background image

ROMAN BRATNY

ROK W TRUMNIE 

background image

Co   się   właściwie   stało?   Co   może   mnie   zmusić,   abym   odebrał   sobie   ostatnie   tygodnie 

wolności przed powrotem do więzienia po to, by spisać dzieje mojego bez mała rocznego urlopu z 

kryminału? „Przerwa w karze” dobiega końca. Żadnej ze swych spraw nie załatwiłem. Chyba, żeby 

brać serio prognozy kardiologów, że jestem „w normie”. Czy ci ludzie, którzy zawodowo piszą 

książki, też ulegają takiemu złudzeniu, którego nie sposób odeprzeć: że bez tego co napiszą świat, 

jakiś kawałek świata, nie da się zrozumieć? I kto ma „zrozumieć” ten rok, ten kawałek świata 

między sierpniem 1981 a majem 1982, który mi się odsłonił, gdy stanąłem za bramą więzienia? Na 

dobrą sprawę nie wiem, czy wyszedł ten, którego zamknęli, czy ktoś zupełnie inny. Co zostało ze 

mnie, skoro uczeni powiadają, że organizm ludzki co siedem lat „wymienia” wszystkie swoje 

składowe komórki? Chyba poza szarymi z kory mózgowej, skoro zachowują pamięć? Tak, pamięć 

to jedyne co stanowi o tożsamości. Może dla jakiejś pamięci wyższego rzędu potrzebny jest obraz 

tego czasu odbity w moim koślawym „na trzy kwartały” życiu? Nie wiem. Przecież nigdy nie 

miałem skłonności do pióra. Nawet w więzieniu nienawidziłem tych chwil, w których musiałem 

pisać za kolegów listy do narzeczonych. Tak, bo do matki czy siostry pisali jakoś sami. Ale te 

„zasadnicze” musiały być inne. Takie tylko ja w celi, a ponoć „na całym korytarzu”, umiałem 

pisywać, „Tak mnie wzruszyło, że musiałem polecieć w konia, ledwom przepisał” - przyznawał się 

taki   szczerze   do   onanistycznej   ekstazy.   Tak.   To   chyba   sukces   więźnia   Juliana   Patryka,   syna 

Anatola,   jako   »pisarza”.   Jedyny   dotychczas.  Ale   wiem,   że   jednak   przepaskudzę   parę   dni   czy 

tygodni, żeby opisać ten czas, ten wspaniały i obrzydliwy, a także straszny okres mojej wolności, 

który się rychło skończy. Moja siostra, Basia, dokonała cudu. Napisałem kiedyś, że z moim sercem 

jest „raczej średnio” i ona dokonała cudu. Po wielu komisjach lekarskich nagle dowiedziałem się, 

że w „celu przeprowadzenia obserwacji klinicznej (nie wyklucza się operacji zastawki) zostaje mi 

udzielona przerwa w karze”. 

„Przerwa w karze” w papierach zaczyna mi się od pierwszego sierpnia i nie wiem, jaki 

diabeł ukradł mi  dwa pierwsze dni wolności, gdyż  dopiero 3 sierpnia zamknęły się za moimi 

plecami   wrota   więzienia.   Przestraszyłem   się.  Tak.  Wcale   nie   radość   -   przestrach.   Ludzie   byli 

szaleni. Każdy dokądś się spieszył. Szedł sam. Jeden naprzeciw drugiego. Czasem po dwóch. Ja też 

ruszyłem stamtąd szybko. Nie chciałem, żeby widzieli tę bramę za mymi plecami. Zresztą w tym 

miejscu czułem na sobie spojrzenia wszystkich. Wiedzieli, oglądali mnie. I ta przestrzeń. Poczucie 

własnej małości, bo horyzont jest za daleko - na długość ulicy, nie korytarza. Ściany domów po 

przeciwległej stronie nieosiągalnie daleko. Przyspieszyłem kroku... Na rogu ulicy przystanąłem, bo 

background image

nie   wiedziałem,   gdzie   jestem.   Skąd   mogłem   wiedzieć,   skoro   przywieźli   mnie   tu   suką   z 

zakratowanymi szybami, a wszystko co widziałem z okien naszych cel, w których przyszło mi 

spędzić lata, to kominy okolicznych kamienic. Zatrzymałem się na rogu ulicy i zrozumiałem, że 

skoro nie wiem, gdzie jestem, to jestem na wolności. Samochody jechały każdy w swoją stronę. 

Kupiłem gazetę. Po prostu. Żeby się wprawić. A potem zobaczyłem tramwaj. Tramwaj był wreszcie 

do czegoś podobny. Nie rozumiałem z początku, dlaczego tak mnie uspokajał widok tramwaju, aż 

za trzecim - bo stałem tam bardzo długo przy tej budzie z gazetami („kiosk Ruchu” - nauczyłem się 

potem mówić)-- więc za trzecim tramwajem to już wiedziałem, dlaczego mam zaufanie. Szyny - 

jechał tam, gdzie musiał jechać, nie tam gdzie mu się podoba. Więc wsiadłem do tramwaju i 

dopiero potem spytałem, jak dojechać do dworca autobusowego. Bo Basia napisała w ostatnim 

liście,   że   mam   do   Warszawy   pojechać   autobusem.   Podała   nawet   godziny.  Ale   teraz   było   mi 

wszystko   jedno   -   musiałem   jechać   „dokądś”,   a   więc   na   ten   dworzec.   Nawet   okazało   się,   że 

wsiadłem jak trzeba. Jedna przesiadka. Nie, nie byliśmy tak całkiem ciemni tam za murem. Trafiały 

się gazety. Ze dwa razy miałem w ręku i „Solidarność”. 

Z   tą   „Solidarnością”   była   zresztą   heca.   Po   jakimś   tam   więziennym   strajku-głodówce 

uzgodniono, że na oddział wolno będzie abonować 3 egzemplarze tygodnika. Na nasz wpuścili 

jeden.   Otrzymywał   go   siedzący   w   izolatce   więzień   z   dwudziestopięcioletnim   wyrokiem, 

kompletnie   ślepy.   No,   ale   udało   mi   się   parę   razy   dorwać   ten   jego   egzemplarz...   Niektórym 

funkcjonariuszom   miękła   rura.   Woleli   być   za   „swoich”.   Słyszeliśmy   o   buncie   więźniów   w 

Kamieńsku, a i u nas mieliśmy głodówkę, co poskutkowała. W końcu dziś też wyglądam inaczej, 

niż gdybym wyszedł za mur przed pół rokiem. Zaprowadzili mnie do fryzjera. Strażnik, z którym 

byłem zawsze dobrze, dogadał się z magazynierem i jego żona przeprasowała mi w domu ubranie 

zmięte w więziennym depozytowym worku. Całkiem normalny ze mnie mężczyzna. Przystojny - 

mogłem się ze zdziwieniem przekonać w lustrze dworcowej toalety. Człowiek odzwyczaił się od 

widoku odbicia własnej gęby. Tak, świat się zmienił. Coś drgnęło nawet w więzieniu. Ale co innego 

domyślać się, co innego zobaczyć. Zresztą perspektywa spędzonych na wolności miesięcy już mi 

coś zafałszowała w opisie pierwszych godzin. 

Tak,   widzę,   że   dzisiaj   już   niemal   zapomniałem,   co   było   najważniejsze.   Naprawdę 

najważniejsze - to kobieta. Miejsce mi wypadło dobre. Nie przy oknie, ale przy pani. Pachnąca 

czterdziestka. Ładna. Dla takich jak ja, wyposzczonych, ładne było wszystko, co miało nogi... Ale 

ta była ładna. Przyglądać się mogłem swobodnie, bo niby na to co za oknem. Ale ona szybko 

background image

zauważyła, i jak się uśmiechnęła, to byłem całkiem gotów. Autobus kołysał. Było jak na pierwszym 

w życiu filmie. Dziś zastanawiam się, już jako człowiek odzyskany przez swój dawny świat, kim 

byłem tego dnia. Aktorem? Kiedyś wybitnym i cenionym, jednym z tych młodych, o których się 

mówiło? (W naszym zawodzie człowiek, który ma powodzenie, odnosi sukcesy, jest „młody”, jak 

długo nie zaproponują mu Króla Leara). Czy raczej już tylko więźniem? Człowiekiem o umyśle 

odłączonym   od   kultury,   od   wrażliwości,   od   myślenia   właściwie.   Kim   bym   nie   był,   to   tam   w 

autobusie byłem tylko nabrzmiały wściekłym pożądaniem kobiety; Patrzyłem na moją sąsiadkę 

coraz bezczelniej. Z początku jakby się spłoszyła, ale zaraz ją wzięło. Widziałem drobny ruch ręki, 

jakim poprawiła włosy. Uśmiechnęła się kącikiem warg. Zobaczyłem lekki rysunek zmarszczek i 

jeszcze bardziej mnie wzięło. Wiele było godzin przegadanych w ciemności celi, w pospiesznym 

sapaniu mechanicznego szukania ulgi, i częste było to nawijanie o „czterdziestce” jako „chętnej”, 

„nauczonej”, że z taką można „z przodu, z tyłu, z boczku i jeszcze pod pazur i jak chcesz” (cytuję 

naszego   celowego   seksuologa   Zenka   Siekierkę).  A  tymczasem   coś   się   działo   wokół   nas.   Na 

najbliższym przystanku na peryferiach miasta wsiadł do autobusu młody człowiek w dżinsach, 

rozpiętej koszuli. Zajął miejsce plecami do kierowcy, którego zresztą pozdrowił całkiem prywatnie. 

Usiadł na swój sposób. Tyłek na poręczy, nogi na siedzeniu. Przedstawił się. Był „Informacyjną 

Służbą Solidarności”. Wyjął jakąś kartkę i zaczął uświadamiać podróżnych, dokąd zmierzamy. 

Usłyszałem, że wkrótce będziemy jednym z najbogatszych krajów Europy... Ta pani była ciepła, 

udało mi się tak przesunąć w fotelu, że biodra nam się zetknęły - była to niby moja próba zbliżenia  

się do umieszczonej pod oknem popielniczki... W Złotoryi, jak sama nazwa wskazuje, znajdują się 

ogromne nie eksploatowane wobec presji wielkiego sąsiada złoża drogocennego kruszcu. Boją się 

naszej konkurencji na światowych rynkach złota... W tym momencie uczułem ciepło na moim 

udzie. To ona przysunęła nogę. Spojrzałem bezczelnie, ale patrzyła niewinnie przez okno. Złoty 

kosmyk włosów za uchem drgał w rytm wstrząsów autobusu, serce podchodziło mi pod gardło... 

Ropy naftowej mamy w bród. Najlepiej świadczy o tym niekontrolowany wybuch w Karlinie. Sam 

wybuch zresztą też jest świadectwem. Ale teraz knowania zewnętrznego wroga, który chce nas 

trzymać   na   uwięzi   monopolu   swoich   dostaw,   zostaną   przerwane...   Gdyby   energię   z   jaką 

wierciliśmy   co   noc   nasze   więzienne   sienniki   obrócić   na   takie   poszukiwania   -   pomyślałem   ze 

zgrywą, czując jak strasznie uwierają mnie spodnie. Chyba to było widać. Moja sąsiadka miała 

oczy spuszczone. 

-   Pan   do   Warszawy?   -   usłyszałem   jej   pytanie   i   przestały   do   mnie   dochodzić   słowa 

background image

agitującego „informatora”. 

Dowiedziała się, że jestem” aktorem. W końcu prawda. Skoro przestałem być więźniem, to 

kim jestem? Tym kim byłem! I było nieprawdopodobnie. Za oknem zielony świat. Dokąd leci? 

Tam,   gdzie   ja   chcę.   Uwierzyć   trudno,   że   gdzieś   tam   daleko   stoi   nieruchomy   budynek,   kraty, 

skrzynia   na   oknach,   a   w   celach...   Gdyby   mnie   widzieli,   całą   noc   waliliby   w   konia.   Bo   już 

trzymałem za rączkę. Skóra kobiety. A rękę miała delikatną. W domu gosposia. Dużo podróżowała. 

Truła mi o Grecji. Kupowała wina dla naszej centrali. „Ubóstwiam słodkie”. Wypijemy? - pytam. - 

Figlarz - drapie mi paznokciem wnętrze dłoni, a ja już nie wiem, co mam w spodniach. Tamten 

nawija uparcie. Teraz o jakichś workach rzekomego cementu, w których nasz rząd wysyła do NRD 

smalec. Świat jest nieprawdopodobny. Dziś, kiedy głaszczę ją przez sukienkę po biodrze, zgadzam 

się: niech wysyłają. Ale czemu w tych workach? Jasne, ze strachu przed głodującym ludem. Moja 

dłoń spoczywa na jej udzie. To śmieszne, jak człowiek pisze frazesem. Chyba świadomi - pisarze - 

spostrzegają takie rzeczy od razu. Bo jak „spoczywa”, skoro drży. Naprawdę drży mi ręka, jak 

pijakowi gdy wyciąga ją do kieliszka. Ręka drży. To się posunie o centymetr, to lekko zbierze 

trochę materiału... Widzę opięte jedwabiem pończochy kolano... A ja mówię. Coś o graniu w filmie. 

Ona, że nigdy mnie nie widziała na ekranie. Ja, że zerwałem z filmem. Ona, że rzadko ma czas 

bywać w teatrze. Często w delegacjach za granicą (kupuje te słodkie wina, o Jezu!), a jak w kraju 

to   mąż,   „człowiek   już   starszy”,   często   choruje...   (No,   teraz   już   jasne,   śmiało   naprzód. 

Zameldowała, że szpara wolna - no tak, tak pomyślałem, trudno. Ja mam czterdzieści lat, a może 

tylko te dziesięć, które spędziłem w więzieniu. Nauczyłem się mówić tamtym językiem, ale także 

nim   myślę.)   Upuszczam   paczkę   papierosów   na   podłogę.   Zsuwam   się   w   ciasnotę,   przyciskam 

plecami do fotela z poprzedniego rzędu, aż czuję jak tamten pasażer kręci się niespokojnie, ale 

mam czego szukać. Gdy lewa ręka udaje, że zbiera z podłogi, prawa jest pod sukienką pani... 

Cudowny poślizg dłoni po jedwabiu pończochy... Nie broni... Nawet po sekundach rozsuwa kolana. 

Młoty   w   skroniach.   Ręka   już   czeka   na   pasek   nagiej   skóry   powyżej   pończochy   i   sekunda 

rozczarowania - rajstopy - żadnego dostępu. Ale już czuję jej paznokcie wbijające się w moją rękę i 

błogie spełnienie. Wstrząsa mną raz i drugi pełnym wyzwoleniem z napięcia. Jakbym te dziesięć lat 

wyrzucił tamtędy z siebie. Wilgoć i cisza. 

Teraz słychać, że Ameryka jest potęgą, która nas nie opuści. Ona sama bierze mnie za rękę. 

Ile to lat? Te rajstopy... były już, były, oczywiście. Ale pamięć dyktowała dłoni ten dotyk nagiej 

skóry nad pończochą z tamtych czasów, w których opuściłem świat pełen kobiecych nóg... Cały 

background image

świat, który teraz idzie znów w moją stronę. Chyba pani nie spostrzegła co się ze mną stało. Klepie 

mnie uspokajająco po dłoni, dostaję wizytówkę - telefon do pracy - instruuje mnie cicho, jakby mąż 

siedział na sąsiednim fotelu. Ale naprawdę to będzie na nią czekał na dworcu. Pa. Jesteśmy w 

Warszawie.

To było dziwniejsze, niż gdybym tym autobusem wylądował na lotnisku w Buenos Aires. 

(Kiedyś po raz pierwszy i jedyny poleciałem na festiwal). Od pierwszych kroków prześladowało 

mnie   wrażenie   absurdalnej   egzotyki.   Nie,   że   dokądkolwiek   „wróciłem”,   tylko   że   gdzie   się 

„znalazłem”.  Ale   gdzie?   Już   na   dworcu   megafon   huczący   triumfalnym   marszem,   moja   pani 

zniknęła,   zanim   zdążyłem   wypatrzyć   tego   jej   męża,   byłem   sam,   ale   megafon   mnie   uratował. 

Triumfalnie komunikował, że moim obywatelskim obowiązkiem („każdego Polaka”) jest znaleźć 

się wraz ze społeczeństwem stolicy, aby „wziąć udział”, w sposób „niepowtarzalny udowodnić” i 

„dać nareszcie wyraz...” 

„Na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności oraz pozbawienie praw publicznych na 

lat...” Tak mówił wyrok. Ale miałem „przerwę w karze”. A ten megafon zachęcał, abym wierzył, że 

i przerwę w owym „pozbawieniu” - no, zwracał mi prawa. Kiedy znalazłem się tam, gdzie mnie 

wzywano - na Marszałkowskiej - pojąłem, że trafiłem na czas, gdy każdy tworzy sobie prawa. 

Byłem z wolnymi ludźmi. Gigantyczny ludowy festyn. Nie widziałem karnawału w Rio, ale to 

musiało być to. Więc wyszedłem niemal prosto z więzienia na tę ulicę ubraną jak na pierwszego 

maja...  Ale  pierwszy maja  bez czerwieni,  jakby nagle zmieniła się  moda i miasto jak kobieta 

pokazywało się pełne kokieterii w nowym stroju. Biało-czerwone. Flagi. Transparenty. Ciężarówki 

obandażowane   wypisywanymi   na   białych   szarfach   hasłami.   Wszystko   stłoczone   na   ulicy   w 

bezruchu,   ale   żyjące   szalonym   życiem.   Na   platformie   gigantycznej   maszyny   zespół   jazzowy. 

Gdzieś z megafonu usłyszałem nagle nazwisko swego scenicznego kolegi i zaraz lawinowe brawa. 

Jak nieprzytomny zacząłem  się  pchać  w tamtą  stronę.  Słyszałem skandowany  chóralny śpiew. 

Rozumiałem słowa  - śpiewali  młodzi  ludzie  stojący na  dachu  autobusu. Trzymali  się  za  ręce. 

Mogłem   żyć,   mogłem   patrzeć,   mogłem   szukać   mego   kolegi,   zapowiedź   występu   którego 

usłyszałem   przez   megafon,   mogłem   przechodzić   koło   kobiet   wydekoltowanych,   w   letnich 

sukienkach. Były moje. Dzięki mojej pani z autobusu wszystkie były moje i nie musiałem ich mieć 

w tej chwili. W portkach było już sucho. Byłem w Mar del Plata, w Rio, a to była tylko Warszawa.  

Ani jednego psa... (Już znów blisko więzienna brama. Za trzy tygodnie wracam. Czy zdążę opisać 

background image

to, co się przydarzyło - napisałem „psa” - tak jak się mówi w celi. Już niedługo. Już wraca tamten 

świat, tamten język.) Ani jednego milicjanta. Sami ludzie. No i znalazłem mojego scenicznego 

kolegę. Przytył. Stał na zmontowanej ad hoc estradzie. Tak, to on śpiewał. On dyktował rytm 

tłumowi, tamtym na dachu autobusu. Wszystkim. „Aby Polska”. Mój Miś z Okienka był teraz, nie 

wiem,   Robespierre'em,   czy   Rouge   de   Lisie   tworzącym   Marsyliankę   nowych   czasów.   Miś   z 

Okienka. Ale to były czasy,  gdy jeszcze panie nie  opancerzały się  latem w rajstopy.  Tak,  ten 

paseczek delikatnego ciała nad pończochą stał się dla mnie granicą, Rubikonem, przekroczoną 

smugą cienia. Znów o kobietach. Ale tak wtedy było. Może bliskość dziewczyny w kwiaciastej 

sukience. Znowu złapała mnie chcica. Przywołałem się do porządku. Naprzód! Jak tu się do niego 

dopchać? Ale po co? Gotów się przestraszyć. Był świadkiem na moim procesie. Adwokat twierdził, 

że   od   takich   świadków   obrony   jak   on,   tylko   przybywa   lat   wyroku.   Wycofałem   się   z   tego 

zgromadzenia. Wiedziałem już, że do nikąd nie wróciłem. Ze świat jest nowy i ja się po prostu na 

nim pojawiłem. Komunikacja była sparaliżowana, żeby dojechać do mieszkania Basi, musiałem 

zrobić z dziesięć kilometrów przez miasto. Ruszyłem torując sobie drogę w tłumie. Dochodząc do 

ronda u zbiegu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej zorientowałem się, że tu jest centrum jakiejś 

sprawy. Tak sobie myślę, że egzotyka tej sceny, zmiana powszedniej scenerii w gruncie rzeczy 

ułatwiły mi adaptację. Nie może być chyba nic paskudniejszego niż stwierdzenie, że stary świat, 

twój   dobry   znajomy,   istniał   bez   najmniejszych   zmian   swych   obyczajów,   nie   zauważając   twej 

nieobecności. To przygnębiające. A ja nie byłem przygnębiony. Odwrotnie, ogarnął mnie nastrój 

euforii. Nawet się tego nieco przestraszyłem czując jak serce mi przyspiesza. Gdzieś w jakiejś 

bramie połknąłem pigułę. Do tej pory, choć czułem, że z moim sercem nie jest najlepiej, nie 

wiedziałem, czy ową „przerwę w karze” zawdzięczam istotnie niebezpieczeństwom wynikającym z 

mego „układu krążenia”, czy też „układ” jest wynikiem innych układów, które uruchomiła Basta, 

by mnie wyciągnąć zza muru. Rozgryzłem pigułę, rozpuściłem pod językiem i powędrowałem 

dalej.   Byli.   Jednak   byli.   Poczułem,   że   wróciłem   do   siebie,   na   moje   śmiecie.   Kordon   milicji 

blokował wejście w Aleje. Ale moja trasa prowadziła prosto. Teraz przestałem się bawić. Chciałem 

jak najprędzej schronić się u Basi. 

Biedna moja bogata siostrzyczka. Blada jak kubeł wapna. Co innego jest wiedzieć, że się 

siedziało   dziesięć   lat,   a   co   innego   jest   to   zobaczyć.   A   zobaczyłem   przez   nią.   Chyba 

najpaskudniejszy los karze nas za. rozłąkę konfrontacją z kimś zmienionym nie do poznania przez 

background image

czas naszej nieobecności. 

Tak   samo   zaszokował   mnie   Kuba.   Mój   siostrzeniec   był   już   dorosłym   człowiekiem. 

Ośmioletni dzieciak - a dziś mógłby już pójść pod celę... Tak pomyślałem. Piękny chłopak. Twarz z 

charakterystyczną mocną szczęką, ale duże szare oczy patrzą lirycznie, bujna grzywa płowych 

włosów. Sama młodość. Nie wiedziałem, że witam się... Tak, popełnić samobójstwo mając lat 

osiemnaście, ukochaną matkę, prymus w klasie. Wiedziałem. Jak tylko to się stało, wiedziałem, że 

go zamordowali. No, ale teraz witał mnie żywy, poważny, przejęty... „Pan domu” - wkurwił mnie 

jakimś odezwaniem. Było to jakby: „gdzie też cię, wujku, umieścimy”, czy coś takiego. Ona była 

jak nieżywa, wypełniona próchnem, jakie w niej zostawił ten cholerny Laniewicz. I ona miała żyć, 

to ona pożegna mnie, kiedy będę wracał za mur, a on, ten młody mój siostrzeniec, będzie już 

nadjedzony przez robaki, nim minie te parę miesięcy. Nie umiem pisać jak należy - po kolei. A w 

końcu niech się męczą ci, o ile tacy będą, co zechcą zajrzeć w ten paskudny opisany świat, który 

chcę, nie wiem po co i nie wiem komu, zostawić. 

Więc Basia. Zawsze nie znosiłem jej męża... tego Laniewicza. W jakiś sposób przypominał 

mi ojczyma. Powtórne małżeństwo matki po śmierci naszego ojca było dla nas obojga nie do 

przyjęcia. Może gdyby nie to nie miałbym wyroku dwudziestu pięciu lat. Więc nie do przyjęcia: 

obcy znalazł się wśród nas. Miałem dziesięć lat Pamiętam, którejś nocy obudziłem się z jakiegoś 

paskudnego snu. „Mamo!” i usłyszałem jej głos z sąsiedniego pokoju, jakiś... dziwny. „Mamo!” - 

byłem   jeszcze   bardziej   wystraszony.   „Co   synku?”   Chodź   do   mnie.   „Nie   mogę”.   Co   robisz? 

„Czytam” - przyszła odpowiedź z ciemnego pokoju i potem jakieś brutalne męskie ponaglenie, nie 

rozumiałem słów... Nie wiedziałem, co robią. Matka kłamała. Ona, która była samą prawdą... 

Basia też go nienawidziła. Starsza o trzy lata może rozumiała więcej. Wspominam to tylko 

dlatego,   bo   myślę,   że   mój   stosunek   do   jej   męża   był   apriorycznie   („apriorycznie”?   dobrze   to 

zastosowałem?) niechętny. Określony przez tamtą sprawę. Znów ktoś obcy wchodzi między nas. 

Bo od śmierci matki stosunek Basi do mnie stał się jakby na wpół macierzyński. Tak, nie znosiłem 

tego Laniewicza. W dodatku partyjny bonza. Otrzymana w więzieniu wiadomość, że się rozchodzą, 

właściwie mnie ucieszyła. Jakbym odzyskiwał za murami, bo ja wiem „dom”. Ale to była jej 

klęska. Wiało od niej zmęczeniem, do cholery - rozpaczą. Przecież ucieszył ją mój widok. Ja na 

wolności to jej triumf. Niemal się popłakała, a właściwie to się popłakała, bo skoro wyrwała mi się 

z uścisku i pognała do kuchni to przecież nie po to, by zrobić herbatę, ale by skryć się na krótką 

chwilę. Zostałem ze szczeniakiem. Dla niego najważniejsze było, że przychodzę z miasta. Bo 

background image

matka nie chciała go wypuścić. Przychodziłem. Bolały mnie łydki. Ze Śródmieścia na Mokotów to 

kawał drogi dla faceta, który przez dziesięć lat łaził po celi albo odwalał swoje pól godziny na 

spacerniaku. Ładna ta ich willa. „Prominencka”, jak teraz się mówi i pisze. Musi im być marnie we 

dwoje. A ja byłem czujny. Od razu pomyślałem, że chyba będzie gdzie sprowadzić moją panią z 

autobusu. Baśka zrozumie. Opowiedziałem małemu to i owo z ulicy. Słuchał z otwartymi ustami. 

Wyraziste szare oczy chwilami mrużył, jakby raziło je jakieś światło. Przerwał mi, gdy mówiłem, 

że nie puścili ich pod KC. Puścili - ironizował trzeba się było przebić. Ja widziałem wujka w”. - 

wymienił film z lat okupacji z moją młodzieńczą rolą. Od razu się połapałem, co tu jest grane. 

Chłopak został z matką musiał nienawidzić ojca - eks-sekretarza. 

- A chciałbyś, żeby odwiedzili tatusia? - sprowokowałem. 

- Jego tam już nie ma. Nawet „oni” nie mogli trzymać takiego... - zrobił się czerwony. 

Pomyślałem sobie, że muszę być u niego dobry. Przecież prokurator nazywał mnie w czasie 

procesu „ojcobójcą” i nie pomagały protesty obrony, że ofiara nie była moim ojcem. A on pewnie 

miałby ochotę... 

A chłopaczek ogólnie był miły. Porządnie znerwicowany. Rumienił się jak dziewczynka, ale 

politgramotę   wstawiał   nieprzytomną.   Znalazły  się   jakieś   drukowane   informacje   przekazane   mi 

spiesznie - widocznie Basia tego nie tolerowała. Spostrzegłem tytuł: „Jak partia chce zagłodzić 

naród polski...”. Wróciła Basia z tą herbatą. Miała czerwone oczy. Już dawno nikt tak na mnie nie 

patrzył. To prawda, że rodzeństwo może się po swojemu kochać. Nie znałem dokładnie jej spraw, 

bo i skąd dziesięć lat za murem - i nie myślałem, że tak szybko opowie mi o wszystkim. 

- Kubełku - zwróciła się do syna - idź do swego pokoju. 

Ale nigdzie nie poszedł, bo zrobiła się sprawa, gdzie to ja będę mieszkać. W którym pokoju. 

Moja pani z autobusu od razu przypomniała mi się tak ostro, że wolałem nie wstawać od stołu, 

żeby czego nie spostrzegli. Powiedziałem więc, że nie ma pośpiechu, do snu daleko, a prośbę to 

mam jedną, żeby w razie możliwości pokój z wejściem tak więcej niekrępującym. 

- Nie zmieniłeś się - westchnęła z pobłażliwym uśmiechem i skapowałem, że jakoś mi się to 

dymanko ułoży. Może od razu jutro. Piszę jak mi lecą myśli, ale sam widzę coś zabawnego. Oto jak 

tylko wyszedłem, nie tylko myślało mi się po celowemu, ale czasem i palnąłem coś takiego, że 

ludzi w towarzystwie zamurowało. Ale przecież po miesiącu mi przeszło. Jakbym po emigracji 

wrócił   do   rodzonego   języka.   I   „ą”   i   „ę”   (pardą   pierdolę)   -   jak   trzeba   -   wydrzeźniał   w   celi 

inteligentów mój nieodżałowany Siekierka. Więc tak, wróciłem do języka środowiska”, ale teraz, 

background image

gdy piszę o tych pierwszych dniach, to piszę tak, jak wówczas myślałem. Samo się tak pisze. A jest  

to jakby logiczne i gdyby jaki krytyk kiedyś coś o tym napisanym kombinował, to będzie w tym 

widział „świadomy zamysł artysty”. Bo z początku to był z tym moim językiem kłopot Pamiętam 

na kolacji u Witka Sanojcy grzmotnąłem coś takiego, że on dla ratowania sytuacji opowiedział całą 

historię, jak to przez dwa wakacyjne miesiące uczył się w Anglii języka zarabiając jako koniuch w 

wyścigowej stajni jakiegoś lorda. Witek ma jednego joba. - „Koń i Broń, i Barwa” - jak się z niego 

żartowało w teatrze. Jest synem oficera kawalerii i całe jego nieudane aktorstwo i inspicjentura z 

powołania to żarty złośliwego losu. Więc tam w Anglii po stażu u koniuchów zaprosiła go na 

londyńskie salony jakaś emigracyjna ciotka. I aż się zdziwił, jakie miał powodzenie. Rozgadał się. 

Brylował. A Anglików dokoła coraz więcej. Zwłaszcza pań. Czasem coś między sobą poszepczą, 

ale rozpytują go bez przerwy. I śmieją się częściej niż trzeba. Jak ciotka podeszła bliżej, omal nie 

zemdlała. Bo angielszczyzna stajni różni się od salonowej. Także polski z celi od tego języka, co za 

murem. Ale ja nie o tym. Więc pokój dostałem na parterze i z oddzielnym wejściem. Marzenie. 

Prosto z ogródka. Takiej willi to się nie spodziewałem. Basia pisała, że mają „duże mieszkanie”. Co 

te bidaki we dwoje tu robią. Straszny dwór. Ale na najwyższy pic i chrom. Kuba mi opowiadał, że 

„stary” (nigdy nie powiedział ojciec) będzie jeszcze za to odpowiadał. Bo ich willę, jak już była 

całkiem   gotowa,   to   jeszcze   wykańczano   na   „najwyższy   standard   wyposażenia”.   Jakieś 

przedsiębiorstwo- z Rzeszowa. „Zęby było dalej. Żeby się nie wydało. A wydało się - triumfował 

mały. Wyszło. Jak i te talony-” Ale więcej nie chciał mówić. Naprawdę był miły, delikatny i ta 

zajadłość dziwnie mu nie pasowała. Ale od początku był taki, że jak się to stało, wiedziałem, że nie  

mógł   popełnić   samobójstwa.   W   każdym   razie   z   tej   dwójki   na   pewno   Basia   była   bardzie] 

podejrzana, raczej o nią bałbym się, nie o małego. Nieprędko doszedłem prawdy, jak to z nimi było 

w tym małżeństwie naprawdę. O romansie Laniewicza dowiedziałem się już wkrótce od Witka 

Sanojcy   w   teatrze,   ale   cała   reszta   odsłaniała   się   przede   mną   powoli.   Oto   moja   siostrzyczka 

kierowana   babską   zasadą   poszukała   rewanżu.   Nie   musiała   mieć   z   tym   kłopotów   -   tak   by  się 

wydawało bo przecież jest, a raczej była, naprawdę piękną kobietą. Ale cóż, „pozycja” czasem 

przysparza kłopotów. Okazało się, że przy pierwszym zagrożeniu jej partner zmył się w obawie 

przed mężem, a potem, gdy ona sama doprowadziła do rozwodu, nazwisko „Laniewicz” było już 

dla   tego   gnoja   skażone   „prominenckim   odium”.   Podobno   jej   powiedział,   że   nosi 

„skompromitowane  nazwisko”   i  człowiek  w  jego  sytuacji  i   tak  dalej.  „Sytuacja”  to   była  jego 

aktualna   pozycja   w   „środowisku”.   Bydlaczek   był   swoistym   ważniakiem   w   kręgach   „opozycji 

background image

artystycznej”. Coś takiego miałem okazję też poznać przez ten rok wolności - rok w trumnie. I 

została   moja   opiekuńcza,   piękna,   dobra,   z   tym   chłopcem,   którego   mieliśmy   grzebać   za   parę 

miesięcy, w willi podejrzanej, wygodnej, wspaniałej i teraz ze mną - chorym na serce kryminalistą, 

„ojcobójcą”... Tak, było mi dobrze w tym domu strachu i nienawiści. Bo ona bała się o małego, a  

on po prostu nienawidził. Jak na lata, które nas dzieliły, dużo z pętakiem rozmawiałem. Łączyła nas 

ta nienawiść. Nie wyniosłem jej zza muru, ona tam wykiełkowała, ale ziarno rzuciły te lata - 

ostatnie czterdzieste, pierwsze pięćdziesiąte. Te lata, w których do szkoły aktorskiej dostałem się 

tylko jako „szwagier towarzysza Laniewicza”. Cóż z tego, że był wówczas jakimś pętaczyną w 

stołecznym   komitecie...  Ale   w   komitecie.  Te   lata,   w   których   na   szkolnych   próbach   „Brygady 

szlifierza   Karhana”   nasz   przewodniczący   Zetempe   protestował,   że   politycznym   błędem   jest 

obsadzanie mnie w roli pozytywnego bohatera, gdyż moje przekonania i tak dalej. Jakby gówniarz 

znał moje przekonania, to by się bał chodzić ze mną na wykłady. Ale już wówczas ratowało mnie 

to, co potem poniosło mnie dalej. Ktoś tam w teatrze powiedział, że ja „mogę zagrać wszystko - 

krzesło i rodzącą matkę”. Tak było. W najlepszych latach przed moją sprawą zazdrośni koledzy 

mnie   nienawidzili,   a   niech   mi   kto   pokaże   niezazdrosnych,   więc   nienawidzili   mnie   wszyscy. 

Mawiali, że jak Dyrektor wkrótce obsadzi mnie w roli Marii Stuart, też się nie zdziwią... Ale czemu 

ja teraz piszę o sobie i to o tym, którego już nie ma. No więc, wracam do właściwej kolejności. 

Zasypiam na miękkim tapczanie w świeżej pachnącej pościeli i wiem, że jutro będzie tu ze mną 

moja pani z autobusu. Co tam serce. Serce się trzyma. Powiedziałem Basi, że pierwszy tydzień 

wolności jest dla mnie. Żadnych lekarzy. 

Następnego   dnia   byłem   w   teatrze.   Droga   trwała   długo,   bo   żeby   się   trochę   „oswoić   z 

miastem”, jak powiedziałem, a tak naprawdę to z wolnością, wybrałem się na piechotę. Co chwila 

przystawałem poczytać. To jakiś Ruch Obrony Praw Człowieka zapowiadał „Marsz gwiaździsty” w 

obronie więzionych za przekonania, to przebrany za psa spiker wychylał się z okienka telewizora z 

wyciągniętą w stronę widza pięścią. Co jakiś czas smarowane smołą napisy żądały „dostępu do 

środków   masowego   przekazu”.   Nie   spieszyłem   się.   Zwłaszcza   że   tak   naprawdę   ta   pierwsza 

wyprawa „do teatru” streszczała się do spotkania z Witkiem Sanojcą. W teatrze, czy u Witka 

Sanojcy, ale przecież to na jedno wychodzi. Mówi się, że przyjaźń zdarza się rzadko. Prawdziwa 

przyjaźń. Ja myślę, że równie nieczęsto trafia się mieć dla kogoś szacunek. To właśnie dziwne. Ja, 

pupil dyrekcji i publiczności, i on - starszy o dziesięć lat aktor na posadzie inspicjenta. Grywał te  

swoje   ogony,   aż   przy   kolejnej   umowie   dyrektor   „musiał”   z   niego   zrezygnować   -   w   obliczu 

background image

pierwszej delikatnej politycznie - jak się wyraził - sytuacji. Wówczas to przeszedł na stanowisko 

inspicjenta. To już w naszej hierarchii niemal pracownik fizyczny sceny. Ale został w teatrze. To 

śmieszne, dziwaczne nawet, ale był jedynym człowiekiem, z którego zdaniem się liczyłem. On 

jeden nie grał na siebie, niczego dla siebie nie chciał, jeśli przeżył swoje wygnanie ze sceny, to 

przecież nie dopuścił do wygnania z teatru, bez którego życia nie widział. A ów skandal wyniknął, 

gdy   z   uwagi   na   nietypowe   warunki   zewnętrzne   zaoferowano   mu   rolę   w   wielkim   serialu 

poświęconym   czasom   okupacji.   Odmówił.   Nie   podobała   mu   się   rola   generała   Okulickiego, 

dowódcy   poakowskiej   konspiracji   londyńskiej.   „Fasony   naszego   Witusia”   powiedział   z 

niesmakiem dyrektor po powrocie ze zdjęć. Bo on w tym serialu kreował. „Odmówić takiemu 

reżyserowi F Pytano mnie, czy to aktor z mojego teatru. Na szczęście mogłem zaprzeczyć. Przestał 

być   aktorem   i   nigdy   nim   nie   będzie.   Mówiło   się   przy   mnie   takie   rzeczy.   Raz   -   bo   byłem 

„ulubieńcem”,   dwa   -   bo   Teresa   (potem   to   wyjaśnię,   Teresa   to   żona   dyrektora,   kiedyś   moja 

dziewczyna). 

Więc napisałem, że „byłem w teatrze”, a byłem u Witka. Jako że teatr ma w sierpniu urlop. 

A mój abnegat siedzi w Warszawie. Dla mnie, człowieka zza muru, było najzupełniej oczywiste, że 

go zastanę. Zapomniałem, co to jest urlop. Lato w Warszawie było dla mnie festiwalem, zielenią. 

Corso, chciałoby się napisać. No, przesada. Co to, to nie. Zatłoczone kolejkami ulice były czymś, 

co mi przypominało, że odszedłem stąd dawno. Gdy istniały jeszcze sklepowe wystawy. Przecież to 

były początki radosnego żarcia. Dziewczyny w importowanych ciuchach. Mój Boże, coca-cola. 

Gdzie się podziała cocacola? Ale miało być o Witku Sanojcy. Trafiłem jakbym wpadł po próbie™ 

Bo mieszkał opodal teatru i robił świetną kawę. „Księga jazdy polskiej” a jakże, na swoim miejscu, 

na stoliku z telefonem. „Broń i Barwa” ha półkach. Witek! Mój Boże, teraz zrozumiałem, co to jest 

dziesięć lat. Każdy rok zapewne coś zabierał z mego Witka. Dość, że został wysoki, chudy, siwo-

łysy, tylko szczoteczka wąsów starannie przystrzyżonych była nienaruszona. Wiedział od Basi, że 

mam być w tym miesiącu zwolniony, ale osłupiał, jakbym spadł z księżyca w pełni. Coś mamrotał 

łaskocząc   mnie   swoimi   wąsami,   klepał,   poklepywał,   macał,   czy   jestem   naprawdę,   jakby 

podejrzewał, że ktoś mu podrzucił makietę zamiast żywego faceta. No i było gadanie. Najpierw, 

oczywiście, jakbyśmy grali w obyczajowym serialu, „czy herbatę?!” Roześmiałem się. Jeszcze 

tydzień temu w celi takie pytanie „czy chlapnąłbym czaju” byłoby towarzyskim żartem, a ja teraz 

mówię serio, żeby dał spokój. Gadajmy. 

No i wypłynął w tym gadaniu cały mój stary świat, którego nie mogłem poznać. Bo czy 

background image

mogłem w działaczu „Solidarności”, prezesie Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania, 

poznać mego Dyrektora Konrada, przezwanego „Wszystek”, który zawdzięczał swój teatr memu 

eks-szwagrowi Laniewiczowi... (Może i z tego spływało na mnie nieco dyrektorskich łask, chociaż 

to   nie   tylko   wygórowana   ambicja   każe   mi   w   to   wierzyć).   Dyrektora,   posła   na   Sejm.   Postać. 

Dyrektora recytującego na galowym koncercie „Odę do młodości” mimo sporego już brzuszka. 

Nikt się nie śmiał. Towarzystwo Więzionych za Przekonania. Jezus Maria. To przecież w ostatnim 

roku mego pobytu na wolności zdarzyła się ta wsypa z okazji uroczystej  premiery w naszym 

teatrze, który dzięki łaskawej protekcji Sekretarza dorobił się drugiej sceny mimo chronicznego 

budowlanego   kryzysu.   Oto   po   premierze   „skromne   przyjęcie”.   Do   towarzysza   Laniewicza 

podbiega z kwiatami dziewczątko i w chwili, gdy sekretarz pochyla się, by ucałować je w policzek, 

jak   każe   specjalny   bon   ton   towarzyszy   sekretarzy,   dziecko   buch   -   całuje   sekretarza   w   rękę. 

Laniewicz jaki był, taki był, ale zrobiło się głupio. I wówczas Dyrektor: no, cóż, nieporozumienie, 

nikt dziecku nie kazał, ale słyszy tu u nas co dzień, że jesteście dla nas jak ojciec. Chóralny śmiech 

i nastrój, i sukces. Teraz prezes Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. Śmiejemy się, 

ale mój Witek robi mi pryncypialny wykład, że to co się stało, ta cała „niemal rewolucja” wynikła z 

powszechnej świadomości, że utrwalony ład jest z gruntu zły. Nie o to, że ktoś kradł, ktoś tam w 

inny sposób nadużywał władzy, a to, że porządek społeczny, cały porządek, uległ rozkładowi. I nie 

wolno mi oceniać niczego przez pryzmat naszego środowiska („nasze” to łaskawym zdaniem Witka 

aktorskie,   czy   coś   takiego),   którego   pozerski,   moralizatorski,   karierowiczowski   akces   tylko 

kompromituje   sprawę...   Strasznie   jest   pryncypialny,   ale   o   herbacie   nią   zapomina. 

Przekrzykiwaliśmy się przez korytarz, gdy gospodarzył w kuchni. 

- Jest pojarunek i czaj - mówię grypserą zaciągając się papierosem. 

Śmiejemy się. Jemu nie muszę nic mówić - wie, że teraz tłumaczę ten świat, który moim 

być przestał, na tamten, z którego powróciłem. 

Żeby skończyć z tematem „Dyrektor”, Witek pokazuje mi ulotkę „Towarzystwa”. 

- Nie masz co teraz czytać, weź do domu. A wiesz, kto jest autorem? Nie zgadniesz... Ale 

zgaduję. Od razu chwyciłem ton. Witek mnie podziwia. Autorem jest Kostuś, nadworny krytyk 

Laniewicza,   piewca   Dyrektora.   Wydał   za   moich   czasów   na   welurowym   papierze   drukowaną 

broszurę o naszym teatrze. W drugim roku jego istnienia. No bo któż, jak nie Laniewicz umożliwił, 

a Dyrektor stworzył... Było tam i moje zdjęcie. Wstyd się przyznać-niejedno. 

Pytam, co robi Towarzystwo i dowiaduję się, że Dyrektor miał wczoraj konferencję prasową 

background image

w... Paryżu. 

- A więzionych na razie tak na dobrą sprawę dwóch - uśmiecha się wstydliwie Witek. 

W tym momencie dochodzi mnie jakieś walenie. 

- Ktoś się dobija? 

Witek nadsłuchuje. Łomot jak diabli. Widać słuch mu się stępił. 

- Ach tak - mówi. - To Andrzej... - wymawia imię syna. Pamiętam, coś się czasem pętało 

pod nogami, gdy wpadałem przed spektaklem... 

- Już w maturalnej klasie. Chodzą razem z Kubą Basi - informuje przepraszając, że zostawi 

mnie na chwilę. Leży. Złamał nogę. Wakacje w siodle... - skrzywił się. A ja się śmieję. Mnie jest 

dobrze. Jakbym się napił. 

- Naoglądał się „Księgi Jazdy Polskiej”, to i masz. A głowa w porządku? 

- Jak to głowa? - przyjaciel przestaje w progu. 

- No, głowa? 

- Jechał w toczku. 

- Myślałem, że dałeś mu czako dziadka... 

Sławne czako. Był czas, że tak przezywaliśmy w teatrze Witka. „Czako”. Ale w końcu się 

nie   przyjęło.   Bo   Witek   jest   synem   legionisty   -   „beliniaka”.   Ż   tych   dwudziestu,   co   w   tysiąc 

dziewięćset czternastym roku przekraczali granicę Kongresówki niosąc siodła na plecach, bo konie 

mieli sobie dopiero zdobyć. I czako jego ojca stało zawsze na stojaku w kącie pokoju, jakoś go 

tutaj na starym miejscu nie widzę. 

- Chodź, przywitasz gówniarza to i czako zobaczysz... 

Stoję w progu pokoju i patrzę na  leżącego na tapczanie z  nogą w gipsie pryszczatego 

chłopaka. Coś tam mówię. Śmiejemy się. On mnie pyta, czy nie mam papierosa, odruchowo patrzę 

na ojca. Witek pobłażliwie wzrusza ramionami. Wyciągam swoje extra mocne, widzę, że paluchy 

małego są aż żółte od nikotyny. Grzebie w pudełku, bierze dwa papierosy mrugając do mnie. 

Podaję mu ogień. Pryszczata gęba w siódmym niebie...

A będę go trzymał za kark wyłamując mu rękę z pistoletem, a będzie chwila, gdy już 

rozbrojonemu   będę   wgniatał   lufę   w   ustępliwy   brzuch   spazmatycznie   broniąc   się   przed 

sprawiedliwym odruchem, by nacisnąć cyngiel... 

Nie umiem pisać. To, co przeżyłem, wyłamuje mi porządek chronologiczny, który pragnę 

zachować dla prawdy. Ale jak go zachowam, gdy już widzę, że zapomniałem napisać, jak znów 

background image

zatkało mnie miasto, jakby ponownie po raz pierwszy zobaczone. Po wczorajszym festiwalu teraz 

posępne, znudzone kolejkami, zmordowane i przecież jakoś bardziej zrozumiałe. 

Więc nie napisałem: trzeba by to gdzieś wstawić przed tą rozmową z Witkiem. No i to 

jeszcze, że w samo południe zerwałem z biura od tych win moją panią z autobusu i teraz byłem 

całkiem   spokojny.  Ale   wracam   do   gówniarza.   Przygląda   mi   się,   jakby   zobaczył   we   własnym 

mieszkaniu wielbłąda: wiadomo, facet zza kraty. I co weselsze „ojcobójca”. Ciekawe, jak mu się z 

Witkiem układa? Może ja mu imponuję? Ojciec usłużył jak trzeba, coś tam mu podał i poprawił i 

znów możemy sobie gadać swobodnie. 

- Widziałeś te jego paluchy? - mruczy ojciec. 

- O co ci chodzi...?

- Smaruje sobie co tydzień jodyną. Żeby żółkły. Bo ma być nałogowym palaczem. To mu 

daje autorytet 

Witek umie w paru słowach zakapować wszystko i wszystkich. 

- Nie chciałbym, żebyś na mnie pisał donosy - powiedziałem w pewnej chwili, jak już 

omówił plajtę mojej Teresy. Nie miałem do niej żalu. Nigdy. Ale przyznaję, że odczułem coś w 

rodzaju głupiej  satysfakcji. Bo ten baran Wszystek, nasz Dyrektor, związał się teraz z Malała 

Wrzoskiewicz-.  Kto  to   jest,  do  cholery.  Malała  Wrzoskiewicz?   Nie  pamiętasz  Wrzoskiewicza? 

Owszem, pamiętam, kto by nie pamiętał takiego błazna. Więc Malała to jego żona. Witek pokazuje 

mi okładkę „Ekranu”. I już wiem. Znam Malalę lepiej niż dobrze. Przemycone okładki tych pism to 

nasze   pin   up   girl.   Leciało   się   pod   taką   w   konia   lepiej   niż   w   naturze.   Właśnie   tę   Malalę 

wypożyczaliśmy sobie ostatnio z Zenkiem Siekierką. Podpis był obdarty. No, ale nie będę truł 

takich   opowieści   poczciwemu   Witkowi   On   zresztą   może   myślał,   że   jeszcze   w   jakiś   sposób 

obchodzi mnie Teresa. Bo mówił, że podziwia, jak ona wspaniale gra, że niczego nie wie, niczego 

nie zauważyła, nic się nie dzieje. W teatrze gra nadal panią dyrektorową. Ale sprawa poszła tak 

daleko, że on (baran - Dyrektor umiejętnie bezpartyjny eks-pieszczoch Laniewicza, dziś prezes 

Towarzystwa Opieki nad Więzionymi za Przekonania) zaangażował Wrzoskiewicza z żoną na stałe. 

- Wyobrażasz sobie, Wrzoskiewicz w naszym teatrze- - lojalność Witka wobec instytucji, 

która tyle razy okazała, że ma go w dupie, była wzruszająca...

No tak. Chyba mi nie pójdzie, nie nauczę się pisać. Już pora przestać rzucać mięsem. Jestem 

z tej strony muru. A temu co będzie czytać, o ile taki się znajdzie, powinienem może wyjaśnić co za 

Teresa. Bo jeśli się o kimś pisze, to powinno być wiadomo, kto to jest. Moja pierwsza miłość ze 

background image

szkoły teatralnej: najzdolniejsza na roku. Szare włosy. .Duża uroda, ale jak chciałem przywołać ją 

w pamięci to zawsze te szare włosy. Wspaniałe. Ja od razu byłem zaangażowany. Jeszcze przed 

przedstawieniem dyplomowym. A jakże - Dyrektor Konrad. Ktoś pokazał mu palcem. Bo wówczas 

w   szkole   nie   wykładał.   Ja   zaangażowany,   a   ona   choć   piękna   i   zdolna   jeszcze   nie.   Ktoś   tam 

obiecywał, coś miała zaklepane... A ja wpadłem od razu w wielkie obroty. Duża rola. Wprawdzie w 

zastępstwie nagłym, ale od razu sukces. Tamten wyzdrowiał, a Dyrektor zostawił mnie w pierwszej 

obsadzie. Ale ja wówczas byłem oszalałym kibicem. Mecz był w Katowicach. Ludzie mnie lubili, 

ale   żeby   Wszystek   miał   zwolnić   z   przedstawienia,   co   to   to   nie.   Ale   ludzie   mnie   lubili   - 

„zachorowałem” - zaświadczenie się znalazło. Pech chciał, że operator Kroniki Filmowej, mój 

koleś, chciał mi zrobić przyjemność... Dość, że Dyrektor w parę dni potem, gdy już wróciłem do 

zdrowia, ujrzał nas na ekranie. Akurat w porze, gdy rozgrywa się przedstawienie w Warszawie, 

Jego” aktor wydziera się na stadionie. A obok ta piękna szarowłosa, czyli Teresa. Zebrałem za 

swoje, ale jakoś się udobruchał i pyta co to za jedna, którą całowałem jak nasi strzelili gola. No i w 

ten sposób w miesiąc po meczu Teresa została do nas zaangażowana. Tyle o niej. Żadnego żalu, 

kiedy spostrzegłem, co się dzieje. Sam drużbowałem na ich ślubie... A teraz słyszę: Malała. 

- Stary - spytałem nagle Witka - co by się stało, jakbym zaproponował „gościnne występy”? 

Jeśli serce pozwoli - nie byłem jeszcze w klinice... - sam nie wiedziałem, co mi strzeliło do głowy. 

Nagle zachciało mi się „wrócić”, choć na chwilę... - Oczywiście żartuję z „gościnnym”, ale gdyby 

tak chyłkiem postatystować- Należy mi się coś od życia. 

No i stało się. Pierwszy kiedyś aktor sceny zgłasza się na statystę do inspicjenta. Ale tak 

naprawdę były to tylko pogaduszki przyjaciół. Mój Witek był przetrącony. Zaangażował się bardzo 

mocno w .sierpień osiemdziesiątego, podpisywał jakieś apele, organizował „środowisko”. A teraz? 

Żeby go streścić najzwięźlej, to by było tak: były (i są) autentyczne powody do gniewu, do buntu, 

do rozpaczy. I wtedy chciał w tym być... Ale teraz. Już nie tylko to, że ogarnął ludzi amok, że  

przestali mieszkać tu nad Wisłą, wyprowadzili się na jakiś amerykański księżyc, ale w dodatku, co 

to  za  ludzie!  Ci,  co  teraz  wypłynęli...  Co z  tego,  że  gniew,  że  bunt,  że  tamto  wszystko  było 

autentyczne. Teraz ludzie co tym rządzą, autentyczni nie są. Ani trochę. A najgorzej to wygląda w 

naszym środowisku. Romantyzm, ekstaza, idealizm wszystko cacy, jak mówią z kolegami mego 

syna. Ale to samo plecie twój przyjaciel Zajączkowski - przecież go pamiętasz? (pytanie, któżby 

nie pamiętał starego Zająca). Więc z jednej strony idealizm głupich gówniarzy, a z drugiej co? Czy 

może „romantyzm” starszego zdziecinnienia? Naprawdę bardzo był rozgoryczony i kwaśny mój 

background image

wspaniały Jedyny i wierny Witek Sanojca. 

Tak w ogóle i tak „ideowo”. Ale niezależnie od tego wkrótce zobaczyłem „coś z życia”. Bo 

dotychczas (poza panią z autobusu, wina słodkie) - wszystkiego dowiadywałem się z ludzkiego 

gadania. Aż do chwili gdy pojawiła się żona Witka. Przecież nie należy chyba do obowiązku 

piszącego przedstawianie każdej pojawiającej się postaci. W czasie gdy zabierano mnie za mur, 

Sanojcowie byli przykładnym małżeństwem. Chowali tego, dziś pryszczatego, kłócili się w normie. 

Ona jakoś znosiła degradację męża, który za jej czasów zmienił status aktora na inspicjenta. Tak 

było. Ela - lekarz z zawodu. Piszę o tym, bo stałem się mimowolnym świadkiem sytuacji, która mi  

uprzytomniła, że i tutaj zmieniło się wszystko. Bo rozległ się dzwonek, jakieś głosy w korytarzu. 

