background image

 

 

DIANE PERSHING 

Podróż 

przeznaczenia 

Tytuł oryginału 

First Date: Honeymoon 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
-  Cześć, Carlo! Jak się masz - zawołała Mo do cie- 

mnoskórej kobiety w okienku. 

-  Dzień dobry, Mo. Widzę, że bardzo się spieszysz. Co 

za niespodzianka! 

Mo uśmiechnęła się promiennie, nie zrażona ironią, 

z jaką Carla wypowiedziała ostatnie zdanie, i popędziła 
ku ścianie zapełnionej rzędem skrytek pocztowych. Za- 
trzymała się obok drzwiczek oznaczonych numerem 747, 
po czym zaczęła grzebać w ogromnej torbie, którą miała 
na ramieniu. 

-  Gdzie ja wsadziłam te klucze? - mruknęła do siebie. 

Przyklękła, stawiając torbę na marmurowej posadzce. 

Przecież solennie postanowiła trzymać kluczyki zawsze 

w jednym miejscu, aby uniknąć wiecznych kłopotów z ich 
szukaniem. Dotrzymała nawet danej sobie obietnicy, tylko 
całkiem wyleciało jej teraz z pamięci, jakie miejsce wy- 
brała na schowek. 

Z westchnieniem zaczęła wysypywać na podłogę za- 

wartość torby. Czego tam nie było! Portmonetka, przeciw- 
słoneczne okulary, pół obwarzanka, różowa baseballowa 
czapeczka, mały notesik, paczka chrupków, wstążeczki 
i elastyczne opaski na włosy. Dołączyła do nich książe- 
czka czekowa, przypominając Mo o zatrważająco niskim 
stanie jej konta, bawełniana spódnica, którą zamierzała 
narzucić później na szorty, kiedy uda się na rozmowę 

 
 

R

 S

background image

w sprawie pracy, pluszowy miś z oderwanym uchem, ra- 
chunki za gaz, guma do żucia oraz puszka z pokarmem 
dla kotów. Miała wybrzuszone wieczko, więc mama ka- 
zała Mo zwrócić ją do sklepu. W końcu, na samym dnie 
torby, w pudełku z pokruszonymi urodzinowymi świecz- 
kami, znalazła okrągły złoty kluczyk. 

Z okrzykiem triumfu wsunęła go na mały palec lewej 

dłoni, pospiesznie wepchnęła resztę rzeczy do torby, wstała 
i otworzyła skrytkę. Wyjęła z niej kilka zamówionych kata- 
logów, które trafiły od razu do przepastnej torby. Mo zamie- 
rzała przejrzeć je później. Teraz miała ważniejsze sprawy na 
głowie. Oczekiwała pozytywnych odpowiedzi na rozesłane 
do kilku firm oferty, od miesiąca bowiem była bezrobotna. 
Z nadzieją zajrzała głębiej do schowka, lecz znalazła w nim 
tylko jedną ogromną, grubą kopertę. Rozerwała ją gwałtow- 
nym ruchem, wydobywając ze środka jej zawartość. 

Na podłogę upadły jakieś podłużne kartoniki. Mo schy- 

liła się, żeby je podnieść. Okazało się, że są to lotnicze 
bilety pierwszej klasy do kilku europejskich miast. 

Mo wyprostowała się, ściskając je w dłoni. Serce biło 

jej w piersi jak oszalałe. Co za przypadek, pomyślała. 
Odkąd pamięta, dniem i nocą marzyła o tym, aby pojechać 
właśnie do Europy. 

Szybko przejrzała resztę papierów. Zorientowała się, że 

trzyma przed sobą coś w rodzaju planu podróży, która 
miała rozpocząć się w najbliższą niedzielę wieczorem, 
czyli już jutro, na lotnisku w San Francisco, i trwać całe 
dwa tygodnie. Trasa wiodła przez pięć europejskich miast, 
a jej koniec, nie do wiary, następował w Budapeszcie. 
W dodatku osiemnastego czerwca! 

Mo przycisnęła bilety do piersi i zamknęła oczy. Czy 

to był znak? Nie, coś więcej: prawdziwy cud! 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Rozsądek podpowiadał jej, że cuda się nie zdarzają, 

i choć nie chciała słuchać jego głosu, był tak donośny, że 
w końcu z niechęcią otworzyła oczy. Przeczytała nazwi- 
sko widniejące na kopercie, którą trzymała w dłoni. Matt- 
hew Vining. Na planie podróży i biletach było napisane 
„państwo Viningowie". 

Mo westchnęła głośno. Wszystko stało się jasne. 
Matthew Vining, ekspert kulinarny, który opisywał 

swoje wizyty w rozmaitych restauracjach i prowadził 
w radiu znaną audycję „Biesiaduj z Mattem", wynajmo- 
wał sąsiednią skrytkę pocztową. Mo już kilkakrotnie znaj- 
dowała w swojej skrytce włożone tam przez pomyłkę 
przesyłki do pana Vininga. Teraz zdarzyło się to samo. 
Pomyłka, a nie żaden znak czy cud. 

No i dobrze, pomyślała. Choć przez chwilę wierzyłam, 

że spełniło się moje marzenie. 

Włożyła bilety i plan podróży z powrotem do koperty 

i już zamierzała oddać je któremuś z pracowników poczty, 
kiedy nagle coś ją tknęło. 

Przecież podróż miała zacząć się już jutro. Co bę- 

dzie, jeśli Matthew Vining z jakichś powodów nie za- 
jrzy dziś do urzędu pocztowego i nie zdąży otrzymać na 
czas swoich biletów? Szkoda, żeby z powodu bałaganu na 
poczcie przepadła taka niezwykła, fantastyczna wy- 
cieczka. 

Mo wiedziała, że studia stacji radiowej, z której Matt 

nadawał swój program, mieszczą się zaledwie parę kroków 
stąd. Postanowiła zrobić dobry uczynek i osobiście dostar- 
czyć adresatowi jego przesyłkę. W końcu zachowała się 
bezmyślnie, otwierając cudzą korespondencję, powinna 
więc naprawić swój błąd. 

Podjąwszy tę szlachetną decyzję, Mo wcisnęła kopertę 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

do torby, pomachała Carli na pożegnanie i szybko wybieg- 
ła z budynku. 

 
Matthew Vining stał w holu macierzystej stacji radiowej 

i z udręką w oczach patrzył aa swoją narzeczoną. Dłonie 
zaciskał w pięści, a czoło przecinała mu głęboka bruzda. 

-  Chyba nie bardzo cię rozumiem, Kay - powiedział 

pełnym napięcia głosem. 

-  Przykro mi, Matt - odparła Kay - ale to najlepsze 

rozwiązanie. 

-  Naprawdę chcesz zerwać nasze zaręczyny? Odwołać 

ślub? Zrezygnować z miodowego miesiąca? 

-  Tak - potwierdziła spokojnie. - Nasze małżeństwo 

nie byłoby udane. Przecież się nie kochamy. 

-  Ale jak możesz mi robić coś takiego? Już jutro mie- 

liśmy.. . - W tym momencie w holu nie było nikogo poza 
nimi dwojgiem, mimo to Matt mówił równie cichym i spo- 
kojnym tonem jak Kay. Nigdy nie podnosili na siebie 
głosu. - Co teraz będzie? 

-  Ponieważ to ja narobiłam kłopotów, biorę na siebie 

załatwienie wszystkich spraw. 

-  No dobrze, ale... - Matt gorączkowo zastanawiał 

się, jakich użyć argumentów, by odwrócić niepomyślny 
bieg wydarzeń. - Tak świetnie do siebie pasujemy. 

-  Naprawdę? 
-  Oczywiście. Mamy tyle ze sobą wspólnego. Czyta- 

my te same pisma, lubimy podobny rodzaj filmów... - 
Kay jest poza tym doskonale zorganizowaną, zrównowa- 
żoną osobą, pomyślał. Te dwie cechy sprawiły, że od pier- 
wszej chwili mu się spodobała. - Dokładnie taką kobietę, 
jak ty, pragnąłbym pojąć za żonę. 

Kay patrzyła na niego uważnie, a na jej zazwyczaj po- 
 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

zbawionej emocji twarzy malował się smutek, a może na- 
wet żal. 

-  Sam powiedziałeś: „taką" kobietę, a nie „tą". To duża 

różnica, Matt. Zrozumiałam, że łączy nas zbyt mało, żeby 
planować wspólne życie - wyjaśniła łagodnym tonem. 

Matta ogarnęła panika. 
-  A co będzie z książką? Przecież podpisałem umowę 

na sprawozdanie z naszej podróży poślubnej. - Nadal mó- 
wił cicho, choć tak naprawdę pragnął teraz wrzeszczeć. 
- Wszystko już załatwione: rezerwacja w hotelach, foto- 
graficy, telewizja... Jak, do diabła, zdołam w tej sytuacji 
napisać książkę? 

Kay uśmiechnęła się gorzko. 
-  Jednak miałam rację. 
Zdjęła z palca zaręczynowy pierścionek z diamentem 

i wsunęła go Mattowi do kieszeni marynarki, wygładzając 
drobne zgniecenia, które się na niej pojawiły. Po raz ostatni 
spojrzała byłemu narzeczonemu w oczy. 

-  Powodzenia, Matt. 
Odwróciła się i wyszła z holu przez podwójne, oszklo- 

ne drzwi. 

Matt stał jak sparaliżowany i bezradnie patrzył w ślad 

za narzeczoną. Miał wrażenie, że stoi tak od godziny, choć 
najpewniej od wyjścia Kay minęło nie więcej niż pół 
minuty. Bezwiednie zaciskał dłonie w pięści, a serce tłuk- 
ło mu się w piersi jak oszalałe. Przed chwilą przeżył pra- 
wdziwy szok. Co prawda, ku swemu zaskoczeniu, nie na 
myśl o utracie Kay, choć to też było przykre. Widział 
natomiast oczyma duszy, jak wali się w gruzy cała jego 
kariera i dopiero ten fakt naprawdę był nie do zniesienia. 
Telefon w biurze zadzwonił cztery razy, ale ktoś musiał 
podnieść słuchawkę, bo sygnał umilkł. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
W pewnej chwili oszklone drzwi gwałtownie otwarły 

się na oścież i do holu wpadła jak bomba jakaś podekscy- 
towana kobietka. 

-  W końcu jednak pana znalazłam! - zawołała. 
-  Słucham? - Mattowi udało się wyrwać z odręt- 

wienia. 

Kobieta była młoda, mogła mieć nie więcej niż dwa- 

dzieścia parę lat. Mimo szoku, z jakiego nie otrząsnął się 
jeszcze po oświadczeniu Kay, Matt zauważył, że niezna- 
joma jest całkiem atrakcyjna. Kaskada złotorudych loków 
opadała jej aż do połowy pleców. 

-  Coś panu przyniosłam, panie Vining - oznajmiła. 

Rzuciła na podłogę niezwykłych rozmiarów torbę, przy- 
klękła obok niej i zaczęła wydobywać ze środka najróż- 
niejsze przedmioty. Takiego zadziwiającego śmietnika 
Matt jak żyje nie widział. Książki, jedzenie, ubranie, pu- 
szka z kocią karmą... 

-  Przepraszam bardzo - wtrącił się - ale nie sądzę, 

żeby pani... 

-  Już mam! - przerwała mu z okrzykiem triumfu nie- 

znajoma i wydobyła z bocznej kieszeni torby pękatą ko- 
pertę. - Przez pomyłkę znalazła się w mojej skrytce po- 
cztowej. Adresowana jest na pańskie nazwisko. 

Nadal klęcząc, przyciskała kopertę do piersi i z unie- 

sioną głową wpatrywała się w Marta. Nigdy dotąd nie 
widział u nikogo takich ogromnych, niebieskich oczu. 
W tej chwili błyszczały w nich krople łez. Nieznajoma 
otarła je wierzchem dłoni i mimo iż wargi jej drżały, zdo- 
była się nawet na niepewny uśmiech, odsłaniając przy tym 
drobne, proste, olśniewająco białe zęby. 

-  Przepraszam - powiedziała, - Naprawdę nie zamie- 

rzałam urządzać tu łzawych scen. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

Matt stał jak słup soli. Nieznajoma podniosła się z klę- 

czek i podała mu wymiętą kopertę. Nie była wysoka, ale 
doskonale zbudowana, o miłych dla oka krągłościach. 
Matt z ociąganiem wziął kopertę, jednak wciąż wpatrywał 
się z uwagą w niespodziewanego gościa. 

-  Jestem trochę wzruszona - wyjaśniła. - Widzi pan, 

przez chwilę myślałam, że to babcia dała mi znak, ale 
chyba się myliłam. 

-  Znak? - wykrztusił Matt. Zajrzał do koperty, zorien- 

tował się, co zawiera, po czym włożył ją do kieszeni 
marynarki. - Znak? - powtórzył. 

-  No właśnie. Teraz babcia już wyjechała, ale miesz- 

kała z nami, kiedy byłam dzieckiem. Jej matka, czyli moja 
prababka, miała ognisty romans z pewnym Cyganem. Mój 
pradziadek walczył wtedy na wojnie. W każdym razie, 
babcia odziedziczyła po owym Cyganie dar jasnowidze- 
nia. Opowiadała mi różne historie, stawiała tarota, a pew- 
nego dnia usłyszałam: „Wnusiu, w dniu kończącym dwu- 
dziesty ósmy rok twojego życia..." 

Mo przerwała i roześmiała się głośno. 
-  Przepraszam. W każdym razie dowiedziałam się od 

niej, że tego właśnie dnia spotkam nad brzegiem Dunaju 
mężczyznę o srebrzystych oczach, który okaże się miło- 
ścią mojego życia. Babcia wyraźnie podkreślała ten kolor 
oczu i nazwę rzeki. - Mo zamilkła na chwilę. - Dosyć to 
niemądre, prawda? 

-  Dosyć - zgodził się z nią Matt. Zwykle bywał bar- 

dziej elokwentny, ale dziś już po raz drugi kolejna kobieta 
sprawiła, że nie wiedział, co powiedzieć. 

Co prawda ta, którą miał teraz przed sobą, mogła zrobić 

wrażenie na mężczyźnie. Ubrana była w przezroczystą, 
związaną w talii bluzkę w groszki, pod którą widać było 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

niezwykle seksowny, ogniście czerwony stanik od opala- 
cza. Jasnozielone, ani zbyt obcisłe, ani zbyt luźne szorty 
odsłaniały parę długich, zgrabnych nóg. Całości ubioru 
dopełniały skórzane sandały z rzemykami oplatającymi do 
połowy kształtne łydki ich właścicielki. 

-  Proszę usiąść - zwrócił się do niej Matt, wskazując 

jeden z wielu dużych, ustawionych w holu foteli o beżo- 
wym obiciu. 

-  Dziękuję, ale muszę już iść. 
-  Wcześniej wspomniała pani coś o jakimś znaku... 
-  Rzeczywiście. No cóż. - Przysiadła na skraju puste- 

go teraz biurka recepcjonistki. - Czas szybko płynie 
i wkrótce skończę dwadzieścia osiem lat. Odkładałam pie- 
niądze na podróż do Europy, ale Tom, to znaczy jeden 
z moich braci, musiał kupić drugi samochód. Naprawdę 
był mu potrzebny przy tak licznej rodzinie. Pożyczyłam 
mu więc swoje oszczędności. Na pewno odda mi wszystko 
co do grosza, członkowie naszej rodziny są pod tym 
względem bardzo honorowi, jednak obawiam się, że nie 
zdąży tego zrobić przed moimi urodzinami. 

-  Kiedy one wypadają? 
-  Za dwa tygodnie. Teraz pan rozumie? Otwieram 

skrytkę pocztową i znajduję w niej kopertę z biletami do 
kilku europejskich miast oraz rozkładem podróży, której 
trasa zahacza o Budapeszt. Jak wiadomo, leży on nad 
Dunajem. W dodatku z rozkładu wynika, że pobyt w tym 
mieście miałby wypaść dokładnie w dniu moich urodzin. 
Mogłam więc przyjąć to jako znak, że mężczyzna o sre- 
brzystych oczach nie jest tylko postacią z bajki na do- 
branoc. 

Roześmiała się, a Matt zauważył, że różany kolor jej 

ust jest całkowicie naturalny. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  No cóż, to głupie rozbudzać w sobie zbyt duże na- 

dzieje na darmową wycieczkę. Przepraszam, że zajęłam 
panu tyle czasu. Życzę panu i pańskiej żonie udanej po- 
dróży. Teraz naprawdę muszę już iść. 

Wstała z biurka i była już w połowie drogi do drzwi, 

kiedy powstrzymał ją głos Matta wołającego, żeby za- 
czekała. Odwróciła się więc i popatrzyła na niego ze zdu- 
mieniem. 

-  Pani torba - przypomniał. 
-  O, nie! - Zakryła dłonią usta. - Przepraszam. Zwy- 

kle nie jestem taka zapominalska... A co tam, jestem! 
- Uklękła i zaczęła szybko upychać do torby leżące na 
podłodze przedmioty. Matt nawet nie zdążył zaoferować 
jej swojej pomocy. Potem wstała, przewiesiła przez ramię 
torbę, która musiała ważyć więcej niż ona sama, i wes- 
tchnęła ciężko. - Przez całe życie staram się być lepiej 
zorganizowana, ale, jak dotąd, zupełnie mi się to nie udaje. 
Stale jednak modlę się w tej intencji. 

-  To na pewno nie zaszkodzi. 
-  No cóż, jeszcze raz do widzenia. 
-  Proszę chwilkę zaczekać - powtórzył Matt i dziew- 

czyna ponownie odwróciła się od drzwi. - Czy mógłbym 
wiedzieć, z kim mam przyjemność? 

Nieznajoma po raz drugi zakryła dłonią usta. 
-  Przepraszam, znowu gafa! Zapomniałam się przed- 

stawić. Ja oczywiście wiem, kim pan jest. Pańska twarz 
namalowana jest na co drugim autobusie. 

Matt skrzywił się z niesmakiem. Nie znosił tej kampa- 

nii reklamowej, której spece zrobili z niego gogusia 
z okładki plotkarskiego pisemka dla pań. 

-  A moja mama z nabożeństwem słucha każdego pań- 

skiego programu - trajkotała dziewczyna. - Lubi sobie 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

wyobrażać, że właśnie spożywa te fantastyczne potrawy, 
o których pan opowiada. Czyli trochę pana znam. Ja 
jestem Mo. 

-  Cóż to za imię? 
-  Zdrobnienie od Maureen. Maureen Czerny. Zaraz 

panu przeliteruję... 

-  A więc, Maureen... 
-  Proszę mówić do mnie Mo. 
-  Dobrze, Mo. 
-  Pan jest Matthew czy Matt? 
-  Jedno i drugie - odparł z roztargnieniem, bo nie- 

oczekiwanie przyszedł mu do głowy pewien szalony 
pomysł. Zaczął chodzić tam i z powrotem między biur- 
kiem a fotelem, rozważając, jak można by go wcielić 
w życie. W pewnej chwili przystanął i zobaczył, że Mau- 
reen wpatruje się w niego szeroko otwartymi ze zdziwie- 
nia oczami. 

-  Czy mogłaby mi pani odpowiedzieć na kilka pytań? 
-  A o co chodzi? 
-  Czy pani gdzieś pracuje? 
-  Teraz chwilowo nie. 
-  Jaki ma pani zawód? 
-  No... Nic konkretnego. Robiłam w życiu to i owo. 
-  Jakieś zobowiązania? Mąż? Dzieci? 
-  Nie mam. 
-  Czy zna pani kogoś, kto mógłby za panią poręczyć? 

Że jest pani zdrowa, fizycznie i psychicznie... 

-  Chwileczkę. - Zakłopotana Mo powstrzymała nie- 

oczekiwany potok słów Matta. - Czemu mają służyć te 
pytania? 

Nagle drzwi holu otworzyły się szeroko i do środka 

zaczęli napływać powracający z lunchu pracownicy radia. 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Całe pomieszczenie natychmiast wypełniło się gwarem 

rozmów i głośnym śmiechem. 
Matt podszedł do Mo. 

-  Wyjdźmy stąd. Ten hałas jest nie do zniesienia. Za- 

praszam panią na kawę. 

-  Dziękuję, ale... naprawdę bardzo się spieszę. Jestem 

umówiona na spotkanie w sprawie pracy. Muszę się jesz- 
cze przebrać i... 

-  Proszę mi poświęcić dwadzieścia minut. - Matt szar- 

manckim gestem ujął ją pod ramię i uśmiechnął się ciepło. 
- Najwyżej pół godziny. Bardzo panią proszę. Być może 
nie będzie już pani musiała iść potem na to spotkanie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Chyba ten uśmiech wpłynął na moją decyzję, rozmy- 

ślała Mo, idąc obok Matta zalaną słońcem, gwarną ulicą 
North Beach. Przedtem, odkąd tylko przekroczyła próg 
holu, przez cały czas jej wizyty Matt wpatrywał się w nią 
zimnym, ponurym spojrzeniem. Uznała go za pozbawio- 
nego ludzkich odruchów aroganta. 

Wyglądał, trzeba przyznać, niesamowicie. Miał czarne 

jak smoła, dosyć długie włosy, wymodelowane przez naj- 
lepszego fryzjera, oliwkowy odcień skóry, ciemnobrązowe 
oczy pod gęstymi, nastroszonymi brwiami. Głupawo 
uśmiechnięta twarz namalowana na karoserii autobusu 
w bardzo niewielkim stopniu oddawała prawdziwe rysy 
Matta: lekko zakrzywiony nos, wydatne kości policzkowe 
i surowo zaciśnięte usta. 

Matt poza tym był wysoki, dobrze zbudowany i musiał 

pochodzić z zamożnej rodziny. Doskonale uszyty ciemno- 
granatowy garnitur w prążki leżał na nim jak druga skóra. 
Jednakże Mo nigdy nie przepadała za takimi bogatymi, 
przestrzegającymi konwenansów facetami. Zwykle wy- 
bierała towarzystwo zabawnych indywidualistów, którzy 
umieli ją czymś zaskoczyć. Nie, Matt Vining zdecydowa- 
nie nie jest w moim typie, uznała. 

Tymczasem na koniec rozmowy ujął ją pod ramię i cie- 

pło, zagadkowo się uśmiechnął. Jego twarz natychmiast 
się zmieniła. Stała się gładka. Rozjaśnił ją jakiś wewnętrz- 

 
 

R

 S

background image

ny blask. Matt od razu wydał się Mo bardziej ludzki i przy- 
stępny. Oraz młodszy. Jego leniwy uśmiech uznała za 
niezwykle seksowny. Mimo woli pomyślała o gorących, 
pełnych namiętności nocach i skłębionej pościeli. 

Tak więc to uśmiech sprawił, że wylądowała wraz 

z Mattem Viningiem w jednej z niezliczonych kafejek 
San Francisco. Z głośników umieszczonych na ścianach 
dobiegał łagodny głos Paula Simona. Matt usadowił Mo 
na drewnianym krześle ze skórzanym oparciem przy nie- 
wielkim stoliku w rogu sali, z dala od innych gości. 

-  Masz ochotę coś przekąsić? - spytał ją. 
Mo przypomniała sobie, że nie jadła dzisiaj śniadania. 
-  Może pączka - odparła. 
-  A co powiesz na caffe latte? 
-  Jak ją zwał, tak zwał, byle była gorąca i z dużą ilością 

śmietanki. 

Matt ponownie uśmiechnął się czarująco do Mo i po- 

szedł do bufetu. Poruszał się z wdziękiem, gracją i pew- 
nością siebie człowieka, który wie, dokąd zmierza, i zdaje 
sobie sprawę, że będzie tam mile widziany. To trzeba mieć 
we krwi, pomyślała Mo. Na tym polega klasa. 

Ona sama i jej rodzina należeli do zupełnie innego 

świata. Ród Czernych i 0'Toole'ów wywodził się z chło- 
pów, którzy ciężko pracowali i twardo stąpali po ziemi, co 
nie przeszkadzało im kochać muzyki i wierzyć w magię. 
O żadnej klasie w ich przypadku nie mogło być mowy, 
jednakże Mo dałaby się posiekać za wszystkich swoich 
krewnych. 

Dlaczego Matt Vining mnie tu zaprosił? zastanawiała 

się. Czyżby chciał mi zaproponować pracę? Tylko jaką? 
Pomocy domowej, a może opiekunki do zwierząt, skoro 
jutro wyjeżdża? 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
I dlaczego zamierzam się zgodzić na każdą propozycję? 
Uważaj, mała, ostrzegł ją głos sumienia. On jest żona- 

tym mężczyzną. No i co z tego? spytał inny głosik, ten 
bardziej przekorny. Przecież wolno mi go podziwiać z da- 
leka. Nikt na tym nie ucierpi. 

-  Wolisz ciastko drożdżowe, placuszek czy biszkopt? 

Mo odwróciła głowę. Matt stał przy stole, trzymając 
w dłoniach tacę pełną łakoci. Popatrzyła mu w oczy. 

-  Ty wybierz.                 . 
-  Wobec tego proponuję biszkopty polane gorzką cze- 

koladą - powiedział i położył przed Mo dwa zdjęte z tacy 
rożki. Potem odniósł tacę do bufetu i wrócił z dwiema 
filiżankami kawy. Usiadł na sąsiednim krześle, wypił łyk 
kawy i pokiwał głową. 

-  Znakomicie zaparzona - oznajmił głębokim baryto- 

nem. - Ziarna sprowadzają aż z Antigui. 

-  To fajnie. 
Mo także spróbowała kawy. Rzeczywiście była niezła, 

ale kawa to tylko kawa. Potem ugryzła kawałek biszkoptu. 
Z pewnością był smaczny, jednak ona wolała naleśniki 
z musem jabłkowym. Oczywiście nie przyznała się do 
swoich upodobań. W końcu przebywała w towarzystwie 
sławnego eksperta kulinarnego. 

-  Naprawdę świetna kawa. - Matt wypił jeszcze łyk, 

po czym odstawił filiżankę na stolik. 

-  Świetna - zgodziła się Mo i czekała, co dalej nastąpi. 

Matt jednak milczał, a ona zastanawiała się, dlaczego. 
Czyżby czuł się niepewnie? Taki światowiec jak on mógł- 
by być zdenerwowany? 

-  O czym chciałeś ze mną porozmawiać? - spytała, by 

ułatwić mu zadanie. 

Matt położył łokieć na oparciu krzesła i popatrzył na 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

nią przeciągle z niezobowiązującym uśmieszkiem na 
twarzy. 

-  Mam dla ciebie pewną propozycję. 
Mo zamarła, po czym zamknęła oczy i policzyła do 

dziesięciu. Och nie, tylko nie Matt Vining. Odkąd dojrzała, 
nieustannie była narażona na lubieżne komentarze i nie- 
przyzwoite propozycje od bardzo wielu osobników płci 
męskiej. Jeden z nich właśnie siedział naprzeciwko niej. 
Nie spodziewała się takiego zachowania z jego strony, 
dlatego ją zaskoczył. 

Gwałtownym ruchem zdjęła torbę z oparcia krzesła 

i wstała od stolika. 

-  Przykro mi, nie jestem zainteresowana - odparła zi- 

mnym tonem. 

-  Przecież nawet nie wiesz, o co chodzi. 
Mo przewiesiła ciężką torbę przez ramię i wsparła ręce 

na biodrach. 

-  Czyżby to nowy sposób mówienia: „Chodźmy do 

łóżka"? 

Matt najpierw zrobił zdziwioną minę, a potem wybu- 

chnął śmiechem. 

-  Usiądź, proszę. Niczego podobnego nie miałem na 

myśli. 

-  Doprawdy? 
-  Słowo skauta - odparł z powagą. - Jeszcze raz pro- 

szę cię, żebyś usiadła. 

Mo z ociąganiem spełniła jego prośbę, jednakże przy- 

cupnęła tylko na brzeżku krzesła, gotowa w każdej chwili 
do odwrotu. 

-  Posłuchaj, chciałbym ci zaproponować pewien inte- 

res. Naprawdę nie ma on nic wspólnego z seksem. Zupeł- 
nie nic - dodał stanowczym tonem. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
No i dobrze, pomyślała Mo. Była jednak nieco rozcza- 

rowana. I niech ktoś spróbuje zrozumieć naturę kobiety! 

Przyznała sama przed sobą, że Matt troszeczkę jej się 

spodobał, ale tylko troszeczkę. No cóż, tacy mężczyźni 
o tęsknym spojrzeniu ciemnych oczu, które przywoływało 
na myśl gruby dywan przed płonącym kominkiem, zawsze 
sprawiali, że krew szybciej krążyła w jej żyłach. 

Nie fantazjuj, nakazała sobie stanowczo. Wyprostowała 

się na krześle i położyła dłonie na stole. 

-  Biznes to biznes. O co więc chodzi? - spytała. 
-  To trochę skomplikowana sprawa... Sedno w tym, 

że... - Matt zamilkł na chwilę i wzruszył ramionami, po 
czym stwierdził po prostu: - Potrzebna mi żona. 

-  Żona? - zdziwiła się Mo. - Wydawało mi się, że 

dopiero co wziąłeś ślub. 

-  Zamierzałem to zrobić jutro. - Matt znowu zamilkł 

na chwilę i zmarszczył brwi. - Miałem się ożenić, a potem 
pojechać w podróż poślubną. 

-  No i co się stało? 
-  Chwilę przed tym, jak pojawiłaś się w studiu, moja 

narzeczona... 

Matt przełknął ślinę. Nie umiał wykrztusić słów: „Moja 

narzeczona mnie rzuciła". 

-  Moja narzeczona i ja postanowiliśmy zakończyć 

nasz związek - oświadczył. 

Ale z ciebie kłamca, pomyślał z pogardą. Kay zostawi- 

ła cię jak psa, ale duma nie pozwala ci się do tego przyznać. 
Niełatwo jest pogodzić się z odrzuceniem i porażką. 

Matt nie chciał również, by Mo użalała się nad nim. 

Chyba jednak równie dobrze mógł powiedzieć prawdę. 
Wyraz twarzy Mo świadczył o tym, że nie kupiła jego 
bajeczki. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Przykro mi - powiedziała. - Na pewno czujesz się 

okropnie. 

-  Nieprawda, wszystko jest w porządku. Pojawił się 

tylko pewien problem. Otóż podpisałem umowę na nową 
książkę i... 

-  To wspaniale! - przerwała mu Mo. - Pisanie książki 

pozwoli ci zapomnieć o bólu. 

Najwyraźniej niczego nie zrozumiała. 
-  Widzisz, chodzi o to... 
Ponownie nie miał okazji dokończyć zdania, gdyż tuż 

obok ich stolika wyrosła niespodziewanie potężnej postu- 
ry niewiasta w sportowych butach, bawełnianej spódnicy, 
okularach przeciwsłonecznych i z aparatem fotograficz- 
nym przewieszonym przez ramię, co pozwalało na pier- 
wszy rzut oka uznać ją za turystkę. Nieznajoma poklepała 
Mo po ramieniu i z południowym akcentem spytała, czy 
może prosić o pomoc. Kiedy Mo uprzejmie skinęła głową, 
przedstawiła siebie i towarzyszącego jej mężczyznę oraz 
dwójkę nastolatków. Okazało się, że nazywają się Salin- 
gerowie i pochodzą z Savannah. Zamierzali obejrzeć jed- 
ną z miejscowych atrakcji, ale nie wiedzieli, jak do niej 
dotrzeć. Po chwili cała czwórka przysiadła się do niewiel- 
kiego stolika, który zajmowali Matt i Mo, a Mo z zapałem 
zaczęła udzielać wyjaśnień, dokąd warto pójść czy gdzie 
trafić na najlepszą wyprzedaż odzieży. Poprosiła Matta, 
żeby włączył się do rozmowy, ale on polecił tylko tury- 
stom kilka najlepszych restauracji, dalsze udzielanie rad 
pozostawiając swojej towarzyszce. Mo zachwyciła się 
bransoletką pani Salinger, która z kolei obdarzyła komple- 
mentem jej bluzkę. Już wkrótce przy stoliku zapanowała 
miła, przyjacielska atmosfera. 

Wszyscy doskonale się bawili, z wyjątkiem Matta. 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

Uznał, że popełnił ogromny błąd, licząc na pomoc takiej 

osoby jak Mo, i gorączkowo zaczął rozważać, jaką inną 
kobietę mógłby poprosić o przysługę. Wkrótce doszedł do 
wniosku, że żadnej nie zna dość dobrze, by zaproponować 
jej udział w tak szalonym przedsięwzięciu, nie wyobrażał 
sobie też, by z którąkolwiek z dotychczasowych znajo- 
mych zdołał wytrzymać dłużej niż kilka godzin. 

Pozostawała mu więc ta szalona, przesadnie towarzy- 

ska Maureen Czerny... jeśli, oczywiście, przyjmie jego 
propozycję. Boże, na co mu przyszło! 

Gorąco pragnął, żeby rodzina z Savannah wreszcie się 

pożegnała i poszła sobie. Pomijając fakt, że nigdy, choć 
był dosyć sławną osobą, nie lubił, kiedy nieznajomi go 
zagadywali, naprawdę musiał teraz jak najprędzej poroz- 
mawiać z Mo. Czas naglił. 

Mimo zniecierpliwienia ukradkiem podziwiał żywioło- 

wą naturę nowej znajomej. W jej towarzystwie inni naty- 
chmiast promienieli, jakby oświetlała ich jakimś swoim 
wewnętrznym blaskiem. On był jej zdecydowanym prze- 
ciwieństwem. Jako dziecko nieśmiały, częściej ignorowa- 
ny niż obdarzany miłością, nie umiał nawiązywać serde- 
cznych kontaktów z ludźmi. Później, będąc uczniem i stu- 
dentem ekskluzywnych szkół, obracał się głównie w to- 
warzystwie snobów i pozerów. 

Odetchnął z ulgą, kiedy Salingerowie wstali, wylewnie 

pożegnali się z Mo, jego zaszczycając uprzejmym skinie- 
niem głowy, i ruszyli na zwiedzanie miasta. 

-  Sympatyczni ludzie, prawda? - Mo uśmiechnęła się 

do niego. 

-  Tak. Prawdziwa amerykańska rodzina. A wracając do... 
-  Twojej książki - z entuzjazmem wpadła mu w słowo 

Mo - założę się, że będzie wspaniała! 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

-  Jeśli ją napiszę. - Matt przysunął krzesełko, na któ- 

rym siedział, bliżej do stolika i oparł łokcie o blat. - Bar- 
dzo wiele od tego zależy. Przede wszystkim moja kariera. 
Mam szansę stać się znany nie tylko w naszym stanie, lecz 
w całym kraju. 

-  Naprawdę? 
Matt pokiwał głową. 
-  Książka byłaby rodzajem przewodnika po najbar- 

dziej romantycznych miejscach, w których można dobrze 
zjeść i przenocować. Zamierzam odwiedzić kilka najle- 
pszych restauracji w Europie... 

-  To brzmi fantastycznie! - przerwała mu Mo z za- 

chwytem w głosie. 

-  Problem w tym, że miało to być sprawozdanie z mo- 

jej podróży poślubnej. Zawierałoby wiele różnych infor- 
macji dla nowożeńców: w którym klubie w danym mie- 
ście można się dobrze zabawić, gdzie kupić ciekawą biżu- 
terię czy jakieś niezwykłe przedmioty, dokąd pójść, by 
w romantycznej scenerii spędzić niezapomniane godziny 
miodowego miesiąca. 

Mo zarumieniła się i sięgnęła po biszkopt. 
-  Teraz rozumiem. 
Ugryzła kawałek ciastka i przeżuwała go, zamyślona. 

Matt jeszcze bardziej się do niej przybliżył. 

