background image

K

ORNEL 

M

AKUSZYŃSKI

 

 

 

 

D

ZIEWIĘĆ KOCHANEK

 

KAWALERA 

D

ORNA

 

 

 

background image

D

ZIEWIĘĆ KOCHANEK KAWALERA 

D

ORNA

 

 

 

Ktokolwiek  będzie  czytał  tę  historię  tak  żałosną,  że  mnie,  który  ją  spisał,  przez  noc 

jedną zbielały włosy, niech wie, że kawaler Dorn nie jest dlatego nazwany kawalerem, iż miał 

kiedykolwiek  do  czynienia  z  końmi  i  ze  szpadą.  Kawaler  Dorn  nigdy  w  życiu  swoim 

nieszczęsnym nie siedział na koniu, nigdy też nie władał szpadą. Kawaler Dorn jest dlatego i po 

prostu nazwany kawalerem, że nie miał nigdy żony. 

Usłyszawszy o tym, mógłby rzec niejeden: „jeżeli kawaler Dorn nigdy nie miał żony, 

dlaczego  tedy  życie  jego  nazwane  zostało  nieszczęsnym,  a  historia  jego  żałosną?”  Ha! 

Wyborną  mam  dla  takiego  odpowiedź,  tę  mianowicie,  że  chociaż  małżeństwo  może  być 

zaliczone do największych klęsk świata, jednak nie jest ono klęską jedyną, bo oto okaże się, że 

już  samo  dążenie  do  małżeństwa  może  sprowadzić  na  człowieka  nieszczęścia  tak  bardzo 

przeraźliwe,  że  niemal  samemu  małżeństwu  równe.  Widać  z  tego,  że  mądra  natura  chce 

uchronić człowieka przed tym, co mu nieuchronną grozi zgubą, więc go doświadcza i ostrzega, 

piętrzy przeszkody przed ślepą jego namiętnością i daje mu znaki gwałtowne, aby się zatrzymał 

nad przepaścią. Głupstwo ludzkie jest jednak silniejsze od natury, która nie ma dość mocy i 

potęgi, aby wstrzymać człowieka przed rozpętaniem w sobie namiętności. Jeśli się na przykład 

człowiek  postanowił  upić,  co  mnie  i  naturę  zawsze  żywą  napełnia  boleścią,  cóż  może 

przeciwko temu uczynić najstraszliwsza potęga natury? Nic! Rozpęta ona żywioły, będzie bila 

piorunami na prawo i lewo, zatrzęsie ziemią, góry zrówna z dolinami, zmieni łożyska rzek, 

każe oceanom pochłonąć lądy, a człowiek jednak się upije. Jest to tylko nieznaczny przykład, 

jak mocna jest namiętność w sercu człowieczym. 

Jakżeż straszliwe czyni ona wysiłki, jeśli idzie o kobietę! Oto właśnie tu się rozpoczyna 

żałosna  i  frasobliwa  historia  kawalera  Stanisława  Dorna,  który  był  Polakiem,  mimo  swego 

dziwnego nazwiska. 

Był  to  przyjaciel  mój,  którego  bardzo  miłowałem.  Szczupły,  wiotki,  łagodnego 

usposobienia,  miał  oczy  niebieskie,  takie,  którymi  zawsze  patrzy  marzenie,  wypatrując  na 

horyzoncie czegoś, co nigdy się nie zjawi. Zawsze blady, hodował w sobie melancholię. Serce 

miał tak napełnione potrzebą kochania, jak owoc słodyczą, źródło czystością wody, jak dusza 

kobiety napełniona jest żółtą nienawiścią, jak dziennikarski kałamarz plugastwem, jak niebo 

napełnione jest aniołami, pszczołami ul, kryminał rzezimieszkami, co wszystko ma znaczyć, że 

background image

tą  potrzebą  kochania  napełnione  było  po  brzegi.  Wszystko,  co  było  w  tym  człowieku,  było 

pragnieniem kobiety. 

- Taką można by spotkać tylko w niebie i czy ja wiem - może w Indiach… 

- W Indiach… tak… może w Indiach - szeptał Dorn jakby do siebie, patrząc na obraz z 

zachwytem. 

W  tym  czasie  kochał  się  w  pannie  sklepowej,  która  sprzedawała  zapalniczki  do 

papierosów. Dorn miał ich już kilkadziesiąt, co dnia bowiem od pewnego czasu kupował jedną 

i kupując, wzdychał. Panienka miała narzeczonego, konnego policjanta, dość więc trudno było 

blademu człowiekowi bez konia dotrzymać placu rumianemu człowiekowi z koniem. Sam koń 

był dla panienki więcej wart, niż cały Dorn. 

Taki oto był ten dziwny i biedny kawaler, który kochał zawsze i nigdy nie mógł znaleźć, 

który byt blady, jak jego marzenie. Klątwa jakaś wisiała nad zacnym i miłym Dornem. Kiedy, 

przeszedłszy przez mękę miłości pełnej westchnień, był  rzewnie i  z takim  rozczuleniem, że 

dusza moja dostała skrzydeł i poleciała do nieba. Tam sobie wyprosiła wielką miłość dla tej 

kobiety smutnej i tak złociście pięknej. Kiedy zapadł mrok, całowałem jej ręce. Pokazałem jej 

moje  serce,  które  było  bez  fałszu  i  duszę,  która  nigdy  nie  była  zdolna  do  obłudy.  Widziała 

jasno, że nie poszukuję przygód i nie poluję na kobietę, jak na ogłupioną zwierzynę, więc mnie 

gładziła po  głowie i  dotykała moich  włosów niewypowiedzianą pieszczotą rąk. tak dziwnie 

białych, jak perłowość letniego świtu. Mówiła do mnie rzewnie i tak tkliwie, że byłbym dla 

niej,  na  jedno  jej  skinienie.  wyskoczył  przez  okno  pędzącego  pociągu.  Mój  Boże!  Oto  za 

wszystkie niedole, za wszystką miłość zmarnowaną, nagle, niespodzianie, jak brylant wśród 

drogi  znalazłem  ją,  tę  kobietę  anielską.  Była  panną,  niezależną,  z  nikim  i  z  niczym  nie 

związaną. Kiedy ucałowałem jej usta, myślałem, że zemdleję. Wtedy przysiągłem jej, że będzie 

moją żoną… 

- Ależ to lekkomyślność! 

- Lekkomyślność? Miłość bez szaleństwa, bez złotego szaleństwa lekkomyślności, jest 

ptakiem  bez  skrzydeł.  Znasz  mnie.  wiesz,  że  w  sprawach  miłości  jestem  szaleńcem.  Ja  nie 

kłamałem. 

- A ona w to uwierzyła? Kobieta nigdy nie wierzy, ale wierzy zawsze. 

-  Kobieta  wierzy  nie  człowiekowi,  lecz  instynktowi  miłości  swojej.  Ona  uwierzyła. 

Miłość ma sto oczu nieomylnych. A przecież ja nie kłamałem. Tak, nie kłamałem, że mnie 

rozpaczą napełniło to, że nie można zaraz, natychmiast dać jej dowodu prawdy, że nie można 

wziąć ślubu. 

- W istocie, w pociągu trudno… I cóż, i cóż dalej? 

background image

- Mówiliśmy długo. Każde jej słowo było przeplecione łzą. jak szmaragdy przeplata się 

perłami. Płakała cichutko, potem zmęczona nadmiarem wrażeń, usnęła z głową opartą o plusz 

wagonowej  ławki.  Ja  nie  zdejmowałem  z  niej  oczu  i  wypatrywałem  je  przy  mdłym  świetle 

dychawicznej  lampy  gazowej.  Była  tak  piękna,  że  odurzenie  moje  zwiększało  się  coraz 

bardziej.  Jej  musiało  się  śnić  coś  przykrego,  czasem  we  śnie  wstrząsnął  nią  dreszcz.  Raz 

podniosła powieki i uśmiechnęła się smutno. Była widocznie wyczerpana, więc ująłem ją lekko 

za ramiona i ułożyłem na piersi swojej jej głowę. Niech śpi, a ja będę czuwał nad nią, jak nad 

dzieckiem. Gładziłem jej cudne włosy lekko, zanurzając w nie delikatnie palce. Po raz pierwszy 

w życiu stałem się odważny jak bohater - przecież ta kobieta jest moją i będzie moją, przecież 

to  moja  kochanka.  Patrzyłem  przed  siebie  w  ścianę  wagonu,  a  przez  nią  w  wielkie  moje 

szczęście, które moje już będzie jutro, bo wzejdzie ze świtem. Świt już obmywał okna z mokrej 

rosy,  gazowa  lampka  zgasła.  Nie  śmiałem  oddychać,  aby  jej  nie  zbudzić,  tylko  ręce  moje 

drżały, drżały moje palce, zanurzone w złoto i miedź, jak w skarbiec. Poczułem w tej chwili, że 

niesforny złoty kosmyk splątał się z łapkami pierścionka, przytrzymującymi brylant. Sprawiło 

mi to niewysłowioną radość. „Oto są moje zaręczyny!” - pomyślałem - „oto wróżba cudowna!” 

I uśmiechnąłem się do zorzy. Tak, dobrze pamiętam, uśmiechnąłem się. 

- To śliczne! - szepnąłem. 

- Tak, to było śliczne… W tej właśnie chwili stało się coś okropnego. Usłyszałem nagły, 

przeraźliwy, przeciągły gwizd lokomotywy. Pociąg się szarpnął, jakby przerażony, zgrzytnął 

całym cielskiem, jakby zaskowyczał ze strachu i drgnął tak, jakby się w trwodze chciał cofnąć. 

Mgnienie nagłej rozpaczy szarpnęło pociągiem. Rzucony gwałtownym ruchem, miałem tylko 

tyle czasu, jedną sekundę, by jej nie wypuścić z rąk, ale ona zerwała się w przerażeniu. Trwało 

to jedno mgnienie oka. Poczułem szarpnięcie mojej ręki i usłyszałem krzyk okropnie bolesny, 

że mam do dziś głos ten w uszach. To ona krzyknęła. Pociąg stał spokojnie. Przede mną stała 

kobieta ohydna: z nagą, strasznie nagą czaszką. Włosy jej, złote i miedziane, trzymałem w ręku 

uwikłane w palcach moich jak w szponach. 

- Boże jedyny! 

- Przede mną stała śmierć! Straszna, okropna śmierć! 

Nagle krzyknęła: „Oddaj pan to” i wyrwała mi z rąk złoty stos włosów. Plunęła mi w 

twarz. 

- To nie była śmierć… Śmierć nie pluje. 

- Masz rację. Śmierć nie może być tak okropnie straszna, jak łysa kobieta. 

- I co, co dalej? 

background image

- Nie wiem… Przysięgam ci, że nie wiem. Pewnie uciekła, a rzeczy jej zabrano później. 

Nie wiem, bo byłem umarły i dlatego myślałem, że to jednak była śmierć. 

- Biedaku! 

-  Nie  żałuj  mnie.  Tak  widocznie  być  musiało.  Ja  jestem  przeklęty.  Ten  pociąg  z 

pewnością prowadził diabeł i udał fałszywą katastrofę, aby mnie pognębić. Aha! zapomniałem 

ci powiedzieć, że jej włosy nie tylko zaplątały się w pierścionek, ale na dobitek oplatały guzik 

mego surduta. 

- Mój Boże! - westchnąłem - szczęście człowieka zależy czasem od guzika. 

- Uwaga twoja jest głęboka - rzekł Dorn. - Tak też i ja myślałem, kiedy zrozpaczony i 

pobity przez los, bezsilny jak Samson, którego moc odbiegła razem z włosami… 

- Przecież to nie były twoje włosy. 

- Tak, ale nie były także i jej, a moje były raczej dlatego, że je kochałem. Więc byłem 

bezsilny. Tułałem się od tej pory, jak człowiek żywy po piekle. 

- Szukałeś dalej? 

- Tak, szukałem bez wytchnienia. A to, co ci dotąd opowiedziałem, to tylko mizerny 

wstęp do całego szeregu katastrof. Miłość moja była zawsze tragiczna. Posłuchaj, co się dalej 

stało… 

Dorn rozpoczął długą opowieść, a ja słuchając go, miałem jedno oko pełne łez, a drugie 

pełne  śmiechu.  Wiele  widziałem  tragikomedii,  ten  człowiek  jednak  przeżył  najdziksze, 

wymyślone  przez  najzłośliwszego  z  diabłów.  Powtórzę  jego  opowieść,  zaniechawszy 

powtarzania  moich  zdawkowych  uwag,  którymi  przeplatałem  jego  opowiadanie,  kiedy  mu 

brakło  słów,  tchu  lub  kiedy,  milcząc  przez  dłuższą  chwilę,  grzebał  w  swoich  straszliwych 

wspomnieniach. 

Niedługo  po  okropnej  przygodzie  z  łysą  dziewicą  siedział  Dorn  wieczorem  w  dość 

smętnej knajpie wielkiego miasta, ohydnie złoconej i wyświechtanej… Snuły się po niej piękne 

malowane kobiety. Podejrzani dżentelmeni pili koniak z sodową wodą. Dorn siedział samotny i 

paląc papierosa, wił  sobie z jego dymu  niestworzone historie, którym  się przyglądał  z tępą, 

bolesną obojętnością. Wiele kobiet patrzyło w oczy bladego młodzieńca, on jednak nie widział 

żadnej.  Bał  się  spojrzeć,  gdyż  wszystkie  włosy  kobiece  wydawały  mu  się  fałszywe.  Raz 

krzyknął zduszonym głosem, kiedy któraś z dziewic gwałtownym ruchem zdarła sobie z głowy 

kapelusz, aby poprawić fryzurę. Ale włosy nie odleciały, a Dorn westchnął z ulgą. Kiedy zaś 

pełnym radosnego zdziwienia wzrokiem patrzył na tę dziwną kobietę, która ma własne włosy, 

spotkał się z jakimiś oczyma, patrzącymi w niego ciekawie i ogniście. Młody człowiek drgnął. 

Oczy  były  piękne;  patrzyły,  rzec  można,  z  siłą  sugestywną,  niemal  natarczywie.  Dorn  się 

background image

spłonił i mimo woli pochylił głowę, co zostało przywitane z uśmiechem z tamtej strony. Dorn 

spojrzał  błagalnie,  tamta  strona  odpowiedziała  oczyma,  że  towarzystwo  jego  nie  byłoby  jej 

niemiłe, wobec czego Dorn lękliwie, ostrożnie i z niesłychanym szacunkiem, który w knajpie 

znalazł  jawne zastosowanie po raz pierwszy od  czasu jej istnienia, zbliżył się do stolika tej 

pięknej  nieznajomej.  Nieznajoma  bowiem  była  piękna.  Namalowana,  jak  wszystkie  w  tym 

lokalu panienki, miała w spojrzeniu nadzwyczajny wdzięk, który łagodził energiczne i śmiałe 

zacięcie  ust;  zęby  nieco  za  duże,  włosy  -  nie!  na  włosy  Dorn  nie  patrzył  -  za  to  piersi  tak 

idealnie  foremne,  jakich  nie  widział  jeszcze  w  życiu.  W  niemowlęctwie  bowiem  człowiek 

widuje  piersi  zawsze  w  niepochlebnym  stanie,  traktując  je  zresztą,  jako  organ  użytkowy, 

przeoczyć  zwykł  piękno  ich  formy.  W  wieku  późniejszym  zwraca  się  na  nie  nieco  więcej 

uwagi. Dorn w tej chwili całą swoją uwagę na nie zwrócił i powiedział sobie w duszy, że grecki 

mistrz  kształtniej  by  nie  zrobił.  Musiały  być  twarde  i  sprężyste,  tak  ostro  i  tak  dokładnie 

rysowały się przez jedwabną bluzkę. 

Poznanie było dość gładkie. Uśmiech tej kobiety był tak pełen wdzięku, że Dorn się 

zachwycił.  Piękność  jest  zwodnicza,  wdzięk  nigdy  nie  kłamie.  Szampan  dokonał  reszty. 

Kobieta mówiła niskim głosem altowym, takim głosem, za którym przepada każdy mężczyzna. 

Wiolonczela jest najmilszym  instrumentem, jaki wymyślił  ból  człowieka, który nie miał  się 

przed kim wypłakać, więc płakać nauczył wiolonczelę. I Dorn oszalał dla tego głosu. 

- Niech pani mówi, o, niech pani mówi cokolwiek, wszystko jedno, byle pani mówiła. 

Kiedy panienka niskim swoim głosem zamawiała coraz inną butelkę szampana. Dorn 

był szczęśliwy. Nie miał nawet czasu na jeden moment zdumienia, aby się zdumieć, ile ta miła 

kobieta potrafi wypić. Zresztą sam pił wiele, ale nie to go upiło. W pewnej chwili przymknął 

oczy z rozkoszy: oto poczuł, jak pod stołem piękna kobieta ściska go za rękę. Oddał jej uścisk 

lekki  i  trwożliwy.  Był  tak  mile  i  wstydliwie  zaskoczony,  jak  panienka,  którą  ktoś  po  raz 

pierwszy w życiu uszczypnął w łydkę. Już w gorączce, podniecony i na poły przytomny, wypił 

jednym  haustem  pełną  szklankę  wina.  I  nagle  zaśmiał  się  głośnym,  radosnym  śmiechem. 

Straszliwe  widmo  z  łysą  czaszką  utonęło  w  winie,  a  oto  on,  szczęśliwy,  choć  zawsze 

nieszczęśliwy  miłośnik,  miał  w  tej  chwili  w  duszy  niebo,  a  w  sercu  coś  bardziej  jeszcze 

przyjemniejszego od nieba. Piękna kobieta spojrzała na niego ciekawie, potem uścisnęła jego 

rękę tak silnie, że krzyknął. O, jaka silna potrafi być miłość! Dlatego kobiety mają na różowym 

ciele tak często i tyle sińców. Ta zaś tym uściskiem zabrała białą i naiwną duszę Dorna, który 

żył tylko miłością. 

Dorn zaczął jej mówić o miłości. Nie umiał o niej mówić wiele, chociaż był nią tak 

napełniony, jak drzewo wiatrem; mówił niewymyślnie, lecz tak gorąco, że każde słowo jego 

background image

było pełne żaru, było czerwone i drżące od pragnienia. Każde było palącym pocałunkiem. Trzy 

lub  cztery  takie  słowa,  pełne  pożądania,  mogłyby  wystarczyć  do  wprowadzenia  w  stan 

błogosławiony najczystszej dziewicy, która nigdy nie zaznała męża. 

Piękna  jego  towarzyszka  przymknęła  oczy  i  słuchała  tych  słów  z  niewysłowioną 

lubością.  Czasem  tylko  spojrzała  na  Dorna  przeciągle  i  jakby  chcąc  ugasić  pragnienie 

pożądania, zalewała je strugą szampana, wlewanego w gardło zachłannie i jakby rozpaczliwie. 

Dorn oszalał. Wieczysty erotoman, przysiągł  jej  miłość na długą śmierć i na krótkie 

życie. 

- Chcesz mnie? - pyta z niepokojem. 

-  Czekałam  na  ciebie  -  odpowiedział  mu  głos  niski  i  drżący  -  wiedziałam,  że 

przyjdziesz. 

- Kochanko moja! 

- Luby mój, jestem twoja… Będę twoja… Każ podać wina! 

Było już tak późno, że ich wyproszono z lokalu. 

- Pójdziesz do mnie - rzekł głos niski. Oprzyj się o mnie, bo się chwiejesz. Ach, mój 

mały, drogi Polaku! Kocham cię… Daj mi portfel, ja zapłacę, bo ciebie tu oszukają. 

- Weź moje życie! - rzekł Dorn. dając jej portfel. 

Kiedy wyszli na powietrze, ona ujęła Dorna silnie pod rękę i prowadziła go, jak dziecko, 

co  się  do  niej  tuliło  nieporadnie.  Szli  przez  kręte  ulice,  bo  dzielnica  była  stara  i  niezbyt 

pierwszorzędna.  Dornowi  się  zdawało,  że  to  on  ją  prowadzi,  a  jego  niosą  skrzydła,  bo  jest 

szczęśliwy. Chciał śpiewać, chciał coś robić, co by ogłosiło całemu światu jego miłość. Ale 

cały świat spał. więc nie było się po co wysilać. 

Widocznie jednak nie wszyscy spali, bo zza węgła wysunęły się dwie figury, wiadomo 

zaś, że w nocy, w zaułku i zza węgła nie wychodzą nigdy mili staruszkowie, ani księża łagodni, 

ani wytworne damy. Toteż te dwie figury zachowały się wcale arogancko. Jedna trąciła w ramię 

Dorna,  druga  jego  miłość.  Swojego  uderzenia  Dorn  nie  poczuł,  lecz  uderzenie,  które  ją 

dotknęło, ugodziło go w serce. Zawył z wściekłości i uczynił ruch, jakby się chciał tygrysim 

skokiem rzucić napastnikowi do gardła. Usłyszał jednak niski cudowny głos: 

- Daj pokój, to moja sprawa! 

I  jeszcze  słodycz  tego  głosu  nie  zdołała  wsiąknąć  w  noc,  a  jego  towarzyszka, 

wyrwawszy rękę spod jego ramienia, chwyciła jednego z włóczęgów lewą ręką za gardło, a 

drugą waliła po pysku, aż grzmiało. 

Dorn wrósł w bruk, jak drzewo i nie mógł zamknąć nagle otwartych ust. 

background image

Drugi apasz przybiegł swojemu towarzyszowi na pomoc. Wtedy ona i oni dwaj sczepili 

się ze sobą jak zapaśnicy, tłukli się po głowach i walili po bokach tak, że chrzęściły żebra. Jej 

zdarli kapelusz, a krótkie włosy, potem zlepione, leciały na jej oczy. Suknia była w strzępach. 

Walczyła jak lwica. Rozwaliła małą piąstką nos jednemu ze zbójców tak, że go nagła krew 

zalała.  Krew  zresztą  jest  zawsze  nagła.  Drugiemu  podstawiła  nogę  tak,  że  łbem  ugodził  w 

krawężnik i zaczął wyć, jak szakal. 

Gdzieś  w  pobliżu  odezwały  się  gwizdki,  gromadka  policjantów  rozbrajała  po  chwili 

walczących. Za kwadrans całe towarzystwo znalazło się w komisariacie. 

Dorn był blady i drżał. 

Z apaszami zrobiono krótką sprawę. Potem pytają Dorna. 

- Kto pan jest i skąd się pan znalazł w tym towarzystwie? 

- Nazywam się Dorn, a ta pani jest moją narzeczoną. 

Policjanty  ryknęły  śmiechem  jak  bawoły,  komisarz  policji  tylko  podrygiwał  ze 

śmiechu. 

- Czy pan jest bardzo pijany? 

- Nie… 

- Czy pan wie, kim jest ta pani? Bo my ją znamy dobrze!… 

- Kocham ją, a reszta mnie nie obchodzi. Poznałem ją wieczorem. 

- Ach, tak! - rzekł wesoło komisarz… Rozebrać ją! 

- Panie!… - krzyknął Dorn - jak pan śmie!… 

- Cicho pan bądź i dziękuj pan Bogu, że się tak zdarzyło. Niech pan patrzy!… 

Dorn patrzył. Kiedy z niej zdjęto bluzkę, zobaczył sztuczne piersi, kiedy z niej zdjęto 

resztę, zobaczył prawdziwe rzeczy. To był mężczyzna. 

Dorn  się  zachwiał  i  padł  w  ramiona  najbliżej  stojącego  policjanta.  Potem  go  długo 

cucili. 

Biedny człowiek uciekł na zawsze z tego miasta. Jechał przed siebie, wszystko jedno 

dokąd, byle jak najdalej.  Wbijał  sobie paznokcie w dłonie,  rozpacz go kąsała. Co on komu 

zawinił, że nikomu na świecie nie zdarzy się nic podobnego, tylko jemu? Szampan i pożądanie 

miłości zalały mu mózg do tego stopnia, że zidiociał. 

-  Ścisnęła  mnie,  ach,  nie  ścisnęła!  -  ścisnął  mnie  ten  bydlak  tak  silnie  za  rękę,  że 

krzyknąłem. Trzeba było być pijaną świnią, albo tępym osłem, żeby nie zwrócić na to uwagi. A 

jak ona piła. „On!” głupcze, nie ona! - krzyknął nagle sam do siebie, tak że na niego spojrzano 

ciekawie. 

background image

A on patrzył na wszystkich spode łba, szczególnie na kobiety. To niemożliwe, żeby one 

wszystkie  były  prawdziwymi  kobietami.  Te,  które  mają  zbyt  foremne,  przedziwnie  piękne 

piersi, te muszą być przebrane. Wszystkie inne są fałszowane. Oto te piersi są zbyt brzydkie na 

to, aby nie były prawdziwe. 

Dorn leży na pokładzie w płóciennym krześle, a jego smutek płynie za nim, jak smuga 

dymu  za  okrętowym  kominem.  Smutek  jego  pokrzykuje  czasem  ponad  nim  ostrym, 

nieprzyjemnym  głosem, jak mewa nad okrętem. Co go zbawi, co go ocali? Czy ma zapisać 

duszę diabłu za jedną, jedyną kobietę, która jest prawdziwa na ciele i  na  duszy? Czy lepiej 

rzucić się w morze i utonąć. Wtedy go syreny położą na cyplu skał i użalą się nad nim. Syreny? 

Precz!  precz!  Pokaże  się,  że  pierwsza,  którą  napotka  w  szafirowym  morzu,  będzie  miała 

fałszywy, przyprawiony, z nieprzemakalnego materiału zrobiony rybi ogon. 

- Ratunku! Ratunku! - wołał Dorn szeptem do kogoś niewidzialnego i wyciągnął przed 

siebie ręce w stronę, gdzie przed chwilą nikogo nie było. 

Teraz  w  tym  miejscu  znajdowała  się  kobieta,  która  usłyszawszy  głos  pełen  skargi, 

odwróciła się szybko i, ujrzawszy wyciągnięte ku sobie ręce bladego, smutnego młodzieńca i 

jego  oczy,  jakby  dziecka,  co  przed  chwilą  przestało  płakać,  drgnęła,  spojrzała  na  niego 

wymownie i, zawahawszy się, powzięła nagle jakieś postanowienie. Podeszła ku niemu szybko 

i zapytała łagodnie i bardzo tkliwie: 

- Co panu jest? Czy pan chory? 

Dorn  nie  powstał  nawet;  nagły  ruch  młodej  osoby  tak  go  strapił  i  takim  napełnił 

rozrzewnieniem, że się jeszcze bardziej nad sobą użalił. Rozumiał, że współczucie i szlachetne 

serce kazało jej uczynić to, co uczyniła, więc tak jak chore dziecko, zapragnął nagle serdecznej 

opieki. 

- Czy pan chory? - powtórzyła ta pani. 

- Bardzo… Boli mnie serce. 

- Może lekarza? 

- Lekarza mi nie potrzeba. Moje serce umarło - rzekł Dorn. 

- Co takiego? 

- Moje serce umarło z braku miłości. Na co mi lekarz? 

Młoda  osoba  pokryła  się  rumieńcem  tak  silnym,  że  musiał  od  twarzy  sięgać  dość 

daleko. 

- Ach, tak… Boja myślałam… Przepraszam pana… 

background image

- Za co mnie pani przeprasza? - zawołał Dorn w nagłym napadzie energii, zrywając się z 

krzesła. - Za to, że pani jest szlachetna i zbliżyć się raczyła do najnieszczęśliwszego człowieka 

na ziemi, a w tej chwili na morzu? 

- To pan jest taki nieszczęśliwy? - zaszemrał cichutko jej głos. 

-  Pani  -  rzekł  Dorn,  już  namiętnie  -  widzi  pani  tego  ponurego  majtka?  Wygląda  tak, 

jakby  zamordował  ojca  i  matkę.  A  jednak  jest  on  szczęśliwszy  ode  mnie.  Pewnie  gdzieś  w 

jakimś porcie jest jakaś straszliwa może kobieta, która go kocha. - A mnie nie kocha nikt. Widzi 

pani te mewy. Lecą za okrętem, ale kiedy się pożywią, wrócą do swoich gniazd na skałach. A ja 

lecę, lecę bez końca i nie pożywię się nigdy. Szukam rzeczy, którą przecież znajdowało miliony 

ludzi, a ja jej znaleźć nie mogę i nie znajdę chyba nigdy… 

- Czegóż pan szuka? 

-  Miłości.  Szukam  serca,  które  by  jednym  drgnieniem  odpowiedziało  mojemu  sercu, 

które już nie woła, lecz krzyczy, rozpaczliwie krzyczy… 

- I pan go nie znalazł? 

- Nie znalazłem! 

- To dziwne. Pan taki piękny… 

- Ja? Piękny? 

Dorn podniósł na nią oczy z rozrzewnieniem. Powiedziała to głosem słodkim i dobrym, 

więc sam nie wiedząc co czyni, wyciągnął ku niej obie ręce, a ona po chwili wahania podała mu 

swoje, po czym usunęła je łagodnie. 

- Jaka pani jest dobra! - rzekł serdecznie. 

-  Proszę  tego  nie  mówić.  Nie  zna  mnie  pan.  Jeśli  kiedy  byłam  dobra,  to  tylko  w  tej 

chwili, bo chciałabym, ogromnie bym chciała, aby panu było dobrze i aby pan… znalazł to 

serce… to najdroższe serce… 

- Ja myślę, że już je znalazłem - rzekł gorąco Dorn. 

- Jeszcze nie! - zawołała panienka wesoło. - Ale jakie to dziwne rzeczy dzieją się na 

morzu!  Na  wodzie  jest  cisza,  a  na  okręcie  jest  burza.  Pan  gna  jak  burza.  Jakiej  pan  jest 

narodowości? 

- Jestem Polakiem… 

- Ach, tak myślałam. Rycerski, piękny naród. Mój ojciec uwielbia Polaków. 

- A pani? 

- Ja myślę… ja myślę, że ich nawet można kochać… Mężczyźni w Polsce muszą być 

piękni i smutni… 

background image

Dorn spojrzał na nią z rozrzewnieniem. Miała drobną twarzyczkę, nosek nieco zadarty, 

była  bardzo  młoda.  Spojrzał  szybko  na  włosy,  były  obojętnego  koloru,  więc  pewnie 

prawdziwe; spojrzał na piersi - jakie takie, ledwie się rysujące, więc z pewnością prawdziwe, 

bo  fałszerz  zawsze  przesadza.  Uczyniło  mu  się  błogo.  Coś  go  niepokoiło  w  tej  figlarnej 

twarzyczce,  lecz  cóż  może  być  fałszywego  w  twarzy?  Nie  śmiał  się  zresztą  zbytnio  jej 

przyglądać,  gdyż  ona  nie  zdejmowała  z  niego  oczu;  zdawało  się,  że  jednym  się  uśmiecha 

wesoło, aby go zachęcić, a drugim, spokojnym, przestrzega poważnie, że się mało znają i że nie 

trzeba zapominać o pięknych i przyzwoitych formach. 

Dorn był zachwycony. Mewy już opuściły okręt, komin nie dymił. Jego smutki także 

już  odleciały,  serce  przestało  wydzielać  z  siebie  czarny  osad  melancholii.  Za  godzinę  był 

zakochany;  w  sześćdziesiątej  pierwszej  minucie  postanowił  się  oświadczyć,  dowiedziawszy 

się, że panienka jest wolna, że jest bogata, że nigdy nikogo nie kochała, ale bardzo tego pragnie 

i że ojciec jej jest na okręcie, tylko w tej chwili gra w brydża. To go jeszcze zachęciło. Ojciec, 

który gra w brydża, musi być miłym człowiekiem i dobrym ojcem. 

Ucałował jej ręce, kiedy odchodziła, bo nie wypadało już dłużej rozmawiać we dwoje z 

młodym  człowiekiem,  tym  bardziej,  że  pasażerowie,  zagnani  do  kajut  upałem,  zaczęli 

wychodzić  na  pokład,  aby  użyć  wieczornego  chłodu.  Odeszła  rozmarzona,  a  on  został 

szczęśliwy.  Uśmiechnął  się  do  ponurego  majtka,  który  spojrzał  na  niego  jak  na  wariata, 

uśmiechał się do wszystkich. 

Towarzysz jego od stołu zbliżył się do niego i poprosił o zapałki. 

- Rozmawiał pan z miłą panienką! - rzekł, pykając cygaro. 

- Z najmilszą! - zawołał Dorn i chciał uściskać grubego człowieka, albowiem był gruby. 

- Dobrze pan zrobił - mówił gruby pan. - Pozwoli pan, że usiądę… Dziękuję… Dobra 

dziewczyna, a tak nie ma szczęścia w życiu. 

Dorn nastawił uszu. 

- Nie ma szczęścia? Ale je będzie miała. 

- Przydałoby się. Bo czyż ona winna nieszczęściu? 

- Nieszczęściu? Jakiemu nieszczęściu? 

-  A,  to  pan  nie  wie?  Muszę  panu  powiedzieć,  aby  pan  przypadkiem  nie  zrobił  jakiej 

niezręcznej aluzji. 

- Pan mnie zdumiewa! 

- Ależ nic nadzwyczajnego. Ojciec, stary wariat, ujeżdżał równie zwariowane konie, a 

dziewczynę sadzał koło siebie. Raz konie poniosły i ma pan nieszczęście. 

- Żadne nieszczęście! 

background image

- Dla pana. Ale dla niej skończyło się to strasznie. Niech się pan jej dobrze przyjrzy; 

biedna dziewczyna ma lewe oko ze szkła, a nos z parafiny… 

- Ratunku! - wrzasnął Dorn, który pojął, co go niepokoiło w jej twarzy. 

Ryknął jak szalony, wskoczył na sznurową drabinę i jak zwinna małpa pobiegł aż pod 

szczyt masztu. 

- Na pomoc! - krzyknął gruby pan. 

- Przekleństwo! - ryczał Dorn i ręką groził niebu, ziemi i morzu. 

Wszyscy wybiegli na pokład, myśląc, że okręt tonie. Panna ze szklanym okiem zbladła 

biedactwo jak trup. 

- Co się stało? Co się stało? - wołał kapitan, szybko biegnąc. 

- Młody Polak zwariował! - krzyknął gruby pan - o, o, jest tam! tam! 

- Pompy! - wołał kapitan - prędko oblać go wodą, bo zleci na łeb. Dwóch majtków niech 

go straszy z przeciwnej strony, dwóch niech go ściągnie za nogi, potem zamknąć w kajucie. 

Biedny Polak! Bardzo był miły! 

- O tak! - westchnęła panienka - strasznie był miły! 

I z jednego oka spłynęła jej łza, biedactwu. 

Ale i on. Dorn, godzien był politowania. W przeciągu miesiąca zdarzyły mu się trzy 

wypadki, co najmniej przykre Przecież można tą ilością obdarzyć dwóch jeszcze gentlemanów. 

Dlaczego jednak wszystkie trzy historie musiały się wydarzyć jemu? 

Dorn wzniósł oczy do nieba z niemym wyrzutem i westchnął tak głęboko i tak boleśnie, 

że Pan Bóg sam zwrócił na to uwagę. 

- Co za nieszczęsny człowiek tak wzdycha? - zapytał. 

Odpowiedziały anioły: 

- Człowiek, który szuka żony i nie może znaleźć całej kobiety. 

-  Ach,  to  Dorn!  -  rzekł  Pan  Bóg  i  machnął  ręką.  I  tyle  było  całej  parady  w  niebie  z 

powodu wielkich nieszczęść kawalera Dorna. Spochmurniał i był biedny. Postanowił jednak 

nie  zbliżać  się  do  żadnej  kobiety.  Serce  w  nim  skarżyło  się  z  racji  tego  postanowienia,  jak 

żałośnie rozkochany słowik, albowiem było pełne słodyczy i pragnęło miłości tak zachłannie, 

jak pijak pragnie wódki. Dorn jednak się zawziął. Był pewny, że Wenus Milońska wtedy tylko 

nie ma rąk, kiedy on na nią patrzy i że zaraz odrastają, kiedy on odejdzie. Wiedział, że kiedy się 

zbliży do zupełnie zdrowej i nieuszkodzonej kobiety, to się z nią musi coś stać: albo jej oko 

wypadnie, albo zęby, albo oderwą się jej nogi od tułowia; oślepnie, oniemieje albo wyłysieje. 

Czuł, że nosił w sobie okropną jakąś silę deformowania kobiet. Jego nieszczęście jest wielkie, 

background image

ale nieszczęście tych istot niewinnych jest chyba większe. Dlatego postanowił unikać kobiet, 

obchodzić je z daleka, każąc swojemu sercu cierpieć niewypowiedzianie. 

Idąc ulicą, nie patrzył na nie. Czasem tylko rzucił z ukosa spojrzenie ironiczne na ładną 

dziewczynę i myślał. 

- O, nieszczęsna! Masz zdrowe nogi, bo biegniesz, lecz gdybym zechciał, gdybym ci 

zaofiarował moją miłość, wpadłabyś w tej chwili pod tramwaj i nie miałabyś nóg! 

Sam  się  wstrząsnął  na  tę  myśl  i  aż  oczy  przymknął,  otworzył  je  jednak  z  nagłym 

przerażeniem, gdyż w tej chwili zagadał głos kobiecy: 

- Przepraszam pana, którędy się idzie na plac Zgody? 

W pierwszej chwili chciał uciec, lecz nogi wrosły mu w ziemię. Zbladł tylko i nie mógł 

od  razu  wymówić  słowa.  Młoda  panienka,  bardzo  prowincjonalnie  ubrana,  ładna  i  miła, 

spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- Biedactwo! - pomyślał Dorn - jesteś zgubiona. 

Ponieważ  nie  odpowiedział,  tylko  patrzył  na  nią  boleśnie,  panienka  zarumieniła  się 

mocno i chciała odejść. 

- Dorn! Czyś zwariował? - krzyknęło w nim serce. 

Z kolei on się zawstydził i zaczął mówić szybko: 

- Bardzo panią przepraszam… Ach, cóż za roztargnienie! 

Zamyślony byłem i nie dosłyszałem pytania pani. Pani idzie na plac Zgody? To dość 

daleko; niech pani pozwoli, ja idę tam właśnie, jeśli wolno, to panią zaprowadzę. 

- Pan jest zbyt uprzejmy i pewnie robię panu kłopot. Ale to takie straszne miasto. Bo ja 

jestem z prowincji, proszę pana. Mój ojciec jest lekarzem… Jeśli pan taki dobry… ła w istocie 

boję się sama chodzić nawet w dzień przez te okropne ulice… Tu mogą człowieka rozjechać na 

śmierć każdej chwili… U nas w miasteczku jeździ tylko beczka z wodą i to bardzo powoli, więc 

się nikt nie boi. 

Dorn  uśmiechnął  się  po  raz  pierwszy  od  wielu  dni,  lecz  zaraz  zgasił  uśmiech,  jak 

jaskrawą  świecę.  Słuchając  miłej  paplaniny,  patrzył  bystro  i  oglądał  ją  przenikliwie. 

Rozdziewał  oczyma  z  jaskrawej  sukienczyny  i  badał,  badał,  jak  inkwizytor  duszę.  Oczy  w 

porządku, włosy również, nos prawdziwy. Mężczyzną chyba nie jest, gdyż zbyt jest drobna i 

ma wysoki przyjemny głosik. Nogi śliczne, rąk ma tyle, ile trzeba, ani jednej za mało, ani jednej 

za wiele. Widzi, słyszy, gada, chodzi, rusza rękoma. Niczego jej nie brak, jest kompletna. Nie, 

ta  kobieta  nie  jest  fenomenem.  Ale  jeszcze  sobie  nie  dowierzał,  pomyślawszy,  że  wszystko 

ukryć potrafi kobieta. Więc zadawać począł zdumionej dziewczynie zwariowane pytania: 

- Czy pani dobrze widzi? 

background image

- Jak jastrząb! 

- Niechże mi pani przeczyta, co tam napisane na tym małym szyldzie? 

- Ale po co? Napisane jest „Akuszerka, Magdalena”. 

- A czuje pani jak ulica brzydko pachnie? 

- Tak, benzyną! 

- A gdyby szybko najechał na panią wprost automobil - co by pani zrobiła? 

- Uciekłabym jak szalona. 

- Bogu dzięki. Bogu dzięki! - mówił uradowany Dorn. 

Nagle jednak spojrzał na nią bystro. - A dlaczego pani zwróciła się do mnie? 

- Przepraszam, jeśli panu zrobiłam przykrość… 

- Ależ przeciwnie! zrobiła mi pani żywą przyjemność, ale dlaczego do mnie? 

Panienka spuściła oczy. 

- Bo pan tak przyzwoicie wygląda i… tak miło… Pan musi być dobry… 

Dorn spojrzał na nią z niebiańskim wyrazem twarzy. 

- Nie pomyliła się pani, jestem dobry. Zrobię, co pani każe! Co pani ma do roboty na 

placu Zgody? 

- Nic. Tylko stamtąd umiem trafić tam, gdzie wczoraj jadłam śniadanie z ojcem. Teraz 

ojciec mnie na parę godzin opuścił, bo poszedł do Akademii Medycznej i mamy się spotkać o 

szóstej, a teraz jest dopiero pierwsza, więc idę sama coś zjeść. 

- Sama? To niemożliwe! Musi mnie pani zabrać z sobą! 

- Pana? Czyż ja mogę pana zabrać? Pan jest strasznie dobry! Ale ja nie wiem… 

Dorn, rozpromieniony jak żak, kiwał już ręką na automobil. Zawiózł dziewczynę do 

pierwszorzędnej  knajpy, służył  jej jak dziecku,  dokazywał  jak  człowiek, który zgubił swoje 

nieszczęście.  Biedna  prowincjonalna  duszyczka  była  w  pięćdziesiątym  czwartym  niebie; 

siódme  -  nie  dałoby  najmniejszego  wyobrażenia  o  jej  szczęściu.  Po  szampanie  chciała  go 

koniecznie pocałować, melba z ananasem wydała jej się czymś tak drogocennym, że oddanie za 

nią cnoty dziewiczej byłoby lichą zapłatą. Dorn miał rumieńce i szalał. Kochał się od pierwszej 

minut czterdzieści pięć, naturalnie na wieki. Kiedy się panienka oblizała po melbie, wpadł w 

zachwyt, upewniony bowiem co do szczegółów jej budowy mniej więcej jawnych, miał jednak 

podejrzenia, czy panienka posiada język. To, że mówiła, nie było żadnym dowodem; kobieta 

potrafi mówić nawet bez języka. W tej chwili ujrzał go w całej chwale i był szczęśliwy. Był też 

szczęśliwy  z  powodu  niesłychanego  apetytu  dziewczątka.  Nie  zauważył,  że  i  garsoni, 

zdumieni, pokazywali ją sobie dyskretnie i szeptali cicho po kątach. 

background image

Na przejażdżce w automobilu po lasku, ucałowali się trzy razy wspornic, siedem razy 

on  ją  ucałował  pojedynczo.  Potem  zaczęli  omawiać  następne  spotkanie.  Dorn  chciał  jak 

najprędzej - bał się, że do jutra panienka może stracić oko lub nos. 

- Zobaczymy się dziś! - powiedziała, poważniejąc. - Muszę panu udowodnić, że ja nie 

jestem byle kim, choć jestem z prowincji. 

- Jesteś cudna! 

- Ale i coś więcej. O mnie już wiele wiedzą, ale jutro będzie mówił cały kraj. 

-  Urżnęła  się  panienka!  -  pomyślał  wesoło  Dorn,  jeszcze  bardziej  się  radując,  bo 

widocznie  niebiańska  ta  istota  i  mózg  ma  w  porządku,  tylko  bowiem  mózg  zdrowy  i  w 

szlachetnym stanie reaguje na alkohol. 

- Niech się pan nie śmieje! - rzekła ona tonem zarozumiałym. - Jutro pan będzie dumny, 

że mnie pan zna. Ja robię wielką karierę. 

- Czemuż to, najmilsza kobieto na świecie? 

- Dowie się pan. Przedtem ojciec zabronił mi mówić. 

- Dobrze, już dobrze! 

- Niech pan przyjdzie dziś o dziewiątej do Akademii Medycznej. Ja tam będę z ojcem. 

Poznam pana z moim ojcem. Ale niech pan koniecznie usiądzie w pierwszym rzędzie. 

- Czy to będzie prelekcja? 

- Pewnie będzie i prelekcja. Ja będę pana szukała w pierwszym rzędzie. 

Pożegnali się najczulej, po czym Dorn poszedł rozmyślać i czekać godziny dziewiątej. 

Jeszcze świateł nie zapalili w auli, a on siedział w pierwszym rzędzie amfiteatru. Mało go to 

obchodziło, że ojciec, prowincjonalny lekarz, chce być koniecznie na medycznym wykładzie. 

Trudno. Dla kobiety można godzinę spędzić i z doktorami. 

Salę zapełniono szczelnie. Dziesięć minut  było  po dziewiątej,  a panienki jeszcze nie 

było.  Dorn  był  niespokojny,  ale  drzwi  już  zamknięto  i  z  powodu  tłoku  nie  można  było  się 

wydostać. Smutno więc rozpoczął słuchać jakiegoś nudnego wykładu, z którego ani słyszał, a 

tym bardziej nie rozumiał ani słowa. 

- Naturalnie! - myślał ponuro - gdyby jej brakowało jakiegoś organu, to by przyszła. Jest 

cała i naturalnie zbudowana, więc nie przyjdzie. To jest moje szczęście. 

W tej chwili audytorium poruszyło się ze szmerem i z okrzykami zdumienia. Prelegent, 

dostojny jakiś profesor, podniósł głos. Dorn zaczął słuchać. 

-  Tak,  panowie.  To  nie  jest  fantazja!  Kolegium  przeprowadziło  najsumienniejsze 

badania i stwierdziło fakt niebywały. Za chwilę będą mogli koledzy lekarze obecni na sali i 

background image

panowie  przedstawiciele  prasy  sprawdzić  to  osobiście  i  dowiedzieć  się  o  istocie  fenomenu. 

Proszę się nie tłoczyć!… Proszę wprowadzić pacjenta! 

Otwarto drzwi za katedrą profesora i panienkę Dorna wprowadzono na estradę. Była 

bardzo blada i szła z powagą, jak panna młoda do ślubu. 

Dorn jęknął głucho. Przed oczyma zaczął mu latać czarny śnieg. 

Sala  cała  utkwiła  w  nią  oczy.  Profesor  zaś  mówił.  -  Oto  jest  panna  X.  z  Z.  Ma  lat 

osiemnaście.  Na  świat  przyszła  prawidłowo.  Rozwinięta  znakomicie.  Proszę  panów.  Ta 

panienka może być słusznie uważana za najgłośniejszy fenomen naszych czasów. Ta panienka 

jest fenomenem podwójnym. 

Dorn wpił paznokcie w pulpit i drżał. 

-  Sprawdziliśmy,  że  posiada  ona  dwa  żołądki,  jeden  normalnej  wielkości,  drugi 

mniejszy. 

Na  sali  zerwały  się  oklaski,  pełne  podziwu  i  szczerego  uznania.  Dorn  się  podniósł  i 

wyglądał jak krwawy tygrys przed skokiem. Panienka ujrzała go i uśmiechnęła się z dumą. 

-  …Ale  fenomen ten jest  mało znaczącym  drobiazgiem, wobec innej  jej  właściwości 

niesłychanej. Panowie! Ta panienka ma serce umieszczone z prawej strony! 

Nagły, straszliwy ryk rozdarł powietrze. Dorn wytrzymał dwa żołądki, serca z prawej 

strony nie mógł wytrzymać. Rzucił się jak furiat na jakiegoś profesora, który drżał obok niego z 

zachwytu, wczepił się szponami palców w jego włosy i zaczął ryczeć, rzęzić, wierzgać nogami, 

płakać na głos. Oszalał. Policja wyniosła go na rękach. 

Nazajutrz leżał w malignie i ciskając się, wciąż się chwytał rękoma za brzuch i gniótł go 

niemiłosiernie, albo się chwytał ręką za piersi ze strony prawej i darł koszulę. Po dwóch dniach 

miał  przykre  zajście.  Lekarz,  którego  przywołano,  myśląc,  że  Dorn  naprawdę  zwariował, 

widząc, że jego pacjent jest zdrów, nieco tylko ma rozprężone nerwy, chciał go zainteresować i 

począł mu opowiadać o nadzwyczajnym fenomenie, który zajmował całe miasto. 

- Co to za fenomen? - zapytał Dorn ze złym błyskiem w oczach. 

- Situs viscerum inversus totalis. 

- To znaczy? 

- Serce po prawej stronie, a na domiar tego… 

Nie  skończył,  albowiem  Dorn  uderzył  go  w  furii  porwanym  spod  łóżka  butem  po 

głowie. 

Nie było tedy nic dziwnego w tym, że biedny Dorn opuścił to straszliwe miasto, gdzie 

zdarzają się dziewice, którym nie tylko niczego nie brak, jak to zwykle u dziewicy, ale czegoś 

mają za wiele, w podwójnym egzemplarzu. 

background image

Jałowe gościńce wielkich dróg świata skraplał gorzkimi łzami. Jęczał na lądzie, płakał 

na morzu, jakby w nim soli było za mało i wody. Woził swoje nieszczęście tam, gdzie wszyscy 

zdawali  się  szczęśliwi.  Nie  wierzył  nikomu,  nie  wierzył  własnym  oczom,  w  słusznym 

mniemaniu, że można ostatecznie dojrzeć defekt na wierzchu, żaden wzrok jednak nie dojrzy, 

co się dzieje we wnętrzu brzucha. Uśmiechał się z goryczą i politowaniem, słysząc, jak ktoś 

mówił do kogoś: 

- Niech pan spojrzy, jak ta kobieta jest cudownie zbudowana! 

- W istocie! - mówił ten drugi z zachwytem - ani cienia błędu. 

- O, głupcy! - myślał Dorn - o, ślepi! Jeśli nie ma sztucznych żeber z aluminium, to ma 

piersi z gutaperki, a jeśli ma piersi prawdziwe, to ma przyprawione ucho. 

I śmiał się, i był mądry. 

Serce  w  nim  płakało  wciąż,  pochlipywało  właściwie,  jak  dziecko,  co  się  nie  może 

zupełnie  w  płaczu  utulić,  a  jednak  on  się  śmiał.  Z  pasji,  z  wściekłości,  ze  zdenerwowania. 

Wiedział, że  go  nic  nie  odstraszy,  że  to  rzecz  nieskończona,  że  jak  ćma  w  płomień,  tak  on 

wpadnie  w  nową  jakąś  awanturę  i  jak  człowiek,  który  używa  kokainy,  choć  rozumie 

niebezpieczeństwo  tego  życia,  tak  on  nie  mógł  się  obronić  przed  pociągającym  urokiem 

trucizny. 

Bawił się zupełnie tragicznie, bo zaczęła się w nim budzić chora ciekawość, co mu się 

właściwie może zdarzyć jeszcze. Może się okazać najwyżej (!), że kobieta, z którą się ożeni 

wreszcie, będzie cała sztuczna, będzie genialnie zrobioną lalką, którą on porozkręca i będzie po 

kawałku wyrzucał przez okno. Więcej się nic zdarzyć nie mogło. 

Dorn stawał się fatalistą, który się losowi śmieje w nos. 

Zamieszkał w małej mieścinie, gdzie był spokój i cisza. W takiej małej mieścinie nie ma 

sztucznych kobiet, bo kto tu nie ma oka, ten go sobie nie sprawi za drogie pieniądze, ani nie 

będzie sztukował nosa parafiną, bo to trzeba zrobić w Paryżu; tu chodzi każdy z takim nosem, 

jaki mu Pan Bóg dal, w kształcie małego kartofla, korniszona, haka, dzioba kaczki, szydła  - 

wszystko jedno. Pod tym względem był Dorn spokojny, mało miał zresztą nadziei, by w małej 

mieścinie znalazł przedmiot płci żeńskiej, godny swojego smaku. Zbyt wiele go nie okazywał 

nigdy, bo go w nim przytępiła namiętna potrzeba kochania, miał jednakże wymagania ściśle 

określone… 

Zamieszkał  w  dwupiętrowym  hoteliku,  który  był  najwspanialszym  w  miasteczku 

budynkiem; czytał książki o miłości, palił bezustannie papierosy i pił dużo wina, wiódł więc 

żywot,  wprawdzie  ascetyczny,  lecz  szczególnie  ze  względu  na  obfitość  wina  godny 

pozazdroszczenia. Rzadko wychodził z pokoju  i  godzinami  wpatrywał  się w ogród karlich i 

background image

poskręcanych jak paralityk, albo jak życie drzew oliwnych i w winne szczepy, najcudowniejszy 

wynalazek Pana Boga, który je sadził pełen złotej radości. 

Przynoszono mu jedzenie do pokoju; uważany był za znakomitego gościa, za księcia z 

obcego kraju, gdyż pijał mocno i był smutny. Właścicielka hotelu, baba rozmiarów potężnych, 

z gębą świecącą się jak samowar, tak okrągła, że z każdej strony była w odmiennym stanie, 

szanowała  gościa  i  wzdychała  nad  jego  smutkiem.  Kobiety  tłuste  mają  przedziwnie  dobre 

serca. 

Dorn rzadko z nią rozmawiał, jeszcze rzadziej na nią patrzył. Przywykł do jej huczącego 

głosu i do takich westchnień, jakie wydaje góra, kiedy jest w połogu i ma urodzić mysz. Toteż 

odwrócił się szybko, jak żgnięty szydłem, kiedy za nim odezwał się śliczny glos: 

- Proszę pana, przyniosłam śniadanie! 

- Boże, miej litość nade mną! - jęknął bez głosu Dorn. 

Z tacą w obu rękach stała dziewczyna jak topola, smagła i cudownie uśmiechnięta. 

Dziewczyna zaśmiała się głośno. 

- Ach, jak pan śmiesznie wygląda, taki zdziwiony! Ja jestem córką właścicielki hotelu. 

Matka jest chora, bo ma latającą nerkę… 

- Matka? Z całą pewnością matka? 

- Tak, czemu się pan dziwi? Myślałam, że panu o tym opowiadała, bo ona wszystkim o 

tym opowiada. Bardzo ją dziś zabolało, więc leży, a ja ją zastępuję. Chyba, że pan nie chce - 

dodała z szelmowskim uśmiechem. 

Dornowi słońce weszło na gębę. Podskoczył, wyjął łagodnie tacę z jej rąk i patrzył z 

zachwytem. 

- Gdzie się pani ukrywała? Ja tu przecież mieszkam od dziesięciu dni! 

- Ja wiem, ja pana widziałam już kilka razy, a mnie pan nie widział, bo matka nigdy by 

na to nie pozwoliła. 

- Czyżbym ja panią zjadł? 

- Pewnie nie, ale moja matka, proszę pana, to jest bardzo mądra kobieta. I zawsze mi 

mówi,  żebym  się  nie  pokazywała  gościom,  bo  gość  przyjedzie  i  pojedzie,  a  dziecko  może 

zostać. 

- Jakie dziecko? 

- O, jaki pan naiwny! Gdzie jest dziewczyna tam może być dziecko. 

- Ach, tak! - roześmiał się Dorn. - W istocie, jest to mądra kobieta. Niech pani się kłania 

mamusi. 

- Niech Bóg broni, ona nie wie, że ja tu poszłam… 

background image

- Äaa! To pani tak z własnej woli? 

Dziewczyna się zarumieniła, jak kuropatwa na rożnie. 

-  Serdecznie  pani  dziękuję!  -  rzekł  Dorn  radośnie.  Położył  na  stole  tacę,  którą  dotąd 

trzymał w ręku, chwycił obie ręce dziewczyny i obie ucałował. Ona zaś z rumianej stała się 

blada. 

- Co pan zrobił? Mnie jeszcze nikt w rękę nie pocałował… 

- Ja odrobię tę straszną krzywdę! - szeptał Dorn. 

Tylko człowiekowi, który dziwnie mierzy, wydać się może, że zbyt daleko jest od rąk 

do ust. Jest to odległość śmiesznie mała, bo w ogóle ciało pięknej i młodej kobiety ma tę dziwną 

właściwość, że burzy wszelkie pojęcia o odległościach. Sam nie wiesz, kiedy i jak… A ona tym 

bardziej… 

Dziewczyna  była  odurzona;  wielki  pan  i  przyjemny  chłopiec  całował  jej  ręce,  usta  i 

włosy.  I  choć  furia  jego  zawładnęła  tylko  górną  częścią  jej  młodego  ciała,  w  całym  ciele 

poczuła  dreszcz,  który  ją  obierał  z  sił.  Pieszczota  Dorna  wydała  jej  się  niesłychanie, 

niebotycznie… wielkopańska. To ją przede wszystkim napełniło szczęściem. 

- Nareszcie coś takiego, jak latająca nerka, przyniosło mi szczęście!  - myślał w nocy 

Dorn. Wypił wszystko wino i patrzył na świat, jak człowiek, który otworzył oczy po odcięciu 

go od szubienicy. 

Nazajutrz mama jeszcze leżała i Dorn całował znowu. A choć pijany był szczęściem, 

nie zaniedbał ostrożności; chytry jak wąż, wpełzał wszędzie, badał wszystko; człowiek, który 

kupuje konia od znanego oszusta, tak go nie bada pilnie, jak Dorn badał tę miłą dziewczynę. 

Prawda nie mogła być prawdziwsza. Była to prawda tym milsza, że choć nie naga, całowała jak 

bachantka.  Ta  dziewczyna  gorzała  jak  smolna  pochodnia,  toteż  biła  od  niej  łuna  i  bardzo 

Dornowi było gorąco. 

-  Nareszcie  -  jestem  u  celu.  Znalazłem!  Znalazłem!  -  wolał  jak  Archimedes  i  tak  się 

zaśmiał bezczelnie w pysk nieszczęsnemu losowi swojemu, że los, ogon pod siebie wziąwszy, 

chyłkiem, cicho skowycząc, odszedł we wstydzie. 

I tym się bardzo nie martwił, że latającej nerce mamy znudziło się wreszcie latanie i 

dała spokój frywolnej zabawie. Kochankowie, złodzieje i adwokaci potrafiliby oszukać diabla, 

istotę  zresztą  naiwną  i  niesłusznie  spotwarzoną.  Tak  kłamać,  jak  kochankowie,  złodzieje  i 

adwokaci, nie potrafi najstarszy diabeł. 

Dorn i piękna dziewczyna mieli gotowy spisek i swoje pismo; koszula damska, susząca 

się na winnej pergoli. mówiła: „kiedy wszyscy pójdą spać, będę w ogrodzie” - ręcznik wołał: 

background image

„uważaj,  matka  zła,  nic  się  nie  da  zrobić!”  Rzeczy  martwe  bowiem  mają  swoją  wymowę 

tajemną i piękną. 

Zakochany  Dorn  zachowywał  się  jak  rozmarzony  student.  Nie  byłby  skrzywdził 

dziewczyny za nic na świecie; kochał ją czule i pięknie. Tym boleśniej wypatrywał znaków w 

ogrodzie.  Nie  było  żadnych,  choć  deszcz  nie  padał  i  można  było  suszyć  bieliznę;  na  porę 

deszczową  zresztą  były  też  przewidziane  znaki  również  pomysłowe.  Przychodziła  do  niego 

gruba mama i wzdychała grubo. 

Dziewczyna wpadła, jak kamień w wodę. 

Noce  były  cudowne  i  pełne  złotej  łaski  księżyca;  Dorn  rozpaczał.  Nie  ma  bowiem 

bardziej  smakowitego  pocałunku  jak  ten,  który  pachnie  nocą  księżycową;  ludzie  całują  się 

wtedy jak duchy i są dobrzy. Na to zresztą stworzył Pan Bóg księżyc. bo nie ma innej racji jego 

istnienia.  Przecie  nie  po  to  go  stworzono,  aby  psy  miały  przyjemność  i  by  mogły  wyć  w 

określonym kierunku. 

O tym rozmyślał Dorn, kiedy się w czasie pełni wykradał po skrzypiących schodach do 

ogrodu i patrzył w jej okno. Dokoła było cicho i złociście. Nagle coś skrzypnęło. Co to? Tak! 

To jej okno, to narożne… Tak! tak! Dorn zmartwiał ze szczęścia i przytulił się do słupa pergoli, 

dając po chwili znaki w stronę okna. 

Dziewczyna  stanęła  w  oknie,  ale  go  nie  ujrzała.  Widocznie  więziona  przez  starego 

smoka z latającą nerką, musiała najpierw swój smutek zwierzyć księżycowi. 

Księżyc dlatego ma minę starego wariata, że od wieków słucha panieńskich zwierzeń. 

- Lizetto! - szepnął Dorn. 

Nie usłyszała go, on zaś ani nie śmiał krzyknąć, ani zbliżyć się, gdyż okna mamy były 

otwarte, więc tylko patrzył w nią jak w obraz. 

Dziewczyna była w koszuli;  księżyc ją rozchełstał  i  gładziło to  stare, złote bydlę jej 

piersi. Dorn nie mógł oderwać wzroku. Nagle się zaniepokoił. Co to jest, na Boga? Dziewczyna 

stanęła na parapecie okna i wciąż w księżyc wpatrzona, spuściła bose nogi na gzyms, biegnący 

wzdłuż domu, stanęła na nim pewnie i równie pewnie iść poczęła w stronę pokoju Dorna. 

- Moje okno zamknięte! - jęknął Dorn - a ona idzie do mnie! 

Równocześnie zalała go gorąca fala szczęścia. Miłość tej prostej dziewczyny doszła do 

bohaterstwa. Grozi jej śmierć, a ona idzie do niego… 

Nie, nie do niego! Mija okno i idzie dalej… Coraz dalej… Po występie muru włazi na 

dach i idzie po stromym dachu, ostrożnie jak kot, a równocześnie śmiało. Księżyc wędruje za 

nią, jak apasz za kochanką. 

Lunatyczka… 

background image

Dorn, mdlejąc, ujrzał tylko, że w pokoju matki mignęło światło i w domu powstał ruch. 

Dwóch parobków wybiegło zza węgła z długą drabiną i biegło w wielkiej ciszy. 

Dorn zaś leżał na grzędzie tak długo, aż go poranny chłód trącił niecierpliwie i zaczął 

nim tarmosić, jak policjant tarmosi śpiącego w miejskim ogrodzie włóczęgę. 

Powstał leniwie trochę blady, trochę siny, ale spokojny śmiertelnym spokojem. 

- Zaczęła się inna seria! - rzekł głucho - nie ma dla mnie szczęścia na tej ziemi… 

I wyjechał chyłkiem. 

Wydało mu się jasne, że los wprowadził w jego życie pewną rozmaitość. Był mu za to 

wdzięczny.  Myślał  o  swoim  nowym  nieszczęściu  łagodnie,  z  dobrym  smutkiem  człowieka, 

który wie o tym, że nic innego stać się nie może nad to, co się dzieje. 

Los jego stanął przed nim arogancko i uśmiechnął się zwycięsko, nielitościwie. 

- Nie szkodzi - rzekł Dorn przed siebie, w powietrze - rób pan swoje! 

Po czym pojechał do większego jeszcze miasta, niż wszystkie, które znał dotąd. 

- Tu się prędzej wyczerpie repertuar! - myślał - ktoś się wreszcie zmęczy. 

Spotkawszy  pierwszą  kobietę,  był  pewny,  że  będzie  ona  powodem  jakiegoś  bardzo 

dziwnego nieszczęścia. Kobieta ta spojrzała na niego z uśmiechem, na czym wyszła doskonale 

i  na  czym  zrobiła  pierwszorzędny  interes:  poślizgnęła  się  na  posadzce  i  złamała  obojczyk. 

Gdyby była przez dziesięć minut rozmawiała z Dornem, byłaby złamała obie nogi w biodrze i 

rękę prawą w przegubie, nie mówiąc już o takich drobnostkach, jak wstrząs mózgu. 

W  salonie  powstał  nieopisany  popłoch  i  rwetes,  jest  to  bowiem  wypadek  w 

towarzyskim  życiu  dość  rzadki,  aby  sobie  ktoś  łamał  obojczyk.  Dorn,  stary,  doświadczony 

katastrofista  patrzył  z  doskonałą  obojętnością,  jak  wszyscy  poszaleli,  chcąc  pomóc  biednej 

damie;  najwytworniejszej  bowiem  damie  dość  dużą  przykrość  sprawia  złamane  serce,  cóż 

dopiero część ciała tak bolesna i nierównie większego dla kobiety znaczenia jak obojczyk. 

- Panie Dorn! - rzekła do niego w tej chwili miła jedna matrona, przyjaciółka jego matki, 

stąd w przyjacielskich z nim będąca stosunkach - niech pan odprowadzi moją córkę do domu, 

gdyż ja tu muszę pozostać… Taki wypadek… taki przykry wypadek. 

Dornowi było wszystko jedno, kogo i dokąd ma odprowadzić. Córkę tej pani? Niech 

będzie córka tej pani. 

Była  to  panienka  cicha,  małomówna,  skromna  i  bardzo  blada.  Ach,  to  ta?!  Dorn 

przypomniał  sobie,  że  dziś  kilka  razy  spotkał  się  z  jej  wzrokiem,  który  był  również  cichy  i 

jakby zgasły. Błyski jej głębokich, szarych oczu lśniły jak światła pod abażurem. Wyglądała 

tak powiewnie i słodko, jak kobiety Bume Jonesa i taka była pełna pokornej melancholii. Nie 

piękna, a jednak była piękna. Smutek prawdziwy i nie przesadzony jest najwytworniejszym 

background image

strojem kobiety, dlatego też wiele kobiet bardzo lubi, jeśli ktoś umiera w ich dalszej rodzinie, 

mąż albo stryj. 

Smutna panienka była jednak naprawdę czegoś smutna. Mieszkała niedaleko, więc szli 

piechotą. Dorn bąkał coś od czasu do czasu i patrzył przed siebie bezmyślnie. 

- Co pana trapi, panie Dorn? - szepnęła ona nagle. 

Dorn spojrzał na nią po raz pierwszy. Była tak samo smutna. 

- Nic. proszę pani. Myślałem o tym, jak kruche są kobiety. 

-  Ach,  to  straszny  wypadek.  Pierwszy  raz  w  życiu  widziałam  takie  nieszczęście;  to 

okropne! 

- Co? Taki obojczyk! Cha! cha! 

Dorn zaśmiał się jak trzech szatanów, takich najzgryźliwszych. 

- Czemu pan się śmieje? To nieładnie. 

- Tak, pewnie, że to nieładnie. Ale, droga pani, ja widziałem takie wypadki… Och, pani, 

chyba  mniej  na  świecie  jest  wypadków  ze  szkłem…  Gdybym  pani  mógł  wszystko 

opowiedzieć, mój Boże! 

- Niech pan opowie… 

- Nie będzie pani spała. 

- To kiedyś w dzień. Zresztą, musi nas pan odwiedzić. 

- Jest mi absolutnie wszystko jedno! Ach, nie! przepraszam… Niech pani źle mnie nie 

rozumie. Ależ naturalnie… 

Odwiedzę państwa, byłbym to zresztą zrobił bez zaproszenia. 

- Jest pan bardzo miły! 

- Jezus, Maria! - pomyślał Dorn - każda zaczyna od tego, że jestem miły. 

Od tej chwili patrzył Dorn ponuro w jej i swoją przyszłość. 

Zapytał, kiedy może złożyć wizytę. 

- Kiedy się panu podoba. 

- Czy jutro po szóstej - można? 

- Po szóstej? Ach, tylko nie o tej porze - mówiła z nagłą szybkością. - Wszystko jedno 

kiedy, byle nie między szóstą a siódmą. Niech się pan nie dziwi, ale w tym czasie mam lekcję 

śpiewu. 

Dorn, pożegnawszy smutną panienkę, wiedział pewnie o dwóch sprawach, o tym, że, 

jeśli  się  w  niej  nie  zakochał  dziś,  to  z  pewnością  zakocha  się  jutro,  i  o  tym,  że  będzie 

nieszczęście.  Jakie?  Jest  mu  to  zupełnie  obojętne,  już  mu  tam  niebo  coś  miłego  wymyśli. 

Zakochać  się  było  łatwo;  panna,  choć  bogata,  miała  w  oczach  całe  morze  cichego  smutku; 

background image

smutek ten był czarujący. Trzeciego dnia Dorn wiedział, że kocha. Panienka patrzyła na niego z 

rozrzewnieniem i ze smutkiem piękniejszym jeszcze. Bywał niemal codziennie u tych dobrych 

pan, w rozmaitych porach. Nigdy jednak między godziną szóstą i siódmą. Dlaczego? Dorn się 

zastanowił.  Coś  go  zaniepokoiło.  Powiedziała,  że  uczy  się  śpiewu.  Kto  uczy  się  śpiewu 

codziennie i tak ściśle, wedle zegarka? Nazajutrz stanął w ukryciu na ulicy i patrzył, czy kto 

wchodzi około szóstej. Nikt nie wszedł, ani około siódmej nikt nie wyszedł. 

- Moje nieszczęście zdarzy się między szóstą i siódmą - pomyślał Dorn. 

Nagle uderzył się w głowę. 

- Przecież w tym domu nie ma fortepianu! - zawołał ze zdumieniem - czy panienka uczy 

się przy harfie? Nie ma i harfy! 

Stał się jeszcze smutniejszy niż panna. Patrzyli sobie długo w oczy i było im dziwnie 

nieswojo. Nagle jej oczy napełniły się łzami. Dorn uciekł, bo w nim serce zaczęło jęczeć. 

Zaczął obserwować pokojówkę i zauważył, że małpa, choć przystojna, jest złośliwa i 

przykra. Zapłacił jej ogromną sumę, aby ukoić jej przerażenie i wejść do ogrodu o godzinie 

szóstej, przysiągłszy, że nikomu o tym nie wspomni. 

Z niesłychanymi ostrożnościami został wprowadzony do pokoiku służącej, stamtąd do 

pokojów panienki. Miał złe wrażenie, że się nie różni niczym od złodzieja, a właściwie różni 

się, gdyż jest gorszy, niż złodziej. Był blady ze wstydu. W ręku miał bukiet czerwonych róż - na 

wszelki wypadek, gdyby go spotkano i gdyby mu trzeba było pretekstu, choć go pokojówka 

zapewniła, że nikogo prócz panny w domu nie ma. 

- Czy panienka uczy się śpiewu? 

- Nigdy nie śpiewała - szepnęła służąca. 

- A cóż robi codziennie od szóstej do siódmej? 

- To tajemnica. Za chwilę pan zobaczy. Proszę tędy… 

Stąpał na palcach, blady i drżący. W pokoju panny rolety były opuszczone; w miłym, 

złotym półmroku ujrzał ją, leżącą na wznak na otomanie. Ręce leżały sztywno wzdłuż dała. 

Twarz jej była bladożółta, z nieludzkim wyrazem cierpienia. 