Nie poznałem Eli. I z nią ktoś drugi... Również nie poznałem. No, bo nie znałem, jak się miało 

wkrótce   okazać.   Coś   tam   poszeptali   i   usłyszałem,   jak   wkroczyli   do   pokoju   gówniarza.  Teraz 

egzaltowane okrzyki matki pozwoliły mi rozpoznać Elę. Wrócił Witek. Bez objawów entuzjazmu 

oznajmił, że matka Andrzeja, zawiadomiona o wypadku syna wróciła właśnie znad morza. 

No i przywitałem żonę mego przyjaciela. Rzeczywiście - baba nie do zdarcia. Jakbym ją 

wczoraj   pożegnał.   No,   może   odrobinkę   przydymiona   przez   tę   podróż.   Bądź   co   bądź   paręset 

kilometrów. Ale wóz luksusowy. BMW - zaraz się dowiedziałem ściskając dłoń szczupłego pana w 

mocno   średnim   wieku.   Jeszcze   wówczas   nie   wiedziałem,   że   witam   „Elę   Audi”   i   „Króla 

Szczypiorku” oto jakie imiona nosiła ta para, bo była to jak, się wnet okazało, para. „Audi” to od 

samochodu,   którym   jeździła,   kupiwszy   go   „okazyjnie”   właśnie   od   tego   pana,   jak   się   okazuje 

podwarszawskiego superbadylarza. Ów „zakup”, zdaniem teatralnego środowiska, dokonany został 

w ramach „wymiany naturalnej”, jak określił to jakiś dowcipniś. 

Tak więc dowiedziałem się od Witka o klęsce mojej Teresy i obejrzałem klęskę jego. Bo 

dość łatwo przyszło mi się zorientować, co tu jest grane. 

Więcej o tym nie napiszę - ani słowa. W końcu to nie należy do mojej opowieści. Ale czy na 

pewno? 

Basią nie przelewki. Następnego dnia z wypchaną teką udaję się w drogę. Nowa piżama 

(gdzie ona to kupiła - a może to po Laniewiczu?), maszynka do golenia, pędzel. Na widok mojej 

wytartej   resztki   siostrzyczka   się   wzruszyła.   Zresztą   pędzel   to   już   na   pewno   w   spadku   po 

Laniewiczu.   Gdzieżby   dziś   można   kupić...   Dość,   że   z   całym   majątkiem   w   teczce.   Dopchanej 

jeszcze   gazetami.   Bo   czytałem   w   tych   dniach   łapczywie.   Wszystko.   Ale   do   rzeczy.   Więc 

background image

„spakowany”, prowadzony za rączkę jadę do Anina. Lecznica Kardiologiczna. Kiedyś „rządowa”. 

Bystry   przedostatni   premier   próbował   rozmaitych   gestów   -   przekazał   obiekt   dla   „lecznictwa 

otwartego” (tak się to u nich nazywa: „otwarte”, znaczy „dla ludzi”, chociaż ja przychodzę z 

„zamkniętego”,   co   jest   także   dla   ludzi).   W   końcu   cały   mój   urlop,   całą   przerwę   w   karze, 

zawdzięczam mojemu sercu. Więzienna medycyna przyzwyczajona do krojenia żołądka i kich po 

„połykach” nie ważyła się podnieść noża na moją zastawkę. Siostrzyczka umiejętnie wykorzystała 

mój sygnał o stanie zdrowia i oto jedziemy. Co zabawniejsze, to do tej „otwartej” lecznicy trafiam 

zapewne dawnymi jej chodami z czasów Laniewicza. Ale obojętne. Na razie jadę podobno na 

badania,   obserwację   itd.   W   zależności   od   diagnozy:   albo   zaraz   pod   nóż,   albo   „okres 

przygotowawczy” w domu. Bo nacisk pacjentów duży, a ja z kolei nie wyobrażam sobie, żebym tu 

wytrzymał zbyt  długo. „Stawał, stawał, aż zawał” zauważył  ponoć znajomy satyryk  powalony 

przez atak, ale ja jeszcze nie zostałem powalony, a teraz po więzieniu wytrzymać choćby parę dni 

bez pani z autobusu będzie ciężko. Chyba żeby się na miejscu coś znalazło. Nie ujawniam moich 

kosmatych   myśli,   bo   siostrzyczkę   całkiem   zasuszyło.  Ta   sprawa   z   Laniewiczem   po   prostu   ją 

przetrąciła. Nie ujawniam jej także, że w teczce mam sporo zatajonych lektur wręczonych mi przez 

Kubę w tajemnicy przed mamą. Książka, parę broszur- Nauczyłem się nawet nomenklatury - z 

obiegu nieoficjalnego, czy jakoś tak... i „niezależna oficyna wydawnicza”. To wszystko od Kuby. 

Kuba to jakiś poważny „klasowy” (w znaczeniu „szkolny”) polityk. Myślę, że nawet „działacz” - 

może kolporter. Chyba dobrze rozumiem te tęsknoty. Sam z pokolenia „młodszych braci”, tych co 

patrzyli jak starsi, nieszczęśni „Kolumbowie”, robili pokracznie i krwawo tę niedorobioną nigdy 

przez nas Rzeczpospolitą. Po ich klęsce my daliśmy się zwariować. Z miejsca przestaliśmy chcieć 

tego,   co   dla   nich   było   święte.   Dla   nas   stało   się   śmieszne,   bo   przegrane.   Te   pierwsze   lata 

zetempowskiej euforii i to co potem? Ciekawe skąd ten mój „stan przedzawałowy” czy może ta 

cholerna „zastawka” - może to dziedzictwo tamtego okresu, gdy nie było dość czasu by przeczytać 

jak należy „Jak hartowała się stal”. Korczagin. Tak, z pewnością tak nazywał się bohater. „Ty, 

Julek, nigdy nie dorośniesz, by zagrać taką rolę” - dobitnie skanduje słowa nasz przewodniczący. 

Dziekan wydziału aktorskiego posłusznie kiwa głową. Wychłodło mi moje zaangażowanie i już 

mogłem zagrać wszystko. Komisarza, sekretarza, księcia Jorku, „Księdza Marka” i „Bogurodzicę” 

-   jak   powiedział   kiedyś   Dyrektor   Wszystek   komplementując   moje   możliwości   po   próbie 

Słowackiego... („Aktor w roli musi być cały, wszystek, nic nie wolno mu zostawić dla siebie, aktor 

nie ma życia osobistego, wszystek wciela się w rolę” - ulubione słowo zrodziło jego przezwisko, 

background image

które nieomal stało się teatralnym pseudonimem). 

Ale o czym ja piszę, gdy mam przed sobą pierwszy pobyt w lecznicy. Chyba nigdy się nie 

nauczę. Ale do cholery, nie piszę powieści. W powieści nie może być niczego, czego mogłoby nie 

być. U mnie jest życie, a w życiu inaczej. Ale wróćmy do kliniki. Biele, dywany, telefony, bufet z 

prawdziwym czynnym ekspresem - to wszystko dla mnie, bo Basia gdzieś biega, kogoś szuka. 

Wreszcie ewidencja. „Zawód” - co mam wpisać. Prawdziwe byłoby „więzień” - wpisuję 

„aktor”. No i masz... Wrzoskiewicz. 

Pokoje na tym piętrze dwuosobowe. Gdy wszedłem do swojego, aż mnie zatkało. On mnie 

nie poznał w pierwszej chwili. 

- Wrzoskiewicz - powiedział podając mi rękę. Widać było, że mnie awansuje przez taką 

znajomość. 

- Przecież widzę - powiedziałem. 

Jeszcze   mnie   nie   poznał.   Zaśmiał   się   po   swojemu   brzuchomówczym   śmieszkiem   z 

nieruchomą gębą, biorąc to za komplement bywalca teatralnego czy telewizyjnego gapia. 

- Przed zawałem, a pan? - przedstawił mi się. 

- Julian P. - powiedziałem. 

Zbaraniał. 

- Jezus Maria! - wykrzyknął po chwili rzucając się na mnie, jakbyśmy kiedykolwiek byli 

blisko. 

- Wyszedłeś? 

- Nie, uciekłem- - nie wiem jaki bies podpowiedział m? te słowa. Przecież w tym czasie 

możliwe było wszystko. Niedawno skończyły się pertraktacje z grupą więźniów, która ogłosiła 

strajk głodowy na kominie. Dlaczego nie miałem uciec? 

Wrzoskiewicza zatkało. 

- A tutaj? Ukrywasz się? 

Nie wytrzymałem. Mój śmiech mocno go skonfundował. Rozgniewał się. 

- W końcu po tym, za co cię zamknęli, możesz zrobić Bóg wie co... - oznajmił w końcu 

polubownie. 

- Zastawka.. - przedstawiłem mu się. Geniusz loci już przemówił przeze mnie. 

- Kolega! - zawołał radośnie, jakby dopiero owa zastawka nas zrównała. 

background image

Ten tydzień z Wrzoskiewiczem w celi... To śmieszne, ale ja wciąż jestem stamtąd. W tym co 

myślę. Więc cały ten tydzień w separatce z dwoma łóżkami Wrzoskiewicz wypełnił opowiadaniem 

o   sobie.   Ja,   który   wysłuchałem   za   murem   życiorysów   równie   mało   prawdopodobnych   co 

prawdziwych, miałem ucztę: tu nie było nikogo. Żadnego człowieka. Tu były pieniądze. Opowiadał 

o pieniądzach, jak kto inny o miłości, albo jeszcze kto inny o Żydach...

No, oprócz pieniędzy były jeszcze rzeczy. Ale raczej jak statyści przy głównych bohaterach 

sztuki. „Stereo wideo - porno”, tak go sobie w myślach nazwałem, gdy zapowiadał po wyjściu 

seanse   u   siebie   w   przepychu   wideokaset,   kolorowych   filmów...   Więc   pieniądze   w   jego 

opowieściach   miały   swoją   dramaturgię,   fabułę   nawet.   Oto   ostatni   sezon   „przed   tym   całym 

bałaganem”,, jak określał ostatni rok, w którym zarabianie podlegało niezrozumiałym dla niego 

wstrząsom... Podwieczorek przy mikrofonie tysiąc pięćset, a po drugiej stronie ulicy leci kabaret. 

Przebiegam trzysta metrów i dwa siedemset pięćdziesiąt za dwadzieścia minut... Ale Wrzoskiewicz 

biegał nie tylko na dystansach krótkich. Były i długie. Nowy Jork, Chicago. „Bardzo mnie nasza 

Polonia kocha”. 

Za   ile?   -   zapytałem   nietaktownie,   ale   Wrzoskiewicz   się   nie   obrażał.   Roześmiał   się   i 

wytłumaczył, że tam - na przykład w Nowym Jorku - to ludzie nawet do łóżka dobierają się według 

dzielnicy, bo im dla miłości nie chce się jechać pięćdziesiąt kilometrów... A ja przez ocean. To ich 

musi kosztować. W końcu jesteśmy zawodowcy, nie ma się czego wstydzić. Zresztą amatorzy też 

biorą, ale użebrane i co łaska. Ja zarabiam. Jak zechcesz, -możesz z nami pojeździć, jak stąd wyjdę. 

Robimy program „Aby Polska”. Z Malała. Mógłbyś być inspicjentem. Jeżeli ci zdrowie pozwoli. A 

zresztą - nagle posmutniał -jeśli mnie zdrowie pozwoli. Cholera wie, co z moją zastawką, może 

przyjdzie czekać na operację. 

Teraz o Malali. Bo na tym się Wrzoskiewicz kończy, a Malała dopiero zaczyna. I będzie 

ważna z uwagi na wszystko, co potem. 

To   nieprawdopodobne.   Jakbym   dopiero   zobaczył,   co   to   jest   kobieta.   Czym   może   być 

kobieta. Cudowny opięty kuperek, piersi jakby je obliczył, wymodelował i umieścił osobiście sam 

Stwórca Esteta. Nogi niby dwie, ale starczy, żeby człowiek pomyślał, że nigdy nic nie oglądał. I ta 

buźka naiwnego aniołka, który już wylizał wszystkie słodycze i świństwa... Żadne zdjęcie tego nie 

pokaże, ale oczywiście to było jej zdjęcie z okładki „Ekranu”, toples w bikini wąskim jak palec, 

background image

który by się chciało pod nie włożyć. Jej zdjęcie wypożyczane w celi... 

Nie było się co dziwić etatowi Wrzoskiewicza w naszym teatrze... Nie wytrzymałem, gdy 

mąż jej mnie przedstawił. 

- My się znamy - palnąłem. 

- ? 

- Z konia - oznajmiłem bezczelnie. 

- Chyba mnie pan z kimś pomylił... 

- Panią pomylić! - wykrzyknąłem szczerze. 

Było tak, jakby w ogóle nie było pani z autobusu, jakby wszystkie godziny majaczenia o 

kobietach   wróciły   przebrane   w   to   ciało   ukoronowane   bezczelną   gębusią,   która   nawet   nic   nie 

mówiąc kazała tylko o tym myśleć, myśleć, myśleć... 

Biedny Wrzoskiewicz.

Badania, analizy, mocz, krew, opad... kto się ha tym wyzna, co z człowiekiem wyrabiają. 

Nie te czasy kiedy w ambulansie wyrywa się obcążkami igłę wbitą w pierś, gdzie bije serce. 

„Samouszkodzenia”. Obsesja więźniów. Poza rzeczową kombinacją, aby dostać się do szpitala czy 

coś dla siebie „załatwić”, żywiołowy protest przeciw... Przeciw wszystkiemu. Obrócony przeciw 

sobie. Moja choroba to też „samouszkodzenie”, tylko że ci tutaj nic o tym nie wiedzą. Przecież 

pojawiło się to moje „serce” dopiero za murem. A tutaj po tygodniu dowiedziałem się tylko, że „nie 

jest tak źle”, po drugim, że „będziemy mogli siostrzyczkę uspokoić” i nareszcie, że spotkamy się 

ponownie za sześć tygodni. Zobaczymy, co zrobi z pana sercem farmakologia. Bo moje więzienne 

konowały diagnozę spartoliły. Żadna „zastawka”. Nie będzie operacji. 

A więc „wypiska”. Półtora miesiąca swobodnego życia dla mnie. Życia w świecie, który 

zapomniał sam siebie, zapomniał czym był. Trudno mi się było oswoić, ale to wszystko co nowe 

było jakoś moje, powinno być moje. I w tym wymiarze patetycznym - giną ci, opici władzą i 

posiadaniem, przychodzą jacyś nowi nieznani, a przeto „sprawiedliwi”. Dla wszystkich chyba ta 

„Solidarność” ma w sobie coś ze szlachetnego Janosika. Zabiera możnym, biednych obdziela. A ja, 

więzień,  jak mogłem inaczej  niż  entuzjazmem  powitać  spór o  to, czy nowy  gmach  Komendy 

Wojewódzkiej obrócić na szpital czy na dom starców. Sama wspaniała sprawiedliwość. Przecież 

byłem dorosły, przecież wiedziałem, że wszystko, co trąci zrealizowaną bajką, jest po prostu bujdą, 

musi okazać się bujdą. Ale akceptowałem. Wolność. Ja, wychodząc na urlop z totalnej więziennej 

niewoli, dostawałem się na wolność, ale tu była jeszcze inna wolność. Ta z dużej litery. Ta, która 

background image

sprawia, że wreszcie my, Polacy, powiemy sobie całą prawdę. A jednak akceptując wiedziałem, że 

nie  wierzę  do  -końca.   Byłem   jak  sceptyk   w obliczu  mistycznego   objawienia  przyjętego   przez 

naród. To nie była rzeczywistość. To była wizja! Ja, człowiek zza muru, wiedziałem, że świat nie da 

się przerobić przez zwyczajne odwrócenie go podszewką na wierzch. Co było wywyższone, będzie 

poniżone, i tak dalej. Sam się po jakimś czasie wystraszyłem, widząc jak ten ruch zaczął nabierać 

cech świętości. Przywódcy to już byli ludzie święci, choćby i nieraz pasowali do mnie pod celę. 

Jeden Witek to był człowiek, który choć się z nimi związał, zachował dystans. Ponoć chciał im 

wytłumaczyć co i jak, że świat, że Europa, ale został za zgniłka i oportunistę. Dla nich nawet strajk 

nie był narzędziem osiągania celów, tylko aktem moralnego oczyszczenia. Wyglądało na to, że nie 

obejdzie się bez butelek zapalających. Cieszyłem się i byłem pełen strachu. Wszyscy mówili i 

pisali jedno tylko słowo „Odnowa”. Koniecznie z dużej litery. Nikt nie pisał słowa „rzeczywistość” 

nawet petitem. Jakby przestała istnieć. Istniał tylko moralny imperatyw, godność narodowa, święty 

obowiązek Odnowy wszystkich i wszystkiego. I w dodatku nawiedzeni byli „wszyscy”. 

Zenek Siekierka później ocenił ów stan euforii po swojemu. Brzmiało to mniej więcej tak: 

„Znaczy się babka klozetowa się cieszy, że jak jest „Solidarność”, to już nikt nie nasra na deskę. 

Chorzy, że jak się gliniarzom odbierze koszary na szpital, to ich przestanie boleć wątroba. Ale jest i 

trochę racji. Że robotnik może zobaczy, że się obejdzie bez głupoty w robocie. A tak w ogóle kto 

ma krzywdę, to wierzy, że już z tym koniec. Każdego do raju... Może być druga Japonia, jak kto 

niewierzący... Tak to jest. Ale ja popieram” - skończył swój krytyczny wywód. Jak niemal każdy, 

kto jeszcze ośmielał się trochę myśleć... 

A w ogóle dla tych co myśleli i teraz czas nie był łatwy. Mnie było lżej. Ja miałem myśleć o 

sobie. 

Przez cały ten czas w szpitalu męczyła mnie świadomość, że nie wypełniłem przyrzeczenia 

wobec Zenka Siekierki. Obiecałem mu zaraz po wyjściu odwiedzić jego babkę, żyjącą na kieleckiej 

wsi.   Jedyną,   jak   twierdził,   „rodzinę”.   Chodziło   o   to,   by  wydębić   od   sołtysa   oświadczenie,   że 

staruszka nie jest w stanie bez pomocy obrobić swej ziemi. Miał to być nieodzowny załącznik do 

starań   Zenka   o   przedterminowe   warunkowe   zwolnienie.   Jego   adwokat   twierdził,   że   na   żadne 

urzędowe pisma sołtys nie odpowiada, a babka odezwała się tylko raz donosząc w dyktowanym 

komuś liście, „że z sołtysem nic nie pójdzie, bo jak konia zabrał, to i przez tydzień bez prawa 

trzymał, poręczenia żadnego teraz nie da, bo się Zenka boi”... 

background image

Zenek to był ktoś w naszej celi. Miał legendę i autentyczny autorytet mimo młodego wieku. 

Więc się nie łamał. Ani wobec psów, ani w celi. Co powiedział - święte. Miał tylko jeden tatuaż i to 

bardzo nietypowy: na lewej piersi toporek wbity w serce niczym w pień do rąbania drewna. A 

sprawa, o której mówił ten rysunek też nietypowa, świadcząca o wielkim Zenkowym sercu. Był to 

czas, gdy Zenek jako trzynastolatek żył przy bracie w miasteczku opodal babcinej wsi. Rodziców 

już nie było. Brat dorosły „miał swoje sprawy” i kiedy przyszedł po niego milicjant, porwał się na 

władzę z siekierką. Zenek wiedząc, że pełnoletni dostanie za to wyrok śmierci, wyręczył brata - 

sam   zarąbał   władzę   i   trafił   do   poprawczaka.   Potem   już   samo   poszło.   Siedział   „na   czwartym 

wyroku”. I oto ja, druh spod celi, po tygodniu wolności jeszcze nie spełniłem posłania. 

Wychodząc   teraz   z   lecznicy  wierzyłem,   że   zaraz   będę   „u   babci”.  Ale   już   w   autobusie 

oglądając to i owo... (lato, kobiety ubrane czy rozebrane, że jest na co popatrzeć) pojąłem, że 

najpierw będzie pani z autobusu. „Przekonałem ją” jakoś do siebie, odwiedziła mnie nawet w 

klinice... Wrzoskiewicz był dżentelmenem, zostawił nas samych w pokoju, ale ona okropnie się 

bała i w ogóle kiepsko nam poszło. Ale teraz wyszedłem. Na zewnątrz święto. Mogłem sobie 

wyobrażać, że jestem dyktatorem i obchodzę imieniny. Autobusy z flagami, na bramach fabryk 

flagi.   Jakieś   pogotowie   strajkowe...   Usiłowałem   pojąć   o   co   chodzi   podsłuchując   rozmowę 

sąsiadów,   ale   i   oni   różnili   się   w   ocenie   wydarzeń.   W   każdym   razie   święto   -   dla   mnie. 

Błogosławiony czas, gdy więcej patrzyłem, niż myślałem. Dotelepałem się do Śródmieścia, gdy 

nagle autobus stanął. Przerwa w kursie. Strajk popierający. Dwugodzinna miała być ta przerwa. I 

pomyśleć wszyscy wysiadają, nikt nie psioczy. Może tam jeden i drugi milczy ze strachu, ale tak w 

ogóle to dlatego, że widocznie tak trzeba. Ulica dostaje w dupę ale popiera... Tak to jest. 

Dokąd miałem się wlec na piechotę? Telefonować do mojej pani z autobusu nie mogłem. 

„Tylko do pracy mąż strasznie podejrzliwy” (nie można mu się dziwić). Więc zaniosło mnie do 

Witka Sanojcy. Stojąc przed jego drzwiami zrozumiałem, jak mało człowiek ma na świecie. Bo 

jeśli go nie będzie, to na dobrą sprawę pewna jest tylko moja biedna robaczywiejąca w samotności 

siostra i ten jej przyszły trupek... (Kuba miał jeszcze kusy kwartalik życia przed sobą). Próby 

odnawiania starych kontaktów nieco mnie speszyły, gdy wchodząc do kawiarni, gdzie tradycyjnie 

siadywali   znajomi,   przekonałem   się,   że   kawiarnia   jest   i   owszem,   znajomi   także,   tylko   z   tą 

znajomością jakoś niewyraźnie. „No proszę, kryminalnych to zwalniają” - usłyszałem od jakiegoś 

stolika.   Gdy   powtórzyłem   Witkowi,   kto   to   powiedział,   roześmiał   się:   cóż   chcesz,   działacz 

background image

Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. Kurwa mać, prezydium Związku liczniejsze niż 

ci uwięzieni... (Witek powiedział, jakby tych dwóch Kowalczyków puścili, to by sam prezes, nasz 

Dyrektor Wszystek był liczniejszy). A o ludzi pozamykanych z nieprzytomnymi wyrokami, co ich 

los skazał, żaden kutas się nie upomni.., 

Widzę, że staję się kryminalistą „zawodowym”, skoro tyle mam solidarności wobec tamtych 

„swoich”. Bo swoi wydają mi się wszyscy, co za murem. Ale wracam pod drzwi mojego Witka. Na 

szczęście otworzyły się. Ucieszył się. Naprawdę. Co z tego, że od początku zauważyłem, że był 

lekko „zaprawiony”. Po oczach. Jego zawsze zdradzały oczy. Bo głowę miał mocarną, nikt go na 

czterech łapach nie widział. 

- Spadłem ci z nieba... - oznajmiłem siadając przy stole, na którym stała butelka i samotny 

kieliszek. 

Gadał coś, pytał o to moje serce, ale kieliszek postawił. Dopiero jak go spytałem, czy jest 

pewny, że dobrze mi zrobi, okropnie się zawstydził. Kochałem tego Witka. (Ojca mordercy mojego 

siostrzeńca - tak wyszło, nim strzelił, kwartalik od tego wieczora). Ale Andrzeja tego dnia nie było. 

Ani Eli. Spytałem. 

- Ela Audi... - nieobecna. - Może u Króla Szczypiorku, może gdzie indziej... 

Nalał mi pewną ręką. Powiedział, że choć tego może nie było widać, ale Elą to przestał się 

przejmować już przed moim wyrokiem. 

Zobaczyłem   rozłożony   na   stole   maszynopis   sztuki.   Zajrzałem   mechanicznie   na   kartę 

tytułową. 

- „Góra Żałoby”... - Odczytałem hiszpańskie nazwisko autora. 

- Właśnie. Dyrektor się zainteresował. Peruwiańcźyk o Boliwii czy Boliwijczyk o Peru. 

Rząd morduje robotników, ściślej górników. Czyli coś dla niego. Aluzja... 

Dziwny był status mojego Witka w naszym teatrze... Na pewno przewyższał nas wszystkich 

inteligencją.  W  potrzebie   umiał   sięgnąć   i   po   pióro.   Sławna   była   jego   polemika   z   Henrykiem 

Zajączkowskim,   wówczas   skromnym   recenzentem   teatralnym   trapionym   przez   ciężkiego   joba 

antyromantycznego. Otóż akt wiary Zajączkowskiego był prosty: romantyzm był szkołą politycznej 

nieodpowiedzialności   Polaków   i   „tułanie   się   tego   repertuaru”   po   naszych   scenach   jest 

przekleństwem narodu. Bo jego historii prawdziwej, która natchnęłaby Polaków do kultu pracy, 

odpowiedzialności, pozytywnego działania, nikt nie zna i nie pamięta, a działa na wyobraźnię tylko 

utrwalony w wiekowych dziełach sztuki „bełkot romantycznej nieodpowiedzialności”. Kiedy więc 

background image

zaatakował naszą inscenizację „Kordiana”, nie kto inny, jak Witek Sanojca, sprawił mu bolesne 

cięgi na łamach któregoś tygodnika. Był ci więc od nas mądrzejszy. A że abnegat dla nikogo 

niegroźny, nikt z jego mądrością nie walczył. On nie był dla nikogo „konkurencyjny”. „W walce na 

miny przegram ze studentem drugiego roku” wypowiedział się kiedyś o swoim aktorstwie. A dla 

Dyrektora! Błogosławiony cichy doradca. Bo sam Witek jako dyrektor... No, to już mogłaby być 

tylko rola komediowa. Więc i dawniej często działo się tak, że właściwie Witek, niezależnie od 

opinii naszego leciwego kierownika literackiego, przesądzał repertuarowe decyzje. On zresztą sam 

wprowadził na naszą scenę niejednego debiutującego autora. 

- Więc mówisz „Góra Żałoby”? I co, pójdzie to u nas? 

- Dyrektor walczy z myślami. Bo z jednej strony dobrze, bo brutalne państwo pastwi się nad 

górnikami, ale z drugiej co za aluzja, kiedy u nas jakoś państwo nie ma siły nie tylko, by się 

pastwić. ale w ogóle po prostu być...

Wypiliśmy. Wieczór u Witka pozwolił mi trochę więcej zrozumieć z tej Polski, na którą 

wylazłem zza muru. Zdziczały. A i ona jakby niespełna rozumu. 

Ten   wieczór   wrześniowy   wypadł   po   dniu,   w   którym   nasi   zbuntowani   ogłosili   apel   do 

narodów   krajów   socjalistycznych,   czy   jak   tam   to   nazwali.   Mój   Witek   był   sfrustrowany. 

Usprawiedliwiał się w ten sposób z flachy i samotnego picia. Znaliśmy się jak łyse konie. Ale go 

skręciło. Zajączkowski miał rację. Jesteśmy narodem romantycznych idiotów. Zresztą w Polsce jak 

chcesz powiedzieć, że coś jest bezdennie głupie, mówisz, że „romantyczne” i wszyscy to głupstwo 

szanują.  Ale   teraz   nikt   nie   szanuje   nawet   własnej   mądrości.   Jakbym   napisał   list   otwarty   do 

Zajączkowskiego,   że   przyznaję   mu   rację,   byłaby  to   podła   dywersja.   Bo   dziś   on   jest   na   czele 

„romantyków odnowy”. Coś ci pokażę... 

Zaczął   przewracać   kartki   maszynopisu   „Góry   Żałoby”.   Nie   mógł   znaleźć   jakiegoś 

fragmentu, nalał sobie lewą ręką (bezbłędnie) pełny kieliszek, o mnie zapomniał, wypił... 

- O, jest. Popatrz. W trakcie dyskusji politycznej przed decyzją strajkową jeden działacz 

ostrzega kolegów cytując prezydenta Meksyku Diaza: „Biedny Meksyk, tak daleko od Boga, a tak 

blisko Stanów Zjednoczonych”. Wierz jakby to strawestował dziś Zajączkowski, gdyby jeszcze 

pisywał   recenzje   (gdzie   te   czasy):   „Biedna   Polska,   tak   blisko   Boga,   a   tak   daleko   od   Stanów 

Zjednoczonych”. Bo on ci jest teraz i romantyczny, i katolicki, i bardzo reaganowski. Tak zmieniają 

się czasy i pozytywiści... l kogo mają te bidne robotnicze wodze „Solidarności” słuchać... 

Monolog trwał długo. Dowiedziałem się z niego, że Witek należał u nas do pierwszych 

background image

sygnatariuszy  apelu   wspierającego   strajkujących   stoczniowców,   ale   teraz   po   roku   -   w   obliczu 

rosnącego szaleństwa nie popiera nikogo i niczego. „Nawet samego siebie nie chce mi się popierać. 

Mam w dupie...” - zakończył jedną z tyrad. Byłem nieco przerażony nie tyle jego stanem, ile 

zakresem sprowokowanej przez alkohol szczerości. Bo było i o synku Andrzeju, i o Eli Audi. Ela 

Audi   -   to   wymysł  Andrzeja.   Pierwszy   tak   nazwał   matkę.   Rozwieść   się?   Żeby   ten   gówniarz 

wiedział, że nie rozwiodłem się tylko przez niego. Wie, bo mu mówiłem. Zaczęła tak sobie żyć na 

boku, jak nasz gówniarz miał pięć lat. I co? Zabrać matkę takiemu. W naszym „środowisku” żon 

się nie bija. A była okazja. A teraz gówniarz ma mamę Audi, a ojca rogacza. Kiedyś mi to sam 

powiedział. Dostał w ucho... No w porządku, nie dostał, czego się śmiejesz, znasz mnie za dobrze. 

Ale ona raz o mało na serio nie oberwała. Mieliśmy wyjazd ze spektaklem na festiwal do Kalisza i 

wróciłem o dzień wcześniej. Coś tam zapomnieli z rekwizytów, więc kto pojedzie - Sanojca. No i 

wchodzę do domu. Na palcach, żeby nie budzić. Otwieram drzwi... - gówniarz był na obozie 

żeglarskim - więc otwieram i co widzę. Nie śmiej się. Najpierw sutannę. Na krześle przewieszona 

równo przez poręcz sutanna... Wiesz, byłem jak ogłupiały. On się ocknął pierwszy, podniósł się na 

łokciu, ona śpi... Pewnie byli po alkoholu... Przystojny brunet. Mocny, pierś owłosiona... 

- No i co? - nie wytrzymałem czekając na puentę. 

Dolał sobie i tym razem o mnie nie zapomniał. 

- I co? I nic. Powiedziałem, wyobraź sobie: „niech będzie pochwalony...” 

- Odpowiedział ci? Jak to się odpowiada...? 

- Nie pamiętam. Zresztą nie myśl, że to było takie ważne. Po prostu śmieszne. Już wcześniej 

żyliśmy każde sobie. Poza tym to były inne czasy, nie miało to ze strony Eli cech koniunkturalnych. 

Jeszcze nie byliśmy tacy katoliccy... Jeszcze Wojtyła nie był papieżem. Jak ja żyję? - zadał nagle 

pytanie patrząc mi w oczy. - No jak?- ponaglił, czekając chyba odpowiedzi na retoryczne pytanie. 

Ale ja nie mogłem „uradzić” komiczności opisanej sytuacji. Po prostu zacząłem się śmiać. 

Nie mogłem się powstrzymać. 

- Niech będzie pochwalony... 

- A wiesz, że nasz Dyrektor chciał wystawić sztukę papieża... - Witek nagle zmienił temat. 

Widocznie coś go jednak zabolało. - Na szczęście Wszystek się spóźnił, ubiegła nas inna scena... 

- No cóż, łatwiej być papieżem niż Szekspirem. 

- Stąd Szekspir jest jeden, nie numerowany. 

- No i co wtedy wystawiliście? 

background image

- Wyobraź sobie - Iredyńskiego... - roześmiał się. No cóż, wróćmy do wątku... 

- Niech będzie pochwalony - westchnąłem. 

- No właśnie. Deklaracja superrogacza. Niech będzie pochwalony. Więc od tej pory żyjemy 

sobie pod jednym dachem i tyle. A po co? Nazywało się to, że dla gówniarza, ale gówniarz dorósł - 

pogardza i nienawidzi. „Rzuć wapno na druty” - zachichotał po tych niezrozumiałych słowach. 

- Co takiego? 

- Oni tak się między sobą wyrażają, gdy chcą, żeby dać do telefonu kogoś z rodziców. Tobie 

to dobrze. 

- Niby dlaczego? 

- Bo nie masz. 

- Czego nie mam, do cholery? 

- Gówniarza. Żadnego gówniarza... „Rzuć wapno na druty”... Jak to usłyszałem po raz 

pierwszy, chodziło o Basie, o twoją siostrę. Chcieli, żebym zagwarantował mamie Kuby, że będą u 

mnie. 

- No widzisz: mam czy nie mam, dla nich też jestem wapno. Przecież jestem tylko o dwa 

lata młodszy od Basi. 

Witek zachichotał. 

- O dwa lata starszy, mój kochany, to chciałeś powiedzieć. Pamiętam twój rocznik. Kokiet z 

ciebie, Juleczku... 

Zrobiło mi się głupio. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może poczucie daremnie straconego 

czasu, chęć, żeby świat wiedział, że jeszcze będzie miał ze mną do czynienia. Tak czy owak głupio. 

Dość, że urżnąłem się u Witka dogłębnie. 

Obudziłem się z okropnym bólem głowy. Byłem u siebie. To znaczy u Basi. Dowiedziała się 

w szpitalu, że zwolniono mnie o dzień wcześniej. Nie potrzebowała wiele, by się domyślić, gdzie 

się   podziewam.   Nie   byłem   pewny,   jak   mnie   teraz   powita   po   obudzeniu.   Choć   mocno 

zmaltretowany, wiedziałem jednak, że mam zrobić coś i to zaraz. Coś pilnego, co odkładałem na 

moment wyjścia ze szpitala. Zacząłem nakręcać „urzędowy” numer mojej  pani z autobusu... I 

wówczas przypomniałem sobie o istotnym obowiązku. Przyrzekłem sobie zaraz po wyjściu ze 

szpitala   odbębnić   odłożoną   wizytę   u   babci   Zenka   Siekierki...   Ale   nakręcałem   dalej...   Aż 

dowiedziałem się od koleżanki, że „Danusia jest na delegacji”. No więc tym bardziej powinienem 

background image

się uwinąć z tą piekielną babcią. Ale tu dała o sobie znać Basia. .Bardzo mało było o tym, co  

narozrabiałem. Spytała tylko: przyrzekniesz, że to po raz ostatni? 

- No powiedzmy, przedostatni, ale za to serio. Przyrzeknę. 

Okazało się wówczas, czym mi to grozi, l że ten zapowiadany ostatni może być ostatni 

dosłownie. „Komuś trzeba wierzyć” - to oczywiście i o lekarzach. Wówczas to wyjaśniła mi, że nie 

ma mowy, abym mógł jechać „w takim stanie” do babci Zenka (w Kieleckie). Bo siostrzyczka 

zgodziła się wyposażyć  mnie w swego fiata, który przypadł jej w „podziale majątkowym” po 

Laniewiczu. Więc z konieczności zostałem na cały dzień w Warszawie. Jak to bywało u mnie nawet 

za dobrych czasów, po przepiciu targała mną nerwowa trzęsiówka. Co miałem ze sobą zrobić? 

Przypomniałem sobie, że Witek powtarzał mi parę razy, że Teresa nie może zrozumieć, czemu się u 

niej nie pojawiłem. I była w domu. Widocznie nie obsadził jej w próbowanej sztuce. Jego niebyłe. 

- Reżyseruje? 

- Nie, przecież jest w Paryżu... 

- Będziesz sama? 

- To zbyt zobowiązujące pytanie wobec damy - roześmiała się po dawnemu do słuchawki i 

jakby coś zdmuchnęło spomiędzy nas te piętnaście lat.. nie, siedemnaście, a cholera w końcu wie, 

ile lat... 

Więc była. Wszystko, co się wydarzyło, było tak, jakby się właśnie wydarzyć musiało. 

Nieprawda. Nie musiało. Przecież już mi upuściła pierwszej furii moja pani z autobusu. A w ogóle 

to było nie to. Znaczy to, i nawet bardzo, ale jakoś „od innej strony”. Zerżnęliśmy się najpierw 

„duchowo”, tak bym to opowiedzieć musiał w celi. Bo pocałowała mnie na przywitanie jak siostra, 

ale   zaraz   potem   zaczęły   się   łzy.   Jakby  miała   tamte   dziewiętnaście   lat,   a   te   drugie   gdzieś   się 

podziały. Że nigdy już jej nie było tak z nikim, jak ze mną. Że życie i tak dalej... 

W końcu wiedziałem o tej Wrzoskiewiczowej, ale tu nie chodziło tylko o poczucie krzywdy 

czy urażoną ambicję. „Pamiętasz naszą ucieczkę na mecz i jak nas sypnęła kronika?” Pamiętasz? 

Było   tego   „pamiętasz”   tyle,   że   znaleźliśmy   się   na   tapczanie.  Trudno,   kto   wyszedł   zza   muru, 

rozumie, że tak być musiało, a u innych niech popracuje wyobraźnia. Trochę psuł mi nastrój jej 

pies.   Gdy   żegnałem   ten   świat   basety   dopiero   wchodziły   w   modę   -   nie   wiem,   czy   spotkałem 

kiedykolwiek bliżej takiego potwora. Ale rzecz nie w tym jak wyglądał, tylko jak się zachowywał. 

Najpierw drań szczekał, jakby uważał, że maltretuję jego panią. Potem pojął, że jego pani bardzo 

sobie to, co się dzieje, chwali, a jej ciche jęki nie oznaczają bólu. Jął się gramolić na łóżko. Nie 

background image

protestowała gdy zegnałem go kopniakiem bosej stopy na oślep... Leżała potem na wznak, bez 

spódnicy,   ale   w   bluzce,   tyle   tylko   zdążyłem   z   niej   sprzątnąć,   i   głaskała   mnie   po   włosach. 

Dosłownie to było tak, jakby mnie za mur zabrali prosto od niej, a ona nic, tylko czekała. A trwało 

to bardzo długo po tej wczorajszej wódce. Więc była szczęśliwa. Aż w końcu... spoufaliłem się. Po 

tylu latach opowiedziałem jej, jak użalał mi się kierownik produkcji filmu, do którego została 

zaangażowana: „pan rozumie, co ja mówię, a mówię tak: kobieta z zimnym dupiem nigdy nie 

wejdzie na ekran”. To o tobie, Teresa. Taka była jego polszczyzna.

Chichotaliśmy oboje. 

- Ale on nie miał racji. 

- No, ten mój debiut, to trzeba mu przyznać, nie wypadł najlepiej. 

- Nie o tym mówię - położyłem jej rękę na odsłoniętym brzuchu. Odczułem, jak się sprężyła 

i zaraz błogie rozluźnienie mięśni. 

-   Zresztą   „weszłaś   na   ekran”.  A  pamiętasz,   jak   było   kiedyś   tam,   kiedy   się   na   ciebie 

obraziłem, bo zapytałaś z ulgą w łóżku, kiedy ja uważałem, że wprowadziłem cię na szczyty 

rozkoszy, „no to co teraz będziemy robili...” 

Roześmiała się. 

- A wiesz co teraz? 

- Wiem. To samo. 

Pies zaczął skomleć od nowa. 

Potem już grzecznie ubrani siedzieliśmy długo, rozmawiając o wszystkim. To znaczy o 

wszystkim poza tym co ją naprawdę obchodziło. Bo ani o nim, ani o Wrzoskiewiczowej. 

Czekała   mnie   wyprawa  do  babci  Zenka  Siekierki.  Samochód   był.  Już  nawet   parę  razy 

jeździłem po mieście, zdając praktycznie ponowny egzamin ze swych zapomnianych szoterskich 

umiejętności.   Gorzej   z   benzyną.   Kolejki   na   stacjach   ogromniały   w   całe   kilometry   i   Basia 

twierdziła, że z „moim sercem” nie mam prawa narażać się na stresy daremnego oczekiwania. 

Gdyby nie fakt, że trzymała mnie teraz w mieście Teresa i bardzo mi się nie chciało odbijać z 

Warszawy, na pewno bym się w końcu „zatankował”, ale w tym układzie rozgrzeszałem się po 

prostu   odkładając   wyjazd.  Aż   do   dnia,   kiedy   o   moich   kłopotach   usłyszał   przy   kolacji   Kuba, 

Uśmiechnął się jakoś bez słowa, a wieczorem, gdy już kładłem się spać, usłyszałem delikatne 

background image

pukanie. 

Siostrzeniec wyjaśnił mi bez ogródek, że będzie mógł znaleźć radę na moje kłopoty. Polecił 

mi (tak - polecił, bo ton w tym miejscu zmienił się diametralnie, był to niemal wojskowy rozkaz) 

bym   się  „stawił”   z   samochodem...   Podał   mi   adres   na   Dolnym   Mokotowie.   (Godzina   też   była 

dokładna - siedemnasta dwadzieścia). 

Pojechałem. Ulica musiała być zapewne obserwowana przez okno, bo po chwili zbliżył się 

do  mnie   równolatek   Kuby i   zapytał   ściszonym  głosem  o  moje  nazwisko.  Usłyszawszy,   skinął 

poważnie głową. Następnie dwa razy pod rząd zdjął czapkę... Gdy po chwili wyłonił się z bramy 

drugi   chłopak   taszcząc   kanister,   zupełnie   się   nie   zdziwiłem.   Przecież   grałem   w   filmie   z   lat 

okupacji, gdy łączniczka rozwiązując chusteczkę narzuconą na głowę podawała sygnał, że zbliża 

się   hitlerowski   dygnitarz,   na   którego   wykonano   zamach   ze   mną   w   roli   niemal   głównej. 

Zatankowali mi Wóz w milczeniu, następnie poważnie uścisnęli mi rękę i zniknęli w bramie z 

pustym kanistrem. 

Przy kolacji Kuba spojrzał na mnie pytająco. Potwierdziłem skinieniem głowy. Ale nie 

wytrzymał pełnej konspiracji i w chwili gdy Basia poszła do kuchni, by podać herbatę, oznajmił 

zduszonym głosem: „było to z mojej strony nadużycie - powiedziałem, że jedziesz w naszych 

sprawach. Zresztą ten Siekierka, kto wie, może być pożyteczny” - zakończył enigmatycznie słysząc 

zbliżającą się Basie. Zdążył jeszcze wyjaśnić: robimy butelki zapalające i aktualnie czegoś tam 

zabrakło z chemii... 

Pomyślałem sobie, że po powrocie od babci muszę się jakoś wziąć za gówniarza. Wszystko 

to nieco mnie przestraszyło. Nie jestem durniem. Mój Boże, na dobrą sprawę to moje pokolenie 

przeżywało coś podobnego. Zazdrość wobec starszych braci. Ich pistolety, cholewy, wspomnienia 

bojowe, powstanie, partyzantki, cały ten wspaniały świat, do którego nam nie starczyło lat. I myślę 

nawet, że z tego zazdrosnego zamroczenia zrodził się potem ten gorliwy zetempowski akces. Bo 

dowiedzieliśmy się, że oni byli głupi. Że głupią głowę kładli pod fałszywą ewangelię. Co za ulga. 

Tylu moich kolegów temu uległo. I ją nie byłem daleko. 

A teraz tym naszym (co z tego, że ja akurat nie mam) dzieciom wszystko to wraca. Starzy i 

młodzi oszaleli dla tej Solidarności. Uwierzyli w nowy mit. Mają nową ewangelię. A najmłodsi 

chcą   teraz   wcielić   w   życie   nie   spełnione   zazdrosne   sny   o   bohaterskiej   przeszłości   ojców   - 

konspiracje, zamachy, ofiary. Jak im to wybić ze łba. „Im”. W końcu mnie chodzi o Kubę. O syna 

mojej siostry. 

background image

Tak,   muszę   się   wziąć   za   niego.   Ale   jak   niewdzięczną   pozycję   będę   miał   w   takich 

rozmowach! „Więzień pospolity” pertraktuje z kandydatem do pocztu narodowych męczenników. 

Bo coś mi się zdaje, że jak kto w tym kraju nie skończył jeszcze lat osiemnastu, to jest właśnie 

takim kandydatem. Zobaczymy! 

Pojechałem wreszcie do tej piekielnej babci Zenka Siekierki. „Piekielnej” dosłownie, bo 

wieś nazywała się Piekło. Po raz pierwszy tuż przed lasem przejechawszy „mostek bez jednej 

poręczy”, jak widniało w opisie Zenka, zagadnąłem chłopa o drogę do „babci Józi”. Niepotrzebne 

było nawet nazwisko. Dowiedziałem się, że Józia mieszka „nie w Piekle, a na Przedpieklu”, bo z 

tej strony strugi, że „droga niby prosta, ale i tak pan pobłądzi” i wreszcie konkretną radę, by 

zajechać do leśniczówki, która będzie „po drodze” i tam już leśniczy albo kto inny „pokaże, a może 

i   podprowadzi”.  Wjechałem   w   las.   Zanim   mnie   zabrali,   nie   byłem   fanatykiem   przyrody  -   ot, 

normalny  mieszczuch.  W  mieście   się   żyło,   pracowało,   a   nawet   „wypoczywało”   w   knajpach   i 

nocnych lokalach. Ale za murem zacząłem tęsknić jak potępieniec do zielonego. Bywało, że na 

spacerniaku   dostawałem   za   to,   że   zatrzymywałem   się   wiosną   przy   mizernym   krzaczku,   gdy 

wypuszczał liście. Znałem każdą gałązkę tego drania, który świętował zielonością w maju, a potem 

się   kończył   w   spiekocie   nieruchomego   powietrza   więziennego   podwórza.   Las   był   wspaniały. 

Starodrzew. Nad strugą szeregi olchowe, przy drodze brzozy. U leśniczego dostałem informację 

niepokojącą: w drugi dukt na lewo, brać zakręt na gazie, bo piach, jak pan ugrzęźnie, to po konie aż 

do Piekła, a dalej droga poprowadzi, trzymać się tylko prawej strony, w końcu i tak się przez wodę 

nie przejedzie. Ale stamtąd już dojść można... 

Dość to zniechęcająca prognoza, ale wyjścia nie było. Rzeczywiście po piętnastu minutach 

stanąłem   w   obliczu   rozlewiska   na   leśnej   drodze.   Ustawiłem   samochód   między   drzewami   - 

zamknąłem i ruszyłem na piechotę. Zaraz też szeroka, poprzerastana jałowcami łąka odkryła przede 

mną małą chałupkę i całe zabudowania Zenkowej babci. Ruszyłem tam na przełaj. Ogromne krzaki 

bzu na jakiś czas zakryły mi całe obejście, ale za chwilę miałem je przed sobą jak na dłoni. Wejście 

do chaty było usytuowane nietypowo - od strony łąk, całe obejście gospodarskie na zapleczu. Przed 

domkiem,   małym   jak   makieta   starego   ludowego   budownictwa,   studnia   z   żurawiem,   jakie 

widywałem   raczej   już   tylko   na   rysunkach.   W   progu   pojawiła   się   przygarbiona   kobieta.   Nie 

spostrzegła mnie, powędrowała w stronę studni. Wyciągnęła z głębiny wiadro. Sięgała po nie ręką, 

gdy powitałem ją miejskim „dzień  dobry”.  Odwróciła się  powoli  i spojrzała jakby niechętnie. 

background image

Widocznie niczego dobrego od człowieka na tym odludziu nie oczekiwała. 

- Mam list od Zenka... - powiedziałem. 

Wyjąłem wyniesiony z więzienia złożony w szesnastkę papierek. Byłem uprzedzony, że 

mam list odczytać. „Powie ci, że stłukły się jej okulary”. 

I rzeczywiście. Najpierw babcia uroczyście podała mi dużą sękatą rękę, a potem padły te 

słowa o okularach. Nim zacząłem czytać, oznajmiłem, że jestem kolegą z więzienia. Nie wzbudziła 

ta rekomendacja entuzjazmu. Tyle że babcia zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem i oznajmiła, że 

„wcale nie wyglądam”. 

- Tylko konia napoję - oznajmiła pochylając się nad wiadrem. Plecy babcine wygięły się w 

kabłąk, ja po miejsku wyjąłem jej wiadro z rąk. 

- To koń wrócił od sołtysa Gęby... - zagadnąłem, aż babcia przystanęła. 

- Zenuś mówił? - zmiękła jakoś wymówiwszy to imię. - Józia jestem - „przedstawiła mi 

się”, dopiero teraz całkiem zjednana. 

- Tutaj, tu, do koryta - wskazała gdzie mam wylać wodę i zaraz, zapomniawszy o koniu 

zaprosiła   do   siadania.   Na   ławeczkę   przed   domem.   Na   zaproszenie   do   mieszkania   jeszcze   nie 

zasłużyłem.   Przeczytałem   list,   który   sam   dyktowałem   Zenkowi.   Sprawa   potwierdzenia   przez 

sołtysa   podania   babci   o   warunkowe   zwolnienie   Zenka   jako   jedynego   żywiciela   z   uwagi   na 

podupadanie gospodarstwa wywołała jednak sceptycyzm Józi. 

- Myśli pani, że będzie się bał? - spytałem dość enigmatycznie, by podkreślić swą orientację 

w sprawach gospodarstwa babci Józi i Zenka. 

Sprawa   z   koniem   zaczęła   się   na   początku   żniw.   Zenek   pomstował   w   celi   i   obiecywał 

sołtysowi Gębie wszystko co najgorsze. Bo sołtys - kowal, gdy mu babcia podprowadziła konia do 

okucia, na parę dni najgorszej roboty zatrzymał u siebie starego wałacha, bo akurat jego kobyła 

padła   na   kolkę.   Babcia   Józia   przyznała   teraz   sama,   że   odbierając   wreszcie   swoje   zagroziła 

sołtysowi srogą zemstą, gdy tylko wnuk wyjdzie. „Jakże on teraz będzie pieczątkę bił, żeby go 

wypuścili...” 

Ale dała się przekonać, że sołtysa biorę na siebie, byle tylko napisała podanie. Poszliśmy do 

izby na to pisanie. Byłem przygotowany. Kancelaryjny papier, długopis. Musiałem jednak pisać to 

na   miejscu,   żeby   pozbierać   te   hektary,   klasy   ziemi,   areały,   uprawy...   Tworzyłem   poemat 

penitencjarno-agrarny. Przeszkody techniczne były spore o tyle, że stół był fatalny. Chwiał się na 

krótszej nodze. Jego główna decha, w środku dokładnie na pół przełupana, zbita była na krawędzi 

background image

poprzeczną listwą. Gdy po raz dziesiąty szukałem równego skrawka, babcia westchnęła. 

- To też robota Zenusia. 

- Ten stół? Stolarz z niego kiepski. 

- Jaki stolarz. On sam ten stół siekierą połupał. Od tej pory nazywali go na Piekle Zenek 

Siekierka... Tak mnie namawiał, żebym do miasta szła, ten pokój, co po jego ojcu został, zajęła... Ja 

mówię: dziecko, bez ziemi nie wyżyjemy, czternaście lat miał, jak jego ojciec umarł... A Zenek: 

„niech się babcia nie martwi, moja głowa”. Ja: jakże to gospodarstwo, rzeczy wszystkie zostawić. A 

on, jakie rzeczy. I za siekierę... Ten stół. Łóżko, sam pan popatrzy... 

I poprosiła mnie do drugiej izby. Rzeczywiście decha szczytowa ze śladami Zenkowych 

ciosów. Popatrzyłem na portret chłopa nad łóżkiem. Takie to widuje się tylko w historycznych 

księgach. Chłop piękny, z wąsem, w sztywnym kołnierzyku, ciemnym garniturze...

- Mąż nieboszczyk - Józia przeżegnała się i poprawiła obraz wiszący równo na ścianie. 

A ja myślałem sobie, jak to każdy człowiek się kreuje. Po co wydziwiać, że mąż Teresy jest 

prezesem   od   Więzionych   za   Przekonania,   gdy   Zenek   w   więziennej   legendzie   siedział   jako 

czternastolatek za zabicie milicjanta. A oto uboga prawda: dyskusja o przeprowadzce z Przedpiekla 

do miasteczka. A potem tatuaż serca jak pień i wbity w nie topór. 

Babcia zdzieliła ścierą jakąś senną muchę. Wróciliśmy do układania listu do władz... 

Nie było, zdaniem babci Józi, „żadnej potrzeby”, aby teraz przedzierać się przez rzeczkę do 

Piekła, do sołtysa Gęby. „I tak już pijany”. Za to babcia zażyczyła sobie, abym sprowadził na 

podwórze  samochód.  „Majątku  się  w  lesie  nie  zostawia”  - pouczyła   mnie  wciągając  gumiaki. 

Klapiąc za dużymi buciorami maszerowała obok mnie. Potem brodząc przed wozem pokazywała 

gdzie   płytsze   rozlewisko,   jaki   to   kawałek   trzeba   „przegalopować”,   by   chwilkę   wytchnąć   na 

piaskowej twardej łące i znów „skoczyć aż na twarde”. No i znalazłem się z samochodem na 

podwórzu babci Zenka Siekierki, bo przecież jak by z tą siekierą nie było, Zenek „Siekierką” 

pozostanie do końca. Do spania ułożyła mnie w owym skleconym po szaleństwie wnuka łożu pod 

mężowską   fotografią.   Opchany   jajecznicą   na   boczku,   opity   mlekiem,   próbowałem   zasnąć. 

Zdrożony byłem co nieco, a w dodatku światła w chałupie żadnego, tylko kopcąca naftówka. Na 

dobrą sprawę nie opisałem jeszcze, gdzie się znalazłem. 

Izba mała. Święty obraz i fotografia nieboszczyka męża. Bele sufitu ciężkie tuż nad głową. 

Za dnia widziałem, że sękate. Ale cała ta przedziwna chata na Przedpieklu to było zjawisko. Las 

otwierający się na ogromne łąki i na ich skraju ta chałupka. I do tego księżyc. Jakby ktoś to 

background image

wszystko   wymyślił   sto   lat   temu   albo   i   dawniej.   Ten   księżyc.   Widziałem   zza   firanek   każdą 

obejmującą go chmurę. No, było tak jak nigdy, a jak powinno może być człowiekowi zawsze, skoro 

wymyślił słowo „piękno”. Bo chciałem napisać „szczęście”, ale to już lipa. Bo jakież to szczęście 

dla   babci   Józefki   ta   samotność   podwojona,   absolutna.   Jakby   to   wszystko   umieścić   z   jednym 

człowiekiem na księżycu- Więc zasnąłem. Coś mi się śniło. Pamiętam ostatni moment Znalazłem 

się  w  kościele,  dzwonki  na  podniesienie,  ale  potem okazało  się,  że  pędzę  przez  kopne  śniegi 

saniami   z   konnym   zaprzęgiem,   dzwonią   janczary.   Obudziłem   się   w   środku   wrześniowej   nocy 

słysząc jeszcze to dzwonienie... 

