background image

 

 

background image

 

 

Johnowi, który stwierdził, że książce  

przydałoby się więcej ognia i może też parę mieczy. 

Kochanie, tym razem miałeś rację 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Spod niebios tych, podobna zjawie,  

Alicja mnie codziennie prawie  

Nachodzi, choć już nie na jawie". 

L. Carroll, Alicja po drugiej stronie lustra, przełożył R. Stiller 

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ 1 

 

Szkolne  zajęcia  na  powietrzu  w  piękny  majowy  dzień  to  w  zwyczajnym  ogólniaku  coś 

niesamowitego.  Można  posiedzieć  w  słońcu  i  poczytać  wiersze,  gdy  wietrzyk  leciuteńko 

muska włosy. Dzisiaj jednak w Hekate Hall, znanej również jako Poprawczak dla Nieletnich 

Potworów, miałam zostać wrzucona do sadzawki. 

Zajęcia  z  prześladowania  Prodigium  odbywały  się  nad  brzegiem  mętnego  stawu  u  stóp 

wzgórza,  na  którym  stała  szkoła.  Nauczycielka,  panna  Vanderlyden,  czyli,  jak  ją  nazywa-

liśmy,  Vandy,  zwróciła  się  do  Cala,  który  czekał  już  na  nas  przy  sadzawce.  Mimo  że  miał 

zaledwie  dziewiętnaście  lat,  pracował  jako  szkolny  ogrodnik.  Vandy  wzięła  od  niego  zwój 

sznura.  Na  mój  widok  Cal  prawie  niedostrzegalnie  skinął  głową,  co  stanowiło  jego  wersję 

pomachania ręką i okrzyku: „Cześć, Sophie!". Był zdecydowanie typem silnym i milczącym. 

-  Nie  słyszysz,  co  mówię?  -  powiedziała  do  mnie  Vandy,  skręcając  sznur.  -  Kazałam  ci 

wystąpić z szeregu. 

-  Chodzi  o  to...  -  Starałam  się  ukryć  zdenerwowanie.  -Widzi  pani?  -  Wskazałam  swoje 

pokręcone włosy. - Dopiero co zrobiłam sobie trwałą, tak że... no, w zasadzie nie powinnam 

teraz moczyć głowy.        

Usłyszałam  stłumione  śmiechy,  a  stojąca  obok  Jenna,  moja  współlokatorka,  mruknęła  pod 

nosem: - Pięknie. 

Na  początku,  gdy  dopiero  oswajałam  się  z  Hekate  Hall,  Vandy  budziła  we  mnie  taki 

przestrach,  że  nie  odważyłabym  się  jej  postawić  tak  jak  dzisiaj.  Ale  pod  koniec  ostatniego 

semestru  moja  prababka  zabiła  na  moich  oczach  czarownicę  o  mocy  podobnej  do  mojej,  a 

ukochany chłopak rzucił się na mnie z nożem. Dlatego stałam się trochę bardziej odporna, co 

najwyraźniej nie podobało się Vandy. Patrząc na mnie jeszcze groźniej, warknęła: -Wystąp! 

Z  cichym  przekleństwem  przedarłam  się  przez  tłum.  Dotarłszy  nad  brzeg  stawu,  zrzuciłam 

buty, skarpetki i stanęłam na mieliźnie obok Vandy. Gdy poczułam pod bosymi stopami śliski 

muł, skrzywiłam się. 

Sznur  drapał  skórę;  kiedy  Vandy  wiązała  mi  ręce  i  nogi.  Gdy  już  byłam  porządnie 

skrępowana, nauczycielka podniosła się, wyraźnie zadowolona ze swojej pracy. 

- No, wchodź do wody. 

- Yyy... w jaki sposób? 

background image

 

Przejęta strachem, że Vandy chce, bym zanurzyła się wraz z głową, natychmiast odpędziłam 

tę makabryczną wizję. Na skraju sadzawki stanął Cal. Czyżby po to, by mi pomóc? 

- Mogę ją zrzucić z pomostu, proszę pani. 

Niestety. 

- Świetnie. - Vandy zgodziła się tak żwawo, jakby sobie to zaplanowali. 

Wtedy  Cal  pochylił  się  i  wziął  mnie  w  ramiona.  Znów  rozległy  się  śmiechy,  a  nawet  kilka 

westchnień.  Co  druga  dziewczyna  oddałaby  nerkę,  by  znaleźć  się  w  jego  objęciach,  ale  ja 

spiekłam potężnego raka, niepewna, czy jest to choć trochę mniej krępujące niż samodzielny 

skok do stawu. 

- Nie słuchałaś jej, prawda? - spytał szeptem Cal, gdy oddaliliśmy się od reszty. 

- Skąd - odpowiedziałam. 

Bo  kiedy  Vandy  wyjaśniała  cel  moczenia  się  w  sadzawce,  tłumaczyłam  Jennie,  że  wczoraj 

wcale nie wzdrygnęłam się dlatego, że jakiś dzieciak nazwał mnie „Mercer" - co bez przerwy 

robił Archer Cross. W życiu! Tak jak zeszłej nocy absolutnie nie miałam realistycznego snu o 

pewnym pocałunku, który przeżyłam z Archerem w listopadzie. A skoro w tym śnie nie miał 

na  klacie  tatuażu  wskazującego,  że  jest  członkiem  L'Occhio  di  Dio,  nie  było  powodu 

przerwać pocałunku, no i... 

- Co robiłaś? - zapytał Cal. Przez chwilę sądziłam, że chodzi mu o sen, i aż spąsowiałam po 

opuszki palców. Zaraz jednak pojęłam, co ma na myśli. 

- A... rozmawiałam z Jenną. Wiesz... pogaduchy potworów. 

Znowu wydało mi się, że widzę cień uśmiechu, ale on odparł tylko: 

-  Vandy  powiedziała,  że  prawdziwe  czarownice  unikały  próby  wody,  symulując  utonięcie. 

Potem uwalniały się, korzystając ze swoich mocy. Teraz ty masz utonąć, no i się uratować. 

-  Co  do  punktu  pierwszego  to  dam  radę  -  odmruknę-łam.  -  Z  resztą...  może  już  być  trochę 

gorzej. 

- Poradzisz sobie - stwierdził Cal. - A jeśli nie wypłyniesz w ciągu paru minut, ja cię uratuję. 

Coś załopotało mi w piersi. Całkiem niespodziewanie. Nie czułam czegoś podobnego, odkąd 

Archer zniknął. Chyba nie warto było doszukiwać się w tym głębszych znaczeń. 

Przez  ciemnozłote  włosy  Cala  przeświecało  słońce,  a  jego  orzechowe  oczy  zbierały  blask 

igrający  na  wodnej  tafli.  No  i  niósł  mnie  tak,  jakbym  nie  ważyła  ani  grama.  Wiadomo,  że 

słysząc tak oszałamiający tekst z ust faceta o takim wyglądzie, musiałam poczuć motylki w 

brzuchu. 

- Dzięki. 

background image

 

Nad jego barkiem zobaczyłam mamę obserwującą nas z werandy domku Cala. Mieszkała tam 

od  pół  roku,  czekając,  aż  tato  przyjedzie,  żeby  mnie  zabrać  do  kwatery  głównej  Rady,  do 

Londynu. Upłynęło sześć miesięcy, a my wyglądałyśmy go nadal. 

Mama zmarszczyła brwi z dezaprobatą, więc chciałam  dać jej znak, że  nic mi nie jest.  Ale 

udało mi się tylko trochę unieść związane ręce i gdy machnęłam w jej stronę, trafiłam Cala w 

podbródek. 

- Sorry. 

- Spoko. Pewnie nieswojo się czujesz pod taką obserwacją. 

- Nieswojo czujemy się obie, a co dopiero ty, pozbawiony odlotowej kawalerki. 

-  Pani  Casnoff  zgodziła  się,  żebym  sobie  zainstalował  jacuzzi  w  kształcie  serca  w  nowym 

pokoju w internacie. 

- Cal - udałam zaskoczoną - to ma być żart? 

- Może - odpowiedział. 

Dotarliśmy na kraniec pomostu. Spojrzałam na wodę, starając się nie dygotać. 

- Oczywiście będę udawać, ale może mi coś poradzisz, abym się nie utopiła - poprosiłam go. 

- Nie wciągaj wody. 

- No to się dowiedziałam. Super. 

Spięłam  się,  gdy  Cal  lekko  przesunął  moje  ciało  w  objęciach.  Sekundę  przed  wrzuceniem 

mnie do stawu pochylił się i szepnął mi do ucha: 

- Powodzenia. 

I pogrążyłam się w wodzie. 

Nie mogę zdradzić myśli, jakie naszły mnie w tym momencie, ponieważ zawierały głównie 

wyrazy niecenzuralne. Woda była stanowczo za zimna jak na staw w Georgii w maju i chłód 

przeniknął mnie do szpiku kości. W dodatku prawie natychmiast poczułam ogień w piersiach 

- i opadłam na dno, lądując w grząskim mule. 

Okej, Sophie, pomyślałam, tylko bez paniki. 

Spojrzawszy  w  prawo,  dostrzegłam  w  burej  wodzie  wykrzywioną  w  uśmiechu  czaszkę. 

Ogarnął  mnie  popłoch.  Mój  pierwszy  odruch  był  ludzki  -  wygięłam  ciało,  usiłując  zerwać 

skrępowanymi rękami pęta z kostek nóg, a gdy to okazało się nieludzko głupie, starałam się 

uspokoić i skoncentrować swoje moce. 

Pęta precz - rozkazałam, wyobrażając sobie, jak sznury zsuwają się na dno. Czułam, że trochę 

się rozluźniły, niestety, tylko trochę. Szkopuł tkwił między innymi w tym, że moja magiczna 

background image

 

moc  pochodziła  z  ziemi  (lub  z  czegoś  jeszcze  niżej,  o  czym  próbowałam  nie  myśleć  zbyt 

często), więc jak tu trzymać się podłoża i równocześnie nie tonąć? 

P

ĘTA PRECZ

! - tym razem włożyłam w rozkaz więcej energii. 

Więzy  gwałtownie  pękły  i  zaczęły  ze  mnie  opadać,  po  czym  przybrały  kształt  wielkiego 

kłębka. Gdybym nie wstrzymywała oddechu, na pewno westchnęłabym z ulgą. Wyplątawszy 

nogi z resztek sznura, odbiłam się od dna. 

Upłynęłam  jakieś  trzydzieści-czterdzieści  centymetrów  w  górę,  gdy  raptem  coś  szarpnęło 

mnie z powrotem w dół. 

Zerknęłam  na  kostkę,  prawie  pewna,  że  trzyma  ją  trupie  łapsko,  ale  nie  zobaczyłam  nic 

takiego. Cała rozpalona, z piekącymi oczami, rozgarniałam i kopałam wodę, próbując 

wypłynąć na powierzchnię, ale coś unieruchomiło mnie niczym niewidzialne sidła. 