Dorn krzyknął zduszonym głosem i oparł się o futrynę drzwi. 

- Jezus, Maria! Ona umarła! 

- Nie - rzekła cicho pokojówka - wcale nie umarła. 

Niech pan podejdzie bliżej. Śmiało, panienka się nie zbudzi. 

Dorn  uczynił  dwa  kroki  jak  zahipnotyzowany.  Miał  łzy  w  oczach;  z  drżących  rąk 

wysunęły się i padły na dywan czerwone róże. 

Pokojówka objaśniała: 

background image

- Ona tak co dnia, punktualnie o godzinie szóstej zasypia i co do sekundy budzi się o 

godzinie siódmej. To jest sen kataleptyczny. Nic i nikt jej nie może zbudzić. Można ją kłuć 

szpilką,  albo  parzyć  ogniem.  Starsza  pani  mdleje  na  ten  widok,  choć  to  trwa  tyle  lat.  Woli 

wyjść. W tym czasie idzie zwykle do kościoła. Ja jedna w tym domu znam tę tajemnicę, a pan 

przysiągł, niech pan pamięta!… 

Łzy  jak  groch  toczyły  się  po  zalękłej  twarzy  Dorna.  Pokojówka  z  irytacją  zbierała 

rozrzucone róże, aby usunąć ślady czyjejś obecności. 

Wyszedł  powoli,  ciężko  podnosząc  nogi,  jakby  je  miał  z  ołowiu.  Widział  śmierć 

złośliwą i straszliwie podłą, bo męczącą i igrającą ze słodką, biedną dziewczyną. 

Zakupił cały sklep róż nazajutrz i o poranku posłał je smutnej panience z listem takim 

serdecznym jak miłość i przeprosił, że zmuszony do nagiego wyjazdu, nie może się pożegnać. 

Wszędzie jednak i długo bardzo widział jej sarnie, łzami oblane spojrzenie. Już nie klął 

swego losu, ujrzawszy, jak bardzo nieszczęśliwi są ludzie. 

Zawrócił nagle na gościńcu świata, którym szedł na poszukiwanie swojego miłosnego 

szczęścia i wracał do Warszawy. Miał jednak przed sobą zbyt daleką drogę, aby ją móc przebyć 

spokojnie.  Nie  miał  zresztą  najmniejszych  pod  tym  względem  złudzeń.  Ostatnia  przygoda 

wyczerpała go jednak tak bardzo, że chorobliwie unikał spojrzeń smutnych i twarzy bladych 

choć  wiedział,  że  nikt  bardziej  nie  pragnie  miłości,  jak  kobieta  smutna  myśląc,  że  jej  ona 

przyniesie szczęście, i że żadne oczy jej goręcej nie wypatrują jak oczy pełne łez myśląc, że 

miłość je osuszy. O, biedne! Wszak miłość jest największym smutkiem i studnią łez, bowiem 

sercem mądra, więc największą mądrością równą boskiej wie, że nie ma miłości bez zdrady, i 

że  życie  jej  jest  krótkie  jak  żywot  kwiatu.  O,  dolo  miłości!  Wie,  że  umrze  w  cierpieniu,  a 

wyciąga ku niemu ramiona i modli się o nie, jak o promieniste szczęście. 

Takie  smutne  wieści  prządł  Dorn  w  mieście  zgiełkliwym,  pełnym  krzyku  i  wrzawy. 

Strząsnął  z  sandałów  proch,  przywieziony  ze  smutnej  wyprawy  i  aby  zapomnieć,  cisnął  się 

głową  na  dół  w  odmęt.  Pił,  śpiewał  z  pijacką  gromadą,  szalał  niewytwornym  szaleństwem. 

Uwielbiał  w  krótkiej  drodze  szybkiego  porozumienia  jasnowłosą  baronową,  pulchną  i 

roześmianą,  pachnącą  jak  fabryka  olejków,  rozkosznicę,  rozwódkę,  jednym  słowem.  Ta 

kobieta nie wiedziała, co to jest smutek. Musiała być cała i bez części sztucznych, bo przedtem 

miała męża przez lat siedem, w ciągu zaś takiego czasu największy nawet kretyn byłby dojrzał 

jakiś niemiły drobiazg jak drewniana noga. 

Dorn pomyślał wprawdzie, że los jego odmienił mu gatunek katastrof i zadowalał się 

już nie byle jakim pomysłem. Przecie serce po prawej stronie albo katalepsja, to już nie byle co, 

nie  byle  szklane  oko  albo  fałszywa  kobiecość.  Był  więc  przekonany,  że  seria  uszkodzeń 

background image

cielesnych już się skończyła i zaczną się nieszczęścia wymyślne. Tak był zajęty rozmyślaniem 

na ten temat, wychodząc z baronową z modnej restauracji, że ledwie zauważył dyskretną, lecz 

bardzo  w  rytmie  gorącym  gwałtowną  rozmowę  baronowej  z  maîtrem  restauracji.  Ona 

przeczyła,  on  twierdził.  Dorn  trochę  się  zdziwił,  myślał  jednak,  że  sprawa  jest  o  jakieś 

dawniejsze  zobowiązania,  baronowa  bowiem  była  stałym  gościem  wykwintnego  lokalu. 

Wreszcie maître rozłożył bezradnie ręce. 

Dorn zauważył, że mu tej kobiety zazdroszczono, bo go odprowadzały setki spojrzeń. 

- Należy mi się cokolwiek satysfakcji - pomyślał, ujmując ją za pulchne ramię, kiedy ją 

wsadzał do automobilu. 

Wtem  coś  brzęknęło  upadłszy  na  bruk,  coś,  co  wypadło  z  jej  gronostajowego 

zarękawka. Dorn się pochylił, myśląc, że to zegarek lub bransoletka, baronowa miała zresztą na 

sobie mnóstwo pierwszorzędnej biżuterii - i podniósł srebrną łyżkę stołową z firmą restauracji. 

Zamieniony w znak zapytania, uśmiechnięty wesoło, ważył ją na dłoni. 

-  Ach!  -  zawołała  baronowa  -  czułam,  że  mi  coś  wpadło  do  zarękawka.  Niech  pan 

zawoła boya i niech on to odniesie. 

Tak ją ubawiła ta łyżka, że śmiała się jak szalona, wobec czego, choć to nie było racją 

dość głęboką. Dorn obiecał jej kupić pierścionek ze szmaragdem. 

Kiedy weszli do magazynu i Dorn zażądał pokazania pierścionków, jubiler się skrzywił 

i  spojrzał  spod  okularów  na  baronową.  Pokazał  wreszcie  pudełko  z  pierścionkami,  które 

zaczęto oglądać. Dorn zapalił papierosa i czekał na jej decyzję. W tej chwili weszła do sklepu 

skromnie ubrana dama, porozumiała się spojrzeniem z jubilerem i usiadła na krzesełku. Kiedy 

baronowa wybrała pierścionek, i Dorn sięgnął do pugilaresu, szybko odbyła się następująca 

scena: skromnie ubrana pani powstała nagle i zapytała jubilera krótko: 

- Ilu brak? 

- Trzech z brylantami. 

Wtedy  dama  błyskawicznie  przetrząsnęła  torebkę  baronowej  i  zarękawek,  po  czym 

położyła na stole dwa pierścionki. Baronowa się nie broniła, tylko stała nieruchomo, krwawo 

zarumieniona. 

- Gdzie trzeci? - zapytała sucho skromna pani. 

- Nie wzięłam! - szepnęła baronowa z trudem. 

- Niestety, ale tak - rzekł jubiler. 

Skromna pani pomyślała chwilę, uśmiechnęła się cierpko i rzekła groźnie: 

- Pani baronowa raczy otworzyć usta! 

background image

I,  nie  czekając  na  nic,  palcem  wetkniętym  w  usta  baronowej  wydobyła  trzeci 

pierścionek. 

Dorn patrzył jak na przedstawienie u wariatów. 

- Co to znaczy? - zapytał głosem z tamtego świata. 

- Pan nie wiedział? To znana kleptomanka, a ta druga pani to jej cień, który jej pilnuje. 

Bardzo mi przykro… Widzę, że panu nieprzyjemnie. 

Dorn był już za drzwiami i uciekał jak jeleń. 

Ósma  kochanka  kawalera  Dorna,  którą  spotkał  niebawem,  nerwowa  i  blada,  młoda 

dama  z  najwytworniejszego  towarzystwa,  bawiła  go  bardzo,  gdyż  miała  dziwną  pasję; 

wtoczyła  się  po  ulicach  i  godzinami  wystawała  przed  sklepami  z  żelaziwem.  Dorn  był 

cierpliwy, bo dama była piękna i wyróżniała go niezwykle. 

- Musi być niedokrwista i patrzy wciąż na żelazo  - myślał Dorn - o, jakże mądra jest 

natura. 

Nazajutrz  stała  się  rzecz  straszliwa.  Kiedy  odwiedził  panienkę,  zastał  przed  domem 

Pogotowie, a w domu koniec świata; panienka połknęła kilogram gwoździ, z tą samą rozkoszą, 

z jaką inne połykają czekoladki. 

Dorn  nie  czekał  relacji,  czy  jej  ten  przysmak  nie  zaszkodził  zbyt  gwałtownie.  Złe  i 

niemiło jest mieć kochankę, która połyka gwoździe lub igły. Jest to przysmak wprawdzie tani, 

lecz tak mało strawny, że Dorna przeszły ciarki i zimno mu się robiło na samo wspomnienie. 

Osłabły na duchu, złamany, z sercem potarganym na strzępy wrócił Dorn do Warszawy; 

wszędzie źle, a w domu najgorzej, lecz Dorn już nie miał siły. Repertuar miłosnych dziejów był 

straszliwy: kobieta łysa, przebrany mężczyzna, ze szklanym okiem i nosem z wosku, kobieta z 

sercem po prawej stronie i z podwójnym żołądkiem, lunatyczka, kataleptyczka, kleptomanka, 

histeryczka  „żelazna”  -  tak!  to  stanowczo  za  wiele  na  jedno,  choćby  najbardziej  miłości 

pragnące serce. Do takiego interesu nie mógłby jednak znaleźć wspólnika. 

Wracając do Warszawy, wstydził się. Wielu jego przyjaciół wiedziało, że pojechał po 

złote runo miłości, po brylant serca, po najcudowniejszą kochankę. Co im powie? Że jedna z 

jego kochanek kradła z restauracji łyżki, a druga połykała gwoździe? 

Dorn  się  wściekł.  Postanowił  wśród  materiału  krajowego  wynaleźć  byle  co.  Miał 

nadzieję,  że  szansę  jego  w  ojczyźnie  będą  lepsze,  bo  choć  w  Polsce  wszystko  jest  źle 

zbudowane, lecz Polki są zbudowane wybornie. Myślał zresztą, że może go słuszna spotkała 

kara  za  to,  że  pojechał  szukać  obcych  bogów,  że  wzgardził  pięknością  swojego  chowu, 

wiadomo zaś, że Polacy chowają najlepiej konie i kobiety; konie mają tylko tę jedną zaletę 

więcej, że są wierne. 

background image

Dorn postanowił więc jak najprędzej znaleźć sobie kochankę. Przedsięwzięcie takie nie 

jest  zazwyczaj  bardzo  trudne,  dlatego  że  co  druga  kobieta  skłonna  jest  do  rezygnacji  i  do 

poświęcenia. Gdyby ten zapał skierować w podniesienie gospodarstwa domowego, zadziwić 

by można świat. 

Toteż niedługo szukał. Krętymi drogami poznał pannę przedziwnej piękności i dumną, 

z czołem królewskim, kruczą, Balladynę - jednym słowem. W oczach jej można było założyć 

hutę, w której się topi rudę żelaza. 

Była  samotna,  nie  miała  nikogo  z  bliskich,  mieszkała  wytwornie,  Dorna  przyjęła 

chętnie. Unikała miejsc  publicznych, nie odwiedzała teatrów, nie lubiła ludzi.  Szczegółowo 

wypytywała Dorna, co o niej myśli? 

- Nie mogę myśleć, gdyż kocham panią - mówił Dorn. 

- A gdybym była zła, nieznośna, okropna? 

- Nie potrafi pani. Ale kochałbym panią. 

- A gdybym miała przeszłość czarną? 

- Gdyby była nawet tak czarna, jak włosy pani, kochałbym panią. 

- A gdyby ludzie mówili o mnie źle? 

- Ludzie nigdy o nikim nie mówią dobrze. Kochałbym panią więcej! 

Wtedy ona uczyniła rzecz taką, która z mężczyzny czyni niewolnika: ucałowała go w 

rękę. Jest to przemyślny podstęp odwiecznej niewolnicy. Dorn się rozczulił. Rozczulił się do 

tego  stopnia,  że  jej  opowiedział  dzieje  swojej  nieszczęsnej  miłości.  Niewiasta  co  nieco  się 

zdumiała i zbladła. Rzekła jednak szybko i tkliwie: 

- Ja wszystko panu nagrodzę! 

Chodzili co wieczór do Łazienek, bo właśnie kwitły kasztany, i mówili takie do siebie 

słowa, które pachniały jak ukwiecone drzewa. Raz ktoś znajomy przystanął, spojrzał zdumiony 

i  niechętnie  się  ukłonił.  Był  to  stary  przyjaciel  Dorna,  który  był  dumny,  że  on  go  właśnie 

widział z tą boską kobietą. 

Nazajutrz przyjaciel ten odwiedził Dorna bardzo rano. Gadał długo o tym i o owym, 

znać jednak było, że nie to właśnie chce powiedzieć. Wreszcie nagle zaczął ni stąd, ni zowąd: 

- Dorn! Skąd ty znasz tę kobietę? 

- Znam od wielu lat, teraz się jej przypomniałem. 

- Przez rok nie byłeś w kraju, a przez rok może się wiele zdarzyć. Otóż ta pani… 

- Panna… 

- Panna? Dorn, czy to zabawa, czy chcesz się żenić? 

- Nie igram z miłością. Jest to rzecz poważna! 

background image

-  Więc  obowiązek  przyjaciela  każe  powiedzieć  ci  wszystko.  Ta  panna  wkrótce  po 

twoim wyjeździe miała dziecko… 

Dorn jęknął i opadł na krzesło. 

- Z kim? 

- Z Murzynem z jazz–bandu. 

- Hu! hu! - zawył Dorn. 

- Ale to drobiazg. Potem otruła swoją ciotkę. 

- Aaaa! - zakrakał Dorn. 

-  …Siedziała  w  więzieniu;  uwolnili  ją  trochę  dla  braku  dowodów.  Tak  się  zwykle 

zresztą mówi. 

- Boże, Boże, Boże! - jęczał Dorn - co ja zawiniłem? 

- A teraz się żeń! - rzekł przyjaciel i poszedł. 

Dorn rozmyślał dwa dni i dwie noce. Siedem milionów czterysta sześć tysięcy myśli 

związał wreszcie w taką konkluzję: jeśli naj straszniejsze stało się przed ślubem, mc się nie 

stanie już później. Dziecko i morderstwo, to chyba dość… Przysiągłem jej, że choćby o niej 

powiedziano najgorzej… 

Dusza w nim była na poły umarła, ciało doszło do niej jako tako. 

- Wiem wszystko! - rzekł smutno. 

Ona krzyknęła i upadła mu do nóg. 

-  I  ożenię  się  z  panią!  -  dokończył  Dorn  nieswoim  głosem.  Mam  już  dość  tego 

wszystkiego. Ożenię się, do stu tysięcy diabłów! - krzyknął ni z tego, ni z owego jak szaleniec i 

ciężko dyszał. 

Ona całowała jego ręce i nogi i obiecywała mu, że mu zapłaci za to wszystko miłością 

taką, jakiej nikt nie widział od stworzenia świata. Dorn się uśmiechał smutno i był rad ze swojej 

tragicznej odwagi. Patrzył przez otwarte okno w ogród pełny słowiczego śpiewania i gładził ją 

po głowie. 

- …Przeszłam wiele - mówiła - a to mi tylko pogłębiło duszę. Zbudziło we mnie siły, 

dało  mi  natchnienie.  Ukrywałam  jedno  tylko,  co  tylko  zdradzę  tobie,  tobie  pierwszemu,  bo 

później tysiące ludzi będzie o tym wiedziało. 

- O czym? 

- Zaraz się dowiesz! 

Dobyła z biurka jakieś papiery. Dorn wstał zaciekawiony. 

- Co to jest? 

- Moja dusza! 

background image

Dorn patrzył błędnie w przeczuciu nieszczęścia. 

- Najdroższy mój! To jest dusza mojego życia. To jest krew z mojej krwi. Za chwilę ci 

przeczytam. Dorn! Ja napisałam powieść! 

Kafr,  obdzierany  ze  skóry,  tak  nie  wyje  jak  zawył  Dorn.  Spojrzał  na  nią  dzikimi 

oczyma, potem krzyknąwszy: Krwi! krwi! - skoczył przez balkon na głowę z pierwszego piętra. 

Albowiem przebrała się miara nieszczęść tego biednego człowieka, bo los jego, który z 

nim  igrał,  drobnymi  męcząc  go  nieszczęściami,  nieszczęście  okropne  i  najstraszliwsze 

zachował mu na koniec. 

background image

J

EDNO SŁOWO KOCHAJĄCEJ KOBIETY

 

- Czy ci przeszkadzam? 

- Nie bardzo. Potrzebujesz czego? 

-  Drobnostki…  Ja tylko  na  jedno  słowo…  Chciałam  przy  tym  zobaczyć,  czy  jeszcze 

żyjesz? 

- Jak widzisz, moja droga, żyję… Mój bohater za to umrze w następnym rozdziale. 

- Jeszcze dziś? 

- Zapewne jeszcze dziś… Żal ci go? 

- Kogo? 

- Jego… Myślałem, że cię mój bohater interesuje… 

- Nie tak bardzo, jak ciebie. 

- Spodziewam się! 

- A jeśli się spytałam, czy skręci kark, czy też się zastrzeli jeszcze dzisiaj to bynajmniej 

me z jego powodu. 

- Przykro mi, że tak mało obchodzi cię ten biedny człowiek! 

- Wcale mnie me obchodzi! Jedna literacka figura mniej, jedna więcej… 

- Ależ moja najdroższa… Mój bohater… 

- Co twój bohater? Zadymia mi cały dom… 

- Na Boga! On?! 

- On czy nie on, wszystko jedno. Ty za niego albo wy razem… Od ośmiu godzin piszesz 

i palisz, a właściwie więcej palisz, niż piszesz… 

- Od tego jestem… 

- Od tego, ale i od czego innego. Czy ty nic innego prócz pisania nie potrafisz? 

- Właściwie to nie… 

- Ale za to ja nie umiem pisać książek i nie wiem, co z sobą począć… Jutro święto, jutro 

Bóg się rodzi, a ty wciąż piszesz… A ja?!… 

-  Aj,  moje  biedactwo,  doprawdy,  nie  przyszło  mi  to  na  myśl…  Serdecznie  cię 

przepraszam… Moja bardzo wielka wina… Tylko widzisz, Heluniu, książka, którą się pisze, 

jest jak opium; kiedy się ją z siebie dobywa, ulega się równocześnie jej czarowi, upaja się nią i 

zapada się w nią z całą  świadomością. To nie ja jestem  winien, doprawdy, że  nie ja!  To ta 

nieszczęsna książka. Niech więc moja najdroższa pozwoli się przeprosić w imieniu i moim, i 

mojej książki. Dobrze? 

background image

-  Daj  pokój,  ach,  dajże  mi  pokój…  Bardzo  cię  kocham,  ale  tak  przesiąkłeś  dymem 

papierosów, że lepiej będzie, jeśli ten wybłagany pocałunek zostawisz na inny raz, najlepiej na 

wakacje. 

- Trudno… Jestem do twojej dyspozycji. 

- Cóż tak uroczyście? Pachniesz nieładnie i ja ci to szczerze mówię! Czy już nie mam 

prawa powiedzenia ci jednego słowa? 

- Ależ, Heluniu, masz prawo, obowiązek, powinność, co chcesz… 

- Bo jeśli i tego mi odmówisz, to najlepiej będzie, jeśli ja się zupełnie usunę z twego 

życia. 

- Na Boga? Co ci przyszło do głowy?! 

- Nic mi nie przyszło do głowy, tylko tak rozumiem twoje słowa. 

- Moje słowa?! Kiedyż ja to powiedziałem? 

-  Możeś  nie  powiedział  tego  wyraźnie  i  wprost,  ale  to  się  doskonale  wyczuwa,  mój 

drogi. O tak! Kobieta jest istotą zbyt czułą, aby w lot nie zrozumiała właściwego znaczenia 

słów. 

-  Bardzo dobrze, że kobieta jest tak czuła, ale przysięgam  tobie i  sobie, że nigdy nie 

wypowiedziałem jednego słowa, które by miało inne znaczenie niż to, które mieć powinno. Co 

ja powiedziałem? 

- Co powiedziałeś? Czy ja wiem? Może nic… 

- No widzisz! Nic nie powiedziałem! 

- Tak, ale to nie dowód, że mówiąc co innego, nie myślałeś tego właśnie… Zbyt dobrze, 

jako kobieta, znam barwę słów mężczyzny. 

- Barwę? słów? Heluniu, czy jesteś w złym humorze? 

- Nie jestem w złym humorze… 

- Głowa cię boli? 

- Gdyby mnie co bolało, to chyba serce. 

- Serce? Z jakiego powodu? 

- Ach, czy do wszystkiego trzeba zaraz powodu? Czasem człowieka zaboli coś, czego 

nie można ani nazwać, ani określić… Tak bardzo zaboli, że… 

- Ze co? 

- Czy w twoim zapytaniu nie ma ironii? Czy to pytanie nie jest smagnięciem bicza po 

sercu kobiety? 

- Jezus, Maria! Ja… biczem?… Co ty mówisz? 

background image

- Alboż ja już wiem, co ja mówię? To nie ja mówię, to mówi we mnie ktoś inny, ktoś, 

kogo życie postawiło nad brzegiem przepaści i za chwilę strąci go w nią jednym pchnięciem 

dłoni… 

- Ależ za co? 

-  Za  co?  Dziwnie  podstępne  są  twoje  pytania.  To  już  drugie  takie  w  przeciągu  kilku 

minut. Długo o tym myślałam i widzę, że się nie mylę! 

- Jakże, moja droga, mogłaś o tym długo myśleć, kiedy nigdy o tym nie było mowy? 

- Ach! to ty, znakomity pisarz, nie wiesz o tym, że nie wszystko się człowiekowi wkłada 

łopatą do głowy, bo są takie stany duchowe, kiedy się wszystko staje jasnym jak błyskawica. 

- Może być, może być! Więc na ciebie przyszło w tej chwili takie rozelśnienie? 

- Któż ci to powiedział? 

- Przecież ty w tej chwili! 

-  Ja?  w  tej  chwili?  Mój  drogi,  mój  kochany!  Możesz  bałamucić  ludzi  w  swoich 

dramatach, możesz ich ołgiwać w swoich powieściach, ale dlaczego grasz komedię ze mną? 

Kiedy ja ci to powiedziałam? 

- Pan Bóg słyszał! 

-  Pana  Boga  do  tego  nie  wtrącaj!  Nadajesz  złośliwie  inne  znaczenie  moim  słowom. 

Pewnie!  pewnie!  wiesz  przecie  o  tym  dobrze,  że  ja  ciebie  nie  przegadam  i  że  w  każdej 

rozmowie  będziesz  zwycięzcą…  Ależ  oczywiście!  Jesteś  władcą  słowa,  więc  się  możesz 

znęcać… Znęcaj się, proszę, znęcaj się ile wlezie! 

- Nie chcę się znęcać, nie pragnę być zwycięzcą… 

- Czy to nowy policzek? 

- Heluniu, zastanów się… 

- Nowe upokorzenie? Czy ja cię proszę o litość, czy ja cię proszę o łaskę? O nie, mój 

drogi!  Kobieta  jest  zbyt  dumną,  aby  -  nawet  zwyciężona  -  prosić  mężczyznę,  aby  jej 

wspaniałomyślnie darował życie. Nie chcę tego, gardzę tym! 

- Bardzo to mądrze z twojej strony… 

- Mądrze? Tak! niepokoi cię to, że i kobieta znalazła swoją mądrość i że nie pozwoli 

sobą poniewierać. To was wszystkich niepokoi, to was dręczy! Wy byście chcieli… 

- Kto to „wy”? 

- Ty i wszyscy! 

- Niech będzie! czegóż to byśmy chcieli? 

- Chcesz wiedzieć? Chcielibyście oszołomić kobietę i zabrać jej nawet cierpienie, bo w 

cierpieniu nabiera się przenikliwej mądrości… Ale kobieta będzie cierpiała! 

background image

- Jeśli jej to sprawia przyjemność, niech cierpi! 

- Może byś chciał, żeby umarła? 

- Nie chciałbym, ale jeśli i to jej sprawia przyjemność… 

- Więc chciałbyś tego? 

- Ależ… 

Oto jest gentleman bez pozy, oto jest mężczyzna! Jak pierwej kat wtrącał niewinnego w 

ciemnicę, tak sobie dziś taki pan jeden z drugim wtrąciłby kobietę w śmierć! 

- Na Boga! co za przypuszczenie, jakie porównania! 

- I to tak sobie, dla igraszki… Najpierw się jej zabiera serce, spala się je na popiół, duszę 

odziera się z marzeń, wyłamuje się jej skrzydła, a potem - niech umiera! Murzyn spełnił swoją 

powinność… 

- Moja droga! Pozwól, że ci przerwę… 

- Proszę, proszę, masz przecie prawo… Czy nam co wolno? 

- Wolno, wszystko wolno, ale pozwól, że przerwę. Mówmy serio… 

- Więc się tobie zdaje, że ja żartuję? 

- Nic mi się nie zdaje… Pozwól mi mówić, na Boga! 

- Albo mężczyzna pyta o pozwolenie? Pan świata!.. 

- Słuchaj! Mam wrażenie, że jesteś chora… Nie przerywaj, proszę cię, nie przerywaj! 

Widzisz, że mam pilną robotę, jutro muszę oddać rękopis… Jeśli jesteś chora, zatelefonuję po 

lekarza, jeśli nie jesteś chora, odłóżmy tę rozmowę na później… 

- Nie jestem chora, tylko mnie boli… tu… tu!… 

- Chwała Bogu, żeś zdrowa… To jedno mnie niepokoiło! 

- A o resztę już jesteś spokojny? 

- O jaką resztę? 

- O tę, która się nie da zmierzyć termometrem ani uleczyć pigułką? O tę małą resztę, 

która z nas czyni męczennice… 

- Czekaj, niech odetchnę. Dobrze, rozmawiajmy, ale spokojnie. Wprowadźmy metodę 

do obłędu… 

- Czy to obelga? 

- Nie, to przezorność… Rozmawiajmy… Co ciebie boli i co z ciebie czyni męczennicę? 

- Więc to ma być śledztwo? 

- Jakie śledztwo? Kobieto! 

- A cóż innego ma znaczyć to nagłe zainteresowanie się i ta nagła ochota wdarcia się do 

cudzej  duszy?  Czy  dusza  kobiety,  dlatego  tylko,  że  należy  do  kobiety,  ma  być  publicznym 

background image

gościńcem, po którym może się wałęsać każdy, komu się to podoba? Więc śledztwo? Pan pyta, 

a niewolnica niech odpowiada!… A może dobrowolna spowiedź? 

- Co ty wygadujesz? 

- Więc spowiedź! Dobrze, ale przed kim? Kto tu zgrzeszył, a kto ma być sędzią, kto jest 

winny, a kto ma dawać przebaczenie? Dlaczego to ja mam być tą, która się spowiada! Przede 

wszystkim z jakich grzechów? No z jakich? Oskarżasz mnie, więc mów! 

- Mnie na myśl nie przyszło… 

- Tym gorzej! Więc rzucasz oskarżenia na wiatr; masz pod ręką całe książki słów, więc 

ci łatwo wybrać najcięższe i ciskać je jak kamienie w moją pierś. 

-  Moja  kochana,  moja  złota,  moja  jedyna!  Ja  wcale  nie  ciskam  kamieniami  w  twoją 

pierś… 

- Ach, to ty myślisz, że ja to mówię dosłownie? Doskonale, coraz lepiej! Więc według 

ciebie jestem taka głupia, że nie potrafię skleić przenośni! Doczekałam się, doczekałam! Za 

moją miłość do szaleństwa, za moją duszę, za moje ciiało… 

- Śmiem zauważyć, że ci ciała nawet przybyło… 

- Tak, to zauważyć potrafisz, tegoś tylko nie zauważył, że mi ubyło to, czym człowiek 

żyje! 

- A czym to człowiek żyje? 

- Złudzeniem! I ty mi to zabrałeś! 

- Ja ci zabrałem złudzenie? Jezus, Maria! Jak ja to zdołałem uczynić? 

- Zapytaj się swojego sumienia! Zapytaj! 

- Z przyjemnością. Otóż moje sumienie powiada, że nie ma sobie nic do wyrzucenia, że 

ci niczego nie zabierało i pragnie, abyś mu w tej chwili dała spokój. 

- Tak? A któż mnie mój spokój powróci? Kto mi odda wszystkie nie przespane noce, 

wszystkie udręczenia i wszystkie rozpacze? O! ty ich nie słyszałeś, tyś wtedy spał, kiedy ja 

sobie wbijałam paznokcie w ciało, aby nie krzyczeć, aby nie łkać i nie szlochać… 

- Paznokcie w ciało? Napełniasz mnie zdumieniem! 

- A ty mnie goryczą… 

- Dlaczegoś to wszystko robiła, jeżeli… 

- Jeżeli? 

- Jeżeli w ogóle to robiłaś… 

- Co to ma znaczyć? Nie wierzysz mi? 

- Tego nie powiedziałem… 

background image

- Więc już takie nadeszły czasy, że się cierpieniu ludzkiemu nie wierzy, dlatego że jest 

ciche i milczące! Cudowne czasy, wspaniali ludzie! Lepiej sobie głowę roztrzaskać o mur, niż 

żyć wśród wilków… Śmiej się, szalej, tańcz i stawaj na głowie, choćby serce w tobie konało, 

wtedy będą na ciebie patrzeć łaskawie, ale nie waż się cierpieć cicho, bo ci nie raczą uwierzyć! 

- Kobieto, na Boga, co ty mówisz?! 

- Co ja mówię? Mówię, że nie wierzysz w moją miłość, że nie wierzysz we mnie, że w 

nic nie wierzysz. O, ja wiem! Ty jesteś przekonany, że ja gram komedię, że cię oszukuję i że cię 

zdradzam. Powiedz, powiedz wprost, dlaczegóż nie mówisz? Czy twoje milczenie, czy wyraz 

twojej twarzy w tej chwili nie mówi tego, czego nie ważą się wypowiedzieć słowa? Przecież 

stoję przed tobą, możesz mnie obrzucić słowem  jak gradem  kamieni,  możesz mnie wlec za 

włosy.  Proszę  cię!  ja  nie  powiem  słowa  ani  nie  wydam  jęku,  o  nie!  ja  umiem  cierpieć 

bezgłośnie. A skowytu mojej duszy nie usłyszysz… I za co to wszystko? Za to, że cię kocham, 

że cię uwielbiam, że nie widzę poza tobą niczego i nikogo… Ze się usuwam w cień, abyś ty 

tylko błyszczał w słońcu, że milczę, abyś ty mógł mówić, że nie śpię, abyś ty mógł spać… 

- Ale któż ci każe to robić? 

- Więc nie chcesz mojej miłości? Gardzisz nią? 

- Ależ nie! nie! 

- Więc już masz mnie dosyć! 

- Nigdy, przenigdy! 

- Coś mi o tym mówiło, coś mnie ostrzegało, a ja, niemądra, wierzyłam, że cię zwyciężę 

potęgą mego cierpienia i pokorą mojej miłości. Walczyłam o ciebie - z tobą. Czy słyszysz? Z 

tobą o ciebie! I myślałam, że mnie wesprzesz, że mi dodasz sił, abym cię mogła wydobyć z tego 

bagna  zwątpienia,  w  którym  grzęźniesz  bez  ratunku.  Szukałam  sprzymierzeńca  w  mojej 

miłości; we wszystkim szukałam pomocy, nawet u ciebie, u samobójcy, bo zapomniałam, co 

powiedział  Tagore,  że  w  walce  życia  własnej  trzeba  ufać  sile.  Zemściło  się  to  na  mnie,  że 

chciałam być mądrzejsza niż Indianin. 

- Powiedzmy Hindus… 

- Ach, i jego lżysz, i to tylko dlatego, że powtarzam jego słowa? O, jakie to szczęście, że 

nie mamy dzieci, bobyś zamordował własne dziecko dlatego tylko, że byłoby ono w połowie i 

moim. Spróbuj zaprzeczyć, jeżeli możesz! A widzisz, że nie możesz! Zbladłeś i usta ci drżą. 

Wyglądasz w tej chwili jak człowiek zły, w którym wyrzuty sumienia wyją jak burza. Żal mi 

cię, bardzo mi cię żal, bo nie myśl, że ja się potrafię mścić. Zemsta jest bronią ludzi małych, 

kobieta nie jest zdolna do zemsty. Więc mi cię żal! Chciałabym, abyś ratował siebie przed sobą. 

Zniszcz mnie, nawet zabij albo wypędź jak bezdomnego psa - ty to wszystko potrafisz - tylko 

background image

nie dręcz mnie i daj mi odejść w spokoju, a może to ci się pomoże ocalić. Ja siebie składam na 

ofiarę. Widocznie Bóg tak chce! 

- Czy skończyłaś? 

- Z życiem - tak! Z cierpieniem tylko nie skończyłam, bo teraz zacznie się ono dopiero 

naprawdę.  Chcę  jednak  cierpieć  sama,  abyś  ty  nie  cierpiał.  Czemu  mnie  trzymasz  w 

łańcuchach? Czemu mi nie pozwolisz odejść? 

- Ale któż ci, u diabła, nie pozwala? 

- Aaa! wiec ty chcesz tego? 

- Nie ja, ale ty! 

- O nie! To twoja myśl, to twoje pragnienie. Więc to tak? Odejść! Pan łaskawie pozwala 

mi odejść? Przepraszam, ale dokąd? Czy mam stąd pójść wygnana jak pies i utopić się? Czy 

może na ulicę? Na ulicę - słyszysz??? 

- Boże! Boże! 

- O, gdyby to moja matka słyszała… Ale ty wiesz, że moja matka w grobie… 

- Całe szczęście! 

- O tak, szczęście, bo stanęłaby przed tobą… 

- Nie mów tego przed nocą! 

- I plunęłaby ci w twarz… 

- Za co? 

- Za mnie! Za to, że nasyciłeś się mną i teraz masz mnie dość i że wypędzasz mnie na 

ulicę między dziewki. 

- O! o! o! 

-  Nie  czyń  sobie  wyrzutów!  To  słuszna  kara,  żem  nie  słuchała  rodzonej  matki.  Ta 

kobieta wiedziała, kim ty jesteś. Jej święte oczy przewidziały cię na wylot, ale ja, zaślepiona, 

nie chciałam wiedzieć o niczym, ja, jak wąż oczarowany przez ptaka… 

- Na odwrót! Chyba ptak przez węża… 

- Ja nie słuchałam, kiedy mi mówiła w dzień przed ślubem: „strzeż się, to literat! a nie 

ma większej hołoty na świecie!” O matko! o moja matko! Czemuś mnie oddała w te ręce i 

czemu teraz musimy obie płakać, ty w grobie, a ja - gorzej niż w grobie? 

- To straszne! 

-  Straszne?  O  nie!  To  wesołe…  Ja  wiem,  ty  byś  chciał  z  tego  wszystkiego  zrobić 

tragedię i do tej tragedii chciałbyś mieć mego trupa. Ale go nie będziesz miał. Chcesz mnie 

wypędzić? Hola! A dlaczegoż to ja mam odejść, ja - a nie ty? Dlatego, że ja jestem kobietą? O 

nie! skończyły  się już te czasy, kiedy kobietę można było  zamurować w klasztorze! Mamy 

background image

jeszcze na szczęście policję i sprawiedliwość, znajdzie się chyba ktoś, kto się ujmie za kobietą. 

A ja nie będę milczała, o nie! 

- Jestem przekonany! 

- I słusznie! Będę krzyczała na cały świat o sprawiedliwość i świat cały weźmie mnie w 

obronę. Aaa! Drżysz? Boisz się skandalu? Więc jest jeszcze rada nawet na takich jak ty? Och! 

nie bój się! Zbyt łatwe byłoby to zwycięstwo, zbyt łatwe. 

- Czy to już koniec? 

-  Więc  się  poddajesz?  Patrzcie,  jaka  wspaniałomyślność!  I  jaka  obłudna  metoda 

prowokacji.  Czy  potrzeba  było  tylu  moich  zgryzot  i  tylu  łez?  Czy  ty  przez  chwilę  chociaż 

pomyślałeś, ile mnie kosztuje każde słowo, które mi razem z krwią dobywa się z głębi serca? 

Czy ty w ogóle myślisz o tym? O nie! Bo gdyby cię to choć odrobinę obchodziło, tobyś mi nie 

dał cierpieć i nie dałbyś mi rwać sobie duszy na szmaty, ale że to moja dusza, „kobieca” dusza, 

cóż to  tobie szkodzi? A przecież mnie szło  o taki drobiazg, o taką śmieszną małą radość… 

Każdy człowiek, każdy inny człowiek zrozumiałby od razu, pojąłby w swojej wielkiej miłości, 

ale ty tylko nigdy nie chcesz zrozumieć, ty tylko nie chcesz pojąć. Ty chcesz widzieć moje łzy! 

O tak, nie przecz! Moje łzy i moje słowa, ociekło krwią, sprawiają ci widocznie przyjemność, 

bo je ze mnie wyciągasz, jak nerw po nerwie z żywego  człowieka, a to  boli,… a to  boli… 

Zamiast  mnie  zapytać  po  prostu,  szczerze,  z  miłością:  „czego  chcesz,  moja  droga?”  -  ty 

dyskutujesz, doprowadzasz do kłótni, biczujesz mnie, depcesz po moim sercu. A przecież ja 

bym ci powiedziała od razu, bo nie mam nic do ukrywania. Teraz to mi już trudno, bo się coś 

we mnie zawaliło. A ja chciałam cię tylko prosić o małą, mizerną rzecz… Czegoś ty tak zbladł? 

Czy ci niedobrze? 

- O co… mnie… chciałaś prosić?… 

- Abyś mi kupił choinę[!] Choć dzieci nie mamy… 

- I… ty… z tym… przyszłaś? 

- Tak, tylko z tym, ale czułam z góry, że . nie zechcesz! Co się z tobą dzieje? 

- Ty… tylko… z tym? 

- Tak! tak! Co ty robisz, na Boga! Ależ, mój kochany, mój drogi, mój najdroższy!… 

Głową  tłuczesz  o  ścianę?!  Jezus,  Maria!  Nie  śmiej  się  tak  strasznie!  Ratunku!  ratunku!  On 

zwariował!…

background image
background image
background image
background image
background image
background image

Pan z kozią bródką 

Przyjaciel  mój,  miły  bardzo  poeta,  opowiedział  mi  tę  historię,  która  wygląda  na 

opowiadanie  patentowanego  wariata,  mającego  urzędowe  zaświadczenie  pomieszania 

zmysłów. Przyjaciel dawał mi trzy razy „najświętsze słowo honoru”, że w tej hecy brał udział. 

Gdyby raz, to może bym jeszcze jako tako uwierzył, ale trzy razy - to trochę za wiele. Ubocznie 

tylko  nadmieniam,  że  mój  przyjaciel  jest  to  pijaczyna  na  wielki  kamień.  Pod  tym  kątem 

widzenia rzecz się staje zrozumiała. Oto co mi ten bęcwał nabredził: 

Niedawno  oszołomiła  mnie  miła  wiadomość,  że  stary  kutwa,  po  którym  miałem 

dziedziczyć, zjadł pieczone prosię, niesłychaną ilość śliwek, a potem napił się lodowatej wody. 

Kiedy kto ma lat siedemdziesiąt, nie powinien tego robić, chyba że ma miłego spadkobiercę. 

Zemsta  natury  była  natychmiastowa  i  poczciwy  staruszek  umarł.  Z  rozrzewnieniem 

opowiadano mi, jak do ostatniej chwili zachował jasność i bystrość umysłu i jak z oszczędności 

zdmuchnął gromnicę na długą chwilę przed śmiercią. Zjadł też przed oddaniem Bogu ducha 

pieczone kurczątko, aby się nie zmarnowało. 

Ponieważ działo się to  w prowincjonalnym,  obskurnym  miasteczku, trzeba było  tam 

jechać, aby sprawdzić, czy dobry, stary człowieczyna naprawdę umarł, mogło i to być bowiem, 

że z oszczędności wpadł na dwa, trzy lata w letarg, aby nie marnować świec i obyć się bez 

jedzenia.  Spadek  -  rzecz  oczywista  -  był  na  ostatnim  planie  (!),  chociaż  tylko  w  małych 

miastach  bywają  duże  spadki.  Tam  zacni  nieboszczykowie  umieją  wieść  życie  skromne  i 

bogobojne, tańsze są lekarstwa i doktorzy nie tak łapczywi. Szczerze mi żal ludzi, którzy się 

spodziewają  spadku  choćby  w  Warszawie,  gdzie  koszty  śmierci  są  niepomierne,  i  spadek 

kurczy się jak jaszczur w powieści p. Honoriusza Balzaca. 

Ja z mojego uczciwego nieboszczyka byłem wcale zadowolony, tak że nie przeklinałem 

zbytnio  pobytu  w  szarym,  błotnistym  i  żydowskim  mieście.  Minę  miałem  przyzwoicie 

strapioną i nieboszczyk, jeśli na mnie spojrzał, mógł mieć chwilę prawdziwej radości. Temu 

zacnemu człowiekowi zawsze i we wszystkim się wiodło i nawet po śmierci miał szczęście, na 

takiego jak ja natrafiwszy spadkobiercę. 

Kiedy się stało oczywiste, że miły nieboszczyk, nawet gdyby się zbudził z letargu, nie 

zdoła  podźwignąć  niesłychanej  ilości  kamienistej  ziemi,  gdyż  robota  na  prowincji  nie  jest 

fuszerską  robotą  stołeczną,  a  grabarze  są  tam  dokładni  i  pracowici,  kiedy  dusza  Harpagona 

odeszła do raju w całej paradzie, bo we fraku, rozciętym na plecach, trzeba było pomyśleć, w 

jaki sposób ukoić żałość i zmartwienie. 

Musiałem przez dwa dni jeszcze dreptać po bruku przyjemnego tego miasta. Mój zacny 

krewny, sam już w raju bezpłatnie wszelkich wspaniałych używający rozkoszy, nie mógł mieć 

background image

do  mnie  pretensji,  że  jeszcze  za  swoje  pieniądze,  bo  jego  trzymały  w  uwięzi  niezliczone 

formalności,  chcę  pocieszyć  strapioną  i  niewyspaną  duszę.  Tylko  ludzie  źli  i  obłudni, 

otrzymawszy  spadek,  udają,  że  umierają  z  żałości,  człowiek  rozsądny  powinien  ucieszyć 

nieboszczyka, dając mu dowód, że jego skarbów źle nie użyje, lecz je spożyje w radości i w 

błogim  weselu,  że  uczyni  to,  jednym  słowem,  czego  on  uczynić  nie  umiał,  i  wskutek  tego 

mógłby mieć za grobem wyrzuty sumienia. 

Dość było trudno w małym mieście oszaleć. Można sobie było wprawdzie kazać podać 

do  obiadu  lody  ananasowe  i  hawańskie  cygaro,  takie  jednak  polecenie  nie  miało  sensu,  bo 

wywołałoby tylko zbiegowisko, zupełnie zresztą niepotrzebne, gdyż w całym mieście nie było 

ani  ananasa,  ani  hawańskiego  cygara.  Można  było  zakupić  wszystkie  pokoje  w 

pierwszorzędnym hotelu, co powinno wywołać sensację; i ten pomysł jednak również był bez 

sensu,  w  całym  bowiem  hotelu  były  tylko  dwa  pokoje,  a  w  jednym  stał  bilard,  który  od 

przypadku służył jako łóżko. 

Nie było to jednak miasto najgorsze. Źle jest sądzić z pozorów. Ostatecznie bowiem 

znalazła się rozrywka pierwszorzędna. W mieście tym gościł kabaret, tingeltangel, coś w tym 

rodzaju. Na zielonym papierze czerwoną farbą, koślawymi literami, udającymi litery druku, 

było wypisane, że w kawiarni „Japońskiej” odbywa się codziennie przedstawienie „monstre” 

najwybitniejszych gwiazd świata, artystek i artystów stołecznych. 

Ha! życie bucha radością jak gejzer. Nawet tu. 

W pobliżu miasta znajdowały  się  głośne w świecie kopalnie nafty,  więc środowisko 

ludzi  bogatych,  skłonnych  do  hazardu,  bardzo  przeto  szczęśliwych  lub  nieszczęśliwych.  Na 

obie te dolegliwości, na szczęście i na nieszczęście, wymyśliła natura jedno wspólne lekarstwo: 

szampana. Rzecz prosta, że po tak zawiłym wykładzie wniosek jest prosty, ten mianowicie, że 

nawet w tak obskurnym mieście kabaret, w którym można dostać szampana, mógł mieć widoki 

powodzenia. Człowiek rzadko pija naftę, z reguły jednak umie naftę zmienić w wino. Jest to 

boską  cechą  natury  ludzkiej,  że  wszystko,  dziegieć,  smołę,  sól,  sztuczny  nawóz,  kartofle  i 

pszenicę umie ona szybko, jednym gestem, używanym przez czarowników, zmieniać w wino. 

Nie bez trwogi jednak wchodziłem do wzniosłego lokalu, w którym szalało miejscowe 

życie.  Lokal  był  spelunką.  Historię  jej  można  było  wyczytać  na  tapetach.  Niezliczone 

pokolenia much umarły i pogrzebane są na „żyrandolu”; wspaniale lustro zdobiło jedną ścianę. 

Kiedy w to lustro, porysowane, pęknięte w samym środku żywota swojego, zamorusane i nie 

myte od chwili swoich narodzin, spojrzał człowiek - cofał się natychmiast przerażony. Było to 

zaczarowane zwierciadło. Najbardziej urodziwa twarz czyniła się szpetna; oczy odbiegały od 

siebie, jak gdyby w nagłym przerażeniu; nos przybierał kształty niesamowite, usta rozszerzały 

background image

się w okropnym cierpieniu, widziałeś upiora, który był zielony i straszny. Było to prawdziwe 

zwierciadło żywota, w którym wszelki szych i marność ziemska przybierały kształt właściwy. 

Z brudnej toni zwierciadła patrzył w ciebie upiór, śmiejący się szatańsko na temat: cha! cha! 

Z jednej strony sali, należycie śmierdzącej, był bufet. Na długim stole, obitym ceratą, 

tłusto się pocącą, tak że wszystkie wody wszystkich oceanów zmyć by jej do czysta nie mogły, 

stały jakieś szkła, jakieś wędliny i sery. Samobójca drgnąłby, zbliżywszy się do tej zastawy. 

Były tam rzeczy, radujące żołądek, były jednak i takie, które są radością oczu, a przez oczy 

radują  ducha.  W  metalowych  niewypowiedzianego  koloru  kieliszkach  barwiły  się  kwiaty. 

Sztuczne kwiaty, podobne do zakurzonej, uwiędłej, straszliwej zaśniedziałej cnoty. 

Po stronie przeciwnej ustawiono estradę, która przypominała nudny katafalk. Stało na 

niej  pianino,  w  którym  dusza  dawno  umarła,  a  targana  co  nocy  za  włosy  swoich  strun, 

wydawała spoza grobu chrapliwe, okropne, szczekające rzężenia. Pianino to bite po żebrach, 

torturowane z pasją przez ohydnego Torquemadę drżało  jak  czarna trumna, w której  leżący 

nieboszczyk zwariował i wierci się z powodu wyrzutów sumienia, płakało, dostawało czkawki, 

jęczało basem głuchym i podziemnym, bulgotało spazmem, charkotało kaszlem uporczywego 

suchotnika, nagle zawyło, po czym odezwało się drewnianym głosem puszczyka, aż po chwili 

zaczęło kwilić cieniutkim, piskliwym, dreszcz budzącym głosikiem podrzutka, ciśniętego pod 

cudze drzwi na śniegu i mrozie; wszystkie zaś te głosy wstawały i umierały w rytmie, więc 

kiedy  zamknąłeś  oczy,  miałeś  widzenie,  że  oto  straszliwy  szkielet  wstał,  tańczy  i  pląsa 

radośnie, piszczelami sucho chrzęści i pomrukuje sobie, raz wysoko, raz nisko, a czasem nie 

może dobyć głosu z przepalonej śmiercią gardzieli, gdyż co drugi klawisz nie odpowiadał. W 

takim instrumencie musi być zaklęta dusza starej panny, która źle i bez wytchnienia grając na 

fortepianie, zatruwała życie sąsiadom. Teraz ją za to ciągną za włosy, każdym ruchem pedała 

gniotą jej łono, a ona skarży się biedactwo. 

Pianino to, jego dusza żałośnie jak głodny pies skamląca, musiało wzruszyć niejednego 

słuchacza; dlatego dobrzy ludzie, kiedy sobie w serce z winem naleją dobroci, użalą się zawsze 

nad  takim  instrumentem  i  jeden  leje  w  jego  wnętrze  wino,  drugi  kieliszek  koniaku,  inny 

sardynki w nie wrzuca, cytrynę, cygaro. A to zwierzę wszystko pożera i znowu płacze, i łka, i 

rzęzi, i flaki z siebie wśród wycia wypruwa. 

Za bufetem siedziała panna tłusta, przy pianinie mistrz bardzo chudy. Panienka miała 

piersi  takiej  niezwykłej  obfitości,  że  mogła  nimi  wykarmić  nie  tylko  małe  i  skromne  w 

wymaganiach niemowlę, lecz stu Tatarów, chciwie i bez opamiętania przez dzień cały kobyle 

mleko pijących. Aż dziw brał, że w jej pobliżu mógł się uchować ktoś tak bardzo chudy jak to 

widmo, piszczelami palców tłukące w piszczele klawiszów. Od samego patrzenia na tę miłą 

background image

panienkę  można  było  przybrać  na  ciele.  Siedziała  za  tym  bufetem,  ponura  jak  sowa,  licząc 

kostki cukru i plasterki cytryny. Ilekroć spojrzał kto na nią, uśmiechała się jak ropucha, kiedy 

sobie przypomni kochanka. 

Ponieważ była to niedziela, w spelunce było sporo gości, nie tak wielu jednak, aby ich 

to biedactwo spoza bufetu nie mogło zmieścić na swoim łonie bez wielkiego trudu. 

U wejścia przywitał mnie dyrektor kabaretu. 

Ujrzawszy tę twarz, wzdrygnąłem się. Indywiduum było we fraku, którego cokolwiek 

wytworny  nieboszczyk  nigdy  na  siebie  nie  pozwoliłby  włożyć.  Wierzgałby  jak  koń.  W 

brudnawym gorsie, widocznie przyczepionym do niewidzialnej koszuli, tkwiły dwa bezczelne 

szkiełka, zrobione na brylanty. Spodnie ułożone były w harmonijkę. Indywiduum miało jednak 

twarz niezwykłą. Był to starszy już pan, sędziwy, z bródką szczecinowatą, podobną do koźlej. 

Oczy miał bystre, czarne i mądre. Na twarzy bladej i niezwykle inteligentnej widniały głębokie 

bruzdy, jakby ślad po cierpieniu, co przez tę twarz o szlachetnym wyrazie przeszło jak ostry 

pług. Czoło wysokie, mądre, czoło człowieka myślącego i nieustannie trapionego czymś, co się 

w  nim,  w  głębokim  wnętrzu  tłamsi  i  przewala.  Była  to  twarz  zabiedzona,  bladością  swoją 

przechodzącą w siność, niepokojąca, brzydka, a jednak w brzydocie swojej pociągająca. Miało 

się wrażenie, że to wielki pan, rasowy szlachcic, pobity jakimś nieszczęściem, przywdział frak, 

ohydny i zatłuszczony, i na dnie życia żeruje, aby żyć. 

Jedno w tej twarzy dziwacznej było naprawdę śliczne - to uśmiech. Uśmiech smutny, 

cichy, jakiś rozrzewniony, miły i dobry, a równocześnie zbolały i ironiczny, uśmiech zimnej, 

dotkliwej pogardy nie schodził z pergaminu tej twarzy i wciąż się błąkał, wciąż się wił wkoło 

kącików ust. 

Człowiek ten wyglądał jak stary arystokrata, co się zabłąkał do zbójeckiej spelunki. 

Kiedy wszedłem, ocenił mnie jednym ruchem mądrych swoich oczu i szybko podszedł 

ku mnie. Wtedy zauważyłem, że chromał silnie. 

Z ukłonami podprowadził mnie do stolika w pobliżu bufetu, spoza którego spływał ku 

mnie dziewiczy, lecz tłusty i gęsty jak zjełczałe masło, uśmiech. 

Pan  z  kozią  bródką  widocznie  mnie  wyróżniał  z  niewielkiej  gromadki  gości  tak 

rozbawionych, jak gdyby to był raut paralityków albo doroczne święto w klubie samobójców. 

Atmosfera była ciężka, duszna i parna. 

Pan dyrektor objaśnił mnie, że straciłem dwa numery programu, lecz że nie mam czego 

żałować,  gdyż  były  słabe.  Za  chwilę  jednak  zaczną  się  atrakcje  wyborowe,  wobec  czego 

słuszne wydało się pytanie, czy będę jadł kolację w tym wytwornym zakładzie? Nie, nie będę 

jadł kolacji. Kto jednak przychodzi do kabaretu, ten szuka pewnie podniety do szaleństwa i 

background image

takiemu  pewnie  jest  wszystko  jedno.  Komu  jest  wszystko  jedno,  ten  się  zwykle  upija.  Nie 

miałem wprawdzie do tego najmniejszej ochoty, łatwiej jednak zwlec dwie godziny z butelką, 

niż  bez  niej.  Do  butelki  można  gadać,  a  ona  nie  odpowiada,  słusznie  też  najwięksi  mędrcy 

uznali flaszę za jedyną towarzyszkę, godną człowieka. 

Wobec tego zwróciłem się do sympatycznego dyrektora, który z uśmiechem łagodnym i 

mądrym czekał rozkazów. 

- Jakie macie wina? 

- Najgorsze na świecie - odrzekł łagodnie dziwny ten człowiek. 

Odpowiedź była imponująca. 

Uśmiechnąłem się. 

- Dobrych win nie ma już nigdzie - mówił on - łajdactwo ludzkie nie uszanowało nawet 

wina. Cóż możemy panu dać? Trochę wody sodowej z drożdżami i z landrynkami. Jak pan 

każe, aby się to paskudztwo nazywało? Nazwy są stare i autentyczne. 

Spojrzałem z podziwem na tego szczerego człowieka i on w tejże chwili spojrzał mi w 

oczy. Coś mnie tknęło. Tę ciekawą i niezwykłą twarz już gdzieś widziałem. Ale gdzie? 

- Przed dwoma dniami, panie! - rzekł cicho dyrektor. 

- Co się stało przed dwoma dniami? 

- Widział mnie pan w domu swego wuja. 

Stropiłem się. Cóż za indywiduum? Czyta w myślach, czy co? 

- Pan jest odgadywaczem myśli? 

-  Bynajmniej,  ale  grymas  twarzy  człowieka,  który  chce  sobie  coś  przypomnieć,  jest 

bardzo łatwy do odczytania. W tej chwili zaś mógł pan zajmować się tylko moją mizerną osobą. 

Wszak to jasne! 

- Tak, to jasne… Niech pan usiądzie, panie dyrektorze. 

-  Dziękuję  bardzo.  Jest  pan  bardzo  uprzejmy.  Za  chwilę  odrabiam  mój  numer  na  tej 

przeklętej estradzie, ale mam jeszcze czas… 

Przynieśli jakiegoś nowo narodzonego szampana, straszliwa zaś Fizjonomia kelnera, na 

której  widok  zadrżałby  z  radości  każdy  sędzia  śledczy,  zapytywała  mnie,  czy  nalać  także 

dyrektorowi? Kazałem nalać skwapliwie. 

- Musi pan pić to, co pan sam nawarzył - rzekłem, wcale tym pocieszony, że znalazłem 

wspólnika  do  nieszczęścia,  szampan  tak  bowiem  wyglądał  w  istocie  jak  nieszczęście.  Byt 

bladożółty jak człowiek, który z rozpaczy nie śpi, cierpki jak beznadziejnie chory, kwaśny jak 

człowiek chory na wątrobę i czuć go było korkiem. Wysoka marka, jednym słowem. 

background image

- Pije się nie wino, tylko radość, która chodzi za winem i pije się duszę człowieka przy 

winie - rzekł dyrektor. 

- Pięknie powiedziane… Więc ja pana widziałem na pogrzebie mojego wuja? Tak, teraz 

sobie przypominam… Czy pan był jego przyjacielem? 

- Nie miałem zaszczytu znać tego dostojnego człowieka. 

- Aj! Dlaczegóż tedy miał pan taką zmartwioną minę? 

- Jednego człowieka mniej na świecie, chociaż to mały powód do żałości. Właściwie to 

ja dlatego byłem zmartwiony, że to kogoś innego chowają, a nie mnie. 

- No! no! A któż była ta pani w grubej żałobie, którą pan prowadził pod rękę, co tak 

bardzo płakała? 

- Chciał pan pewnie powiedzieć „gruba pani w cienkiej żałobie”. To była moja żona. O, 

siedzi w tej chwili za bufetem. 

- Niepodobna! A cóż żonę pańską łączyło z moim wujem? 

- Nic. 

- Nie rozumiem! Więc czemu ta kobieta płakała? 

- Bo to, widzi pan, ja jestem równocześnie przedsiębiorcą pogrzebowym… 

- O! o! o! 

-  Tak,  panie.  Miałem  zaszczyt  własnoręcznie  brać  miarę  z  nieboszczyka,  pragnąłem 

bowiem,  aby  trumna  była  wygodna.  Nie  będę  dodawał,  że  czyniłem  to  z  całą  możliwą 

delikatnością, aby zbytnio szanownego nieboszczyka nie miętosić, jak to jest w zwyczaju. Pan 

pojęcia  nie  ma  o  brutalnej  bezceremonialności,  z  jaką  się  zazwyczaj  ci  szakale,  którzy 

urządzają pogrzeb, odnoszą do dostojnych zwłok. 

- A pańska żona? 

-  Udział  mojej  żony  w  tym  smutnym  obrzędzie  był  raczej  natury  artystycznej.  Moja 

żona była kiedyś aktorką i grywała żałośliwe i rzewne role. Matka, której jednego dnia umarło 

siedmioro dzieci nie potrafi tak zapłakać, jak to bez najmniejszego powodu potrafi ta genialna 

kobieta…  Czy  pan  pozwoli,  że  poślę  jej  szklaneczkę  tego  podłego  wina.  Należy  się  to  jej 

talentowi… 

- Ależ proszę, całą butelkę! 

- Dziękuję panu. Butelka w istocie większą jej sprawi radość, niż taki naparstek. Niech 

to będzie zapłata za jej rzewne łzy, którymi skropiła wujowi pańskiemu drogę do wieczności. 

- Ale skąd te łzy? 

- Właśnie chcę panu powiedzieć. Dostojny i czcigodny nieboszczyk jak panu pewnie 

wiadomo,  nie  odznaczał  się  zbytnią  hojnością.  Sądzę,  że  nie  obrażę  pańskiego  bliskiego 

background image

krewnego, jeśli powiem obrazowo, że pies byłby go nawet opuścił, nie mogąc w domu pana 

znaleźć kości do ogryzienia, gdyż pan czynił to sam. 

Pokiwałem smutnie głową. 

- Tak, panie - mówił dyrektor - ponieważ nikt nie wiedział, że pan przyjedzie, aby oddać 

ostatnią przysługę temu zacnemu człowiekowi… 

- Bynajmniej! Ja przyjechałem po spadek! 

-  Jest  to  też  pewna  forma  serdecznej  pamięci  o  umarłym,  który  musiał  odczuć  żywą 

przyjemność, że majątek jego zabierze człowiek tak bardzo miły jak pan. 

- Niech będzie! 

-  Ponieważ  tedy  szlachetny  nieboszczyk  chciał  mieć  pogrzeb  wystawny,  widocznie 

dlatego,  że  się  wstydził  życia  i  zostawił  u  rejenta  niemałą  sumę  na  tę  uroczystość, 

zaangażowałem  moją  żonę  do  wylania  możliwie  jak  największej  ilości  łez.  Myślę,  że 

wywiązała się ona doskonale z roli swojej smutnej i raniącej serce. Czy pan był zadowolony? 

- Niech pan podziękuje swojej małżonce. Płakała tak rzewnie, jak gdyby to ona dostała 

spadek, a nie ja… 

-  Dziękuję  panu,  mówi  przez  pana  artysta…  Ale,  jeśli  pan  pozwoli,  powrócę  za  pół 

godziny, gdyż teraz muszę iść na estradę. Zobaczy pan niezwykłe sztuki magiczne. 

- Czekam z niecierpliwością! 

- Do widzenia! 

Pan  dyrektor,  powłócząc  za  sobą  lewą  nogę,  grubo  dziwacznym  butem  sztukowaną, 

poszedł  na  estradę.  Wygłosił  krótką  przemowę  do  publiczności,  już  przyzwoicie  urżniętej, 

która go przywitała oklaskami jak starego znajomego. Skłonił się jednak tylko mnie. 

Co  za  wyborny  człowiek!  Przedsiębiorca  pogrzebowy,  dyrektor  kabaretu,  czarny 

magik, dusza zdaje mi się przez pół błazna, przez pół smutnego człowieka, idiotycznie szczery, 

bombastyczny i skromny, haniebnie ironiczny. Patrzyłem ciekawie, co potrafi jako sztukmistrz. 

Pokazał z początku kilka sztuczek, które się widuje w każdym podlejszym cyrku, z kartami, 

pierścionkami i zegarkami, pożyczanymi niechętnie przez publiczność; po czym wyjmował z 

ust  płonące  pakuły,  dymił  jak  lokomotywa,  przecudownie  udawał  głosy  zwierząt  i  ptaków, 

wreszcie pokazał sztuczkę niebywałą i trudną; zniknął na mgnienie oka i zaraz się ukazał. Nie 

byłem pijany i przetarłem palcami oczy, chcąc się przekonać, czy nie śpię albo czy nie uległem 

sugestii. Dyrektor dojrzał ten ruch z estrady i uśmiechnął się do mnie. 

Publiczność oklaskiwała go z lękliwym zapałem. 

background image

Ja - przyznaję - zdumiony byłem doskonałą precyzją tego szarlataństwa, toteż zupełnie 

szczerze  oklaskiwałem  mojego  przygodnego  przyjaciela  i  składałem  mu  żywym  tonem 

życzenia, kiedy powrócił do mojego stolika. 

- Sztuczka panska ze zniknięciem, bez żadnych zasłon i bez parawanów, jest znakomita. 

Jak się to robi? 

- Po prostu, znika się. 

- Ale jak? 

- To trudno wyjaśnić. Właściwie to nie jest żadna sztuka: zniknąć. Tyle rzeczy znika na 

świecie, majątki, ludzie, żony, kochanki i nikt się nie dziwi. Moja sztuczka jest dlatego dziwna, 

że  ja  się  ukazuję  z  powrotem.  Mnie  wolno,  bo  to  w  kabarecie.  Wielu  jednak  ludzi  ze 

straszliwym, nieco gwałtownym spotkałoby się przyjęciem gdyby, raz zniknąwszy, ukazali się 

z powrotem. Gdyby tak szlachetny wuj pański, który zniknął w wieczności… Ach, ja tylko 

żartuję, niech się pan łaskawie nie gniewa. Stamtąd mało kto powraca… 

- Mało kto? Stamtąd chyba nikt nie powraca! 

- Tak ściśle tego powiedzieć nie można. Ale, wracając do dalszych tematów - jest jedna 

osoba  na  świecie,  którą  bym  chętnie  nauczył  sztuki  znikania,  nie  nauczywszy  jej  sztuki 

powrotu… Niech pan nie patrzy w stronę bufetu… Ostrożnie! Gdyby tak, och, ona… Moja 

żona… 

- Ach! 

- Żona moja jest aniołem, drogi panie… Ale w życiu to i anioł, widzi pan… 

- Napijmy się! - rzekłem czym prędzej - pan się robi ponury… 

- Owszem, jeśli pan łaskaw, to się chętnie napiję. Za chwilę będzie tu pusto. Czy panu 

się bardzo śpieszy? 

- Wyjeżdżam o ósmej jutro, a spać mi się nie chce. Chętnie z panem pogadam. 

-  Ja  jeszcze  chętniej.  Ale,  niech  się  pan  nie  gniewa  za  moją  bezczelność,  czy  mogę 

mojej żonie posłać w pańskim imieniu coś do wypicia? 

- Ależ najchętniej! Kelner wino! 

- Może nie wino? Coś silniejszego… Butelkę rumu na przykład? 

- Rumu? Kobiecie? Butelkę?! 

- Ach, ona wytrzyma. Jest to istota łagodna, ale silna. Silny trunek działa na nią zresztą 

kojąco… Do rumu czuje specjalną predylekcję, bo ją rozmarza. Ja także, jeśli pan pozwoli, i 

panu też radziłbym zmienić to obrzydliwe wino na coś mniej obrzydliwego. 

- Koniak? 

- Pan niech pije koniak, a ja - jeśli wolno - proszę o wódkę. Czystą, zwyczajną wódkę. 

background image

Kazałem podać. Mój wuj obrócił się w grobie i sieknął - najwyraźniej słyszałem. 

-  Wódka  -  ględził  miły  ten  człowiek  -  ma  wiele  szlachetnych  właściwości:  uśmierza 

bóle,  podnieca  temperament,  porusza  leniwą,  ciężką  krew  północną.  Poza  tym  przypomina 

kryształ źródlanej wody, więc może dlatego niewinni Sarmaci tak ją lubią. U nas więcej zimy 

niż lata, więcej lodu niż słońca. A wódka to jest roztopiony lód. Każdy naród pije w tym sensie. 

Włoch i Francuz pije roztopione na złoto słońce, my lód. Dlatego Polak tak się prześlizguje po 

życiu jak na łyżwach i dlatego się tak często zatacza, bo mu ślisko. Smutek Polaka jest tak 

gorący,  że  go  musi  oziębić  wódką,  smutek  innych  narodów  jest  zimny,  więc  go  podlewają 

winem.  My  jednak  mamy  tę  niezaprzeczoną  wyższość  nad  każdym  narodem  świata,  że 

potrafimy pić wszystko. Pod tym względem mamy genialne zdolności. Gdyby Hiszpan wypił 

butelkę czystej, umarłby w mękach, a Polaka podnieci to tylko do wypicia hiszpańskiego wina. 

Mocny  naród  i  ochoczy  do  wypicia.  Trzeba  bowiem  umieć  pić.  Widok  pijanego  na  wesoło 

Polaka jest krzepiący. Co za siła, panie drogi, jaka wytrzymałość i jaka otwartość! Anglik pije 

jak  rzezimieszek,  po  kryjomu,  nieładnie.  Z  tego  powodu  mam  dla  tego  narodu  uczciwą 

pogardę. Francuz pije prześlicznie, Niemiec brzydko. Jak mogło piwo zwyciężyć wspaniałą, i 

bohaterską  moc  wina?  To  śmieszne.  Zaczyna  mnie  też  martwić  nie  na  żarty  powolne 

przywykanie  Francuzów  do  piwa.  Och,  to  są  niedobre  i  niebezpieczne  rzeczy!  Myślę  o 

napisaniu  odezwy  publicznej  do  Francuzów,  aby  pili  tylko  wino,  a  piwo  będzie  obłożone 

narodową klątwą. W ręce pańskie! 

- Dziękuję! Ten koniak jest rodem z piekła. 

- Z piekła? Niech pan nie myśli, że wszystko, co jest rodem z piekła, jest złe. Wyjąwszy 

oczywiście kobiety. Myślę jednak, że i piekło samo tego nie chciało, co w imieniu jego potrafi 

uczynić kobieta. Ha! 

- Czyż nie ma kobiet niebiańskich? 

-  Są,  oczywiście,  że  są.  Ileż  razy  diabeł  przybiera  postać  anioła!  Jest  to  jeden  z 

najstarszych i najbardziej banalnych podstępów piekielnych. A propos piekła: moja żona kłania 

się  panu,  bo  już  odchodzi.  Pan  pozwoli,  że  poproszę  ją  o  urlop  i  pożegnam  ją  w  pańskim 

imieniu. 

- Gdzie państwo mieszkają? 

- W tym lokalu, że tak powiem: w przedsionku świątyni sztuki. Ot, tam za tą kotarą są 

drzwi,  które  prowadzą  do  naszych  apartamentów.  Są  one  dość  skromne,  bo  przerobione  ze 

składu  na  rupiecie,  z  tego  powodu  panuje  tam  zapach  muzealny,  choć  jedynym  okazem 

starożytnej sztuki jest tam moja dostojna małżonka. 

- Proszę jej złożyć moje uszanowanie! 

background image

- Dziękuję. Pańska uprzejmość jest tak wielka, że chce uczcić potwora. 

- Ależ, panie! Jakże można… 

- Można, panie - odrzekł on melancholijnie - Egipcjanie mieli świętego krokodyla, a ja 

mam moją żonę… Za chwile wracam! 

Miły człowiek pokusztykał w stronę swoich „apartamentów”. 

Na  sali,  oddychającej  ciężko  wyziewami  fuzlu,  dymu  cygar  i  tym  zapachem  tłustej 

ścierki, którego z podobnego lokalu nigdy nie wypłoszy najsilniejszy nawet strumień świeżego 

powietrza, nie było już nikogo. Rzezimieszek w straszliwym fraku obliczał w kącie przy stoliku 

wpływy z targu. Kazałem mu podać większą ilość alkoholu, uregulowałem z góry rachunek i 

poprosiłem, aby poszedł sobie do diabła, a pan dyrektor sam zgasi światła i pozamyka wejścia. 

Zostałem sam. Zdawało mi się wprawdzie, że wychudzony i zielonkawy duch mojego 

wuja wypłynął spoza falistego pieca, zbliżył się ku mnie, długim palcem policzył butelki, po 

czym westchnął tak głęboko, jak duch ojca Hamleta w teatrze na prowincji. 

Ale mi się tylko zdawało. 