Przez chwilę pewien byłem, że wracam w sen, ale podniosłem się z łóżka... Dzwonek był 

wyraźny.  Ostrożnie  uchyliłem drzwi  od kuchni. W półmroku  ujrzałem,  że rozbebeszone łóżko 

babci jest puste.- Stanąłem w progu i gdy ogromny kamień stanowiący zaproże sparzył mi stopy, 

zobaczyłem i usłyszałem jednocześnie: babcia Józia kroczyła przez podorane pola na obrzeżu łąki 

w księżycowej poświacie, omotana chustą, dzwoniąc raz po raz trzymanym w wyciągniętej przed 

siebie ręce dzwonkiem na drewnianym trzonku, jakim w niektórych okolicach obdzwania się w 

czas burzy „przed piorunem i ogniem”. 

- Och, bestie! - użaliła mi się podchodząc bliżej. Czemu to pan nie śpi? 

- Jakie bestie?... 

Okazało się, że babcia płoszy jelenie włóczące się całymi chmarami, jako że rykowisko lada 

dzień się zacznie. 

- Szkodniki okrutne - użalała mi się, opowiadając jak to w zeszłym roku całkiem Zadeptały 

jej .Jare”... 

Odczułem  chłód   i  tak   głęboką   potrzebę   powrotu   w sen,  jak  nigdy w  życiu.   Zresztą   ta 

przerwa to też była jak sen nieprzyśniony. 

A teraz dzień u Gęby w Piekle. Na nic fiat dobrej siostrzyczki. Do sołtysa do Piekła droga 

„na pieszo”. „Przez kładkę i pod górę piachem”, jak pouczyła babcia Józia. Bo można by jeszcze 

koniem przez bród i z fasonem na wozie. Ale konia to babcia Gębie powtórnie pokazać nie ma 

ochoty. 

Bo   z   Gębą   sprawa   ma   się   pokrótce   tak:   niby   chłop,   bo   gospodarstwa   kawałek   ma,   a 

właściwie to niby kowal. Właśnie „niby”. Bo Gęba potrzeby ma niewielkie i odkąd skalkulował, że 

wobec braku konkurencji brać może i dwieście złotych od konia, kuje tylko jednego na dzień. Jako 

że wódki więcej niż za dwieście nie wypije.. Działy się więc w kolejce do kucia sprawy dziwne i 

background image

groźne, rodziły się nienawiści rodowe i konflikty między wiejskimi społecznościami, bo kuźnia 

jedna na całą okolicę. Aż któregoś dnia wieśniacy w chwili, gdy kowal odprawił ich idąc na swoją 

flaszkę, pojechali gromadą do gospody. Tam napili się wspólnie, a potem oddelegowana grupa 

wróciła jedną furmanką i kuźnię doszczętnie spaliła. Ale narzędzia ocalały. I Gęba umiejętnie 

nabrawszy kredytu, warsztat zrekonstruował w starej stodole. Kuł jak z łaski, a i rolę swoją też 

uprawiał jak z laski. Kobyłę Bóg sprawiedliwy mu zabrał na kolkę, to sobie radził, że za kucie 

zostawiał konia na dzień, dwa „na odrobek”. A że babcia bezbronna, to tydzień jej wałach włóczył 

bronę po morgach kowala. 

Teraz, jako kolega Zenka z kryminału, niosę Gębie posłanie babci Józefki. Myślałem, czy 

nie   byłoby   rozsądniej   pożegnać   już   babcię   i   jechać   okrężną   drogą   do   Piekła   samochodem. 

„Taksówka”   podreperowałaby   moją   pozycję,   ale   mogłaby   poderwać   w   oczach   Gęby   moją 

wiarygodność jako „kolegi spod celi”. Więc w końcu poszedłem pieszo. 

Do   sołtysa   trafiłem   bez   kłopotów.   Ledwo   las   się   skończył   i   wieś   zajęła   horyzont,   już 

wiedziałem co trzeba. Wypalony komin straszył z oddali, a przy bliższym podejściu czerwona 

tablica   godnie   zapowiadała   sołtysa.   I   tu   niespodzianka.   Gęba   okazał   się   człowiekiem   do   rany 

przyłóż.  Chłopisko wielkie, czerwona  okrągła  twarz, bez  zmarszczek, nad nią  siwa strzępiasta 

czupryna. Ledwo streściłem mu, z czym przychodzę, gdy usłyszałem zaproszenie: „nie ma co, 

strzelimy po gębie i załatwione”. 

Zdębiałem. Dopiero po chwili, gdy już zorientowałem się, że owo „strzelenie po gębie” 

oznacza wypicie po kieliszku, pojąłem, że „Gęba” to przydomek sołtysa, którego nazwiska ani sam 

nie wymienił, ani Zenek, ani babcia Józia. 

Zaprzyjaźniłem się z Gębą. Byłem świadkiem, jak odprawił dwu kandydatów do kucia. Z 

jednym nawet szarpał się chwilę, gdy ten zdesperowany uwiązał konia i zapowiedział, że sam 

podkuje, bo potrafi. Doszedłem do słusznego wniosku, że człowiek o duchu tak niezależnym i 

męstwie   nie   do   zakwestionowania   nie   odmówi   dla   Zenka   poręki   tylko   dlatego,   że   miałby  się 

obawiać jego zemsty. Na moje zapewnienie, że Józia nie ma nawet do niego pretensji, machnął 

tylko ręką, że pretensje do niego mają wszyscy, ale on się tym nie przejmuje. I strzelił następną 

„gębę”. 

Kiedy chwiejnie wstępowałem na wąziutką kładkę wiodącą do obejścia babci Józi, byłem 

głęboko  przekonany,  że  nareszcie  odnalazłem  na wolności  przyjaciela. A  podanie  rokujące,  że 

background image

odzyskam zza muru drugiego, niosłem triumfalnie w kieszeni. Dobrze mi było w Piekle. I na 

Przedpieklu u babci. Ale trzeba było wracać. 

Kuba na sprawie rozwodowej zdecydował, że zostaje przy matce. Ale to co jest miłością do 

niej, jest nienawiścią do ojca. I do wszystkiego co jest jego. Nie na darmo mówiło się „właściciele 

Polski Ludowej”. Polska była jego - tego ojca - i teraz mały jej nienawidzi. Wszystkiego. Urządził 

mi prasówkę. Przecież nie było mnie parę dni i muszę wiedzieć, że w Gdańsku Zjazd Solidarności 

uchwalił posłanie do ludów w Europie Wschodniej... 

- Do ludzi pracy... - prostuje Basia. 

- A właśnie, że sens jest taki, że do ludów... Do wszystkich. 

- Przecież wtedy byłem jeszcze w Warszawie - ucinam temat. 

-  A  w   Hucie   Katowice   zrobili   referendum   i   wylali   dyrektora...   Już   kończą   się   rządy 

różnych... 

Szare oczy płoną. Raz po raz przegarnia ręką płową grzywę. 

Potem było o buncie więźniów z aresztu śledczego z Bydgoszczy. Pomyślałem sobie, co 

bym zrobił, gdyby tak za moich czasów. Zażartowałem, czy by mnie nie przechował, gdybym to ja 

nawiał, ale on był pryncypialny. Po prostu to była regularna „prasówka”. 

Ciężko mi szła rozmowa z Kubą. Niby sam byłem za tym wszystkim, co się działo, ale 

szczerze mówiąc, gdy tylko rzuciłem okiem na to, kto w tym robi z mego środowiska - tylko 

rzygać. Ale co mam mówić małemu. 

To dziwne, dzisiaj będzie wyglądać na bzdurę, że się ustawiam, „miałem przeczucie” i tak 

dalej. Dziwne, ale ja naprawdę rozmawiałem z nim ostrożnie, jakby ze strachem, że mogę go 

urazić, jakbym wiedział, że to są jego ostatnie miesiące, że go zagarnie i schowa w cmentarnym 

piachu to wszystko, co każe mu drżącym głosem powtarzać jakieś zdania wyczytane w ulotkach 

czy pismach „nieoficjalnego obiegu”, tak to głośno nazywano. Nie chciałem go urazić i byłem zły, 

kiedy coś mi się wymknęło na temat... Bo w jakiejś chwili oznajmił mi, że Polska czeka na męża 

opatrznościowego jak marszałek Piłsudski” czy coś podobnego. A że było to połączone z jakimiś 

kpinami „z Sejmu, co go Babiuch zrobił palcem” (chłopaczek wychowany w domu Laniewicza był 

nieomal „po imieniu” z rządzącym garniturem), to mu powiedziałem, że mógłby wiedzieć, że jego 

Piłsudski   („twój   Piłsudski”   -   powiedziałem)   miał   do   Sejmu   stosunek...   -   tu   mi   się   nawinęło 

określenie stosowne pod celą, więc zamilkłem i po chwili wróciłem do wątku powiadając, że cesarz 

background image

Kaligula (Boże, co za sukces miałem w „Kaliguli” piętnaście lat temu) mianował swego konia 

senatorem, ale że Piłsudski nie zrobił posłanki ze swej kasztanki tylko dlatego, że Sejm uważał za 

coś gorszego od stajni...

Biedny   mój   siostrzeniec   zrobił   się   czerwony   i   spytał,   skąd   wyniosłem   tyle   wiedzy 

historycznej. 

- Z Piłsudskim nie siedziałem - wyznałem dowcipnie - ale czytałem to i owo, co i tobie 

radzę... Poza twoją „bibułą”... 

- A co takiego mam czytać? - zapytał agresywnie. 

No, rzeczywiście, co miał na dobrą sprawę czytać? 

Powiedziałem wieczorem Basi, że mogłaby się trochę zająć nie tylko garnkami i szkołą 

syna, ale czasem porozmawiać z nim „w ogóle”. I potem o tym Piłsudskim. Jako o przykładzie. 

- A ja niby skąd mam wiedzieć to wszystko? - spytała mnie moja oczytana siostrzyczka, 

przodownica na studiach. 

Kurwa mać - pomyślałem - jak tu bronić tej resztki nieszczęsnego państwa, która musi być 

obroniona, kiedy się całkiem nie daje? Wszystko zagrzebane w milczeniu albo nieprawdzie. Jestem 

człek nie za mądry, tyle że zawsze byłem ciekawy. Może pomogła mi przyjaźń z Witkiem Sanojcą. 

Rozmowy, lektury... 

Boże - pomyślałem z kolei (tak, w takiej kolejności). Jak to dobrze, że jestem skazany 

Julian Petryk syn Anatola, a nie żaden działacz ani ktoś taki... 

Wszedł Kuba i zmieniliśmy temat. Basia zrelacjonowała kłótnię w kolejce o to, czy garbus 

to inwalida. Opowiadała tak barwnie i z takim aktorskim zacięciem prezentowała poglądy stron 

udając   zainteresowanego   garbusa,   który   w   czasie   kłótni   jako   protegowany   sklepowej   został 

obsłużony poza kolejką, że zapomnieliśmy o pryncypiach, jak się tutaj za murem mówi. Ale nie na 

długo.   Ledwo   wspomniałem   przy   jakiejś   okazji   Witka   Sanojcę,   zupełnie   nie   pamiętając,   że 

gówniarze  znają  się ze szkoły,  mój  Kubuś-nieboszczyk,  zatapiając we mnie swoje szare oczy, 

zagaił: 

- Czy wujek zna sprawę jak ojciec Andrzeja ośmieszył premiera... a przy okazji i naszego 

tatę... 

Roześmiał się. Płowy kosmyk opadł na szerokie piękne czoło chłopaka. Odgarnął włosy. 

Opowieść była dość niezwykła i chyba tylko skromność mego przyjaciela sprawiła, że nie 

zwierzył mi się z całej sprawy. Oto w zeszłym roku dostał ci mój Wituś list podpisany przez 

background image

prezesa ZBoWiD-u - premiera - z gratulacjami z powodu wybrania go do jakowejś Rady Naczelnej. 

Wituś podobno zachował się „normalnie”. Normalnie jak na siebie, ale całkiem nienormalnie jak na 

czas, miejsce i charakter „akcji”. Oto wrzucił list do szuflady i siedział cicho. Za parę dni dostał list 

kolejny   informujący   o   terminie   zebrania   szacownego   ciała,   którego   jest   członkiem,   i   postąpił 

podobnie: wyrzucił list i siedział cicho. A tu na drugi dzień dzwoni do teatru ważny generał. 

Szukają Witusia na gwałt. A generał prosi o punktualne przybycie, bo Witek Sanojcą został przez 

samego premiera wyznaczony na coś tam w czymś tam... I tu heca. Bo Wituś ponoć oznajmił 

pogodnie, że to pomyłka. On do żadnej .takiej organizacji nie należy, stąd prosty wniosek, że nie 

może być powołany do jej władz naczelnych. I zaczęło się. 

- Nasz tata też się wygłupił. Tutaj u nas - palcem Kuba wyznaczył miejsce przy stole - gadał 

z tym waszym teatralnym dyrektorem. Że skandal. Że to źle ustawi cały teatr, że w końcu „ma pan 

jakiś wpływ na pracownika”... 

- No i co? - spytałem teraz naprawdę zaciekawiony. 

- A swoją drogą ten dyrektor od twojej Teresy to też kawałek bęcwała... - Basia nigdy nie 

lubiła mojej przyjaciółki i przeniosła te uczucia na jej męża. 

- No i co?.... - dopytywałem się ciekaw rozwiązania. 

- Dowiedz się u Witka. Ale coś im się wszystkim razem bardzo nie udało. Były tu różne 

telefony. O ile się zorientowałam, to Dyrektor chciał wylać go z pracy, ale wasze stowarzyszenie go 

obroniło. 

- A Andrzej to ten list pokazał w szkole panu od historii. Jako „historyczny dokument”. Była 

heca. Andrzej kiedyś przyniósł na lekcję za pozwoleniem ojca czako swego dziadka. 

- Jakie znowu „czako”? - włączyła się Basia. 

-   To   jest   takie   jak   napoleońskie,   beliniackie,   z   legionów,   bo   dziadek   Andrzeja   był 

legionistą... Mama to pewnie nie wie co to takiego - zauważył z politowaniem mały. 

Basia się obraziła. Za parę miesięcy-. Za trzy dokładnie miała mdleć na cmentarzu, a ja 

czytałem tam kartkę papieru: wyrok z pieczątką organizacji „CZAKO” (Centralny Zarząd Akcji 

Komandosów Ojczyzny). 

Ale na razie z Teresą zaczęły się dziać dziwne rzeczy. To znaczy, najpierw nie z nią, a z 

panią z autobusu. Źle to wyraziłem. Po prostu przy okazji pani spostrzegłem, że coś się dzieje z 

Teresą i ze mną. Tak wyszło... że była zajęta - próby, wieczorem grała - i umówiłem się z panią. 

background image

Niby jak człowieka chcica przyciśnie, jak się mawiało pod celą, to i dziura po sęku w płocie 

nieprzyjaciel, a raczej przyjaciółka. A tymczasem pani mi się na spotkaniu nie przyjęła (również 

określenie Zenka). Nie spodobał mi się jej beret, coś tam grymasiłem. Od razu się zorientowałem, 

że winna Teresa. Okazało się, że odżył, a właściwie dopiero teraz urodził się nasz związek. Kobiety 

zawsze są skłonne do wszelkich miłosnych mitologii. W końcu na dobrą sprawę coś nas łączyło w 

czasie, kiedy rozłączył nas Dyrektor. „Chodziliśmy ze sobą”. A teraz ona pokazuje mi wycięty z 

Jakiegoś pisma mój wiersz... (No proszę, pisywało się, a teraz zgrywa samorodka-kryminalistę. 

Swoją drogą zastanawiające, że teraz idzie mi tak topornie, gdy mam po prostu zapisać to, co się 

zdarzyło. Nic więcej). 

No tak, ale wróćmy do wiersza. Tak zwany „miłosny”. Przez chwilę musiałem pomyśleć, o 

którą to chodziło przecież nie o nią. Ale ona wzięła to do siebie i - patrzcie! - szczęśliwa żona 

wspaniałego Dyrektora wycina i przechowuje wiersz swego pierwszego. Nie wiem, skąd ta jej 

miłosna   recydywa.   Bo   chociaż   staram   się   kontrolować   i   tłumaczę   sobie,   że   to   odwrócenie 

nienawiści do tego co ją „zdradził” i upokorzył (to już bez cudzysłowu), to jednak sam „biorę 

udział” w grze? Odprawiłem moją panią z autobusu. Spotkałem się z Teresą. Teraz leżymy na 

golasa pod kocem. Cela by nie uwierzyła, gdybym opowiedział wszystkie szczegóły. Jest świetna. 

Chętna. Jakby parę lat nie chodziła pod prawdziwym mężczyzną... 

Teresa mówi w pewnej chwili: „raz w życiu się skurwiłam, kiedy wyszłam za niego, l teraz 

mu się odpłacę: nigdy go nie opuszczę”. I potem, że ja byłem jej młodzieńczą niezrealizowaną 

naprawdę miłością. A ja się śmieję, bo nie mogę się powstrzymać. Bo to wspaniały dowcip: ona mu 

się „odpłaci”. 

Teresa patrzy na zegarek. Przeprasza mnie jak grzeczna pani, gdy musi się zwrócić do 

kogoś na przyjęciu i wstaje, by pójść do telefonu. Wkłada swoje pantofle na wysokim obcasie i tak 

„ubrana” idzie w stronę telefonu. Wspaniała, sklepiona jak... no, po prostu jak „to”. I wie, co mi 

prezentuje, a ja czując, czego będzie zaraz ode mnie chciała, już jestem gotowy. Chłopaki w celi 

uznaliby to za „nawijanie”, ale z nią naprawdę jestem niezwyciężony. 

A ona stojąc oparta łokciami o parapet stołu, pochylona tak, że widzę z profilu jej świetną w 

tym   układzie   pierś   (nie   mogę   się   powstrzymać   od   myśli,   że   ona   wie,   cały  czas   trzyma   mnie 

napiętego   w   pełni   świadoma,   upozowana),   zachęcający   łuk   półdupków,   maleńką   fałdkę   na 

sprężystym brzuchu - o, ta fałdka to moja zdobycz, tego ona nie „widzi”... Tak wygląda, ale mówi 

grzecznie, uprzejmie, żartobliwie z jakimś „redaktorem”. Po chwili orientuję się, że dzwoni do 

background image

redakcji telewizyjnego „Pegaza”. Ma dla nich świetny temat. Ostatnio mieli felieton o aktorskich 

chałturach - gratuluję. Ale mam pomysł cudownego („cudownego”, tak powiedziała) uzupełnienia. 

Otóż jak pan wie, pani Wrzoskiewicz gra u nas Ofelię. No, tak było w „Pegazie”. Ale pan nie wie, 

że ona zaraz po spektaklu biegnie na drugą .stronę ulicy i tam w kabarecie wraz ze swym mężem  

„odstawia”... (powiedziała „odstawia”, w pewnych sprawach te szalone, zazdrosne upokorzone 

kobiety nie są w stanie skontrolować się...) Wie pan? No i co, przecież to fantastyczne uzupełnienie 

tamtego tematu. Takie post scriptum przysługuje chyba reporterowi o pana pozycji... 

Coś tam było jeszcze, a w końcu podała dzień, kiedy „oni tam funkcjonują w tej budzie”... 

Wróciła   podniecona,   czuła,   zachwycająca.   I   znów   gdy   po   półgodzinnym   kolejnym 

zmaganiu Leżałem wyczerpany miłością, nagle sięgnęła po leżący na podłodze zegarek (no tak, 

przeszkadzało mi na niej wszystko wolno jej było zostać „tylko w obrączce” i to jako ustępstwo na 

rzecz jej „rewanżystowskich ambicji”).

- Julek. Musimy się spieszyć! 

I   dowiedziałem   się,   że   idziemy   do   Związku   Kynologicznego,   bo   dziś   jest   odbiór 

holenderskiej pożywki dla psów rasowych, przysłanej przez holenderski psi związek w ramach 

pomocy charytatywnej dla głodującej Polski. Nic nie łżę. Poszedłem. Widziałem, jak pokazywała 

„dokumenty” swojego leniwego baseta i potem dźwigałem pięciokilogramową paczkę. No więc 

miał czy nie miał racji węgierski Żyd? Nie miał, bo „weszła na ekran”. Ale tak w ogóle? 

Ale   pomijając   Teresę,   to   zastanawiające   jak   mało   rzeczy   obchodziło   mnie   wówczas 

naprawdę.   „Przerwa   w   karze”   to   jakaś   umowna   forma   egzystencji,   nieznana   poza   tym   w 

przyrodzie. „Naprawdę” pozostaje to, co czeka na mnie za murem. Tu jestem na wycieczce na 

Wyspach   Kanaryjskich.   Szkoda,   że   nie   mogę   kupić   w   kiosku   żyletki   i   ratuje   mnie   Witek 

bezzwrotną pożyczką. Także fakt, że papierosy trzeba „zdobywać” jest irytujący. Nie wiem, w jaki 

sposób mój nieletni siostrzeniec załatwia mi popularne bez żadnych trudności. Pewnie w klasie ma 

syna kioskarki, a ja jestem „były więzień reżimu”. Więc moje Wyspy Kanaryjskie całe nędzne i 

parszywe, ale czasy egzotyczne i jakby nie na serio. Stąd ten „wicher odnowy” (przeczytałem 

przemówienie   sejmowe   Dyrektora)   biorę   w   cudzysłów,   stąd   gdy   oglądam   portrety   bohaterów, 

emocjonuję się mniej niż świadek na kryminalnym procesie. A „portrety” demonstrował mi Kuba. 

Brał w marcu, po aferze w Bydgoszczy, udział w akcji plakatowania i zwinął do „prywatnego 

archiwum” zdjęcia faceta z zakrwawionym nosem i poprawionym nieudolnym retuszem sińcem 

pod okiem. Chodziło o bohatera Bydgoszczy. Słyszeliśmy to i owo w więzieniu. Ale te sprawy były 

background image

dla mnie nieważne, byłem na urlopie. Prawdziwe życie czekało na mnie „tam”. Albo po prostu 

piach, jeśli moje serce przyjdzie mi z pomocą. Pewnie tak czułby się facet chory na raka, gdyby w 

ostatnich   godzinach   życia   ktoś   truł   mu   o   groźbie   nuklearnej   zagłady.  W   moim   odczuciu   ani 

„groźby”, ani „wspaniałe perspektywy” odnowy do mnie nie odnosiły się. W tym życiu tutaj byłem 

„prywatnie”, na urlopie. Żyłem jakoś na niby. Bo żyję, ale wiem, że już jestem gotów, żeby mnie 

zamknęli. Trumna już gotowa. 

Stąd tak ważna była Teresa, a śmieszne i zupełnie dla mnie obojętne jej próby odzyskania 

dla mnie „środowiska”: Byłem z nią dwa razy na teatralnych premierach. Byli, owszem, koledzy. 

„Przypominali sobie mnie”. Te ogony ze sztuk kostiumowych, ci co mówili do mnie, rycerza i pana 

głównej roli na scenie, że „konie podane”, ci królowie epizodu, szaraczkowie ról drugorzędnych, 

„przypominali   sobie”,   a   potem   szybko   gdzieś   znikali.   Znałem   już   „wersje”.   „Chcą   nim 

skompromitować nasze środowisko”. To „rząd” uknuł całą sprawę przerwy w karze. Przecież Witek 

Sanojca nie robił z niczego tajemnicy, byliśmy mężczyznami. Ukrył przede mną tylko jedno, że 

kiedyś   dał   w   pysk   komuś   w   knajpie   aktorów,   gdy   usłyszał   zdanie:   „Jakby   nam   („my”   to 

„środowisko”   kontestujące   głośno   przeciw   władzy   w   swoich   wycyganionych   od   niej 

apartamentach) mógł się przydać, to by go nie wypuścili. Gdyby był prawdziwym więźniem, a nie 

kryminalistą, to by go trzymali...” 

I   tak   „środowisko”   obróciło   się   przeciw   mnie,   chociaż   zapakowano   mnie   tak   głęboko 

właśnie   z   tytułu   mej   środowiskowej   przynależności   (dwadzieścia   pięć   lat!   za   morderstwo   w 

afekcie, a mogło i powinno być osiem albo dziesięć, jak twierdzili wszyscy obrońcy). Okres mego 

procesu był  to  czas,  gdy  zdarzyło  się  u nas  rzeczywiście  parę  dziwnych  spraw.  Młody  aktor-

pederasta   oskarżony  został   o   to,   że   zamordował   w   celach   rabunkowych   starą   panią.   Choć   na 

rozprawie wydało się, że w ogóle w imprezie nie brał udziału, a sprawcą był jego kochanek-lump, 

który sam dobrał sobie wspólnika, mój kolega dostał swoją „ćwiartkę”. Na dobrą sprawę to by 

brzmiało tak: „dwadzieścia pięć lat za moralne współuczestnictwo”. Brzmiało to pewno inaczej, ale 

sens   nie   był   inny.   Więc   na   mojej   sprawie   okazało   się,   że   to   całe   środowisko   jest   niemal 

„kryminogenne”   i   dostałem   swoją   „ćwiartkę”   -   dwadzieścia   pięć   lat   -   jako   symbol 

zdeprawowanego świata. Ale ten „świat” tym bardziej odwrócił się do mnie dupą. Wydać by się 

mogło, że przecież owa „odnowa” to idealny czas dla prostowania niesprawiedliwych wyroków, a 

nieprawda. Wręcz odwrotnie. To czas umacniających się nowych pozorów, wobec których cała 

prawda i brud życia należą do potępionego świata, który rządził do tej pory. 

background image

To chyba jest bardzo dziwne, w każdym razie zupełnie nie umiem sobie tego wytłumaczyć, 

że dopiero teraz w trakcie swego umacniającego się związku z Teresą potrafię znów myśleć o 

Krystynie. O niej i o całej sprawie, w wyniku której jestem oto mordercą „odbywającym przerwę w 

karze”. Bo ja życie na wolności „odbywam”, tak jak odsiadkę. Nie wiem, może sprawia to Teresa. 

Bo ona teraz jest jakby zazdrosna o Krystynę, z którą związałem się przecież już wówczas, gdy ona 

definitywnie   „zeszła   się”   z   Dyrektorem.   Nasz   -   mój   i   Krystyny   -   związek   potwierdziliśmy 

formalnie chyba w pół roku po ich uroczystych, celebrowanych z hałasem, zaślubinach. Teresa 

znała ją świetnie, co ciekawsze, wynika z tego, co mówi, że była w jakimś stopniu zorientowana w 

jej romansie z moim ojczymem. Wszystko to z dystansu lat skłębione w splot idiotyzmów. Może 

musiało się tak skończyć? Teresa szczerze jej nie znosiła... Zaraz, powinienem napisać „nie znosi”, 

skoro   Krystyna   żyje   w   Paryżu   i   to   podobno   „nie   byle   jak”.   Dopiero   teraz   w   łóżkowych 

opowieściach ujawnia mi sprawy, które gdybym znał wcześniej- No i co gdybym znał? Nie byłoby 

inaczej. Nie ma się co łudzić, że zakochany straci część swojej głupoty, gdy pozna część prawdy. 

Często   bywa   odwrotnie.   Ale   swoją   drogą   aż   dziw,   że   właściwie   umknęła   mojej   uwagi   jej 

bezgraniczna głupota. Wiedziałem, że nie ma „szerokich horyzontów” - zostawiała je brzydulom. 

W   ogóle   rozum   u   kobiety   traktowała   jako   coś   w   rodzaju   protezy   nadrabiającej   fizyczne 

mankamenty. Ona jej nie potrzebowała. W gazecie czy piśmie interesowała ją wyłącznie strona 

poświęcona modzie i dalej nic, choćby się trzęsły kontynenty. Niesłychany był jej nie spełniony 

„romans” z towarzyszem W. (Ówczesny wicepremier, człowiek o niezwykle charakterystycznym 

wyglądzie, znany każdemu gapiowi z dziennika TV). O całej hecy opowiedziała mi teraz Teresa. 

Były to miesiące tuż przed jej ślubem z Dyrektorem, gdy jeszcze korzystała ze względnej wolności 

i jeszcze bez legendy wielkiej aktorki dorabiała sobie chałturząc na pokazach mody. Bywało, że 

razem w jednym zespole z moją Krystyną. Któregoś razu tamta zrezygnowała ze wspólnej podróży 

autokarem.   -  Przejadę   się   mercedesem.   Jakiś  się   do  mnie   tak   zapalił,   że   gdy  mu   odmówiłam 

spotkania mówiąc, że jadę do Lodzi, powiedział: „ależ zawiozę panią, bardzo proszę”. Jak bardzo 

prosi... Nie bój się, będę punktualnie... 

- I była. Wieczór jak to wieczór po pokazie. Te, które miały ochotę, wybrały się na dansing, 

mnie to wszystko już nudziło - opowiadała Teresa - i zostałam w pokoju. Z nudów patrzyłam na 

ostatni dziennik TV... miałyśmy apartamenty... i w momencie, gdy spiker toczył słowa, że w Lodzi 

w dniu   dzisiejszym  członek...  wicepremier   i  tak   dalej,  w  progu  stanęła   nasza  Krystyna  (moja 

Krystyna). 

background image

- O rety, mój badylarz od mercedesa! - zawołała klasnąwszy w dłonie. 

Tak, trzeba przyznać, miała świat poklasyfikowany dokładnie, choć niezupełnie bezbłędnie. 

„Romansu” nie było. „Za gruby i po co mają się ludzie oglądać” - wyznała koleżance po 

paru dniach. 

Zaciekła niechęć Teresy ilekroć ją wspomina. Połapać się w babie niepodobna. Przecież to 

czasy, gdy sama już jest mężatką. Ale ona swego Dyrektora po prostu „ma”, a ja szaleję. I ona to 

widzi. Starczyło, aby tamtą znienawidzić. Zadziwiająca jest żywotność takiej niechęci. Od siedmiu 

lat   Krystyny  nie   ma   w  kraju.  A  ona   mi   teraz   przypomina,   jak   to   dla   „Krystusia”   odrzuciłem 

propozycję   zagrania   w   filmie   świetnego   francuskiego   reżysera,   a   potem,   gdy  udało   mi   się   ją 

wepchnąć do teatru objazdowego, jeździłem na spektakle do Kutna i Mszczonowa. „Zamiast do 

Paryża” - dodaje dzisiaj jadowitym szeptem. Leżę z nią w łóżku. Przesuwam dłonią nisko po jej 

brzuchu,   wyczuwam   miłą   gęstą   czuprynkę   i   przez   chwilę   mam   ochotę   jej   powiedzieć,   że   to 

wszystko było dlatego, że Krystyna miała w tym miejscu cudownie miękkie krecie futerko. Ale 

choć mówimy sobie dużo, instynkt samozachowawczy mnie powstrzymuje. Ale ona jest obudzona. 

Przytula się do mnie i liżąc mi kącik ust pyta złośliwie, czy naprawdę „nic nie wiedziałem”. Ze 

„wszyscy” znali sprawę jej związku z moim ojczymem. A ja raptem doznaję pobudzenia nie od 

strony tej krągłej piersi stykającej się z moją, nie od tego drgającego w kącie warg języka, a od 

elektryzującego   wspomnienia.   Jesteśmy   u   niej.   Złączeni.   Krystyna   na   mnie.   („Ubóstwiam 

jeźdźca”). Okroczyła mnie i trzyma w spazmującym uścisku swego drgającego żywego wnętrza. 

Raptem uderza sygnał telefonu i ona nie zmieniając dosiadu przechyla się - mam przed oczami jej 

pełne piękne piersi, dotykają mnie - i bierze słuchawkę. Słyszę jej przeciągnięte jakoś „haloo” i 

poruszam się gwałtownie, zazdrosny o ten świat co się o nią dopomina i wściekły na to, że potrafi 

być  ze mną i nie być  równocześnie... Ona mówi parę zdań, urywanych, ton jest nienaturalny, 

przejęta tym, co się w niej dzieje, wreszcie śmieje się cichutko i prosi; „zadzwoń za dwie godziny, 

potem  ci   wytłumaczę”.   Długi   wyczerpujący  spazm  zostawia   mnie   bez   sił...   unieruchomionego 

wyczerpaniem. 

- Kto to był? - pytam odruchowo. 

- Twój ojczym... 

Usiadłem zdumiony na łóżku.

- Czego chciał? 

- Pytał się o ciebie, że nie może cię znaleźć - mówi po sekundowym namyśle. 

background image

- Przecież mu nic nie powiedziałaś - budzi się we mnie jakieś niejasne podejrzenie. 

- Musiałam przerwać... Mógł się domyślić - obejmuje mnie nogami. 

Ile razy potem w seksualnym koszmarze pożądliwych snów nawiedzała mnie ta sytuacja w 

celi. „Mógł się domyślić”. „Bo słyszał ją rozmawiającą w tej  sytuacji ze mną - taki jest mój 

domysł. I teraz widzę ją pochyloną w dosiądzie na nim, ręce oparte o bark, on usiłuje złapać ustami 

różowy koniuszek jej sprężystej piersi. Budzę się spięty, robię ze sobą porządek paroma ruchami na 

zmiętym na sieczkę sienniku. 

- Co się stało? - słyszę głos Teresy, ale jeszcze nie mogę do niej wrócić. 

Właśnie cicho, żeby Krystyny, żony mojej, nie obudzić, wkładam klucz w zamek. Wróciłem 

o dwa dni wcześniej z festiwalowego spektaklu. Już wiem, że mam nagrodę za najwybitniejszą rolę 

męską, ale nie będę jej odbierał. Ona mi da zaraz to, na co zasłużyłem swoją rolą męską. Idę cicho 

przez korytarz, widzę delikatną smugę światła pod drzwiami sypialni. Drzwi są uchylone. Jestem w 

progu i widzę rytmicznie poruszający się zad. Patrzy na mnie, osłupiałego, ślepe oko odbytnicy. 

Słyszę sapanie. Widzę od tyłu unoszącą się głowę mężczyzny. Kark. Szlachetna siwizna. Już wiem. 

Na wyciągnięcie ręki mam ciężki brązowy świecznik. Czuję chłodny dotyk metalu... 

- Julek! - dochodzi mnie głos Teresy. - Coś ci się stało? Źle się czujesz? - jest niespokojna, 

bliska. Kocha. 

Byłem u Witka Sanojcy. 

- Jak tam twój romans z Teresą? 

Wszyscy   już   wiedzą.   Widocznie   tego   właśnie   chciała.   Witek   ponury.   Jest   w   nim   to 

elektryczne napięcie, które jest wokół, a które omija mnie, jakbym był uziemiony. Ciekaw jestem 

tego, czego się wszyscy obawiają, spekulując na temat „wkroczą - nie wkroczą”. Ja jestem obok. 

Tak czy owak, zaproszą mnie za mur albo przysypią ziemią. Jestem już w trumnie. 

Ale wracam do ludzi serio. Witek. Jest wściekły i niespokojny o swego gówniarza. Ten 

szaleje. Jest redaktorem szkolnej gazety (nie wolno mówić „gazetki” - bo obraza) i ostatnio ma 

sukces  -  „drukują  się”  (skąd mają  powielacz?  czy tylko  dostęp  do  powielacza?)  w kilkunastu 

egzemplarzach   i   plakatują   te   płody   w   kilku   gimnazjach.   Już   jest   międzygimnazjalny   komitet 

redakcyjny. Zebrania u mnie (to znaczy u Andrzeja). „W pokoju z czakiem” - tak to się nazywa 

teraz ten redakcyjny gabinet, który był kiedyś pokojem dziecinnym. Stoi tam czako dziadka, wisi 

jego legionowa fotografia na ścianie. To teraz ołtarz. Ale ja pojmuję, że Witka nie przerażają żadne 

background image

aberracje umysłowe czy polityczne, a fakt, że nie ma z chłopakiem kontaktu. Nie byłem ojcem, 

tego jednego los mi oszczędził, ale gdy patrzę na mego siostrzeńca i Basie, widzę, że to dramat 

powszechny rodziców. Okazuje się, że Kuba też należy do „Komitetu redakcyjnego”. 

- Dziwne, że się nie pochwalił - mruknąłem i dowiedziałem się, że to w dodatku ma status 

półkonspiracyjny. Oczywiście konspiracja przed dyrekcją szkoły, „ale smak ten sam”, skomentował 

Witek. A ja byłem za młody, aby tego pokosztować, gdy on biegał z parabelką za paskiem, a teraz 

już jestem „wapno”, gdy jego syn bawi się śladami ojców. 

Witek mówi o tych szczeniakach, że oni są impregnowani na argumenty. Zresztą gdzie 

szukać tych argumentów? Mówię mu, że społeczeństwo potrzebuje „spokoju”. Oferować „spokój” 

jako najwyższą wartość facetowi, co nie ma jeszcze osiemnastu lat i boi się tylko spokoju. To nie 

jest propozycja ideowa dla młodych... 

Przejąłem się zgryzotą mego przyjaciela. Bo nigdy nie wierzę w jeden powód żadnego 

załamania. Zacząłem go wypytywać, „jak się czuje” w ogóle, aż doprowadziłem go do śmiechu. 

Wyciągnął flaszkę. Jego zdaniem „kontrolowane użycie alkoholu” nikomu nie zaszkodziło. Czyżby 

rację miała Ela Audi mówiąc coś o jego niesłusznie lekceważonych kłopotach z sercem? 

Zaczęło się gadanie na luzie. Najpiękniejsza była opowieść, jak Malała Wrzoskiewiczowa 

dostała   przed   rokiem   (teraz   mówi   się   „przed   sierpniem”)   odznakę   „Zasłużonego   górnika”. 

Wojewódzki sekretarz z Katowic postać! - urządzał jakieś strasznie kulturalny spęd. Nie mogło 

zabraknąć Dyrektora Wszystka - posła, diabli wiedzą, może był posłem właśnie ze Śląska, nikt nie 

znał tajemnic wyborczego rozdzielnika. No, ale on już wtedy szalał. I wybrał się oficjalnie na ów 

spęd - a nieoficjalnie ze swą Malała. I stało się. Gdy dostojnych uczestników dekorowano złotą 

odznaką Zasłużonego Górnika padło nazwisko Malali. Jakiś sekretarz sekretarza spisał widocznie 

obecnych uczestników z listy „hotelowej”. Dyrektor zachował się jak mąż stanu. Przeprosił w 

imieniu koleżanki, której nagła niedyspozycja uniemożliwiła przybycie i odebrał odznakę w jej 

imieniu. Była radość w Warszawie... - kończył opowieść mój Witek. - Nie ma się co dziwić Teresie, 

że się odgrywa, spuentował w sposób nieco dla mnie obraźliwy. 

To był pomysł Basi. Bo moja kochana siostra, zniszczona totalnie jako kobieta na parę lat 

przed czterdziestką została uniwersalną matką. Kuba to Kuba, ale mnie też otoczyła macierzyńską 

opieką. Była tolerancyjna i mądra. Ani słowa o pani z autobusu, a potem gdy się uspokoiłem, bo 

chodziłem do Teresy, była nawet niespokojna, że coś mi się urwało. Dopiero jak wrócił Wszystek i 

background image

musieliśmy się z Teresą spotykać u mnie... Bardzo się ucieszyła. Bo zobaczyła ją za którymś razem 

przez okno. 

Więc   to   matkowanie.   Zamęczała   moich   lekarzy   w   Aninie   (dowiedziałem   się,   że 

„konsultowała” wszystko, nawet jakie mam „uprawnienia erotyczne” - powiedział mi to kiedyś 

żartem mój lekarz). Była to troska nie tylko o zdrowie, ale i sprawa mego powrotu. To ona od 

początku bała się - tego o czym udawałem, że zdołałem zapomnieć - powrotu. Dowiedziałem się 

znacznie później, że wydębiła audiencję u ministra (eks-pani Laniewiczowa była ze swoich, miała 

dojścia). Ale niczego nie obiecał. Jego zdaniem rewizja nadzwyczajna nie miała sensu. Więc Basia 

wymyśliła Radę Państwa i akt łaski. I wtedy pojawił się na horyzoncie Zajączkowski. Mój szkolny 

kolega z maturalnej klasy wyrósł na wielki autorytet społeczny. Były krytyk teatralny lansujący 

trend antyromantyczny w teatrze, obrońca obrazoburczej sztuki Mrożka „Śmierć porucznika”... To 

już   nie   te   czasy...   Grałem  w   tej   sztuce   i   gdy  teraz   wyłoniła   się  perspektywa,   że   mam   z  nim 

rozmawiać, wygrzebałem gdzieś jego recenzję. Że niby „pamiętasz, bracie” i tak dalej... Lepszy 

pierwszy   kontakt.   Nawet   teraz   przeczytałem   to   z   przyjemnością.   Zajączkowski   polemizując   z 

atakami   ludzi   „orientacji   narodowej”   przytoczył   w   tym   artykule,   wygrzebane   w   jakichś 

historycznych   szpargałach,   wyznanie   porucznika   Ordona,   którego   reduta   stała   się   symbolem 

równie wymownym co Somosierra. Oto Ordon, który bynajmniej nie poległ i nigdy nie wydał 

rozkazu wysadzenia reduty w powietrze, wyznał „jako to kanonier Nakrut, posłany po proch do 

magazynu, wszedł tam z lontem zapalonym i tym prostym sposobem przez niedołężność wysadził 

magazyn w powietrze i sam zginął...” 

Zajączkowski z pozytywistycznym zacietrzewieniem dworował z „reduty rekruta Nakruta”, 

dowodził, jak to romantyzm kreował na twórców dziejów idiotów i niedouków, pastwił się nad 

„polską historią Polski”, którą w pamięci narodowej zakodowały dzieła romantycznych poetów 

„robiąc wodę z polskiego mózgu”. 

Zorientowałem   się,   że   przypomnienie   takich   publikacji   byłoby   mocno   nie   na   czasie. 

Zdarzyło   mi   się   czytać   jeden   czy   dwa   artykuły,   w   których   pisał   teraz   o   „niezłomnym   duchu 

narodu”, o woli walki „per fas et nefas”, o tym, że „wola ludzka tworzy historię na równi z 

okolicznościami materialnymi”... 

Wsławił się był ostatnio artykułem „Przeciw biologicznej zagładzie”, prorokował w nim 

zimę, która wobec nieudolności władz przynieść może kres. Proponował plan ewakuacji wielkich 

miast, których ogrzanie jest „fizyczną niemożliwością w obliczu moralnej klęski naszego rządu”. 

background image

Po lekturze można było dostać dreszczy, jako że już dmuchał wiatrami październik. Basia coraz 

częściej popłakiwała, że w piwnicy ma niecałą tonę koksu... 

Ale wróćmy do Zajączkowskiego Niezależnie od tego co pisał dziś i co myślał wczoraj, byt 

ponoć   „autorytetem”.   Za   jego   poręczeniem   zwolniono   niedawno   z   aresztu   fanatyka,   który 

sprofanował jakiś pomnik. Zdaniem Basi jego rekomendacja prośby do Rady Państwa o akt łaski 

mogłaby sprawić cud. Właśnie wczoraj widziałem go w telewizji. Był to czas, gdy stanęło całe 

województwo   zielonogórskie,   bo   w   miejscowości   Lubogóra   dyrektor   przeniósł   kierowcę   zza 

jakiegoś   biurka   urzędowego   „Solidarności”   z   powrotem   za   kierownicę.   Ponoć   zbyt   mało   było 

członków tego związku, aby zatrudnić etatowego pracownika. No i strajk. Stoi całe województwo. 

Nawet facet tak nieobecny w życiu publicznym jak ja wiedział to i owo o sprawie. Więc patrzyłem 

na   dyskusję   jajogłowych,   wśród   których   brylował   mój   kolega   „Zającem”   w   klasie   zwany, 

późniejszy   sojusznik   w   bojach   o   socjalistyczny   repertuar,   a   dziś   „autorytet”,   szef   organizacji 

„Publicystów Odnowy”. Bardzo mnie zastanowiło jego wystąpienie. Mówił nawet o Bogu. Popierał 

strajkujących. „Godność bywa ważniejsza od racji stanu, a cóż dopiero racji naszej kulejącej i tak 

ekonomiki”. Pytanie dyskutanta czy „skoro ona kuleje, to należy jej strajkami amputować jeszcze 

zdrową nogę”, nazwał prostackim uproszczeniem, nieliczeniem się z imponderabiliami i tak dalej. 

Ale właśnie wówczas Basia wskazując triumfalnie na lizusowski ton pozostałych  dyskutantów 

wobec Zająca oznajmiła: „będziesz u niego albo ja pójdę sama w twojej sprawie”. 

Obiecałem. Po prawdzie obawiałem się przyjęcia takiego, jakie zgotowało mi moje własne 

środowisko, ale stawką było wszystko. Mimo to zbyt  długo zabierałem się do tego telefonu i 

któregoś wieczora Basia wywołała mnie do aparatu. 

- Zajączkowski - powiedziała szeptem. - Ja zatelefonowałam - dodała, aby pozbawić mnie 

złudzeń, że to tamten mnie poszukiwał. 

- Cześć - odparł rześki głos na moje „halo”. Był serdeczny. Ucieszył się nawet jakby, że 

mnie słyszy, mówił coś „a to niespodzianka” i tak dalej, aż nagle wymknął mi się ten nieszczęsny 

„Zając”. Tak przecież przezywaliśmy go w klasie. Zesztywniał. Znać uświadomił sobie, że czeka 

go spotkanie z nazbyt spoufalonym kryminalistą. Dowiedziałem się więc, że mam zadzwonić jutro 

do jego sekretarki i przez nią ustalić termin. „Nie mam przy sobie kalendarza i nie wiem, co mnie 

jutro czeka, nie gniewaj się, ale jestem po prostu przywalony robotą, spotkaniami...” 

Zgodziłem   się   z   pokorą   i   nazajutrz   -   gardząc   sobą,   jakbym   się   umawiał   z   arcykurwą-

policjantem a nie liderem odnowy, zadzwoniłem do „jego” sekretarki. 

background image

Okropnie to śmieszne. „Pan prezes jest jeszcze zajęty, zechce pan poczekać w holu”. Ten 

hol to po prostu korytarz, ale już wiedziałem, co jest grane. Mój Zając to teraz ktoś. Nie na darmo 

Basia opowiadała o jego wywiadzie drukowanym „aż w ««Spieglu»»”. 

Tym lepiej. Jeśli zechce się pochylić nad losem „kryminalisty”, może coś zwojuje w tej 

Radzie Państwa. 

Czekałem z kwadrans, może nieco dłużej. „Pan prezes prosi”. Teraz już wiedziałem, jak się 

zachować. Zacząłem od słowa: 

- Gratuluję... 

Nie spytał czego. Ze zrozumieniem kiwnął głową. Tą samą okrągłą, nieco za dużą głową, 

przez którą na szkolnym boisku piłkarskim dopingowany był jako „Balon”. Ale ani Balon ani 

Zając.   „Prezes”.   No,   szczerze   mówiąc,   nie   odważyłem   się   na   „Prezesa”,   ale   im   dłużej   z   nim 

gadałem, tym pewniejszy byłem, że by przełknął. Z apetytem. Mało interesował się mną. Raczej po 

prostu mnie uświadamiał. „Potężny wicher odnowy wieje przez kraj”. Nawet nomenklatura była 

jakaś inna. Przysięgam, że takiego bombastycznego frazesu nie znalazłbym w „pismach zebranych” 

Zajączkowskiego z naszych wspólnych lat. 

- Kawa, herbata? - zorientował się po pół godzinie. 

Ucieszyłem   się.   Obrzęd   parzenia   przedłużał   wizytę,   a   wiedziałem,   że   on   musi   się 

wyszumieć, uwierzytelnić swoją ważność. Każdy telefon, który z pozoru przedłużał rozmowę, ja 

witałem z radością, bo w każdej rozmowie błyszczał, instruował, rządził, a ja byłem tego pokornym 

świadkiem.   Moje   akcje   rosły.   Wreszcie   gdy   zobaczyłem   już   fusy   na   dnie   mojej   filiżanki, 

zaatakowałem. Że są wszelkie racje po temu... Jeśli nie rewizja procesu, to chociaż akt łaski... No, 

Rada Państwa... Podobno możesz wszystko. 

Skinął łaskawie głową, już mi serce zabiło, ale wnet okazało się, że on nie może, „właśnie 

dlatego”. 

- Nie możesz zrobić takiego głupstwa dlatego, że możesz wszystko? - nie wytrzymałem. 

Raz jeszcze skinął głową. 

-   Zrozum   -   powiedział   łagodnie   -   skoro   jestem   tak   olbrzymim   autorytetem 

pozainstytucjonalnym,   że   na   moją   rekomendację   zwalnia   się   ludzi   aresztowanych   z   powodów 

politycznych, poruszenie takiej jak twoja... 

- Kryminalnej - pomogłem mu bezlitośnie. 

Ale niczego nie zauważył. 

background image

- No, właśnie. Zaangażowanie się w taką sprawę postawiłoby mnie w sytuacji dwuznacznej, 

którą „oni” wykorzystaliby natychmiast. 

„Oni” to byli ci, co jeszcze rządzili, co jeszcze blokowali mu drogę. Nie wiem, kim widział 

się Zając w marzeniach, ale wiedziałem, że skoro Chomeini obalił cesarza, Zając nie będzie miał 

litości wobec nikogo. 

Ale już nie musiałem się krępować. 

- Zając - powiedziałem tonem uniżonego szacunku cholernie dużo głupstw nasłuchałem się 

w tym twoim gabinecie. 

Zmartwiał.  Potem  się  roześmiał,  jakby  jeszcze  niepewny,  czy naprawdę  usłyszał  to,  co 

usłyszał. 

- Wiesz - ciągnąłem - odkąd wylazłem na tę stronę muru, słyszę, jak ludzie pieprzą od 

rzeczy. I to niegłupi ludzie. Jak siedziałem, to czytałem w gazetach jak Gierek robi drugą Polskę, 

jak się ta druga pierdolnęła, to czytam i słyszę, że zrobimy dla odmiany drugą Japonię. 

Bez przerwy pierdolą się w tej polskiej głowie króliki na strychu i teraz do tych króli i ty 

Zając się zaliczasz! 

Jeszcze się śmiał. Ale ja się nie śmiałem. 

- Ty, Zając - teraz Zając stał się moją obsesją, sadziłem go bez przerwy w każdym zdaniu - 

byłeś w czasie rozmowy, gdy Witek Sanojca opowiadał, jak ujawniał się po swojej robocie w Armii 

Krajowej jego ojciec. Jak na pytanie bezpieczniaka czemu to pan pułkownik zdecydował się wbrew 

instrukcjom   zawiesić   bezwarunkowo   całą   działalność   konspiracyjną   po   wkroczeniu   Armii 

Czerwonej, ojciec Witka odpowiedział: „bo uznałem, że nie wygram wojny ze Stalinem”. Teraz 

widzę. Zając, że ty Wygrasz ze wszystkimi... 

Tak. Nie była to dobra rozmowa. Nie mogłem nic pocieszającego przekazać mojej Basi. 

Chwilami myślałem sobie, że może jest, jak musi być. Tutaj ludzie emocjonują się spotkaniem 

Rządu, Episkopatu i Związków. Tylko te trzy nazwiska, a tu ja - jakiś eks-aktor, „ojcobójca”, 

śmieszna sprawa. Ale, do kurwy nędzy - jak mawia się w celi, jeśli strajkuje uczelnia jedna, a 

potem wszystkie, bo komuś się nie podoba sposób, w jaki wybrano rektora w szkole inżynieryjnej, 

albo to, że wybrano tego właśnie a nie innego faceta, to może fakt, że jednego faceta zamknięto na 

dwadzieścia pięć lat więzienia (a góra na co zasłużył to dziesięć - zdaniem adwokatów), mógłby 

poruszyć   paru   bliskich   mu   ludzi.  Ale   trzeba   być   mężczyzną.   Muszę   rozmawiać   o   strajku   w 

Sosnowcu,   gdzie   stoi   kopalnia,   bo   jakiś...   rozbił   przed   wejściem   fiolki   z   cuchnącym   płynem. 

background image

Trzeba mieć swoje zdanie na temat tego, co ktoś powiedział, że „rządzący to zbrodniarze” i trzeba 

powołać „trybunał ludowy”. No, pewnie. Szkoda tylko, że w tym trybunale nie zajmą się faceciną 

skazanym za to, że rozbił przypadkiem czerep łobuzowi... 

Wracam do Basi wykręcony na lewą stronę przez tego zajęczego syna, knujący jak mały 

chłopiec pomysły jakby takiemu dokuczyć. A tu - odmiana. W moim pokoju gość. Zenek. Zenek 

Siekierka   we   własnej   osobie.   „Po   cywilnemu”.   Bez   pasiaka   i   mycki.   Zobaczyć   kogoś,   z   kim 

szorowało się bardachę, jak pod krawatem „uprzejmie dziękuje” Basi za serwowaną mu herbatę, to 

jest coś. Porównać to mogę tylko z pierwszą łaźnią, gdy nagle znalazłem się w chmurach pary, 

wtłoczony z gromadą golasów, ludzi odpodobnionych bez swoich łachów... bo śmieszne, ale nawet 

więzienny mundurowy lach każdy nosi inaczej. Teraz odwrotnie. Siekierka ubrany w garnitur w 

prążki, różową koszulę i granatowy krawat w paski... 

Muszę   tu   wspomnieć,   że   Zenek   jest   tak   zwanym   „pięknym   chłopcem”,   a   właściwie 

mężczyzną.   Wyraziste   rysy.   Oko   niebieskie,   smolistoczarne   brwi   i   czupryna   niczym   melonik 

kominiarza - mocno odrośnięty jeż, kto nie wie, już się nie domyśli maszynki więziennego fryzjera. 

Zorientowałem się, że mój koleś bada grunt, czy nie udałoby się u mnie załapać chociaż na 

parę   dni.   To   fakt,   że   zwolniono   go   po   staraniach   jako   jedynego   żywiciela   akurat   gdy   w 

gospodarstwie na dobrą sprawę nie za wiele jest do roboty... Widać tak u nas być musi, żeby w  

niczym za dużo sensu nie było. Tak czy tak, byłem w kłopocie. Przygarnięcie Zenka to wiele 

problemów. Basia. Wspólny pokój, gdy ja mam Teresę. Jego potrzeby w tym względzie, które 

ujawni, jak tylko zostaniemy sami... Decyzja nie była łatwa. Ułatwiła ją Basia, gdy wynosiłem do 

kuchni szklanki, bąknęła z zamyślonym śmieszkiem: „ładny chłopak z tego twojego kryminalisty”. 

