background image

Letniość, obojętność, Zarembizm – czyli 
jak przegrać cywilizację 

 

ZBIGNIEW OLEŚNICKI  

 

 

Kilka  tygodni  temu, jeszcze przed  pierwszą  turą  wyborów 
prezydenckich,  jeden z najbardziej  znanych  polskich  publicystów 
Piotr  Zaremba  kolejny  już raz zaproponował  PiSowi, by wprowadził 
instytucję  związków  partnerskich  dla homoseksualistów.  Jego 
zdaniem  miałby to być „kompromis”,  który  rzekomo  miałby 
ostudzić  atmosferę  wokół haseł środowisk  LGBT.
 

Jednym z centralnych momentów  „Biesów”  Dostojewskiego  – 
niestety,  za życia pisarza  nieopublikowanym  z powodu ingerencji 
carskiej cenzury  – jest wizyta Mikołaja Stawrogina  u mieszkającego 
klasztorze  archijereja  Tichona.  Główny bohater  powieści  szybko 
zadaje  mnichowi słynne pytanie: 
„– A czy można wierzyć w diabła, gdy się w Boga nie wierzy?  – śmiał 
się Stawrogin. 
– O, można, bardzo  nawet można, i jakże często  – odpowiedział 
Tichon, już podnosząc  głowę i uśmiechając  się. 
– A pewien jestem,  że taką nawet  wiarę gotów jest ojciec więcej 
szanować,  niż całkowity ateizm… – mówił Stawrogin, śmiejąc się 
coraz głośniej. 
– Wprost  przeciwnie.  Całkowity ateizm jest stokroć szczytniejszy  od 
obojętności  światowej. 
Tichon wymówił to na pozór wesoło  i prostodusznie. 
– Ach, więc u ojca tak? 
– Zdecydowany  ateista stoi na przedostatnim  szczeblu.  Na ostatnim 

background image

jest wiara doskonała.  Czy ten szczebel  przekroczy,  to co innego.  A 
obojętny nie ma żadnej  już wiary, oprócz głupiego  strachu i to z 
rzadka, i to tylko tyle, o ile jest człowiekiem  wrażliwym. 
– Hm… Ojciec zna Apokalipsę? 
– Tak, znam. 
– Pamięta Ojciec: „Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz”? 
– Pamiętam. 
– Gdzie  ta książka? – zaniepokoił  się i poruszył  Stawrogin, szukając 
Pisma Świętego  na stole.  – Chciałbym odczytać… jest tekst rosyjski? 
– Pamiętam  ten ustęp  – wymówił Tichon. 
– Na pamięć? Tak? Słucham. 
Spuścił oczy, oparł dłonie  na kolanach i czekał niecierpliwie.  Tichon 
zacytował,  a tekst pamiętał dosłownie.  Aniołowi Kościoła w Laodycei 
napisz: 

„To mówi Amen, 
Świadek wierny i prawdomówny. 
Początek stworzenia  Bożego: 
Znam twoje  czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. 
Obyś był zimny albo gorący! 
A tak, skoro jesteś  letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z 
mych ust. 
Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem  się”, i „niczego 
mi nie potrzeba”,  a nie wiesz, że to ty jesteś  nieszczęsny  i godzien 
litości, i biedny i ślepy, i nagi”. 
 
– Dosyć – przerwał  Stawrogin. – Czy ojciec wie, że pokochałem go? 
– Ja także ciebie kocham – półgłosem  odpowiedział  Tichon.” 

Ci z Państwa,  którzy zetknęli  już z radosną twórczością  piszącego  te 
słowa,  mogli zauważyć,  że cytowany Fiodor Dostojewski  to mój 
ulubiony pisarz,  do którego  odwołuję  się często  i chętnie.  Ale nie 
przywołuję  go tu bez powodu. Kilka tygodni temu, jeszcze  przed 
pierwszą  turą wyborów prezydenckich,  jeden z najbardziej  znanych 

background image

polskich publicystów Piotr Zaremba  kolejny już raz zaproponował 
PiSowi, by wprowadził  instytucję  związków partnerskich  dla 
homoseksualistów.  Jego zdaniem miałby to być „kompromis”,  który 
rzekomo  miałby ostudzić atmosferę  wokół haseł środowisk  LGBT. 
Zaremba  pisał w „Rzeczpospolitej”  – „To nie ofensywa  haseł 
środowisk  gejowskich jest główną przyczyną kryzysu rodziny czy 
wartości.  Zarazem  mniejszości  seksualne  są widoczne  i będą się nadal 
upominać o swoje,  szukając równocześnie,  nie zawsze  w mądry 
sposób,  odwetu na „starej kulturze”.  Czy mimo natężenia  emocji w 
tym sporze  istnieje pole przynajmniej  przejściowego  kompromisu? 
Być może tak.” 

Cameron,  gdy doszedł  do władzy, wprowadził  radykalnie 
antychrześcijańskie  homomałżeństwa.  Uznając  to „za obronę  rodziny 
– bo homoseksualiści  to też rodzina”. 

W jednym Piotr Zaremba  ma na pewno rację  – kompromis byłby 
przejściowy.  Zaraz  po legalizacji związków partnerskich  te same 
środowiska,  które podnoszą  ten postulat, z tą samą mocą i w ten sam 
krzykliwy sposób  zaczęłyby żądać „równości  małżeńskiej”,  oczywiście 
z prawem  do adopcji, kupowania u surogatek  czy sztucznej  produkcji 
dzieci. Jednocześnie  żądać będą kolejnych „antydyskryminacyjnych” 
przepisów  sankcjonujących jako „mowę nienawiści” wszelką  krytykę 
ich agendy. Dla każdego  kto obserwuje  sceny polityczne w Europie 
Zachodniej  jest to równie oczywiste,  jak to, że gdy podrzucimy do 
góry kamień, to po chwili spadnie on z powrotem  na ziemię. 

Wszędzie  tam pojawiali się najpierw  tacy sami letni, „umiarkowani” 
Piotrowie  Zarembowie,  którzy postulowali „rozsądny  kompromis”. 
Niekiedy mieli też jeszcze  bardziej  szczwany plan dla centroprawicy  w 
swoich krajach – „wyprzedzająco”  wprowadzić  związki czy od razu 
małżeństwa  homoseksualne  z prawem do adopcji dzieci.  Tak zrobili 
Torysi w Wielkiej Brytanii za Davida Camerona.  Dzięki temu brytyjscy 
prawicowcy już nigdy nie zostali nazwani pełnymi nienawiści  i 
uprzedzeń,  zwyrodniałymi faszystami.  Rewolucyjna  lewica 

background image

spokorniała,  uradowała  się z „rozsądnego  kompromisu”,  przestała 
stawiać nowe żądania.  Prawda? Tak właśnie  jest, tak to właśnie 
działa. 

