background image

RAYE MORGA 

BLIŹIACZKI 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Brittanny Lee miała za sobą zupełnie zwariowany dzień. Jakiś pomyleniec przysłał do 

muzeum obcięte paznokcie od nóg. Do pudełka dołączył list. Zaklinał się w nim, że paznokcie 

zostawił  mu  w  spadku  dziadek,  który  dostał  je  od  samego  króla  Kamehameha.  Przesyłka 

wywołała wśród pracowników muzeum burzliwą dyskusję. Jedni uważali, że należy skrawki 

paznokci poddać badaniom i określić ich wiek, inni byli zwolennikami wyrzucenia tego dość 

obrzydliwego eksponatu do śmieci. 

Britt  znalazła  się  w  grupie  zwolenników  kosza  na  śmieci.  Tego  rodzaju  pamiątki  w 

żaden sposób nie przemawiały do jej wyobraźni, niezależnie od tego, czyją były własnością. 

Niestety, jej przełożony miał w tej sprawie odmienne zdanie. Być może nogi, na których rosły 

te  paznokcie,  przemierzały  piaszczyste  drogi  wytyczone  przez  naszych  przodków 

argumentował Gary, pełen uszanowania wobec wątpliwego zabytku. 

Był to jeden z tych dni, kiedy interesująca skądinąd praca w muzeum stawała się dla 

Britt trudna do zniesienia. Dlatego właśnie Brittanny zwolniła się wcześniej. 

Wychodząc z windy w eleganckim domu, w którym od kilku dni mieszkała, usłyszała 

ciche pomiaukiwanie, coś jakby pisk stęsknionych za matką kociąt. 

- Mam nadzieję, że to nie płaczą dzieci - powiedziała mijająca ją wytworna blondynka. 

- Zapewniano mnie, że w tym domu nie ma żadnych dzieci. 

Britt  także  o  tym  zapewniano,  jednak  ton  wypowiedzi  sąsiadki  trochę  dziewczynę 

zirytował.  Nie  była  wprawdzie  wielbicielką  pełzających  i  wrzeszczących  ludzików,  ale 

traktowanie  dzieci  na  równi  z  przestępcami  wydało  jej  się  czymś  niewłaściwym.  Dopiero 

teraz  przestraszyła  się  napuszonych  i  pozbawionych  ludzkich  odruchów  sąsiadów,  wśród 

których zdecydowała się zamieszkać. I to w końcu za niemałe pieniądze. 

Nie  miała  ochoty  na  jeszcze  jedna  tego  dnia  wymianę  zdań,  wobec  czego  tylko 

uśmiechnęła  się  do  blondynki.  Długi  korytarz  wyłożony  był  grubym,  tłumiącym  dźwięki 

dywanem  i  Britt  czułaby  się  jak  głuchoniema,  nic  słysząc  własnych  kroków,  gdyby  nie  to 

kocie miauczenie. 

Ruszyła w kierunku swego mieszkania. Pod drzwiami sąsiada z naprzeciwka stał duży 

wiklinowy koszyk. 

- Ach, więc to tak - uśmiechnęła się do siebie. Ktoś przyniósł mojemu sąsiadowi kotki. 

Tylko po co playboyowi kociaki? 

Britt uwielbiała koty. Miała ogromną ochotę choćby tylko zerknąć do koszyka. 

background image

W  ostatniej  chwili  się  powstrzymała.  Jak  już  te  kotki  zobaczę,  to  na  pewno  będę 

chciała  sobie  jednego  wziąć,  pomyślała.  Co  najmniej  jednego.  Naprawdę  nie  powinnam. 

Szczególnie teraz, kiedy tak trudno mi się pozbierać.  Zdecydowałam się  na samotne życie i 

nawet  już  nie  wyobrażam  sobie  sytuacji,  w  której  musiałabym  codziennie  śpieszyć  się  do 

domu, bo ktoś tam na mnie czeka. Może później, jak się już trochę przyzwyczaję do tego luk-

susowego  mieszkania  w  eleganckim  domu,  pośród  dystyngowanych  sąsiadów,  do  których 

zupełnie  nie  pasuję.  Teraz  nie  mogę  sobie  jeszcze  pozwolić  na  żadne  zwierzę.  Nawet  nie 

zajrzę do tego kosza. Nie chcę się wodzić na pokuszenie. 

Przekręciła  klucz  w  zamku  i.  nie  oglądając  się  za  siebie.  weszła  do  mieszkania. 

Szybko  zatrzasnęła  drzwi,  uszczęśliwiona,  że  udało  jej  się  nie  ulec  pokusie  obejrzenia 

kociaków. 

Położyła  torebkę  na  stoliku  i  po  raz  setny  z  podziwem  obejrzała  swoje  nowe 

mieszkanie.  Wciąż  jeszcze  nie  mogła  uwierzyć  we  własne  szczęście.  Britt  była 

perfekcjonistką i tylko posiadanie rzeczy doskonałych sprawiało jej prawdziwą przyjemność. 

Zawsze starała się kupować wszystko najlepszej jakości. Nareszcie jej otoczenie stało się tak 

samo bez skazy, jak garderoba, obuwie i zgromadzone bibeloty. Wszystko na swoim miejscu, 

w idealnym porządku, czyściutkie i pachnące. 

Ale ze mnie szczęściara, pomyślała. Mam wspaniałą pracę i cudowne życie. Robię to, 

o  czym  zawsze  marzyłam,  mam  przyjaciół,  sympatycznych  współpracowników  i  szansę  na 

awans.  Skończyłam  dwadzieścia  osiem  lat  i  każdy  przeżyty  dzień  daje  mi  ogromną 

satysfakcję. 

Rozmyślania  przerwał  jej  rozpaczliwy  jęk,  stanowczo  za  głośny  jak  na  możliwości 

wokalne kociąt. 