I nagle olśniła mnie myśl, że może właśnie Zenek wyszarpie moją biedną z tego przywiędłego 

pseudowdowieństwa. Doprawdy życie nauczyło mnie szczerości przynajmniej wobec siebie. Tak 

pomyślałem i to z braterskiej dobroci serca z miejsca zapytałem, czy mógłbym go przetrzymać parę 

dni, nim ruszy na swoją wiochę. Zenek został zakwaterowany. Spostrzegłem, że dostał na kołdrę 

jeszcze dwa kocyki. No nieźle - pomyślałem. Rzeczywiście było w domu chłodno, jako że Basia 

nie pozwalała naruszać skromniutkich zapasów koksu. Zenek kocyki przyjął bez wrażenia, jakby 

po prostu przyjechał do swoich apartamentów. Spojrzałem na niego inaczej. Oto chłopak, którego 

skroiła małomiasteczkowa metropolia o nazwie Końskie, bodaj czy nie pierwszy raz w Warszawie 

i... No, jeszcze żadnego „i” nie było, ale doszedłem do wniosku, że to „cela” wyniosła Zenka do 

rangi tego „oblatania”, dała mu kamienną twarz pokerzysty, który bez wrażenia obserwuje nowe 

background image

rozdanie kart. Na wiadomość, że zanim „wybierze się do babci”, chętnie będziemy go gościć, 

błysnął białymi zębami i swoje dziękuję adresował do Basi, jakbym ja nie miał z tą sprawą nic 

wspólnego. Los tego wieczora przychylił w stronę Zenka róg obfitości. Kończyliśmy herbatę, gdy 

rozległ się telefon. Teresa przypomniała mi, że za dwie godziny mam pojawić się na jej urodzinach. 

Wiedziałem od dawna, a zapomniałem zupełnie. Najpierw ta rozmowa z Zajączkowskim, potem 

Zenek...Musiała wyczuć w moim tonie jakieś niechętne zaskoczenie, bo okropnie się spłoszyła. W 

sposób zupełnie dla niej nietypowy. Czy naprawdę nie rozumiem, co to dla niej znaczy i w ogóle 

skąd te wahania, przecież wiedziałem od dawna. Bąknąłem, że właśnie przyjechał do mnie kolega, 

usłyszałem,   że   zaproszenie   obejmuje   wszystkich   moich   kolegów   z   wszystkich   więzień 

Rzeczypospolitej i rozbawiony obiecałem, że przyjedziemy. 

Wiedziałem   przecież,   o   co   jej   chodziło.   Upokorzona   „sprawą   Wrzoskiewiczowej” 

postanowiła ośmieszyć swego męża. Myślę, że do tego celu nadawałem się z pewnością. W naszym 

środowisku byłem kimś, a im bardziej byłem „skandaliczny”, tym lepiej. Pomyślałem, że w tej 

konfiguracji   Zenek   może   być   kimś   rewelacyjnym.   Chce   mieć   skandalicznego   kochanka   - 

pokażemy go wraz z przestępczym adiutantem. Stało się. Rewanż za Malalę będzie okrutny. Sądzę, 

zresztą, że byłem w pełni świadomy, że uderzenie trafi nie tylko w mego niezrównanego Dyrektora, 

ale   trafi   rykoszetem  w Teresę.  Z   pewnością.  byłem  tu  trochę  masochistą  wobec   siebie  i   swej 

„legendy”, ale też i sadystą wobec mojej kochanki, którą przecież degradowałem towarzysko, a 

Zenkiem mogłem naprawdę „umoczyć” ją na dłużej. 

Okazało się, że to on odniósł największy, choć cichy, sukces towarzyski owego wieczoru. 

Dowiedzieć się miałem o tym w parę dni później. 

Zastaliśmy już sporo osób. Był małżonek - „właśnie wróciłem z Paryża” - tymi powitał 

mnie słowy. - Wiem - odparłem tonem pełnym szacunku i policzyłem w myślach, ile to godzin 

spędziłem z Teresą w jego łóżku. 

- Mój mąż szuka na świecie pomocy dla więzionych... - Teresa przedstawiła go Zenkowi, 

który miał zalecone po prostu milczeć. 

- Co tam pomoc. Jak już kto się wkitra do puszki, swoje musi odsiedzieć - podzielił się 

filozoficzną   refleksją,   ściskając   tak   dłoń   gospodarza,   aż   siność   wystąpiła   na   jego   twarzy.   Od 

pierwszej chwili zaczęło się więc między nami nie najlepiej. Ten krnąbrny rogacz pewnie wymyślił 

sobie, że ten mój towarzysz to specjalne danie, aby go skompromitować, więc sam się pospieszył. 

Postanowił zaatakować: 

background image

- Kochani! - zawołał tłumiąc gwar. - Chcę wam przypomnieć kolegę, którego mamy dziś 

okazję gościć po latach, a którego przecież nie wszyscy ze zgromadzonych tu znają. Oto „sławny” 

Julek Petryk. Kiedyś persona grata naszej sceny. A dziś. 

-   Nasz   honorowy   gość   -   podbiegła   Teresa,   by   ratować   sytuację.   Pocałowała   mnie   w 

policzek. Szła ostro. 

Gorzej,   że   wmieszał   się   baset.   Ledwo   do   mnie   podeszła   i   pocałowała,   bydlak   usiadł 

naprzeciwko   mnie   i   szczeknął   groźnie   raz   i   drugi.   Widocznie   w   obecności   pana   wypełniał 

obowiązki stróża moralności. Siedział na zadzie, z ogromnym uszami. 

- Stróż gospodarstwa Dyrektora Wszystka - westchnąłem głośno - też mnie nie lubi! - Ktoś 

się   roześmiał.  Teresa   się   zaczerwieniła.   I   nastąpiła   cisza.  A  ja   postanowiłem   iść   na   całego.   - 

Przepraszam, Dyrektorze, ale na mnie szczekać nie wolno. Dziś chyba występuję jako persona 

grata. Bo chyba ostatni z rodowej linii stałego bywalca tego salonu, towarzysza Laniewicza. Bo nie 

widzę   nikogo   z   KC,   z   KW.   Więc   ja   jako   szwagier   chociaż   eks   -   czuję   się   szczególnie 

eksponowany... 

Walnąłem między oczy. O tyle niedobrze, że bądź co bądź urodziny Teresy... Ale fakt, że był 

ten salon dyrektorski ongi pełen ciężkich dostojników, a dziś zamieciono po nich nawet kąty. Po 

takim wejściu zrobiła się koło mnie pustka. Tylko lekko podpity mój partner z debiutanckiego 

spektaklu wybrał się ku mnie z powitalnym kielichem w dłoni. No i Teresa. Ta była konsekwentna. 

Zaczęła zagadywać do Zenka i ścierpłem, czego to się zaraz nasłucha. Ale Zenek trzymał się tego, 

co zwał „ą” i „ę”. Tak nazwał dystyngowane nawijanie. (Ze mną jak dziewczyna pójdzie na chatę 

to już żadne „ą” i „ę”, tylko w rączkę i do buzi - zaczynamy.) Słyszałem, jak nawijał coś o swojej 

babci na głębokiej wsi kieleckiej. Jak Boga kocham. Starał się. Rozrzewnił mnie do łez. Strzeliłem 

z moim eks-kolegą kielicha. Żeby nie męczyć Zenka, nalałem mu wódki do szklanki od wody 

sodowej. A ten mój kumpel po prostu się przykleił. Już po paru minutach wiedziałem, co jest grane. 

Sobaczył na Dyrektora. Szeptem, oglądając .się, choć podpity. Szybko pojąłem jego kombinacje. 

Miałem być jego protektorem. U Teresy. Bo wiadomo było w teatrze, że wieloma sprawami nadal 

rządzi żona. A więc już wiedział. Zapewne wiedzieli wszyscy. No cóż, tak być musiało. Po to 

widocznie byłem zaproszony. Bo zaraz przybyła Wrzoskiewiczowa. Przywitała się ze mną jak ze 

starym kolegą z pracy. Może i tak to traktowała. „Pracowaliśmy” oboje, „u Dyrektorostwa”. Zenek 

jęknął cichutko z wrażenia dotykając delikatnie jej ręki. Pomyślałem sobie, co się w nim dzieje i 

szybko uzupełniłem jego szklankę. Ale to nie była jeszcze jego godzina. Miała nadejść. 

background image

Właśnie   w   tej   chwili   pojawił   się   Wituś,   taszcząc   tę   swoją   Elę  Audi,   albo   przez   nią 

przytaszczony. I tu Zenek trafił na swoje przeznaczenie... „O kurwa”... jęknął cicho, gdy pojawiła 

się w drzwiach wyzywająco ubrana, zgrabna czterdziestka... Nie uwierzyłbym, ale potrafił się jakoś 

koło   niej   zakręcić...   Pewnie   wiedziała,   że   to   mój   kompan,   ciekawa   była   życia,   na   pewno   na 

odległość czuła męską chcicę... Przypomniały mi się przechwałki Zenka z celi: Jak się ubiorę i 

ogolę, każda dupa mi się przyjmie”... 

Zmęczyliśmy z Witusiem jakieś pół litra różności jakby tak zlać tę śliwowicę, whisky, 

wreszcie koniak - i dopiero sobie o Zenku przypomniałem. 

- Jak ci leci, Siekierka? - zapytałem odnalazłszy go na kanapie w kącie za fortepianem obok 

Eli Audi. 

- Siekierka? - zdumiała się... I już Zenek pochylał się do jej uszka. Gdy widziałem, jak 

poruszone jego oddechem włosy muskają mu wargi, zdjęła mnie groza na myśl, co się z nim dzieje. 

Wiedziałem też - nie słysząc co mówił: „jak miałem lat trzynaście i milicjant przyszedł po mego 

brata, co był pełnoletni i życiem by za to zapłacił, chwyciłem siekierę... Za brata zabiłem, bo dla 

mnie, dziecka, co najwięcej poprawczak, a jemu kaes, jak nic by poleciał...” 

I nastąpiło zaraz rozpinanie koszuli na piersiach pod marynarką... Ela była na poziomie. 

Dyskretnie zerknęła na tatuaż: pień w kształcie serca z wbitym toporem... 

Wróciłem do Witka. Stał w towarzystwie mego znajomego aktora i słuchał go cierpliwie. 

Niedostrzeżonym przez rozmówcę gestem skrytej za plecami dłoni wezwał mnie na pomoc... Mój 

kolega żalił się, że przez fatalne układy polityczne przez tyle lat był krzywdzony, nie obsadzany, że 

nawet teraz nie może się doczekać tego, co by mu się należało. Okazało się, że chodzi o obsadę 

owej sztuki o górnikach z Boliwii, na której wystawienie Dyrektor się zdecydował. 

-   „Góra   Żałoby”?   -   podchwyciłem   chcąc   pochwalić   się   orientacją.  Aktor   spojrzał   nie 

rozumiejąc. 

Witek roześmiał się. 

- Już teraz „Któryś jest w niebie”. Cytat z modlitwy. Zmiana tytułu to pomysł Dyrektora. 

„Teraz trzeba być blisko Kościoła” - Witek cytował go z kamienną powagą 

W końcu odczepiliśmy się od nudziarza. Po prostu wziąłem Witka pod rękę i odciągnąłem 

go w stronę okiennego parapetu. 

- Uf - odetchnął. - Ciężko było. Jeden z tych co teraz mają do komunistów pretensje o to, że 

sepleni od urodzenia. 

background image

- Rzeczywiście miewał dawniej kłopoty? - spytałem jak głupi. 

- Tak, tak. Niemal jak nasz Dyrektor. Był w opozycji. Pamiętam jak Wszystek wrócił z 

jakiegoś przyjęcia nieprzytomny z wrażenia, bo pięć minut rozmawiał z Gierkiem. Zachwycony. 

Olśnił go nawet krawat. Różowy do różowej koszuli. To wówczas ten mój rozmówca spytał, czy 

były te róże dobrze stonowane. To było jego jedyne wystąpienie opozycyjne. On naprawdę sepleni, 

a chce w tej sztuce grać rolę trybuna ludowego... 

A mnie przestało się podobać. Mój Zenek i ta jego Ela Audi. Zawlokłem więc Witka na tę 

kanapę za fortepianem. Ela się zaśmiewała. Zenek opowiadał, jak przed laty u babci Józi kotka 

wysiadywała kurze jaja... 

- Naprawdę! - bożył się wzywając niebo na świadka. - Kura znosiła jajka do kosza, a jak na 

kotkę przyszła godzina, to w tym samym koszu urodziła kocięta. I potem się godziły. Kotka grzała 

jaja, kura siedziała na kociętach... 

Był naprawdę zabawny ten mój Zenek. Zupełnie inny człowiek niż prowodyr celi rządzący 

się nawet na spacerniaku. Co gorsza, widziałem, że Ela jest zachwycona. 

- To cudownie musiało być u pana babci... 

- Jutro tam jadę - oznajmił Zenek. 

Okazało się, że mówił prawdę. 

*

A   teraz   przychodzi   czas   na   te   dni,   o   których   opowiada   wykres   gorączki,   niteczki 

elektrokardiogramów,   cyferki   specjalistycznych   badań.  Aż   dziw,   że   nie   „skalpel”   bodaj   tak   ci 

nożownicy w białych kitlach nazywają swoje mojki do mokrej roboty. Bo obyło się bez operacji. 

Farmakologia mnie „zbawiła”. Ale szpital. Nie będę się nad tym zatrzymywał. Co się zajmować 

moją chorobą, gdy w programie mamy śmierć nieszczęsnego gówniarza i te konwulsje całego 

kraju, wobec których nie chirurg a pasy dla szałowych byłyby lekarstwem. 

W   mojej   celi   -   Wrzoskiewicz.   Znowu   Wrzoskiewicz.   Gdyby   to   była   naprawdę   „cela” 

wiedziałbym, że on to kapucha, którego na mnie nasyłają. A tak przypadek, albo ich jakaś filozofia, 

że   ludzie   ze   wspólnego   środowiska   czują   się   razem   najlepiej.   Widocznie   dla   nich   jestem 

środowisko „artystyczne”, nie „przestępcze”. Dobre i to. 

Teraz   Wrzoskiewicz   to   nie   żaden   chory   aktor,   to   sprawa.   Bo   jak   się   dowiedziałem 

„zastawka” to nie to samo co „zastawka”. Nylonowa, krajowa na pięć lat nie starczy. W Londynie 

dają prawdziwą, wieprzową. Tylko rzecz w tym, że tam operacja kosztuje dwadzieścia pięć tysięcy 

background image

dolarów. Ale już Dyrektor walczy przez nasze stowarzyszenie. W rozmowach podobno zagroził, że 

jak   się   nie   zgodzą   wyasygnować   z   funduszy   państwowych,   to   „Solidarność”   zorganizuje   w 

Londynie i Paryżu zbiórkę publiczną na operowanie prześladowanego aktora... 

Wrzoskiewicz w euforii. Ja rozbawiony. Ta świńska zastawka i to, jak Dyrektor bez narkozy 

operuje tego rogacza, żeby mieć z nim spokój. No trudno, jest jak jest. Zresztą Wrzoskiewicz 

właściwie w formie. Imponuje sam sobie. Taka sprawa. I głupi ludzie nazywali go „nadwornym 

błaznem”. 

O   jego   kondycji   świadczy   chyba   i   to,   że   tak   bardzo   jest   rozpolitykowany.   Na   ścianie 

powiesił mapę Polski i niczym sztabowiec przyszpila biało-czerwone chorągiewki tam, gdzie jest 

strajk. I cała Polska w biało-czerwonej spódniczce. Te chorągiewki przynosi mu Wrzoskiewiczowa. 

Przed   obchodem   jest   cały   ceremoniał   zdejmowania   mapy.   Szpital   w  Aninie   to   była   lecznica 

rządowa   i   zdaniem   Wrzoskiewicza   lekarze   są   „niepewni”.   Teresa   była   dwa   razy.   Zawsze 

wywoływała mnie do holu. Myślę, że bała się spotkania z małżonką Wrzoskiewicza. Wesoło. Skoro 

powiedziałem, że w tej książce nie będzie nic o moich bebechach - dotrzymam. „Przygotowywali” 

mnie - tak to się u nich nazywa - całe dwa tygodnie. Przez ten czas kraśniała chorągiewkami cała 

Polska. Gdy do strajków rolników, górników, murarzy, drobiarzy, kolporterów prasy, studentów i 

nauczycieli dołączyli ludzie z jakiegoś domu kultury, którzy zastrajkowali na znak protestu przeciw 

decyzji oddania przez władzę ich świeckiego obiektu do dyspozycji władz kościelnych, wprawiłem 

Wrzoskiewicza   w   zakłopotanie.   Gdy   komentując   tę   wiadomość   triumfalnie   wbijał   w   okolice 

Elbląga biało-czerwoną chorągiewkę, zaprotestowałem mówiąc, że tym razem strajkuje czerwona 

zaraza   i   to   przeciw   kościołowi.   Debil   zastanawiał   się   długo,   wreszcie   oddarł   białą   cząstkę 

chorągiewki. Tak to życie polityczne kraju ubarwiało mój pobyt w szpitalu. No i jeszcze Zenek. 

Piekielny   Siekierka   ku   memu   osłupieniu   pojawił   się   w   połowie   pierwszego   tygodnia   mojej 

szpitalnej kwarantanny. Wrócił. Okazało się, że pod jesień to w ogóle u babci nie ma nic do roboty. 

Kiedy   zostaliśmy  sami,   bo  Wrzoskiewicza   wyniosło   do   telefonu,   zwierzył   mi   się   radośnie   ze 

wszystkiego. Ela. Ela zawiozła go do babci swoim audi. 

- Co za kobieta, człowieku... Ja wszystko wiem, że ty się z nim przyjaźnisz, ale nie lepiej, 

żeby ją jebał człowiek, a nie jakiś Król Szczypiorku? Pierwszej nocy to całe łóżko się rozleciało. To 

samo co je siekierą zaprawiłem... 

- A to nie milicjanta? - zapytałem złośliwie, wściekły na Zenka, na siebie, na nią, na Witka. 

- Józia ci i tak wszystką prawdę powiedziała stwierdził łagodnie, że nie będzie się upierał 

background image

przy więziennej legendzie. - I rozleciało się, człowieku. To my siennik na podłogę. I nawet dobrze 

wypadło z tym łóżkiem, bo za pierwszym razem to ledwom się zbliżył było po wszystkim. Może 

sobie pomyślała, że to łóżko mnie spłoszyło. Drugą rażą poszło lepiej, ale za trzecim to dopiero 

podymałem jak prawdziwy dżentelmen i z tej, i z tamtej... mówię ci... 

- I przywiozła cię z powrotem? - nacisnąłem zeznającego. 

- Żebyś wiedział. 

- Gdzie mieszkasz? 

- U Króla Szczypiorku. Tam pracuję w inspektach dodał spiesznie. 

No i dobrze - pomyślałem. - Witek powinien mieć w domu spokój. 

Poza Zenkiem tylko on jeden odwiedzał mnie w lecznicy. No, oczywiście Teresa i Basia. 

Ale to kobiety. On jeden. 

*

Dziś, gdy piszę w niespodziewanym kwietniowym upale, w domu Basi, który lada tydzień 

zamienię na więzienną celę, wydaje mi się to równie mało realne, jakbym opisywał daleką Arktykę 

i czasy pradawne. A chodzi o ten, oddalony zaledwie o parę miesięcy roku, grudniowy dzień. Nie 

wiem, czy ktoś inny poza lekarzem kardiologiem odnajdzie jakikolwiek głębszy sens w mojej 

wycieczce w świat wolności. Ja sam, gdybym miał tego sensu szukać, musiałbym ten właśnie dzień 

uznać   za   początek...   Początek   czego?   Może   początek   rozeznania.   To   co   było   dotychczas, 

rozgrywało się we mgle. Nie musiałem dokładnie rozeznawać konturów postaw ludzi, których 

kiedyś  znałem, nie byłem w stanie zakwalifikować motywów ich działań... Nie przeczuwałem 

nawet,   że   patrząc   z   sympatią   na   bunt   małego   Kuby   przeciw   ojcu,   oglądam   początek   śmierci 

siedemnastolatka. 

Zaczęło się groteskowo. Goląc się w łazience w temperaturze plus czternastu stopni (koksu 

było coraz mniej) usłyszałem nazwisko szwagra. Do dziś było nazwiskiem Basi, skoro mieli syna, 

który przy niej pozostawał, ona pozostawała przy nazwisku męża. Usłyszałem je... głos płynął z 

telewizora... Zaciekawiony przerwałem golenie, z namydloną twarzą stanąłem w progu wielkiego 

pokoju...   Spiker   kończył   czytać   nazwiska   grupy   internowanych   osobistości   zbankrutowanego 

kierownictwa. 

- Stan wojenny- - Basia odwróciła się od telewizora. 

Widziałem jej pobladłą twarz, jakiś grymas jakby obrzydzenia, bólu i triumfu równocześnie. 

Za oknem biało. Ciężki nawis śniegu z gałęzi rosnącego blisko w ogródku świerczka. Biało. 

background image

(Dopiero   potem   wysłuchałem   orędzia,   komunikatów,   powoli   oswajałem   się   z 

umundurowanymi spikerami). 

Ruszyłem w stronę telefonu. Chciałem kogoś zobaczyć, do kogoś mówić, wiedzieć coś 

więcej. 

- Nie ma telefonów - doszła mnie informacja mojej siostry. 

- Wyłączone - usłyszałem głos Kuby, gdy tkwiłem tak z głuchą słuchawką przy uchu. 

Chłopak stał pod ścianą. Był blady. Pomyślałem sobie, że przed chwilą dowiedział się o 

hańbiącym uwięzieniu jego ojca. Wiedziałem, że muszę mu coś powiedzieć. 

- Internowanie to żadna hańba - bąknąłem. - To nie wyrok... - oznajmiłem. - Bądź co bądź 

jestem fachowcem - usiłowałem być dowcipny. 

- Internowanych jest parę tysięcy Polaków i tych kilkudziesięciu zdrajców do tego. Mój 

ojciec nic mnie nie obchodzi - powiedział twardo. - On jest z tych, co zrobili ten stan wojenny. Taki 

sam... - wypowiedział od siebie wojnę wszystkim. Nie wiedziałem, nie domyślałem się nawet, że to 

„wojna na śmierć i życie”, jak to się głupio mówi. Bo wojna jest na śmierć i taką miała być dla  

niego. 

Wróciłem   do   golenia.   Już   wyedukowany   przez   kolejne   emisje   oficjalnego   wystąpienia. 

Przyjrzałem   się   sobie   w   lustrze   jak   komuś   nieznajomemu.   Siwa   przyschnięta   piana   po   mydle 

ucharakteryzowała mnie na starca. 

- Co tam robisz? - usłyszałem pytanie Basi. Okazało się, że stałem tak bez ruchu parę minut, 

aż zdążyła się zaniepokoić. Bo odkąd została sama z Kubą, ja od chwili przybycia zająłem ważne 

miejsce.   Stanowiłem   jakąś   egzystencjonalną   motywację   jej   życia.   Opiekowała   się   mną   po 

matczynemu, obserwowała z tkliwą podejrzliwością, akceptowała lub ganiła bez słowa. Teraz żyła 

w ciągłym niepokoju co z moim sercem. Uspokoiłem ją, że się golę. 

Raz-dwa ściągnąłem żyletką zesztywniałą skorupę mydlin. Musiałem gdzieś pójść, z kimś 

mówić. Ale dowiedziałem się, że dziś to wykluczone. Myślę sobie teraz, że więzienie wrobiło mnie 

w   stan   pewnej   idiotycznej   uległości.   Że   każde   „nie”   wydawało   mi   się   zakazem   płynącym   z 

jakiegoś obowiązującego mnie regulaminu. Nowy regulamin stanu wojennego u Basi mówił, że 

dziś mi wychodzić na ulicę nie wolno. Jak żałuję, że nie zapisywałem wrażeń tych kilku kolejnych 

dni. Być może wynikało to z mego specjalnego statusu „urlopowicza”. Człowiek na urlopie jest 

background image

tylko obserwatorem, nie uczestnikiem. I te pierwsze dni to twarze ubranych w mundury spikerów, 

komunikaty o wykroczeniach przeciw prawu wojennemu, wreszcie te okrutne chwile co wieczór, 

gdy   słuchamy   wiadomości   o   dwóch   kopalniach,   których   załogi   „strajkują”   na   dole.   Patrzcie, 

wystarczyło   roku,   aby   to   słowo   tak   groźne   dla   jednych,   tak   bliskie   dla   drugich,   obrosło   w 

uzasadniony cudzysłów, który obowiązuje wszędzie tam, gdzie znaczy co innego niż powinno. Ale 

mniejsza o cudzysłów. Ludzie są prawdziwi. I przychodzi wiadomość o siedmiu zabitych w kopalni 

„Wujek”. Mały Kuba. Płacz bezsilnej wściekłości... Odtrąca rękę matki, która chce go pogłaskać po 

głowie. Potem ulga, gdy ci pozostali z innych kopalni wyjeżdżają na górę. 

Następnego dnia nie wracam do domu. Byłem za mały w czasie okupacji, aby poznać słowo 

„godzina policyjna” wtenczas i oto mnie spotkało. 

- Już nigdzie nie pójdziesz. Godzina policyjna mówi Witek znajome słowo swej młodości. 

I   zostaję   u   niego.   Tego   dnia   w   dzienniku   telewizyjnym   występuje   jakiś   działacz 

„Solidarności” szczebla centralnego, który po ogłoszeniu stanu wojennego wrócił do kraju. 

- Należałoby go zabić - słyszę słowa Andrzeja i jestem świadkiem jak „stary” (mój Witek to 

jest „stary”) wyrzuca gówniarza z pokoju. 

- Taki czas - mówi, gdy za synem zamknęły się drzwi. - Co mądrzejsi zgłupieli, a głupcy 

stają się szaleńcami - mówi nie wiedząc jak prorocze słowa o swoim synu, mordercy. 

Potem   mi   opowiada   o   teatrze.   Nie   przerywają   działalności.   Dyrektor   się   zdecydował. 

Robimy sztukę o boliwijskich górnikach. „Krzycząca aktualność”. Wojskowa junta z La Paź gnębi, 

maltretuje, rozstrzeliwuje. Rozumiesz! „Któryś jest w niebie”. 

- Nie rozumiem... 

- Siedmiu poległych górników oblanych krwawoczerwonym sprayem kona na scenie, a on 

„nie rozumie”. 

- Jakich siedmiu górników? 

- Z „Wujka”; kretynie. Delikatna aluzja. Co tam Indianie i miedź, jak to znaczy węgiel i 

polska krew. Cochabamba i Origo - czytaj Katowice i Sosnowiec. A potem... Widziałeś mojego 

gówniarza... „Należałoby go zabić”. Przyjdzie na spektakl i taką wyniesie naukę. Powiedziałem 

Dyrektorowi, że beze mnie. Rzucę teatr... 

To mi się wydawało dziwniejsze i bardziej nieprawdopodobne niż cały stan wojenny. Teatr 

bez Witka Sanojcy był nie do pomyślenia. 

No i rzeczywiście okazało się, że „rzuca”, ale nie porzucił. Bo cała Rada i w ogóle koledzy, 

background image

i w końcu Dyrektor. Ustąpił... 

- Więc nie ma sztuki o Indianach w kopalni „Wujek”? - zażartowałem. 

Okazało się, że „ustąpił” to znaczy zgodził się pozostać po zapisaniu w protokóle zebrania 

Rady Teatralnej Witkowego votum separatum co do repertuarowej decyzji. 

-   Zrozum,   ja   byłem   u   nas   przewodniczącym   „Solidarności”,   więc   to   coś   znaczy...   - 

usprawiedliwiał się wobec mnie, jakbym miał prawo go osądzać. W końcu sam nie miałem pojęcia, 

co   się   właściwie   dzieje   na   moich   oczach   w   tym   co   wieczór   otwieranym   telewizorze.   Bo   tak 

naprawdę to oglądałem świat przez szybę. Mnie w nim nie było. Tak, jak nie było mnie na tym 

lodzie   i   na   tych   łachach   suchego   lądu,   na   tym   helikopterze,   który   wlecze   w   powietrzu 

zamocowanego na pasach chłopskiego konia ewakuowanego z zalanej przez powódź wsi. Bo już 

pamięć w gwałtownym skrócie sadza mnie w środek zimowej oszalałej odwilży. A przecież tyle 

zdarzyło się jeszcze wokół mnie naprawdę - nie przez szybę. 

Teresa. Jak bardzo cały świat, jego uroda lub potworność, zależy od byle czego. Nie wiem, 

czy ktokolwiek będzie czytał te moje zapiski, a jeśli tak, to kto; i nic mnie nie obchodzi, co 

pomyśli, gdy doczyta, że mój kutas, biedny, wygłodzony więziennym postem, rzeźbił dla Teresy 

cały obraz świata. Piękny. W tym czasie godziny milicyjnej, dramatów, niebezpieczeństw. Jej świat, 

mogę to stwierdzić z męską dumą, był piękny. Lubiłem ją zawsze, teraz potrzebowałem jej jak 

kobiety,   ale   ona   miała   na   to   swoje   bardzo   oryginalne   określenie:   miłość.   Odnaleźliśmy  naszą 

miłość. Lub to nasza miłość młodzieńcza odnalazła nas z powrotem. 

Czy   ja   byłem   potworem,   że   przez   cały   czas   widziałem,   jak   było   naprawdę?   Że   ona 

pozostawała Dyrektorową, Gwiazdą... Mój Boże, biedna, zarywała czasami randkę bo „działała”. 

Organizowała pomoc dla internowanych - paczki. Noblesse oblige. Żona prezesa Towarzystwa 

Pomocy Więzionym za Przekonania. „Centrala” mieściła się w ich mieszkaniu. Teraz już nasze 

spotkanie mogły odbywać się tylko u mnie, czyli u Basi. Doprowadziło to do kłopotów z Zenkiem 

Siekierką. Nie mogłem przyjąć go „do siebie”, czyli zwalić na głowę Basi, a w dodatku skrępować 

siebie   i   Teresę.   Bo   Zenek   uznał   dalszą   „pracę”   u   Króla   Szczypiorku   za   uwłaczającą.   Byłem 

przerażony,   czy   wszystko   to   nie   skrupi   się   na   moim   Witku.   Ale   tu   sytuację   ratował 

bezkompromisowy Andrzej. Wiedziałem, że ze względu na syna (jeśli chodzi o Witka), a przez 

strach przed nim (to Ela Audi), Zenek nie będzie ich sublokatorem. Jakoś sobie „poradził”. Okazało 

się później, że Ela ulokowała go „na jakiś czas” w pied-a-terre Króla Szczypiorku, który stał się 

istną opatrznością krótkiej Zenkowej wolności. 

background image

Ale wracajmy do Teresy. Jakąż plątaniną śmieszności jest człowiek. W naszym środowisku, 

które dawno przestało być moim, stan histerycznej negacji stał się normą obowiązującego obyczaju 

politycznego. Zauważyłem, że w związku z tym ona z całym przekonaniem grała „żonę działacza 

opozycji”. Ba, mimo wszystko, co z nią wyprawiałem niemal co wieczór, zanim nie nastąpiło 

wznowienie   nieco   przetrzebionego   repertuaru,   Teresa   pozostała   „żoną”   we   wszystkich   swoich 

odruchach. Była chyba bardziej niż dotychczas zazdrosna o Malalę Wrzoskiewiczową. Na szklanej 

ścianie telewizora powódź, komunikaty o procesach w trybie doraźnym, rosną „ptaszki”, jakimi 

oznacza nazwiska internowanych ludzi ze „środowiska”, którym załatwiła już paczkę, gdzieś siedzą 

ci, co ich „wzięli”, po mieście krążą ludzie obrażeni, że nie sięgnęły ich represje. „Ukrywać się” to 

należy do dobrego tonu. A ja spotykam na ulicy Malalę Wrzoskiewicz. W podkasanym rudym 

futerku z lisów, stąpająca na długich szczupłych nogach wyglądała z tyłu jak kawałeczek parzącego 

ognia. Więc polazłem za nią. Nie żeby zaczepić, ot tak, z instynktu. Taka kobieta jak ona wie, wie 

od razu. Nie słyszy przecież moich kroków, nie obejrzała się, a wie... Idzie wolniej, leniwa i 

niezależna,   a   przecież   zainteresowana.   Gdy   przystanęła   nagle   przy   wystawie,   próbowałem 

tchórzliwie ją wyprzedzić. 

- Panie Julianie! - usłyszałem. 

To ona mnie zaczepiła, odczytawszy tożsamość z odbicia wystawowej  szyby lepiej niż 

mógłby gliniarz z dowodu osobistego. No i poszliśmy razem. Sądziłem, że Teresa nie zostawia we 

mnie ani kawałka mężczyzny „na wynos”, ale to nie przy Malali. Ona jest „uosobieniem”... - co za 

stówo „uosobienie” - ona jest tym. Jak się śmieje, to piłuje mnie po podbrzuszu, gdy robi się 

poważna myślę, że tak by wyglądała w orgazmowym oszołomieniu. Po przejściu sporego kawałka 

zauważyłem, że ona idzie po prostu przed siebie. Zaproponowałem, żebyśmy „gdzieś wstąpili”. 

Zaśmiała się pytając, czy noszę przy sobie cukier, bo w kawiarniach go nie podają... Ale dali nam 

jednak cukru i byłem z Malała „na kawie”. Nie domyślałem się nawet, jakie będą tego następstwa. 

Może by nawet i były te najlepsze, bo musiałem ją zainteresować. Byłem bezczelny. Opisywałem 

nasze   „uniesienia”   pod   celą,   gdy   po   kolei   „lecieliśmy   w   konia”.   Wtajemniczyłem   ją   w 

nomenklaturę.   Zrobiłem   się   bezczelny   i   opisywałem   to   zdjęcie,   które   oczywiście   świetnie 

pamiętała. 

I widziałem, że moja bezczelność ją bierze. Nie miałbym żadnych wyrzutów sumienia, 

bałem   się   Basi,   zresztą   wydawało   mi   się   to   po   prostu   utopią,   żeby  pójść   z   nią   od   razu.  Ale 

zauważyłem, że coś ją w całej sytuacji wyraźnie podnieca. Sprowokowałem jakiś żart, że skoro tak 

background image

długo przebywałem z jej mężem we wspólnym pokoju w szpitalu, powinienem może zwiedzić jego 

prawdziwe   mieszkanie.   Jej   się   to   spodobało.  A  we   mnie   mężczyzna   urósł   do   imponujących 

rozmiarów. 

- Nic z tego - roześmiała się jednak. - Absolutnie wykluczone. Teraz wykluczone - dodała 

jakby pilnując się, żebym nie stracił nadziei. No i ponieważ Malała była, jaka była, po kwadransie 

już wiedziałem, że u niej „ktoś się ukrywa”. Ktoś, kto cudem uniknął internowania... 

Zrobiłem się bezczelny. Zapomniałem o Basi. Ale na propozycję, żeby w takim razie ona 

obejrzała, jak mieszka kolega i współlokator męża ze szpitala, pogroziła mi tylko paluszkiem. A 

potem jak pilna uczenniczka wyjęła notesik. 

- Niech mi pan da swój telefon - powiedziała cichutko, a mnie przeszły ciarki. 

Zapisała. 

- A co by na to powiedziała Teresa? - zapytała z cichutkim śmieszkiem i zrozumiałem, że 

mam szansę. To był następny krok w kierunku ośmieszenia „rywalki”. Bo jak długo Teresa nie 

dawała Dyrektorowi rozwodu, pozostawała rywalką. 

No i wkrótce się dowiedziałem „co by na to Teresa...” 

Nagle   „nie   mogła   przyjść”.   „Paczki”.   „Przecież   wiesz,   że   wznawiamy   spektakl.   Mam 

próbę”.   Za   trzecim   razem   powiedziałem,   że   skoro   ona   nie   może   przyjść   do   mnie,   to   ja   się 

wybieram do niej. Pomogę jej pakować paczki - tak powiedziałem. Wyczułem, że jest szczęśliwa. 

Pewnie to był ostatni dzień, w którym jeszcze się trzymała. Nie będę się rozwodził. Na następnej 

stronie   czeka   na   mnie   trup   tego   chłopaka...   Nie   będę   się   rozpisywał.   Rzeczywiście   Teresa 

próbowała wystąpić w roli matrony polskiej. Były na stole przygotowane do pakowania „dary”. Ale 

sweterek miała opięty i spódniczkę tę, w której lubiłem zaczynać pieszczoty. Cóż, ja postanowiłem 

trzymać się dzielnie. I ona sypnęła się z miejsca. 

- Czy wiesz, co mnie spotkało? Czy wiesz, na co mnie narażasz... 

Atak był furiacki. A ja nie wiedziałem... 

- „Oni nas zdradzają” - oto z czym się ośmielił pojawić ten nędzny rogacz. „Oni” - „nas”. 

Rozumiesz. Ty z Malała. Ty zdradzasz mnie, a Malała jego. Tak nas połączył. 

- Nie rozumiem - powiedziałem zupełnie ogłupiały. 

No   i   we   łzach   i   uniesieniu,   z   barkiem   pogryzionym   do   krwi   na   małżeńskim   łożu 

Dyrektorostwa,   dowiedziałem   się,   co   się   stało.   „Widziano”   nas   razem   -   mnie   i   Malalę.  To   ja 

doprowadziłem do formuły „widziano”, bo w relacji Wrzoskiewicza „widuje się nas razem”. Co za 

background image

miasteczko. Swobody nie więcej niż na więziennym spacerniaku. 

- I żebyś ty zrobił mi coś takiego. Z taką... 

Tu przyszły wspomnienia kręconego wspólnie z Malała filmu. Pierwszego wieczoru dała 

dupy pomocnikowi operatora. Teresa nie unikała w gniewie mocnych słów. Dodawało to pikanterii 

naszej sytuacji. Znów zabrałem się do roboty. Pojękując z rozkoszy kontynuowała dialogi urojone 

czy prawdziwe. Malała miała oznajmić: no to co. Jutro zaliczę reżysera. Najpierw przyjemność, 

potem   obowiązek...   Chciałem   zapytać,   czy   jej   Dyrektor   to   przyjemność   czy   obowiązek,   ale 

ugryzłem się w język (tak się mówi, naprawdę zapewne ugryzłem ją w co innego, he, he). 

Tak czy tak, zeszło i na Dyrektora. Kto zrozumie kobietę. Teresa „musiała przyznać”, że jej 

mąż zachowuje się „bohatersko”. 

- Czy wiesz, że on ukrywa gdzieś Henryka Zajączkowskiego. 

- A pewna jesteś, że Zajączkowskiego poszukują odparłem złośliwie. Ja już wiedziałem, 

gdzie to się mój Zając ukrywa. Postanowiłem zaskoczyć Malalę. 

Dość niespodziewanie zakończyła się moja wizyta u Teresy. Byliśmy już ubrani, gdy rozległ 

się dzwonek do drzwi. Ona wyjrzała oknem z łazienki. 

- Już idę, idę, chwileczkę, paczka gotowa - zapewniła kogoś. 

Zszedłem   w   ślad   za   nią   po   schodach.   Przez   uchylone   drzwi   do   holu,   w   tej   chwili 

zmienionego na charytatywną paczkarnię, ujrzałem przygięte plecy starej kobiety. Jej głos wydał 

mi   się   dziwnie   znajomy.   Złodziejskim   chodem   przemknąłem   bliżej.   Staruszka   dziękowała 

wylewnie, co mnie zdziwiło, nie za paczkę, a za jej „tak piękne przyszykowanie”... Głos jej wciąż 

wydawał się znajomy. Teraz miała jeszcze jedną prośbę. „Żeby pani, ten anioł, o którym nigdy 

rodziny internowanych nie zapomną... zaadresowała tę przesyłkę tak pięknie zapakowaną”. Babci 

wzrok zupełnie nie dopisuje, zginęły okulary... 

Teresa   była   na   miejscu.   Poprosiła,   by   jej   dyktować.   I   wówczas   o   mało   nie   ryknąłem 

głośnym śmiechem. 

- Tadeusz Laniewicz... - zaczęła staruszka dyktować nazwisko swego syna, internowanego 

w grupie skompromitowanych prominentów. Tak, Laniewicz, były mąż mojej siostry. Jej teściowa 

sprawiła oto mojej kochance niespodziankę zupełnie nieprawdopodobną. 

- Już? - usłyszałem upominający głos staruchy. Widocznie osłupienie Teresy sparaliżowało 

ją doszczętnie. 

background image

- Tak, tak... - usłyszałem jej spłoszony głos i chyłkiem uciekłem schodami na górę, mijając 

złażącego niezdarnie na dół baseta. Już mnie zaakceptował. Pies już mnie zaakceptował. 

Człowiek, nawet ciężko doświadczony, nie jest przygotowany na przyjęcie swojego losu. 

Błogosławiony stan, gdy jego los ogarnia więcej niż tylko zawsze chudy świat „ego”. Ale cóż z 

tego. Człowiek wyzwolony z przekleństwa samotności staje się udziałowcem cudzego losu i uznać 

musi za swoje również cudze klęski. 

Leżał na podłodze z płowymi włosami rozrzuconymi wokół głowy, którą złożył niczym na 

ołtarzu przed otwartą pokrywą piekarnika gazowego pieca. Ile to sekund minęło, nim zrozumiałem, 

a właściwie jeszcze nie zrozumiałem, choć już dusząc się biegłem do okna, rozwaliłem je na 

oścież, potem drzwi od ogrodu. Sam najpierw zaczerpnąłem w płuca mroźnego powietrza, a potem 

zawróciłem i wlokłem tego trupa uchwyconego pod ramiona aż na próg otwartych drzwi. Jeszcze 

nic nie rozumiałem, a ścięty byłem przerażeniem. Bałem się nie tego zimnego Kuby, bałem się już 

całym spanikowanym sercem tej chwili, gdy Basia... Absurd tego, co widziałem, wydawał się nieść 

jakąś nadzieję, że nie widzę rzeczy realnej. Chwilami wydawało mi się, że wystarczy się obudzić. 

Nie było nadziei. Ja wciąż tkwiłem w tym, co nie było snem, a on sztywniejący nie reagował na 

moje chaotyczne próby ratowania... Sztuczne oddychanie..., Przed dwudziestu laty kończyłem kurs 

dla ratowników pływackich... 

Tak. Czekało więc na mnie to wszystko. Było tuż. Za zamkniętymi drzwiami korytarza, za 

drugimi przeszklonymi drzwiami sypialni mojej siostry. Niemożliwe było jednak rzeczywistością. 

Przyciągnąłem go do pokoju, nie wiadomo po co wciągnąłem na tapczan. Wróciłem do kuchni. 

Obejrzałem drzwi oklejone taśmą... A jednak nie zamknął na klucz. Miał nadzieję... No nie, drzwi 

kuchenne klucza nie miały... Stałem tak przez chwilę, aż poczułem ogarniające mnie mdłości. Było 

tu jeszcze gęsto, choć powietrze z zaokiennej ciemności niosło rzadkie płatki padającego śniegu. 

Zamknąłem drzwi. Teraz to najgorsze. To niemożliwe: Basia. Podobno nic nie powiedziałem. Ona 

potem mówiła, że nic nie powiedziałem, tylko wziąłem ją za rękę, jakbym się bał, że upadnie, i 

prowadziłem do swego pokoju. 

Tak jej szczękały zęby, że nie mogłem utrzymać szklanki, gdy chciała popić proszki... Brała 

od dawna „coś na nerwy”, nie miałem siły przeszkodzić, nawet gdy łykała trzy czy cztery na raz... 

Myślałem, że wszystko jest dla- niej lepsze od świadomości tego, co się stało, a co w żaden sposób 

nie chciało się zmieścić w mojej świadomości. Nie napiszę ani słowa o jej zachowaniu. Do cholery, 

background image

ludzie mają zakodowaną cenzurę, gdy chodzi o seks. A na śmierć patrzeć „wypada”. „Wypada” być 

na cmentarzu. Barbaryzm naszych obyczajów. Biedna moja siostra. Gdy leżała na dywaniku przed 

tym tapczanem, na którym on... Nie dała się stamtąd ruszyć, szarpały nią jakieś dreszcze, a może to 

były .uderzenia serca. Nie wiedziałem i wydawało mi się, że cokolwiek się z nią stanie, nie mam 

prawa, nie mam prawa do tego, żeby mówić, radzić, pocieszać... Nic nie rozumiałem. Wiedziałem, 

że i ona nic nie rozumie i myśli, bez ustanku bezradnie szuka... Z tego co widziałem, nic nie 

wynikało.   Kiedyś   powiedział:   „mogę   się   wstydzić   ojca   -   nie   chcę   za   siebie”.  Ale   co   to   ma 

wspólnego. Kiedyś spytałem: coś u ciebie nie spotkałem żadnej dziewczyny, czy to teraz taka 

moda, że wy tylko z Ojczyzną? Roześmiał się. Bez kompleksów... Gdy już leżał w trumnie, w tym 

wyrośniętym   czarnym   ubraniu   ze   zbyt   krótkimi   rękawami   -   uszyte   było   w   zeszłym   roku   „na 

pierwszą prywatkę”. Bo ojciec chciał, żeby wyglądał „przyzwoicie”. Oni sami wyrastali w tych 

swoich „tenisach” i syna też traktował jak partyjnego brojlera. A on leży w dechach z tymi za 

krótkimi rękawami. Jak to zrozumieć? Za murem szanują tych na dwadzieścia pięć lat. Ci, co 

zarobili kaes, otoczeni bywają legendą. Kara śmierci. Śmierć to kara. To rzecz oczywista. A taka 

śmierć? Jako co? Jako akt łaski wydany samemu sobie? Co on zobaczył takiego w życiu, żeby 

sobie pójść z tą przeklętą taśmą do uszczelniania... Taśma. Basia jest skrzętna. Naczytała się w 

artykule Zajączkowskiego prognoz o zimie powolnego umierania z głodu i chłodu i kupiła czy 

„zdobyła” taśmę... Nie było koksu, była taśma. No głupstwo, bez taśmy byłoby to samo. Jak to 

zrozumieć? Skąd się wzięły te przeciążenia i jak można było tego nie zauważyć? Jak Baśka będzie 

żyć? Czy potrafi dalej żyć? Śmierć jako łaska. Słowo daję, wydaje mi się, że w wyższym stopniu 

każdy Zenek Siekierka może dysponować cudzym życiem jako rabuś, bandyta, niż taki szczeniak 

swoim. A Siekierka nagle mi się objawił i nagle on, głupi wsiok spod Końskich, okazał się jedynym 

człowiekiem, który wiedział, jak się zachować. To on zamawiał trumnę. On potrafił zmusić Basie, 

że chodziła z nim załatwiać miejsce na cmentarzu. To on prowadził ją jak troskliwy młodszy brat. 

Ja się jej bałem. 

Zresztą Zenek i w sprawie podstawowej okazał się od nas mądrzejszy. 

- Jak jest trup, musi być morderca - mówi Zenek szeptem w moim pokoju. 

Basia chyba śpi albo leży sponiewierana przez bezmiar luminali. 

- Trup i morderca to jeden człowiek. Samobójstwo to nie kryminał - mówię niechętnie. 

- Jeszcze zobaczymy. 

- Co masz na myśli? 

background image

- Co mam, to mam. 

-   Więc   szukasz   mordercy?   A   może   i   pasera   -   dokuczyłem   mu   znając   prawdziwe 

okoliczności jego wpadki, zmitologizowane legendą o „siekierce” użytej w obronie starszego brata. 

- Jak się uda i paser się znajdzie. 

Było to równie nieprawdopodobne i bezzasadne jak śmierć Kuby, ale też, jak się potem 

okazało, równie oczywiste. Bo znalazł się i morderca i ktoś, kogo potem nazwałem paserem. 

Tak. Bo nagle padło nazwisko Zajączkowskiego. W okolicznościach absurdalnych, jak całe 

te trzy dni do pogrzebu Kuby. Więc śledztwo. „Bądź co bądź śmierć” usprawiedliwia się śledczy. 

To nie przypadek - mój znajomy. „Uznali mnie za specjalistę od rodziny Laniewicza” - mówi w 

pewnej   chwili.   I   przynosi   mi   ulgę,   jego   osoba   przynosi   mi   ulgę.   Przecież   już   było   równie 

parszywie, a może gorzej. Jeśli gorzej to przez Krystynę, a nie przez śmierć ojczyma. „Ta śmierć 

jest w porządku” - powiedziałem podobno śledczemu wtedy. Bo teraz porozmawialiśmy sobie 

dłużej.   Wiedział   o   moim   urlopie.   Skąd?   Dlaczego?   A   może   on   w   ogóle   jest   „od   naszego 

środowiska” i wie wszystko służbowo. I zeszło na Zajączkowskiego. - Czy pan wie, że wówczas 

bardzo pana bronił? Był u ministra sprawiedliwości na rozmowie. Że taki artysta i w ogóle. 

Nie wiedziałem. Nawet mnie oszołomiła ta wiadomość. Dlaczego nie wiedziałem? 

Okazało się, że on w ogóle lubi interweniować. Wyrabia sobie autorytet... - mówi mój 

śledczy. Bo mówimy o wszystkim, tylko nie o biednym Kubie leżącym w czterech deskach w 

przykrótkim garniturze. Jego „sprawa” prosta. Samobójstwo. 

-   I   cóż   tam   u   niego   słychać?   -   pada   nagłe,   niechybnie   prowokacyjne   pytanie   o 

Zajączkowskiego, którego kryjówkę znam. Czuję lekki podniecający dreszcz niebezpieczeństwa. 

- Skąd mogę wiedzieć? - odpowiadam przytomnie. Podobno się ukrywa. 

- A ukrywa się. W mieszkaniu aktora Wrzoskiewicza. Tylko że my jego nie poszukujemy. 

- Wrzoskiewicz z pewnością nie wie o niczym - mówię z przekonaniem. 

- O różnych rzeczach Wrzoskiewicz nie wie - mówi dwuznacznie mój rozmówca. 

Zaczynam   się   śmiać.   Myślę   o   Dyrektorze,   którego   czynności   z   Malała   zdają   się   być 

obserwowane przez władzę. 

- Co takiego? - zainteresował się śledczy. 

-   Nic.   Pomyślałem   sobie,   jak   dziwnie   się   w   życiu   plecie.   Przecież   Zając,   to   znaczy 

Zajączkowski, niewątpliwie chciałby być internowany... 

- Nawet władzy chodziło to po głowie. Żeby razem z byłymi prominentami. Spotkałby pana 

background image

rodzinę... 

Teraz już mi było naprawdę wesoło. Zapomniałem na chwilę o Kubie. 

A przecież przede mną była jeszcze ta straszna robota - grzebanie siostrzeńca. 

Ten   pogrzeb!   Dziwny   niemal   jak   śmierć.   (Swoją   drogą   dlaczego   śmierć   stale   nas 

zdumiewa?   Mamy   jakoś   zakodowane   przeświadczenie   o   naszej   nieśmiertelności).   Z   tego 

wszystkiego, co dzieje się na cmentarzu, jedno właściwie należy zapamiętać: głuche uderzenie 

ziemi lecącej z łopaty grabarza na pudło trumny... To jest serio. Ale na pogrzebie Kuby wiele było 

rzeczy mniej serio, ale bardzo przykuwających uwagę. Laniewicz. Laniewicz z dwoma smutnymi 

pannami   asysty.   Kolega   Laniewicz.   Mój   kolega.   Urlopowany.   Na   pogrzeb   syna   zwolniony   z 

miejsca internowania. Mój Boże, gdyby to jego przyszło grzebać jeszcze rok, jeszcze pół roku 

wcześniej, tych dwóch albo i czterech smutnych kroczyłoby za trumną z poduchami orderów. A 

dziś on. Osobno. Chociaż obok Basi, to jeszcze bliżej ci dwaj smutni... 

- Ile to się dostaje na syna? Dwa dni? - zdziwił się Siekierka „na stypie” (sam tak nazwał 

poranną herbatę w domu Laniewicza, gdzie wszyscy byliśmy „u siebie”, a on obcy). 

Basi przy tym nie było. Dziwne, ale wiedziałem, że Siekierka nic bez sensu, nic „z celi” i w 

ogóle nic paskudnego przy Basi nie powie. 

Więc Basia, ja, Witek Sanojca, Teresa, Laniewicz, dwóch smutnych i jeszcze coś dziwnego 

na   cmentarzu,   który   jest   naturalnym   miejscem   starości.   Klasa   Kuby.   Delegacja   klasy.   A 

zapomniałbym napisać coś jeszcze dziwniejszego. Ksiądz. „Ksiądz katecheta” - jak mówił do niego 

Andrzejek   Sanojca.   I   pogrzeb   z   księdzem.   Wbrew   stanowczej   odmowie   danej   Siekierce.   Nie 

wiedziałem jeszcze, kto to był i jaki grzech wziął na swoje sumienie. Nie wiedziałem, że była już 

„decyzja”, że grzebali Kubę jako swego pierwszego poległego. Był moment, gdy coś niejasnego 

zaczęło mi świtać - ta chwila, gdy szczeniak Witka, czyli Andrzejek, występuje przed szereg tych 

delegatów klasy i wygłasza dziwne zdanie z piosenki: „śpij kolego w ciemnym grobie, niech się 

Polska przyśni tobie”. I te dwa rozczapierzone palce uniesione do góry w kształt litery „V” w 

niemym salucie. Coś we mnie drgnęło. Zaskoczyła we mnie jakaś myśl, choć jeszcze mi się nie 

śniła organizacja „CZAKO”. 

No tak. Zapomniałbym o jeszcze jednej osobie. Matka Laniewicza. Teściowa mojej Basi 

szła obok Teresy.  I żeby było jak trzeba, żeby się pogrzeb nie mógł odbyć  bez sceny godnej 

grubego śmiechu, jest taki moment już po wszystkim, gdy trzeba odejść od tej kupki świeżej ziemi, 

background image

a wszyscy czują, że odejść nie można, że Basia powinna tu wrastać powoli jak ten drewniany krzyż 

może tu „nielegalny” (samobójca). I wówczas staruszka, która zżerana sklerozą, wie tylko jedno, że 

ta obrzydliwa synowa jest wrogiem jej więzionego dziecka... więc staruszka by wykazać synowi, 

że  jest  sam,  zupełnie   sam  i  zupełnie   oddzielnie,  oddzielony od  tej  żałobnej   zdrajczyni,  której 

powinien   współczuć,   ale   mu   współczuć   nie   wolno,   więc   staruszka   wiedziona   macierzyńskim 

instynktem kojarzy synka z Teresą. Mówi: podziękuj pani. Ta ostatnia paczka, którą dostałeś, to 

dzięki pani... 

Ja jeden to słyszę, a choćby i wszyscy słyszeli ja jeden rozumiem. 

Idziemy wolno w stronę bramy eskortowani przez dwóch smutnych Laniewicza. Został pod 

górą piasku Kuba - skończył życie nie zaczęte, a idziemy my - kontynuować życie już skończone. 

Ja, za mną Laniewicz... „Urlopowani”. 