Byłem sam, a duch musiał się urodzić w butelce koniaku. Patrzyłem w stronę, skąd miał 

wrócić pan dyrektor. Słychać tam było niejakie wrzaski mocno podniesione i miły głos mojego 

współbiesiadnika. 

- Rum działa! - pomyślałem wesoło. 

Nagle krzyknąłem. Dyrektor siedział obok mnie przy stoliku. 

- Otóż jestem! - rzekł smętnie. 

Nie widziałem, żeby wychodził z drzwi, dość odległych, w ogóle nic nie widziałem. 

- Jak? Skąd pan się tu wziął? - szepnąłem niemal z lękiem. 

- Zjawiłem się dość szybko, co pana pewnie dziwi, gdyby pan jednak mógł być obecny 

przy rozmowie mojej z żoną, dziwiłby się pan, że tak powoli stamtąd wyszedłem… A propos! 

Jest pan człowiekiem pełnym taktu i doskonałych manier. Muszę więc pana zapytać otwarcie, 

czy nie budzi w panu wstrętu fakt dość smutny, że będzie pan siedział przy jednym stole z 

człowiekiem, który przed chwilą został spoliczkowany? 

- Pan? 

- Wolałbym, ażeby to mógł być ktoś inny, ale nie było innej ofiary. 

- Żona? To aż tak gwałtownie? Po cóż jej pan kazał pić rum? 

- Bez rumu byłoby gorzej, rum zaś odjął jej mocnym nogom pewność ruchów, a silnym 

jej ruchom odjął tęgość i sprężystość, tak że zostałem obrażony dość lekko, raczej na duszy, niż 

na ciele. 

- Biedny pan jest człowiek, drogi panie… 

background image

- Pańskie współczucie wylewa na moją steraną głowę najcudowniejsze balsamy. Od stu 

milionów lat nie było mi tak dobrze i tak radośnie. Dziękuję panu z całego serca. Przebywam 

ciągle wśród takiej hołoty, że godzina, spędzona z człowiekiem tak nienagannych manier, z 

człowiekiem o takiej jak pan wzniosłości ducha, jest dla mnie wiekiem szczęścia. 

- Niech pan pije! 

-  Dziękuję!  Nawet  to  paskudztwo  wydaje  mi  się  płynem  przedziwnego  smaku. 

Uczyńmy je nieco mocniejszym! 

Podniósł  do  ust  szklankę  wódki  i  w  tej  chwili,  kiedy  ją  zbliżał  do  ust,  stało  się  coś 

strasznego; oczy jego pozieleniały, twarz stała się szara, a ze szklanki buchnął płomień siny i 

jadowity. Dyrektor pić go począł z lubością i wypił do dna. 

Porwałem  się  z  krzesła.  Głowa  moja  zmieniła  się  nagłe  w  szczotkę  do  czyszczenia 

ubrania, tak przeraźliwy strach podniósł moje włosy. Chciałem uciekać! 

- Co?… co… to było?… - wyjąkałem. 

-  Jedni  lubią  zimne,  drudzy  gorące!  -  rzekł  dyrektor  takim  głosem,  jak  gdyby 

wydobywał go z brzucha. - Co pana tak zdumiało? 

- Kto pan jest, na Boga! Kto pan jest? - krzyknąłem zduszonym głosem. 

Nagle lampy przygasły jak w teatrze, zrobiło się bardzo cicho a dyrektor, podniósłszy 

się z krzesła, rzekł z ukłonem: 

- Diabeł, ale do pańskich usług… 

Coś mnie schwyciło za gardło, tak że mi brakło powietrza, czułem, że oczy moje wyłażą 

z orbit, serce poderwało się i zaczęło się dobijać do piersi, jak uciekający z pożaru człowiek 

dobija się do drzwi, nogi uginały się pode mną, jakbym zapadał w bagno; o włosach już nic nie 

wiedziałem,  we  wnętrzu  głowy  poczułem  zimno  dotkliwe,  strach  bowiem  ściął  mi  mózg  w 

bryłę lodu. 

Straszliwy  człowiek  nagle  posmutniał.  Zgasił  oczy  jak  zielone  latarenki,  na  twarz 

wróciły mu zwykłe kolory. Lampy zajaśniały. I zaczął mówić z melancholią: 

- Otóż to! Otóż to? I pan się przestraszył, nawet pan! Jest mi niezmiernie przykro, o nie 

umiem panu tego wyrazić, jak bardzo mi przykro. Niechże się pan uspokoi i usiądzie… 

Zbliżył się ku mnie i siłą posadził na krześle. Dusza moja uciekła jak jelonek, opasłe 

ciało nie było w stanie uczynić najmniejszego ruchu. Wodziłem za nim wzrokiem zdumionym, 

przelękłym, na pół zwariowanym. W uszach mi szumiało. Serce uspokajało się powoli widząc, 

że mu się żadna krzywda nie dzieje. Miałem wrażenie, że ktoś mówi do mnie z oddali, jakby 

przez tubę. 

A on mówił: 

background image

-  To  są  skutki  straszenia  dzieci  diabłem.  I  niech  mi  pan  powie,  co  we  mnie  jest 

strasznego? Taki sam jestem jak inni, trochę tylko brzydszy… 

- Oczy!… - powiedziało coś we mnie, ale nie ja. 

- Oczy?… Trochę mi zabłysły. A u ludzi nie widział pan błyszczących albo zielonych 

oczu? 

- Noga… - powiedziało znów coś we mnie, bez mojego wyraźnego współudziału. 

- Noga? No, cóż? Trochę nieforemna.- Trudno, drogi panie, kopyto. Wolę jednak moje 

diable kopyto, niż niektóre ludzkie nogi. Wie pan, co to jest podolska stopa? Otóż ja wolę moje 

kopyto. W każdym razie jest ono raczej końskie niż ośle, które się dzisiaj zdarza u ludzi. I cóż 

nadzwyczajnego w mojej nodze? 

- Pan pił ogień!… - rzekłem konającym głosem. 

- Gdyby pan to mógł znieść, piłby pan także w ten sam sposób. Pozwoli pan, ale nawet 

diabeł nie może znieść wyrobionego z kartofli przez ludzi paskudztwa w jego niezmienionej 

postaci. Wolę już w ognistej formie. No! no! Spokojnie, spokojnie… Nie taki diabeł straszny. 

Prawda? 

- Prawda… 

- I już się pan nie boi? 

- Coraz mniej… 

- Więc bez trwogi i jasno patrząc na rzeczy, widzi pan teraz, jak brzydkich sposobów od 

wieków używa konkurencja do pohańbienia diabła. A czarny, a ma rogi, a wściekły, a z gęby 

bucha mu płomień, a czyha na duszę ludzką… Panie! Ja w życiu moim nie zrobiłem nikomu nic 

złego.  Cóż  ja  zresztą  mogę,  biedny,  niezłośliwy  diabeł  wobec  człowieka?  Za  to  ile  diabeł 

potrafi wycierpieć od człowieka, tego nikt by nie zliczył… Jakże tam z samopoczuciem? 

- Coraz lepiej, tylko niech pan nie robi żadnych sztuk! 

- Cha! cha! - zaśmiał się diabeł - mój repertuar jest mocno ograniczony. Wszystkie moje 

sztuki pokażę panu na żądanie. Kilka pan już widział zresztą. Napijmy się! 

-  Napijmy  się!  Z  panem  rozmawia  się  bardzo  miło.  Jednak  bardzo  mnie  pan 

przestraszył. 

- Przysięgam panu, że przestraszyłby się pan tak samo, gdyby pan nagle ujrzał anioła. 

Tylko, że go pan nie zobaczy. Diabeł jest to istota bliższa człowieka, bardziej ciekawa życia i 

bardziej towarzyska. Anioł, panie, to jest hrabia, arystokrata, stworzenie subtelne i delikatne, 

więc  niechętnie  wchodzi  w  ziemską  atmosferę,  która,  prawdę  powiedziawszy,  brzydko 

pachnie. A diabeł, zdrowy cham, brat łata, dobry kompan, stary znajomy, bez fochów, bez min, 

bez  pretensji  wlezie  wszędzie  i  wszędzie  mu  dobrze.  Przy  tym  aniołowi  bardzo  jest  trudno 

background image

pokazać się wśród ludzi; musi bowiem przybrać kształt poetyczny, rzewny i nadobny, musi być 

młodzieńcem z pięknymi lokami, z długą laską w ręku, biało ubrany. Niech pan sobie wyobrazi 

pojawienie się takiej cudownie rzewnej istoty w ludzkim, szarym tłumie! A diabeł, drogi panie, 

tak jest podobny do człowieka, a raczej człowiek tak jest podobny do diabła, że najbystrzejsze 

nawet oko ich od siebie nie odróżni. Czy pan byłby się domyślił, kim jestem, gdybym panu tego 

nie powiedział? 

- Być może, że nie… chociaż pańskie nagłe pojawienie się… 

- W kinematografie robią jeszcze lepsze sztuki… 

- Więc niech mi pan powie… Nie wiem, czy wolno? 

-  Dumny  jestem  z  tego,  że  pan  pyta  diabła  o  pozwolenie  i  że  pan  tak  doskonale 

przestrzega form. Zazwyczaj pędza się nieszczęsnego diabła jak psa. Proszę, niech pan raczy 

zadawać mi pytania. 

-  Skąd  się  pan  tu  wziął?  Dlaczego  tu  i  dlaczego  w  tej  postaci?  Przecież  pan,  istota 

potężna… 

-  Potężna?  Och,  młody,  miły  panie!  Jakież  fałszywe  informacje!  Co  pan  nazywa 

potęgą? To, że potrafię oczy zrobić na zielono? Albo, że piję wódkę z ogniem? Pierwszy lepszy 

uczciwie  fachowy  pijaczyna  zrobi  to  samo.  Umiem  wprawdzie  wiele  sztuk  w  podobnym 

rodzaju, znacznie efektowniejszych, ale i na tym koniec. To są środki, drogi panie, mniej lub 

więcej zręczne, mniej lub więcej dowcipne sposoby… 

- Do czego? 

-  Do  utrzymania  dobrego  imienia  firmy.  Piekło  jest  w  stanie  bankructwa.  Człowiek 

zaczyna być mądrzejszy, sprytniejszy i zręczniejszy od diabła. 

- Niemożliwe! 

-  Niestety,  ale  możliwe.  Tę  garstkę  pozornych  tajemnic,  których  diabeł  używał,  aby 

sobie zapewnić poszanowanie i  jaką taką pozycję w świecie, człowiek odgadnął  już prawie 

zupełnie. Żaden patent nas nie chroni, drogi panie! A niech pan pomyśli, jak się piekło musiało 

wysilać,  aby swoje sztuczki  otoczyć nimbem  cudowności,  grozy, albo  straszliwości.  Trzeba 

było awantur z Łysą Górą, z miotłą, z czarownicami, z kozłem, z mopsem, z dwunastą godziną, 

z  namaszczaniem  się  zaczarowanymi  maściami,  z  wylatywaniem  przez  komin.  A  skutek? 

Skutek był taki, że jaka łaciata, stara krowa w jakiejś wsi przestała dawać mleko i trzeba było 

spławić  czarownicę.  Hajże  wtedy  na  diabła!  Czy  to  się  panu  wszystko  nie  wydaje  dziś 

śmieszne? Czarownice! Każda aktorka starczy za wszystkie spalone czarownice. 

- Niestety… 

background image

-  Albo  z  tym  lataniem,  drogi  panie.  Diabeł  latał  na  rozpostartej  płachcie,  latał 

niezręcznie,  niewygodnie  i  w  dość  groteskowy  sposób.  Niech  pan  teraz  pomyśli,  z  jaką 

zawiścią  patrzeć  musi  diabeł  na  aeroplan.  I  niech  się  pan  zastanowi,  że  jednak  diabeł  nie 

potrafił w przeciągu niewielu chwil oblecieć ziemi dookoła świata… A radio? Panie, człowiek 

jest straszliwy! Człowiek zgubi diabła, co mówię? Już go zgubił.. 

- Co też pan mówi? 

-  Mówię  z  goryczą,  lecz  mówię  prawdę.  Metody  diabelskie  człowiek  udoskonalił  i 

sprecyzował.  Diabeł  musi  się  pocić,  klecić  niebywałą  intrygę,  używać  do  niej  dziesiątków 

ludzi, wysilać dowcip, aby na przykład sklecić oszczerstwo. Wtedy wpada w szał radości, że 

jest genialny i że potrafił dokazać tego, że jeden człowiek oczernił drugiego. Ha! Niech pan 

teraz weźmie do ręki byle gazetę i niech pan powie, kto lepiej potrafi, diabeł, czy człowiek, 

człowiek ze stu wierszami druku! 

- W istocie, pan mnie zdumiewa! 

- Zdumiał bym pana więcej, lecz trzeba by na to długiego czasu i niebywałej ilości wina, 

aby go uprzyjemnić, by panu wykazać bankructwo diabła, istoty pożytecznej i pożądanej… 

- Pożytecznej? Pożądanej? 

-  Tak  panie!  Jak  pewne  ciałka  w  organizmie  ludzkim,  tak  diabeł  konieczny  był  w 

organizmie  świata.  Diabeł  wytwarzał  ruch,  życie,  temperament,  wprowadzał  życie  w  stan 

wrzenia, podniecał umysł i na nieszczęście swoje zaprawiał człowieka do walki ze wszystkim 

tępym, nieruchawym i bezpłodnym. Diabeł nauczył Kaina wojny, prawda! - Noego pijaństwa - 

prawda! - ale Greka nauczył rzeźby, a Horacego pisania wierszy o sztuce kochania. Borgiowie 

to  były  diabły,  przyrządzające  truciznę,  ale  Szekspir  był  też  diabłem,  który  wiedział  o 

człowieku więcej, niż najuczeńszy diabeł z fachu. Wolter był to diabeł straszliwy, złośliwy i 

dowcipny, Napoleon był to diabeł wspaniały i pyszny. To wszystko kość z kości naszej. Piekło 

było chmurą, ciężką i niekształtną, ponurą, brzuchatą i ciężarną, a ci ludzie to były błyskawice 

z tej chmury. My umieliśmy zbierać materiały, oni, wykorzystując nas i naszą głupotę, robili z 

tego  swoje  niesłychane  kariery.  Człowiek  nas  okradał  zawsze  z  pomysłów,  z  idei  i 

wynalazków. Okradał też i niebo, ukradłszy mu piorun. 

- Czemu pozwalacie na to? 

- Pan zapomina, że jesteśmy pod kuratelą i że nie mamy prawa jawnej reprezentacji. W 

lesie życia uprawiamy jedynie kłusownictwo, myśliwym zaś, polującym jawnie i precyzyjną 

bronią jest człowiek. 

- Biedne diabły! 

background image

-  Dziękuję  panu  za  dobre  słowo…  To,  co  panu  mówię,  jest  powiedziane  z  grubsza; 

odmalowałem  panu  tragedię  diabła  w  ogólnych  zarysach.  Traktując  rzecz  dokładnie, 

rozpatrując ideę diabelską w jej olbrzymim rozroście, we wszystkich przejawach życia, trzeba 

by napisać tomy, mówić o tym przez całe lata z katedry. Zresztą cóż ja wiem? Nic. Jestem 

diabłem siedemdziesiątego stopnia, więc diabłem lichym i mizernym. Musi pan wiedzieć, że 

wszelki ezoteryzm brał stopniowanie w hierarchii wtajemniczeń z systemu naszego. Ja tedy 

jestem  diabelskim  pachołkiem,  proletariuszem  piekła,  muszę  dodać:  inteligentnym 

proletariuszem… 

- Miałem zaszczyt już to zauważyć… 

-  Och!  jestem  wzruszony…  Są  jednak  diabły  wybitne,  mądre,  są  genialne.  Ci  by 

potrafili  panu  wykazać,  co  i  ile  zawdzięcza  nam  człowiek,  najbardziej  chytra  istota  we 

wszechświecie. 

- Pozwoli pan jednak zapytać: pan ludzi nienawidzi? 

- To za wiele powiedziane. Ja się ludzi boję, a nie bardzo kocha się tego, kogo się lęka. 

-  Dlaczegóż  pan  nosi  postać  ludzką?  Czemu  pan  siedzi  tutaj  ze  mną  i  żyje  moim 

życiem? 

- To konieczność, proszę pana, i to jest moja przeraźliwa tragedia. Zostałem z piekła 

wydalony… 

- Wydalony? Z piekła? Pan żartuje! Piekło niczego nie oddaje. 

- Jest to jeszcze jedna fałszywa o piekle legenda. Zostałem w istocie pozbawiony prawa 

zamieszkiwania w piekle. Stąd mój smutek i moja nostalgia. Wszystkiemu jest winna redukcja. 

- Cha! cha! cha! 

- Śmiech pański rani moje serce. Ja bynajmniej nie żartuję. W piekle nastąpiła redukcja. 

- Czemu? 

- W piekle są bezrobotni, proszę pana. Wytłumaczę to panu w dwóch słowach. Otóż, 

widzi pan, kiedy świat jako tako uprawiał cnotę, czyli jak się u was mówi, żył „po bożemu”, 

było  u  nas  dość  pusto.  Trzeba  było  zdobywać  ludzi,  trzeba  było  zabiegać,  robić  starania, 

wyprawy,  połowy.  Diabłów  wysyłano  na  świat  jako  komiwojażerów  i  diabli  wychodzili  z 

siódmej skóry, aby zdobyć kogoś dla pieklą. Rozumie pan?… 

- Rzecz nie jest trudna do pojęcia. 

- I ja, choć diabeł najniższej rangi, miałem zajęcie, nawet dużo zajęcia. Raz przez lat 

siedem  kusiłem  kasjera,  aby  okradł  kasę.  Pół  roku  trzeba  było  w  tych  dobrych  czasach 

namawiać panienkę, aby się zapomniała. A dziś? Dzisiaj, drogi panie, do piekła zdąża tłum - 

sam,  z  własnej  woli,  obrzydliwy  tłum,  ludzie  nowi,  nieinteresujący,  ze  złymi  manierami, 

background image

pachnący źle, źle ubrani, nijacy. Po cóż tu  diabeł? Co drugi  człowiek nauczył  się kraść,  co 

trzeci  oszukiwać,  co  czwarty  robić  najbrudniejsze  interesy,  a  każdy  gra  na  giełdzie.  Proszę 

pana! Przed dziesięciu laty na lekarstwo nie znalazł pan w piekle kupca. Niech pan pójdzie i 

zobaczy teraz… 

- Pozwoli pan, że nie pójdę - wierzę na słowo. 

- Ach, tak się to tylko mówi. Pan ma jeszcze czas. Ale powiem panu rzecz dziwniejszą. 

Oto rarytasem w piekle był polski szewc. 

- Nie może być! 

-  Tak  jednak  było.  Był  to  naród  twardy,  uczciwy,  pobożny  i  dzielny.  Łatwiej  było  o 

kardynała w piekle, niż o takiego szewca. 

- A dziś? 

- Może pan z szewców w piekle wystawić armię. Strach, co się robi z tymi ludźmi. Za 

szewcami  przyszli  krawcy,  za  krawcami  inni.  Więc  cóż  ma  do  roboty  diabeł?  Nic.  Chyba 

utrzymywać porządek u wejścia, aby się hołota zbytnio nie pchała. Nigdy piekło nie wyglądało 

hołotniej,  niż  teraz.  Toteż  połowę  diabłów  niższej  kategorii  diabli  wzięli,  to  jest,  chciałem 

powiedzieć - zwolniono i rzucono na bruk. Na bruk, to znaczy, przeniesiono nas na ziemię, 

gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów. W ten sposób i ja się tu dostałem, i płaczę. 

- Tak panu źle? 

- Źle? Panie, ja jestem najnieszczęśliwszą istotą na ziemi. 

- No, no, no! 

-  Nie  wierzy  pan?  Przecie  pan  widzi,  czym  jestem  i  gdzie  jestem!  W  parszywym, 

zabłoconym mieście i pokazuję sztuki w kabarecie. 

- Widzę, ale nie rozumiem. Z pańskimi sztukami i pańską inteligencją może pan żyć jak 

książę w Paryżu. 

- Nie, panie, nie mogę. Moje głupie szarlataństwa są dobre dla tej hołoty, trudniejsze 

rzeczy też tylko dla niej. W Paryżu zbytnio by się mną zainteresowano, co byłoby dla mnie 

niezbyt  bezpieczne.  Zresztą  siedzą  tam  diabły  całym  tłumem,  wszystko  gnało  do  wielkich 

miast.  Kilku  znalazło  miejsce w dyplomacji, wielu  otworzyło  knajpy i  domy  gry. Ja jestem 

skromny i nie jestem dość przygotowany do wielkiego życia. Tu wegetuję, zacisnąwszy zęby. 

Tu zresztą przedtem byt teren mojego działania, znam kraj i ludzi. Ryzykować nie chcę, zresztą 

zżarta mnie tęsknota za piekłem. Dość już i tu miałem przejść. 

- To pan nie od początku w takiej poniewierce? 

- Nie. Próbowałem rozmaitych zawodów. Z tym była pewna trudność, bo jak pan widzi, 

ta  moja  nieszczęsna  noga  bardzo  mi  przeszkadza;  z  taką  nogą  nie  mogę  być  listonoszem, 

background image

posłańcem,  aktorem,  śpiewakiem,  cyklistą,  żołnierzem,  nie  mogę  być  nauczycielem  tańca  - 

wiele  zawodów  jest  dla  mnie  zamkniętych.  Pracowałem  więc  na  sto  innych  sposobów  i 

zarobiłem trochę grosza. 

- To doskonale! 

-  Niestety!  Przystąpiłem  do  spółki  z  jednym  człowiekiem  i  człowiek  mnie  okradł. 

Grałem potem na giełdzie i poszedłem z kwitkiem. Jestem zrujnowany i ot, jak teraz pracuję. 

Płakać mi się chce, ile razy wyłażę na tę estradę. 

- Przepraszam pana! Pozwolę sobie, ale niech się pan nie gniewa… 

- Niech pan mówi… 

-  Otóż  z  pańskim  sprytem,  z  pańską  fenomenalną  zręcznością,  z  pańską  diabelską 

umiejętnością znikania, mógłby pan… 

- Co? śmiało! śmiało! 

- Mógłby pan zrobić majątek, jaki by się panu podobało! 

- W jaki sposób? 

- W jaki? No!… W najprostszy… Pierwszy lepszy bank… Rozumie pan… Pierwsza z 

brzegu kasa… Pierwszy w ulicy  

jubiler… 

- Co takiego? 

- Niech się pan nie gniewa, ale to przecież takie proste… 

- Nie, panie! To nie jest proste. Nie gniewam się, bo to mówi człowiek. Człowiek nie 

wyobraża  sobie,  żeby  nie  można  było  i  że  nie  należałoby  skorzystać  z  pewnych  zalet 

diabelskich. Ale, widzi pan, diabeł nie kradnie, choć okradają diabła. W pakcie z człowiekiem 

zawsze człowiek oszukiwał diabła nigdy na odwrót. Diabeł wierzył w ludzkie słowo, człowiek 

uważał, że nie należy go dotrzymywać. Miał łatwą ucieczkę i zawsze uciekał. Diabeł jednak 

przestrzega prawideł honoru. Honor nie pozwala kraść. 

- Przepraszam pana bardzo… 

-  Ach, nie ma za co. Pan nie mógł  myśleć inaczej.  O diabłach nikt nigdy  dobrze nie 

myślał.  Wiele  rzeczy  ludzkich  napełnia  mnie  boleścią,  wiele  rzeczy  mnie  śmieszy,  wiele 

irytuje. Najbardziej jednak psuje mi żółć nawyk człowieka do pomiatania diabłem. Człowiek 

sam nie wie, po co i dlaczego sypie z gęby swoje niemądre powiedzenia o diable. Na każdym 

kroku  może  pan  usłyszeć:  „Idź  do  diabła!”  -  „niech  cię  diabli  porwą!”  -  ,,czarci  syn!”  - 

„diabelskie  nasienie”;  piękna  w  swojej  grozie  góra  będzie  zawsze  „czarcią  górą”, 

niebezpieczna  przełęcz  „diabelskim  przesmykiem”.  Niech  będzie!  Jedno  jest  głupie,  drugie, 

background image

owszem, wypływa z podziwu dla diabła. Niech mi pan jednak wytłumaczy, skąd się wzięło 

powiedzenie „szatański uśmiech”? - albo ,,zaśmiał się jak szatan”? 

- W istocie, nie wiem… 

- Ja wiem. Człowiek swoje wiadomości o diable czerpie z opery. Idiota aktor, robi w 

niej diabła i wydobywa z brzucha rechot żabi, który nazywa się „diabelskim” śmiechem albo 

„piekielnym” śmiechem. 

- A jakżeż śmieje się diabeł? 

- Diabeł nie śmieje się nigdy. Nie ma we wszechświecie istoty badziej smutnej, nie ma 

nigdzie istoty bardziej zbolałej, do głębi serca smętnej niż diabeł. Dlaczego? Są to już sprawy 

nie do towarzyskiej rozmowy. Zostawmy to. Otóż, wracając do mojej historii, jest jeszcze jedna 

trudność  w  moim  życiu:  nie  mam  dokumentów.  Jak  pan  to  łatwo  rozumie,  nie  jestem 

ochrzczony, więc nie mam metryki. Na świecie znalazłem się w gotowej postaci, w tej w jakiej 

mnie pan ogląda, więc nie mam żadnego osobistego dowodu. 

Uśmiechnąłem  się,  ale  nic  już  nie  powiedziałem.  Diabeł  zauważył  mój  uśmiech  i 

odpowiedział na jego treść. 

-  Sfałszować?  Nic  łatwiejszego,  ale,  jak  już  panu  powiedziałem,  mam  wstręt  do 

oszustwa. Można żyć i bez dokumentów, a rzecz prosta, że łatwiej się uda w małym mieście, 

gdzie na to mało zwracają uwagi, niż w wielkim, gdzie ludzie wszystkiego są ciekawi… 

- W jakiż sposób - przerwałem - nie mając metryki, mógł się pan ożenić? Ślub zresztą 

bierze się zazwyczaj w kościele… 

- Panie! Łatwiej o żonę niż o dokumenty. Toteż uroczystej ceremonii mojego ślubu nie 

tylko nikt nie uwiecznił w aktach, ale też nikt jej nie oglądał. Moja żona spadła mi, rzec można, 

z  nieba…  A  ponieważ  trudno  było  żądać  od  niebios,  żeby  mnie  obrzucały  z  góry 

błogosławieństwem i szczęściem, toteż spadło mi z góry najsroższe z nieszczęść. 

- Ach, a takie dzikie stadło nie jest oszustwem? 

- Bynajmniej! Jest to uczciwy interes, tylko że bez zwyczajowej aprobaty. Czasem to 

właśnie ślub jest ohydnym oszustwem, bo przy ślubie składa się przysięgę, o której wie się z 

góry, że się jej nie dotrzyma. Zresztą w sprawach miłości, tam gdzie ona sprzęga dwoje ludzi, 

nie  ma  nigdy  oszustwa.  Ludzie,  a  ja  jestem  człowiekiem,  nigdy  nie  oszukują  się,  kiedy  się 

schodzą, zaczynają to robić dopiero, kiedy się zeszli. 

- Pan kochał swoją - żonę? 

- Jestem w głębi serca sentymentalny… 

- A czy ona wie, kim pan jest? 

background image

- Nie. Nie przypuszcza, że jestem diabłem, gdyż w takim razie miałaby dla mnie trochę 

więcej szacunku albo czułaby przede mną trwogę. 

- Nic z tego nie czuje? 

-  Jeżeli  uporczywe  uderzanie  przedmiotem  przyzwoicie  ciężkim  po  głowie  jest 

dowodem szacunku, w takim razie jestem najbardziej szanowanym mężem. 

- Po cóż pan to cierpi? 

- Jestem człowiekiem, panie. Diabeł się we mnie buntuje, a człowiek pokorny cierpi. 

Zresztą romantyczny żywot wedle ludzkich pojęć, ta osobliwa miłość, której mi ta kobieta daje 

dowody, miłość nieco chmurna, nieco zbyt gwałtowna i bolesna, jest moją jedyną rozrywką. 

Poniewierany  jak  człowiek,  zapominam,  że  jestem  wolnym  diabłem.  Cierpienie  moje  jest 

mniejsze, tęsknota moja pozwala się zagłuszyć wrzaskiem tej baby. 

- Nadzwyczajne! Pan tak tęskni? 

- O, tak! Jest mi tak strasznie źle, że nie śmiem panu tego powiedzieć. Nie mogę żyć w 

zaduchu i w bagnie, wśród złodziei i opryszków, wśród małych świństw i małych, mizernych 

łajdactw. Chcę umrzeć! 

- Któż panu przeszkadza? Czy tak trudno o śmierć? 

Biedny diabeł spojrzał smutno. 

- Bez wątpienia! Łatwo, panu łatwo, wszystkim łatwo, tylko mnie trudno. 

- Boi się pan? 

- Co też pan, u licha, wygaduje! Ja pragnę śmierci, tak jak pan zapewne pragnie życia, 

bo inaczej jak przez bramę śmierci, nie mogę wrócić tam, dokąd pragnę wrócić z całej duszy, 

do swoich. 

- Ale pana tam nie chcą… 

- Zaczyna pan rozumieć sytuację. Tak, nie chcą mnie tam i nie pozwalają mi umrzeć. 

Kiedyś  wreszcie  to  nastąpi,  bo  diabeł  nie  jest  człowiekiem,  więc  nie  jest  zawzięty  do 

nieskończoności,  kiedyś  się  bracia  moi  ulitują  nade  mną  i  pozwolą  mi  stąd  uciec  jak  z 

więzienia. 

- Próbował pan umrzeć? 

- Rzecz prosta! Myślałem wciąż, wciąż miałem nadzieję, że już jestem ułaskawiony, lub 

że  mnie  przyjmą,  kiedy  się  u  nich  zjawię.  Strzelałem  do  siebie,  kula  przeszła  przez  serce  i 

stłukła szybę. Topiłem się, zanurzając głowę na całe godziny pod wodą i było mi tylko bardzo 

nudno, bo żyłem wciąż. Mój związek z tą babą nie był też tak bardzo bezmyślny; chciałem 

wzruszyć piekło moją męczarnią i pohańbieniem i miałem pewne widoki, że czego nie zdziała 

najbardziej niezawodny środek na sprowadzenie śmierci, to jednak zdziałać potrafi kobieta. 

background image

- Rozumowaniu temu niepodobna odmówić głębokiej bystrości… 

- Widzi pan! Jadłem cyjankali jak cukierki; kładłem się na relsach kolejowych i tylko 

wykolejałem pociągi. Stąd mój smutek i moja melancholia. Chciałem się w rozpaczy odurzyć, 

chciałem  zapaść  w  coś,  co  jest  choćby  półśmiercią,  w  szaleństwo  i  przeczytałem  wszystko, 

coście w ostatnich czasach napisali… 

- I nic? 

- Jak pan widzi… Nic! 

- Nie było mowy o wieszaniu… 

- Ależ panie! Ze dwadzieścia razy, nawet wspominać nie warto. Wisiałem godzinami, 

potem mnie zdjęli!… 

- Panie?!… 

- Służę panu… 

- Czy pan mnie uważa za idiotę, czy tylko za człowieka pijanego? 

-  Pijany  jest  pan  w  stopniu  przyzwoitym,  a  inteligencja  pańska  mnie  zdumiewa.  Nie 

ośmieliłbym się zresztą kpić z człowieka, z którym piję wino. To łączy ściślej, niż cokolwiek. 

- I pan mówi prawdę? 

- Powiedziałem panu przecie, że nic prócz ciała nie ma we mnie ludzkiego. 

Przetarłem oczy i straszliwa myśl przyszła mi do głowy. 

- Drogi panie - rzekłem - nie dlatego, abym panu nie wierzył… tylko dlatego, że jest to 

sprawa zdumiewająca… 

- Warto zobaczyć, czy tak? 

- Otóż właśnie! 

- Cóż pan chce, abym czynił? Ma pan rewolwer? 

- Niestety… 

- Truciznę? 

- Prócz tej, którą pijemy, nie mam. 

- Czekaj pan! Jest tu solidny hak na ścianie, a sznurek się znajdzie. Powieszę się dla 

pańskiej  przyjemności…  Widzę,  że  jest  jeszcze  butelka  koniaku,  niech  pan  pozwoli,  abym 

czego dobrego nie zostawił na świecie… 

Wpadłem w gorączkowy stan podniecenia. Ten człowiek mówił poważnie. Pił długo, 

potem powiada: 

- Niech pan westchnie, aby mnie wreszcie diabli wzięli!… 

- Jeśli to panu ma zrobić przyjemność… Co pan robi, czyś pan oszalał? 

- Wieszam się! 

background image

- Ja nie pozwolę! 

-  Panie  kochany!  Jestem  jako  tako  pijany,  ale  wiem,  co  robię.  Niech  pan  sobie  pali 

papierosa i  patrzy. Jeśli panu będzie nudno samemu,  to  mnie pan zdejmie, jeśli  pan zechce 

odejść,  niech  pan  odejdzie.  Rano  żona  mnie  zdejmie,  a  ja  przyjdę  pana  odwiedzić  przed 

wyjazdem. Dobranoc, tymczasem. 

Stałem  jak  sparaliżowany,  patrząc,  jak  ten  szaleniec  przywiązywał  sznur  do  haka, 

wylazł na krzesło, w pętlicę sznura włożył głowę, zacisnął sznur, potem nogą kopnął krzesło. 

Nie  miałem  siły,  aby  krzyknąć.  Miałem  wrażenie,  że  sznur  ścisnął  moje  gardło.  Co  ja 

uczyniłem, co ja uczyniłem! 

Ten biedak wyprężył się, głowę skłonił na lewo, najformalniejszy wisielec. Z ust nie 

schodził  mu  drwiący  śmiech.  Oczy  miał  zamknięte.  Nie  wydał  żadnego  głosu.  Wisiał 

spokojnie, bo musiał już umrzeć. 

Strach mnie obleciał tak lodowaty, że zadrżałem, jakbym wpadł w wodę. Czułem, jak 

się na mojej głowie podnoszą włosy. Chciałem krzyczeć o pomoc i nie mogłem. Po co zresztą 

krzyczeć? Ten straszny trefniś śmieje się już w piekle. Okropny szarlatan przypłacił swój głupi 

żart życiem. 

Wytrzeźwiałem i trzeźwo zacząłem myśleć, że jestem winien śmierci człowieka i że ja 

za  nią  jestem  odpowiedzialny.  O!  o!  o!  Widziano,  że  zostałem  z  nim  sam,  widziano  nas 

pijących. 

Historia zaczęła się stawać ponura. 

Wobec  tego  tchórz  wylazł  z  nory  mojego  serca.  Uciekłem.  Chyłkiem,  przemyślnie, 

czujnie, aby nikt nie zauważył. Strach 

biegł  za  mną,  a  ja  biegłem  przed  strachem.  Wpadłem  do  hotelu,  zacząłem  składać 

nerwowo rzeczy. Świt szarzał na szybach. Pociąg odchodzi za parę godzin. Rozpacz, rozpacz! 

Osłabły,  strachem  nieustannym  pobity,  wiłem  się  i  szalałem.  Jeszcze  dwie  godziny, 

jeszcze jedna. Już jest jasny dzień, i już znaleźli tego tragicznego idiotę, pijaka, który omamił 

drugiego pijaka. Za chwilę będzie u mnie policja. 

Ktoś puka do drzwi. 

Serce  we  mnie  drgnęło  jak  nagle  spłoszony  w  bruździe  zając.  Chwyciłem  ręką 

kurczowo krawędź krzesła. 

- Policja! - jęknęła we mnie dusza. 

Ktoś puka powtórnie, ponieważ zaś nie odpowiedziałem - wchodzi. 

Na wszystkich diabłów wszystkich piekieł! Zatoczyłem się. Oczy moje wylazły z orbit. 

Na czoło moje wyszedł zimny pot. 

background image

On, on - we własnej osobie stał na progu i uśmiechał się drwiąco. 

- Przepraszam - rzekł smutno - ale chciałem dotrzymać obietnicy. 

- To pan? 

- Cóż dziwnego? Mówiłem panu, że przyjdę. Trochę mi było smutno, że pan odszedł z 

kompanii i lekkomyślnie zostawił pół butelki płynu. Ale to ludzkie, staram się to zrozumieć. 

Gdyby się pan powiesił, ja bym jednak pana samego nie zostawił… Niech się pan nie gniewa… 

- Strach… 

- Rozumiem, rozumiem i nie mówmy o tym. To drobiazg wobec tego, że mi się znowu 

nie udało. Wisiałem parę godzin, nadaremnie. Panie, ja jestem bardzo nieszczęśliwy… 

Poczułem  w  duszy  wielkie  wzruszenie.  Tak,  to  jest  najnieszczęśliwszy  człowiek  na 

świecie. Z mojego wzruszenia wyskoczyła nagle myśl genialna. 

- Panie kochany! - krzyknąłem. - Ma pan czas? 

- Sto, dwieście milionów lat… 

- Za pół godziny wyjeżdżam do stolicy, jedź pan ze mną! 

- Moje nieszczęście jest wszędzie to samo. Po co? 

- Czy ja wiem? W wielkim mieście zawsze łatwiej o śmierć… 

- Jadę! - krzyknął dyrektor. 

- A pańska żona? 

- Na prowincji łatwiej o męża. 

W ten sposób stał się miły, stary diabeł moim towarzyszem. Miałem do niego niepojętą 

słabość,  lubiłem  bardzo  tego  kulawego,  mądrego  biedaka.  Polubili  go  zresztą  wszyscy  moi 

przyjaciele za uczynność, dowcip i gorzki, ale łagodny humor. 

Próbował  parę  razy  samobójstwa  „wielkomiejskiego”:  rzucał  się  z  wysokości 

najwyższego piętra najwyższej kamienicy i tylko psa przestraszył, który uciekł, przerażony, nie 

umiejąc sobie zdać sprawy, skąd spadł ten człowiek, który się podniósł natychmiast, zaklął i 

poszedł dalej. 

Miałem swoje, dobroczynne plany. Postępowałem ostrożnie, chytrze i celowo. Byłoby 

nudnym opowiadanie, jakimi drogami doszedłem do tego, że miły ten diabeł, wlazłszy między 

wrony literackie, zaczął krakać jak i one. Mój diabeł został po roku - autorem dramatycznym. 

Talent miał, oczywista, diabelski. Napisał świetną sztukę. Zaczął żyć z literatury. Cofnąłem mu 

wszystkie apanaże. W tym miejscu historia zaczyna być zajmująca: odmówiono mu talentu, 

zarzucono zbytnie pretensje, napuszoną mądrość, zbyt jadowity dowcip i powiedziano, że zbyt 

bezczelnie naśladuje Shawa. To wszystko powiedziano - mądremu diabłu, bo był - o, głupi! - 

background image

Polakiem  i  pisał  po  polsku.  Powieść  jego  odesłano  do  diabła.  Pyszny  poemat  pt.  „Piekło” 

uznano za bzdurę „fałszywie demoniczną”. 

Obudziła się w nim pycha wspaniała, diabeł cierpiał. Spotykały go zniewagi dotkliwe i 

jadowite;  wywlekano  z  niego  wnętrzności,  napawano  rozpaczą.  Odżywione  przeze  mnie 

diablisko chudło w oczach; posiwiał i postarzał. W jednym piśmie napisano mu, że człowiek, 

który zostawia ukochaną żonę na bruku, jest rzezimieszkiem nie poetą. 

I oto diabeł, który połykał cyjankali jak aspirynę, nie mógł przełknąć tego, co o nim 

pisano. Męczył się i cierpiał. Jego diabelską szlachetność doprowadzono do spazmów. 

Nikt wkrótce nie chciał wydawać jego głupich książek. Przyszedł prosić o pożyczkę - 

odmówiłem. 

Kiedy  go  odwiedziłem,  (mieszkał  na  strychu,  mimo  głośnego  nazwiska)  -  -  leżał  w 

łóżku, załamany i zbolały. Triumf pierwszych powodzeń był zbyt wielki, aby rozczarowanie 

nie miało być straszne. 

Jednej nocy przysłał po mnie. 

Był to szkielet, wychudzony głodem, odarty z mięsa przez rozpacz. Dokoła leżały stosy 

rękopisów. 

Uśmiechnął się do mnie dobrym uśmiechem. 

-  Dziękuję  panu!  -  rzekł  cicho.  -  Rozumiem  teraz,  jak  mądrze  pan  pokierował  całą 

sprawę. Ja dziś umrę… Z głodu… Że też ja, stary diabeł, nie wpadłem na to dawno, że aby 

umrzeć,  trzeba  tylko  zacząć  pisać  książki…  Och,  jaki  pan  mądry,  jaki  mądry…  Żeby  mnie 

tylko w piekle przyjęli!… Bo już nie wytrzymam dłużej… 

Chwycił moją rękę i tak umarł, mądrze i dobrotliwie uśmiechnięty. 

Musiał umrzeć naprawdę, bo w powietrzu zrobił się nagły rwetes, jakby wiatr płakał. 

A  to  diabli  -  jego  bracia  -  płakali,  widząc  co  się  z  nim  stało  i  jak  straszne  męki 

wycierpiał diabeł, który w Polsce książki pisał. 

Więc go przyjęli miłosiernie i z wielką miłością. 

Koniec 

background image

A

DONIS

 

 

Przyszedł raz do mnie człowiek - nie! to nie był człowiek… Służąca, która otworzyła 

mu  drzwi,  uciekła  z  krzykiem.  Niski,  gruby  poczwarnie  śmieszny,  ale  taki,  co  się  może 

przyśnić; w oczach miał ostrego zeza, miał zajęczą wargę, szczecinowate włosy, a usta takie, że 

wśród zachwyconego wycia zostałby królem najstraszliwszego plemienia ludożerców, gdyby 

go ci przyjemni ludzie mogli ujrzeć. Miał lekki garb z przodu, za to znacznie większy z tyłu, 

długie, bujające się ręce orangutana, a nogi wygięte w kabłąk. Kiedy na przywitanie próbował 

się uśmiechnąć, ukazały się zęby, o których, szanując nerwy czytelnika, powiemy krótko, że 

były to zęby nieszczęsne. 

„Otwórzcie  otwór,  niech  wejdzie  potwór!”  -  zagadałem  do  siebie  zawołaniem  z 

Makbeta, nie mogąc uciec śladem mojej służącej; on zaś nie tylko wszedł, ale usiadł skromnie. 

Przyszło mi na myśl, że może w mieście jest menażeria albo gabinet osobliwości, a ten stwór, 

uciekłszy stamtąd, trafił do mnie. Może mnie chce zamordować, jak małpa z opowieści Poego? 

Z pozoru wyda! mi się łagodny i chociaż nie mogłem być pewny, czy ostrym swoim zezem 

patrzy na mnie, czy na piec, mogłem jednak dostrzec w jego wzroku smętną jakąś życzliwość. 

Dziwnie  czułem  się  w  jego  towarzystwie,  wciąż  mając  to  wrażenie,  że  dość  mu  będzie 

wyciągnąć koszmarnie długie ręce w moją stronę, aby mnie udusić. Trzeba było jednak coś do 

niego zagadać, bo on nieśmiało milczał. 

- Czy pan do mnie przyszedł? 

- Tak, do pana. 

Głos jego przypominał szczotkę z ryżowej słomy, twardą i szorstką. 

- Kim pan jest? 

- Jestem człowiekiem nieszczęśliwym. 

- Dlaczego jest pan nieszczęśliwym? 

- Niech pan spojrzy na mnie. 

-  Istotnie!  -  rzekłem  mimo  woli  -  przepraszam  pana!  -  poprawiłem  się  natychmiast  - 

niczego złego nie miałem na myśli. 

-  Niech pan nie przeprasza  - rzekła szczotka z ryżowej  słomy  -  na mój widok  dzieci 

uciekają, a kobiety czynią znak krzyża, pewne, że ujrzały diabła. Są to niemądre kobiety, bo 

najbrzydszy diabeł jest piękniejszy ode mnie. 

- To bardzo smutne… - bąknąłem, aby coś powiedzieć. 

- Tak, to bardzo smutne! 

background image

Milczeliśmy przez chwilę nieprzyjemnym milczeniem; on nie miał odwagi, a ja ochoty 

do rozmowy. Żal mi było tej tragikomicznej imitacji człowieka, widok jednak był ponad miarę 

przykry. 

- W jakim celu przyszedł pan do mnie? 

- W bardzo dziwnym celu: aby mnie pan pocieszył. 

- Ja? 

- Tak. 

- Może by lekarz… 

- Lekarz mnie nie odmieni, stu chirurgów nie wyprostuje mi nóg ani nie skróci moich 

rąk, z których goryl byłby dumny. 

- Niechże pan tak o sobie nie mówi! 

- Mówię to, co pan za chwilę pomyśli. 

Wcale inteligentnie to wykalkulował, więc się uśmiechnąłem. Musiało go to ośmielić, 

bo powiada: 

- Kiedy ujrzałem siebie po raz pierwszy w zwierciadle, dostałem ataku furii i stłukłem 

zwierciadło,  które  najpierw  obraziłem  swoim  wizerunkiem,  a  zamordowałem  z  głupoty.  Z 

czasem przywykłem do swojej osoby, ale już nigdy nie przeglądałem się w lustrze. Mało mi to 

jednak pomogło, gdyż każdy spotkany człowiek zastępował mi je nieodmiennie; z przerażenia 

w ludzkich oczach widziałem, że się nie zmieniłem na korzyść. Życie moje stało się straszne i 

ciężkie.  Ulicznicy  gwiżdżą  na  mój  widok,  dozorca  odwraca  się,  wręczając  mi  gazetę,  w 

lokalach publicznych podają mi niechętnie i impertynencko, w teatrze jest zawsze obok mnie 

puste miejsce, bo przypadkowy sąsiad żąda w kasie zmiany biletu. 

- Ależ to straszne! 

- Przywykłem, przywykłem… Wszystko jednak ma swój kres… Ja już dłużej tak żyć 

nie mogę. Żyję i wcale nie żyję; jestem, ale tak przeraźliwy, że mnie nie ma, bo dookoła mnie 

jest pustka. Wczoraj zaś… 

- Co się stało wczoraj? 

- Okropna rzecz się stała… Na mój widok zemdlała kobieta, która była w odmiennym 

stanie. 

- Och! 

- Tłum się zebrał i chciano mnie zabić za to, że jestem taki potworny. 

- To przecież nie pańska wina. 

- Byłbym mniej więcej to samo powiedział tym ludziom, co mnie chcieli z największą 

słusznością wyprawić z tej pięknej ziemi, ale łatwiej było uciec, niż wygłaszać mowę. 

background image

- I to pana tak wzruszyło? 

- To też, ale inna sprawa wzruszyła mnie więcej. Rozmyślałem nad tym przez całą noc, 

a o świcie postanowiłem się powiesić. 

- Powiesić?! 

- Człowiek z moją twarzą nie może być wybredny w wyborze śmierci. Czy pan może 

sobie wyobrazić panikę na tamtym świecie, gdybym ja się tam zjawił? Nawet w piekle byłbym 

poczwarą. Postanowiłem się powiesić, bo życie moje nie jest do zniesienia. 

- Przecie pan żył. Ile pan ma lat? 

- Trzydzieści dwa lata hańbię świat. 

- Wytrwał pan tak długo, wytrwa pan dłużej. 

- Nie, już nie wytrwam. To nic, że ludzie uciekają na mój widok, niczym są wszystkie 

moje nieszczęścia; zgrzytam tą mizerną resztką zębów, a w sercu podniecam wściekłość. Moje 

życie nie dlatego jest straszne, lecz z innego powodu. Panie! Wszyscy na świecie kochają się. 

Miłość jest udziałem każdego żebraka i każdego zbrodniarza, tylko ja, ja jeden jestem wyklęty, 

ja jeden jestem trędowaty. Panie! Ja pragnę, ja się modle, ja wyję o miłość! 

- O miłość!? - wykrzyknąłem zdumiony. 

- Otóż to - rzekł on z goryczą. - Pan tez się zdumiał, że potwór mojego pokroju może 

marzyć o miłości. O mój Boże! 

Po raz drugi zawstydziłem się mojego okrzyku i spuściłem oczy. 

- Wiem - mówił on - że łatwiej można by ofiarować miłość diabłu niż mnie. Czemu się 

pan dziwi, że tylko dobrze zawiązany stryczek może mnie sprowadzić na drogę rozsądku i do 

pozbycia  się  raz  na  zawsze  opętanych  złudzeń.  Głupio  uczyniłem,  że  przyszedłem  do  pana. 

Proszę, aby mi pan wybaczył… 

- Ależ, na Boga, co ja mogę dla pana uczynić? 

- Niech się pan roześmieje, ale wyznam panu, co mi się uroiło: pomyślałem sobie, że 

czy  dziś  zadyndam  na  sznurku,  czy  jutro,  światem  to  nie  wstrząśnie.  Wiem,  że  pan  jest 

człowiekiem pogodnego ducha, więc rzekłem sobie, że wybiorę się do pana i zapytam wprost: 

czy mam się od razu powiesić, czy przez czas niejaki łudzić się obłąkaną nadzieją, że miłość 

może spojrzeć raz w życiu na takiego jak ja potwora? 

Chciałem zakrzyknąć: 

- Powieś się pan od razu, byle nie u mnie! 

Spostrzegłem  w  tej  chwili,  że  mój  straszliwy  gość  utkwił  uporczywe  spojrzenie  w 

szafie, z czego za pomocą szybkich obliczeń doszedłem niezbicie, że patrzy wprost w moje 

oczy. Dreszcz przebiegł po mnie. Jeśli temu nieszczęsnemu odmieńcowi powiem, że miłość 

background image

jest  ślepa  jedynie  w  przypowiastkach,  zwykle  zaś  patrzy  bystrzej,  zanim  kiedyś,  później, 

oślepnie lub zmruży oczy - to się odmieniec wyprawi na tamten świat; jeśli uczynię odwrotnie, 

obudzę w biedaku jakieś obłąkane nadzieje i do jego przeraźliwych nieszczęść dodam ostre 

szaleństwo.  Po  jakiego  licha  właśnie  mnie  to  musiało  spotkać,  abym  pocieszał  zezowatego 

garbusa z zajęczą wargą i obiecywał mu miłość? 

Musiałem  mieć  kiepską  minę  i  cichą  w  spojrzeniu  rozpacz,  gdyż  mój  okropny  gość 

powstał. 

- Dziękuję panu - zaskrzypiał, ale smutno. - Ja już odchodzę. 

- Dokąd? 

- Prawdę powiedziawszy, do diabła. 

- Czekaj pan! 

- Na co? 

- Nie mogę panu odpowiedzieć od razu. 

Sprawa jest ciężka, a nie chcę być lekkomyślnym. O co panu tedy idzie? 

Gość usiadł z powrotem, a spojrzawszy z wdzięcznością na piec, rzekł do mnie: 

- Pan jest zacnym człowiekiem… 

- Mniejsza o to! 

- Bynajmniej. Teraz widzę, że pan mnie pocieszy. Jeśli pan zdoła tego dokonać, ocali 

pan jedno życie, nie powiem „ludzkie życie”, bo zbyt mało przypominam człowieka, ale każde 

życie  jest  coś  warte.  Ostryga  też  żyje.  Ja  wiem,  że  jest  to  porównanie  zuchwałe  na  moją 

korzyść, a z wielką krzywdą ostrygi, ale niech mi pan przebaczy. Otóż jeżeli będę żył z pańskiej 

łaski, padnę panu do nóg i będę błagał, aby pan do mnie sprowadził miłość. 

Ziemia  zatrzymała  się  w  swoim  biegu  i  w  nagłym  obłędzie  zaczęła  wirować  w 

przeciwną stronę. 

- Co takiego? Czy ja mam wystarać się o kochankę dla pana? Czy pan zmysły postradał? 

- Nic podobnego! Ja pana w swoim czasie poproszę o takie słowo, którym zaklina się 

miłość. 

- Jak to, o jakie słowo? 

- O takie, których pan zna bez liku, a ja nie znam ani jednego. 

- Nic nie rozumiem. 

- Bo na to przyjdzie czas. Teraz idzie mi o to, aby pan powiedział mi jasno: czy ja mam 

żyć, czy umrzeć? 

- Niech pan żyje… - rzekłem niepewnie. 

background image

-  Gdyby  z  takim  zapałem,  jak  pan  w  tej  chwili,  wołano  „niech  żyje!”  uwielbianym 

osobom, uwielbiane osoby powinny z miejsca zamówić trumny. 

- Przepraszam pana, ale sytuacja jest tak wyjątkowa… Wiele ludzi o wiele prosiło mnie 

rzeczy, ale nigdy jeszcze ani o życie, ani o miłość… Czego pan chce, u licha! Chce pan, aby 

panu powiedzieć, czy znajdzie się  ktoś, co spojrzy  na pana i  nie zemdleje, lecz przeciwnie, 

zakocha się w panu? 

- Właśnie, właśnie! - krzyknął ten człowiek na odmianę w stronę biurka. 

-  Na  to  mogę  panu  odpowiedzieć,  że  wszystko  jest  możliwe  na  tym  świecie;  w  tej 

sprawie już mądrość naszego ludu przygotowała dla pana małą pociechę. 

- A mianowicie? 

- Nie obrazi się pan? 

- Ja już od godziny obrażam pana widokiem mojej twarzy, a pan nie ma nic przeciwko 

temu, dlaczegóż więc ja miałbym się obrażać? Cóż mówi mądrość ludu? 

- „Każda potwora znajdzie swego amatora…” 

Mój gość zastanawiał się, potem wydał z siebie głos przestraszonej żaby: 

-  Mądrość  ludu  jest  niezwykle  przenikliwa  i  istotnie  znacznie  mnie  pan  pocieszył. 

Ponieważ  jednak  przysłowia  ludowe  układane  są  na  użytek  miejscowy  z  uwzględnieniem 

zwyczajów, obyczajów i tradycji na ograniczonym terenie, przeniesione w obce środowisko, 

mogą się okazać zawodne, naiwne lub niezrozumiałe. 

Coś  tam  jeszcze  bredził,  podczas  czego  ja  rozmyślałem  pilnie  o  tych  szalonych 

wypadkach, zapisanych przez historię czy też podanych w zdumionej legendzie o miłosnych 

godach potwora z boginią, karła lub olbrzyma z piękną nimfą. Bywały niewątpliwie kobiety, 

które  miłowały  miłość  dla  miłości,  romantyczną  awanturę,  sztukę  dla  sztuki,  bez  uwagi  na 

bohatera.  Tak,  ale  z  potworem…  Bezkrytyczne  szaleństwo  i  pożądanie  miłości  doprowadza 

kobietę czasem do tego, że potrafi zakochać się nawet w człowieku uczonym, w astronomie, 

matematyku, ba! w historyku i co jest już ponad pojęcie: w autorżę słownika. Amor flat ubi 

vult. Nawet te lekkie z pozoru przypadki wkraczają w dziedzinę podnieconego obłędu. Nikt mi 

bowiem nie wytłumaczy, że kobieta jako tako zdrowa na umyśle może się oddać profesorowi 

wyższej matematyki, który nosi długie kalesony, zawiązywane na tasiemki, a kobietę uważa za 

niewiadomą  -  albo  w  historyku,  który  w  niej  widzi  wczesny  okres  średniowiecza,  a  jeśli  ją 

przez roztargnienie pogładzi, to dlatego tylko, że myśli, jakoby gładził pergamin z królewską 

pieczęcią. Tak, ale z potworem… Z takim jak ten oto albo jeszcze wspanialszym… 

- Mam! - zawołałem uradowany. 

- Powraca mi pan życie. 

background image

- Czy czytał pan kiedy Szekspira? 

- Coś słyszałem… czy poeta ten przewidział moje męczeństwo? 

-  Owszem,  ale  musi  pan  być  przygotowany  na  dość  nikczemne  towarzystwo.  Otóż 

Tytania, królowa elfów, zakochała się do utraty różowego rozumu i jeszcze bardziej różowej 

duszy w gburze z oślą głową. 

- To pięknie z jej strony, a historia jest wyborna. Rzecz w tym, że osieł jest ode mnie 

nieporównanie piękniejszy. Czy bardzo go kochała? 

- Aż do obłędu. Kombinacja ta stworzyła całą dynastię, do dziś niewygasłą, kompozycję 

alegoryczną: bogini i durnia. 

- Jest to już wiele, ale nie wszystko, ponieważ ja nie jestem całkowitym osłem, a boginie 

są trudne do znalezienia. Czy nie zna pan bardziej ludzkiego przypadku? 

- Znam. Fazyfae, córka króla Minosa, zakochała się w byku i wdziawszy na siebie skórę 

łaciatej krowy… 

- Co pan mówi!… 

- Z tego nawet syn się urodził, pół człowieka, pół byka, Minotauros. 

-  Straszliwe  rzeczy  działy  się  na  świecie.  Balsam  leje  pan  na  moją  duszę,  ale  jeżeli 

kosmaty i ryczący osieł jest ode mnie piękniejszy, cóż mówię o byku, który jest zwierzęciem 

wspaniałym?  Każde  zwierzę  zresztą,  nawet  koczkodan,  ma  nade  mną  przewagę.  Ten 

interesujący zresztą przypadek nie odpowiada dość ściśle memu położeniu. 

- Czekaj pan, czekaj pan… Czy pan czytuje książki? 

- Nie. W książkach żyją piękni ludzie i zawsze się kochają, a to mnie drażni. Czy zna 

pan książkę, w której cudna kobieta kocha poczwarę? 

- Znam. Czy czytał pan Wiktora Hugo Człowieka, który się śmieje

- Nie słyszałem o nim. 

- Sam sobie uczynił pan krzywdę. Otóż w tej to  książce właśnie opisany  jest romans 

oszalałej,  a  pięknej  jak  bóstwo  księżniczki  Jozyany  ze  straszliwą  maszkarą,  niejakim 

Gwynplainem. 

- Jak wyglądał ten człowiek? 

- Mniej więcej jak… pan… 

- Potwór? 

- Okropny! 

- Ach, to piękne, to nazbyt piękne! Niech pan czym prędzej mówi dalej… 

- Niejaki pan Lopez dowiódł w bardzo modrej komedii, że nadobna dziewica mogła się 

serdecznie zakochać w poczwarnym człowieku, niejakim Ferrante. 

background image

- Panie, czy to możliwe? 

- W każdym razie prawdopodobne. Ale to jeszcze nie koniec! Opisując romans swojego 

potwora z księżniczką, Wiktor Hugo wylicza głośne wypadki takich dziwacznych miłości. Są 

to wprawdzie legendy, ale mądre legendy, mające głęboki w sobie sens. A o cóż panu idzie? 

Nie o prawdę, ale o jej cień, o prawdopodobieństwo. Jest to ponura poezja, ale jednak poezja… 

- Niech pan mówi, niech pan mówi! 

- Jeśli sobie dobrze przypominam, to w czasach dość odległych zakochała się na śmierć 

boska Amfitryta. Jak pan myśli, kogo miłowała boska Amfitryta? Czy boga, czy śpiewaka, czy 

lutnistę?  Akuratnie!  Boska  Amfitryta  miłowała  Cyklopa,  straszliwego  dryblasa,  pachnącego 

kozią stajnią, chama z jednym okiem na czole, głupowatego potwora. 

-  Ależ  to  jest  cudowne!  Powiada  pan,  że  miał  tylko  jedno  oko.  Uściskałbym  tego 

kochanka! Ach, jak piękna musiała być jego miłość… 

- Być może, ale wątpię; ten drab, łypiąc jedynym krwawym okiem, bijał pewnie swoją 

boską kochankę, co wedle najstarszego przepisu na miłość, bardzo ją pomnaża… Najlepszy 

wybór uczyniła śliczna czarodziejka Urgela… 

- Piękne imię! 

- Imię piękne, ale baba była głupia. Mogła się kochać w najbardziej tęczowym duchu, w 

najpiękniejszym młodzieńcu, zamienionym przez nią w hiacynt, a kochała… 

- Kogo? kogo? 

- Nieskończenie potwornego łapserdaka, niejakiego Bugryksa. 

- Czym się odznaczał ten młodzieniec? 

- Miał na każdej dłoni osiem płetw. Gdyby ich miał siedem, może by go nie spotkało to 

szczęście, ale że ich miał osiem, piękna czarodziejka nie mogła wytrzymać. 

- Niezbadana jest dusza kobiety! Czemu ja me mam płetw!… 

- Jeszcze panu mało? 

- Uwaga pańska jest dość słuszna, choć cierpka. Czy wyliczył pan już wszystkich moich 

kuzynów? 

- Nie jeszcze. Nie należy zapominać o dzielnej Pentesilei, królowej Amazonek, która 

miłowała Centaura, brodatego ogiera. 

- Zbyt mało go przypominam, niestety! Czy nie było wypadku z orangutangiem? 

- Nie, ale z indywiduum równie przystojnym. Królowa egipska Rodope, piękna to była 

kobieta, lecz zwariowała wcale potężnie, zakochawszy się w niejakim Pheta, młodzianie, który 

miał pysk krokodyla, co mu znakomicie pomogło w miłosnej karierze, bo oszalała królowa nie 

background image

tylko że mu oddała swój królewsko-egipski majestat z szat ogołocony, lecz ponadto wystawiła 

mu piramidę. 

-  Uwielbiam  królowę  Rodope!  Powiada  pan,  że  miał  pysk  krokodyla,  więc  nie  był 

chyba zbyt przystojny? 

-  Dla  pana  najbardziej  pocieszający  powinien  być  inny  wypadek,  nie  mający  już 

związku z mitologią i dość bliski naszych czasów. Podobno - zastrzegam się, bo mi się to nie 

chce pomieścić  w  głowie  - piękna  królowa Maria Stuart  chętnie widziała paskudnego karła 

Rizia. 

- Paskudny i karzeł? - ależ to ja! 

- Jak się panu podoba… Ma pan na pociechę wyborny zespół, przeczytaj pan Wiktora 

Hugo i szukaj szczęśliwie miłości. 

Potwór  ożywił  się  wielce  i  chcąc  mi  zapewne  rzewnym  spojrzeniem  wyrazić  swoją 

wdzięczność, szukał oczyma moich oczów, czynił to jednak nadaremno, bo wzrok jego biegał 

wciąż po kątach, ponieważ zaś nie mogłem znajdować się w dwóch miejscach równocześnie, a 

jego oczy nigdy nie mogły być razem, o porozumienie bez słów było dość trudno. 

-  Jestem  panu nieskończenie wdzięczny  - rzekł,  a słowa jego zjeżyły się  i  wydawały 

dziwny  chrzęst  -  z  tego,  co  mi  pan  powiedział,  widzę  jasno,  że  sprawa  moja  nie  jest 

beznadziejna; jeśli w tych opowieściach jest jedna tysiączna część prawdy, jeśli te doskonałe 

baśnie  są  choćby  najdalszym  echem  jakiegoś  prawdziwego  zdarzenia,  nie  ma  powodu,  aby 

zdarzenie takie nie miało się powtórzyć. Zawdzięczam panu życie! 

- Już się pan nie powiesi? 

- Zawieszam tylko wykonanie wyroku na czas niejaki. 

- Na jak długo? 

- To też od pana zależy. 

- Już mi pan to raz powiedział. Czego pan chce? 

- Ja nie chcę, ja błagam, na kolanach pana błagam. 

- Ale o co? 

-  O  kilka  słów.  Ja  dobrze  obmyśliłem  tę  sprawę  i  jeżeli  mi  pan  dopomoże,  moje 

obłąkane marzenie zmienić się może w rzeczywistość. 

- Mów pan! - rzekłem niecierpliwie. 

- Panie najdroższy! Postanowiłem dać ogłoszenie w gazecie w dziale „Matrymonialne”. 

- Pan się chce ożenić?! 

-  Czy  pan  wolałby,  abym  się  powiesił?  Czemu  pan  mnie  znowu  zabija  swoim 

zdumieniem? 

background image

- Ależ gdzie pan znajdzie… 

- Taką, która by mnie chciała? Jeśli królowa Rodope pokochała krokodyla… 

We  własne  schwytany  sidła  osłabłem;  spojrzałem  na  niego  złym  wzrokiem,  lecz 

przymknąłem  czym  prędzej  oczy,  ujrzawszy  jego  gębę,  pomazaną  przymilnym  uśmiechem, 

wobec  którego  uśmiech  Gwynplaina  był  uroczy.  Jedno  uśmiechnięte  jego  oko  zawisło  na 

lampie, zwisającej z pułapu, drugie badało wnętrze kosza na papiery. 

-  Krótko mówiąc  -  rzekłem z tłumionym  gniewem  - pan chce, abym  panu napisał  to 

ogłoszenie? 

- Czyta pan moje myśli! Niech pan napisze wzruszająco, pięknie, tak żeby ktoś zapłakał, 

a potem ofiarował panu łzy, a mnie serce… Umierającemu z pragnienia nie odmówiłby pan 

kropli wody, niechże pan mnie jej nie odmawia! 

- Dobrze, ale pod warunkiem, że to już będzie koniec. 

- Koniec udręki dla pana, początek szczęścia dla mnie! Oczywiście! 

- Niech pan przez dziesięć minut nie gada. Napiszę panu. 

Napisałem wzruszający list otwarty do wszystkich kobiet tego świata różnego stanu i 

wyznania; zakląłem je w imię miłości, aby się ulitowały nad straszliwie brzydkim człowiekiem, 

posiadającym za to wielkie zalety serca i umysłu. Każde słowo zmieniłem w pokorną łzę, w 

skowyt tęsknoty, w cichą rozpacz konającego w samotności serca. Błagałem je, aby napisały do 

nieszczęśnika, który na kolanach czeka ich wyroku i na kolanach przypełznie do stóp tej, która 

ma dość wielkie serce, aby oczekiwać potwora. 

Gdybym  sam  dla  siebie  prosił  o  miłość,  nie  mógłbym  był  tego  uczynić  rzewniej  i 

piękniej.  Potwór  przyjął  mój  utwór  z  głośnym  uznaniem,  wydając  takie  okrzyki  zachwytu, 

jakie wydaje zarzynany baran. 

- Cudownie! cudownie! - charczał. - Pan Bóg mnie natchną! myślą udania się do pana, 

Jaki wdzięk słowa, ile w każdym wzruszenia! 

- Więc to panu wystarczy? 

- Niezupełnie - odrzekła kreatura. 

Spojrzałem na niego z kwaśnym zdumieniem. 

- Napisane jest cudownie, ale brak tam jednej uwagi. Czy nie byłoby dobrze dodać ją 

przy samym końcu, niby tak sobie, od niechcenia… 

- Jakiej uwagi? 

- Malej, drobnej uwagi: „Posag pożądany” - bo to, uważa pan, miłość miłością, a żyć z 

czegoś trzeba… Dla kobiety małżeństwo jest zawsze dobrym interesem… Czemu pan tak na 

mnie patrzy jak na osa? 

background image

Ja jednak roześmiałem się na głos: ten człowiek ma poczucie humoru! Cała ta odezwa i 

tak jest ponurym dowcipem, który jedni przyjmą z niesmakiem, a drudzy ze śmiechem; więc i 

ja zacząłem śmiać się szeroko. Ta zaś pokraczna imitacja człowieka, widząc mój dobry humor, 

rzekła: 

-  Ja  już  i  tak  jedno  uczyniłem  ustępstwo,  chciałem  bowiem  z  początku  wyłączyć 

spomiędzy kandydatek blondynki  z tego powodu, że jest to  barwa  włosów najłatwiejsza do 

podrobienia, ale pomyślałem sobie, że darowanej miłości nie patrzy się we włosy. Dodatek o 

posagu nie jest jednak niczym zdrożnym. 

- Dość! Dopiszę panu o posagu… 

- Będę się modlił za pana! 

- Niech pan to zrobi na własny rachunek, to panu nie zaszkodzi. 

Kreatura  porwała  kartkę  papieru  i  zaczęła  mi  dziękować  gorąco  rozbieganym 

wzrokiem, machaniem rąb, podrygiwaniem garbu i garbatymi dźwiękami. 

- Myślę - rzekła - że pan rad będzie ujrzeć swój triumf. 

- Jak to pan rozumie? 

- Niech mi pan pozwoli, abym przyszedł do pana, jeśli znajdzie się na świecie kobieta, 

która mi ofiaruje swoją miłość 

- Niech pan przyjdzie! niech pan natychmiast przyjdzie! - zawołałem serdecznie. 

Wszystkiego mogłem się spodziewać, ale nie tego, żebym raz jeszcze w życiu ujrzał 

tego ludzkiego karakona. 

A on przyszedł. 

Po upływie dwóch tygodni przydreptał, znowu nastraszył mi służącą i powiada: 

- Przychodzę ze sprawozdaniem. 

Przetarłem oczy ze zdumienia, biorąc z jego rąk sporą paczkę listów. 

- Jak to? udało się panu? 

- Niezupełnie. 

- A te listy? 

- Jest ich jedenaście; dziewięć z nich zawiera najprzedniejsze wymyślania, jeden radzi 

mi,  abym  się  powiesił,  co,  jak  panu  wiadomo,  było  dawno  moim  zamiarem,  jedenasty  jest 

poważny i uczciwy. 

Wybrał ze zbioru ten jedenasty i dał mi do przeczytania, co mi się udało z trudnością, bo 

wierzyć nie chciałem, aby się znalazło na świecie tak słodkie serce kobiece. Jakieś biedactwo 

pisało, że jest samo na świecie, a brzydota go nie odstrasza; że chce się poświęcić, bo nią może 

background image

myśleć spokojnie o tym, że ktoś jest tak strasznie nieszczęśliwy. Ma lat trzydzieści, jest kobietą 

spokojną i prawą; przeszła przez smutki i nieszczęścia; będzie dobrą żoną. 

„…Kto tak jak pan (kończył się list) umie rzewnie przemówić do kobiety, ten wart jest 

nie litości, lecz ofiary z całego serca. Będę pańską żoną”. 

Miałem łzy w oczach, czytając te słowa proste, a tak promieniste. 

- Przysłała też swoją fotografię - rzekł mi potwór, dziwnie jadowicie. - Oto jest! 

Spojrzałem ze wzruszeniem na tę, która była prawdziwą kobietą; była to twarz szara, 

bardzo smutna, poczciwie patrząca. 

-  Cudy,  cudy!  -  rzekłem  drżącym  głosem.  -  Nie  przypuszczałem,  że  są  jeszcze  na 

świecie anioły. O, jakiż pan musi być szczęśliwy! 

- Wcale nie jestem szczęśliwy - rzekła szorstko kreatura. 

- Pan oszalał! 

- Bynajmniej - rzecze potwór chrypliwie. - To nie jest żona dla mnie… 

Chciałem coś krzyknąć, ale nie mogłem wydobyć głosu. 