-  Nie jestem pewien. W książce powinny znaleźć się 

zdjęcia z podróży, na obwolucie zaś reklama: „Matt Vi- 
ning i jego żona świętują miodowy miesiąc w najbardziej 
romantycznych miastach świata". 

Matt zamilkł na chwilę i popatrzył w czyste, błękitne 

oczy Mo. 

-  Ta książka nie powstanie, jeśli udam się w podróż 

poślubną... sam. Dlatego potrzebna mi jest żona. Oczy- 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

wiście, żona na niby. Uważam, że ty mogłabyś odegrać jej 
rolę. 

Matt uważnie obserwował twarz Mo, próbując z niej 

odgadnąć, jak zareagowała na jego stwierdzenie. Nie ze- 
rwała się gwałtownie od stolika i nie wybiegła z kawiarni, 
co uznał za połowę sukcesu. Postanowił więc brnąć dalej. 

-  Wspomniałaś, że chciałabyś się znaleźć nad Duna- 

jem. .. Przepraszam, kiedy to powinno nastąpić? 

-  W przeddzień moich urodzin - przypomniała mu 

Mo. - Osiemnastego czerwca. 

-  Może więc jednak twoja babcia przesłała ci znak. 

- Matt ani trochę w to nie wierzył, ale postanowił użyć 
wszystkich argumentów, które mogłyby przekonać Mo. 

- Teraz masz szansę, by przepowiednia się spełniła. 
Mo milczała, więc Matt zaniepokoił się, że za mocno 

na nią naciskał. 

-  Oczywiście w każdym mieście, które odwiedzimy, 

będzie fotograf i trochę zamieszania wokół nas, ale nie 
przejmuj się, postaram się ograniczyć niedogodności do 
minimum. Potem, po zakończeniu podróży i napisaniu 
książki, wymyślę jakąś bajeczkę, żeby uzasadnić nasze 
rozstanie. Zobaczysz, wszystko pójdzie jak z płatka. 

-  Rozumiem. 
Matt zauważył, źe Mo jest wyraźnie zszokowana. 

Chwilę wcześniej chciał jej zaproponować określony pro- 
cent od swojego honorarium, ale uznał, że musi zachować 
jakieś atuty na później. Na razie postanowił nie dać się 
ponieść emocjom. 

-  Moim zdaniem cała zabawa ma sens - ciągnął. - 

Mówię szczerze. Ty odwiedzisz Europę i spotkasz swoje 
przeznaczenie, a ja... - uśmiechnął się przymilnie - nie- 
zależnie od innych okoliczności, nie chciałbym samotnie 

 
 
 
 
 

jadać posiłków. To takie przygnębiające. Proszę cię, 

R

 S

background image

pojedź ze mną w tę podróż. 
Mo przygryzła dolną wargę. 

-  Dlaczego właśnie ja? 
Zaskoczyła go tym pytaniem, ale postanowił być 

szczery. 

-  Właściwie to nie wiem. Chyba po prostu dlatego, że 

pojawiłaś się dokładnie w tym momencie, kiedy byłaś mi 
potrzebna. Poprosiłbym o przysługę jakąś inną kobietę, ale 
nie mam zbyt wielu przyjaciółek, w dodatku niewiele osób 
może z dnia na dzień zostawić wszystko i wyjechać. Two- 
ja wizytę w studiu uznałem więc za... 

Matt wzruszył ramionami. 
-  .. .zrządzenie losu - dokończyła za niego Mo. - Dla 

nas obojga. Ten mężczyzna o srebrzystych oczach... 

Tym razem ona zamilkła. W jej duszy rozległa się jakaś 

radosna muzyka. A więc babcia miała rację! Spotka swoją 
miłość nad brzegiem Dunaju. Nagle zapragnęła głośno 
zaśpiewać, obsypać policzki Matta pocałunkami wdzięcz- 
ności. Rozsądek ostrzegł ją jednak, by, przynajmniej na 
razie, powściągnęła tak spontaniczne odruchy. 

-  Zatem zgadzasz się? 
Głos Matta przerwał jej zadumę. Mo zamrugała powie- 

kami i spojrzała mu w oczy. Dostrzegła w nich niepokój, 
który za wszelką cenę starał się ukryć. Nie był pewien jej 
odpowiedzi. 

-  Co będzie z płatnościami? - spytała. - Chcę sama 

pokryć przypadające na mnie wydatki, bo w przeciwnym 
razie nigdzie z tobą nie jadę - powiedziała stanowczym 
tonem. - Zwrócę ci pieniądze w ratach, kiedy dostanę 
pracę. 

-  Zapomnij o tym - odparł szorstko. 
 
 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

-  Ale... 
-  Robisz mi ogromną przysługę, a wszystkie wydatki 

pokrywa wydawca. 

-  Mimo to ja...                            
-  Ani słowa więcej, proszę. Koniec tematu. 
Znowu zachował się arogancko. Znowu dokładnie kon- 

trolował swoje reakcje. Mo zapragnęła posprzeczać się 
z nim tylko po to, by sprawdzić, czy uda jej się wyprowa- 
dzić go z równowagi. Uznała jednak, że nie pora na dzie- 
cinadę. Należało wyjaśnić kilka ważnych szczegółów 
umowy. 

-  Dobrze, zgadzam się. Skoro wydawca płaci. 
-  Wobec sprawa załatwiona, tak? - upewnił się Matt. 

Mo nie odpowiedziała, próbując pozbierać rozproszone 

myśli. Snując plany, często zapominała o jakichś istot-

nych 
rzeczach. Tym razem chciała zachować się inaczej. 

-  Nigdzie nie pracuję - rozważała na głos -więc nie 

muszę pisać podania o urlop. Poproszę mamę, żeby kar- 
miła moją kaczkę i papugę, bo wężem na pewno nie zgo- 
dzi się zająć. Nie znosi gadów. Może któryś z kuzynów 
nim się zaopiekuje. Na szczęście mam również ważny 
paszport. Co prawda dotąd z niego nie korzystałam, ale 
od dawna jestem przygotowana do podróży. 

Matt popatrzył na nią ze zdziwieniem, po czym pokiwał 

głową. 

-  To świetnie. Musisz jeszcze postarać się o mniejszą 

torebkę i wygodne buty, bo będziemy dużo spacerować. 

-  Wspaniale, uwielbiam długie spacery. 

Popatrzyła na Matta i zastanowiła się, co właściwie 

o nim wie. Niewiele; w gruncie rzeczy byli parą obcych 

ludzi. Mo miała jednak świetną intuicję, która podpowia- 
dała jej, że z tym mężczyzną może czuć się bezpiecznie. 

 
 
 
 
Przymknęła oczy, zastanawiając się nad podjęciem de- 

R

 S

background image

cyzji, a Matt nerwowo bębnił palcami o blat stolika, po- 
wtarzając w myślach: Proszę, zgódź się. Mo milczała, 
tkwiąc w bezruchu, i Matt pomyślał już nawet, że wpadła 
w rodzaj transu, kiedy nagle otworzyła oczy. Były pełne 
łez, których lśniące kropelki osiadły na jej rzęsach. 

-  Wydaje mi się, że to sen - powiedziała cicho. 
-  Co? 
-  Koperta w mojej skrytce, twoja propozycja, nasza 

rozmowa, wszystko. 

-  Często zdarza ci się płakać? 
-  Czasami. Kiedy coś mnie poruszy. A tobie? 
-  Nigdy - odparł Matt i zacisnął zęby. Pragnął jak naj- 

szybciej poznać decyzję Mo. - Czy chcesz mi jeszcze 
zadać jakieś pytania? - spytał, powściągając zniecierpli- 
wienie. 

-  Jeśli pojadę, musimy z góry ustalić pewne reguły. 
-  Oczywiście. 
Mo była wyraźnie zakłopotana. Nie miała twarzy po- 

kerzystki; natychmiast malowały się na niej wszystkie 
emocje, jakie przeżywała. 

-  Jestem gotowa udawać twoją żonę w miejscach pub- 

licznych - powiedziała. - To wszystko. Nasz związek mu- 
si pozostać platoniczny. Nie możemy dzielić sypialni. 

-  W porządku - odparł Matt. - Myślałem, że to oczy- 

wiste. We wszystkich hotelach mamy zarezerwowane 
apartamenty dla nowożeńców, które składają się z saloni- 
ku i sypialni. Będę spał na kanapie. Zapewniam cię, że nie 
pojawią się żadne problemy. 

Matt był pewien, że dotrzymanie słowa nie sprawi mu 

najmniejszej trudności. Mo miała, co prawda, fantastyczne 
ciało i pogodną naturę, ale w niczym nie przypominała 

 
 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

tych rozsądnych, spokojnych kobiet, które dotąd mu się 
podobały. Bez trudu więc będzie trzymał ręce przy sobie, 
co znacznie ułatwi ich podróż i pozbawi ją niepotrzebnego 
napięcia. 

Taka osoba jak Mo może nawet okazać się dla niego 

cennym nabytkiem, jeśli wykorzysta jej romantyczne 
skłonności i łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi 
dla dobra pisanej książki. On zajmie się praktycznymi 
aspektami podróży: jedzeniem, zakwaterowaniem i wszy- 
stkim, co wiąże się z organizacją, ona zaś doda do tego 
nieco szaleństwa i abstrakcji. Na przykład wynajdzie ja- 
kieś niezwykłe miejsca, które on będzie mógł opisać na 
kartach swojego przewodnika. 

Jak powiedziałaby Mo, ich spotkanie rzeczywiście 

mogło być nawet jakimś znakiem. 

-  Hej, Matt? Słuchasz mnie? 
Do licha, Mo coś do niego mówiła, a on w tym czasie 

bujał w obłokach. 

-  Zgadzam się. 
Minęła długa chwila, nim mógł powiedzieć spokojnym, 

beznamiętnym tonem: 

-  Cieszę się. To miło z twojej strony. 
Tak naprawdę miał ochotę krzyknąć głośno: Hip, hip, 

hura! 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Matt od kilkunastu minut przechadzał się tam i z po- 

wrotem w pobliżu wejścia do międzynarodowej hali od- 
lotów, czekając na Mo. Po raz kolejny zerknął na zegarek. 
Od ponad dwudziestu minut ta dziewczyna powinna być 
na lotnisku. Nigdy dotąd nie odczuwał takiego nerwowego 
podniecenia jak teraz. Fotograf już czekał, by zrobić no- 
wożeńcom zdjęcia przed odlotem, i Matt musiał go poczę- 
stować jakąś naprędce zmyśloną historyjką, tłumaczącą 
fakt, dlaczego jest sam. 

Chyba zwariowałem, pomyślał, prosząc całkiem nie- 

znajomą kobietę, by zgodziła się udawać moją żonę. Mimo 
to miał nadzieję, że Mo jednak nie wystawi go do wiatru. 

Zobaczył ją z daleka, jak biegnie ku niemu z tą swoją 

olbrzymią torbą, która obijała jej się o nogi. Matt odmówił 
po cichu dziękczynną modlitwę. 

Mo ubrana była w długą, zwiewną sukienkę w kwieci- 

sty wzór; jedną ręką przytrzymywała opadający jej na 
czoło wielki kapelusz, drugą torowała sobie drogę przez 
tłum pasażerów, zapełniających hol lotniska. Na widok 
Matta uniosła dłoń, by pomachać mu na powitanie, i wte- 
dy torba spadła jej z ramienia, a ze środka wysypały się 
na podłogę rozmaite drobiazgi. Jakiś mężczyzna w barw- 
nym stroju pomógł jej wszystko pozbierać. Mo w podzię- 
ce obdarzyła go promiennym uśmiechem. Potem chwyciła 
torbę oraz kapelusz i podbiegła do Matta. 

 
 

R

 S

background image

 
-  Przepraszam - zawołała, ledwo dysząc. Miała zaró- 

żowione policzki, a jej duże błękitne oczy lśniły z podnie- 
cenia. - Bardzo chciałam dotrzeć tu na czas, ale wynikło 
zamieszanie z kluczami, bo wiesz, moja przyjaciółka, 
Laura, obiecała zająć się mieszkaniem i musiałam jej po- 
kazać, jak trzyma się węża. Było przy okazji trochę ner- 
wów, ale wszystko dobrze się skończyło. Tyle że zapo- 
mniałam kupić żwirek dla kota. 

-  Masz również i kota? 
-  Nie, już nie żyje. Ale papuga woli mieć w klatce żwi-

rek zamiast kawałków gazet. Potem jeszcze musiałam zajrzeć 
do pralni. Poprosiłam, by na poczekaniu wyczyścili mi jedyną 
porządną sukienkę, jaką mam, bo pomyślałam, że przecież 
muszę ją zabrać, mimo że nie jest nowa. Miałam rację, 
prawda? No i do tego jeszcze ta historia z paszportem. Pa- 
miętałam, że włożyłam go do specjalnego tajnego schowka, 
tylko zapomniałam, gdzie on się znajduje - trajkotała. - Czy 
masz pojęcie, gdzie był? 

-  Nie wiem.   
-  W lodówce! Najbezpieczniejsze miejsce na wypadek 

pożaru. 

Mo roześmiała się, ukazując rząd równiutkich, białych 

zębów. 

-  Czy to jest pani Vining? - Przed Mattem i Mo poja- 

wił się fotograf, przerywając im rozmowę. 

-  Tak - odparł Matt, nieco oszołomiony opowieścią 

Mo. Powoli wracał do rzeczywistości. - Gdzie mamy usta- 
wić się do zdjęcia? 

Fotograf, mężczyzna w średnim wieku, któremu we- 

tknięty w kącik ust niedopałek papierosa nadawał wielce 
cyniczny wygląd, zaczął komenderować parą nowo- 
żeńców. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Proszę stanąć tutaj i objąć pannę młodą ramieniem 

- polecił Mattowi. - Pani Vining niech lepiej odstawi tę 
torbę i odłoży kapelusz. Zakrywa jej całą twarz. 

-  Pani Vining? - powtórzyła Mo. - Ojej, to chodzi 

o mnie! - Zachichotała nerwowo i zajęła miejsce obok 
Matta, pozbywając się na chwilę bagażu i kapelusza. - Nie 
martw się - szepnęła. - W tej dużej torbie mam mniejszą 
torebkę i wygodne buty, tak jak mi radziłeś. 

-  To dobrze. 
Matt, zazwyczaj mistrz konwersacji, w obecności Mo 

zaczynał odpowiadać monosylabami. Ta kobieta miała na 
niego jakiś dziwny wpływ. Ze świecą by szukać osoby 
mniej podobnej do Kay niż ona, pomyślał. Przymknął 
oczy i błagał w duchu o siłę, która pozwoliłaby mu prze- 
trwać cały ten chaos, jaki wytwarzała Mo. 

Fotograf ustawił ich na tle ogromnej tablicy odlotów 

i przylotów, po czym pstryknął kolejnych kilka zdjęć. 
Matt obejmował ramieniem Mo, ale starał się jak najlżej 
jej dotykać. Nozdrza drażnił mu lekki, kwiatowy zapach 
jej perfum. Niby zwyczajny, a jednak miał jakąś nieziem- 
ską moc. 

-  Proszę mocniej przytulić swoją żonę - polecił foto- 

graf. - Przecież jesteście tuż po ślubie. 

Matt natychmiast przypomniał sobie o pewnym szcze- 

góle i sięgnął do kieszeni marynarki. 

-  Włóż to - poprosił Mo. - Jubiler musiał dopasować 

rozmiar - wyjaśnił fotografowi. 

Mo zrozumiała, o co chodzi, dopiero wtedy, kiedy Matt 

wsunął jej na palec lewej ręki ślubną obrączkę. Zerknęła 
na złote kółeczko. Było tylko trochę za luźne. 

Popatrzyli na siebie dokładnie w tym samym momen- 

cie. Mo poczuła, że w piersiach brak jej tchu. Jakie on ma 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

cudowne oczy, pomyślała. Takie ciemne i przepastne, peł- 
ne uczucia. Można w nich nawet utonąć bez żalu. 

-  Dziękuję - szepnęła. - Bardzo ładna obrączka. 
-  Symbol małżeńskiego szczęścia - powiedział su- 

chym tonem Matt. 

Uśmiechnęli się do siebie. Znowu kilka razy pstryknęła 

migawka. 

-  Doskonale. - Fotograf był zadowolony. - Teraz je- 

szcze pocałunek. 

Matt zaczął pochylać się ku Mo, ale nagle znierucho- 

miał. Tego ich umowa nie przewidywała. Mo zastrzegła 
wyraźnie: żadnych fizycznych kontaktów. Wszystko musi 
być udawane. 

Trudno jednak udawać pocałunek. 
-  Może zrobimy to w ten sposób? - spytał cicho, obe- 

jmując ją ramionami i zbliżając policzek do jej policzka. Mo 
poczuła miły dotyk wełnianej marynarki i usłyszała mocne 
bicie serca swojego fikcyjnego męża. Moje też tak bije, 
uświadomiła sobie. Zamknęła oczy i przytuliła się do Matta. 
Tylko po to, żeby na zdjęciu wyglądało to naturalnie, uspra- 
wiedliwiła sama przed sobą ten spontaniczny odrach. 

Fotograf pochwalił ich, zużył jeszcze kilka klatek i se- 

sja była skończona. 

Matt wypuścił Mo z objęć tak gwałtownie, że niemal 

straciła równowagę. Cały nastrój, prawdziwy czy sztucz- 
ny, prysł jak bańka mydlana. 

To dobrze, uznała Mo. Pora wrócić do rzeczywistości. 

Bo tam daleko, tysiące kilometrów stąd, czeka na mnie 
mężczyzna o srebrzystych oczach. 

 
Na pokładzie odrzutowca w luksusowej kabinie pier- 

wszej klasy Matt poczuł, że powoli opuszcza go napięcie. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Podróż jednak naprawdę się zaczęła. Mógł odetchnąć 

z ulgą. 

Głośne westchnienie Mo sprawiło, że spojrzał na nią. 

Miała zamknięte oczy. 

-  Jesteś zmęczona? - spytał. 
-  Bardzo. Po prostu padam z nóg. Od wczoraj w ogóle 

nie spałam, a ty? 

-  Ja też nie zmrużyłem oka. 
Mo uniosła powieki i ze współczuciem popatrzyła na 

Matta. 

-  Miałeś tyle kłopotów w związku z odwołaniem 

ślubu. Co powiedziałeś zaproszonym gościom? - 
Uśmiechnęła się niepewnie. - Przepraszam, że o to py- 
tam. Wiem, że to nie moja sprawa. Nie powinnam się 
wtrącać... 

-  Nie przejmuj się - odparł Matt. - Kay, moja była 

narzeczona, wszystkim się zajęła. Zresztą nie planowali- 
śmy dużego wesela. Ot, kilku przyjaciół i rodzina. 

-  Mimo to... - Mo znacząco zawiesiła głos - ciężko 

przeżyłeś ten dzień, prawda? 

Matt zastanawiał się, co na to odpowiedzieć. Tak na- 

prawdę w całym tym zamieszaniu niewiele myślał o Kay 
i niedoszłym ślubie. Prawdopodobnie nie był więc zbyt 
mocno zaangażowany uczuciowo. Dlaczego zatem w ogó- 
le poprosił Kay o rękę? 

Ostatnio robił coraz większą karierę. Prowadzony przez 

niego program zdobył ogromną popularność w San Fran- 
cisco, a nie było to miasto, w którym ekspert w jego dzie- 
dzinie łatwo mógłby się przebić. Regularnie pisywał arty- 
kuły na tematy kulinarne do kilku lokalnych pism. Współ- 
pracował z jedną z agencji zajmujących się public rela- 
tions, która promowała jego nazwisko. W planach miał 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

napisanie książki i kontrakt z telewizją. Osiągnął dużo, ale 
nie zamierzał spocząć na laurach. 

Przez całe życie do czegoś dążył. Pragnął być kimś, 

kogo inni szanują, zdobyć wykształcenie, nazwisko, sła- 
wę. W pewnym momencie zorientował się, że w pogoni 
za sukcesem ominęło go coś ważnego, coś, czego nawet 
nie umiał dokładnie nazwać. Dlatego właśnie postanowił 
się ożenić; był pewien, że Kay gładko wpasuje się w jego 
życie i ukoi samotność. 

Zawsze unikał patosu, dlatego też nie zamierzał rozma- 

wiać o swoich intymnych sprawach z Mo. Zorientował się 
jednak, że ta dziewczyna naprawdę mu współczuje, dlate- 
go też zasługiwała na j akąś odpowiedź. 

-  Rzeczywiście miałem ciężki dzień - odparł wymija- 

jąco - ale wolałbym do tego nie wracać. 

-  Oczywiście, rozumiem cię. Pamiętaj jednak, że tu 

jestem i zawsze możesz mi się zwierzyć. Wiem, że za dużo 
mówię... 

-  Zauważyłem - wtrącił Matt z rozbawieniem 

w głosie. 

-  ...ale potrafię również słuchać. Ludzie często opo- 

wiadają mi o swoich radościach i zmartwieniach. Ty też 
możesz to robić. 

Jaki ona ma miły uśmiech, pomyślał mimo woli Matt. 

Poczuł, że nagle zrobiło mu się cieplej na sercu. 

-  Dziękuję ci - odparł szczerze. 
Mo zaczęła ziewać i choć próbowała z tym walczyć, 

w pewnej chwili musiała się poddać. 

-  Przepraszam cię, naprawdę jestem skonana. 
-  Potrafisz spać w samolocie? 
-  Nie wiem. Dotąd rzadko latałam i tylko na krótkich 

dystansach. Ile godzin zajmie nam ta podróż? 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Dziesięć. Do Londynu dolecimy jutro o dwunastej 

w południe. 

-  Południe w Londynie - powiedziała Mo z rozmarze- 

niem, krzyżując ramiona na piersi. - Naprawdę trudno 
uwierzyć, że właśnie mnie to spotyka. 

Entuzjazm Mo poprawił nieco humor Matta. Pomyślał, 

że wybierając jej towarzystwo, może wcale nie popełnił 
aż takiego głupstwa. 

Stewardesa przyniosła im koce, poduszki, kilka rodza- 

jów orzeszków i napoje. Mo z dziecięcym zachwytem 
wzięła po dwa orzeszki z każdego gatunku. 

-  Czuję się jak na promocji. Podoba mi się ta pierwsza 

klasa - zachichotała. - Dla ciebie to pewnie chleb powszedni - 
zwróciła się do Matta. 

-  Uhm - mruknął. Powieki zaczęły mu opadać. 

Naprawdę jest zmęczony, pomyślała Mo, obserwując 
głębokie cienie pod jego oczyma. Wcześniej ich nie za- 
uważyła, przejęta nową przygodą. Biedny Matt. To prze- 
cież miał być dzień jego ślubu. Na pewno jest smutny, 
tylko głęboko skrywa to uczucie. Niektórzy ludzie tak 
robią. Ona sama wolała od razu wyrzucić z siebie wszy- 
stko, co ją dręczy, żeby później nie wracać do przykrych 
wspomnień. 

Popatrzyła jeszcze raz na Matta i zapragnęła nagle po- 

gładzić go po policzku. Poczuła gwałtowny ucisk w gard- 
le. To ze zmęczenia, uznała. Doszła do wniosku, że po- 
czuje się lepiej, jeśli schłodzi twarz paroma kroplami zi- 
mnej wody. 

-  Zaraz wracam - szepnęła i poszła do toalety. 
Po spryskaniu twarzy i przepłukaniu ust zapatrzyła się 

w lustro. Dostrzegła, że jej oczy, mimo zmęczenia, lśnią 
jakimś niezwykłym blaskiem. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Dziękuję ci, babciu - szepnęła cicho. 
Niespodziewanie naszły ją wspomnienia. Miękka, po- 

marszczona skóra, zapach gliceryny i różanego kremu do 
rąk. Przyjazne ramiona, w których Mo zawsze znajdowała 
bezpieczne schronienie. 

Babcia była jedyną osobą z całej rodziny, która potra- 

fiła okiełznać wybujały temperament swojej wnuczki, 
sprawić, by dziewczynka choć przez chwilę posiedziała 
spokojnie. Nigdy jednak nie podnosiła na nią głosu, oka- 
zywała jej wiele cierpliwości, nie skąpiła uczucia. Często 
opowiadała Mo, trochę po angielsku, trochę po węgiersku, 
rozmaite historyjki, które na zawsze zapadły dziewczynce 
w pamięć. 

Babcia nauczyła Mo marzyć. Teraz jednak marzenie 

nabrało realnych kształtów. Znajdowała się przecież na 
pokładzie samolotu lecącego do wyśnionej Europy. 

Jej zauroczenie Mattem również było prawdziwe. Za- 

częło się ono już wczoraj i do tej pory trwało. 

Mo nie rozumiała, dlaczego tak się stało. Przecież nie 

Matt był jej przeznaczony, ale mężczyzna o srebrzystych 
oczach. Nie mogła lekceważyć przepowiedni babci, tego 
niezwykłego zbiegu okoliczności, dzięki któremu zdążała 
teraz na najważniejsze w jej życiu spotkanie. Tylko to 
powinno zaprzątać jej myśli. 

Kiedy wróciła z toalety, Matt nie tylko zdążył się już 

rozbudzić, ale także wybrał dla nich dania na kolację. Mo 
nie miała nic przeciwko temu. 

-  Jestem głodna - oświadczyła, sięgając po następną 

porcję orzeszków. 

-  Chyba powinnaś oszczędzić apetyt na właściwy po- 

siłek - zasugerował Matt. 

-  Mama też zawsze mi to powtarza - przyznała Mo 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

- ale ja lubię coś przegryzać przez cały dzień. Widocznie 
mój organizm tak funkcjonuje. 

Matt zmarszczył brwi, co Mo odczytała jednoznacznie 

jako dezaprobatę dla jej zwyczajów. Była zbyt zmęczona, 
żeby się tym przejmować. Przymknęła oczy i po chwili 
już spała. 

Matt także próbował ponownie zapaść w sen, ale pię- 

ciominutowa drzemka, jaką sobie uciął, tylko zaostrzyła 
mu apetyt. Zaczął więc przeglądać notatki, od czasu do 
czasu zerkając na śpiącą Mo. Mruczała coś i ciągle się 
wierciła. W pewnym momencie jej głowa opadła na ramię 
Matta i tam już pozostała. Poczuł świeży, wiosenny zapach 
jej włosów. 

Obudził ją, kiedy stewardesy zaczęły roznosić jedzenie. 

Mo była lekko nieprzytomna, ale Matt zapewnił, że dobry 
posiłek natychmiast postawi ją na nogi. 

Na początek dostali po kieliszku schłodzonego białego 

wina. Było naprawdę niezłe i Matt z uznaniem wypił spo- 
ry łyk. Mo zdecydowanie odmówiła degustacji. 

-  Nie przepadam za winem - oświadczyła. - Wystar- 

cza mi coca-cola, czasem szklanka piwa. 

Na przekąskę podano faszerowane grzyby przyprawio- 

ne odrobiną szałwii. Zdaniem Matta były więcej niż sma- 
czne, zwłaszcza jak najedzenie serwowane w samolotach. 
Mo wzięła do ust mały kawałek; miała przy tym taką minę, 
jakby próbowała smaru. Ze wstrętem położyła grzyb z po- 
wrotem na talerzu. 

-  Chyba nie jestem głodna - powiedziała. 
-  Pewnie zjadłaś za dużo orzeszków. 
-  Być może. Poza tym nie znoszę grzybów. Mają nie- 

ciekawy kolor i są takie oślizłe. 

-  Zmienisz zdanie, kiedy skosztujesz trufli. 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Matt pomyślał, że chętnie ją wprowadzi w nie znany 

jej świat wyszukanych potraw. Rola przewodnika może 
okazać się całkiem zabawna. 

-  Przecież to ryba! - zawołała Mo, próbując głównego 

dania. Położyła sztućce obok talerza. 

-  Oczywiście, to właśnie poisson gribiche
-  Nigdy nie lubiłam żadnych ryb. 
Matt tylko wymownie uniósł brwi. Mo zrozumiała, że 

znowu go zawiodła. A co mi tam! W końcu każdy ma 
prawo mieć swoje upodobania kulinarne, pomyślała. 

-  Pewnie nigdy nie jadłaś dobrze przyrządzonej ryby 

- stwierdził Matt z ledwo słyszalnym odcieniem wyższo- 
ści w głosie. 

-  Mama smażyła panierowane filety i polewała je ke- 

czupem, ale i tak przeszkadzał mi ten rybi smak. 

-  Czy próbowałaś kiedyś ryby w sosie matelote? Albo 

małży z sosem hollandaise i bitą śmietaną? - Matt uśmie- 
chnął się tajemniczo, nozdrza lekko mu zadrgały. - Czy 
smakowałaś delikatnej soli, z kilkoma wiórkami masła na 
wierzchu? Po prostu rozpływa się w ustach. 

Mo z lubością wsłuchiwała się w ciepły baryton Matta. 

Było w nim coś głęboko zmysłowego. 

-  Nie sądzę, żebym polubiła ryby, ale podoba mi się 

sposób, w jaki o nich opowiadasz. 

-  Na tym polega moja praca. 
-  Wiesz, ja lubię jeść, ale na ogół wybieram różne 

szybkie dania. Zawsze mi smakowały. 

-  Tłuszcz i chemia - oświadczył Matt. - Masz fatalne 

przyzwyczajenia. 

Mo ogarnęła irytacja. Protekcjonalny ton wypowiedzi 

Matta obudził w niej wojowniczego ducha. Była najmłod- 
sza z ósemki rodzeństwa i ponieważ wszyscy zawsze 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

chcieli nią komenderować, nauczyła się lekceważyć auto- 
rytety. Nie miała zamiaru pozwolić, by ktokolwiek nią 
pomiatał. 

-  Czyżby to było jakąś przeszkodą? - zapytała oschłym 

tonem. - Nie wspomniałeś ani słowem o tym, że wspólne 
upodobania kulinarne są warunkiem koniecznym do uczest- 
niczenia w tej podróży. 

-  Oczywiście, że nie są - odparł Matt. - Zamierzam 

jednak ocenić jedzenie w kilku restauracjach najwyższej 
klasy. 

-  Masz prawo. Czy to znaczy, że ja też muszę to robić? 

- spytała wojowniczym tonem. 

Nikt nie będzie jej traktował jak nieznośnego bachora. 

Matt powinien się o tym dowiedzieć, jeśli mieli przeżyć 
w zgodzie najbliższe dwa tygodnie. 

-  Masz rację, niczego nie musisz. Przepraszam za moje 

zachowanie. - Matt starał się ją udobruchać. - Każde 
z nas ma prawo jeść to, na co ma ochotę, chociaż - na 
chwilę zawiesił głos - zapewniam, że twoje upodobania 
zmienią się w czasie tej podróży. Polubisz ryby, zwłaszcza 
kiedy spróbujesz ich w Paryżu. 

-  Zbytnio bym na to nie liczyła — mruknęła Mo. 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Na lotnisku w Londynie Matt i Mo odbyli kolejną krót- 

ką sesję zdjęciową, a potem wynajętą taksówką pojechali 
do centrum miasta. Mo wydawała okrzyki zachwytu na 
widok wszystkich sławnych miejsc, znanych jej dotąd je- 
dynie z fotografii. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się 
w pałac Buckingham, który mijali po drodze do ich hotelu, 
mieszczącego się w pobliżu Covent Garden. 

Taksówka przystanęła przed okazałym kamiennym 

gmachem. Goniec hotelowy wziął bagaże i zaprowadził 
nowożeńców do ich apartamentu. Mo nigdy w życiu nie 
widziała takiego pomieszczenia. Meble w stylu wiktoriań- 
skim, tureckie dywany, kwieciste tapety i mnóstwo świe- 
żych kwiatów w wazonach poustawianych w różnych 
miejscach pokoju. Na młodą parę czekał też ogromny kosz 
pełen owoców i butelka szampana, chłodzącego się w ku- 
bełku z lodem. 

Mo podbiegła do wielkiego okna, ozdobionego koron- 

kowymi firankami. Widać było z niego Tamizę i jeden 
z przerzuconych nad nią mostów. Kiedy Mo usłyszała na- 
zwę „Waterloo", natychmiast wyobraziła sobie wytworne 
damy w sukniach z czasów Cesarstwa, statki wyłaniające 
się z mgły i mężczyzn w mundurach polowych i trójgra- 
niastych kapeluszach na głowach. 

Wzdychając z zachwytu, podeszła do podwójnych, 

rzeźbionych drzwi prowadzących do sypialni. Pchnęła je 

 
 

R

 S

background image

 

lekko i, oszołomiona, przystanęła w progu. Zakręciło jej 
się w głowie od nadmiaru ozdóbek, koronek, kwiatów. 
Pośrodku pokoju królowało ogromne łoże z baldachimem. 

Mo zajrzała do łazienki, a zafrasowany Matt z niepo- 

kojem popatrzył najpierw na podwójne łoże, a potem na 
niewielką kanapkę w salonie. Jak niby mam na tym spać? 
pomyślał. To dobre dla krasnoludka. 

Mo w podskokach wróciła do pokoju. 
-  Wszystko jest fantastyczne! Szybko się przebiorę 

i ruszam na zwiedzanie miasta. Pójdziesz ze mną? 

-  Rozsądniej byłoby się najpierw zdrzemnąć - odparł 

Matt, mocując się z zamkiem walizki. - Radzę ci to jako 
doświadczony podróżnik. Sen po długim locie ułatwia 
przystosowanie się organizmu do zmiany czasu. 

-  Miałabym teraz spać? Za nic w świecie! 
-  Naprawdę wiem, co mówię - upierał się Matt. 
-  Rób, co chcesz. - Mo wzruszyła ramionami. - Mnie 

energia aż roznosi, więc zaraz wychodzę. 

Matt oparł się o framugę drzwi i patrzył, jak Mo wy- 

rzuca z torby ubrania w poszukiwaniu stroju, w który za- 
mierzała się przebrać. W końcu chwyciła dżinsy, baweł- 
niany sweter oraz buty i pobiegła do łazienki. Bałagan, 
który zostawiła na podłodze, w niczym jej nie prze- 
szkadzał. 

Matt kochał porządek. Być może nawet do przesady, 

co stwierdził samokrytycznie. Jednakże utrzymywanie po- 
rządku wiązało się z samodyscypliną. Mo z pewnością 
nawet o czymś takim nie słyszała. 

-  No dobrze, pójdę z tobą - usłyszał swój głos - jeśli 

zgodzisz się na drzemkę przed kolacją. 

Mo wyjrzała z łazienki. 
-  Naprawdę nie musisz mi towarzyszyć. 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Ale mam ochotę. Poza tym plany związane z kolacją 

uległy zmianie. Do restauracji, którą zamierzałem opisać, 
musimy pójść dziś wieczorem, gdyż jutro, na kiedy to zro- 
biłem rezerwację, całą salę wynajmuje rodzina królewska. 

-  W porządku. Poczuję się jak księżniczka. To co, 

idziemy? 

Mo odwróciła się do lustra, by kilkoma szpilkami upiąć 

niesforne kosmyki włosów. Matt patrzył na nią zafascynowa- 
ny. Przypomniał sobie, co przeżył w pewnym muzeum jako 
dorastający chłopiec. Obraz przedstawiający kobietę upinającą 
przed lustrem włosy podziałał na niego tak bardzo, że oznaki 
tego podniecenia stały się zawstydzająco widoczne. 

-  Dobrze się czujesz, Matt? -spytała Mo, dostrzegając 

w lustrze jego zamglone spojrzenie. 

-  Tak, tylko trochę boli mnie głowa. Nic dziwnego po 

tak długim locie. Zaraz będę gotowy do wyjścia. 

-  Czy podczas całej podróży będziemy musieli odgry- 

wać rolę nowożeńców? - spytała Mo. 

