, 
że jej samej sprawiała ona przyjemność. Każdemu 
fragmentowi jej ciała. 

Była jego kobietą. I zapominała, że też potrzebo­

wała mężczyzny. 

- Wiem - odpowiedziała suchymi ustami. 
William pocałował ją lekko. Tak samo ciepło 

i uważnie jak zwykle. 

background image

Maja nie zamknęła oczu. Odsunęła myśli od ko­

chanka, który był jednocześnie Reijo i Simonem, 
i Heino, i Williamem. Który był rycerzem, bogiem 
i świętym - i był równie nierzeczywisty. Oderwała się 
od tych rojeń, które niebezpiecznie często pochłania­
ły ją, gdy obejmowały ją ramiona Williama. 

Zorientowała się ze zgrozą, że tylko w altanie ko­

chała się z samym Williamem. Poza tym zawsze ota­
czały ją ramiona tego kochanka z marzeń. Jemu da­
wała więcej z siebie niż Williamowi. 

Ale teraz całowała właśnie Williama. 
- Czym ja właściwie jestem dla ciebie, Mario? - Nie 

puścił jej. Trzymał ją mocno przy sobie. - Co we 
mnie lubisz? Dlaczego ze mną jesteś? 

- Dajesz mi bezpieczeństwo - odpowiedziała 

ostrożnie. Starała się być naprawdę szczera. Nie 
chciała go zranić, ale też nie chciała kłamać. - Jesteś 

jak opoka. Jesteś ojcem mojego syna. Dałeś mi dom, 
otoczyłeś dobrobytem, o jakim nigdy nie śniłam. Je­
steś dobry. Silny... 

Uśmiechnął się smutno. 

- Pożądasz mnie? Lubisz moje ciało? - spytał. Ni­

gdy tak nie rozmawiał z żadną kobietą. Pragnął, by 
pomiędzy nimi powstało tyle zaufania, żeby byli 

w stanie i o tym mówić. 

Maja zamrugała oczami. Przytuliła się do niego 

jeszcze mocniej, mimo że teraz nie mogła już na nie­
go patrzeć. Był od niej o tyle wyższy. 

- Tak - odparła szczerze. - Gdy nie jestem tak za­

jęta wszystkim innym, gdy mam czas, by żyć i słu­
chać siebie, William, wtedy ciebie pożądam... 

- Czy to dlatego boisz się mieć czas? - spytał szep­

tem William. - Dlatego starasz się być zawsze zajęta? 

background image

Dlatego jest tak, że mamy tak mało czasu tylko dla 
siebie? Boisz się być sama ze mną, Mario? Boisz się 
mnie pożądać? 

Maja przełknęła kilkakrotnie ślinę, zanim mogła 

odpowiedzieć: 

- Chyba tak... 
Czuła, jakby dopiero teraz to sobie wyraźnie 

uświadomiła. Rojenia nie były już niebezpieczne. 

Łatwo było zakochać się w osobach, które żyły tyl­

ko w jej marzeniach. Robiły to, czego ona po nich 
oczekiwała. Mogła zmieniać bieg wydarzeń, aż 

wszystko działo się wedle jej życzenia. 

Ale życie było ciągiem chwil wplątanych w siebie. 

Chwilami, które się właśnie przeżywa. Można je ze­
psuć lub uczynić pięknymi. 

Życia nie da się przeżyć jeszcze raz. 
Nie można go cofnąć, mówiąc, że źle wyszło. Że 

się chce znów przeżyć te chwile, ale w inny sposób. 

Prawdziwi ludzie byli tylko sobą. Nie mogła ich 

upiększyć ani zmienić, by jej pasowali. 

Byli żywi. Na dobre i na złe. Także czynili dobrze 

i źle. 

I oni stawiali jej wymagania. 
Oczywiście, że trudno było kochać prawdziwego 

mężczyznę. 

Ale zaczęła dostrzegać, że mogło to być także pięk­

ne. Że w tym też było niebo. Zrozumiała to, będąc 
z Heino. 

On nigdy nie pozwolił jej na snucie marzeń. Zmu­

sił ją, by go dostrzegała. I poczuła do niego ciepło. 
Dużo ciepła. 

Kochała Heino, pomimo że nie było to uczucie ła­

twe. Było w nim dużo bólu... 

background image

William nigdy nie stawiał jej wymagań. William 

tylko czekał i miał nadzieję. 