Casus Davida Camerona  jest o tyle ciekawy, że mówimy o polityku, 
który często  był postrzegany  w Polsce,  zwłaszcza  na umownej 
centroprawicy  skupionej  wokół PiS, jako dobry partner,  z którym 
znacznie  łatwiej znaleźć  wspólny język niż z centroprawicą  niemiecką 
czy francuską.  Cameron,  który kierował  Partią Konserwatywną  długo, 
11 lat, od 2005 do 2016, a między 2010 a 2016 był premierem 
Zjednoczonego  Królestwa,  rzeczywiście  wyróżniał się na tle 
demonicznej  Angeli Merkel  i ideowo  bliskich jej polityków. Czym? 
Przede  wszystkim sceptycyzmem  wobec Unii Europejskiej.  Ubiegając 
się w 2005 o fotel nowego  lidera Partii Konserwatywnej,  Cameron 
obiecał wyprowadzenie  Torysów  z Europejskiej  Partii Ludowej, 
skupiającej  wyrosłe z chadecji  dominujące,  centroprawicowe  partie 
Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii i innych, mniejszych  państw. 
Cameron  wygrał i rzeczywiście  wyszedł  z EPP, tworząc  nowy sojusz 
pod nazwą Europejscy  Konserwatyści  i Reformatorzy,  do którego 
dołączyło sporo  partii z państw przyjętych do UE w 2004, w tym 
polski PiS, który stał się drugim obok Torysów filarem grupy. 
Ówczesny  lider brytyjskiej opozycji był też obecny w 2009 w 
Warszawie  na wiecu w ostatnich  dniach pierwszej  wspólnej  kampanii 
do Parlamentu  Europejskiego.  Jarosław Kaczyński mówił wówczas  w 
wystąpieniu,  że UE jest „antykatolicka”, a wspólna Europa,  by 
przetrwać,  musi być chrześcijańska.  Słuchający wówczas tych haseł 
Cameron,  gdy doszedł  do władzy, wprowadził  radykalnie 
antychrześcijańskie  homomałżeństwa.  Uznając  to „za obronę  rodziny 
– bo homoseksualiści  to też rodzina”.  O aborcji w ogóle nie było 
mowy, ten temat w ramach kolejnych rozsądnych,  umiarkowanych 
kompromisów  był passé już za czasów  niekiedy wielbionej  w Polsce 
Margaret  Thatcher.  Choć jeszcze  w 2004 obecny premier  Boris 

background image

Johnson został  wyrzucony z torysowskiego  gabinetu cieni, gdy wyszło 
na jaw, że zmusił jedną ze swoich kochanek do aborcji. 

Centroprawica  decydowała  się przez  ostatnie dekady na kolejne, 
nigdy nie kończące  się „rozsądne  kompromisy” 

Czy to zaskakujące? Oczywiście nie. Dystans Camerona  wobec UE był 
innym dystansem  niż ten Kaczyńskiego. Chodziło  przede  wszystkim o 
zachowanie  suwerenności  Wielkiej Brytanii, nie przedstawiano  w 
zamian alternatywnego  spoiwa UE w postaci religii czy jakiegokolwiek 
innego (przy czym PiS rzadko kiedy zdobywał się na konkretne 
propozycje  zmian w UE wykraczające poza ogólną krytykę status quo i 
hasło „Europy Ojczyzn”).  To właśnie  też Cameron,  stale balansujący 
między prounijnymi Liberałami,  z którymi był w wymuszonej  koalicji 
w latach 2010-15, lewicową opozycją z Partii Pracy, a jednoznacznie 
antyunijnym UKIP Nigela Farage’a,  zdecydował  się na postawienie 
sprawy na ostrzu  noża. Obiecał przeprowadzenie  referendum  w 
sprawie  dalszego  członkostwa  Wielkiej Brytanii w UE, dzięki czemu w 
2015 wygrał wybory do Izby Gmin, pierwszy raz uzyskując 
samodzielną  większość  (podczas  gdy UKIP zdobyła ledwie jeden 
mandat, a Farage osobiście  poniósł widowiskową  klęskę). Po 
zwycięstwie  Cameron  przeprowadził  negocjacje  z Brukselą  i uzyskał 
dalsze  koncesje na rzecz suwerenności  Londynu. Następnie był 
liderem  kampanii przeciw  Brexitowi,  optując za pozostaniem  w Unii. 
W sprawie  UE Cameron,  jak przystało  na wyznawcę „rozsądnych 
kompromisów”,  także starał się przez  lata siedzieć  okrakiem na 
barykadzie – nadal być w UE,  ale zachować  na stałe własną  walutę, 
poszerzyć  jeszcze  swoją niezależność  i sabotować  projekty 
federalizacji  Europy. Ale minimalnie przegrał  – 48% wobec 52% – 
wobec czego ustąpił  ze stanowiska  premiera,  szefa partii i w wieku 
ledwie 50 lat udał się na polityczną emeryturę,  na której pozostaje  po 
dziś dzień. W pożegnalnym  wystąpieniu przed  Downing Street 10 jako 
swoje wielkie osiągnięcie,  z którego jest szczególnie  dumny, wymienił 

background image

wprowadzenie  małżeństw  homoseksualnych  z prawem  do adopcji 
dzieci. 

W Polsce, szczególnie  na tej części prawicy, która lubuje się w 
przypominaniu  działań „perfidnego  Albionu” przed,  w trakcie i po II 
wojnie światowej,  pokutuje  stereotyp  chłodnych, flegmatycznych, 
racjonalnych,  zawsze  wyrachowanych Brytyjczyków. Oczywiście 
stereotyp,  jak to zazwyczaj bywa ze stereotypami,  mający pewne 
podstawy w historycznej  rzeczywistości.  Kampania ws. Brexitu,  a 
następnie  seria  politycznych przepychanek,  zakończonych dopiero 
wyjściem w Unii w styczniu tego roku, pokazała jednak,  że i 
Brytyjczycy są tylko ludźmi. W praktyce raczej mało kto głosował  „za” 
lub „przeciw”  członkostwu  w UE ze względu na konkretne  korzyści lub 
straty wynikające z obecności w tej organizacji  – choć jedna i druga 
strona starała  się używać takich haseł podczas  kampanii. Zasadnicza 
linia podziału  była taka sama jak wszędzie  – „przeciw”  UE byli ci, 
którzy czują się przede  wszystkim Brytyjczykami, związanymi z 
brytyjską historią,  brytyjską flagą i brytyjską królową. Odczuwający 
tradycyjną, wielowiekową  niechęć wobec  „kontynentu”. Bo 
Brytyjczykom nikt nie będzie  rozkazywał – ani Papież,  ani Ludwik XIV, 
ani Napoleon,  ani Wilhelm II, ani Hitler,  ani Angela Merkel.  Intuicyjnie 
niechętni  masowej imigracji (w tym sporo elektoratu  Partii Pracy, 
przedstawicieli  klasy pracującej  którzy przybyszów  postrzegali  jako 
zagrożenie).  „Za” – ci, którzy czują się przede  wszystkim 
Europejczykami  (w wiadomym, postoświeceniowym  rozumieniu  tego 
słowa),  bardziej  kosmopolityczni, bardziej  postępowi,  chcący być 
„otwartymi”. David Cameron  utonął między tymi dwoma blokami ze 
swoim „trochę tak, a trochę  nie” – podobnie  jak podczas  wyborów w 
grudniu 2019, będących  swego rodzaju  dogrywką do referendum, 
utonął lider Partii Pracy Jeremy Corbyn, niezdolny zdecydować  się na 
jasne stanowisko  swojej partii ws. Brexitu.  Dlatego Johnson 
przejechał  się po nim jak walec, uzyskując dla Torysów najlepszy 
wynik od 1987. Populus także nie lubi ludzi letnich – zwłaszcza  w 

background image

chwilach kryzysu. Dlatego „letni” nadreprezentowani  są właśnie 
wśród wysublimowanych,  salonowych intelektualistów,  czytanych 
przez  stosunkowo  wąskie, ale wpływowe kręgi odbiorców. 