-  Co masz na myśli? - upewnił się Matt. 
-  No wiesz, trzymanie się za ręce w holu i na ulicy, 

czułe spojrzenia... 

Matt poczuł się nieco urażony pytaniem Mo. Może 

nawet zraniony. Rozumiał, że wolałaby unikać wszelkich 
fizycznych kontaktów z nim, ale czy musiała to aż tak 
podkreślać? 

-  Nie obawiaj się. Tylko czasami. Kiedy będziemy 

pozowali do fotografii lub udawali młodą parę, by zdobyć 
jakieś informacje potrzebne do napisania książki. 

-  To świetnie! - zawołała radośnie Mo, a Matt zmar- 

szczył brwi i mocniej, niż to było konieczne, zaciągnął 
suwak w walizce. 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Mo była w siódmym niebie. Spacerowała ulicami Lon- 

dynu, z zachwytem chłonąc wielobarwność tego miasta. 
Stare budowle przemieszane z nowoczesną architekturą, 
pałace i slumsy, kolorowy tłum ludzi różnych narodowo- 
ści. Przechodnie, których ubiór i akcent wskazywały na 
przynależność do klasy wyższej oraz ludzie z nizin społe- 
cznych, posługujący się trudną do zrozumienia gwarą. 

Ulubioną rozrywką Mo w Stanach było oglądanie w te- 

lewizji programów podróżniczych i myszkowanie w księ- 
garniach po działach z mapami i przewodnikami. Dzięki 
temu sporo wiedziała o tym, na co teraz patrzyli, ale zda- 
wała sobie sprawę, że zobaczyć coś na własne oczy to nie 
to samo, co na ekranie telewizora czy zdjęciu w magazy- 
nie. Jej szczęście zatem nie miało granic. 

Zanim opuścili hotel, zapowiedziała stanowczo, że za- 

mierza spacerować tak długo, aż padnie z nóg. Matt chciał 
oczywiście wtrącić jakąś uwagę, ale ostatecznie wzruszył 
tylko ramionami. 

W okolicach Covent Garden Mo z entuzjazmem przy- 

słuchiwała się ulicznym grajkom, podziwiała popisy żon- 
glerów i występy mimów. Mijając niezliczoną liczbę bu- 
tików i kolorowych straganów, dotarli do sklepiku, na wi- 
dok którego Mo aż jęknęła z zachwytu. Sprzedawano 
w nim najdziwniejsze rzeczy, od brzoskwiniowej herbaty, 
organków, staromodnych kurtek lotniczych po lampy ha- 
logenowe, pantofle na niebotycznych obcasach i prymi- 
tywną afgańską biżuterię. Mo wybrała kilka świecidełek 
na prezenty dla członków rodziny, z dumą odliczyła sama 
właściwą ilość funtów i pensów, po czym wrzuciła zakupy 
do swojej przepastnej torby, którą zapomniała zostawić 
w hotelowym pokoju. 

Potem odwiedzili katedrę Świętego Pawła, znaną jako 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

kościół aktorów z powodu znacznej liczby teatrów rozsia- 
nych w parafii, po czym Strandem dotarli do Victoria Em- 
bankment Gardens i przystanęli nad brzegiem Tamizy. 

- Popatrz, Igła Kleopatry! - zawołała Mo, wskazując 

na granitowy monolit ponad dwudziestometrowej wysoko- 
ści. Uśmiechnęła się promiennie do Matta. - Przez całe 
życie nasłuchałam się od babci opowieści o tym obelisku. 
Zanim dotarła z Węgier do Stanów, przez jakiś czas mie- 
szkała w Londynie i pracowała na targu owocowym, skąd 
miała widok właśnie na ten różowy, wysoki słup. Niczego 
tak dobrze nie zapamiętała jak jego. 

Matt uśmiechnął się i jego oczy natychmiast nabrały 

niezwykle ciepłego blasku. To jest właśnie jego prawdzi- 
wa natura, ukryta pod powłoką autokratyzmu i wyniosło- 
ści, pomyślała Mo. 

Ze zdumieniem stwierdziła, że polubiła tego mężczy- 

znę, który, jak nikt inny, potrafił zrazić do siebie człowieka 
swoim niesympatycznym zachowaniem. Różnili się jak 
ogień i woda, nieustannie działali sobie na nerwy, a mimo 
to stał się jej w jakiś sposób bliski. 

Mo zawsze była wobec siebie szczera, więc i tym ra- 

zem przyznała uczciwie, że nie bez znaczenia był fakt, iż 
Matt wprost niesamowicie emanował seksem. Mogłaby 
godzinami wpatrywać się w jego wspaniałe ciało. Wie- 
działa jednak, że nie powinna ulegać czarowi tego męż- 
czyzny. Nawet gdyby przeszli do porządku dziennego nad 
wszystkim, co ich dzieli, i tak ich związek nie miałby 
żadnych szans. Matta niedawno porzuciła narzeczona, 
a Mo nie chciała występować w roli kochanki-pocieszy- 
cielki. Nawet gdyby Matt tego pragnął, co jednak nie 
miało miejsca. 

No i bardzo dobrze. Mo przecież nie mogła się już 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

doczekać, kiedy spojrzy w srebrzyste oczy swego prze- 
znaczenia. 

 
Matt, tłumiąc ziewanie, przyglądał się, jak Mo wyjmuje 

z włosów szpilki i zapinki, po czym niedbale rzuca je na 
komodę. 

-  Idę wziąć prysznic - oznajmiła. - Muszę zmyć 

z siebie całodzienny brud. Chyba że ty chcesz się teraz 
wykąpać? 

-  Nie, najpierw się zdrzemnę. 
Matt sięgnął po telefon i zamówił budzenie za dwie 

godziny. Potem położył się na kanapce i nasłuchiwał od- 
głosów dochodzących z łazienki. Z kranu lała się woda, 
a Mo nuciła półgłosem jakąś melodię. Skąd ta kobieta 
czerpie tyle energii? pomyślał. Od prawie dwóch dni nie- 
mal wcale nie spali i on sam czuł się kompletnie wykoń- 
czony. Zamknął oczy i w tym momencie wyobraził sobie 
nagie ciało Mo, pokryte pianą z mydła. Nigdy nie widział 
jej całkiem rozebranej, ale to, na co zdążył się napatrzeć, 
pozwalało domyślać się reszty. 

Zdaniem Matta figura Mo była doskonała. Dziewczy- 

na miała zmysłowo kołyszące się piersi, talię cienką jak 
osa oraz ładnie zaokrąglone biodra. W dodatku mogła się 
poszczycić parą bardzo zgrabnych i niesamowicie dłu- 
gich, jak na osobę jej wzrostu, nóg. Wyglądała jak modelka 
z rozkładówek. 

Matt uśmiechnął się lekko. Nigdy by sobie nie pozwolił 

na to, aby wypowiedzieć podobną opinię na głos. Mo 
raczej nie uznałaby tego za komplement. Kobiety to na- 
prawdę zagadkowe istoty, westchnął. Zupełnie nie wiado- 
mo, którą czym można obrazić, a czym udobruchać. 

On sam lubił kobiety spokojne, zrównoważone, dystyn- 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
gowane. Żaden z tych przymiotników nie pasował do Mo. 
Dlaczego więc snuł teraz erotyczne fantazje na jej temat? 
Próbował ułożyć się wygodniej na niewielkiej kanapce, 
ale było to raczej niemożliwe. Głowę miał skręconą pod 
dziwnym kątem, nogi sterczały mu w powietrzu, jednak 
zmęczenie sprawiło, że nawet klepisko wydałoby mu się 
królewskim łożem. Zamknął oczy i powoli zapadał w sen, 
kiedy nagle usłyszał głos Mo. 

-  Przykro mi, że musisz spać w takich warunkach - 

powiedziała. 

Uniósł ociężałe powieki i zobaczył Mo stojącą w progu 

saloniku. Miała na sobie japońskie kimono, a mokre włosy 
owinięte ręcznikiem. Patrzyła na niego ze współczuciem. 

-  Sam to zaproponowałem - mruknął. 
-  Może zadzwonię po pokojówkę i poproszę, żeby 

wstawiła tu jakieś dodatkowe łóżko na kółkach? Albo 
połóż się na podłodze. Ten dywan jest grubszy niż niejeden 
śpiwór. Spałeś kiedyś na kempingu? 

-  Bardzo dawno temu. Nie martw się o mnie, dam 

sobie radę. 

-  Zatem idę się zdrzemnąć. Do jakiej restauracji się 

wybieramy? 

-  Do hinduskiej. Podobno to jeden z najlepszych na 

świecie lokali serwujących orientalne dania. 

-  Wiem, curry i inne dziwactwa. Nigdy tego nie 

jadłam. 

-  Hinduska kuchnia to nie tylko curry. - Matt uśmie- 

chnął się, ponownie przymykając oczy. 

-  No cóż, ty jesteś ekspertem. Miłych snów. 
-  Zamówiłem budzenie. 
-  Wspaniale. Muszę mieć dwadzieścia minut, żeby się 

przygotować. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Jeśli to prawda - odrzekł Matt, zerkając na nią jed- 

nym okiem - będziesz pierwszą kobietą, jaką znam, która 
potrafi dokonać takiego cudu. 

-  Niech ci będzie. Daj mi dwadzieścia pięć. 
Mo przeszła do sypialni i zamknęła drzwi, oddzielające 

od siebie dwa pokoje. Matt wyobraził sobie, jak zdejmuje 
kimono i prezentuje jego oczom widok smukłych pleców 
i gładkich, kształtnych pośladków. W tym momencie po- 
czuł, że mimo zmęczenia jego ciało zaczyna się prężyć. 

-  Tylko tak dalej - mruknął. 
Przed zaśnięciem pomyślał jeszcze, że być może Mo 

zechce zmienić nieco warunki ich umowy... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
W hinduskiej restauracji powitały ich delikatne dźwięki 

wschodniej muzyki i oszałamiające zapachy orientalnych 
przypraw. Kolacja zapowiadała się nie najgorzej. 

Mo wyglądała czarująco w jednej ze swoich powiew- 

nych szat, które łagodnie podkreślały jej wspaniałe kształ- 
ty. Na nogach miała sandały na wysokich obcasach. Część 
włosów upięła do góry, reszta spływała swobodnie po 
ramionach. Mnóstwo złocistych loczków okalało jej 
twarz, niemal pozbawioną makijażu. Prawdę mówiąc, 
wcale go nie potrzebowała. Matt zauważył, że nie włożyła 
biustonosza i na ten widok krew szybciej zaczęła krążyć 
mu w żyłach. 

Zajął się studiowaniem menu, by wybrać kilka rodza- 

jów dań, których mógłby skosztować, a potem je ocenić, 
Na tym przecież polegała jego praca. Co chwila zapisywał 
jakieś uwagi w niewielkim notesie. Tymczasem Mo nało- 
żyła sobie na talerz olbrzymie pajdy dwóch rodzajów chle- 
ba - jeden doprawiony był czosnkiem, drugi nasionami 
cebuli - i rozradowana trajkotała z pełnymi ustami. 

- Zauważyłeś ten pub na Rose Street? - spytała Matta. 

- Czytałam, że kiedyś nazywano go Kubłem Krwi! - 
Wzdrygnęła się. - Okropnie, prawda? Jak można wypić 
coś ze smakiem w miejscu, które nosi taką nazwę. Wzięła 
się pewnie stąd, że dawno temu odbywały się tam mecze 
bokserskie. Lubisz boks? 

 
 

R

 S

background image

 
-  Tak. 
-  Naprawdę? Zupełnie jak mój tata. Ja tego sportu 

nienawidzę. - Ugryzła kawałek chleba. - Pyszny! - wy- 
raziła głośno swój zachwyt. 

Kolejne kęsy popijała winem. Jeden z rękawów jej suk- 

ni zanurzył się w miseczce z ogórkowo-pomidorowym so- 
sem. Mo skrzywiła się, przetarła plamę wodą ze szklanki 
i dalej zabawiała Matta rozmową. Kiedy na stół wjechała 
waza pełna zupy z dodatkiem curry, spróbowała odrobinę, 
oznajmiła, że zupa jest za mocno przyprawiona, i nadal 
jadła swój chleb. 

Jako główne danie Matt zamówił kurczaka z szafranem 

i curry z jagnięcia w jogurtowym sosie. Uważnie obejrzał 
kompozycję na talerzu, po czym przymknął oczy i z lubością 
wdychał smakowity aromat. Uznał, że potrawy pachną wspa- 
niale, więc powoli zaczął jeść, delektując się każdym kęsem. 

Zerknął na Mo i zauważył, że dziewczyna przygląda 

mu się z uwagą. Pochwyciwszy jego spojrzenie, zaczer- 
wieniła się i spuściła wzrok. Po kilku minutach z ciężkim 
westchnieniem odsunęła talerz od siebie. 

-  Już się najadłam - oświadczyła. 
-  Chyba żartujesz - powiedział Matt. - Przecież ni- 

czego nie tknęłaś. Radzę ci spróbować. Tak pysznego cur- 
ry nie jadłem nawet w Bombaju. 

-  Byłeś tam?! - wykrzyknęła Mo. 
-  Dwa lata temu. Proszę cię, skosztuj tej potrawy. 

Mo nałożyła sobie odrobinę mięsa na widelec i ostroż- 
nie uniosła go do ust. Skrzywiła się lekko. 

-  Przykro mi, ale... to mi nie smakuje - stwierdziła, 

zdecydowanym ruchem odkładając widelec na bok. 

Matt był wyraźnie zawiedziony jej reakcją i nie umiał 

tego ukryć. Mo trochę się zaniepokoiła. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Czy coś się stało? - spytała. 
-  Nie, tylko Kay i ja... - zamilkł nagle. - Nieważne 

- dodał. 

Mo delikatnie dotknęła jego dłoni. 
-  Przykro mi, Matt. Rozumiem, że bardzo za nią 

tęsknisz. 

-  Nie o to chodzi - odparł szczerze. - Tyle że oboje 

docenialiśmy rozkosze podniebienia. W sprawach kuchni 
świetnie się rozumieliśmy. 

To jedno nas łączyło, dodał w myślach. Podczas po- 

siłków umieliśmy z zapałem dyskutować o wyszukanych 
potrawach. Poza tym raczej panowała między nami 
cisza... 

-  Zajęcie Kay również związane było z kuchnią - wy- 

jaśnił. - A czym ty się zajmujesz? - zmienił temat. 

-  Och, już ci wspominałam, że nie mam żadnego kon- 

kretnego zawodu. Pracowałam od czasu skończenia szko- 
ły średniej, ale imałam się różnych zajęć. Kim to ja nie 
byłam: kelnerką, kierowcą szkolnego autobusu, hostessą, 
pomocnicą domokrążnego ostrzyciela noży, piekłam też 
obarzanki, zbierałam jagody i prowadziłam pokazy kos- 
metyczne. Pracowałam również jako sekretarka w róż- 
nych agencjach. Co prawda niezbyt dobrze piszę na ma- 
szynie, ale w załatwianiu spraw przez telefon jestem bez- 
konkurencyjna. 

-  Wielki Boże! - zawołał Matt. 
-  Długa lista, prawda? W dodatku jeszcze się uczyłam. 

Mam zaliczone dwa lata socjologii w college'u i kilka 
seminariów z różnych dziedzin, które mnie akurat intere- 
sowały. Gdyby istniał tytuł magistra dyletanctwa, na pew- 
no bez trudu bym go zdobyła. 

-  Nigdy nie zamierzałaś skończyć studiów? 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Nie, w każdym razie jeszcze nie teraz. Życie przede 

mną, a świat jest taki ciekawy. Nie warto skupiać się na 
jednym. 

Ostatnie stwierdzenie zaniepokoiło Matta, choć nie bar- 

dzo wiedział, dlaczego. 

-  Zastanawiam się, czy to nie był błąd - nagle usłyszał 

słowa Mo. Zdał sobie sprawę, że znowu błądził gdzieś 
myślami. 

-  O co ci chodzi? - spytał ostrożnie. 
-  O to, że jesteśmy tu razem. O całą tę historię. 
-  Sądzę jedynie, że musimy przyzwyczaić się do sie- 

bie. Dlaczego uważasz, że popełniliśmy błąd? 

-  Cierpisz po utracie bliskiej osoby, a ja nie jestem 

odpowiednim kompanem, by towarzyszyć ci w tych wę- 
drówkach po restauracjach. A poza tym... - Mo zamilkła 
niespodziewanie. - Ach, mniejsza z tym. 

-  Co „poza tym"? Nie znoszę, kiedy ktoś nie kończy 

zdania. Powiedz mi, o co ci chodzi. 

-  Widzisz... - Mo rozłożyła ręce. - Jestem impulsyw- 

na, czasem nadpobudliwa, a ty... Przez cały czas zacho- 
wujesz się z rezerwą. Jesteś spięty. Oczywiście z wyjąt- 
kiem tych chwil, kiedy... - Mo znowu zamilkła w poło- 
wie zdania. 

-  Kiedy co? - nalegał Matt. 
-  Kiedy jesz - odparła, śmiejąc się z zakłopotaniem. 
- Obserwowałam cię, jak unosiłeś widelec do ust, przy- 

mykałeś oczy i rozpoczynałeś rytuał. Widać było, że roz- 
koszujesz się każdym kęsem, smakujesz go powoli, prze- 
łykasz, uśmiechając się błogo. Wydało mi się to takie... 
- Mo po raz kolejny nie dokończyła zdania, a na jej poli- 
czki wypłynął delikatny rumieniec. 

-  Zmysłowe? - upewnił się Matt. 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Masz rację, to właściwe określenie - przyznała 

Mo. 

-  Dawno temu zrozumiałem, że celem posiłku nie jest 

tylko zaspokojenie głodu, lecz także delektowanie się sma- 
kiem i aromatem potraw. Mówią, że to jedno z najbardziej 
zmysłowych doświadczeń. 

-  Dla ciebie na pewno. 
-  Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś i ty zaznała roz- 

koszy podniebienia. Nie powinnaś tylko jeść tyle chleba, 
bo to ci później odbiera cały apetyt. 

Mo na chwilę zamknęła oczy. Poruszała ustami, jakby 

liczyła w myślach do dziesięciu, byle tylko nie wybuchnąć 
gniewem. Czyżbym ją obraził? zdziwił się Matt. Jak ona 
cudownie marszczy brwi, pomyślał. Do tej pory żadna 
kobieta nie wydała mu się tak bezpretensjonalna, pełna 
energii i radości życia. Wpatrywał się w Mo i nagle zapra- 
gnął ją do siebie przytulić. 

-  Obraziłem cię? - spytał. 
-  Nie, choć przez moment rzeczywiście czułam się 

urażona. Zrozumiałam jednak, że nie chciałeś sprawić mi 
przykrości. Po prostu mamy odmienne potrzeby i upodo- 
bania kulinarne. Nie podzielam twojej pasji. Dla mnie 
jedzenie służy głównie zaspokajaniu głodu. Kiedy czasem 
mam chęć na coś słodkiego, wpadam do Dunkin' Donuts 
i pochłaniam kilka pączków. 

-  Co za okropny zwyczaj! - zawołał ze zgrozą Matt. 
-  Tolerancja nie jest twoją zaletą. 
-  Gniewasz się na mnie? 
-  Raczej jest mi przykro. Nie mam ochoty siedzieć tu 

i przepraszać za swoje upodobania. Czyżbym do końca 
podróży miała żyć z poczuciem winy? 
    -  Nie takie były intencje moich wypowiedzi, Mo. Trudno 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

mi tylko zrozumieć, że ktoś może obojętnie traktować 
dziedzinę, która dla mnie stanowi prawdziwą pasję. 

Mo zastanawiała się przez chwilę, co odpowiedzieć 

Mattowi. 

-  Czy lubisz rap? - spytała. 
-  Nieszczególnie, choć, prawdę mówiąc, niewiele 

o nim wiem. 

-  Naprawdę? Jak można nie znać tak fascynującej mu- 

zyki? 

-  Rozumiem, że kpisz sobie ze mnie, ale czy to w ogó- 

le można porównywać? Wykwintne jedzenie i - Matt zro- 
bił lekceważący gest dłonią - jakieś uliczne piosenki? 

-  Przecież w obu przypadkach mówimy o zmysłowym 

przeżyciu, tyle że jednego doznajemy za sprawą smaku, 
a drugiego za sprawą słuchu. 

-  Masz rację. 
-  Wyobraź więc sobie, że proszę cię, abyś poszedł ze 

mną na koncert. I nie tylko był na nim obecny, ale również 
zachwycał się rapem. 

Matt popatrzył na nią z niedowierzaniem. 
-  Ja miałbym się zachwycać czymś takim? 
-  A to jest właśnie moja pasja. W czym jest gorsza od 

twojej? Czyżbyś był snobem? 

-  Sam nie wiem. A ty jak sądzisz? 
-  Trochę jesteś. - Mo uśmiechnęła się niepewnie. - 

Przepraszam, może za bardzo się na tobie wyżywam. 

-  Wszystko w porządku, Mo. Nie ty pierwsza nazwa- 

łaś mnie snobem. Obiecuję, że postaram się być bardziej 
tolerancyjny. Kiedy następnym razem wsiądę na mojego 
konika, masz prawo mnie z niego ściągnąć. 

-  Serio? 
-  Daję ci słowo. 
 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Mo natychmiast zapomniała o wszelkich urazach. 
-  Jesteś wspaniały! - zawołała spontanicznie. 

Matt zachichotał. 

-  Nareszcie jakieś dobre słowo na mój temat. 
-  Naprawdę świetnie się czuję w twoim towarzystwie. 
- Bardzo się cieszę. Proponuję pewną umowę: posta- 

ram się trochę mniej mówić o jedzeniu, a w zamian ty nie 
weźmiesz mnie na rapowy koncert. Zgoda? 

Reszta kolacji upłynęła im w przyjaznej atmosferze. 

Mart oczywiście starał się namówić Mo, by skosztowała 
jakiejś kolejnej potrawy, ale nie nalegał, kiedy stanowczo 
odmawiała. Na koniec więc, żeby zrobić mu przyjemność, 
spróbowała dania o tajemniczej nazwie kheer. Po degusta- 
cji oświadczyła, że ów kheer przypomina jej w smaku 
ryżowy pudding. Matt wyjaśnił, że to właśnie jest pudding. 

-  Czemu więc tak dziwacznie się nazywa? - spytała 

Mo, zabawnie marszcząc nos, i roześmiała się głośno. 

Po kolacji zdecydowali się pójść na przechadzkę, gdyż 

chcieli jeszcze trochę porozmawiać. Wieczór był dość 
chłodny, w powietrzu unosił się miły zapach świeżości. 
Kiedy siedzieli w restauracji, trochę padało, więc teraz 
kolorowe światła ulicznych neonów Soho odbijały się 
w wilgotnych trotuarach. 

Mo opowiadała Mattowi o blaskach i cieniach posiadania 

licznej rodziny. Mart nie miał takich doświadczeń jak ona. 

-  Przeważnie byłem jedynakiem - wyznał. 
Mo nie zrozumiała, więc wyjaśnił jej, że jego matka mia-

ła hobby, polegające na wielokrotnym wychodzeniu za mąż. 

-  Czasem zatem trafiał mi się przybrany brat lub sio- 

stra, ale nigdy na długo - powiedział z ironią w głosie. 

-  Miałeś smutne dzieciństwo. - Mo patrzyła na niego 

ze współczuciem. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Z pewnością się nie nudziłem. Dużo podróżowali- 

śmy. Mieszkałem w trzech różnych krajach. Zanim skoń- 
czyłem podstawówkę, siedem razy zmieniałem szkołę. 

-  Może to i było ciekawe, ale na pewno trudne do 

zniesienia dla dziecka. 

Nie tylko trudne, lecz często także bolesne. Matt nigdy 

nie rozmawiał z nikim o swoim dzieciństwie, nie zamie- 
rzał więc robić tego i teraz, mimo iż miał w Mo wdzięczną 
słuchaczkę. Przez chwilę poczuł pokusę, żeby się jej zwie- 
rzyć, więc czym prędzej zmienił temat. 

-  Jesteś zmęczona? - spytał. 
-  No pewnie! 
-  Musimy porządnie się wyspać i jutro rano będziemy 

jak nowo narodzeni. Proponuję, żebyśmy poszli teraz do 
hotelu. Powinienem zadzwonić do kilku osób w Stanach 
i porobić trochę notatek do książki. 

-  No to idź. Zobaczymy się później. Zamierzam jesz- 

cze poznać Londyn nocą. 

-  Jutro pójdę z tobą, dokądkolwiek zechcesz. Samotne 

wędrówki po obcym mieście o tej porze mogą być niebez- 
pieczne. 

-  Trudno. Muszę zobaczyć Tamizę w świetle księżyca 

i nic mnie przed tym nie powstrzyma. 

Mo zdecydowanym krokiem pomaszerowała przed sie- 

bie, zostawiając Matta stojącego na środku chodnika. Zo- 
baczył jeszcze, że zatrzymała taksówkę, po czym wsiadła 
do niej i pojechała w nieznane. Naprawdę nie zamierzam 
jej gonić, powtórzył sobie kilka razy. 

 
Nieśmiałe pukanie do drzwi sprawiło, że Matt wstał z ka- 

napy, włożył szlafrok i poszedł sprawdzić, kto go niepokoi 
o tej porze. W progu stała Mo z bardzo skruszoną miną. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Przepraszam, zapomniałam wziąć klucz - wyszepta- 

ła. - Nie chciałam prosić recepcjonisty o zapasowy, bo co 
by sobie pomyślał? Przecież wie, że jesteśmy parą nowo- 
żeńców. 

-  Nic się nie stało - mruknął Matt i wpuścił ją do 

środka. 

-  Wiesz, byłam w pewnym pubie, który mógłbyś opisać 

w swojej książce - zaczęła opowiadać. - Jest tam kącik dla 
nowożeńców, ozdobiony białymi wstążeczkami, gdzie sa- 
dzają młode pary. Każdy, kto przechodzi koło świeżo poślu- 
bionych małżonków, wznosi za nich toast i stawia im drinka. 
Całkiem miły zwyczaj. Dobranoc, Matt. 

Mo przeszła do sypialni i dokładnie zamknęła za sobą 

drzwi. Po niedługim czasie Matt znowu usłyszał delikatne 
pukanie. Mo stanęła w progu saloniku. Miała na sobie to 
jedwabne kimono, które tak miękko przylegało do jej po- 
nętnych kształtów. Matt jęknął cicho. Ogarnęło go nie 
chciane pożądanie. 

-  Dziękuję ci - usłyszał szept Mo. 
-  Za co? 
-  Za najpiękniejszy dzień w moim życiu. Należą ci się 

przeprosiny. Nie powinnam była sama wypuszczać się 
nocą na miasto. 

-  Co się stało? - Matt natychmiast usiadł wyprostowa- 

ny na kanapie i z niepokojem popatrzył na Mo. 

-  Na szczęście nic złego. Spotkała mnie jednak niezbyt 

miła przygoda. Trochę tańczyłam, wypiwszy przedtem jakieś 
wstrętne grzane piwo, no i pośliznęłam się na mokrej podło- 
dze. Jakiś facet w stroju motocyklisty podtrzymał mnie, bym 
nie upadła, a potem nachalnie przyczepił się do mnie. Nie 
zważał na to, że odrzucałam jego awanse. Nawet obrączka 
na moim palcu go nie zniechęciła. Zaczynało być naprawdę 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

nieprzyjemnie, ale na szczęście przyszedł mi z pomocą 
inny gość, Mick. Mówił piękną londyńską gwarą. Wiesz, 
chyba nauczyłam się kilku dosadnych przekleństw. Mój 
wybawca pogadał chwilę z natrętem i tamten zmył się jak 
niepyszny. Okazało się, że Mick jest taksówkarzem. Przy- 
wiózł mnie do hotelu. Nie miałam funtów, ale Mick zgo- 
dził się przyjąć dolary. Naprawdę był bardzo miły. Po- 
chwalił się, że ma ośmioro dzieci, a jedna z jego córek 
nosi imię Maureen, tak jak ja. Tym razem więc moja 
przygoda szczęśliwie się skończyła. Ale, jak powiedziałam 
na wstępie, miałeś rację, że nie powinnam sama włóczyć 
się nocą po mieście. Już nigdy tego nie zrobię. 

Mo odwróciła się i zniknęła w sypialni, ponownie za- 

mykając za sobą drzwi. 

Matt długo patrzył na miejsce, gdzie jeszcze przed 

chwilą stała. Potem położył się i próbował, z miernym 
zresztą skutkiem, wybrać taką pozycję ciała, która pozwo- 
liłaby mu jakoś dotrwać do rana na tym przykrótkim, 
niewygodnym meblu. Jutro musi poprosić o jakąś porząd- 
ną dostawkę. Wytłumaczy to chorobą albo wymyśli jakiś 
inny wiarygodny pretekst. 

Był całkowicie wyczerpany po męczącej podróży 

i dniu pełnym wrażeń. Niepokój o Mo nie pozwolił mu do 
tej pory zmrużyć oka. Teraz, kiedy wróciła, uspokoił się, 
ale nie czuł się bardziej odprężony. Nigdy dotąd nie dbał 
o nikogo; prawdę mówiąc, inni ludzie od dawna niewiele 
go obchodzili. Skąd więc ta nagła troska o dopiero co 
poznaną kobietę? Sam był zdziwiony swoją reakcją. 

Wolałby, żeby Mo nie zajmowała tyle miejsca w jego 

myślach. Zachowywała się przecież zbyt impulsywnie, nie 
umiała docenić wykwintnej kuchni... Dlaczego więc był 
nią tak oczarowany? 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Matt nie chciał bez przerwy myśleć o tym, że Mo jest 

w pobliżu, jednak wspólny apartament sprawił, iż było to 
niemożliwe. Co prawda spali w różnych pokojach, ale 
dzielili ubikację i łazienkę, więc, chcąc nie chcąc, co i rusz 
wpadali na siebie. Kiedy Matt wszedł do łazienki, gdzie 
przed chwilą Mo brała prysznic, natychmiast otoczył go 
jej zapach. Woń dziecięcego pudru pomieszana z aroma- 
tem cytryny drażniła mu nozdrza, doprowadzała do zawro- 
tu głowy. Zrezygnował nawet z gorącej kąpieli na rzecz 
lodowatego strumienia wody, byle tylko ostudzić rozpalo- 
ne zmysły. 

Śniadanie zjedli w hotelowej jadalni. Mo wyglądała 

świeżo i rześko w uroczej, sięgającej do połowy ud czer- 
wonej sukience, ozdobionej koronkami przy dekolcie. Ten 
strój doskonale podkreślał jej wspaniałe kształty, czego 
Matt, oczywiście, nie omieszkał zauważyć. 

Mo oznajmiła głośno, że umiera z głodu, i z zapałem 

zabrała się do konsumowania obfitego angielskiego śnia- 
dania. Matt po wczorajszej kolacji ciągle czuł się najedzo- 
ny, więc zadowolił się filiżanką kawy i grzanką. Tymcza- 
sem Mo pochłaniała jajka, smażone ziemniaki, bułki 
i marmoladę. Wzgardziła jedynie wędzoną rybą. Przez ca- 
ły czas radośnie paplała o wszystkim i o niczym. 

Matt obserwował ją uważniej zafascynowany jej wital- 

nością. Jadła tak samo zachłannie, jak żyła. W pewnym 

 
 

R

 S

background image

 

momencie wysunęła koniuszek języka, by zlizać pozostałą 
w kąciku ust marmoladę. Matt zapragnął scałować z jej 
warg resztki tej słodyczy. 

Okazja do pocałunku nadarzyła się później. Mieli już 

za sobą wycieczkę statkiem po Tamizie, zwiedzanie wielu 
godnych uwagi zakątków miasta, gdy w końcu dotarli do 
Regent's Park, gdzie Matt umówiony był z kolejnym fo- 
tografem. Podziwiali akurat wielobarwne różane klomby, 
kiedy zbliżył się do nich niewysoki, szczupły mężczyzna 
w spodniach w kratkę i miękkim kapeluszu z opuszczo- 
nym rondem. 

-  Czy mam przyjemność z panem Viningiem? - spytał 

Matta wysokim głosem, w którym pobrzmiewał pół- 
nocnobrytyjski akcent. - Nazywam się Simon Starkey. 
Mam zrobić państwu kilka zdjęć. 

Matt uścisnął mu rękę. 
-  Kochanie, to jest właśnie pan Simon - powiedział do 

Mo, obejmując ją władczym gestem świeżo poślubionego 
małżonka. - Czy mamy ustawić się na tle różanych krze- 
wów? - zwrócił się do fotografa. Opuszkami palców mu- 
skał nagrzane słońcem, odkryte ramiona Mo. 

-  Nie musicie mi pozować. Przez chwilę będę wam 

towarzyszył podczas spaceru i wtedy zrobię kilka zdjęć 
- odparł Simon. 

-  Chodźmy zatem do zoo! - zawołała Mo. - Kiedyś 

widziałam w telewizji to miejsce, gdzie jest mnóstwo 
ptaków! 

-  Znakomity pomysł, pani Vining - poparł ją fotograf. 

Matt i Mo ruszyli w stronę północnego krańca parku, a Simon 
biegał wokół nich, co i rusz naciskając spust migawki. W zoo 
mijali skupiska najróżniejszych gatunków zwierząt. Mo za-
chwycała się, że nie przebywają w klatkach, lecz są odro- 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

dzone od zwiedzających głębokimi fosami. Nie mniejszy za-
chwyt niż widok zwierząt wzbudzał w niej dotyk dłoni Matta; 
pragnęła, aby jego ręka pozostała na jej ramieniu jak najdłu-
żej. 

Ptaszarnia wywarła na Mo ogromne wrażenie. Z szero- 

ko otwartymi oczami wpatrywała się w trzepoczące 
skrzydłami setki różnokolorowych ptaków, które fruwały 
w środku olbrzymiej, pokrytej siatką konstrukcji o dziw- 
nym kształcie. Ptaszarnia górowała ponad najbardziej oka- 
załymi drzewami; przez jej ażurowe sklepienie widać było 
skrawki błękitnego nieba. 

-  Prawdziwy ptasi raj! - Mo zaśmiała się radośnie. 
-  Tak jest, proszę pani. - Simon zrobił kolejne zdjęcie. 

- Stańcie teraz na tle tego krzaka obsypanego żółtymi 
kwiatami - poprosił. 

-  Zgadzasz się, moja damo? - spytał Matt. Mo zamie- 

rzała odpowiedzieć mu podobnie żartobliwym tonem, lecz 
nagle zamarła. Dostrzegła spojrzenie, jakim Matt wpatrywał 
się w jej usta. Był w nim głód i ledwo skrywane pożądanie. 

Mo nerwowo przełknęła ślinę. Zrozumiała, że pragnie 

tego samego, co on. 

-  Tak, stańmy przy tym krzaku - odparła przez ściś- 

nięte gardło. 

-  Może byście się państwo teraz pocałowali? - zapro- 

ponował Simon, kiedy Matt i Mo odwrócili się do niego 
twarzami. 

Matt niemal przestał oddychać, wpatrując się w zaru- 

mienione policzki Mo. Jak ona świetnie do mnie pasuje, 
pomyślał, mocniej przytulając ją do siebie. Drugą ręką 
odgarnął niesforny loczek z jej czoła. 

To była zbyt delikatna pieszczota. Pragnął o wiele 

więcej. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Przesunął kciukiem po aksamitnie gładkim policzku 

Mo, potem obwiódł nim jej pełne wargi. 

-  C.. .co ty robisz? - wyszeptała. 
-  Ścieram resztki marmolady. 
Matt pochylił się i polizał językiem kącik jej ust. 
-  Teraz już lepiej - oświadczył. 
Boże, co ja wyrabiam! zreflektował się po chwili. Tak 

się zachowywać w publicznym miejscu! 