Zgroza sięgnęła zenitu, kiedy przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Musiałam złapać 

oddech...  Plamy  robiły  się  coraz  większe,  a  ucisk  w  piersiach  sprawiał  ból  nie  do 

wytrzymania. Przez myśl przemknęły mi dwa pytania: jak długo już tkwię pod wodą i kiedy 

wreszcie Cal spełni swoją obietnicę? 

Nagle wystrzeliłam w górę i wypływając, chwyciłam oddech. Powietrze, które wypełniło mi 

płuca,  paliło  jak  żywy  ogień.  Ale  to  jeszcze  nie  był  koniec  męki.  Przefrunęłam  w  stronę 

pomostu,  lądując  na  kupie  zielska.  Niefortunnie  grzmotnęłam  łokciem  w  deski  i  aż 

skrzywiłam się z bólu. Spódniczka podwinęła mi się na biodrach stanowczo za wysoko, ale 

nie  miałam  siły,  żeby  ją  poprawić.  Przez  chwilę  napawałam  się  rozkoszną  możliwością 

wciągania powietrza. Gdy w końcu mój oddech się unormował, przestałam dyszeć jak ryba. 

Prostując  się,  odgarnęłam  mokre  włosy  z  oczu.  Cal  stał  parę  kroków  ode  mnie. 

Spiorunowałam go wzrokiem. 

- No, to się popisałeś! 

I wtedy spostrzegłam, że Cal wcale nie patrzy na mnie, tylko na szczyt podestu. Idąc za jego 

spojrzeniem, zobaczyłam szczupłego mężczyznę o ciemnych włosach. Stał niemal bez ruchu i 

mi się przyglądał. 

Raptem oddychanie znowu stało się niewykonalne. 

Wstałam na roztrzęsionych nogach, wygładzając przemoczone ubranie. 

- Jak się czujesz? - zawołał mężczyzna najwyraźniej z troską. 

Głos miał, wbrew drobnej posturze, mocny, donośny i mówił z lekkim brytyjskim akcentem. 

background image

 

-    Świetnie  -  odparłam,  chociaż  przed  oczami  znów  wirowały  mi  ciemne  plamy  i  z  trudem 

utrzymywałam  równowagę  na  drżących  nogach.  W  półomdleniu  kątem  oka  ujrzałam,  że  w 

moją stronę idzie ojciec, i rozpłaszczyłam się na dechach. 

 

 

ROZDZIAŁ 2 

 

Już po raz drugi  w ciągu pół roku znalazłam się w gabinecie pani  Casnoff, otulona kocem. 

Wcześniej  zdarzyło  się  to  pamiętnego  wieczoru,  kiedy  odkryłam,  że  Archer  należy  do 

UOcchio di Dio, grupy łowców demonów. Obok mnie na kanapie siedziała mama, jedną ręką 

obejmując mnie za ramiona. Tato stał przy biurku pani Casnoff, trzymając pękatą teczkę - a 

ona siedziała za biurkiem na swoim wspaniałym fioletowym tronie. 

W  pokoju  było  słychać  tylko  szelest  papierów,  które  wertował  tato,  i  szczękanie  moich 

zębów. W końcu odezwałam się: 

-  Dlaczego  moja  moc  nie  wydobyła  mnie  z  wody?  Pani  Casnoff  spojrzała  na  mnie  w  taki 

sposób, jakby dawno zapomniała, że przecież też tu jestem. 

-  Z  tego  stawu  nie  może  uciec  żaden  demon  -  odpowiedziała  aksamitnym  głosem.  -  Jest  on 

objęty zaklęciami ochronnymi. Zatrzymuje... każdą istotę, w której nie rozpozna czarownicy, 

elfa lub zmiennokształtnego. 

Pomyślałam o czaszce i pokiwałam głową, licząc na odrobinę kojącej herbaty, którą piłam tu 

poprzednio. 

-  Domyśliłam  się.  Więc  Vandy  chciała  mnie  zabić?  Pani  Casnoff  lekko  wydęła  wargi  i 

odparła: 

- Co za niedorzeczność! Clarice nie wiedziała o zaklęciach ochronnych. 

Zabrzmiałoby  to  może  trochę  bardziej  wiarygodnie,  gdyby  pani  Casnoff,  mówiąc  to,  nie 

odwróciła wzroku. Nie zdążyłam jednak wycisnąć z niej nic więcej, bo tato rzucił teczkę na 

biurko ze słowami: 

- Jak widzę, Sophio, zebrało ci się tego całkiem sporo. Splatając dłonie, przechylił się do tyłu 

i dodał: 

-  Gdyby  w  Hekate  Hall  odbywały  się  zajęcia  z  wprowadzania  zamętu,  z  całą  pewnością 

zostałabyś celującą uczennicą. 

Dobrze wiedzieć, po kim mam skłonność do sarkazmu. Najwyraźniej nie odziedziczyłam po 

nim nic więcej. Znałam ojca tylko ze zdjęć i dopiero teraz zobaczyłam go na własne oczy, tak 

background image

 

że naprawdę trudno mi było nie wgapiać się w jego twarz. Wyglądał zupełnie inaczej, niż się 

spodziewałam.  Owszem,  był  przystojny,  ale...  sama  nie  wiem.  Jakoś  tak  pedantycznie. 

Sprawiał wrażenie faceta, który przechowuje niezliczoną ilość prawideł do butów. 

Zerknąwszy  na  mamę,  stwierdziłam,  że  jej  problem  jest  dokładnie  odwrotny:  starała  się 

patrzeć na wszystko, tylko nie na ojca. 

- Mhm - mruknęłam, znowu skupiając się na tacie. -Zeszły semestr był dość intensywny. 

Uniósł  obie  brwi  jednocześnie.  Zastanowiło  mnie,  czy  zrobił  to  celowo,  czy  nie  potrafił 

unosić jednej, tak jak ja. 

- „Intensywny"? - powtórzył jak echo. Wziął z biurka teczkę i zaczął przeglądać jej zawartość 

znad okularów. - Pierwszego dnia w Hekate zostałaś zaatakowana przez wilkołaka... 

I No, tak niezupełnie - bąknęłam, ale wszyscy to zignorowali. 

- Ale, rzecz jasna, to błahostka wobec tego, co się wydarzyło później. - Tato dalej kartkował 

dokumenty.  -  Obraziłaś  nauczycielkę,  a  w  konsekwencji  musiałaś  do  końca  semestru 

odbywać dyżury w piwnicy z niejakim Archerem Crossem. Według notatek pani Casnoff na 

temat tej sytuacji „zbliżyliście się do siebie" - urwał. - Czy jest to właściwe określenie twojej 

relacji z panem Crossem? 

- Pewnie - odparłam przez zaciśnięte zęby. Tato przewrócił kolejną kartkę. 

- Jak dobrze rozumiem, zbliżyliście się do tego stopnia, że zobaczyłaś na jego piersi znamię 

UOcchio di Dio... 

Rumieniąc  się,  poczułam,  że  mama  obejmuje  mnie  mocniej.  W  ciągu  ostatnich  sześciu 

miesięcy  informowałam  ją  o  historii  z  Archerem  dosyć  szczegółowo,  ale  bez  przesady.  To 

znaczy, o naszej przytulance w piwnicy wiedziała tylko trochę. 

- Zapewne każdy zgodziłby się, że uniknięcie śmierci z ręki czarownika współpracującego z 

Okiem  to,  jak  na  jeden  semestr,  wystarczająca  atrakcja.  Ale  wzięłaś  też  udział  w  sabacie 

mrocznych czarownic pod wodzą... - przesunął palcem po stronicy - o właśnie: Elodie Parris. 

Panna Par-ris i jej przyjaciółki Anna Gilroy i Chaston Burnett zamordowały inną członkinię 

zlotu, Holly Mitchell, i przywołały demona, który dziwnym zrządzeniem okazał się twoją pra-

babką Alice Barrow. 

Poczułam się nieswojo. Pół roku starałam się nie myśleć o wydarzeniach jesieni. Słuchając, 

jak  tato  czyta  to  wszystko  beznamiętnym  głosem...  już  prawie  zaczęłam  żałować,  że  nie 

zostałam w stawie. 

- Alice zaatakowała Chaston i Annę, a kiedy zabiła Elodie, ty odebrałaś jej życie. 

background image

 

Podniósł  wzrok  znad  papierów  i  spojrzał  na  moją  prawą  rękę.  Na  jej  wewnętrznej  stronie 

biegła wypukła blizna, 

pamiątka po tamtej nocy. Diable szkło zostawia niezatarte ślady... 

Odchrząknąwszy, tato odłożył teczkę. 

- Cóż, Sophio,  nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się, że  w istocie  miałaś intensywny 

semestr. Co zakrawa na ironię, wziąwszy pod uwagę, iż wysłałem cię tutaj, aby ci zapewnić 

bezpieczeństwo. 

Mój  umysł  zalała  wzbierająca  przez  szesnaście  lat  fala  pytań  i  oskarżeń.  Po  chwili 

usłyszałam, jak mu się odcinam: 

-I  może  byłabym  bezpieczna,  gdyby  ktoś  przedtem  zechciał  mnie  poinformować,  że  jestem 

demonem i co się z tym wiąże. 

Za plecami taty pani Casnoff nachmurzyła się i już myślałam, że czeka mnie wykład na temat 

szacunku do starszych, gdy tymczasem tato, nie spuszczając ze mnie niebieskich - jak moje - 

oczu, uśmiechnął się leciutko. 

- Gratuluję - szepnął. 

Zbita z tropu, wbiłam wzrok w podłogę i zapytałam: 

- A więc przyjechałeś, żeby mnie zabrać do Londynu? Czekam na to od listopada. 

- Jeszcze o tym pomówimy. Najpierw jednak chciałbym poznać zdarzenia zeszłego semestru 

z twojej perspektywy. Chciałbym dowiedzieć się czegoś o tym chłopcu... Crossie. 

W przypływie złości pokręciłam głową. 

-  Nie  ma  mowy.  Jak  ci  tak  na  tym  zależy,  to  sobie  poczytaj  moje  sprawozdania  dla  Rady. 

Albo  pogadaj  z  panią  Casnoff,  albo  z  mamą,  albo  z  ludźmi,  którym  to  opowiadałam  przez 

ostatnie pół roku. 

- Sophio, rozumiem twój gniew, ale... 

- Sophie. Nikt nie nazywa mnie Sophią. Ściągnął usta. 

- Jak sobie życzysz, Sophie. O ile jednak twoja irytacja jest jak najbardziej na miejscu, o tyle 

w  obecnym  momencie  niczemu  ona  nie  służy.  Chciałbym  porozmawiać  z  tobą  i  matką  - 

zerknął w stronę mamy - nieco dłużej, jak w rodzinie, a dopiero potem zajmiemy się kwestią 

pozbawienia cię mocy, czyli twojej przyszłej Redukcji. 