-  Z  dwóch  powodów  -  rzęził  on  -  najpierw:  żadnej  wzmianki  o  posagu,  a  przecież 

dopisek był wyraźny, 

Podniosłem się blady. 

- A drugi powód? 

-  Drugi  jest  na  fotografii:  ma  ona zbyt  szerokie  usta!  Czy  pan  myśli’,  że  .ja  bym  się 

ożenił z kobietą, co ma taki błąd? 

Ryknąłem  jak  ranny  żubr  i  chwyciwszy  ciężki  świecznik  z  biurka,  cisnąłem  nim  w 

straszną głowę potwora. Zdaje się, że go zabrało pogotowie… 

background image

N

ACZYNIE ZŁOŚCI

 

Sądząc  z  tytułu,  powinna  to  być  historia  wschodnia,  wazon  jednak  z  tej  bardzo 

zwyczajnej  opowieści  zetknął  się  ze  Wschodem  w  ten  sposób  jedynie,  że  był  kupiony  (z 

wszelką  nawet  pewnością)  u  starego  Izraelity  w  okolicach  ulicy  Świętokrzyskiej,  gdzie 

sprzedają fałszywe miniatury, bardzo fałszywe obrazy i jeszcze fałszywszą porcelanę. Oprócz 

sprzedawców, niewątpliwie wschodnich, wszystko na tej ulicy jest falsyfikatem. W każdym 

bric  à  bracu  jest  tu  do  kupienia  stare  łoże,  które  należało  do  księcia  Józefa,  jak  gdyby 

promienisty ten książę niczego innego w życiu nie robił, tylko spał na coraz to innym łożu. 

Najwięcej  jednak  jest  tu  na  sprzedaż  kruchego  szkła  i  delikatnej  porcelany, 

nadgryzionej przez nielitościwy czas, który ma dziwną manię i jak stary pijany szewc, czający 

chorobliwą niechęć da uszów swoich terminatorów, utrąca uszy wazonom i filiżankom. Są to 

zwykle  ostatnie  z  porcelanowego  rodu,  sieroty  bez  pary  i  bez  zagnę  j  podstawy,  względnie 

podstawki  do  życia;  są  to  naczynia  puste,  a  jednak  pełna  brunatnej  melancholii,  koloru 

kiepskiej herbaty lub zgoła czarnej jak czarna kawa rozpaczy. Popękane, jak czułe serca po 

miłosnych  zawodach,  niepotrzebne  nikomu,  jak  skorupki  rozbitych  jaj,  czekają  na  tego 

obłąkańca, który je kupi. 

- „Habent sua fata” filiżanki - jak rzekła jedna służebna dziejowa, tłukąc ich pół tuzina. 

Wśród tych porcelanowych rupieci stał nadęty, brzuchaty wazon z wąską długą szyją; 

wyglądał  jak  bankier  wśród  hołoty;  jedno  ucho  miał  utrącone,  co  miało  świadczyć  o 

starożytności jego pochodzenia i o srogich kolejach losu, który mu zadał męczarnie. Znikomy 

jednak  był  to  niedostatek  wobec  malowanych  i  złoconych  wspaniałości,  strojących  jego 

brzuch,  który  był  ni  mniej,  ni  więcej,  tylko  terenem  bitwy,  może  pod  Austerlitz,  może  pod 

Marengo.  Cóż  tedy  znaczyło  jedna  oberwane  ucho  wobec  Napoleona,  tak  przedziwnie 

wyobrażonego, że wyglądał jak gruby paralityk na białym koniu, dlatego jedynie niepodobnym 

do krowy, że nie miał zbyt rozwiniętych wymion i rogów, poza tym bowiem mógł uchodzić za 

każdego czworonoga. Wielki był kunszt artysty, który to stworzył. Cesarz był zresztą jedynie 

nieodzownym dodatkiem do całej panoramy wspaniałości, które kręgiem bitewnym otoczyły 

wazon;  armaty,  trupy,  sztandary,  grenadierzy,  krew  i  dymy  zaległy  pole  w  potępieńczym 

splocie, tak jednak misternym, że czasem z grenadiera końska wyrastała noga albo też rumak w 

nierozumnym szaleństwie pysznił się głową grenadiera w potężnej bermycy. A Cesarz na to 

nic!  Rękę  wyciągnął,  jakby  zapytany  komuś  za  nim  stojącemu  grzeczni  wskazywał  drogę, 

patrząc równocześnie w przestrzeń zezowatym spojrzeniem, jedno oko mając zielone, a drugie 

złote, jak gdyby cesarza Francuzów nie stać było na oba złote. Piękny ten obrazek tyle miał w 

background image

sobie wdzięku i z taką oddany był  precyzją, że dziwić się należało,  w jaka sposób  sędziwy 

Izraelita, który codziennie go oglądał, nie postradał zmysłów. Tęga musiała to być głowa i w 

wielkim  zaprawna  myśleniu,  rozum  potężny,  którego  ani  nic  zdumieć,  ani  z  równowagi 

wyprowadzić nie mogło. 

Skąd pochodziło to cudo, nikt tego nie wiedział, z tego przede wszystkim powodu, że 

nikomu na myśl nie przyszło, aby się zainteresować pochodzeniem tej porcelanowej wywłoki, 

pomalowanej  przez osobistego wroga Napoleona, jakiegoś „brata z Ajaccio”. Tysiące łudzą 

przechodziło codziennie obok zezowatego władcy świata i nikt nawet na niego nie spojrzał. 

Można by z tego wysnuć wniosek, szary w kolorze jak śmiertelny popiół, symbol znikomości 

wszechrzeczy, że obojętność ludzka większa jest niż wielkość sama. Szelma człowiek będzie 

zachłannie pożerał  wzrokiem byle naczynie, jeśli  jest czymś  smakowitym  napełnione, a nie 

podaruje  ani  spojrzenia  Wielkiemu  Cesarzowi,  wyobrażonemu  na  wazonie,  napełnionym 

pustką brudną i zakurzoną. 

Był  jednak  ktoś,  dla  którego  śmieszne  to  naczynie  stało  się  początkiem  udręki. 

Przyjaciel mej Herakliusz (!) miał czyste serce, wzniosły umysł i mieszkał w okolicach ulicy 

Świętokrzyskiej.  Wspaniałe  te  zalety  ducha  nie  stoją  wprawdzie  w  żadnym  związku  z 

miejscem zamieszkania. tak się jednak zdarzyło i nie należy na ten temat żadnych głębokich 

snuć  rozważań.  Ten  tedy  Herakliusz  przechodząc  razu  jednego  obok  składu  starożytności 

spojrzał w jego okno. Chciał iść dalej, ale nie mógł; coś go ołapiło za połę duszy i trzymało. 

Gdyby porównanie nie było śmiesznie anachroniczne, można by rzec, że czuł się jak dama, 

której nastąpiono na długi ogon sukni. Dama czuje się wtedy źle i on się czuł me lepiej. Poczuł 

na  sobie  urągliwy,  złośliwy,  zezowaty  wzrok  Cesarza.  Ponieważ  Herakliusz  wiedział  coś 

niecoś o Napoleonie, mało zaś jest prawdopodobne, aby Napoleon wiedział cośkolwiek o moim 

przyjacielu  Herakliuszu,  należy  przeto  jedynie  przedziwnej  sztuce  malarskiej  przypisać  tę 

niemiłość spojrzenia Wielkiego Cesarza. Szczególnie to zielone, malachitowe jego oko pałało 

wyrazem  urągliwym,  drugie  zaś,  to  złote,  łypało  z  obrażającą  obojętnością.  Mój  przyjaciel 

spojrzał pilnie i zadrżał. Włoch, spotkawszy się z takim spojrzeniem swego ziomka, i do tego 

Korsykanina  (diabły  wyspiarskie  są  złośliwsze),  byłby  się  przed  fatalnymi  jego  skutkami 

obronił  znakomicie  sposobem  italskim,  starym  i  wybornie  przeciwko  wszelkim  urokom 

wypróbowanym: ułożeniem palców tak, aby mały i wskazujący sterczały z ręki jak zęby wideł. 

Ponieważ  Herakliusz  albo  nie  znał  tej  sztuki  przeciw  urokowi,  albo  też  w  podnieceniu 

zapomniał  jej  zażyć,  patrzył  z  niechętnym  zdumieniem,  jak  mu  urąga  ten  głupi  wazon  z 

oberwanym  uchem.  Obejrzał  go  dokładnie  i  nagle,  nie  wiadomo  dlaczego,  poczuł  do  niego 

niemal że nienawiść. Można ją sobie wytłumaczyć jedynie koszmarną urodą porcelanowego 

background image

grata; zapiekłe w ogniu malowanie na jego wzdętym brzuchu wabiło oczy tak namiętnie, że w 

człowieku  uczciwym  rodziła  się  dzika  chęć  rozbicia  szyby,  chwycenia  tego  paskudztwa  za 

jedyne ocalałe ucho i ciśnięcia go o bruk, aby go w tysiąc siedem roztrzaskać czerepów. Mój 

przyjaciel przypomniał sobie w samą porę, że dość trudno byłoby wyjaśnić policji tak rozumne 

i szlachetne motywy rozbijania sklepów, nakazał tedy ciszę wzburzonemu sercu. I choć zielone 

oko Cesarza wyzywało go najwyraźniej, jakby krzyczało do niego zezem: „Spróbuj, jeśli masz 

odwagę!” - odwrócił się z niejakim trudem. 

- Tchórzu! - krzyknął za nim Cesarz. 

Rzeczy  martwe  są  czasem  tak  złośliwe  jak  pawiany.  Są  takie  krzesła,  które  szarpią 

ubrania cierniem drzazgi; pióra, które plamią zawsze biel papieru wielkimi kleksami, i spinki, 

które chowają się z idiotyczną złośliwością w najciemniejsze zakamarki; buty, które gniotą z 

beznamiętną  cierpliwością;  stoły,  wiecznie  pijane  i  chwiejące  się;  obrazy,  które  zawsze  na 

złość  będą  wisiały  krzywo;  istnieją  złośliwe  piece;  łajdackie  drzwi,  skrzypiące  jak  jędze 

smażone na ruszcie; głupie szafy, robiące sobie z tego zabawę, że ktoś się boi ich trzaskania; 

nawet marna zardzewiała szpilka krew z człowieka potrafi wytoczyć, małpa jedna. Rzadziej się 

zdarza, aby wazon miał w swoim brzuchu tyle zapiekłej złości, ile go miał ów „napoleoński”, 

ohydnie  pomalowany  oberwaniec.  Jadowita  zieleń  z  tego  malowidła  zatruła  duszę  onego 

dobrego  Herakliusza.  Była  to  metoda  dawnych,  wybornie  w  swym  rzemiośle  zaprawnych 

trucicieli, co arszenikiem poili tapety czy makaty i w ten wiotki, a nie pozbawiony delikatności 

sposób wyprawiali do lepszego świata ukochanych krewnych. Wazon pochodził wprawdzie z 

nowszych czasów, zbrodniczość jego jednak była tamtym równa, sędziwa i podstępna. 

Mój  przyjaciel,  miał  duszę  zatrutą.  Przez  dzień  cały  i  przez  połowę  nocy,  zanim 

wreszcie  zmrużył  oczęta,  widział  przed  sobą  brzuchaty  wazon,  namalowaną  bitwę, 

apokaliptyczne wałachy i dwoje oczu Napoleona: jadowite  - zielone i stężałe w pogardzie - 

złote. Kiedy usnął, śniło mu się, że ohydny wazon, do ludzkich wyolbrzymiony rozmiarów, z 

trudem przeciska przez drzwi potworną nadętość brzucha; że wtłacza się do sypialni, pochyla 

się nad nim, a Cesarz, klnąc okropnie, odrywa od jego głowy ucho i przyczepia je do wazonu. 

Mój  przyjaciel  zawył  przez  sen  i  usiłował  ukąsić  w  nogę  cesarskiego  rumaka,  który  zarżał 

donośnie obłąkanym głosem. 

W ten śmieszny sposób rozpoczyna się historia głuchej nienawiści pomiędzy dobrym 

Herakliuszem  i  potwornym  wazonem.  Wazon  miał  tę  nad  człowiekiem  przewagę,  że  był 

beznadziejnie  głupi,  a  człowiek  myślał  i  sączył  w  siebie  jady.  Wazon  stał  nieporuszenie,  a 

rozdrażniony człowiek, nie umiejąc się cofnąć na szaniec pogardy i za wzgórze wzniosłości, 

szukał  z  bęcwałowatym  naczyniem  ciągłej  awantury.  Mój  przyjaciel,  sam  sobie  nie  zdając 

background image

sprawy z tego, co  czyni, szedł  nieodmiennie każdego ranka przed żydowski  sklepik, stawał 

przed  szybą  i  usiłował  przeklęty  wazon  rozbić  wściekłością  spojrzenia.  Zohydzał  go  we 

wzburzonej  duszy,  naigrawał  się  z  jego  ciężarnego  Napoleonem  brzucha,  kpił  z  niego, 

dobierając słów długich, kleistych, zawiesistych, najczarniejszego koloru. Chciał się zemścić 

za jego obrażającą szpetotę i za to zielone, złote, lekceważące spojrzenie. Febra nim trzęsła, bo 

mu się zdawało najwyraźniej, ze Napoleon wskazuje wyciągniętą ręką nie wroga, lecz jego, 

stojącego za szybą, i że coś mówi o nim swojej gwardii, a te niedźwiedzie ryczą przeraźliwym 

śmiechem, stroją do niego obłąkane miny i mierżą do niego z karabinów. Kiedy ta prostacka 

zabawa zaczęła być nie do zniesienia, Herakliusz groził cesarzowi kułakiem, gwardii rzucał 

obelżywe słowo (po francusku!) i szybko uciekał, gnany burzą śmiechu, ścigany wyzwiskami, 

po których na dobrą sprawę całą trzeba by wykadzić ulicę. A nazajutrz znowu powracał z lekką 

obawą, że wprost z ulicy Świętokrzyskiej uda się do szpitala wariatów z krótkim żołnierskim 

raportem, że cesarz Napoleon Bonaparte zielonym swoim okiem ściga go nieprzytomnie. 

- Ty morderco! - syknął tego dnia z nienawiścią w jego stronę. 

- Tu matto! - krzyknął zduszonym głosem Cesarz. 

Gwardia zatrzęsła się wielkim, brzuchatym, zataczającym się śmiechem. Herakliusz, ku 

niezmiernemu zdumieniu rozsądnych przechodniów, pokazał język niewinnej szybie i uciekł 

jak zając. 

W nocy miał z sobą dłuższą rozmowę; wielką ilością wcale rozumnych argumentów 

starał się siebie przekonać, że zdrowy jego rozsądek znajduje się u progu bankructwa i że, jeśli 

tak dalej pójdzie, z pięciu klepek, obowiązujących przyzwoitego człowieka, zostanie mu do 

rozporządzenia tylko cztery, a przez szczelinę po tej piątej wycieknie z niego resztka rozumu. 

Co, do stu  tysięcy starych, diabłów, obchodzi go idiotyczny wazon? Co mu  się, do miliona 

starych garnków, przywidziało! Stoi sobie w oknie rupieć bez ucha i bez sensu - niechże stoi! 

Nie można rzec, aby Napoleon patrzył na niego miłym wzrokiem, ale tym samym wzrokiem 

patrzył też na każdego bęcwała, który stanął przed szybą sklepu. Nienawiść do tego wazonu jest 

głupim  wymysłem.  A  jednak  nie:  czymże  to  bowiem  wytłumaczyć,  że  przedtem  uwielbiał 

Napoleona, a teraz chce wyć na widok jego wizerunku? Nienawidzi go, ale tylko tego, co ma 

jedno oko zielone, a drugie złote. Nie chce go widzieć. Gardzi nim. Przeklina go. Co poczuje w 

sercu na widok innego, tego jeszcze nie wie, ale w tej chwili przysięga, że nigdy nie przejdzie 

ulicą Świętokrzyską, chyba że go tamtędy będą wieźli na triumfalnym wozie, który pospolicie 

zowią karawanem. Zawziął się w tym przedsięwzięciu, skostniał, stężał, a serce tak w sobie 

skamienił, że kiedy swoim zwyczajem Bonaparte zjawił mu się tej nocy we śnie i najwyraźniej 

background image

mu urągając wyłupił sobie zielone oko, wrzucił do szklanki z wodą i kazał mu to wypić, odrzekł 

mu ze śmiertelną powagą: 

- Sire, mam dość tej zabawy, niegodnej Wielkiego Cesarza! 

Cesarz zdumiał się, schował oko do kieszeni białej kamizelki, dosiadł szafy i zamyślony 

pędem odjechał. 

Nazajutrz Herakliusz odetchnął. Coś go ciągnęło, coś go gnało na ulicę Starożytności. 

Serce w nim dygotało i rwało się jak ogar na polowanie; duszę musiał chwycić za włosy i w ten 

barbarzyńcy godny sposób zatrzymać w domu. Był chory, był na poły obłąkany, ale wytrwał. 

Pod.  wieczór  usiłował  uśmiechnąć  się.  Ćwiczył  się  w  tej  zapomnianej  sztuce  czas  niejaki, 

wykręcał  gębę jak paralityk alboli jak człowiek, co się dławi, wreszcie jednak wytrysnęła z 

niego fontanna śmiechu, jak gejzer, kiedy z nagła oszaleje. Ryk wielki zatrząsł cichym domem; 

donośne rżenie napełniło przerażoną ciszę; zdumiała się noc i zdumieli się ludzie; noc stuknęła 

się  wiotką  ręką  w  czoło  na  znak,  że  wszystko  rozumie,  a  ludzie,  którzy  nigdy  niczego  nie 

rozumieją, poczęli stukać, jak kto miał we zwyczaju, ten butem w podłogę, ów kijem w powałę, 

a inny byle czym w dudniącą śmiechem ścianę. Nie uczyniło to jednak najmniejszego wrażenia 

na radosnym człowieku, który pognębił zmorę i niezwyciężonego zwyciężył Cesarza. 

Odrodzony,  witał  słońce  poranne,  jedyną  we  wszechświecie  istotę  niezłośliwą. 

Straszliwy  wazon  zamienił  się  we  mgłę  i  zaledwie  jego  pękate  widać  było  zarysy.  Zaczem 

sczeznął w otchłani, która wszystko pożera, a w starych rupieciach nade wszystko się lubuje. 

Dzwonek,  który  u  drzwi  dźwięcznie  zaterkotał,  rozradował  Herakliusza:  oto  z 

pogodnym  umysłem  przywita  przyjaciela  czy  też  gościa  i  opowie  mu  o  śmiesznym  swoim, 

wczoraj  dopiero  minionym  obłędzie.  Nie  był  to  jednak  ani  przyjaciel,  ani  gość,  tylko  brat 

Merkurego,  w  potocznej  mowie  zwany  posłańcem,  który  przyniósł  list  i  przedmiot  jakiś, 

starannie owinięty w starą gazetę, hebrajskimi drukowaną literami, wskutek czego nie możemy 

nic powiedzieć o jej kierunku politycznym, i jej zasadach społecznych. 

Gdybyśmy napisali dokładnie o tym wszystkim, co teraz nastąpiło, byłaby to blada i 

niezdarna kopia opisu trzęsienia ziemi. Każde słowo miałoby zapach krwi i obłąkane oczy furii. 

Zadrżałby czytelnik, a papier spłynąłby łzami, dlatego należy powiedzieć krótko, że Herakliusz 

otrzymał  list,  którego  treść,  wyłuskana  jak  ziarno  ze  skorupy  orzecha,  oznajmiała  miłą 

niespodziankę:  „…ponieważ  widziałem  parokrotnie,  jak  długo  podziwiasz  wazon  z 

Napoleonem, chociaż pojąć nie mogę, co w nim ujrzałeś nadzwyczajnego, jest to bowiem stary 

grat  bez wartości  (wazon, nie Napoleon!)  - posyłam ci  owo naczynie z miłą nadzieją, że ci 

sprawię przyjemność…” 

background image

Mój  przyjaciel,  nieszczęsny  Herakliusz,  siedział  podobien  wyrzezanemu  z  drzewa 

bałwanowi, co oczyma bez wyrazu wpatruje się w czarną wieczność. Przed nim stał wazon, 

dumny  i  zwycięski.  Cesarz  utkwił  zielone  oko  w  biednym  człowieku,  a  ręką  wyciągniętą 

wskazywał go wiernej gwardii, jak gdyby chciał powiedzieć: 

- Oto jest ten człowiek, którego rozniesiemy na bagnetach! 

Gwardia patrzyła ponuro, a konie szczerzyły zęby. 

Herakliusz poczuł trwogę. Nieczysta to była sprawa. Ohydne naczynie musiało mieć 

duszę złośliwą, jadowitą duszę, wstrętnie otyłą, jak jego brzuch; mieszkał w nim jakiś diabeł, 

zapomniany w Warszawie przez władcę tej piekielnej hałastry, Ernesta Teodora Amadeusza 

Hoffmanna.  Z  wazonem  tym  musiało  tu  wejść  jakieś  nieszczęście.  Coś  się  stanie,  jeśli  to 

straszne  naczynie  będzie  sterczało  na  stole,  szpetne,  jadowite,  złością  brzydkie.  Należy  je 

zniszczyć, rozbić na okruchy albo lepiej jeszcze zetrzeć w proch i rozsypać na cztery wiatry. 

Herakliusz spojrzał złym wzrokiem, zadrgał od wściekłości i wyciągnął drapieżne ręce. Nagle 

zakotłowało mu się w głowie. Wazon zaczął róść i olbrzymieć; konie rżały, grenadierzy wydali 

lwi ryk, a Napoleon wykrzykiwał coś chrapliwym głosem. Nieszczęsny człowiek cofał się w 

przerażeniu, potem objąwszy głowę rękami zaczął wołać głośno, aby przekrzyczeć tamtych: 

- Zwariowałem! 

Nikt nigdy treściwiej i dokładniej nie wyraził prawdziwego stanu swego ducha. Zdaje 

się, że ujęty tym Cesarz nakazał ciszę i kazał wazonowi do właściwych powrócić rozmiarów, 

co też znacznie umniejszyło doraźny obłęd niewinnego człowieka, którego ścigał głupi, lecz 

zbrodniczy wazon. Pozwoliło mu to na zwołanie rozpierzchłych myśli, jak myśliwiec zwołuje 

ogary,  gdzieś  daleko  po  lesie  rozbiegane.  Z  okruchów  i  skorup  świadomości  (porównanie 

pochodzi z dziedziny ceramicznej ze względu na ów wazon nieszczęsny) udało mu się sklecić 

pomysł, aby się pozbyć potwora, natychmiast, bez najmniej zwłoki. Zmienił hebrajską gazetę 

na polską wprawdzie, lecz bardzo filosemicką, i drżącymi rękami uczynił z niej pokrowiec dla 

tej ohydy, po czym czym prędzej wyprawił ją w świat, korzystając z imienin jednej aktorki, 

która  tyle  już  w  sobie  miała  fałszu,  że  w  żaden  sposób  nie  mogła  odkryć  fałszywego 

pochodzenia tego „muzealnego” przedmiotu. 

Byłoby  zbrodnią  nużenie  czytelnika  epicką  szerokością  opowieści,  która  przybrała 

kształt owego tajemniczego węża, co na dziwnych wizerunkach wyobrażony jest w ten sposób, 

że  w  krąg  zwinięty,  w  zębach  własny  trzyma  ogon,  a  nikt  mu  nie  może  wytłumaczyć,  że 

pozycja ta nie ma wielkiego sensu. Historia ta w skrócie nagłym jak nieszczęście wygląda tak: 

Herakliusz  posłał  wazon  aktorce,  aktorka  posłała  to  paskudztwo  swojej  koleżance  z 

lekką  nadzieją,  że  ją  krew  zaleje,  koleżanka  ofiarowała  go  porucznikowi  ciężkiej  artylerii, 

background image

porucznik  ciężkiej  artylerii  dał  go  panience  lekkich  obyczajów,  panienka  posłała  go 

znajomemu  prezesowi  towarzystwa  zwalczania  prostytucji,  prezes  dał  go  swojej  żonie  na 

srebrne  wesele,  żona  dała  mu  za  to  w  pysk  i  ofiarowała  cudowny  ten  wazon  na  loterię 

dobroczynną  na  rzecz  drugiego  oddziału  trzeciej  sekcji  Towarzystwa  Św.  Bonawentury. 

Ponieważ  mój  przyjaciel  Herakliusz  kupił z  towarzyskiej  jakiej  rozpaczy  dziesięć  losów  tej 

loterii, dnia 20 grudnia br. o godzinie 10 wieczorem wygrał wazon z zezowatym Napoleonem. 

Dnia 21 grudnia wazon został mu uroczyście przyniesiony do domu. 

Mistyczny wąż zwinął się tak przedziwnie, że zębami złapał się za ogon. 

Człowiek,  mający  odrobinę  poczucia  honoru,  tyle  razy  wykpiony  przez  wazon  bez 

ucha, strzeliłby sobie w łeb; człowiek, mający odrobinę poczucia humoru, uczciłby kwiatami 

powrót tego złośliwego draba. Herakliusz niczego nie uczynił, miał bowiem jedynie poczucie 

strachu: wazon nie chciał go opuścić. Wazon go prześladował. Łączyła ich wspólna nienawiść, 

niepojęta  złość,  ponury  gniew.  Patrzyli  na  siebie  przez  całe  godziny;  człowiek  spoglądał 

spojrzeniem  mściwym,  rzecz  patrzyła  wzrokiem  tępym,  upartym,  zabójczo  nieruchomym. 

Herakliusz już jej nie chciał rozbijać w proch, lecz dziesięć razy mierzył do niej z rewolweru, 

jak  gdyby  stał  przed  nim  wróg  żywy,  któremu  można  zadać  ból  przed  śmiercią.  Budził  się 

wśród głuchej nocy, nasłuchując, czy to tępe bydlę nie zbliża się ku niemu, aby go zabić; kiedy 

powracał do domu, patrzył niespokojnie, czy z nagła oszalałe nie zniszczyło mu mieszkania. 

Nienawidził go tak, jak by nie potrafił nienawidzić człowieka, fen wazon ssał z niego zdrowie, 

oduczył  go  radości,  nauczył  strachu,  potargał  mu  nerwy,  a  pozbyć  go  się  nie  mógł.  Po  co? 

Przecie znowu powróci. Musi powrócić… 

Tępym wzrokiem przeglądał gazetę, aż dojrzał w niej słowo „wazon”. Przetarł oczy i 

czytał: 

Poszukiwany wazon z odbitym jednym uchem. Z jednej strony Napoleon podczas bitwy, 

z  drugiej  -  lira  wśród  kwiatów.  Rzecz  bez  żadnej  wartości,  cenna  dla  poszukującego  jako 

wzruszająca pamiątka rodzinna. Prosi się o wiadomość… itd. 

Herakliusz podniósł się powoli i zbliżył do wazonu. Znał każdą na nim kreskę, każdy 

ślad,  wdzięcznie  zostawiony  przez  muchy,  co  uchodzić  mogło  wśród  roju  granatów  za  nie 

wystrzelony  pocisk.  Obejrzał  go  jednak  ze  śmiertelną  powagą.  Nie  mogło  być  pomyłki;  na 

całym  świecie  nie  mogły  istnieć  aż  dwa  takie  monstra,  gdyż  świat  oszalałby  albo  w  łeb 

strzeliłby  sobie  z  najbliższego  słońca.  Wielkie  westchnienie  dobyło  się  z  piersi  mego 

przyjaciela, jak dudnienie z głębokiej wyschłej studni. Cudowna radość objęła go uściskiem, 

jak kochanka. Spojrzał Napoleonowi w oczy i rzekł dobitnie: 

- Waterloo! 

background image

- Povero pazzo! - mruknął Napoleon, a ponieważ Herakliusz nie rozumiał po włosku, 

dodał: 

- Sale bête! 

Po  wzruszającą  pamiątkę  rodzinną  zgłosił  się  człowiek  pełen  sentymentów,  bardzo 

jednak  ukrytych  w  twarzy  zarośniętej  jak  dżungla.  Oczki  miał  sprytne,  ruchy  niespokojne, 

szaty w trzecim stadium rozkładu. Przed nim, jak obłok, płynęła woń spirytusu, co oznacza 

nieomylnie, że człowiek miał ciężkie zmartwienie. Równie doskonałym powodem tej dziwnej 

woni mogła być i radość z odzyskania skarbu ojców i dziadów. Oto przyczyny odmienne, a 

skutek ten sam. Jeden filozof twierdzi, że świat powstał z wody, a inny, że z ognia. 

Herakliusz  przywitał  go  jak  brata.  Przybysz  płakał  z  wielkiego  rozczulenia  i 

opowiedział historię smętną, jak to niedawno z trudem wyrwał się z Rosji, gdzie był cesarskim 

szambelanem.  Wazon,  ukochany  jego  wazon,  przywędrował  przed  nim,  powierzony 

szczęśliwemu przyjacielowi, co już umarł. Teraz odnajduje pamiątkę i dlatego płacze. Obejrzał 

ją pilnie i uśmiechnął się. Ile Herakliusz żąda za tę mizerotę? Nic? To niemożliwe! Choćby pięć 

złotych, choćby dwa. 

- Ja bym panu coś jeszcze dopłacił - rzeki Herakliusz. 

- Nigdy! nigdy! - płakał zacny człowiek. - Skoro pan nie chce pieniędzy, to niech mnie 

pan da „rozpiskę”, że wazon do mnie należy i że pan pretensji żadnej nie ma. 

Herakliusz porwał pióro i pisał. Każde słowo migotało jak brylant, każde śmiało się na 

głos. Przybysz przeczytał, otarł oczy i objął wazon miłośnie. 

- Pan pozwoli? 

- Na co mam pozwolić? 

- Abym tu rozbił to draństwo… 

Herakliusz  spojrzał  ze  zdumieniem  na  człowieka,  który  pamiątkę  rodzinną  chciał 

rozbić, jak własne serce. Tamten jednak uśmiechnął się wesoło i grzmotnął wazonem o brzeg 

stołu.  Po  czym  zaczął  pilnie  grzebać  wśród  skorup  i  z  tych,  które  były  dnem  przeklętego 

wazonu, wydobył coś bardzo migotliwego. 

- Co to? - szepnął mój przyjaciel Herakliusz. 

-  Brylant!  -  zaśmiał  się  gość.  -  Gipsem  był  zalany  i  ocalał.  Przez  długie  lata  ja  jego 

szukał i „taki” znalazł! Biednemu człowiekowi przyda się… 

Herakliusz spojrzał błędnym wzrokiem i zdało mu się, ze miły pijaczyna ma jedno oko 

zielone, a drugie - złote. Więc zbliżył się do ściany i zaczął o nią tłuc głową długo, długo, długo. 

background image

S

PRAWA O POCAŁUNEK

 

Pociąg  ma  ruszyć  za  chwilę,  dlatego  lokomotywa  sapie  z  wielkiego  gniewu  w 

oczekiwaniu  ciężkie]  pracy.  Odprowadzający  patrzą  ukradkiem  na  zegar,  czas  już  bowiem 

największy, aby pociąg udał się w drogę; wszyscy wszystko już sobie powiedzieli i nudzą się 

wzajemnie, odprowadzający i odprowadzani. 

W  przedziale  drugiej  klasy  zajęła  miejsce  tuż  przy  oknie  nadobna  panienka;  jest 

samotna  i  pragnie  być  samotna.  Złożyło  się  tak  szczęśliwie,  że  omijano  zajęty  przez  nią 

przedział,  a  ponieważ  pociąg  pręży  się  już  od  pierwszego  największego  wysiłku,  mało  jest 

prawdopodobieństwa, aby ktoś wszedł w ostatniej chwili. Panienka zerka przez okno: wszyscy 

pożegnali  się  już,  nawet  ci,  którym  ciężko  było  rozstać  się;  rozpoczęło  się  powiewanie 

chusteczkami, białym symbolem ciężkiej żałoby i nieotartych łez, przypominające niecierpliwe 

odpędzanie much i komarów; w ten sposób żegnają się krewni. 

Pociąg stęknął i jak leniwa gąsienica zaczął posuwać się powoli. 

Będę sama! - pomyślała panienka, oceniając astrze wielkie powaby samotności podczas 

podróży, wedle starej  jak kolej żelazna zasady,  że nie ma  gorszego wroga niż towarzysz  w 

przedziale. 

- Pani pozwoli? 

Panienka  obejrzała  się  szybko.  Do  przedziału  wkroczył  młody  człowiek,  mocne 

zadyszany,  z  walizą  w  ręku;  musiał  wskoczyć  do  pociągu  w  ostatniej  chwili,  co  się  zdarza 

często Anglikom i młodym ludziom. 

Panienka  spojrzała  na  niego  niechętnie,  jak  szczęśliwy  spadkobierca  na  nowego 

pretendenta do spadku, i nie odrzekła ani słowa. 

Młodzieniec mile uśmiechnięty uchylił kapelusza i zapytał wcale melodyjnym głosem: 

- Czy te miejsca są wolne? 

Zdaje się, że nigdy nie zdarzyło się jeszcze, aby ten, który zajął przedział, odpowiedział 

przybyszowi wprost: „Ależ tak, oczywiście!” - albo: „Bardzo proszę” - zazwyczaj odpowiada 

się mruknięciem albo monosylabą; ludzie niezwykle uprzejmi odpowiadają: „Myślę, że tak!”; 

Żyd mówi: „Może są wolne, a może zajęte, skąd mam wiedzieć?” 

Panienka  zajęła  swoje  miejsce,  aby  zaznaczyć  niezbicie  uczciwe  do  niego  prawo, 

wreszcie rzekła sucho: 

- Jak pan widzi… 

- Dziękuję pani - odrzekł młodzieniec. 

background image

Cisnął walizkę, zdjął okrycie i kapelusz i zajął miejsce naprzeciwko panienki, patrzącej 

uporczywie w okno z dość wyraźnym zamiarem okazania natrętowi, że widok kozy, pasącej się 

w  przydrożnym  rowie,  jest  czasem  stokroć  milszy  od  widoku  człowieka,  który  w  ostatniej 

chwili wskakuje do pociągu. 

Młody człowiek uśmiechał się bezustannie, rad widać z tego, że mu się jednak udało nie 

pozostać na stacji. Jest to radość dość zrozumiała, nie tak jednak głęboka, aby się nią dzielić z 

bliźnimi,  co  młodzieniec  uczynił  nieopatrznie,  przystroiwszy  wprzódy  każde  słowo 

przyjemnym uśmiechem, jak kwiatkiem: 

- Omal się nie spóźniłem… 

Ponieważ  trudno  było  przypuścić,  że  z  tą  radosną  przemową  zwraca  się  do  własnej 

walizki, przeto panienka, jako jedyna prócz niego istota w przedziale zdolna do zrozumienia 

ludzkiej mowy, osądziła słusznie, ze młodzieniec zwraca się wprost do niej. Z miną obrażonej 

królowej,  do  której  śmiał  przemówić  -  nie  pytany  -  jej  pokojowiec,  spojrzała  na  niego 

spojrzeniem, na którym z braku lodu można by przechowywać masło lub ryby przez dwa co 

najmniej tygodnie. Człowiek wrażliwy, stateczny i rozumiejący wymowę spojrzeń byłby bez 

żadnych  rozważań  zamienił  się  w  słup  soli  lub  co  najmniej  zamilknął  na  sześć  godzin. 

Lekkomyślny młodzieniec, wskakujący do pociągu podczas biegu, nie był - widać - zdolny do 

zrozumienia ostrego wyrzutu; jak tarczą osłonił twarz uśmiechem i rzekł wesoło: 

- Zdaje mi się, że przeszkadzam pani… 

Panienka zamieniła po raz drugi piękne oczy w dwie okruszyny lodu, ujrzawszy jednak 

rozpromienione niebieskie spojrzenie i uśmiech, błąkający się dokoła czerwonych ust, zimną 

swoją niechęć zamknęła w jednym tylko słowie: 

- Bynajmniej… 

- Dziękuję pani! - odrzekły jej wesoło oczy, usta i cały młodzieniec. 

Pociąg  wystukiwał  rytmy  po  szynach,  jak  tępy  z  żelaznym  łbem  uczniak  wystukuje 

heksametry. Panienka patrzyła w okna, w letni, żytni dzień, co po polach leniwo się wałęsał, 

młodzieniec patrzył  na panienkę i  najwyraźniej widział wiosnę, wcale bujną i  rozkwieconą, 

chociaż  w  tej  chwili  pełną  mroźnego  podmuchu.  Wreszcie  panience  znudziła  się  ojczysta 

panorama,  przeniosła  więc  wzrok  na  przyrząd,  oznajmiający,  ze  za  pociągnięciem  żelaznej 

rączki  w  lewo  będzie  ciepło,  a  za  przesunięciem  jej  w  prawo  będzie  zimno.  Dowcipne  to 

urządzenie  nie  było  jednak  aż  tak  bardzo  dowcipne,  aby  mu  się  dziwować  przez  cały  czas 

podróży, przeto, pojąwszy jego tajemnicę, panienka obejrzała wytworną walizkę młodzieńca, 

dla której też cieplejszego nie znalazła spojrzenia, jego płaszcz i kapelusz, które obdarowała 

ironiczną  uwagą:  „Pewnie  nie  zapłacone”,  wreszcie  poczęła  pilnie  oglądać  końce  swoich 

background image

pantofelków,  z  nich  dopiero  po  dłuższej  chwili  przeniosła  ostrożne  spojrzenie  na  buty  płci 

męskiej. Ponieważ ze stanu i kształtu obuwia Sherlock Holmes jedynie umiał odgadnąć wiek, 

charakter i duszę właściciela, panienka patrzyła w czarną tajemnicę, związaną sznurowadłem, i 

nie odgadła nic więcej ponad to, że w butach tych tkwią nogi. Czuła natomiast, że w tym czasie 

młodzieniec obejrzał ją dokładnie i, przenosząc jej widok ponad widok mazowieckiej równiny, 

nie odejmuje od niej spojrzenia. Wedle rozsądnego jej rozumowania byłby głupi, gdyby tego 

nie czynił, jest jednak bezczelny, że to czyni. O tym pierwszym należy zamilczeć, o tym drugim 

jednakże  należy  mu  powiedzieć  spojrzeniem,  pełnym  zdumionej  pogardy,  W  tym  celu 

przeniosła wzrok z jego butów na jego twarz, aby po oznajmieniu oczyma tego, co miała zamiar 

oznajmić, powrócić znów do butów, jasno mu tym dając do poznania, że biegun północny jego 

osoby jest dla niej tak samo zajmujący, jak i południowy. Kiedy jednak spojrzała w jego oczy, 

dostrzegła taki zachwyt, usłyszała w jego wzroku taki okrzyk radości, że ją ogarnął niepokój. 

Szybko przeniosła wzrok na pola, chcąc z widoku macierzystej ziemi zaczerpnąć aa do obrony 

przed  tą  zachwyconą  niebieskością  spojrzenia.  Przelatująca  wrona,  czarny  kleks  na 

słoneczności dnia, przypomniała jej, że należy patrzeć czarno na to, co jest zbyt niebieskie i 

zbyt  uśmiechnięte.  Tak  rozumnie  i  w  czas  ostrzeżona,  przelotnie,  lecz  już  śmielej,  musnęła 

spojrzeniem wytworną młodzieńczą postać, która poruszyła się niespokojnie, jakby szukając 

najbardziej kwietnych słów w ogrodzie swego zachwycenia. 

Młodzian musiał je znaleźć, gdyż rzekł niezmiernie kwieciście: 

- Czy pani daleko jedzie? 

- Daleko… - odrzekła po namyśle, ale bez gniewu i trwogi. 

- Och, to dalej jeszcze niż ja! 

- A pan… pan dokąd? 

- Na razie do raju. 

Panienka wydęła usta,  co w języku międzynarodowym  oznacza, że jeśli  to  miał  być 

dowcip, to wcale głupi, a jeśli komplement, to płaski jak pierś chłopczycy. 

- Po cóż panu w takim razie walizka? - rzekła z politowaniem. 

- Mam w niej anielskie skrzydła - zaśmiał się młodzieniec. 

Miły  chłopiec,  przystojny  chłopiec,  ale  bałwan  -  pomyślała  panienka  z  odrobiną 

sympatii. 

Sympatia  musi  wydzielać  z  siebie  leciutką  woń  kwiatu,  gdyż  młodzieniec  poczuł  ją 

natychmiast, przeto pokazał białe zęby w szerokim uśmiechu. 

- Pani pozwoli, że się przedstawię - rzekł powstając. 

- Broń Boże! - zawołała panienka. 

background image

Młodzieniec ukrył czym prędzej zęby, szerzej natomiast otwarł oczy, co na scenie i w 

kinematografie oznacza zdziwienie nagłe i niespodziewane. 

-  Jest  pan  bardzo  uprzejmy  -  dodała  szybko  panienka  -  ale  niech  mi  pan  nie  mówi 

swojego nazwiska. 

- Czy wolno wiedzieć, dlaczego? 

- Bo ja wtedy powinnam panu powiedzieć swoje, a ja… a ja… tego nie uczynię. 

Nazywa się Apolonia Rozporek - pomyślał młodzieniec, a głośno powiedział: - Bardzo 

słusznie. Czy jednak możemy rozmawiać incognito? 

- Rozmawiać zawsze wolno… 

- Znajomym byłoby łatwiej… 

-  Dlaczego?  Pan  nie  wie  nic  o  mnie,  ja  nie  wiem  nie  o  panu,  a  wzajemna  wymiana 

nazwisk też by niewiele pomogła. Pociąg nie jest salonem, a za dwie godziny pożegnamy się 

uprzejmie. 

- Bardzo to para. roztropnie wywiodła. Czy pani jest mężatką? 

- Nie wiem… 

- Czasem kobieta istotnie nie wie, czy ma męża, zdarza się jednak, że zdaje sobie z tego 

sprawę. Ja na ten przykład wiem, że nie mam żony. Czy pani nie ma przypadkiem obrączki? 

- Proszę spojrzeć, nie mam. 

- To niczego nie dowodzi. Ten symbol małżeński jest mało dowcipny, gdyż go można 

każdej chwili usunąć. Jacyś Murzyni są sprytniejsi i wybijają mężatkom w dniu wesela dwa 

przednie zęby. 

- Dziękuję panu. 

- Jest to oczywiście nieco zbyt jaskrawy sposób oznajmiania całej Afryce, że kobieta nie 

jest już wolna, można by jednak w jakiś sposób utrwalić znak małżeński. 

- Na przykład? 

-  Na  przykład  przez  tatuowanie;  małżonkowie  powinni  mieć  na  palcach  obrączkę 

wytatuowaną, aby jej nigdy zdjąć nie można. 

- A w razie rozwodu? 

- W razie rozwodu? Zaraz… co należałoby zrobić w razie rozwodu… Mam! Trzeba by 

odciąć palec. 

- Pan jest bardzo wesoły - zaśmiała się panienka. 

- Ze śmiechu pani poznaję, że pani jest panienką. Mężatka oburzyłaby się, rozwódka 

cisnęłaby walizką w moją głowę, rozwódka trzykrotna uciekłaby z krzykiem. Miło mi, że pani 

jest panną. 

background image

- Nie wiem, dlaczego jest panu miło… 

- Bo pani jest śliczną panną! 

Panienka ukryła się za rumieńcem, jak słońce za różowym obłokiem. 

- Może pan swoje sądy zachowa dla siebie. 

- Nie mogę! Nawet więcej pani powiem… 

- Proszę przestać! 

- Zaraz, tylko dokończę. Oto bardzo jest źle, że z pociągu nie można zatelegrafować do 

Ojca świętego mniej więcej tak: „Ojcze święty… W pociągu śliczna panienka. Stop. Chcę się 

żenić. Stop. Proszę dyspensę”. W Częstochowie byłaby już odpowiedź: „Ależ bardzo proszę!” 

Ślub odbyłby się w Szczakowej na stacji, bo tam pociąg długo stoi. Czy to nie byłoby piękne? 

Co pani na to? 

- Niech pan telegrafuje do Ojca świętego, a ja zawołam konduktora. 

- Na świadka? 

- Nie. Poproszę go albo o inny przedział, albo o innego towarzysza podróży, 

- Czy panią obraziłem? 

- Zdaje mi się, że tak. 

- Mój Boże, chciałem się przedstawić - nie chce pani. Chcę się żenić - nie chce pani, Czy 

wolno wiedzieć, czego pani pragnie? 

- Aby pan przestał mówić. 

- Już przed ślubem? Na to będzie dość czasu po ślubie. 

- Czy pan kpi, czy o drogę pyta? 

-  Kpić  nigdy  nie  śmiałbym,  a  o  drogę  w  pociągu  pyta  tylko  zupełny  kretyn. 

Przepraszana, czy ja się pani podobam? 

Panienka milczała. 

- Więc się pani podobam! 

- Ależ… 

- Nawet bardzo. 

- Jak pan śmie! 

- Śmiem, bo mam czystość w sercu, a zajączki w głowie. 

- Nie myślę przeczyć. 

- I to już coś. Niewiele, ale coś. Lepiej, że pani poznała moje wady, aby rozczarowanie 

nie było zbyt przykre. 

- Nic mnie nie obchodzą pańskie wady ani pańskie zalety. 

background image

- Mam tę jedną tylko, że uwielbiam panią od Milanówka, a ,za chwilę będzie Piotrków. 

W Piotrkowie uwielbienie moje dojdzie do punktu wrzenia. Wobec tego w Krakowie… 

- W Krakowie nałożą panu kaftan bezpieczeństwa. 

- Powinni to zrobić, ale pani wstawi się za mną. 

- Ja?! 

-  Oczywiście!  Któż  inny?  Będzie  to  okruszyna  wdzięczności  za  moje  gorące 

uwielbienie. 

Panienka niecierpliwym ruchem wcisnęła się w kąt i przymknąwszy oczy udawała, że 

śpi. 

- Czy pani już śpi? 

Nie było odpowiedzi. 

-  To  dobrze  -  rzekł  młodzieniec  ściszonym  głosem  -  będziemy  mogli  spokojnie 

porozmawiać. Otóż, uważa pani, jestem uczciwym człowiekiem, szukającym wielkiej miłości. 

Nigdzie jej znaleźć nie mogłem, z tego zwyczajnego powodu, że miłości ani się nie szuka, ani 

jej  nie  można  znaleźć.  Miłość  spada  na  biednego  człowieka  jak  jastrząb,  porywa  serce  w 

szpony i leci pod obłoki. Ja moją wielką miłość spotkałem najniespodziewaniej właśnie dzisiaj, 

o  godzinie  drugiej  pięćdziesiąt  w  pociągu  pośpiesznym  Warszawa-Kraków.  Może  to  moje 

wielkie  nieszczęście,  a  może  wielkie  szczęście.  Myślę  raczej,  że  nieszczęście,  gdyż  moja 

wielka miłość śpi. „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Czy można wyrazić większą boleść treściwiej 

niż w tym powiedzeniu? Gdyby moja wielka miłość była łaskawa i gdyby miała odrobinę serca, 

otwarłaby przynajmniej jedno oko albo uśmiechnęła się przynajmniej na większych stacjach. 

Hal Cóż robić? Wyczerpałem wszystkie pomysły i wyczerpałem całą moją wymowę, Pozostaje 

mi jedno tylko: wyskoczyć przez okno. 

Młodzieniec  otworzył  gwałtownie  okno  i  nie  bacząc  na  wyraźny  zakaz  kolei 

zabraniający  wychylania  się  podczas  biegu  pociągu,  wytknął  nieszczęsną  głowę  na  świeże 

powietrze. 

-  Co  pan  robi?  Czy  pan  oszalał!  -  krzyknęła  panienka,  chwytając  go  za  poły 

przyodziewku. 

- Nic nadzwyczajnego - odrzekł młodzieniec - szukam śmierci. 

- Proszę natychmiast zamknąć okno! 

- Czemu? 

- Bo… bo… wieje… 

background image

- Istotnie, bardzo wieje - rzekł młodzieniec, podnosząc zakurzoną szybę. - Ale ja sobie 

znajdę inny rodzaj śmierci. Wyskakiwanie z pociągu jest cokolwiek niepewne, gdyż mógłbym 

jedynie złamać nogę, a serce cierpiałoby dalej. 

- Niech pan zaprzestanie niemądrych żartów! 

-  Mądre  żarty,  są  to  ponure  żarty.  Ale  ja  pani  przerwałem  sen,  za  co  bardzo 

przepraszam. 

- Trudno spać, kiedy obok ktoś głośno bredzi. 

- A mnie się zdawało, że mówiłem bardzo cicho. Może to moje serce tak płakało… Ale 

już nie będzie. Niech pani śpi spokojnie. 

- Nie wyskoczy pan przez okno? 

- Spróbuję nie wyskakiwać. 

- Nie będzie pan gadał? 

- Owszem, ale bez słów. Będę cierpiał w milczeniu. 

- Niech pan cierpi, jak się panu podoba. Do widzenia! 

- Jeszcze jedno! 

- Słucham… 

- Gdybym się pani przyśnił, niech się pani przez sen uśmiechnie? 

Panienka  spojrzała  na  niego  takim  spojrzeniem,  które  przypomina  ostry  nóż  do 

zarzynania  drobiu;  ułożyła  się  w  kącie  jak  kot,  a  twarz  przesłoniła  wiszącym  obok 

płaszczykiem. Młodzieniec patrzył na to wszystko rozanielonym wzrokiem, dość mętnym, aby 

nie widzieć, że panienka spogląda na niego ukradkiem przez dziurkę od guzika swego okrycia i 

patrzyła w ten sposób bardzo, bardzo długo, coraz to więcej zawiedziona; młodzieniec złożył 

ręce jak do modlitwy i z trudem zatrzymywał oddech, aby jej nie zbudzić. 

Taki przystojny i taki głupi! - szepnęło dziewczęce serce i usnęło razem ze swoją panią. 

Kiedy  otworzyła  oczy,  młodzieniec  trwał  jeszcze  w  tej  samej  nabożnej  pozycji, 

głębokim westchnieniem dając znać, że cierpiał, wstrzymując oddech przez czas dłuższy. 

- Gdzie jesteśmy? - spytała panienka. 

- Ja wciąż w raju, a pani przed Krakowem. 

- Cóż słychać w raju? 

- Nic nadzwyczajnego, najpiękniejszy anioł spał. 

- A pan? 

- Modliłem się, leżąc na obłoku. 

- Czas zlecieć z nieba. Czy pan wysiada w Krakowie? 

background image

- Chciałbym tam umrzeć, ale nie mogę. Natychmiast jadę dalej, jeśli jednak pani każe, 

zostanę w Krakowie. 

- Niech pan jedzie dalej! 

- Pani nie będzie żal? 

- Nie wiem… Był pan bardzo miły. 

- Och! 

- Co się stało? 

- Proszę pani! Uczyniłem to dla pani, że nie wyskoczyłem przez okno, nie oddychałem, 

kiedy pani spała, nie dowiedziałem się, kim pani jest, gdzie mieszka i co robi, zakochałem się w 

pani omalże śmiertelnie. Czy to wszystko prawda? 

- Prawdą jest to tylko, że ja spałam. 

- Za chwilę rozejdziemy się i zapewne nie spotkamy się nigdy. 

- Z całą pewnością! 

- Czy mi się za to nie należy nagroda? 

- Pan oszalał! 

- Prawie… Droga, śliczna pani! Już widać światła na stacji… Niech pani na wieczne 

pożegnanie… niech się pani… pozwoli pocałować!… 

Młodzieniec szybkim ruchem  zbliżył  się do panienki  i  wyciągnął  ramiona. Panienka 

krzyknęła  boleśnie,  jednym  skokiem  znalazła  się  przy  oknie  i  chwyciła  ręką  za  hamulec 

bezpieczeństwa. 

- Jeśli pan zbliży się do mnie, zatrzymam pociąg! 

Młodzieniec stał osłupiały i tępym wzrokiem patrzył na jej rumiane, groźne oburzenie. 

Panienka mówiła zdyszanym głosem: 

- Napastuje pan bezbronną kobietę… Jest pan brutalem… Proszę wyjść! 

Młodzieniec  ciężko  opadł  na  poduszki;  już  się  nie  uśmiechał  i  był  bardzo,  bardzo 

zbiedzony. Wstydził się. 

Jeśli zawoła policję, ładnie będę wyglądał - pomyślał rzewnie. 

Panienka  chwyciła  swój  płaszczyk  i  walizkę  i  zmierzała  ku  wyjściu.  Odwróciła  się 

jeszcze we drzwiach i cisnęła w nieszczęsną głowę ostatni kamień: 

- Bandyta! 

Pociąg wlókł się ostatnim tchem i wreszcie przystanął. 

Młodzieniec,  srodze  zadumany,  począł  powoli  obierać  swój  ruchomy  majątek.  Miał 

niesmak w duszy, a gorycz w sercu: obraził niewinność. Czekał, aż wszyscy opuszczą pociąg, 

jak gdyby wstydził się pokazać ludziom. 

background image

W tej chwili wszedł do jego przedziału tragarz. 

- Tu jest kartka do pana - rzekł. 

- Do mnie? Niemożliwe… 

- Jedna pani kazała oddać… 

Młodzieniec rozwinął karteczkę, na której bardzo pośpiesznym pismem napisała drżąca 

ręka: 

Mężczyzna, który nie ośmieli się pocałować kobiety, choć go ona wszystkimi sposobami 

do tego ośmiela, jest tchórzem. Szkoda, ze pan nie wyskoczył przez okno! Bałwan! 

- Czy panu słabo? - zapytał troskliwie tragarz. 

- Nie, przyjacielu - odrzekł młodzieniec - nie jest mi słabo, jest mi tylko głupio. 

 

background image

P

AN Z KOZIĄ BRÓDKĄ

 

Przyjaciel  mój,  miły  bardzo  poeta,  opowiedział  mi  tę  historię,  która  wygląda  na 

opowiadanie  patentowanego  wariata,  mającego  urzędowe  zaświadczenie  pomieszania 

zmysłów. Przyjaciel dawał mi trzy razy „najświętsze słowo honoru”, że w tej hecy brał udział. 

Gdyby raz, to może bym jeszcze jako tako uwierzył, ale trzy razy - to trochę za wiele. Ubocznie 

tylko  nadmieniam,  że  mój  przyjaciel  jest  to  pijaczyna  na  wielki  kamień.  Pod  tym  kątem 

widzenia rzecz się staje zrozumiała. Oto co mi ten bęcwał nabredził: 

Niedawno  oszołomiła  mnie  miła  wiadomość,  że  stary  kutwa,  po  którym  miałem 

dziedziczyć, zjadł pieczone prosię, niesłychaną ilość śliwek, a potem napił się lodowatej wody. 

Kiedy kto ma lat siedemdziesiąt, nie powinien tego robić, chyba że ma miłego spadkobiercę. 

Zemsta  natury  była  natychmiastowa  i  poczciwy  staruszek  umarł.  Z  rozrzewnieniem 

opowiadano mi, jak do ostatniej chwili zachował jasność i bystrość umysłu i jak z oszczędności 

zdmuchnął gromnicę na długą chwilę przed śmiercią. Zjadł też przed oddaniem Bogu ducha 

pieczone kurczątko, aby się nie zmarnowało. 

Ponieważ działo się to  w prowincjonalnym,  obskurnym  miasteczku, trzeba było  tam 

jechać, aby sprawdzić, czy dobry, stary człowieczyna naprawdę umarł, mogło i to być bowiem, 

że z oszczędności wpadł na dwa, trzy lata w letarg, aby nie marnować świec i obyć się bez 

jedzenia.  Spadek  -  rzecz  oczywista  -  był  na  ostatnim  planie  (!),  chociaż  tylko  w  małych 

miastach  bywają  duże  spadki.  Tam  zacni  nieboszczykowie  umieją  wieść  życie  skromne  i 

bogobojne, tańsze są lekarstwa i doktorzy nie tak łapczywi. Szczerze mi żal ludzi, którzy się 

spodziewają  spadku  choćby  w  Warszawie,  gdzie  koszty  śmierci  są  niepomierne,  i  spadek 

kurczy się jak jaszczur w powieści p. Honoriusza Balzaca. 

Ja z mojego uczciwego nieboszczyka byłem wcale zadowolony, tak że nie przeklinałem 

zbytnio  pobytu  w  szarym,  błotnistym  i  żydowskim  mieście.  Minę  miałem  przyzwoicie 

strapioną i nieboszczyk, jeśli na mnie spojrzał, mógł mieć chwilę prawdziwej radości. Temu 

zacnemu człowiekowi zawsze i we wszystkim się wiodło i nawet po śmierci miał szczęście, na 

takiego jak ja natrafiwszy spadkobiercę. 

Kiedy się stało oczywiste, że miły nieboszczyk, nawet gdyby się zbudził z letargu, nie 

zdoła  podźwignąć  niesłychanej  ilości  kamienistej  ziemi,  gdyż  robota  na  prowincji  nie  jest 

fuszerską  robotą  stołeczną,  a  grabarze  są  tam  dokładni  i  pracowici,  kiedy  dusza  Harpagona 

odeszła do raju w całej paradzie, bo we fraku, rozciętym na plecach, trzeba było pomyśleć, w 

jaki sposób ukoić żałość i zmartwienie. 

background image

Musiałem przez dwa dni jeszcze dreptać po bruku przyjemnego tego miasta. Mój zacny 

krewny, sam już w raju bezpłatnie wszelkich wspaniałych używający rozkoszy, nie mógł mieć 

do  mnie  pretensji,  że  jeszcze  za  swoje  pieniądze,  bo  jego  trzymały  w  uwięzi  niezliczone 

formalności,  chcę  pocieszyć  strapioną  i  niewyspaną  duszę.  Tylko  ludzie  źli  i  obłudni, 

otrzymawszy  spadek,  udają,  że  umierają  z  żałości,  człowiek  rozsądny  powinien  ucieszyć 

nieboszczyka, dając mu dowód, że jego skarbów źle nie użyje, lecz je spożyje w radości i w 

błogim  weselu,  że  uczyni  to,  jednym  słowem,  czego  on  uczynić  nie  umiał,  i  wskutek  tego 

mógłby mieć za grobem wyrzuty sumienia. 

Dość było trudno w małym mieście oszaleć. Można sobie było wprawdzie kazać podać 

do  obiadu  lody  ananasowe  i  hawańskie  cygaro,  takie  jednak  polecenie  nie  miało  sensu,  bo 

wywołałoby tylko zbiegowisko, zupełnie zresztą niepotrzebne, gdyż w całym mieście nie było 

ani  ananasa,  ani  hawańskiego  cygara.  Można  było  zakupić  wszystkie  pokoje  w 

pierwszorzędnym hotelu, co powinno wywołać sensację; i ten pomysł jednak również był bez 

sensu,  w  całym  bowiem  hotelu  były  tylko  dwa  pokoje,  a  w  jednym  stał  bilard,  który  od 

przypadku służył jako łóżko. 

Nie było to jednak miasto najgorsze. Źle jest sądzić z pozorów. Ostatecznie bowiem 

znalazła się rozrywka pierwszorzędna. W mieście tym gościł kabaret, tingeltangel, coś w tym 

rodzaju. Na zielonym papierze czerwoną farbą, koślawymi literami, udającymi litery druku, 

było wypisane, że w kawiarni „Japońskiej” odbywa się codziennie przedstawienie „monstre” 

najwybitniejszych gwiazd świata, artystek i artystów stołecznych. 

Ha! życie bucha radością jak gejzer. Nawet tu. 

W pobliżu miasta znajdowały  się  głośne w świecie kopalnie nafty,  więc środowisko 

ludzi  bogatych,  skłonnych  do  hazardu,  bardzo  przeto  szczęśliwych  lub  nieszczęśliwych.  Na 

obie te dolegliwości, na szczęście i na nieszczęście, wymyśliła natura jedno wspólne lekarstwo: 

szampana. Rzecz prosta, że po tak zawiłym wykładzie wniosek jest prosty, ten mianowicie, że 

nawet w tak obskurnym mieście kabaret, w którym można dostać szampana, mógł mieć widoki 

powodzenia. Człowiek rzadko pija naftę, z reguły jednak umie naftę zmienić w wino. Jest to 

boską  cechą  natury  ludzkiej,  że  wszystko,  dziegieć,  smołę,  sól,  sztuczny  nawóz,  kartofle  i 

pszenicę umie ona szybko, jednym gestem, używanym przez czarowników, zmieniać w wino. 

Nie bez trwogi jednak wchodziłem do wzniosłego lokalu, w którym szalało miejscowe 

życie.  Lokal  był  spelunką.  Historię  jej  można  było  wyczytać  na  tapetach.  Niezliczone 

pokolenia much umarły i pogrzebane są na „żyrandolu”; wspaniale lustro zdobiło jedną ścianę. 

Kiedy w to lustro, porysowane, pęknięte w samym środku żywota swojego, zamorusane i nie 

myte od chwili swoich narodzin, spojrzał człowiek - cofał się natychmiast przerażony. Było to 

background image

zaczarowane zwierciadło. Najbardziej urodziwa twarz czyniła się szpetna; oczy odbiegały od 

siebie, jak gdyby w nagłym przerażeniu; nos przybierał kształty niesamowite, usta rozszerzały 

się w okropnym cierpieniu, widziałeś upiora, który był zielony i straszny. Było to prawdziwe 

zwierciadło żywota, w którym wszelki szych i marność ziemska przybierały kształt właściwy. 

Z brudnej toni zwierciadła patrzył w ciebie upiór, śmiejący się szatańsko na temat: cha! cha! 

Z jednej strony sali, należycie śmierdzącej, był bufet. Na długim stole, obitym ceratą, 

tłusto się pocącą, tak że wszystkie wody wszystkich oceanów zmyć by jej do czysta nie mogły, 

stały jakieś szkła, jakieś wędliny i sery. Samobójca drgnąłby, zbliżywszy się do tej zastawy. 

Były tam rzeczy, radujące żołądek, były jednak i takie, które są radością oczu, a przez oczy 

radują  ducha.  W  metalowych  niewypowiedzianego  koloru  kieliszkach  barwiły  się  kwiaty. 

Sztuczne kwiaty, podobne do zakurzonej, uwiędłej, straszliwej zaśniedziałej cnoty. 

Po stronie przeciwnej ustawiono estradę, która przypominała nudny katafalk. Stało na 

niej  pianino,  w  którym  dusza  dawno  umarła,  a  targana  co  nocy  za  włosy  swoich  strun, 

wydawała spoza grobu chrapliwe, okropne, szczekające rzężenia. Pianino to bite po żebrach, 

torturowane z pasją przez ohydnego Torquemadę drżało  jak czarna trumna, w której  leżący 

nieboszczyk zwariował i wierci się z powodu wyrzutów sumienia, płakało, dostawało czkawki, 

jęczało basem głuchym i podziemnym, bulgotało spazmem, charkotało kaszlem uporczywego 

suchotnika, nagle zawyło, po czym odezwało się drewnianym głosem puszczyka, aż po chwili 

zaczęło kwilić cieniutkim, piskliwym, dreszcz budzącym głosikiem podrzutka, ciśniętego pod 

cudze drzwi na śniegu i mrozie; wszystkie zaś te głosy wstawały i umierały w rytmie, więc 

kiedy  zamknąłeś  oczy,  miałeś  widzenie,  że  oto  straszliwy  szkielet  wstał,  tańczy  i  pląsa 

radośnie, piszczelami sucho chrzęści i pomrukuje sobie, raz wysoko, raz nisko, a czasem nie 

może dobyć głosu z przepalonej śmiercią gardzieli, gdyż co drugi klawisz nie odpowiadał. W 

takim instrumencie musi być zaklęta dusza starej panny, która źle i bez wytchnienia grając na 

fortepianie, zatruwała życie sąsiadom. Teraz ją za to ciągną za włosy, każdym ruchem pedała 

gniotą jej łono, a ona skarży się biedactwo. 

Pianino to, jego dusza żałośnie jak głodny pies skamląca, musiało wzruszyć niejednego 

słuchacza; dlatego dobrzy ludzie, kiedy sobie w serce z winem naleją dobroci, użalą się zawsze 

nad  takim  instrumentem  i  jeden  leje  w  jego  wnętrze  wino,  drugi  kieliszek  koniaku,  inny 

sardynki w nie wrzuca, cytrynę, cygaro. A to zwierzę wszystko pożera i znowu płacze, i łka, i 

rzęzi, i flaki z siebie wśród wycia wypruwa. 

Za bufetem siedziała panna tłusta, przy pianinie mistrz bardzo chudy. Panienka miała 

piersi  takiej  niezwykłej  obfitości,  że  mogła  nimi  wykarmić  nie  tylko  małe  i  skromne  w 

wymaganiach niemowlę, lecz stu Tatarów, chciwie i bez opamiętania przez dzień cały kobyle 

background image

mleko pijących. Aż dziw brał, że w jej pobliżu mógł się uchować ktoś tak bardzo chudy jak to 

widmo, piszczelami palców tłukące w piszczele klawiszów. Od samego patrzenia na tę miłą 

panienkę  można  było  przybrać  na  ciele.  Siedziała  za  tym  bufetem,  ponura  jak  sowa,  licząc 

kostki cukru i plasterki cytryny. Ilekroć spojrzał kto na nią, uśmiechała się jak ropucha, kiedy 

sobie przypomni kochanka. 

Ponieważ była to niedziela, w spelunce było sporo gości, nie tak wielu jednak, aby ich 

to biedactwo spoza bufetu nie mogło zmieścić na swoim łonie bez wielkiego trudu. 

U wejścia przywitał mnie dyrektor kabaretu. 

Ujrzawszy tę twarz, wzdrygnąłem się. Indywiduum było we fraku, którego cokolwiek 

wytworny  nieboszczyk  nigdy  na  siebie  nie  pozwoliłby  włożyć.  Wierzgałby  jak  koń.  W 

brudnawym gorsie, widocznie przyczepionym do niewidzialnej koszuli, tkwiły dwa bezczelne 

szkiełka, zrobione na brylanty. Spodnie ułożone były w harmonijkę. Indywiduum miało jednak 

twarz niezwykłą. Był to starszy już pan, sędziwy, z bródką szczecinowatą, podobną do koźlej. 

Oczy miał bystre, czarne i mądre. Na twarzy bladej i niezwykle inteligentnej widniały głębokie 

bruzdy, jakby ślad po cierpieniu, co przez tę twarz o szlachetnym wyrazie przeszło jak ostry 

pług. Czoło wysokie, mądre, czoło człowieka myślącego i nieustannie trapionego czymś, co się 

w  nim,  w  głębokim  wnętrzu  tłamsi  i  przewala.  Była  to  twarz  zabiedzona,  bladością  swoją 

przechodzącą w siność, niepokojąca, brzydka, a jednak w brzydocie swojej pociągająca. Miało 

się wrażenie, że to wielki pan, rasowy szlachcic, pobity jakimś nieszczęściem, przywdział frak, 

ohydny i zatłuszczony, i na dnie życia żeruje, aby żyć. 

Jedno w tej twarzy dziwacznej było naprawdę śliczne - to uśmiech. Uśmiech smutny, 

cichy, jakiś rozrzewniony, miły i dobry, a równocześnie zbolały i ironiczny, uśmiech zimnej, 

dotkliwej pogardy nie schodził z pergaminu tej twarzy i wciąż się błąkał, wciąż się wił wkoło 

kącików ust. 

Człowiek ten wyglądał jak stary arystokrata, co się zabłąkał do zbójeckiej spelunki. 

Kiedy wszedłem, ocenił mnie jednym ruchem mądrych swoich oczu i szybko podszedł 

ku mnie. Wtedy zauważyłem, że chromał silnie. 

Z ukłonami podprowadził mnie do stolika w pobliżu bufetu, spoza którego spływał ku 

mnie dziewiczy, lecz tłusty i gęsty jak zjełczałe masło, uśmiech. 

Pan  z  kozią  bródką  widocznie  mnie  wyróżniał  z  niewielkiej  gromadki  gości  tak 

rozbawionych, jak gdyby to był raut paralityków albo doroczne święto w klubie samobójców. 

Atmosfera była ciężka, duszna i parna. 

Pan dyrektor objaśnił mnie, że straciłem dwa numery programu, lecz że nie mam czego 

żałować,  gdyż  były  słabe.  Za  chwilę  jednak  zaczną  się  atrakcje  wyborowe,  wobec  czego 

background image

słuszne wydało się pytanie, czy będę jadł kolację w tym wytwornym zakładzie? Nie, nie będę 

jadł kolacji. Kto jednak przychodzi do kabaretu, ten szuka pewnie podniety do szaleństwa i 

takiemu  pewnie  jest  wszystko  jedno.  Komu  jest  wszystko  jedno,  ten  się  zwykle  upija.  Nie 

miałem wprawdzie do tego najmniejszej ochoty, łatwiej jednak zwlec dwie godziny z butelką, 

niż  bez  niej.  Do  butelki  można  gadać,  a  ona  nie  odpowiada,  słusznie  też  najwięksi  mędrcy 

uznali flaszę za jedyną towarzyszkę, godną człowieka. 

Wobec tego zwróciłem się do sympatycznego dyrektora, który z uśmiechem łagodnym i 

mądrym czekał rozkazów. 

- Jakie macie wina? 

- Najgorsze na świecie - odrzekł łagodnie dziwny ten człowiek. 

Odpowiedź była imponująca. 

Uśmiechnąłem się. 

- Dobrych win nie ma już nigdzie - mówił on - łajdactwo ludzkie nie uszanowało nawet 

wina. Cóż możemy panu dać? Trochę wody sodowej z drożdżami i z landrynkami. Jak pan 

każe, aby się to paskudztwo nazywało? Nazwy są stare i autentyczne. 

Spojrzałem z podziwem na tego szczerego człowieka i on w tejże chwili spojrzał mi w 

oczy. Coś mnie tknęło. Tę ciekawą i niezwykłą twarz już gdzieś widziałem. Ale gdzie? 

- Przed dwoma dniami, panie! - rzekł cicho dyrektor. 

- Co się stało przed dwoma dniami? 

- Widział mnie pan w domu swego wuja. 

Stropiłem się. Cóż za indywiduum? Czyta w myślach, czy co? 

- Pan jest odgadywaczem myśli? 

-  Bynajmniej,  ale  grymas  twarzy  człowieka,  który  chce  sobie  coś  przypomnieć,  jest 

bardzo łatwy do odczytania. W tej chwili zaś mógł pan zajmować się tylko moją mizerną osobą. 

Wszak to jasne! 

- Tak, to jasne… Niech pan usiądzie, panie dyrektorze. 

-  Dziękuję  bardzo.  Jest  pan  bardzo  uprzejmy.  Za  chwilę  odrabiam  mój  numer  na  tej 

przeklętej estradzie, ale mam jeszcze czas… 

Przynieśli jakiegoś nowo narodzonego szampana, straszliwa zaś Fizjonomia kelnera, na 

której  widok  zadrżałby  z  radości  każdy  sędzia  śledczy,  zapytywała  mnie,  czy  nalać  także 

dyrektorowi? Kazałem nalać skwapliwie. 