Britt  nie  bardzo  wiedziała,  jak  się  powinna  zachować.  W  tego  rodzaju  dzielnicach 

obowiązywała  zasada  niewtrącania  się  w  cudze  sprawy,  nawet  niezauważania  tego,  co  się 

obok dzieje. Sąsiedzi pozdrawiali się obojętnym skinieniem głowy, nie ciekawi, z kim mają 

do  czynienia.  Jakiekolwiek  zainteresowanie  uważane  było  w  tej  okolicy  za  przejaw  złego 

wychowania.  Ale  ten  jęk  był  tak  przejmujący,  że  Britt  mimo  woli  znów  znalazła  się  przy 

drzwiach.  Nie  potrafiła  zdobyć  się  na  obojętność  wobec  czegoś,  co  jakby  do  niej,  tylko  do 

Britt, zwracało się o pomoc. 

Zastanawiała  się  jeszcze  chwilę,  ale  dłoń  już  trzymała  na  klamce  i  w  końcu 

zdecydowanym  ruchem  otworzyła  drzwi.  Koszyk  stał  pod  progiem  przeciwległego 

mieszkania, ale tym razem dochodzące z niego piski w niczym nie przypominały miauczenia 

kotów. 

background image

Wokół  nie  było  żywej  duszy.  Britt  przebyła  dzielącą  ją  od  drzwi  sąsiada  szerokość 

korytarza  i  nacisnęła  dzwonek.  Miała  coraz  okropniejsze  przeczucia  co  do  zawartości 

znajdującego się u jej stóp koszyka. 

- Halo! - wołała Britt, waląc pięścią w zamknięte drzwi. - Czy jest tam ktoś? 

Zgodnie  z  jej  przewidywaniami,  nikt  się  nie  odezwał.  Wobec  tego  musiała  sama 

zajrzeć do koszyka. Nachyliła się i odsłoniła okrywającą go flanelę. To nie były kocięta. W 

koszu leżały dwa wrzeszczące wniebogłosy niemowlaki. 

-  Dzieci  -  wyszeptała  Britt,  jakby  samą  siebie  chciała  upewnić,  że  wszystko,  co  się 

dzieje, jest jawą, a nie koszmarnym snem. - Prawdziwe, żywe dzieci. 

Poderwała się na równe nogi i z furią zaczęła walić w zamknięte drzwi sąsiada. 

-  Halo!  -  krzyczała,  chociaż  tak  naprawdę  nie  spodziewała  się  żadnej  odpowiedzi.  - 

Czy ktoś jest w tym domu? 

Oczywiście,  nikogo  tam  nie  było.  Britt  nie  miała  pojęcia,  co  powinna  zrobić.  Jakiś 

wariat  podrzucił  dwoje  maleńkich  dzieci  do  holu  dużego  budynku  mieszkalnego,  a  Britt  po 

prostu nie potrafiła, jak gdyby nigdy nic, zostawić maleństw bez opieki. 

Są takie maleńkie i zupełnie bezbronne, myślała. Jeszcze coś złego im się stanie. Co 

robić? Zadzwonić do administratora? A może na policję? Albo do pomocy społecznej? Co ja 

mam zrobić? 

Żeby  dokądkolwiek  zadzwonić,  Britt  musiała  najpierw  wrócić  do  swego  mieszkania. 

Nie  potrafiła  jednak  pozostawić  dzieci  samych,  w  holu,  choćby  nawet  na  najbardziej 

puszystym  dywanie.  Raz  jeszcze  rozejrzała  się  bezradnie  wokoło,  ale  wciąż  nikt  się  nie 

zjawiał. Wobec tego podniosła koszyk i szybko weszła z nim do swego mieszkania. 

- Zostawię uchylone drzwi - powiedziała nie wiadomo do kogo. - Na wypadek, gdyby 

sąsiad przypadkiem wrócił do domu. 

Dopiero  teraz  Britt  zauważyła  wystającą  z  kosza  kopertę.  Wyciągnęła  ją  i  dokładnie 

obejrzała. Koperta miała ostry, pomarańczowy kolor, pachniała tanimi perfumami i nie była 

zaklejona. Dużymi literami wypisano na niej imię: Sonny. 

- Teraz wiem przynajmniej tyle, że mój sąsiad ma na imię Sonny - mruknęła Britt. 

Mieszkała  w  tym  domu  zaledwie  od  tygodnia,  ale  przez  ten  czas  kilka  razy  go 

widziała. Był wysokim, przystojnym mężczyzną o wiecznie roześmianych oczach. Właściwie 

cały  wolny  czas  zajmowały  mu  kobiety.  Na  przykład  poprzedniego  wieczoru  odwiedziła  go 

jakaś czarnowłosa piękność. A w dniu, w którym Britt wprowadziła się do swego mieszkania, 

od Sonny'ego wychodziły dwie rude dziewczyny o figurach modelek. 

Britt miała ochotę przeczytać dołączony do koszyka list, chociaż nie bardzo wiedziała, 

background image

czy  powinna.  W  końcu  jednak  odłożyła  kopertę  i  sięgnęła  po  telefon.  Postanowiła  najpierw 

porozmawiać z administratorem budynku. 

-  Cześć,  co  jest?  -  odezwał  się  w  słuchawce  głos  siedemnastoletniego  syna 

administratora. 

- Cześć, Timmy - powiedziała Britt. - Mówi Britt Lee z mieszkania 507. Pomagałeś mi 

w zeszłym tygodniu w przeprowadzce. Pamiętasz? Czy jest twoja mama? 

- Nie, nie ma, ale ja jestem. - Młody człowiek był niezwykle uczynny. - Co, zlew ci się 

zapchał? A może przepaliła się żarówka? Zaraz u ciebie będę. 

Britt  musiała  się  uśmiechnąć,  chociaż  było  oczywiste,  że  w  rozwiązaniu  problemu 

niemowląt  chłopiec  nie  może  jej  pomóc.  Na  pewno  nie  powierzyłaby  mu  opieki  nad  takimi 

maleństwami. Nawet na godzinę. 

- Nie, nie, dziękuję - powiedziała. - Chciałam zamienić parę słów z twoją mamą. 