Aż do teraz. 
- Boję się pokochać cię za mocno - wyrwało się jej. 
- Żeby nie zaznać cierpienia? 

Pokiwała głową. 
Stanął jej przed oczami Reijo. Czekał ponad dzie­

sięć lat na kobietę, która nigdy nie powróciła. 

To była jej szkoła miłości. 
- Nigdy bym nie mógł cię zranić - powiedział Wil­

liam z powagą w głosie. - Wiele razy o tym myślałem, 
bo sprawiałaś mi taki ból. Twoje oddalenie, twój 
chłód... to mnie raniło, Mario. I muszę przyznać, że 

chciałem móc zranić cię tak samo. Zrobić ci coś takie­
go, byś poczuła to samo co ja. Ale nie mogłem. Po pro­
stu nie mogłem. I nie sądzę, żebym kiedykolwiek mógł. 

- Dlaczego? - spytała, zagubiona. Jego wyznanie 

zabolało ją. - Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry, 
Williamie? 

- Dlatego, że cię kocham. Moja miłość taka jest. 

Ale nie mogę bez końca tylko dawać i dawać bez na­
dziei, że otrzymam coś w zamian. Coś innego niż tyl­
ko czasami otwarte ramiona. To przyprawia o poczu­
cie większej pustki niż bycie bez ciebie. 

- Szczere słowa... 
- Jesteśmy przyjaciółmi? 
Maja pokiwała głową. 
- Oprócz Ailo ty jesteś moim najlepszym przyja­

cielem - wyznała. 

Musnął ustami jej czoło. 
- Obiecaj mi, kochana Maju, że pozwolisz mi być 

swoim najlepszym przyjacielem. Ailo to twój brat. Ja 
jestem twoim mężem. Od tej pory będę bardzo wyma-

background image

gającym mężem. Chcę ciebie całej. Chcę mieć cale two­
je zaufanie. Chcę, abyś to do mnie szła jako do pierw­
szego. Ailo to zrozumie. Ucieszy się, gdy pomiędzy na­
mi będzie więcej ciepła. Twój brat ma wielkie serce. 

- Czy wiesz, że nazwałeś mnie Mają? 

Spojrzał na nią zdumiony. Pamiętał, że to on właś­

nie zaczął mówić na nią Maria, tak jak była ochrzczo­
na. Sądził, że to do niej pasowało. 

Teraz zrozumiał, że się mylił. 
Uśmiechnął się lekko. 
- Pewnie tak. Pozostali przecież tak cię nazywają. 

Czy myślisz czasem o sobie jako o Marii? 

Potrząsnęła głową. 

- A więc zawsze już będziesz dla mnie Mają - obie­

cał. - Od tej pory zacznę cię zdobywać, moja miła. 
Cały mój czas poświęcę na zaloty do kobiety, w któ­

rej się tak szaleńczo zakochałem. Nie dam jej naj­
mniejszej nawet możliwości, by się wycofała. 

Maja zaśmiała się. Poczuła się znów młoda. Pomyśla­

ła, że zima może nie będzie tak trudna do przetrwania. 

- Przecież to nie wiosna, Williamie. Chyba pomy­

liły ci się pory roku... 

Potrząsnął głową. 
-  N a m będzie gorąco, moja piękna. Tak gorąco, że 

stopimy śnieg. Będzie tak gorąco, że twoje róże roz­
kwitną spod śniegu. Wszyscy będą myśleć, że to noc 
świętojańska, a nie Nowy Rok... 

- Ta kobieta, którą kochasz... - rzuciła Maja - ...czu­

ję, że ona ma męża. Czy on niczego nie zauważy? 

Uświadomiła sobie, że z nim flirtuje! Po raz pierw­

szy w życiu. 

Nigdy nie było czegoś takiego pomiędzy nią a Si­

monem. Ani Heino. 

background image

To było coś całkiem nowego. Nowego i ekscytują­

cego... 

- Jej mąż jest tak zaślepiony miłością do tego wspa­

niałego stworzenia, że nic a nic nie zauważy - wy­
szeptał William. 

Ich pocałunki stały się bardziej gorące. Maja nie 

miała nic przeciwko temu. 

Przez moment spojrzały na nią inne oczy. Oczy 

z marzenia. Ale odgoniła je. Rzeczywistość okazała 
się tak cudownie podniecająca, że nie potrzebowała 
marzeń. William sprawiał jej więcej niespodzianek 
niż jakiekolwiek fantazje. 