-  Nic  z  tego  -  odparowałam,  zrzucając  z  siebie  koc  i  odpychając  ramię  mamy.  -  Miałeś 

szesnaście lat na rodzinne dyskusje. Prosiłam, żebyś tu przyjechał nie dlatego, że jesteś moim 

ojcem i liczę na łzawe pojednanie, tylko dlatego, że kierujesz Radą, możesz więc mnie wysłać 

na Redukcję i pozbawić tych kretyńskich sił magicznych. 

background image

10 

 

Wykrzyczałam to z siebie jednym tchem. Bałam się, że jeśli przerwę, to mogę się rozryczeć, a 

ostatnimi czasy dosyć już się napłakałam. 

Tato przyglądał mi się nadal, ale chłodnym wzrokiem, a jego głos brzmiał surowo. 

- Wobec tego, jako przewodniczący Rady, odrzucam twoją prośbę o Redukcję. 

Spojrzałam na niego osłupiała ze zdumienia. 

- Nie możesz tego zrobić! 

-  Tak  się  składa,  Sophie,  że  może  -  wtrąciła  pani  Cas-noff.  -  Ojciec  nie  przekracza  tym  ani 

uprawnień  szefa  Rady,  ani  swoich  praw  rodzicielskich.  Przynajmniej  dopóki  nie  skończysz 

osiemnastu lat. 

- To jeszcze ponad rok! 

- Będziesz więc miała dostatecznie dużo czasu, aby dogłębnie przemyśleć implikacje swojego 

postanowienia -oznajmił tato. 

Obróciłam się do niego z furią. 

-  Dobra,  przede  wszystkim:  kto  teraz  tak  mówi?  Po  drugie:  rozumiem  implikacje  mojego 

postanowienia. Pozbawiona mocy nie będę zdolna nikogo zamordować! 

- Sophie, już mamy za sobą rozmowę na ten temat. -Mama odezwała się pierwszy raz, odkąd 

weszłyśmy do gabinetu pani Casnoff. - Wcale nie jest przesądzone, że miałabyś kogoś zabić. 

Ani  że  podejmiesz  taką  próbę.  Ojciec  nigdy  nie  traci  panowania  nad  swoimi  mocami.  - 

Westchnęła,  trąc  oczy  dłonią.  -  Poza  tym,  kochanie,  to  takie  radykalne...  Według  mnie  nie 

powinnaś ryzykować życia, bo nigdy nie wiadomo, czy... 

- Matka ma rację - stwierdziła pani Casnoff. - Pamiętaj, że postanowiłaś poddać się Redukcji 

w niecałą dobę od śmierci przyjaciółki. Przydałoby ci się więcej czasu na rozważenie innych 

możliwości. 

Przestałam się rzucać. 

-  Czuję,  o  co  wam  chodzi,  naprawdę.  Tylko  że...  -  Spojrzawszy  na  wszystkich  troje, 

zatrzymałam  wzrok  na  ojcu,  jedynej  osobie,  która  mogłaby  zrozumieć  dalszy  ciąg  tej  wy-

powiedzi.  -  Widziałam  Alice.  Wiedziałam,  kim  była,  co  robiła,  do  czego  jest  zdolna.  - 

Spuściłam oczy na wyblakłe róże stulistne na dywanie pani Casnoff, ale zamiast nich ukazała 

mi  się  Elodie,blada  i  zbryzgana  krwią.  -  Nigdy...  przenigdy  nie  chcę  być  kimś  takim. 

Wolałabym już umrzeć. 

Mama wydała z siebie dziwny stłumiony odgłos, a panią Casnoff nagle zaintrygowało coś na 

biurku. Ale tato przytaknął. 

- Dobrze - powiedział. - Zawrzyjmy układ. 

background image

11 

 

- James! - krzyknęła ostro mama. 

Ich oczy spotkały się i coś jakby przemknęło między nimi. 

- Twój semestr w Hekate Hall - ciągnął ojciec - dobiega końca. Spędź ze mną letnie miesiące, 

a jeśli potem nadal będziesz chciała poddać się Redukcji, udzielę na to zgody. 

- Słucham? U ciebie w domu? - Uniosłam brwi wyżej, niż jest to powszechnie przyjęte. - W 

Anglii? - Serce zabiło mi mocniej. W Anglii trzykrotnie widziano Archera. 

Tato nie odpowiedział od razu i przez tę makabryczną chwilę zastanawiałam się, czy potrafi 

czytać w myślach. Zaraz jednak odparł: 

- Tak, w Anglii. Nie u mnie w domu. Zamieszkamy... u znajomych. 

-1 nie mają nic przeciwko temu, że przyjedziesz z córką? Uśmiechnął się pod nosem. 

- Możesz mi zaufać. Zmieścimy się bez trudu. 

- Co chcesz w ten sposób osiągnąć? - Chciałam, by zabrzmiało to pogardliwie i wyniośle, ale 

niestety chyba wyszło trochę opryskliwie. 

Tato  zaczął  grzebać  w  kieszeniach  płaszcza.  Gdy  w  końcu  wyciągnął  cienkiego  brązowego 

papierosa, pani Casnoff cmoknęła z dezaprobatą. Westchnąwszy, schował z powrotem obiekt 

pożądania. 

-  Sophie  -  był  zdenerwowany  -  chcę  cię  poznać  i  dać  się  poznać  tobie...  nim  zostaniesz 

pozbawiona  mocy  albo  nawet  życia.  Na  razie  nie  jesteś  w  pełni  świadoma,  co  znaczy  być 

demonem. 

Zadumałam się nad propozycją taty. Wprawdzie w tej chwili niezbyt za nim przepadałam - i 

nie  byłam  pewna,  czy  mam  ochotę  spędzać  z  nim  czas  na  innym  kontynencie...  Gdybym 

jednak  tego  nie  zrobiła,  musiałabym  być  demonem  znacznie  dłużej.  Poza  tym  mama 

zrezygnowała z domu, który wynajmowałyśmy w Vermont, tak że na całe lato utknęłabym w 

Hekate z nią i nauczycielkami. Błeee! 

Że już nie wspomnę o Anglii. I Archerze. 

-  Mamo,  co  o  tym  sądzisz?  -  zapytałam  ciekawa,  czy  coś  mi  podpowie.  Wyglądała  na 

wzruszoną i  trudno się dziwić, skoro najpierw widziała, jak o włos unikam  śmierci,  a teraz 

jeszcze musiała mieć do czynienia z ojcem. 

- Bardzo tęskniłabym za tobą, jednak tata myśli słusznie. - Jej oczy zaszły łzami, które ukryła, 

mrugając, i pokiwała głową. - Według mnie powinnaś jechać. 

- Dziękuję, Grace - rzekł cicho ojciec. Wzięłam głęboki oddech. 

- Okej - zwróciłam się do taty. - Niech ci będzie. Ale chcę zabrać Jennę. 

background image

12 

 

Moja przyjaciółka też nie miała gdzie się podziać tego lata, a poza tym, wobec perspektywy 

długich miesięcy obłaskawiania swojej demoniczności, musiałam mieć przy sobie choć jedną 

pokrewną duszę. 

- Naturalnie - odparł tato bez wahania. 

Zaskoczyło mnie to, ale udałam obojętność, odpowiadając: 

- Super. 

-  O  właśnie,  żebym  nie  zapomniał.  -  Tato  zwrócił  się  do  pani  Casnoff.  -  Wydaje  mi  się,  że 

powinien nam towarzyszyć również Alexander Callahan...? 

-  A  to  co  za  jeden?  -  spytałam.  -  Aha,  jasne,  Cal.  Dziwnie  jakoś  było  myśleć  o  nim 

„Alexander". Takie wydumane imię. „Cal" pasowało do niego o wiele bardziej. 

- Oczywiście - zgodziła się pani Casnoff, znów przybierając swój oficjalny ton. - Na pewno 

poradzimy  sobie  bez  niego  przez  kilka  miesięcy.  Aczkolwiek,  pozbawieni  jego 

uzdrowicielskich mocy, będziemy musieli zainwestować w bandaże. 

-  Czemu  chcesz,  żebyśmy  wzięli  Cala?  -  zapytałam  tatę.  Jego  ręka  kolejny  raz  bezwiednie 

powędrowała w stronę kieszeni. 

- To przede wszystkim zalecenie Rady. Moce  Alexandra są tak wyjątkowe, że chcielibyśmy 

przeprowadzić z nim rozmowy i może też wykonać kilka testów. 

Niespecjalnie mi się to spodobało i czułam, że Cal też nie będzie zachwycony. 

- Ponadto chcę stworzyć wam okazję do bliższego poznania się - ciągnął tato. 

Powoli zaczęła mnie ogarniać zgroza. 

- Znamy się wystarczająco dobrze - odparłam. - Dlaczego mamy się poznawać jeszcze lepiej? 

- Dlatego - odpowiedział ojciec, patrząc mi wreszcie prosto w twarz - że jesteście zaręczeni. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3 

 

Odszukanie Cala zajęło mi dobre pół godziny. W sumie całkiem fajnie się złożyło, bo miałam 

trochę czasu, aby zastanowić się, jakich słów użyję oprócz wiązki niecenzuralnych określeń. 

Jak  wiadomo,  czarownice  i  czarodzieje  robią  masę  potwornych  rzeczy,  ale  małżeństwo 

aranżowane  to  czysta  ohyda.  Kiedy  czarownica  kończy  trzynaście  lat,  rodzice  wydają  ją  za 

wolnego  czarodzieja,  kierując  się  zasadą  zgodności  mocy  i  koneksji  rodzinnych.  Jak  w 

osiemnastym wieku! 

background image

13 

 

Obchodząc ciężkim krokiem całą szkołę, nie mogłam opędzić się od wizji, w której Cal i tato 

siedzieli,  żując  cygara,  w  jakimś  pokoju  dla  mężczyzn  pełnym  krzeseł  obitych  skórą  i 

wypchanych  zwierząt  na  ścianach.  Ojciec  zrzekał  się  mnie,  składając  oficjalny  podpis.  A 

może nawet jeszcze przybijali piątkę. 

No dobra, cygara i piątka nie były raczej w ich stylu, ale jednak. 

Wreszcie znalazłam Cala w komórce za szklarnią, w której odbywały się zajęcia z obronnego. 

Potrafił leczyć też rośliny i - gdy gwałtownie otworzyłam drzwi - właśnie przesuwał dłońmi 

po  zbrązowiałej  i  oklapłej  azalii.  Zmrużył  oczy,  kiedy  do  komórki  wpadł  za  mną  snop 

popołudniowego światła. 

- Wiedziałeś, że  jestem  twoją narzeczoną?  - spytałam. Odburknął  coś  pod nosem i  odwrócił 

się do kwiatka. 

- Wiedziałeś? - powtórzyłam i tak znając odpowiedz. -Tak. 

Liczyłam, że coś do tego doda, najwyraźniej jednak nie zamierzał rozwijać tematu. 

- Wiedz, że za ciebie nie wyjdę - oświadczyłam. - Uważam, że te całe aranżowane związki to 

barbarzyństwo i coś obrzydliwego. 

- Okej. 