Odłożyła  słuchawkę.  Teraz  mogła  już  tylko  zadzwonić  na  policję.  Na  samą  myśl  o 

tym zrobiło jej się niedobrze. Uznała, że nie włączy w sprawę policji, dopóki nie dowie się, o 

co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Spojrzała na pomarańczową kopertę. Zastanawiała się 

jeszcze przez chwilę, po czym zdecydowanym ruchem wyjęła z niej list. 

,,Sonny, kochanie. 

Ja już nie mogę wytrzymać! Brakuje mi pieniędzy. Straciłam pracę, bo nie mam kogo 

zostawić  z  dziećmi.  Wyrzucili  mnie  z  mieszkania.  Tutaj  nie  lubią  płaczących  dzieci.  I  co  ja 

mam  teraz  zrobić?  Czy  te  maleństwa  zupełnie  nic  cię  nie  obchodzą?  Myślałam,  że  wszystko 

się zmieni, kiedy je zobaczysz. One są krwią z twojej krwi, ciałem z twojego ciała. Jesteś za 

nie tak samo odpowiedzialny, jak i ja. Robiłam, co mogłam. Teraz twoja kolej. Zajmij się nimi 

przez jakiś czas, dobrze? 

Kocham Cię, Janine. 

Britt  jak  urzeczona  wpatrywała  się  w  list.  Pełno  było  na  nim  rozmazanych  kropek. 

Czyżby  łzy?  przemknęło  dziewczynie  przez  głowę.  Okropnie  jej  było  żal  tej  nie  znanej, 

zdesperowanej  matki.  Po  raz  pierwszy  uważnie  przyjrzała  się  popiskującym  w  koszyku 

niemowlakom. 

- Przepraszam, coś panu wypadło. 

Mitchell  Caine  natychmiast  się  odwrócił.  Ładna,  młoda  kobieta  z  uśmiechem  podała 

mu  pudełko  zapałek.  Zdziwił  się  trochę,  bo  nieczęsto  się  zdarza,  żeby  zatrzymywano 

człowieka na ulicy z powodu pudełka zapałek, choćby tak eleganckiego jak to, które trzymała 

w palcach ta dziewczyna. W końcu to jednak tylko pudełko zapałek. 

Mitchell  zdjął  ciemne  okulary,  ukazując  światu  oczy  błękitne  jak  niebo  w  pogodny 

background image

letni  dzień.  Uśmiechnął  się  do  odważnej  dziewczyny  z  uznaniem.  Zdarzało  mu  się  już  być 

zaczepianym przez kobiety, ale po raz pierwszy użyto tak niebanalnego pretekstu. 

-  Tak  -  Mitchell  obrzucił  dziewczynę  spojrzeniem  znawcy  -  chyba  miałem  coś 

podobnego. Chociaż nie jestem pewien, czy to moje pudełko. 

-  Ja  je  od  razu  poznałam.  To  reklamówka  klubu,  który  odwiedzam  w  piątkowe 

wieczory - powiedziała  dziewczyna, akcentując  każde słowo tak, aby dokładnie wbiło się w 

pamięć tego pięknego mężczyzny. 

- Naprawdę? - roześmiał się Mitch. 

- Weź to pudełko. Jestem pewna, że należy do ciebie. 

-  A  co  będzie,  jeśli  po  powrocie  do  domu  znajdę  swoje  zapałki  tam,  gdzie  powinny 

leżeć? - przekomarzał się z nią Mitchell. 

-  Mam  pomysł  -  ucieszyła  się  dziewczyna.  -  Napiszę  ci  na  nim  numer  mojego 

telefonu... - Zrobiła to, co powiedziała, po czym oddała Mitchowi pudełko. Teraz jesteśmy 

przygotowani na każdą ewentualność. Jeśli się okaże, że to nie twoje pudełko, zadzwonisz do 

mnie, a ja natychmiast przyjdę je odebrać. Zgoda? 

- Doskonały pomysł - roześmiał się Mitchell. 

Patrzył,  jak  dziewczyna  odwraca  się,  macha  mu  na  pożegnanie  ręką  i  odchodzi.  Był 

pełen  podziwu  dla  tej  ślicznotki.  Miała  klasę.  Szkoda,  że  umówił  się  już  na  ten  wieczór. 

Gdyby  nie  to,  na  pewno  zjawiłby  się  w  klubie,  do  którego  ta  mała  niemal  otwarcie  go 

zaprosiła. 

- Tyle pięknych kobiet chodzi po tym świecie - westchnął, wchodząc do eleganckiego 

budynku, w którym od niedawna mieszkał. - A ja mam tak mało czasu. 

Jadąc  windą,  pogwizdywał  wesoło.  Spotkanie  z  dziewczyną,  która  wręczyła  mu 

pudełko zapałek, w zaskakujący sposób poprawiło mu humor. Mitch miał za sobą długi dzień 

nudnej  pracy.  Przeglądał  dokumentację  finansową  małej  firmy  produkującej  podzespoły  do 

urządzeń  elektronicznych.  Potrzebował  jakiegoś  dowodu  na  popełniane  tam  malwersacje 

finansowe.  Niczego  nie  znalazł,  chociaż  czuł  przez  skórę,  że  szef  sprzeniewierzył  pieniądze 

firmy. Niestety, nie udało mu się wyszperać czegokolwiek, co nadawałoby się do pokazania 

prokuratorowi okręgowemu. 

Rozmowa  z  nieznajomą  dziewczyną  sprawiła,  że  Mitchell  zapomniał  o 

niepowodzeniach  zawodowych  i  wreszcie  zaczął  się  cieszyć  na  czekające  go  tego  wieczoru 

spotkanie  z  Chenille.  Chenille  Savoy  śpiewała  w  nocnym  klubie.  Najprostszą  melodię 

zamieniała w zmysłowe przeżycie. Mitch obejrzy jej występ, a potem razem zjedzą kolację. 

Ma  to  być  wieczór,  który  przełamie  obezwładniającą  Mitcha  nudę.  Na  samo  wspomnienie 

background image

Chenille  krew  żywiej  krążyła  w  jego  żyłach.  Czuł,  że  przeżyje  nową  miłość,  coś,  czego  od 

wielu miesięcy nie doświadczał. 