- Siądź na swoim miejscu - powiedziała Basia. Bo stało się. Przed bramą willi zastaliśmy 

parkującego   poloneza.   Laniewicz   w   towarzystwie   dwóch   swoich   aktualnych   strażników   stał 

bezradny przed zamkniętymi drzwiami ongiś jego domu. 

- Wejdźcie - zaprosiła ich Basia. Każde słowo wydobywała z siebie z niezmiernym trudem i 

z każdego cieszyła się jak z triumfu powracającego w nią życia. 

Ale tamci dwaj podziękowali. Kto wie czy nie dlatego, że Basia uprzedziła, że płaszczy dziś 

się nie zdejmuje - nie napalone... Uzgodnili, że przyjadą po pasażera około ósmej... No i teraz 

mamy go wśród nas. 

- Zajmij swoje miejsce. 

- Żebym to wiedział, gdzie jest moje miejsce - Laniewicz się nie zgrywa. Nie wie nic. Jego 

świat się skończył. 

- Miejsce każdego jest tam, gdzie siedzi - zdobywa się na aforyzm Siekierka. - Tak kolego - 

dodaje po chwili namysłu. 

To śmieszne. Siedzimy oto przy stole wszyscy „urlopowani”. Siekierka zajmuje się herbatą. 

Parzy fachowo. Taką herbatę pijamy z Sanojcą. Ta sama szkoła: Ela Audi. Basia milczy. Laniewicz 

nie znosi długo tej sytuacji. 

- Teresa pięknie wygląda - mówi znienacka i jest tak, jakby pierdnął bez uprzedzenia. 

Przychodzi   mi   to   na   myśl.   Dosłownie   tak   sformułowane   i   widocznie   musiałem   się 

uśmiechnąć, bo on spłoszony pyta, z czego się śmieję. 

background image

- Nic, nic - mówię - przypomniała mi się nasza rozmowa, ileż to już lat, gdy ty mnie 

upominałeś, żebym rzucił pewien „podejrzany kabaret” - tak się wyraziłeś: „podejrzany kabaret”. 

Że skoro nas łączą więzy rodzinne, po prostu nie wypada... I było tak, że ja się broniłem. Ze niby 

co na to powiedzą koledzy. I mój Dyrektor. Ty na to, że kto jak kto, ale Dyrektor będzie szczęśliwy, 

że jego czołowy aktor zaprzestaje antyrządowych wygłupów... 

Było to w jego urzędowym gabinecie. Nie zdążyłem mu powiedzieć, że to przecież sam 

Dyrektor patronuje moim występom, niemal reżyseruje po cichu każdy mój numer, gdy zadzwonił 

na jego sekretarskim biurku telefon. - Łączyć - rozkazał. Przywitał kogoś bardzo życzliwie i po 

sekundowym   wahaniu   nacisnął   na   rozdzielczej   tablicy   swych   licznych   telefonów   guziczek 

nagłaśniający rozmowę na cały pokój. I oto słyszałem mojego Dyrektora. Płaszcząc się i podlizując 

dziękował za „życzliwe potraktowanie” nie wiedzieć czego czy kogo. Deklarował, że „ze swej 

strony” zawsze i w każdej sprawie...” Laniewicz popatrując na mnie z ukosa siedział bez słowa 

kiwając się za biurkiem, jakby to on słał korne modły, przekazywał je gdzieś jeszcze wyżej... Tak. 

Taki to był tamten odległy czas i tamci niepoznawalni dziś ludzie. Za pół roku Zajączkowski 

ogłosił na safianie czy welinie monografię nowego teatru Dyrektora. W pół roku po jego otwarciu. 

Gdzie ci ludzie... 

Zawędrowałem myślami w tej ciszy, gdzie nikt nic nikomu nie ma do powiedzenia poza 

tym wyczekiwanym „do widzenia”. Niech znika ojciec Kuby, skoro Kuby już nie ma. „Dobranoc” - 

niech powie do nas pozostałych Basia, którą czeka noc męki. 

No i przychodzi ta chwila. Basia poszła odprowadzić go do drzwi. 

- Pojechał twój partyjny - arcykurwa do swojej kozy-. - mruczy cicho Siekierka. 

Zostajemy we trójkę. Lepiej się milczy. To dziwne, ale Siekierka jest swój. Nie przeszkadza 

mi i wierzę, że Basia też jest dzielniejsza, skoro jest ktoś jeszcze, kto nie budzi gniewu i niepokoju.  

Zenek jest opiekuńczy i po swojemu mądry. Zszedł do piwnicy napalić w piecu. 

- I bez zimna ją biedaczkę trzęsie... - skomentował swoją decyzję. 

Nie wiem, jak ona spała. Ja miałem noc koszmarną. Mordowałem mojego ojczyma. Ten 

moment, gdy coś chrupnęło, gdy grzmotnąłem ciężkim świecznikiem. To ona - Krystyna - zsuwa 

się na tamtą stronę. Gonię ją, ścigam w tych ciemnościach słysząc gdzie jest, w którym kącie 

usiłuje się ukryć, słyszę jej oddech. Wreszcie ją chwytam. Jej nagie ciało wyślizguje mi się z rąk. 

Poprawiam   chwyt.   Obalamy   się   na   podłogę,   szukam   jej   gardła,   znajduję   i   nagle   moja   ręka 

obejmuje ją bezradnie za szyję. Czuję łzy biegnące przez mój policzek... 

background image

Obudziłem się. Kuba umarł - zrozumiałem to w tej właśnie chwili. 

Może to okrutne, ale w momencie gdy Siekierka ofiarował się towarzyszyć Basi na Powązki 

do kamieniarza, by zatroszczyć się o „pomnik”, jak nazywał nagrobną płytę („Mam znajomego, co 

sam   kuje,   robi  w   największej   firmie...”),   odczułem  błogie   poczucie   wolności.   Na   parę   godzin 

uwolniłem się od obowiązku żałoby. Nie, nie poleciałem do Teresy. Jakoś od paru dni, od paręnastu 

chyba nawet, było z nią krzywo. Ale był Witek. Akurat był poniedziałek, dzień wolny w teatrze. 

Nie mogliśmy o tym nie mówić. O tym księdzu, co się nagle pojawił, wyczarowany przez 

Andrzeja, o tym pożegnaniu („śpij kolego w ciemnym grobie, niech się Polska” i tak dalej)... Tak, 

grób był ciemny, ale naokoło na wierzchu jeszcze ciemniej. Witek też był jakoś spłoszony i wcale 

tego nie ukrywał. „Boję się o małego” powiedział w pewnej chwili. 

-   Czy   wiesz,   że   kiedyś   w   czasie   wojny,   akurat   miałem   jego   dzisiejsze   lata,   okropnie 

podpadłem. Mieliśmy jakąś akcję, rzeczywiście niełatwą, i któryś tam powiedział, jak wypadało: 

tylko, chłopaki, pamiętać - jakby coś nie tak, ostatnia kula dla siebie. A ja powiedziałem: ja nigdy 

się   sam   nie   zabiję.   Byłem   potem   „niepewny”.   Odsunęli   mnie   od   kolejnego   zamachu.   A 

powiedziałem prawdę. Myślę, że musi to czuć każdy, co kocha życie, jakim by nie było, a więc 

każdy siedemnastolatek. A tu, popatrz, nie miał jeszcze siedemnastu... Boję się, Julek, ten czas już 

nie dla nas... 

- A nasz Dyrektor? W twoich latach, a czas dla niego jak znalazł - spróbowałem żartem zbyć 

jego niepokoje. Ale otwarłem nowy przepust. On naprawdę zaczął nienawidzić swego szefa. On, 

ongiś   tak   gorąco   we   wszystko   zaangażowany,   sam   mówił,   że   był   w   pierwszych   miesiącach 

„solidarnościowym fanatykiem”, teraz trząsł się na nazwisko człowieka, który - sam słyszałem 

przez Wolne Radio - „stał się symbolem frontu odnowy”. 

Zaczął mi opowiadać o próbach w teatrze. O misteriach wokół tych siedmiu zabitych w 

kopalni   „Wujek”.   Przed   każdą   próbą   minuta   ciszy.   Chodzi   o   nastrój   misterium   narodowego... 

„naszego”   misterium   narodowego,   który   wydobyć   musimy   ze   sztuki   o   masakrze   boliwijskich 

górników... Ten błazen ustalił nawet „rolę” siedmiu statystów, którzy będą leżeć oblani czerwonym 

sprayem. To są „role”. Odpowiedzialność za przekaz historycznej prawdy spoczywa na każdym z 

was. Ale że sztuka ma ogromną obsadę, nie starczyło mu na statystów. l wiesz, co ten bydlak 

zrobił? Zaproponował mojemu Andrzejowi. Że sobie zarobi. Ponieważ ja odmówiłem, postanowił, 

że mnie dopadnie przez syna... 

- Zakaż gówniarzowi... 

background image

Witek smutnie spuścił głowę. 

- To bardzo trudne... No, to po prostu nie jest możliwe. Oni teraz wiedzą lepiej. Ci nasi 

synowie. Byłem wezwany do szkoły. Mój orzeł wezwał w swej „gazecie” (chociaż teraz już wolno 

mówić „gazetce” - bo to „jak w okupacji”) do uczczenia pamięci siedmiu górników... A wiesz w 

jaki sposób? „Grobową ciszą” na przerwie lekcyjnej, na „dużej pauzie”. W ogóle coś mi się zdaje, 

że czeka nas jakaś przerwa, tylko cholera wie, co będzie po dzwonku. Obiecałem dyrektorowi 

szkoły, że z chłopcem „porozmawiam”, przyzwoity człowiek ryzykuje dla takiego gówniarza... 

Przecież   jakby   się   wydało...   Podobno   paruset   takich   niepełnoletnich   zatrzymanych 

„działaczy”   siedzi   w   specjalnym   odosobnieniu...   Obiecałem,   że   porozmawiam,   a   gówniarz   mi 

oznajmił, że żadnych rozmów nie będzie. „A do tego mogę cię poinformować, że twój Dyrektor 

przekazał mi propozycję, abym statystował w nowej sztuce. Tej, wiesz, o siedmiu górnikach. Ty 

rozumiesz? Sztuka już nie jest „Górą Żałoby” tylko „Któryś jest w niebie” i nie jest o Boliwii, jest 

o siedmiu górnikach. I na ten temat też „rozmowy nie będzie”. Pogratuluj sobie, że nie jesteś 

ojcem. 

- A Ela? 

- Co Ela? 

- No, nie może na niego wpłynąć? 

Sanojca popatrzył na mnie jak na wariata. 

- Ona się do wychowania chłopca nie miesza. Więc go będzie wychowywał nasz Wszystek. 

Wiesz, że oni uchwalili odmowę. „Ja odmawiam” mówi każdy, czy go proszą, czy nie. Granie w 

TV czy w filmie jest kolaboracją. To ja mu powiedziałem przy wszystkich, jak mnie wkurwił, że 

uważam  granie   w   państwowym   teatrze   również   za   kolaborację.  Nie   uwierzysz,   ten   błazen   się 

przestraszył. A reszta błaznów uwierzyła. Chwilami myślę, że ten Kuba miał chyba rację... 

Skończyło się, że Witek wyciągnął biedne kartkowe pół litra. Przeprasza}, że zagrycha lada 

jaka...   Coś   sobie   przypomniał,   złapał   gazetę,   poszperał   i   przeczytał   mi   informację,   że   któryś 

internowany z „wielkich ekstremistów” „w związku z kłopotami gastrycznymi ma zapewnione 

dietetyczne obiady dostarczane co dzień z klasztoru sióstr... jakichś tam”. 

- Terror, rozumiesz. A oni protestują. „Odmowa”. I trupy zmasakrowane na scenie teatru. 

Tam siostrzyczka kuśtyka z dietetycznym obiadkiem dla wroga, a u nas te kretyny odstawiają 

martyrologię.  A  jakiś   inny   kretyn   powiedział   wówczas   przez   Radio   Londyn,   że   sześćdziesiąt 

tysięcy ludzi internowanych przez juntę zamarza w Stutthofie. No to pod ten mój dietetyczny 

background image

razowczyk... 

- O rany, zaraz godzina milicyjna - żegnałem się w popłochu. Po ulicach krążyły patrole. Na 

niektórych skrzyżowaniach stały transportery. Zmarznięci żołnierze grzali ręce przy rozżarzonych 

koksownikach. A u nas - cholera - zimno. Ostatki koksu. 

*

Stało się coś niespodziewanego: Siekierka stał się potrzebny. Potrzebny mnie, potrzebny 

Basi. Już czwartą noc... a może to była piąta po pogrzebie Kuby? Dość, że spaliśmy razem z 

Siekierką w pokoju na dole obok sypialni Basi. To wszystko z Teresą przestało mnie nagle bawić, 

pani z autobusu była stracona, uspokoiłem się... Śmieszne - tydzień tej grozy, bredni, śmierci, a ja 

się przechwalam. A prawda jest taka, że śpimy we dwóch w pokoju na parterze. 

To   mnie   obudził   dźwięk   tłuczonej   szyby.   Usiadłem   na   łóżku.   Przez   wszystkie   te   noce 

spałem bardzo płytko, budził mnie każdy dźwięk dochodzący z jej pokoju. Po prostu bałem się o 

nią, czy nie zrobi czegoś... Ale ten dźwięk to było coś innego. Na dole był garaż i piwnice - to 

stamtąd   przyniosło   niepokojący   odgłos.   Nie   zapalając   światła   sprawdziłem   godzinę   w   świetle 

zaokiennej   latarni.   Piętnaście   po   pierwszej.   Niemożliwe   -   w   czasie   godziny   milicyjnej... 

Niemożliwe. Położyłem się z powrotem, ale... Teraz usłyszałem ludzki przytłumiony głos gdzieś od 

strony ogrodu. Wyskoczyłem z łóżka. Wkładając spodnie obudziłem Zenka. 

- Cicho. Ktoś się do nas włamuje... - szepnąłem. 

- Włam! - zawołał szeptem z radosną akceptacją w głosie, ale zaraz spoważniał. Zrozumiał, 

że staje się ofiarą nie sprawcą i ogarnęła go duma. 

-   No,   niech   poczekają,   już   my   im...   -   mamrotał,   gdy  błagałem   go   o   ciszę.  Włożyłem 

skarpetki. Plan był prosty. Z mieszkania prowadziły do piwnic dodatkowe wewnętrzne schody z 

przedsionka kuchni, tamtędy mieliśmy zejść, jeśli chcieliśmy sprawców spłoszyć bez większego 

ryzyka. Bo w moim planie nie mieściła się żadna batalia wręcz. Zenek rozegrał ją samodzielnie. 

Jednym ruchem przekręciłem klucz, drugą ręką nacisnąłem klamkę i już zapalałem światło. 

W tym momencie wyminął mnie Siekierka. Usłyszałem: 

-   Rzuć   to   skurwysynu!   -   jakiś   krzyk,   ktoś   jęczał,   widziałem   tylko   plecy   schylonego 

przyjaciela   tłamszącego   kogoś   pod   sobą   i   nogi   drugiego   osobnika   dyndające   z   piwnicznego 

okienka... Nagle zobaczyłem. pistolet w dłoni wystającej spod splątanych ciał i zrozumiałem, że 

Siekierka   walczy  o  życie.   Zostawiwszy  rejterującego   bandytę   jego   losowi   spadłem  na   tę   rękę 

zaciśniętą mocarną dłonią Zenka i wyłamałem z niej pistolet, klasyczną parabelkę, którą nie raz 

background image

przyszło mi wymachiwać w czasach mej sławy w filmach sławiących lata i ludzi okupacji. Dopiero 

teraz,   gdy   zbój   jęczał   przygnieciony   przez   siedzącego   na   nim   Siekierkę   spojrzałem   na 

wykrzywioną bólem twarz. 

Był to Andrzej Sanojca. Jeśli się komuś wyda dziwny początek sprawy, ciąg dalszy będzie 

dziwniejszy. Po pół godzinie, gdy obok teatralnej atrapy pistoletu parabellum mieliśmy autentyczną 

TT   z   niemal   pełnym   magazynkiem,   wiedzieliśmy   już,   że   rozbroiliśmy   patrol   patriotycznej 

organizacji „CZAKO”. 

W   blasku   kiepskiej   piętnastowatowej   żarówki,   siedząc   w   otwartych   drzwiach   fiata, 

czytałem przedśmiertny list, a raczej listy mego zamordowanego siostrzeńca...

Drugi członek „patrolu” zbiegł przez wybite okienko garażu - był zresztą „bez broni” - 

usprawiedliwiał go pojmany dowódca, który na akcję zorganizował owo parabellum z rekwizytorni 

teatralnej.   Bo   od   początku   między   nami   a   pojmanym   wytworzył   się   stosunek   dziwacznej 

zależności. Oto „jeńcem” był syn mego przyjaciela i co gorsza, syn kochanki mojego sojusznika. 

Siekierki. Doprawdy dwu-, a właściwie wieloznaczne zależności. Przestałem o nich myśleć kiedy... 

Boże, jak człowiek, który nigdy nie konstruował żadnych teatralnych fabuł, a na nich się 

wychował, ma teraz sprostać zadaniu, aby bezbłędnie streścić życie tak zagmatwane wokół śmierci 

tego biednego chłopca. 

Ten   list.   Ile   czasu   minęło,   nim   zacząłem   rozumieć.   „Wolę   zabić   siebie”,   l   pożegnanie 

przyjaciela - dowódcy. Ten tam gówniarz z rozbitym nosem, pociągający co chwilę krwawego gila, 

opluwający podłogę garażu. To jest „dowódca”. A potem ta instrukcja, gdzie będzie schowana broń; 

I już razem z tym gnojkiem szukamy. On jest na tyle bezczelny, że „nie wie”, gdzie jest skrytka. 

Aha, jeszcze na początek wyjaśnienie. Patrol „CZAKO” przybył po broń. W związku z tym, że 

„poległ ich człowiek” i przekazał w liście pośmiertnym wiadomość: broń w skrytce. Złapaliśmy 

ich, zanim się do skrytki dobrali, teraz wystarczyło, że Siekierka wyłamał gówniarzowi rękę, a 

zaraz sobie przypomniał. Po prostu w skrzynce z narzędziami samochodowymi, wśród swojskich 

kluczy - pistolet TT. Więc na razie wiemy tyle. Po co przybyli i kto. Teraz, jak umarł Kuba. 

Ta wydobywana z gówniarza partiami po kawałku opowieść... Ta jego drżąca ręka, którą raz 

po raz odgarniał włosy z czoła. W mdłym świetle piwnicznej żarówki wydawało mi się, że widzę 

na palcach ślad „nikotyny” zrobiony jodyną, charakteryzacja na nałóg ludzi dorosłych... 

W połowie nocy Siekierka poszedł na górę zrobić herbatę. Baliśmy się brać gówniarza, że 

może się Basia obudzić, zresztą pewnie nie śpi... Więc w garażu przy świetle tej piętnastowatowej 

background image

żarówki.   Ja   siedzę   bokiem   na   przednim   siedzeniu   fiata.   Siekierka   na   tylnym,   nogi   mamy   na 

betonowej podłodze. Andrzej stoi przed ścianą... Ta historia, która by mogła pobudzić do śmiechu, 

gdyby nie ten świeży trup jeszcze nie napoczęty przez cmentarne robactwo, gdyby nie Basia... 

Więc „ruch oporu” w szkole tych chłopców. Jeszcze jest Kuba. Kuba z kompleksem ojca. 

Kuba nadgorliwy. To on protestuje, gdy powstająca organizacja, złożona na początku z trzech 

chłopców, postanowiła porwać samolot. Z początku nie jest jasne: do Austrii czy do Australii. To 

Kuba ich wyśmiewa tłumacząc, że do Australii samolot krajowych linii nie doleci, „bo za daleko” i 

deklaruje, że on i tak nie zdecyduje się na porwanie, bo obowiązkiem Polaka jest walka w kraju. 

Więc   nie   ma   porwania,   ale   jest   już   broń.   Pierwsza   „rozbrajanka”   przy   pomocy   atrapy 

wykradzionego z rekwizytorni teatru parabellum. I jest już „prawdziwy” pistolet. Ta nieszczęsna 

„tetenka”.   Jest   sześć   naboi.   Siódmy   przepadł   w   pierwszym   „zamachu”.   Szósty   ze   spłonką 

skancerowaną   uderzeniem   niesprawnej   iglicy,   ten,   który   wypadł   z   lufy,   gdy   zarepetowałem 

odnalezioną broń - to nabój przeznaczony dla Kuby... 

Zaraz. Ale teraz muszę wszystko zapisać po kolei. Więc organizacja się rozrasta. Już jest 

sześciu. Bo taki czas, że wszyscy w szkole są przeciw. Nawet w powszechniaku. Synek znajomej 

„ojca” - (Witka Sanojcy) - kierowniczki szkoły, też rysuje plakaty choć dopiero w piątej klasie... 

Więc sześciu w „CZAKO”. Nazwa, żeby upamiętnić pierwsze zebrania i czytanie broszur KPN o 

Piłsudskim w gabinecie Witka Sanojcy, gdzie na biurku symbolicznie królowało beliniackie czako 

dziadka Andrzeja. Andrzej jest dowódcą, ale pojawia się ktoś ważniejszy. „Organizator”. „Czynnik 

polityczny”. W skrócie „Student”. Twierdzi, że organizacji są dziesiątki. On „koordynuje”. Plan 

działania: zrobić coś głośnego, coś co „zmobilizuje”, „poruszy Zachód”. Więc zamach. Ale na co, 

czy na kogo? Jakiś idiota proponuje zastrzelić wartownika przy Grobie Nieznanego Żołnierza. 

Student tłumaczy. Że to prochy żołnierza z wojny bolszewickiej. Więc święte. Sam rząd nie wie, 

kto tam leży i dlatego toleruje. Pomysł głupi, ale „kierunek myślenia prawidłowy”. Jeśli tak, to 

wartownik... ale na przykład w bramie Belwederu. To już jest coś, taka propozycja. „Student” 

akceptuje. Teraz tylko kto wykona? Bo „akcja” bardzo niebezpieczna. Zawsze ich stoi dwóch. Na 

pewno   nie   będą   przygotowani,   nim   ten   drugi   odepnie   kaburę,   pierwszy   już   leży,   byle   nie 

spanikować, położyć drugiego i dopiero uciekać... Ale kto? „Wszyscy”. Ale kto konkretnie. Tu już 

jest gorzej. Wtenczas Andrzej jako „dowódca” kładzie swe życie na ołtarzu ojczyzny. Ile masz lat? 

Skończone osiemnaście! Lepiej, żeby był niepełnoletni... 

W tym momencie Siekierka otwiera usta - już wiem: będzie opowieść o milicjancie, co 

background image

przyszedł po starsze go brata i Zenek wziął na swoje trzynastoletnie barki zbrodnię zabójstwa... 

Kopię go w kostkę aż syknął i słuchamy dalej. 

Kuba się zgłosił - niepełnoletni. Ale honor dowódcy nie pozwolił spasować. Więc losowali. 

I pechowo Andrzej wyciągnął los. 

Był zasmarkany, płakał, co chwilę wycierał rozkwaszony nos rozmazując sobie krew po 

policzkach. I mówił prawdę. Dlaczego? Pewnie tak się spowiadają ludzie wierzący. Ale dlaczego 

nam? Chyba złamała go śmierć przyjaciela, ta wpadka z nami, a może to, że byłem przyjacielem 

jego   ojca   i   krewnym   jego   zabitego   przyjaciela.   Mówił.   Mówił   o   tym,   jak   się   złamał   po   tym 

losowaniu.   Nie   wiedział,   jak   się   ratować.   I   „uratował”   go   horoskop.   Tak,   horoskop.   Jakieś 

młodzieżowe   pisemko   drukowało   te   idiotyzmy.   No   i  Andrzej   zemocjonowany,   przestraszony 

zagląda do horoskopu. „Jestem spod znaku Byka. A tam pisze na najbliższy tydzień: Nie porywaj 

się z motyką na Słońce. Zostaw tę sprawę innym. Zostaw na boku-ambicję. Jeśli będziesz się 

upierał, dasz twym wrogom broń do ręki...” 

Przestraszył się. Mówi teraz szczerym głosem, przerywanym i głupi, nieszczęśliwy jak cała 

Polska. Przestraszył się. Bo to przecież jak dla niego pisane. Że ten drugi zdąży odpiąć kaburę... 

„wrogowi broń do ręki”... 

I wówczas przypomniał sobie, kiedy się urodził Kuba. Okazało się, że jest spod znaku 

Wodnika. No i ten tydzień u Wodnika wyglądał tak: „Kuj żelazo póki gorące. Okres dobrej passy 

we wszystkich dziedzinach. Jeśli skupisz się na najważniejszej sprawie, wyjdziesz z każdej próby 

zwycięsko...” 

- Ja nic nie odwoływałem, nie zmieniałem wcale decyzji. Tylko przeczytałem te horoskopy 

Kubie... 

Nad moją głową sypialnia Basi. Na pewno nie śpi, leży z otwartymi oczami, patrzy w 

ciemność, z której już nigdy nie wyjrzy .jasna głowa jej syna. „Kubełek” nazywała go żartem. A ja 

wiem, co się z Kubą działo. Ujrzał tchórzostwo i małość swojego „dowódcy”. Jeszcze jeden po 

ojcu „szef godny pogardy. Być gdzie indziej, przekreślić przeklęte dziedzictwo podlegania ludziom 

słabym, kiepskim, takim, którzy już raz, jak jego ojciec, zgubili Polskę... 

I mówi, że przecież się już zadeklarował i że, owszem, wierzy w horoskop, a ponadto on 

jest przecież niepełnoletni... Andrzej się godzi. Oddaje pistolet... 

A potem jest ta relacja mojego Kuby.  Trudno mi  sobie  wyobrazić noc  chłopaka,  który 

zadeklarował, że w imię ojczyzny zabije młodego oficera pełniącego wartę... Nie, dwóch, dwóch 

background image

ludzi... A przecież była ta noc. Spałem obok w sąsiednim pokoju. Jak długo zbierają się tak straszne 

jady w człowieku? W dziecku. „Niepełnoletni”. A chce zabijać. Zabija przecież. W intencji, w 

działaniu  zabija. Jest mordercą,  choć pocisk nie opuszcza  lufy.  Iglica  nie zbija. Relacja Kuby 

uznana zostaje za kłamliwy wykręt. Bo nie ma w lufie ani w magazynku pocisku, którego spłonka 

znaczyłaby  ślad   niewypału.  Ten   nabój,   który  podnoszę   pod   oczy  ze   skancerowaną   spłonką   to 

„drugi”, ten który Kuba wymierzył sobie w skroń w samobójczym „wyroku”. 

Trzeba sobie wyobrazić najpierw tę scenę. Groteskową, aż nieprawdopodobną. Bo idzie 

Belwederską w stronę bramy i tak, jak to ustalili, nie podchodząc bliżej i niż na dziesięć kroków, 

aby „ten drugi” nie miał czasu na niego się rzucić, wyciąga pistolet i naciska spust. Nie ma huku, 

nie ma wystrzału. Jeden z młodych oficerów spostrzegł, co się dzieje, ale nie sięga do kabury, nie 

rzuca się w jego stronę, nie rzuca się do ucieczki. Mówi półgłosem: „Zostaw to w domu gówniarzu 

albo zanieś na milicję. Nie wolno się tak bawić straszakiem”.

l Kuba rzuca się do ucieczki. Mogę sobie wyobrazić to poczucie ulgi. Świadomość, że los 

zdjął z niego piętno zbrodniarza, biegnie nieprzytomny, spostrzega, że ma w ręku pistolet, ogląda 

się, repetuje automatycznie, niewypał wypada na trotuar, on biegnie chowając naładowany pistolet 

za pasek od spodni... 

A   potem   oni.   „CZAKO”.   Nieufni,   nie   wierzący   sędziowie   tchórza.   „To   pokaż   ten 

niewypał”. Nie ma dowodu prawdy, nie ma. Hańba jest, pozostaje, pali... 

A przecież był w lufie. Mam go w ręku, pistoletowy nabój kaliber dziewięć milimetrów z 

zarysowaną   spłonką.   To   „ten   drugi”.   Ten,   który   miał   rozwalić   młodą   głupią   głowę   mojego 

siostrzeńca. 

Nie wierzą. „CZAKO” nie wierzy. Będzie wykluczony z organizacji. Ale przecież zna jej 

tajemnice! Andrzej proponuje, że wystarają się o inne naboje, a może uda się znaleźć rusznikarza, 

który sprawdzi iglicę... I wtenczas „damy Kubie szansę”. Bo organizacja musi działać. Właśnie w 

tych dniach ulicami Warszawy przeciągnął pochód czołgów i transporterów. W otwartych lukach 

pancernych   wozów  stoją  celowniczowie,   taśmy  naboi   spływają   aż   na  pancerz...   Podobno  ktoś 

gdzieś   „zamachnął   się”   na   jakiś   pomnik.  Tak.   „CZAKO”   musi   dać   odpowiedź   właśnie   teraz. 

Natychmiast. 

Więc jeśli rusznikarz sprawdzi, że iglica naprawdę nawala i ją naprawi „damy ci, Kuba, 

jeszcze raz szansę”... A on nagle mówi słowa z pozoru bez sensu. „To ja wolę zabić siebie”. Ten 

„zamach” zabrał wszystkie jego siły, całą krew. Nienawiść nie ma już siły zmusić go, by zadał 

background image

śmierć powtórnie. Powtórnie, bo on przecież zabił. Wymierzył, nacisnął spust, widział oczy tego 

człowieka, słyszy jego napominający bez gniewu głos... Już go po raz drugi nie zabije... 

A „Student” mówi, że tchórzostwo to dezercja w obliczu nieprzyjaciela. Za takie rzeczy 

kula w łeb. 

Jestem w garażu Laniewicza. Na siedzeniu fiata, który w ramach podziału majątkowego 

dostał się mojej siostrze. Podobno Kuba powiedział, że na kurs prawa jazdy zapisze się, gdy kupi 

sobie samochód. Przede mną syn mojego przyjaciela, faktyczny zabójca mego siostrzeńca, obok 

mnie   Siekierka,   mój   kompan   z   celi,   kochanek   jego   matki...   Życie   reżyseruje   sytuacje,   które 

przyśnić   się   mogą   tylko   grafomanom   i   egzaltowanym   czytelnikom   kryminałów.   Nade   mną 

oddzielona sufitem oddycha moja siostrzyczka, do której na razie świat nie ma dostępu i muszę 

dbać, by nie miał nadal. 

- Ciszej - upominam Andrzeja, gdy podniecony, nieszczęśliwy mówi głośno, powtarza te 

swoje przeklęte głupie słowa: 

- Człowiek honoru, członek „CZAKO”, wie, co ma zrobić... 

Chodzi o to, że taki „człowiek” albo ma wykonać wyrok, którego się podjął, albo... 

.... Był film w telewizji - mamrocze teraz Andrzej - z konspiracji, o takim pułkowniku co 

zdradził. I razem z wyrokiem ludzie organizacji przynieśli mu pistolet. I sam na sobie wykonał. 

Myśmy dyskutowali o tym filmie. Więc Kuba wiedział... 

Siekierka  siedzi  cicho,  jakby  nie  oddychał,  spluwa  cichutko  między rozstawione  stopy, 

zaciera plwocinę podeszwą... Ubrał się, gdy poszedł zaparzyć herbatę. Mamy czas. Będziemy tak 

siedzieć aż minie milicyjna godzina... A wtedy... Co wtedy? 

- Co powiedziałeś ojcu? Uprzedziłeś go, że nie wrócisz na noc? Gdzie mieliście nocować? 

Okazało się, że ten drugi rycerz „CZAKO”, który zdołał zwiać przez okienko, mieszka tu 

niedaleko. Zaszliby ogrodami... A ojca uprzedził. Zostawił kartkę, że nocuje u kolegi. 

Bo życie toczy się dalej. Kuba leży w piachu, a ojciec Andrzeja niepokoi się o syna. Andrzej 

stoi ciągle pod ścianą. 

Raz i drugi czytam ten list małego do swoich kolegów z „organizacji”. „Goebbels własnej 

śmierci” - myślę i przebiegam słowa o życiu złożonym na ołtarzu organizacyjnej dyscypliny. Lęk 

przed straszną głupotą tego wieku i szacunek, szacunek dla odwagi. Miał charakter. 

Andrzej „zeznaje”. On po prostu przeżywa to, co się stało. Może w ten sposób chce coś raz 

jeszcze przemyśleć. I słucham o tym jak „Student” chciał połączyć „CZAKO” z inną organizacją. 

background image

„FEST”. 

- Co to jest? Ten skrót? 

- Faszystowska Elita Szerzenia Terroru. Ale oni nic nie zrobili... 

- A wyście zrobili? Zabiliście Kubę. A może jeszcze- i czuję jak nagle narasta we mnie fala 

agresji, podnoszę się z siedzenia, ale za chwilę muszę łapać za ręce Siekierkę. On też chce bić. 

Wyczuwa mnie? A może coś innego? On się jakoś przywiązał do Basi. Broni jej syna. Chce bronić 

jej martwego syna. Siadamy z powrotem na miękkich siedzeniach samochodu. 

- No i co z tym zjednoczeniem? - pytam spokojnie. 

-   Sprzeciwiłem  się   -  mówi   wódz   „CZAKO”.   - To   znaczy  powiedziałem,   że   może   być 

porozumienie operacyjne na jakąś akcję... 

- Ja chcę się spotkać z tym twoim „Studentem” mówię nagle i milknę jakby zaskoczony 

tym,   co   powiedziałem.   Co   ja   od  niego   mogę   chcieć.   Co   mnie   to   wszystko,   do   kurwy  nędzy, 

obchodzi? Mam bronić tego państwa, co mnie trzyma za kratami? Ja i Siekierka! 

Andrzej obłudnie bąka, że właściwie nie ma kontaktu, że tamten tylko, ale przekaże, o ile 

będzie miał okazję... I pyta mnie, co będzie z pistoletem. I wówczas ja nie wytrzymuję - chłopak 

dostaje w pysk, aż tyłem głowy wali o ścianę. 

- Będzie miał guza jak telefoniczny aparat - mówi Siekierka podnosząc go chwytem za 

kurtkę na piersiach. 

Pistolet. Broń. Tragedia ojców przerobiona w tragifarsę przez ich dzieci. A swoją drogą, co 

zrobimy z tym pistoletem? 

- Szczeniak nie zakapuje, bo by sam leżał - filozofuje Siekierka, siedząc na łóżku. Andrzej 

już   poszedł.   Oznajmiłem   mu,   że   ma   być   w   szkole,   a   potem   w   domu.   „Będę   u   ojca   przed 

wieczorem”. A naprawdę to myślę o innej wizycie. W pewnej chwili pod koniec przesłuchania za 

pytałem go, czy on sam będzie zbawiał ojczyznę, czy ten jego nie znany nikomu „Student” nie 

wiadomo   jakiej   uczelni   i   jakiego   wydziału   -   „może   stomatolog”?   Czy  może   oni   są   zbrojnym 

ramieniem jakichś sił politycznych. Usłyszałem wówczas, że „są w naszym społeczeństwie wielkie 

autorytety”. Na żądanie by je wymienił, usłyszałem: „na przykład pan Zajączkowski”. 

Tak! Dojrzała we mnie decyzja. Pogadam z moim Zającem. 

- Słuchaj! - przypomniałem sobie. - Gdzie podziałeś ten pistolet. Właściwie dwa pistolety? - 

zwróciłem się do Siekierki. 

- Nie bój się. Nawet diabeł ich nie znajdzie - usłyszałem niepokojącą odpowiedz. 

background image

Coś się stało. Pękł we mnie jakiś trybik. Nagle nie mogłem spać. Nie mówię o tej nocy - 

następną też spędziłem bez snu. A przecież cały dzień siedziałem jak sparaliżowany. Wiedziałem, 

że muszę być u Witka, a cały dzień spędziłem nie wychodząc. Parę razy podnosiłem słuchawkę 

telefonu, ale ciepły kobiecy głos „rozmowa kontrolowana - rozmowa kontrolowana” paraliżował 

mój odruch, choć nie wierzyłem w żadne „kontrolowanie” setek tysięcy telefonów. Zostałem w 

domu. Ale wyłoniła się sprawa z Siekierką. Wybierał się na miasto. Bałem się o tę broń, ale uparł 

się i nie oddał. Tyle że przysięgał się na wszystko co święte, że nie nosi przy sobie. Ale problem 

był  jeszcze  inny.   Ela  Audi.  Nie  wiedziałem,  gdzie  ta   para  się   spotyka.   Podejrzewałem,   że  po 

zerwaniu z Królem Szczypiorku dzieje się to w jej mieszkaniu, w mieszkaniu Witka, w porze, gdy 

on jest w teatrze. Tym bardziej bałem się, że sprawa najpierw dotrze do Eli i nie wiadomo, co ta  

idiotka zrobi. A rozmawiać z Witkiem nie miałem siły. Chwilami dochodziłem do wniosku, że 

złapałem jakąś bezgorączkową grypę, tak byłem bezsilny. A serce nic - serce w porządku. Kończyło 

się na tym, że przestałem się upominać o pistolet pod warunkiem, że Ela o niczym się nie dowie. 

Siekierka długo okupował łazienkę - trzeba przyznać, że to Ela tak szybko wyrobiła w nim ten 

odruch - pogwizdywał i coś do siebie gadał, był w cudownym humorze. Przekazywał mi ze swej 

strony,   żeby „Basi  ani   słowa”,   i  poszedł,   zostawiając  mnie  z  tym   wyłamanym  trybikiem.   Nie 

miałem siły - psychicznej siły, chęci - żeby zaparzyć sobie herbatę. Wynikło z tego coś dobrego - 

Basia spostrzegła, że jestem nieswój i po raz pierwszy od pogrzebu wyszła na trochę ze swego 

odrętwienia. Dostałem herbatę, raz jeszcze zmierzyłem gorączkę, położono mnie z powrotem do 

łóżka. 

Teresa   nie   wytrzymała.   Następnego   ranka,   gdy   sterczałem   bezmyślnie   przy   oknie, 

spostrzegłem   nadjeżdżającą   ładę.   Tak,   to   dyrektorski   samochód   mojej   kochanki.   Zaparkowała 

starannie przy krawężniku, wysiadła i wiedziona babskim instynktem od razu spojrzała w okno. 

Machnęła mi rączką.. Właśnie „rączką” - tak pomyślałem. Nie wiedziałem, dlaczego byłem jakiś 

zjeżony, niechętny, ale wyjścia nie było - widziała mnie. Zaszedłem do Basi powiedzieć, że „mam 

gościa”. Wiedziała, co to znaczy i dziś było mi jakoś szczególnie głupio. Wyszedłem do ogrodu, 

aby otworzyć furtkę. Od czasu śmierci Kuby furtka była cały dzień zamknięta na klucz. Teresa 

zaróżowiona od mrozu wyglądała w swoim lekkim futerku bardzo ładnie, ale mnie nie przeszło. 

Zresztą od razu okazało się, że ona „właściwie nie ma czasu”. 

background image

- Nie będę się rozbierać - powiedziała rozpinając futro i siadając na fotelu. 

- Znam swoje obowiązki, to ja cię rozbiorę - powiedziałem, choć na nic nie miałem ochoty. 

W pokoju było zimno. 

Roześmiała   się   tym   śmieszkiem   gdzieś   spomiędzy   nóg,   jakim   kobiety   z   towarzystwa 

reagują na taki dowcip niczym wiejskie dziewuchy na męską rękę... 

- Właściwie chcę się tylko umówić. Teraz nie mogę, za pół godziny mam próbę... 

A ja, chociaż przedtem ani mi było to w głowie, teraz się wściekłem. 

- Pewnie, próba ważniejsza. W dodatku gdy grasz matkę młodego boliwijskiego górnika... 

Popatrzyła na mnie uważnie. Znalem sztukę, była to jedyna poważna rola kobieca, ale ona 

odebrała dwuznaczny sens owej „matki”. 

- Uważasz, że to błąd w obsadzie? - zapytała. 

Być może dawała mi szansę odpowiedzi, że jest na to za młoda, ale ja w ogóle byłem 

rozdrażniony i myślałem „nie na temat”. 

- Uważam, że to błąd w repertuarze - powiedziałem - polityczne gesty twego małżonka. 

I nagle zrozumiałem, że odrzuca mnie od niej ten „małżonek”. Zawsze lubiłem dwuznaczne 

sytuacje w erotyce, a w każdym razie nigdy mi nie przeszkadzały, więc czemu nagle teraz... 

Całkiem niespodziewanie zaczęła się kłótnia. No, może nie kłótnia, bo to ja bluzgałem, 

jakby mnie coś opętało. O całym ich aktorskim kretyńskim froncie odnowy opartym na paczkach i 

przesyłkach   fundowanych   z   zagranicy,   o   mężowskich   reżyserskich   wygłupach   z   siedmioma 

górnikami zalanymi czerwonym sprayem jako aluzji to tego, co się stało w kopalni „Wujek”... 

Coś mnie nosiło z kąta w kąt pokoju... Aż nagle umilkłem i w tej ciszy usłyszałem - nie do 

wiary - chlipnięcie... Bezbronne, nieszczęśliwe zachłyśnięcie się zrozpaczonej kobiety. Spojrzałem. 

Teresa siedziała w fotelu, zasłoniła oczy ręką. 

- Co się mazgaisz - powiedziałem łagodnie i przysunąłem się bliżej. Położyłem rękę na jej 

włosach. Ona złapała ją rozpaczliwie, przytuliła do policzka: już mnie nie kochasz... - doszły mnie 

niewyraźne, zjedzone przez spazm szlochu stówa. Zachowałem się jak glupiec. Zdjąłem z niej 

futro... No i co tu się dużo rozpisywać. Nie stanął mi... Kutas okazał się bardziej ideowy niż jego 

nosiciel. 

Po południu, około czwartej, zadzwoniłem do mieszkania Wrzoskiewiczów. To dziwne, ale 

naprawdę   ani   przez   moment   nie   myślałem   o   Malali.   Tylko   o   tym   jak   ją   uspokoić,   żeby   mi 

background image

pozwoliła   zobaczyć   się   z   Zajączkowskim.   Zresztą   mój   plan   był   bardzo   prosty:   przychodziłem 

ostrzec go, że adres jego jest władzom znany... 

Przez   dłuższy   czas   panowała   cisza.   Stałem   przed   drzwiami   na   pięknej,   marmurami 

wykładanej klatce schodowej starej przedwojennej kamienicy, oglądałem miedzianą tablicę „M. i 

K. Wrzoskiewiczowie” i już myślałem, że nic z tego nie będzie, gdy usłyszałem lekkie kroki. 

- Kto tam? - spytała. 

-   Pani   Malalu,   to   ja,   Julek   Petryk...   -   odpowiedziałem   głosem   przyciszonym,   tworząc 

własny, jak sądziłem, klimat konspiracji... W końcu ona sama powiedziała mi o Zajączkowskim, 

jeszcze zanim spotkałem mojego śledczego... 

Uchyliła   drzwi.   W   luźnym   swetrze,   nieco   spłoszona,   bez   wyzywającego   makijażu 

wyglądała inaczej... 

Nieco na chama wcisnąłem się do środka. 

- Pani Malalu, proszę wybaczyć, ale przychodzę z bardzo ważną wiadomością do Henia... 

Poufałość,   z   jaką   odezwałem   się   o   Zajączkowskim,   chowanym   tu   w   nimbie   wielkiego 

narodowego autorytetu, jak mówił schwytany gówniarz, sprawiła na niej wrażenie... 

- Właściwie, wie pan, nigdy dotychczas - coś bąkała, ale ujęta przeze mnie pod ramię 

prowadziła w głąb mieszkania. Znalazłem się w ogromnym holu i instynktownie sam skręciłem w 

stronę zamkniętych bocznych drzwi. Szeroko otwarte środkowe słusznie mnie nie zainteresowały. 

Zapukałem   krótko   i   nacisnąłem   klamkę.   Znalazłem   się   w   sporym   pokoju,   zasłonięte   story 

przepuszczały niewiele mizernego światła z ulicy, gdzie zimowy półmrok nadchodzącego wcześnie 

wieczoru rozpraszały od niedawna uliczne latarnie. 

-   Henryk,   to   ja,   Julek,   do   ciebie,   pilna   sprawa...   -   Była   cisza.   Słyszałem   tylko   szybki 

nerwowy oddech Malali tuż za sobą. 

- To ja, Julek Petryk - zawołałem głośniej. 

Wtedy uchyliły się jakieś drzwi i w progu łazienki stanął mój Zając. 

- Dzień dobry - powiedziałem dziarsko. 

Był wyraźnie spłoszony. 

-   Co   się   stało?   -   pytaniem   odpowiedział   na   moje   powitanie.   Spojrzałem   na   Malalę. 

Wyglądało na to, że aby „zarobić” na rozmowę, muszę mu z miejsca powiedzieć, że władze znają 

jego kryjówkę. Nie wiedziałem, czy mogę to zrobić przy niej, gotowa była wpaść w panikę, w 

końcu zupełnie nie znałem jej ani wzajemnego ich stosunku - tyle wiedziałem, że to Dyrektor 

background image

umieścił tutaj swego konspiracyjnego przyjaciela. Malała musiała już miewać takie sytuacje, bo 

zniknęła z pokoju bez słowa. 

- Pora na męską rozmowę - powiedziałem rozsiadając się w fotelu. 

- O co ci chodzi? 

- Nie wpadaj w panikę: dowiedziałem się, że władze znają twój adres... 

Przez twarz Zająca przebiegł jakiś grymas, przez który przebił się triumfalny półśmieszek. 

- ... Ktoś powiedział: „znamy jego adres, ale my go nie poszukujemy”. 

Zajączkowski   spurpurowiał.  W  pokoju   już   było   światło,   Malała   wychodząc   przekręciła 

kontakt Usiadł w fotelu. 

- To nieprawda - powiedział z całym przekonaniem. - Blefują, zresztą skąd wiesz? 

- Nie blefują, podali: mieszkanie aktora Wrzoskiewicza. A wiem stąd... Mniejsza z tym 

zresztą skąd. Powiem ci, jak nadejdzie pora. Po kolei. 

- Nie, powiedz teraz. Natychmiast. 

- Czego się tak denerwujesz na Boga? 

- Czy nie rozumiesz, że muszę być represjonowany. Tego wymaga mój polityczny autorytet. 

Nie myślałem, że oni zdobędą się na taką perfidię! 

- O mało nie zdobyli się na gorszą. Słyszałem, że chcieli cię internować z prominentami... 

Zajączkowski   znieruchomiał.   Widziałem,   jak   kurczowo   zacisnął   palce   na   poręczach 

drewnianego fotela. Przez chwilę siedzieliśmy milcząc. 

- Skąd masz te wiadomości? - spytał ochryple. 

- Spotkałem mojego śledczego. Oficera śledczego w mojej sprawie... On cię nawet zna, 

przesłuchiwał cię na jakąś okoliczność... 

- Przypadkiem? Spotkałeś go przypadkiem? 

- O tym przypadku właśnie chciałem z tobą porozmawiać. 

Spojrzał pytająco. Był nachmurzony i wściekły. Wyraźnie otrzymana ode mnie wiadomość 

wprawiła go w jakieś wewnętrzne drżenie. 

- Jak ty się właściwie czujesz? - zapytałem nagle. 

Spojrzał zdziwiony. 

- W porządku... Jestem zdrowy. 

- Nie o to pytałem. Jak się czujesz? Czy nie zauważyłeś żeś się wygłupił? 

Spojrzał na mnie z tak bezgranicznym zdumieniem, że dopiero teraz pojąłem na jakich 

background image

wyżynach odbierających możność samooceny przebywa mój eks-przyjaciel Zając. 

- O czym ty mówisz? 

- Ja teraz mam dużo czasu. Mało wychodzę z domu, prawie jak ty, pilnuję mojej siostry jak 

ciebie Malała, a dlaczego - o tym jeszcze będziemy mówić... Więc mam czas. I trochę czytam. To 

wszystko coście nawypisywali w minionym czasie... Nie masz mnie chyba za agenta reżimu, co... 

Chociaż, przyznaję, nasz system, jest lepszy dla ojcobójców niż naprawiaczy ojczyzny. Ja się nie 

muszę ukrywać, chociaż ty też nie, jak się okazało... 

W tym momencie czerwień ogarnęła płomieniem twarz i wysokie czoło mego łysiejącego 

rozmówcy... Tak, to było najboleśniejsze, Co mogło go spotkać: nie był poszukiwany... 

- Pociesz się, że byłeś chociaż śledzony, skoro wiedzą, gdzie się ukrywasz - powiedziałem z 

niewątpliwą kpiną. Ale on wziął to za dobrą monetę, wszystko, co go dotyczyło, będzie brał za 

dobrą monetę. 

- Boją się. Boją się mnie aresztować. Jestem człowiekiem, pisarzem, o międzynarodowej 

pozycji i renomie... 

- Tak, tak, oczywiście, ale daj mi skończyć, chodzi o to czyś zauważył, że się wygłupiłeś - 

byłem nieubłagany. 

- O czym ty mówisz?... 

Był wściekły, ale i zupełnie bezradny, nie mógł mnie wyrzucić z cudzego mieszkania, a 

poza tym wciąż nie wiedział, z czym przychodzę. Gdy dziś to piszę, wcale nie wykluczam, że sobie 

wymyślił, że to władze przy pomocy kryminalisty szukają z nim kontaktu. Bądź co bądź byliśmy 

kiedyś blisko... 

- A mówię o tym, że przeczytałem w piśmie, które redagowałeś, twój artykuł o czekającej 

nas   zimie.   Proponujesz   ewakuację   wielkich   miast   z   powodu   niemożności   ich   ogrzania   i 

oświetlenia, prorokujesz, że nie odzyskamy ich nawet za rok, bo mróz zniszczy całą infrastrukturę, 

wysadzi kaloryfery i przewody ogrzewcze... Prorokujesz coś w rodzaju zagłady atomowej, bez 

atomowej   bomby...   Miały   ją   przynieść   wyzwolone   siły   społeczne,   którym   przewodziłeś...   A 

tymczasem widzę, że chodzisz po mieszkaniu bez swetra i mróz ci nie dokucza... 

Zajączkowski wstał, odpiął mechanicznie guzik od koszuli... Nawet mnie to rozbawiło jako 

ilustracja moich słów. Krew uderzyła mu do głowy... 

- Ludzką krwią palą w piecach - wychrypiał histerycznie i opadł z powrotem na fotel. 

Nawet się o niego przestraszyłem. 

background image

- Ach, ty znowu o repertuarze teatru naszego Dyrektora. Nie przestałeś być kibicem sceny. 

Kopalnia „Wujek” i boliwijscy górnicy... 

Ale w tej chwili pojawiła się Malała. Przez otwarte szeroko drzwi widziałem stojącą na 

ziemi walizkę... 

- Wychodzę. Czy nic wam nie potrzeba... 

- Dziękuję. W razie czego sam zrobię herbatę... 

Zajączkowski prezentował, że nic się nie stało. Jestem jego gościem. 

- Wracam za godzinę... 

Zgrabna, drobna, odwinęła się za siebie, aż krótkie futerko odsłoniło wyżej jej wspaniałe 

nogi. Pochyliła się unosząc walizkę. Była ciężka. Coś mnie napadło. 

- Niechże się pani nie męczy. Dokąd to? 

- Tylko do samochodu. Dam sobie radę. 

- Wykluczone. 

Sam nie rozumiałem, chciałem na chwilę oderwać się od Zająca, czy dać mu odsapnąć? A 

może nie chciałem tracić kontaktu z Malała? Nagle Zając wydał mi się śmieszną pokraką, jakby jej 

wszechobecna fizyczność sprawiała, że wyparowuje z człowieka wszystko, „duch” zmienia się w 

twardniejącą fizyczność. 

Dość, że rzuciwszy za siebie - „Zaraz wracam” - ująłem walizę... 

W progu, zamykając drzwi, powiedziała mi „dziękuję” z uśmieszkiem, który wydał mi się 

wyzwaniem. Zresztą powiedziała to jedno banalne słowo tak umiejętnie, w chwili gdy już drzwi 

zostawiły   nas   bez   świadka,   że   ten   absolutny   banał,   słowo   na   ogół   niezauważalne   przez   swą 

wszechobecność w świecie z tej strony muru, stało się jakimś wyzwaniem. 

- Na dwudzieste piętro bez windy - powiedziałem schodząc w dół. 

- Co takiego? 

- Mogę zanieść na dwudzieste piętro bez windy, byle pani szła przodem. 

- Tak ciężko ubrana? - zaśmiała się przyzwalająco. 

Ale byliśmy na dole. 

- Niech pan ją postawi na kółkach - powiedziała coś niezrozumiałego. 

Pojąłem za chwilę, gdy wyjęła mi walizę z ręki i postawiła na sztorc - miała od spodu 

wmontowane   maleńkie   kółka.   Zobaczyłem,   jak   świat   się   zmienił.   Za   moich   czasów   tego   nie 

widziałem. 

background image

- Drugi dzikus - oznajmiła życzliwie. 

- Czemu drugi? 

- Jak pan Zajączkowski jechał do Moskwy, to musieliśmy mu walizę pożyczać. On nic nie 

ma. To doprawdy święty człowiek, ten pana przyjaciel. 

- To, że ktoś nie ma willi i złotego w niej sedesu, jeszcze nie znaczy, że jest w porządku - 

mruknąłem. 

Roześmiała się ubawiona. 

- Kiedy się zobaczymy? - zaryzykowałem. To byłoby wspaniałe. Dyrektor - Teresa - ta para 

załatwiona przez nas, co za zabawa. 

- Za godzinę wrócę... - nie była to odpowiedź, ale mogła być obietnicą odpowiedzi. 

Włożyłem   walizę   do   bagażnika.   Odsunęła   szybkę   i   pomachała   mi   ręką.   -   Kupiła   - 

pomyślałem. Ale już na schodach opuściło mnie chwilowe podniecenie. Czekał na mnie Zając. 

- No, odniosłem tę twoją walizę... 

- Dlaczego „moją”? 

- Podobno pielgrzymowałeś z nią do Moskwy. 

- Rzeczywiście, Dyrektor uznał, że nie mogę jechać z moją odrapaną tekturową... 

- I pożyczył ci nie swoją walizę. Bo Wrzoskiewicza. Niegłupio. Na pewno wiesz, że w 

czasie, gdy byłeś w Moskwie twoi idioci publicznie mówili, że pojechałeś na rozmowy w sprawie 

Rządu Tymczasowego. 

- Czy przyszedłeś powiedzieć mi coś więcej poza idiotyzmami na mój temat? 

- Będzie i coś więcej. A to nie są idiotyzmy. O tych twoich „rozmowach” słyszałem od 

twoich przyjaciół. Ja wiem, że tam nie chcieli z tobą rozmawiać nawet aktorzy, nawet cyrkowi 

klowni... 

- Byłem jako teatrolog, czy twoim zdaniem tego mi też nie wolno? 