Przy drzwiach stał worek ziemi do nawożenia. Wzięłam jej garść i cisnęłam Calowi w plecy, 

ale  bez  skutku,  bo  zdążył  unieść  rękę  i  ziemia  zastygła  w  powietrzu.  Wisiała  przez  chwilę 

nieruchomo i w końcu wolno poszybowała z powrotem do worka. 

- Nie wierzę, że wiedziałeś i  nie raczyłeś mnie poinformować! - wykrzyknęłam, siadając na 

drugim, nieotwartym worku; 

- Uznałem, że nie ma sensu. 

- Co to znaczy? 

Cal  wytarł  ręce  o  dżinsy  i  obrócił  się  do  mnie.  Twarz  miał  zlaną  potem,  a  mokry  T-shirt 

przylegał mu do piersi w sposób, który byłby interesujący, gdyby nie zaślepiająca mnie furia. 

Jak zwykle, sto razy bardziej niż czarownika przypominał głównego rozgrywającego szkolnej 

drużyny futbolowej w co drugim ogólniaku w Stanach. 

Miał obojętne spojrzenie, jak zawsze starając się nie okazywać zbyt wielu emocji. 

- To znaczy, że nie dorastałaś w rodzinie Prodigium i czułem, że stwierdzisz, że aranżowane 

małżeństwa są... Jak to powiedziałaś? 

- Barbarzyńskie i ohydne. 

- Właśnie. Wolałabyś, żebym cię nastraszył i wzbudził w tobie wrogość? 

background image

14 

 

-  Nie  jestem  wrogo  nastawiona  -  zaoponowałam.  Cal  spojrzał  znacząco  na  wór  ziemi,  a  ja 

wzniosłam oczy ku niebu. - Dobra, jestem, ale się wkurzyłam, że mi nic nie powiedziałeś, że 

jesteśmy... zaręczeni. Boże, nawet nie mogę tego wypowiedzieć. Brzmi tak dziwnie. 

- Nie przejmuj się tym, Sophie - odpowiedział, pochylając się ku mnie z dłońmi wspartymi na 

kolanach. - Ot, zwykła transakcja. Czy ktoś ci to wyjaśnił? 

Owszem.  Archer.  Był  zaręczony  z  Holly,  dawną  współlokatorką  Jenny,  do  jej  śmierci. 

Pomyślałam, że skoro jest Okiem, zaręczyny mogły być nieważne, na razie jednak wolałam 

nie zaprzątać sobie tym głowy. 

- Tak - odparłam. - Więc chyba możemy je zerwać. Transakcja nie doszła do skutku, prawda? 

- Jasne. Czyli między nami zgoda? 

Narysowałam palcem stopy wzorek na zakurzonej ziemi. 

- Mhm. Zgoda. 

- Super - ucieszył się Cal. - A więc mamy z głowy krępujące sytuacje? 

- Tak - potwierdziłam. 

Na chwilę zaległo niezręczne milczenie. 

-  Kurczę!  -  odezwałam  się  w  końcu.  -  Zapomniałam  dodać,  że  tato  chce,  abyś  tego  lata 

pojechał  razem  z nami do Anglii. - Pokrótce opisałam mu  wszystko,  co zaszło w gabinecie 

pani Casnoff. 

Najwyraźniej  zdumiał  się,  kiedy  opowiedziałam  mu  o  Vandy,  i  rzucił  gniewne  spojrzenie, 

słysząc, że tegoroczne wakacje urozmaicą mu „rozmowy i testy" , ale mi nie przerywał. Gdy 

skończyłam, stwierdził: 

- Do bani. 

-  I  to  jakiej!  -  zawtórowałam.  Podniósł  się  i  podszedł  z  powrotem  do  azalii,  co,  zdaje  się, 

znaczyło, że powinnam się oddalić. Ale powiedziałam: 

- Sorry za to rzucanie ziemią. 

- Spoko. 

Czekałam, czy powie coś jeszcze, ale milczał, więc wstałam z worka, 

- Do zobaczenia w domu, skarbie - szepnęłam, odchodząc 

Wydał z siebie odgłos, który mógł być śmiechem, ale że Cal to Cal, mam co do tego pewne 

wątpliwości. 

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy wchodziłam po frontowych schodach hybrydycznego 

budynku  Hekate  Hall,  czyli  skrzyżowania  okazałej  rezydencji  sprzed  wojny  secesyjnej  z 

tynkowanym zakładem dla umysłowo chorych... Zaczęły już cykać świerszcze, a nad stawem 

background image

15 

 

chóralnie  rechotały  żaby.  Lekki  wietrzyk,  pachnący  kapryfolium  i  morzem,  trącał  winorośl 

obrastającą mury szkoły. Odwróciłam się i spojrzałam na rozległy trawnik.  Na początku nie 

mogłam ścierpieć tego miejsca, ale teraz poczułam, że w lecie będzie mi go brakowało. Tak 

wiele  się  wydarzyło,  odkąd  pierwszy  raz  wjeżdżałyśmy  z  mamą  na  ten podjazd  wynajętym 

autem,  i  mimo  że  wtedy  coś  takiego  nawet  nie  postałoby  mi  w  głowie,  w  tej  chwili  Hekate 

Hall wydała mi się bardzo bliska. 

Ramię musnęło mi coś puchatego, Była to  Beth, wilkoła-czyca, którą poznałam pierwszego 

wieczoru w Hekate. 

- Pełnia - warknęła, unosząc głowę ku ciemniejącemu niebu. 

- Aha. 

Podczas  pełni  wilkołakom  wolno  było  swobodnie  poruszać  się  po  szkole.  Zerknąwszy  za 

siebie, zobaczyłam kilka z nich zgromadzonych w korytarzu. 

-  Nie  do  wiary,  że  niedługo  skończy  się  rok  szkolny  -oznajmiła  Beth  głosem  nastoletniej 

panny po imprezie: zmęczonym i zachrypniętym. 

- I komu to mówisz - odparłam. 

Miała jasnożółte wilcze oczy, ale i tak spostrzegłam w nich czułość, kiedy mówiła: 

-  Będzie  mi  cię  brakowało  latem,  Sophie.  Uśmiechnęłam  się.  Jeszcze  przed  kilkoma 

miesiącami Beth nie ufała mi, sądząc, że pewnie szpieguję z nakazu Rady albo coś takiego. 

Na  szczęście  sytuacja,  kiedy  o  włos  uniknęłam  śmierci,  oczyściła  mnie  z  podejrzeń. 

Wyciągnęłam rękę i poklepałam ją po ramieniu. 

- Mnie ciebie też, Beth. 

Zbliżyła się i polizała mnie po policzku. Dopiero gdy oddaliła się wielkimi susami, otarłam 

twarz wierzchem dłoni. -Fuj! 

No dobra, to znaczy, że nie za wszystkim tutaj będę tęsknić. 

Skierowałam  się  na  drugie  piętro,  gdzie  mieszkały  uczennice.  Wprawdzie  przy  podeście 

schodów zebrało się kilka dziewczyn, ale poza tym w budynku panowała cisza. 

Zauważyła mnie Taylor, jedna ze zmiennokształtnych. 

- Hej, Soph! - zawołała, wymachując ręką. - Podobno byłaś dziś popływać. - Przeobraziła się 

we mnie jeszcze umazaną szlamem. - Czemu się nie przebrałaś? 

- Bo... yyy... nie miałam czasu. - Odgarnęłam za ucho kosmyk włosów. 

Taylor parsknęła śmiechem zaskakująco gardłowym jak na jej subtelność. 

- Za pomocą magii - powiedziała. 

No tak, jasne. 

background image

16 

 

- Wolałam nie ryzykować, wziąwszy pod uwagę, co się tu ostatnio dzieje. 

Ze zrozumieniem pokiwała głową. 

- Słusznie. Zwłaszcza po Incydencie z Łóżkiem. Incydent z Łóżkiem zdarzył się dwa miesiące 

wcześniej. 

Chciałam  je  przesunąć  i  stwierdziłam,  że  wspomogę  się  magią.  Ale  mebel,  zamiast 

przemieścić  się  parę  stóp  dalej,  wyleciał  przez  okno,  wyrywając  przy  tym  wielki  kawał 

ściany. 

Pani Casnoff nie była tym specjalnie ubawiona. 

Zwłaszcza że Incydent z Łóżkiem miał miejsce po Incydencie z Chrupkami Doritos. Któregoś 

dnia  Jennie  zachciało  się  Doritos  -  i  usiłując  powołać  do  istnienia  jedno  opakowanie, 

spowodowałam  na  korytarzu  istną  powódź  chrupek.  W  deskach  podłogowych  do  tej  pory 

tkwiły  resztki  serowego  pyłu.  Nie  mówiąc  o  jeszcze  wcześniejszej  Historii  z  Balsamem  (w 

której szczegóły wolałabym się nie wgłębiać). Odkąd uśmierciłam Alice, moja czarodziejska 

moc zdecydowanie się pogorszyła, tak że na dobrą sprawę przestałam z niej korzystać. 

Pożegnawszy się z Taylor, ruszyłam dalej, do pokoju. Po drodze kilka uczennic witało mnie i 

komentowało  moją  randkę  ze  stawem.  Popularność,  którą  cieszyłam  się  wśród  nich  od 

niedawna,  wciąż  jeszcze  wprawiała  mnie  w  zdumienie.  Początkowo  sądziłam,  iż  pewnie 

wyszło na jaw, że jestem demonem, więc wszyscy są dla mnie mili ze strachu, że ich pożrę. 

Ale  według  Jenny,  mistrzyni  podsłuchiwania,  wszyscy  nadal  uważali  mnie  za  superpotężną 

mroczną  czarownicę.  Pani  Casnoff  genialnie  zatuszowała  prawdę  o  śmierci  Elodie,  co 

wywołało przeróżne plotki na temat jej zniknięcia. Największe powodzenie miała wersja, w 

której Archer zakrada się na wyspę Graymalkin, a kiedy ja i Elodie usiłujemy go pokonać za 

pomocą oszałamiających umiejętności magicznych, ona nagle pada trupem. 

Niestety prawda była jednak o wiele bardziej skomplikowana. I znacznie smutniejsza. 

Dochodząc już prawie do drzwi, kątem oka spostrzegłam jakiś ruch. W Hekate Hall roiło się 

od duchów, dawno więc przywykłam do ich wszechobecności. Ale na widok tego zamarłam 

w bezruchu. 

Nawet  jako  zjawa  Elodie  wyglądała  przepięknie.  Miała  falujące  rude  włosy  i  przezroczystą 

skórę. Mimo że musiała nosić szkolny mundurek już do końca świata, to było jej do twarzy 

nawet w tak obciachowym stroju. 

Zajmowała  się  tym,  czym  się  zajmuje  chyba  większość  duchów:  włóczyła  się  tu  i  tam  z 

mocno zdezorientowaną miną. Zasadniczo duchy nie bytują ani w naszym świecie, ani też w 

zaświatach, tylko... no, po prostu tkwią pomiędzy nimi. 

background image

17 

 

Ducha  Elodie  widywałam  często  i  za  każdym  razem  ogarniała  mnie  wtedy  fala  smutku. 