Szedł  po  miękkim  dywanie,  którym  wyłożony  był  długi  korytarz.  Myślał  o 

czekającym  go  upojnym  wieczorze,  o  tym,  jak  pojedzie  do  klubu,  jak  siedząc  przy  stoliku 

będzie podziwiał piękną Chenille i o tym, jak ona popatrzy na niego ze sceny. Był absolutnie 

pewien, że czeka go wyjątkowy wieczór. 

Wyjął z kieszeni klucz, ale nie zdążył go włożyć do zamka, kiedy usłyszał za plecami 

jakiś dźwięk. Odwrócił się. W drzwiach przeciwległego mieszkania stała jego nowa sąsiadka. 

Nie wyglądała zbyt zachęcająco, ale najwyraźniej miała do niego jakąś sprawę. 

- Bardzo pana przepraszam - powiedziała. - Nazywam się Britt Lee. Niedawno się tu 

wprowadziłam.  Mamy  pewien  problem.  Czy  mógłby  pan  przyjść  do  mnie  na  chwilę? 

Koniecznie musimy porozmawiać. 

Mitch  w  pierwszym  odruchu  chciał  odmówić.  Ta  kobieta  nie  wyglądała  powabnie. 

Zupełnie  nie  przypominała  spotkanej  na  ulicy  dziewczyny,  która  dała  mu  pudełko  zapałek. 

Ale w końcu była jego sąsiadką. Może zepsuł się jej magnetowid albo jakieś inne urządzenie. 

Mitch uznał, że nie powinien odmawiać. 

-  W  czym  mogę  pani  pomóc?  -  zapytał  najuprzejmiej,  jak  potrafił,  i  wszedł  do 

mieszkania, podobnego jak dwie krople wody do tego, które sam zajmował. 

- Proszę usiąść - powiedziała oschle kobieta, kiedy zamknęła za nim drzwi. 

- Jestem umówiony - powiedział Mitch, siląc się na swobodę, chociaż zamknięte drzwi 

i  mina  sąsiadki  niczego  dobrego  nie  wróżyły.  -  Jeśli  trzeba  pani  w  czymś  pomóc,  zrobię  to 

bardzo chętnie, ale nie mam zbyt wiele czasu, więc... 

- Proszę siadać - powtórzyła kobieta. - Musimy porozmawiać. 

Mitchell  uważnie  przyjrzał  się  sąsiadce.  Od  początku  było  dla  niego  oczywiste,  że 

oczekiwała  od  niego  zupełnie  czego  innego  niż  piękność  z  pudełkiem  zapałek.  Nie  prze-

szkadzało mu to, bo ta dziewczyna nie była w jego typie. Szczupła, niewysoka, z upiętymi w 

kok  czarnymi  włosami.  Do  tego  jeszcze  małe  kolczyki  z  perełkami,  elegancki  kostium  i 

zapięta  pod  szyję  bluzka.  Istna  guwernantka:  sprawna,  opanowana  i  pod  każdym  względem 

doskonała. 

Nigdy  mnie  ten  typ  nie  interesował,  myślał  Mitchell,  z  trudem  ukrywając 

zniecierpliwienie.  Czego  ona  może  ode  mnie  chcieć?  Znów  tracę  czas.  Wszystko  przez  to 

moje głupie dobre serce. 

-  Co  ja  takiego  zrobiłem,  proszę  pani?  -  zażartował,  sadowiąc  się  wygodnie  na 

kanapie.  -  Czy  wrzuciłem  śmieci  do  niewłaściwego  pojemnika?  A  może  telewizor  grał  za 

background image

głośno? 

Britt usiadła naprzeciwko niego w fotelu. Włożyła okulary i tak uzbrojona popatrzyła 

na swego gościa. Z przerażeniem stwierdziła, że sąsiad jest wyraźnie rozbawiony. 

Minęły  prawie  cztery  godziny,  odkąd  Britt  znalazła  niemowlęta.  Przez  ten  czas 

zdążyła je nawet polubić i znienawidziła tego mężczyznę bez sumienia, który pozostawił na 

pastwę  losu  własne  dzieci.  Co  gorsza,  nawet  teraz  nie  poczuwał  się  do  żadnej 

odpowiedzialności.  Zastanawiała  się  nawet  nad  tym,  czy  nie  lepiej  powierzyć  opiekę  nad 

maleństwami jakiejś organizacji aniżeli temu niefrasobliwemu osobnikowi. Zaprosiła sąsiada 

do siebie głównie po to, żeby przeprowadzić z nim rozmowę, której wynik miał zadecydować 

o losie jego dzieci. Koszyk ze śpiącą w nim zawartością ustawiła w sypialni, żeby nie mieć 

kłopotów, jeśli postanowi nie oddać maluchów ich własnemu ojcu. 

Dobrze  zrobiłam,  pomyślała.  Z  tego,  co  widzę,  opieka  społeczna  będzie  dla  tych 

maleństw lepszym rozwiązaniem. Aż się boję pomyśleć, co taki typ mógłby zrobić z bezbron-

nymi dziećmi. 

-  Nic  takiego  pan  nie  zrobił  -  odezwała  się  Britt.  Siedziała  sztywno  wyprostowana  i 

patrzyła gościowi prosto w oczy. - Chodzi o coś zupełnie innego. Wkrótce wyjaśnię panu, o 

co. Przedtem jednak muszę zadać panu kilka pytań. Czy mogę? 

-  Bardzo  proszę  -  zgodził  się  obojętnie  Mitch.  Chciał  jak  najprędzej  skończyć 

dziwaczną rozmowę i wreszcie pójść do domu. 

Przypomniała  mu  się  ciotka  Tess.  Zawsze  trzymała  za  drzwiami  rózgę  na  wypadek, 

gdyby któreś z dzieci niegrzecznie się zachowało. Jemu też kilka razy przytrafiło się dostać tą 

rózgą po gołych łydkach. Nie mógł się oprzeć pokusie. Zerknął na drzwi, czy aby na klamce 

nie wisi jakaś rózga. 