W przypadku prawicy brytyjskiej tematy obyczajowe  od dłuższego 
czasu nie odgrywają tak znaczącej  roli jak w Polsce.  Podobnie w 
innych państwach  Europy Zachodniej centroprawica  decydowała  się 
przez  ostatnie  dekady na kolejne,  nigdy nie kończące  się „rozsądne 
kompromisy”. W naszym kraju, ostatnim  w Europie,  w którym 
nielegalna  jest zarówno  aborcja na życzenie  jak i małżeństwa 
jednopłciowe,  w naszych pięknych okopach Świętej  Trójcy, nadal 
żywe jest przywiązanie  do religii katolickiej i do tradycyjnie 
pojmowanej  rodziny. Tradycyjnie,  czyli zgodnie z prawem 
naturalnym, z naturalnym porządkiem  rzeczy.  By to rozumieć  i z taką 
definicją  się zgadzać  nie trzeba  w ogóle wierzyć w Boga.  Dlatego dziś, 
stając wobec zagrożenia  utraty Pałacu Prezydenckiego,  PiS 
zdecydował  się na wzięcie  na sztandary  właśnie tematyki LGBT,  dążąc 
do maksymalnego podgrzania  podziałów  wobec niej.  Sytuacja jest o 
tyle specyficzna  i złożona,  że decydenci PiS przez  4,5 roku 
samodzielnych  rządów  tej partii unikali tematyki „światopoglądowej”, 
co widzieliśmy przy konsekwentnym  spychaniu do zamrażarki 
projektów  takich jak zakaz aborcji eugenicznej  czy seksualizacji  dzieci. 
Postawieni  przed koniecznością  wyboru,  nigdy jak dotąd nie 
zdecydowali  się na zachwianie  paradygmatem  „status quo albo 
liberalizacja  obyczajowa”. 

Rewolucji  społecznej  nie da się zatrzymać  zachowaniem  status quo 

W latach 2005-07 i po 2015 zarówno  niektórzy działacze  i posłowie 
rządzącego  PiS jak jego konkurenci (kiedyś Marek Jurek, od wewnątrz 
PiS jako marszałek  Sejmu, a potem z zewnątrz,  LPR, dziś 
Konfederacja),  rozmaite  media i środowiska katolickie, 
konserwatywne  i patriotyczne  czy instytucje takie jak Instytut Ordo 
Iuris zgłaszały  kolejne postulaty „obyczajowe”.  Niektóre z nich były 
nawet wspierane  przez  Kościół. W wyraźnej  większości przypadków 

background image

te projekty, o ile tylko zostaną ostemplowane  groźnym mianem 
„światopoglądowych”,  były i są jednak konsekwentnie  zbywane lub 
„odkładane  na później”,  by nigdy nie doczekać się realizacji. 

Jest to zazwyczaj  wobec katolickiego czy konserwatywnego 
elektoratu  uzasadniane  założeniem,  że zachwianie  ww. 
paradygmatem  z zasady osłabi PiS, a może nawet  doprowadzi  do 
przejęcia  władzę  przez  liberałów  lub lewicę.  Tworzy się iluzję 
„kompromisu” lub wynajduje  kolejne wymówki, by którejś kwestii nie 
podejmować  w danym momencie.  Doświadczenia  innych państw 
pokazują,  że to założenie  jest błędne.  Rewolucji  społecznej  nie da się 
zatrzymać zachowaniem  status quo. W ten sposób,  zastraszona  przez 
media i zainfekowana  absurdalnym  przekonaniem  o „nieuchronności 
tych procesów”  postępowała  prawica w Europie  Zachodniej,  USA i 
innych państwach  anglosaskich. Schemat był zawsze  ten sam  – 
bronienie  status quo jako „rozsądnego  kompromisu” przed  atakami 
postępowych  polityków i mediów, a potem albo utrata władzy, albo 
częściowe  przyjęcie  ich programu  w ramach nowego „rozsądnego 
kompromisu”. 

Profity? Utrzymywanie  się u władzy za pomocą straszenia  groźną, 
rewolucyjną  lewicą. Ostatnie kilka lat w rolę demonicznego  lewaka, 
komucha przedstawianego  przez  satyryków w sowieckiej  czapce z 
czerwoną  gwiazdą,  świetnie  wpisywał się w Wielkiej Brytanii Jeremy 
Corbyn. „Może  nie realizujemy  wielu swoich obietnic, ale jeśli nie my, 
to on – a spójrzcie,  jaki jest straszny!”  – tak można ad infinitum. 
Wielką Brytanią z ostatnich 41 lat 28 rządzi Partia Konserwatywna  (i 
ma mocny mandat na kolejne,  do grudnia 2024). Nie-Torys,  który 
wygrał wybory i został premierem  był po 1974 (!) jeden  – Tony Blair. 
Ile udało się zakonserwować  z tradycyjnej Wielkiej Brytanii? Pytanie 
jest retoryczne.  Jak pisał Peter  Hitchens  w 2010 w swojej  znakomitej, 
będącej  wielkim aktem oskarżenia  idącego po władzę  wspomnianego 
wyżej ówczesnego  lidera opozycji „Cameron  Delusion”: 
 

background image

„Gdyby Partia Konserwatywna  była twoją lodówką, całe twoje 
jedzenie  by się popsuło.  Gdyby była twoim samochodem  lub 
rowerem,  byłbyś porzucony  na poboczu drogi. Gdyby była twoim 
księgowym, byłbyś bankrutem.  Gdyby była twoim prawnikiem,  byłbyś 
w więzieniu.  Gdyby jakiekolwiek dobro konsumenckie,  usługa lub 
zawód tak stale i w tak przewidywalny  sposób zawodziło  w swoim 
rzekomo  głównym celu, ludzie odwróciliby się od niego. Zostałoby 
prześcignięte,  zastąpione  i wymiecione z rynku przez  lepszego 
konkurenta.  Ogromną zagadką Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza  Anglii, 
jest że Partia Konserwatywna  nadal ma miliony lojalnych klientów, a 
nie wszyscy z nich są u kresu swoich dni. Odmawiają  porzucenia  jej, 
niezależnie  od tego jak wiele razy ich zawiedzie  lub nawet napluje  na 
nich z wielkiej wysokości. Wydaje się nawet, że gdy robi co może, by 
zademonstrować  swoją pogardę dla nich [swoich wyborców]  i ich 
opinii, ich lojalność  [wobec Partii] wydaje się tylko zwiększać”. 

Chyba nawet arcypesymistyczny arcymizantrop  Hitchens  nie 
wyobrażał  sobie jednak, że za kilka lat wściekłe tłumy barbarzyńców, 
nie wiedzących o świecie  nic oprócz  tego, że go nienawidzą,  będą 
niszczyć pomniki wielkich Brytyjczyków, Anglików czy Szkotów – 
często  zupełnie  przypadkowych i Bogu ducha winnych, ale jednak 
„martwych białych mężczyzn”.  Na przykład Roberta  Bruce’a, 
czternastowiecznego  króla Szkocji, który dowiedział  się, że jest 
„rasistą”,  „BLM”, „obalić pomnik” (hasła nabazgrane  na rzeźbie  i 
cokole). Równie  dobrze  w Polsce groźnym rasistą  mógłby się okazać 
Władysław Łokietek – w końcu był chyba uprzedzony  i 
nietolerancyjny  wobec niemieckich mieszczan  i wójta Alberta. 