Zginęła  z  własnej  winy.  Ona  i  jej  sabat  przywołały  demona  w  nadziei,  że  go  opanują  i 

wykorzystają jego moc. W tym celu nawet poświęciły Holly. Elodie zdążyła jednak przekazać 

mi swoją ostatnią iskrę magii, bez której na pewno nie zdołałabym uśmiercić Alice. 

Zjawa dziewczyny przepłynęła w powietrzu obok mnie, szukając czegoś wzrokiem. Jej stopy 

nawet nie musnęły ziemi. 

Okropne,  że  istota  tak  pełna  życia  jak  Elodie  po  śmierci  zmieniła  się  w  bladego  żałosnego 

ducha i w nieskończoność wałęsa się tam, gdzie zginęła. 

-  Życzę  ci,  abyś  mogła  bez  przeszkód  wędrować,  dokąd  zechcesz  -  szepnęłam  w  ciszy 

korytarza. 

Duch obrócił się gwałtownie i spojrzał mi prosto w twarz. Serce podeszło mi do gardła. 

Przecież to niemożliwe. Zjawy nie widzą nas ani nie słyszą. Dlatego powinnam była od razu 

się połapać, że Alice, wbrew swoim słowom, wcale nie jest duchem... Ale Elodie przeszywała 

mnie spojrzeniem z miną bynajmniej już nie zagubioną czy skonsternowaną, tylko złą i nieco 

pogardliwą. Tak samo patrzyła na mnie, kiedy żyła. 

- Elodie? - rzekłam niemal bezgłośnie, ale pośród ciszy słowo zabrzmiało wprost ogłuszająco. 

Dziewczyna wciąż przyglądała mi się, ale nie odpowiedziała. - Słyszysz mnie? -spytałam, już 

z większym naciskiem. 

Milczenie... I raptem, ku mojemu zdumieniu, lekko skinęła głową. 

- Soph? - Drzwi pokoju uchyliły się i wyjrzała zza nich Jenna. - Z kim rozmawiasz? 

Odwróciłam się, ale Elodie zdążyła już się ulotnić. 

- Z nikim - odparłam, próbując ukryć irytację. 

Nie mogłam winić Jenny, że mi przerwała konwersację z duchem, który w ogóle nie powinien 

być zdolny do nawiązywania kontaktu z rzeczywistością. 

- Gdzie byłaś? - zapytała Jenna, gdy klapnęłam na łóżko. - Martwiłam się o ciebie. 

- Szkoda gadać - odparłam, zaraz jednak opowiedziałam jej Historię z Gabinetu Casnoff. 

W przeciwieństwie do Cala Jenna miała masę pytań, więc opowiadanie trwało dosyć długo. 

Opuściłam  kwestię  zaręczyn.  Jenna  już  należała  do  grupy  rozognionych  fanek  mojego 

narzeczonego, wolałam więc nie dawać jej pretekstu do dłuższej dyskusji.  Gdy skończyłam 

mówić, byłam tak wypluta, że odechciało mi się nawet kolacji, mimo że zawsze uwielbiałam 

wieczorny posiłek. 

- Anglia - westchnęła Jenna. - Pewno będzie fantastycznie, prawda? 

Zasłoniłam oczy ręką. 

background image

18 

 

- Szczerze, Jen? Nie mam pojęcia. 

Rzuciła we mnie poduszką. 

- Będzie supergenialnie. I dziękuję. 

- Za co? 

- Ze chciałaś mnie zabrać. Sądziłam, że wolisz spędzić trochę czasu z tatą sama. 

- Chyba cię pogięło. Postawiłam warunek, że bez ciebie nigdzie się nie ruszam. Jesteś moją 

ukochaną przyjaciółką, prawda? 

Z  promiennym  uśmiechem  pokręciła  głową  tak  gwałtownie,  że  różowy  kosmyk  grzywki 

opadł jej na oko. 

- Boję się, czy wyspa nie będzie za mała dla nas obu. Jejku! Ciekawe, czy przeniesiemy się 

tam  w  jakiś  romantyczny  czarodziejski  sposób.  Za  pomocą  zaklęcia  teleportującego  albo 

przez magiczny portal...? 

-  Sorry  -  powiedziałam,  zmuszając  się  do  wstania  i  przebrania  w  czyste  ciuchy.  Mundurek 

wciąż ostro cuchnął Paskudnym Stawem. Czułam, że przed pójściem do łóżka będę musiała 

spędzić w łazience co najmniej pół godziny. - Już pytałam tatę. Polecimy samolotem. 

Na twarzy Jenny odmalowało się rozczarowanie. 

- To takie... ludzkie. 

-  Ale  ma  też  pozytywny  aspekt  -  odrzekłam,  wciągając  czystą  niebieską  koszulę.  -  Samolot 

jest prywatny, więc podróż będzie ludzka, ale za to z klasą. 

Trochę się rozchmurzyła i po drodze do jadalni zaczęłyśmy obmyślać letnią garderobę. 

Ale  kiedy  już  siedziałyśmy  przy  naszym  stole  w  jadalni,  nad  pełnymi  talerzami,  Jenna 

spoważniała. 

~ Sophie - odezwała się cicho. 

- Tak? 

Grzebiąc  widelcem  w  jedzeniu,  zastanawiała  się,  jak  ująć  myśli  w  słowa.  W  końcu 

postanowiła wystrzelić z grubej rury 

- Archer jest w Anglii. 

Plaster  szynki,  który  przeżuwałam  w  ustach,  zmienił  się  w  trociny,  ale  jakoś  się  wysiliłam, 

żeby odpowiedzieć nonszalancko: 

-  Podobno.  Nie  jestem  przekonana,  czy  można  przyjąć  na  wiarę  słowo  dwóch,  o  ile  mi 

wiadomo, zalanych w pestkę wilkołaków. 

Tyle że tak naprawdę poszlak było więcej. Pewien wilkołak widział faceta odpowiadającego 

rysopisowi  Archera  podczas  obławy  L'Occhio  di  Dio  na  jakąś  kryjówkę  Prodigium  w 

background image

19 

 

Londynie. A trzy miesiące temu pewien wampir wdał się w bójkę z młodym ciemnowłosym 

Okiem kilka przecznic od Victoria Station. 

Pani Casnoff przechowywała teczkę poświęconą Arche-rowi w dolnej szufladzie biurka, które 

wprawdzie było zabezpieczone przed zaklęciami, ale przed pilnikiem i mocnym szarpnięciem 

już nie. 

-  Nie  mówiąc  o  tym  -  podjęłam  po  chwili,  spuszczając  wzrok  na  talerz  -  że  oni  widzieli  go 

bardzo dawno temu. 

- W zeszłym miesiącu - poprawiła Jenna tonem głosu dającym mi do zrozumienia, że przecież 

doskonale o tym wiem. - Poza tym dziewczyny plotkują, że Archer od dnia zniknięcia siedzi 

w Anglii. W Savannah podsłuchałam rozmowę dwóch czarownic. 

- Jen, to wielka wyspa -  odparłam. - I nawet jeśli tam jest, to sądzę, że trzyma się z dala od 

Prodigium.  Inaczej  musiałby  być  skończonym  idiotą.  Ma  przeróżne  wady,  jednak  o  głupotę 

trudno go posądzić. 

Jenna  znowu  zaczęła  bawić  się  jedzeniem,  ale  gdy  zielony  groszek  wykonał  trzecią  rundę 

wokół jej talerza, odsunęłam posiłek i powiedziałam: 

- No, wykrztuś to wreszcie! 

Odłożyła widelec i popatrzyła mi w oczy. 

- Jak byś się zachowała, gdybyście się spotkali? 

Starałam  się  nie  mrugać.  Czułam,  jakiej  spodziewa  się  odpowiedzi:  że  wydam  Archera 

Radzie, która prawie na pewno go straci, albo nawet że zabiję go sama. 

Po raz pierwszy od dłuższego czasu odważyłam się przywołać wspomnienia o Archerze, i to 

bardzo intensywne. 

O jego piwnych oczach i leniwym uśmiechu. O tym, jak się śmiał, i co czułam, gdy byliśmy 

razem. O tembrze jego głosu, kiedy nazywał mnie „Mercer". 

I o jego pocałunkach. Utkwiłam wzrok w stole. 

- Nie wiem - odszepnęłam w końcu. 

Jenna westchnęła, ale przestała drążyć temat.  Znowu zajęłyśmy się gadaniem o wyjeździe i 

nawet  ją  rozśmieszyłam,  zastanawiając  się  na  głos,  czy  wampiry  umawiają  się  na  po-

południową herbatkę. 

-  A  jak  zamawiasz  Earl  Greya,  to  ci  go  przynoszą  -podsumowałam,  przyprawiając  ją  o 

kolejny atak śmiechu. 

Kiedy wyszłyśmy z jadalni, poczułam się dużo lepiej 

i  Jenna chyba też, bo gdy zbliżałyśmy się do schodów, wzięła mnie pod rękę. 

background image

20 

 

Myśl, którą zasiała mi w głowie, bynajmniej się nie odczepiła i tej nocy usnęłam, mając przed 

sobą wspomnienie oczu Archera, a w duszy - ogromną nadzieję, że jest gdzieś daleko. 

W głębi serca liczyłam, że jednak będzie w pobliżu. 

 

------------------------------------------------------------------------------ 

*  Gra  słów:  Earl  Grey  to  nazwa  herbaty  aromatyzowanej  bergamotką,  a  jednocześnie  tytuł  szlachecki  (earl  to  po  angielsku  hrabia)  i 

nazwisko angielskiego arystokraty, na którego cześć nazwano herbatę (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 4 

 

Trzy tygodnie później wyjechałam do Anglii. 

Pewnego dnia, pod wieczór, mama z panią Casnoff odprowadziły naszą czwórkę na przystań 

promów. Mama miała zaczerwienione oczy (naturalnie od łez), ale pomagając mnie i Jennie 

w dźwiganiu bagaży, udawała wesołą. 

-  Rób  jak  najwięcej  zdjęć,  dobrze?  -  poprosiła  mnie.  -A  jeśli  po  powrocie  zamiast 

„furgonetka"  zaczniesz  mówić  „van",  a  deser  nazywać  puddingiem,  to  wiedz,  kochanie,  że 

będę niepocieszona. 

W  końcu  stanęliśmy  wszyscy  na  pokładzie  promu.  Morska  bryza  rozwiewała  nam  włosy. 

Jenna już zajęła sobie ławkę w cieniu, a Cal rozmawiał ściszonym  głosem z panią Casnoff. 

Widząc,  jak  dyrektorka  zerka  na  mnie  przez  ramię,  stwierdziłam,  iż  pewno  się  cieszy,  że 

wyjeżdżam na całe wakacje. Wykończyłam ją, co w jej przypadku wcale nie jest takie proste. 

Co rusz przysparzałam szkole tylko samych kłopotów. 