-   To   jako   teatrolog   zaproponowałeś   w   artykule   do   jakiejś   francuskiej   gazety   zwołanie 

międzynarodowej   konferencji   w   sprawie   Polski?   (Wczoraj   w   Wolnej   Europie   wysłuchałem 

streszczenia tego dzieła myśli politycznej. Długo potem nie mogłem zasnąć, nałożyło mi się to 

wszystko do kupy, Kuba - Andrzej, nieszczęśni gówniarze z „CZAKO”, i Zając kreujący ład w 

Europie).   Naturalnie   nie   wyobrażasz   sobie,   żeby   mogła   się   odbyć   bez   twego   udziału.   Jako 

„autentycznego moralnego autorytetu”. Ale, Zając, nie zapomnij o papieżu. On też ma pewien 

autorytet... 

background image

- Czego się mnie czepiasz. Ja piszę. Rzeczywiście piszę. I publikuję tam, gdzie mogę. To 

jest moje niezbywalne prawo. 

- Oczywiście. Pisarz. Nawet ci powiem co - nowe rozdziały Dziejów Głupoty w Polsce. 

Ordon, kurwa mać! - syknąłem na zakończenie. 

Nie zrozumiał chyba, do czego piję. Patrzył na mnie nieruchomo. 

-   Chyba   pamiętasz   swoją   publikację   z   okazji   „Śmierci   porucznika”   Mrożka.   Gdy   to 

wyciągnąłeś  z   jakiegoś  pamiętnika   z   trzydziestego   pierwszego   roku,  że   Ordon  bynajmniej   nie 

wysadził reduty, według jego słów wyleciała na skutek niezdolności Nakruta, który wszedł do 

prochowni z zapalonym lontem. Racja, ty Zając, chociaż ocalałeś, jesteś nie Ordon tylko Nakrut. 

Kładłeś zapalony lont...

- Sam nie wierzysz w te głupstwa - wycedził wyniośle. 

- Nie wyrobiłem się nerwowo. Zacząłem wrzeszczeć. Było o tym, byłem świadkiem, jak w 

trakcie zamieszek w sześćdziesiątym ósmym roku on, Zając, osobiście od kurew zwymyślał kogoś 

z   dzisiejszych   wodzów   odnowy   w   momencie,   gdy   ten   wpadł   zadyszany   z   entuzjastycznym 

okrzykiem: Jest trup! - kolportując fałszywą wiadomość o ofierze wśród manifestantów. 

- A dziś co robisz? I jest trup. Mamy trupa! - krzyczałem i bełkotliwie powtarzając jedno, 

opuszczałem drugie, jąłem opowiadać o śmierci Kuby. 

Słuchał mnie wyciszony,  aż  wyczerpałem się tym wrzaskiem, zakorkowałem krzykiem, 

poczułem ból w okolicy mostka i wyczerpany zamilkłem. Wówczas powiedział. 

- No, cóż, wyrosło pokolenie głodne czynu... 

Milczałem przez chwilę. Potem, czując jeszcze pulsowanie serca w gardle, powiedziałem 

cicho. 

- Ja to „CZAKO” i twoją pisaninę do jednego kładę wora. Nie robisz nic, tylko hecujesz 

nienawiść... 

- Trzeba nienawiść zrozumieć. Nawet gdy jest bezrozumna w działaniu takich dzieci... 

Ten gładki głos. Pomyślałem, że on też jest świeckiego obrzędu księdzem, który łamie 

wszystkie przykazania swego rozumu, jak tamten katabas na cmentarzu, który złamał dogmat o 

samobójstwie uznając w imię „Sprawy” samobójcę za „poległego”. 

- Oszuści! - wystękałem. 

Nagle   Zając   się   przestraszył.   Teraz   dopiero.   Nie   moich   argumentów   ani   mojej   pasji   - 

wystraszył się, że mnie tutaj w jego „kryjówce” trafi szlag. Przyniósł mi wody, położył na kanapce. 

background image

Coś tam bełkotał, że on sam nie uważa się za monopolistę racji, że w „pewnych aspektach” to ja 

właściwie jestem „może bliższy prawdy”. Po prostu mnie usypiał. I była taka chwila, że poczułem 

niemal wdzięczność do Zająca, że jest- Że nie jestem sam, z tym paraliżującym strachem, którym 

niczym maczugą zdzieliło mnie moje własne serce...

Nie   wiem,   ile   minęło   czasu,   leżałem   apatycznie   na   tapczanie,   gdy  usłyszałem,   że   ktoś 

otwiera drzwi. Malała, na pewno ona, już słyszałem stuk obcasów... Zerwałem się z tapczanu: nie 

mogła mnie oglądać powalonego przez Zająca. Co to to nie... 

- Panowie, ten kraj musi zginąć... - oznajmiła z impetem, rozpędzona, zdejmując z siebie tu, 

w pokoju, króciutkie futerko z lisów. 

I zaczęła opowieść o swojej dwugodzinnej „gehennie z rolką klozetowego papieru” - tak się 

wyraziła.   Od   razu   zapomniałem   o   moim   sercu.   Byłem   młody.   (Przecież   nie   mam   nawet 

czterdziestki! - przynajmniej tak się czuję). 

Opowieść   była   humorystyczna,   dobrze   puentowana.   Pomyślałem   sobie,   że   to   lepszy 

kawałek do kabaretu niż wszystko co dla niej  tekściarze napisali. Chodziło o to, że skuszona 

rewelacyjną informacją prasową, że za dwadzieścia kilogramów makulatury uzyskać można jedną 

rolkę higienicznego papieru, udała się pod wskazany adres. (Była i podzięka pod moim adresem, 

„dźwigałem wraz z nią ten ciężar”). Tu okazało się, że z kwitkiem opiewającym na czternaście 

złotych ma dokonać wpłaty tej sumy na specjalne konto w NBP, a następnie z dowodem wpłaty 

zgłosić się z powrotem do sklepiku, gdzie zdała makulaturę. „A w banku pięćset osób” zakończyła 

opowieść. Pięćset  osób! Niemal  batalion piechoty bronił  dostępu Zająca  do rolki  klozetowego 

papieru. 

- Ten kraj zginie! - powtórzyła konkluzję Malała. 

Musiałem już iść. Musiałem stąd wyjść, zostawić mego sparszywiałego Zająca... Szkoda. 

Wcale mi się nie chciało. Wszystko było teraz prześwietlone zabawnym migocącym pulsowaniem, 

które niosło się od Malali. 

-   Zadzwonię   jutro-   -   szepnąłem   całując   ją   w   rękę.   Potem   odwróciłem   się   wziąłem   w 

ramiona mego eksprzyjaciela i udając, że całuję go bratersko w policzek, szepnąłem: „wolałbym 

bosą nogą psa w huja kopnąć niż podać ci rękę...” 

Nie wiedział, biedak, że to cytat z mego obecnego przyjaciela, Zenka Siekierki. No cóż, 

ludzie się zmieniają.

background image

„Wrócimy?” - ciche pytanie od strony tapczanu Siekierki i jakby w pokoju wybuchł granat, 

siadam na łóżku. Ile razy to patrząc na datę wydrukowaną przy tytule gazety, to przy lada głupim 

pytaniu „która godzina” nadchodziła ta nachalna myśl, że „pobyt” się skończy, że trzeba będzie 

wrócić. Zawsze z żelazną dyscypliną odrzucałem wszelkie skojarzenia, terminy, obliczenia... W 

celi krótkoterminowi liczą dni, tacy jak ja miesiące, tutaj narzuciłem sobie „tabu”; ani chwili nie 

myśleć o powrocie za mur. Ale Siekierka jednym słowem rozwalił mój wewnętrzny układ z samym 

sobą.

Jest noc. Zaciągnięte story oddzielają nas od mdłego światła latarni. Chyba wyczuł moją 

reakcję, usłyszał, że się poderwałem, czeka na odpowiedź w czujnym milczeniu. Ja cicho kładę się 

z powrotem. 

- Wrócisz? - ponawia pytanie ktoś „spod celi”. 

- A co, spieszy ci się? - bronię się głupim pytaniem przed odpowiedzią. 

- Mamy broń! - mówi cicho Siekierka. 

I uprzytamniam sobie, że minęło parę dni, a ja jeszcze nie byłem u Witka, wciąż trzymam w 

tapczanie tę teatralną atrapę parabelki. Dlaczego? Może wyjaśnił mi swoim pytaniem Siekierka. 

„Mamy broń”. 

- Jedna sztuczna, druga uszkodzona... 

- Naprawi się. Skąd wiesz, czy już się nie naprawiła... 

- O czym ty mówisz? 

- Jasne. Czy wracasz pod klucz? Pytam. 

-  Urlop  to   urlop  -  mówię   i  sam  słyszę,  że   mówię  niezdecydowanie,  że   chcę  od  niego 

usłyszeć, że to nieprawda, że jest wyjście. 

- Można by samolotem - głos Siekierki coraz cichszy. Słyszę jak siada na łóżku. - Porwać. 

Żadna sztuka. Słyszałeś wczoraj, bez broni... I baby też. To co, my sobie nie poradzimy... 

- I co? Będziesz gówna po Niemcach wynosił? - bronię się bez przekonania, jakbym już 

miał wykupiony bilet na linię krajową. Może do Wrocławia. Tam jest nasze więzienie. Przelecimy 

nad podwórzem. 

- Jakie gówna. Polecimy z zielonymi w kieszeni. Wszystko obmyśliłem... 

I słyszę, jak włamujemy się nocą do domu Króla Szczypiorku. „Wiem od Eli, gdzie trzyma. 

Kochany. Kupa śmiechu...” 

- Przecież nas zna. 

background image

- Tym lepiej. Sam otworzy. 

- Pozna. 

- Nie szkodzi... Nie zabijemy... - uspokaja mnie jak tchórzliwego wspólnika. - Zwiąże się i 

położy w piwnicy. A my już bilety wykupione... 

- Jak, idioto, przeniesiesz pistolet przez kontrolę. Wykryją ci nawet żyletkę, a ten z tetenką... 

- broniły mnie obiektywne trudności. 

- To, kurwa, na piechotę przez Czechy. 

- I dokąd? 

- Do Austrii. 

- Gdzie jak złapią bandziora po wyroku z bronią, to wydadzą... 

- Jakiego bandziora? Jestem działacz. „Solidarność”, region Wrocław. A co, nieprawda? Nie 

byliśmy  „Solidarność”   przy  głodówce?  Więziony  za   przekonania.   Jasne,   kurwa,   sam   Dyrektor 

będzie się za tobą wstawiał, żebyś nie wrócił i przestał mu żonę pierdolić... 

Prysła dyskrecja, z jaką Siekierka odnosił się do moich spraw. 

- A jak się do nas nie przyzna, to się go nastraszy, że powiemy, jaki to byt oszust arcykurwa 

partyjnego obrządku. 

- Dyrektor jest w Warszawie - roześmiałem się. 

Jasne było, że Siekierka bredzi. Nie miałem żadnego wyboru. 

-  W Warszawie?   Zobaczysz,   że   da  nogę,   jak  tylko   mu   pozwolą.  A  chętnie   się   takiego 

pozbędą. Będzie się jeszcze nami opiekował. 

Opuściło mnie napięcie. I raptem przyszła myśl, że jest jeszcze jedno wyjście: Kuba. Tak 

jak Kuba. „Broń mamy. Siekierka mówi, że naprawiona. Obejdzie się bez gazu”. Wiem, że się 

okłamuję, ale wiem także, że chyba prędzej stać by mnie było na takie wyjście teraz - niż za 

murem. Za murem opuściłbym świat, którego jaskrawa wolność barwiła przez kraty moje myśli, 

kazała czekać, odliczać miesiące, bo czeka mnie ten szumiący ocean wolności. A teraz? Wyszumiał 

się we mnie świat brudny jak stary garnek. - Byłoby łatwiej - myślę, ale wiem, że albo zanadto 

kocham życie, niechby i koślawe, albo zanadto boję się śmierci. Więc co? Wrócić? I liczyć znowu 

miesiące? 

- Idę spać - oznajmiam głośno i słyszę jak głucho uderza mi moje niewierne serce. A może 

ono? Może zatrzyma mnie tutaj jakiś atak. Zawał. Nie każdy zawał to taki znowu zawał. Można 

przeżyć... 

background image

Długo nie mogłem zasnąć. Jakoś do tej pory udało mi się uśpić myśl o czekającej mnie 

katastrofie, jaką miał być powrót za mur. Dziś ta myśl mnie dogoniła. Przewracałem się bez snu z 

boku na bok, aż wreszcie pojąłem, że „mam wyjście”: po prostu sam zadecyduję, że nie wrócę. 

Skoro tak zadecyduję, to rzeczywiście nie wrócę. Jeśli mógł to zrobić siedemnastoletni chłopiec, to 

starczy odwagi i mnie. Tylko że nie będę kładł głowy do gazowego piecyka. Siekierka musi mi 

oddać pistolet... 

Ale Siekierka odmówił. Kłamał, że „wywiózł”, potem, że dał kumplowi „na przechowanie”. 

Kręcił. Trafił mnie szlag i powiedziałem mu wprost, że jak myśli o bandytce to won z mieszkania. 

- Julek, za kogo ty mnie właściwie trzymasz, za idiotę? Teraz ja się tu dość napatrzyłem i 

wiem, że rozum każe bez żadnego takiego ryzyka wyjść na swoje. I ja też wyjdę. Jezus Maria -  

bandyta z bronią. 

Niby wyglądało to przekonywająco, ale Siekierka zawsze wspaniale kłamał. Co gorsza, za 

parę dni okazało się, że Siekierka ma forsę. Dużo forsy. Basia dorwała jakiegoś złodzieja, który 

zaoferował jej ciężarówkę koksu. Bo ta cholerna willa miała własną kotłownię. I chodziło o forsę. 

Skąd wziąć. Natychmiast. Taką sumę! 

I Siekierka powiedział: przepraszam, odsunął krzesło. Wrócił z pokoju z grubym plikiem 

tysiączków.   Zatkało   mnie.   Był   koks.   Basia   pognała   do   miasta.   Zostałem   z   Siekierką   sam. 

Wiedziałem, że pistoletu nie odzyskam. Więc zrobił jakiś numer. 

Byłem od niego niższy i lżejszy, ale gdy złapałem go za koszulę pod grdyką pobladł, złapał 

mnie za ręce, ale jego żelazna dłoń była niepewna. Nie chciał mnie uderzyć, nie śmiał się bronić. 

- Jak Boga kocham, uczciwe pieniądze - wystękał. Jak Boga. Słowo człowieka... 

Nie puściłem, aż wyznał, że to forsa od Króla Szczypiorku. 

- Przykapowałem go trochę na jego interesach... 

Do cholery z moim Siekierką! 

Sprawa Andrzeja jakoś zawisła w próżni. Po prostu chyba bałem się, że złamię mojego 

Witka, a nic ani jemu,. ani jego gówniarzowi nie pomogę. I tak to szło przez parę dni, aż trzasnęło. 

Trzynastego.   Bo   już   to   był   drugi   miesiąc   od   wprowadzenia   stanu   wojennego   i  tego   wieczoru 

pokłóciłem   się   z   Basia.   Bo   ci   przegrani   zaczęli   co   miesiąc   świętować   „miesięcznicę” 

wprowadzenia stanu  wojennego. Na razie „Każdy Polak miał obowiązek ustawić zapaloną żałobną 

background image

świecę na parapecie okna...” „Dać wyraz”. Czytałem jakieś ulotki i nawet pozwoliłem sobie nic nie 

pomyśleć poza jakimś „etam”. I nagle widzę Basie, jak wkracza do mego pokoju (koniecznie ta 

świeczka miała być od „ulicy”), gasi światło i z zapaloną gromnicą sunie do parapetu. Zgłupiałem. 

Bo wszystko nic, ale ta świeca. To była gromnica. Jakby ją z tego pogrzebowego nabożeństwa... 

Postawiła. Ja nic. Siedzę po ciemku. 

- Gdybyś chciał czytać, to przyjdź do jadalni. 

- Nie. Zostanę tutaj jako latarnik w odmętach narodowej nocy... 

Wyczuła coś w moim tonie. 

- Coś ci się nie podoba? - spytała wcale nie agresywnie, raczej z gotowością do perswazji. 

- Wszystko mi się przestało podobać - mruknąłem. Ale ty możesz robić, co ci się podoba. 

- Przecież to dla Kuby - szepnęła. - On by tak postąpił. 

We mnie coś się ruszyło, nie wytrzymałem. 

- Oni go zabili - powiedziałem cicho. 

- No właśnie. 

- Zabili go ci, co każą stawiać te świece - powiedziałem z naciskiem. 

Wstałem i przeszedłem do jadalni. Już w progu wiedziałem, że jutro będę u Witka. 

No i  pojawiłem się  u Witka  Sanojcy z  tą  atrapą  parabelki  z teatralnej  rekwizytorni  za 

paskiem od  spodni.  Wędrowałem  przez  miasto  z  tą  pseudobronią  za  paskiem  od spodni  i tak 

naprawdę to „nagrywałem” własne emocje, jakbym miał zdjęcia do filmu z lat okupacji. Na widok 

wojskowego patrolu serce pakowało mi się do gardła. Na dobrą sprawę dopiero teraz zrozumiałem, 

co   miałem   okazję   grać   przed   tylu   laty   w   czasie   ekranizacji   głośnej   okupacyjnej   powieści. 

Przybyłem tego zimowego popołudnia do drzwi mieszkania mego przyjaciela zharowany niczym 

po   całym   dniu   zdjęciowym   w   lipcowym   upale.   Musiałem   sobie   powiedzieć,   że   z   kondycją 

nerwową nie stoję najlepiej. 

Witek mnie oczekiwał. Okazało się, że gówniarz go uprzedził. „Niech tata nie zdziwi się, 

cokolwiek by on tacie powiedział”. Uprzedził go właśnie, że „zapewne” zwrócę owo „parabellum”, 

które on „pożyczył sobie” z teatralnej rekwizytorni. 

-   Czekałem,   ale   na   wszelki   wypadek   „podjąłem   pewne   kroki”,   jak   publikują   w 

oświadczeniach prokuratury.

Udawał   spokojnego,   ale   widziałem,   jak   jest   napięty.   Sam   z   przyjemnością   przyjąłem 

background image

zaproszenie „na jednego”. 

Przy   „drugim”,   a   może   i   „czwartym”   Witek   pokazał   mi   skonfiskowane   gówniarzowi 

archiwum organizacji „CZAKO”. 

- Wiem, wiem, nie musisz mi tłumaczyć, znam tę organizację. Nawet wziąłem udział w jej 

rozbrajaniu... mruknąłem rzucając zaliczkę oczekiwanych rewelacji. 

Ale   na   razie   archiwum.   W   nim   protokół   z   wersetem   organizacyjnej   przysięgi.   Lista 

pseudonimów zaprzysiężonych. Uwagę moją zwrócił Hrobry (tak, przez samo h). 

Parę kartek odbitych na kserografie... 

-   Co   to   takiego?   -   spytałem   trafiając   wzrokiem   na   jakiś   tekst   powielony   od   połowy 

przeniesionego z poprzedniej strony słowa. U góry paginacja oznaczała jakąś stronę „sto ileś”. 

- To jest fragment pracy mego ojca, czyli dziadka Andrzeja. „Historyka pierwszego pułku 

strzelców konnych”. Przechodzimy do listy strat zadanych przez tę formację nieprzyjacielowi w 

roku tysiąc dziewięćset dwudziestym. Andrzej indoktrynował kolegów umacniając swą pozycję 

wnuka kombatanta z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku. 

Sanojca   był   skrzywiony,   jakby   go   bolał   brzuch.   Nalał   sobie   ten   kolejny   kieliszek. 

Wdzięczny mu byłem, że na chwilę zawiesił butelkę nad moim, pytając wzrokiem o przyzwolenie. 

Pamiętał o moim sercu. Ale ja nie chciałem pamiętać. 

- Tak. Więc straty „bolszewików” zadane przez dziadka, a tu masz sprawy aktualne. 

Była tam ulotka podpisana ARO - Akademicki Ruch Oporu... (Student - pomyślałem), dalej 

komunikat KOPA - Komitet Ocalenia Artystów Polskich - (aha, to już zapewne Dyrektor lub jakiś 

jego -człowiek). 

- Przejrzyj sobie - mruknął mój Witek. 

Była  tam  lista  .”kolaborantów”,  którym  grożono  goleniem  „do  łysej   czaszki”  (chodziło 

bodaj o aktorów, którzy coś odczytali w Polskim Radio, w Telewizji wciąż nie pokazywał się 

żaden.   Solidarnie   bojkotowali   tę   agendę   państwowej   propagandy,   nawet   gdy   im   proponowała 

granie Bałuckiego lub Fredry). 

- Czego ty się przejmujesz? Mogą obciąć Pendereckiemu brodę, co nas to obchodzi. 

Przyszedł mi nasz mistrz do głowy, gdyż wczoraj widziałem w ramach Dziennika TV jakiś 

z nim wywiad. 

- Życie to teatr amatorski. 

Ale on był załamany. Nie mogłem się zdobyć na opowieść, której oczekiwał i musiał się 

background image

doczekać. 

- Nalej jeszcze - zaproponowałem. 

- Słuchaj - usłyszałem, gdy Witek wpatrzył się w dno osuszonego kieliszka, jakby tam 

wywołał mary swej młodości - jako gówniarz też się bawiłem. Kiedyś, kiedyś, już jako dorosły 

człowiek, znalazłem na strychu w ojcowskiej skrytce swój pamiętnik. Dowiedziałem się z niego, że 

należałem   do   sztabu   tajnej   organizacji,   pełniłem   niezbyt   poważną   funkcję   „przechowywacza 

atramentu”,   myślę,   że   było   to   określenie   na   kronikarza   czy   archiwariusza.   Wśród   papierów 

natrafiłem też na spis naszej broni. Wśród proc i łuków znalazłem wykaz kilkunastu „ładunków 

gazowych”.   I   wówczas   sobie   przypomniałem   tajną   broń,   „Wunderwaffe”   naszego   podwórka: 

napełnione   wysuszonym   końskim   gnojem   papierowe   torby.   Rozbijało   się   je   na   twarzy 

nacierającego przeciwnika... Słuchaj, to przecież jest taka zabawa, ale tu stawia się życie... 

- Nie bój się o szczeniaka. Chyba jest po kryzysie... chciałem zacząć swoją opowieść, ale 

umilkłem słysząc jego zdanie. 

- Nie boję się. Właściwie to boję się tylko jednego: swojego tchórzostwa. Że odpuszczę im 

tę głupotę i to co robią z takimi gówniarzami. 

Ładnie to było powiedziane: boję się tylko swojego tchórzostwa, ale przyszło mi na myśl, 

że mój przyjaciel boi się przede wszystkim o swojego syna. Teraz, nie dopuszczając mnie do głosu, 

jął mówić o naszym środowisku. 

Może rzeczywiście był w jego wściekłej goryczy jakiś podtekst osobistej urazy, ale może 

tym wyraźniej „ich” widział i oceniał. Mówił o tym, jakie role grali dotychczas, do wybuchu 

kryzysu. Że tamten system miał w nich pokornych wykonawców ról, które mieli grać dla systemu. 

„Rola”? Poseł? To nie jest rola? Duża rola. I grał taki jeden z drugim napisaną przez jakiegoś z KC 

rolę. Z całym zapamiętaniem. Dyrektor? Rola? Rola. I kreował ją z zaciekłością. Ba, bisował. Z 

jednej dyrekcji na drugą. Zawsze pod pachę z władzą, którą dziś nazywa „okupacją”. Bo chciał 

grać rolę według innych autorów, a inni autorzy zbankrutowali. I teraz grają rolę walecznych. 

Najgłupszą. Bo ją sobie sami napisali. A są głupi. O tym tobie nie muszę długo mówić. Kochany. 

System ich nie tylko tolerował, trawił. System ich potrzebował. Bo oni nie mają osobowości! To 

nie   osoby.  To   maski   greckiego   teatru.   Grali,   grali,   aż   przegrali   swoje   role.   I   teraz   przewodzą 

oporowi. A opierać się mają dzieci. Mój syn, twój... - chciał coś powiedzieć o Kubie i zdał sobie 

sprawę, że mówi o nieżyjącym...

- No tak - westchnął ciężko i podniósł pod światło pustą butelkę. 

background image

- Unosisz się - mruknąłem nie wiedząc, czy powinienem już przejść do rzeczy. 

- A ty byś się nie unosił, gdybyś co dzień widział, jak ten błazen Dyrektor układa pod 

murem siedmiu zastrzelonych „boliwijskich” górników i ja oblewam ich czerwonym sprayem. 

-   No   właśnie   -   czerwonym   sprayem.   A   ludzie   umierają   naprawdę.   Dzieci   umierają 

naprawdę. 

Zacząłem mówić. Wszystko. Jak było z Kubą. 

Gdy się żegnałem poprosił, żebym koniecznie wpadł do niego jutro. Sam porozmawia z 

Andrzejem i jeszcze się naradzimy. 

- Nic o Andrzeju! Nic o synu - szepnął mi Witek w progu. Ktoś był u niego. 

W   pierwszej   chwili   nie   poznałem   profesora   „Wergila”.   Takie   spotkania   wyraźniej 

uświadamiają   mi   koniec   mojego   świata   niż   kalendarzowa   dokładność   urlopowej   „wypiski”   z 

więzienia,  w  której  zaznaczono   te  dziewięć  lat  spędzonych   za  murem.  Był   to  stary człowiek. 

Najbliższy przyjaciel Witka Sanojcy, jego okupacyjny towarzysz, może o dwa, najwyżej trzy lata 

od   niego   starszy,   wyglądał   jak   patriarcha.   Bródka   mu   posiwiała   i   jakby   wyliniała,   wory   pod 

oczami... Zawahałem się przez sekundę, nim jego serdeczny odruch nie upewnił mnie, z kim mam 

do czynienia. 

- Dopiero teraz się spotykamy, ale przez cały ostatni rok byłem za granicą... - powiedział to 

jakby się usprawiedliwiał wobec podejrzenia, że mógł umyślnie mnie unikać. 

Ileż przegadanych wspólnie wieczorów. Nazywał mnie „młodszym bratem”, niby że tak 

jesteśmy z Witkiem spoufaleni. Dziwny i świetny człowiek. Z wykształcenia zoolog, teraz jak to 

się  mówi  znakomitość   w europejskiej   ekologii...  wypytywał  mnie  o  tamto   za  murem,   ale   bez 

nachalstwa i rychło widząc, że nie palę się jakoś do rozwijania mego martyrologicznego tematu, 

zeszliśmy w rozmowie na „sprawy publiczne”. On wciąż wykładał na uniwersytecie... Wielu ludzi 

twierdziło, że żaden ze starych profesorów nie miał tak autentycznego kontaktu ze słuchaczami. 

Nie bywałem na wykładach, nie wiem, powtarzam. 

Z całej tej chaotycznej i długiej rozmowy (był koniak przytaszczony przez Wergilego znać 

na   upamiętnienie   niedawnego   zagranicznego   wojażowania)   najbardziej   utkwiła   mi   w   pamięci 

opowieść profesora o jego internowanym asystencie. Stary był naprawdę wściekły, gdy o tym 

mówił. Rzadka bródka sterczała agresywnie do przodu, rękę z kieliszkiem opanowało nerwowe 

drżenie... 

background image

- Przepraszam was... - powiedział w pewnej  chwili i schował dłoń pod blat stołu. Nie 

wiedziałem,   czy   mogę   mu   wierzyć,   to   znaczy,   czy   on   sam   zna   całą   prawdę.   Bowiem   to,   co 

opowiadał, wydało mi się mato prawdopodobne. Otóż ten jego asystent miał pokutować za to, że 

opublikował parę artykułów dotyczących ochrony przyrody. Był i artykuł o warszawskim ZOO, 

podobno szczególnie kogoś tam dla jakichś powodów rozjuszający. Wszystko to publikował w 

tygodniku „Solidarność” i zdaniem profesora miał to być jedyny powód decyzji internowania. 

Trudno mi było dać wiarę jego relacji, ale jeszcze trudniej cokolwiek w niej kwestionować. 

Dowiedziałem się jeszcze, że chłopak oddał legitymację partyjną, znów w okolicznościach w pełni 

go   usprawiedliwiających,   skoro   protestował   w   ten   sposób   wobec   wybrania   kogoś   pod   jakimś 

naciskiem... No - pomyślałem - jeszcze trochę, a dowiedzielibyśmy się, że organizował studenckie 

strajki... Nawet po chwili zadałem jakieś niestosowne pytanie, bo Wergil nadął się i zamilkł jakoś 

nieufnie.   Aż   Witek   musiał   go   udobruchać   powtarzając   moją   relację   o   rodzinnych   układach 

Laniewicza, którego Wergil znał dobrze i to z nie najlepszej strony, i tragifarsowym udziale w 

pogrzebie syna. Ten pogrzeb był dla mnie znowu okazją, żeby powiedzieć coś na temat ile wagi 

należy  teraz   poświęcić   tym   oszalałym   najmłodszym   i   ich   generacyjnym   sąsiadom   ze   studiów. 

Wergil się nadął. Było coś o tym, że ludzi z „ich” (Witka i jego) generacji nikt nie musi uczyć 

lojalności wobec własnego państwa. Rozeszliśmy się, a ja miałem niemiłe uczucie, że zakłóciłem 

ich przyjacielskie spotkanie. 

Może   to   dziwne,   ale   Basi   do   dziś   nie   powiedziałem   niczego.   Po   ciężkich   prochach 

nasennych nie obudziła się tej nocy, gdy rozbroiliśmy patrol „CZAKO”. Nie wiedziałem, co mam 

robić. Dotykać tego strasznego miejsca nie chciałem. Przecież przez ten tydzień coś już musiało 

przyschnąć, jakaś wersja jego śmierci stała się rzeczywistością. Może to była jakaś nieszczęśliwa 

sztubacka miłość. Kiedyś, gdy przy kolacji powiedziałem coś, że dla jakiejś „Ali z szóstej B gotów 

bytem umrzeć”, ona wybuchnęła płaczem. Więc wracać w to miejsce i pokazać przyczynę jeszcze 

bardziej chyba niepoważną, urojoną, nie do przyjęcia dla matki. Dla nikogo, l tak jakoś zostało. 

Basia przez pierwsze dni obsuwała się w jakiś niebyt, nieobecność. Naprawdę byłem przekonany, 

że gdy wzywałem ją do stołu, nie wiedziała, czy idzie na obiad czy na kolację. Kiedyś po śniadaniu 

powiedziała mi „dobranoc”. Bałem się, że to się skończy jakąś katastrofą i z początku dałem się 

nabrać, gdy Teresa nagle odkryła w sobie samarytańskie powołanie. Co dzień po próbach wpadała, 

by zrobić nam coś na obiad. Oczywiście wiedziałem: czuła, że jej akcje stoją krucho. Przeszło mi. 

background image

Po prostu jak więzienna zachciewajka, pryszcz na gębie wygłodzonego erotycznie małolata. Był - 

nie ma. Ale ona próbowała walczyć. No, nie bez sukcesu, jeśli za taki uznać, że wlazła mi parę razy 

do łóżka. Ale z tego opiekowania się Basią wynikło coś niedobrego. Raz i drugi, gdy wszedłem do 

jej  pokoju, siostra moja zakrywała gazetą  jakieś francuskie pismo, aż  po prostu zaciekawiony 

odkryłem je bezceremonialnie. Starczyło mojej szkolnej francuszczyzny, by się połapać, co tu jest 

grane. Oto moja siostrzyczka tłumaczyła z „Figaro” artykuł... Artykuł? No, tłumaczyła elaborat 

mojego   Zająca.   „Ukrywający   się   przywódca   polskich   intelektualistów”   ujawnił   tu   bezmiar 

zadufanego idiotyzmu. Basia nie broniła, gdy od tekstu oryginału, przez który brnąłem z trudem, 

przeszedłem do lektury luźnych kartek jej maszynopisu. Zając niszczył układ z Jałty, przekreślał 

Poczdam,   postulował   Rząd   Jedności   Narodowej   pod   międzynarodową   kontrolą   ONZ.   Nie 

myślałem,   że   takie   idiotyzmy   można   wymyślić,   ale   one   byty   nie   tylko   wymyślone,   byty 

publikowane i - co najśmieszniejsze - tłumaczone na polski. 

- Po co ty to? - spytałem i już miałem odpowiedź: Teresa. Dostała od Teresy. Ale po co i dla 

kogo tłumaczy? 

- Bo wyjdzie nowe opracowanie artykułów Zajączkowskiego... oczywiście konspiracyjne - 

powiedziała z tym samym nieobecnym spojrzeniem znad trumny swego syna. - To będzie wstęp. 

No   tak,   moja   siostrzyczka,   wdowa   po   żywym   internowanym   prominencie,   matka 

zamordowanego przez idiotów z „CZAKO” Kubusia... 

No i stało się. To wtedy moja Basia dowiedziała się o tamtej nocy, o „testamencie” jej syna. 

Nie wyrobiłem się nerwowo. Zapomniałem, w jakim jest stanie, a może pamiętając o nim chciałem 

ją obudzić z nowego groźnego letargu. 

Skończyło   się   jedno.   Zerwałem   z   Teresą.   Co   tylko   sprawiało,   że   teraz   co   dzień 

przesiadywała   u   Basi.   Zrozumiałem,   że   poza   mną   nie   miała   nikogo   i   nic   Ją   naprawdę   nie 

obchodziło. Ale teraz przybywała tu do mnie jako żałobna matka Polka, działaczka... A wiedziałem. 

co w niej skomlę i co pęcznieje, gdy umyślnie przełaziłem przez pokój obojętny i zamyślony. 

A straciła na tym Basia. Bo zostawiona z Teresą jęta realizować „testament syna”. Tak się 

miała wyrazić. Bo z Teresą rozmawialiśmy. Owszem. Nawet sprawiało mi to przyjemność. Ba - 

podniecała mnie świadomość tego, co się z nią dzieje. Ale byłem wyniosły i dumny. Niedostępny. A 

Basia zwariowała. To znaczy stała się „normalna” w tym zwariowanym społeczeństwie, żyjącym 

poza rzeczywistością. Tak. Bo nigdzie rzeczywistość nie liczy się tak mało jak w Polsce. 

Co   drugi   dzień   zaopatrywany  byłem   w   domu   w   „konspiracyjną   prasę”.   Mogłem   tylko 

background image

czekać, aż otworzę drzwi przed stojącym w progu moim śledczym. Wariat by tego nie wymyślił. 

Myślę zresztą, że powinienem to wszystko zapisać, bo potem sam stracę jeśli nie pamięć, to 

wiarę, że to, co pamiętam, mogło się dziać naprawdę. Oto sprawa operacji zastawki serca u mojego 

szpitalnego szlafkamrata Wrzoskiewicza. Nie, nie zwariowałem, to nie żadna dywagacja. Zaraz się 

dalej wyjaśni, gdy będę opisywał moje romansowe perypetie z Malała. Otóż jakoś w połowie 

stycznia (jeszcze przed moją wizytą w ich mieszkaniu zajmowanym z poręki Dyrektora przez 

Zająca),   Wrzoskicwicz   został   operowany.   Szczęśliwie,   dodam   od   razu.   Poprzedzone   to   było 

długimi perypetiami nie tylko medycznymi, a właściwie „politycznymi”. 

- Myślę, że mój tak szybko z tego szpitala nie wyjdzie. Chyba że na trochę - powiedziała 

Malała. 

Leżeliśmy zmęczeni miłością lecz, oczekujący na jeszcze. 

- Bo wiesz, jak mu Sanojca odstąpił swoje miejsce w szpitalu, to wyglądało, że wszystko 

pójdzie raz dwa... 

- Jak to swoje miejsce? Witek? 

- No tak. Bo Ela chciała go w końcu wziąć na leczenie zamknięte. 

- On ma chore serce? 

- To nie wiedziałeś? Ładny przyjaciel. Ela załatwiła przez ZBoWiD. Bo on jest w czymś 

ważnym, kimś ważnym, tylko że powiedział, że on w ogóle nie należy. No, nie znam się na tym, 

dość   że   Ela   załatwiła   miejsce   przez   ZBoWiD,   a   on   wiesz   co   robił?   Przepisał   na   mojego 

Wrzoskiewicza. „Odstąpił mu” na ręce Dyrektora. 

Przestraszyłem się. Naprawdę przestraszyłem się o mego Witka. 

- Ale teraz to prawie na pewno wyślą go na operację zagraniczną. Zastawka wieprzowa 

starcza na całe życie... 

- Człowieka czy wieprza - zażartowałem obracając ją na brzuch... Nie można było przy niej 

myśleć o chorym sercu Witka. A co do jej męża... 

- Chciał potrzymać twego męża za granicą - głaskałem jej wspaniałe, rytmicznie prężące się 

pośladki. 

- Jesteś cynik - oznajmiła wsuwając głębiej moją rękę... 

Tak, Malała była po prostu taka, jaka była. Nieobliczalna w tym siła, niezrównana przewaga 

wobec wszystkich „myślących”, „kochających”. „Uparł się, żeby mnie mieć”. Czy wyobrażasz 

sobie, że mnie „masz”. No widzisz, a „masz” mnie naprawdę znacznie bardziej niż ten tęgawy 

background image

eunuch... To bardzo zabawne, ale Malała szczerze nie lubiła Dyrektora, l chyba tu była jej słabość. 

Wprawdzie zdawała sobie z niej sprawę, ale była... bo chciała być „kimś”. Jako aktorka, l tu czuła, 

że Ofelią bez Dyrektorskiego łóżka nie zostanie. Ale poza tym była bez skazy. Zaśmiała się. 

- To kosztowałam dwa szlugi na godzinę?- delektowała się informacją o cenie, jaką osiągał 

jej toplesowy konterfekt wśród więziennych onanistów. - I popatrz mówiła - to jest tak, jakby ci, co 

„lecieli w konia”, mieli mnie za te dwa „szlugi” - cieszyła się grypserą jak dobrym trunkiem. 

- Cała cela? - chichotała radośnie odsłaniając mi siebie z wysmakowanym bezwstydem. - O, 

mój  Juleczku,  pewnie   że  mnie  to  podnieca!   Pamiętaj,  mój  miły,  że   każda  pani  chciałaby  być 

chociaż przez tydzień hotelową kurwą... - bawiła się moim zaciekawionym zgorszeniem. - „Mieć 

kogoś”. Czy ja ciebie mam, Juleczku? Dobrze nam ze sobą w łóżku i ja coś z tego mam. Ale 

ciebie... filozofowała potem. Zdarzało się, że i przedtem, gdy powoli rozpinała koszulę na moich 

piersiach. Cieszyło ją, że przyprawiała rogi Dyrektorowi. (I mnie nie było to tak całkiem obojętne - 

cieszyło, owszem). 

- Ty wiesz, że ten świntuch ostatnio bawił się ze mną w biskupich szatach. Nic nie blaguję... 

- chichotała biorąc mnie pod siebie... - „Oswajał się z kostiumem” - bo coś tam przygotowuje, jakąś 

główną rolę w biskupich szatach... No ruszaj się trochę! - ponagliła zniecierpliwiona. 

Mój Boże, nie będę bujał. Byłem szczęśliwy. Zamiast wymłóconego na sieczkę siennika 

żywa Malała. Żaden z moich kumpli spod celi nie uwierzy. Po prostu nie uwierzą. jak Żyd nie 

uwierzy, żeś rozmawiał osobiście z Jahwe, co ci się wychylił z krzaka ognistego. To dobre w 

Piśmie.  Albo   na   fotosie   z   „Filmu”.  A  tymczasem   to   naprawdę   co   dzień   niemal   podnosiłem 

słuchawkę  i   po  nakręceniu   numeru  Malali   wysłuchiwałem  delikatnego  głosiku   powtarzającego 

słowa: „rozmowa kontrolowana” (czasem zdążyłem nawet mruknąć parę razy „wskocz mi na szpic 

ślicznotko” - Siekierka twierdził apodyktycznie: „to pic z tym kontrolowaniem, jakby mieli do 

każdej słuchawki przystawić jednego rurę-kapuchę, obywateli by nie starczyło”), więc słuchałem 

tego głosu, nim go nie zastąpiło śpiewne, wyczekujące, długie, niepowtarzalne „haaloo” mojej 

Malali. „Mojej”. Bo jeśli ona mogła być „czyjaś”, to wtedy była moja. 

Trwało już to wszystko parę tygodni, gdy to się wydarzyło. Malała bywała co drugi dzień w 

szpitalu. Nawet i mnie namawiała, bym odwiedził jej męża. „On to lubi, jego to podnieca, on nie 

ma za złe”... - namawiała mnie, jakby i jej potrzeba było jakiegoś dziwacznego pieprzu. Zresztą 

potrafiła mnie oswoić z naszą dziwną sytuacją. Bo Wrzoskiewicz raz i drugi był w domu „na 

parodniowym urlopie, jak ty z kryminału”- żartował dobrodusznie witając mnie w progu domu 

background image

Malali  (dla  mnie  to  był   dom Malali),  oszołomionego  i  ogłupionego  zaskoczeniem.  Wypiliśmy 

wtedy razem herbatę i ponieważ pora była późna, a obowiązywała ta „godzina milicyjna” (przecież 

myślałem, że zostanę na noc), podjął się odwieźć mnie do domu. Po drodze zatrzymał się na 

chwilę, pogrzebał w portfelu i wyjął pięciodolarowy banknot. „Musimy zatankować, zapomniałem, 

że mi się kończy”. A że obowiązywało wówczas ścisłe ograniczenie, a właściwie zakaz tankowania 

prywatnych - pojąłem bez trudu, o co chodzi. 

- „To moja stacja, wszystko wiedzą co i ile” - uspokoił mnie zajeżdżając z fasonem. 

A   sytuacja   była   nie   najlepsza.   Jakiś   człowiek,   stojąc   obok   swego   fiata,   molestował 

pompiarza. 

„Kobieta mi rodzi, bądź pan człowiekiem”... - zdołałem usłyszeć przez uchyloną szybę, gdy 

Wrzoskiewicz   łagodnym   łukiem   wyprzedził   jego   unieruchomiony   samochód.   Usłyszałem   jak 

metalowa końcówka węża stuknęła o wlew wspaniałego BMW Wrzoskiewicza. Łagodny gest jego 

ręki przekazał maleńki banknot. 

- Panie, ja do prokuratora, jakim prawem - usłyszałem krzyk nieszczęsnego męża rodzącej 

kobiety. 

- Jak pan będziesz miał taki numer, też panu naleję. Nie musisz pan rodzić... - brzmiała 

odpowiedź. 

Wysiadając przed Basinym domem spojrzałem mimo woli na numer samochodu. Były tam 

trzy dziewiątki. Z pewnością do dziś dla tego człowieka samochód o numerze zawierającym trzy 

dziewiątki jest zaszyfrowanym wozem służb specjalnych. 

Tak. Z pozoru wyglądało więc, że mamy to z Wrzoskiewiczem ułożone. 

No i było potem tak, że któregoś ranka wychodząc od niej, cmoknięty już po bratersku w 

policzek zamknąłem za sobą drzwi i potknąłem się o kogoś, kto leżał na słomiance: Wrzoskiewicz. 

Przestraszyłem się wówczas Malali. Nie wybrałem się do niej następnego wieczoru. W 

końcu mogłem przypuszczać, że mąż wrócił ze szpitala. Wiedziałem zresztą, że nie stać mnie 

będzie na te subtelności. 

Na   drugi   dzień   usłyszałem   w   słuchawce   głos   Malałi.   Nikt   mnie   nie   pytał,   zostałem 

powołany jak do wojska. Dowiedziałem się, że „skoro już wszystko prawie normalnie, pojedziemy 

do komisów, wierzę w twój dobry smak”. 

Po   drodze   uraczyła   mnie   opowieścią   o   tym   jak   „wredne”   bywają   w   takim   doradztwie 

przyjaciółki.   Okazało   się,   że   sabotaż   i   dywersja   mają   najperfidniejsze   wcielenie   w   damskich 

background image

sferach. Mieliśmy iść do komisów, gdyż jak oznajmiła Malała z właściwą jej bezpośredniością: 

„wyprzedają się dewizowe kurwy, nie mają żądnego ruchu i szukają forsy”. 

Ubawiłem się szczerze z tej oferty handlowej, ale ona przyjęła to podejrzliwie: czy myślę 

może, że ona kupi buty z wysoką pozłacaną cholewką? Zobaczysz, że trafimy coś wspaniałego. Nie 

będziesz się za mnie wstydził. 

Pochlebiało mi, że to ja właśnie jestem tym wybranym, dla którego ubierze się Malała. 

Usiłowała zaparkować samochód na Chmielnej. Znów samochody. Ruch na ulicy. Czasem zamiast 

zimowych kożuszków i futer, mignie zieleń patrolu w wojskowych panterkach... Gdy wreszcie 

znalazła miejsce, zatrzymałem ją przez chwilę na siedzeniu i spytałem, czy wie, kto się do nas 

przedwczoraj tak dobijał. jaki diabeł pali w człowieku, gdy idzie o te miłości? 

Jak mam zrozumieć głupotę Malali, czy może podziwiać jej mądrość, gdy mówi obojętnie: 

widziałeś go? Nie martw się o niego, on w tym ma całą przyjemność... 

Chcę o coś spytać, co by może mnie rozgrzeszyło, a może po prostu zaspokoiło pożądliwą 

samczą ciekawość, ale Malała jest już na ulicy. Potem stoję przed tym komisem, ocierają się o mnie 

modne panie. Stan wojenny, kryzys, koniec świata prominentów, opozycji, wszystkich. Ale ciuchy i 

baby w pełnej ekstatycznej symbiozie jak wszędzie, zawsze na całym świecie. 

Nic mnie nie gorszy, mato mnie dziwi, cieszy mnie wszystko, co mi się dostaje. W końcu im 

mniej rozumiem świat, tym jest ciekawszy, tym więcej w nim niespodzianek. Taki był zawsze mój 

stosunek do kobiet. 

Z tym, że Malała okazuje się zawsze niespodzianką. To pełny absurd, ale ja jej wierzę. To 

znaczy nie zawsze w to co mówi, ale w to, że ona jest... Jest taka jaka jest i wcale nie wpada z tym  

w popłoch, choć sama powiedziała mi kiedyś: przecież wiem, ile jest we mnie paskudztwa. A jest 

mniej niż w innych. Niż w Teresie, która grała moją kochankę dublując równocześnie rolę matrony, 

żony społecznika... 

Z  Malała  to  było  tak...  Właśnie  wychodziłem  z  więzienia  tak  dziko  napalony potrzebą 

kobiety, że ślepy jak kutas. No i była pani z autobusu, a potem niby coś więcej: Teresa. Powrót 

przerwanego romansu. A wszystko bujda. 

„Z tobą jest tak jakby facet wierzący, który zawsze ogląda Brodatego Pana Boga na suficie 

kościoła, spotkał go, bo ja wiem... na rynku czy gdzie... Twarzą w twarz. 

Bo   ja   wiedziałem,   że   gdzieś   istniejesz   i   byłaś   dla   mnie   na   tym   fotosie   jak   Szefowa 

Wszystkich Żądz i Miłości, ale ten twój fotos z „Filmu” to był tak wysoko i daleko jak ten Brodaty 

background image

na suficie... I nagle skazany Julian Petryk, syn Anatola stoi przed taką...” 

- Nawet leży obok i trochę mnie uciska...

- Nie świntusz, psujesz nastrój... 

A ona wówczas zaczęła mnie strofować. Że choć nie chodzi do kościoła i nie wierzy, to nie 

lubi głupich żartów. Z tym Panem Bogiem. I zaczęła opowiadać, że jako dziewczynka była bardzo 

egzaltowana. Zdarzyło się, że rodzice postali ją do jakiegoś klasztoru. Nad łąkami. (Ważne to łąki, 

bo „ciąg duszy”). „Rano obudziłam się w stanie łaski” - powiedziała. 

- Jak to w stanie łaski? - spytałem opierając się na łokciu. 

- A tak. Bo powietrze pachniało tak słodko jak nigdy na świecie. A naczytałam się... Nie 

śmiej się. Do trzynastego roku życia byłam niemal bigotką... 

- No, ale co za stan łaski? 

- Sianokosy! Rano pachniało za okienkiem... I tak wróciłam do rzeczywistości... 

Myślę sobie, że gdybym był normalnym facetem, to bym się zakochał w Malali. I miałbym 

spokój. To znaczy ani chwili spokoju, ale ciągłe bolesne zajęcie. Zresztą my, chłopy, też nieźle 

potrafimy nakręcić. Oto mój Siekierka, szczęśliwy posiadacz Eli - Audi - Sanojcowej. A kręci się 

koło Basi i jestem absolutnie pewien, że byłby szczęśliwy gdyby ona... A może się mylę? Zresztą i 

dla niej byłoby to lepsze, niż dziczeć jako „opozycyjna działaczka”; matka nieszczęsnego syna itp. 

Nie, nie mylę się. Siekierka z jakąś „edypiczną” zajadłością swego męskiego opiekuństwa jest dla 

mnie czytelny jak na dłoni. Chociaż dostał od losu Elę. A w coś takiego, że Ela może być dla niego, 

jeszcze przed dwoma miesiącami by po prostu nie uwierzył. A Witek? Mój Boże, jak szedłem za 

mur to był piekielny zazdrośnik. Sam sobie nie żałował z „aktoreczkami”, jak wykrzykiwała Ela, 

ale każdy powrót po spektaklu, gdy nie zastał jej w domu, to była draka, awantura. A w tych dniach 

skomentował coś na temat, że widziano mnie z Malała. (Skąd taka rzecz się zawsze rozniesie? 

Teraz już wie Wrzoskiewicz, ale nie on jest właściwym rogaczem. Właściwym jest Dyrektor, ten 

nie wie nic zgodnie z odwieczną regułą). Pewnie mnie wydał jakiś zarozumiały samczy uśmieszek, 

bo on powiedział łagodnie: bierz, bierz, jeśli cię to jeszcze bawi... 

- A ciebie nie bawi? - spytałem retorycznie, ale niespodziewanie usłyszałem niespodziewaną 

odpowiedź. 

- O nie. Te wilgocie... Bardzo się teraz dziwię dawnemu sobie. Więc się nie martw o Elę. 

Bardzo się cieszę. Niech ją rąbie ten twój Siekierka. Wolę go niż Króla Szczypiorku. Mam inne 

zmartwienia. Wiesz, profesor Wergil został wczoraj aresztowany. 

background image

Osłupiałem. 

- Profesor? Za co? 

- Nie wiem. Byłem u profesorowej, jak tylko zadzwoniła. Powiedziała mi, że byli bardzo 

grzeczni. Robili rewizję, ale nic nie znaleźli, niczego nie opieczętowali. Ten oficer prowadzący 

powiedział jej w progu szeptem: po cóż pani mąż bawi się w ten KPN... 

- W KPN? 

- Właśnie. 

-   Przecież   on   u   ciebie   mówił   o   idiotycznych   trendach   młodzieży,   której   taki   KPN 

przedstawia świętych bohaterów narodowych w stylu Rydza-Śmigłego-. 

- Ano mówił. 

- I teraz KPN? To niemożliwe. 

- Czort wie, co jest obecnie możliwe... 

I musieliśmy przerwać rozmowę, bo ktoś się przyłączył. Aha, bo zapomniałem napisać, że 

było to na kolacji u małżonków Sanojców. 

Zresztą   co   śmieszniejsze,   odnalazłem   małżonków   pojednanych,   więc   byłem   na   kolacji 

podanej  z całym  majestatem żony-gospodyni.  Chyba  to sprawa Andrzeja jakoś ich na gruncie 

rodzicielskim pojednała. 

W czasie tej kolacji byłem świadkiem rady familijnej. Biedny Witek wyraźnie boi się o 

syna. Po prostu się boi, ale do „tego nie może się przyznać. Nawet wobec siebie, przede wszystkim 

wobec siebie, bo jeśli z kimś się liczy to z własnymi przekonaniami. Więc ten strach przybiera 

formę troski, manifestuje się jako potrzeba i niemożność pomocy. Wiesz, co synek mi wczoraj 

powiedział? „Może wy byliście pokoleniem połamanym, torturowanym, przegranym, ale z tej racji 

nie możecie wymagać od nas, żebyśmy byli pokoleniem zhańbionym”. Coś w tym rodzaju. Że 

zgoda   na   to,   co   się   dzieje,   jest   hańbą.   Ze   wzywanie   do   ..rozsądku”   jest   wzywaniem   do 

oportunizmu, poddania się, jednym słowem hańby... 

- Ale żeby choć miał trochę lojalności, zgodził się czasem w czymś wyręczyć. On Jest 

ponad to... - Ela nie znała sprawy Kuby, więc miała tę swoją babską perspektywę... - Myślami buja 

w obłokach... 

Sanojca się żachnął. 

- Myślami tak buja w obłokach, że wody w sedesie po sobie nie spuści. Zostanie po nich 

żałoba i... - zająknął się, wyhamował. Myślał o Kubie, a mówić nie mógł. 

background image

Więc mówiliśmy o zagrożeniach, jakie niesie ten czas dla takich jak on. W końcu zeszło na 

sprawę   konkretną.   Oboje,   choć   nieco   niepewni,   doszli   do   wniosku,   że   zabronią   synowi 

statystowania w sztuce, której premierę Dyrektor zapowiadał na przyszły tydzień. Byłem potrzebny 

Witkowi.   W   obliczu   konfliktu   z   synem   szukał   oparcia   i   w   tej   biednej   skurwionej   Eli,   a   tak 

naprawdę, to chyba liczył na mnie. Znając szczegóły „rozbrojenia” uważał, że moje ostrzeżenie 

może gówniarza powstrzymać. Nie bardzo wierzyłem w swoje możliwości, ale też nie uważałem, 

że mogę mu w czymkolwiek odmówić pomocy. 

Niewiele z tego wynikło. Andrzej na umówione ze mną spotkanie w kawiarni nie przyszedł. 

Przyszła za to Ela. Zapłakana. Z początku się przestraszyłem, że już po gówniarzu. Pal go sześć, 

ale co by się stało z Witkiem. I w jakiś naturalny sposób zrobiło mi się przyjemnie i lekko, gdy Ela 

wycierając nos złożyła na moje ręce wyznanie, które dla niej było końcem świata. Otóż Zenek 

Siekierka   „wziął   za   nią   odstępne   od   Króla   Szczypiorku”.   Tak   można   by   to   nazwać,   choć, 

oczywiście, wcale z nią nie zerwał. A ja się nawet ucieszem: pistolet leży nietknięty, piec u Basi 

grzeje, bo Siekierka „odstąpił” Elę jej prawemu właścicielowi. 

Pocieszałem kobietę roztrzęsioną i wściekłą, twierdziłem nawet, że sprawa wcale nie jest 

pewna - w końcu Król może po prostu łgać, żeby jej Zenka obrzydzić. 

- Powiedz, ty go znasz, powiedz czy mógłby...

Bożyłem się, że nie, że nigdy, że Zenek ma swój honor i umie się szanować. Plotłem, 

bredziłem i chciałem się śmiać. Niesprawiedliwie. Bo dla Eli była sprawa. Obiecałem, że z nim 

„porozmawiam”. Ale przez parę dni nie miałem okazji. 