Akceptowanie  przez  główny nurt polskiej prawicy „małżeństw 
homoseksualnych”  wychowujących dzieci dziś wydaje się wizją z 
Kosmosu,  ale równie  z Kosmosu byłaby dla wyborców generała  de 
Gaulle’a  informacja,  że jego obóz polityczny za x lat nie będzie  widział 
nic zdrożnego  w takich „małżeństwach”  i oddawaniu  im dzieci czy 
importowaniu  do Francji milionów algierskich muzułmanów,  explicite 

background image

wbrew  słowom i działaniom Generała,  który dał niepodległość 
Algierii, bo nie wierzył w możliwość zintegrowania  jej arabskich i 
muzułmańskich  mieszkańców  z Francuzami. 

Naiwne jest patrzenie  z wyższością na mieszkańców  „zgniłego 
Zachodu”. 

Polska nie jest z definicji ani lepsza ani gorsza  od innych państw,  a 
Polacy od innych narodów.  Już dziś pojawiają  się coraz  częściej takie 
sugestie  – tu właśnie sympatyzujący od ponad 20 lat z Jarosławem 
Kaczyńskim Piotr Zaremba  proponuje  swojemu  obozowi rozważenie 
związków partnerskich.  Oczywiście w ramach „kompromisu”,  który 
ułatwi utrzymanie  się u władzy.  Przykład jest bardzo  typowy – 
„umiarkowany intelektualista”  sugerujący  partii z którą sympatyzuje 
„rozsądny  kompromis”, oczywiście pojedynczy i taktyczny. W imię 
większego  dobra,  w imię zachowania  władzy. Dokładnie tak, jak było 
na Zachodzie. 

Naiwne jest patrzenie  z wyższością na mieszkańców  „zgniłego 
Zachodu”. Decyzje  o systematycznej  destrukcji  tradycyjnej struktury 
społecznej  na czele  z instytucją rodziny czy otwarciu się na masową 
imigrację spoza Europy nie były im nigdy stawiane  tak jasno, jak 
wydaje się post factum.  Nikt nie zapytał Francuzów z 1965, czy życzą 
sobie małżeństw  homoseksualnych  wychowujących dzieci czy kilku 
milionów muzułmanów  w swoim kraju. Ci ludzie byli przez  dekady 
urabiani przez  swoje  elity polityczne, medialne  i finansowe. 
Zamazywano im możliwość wyboru,  tresowano  ich irracjonalną, 
odwołującą  się do uczuć papką o „tolerancji  i otwartości”.  Uczono 
wstydu z powodu posiadania  poglądów innych niż „przyjęte”, 
wpajano poczucie  winy i wstyd z powodu przynależności  do danego 
narodu.   

A potem oświadczano  im, że nie da się już inaczej, mleko się rozlało, 
trzeba  się dostosować.  Tak samo nie stawiali tego sobie wprost  ci 
politycy zachodniej  centroprawicy,  którzy decydowali o kolejnych 

background image

„kompromisach”,  czy po prostu pozostawali  wobec  nich bierni. Ci 
ludzie nie podejmowali strategicznych,  przemyślanych  pod kątem 
długofalowych  skutków decyzji – po prostu kalkulowali sobie,  że „no 
dobra, jeszcze  to jedno ustępstwo,  to wygramy wybory”. Czy Charles 
de Gaulle chciałby, by jego ukochana Francja, nad którą miał 11 lat 
pełną władzę  polityczną, której nadał nową konstytucję,  wyglądała w 
2020 tak, jak wygląda?  

A jednak to on wydaje się za to w dużym stopniu  odpowiedzialny. 
Jasno sprzeciwiał  się propozycjom  ułatwień w rozwodach  (a osobiście 
ani do Pałacu Elizejskiego,  ani do swojego  domu nie zapraszali  z żoną 
osób rozwiedzionych)  czy legalizacji aborcji, ale zasadniczo 
utrzymywał stan zastany. Nie sprzeciwił  się więc temu samemu, 
nienaruszalnemu  także dla rządzących dziś Polską paradygmatowi  – 
„albo liberalizacja  obyczajowa,  albo status  quo”. Ponadto mimo 
początkowego  sprzeciwu  dał się w 1967 namówić jednemu  z 
„umiarkowanych” (zawsze  i wszędzie  ci sami „letni” podpowiadacze 
kompromisów  i „pójścia z duchem  czasów”!) przedstawicieli  swojego 
obozu na legalizację  antykoncepcji.  Nie trzeba  dodawać, że  – oprócz 
oczywistych skutków w postaci katastrofy  moralnej i cywilizacyjnej, a 
w dłuższej  perspektywie  dziury demograficznej  i sprowadzania 
milionów muzułmanów  – nie przyniosło to żadnych korzyści de 
Gaulle’owi  ani jego programowi.  Kilka miesięcy później wybuchła 
słynna rewolta z maja 1968, prowadzona  przez  nienawidzących 
personifikującego  stary porządek  i figurę ojca Generała  ośmielonych 
buntowników,  odrzucających  dorobek zachodniej  cywilizacji. 
Kilkanaście miesięcy później przywódca  wolnych Francuzów  przegrał 
referendum  i stracił  władzę. 

Jego następcy po jego śmierci poszli już na pełnowymiarowe 
„uwspółcześnienie”.  De Gaulle myślał, że do zachowania  Francji od 
przyszłych  zagrożeń  wystarczą  silne, sprawne  państwo ze 
scentralizowaną,  decyzyjną władzą (które stworzył  inaugurując  V 
Republikę),  jego osobisty autorytet  i zdecydowane  przywództwo  oraz 

background image

umiejętność  doboru  kadr. Po kilku dekadach widzimy jasno,  że nie 
wystarczyły. Polscy politycy – czy dziś rządzący,  czy jacykolwiek, 
którzy przyjdą  po nich – nie mają podstaw  zakładać, że są postaciami 
posiadającymi w swoim narodzie  większy autorytet czy politycznie 
sprawniejszymi  niż de Gaulle. De Gaulle umierający ostatecznie  jako 
człowiek odrzucony  i przegrany.  Uwielbiający  go bohater  jednego  z 
moich poprzednich  tekstów Éric Zemmour pisał – „Wyobrażam  sobie 
w ośnieżonej,  źle ogrzewanej  rezydencji  La Boisserie  starego 
Generała  [de Gaulle’a],  nieszczęśliwego  i rozczarowanego, 
ratowanego  tylko przez  nadzieję  chrześcijanina”. 

Tematyka „światopoglądowa”  przez  zdecydowaną  większość  historii 
III RP była praktycznie nieobecna  w głównym nurcie debaty 
publicznej 

Podobnie  każdy z nas będzie  kiedyś odchodził, by zdać Sędziemu 
Sprawiedliwemu  rachunek  ze swoich poczynań. Ilu z nas będzie 
mogło wtedy powiedzieć  – tak, zrobiłem  co mogłem, by ludzie żyli 
zgodnie  z danym im przez  Boga prawem natury? By myśleli o 
zbawieniu  swoich dusz, a nie krótkotrwałych ziemskich rozkoszach?  A 
ilu będzie  cierpieć zgryzoty, wiedząc,  że dostali niemało talentów, 
zdolności,  szans, mogli zdziałać  znacznie  więcej, ale w decydujących 
chwilach nie znajdywali w sobie odwagi, by powiedzieć  „tak, tak, nie, 
nie”? A wszak powiedział  Pan nasz – „Nie sądźcie,  że przyszedłem 
pokój przynieść  na ziemię.  Nie przyszedłem  przynieść  pokoju, ale 
miecz. Bo przyszedłem  poróżnić  syna z jego ojcem, córkę z matką, 
synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi  człowieka  jego domownicy. 
Kto kocha ojca lub matkę bardziej  niż Mnie, nie jest Mnie godzien.  I 
kto kocha syna lub córkę bardziej  niż Mnie, nie jest Mnie godzien.  Kto 
nie bierze  swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien.  Kto 
chce znaleźć swe życie, straci je. A kto straci swe życie z mego 
powodu,  znajdzie  je”. 