-  To,  o  co  chcę  pana  zapytać,  może  się  wydać  trochę  dziwne  -  mówiła  Britt.  - 

Mniemam  jednak,  że  dowiedziawszy  się,  o  co  chodzi,  będzie  mi  pan  mógł  wybaczyć 

dotykanie tak osobistej materii. 

- Dobra. Niech pani strzela - wzruszył ramionami. 

- Proszę mi coś o sobie opowiedzieć - zaczęła Britt, myśląc, że najchętniej naprawdę 

zastrzeliłaby tego drania. - Skąd pan pochodzi? 

-  Urodziłem  się  i  wychowałem  tutaj,  na  wyspach  -  odrzekł  nieco  zdziwiony.  Każdy, 

kto  tylko  na  niego  spojrzał,  bez  trudu  mógł  się  tego  domyślić.  Patrzył  na  szczupłe  palce 

sąsiadki,  zapisującej  coś  w  notatniku,  na  jej  zgrabne  nogi  w  eleganckich  pantoflach,  i 

zastanawiał się, o co też może jej chodzić. 

- Czy ma pan tu jakąś rodzinę? 

background image

-  Nie,  raczej  nie  -  wyrwany  z  zamyślenia  odpowiedział  trochę  bez  sensu.  -  Mam 

rodzinę na Wielkiej Wyspie. Nawet dużą rodzinę. Moja siostra Shawnee, jej mąż, brat Mack z 

żoną i jeszcze jeden brat, Kam. Właściwie Kam mieszka tutaj, w Honolulu, ale jest wziętym 

prawnikiem i bardzo rzadko się widujemy. 

-  A  więc  nie  ma  pan  tutaj  żadnej  rodziny,  nikogo,  kto  mógłby  panu  pomóc  - 

podsumowała  szczerze  zatroskana,  jakby  stanowiło  to  ogromną  przeszkodę  w  rozwiązaniu 

poważnego problemu. 

- W czym mieliby mi pomóc? 

- Zaraz się pan dowie. - Stuknęła długopisem w notatnik. 

Mitch  zaczął  się  niecierpliwić.  Rozmowa  trwała  długo  i  wcale  nie  była  interesująca. 

Uznał,  że  należałoby  pomyśleć  o  jakimś  rozsądnym  wytłumaczeniu,  które  pozwoliłoby  mu 

wreszcie  stąd  odejść  bez  narażania  się  na  opinię  gbura,  kiedy  sąsiadka  przygwoździła  go 

następnym pytaniem. Mitch był tak zaskoczony, że aż zapomniał ją zapytać, dlaczego zwraca 

się do niego takim dziwnym imieniem. 

- Niech pan mi powie, Sonny - zaczęła tonem zawodowego adwokata, gotującego się 

do  zadania  stronie  przeciwnej  decydującego  ciosu  -  czy  wierzy  pan  w  nierozerwalność 

małżeństwa? 

- Jakiego małżeństwa? - Pociemniało mu w oczach. Samo słowo było przerażające, nie 

mówiąc już o znaczeniu, jakie ze sobą niosło. Nawet stałych związków nieformalnych Mitch 

bał się jak diabeł święconej wody, a co dopiero mówić o małżeństwie. Zrobiło mu się duszno 

i  musiał  rozpiąć  kołnierzyk  koszuli.  -  No,  wie  pani,  ja  nigdy  dotąd  nie  myślałem  o 

małżeństwie. 

- Tego się właśnie obawiałam - westchnęła ciężko. 

Oho,  chyba  wreszcie  wiem,  o  co  jej  chodzi,  pomyślał  z  ulgą  Mitch.  Dlaczego 

właściwie od razu się na niej nie poznałem? Wmówiłem sobie, że jest zupełnie inna niż tamta 

dziewczyna  od  zapałek.  Ona  tymczasem  używa  innych  środków  do  osiągania  tego  samego 

celu, co wszystkie znane mi kobiety. 

- Czyżby szukała pani męża? - Uśmiechnął się trochę złośliwie. - Jeśli tak, to... 

- Jeśli zechcę poszukać sobie męża, to może pan mieć pewność, że na pana nawet nie 

spojrzę - przerwała mu ostro. 

Oj,  chyba  jednak  trochę  się  pomyliłem,  przestraszył  się  Mitch.  Nigdy  jeszcze  żadna 

kobieta  tak  źle  mnie  nie  potraktowała.  Chyba  wreszcie  należałoby  się  na  nią  obrazić. 

Wprawdzie nie mam zamiaru się żenić, ale ona nie powinna tak obcesowo oświadczać mi, że 

nie nadaję się na męża. 

background image

-  A  to  dlaczego?  -  zapytał  zainteresowany  powodem,  dla  którego  ta  zupełnie  obca 

osoba  traktuje  go  jak  śmiertelnego  wroga.  -  Powinna  pani  wiedzieć,  że  wiele  kobiet  uważa 

mnie za doskonały materiał na męża. 

-  Widocznie  są  to  kobiety  o  ptasich  móżdżkach  -  mruknęła,  wpatrując  się  w  swój 

notatnik. 

- Słucham? - Mitch, na jej szczęście, naprawdę nie dosłyszał jej słów. 

- Nic ważnego. - Spojrzała na niego bez poprzedniej wrogości. 

Sąsiad  był  wyjątkowo  przystojny  i  Britt  nawet  nie  zamierzała  temu  zaprzeczać. 

Ciemne,  lekko  falujące  włosy  opadały  mu  na  czoło,  a  błękitne  oczy  natura  wykończyła 

gęstymi  i  długimi  jak  firanki  rzęsami.  Ubrany  był  zwyczajnie,  ale  na  tak  wspaniałej  figurze 

nawet worek dobrze by wyglądał. Zachowywał się jak duże dziecko, rozbawione wszystkim, 

co  robi  i  na  co  patrzy.  Britt  bardzo  to  irytowało.  Uważała,  że  mężczyzna  w  tym  wieku 

powinien trochę poważniej podchodzić do życia. 