- Musi pan pić to, co pan sam nawarzył - rzekłem, wcale tym pocieszony, że znalazłem 

wspólnika  do  nieszczęścia,  szampan  tak  bowiem  wyglądał  w  istocie  jak  nieszczęście.  Byt 

background image

bladożółty jak człowiek, który z rozpaczy nie śpi, cierpki jak beznadziejnie chory, kwaśny jak 

człowiek chory na wątrobę i czuć go było korkiem. Wysoka marka, jednym słowem. 

- Pije się nie wino, tylko radość, która chodzi za winem i pije się duszę człowieka przy 

winie - rzekł dyrektor. 

- Pięknie powiedziane… Więc ja pana widziałem na pogrzebie mojego wuja? Tak, teraz 

sobie przypominam… Czy pan był jego przyjacielem? 

- Nie miałem zaszczytu znać tego dostojnego człowieka. 

- Aj! Dlaczegóż tedy miał pan taką zmartwioną minę? 

- Jednego człowieka mniej na świecie, chociaż to mały powód do żałości. Właściwie to 

ja dlatego byłem zmartwiony, że to kogoś innego chowają, a nie mnie. 

- No! no! A któż była ta pani w grubej żałobie, którą pan prowadził pod rękę, co tak 

bardzo płakała? 

- Chciał pan pewnie powiedzieć „gruba pani w cienkiej żałobie”. To była moja żona. O, 

siedzi w tej chwili za bufetem. 

- Niepodobna! A cóż żonę pańską łączyło z moim wujem? 

- Nic. 

- Nie rozumiem! Więc czemu ta kobieta płakała? 

- Bo to, widzi pan, ja jestem równocześnie przedsiębiorcą pogrzebowym… 

- O! o! o! 

-  Tak,  panie.  Miałem  zaszczyt  własnoręcznie  brać  miarę  z  nieboszczyka,  pragnąłem 

bowiem,  aby  trumna  była  wygodna.  Nie  będę  dodawał,  że  czyniłem  to  z  całą  możliwą 

delikatnością, aby zbytnio szanownego nieboszczyka nie miętosić, jak to jest w zwyczaju. Pan 

pojęcia  nie  ma  o  brutalnej  bezceremonialności,  z  jaką  się  zazwyczaj  ci  szakale,  którzy 

urządzają pogrzeb, odnoszą do dostojnych zwłok. 

- A pańska żona? 

-  Udział  mojej  żony  w  tym  smutnym  obrzędzie  był  raczej  natury  artystycznej.  Moja 

żona była kiedyś aktorką i grywała żałośliwe i rzewne role. Matka, której jednego dnia umarło 

siedmioro dzieci nie potrafi tak zapłakać, jak to bez najmniejszego powodu potrafi ta genialna 

kobieta…  Czy  pan  pozwoli,  że  poślę  jej  szklaneczkę  tego  podłego  wina.  Należy  się  to  jej 

talentowi… 

- Ależ proszę, całą butelkę! 

- Dziękuję panu. Butelka w istocie większą jej sprawi radość, niż taki naparstek. Niech 

to będzie zapłata za jej rzewne łzy, którymi skropiła wujowi pańskiemu drogę do wieczności. 

- Ale skąd te łzy? 

background image

- Właśnie chcę panu powiedzieć. Dostojny i czcigodny nieboszczyk jak panu pewnie 

wiadomo,  nie  odznaczał  się  zbytnią  hojnością.  Sądzę,  że  nie  obrażę  pańskiego  bliskiego 

krewnego, jeśli powiem obrazowo, że pies byłby go nawet opuścił, nie mogąc w domu pana 

znaleźć kości do ogryzienia, gdyż pan czynił to sam. 

Pokiwałem smutnie głową. 

- Tak, panie - mówił dyrektor - ponieważ nikt nie wiedział, że pan przyjedzie, aby oddać 

ostatnią przysługę temu zacnemu człowiekowi… 

- Bynajmniej! Ja przyjechałem po spadek! 

-  Jest  to  też  pewna  forma  serdecznej  pamięci  o  umarłym,  który  musiał  odczuć  żywą 

przyjemność, że majątek jego zabierze człowiek tak bardzo miły jak pan. 

- Niech będzie! 

-  Ponieważ  tedy  szlachetny  nieboszczyk  chciał  mieć  pogrzeb  wystawny,  widocznie 

dlatego,  że  się  wstydził  życia  i  zostawił  u  rejenta  niemałą  sumę  na  tę  uroczystość, 

zaangażowałem  moją  żonę  do  wylania  możliwie  jak  największej  ilości  łez.  Myślę,  że 

wywiązała się ona doskonale z roli swojej smutnej i raniącej serce. Czy pan był zadowolony? 

- Niech pan podziękuje swojej małżonce. Płakała tak rzewnie, jak gdyby to ona dostała 

spadek, a nie ja… 

-  Dziękuję  panu,  mówi  przez  pana  artysta…  Ale,  jeśli  pan  pozwoli,  powrócę  za  pół 

godziny, gdyż teraz muszę iść na estradę. Zobaczy pan niezwykłe sztuki magiczne. 

- Czekam z niecierpliwością! 

- Do widzenia! 

Pan  dyrektor,  powłócząc  za  sobą  lewą  nogę,  grubo  dziwacznym  butem  sztukowaną, 

poszedł  na  estradę.  Wygłosił  krótką  przemowę  do  publiczności,  już  przyzwoicie  urżniętej, 

która go przywitała oklaskami jak starego znajomego. Skłonił się jednak tylko mnie. 

Co  za  wyborny  człowiek!  Przedsiębiorca  pogrzebowy,  dyrektor  kabaretu,  czarny 

magik, dusza zdaje mi się przez pół błazna, przez pół smutnego człowieka, idiotycznie szczery, 

bombastyczny i skromny, haniebnie ironiczny. Patrzyłem ciekawie, co potrafi jako sztukmistrz. 

Pokazał z początku kilka sztuczek, które się widuje w każdym podlejszym cyrku, z kartami, 

pierścionkami i zegarkami, pożyczanymi niechętnie przez publiczność; po czym wyjmował z 

ust  płonące  pakuły,  dymił  jak  lokomotywa,  przecudownie  udawał  głosy  zwierząt  i  ptaków, 

wreszcie pokazał sztuczkę niebywałą i trudną; zniknął na mgnienie oka i zaraz się ukazał. Nie 

byłem pijany i przetarłem palcami oczy, chcąc się przekonać, czy nie śpię albo czy nie uległem 

sugestii. Dyrektor dojrzał ten ruch z estrady i uśmiechnął się do mnie. 

Publiczność oklaskiwała go z lękliwym zapałem. 

background image

Ja - przyznaję - zdumiony byłem doskonałą precyzją tego szarlataństwa, toteż zupełnie 

szczerze  oklaskiwałem  mojego  przygodnego  przyjaciela  i  składałem  mu  żywym  tonem 

życzenia, kiedy powrócił do mojego stolika. 

- Sztuczka pańska ze zniknięciem, bez żadnych zasłon i bez parawanów, jest znakomita. 

Jak się to robi? 

- Po prostu, znika się. 

- Ale jak? 

- To trudno wyjaśnić. Właściwie to nie jest żadna sztuka: zniknąć. Tyle rzeczy znika na 

świecie, majątki, ludzie, żony, kochanki i nikt się nie dziwi. Moja sztuczka jest dlatego dziwna, 

że  ja  się  ukazuję  z  powrotem.  Mnie  wolno,  bo  to  w  kabarecie.  Wielu  jednak  ludzi  ze 

straszliwym, nieco gwałtownym spotkałoby się przyjęciem gdyby, raz zniknąwszy, ukazali się 

z powrotem. Gdyby tak szlachetny wuj pański, który zniknął w wieczności… Ach, ja tylko 

żartuję, niech się pan łaskawie nie gniewa. Stamtąd mało kto powraca… 

- Mało kto? Stamtąd chyba nikt nie powraca! 

- Tak ściśle tego powiedzieć nie można. Ale, wracając do dalszych tematów - jest jedna 

osoba  na  świecie,  którą  bym  chętnie  nauczył  sztuki  znikania,  nie  nauczywszy  jej  sztuki 

powrotu… Niech pan nie patrzy w stronę bufetu… Ostrożnie! Gdyby tak, och, ona… Moja 

żona… 

- Ach! 

- Żona moja jest aniołem, drogi panie… Ale w życiu to i anioł, widzi pan… 

- Napijmy się! - rzekłem czym prędzej - pan się robi ponury… 

- Owszem, jeśli pan łaskaw, to się chętnie napiję. Za chwilę będzie tu pusto. Czy panu 

się bardzo śpieszy? 

- Wyjeżdżam o ósmej jutro, a spać mi się nie chce. Chętnie z panem pogadam. 

-  Ja  jeszcze  chętniej.  Ale,  niech  się  pan  nie  gniewa  za  moją  bezczelność,  czy  mogę 

mojej żonie posłać w pańskim imieniu coś do wypicia? 

- Ależ najchętniej! Kelner wino! 

- Może nie wino? Coś silniejszego… Butelkę rumu na przykład? 

- Rumu? Kobiecie? Butelkę?! 

- Ach, ona wytrzyma. Jest to istota łagodna, ale silna. Silny trunek działa na nią zresztą 

kojąco… Do rumu czuje specjalną predylekcję, bo ją rozmarza. Ja także, jeśli pan pozwoli, i 

panu też radziłbym zmienić to obrzydliwe wino na coś mniej obrzydliwego. 

- Koniak? 

- Pan niech pije koniak, a ja - jeśli wolno - proszę o wódkę. Czystą, zwyczajną wódkę. 

background image

Kazałem podać. Mój wuj obrócił się w grobie i sieknął - najwyraźniej słyszałem. 

-  Wódka  -  ględził  miły  ten  człowiek  -  ma  wiele  szlachetnych  właściwości:  uśmierza 

bóle,  podnieca  temperament,  porusza  leniwą,  ciężką  krew  północną.  Poza  tym  przypomina 

kryształ źródlanej wody, więc może dlatego niewinni Sarmaci tak ją lubią. U nas więcej zimy 

niż lata, więcej lodu niż słońca. A wódka to jest roztopiony lód. Każdy naród pije w tym sensie. 

Włoch i Francuz pije roztopione na złoto słońce, my lód. Dlatego Polak tak się prześlizguje po 

życiu jak na łyżwach i dlatego się tak często zatacza, bo mu ślisko. Smutek Polaka jest tak 

gorący,  że  go  musi  oziębić  wódką,  smutek  innych  narodów  jest  zimny,  więc  go  podlewają 

winem.  My  jednak  mamy  tę  niezaprzeczoną  wyższość  nad  każdym  narodem  świata,  że 

potrafimy pić wszystko. Pod tym względem mamy genialne zdolności. Gdyby Hiszpan wypił 

butelkę czystej, umarłby w mękach, a Polaka podnieci to tylko do wypicia hiszpańskiego wina. 

Mocny  naród  i  ochoczy  do  wypicia.  Trzeba  bowiem  umieć  pić.  Widok  pijanego  na  wesoło 

Polaka jest krzepiący. Co za siła, panie drogi, jaka wytrzymałość i jaka otwartość! Anglik pije 

jak  rzezimieszek,  po  kryjomu,  nieładnie.  Z  tego  powodu  mam  dla  tego  narodu  uczciwą 

pogardę. Francuz pije prześlicznie, Niemiec brzydko. Jak mogło piwo zwyciężyć wspaniałą, i 

bohaterską  moc  wina?  To  śmieszne.  Zaczyna  mnie  też  martwić  nie  na  żarty  powolne 

przywykanie  Francuzów  do  piwa.  Och,  to  są  niedobre  i  niebezpieczne  rzeczy!  Myślę  o 

napisaniu  odezwy  publicznej  do  Francuzów,  aby  pili  tylko  wino,  a  piwo  będzie  obłożone 

narodową klątwą. W ręce pańskie! 

- Dziękuję! Ten koniak jest rodem z piekła. 

- Z piekła? Niech pan nie myśli, że wszystko, co jest rodem z piekła, jest złe. Wyjąwszy 

oczywiście kobiety. Myślę jednak, że i piekło samo tego nie chciało, co w imieniu jego potrafi 

uczynić kobieta. Ha! 

- Czyż nie ma kobiet niebiańskich? 

-  Są,  oczywiście,  że  są.  Ileż  razy  diabeł  przybiera  postać  anioła!  Jest  to  jeden  z 

najstarszych i najbardziej banalnych podstępów piekielnych. A propos piekła: moja żona kłania 

się  panu,  bo  już  odchodzi.  Pan  pozwoli,  że  poproszę  ją  o  urlop  i  pożegnam  ją  w  pańskim 

imieniu. 

- Gdzie państwo mieszkają? 

- W tym lokalu, że tak powiem: w przedsionku świątyni sztuki. Ot, tam za tą kotarą są 

drzwi,  które  prowadzą  do  naszych  apartamentów.  Są  one  dość  skromne,  bo  przerobione  ze 

składu  na  rupiecie,  z  tego  powodu  panuje  tam  zapach  muzealny,  choć  jedynym  okazem 

starożytnej sztuki jest tam moja dostojna małżonka. 

- Proszę jej złożyć moje uszanowanie! 

background image

- Dziękuję. Pańska uprzejmość jest tak wielka, że chce uczcić potwora. 

- Ależ, panie! Jakże można… 

- Można, panie - odrzekł on melancholijnie - Egipcjanie mieli świętego krokodyla, a ja 

mam moją żonę… Za chwile wracam! 

Miły człowiek pokusztykał w stronę swoich „apartamentów”. 

Na  sali,  oddychającej  ciężko  wyziewami  fuzlu,  dymu  cygar  i  tym  zapachem  tłustej 

ścierki, którego z podobnego lokalu nigdy nie wypłoszy najsilniejszy nawet strumień świeżego 

powietrza, nie było już nikogo. Rzezimieszek w straszliwym fraku obliczał w kącie przy stoliku 

wpływy z targu. Kazałem mu podać większą ilość alkoholu, uregulowałem z góry rachunek i 

poprosiłem, aby poszedł sobie do diabła, a pan dyrektor sam zgasi światła i pozamyka wejścia. 

Zostałem sam. Zdawało mi się wprawdzie, że wychudzony i zielonkawy duch mojego 

wuja wypłynął spoza falistego pieca, zbliżył się ku mnie, długim palcem policzył butelki, po 

czym westchnął tak głęboko, jak duch ojca Hamleta w teatrze na prowincji. 

Ale mi się tylko zdawało. 

Byłem sam, a duch musiał się urodzić w butelce koniaku. Patrzyłem w stronę, skąd miał 

wrócić pan dyrektor. Słychać tam było niejakie wrzaski mocno podniesione i miły głos mojego 

współbiesiadnika. 

- Rum działa! - pomyślałem wesoło. 

Nagle krzyknąłem. Dyrektor siedział obok mnie przy stoliku. 

- Otóż jestem! - rzekł smętnie. 

Nie widziałem, żeby wychodził z drzwi, dość odległych, w ogóle nic nie widziałem. 

- Jak? Skąd pan się tu wziął? - szepnąłem niemal z lękiem. 

- Zjawiłem się dość szybko, co pana pewnie dziwi, gdyby pan jednak mógł być obecny 

przy rozmowie mojej z żoną, dziwiłby się pan, że tak powoli stamtąd wyszedłem… A propos! 

Jest pan człowiekiem pełnym taktu i doskonałych manier. Muszę więc pana zapytać otwarcie, 

czy nie budzi w panu wstrętu fakt dość smutny, że będzie pan siedział przy jednym stole z 

człowiekiem, który przed chwilą został spoliczkowany? 

- Pan? 

- Wolałbym, ażeby to mógł być ktoś inny, ale nie było innej ofiary. 

- Żona? To aż tak gwałtownie? Po cóż jej pan kazał pić rum? 

- Bez rumu byłoby gorzej, rum zaś odjął jej mocnym nogom pewność ruchów, a silnym 

jej ruchom odjął tęgość i sprężystość, tak że zostałem obrażony dość lekko, raczej na duszy, niż 

na ciele. 

- Biedny pan jest człowiek, drogi panie… 

background image

- Pańskie współczucie wylewa na moją steraną głowę najcudowniejsze balsamy. Od stu 

milionów lat nie było mi tak dobrze i tak radośnie. Dziękuję panu z całego serca. Przebywam 

ciągle wśród takiej hołoty, że godzina, spędzona z człowiekiem tak nienagannych manier, z 

człowiekiem o takiej jak pan wzniosłości ducha, jest dla mnie wiekiem szczęścia. 

- Niech pan pije! 

-  Dziękuję!  Nawet  to  paskudztwo  wydaje  mi  się  płynem  przedziwnego  smaku. 

Uczyńmy je nieco mocniejszym! 

Podniósł  do  ust  szklankę  wódki  i  w  tej  chwili,  kiedy  ją  zbliżał  do  ust,  stało  się  coś 

strasznego; oczy jego pozieleniały, twarz stała się szara, a ze szklanki buchnął płomień siny i 

jadowity. Dyrektor pić go począł z lubością i wypił do dna. 

Porwałem  się  z  krzesła.  Głowa  moja  zmieniła  się  nagłe  w  szczotkę  do  czyszczenia 

ubrania, tak przeraźliwy strach podniósł moje włosy. Chciałem uciekać! 

- Co?… co… to było?… - wyjąkałem. 

-  Jedni  lubią  zimne,  drudzy  gorące!  -  rzekł  dyrektor  takim  głosem,  jak  gdyby 

wydobywał go z brzucha. - Co pana tak zdumiało? 

- Kto pan jest, na Boga! Kto pan jest? - krzyknąłem zduszonym głosem. 

Nagle lampy przygasły jak w teatrze, zrobiło się bardzo cicho a dyrektor, podniósłszy 

się z krzesła, rzekł z ukłonem: 

- Diabeł, ale do pańskich usług… 

Coś mnie schwyciło za gardło, tak że mi brakło powietrza, czułem, że oczy moje wyłażą 

z orbit, serce poderwało się i zaczęło się dobijać do piersi, jak uciekający z pożaru człowiek 

dobija się do drzwi, nogi uginały się pode mną, jakbym zapadał w bagno; o włosach już nic nie 

wiedziałem,  we  wnętrzu  głowy  poczułem  zimno  dotkliwe,  strach  bowiem  ściął  mi  mózg  w 

bryłę lodu. 

Straszliwy  człowiek  nagle  posmutniał.  Zgasił  oczy  jak  zielone  latarenki,  na  twarz 

wróciły mu zwykłe kolory. Lampy zajaśniały. I zaczął mówić z melancholią: 

- Otóż to! Otóż to? I pan się przestraszył, nawet pan! Jest mi niezmiernie przykro, o nie 

umiem panu tego wyrazić, jak bardzo mi przykro. Niechże się pan uspokoi i usiądzie… 

Zbliżył się ku mnie i siłą posadził na krześle. Dusza moja uciekła jak jelonek, opasłe 

ciało nie było w stanie uczynić najmniejszego ruchu. Wodziłem za nim wzrokiem zdumionym, 

przelękłym, na pół zwariowanym. W uszach mi szumiało. Serce uspokajało się powoli widząc, 

że mu się żadna krzywda nie dzieje. Miałem wrażenie, że ktoś mówi do mnie z oddali, jakby 

przez tubę. 

A on mówił: 

background image

-  To  są  skutki  straszenia  dzieci  diabłem.  I  niech  mi  pan  powie,  co  we  mnie  jest 

strasznego? Taki sam jestem jak inni, trochę tylko brzydszy… 

- Oczy!… - powiedziało coś we mnie, ale nie ja. 

- Oczy?… Trochę mi zabłysły. A u ludzi nie widział pan błyszczących albo zielonych 

oczu? 

- Noga… - powiedziało znów coś we mnie, bez mojego wyraźnego współudziału. 

- Noga? No, cóż? Trochę nieforemna.- Trudno, drogi panie, kopyto. Wolę jednak moje 

diable kopyto, niż niektóre ludzkie nogi. Wie pan, co to jest podolska stopa? Otóż ja wolę moje 

kopyto. W każdym razie jest ono raczej końskie niż ośle, które się dzisiaj zdarza u ludzi. I cóż 

nadzwyczajnego w mojej nodze? 

- Pan pił ogień!… - rzekłem konającym głosem. 

- Gdyby pan to mógł znieść, piłby pan także w ten sam sposób. Pozwoli pan, ale nawet 

diabeł nie może znieść wyrobionego z kartofli przez ludzi paskudztwa w jego niezmienionej 

postaci. Wolę już w ognistej formie. No! no! Spokojnie, spokojnie… Nie taki diabeł straszny. 

Prawda? 

- Prawda… 

- I już się pan nie boi? 

- Coraz mniej… 

- Więc bez trwogi i jasno patrząc na rzeczy, widzi pan teraz, jak brzydkich sposobów od 

wieków używa konkurencja do pohańbienia diabła. A czarny, a ma rogi, a wściekły, a z gęby 

bucha mu płomień, a czyha na duszę ludzką… Panie! Ja w życiu moim nie zrobiłem nikomu nic 

złego.  Cóż  ja  zresztą  mogę,  biedny,  niezłośliwy  diabeł  wobec  człowieka?  Za  to  ile  diabeł 

potrafi wycierpieć od człowieka, tego nikt by nie zliczył… Jakże tam z samopoczuciem? 

- Coraz lepiej, tylko niech pan nie robi żadnych sztuk! 

- Cha! cha! - zaśmiał się diabeł - mój repertuar jest mocno ograniczony. Wszystkie moje 

sztuki pokażę panu na żądanie. Kilka pan już widział zresztą. Napijmy się! 

-  Napijmy  się!  Z  panem  rozmawia  się  bardzo  miło.  Jednak  bardzo  mnie  pan 

przestraszył. 

- Przysięgam panu, że przestraszyłby się pan tak samo, gdyby pan nagle ujrzał anioła. 

Tylko, że go pan nie zobaczy. Diabeł jest to istota bliższa człowieka, bardziej ciekawa życia i 

bardziej towarzyska. Anioł, panie, to jest hrabia, arystokrata, stworzenie subtelne i delikatne, 

więc  niechętnie  wchodzi  w  ziemską  atmosferę,  która,  prawdę  powiedziawszy,  brzydko 

pachnie. A diabeł, zdrowy cham, brat łata, dobry kompan, stary znajomy, bez fochów, bez min, 

bez  pretensji  wlezie  wszędzie  i  wszędzie  mu  dobrze.  Przy  tym  aniołowi  bardzo  jest  trudno 

background image

pokazać się wśród ludzi; musi bowiem przybrać kształt poetyczny, rzewny i nadobny, musi być 

młodzieńcem z pięknymi lokami, z długą laską w ręku, biało ubrany. Niech pan sobie wyobrazi 

pojawienie się takiej cudownie rzewnej istoty w ludzkim, szarym tłumie! A diabeł, drogi panie, 

tak jest podobny do człowieka, a raczej człowiek tak jest podobny do diabła, że najbystrzejsze 

nawet oko ich od siebie nie odróżni. Czy pan byłby się domyślił, kim jestem, gdybym panu tego 

nie powiedział? 

- Być może, że nie… chociaż pańskie nagłe pojawienie się… 

- W kinematografie robią jeszcze lepsze sztuki… 

- Więc niech mi pan powie… Nie wiem, czy wolno? 

-  Dumny  jestem  z  tego,  że  pan  pyta  diabła  o  pozwolenie  i  że  pan  tak  doskonale 

przestrzega form. Zazwyczaj pędza się nieszczęsnego diabła jak psa. Proszę, niech pan raczy 

zadawać mi pytania. 

-  Skąd  się  pan  tu  wziął?  Dlaczego  tu  i  dlaczego  w  tej  postaci?  Przecież  pan,  istota 

potężna… 

-  Potężna?  Och,  młody,  miły  panie!  Jakież  fałszywe  informacje!  Co  pan  nazywa 

potęgą? To, że potrafię oczy zrobić na zielono? Albo, że piję wódkę z ogniem? Pierwszy lepszy 

uczciwie  fachowy  pijaczyna  zrobi  to  samo.  Umiem  wprawdzie  wiele  sztuk  w  podobnym 

rodzaju, znacznie efektowniejszych, ale i na tym koniec. To są środki, drogi panie, mniej lub 

więcej zręczne, mniej lub więcej dowcipne sposoby… 

- Do czego? 

-  Do  utrzymania  dobrego  imienia  firmy.  Piekło  jest  w  stanie  bankructwa.  Człowiek 

zaczyna być mądrzejszy, sprytniejszy i zręczniejszy od diabła. 

- Niemożliwe! 

-  Niestety,  ale  możliwe.  Tę  garstkę  pozornych  tajemnic,  których  diabeł  używał,  aby 

sobie zapewnić poszanowanie i  jaką taką pozycję w świecie, człowiek odgadnął  już prawie 

zupełnie. Żaden patent nas nie chroni, drogi panie! A niech pan pomyśli, jak się piekło musiało 

wysilać,  aby swoje sztuczki  otoczyć nimbem  cudowności,  grozy, albo  straszliwości.  Trzeba 

było awantur z Łysą Górą, z miotłą, z czarownicami, z kozłem, z mopsem, z dwunastą godziną, 

z  namaszczaniem  się  zaczarowanymi  maściami,  z  wylatywaniem  przez  komin.  A  skutek? 

Skutek był taki, że jaka łaciata, stara krowa w jakiejś wsi przestała dawać mleko i trzeba było 

spławić  czarownicę.  Hajże  wtedy  na  diabła!  Czy  to  się  panu  wszystko  nie  wydaje  dziś 

śmieszne? Czarownice! Każda aktorka starczy za wszystkie spalone czarownice. 

- Niestety… 

background image

-  Albo  z  tym  lataniem,  drogi  panie.  Diabeł  latał  na  rozpostartej  płachcie,  latał 

niezręcznie,  niewygodnie  i  w  dość  groteskowy  sposób.  Niech  pan  teraz  pomyśli,  z  jaką 

zawiścią  patrzeć  musi  diabeł  na  aeroplan.  I  niech  się  pan  zastanowi,  że  jednak  diabeł  nie 

potrafił w przeciągu niewielu chwil oblecieć ziemi dookoła świata… A radio? Panie, człowiek 

jest straszliwy! Człowiek zgubi diabła, co mówię? Już go zgubił.. 

- Co też pan mówi? 

-  Mówię  z  goryczą,  lecz  mówię  prawdę.  Metody  diabelskie  człowiek  udoskonalił  i 

sprecyzował.  Diabeł  musi  się  pocić,  klecić  niebywałą  intrygę,  używać  do  niej  dziesiątków 

ludzi, wysilać dowcip, aby na przykład sklecić oszczerstwo. Wtedy wpada w szał radości, że 

jest genialny i że potrafił dokazać tego, że jeden człowiek oczernił drugiego. Ha! Niech pan 

teraz weźmie do ręki byle gazetę i niech pan powie, kto lepiej potrafi, diabeł, czy człowiek, 

człowiek ze stu wierszami druku! 

- W istocie, pan mnie zdumiewa! 

- Zdumiał bym pana więcej, lecz trzeba by na to długiego czasu i niebywałej ilości wina, 

aby go uprzyjemnić, by panu wykazać bankructwo diabła, istoty pożytecznej i pożądanej… 

- Pożytecznej? Pożądanej? 

-  Tak  panie!  Jak  pewne  ciałka  w  organizmie  ludzkim,  tak  diabeł  konieczny  był  w 

organizmie  świata.  Diabeł  wytwarzał  ruch,  życie,  temperament,  wprowadzał  życie  w  stan 

wrzenia, podniecał umysł i na nieszczęście swoje zaprawiał człowieka do walki ze wszystkim 

tępym, nieruchawym i bezpłodnym. Diabeł nauczył Kaina wojny, prawda! - Noego pijaństwa - 

prawda! - ale Greka nauczył rzeźby, a Horacego pisania wierszy o sztuce kochania. Borgiowie 

to  były  diabły,  przyrządzające  truciznę,  ale  Szekspir  był  też  diabłem,  który  wiedział  o 

człowieku więcej, niż najuczeńszy diabeł z fachu. Wolter był to diabeł straszliwy, złośliwy i 

dowcipny, Napoleon był to diabeł wspaniały i pyszny. To wszystko kość z kości naszej. Piekło 

było chmurą, ciężką i niekształtną, ponurą, brzuchatą i ciężarną, a ci ludzie to były błyskawice 

z tej chmury. My umieliśmy zbierać materiały, oni, wykorzystując nas i naszą głupotę, robili z 

tego  swoje  niesłychane  kariery.  Człowiek  nas  okradał  zawsze  z  pomysłów,  z  idei  i 

wynalazków. Okradał też i niebo, ukradłszy mu piorun. 

- Czemu pozwalacie na to? 

- Pan zapomina, że jesteśmy pod kuratelą i że nie mamy prawa jawnej reprezentacji. W 

lesie życia uprawiamy jedynie kłusownictwo, myśliwym zaś, polującym jawnie i precyzyjną 

bronią jest człowiek. 

- Biedne diabły! 

background image

-  Dziękuję  panu  za  dobre  słowo…  To,  co  panu  mówię,  jest  powiedziane  z  grubsza; 

odmalowałem  panu  tragedię  diabła  w  ogólnych  zarysach.  Traktując  rzecz  dokładnie, 

rozpatrując ideę diabelską w jej olbrzymim rozroście, we wszystkich przejawach życia, trzeba 

by napisać tomy, mówić o tym przez całe lata z katedry. Zresztą cóż ja wiem? Nic. Jestem 

diabłem siedemdziesiątego stopnia, więc diabłem lichym i mizernym. Musi pan wiedzieć, że 

wszelki ezoteryzm brał stopniowanie w hierarchii wtajemniczeń z systemu naszego. Ja tedy 

jestem  diabelskim  pachołkiem,  proletariuszem  piekła,  muszę  dodać:  inteligentnym 

proletariuszem… 

- Miałem zaszczyt już to zauważyć… 

-  Och!  jestem  wzruszony…  Są  jednak  diabły  wybitne,  mądre,  są  genialne.  Ci  by 

potrafili  panu  wykazać,  co  i  ile  zawdzięcza  nam  człowiek,  najbardziej  chytra  istota  we 

wszechświecie. 

- Pozwoli pan jednak zapytać: pan ludzi nienawidzi? 

- To za wiele powiedziane. Ja się ludzi boję, a nie bardzo kocha się tego, kogo się lęka. 

-  Dlaczegóż  pan  nosi  postać  ludzką?  Czemu  pan  siedzi  tutaj  ze  mną  i  żyje  moim 

życiem? 

- To konieczność, proszę pana, i to jest moja przeraźliwa tragedia. Zostałem z piekła 

wydalony… 

- Wydalony? Z piekła? Pan żartuje! Piekło niczego nie oddaje. 

- Jest to jeszcze jedna fałszywa o piekle legenda. Zostałem w istocie pozbawiony prawa 

zamieszkiwania w piekle. Stąd mój smutek i moja nostalgia. Wszystkiemu jest winna redukcja. 

- Cha! cha! cha! 

- Śmiech pański rani moje serce. Ja bynajmniej nie żartuję. W piekle nastąpiła redukcja. 

- Czemu? 

- W piekle są bezrobotni, proszę pana. Wytłumaczę to panu w dwóch słowach. Otóż, 

widzi pan, kiedy świat jako tako uprawiał cnotę, czyli jak się u was mówi, żył „po bożemu”, 

było  u  nas  dość  pusto.  Trzeba  było  zdobywać  ludzi,  trzeba  było  zabiegać,  robić  starania, 

wyprawy,  połowy.  Diabłów  wysyłano  na  świat  jako  komiwojażerów  i  diabli  wychodzili  z 

siódmej skóry, aby zdobyć kogoś dla pieklą. Rozumie pan?… 

- Rzecz nie jest trudna do pojęcia. 

- I ja, choć diabeł najniższej rangi, miałem zajęcie, nawet dużo zajęcia. Raz przez lat 

siedem  kusiłem  kasjera,  aby  okradł  kasę.  Pół  roku  trzeba  było  w  tych  dobrych  czasach 

namawiać panienkę, aby się zapomniała. A dziś? Dzisiaj, drogi panie, do piekła zdąża tłum - 

sam,  z  własnej  woli,  obrzydliwy  tłum,  ludzie  nowi,  nieinteresujący,  ze  złymi  manierami, 

background image

pachnący źle, źle ubrani, nijacy. Po cóż tu  diabeł? Co drugi  człowiek nauczył  się kraść,  co 

trzeci  oszukiwać,  co  czwarty  robić  najbrudniejsze  interesy,  a  każdy  gra  na  giełdzie.  Proszę 

pana! Przed dziesięciu laty na lekarstwo nie znalazł pan w piekle kupca. Niech pan pójdzie i 

zobaczy teraz… 

- Pozwoli pan, że nie pójdę - wierzę na słowo. 

- Ach, tak się to tylko mówi. Pan ma jeszcze czas. Ale powiem panu rzecz dziwniejszą. 

Oto rarytasem w piekle był polski szewc. 

- Nie może być! 

-  Tak  jednak  było.  Był  to  naród  twardy,  uczciwy,  pobożny  i  dzielny.  Łatwiej  było  o 

kardynała w piekle, niż o takiego szewca. 

- A dziś? 

- Może pan z szewców w piekle wystawić armię. Strach, co się robi z tymi ludźmi. Za 

szewcami  przyszli  krawcy,  za  krawcami  inni.  Więc  cóż  ma  do  roboty  diabeł?  Nic.  Chyba 

utrzymywać porządek u wejścia, aby się hołota zbytnio nie pchała. Nigdy piekło nie wyglądało 

hołotniej,  niż  teraz.  Toteż  połowę  diabłów  niższej  kategorii  diabli  wzięli,  to  jest,  chciałem 

powiedzieć - zwolniono i rzucono na bruk. Na bruk, to znaczy, przeniesiono nas na ziemię, 

gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów. W ten sposób i ja się tu dostałem, i płaczę. 

- Tak panu źle? 

- Źle? Panie, ja jestem najnieszczęśliwszą istotą na ziemi. 

- No, no, no! 

-  Nie  wierzy  pan?  Przecie  pan  widzi,  czym  jestem  i  gdzie  jestem!  W  parszywym, 

zabłoconym mieście i pokazuję sztuki w kabarecie. 

- Widzę, ale nie rozumiem. Z pańskimi sztukami i pańską inteligencją może pan żyć jak 

książę w Paryżu. 

- Nie, panie, nie mogę. Moje głupie szarlataństwa są dobre dla tej hołoty, trudniejsze 

rzeczy też tylko dla niej. W Paryżu zbytnio by się mną zainteresowano, co byłoby dla mnie 

niezbyt  bezpieczne.  Zresztą  siedzą  tam  diabły  całym  tłumem,  wszystko  gnało  do  wielkich 

miast.  Kilku  znalazło  miejsce w dyplomacji, wielu  otworzyło  knajpy i  domy  gry. Ja jestem 

skromny i nie jestem dość przygotowany do wielkiego życia. Tu wegetuję, zacisnąwszy zęby. 

Tu zresztą przedtem byt teren mojego działania, znam kraj i ludzi. Ryzykować nie chcę, zresztą 

zżarta mnie tęsknota za piekłem. Dość już i tu miałem przejść. 

- To pan nie od początku w takiej poniewierce? 

- Nie. Próbowałem rozmaitych zawodów. Z tym była pewna trudność, bo jak pan widzi, 

ta  moja  nieszczęsna  noga  bardzo  mi  przeszkadza;  z  taką  nogą  nie  mogę  być  listonoszem, 

background image

posłańcem,  aktorem,  śpiewakiem,  cyklistą,  żołnierzem,  nie  mogę  być  nauczycielem  tańca  - 

wiele  zawodów  jest  dla  mnie  zamkniętych.  Pracowałem  więc  na  sto  innych  sposobów  i 

zarobiłem trochę grosza. 

- To doskonale! 

-  Niestety!  Przystąpiłem  do  spółki  z  jednym  człowiekiem  i  człowiek  mnie  okradł. 

Grałem potem na giełdzie i poszedłem z kwitkiem. Jestem zrujnowany i ot, jak teraz pracuję. 

Płakać mi się chce, ile razy wyłażę na tę estradę. 

- Przepraszam pana! Pozwolę sobie, ale niech się pan nie gniewa… 

- Niech pan mówi… 

-  Otóż  z  pańskim  sprytem,  z  pańską  fenomenalną  zręcznością,  z  pańską  diabelską 

umiejętnością znikania, mógłby pan… 

- Co? śmiało! śmiało! 

- Mógłby pan zrobić majątek, jaki by się panu podobało! 

- W jaki sposób? 

- W jaki? No!… W najprostszy… Pierwszy lepszy bank… Rozumie pan… Pierwsza z 

brzegu kasa… Pierwszy w ulicy  

jubiler… 

- Co takiego? 

- Niech się pan nie gniewa, ale to przecież takie proste… 

- Nie, panie! To nie jest proste. Nie gniewam się, bo to mówi człowiek. Człowiek nie 

wyobraża  sobie,  żeby  nie  można  było  i  że  nie  należałoby  skorzystać  z  pewnych  zalet 

diabelskich. Ale, widzi pan, diabeł nie kradnie, choć okradają diabła. W pakcie z człowiekiem 

zawsze człowiek oszukiwał diabła nigdy na odwrót. Diabeł wierzył w ludzkie słowo, człowiek 

uważał, że nie należy go dotrzymywać. Miał łatwą ucieczkę i zawsze uciekał. Diabeł jednak 

przestrzega prawideł honoru. Honor nie pozwala kraść. 

- Przepraszam pana bardzo… 

-  Ach, nie ma za co. Pan nie mógł  myśleć inaczej.  O diabłach nikt nigdy  dobrze nie 

myślał.  Wiele  rzeczy  ludzkich  napełnia  mnie  boleścią,  wiele  rzeczy  mnie  śmieszy,  wiele 

irytuje. Najbardziej jednak psuje mi żółć nawyk człowieka do pomiatania diabłem. Człowiek 

sam nie wie, po co i dlaczego sypie z gęby swoje niemądre powiedzenia o diable. Na każdym 

kroku  może  pan  usłyszeć:  „Idź  do  diabła!”  -  „niech  cię  diabli  porwą!”  -  ,,czarci  syn!”  - 

„diabelskie  nasienie”;  piękna  w  swojej  grozie  góra  będzie  zawsze  „czarcią  górą”, 

niebezpieczna  przełęcz  „diabelskim  przesmykiem”.  Niech  będzie!  Jedno  jest  głupie,  drugie, 

background image

owszem, wypływa z podziwu dla diabła. Niech mi pan jednak  wytłumaczy, skąd się wzięło 

powiedzenie „szatański uśmiech”? - albo ,,zaśmiał się jak szatan”? 

- W istocie, nie wiem… 

- Ja wiem. Człowiek swoje wiadomości o diable czerpie z opery. Idiota aktor, robi w 

niej diabła i wydobywa z brzucha rechot żabi, który nazywa się „diabelskim” śmiechem albo 

„piekielnym” śmiechem. 

- A jakżeż śmieje się diabeł? 

- Diabeł nie śmieje się nigdy. Nie ma we wszechświecie istoty badziej smutnej, nie ma 

nigdzie istoty bardziej zbolałej, do głębi serca smętnej niż diabeł. Dlaczego? Są to już sprawy 

nie do towarzyskiej rozmowy. Zostawmy to. Otóż, wracając do mojej historii, jest jeszcze jedna 

trudność  w  moim  życiu:  nie  mam  dokumentów.  Jak  pan  to  łatwo  rozumie,  nie  jestem 

ochrzczony, więc nie mam metryki. Na świecie znalazłem się w gotowej postaci, w tej w jakiej 

mnie pan ogląda, więc nie mam żadnego osobistego dowodu. 

Uśmiechnąłem  się,  ale  nic  już  nie  powiedziałem.  Diabeł  zauważył  mój  uśmiech  i 

odpowiedział na jego treść. 

-  Sfałszować?  Nic  łatwiejszego,  ale,  jak  już  panu  powiedziałem,  mam  wstręt  do 

oszustwa. Można żyć i bez dokumentów, a rzecz prosta, że łatwiej się uda w małym mieście, 

gdzie na to mało zwracają uwagi, niż w wielkim, gdzie ludzie wszystkiego są ciekawi… 

- W jakiż sposób - przerwałem - nie mając metryki, mógł się pan ożenić? Ślub zresztą 

bierze się zazwyczaj w kościele… 

- Panie! Łatwiej o żonę niż o dokumenty. Toteż uroczystej ceremonii mojego ślubu nie 

tylko nikt nie uwiecznił w aktach, ale też nikt jej nie oglądał. Moja żona spadła mi, rzec można, 

z  nieba…  A  ponieważ  trudno  było  żądać  od  niebios,  żeby  mnie  obrzucały  z  góry 

błogosławieństwem i szczęściem, toteż spadło mi z góry najsroższe z nieszczęść. 

- Ach, a takie dzikie stadło nie jest oszustwem? 

- Bynajmniej! Jest to uczciwy interes, tylko że bez zwyczajowej aprobaty.  Czasem to 

właśnie ślub jest ohydnym oszustwem, bo przy ślubie składa się przysięgę, o której wie się z 

góry, że się jej nie dotrzyma. Zresztą w sprawach miłości, tam gdzie ona sprzęga dwoje ludzi, 

nie  ma  nigdy  oszustwa.  Ludzie,  a  ja  jestem  człowiekiem,  nigdy  nie  oszukują  się,  kiedy  się 

schodzą, zaczynają to robić dopiero, kiedy się zeszli. 

- Pan kochał swoją - żonę? 

- Jestem w głębi serca sentymentalny… 

- A czy ona wie, kim pan jest? 

background image

- Nie. Nie przypuszcza, że jestem diabłem, gdyż w takim razie miałaby dla mnie trochę 

więcej szacunku albo czułaby przede mną trwogę. 

- Nic z tego nie czuje? 

-  Jeżeli  uporczywe  uderzanie  przedmiotem  przyzwoicie  ciężkim  po  głowie  jest 

dowodem szacunku, w takim razie jestem najbardziej szanowanym mężem. 

- Po cóż pan to cierpi? 

- Jestem człowiekiem, panie. Diabeł się we mnie buntuje, a człowiek pokorny cierpi. 

Zresztą romantyczny żywot wedle ludzkich pojęć, ta osobliwa miłość, której mi ta kobieta daje 

dowody, miłość nieco chmurna, nieco zbyt gwałtowna i bolesna, jest moją jedyną rozrywką. 

Poniewierany  jak  człowiek,  zapominam,  że  jestem  wolnym  diabłem.  Cierpienie  moje  jest 

mniejsze, tęsknota moja pozwala się zagłuszyć wrzaskiem tej baby. 

- Nadzwyczajne! Pan tak tęskni? 

- O, tak! Jest mi tak strasznie źle, że nie śmiem panu tego powiedzieć. Nie mogę żyć w 

zaduchu i w bagnie, wśród złodziei i opryszków, wśród małych świństw i małych, mizernych 

łajdactw. Chcę umrzeć! 

- Któż panu przeszkadza? Czy tak trudno o śmierć? 

Biedny diabeł spojrzał smutno. 

- Bez wątpienia! Łatwo, panu łatwo, wszystkim łatwo, tylko mnie trudno. 

- Boi się pan? 

- Co też pan, u licha, wygaduje! Ja pragnę śmierci, tak jak pan zapewne pragnie życia, 

bo inaczej jak przez bramę śmierci, nie mogę wrócić tam, dokąd pragnę wrócić z całej duszy, 

do swoich. 

- Ale pana tam nie chcą… 

- Zaczyna pan rozumieć sytuację. Tak, nie chcą mnie tam i nie pozwalają mi umrzeć. 

Kiedyś  wreszcie  to  nastąpi,  bo  diabeł  nie  jest  człowiekiem,  więc  nie  jest  zawzięty  do 

nieskończoności,  kiedyś  się  bracia  moi  ulitują  nade  mną  i  pozwolą  mi  stąd  uciec  jak  z 

więzienia. 

- Próbował pan umrzeć? 

- Rzecz prosta! Myślałem wciąż, wciąż miałem nadzieję, że już jestem ułaskawiony, lub 

że  mnie  przyjmą,  kiedy  się  u  nich  zjawię.  Strzelałem  do  siebie,  kula  przeszła  przez  serce  i 

stłukła szybę. Topiłem się, zanurzając głowę na całe godziny pod wodą i było mi tylko bardzo 

nudno, bo żyłem wciąż. Mój związek z tą babą nie był też tak bardzo bezmyślny; chciałem 

wzruszyć piekło moją męczarnią i pohańbieniem i miałem pewne widoki, że czego nie zdziała 

najbardziej niezawodny środek na sprowadzenie śmierci, to jednak zdziałać potrafi kobieta. 

background image

- Rozumowaniu temu niepodobna odmówić głębokiej bystrości… 

- Widzi pan! Jadłem cyjankali jak cukierki; kładłem się na relsach kolejowych i tylko 

wykolejałem pociągi. Stąd mój smutek i moja melancholia. Chciałem się w rozpaczy odurzyć, 

chciałem  zapaść  w  coś,  co  jest  choćby  półśmiercią,  w  szaleństwo  i  przeczytałem  wszystko, 

coście w ostatnich czasach napisali… 

- I nic? 

- Jak pan widzi… Nic! 

- Nie było mowy o wieszaniu… 

- Ależ panie! Ze dwadzieścia razy, nawet wspominać nie warto. Wisiałem godzinami, 

potem mnie zdjęli!… 

- Panie?!… 

- Służę panu… 

- Czy pan mnie uważa za idiotę, czy tylko za człowieka pijanego? 

-  Pijany  jest  pan  w  stopniu  przyzwoitym,  a  inteligencja  pańska  mnie  zdumiewa.  Nie 

ośmieliłbym się zresztą kpić z człowieka, z którym piję wino. To łączy ściślej, niż cokolwiek. 

- I pan mówi prawdę? 

- Powiedziałem panu przecie, że nic prócz ciała nie ma we mnie ludzkiego. 

Przetarłem oczy i straszliwa myśl przyszła mi do głowy. 

- Drogi panie - rzekłem - nie dlatego, abym panu nie wierzył… tylko dlatego, że jest to 

sprawa zdumiewająca… 

- Warto zobaczyć, czy tak? 

- Otóż właśnie! 

- Cóż pan chce, abym czynił? Ma pan rewolwer? 

- Niestety… 

- Truciznę? 

- Prócz tej, którą pijemy, nie mam. 

- Czekaj pan! Jest tu solidny hak na ścianie, a sznurek się znajdzie. Powieszę się dla 

pańskiej  przyjemności…  Widzę,  że  jest  jeszcze  butelka  koniaku,  niech  pan  pozwoli,  abym 

czego dobrego nie zostawił na świecie… 

Wpadłem w gorączkowy stan podniecenia. Ten człowiek mówił poważnie. Pił długo, 

potem powiada: 

- Niech pan westchnie, aby mnie wreszcie diabli wzięli!… 

- Jeśli to panu ma zrobić przyjemność… Co pan robi, czyś pan oszalał? 

- Wieszam się! 

background image

- Ja nie pozwolę! 

-  Panie  kochany!  Jestem  jako  tako  pijany,  ale  wiem,  co  robię.  Niech  pan  sobie  pali 

papierosa i  patrzy. Jeśli panu będzie nudno samemu,  to  mnie pan zdejmie, jeśli  pan zechce 

odejść,  niech  pan  odejdzie.  Rano  żona  mnie  zdejmie,  a  ja  przyjdę  pana  odwiedzić  przed 

wyjazdem. Dobranoc, tymczasem. 

Stałem  jak  sparaliżowany,  patrząc,  jak  ten  szaleniec  przywiązywał  sznur  do  haka, 

wylazł na krzesło, w pętlicę sznura włożył głowę, zacisnął sznur, potem nogą kopnął krzesło. 

Nie  miałem  siły,  aby  krzyknąć.  Miałem  wrażenie,  że  sznur  ścisnął  moje  gardło.  Co  ja 

uczyniłem, co ja uczyniłem! 

Ten biedak wyprężył się, głowę skłonił na lewo, najformalniejszy wisielec. Z ust nie 

schodził  mu  drwiący  śmiech.  Oczy  miał  zamknięte.  Nie  wydał  żadnego  głosu.  Wisiał 

spokojnie, bo musiał już umrzeć. 

Strach mnie obleciał tak lodowaty, że zadrżałem, jakbym wpadł w wodę. Czułem, jak 

się na mojej głowie podnoszą włosy. Chciałem krzyczeć o pomoc i nie mogłem. Po co zresztą 

krzyczeć? Ten straszny trefniś śmieje się już w piekle. Okropny szarlatan przypłacił swój głupi 

żart życiem. 

Wytrzeźwiałem i trzeźwo zacząłem myśleć, że jestem winien śmierci człowieka i że ja 

za  nią  jestem  odpowiedzialny.  O!  o!  o!  Widziano,  że  zostałem  z  nim  sam,  widziano  nas 

pijących. 

Historia zaczęła się stawać ponura. 

Wobec  tego  tchórz  wylazł  z  nory  mojego  serca.  Uciekłem.  Chyłkiem,  przemyślnie, 

czujnie, aby nikt nie zauważył. Strach biegł za mną, a ja biegłem przed strachem. Wpadłem do 

hotelu, zacząłem składać nerwowo rzeczy. Świt szarzał na szybach. Pociąg odchodzi za parę 

godzin. Rozpacz, rozpacz! 

Osłabły,  strachem  nieustannym  pobity,  wiłem  się  i  szalałem.  Jeszcze  dwie  godziny, 

jeszcze jedna. Już jest jasny dzień, i już znaleźli tego tragicznego idiotę, pijaka, który omamił 

drugiego pijaka. Za chwilę będzie u mnie policja. 

Ktoś puka do drzwi. 

Serce  we  mnie  drgnęło  jak  nagle  spłoszony  w  bruździe  zając.  Chwyciłem  ręką 

kurczowo krawędź krzesła. 

- Policja! - jęknęła we mnie dusza. 

Ktoś puka powtórnie, ponieważ zaś nie odpowiedziałem - wchodzi. 

Na wszystkich diabłów wszystkich piekieł! Zatoczyłem się. Oczy moje wylazły z orbit. 

Na czoło moje wyszedł zimny pot. 

background image

On, on - we własnej osobie stał na progu i uśmiechał się drwiąco. 

- Przepraszam - rzekł smutno - ale chciałem dotrzymać obietnicy. 

- To pan? 

- Cóż dziwnego? Mówiłem panu, że przyjdę. Trochę mi było smutno, że pan odszedł z 

kompanii i lekkomyślnie zostawił pół butelki płynu. Ale to ludzkie, staram się to zrozumieć. 

Gdyby się pan powiesił, ja bym jednak pana samego nie zostawił… Niech się pan nie gniewa… 

- Strach… 

- Rozumiem, rozumiem i nie mówmy o tym. To drobiazg wobec tego, że mi się znowu 

nie udało. Wisiałem parę godzin, nadaremnie. Panie, ja jestem bardzo nieszczęśliwy… 

Poczułem  w  duszy  wielkie  wzruszenie.  Tak,  to  jest  najnieszczęśliwszy  człowiek  na 

świecie. Z mojego wzruszenia wyskoczyła nagle myśl genialna. 

- Panie kochany! - krzyknąłem. - Ma pan czas? 

- Sto, dwieście milionów lat… 

- Za pół godziny wyjeżdżam do stolicy, jedź pan ze mną! 

- Moje nieszczęście jest wszędzie to samo. Po co? 

- Czy ja wiem? W wielkim mieście zawsze łatwiej o śmierć… 

- Jadę! - krzyknął dyrektor. 

- A pańska żona? 

- Na prowincji łatwiej o męża. 

W ten sposób stał się miły, stary diabeł moim towarzyszem. Miałem do niego niepojętą 

słabość,  lubiłem  bardzo  tego  kulawego,  mądrego  biedaka.  Polubili  go  zresztą  wszyscy  moi 

przyjaciele za uczynność, dowcip i gorzki, ale łagodny humor. 

Próbował  parę  razy  samobójstwa  „wielkomiejskiego”:  rzucał  się  z  wysokości 

najwyższego piętra najwyższej kamienicy i tylko psa przestraszył, który uciekł, przerażony, nie 

umiejąc sobie zdać sprawy, skąd spadł ten człowiek, który się podniósł natychmiast, zaklął i 

poszedł dalej. 

Miałem swoje, dobroczynne plany. Postępowałem ostrożnie, chytrze i celowo. Byłoby 

nudnym opowiadanie, jakimi drogami doszedłem do tego, że miły ten diabeł, wlazłszy między 

wrony literackie, zaczął krakać jak i one. Mój diabeł został po roku - autorem dramatycznym. 

Talent miał, oczywista, diabelski. Napisał świetną sztukę. Zaczął żyć z literatury. Cofnąłem mu 

wszystkie apanaże. W tym miejscu historia zaczyna być zajmująca: odmówiono mu talentu, 

zarzucono zbytnie pretensje, napuszoną mądrość, zbyt jadowity dowcip i powiedziano, że zbyt 

bezczelnie naśladuje Shawa. To wszystko powiedziano - mądremu diabłu, bo był - o, głupi! - 

background image

Polakiem  i  pisał  po  polsku.  Powieść  jego  odesłano  do  diabła.  Pyszny  poemat  pt.  „Piekło” 

uznano za bzdurę „fałszywie demoniczną”. 

Obudziła się w nim pycha wspaniała, diabeł cierpiał. Spotykały go zniewagi dotkliwe i 

jadowite;  wywlekano  z  niego  wnętrzności,  napawano  rozpaczą.  Odżywione  przeze  mnie 

diablisko chudło w oczach; posiwiał i postarzał. W jednym piśmie napisano mu, że człowiek, 

który zostawia ukochaną żonę na bruku, jest rzezimieszkiem nie poetą. 

I oto diabeł, który połykał cyjankali jak aspirynę, nie mógł przełknąć tego, co o nim 

pisano. Męczył się i cierpiał. Jego diabelską szlachetność doprowadzono do spazmów. 

Nikt wkrótce nie chciał wydawać jego głupich książek. Przyszedł prosić o pożyczkę - 

odmówiłem. 

Kiedy  go  odwiedziłem,  (mieszkał  na  strychu,  mimo  głośnego  nazwiska)  -  -  leżał  w 

łóżku, załamany i zbolały. Triumf pierwszych powodzeń był zbyt wielki, aby rozczarowanie 

nie miało być straszne. 

Jednej nocy przysłał po mnie. 

Był to szkielet, wychudzony głodem, odarty z mięsa przez rozpacz. Dokoła leżały stosy 

rękopisów. 

Uśmiechnął się do mnie dobrym uśmiechem. 

-  Dziękuję  panu!  -  rzekł  cicho.  -  Rozumiem  teraz,  jak  mądrze  pan  pokierował  całą 

sprawę. Ja dziś umrę… Z głodu… Że też ja, stary diabeł, nie wpadłem na to dawno, że aby 

umrzeć,  trzeba  tylko  zacząć  pisać  książki…  Och,  jaki  pan  mądry,  jaki  mądry…  Żeby  mnie 

tylko w piekle przyjęli!… Bo już nie wytrzymam dłużej… 

Chwycił moją rękę i tak umarł, mądrze i dobrotliwie uśmiechnięty. 

Musiał umrzeć naprawdę, bo w powietrzu zrobił się nagły rwetes, jakby wiatr płakał. 

A  to  diabli  -  jego  bracia  -  płakali,  widząc  co  się  z  nim  stało  i  jak  straszne  męki 

wycierpiał diabeł, który w Polsce książki pisał. 

Więc go przyjęli miłosiernie i z wielką miłością. 

background image

T

AKIE CZASY

 

Dyrektor wielkiego domu towarowego (śledzie, ryż, sardynki, kawa, sago, meble gięte, 

bawełna, mąka, kapelusze, wino, asfalt - tylko wagonami) - otworzył ogromną żelazną kasę i 

spojrzał  w jej wnętrze. Tak patrzy zbrodniarz w przepaść swego sumienia w godzinę przed 

powieszeniem, tak patrzy wędrowiec na pustyni w otchłań wyschłej do cna studni, tak patrzył 

Hamlet  w  grób  świeżo  wykopany.  Porównania  te  malują  należycie  barwę  spojrzenia 

nieszczęśliwego tego  człowieka i  określają niemal  ściśle zawartość kasy. Przypominała ona 

dość  żywo  żołądek  takiego  bęcwała,  co  czyni  z  siebie  widowisko,  głodząc  się  przez  dni 

trzydzieści, albo urzędnika jedenastego stopnia w trzydziestym dniu miesiąca. Natura obawia 

się próżni, uczyniwszy zaszczytny wyjątek dla żelaznych kas i naszych żołądków. Aby pustej 

rozpaczy  tej  opasłej  kasy  do  zupełnego  nie  doprowadzić  obłędu,  dyrektor  wielkiego  domu 

towarowego (śledzie, ryż, sardynki, asfalt itd.) - zapełnił ją próbkami saga i pustymi pudełkami 

od papierosów, jakby na znak, że treść zawsze idzie z dymem, a pozostaje tylko pudło alias 

trumna. 

Patrzył długo z rzewną melancholią w czarny brzuch kasy, po czym gwizdnął i machnął 

ręką,  z  czego  najmniej  bystry  obserwator  pojąłby  przy  nieznacznym  wysiłku  dowcipu,  że 

człowiekowi temu jest wszystko jedno. Jest to stan ducha wcale przyjemny, przypominający 

wakacje  lub  powrót  do  natury  w  stanie  zupełnej  nagości.  Dlatego  pan  dyrektor  gwizdał  i 

dlatego machał ręką. Żelazny bałwan kasy wydęty powietrzem nie zdradzał żadnych uczuć, 

znikąd tedy miły ten człowiek nie mógł  spodziewać się współczucia; wprawdzie komornik, 

indywiduum wyjątkowo czułe posiadające serce, uścisnął mu dzisiaj dłoń, nieznaczną mu to 

jednak sprawiły ulgę, był zresztą przekonany, że ów Merkury prawa szuka w ten sposób, wielce 

chytry,  na  jego  palcach.  ocalałego  pierścionka;  byłoby  to  zbędne,  dyrektor  bowiem  byłby 

sprzedał nie tylko pierścionek, lecz złote plomby, na nieszczęście jednak zęby miał zdrowe. Do 

dnia  dzisiejszego  miał  jeszcze  nadzieję,  która  jednak  przed  godziną  z  wielkim  szlochem 

powiedziała mu przez telefon, że i ją też diabli wzięli. Od razu zresztą narodziła się inna, która 

mu z ręką na bardzo chorowitym sercu oznajmiła, że jeśli przetrzyma przez tydzień, może się 

cokolwiek uda zrobić „w asfalcie”, bo sago na nic, a meble gięte też psa warte (trumna jest 

meblem „stosowanym”). Tydzień… W jaki sposób można przetrzymać tydzień? Powiedział 

raz Izio Kohn do Pana Boga: „Panie Boże! U Ciebie milion lat to jedna chwileczka, a milion 

złotych to jeden grosz… Daj mi jeden grosz!” - A Pan Bóg mu na to: „Panie Kohn, poczekaj 

pan chwileczkę!” Wedle tej rachuby miał czekać pan dyrektor przez tydzień, który się mógł 

okazać  milionem  lat.  Tymczasem  jutro,  „jutro,  jutro  z  rannym  brzaskiem”,  przyjdą  tacy 

background image

wytrawni  specjaliści,  którzy  wyniosą  biurko,  stołki,  ciężarną  kasę,  uległy  dywan  i  będą 

próbowali zabrać i ścianę mieszkania, co im się też wreszcie kiedyś uda, kiedy nabiorą wprawy. 

Można wzruszyć skałę, można rzewnością łez najtwardszego ocyganić Izraelitę, można nawet 

wzruszyć wydawcę, nikt jednak jeszcze nie wzruszył człowieka z wekslem. Próbował tego raz 

pomylony Jeden słowik, ale zdechł, bo od rozśpiewanego szlochu serce mu pękło. Trzeba by 

cudu, na to jednak trzeba być rabinem. Jakże tedy wytargować u mrocznej wieczności kilka 

dzionków,  aby  znaleźć  na  odmętach  tę  brzytwę,  której  by  się  można  chwycić  i  zaczerpnąć 

powietrza? Jak powiedzieć człowiekowi z wekslem: „Chcę, ale nie mogę, podaruj mi tydzień!” 

- „Ha!” - odrzeknie człowiek z wekslem i ani słowa więcej. Potem wbije mu nóż w nieszczęsne 

osierdzie. 

Pan  dyrektor  jęknął,  a  kasa,  dając  wreszcie  znak  życia,  odpowiedziała  mu  też 

dudniącym jękiem. Pogładził ją za to miłośnie po brzuchu i usiadł przy biurku. Ujął pióro i 

nakreślił dwa słowa. Bystry czytelnik pojmie od razu, że nie był to tytuł wiersza ani początek 

piosenki, lecz owe dwa żałobne, krepą owite i rozpłakane słowa: Mój testament

W kinematografie dzieje się zawsze tak, że bohater, który te słowa napisał, wyjmuje 

następnie z prawej szuflady biurka rewolwer, przez chwilę go ogląda, dziwnie się uśmiecha, 

płótno zaciemnia się, a w następnym obrazie jesteśmy już na cmentarzu. Pan dyrektor nie mógł 

naśladować tak doskonałego wzoru, gdyż nie miał rewolweru i jedynie sznur portiery mógł mu 

oddać wyborną usługę. Trudno. Wedle stawu grobla. 

Zdawało  mu  się,  że  światło  przygasło,  kiedy  czarne  litery  w  śmiertelnym  ustawiał 

ordynku,  a  przez  gabinet  powiał  wiatr.  Gazeta  zaszeleściła  na  biurku  i  jak  gdyby  usiłowała 

zwiać z tego przybytku śmierci. Pokój jak gdyby ożywił się od chwili, kiedy z czeluści czarnej 

kasy śmierć wypełzła, jak nakrapiany wąż. Poruszyła się portiera, oczekując niecierpliwie na 

wisielca. Dyrektor spojrzał na nią przypadkiem, błądząc spojrzeniem, jak gdyby chcąc znaleźć 

dokoła  siebie  coś,  co  warto  komuś  zapisać  w  testamencie.  Zdziwił  się  tedy  cokolwiek, 

ujrzawszy przedmiot do niego nie należący, bo rewolwer. 

Nie wiem skąd, ale w samą porę! - pomyślał z rozczuleniem. 

Za rewolwerem jednak ukazała się ręka, najzupełniej mu niepotrzebna, a za ręką żywe 

indywiduum  z  gębą,  która  tylko  przy  nadzwyczajnej  protekcji  mogłaby  wziąć  nagrodę  na 

konkursie męskiej piękności. 

- Czy pan do mnie? - zapytał dyrektor uprzejmie. 

-  Ręce  do  góry!  -  krzyknął  nadobny  mąż  i  wyszczerzył  zęby,  widocznie  aby  pomóc 

rewolwerowi. 

- Z przyjemnością, ale po co? 

background image

- Bo panu roztrzaskam łeb! 

- Z nieba mi spadłeś, człowieku! - rzekł dyrektor wzruszonym głosem. 

- Ręce do góry! Prędko! 

- Mówiłem już panu, że to nie ma sensu. 

Opryszek  spojrzał  na  niego  trojgiem  oczu,  dwojgiem  osobistych,  dość  kaprawych,  i 

czarnym okiem browninga, z wielkim zdumieniem. 

- Czemu pan nie podnosi rąk? 

-  Bo  to  nudne  i  męczące.  Zamknij  pan  okno,  bo  nieznośnie  wieje  i  ktoś  może  pana 

zobaczyć. Potem proszę usiąść… 

Dżentelmen spojrzał na niego jak na wariata. 

- Czy pan jest urżnięty, czy fłjoł? 

- Ani jedno, ani drugie. 

- Ma pan broń? 

- Mogę pana tylko ugryźć. 

- Niech się pan nie rusza! 

- Ani myślę. 

- Jeśli się pan poruszy, to panu łeb rozwalę. 

-  Zbytek łaski, zresztą pan i tak nie wystrzeli, bo się pan boi hałasu. Chodźże pan tu 

bliżej, do stu diabłów. 

- To jakaś podrywka! Niech pan odejdzie od biurka. 

- Nigdy niczego nie odmówiłem gościowi. 

- Dobrze, a teraz niech pan tyłem podejdzie do mnie. 

--  Sam  mnie  pan  do  tego  zmusza,  że  odwracam  się  tyłem  do  kogoś,  co  mnie  raczył 

odwiedzić. Ach! jak mi niemiło! 

Opryszek obszukał go błyskawicznie. 

- A w biurku nie ma pan broni? 

-  Pan  zechce  sprawdzić,  ale  czy  to  ładnie,  by  człowiek  tak  dotkliwie  nie  wierzył 

człowiekowi? 

- Dzisiaj nikomu nie można wierzyć! - rzekł opryszek zawstydzony. 

Przeszukał szuflady biurka i dodał z uznaniem: 

- Ale panu można. W porządku! 

- Bardzo mnie to cieszy. Teraz niech pan schowa browning, gdyż ludzie wytworni nie 

rozmawiają z rewolwerem w ręce, niech pan usiądzie i niech mi pan zechce powiedzieć, czemu 

zawdzięczam tak miłe spotkanie? 

background image

- Czy pan tu jest sam? 

- Nie! 

Opryszek poruszył się niespokojnie. 

- Kto tu jeszcze jest? 

- Śmierć! - rzekł pan dyrektor wcale ponuro, 

Gość przekrzywił śmiesznie głowę i spojrzał na niego podejrzliwym wzrokiem. 

- Czy pan umie czytać? 

- Jestem wykształcony! - rzekł opryszek. 

- W takim razie niech pan przeczyta ten papier leżący na biurku. 

Opryszek po chwili uczynił to, co pan dyrektor uczynił przedtem: gwizdnął i machnął 

ręką.  Potem  bolesnym  ruchem  włożył  rewolwer  do  kieszeni,  zbliżył  się  do  otwartej  kasy, 

obejrzał ją, smutno pokiwał głową i straszliwie zbolały usiadł na skórzanej kanapie. 

- Wpadłem! - rzekł rzewnie. 

- O jak mi przykro! 

- To już trzeci raz w tym tygodniu. 

- Co pan mówi! I są tacy, co wam zazdroszczą…. 

- Ależ pan jest na glanc! To dlatego nic się pan nie bał? Ja się więcej bałem… I pan 

chciał zrobić ze sobą koniec? 

- Nie tylko, że chciałem, ale chcę w dalszym ciągu i dlatego bardzo cieszę się z poznania 

pana, gdyż mi pan pewnie nie odmówi jednej drobnej rzeczy. 

Gość spojrzał na niego jak baran z nagła ogłupiały. 

- Pan będzie tak dobry i pożyczy mi swego rewolweru. 

- Nigdy! - krzyknął opryszek. 

- Czemuż pan jest tak nieuprzejmy? Czy panu żal, że ja się zastrzelę? 

- To nie, ale jak ja potem odbiorę rewolwer? 

- Policja panu zwróci… 

- Wypluj pan to słowo! Policja rewolwer zwróci, ale mnie nie zechce zwrócić. 

- Aha! to bardzo prawdopodobne. Szkoda, wielka szkoda. Trzeba będzie się powiesić. 

Opryszek  podrapał  się  w  głowę,  co  jest  oznaką,  że  głowa  powzięła  jakieś 

postanowienie, lecz tylko serce jeszcze się waha. 

- Bardzo mi pana żal - rzekł - chociaż pan jest burżuj… Nie ma pan innej rady? 

- Nie… Ale czekaj pan! Można by zrobić mały szwindel, gdyby mi pan chciał dopomóc. 

- Ja? To się nie da zrobić. Ja jestem uczciwym człowiekiem! 

- Od chwili kiedy pan schował browning, nie śmiałbym temu zaprzeczyć. 

background image

- Czy to wielkie paskudztwo? 

- Wcale małe. Uważa pan, sprawa jest taka: gdybym przetrzymał tydzień, może by mi 

się  udało  wybrnąć,  w  tym  celu  jednak  musiałbym  ułagodzić  wierzycieli  i  okazać  im,  że 

chciałem, ale na razie nie mogłem. A czemu nie mogłem? Bo i mnie dzisiejszej nocy okradli. 

Jakiś drab rozpruł kasę i zabrał przygotowaną gotówkę. Wierzyciele wzruszą się i dadzą mi 

odetchnąć. To pańska wizyta taki we mnie urodziła pomysł. Co pan na to? 

- To jest grube łajdactwo! 

- Ja wiem, że pan jest na te rzeczy bardzo czuły, ale uważa pan, ja to wezmę na moje 

sumienie, a pan mi tylko pomoże i rozpruje kasę. 

- Nigdy tego nie zrobię! 

- Zrobi pan. Po co pan tu przyszedł? 

- Wywłaszczyć pana. 

- Byłby pan rozbił kasę? 

-  Tak,  bo  nie  wiedziałbym,  że  jest  pusta.  Skląłbym  pana  potem  i  tyle,  ale  otwierać 

otwartą kasę, o której wiem, że w niej nic nie ma, to nie jest honorowa sprawa. Zawsze trzeba 

pracować  dla  idei.  A  tak  co?  Miałbym  uczucie,  że  znieważam  trupa  albo  się  znęcam  nad 

bezbronnym. To brzydka sprawa. 

-  Rozumiem  pana,  jednak  niech  pan  to  dla  mnie  zrobi.  Po  co  ma  pan  odchodzić  z 

próżnymi rękami? 

- Z próżnymi jak z próżnymi, bo zabiorę panu futra. 

- Futra? Pan jest zbyt łaskaw, że stary płaszcz nazywa futrem. O, tam wisi! 

Opryszek wydął usta z prawdziwym niesmakiem. 

- Dawno już tak nie wpadłem - rzekł ponuro. 

- Widzi pan! Czyż nie lepiej przeto zarobić coś uczciwie? 

- Jak to „zarobić”? 

- Przecie za darmo nie będzie pan pracował. Ma pan narzędzia? 

- Coś tam mam… 

- Ile to będzie kosztowało? 

Dżentelmen obejrzał starannie kasę jak lekarz chorego; stukał, pukał, mierzył grubość 

stalowej ściany, długo obliczał, patrzył w powałę, potem znów na kasę, wreszcie rzekł: 

- Dwie godziny roboty. Pięćset złotych! 

Dyrektor oburzył się. 

- Panie, czyś pan oszalał? Za dwie godziny? Kto tyle zarabia? 

background image

- Zapytaj pan tego adwokata, co mnie niedawno bronił; pyskował przez dwie godziny i 

wziął tysiąc. Da pan czterysta? 