Przy okazji stajemy wobec innego problemu  PiSu, formacji stale i 
niepodzielnie  rządzącej,  mającej zdecydowanie  największy  wpływ na 

background image

kształt polskiej sceny politycznej. Tematyka „światopoglądowa”  przez 
zdecydowaną  większość  historii III RP była praktycznie  nieobecna  w 
głównym nurcie debaty publicznej.  W 1993 zawarto  tzw. kompromis 
aborcyjny, którego utrzymanie  do niedawna  łączyło zgodnie 
wszystkie partie  parlamentarne  – choć w 1996 SLD podjęło próbę 
zniesienia  go, zatrzymaną  przez Trybunał  Konstytucyjny na czele z 
prof.  Andrzejem  Zollem. Tematyki homoseksualnej  też nie brał na 
sztandary  żaden z liczących się graczy, choć przecież  po 8 lat rządziły 
SLD i PO, dziś gardłujące  w obronie  „prześladowanej  mniejszości”. 
Ruchy, z których wyrósł PiS, a potem  sama partia Jarosława 
Kaczyńskiego,  też definiowała  się wobec tego w pierwszej  kolejności 
na innych polach. Najważniejszym  hasłem był antykomunizm  i 
kontestacja  porozumienia  zawartego  przez  liberalną, 
kosmopolityczną,  „salonową” część opozycji, uosabianej  przez 
diabolicznego  Adama Michnika, z „reformatorskim”  skrzydłem PZPR, 
uosabianym przez  Aleksandra  Kwaśniewskiego.  Ich strategicznej 
współpracy  oraz skutków transformacji.  Drugim po antykomunizmie 
najważniejszym  hasłem była i jest zaś Rosja,  postrzegana  jako 
następca  Związku Radzieckiego  i podstawowe,  silne zagrożenie  dla 
polskiej niepodległości.  Tym bardziej,  że dla sympatyzujących 
zazwyczaj  z PiSem umownie centroprawicowych  elit często ważnym 
elementem  tożsamości jest  tradycja prometejskiej  polityki na 
Wschodzie.  Na tym projekcie skupiona była też prezydentura  Lecha 
Kaczyńskiego,  którego tragiczna śmierć  odnowiła te sentymenty i 
ugruntowała  pozycję Rosji  jako drugiego obok postkomunistów 
naczelnego  wroga i negatywnego  punktu odniesienia  dla obozu 
skupionego  wokół PiS i jego sympatyków, przy okazji cementując  ich 
poparcie  dla partii dziś rządzącej.  Po kilku latach swoje dołożyła  też 
aneksja Krymu i rozpoczęcie  przez  Władimira Putina wojny na 
wschodzie  Ukrainy. 

background image

PiS będzie rządzić  niepodzielnie  aż przez  (co najmniej) pełne  8 lat. 
Nigdy wcześniej  żadna partia w Polsce nie miała takiej władzy tak 
długo 

To paliwo jednak nieuchronnie  się wyczerpuje.  Po pierwsze  – nie da 
się podtrzymywać w nieskończoność  poparcia straszeniem 
poprzednikami.  PO miała prezydenta  i premiera  przez  5 lat i 4 
miesiące.  PiS – w tej chwili przez  4 lata i 8 miesięcy. Andrzej  Duda 
wybory wygrał, więc wiemy, że najprawdopodobniej  PiS będzie 
rządzić niepodzielnie  aż przez  (co najmniej)  pełne  8 lat. Nigdy 
wcześniej  żadna partia w Polsce nie miała takiej władzy tak długo. 
Dziś jeszcze  mroczny Donald Tusk to stosunkowo  świeże 
wspomnienie,  a najstarsi  górale pamiętają nawet,  że Rafał 
Trzaskowski  był przez  pewien czas ministrem  w jego gabinecie.  Ale 
podczas  kolejnych wyborów,  jesienią 2023, od jego rządów  będzie 
nas dzieliła już prawie  dekada. Zupełnie  odległym wspomnieniem  jest 
zaś świat „starej” III RP sprzed  2005. To PiS, jako partia już tyle 
rządząca,  jest dziś centralnym punktem odniesienia  dla wszystkich 
wyborców oraz dla swoich konkurentów.  Po drugie – dorastają 
kolejne pokolenia,  których formatywne  doświadczenia  i mapa 
mentalna są zupełnie  inne niż ich poprzedników.  Pokolenia 
ukształtowane  już po PRL, dla których wódka Michnika z Kiszczakiem 
jest często  czymś obojętnym,  a spory o Okrągły Stół dyskusją 
akademicką, którą można prowadzić hobbystycznie,  tak jak dziś 
ludzie namiętnie  spierają  się o Piłsudskiego  czy Becka.  Odległą od ich 
życia i dzisiejszych  problemów  ich kraju. Także pokolenia, które nie 
pamiętają  sowieckich czołgów, więc obawa przed  Rosją zazwyczaj  nie 
jest dla nich pierwszoplanową  sprawą w polityce, a ich stosunek  do 
Rosji jest mniej nacechowany  emocjonalnie  (co nie znaczy, że  jest 
pozytywny). Pokolenia, wśród  których ci mający prawicowe  czy 
patriotyczne  odruchy bynajmniej głównego  zewnętrznego  zagrożenia 
dla przetrwania  Polski i jej tożsamości  nie muszą dostrzegać  na 
wschód od naszych granic. Oczywisty punkt napięcia to stosunek do 

background image

USA, które dla wielu ludzi uformowanych  w kontrze wobec PRL nadal 
są bohaterskim  obrońcą  cywilizacji zachodniej,  a Trump nowym 
Reaganem.  Tak jak Rosja jest dla nich po prostu przedłużeniem  ZSRR, 
a Putin wprost  dziedzicem  Stalina i Breżniewa.  Tymczasem działania 
ambasador  Mosbacher,  sprawa ustawy 447 i gorące spory o ruch 
LGBT,  którego postulaty popiera  na arenie  międzynarodowej  rząd 
amerykański, pierwszy  raz po 1989 rozbudziły  w Polsce istotny, 
zupełnie  już niemarginalny społecznie  sentyment  antyamerykański. 