- Na pewno wiele kobiet uważa pana za atrakcyjnego mężczyznę - powiedziała tonem 

nie pozostawiającym wątpliwości, że ona do tej grupy nie należy. - To jednak nie jest w tej 

chwili istotne i nie ma nic wspólnego z problemem, który musimy rozwiązać. Chciałabym się 

jeszcze dowiedzieć, jaki jest pański stosunek do dzieci. 

-  Dzieci?  -  powtórzył  jak  echo,  jakby  po  raz  pierwszy  w  życiu  usłyszał  to  słowo  i 

chciał głośno przećwiczyć jego wymowę. 

- Dzieci. Nie rozumie pan? Niemowlęta. 

-  No  cóż...  Dzieci  są  całkiem  miłe...  Nie  mam  nic  przeciwko  dzieciom  -  dukał, 

wpatrując  się  w  drzwi,  jak  w  ostatnią  deskę  ratunku.  Nie  miał  pojęcia,  o  co  tej  kobiecie 

chodzi.  Najpierw  małżeństwo,  teraz  znów  dzieci...  -  Szczerze  mówiąc,  nigdy  dotąd  nie 

miałem do czynienia z dziećmi. 

- Naprawdę? - zapytała Britt takim tonem, jak gdyby mówiła „a, tu cię mam, bratku!” 

Mitch  uznał,  że  nie  ma  żadnych  szans.  Cokolwiek  mówił,  okazywało  się  to 

niewłaściwe. Nie rozumiał, za co ta kobieta tak bardzo go nienawidzi. 

- Gdzie pan pracuje? - padło następne, zupełnie nieoczekiwane pytanie. 

- Jestem detektywem. Pracuję w biurze prokuratora okręgowego. 

Odpowiedź została odnotowana w notesie. 

- Ile pan zarabia? 

- Wystarczająco dużo - odrzekł Mitch, podnosząc się z kanapy. Tym razem ostatecznie 

stracił cierpliwość. - Co to ma być, u licha? O ile pamiętam, nie starałem się o przyjęcie do 

pracy. 

background image

-  Owszem,  stara  się  pan.  Przynajmniej  w  pewnym  sensie.  -  Spojrzała  na  niego  tak, 

jakby oceniała, czy garnitur dobrze na nim leży. 

Najchętniej by mi włożyła cementowe buty, pomyślał Mitch. Widać gołym okiem, że 

mną gardzi. Tylko dlaczego? 

- Lepiej już sobie pójdę - zrobił krok do wyjścia. - Wydaje mi się, że ta rozmowa nie 

żadnego sensu. 

Britt  zerwała  się  z  miejsca.  Stanęła  przed  nim  i  zdjęła  okulary,  jakby  chciała  siłą 

wzroku posadzić go z powrotem na kanapie. 

- Proszę natychmiast usiąść - poleciła nie znoszącym sprzeciwu głosem. - Jeszcze nie 

skończyłam. 

Mitchowi  zachciało  się  śmiać.  Z  łatwością  mógłby  jedną  ręką  podnieść  ją  do  góry  i 

rzucić  w  dowolne  miejsce.  Ta  kruszyna  tymczasem  zachowywała  się  tak,  jakby  była 

absolutnie przekonana, że samą siłą woli osiągnie wszystko, co sobie zaplanowała. 

Stali naprzeciwko siebie jak dwoje zaciętych wrogów. Mitch postanowił, że nie da się 

sprowokować.  Ubzdurał  sobie,  że  to  jakiś  pojedynek  i  że  on  w  żaden  sposób  nie  może 

przegrać. Chociaż teraz już ta sytuacja wyłącznie go bawiła. 

To czyste szaleństwo, myślał. Może ona jest wariatką? I ja też zwariowałem, bo się z 

nią zadaję. 

Zanim  jednak  znalazł  odpowiedź  na  dręczące  go  wątpliwości,  zadzwonił  telefon  i 

kobieta musiała się odwrócić. 

- No i już - powiedział do siebie Mitch. 

Dziewczyna znów na niego spojrzała, ale z niewiadomego powodu musiała podejść do 

telefonu. Widocznie czekała na jakąś ważną wiadomość. 

- Niech pan tu zostanie - poleciła i pobiegła do kuchni. 

- Niedoczekanie twoje - mruknął Mitch, kierując się do wyjścia. 

Uznał,  że  najwyższa  pora  się  wynosić.  Pomyślał,  że  być  może  ma  ostatnią  szansę 

ucieczki, kiedy usłyszał coś, co go zatrzymało. Z sąsiedniego pokoju dochodziło miauczenie 

kociąt.  Rozum  podpowiedział  Mitchowi,  żeby  zmykał,  dopóki  ma  okazję,  ale  kocie 

miauczenie  poruszyło  w  nim  uczucia,  które  skutecznie  tłumią  podszepty  rozumu.  Mitch 

uwielbiał koty, a jedno spojrzenie na zwierzaki na pewno nie mogło mu zaszkodzić. 

Otworzył  uchylone  drzwi  do  sypialni.  W  pokoju  panował  półmrok,  ale  na  tapczanie 

widać  było  obłożony  poduszkami  koszyk.  W  koszyku  były  dzieci.  Dwa  zupełnie  malutkie 

niemowlaki.  Oczka  miały  jeszcze  zamknięte,  ale  już  zaczynały  popiskiwać,  marszcząc  przy 

tym z wysiłku noski. Mitch nie potrafił opanować uśmiechu. 

background image

Ach, więc to tak, pomyślał. Ona ma dwoje dzieci, a w rym domu lokatorów z dziećmi 

nie  przyjmują.  No  cóż,  ja  na  pewno  nie  zdradzę  jej  tajemnicy.  Może  dlatego  tak  głupio  się 

zachowywała? Pewnie po urodzeniu dzieci rozregulowała jej się cała gospodarka hormonalna. 

Zresztą,  wszystko  mi  jedno.  Byleby  mnie  wreszcie  wypuściła.  A  może  ona  szuka  ojca  dla 

swoich maleństw? przeraził się. Na wszelki wypadek należy się stąd natychmiast ewakuować. 