Co gorsza, było mu wszystko jedno, czy ktoś im się 

przygląda, czy nie. Wiedział tylko, że natychmiast musi 
pocałować tę kobietę. 

Miała takie gorące, ponętne wargi. Matt wpił się w nie 

mocno, czując, jak drżą pod wpływem jego pieszczoty. 
Trwali złączeni tak długo, dopóki głos fotografa nie przy- 
wrócił ich do rzeczywistości. 

-  Wystarczy, bo się udusicie! - zarechotał Simon. - 

Zdjęcie będzie na medal! 

Matt niechętnie odsunął się od Mo. Patrzyła na niego 

zmrużonymi oczami, oszołomiona nie mniej niż on. Jak 
ten mężczyzna umie całować, pomyślała. 

-  Dziękuję za sesję. - Fotograf dotknął ronda kapelu- 

sza. - Żegnam i życzę wam udanego miodowego miesią- 
ca. Chociaż od razu widać, że jest udany! - Chichocząc 
lubieżnie, Simon oddalił się alejką. 

Matt i Mo patrzyli w ślad za nim. Dwie zielonkawe 

papugi, skrzecząc głośno, przefrunęły na wyższą gałąź. 

-  Niezłe miejsce, prawda? - odezwała się Mo. Rozglą- 

dała się dookoła, starannie omijając wzrokiem Matta. 

Położył jej dłoń na ramieniu; ten niewinny dotyk naty- 

chmiast przeszył ją dreszczem. 

-  Musimy porozmawiać, Mo - powiedział. - Coś się 

między nami zaczęło i... 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Nie! - Mo strząsnęła jego dłoń ze swojego ramienia 

i odważyła się spojrzeć mu w oczy. - Proszę cię, przestań. 
Nie chcę być namiastką Kay. 

-  Chyba żartujesz? - zdziwił się Matt. 
-  Skądże, ja... 
Nie dane jej było dokończyć to zdanie. Jakieś ogromne, 

czarne ptaszysko śmignęło między nimi, tak że musieli 
odskoczyć od siebie. Potem ptak przysiadł wysoko na 
gałęzi i... na środku piersi Matta pojawiła się duża, po- 
większająca się z każdą chwilą ciemnozielona plama. Mo 
szybko zasłoniła usta dłonią, by nie wybuchnąć głośnym 
śmiechem. 

Matt najpierw się zdziwił, po czym zrobił obrażoną 

minę i wpadł w złość. Sięgnął do kieszeni po chusteczkę, 
którą starł z koszuli „prezent" od niesfornego ptaka. 
Ostrzegawczo popatrzył na Mo. Ani się waż roześmiać, 
mówiły jego oczy. 

Mo naprawdę bardzo się starała zachować powagę, ale 

w pewnym momencie już nie wytrzymała. Mattowi za- 
drgały kąciki ust i po chwili on także naśmiewał się ze swojej 
przygody. Chyba nigdy dotąd nie był tak odprężony. 

-  Uciekajmy stąd - zaproponował między kolejny- 

mi salwami śmiechu - zanim otrzymam następny dowód 
uznania od ptasiego rodu. 

W przyjaznym milczeniu ruszyli przed siebie do wy- 

jścia z parku. 

-  Nie dokończyliśmy naszej rozmowy - przypomniał 

w pewnym momencie Matt. 

-  Nie szkodzi - zbyła go Mo. 
-  Mylisz się. Zapewniam cię solennie, że nie jesteś dla 

mnie namiastką żadnej innej kobiety, a zwłaszcza Kay. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Wszyscy tak mówią. 
-  Co takiego? Że nie jesteś namiastką Kay? 
-  Przecież wiesz, co mam na myśli. Wszyscy męż- 

czyźni zachowują się tak samo. Kiedy pragną jakiejś ko- 
biety, zaklinają się, że dawno zapomnieli o żonie czy po- 
przedniej dziewczynie. Potem dostają to, czego chcieli, 
i tyle ich widać, a łatwowierna kobieta zostaje ze złama- 
nym sercem. 

-  Czyżby wiele razy spotkał cię podobny zawód? 
-  Raz wystarczy. 
Mo naprawdę przestraszyła się swojej reakcji na poca- 

łunki Matta. Żaden mężczyzna dotąd nie wywarł na niej 
tak silnego wrażenia. W trosce o własne bezpieczeństwo 
postanowiła nie dopuścić, by scena z parku kiedykolwiek 
się powtórzyła. 

-  Jaki dzień tygodnia dziś mamy? - spytała. - Ponie- 

działek? 

-  Wtorek. 
-  Niech będzie wtorek. Dwa dni temu twoja narzeczo- 

na zerwała zaręczyny... 

-  Trzy dni temu - poprawił Matt. Spojrzał na chuste- 

czkę, którą dotąd trzymał w dłoni, i cisnął ją do najbliż- 
szego kosza na śmieci. 

Mo zagryzła wargę, by powstrzymać kolejny wybuch 

śmiechu. Naprawdę chciała zachować powagę, ale Matt 
wyglądał tak rozbrajająco, kiedy doznawał uszczerbku 
swojej godności... 

-  Masz rację. - Mo usiadła na parkowej ławce i popa- 

trzyła mu prosto w oczy. - Trzy dni temu musiałeś odwo- 
łać ceremonię ślubną i prosić nieznajomą kobietę, by uda- 
wała twoją żonę oraz towarzyszyła ci w podróży poślub- 
nej. Rozumiesz? Miałam przypominać Kay, ale nie... 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Długo zamierzasz powtarzać podobne bzdury? - 

Matt ze znużeniem zajął miejsce na ławce obok Mo. 

-  Ciągle przeżywasz zawód i dlatego nie potrafisz 

obiektywnie ocenić obecnej sytuacji. Sam nie wiesz, czy 
jestem namiastką, marzeniem... 

-  Z całą pewnością marzeniem. - Matt niedbałym ge- 

stem położył rękę na oparciu ławki, niemal dotykając ra- 
mienia Mo. 

-  Mówię poważnie. Zastanów się przez chwilę. Wtedy 

z pewnością przyznasz mi rację. 

-  Ja także jestem śmiertelnie poważny i po raz pier- 

wszy w życiu nie mam ochoty nad niczym się zastana- 
wiać. Co sądzisz o tym... - od niechcenia wodził palcem 
po wrażliwej skórze Mo, która aż wiła się pod wpływem 
tego dotyku - by zmienić nieco warunki umowy? Chodzi 
mi o punkt dotyczący platonicznego charakteru naszego 
związku. 

Mo strąciła z ramienia dłoń Matta. 
-  Daj spokój - powiedziała. 
-  Naprawdę żywisz do mnie wyłącznie platoniczne 

uczucia? 

Tym razem Matt ujął dłoń Mo i położył ją na swoim 

policzku. Poczuła, że palce pieką ją żywym ogniem. Cie- 
mnobrązowe oczy patrzyły na nią tak intensywnie, jakby 
chciały ją wciągnąć w swoją głębię. Ten mężczyzna ma 
jakąś czarodziejską moc, pomyślała oszołomiona dziew- 
czyna. 

-  Chcesz mnie przekonać, że tylko ja czuję tę siłę, która 

nas ku sobie ciągnie? - dopytywał się z uporem. 

Mo nie lubiła kłamać i starała się tego nie robić. Czy 

mogła jednak powiedzieć wprost siedzącemu obok niej 
mężczyźnie, że niemal od początku ich znajomości czuje 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

do niego silny pociąg fizyczny? Jeszcze nie była gotowa 
na takie wyznanie. 

-  Przyznaję, jesteś bardzo przystojny i znakomicie cału- 

jesz, jak prawdziwy mistrz, ale nie pragnę od ciebie niczego 
więcej niż przyjaźni - odparła, siląc się na lekki ton. 

Minęła dość długa chwila, nim Matt się odezwał. 
-  Chyba zauważyłaś, że w tym momencie nie myślę 

o przyjaźni - powiedział z ironią. 

Tego dnia Matt ubrany był w obcisłe dżinsy. To, co uwy- 

puklały, przekonywało bardziej niż wszelkie jego słowa. Na 
ten widok krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach Mo. 

-  Ach, ci mężczyźni. Tylko jedno wam w głowie - 

mruknęła. 

-  Czyżby kobiety nie odczuwały pożądania? - spytał 

prowokacyjnie Matt. 

-  Oczywiście, ale... - Zrozumiała, że szybko musi so- 

bie poradzić z nową sytuacją. - Posłuchaj, przyszedł mi 
do głowy świetny pomysł. Co sądzisz o tym, żebym cię 
zostawiła? 

-  I wróciła do hotelu? 
-  Nie, wyjechała z Anglii. Mogłabym wziąć bilety 

i udać się stąd prosto na Węgry. W końcu dlatego zgodzi- 
łam się na tę podróż, żeby spotkać nad Dunajem mężczy- 
znę o srebrzystych oczach. Kiedy zaś przestanę cię dener- 
wować, będziesz mógł spokojnie zbierać materiały do 
swojej książki. 

Nim przebrzmiały ostatnie słowa, Mo zakryła dłonią 

usta. 

-  Przepraszam, Matt. Nigdzie nie pojadę. Przecież 

zgodziłam się przez cały czas wycieczki udawać twoją 
żonę. Dotrzymam obietnicy, ale musimy skończyć te roz- 
mowy o seksie! 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Matt nie bardzo rozumiał, co się dzieje. Nie był zaro- 

zumiały, ale, prawdę mówiąc, nigdy dotąd żadna kobieta, 
na którą zwrócił uwagę, nie odmówiła mu swoich wzglę- 
dów. Zwłaszcza wtedy, jeśli była nim równie zaintereso- 
wana jak on nią. Nie miał zaś wątpliwości, że Mo podziela 
jego uczucia. Dlaczego więc tak gorliwie im zaprzeczała? 

Zdążył się już jednak przyzwyczaić, że nie sposób było 

przewidzieć, jak się zachowa w danej chwili. Była najbar- 
dziej zadziwiającą kobietą na całym świecie. I w dobrym, 
i w złym znaczeniu tego słowa. 

Matt postanowił opanować targające nim emocje i roz- 

ważyć wszystko spokojnie. - Dość tych zachowań ogłupia- 
łego zalotnika. Przecież on, Matt Vining, nawet nie wie- 
rzył w żadne uczucia. 

-  Mo, wcale mnie nie denerwujesz - zaczął niepewnie, 

po czym kontynuował bardziej zdecydowanym tonem: 
- Naprawdę zależy mi na tym, by napisać wspaniałą książ- 
kę, która stanie się milowym krokiem w mojej karierze. 
Jestem dojrzałym mężczyzną i umiem kontrolować swoje 
odruchy, nie musisz się więc niczego obawiać. Poza tym 
być może masz rację, że nie pogodziłem się jeszcze z ode- 
jściem Kay. Obiecuję więc, że będziemy tylko i wyłącznie 
przyjaciółmi. 

Mo z wahaniem uścisnęła wyciągniętą ku niej dłoń, po 

czym uśmiechnęła się lekko. 

-  Znowu to zrobiłeś - powiedziała zagadkowo. 
-  Co takiego? - zdziwił się Matt. 
-  Wysłuchałeś mnie, rozważyłeś moje słowa. To napra- 

wdę godne podziwu. 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Następnego dnia wsiedli na prom, który miał ich 

zawieźć do Calais. Dla Mo podróż przez kanał La Manche 
była ogromnym przeżyciem. Podekscytowana jak dziec- 
ko, z zamkniętymi oczami i głową odrzuconą do tyłu stała 
oparta o reling, pozwalając, by bryzgi słonej morskiej wo- 
dy omywały jej twarz. Matt przyglądał jej się z uśmie- 
chem. Po chwili otworzyła oczy i rozradowana zwróciła 
się do swojego towarzysza. 

-  Pozwolisz, że po raz kolejny podziękuję ci za tę 

wycieczkę? - spytała. 

-  Oczywiście, madame. 
-  A zatem merci. To jedno z trzech francuskich słów, 

które znam. Czy nie sądzisz, że prom jest najwolniejszym 
ze środków lokomocji, kursujących do Francji? Przecież 
jest tyle innych możliwości, żeby tam dotrzeć. Dlaczego 
wybrałeś taki staroświecki sposób podróżowania? 

-  To był pomysł Kay. Jej zdaniem w czasie miodowe- 

go miesiąca należy rozkoszować się każdą chwilą i zawsze 
podróżować w najbardziej romantyczny ze wszystkich 
możliwych sposobów. 

-  Rozumiem. 
Mo uśmiechnęła się do Matta i znów zaczęła patrzeć 

przed siebie. Wiatr rozwiewał jej włosy, które, rozświetlone 
promieniami słońca, wyglądały jak ruchliwe miedziane spi- 
ralki. 

 
 

R

 S

background image

 
Matt zastanawiał się nad warunkami umowy, którą 

wczoraj zawarli. Nie było mu łatwo trzymać ręce z dala 
od Mo, traktować ją wyłącznie po przyjacielsku. 

Mewy z głośnym krzykiem opadały na powierzchnię 

wody, porywały okruchy rzucane im przez pasażerów 
i trzepocząc skrzydłami, szybko unosiły się do góry. Mo 
przyglądała im się z wyraźną fascynacją. Wszystko ją inte- 
resowało; widać było, że po prostu cieszy się życiem. Matt 
z niechęcią odwrócił głowę w drugą stronę i zajął się ob- 
serwacją pierzastych białych obłoków. 

Pragnie wyłącznie przyjaźni? Zgoda, zostaną przyja- 

ciółmi. Paryż, miasto miłości, zamiast niedoszłych ko- 
chanków odwiedzi para fałszywych nowożeńców. Tak wi- 
dać miało być. 

 
Stolica Francji urzekła Mo. Tuż po zameldowaniu się 

w hotelu, który trzysta lat temu był siedzibą jakiegoś księ- 
cia czy hrabiego, Matt zabrał ją na spacer. 

Wędrowali szerokimi bulwarami, mijając parkowe ła- 

weczki, na których starsi panowie kurzyli papierosy i dys- 
kutowali o czymś zawzięcie. Mo i Matt z zachwytem 
wsłuchiwali się w gardłowe dźwięki ich mowy. Niemal na 
każdym rogu ulicy spotykali całujące się namiętnie pary 
zakochanych. Przechodzili przez ogrody i mosty, wdycha- 
jąc zapach Sekwany i delikatną woń kwitnących ka- 
sztanów. 

W pewnym momencie Mo poczuła głód i zażyczyła 

sobie zamiast typowego lunchu czegoś bardzo, bardzo 
słodkiego. Odwiedzili więc jedną z niezliczonych pary- 
skich kafejek w pobliżu potężnego Łuku Triumfalne- 
go. Usiedli przy ustawionym na chodniku niedużym sto- 
liku z marmurowym blatem. Mo poprosiła Matta, by za- 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

mówił dla niej coś niezbyt wyszukanego, byle było słod- 
kie i sycące. Matt uśmiechnął się tylko i w nienagannej 
francuszczyźnie poprosił o millefeuilles awe fruits rouges
Okazało się, że pod tą nazwą kryje się francuskie ciasto 
ze świeżymi malinami i truskawkami. Sam zdecydował się 
na biszkopty i kieliszek wina. 

Mo z rozkoszą malującą się na twarzy pochłonęła swo- 

ją porcję do ostatniego okruszka. 

-  To było niebiańskie - westchnęła. - Nigdy w Sta- 

nach nie jadłam czegoś tak pysznego. Co o tym sądzisz? 
Czy zaliczyłbyś to ciastko do najwyższej kategorii de- 
serów? 

Matt skończył robić jakąś notatkę w swoim notesiku. 
-  W skali od „dostateczny" do „znakomity" dałbym 

mu „bardzo dobry". 

-  Tylko bardzo dobry? - spytała rozczarowana Mo. 

- Nie wierzę, żeby cokolwiek mogło smakować lepiej. 

Matt obdarzył ją tym dobrze jej znanym uśmieszkiem 

wszechwiedzącego eksperta, który nauczyła się już trakto- 
wać z przymrużeniem oka. 

-  W małym miasteczku na południu Francji jest pewna 

cukierenka, która, jak głosi legenda, została założona 
przez aniołów - powiedział. - Nigdzie na świecie nie ma 
tak lekkich, puszystych ciast, świeżej śmietanki czy owo- 
ców. Podawane tam sorbety mogłyby się znaleźć na nie- 
biańskich stołach. Dla nich właśnie rezerwuję ocenę zna- 
komitą. 

Mo oparła łokcie o stół i z upodobaniem popatrzyła na 

swojego kompana. Jej zdaniem wyglądał dziś naprawdę 
wspaniale, w rdzawym bawełnianym swetrze z podwinię- 
tymi rękawami, brązowych spodniach i sportowych bu- 
tach w takim samym kolorze. Był starannie ogolony, jego 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
policzki pokrywała piękna opalenizna. Wydał jej się nie- 
bywale atrakcyjnym mężczyzną. 

Zastanawiała się, jak on to robi, że w każdej sytuacji 

wygląda tak świeżo i schludnie. Z wyjątkiem incydentu 
z ptakiem w londyńskim parku, jego ubranie było zawsze 
nieskazitelnie czyste, bez najmniejszej plamki czy fałdki. 

-  Jak ci się udaje tyle jeść i nie tyć? - spytała z zacie- 

kawieniem. 

Matt wzruszył ramionami. 
-  Mam dobrą przemianę materii. Poza tym nie co dzień 

pochłaniam tak potężne porcje, no i uprawiam gimnastykę. 

-  Naprawdę? - zdziwiła się Mo. - Jakoś nie wyobra- 

żam sobie ciebie w przepoconej bluzie. 

-  Dlaczego? 
-  Sama nie wiem. Może dlatego, że wyglądasz jak 

arystokrata. 

-Ja i arystokracja? - zachichotał Matt.--- Ale wymy- 

śliłaś! Kiedy mama poznała mojego tatę, była nieletnią 
kelnerką w koktąjlbarze. Jej drugi i czwarty mąż byli le- 
piej sytuowani niż pozostali, więc to chyba od nich prze- 
jąłem dobre maniery i sposób ubierania się. Jednakże 
szkołę skończyłem dzięki stypendiom. Podczas każdych 
wakacji musiałem pracować. Przykro mi zatem, źe cię 
rozczarowałem, ale w mojej rodzinie nie ma nikogo, kto 
mógłby się poszczycić arystokratycznym pochodzeniem. 

-  To nie do wiary! Byłam pewna, że należysz do sfery, 

w której duże pieniądze przechodzą z pokolenia na poko- 
lenie. Jak to się więc stało, że stałeś się znawcą wytwornej 
kuchni? 

-  Czwarty mąż mojej mamy, Henri Chartier, był Fran- 

cuzem. Jego rodzina prowadziła niewielką restauracyjkę 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

w Cherbourgu. Liczyła zaledwie cztery czy pięć stolików, 
ale Chartierowie serwowali tak wspaniałe dania, że każ- 
dego wieczoru goście czekali w kolejce na miejsce. 

Matt zamyślił się, przywołując w pamięci odległe 

wspomnienia. 

-  Spędziłem tam najmilsze chwile w moim życiu, 

wdychając aromatyczne zapachy, rozkoszując się ciepłem 
rozgrzanego pieca, dotykiem porysowanego drewnianego 
blatu. Pomieszczenie kuchenne nieustannie rozbrzmiewa- 
ło radosnym śmiechem. Henri i jego rodzina czerpali pra- 
wdziwą rozkosz z możliwości karmienia innych. Szybko 
zrozumiałem, że w przyszłości będę chciał się zajmować 
zawodowo właśnie żywieniem. Nie zmieniłem zdania na- 
wet wtedy, kiedy mama po raz piąty wyszła z mąż - dodał 
z ironią. 

Mo ze smutkiem wysłuchała tej historii. Biedny mały 

chłopiec, pomyślała, nawet nie zdawał sobie sprawy, że 
znalazł w atmosferze tamtej kuchni coś, za czym miał 
tęsknić przez całe życie. 

-  Fascynująca opowieść - oświadczyła. - A ty jesteś 

fascynującym człowiekiem - dodała. 

-  Naprawdę? - spytał Matt z lekkim rozbawieniem. 
-  Oczywiście. Patrząc na ciebie, trudno się domyślić, 

co skrywa twoje wnętrze. 

-  Całkiem przeciwnie niż u ciebie. Wszystkie twoje 

uczucia wypisane są na twarzy. Przed chwilą, na przykład, 
byłaś smutna, choć nie wiem, dlaczego. 

No tak. Matt był bardzo skryty i miał tak duży dystans 

również do samego siebie, że nawet mu przez myśl nie 
przeszło, iż ktokolwiek mógłby się przejąć jego historią. 
Mo nie powiedziała jednak tego na głos. 

- Uważasz mnie więc za aż tak nieskomplikowaną 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

osobę? - zaczęła droczyć się z Mattem. - A zawsze chcia- 
łam uchodzić za tajemniczą damę, której nikt nie potrafi 
rozszyfrować! - Roześmiała się głośno. 

-  Jesteś czytelna jak plakat - zachichotał Mart. 

- To strasznie nudne -skrzywiła się Mo. 

-  Nieprawda. - Matt spoważniał na moment. - Jesteś mi- 

ła, słodka, uprzejma i... - zawahał się - naprawdę kochana. 

Mo zadrżała, słysząc ostatnie słowa. Nie spodziewała 

się ich usłyszeć z ust Matta. Nawet się nie domyślał, jaką 
jej sprawił przyjemność. 

-  Dziękuję - mruknęła niepewnym tonem. 
-  Pora się zbierać, Paryż na nas czeka - oznajmił Matt, 

podając jej rękę. 

 
W pobliżu Jardin de Tuileries trafili na uliczny pokaz 

teatru kukiełkowego. Mo zaśmiewała się do łez wraz 
z dziećmi, które z wypiekami na policzkach wpatrywały 
się w prowizoryczną scenę. Jak miło przebywać tu w to- 
warzystwie Matta, kiedy w powietrzu nie unoszą się ero- 
tyczne fluidy, pomyślała. 

Matt był dziś wyraźnie mniej spięty, zachowywał się 

swobodnie. Przed chwilą kupił od ulicznej kwiaciarki 
czerwoną różę i z kurtuazyjnym ukłonem wręczył ją Mo. 
Podziękowała mu, wdzięcząc się przesadnie, po czym obo- 
je uśmiechnęli się, puszczając do siebie oko. 

Miałam rację, że powinniśmy być tylko przyjaciółmi, 

uznała. Dobrze, że Matt mnie posłuchał. Pewnie sam się 
śmieje na wspomnienie tego, jak jeszcze wczoraj reagował 
na moją obecność. Te ukradkowe spojrzenia, niepewne 
gesty... 

Bardzo dobrze, że to się skończyło. Naprawdę. 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
Tego wieczoru mieli zjeść kolację w cudownie położo- 

nej restauracji. Z jej tarasu widać było usytuowaną po 
drugiej stronie Sekwany wieżę Eiffla i dwa potężne pawi- 
lony Palais de Chaillot. Mo podziwiała opadające ku rzece 
ogrody, w których znajdowały się piękne fontanny, i z za- 
partym tchem obserwowała, jak strumienie wody z zapro- 
gramowaną częstotliwością tryskają w kierunku wieży. 
Sceneria wydawała się zaiste bajkowa. 

Od sąsiednich stolików dobiegały przyciszone odgłosy 

rozmowy, dolatywał zapach cygar i czosnku. Londyn bar- 
dzo się Mo spodobał, ale wszyscy mówili tam po angiel- 
sku, więc dopiero tutaj, w Paryżu, słuchając obcego dla 
niej języka, poczuła, że naprawdę jest w Europie. 

Tym razem postanowiła nie sprawić Mattowi zawodu 

i przynajmniej spróbować każdej z potraw, które on za- 
mówi. Okazało się, że trudno jej będzie dotrzymać danej 
samej sobie obietnicy. 

Kolację rozpoczęli od lampki wina. Matt szepnął coś 

do kelnera. Mo poprosiła, żeby przetłumaczył jej swoje 
słowa. Okazało się, że zabronił kelnerowi przynosić chleb, 
zanim inne dania pojawią się na stole. Mo uśmiechem 
zignorowała tę niezbyt subtelną aluzję. 

Matt zaproponował na przystawkę smażoną kaczą wą- 

tróbkę z grochem, świńskie nóżki w galarecie z gotowa- 
nymi ziemniakami, sardynki marynowane w tymianku 
i zapiekane bakłażany w pomidorowym sosie. 

Prawdę mówiąc, żadna z tych potraw nie wzbudziła 

entuzjazmu Mo, ale z westchnieniem przystała na wątrób- 
kę. Nikt nie zmusiłby jej do zjedzenia ryby, a bakłażanów 
nienawidziła. Za to wino było doskonałe. Mo popijała je, 
skubiąc od czasu do czasu po kawałku kaczego mięsa. 
Groch był dla niej zbyt mocno przyprawiony. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
Jako główne danie Matt wybrał filet z makreli z jakimś 

dziwnym dodatkiem o poetyckiej nazwie, pieczone gołąb- 
ki i kawałki jagnięciny. Na stole pojawiła się kolejna bu- 
telka wina, tym razem w innym gatunku. Jak to dobrze, 
że Matt nie musi sam za wszystko płacić, pomyślała Mo. 
Na taką elegancką kolację przeciętny śmiertelnik wydałby 
chyba całą swoją pensję. 

Cieszyła się, że włożyła dziś czarną krótką sukienkę 

ozdobioną paciorkami. Co prawda kreacja nie była nowa, 
ale wystarczająco elegancka, by można się było bez wsty- 
du pokazać w niej w wytwornej restauracji. 

Matt miał na sobie doskonale uszyty ciemnoszary gar- 

nitur, do tego jasnożółtą koszulę i srebrny krawat. Nieza- 
leżnie od tego, co mówił o swoim pochodzeniu, w żyłach 
któregoś z jego przodków musiała płynąć błękitna krew. 
Wyglądał naprawdę jak książę. 

Mo przypomniała sobie jednak, że nie dla Matta wy- 

brała się w tę podróż. Pragnęła przecież spotkać mężczy- 
znę o srebrzystych oczach, a tymczasem niemal całkiem 
o nim zapomniała. Ogarnęło ją lekkie poczucie winy. 

Zgodziła się skosztować potrawy z jagnięcia. Mięso 

wydało jej się zbyt surowe i nie dosolone. Oczywiście nie 
zamierzała tknąć ryby ani tym bardziej gołąbków. Tylko 
barbarzyńca mógłby pałaszować słodkie małe ptaszyny. 
Na szczęście kelner przyniósł także chleb, który okazał się 
znakomity. Odetchnęła z ulgą gdzieś tak w połowie posił- 
ku, kiedy pojawił się fotograf. Dzięki jego obecności nie 
musiała co chwila odpowiadać na jedno i to samo pytanie 
Matta: „No i jak ci smakuje?" 

Potem przyznała szczerze, że francuska kuchnia nie- 

zbyt jej przypadła do gustu, poza oczywiście smakowitym, 
gorącym pieczywem, no i deserem, który jadła zamiast 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

lunchu. Biedny Matt tylko pokiwał głową, ale jakoś po- 
godził się z jej opinią. 

Zaczęli jeść o zmierzchu, a kiedy kończyli posiłek, zro- 

biło się już całkiem ciemno. W oddali widać było światła 
pałacu i wieży Eiffla. Na stołach migotały w lekkich pod- 
muchach wiatru płomyki świec. Było tak romantycznie, 
że Mo przez chwilę poczuła żal, iż marnują cudowny 
wieczór, zachowując się jedynie jak przyjaciele. 

-  Kocham Paryż - powiedziała rozmarzonym tonem. 

- Oczywiście z wyjątkiem tutejszej kuchni - zastrzegła 
szybko. 

-  Za co więc wzniesiemy toast? - spytał Matt, kiedy 

kelner przyniósł im następną butelkę wina. - Może właś- 
nie za Paryż... z wyjątkiem francuskiej kuchni? 

Mo nie miała nic przeciwko temu, żeby za to wypić. 

Za to i wiele innych rzeczy. Prawdę mówiąc, była już 
nieźle wstawiona. W ciągu czterech godzin opróżnili prze- 
cież kilka butelek wina. 

-  Wypijmy za skrytki pocztowe - zachichotała, uno- 

sząc w górę kieliszek na wysokiej nóżce. 

-  Za skrytki. I za... przyjaźń — dodał Matt. 
Mo była na tyle odurzona, że nie umiała ocenić, czy 

ostatnie zdanie powiedział z ironią, czy też poważnie. 

-  Zgoda. Za starą, dobrą przyjaźń - poparła jego toast. 
-  A teraz, stara, dobra przyjaciółko, proponuję powrót 

do hotelu. 

 
Pół godziny później stali już w windzie, która wiozła 

ich na górę do wynajętego apartamentu. Mo zauważyła, 
że dwie wystrzałowo ubrane kobiety zerkają z uznaniem 
na Matta. Potem jedna z nich szepnęła coś drugiej do ucha 
i obie roześmiały się zmysłowo. Matt popatrzył na nie 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

z zainteresowaniem, co wzbudziło gwałtowną, nieoczeki- 
waną zazdrość Mo. Chciała głośno zaprotestować, poka- 
zać obu paniom dłoń przyozdobioną obrączką i krzyknąć, 
żeby trzymały się z dala od tego mężczyzny, bo on należy 
do niej. 

Oczywiście skłamałaby. 
Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się irracjonalnie. 

Złożyła to na karb nadmiernej ilości wypitego alkoholu. 
Matt miał prawo flirtować, a nawet romansować z każdą 
kobietą, z którą miałby ochotę to robić, a jej nic do tego! 
Jednakże kiedy wysiadali z windy, popatrzyła gniewnie na 
obie damy. 

Apartament dla nowożeńców miał dwa wejścia: jedno 

do salonu, drugie do sypialni. Matt zatrzymał się przed 
tym ostatnim, otworzył drzwi i delikatnie wepchnął Mo 
do środka. 

-  Śpij dobrze - powiedział 
-  A ty dokąd się wybierasz? 
-  Wpadnę jeszcze do baru na drinka. Nie proponuję ci, 

żebyś mi towarzyszyła, bo sądzę, że powinnaś się teraz 
porządnie wyspać. 

„Z kim się tam umówiłeś?" chciała krzyknąć Mo, ale 

na szczęście zdołała się w porę pohamować. Matt 
wyraźnie pragnął się jej pozbyć, żeby móc poderwać jedną 
z tych wdzięczących się panienek z windy. W tym mo- 
mencie Mo zapałała nienawiścią do wszystkich Francu- 
zek, ich eleganckich kostiumów z firmy Chanel, znakomi- 
tych perfum i zmysłowo brzmiącej mowy. 

-  Dobranoc, Mo. Jutro zwiedzimy wyspy w środku 

miasta. Wycieczka na pewno ci się spodoba. -Mart uśmie- 
chnął się i zamknął za sobą drzwi. 

Mo wypiła szklankę zimnej wody, umyła zęby i poło- 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

żyła się do łóżka. Gdzieś z oddali dobiegały dźwięki akor- 
deonu. Leżała, wpatrując się w sufit, pokryty płaskorzeź- 
bami pyzatych amorków, i w głębi ducha żałowała, że jest 
sama, zamiast dzielić to wspaniałe łoże z Mattem. 

Właściwie mogłaby przejść do jego pokoju, wśliznąć 

mu się do łóżka i... 

Szybko odrzuciła tę myśl. Po pierwsze, sporo się napra- 

cowała, żeby umocnić ich przyjacielskie stosunki. Po dru- 
gie, Matt wyraźnie dał do zrozumienia, że dzisiejszej nocy 
nie ma już ochoty na jej towarzystwo. Nie zamierzała mu 
się narzucać. Ciekawe, czy on będzie spał samotnie, za- 
stanowiła się, czując bolesny ucisk w gardle. Rozdrażnio- 
na, zasnęła w końcu, śniąc o mężczyźnie, który raz miał 
srebrzyste, raz brązowe oczy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
-  Wyglądam okropnie - marudziła Mo następnego 

dnia rano podczas śniadania. Matt czekał na nią ponad 
godzinę na hotelowym patio, przy stoliku ustawionym 
w cieniu cytrynowego drzewka. 

-  Nie jest tak źle - pocieszył ją. - Inni po takim noc- 

nym szaleństwie mają o wiele gorszą kondycję. Ty jedynie 
nie jesteś tak promienna jak zazwyczaj. Napij się kawy 

- dodał, przesuwając w jej stronę dużą filiżankę ze smo- 

listym, gorącym napojem. - Szybko postawi cię na nogi. 

-  Oby tak było - mruknęła Mo i nasypała do filiżanki 

kilka łyżeczek cukru. Ostrożnie przełknęła pierwszy łyk. 

- Dlaczego ty czujesz się jak skowronek? Przecież wypi-

łeś 
tyle samo wina co ja. 

-  Mam mocną głowę. To nasza rodzinna cecha. Poza 

tym lata treningu zrobiły swoje. 

-  No tak, mnie go brakuje. Chyba już nigdy w życiu 

nie wezmę do ust czegokolwiek, co zawiera choćby nikły 
procent alkoholu. 

-  Dlaczego? Tak milutko wyglądasz, kiedy masz kaca 

- roześmiał się. 

-  Nienawidzę, kiedy ktoś nazywa mnie „milutką" - 

jęknęła Mo. Potrząsnęła głową, aż zawirował koński ogon, 
w który się dziś uczesała. Na jej policzkach widać było 
jeszcze odciśnięte ślady poduszki, powieki miała ciężkie 
od snu. Na twarzy ani śladu makijażu. 

 

R

 S

background image

 
-  Przepraszam. - Matt bardzo się starał, by ponow- 

nie nie wybuchnąć śmiechem. Podczas tej podróży widy- 
wał Mo w różnych nastrojach: rozradowaną, uszczęśli- 
wioną, podnieconą, zirytowaną, ale nigdy dotąd nie zrzę- 
dziła. W tym wcieleniu również wydała mu się rozkoszna. 
Nie powiedział jej tego jednak, bo chyba rzuciłaby się na 
niego z nożem. Zdjął pokrywkę z posrebrzanej tacy, na 
której leżały croissanty oraz stał pojemniczek z masłem 
i dżemem truskawkowym. - Co za pyszności! - wykrzyk- 
nął. - Wspaniałe lekarstwo na wszelkie twoje dolegli- 
wości. 

-  Znowu pasiesz mnie pieczywem? - Mo sięgnęła po 

puszysty rogalik i posmarowała go obficie dżemem. - Matt 
miał rację. Po kilku kęsach poczuła się zdecydowanie lepiej. 
Jej organizm szybko się regenerował. Kiedy śniadanie dobie-
gło końca, była gotowa ruszać znowu na podbój Paryża. 

Udali się na spacer nabrzeżem Sekwany. Był ciepły 

dzień, na błękitnym niebie nie widniała ani jedna chmurka. 
Paryż tętnił swoim codziennym życiem. Matt chłonął wra- 
żenia tak, jakby był w tym mieście po raz pierwszy. 

-  Doskonale się bawię - powiedział w pewnej chwili 

do Mo. Jego serce przepełniało uczucie bardzo bliskie 
szczęściu. 

-  No jasne, ja też - odparła. 
-  Ale mnie chodziło o to... - Zamilkł raptownie, po 

czym wzruszył ramionami. - Nieważne. 

Mo przystanęła na chodniku i popatrzyła mu prosto 

w oczy. 

-  Pamiętasz, co mówiłeś o ludziach, którzy nie kończą 

zaczętego zdania? Nie ruszę się stąd na krok, dopóki nie 
wyjaśnisz, co miałeś na myśli. 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Zakłopotany Matt podrapał się po głowie. Wiedział, że 

Mo nie ustąpi. 