- Chciałbym się teraz z nią umówić - wyszeptał 

William. - Wieczorem zamierzam pójść do jej sypial­

ni i dobrze napalić w kominku. Przemycę butelkę do­
brego wina i dwa kryształowe kieliszki z salonu. Czy 

ona się tam ze mną spotka? 

Maja pokiwała głową. 
- A co się tam stanie? - spytała, także szeptem. 
- Uwiodę ją - odparł, pewny siebie. - Sprawię, że 

zajdzie ze mną w ciążę. 

Uściskała go, śmiejąc się gardłowo. To było szaleń­

stwo - umawiać się na potajemną schadzkę z włas­
nym mężem jak z sekretnym kochankiem. 

Ale jeśli nawet szaleństwo, to cudowne. Cudowne 

i oszałamiające. 

- Ona tam będzie - obiecała. - Możesz na to liczyć. 

background image

Posłowie 

Maja i William naprawdę zbliżyli się do siebie. Nie 

Maria i William. 

Coś tak banalnego jak inna forma imienia mogło 

budować mury pomiędzy ludźmi, stwarzać różnice 
tam, gdzie ich być nie powinno. 

Zachowywali się jak zakochani. Posyłali sobie wy­

mowne spojrzenia przy innych. Potrafili uciec 

w środku dnia, by gdzieś pod schodami obejmować 

się namiętnie i. całować do utraty tchu. 

Mogli iść razem wzdłuż plaży ze splecionymi dłoń­

mi, gonić się jak dzieci tuż przy linii wody, by potem 
upaść na śnieg czy zeschłą trawę i poddać się piesz­
czotom gorętszym niż słońce w środku lata. 

Naprawdę się zbliżyli. 
Razem omawiali kwestie interesów. Maja już 

wcześniej, gdy była żoną Heino, czuła, że ma do te­
go smykałkę. Potem nie miała okazji wykorzystania 

tych zdolności. Gdy William powrócił z wygnania, 
przejął wszystko. Było to oczywiste. Nigdy jej nie 
spytał, czy może chciałaby dalej coś robić. 

A Maja nigdy nie zdradziła, że brak jej zajęcia. Nie 

chciała go kompromitować w oczach innych. Dbała 
tylko o to, by wzorowo spełniać obowiązki gospodyni 
domu, bo myślała, że tego właśnie po niej oczekuje. 

Choć nie do końca zadowoleni, żyli tak, udając, że 

wszystko jest w porządku. 

background image

Teraz byli szczęśliwi. Wspólna praca dawała im 

więcej okazji do rozmów. Łączyło ich więcej niż tyl­

ko dom i syn. 

Właściwie mieli ze sobą wiele wspólnego. Może to 

wcześniej przeczuwali. Ale tak zastygli w swoich ro­

lach, że w końcu zaczęły im ciążyć jak kajdany. 

Teraz wszystko się zmieniło. Dzielili ze sobą pra­

cę. Razem spędzali czas z synem. Razem żartowali. 
Flirtowali ze sobą. Nie obchodziło ich, czy inni to za­
uważają. 

Nie istniało nic, czego powinni się wstydzić. 
To była ich mała gra. 

Ona ich związała. 
I już nie mijały tygodnie pomiędzy zbliżeniami ich 

ciał. I to nie dlatego, że któreś z nich miało wyrzuty 
sumienia, ale dlatego, że oboje tego chcieli. 

Coś zaczęło kiełkować w sercu Mai. Coś, o czym 

wprost bała się myśleć. 

Był to kwiat, który długo czekał, by wychylić gło­

wę z ziemi. Ostrożny, delikatny, mały kwiat. 

Ale ona ochraniała go tak, jak dbała o róże, które 

zasadziła matka Williama. 

Był równie rzadki, ale o wiele piękniejszy. Posta­

nowiła, że przetrwa przez całe ich życie. 

Opowiedziała o nim Williamowi tak, jakby opo­

wiadała bajkę. 

Zrozumiał ją i nie naciskał, by wyrzekła na koniec 

te słowa, na które tak czekał. 

Wiedział, że przyjdą same. 
Dopóki oboje będą dbali o tę delikatną roślinę 

w jej sercu, sama wyrośnie. 

Miał czas, by czekać. Wiedział, że ona kiedyś roz­

kwitnie. 

background image

Miał teraz coś więcej niż tylko nikłą nadzieję. 