- Cześć, dzieciaki - wyszeptał do koszyka. - Mam nadzieję, że już wkrótce dostaniecie 

nowego tatusia. Do zobaczenia. 

Odwrócił się i czym prędzej wyszedł z pokoju. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Britt  musiała  odebrać  ten  nieszczęsny  telefon.  Miała  nadzieję,  że  dzwonią  do  niej  z 

opieki  społecznej,  którą  kilka  godzin  wcześniej  zawiadomiła  o  znalezieniu  podrzutków. 

Szczerze mówiąc, nie tyle zawiadomiła, co raczej wypytała o to, co dzieje się ze znalezionymi 

dziećmi. Chciała zgromadzić możliwie dużo danych, żeby potem podjąć właściwą decyzję. 

Chociaż  tak  naprawdę  to  wcale  nie  była  jej  sprawa.  Dzieci  należały  do  tego 

mężczyzny  i  Britt  nie  miała  żadnego  prawa  go  przesłuchiwać.  A  jednak  nie  potrafiła  oddać 

tych  słodkich  maleństw  w  ręce  człowieka,  którego  ich  los  zupełnie  nie  interesował  i  który, 

jeśli wierzyć listowi Janine, był największym na świecie egoistą. Britt nie mogła się doczekać 

rozmowy z jakimś pracownikiem opieki społecznej, który udzieliłby jej rzetelnych informacji, 

zanim  będzie  za  późno.  Niestety,  to  nie  z  opieki  społecznej  do  niej  zadzwoniono,  tylko 

odezwał się Gary, kierownik działu z muzeum. 

- Jesteś na mnie wściekła, prawda? - zaczął Gary nie tylko bez żadnych wstępów, ale 

nawet  bez  zwyczajnego  w  takich  sytuacjach  przywitania.  -  Od  razu  wiedziałem,  dlaczego 

wyszłaś  z  pracy.  Niemniej  jednak  musisz  wysłuchać  moich  racji,  Britt.  Te  nieszczęsne 

paznokcie  mogą  dostarczyć  nam  wielu  informacji  o  naszych  przodkach.  Dopuściłbym  się 

zaniedbania obowiązków, gdybym... 

- Zaczekaj, Gary. - Britt całą siłą woli nakazała sobie spokój. - Nie jestem na nikogo 

wściekła i w ogóle już dawno zapomniałam o tych paznokciach. 

-  Och,  Britt,  nie  próbuj  mnie  oszukiwać.  Już  ja  lepiej  wiem,  kiedy  jesteś 

niezadowolona. Wiem, kiedy... 

-  Gary  -  przerwała  Britt,  nie  chcąc  mu  pozwolić  na  zbyt  drugie  ględzenie.  -  Mam 

gościa. Nie mogę teraz z tobą rozmawiać. 

-  Ach,  tak.  -  Ton  głosu  Gary'ego  świadczył  o  tym,  że  podobnej  ewentualności  jego 

właściciel zupełnie nie przewidział. - Kto to? Nowy narzeczony? 

Britt miała zamiar powiedzieć mu prawdę, jednak w porę ugryzła się w język. Gdyby 

chciała wytłumaczyć Gary'emu, co się jej przydarzyło, jeszcze co najmniej godzinę spędziła-

by uczepiona telefonicznej słuchawki. Uznała, że lepiej pozostawić szefa w przekonaniu, że w 

jej  domu  dzieje  się  coś,  w  czym  on  w  żadnym  wypadku  nie  powinien  uczestniczyć.  Przez 

uchylone  drzwi  zobaczyła,  jak  sąsiad  wchodzi  do  sypialni.  Serce  podeszło  jej  do  gardła. 

Koniecznie musiała jak najszybciej pozbyć się Gary'ego. 

- Tak, to narzeczony - potwierdziła pospiesznie. - Porozmawiamy w poniedziałek. Do 

background image

widzenia. 

- Nie miałem pojęcia, że się z kimś spotykasz - odezwał się ponuro Gary. - Czy to coś 

poważnego? 

- Gary... - Britt uniosła oczy do nieba. - Nie mogę go tak długo zostawiać samego. 

- Już dobrze. - Ciężkie westchnienie Gary'ego tym razem zupełnie jej nie wzruszyło. - 

No to do poniedziałku. 

Britt  rzuciła  słuchawkę  na  widełki  i  przebiegła  przez  salon.  W  drzwiach  sypialni  o 

mało  nie  zderzyła  się  ze  swoim  gościem.  Z  wyrazu  twarzy  sąsiada  usiłowała  wyczytać,  czy 

aby nie jest zły na nią za to, że zajęła się jego dziećmi. 

- Ma pani śliczne dzieci - uśmiechnął się do niej. 

Britt rzuciła okiem na niemowlęta, a upewniwszy się, że nic im nie grozi, popatrzyła 

na  sąsiada.  Nie  rozumiała,  jak  to  możliwe,  żeby  człowiek  nie  rozpoznał  swoich  własnych 

dzieci. Nawet jeśli tym człowiekiem jest mężczyzna i playboy w jednej osobie. 

- Uważa pan, że to moje dzieci? - zapytała. 

- No, a czyje są te małe stworki? - wskazał palcem stojący na tapczanie koszyk. - Nie 

mówiła mi pani, że sprowadziła się tutaj z parką niemowląt. 

- Czy mam rozumieć, że pan nigdy przedtem tych dzieci nie widział? 

- Tych? Nie, skądże. A niby gdzie miałbym je widzieć? 

Boże  mój,  on  jest  jeszcze  gorszy,  niż  przypuszczałam,  pomyślała  Britt.  Nawet  nie 

widział  się  z  Janine  po  tym,  jak  urodziła  mu  dzieci.  Co  to  za  egoista  pozbawiony  odrobiny 

przyzwoitości! 

- Myślałam, że może odwiedził pan te maleństwa w szpitalu - powiedziała lodowatym 

tonem  -  ale  gdyby  tak  się  stało,  na  pewno  by  je  pan  teraz  rozpoznał.  Nigdy  nie  przyszło  to 

panu do głowy? Co z pana za bestia bez serca? 