-  No cóż - zaczął. - Dotąd zwykle podróżowałem służ- 

bowo sam. Ta wyprawa także miała służyć celom poznaw- 
czym, być kolejnym szczeblem w rozwoju mojej kariery. 

-  Myślałam, że to miał być miodowy miesiąc. Twój 

i Kay - zawołała Mo. 

-  To też. - Matt zmarszczył czoło. - Po powrocie wi- 

nien jestem Kay przeprosiny.          

-  Za co chcesz ją przepraszać, jeśli wolno mi spytać? 
Matt zamyślił się na dłuższą chwilę. Szukał odpowied- 

nich słów. Z nikim dotąd nie rozmawiał w ten sposób, ale 
z Mo wydawało się to mimo wszystko wcale nie takie 
trudne. 

-  Za to, że nie liczyłem się z jej uczuciami - odparł 

w końcu. - Że chciałem potraktować podróż poślubną 
jak... jak coś w rodzaju interesu, korzystnej transakcji. 
Chyba to właśnie próbowała mi uświadomić Kay, kiedy 
postanowiła odwołać nasz ślub. 

-  Rozumiem. Jednak co do podróży... Przecież już 

kiedyś odwiedzałeś te miejsca, prawda? Poza tym nadal 
masz w tym swój interes. 

-  Zgoda, ale twoja obecność czyni tę wyprawę zupeł- 

nie niepodobną do poprzednich. Nigdy tu nie byłaś i mam 
wrażenie, że zaczynam patrzeć na wszystko twoimi oczy- 
ma. Podróżowanie z tobą jest dla mnie doskonałą zabawą. 

Do tej pory niezwykle rzadko pozwalał sobie na zaba- 

wę. Praca i obowiązki całkowicie wypełniały jego dorosłe 
życie. Tym razem było inaczej. Entuzjazm Mo i sposób, 
w jaki patrzyła na świat, były chyba zaraźliwe. Matt nie 
miał pojęcia, kiedy zmienił swoją skalę wartości, ale zda- 
wał sobie sprawę, że najbardziej zależy mu teraz na tym, 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

by Mo cudownie spędziła czas, a on mógł obserwować 
wyraz szczęścia malujący się na jej twarzy. 

-  Tak, to dzięki tobie ta podróż tak się różni od poprze- 

dnich - zakończył. 

-  Naprawdę? - Mo poczuła się nieco zakłopotana tym 

wyznaniem. - No cóż, bardzo się cieszę. Skoro już raz 
przeprawiłam się przez Atlantyk, będę częściej odwiedzać 
Europę. Tym razem jednak się cieszę, że jedno z nas wię- 
cej podróżowało, bo w przeciwnym razie ciągłe byśmy się 
gubili. 

-  Jeśli ty nadal będziesz wnosić do tej wyprawy entu- 

zjazm, ja obiecuję dołożyć doświadczenie. 

-  Nie sądzisz, że doskonale się uzupełniamy? - zauwa- 

żyła Mo. 

-  Masz rację - odparł Matt. 
Popatrzył w jej szeroko otwarte oczy, w których malo- 

wała się... czułość? Na zatłoczonej ulicy w samym środku 
Paryża poczuł się nagle tak, jakby znajdowali się teraz 
w ich własnym, maleńkim świecie. Chciał coś powiedzieć, 
ale nie umiał znaleźć odpowiednich słów. Zamiast tego 
wziął Mo za rękę. Miała maleńką, gładką i chłodną dłoń. 

-  Nie ma nic złego w tym, że przyjaciele trzymają się 

za ręce, prawda? - spytał. 

-  Chyba tak - odparła powoli Mo. Przez jej twarz prze- 

mknął jakby cień rozczarowania na dźwięk słowa „przy- 
jaciele", ale być może tak się tylko Mattowi wydawało. 

Resztę dnia spędzili, spacerując dokoła Ile de la Cite 

i Ile Saint-Louis, dwóch wysp leżących w samym sercu 
Paryża. Matt zwracał uwagę na zabytki architektury, pod- 
czas gdy Mo obserwowała ludzi. Oboje uśmiechnęli się 
do siebie na widok starej kobiety o niezwykle pomarsz- 
czonej twarzy, która trzymała na kolanach malutkie dziec- 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

ko. I staruszka, i malec mieli w rękach wędki i łowili ryby 
w Sekwanie. Potem Mo i Matt przystanęli na chwilę, by 
popatrzeć na zabawną parę, która o coś się kłóciła. Brodaty 
mężczyzna trzymający klatkę dla ptaków i zażywna nie- 
wiasta wymachująca bagietką wydzierali się na całą ulicę, 
ile sił w płucach. 

Chytry karzełek z opaską na oku wyciągnął w stronę 

Mo plik dziewiętnastowiecznych pocztówek, przedstawia- 
jących sceny pornograficzne. Przejrzała je z wyraźnym 
zainteresowaniem. 

-  Czasy się zmieniły - mruknęła, zerkając na Matta. 

- Dziś takie scenki nikogo już nie szokują. 

Kiedy jednak Matt chciał sięgnąć po karty, szybko 

zwróciła je karłowatemu sprzedawcy i odciągnęła od nie- 
go swojego towarzysza. 

-  Nie będziesz oglądał tych świństw - oświadczyła. 
Przed fasadą katedry Notre-Dame Matt zaczął wygła- 

szać wykład na temat sztuki gotyckiej. Tymczasem Mo 
wypatrzyła dwie zakonnice, które stały przy krawężniku i 
z lubością zajadały się lodowymi rożkami. 

-  Chciałabym skosztować tego samego, co one - wes- 

tchnęła. 

-  Zakonnego życia? - zażartował Matt. 
-  Lodów - zachichotała Mo. 
-  Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, pani. 

Matt zawołał taksówkę i kazał szoferowi jechać na Ile - Saint-
Louis. Mieściła się tam słynna na całym świecie 
lodziarnia Berthilliona. Okazało się, że było tak wielu 
amatorów zimnego deseru, że musieli poczekać w dość 
długiej kolejce, zanim zostali obsłużeni. 

-  Oui ? - spytała obcesowo pretensjonalnie wyglądają- 

ca sprzedawczyni w różowym fartuchu. 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Poproszę o czekoladowe - powiedziała Mo. 
-  Wstrzymaj się z zamówieniem - zawołał błagalnym to- 

nem Matt. - Ta firma słynie z produkcji lodów z najróżniej- 
szych gatunków owoców. Naprawdę warto ich spróbować. 

-  Z pewnością. Mimo to mam ochotę na czekoladowe 

- upierała się Mo. 

-  Un moment, madame - zwrócił się Matt do sprze- 

dawczyni, która nerwowo bębniła palcami po ladzie. - 
Mo, uwierz mi. Te owocowe lody są naprawdę pyszne. 
Rabarbarowe, figowe, z czarnej porzeczki. 

Mo skrzyżowała ręce na piersi, przybierając wojowni- 

czą postawę. 

-  Mam ochotę na lody czekoladowe i żadne twoje ar- 

gumenty nie wpłyną na zmianę mojego zdania. 

-  Czy tak samo zachowywałaś się w dzieciństwie? - 

dopytywał się Matt. 

-  Posłuchaj, to nie w porządku zmuszać ludzi, by jedli 

to, czego nie chcą. 

Matt popatrzył przez chwilę na Mo. Przypomniał sobie, 

że postanowił nie wywierać na nią nacisków. 

-  Zgoda. Zamówię dwa rożki. Jeden z lodami czekola- 

dowymi, a w drugim będą kulki ze świeżym melonem. 
Zgadzasz się na ten kompromis? 

-  Potrafisz być uparty - westchnęła Mo. - Zgoda. 
Kiedy wyszli z lodami ze sklepu, Mo natychmiast za- 

częła lizać swoje kulki. Zaczęła od lodów melonowych. 
Matt zauważył, że z chwili na chwilę zmienia się wyraz 
jej twarzy. Najpierw pojawiło się na niej zdziwienie, które 
w szybkim tempie przerodziło się w zachwyt. Matt zrozu- 
miał, że próba się powiodła. 

-  Miałeś rację - przyznała uprzejmie Mo. - Te lody 

naprawdę są bardzo dobre. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
Z charakterystycznym dla niej zapałem pochłaniała za- 

wartość rożka. W pewnej chwili duża porcja lodów zna- 
lazła się na chodniku. 

-  Ale ze mnie gapa - jęknęła Mo i schyliła się, by 

zebrać serwetką mokrą papkę. 

-  Zaraz przyniosę następną serwetkę - zaofiarował się 

Matt, klękając obok Mo, by pomóc jej w uprzątnięciu 
słodkiej masy. 

-. To moja wina - przyznała Mo. - Zawsze za bardzo 

się spieszę i dlatego ciągle mam plamy na ubraniu, stale 
coś upuszczam lub gubię albo potykam się o rozmaite 
przedmioty. 

Matt dostrzegł smutek w jej oczach, które przepraszały 

za to, co się stało. Zapragnął porwać ją w ramiona i cało- 
wać aż do utraty tchu; tak długo, by zapomniała o wszel- 
kich zmartwieniach i swoich wyimaginowanych niedo- 
statkach. Nie zdobył się jednak na tak śmiały gest, lecz 
wrócił do cukierni po serwetki. Po drodze zastanawiał się, 
jak ktoś mógł oczekiwać od niego, że spędzi tak cudowny, 
pełen śmiechu i radości dzień z fantastyczną kobietą i nie 
będzie jej pragnął. 

Przyjaźń kobiety i mężczyzny to wspaniała rzecz, tylko 

należałoby jeszcze przekonać o tym swoje ciało... 

 
-  Co sądzisz o tym, żebyśmy dzisiaj zamienili się ro- 

lami? - spytała Mo następnego ranka podczas śniadania. 
Miał to być ostatni dzień ich pobytu w Paryżu. 

-  Słucham? - Matt z wrażenia aż odstawił na stolik 

filiżankę z kawą. 

Mo oparła łokcie o blat i popatrzyła na niego z powagą. 
-  Większość młodych par podczas podróży poślubnej 

nie może sobie pozwolić na takie luksusy. - Wskazała 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
otoczenie. - Czterogwiazdkowe hotele, wytworne restau- 
racje są dla nich niedostępne. 

-  Chyba masz rację - zgodził się Matt. 
-  Gdybyś zgodził się pełnić rolę tłumacza, moglibyśmy 

porozmawiać z większą grupą ludzi i poprosić, żeby po- 
kazali nam ciekawe miejsca, dostępne dla przeciętnego 
śmiertelnika. Warto, żebyś je także opisał w swoim prze- 
wodniku. 

Matt zastanowił się przez chwilę i pokiwał głową. Co- 

raz bardziej podziwiał pomysłowość Mo. 

-  Sam powinienem był na to wpaść. Jestem gotów do 

akcji. Od czego zaczynamy? 

Mo zaproponowała, żeby najpierw porozmawiać z ob- 

sługą hotelu. Ucięli zatem pogawędkę z pokojówkami, 
sprzątaczkami, młodą, długowłosą kelnerką, która dodat- 
kowo zasięgnęła rady asystenta kierownika i pomocnika 
kucharza. Potem do rozmowy włączył się wietnamski kie- 
rowca autobusu i Jamajczyk zatrudniony jako pomywacz. 

W czasie spaceru ulicami Paryża zatrzymywali się 

w ulicznych kafejkach i zagadywali wiele par, przeważnie 
ludzi młodych i niezbyt zamożnych. Po kilku takich roz- 
mowach Matt odprężył się i poczuł, że kontakty z ludźmi 
zaczynają sprawiać mu przyjemność. Stwierdził, że ci nie- 
znajomi są naprawdę sympatyczni. Wkrótce on i Mo dys- 
ponowali całkiem pokaźną listą adresów wartych odwie- 
dzenia restauracji i klubów. 

Tego dnia Matt zrezygnował z uporządkowanego zwie- 

dzania i przekazał pałeczkę Mo, która, oczywiście, zdecy- 
dowała się na pełną improwizację. Spacerowali po ulicach 
bez ustalonego z góry planu, przesiadali się z taksówki do 
taksówki. Dotarli do wielu różnych punktów miasta. Mo 
zatrzymywała się tam, gdzie intuicja podpowiadała jej, że 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

warto. Zajrzeli dzięki temu do wielu maleńkich sklepików 
i przeszli alejkami, których nazw próżno by szukać w ja- 
kimkolwiek przewodniku. W każdym barku czy restaura- 
cyjce, gdzie jedli jakiś posiłek, Mo oceniała jego atmosfe- 
rę, a Matt zestaw menu i zapachy dolatujące z kuchni. 

Późnym popołudniem wylądowali w maleńkim bistro 

na świeżym powietrzu, usytuowanym na lewym brzegu 
Sekwany. Kilka stolików stało w ogródku, ukrytym mię- 
dzy dwiema osiemnastowiecznymi posesjami. Oboje byli 
zbyt najedzeni, by zamówić jakieś większe danie, zado- 
wolili się więc przekąskami i winem. Popijając niespiesz- 
nie znakomity trunek, wymyślali historie otaczających ich 
dwóch starych budynków i, podobnie jak przez cały dzień, 
bez przerwy zaśmiewali się do łez. 

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, niebo zmieniło 

barwę z jasnoniebieskiej na granatową. Nagle ciemności 
panujące w ogródku rozświetlił jakiś błysk. 

-  Pada! - krzyknęła rozradowana Mo. - Uwielbiam 

deszcz! 

Podniosła się z krzesła, wyszła poza obręb parasola, 

pod którym siedzieli i wystawiła twarz na padające z nie- 
ba krople. 

Matt patrząc na nią, poczuł, że chciałby na zawsze 

utrwalić tę chwilę w pamięci. Serce przepełniała mu trud- 
na do opisania radość. Mo była tak niezwykłą, tak pełną 
życia istotą. Chyba rzuciła na niego jakiś czar. Zapragnął 
przyłączyć się do niej, unieść ją do góry i kilka razy okrę- 
cić dokoła siebie. Zamiast tego jednak chwycił ją za rękę 
i zmusił, by usiadła. 

-  Przemokniesz do suchej nitki - powiedział. 
-  Przecież tylko trochę pokropiło. 

Wystarczająco jednak, by mokra bluzka przykleiła się 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

do piersi Mo. Matt, przełykając ślinę, wpatrywał się 
w dwie podniecająco naprężone sutki. Ktoś będzie miał 
dziś spore kłopoty, pomyślał. 

Mo chyba nie zauważyła tego, co dzieje się z Mattem. 

Przeczesała włosy wyjętą z torebki szczotką i oznajmiła 
ochoczo: 

-  Pora na nocne szaleństwa. 
 
W mrocznym, zadymionym wnętrzu mieszczącego 

się w podziemiach klubu głośna muzyka towarzyszyła 
wijącym się na parkiecie tancerzom. Mo natychmiast 
wpadła w zachwyt nad tym miejscem i jego elektryzującą 
atmosferą. 

-  Wszystko mi się tu podoba - oznajmiła. - Co prawda 

nie rozumiem ani słowa z tego, o czym śpiewają, ale jakie 
to ma znaczenie. Zatańczysz ze mną? - spytała, chwytając 
Matta za rękę. 

-  Chyba najpierw powinniśmy znaleźć jakiś stolik. 
-  A po co? 
Matt wahał się przez chwilę, a Mo pomyślała, że on 

być może nie chce albo nie umie tańczyć. 

-  Oczywiście, jeśli nie masz ochoty... - zaczęła. 
-  Mam, i to jeszcze jaką - przerwał jej z uśmiechem, 

który zaigrał w kącikach jego zmysłowych ust. 

Mo kochała taniec, uwielbiała zapamiętać się w gorą- 

cych rytmach. Sądziła, że Matt także na parkiecie będzie 
zachowywał się z rezerwą. Tym razem miło ją zaskoczył. 
Okazało się, że ten mężczyzna naprawdę umie się poru- 
szać, reagować żywiołowo, poddawać się uczuciom. Tylko 
raz zachował się podobnie; wtedy, kiedy pocałował ją 
w czasie zwiedzania zoo. 

W tańcu doskonale porozumiewali się bez słów. Każde 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
z nich natychmiast wyczuwało, jaki ruch zamierza wyko- 
nać partner. Wirowali w szalonym rytmie, przybliżając się 
do siebie, to znów oddalając. Ich twarze błyszczały od 
potu. Gdy dotykali się w tańcu, w ciemnych oczach Matta 
płonął jakiś wewnętrzny ognik, który mógł być oznaką 
szczęścia i rozkoszy. 

Po szybkich rytmach przyszła pora na spokojne, nastro- 

jowe melodie. Matt wziął Mo w ramiona. Objął ręką jej 
talię, a ona oparła mu głowę na piersi. 

Przez chwilę tańczyli w milczeniu. Mo słyszała głośne 

bicie serca swojego partnera. Chłonęła tę chwilę magii, 
poczucia bezpieczeństwa, jakiego nigdy dotąd nie zaznała. 
Ona i Matt zgrali się ze sobą tak idealnie jak para dosko- 
nałych kochanków. 

Jęknęła cicho z rozkoszy. 
-  Co się dzieje? - szepnął jej Matt do ucha. 
-  Właśnie myślałam o tym, jak znakomicie tańczysz 

- odparła. 

-  Dziwi cię to? 
-  Przyznaję, że trochę. 
-  To dobrze. 
-  Dlaczego? 
-  Cieszę się, że nie wszystko o mnie wiesz. 
-  Oczywiście, bardzo wielu rzeczy o tobie nie wiem. 
-  Doskonale. 
Co on miał na myśli? zastanawiała się Mo, ale po chwili 

porzuciła wszelkie rozważania, zatracając się w zmysło- 
wych odczuciach. 

Miała świadomość, że Matt podziela jej doznania. Moc- 

niej objął ją w talii, przyciskając do siebie. Poczuła, że jest 
podniecony, co niezmiernie ją uradowało. Oraz zaniepo- 
koiło. Odepchnęła go lekko od siebie. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Chyba zebrałeś już dość materiału do swojej książki. 

Myślę, że pora wracać do hotelu. 

Matt uśmiechnął się leciutko samymi kącikami ust. 
-  Moim zdaniem to jest doskonały pomysł. 

Pochylił się ku Mo, niebezpiecznie zbliżając swoje usta 

do jej warg, jakby zamierzał ją pocałować. 

Mo oparła dłonie o jego klatkę piersiową. 

-  Nie musisz mnie odprowadzać, jeśli chcesz tu dłużej 

zostać. Ja jestem już bardzo zmęczona. 

Znowu używała wykrętów, czego serdecznie nie 

znosiła. Bała się jednak, że jeśli sytuacja nadal będzie 
się rozwijać w taki sposób, to oboje z Mattem niechyb- 
nie wylądują w łóżku. Czuła, że nie powinni tego zro- 
bić. Przecież nad brzegiem Dunaju czekał na nią męż- 
czyzna o srebrzystych oczach... W tym momencie jed- 
nak o wiele bardziej interesował ją ten mężczyzna, który 
był w pobliżu. Szybko musiała przywołać siebie do po- 
rządku. 

-  Przykro mi, Matt, ale chcę być sama. 
-  Dlaczego? 
-  Jutro wczesnym rankiem opuszczamy z Paryż. Mu- 

szę iść spać. 

-  Sama - podpowiedział Matt. 
-  Tak - odparła Mo, przełykając ślinę. 
-  Skoro tak, wracamy do hotelu. Nie pozwolę, abyś 

włóczyła się nocą po mieście. 

-  Ale... 
-  Bez dyskusji. Idziemy - oświadczył kategorycznym 

tonem Matt. 

Mo zerknęła na jego nachmurzoną minę i uznała, że 

lepiej się z nim nie kłócić. Pokornie ruszyła ku wy- 
jściu z klubu. Postanowiła, że dzisiejszej nocy zamknie 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

wewnętrzne drzwi łączące ich pokoje. Nie chodziło o to, 
że Matt może nieodpowiednio się zachować. Bardziej oba- 
wiała się tego, że jej samej jakiś szalony pomysł wpadnie 
do głowy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
-  Dużo bambini, famiglie z bambini, si? Wszystkie 

letto zajęte - przepraszał, gnąc się w ukłonach, zarządca 
hotelu w Wenecji. 

Mo od kilku minut przysłuchiwała się, jak ten mężczy- 

zna łamaną angielszczyzną, w którą co i rusz wplatał wło- 
skie słowa, usiłuje wyjaśnić, że w apartamencie dla nowo- 
żeńców nastąpiła poważna awaria kanalizacji i w związku 
z tym pomieszczenie zupełnie nie nadaje się do zamiesz- 
kania. Poza tym hotel dysponuje tylko jednym wolnym 
pokojem z podwójnym małżeńskim łożem. 

-  O czym teraz rozmawialiście? - spytała Mo, kie- 

dy Matt przez chwilę konferował z zarządcą jedynie po 
włosku. 

-  Poprosiłem, żeby polecił nam inny hotel. 
-  I co on na to? 
-  Odparł, że w całym mieście jest natłok turystów 

i wszędzie powiedzą nam to samo, co tutaj: że nie ma 
wolnych pokoi. 

Mo ze zdziwieniem odkryła, że na myśl o dzieleniu 

z Mattem jednego łóżka, choćby i największego, ogarnęło 
ją nagłe podniecenie. Szybko odsunęła od siebie grzeszne 
myśli. 

-  Każ mu znaleźć dla nas coś innego - upierała się. 
-  Twierdzi, że to beznadziejna sprawa. 
-  Przecież muszą być w tym hotelu jakieś wolne po- 
 
 

R

 S

background image

 

mieszczenia. Pokoje służbowe, magazyny na pościel, czy 
ja wiem, cokolwiek. 

Matt na moment spojrzał jej w oczy, po czym ponownie 

zwrócił się do niewysokiego, łysego jak pała mężczyzny 
z sumiastymi wąsami. Z jego ust popłynął kolejny potok 
słów w niezrozumiałym dla Mo języku, uzupełniony peł- 
nymi ekspresji gestami rąk i wymowną mimiką. Po trwa- 
jącej kilka minut wymianie zdań Matt odwrócił się tym 
razem do Mo. Wyraźnie widziała, że z trudem hamuje się, 
by nie wybuchnąć śmiechem. 

-  No i czego się dowiedziałeś? - zapytała. 
-  Tak jak kazałaś, poprosiłem go, by udostępnio- 

no nam jakieś pomieszczenie dla służby. Włoch zareago- 
wał na to niebotycznym zdziwieniem. Nie mógł zrozu- 
mieć, do czego nowożeńcom potrzebny jest drugi pokój. 
Ja mu na to odparłem, że jest mi niezbędny do pracy, gdyż 
piszę książkę. Wtedy ten nieodrodny syn swojego kraju 
zmartwił się, że w trakcie miodowego miesiąca muszę 
zajmować się czymkolwiek innym niż nowo poślubioną 
żoną. 

Mo zauważyła, że włoski zarządca przygląda jej się ze 

smutkiem w oczach i kiwa głową. Usłyszała też, jak 
mruknął pod nosem: 

- Americani. Cosi buffoni. 

Tyle to nawet ona zrozumiała. 

Niewysoki mężczyzna ponownie zaczął coś namiętnie 

perorować. Matt skwitował jego przemowę jednym 
słówkiem: 

 Grane
-  Czego dowiedziałeś się tym razem? - dopytywała się 

Mo. 

-  Że dokonałem dobrego wyboru żony. 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Co jeszcze ci powiedział? - Mo postanowiła być 

dociekliwa. 

-  Ten Włoch stwierdził, że jesteś piękną kobietą i po- 

winienem być wdzięczny losowi za to, iż należysz do 
mnie. Chyba zostałem pouczony, jaki niebezpiecznie jest 
ignorować młodą małżonkę. 

-  Bawi cię ta sytuacja, prawda? 
Matt wzruszył ramionami, ale trudno mu było ukryć 

iskierki rozbawienia, jakie migotały w jego oczach. Mo 
ucieszyła się, że zdjął tę maskę chłodu i opanowania, którą 
miał na twarzy od ubiegłej nocy. Przez cały czas podróży 
samolotem z Paryża do Wenecji był uprzejmy, lecz napię- 
ty jak struna. Prawdę mówiąc, jej również udzielił się 
częściowo ten nastrój. 

-  Czemu się mnie czepiasz? - spytał z udawanym 

gniewem. - Przecież robię, co mogę. 

-  Wobec tego, skoro nie ma szans wynajęcia drugiego 

pokoju, poproś, żeby wstawili nam dodatkowe łóżko. 

-  Nie pamiętasz, co powiedział kierownik? Dużo bam- 

bini, więc wszystkie łóżka są zajęte. Poza tym jak mam 
wytłumaczyć fakt, że nie możemy spać razem? 

-  Wymyśl coś. W końcu to ty jesteś pisarzem. 
-  Przykro mi, ale zajmuję się jedynie opisem potraw. 

Tworzenie fikcji literackiej nie jest moją mocną stroną. 

-  Tę historię z małżeństwem wymyśliłeś całkiem 

nieźle. 

-  To wszystko, na co mnie było stać. Moja inwencja 

się wyczerpała. 

-  No cóż... Powiedz wobec tego, że jestem chora albo 

że dostałam... Nieważne. Powiedz cokolwiek. 

Mo gapiła się w sufit, nerwowo przygryzając dolną 

wargę. Obawiała się, a raczej była pewna, że ta chwila 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
prędzej czy później musi nadejść, Jak fatum. Przezna- 
czenie, przed którym nie sposób uciec. Wiedziała 
o tym od czasu pierwszego wieczoru w Paryżu, kiedy 
wypiła zbyt dużo wina i odkryła, że jest zazdrosna 
o Matta. Obawa potwierdziła się po ostatniej nocy 
w klubie. Mo tańczyła z Mattem i czuła, że jej pociąg 
do tego mężczyzny staje się coraz silniejszy, rośnie jak 
potężna oceaniczna fala, która zagarnia wszystko, co na- 
potka na swojej drodze. Do tej pory szczęśliwie udawało 
się jej odpłynąć, zanim fala nadeszła. Mieszkali jednak 
z Mattem w oddzielnych pokojach lub przebywali 
w miejscach publicznych, gdzie łatwiej jest maskować 
swoje uczucia. Tej nocy Mo miała stanąć przed próbą 
ogniową: dzielić z tym mężczyzną już nie tylko pokój, ale 
nawet łóżko. 

Nie podejrzewała Matta, żeby to wszystko zaplanował. 

Takie banalne, chytre posunięcia nie były w jego stylu. 
Wolała się jednak upewnić, że ma rację, więc odwróciła 
wzrok od sufitu i popatrzyła na Matta. Miał w tym mo- 
mencie nieprzeniknioną twarz pokerzysty. 

-  Co zatem robimy? - zapytał. 
-  Nie wiem. Ja idę na spacer. Ty możesz sobie popra- 

cować nad swoją książką. - Mo pomachała mu rękami tuż 
przed samym nosem. 

Matt wpatrywał się w nią, próbując cokolwiek zrozu- 

mieć z jej zachowania. Potem zerknął na ich bagaże, wciąż 
rozstawione na podłodze w holu obok recepcji. 

-  Dobrze, rzeczywiście muszę uzupełnić notatki. 

Ostatnio nie mogłem nadążyć z zapisywaniem wszystkich 
spostrzeżeń. 

-  Zbyt wiele uciech, nieprawdaż? To straszne - powie- 

działa z ironią Mo. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Może masz rację. Ale nie wychodź od razu. W We- 

necji łatwo zgubić drogę. Jeśli poczekasz, aż skończę... 

-  Jestem wystarczająco dorosła, żeby sobie poradzić. 
-  Ależ Mo... 
- Ależ Matt - powiedziała, naśladując ton jego głosu. 

Matt natychmiast zaniechał wszelkich pouczeń. 

-  Mo, naprawdę mi przykro z powodu zaistniałej sy- 

tuacji, ale to naprawdę nie moja wina. 

-  Wiem. Ale to nie znaczy, że mam skakać z radości. 

Przez twarz Matta przebiegł bolesny skurcz. Trwało to 

sekundę; po chwili gościł już na niej znowu ten jego 

uprzejmy uśmieszek. 

-  Moje towarzystwo aż tak ci doskwiera? - spytał. 
-  Wprost przeciwnie. Problem w tym - wyrwało jej się 

niechcący. Szybko zakryła dłonią usta. Zamiast uważać na 
to, co mówi, zareagowała odruchowo na widok bólu, który 
przez chwilę widziała w oczach Matta. Natychmiast tego 
pożałowała, gdy on uśmiechnął się szeroko, wyraźnie za- 
dowolony z siebie. Od razu przestała mu współczuć. 

-  Wychodzę - oznajmiła. 
-  Weź przynajmniej to. - Matt podał jej leżący na kon- 

tuarze plan miasta. 

-  Dobrze - zgodziła się, nie wspominając, że i tak bę- 

dzie dla niej całkowicie bezużyteczny, gdyż obce jej było 
poczucie kierunku, a odczytywanie map oraz planów 
przekraczało jej możliwości. Trudno, nie urodziła się z tą 
umiejętnością i już. Mimo to i tak w końcu zawsze jakoś 
znajdowała drogę. - Dziękuję i do zobaczenia. - Uśmie- 
chnęła się przepraszająco. Nigdy nie umiała długo się na 
kogoś gniewać, a już zwłaszcza na Matta. Przecież to nie 
on ją niepokoił, tylko ta niezręczna sytuacja. 

Kierownik hotelu uśmiechnął się promiennie do obojga 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

i gestykulując z przejęciem, powiedział coś do Matta. Po- 
tem ucałował czubek swojego palca i posłał rzekomym 
nowożeńcom całusa. 

Mo niepewnie popatrzyła na Matta. 
-  Signor Mazzeo zapewnia nas, że nowożeńcy zawsze 

ze sobą walczą. To normalne i mamy się tym nie przejmo- 
wać. Później się pogodzimy; w naszym małym, przytul- 
nym pokoiku. Wenecja jest magicznym miejscem... - 
Matt zrobił efektowną pauzę - dla kochanków. 

W brązowych oczach Matta malowało się rozbawienie 

i - obietnica. Mo zrozumiała, że czekają ją prawdziwe 
kłopoty. 

 
Matt po raz kolejny zerknął na zegarek, po czym wy- 

jrzał przez małe okno z pokoju. Kiedy się mocno wyciąg- 
nęło szyję, można było dojrzeć fragment ulicy przed we- 
jściem do hotelu. Ani śladu Mo. Wyszła ponad trzy godzi- 
ny temu. Zbliżała się noc. Gdzie ta kobieta się podziewa, 
do diabła? 

Zaklął szpetnie, włożył marynarkę i zostawiając na sto- 

le porozkładane notatki, wybiegł z pokoju. 

Na ulicy przed frontowymi drzwiami hotelu rozejrzał 

się na wszystkie strony. Którą ulicą powinien pójść, żeby " 
natknąć się na Mo? Nawet nie był pewien, czy zapisała 
sobie nazwę hotelu, w którym się zatrzymali. Powinien był 
nalegać... 

-  Buona sera, signorina - przerwał jego rozważania 

jakiś męski głos, który rozległ się w pobliżu. 

-  Buona sera, signore - odpowiedziała mu młoda ko- 

bieta. Jej głos brzmiał Mattowi dziwnie znajomo. Odwró- 
cił się i zobaczył Mo, umykającą przed jakimś obleśnym 
typem, który ją zaczepił. Miała ręce zajęte pakunkami, co 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
nie przeszkadzało jej trzymać jeszcze w dłoni lodów 
w waflowym rożku. Kiedy zbliżyła się do Matta, zobaczył, 
że schowała włosy pod baseballową czapeczką, ubrana zaś 
była w krótką, powiewną zieloną spódnicę, podkoszulek 
i sandały. Zdziwił się, gdyż wychodząc, miała na sobie 
dżinsy, bluzę i sportowe półbuty. 

-  Hej! - zawołała radośnie, odgryzając kawałek wafla 

i zatrzymała się tuż przed Mattem. 

-  Witaj - odparł tonem nie zdradzającym najmniej- 

szych emocji. Nie zamierzał pokazać po sobie, że martwił 
się o nią. 

-  Miałeś rację - powiedziała Mo. - Oczywiście zgubi- 

łam się i na dodatek pośliznęłam na chodniku, w miejscu 
gdzie pewien właściciel sklepu z biżuterią podlewał swoje 
roślinki. Upadłam i paskudnie się potłukłam — pokazała 
Mattowi otarty łokieć - a w dodatku całkowicie przemo- 
kłam. Na szczęście wszyscy w sklepie byli dla mnie bar- 
dzo mili. Oddałam swoje dżinsy, a w zamian dostałam 
paciorki dla mamy i kilka innych drobiazgów dla różnych 
kuzynek oraz ten strój. - Mo obróciła się dokoła, a spód- 
niczka zawirowała wokół jej ud. - Podoba ci się? 

Matt przełknął ślinę, patrząc na jej zgrabne nogi. 
-  Bardzo ładny. Na pewno dobrze się czujesz? 
-  Świetnie. Jedynie mój zegarek nadaje się do wyrzu- 

cenia. Która jest godzina? 

-  Siódma. Jak udało ci się trafić do hotelu? Korzystałaś 

z planu? 

-  On także przemókł. Poza tym i tak nie umiem czytać 

map. - Wzruszyła ramionami, zlizując z wafla resztki lo- 
dów. - Popytałam ludzi. 

-  Przecież nie znasz włoskiego - zdziwił się Matt. 

Mo uśmiechnęła się szeroko. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  To prawda, nie zrozumiałam ani słowa z tego, co do 

mnie mówili, ale od czego język gestów. Jak widzisz, 
dotarłam na miejsce. 

-  Pomogę ci zanieść paczki. - Matt sięgnął po jedną 

z siatek, ale Mo odsunęła się, jakby w obawie, by jej nie 
dotknął. 

-  Poradzę sobie. Nie są ciężkie. Pójdę teraz do pokoju. 

Ty pewnie masz ochotę zjeść kolację. 

-  Czyżbyś ty już coś jadła? 
-  Tylko lody. - Mo wrzuciła resztki wafla do kosza na 

śmieci. - Zaniosę paczki na górę i zaraz schodzę. 

Matt usiadł przy stoliku pod gołym niebem i czekając 

na Mo, zamówił martini z lodem. Nadal czuł się trochę 
spięty, chociaż Mo zachowywała się dosyć swobodnie 
i naturalnie. 

Zabębnił palcami o blat stolika. Ciekawe, jaką decyzję 

podjęła w sprawie pokoju. Cokolwiek postanowiła, ten 
ruch należał do niej. On wielokrotnie dał jej do zrozumie- 
nia, że jest nią zainteresowany. Nie mogła mieć żadnych 
wątpliwości co do jego pragnień. Gdyby po raz kolejny to 
on próbował się do niej zbliżyć, mógłby wyjść na głupca. 
Jeśli Mo też go pragnie, musi teraz zrobić pierwszy krok. 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZESIĄTY 

 
Mo wkrótce zjawiła się na dole, więc mogli ruszyć do 

miasta. Matt ciągle nie wiedział, jaką decyzję podjęła 
w związku z dzisiejszą nocą. Przez cały czas paplała ra- 
dośnie o tym, co udało jej się zobaczyć w ciągu dnia. 
Zachwycały ją sklepy, kawiarnie, budynki i pięknie bru- 
kowane ulice. 

-  Czy wiesz, że wszyscy wenecjanie hodują kwiaty 

w skrzynkach pod oknami? Zauważyłam też w mieście 
wiele drzew i krzewów, za to wcale nie ma tu trawy. 
Zabawne, prawda? I gdziekolwiek spojrzysz, tylko woda 
i woda. Zatrzymajmy się na chwilę - poprosiła, kiedy mi- 
jali niewielki sklepik, którego właściciel akurat zamykał 
go na noc. 