To już się zaczęło dziać. Ale wymagało czasu. Naj­

pierw w sercu Mai musiała nastąpić wiosna. 

- Coś jeszcze we mnie rośnie - zdradziła mu dal­

szą część bajki. 

Był bardzo wczesny ranek. Nikt jeszcze nie wstał. 

Poza nimi wszyscy spali. 

William na wpół uniósł się z posłania i oparł na 

łokciu. Wpatrzył się w pełną napięcia twarz żony. Uj­
rzał błyszczące oczy, które teraz wydawały się bar­
dziej miodowe niż brązowe. 

- Będziemy mieli dziecko - powiedziała, splatając 

dłonie na brzuchu. - Późnym latem. Naprawdę uda­
ło ci się. Wtedy w altanie obiecałeś mi, że mnie uwie­
dziesz i sprawisz, że zajdę w ciążę... 

- ... i wszystko mi się udało? - Uśmiechnął się sze­

roko. Porwał ją w ramiona i pocałował długo i deli­
katnie. - Tak, ta altana to niebezpieczne miejsce... 

Zaśmiali się. To był ich cichy poranek pełen szczęścia. 
H u m o r zepsuł im Marcus Runefelt, który przybył 

po południu z niespodziewaną wizytą. 

Był jak zwykle pełen życia i siły. Niebezpiecznie 

energiczny, gotów do przestawiania ludzi jak pionki 
na swojej szachownicy. 

Sprawa dotyczyła jego nieślubnej córki, ale nawet 

o nią nie spytał. Zresztą ona odmówiła z nim spotkania. 

Rozmawiał z Williamem i Mają. 
- Anna Kajsa powinna wyjść za mąż - oświadczył. -

Ale krążą o niej plotki. Nie mogę więc się spodziewać, 

że znajdę odpowiednią dla niej partię, nawet jeśli 
uznam ją oficjalnie za córkę. 

- Chcesz nawiązać nowe przyjaźnie poprzez jej 

małżeństwo? - spytała Maja niewinnie. 

background image

Przytaknął. 

- Nie ma w tym nic złego - zapewnił. - Wszyscy 

tak robią, no, prawie wszyscy... - Spojrzał znacząco 
na syna. 

Maja nie przejmowała się już opinią teścia, bo stano­

wili z Williamem jedność. Ponieważ zawsze będą ra­

zem, związani mocniej niż tylko przysięgą złożoną 

w pośpiechu z mniejszym lub większym przekonaniem. 

Marcus Runefelt powiedział im, kogo ma na myśli. 
Ów mężczyzna niedługo skończy pięćdziesiąt lat 

i już zamęczył dwie żony. Urodziły mu tylko córki, 

więc teraz miał nadzieję, że młodsza żona może ob­
darzyć go synami. 

- Anna Kajsa nie będzie klaczą rozpłodową dla ja­

kiegoś starego dziada! - syknęła Maja. 

William przypomniał sobie, jak Anna Kajsa z ca­

łym przekonaniem zapewniała, że nigdy nie będzie 
miała dzieci. 

Marcus Runefelt wzruszył ramionami. 
- Jeżeli znajdziecie dla niej inną partię, zanim ten 

rok się skończy, nie będę się upierał. Jeśli tak się nie 
stanie, wtedy dziewczyna wyjdzie za tego, kogo ja 

wybiorę. Jestem jej ojcem i ja decyduję. 

Porozmawiali o tym z Anną Kajsą. Płacząc, błaga­

ła o litość. Wolała tego, kogo oni jej wybiorą, niż kan­
dydata ojca. 

Ale młodzi kandydaci na narzeczonych nie rosną 

na drzewach... 

Anna Kajsa wzięła sprawę w swoje ręce. Zebrała 

całą odwagę i poszła do Ailo. 

On wiedział o wszystkim. Myślał o dziewczynie 

z troską. Była już zabawką w rękach mężczyzn i te-

background image

raz miałaby znów nią zostać? Na samą myśl o takim 
rozwiązaniu burzyła się w nim krew. 

- Czy ożenisz się ze mną? - spytała po kilku pró­

bach rozpoczęcia rozmowy na obojętne tematy. 

Ailo spojrzał na nią znad roboty, potem znów na 

swoje dłonie. Trzymał w nich jej bratka, za którego 

wreszcie się zabrał. 