- Nie dam. 

- To rób pan sam. W całej Warszawie jest dwóch, trzech takich, jak ja. Udało się panu 

spotkać najlepszego majstra, a targuje się pan jak Żyd. Ile pan da? 

- Dwieście i sam panu będę pomagał. 

-  Byle nie to!  Fuszer nie może brać się  do delikatnej roboty, bo zaraz poznają, za to 

szwindel; to trzeba robić precyzyjnie. Ostatnie słowo: dwieście pięćdziesiąt. 

- Pan jest ciężki w interesach! 

- Ale honorowy. Przecie mógłbym panu zabrać pieniądze i pójść sobie. 

- A ja się wcale tego nie boję! 

- Bo pan widzi, że ma pan do czynienia z uczciwym człowiekiem. Więc zgoda? 

- Zgoda! 

- Będzie zrobione elegancko. Potem pan wyjdzie drzwiami, a ja oknem. 

- Nie złapią pana? 

- Czy pan mówi do dziecka, czy do fachowca? Jazda, bo szkoda czasu! Zamknij pan tę 

sierotę i niech się pan przygląda, bo nigdy nie wiadomo, co się komu w życiu przyda. Ale jeden 

warunek:  niech  pan  moje  honorarium  włoży  przedtem  do  kasy,  to  mi  się  lepiej  będzie 

pracowało. 

- Słuszna uwaga! 

Dyrektor podszedł do biurka, długo, długo szukał, po czym włożył do kasy zamkniętą 

kopertę. 

- Wal pan! - rzekł wesoło. 

Tajemniczy Dżems spojrzał na kasę jak na kochankę i począł pracować w uniesieniu. 

Oczy mu błyszczały, jakby natchnione i chmurne. Pieścił się swoją robotą, a kasa poddawała 

mu  się ulegle jak  rozmiłowana hurysa. Dyrektor przyglądał  się z niezwykłym  uznaniem i  z 

głębokim  szacunkiem  dla  wybornego  znawstwa;  wydawał  czasem  okrzyki  podziwu,  kiedy 

stalowa blacha darła się Jak papier. 

- Cesarskie cięcie! - zawołał. 

-  Gotowe!  -  rzekł  pracowity  dżentelmen  ocierając  pot  z  czoła.  -  Robiłem  zmienioną 

cokolwiek metodą, aby nie poznali, że to ja, zresztą mam doskonałe alibi. 

-  Boję się,  czy  pana nie  skrzywdziłem  - rzekł  melancholijnie dyrektor.  -  Znalazł  pan 

kopertę? 

- Jest! 

background image

- Uczciwie pan zarobił tę drobnostkę… 

Opryszek wydał głuchy jęk. 

- Co to? Co to znaczy? - zakrzyknął. 

- Jak to co? Honorarium… 

- Przecie to nie pieniądze, to weksel! 

- A cóż pan myślał, że pan dostanie gotówką? Z księżyca pan zleciał czy co? Kto dziś 

płaci gotówką? Jest to pierwszorzędny weksel Cyterszpila i Kanarka. 

- Co ja mam z tym zrobić? 

- Podpisać imieniem i nazwiskiem i puścić w ruch. Pańskie nazwisko wzmocni weksel. 

Dżentelmen spojrzał na niego z bezbrzeżnym politowaniem. 

- Szkoda, że pan się nie powiesił - rzekł ponuro. 

- Nie dziś to jutro - odrzekł dyrektor. 

 

background image

S

TRACH OCZU

 

 

Spotkaliśmy tę kobietę w jakiejś podłej salce koncertowej na bulwarze; oczy, lustrujące 

zbieraninę ludzką, musiały się zatrzymać na jej twarzy i musiały do niej wracać z niepokojem. 

Wszyscy patrzyli na tę twarz tak białą, jak najbielszy płatek papieru, i na te oczy, które nie 

znały innego wyrazu, jak przerażenie. Była to twarz anielskiej piękności. Kobieta nie była zbyt 

młoda, można było dostrzec wśród jej włosów smugi srebrne, jak nagłe słoneczne błyski na 

złocie. Kto ją ujrzał, wodził w tejże chwili niespokojnie oczyma naokół,  badając, co mogło 

przerazić tę przecudną kobietę, i spotykał wzrok obecnych, równie zdziwiony jak jego. To był 

straszny  koncert  tego  wieczora.  Ta  kobieta  zaraziła  wszystkich  swoim  nieludzkim 

przerażeniem  oczu;  widzieli  ją  wszyscy  i  wszyscy  patrzyli  ustawicznie  na  nią,  jak  by 

zamagnetyzowała całą salę. Nikt nie słuchał muzyki, nikt nie mógł słuchać. Czuliśmy to sami 

po sobie. Ile razy ktokolwiek z nas spojrzał na estradę, musiał w tej chwili się obejrzeć, aby 

widzieć te oczy przerażone. 

Kobieta siedziała nieruchoma i cicha i słuchała muzyki chciwie, łaknąco; czasem jej 

twarz prześliczna drgnęła, a wtedy cudna kobieta przymykała powoli i jak by sennie powieki, 

bardzo znużone, ciężkie, jak by obciążone przepychem rzęs wspaniałych. 

Patrzyliśmy w nią jak w zjawisko nieziemskie, ona nie spojrzała na nikogo; zdawało się, 

że  nie  widzi  nikogo  i  że  te  dziwne  oczy  wszystką  swoją  władzę  oddały  na  pastwę  temu 

przerażonemu wyrazowi. Te oczy musiały być zawsze takie, gdyż ani na chwilę nie umiały 

spojrzeć inaczej. 

Siedzący obok mnie przyjaciel mój, malarz, patrzył w nie od godziny, niespokojny i 

sam, zdaje się, przerażony; szeptem rozprawiał o czymś, sam ze sobą; wreszcie pochylił się ku 

mnie i zapytał: 

- Co widzisz w tych oczach? 

Nie odpowiadałem mu; chciałem spojrzeć w nie raz jeszcze; spojrzałem tedy tajemnie i 

patrzyłem długo, bardzo długo. 

- Obłąkany strach… - rzekłem cichutko. 

- Ja widzę śmierć… - odpowiedział mi zalęknionym szeptem - ta kobieta nie żyje… 

Zwróciłem  się  ku  niemu  niespokojnie;  był  w  najwyższym  stopniu  zdenerwowany, 

prawie  że  drżał  całym  ciałem;  zaczął  szeptać,  czyniąc  dłuższe,  niespokojnym  oddechem 

wypełnione pauzy, ile razy muzyka wzniosła się szumiącą głośnie falą. 

background image

- …Ona nie żyje, w tych oczach zamarło wszelakie życie… Umarła w chwili jakiegoś 

śmiertelnego zalęku… Kto ona jest? Kto ona jest?… Blada jest śmiertelnie… Patrz, z jakim ona 

wysiłkiem  słucha…  Mój  Boże!  Mój  Boże!…  Co  ta  kobieta  przeszła,  bo  przecież  z  takimi 

oczyma człowiek się nie rodzi - z takimi umiera… Nie! takich przerażonych oczu nie ma nawet 

człowiek konający… Spójrz na nią! 

Kobieta przechyliła w tył głowę i zdawało się, że to naprawdę jest człowiek umarły; jak 

człowiek  znużony  oparłszy  się,  poddaje  się  orzeźwiającemu  wiatrowi,  tak  ona,  jak  by 

zmęczona  śmiertelnie,  czekała  lecącej  z  estrady  burzy  dźwięków,  chłonąc  je  całym  swoim 

nieruchomym ciałem. 

Przygięta cudnie, trwała w tej zastygłej marmurowej pozie; ktoś obok niej siedzący, jak 

by  olśniony  jej  pięknością,  usunął  się  nieco,  jak  by  nie  śmiał  siedzieć  zbyt  blisko  tego 

królewskiego piękna - patrzył tylko z nieśmiałym zachwytem. 

Skończono koncert; kobieta podniosła się z krzesła i patrząc tymi dziwnie przerażonymi 

oczyma,  szukała  wyjścia.  Nagle  z  tłumu  wysunął  się  człowiek,  któregośmy  nie  zauważyli, 

podszedł ku niej z ukłonem i podał jej rękę. Nawet nie spojrzała na niego. 

Przyjaciel mój, malarz, przystanął zdumiony. 

- Znam go! - szepnął mi cicho - to lekarz… 

A  więc  kobieta  była  chora…  Tak,  przez  te  straszne  oczy  przeglądała  choroba,  bo 

przecież zdrowie się nie trwoży; musiała to być jednakże choroba dziwna. 

Kobieta szła powoli, przed siebie tylko patrząc, wiedziona pod rękę przez lekarza; wiódł 

ją ostrożnie, podtrzymując na każdym stopniu schodów. Tłum rozstępował się szybko, jak by z 

szacunkiem i jak by litośnie, zdumiony równocześnie tą pięknością posągową i widokiem tej 

anielskiej twarzy, w którą ktoś Wprawił przez straszną pomyłkę oczy obłąkanego człowieka. 

Szliśmy za nią; po co i dlaczego, nikt z nas nie Wiedział; wiodła nas jakaś podniecona 

ciekawość, zresztą nie można się było łatwo oderwać od tego widoku; miałem wrażenie, że 

człowiek uciekający przed niebezpieczeństwem zatrzymałby się na jej widok, gdyby mu nagle 

stanęła przed jego oczyma. 

Wyszli na bulwar; u bramy koncertowej sali czekał lokaj z okryciem, na bulwarze stał 

automobil. Lekarz szepnął coś szybko lokajowi, który się skłonił nisko; kobieta nie zwracała na 

to najmniejszej uwagi. Po chwili lokaj odjechał w automobilu, ona zaś, zawsze z lekarzem pod 

rękę, skierowała się w jedną z ulic bocznych. Była godzina dość późna, ulice paryskie dość 

puste. Stąpaliśmy za nimi w pewnej odległości, milcząc, gdyż każdy jeszcze widział te oczy 

zalęknione i szukał w myślach ich tajemnicy. 

background image

Oni szli również bez słowa, ona bezwolnie, nie patrząc na nic, przed siebie jedynie. Szli 

najwidoczniej w stronę montmartrowskiego wzgórza, mrugającego nad zalanym nocą bagnem 

Paryża wesoło ślepiami czerwonych latarń, wywieszonych nad drzwiami dziesiątków nigdy nie 

śpiących lokalów. Wiosna rozparła się na tym bulwarze szumnym i głośnym, radując się. W 

cieniu każdego drzewa całowały się pary, nie wiedząc o niczym; czasem spoza nagle otwartych 

drzwi  wspaniałej  szynkowni  zdołało  się  wymknąć  kilka  dźwięków  orkiestry  i  wpadłszy  na 

bulwar, szalało przez chwilę. 

Oni szli powoli pod górę, nie wypowiedziawszy dotąd ani słowa - my za nimi, wstydząc 

się szpiegującej ciekawości własnej. Lecz te oczy, te oczy… Zdawało mi się, że tej nocy usnąć 

bym nie potrafił… 

Z każdą chwilą byliśmy coraz więcej zdumieni; nie wiedzieliśmy, kim jest ta kobieta - 

pewnie  nieszczęśliwa  chora,  lecz  po  cóż  w  takim  razie  idą  tutaj,  na  to  wzgórze,  które  jest 

cmentarzem wprawdzie, ale tylko dla zdrowych trupów? Dokąd idą i po co? Zdumienie nasze 

było  jeszcze  większe,  kiedyśmy  spostrzegli,  że  ta  dziwna  para  zmierza  do  jednego  z 

najhałaśłiwszych  z  montmartrowskich  przybytków;  u  drzwi  stał  już  widziany  przez  nas 

niedawno automobil i lokaj zgięty w ukłonie. 

Tutaj? 

Weszliśmy  za  nimi  po  chwili.  Blada  kobieta  siedziała  przy  stoliku  i  patrzyła  na 

rozigraną salę swymi przerażonymi oczyma; przy niej siedział jej towarzysz. 

Światła zdawały się przygasać, tak obłąkanie wył wytworny tłum w tej sali od czasu do 

czasu,  chcąc  okazać  swoją  radość;  na  środku  tańczyły,  przeraźliwe  wykonując  ruchy,  dwa 

zdyszane dziewczątka, ledwo rozkwitłe; orkiestra w haniebnie czerwonych frakach odchodziła 

od przytomności, zalewając się potopem swojej muzyki; pijacki wrzask rósł z każdą chwilą, 

coraz bardziej podniecony sam sobą. 

Ona  siedziała  obojętna  na  wszystko,  wiecznie  blada  i  tak  samo  dziwnie  patrząca; 

postawiono przed nimi butelkę szampańskiego wina, którego żadne z nich nie tknęło. 

Nikt tu na nich nie zwracał uwagi; czasem tylko człowiek jakiś podniecony, starający 

się z trudem przedostać z jednego rogu sali w drugi, głośniej ryczący - przechodząc obok nich, 

przystawał na chwilę, zdumiony; potem, jak by czarne widmo ujrzał, otrząsał się i szedł dalej; 

czasem  kokota,  benzyną  zalatująca,  przyjrzała  się  ciekawie  i  szepnęła  coś  złośliwie  do 

zasypiającego indywiduum, które resztką świadomości czuwało nad portfelem. 

Patrzyliśmy na tę bladą kobietę już nie z litością, ale i rozczuleniem; widziałem jak po 

towarzyszu  moim  od  czasu  do  czasu  przebiegł  dreszcz.  Nie  odrywał  od  niej  wzroku.  Rzekł 

wreszcie: 

background image

- Pijmy! 

Piliśmy chciwie, jak by nas trawiła gorączka; żaden z nas nie widział nic, tylko ją jedną, 

to pyszne, śmiertelne widmo, zastygłe w nieludzkim przerażeniu. 

- Ja wiem, po co ona tu przychodzi - szepnął mi malarz - ja wiem… Ona się boi nocy i 

siebie. 

- Nocy i siebie? 

- Tak… W jej oczach jest wieczysty strach, więc musi widzieć zawsze światło, aby się z 

mroku nie wyprzędło to, co ją trwoży… Musi widzieć ludzi i światło… Ta kobieta widziała 

śmierć i czuła na twarzy jej oddech… Albo jeszcze coś okropniejszego… 

- Co jest okropniejsze nad śmierć? - spytałem cicho. 

- Nad śmierć? - Wszystko! Ona się chyba śmierci nie boi; człowiek, który by się bał 

śmierci, a w oczach miał to przerażenie, które ona ma, zabiłby się dawno… Nie zniósłby tego 

lęku,  mając  furtkę  otwartą…  A  ona  się  nie  zabije,  bo  zdaje  się,  że  już  nie  ma  w  sobie  nic 

żywego. 

W tej chwili miałem wrażenie, żeśmy stanęli nad trupem i mówimy o śmierci. 

- Och! - wstrząsnął się malarz. 

Piliśmy  coraz  więcej,  nie  wiem,  z  żalu  nad  tą  bladą,  cudną  kobietą,  czy  też  jakiś 

nieokreślony niepokój suszył nam wargi. Wrzawa oszołomiła nas do reszty; nie wiedział z nas 

żaden,  co  się  dzieje  poza  ścianami;  tam  pewnie  świt  złoty  spływał  ze  wzgórz  lesistych  ku 

Sekwanie i mącił jej żółte wody, płynące ku morzu i nadaremnie zwalniające biegu w obrębie 

straszliwego miasta, jak by jak najdłużej płynąć przez nie chciały; pewnie już usnęło święte 

wzgórze, zmęczone rozkoszą wiosenną, znużone piosenką i marzeniem, albo już zbudziwszy 

się z krótkiego snu, śpiewa najmilsza montmartrowska czereda, chór obłoconego złotem swym 

Paryża. 

Oddech zaparłem w piersi… 

Spotkałem jej dziwne oczy… 

Po raz pierwszy obejrzała się po sali, zatrzymując się wzrokiem tu i ówdzie. 

Spotkała oczy nasze i drgnęła tak samo, jak my. A myśmy, widząc wreszcie na wprost 

siebie te źrenice tajemne, wpiliśmy się w nie obłąkanym pragnieniem dobycia z nich tego, co w 

nich było. Uczułem zawrót głowy… Teraz dojrzę… Patrzy w moje oczy bez drgnienia… 

Na  Boga!  Nie  widzę  jej  ani  jej  twarzy  śmiertelnie  bladej:  widzę  tylko  ogromne, 

przeogromne oczy, rozgorzałe strachem, zalęknione, jak by zmartwiałe w przerażeniu; zdaje mi 

się przez chwilę, że nie ma nic naokół, że jest ciemno i strasznie, a wszystką przestrzeń przede 

mną wypełniły te oczy… te oczy… 

background image

Wpiłem  palce  w  ramię  siedzącego  przy  mnie  malarza  i  ściskałem  je  kurczowo… 

Czułem, że on drży na całym ciele… Ja się bałem… 

- Te oczy… Te straszne oczy… 

Zdawało mi się, że za ich szkliwem, które darłem wzrokiem ostrym jak nóż, mieszka 

strach… Jeśli zerwę tę powłokę szklistą, stanie się coś strasznego; ujrzę tajemnicę człowieka, 

który ją ukrył na samym dnie serca i łękiem się zdradza. 

Czułem, że jeśli z tym samym strasznym wysiłkiem będę patrzył dłużej  - omdleję… 

Patrzę jednak i  mam  wrażenie, że mi powieki  mdleją, a oczy  krew zalewa. Jeszcze chwilę, 

jeszcze chwilę!… 

Boże żywy! 

Błysnął purpurowy strumień krwi… Widmo… I strach… Śmiertelny strach… 

Powieki  z długimi  rzęsami zapadły w tej chwili na jej przerażone oczy, jak zasłona, 

która scenę śmiertelną zakryła. 

Po com ja patrzył w te oczy… po co?! 

Może to był opar z wina, który się przed mymi uniósł oczyma - nie wiem; lecz to, co się 

z niego wyprzędło, było straszne i niepojęte. Może to była opowieść wygrana przez szum krwi 

w głowie rozgorączkowanej - nie wiem. Ja przysiąc mogę, żem to widział w jej oczach, których 

obym nie ujrzał po raz drugi w życiu… Te oczy były obłąkane… A oto jest ich opowieść: 

Miała  lat  dwadzieścia  i  najpiękniejsze  oczy  w  całym  Paryżu;  czytywała  romanse  i 

wiersze, poza tym kochała się w poecie. Był to człowiek młody i znał życie tylko z tej strony, z 

której świeci na nie słońce. Poeta całował jej przedziwne oczy długo, aż jednego dnia rzekł jej 

ojciec: 

-  Powiedz  temu  panu,  że  jeszcze  przez  dwa  dni  może  oczekiwać  ciebie  na  ulicy  za 

węgłem domu. Jeśli go spotkam na trzeci dzień, obiję go jak psa. 

Ojciec  jej  miał  minę  dyplomaty  i  wyszarzany  tużurek,  na  którego  klapie  widniała 

zatłuszczona  wstążeczka  orderu.  Zdaje  się,  że  sprowadzał  młodym  bogatym  ludziom 

dziewczęta i grywał oszukańczo w karty. 

Kiedy jej to powiedział, wpadła w rozpacz; do oczu nabiegły jej łzy; oblewając nimi 

każde słowo, mówiła: 

- Czy ojciec wie o nim? 

Ojciec z miną dyplomaty zaśmiał się chytrze. 

- Wiem, żeś była z ‘nim przedwczoraj, i wiem, że on tu był wczoraj. Wiem także, że go 

już więcej nie ujrzę, tak samo, jak i ty… 

- Czemu? 

background image

- Bo mnie się to nie podoba. Czy wystarczy? 

A jeśli nie wystarczy, przywiążę do łóżka jak dzikie zwierzę… Tego zaś chłystka ze 

schodów zrzucę. Dość… Jeśli mi zaczniesz mówić o tym, jak bardzo ty jego kochasz, a jak 

bardzo on ciebie, wtedy za siebie nie ręczę… Za dwa dni pójdziesz za mąż… 

- Jezus, Maria! 

Stary łotr nie wzruszył się bynajmniej. 

- Za dwa dni przyjdzie tu młody człowiek, który cię kocha… Ręczę słowem uczciwości, 

że  na  śmierć  jest  w  tobie  zakochany,  gdybym  bowiem  nie  był  przekonany  o  tym,  nie 

oddawałbym mu dziecka. 

I zaśmiał się. 

Słuchała  zalękniona  nie  śmiejąc  odetchnąć.  Krew  jej  szumiała  w  głowie,  jak  po 

uderzeniu. Uczyniła ruch jakiś rozpaczliwy. 

- Dość! - krzyknął. - Jest bogaty i kocha cię. Rzecz jest załatwiona i umówiona… A jeśli 

masz  do  tego  pana  zza  węgła  domu  jakie  ostatnie  zlecenia,  mnie  je  powierz…  Ja  mu 

wytłumaczę, he! he!  Zdaje się, że to  dobry chłopak i  rzecz zrozumie. Pewnie chce twojego 

szczęścia,  więc  sam  cię  będzie  namawiał…  Szczęście  właśnie  idzie  do  ciebie…  Ja  ci  je 

wynalazłem… Za dwa dni pójdziesz za mąż… On cię widział i rozkochał się na śmierć… O 

czymś lepszym marzyć nie mogłem… Dość! Oknem nie wyskoczysz, ani się nie strujesz, to 

głupie… On ma zamek i ogromne dochody… 

I  oto  niewiasta  z  przecudnymi  oczyma  wyszła  za  mąż.  Nie  widziała  nic  przez  łzy; 

dojrzała tylko, że mąż Jej ma twarz jastrzębią i drapieżną. Oczy jego były wieczyście zalane 

krwią; były to ślepia gnuśnego zwierza, który z trudem podnosi ciężkie powieki. Ten człowiek 

pił nadmiernie. Wlókł się powoli z łbem wtulonym w barki. Dotknął jej ogromnymi rękoma, 

zawieszając jakąś cenną kolię na jej białej szyi. Drgnęła, przerażona śmiertelnie. Mąż spojrzał 

na nią zdumiony, potem gwałtownie szarpnął kolię… Kamienie rozsypały się po podłodze. 

- Oswoisz się! - rzekł i odszedł. 

Płakała cicho całymi nocami, nie odważając się płakać głośno; bała się tego człowieka i 

leniwego  spojrzenia  jego  załzawionych  krwią  oczu.  Wpadała  w  omdlenie,  kiedy  ją  pieścił, 

półpijany. Darł na niej suknie, szukając lubieżnie ciała. Padała mu wtedy w ramiona nieżywa; 

czuła na ciele dotknięcie jego strasznych, wilgotnych, zaślinionych warg i łkała tym cichym, 

ukrytym gdzieś wewnątrz łkaniem człowieka płaczącego przez sen. 

Jednego  dnia,  kiedy  się  przywlókł  i  zaczął  szukać  jej  ust,  krzyknęła  przeraźliwie  i 

chciała uciec; wtedy on, zatoczywszy się, chwycił ją za włosy, targnął i  siłą przyciągnął ku 

sobie, omdlałą. 

background image

- Zbyt drogo cię zapłaciłem - rzekł - nie uciekniesz! 

Pilnowano jej ze wszystkich stron i czuwano nad każdym jej ruchem; nigdy nie była 

sama.  Bała  się  własnych  łez  i  własnych  snów.  I  zaczęła  konać  powoli…  Raz  kiedy  leżała 

bezsilna, usłyszała piosenkę pod oknami… Rzuciła się ku oknu jak oszalała, szybko zaczęła 

zdejmować  pierścionki  z  palców  i  rzucać  je  grajkowi,  który  w  okna  jej  patrzył.  Za  chwilę 

piosenka urwała się nagle. Ktoś obił grajka i odegnał. Potem ją wywieziono… 

Powóz dudniąc wjechał pod sklepienie murowanej bramy. Z mroku wieczora wylazły 

kontury starego zamku, ciche i surowe. Miała wrażenie, że ją „skazaną” uwożą do więzienia. 

On był przy niej, dziwnie rozmowny. Patrzył na nią ze straszliwą jakąś czułością, jak by 

zdumiony i uradowany jej pięknością. Śledził jej oczy, czekając, jakie wrażenie wywrze na niej 

nowa siedziba. 

- Ten zamek jest twój!… - rzekł. 

A ona czym prędzej przymknęła oczy. 

Cisza, mieszkająca w wysokich sklepionych pokojach, podniosła się niechętnie ze snu, 

który jej zmącono, i poczołgała się w zakątki. 

Kobieta z cudnymi oczyma patrzyła obojętnie na bogactwo komnat usłanych miękko i 

bogato. Nagle przebiegł po niej dreszcz radości. Olbrzymi, biały chart, śpiący na poduszkach, 

podniósł się ociężale, podszedł ku niej i łasić się począł, patrząc jej w oczy. Ujęła w drobne 

dłonie wysmukły psi łeb i przytuliła doń śliczną swą twarz. W tejże samej chwili on wszedł do 

pokoju, patrzył przez chwilę, a potem nagle przystąpił i z całej siły kopnął psa. Bolesny skowyt 

pobiegł echem przez pokoje. 

- Czy ten pies milszy ode mnie? - rzekł. 

Chciała mu w twarz plunąć i nie mogła; dreszcz nią tylko wstrząsnął. Spojrzała na tego 

człowieka z taką straszliwą pogardą, że się odwrócił powoli i ze złością. 

Nie miała siły na nienawiść, zresztą ten człowiek nie był wart nienawiści. 

Wytężyła wszystkie siły, aby żyć, nie żyjąc, nie widzieć niczego i niczego nie słyszeć. 

- Kiedyś skonać muszę… - myślała. 

Myślała gorączkowo o wszystkim, aby nie myśleć tylko o nim i o ojcu. Patrzyła w jego 

twarz i nie widziała jej, jak by jej oczy, wiecznie łzami zasnute, patrzyły przez opar i mgłę. 

Kiedy z daleka usłyszała jego podniesiony głos, bladła w jednej chwili i tuliła się do 

byle  czego,  jak  przerażone  dziecko.  W  głowie  czuła  zamęt,  na  ustach  spiekę.  Ogarniała  ją 

choroba lęku; chodziła jak by w wieczystej gorączce, snując się jak cudowna mara, jak jakiś 

duch królewny zaklętej, pokutującej w starym zamku. 

background image

Nie  pragnęła  niczego;  zapomniała  własnych  pragnień  i  własnych  tęsknot.  Godziny 

mijały,  a  ona,  siedząc  w  starym,  rzeźbionym  fotelu,  wodziła  oczyma  za  złotą  smugą 

słonecznego  błysku,  który  kaskadą  złocistą  wpadł  przez  romańskie  okno  i  wędrował  po 

ścianach, polerując stare, zardzewiałe tarcze i ostrząc groty włóczni rozwieszonych na murze. 

Oddychała ciężko, jak by zmęczona tą powolną wędrówką za słonecznym błyskiem. 

Kiedy złocista żmija słoneczna poczynała barwie się krwią na znak odejścia w chwili zachodu, 

lęk ją przejmował. Bała się nocy jak śmierci. Pod wieczór zjawiał się - on. Wracał z lasu czy z 

pola, zły i milczący. Potem pił, Czasem chwytał go obłęd i wtedy w śmiertelnym przerażeniu 

czekała tej chwili, kiedy ją sobie przypomni i oślizgłymi rękoma pocznie szukać jej piersi… 

Wszystka  krew  uciekła  jej  z  twarzy  w  oczekiwaniu  na  tę  chwilę  śmiertelnej  męki. 

Zaciskała zęby i odchodziła od zmysłów… A potem się modliła - o śmierć swoją albo jego. 

Tępy  ból  szukał  co  dnia  najczulszego  miejsca  w  jej  duszy,  potem  wpijał  się  w  nie 

zadzierżystym ostrzem i szarpał powoli, długo, nieskończenie. Wypaliło się w niej wszystko 

jak  w  ognisku,  które  dogasa  niesycone.  Oto  trup  z  cudną  twarzą,  kląć  nawet  nie  umiejąc, 

bezsilny i bezwolny nie czekał już na nic, albowiem nic już przyjść nie mogło… 

Jednego dnia on wyjechał; patrzył na nią długo i nieufnie, mrucząc coś sam do siebie; 

pożegnał ją opryskliwie i odjechał. 

Było jej to obojętne, było jej wszystko jedno, a jednak poczuła ulgę nie w sercu, lecz - w 

powietrzu;  zdawało  się  jej,  że  zamek  cały,  jak  by  skulony  dotąd  i  przerażony,  odetchnął 

głęboko i wolno. Po raz pierwszy podeszła do ogromnego okna i otworzyła je na oścież. Była 

już  noc  i  księżyc,  miejsce  sobie  czyniąc  gwałtownie  wśród  chmur  jak  ktoś  dostojny,  co 

niecierpliwie przez tłum się przedziera, biegł szybko ku górze, jak by się bał opóźnić, wiedząc, 

że w czasie oznaczonym ma stanąć ponad wierzchami starych buków, co rosły gromadą pod 

murami zamku. 

Patrzyła jak na dziwo na tę rzeszę wyniosłych drzew. 

Szemrały leniwo i bez troski; nagle powiew jakiś wpadł między gałęzie, jak ktoś, kto 

straszną  nowinę  przynosi;  uciszyły  się  stare  drzewa,  jak  tłum  nasłuchujący  wieści.  Powiew 

trzepotał się wśród liści, biegał niespokojnie w tę i ową stronę, jak by ostrzegał i groził, i płakał 

lękliwie, to znów jak by prosił gromadę olbrzymów, która potężne garby pni zaparła w ziemię, 

a konarami się splotła. 

Zaszemrało w tejże chwili potężne morze gałęzi i zaszumiało nagle, krótko i donośnie. 

- Wichr idzie! - świsnęły ostrym szmerem karły drzewne, przytulone do stalowych pni 

buków, i podały ostrzeżenie dalej, i dalej, tuląc się do siebie z lękiem. 

background image

A buki potężne zwarły się, zaiste, silniej i splotły się mocniej koronami, jak by czekając. 

Gdzieś z daleka szedł wichr, dudniąc jak tabun nieokiełznany, rwący z kopyta. Rozpędził się 

gdzieś na górskim stoku i biegł, wróg śmiertelny, na zagładę omszałych olbrzymów. Odbił się 

tumanem od ziemi, łapy przed siebie wyciągnął i walił, dyszący, zły i wściekły. A kiedy był już 

blisko,  świsnął  przeraźliwie,  zahuczał  diabelskim  śmiechem  i  runął.  Wsparły  się  drzewa  i 

ugięły z bólem korony. A wichr tysiącem łap kosmatych za konary je chwycił i mocować się 

począł, chcąc pnie ruszyć z ziemi; połamał  tysiące gałązek, strzepnął rozwścieklony tysiące 

liści i drgał złością, chcąc skręcić potężne ramię konaru. Wtem huk ogromny wstrząsnął się 

strasznie, zaszumiał i zaśpiewał grzmotem; przeraził się wichr i odpadł, jak zwierz marny, co 

się  na  lwa  porwał.  Jak  pies  skomlący,  co  ogon  pod  siebie  schowawszy  ucieka,  tak  wichr 

pohańbiony i bezsilny uciekał w pole, rwąc chwasty w bezsilnej wściekłości. Ryknęły za nim 

śmiechem buki olbrzymie i dysząc, i szemrząc radośnie, opowiadać sobie poczęły o bitwie, jak 

żołnierze zwycięscy, co obronili zamek. 

W  zamku  była  śmiertelna  cisza.  Czasem  tylko  gałąź  pobliskiego  drzewa  uderzyła 

niespokojnie o szybę, czasem szmer jakiś się ozwał. 

W tejże chwili niewiasta z cudnymi oczyma drgnęła i poczęła nasłuchiwać. Zdawało się 

jej,  że  mimo  szumu  wichru,  hulającego  w  konarach  drzew,  słyszy  nad  sobą  jakieś  kroki. 

Wstrzymała oddech w piersi… Tak… Słyszy… Słyszy najwyraźniej, jak ktoś stąpa miarowo, 

ciężko i głucho. 

Serce  w  niej  zamarło.  Wiedziała,  że  na  górze  jest  jeszcze  komnata,  będąca  częścią 

wieży zamkowej, lecz nie była tam nigdy. 

Kroki słychać jak by w oddali, jednakże słychać wyraźnie. Ktoś stąpa bardzo powoli, 

jak by przemierzał  komnatę wszerz i  wzdłuż, nie śpiesząc się; odgłos  raz się przybliża, raz 

oddala.  Komnata  musi  być  obszerna,  bo  ten  ktoś,  tak  beznadziejnie  chodzący,  od  czasu  do 

czasu jest daleko od niej albo  przystanął  w wędrówce. Nie… Nie przystanął,  tylko  wraca z 

odległego kąta. 

Pot jej wyszedł na czoło. Zaczęła myśleć bezładnie i szybko; służby tam nie ma, gdyż 

cała służba już śni w oddalonych pokojach. Nie jest to złodziej, rzecz prosta, bo ani się nie 

spieszy, ani się nie ukrywa. 

Serce  w  niej  nagle  bić  zaczęło…  W  jednej  chwili  odszedł  ją  wszelki  strach;  nie 

wiedziała  dlaczego,  lecz  czuła  że  się  zupełnie  nie  obawia.  Była  śmiertelnie  blada,  lecz 

spokojna… Powoli, nie spiesząc się, zapaliła świece i szeptem przywołała charta. Wiedziała, że 

z  korytarza  obok  wiodą  na  górę  schody;  szła  ku  nim,  wiodąc  charta  na  obroży.  Mrok  się 

poderwał z kamiennych schodów i biegł coraz wyżej: niewiasta stąpała po nich. Nie czuła nic, 

background image

tylko jakąś okropną, straszną ciekawość ujrzenia człowieka. Rozchyliła usta i patrzyła przed 

siebie z wysiłkiem. Chart,  przed nią biegnący, zatrzymał  się u szczytu  schodów; kiedy tam 

doszła, napotkała drzwi, ciężkie, dębowe, rzeźbami zdobione drzwi. Przyłożyła ucho do drzwi 

nasłuchując… 

Kroki umilkły… 

Straszna  cisza  dzwoniła  naokół  przeciągłym,  smętnym,  cichym,  nieskończonym 

jękiem. Chart węszył niespokojnie i drżał całym ciałem. 

Ją nagle dreszcz przeszedł… Zebrała wszystkie siły i pchnęła drzwi… 

Zamknięte… Klucz był w zamku, więc z trudem przekręciła klucz; podniosła wysoko 

kandelabr, oczy szeroko otwarła i weszła. 

- Jezu! - krzyknęła cicho… 

Naprzeciwko niej, w oddali stał człowiek. 

Oparła się bezsilnie o odrzwia, na pół omdlała, i patrzyła przerażonym wzrokiem. 

W tej komnacie nie było nikogo żywego, a jednak ktoś na nią patrzył… 

W tej komnacie nie było żywego człowieka, a jednak słyszała kroki… 

Chart się przytulił do jej nóg i skomlał przerażony. 

Przecież tam stał człowiek!… 

Czuła na sobie jakiś wzrok i nie mogła po raz drugi podnieść oczu. Dyszała ciężko i 

słyszała łomot swego przerażonego serca. 

Nagle, jak by ktoś drugi w niej był i jak by ten ktoś za nią mówił, rzekła głośno: 

- Kto tu!?! 

Nikt nie odpowiedział. 

Była jak w obłędzie; więc z obłędną odwagą podniosła wreszcie oczy i spotkała oczy - 

jego. Ktoś patrzył w nią natarczywie. Nie widziała nic, tylko oczy, patrzące jak by z bolesnym 

wysiłkiem. 

- Kto… Kto tu?? 

Nikt nie odpowiedział. 

Czuła, że ma mgłę na oczach, więc ją zaczęła przedzierać źrenicami, jak szponem; i 

kiedy  spojrzała  po  raz  trzeci,  zrozumiała,  że  patrzy  na  nią  -  obraz.  Przetarła  oczy  ręką  i 

przybliżyła światło. 

Tak, to był obraz. 

W tejże chwili jednakże ogarnęło ją przerażenie. Jeśli to był obraz, w takim razie musi 

tu być gdzieś ukryty ten, który ją tu zwabił odgłosem swoich głuchych kroków. Rozejrzała się 

powoli. Nie ma nikogo. Z komnaty tej nie było innego wyjścia, prócz tych drzwi, którymi ona 

background image

weszła, a te były zamknięte od zewnątrz. Okna były szczelnie zamknięte i widocznie dawno nie 

otwierane; ukryć się tu nie mógł nikt, gdyż nie było żadnego zagłębienia i żadnego wielkiego 

sprzętu. Nagie ściany świeciły pustką. 

A jednak chart skomlił wciąż niespokojnie i węszył, jej zaś nie opuszczało przerażenie. 

Zapaliła świece stojące na marmurowym stole, potem zaczęła przeszukiwać wszystkie kąty. 

Chart biegał za nią wciąż niespokojny. 

Było cicho i pusto. 

- To było przywidzenie… - pomyślała i podniosła świece, aby ujrzeć obraz. Cofnęła się, 

blada jak trup… Te oczy… te oczy… Był to obraz olbrzymi, sięgaiacy od podłogi niemal do 

sufitu,  w  stare,  pożółkłe  oprawiony  ramy.  Na  obrazie  był  człowiek,  który  w  nią  patrzył 

uporczywie…  Tak,  to  on  patrzył…  Oparty  o  marmurową  kolumnę,  młody,  przedziwnej 

piękności człowiek, stał w pozie niedbałej; jedną ręką trzymał na smyczy prześlicznego białego 

charta, a drugą oparł na sadzonej rubinami głowni sztyletu, upiętego u pasa. Twarz miał bladą i 

rozchylone usta; rozgorzałe oczy, czarne jak karbunkuły, patrzyły z obrazu. Zaklęty w pozie tej 

przez  mistrzowskiego  malarza,  stał  cudny  młodzieniec  tak,  jak  by  dopiero  przed  chwilą, 

zmęczony przytrzymywaniem wyrywającego się charta, przystanął pod marmurową kolumną. 

Stał i patrzył. 

Niewiasta z cudnymi oczyma znieruchomiała na widok tego przedziwnego obrazu. 

Zapomniała o wszystkim, patrząc na tę twarz bladą i rozumną, na usta zacięte dumnie. 

Usta  jej  poczęły  się  rozchylać  w  zachwyceniu;  zdawało  się  jej,  że  ten  malowany  książę 

przechylił  głowę,  jak  by  łaskawie,  jak  by  chciał  dać  znak  niemy,  że  i  on  patrzy  na  nią  z 

zachwytem. 

Przysunęła stary, wypłowiały fotel naprzeciwko obrazu i zapadłszy weń, patrzyła; oczy 

jego,  jak  węgiel  czarne  i  jak  by  żywe,  trzymały,  ją  na  uwięzi.  A  kiedy  przymknęła  oczy, 

zdawało  się  jej,  że  się  on  nad  nią  pochylił,  opuściwszy  stare  płótno;  podniecona,  miała 

wrażenie, że jej włosy muska oddech gorący i przyśpieszony; więc w upojeniu, głowę w tył 

pochyliwszy, na twardą poręcz fotela, dysząca z pragnienia, podawała mu usta, aby ich dotknął. 

Rozkosz nieludzka spłynęła w jej krew. 

Westchnęła głęboko i szeptem cichutkim wzywała go: 

- Książę!… mój książę!… 

Chart jej warknął w tej chwili, skomląc żałośnie, tulił się do jej kolan. 

Zbudzona  z  dziwnego  snu,  otwarła  oczy  i  spojrzała  na  obraz;  okrzyk  zdumionego 

przestrachu, nieludzki okrzyk szczęśliwego zdumienia, urwany w połowie, pobiegł echem po 

zamczysku.  Oczy  przetarła  rękoma.  Oto  zdawało  się  jej,  nie!  tonie  było  przywidzenie!  - 

background image

widziała  najwyraźniej,  jak  cudny  młodzieniec,  chwyciwszy  się  jedną  ręką  złoconej  ramy 

obrazu, jak ktoś, kto się za okno wychyla, wychylił się tułowiem z płótna ku niej i patrzył na 

nią, jak kochanek patrzący z miłością na kochankę śpiącą i dech wstrzymuje w trwodze, aby jej 

nie zbudził oddechem. 

Krzyknęła  i  zjawisko  znikło.  Młodzieniec  stał  na  obrazie  z  ręką  opartą  na  głowni 

sztyletu sadzonej rubinami. 

Świt począł malować sinym kolorem sadzone w ołowiu szyby, aby się w nich za chwilę 

mogło  przeglądnąć  słońce;  dopalały  się  świece,  trzepocąc  się  niespokojnie  płomykami, 

przerażone wstawaniem dnia; dotkliwy chłód poranka przyłożył odmrożone swoje ręce na jej 

skroniach  rozpalonych  i  gorejących.  Podniosła  się  z  trudem  z  fotelu,  drżąc  z  zimna, 

nieprzytomna prawie. Słaniając się, podeszła do portretu i nie wiedząc sama, co czyni, wzniosła 

się  na  palcach  i  dotknęła  ustami  jego  ust.  W  tej  chwili  myśl  jej  zmąciło  szaleństwo:  ten 

człowiek miał gorące usta. Obłąkane, szczęśliwe przerażenie padło na jej duszę, jak mglisty 

opar.  Wpiła  palce  w  pukle  swoich  włosów  i  rwała  je,  jak  człowiek  obłąkany;  wpatrzona  w 

straszliwy  obraz,  słaniając  się  i  zataczając,  ostatnim  wysiłkiem  uciekała  z  tej  zaczarowanej 

komnaty;  ani  na  chwilę  nie  mogła  oderwać  wzroku  od  jego  oczu,  które  chyba  siny  świt 

malujący wszystko niewyraźnym konturem zabarwił śmiertelnym smutkiem, gdyż w tej chwili 

patrzył na nią oczyma, pełnymi tęsknoty i żalu, jak by pełnymi łez. 

Przerażenie ujęło ją pod ręce i zawiodło w dolne pokoje. Upadła na łóżko wyczerpana, 

nieprzytomna i w gorączce. Zdawało się jej, że on stoi przy niej i dłonią zimną czoło jej gładzi 

i  włosy  znad  czoła  odgarnia;  dreszcz  nią  wstrząsnął,  z  piersi  wyrywał  się  cichy  jęk  bardzo 

chorego człowieka. 

- Książę! - szeptała przez sen - mój książę! 

Przez sen słyszała ponad głową kroki miarowe i głuche. Kiedy się obudziła, czuła, że 

oczy jej w głąb zapadły i że w nich wije się ból jak czerw. Ręce jej drżały niepokojem, w mózgu 

czuła zamęt, jak by ją po ciężkiej chorobie uśpiło powietrze. 

Mąż wrócił po południu; oto po raz pierwszy czekała na niego niecierpliwie. Przyjechał 

zły i milczący; kiedy jednak ujrzał, że szuka jego wzroku, zaniepokoił się. Nie czyniła tego 

nigdy; rozmawiając z nim, błądziła wzrokiem mimo jego głowy, dziś zaś patrzyła mu w oczy 

natarczywie. 

- Czego chcesz? - spytał wreszcie. 

Rzekła cicho: 

- Chciałam cię spytać… 

- O co? Gdzie byłem? Czy mam kochankę? 

background image

Po twarzy jej przebiegł dreszcz; zacięła usta i zamilkła. 

- Więc o co ci idzie? 

- O nic… o nic… 

Spojrzał na nią obelżywie i skinął znacząco ręką, lecz patrzył, co uczyni. Ona odeszła 

powoli, zamyślona. Usłyszał po chwili, jak cicho i ostrożnie skrada się po schodach do górnej 

komnaty,  więc  zaciekawiony  poszedł  za  nią.  Widział,  jak  stanęła  przed  drzwiami,  ciężko 

dysząc,  jak  potem,  oczy  przymknąwszy,  weszła.  Jednym  skokiem  był  pod  drzwiami,  gdzie 

nagle przystanął, usłyszawszy lekki okrzyk żony. Kopnął drzwi i wszedł. Ona stała oparta o 

stół, wpatrzona z nierozumną radością w portret. 

- Czego tu chcesz? - krzyknął. 

Wstrząsnęła się gwałtownie i nie spojrzała na niego. 

- Czego tu chcesz? - powtórzył. 

Patrzył zdumiony w jej rozradowane oczy, pojąć nie mogąc, co te łzawe, zgaszone oczy 

mogło ustroić radością. Przyjrzał się jej z uwagą, patrzył bardzo długo, potem, uśmiechnąwszy 

się chytrze, rzekł: 

- Piękny, co? 

A ona, jak by odpowiadała echu, jak by mówiła z kimś dobrym, któremu się zwierza, 

wyszeptała: 

- Piękny, och, jak bardzo piękny… 

W tej chwili on ukrył swój uśmiech chytry i wywołał na twarz uśmiech zły. 

- Piękniejszy ode mnie w każdym razie… Ale to też i nie mój przodek, bo go kupiłem 

razem  z  murami…  Piękny…  Tak…  Chłystek  ze  sztyletem,  ha!  ha!  ha!  Podoba  ci  się?  Ale 

ponieważ to nie mój antenat, więc go mogę obrazić… 

Twarz  złożył  do  obleśnego  uśmiechu,  zarechotał  nieprzyjemnym  śmiechem  i  nie 

zważając na jej przerażenie, stanął przed obrazem, nogi szeroko rozkraczył i plunął w cudnie 

bladą, królewsko piękną twarz młodzieńca. 

Chciała krzyknąć i głos jej zamarł na ustach; a mąż jej zbladł w tejże chwili okropnie i 

odskoczył, przerażony. Oboje ujrzeli to samo: cudny młodzieniec na portrecie pobladł jeszcze 

bardziej i nagle oczy czarne zapaliły mu się płomieniem; obraz wyraźnie drgnął na ścianie i 

przez długą jeszcze chwilę widać było, że ręka namalowanego młodzieńca, oparta na głowni 

sztyletu, drżała okropnym jakimś drżeniem. 

Cisza jęknęła w tym momencie urwanym, nagłym jękiem. Nie śmieli odetchnąć. Mąż 

nie mógł poruszyć się z miejsca; wreszcie po długiej chwili usłyszała jego rzężenie: 

- Co… co to było? 

background image

Potoczył  wkoło  zakrwawionymi  oczyma  i  ujrzał  ją,  podobną  do  posągu,  białą  jak 

płótno, zastygłą w lęku. 

Wtedy wrzasnął przeraźliwie: 

- Chodź stąd! Natychmiast! 

Chwycił ją za rękę i powlókł. 

Lęk padł na niego. Po chwili siedział już na koniu i gnał po zoranym polu; nie wiedział, 

dokąd  pędzi  ani  po  co;  uciekał  od  tego  wzroku,  który  widział  dzisiaj.  Wrócił  blady,  z 

rozszerzonymi oczyma. Od progu już wołał służbę. 

- Portret spalić! - krzyczał. 

- Jaki portret? 

- Ten tam na górze… Żywy!… 

Służba spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- Spalić wszystko… Płótno i ramy, aby nie zostało śladu. 

Zaczęto mu przedkładać, że jest późno, że nie można wzniecać ognia, że spalą obraz z 

brzaskiem dnia. 

- Dobrze, dobrze - jąkał - byle spalić, byle spalić… 

Szedł  senny  i  znużony,  lęk  zabrał  mu  wszystkie  siły.  Wszedł  do  sypialni  i  stanął 

zdumiony. 

- Gdzie jest pani? - spytał służby. 

- Pani jest, zdaje się, na górze - odpowiedziano mu - w górnych oknach widać światło. 

Musiał się oprzeć, aby nie upaść; silił się na spokój przed służbą. 

- Czy dawno tam poszła? 

- Przed godziną. 

- Przed godziną… - powtarzał sennie - przed godziną… 

- Czy pójść poprosić panią? - spytał służący. 

- Odejdź! - krzyknął - ani się waż! 

Pozostał sam, oparty o ścianę, i dyszał; chwiejnym krokiem podszedł ku oknu i pchnął 

je.  Serce  w  nim  tłukło  się  niespokojnie,  coraz  mocniej.  Drżał  na  całym  ciele,  a  twarz  jego 

przybierała  powoli  wyraz  zwierzęcego  pyska;  na  czoło  wystąpił  mu  kroplisty  pot,  w  piersi 

świszczał oddech. Zaczął się posuwać powoli wzdłuż ściany, ściskając w ręku szpicrutę, z którą 

się jeszcze nie rozstał. 

Szedł czujnie jak zwierz i bezgłośnie. 

Zanim uczynił krok, próbował, czy posadzka nie skrzypnie. Krew mu zalewała oczy, 

więc ręką ściany dotykał, idąc. Wstąpił na kamienne schody i nie szedł po nich, lecz pełzał, 

background image

czyniąc wrażenie hieny, skradającej się do ludzkiego legowiska; przystawał od czasu do czasu, 

nasłuchując. Wtedy oczy rozszerzał i rozchylał usta. I znów się czołgał jak wąż obleśny. Dotarł 

w ten sposób do drzwi i - drgnął. Usłyszał coś jak cichy jęk. Wstrząsnął się. To był jęk dziwny. 

To było westchnienie jakiejś nieziemskiej rozkoszy… Stał tak przez długą chwilę, półżywy, nie 

mogąc zrozumieć, co się odbywa. Wreszcie się odważył. 

Czujnie i ostrożnie nacisnął drzwi; otworzył je bez szelestu, spojrzał i zamarł. Oparł się 

o ścianę i znieruchomiał na widok tego, co ujrzał. 

Kilka bladych świec oświecało ogromną komnatę, lak by stały na straży tego, co się 

odbywało  w mroku, który  ją zaległ; działa się rzecz jakaś straszna. Oto  na dywanie, u stóp 

obrazu  leżała  ona,  na  pół  naga,  cudnie  piękna.  Rozprzestrzeniła  ramiona,  przechyliła  w  tył 

głowę. Miała przymknięte oczy i rozchylone usta, spalone od żądzy; palce wpiła kurczowo w 

dywan,  a  całe  jej  ciało  prężyło  się  straszliwym  skurczem  miłosnym,  drżało  w  miłosnym 

obłędzie, oszalałe od rozkoszy, która je objęła płomieniem  i  paliła to  ciało białe, jak płatek 

białej róży. Zdawało się, że każdy jej włos drga uniesieniem, że płonie pożądaniem radosnym. 

Z  ust  rozchylonych  wydostawał  się  od  chwili  do  chwili  głęboki,  cudny  jęk  rozkoszy, 

rozszalałej, pysznej i niepojętej. Objął ją pożar. Nie widziała i nie słyszała niczego, słysząc 

tylko radosny, huczny szum krwi, przelewającej się w niej strumieniem, i łomot serca. 

To było jakieś wspaniałe szaleństwo, jakaś niepojęta orgia krwi, jakiś sabbat miłosny, 

cudny  i  straszny,  oddanie  się  zupełne  wśród  męczącej  rozkoszy,  śpiewającej  szumem  krwi. 

Zdawało  się,  że  nad  jej  pysznym  ciałem  uniósł  się  przedziwny  opar  rozkoszy,  ognisty  żar, 

śmiertelna mgła miłości. 

To było misterium miłości na jego cześć - bladego księcia. 

Niepojęte… Niepojęte… 

On  się  wychylił  z  obrazu  i  palił  ją  oczyma  i  oczyma  ją  posiadał,  oszalałą  w  dzikiej 

swojej,  straszliwej  rozkoszy.  Rozchylił  usta  i  żarł  ją  oczyma,  rwał,  zdało  się,  na  poły 

płomieniem objęte ciało. 

Chwila była okropna. 

Mąż stał jak trup stężały, oparty o ścianę. Nagle, kiedy się z jej piersi dobył już nie jęk, 

lecz krzyk, rzucił się jednym skokiem ku niej i rzężąc, uderzył z całej siły szpicrutą w jej nagie, 

pyszne  ciało.  Krew  trysnęła  z  czerwonej  pręgi;  zbudziła  się  z  nieludzkim  jękiem  ze  swego 

obłąkanego snu, aby ujrzeć przerażonymi oczyma scenę, na której widok mogą zbieleć włosy. 

W tej chwili stała się rzecz, na której wspomnienie rozum się miesza. 

Oto młodzieniec na portrecie błyskawicznym ruchem sięgnął po sztylet i  z niepojętą 

szybkością utopił go w sercu tego człowieka. Stało się to tak szybko, jak szybko myśl biegnie 

background image

przerażona.. Mąż rozłożył ręce, jęknął głucho i zwalił się siny na podłogę, aby już nie powstać. 

Z przebitego serca nie wypłynęła ani jedna kropelka krwi, na piersi nie znaleziono żadnej rany. 

A jednak ten człowiek skonał pod uderzeniem sztyletu!! 

Niepojęte… Niepojęte… 

Jej przerażenie zmąciło mózg; przerażenie zamarło w jej oczach i pozostało na zawsze. 

Najstraszliwszy lęk, o jakim tylko pomyśleć można. Ona widziała okropne morderstwo… To 

jest jej tajemnica w oczach ukryta… 

Spojrzała na portret obłąkanym wzrokiem. Blady młodzieniec stał oparty o marmurową 

kolumnę;  jedną  ręką  przytrzymywał  pięknego  charta,  a  drugą  oparł  na  sadzonej  rubinami 

głowni sztyletu… 

- - - - - - - - - - - - - - - - -  

Przyjacielu! nie oszalałem… To nie wino! Klnę się, że to wszystko widziałem w jej 

przerażonych oczach - w szynkowni na Montmartrze… Przecież ona nigdy już nie uśnie… Boi 

się nocy i siebie… Nie daj mi, Boże, spotkać te oczy po raz drugi… Widziałem od początku do 

końca  Wszystko…  Wszystko…  I  krwawą  pręgę,  i  jego  oczy  czarne  w  jej  oczy  patrzące… 

Wyjdźmy! Na miłość boską, wyjdźmy! 

- - - - - - - - - - - - - - - - -  

Słońca! Słońca! 

background image

K

OMEDIA O CZŁOWIEKU

,

 KTÓRY WYGRAŁ DOLARÓWKĘ

 

 

Zdarzyło się wreszcie, że w losowaniu dnia 1 marca 1926 roku jakiś człowiek wygrał 

czterdzieści tysięcy dolarów i do dziś po nie się nie zgłosił. Zdumienie ludzkie nie ma granic. 

Poczciwi ludzie zachodzą w głowę, jak można nie zjawić się po taką moc pieniędzy. Ciekawość 

ludzka  jest  niemal  rozdrażniona  do  ostateczności.  Nieznany  ten  wybraniec  ślepego  losu  z 

dniem  każdym  zarabia  na  nienawiść,  staje  się  przykrym,  irytującym  i  złośliwym.  Kiedy  się 

wreszcie  objawi,  ludziom  spadnie  kamień  z  serca.  Tymczasem  jednak  ludzi  bierze  szewska 

pasja. Jakież to on wyprawia komedie? Gdzie jest? Czy umarł, czy zwariował ze szczęścia? 

Czy jest to może kretyn, czy tylko analfabeta, który nie umie czytać i nie umie odcyfrować 

sześciu cyfr swojego szczęścia? Jeszcze kilka dni, a nie będzie się już miał po co zjawiać, bo go 

tłum pobije. Takich kawałów z ciekawością publiczną urządzać nie można i nie wypada. 

Otóż  ja  wbrew  opinii  śmiem  twierdzić,  że  ten  nieznajomy  jegomość,  który  wygrał 

majątek,  jest  jednym  z  najmędrszych  ludzi  w  Polsce,  posiada  przenikliwą  inteligencję  i 

bynajmniej  bym  się  nie  zdziwił,  gdyby  się  nazywał  na  ten  przykład:  Tymoteusz  Lis  albo 

Kajetan  Chytry,  albo  Jan  Mądral,  albo  Icek  Przezorny,  albo  Gedale  Mądragłowa.  Tak  lub 

podobnie powinien się nazywać. Wszystko świadczy o tym, że ten człowiek ukrywa się wedle 

planu, że wiele czytał, że zna romanse Gastona Leroux, że jest przenikliwym psychologiem, a 

równocześnie, że jest to głęboki ironista; wszystko o tym świadczy, że jeśli w ogóle istnieje, to 

się kiedyś zjawi. Kiedy? On to wie dobrze, on to obmyślił, on zna doskonale powody, że się 

zjawić należy wtedy dopiero, kiedy mądrze a chytrze przygotuje grunt. 

Dlaczegoż  ten  nieznany  bohater  na  takie  zasłużył  pochwały  na  kredyt?  Cóż 

łatwiejszego, jak to udowodnić! Wyobraźmy sobie jego przeżycie. 

Oto  dowiaduje  się  z  gazety,  że  wygrał  czterdzieści  tysięcy  dolarów.  Co  robi  w  tym 

wypadku  człowiek  miernej  inteligencji  i  bez  życiowego  doświadczenia?  Jeśli  jest  bardzo 

niemądry, umiera na atak sercowy; jeśli jest jaki taki, chwieje się, chwyta się rękoma za głowę 

i  zaczyna  krzyczeć.  Przybiega  przerażona  żona,  teściowa,  dzieci  i  ciotki;  przybiega  tłumok 

kucharka  i  tłumoczek  „młodsza”.  Stróż zagląda  ciekawie  przez  drzwi.  Za  pięć  minut  wie  o 

szczęśliwym wypadku cała kamienica, za kwadrans dziesięć ulic dookoła, za pół godziny całe 

miasto, za godzinę cała Polska. Gościa fotografują na wszystkie strony, opisują przebieg jego 

życia.  Gość  idzie  do  Banku  Polskiego,  odbiera  okropne  pieniądze  i  od  tej  chwili  ten 

najszczęśliwszy  człowiek  staje  się  najnieszczęśliwszym,  pożałowania  godnym  biedakiem. 

Szczęście jego topnieje szybko, serce napełnia się goryczą, a jego dom ludźmi. Z najdalszych 

background image

prowincyj zjeżdża rodzina, o której istnieniu nikt nie wiedział; zjawia się stu sześćdziesięciu 

kolegów szkolnych, sześć tysięcy przyjaciół, których twarzy nie pamięta; dwadzieścia tysięcy 

listów spada na niego jak szarańcza, a każdy go prosi i zaklina, aby dał, aby pożyczył, aby się 

podzielił, aby „zwrócił” to, co mu tak łatwo spadło z nieba; wszystkie instytucje dobroczynne z 

ponurą miną żądają, aby spełnił obowiązek bogatego człowieka; wynalazcy ofiarują mu swoje 

wynalazki do urzeczywistnienia, kupcy proponują spółkę, jakiś komitet wyborczy ofiaruje mu 

mandat  poselski  za  połowę  sumy,  malarze  chcą  go  portretować,  filmy  zdjąć  w  ruchu;  sto 

tysięcy komiwojażerów ofiaruje mu wszystko od automobilu do giletki. Z domu jego uleciał 

spokój; dokoła krążą rzezimieszki; szczęśliwiec nie ma chwili spokoju i nie może zmrużyć oka; 

żona  chce  zmiany  mieszkania,  natomiast  on  myśli  o  rozwodzie;  teściowa  się  dziwi,  że  taki 

dotąd  idiota,  takie  jednak  ma  szczęście;  krewni  siedzą  dzień  i  noc  w  salonie  i  czekają,  czy 

przypadkiem nowy bogacz nie udławi się przy jedzeniu; wierzyciele, dawno zrezygnowani, 

przychodzą uśmiechnięci. 

Szczęśliwy  człowiek  zaczyna  powoli  denerwować  się,  potem  dostawać  konwulsyj, 

potem  przeklina  szczęście,  a  po  miesiącu  wiesza  się  na  lampie  w  salonie  ku  ogólnemu 

zadowoleniu. 

Tak  mniej  więcej  powinno  wyglądać  nagłe  i  niespodziewane  szczęście;  tak  je  może 

sobie  wyobrazić  człowiek  znający  swoich  bliźnich.  Toteż  ten  człowiek,  który  wygrał 

dolarówkę, zapewne także krzyknął w pierwszej chwili z radości, ale nie bardzo głośno. Jest to 

człowiek przezorny. Potem, siedem razy sprawdziwszy numer dolarówki, przeczytał uważnie, 

że wygraną można odebrać w przeciągu lat dziesięciu, uśmiechnął się i zaniósł dolarówkę do 

safesu. 

Niech  leży.  Następnie  przezornie  obszedł  wszystkich  przyjaciół  i  prosił  każdego  o 

pożyczkę,  mówiąc  ze  smętnym  uśmiechem,  że  gdyby  był  wygrał  dolarówkę,  to  on  by 

wszystkim pożyczał. Przyjaciel odpowiada mu, że „porządny człowiek nie ma szczęścia”, ale i 

on też mię ma na pożyczanie. Potem poskarżył się przed żoną na ciężkie czasy, strzegąc się 

przede wszystkim. aby jej nie zdradzić tajemnicy, aby z radosnym pyskiem nie pobiegła na 

miasto. 

Co  robi  teraz  człowiek  szczęśliwy?  Większość  czasu  poświęca  na  to,  aby  w 

awanturniczy  sposób  pokłócić  się  na  śmierć  z  bliższą,  dalszą  i  najdalszą  rodziną,  również 

szukając u nich pożyczki. Kiedy przyjdzie co do czego, będzie ich mógł zrzucić ze schodów, 

tak  jak  oni  jego.  Rozmyśla,  jakby  teściową  doprowadzić  do  takiej  furii,  żeby  go  czynnie 

znieważyła i aby się mógł jej pozbyć. Stara się długo i usilnie o paszport ulgowy za granicę; 

jeśli kocha żonę, to i dla niej, jeśli nie, to tylko dla siebie. Jeśli jest dobrym patriotą, to nie czyni 

background image

starań  o  paszport,  lecz  upatruje  sobie  mająteczek  albo  fabryczkę  i  ustanawia  ścisły  termin 

kupna, oczywiście w największej tajemnicy. 

Wreszcie, kiedy ciekawość ludzka zelżeje, kiedy się go wyrzekną przyjaciele i krewni, 

wtedy wybuchnie bomba; jednego dnia zjawi się ten mądry człowiek w banku, spokojnie i z 

zimną  krwią  stanie  się  bogaty,  przebiegnie  truchcikiem  na  drugą  stronę  banku,  na  ulicę 

Kapucyńską, gdzie siedzą rejenci, i tam coś kupi dawno upatrzonego. Pieniędzy już nikt nie 

zobaczy, nie pożyczy, nie ukradnie i nie wyłudzi. Szczęśliwy człowiek będzie szczęśliwym i 

nie obwiesi się na lampie. 

Nie ma bowiem nic okropniejszego, jak gdy człowiek wygra wielki los i jest przy tym 

głupi; przeraźliwe sobie w szczęściu swoim gotuje nieszczęścia. Toteż ten, który się nie zgłasza 

po czterdzieści tysięcy dolarów, nie może się jeszcze ukazać na scenie, gdyż rozmyśla. Mądrzą 

rozmyśla, jak ocalić to, co wygrał. 

Są tacy, którzy twierdzą, że umarł z nadmiaru wzruszenia. Ja myślę, że może się jeszcze 

nie narodził… 

Jeśli jednak istnieje, to jest mądry. Takiemu warto dać pieniądze do ręki. Dziwię się 

tylko, że to nie ja… Zresztą nic nie wiadomo… 

background image

M

ÓJ PIERWSZY ZAJĄC

 

 

Nie mam w sobie złości. Ojcom Kościoła nie byłoby trudno udowodnić, że Pan Bóg 

stwarzając  aniołów  moją  przyszłą  osobę  wziął  sobie  za  model.  Przyznam  się  jednak,  że  z 

niejaką  zawiścią  czytuję  wspomnienia  myśliwskie  moich  przyjaciół,  wspomnienia  pełne 

dymiących strzałów, krwi, nazwanej lepko i  czerwono „posoką”, i  - last not least - śmierci. 

Zdaje mi się  - człowiekowi  spokojnemu  - że taki  jeden z drugim nic innego nie robi, tylko 

morduje z kamienną, niewzruszoną twarzą. Potrzeba mu szynki na święta, idzie sobie do lasu i 

morduje  od  ręki  pięć  lub  sześć  dzików,  zaprosił  żarłocznych  gości,  znowu  idzie  do  lasu  i 

zakatrupią tuzin jeleni, tak jakby inny zjadł bułkę z masłem. Oto mi są ludzie! Ossendowski, 

sercu  mojemu  bliski,  wymordowawszy  cały  zwierzostan  Azji  i  Europy,  pojechał  do  Afryki 

rozpalonej  i  tam  natłukł  co  niemiara  dostojnych  słoni,  żyraf  smukłoszyich  i  prychających 

hipopotamów.  Po  parze  ż  każdego  gatunku  łaskawie  zostawił,  aby  z  kretesem  nie  zaginął. 

Zjadasz potem u niego ucztę, a on cię uprzejmie zagadnie: 

- Może pan pozwoli nereczkę z krokodyla? 

Spał sobie biedactwo, nad jeziorem Czad… Szynka z fakoszera też nie jest najgorsza, 

ale radzę nóżki żyrafy, pieczone na palmowym liściu. 

To rozumiem. Albo inny mój przyjaciel, ślicznie piszący. Uśmiecha się, a zbryzgany 

jest krwią, postrach puszczy i kniei. Kiedy się ten zjawi w podkarpackich lasach, niedźwiedzie, 

ujrzawszy swoją śmierć, nie usiłują nawet bronić się, lecz pokornie, rzędem się ustawiwszy, 

przymykają oczęta i czekają na piorun ze straszliwej jego rusznicy. Po co uciekać i dokąd? Po 

co męczyć się przed śmiercią? Toteż myśliwy ten potężny sypia na niedźwiedzich skórach, 

spodnie ma ze skóry łosia, kamizelkę ze skóry jeleniej, a czapkę z rysia. Przy stole posługują 

mu dwa biedne niedźwiadki, z jego łaski sieroty, dzieci jego igrają kłami dzików, a służąca 

ściera kurze lisią kitą. Stróżem w domu jest stary, kaprawy niedźwiedź, pijaczyna. 

A taki Krzywoszewski - też nie daj Boże? Kiedy ulicą przechodzi i z nawyku nasłuchuje 

grania głuszca, wtedy wszystkie zające w sklepach spożywczych, za zadnie nogi wiszące, drżą 

i szklanymi patrząc w niego oczyma, zdają się mówić: „Oto jest ten, co nas miłego pozbawił 

żywota!” Stare zajęczyce straszą młode zajączki krwawym jego imieniem. Wilki na Polesiu, 

zwiedziawszy  się  o  nim,  wyją  nocami  głucho  lub  z  nadmiernego  przerażenia  dostają 

wścieklizny. W domu ma oswojonego głuszca, który mu siada na ramieniu i dzióbkiem cukier z 

ust mu wyjmuje, jak kanarek albo oswojona aktorka. 

background image

Takie to są straszliwe przewagi tych straszliwców, godnych opowieści Coopera. Tak się 

zrośli z puszczą i z dzikim zwierzem, że używają nawet mowy innej niż ludzie nie mający na 

rękach krwi. 

Powiada taki: 

- Nie mogę dziś przyjść do klubu, bo moja żona bardzo „kniazi” (!) 

Albo też: 

- Spojrzyj pan, jaki „talerz” ma ta pani (!) 

Jeden zając wie, o czym taki myśli. 

Pisane  posoką  opowieści  tych  ludzi  wprawiają  mnie  w  oszołomienie.  Odczytuję 

namiętnie  wszystkie  łowieckie  historie,  a  z  prawdziwym  zachwytem  sprawozdania  o 

urzędowych  polowaniach  w  Puszczy  Białowieskiej.  Wyobrażam  sobie,  jak  się  to  ślicznie 

odbywa: oto wszystkie zające są wytresowane, każdy ma swój numer, jak u dentysty, a pan 

leśniczy nic, tylko mruga. Wtedy taki zając z Dygasińskiego, stary wyga, okiem łypnie w lewo, 

potem  w  prawo  i  już  wszystko  wie;  przerażenie  udając  wali  wprost  na  ministra  rolnictwa, 

swego najwyższego przełożonego. Minister jeszcze nie strzelił, a to bydlę już „ruluje” i udaje 

umarłego, bo minister nie może chybić. Czasem się zdarzy, że jaki zapalczywy cudzoziemski 

dygnitarz  trafi  naprawdę  i  nic  to,  że  krzywdzi  mądre  stworzenie,  ale  psuje  cały  porządek 

polowania. Na takich to polowaniach przywiązuje się do gałęzi wypchanego głuszca i ściga się 

go sznurkiem po strzale, śpiew zaś głuszca udaje w krzakach urzędnik niższej rangi. Wydało się 

to  niedawno.  kiedy  zbyt  lojalnie  nastrojony  „głuszec”,  lecąc  po  strzale  z  gałęzi,  zawołał 

ludzkim głosem: 

- Padam do nóg panu ministrowi! 

Piękne  to  są  historie,  które  się  czyta  z  ukontentowaniem.  Stąd  zawiść  moja,  że  tylu 

pisarzy  strzela  grubą  zwierzynę,  a  ja  małe  głupstwa.  Nie  jest  jednak  ze  mną  aż  tak  źle, 

albowiem i ja mam „zwierza” na rozkładzie, czym postanowiłem się pochwalić, aby przecie 

pozostała  jakaś  pamiątka  po  wielkich  łowach  na  te  czasy,  kiedy  już  wszystkie  lasy  zostaną 

wycięte. Albowiem im dalej w las, tym więcej Anglików. 

Czasem mniemasz, że się na brodatego w puszczy natknąłeś tura, a to tylko miły Gedale 

Tartak, wielki handlarz drzewa, już prawie Anglik. 

„Drzewa  moje  ojczyste…  ileż  w  waszej  ciszy  upolowałem  dumań,  gdy  w  dzikim 

ostępie, zapomniawszy o łowach, usiadłem na kępie…’’ 

Tak… tak… 

background image

Na srom bobrowy! Na niedźwiedzie sadło! (To z Krzyżaków). Muszę opowiedzieć, jak 

zabiłem  mego  „pierwszego  zająca”.  Wprawdzie  ten  pierwszy  był  też  i  ostatnim,  ale  w 

pamiętnikach zawsze tak się pisze: „Mój pierwszy tygrys”. 

Fakt ten, który mną wstrząsnął na długie lata, zdarzył się na Podolu, czasu wojny. Tam 

to rozlałem krew dzikiego zwierza w walce honorowej, choć nieco nierównej, bo zając wcale 

na mnie nie dybał. Mówię, bom smutny… Nieopatrzni przyjaciele zaprosili mnie na prawdziwe 

polowanie do prawdziwego lasu, na wzmiankę bowiem o strzelaniu takie robiłem miny, jak 

gdybym od kołyski nie rozstawał się ze strzelbą. To trzeba przyznać, że istotnie mam wyborną 

minę  łowcy  słoni  lub  tępiciela  bizonów:  mars  na  twarzy,  bardzo  bystrej  i  jakby  drapieżnej, 

sokole oko, zacięte w milczeniu usta i rozdęte chrapy, jak gdyby wietrzące krew. Ponieważ w 

teatrze  przez  długie  lata  przywykłem  do  strzałów,  przeto  huk  -  prócz  wielkiego  wstrząsu  - 

zbytniego nie czynił na mnie wrażenia, Z lekkim niepokojem wziąłem do rąk fuzję, dokładnie 

poinformowany  z  myśliwskich  malunków  Mackiewicza,  którą  stroną  się  strzela  i  -  jadę  na 

polowanie. 