To, co uderza,  to że pierwszy  chyba raz przed  II turą walka między 
dwoma rywalami nie toczyła się według  świętych prawideł 
demokracji liberalnej  o elektorat  najbardziej  centrowy, 
„umiarkowany”, niewyrazisty  ideowo 

Długo wydawało się, że wyjściem z tej sytuacji – ominięciem 
„światopoglądówki”  umożliwiającym trwanie przy władzy  – będą dla 
PiS programy socjalne.  Taka była zapewne  kalkulacja Jarosława 
Kaczyńskiego w 2019. O ile jednak w maju wybory do PE przyniosły 
jego partii najwyższy wynik w historii III RP – 45% – o tyle w 
październiku  kolejna „Piątka” nie podziałała.  Zamiast 47-48%, na 
które liczyło bardzo  wielu polityków i sympatyków PiS, udało się 
uzyskać jedynie  43% i niewielką większość,  taką samą jak w 2015. 
Było widoczne,  że wynik ten stanowił zawód  także dla Jarosława 
Kaczyńskiego.  Dodatkowo powstała,  a następnie  dostała  się do Sejmu 
Konfederacja,  której znaczna część  przekazu  to właśnie  krytyka PiSu 
za „miękkość w sprawach  zasadniczych”.  Dziś to będący u władzy PiS 
jest dla wszystkich swoich konkurentów  w naturalny sposób głównym 
punktem odniesienia.  Swoje zrobiła  też decyzja strategów  partii 
rządzącej,  by z nowo powstałym ruchem iść na ostrą konfrontację, 
starając  się za wszelką cenę zepchnąć  się go poniżej  progu 
wyborczego,  a dzięki temu utrzymać hegemonię  na szeroko pojętej 
prawicy – co dziś odbija się czkawką. W 2015 w II turze wyborów wg 
exit poll Andrzeja  Dudę przeciwko  Bronisławowi  Komorowskiemu 
poparła  zdecydowana  większość  wyborców wszystkich ówczesnych 

background image

kandydatów z I tury, których środowiska  tworzą  dziś Konfederację  – 
85,6%  Grzegorza  Brauna,  74,7% Mariana Kowalskiego,  70,1% Janusza 
Korwin-Mikkego,  56,6% Jacka Wilka. Po prawie 5 latach rządów PiS w 
II turze na tego samego  Andrzeja  Dudę chciało zagłosować  według 
różnych badań ledwie 20-30% wyborców Krzysztofa  Bosaka. 

Ostatecznie  było to wg late poll 52,3% spośród  tych jego 
zwolenników,  którzy wybrali się na II turę. To i dużo,  i mało. Na 
pewno byłoby mniej,  gdyby nie „światopoglądowa”  kampania PiSu, a 
także poparcie  udzielone  Andrzejowi  Dudzie  przez  część środowiska 
narodowego.  Na pewno byłoby więcej,  gdyby wcześniej  PiS podszedł 
do nowo powstałej  formacji  z mniejszą  wrogością i zwalczał  ją mniej 
zawzięcie.  To, co uderza,  to że pierwszy  chyba raz przed II turą walka 
między dwoma rywalami nie toczyła się według  świętych prawideł 
demokracji liberalnej  o elektorat  najbardziej  centrowy, 
„umiarkowany”, niewyrazisty  ideowo. Zachwiany został  paradygmat 
„wygrywa ten, kto pójdzie  na największy kompromis,  będzie 
najbardziej  centrowy i letni”. To jasna zmiana zasad gry między 
dwoma dominującymi obozami.  Na razie zbyt wcześnie,  by oceniać, 
na ile trwałe jest to przesunięcie. 

Stąd też wzięła  się decyzja  partii rządzącej,  by przed  wyborami 
rozgrzać  jeszcze  bardziej  tematykę światopoglądową.  Wywołało to 
naturalnie  niechęć sympatyzujących z nią publicystów widzących się 
jako „umiarkowani”,  „centrowi” itp., bliskich PiS przede  wszystkim ze 
względu  na krytykę PRL i III RP. Piotr Zaremba  wydaje się tu wręcz 
archetypicznym  przykładem takiej postawy. Jak możemy się 
dowiedzieć  z jego biografii  Jarosława Kaczyńskiego  „O takim jednym”, 
wydanej w 2010 – między katastrofą  smoleńską, a wyborami 
prezydenckimi,  w których z Komorowskim rywalizował  właśnie  prezes 
PiS – wobec „radykalnych” haseł  swojego  bohatera  Zaremba był 
zawsze  odruchowo  sceptyczny,  ale stosunkowo  przekonywał  się do 
jego punktu widzenia.  W 1997 pierwszy  raz zagłosował  właśnie  na 
Jarosława  Kaczyńskiego.  Publicysta „Rzeczpospolitej”  zawsze,  czy PiS 

background image

był u władzy, czy w opozycji, nie ukrywał swojego  zasadniczego 
poparcia dla tej formacji,  jednocześnie  często  krytykując ją i jej 
przywódcę  za różne  konkretne  działania.  Ubolewał  też, że prezes 
Kaczyński generalnie  niespecjalnie  ceni sobie  niezależność 
dziennikarską  i oczekuje przede  wszystkim poparcia, naganiania 
sympatyków. Można by powiedzieć,  że w popieraniu  PiSu Zaremba 
też był zawsze  letni – co wielokrotnie  wypominali mu i dziś 
wypominają ci zdecydowanie  bardziej  oddani zwolennicy partii 
rządzącej.  Ta postawa  pewnie  też doprowadziła  do jego rozstania  z 
tygodnikiem „Sieci”, mimo wieloletnich,  bliskich i osobistych 
związków z kierującymi nim braćmi Karnowskimi. 

W postawie  Zaremby piszącemu te słowa ciężko jednak dostrzec 
specjalną  ewolucję,  jest po prostu  konsekwentnie  letni. Dziś jest 
stosunkowo  często krytyczny wobec PiS, bo to PiS jest u władzy  – 
podobnie  było w latach 2005-07. Krytyka Zaremby czasem  dotyczy 
kwestii praktycznych, z którymi można się zgodzić niezależnie  od 
poglądów ideowych – np. skupiania się partii Kaczyńskiego  na 
zmianach kadrowych, a nie instytucjonalnych.  Jeśli jednak dotyczy 
tych słynnych „kwestii światopoglądowych”,  zawsze  jest to ten sam 
ton – ubolewanie  nad zbędnym radykalizmem, wzywanie  do umiaru, 
kompromisu.  Zasadniczo dostosowanie  się do głównego  nurtu i 
traktowanie  tych kwestii jako drugo-,  trzeciorzędne,  jako opium dla 
mas. Jeśli w czymś publicysta „Rzeczpospolitej”  nie jest letni, to 
właśnie  w tropieniu zimnych i gorących, również  w szeregach 
bliskiego mu obozu. Dlatego  w wielkanocnym numerze  tygodnika 
„Sieci” w 2016 (gdy jeszcze  w nim pracował)  ostro zaatakował  prof. 
Sławomira Cenckiewicza,  stwierdzając  jednoznacznie,  że ten nie 
powinien zostać  prezesem  Instytutu Pamięci Narodowej.  Zarzuty? 
Oczywiście niebezpieczny  radykalizm. Między innymi to, że 
Cenckiewicz  jest tradycjonalistą  katolickim i zdecydowanym 
krytykiem polskich powstań  narodowych.  I Cenckiewicz,  jak 
wiadomo, rzeczywiście  prezesem  IPN nie został. 

background image

W przypadku Zaremby na pewno  znaczenie  tak dla jego postawy, jak 
ogólnie dla jego sympatii dla PiS, ma zdecydowanie  „prospołeczna” 
wrażliwość  publicysty „Rzeczpospolitej”.  Czy z jego opasłych i bardzo 
dobrych książek na temat historii Stanów Zjednoczonych,  czy z ww. 
biografii prezesa  Kaczyńskiego jasno wynika, że Zaremba  przychylnie 
patrzy na programy socjalne  i interwencjonizm  państwowy. 
Sympatyzuje z ich zwolennikami  tak w Polsce jak za Oceanem.  W 
jednym z bardziej  emfatycznych  fragmentów  wspomnianego  „O 
jednym takim” publicysta rozważa,  czy Jarosław  Kaczyński nie mógłby 
być polskim Franklinem Delano Rooseveltem,  który pozostawił  po 
sobie słynny New Deal. W innym opisuje z kolei – już beznamiętnie  – 
jak „za pierwszego  PiSu” w odpowiedzi  na działania  Marka Jurka, 
dążącego  do przeforsowania  poprawki do Konstytucji 
wprowadzającej  pełną  ochroną życia od poczęcia, Marek  Suski 
„publicznie darł kartki z listem jednego  z biskupów, rozłożone  na 
poselskich stolikach. Było oczywiste,  że robią to z woli Kaczyńskiego. 
Podczas wymiany zdań Jurka ze starymi pecetowcami  z ich strony 
pada argument: My jesteśmy  partią centrową”. 