-  Buona sera - powiedział. 
-  Buona sera - odparła z uśmiechem Mo, przez chwilę 

badawczo przyglądając się wystawie. Potem odwróciła się 
do Matta i położyła mu rękę na ramieniu. Szybko jednak 
ją cofnęła. - Co czujesz? - spytała. 

-  Ocean. 
-  W porządku, wobec tego czego zupełnie nie czujesz? 
-  Czy to jakieś podchwytliwe pytanie? 
-  Nie czujesz zapachu benzyny. Nie wolno tu wpro- 

wadzać samochodów, autobusów ani ciężarówek, dlatego 
nie ma miejskiego smrodu, do którego przywykliśmy 
w San Francisco. Jedynie lekki rybi odór, jak wszędzie 

 
 
 

 

R

 S

background image

 
w pobliżu morza. Wilgoć też specyficznie pachnie... wil- 
gocią. Teraz nastaw ucha. 

Mo zamilkła na moment, po czym szepnęła: 
-  Jak tu cicho, prawda? Nie hałasują silniki, dzięki 

czemu słychać ludzkie rozmowy, śmiechy, ćwierkanie pta- 
ków i plusk wody uderzającej o brzegi kanałów. Kiedy 
brak jest samochodów, panuje taki cudowny spokój. 

Matt przymknął oczy i zaczął nasłuchiwać. Chociaż był  

w Wenecji już pięć czy sześć razy, nigdy dotąd nie tak 
naprawdę nie zwrócił uwagi na zapachy i dźwięki. Teraz, 
dzięki Mo, zaczął czuć i słyszeć o wiele więcej. Ta dziew- 
czyna naprawdę była spostrzegawcza i wrażliwa. 

Poszli dalej przed siebie. Mo ani na chwilę nie zamy- 

kały się usta, tak jakby obawiała się ciszy, która mogłaby 
między nimi zapanować. 

-  Zobacz, co jest przed nami! - zawołała, wskazując 

w stronę bazyliki, wznoszącej się na placu Świętego Mar- 
ka. Wokoło fruwały niezliczone stada gołębi. - Tyle razy 
widziałam na filmach to miejsce. Wygląda tak, jak sobie 
wyobrażałam, tylko dużo ładniej. 

Matt pokiwał głową. Jego zdaniem plac Świętego Mar- 

ka rzeczywiście miał szczególną atmosferę. Miękkie żółte 
oświetlenie sprawiało, że zarówno olbrzymia bazylika, jak 
i otaczające ją domy oraz twarze kawiarnianych gości wy- 
glądały jak pozłacane. 

Mo sama wybrała kawiarnię, w której mieli coś prze- 

kąsić. Znajdowała się ona w centralnym punkcie placu. 
Mo rozglądała się dokoła, nie mogąc uwierzyć, że napra- 
wdę jest w Wenecji. 

Cztery orkiestry grały różne rodzaje muzyki, od jazzu, 

po amerykańskie standardy i Vivaldiego. Robiły to na 
przemian, by nie przeszkadzać i sobie nawzajem, i zwie- 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

dzającym. Kiedy cichły jedne dźwięki, następni muzycy 
sięgali po instrumenty. 

Mo przeżywała kolejną magiczną noc podczas tej po- 

dróży. Zakłócało ją trochę niewielkie napięcie, panujące 
między nią i Mattem. Nie rozstrzygnęli jeszcze kwestii 
pokoju, ale oboje wyraźnie nie mieli chęci poruszać tego 
tematu. Matt zachowywał się niezwykle spokojnie, pod- 
czas gdy Mo podrygiwała i plotła trzy po trzy, przeskaku- 
jąc z tematu na temat z takim zapamiętaniem, jakby cho- 
dziło co najmniej o życie. 

Wiadomo było jednak, że prędzej czy później trzeba 

będzie podjąć jakąś decyzję. Mo myślała o tym przez cały 
dzień, nawet podczas samotnej wędrówki ulicami miasta, 
o którym tyle czytała i przez całe życie marzyła, aby je 
zobaczyć. Podziwiając Wenecję, snuła jednocześnie fan- 
tazje na temat mającej nadejść nocy. 

Jednakże fantazje rzadko mają coś wspólnego z rzeczy- 

wistością. Przecież nie muszę iść do łóżka z mężczyzną 
tylko dlatego, że dzielimy pokój, przekonywała samą sie- 
bie. Nawet jeśli mam ochotę się z nim przespać. Tylko czy 
naprawdę właśnie tego chcę? W każdym będziemy musie- 
li zagrać w końcu w otwarte karty, a przynajmniej szcze- 
rze porozmawiać. Ale jeszcze nie teraz... 

Ty tchórzu, pomyślała o sobie z niesmakiem. 
-  Co powiedziałeś? - Mo zorientowała się, że Matt od 

pewnego czasu coś do niej mówił, podczas gdy ona bujała 
w obłokach. 

-  Że po kolacji spotykamy się z panią fotograf. 
-  W którym miejscu? 
-  Rozmawiałem z nią wcześniej na ten temat i zapro- 

ponowała, że zrobi nam zdjęcia podczas przejażdżki gon- 
dolą. Teraz umawia się z gondolierem. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
Mo jęknęła z zachwytu. Natychmiast wyobraziła sobie, 

że ona i Matt siedzą obok siebie w świetle księżyca, ramię 
Matta obejmuje ją w ciemności. Przepływają pod kolej- 
nym mostem, na twarzach czują ciepły powiew powietrza. 
Dłoń Matta znajduje drogę do jej... 

-  Będzie na nas czekać o dziesiątej - powiedział Matt. 

- Niedaleko stąd. 

-  Kto? - spytała niezbyt przytomnie Mo. - Ach tak, 

pani fotograf. Chodzi o zdjęcia do książki. 

-  Dobrze się czujesz? - upewnił się Matt. 
-  Oczywiście - odparła Mo. 
Godzinę później poczuła się jak bohaterka jakiegoś fil- 

mu. Przy brzegu kanału czeka wspaniała gondola z oli- 
wkowoskórym Włochem za sterem, księżyc jasno świeci 
na niebie, woda pluszcze cicho o brzeg, a w tej romanty- 
cznej scenerii kobieta i mężczyzna za wszelką cenę pró- 
bują nie ulec wzajemnej fascynacji. 

Fotografka o imieniu Angelina była młodsza niż Mo, 

a także niższa i miała bardziej zaokrąglone kształty. Za- 
chowywała się trochę jak nawiedzona artystka, robiąc tyle 
szumu i zamieszania, jakby miała jakąś epokową misję do 
spełnienia. 

W końcu Mo i Matt zasiedli obok siebie na wyściełanej 

ławeczce umieszczonej na rufie gondoli, a Angelina za- 
chęcała ich, by mocniej się przytulali. Mo wsparła głowę 
na piersi Matta, który tak lekko, jak to tylko było możliwe, 
objął ją ramieniem. Wyraźnie starał się unikać zbyt intym- 
nego kontaktu. Błyskom flesza aparatu towarzyszyły entu- 
zjastyczne okrzyki pani fotograf. Kiedy jednak Angelina 
zaczęła nalegać, żeby młoda para się pocałowała, Mo 
i Matt zgodnie zaprotestowali. 

-  Takich ujęć mamy już na pęczki - wyjaśnił Matt. 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
Uśmiechnął się porozumiewawczo do Mo, która odpo- 

wiedziała mu podobnym uśmiechem. Reakcja Matta nieco 
ją zraniła, ale Mo powtarzała sobie, że przecież wszystko 
dzieje się zgodnie z jej wolą, a Matt zachowuje się jak 
prawdziwy dżentelmen. 

Po zakończonej sesji zdjęciowej pożegnali Angelinę 

i Mo uznała, że to już koniec atrakcji na dziś. Zaczęła 
podnosić się z ławeczki, ale w tym samym momencie gon- 
dolier odepchnął łódź wiosłem od nabrzeża. Mo z głu- 
chym uderzeniem opadła z powrotem na siedzenie. 

-  Nic ci się nie stało? - zatroskał się Matt. 
-  Oczywiście, że nie, ale dlaczego płyniemy? 
-  Pewnie dlatego, że znajdujemy się na wodzie - od- 

parł spokojnie Matt.    

-  Nie żartuj. Po prostu nie wiedziałam, że wybieramy 

się na nocną przejażdżkę gondolą. Nie jestem pewna... 

-  Czego? 
-  Czy mam na to ochotę - dokończyła Mo. 

Znajdowali się już daleko od przystani i płynęli powoli 
wzdłuż kanału. Łagodny plusk wody usypiał ich jak ko- 
łysanka. Prawdę mówiąc, było cudownie. 

-  Możemy kazać wioślarzowi zawrócić - powiedział 

szorstkim tonem Matt. 

Mo z westchnieniem usadowiła się wygodniej na ławe- 

czce i spoglądała w granatowe niebo. Gondolier skręcił 
w inny kanał, szerszy i gorzej oświetlony niż poprzedni. 
Płynęli teraz niemal w całkowitych ciemnościach. Myśli 
Mo poszybowały swoim torem. 

Księżyc był już niemal okrągły. Zbliżała się pełnia. Na 

bezchmurnym niebie gwiazdy świeciły tak samo jak 
w każdym innym zakątku świata. Mo zrozumiała, że przez 
cały dzień unikała podjęcia decyzji w sprawie wspólnego 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
pokoju tylko dlatego, że w głębi duszy mocno, gorąco 
pragnęła Matta. 

Siedział obok niej sztywny jakby kij połknął i patrzył 

w dal. Zerknęła na jego klasyczny profil, widoczny w sła- 
bym blasku księżyca i świetle nielicznych latarni ustawio- 
nych wzdłuż kanału. Zaciśnięte usta, marsowa mina... 

Mo delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu. Drgnął 

jak oparzony i spojrzał na nią. 

-  Piękna noc, prawda? - zagadnęła Mo. 

Matt milczał. 

-  To wstyd zepsuć taką przejażdżkę. 
Mo zbliżyła twarz do twarzy Matta jego oczy jarzyły 

się jak dwa węgielki. 

-  Czyżbyśmy ją psuli? 
-  Do tej pory nic innego nie robimy. - Ostrożnie objęła 

Matta za szyję i lekko pogłaskała po karku. - Co o tym 
myślisz? 

-  O czym? 
Najwyraźniej nie zamierzał niczego jej ułatwiać. 

Mo tymczasem nie miała wielkiej wprawy w uwodze- 
niu mężczyzn. No cóż, do odważnych świat należy, po- 
myślała. 

-  Żeby naprawdę pocałować swoją nieprawdziwą 

żonę. 

-  Podoba mi się ten pomysł. - Matt przysunął się do 

niej bliżej. - Nawet bardzo. 

Nie tracąc czasu na zbędne słowa, wpił się ustami w jej 

wargi. Mo jęknęła z rozkoszy. Poczuła się jak w niebie. 
Zamknęła oczy i całym ciałem chłonęła nieziemskie do- 
znania. 

W pewnej chwili nieco oprzytomniała. Tempo, jakie 

narzucił Matt, okazało się dla niej zbyt szybkie. Jeszcze 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

nie była gotowa na wszystko. Zwłaszcza że tuż obok znaj- 
dował się obcy człowiek. 

-  Matt... - powiedziała cicho, przerywając ich pocałunek. 
-  Co się stało? - Matt ugryzł lekko koniuszek jej ucha, 

wprawiając ciało Mo w kolejne drżenie. 

-  Mamy świadka. 
-  On jest do tego przyzwyczajony. 
-  Ale ja nie jestem. 
-  Wobec tego poprosimy go, żeby zawrócił do przy- 

stani. Co ty na to? - Matt musnął wargami kark Mo. 

-  Potem szybko pójdziemy do hotelu i naszego pokoju 

- dodał szeptem. 

-  Dobrze - odparła krótko Mo. 
-  Jesteś pewna, że masz na to ochotę? - Matt z napię- 

ciem popatrzył jej w oczy. - Pewna na sto procent? 

Mo zawahała się przez chwilę. 
-  Jestem pewna. Na dziewięćdziesiąt osiem procent. 
-  Skąd te dwa procent wątpliwości? 
-  Na przykład ciągle się zastanawiam, czy nie je- 

stem dla ciebie namiastką Kay. 

-  Oj, Mo - powiedział z rozdrażnieniem Matt i chwy- 

cił ją za ramiona. - Posłuchaj mnie uważnie. Twoja teoria 
na temat Kay jest kompletnie bez sensu. Oboje pragniemy 
siebie nawzajem i tylko to się liczy. Romantyczna sceneria 
dodatkowo działa nam na wyobraźnię. 

-  Jest jeszcze drugi problem. Mężczyzna o srebrzys- 

tych oczach, z powodu którego w ogóle zdecydowałam 
się wybrać w tę podróż. 

-  Co za bzdura! - Matt irytował się coraz bardziej. 
- Naprawdę wierzysz w przepowiednie dotyczące przy- 

szłości? Jakiś wyimaginowany mężczyzna znaczy dla cie- 
bie więcej niż to, co zaczyna się rodzić między nami? 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

-  Oczywiście, że nie. - Mo zawstydziła się. Poczuła 

się przez chwilę nie jak kobieta, ale mała dziewczynka, 
która żyje w świecie bajek. Jedynie reakcja jej ciała na 
bliskość Matta zdecydowanie świadczyła o tym, że dawno 
przestała być dzieckiem. - Przepraszam za to, co powie- 
działam. Najlepiej od razu o wszystkim zapomnij. Jestem 
dorosła i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co się z na- 
mi dzieje. Wiem, oczywiście, że żadne z nas niczego nie 
oczekuje, żadnych zobowiązań, miłości i... 

-  Kto tu mówi o miłości? - przerwał jej Matt. 
-  Na pewno nie ja - zastrzegła szybko Mo, widząc 

jego chmurną minę. Była niezadowolona, że to słowo 
wyrwało jej się z ust. 

Czego się spodziewała? Zapewnień Matta, że to, co ich 

pcha ku sobie, jest czymś więcej niż fizycznym pożąda- 
niem? Czymś specjalnym? Po prostu - właśnie miłością? 

Mo spuściła głowę i zapatrzyła się na swoje dłonie zło- 

żone na podołku. Matt powiedział coś do gondoliera i po 
chwili płynęli już w przeciwną stronę. 

W gondoli panowało milczenie. Mo czuła się fatalnie. 

Zastanawiała się, o czym myśli Matt. Co do tego, że jest 
na nią zły, nie miała wątpliwości. Nawet nie mogła go za 
to winić. W końcu to jej zmartwienie, że się w nim zako- 
chała. 

Czyżby naprawdę tak się stało? Nigdy przedtem nie 

brała pod uwagę podobnej możliwości. Matt wydawał jej 
się atrakcyjnym, seksownym, zabawnym i inteligentnym 
mężczyzną, w dodatku znakomitym kompanem, zwłasz- 
cza wtedy, gdy zapominał o zachowywaniu dystansu i nie- 
ustannej samokontroli. Darzyła go przyjaźnią i nawet 
zainteresowaniem, ale miłością? 

Nie wiedziała, kiedy pojawiło się to uczucie. Przyszło 
 
 
 
 

 
 

R

 S

background image

znienacka i zupełnie ją zaskoczyło. Była wobec niego cał- 
kowicie bezbronna. 

Położyła dłoń na ramieniu Marta. 
-  Przepraszam cię - powiedziała. 
-  Za co? - zdziwił się. 
-  Sama nie wiem. Chyba za to, że komplikuję proste 

sprawy. 

Matt zapatrzył się przed siebie. Mo widziała, jak ner- 

wowo zaciskał szczęki. 

-  Widzisz, Mo, problem polega na tym, że ja nie wierzę 

w miłość. 

-  Jak to? Przecież byłeś zaręczony i zamierzałeś się 

żenić. 

-  Opowiadałem ci o tym, że moja matka kilkakrotnie 

zmieniała mężów. Chyba nietrudno zrozumieć, że od tej 
pory małżeństwo i wieczna miłość to dla mnie dwa odręb- 
ne pojęcia. Lekcje otrzymane w dzieciństwie pamiętamy 
przez całe życie. 

Mo skwitowała to oświadczenie jednym krótkim wes- 

tchnieniem. 

-  Oboje z Kay byliśmy nastawieni na zrobienie karie- 

ry. Mieliśmy ze sobą wiele wspólnego, spędziliśmy razem 
sporo miłych chwil. Nigdy nie oczekiwałem niczego wię- 
cej od naszego związku. Wydawało mi się wtedy, że to 
wystarczy. 

Matt powiedział to obojętnym tonem, ale Mo dosłysza- 

ła przejmujący chłód w jego głosie. Przez kilkanaście na- 
stępnych minut znowu milczeli; tylko plusk wody przery- 
wał nocną ciszę. 

-  To smutne - odezwała się w końcu Mo - że uznałeś 

to za wystarczający powód do zawarcia małżeństwa. 

-  Moim zdaniem nie ma żadnych powodów, aby je 
 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
zawierać, chyba że chodzi o dobro dzieci. - Zaśmiał się 
szyderczo. - Z moich doświadczeń wynika, że większość 
małżeństw to czysta farsa. Ludzie się rozstają, gdyż żadna 
miłość nie trwa wiecznie. 

-  Przykro mi, że tak sądzisz. 
-  Czyżbyś ty wierzyła w te romantyczne frazesy o do- 

mowym ognisku, gromadce dzieci, wspólnej starości? 

-  Znam przykłady, które wskazują, że jest to możliwe, 

więc sądzę, że kiedyś podobne życie stanie się i moim 
udziałem. 

-  Moim nie. Proponuję, żebyśmy skończyli te rozwa- 

żania. 

Reszta drogi upłynęła im w całkowitym milczeniu. 

Kiedy dopłynęli do przystani, Matt pomógł Mo wysiąść 
z gondoli, po czym odprowadził ją do hotelu. Przez cały 
czas trzymał dłonie wciśnięte w kieszenie. 

-  Dobrej nocy - powiedział już przed drzwiami po- 

koju. 

-  Dokąd się wybierasz? - spytała ze zdziwieniem Mo. 
-  Jeszcze nie oszalałem, żeby spędzić tę noc z tobą 

w jednym pokoju. Do zobaczenia rano. 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Matt szybkim krokiem przemierzał pogrążone w mro- 

ku ulice Wenecji. Dziesiątki myśli kłębiły mu się 
w głowie. 

Czuł się jak sfrustrowany bohater jakiegoś psycholo- 

gicznego filmu, spacerujący o północy po obcym mieście, 
podczas gdy jego ukochana kobieta siedzi samotnie w ho- 
telowym pokoju, piękna i seksowna jak diabli. 

Ale gdzie miał spać tej nocy? Może w jakimś maleńkim 

pensjonacie albo choćby na ławce w parku. Uznał bo- 
wiem, że dość ma roli, którą on i Mo odgrywali w tej 
farsie. Dłużej tego nie zniesie. 

Mijał po drodze wiele pensjonacików, ale wszędzie 

albo był komplet gości, albo nikt nie odpowiadał na stu- 
kanie do drzwi. Na którymś z rogów ulic o nogi Matta 
otarł się, miaucząc głośno, jeden z wszechobecnych 
w Wenecji kocurów. Zniecierpliwiony Matt odpędził od 
siebie z krzykiem biedne zwierzę, co dotąd nigdy mu się 
nie zdarzyło. 

Poszedł dalej przed siebie. Nie miał siły wrócić do 

pokoju i udawać, że obecność Mo zupełnie na niego nie 
działa. Nie był w stanie odwrócić się do niej plecami, 
szczelnie owinąć prześcieradłem, by przypadkiem nie ulec 
pokusie. Nie tym razem, kiedy nie zaspokojone pożądanie 
niemal pozbawiło go zmysłów. 

Dostrzegł uchylone drzwi do maleńkiego baru, więc 
 
 

R

 S

background image

 
zdecydował się wejść do środka i zamówić podwójne 
campari z wodą sodową. Gwar ludzkich głosów, śmiechy 
i pobrzękiwanie szklanek sprawiły, że poczuł się tak sa- 
motny jak nigdy dotąd, szybko więc dopił drinka i wy- 
szedł z powrotem na ulicę. 

Oto mój wymarzony miodowy miesiąc, pomyślał z iro-

nią. 

Zatrzymał się i popatrzył na uliczną ławkę. Była twar- 

da, wilgotna i nieprzytulna. Para młodych ludzi przeszła 
obok niego, obejmując się czule ramionami i głośno śmie- 
jąc do siebie. Poczuł zapach kobiecych perfum; zbyt ostry 
jak na jego gust. Nie dał się porównać z delikatną wonią 
cytryn i róż, jaką rozsiewała wokół siebie Mo. 

Mo. Maureen Flynn Czerny - wyczytał w paszporcie, 

że tak brzmiało jej pełne imię i nazwisko - wierzyła 
w miłość. 

Po minięciu kilkunastu kolejnych pensjonatów Matt 

doszedł do jedynego słusznego wniosku: w tym mieście 
nie ma dla niego wolnego pokoju poza tym, który wcześ- 
niej wynajął. No cóż, na resztę nocy może wrócić do 
hotelu, cichutko wśliznąć się do pokoju, wziąć koc i po- 
łożyć się na podłodze jak najdalej od łóżka. Jakoś dotrwa 
do rana, a potem natychmiast poszuka innego hotelu na 
dwie kolejne noce, które miał spędzić wraz z Mo w We- 
necji. 

W hotelowym holu zerknął z nadzieją na stojącą w nim 

kanapkę, po czym żałośnie pokiwał głową i poszedł na 
piętro. Ostrożnie otworzył drzwi, by przypadkiem nie obu- 
dzić Mo. Dzisiejszej nocy naprawdę nie chciał mieć już 
do czynienia z tą kobietą. W pokoju było ciemno, jedynie 
przez uchylone balkonowe drzwi wpadała nikła smuga 
księżycowego światła. Na stojącym w rogu łóżku piętrzyła 
się pościel, pod którą smacznie i beztrosko spała sobie Mo. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
Matt po omacku dotarł do łazienki i zapalił światło 

dopiero wtedy, kiedy szczelnie zamknął za sobą drzwi. 
Umył się, próbując nie zważać na unoszący się w niewiel- 
kim pomieszczeniu znajomy zapach Mo. Zerknął na półkę 
z kosmetykami, by zobaczyć, jakiego rodzaju perfum uży- 
wa, ale nie dostrzegł żadnej buteleczki. 

Oparł dłonie o brzeg umywalki i popatrzył w lustro. 

Dostrzegł pokryte ciemnym zarostem policzki, zmierz- 
wione włosy i przekrwione oczy. Nie najciekawszy widok. 
Matt naprawdę czuł się zmęczony. I miał tylko jedno ma- 
rzenie: żeby nie czuć wszędzie wokół siebie woni Mo, 
nawet gdy jej nie ma tuż obok. 

Zdjął ubranie, pozostając w podkoszulku i kaleson- 

kach. Zostawił lekko uchylone drzwi do łazienki, by wpu- 
ścić do pokoju trochę światła, i rozejrzał się za jakimś 
dodatkowym kocem. Żadnego jednak nie znalazł. Może 
uda mu się ściągnąć jeden z łóżka. 

Na palcach podszedł do śpiącej Mo i delikatnie pociąg- 

nął za wierzchnie nakrycie. Mo nawet nie drgnęła. Matt 
pociągnął mocniej, oczekując jakichś protestów. Nic, ci- 
sza. Jego oczom ukazało się prześcieradło, na którym nikt 
nie leżał. 

Serce Matta zaczęło bić przyspieszonym rytmem. 

Czyżby ta niemądra kobieta znowu sama, bez opieki, wy- 
puściła się nocą na miasto? 

Usłyszał cichy szelest, a potem damski głos wyszeptał 

jego imię. Matt drgnął gwałtownie i spojrzał w stronę ok- 
na. Na balkonie dostrzegł w świetle księżyca postać spo- 
witą w długi, zwiewny szlafroczek. Mo stała oparta o ba- 
lustradę, jej twarz skryta była w cieniu, zaś powabne 
kształty prześwitywały przez cieniutką materię. Matt 
wstrzymał oddech, ale nie mógł odwrócić wzroku. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
Nieoczekiwanie Mo rzuciła się z otwartymi ramionami 

w jego stronę. Matt odruchowo przygarnął ją do siebie. 
Przypomniał sobie, że przecież jest zły. Na kogo? Na nią 
czy na całą sytuację? Nie miało to teraz żadnego znacze- 
nia, gdyż jego ciało zupełnie nie słuchało, co umysł ma 
mu do powiedzenia. 

-  Matt, tak mi przykro - szeptała Mo, przyciągając 

jego twarz ku sobie i pokrywając ją serią szybkich poca- 
łunków. - Czym ci tak dokuczyłam? Naprawdę nie chcia- 
łam tego zrobić. 

-  Wiem - odpowiedział cicho, czując na skórze ele- 

ktryczne iskierki. 

-  Gdybym mogła, cofnęłabym czas do tego momen- 

tu, kiedy cię poprosiłam, żebyś mnie pocałował, i za- 
pomniała o wszystkim, co było potem. - Mo objęła dłoń- 
mi twarz Matta i popatrzyła mu w oczy. - Czy możemy 
spróbować wyrzucić z pamięci wszystkie niepotrzebne 
słowa? 

-  Och, Mo - szepnął tylko Matt. 
-  Chodź ze mną - poprosiła. 
-  Dokąd? 
-  Tutaj. - Chwyciła Matta za rękę i pociągnęła za sobą 

ku łóżku. Strąciła całą pościel, pozostawiając jedynie prze- 
ścieradła. Położyła się na nich i zapraszającym gestem 
wskazała miejsce obok siebie. - Chodź - powtórzyła. 

Matt wpatrywał się w jej uroczą postać, spoczywającą 

na białym prześcieradle. Nie miał już siły na żadne gry 
i podchody. Chciał spytać z ironią: „Czy tym razem jesteś 
pewna, że tego chcesz" łub „Masz na to ochotę nawet bez 
miłosnych zaklęć", ale nie potrafił wypowiedzieć ani jed- 
nego słowa. 

Bał się uwierzyć w to, co widział i słyszał, ale w głębi 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
duszy czuł, że Mo nie cofnie się przed niczym. Pragnęła 
go równie mocno, jak on jej. 

Przysiadł na skraju łóżka, z napięciem wpatrując się 

w prześwitujące przez tkaninę szlafroczka piersi Mo. Szu- 
miało mu w głowie, serce tłukło się w piersi jak oszalałe. 
Ujął w ręce dłonie Mo i przycisnął je do swojego rozgrza- 
nego torsu. 

- Co ty ze mną wyprawiasz, kobieto? - wyszeptał 

i były to ostatnie słowa, jakie zdołał wypowiedzieć. 

Kochali się niespiesznie, smakując każdą z chwil, na 

które tak długo czekali. Ich drżące ciała tuliły się do siebie, 
obdarzając jedno drugie nieopisaną rozkoszą. 

Matt okazał się prawdziwym wirtuozem; narzucił rytm, 

któremu Mo mogła się tylko poddać i zatracić w nim bez 
reszty. A kiedy napięcie osiągnęło punkt kulminacyjny, 
kiedy oboje wdarli się na szczyt, na który zmierzają wszy- 
scy kochankowie, Mo jęknęła w ekstazie, a potem miała 
już siłę tylko oddychać ciężko i leżeć wyczerpana w ra- 
mionach Matta. 

Nigdy przedtem nie przeżyła tego, co z tym właśnie 

mężczyzną. Zrozumiała, że go kocha. Bez miłości jej do- 
znania nie byłyby tak silne, tak gwałtowne, tak pory- 
wające. 

Nie wiedziała, co w tej chwili odczuwa Matt. Po wy- 

znaniu, które uczynił w gondoli, nie sądziła, by czuł to 
samo, co ona. Było to smutne, ale zawsze istniała jakaś 
nadzieja. 

Rozsądek podpowiadał Mo, że najmądrzej postąpi, jeśli 

nie odkryje przed kochankiem sekretów swojego serca. 
Rzadko słuchała głosu rozsądku, ale tym razem to zrobiła. 

Matt obrócił Mo plecami do siebie i obejmując dłońmi 

jej piersi, mocniej ją przygarnął. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
- Tak powinien wyglądać prawdziwy miodowy mie- 

siąc - wymruczał jej do ucha. Westchnął głęboko i po 
chwili Mo zorientowała się, że zasnął. 

Ona sama nie od razu zapadła w sen. Oszołomiona, 

zaspokojona i wyczerpana, zastanawiała się przez mo- 
ment, co miała znaczyć ta ostatnia uwaga o miodowym 
miesiącu. Postanowiła jednak nie doszukiwać się w niej 
żadnych podtekstów. Przytuliła się do Matta tak mocno, 
jak to było możliwe, i wkrótce i ona pogrążyła się w sen- 
nych marzeniach. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 
Kochali się ponownie w środku nocy i potem jeszcze 

raz tuż przed świtem. Matt nie mógł się dość nasycić Mo. 
Był zdziwiony pasją, jaka go ogarnęła, bliskością, która 
narodziła się między nimi za sprawą ich złączonych razem 
ciał. Czuł, że grube mury, które zbudował wokół siebie, 
by chroniły go przed innymi ludźmi, pękają z każdą ko- 
lejną godziną spędzoną w towarzystwie tej niezwykłej ko- 
biety. Nie bardzo umiał poruszać się swobodnie po tym 
nowym, nie strzeżonym terytorium; bał się również tego, 
co jeszcze mogło się zdarzyć. 

Obudziło ich pukanie do drzwi. Pokojówka przyniosła 

im do pokoju śniadanie. Wkrótce siedzieli oparci o podu- 
szki, sącząc kawę i delektując się puszystymi, cieplutkimi 
obarzankami posypanymi cukrem. Ich włoska nazwa 
brzmiała ciambelles. Mo oświadczyła, że smakują nawet 
lepiej niż amerykańskie pączki. 

Tego ranka była nieco bardziej wyciszona niż zazwy- 

czaj, chociaż i tak jej temperamentu wystarczyłoby co 
najmniej dla dwóch osób. Matt chciał ją spytać, czy dla 
niej również ta noc była czymś tak szczególnym jak dla 
niego, czy nie żałuje, że się kochali. Uznał jednak, że to 
zbyt poważne pytania jak na tak radosny poranek. Pochylił 
się tylko ku Mo i zlizał resztki cukru z kącików jej ust. 

- Możemy w ten sposób spędzić resztę dnia - mruknął 

- lub też realizować moje wcześniejsze plany. 

 
 

R

 S

background image

 
-  A jakie były te plany? 
-  Lunch w Treviso, wizyta w Murano, gdzie wytwarzają 

słynne weneckie szkło, potem mała przekąska przed dużą, 
oficjalną kolacją w Ristorante Ettore, po kolacji koncert Vi- 
valdiego, a w przerwach spacery i zwiedzanie miasta. 

-  Dobry Boże! Bardzo bogaty program jak na jeden 

dzień. Czy nie czujesz się trochę wyczerpany? Bo ja tak. 

-  Czyżbym dokonał rzeczy niemożliwej: osłabił siły 

witalne niezniszczalnej Mo? Gdybym umiał, zapiałbym 
jak kogut. 

Mo spojrzała na niego z politowaniem i poklepała go 

lekko po policzku. 

-  Ach, ci mężczyźni. Zawsze muszą się przechwalać 

swoimi wyczynami. 

-  Jeśli ci odpowiadały... 
-  Odpowiadały, odpowiadały. I one, i wiele innych 

rzeczy. Lepiej skończmy ten temat, bo za chwilę spłonię 
się jak ostatnia idiotka. Przypomniałam sobie, że miałam 
kupić mięciutkie skórzane sandały dla mojej szwagierki. 
Znowu jest w ciąży i bardzo bolą ją stopy. 

-  Wobec tego idziemy na zakupy. Ilu ty właściwie 

masz bratanków i siostrzenic? 

-  Muszę policzyć. Dwunastu... nie, trzynastu. Czter- 

nasty jest w drodze. 

-  Niemożliwe! 
-  Naprawdę. Na rodzinnych piknikach zawsze jest bar- 

dzo tłoczno. 

Matt zastanawiał się, jak czułby się w otoczeniu tylu 

krewnych. Osaczony? A może wśród dużej liczby bli- 
skich, troskliwych ludzi nareszcie pozbyłby się uczucia 
pustki, które towarzyszyło mu przez całe życie? 

-  Ciągle kupowałaś prezenty dla swojej rodziny, a te- 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

raz ja pragnąłbym coś ci podarować - powiedział sponta- 
nicznie. - Coś bardzo kosztownego. 

-  Dzięki, ale to niepotrzebne. 

Matt dotknął jej przedramienia. 

-  Co chciałabyś dostać? 
-  Naprawdę nic. 
-  Ale... 
Mo zakryła mu dłonią usta. 
-  Żadnych prezentów, Matt. - Tym razem jej głos 

brzmiał stanowczo. - Ta podróż wystarczy za wszystkie pre- 
zenty świata. Koniec dyskusji - dodała, naśladując jego głos. 

Odrzuciła na bok kołdrę i zeskoczyła z łóżka. 
-  Kto ostatni dobiegnie do łazienki, myje drugiemu 

plecy. 

Spędzili pod prysznicem bardzo wiele czasu i zużyli 

mnóstwo ciepłej wody, ale była to naprawdę niezapomniana 
kąpiel. Potem, czyści i ubrani w letnie stroje, objęci wpół ze-
szli do hotelowej recepcji. Na posterunku znowu trwał signor 
Mazzeo, który powitał ich szerokim uśmiechem. Poinformo- 
wał Matta, że właśnie któryś z gości odwołał rezerwację na 
najbliższe dwa dni i w związku z tym może on wraz z żoną 
przenieść się do pięknego apartamentu. 

Matt przetłumaczył Mo słowa Włocha i spytał ją, co 

sądzi o zmianie pokoju. 

-  Zrobię to, na co ty masz ochotę. 
-  Chciałbym, żebyś to ty podjęła decyzję. 
-  Naprawdę? Wobec tego powiedz temu panu, że po- 

doba mi się tam, gdzie mieszkamy. Czuję duży sentyment 
do tego małego, milutkiego pokoju. 

Matt popatrzył na jej zaróżowione policzki oraz figlar- 

ny uśmiech i zrozumiał, że jeszcze nigdy w życiu nie było 
mu tak lekko na sercu jak dziś. Zapragnął pocałować Mo, 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
nie krępując się obecnością recepcjonisty, i zrobił to, uwa- 
żając tylko, by jego ręce nie zawędrowały przypadkiem 
w inne miejsca niż plecy i ramiona Mo. 

-  Żałujesz tego, co stało się w nocy? - wyszeptał, od- 

rywając usta od jej warg. 

-  Ani trochę - odparła Mo, uśmiechając się słodko. 
-  To dobrze. - Matt nawet się nie zorientował, że 

wstrzymał oddech, czekając na jej odpowiedź. Wziął Mo 
za rękę i wyszli powitać razem słoneczny, letni poranek. 

Spacerowali, chłonąc magiczną atmosferę tego niezwy- 

kłego miasta, aż w pewnej chwili Matt wrócił do ich 
wcześniejszej rozmowy. 

-  Naprawdę chciałbym ci zrobić niespodziankę jakimś 

prezentem, ale nie wiem, co sprawiłoby ci radość. 

Policzki Mo natychmiast się zaróżowiły. 
-  Z pewnością doskonale to wiesz. 
Matt, chichocząc, objął Mo ramieniem i przytulił ją do 

swojej piersi. 

-  Chyba zdążyłaś zauważyć, że nasze gusta znacznie 

się różnią. Myślałem o jakiejś biżuterii albo dziele sztuki. 

Mo zatrzymała się, wywinęła z objęć Matt i popatrzyła 

mu prosto w oczy. 