Jechać to każdy potrafi, tylko polować nie każdy; słyszałem zaś kiedyś jednym uchem, 

że na polowaniach obowiązują jakieś dziwne obyczaje, przepisy i srogie nakazy, że jednak przy 

niejakim  sprycie  wszystkiego  na  świecie  dowiedzieć  się  można,  postanowiłem  chytrze 

wyłudzić przez drogę od mojego towarzysza, wybornego strzelca, kilka fachowych tajemnic. 

Zacząłem przeto rozmowę okrężną, niby tak sobie, z nudów. 

- Śliczny czas - powiadam - w taką pogodę zające lubią wychodzić gromadą. Pamiętam, 

kiedy w takim właśnie czasie byłem w Indiach… 

- To pan był w Indiach? 

- Strzelało się trochę po świecie… W Polsce jednak polowania są chyba najpiękniejsze, 

Dzisiejsze wprawdzie to drobiazg… 

- Tego nie powiedziałbym. Są tu lisy, a może być i wilk… 

- Wilk? Pan łaskawie żartuje? 

- Bynajmniej. Ale co to? Czy panu zimno? Czemu pan tak drży? 

- Zimno? Mnie? Cha, cha! Mnie się zarobiło gorąco na myśl, że tu można zakatrupić 

wilka!  Prawdę  jednak  powiedziawszy  miałbym  dziś  ochotę  na  parę  zajączków.  Łatwy  to 

wprawdzie strzał i zwierzyna też psa warta, ale wesoło się przynajmniej strzela. Jaką pan ma 

metodę w strzelaniu do zajęcy? 

- Jak to… metodę? Co pan przez to rozumie? 

-  No,  jak  by  to  powiedzieć?  Czy  pan  woli  strzelać  do  zająca  w  biegu,  czy  też  do 

siedzącego? 

background image

Towarzysz spojrzał na mnie przeciągłym i jakby cokolwiek zdumionym spojrzeniem. 

- A pan? - pyta. 

- Ja? To zależy. Wedle najnowszych teoryj racjonalnego polowania powinno się raczej 

strzelać  do  zająca  spokojnie  siedzącego,  bo  to  i  ceł  pewniejszy,  i  nie  denerwuje  się 

niepotrzebnie biednej zwierzyny. Zając zgoniony jest gorszy w smaku, czuć go wiatrem, nie 

mówiąc już o tym, że myśliwy, goniąc za tak szybkim jak zając zwierzęciem, traci wiele szans. 

Towarzysz spojrzał na mnie spode łba i widzę wyraźnie, że jest zdumiony trafnością 

moich intuicyjnych’ zresztą spostrzeżeń. Walę przeto dalej: 

- Ja, proszę pana, trzymam się niemalże niezmiennie jednej metody: dopuszczam zająca 

na trzy, cztery kroki, bo wtedy strzał jest bezwarunkowo śmiertelny. 

- Niesłychane! - zdumionym głosem wykrzyka ów dobry człowiek. 

- O tak. I wtedy strzał „na komorę” jest prawie że matematyczny. 

Zaryzykowałem  tę  „komorę”  na  podstawie  literatury,  widocznie  z  mimowolnym 

powodzeniem, bo mój towarzysz, chociaż wyborny myśliwy, lecz zapewne mało otrzaskany z 

literaturą fachową, musiał się dowiedzieć o rzeczy dla siebie nowej; przystanął i zaczął mi się 

pilnie przypatrywać. 

Pokraśniałem z zadowolenia i łgałem z kopyta: 

- Bardzo też lubię strzelać „z kolana”. 

- Na Boga! Jak się to robi? 

Widzę jasno, że człowiek nie czytał nigdy powieści największego myśliwca wszystkich 

czasów,  Karola  Maya,  który  najmniej  ze  sto  razy  wybornego  tego  użył  sposobu  w 

amerykańskich pampasach. Krwawy ten figiel na tym polega, że myśliwy lub człowiek ścigany 

przez  Komanczów,  udając,  że  spokojnie  patrzy  w  inną  stronę,  ledwie  widocznym  ruchem 

kładzie karabin na kolanie i nagle wali z niego w gąszcz krzaków, w których zauważył albo 

ruch podejrzany, albo też leciutki w nich usłyszał szmer. Przeto wyjaśniam to mało oczytanemu 

człowiekowi: 

- Jest to sposób trudny wprawdzie, niemniej jednak mimo swej grozy dowcipny. Kładę 

się na trawie, udając wyrazem twarzy i sarkastycznym uśmiechem, że mnie polowanie nic nie 

obchodzi, że się tu znalazłem przypadkiem, jako spokojny przechodzień lub coś podobnego. Im 

kto częściej bywał w teatrze, tym wyborniej to uda. Otóż niewinny ten podstęp ogromnie łudzi 

zwierzęta  tak  poczciwe  jak  zające,  które  widząc  spokojnego  przechodnia,  co  odpoczywa 

znużony, omijają nie znających tej gry myśliwych, a całą gromadą walą na niego. Ha! 

- A on, cóż on wtedy? 

background image

- On, czyli w tym wypadku ja, niby spoglądam w inną stronę, niewidocznie układam 

fuzję na kolanie i nim się biedna, a tak dowcipnie oszukana zwierzyna spostrzeże, kładę trupem 

pięć, sześć do dziesięciu sztuk. Później to i zając nawet pojmie, w czym rzecz. Jeden lis nie da 

się na to nabrać. 

- Jakże więc pan poluje na lisy? 

- Zwykle z drzewa. 

- Przepraszam, ale nie dosłyszałem… Jak? 

-  Z  drzewa.  To  przecie  bardzo  proste:  lis  patrząc  nerwowo  w  dół  i  na  boki  mało 

zazwyczaj zwraca uwagi na to, co się ponad nim odbywa, cóż tedy łatwiejszego, jak strzelić mu 

w łeb z góry, oczywiście też na komorę, gdyż, jak panu zapewne wiadomo, zwierzę to, ranne 

tylko, może być niebezpiecznie. 

Musiałem zrobić dubleta, z jednej lufy utłukłszy lisa, z drugiej palnąłem „w sam łeb 

wojewody” - mojego towarzysza - bo mocno pobladnął. Chciałem mu jeszcze wyjaśnić mój 

sposób  polowania  na  dziki  za  pomocą  granatów  ręcznych,  co  mi  właśnie  w  tej  chwili  jak 

genialne olśnienie przyszło do głowy, nie zdążyłem jednakże, on bowiem, wlepiwszy wzrok w 

moją strzelbę i obchodząc mnie z daleka, począł nerwowo żegnać się ze mną. 

- Tu, zdaje się, jest pańskie stanowisko - rzekł. 

Wiedziałem,  że  ma  być  moim  sąsiadem  na  linii,  więc  mu  powiadam,  choć  bez 

chełpliwości: 

- Miło mi, że pan stojąc obok będzie mógł zobaczyć, że są jeszcze w Polsce ludzie, co 

umieją strzelać. 

-  Tak,  tak…  -  odrzekł  mi  dziwnym  głosem  i  poszedł;  co  jednak  krok  uczynił,  to  się 

obejrzał i zdumionymi w moją stronę łypał oczyma. Nagle ni stąd, ni zowąd coś go poderwało, 

bo zaczął gonić przed siebie, jakby przed śmiercią uciekał, i gdzieś w oddali zniknął mi z oczu. 

Dałem mu łupnia! - rzekłem sobie za Zagłobą. 

Kiedy  zostałem  sam  z  nieporównanymi  łowieckimi  metodami,  uczyniło  mi  się 

nieswojo. Pragnąłem zastosować niezawodny sposób upolowania lisa, wspiąć się na drzewo i 

tam,  na  wysokościach,  szczęśliwie  przeczekać  polowanie,  aż  do  śniadania  oczywiście.  Nie 

wypadało jednak uczynić tak myśliwcowi, przed którym tygrysy w Indiach padały na twarz, 

skomląc o zmiłowanie. „Niech się dzieje wola nieba”, co też z piorunów strzela. 

Po lesie zaczęło grzmieć i hukać. Nie przypuszczałem, że dostojny sędziwy las może 

nagłemu ulec obłędowi… Jacyś dobrzy ludzie z niewiadomej uciechy darli się wniebogłosy lub 

porykiwali groźnie, tłukąc kijami o pnie niewinnych drzew, zdumionych nagłym szaleństwem 

leniwych  zazwyczaj  kmiotków.  Zacząłem  się  zastanawiać,  czy  przypadkiem  do  moich 

background image

obowiązków  myśliwca  nie  należy  robienie  opętanego  wrzasku.  Doświadczenie  jest  dobrą 

rzeczą, sama strzelba nie wystarczy. Musiały to 

doświadczenie mieć też i zające, przekonawszy się bowiem od jednego spojrzenia, że 

mają  do  czynienia  z  człowiekiem  wybitnie  łagodnym.  zrobiły  sobie  przez  moje  stanowisko 

bezpieczny gościniec i przebiegały tuż obok mnie, mrugając porozumiewawczo wyłupiastymi 

oczyma. Nie mogłem się dość nadziwić miłemu sprytowi tych łagodnych zwierząt i z wielkim 

na ten pochód patrzyłem zaciekawieniem. Wszystko jednak, u licha, ma swoje granice, mogłem 

być wyrozumiały, nie mogłem jednak ścierpieć lekceważenia. Człowiek nie może pozwolić na 

to, by mu urągał zając. Strzeliłem w górę dla postrachu i dla ostrzeżenia, zdaje mi się jednak, że 

najbardziej  nastraszyłem  siebie,  gdyż  serce  we  mnie  zajęczą  poczęło  skakać  modą…  Moje 

zające przyśpieszyły kroku, ale nie tak bardzo. Tymczasem hałłakujący kmiotkowie, weseli i 

rozkrzyczani wielce, zbliżyli się ku mnie, co było dowodem niewątpliwej z ich strony odwagi, 

zważywszy,  że  ja,  wyraźnie  ja,  dzierżyłem  w  ręku  strzelbę.  Niewątpliwie  bezpieczniej  jest 

spotkać w dżungli tygrysa niż mnie w polskim lesie ze strzelbą. 

Zdawało mi się, że już wszystkie zające zdołały się przemycić szczęśliwie przez mój 

przesmyk, odetchnąłem przeto, nie splamiwszy się krwią Bożego stworzenia. Las jest jednak 

pełny  niespodzianek.  Oto  jakiś  wielki,  nawet  ogromny  zając,  stary  zapewne,  może  nawet 

paralityk, gnał w moją stronę. Za nim biegł piekielny wrzask i gromkie życzenia nagłej śmierci 

ze strony rozbawionych figlarnie kmiotków. Kłapouch był ogłupiały albo też, choć praktyk, źle 

mnie  osądził,  że  nie  usiłował  przejść  bezpiecznie  pomiędzy  moimi  nogami.  Krzyknąłem 

przyjaźnie, a ten bałwan skręcił w obłąkanym skoku i biedaczysko tak wyrżnął łbem o drzewo, 

że go zamroczyło. Wykopyrtnął się, jakby w niego piorun uderzył. Było mi go żal serdecznie, 

taki jednak zbrodzień siedzi w człowieku, że oszalałem. Zagrała we mnie krew stu myśliwskich 

pokoleń, co się z lutym zmagały turem, uderzyła mi do młodej głowy - ha! - jak wino - tak że się 

poczułem zamroczony jako ten właśnie zając. Tygrysim skokiem przypadłem do zwierza i - o 

hańbo, o dzikości, w każdym z nas utajona! - strzeliłem. Zając nie dał nawet poznać po sobie, że 

to  zauważył,  zlekceważył  mnie  nawet  po  śmierci.  A  jednak  Demokryt,  który  znał  mowę 

wszelakiego zwierza, byłby usłyszał cichy szept: „Bądź przeklęty”. 

Ile  razy  spożywam  zająca,  słyszę  ten  głos  Jestem  mordercą,  który  zachował  resztki 

sumienia. 

Nie  będę  zgoła  niepotrzebnie  dodawał,  że  zdumienie  ludzkie  na  widok  mego  zająca 

było tak wielkie jak las. Szeptali myśliwcy pomiędzy sobą spoglądając to na nieboszczyka, to 

znów na mnie. 

background image

Mój towarzysz, któremu zdradziłem tak wyborne metody łowiectwa, ucałował mnie, 

potem pyta: 

- Jak go pan zabił? 

-  Z  odległości  jakichś  trzystu  kroków,  celując  tylko  kilkanaście  minut,  chociaż 

podskakiwał, szelma, aby mi strzał utrudnić. 

Tamten  podniósł  tylko  oczy  ku  niebiosom  i  mowę  mu  odebrało.  Ja  jednak  znałem 

prawo  myśliwca  do  łgarstwa.  Od  tego  jednak  czasu,  nie  chcąc  sławy  mojej  mołojeckiej  na 

szwank narażać, nie poluję już nigdy, trudno bowiem przypuścić, aby się znalazł na świecie 

drugi taki zając, galant wielki, który by dla mojej satysfakcji popełnił samobójstwo. Hej, już nie 

ma takich zajęcy! 

background image

N

IEDŹWIEDŹ Z 

Ł

YSEJ 

P

OLANY

 

 

Zastanawiałem się nad tym długo, czy mam prawo wyjawić tajemnicę, spędzającą sen z 

moich oczu. Jest to historia dawna, sprzed lat kilku, dziś już pogrzebana w rocznikach starych 

gazet,  która mnie jednak dręczy.  Budziła ongi  postrach i  grozę, każda zaś o niej wzmianka 

pełna była niedźwiedzich poryków, jak powieść Curwooda. 

Jest to ponura historia niedźwiedzia z Łysej Polany. 

Postanowiłem  wywlec  ją  na  światło  dzienne,  miłość  bowiem  moja  w  stosunku  do 

Zakopanego,  chociaż  bardzo  wielka,  nie  może  się  jednak  żywić  udręką,  którą  mi  sprawia 

przykre poczucie, że ja jeden wiem o czymś, czego się nikt nie domyśla. 

Kiedy  w  sfilmowanym  Panu  Tadeuszu  ujrzałem  w  całym  groźnym  majestacie 

wypchanego i nadjedzonego przez mole niedźwiedzią,. nad którym Wojski muzyckie odprawił 

egzekwie, zadrżała we mnie dusza. Nie! dłużej tego ukrywać nie mogę… 

Oto jest historia zakopiańskiego niedźwiedzia: 

Dnia  jednego  poszedł  hyr  po  Zakopanem,  a  stąd  po  całej  Polsce,  że  na  drodze  do 

Morskiego Oka, w okolicach Łysej Polany, pokazał się srogi i na krew łapczywy niedźwiedź. 

Tam  porwał  niewinną  owieczkę,  ówdzie,  na  drogę  wypadłszy,  przeraził  i  bladym  strachem 

pobił nieszczęsnych ceprów, z jajami na twardo i kiełbasą zdążających w góry pod przewodem 

uroczej  kozicy  Kunegundy,  Zochny,  dwojga  imion  Haarnadelżanki,  byli  zaś  i  tacy,  co 

spotniałym  od  nadmiernego  wzruszenia  głosem  opowiadali,  że,  rozsierdzony,  chwytał 

ogromne głazy i ciskał nimi za automobilowym wozem. Nie co dnia zjawia się niedźwiedź, nie 

można się tedy było dziwić ogromnemu poruszeniu; mniejsza zresztą o jednego ucapionego i 

zarżniętego barana, należało jednakże przypuszczać, że zwierz, tak dziwnie złośliwy, może w 

przystępie furii uczynić wyprawę na ciche i nikomu ducha niewinne Zakopane. Nie można było 

natomiast  liczyć  na  to,  że  go  odstraszą  zabójcze  zapachy  w  okolicach  zakopiańskich 

restauracyj,  raczej  przeciwnie,  mogły  go  one  znęcić,  gdyż,  jak  o  tym  wiemy,  z  ciekawych 

opowieści  znakomitego  amerykańskiego  myśliwca,  straszliwy  odór  zepsutych  ryb  jest  mu 

najmilszym. Jeżeli dodać do tego wykwintne zakopiańskie majonezy, to, znając perwersyjne 

jego  upodobania,  można  by  przypuszczać,  że  się  niebo  przed  nim  otworzy,  kiedy  mu  wiatr 

usłużny ich nieziemską woń przyniesie. 

Ludzie  poczęli  szeptać  pomiędzy  sobą,  obmyślając  zapewne  sposoby  ratunku  na 

wypadek  inwazji  straszliwego  zwierza.  Sposoby  dobre  i  z  dawna  wypróbowane  dwa  tylko 

istnieją: albo uciec, albo też udawać umarłego. Sposób pierwszy nie zawsze jest wykonalny, 

background image

drugi natomiast jest i dowcipniejszy, i dlatego łatwiejszy do wykonania, że kto z bliska ujrzy 

niedźwiedzia, ten pada bez ducha i przez czas dłuższy udawanie wcale mu nie jest potrzebne. 

Przezornie  uciekło  jednak  w  owym  czasie  osób  kilka,  szczerze  się  przyznając,  że  nie  mają 

zaufania do tego sposobu, łacno się bowiem mogło przydarzyć, że nieboszczyk fałszywy może 

się ze zbytku wrażeń zmienić w nieboszczyka zawodowego. Wypadek ten pomnożył wówczas 

z  dawna  istniejące  niechęci  do  ludzi  wolnych  zawodów,  którzy  tę  nad  wszystkimi  mieli 

wyższość, że udawanie nieboszczyka najmniejszej nie sprawiało im trudności: literat, profesor 

uniwersytetu,  nauczyciel  ludowy,  a  szczególnie  urzędnik  mógł  „zrobić”  umarlaka  od  razu, 

prima vista, bez wysiłku i bez próby, jak ów najmilszy student z powieści jeszcze milszego 

pana Prusa; wystarczyłoby, gdyby mądremu zwierzowi pokazali swoje zabiedzone fizjonomie, 

wobec których twarz nieboszczyka wydałaby się kwitnąca. 

Radosny  okrzyk:  „Niedźwiedź,  Mospanie”  może  być  radosnym  w  epopei,  w 

niepoetyckim  jednakże  życiu  stał  się  złowrogi;  ciche  miasteczko  dostało  jakoby  konwulsyj, 

rozprzęgły  się  nerwy,  zagotowały  się  mózgi,  nikt  nie  był  pewny  dnia  ani  godziny.  Należy 

jednakże mile o tym wspomnieć, że i wiele dobrego sprawiła owa trwoga powszechna: zaczęli 

się do siebie garnąć ludzie, aby nie być w samotności, a stadła małżeńskie, z dawna obojętne, 

sypiały  w  mocnym  uścisku.  Nie  wiedział  o  tym  zwierz  potężny,  który  gdzieś  tam  hasał  po 

połoninach,  krwawym  okiem  łypiąc,  ile  razy  usłużny  pies,  wiatr,  przyniósł  mu  wieść  o 

opasłych w Zakopanem ludziach. 

Nie można było jednak żyć w ciągłej niepewności i polegać na zmiennych humorach 

niedźwiedzia.  Ludność  miejscowa  przyjęła  wiadomość  o  jego  ukazaniu  się  raczej  z 

zadowoleniem, nawykła bowiem do odzierania ze skóry wszelkiego żywego stworzenia, które 

nieopatrznie  zawędrowało  w  jej  dziedziny,  uważała  niedźwiedzia  za  nową  jedynie  odmianę 

zdobyczy,  od  ludzkiej  nieszczęsnej  ofiary  nieco  sprytniejszą,  przeto  większego  godną 

szacunku.  Niepojęcie  natomiast  zachowały  się  w  groźnej  chwili  władze  gminne,  takie 

stwarzające pozory, jak gdyby je ta sprawa mało obchodziła; nie rozumiałem wówczas tego 

stanowiska; dziś je niestety rozumiem. 

Kiedy państwo drzemie, trzeba, aby czuwali obywatele. Postanowiłem ja przeto, wbrew 

memu  zwyczajowi  niemieszania  się  do  spraw  cudzych  i  wbrew  metodzie  zachowywania 

życzliwej neutralności w stosunku do Zakopanego, zająć się tą sprawą, co najmniej dziwną. 

Rzeczą  było  oczywistą,  że  całą  tę  awanturę  należało  zakończyć  w  trybie  doraźnym 

przez zakatrupienie niedźwiedzia. Łatwo się to mówi, nie tak łatwo się to robi. W pierwszej 

chwili przyszło mi na myśl, że sprawę znakomicie i bez większych zachodów rozwiąże krótka 

depesza do Ossendowskiego w tym sensie: „Przyjedź i zabij” - po namyśle jednakże pomysł ten 

background image

wydał  mi  się  mocno  naiwnym,  bo  przede  wszystkim  znakomity  mój  przyjaciel  oburzy  się, 

kiedy się z konieczności dowie, że idzie o rzecz tak drobną i mizerną, jak niedźwiedź, tak to 

bowiem będzie wyglądało, jak gdybyś Zbyszka Cyganiewicza sprowadzał z Ameryki w celu 

zabicia nędznej  pchły, poza tym  naraziłoby się  wielkiego myśliwca jedynie na stratę czasu, 

niedźwiedź bowiem, mądry szelma, poczułby śmiertelnego swego wroga już w chwili, kiedy 

by się ten zbliżał do Nowego Targu, i zwiałby na czeską stronę oszalały ze strachu. 

Trzeba się było zdać na własną przemyślność i na własne myśliwskie doświadczenia. 

Serce  mam  gołębie,  do  tego  jednak  niedźwiedzia  poczułem  dziwną  nienawiść,  nie  znoszę 

bowiem  arogancji  i  panoszenia  się,  to  zaś  bydlę  kudłate,  jakby  pewne  bezkarności, 

najwidoczniej drwiło sobie ze wszystkiego i ze wszystkich. 

„Głupi niedźwiedziu, gdybyś w mateczniku siedział”… - Nie wiedziałbym ja o nim, nie 

wiedziałby on o mnie, a tak? Tak się stało, że o jednego z nas było za wiele u podnóża gór. 

Rozsierdził mnie. Można być niedźwiedziem, ale należy mieć jakie takie maniery. Musiał dusić 

owce,  bo  tak  mu  kazała  jego  nieszczęsna  natura;  to  rozumiem  dobrze,  jak  rozumiem 

Karpowicza, kiedy za to, że „przez swoje dziwne znaki dał wodzie winne smaki”, dusi mnie 

niegodnie. Niedźwiedź ten jednak dla nierozumnej igraszki zatarasował swoim cielskiem drogę 

do Morskiego Oka i napełnił trwogą góry i doliny. Musiało to być indywiduum złośliwe, nie 

mogące ścierpieć cudzej radości. I z tym właśnie należało skończyć, bo sprawa zaczęła być 

zbyt głośna. Gazety grzmiały, jęczały telefony, telegrafy czuć było niedźwiedzim sadłem. To 

jest  jednak  najdziwniejsze,  ze  kiedy  pierwszy  wielki  strach  opadł  z  ludzi.  Jak  mgła  z  regli, 

Zakopane poczęło się najpierw bardzo wstydliwie, po czym coraz wyraźniej pysznić i puszyć, 

że może światu zaimponować niedźwiedziem. Szczególnie władze gminne takie srogie robiły 

miny, jakby to  ich było  zasługą, że się ten zwierz ukazał  w obrębie ich  władania. Pragnęły 

niemal jakiegoś z jego strony nierozumnego postępku, porwania taternika albo obłupienia ze 

skóry kogokolwiek; gdyby zaś przypadkiem tak na mnie trafiło, ha! - wola boska. Byłoby wiele 

płaczu, a jeszcze więcej reklamy. 

Tym bardziej zaczął mi się ten zwierzak nie podobać; w dobrej duszy zapisałem mu 

śmierć.  Byłoby  to  z mojej  strony kłamstwem  grubym  i  zbyt jaskrawo  chełpliwym,  gdybym 

powiedział,  że  się  nie  bałem.  Przeciwnie,  bałem  się,  nawet  bardzo  się  bałem.  Dla 

Ossendowskiego  może  to  być  mysz,  dla  mnie  jednak  jest  to  niedźwiedź.  Bałem  się  mimo 

ciekawej  wiadomości  o  naturze  niedźwiedzi,  że  posiadają  one  swoisty  sposób  uśmiercania 

myśliwca,  polegający  na  tym,  że  wczepiwszy  pazury  we  włosy  na  głowie  nieszczęśnika, 

zdzierają je razem ze skórą. W tej mierze, jako człowiek pozbawiony tej naturalnej, taniej i 

banalnej ozdoby (mówię o włosach, nie o głowie!) - miałem wyborne szansę. 

background image

Mniej polegałem na moim doświadczeniu myśliwskim. Łatwo jest wprawdzie strzelać 

w  życiu  głupstwa,  bo  i  o  taką  zwierzynę  łatwo,  i  o  pudło  dość  trudno,  na  nic  jednak  takie 

doświadczenia. Myśliwi nie stają się myśliwymi od pierwszego strzału, trzeba jednakże kiedyś 

zacząć.  Los  mi  kazał  w  drugiej  w  ciągu  żywota  przygodzie  myśliwskiej  spotkać  się  z 

niedźwiedziem. To trudno. Los, stary drab, wie chyba, co robi. 

Brak  doświadczenia  można  zresztą  nadrobić  inteligentną  znajomością  teorii. 

Niedźwiedź nie zając, prędko nie ucieknie, jasnym zaś było, że mu się podobało na nowym 

legowisku,  ani  jeden  bowiem  dzień  nie  minął,  aby  niedźwiedź  nie  dał  znać  w  jakiś 

nieprzyjemny sposób o swojej obecności. Miałem czas. 

Nie  mówiąc  nic  nikomu,  zająłem  się  gorliwą  i  pilną  lekturą;  czytałem  wszystko, 

cokolwiek  i  kiedykolwiek  napisano  o  obyczajach  tego  stworzenia.  Dowiedziałem  się  przy 

sposobności, iż jest to zwierz tak przemyślny, że idąc do kochanki, znaczy pazurami na korze 

drzewa  swój  wzrost,  aby  idący  za  nim  rywal  mógł,  zmierzywszy  siebie  wedle  naznaczonej 

sikali, wycofać się z interesu, jeśli jest mniejszy. Naturaliści, śmiejąc się, nazywają to legendą, 

ja jednak, być może, że w zapamiętaniu, skłonny jestem do przypuszczenia, ze jest to nie tylko 

prawdą,  lecz  że  jest  to  równocześnie  sposobnością  do  ohydnych  nadużyć  i  szachrajstw, 

dowcipny bowiem, lecz chuderlawy niedźwiedź wdrapuje się zapewne na pień drzewa i znaczy 

fałszywą miarę. 

Dowiedziałem  się,  że  w  Polsce  przebywa  w  charakterze  „stałych  mieszkańców”  sto 

czterdzieści  jeden  niedźwiedzi,  wedle  ostatniego  urzędowego  spisu  tej  kosmatej  ludności. 

Należało  przypuszczać,  że  niedźwiedź  z  Łysej  Polany  jest  mieszkańcem  niestałym, 

emigrantem z czeskiej strony. Nasze niedźwiedzie są dobre i wesołe, ten natomiast okazywał 

wybitną złośliwość. Tym mniejsza będzie szkoda, jeśli z mojej polegnie ręki. 

Postanowiłem go zgładzić. 

Sposobem  najprostszym  był  ten  wypróbowany  środek,  którego  zażył  krakowski 

szewczyk,  co  zgładził  wawelskiego  smoka:  dał  mu  do  pożarcia  taką  miksturę,  że  się  smok 

rozpuknął.  Sposób  to  był  łatwy  z  tego  chociażby  względu,  że  najmniejszych  trudności  nie 

przedstawiało  zdobycie  pożywienia  o  właściwościach  burzących  dynamitu;  należało  wziąć 

połowę bufetu od Karpowicza i połowę od Trzaski, a niedźwiedzisko, chytrze tym nakarmione, 

pękłoby z hukiem gromu. Nie byłby to jednak postępek rycerski; nie można bożego stworzenia 

karmić  tym,  co  jest  przeznaczone  dla  ludzi.  Można  zabić,  lecz  nie  wolno  się  znęcać.  Nie 

pozwala  na  to  zresztą  honor  myśliwca,  dla  którego  rozkoszą  jest  stanąć  oko  w  oko  ze 

wspaniałym królem lasów. Kordelas - dobrze! - ale nigdy majonez! 

background image

Nadszedł  nareszcie  mój  wielki  dzień.  Był  wtorek.  Słońce  tarzało  się  rozkosznie  po 

łąkach,  w  powietrzu  była  złota  cisza,  czasem  tak  brzmiąca,  jak  pijana  zapachem  kwiatów 

pszczoła. Zakopane spało jeszcze w błogiej beztrosce i w dawno nie zmienianej pościeli, kiedy 

ja w tajemnicy największej wybrałem się w drogę. Nie chciałem, aby ktokolwiek wiedział o 

tym,  czułem  bowiem  niewyraźnie,  że  niedźwiedź  cieszy  się  w  sferach  gminą  władnących 

nierozumną,  choć  cichą  sympatią.  Dojechawszy  w  okolice  Łysej  Polany  zatrzymałem 

automobil, spracowanego forda z „Sanato”, taki dziwny wóz, co może jechać na trzech kołach, 

sam zaś szedłem wzdłuż drogi w górę. 

Było, już około dziesiątej. Wędrowałem uparcie, czując jak moje serce staje się coraz 

bardziej  bezlitosne.  W  zanadrzu  miałem  nóż  do  krajania  szynki,  pożyczony  w  Bazarze,  w 

kieszeni  starego,  lecz  niezawodnego  colta,  pożyczonego  od  malarza  Koniewicza,  co  bronił 

Lwowa.  Jak  na  niedźwiedzia,  była  to  broń  dość  mizerna,  lecz  za  to  ogromny,  nowoczesny, 

ciężki arsenał miałem we wzroku; od mojego spojrzenia w tej chwili padłby trupem mamut, cóż 

dopiero niedźwiedź. Krew grała we mnie, a dusza zawodziła dziwną pieśń, złożoną z samych 

okrzyków; tak musieli w rozszumiałej puszczy śpiewać ludzie pierwotni. 

Czujny na każdy szelest, usłyszałem warczący w wielkiej jeszcze oddali automobil; po 

chwili, kiedy mnie miał minąć, zatrzymał się nagle. Jakiś pan, jakaś pani i blady szofer zaczęli 

mi dawać rozpaczliwe znaki. 

- Panie! - wołano - niech pan siada z nami… Czym prędzej!… 

- Czemu? 

- Tam… tam… niedźwiedź! Niech pan ucieka… 

- Niech on ucieka! - odrzekłem twardo. - Gdzie jest w tej chwili? 

- Niedaleko, po lewej stronie. Może nas goni! Niech pan siada! 

- Śmierć! - krzyknąłem, sam nie wiedząc czemu. 

Musiałem  przy  tym  mieć  w  spojrzeniu  coś  straszliwego,  gdyż  blada  pani  wrzasnęła 

przeraźliwie. 

- To wariat! - krzyknął blady pan. Automobil pomknął w dół. Zostaliśmy we dwóch w 

obliczu  rozgorzałego  słońca:  niedźwiedź  i  ja.  Och  nie!  Był  z  nami  ktoś  trzeci,  jadowicie 

uśmiechnięty: śmierć. 

Ścisnąłem  w  ręku  nóż;  w  kieszeni  drzemał  colt,  jak  pies,  który  się  nagle  zbudzi  i 

warknie. 

Musiałem być blady, bo czułem, jak krew spływa ku sercu, obłąkanemu w tej chwili 

dziką żądzą triumfu. Równocześnie obudził się we mnie prawieczny instynkt łowcy; zacząłem 

stąpać jak kot, czujnie i bacznie. Czytałem ze śladów na ziemi, jak z książki; łowiłem uchem 

background image

najmniejszy szmer; rozdętymi nozdrzami chwytałem wiatr, chcąc poczuć zapach niedźwiedzia. 

Przypuszczałem, że niedźwiedź wydaje woń ostrą i niemiłą, choć w tym względzie nie miałem 

absolutnej pewności. 

Kilkakrotnie omamił mnie wzrok, mało wprawny, zwyczajne bowiem pnie przybierały 

opasłą posturę niedźwiedzią. Aż nareszcie… 

Ujrzałem go w odległości  jakichś stu  metrów. Serce moje przystanęło  na chwilę, po 

czym rzuciło się w cwał jak spłoszony koń. Zwierz schodził zboczem od strony gościńca ku 

lasowi. Szedł dziwnie, bo na tylnych łapach; wprawdzie niedźwiedzie przybierają czasem taką 

pozycje, modą jednak u niedźwiedzi ogólnie przyjętą jest chodzenie na czterech łapach. Był to 

więc zapewne jakiś cygański niedźwiedź, co uciekł od swojego pana i demonstruje obecnie 

swoją dwunożną cywilizacyjną ogładę. Nie był zbyt wielki i sprawiał wrażenie dość mizerne: 

włóki się raczej, niż szedł, często przystając. W tej chwili powiał wiatr od jego strony; czuć 

było najwyraźniej naftalinę… Albo naturaliści się mylą, albo ja zrobiłem nowe odkrycie: więc 

woń niedźwiedzia przypomina naftalinę! 

Przyczaiłem się za jakimś chojarem i obserwowałem ruchy zwierza. Nie poczuł mnie i 

zbliżał się ku mnie powoli. Nagle przyspieszył kroku, a we mnie dech zaparło; widziałem go 

tuż, tuż… Jeśli mnie ujrzał, dramat rozegra się za chwilę! Idzie, idzie… Czy ku mnie? Nie! 

Zbacza, pochyla się z wielkim trudem i - coś podnosi; jeżeli głaz, to będzie dla mnie. Nie, to nie 

głaz… Niedźwiedź podniósł przyniesioną gdzieś z gościńca przez wiatr gazetę. Na wszystkie 

niedźwiedzie świata! - to była naprawdę gazeta. Chciało mi się śmiać, lecz nie miałem na to 

czasu, bo po chwili dusza we mnie zamarła. Może się zdarzyć, że niedźwiedź podniesie z ziemi 

białą  płachtę  papieru,  jest  to  bowiem  zwierzę  figlarne,  lecz  nie  może  się  zdarzyć  to,  co  się 

zdarzyło, a że się zdarzyło, przysięgam na honor myśliwca! Niedźwiedź odszedł w ustronie, po 

czym przysiadł na pniu i zaczął tę gazetę czytać. 

Widziałem  rachującego  konia;  widziałem  szympansa  palącego  cygaro;  widziałem 

tańczącego  słonia;  widziałem  fokę  grającą  w  football:  widziałem  wiele  rzeczy,  nigdy  nie 

widziałem jednak niedźwiedzia na wolności, czytającego gazetę. Trzymał ją w niezgrabnych 

łapach, odwracał stronice i czytał, najwyraźniej czytał. 

Uciekaj! - krzyknęła we mnie dusza - to nieczysta sprawa… 

Tak,  to  było  ponad  ludzkie  pojęcie.  To  było  przeraźliwe.  To  straszliwe,  naftaliną 

pachnące  bydlę  może  właśnie  czytało  z  zadowoleniem  o  sobie  i  o  popłochu,  który  szerzy. 

Dlatego  jest  zapewne  takie  złośliwe,  że  czytuje  gazety,  dlatego  zapewne  stało  się  zmorą  i 

widmem. Taki niedźwiedź żyć nie powinien, czort, nie niedźwiedź. 

background image

Dobyłem colta i ze zgroza w oczach szedłem ku niemu; wystarczył jeden ruch palca, 

abym mu roztrzaskał łeb. 

A wtedy stało się coś najdziwniejszego; niedźwiedź porwał się z pnia, gazetę daleko od 

siebie  odrzucił  i  podniósł  obie  łapy  w  górę,  na  znak  poddania.  Serce  we  mnie  zamarło; 

oszołomił mnie ten przeraźliwy rozum zwierzęcia. 

Nagle usłyszałem głos przyduszony i drżący: 

- Niech pan nie strzela, panie Makuszyński’ 

Jedyny wypadek z gadającą oślicą Balaama zdarzył się zbyt dawno, aby ten gadający 

niedźwiedź nie był sensacją. Zaśmiałem się głuchym śmiechem furiata. 

- Pan mnie zna? - zapytałem. 

Wtedy niedźwiedź z wielkim trudem zdjął z siebie głowę i rzekł zdyszanym, nieco od 

strachu zataczającym się głosem: 

- Kto by pana nie znał? Niech pan pozwoli, że się przedstawię… 

Powiedział jakieś nazwisko: Szarf, czy też Szorf, nie pamiętam. Z niedźwiedzia wylazła 

miła gęba, dość boleśnie uśmiechnięta. 

-  Nie  mogę  panu  podać  ręki  -  rzekło  wnętrze  niedźwiedzia  -  bobym  pana  mógł 

podrapać, ale poproszę pana o papierosa. 

Wetknąłem  synowi  niedźwiedzia  papieros  w  twarz  i  uprzejmie  przytknąłem  doń 

zapałkę. 

- Byłbym pana zastrzelił - rzekłem - po co pan robi niedźwiedzia? 

Łagodny zwierz usiadł na pniu. 

- Ciężkie czasy! - powiada - a żyć trzeba. 

- Z tego pan żyje? 

- Nie o mnie idzie, ale o Zakopane. Pan wie najlepiej, że bieda na nas przyszła, więc się 

trzeba  ratować.  Trzeba  było  jakiejś  sensacji,  aby  było  o  czym  pisać  w  gazetach,  więc 

wymyśliliśmy straszliwego niedźwiedzia, bandytę. Zrobiło się z tego dużo wrzawy i efekt był 

pierwszorzędny. Gmina dostarczyła skóry, a ja poszedłem na ochotnika. Na przyszły tydzień 

ma dyżur kto inny… Ja już dzisiaj kończę. Panie drogi! 

- Czym panu mogę służyć? 

- Niech pan o tym nikomu nie mówi. 

W imieniu Zakopanego proszę pana o to serdecznie. Za tydzień niedźwiedzia już me 

będzie, bo niby pójdzie w góry. Więc niech pan o tym nie mówi nikomu. Niech pan nie myśli, 

że to łatwa robota; dzisiaj mam się pokazać jednemu Anglikowi, co będzie tędy przejeżdżał, bo 

mu to zaimponuje, ale zrobię to ze strachem, bo nuż taki strzeli? 

background image

- Przecie i ja mogłem pana zastrzelić! Mam rewolwer… 

- Tak, ale pan nie byłby trafił! 

Zwiesiłem smutno głowę; ta małpa niedźwiedź ma jednak rację. 

Od tego zdarzenia wiele już upłynęło lat; niedźwiedź pokazał się jeszcze ze trzy razy i 

straszył całą Polskę. Potem już znikł bezpowrotnie, bo skóra tak wyleniała, że nie można nią 

było nastraszyć nawet pana Hirgzprunga, co w Zakopanem ma bank domowy. 

 

background image

M

IESZKANIE JAKO RADOŚĆ ŻYCIA

 

 

Mniemam,  że  nie  będzie  to  zupełnie  bez  pożytku,  jeśli  i  ja  powiem  słów  kilkoro  w 

czasach, kiedy to naiwnych ludzi namawia się do budowania domów czy własnych mieszkań. 

Czynią to wprawdzie znakomici specjaliści i im się wcale nie dziwię; gdyby handlarz trumien 

mógł  namówić  wszystkich  do  umierania,  jak  to  czynił  Hegesijas  Pejsitanatos,  zwariowany 

filozof, „namawiający do śmierci” - propagowałby swój interes z radosnym entuzjazmem. Całe 

szczęście, że nie wszyscy ludzie chcą umierać, i całe szczęście, że - co na jedno wychodzi, nie 

chcą  sobie  budować  domów.  Nie  chcę  wprawdzie  psuć  interesu  budowniczym,  bo  i  tak  się 

biedakom  czasem  i  bez  cudzych  życzeń  dom  zwali,  chciałbym  jednak  przez  obiektywne 

oświetlenie sprawy pobudzić moich przyjaciół i czytelników do namysłu, zanim się zdecydują 

na budowanie „własnego gniazdka”, bo tak się jeszcze czasem w krwawym dowcipie mówi o 

mieszkaniu. Pogląd na sprawę w gwałtownym, historycznym skrócie należycie rzecz objaśni. 

Raz leszcze się zastrzegam, że nie kieruje mną uprzedzenie do architektów, choć mnie do tego 

fachu  wcale  sceptycznie  usposobiła  literatura  dramatyczna  swojska  i  obca,  ilekroć  bowiem 

architekt jest bohaterem, zawsze się dzieje nieszczęście. 

Budowniczy  Solness  jest  najgłośniejszym  przykładem,  a  architekt  z  Sąsiadki 

Jaroszyńskiego  wesołym  przykładem  tego,  jak  ponuro  się  kończy  historia,  jeśli  architekt 

zamiast doglądać budowy kościołów, ogląda budowę dzikiej dziewicy. Już historia germańska 

w  dość  podejrzanym  świetle  przedstawia  nam  dwóch  słynnych  budowniczych  Walhalli, 

targujących się o Freję, jak o furę cegieł. 

Jest  to  wszystko  powiedziane  na  stronie,  bo  nie  o  to  rzecz  idzie.  Idzie  o  to,  aby  się 

zastanowić,  czy  mieszkanie  jest  radością  życia,  czy  przeciwnie,  a  z  głębokich  naszych 

rozważań niech czytelnik odrobiną swej inteligencji wyciąga sobie jakie chce wnioski. 

Nie  ja  pierwszy  doszedłem  do  głębokiego  przekonania,  że  strasznym,  złośliwym  i 

wieczystym wrogiem człowieka jest kultura; zauważył to przede mną niejaki J. J. Rousseau, 

przyjemny narwaniec, i  jeszcze kilku innych brudnych filozofów. Rozpacz ogarnia bowiem 

człowieka  na  myśl,  ile  udręki  i  gehenny  kupił  sobie  za  tę  podejrzaną  kulturę,  ile  utrapień, 

wojen,  paszportów,  metryk,  świadectw  moralności,  gazet,  książek,  podatków  i  niezliczoną 

ilość innego paskudztwa. Razem z kulturą kupił sobie zmorę najstraszliwszą: mieszkanie. Źle 

mu  było? Było mu  cudownie, ale ciekawy jak małpa, zaczął  wymyślać rozmaite rzeczy,  aż 

sobie  wymyślił.  Szczęśliwy,  w  złotym  swoim  okresie,  zawieszony  na  puszystym  ogonie, 

chwiał  się na  gałęzi,  roztłukiwał  orzech kokosowy  o  głowę bujającego  się obok bliźniego i 

background image

popijał słodkie mleko owocu. Mieszkanie miał wszędzie, wysokie aż pod niebo, szerokie aż po 

kraniec ziemi, pozbywszy się zaś największej z ludzkich trosk, miał czas na przyjemności i na 

miłość. Dzisiaj sprawą najdotkliwszą właśnie jest to, że człowiek nie ma czasu na miłość, bo 

zawsze szuka mieszkania, a na wolnym powietrzu nie wypada i mogą zamknąć. 

W pochodzie wieków, kiedy człowiek zlazłszy z drzewa szczęśliwości zaczął budować 

duszne swoje domy, nory, w których karlał i uczył się obłudy, słowem - mieszkania, znalazł się 

jeszcze mędrzec, jeden z ostatnich, który czując jasnością ducha, do czego to kiedyś dojdzie, 

zamieszkał  w  beczce,  aby  niemądrym  ludziom,  mieszkającym  w  kamiennych  pułapkach, 

zademonstrować ich tragedię i czarną ich przyszłość. Nikt jednak, jak się to później okazało, 

nie  pojął  głębokiego  sensu  beczki  Diogenesa.  Zapewne  znaleźli  się  wówczas  i  tacy,  którzy 

starego filozofa musieli pomawiać o bliską zażyłość z beczką i o niemożność rozstania się z jej 

zapachem.  Wiedział  jednakże,  co  czynił  mędrzec  z  Synopy,  rozumiejący,  co  z  boskiego 

stworzenia, jakim podobno jest człowiek, .potraf i zrobić mieszkanie. Z rozczuleniem myślę 

sobie o tym filozofie, ile razy czytam, że sublokator, któremu zamknięto złośliwie przybytek 

pełen szumiącej wody, strzelił do swojego gospodarza. W beczce nie mogłoby się to zdarzyć. 

Próbowali potem inni nawrócić człowieka i zawrócić go ze straszliwej drogi na łono 

natury, było już jednak za późno; już człowiek zniedołężniał, stał się wygodny i wymagający. 

W kamiennym mieście nauczył się obłudy i wielu innych zdrożności, tak wreszcie zmarniał na 

duchu, że począł prześladować ludzi wolnego ducha i filozofów diogenesowej szkoły, którzy 

wzgardziwszy mieszkaniem, sypiają pod arkadami mostów, na ławkach ogrodowych lub pod 

płotem. 

Nawet apostoł owijał się w opończę i spał, gdzie się zdarzyło. Wielcy poeci sypiali na 

ławkach w tawernie, a pisali piękniejsze wiersze niż ci, co mają mieszkania. Cóż robić, kiedy 

teraz tak nie wolno. 

Stało się tedy. Człowiek musi mieć mieszkanie, tak jak musi mieć grzech pierworodny; 

człowiek bez mieszkania nie może się ożenić, nie może mieć nawet mizernej kochanki, nie 

może niczego dostać na raty, nie może otrzymać listu ani pieniędzy, ani posyłki; może tylko 

umrzeć. Oto do czego doprowadzili ludzie, zdobywając kulturę! Za to we własne teraz wpadają 

pułapki: budując domy, kupując lub urządzając mieszkania. Każdej z tych spraw należałoby 

poświęcić  osobny  tom,  który  ze  względu  na  różnorodność  i  cudowną  pomysłowość 

szachrajstw, stałby się ozdobą biblioteki kryminalistycznej. Nie posiadam aż tyle sił i nie mam 

tak  zdeprawowanej  duszy,  aby  się  tym  zająć  szczegółowo,  niemowlę  jednak,  przed  trzema 

dniami odłączone, wie o tym doskonale, co w murach piszczy. Wystarczy jednak, jeżeli się 

powie, że przekleństwo: „bodajbyś sobie budował willę na Mokotowie!” - należy do tej serii, 

background image

którą  się  stosuje  do  wrogów  najgorszego  kalibru.  Na  Mokotowie  jest  jeden  jedyny  budynek 

uczciwy, doskonałe zbudowany, suchy, miły, wygodny, skanalizowany, z łatwym dostępem, z 

przystankiem  tramwajowym,  z  telefonem,  z  łazienką  i  z  doskonałą,  nadzwyczaj  uprzejmą 

administracją: jest to więzienie. Cóż więc dziwnego, że się tam ludzie tak pchają i że za żadną 

cenę nie chcą go opuszczać latami. Nie każdy jednak ma szczęście i na to, aby się tam dostać, 

trzeba  zaraz  być  co  najmniej  dyrektorem  banku  albo  prezesem  wielkiego  towarzystwa 

akcyjnego. Zwyczajny urwipołeć posiedzi z łaski parę dni na Daniłłowiczowskiej i zaraz go 

stamtąd gnają na bruk. Taka to już jest sprawiedliwość na tym świecie. 

Ludzie  jednak,  ogarnięci  żądzą  mieszkania,  popychani  do  tego  zapewne  instynktem 

rozrodczym, myślą w rozmarzeniu, że każdy zbudowany na Mokotowie budynek będzie tak 

wygodny jak kryminał. Złudo! Płacisz podatki, więc masz prawo siedzenia w kryminale i tego 

nikt ci zaprzeczyć nie może, opieka państwa bowiem nad obywatelem zagwarantowana jest 

konstytucją.  Tymczasem  płacąc  za  budowę  domu,  nigdy  nie  masz  pewności,  że  w  nim 

zamieszkasz. Budowniczy, solidny człowiek, zapewnia cię w najlepszej wierze, że na pierwszy 

dzień lipca będziesz spał we własnej willi. Doskonale. Mądry człowiek, wie co gadał, tylko że 

nie bierze pod uwagę momentów psychologicznych i ni« umie sobie zdać sprawy z tego, co się 

dzieje w duszy murarza. Murarz bowiem podlega przedziwnym przypadłościom duchowym; 

ponieważ przez całą zimę klepie biedę, z wielką radością rwie się do pracy na wiosnę, na drugi 

dzień  jednakże  dochodzi  do  słusznego  przekonania,  ze  praca  jest  głupim  wynalazkiem,  że 

ustawianie cegieł jednej na drugiej jest zajęciem nudnym i pozbawionym fantazji, wobec czego 

odstawia młot i kielnię, wsadza ręce w kieszenie i rozpoczyna strajk. Nie można się bynajmniej 

dziwić  dzielnym  murarzom,  bo  szewcy  robią  tak  samo,  mniej  więcej  jednakże  co  drugi 

człowiek ma zapasową parę butów, więc z tym jakoś wyżyć można, nie każdy jednak ma drugi, 

zapasowy  dom,  wobec  tego  chce  się  wieszać,  bo  miał  się  wprowadzić  pierwszego  lipca, 

nieopatrznie ożenił się dzień przedtem, a jego dom naigrawa się z niego czarnymi otworami 

okien, surowy, czerwony, ponury. Wprowadzasz się do niego w listopadzie, chociaż nie ma tam 

pleców, schodów i drzwi, chociaż woda jeszcze nie dochodzi, a elektryczność będzie za dwa 

miesiące. W tej miłej atmosferze zdenerwowanego przygnębienia rozpoczynasz kłótnię x żoną, 

z  ukochaną  żoną,  masz  myśli  samobójcze,  chcesz  bić  każdego  napotkanego  człowieka,  nie 

śpisz w nocy, bo się boisz złodziejów, nie śpisz w dzień, bo wciąż musisz płacić, pokazuje się 

bowiem, ze wskutek strajku murarzy i nagłej podwyżki cen materiałów budowlanych kosztorys 

się podniósł, a jeszcze nie ma pleców, schodów, drzwi ltd. - jak •wyżej. Wobec tego zaczynasz 

błużnić, siwiejesz, dostajesz drżączki  w nogach, łamania w głowie, rozwodzisz się z żoną i 

usiłujesz podstępnie sprzedać willę, aby ubrać w ten interes kogo innego. 

background image

Można jednak przypuścić, że udało się doprowadzić sprawę do jakiego takiego końca. 

Wstawili  piece,  zbudowali  schody,  obiecali,  że  będzie  woda.  Szczęśliwy,  zaczynasz  się 

urządzać. Czas ten jest okresem nadającym się do wybornych studiów i do okrzyków ciągłego 

zdumienia.  Mówię  o  tym  jako  człowiek  głęboko  doświadczony,  bo  urządziłem  niedawno 

mieszkanie.  Trzeba  na  ten  przykład  odrobić  taką  dziwną  operację,  która  się  nazywa 

„ceklinowaniem”  podłóg.  Odbywa  się  to  z  prawdziwą  fantazją.  Przychodzi  czterech 

gentlemanów,  którzy  robią  bardzo  wielkie  miny,  kiwają  głowami,  niby  się  czemuś  bardzo 

dziwią, cmokają wargami, niby przerażeni straszliwością pracy, wydają wreszcie orzeczenie, 

że da się to wszystko zrobić za grube pieniądze w przeciągu trzech dni, bo jest ich czterech, 

entuzjastów pracy, namiętnych szaleńców trudu, którym rozkosz prawdziwą sprawia zmaganie 

się  z  oporem  dębowej  posadzki.  Z  groźną  furią  rozpoczynają  wielkie  swoje  dzieło  i  przez 

kwadrans  dusza  w  tobie  rośnie  na  widok  wspaniałego  wysiłku  znakomitego  robotnika.  Po 

kwadransie jeden odpoczywa, a trzech zapala papierosy; po pół godzinie dwóch gdzieś znika, a 

dwóch,  widocznie  tęskniąc  za  tamtymi,  zaczyna  wzdychać  i  niepokoić  się,  potem  starszy 

posyła młodszego po piwo. Tamci dwaj w ogóle już nie wracają, bo poszli na inną robotę, a 

dwaj pozostali entuzjaści poczynają sobie dowcipnie,  bo brudną szmatą zwilżają podłogę, a 

potem tu i ówdzie czasem ją skrobną, tak jakbyś się podrapał w plecy. Ponieważ okazuje się, że 

w tak dowcipny sposób uproszczona robota nie wymaga zbytniego wysiłku, starszy skrobacz 

odchodzi, na placu boju zostawiając młodszego baszybuzuka, który gwiżdżąc Filipiny zmywa 

posadzkę coraz brudniejszą wodą. Pokazuje się po paru dniach takich wysiłków, że praca była 

niepomiernie  cięższa,  niż  to  wyglądało  na  oko,  że  chciałeś  widać  skrzywdzić  niewinnego 

robotnika i  że wobec tego powinieneś zapłacić  więcej  ponad umowę. Tak jest z podłogą, z 

oknami,  drzwiami  i  ze  wszystkim.  Zresztą  słusznie,  bo  i  po  co  się  spieszyć?  Czy  dom  to 

tramwaj czy zając? A tak to przynajmniej jest jakaś rozmaitość i dużo przyjemności. 

Zakładają na przykład kontakty elektryczne. Dawno się tak nie bawiłem, jak patrząc na 

wesołą beztroskę elektrycznych ludzi. Przyszedł jeden młodzieniec, przyniósł drabinę i kilka 

metrów drutu. Siadł i czeka. 

- Na co pan czeka? - pytam syna błyskawicy. 

- Nie mam narzędzi - odpowiada kuzyn Ampera. 

- A gdzież one są? - pytam tę suchą baterię. 

- Kolega przyniesie - odpowiada kuzyn Neffa. 

Po dwóch godzinach przychodzi kolega, prąd ujemny, i dziwi się, że tamten nie wziął 

narzędzi  ze  sobą,  wobec  czego  numer  pierwszy,  który  już  odpoczął,  odchodzi,  a  zaczyna 

czekać numer drugi. Po dwóch godzinach daje znak życia i telefonuje z miasta, żeby numer 

background image

drugi zabrał drabinę, bo jest na gwałt potrzebna na drugim krańcu miasta. Nazajutrz przychodzi 

szef tych dwóch bateryj, stary piorun, i zapytuje, czy już wszystko gotowe. Ponieważ nic nie 

jest gotowe, odchodzi na poszukiwanie dwóch chłopców i jednej drabiny. Historia znowu się 

zaczyna na nowo, przynoszą drabina i zaczynają coś robić, aż wreszcie kiedyś skończą. 

Jest to tak miłe i zabawne, że można boki zrywać; jest to poezja pracy, pełna uroku i 

wdzięku.  Odznaczają  się  nim  szczególnie  ludzie  od  gazu,  którzy  wesoło  igrają  ze  sobą,  bo 

jeden drugiemu, pewnie z figlów, przyniesie zawsze krótszą rurę niż potrzeba, i bardzo się z 

tego  śmieje,  że  się  tamten  irytuje,  wszystkich  zaś  radością  napełnia  fakt,  że  zapalony  na 

kuchence gaz daje słabe oznaki życia i chce lada chwila skonać. 

- Musi być feler w piwnicy!  - powiada rzeczoznawca i całe towarzystwo zstępuje do 

lochów i przez dwa dni chyba tam siedzi, bo nikogo nie widać, aż dopiero ulitują się ludzie z 

miejskiej gazowni i za pięć minut wszystko jest w porządku. 

Jedno  mnie  w  tym  wszystkim  zdumiewa:  jak  przy  tak  wybornych  metodach  pracy 

jednak odbudowano Warszawę? Powinno to trwać najmniej ze dwa miliony lat. Widocznie że 

w dawnych czasach lepiej pracowano i nie tak dowcipnie. Zdarza się to zapewne i dzisiaj, ale 

bardzo rzadko w Warszawie. 

Żeby  więc  budować  dom,  trzeba  mieć  nie  tylko  pieniądze,  trzeba  mieć  przede 

wszystkim pogodę umysłu i poczucie humoru. Zresztą powinno się budować dom, przedziwnie 

to  wypełnia  życie;  zaczyna  się  budować  z  werwą,  radością,  nadzieją  i  w  kwitnącym  stanie 

zdrowia, kończy się w stanie ducha, na który już nie ma lekarstwa. Wtedy człowiek z radością 

umiera, ale jedną ma przynajmniej pociechę: że ma gdzie umrzeć. 

Gdyby kto kiedykolwiek usłyszał, że zamierzam budować willę na Mokotowie, niech 

mnie zastrzeli. Słowa jednego mu nie powiem. 

background image

W

STĘP BARDZO POTRZEBNY

 

 

Przystępując  do  nowego  wydania  dwóch  książeczek,  z  podejrzaną  powagą 

rozprawiających  o  kobiecie,  znalazłem  wyborną  sposobność  do  wygłoszenia  płomienistej 

mowy we własnej obronie. Czynię to tym skwapliwiej, że mając inne zmartwienia, skończyłem 

już raz na zawsze z wesołym sposobem przekomarzania się z kobietą. Zanim jednak wypuszczę 

z  felietonowej  złotej  klatki  więzione  w  niej  kolibry,  nie  chcę  bynajmniej,  aby  nawet  w 

sfałszowanej legendzie pozostała o mnie zła plotka jako o dręczycielu ptaków. Nigdy bowiem 

nie  czułem  się  bardziej  pokrzywdzony  niźli  wtedy,  kiedy  mnie  nierozumnie  pomawiano  o 

myzoginizm,  o  ponurą  nienawiść  wobec  kobiety,  o  nieposzanowanie  jej  godności  i 

dostojeństwa i inne takie zbrodnie. 

Zawsze i wszędzie, przy każdej sposobności, we wstępach do każdego nowego wydania 

książki, w której choć jednym słowem musnąłem kobietę jak kwiatem, tłumaczyłem jasno i 

wyraźnie,  głową  z  rozpaczy  o  mur  tłukąc,  aby  dudniło  i  aby  tym  głośniej  brzmiały  moje 

uroczyste  oświadczenia,  że  uwielbieniu  mojemu  dla  prawdziwej  kobiety  nie  ma  granic;  że 

klękam przed dobrą matką i przed dobrą żoną, że słońce rad bym rzucić do stóp kobiecie ciężko 

pracującej; że aureolę uprządłbym dla kobiety bohaterskiej; słowem, że Kobieta jest dla mnie 

świętością. 

Czyż można powiedzieć więcej i czyż można powiedzieć uczciwiej? Mniemam, że nie 

można i że wobec tego jasną jest sprawą, z jakiego rodzaju i z jakiej odmiany kobiety stroję 

sobie niewinne żarty. A jednak ze wszystkiego, co mnie dotąd spotykało, widać, że tzw. metoda 

kładzenia łopatą do głowy, zdawałoby się niezawodna, posiada jednak swoje braki. Napisałem 

wyraźnie: 

„Całuję ze czcią ręce kobiety uczciwej, a kpię ze śmiesznej pani, urągam lichej imitacji 

kobiety!” A na to jakieś oszalałe stworzenie damskiego rodzaju, urażone w swojej zwiędłej 

wstydliwości, jak nie zagrzmi basem w gazecie jak basetla: 

- Na stos z tym siedmioogoniastym czartem! Obraża polską matronę i polską dziewicę! 

Gdzie jest Ojciec święty? Dlaczego go nie wyklnie? Wstyd, hańba i piekło! 

Tak ci oto grzmiała nie raz jeden jakaś wąsata zapewne społecznica i szła do spowiedzi, 

aby się kajać, że nazwiskiem takiego jak ja czorta i inkuba szerokie swoje i mocno spracowane 

skalała  wargi.  I  cóż  ja  miałem  robić?  Tym,  co  kiedykolwiek  napisałem  o  złej  i  papuziej 

kobiecie, chciałem się przysłużyć jedynie uczciwej kobiecej sprawie. Przecież każda kobieta 

rozumna  rację  mi  przyzna,  jeśli  dam  szczutka  w  zadarty  nosek  głupiej  pannicy,  co  odbywa 

background image

rybie tarło na dancingu, pasożytuje na cudzej pracy i maluje się od wieczora do rana, jak Stare 

Miasto  na  dziesięciolecie  Ojczyzny  miłej.  Każda  pracowita,  gruźlicą  tknięta,  nieszczęśliwa 

nauczycielka rację mi przyzna, że czasem oskubię z fałszywych piór nadętą, marną pawicę, co 

szuka dreszczu… Każda matka rację mi przyzna itd., itd. Mogę wyliczać bez końca. Tylko te 

kukły  malowane  i  nadziane  trocinami,  tylko  te  śliczne  damskie  pajace,  tylko  te  imitacje 

kobiety,  te  tylko  mają  do  mnie  cichą  nienawiść,  że  je z  różowej  odarłem  skóry.  „Niech  się 

skrobie, kto ma liszaj”, jak Hamlet mądrze powiedział. Czemu się jednak drapie w sumienie na 

mój rachunek jakieś szanowne czupiradło i klątwą na mnie ciska, jak starym pantoflem - nie 

wiem. Dotąd, wedle uciesznego powiedzenia, najgłupszym człowiekiem był turysta, bo się tam 

drapie, gdzie go nie swędzi. Widzę jednak, że jeszcze głupszym stworzeniem jest taka święta 

osoba, której nie dość powiedzieć pięć razy, bo rozumie dopiero za siódmym. Przeto głośnym 

wrzaskiem oznajmiam po raz siódmy i ostatni: 

- Szanuję kobietę, kpię sobie z tej jej fałszywej odmiany, którą dla skrótu nazwałem: 

„Panią”. 

Czyś pojęła, piekielna babo? Pojęła! No, to dobrze. Możesz odejść na strych albo na 

Łysą Górę. 

Możemy  teraz  sobie  porozmawiać  spokojnie  z  czytelnikiem,  który  się  rozumie  na 

żartach i wie o tym, że w najbardziej roześmianym żarcie jest takie jedno gorzkie ziarenko, 

które mądrze spreparowane, skutecznym może się stać lekarstwem. 

Taki to mądry czytelnik i o tym wie także, że wiele, wiele już razy pisałem o dostojnej 

kobiecie  i  pięknie,  i  słowami  tak  czystymi  jak  kryształ;  że  najbardziej  złote  dla  niej 

znajdowałem wyrazy i rymy, sercem dzwonu dźwięczące. 

(Święta czarownica chlipie w kącie i w zamaszyste piersi ręką tłucze, kajając się…) 

Wiem, gdzie jest ostatnia granica żartu, i wiem, kiedy jest czas na nabożeństwo. I to też 

wiem, że się nie krzywdzi istoty bezbronnej. Dlatego uczciwie mówię! - boli mnie niemądra o 

mnie opinia, jakobym dla żartu wyrywał pióra ze skrzydeł aniołów. Na serce kobiece! Czarne 

to  i  szerokie  pyski,  ozory  kąśliwe  i  rozumy  miałkie  i  dulskie  taką  o  mnie  rozpuściły  famę. 

Niechże się to już skończy, bo chociaż jestem człowiekiem przedziwnie łagodnym, lecz i ja 

wpaść mogę w pasję zgoła szewską, a wtedy sam diabeł, choć bliski kuzyn jędz świątobliwych, 

ze szponów moich ich nie wyrwie, a niebo to mi tylko przyklaśnie! 

Ulżyło mi! 

Wszystkie te hece jedno maja, dawno już zresztą zmącone, źródło. Rozmaitym siostrom 

krokodyla  i  ciotkom  nosorożca  od  niepamiętnych  wydaje  się  czasów,  a  opowieść  o  tym 

przechodzi z babki na ciotkę, z ciotki na drugą ciotkę, że w artystycznym świecie dzieją się 

background image

nieprawdopodobne plugastwa. Pani Dulska też tak myślała i umarła zapewne na skręt kiszek. 

Otóż  to!  Wedle  rodzimej  tradycji,  wszystkie  artystyczne  małżeństwa  są  „na  wiarę”,  żadna 

aktorka nie miała nigdy ojca, żaden malarz matki, a literat to ma kilka żon, bo inaczej toby 

umarł  z  melancholii;  oczywiście,  w  dzikich  tych  stadłach  stosunki  są  powikłane  do  tego 

stopnia, że kazirodztwo jest na porządku dziennym czy też nocnym; oczywiście dzieci nigdy 

nie są chrzczone i nie wiadomo nigdy, do kogo podobne. 

O amazonki na łopacie albo na ożogu! Krew by je zalała, gdyby się dowiedziały, że nie 

ma  na  świecie,  żony  cudowniejszej  niż  żona  artysty,  bo  mało  kto  pojąć  zdoła,  ile  potrzeba 

świętej  cierpliwości  i  ile  anielskiego  poświęcenia,  aby  wytrzymać  przez  życie  całe  z  takim 

dziwolągiem i z takim cudakiem, jakim mniej lub więcej każdy jest artysta, malarz czy poeta, 

czy inny taki. Są to, na kolanach to mówię, święte i pełne nieprzebranej słodyczy kobiety, co 

umieją, przemawiając szeptem i chodząc na palcach, uszanować tę chwilę, kiedy się coś tam 

tajemniczego dzieje w dziwnym, niecierpliwym, zneurastenizowanym, podrażnionym artyście, 

z którym trzeba przeżyć i blaski, i nędzę, wzloty i upadki, radości i smutki, okres złotego wina 

i suchego chleba. Dla takiego to trzeba być i żoną, i matką, i opiekunką. Czy wiele kobiet to 

potrafi? 

Sam nie wiem, po co o tym mówię; może z potrzeby serca, a może i dlatego, żeby przed 

samym sobą wytłumaczyć tę pasję, z którą się potem pisze o damach nieużytecznych i nikomu, 

prócz fryzjerowi, niepotrzebnych. Nie mówiłem  zresztą o nich nigdy nawet  z pasją, tylko  z 

dobrotliwymi kpinami, i już za to samo zasłużyłem na uśmiech ślicznych, choć nieco cielęcych 

oczu. Pogardliwe spojrzenie też wytrzymam. 

Uczciwie mówiąc, ja udaję tylko, że jestem taki przygnębiony, weselej mi się bowiem 

uczyniło  na  duszy  od  chwili,  kiedy  chytrze  patrząc,  poznałem,  że  wszyscy  już  mają  także 

powyżej uszu tego kobiecego szachrajstwa, w którym po oznakach zewnętrznych dość trudno 

jest rozpoznać płeć, a przecie nie można tego zrobić inaczej, bo kobiety noszą jeszcze jakieś 

resztki sukni. Faktem jest, że się już ludzie stęsknili za prawdziwą kobietą, piękną, nadobną, 

uroczą,  rozumną,  a  jednak  pragnącą  mieć  dzieci.  Są  wprawdzie  jeszcze  i  takie  i  jest  nowy 

gatunek kobiecy, gatunek wspaniały i czci najwyższej godny; kobiety wolnej, samodzielnej i 

pracującej, ale chwast bujniej się pleni, więc za mało jest róż, a więcej zielska i papierowych 

różyczek. 

Nie należy w wesołej książeczce wszczynać nieopatrznie dyskusji na takie tematy, gdyż 

dyskusja musiałaby znowu trwać ze dwieście lat, a nie wszyscy pozy jemy tak długo. To tylko 

mimochodem powiedzieć należy na obronę kiepskiej kobiety, że kobieta jest najczęściej taką, 

jaką  ją  pragnie  mieć  mężczyzna,  że  zaś  mężczyzna  jest  czasem  łajdak,  to  też  rzecz  dość 

background image

powszechnie  wiadoma.  Nie  gadajmy  jednak  o  rzeczach  wąsatych  i  ponurych,  z  czego  tylko 

diabli mają uciechę. 

Miłą natomiast sprawą jest fakt, że tęsknimy wszyscy za kobietą taką, jaką ją Pan Bóg 

stworzył w majowy niebieski poranek. Można to zaobserwować przy każdej sposobności, ale 

najżywiej  tęsknota  taka,  jeszcze  nie  uświadomiona,  objawia  się  tam,  gdzie  marzyciel  czuje 

mocne  poparcie  u  sprzymierzeńców,  więc  na  wielkich  ludzkich  zgromadzeniach,  na  ten 

przykład w teatrze. W ostatnich czasach grano w jednym warszawskim teatrze dość chuderlawą 

węgierską  komedyjkę,  właściwie  zawiesistego  komediasa,  ani  lepszego,  ani  gorszego  od 

innych. I o dziwo! Sztuczka była grana nieprawdopodobną ilość razy, teatr trząsł się od owacji 

co wieczora, dobre matki płakały, panowie wołali: „Ma rację! ma rację! mech żyje!” 

Cóże  się  to  stało?  Na  fogosza  z  rusztu!  Nie  stało  się  nic  nadzwyczajnego,  tylko  ta 

przyjemna  węgierska  komedyjka  zapiekła  wszystkich  do  żywego,  bo  w  sali  teatralnej 

poczuliśmy zapach pieczonego i wszystkich obchodzącego zagadnienia: na piekielnym rożnie 

pieczono nowoczesną pannę, jak chudą cielęcinę, pocierając ją świeconą wodą, aby skruszała. 

Panna w płacz, a diabli obracają rożen, coraz namiętniej śmieją się szyderczo i syczą: 

- To za to, że udajesz mężczyznę! Ze siedzisz na własnym dekolcie… Ze golisz koniak 

i  smolisz  papierosy…  Żeś  się  pozbyła  czaru  kobiecości…  2e  nie  chcesz  mieć  dzieci,  tylko 

linię… Że całemu światu pokazujesz to, co tylko mama widziała kąpiąc cię w wanience… że z 

miłości uczyniłaś igraszkę, a z życia dancing, o panno! 

Dobry człowiek, ten węgierski pisarz, bardzo tę sprawę wziął do serca, a cały Lechistan 

odgrzmiał mu owacją. 

Łacno  poznaliśmy  z  tego,  co  nas  wszystkich  dręczy.  Helas!  Mało  mam  jednakże 

nadziei, aby nawet po takim wybornym węgierskim kazaniu zebrały się warszawskie panienki 

na placu Teatralnym, rozpaliły wielki ogień i zaczęły weń ciskać w płomień jedwabne koszulki, 

sukienki  z  pajęczyny  i  z  ojcowskich  weksli,  majteczki  z  księżycowych  promieni,  pudry, 

szminki i perfumy, radosną śpiewając pieśń: 

 

Precz z Hersem, Zmigrdem (!) i Sołecką, 

Nie będziem się już malowały, 

Od jutra każda chce mieć dziecko 

I barchanowe majtadały! (bis). 