Za degenerację  cywilizacji zachodniej  nie są w największym stopniu 
odpowiedzialni  rewolucjoniści,  głoszący hasła postępu  i snujący 
kolejne ideologiczne  wizje  „budowy lepszego  świata”. 

Zaremba  nieco ubolewa  nad tym, że Jurek odszedł  z PiS, bo uważa,  że 
stanowiłby dla niego wartość  dodaną. Zasadniczo  proponuje  jednak 
partii, której dobrze  życzy, by szła po prostu drogą zachodniej 
centroprawicy,  płynąc z głównym nurtem,  „wystrzegając  się 
radykalizmów”. Nieprzypadkowo  w „O jednym takim” dziennikarz 
kilkukrotnie akcentuje szczególnie  wyraźny dystans Lecha 
Kaczyńskiego wobec  retoryki narodowo-katolickiej,  którą z czasem 
zaczął się posługiwać  jego brat. Zaremba przypomina,  że późniejszy 
prezydent  na początku lat 90. nie był zwolennikiem  delegalizacji 
aborcji, a jako poseł  I kadencji nie chodził na głosowania  dotyczące 
tej sprawy (również  to wprowadzające  w 1993 tzw. kompromis),  by 

background image

nie musieć wybierać między własnymi poglądami a niechęcią  do 
„robienia  problemu” partii Jarosława.  Opisując późniejsze  lata 
Zaremba  także zawsze  zaznacza  ten dystans – np. pisząc, że koalicja 
PO-PiS z 2002 była ważna dla Lecha, który chciał się odróżnić od 
nowoprzyjętych  „radykałów” w rodzaju  Jurka, któremu nigdy nie ufał. 
W wizji Zaremby dla PiS zapewne  najlepsze  byłoby trwanie  u władzy 
jako „rozsądne,  umiarkowane  centrum”.  Można odnieść wrażenie,  że 
żałuje,  że bez „hamulca” w postaci brata Jarosław sięga częściej  po 
„radykalną” retorykę.  Boli go każde odchodzenie  od dogmatycznej 
letniości. 

Tak samo argumentowano  w przeszłości  za każdą kolejną 
rewolucyjną  zmianą, która coraz bardziej  topiła dostojną, niegdyś 
potężną  budowlę Zachodu w nieprzyjemnie  pachnącym bajorze 
permisywizmu,  hedonizmu,  patologicznego  samozwątpienia  i 
relatywizmu  moralnego.  Tak, to właśnie ta postawa  jest „główną 
przyczyną kryzysu rodziny czy wartości”.  Niezależnie  od tego, jak 
inteligentni,  oczytani, zniuansowani  i wysublimowani są ci 
przedstawiciele  elit, którzy ją przybierają,  czy jak godne  i moralne 
życie prowadzą  osobiście.  Personifikujący  figurę „umiarkowanego 
centroprawicowca”,  idącego zawsze  i wszędzie  na kompromisy i 
zwalczającego  „skrajnie prawicowy radykalizm” (ewentualnie  na czas 
wyborów używającego  ostrzejszej  czy bardziej  patriotycznej  retoryki) 
Jacques Chirac przeżył  63 lata z jedną żoną,  był praktykującym 
katolikiem. I co z tego, gdy jego katolicyzm był „prywatny”, a jako 
premier  zalegalizował  aborcję na życzenie? Inna sprawa,  że w 
normalniejszych  czasach  taki Chirac zostałby po prostu 
ekskomunikowany i nie mógłby nazywać się katolikiem do czasu 
odprawienia  ciężkiej publicznej  pokuty. Ale w przewidywalnej 
przyszłości  na takie działania ze strony hierarchii  kościelnej nie ma 
niestety podstaw  liczyć. Wielu duchownych również  wydaje się 
zalęknionymi, bez odwagi wyjścia ponad kurczowe  trzymanie  się 

background image

społecznego  status quo. Ponad ten sam paradygmat  – „status quo 
albo liberalizacja”. 

W tym wszystkim ważne,  by nie popadać  w przesadę  ani rozpacz  – 
sytuacja w Polsce nie jest prostą  kopią sytuacji w państwach Europy 
Zachodniej  sprzed  x lat. Tysiące ludzi z różnych  środowisk  ideowych i 
politycznych są świadome  zagrożeń,  które płyną do nas z zachodu. 
PiSowi też dziś bardzo daleko do centroprawic  zachodnich.  Piotr 
Zaremba  jest na zapleczu  intelektualnym partii rządzącej  jednym z 
bardzo  niewielu głosów,  który otwarcie głosi postulat „pójścia z 
duchem czasów”,  a jego wpływ jest ograniczony  poprzez  stale 
zachowywany „letni” dystans wobec kierownictwa  własnego  obozu. 

Za degenerację  cywilizacji zachodniej  nie są w największym stopniu 
odpowiedzialni  rewolucjoniści,  głoszący hasła postępu  i snujący 
kolejne ideologiczne  wizje  „budowy lepszego  świata”.  Oni zawsze  w 
historii byli i dziś są nadal tylko głośną,  krzykliwą, ale silnie 
zideologizowaną  i głęboko oddaną swojej  sprawie mniejszością.  Za 
degenerację  cywilizacji zachodniej  odpowiadają  przede  wszystkim 
ludzie tacy jak Piotr Zaremba,  którzy za każdym razem  przekonują,  że 
„mleko się już rozlało”, „nie ma powrotu  do przeszłości”,  a następnie 
podpowiadają  politykom, by „zawrzeć  rozsądny  kompromis”, 
przyjmując wybrane  postulaty rewolucjonistów  jako własne.  Otóż z 
rewolucją  nie da się zawrzeć  kompromisu. Rewolucjoniści  nie są 
zainteresowani  kompromisami, tylko dalszym marszem  w stronę 
tego, co widzą jako „nowy, wspaniały świat”. Każde kolejnego 
ustępstwo  każdego  kolejnego Piotra Zaremby to dla nich tylko kolejny 
dowód na to, że mają rację,  a sprawiedliwość  dziejowa  jest po ich 
stronie.  Spory o LGBT,  jakkolwiek intelektualnie  jałowe,  a często 
potwornie  nudne i toporne,  będą  przez  najbliższe  lata stale obecne  w 
polskiej polityce. Ktoś będzie  musiał zwyciężyć. Możliwości  są tylko 
dwie – albo utrzymanie rodziny składającej  się z kobiety, mężczyzny i 
ich dzieci jako podstawowej  komórki zdrowego  społeczeństwa,  albo 
importowana  z Zachodu dyktatura permisywizmu,  za jakąkolwiek 

background image

krytykę programu politycznego  rewolucji  seksualnej  wyrzucająca na 
społeczny  margines.  Bo „dla mowy nienawiści nie ma miejsca w 
przestrzeni  publicznej”.  Chodzi nie tylko o cenzurę  za poglądy, ale 
także o normalizację  wyrzucania  z pracy zwykłych ludzi (vide  sprawa 
pracownika Ikei) czy usuwania  z uczelni winnych myślozbrodni 
wykładowców i studentów. 