Było to w przeddzień wydarzeń, które decydująco wpłynęły na całą moją już tak niedługą 

„wolność”. Tego dnia dowiedziałem się od Malali, że premiera Dyrektora to będzie „wielki hit 

Warszawy”. 

- „i nie tylko”... - dodała po chwili, jakby namyślając się, czy mówić dalej. Byliśmy w 

sytuacji, która z jednej strony utrudnia, z drugiej niekiedy ułatwia konwersację. Wziąłem ją pod 

siebie i przygniótłszy całym ciałem jak zapaśnik syknąłem niczym oprawca: mówić... 

Chichotała przez chwilę, ale szybko straciła oddech. 

- Jesteś cham. Przecież tobie i tak mówię wszystko... 

Ale jej się to spodobało. Poczuła się sponiewieraną kochanką zbrodniarza, może ofiarą 

gwałtu. (Tu przypomina mi się komentarz Siekierki do czyjegoś wyroku w sprawie o gwałt - „Ją 

background image

zgwałcić! Siekierą byś jej nie odegnał”). 

No i dowiedziałem się, co ów „wielki hit” oznacza. Otóż na premierę sztuki o dramacie 

boliwijskich górników przybędą wszyscy korespondenci pism zagranicznych. Będzie to wielka 

kontestacja   artystów   przeciw   stanowi   wojennemu.   Wszystko   Dyrektor   obmyślił.   Przemyślano 

nawet swoiste środki bezpieczeństwa, gdy wybuchnie skandal: oto zbrodniczego generała kreuje 

dwóch aktorów: Zdzielicki, chuda sztywna nicość, artysta mizerny lecz pokaźnego wzrostu. On 

pójdzie na premierę z korespondentami. Gdy po skandalu („będzie skandal, będzie”...) władze 

rzucą   się   skontrolować   spektakl,   zastaną   na   scenie   w   generalskim   mundurze   Lecha   Szymaka, 

opasłego   flegmatycznego   bruneta   o   „indiańskich”   rysach   twarzy.   I   ze   statystami   to   samo:   na 

premierze leży na scenie, gdy wkracza generał siedmiu zabitych (jak w kopalni „Wujek” - tłumaczy 

mi Malała), a w następnym przedstawieniu pięciu czy trzech - to się jeszcze zobaczy. 

Malała nie ukrywa, że stanowi sanktuarium twórczych spowiedzi Dyrektora, a ja już wiem 

wszystko. Wszystko? Tak mi się tylko zdawało, bo kiedy już wciągam spodnie, dowiaduję się 

czegoś jeszcze ciekawszego. 

- A po spektaklu to będzie przed teatrem konferencja prasowa pana Zajączkowskiego. 

- Przed teatrem. 

- A tak. My z tym nie mamy nic wspólnego - mówi j widzę, że powtarza nawet diaboliczny 

śmieszek mego Dyrektora. 

Teraz nie miałem wątpliwości. Witek musi zatrzymać swojego gówniarza, a ja muszę mu w 

tym pomóc. Po pierwsze dlatego, że nienawidzę tego skurwysyna. Mowa o Dyrektorze. Najpiękniej 

określił   go   kiedyś   w   rozmowie   Siekierka,   który   ma   do   niego   urazę   o   tę   akcję   ratowania 

„więzionych za przekonania”. Oto jego sentencja: „To jak ktoś jest zapudłowany, bo chciał zrobić 

dynamitem rozpierdziochę w całej Polsce, to go trza bronić, a jakżeś w nerwach pierdolnął jednego 

skurwysyna, to siedź bez ratunku”... Więc najpierw zrobię to „dla Dyrektora”. Później wymyślę coś 

dla   mego   Zająca.  To   już   z   motywów   „obywatelskich”   (skazany  na   utratę   praw   publicznych   i 

obywatelskich na lat... - a jednak zrobię). Pójdę tam przed teatr i zadam kutasowi parę pytań po 

angielsku. Nim się połapie, już go ośmieszę. 

Nie przesadzę, jeżeli napiszę, że kulisy „wielkiej patriotycznej demonstracji” byty naprawdę 

dramatyczne. 

Więc najpierw Witek, który został głównym zakulisowym bohaterem sytuacji, której byłem 

background image

koronnym świadkiem. Wkurwił się strasznie. Na dwie godziny przed premierowym spektaklem 

wprowadził mnie do pokoju Andrzeja, streścił, co wiedział o aferze „CZAKO”, broni i tak dalej, 

stwierdził   kłamliwie,   że   ja   stanowczo   zapowiadam,   że   udam   się   do   władz   z   bronią   odebraną 

gówniarzom i na jego zresztą prośbę „rozrobię” całą sprawę, o ile on ośmieli się statystować dziś 

wieczór. Milczałem. Ostatecznie to względnie najwygodniejsza forma kłamstwa, gdy łgać trzeba, 

bo dla przyjaciela. Potem Witek zamknął gówniarza na klucz w jego pokoju, zabrał mu klucze od 

domu, drzwi wyjściowe poprzekręcał na wszystkie klucze i zabrał mnie ze sobą do teatru. „Chcę 

mieć widownię” - oznajmił enigmatycznie. Pojechałem. Ostatecznie byłem ciekaw. 

To   zabawne.   Gdzieś   jest   w   człowieku   wmontowany   jakiś   specjalny   aktorski   nerw.   Bo 

wzięła mnie atmosfera premiery. Ta zakulisowa krzątanina. Ludzie mruczący powtarzane kwestie, 

koledzy tak stremowani i przejęci, że mile się do mnie uśmiechali, zapominając o moim haniebnym 

statusie przestępcy pospolitego na wolności, gdy tysiące i tak dalej... Jedynie Witek był kamiennie 

spokojny - po prostu nie robił nic z tego, co zawsze robi przed premierą przyzwoity inspicjent. Aż 

się doczekał. Dopadł go rozgorączkowany Dyrektor... 

- Zaczynamy za dziesięć minut, a ty... - zaczął patetycznie i zbaraniał, gdy Sanojca ujął go 

gwałtownie pod rękę i wciągnął w ciemny kąt za kulisy. Wyrwał mu się, ale zagrodziłem mu drogę 

pięścią, aż odbił się o nią sflaczałym brzuchem. 

- Słuchaj, chcę cię uprzedzić, że masz tylko sześciu statystów, mój syn nie przyjdzie - 

powiedział Witek nagle zdumiewająco po tej szarpaninie rzeczowym tonem. 

- Co ty sobie myślisz? Przecież cała koncepcja przedstawienia... 

- Wiem, że niejeden reżyser myśli jak małpa, nie ideami a przedmiotami i tu ma leżeć u 

ciebie   na   scenie   siedem   przedmiotów,   trupów   umazanych   czerwonym   sprayem.   Możesz   się 

„angażować”, bo dobrześ to sobie skalkulował. Mój Boże, co za żałosna z ciebie kreatura. Myślisz, 

że nie wiem, że na dzisiejszym przedstawieniu ma nie paść kwestia: „Biedny kraj, jak daleko do 

Boga, a jak blisko Stany Zjednoczone...” Ta kwestia mogłaby dotknąć korespondenta New York 

Timesa, ale ja... (Później kwestia wróciła na scenę w nieco zmienionej wersji... „choć daleko do 

Boga, blisko do Stanów Zjednoczonych”... i tu padały z widowni entuzjastyczne oklaski). 

Dyrektor nie dat mu skończyć. 

- Błazeńskie impertynencje durnia. Będziesz za to odpowiadał albo sam się położysz za 

siódmego, za swego syna... 

I tu stało się coś niespodziewanego. Witek Sanojca dał w pysk Dyrektorowi. To jeszcze 

background image

najładniejsze   „dżentelmeńskie”   określenie,   bo   zaprawił   go   tak,   że   z   nosa   zrobił   mu   czerwony 

pędzel... 

Dyrektor chciał wrzasnąć, ale miałem już jego gardziołko. Patrzyłem w wyłupione strachem 

oczy, zwolniłem uścisk. 

- Ma być cichutko... - powiedziałem szeptem. 

Obtarł ręką krew, rozmazując po brodzie i policzkach. 

-  A  teraz   połóż  się   sam  za  tego  siódmego   -  oszczędzisz   czerwonego  sprayu...  -  zakpił 

Sanojca. 

No i stało się. To nie do Dyrektora wzywałem karetkę pogotowia. Wituś wylądował przed 

progiem sali reanimacyjnej. Zawał nie okazał się aż tak groźny. 

- Po prostu szlag cię trafił - postawiłem diagnozę, gdy go odwiedziłem po raz pierwszy. 

A co się stało w teatrze? W parę dni później zobaczyłem, że Basia znów coś pilnie tłumaczy 

z francuskiej gazety. 

„Siódmy wspaniały!” - wołał tytuł. A pod nim fotografia Dyrektora. Tak. Przeczytałem ową 

recenzję   -   sprawozdanie   z   konferencji   prasowej   Zająca   w   jednej   polityczno-teatralnej 

korespondencji.   Dyrektor,   jak   przystało   na   wrażliwego   reżysera,   wysłuchał   sugestii   swego 

inspicjenta. On sam ostentacyjnie leżał w górniczym kombinezonie (chyba nie Andrzeja, przecież 

by   się   nie   zmieścił),   zapewne   umazany   czerwonym   sprayem,   bo   nie   sądzę   by   wystarczyła 

„charakteryzacja” dokonana ręką mego Witka. 

„Teraz po tym przedstawieniu nikt nie może mieć wątpliwości, że Polacy będą umierać za 

swoje i nasze ideały” - kończył francuski korespondent prawicowej gazety. 

Wieczorem   pogadałem   sobie   z   Siekierką.   O   Królu   Szczypiorku   i   „odstępnym”   za   Elę. 

Kręcił, łgał, że owszem, zapożyczył się, a Eli po prostu ma już dość... No, ale znam się na moim  

Zenku i umiem go ustawić. 

Uniósł się honorem. Oznajmił, że zwróci „dziadowi” forsę. A mnie dał słowo, że pistoletu 

nie ruszy. I ani słowa o tym, gdzie jest ten cholerny pistolet. Kto wie, czy nie w naszym pokoju... 

To   i   owo   zapłaciłem   za   nerwy   Witka   Sanojcy.   No,   nie   przesadzajmy,   zarobiłem   sam 

uczciwie. Bo nienawidzę i to się po prostu miało okazję ujawnić. To, że nienawidzę. Czego w 

końcu?   Wiadomo,   że   sytuacja,   w   której   wygląda   na   to,   że   to   ja   jestem   „za”   jest   czystym 

idiotyzmem.   Więzienie   wyleczyło   mnie   z   każdego,   najdrobniejszego   odruchu   „za”.   Za   tym 

background image

ustrojem, państwem, za tymi ludźmi, co nami rządzili. Bo, jak to w celi określił jakiś inteligent 

defraudant (oczywiście „niewinnie” wsadzony, jak wszyscy tacy) - w Polsce polityką zajmują się 

majsterkowicze.   Więc   nienawidzę   tych   majsterkowiczów,   a   przecież   wyszło,   że   jestem   „za”. 

Dlaczego? Może przez to, że nauczyłem się widzieć ludzi, widzę i moje środowisko. I jego to 

nienawidzę przede wszystkim. Za co? Za blagę. Za nieautentyczność. Za pazerność. Na wszystko. 

Na zaszczyty... Przecież to dlatego majsterkowicze brali tych nowych osłów w jasyr jako posłów, 

prezesów, dostojników od robienia państwowotwórczych min. Grali nie swoje role, spostrzegli, że 

teatrzyk zbankrutował i postanowili sami sobie rolę napisać. Próbują grać siebie i nie wychodzi. Bo 

tak naprawdę to ich nie ma. Dalej, pazerność na to, żeby mieć. Malała powtórzyła mi kiedyś 

melancholijne zdanie Dyrektora: „nakręciłem tyle filmów co John Wayne i zobacz, co z tego mam. 

A on jest milionerem...” - użalił się jej biedaczek, w mieszkaniu dwustumetrowym, które zajął po 

zbankrutowanym wicepremierze... Głupota. Chciwa głupota. Nieliczenie z niczym poza własnym 

interesem. Tacy są. A upozowani - wiadomo na co. Tak. Może dzięki temu, że to ongiś moje 

środowisko mnie odrzuciło, oddało mi siebie. Więc nie jestem „za” niczym. Ale jestem przeciw. 

Przeciw nim także. A może przede wszystkim. 

Oni to wiedzą. I załatwili mnie szybko i ostatecznie. luz w tydzień po premierze „siódmego 

wspaniałego”. Akcja Dyrektora i jego konspirujących przydupasów była błyskawiczna. W jakiejś 

zadrukowanej   płachetce   piętnującej   „kolaborantów”   ukazała   się   duża   nota.   Ostrzegano 

„środowisko”,   że   Julian   Petryk,   eks-aktor,   przestępca   kryminalny,   pod   pretekstem   złego   stanu 

zdrowia zwolniony został z odbywania kary (tak to sformułowano - nie „przerwa w karze” a 

„zwolnienie”), aby złamać solidarny bojkot środowiska. Jest agentem. Potrafił już zagenturować 

nieliczne   słabe   jednostki,   między   innymi   inspicjenta   Witolda   S.   (bez   nazwiska   -   jak   w 

sprawozdaniu sądowym, jacy delikatni. A każdy aktorzyna w całym kraju wie, o kogo chodzi). 

Tenże usiłował zerwać konferencję prasową dla korespondentów zagranicznych zwołanych przez 

ukrywającego się prezesa Zajączkowskiego po wspaniałej premierze sztuki reżyserowanej przez 

Dyrektora. 

Naprawdę.   Ten   bidak   nie   umiał   się   powstrzymać   i   wkitowali   takie   zdanie   na   koniec 

szlachetnego donosu. 

Przysięgnę,   że   bezpośrednio   po   lekturze   trafił   mnie   szlag.   Doszedłem   do   tego   stopnia 

zidiocenia, że pokazałem pisemko Siekierce. 

- Trzeba by komuś za to dopierdolić - wydał surowe orzeczenie. 

background image

- Ale komu? - odprężył mnie z miejsca. 

- Ty wiesz, ten gówniarz to roznosi. Po znajomych domach. Jest kolporterem. 

- Kto taki? - nie chwytałem. 

- No gówniarz. Synek... - określił dokładnie, o kogo chodzi. „Synek” to było dziecko Eli, 

inaczej nie mówił. Jak Boga kocham, takiego nawet zakapować nie wstyd... 

Więc   syn   Witka   Sanojcy   kolporterem   pisemka   określającego   jego   ojca   jako   „agenta”. 

Nieprawdopodobnie kiczowate wypisuje los scenariusze. Życie to teatr amatorski, nie widać ręki 

reżysera - powtórzyłem myśl Sanojcy. 

Tak. Niebo nie bywa jasne, a jednak piorun uderza. Piorun z ciemnego nieba. Piorun z 

czarnego   nieba.  Witek   Sanojca   nie   żyje.   Nad  nikim,   nad   niczym   nie   było   jasne  to   niebo,   ale 

przecież nikt z lekarzy... „Płytki zawał”. „Nie ma zagrożenia”. W trzy dni po tym jak karetka 

pogotowia odwiozła Witka z teatru, rozmawiał ze mną w szpitalu. Tylu chorych, ciężko chorych, 

zwalonych  na kupę w nieprzestronnej  salce. Ale był  w dobrym nastroju. Wcale  nie załamany 

wydarzeniami w dniu premiery. Odwrotnie. Odniosłem wrażenie, że coś się w mm wyzwoliło. 

Myślę, że te ostatnie lata klęskowego osamotnienia w domu, że poczucie niespełnienia na scenie, 

że   zawalenie   się   tego,   w   co   uwierzył   w   roku   osiemdziesiątym...   W   końcu   był   autentycznie 

zaangażowany   w   „Solidarność”,   którą   mu   obrzydziły   błyskawiczne   kariery   ludzi   z   jego 

środowiska. „To było wstrętniejsze niż ich posłowanie, prezydiowanie i tak dalej... W końcu w 

tamto spychał ich, niezupełnie świadomych co czynią, co czynić mają, brudny paluch jakiegoś 

działacza pierwszej rangi wskazującego ich nazwisko na liście „reprezentantów środowiska”... A 

teraz, a tu, a u nas, w „Solidarności”, która była wcieleniem ideału, mitu Odrodzenia. Dawała 

nadzieję pokrzywdzonym, zadośćuczynienie zapomnianym, kazała wierzyć bezradnym, bezsilnym 

dawała poczucie siły, stanowiła święto w zaduchu naszej powszedniości...” Tak mówił Witek. I 

dalej: „Jak to się dziać zaczęło, że wśród nawiedzonych, może szalonych, ale szlachetnych, jęli 

dominować ci sami. W naszym świecie wszyscy ci sami...” 

Tak mówił w czasie naszych spotkań. Bo gdy go po raz pierwszy odwiedziłem latem, już 

był w fazie bezradnego rozgoryczenia. „Za dużo głupoty. Można by to znieść. Ale do tego za dużo 

podłości...”  Więc   i   tu   był   przegrany.   Cofał   się.  W  samotność,   która   była   nie   z   wyboru,   była 

osamotnieniem.   Może   dlatego   tak   mnie,   wypędka,   przygarnął.   Więc   właśnie   ten   spór   z 

Dyrektorem,   ta   walka   łącznie   z   tym   „głupim   rękoczynem”,   dała   mu   nowe   poczucie   wartości, 

background image

samookreślenia. W czasie pierwszej wizyty w szpitalu takim go odnalazłem... Był ożywiony. Dużo 

mówił, aż się bałem, że sobie zaszkodzi. O wszystkim. Przypominał pierwszą publikację grupy 

publicystycznej Zajączkowskiego na temat stanu naszego szpitalnictwa, którego teraz doświadczał 

na sobie. Komentował, jak to się w Polsce dzieje, że zawsze racje człowieka ulegną zapomnieniu, a 

przetrwa jego upozowana głupota... Mówił, że do teatru nie wróci... 

Stoję   w   progu   „jego”   sali.   Instynktownie   ruszam   w   kąt,   gdzie   stoi   .Jego”   łóżko.   Ze 

zdumieniem  natrafiam   wzrokiem   na   nalaną   twarz   oddychającego   ciężko   grubasa,   który  leży  z 

zamkniętymi oczami - śpi, jakby przez sen konał... Czuję dotknięcie czyjejś ręki. Oglądam się. 

Sąsiad Witka, którego w czasie wizyty częstowałem czekoladą, stary człowiek, na którego nocnym 

stoliku stoi szklanka ze sztuczną szczęką, coś do mnie mówi. Niewyraźnie. Sepleni. 

- Wyszedł? - pytam bez sensu. 

Potwierdza smutnym ruchem głowy. 

- Dziś w nocy - mówi. 

A ja jeszcze nie rozumiem. Jak to w nocy? A godzina milicyjna? 

- Całkiem nagle - mówi staruch; ja jeszcze nie wierzę, ale już rozumiem. 

To Ela mi powiedziała w przeddzień pogrzebu. Że wieczorem odwiedził go w szpitalu 

Andrzej, l że w papierach w nocnym stoliku leżała owa konspiracyjna płachetka jak to ja, agent 

wypuszczony z więzienia, „zwerbowałem Witolda S., inspicjenta teatru”. Nie mogłem zrozumieć. 

To mi się nie mieściło w głowie. Ale gdy zrozumiałem, poprosiłem, żeby tego broń Boże nie 

powiedziała Siekierce. Iglica w skonfiskowanym pistolecie „CZAKO” była naprawiona. Sam długo 

myślałem. Czy to w porządku, że zostawiam tu na wierzchu tego groźnego gówniarza. „Ojcobójca” 

-   pomyślałem   i   zdałem   sobie   sprawę,   że   przydzielam   mu   epitet,   jakim   obdarzali   mnie 

sprawozdawcy sądowi. 

Byłem przygotowany na najgorsze. Że pogrzeb będzie zakopywaniem człowieka, takiego 

człowieka, niemal chyłkiem, bez asysty bliskich, w zawstydzonym milczeniu. Ale było gorzej. 

Znacznie gorzej. Gdzieś uchwalono „wielkoduszne wybaczenie”. Gdzieś przypomniano, że umarł 

pierwszy   działacz   i   organizator   „Solidarności”   artystów.   Przecież   jego   nazwisko   inspicjenta 

figurowało na afiszu przedstawienia, na którym jako statysta zadebiutował wielki aktor „siódmy 

wspaniały”. Afisza zmienić się nie dało. Śmierć zmieniła interpretacje. W końcu o wydarzeniach za 

background image

kulisami wiedziałem tylko ja. A ja byłem wyklęty. Wokół mnie była pustka. Stałem w kościele z 

Siekierką sam. Oddzielony dwoma rzędami pustki. A byli „wszyscy”. Nieomylny instynkt stada, 

albo   czyjaś   reżyseria.   Tu   nic   nie   dzieje   się   samo.   Nad   trumną   przemawiał   Dyrektor.   Nasz 

pokrzywdzony   John   Wayne   wspiął   się   na   szczyty   patosu.   Żegnał   „wspaniałego   szeregowca 

niezwyciężonej armii sztuki, na której teraz spoczął cały ciężar walki o ideały, których nie wolno 

nam   zapomnieć.   I   my  nie   zapomnimy,   jak   nie   zapomnimy  nigdy  o   ich   skromnym,   ofiarnym, 

niezastąpionym nosicielu”. Niemal płakał. Głos mu łamało wzruszenie. 

Nigdy nie zrozumiałem tak dobrze wymowy uderzenia grudy ziemi o trumienne wieko. Tak 

zasypuje   się   prawdę   o   człowieku,   którego   już   nie   ma.   Który   już   niczego   nie   sprostuje,   bo 

sprostować już nie można. Bo sprostować można tylko ciosem pięści w pysk obłudy. Pięść leży pod 

zwałami ziemi, a pamięć? Pamięci nie ma. 

Z   całej   porannej   uroczystości   zapamiętałem   jeszcze   jedno.   Szept   Siekierki   w   kościele: 

popatrz na skurwysyna. Jak on klęczy. 

Spojrzałem  we   wskazanym   kierunku.   Dyrektor  Wszystek   klęczał   w   pierwszym   szeregu 

żałobników. 

- No, klęczy. Wszyscy klęczą. 

- Ale jak. Na obu kolanach. 

- No to co? 

- Chłopie. Tak klęczą tylko baby. Nie umie. Nie wprawiony. 

Przez sekundę stary świat znów mógł być śmieszny. Był śmieszny. 

- Przecież on od grudnia co niedziela w kościele odszepnąłem. Wiedziałem. Były to nasze 

godziny. Moje i Teresy. 

- No to co. Nikt mu widocznie nie powiedział - Siekierka był nieubłagany. 

I tak poszedł sobie jedyny mój przyjaciel, a ja opisując to, co się nie da opisać, to, jak się 

zasypuje martwego człowieka, pamiętam głupie zachowania głupców, komentarz do nich prostaka, 

dowcip sytuacyjny na cmentarzu. A zresztą choćbym i umiał pisać jak zawodowiec, to co z tego, że 

każę komuś przeczytać i sto stron, skoro jedyne, co z tego wynika, zamknie się w dwóch słowach: 

nie ma Witka. Paradoksy ludzkiej natury: kiedy żył tak blisko, że mogłem go zawsze przywołać, 

nie wiedziałem, kim był właściwie. Teraz dopiero jest. Widzę jego absolutną odwagę. W każdym 

wymiarze. Także tym najprostszym męskim - mojemu pokoleniu już niedostępnym - bojową. Co o 

background image

nim   pisano   w   książce   „Akcje   Zbrojnego   Podziemia   Warszawskiego”!  Ale   ten   sam   człowiek 

odpowiedział   w   tym   roku   jakiemuś   dostojnikowi   na   pytanie,   czy   już   sobie   „załatwił”   Krzyż 

Powstańczy   -   „ależ   panie   generale,   ja   nie   zdążyłem   jeszcze   zweryfikować   swojego   Krzyża 

Walecznych z Powstania”. Był jaki był i na nic mu były oficjalne świadectwa na papierze czy z 

brązu. A to serce! Przecież dopiero potem, dopiero po cmentarzu powiedziała mi Ela, że był chory 

od   lat.   „Nie   miał   czasu”   się   leczyć.   Powiedział   „jeszcze   nikt   nie   uciekł   przed   śmiercią.  Tym 

bardziej nie będę uciekał”. Okazało się dopiero teraz, że mimo faktycznej separacji łączyła go z Elą 

autentyczna przyjaźń. Ona była w prawdziwej żałobie, tej, która nie potrzebuje welonu i czarnych 

pończoch.  A sama  śmierć  „na barykadzie  kiedy,  wbrew  swojej  delikatnej   naturze,  dał  w  pysk 

człowiekowi, którym pogardzał. Nie ma Witka i już nie zobaczę nikogo, kto by był tak jak on po 

prostu sobą. 

Na   pogrzebie   spotkało   mnie   zaskoczenie.   Już   wychodząc   z   kościoła   natknąłem   się   na 

profesora Wergila. 

Wyszliśmy razem, 

- Pan na wolności? 

Skinąłem głową. 

Opowieść profesora Wergilego. 

Proszę sobie wyobrazić moją radość, gdy poją wił się Marian. Mój internowany asystent,  

wolny,   w   zupełnie   dobrej   kondycji   psychicznej,   w   dodatku   z   ukończoną   tam,   w   obozie  

internowanych - pracą magisterską, którą pisał pod moją opieką. Mówiłem przecież, ze to człowiek  

z gruntu apolityczny, lecz na tyle prą wy, że gotów wejść w konflikt z każdą władzą w imię prawdy i  

w obronie zaniedbywanych racji nieszczęśliwej, upośledzonej przez człowieka natury. Trafił swój  

na swego, prawdę mówiąc, bo oto ledwo skończyły się moje zajęcia dydaktyczne, wziąłem Mariana  

w obroty. Zacząłem przeglądać tę jego pracę. Jest ci on fanatycznym orędownikiem ratowania,  

ochrony, a nawet odbudowy ginących gatunków. W tej jego pracy idzie o bobra. Czynimy od lat  

starania, aby ten piękny zwierz nie osierocił naszego kraju (jak Boga kocham, tak się stary Wergil  

wyraził). Więc czytałem, dyskutowałem, a nawet i kłóciłem się z chłopakiem. Nawet dość głośno, a  

jakże. Jak się miało okazać za głośno. Bo jego pomysł, aby Kampinos uczynić niejako centralnym  

„stołecznym w aspekcie bobrowego świata” (znów cytat dosłowny) ośrodkiem hodowli, wydal mi  

background image

się   mocno   kontrowersyjny.   Drzwi   na   korytarz   były   uchylone,   bo   pilnowałem,   aby   woźny   nie  

zamknął nas w gmachu. 

I wie pan, jak to z nami, starymi profesorami, bywa, dyskusja mnie pochłonęła, czas minął,  

gmach   zamykano,   więc   poprosiłem   chłopaka   do   siebie.   Cóż   on   tam   biedak   ma   na   swoim  

kawalerskim gospodarstwie. Glonek chleba, a moja żona nawet dziś potrafi ugościć, l lubi go  

bardzo. Ten Marian to wspaniały człowiek. Jeszcze pan o nim usłysz.... Więc po kolacji pościeliła  

mu w moim, gabinecie. Jeszcześmy się nie położyli, jak rozległ się dzwonek do drzwi. Zostałem  

aresztowany. To znaczy obaj zostaliśmy aresztowani. Nie mogę narzekać. Byli bardzo grzeczni. Aż  

przesadnie,   wobec   mnie   aż   przesadnie,   było   mi   głupio   wobec   Mariana,   więc   zachowałem   się  

nieco... no, trochę niegrzecznie. Ale oni nie zmienili tonu. Już następnego dnia rano zaprowadzony  

zostałem do oficera śledczego. Byłem oskarżony o montowanie siatki KPN. Pan oczywiście wie co  

to   takiego?   No,   Konfederacja   Polski   Niepodległej.   Organizacja.   Na   mój   gust   kretyńska.  

Idealizująca sanację. Z galerią przodków w rodzaju Rydza-Śmigłego. Koszmar. Ja i KPN. Nic, ale  

to   nic   nie   rozumiałem.   Spytał   mnie   wówczas   mój   oficer   -   wciąż   bardzo   grzeczny-o   czym  

rozmawiałem. Powiedziałem, że o bobrach. Roześmiał się. 

-  Szanowny  Panie  Profesorze  - zaczął, jakby  dyktował  uprzejmy  list  - niech  sobie  pan  

przypomni,   czy   to   nie   pan   mówił   słowa...   -   zajrzał   do   jakiejś   notatki   -   ...”KPN   jest   i   będzie  

potęgą”..., a następnie... „KPN zdobędzie wówczas wpływy w całej Polsce” lub wreszcie - przecież  

to   pana   zdanie:   „Dla   KPN   mógłbym   poświęcić   życie...   Imam   nadzieję,   że   będzie   to   jeszcze  

możliwe”... l wówczas zrozumiałem. Zacząłem się śmiać. Dostałem histerycznego ataku śmiechu,  

aż mój rozmówca się wystraszył. Musiałem wyglądać jak nienormalny. Dosłownie dusiłem się.  

Chciałem się napić wody-podał mi grzecznie pełną szklankę i bryznąłem na biurko... 

Chodziło   o   Kampinoski   Park   Narodowy.   Mój   Marian   chciał   tam   usytuować   centralny  

ośrodek rozrodowy bobrów, kolonię dostarczającą „materiał”, jak to mówimy, do ośrodków całego  

kraju. Rzeczywiście posługiwaliśmy się w rozmowie skrótem „K.P.N.”, a woźny, widocznie etatowy  

pracownik, pośpieszył z meldunkiem... 

Tego dnia wróciłem do domu, chociaż odmówiłem podpisania zobowiązania, że „treści  

przesłuchania nie ujawnię w żadnych okolicznościach”.

W dwa dni po pogrzebie zaprosiła mnie Ela. Byłem na stypie. Pomyśleć, że wszystko, co w 

potocznym   obyczaju   kretynieje,   może   mieć   sens.   Siedzieliśmy   oboje   nad   stertą   fotografii.   Bo 

background image

powiedziała, że chce, żebym sobie wybrał. Bo w końcu Witek będzie żył jeszcze trochę w pamięci, 

ale   naprawdę   to   mu   podobno   zależało   na   mnie.   Mówiła   o   nim   (i   o   sobie)   z   zawstydzającą 

szczerością.   Dopiero   ta   szczerość   uzmysłowiła   mi,   jak   bardzo   go   w   gruncie   rzeczy   kochała. 

Oskarżała się, że nie zmusiła go do leczenia. Jakby Witka można było do czegokolwiek „zmusić”. 

Ze zostawiła go samego. Jakby on zawsze nie był w jakiś sposób sam z sobą. Patrzyłem na te 

zdjęcia.   Okrutna   to   zabawa   zatrzymywanie   czasu   na   kliszach.   Okrutna   i   bezmyślna.   Bo   nie 

myślimy, że wszystko, co utrwalamy, utrwalamy jako żałobę po minionym. 

Zwróciłem   uwagę   na   młodzieńcze   zdjęcie.   Witek   w   konnej   gromadzie.   On   -   cywilny, 

oficerowie,   panie.   Koło   niego   malutka   amazonka.   Piękna   dziewczyna   bez   toczka   w   aureoli 

wspaniałych włosów. 

- Mogę to zatrzymać? - spytałem. 

- Śmieszne, co? Start. Do czego? Do budki suflera... Bo przecież w tych latach to, czym był 

Witek w teatrze, dałoby się do czegoś takiego porównać... 

- Witek w teatrze był czymś zupełnie niezwykłym. Bez niego nas nie było. 

Powiedziałem „nas”. Ja, banita, wygnany od nich wyrokiem sądu, a przez nich wyrokiem 

ich głupoty i małoduszności. Powiedziałem „nas”, bo Witek tworzył z nas jedność. A może bredzę. 

Może to nieprawda. 

- Jak dobrze jest wierzyć - usłyszałem westchnienie Eli. Spojrzałem na nią zdziwiony. 

- Myślę o religii - bąknęła jakoś zawstydzona. 

- W nic innego człowiek nie może wierzyć niż w to, co przeżył. 

- Więc tam też by mnie z nim nie było - powiedziała poważnie i odsunęła w moją stronę 

fotografię z uduchowioną młodzieżową amazonką wstrzymującą konia obok Witka. 

Cześć Koleżko Julku! 

Pamiętasz, dałeś mi swój adres, że jak się wyknajam z pudla, mam napisać. Dostałem  

przedterminowe. Jednak to zasrane życie przynosi nie tylko ból i cierpienie, ale i rzeczy, które się  

długo pamięta. Bo przed wyjściem miałem przykrą aferę. U nas byli przez tydzień internowani. Oni  

dla ciebie pewnie są git, ale ludzie w naszym kiciu ustalili, że człowiekowi z internowanym witać  

się nie wolno. Że choć taki miał „Solidarność” w klapie, nie znaczy, że mamy im kopsać wite. Póki  

kogo   nie   znasz,   nie   wiesz,   czy   nie   cwel   albo   inny   paparuch.   A   poza   tym   „ludzie”   mają   do  

„Solidarności” żal, że przez nich nie było amnestii. No, ale nim postanowili, to ludzie strzępili  

background image

gardła, a mnie jeden wykręcił aferę, że widział jak jednemu takiemu kopsnąłem wite na korytarzu.  

Gówno widział, ale afera była. Chcieli mnie wjebać w szambo, ale się nie dałem. Stanęło, że ręki  

internowanemu - człowiek nie  podaje.  Trudno, w puszce są pewne zasady. Ale teraz wszystko  

gitenio. Wyobraź sobie, nie kiram żadnych alkoholi. Anticol szamię - pobieram systematycznie.  

Chociaż z przykrymi skutkami. Bo stałem się od tygodnia impotentem, ja, co żadnemu cwelowi w  

kiciu nie przepuściłem. Pytałem pacjentów w przychodni. Podobno to przejściowe. Bo jak nieładnie  

by się moja Bogusia wpierdoliła. Dwa lata na mnie czekała, a teraz... No nic, tak naprawdę to  

upajamy się z Bogusią widokiem polskiej biedy. Bo jeszcze fruwają gołąbki i wody w Wiśle po  

pachy. Moja żoneczka uszyła mi spodnie ze starej zasłony, takie git, że bandytyzmem byłoby się nie  

pochwalić. Bym zapomniał. Bogusia wycofała z sądu tę epopeję o rozwód, co ją złożyła, jak w  

kiermanie nie zgodziłem się na wszycie esperalu przed wyjściem. Nie przeanalizowała wtedy, a  

obecnie (nim mnie ten anticol nie osłabił, miałem ci przez tydzień błysk taki, że ledwo miała siły  

zwlec się rano do pracy) wie, że drugiego takiego nie trafi. Jako pracownik też się trzymam, choć  

okrutnie mnie wścieka, kiedy muszę zasuwać do „tyry”. Bo tyrać byłby sens, żeby coś z tego było, a  

za moje wory, co je tragam, to na kartki nawet nie zawsze wyrobię. Myślę, czy od jesieni nie  

zapisać się do zawodówki na wieczorowe, bo ta moja Bogusia po technikum. Słuchaj no uważnie:  

ja nawijałem, że ty jesteś „polityczny”. Tak mi lepiej wychodziło. Że nie tylko ona ma tych swoich  

„towarzyszy”.   Bo   ona   to   prawdziwy   „czerwony   pająk”,   legitymacji   partyjnej   nie   oddała   i  

powiedziała,   że   nie   odda  przenigdy.   Dotychczas   każdy   mój   znajomek   to   był   dla  niej   bandyta,  

dlatego przerobiłem ciebie na politycznego. To będziesz może wróg, ale autorytet. Choć ja przecież  

nie żaden prosty złodziej... Jak wiesz, ostatni wyrok za pobicie gliniarza. Rejestrowałem dziecko po  

urodzeniu, a gliniarz do mnie, czy wiem, z kim się baba puściła. Gdyż często siedziałem u nich na  

cztery osiem. Ze szkołą wytypowałem się na instalatora. Najlepiej byłoby, gdybym to ja założył  

szkołę kitu, bajeru, farmazonu. 

Mój adres na kopercie. Liczę, że skorzystasz. O jakieś stare glany, sztany czy pierzynkę  

(sweter   jeżeli   zapomniałeś   więziennej   nawijki   w   swoim   eleganckim   towarzystwie)   to   cię   nie  

poproszę, bo pewnie jesteśmy obaj w podobnej sytuacji. Dziś nikt zbędnych łachów nie ma. W  

ogóle to schnie mi głowa. Skąd wziąć co na grzbiet na zimę. A dla dziecka ? Tak czy tak nawet goły  

dziesiątki na jakim byłym prominencie nie walnę i kożucha mu nie zapierdolę. Bo jednak chcę na  

wólce trochę się utrzymać. Magdusia wola o braciszka. 

No to pogłówkuj jakoś, żebyśmy się zobaczyli. Adres na kopercie. 

background image

Z poważaniem

Arkaszka 

„Arkaszka”. Tak uczciwie według ksywy. Bo w papierach Arkadiusz Cipulka. Ponoć było 

ich trzech braci Cipulków: on, Napoleon i Dariusz Cipulkowie. Ile tęsknot rodziców za innym 

światem... „Tam to tylko wykwint i kwintesencja” - opisywał mi Arkaszka w celi wyższe sfery 

Warszawy. Bo jest stąd. Ile to wspólnych miesięcy „pod celą”. Oczywiście wiedziałem, że muszę 

go odwiedzić. Arkaszka był nietypowy. Może trochę kradł, jak wynikało ze snutych na pryczy 

opowieści,  ale  przede   wszystkim  nie   lubił   władzy.  Siedział   dwa  razy za   to  samo.  „Jak  widzę 

gliniarza   robi   mi   się   ciemno   w   oczach”.   Idę   do   niego   w   odwiedziny.   Zaprosił   mnie,   więc 

przemilczałem cały list wobec Siekierki. Zresztą mam być „polityczny”. Strasznie to trudna rola. 

Żeby było dziwniej Arkaszka ma żonę „partyjną”. Po co mu więc moja „polityczność”, siłą rzeczy 

obrócona przeciw żoninej partyjności? Pewnie to też ów „wykwint i kwintesencja”. 

Więc trochę tremy przed tą wizytą, ale przede wszystkim naturalny odruch ulgi. Wychodzę 

na trochę, na chwilę, od tych ludzi, którzy mnie zmęczyli, a od chwili śmierci Witka stali się nie do 

zniesienia. Tkwię w poczuciu zwielokrotnionego osamotnienia. Dosłownie jakbym ten rok spędził 

w   trumnie.   Mój   Boże,   w   końcu   „Arkaszka”   to   człowiek.   Nie   tylko   „człowiek”   w   znaczeniu 

„grypsujący”. Wsławił się tym, że w pracy gdy się dowiedział, jak kradną więzienne władze, jął 

nagle wyrabiać siedem - osiem procent normy. Zaindagowany o przyczyny tak nagłego spadku 

wydajności bluznął w oczy: „Na złodziei ja, złodziej, nie robię”... I nie tylko uszło mu na sucho, ale 

nagle zauważyliśmy, że znów dostawać jął porcję dla „stuprocentowców”. 

Więc idę do „Arkaszki” i, co najśmieszniejsze, przez chwilę myślę po babsku „co na siebie 

włożyć”. Bo niby „polityczny”, a więc jakby spod krawata, ale sam krawata nie lubię, a u nich 

podobno sakramencka bida. 

To   zdumiewające.   Jakby   to   wszystko   kto   wymyślił.   Mieszkają   na   Woli   w   jednym 

pokoiczynie z kuchnią. I może to szczęście, że jeden i malutki, bo nie widać tak bardzo, że nie mają 

po prostu nic. Stół... i może dlatego tylko trzy krzesła, że więcej by się nie pomieściło? Dopiero po 

dłuższej chwili zorientowałem się, że gdy ja siedzę przy stole, to jedna osoba musi być w ruchu 

albo w kuchni. Po prostu nie ma krzesła. No, można, jak to w końcu zrobiła teściowa, przysiąść na 

tapczanie w rogu pokoju. I jeszcze małe łóżeczko. Ta córeczka łazi na bosaka. Nie ma bucików. 

„Ma kaloszki” - prostuje tę informację babci matka. Dumna. Piękna... no, przesada, ładna, choć 

background image

zmęczona kobieta. 

- A to pan - powiedziała podając mi rękę - bardzo jestem panu wdzięczna... - dodała ni stąd, 

ni zowąd. 

- Za co? - spytałem oszołomiony. 

- Jak Arkaszka wrócił, to po kolacji mówił nawet „dziękuję” - powiedziała znać skarżąc się 

subtelnie, że zaniechał później obyczajów ze świata wykwintu i kwintesencji, który widocznie w 

jego opowieściach zaprezentowałem ja - „polityczny”. 

Arkaszka   nosi   gdzieś   tam   worki   na   bocznicy   kolejowej,   wyciąga   cztery   tysiące.   Żona 

pracuje. „A jakże. Jakby robiła bez przerwy na dwie zmiany to może - gdyby nie jeść i nie pić,  

mogłaby mi kupić jednego buta na ciuchach w Rembertowie” - szydzi, ale serdecznie. 

A ona w popłochu. Gdy zostajemy przez moment sami, bo Arkaszka się uparł, że przyniesie 

choć dwa piwa „od sąsiada”, spowiada się mi szybkim szeptem, że się boi. Bo on już dwa razy był 

w tym Rembertowie na ciuchach i gotów jednak „spróbować”. Bo kupić się nie da. A on marynarki 

do   dziś   nie   ma.  W  więzieniu   przehandlował   wszystko.   Nawet   to   w   czym   „poszedł   siedzieć”. 

Obiecuję.   Olśniewa   mnie   myśl,   że   chyba   Ela   nie   rozdała   Witkowych   rzeczy.   Mówię,   że   go 

ubierzemy, „l dla dziecka coś się znajdzie” - dorzucam zupełnie nieodpowiedzialnie, bo skąd. 

Wspaniała jest ta kobieta Arkaszki, Przy tym wszystkim tyle godności. 

- Co do Arkaszki, niech mu pan pomoże. Wtedy z dzieckiem to sobie poradzę - mówi 

czerwona z jakiegoś zawstydzenia. 

Kojarzę sobie prędko ją „partyjną” przyjmującą jałmużnę od „politycznego” i szeptem, żeby 

teściowa - na szczęście jest w kuchni - nie usłyszała, wyjaśniam, że wcale nie, że jestem pospolity, 

jak Arkaszka. 

- Różne rzeczy się zdarzają - godzi się ona i widzę, przez mgnienie, że to wyjaśnienie było 

potrzebne. Teraz powodowany szczerą ciekawością zatrącam o sprawy ogólne. Tak. Ona wierzy, że 

socjalizm i tak dalej... Groteskowa i patetyczna w tej nędzy, którą oglądam ja pociotek Laniewicza 

- z poczuciem autentycznego upokorzenia. Boże, gdybym był pisarzem - co za temat (Gdybym był 

pisarzem to bym opisał, jak przynoszę Arkaszce garnitury Laniewicza - bo tak naprawdę to przy 

rozwodzie wszystko pozabierał). Ale mam opisać tylko to, co mi  się przydarzyło, więc piszę. 

Wrócił Arkaszka. Piwa nie było. Sąsiad mówi, że browar o mało nie utonie, przestali już robić, ale 

nie ma kapsli do butelek. Sąsiad wie, bo od lat ma melinę. Jedna jedyna na Woli, w której nie tylko  

czysta, ale i piwko... 

background image

On rozpytuje co u mnie, ale mnie tak naprawdę interesuje ona. Co myśli taki człowiek 

„Wierzący”. Jestem chyba wyjątkowo uodporniony na wszelkie społeczne zauroczenia. Stąd mój 

dystans   wobec   Solidarności   ze   świętym   obłędem   naszej   niedoszłej   rewolucji   osiemdziesiątego 

roku. Tym bardziej wobec partii. I tu niewiarygodny układ. Arkaszka i „partyjna żona”. Jakby 

Maria Magdalena przez pomyłkę trafiła do krzyża zbója Barabasza. I są razem. Przecież czekała na 

niego. I teraz znowu drży, czy on nie ukradnie albo co gorsza znów „władza” nie podkusi jego 

pięści. Teraz w stanie wojennym. Dowiaduję się, że „na jej zakład” wrócił dyrektor uprzątnięty w 

roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym. „Święta partyjna” - jak odezwał się Arkaszka - jest 

smutna, ale uznaje wyższą konieczność: tylu ludzi nie chce nic robić... 

A mnie jest coraz smutniej. I nagle tu, w oczach tej pogodzonej, „wierzącej”, upartej, rośnie 

we mnie jakiś gniew. We mnie, którego tak brzydzi cała histeryczna zabawa protestującego sytego i 

karmionego pączkowym żebractwem „środowiska”. Przypominają mi się słowa Witka: „To, że nie 

aprobuję form protestu nie oznacza, że aprobuję rzeczywistość, przeciw której skierowany jest 

protest. Nie aprobuję zawodowych ludzi protestu, ale też zawodowców władzy nigdy nie uznam za 

swoich”. 

Witku!  Witku,   gdzie   jesteś.   Jest   tylko   szafa   pełna   twoich   ubrań,   w   której   pojadę   jutro 

grzebać, by wspomóc Arkaszkę i tę jego wspaniałą „wierzącą” kobietę. 

Połowa kwietnia to były upały. Słowiki obudziły się wcześniej w tym roku. Wśród krzaków 

bzów   obiecujących   dopiero   kwitnienie,   trwało   opętane   śpiewanie.   Zieleń   podniosła   się   na 

śródleśnej gigantycznej łące. Życie! Świtami, gdy nagłe przebudzenie wyganiało mnie przed próg 

chaty babci Józefki, spod lasu niosło uparte ciuszykanie i głośny bulgot tokujących cietrzewi. 

Natura świętowała ośmieszając ludzkie troski, dramaty, przewroty, nieświadoma, że i ona podlega 

nieubłaganym prawom przemijania. A może w jakiś sposób świadoma, że góruje nad światem 

człowieka pewnością wiecznego powrotu. 

Wybawił   mnie   Siekierka.   Od   miasta.   Od   „środowiska”.   Od   Teresy,   Malali,   Konrada 

Wszystka, Zająca. Od siebie. Tutaj się sobą nie zajmowałem. Nie liczyłem dni, które mi jeszcze 

pozostały,  nie czekałem na  wątpliwy rezultat  upartych  starań niezłomnej  Basi.  Ja tutaj  byłem. 

Zrównany z tym bełkotem cietrzewi, pogwizdywaniem ptaków, trwaniem traw i liści. Chyba po raz 

pierwszy w życiu odnalazłem świat poza swoimi i w ogóle ludzkimi sprawami. No, goniły mnie 

tutaj „ludzkie sprawy”. Kończyliśmy sadzenie ziemniaków. Koń był ochwacony, trzeba było do 

background image

weterynarza... U sołtysa Gęby trzeba było interweniować w sprawie spóźnionego odbioru kartek 

żywnościowych   babci   Józefki...   Wieczorami   Siekierka   rozważał,   czy   byśmy   „nie   powinni   się 

zdecydować”. Chodziło o porwanie samolotu. On może to dla mnie zrobić. Albo Sienkiewicz. Tak. 

Musiałem opowiadać Siekierce „Ogniem i mieczem”. Bo „Potop” to mniej więcej streściła mu Ela. 

Umiała   kogo   trzeba   uśmiercić,   poswatać   właściwe   pary,   rozpłatać   komu   trzeba   łeb   szablą 

Wołodyjowskiego. Rzecz wzięła się stąd, że Siekierka tuż przed wypiską przeczytał trzeci tom 

Potopu. Kto był w kiciu, ten się nie zdziwi wiadomością, że nasz bibliotekarz wydawał książki z 

półki „jak leci”, jak stały na półce. Tak oto Siekierce dostał się trzeci tom „Potopu”. Cóż z tego, że 

Sienkiewicz go zafascynował, gdy potem wypadła na niego „Chata wuja Toma”. Jeszcze zapoznał 

się z „Życiem pszczół” i już wolność... 

Dopiero tu właśnie, u babci, w czasie pierwszej jesiennej wizyty z Elą „zgadało się” o tym 

„Potopie”. „Opowiedziała mi”. Gdy zakwestionowałem jej możliwości w tym względzie, zapoznał 

mnie na wyrywki ze swą wiedzą, kto z kim kiedy kogo więził, porywał, odbijał, zabijał... 

- Że tez zostawiłeś jej na to czas... - mruknąłem prześmiewcze. 

Siekierka   roześmiał   się   wybaczające.   Nie   miał   kompleksów.   Nie   miał   najmniejszego 

powodu do kompleksów. Zademonstrował mi łóżko, na którym spałem. 

- Od nowa musiałem wszystko zbijać raz jeszcze- okazywał grube dechy, listwy, krzyżówki 

scalające mebel ongiś porąbany siekierą. 

Rzeczywiście, łóżko zmieniło się „nie do poznania” w stosunku do stanu, jaki zastałem 

jesienią w czasie pierwszego pobytu u babci, gdy Siekierka jeszcze kiblował. 

-   Rozleciało   się   w   drobiazgi   w   czasie   pierwszej   nocy   -   przechwalał   się   Siekierka.   - 

Musiałem o północy siano do izby nosić. Ale mnie babcia sklęła. Ale jaki byś nie był kozak, 

przerwy muszą być, to mi opowiadała. 

Uniwersytet literacki Siekierki doprawdy godny był pozazdroszczenia. Niestety pamięci 

mej   wystarczyło   na   dwudziestominutowe   streszczenie   rycerskiej   epopei   „Ogniem   i   mieczem”. 

Wyłgałem się obiecując mu na własność „całego Sienkiewicza” po powrocie do Warszawy. 

Ale na razie byłem tu. Na krótko. Przy okazji tej rozmowy dowiedziałem się od Zenka, że z 

Elą znowu „wszystko jest w porządku”. 

- Darowała ci? - pytałem naprawdę zaciekawiony. 

- A co mi miała nie darować. Forsę temu grubemu skurwysynowi zwróciłem. 

- Skąd wziąłeś - indagowałem bojąc się, że trafię na trop nowej afery. 

background image

- Wekslem. Powiedziałem: masz pan. A Ela nie przyjdzie już nigdy. Dziś całą noc z niej nie 

złaziłem 

Aż usiadłem na łóżku. 

I przypomniała mi się scena sprzed paru dni, gdy to wcześnie niemal o świcie usłyszałem 

skrzypnięcie drzwi od pokoju Basi i stanąłem w progu, by zapytać, czy mam iść po pieczywo i 

zbaraniałem. Z pokoju Basi wychodził w piżamie Siekierka. 

- Co się stało? - spytałem jak idiota. 

- Nic, interesy - oznajmił mi mój przyjaciel, jakby wychodził z banku, a nie z sypialni 

czterdziestoletniej pani. 

A wieczorem Basia powiedziała spuszczając oczy, czy nie wiem, jaki to Zenek miał „dług 

honorowy”. 

Jezus Maria. Chyba wyczytał coś takiego u Marczyńskiego. I kto drugi żyrował ów weksel? 

Może już bezpieczniej porwać z nim ten samolot? 

Warszawa  przywitała  mnie  „z otwartymi   ramionami”.  Nie  było  zbrojnych  rogatek  przy 

wjeździe do miasta. W nas, ludziach zza muru, każdy mundur strażnika prawa budzi poczucie 

zagrożenia. Po usunięciu strefy z tablicami ograniczającymi szybkość, a potem ze znakiem „stop” 

zasłoniętymi   już   brezentowymi   pokrowcami,   w   naturalnym   odruchu   kierowcy   świętowałem 

poczucie odzyskanej wolności naciśnięciem na pedał gazu. 

- Glina! - ostrzegł mnie przytomny Siekierka. 

Na poboczu ulicy ukazał się majestatyczny milicjant z drogówki w białej czapce. No i 

doczekałem się „ręcznie wykonanego” znaku stop! 

Hamując kątem oka spostrzegłem skryty za budką radar. 

- O Jezu, mandat! - zdumiał Się Siekierka. 

A ja wróciłem w te lata,  gdy po zakrapianej  libacji. zdarzało  mi  się  słyszeć  uderzenie 

własnego serca na taki sam widok. Wówczas najczęściej kończyło się upomnieniem „dla pana 

artysty”. Telewizja miała swoją silę. Dziś będzie mandat, ale zapłacę za swoje odzyskane poczucie 

tożsamości. Nie ma zbrojnej rogatki, jest facet w białej czapce, nie będzie Basinych złotówek, nie 

będzie „pana artysty”, ale będzie poczucie „normalności”. 

W mieście też wzrastające poczucie normalności. W teatrze wróciła na scenę internowana w 

grudniu kontestatorka. Przez pierwszy tydzień podobno się ukrywała. „Taka była gruba i opalona, 

że wstydziła się pokazać. Ale dieta cud sprawiła cud...” - tak mniej więcej streściła sprawę Malała, 

background image

która   jej   nie   znosiła.   Tamta   miała   popularność   nie   wynikającą   z   eksponowania   własnych 

wypukłości. Powiedziałem coś na ten temat Siekierce, który stwierdził po swojemu: to fakt, że ta 

twoja Malała to myśli, że cały świat jak mały byk kręci się wokół jej dupy”. 

Powtórzyłem to jej przy okazji. Ale w tym potęga i wdzięk Malali, że śmiała się rozbawiona 

i szczęśliwa. Tym razem oznajmiła coś nowego na temat swej eks-internowanej (może tak być? 

Chyba może. Ja kiedyś, da Bóg, będę eks-więźniem, to ona...). Otóż babsko tak „standeciało” 

aktorsko, wyczynia na scenie tak niedorzeczne miny i grymasy, że jej zwolennicy opowiadają, że 

gra tragiczną rolę ciężko chora: ma odbite w katowniach nerki. Dlatego tak boleśnie i często od 

rzeczy się wykrzywia. Swoją drogą „moja” Malała ma wdzięk. Dostarczyła mi jakiś powielony 

parokartkowy elaborat „pana Zajączkowskiego”. O nim zawsze wyraża się w ten sposób pełen 

szacunku. Może dlatego,  że był  to  jedyny mężczyzna spotkany w jej  życiu,  który się nią  nie 

zainteresował. Nie miał czasu na głupstwa. Przeczytałem te jego umysłowe polucje. Tak to jest, też 

sposób zaspokajania siebie. I swoich męskich - bo przywódczych - ambicji. No cóż. Ci ludzie żyją 

wciąż w przekonaniu, że rzeczywistość jest sowieckim wymysłem, a naszym obowiązkiem jest nie 

przyjmować tego wymysłu do wiadomości. 

*

Ze sfery „przywódców” mam jeszcze do zanotowania niezwykłą scenę. Otóż mój pobyt u 

Zenka ograniczony był terminem kontrolnego badania w „mojej” lecznicy w Aninie. I zdarzyło mi 

się coś nieprawdopodobnego. Czekałem już przeszło kwadrans na wezwanie do mego lekarza. 