- Najwyraźniej mówisz poważnie - stwierdził, odkła­

dając pracę. Usiadł naprzeciwko dziewczyny i spojrzał 
jej prosto w oczy. Niewielu osobom się to udawało. 

Anna Kajsa pokiwała głową. 
- Dlaczego ja? - spytał. 
- Bo cię lubię. 
- Do małżeństwa potrzeba trochę więcej... 
- Ty wiesz o mnie wszystko - rzekła z trudem. Już 

nie patrzyła na niego. - Opowiedzieli ci. Ja też. Wiesz 
o mnie wszystko, Ailo. Wiesz, że nie zniosę myśli o... 
Każdy inny mężczyzna by mnie do tego zmusił. 

A wtedy bym go znienawidziła. Ty jesteś jedyny... 

- ... który by cię do niczego nie zmuszał? - Ailo 

schwycił ją za ręce. - Nawet nie wiesz, na ile to jest 
prawda, Anno Kajso! 

Popatrzyła na niego pytająco. 
- Nigdy bym cię nie zmusił, mała. Nie byłbym 

w stanie. 

Niezbyt dobrze go zrozumiała. 
- Po wypadku miałem kilka kobiet. To nie była mi­

łość, tylko coś brutalnego i mrocznego. Byłem do te­
go zdolny tylko wtedy, gdy się mocno upiłem, na gra­
nicy przytomności. Te kobiety interesowały się mną 
jako mężczyzną bez twarzy... - Ścisnął jej dłonie. -

Nie jestem z tego dumny. Nienawidzę siebie za te 
chwile. Prawda jest taka, moja przyjaciółko, że ja nie 

background image

mogę... Jestem, jak to elegancko określają, impoten­
tem. Lubię cię. Ale nigdy nie będę w stanie dać ci mi­
łości fizycznej. Nigdy nie będę mógł nauczyć cię 
pieszczot ani cieszyć się tobą jako kobietą. 

- Ja tego nie potrzebuję - odparła, nadal nie patrząc 

na niego. Policzki jej płonęły. - Nie potrzebuję. Nie 
dałabym rady. Nienawidzę samej o tym myśli, Ailo. 

- Jeżeli wyjdziesz za mnie, twoje życie będzie tego 

pozbawione. 

Pokiwała głową. 
- Wiesz, że właściwie jestem żonaty? 

- To nic nie znaczy. Ona ma innego męża. 

Ailo westchnął. 
- Najgorsze, że bardzo cię lubię, mała. Chciałbym 

chronić cię przed całym złem tego świata. Nienawi­
dzę myśli, że mogłabyś stać się zabawką dla... 

- Ożenisz się ze mną? 
Długo na nią patrzył. Na swoją przyszłość. Wresz­

cie skinął głową. 

- T a k . 

Marcus Runefelt dotrzymał słowa. Pozwolił Annie 

Kajsie na to małżeństwo, bo nadal trwał stary rok. 

A może jej jednak współczuł? 

A więc Knut wreszcie dokończył swój list. Opo­

wiedział w nim także, że Maja i William spodziewa­
ją się dziecka. Ze są szczęśliwi. 

Napisał, jakie imię nadali swej córce, i po kim. 

I opowiedział, że niedawno wyprawiali wesele. Młod­
sza siostra Williama wyszła za swego wybranka: zdol­
nego złotnika, którego wszyscy bardzo lubią. 

Właśnie miał zapieczętować list, gdy nadszedł Ailo. 

Poprosił go o dopisek. 

background image

- Namów Idę i Sedolfa, by nas odwiedzili. By wzię­

li ze sobą chłopca. Napisz, że chcecie go poznać... 

- Jesteś tego pewien? 
Ailo pokiwał głową. 
- Rozmawialiśmy o tym z Anną Kajsą. Mikkal jest 

moim jedynym dzieckiem, bo nie będę miał ich wię­
cej. Muszę go zobaczyć. Nie pokażę się im na oczy, 
to się jakoś da urządzić. Tylko o to proszę. Napisz, 
by przyjechała, Knut! Napisz tak, by nie odmówiła! 

Knut usłuchał. 
Nazwał to „ostatnią okazją ich spotkania". Spotka­

nia rodzeństwa. 

Nie sądził, by Ida się nie zgodziła. 
Starannie zapieczętował list przed jego długą po­

dróżą na północ! 

Powinni go dostać przy okazji wiosennego jarmarku.