 

Nie  zdarzyło  się  bowiem  i  nie  zdarzy  się  niestety,  aby  można  kogo  nawrócić  przez 

węgierską komedię; snadnie by to  mógł  uczynić rodzic, obnażywszy panieńską polędwicę i 

background image

starym, dobrym sposobem okrężną drogą wybić panience z głowy dancing i rozwód po dwóch 

tygodniach. Ponieważ jednak nie pozwalają na to dobre obyczaje i japońskie uty, zabraniając 

tknąć kobietę nawet kwiatem, trzeba tedy z nimi dobrotliwie, czyli moją metodą. Ten zacny 

Węgrzyn też tak uczynił i ukazał panience nowoczesnej „małpie zwierciadło”. Przejrzała się w 

nim dziewoja i w ryk. Potem się zaraz nawróciła, oczywiście tylko w tej przyjemnej opowiastce 

o pannie, co goliła wódę i włosy na karku. Ale polscy ludzie płakali z zachwytu. 

Rzecz zbożną czyni tedy każdy, jako i ja czynię, kiedy sobie wesoło pokpiwa z takich 

panienek i pań śmiesznych bardzo. Szkoda armaty na bezpierśne wróble. Trzeba tak to chytrze 

wykoncypować, aby te śliczne stworzenia, co robią z siebie czupiradła, kąpią się w parafinie i 

ważą razem z duszą czterdzieści kilogramów, przejrzały, że to wszystko na nic, bo się nikt na to 

nabrać nie da; wtedy od razu nabiorą i ciała, i rozumu, zrozumiawszy, że porządny człowiek nie 

chce się żenić ani z deską do prasowania, ani też z pstro namalowanym wieszadłem na suknie. 

Szkoda tylko największa, że o tych porządnych ludzi też trudno. 

Zacny bratanek Węgier gadał  o pannach, a ja  gadam  o paniach, bo jabłoń niedaleko 

rośnie  od  jabłka  w  tych  zwariowanych  czasach.  Tak  to  jeszcze  niedawno,  kiedy  się  srogi 

czyniło wrzask, że się „panna pcha na uniwersytet”, a kiedy w jednej komedii Bałuckiego jedna 

mama wykrzyka: - Moja pani! ani matematyka, ani astronomia nie zastąpią pannie męża! - teatr 

szalał w podziwie nad przenikliwością i słusznością tego spostrzeżenia, bez którego ród ludzki 

marnie by zaginął. 

Nowoczesna  zaś  mama,  chudsza  siostra  swojej  chudej  córki,  powiada  w  owej 

węgierskiej sztuce: 

- Jednak choćby dla oka musi być kilka lat różnicy między matką o córką! 

Nie  jestem  jednakże  takim  zacofańcem,  abym  udawał  kiepskiego  Savonarolę  i  w 

czambuł wszystko potępiał. Bynajmniej! Z chętną radością przyznaję, że wszelką rację miał 

rozumny czas, który rewolucyjnie odmienił kobietę: do snu ułożyła się niezgrabna poczwarka, 

a promień słoneczny obudził motylka. Jak ów doktor Hiszpan z Fraszek Kochanowskiego, co 

to  „położył  się  spać  trzeźwy,  a  wstał  pijany”.  Kobieta  wstała  nie  pijana  wprawdzie,  lecz 

upojona, rześka, młoda, giętka, odważna, śmiała, uśmiechnięta. Spojrzała jaśniej na świat, a 

zbyt głupawe przesądy, mizdrząca się obłuda, fałszywa pruderia, świętoszkowatość z diabłem 

za skórą opadły z niej jak niepotrzebne gałgany. Przestała wreszcie udawać nudnego jak ricinus 

anioła,  chorego  na  domiar  na  blednicę,  a  stała  się  człowiekiem  z  gorącej  krwi,  cienkich  a 

mocnych kości i ze sprężystego ciała. 

Z tym tylko jest bieda, że pomysł był. dobry, tylko wykonanie jest liche. Jest to wielkim 

nieszczęściem,  że  kobieta  nie  może  żyć  bez  przesady,  więc  przesadziła  i  z  tą  wyborną 

background image

nowoczesnością i skarykaturowała ją po trzech tygodniach od narodzin w nowym; doskonałym 

kształcie.  Należy  tedy  przywieść  ją  do  rozsądku,  bo  karykatura  na  nic  nikomu  się  nie  zda. 

Mamy też oczywiście wszyscy razem niejakie pretensje do tego, aby czyniąc usilne zabiegi 

dokoła kultury ciała, zastosować choćby „kwadrans dla zdrowia” duszy. Nie można przecie 

biednej  sieroty  zostawić  w  zaniedbania  całkowitym.  Dlatego  to  straszliwą  szpadą  śmiechu 

walczymy z bezduszną donną, z piękną lalą i z panią Wszelaką. 

Niech kobieta będzie piękna, niech będzie po siedemkroć piękna, ale tak, by nie płakała 

rzewnie cytatą ze Słowackiego: „Posągu piękność mam, lecz lampy brak”. 

Amen! 

Nie mogę już dłużej wytrwać w tej namaszczonej pozie, lecz muszę się uśmiechnąć, 

pragnąc  zrozumieć  do  głębi  ten  ostatni  okres  wśród  metamorfoz  kobiety,  który  by  nazwać 

można po Balzatowsku: „ostatnim wcieleniem kobiety”. 

Przyjrzawszy się tej sprawie jednym filuternie przymrużonym okiem, można zrozumieć 

niejedno, co w swawolnym ujęciu tak wygląda: 

Niech  ten  tam  i  ów  bredzi,  co  mu  się  żywnie  podoba  -  a  jednak  najpiękniejszym 

stworzeniem na ziemi jest kobieta. Inni mówią, że koń, ale twierdzenie to po dłuższej rozwadze 

utrzymać się nie da. Toteż cokolwiek złego albo jadowitego zostało kiedykolwiek powiedziane 

o  kobiecie  w  powieści,  noweli,  poemacie  lub  w  komedii,  ma  swoje  źródło  w  zawiści 

brzydkiego samca, zwalistego, o szerokich barach pitekantropusa, do rajskiego ptaka, w irytacji 

samozwańczego króla stworzenia, że musi patrzeć z zachwytem na wiotką, ongiś długowłosą 

istotę, dla której wszystko na świecie się dzieje, dla której on pracuje, buduje, tworzy, pisze i 

gra,  z  której  czerpie  natchnienie  i  dla  której  morduje  się  na  wojnie.  Mężczyzna  dlatego 

nienawidzi kobiety, ze musi ją wielbić. A kobieta dlatego przeważnie ma uśmiech w oczach i 

na ustach, że o tym doskonale wie. Istnieją wprawdzie na ziemi kobiety smutne, są to jednak te, 

które są już w pierwszym stadium anielstwa, albo te, które naprawdę kochały. 

Jedyną  troską  kobiety,  oczywiście  poza  utrzymywaniem  serca  i  duszy  w  należytej 

czystości, zwalczaniem pokus i unikaniem sideł, które diabeł na jej ciężkiej stawia drodze, jest 

troska o zachowanie w stanie najświetniejszym tego, co ją czyni piękną i co jej daje władzę nad 

światem. Kobieta jest w naturze fenomenem, uprzywilejowanym wbrew porządkowi rzeczy, 

porządek  ten  bowiem  sprawił,  że  zawsze  samiec  jest  piękniejszym,  wspanialszym  i 

strojniejszym niż samica, która patrzy z oszalałym a pokornym zachwytem, szara i niestrojna, 

niczym nie uzbrojona ani nie ozdobiona, na swego pana; przeto lew ma grzywę, kogut grzebień 

i ogon na paradę, paw ma cały jubilerski na ogonie magazyn, głuszec inne wspaniałości, każdy 

posiada coś tak pięknego, że aż się w oczach ćmi. Tylko u ludzi jest na odwrót, bo samiec jest to 

background image

indywiduum  brzydkie,  opasłe,  ciężkie  i  niezdarne,  a  ona,  kobieta,  jest  śliczna.  Mężczyzna, 

chcąc ratować sytuację i udając grzywiastego lwa, chciał porazić kobietę bujną pięknością i 

zapuścił wąsy i brodę, z której można robić materace, sądząc, że kobieta padnie z zachwytu na 

twarz. Och! Pomysł był śmieszny, przeto indywiduum zawstydzone poszło się ogolić i na gwałt 

łysieć.  Są  to  wysiłki  próżne  i  krótko  mówiąc  goryl  zostanie  gorylem  i  nie  zmieni  fantazji 

przyrody, która się zakochała w kobiecie. 

Czuwa ona przeto pilnie nad tym, aby swoją piękność wszechmocną zachować w stanie 

świeżości  i  czas  zatrzymać  w  nierozumnym  dziele  niszczenia.  Wieki  wysiłku  woli  i 

wspaniałego uporu zdołały dokonać tego, że kobieta nigdy nie dochodzi do lat czterdziestu, a 

aktorka  do  lat  trzydziestu  i  czas  nie  ma  nad  nimi  władzy,  nadaremnie  zaciskając  pieści  i 

spróchniałymi zgrzytając zębami. Tak jednak, jak diabeł nie ma przystępu do duszy czystej i 

bezgrzesznej,  tak  i  czas  nie  może  nic  przeciwko  ciału,  w  którym  goreje  anielstwo,  łatwo 

krusząc naczynie tak pełne plugastwa, jakim jest mężczyzna. 

Przenikliwa  mądrość  kobiety,  odkrywszy  w  promienistości  ducha  i  czystości  serca 

źródło  wiecznej  młodości,  poczęła  wreszcie  szukać  sposobów,  aby  dopomóc  spracowanej  i 

wysilonej przyrodzie, która uformowawszy piękną kobietę myślała, że dokonała wszystkiego. 

A to był tylko szczęśliwy początek i dalszy ciąg musi wypracować kobieta sama, i czyni to 

wspaniale,  mało  zaś  kto  umie  ocenić  ten  nadludzki  trud  i  tę  wytrwałość  poświęcenia,  które 

sprawia, że kobieta nowoczesna staje się coraz piękniejsza. Bo czyż to nie jest poświęcenie? 

Czy kobieta chce być piękną dla siebie? Przenigdy! Spełnia ona nakaz naturalny i wypełnia 

swoją  misję,  wedle  której  ma  wprowadzić  kanciastą,  rubaszną  i  niemiłą  istotę  zwaną 

człowiekiem  ku  formom  wyższym,  świetniejszym  i  piękniejszym.  Kobieta  wie,  że  bez  niej 

świat wyglądałby jak kiepska menażeria, więc poświęciła się, biedactwo, i czasem gorzkimi 

łzami oblewając swoją piękność, zaciska jednak usta w bohaterskim uporze i - jutro jest jeszcze 

piękniejsza. A za to wszystko spotykają ją wytworne obelgi, złe miny, jeszcze gorsze powieści 

i najgorsze komedie; wymówią jej każdy gałganek, każdy biedny kapelusik i flakon perfum, w 

którym czasem połowa jest ż jej brylantowych łez, bo łzy kobiety także pachną. Nikt z tych 

ponurych ludzi, bliskich kuzynów owłosionego szympansa, nie chce zrozumieć, że to wszystko 

jest dla niego, boby inaczej zdziczał, nosiłby brodę do ziemi, a „paznokcie na dwa łokcie”, ze 

zamiast  mówić wierszami, wyłby dziko  albo  używał  nieartykułowanych dźwięków, spośród 

których można by wyłowić jedno tylko słowo: „wódki!”, że mieszkałby na drzewie, drapiąc się 

w polędwicę, że nie używałby ognia, a dzieci, nieszczęsne dzieci, nosiłby na plecach. Nikt nie 

chce zrozumieć, że życie jest dlatego piękne, bo piękną jest kobieta, która od wieków dokazuje 

cudów, aby tę piękność zachować w stanie przedziwnym. 

background image

W  pracy  tej  rolę  bynajmniej  nie  najgorszą  odgrywają  stroje  i  wszystkie  te  sprzęty  i 

narzędzia, którymi kobieta poprawia przyrodę i pogłębia jej dowcip i pomysłowość. Zanim się 

stała  tym,  czym  jest  dziś  kobieta,  wielkie  cierpiała  udręczenia  i  męczarnie,  za  co  jej  się 

przynajmniej  podziw  należy.  Toteż  celem  naszym  jest  chęć  wyjaśnienia  brodaczom  ciężko 

myślącym, samcom ponurym i drapieżnym, dla czego kobieta chce być piękna i jak ciężko jej 

to przyszło, aby upadłszy na kolana, bili przed nią czołem, 

W wykładzie popularnym tak wygląda ten ustęp dziejów: 

Ewa uległa kuszeniu węża. Przy odrobinie namysłu można dojść do przekonania, że był 

to  postępek  mądrze  wyrozumowany,  który  na  pierwszy  rzut  oka  jedynie  wydaje  się  lekki  i 

grzeszny. Oto Ewa bezgrzeszna, ona (potem jej córki i córki jej córek) chodziłaby do dziś po 

raju naga, jak ją Pan Bóg stworzył, nie myta, nie ostrzyżona, ze szponami u rąk i nóg, może 

nawet z ogonem - tak że nikt by jej nie odróżnił od innych stworzeń rajskich. Czy to byłoby 

życie? Czy można by w tym stanie wytrzymać całe wieki? J.J.Rousseau miałby z tego jaką taką 

pociechę, nie każdy jednak jest filozofem, jest to bowiem zajęcie dość niemądre. Czy biedna 

kobieta miała wciąż gadać z Aniołami i właściwie o czym? Zęby tedy okryć swoją nagość i dać 

początek  sukni,  musiało  biedactwo  zgrzeszyć,  z  mizernym  zresztą  dla  siebie  zyskiem,  bo 

figowy liść albo  nie wyprawiona kozia skórka  mało to  jest jednak jak na kobiece potrzeby. 

Uczyniła to z myślą o przyszłości, która pokutuje solidarnie za jej grzech, trudząc się ciężko i 

wieczyście  takimi  pracami,  jak  strojenie  ciała,  mycie  zębów,  czyszczenie  paznokci, 

utrzymywanie w porządku włosów itd. 

Od owego pierwotnego stanu do stanu dzisiejszej świetności wiodła droga uciążliwa i 

ciężka  i  trzeba  było  bohaterstwa  i  szlachetnego  -  uporu  kobiety,  aby  dojść  nią  do  końca. 

Mężczyzna  byłby  sto  razy  cisnął  wszystko  do  diabła  i  byłby  skoczył  na  najbliższe  drzewo, 

wydając  wściekłe  pomruki,  a  kobieta  szła  wytrwale  ku  słońcu  swojej  piękności.  Zanim 

wynaleziono sztukę tkania jedwabiów, nieszczęsna białogłowa stroiła się w skórę końską lub w 

niezbyt  pachnące  owcze  runo.  Zanim  wynaleziono  trzy  tysiące  czterysta  sześć  eliksirów, 

nieszczęsna  kobieta  malowała  sobie  zęby  na  czarno.  Już  wielkim  krokiem  naprzód  na  tej 

drodze  kamienistej  było  smarowanie  długich  włosów  smalcem,  aby  miały  połysk  i  pięknie 

pachniały. 

Zaprawdę, że za swoje bohaterstwo ponad miarę była ukarana kobieta! A przecież to nie 

był koniec udręczeń, albowiem kobiecie w poszukiwaniu prawdy nieumęczonej dał potem los 

gorset,  siedmiopiętrową  perukę,  krynolinę,  grabki  do  polowania  na  niewinne  zwierzątka, 

harcujące w okolicy pleców, złote, wdzięczne młoteczki do ich mordowania, jeśli obrały sobie 

siedlisko w peruce, i inne takie dolegliwości, o których nieskromnie opowiada pan Brantôme. 

background image

Skończyło  się  to,  zaczynało  się  owo  i  tak  to  trwało  przez  długie,  długie  wieki,  aż 

wzruszony  los,  tą  niezłomnością  ujęty  nieco,  zelżał  i  jak  galant  posłał  królowej  Marysieńce 

srebrne jakieś naczynie, któremu się bardzo poczciwe dziwiły Sarmaty, nie wiedząc, ku czemu 

ma służyć takie dziwo, do picia małmazji bowiem mało było sposobne… 

Nadszedł wreszcie czas, kiedy kobieta bohaterska, nowej i wspaniałej formy szukająca, 

przypomniała  sobie  jak  przez  mgłę,  że  rajska  awantura  była  jedynie  epizodem,  naprawdę 

bowiem narodziła się z przeczystej morskiej piany i wyszła z morza naga, śliczna, biała i bez 

skazy; że potem z odlewu jej piersi Grek robił paterę do wina, że z jej oddechu rodziły się fiołki, 

a na jej śladach zakwitały hiacynty. W oszałamiającym wspomnieniu ujrzała siebie na posągu 

piękną, tak piękną, że marmur, z którego jej kształty uczyniono, różowił się i drżał leciutko. 

Sama może nie byłaby na to wpadła, ale zaczęli jej to przypominać poeci, którzy wobec niej nie 

czuli zawiści jako inni, i oto po wiekach utrapień i zgryzot ściskających serce, jak ongi gorset 

nieszczęsny ściskał „stan” - w przeczuciu prawdy, w radosnym szaleństwie i dreszczu, widząc 

koniec niedoli i triumf swojego męczeństwa, wpadła spokojna pokutnica w furię, w upojeniu 

zdarła z siebie perukę, gorsetem cisnęła w męża, krynolinę oddała znajomemu oficerowi na 

namiot wojenny, a sama zaczęła, śpiewając z radości, rozmyślać w chwilach wolnych, jak się 

upodobnić do Afrodyty. 

Czy dla siebie? O nie! Dla ciebie i dla mnie, w każdym razie dla niego. Serce i dusza to 

jest  jej  bogactwo,  skarb  pokornych  i  duma  maluczkich,  ale  zapragnęła  być  piękna  dla 

barbarzyńcy, aby się zwierzak nauczył mówić ludzkim językiem i zaśpiewał hymn. Patrzcie! 

Patrzcie! 

Zaczęto mierzyć Wenus z Milo i pilnie notować „ile ma w pasie?” - „ile w kostce?” - 

„ile pod piersiami?” - za czym pobieżawszy do Neapolu, poczęto badać inną Wenerę, Kalipygę, 

słynną z tego, że nikt z zachwytem na jej twarz nie patrzy, tylko zgoła przeciwnie… 

Zmierzyć to łatwo, ale co dalej? 

Dalej  -  trzeba  było  mieć  wszystko  takie  same.  Czegóż  jednak  nie  dokaże  kobieta 

natchniona historyczną misją? 

„Na boskie kolanka Kiprydy!” - jak mówił Petroniusz, 

Kobiecie wszystko się uda, czasem nawet uda. 

Toteż się udało, może nawet aż za bardzo: kobieta, wyzwolona z przekleństwa, stała się 

piękna, prosta, zdrowa i silna. Są wprawdzie obskuranci, twierdzący nieśmiało  i pod nosem 

wyrzekający, że dawniej z kobietą dopiero szukającą ostatecznego wcielenia było jakoś lepiej, 

bo kiedy drzewiej wątła kobiecina cisnęła w człowieka talerzem, to więcej z tego było rumoru 

niż  szkody,  podczas  kiedy  dzisiaj  taki  twór  wspaniały,  taka  Pallas  Atenę  wojująca,  potrafi 

background image

ciskać  mosiężnym  dyskiem  na  odległość  czterdziestu  trzech  i  pół  metra.  Niech  taka  teraz 

zacznie ciskać talerzami… 

Toteż  zjełczały,  zatłuszczony,  zadymiony,  zartretyzowany,  dychawiczny  samiec  nie 

może pojąć dobrze, co się stało, i w ohydnej swojej niewiedzy albo uśmiecha się obrośniętą 

swoją  paszczą  niby  ironicznie,  albo  oczernia  kobietę.  W  głębi  czarnej  duszy  jest  jednakże 

przerażony jak dziki z puszczy na widok białej bogini. Nie wie, co z sobą czynić, bo jeszcze nie 

dorósł duchem do tej istoty skrzydlatej, co na niebieskich skrzydłach wyleciała z futerału koźlej 

skóry, w której cierpiała przez wieki pokorna i cierpiętliwa. Dawniej mógł się schronić przed 

taką mimozą byle gdzie, bo miała migrenę i leżała jęcząc na kanapie,  a dziś? Na wszystkie 

Amazonki! Przyczepi narty i dogna cię w Zakopanem. Dawniej on ją, goryl ponury, wiódł pod 

rękę, aby o kamień nie uraziła nogi, dziś ona prowadzi automobil i wiezie w nim przerażonego 

dzikusa.  Dawniej  czytała  romanse,  dziś  czyta  o  higienie;  dawniej  drżała,  biedactwo,  przed 

natarczywym buszmanem, a dziś zaczepiona czasem łaskawie, własnoręcznie w pysk mu dać 

raczy. 

Taka  ci  to  kobieta  nowoczesna,  siostra  Afrodyty,  kuzynka  Pentesilei,  królowej 

Amazonek,  może  stanąć  żywa  na  pomniku  i  narody  oczywiście  uklękną.  Dotąd  jednak  nie 

wypada tak zupełnie bez szatek. Z czasem i to się zrobi, ale na razie jeszcze nie można, zresztą 

w naszym psim klimacie… To z kobiety uczyniła silna wola, rozum nieprzebrany, bohaterstwo, 

za  czym  woda,  sport,  szczotki,  nożyce,  ale  przede  wszystkim  namiętne  pragnienie,  aby  być 

piękną i przez piękno ten małpi ucywilizować świat… Nie dla siebie, nie dla siebie… 

Ponieważ  zaś  suknia  zdobi  człowieka,  a  nie  człowiek  suknię,  jak  obłudnie  dotąd 

mniemano, trzeba cenić suknię. Wymyśliła ją kobieta, aby pomóc naturze, i wymyśliła rzecz 

piękną. Ziemia rodzi kwiaty, a kobieta suknie. Zgryźliwy człowiek powie to inaczej: ziemia 

rodzi zboże, mężczyzna je sprzedaje, a kobieta za to kupuje suknie. My jednak nie gadamy z 

ludźmi zgryźliwymi, którzy mają katar żołądka i dlatego niestworzone o kobietach wypisują 

historie. Kobieta powinna mieć śliczną suknię i za to, co wycierpiała dla cywilizacji - niech ją 

ma. I znowu pytamy: czy dla siebie? O nie! Ona dowiodła, że jej wystarczy marny, byłe dobrze 

skrojony,  figowy  liść.  Więc  nie  dla  siebie,  lecz  dla  radości  żywota,  która  pragnie  kolorami 

przypominać ogród w słońcu i chce być bardzo strojna. 

Suknia tedy jest wielką mądrością kobiety. Raz do francuskiego ministra, który walczył 

ze zbytkiem strojów kobiecych (i takiego zrobili ministrem!!), przyszły dwie fatalnie odziane 

niewiasty z prośbą o zasiłek na dobry cel. Minister odmówił fatalnym, brzydkim kostiumom. 

Potem z taką samą prośbą przyszły dwie panie ślicznie strojne. Minister z uśmiechem dał wiele 

pieniędzy tym wytwornym sukniom. Wtedy suknie mu rzekły: 

background image

- Kochany panie ministrze, my jesteśmy te same i byłyśmy u pana przedtem, tylko źle 

ubrane. A teraz widzi pan, co to znaczy piękna suknia! 

Minister się zawstydził, że te kobiety były Lak mądre, a on nie. 

Oto  jest  wyborna  historia  na  pochwałę  piękna,  elegancji  i  dobrego  smaku  po  to 

opowiedziana, aby wreszcie każdy pojął, dla jak wzniosłych celów kobieta chce być piękna, i 

by hebes - jeden z drugim - nie żałował kobiecie tych kilku marnych tysięcy na suknie, którymi 

kobieta w czystej swojej duszy pogardza, lecz je mieć musi, bo jakżeby wyglądał świat. Jak 

trzeciorzędny lokal we wszechświecie. 

Dlatego przeto w głębokie intencje zajrzawszy, nie mam nic przeciwko kobiecie, która 

chce być piękna, bo wie ona, dlaczego to czyni. A nie jest to sprawą tak łatwą, jak by się zdawać 

mogło. Sztuka utrzymywania piękności na wyżynie jest wielką sztuką, jeśli się zważy, że nie 

można tego czynić w błogim spokoju, lecz żyć trzeba w wiecznej walce z wrogiem, podstępnie 

uśmiechniętym, nieobliczalnym półwariatem - z modą. 

Czy zastanowiliśmy się kiedykolwiek nad tym ponurym słowem? 

Co to jest moda? 

Jeden twierdzi, że na początku był chaos, drugi twierdzi diabolicznie, że na początku 

była  chuć;  z  równym  powodzeniem  można  zaryzykować  twierdzenie,  że  na  początku  była 

moda. Est… moda in rebus. Należy bowiem ustalić pogląd, że ona jest właściwym motorem 

postępu,  ostrogą  i  bodźcem,  ona  porusza  niemrawą  ziemię,  nadaje  sens  życiu  i  funkcjonuje 

nieprzerwanie,  potężna  jak  żywioł,  straszna  jak  przeznaczenie,  pomysłowa  jak  przyroda. 

Dowód jest łatwy a contrario. Jak by wyglądał ten nieszczęsny świat, gdyby się nie poruszał 

wedle wskazań mody? Na samą myśl o tym można by dostać obłędu. Na szczęście jednakże czy 

na nieszczęście mądry diabeł, taki najstarszy Herse, a raczej, biorąc pod uwagę panujące w raju 

wyznanie, taki najstarszy Zmigryder, nauczył ludzi używania stroju. I oto przez wiele milionów 

lat moda, narodzona w raju, zatoczyła niezmierny krąg od liścia figowego do liścia figowego. 

Zaczęło  się  od  drobiazgu,  przysłaniającego  to,  co  najważniejsze,  a  doszło  dzisiaj  do  tego 

samego,  bo  moda  dzisiejsza  nie  przysłania  o  wiele  więcej.  Stu  jednakże  potrzeba  by  na  to 

tomów, aby opisać wszystko to, co się zdarzyło i co wymyśliła moda w granicach tych dwóch 

okresów. Uczeni ludzie poświęcają temu grube dzieła, historia sztuki bada i dochodzi, widać 

więc z tego, że moda nie jest kaprysem ani fantazją, ale że rządzi życiem, ekscytując je w ten 

sposób, że podnieca je na czas krótki, a kiedy mu się zdaje, że znalazło piękną formę, każe mu 

ją odrzucać i wymyśla nową, wciąż nową. Dowodzi to jedynie, że moda jest pomysłowsza od 

przyrody.  Przyroda  namyśla  się  przez  dziesięć  milionów  lat,  zanim  zauważy,  że  kogutowi 

jeden palec jest zupełnie niepotrzebny, więc go zamienia w porozumieniu z kogutem w ostrogę. 

background image

A pan Antoine chwyta nożyczki i w przeciągu minuty obcina na zawsze z głowy kobiecej te 

włosy, które natura pielęgnowała przez miliony lat. Natura jest wprawdzie zrozpaczona, ale 

siedzi cicho, aby nie budzić licha. Takiemu panu bowiem może przyjść na myśl, że i głowa nie 

jest kobiecie niezbędna do życia. 

Grecja zginęła, Rzym zginaj zapadła się Atlantyda, Babilon i Niniwy leża w prochu, 

czas, żarłoczny krokodyl, pożarł Egipt, ale nie dał rady modzie. Od czasu do czasu ktoś zaczyna 

nosić grecki chiton albo piersi zadarłszy pod brodę i podwiązawszy je złotą wstążką naśladuje 

rzymski sposób noszenia tych przedmiotów, ktoś zaczyna nosić brodę a la Tutmosis, włosy a la 

Tytus, ktoś wznawia minioną chwałę Babilonu malując henną włosy, w słusznym mniemaniu, 

że jeśli istniały te wielkie narody i państwa, to chyba po to, aby do wielkich i nieskończonych 

zdobyczy  mody  dorzucić  jakiś  szczegół  cenny  i  pomysłowy.  Jedynym  mądrym  w  tym 

zgromadzeniu  jest  jak  zawsze  Izrael,  który  od  czasów  proroków  nie  zmienił  formy  stroju, 

kształtu bród i sposobu pielęgnowania paznokci, polegającego na ich obgryzaniu w chwilach 

wolnych od interesów. 

Moda  i  przyroda  to  jedno  mają  wspólne,  że  nie  znają  litości.  Nikt  się  -nie  waży 

sprzeciwić modzie; każda przemoc budzi wprawdzie reakcję i podszeptuje bunt, lecz jakżeż 

krótkotrwały! Istnieją takie kobiety, które się buntują przeciwko modzie, o nieszczęsne! Gdyby 

łzy były w modzie, zapłakałbym nad nimi. 

Spróbujmy, wysiliwszy fantazję, wywołać widmo takiej kobiety, która, urodzona przed 

czterdziestu  laty,  odważyła  się  przetrwać  w  stanie  mody  sprzed  lat  trzydziestu.  Jakżeż  ona 

wygląda? 

Ma twarz bladą i sine usta; dziwnie uczesana, z tyłu głowy na wielki węzeł, a z boków 

przypięte fałszywe loki; nie posiada nóg, bo ich wcale nie widać; suknia wlecze się za nią jak 

życie, więc ją podpina z lewej strony jakimś przemyślnym instrumentem; na głowie ma ogród 

źle strzyżony, a wśród rozmaitego zielska nosi zdechłego ptaka ze szklanymi oczyma. Ramiona 

są wysokie, bo podwyższone za pomocą wałków z waty;  piersi  idą przed nią o jakieś dwie 

minuty, bo są czymś wypchane; okolice tylne spóźniają się w pochodzie również o jakie dwie 

minuty, bo są sztukowane za pomocą półksiężyca z włosienia końskiego, przedziwny zaś ten 

przyrząd przymocowany jest dokoła bioder za pomocą tasiemki. W pasie jest tak cienka jak 

osa, a żołądek włazi jej pomiędzy płuca. W ręku trzyma z wdziękiem chusteczkę, a jeśli jest w 

podróży,  przewieszoną  ma  przez  biust  skórzaną  torebkę.  Jeśli  jest  kobietą  podejrzanej 

konduity, ze skłonnością do rui i poróbstwa, maluje sobie pod oczyma sine cienie za pomocą 

przypalonego korka albo fałszuje rumieńce burakiem lub jakimś dziwnym papierkiem. 

background image

Przypuśćmy  teraz  rzecz  straszliwą  i  pomyślmy,  że  ta  kobieta  rozbiera  się  w  naszej 

obecności,  więc:  odpina  fałszywe  loki,  wyjmuje  z  włosów  grzebienie  i  szpilki,  zwane  w 

Małopolsce „haarnadle”; potem woła tłumoka z kuchni, który jej z tyłu stanika rozpina haftki; 

za czym  zdejmuje szaty  w ten sposób,  że opuszcza na ziemię spódnicę, z której  wyłazi  jak 

kurczę ze skorupy jaja; woła po raz drugi tłumoka, który rozplątuje z trudem tasiemki gorsetu, a 

po chwili żołądek słodkiej tej kobiety opada z westchnieniem ulgi na miejsce prawem natury 

przepisane;  odpina  sztuczny  kuper,  a  odrzuciwszy  „biusthalter”,  odejmuje  piersiom  trzy 

czwarte  ich  objętości,  narażając  je  na  smęt  i  melancholiczność;  zdejmuje  parzyste,  acz 

niewymownie  długie,  szerokie,  wygodne,  z  koronkami,  radość  dla  oczu,  zaczem  zaczyna 

mozolną  pracę  zdejmowania  bucików,  związanych  tak  jak  solidne  małżeństwo,  na  amen; 

ściąga czarne pończochy, przypatrując się z żałością, że na alabastrze ud pozostały sine pręgi 

po podwiązkach z „gumelastyki”. Nie zdejmuje koszuli, bo tego w owych czasach uczciwych 

nie robiono. 

Tak wygląda owa dziwna kobieta. Niechby to biedactwo próbowało w nierozumnym 

buncie zjawić się przed obliczem dnia dzisiejszego. To się nawet nie da pomyśleć, jak w owych 

czasach mogła kobieta w takim rynsztunku dopuścić się zdrady. Ileż cierpliwości, ileż potrzeba 

było do tego poświęcenia! Wprawdzie miłość czyni cudy, ale w każdym razie jest to godne 

największego  podziwu.  Cierpienia  te  były  jednak  składane  z  rozkoszą  na  ołtarzu  mody, 

potwornego bóstwa. 

Jest to co prawda bóstwo szalone, które czasem wykoncypuje rzecz tak rozkoszną, jak 

pyjama,  czasem  jednak  najpotworniejsze  przychodzą  mu  do  głowy  pomysły:  moda  każe  na 

Jakiejś wyspie murzyńskiej wybić pannie w dniu wesela dwa przednie zęby, o czym można 

wyczytać w uczonych książkach, bo i dzikie ludzie podlegają nakazom mody. Gdyby się kto 

zbytnio dziwił takim dentystycznym kaprysom mody, temu należy czym prędzej powiedzieć, 

że są za to takie białe dziewoje, które połykają solitera, aby chudnąć; są ci takie, co piją ocet, 

jedzą jakieś wapno, kąpią się w pianie szwedzkiej, robią kurację „mleczną”, „kompotową”, 

licho wie jaką. Moda jest jak bożek Baal. 

Byłoby z tym jako tako, gdyby moda mieszała się jedynie do spraw stroju. Takie portki 

czy  taka  suknia,  pal  je  licho.  Ale  moda,  obłąkana  na  umyśle,  widząc,  że  nawet  baran  jest 

geniuszem  wobec snoba, włazi  w interesy samej przyrodzie i  orzeka:  szanowne panie! tego 

roku  nosimy  piersi  małe  i  okrągłe.  Strach  i  rozpacz  pada  na  piersi  zawiesiste  i  wspaniałe, 

wiedzą  bowiem,  że  zostaną  poddane  torturom,  płaczą  niemowlęta,  skazane  na  flaszeczkę. 

Czasem moda zajmie się głową, czasem biodrami, czasem wagą ciała, jak gdyby to nie było 

wszystko jedno, bo od początku świata idzie o jedno, o to, czego żadna moda nie zmieni. 

background image

Nikt  nie ujdzie śmierci  i modzie nikt  i  nic nie ujdzie. Powstaje moda na poetów, na 

książki,  na  piosenkę,  na  polityków  i  na  kokoty  (te  dwa  zawody  w  jednym  i  tym  samym 

mieszczą się resorcie), na sweatry, na  gwiazdy kinowe, na psy, na wrotki,  na mahjonga, na 

wszystko. Moda nowoczesna obejmuje szersze kręgi, lecz trwa za krótko; szaleństwo wybucha 

nagminnie, opęta cały świat, a po krótkim czasie ciska swojego pajaca do rupieciarni. Dlatego 

modzie  nie  należy  dowierzać;  jest  to  baba  kapryśna  i  histeryczna.  Wścieknięto  nieco 

Murzyniątko, Józefina Backer, która konwulsjami brzucha potrafiła otumanić znudzony Paryż, 

przekonała się o tym na swojej czarnej skórze… Za „czarną Wenus” nikt dziś nie da dwóch 

sous. 

Nikt  nie  wie,  kto  dziś  tworzy  modę  nowoczesną.  Dawniej  znało  się  twórców  mody, 

królów,  poetów,  bandytów  i  cesarzów.  Kołnierze  a  la  Słowacki  noszą  młode  Żydki  w 

Zakopanem,  malarze  nosili  kapelusze  a  la  Rinaldo  Rinaldini,  radcy  dworu  i  stangreci  nosili 

bokobrody wedle Franciszka Józefa, szewcy wąsy „es ist erreicht” wedle wzoru Wilhelma II. 

Napoleon  III  przekazał  potomnym  wdzięczny  kształt  brody,  Edward  VII  rozpięty  guzik  u 

kamizelki. Dzisiejszym królom brak oryginalności, i moda nie zwraca na nich zupełnie uwagi, 

podpatrując czasem jedynie głośnych filmowych aktorów. Zresztą moda tworzy bezimiennie w 

wielkich kuźniach Paryża, gdzie przemyślni ludzie, wielcy znawcy duszy ludzkiej i ludzkiej 

głupoty, wymyślają najróżnorodniejsze hece, przedłużają lub skracają suknie o pół centymetra, 

modelują  piersi,  prostują  nogi  lub  odchudzają  brzuchy.  Jakiś  mądry  kawalarz  orzeka,  że  na 

przyszły sezon wszystkie kolory są do diabła, jedynie kolor tango ma prawo do ukazywania się 

publicznie; inni sprytni ludzie malują wszystko na tango, a cały świat się w to ubiera. Kobieta, 

która nie usłucha nakazu mody, zostaje zdeklasowana i mało ma nadziei na zbawienie duszy. 

Nawet  nieboszczyk nie  ma prawa do spokoju;  czytałem ogłoszenie jakiegoś zakładu 

pogrzebowego, polecającego „trumny solidne i najmodniejszych fasonów”. I jakżeż tu walczyć 

z  modą?  Jest  ona  potęgą,  wspaniałością  i  przykazaniem.  Była  tym  zawsze,  od  wieków. 

Człowiek opętany modą nie ma innych bogów przed nią, a Słowacki powiedział: 

 

„Małą jest wadą strój modny, nowy, 

Lecz gdyby ujrzał cud mojżeszowy, 

Myślałby o tym modniś zalękły, 

Że gdyby ukląkł, portki by pękły”. 

 

background image

Dlatego nie dbam o modę i strój, a spodnie noszę jeszcze po dziadku. I nic mnie nie 

obchodzi,  jak  się  należy  czesać,  ludzie  bowiem  wzniosłego  ducha  są  zawsze  łysi.  Jestem 

człowiekiem wzniosłego ducha! 

I dlatego odczuwam już po raz drugi podziw dla kobiety pięknej, dla której ta piękność 

ciężką jest troską. Złożyłbym chętnie na jej alabastrowym czole ojcowski pocałunek, gdyby nie 

to, że do miłego tego przedsięwzięcia potrzebna jest zgoda i z drugiej strony. 

Byłaby to różowa kropka w tej nieco oszalałej rozprawie o wszystkim i o niczym, z 

której jednakże jasne wynika, że: wyłączam z wszystkich tych figlujących dysertacyj raz na 

zawsze najwyższą rangę kobiet: matki, żony, siostry, córki, za czym kobiety nieszczęśliwe i 

kobiety pracujące; z wyraźnym uwielbieniem patrzę na dzielną i samodzielną, promienistą i 

rozumna  kobietę  nowego  autoramentu,  co  się  życia  nie  lęka,  głupiego  samca  ma  w  pięcie, 

książki czyta i myśleć umie; pokpiwam sobie, urągam, naigrawam się, bez złości dokuczam, 

natrząsam się, ironicznie się uśmiecham i wesoło bredzę o kobiecie przesadnie nowoczesnej, o 

kobiecie ni z pierza, ni z mięsa, bez ciała i bez duszy, bez myśli i bez rozsądki z kolorowego 

ptaszka,  z  mizernego  „demona”,  ze  śmiesznego  „wampira”,  z  kiepskiej  „tygrysicy”,  z 

fałszywego „anioła”. 

Ponieważ sprawa już jest jasna i wyłuszczona dokładnie, nikt więc już chyba nie będzie 

mnie  pomawiał  o  to,  że  nie  szanuję  kobiety.  Prawdziwa  zaś  kobieta,  przeczytawszy  o  tym 

wszystkim, nich się uśmiechnie do mnie dwa razy 

A dlatego dwa razy, że „uśmiech jest to pół pocałunku”, więc rachunek jest jasny. 

background image

O

 SZTUCE ROZMAWIANIA

 

 

Istnieją wprawdzie wyborne podręczniki, pisane przez nieskazitelnych gentlemanów, 

uczących, jak się należy zachowywać w wytwornym i eleganckim towarzystwie. W przeważnej 

części jednakże traktują one o sposobie siedzenia, jedzenia, tańca, oświadczyn miłosnych, o 

porze  składania  wizyt  i  o  równie  pożytecznych  sprawach,  nie  tykają  jednakże  ducha  i  jego 

spraw.  Z  ksiąg  tych  wiadomo,  że  w  eleganckim  towarzystwie  nie  dłubie  się  w  nosie, 

zachowując czynność tę przyjemną i pożyteczną na chwile absolutnej samotności, że się nie 

ryzykuje wesołych skądinąd dowcipów, polegających na tym, że się kładzie dłoń na krześle, na 

którym  ma  usiąść  dama,  aby  ją  przyjemnie  zaskoczyć  niespodzianką;  że  się  nie  jada  ryby 

nożem,  a  w zębach  nie  dłubie  się  paznokciem;  że  idąc  na  wizytę  należy  „wedle  możności” 

wdziać czystą bieliznę; że należy uklęknąć, oświadczając dziewicy wierną miłość, miłość w 

żakiecie, w białych rękawiczkach i z bukietem w ręku, i z mamą, podsłuchującą za drzwiami, 

aby  rozkochanego  draba  przyłapać  w  sam  czas  i  przypieczętować  go  rzewnym 

błogosławieństwem. Zaprawdę, piękne to były czasy, pełne prawdziwej dystynkcji i wzruszeń 

czystych,  wytworne  czasy,  kiedy  długa  suknia,  gorset  najeżony  fiszbinami,  klamry  i  haftki, 

wstążeczki, supełki i inne różne groźne rzeczy o nazwach już zapomnianych tworzyły fortecę 

cnoty, jeśli nie zupełnie, to przynajmniej w ten sposób, że trudne do ominięcia, dawały czas do 

namysłu, zanim zgubiona osoba wypowiedziała owo sakramentalne i retoryczne pytanie: „Co 

pan sobie o mnie pomyśli?” (Albo: „Ach, jak pan mną musi pogardzać!” - albo: „Ja panu nigdy 

nie spojrzę w oczy!” - albo: „Bierz ciało, ale zachowaj moją duszę!”) 

Chociaż w owych pięknych książkach nie ma o tym ścisłego i dokładnie opracowanego 

traktatu, jednakże w owych fiszbinami grożących czasach równie pięknie mówiono, używając 

zdań okrągłych, miękkich, pełnych słodyczy słów, określeń kwiecistych i nadobnych. Powie 

cynik niejeden, że tak być musiało, bo zawiłość i nadmiar szczegółów garderoby wymagały 

dłuższej  gadaniny  i  nadobnego  łgarstwa,  kto  zaś  nie  był  wymowny,  ten  niby  wpadał  w 

nieprzytomny  szał,  a  kobieta  płakała  jednym  okiem.  Jakkolwiek  tam  z  tym  było,  nikt  nie 

zaprzeczy,  że  służąc  ciału,  nie  zaniedbywano  ducha;  namiętność  przychodziła  zawsze  z 

bukietem  kwiatów  i  z  bukietem  wonnych  słów.  Łatwo  nie  przychodziło  nic,  bo  nawet  o 

niewinny  pocałunek  trzeba  było  błagać  poematem,  antyfoną,  zaklęciem.  O  niewinny 

pocałunek! Cóż dopiero o… 

Ale co tam o tym gadać? Ładnie było i tyle… A dziś? Dziś ludzie jak te wróbelki… 

Cnota  jest  tania,  i  to  z  dwóch  powodów:  z  powodu  stroju,  nazbyt  lekkiego  i  bez  żadnych 

background image

zatrzasków, i z powodu zaniedbania sztuki rozmawiania, dzisiaj bowiem jedno drugiego nie 

zapyta nawet: „przepraszam, ale z kim miałe(a)m przyjemność?” 

Czy to ładnie? 

Sztuka  rozmowy  jest  śpiewem  słowika,  strojem  bażanta,  przepychem  róży.  Trzeba 

umieć  mówić  i  umieć  słuchać,  aby  pustkowie  życia  zmienić  w  rozkoszny  ogród.  Nawet 

głupiutki ptaszek ślicznie śpiewa i cudownie gada w swoim języku, zanim namówi samiczkę, 

aby  się  zdecydowała  znieść  jajko.  Ponieważ  człowiekowi  mniej  więcej  idzie  o  to  samo, 

powinien wić poemat przy każdej sposobności, a jeśli jest idealistą, to należy, aby mówić umiał 

jeszcze piękniej. 

My oczywiście jesteśmy idealistami i traktując sprawę platonicznie, martwimy się, że w 

rozgwarze tłamszącego się życia, w zgiełku i wrzasku zginęła sztuka pisania listów i sztuka 

pięknej rozmowy; już nigdy nie będzie panny de Lespinasse, cudowne listy piszącej kochanki 

Boya.  Sztuka pisania listów zeszła u nas do straszliwych skrótów, bez wdzięku i  talentu,  co 

można  stwierdzić  na  ławkach  w  Alejach,  gdzie  atramentowym  ołówkiem  pisze  się  tysiące 

listów w tym stylu: „Panno Józiu, będzie co z tego, czy nie będzie?” - „I owszem!” - brzmi 

odpowiedź. Albo: „Nakarmiłaś mnie czarnym smutkiem, niegodna!” A odpowiedź powiada: 

„Złam pan pysk!”. 

W wyższych sferach piszą wprawdzie wyższym stylem, ale również mało ozdobnym i 

bez  tego  czarodziejstwa  wdzięku,  który  z  takiej  smutnej  historii  jak  miłość  czyni  rzecz 

pożądaną i piękną. Jak zaś piszą, tak i mówią. Nie mogę, niestety, podać próbki dialogu z ławki 

w Alejach, bo kiedy mu się chciałem dla studiów przysłuchać, omal że nie zostałem pobity, 

gdyż z powodu wybitnej i wszędzie uwagę zwracającej piękności mego oblicza wydałem się 

zbyt  groźnym  rywalem  wachmistrzowi szwoleżerów. Wiele natomiast słyszałem dyskursów 

salonowych  na  najrozmaitsze  tematy  i  spostrzegłem  ze  smutkiem,  że  ludzie  nie  umieją  już 

bawić się rozmową, ze mają z jałowiały dowcip i koncept od siedmiu boleści. Najdotkliwiej 

ucierpiały rozmowy miłosne, dlatego chyba, że ludzie są przekonani, że i głuchoniemi jednak 

też mają dzieci i że na dobrą sprawę w tej materii można się porozumieć nawet z Japończykiem. 

Jest to pogląd błędny i rozpaczliwie smutny, gdyż cokolwiek, gdziekolwiek i o czymkolwiek 

się rozmawia, zawsze okrężnym, dalekim lotem słowa zmierza się do jądra wszechmocy, do 

miłości.  Młodzieniec,  rozmawiający  z  panienką  nawet  o  maszynie,  zawsze  podświadomie 

uważa siebie za koło rozpędowe, a ją za warsztat. Każda przeto rozmowa na najbardziej odległe 

i najbardziej dziwaczne tematy jest grą miłosną, w której paw roztacza swój ogon, on błyska 

ostrzem szpady swojego dowcipu, pyszni się i olśniewa, a ona figlarnie kryje się w gąszczu 

kwiatów  i  woła:  „a  kuku!”,  rozmawiając  o  matematyce  albo  o  hodowli  jedwabników. 

background image

Rozmowa  taka,  pełna  reweransów  i  półuśmiechów,  powagi  i  ironii,  jest  śliczną  igraszką 

wytwornych ludzi, zanim sobie powiedzą, co trzeba, bo tylko dzikie buszmany pocierają nosem 

o nos i zaraz z tego jest czarne dziecko. 

Sztuka  rozmawiania  jest  tak  zaniedbana,  że  należy  naukę  jej  zaczynać  od  abecadła; 

powinni  się  w  niej  ćwiczyć  mąż  i  żona  (pod  warunkiem,  że  przedtem  każą  sobie  ręce 

przywiązać do krzeseł), narzeczeni, rodzeństwo, wszyscy. Należy obrać sobie temat i omawiać 

go wdzięcznie na wszystkie sposoby. Dlaczegóż bowiem mąż z żoną czynią sobie piekło na 

ziemi? Bo nie umieją rozmawiać. Dlaczego młodzi, ludzie rozchodzą się w dwa tygodnie po 

ślubie? Bo nie mają tematu do wytwornej rozmowy, a najlepsza potrawa bez soli diabła jest 

warta. Zrobią swoje i co? I idą się rozwieść, bo mąż mało zajmujący wart jest równo tyle co 

nudna żona. Czemu adwokat jest znakomitym mężem wbrew wszystkim oszczerstwom? Bo 

umie być rozmownym i wymownym. Radion sam pierze, a taki potrafi to jeszcze lepiej, bo z 

białego zrobi czarne dowcipnie i z należytą ironią. 

Sztuka pięknej  rozmowy polega na wdzięku, wdzięk się rodzi  z dowcipu^ dowcip  z 

inteligencji, inteligencja ze wzniosłości, wzniosłość z miłości wszystkiego, co żywe. Przy tym 

wszystkim  należy  zawsze  pamiętać  o  dwóch  wybornych  maksymach  Rochefoucaulda,  z 

których jedna mówi, że „ufność bardziej wzmaga rozmowę niż dowcip”, a druga, że „nie ma 

bardziej dokuczliwych głupców niż sprytni głupcy”. Sądząc z tego, dość trudno jest być mądrze 

i zajmująco rozmownym, byłoby to więc zbyt wygórowane żądanie, aby bliźni był- fontanną 

rozpryskującą wykwintny dowcip i aby gadał sercem. a nie ozorem. O, tak wysoko nikt nie 

mierzył Człowiek taki zdobyłby karierę jako komediopisarz albo niebywały felietonista. Nasze 

pragnienia  są  mizerne  i  skromne.  My  pragniemy,  aby  ludzie  w  ogóle  z  sobą  rozmawiali, 

najpierw jako tako, a potem dopiero ładnie i z ufnością, i dowcipnie. Teraz bowiem kiedy się 

zejdą, to patrzy jeden na drugiego, a drugi na trzeciego w milczącym oczekiwaniu kolacji, a w 

najlepszym razie panowie idą grać w bridge’a, a panie półgębkiem mówią o tym, czyby nie 

zagrać  w  pockera.  Jeśli  zaś  wszyscy  są  zmuszeni  do  rozmowy,  to  się  zaczyna  narzekanie, 

nagminne i ponure, jakby w pokoju rozpylili arszenik albo nadmuchali jadowitego gazu. A jak 

kto  czasem  na  ten  temat  zrobi  dowcip,  to  się  płakać  chce,  a  dzieci  co  mniejsze  dostają 

konwulsji.  Gorzej  jest,  kiedy  towarzystwo  zaczyna  rozprawiać  o  polityce;  kiedy  wąsaty 

Metternich o tym bredzi, to jeszcze jest z tym pół biedy, ale kiedy o polityce zaczyna kląskać 

kobieta, czyli dama, ponuro i straszliwie czyni się na jasnym bożym świecie, albowiem dama 

tak nieładnie pachnie polityką, jak mężczyzna cygarem. 

W  rozmowie  towarzyskiej  należy  unikać  zawodowych  specjalności;  istnieje  ogólne 

mniemanie,  że  ze  spotkanym  przypadkowo  literatem  należy  rozmawiać  o  literaturze.  Toteż 

background image

pytają piękne panie: „a co pan teraz pisze?” - „a jaki tytuł?” - „a czy to wszystko bierze z głowy, 

czy z życia?” - „co pan myśli o piszącej kobiecie?” Biedny literacina, który przyszedł tanio 

zjeść wieczerzę, wywraca gały oczu, wije się i przestępuje z nogi na nogę. Ma dość pisania, 

tytułów, nowel i powieści. Chce na chwilę jedną być prywatnym człowiekiem i odetchnąć w 

rozmowie  o  sprawach  malutkich  i  pełnych  wdzięku.  To  samo  aktor,  inżynier  i  adwokat.  O 

swojej specjalności lubią mówić jedynie myśliwi, ale nie każdy przecie tak umie łgać, jak taki 

mąż strzelający. 

Są  dwie  istoty  we  wszechświecie,  które  umieją  zawsze,  o  każdej  porze  mówić  o 

wszystkim:  kobieta  i  dziennikarz.  Jest  to  właściwie  jedna  istota,  dwa  bratanki,  niedokrewni 

krewni; czasem to nawet dziennikarz się zawaha, a kobieta wali prosto z mostu; kobieta zawsze 

wie wcześniej i lepiej, bo słyszała z „najlepszego źródła”. Szkoda tylko, że najlepiej wszystko 

wie o swojej przyjaciółce. Kiedy kto w naiwnej rozmowie powie, że ziemia ma sto milionów lat 

wieku, kobieta powie, że ma przyjaciółkę, co jest o pół roku starsza od ziemi. A jeśli jest bardzo 

dowcipna, wtedy dodaje: „Może zresztą odrobinę przesadzam!” 

Kobieta zresztą jest tak genialna, że potrafi przez dwie godziny rozmawiać o literaturze 

- z oficerem intendentury. Jak to oni robią, tego ja nie wiem, ale jednak to się zdarza. Może to 

tak wygląda: 

- Czy Tagore wzrusza pana? 

- Jak się zdarzy… 

- Bo mnie bardzo wzrusza. Ma w sobie coś takiego… 

Bez wątpienia! 

Doskonale  to  pan  określił.  Wy,  ludzie  czynu,  lubicie  przez  przeciwieństwo  tę 

roztęsknioną słodycz… 

- To zależy! 

- Zapewne! Ale wolę to niż straszliwość Knuta Hamsuna… 

- Oczywiście, knutem rządzić nie można. 

- Świetnie! świetnie! Jest pan dowcipny jak Boy. Pan wie, czyj to pseudonim? 

- Oczywiście, knutem rządzić nie można. 

- Pan jest naprawdę niezrównany. Skąd u pana się bierze tyle dowcipu? 

- Przepraszam panią, ale to wcale nie dowcip… 

Z tego wszystkiego widać, że motorem towarzyskiej rozmowy była, jest i będzie zawsze 

kobieta.  Ona  jedna  ma  czas  na,  wszystko  i  odznacza  się  wybujałą  zdolnością  dociekania 

wszystkiego.  Jest  dowcipna,  bo  sama  jest  dowcipem  Pana  Boga,  jest  odważna,  bo  wszystko 

przed nią ustępuje, jest piękna, bo to umie zrobić. Jej się tedy zaleca, aby wskrzesiła cudowną 

background image

sztukę rozmowy, aby ludzie nie siedzieli naprzeciwko siebie, jak rzezane w drzewie bałwany 

albo posągi Buddy, patrzącego z uwielbieniem i kontemplacją na własny brzuch. Jedną mam 

tylko prośbę: aby nie bawiła mnie nigdy rozmową, ja wolę ze sobą gadać sam. 

Trzeba ukwiecić szarość żywota; życie stało się wprawdzie prostsze, mędrsze, szybsze i 

żyje bez zawracania głowy, tylko że tempo jest nieco zbyt pośpieszne. Tym trybem pozbędzie 

się  niedługo  wszystkich  swoich  dawnych  wdzięków  i  zmieni  się  w  surową  maszynę,  która 

wytwarza ludzi  jak kiełbaski.  Miłe kłamstwa i  rozmaite śmieszne hece, piękne listy, piękne 

wiersze i dowcipne rozmowy mają ten sam sens, jaki ma wiosna, słowiki i kwiaty. Bo co to 

będzie  dalej,  jeśli  dzisiaj  niemowlę  chwyta  za  pierś  matki  i  usiłuje  ją  nastawić  na  Londyn, 

myśląc, że to jest aparat sześciolampowy? Ha! 

background image

P

ISANE NA ŚNIEGU

 

 

Pojechałem  tej  zimy  do  Zakopanego  w  roli  głuchoniemej.  Już  sobie  bowiem  raz 

powiedziałem, że po ostatnim moim liście ani słowa więcej nie napiszę o Zakopanem. Z wielu 

to chciałem uczynić powodów, z tego zaś przede wszystkim, że mi życie miłe i że jeśli ja będę 

walczył piórem, a jakiś wyrwidąb ciupagą w obronie honoru Zakopanego, to z moich niewielu 

zębów  będą  sobie  Górale  robili  spinki  albo  ozdoby  do  kapeluszów.  Poznałem  to  jasno  z 

ciemnych spojrzeń rzucanych na mnie, kiedy kroczyłem lekki jak kozica przez najstraszliwszą 

ulicę świata, przez Krupówki. Nawet kozy patrzyły na mnie z niechęcią, krwawe spojrzenia 

rzucały na mnie dorożkarskie konie; pstrąg, choć już ugotowany, łypał ku mnie złym okiem, 

kwiczoł godził we mnie dziobem, choć też nieboszczyk. Z werandy u Karpowicza zabrzmiał 

czasem na mój widok bojowy okrzyk: „bijcie ceprów!” Karpowicz podawał mi takie wino, że 

powinienem po wypiciu kieliszka legnąć na marach, tylko więc ostrożnej wstrzemięźliwości 

mojej zawdzięczam, że żyję. 

Wszystko to jednak szczęśliwie minęło i mimo ponurej ku mnie zawziętości chyłkiem 

rozpatrywano ze szczerego serca dawane Zakopanemu rady i zaczęto coś robić: tu bruk, tam 

drogę, to i owo. Z dawnej przeciwko mnie ponurości pozostały tylko resztki, wcale nieznaczne, 

bo, że gdzie Góral nie może, tam babę pośle, więc mnie chcą tam jeszcze od czasu do czasu 

przyprawić  o  pomieszanie  zmysłów  w  ten  sposób,  że  namiętne  spojrzenie  rzuci  we  mnie 

czasem  miła  felietonistka  „Głosu  Zakopiańskiego”.  Przetrzymałem  jednak  w  życiu  gorsze 

rzeczy. 

Zapanowała tedy przyjemna zgoda pomiędzy Zakopanem i mną. Własnym oczom nie 

chciałem  wierzyć,  kiedy  przed  dwoma  tygodniami  przyjechałem  do  Zakopanego.  Kozy 

patrzyły na mnie tkliwie, Karpowicz z radości mlasnął ozorem. Trzaska strzelił z uciechy z 

butelki szampana, Gabryszewski, przedziwnie miły lekarz klimatyczny, zabił laską łososia, tak 

jak  u  ceprów  zabijają  cielę  na  powrót  syna  marnotrawnego;  wzruszony  tym  do  głębi, 

postanowiłem rzucić pióro w śnieg, aby je odnaleźć dopiero w lecie i zacząć sławić Zakopane. 

Teraz zaś nic, ani słowa. 

Zapomniałem jednak, ze człowiek strzela, a Pan Bóg nic sobie z tego nie robi. Kiedy 

wszedłem do mojego pokoju w „Sanato”, aby z uwielbieniem spojrzeć na najnudniejszą gębę 

na świecie, - na gębę Giewonta - zaskrzypiały nagle drzwi szafy. 

Ki diabeł? - myślę sobie. - Czy to słynny sanacki duch taki się stał namiętny, że zaczyna 

straszyć nawet w dzień? Czy to maże gość, co mieszka w szafie „na gapę?” 

background image

Zamknąłem szybko szafę na klucz i pytam: 

- Kto jest w szafie? 

- Marian Fuks do usług… - mówi głucho szafa. 

- Kto taki? Kaś ta wlazł? 

- Marian Fuks, robię zakopiański numer „Świata”, siedzę tu i poluję na pana całą noc. 

Pan musi napisać felieton! 

Zawyłem głucho. Przyjechałem na odpoczynek, nie chcę pisać; gardzę pisaniem. Pan 

Marian Fuks zginie straszną śmiercią. Wołam automedona Franka, wołam portiera, człowieka 

olbrzymiego wzrostu, ogrodnika, który ma czas, bo w inspektach hoduje dwie cebule, chłopca 

od windy, który ma także czas, bo winda od czternastu łat nie chodzi - ludzi mi oddanych, po 

czym każę wynieść szafę na śnieg i wysypać jej zawartość na Antałówkę. 

Szafa łkała cicho i przejmująco. To trudno! 

Zaledwie jednak późną nocą ułożyłem się do snu, zaczął mi w nosie wiercić zapach 

koniaku. Ryknąłem jak lew: 

- Panie Fuks, pan tu gdzieś jest! 

-  Między  oknami…  bardzo  ciasno…  Niech  pan  napisze  felieton…  „Świat”  bardzo 

prosi… Honorarium włożyłem pod poduszkę… 

- Ile? 

- Trzysta… 

Zbladłem  z  gniewu.  Dzwonki,  alarm;  w  całym  „Sanato”  myśleli,  że  złapano  ducha. 

Zaczęła się paniczna ucieczka. Fuks odszedł w mroki nocy. 

Rano Antosia podaje mi kawę. Strasznie coś zgrubiała od wczoraj. Czy mi się zdaje, czy 

też naprawdę i od niej jedzie koniakiem? 

- Czy Antosia pije koniak? 

- Tak, to z rozpaczy. Niech pan napisze felieton… Czterysta złotych… 

- Fuks! - krzyknąłem, jakbym zobaczył upiora. 

Tak,  to  był  on.  Spotkałem  go  potem  w  wannie;  potem  się  przebrał  za  dorożkarza, 

kiedym  jechał  do  Kościeliskiej,  potem  za  kelnera;  kiedy  wchodziłem  do  sklepu,  on  udawał 

sprzedającego. 

- Niech pan napisze felieton! - szeptał. 

Spotykałem te słowa wypisane kijem  na śniegu, ołówkiem  na serwecie,  na etykiecie 

butelki  piwa,  na  gazecie;  w  kieszeni  znajdowałem  kartkę  z  tym  wezwaniem.  Dostawałem 

powoli obłędu i słabłem. 

- Pięćset! - krzyknął wtedy ten żywy aparat fotograficzny. 

background image

- Wal pan! - wyszeptałem resztką sił. 

Aparat trzasnął, zostałem „zdjęty”, ja i moja rozpacz. 

- Niech pan pyta! - rzekłem - będę odpowiadał, zanim zemdleję. 

- Mam koniak na wszelki wypadek - odpowiada mi ta dziennikarska zmora, czort, który 

wszystko widzi, wszystkich zna i od wszystkich wszystkiego się dowie. 

- Niech mi pan powie, jaki jest w tej chwili stosunek pana do Zakopanego? 

- Przypomina małżeństwo… 

- To znaczy? 

- To znaczy, że wygadujemy na siebie niestworzone rzeczy, tłuczemy sobie na głowach 

talerze, ale w głębi duszy  bardzo się kochamy. Ja mówię Zakopanemu: jesteś brudne, moje 

kociątko, i niechlujne. 

- Więc po co do mnie leziesz? - odpowiada Zakopane i oboje mamy rację. 

- Czy widzi pan jakie postępy w Zakopanem? 

-  Jest  to  pytanie  podstępne,  gdyż  w  tej  chwili  jest  tyle  śniegu,  że  na  razie  niczego 

dostrzec niepodobna. Skądinąd mam jednak wiadomości, że na Krupówkach są nowe bruki; 

zobaczymy je podczas odwilży. 

- A czy nie jest pan tego zdania, że gdyby zmiatać śnieg, to widziałoby się je i w zimie? 

-  Mówi  pan  jak  zwyczajny  mieszczuch,  ceper  z  ulicy  Marszałkowskiej.  Ludzie  z 

miejskich  bruków  uciekają  do  Zakopanego,  aby  ujrzeć  dziewiczy  śnieg,  a  nie  szlifowane 

kamienie, dlatego się bruków w Zakopanem nie oczyszcza, by nie psuć gościom iluzji. 

- Po co w takim razie gmina pobiera taksę klimatyczną? 

- Właśnie na bruki. 

- To jest zawiłe! 

- Drogi panie! W Zakopanem wszystko jest zawiłe, ulice i stosunki, i dlatego Zakopane 

jest śliczne, że jest inne, i że wszystko tu się dzieje inaczej. Wszędzie na świecie może pan 

jeździć automobilem, dokąd się panu podoba, może pan wjechać na dach swojego domu. W 

Zakopanem zaś nie wolno jeździć autem do Kuźnic. 

- Na Boga! Dlaczego? 

- To podobno szkodzi górom, które są kruche i nie znoszą wstrząśnień. Wszystko tu jest 

wybornie  obmyślane.  Trzeba  tylko  pomyśleć,  aby  zrozumieć  wszystko  w  należytym 

oświetleniu. 

- Oświetlenie! Co pan. mówi o oświetleniu? 

-  Otóż to! W tej chwili  wprawdzie  Zakopane najczęściej posługuje się księżycem,  w 

najbliższej jednak przyszłości zostanie zalane potokami światła. Nie należy rozumieć, że siłę 

background image

będzie się brało z potoków. To zawiodło. Restauracje zakopiańskie zbyt wiele fabrykują wina, 

aby mogło wody starczyć na elektryczność, sprawiono więc motory opalane ropą. Będzie jasno 

w Zakopanem.  Wtedy się ludziom otworzą oczy i  w pełnym,  oświetleniu ujrzą architekturę 

Zakopanego. Wtedy nie zostanie kamień na kamieniu, właściwie belka na belce. To światło 

będzie początkiem nowej ery Zakopanego. 

- To pan tak wierzy w jego przyszłość? 

- Oczywiście! Kiedy stare barany zakopiańskie, które przez krótkowzroczny upór tyle 

złego  wyrządziły  temu  ślicznemu  miejscu,  odejdą  w  swoją  baranią  wieczność,  młode  dziś, 

czupurne  i  rogami  bodące  kozły  wszystko  odmienia.  Zakopane  jest  już  w  tej  chwili  w 

odmiennym stanie, za sprawą swojej władzy oczywiście. Może się z tego urodzi bohater, co 

dzisiejsze Zakopane rozniesie na cztery halne wiatry i zbuduje nowe, europejskie i wspaniałe. 

Chodzą już po Zakopanem ludzie ehmm–m, dynamitardzi, pełni dynamitu Jak bomba. To są 

pionierzy, którzy powieją przez nie jak halny wiatr. Niech pan spojrzy na tę wspaniałą skocznię 

na Krokwi! Stąd Zakopane da susa i skoczy równymi nogami w Europę. Zbudował ją ponury 

żakopiański rewolucjonista, Karol Stryjeński. 

- Czemu ponury? 

-  Czy  pan  będzie  bardzo  wesoły,  kiedy  pan  chce  skakać,  a  jakaś  zgryźliwa  figura 

podstawia  panu  nogę?  On  i  tacy  jak  on  wpadli  jak  wicher  na  stojącą  wodę  i  narobili 

zamieszania.  Toteż  patrzą  tu  na  nich  trochę  jak  na  demonów,  trochę  jak  na  wariatów. 

Witkiewicz i Stryjeńska są to zakopiańskie diabły, które straszą pod Gubałówką. Kiedyś jednak 

ich nazwiskami będą mianowali ulice. Toteż mało mam z tego powodu zmartwienia, co się 

dzieje teraz, bo niedługo Zakopane wybuchnie, wystrzeli i wytryśnie i stanie się tym, czym być 

powinno. Biurokraci pójdą paść barany na Halę Gąsienicową, a w Zakopanem rządy obejmie 

amerykańska młodość, bujność i jurność. Wtedy będą w Zakopanem wielkie hotele i piękne 

wille, do Kuźnic będzie można jeździć automobilem, w restauracjach będą czyste serwety, w 

pensjonatach  czyste  prześcieradła,  nie  będzie  śniegu  na  chodnikach,  nikt  sobie  zębów  nie 

wybije przy studni, dorożkarze będą uprzejmi, befsztyk nie będzie ze zdechłej krowy, w górach 

uczciwi ludzie będą mieli prawo prać po pysku rozmaite tałałajstwo, co łamie kosodrzewinę, 

strąca głazy w przepaść dla zabawy i zaśmieca najczystsze miejsce w Polsce; w Zakopanem 

zbudują  wytworny  teatr,  piękną  salę  dla  kinematografu,  śliczną  salę  na  wystawy  i  jakieś 

miejsce,  gdzie  się  ludzie  będą  mogli  zejść,  czytać  pisma  i  słuchać  dobrej  muzyki.  Na  to 

wszystko, oczywiście, trzeba pieniędzy. Jeśli jednak teraz znajdują się pieniądze na budowanie 

obskurnych kamienic, to znajdą się i na budowanie domów pięknych. Dla przedsiębiorczych 

ludzi Zakopane jest Ziemią Obiecaną. Nie należy jednak robić grynderstwa, obliczać na krotkę 

background image

metę i „na załapanego”: złapać gościa, obrzydzić mu życie, popsuć mu żołądek, zarobić sto 

złotych i zrobić sobie wroga na wieki - tylko szwajcarskim sposobem tak gościa zachęcić, żeby 

czym prędzej przyjeżdżał z powrotem. Trzeba się jednak zgodzić, jak Pupp w Karlsbadzie, na 

cztery czy pięć procentów zysku, nie na dwieście trzy, bo się to urwie, nie za rok, to za dwa. Nic 

nie pomogą nakazy i uczciwe, rozporządzenia władz, kiedy ktoś jest baran i matoł i nie ma 

uczciwej kupieckiej duszy. 

- Święte słowa! 

-  Ja zawsze mówię święte słowa, tylko  że czasem  gadam  do obrazu. To jednak panu 

powiem uczciwie, że nikt Zakopanemu nie życzy lepiej ode mnie. 

- A co pan mówi o moralności w Zakopanem? 

- Z tym to jest więcej gadania, niż jest w rzeczywistości. Kto chce psa uderzyć, ten nie 

musi po to jechać do Zakopanego. O Zakopanem dużo się gada, że to niby w obliczu natury ma 

być przyjemniej niż w zacisznej sypialni. Jest to jednak teoria nie stwierdzona naukowo. Może 

być, że widok płochych baranków zbytnio zachęca i rzeźwość powietrza też robi swoje. 

- A pogłoski o wzmożonym spożyciu spirytualiów? 

-  Ładnie  powiedziane!  Na  tym  jest  coś  prawdy,  bo  pan  doktor  Gabryszewski  musi 

czasem zszywać podziurawionych Janosików. Goście jednak piją obecnie mało. 

- Dziwne pan opowiada rzeczy… 

- Niech pan tylko szybko zapisuje. Słowem: dusz a Zakopanego jest piękna i szczytna, 

tylko  ciało  niechlujne.  Maluczko  jednak,  a  duch  zwycięży  materię  i  fanfarą  ogłosi  swoje 

zwycięstwo. Niech pan prędko fotografuje te szopy i kozie stajnie, bo niedługo nie będzie po 

tym  śladu.  I  niech  pan  fotografuje  te  wszystkie  cudowne  rzeczy,  które  są  w  Zakopanem  i 

których nawet taki małpozwierz jak człowiek nie zdoła zniszczyć i nigdy nie zniszczy! Niech 

pan patrzy, jak cudownie palą się szczyty! 

- Jaki szczyt tatrzański uważa pan za najwspanialszy? 

-  Najwspanialszym  szczytem  Tatr  będzie  zawsze  Jan  Kasprowicz…  -  odrzekłem 

słodyczą głosu.