-  Dlaczego tak ci na tym zależy? 
-  Chciałbym obserwować twoją twarz, kiedy będziesz 

wybierała dla siebie ten prezent. Poza tym pragnąłbym, 
żebyś dzięki niemu na zawsze zapamiętała mnie i nasz 
wspólny pobyt w Wenecji. 

-  Czyżbyśmy już mieli się rozstać? - W głosie Mo 

zabrzmiała nuta paniki. 

-  Źle mnie zrozumiałaś. - Matt przytulił Mo i ucało- 

wał czubek jej głowy. Przechodzili właśnie obok jakiegoś 
mocno podniszczonego pałacu, z którego ścian odpadała 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

farba w jaskraworóżowym kolorze. - Jestem trochę... 
nieswój dzisiejszego ranka i być może dlatego moje wy- 
powiedzi mają nazbyt dramatyczny wydźwięk. 

-  Rozumiem cię. Ja też jestem nieswoja. Ale wiesz co? 

Mam lepszy pomysł. Możesz poobserwować moją twarz, 
skoro tak ci na tym zależy, kiedy będziesz kupował coś 
dla siebie. 

Matt przystanął w miejscu i ze zdumieniem popatrzył 

na Mo. 

-  Co miałbym sobie kupić? 
-  Chyba coś z ubrania. Nie zrozum mnie źle. Masz 

znakomity gust i ubierasz się bardzo elegancko. Chciała- 
bym jednak zobaczyć cię w czymś zwyczajnym, mniej 
oficjalnym. 

-  Obawiam się, że w Wenecji nie sprzedają podkoszul- 

ków z palmami - odparł sucho Matt. 

-  Gdybyśmy dobrze poszukali, pewnie znaleźlibyśmy 

i taki podkoszulek, ale miałam co innego na myśli. Jakiś letni 
garnitur, coś w stylu Humphreya Bogarta z „Casablanki". 

-  Nie wiem nawet, gdzie mógłbym zacząć go szukać. 
-  Od czego masz mnie? 
Mo, wykorzystując Matta jako tłumacza, zaczepiła na 

ulicy kilkunastu mężczyzn, których ubrania jej się po- 
dobały, i otrzymała od nich adresy miejscowych krawców. 
Kiedy jedno nazwisko zostało wymienione trzy razy, 
uśmiechnęła się triumfalnie i klasnęła w ręce. 

-  Oczywiście, signor Riccobono. Na Via Luana. Za- 

mieścimy tę informację w twoim przewodniku. 

Taksówka wodna zawiozła ich do pracowni mistrza, 

gdzie zaprowadzono ich na tyły sklepu. Mo, siedząc ze 
skrzyżowanymi nogami na beli materiału, przyglądała się, 
jak krawiec bierze wymiary Matta, a potem dopasowuje 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

na nim jasny lniany garnitur. Pomyślała z satysfakcją, że 
ten pięknie opalony, szczupły, znakomicie zbudowany 
mężczyzna, który śmiało mógłby występować jako model, 
ubiegłej nocy należał tylko do niej; 

Pod wpływem nagłego impulsu wstała, podeszła do 

Matta i jak prawdziwa żona zaczęła pouczać pana Ricco- 
bono, gdzie powinien zwęzić, a gdzie popuścić materiał, 
żeby ubranie dobrze leżało. 

W końcu wszystko zostało dopasowane jak trzeba. 

Ustalono, że gotowy garnitur zostanie przesłany do Buda- 
pesztu. Mo sięgnęła jeszcze na półkę po biały kapelusz 
borsalino i wcisnęła go Mattowi na głowę tak, że zawa- 
diacko przysłaniał jedno oko. 

-  Cudownie! - Z radości zaklaskała w dłonie. - Powi- 

nieneś nazywać się teraz Giancarlo albo Jean-Paul. Wy- 
glądasz niezwykle szykownie. Jak prawdziwy Euro- 
pejczyk. 

Po przymiarkach u krawca poszli na spóźniony lunch. 

Mo była głodna i po raz pierwszy miała ochotę na coś 
konkretnego, a nie na słodycze. 

Na przystawkę zamówili świeże pomidory, polane oli- 

wą z oliwek, doprawioną czosnkiem oraz bazylią i zapie- 
czone na cienkich kawałkach chleba. Mo przymknęła oczy 
i delektowała się słodyczą pomidorów; takiego smaku 
tych warzyw dotąd nie znała. 

-  Chyba zaczynam pojmować, na czym to polega - po- 

wiedziała, zmysłowo zlizując językiem oliwę z kącików ust. 

-  Nie prowokuj mnie, bo będę zmuszony zaciągnąć cię 

w najbliższe krzaki - ostrzegł Matt. Mo zachichotała. - 
Co zaczynasz pojmować? - spytał. 

-  Jak należy smakować potrawy. Ta przystawka, na 

przykład, dostarczyła mi czterech różnych doznań. 

 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
Twarz Matta rozjaśniła się z zadowolenia. 
-  Rzeczywiście coś zrozumiałaś. 
Następne damę, makaron z ziołowym sosem, było, zda- 

niem Mo, równie wyśmienite. Czyżby po jednej nocy spędzo- 
nej z Mattem moje zmysły aż tak się wyostrzyły? przemknęło 
jej przez myśl. Postanowiła zatem cieszyć się nowym darem. 

-  Czy zauważyłaś, że stale mówimy o mnie, za to ani 

razu nie rozmawialiśmy o twojej karierze zawodowej. 

-  Ile razy mam ci powtarzać, że nie robię żadnej „ka- 

riery"? - zirytowała się Mo. 

Matt zmarszczył brwi. 
-  Szkoda. Marnujesz swoją inteligencję i zdolności. 

Gdybym był twoim ojcem, zmusiłbym cię do ukończenia 
college'u, postawienia sobie jakiegoś celu i realizowania go. 

-  Na szczęście nim nie jesteś. - Mo zrobiła wojowni- 

czą minę. Komuś tak przedsiębiorczemu jak Matt trudno 
było zrozumieć jej postawę życiową. - A moim celem jest 
obserwowanie, co dzieje się dokoła. 

-  To brzmi tak... 
-  Niepoważnie, chciałeś powiedzieć? 
-  Najwyraźniej nie ja pierwszy ci to uświadamiam. 
-  To prawda, ale zawsze drażniły mnie podobne uwagi. 

Wcale nie zamierzam się tak szybko ustatkować. Uczę się 
tego, co mnie interesuje, ciągle spotykam ciekawych ludzi 
i podnieca mnie myśl, że jeszcze tyle wspaniałych rzeczy 
jest przede mną. Na razie w zupełności mi to wystarcza. 

Mo zerknęła na Matta, ciekawa, jak zdołał przełknąć 

jej stwierdzenie. W tej chwili wyglądał jak prawdziwy 
autokrata. Znała go już jednak zbyt dobrze, by wydawać 
powierzchowne oceny na podstawie jego wyglądu. 
Owszem, był człowiekiem szanującym porządek i wyty- 
czone cele, gdyż w dzieciństwie brakowało mu poczucia 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

bezpieczeństwa. Nie umiał okazywać emocji, bo nikt nie 
poświęcał mu dość uwagi, kiedy był małym chłopcem. Mo 
po raz kolejny zrobiło się go żal. Odwróciła wzrok, by 
Matt nie dojrzał smutku malującego się w jej oczach. 

Lekki wietrzyk powiał znad kanału. Zaszumiały liście 

drzew rosnących na patio restauracji, gdzie spożywali lunch. 

-  Nigdy dotąd nie miałem do czynienia z kimś takim 

jak ty - powiedział z zadumą Matt. 

-  I pewnie modlisz się, aby podobne doświadczenie 

nigdy więcej nie stało się twoim udziałem. 

-  Teraz już nie jestem tego taki pewien. 
-  Robisz postępy! - zawołała Mo. - Skończmy więc 

te rozmowy o karierach i celach życiowych. Na Boga, 
przecież jesteśmy w Wenecji! To było nie do pomyślenia 
jeszcze siedem dni temu. 

-  Osiem - poprawił ją Matt. - Wiesz, kiedy najlepiej 

tu przyjechać? W lutym, podczas karnawału. Wszyscy 
przebierają się w kostiumy, nakładają maski. Na ulicach 
trwają parady. Ludzie tańczą i świetnie się bawią. 

-  Chciałabym to zobaczyć - westchnęła Mo. 
-  Być może kiedyś się tu wybierzemy w tym okresie. 
Mo zerknęła niepewnie na Matta: Ostatnie zdanie wy- 

powiedział tak gładko, niemal od niechcenia. Czy mogła 
z tym wiązać jakieś nadzieje? Niczego więcej by nie pra- 
gnęła. Mówił przecież o przyszłości, o ich wspólnej przy- 
szłości. A jeśli to właśnie on, a nie jakiś tam mężczyzna 
o srebrzystych oczach był jej przeznaczeniem? Zakochała 
się w Matcie i uczucie to potęgowało się wraz z każdą 
spędzoną z nim godziną. 

Być może pewnego dnia i on ją pokocha. Na razie 

jednak na sam dźwięk słowa „miłość" stawał się zimny 
jak sopel lodu. 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 
Pobyt w Wenecji dobiegł końca. Matt szedł za Mo 

w stronę terminalu i czuł, jak z każdą chwilą pogarsza się 
jego nastrój. W perspektywie mieli zwiedzanie tak fascy- 
nującego miasta jak Praga, ale jego ogarniał coraz większy 
smutek. Naprawdę nie chciał nigdzie wyjeżdżać. 

Spędzili trzy niezwykłe dni w Wenecji; dni, podczas 

których przestał się kontrolować, pozwolił sobie na wzbu- 
rzającą umysł i ciało przygodę. Nie, „przygoda" to nie- 
właściwe określenie. Pozwolił sobie na romans. 

Trzy dni spacerów, powolnego sączenia kawy, zaku- 

pów, przejażdżek gondolą. I kochania się z Mo. 

Rozkoszne popołudnia w ich maleńkim pokoiku, kiedy 

wiatr znad kanałów poruszał muślinowymi firankami, 
a promienie zachodzącego słońca kładły się cieniem na 
ich nagich ciałach. Upojne noce pełne miłości, a także 
miłość o poranku. Raj. 

A teraz wszystko się skończyło. 
Przecież mogą wrócić kiedyś razem do tego miasta, 

rozmyślał w taksówce wiozącej ich na lotnisko. 

Razem? Skąd nagle taki pomysł przyszedł mu do 

głowy? 

Nie mógł sobie przecież pozwalać na planowanie 

wspólnej przyszłości z Mo. W Wenecji było im razem 
wspaniale, ale teraz czas o tym zapomnieć. Przed nimi 
Jeszcze kilka dni podróży, potem on musi zająć się napi- 

 
 

R

 S

background image

 

 
saniem książki, swoją karierą. Mo okazała się uroczym, 
zabawnym kompanem, ale po powrocie do San Francisco 
ich drogi muszą się rozejść. 

Dojazd do portu lotniczego zabrał im około trzech kwa- 

dransów. Mo przez cały czas z zaciekawieniem wyglądała 
przez okno taksówki, komentując mijane widoki. 

 
W Pradze znaleźli się wśród statecznych budowli o tyn- 

kach poczerniałych od sadzy, strzelistych wież kościołów 
z witrażowymi oknami, dzwoniących tramwajów i do- 
mów pomalowanych we wszystkie kolory tęczy. 

Hotel, w którym Matt zarezerwował apartament, mie- 

ścił się tuż przy ulicy Wacława, w samym centrum Nowe- 
go Miasta. Budynek był w nie najlepszym stanie, ale dało 
się tam dostrzec ślady dawnej elegancji. Apartament dla 
nowożeńców był przestronny, zastawiony meblami z prze- 
łomu wieków. Wyblakłe jedwabne brokatowe obicia po- 
zwalały wyobrazić sobie ich minioną świetność. 

Mo wstawiła walizkę do szafy i obeszła cały pokój, 

dotykając niemal każdego mebla i przedmiotu wyposa- 
żenia. 

-  To niesamowite, jak każde z miast różni się chara- 

kterem, prawda? Jesteś gotów do zwiedzania? - spytała 
Matta. 

Matt musiał się uśmiechnąć. Energia tej kobiety była 

niewyczerpana, gdziekolwiek się znajdowali. 

Kilka minut później wędrowali ulicami Pragi. Wąskie, 

brukowane uliczki były niemal tak strome jak w San Fran- 
cisco. Młodzież nosiła plecaki, kobiety miały na sobie 
eleganckie stroje. 

-  Chyba mieszkają tu szczęśliwi ludzie? Jak myślisz? 

Wszyscy się uśmiechają. Ile razy byłeś w tym mieście? 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
 
-  Tylko raz, wiele lat temu, kiedy było jeszcze stolicą 

Czechosłowacji. Budapeszt za to odwiedzę po raz pier- 
wszy. 

-  Cieszę się. Nareszcie coś będziemy odkrywać razem. 

Zanim, oczywiście, pojawi się mężczyzna o srebrzystych 
oczach - dodała Mo. 

Matt zesztywniał nagle. Dlaczego wspomniała teraz 

o tym mężczyźnie? Żeby wzbudzić w nim zazdrość? 

Wyraz twarzy Mo przekonał go, że tylko żartowała. 
Matt oczywiście nie wierzył w żadne przepowiednie, 

niemniej jednak słowa Mo sprawiły, że trochę się zdener- 
wował. 

Czyżby był zazdrosny? Bzdura! To tylko zmęczenie. 
Mo kartkowała przewodnik, który wydobyła ze swojej 

przepastnej torby. 

-  Co najpierw zobaczymy? Zamek Praski czy most 

Karola? Już wiem: Loretę! 

Późnym popołudniem udali się pod Ratusz Staromiej- 

ski, gdzie mieli spotkać się z fotografem. Matt obserwował 
reakcję Mo na widok sławnej wieży zegarowej. 

-  Brak mi słów - przyznała po chwili milczenia. - Po 

prostu brak mi słów. Matt, wyjaśnij mi, dlaczego na tym 
zegarze słonce porusza się dokoła ziemi? 

-  Zegar umieszczono na tej wieży w tysiąc czterysta 

dziewięćdziesiątym roku. Wieści o nowym odkryciu Ko- 
pernika jeszcze wtedy tu nie dotarły. - Matt objął Mo 
ramieniem. - Dochodzi czwarta. Obserwuj, co się będzie 
działo, kiedy wybije tę godzinę. 

Mo wpatrywała się w zegar szeroko otwartymi oczami 

dziecka, które znalazło się na pokazie czarodziejskich 
sztuczek. Na dźwięk dzwonka rozwarły się drzwi i poja- 
wiły się w nich drewniane statuetki. Szkielet wyobrażają- 

 
 
 

R

 S

background image

 
 

cy śmierć pociągał za dzwon. Powyżej kroczyło dwunastu 
apostołów. Piał kogut. Wszystkie figury poruszały się 
w zaprogramowanym, mechanicznym tańcu. 

-  Kojarzy mi się to z moralitetem - powiedziała Mo. 

- Śmierć ostrzega, że wszystko ma swój kres, a kogut 
symbolizuje życie. Inne postaci przypominają o tym, że 
czas płynie nieubłaganie. 

-  Chyba masz rację. Powiadają, że mistrzowi, który 

wykonał ten zegar, zazdrośni radni miasta wyłupili oczy, 
by nie mógł już dla nikogo wykonać podobnego arcy- 
dzieła. 

-  Nie ma co! W tamtych czasach nieźle umiano zapo- 

biegać konkurencji! 

Matt zachichotał. 
-  Mistrz przed śmiercią zdążył jeszcze się zemścić. Tak 

skutecznie uszkodził zegarowy mechanizm, że zegar za- 
milkł na długo. Dopiero po osiemdziesięciu latach udało 
się go naprawić. 

Mo kątem oka dostrzegła jakiegoś wysokiego, chudego 

mężczyznę, który zbliżał się do nich zdecydowanym kro- 
kiem. Na jego twarzy malował się taki smutek, jakby 
dźwigał na barkach nieszczęścia całego globu. 

-  Państwo Viningowie? - spytał głębokim basem. - 

Nazywam się Janusz Kapek. Będę robił państwu zdjęcia. 

Mo uznała, że takim głosem informuje się kogoś o na- 

głej śmierci najbliższych. Pan Kapek sfotografował ich na 
tle kilkunastu budowli. Kiedy poprosił, by ustawili się do 
zdjęcia mającego ilustrować „szczęście młodej pary", Mo 
objęła Matta w pasie. 

-  Czy wiesz, że to pierwsze takie zdjęcie od czasu, 

kiedy... kiedy spędziliśmy razem noc? 

- Wiem. Postarajmy się zatem, by było świetne. 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
 
Mo zarzuciła mu ręce na szyję i dotknęła ustami jego 

warg. Odpowiedział natychmiast na tę pieszczotę z dzi- 
kim, niepohamowanym zapamiętaniem. Całowali się, za- 
pominając o całym świecie. 

Jakiś gwizd przerwał ich pocałunek. Oszołomiona Mo 

rozejrzała się dokoła, nie bardzo wiedząc, gdzie się znaj- 
duje. Z płonącymi policzkami popatrzyła na fotografa 
i uśmiechnęła się niepewnie. 

-  Świetne zdjęcia. Dziękuję państwu bardzo. 
Kiedy Janusz Kapek oddalił się, Mo zerknęła na Matta. 

Znała go już na tyle dobrze, by wyczuć, że coś jest nie 
w porządku. W jego pocałunku nie było radości, lecz głę- 
boka, bolesna desperacja, jakby za wszelką cenę próbował 
wyrzucić z siebie jakieś dręczące go uczucia. 

-  Co się z tobą dzieje, Matt? - spytała z troską. 
-  Nic takiego. Pomyślałem tylko, że byłoby cudownie, 

gdyby kobieta i mężczyzna umieli na zawsze trwać w ta- 
kiej euforii, jakiej zaznaliśmy w Wenecji. Ale to przecież 
niemożliwe. Temperatura uczuć musi kiedyś opaść. Za- 
wsze tak się dzieje. 

Czyżby Matt dawał jej do zrozumienia, że ich baśń się 

kończy? Mo postanowiła nie zwracać uwagi na jego sło- 
wa. Mógł je wypowiedzieć pod wpływem chwili, bez 
głębszego zastanowienia. Ona sama nie była gotowa co- 
kolwiek kończyć. 

-  Wiesz, co najlepiej poprawia nastrój? - zapytała 

z przekornym uśmiechem. - Słodycze. 

 
Siedzieli w kawiarni „Europa" przy kawie i ciastkach 

z kremem. Wystrój lokalu nie zmienił się od początków 
jego istnienia, czyli od roku tysiąc dziewięćset dwunaste- 
go. Atmosferę gasnącej świetności znakomicie podkreślał 

 
 
 

R

 S

background image

 
 

pamiętający lepsze czasy kwartet smyczkowy, przygry- 
wający na niewielkiej scenie usytuowanej w rogu ka- 
wiarni. 

-  Czuję się jak bohaterka jednego z tych czarno-bia- 

łych filmów - zauważyła Mo - w których znudzone panie 
w obcisłych sukniach, z platynowymi włosami ułożonymi 
w fale oraz równie znudzeni panowie w smokingach prze- 
siadują w podobnych jak ten lokalach i pustym wzrokiem 
omiatają ściany. Tyle że ja nawet nie mam obcisłej sukni, 
a ty nie jesteś ubrany w smoking. 

-  Nie wziąłem go ze sobą. 
-  Ale na pewno masz smoking. I założę się, że wyglą- 

dasz w nim wspaniale. - Mo potrząsnęła głową. - Chyba 
jesteś pierwszym mężczyzną, jakiego znam, który posiada 
smoking. 

-  Ściśle mówiąc, dwa. 
-  Na Boga, dlaczego aż tyle? 
-  Miałem taki kaprys. Nie umiałem się zdecydować, 

który bardziej mi odpowiada, więc kupiłem oba. W ten 
sposób uczciłem podpisanie kontraktu na prowadzenie ra- 
diowego programu. 

-  Dziwny sposób świętowania takich okazji. - Mo 

wzruszyła ramionami. 

-  A co ty byś zrobiła w podobnej sytuacji? 

Mo zastanowiła się przez chwilę. 

-  Kupiłabym prezenty całej rodzinie i znajomym. So- 

bie zaś nowy samochód albo przynajmniej używany w le- 
pszym stanie niż mój, który nadaje się już tylko do muze- 
um. Co jeszcze? No jasne, wybrałabym się na wycieczkę 
do Europy. 

-  Moje dwa smokingi były znacznie tańsze.- zauważył 

Matt. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Chyba tak. Właściwie dobrze się składa, że nigdy nie 

mam nadmiaru pieniędzy. I tak wszystkie bym wydała. 

-  Oboje bardzo się różnimy - westchnął Matt. - Przy- 

znaję, że często nie umiem zrozumieć niektórych twoich 
zachowań. 

-  I zaakceptować ich - dodała Mo. 
Matt nic na to nie odpowiedział, tylko obserwował 

muzyków. Mo zerknęła na jego klasyczny profil. Znowu 
zaczął mnie oceniać, pomyślała. 

Nie odczuwała teraz jednak potrzeby, by się przed tym 

bronić. Wiedziała już, że Matt zachowuje się jak sędzia 
wtedy, kiedy ucieka przed samym sobą i próbuje ukryć 
swoje uczucia. Uczucia do niej? Miała szczerą nadzieję, 
że tak. Odczytywała je bowiem w ciepłych spojrzeniach, 
jakimi ją ukradkiem obrzucał, w niby przypadkowych do- 
tknięciach, nawet w ledwo zauważalnych przejawach za- 
zdrości. Z pewnością niczego sobie nie wymyśliła. Cieka- 
we tylko, co on zamierza zrobić z tymi uczuciami. 

 
Wieczór spędzili w operze na koncercie mozarto- 

wskim, a potem zjedli późną kolację w urządzonej w pod- 
ziemiach winiarni, jakich wiele znajduje się w dzielnicy 
Mala Strana. 

W pomieszczeniu o średniowiecznym kamiennym 

sklepieniu, w którym panował nastrojowy półmrok, przy 
drewnianych, z gruba ociosanych stołach siedziało zarów- 
no wielu Czechów, jak i cudzoziemców. Zamówili coś, co 
Matt określił mianem „tradycyjnego dania": dużą porcję 
kartoflanki i rosół z kluskami. Mo paplała jak najęta, 
w obawie, by nie zapadła między nimi cisza. 

Po powrocie do hotelu wzięła kąpiel w ogromnej sta- 

roświeckiej porcelanowej wannie, wspartej na czterech 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

zakończonych pazurami nóżkach, i zaczęła rozmyślać nad 
minionym dniem. Jej zdaniem nadszedł czas, aby poroz- 
mawiać z Mattem. Należało oczyścić gęstniejącą z godzi- 
ny na godzinę atmosferę. Nie wiedziała tylko, co ma po- 
wiedzieć. 

Owinięta kąpielowym ręcznikiem, weszła do sypialni. 

Matt siedział na łóżku wsparty o poduszki i robił notatki. 

-  Nie znam się na Mozarcie ani w ogóle na muzyce 

klasycznej - zaczęła. - Być może po powrocie do San 
Francisco zapiszę się na jakiś kurs dokształcający. 

Matt pociemniałymi z wrażenia oczami śledził jej ru- 

chy. Skąpe okrycie niewiele zasłaniało. Odłożył na bok 
notes i wyciągnął ramiona do Mo. 

To raczej nie jest zaproszenie do dyskusji, uznała. 
Matt wciągnął ją do łóżka, odrzucił na bok ręcznik, 

którym była owinięta, i przytulił do siebie. W tym mo- 
mencie Mo nawet nie była w stanie myśleć o żadnej roz- 
mowie. 

Matt, jak zawsze, wykazywał wiele inwencji i czułości 

podczas ich miłosnego aktu, ale Mo dostrzegła subtelną 
różnicę w porównaniu z upojnymi chwilami, które prze- 
żywali w Wenecji. Wtedy Matt był w pełni odprężony, 
całkowicie pochłonięty kochaniem się z nią. Teraz zacho- 
wywał się trochę jak obserwator, który, stojąc z boku, 
przygląda się temu, co się dzieje. Był poważny, niemal 
ponury, jakby ich zbliżenie nie sprawiało mu radości. 

Mo przeraziła się. Matt oddalał się od niej, znowu cofał 

się do swojej skorupy. 

-  Jak ci jest? - wyszeptała w końcu, ale nie usłyszała 

odpowiedzi. Matt zapadł już w sen. 

Uznała, że jego zachowanie może być naturalną reakcją 

na pełne miłosnego napięcia chwile, które przeżywali: 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

w Wenecji. Żaden człowiek na dłuższą metę czegoś takie- 
go nie wytrzyma. Niewykluczone również jest to, że Matt 
poczuł się nieco przytłoczony jej nieustanną obecnością. 
No cóż, pomyślała, przytulając się do niego, jutro posta- 
ram się coś z tym zrobić. 

 
Matt wpatrywał się w swoją szczoteczkę do zębów, 

próbując się rozbudzić. Był sam w ich ogromnym, prze- 
ładowanym ozdóbkami apartamencie, gdyż Mo wstała 
wcześnie i wymknęła się do miasta, zanim on zdążył 
otworzyć oczy. 

-  Do zobaczenia! - zawołała tylko i już jej nie było. 

Po raz kolejny zadziwiła go swoją witalnością. 

Rozejrzał się po łazience. Spędzili w hotelu nieca- 

łe dwadzieścia godzin, a ta część pomieszczenia, z któ- 
rej korzystała Mo, wyglądała jak po przejściu tornada. 
Zastanawiał się, czy byłby w stanie wytrzymać to na co 
dzień, gdyby zamieszkał z Mo. Chyba właśnie to mieli na 
myśli jego żonaci przyjaciele, kiedy wspominali o konie- 
czności ustępstw i pójścia na kompromis w małżeńskim 
życiu. 

Chwileczkę, co też mu chodzi po głowie? Jakie wspól- 

ne życie? Z Mo? 

Matt oparł dłonie o brzeg umywalki i popatrzył w lu- 

stro. Czyżby naprawdę chciał z nią zamieszkać? Nigdy 
dotąd nie dzielił mieszkania z żadną kobietą. Nie miał 
pojęcia, jak takie życie miałoby wyglądać na co dzień. On 
i Kay dopiero po powrocie z podróży poślubnej zamierza- 
li się rozejrzeć za jakimś lokum dla nich dwojga. 

-  Wspólne życie z Mo? - powtórzył głośno nie ogoło^ 

nemu mężczyźnie o kaprawych oczkach, który patrzył na 
niego z lustra. 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

 
-  Zwycięstwo! - zawołała Mo, zamaszystym ruchem 

otwierając drzwi apartamentu. - Zjadłam karpia. 

-  Co takiego? - spytał Matt. 
-  Rybę. Zawsze mi robiłeś awantury o to, że nie chcę 

ich jeść, więc przełamałam opory i skosztowałam tegc 
karpia. Był naprawdę wyśmienity. 

Matt patrzył na jej zarumienione policzki i zbyt kusą. 

jego zdaniem, spódniczkę, którą miała na sobie. W dodat- 
ku podkoszulek tak ściśle przylegał do jej ciała... Dlacze 
go ci to przeszkadza, ofuknął sam siebie w myślach. Ta 
kobieta nie jest przecież twoją własnością. 

-  Jak słyszę, całkiem miło spędziłaś czas - powiedział 

uprzejmie. 

-  Zajrzałam w kilka miejsc z myślą o zdobyciu mate- 

riałów do twojej książki. Czy wiesz, że jest tu wiele r& 
stauracji prowadzących kuchnie innych narodów, podob- 
nie jak w Stanach? Trafiłam nawet na bar dla miłośników 
sportu. Nie wiem, dlaczego wyobrażałam sobie, że tylkc 
na Zachodzie są tego typu lokale. Tymczasem ludzie na 
całym świecie, choć mówią różnymi językami, mają swoje 
ulubione drużyny sportowe, ciekawi ich, co jedzą inni 
i sami chcą tego spróbować. Porobiłam dla ciebie trochę 
notatek, tylko nie pamiętam, gdzie je schowałam. 

Mo sięgnęła do swojej przepastnej torby, wydobyła 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
kilka pogniecionych kartek papieru, zerknęła na nie 
i schowała je z powrotem. 

-  Gdzie ja to włożyłam? - mruczała pod nosem. - Czy 

wiesz, że byłam także w jednej z piwiarni na Starym Mie- 
ście? Siedziałam przy długim drewnianym stole, piłam 
ciemne piwo, które przegryzałam szynką i salami. Czy 
wiedziałeś o tym, że budweiser to czeskie piwo? Potem 
przyniesiono mi karpia, choć nikt mi ni& powiedział, co 
to jest, i był po prostu przepyszny! Smażony w głębokim 
tłuszczu i chrupiący. Do tego sałatka z ziemniaków na 
ciepło. Za wszystko zapłaciłam około ośmiu dolarów. Mu- 
sisz polecić tę piwiarnię w przewodniku jako niedrogi lo- 
kal, gdzie panuje miła atmosfera. A, tu go mam! 

Mo z triumfem wydobyła z torby podarty kawałek pa- 

pieru z jakimiś zapiskami i wręczyła go Mattowi. Zoba- 
czył, że jest to górna część kwitu z pralni chemicznej 
w San Francisco. 

-  Nie będzie ci potrzebny? - zdziwił się Matt. 
-  Poradzę sobie. Wszyscy mnie tam znają. 

Mo uśmiechnęła się szeroko do Matta. 

-  Koniecznie musisz pójść ze mną w jedno miejsce. 

Czy uporałeś się już na dziś z pisaniem? Nie chciałabym 
ci przeszkadzać. 

Z jakim pisaniem? pomyślał Matt. Czy mógł jej się 

przyznać, że prawie wcale nie pracował dzisiaj nad książ- 
ką? Zamiast tego gapił się w okno, potem wyszedł na 
chwilę z hotelu, by wybrać prezent dla Mo, niepewny, czy 
będzie jej się podobał. Po powrocie do. pokoju zjadł jakąś 
nędzną kanapkę kupioną w narożnym sklepie, po czym 
warował przy oknie, czekając na powrót Mo. 

Wstał z krzesła, zdecydowany wyrwać się z tego dziw- 

nego, tak nietypowego dla niego stanu. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Oczywiście, że z tobą pójdę. Co to za miejsce? 
-  Pewien hotel. 
-  Przecież hotel w Pradze już opisałem. 
-  Ale nie taki jak tamten, do którego cię zaprowadzę. 
 
-  Czy wiesz, że jest to własność zakonnic? - wyszep- 

tała Mo, kiedy stanęli w skromnie urządzonej recepcji. 
- Ale ludzie świeccy też mogą tu przenocować. W hotelu 
obowiązuje zakaz palenia papierosów, picia alkoholu i po- 
wrotu po pierwszej w nocy. 

Stary, kwadratowy budynek na pierwszy rzut oka nie 

wyróżniał się niczym szczególnym, ale Mo poinformowa- 
ła Matta, że w latach pięćdziesiątych była to siedziba taj- 
nej policji. Zaprowadziła go na niższą kondygnację 
i wskazała rząd zamkniętych stalowych drzwi. 

-  Kiedyś mieściły się tam cele, w których stały prycze, 

a okna były zakratowane. 

-  Naprawdę są ludzie, którzy chcą tu nocować? - zdzi- 

wił się Matt. 

-  Wyobraź sobie, że tak. Zakonnice pomalowały ścia- 

ny dawnych cel na różowo, ale i tak wyglądają dość 
ponuro. 

Mo wskazała na drzwi oznakowane numerem P6. 
-  Tutaj przez pewien czas więziono prezydenta Havla. 

Dziś jest to najpopularniejszy pokój w hotelu. 

Zeszli jeszcze niżej i zobaczyli przed sobą coś w rodza- 

ju długiego tunelu. Wędrowali przez jakiś czas chłodnym, 
ciemnym korytarzem, aż doszli do pokoju przypominają- 
cego grotę. Po prawdziwych skalnych ścianach ściekała 
wilgoć. 

-  Jak ci się podoba? - wyszeptała Mo. - Skóra cierp- 

nie na sam widok, prawda? 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
Matt nie znosił ciemnych, zamkniętych pomieszczeń 

i chętniej jak najszybciej by się stąd wyniósł. 

-  Siostry powiedziały mi, że kiedyś znajdowały się tu 

szkielety ludzi torturowanych w dawnych czasach. Mam 
nadzieję, że teraz już się nie stosuje tortur - dodała. 

Matt nie zdążył odpowiedzieć, bo głośno kichnął. 
-  Na zdrowie! - zawołała Mo. - Ta wilgoć jest nie do 

zniesienia. Możesz to umieścić w przewodniku pod ha- 
słem „Miodowy miesiąc inaczej". 

-  Albo „Katar, czyli pretekst do pozostania w łóżku". 

  Naprawdę złapałeś katar? 

-  Obawiam się, że tak. - Matt niechcący wdepnął 

w płytką kałużę, co dodatkowo pogorszyło mu na- 
strój. - Przykro mi, Mo, ale nie mam dziś ochoty na 
przygody. 

-  Zatem dość zwiedzania podziemi. 
 
Zanim wieczorem dotarli do restauracji, którą Matt za- 

mierzał opisać, Mo zorientowała się, że nie jest z nim 
najlepiej. Był blady, na jego opalonej skórze lśniły kropel- 
ki potu, dłonie miał wilgotne. W dodatku zachowywał się 
jak niedźwiedź wyrwany z zimowego snu. Mo taka posta- 
wa nie była obca. Jeden z jej braci podobnie reagował, 
kiedy był chory. 

Z okien ulokowanej na Starym Mieście eleganckiej 

restauracji w stylu art deco widać było Wełtawę 
i Hradczany. Mo żałowała, że nie ma czasu na ich zwie- 
dzenie, ale obiecała sobie, że koniecznie musi tu jeszcze 
wrócić. 

W czasie posiłku Matt przeważnie milczał. Wyraźnie 

musiał się skoncentrować, by wykonać swoje zadanie. Mo, 
co ze wstydem przyznała sama przed sobą, nawet trochę 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
się cieszyła z jego choroby. Narastające przeziębienie tłu- 
maczyłoby jego nastrój z dwóch ostatnich dni. 

Mo bardzo się starała rozweselić nieco Matta, ale jej 

wysiłki na nic się nie zdały. Nawet nie zauważył poświę- 
cenia, z jakim skosztowała potraw, na które w innej sytu- 
acji za nic by nie spojrzała. Poddała się więc, uznając, że 
Matt ma prawo być w złym humorze. 

Zły humor i przeziębienie nie wpłynęły pozytywnie na 

ocenę dań, które im podano. Matt uznał, że były zbyt 
ciężkie, choć zdawał sobie sprawę, że jego osąd mógł być 
podyktowany brakiem apetytu. Pod koniec posiłku zaczął 
się nerwowo kręcić, aż w końcu skinął na szefa kelnerów 
i poprosił o przyniesienie paczki, którą mu wcześniej zo- 
stawił na przechowanie. 

-  Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - powie- 

dział, stawiając przed Mo opakowane w kolorowy papier 
pudełko. 

-  To przecież dopiero za dwa dni - zdziwiła się. 
-  Pamiętam, ale chciałem ci to wręczyć, zanim opu- 

ścimy Pragę. Wiem, że odmawiasz przyjmowania prezen- 
tów, ale miałem nadzieję, że urodzinowego nie od- 
rzucisz... 

Z uwagą obserwował, jak Mo zdziera opakowanie z pu- 

dełka i otwiera je powoli. Jej oczom ukazała się pozyty- 
wka, będąca piękną miniaturką ratuszowego zegara, ze 
wszystkimi postaciami, które pojawiają się co godzina. 

-  Och, Matt - wyszeptała z oczami pełnymi łez - to 

najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam. 