 Zastanawiałam się też, czy nie powiedzieć jej o duchu Elodie. W głębi duszy czułam, że jest 

to konieczne. 

Gdybym nie zataiła, że ukazała mi się Alice, to może Elodie pozostałaby wśród żywych. Myśl 

o  tym  prześladowała  mnie miesiącami, a teraz wszystko  wskazywało  na  to,  że powtórzę ten 

błąd.  Nim  zdążyłam  rozpatrzyć  wszelkie  za  i  przeciw,  mama  objęła  mnie  czule.  Jesteśmy 

podobnego wzrostu, więc poczułam jej łzy na skroni, gdy mówiła: 

- Nie będę na twoich urodzinach. To już  w przyszłym  miesiącu...  Zawsze obchodziłyśmy je 

wspólnie. 

background image

21 

 

Wzruszenie  przytkało  mi  gardło  tak,  że  nie  mogłam  wydusić  z  siebie  słowa,  więc  tylko 

przytuliłam ją mocniej. 

- Sophie. - Podszedł  do nas  tato.  -  Odpływamy.  Skinęłam  głową i  po raz ostatni uścisnęłam 

mamę. 

- Będę często dzwonić, obiecuję - szepnęłam na pożegnanie. - I wrócę raz-dwa, zobaczysz. 

Mama otarła dłonią łzy z policzków i uśmiechnęła się do mnie promiennie, jak to ona. Tato 

już  brał  oddech,  żeby  mnie  popędzić,  ale  gdy  na  niego  spojrzałam,  odwrócił  wzrok  w  inną 

stronę. 

- Do widzenia, James! - krzyknęła za nim mama. 

Gdy  prom  odbijał  od  brzegu,  Cal,  Jenna  i  ja  uplasowaliśmy  się  przy  barierce.  Pani  Casnoff 

długo  patrzyła,  jak  odpływamy,  tymczasem  mama  oddaliła  się  już  w  stronę  okalającego 

morski brzeg zagajnika. Na szczęście, bo chyba tylko cudem jeszcze się nie rozryczałam. 

Prom  płynął  wolno,  zasapany,  przez  brunatne  fale.  Nad  drzewami  majaczył  w  dali 

wierzchołek Hex Hall. 

- Nie ruszałem się stąd od trzynastego roku życia - rzekł cichutko Cal. - Sześć lat... 

Nigdy go nie pytałam, co takiego zrobił, że przysłano go do Hekate. Nie wyglądał na faceta, 

który używa niebezpiecznych zaklęć, za jakie trafiają tutaj na przykład wilkołaki. Postanowił 

tu  zostać  w  dniu  osiemnastych  urodzin,  chociaż  tak  do  końca  nie  wiedziałam,  czy  ktoś  mu 

tego  nie  narzucił.  W  miarę  jednak  oddalania  się  od  szkoły  sprawiał  wrażenie  coraz  bardziej 

zatroskanego.  

Nawet  na  twarzy  Jenny,  która  normalnie  wyglądała  tak,  jakby  pisała  doktorat  poświęcony 

wszelkim aspektom ohydy zwanej Hekate, w tej chwili malowała się tęskna zaduma. 

Kiedy się wpatrywałam we fragment dachu widoczny na tle błękitnego nieba, ogarnęło mnie 

złe przeczucie, tak jakby słońce zniknęło raptem za przepływającą chmurą. 

Cal, Jen i ja już tutaj nie wrócimy. 

Myśl  była  tak  straszna,  że  przeszły  mnie  ciarki.  Próbowałam  się  z  niej  otrząsnąć.  Nie, 

przecież to bez sensu. Jedziemy do Anglii i w sierpniu wrócimy w komplecie. Nie mam mocy 

jasnowidzenia, więc to zwyczajna histeria i już. 

Tak  czy  owak,  zła  wizja  dręczyła  mnie  długo  po  tym,  jak  wyspę  Graymalkin  zostawiliśmy 

daleko w tyle. 

-  Jako  demon  nie  powinnaś  odczuć  zmiany  strefy  czasowej  -  mruczałam  do  siebie  wiele 

godzin później w lśniącym czarnym samochodzie, który wiózł nas przez angielską wieś. 

background image

22 

 

Podczas długiego lotu z Georgii na Wyspy w zasadzie nic szczególnego  się nie wydarzyło. 

Poza tym, że Cal siedział obok mnie. 

Byłam spokojna. Bardzo. 

Jego obecność nie działała na mnie ani trochę i nie podskoczyłam ani razu, gdy trzykrotnie 

dotknęliśmy  się  kolanami.  A  za  trzecim  razem  wcale  nie  spojrzał  na  mnie  jakby  lekko 

zniesmaczony, mówiąc: 

- Wyluzuj, dobra? 

I  kiedy  Jenna  popatrzyła  na  nas  figlarnie,  nie  warknęliśmy  na  nią  chórem:  „No  co?". 

Ponieważ byłyby to dziwaczne zachowania, a Cal i ja nie zachowywaliśmy się dziwnie. Sta-

nowiliśmy siłę spokoju. 

- Wkrótce poczujesz się lepiej - pocieszył mnie tato. Pierwszy raz, odkąd go poznałam, miał 

promienne  oczy  i  wyglądał  na  rozluźnionego.  Tak  pewno  działa  na  ludzi  powrót  do 

ojczystego kraju. 

Jennę wprost rozsadzało podniecenie, ale Cal był chyba zmęczony tak jak ja. W samolocie nie 

udało  mi  się  zasnąć  i  teraz  odbijało  się  to  na moim  samopoczuciu.  Pod  powiekami  miałam 

jakby rozpalony piasek i marzyłam tylko o tym, żeby jak najprędzej położyć się do łóżka. Nic 

dziwnego:  mojemu  biednemu  ciału  wydawało  się,  że  jest  szósta  rano,  a  w  Anglii  dobiegała 

już pora lunchu. W dodatku jechaliśmy i jechaliśmy tym autem całe wieki. 

Po wylądowaniu na Heathrow sądziłam, że pojedziemy do jakiegoś domu w centrum albo do 

kwatery głównej Rady, gdzie tato będzie miał coś do załatwienia. Tymczasem zostawiliśmy 

w  tyle  zatłoczone  ulice  i  skupiska  niewielkich  domów  jakby  rodem  z  powieści  Dickensa. 

Stopniowo  ceglane  budynki  ustępowały  miejsca  drzewom  i  falistym  zielonym  wzgórzom. 

Dotychczas zobaczyłam więcej owiec, niż dopuszczała to moja wyobraźnia. 

- Wlekliśmy się aż do Anglii tylko po to, żeby wałęsać się  po jakichś dziurach? - zapytałam, 

opierając bolącą głowę na ramieniu Jenny. 

- Owszem - odpowiedział tato. 

Cal  uśmiechnął  się.  Na  pewno  marzy  tylko  o  tym,  żeby  siedzieć  na  angielskiej  farmie  całe 

lato,  myślałam,  gdy  moje  nadzieje  na  obejrzenie  Big  Bena,  pałacu  Buckingham  i  Tower 

Bridge upadały jedna po drugiej. Tyle tu przeróżnych angielskich roślin do leczenia... 

Nagle spostrzegłam dom. 

Aczkolwiek określenie go tym słowem było równie trafne jak nazwanie Mony Lisy obrazem, 

a Hekate Hall - szkołą. 

to znaczy: definicja ta nijak nie pasowała do jego charakteru,  

background image

23 

 

Był  to  jeden  z  największych  budynków,  jakie  widziałam  w  życiu.  Wzniesiony  z  jasnego, 

złocistego  kamienia,  miał  w  sobie  coś  ciepłego.  Stał  ukryty  w  dolinie,  wśród  bujnej 

roślinności.  Przed  nim  rozciągał  się  szmaragdowozielony  trawnik,  a  z  tyłu  radowało  oczy 

wysokie  lesiste  wzgórze.  Z  jednej  strony  posiadłości  wdzięcznie  wiła  się  lśniąca  wstęga 

wody. Promienie słońca odbijały się w dosłownie setkach szyb. 

- Coś kapitalnego! - rzekł Cal, wyglądając przez okno. 

- Tu będziemy mieszkać? - zapytałam. 

Tato znowu się uśmiechnął, najwidoczniej bardzo zadowolony z siebie. 

-  Przecież  ci  mówiłem, że  miejsca  starczy  dla  wszystkich  -  odparł,  a  ja, o  dziwo,  też się  do 

niego uśmiechnęłam. 

Patrzyliśmy  na  siebie  parę  sekund.  Wreszcie  odwróciłam  wzrok,  kiwając  głową  w  stronę 

domu. 

- Takie domy zawsze się jakoś nazywają, prawda? 

- Absolutnie - odpowiedział. - Masz przed sobą Thorne Abbey. 

Nazwa zabrzmiała znajomo, ale nie wiedziałam, z czym mi się kojarzy. 

- Czy ten budynek był kościołem ? 

- Nie. Zbudowano go dopiero w szesnastym wieku. Ale niegdyś na tej ziemi stało opactwo. 

Uczonym  tonem  wyjaśnił  mi,  że  za  panowania  Henryka  VIII  opactwo  zostało  zburzone,  a 

grunty przypadły rodowi Thorne'ów. 

Szczerze  mówiąc,  nie  słuchałam  zbyt  uważnie.  Patrzyłam,  jak  przez  frontowe  drzwi 

posiadłości wychodzi kilka osób. 

 

-------------------------------------------------------------- 

* Abbey (ang.) - opactwo. 

 

 

Zauważywszy,  że  jedna  z  nich  ma  skrzydła,  zaczęłam  się  zastanawiać,  kim  właściwie  są 

znajomi taty. 

Samochód przetoczył się po kamiennym moście i wjechał na okrągły podjazd. Tato wysiadł 

pierwszy  i  kiedy  otwierał  mi  drzwiczki,  pożałowałam,  że  nie  mam  na  sobie  czegoś 

ładniejszego od prostego zielonego T-shirtu i wytartych dżinsów, 

Nieprawdopodobnie  szerokie  schody  wiodły  na  taras  zbudowany  z  tego  samego  złocistego 

kamienia co cały dom. Stało na nim sześć osób: dwoje ciemnowłosych dzieciaków w moim 

background image

24 

 

wieku i czworo dorosłych. Domyśliłam się, że wszyscy są z Prodigium. Elfa rozpoznałam od 

razu, a resztę na sto procent otaczała aura magii. 

Było cieplej niż się spodziewałam, i po brodzie spłynęło mi kilka strużek potu. Pod stopami 

trzeszczał żwir, a w dali śpiewały ptaki. Jenna zrównała się ze mną przygaszona, przesuwając 

palcami po swoim krwawym klejnocie. 

Tato  położył  mi  rękę  pod  łopatkami  i  pokierował  mnie  w  górę  schodów.  -    Chcę  wam 

przedstawić  moją  córkę  Sophie.  Nagle  poczułam,  że  coś  burzy  mi  krew.  Jakby  magiczna 

emanacja,  ale  bardziej  mroczna  i  silniejsza.  Pochodziło  to  od  stojących  w  tyle  dwojga 

nastolatków.  Tylko  oni  się  nie  uśmiechali,  a  chłopak,  dziwnie  znajomy,  rzucał  mi złe  spoj-

rzenia. 