To przez  ludzi letnich, obojętnych,  cywilizacja Zachodu, 
najwspanialsza  jaką stworzył rodzaj  ludzki – jakkolwiek pojęta, o ile 
tylko przyznajemy,  że jej korzenie  sięgają  dalej niż Oświecenie  – 
pogrąża  się i degeneruje.  Ludzie odchodzą  od Boga, a zbawienie 
duszy przestaje  być dla nich podstawowym celem życia. Narody tracą 
swoją tożsamość.  Przestają  pielęgnować  pamięć swoich bohaterów  i 
dziedzictwo  pokoleń swoich przodków,  na których również  stają się 
obojętni,  których często  zaczynają się nawet wstydzić, traktować  jak 
nieprzyjemne  obciążenie,  coś od czego chcą uciec. Tak, jak chcą w 
ogóle uciec od odpowiedzialności.  Ludzie przestają  stawiać swoim 
dzieciom za wzór tychże bohaterów  Historii czy świętych,  często 
przestają  w ogóle wpajać im jakiekolwiek jasne wzorce,  które 
mogłyby pomóc im odnaleźć  się w rzeczywistości.  Rodziny się 
rozpadają,  w coraz większym pozbawiając kolejne  pokolenia młodych 
ludzi trwałego  punktu oparcia.  Nowo stawiane  budynki są coraz 
brzydsze  i coraz bardziej  jednakowe,  nieodróżnialne  od siebie,  tak 
samo zresztą  jak coraz bardziej  miałkie i nieodróżnialne  od siebie 
stają się „dopuszczalne”  poglądy uczestników  debaty publicznej. 
Przez  ludzi obojętnych  na Prawdę,  Dobro i Piękno te wartości 
zanikają, pogrążając  się w bagnie nihilizmu i hedonizmu.  Za wszystkie 
te zjawiska odpowiadają  właśnie ludzie letni, ludzie którzy 
racjonalizują  własną obojętność,  zachęcają  do niej innych i 
rozmywają sprawy fundamentalne  w potoku pięknie brzmiących 
słów. A którzy powinni starać się być świadomymi członkami elity 
swojego  narodu. Właściwie  wykorzystywać w ten sposób talenty, 
które niewątpliwie  posiadają. 

background image

Tylko życie, na które nie jesteśmy  obojętni,  może mieć sens. Albo 
chce nam się o coś walczyć, o coś się starać,  mieć powód, by zmagać 
się ze słabościami własnymi i tych, na których mamy wpływ, albo 
popadamy w letnią obojętność.  Na poziomie  jednostek  oznacza to 
smutne,  puste, monotonne,  banalne życie. Na poziomie narodów  czy 
cywilizacji – bycie zastępowanymi.  Nierzadko z pewną  radością, bo 
tak jak współczesnych  ludzi masowo prześladują  ciągłe wątpliwości, 
czy ma jakikolwiek sens i wartość  ich istnienie jako jednostek  – tym 
bardziej,  im bardziej  są wykorzenieni  – tak samo tysiące tysięcy coraz 
łatwiej uznają,  że nie ma żadnej  wartości  w pielęgnowaniu 
dziedzictwa  i tożsamości  wspólnot, w których się urodzili  – Kościoła, 
rodziny, narodu  i innych. „Och, gdyby tylko nie istnieć!”  – mówi 
doktor Czebutykin w Trzech siostrach Czechowa,  i w tym zdaniu 
zawiera  się egzystencjalna  sytuacja współczesnego  człowieka 
Zachodu. Dziś bowiem wstydzi się on samego siebie,  hamletyzuje, 
przeprasza  za to, że żyje, i z radością  przywita bycie zastąpionym.  Tym 
chętniej,  im więcej spełnia  warunków z mrocznej  listy win – 
mężczyzna,  biały, heteroseksualista,  katolik. 

Tak jak słusznie  stwierdza  mnich Tichon u Dostojewskiego,  powołując 
się na Pismo – zatwardziały  ateista  może być bliższy autentycznej 
wierze  niż człowiek  letni, obojętny. Moglibyśmy dodać,  że także 
człowiekowi  aktywnie walczącemu  w obronie  sprawy polskiej czy 
sprawy katolickiej bliższy na swój sposób jest  kipiący nienawiścią  do 
zastanej  rzeczywistości  rewolucjonista,  który podporządkowuje  swoje 
życie temu,  co w jego mniemaniu doprowadzi  do budowy lepszego 
świata – a w rzeczywistości  do destrukcji  i gruzów, z których obiecana 
utopia bynajmniej się nie wyłania, cierpienie  się nie kończy, a 
poczucie  krzywdy nie znika. Takiego „zimnego” człowieka 
„gorącemu”  łatwiej pojąć, zrozumieć,  nierzadko  też szanować. 
Wydaje się też,  że takiego człowieka  łatwiej nawrócić na właściwą 
drogę – czy w sensie  stricte religijnym, czy w sensie  politycznym. 
Gorzej  z wytrąceniem  z obojętności,  z letniości.  Z płynięcia zawsze  z 

background image

nurtem  i proponowania  od siebie jedynie  niewielkich, zawsze 
„umiarkowanych” korekt, postulowania  kolejnych „kompromisów z 
tym, co nieuchronne”.  Z uciekania od zasadniczej  odpowiedzi  na 
fundamentalne  pytania lub proponowania  zawsze  tego samego 
płytkiego permisywizmu,  abdykacji ze starań o konkretne  dobro 
wspólnoty i jednostki.  Z braku wiary w możliwość  wywarcia na 
rzeczywistość  silniejszego  wpływu, wyrzekania  się z zasady prób 
mocnego oddziaływania  na nią. 

Mamy ogromne  szczęście,  mogąc podejmować  świadome  wybory i 
wyciągać wnioski z doświadczeń  innych narodów  i państw. Albo 
pokażemy, że Polak umie być mądry przed  szkodą, albo Polskę czeka 
ten sam proces  autodestrukcji  co innych. Bierność  to wywieszenie 
białej flagi. Dlatego należy jednoznacznie  odrzucić  dyktat 
„zachowania  status quo lub nowych kompromisów”.  Jedyna droga to 
szukanie pozytywnych rozwiązań,  które pozwolą Polsce zachować 
własną tożsamość.  Dążenie  do oparcia naszej  Ojczyzny na 
fundamencie  konkretnych wartości, które umożliwią przetrwanie. 
Szczęście  mamy również  dlatego, że jesteśmy  dziedzicami  ponad 
tysiąca lat wspaniałych,  bogatych, we właściwym tego słowa 
znaczeniu  różnorodnych  tradycji i postaci. Ale nie tylko ich. Jak pisał 
Kazimierz  Wierzyński w 1941 w wierszu  Via Appia, odnosząc  się do 
wojennego  trudu polskiego  żołnierza: 
 
„Bijemy się o cały świat, 
Biją się polskie pułki 
O Nike samotracką, 
O stare  ateńskie zaułki, 
O tysiące minionych lat. 
O akropol i Kapitol, 
O Grecję  i Rzym 
Uderza  ułańskie  kopyto, 
artyleryjski dym”.  

background image

Dziś tymi pułkami jesteśmy my.