-  Naprawdę ci się podoba? 

     - Jest prześliczny! 

Matt odetchnął z ulgą. 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
Po powrocie do hotelu nie omieszkał jednak zrobić Mo 

awantury o nieporządek w łazience. Powiedzieli sobie kil- 
ka przykrych słów, ale w końcu oboje przeprosili się na- 
wzajem. Matt naprawdę był zawstydzony swoim zacho- 
waniem. Najbardziej ze wszystkiego pragnął wziąć Mo 
w ramiona, całować jej oczy i usta, ale powstrzymał się 
przed kontaktem fizycznym, bojąc sieją zarazić. 

 
Podróż nocnym pociągiem z Pragi do Budapesztu mo- 

głaby być zabawnym przeżyciem, gdyby nie choroba Mat- 
ta. Jak większość mężczyzn zachowywał się nieznośnie 
i nieźle dał się swojej towarzyszce we znaki. 

Mo wtuliła twarz w poduszkę, która, jej zdaniem, mu- 

siała być napełniona piaskiem i kamykami. Jazda sleepin- 
giem na trzęsącym się, wąskim i twardym piętrowym łóż- 
ku nie była tym, czego się spodziewała po obejrzeniu 
starych filmów Hitchcocka. Brakowało jej przyjaznej ob- 
sługi, wody pitnej, wózka z przekąskami. Starała się nie- 
mal nie korzystać z części sanitarnej, która z higieną nie- 
wiele miała wspólnego. 

Ładna podróż poślubna, nie ma co, pomyślała. 
Ale w końcu nie był to przecież jej prawdziwy miodo- 

wy miesiąc, aczkolwiek kilka dni temu ona i Matt niczym 
się nie różnili od rzeczywistych nowożeńców. 

Teraz jednak sielanka dobiegła końca. Matt unikał jej, 

a ona w głębi duszy wiedziała, że ma to niewiele wspól- 
nego z jego chorobą. 

Jak to dobrze, że nie wyznała mu miłości. Nie był 

gotów usłyszeć takiej deklaracji uczuć, nawet jeśli w pełni 
je podzielał. Walczył jednak z nimi jak szaleniec, a Mo 
nie chciała staczać bojów o prawo do czyjegoś serca. 

Poza tym już jutro będzie w Budapeszcie, mieście, 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

o którym słyszała niemal przez całe swoje życie. Buda- 
peszt i Dunaj. Jakże często te dwa słowa padały z ust 
babci. Mo pomyślała o jej przepowiedni. Zwykła głupota, 
uznała. W końcu kto znał kiedykolwiek człowieka o sre- 
brzystych oczach? Ludzie miewają oczy szare, ale w żad- 
nym wypadku srebrne. Śmiechu warte i tyle. 

Pociąg mknął po szynach, a monotonny stukot kół po- 

woli kołysał Mo do snu. Nasłuchiwała jeszcze, czy Matt 
jej o coś nie prosi. Zdawała sobie jednak sprawę, że gdyby 
nawet bardzo czegoś potrzebował, nigdy się do tego nie 
przyzna. 

 
Kołysanie wagonu tylko drażniło Matta. Gdyby mógł, 

kazałby zatrzymać pociąg. Ból głowy stawał się nie do 
wytrzymania. W dodatku te rojenia ni to na jawie, ni we 
śnie. 

Rojenia o miłości. 
To jedno słowo kołatało mu się w myślach i nie dawało 

spokoju. Czy kiedykolwiek kogoś kochał? Pewnie matkę, 
zwłaszcza kiedy był małym dzieckiem. Przecież wszystkie 
dzieci kochają swoje matki. 

Matt zmienił pozycję. Łóżko było wąskie jak dziecięca 

prycza na letnim obozie. Dorosły człowiek nie ma prawa 
zasnąć na czymś takim. 

Mam kilku przyjaciół, rozmyślał dalej. Parę kobiet 

przewinęło się przez moje życie. Ale czy je kochałem? 

Doszedł do wniosku, że to uczucie było mu dotąd obce. 
Dopóki nie spotkał Mo. 
Otarł wilgotne czoło brzegiem szorstkiego prześcierad- 

ła i jęknął głucho. Nawet gdyby miał umrzeć, nie poprosi 
tej kobiety o jednorazową chusteczkę, wodę mineralną czy 
aspirynę. Do tej pory doskonale radził sobie ze wszystkim 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

sam, więc i teraz obejdzie się bez pomocy Mo. W końcu 
to tylko zwykłe przeziębienie. 

Ale czy naprawdę będzie umiał o niej na zawsze zapo- 

mnieć? Na myśl o Mo słowo „miłość" powracało do niego 
uparcie jak bumerang. Żałował, że kiedykolwiek ktoś je 
wymyślił. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

 
Na budapeszteński dworzec kolejowy dotarli o siódmej 

rano. Mo zamówiła taksówkę do hotelu. Matt czuł się 
bardzo źle powinien więc jak najszybciej położyć się do 
łóżka i zdrzemnąć. Dobrze by było również, żeby zbadał 
go jakiś lekarz, ale o tym nawet nie chciał słyszeć. 

Zdaniem Mo taksówkarz jechał dookoła, żeby wydłu- 

żyć trasę. W innej sytuacji nie puściłaby tego płazem, ale 
mając taką ilość bagażu i ledwo żywego, kichającego 
mężczyznę u boku nie chciała wdawać się w żadne sprze- 
czki. 

Ogromny stary hotel przed który zajechali, w dawnych 

czasach niewątpliwie był pałacem. Przed wejściem stało 
dwóch odźwiernych w uniformach z błyszczącymi guzi- 
kami i epoletami. Hol lśnił miedzią i kryształami, na po- 
sadzce leżały wschodnie dywany i stały olbrzymie sofy 
na których siedzieli ludzie różnych narodowości i rozma- 
wiali przez telefony komórkowe. Zupełnie jak w San 
Francisco. 

Apartament, do którego ich zaprowadzono, był najwię- 

kszy z dotychczas przez nich zajmowanych. Mo pomyśla- 
ła, że kiedyś musiał należeć do jakiejś księżnej. Wielkie 
łóżko pokrywała gruba, puchowa kołdra. Z okien widać 
było Dunaj i kilka mostów łączących prawostronną, gó- 
rzystą Budę, niegdyś obronną siedzibę królewską, z leżą- 
cym na lewym brzegu Pesztem, od zarania dziejów aż po 

 
 

R

 S

background image

 

dzień dzisiejszy mającym przemysłowo-handlowy cha- 
rakter. 

Mo zagoniła Matta do łóżka. Położył się bez oporów. 

Dotknęła jego czoła. Było już nieco chłodniejsze, ale nadal 
pokryte potem. 

Następnie zadzwoniła po obsługę, poprosiła o dostar- 

czenie do pokoju soku pomarańczowego oraz herbaty, po 
czym otuliła Matta kocami i przysiadła obok niego na 
skraju materaca. 

-  Mój tata ma znakomite lekarstwo na przeziębienie. 

Należy wymieszać echinaceę, gorzknik kanadyjski, pół 
litra soku pomarańczowego, dodać dwa kieliszki brandy 
i szybko wypić. Potem szczelnie owinąć się kołdrą i za- 
snąć. Po jednej nocy wypocisz z siebie całą chorobę. 

-  O ile wcześniej się nie uduszę. Mo, dlaczego nie 

pójdziesz się przejść? Nie chcę, żebyś oglądała mnie 
w tym stanie. 

Ciekawe, czy tak zachowywał się mały Matt, kiedy czuł 

się z jakiegoś powodu bezradny, pomyślała. Popatrzyła na 
niego z mieszaniną macierzyńskiej i czysto kobiecej czu- 
łości. 

-  Skoro nie jestem ci na razie potrzebna, pójdę pozwie- 

dzać miasto, a ty w tym czasie się zdrzemnij. - Pocałowa- 
ła go w czoło, odgarniając z niego kosmyk lekko wilgot- 
nych włosów. - Odpoczywaj. Kocham cię. 

Ostatnie dwa słowa padły z jej ust tak spontanicznie, 

jakby powtarzała je setki razy. 

Od czasu pamiętnej przejażdżki gondolą oboje tak się 

pilnowali się, by broń Boże ich nie wypowiedzieć. A teraz 
musiała się wyrwać jak filip z konopi. Zamarła z wraże- 
nia. Ledwo mogła oddychać, patrząc, jak na twarzy Matta 
pojawiają się kolejno zdziwienie, jakiś rodzaj czułości, 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
a na koniec przerażenie. Potem zacisnął usta i zamknął 
oczy. 

Tak po prostu. Bez słowa. 
Zimny drań. 
Mo przewiesiła torbę przez ramię i wybiegła z pokoju. 

Nie miała ochoty korzystać z windy, a ponieważ ich apar- 
tament mieścił się na ostatnim piętrze, nieco się zmęczyła, 
pędząc po schodach. Wściekłość dodawała jej sił. Jak on 
mógł tak ją zignorować! 

Wyszła z hotelu, przez jakiś czas wędrowała główną 

ulicą, po czym skręciła w bok i znalazła się w spokojnej 
dzielnicy mieszkaniowej. Z otwartych kuchennych okien 
dolatywał zapach cebuli i czosnku. Jakaś kobieta w kolo- 
rowej chustce na głowie zamiatała chodnik przed domem. 
W niewielkim parku mężczyźni grali w szachy na stoliku 
ustawionym w cieniu drzew. Mały piesek uganiał się mię- 
dzy krzakami. Na podwórkach dużych eleganckich budyn- 
ków rosły drzewa owocowe i kwiaty; okienne parapety 
zastawione były słojami z przetworami. 

W innej sytuacji Mo byłaby zachwycona faktem, że oto 

dotarła do kraju przodków i przyglądałaby się wszystkie- 
mu z właściwym jej naturze entuzjazmem. Dziś jednak 
ledwo cokolwiek zauważała. Wydawało jej się, że space- 
ruje tak już wiele godzin, bijąc się z niewesołymi myślami. 
Nagle poczuła jakiś miły zapach, a jej żołądek zaburczał 
z głodu. Przecież nic jeszcze dziś nie jadła. Zobaczyła 
niewielki sklepik, przed którym stali roześmiani przechod- 
nie. Wszyscy ze smakiem lizali lody. Weszła do środka 
i zamówiła kulki o cynamonowym smaku. Matt byłby ze 
mnie dumny, że wybrałam coś tak oryginalnego, prze- 
mknęło jej przez myśl. 

Nagle przypomniała sobie, że Matt jej nie kocha. 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
A przynajmniej konsekwentnie udaje, że nic do niej nie 

czuje. Zimny drań, powiedziała sama do siebie już po raz 
drugi tego dnia. 

Później wędrowała brzegiem Dunaju, mijając po dro- 

dze jeden z mostów, który widziała z okien hotelowego 
pokoju. W pewnej chwili stanęła twarzą w stronę rzeki 
i popatrzyła na widoczny w oddali zamek. W czasie tej 
podróży widziała już tyle zamków, pałaców, muzeów i po- 
mników. Była w wielu parkach, teatrach, muzeach oraz 
znakomitych restauracjach. Przeżyła pełen wrażeń miodo- 
wy miesiąc. 

Poczuła łzy gromadzące się jej pod powiekami. Dlacze- 

go, do diabła, zawsze musi płakać? Sięgnęła do torby po 
jednorazową chusteczkę. Była pewna, że została jej jesz- 
cze jakaś zapasowa paczka. 

Postawiła torbę na chodniku i zaczęła wysypywać nań 

jej zawartość. Skarpetki, pudełka zapałek, popielniczka, 
butelka z wodą mineralną, nie dojedzona bułka, plastyko- 
wy kaptur od deszczu. 

Poczuła za plecami obecność jakiejś osoby, ale zanim 

zdążyła się obejrzeć, czyjeś ręce porwały z chodnika jej 
torbę. Zobaczyła nastolatka, który uciekał z jej włas- 
nością. 

- Hej! Stój! -krzyknęła. 
Potem usłyszała jakieś obce słowa i spostrzegła wąsa- 

tego mężczyznę w przeciwsłonecznych okularach, który 
rzucił się w pogoń za złodziejem. Mo zamierzała dołączyć 
się do pościgu, ale mężczyzna zdążył tymczasem dopaść 
młodocianego przestępcę. Po krótkiej szamotaninie wy- 
rwał mu torbę. Chłopak zdołał uciec, więc mężczyzna, 
uśmiechając się szeroko, ruszył w stronę Mo. 

Kiedy się zbliżył, dostrzegła jego śniadą cerę, ciemne, 
 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
kręcone włosy i bandankę zawiązaną wokół czoła. Męż- 
czyzna ubrany był w dżinsy i podkoszulek. Mógł liczyć 
mniej więcej tyle lat co ona. Nie był zbyt wysoki, ale 
bardzo sympatyczny. Mo polubiła go od pierwszego we- 
jrzenia. Była pewna, że ma przed sobą Roma, przedstawi- 
ciela fascynującej, największej mniejszości narodowej na 
Węgrzech. 

Mężczyzna z czarującym uśmiechem wręczył jej odzy- 

skaną torbę i powiedział coś, czego nie zrozumiała. 

-  Kószónom szepen - odparła w podziękowaniu. Był 

to jeden z około dziesięciu zwrotów w języku węgierskim, 
jakich nauczyła jej babcia. 

Została zasypana potokiem słów, ale pokręciła tylko 

głową, uśmiechając się przepraszająco. 

Nem, nem - powiedziała. - Przykro mi, ale nie mó- 

wię po węgiersku. 

Mężczyzna zrobił wyraźnie rozczarowaną minę, ale po 

chwili jego twarz znowu się rozpromieniła. Dając jej znak, 
by poczekała na niego, podszedł do małego, prymitywne- 
go, pomalowanego na biało drewnianego wózka, który stał 
na skraju chodnika. Cały był wypełniony naręczami róż- 
norodnych kwiatów. Niektóre były już ułożone w wiązan- 
ki i zapakowane, inne tkwiły w wazonach. Nie sprawiały 
wrażenia zbyt świeżych, ale przyciągały wzrok wielością 
kolorów. 

Mo zorientowała się, że jej wybawca jest właścicielem 

tego wózka. Przez chwilę uważnie przyglądał się kwiatom, 
po czym ułożył bukiet z narcyzów, stokrotek i jakichś bia- 
łych kwiatów na długich łodyżkach, których nazwy Mo 
nie znała. Następnie podszedł do niej i zginając się 
w ukłonie, wręczył jej wiązankę. 

Mo przyjęła kwiaty i po węgiersku podziękowała ofia-  
 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
rodawcy. Stali w milczeniu, przyglądając się sobie nawza- 
jem. W pewnym momencie mężczyzna wykonał taneczny 
krok, Mo zrobiła to samo i oboje wybuchnęli głośnym 
śmiechem. 

Kwiaciarz zaczął nucić jakąś melodię, wyciągnął ra- 

miona w stronę Mo i zaprosił ją do tańca. 

Była zachwycona. Czy można sobie wyobrazić bardziej 

romantyczną sytuację niż wirowanie w rytmie walca nad 
brzegiem Dunaju? Od razu humor jej się poprawił. 

Mężczyzna w pewnej chwili zsunął swoje okulary 

przeciwsłoneczne na czubek głowy i uśmiechnął się sze- 
roko, sięgając do okularów Mo. 

Mo zatrzymała się nagle, oparła dłonie o pierś swego 

tancerza i z napięciem wpatrzyła się w jego oczy. 

Spotkany nad brzegiem Dunaju ciemnowłosy mężczy- 

zna miał srebrne tęczówki. 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

 
Matt usiadł ciężko na ławce i przetarł dłonią twarz. Co 

ja tu robię? pomyślał. Mo uznałaby mnie za skończonego 
głupca. Gdziekolwiek teraz jest, z pewnością nie potrze- 
buje mojej pomocy. 

Dwie godziny temu Matt leżał w łóżku w hotelowym 

pokoju, osłabły od trawiącej go gorączki. Z pozoru nie- 
winne przeziębienie kompletnie pozbawiło go sił i energii. 
Na przemian budził się i zapadał w sen, zastanawiając się, 
czy jego choroba nie ma przypadkiem bardziej emocjo- 
nalnego niż fizycznego podłoża. Jakkolwiek było, nie 
zmieniało to faktu, że czuł się podle. 

Nagle po którymś z kolei przebudzeniu zerwał się 

gwałtownie i usiadł wyprostowany na łóżku. Przypomniał 
sobie, co się stało, i ogarnęło go przerażenie. Mo wyznała 
mu miłość, a on, kompletny idiota, zapomniał języka 
w gębie i milczał jak zaklęty. Kiedy wróciła mu zdolność 
reagowania, Mo dawno już nie było w pokoju. 

Zastanawiał się, dokąd też ona mogła pójść. Wiedział, 

że musi ją odnaleźć. Wstał więc z łóżka, nałożył spodnie 
i koszulę, po czym wyruszył z hotelu na poszukiwania. 
Wszędzie się za nią rozglądał, ale na próżno. Zmęczony 
przysiadł na ławce nad brzegiem Dunaju i rozmyślał nad 
tym, co mógłby jeszcze zrobić. Nagle w oddali zobaczył 
dwie postacie. Jedna z nich wydała mu się dziwnie znajo- 

 
 
 

R

 S

background image

 
 
ma. Czyżby to była Mo? Kim zatem jest towarzyszący jej 
mężczyzna? 

Matt podniósł się z ławki, by do nich podejść, ale za- 

trzymał się w pół kroku. No dobrze, stanie twarzą w twarz 
z Mo i co dalej? Co jej wtedy powie? 

Zrezygnowany, opadł znowu na ławkę i zapatrzył 

się na parę, która najwyraźniej świetnie się bawiła. Mo 
i nieznajomy mężczyzna śmiali się głośno i wirowali w ja- 
kimś zaimprowizowanym tańcu. Matt zacisnął zęby ze 
złości. 

W pewnej chwili mężczyzna wyciągnął ramię w stro- 

nę Mo, a ona nagle się zatrzymała. Nawet z tej odległo- 
ści Matt mógł się zorientować, że coś ją zaskoczyło. 
Zaczęła intensywnie wpatrywać się w oczy swojego part- 
nera. 

W tym momencie Matt nie miał już żadnych wątpliwo- 

ści, że Mo właśnie spotkała swoje przeznaczenie. 

Poczuł się tak, jakby ktoś zadał mu mocny cios w splot 

słoneczny. Zabrakło mu powietrza. Po chwili westchnął 
ciężko i złapał się za głowę. Teraz, kiedy w końcu zrozu- 
miał, czego najbardziej pragnie, właśnie to stracił. Serce 
krwawiło mu z rozpaczy. Wiele razy słyszał to wyświech- 
tane określenie i śmiał się z niego, ale teraz nie było mu 
do śmiechu. Cierpiał, gdyż nareszcie zaczęło mu na kimś 
bardzo zależeć. Taka była cena miłości. Przynajmniej 
w jego przypadku. Spóźnił się o dwie godziny. Szczęście 
nie chciało poczekać. 

Z wielkim wysiłkiem podniósł się z ławki i powlókł do 

hotelu. 

Kiedy godzinę później Mo pojawiła się w ich wspól- 

nym pokoju, leżał po uszy nakryty kołdrą. Co ona pora- 
biała przez tę godzinę? zastanawiał się. W wyobraźni wi- 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
dział ją w różnych sytuacjach i na samą myśl o tym, co 
się mogło dziać, czuł w sercu szarpiący ból. Obserwował 
Mo przez wpółprzymknięte powieki i zauważył, że jest 
niezwykle wyciszona. Podeszła do łóżka i popatrzyła na 
Matta, ale on udawał, że tego nie zauważył. 

-  Matt - usłyszał jej cichy szept. 

Mruknął coś pod nosem. 

Mo przysiadła na skraju materaca i położyła dłoń na 

czole Matta. 

-  Nie jesteś już taki rozpalony jak przedtem - powie- 

działa. - Jak się czujesz? 

Mart wzruszył ramionami. Nagle zabrakło mu słów. 
-  Dowiedziałam się, że Budapeszt słynie z tureckich 

łaźni. Jedna z nich znajduje się w hotelu Gellerta, dosłow- 
nie kilka ulic stąd. Poszłam tam, żeby ją zobaczyć. 

Mo mówiła szybko, ale bez zwykłej sobie werwy. Wy- 

dało mu się to co najmniej dziwne. Poza tym serce bolało 
go na myśl o tym, że była sama w obcym hotelu. 

-  Może kąpiel w takiej łaźni pomogłaby ci zwalczyć 

przeziębienie - ciągnęła. - Hotelowa łaźnia jest ogromna, 
a zatrudniona tam masażystka mogłaby śmiało podnosić 
ciężary. Czy nie sądzisz, że warto by to opisać w przewod- 
niku? Masz ochotę odwiedzić tę łaźnię? 

-  Na razie chcę tylko spać - wymamrotał. 
-  A więc dobrze, śpij. Trzeba tylko odwołać rezerwację 

stolika w restauracji na dzisiejszy wieczór. 

-  Muszę tam iść - mruknął Matt. - Nie mam wyboru. 

Na szczęście kolacja ma się zacząć dopiero o dziesiątej. 
Mam nadzieję, że do tego czasu poczuję się lepiej. 

-  Zatem śpij teraz dobrze - szepnęła Mo. 
-  A ty dokąd pójdziesz? - zapytał z napięciem w głosie. 

Nie był pewien, czy Mo zorientowała się, jak bardzo 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

 
był wystraszony, ale odetchnął z ulgą, kiedy zapewniła go, 
że nigdzie się nie wybiera. 
     Teraz mógł spokojnie, zasnąć. 

 
Restauracja była usytuowana nad brzegiem Dunaju, tuż 

naprzeciwko Wyspy Małgorzaty. Matt i Mo siedzieli na 
zewnątrz na górnym tarasie i podziwiali ludowe tańce 
w wykonaniu tancerzy w barwnych kostiumach. Kelnerki 
i kelnerzy mieli na sobie stroje węgierskich wieśniaków. 
Mo bardzo podobał się ten lokal, gdyż był najmniej ofi- 
cjalny ze wszystkich, w których dotąd jadali służbowe 
posiłki. Rozglądała się dokoła, patrzyła na migocące pło- 
myki świec na stolikach i czuła się dziwnie spokojna oraz 
bardzo smutna. Przepowiednia babci zawierała tylko część 
prawdy. Sprzedawca kwiatów miał co prawda taki kolor 
oczu, jak powinien, ale poza tym nic się nie zgadzało. 
Serce ńie zabiło jej mocniej na jego widok, jego bliskość 
nie wywołała dreszczy. Żadna iskra elektryczna nie prze- 
skoczyła między nimi. Mężczyzna o srebrnych oczach nie 
był przeznaczonym jej życiowym partnerem. 

Oczywiście nie był nim również Mart. Cała złość, ja- 

ką do niego czuła, wyparowała, kiedy obserwowała 
go śpiącego przez resztę popołudnia. W jej miejsce poja- 
wił się łagodny smutek, który nigdy dotąd nie gościł w ser- 
cu Mo. 

Matt po przebudzeniu wydawał się jeszcze bardziej 

odległy duchem niż przedtem. Przebrał się w nowy, przy- 
słany z Wenecji biały garnitur, w którym wyglądał wspa- 
niale, jak rasowy Europejczyk. W drodze do restauracji 
niewiele rozmawiali. Jaka szkoda, że podróż, która zaczęła 
się tak radośnie, ma takie smutne zakończenie, pomyślała 
Mo. Zastanawiała się również, czy ona sama jeszcze kie- 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 

 
dyś się uśmiechnie. Dzisiejszego wieczoru nie miała na to 
najmniejszej ochoty. 

-  Ciekawe, gdzie podziewa się fotograf - powiedział 

Matt, rozglądając się po restauracji. - Zamierzał się tu 
z nami spotkać. 

Mo wypiła mały łyk wina i wzruszyła ramionami. 

Matt przez chwilę patrzył na nią z uwagą. Oho, znowu 
się zacznie, pomyślała Mo. 

-  Czy mógłbym cię prosić o przysługę? - odezwał się 

niespodziewanie. 

-  Jaką przysługę? - zdziwiła się Mo. 
-  Z powodu przeziębienia mam zatkany nos. Nie czuję 

ani smaku, ani zapachu potraw, a muszę zamieścić ich opis 
w książce. Chciałbym, żebyś ty spróbowała każdego dania 
i opowiedziała mi, jak, twoim zdaniem, smakuje. 

-  Uważasz, że będę potrafiła to zrobić? 
-  Oczywiście. Wierzę w ciebie. 
Mo zatem najlepiej, jak umiała, starała się opisać każdą 

z potraw. W pewnym momencie jednak zabrakło jej od- 
powiednich określeń. 

-  Przykro mi, Matt - powiedziała. - Nie znam nazw 

tych wszystkich ziół i przypraw tak dobrze, jak ty. 

-  Wcale nie musisz - pocieszył ją Matt. - Przecież to 

nie twoja specjalność. 

Mo zesztywniała, słysząc ostatnie słowa. Mocno ją zra- 

niły. Czy Matt zawsze musiał przypominać o jej braku 
kompetencji? 

-  O ile pamiętasz, już rozmawialiśmy o tym, że nie 

mam żadnej specjalności. 

-  Masz - odparł Matt z gorzkim uśmiechem. - Twoją 

specjalnością jest życie. Przeżywanie go. Zazdroszczę ci 
tej umiejętności. 

 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Jak to? - zdziwiła się Mo. 
-  Chciałbym być bardziej podobny do ciebie - oświad- 

czył. 

-  Naprawdę? Skąd nagle taki pomysł? 
-  Posłuchaj mnie uważnie, Mo. Chciałbym... 
Matt nie zdążył skończyć zdania, gdyż do ich stolika 

podszedł cygański skrzypek, który przedtem grał dla in- 
nych gości. Skrzypek był tęgi i niewysoki, prawie łysy, 
ubrany w strój pokryty bogatym haftem. Uśmiechnął się 
szeroko, błyskając złotymi zębami, i zaczął grać jakąś 
smutną, romantyczną melodię. 

Rzewne tony poruszyły ukryte struny w duszy Mo; 

poczuła nie znany jej dotąd ból. Obserwując ruchy rąk 
skrzypka, zerknęła w pewnej chwili na cyferblat zegarka, 
który miał na przegubie dłoni, i stwierdziła, że jest już za 
dziesięć dwunasta. To znaczy, że za dziesięć minut, wraz 
z wybiciem północy, skończy dwadzieścia osiem lat. No 
i co z tego? Uśmiechnęła się niewesoło. 

-  O czym myślisz? - spytał ją Matt. 
-  O moich urodzinach. - Mo wzruszyła ramionami. 
-  Urodziny? — Skrzypek przerwał recital i oznajmił 

głośno po węgiersku, że jedna z pań obecnych na sali jest 
dzisiaj jubilatką, po czym odegrał na jej cześć „Happy 
Birthday". 

Mo zaczerwieniła się, kiedy restauracyjni goście zaczę- 

li wspomagać skrzypka głośnym śpiewem w języku, któ- 
rego brzmienie było jej znajome od najwcześniejszego 
dzieciństwa, spędzonego z ukochaną babcią. Bardzo 
chciała cieszyć się dniem swoich urodzin, ale mimo szcze- 
rych chęci nie mogła uznać tego wieczoru za najweselszy 
w jej życiu. Ukradkiem otarła samotną łzę spływającą jej 
po policzku. 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
Do skrzypka przyłączyła się teraz ciemnowłosa piosen- 

karka o pełnej ekspresji twarzy; pieśń, którą wykonywała, 
opowiadała o bólu i cierpieniu. Mo była pewna, że pio- 
senkarka dzięki kobiecej intuicji wyczuła, co ona teraz 
przeżywa. 

Matt zacisnął szczęki. Poczuł, że natychmiast musi po-

wie- 
dzieć Mo to, co zamierzał, nim przeszkodził mu skrzypek. 

-  Mo, muszę ci coś powiedzieć - zaczął. 
-  Wystarczy: „Wszystkiego najlepszego z okazji uro- 

dzin" - oświadczyła niedbałym tonem. 

-  Nie wystarczy. Chciałbym... chciałbym wrócić do 

tego, co ty dziś powiedziałaś. 

-  Kiedy? 
-  Rano, w hotelowym pokoju. 
-  Masz na myśli receptę mojego taty na przeziębienie? 
-  Nie, potem. 
Boże, jak trudno mu było się wysłowić. Gdzie się po- 

dział złotousty radiowy prezenter, sławny Matthew Vi- 
ning? 

-  Czy chcesz pograć ze mną w dwadzieścia pytań? 

- upewniła się Mo. 

-  Do diabła, powiedziałaś wtedy, że mnie kochasz. 

Mo zamarła, słysząc te słowa. Gdyby nie szybko mru- 
gające powieki, jej twarz przypominałaby oblicze posągu. 

-  A ja chcę ci powiedzieć, to znaczy... - Matt nakrył 

dłonie Mo swoimi. - Błagam cię, nie odchodź z nim - wy- 
krztusił. 

-  Z kim miałabym odchodzić? - zdziwiła się Mo. 
-  Z tym mężczyzną o srebrnych oczach, który sprzedaje 

kwiaty. Nie mam nic przeciwko sprzedawcom kwiatów - za- 
strzegł się natychmiast Mart - ale ty przecież w ogóle go nie 
znasz. Nawet mówicie różnymi językami... 

 
 
 
 

R

 S

background image

 
 
-  Skąd się dowiedziałeś o tym człowieku? - spytała 

Mo. 

-  Widziałem was. 
-  Poszedłeś za mną? Dlaczego? 
-  Nieważne. Naprawdę istotne jest, że... Mo, nie znio- 

sę tego, jeśli mnie opuścisz! 

-  Wcale nie zamie... - Mo zamilkła, kiedy dotarły do 

niej ostatnie słowa wypowiedziane przez Matta. Wpatrzyła 
się w niego szeroko otwartymi oczami, milcząc, co dosyć 
rzadko jej się zdarzało. Muzyka grała dalej, ale oni niczego 
nie słyszeli, wsłuchani w głośne bicie swoich serc. 

-  Co ty na to? - spytał zaniepokojony jej nietypową 

reakcją Matt. 

Skrzypek i piosenkarka chyba zauważyli, że przy sto- 

liku rozgrywa się naprawdę dramatyczna scena. Podeszli 
bliżej i rozpoczęli zawodzić kolejną łzawą pieśń. 

Mo wyciągnęła rękę ponad blatem stolika i uścisnęła 

dłoń Matta. 

-  Ostatnio płakałem jako mały chłopiec, kiedy musia- 

łem pozbyć się ukochanego szczeniaczka, gdyż nowy mąż 
mojej mamy był uczulony na psią sierść. Teraz mógłbym 
znowu się rozpłakać na myśl o utracie ciebie - wyznał. 
W jego oczach naprawdę pojawiły się łzy. 

-  Boże, jakie to smutne - westchnęła Mo, po czym 

sama wybuchnęła płaczem. 

Poprzez mgłę zasnuwającą jej wzrok popatrzyła na 

Matta. W tej chwili nigdzie już nie uciekał myślami; był 
tak blisko, jak to tylko możliwe, a zachwywał się tak ze 
strachu, że ona mogłaby go opuścić. 

Chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie światło 

świecy odbiło się w błyszczącej bransoletce piosenkarki, 
rzucając refleks na twarz Matta. Łzy na jego policzku 

 
 
 
 

R

 S

background image

 

zalśniły, zalśniły też oczy. Tęczówki Marta miały teraz... 
srebrny kolor. 

-  Och, Matt - wyszeptała Mo. 
-  Co, kochanie? 
-  Twoje oczy są srebrne. 
-  Słucham? 
-  Płomyki świec odbijają się we łzach, co sprawia, że 

twoje oczy mają srebrną barwę. Rozumiesz? Znajdujemy 
się oboje nad brzegiem Dunaju, ja za chwilę rozpocznę 
dwudziesty dziewiąty rok życia, a ty jesteś mężczyzną 
o srebrnych oczach. Sprawdziła się przepowiednia mojej 
babci. 

-  Dzięki niej spotkałem ciebie. - Głos Matta brzmiał 

tak ciepło i czule, jak w najskrytszych marzeniach Mo. 
Z cynika, którego przez tyle czasu próbował udawać, nie 
pozostało już ani śladu. 

Oboje siedzieli wpatrzeni w siebie, uśmiechnięci, 

szczęśliwi, obojętni na wszystko, co dzieje się dokoła. 

-  Najlepsze życzenia z okazji urodzin - wyszeptał 

Matt. - Kocham cię. Kocham aż do bólu. 

-  Znowu się rozpłaczę - ostrzegła go Mo. 
Matt ujął jej dłoń i ucałował po kolei każdy z opusz- 

ków palców. 

-  Płacz, ile chcesz. Jakoś sobie z tym poradzę. Prze- 

praszam, że tak często na ciebie warczałem. Nie zasługu- 
jesz na takie traktowanie. Jesteś wspaniała. 

-  Ty też - odparła Mo, pociągając nosem. 
Oboje jak na komendę powstali z krzeseł i pochylili się 

nad blatem stolika. Matt objął dłońmi twarz Mo. Ich usta 
zwarły się w namiętnym pocałunku. 

Nagle usłyszeli w pobliżu czyjeś chrząknięcie. Kiedy 

się powtórzyło, z niechęcią odsunęli się od siebie. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

 
-  Bardzo przepraszam - odezwał się tęgawy męż- 

czyzna w źle dopasowanym szarym garniturze. - Nawalił 
mi samochód i dlatego się spóźniłem. Proszę o wybacze- 
nie. 

-  Co? - spytał Matt. 
-  Jestem fotografem. - Grubas popatrzył kolejno na 

Matta i Mo. - Miałem zrobić zdjęcia. - Para przy stoliku 
wciąż patrzyła na niego ze zdumieniem, speszył się więc 
i upewnił: - Czy mam do czynienia z państwem Vining? 

Matt puścił oczko do Mo, po czym odparł z kamienną 

twarzą: 

-  Jeszcze nie, ale to kwestia najbliższej przyszłości. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R

 S

background image

 

 

EPILOG 

 
-  Udana podróż - szepnął Matt, mocniej przytulając Mo 

do siebie. Przed chwilą szczęśliwie zakończyli odprawę celną 
na lotnisku w San Francisco. Mo tak zagadała celnika, że 
machnął ręką na dowody zakupu licznych upominków, które 
miała w torbie, i pozwolił im przejść. - Powinniśmy ją powtó- 
rzyć. Wspólne zwiedzanie, biesiadowanie, dużo miłości... 

-  Co ty znowu knujesz? - zapytała Mo. 
-  Wykazałaś tyle intuicji i pomysłowości w czasie na- 

szej podróży. Przyszło mi do głowy, że mogłabyś zostać 
gościem mojego programu. - Mart zastanowił się chwilę. 
- Nie, mam lepszy pomysł. Poprowadźmy ten program 
razem. Nazwę „Biesiaduj z Mattem" zmienimy na „Kuli- 
narne podróże Matta i Mo". Co o tym sądzisz? 

-  Słucham? 
-  W porządku, „Kulinarne podróże Mo i Matta" - zgo- 

dził się wspaniałomyślnie. 

Mo uśmiechnęła się szeroko. Mężczyzna z jej marzeń 

stał tuż obok niej i nie był nim cudzoziemiec znad Dunaju 
o srebrzystych oczach, lecz ciemnooki Amerykanin. Mi- 
mo to przepowiednia się.spełniła. Dziękuję ci, babciu, 
szepnęła Mo, głośno zaś powiedziała: 

-  "Kulinarne podróże Matta i Mo" to brzmi nie najgo- 

rzej. Dopóki jesteś ze mną, możesz być na górze. 

R

 S


Document Outline