O mało nie straciłam tchu porażona świadomością, że... są demonami. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 5 

 

Ze wzrokiem wbitym w dziewczynę i chłopaka czułam, jak drętwieję po koniuszki palców u 

nóg. Skoro jedynymi demonami na świecie jesteśmy tato i ja, to skąd... 

Raptem  przebiegła  mi  przez  głowę  makabryczna  myśl,  że  może  te  dzieciaki  to  moje 

przyrodnie  rodzeństwo.  Czy  tato  przywiózł  mnie  aż  do  Anglii,  żeby  odgrywać  jakąś 

pokręconą wersję The Brady Bunch . 

- A cóż to ma być? - wydusiłam, pytając, rzecz jasna, o demony. 

Tato uśmiechnął się z dumą. 

- To jest kwatera główna Rady. 

Stojący za mną Cal przeciągle westchnął, tak jakby bardzo długo wstrzymywał oddech, a z 

grupki wystąpiła ciemna blondynka i wyciągnęła do mnie dłoń na powitanie. 

- Sophio, tak się cieszymy, że spędzisz u nas lato. Jestem Lara. 

 

 

--------------------------------------------------------------------------------- 

* The Brady Bunch - popularny amerykański sitcom o rodzinie składającej  się z małżeństwa Bradych i sześciorga ich dzieci z poprzednich 

małżeństw. 

 

 

background image

25 

 

Uścisnęłam jej rękę, zerkając na dzieciaki demony. Szeptały coś do siebie. 

- Lara to członkini Rady i, można powiedzieć, moja zastępczyni - wyjaśnił tato. 

Kobieta nie od razu puściła moją rękę. 

- Tyle o tobie słyszałam, zarówno od ojca, jak i od Anastasii. 

- Pani Casnoff? - O rany, jeśli plotki o Sophie Mercer dotarły tu od niej, to aż dziw, że Lara 

przywitała mnie uściskiem dłoni, a nie egzorcyzmem. 

- Lara jest siostrą Anastasii - oznajmił tato. 

- Okej - odparłam, usiłując to przetrawić, gdy nagle coś mi się przypomniało. - Sądziłam, że 

kwatera główna Rady jest w Londynie. 

Między brwiami Lary pojawiła się długa, głęboka bruzda. 

- Słusznie. Ale ze względu na pewne nieprzewidziane okoliczności tego lata postanowiliśmy 

się przenieść. 

Wiedząc już, że jest ona siostrą pani Casnoff, stwierdziłam, że faktycznie są podobne i nawet 

podobnie mówią. Ciekawe, czy „nieprzewidziane okoliczności" to te dwa demony, zaczęłam 

się zastanawiać, czy może dzieje się tutaj  coś znacznie dziwniejszego. Co nie zaskoczyłoby 

mnie ani trochę. 

Odwróciłam się do taty i wyszeptałam: 

- Mieliśmy jechać do jakiegoś znajomego. Dlaczego mi nie powiedziałeś, że tu? 

Podchwycił  moje  spojrzenie.    -  Dlatego,  że  wtedy  na  pewno  nie  zgodziłabyś  się  na  ten 

wyjazd. 

Kątem oka spostrzegłam, jak demony odłączają się od grupy i ruszają w stronę masywnych 

podwójnych  drzwi  obok  tarasu.  Zanim  się  przez  nie  wśliznęły  do  wnętrza,  dziewczyna 

omiotła mnie wzrokiem. 

- Oto Rada, Sophie - powiedział tato, kierując moją uwagę z powrotem na Prodigium. 

- Oni? - usłyszałam ciche niedowierzanie Cala i muszę przyznać, że zdumiałam się tak samo. 

Dotąd  cały  czas  wyobrażałam  sobie  Radę  jako  olbrzymią  i  mroczną  grupę  Prodigium  w 

długich czarnych szatach albo coś w tym stylu. 

Nie wiem, czy tato też usłyszał Cala, czy po prostu wyczytał to z naszych twarzy, w każdym 

razie zaraz dodał: 

-  W  skład  Rady  wchodzi  dwanaście  osób,  ale  w  tej  chwili  jest  nas  w  Thorne  Abbey  tylko 

pięcioro. 

-  A  gdzie  są...  -  odezwała  się  Jenna,  ale  nie  dokończyła,  bo  zbliżył  się  do  nas  jeden  z 

mężczyzn. 

background image

26 

 

Był starszy od taty, a jego siwe włosy błyszczały w słońcu. 

- Mam na imię Kristopher - rzekł z silnym, obcym akcentem. - Miło mi cię poznać, Sophio. 

Mimo  że  oczy  miał  lodowato  błękitne,  a  nie  złote,  natychmiast  rozpoznałam  w  nim 

zmiennokształtnego.  Zadzierając  głowę,  popatrzyłam  na  faceta  stojącego  obok  i  od  razu 

przeszło mi przez myśl, czy za chwilę nie zmieni się w psa husky. Mierzył dobre dwa metry, 

a jego ogromne skrzydła skojarzyły mi się z plamą tłuszczu na wodzie: były czarne i migotały 

wszelkimi możliwymi kolorami, od zieleni przez błękit do jasnego różu. 

- Roderick - przedstawił się, kiedy moja dłoń zniknęła w jego ręce. 

Kobieta  nosiła  imię  Elizabeth.  Patrząc  na  jej  miękkie  siwe  loki  i  okrągłe  okularki, 

stwierdziłam, że spokojnie mogłaby bawić dzieci, ale gdy się witałyśmy, przyciągnęła mnie 

gwałtownie i obwąchała mi włosy. 

Kolejny wilkołak. No nieźle. 

Tato  umówił  się  z  nimi  na  rozmowę  nieco  później  i  w  końcu  ruszyliśmy  w  głąb  domu. 

Ledwie  weszliśmy  do  holu,  Jennę  aż  zatchnęło  ze  zdumienia  i  gdyby  nie  to,  że  jeszcze  nie 

wróciłam  do  siebie  po  szoku  wywołanym  poznaniem  Rady,  jak  również  widokiem  dwojga 

nastoletnich demonów, na pewno zatkałoby mnie tak samo. Przestrzeń okazała się ogromna, 

w stylu „możesz rozglądać się w nieskończoność, a i tak nie zobaczysz wszystkiego". Hekate 

Hall  była  dość  przytłaczająca,  ale  ten  kolos...  szkoda  słów.  Czarno-biała  marmurowa 

posadzka pod naszymi stopami lśniła tak, że ucieszyłam się, że nie mam na sobie spódniczki. 

Niemal  każdą  płaszczyznę  w  zasięgu  wzroku  zdobiły  złocenia.  Podobnie  jak  w  Hekate,  w 

holu głównym dominowały schody, tyle że znacznie okazalsze, wykute w białym wapieniu, 

pokryte szkarłatnym dywanem przywodzącym na myśl świeżo rozlaną krew, 

Niebotycznie  wysoki,  zaokrąglony  strop  zdobił  fresk,  ale  nie  udało  mi  się  dojrzeć,  co 

przedstawia.  Sprawiał  wrażenie  groźnego  i  miał  w  sobie  jakiś  tragizm.  Płótna  na  ścianach 

wokół ukazywały to samo; albo  srogich mężczyzn z mieczami wycelowanymi  w zapłakane 

kobiety,  albo  szarżujących  jeźdźców  na  koniach  ze  ślepiami  wybałuszonymi  ze  strachu. 

Wzdrygnęłam się. Mimo czerwcowej pory nie sposób było nawet pomyśleć, że kiedykolwiek 

jest  tu  ciepło.  A  może  o  gęsią  skórkę  przyprawiła  mnie  wszechobecna  magia,  tak  jakby  te 

kamienne mury i drewniane sprzęty na wskroś przenikało pół wieku czarodziejskich zaklęć. 

- Mają posągi w korytarzu - oznajmiła Jenna. 

Dwie odlane z brązu kobiece postaci o zasłoniętych obliczach strzegły kolosalnych schodów, 

pod którymi zaczęli się zbierać ludzie. Wszyscy mieli na sobie czarne uniformy i przyklejone 

do twarzy identyczne uśmiechy. 

background image

27 

 

- Co oni robią? - szepnęła. 

-  Nie  wiem  -  odparłam  z  zastygłym  uśmiechem  -  ale  boję  się,  że  za  chwilę  zaczną  tańczyć 

jakiś musicalowy numer. 

- To nasza służba - objaśnił tato, wyciągając rękę w stronę grupy. - W każdej chwili z ochotą 

udzielą wam wsparcia. 

- Mhm - odparłam słabo, a mój głos rozbrzmiał echem w przepastnym holu. - Super. 

Za  grupą,  u  szczytu  schodów  zobaczyłam  wielkie  marmurowe  sklepienie  w  kształcie  łuku. 

Wskazując je głową, tato powiedział: 

- To nasze tymczasowe biura, ale pokażę je wam później. Na pewno jesteście ciekawi, gdzie 

będziecie mieszkać. 

Złapałam tatę za rękaw i odciągnęłam go na stronę. 

-  Tak  naprawdę  -  szepnęłam  -  to  chciałabym  wiedzieć,  skąd  się  wzięły  tamte  dwa  demony. 

Czy przypadkiem... To nie moje rodzeństwo, prawda? 

Oczy taty rozszerzyły się za okularami. 

- Nie, na miłość boską! - odpowiedział. - Daisy i Nick są... Możemy wrócić do tematu innym 

razem, ale z całą pewnością nie łączy nas pokrewieństwo. 

- Więc skąd się tu wzięli? Zmarszczył brwi lekko zniecierpliwiony. 

- Po prostu nie mają się gdzie podziać, a tylko tutaj są bezpieczni. 

No tak, jasne. 

- Rozumiem. Bo gdyby chcieli zaszaleć, możecie się ich pozbyć w każdej chwili. 

Tato pokręcił jednak głową lekko zakłopotany. 

- Nie, Sophie. Chodziło mi o to, że im nic tu nie grozi. Już kilka razy próbowano ich zgładzić. 

Nie zdążyłam na to zareagować, bo gestem uniesionej ręki ojciec przywołał Larę. Podbiegła 

do nas, stukając obcasami o marmurową posadzkę. 

- Sophie, Lara przygotowała piękne pokoje dla ciebie i twoich gości. Chyba już powinniście 

zacząć się w nich aklimatyzować? Porozmawiamy później. 

Oczywiście nie było to pytanie, więc wzruszyłam ramionami i odpowiedziałam: 

- Jasne. 

Lara  poprowadziła  nas  przez  hol  do  wysokiej  kamiennej  bramy,  za  którą  kryły  się  kolejne 

schody.  Idąc  przez  ciemny  korytarz,  nie  mogłam  pozbyć  się  wrażenia,  że  jestem  w  głębi 

grobowca. 