Siedziałem w holu na kanapie w towarzystwie Zenka, który miał przykazane przez Basie na krok 

mnie   nie   odstępować.   Minął   ten   kwadrans   i   poniosło   mnie.   Czułem   się   tutaj   jak   u   siebie   - 

wyruszyłem na poszukiwania doktora. Idąc przez korytarz wyminąłem jakiegoś wychudzonego 

wysokiego starszego pana, który ukłonił mi się z wyraźną rewerencją. Skądś znałem tę twarz. W 

każdym razie kogoś mi przypominała. Na pewno więc nie był to mój dawny sceniczny adorator, ani 

też nikt ze znajomych pacjentów. Przystanąłem i odruchowo obejrzałem się. Mój „znajomy” szedł 

przez pusty hol, mijając miejsce, gdzie rozpiera) się na kanapie Siekierka, ukłonił mu się z równą 

rewerencją.   I   nagle   otwarła   mi   się   pamięć.   Jezusie,   to   premier.   To   były   premier!   Przez   cały 

dziesiątek lat wkładały go w pamięć ludzką powielane do bezliku fotografie, a teraz... No tak. 

Zmęczony. Postarzały. I uniżony - taki nie mógł mi się od razu skojarzyć. 

Mój lekarz znalazł moje serce w doskonałym stanie. Pobrano wprawdzie znowu to i owo do 

sprawdzenia, ale samo osłuchanie po „kontrolowanym wysiłku” wypadło wspaniale. Przy okazji 

background image

dowiedziałem się, że spotkany pacjent skierowany został na leczenie z obozu internowanych. 

- O Jezu. Żebym go z miejsca poznał - użalał się w samochodzie Siekierka. - Rany boskie! 

Dziewięć złotych szło na całodzienne utrzymanie więźnia, jak on na śniadanie wpierdalał kawior i 

likierem popijał, że też mnie oślepiło! Toć wziąłbym go na huk: czego się chamie kłaniasz, ledwoś 

sam wyskoczył  z kicia, nie byłeś mi  przedstawiony! Wziąłbym go na huk, że cały szpital by 

usłyszał... 

Tylko Basia ma jeszcze nadzieję. I to nie taką, żebym mógł z nią pozostać, tylko że wkrótce 

powrócę. W końcu przepchała ten wniosek o rewizję nadzwyczajną. „Nie od winy, a od wysokości 

kary”. Tak to ponoć brzmi po prawniczemu. A mój czas mija... Właściwie minął, bo cóż to jest te 

pięć dni, jakie mi pozostały. Pięć, dziś, gdy to piszę, jest „noc pierwszomajowa”. Skończył się 

dzień przepychanki, gdy jedni maszerowali w pochodzie, inni biegali w kontrpochodach od wrót 

kościelnych po granicę „strefy neutralnej”. Niemal jak na wojnie między frontami. Milicja trzymała 

ten   „niemandsland”.   Basia   zabroniła   mi   wychodzić,   ale   skończyło   się   na   tym,   że   to   ja   ją 

wyprowadziłem „na spacer”. Ją ciągnęło do tych pod kościół, ale dla mnie oba pochody to samo 

zawracanie głowy człowiekowi, który dziś spaceruje między walczącymi, a jutro będzie siedział 

pod zakratowanym oknem i wył, i czekał, aż poczta przyniesie list od Basi, a w nim zawsze te same 

zapewnienia, że już, że wkrótce, żeby się „trzymać”. Zostawiam wszystko. Zdawałoby się, że tak 

mało   mam.   Nie   mam   Witka   Sanojcy.   Żadnego   człowieka.  A  jednak.   Nawet   mój   prymitywek 

Siekierka jest w jakiś sposób „mój” - nawet „pod celą”. A teraz cela też bez niego. Ten wariat raz 

jeszcze proponował, żebyśmy spróbowali numeru  z samolotem. „Mnie  zostać  na wolności nie 

strach, ale chętnie się dla ciebie przelecę”. Skończyło się na awanturze. Bo żądałem, żeby „zwrócił 

pistolet”.   Oczywiście   był   to   idiotyzm.   Jakie   .”zwrócił”   i   po   cholerę   mi   pistolet?   No   więc 

wyjaśniłem   mu,   że   po   prostu   chcę   go   zniszczyć,   utopić   w   Wiśle.   Bo   stanowi   zagrożenie. 

Straszyłem   go,   że   przecież  Andrzej,   który  go   z   pewnością   nienawidzi   dodatkowo   „za   mamę” 

stanowi zawsze zagrożenie. Najpierw zełgał mi, że sam utopił w bagnie, gdy byliśmy u babci, 

potem, gdy zapytałem, jak w takim razie chciał porwać dla mnie samolot, przyznał, że broni nie 

utopił, ale schował na Przedpieklu tak, że sam diabeł nie znajdzie. A co z tym jest naprawdę, nie 

wiem. I zostawiam go tutaj uzbrojonego i bezbronnego wobec wszystkich pokus, jakie mu stworzy 

nowy nieznany świat wielkiego miasta. 

Tak. Zbliża się godzina, gdy będę musiał stąd pójść. Kogo zastanę, gdy wrócę? Co z Basią? 

Jaki będzie Siekierka i czy na pewno nie powędruje za mną z nowym wyrokiem. Jakie będzie 

background image

wszystko. Może odnajdzie mnie w celi akt łaski podpisany przez prezydenta, którym będzie mój 

Zając.   Prezydenta   z   orłem   w   koronie.  Tak,   Malała   mogłaby  sprawić   i   ten   cud.   Zabawne,   ale 

jedynym człowiekiem, któremu wierzę, jest Malała. (Przepraszam w myślach Basie za to, co mi się 

napisało, przepraszam solidarnego porywacza samolotu Siekierkę. Ale trudno, tak się pomyślało, 

tak się napisało. Choćby nieprawda, ale coś znaczy). Ona nie żadna rozhisteryzowana „kochająca” 

Teresa. Ona „dająca” na lewo i na prawo jest jakoś wobec mnie „lojalna”. Nie umiem tego określić 

ani nawet zrozumieć. Kiedy pod wieczór wpadła do mnie, była w łóżku troskliwa, opiekuńcza, 

bezczelna i wyłącznie nastawiona na moją satysfakcję. Na ile ci muszę nastarczyć? - współczuła 

kpiąc po swojemu. - Ale nie martw się. Wrócisz szybko, a jakby ci przyszło odsiedzieć jeszcze te 

cztery lata do „warunkowego przedterminowego” (nomenklatura też była dowodem, że ona jest 

„moja”), to ja jeszcze babcią nie będę”... Niezupełnie jestem w stanie ją zrozumieć. Ona, taka 

żywiołowa   (nawet   wyrachowanie   jest   w   niej   żywiołowe,   naturalne,   spontaniczne.   Nie 

skalkulowane   na  zimno...).   Nic  tu  zresztą  nie   wymyślę.  Powiedziałem  do  niej   tylko:   jakby ci 

przyszło do mnie pisać to żaden papier listowy, żadna pachnąca twoją toaletką koperta, bo mnie 

pokręci. Zeszytowa kartka w kratkę i niebieska urzędówka. A ona na to powiedziała: odwiozę cię 

do więzienia. Naprawdę. 

Już druga w nocy. Zaczął się nowy dzień. Jeden z trzech, które mi jeszcze pozostały. 

Zupełnie nie przypuszczałem, jakie co huczne pożegnanie sprawi mi Warszawa. Coś tam 

mówili, czegoś słuchali, Basia, której teraz ja słuchać nie mogłem, twierdziła, że społeczeństwo 

trzeciego maja „pokaże, kto rządzi duszami”.-, ale co innego „polityczne obietnice”, a co innego 

nieprzytomna Ela wyskakująca ze swego audi. Szuka Siekierki, „bo Andrzej”... No tak, Siekierka w 

roli ojca. Skoro zwariowała cała Polska, dlaczego nie ma zwariować wdówka po czterdziestce, 

której odbiły uczucia macierzyńskie, a że przy okazji inaczej „matkuje” Zenkowi... 

Miała szczęście. Basia zarządziła, że my dwaj mamy nie ruszać się z domu. „Gdyby was 

akurat zatrzymali”. Czemu to niby mieli nas zatrzymywać, nie powiedziała. Sama gdzieś spłynęła. 

Boże, te wszystkie wdowy po różnych chłopach i chłopcach robiące żałobę w oszalałej Polsce. 

Zenek był. Dopiero teraz zobaczyłem jak bardzo „urządza go” ta Ela. Był kimś poważnym. 

Może nawet uznał się za naturalnego opiekuna chłopca, któremu parę miesięcy temu wykręcał rękę 

uzbrojoną   w   pistolet   z   zepsutą   iglicą...   Sprawa   była   taka:   Ela   podsłuchała   rozmowę   syna   z 

kolegami   (CZAKO!   CZAKO   istnieje).   Omawiali   „akcję”.   Na   Nowym   Mieście.   Była   mowa   o 

barykadach. 

background image

Nie   mogliśmy   dojechać.   W   końcu   Ela   zaparkowała   wóz   na   Wisłostradzie,   a   my 

przemknęliśmy   się   bokami,   koło   Wytwórni   Papierów   Wartościowych   „PWPW”   -   w   historii 

powstania   można   odnaleźć   nazwisko   Sanojcy   wśród   odznaczonych   Krzyżem   Walecznych   za 

szturm na ten umocniony kompleks. Ten Krzyż Walecznych, którego „nie zdążył” zweryfikować do 

śmierci. No i zgadza się. Barykady, a jakże. Gdy dochodzimy, panuje chwilowy „rozejm”. Nie 

minęła minuta, a Siekierka ma już adiutanta - szesnastolatka spod budy z piwem. Pokazał tatuaż, 

bluznął   grypserą.   Jesteśmy  teraz   dobrze   zorientowani.   „Gliny”   trzymają   Rynek,   ale   „nie   mają 

pary”, żeby przekroczyć barykadę... O, znów się pokazują... 

Zgubiłem Elę. Oczywiście biega oglądając twarze dzieciaków. A tych kilkunastolatków tutaj 

kilkuset... Widzę jak kordon opancerzonych plastykowymi tarczami ZOM-owców formuje się w 

odległości, na którą nie dolatują kamienie i szczątki połupanych chodnikowych płyt. Jakiś zajadły 

zagończyk z długimi włosami rozsypującymi się anielsko na kołnierzu skórzanej kurtki wyskoczył 

przed barykadę spiętrzoną z ławek, pojemników na śmiecie, wyrwanych płyt chodnikowych... Raz 

i drugi po krótkim rozbiegu cisnął kamieniem... Nie dosięgał. Puścił się jeszcze krok do przodu i 

pochylony szukał materiału nadającego się na pocisk... W tej chwili uwagę moją zwróciła ubrana 

na czarno staruszka. Do tej pory, prawą ręką błogosławiła walczących gestem krzyża, trzymając w 

lewej   ręce   parasol   niczym   biskupi   pastorał,   teraz   oparła   parasol   o   wnękę   zamkniętej   bramy  i 

pochyliła   się   nad   ziemią.   Zrozumiałem,   że   poszukuje   kamienia   by   podsunąć   amunicję 

wojownikowi.  Widziałem, jak unosi  oburącz z  trudem ciężki kawał  chodnikowej  płyty,  potem 

trzymając go na piersiach robi krok w stronę barykady i raptem, spiąwszy wszystkie siły miota nim 

przed siebie. Starcze mięśnie zawiodły. Duży odłamek cementu ugodził w plecy obleczonego w 

skórzaną kurtę zagończyka. Padł jak rażony gromem i znieruchomiał. Tłum zawył. Wszyscy uznali, 

że tak oto zginął bohater podstępnie zastrzelony przez zaczajonego gdzieś na dachu snajpera... Z 

dzikim wrzaskiem gromada młodych rzuciła się naprzód przez barykadę... 

Rozpaczliwie rozglądałem się za Elą. Zniknął mi z oczu Siekierka. Wcale nie byłem pewny, 

czy  na   widok   „psów”   nie   ruszył   do   akcji   ze   swym   świeżym   adiutantem.  Ale   nie   doceniałem 

Siekierki   jako   opiekuna   Eli.   Bo   oto   gdy   tratował   mnie   oszalały   w   ucieczce   tłum,   który   nie 

wytrzymał starcia, ujrzałem wśród ludzi tę trójkę. Ela podkłusowywała bokiem obok związanych 

uściskiem kochanka i syna. Gdy się zbliżali, spostrzegłem, że Zenek trzyma jeńca na pasku od 

portek. Przebiegł koło mnie jedną ręką sterując jeńcem, drugą podtrzymując opadające spodnie. 

Ruszyłem biegiem za nimi... Potykałem się co chwila. Na bruku leżały jakieś elektryczne żelazka 

background image

do   prasowania,   roztrzaskane   miksery...   Widocznie   ludzie   rzucali   w   furii   z   okien   na   głowy 

szarżujących   ZOM-owców   to,   co   tylko   znaleźli   pod   ręką.   Zdążyłem   pomyśleć,   jak   musi 

nienawidzić   kobieta   pozbywająca   się   żelazka   do   prasowania,   a   potem   roześmiałem   się   jak 

przygłup, bo pomyślałem, że żelazko na pewno wyrzucił mężczyzna i teraz tam za którymś oknem 

trwa bój między nim a rozjuszoną małżonką-gospodynią... 

Dogoniłem wreszcie moją trójkę... 

Na mój widok chłopak jakby nieco się uspokoił i już nie wierzgając dał się prowadzić w 

stronę matczynego samochodu. Tutaj, w chwili gdy Siekierka wpychał go na tylne siedzenie, zaparł 

się oswobodzonymi rękami o ramę i głosem przerywanym przez spazm furii powiedział: jeszcze 

się z wami policzymy! 

Ta   mimowolna   identyfikacja   Siekierki   z   organami   porządku   doprowadziła   go   do 

wściekłości: 

- Przybastuj z tą twoją gadułą! - ryknął najczystszym językiem spod celi - bo ci tak dopier...  

- obejrzał się na Elę. - Musiałem go skarcić! - oznajmił językiem dobrej białej panienki z „Chaty 

wuja Toma”. - Naprawdę, nie wyrobiłem się nerwowo. 

No i tak. Ostatni dzień. Ostatnia godzina. Co jakiś czas wstaję od pisania i podchodzę do 

okna, czy nie zajechała po mnie Malała. Basia szykuje termos i kanapki. I co wynikło z mojego 

pisania? Nic. Jak zawsze ze wszystkiego. Nie wiem, co chciałem osiągnąć, dlaczego „zapisanie” tej 

mojej koślawej wolności było mi potrzebne. Przeleżałem się w tej „wolności” jak w trumnie. No 

nic. Zobaczymy. Basia mówi, że we mnie „wierzy”. Jej zdaniem, jeśli nie przyjmę się z powrotem 

w moim środowisku, będę pisarzem. Ale Ja nie po to. Chyba sam coś chciałem zrozumieć. Czy 

zrozumiałem? Nie sądzę. Zostawiam tę Polskę jak niedośniony sen wariata. Tych swoich ludzi, z 

którymi nie wiem, co się stanie. Są jak ten pistolet Siekierki, naładowany, z naprawioną niestety 

iglicą (do tego się w końcu przyznał), o którym nie wiem, gdzie jest i do czego może posłużyć.  

Aha.   Jeszcze   to:  Andrzej   uciekł   z   domu.   Nie   nocował,   nikt   nie   wie   gdzie   jest   Oczywiście 

„CZAKO”. 

Jeszcze jedna scena, którą chciałbym zapisać nie wiem po co. Biegnę z tyłu za tą trójką: 

Siekierka,   Ela,  Andrzej-   W   pewnej   chwili   omijając   jakiegoś   człowieka   siedzącego   w   piachu 

odkrytym pod wyrwanymi chodnikowymi płytami potykam się o porzuconą laskę. Biała. Oglądam 

się... to ślepiec. Jak zaplątał się w ten tłum, co tu robił: czy wiedział, gdzie jest? Wyhamowałem 

swój   bieg.   Pochyliłem   się   nad   człowiekiem.   Nie   wiedziałem   jak   mu   pomóc:   doprowadzić   do 

background image

bramy? Wprowadzić do wnętrza pobliskiego kościoła? Ująłem go pod pachy, aby postawić na nogi. 

A ten  człowiek  jął spazmatycznie,  na  oślep  ze  mną  walczyć.  Znów  nie  wiem,  wziął  mnie  za 

wiążącego go milicjanta, bronił się przed chuliganem? Walczył zaciekle w milczeniu. Wreszcie go 

puściłem. 

- Chcę panu pomóc - wrzasnąłem wściekle, bo w tej szamotaninie ugryzł mnie w rękę. 

- Koniec świata - wychrypiał ślepiec. Tyle. Potem pobiegłem za tamtą trójką. Zresztą na 

rogu ulicy ukazały się zielone mundury i błyszczące tarcze. 

No tak. Na tym powinienem zakończyć: koniec świata. Mój kończy się na pewno - wracam 

za mur. Ale tak w ogóle to ile tych różnych światów się pokończyło, a ten duży świat stoi, a raczej 

wciąż się kręci. 

Za oknem klakson. Po mnie. 

background image

OD WYDAWCY

Ogromny  sukces   czytelniczy  „Roku   w Trumnie”,   którego   pierwszy  stutysięczny  nakład 

rozszedł się błyskawicznie już nie w ciągu dni ale wręcz godzin postawił nas wobec trudnego 

wyzwania - wznowić jak najprędzej książkę, która zrobiła takie wrażenie. Znane są wszystkim 

trudności naszej poligrafii. Udało nam się jednak ulokować tę książkę w drukami Domu Słowa 

Polskiego. I oto dowiedzieliśmy się, że w nowej drukarni przy innej technice druku łączna ilość 

stron składających się na książkę może przekroczyć o kilkanaście stron objętość poprzedniej. 

W   tej   sytuacji   postanowiliśmy   wykorzystać   nadarzającą   się   okazję   i   zaprezentować 

Czytelnikowi w posłowiu te sądy krytyki, które zdążyły się już ukazać po pierwszym wydaniu. 

Kazimierz Koźniewski 

background image

ROMANS BRATNEGO ZE WSPÓŁCZESNOŚCIĄ 

W   roku   1944   Roman   Mularczyk,   23-letni   syn   pułkownika   kawalerzysty,   jednego   z 

dowódców i Września i Armii Krajowej, uczestnik konspiracji antyhitlerowskiej, również i tak 

zwanej kulturalnej (redaktor założonego przez siebie podziemnego pisma literackiego „Dźwigary”) 

- wydaje, oczywiście nielegalnie, pod pseudonimem Bratny, pierwszy tom swoich wierszy. Tytuł 

„Pogarda”. Lata okupacji, przeważnie spędzonej w rodzinnej willi w Konstancinie pod Warszawą, 

to lata wojskowej konspiracji oraz namiętnego pisania wierszy. Konspirował - jak wszyscy z jego 

pokolenia, pisał wiersze - jak niektórzy. 

W 1984 Roman Bratny, od lat ekscytujący opinię publiczną, szalenie popularny i czytany, 

będzie mógł - jeśli zechce - obchodzić piękną rocznicę swego pisarstwa; rocznicę czterdziestą. 

Pisarski rówieśnik Polski Ludowej - i choć zawsze tego rodzaju konstatacja brzmi pretensjonalnie, 

w tym przypadku jest ona całkowicie uzasadniona. 

Choć   w   1944   żołnierz   AK   i   Powstania   Warszawskiego,   potem   jeniec   w   obozach 

hitlerowskich, był jeszcze nieobecny w lubelskiej Polsce Ludowej, to jednak już w 1945 do niej 

wrócił, a publikacją (w 1946) zbioru opowiadań Ślad, jednej z najwcześniej wydanych książek w 

Polsce po wojnie, związał się, nie tylko formalnie, ale niezmiernie istotnie, z pisarstwem i z losami 

tego właśnie państwa. 

Jak tylu innych - Putrament, Żukrowski, na przykład - zaczynał od wierszy, przez czas jakiś 

pasjonowały  go formy dramaturgiczne,  w  końcu  okazał  się  powieściopisarzem,  tabulatorem,  o 

nieprawdopodobnie wydajnej, płodnej fantazji kreującej fabuły, postacie, ciągi wydarzeń kreując je 

jednak nie z fantazji czystej, ale z zapisu faktycznego, z życia i losu bliźnich, zbyt często po prostu  

z plotki. Reporter? W żadnym przypadku: nic się nie zgadza w domenie ścisłości protokolarnej. 

Fakty są tylko odbiciem dla wyobraźni, odskocznią dla intelektualnej, przeważnie beletrystycznej, 

czasem publicystycznej, zawsze dotyczącej współczesności, wyobraźni: Bratny przepisuje i kreuje 

jednocześnie rzeczywistość. Czyni to z furią. Jest niczym maszyna do fabularnego przetwarzania 

otaczającej go rzeczywistości. 

Rzeczywistość nie czeka - Bratny też się spieszy. Aby nadążyć. 

Nadążyć za każdą cenę. To Żeromski mówił o pisarzu doboszu, który biegnie na czele 

idącej kolumny narodowej. Nie wiem, czy Żeromski wysłałby do Bratnego list z uznaniem, jak 

wysłał taki list do Wańkowicza - który też był pisarzem-doboszem - ale wiem, że właśnie Bratny 

dokładnie wypełnia marzenia Żeromskiego. Jest doboszem stale posuwającej się kolumny. Tyle, że 

background image

nie w awangardzie, gdyż nie narzuca ani tempa marszu, ani jego haseł. I nie w ariergardzie, gdyż te 

powieści z jednym wyjątkiem: Kolumbów, ukazują się zanim się cokolwiek ucukruje i uleży. Jest 

doboszem, który biegnie obok. Wiemy jak pies, i głodny jak pies - co raz wskakuje do szeregów i 

unosi z nich w pysku kęs, a to żywego, wyrwanego mięsa, a to kawał wyrwanych spodni lub 

spódnicy. Pies - dobosz. 

Jest to pisarz wydajny, na europejską miarę. Pisarz, który jest twórcą zawodowym. Który 

potrzebuje wypowiadać się piórem. Którego społeczne, osobiste, narodowe „być” polega nie na 

czymś innym, nie na żadnej innej pracy, ale właśnie na pracy pisarskiej. Oby pisarzy takich było 

jak najwięcej? Choć gdyby tacy byli wyłącznie - niecierpliwie rozglądalibyśmy się za innymi: za 

tymi, którzy piszą mało, długo nosząc książkę w sobie, cyzelując każde słowo stylistycznie i każde 

zdanie   merytorycznie.   Bogactwo   każdej   literatury   narodowej   polega   na   obecności   jednych   i 

drugich pisarzy. 

W   ciągu   tych   czterdziestu   lat   Roman   Bratny   wydał   ponad   sześćdziesiąt   książek   - 

niejednakowej  objętości   i  niejednakowej   wartości,  i  przypominanych   na  obwolutach   kolejnych 

tomów, i całkowicie przez samego autora skazanych na zapomnienie. Z tych sześćdziesięciu - co 

najmniej dwadzieścia jest w stałym czytelniczym obiegu - wznawiane, rozkupywane, zaczytywano. 

Żadna   z   tych   książek   nie   zalega   półek   księgarskich,   niemal   każda   budzi   grymasy 

zawodowych krytyków literackich. To nie jest pisarz dla krytyków, to jest pisarz dla czytelników. 

Jedna z powieści Bratnego - wszyscy wiemy: Kolumbowie rocznik 20, trylogia - daleka od 

pisarskiego arcydzieła (Ale Trylogia tez nie jest arcydziełem!) zajęła jedno z pierwszych miejsc w 

literaturze   naszego   czasu,   ma   już   dwadzieścia   kilka   wydań,   wylansowała   imię   generacji  AK-

owskiej, stała się aktem pewnej świadomości narodowej. Żadna inna jego powieść nie doczekała 

się takiej popularności, choć wszystkie niezmiennie prowokują rozmaite furie. 

Pisarstwo Romana Bratnego posiada bowiem dwa wyznaczniki, ściśle się zresztą łączące: 

jest ono całkowicie i najdosłowniej współczesne - fabularnie, problemowo, nawet stylistycznie, a 

dzięki temu nikogo nie pozostawia obojętnym, zmusza do zajęcia stanowiska, nie zawsze wobec 

poruszanego problemu, ale zawsze wobec książki i pozycji zajętej przez pisarza. 

Ten bowiem pisarz, który jako pierwszy wystawił taki pomnik literacki młodym żołnierzom 

Armii   Krajowej   (i   uczyniło   w   momencie   najbardziej   sprzyjającym   -   w   okolicy   Przełomu 

Październikowego)   ma   w   sobie   równocześnie   temperament   paszkwilanta-   pamflecisty.   Można 

zaryzykować, iż stanowi on jakby szczególną kontynuację teoretycznego skrzyżowania Juliusza 

background image

Kaden-Bandrowskiego z Adolfem Nowaczyńskim. Napiszmy od razu: pamflet i paszkwil to są 

całkowicie równouprawnione i pełnowartościowe formy literackie - i to wielkoliterackie. 

Znajomi i przyjaciele osób tak czarno sportretowanych przez Bratnego, a i karykaturalnie, a 

i   niesprawiedliwie,   wściekają   się   na   niego.  Ale   przecież   to   nie   są   pretensje   ani   skargi,   które 

literatura uwzględniała kiedykolwiek. 

W 1983 roku Roman Bratny wydał kilka książek. Drugą część Pamiętnika moich książek, 

szczuplejszą, lecz ciekawszą, mniej egocentryczną, kontynuację poprzedniego Pamiętnika, teraz 

obejmującą lata siedemdziesiąte. Zbiór opowiadań Koszenie pawia. Oraz powieść Rok w trumnie. 

Kiedyś, gdy Bratny wydal tom pierwszy Pamiętnika moich książek sformułowałem swój 

sąd. Artykuł się nie ukazał, maszynopis gdzieś się zgubił. Niektóre punkty niezgody spróbuję raz 

jeszcze sformułować w uwagach niniejszych. Tyle, że teraz pisać będę głównie o dwóch książkach: 

o Koszeniu pawi i o Roku w trumnie. 

Koszenie pawi to książka w twórczości Bratnego ważna, choć nie najważniejsza. Ta książka 

mnie złości: muszę ją stale obracać, albo zdejmować jej obwolutę: rzadko na okładkach oglądam 

tak wstrętny rysunek, przygnębiający jak zmora z najgorszego krwawego snu. 

Rysunek sadystycznej wyobraźni - jednak sugestywny, mający w sobie coś dręczącego - coś 

co  współbrzmi   z  opowiadaniami   Bratnego.  Opowiadaniami   dręczącymi.   (Ale  jeszcze  jedna,  w 

nawiasie uwaga: Koszenie pawi tytuł znakomity. Kolejny znakomity tytuł Bratnego. Bratny ma 

wielki talent do tytułów swoich powieści i opowiadań. Bratny nigdy nie był znaczącym poetą. 

Został wielkim poetą tytułów). 

Każde z czterech opowiadań Koszenia pawi jest zaopatrzone datą miesiąca i roku. Styczeń 

1981, czerwiec 1981, sierpień 1981 oraz marzec 1982. Te daty są niezmiernie istotne. Rok w 

trumnie   to   już   miesiące   późniejsze:   1982   i   1983   roku.  Tak   jak   wszystkie   poprzednie   książki 

Bratnego   -   tak   i   te   dwie   są   po   prostu   bezpośrednią   i   szybką   reakcją   pisarza   na   wydarzenia 

polityczne:   Koszenie   pawi   na   kryzys   lat   1980-81,   na   czas   „Solidarności”,   Rok   w   trumnie   na 

samobójczą klęskę „Solidarności” i na sytuację w środowiskach artystycznych. 

Bratny szeroko czerpie ze współczesności. Jak Kaden-Bandrowski. Czy będzie to śmierć 

zamordowanego znanego publicysty i pisarza. 

Czy będzie to katastrofa samolotowa, w której ginie minister. Czy będzie to historia aktorki, 

która wzięła się do działań politycznych. Czy będzie to samobójstwo dyrektora wielkiego zakładu 

leczniczego. Wszystko jest tematem dla Bratnego - wszystko jest w gruncie rzeczy pretekstem do 

background image

pokazywania,   raz   po   raz,   tego   samego   starcia   między   postawą   ideową   a   postawą,   czasem 

spokojnego   racjonalisty,   czasem   oportunisty,   czasem   biurokraty,   czasem   cynika,   czasem 

karierowicza. 

Oceny Bratnego bywają niesprawiedliwe - a jakże! Po prostu: on ma odmienne zdanie o 

różnych ludziach, niż bywa moje o nich zdanie. 

Bratny ma inny pogląd na Żydów i Palestyńczyków - na przykład. Nie akceptuję sądów 

Bratnego, lecz Bratny ma do swych krańcowości prawo. 

Niekiedy sytuacje stworzone przez Bratnego, a raczej zaczerpnięte przez Bratnego wprost z 

życia są kapitalne i Bratny ma pełne prawo do ich literackiej transkrypcji (...). 

Pisarze inspirowani przez współczesność narażeni bywają na rozmaite przygody. Romans 

ze współczesnością zawsze jest czarny. Często tańczy się wśród mieczy. A przecież to oni zawsze 

tworzą literaturę. 

Rok  w  trumnie  jest   już  frontalnym   -  choć  powierzchownym,   nazbyt   wielowątkowym   i 

plotkarskim - zderzeniem z siłami, które inspirowały „Solidarność”. Pełna furii krytyka postaw 

intelektualistów   i   artystów   scenicznych   -   w   tym   czołowych   -   w   szczególności.   Odpowiedź 

Bratnego na bojkot telewizji przez aktorów. Wściekły pamflet, o zacięciu paszkwilu, na środowisko 

teatralne, dobrze mu znane... 

Nieokiełznana   wyobraźnia   fabularna   Bratnego   stworzyła   sytuację   zupełnie   wyjątkową: 

aktor, skazany za zbrodnię popełnioną w afekcie, zostaje akurat w 1981 roku urlopowany na rok z 

długoterminowego więzienia. I to ten rok, a nie lata w więzieniu, jest dla niego rokiem pobytu w 

trumnie.   Trumną   bowiem   -   trumną   dla   kraju   -   jest   szaleńcza   postawa   polityczna   środowiska 

aktorskiego, na którą, ten kryminalista patrzy trzeźwymi, spokojnymi oczami człowieka jednak z 

zewnątrz. 

Trumna jest swoiście luksusowa. Bohater z więzienia czyni sobie kochanką żonę czołowego 

aktora. Pół tuzina innych, niemal autentycznych anegdot stołecznych. 

Obie książki Bratnego są świadectwem tego, co w jego pisarstwie jest najwartościowsze: 

współczesności pokazywanej poprzez wydarzenia dramatyczne oraz współczesności pokazywanej 

jako starcie postaw. 

A  i   starcie   rozumów   również.   Kiedyś  Adam   Ważyk   troszczył   się,   żeby   rewolucji   nie 

zadziobały kanarki mieszczańskich gustów. Roman Bratny w swych książkach objawia inną troskę, 

żeby rewolucji społecznej, a dla niego również polskiej i narodowej, nie zniszczyły biurokracja, 

background image

karierowiczostwo,   egoizm,   prywata,   bałagan   -   to   wszystko,   co   synów   pcha   do   buntu   przeciw 

uładzonemu  życiu  ich   ojców.  Na  jedno  należy  zwrócić  uwagę,   bo  to  jest  historycznie   ważne: 

Bratny w okresie literatury socrealistycznej wprawdzie pisał, ale pisał gdzieś po marginesach - 

odezwał się swym pełnym pisarskim głosem dopiero w Kolumbach, już po socrealizmie. I wtedy 

zaczął swój literacki bój o Polskę, w jego mniemaniu sprawiedliwą, który egzemplifikował na 

najrozmaitszych   wynaturzeniach   moralnych   i   politycznych,   często   wynaturzeniach   przez   siebie 

wymyślonych,   lub   przez   siebie   wyolbrzymionych.   Bratny   powiększał   dramaturgię   życia. 

Karykaturował życie. 

A   równocześnie   te   dwie   książki   są   przykładem   tego,   co   w   pisarstwie   Bratnego   jest 

najgorsze. Bowiem w pisarstwie Bratnego najznakomitszą jest jego wola literackiego uczestnictwa 

w rzeczywistości. 

Najgorszy jest sposób w jaki to czyni. 

Pośpiech, bylejakość w literackiej robocie. Stylista Bratny nie umie okiełznać wyobraźni 

Bratnego   tabulatora.   Bratny   nie   ma   czasu   na   pisanie.   Prędzej,   prędzej...   jakby   poganiali   go 

czytelnicy, czekający na jego nowe książki... 

A równocześnie temu nieporządkowi fabularnemu, kompozycyjnemu towarzyszy - a to już 

szczególnie w Roku w trumnie- nieokiełznana wulgarność słownictwa erotycznego, seksualnego. 

Pod   tym   względem   Bratny   osiąga   dobrą   normę   pisarzy   amerykańskich.  A  to   już   źle   bardzo! 

Maniera   epatowania   czytelników.   Język   uliczny,   język   „męski”   w   nieprzyjemnym   znaczeniu. 

Maniera na stylistyczny brutalizm. Literatura tak stylistycznie traktowana, przestaje być literaturą, 

szkołą języka i smaku, staje się dokumentem patologii językowej. Literatura nie jest salonem, ale 

nie powinna być rynsztokiem. 

Podobna pedagogika językowo-kompozycyjna ze strony jednego pisarza, w stosunku do 

drugiego, sześćdziesięcioparoletniego, jest czymś właściwie śmiesznym. Jeżeli Bratny pisze tak 

szybko, aż niechluj- » nie, jeżeli nie potrafi przepisywać poprawiając swe teksty, jeżeli troskaj. o 

kompozycję i styl nie jest w stanie okiełznać erupcji fabularnej to”: dlatego, że taka jest jego 

struktura   nerwowo-pisarska.   Gdyby   zaczął   ,   poprawiać   swą   super-kadenowską   stylistykę   - 

przestałby być pisarzem. 

Natomiast gdyby elegancją złagodził wulgaryzm swego erotycznego języka - niczego by nie 

stracił, wszystko by zyskał. 

Pobożne życzenia zgłaszane pod .adresem pisarza - są tylko pobożnymi życzeniami, opinią, 

background image

może wskazówką dla innych, młodszych, ale nie akurat już dla Bratnego. - Bratny nie będzie pisał 

inaczej jeżeli nadal ma być Bratnym. Niemniej krytyk musi powiedzieć swoje zdanie nie tylko o 

tym, co w literaturze Bratnego jest wartościowe, ale i o tym, co jest w niej tandetne. 

Kiedy doktor Hole popełniał swe bardzo wyrafinowane samobójstwo - samobójstwo lekarza 

- usłyszał zardzewiały, posępny krzyk pawi. 

Przypomniał   sobie   tupot   ciężkich   buciorów,   błysk   kosy   zamieniającej   eksplozje 

niebieskości na czerwono pulsujące światło. 

Wycinanie   pawi,   ptaków   będących   zabawką   zamożnych   ludzi,   jawi   się   w   opowiadaniu 

Bratnego jako symbol rewolucji. Bratnemu idzie o to, żeby rewolucja się nie znieprawiła -głupotą, 

podłością,   karierowiczostwem.   Przeciw   temu   pisze   ten   pisarz!   W   Pamiętniku   moich   książek 

zrelacjonowane zostały poszczególne bitwy, toczone o to, żeby mogło ukazać się jedno, drugie (a 

było ich wiele) opowiadanie. Bratny, pisarz partyjny, miał duże kłopoty wydawnicze. Krzysztof T. 

Toeplitz przeczytawszy Pamiętniki moich książek zatęsknił do tego, aby już nigdy nie mógł on 

zostać powtórzony. 

Bratny to ciekawe zjawisko twórcze i odrzucamy z niego dużo, i aprobujemy też dużo. 

Gdyby zabrakło w naszej literaturze Kolumbów byłaby ona znacznie uboższa. Gdyby zabrakło w 

niej dwudziestu innych książek Bratnego, tak źle czasem napisanych, byłaby ona również zubożała 

o niezmiernie ciekawą indywidualność pisarską. 

Romanowi Bratnemu należy dać wysoką nagrodę za to pisanie i myślenie. Należy mu dać 

ostrą naganę za to, jak pisze i za niektóre jego myśli. 

Tak czy inaczej: jakiż to piekielnie żywy pisarz! Ani kwadransa w żadnej trumnie! 

„Tu i Teraz” nr 2/84, 11.1.1984 

Jan Lewandowski 

background image

NA GRUZACH „REDUTY ORDONA” 

Trzeba prawdziwej odwagi, by przełamywać umowne, nieoficjalne „tabu”, nie zważać na 

(za   cichą   zgodą   administracji   i   społeczeństwa)   ustanowione   „mury”   lub   choćby   tylko   „płoty” 

milczenia. Pisarzem, który już niejako „z nawyku” podejmuje się takich zadań, jest jeszcze wciąż 

Roman Bratny. Okrzyczany przez zadufków „pismakiem rządowym” (o jaki konkretnie rząd chodzi 

- nikt nie zdołał wyjaśnić...) - on właśnie, jako jeden z nielicznych, potrafił za czasów „propagandy 

sukcesu”   wytykać   władzy   prosto   w   nos   popełnione   błędy,   a   nawet   nadużycia,   miał   odwagę 

upominać   się   o   los   krzywdzonych   z   racji   kombatanckiej   przeszłości   -   wreszcie   on   z   całą 

świadomością wystawiał swoją pozycję pod ciosy dawnych towarzyszy broni z AK. 

Teraz Bratny wydał powieść pt. Rok w trumnie, która znów nie zjedna mu przyjaciół, a z 

pewnością przysporzy i tak licznych wrogów. 

Rok   w  trumnie   dotyczy  dramatycznego   okresu   najnowszej   historii   Polski   -   mianowicie 

kilkunastu   miesięcy   między   szczytem   rozbujanych   emocji   politycznych,   a   manifestacjami 

ulicznymi w dniu 3 maja 1982, już po wprowadzeniu stanu wojennego. Tematyka owa, jeśli była 

poruszana   w   legalnej   publicystyce,   nie   wykraczała,   z   reguły,   poza   propagandowe   lub 

demagogiczne (a w najlepszym razie „pedagogiczne”) artykuły, choćby i zręcznie skonstruowane. 

Postawienie   drażliwych   problemów   wspomnianego   czasu   w   literaturze   wydawało   się 

niemożliwością choćby z tego względu, że historia nie zdążyła jeszcze dokonać wszechstronnej 

weryfikacji burzliwych chwil - a z drugiej strony rozdrapywanie ledwie zasklepionych (?) blizn 

mogło   ściągnąć   na   autora   klątwę   zarówno   oportunistów,   rozgoryczonych,   jak   i   samej   władzy, 

borykającej się wciąż z trudnościami. Próby takiej mógł dokonać człowiek na tyle cieszący się 

autorytetem, że nie zważający na łatwe do przewidzenia gromy, jakie musiały nieuchronnie paść ze 

strony   tych   „możnych”,   dla   których   czas   między   Sierpniem   a   Grudniem   był   jednoznacznym 

„buntem”, którym wygodnie było i jest nie dostrzegać przyczyn kryzysu, upatrywać w nim jeno 

wichrzycielstwo, erupcję, wrogich socjalizmowi sił, inspirowanych przez imperialistyczne ośrodki. 

Gromy, acz mniej głośne (z natury rzeczy) - muszą paść także ze strony zawiedzionych w 

swych   nadziejach   polityków   lub   politykierów,   ze   strony   rozmiłowanych   w   pieszczeniu 

romantycznych rojeń o „drugiej Japonii” wyznawców absurdu politycznego. Bratny podjął ryzyko, 

podjął je nie w imię własnego, wąsko pojmowanego interesu (cóż można bowiem zyskać pisząc 

taką   książkę)   -   chyba   w   imię   swej   od   lat   niezmiennej   koncepcji   pojednania   Polaków, 

przedstawienia   racji   najgłębszych,   bo   odwołujących   się   do   poczucia   moralnej 

background image

współodpowiedzialności za losy kraju. 

Tyle o pisarzu. 

Książka została napisana - mimo wszystko - przy zastosowaniu chytrego „asekuranckiego” 

zabiegu: oto bohater (występujący w pierwszej osobie) został w jakiejś mierze wyobcowany ze 

społeczeństwa,   nie   ma   nic   do   stracenia   ani   do   zyskania   w   owej   Polsce,   rozpłomienionej   i 

balansującej na cyrkowej linie. Bohater, Julian Petryk, jest tylko „gościem”, któremu ten czy inny 

układ rzeczywistości, rozwój wypadków nie jest w stanie przynieść odmiany losu. Julian wyszedł z 

więzienia, gdzie spędził już dziesięć lat, wyszedł tylko na krótkotrwałą przerwę w karze (wyrok 

opiewa na 25 lat pozbawienia wolności), dla dokonania operacji serca. Żeby było jasne - Julian 

siedzi za przestępstwo kryminalne, za zabójstwo pospolite, a więc nie jest osobiście zainteresowany 

w zwycięstwie żadnej ze stron: socjalistyczna władza „gwarantuje” mu dalsze 15 lat odsiadki, 

ewentualna   wygrana   polityczna   „Solidarności”   daje   mu   gwarancje   podobne.   Zyskując   tym 

manewrem   możliwość   obiektywizmu,   Bratny   każe   Julianowi   przeżywać   zmagania 

przeciwstawnych sil na statusie jakby korespondenta zagranicznego, albo lepiej: obserwatora z 

innej planety. Jego rzeczywistość to cela więzienna, gdzie kobietę zastępuje fotos pięknej pani z 

okładki tygodnika „Ekran”, wypożyczanej sobie wzajemnie przez towarzyszy celi za „dwa szlugi” 

(papierosy) dla wspomożenia wyobraźni. 

Taka   pozycja   Juliusza   sprawia,   że   potrafi   on   w   miarę   obiektywnie   przyglądać   się 

wyzwolonym namiętnościom politycznym, nie życząc zwycięstwa ani jednym ani drugim, reagując 

po ludzku wyłącznie na najbardziej oczywiste przejawy niesprawiedliwości czy też głupoty. 

Julian   dostrzega   rzeczywistość   lata   1981   roku   jako   nieustający  festyn   świąteczny,   jako 

niezrozumiałą   zabawę   rodaków,   którzy   zrzucili   kaganiec   nałożony   przez   ludzi   cwanych, 

rządzących krajem w imię osobistych interesów. Dostrzega też, jak pod płaszczykiem owej groźnej, 

nieodpowiedzialnej zabawy zaczynają dochodzić do głosu inni cwaniacy, pragnący zbić kapitał na 

negacji, na mitologizowaniu historii Polski, na hasłach bez pokrycia. Julian widzi z jednej strony 

pozbawiony  krytycyzmu   entuzjazm   maluczkich,   z   drugiej   dość   jasno   widzi,   kto   próbuje   zająć 

miejsce w „loży honorowej”, jakimi kieruje się motywami. Szermowanie górnolotnymi hasłami, 

jak   zwykle   w   takich   przypadkach,   staje   się   przykrywką   dla   chęci   zdobycia   władzy,   dla 

zaspokojenia osobistych ambicji, dla „dorwania się do żłobu”. Na przykład dobry znajomy Juliana, 

który   przez   długie   lata   wiernie   służył   chwiejącemu   się   reżimowi,   korzystając   ze   wszelkich 

niedostępnych maluczkim dobrodziejstw i zaszczytów - ten kolega, prezes Zając, przywdziewa 

background image

togę nieskalanego trybuna ludu, uzurpuje sobie autorytet  o zasięgu krajowym, niedwuznacznie 

dąży do objęcia moralnego przywództwa, które kto wie? - w najbliższym czasie może przynieść 

mu przywództwo realne, upragnioną władzę. 

Julian   dostrzega   też   zadziwiające,   karkołomne   manewry   innych   pupilków   obalonej 

personalnie   władzy,   którzy   przez   lata   uczepieni   mlekodajnego   cycka   (darmowe   przydziały 

najlepszych   mieszkań,   talony   samochodowe   od   bonzów,   zaszczyty   na   akademiach.,.)   -   naraz 

zmieniają   front   i   posługując   się   terminologią   zaczerpniętą   z   arsenału   .   starych   i   nowych 

antypartyjnych   i   antysojuszniczych   sloganów   -   chcą   uzyskać   więcej,   chcą   uzyskać   prymat   w 

Polsce. Nie dostrzega się w opowieści Juliana sprawy robotniczej, sprawy autentycznego protestu 

przeciw metodom zarządzania stosowanym przez ekipę Gierka Jaroszewicza - dostrzega się tych 

robotników jako tłum, mogący wynieść na swych barkach nową elitę... 

Kapitalny wręcz jest - także ze względu na swą absolutną prawdziwość (jeżeli chce się 

odczytać  Rok w trumnie jako powieść  z kluczem) ten fragment opowieści,  w którym,  już po 

ogłoszeniu stanu wojennego, prezes Zając „ukrywa się” przed ewentualnym internowaniem. Zając 

znika z oficjalnej widowni i przyczajony w luksusowym mieszkaniu znajomej (właśnie owej pani z 

okładki „Ekranu”) - oczekuje internowania. Julian odwiedza go i daje do zrozumienia, że kryjówka 

Zająca nie jest bynajmniej dla sił bezpieczeństwa tajemnicą, że po prostu 

Zająca zlekceważono i nikt nie ma zamiaru go internować. Prezes jest oburzony do głębi, 

gdyż niczego tak gorąco nie oczekuje, jak właśnie internowania, aby uzyskać upragnioną „palmę 

męczeństwa”. Ale, by pogłębić dowcip sytuacyjny, Julian szykuje mu jeszcze gorszą, znaną sobie 

już prawdę.  Oświadcza  koledze,  że owszem,  były zamysły,  aby internować prezesa... razem z 

innymi skompromitowanymi szyszkami spośród prominentów. 

Julian   zdaje   się   nieźle   bawić   pośród   tej   tragifarsy,   wypełnianej   niestety   prawdziwymi 

dramatami. Zabawa kończy się tam, gdzie w grę wchodzi życie ludzkie. Siedem trupów z kopalni 

„Wujek”,   kiedy   poczynają   służyć   zabiegom   teatralnym,   w   dosłownym   tego   słowa   znaczeniu, 

przestaje bawić dość cynicznego Juliana. Przestaje go też bawić samobójcza śmierć siostrzeńca, 

gdy samobójstwo to okazuje się aktem straceńczej odwagi, gestem wobec konspirujących kolegów-

licealistów. 

Śmierć   poniesiona   dla   niezrozumiałych   ideałów,   w   imię   jakiejś   tradycji,   wyciągniętej 

ponownie na codzienny użytek dla zaspokojenia ambicji prezesa Zająca i jemu podobnych. Julian 

nie bez kozery wspomina wciąż o micie „Reduty Ordona”, powstańczego porucznika artylerii, 

background image

który   według   narodowego   podania,   utrwalonego   przez   Mickiewicza,   miał   wysadzić   się   w 

powietrze wraz z towarzyszami, „aby nie oddać prochów”. Otóż - co jest dla fabuły Bratnego tym 

razem typową komplikacją - legendę Ordona miał obalić publicznie właśnie prezes 

Zając w czasach, gdy występował przeciw polskiemu romantyzmowi. 

Prawdziwa reduta wyleciała w powietrze wskutek nieostrożności tępego kanoniera, który 

wszedł   do   prochowni   z   zapalonym   lontem.   Porucznik   Ordon   miał   -   przeżywszy   -   rzekomo 

opowiadać z niesmakiem o tym fakcie. 

W   owym   odbrązowianiu   historii   romantyzmu   polskiego   trudno   uczestniczyć   ludziom, 

wychowanym   na   jego   wzorach.   Dla   nas,   łącznie   z   Bratnym,   łącznie   z   Julianem   Petrykiem   i 

prezesem Zającem, istniał świetlany porucznik Ordon, ze swą redutą, co sześć tylko miała armat... 

Tuż po wojnie 1939 roku krążyły słuchy, że wzór z Ordona (a raczej Mickiewicza) wzięli 

obrońcy Westerplatte, którzy - po wyczerpaniu możliwości walki - wysadzili wraz z sobą małą, nie 

zdobytą twierdzę nadbałtycką. Nawet K.I. Gałczyński, już chyba w obozie jenieckim, pisał: 

A gdy się wypełniły dni 

I przyszło ginąć latem 

Prosto do nieba czwórkami szli 

Żołnierze z Westerplatte... 

Prawda była nieco inna, nie umniejszająca bohaterstwa wrześniowych żołnierzy - ale nie aż 

tak wstrząsająca. Niemniej pokolenia 

Polaków wychowały się na legendzie, a kiedy dorastały, tworzyły nowe legendy - jak sam 

Bratny   i   jemu   współcześni.   Wyrosła   potężna   legenda   źołnierzy-konspiratorów,   żołnierzy-

powstańców warszawskich. Pisaliśmy i piszemy o niej nadal pełni czołobitności, uwielbienia. I oto 

okazuje się, że legenda padła na podatny grunt, że wyrosło już nowe pokolenie, przesycone nie 

mniej nową legendą niż my przesiąkliśmy „Redutą Ordona”. Młodzi, którzy zazdroszczą ojcom, 

dziadkom i braciom tego, że osobiście uczestniczyli w Wielkiej Legendzie. A kiedy trafia się okazja 

konspirowania, naśladownictwa herosów, korzystają z owej szansy nie dbając o ostateczny cel, 

zwracając główną uwagę na akcesoria. Dotyka to również starszych: i jakby na pamięć kobiet, 

obnoszących   latami   żałobę   po   padłym   powstaniu   styczniowym   -   tak   teraz   pali   się   w   oknach 

żałobne   świeczki   w   miesięcznicę   ogłoszenia   stanu   wojennego.  Treść   zanika,   pozostaje   forma, 

background image

pozostaje gest. 

Młodzi - nastolatkowie - przyswajają sobie najnowszą historie Polski i zaczynają traktować 

własne role poważnie. Uczeń liceum (Bratny przez roztargnienie używa słowa „gimnazjum”) idzie 

spełnić „zbrojny czyn”: zastrzelić dwóch żołnierzy, pełniących wartę przed Belwederem... Idzie 

zastrzelić dwóch polskich żołnierzy... 

Nie jestem pewien czy Bratny zdaje sobie sprawę z faktu, że do ukształtowania psychiki, do 

wymodelowania   wzorców   godnych   naśladowania   -   przyczynił   się   sam   na   równi   z   wieloma 

pisarzami,   odtwarzającymi   romantyzm   pięciu   lat   walki   podziemnej.   Chyba   wie   o   tym,   ale 

przypuszcza, że najważniejszy był cela nie d z i a ł a n i e, że młodzi to potrafią zrozumieć i że zbyt 

mglisty cel, wyznaczony przez prezesa Zająca (którego nawet nie chciano internować...) - nie 

wystarczy, aby młodzież podjęła działanie. I myli się, gdyż samo działanie wystarcza, cel może być 

atrapą. 

Julian Petryk jest przerażony, wytrącony ze swego stoicyzmu, pragnie niemal wrócić do 

więziennej celi, gdzie wszystko wydaje się proste i ustabilizowane, gdzie nie trzeba podejmować 

decyzji ani wyborów, gdzie istnieje ład. 

Przejmująca jest ta książka, ten Rok w trumnie spędzony wśród opętania i wrzawy... I co 

ważne,   Bratny   nie   korzystał   z   okazji,   aby   dogrywać   w   powieści   jakąś   „karierę   polityczną”, 

obnosząc   swoją   lojalność   wobec   socjalizmu,   wydając   potępienie   na   ruch   „Solidarności”,   co 

niektórzy czytelnicy zapewne przyjmą za imperatyw powieści...Bratny daleki jest od potępienia 

samego   protestu   przeciw   niesprawiedliwości,   zapoczątkowanego   strajkiem   stoczniowców.   Nie 

pochwala jedynie metod i celów, jakie przyjął słuszny protest. Dlatego Rok w trumnie zasługuje na 

uwagę, na życzliwe przyjęcie i wyciągnięcie z książki właściwych wniosków. 

Na   zakończenie   trzeba   koniecznie   powiedzieć,   że   obok   wątków   ściśle   politycznych, 

powieść   zawiera   potężny   ładunek   erotyzmu,   bardzo   drastyczne   sceny,   seks   pokazywany   od 

podszewki, pozbawiony hamulców. Dla wielu czytelników, niezaangażowanych zupełnie w sprawy 

publiczne, powieść Bratnego może być pornograficznym studium o „chcicy” człowieka - więźnia 

pozbawionego   przez   lata   kobiety,   a   przecież   nie   rezygnującego   z   męskich   ambicji.  Ambicje 

spełniają się ponad wszelkie oczekiwania: oto Julian Petryk zdobywa faktycznie kobietę, której 

fotos z okładki „Ekranu” krążył po celi za „dwa szlugi”. 

Jest to dlań tak nierealne, że nie dopuszcza myśli, aby kumple z więzienia dali wiarę jego 

przygodzie miłosnej... 

background image

Niewątpliwie jesteśmy świadkami wydarzenia literackiego i politycznego, solidnej próby 

ujęcia historii „na gorąco”, bez pełnej weryfikacji, możliwej dopiero po dziesiątkach lat. 

Można mieć do powieści wiele zastrzeżeń, nie można jednak posądzać autora o krętactwo i 

służalczość - wybrał on trudną drogę, aby trafić nie tylko do serc ale do umysłów rodaków - co  

zresztą starał się zawsze czynić konsekwentnie od chwili napisania Kolumbów. 

„Kler-U” nr 50/1418, 17.X0.1983 

background image

Książki dla dzieci i młodzieży wydawane przez KAW otrzymały wiele nagród i wyróżnień 

na wystawach i targach międzynarodowych. 

Tworzą je najlepsi pisarze i plastycy. 

Dla najmłodszych KAW poleca serie: „Z wiewiórką”, „Z nożyczkami”, „Daleko, blisko, 

wysoko, nisko”, „Kolorowe zagadki”, „Bawię się i myślę”. 

Młodzieży KAW oferuje „Niezwykłe sprawy zwykłego świata”, „Biblioteka szczęśliwej 

siódemki”, „Przyjaciele z bliska i z daleka”, „Latający dywan”. 

Pamiętajcie o tym, że książki dla dzieci KAW wydaje tanio i w dużych nakładach. 

Jeśli interesują was sprawy społeczno-polityczne współczesnego świata, w książkach KAW 

znajdziecie materiały do porównań i refleksji. 

Zainteresujcie się barwną serią „Kontynenty” przedstawiającą problemy różnych regionów 

naszej planety. 

Seria „U przyjaciół” -  to bogato ilustrowane książki o życiu krajów socjalistycznych. 

W   książkach   z   serii   „Konflikty”   znajdziecie   najnowsze   rozważania   o   problemach 

militarnych i społecznych, o wydarzeniach w odległych rejonach świata, które mają wpływ na 

życie każdego z nas.