Po drodze nasza przewodniczka recytowała szczegółowe dane na temat budynku. Słuchałam 

tylko jednym uchem. W każdym razie brzmiały niewiarygodnie. 

background image

28 

 

Ponad  milion  stóp  kwadratowych  przestrzeni  mieszkalnej.  Ponad  trzysta  pomieszczeń,  z 

których  trzydzieści  jeden  stanowiły  kuchnie.  Dziewięćdziesiąt  osiem  łazienek.  Trzysta 

pięćdziesiąt dziewięć okien. Dwa tysiące czterysta siedemdziesiąt sześć żarówek. 

Jenna wciąż kręciła głową ze zdumienia, kiedy dotarliśmy na trzecie piętro, gdzie czekały na 

nas  trzy  pokoje.  Cal  został  wprowadzony  do  swojego  jako  pierwszy.  Gdy  zajrzałyśmy  do 

wnętrza przez jego ramię, Jenna zachichotała. Pokój był zupełnie nie w stylu Cala. To znaczy, 

narzuta  na  łóżku  i  zasłony  w  kolorze  khaki  niby  wyglądały  męsko,  ale  smukłe  złoto-białe 

meble ani trochę. Podobnie jak gigantyczny falbaniasty baldachim nad ogromnym łóżkiem. 

- No, no - powiedziałam, oswajając się pomału z tą zwariowaną budowlą. - Będziesz mógł tu 

urządzać niesamowite imprezy do białego rana. Reszta dziewczyn pęknie z zazdrości. 

Cal poczęstował mnie półuśmieszkiem i dziwne napięcie między nami znów nieco osłabło. 

- Nie jest tak źle - odpowiedział i padł na łóżko, w sekundzie znikając nam z oczu. 

Gdy pochłonęło go morze puszystych kołder i ozdobnych poduszek, wybuchnęłam śmiechem. 

Lara była wyraźnie urażona. 

- To łóżko pierwotnie należało do trzeciego księcia Kornwalii. 

- Jest  okej  -  stłumionym głosem  odpowiedział Cal,  na znak aprobaty  wystawiając z pościeli 

kciuk, co rozśmieszyło mnie i Jennę jeszcze bardziej.  

Nachmurzona  Lara  powiodła  nas  korytarzem  kawałek  dalej.  Otworzyła  drzwi,  za  którymi 

ujrzałyśmy pokój bez wątpienia przygotowany dla Jenny. Były tam różowe zasłony, różowe 

sprzęty  i  nawet  kapa  na  łóżku  miała  głęboki  różany  odcień.  Okno  wychodziło  na  niewielki 

odgrodzony ogród, znad którego lekki wiatr przywiewał do wnętrza zapach kwiatów. Nie da 

się ukryć: byłam pod wrażeniem. No i odrobinę zaskoczona. 

- Idealny - oświadczyła Larze Jenna. 

Uśmiech  miała  promienny,  ale  twarz  białą  jak  kreda  i  nagle  uprzytomniłam  sobie,  że  od 

wyjazdu  z  Hekate  nie  syciła  głodu.  Najwidoczniej  Lara  pomyślała  o  tym  samym,  bo 

przemierzywszy pokój, otworzyła stojącą w kącie szafkę z wiśniowego drewna. Kryła się w 

niej minilodówka wypełniona po brzegi woreczkami z krwią. 

- Rh minus - powiedziała Lara, wskazując czerwony płyn w taki sposób, jakby Jenna właśnie 

zdobyła nagrodę w jakimś makabrycznym teleturnieju. - Słyszałam, że to twoja ulubiona. 

Moja przyjaciółka sposępniała i oblizała wargi 

- Owszem - odparła szorstko. 

-  A  teraz  już  zajmij  się  sobą  -  rzekła  łagodnym  tonem  Lara,  biorąc  mnie  za  rękę.  -  Sophia 

zamieszka bardzo blisko ciebie. 

background image

29 

 

- Super - odpowiedziała Jenna, nie spuszczając wzroku z krwi. 

- Na razie! - zawołałam, gdy wychodziłyśmy. 

Jenna zamknęła drzwi i, jak sądzę, rzuciła się na swój posiłek. 

- Dla ciebie przygotowaliśmy bardzo wyjątkowy pokój. - Głos Lary drżał nerwowo. - Ufam, 

że ci się spodoba. Otworzyła drzwi oddalone od pokoju Jenny zaledwie o parę kroków. 

Na  chwilę  zamarłam  w  progu  z  rozdziawionymi  ustami.  Pokój  nie  był  wyjątkowy,  tylko... 

wprost niesamowity! 

Trzy okna, od podłogi po sufit, też wychodziły na ogród, znacznie większy niż ten, który było 

widać z okien pokoju Jenny. Wzniesiona pośrodku trawnika fontanna rozpryskiwała w ciepłe 

powietrze  późnego  popołudnia  słupy  roziskrzonej  wody.  Zasłony  w  oknach  były  z  białej 

satyny  w  delikatny  zielony  deseń  przypominający  liście.  Bielą  jaśniała  też  tapeta  ozdobiona 

długimi źdźbłami trawy, spośród których, jak w dżungli, gdzieniegdzie wyłaniały się kwiaty o 

jaskrawych  płatkach.  Śnieżnobiałe  łóżko  wieńczył  blady  baldachim  z  jedwabiu.  Poza  tym 

miałam  szezlong  i  dwa  krzesła  obite  aksamitem  barwy  zielonego  jabłuszka.  Na  nocnym 

stoliku  zobaczyłam  stosik  moich  ukochanych  książek,  a  na  półce  przy  oknie  -  fotografię 

mamy. 

- Cudo - powiedziałam do Lary, która uśmiechnęła się od ucha do ucha. 

- Tak się cieszę - odparła. - Zależało mi na tym, abyś się tu poczuła jak u siebie w domu. 

- Spisałaś się na medal - pochwaliłam ją szczerze, choć, prawdę mówiąc, czułam, że chciała 

zadowolić nie tyle mnie, ile tatę. 

Pokoje Cala i  Jenny  były  fajne, ale  w urządzanie mojego włożyła o  wiele więcej  wysiłku i 

troski, prawdopodobnie w nadziei na pochwałę szefa. 

Ale też przyszło mi do głowy, że chce mi się podlizać, bo przecież kiedyś to ja mogę zostać 

jej  przełożoną.  Marzyłam  już  tylko  o  tym,  aby  jak  najprędzej  się  położyć.  Przedtem  jednak 

musiałam zadzwonić do mamy i powiedzieć jej, że dotarliśmy bezpiecznie. 

- Jest tu gdzieś telefon? - zapytałam Larę. Wydobyła z kieszeni żakietu komórkę i wręczyła 

mi ją. 

- Ojciec kazał  ci  to  dać. Jego numer jest  zaprogramowany pod jedynką, a twojej mamy pod 

dwójką. Aby zatelefonować do Hekate Hall, po prostu wklepujesz trójkę. 

Spojrzałam na telefon. Od prawie roku nie widziałam na oczy komórki i nie pamiętam, kiedy 

ostatni raz trzymałam ją w ręku. W  Hex Hall korzystanie z nich było zabronione. Ciekawe, 

czy  jeszcze  pamiętam,  jak  się  wysyła  SMS-y.  Po  chwili  Lara  wskazała  mi  prześliczny 

sekretarzyk, na którym spostrzegłam lśniący srebrny laptop. 

background image

30 

 

- Ojciec założył ci adres e-mailowy, możesz więc komunikować się ze światem też tą drogą. 

W Hekate nie wolno było używać komputerów, w każdym razie uczennicom. Podobno pani 

Casnoff miała komputer w mieszkaniu. Podczas jakichś śmiertelnie nudnych zajęć z ewolucji 

magii  zastanawiałyśmy  się  z  Jenną,  jaki  może  mieć  adres.  Jenna  stwierdziła,  że  pewno 

kompletnie  nijaki,  tak  jak  jej  nazwisko,  a  ja  postawiłam  dziesięć  dolców  na 

HexyLady@hekatehall.edu. Możliwe, że wkrótce go poznamy... 

- Pewnie chcesz teraz zadzwonić do matki - rzekła Lara, kierując się ku drzwiom - ale gdybyś 

jeszcze czegoś potrzebowała, to proszę, daj mi znać. 

- Naturalnie - odpowiedziałam rozkojarzona. Właśnie zauważyłam drzwi do swojej łazienki, 

która na 

pierwszy rzut oka wydawała się trzykrotnie większa od mojego pokoju w Hekate. 

Kiedy wreszcie Lara sobie poszła, zadzwoniłam do mamy, która na wieść o tym, że jesteśmy 

w Thorne Abbey, z miejsca nabrała podejrzeń. 

- Tam cię wywiózł? Powiedział ci, po co? 

-  Yyy...  nie.  Ale  sądzę,  że  chciałby,  żebym  się  pomału  przygotowywała  do  objęcia  w 

przyszłości  stanowiska  przewodniczącej  Rady  i  w  ogóle.  „Zabierz  swojego  demona  do 

pracy". Rozumiesz, coś w tym stylu. 

Mama westchnęła. 

- W porządku. Cieszę się, że dotarłaś na miejsce cała i zdrowa, ale poproś tatę, aby się ze mną 

skontaktował, gdy tylko mu czas pozwoli. 

Przyrzekłam, że tak zrobię. Gdy się rozłączyłyśmy, raptem ogarnęła mnie fala wyczerpania. 

Wziąwszy  pod  uwagę  rozmaite  inne  rzeczy,  które  starałam  się  przetrawić,  nie  miałam 

wielkiej ochoty wdawać się jeszcze w konflikty między rodzicami. 

Byłam w Anglii. Z tatą. W jakimś niedorzecznie wielkim gmachu, który służył jako kwatera 

główna Rady i schronienie dla dwóch innych demonów. I jakby tego wszystkiego było mało, 

nadal  nie  mogłam  otrząsnąć  się  ze  złych  przeczuć,  które  towarzyszyły  mi  od  wyjazdu  z 

Hekate  Hall.  W  dodatku  wiele  wskazywało  na  to,  że  gdzieś  w  tym  samym  kraju  czyha  na 

potwory mój eksluby. 

Przed dogłębną analizą tak wielu okoliczności zdecydowanie musiałam uciąć sobie drzemkę. 

Zmęczona padłam na swoje nowe łóżko. Nawet  jeśli  wcale nie należało kiedyś do żadnego 

księcia,  to  na  sto  procent  materac  był  wypchany  pierzem  ze  skrzydeł  małych  aniołków. 

Zrzuciłam buty i wygodnie umościłam się w chłodnej pościeli. Wszystko subtelnie pachniało 

zieloną  trawą  i  słońcem.  Postanowiłam  przespać  się  godzinkę,  a  później  pogadać  z  tatą.  I 

background image

31 

 

może  też  spytać  Larę,  czy  ma  jakąś  mapę  okolicy,  a  najlepiej  GPS.  Zamknęłam  oczy  i 

usnęłam z myślą, dlaczego nazwisko Thorne brzmi tak znajomo.