Mitch  zupełnie  nie  rozumiał,  o  co  tej  kobiecie  chodzi.  Spoglądał  to  na  koszyk  z 

dziećmi, to na stojącą przed nim sąsiadkę, a wreszcie doszedł do wniosku, że ma do czynienia 

z osobą chorą psychicznie. Postanowił definitywnie opuścić jej mieszkanie. 

- Proszę posłuchać - mówił, cofając się do wyjścia. - Pani dzieci naprawdę są słodkie, 

ale... 

- To nie są moje dzieci, tylko pańskie. - Chwyciła go za ramię. - Jeszcze to do pana nie 

dotarło? 

-  Moje?  -  Mitch  chciał  się  roześmiać,  ale  jedno  spojrzenie  na  zaciętą  twarz  kobiety 

przekonało  go,  że  ona  nie  żartuje.  Ogarnęło  go  zwątpienie.  Jeszcze  raz  bardzo  uważnie 

przyjrzał  się  swojej  sąsiadce  i  uznał,  że  nie  jest  możliwe,  aby  on  był  ojcem  jej  dzieci.  Po 

background image

pierwsze, nigdy przedtem nie widział tej osoby, a po drugie, zawsze bardzo uważał na to, co 

robi w łóżku. 

- Nigdy przedtem pani nie spotkałem - oświadczył stanowczo. 

-  Przecież  wiem.  -  Wzruszyła  ramionami.  Nie  rozumiała,  co  może  mieć  wspólnego 

jedno z drugim, ani dlaczego ten potwór tak nagle zmienia temat. 

-  No  więc...  -  zaczął  Mitch,  nie  mogąc  się  nadziwić,  dlaczego  sąsiadka  wciąż  go 

świdruje tym prokuratorskim spojrzeniem. Przecież dopiero co sama przyznała, że nigdy się 

wcześniej nie spotkali. 

- Jakim cudem mógłbym zostać ojcem tych dzieci? 

- W normalny sposób. Tak jak się to zazwyczaj ludziom zdarza. 

- Mnie się nic podobnego nie zdarza. 

- Niech pan to powie tym maleństwom - żachnęła się dziewczyna. - Nie rozumiem, jak 

można się wypierać własnych dzieci. Z tego, co wiem, nie było pana przy ich narodzinach i w 

ogóle nigdy ich pan nie odwiedził. Nie chciało się panu nawet przysłać ich matce paru groszy 

na utrzymanie maluchów. Po prostu ich los nic a nic pana nie obchodzi. 

No  cóż,  pomyślał  Mitch,  wszystko  to  prawda.  Rzeczywiście  niewiele  mnie  te  dzieci 

obchodzą,  ale  niby  dlaczego  miałoby  być  inaczej?  Tylko  że  do  tej  kobiety  zupełnie  nic  nie 

dociera. Chyba trzeba tu coś wyjaśnić. 

-  Chwileczkę  -  powiedział.  -  Może  zacznijmy  od  początku.  Kiedy  urodziła  pani  te 

dzieci? 

- Ja ich nie urodziłam! 

- Nie pani? - Zamiast wyjaśnić, sprawa tylko się zagmatwała i Mitch nabrał pewności, 

że nigdy się nie porozumie z tą kobietą. - Jeśli nie pani, to kto? 

- Oczywiście, że Janine. 

- Kto to jest Janine, do jasnej cholery? - krzyknął zdesperowany. 

- Cicho - położyła palec na ustach. - Obudzi pan dzieci. Czy to możliwe, że nawet pan 

jej nie pamięta? 

No,  w  końcu  straciła  tę  irytującą  pewność  siebie,  pomyślał  z  ulgą  Mitch.  Wreszcie 

jakiś  cień  wątpliwości  zaświtał  w  mózgu  tego  babsztyla.  Może  jednak  jest  jakaś  szansa  na 

wyjaśnienie  nieporozumienia.  Chociaż  właściwie  coraz  mniej  mnie  to  wszystko  obchodzi. 

Żarty żartami, ale ta kobieta doprowadza mnie do szału. Mam tego dosyć. 

-  Dobrze,  wyjaśnijmy  sobie  wszystko  po  kolei  -  zaproponował.  -  Zacznijmy  od 

faktów. Po pierwsze: ja nie mam absolutnie nic wspólnego z tymi dziećmi. Nic. Kompletnie 

nic.  Nie  mam  zwyczaju  robić  dzieci  obcym  kobietom.  Nie  wiem,  skąd  przyszło  pani  do 

background image

głowy, że jest inaczej i mówiąc szczerze, jest mi to zupełnie obojętne. 

-  Więc  dlaczego  zostawiono  je  pod  drzwiami  pańskiego  mieszkania?  -  zapytała 

zupełnie zbita z tropu Britt. 

- Ja nic o tym nie wiem - odrzekł oschle. Bardzo go zdziwiła ta informacja, ale wolał 

nie  dać  niczego  po  sobie  poznać,  dopóki  cała  sytuacja  ostatecznie  się  nie  wyjaśni.  -  Ja  nie 

znalazłem na swoim progu żadnych dzieci. To pani twierdzi, że one tam były. 

-  Ach,  więc  to  tak,  panie  Sonny.  -  Britt  znów  się  rozgniewała.  Nie  dość,  że 

zaopiekowała się jego dziećmi, których on się wypiera, to jeszcze teraz zarzuca jej kłamstwo. 

Tego już doprawdy za wiele. 

- Nie rozumiem, dlaczego mówi pani do mnie Sonny  - przerwał jej zniecierpliwiony 

Mitch. - Noszę inne imię. 

- A jakie? - zapytała zaskoczona dziewczyna. 

- Mitch. Nazywam się Mitchell Caine. 

- A więc kim jest Sonny? - speszyła się Britt. 

- A skąd mam to wiedzieć? 

Britt wyjęła z koszyka pomarańczową kopertę. Jej gniew gdzieś uleciał, jak powietrze 

z przekłutego balonika. Po raz pierwszy pomyślała, że być może ten mężczyzna mówi prawdę 

i w takim razie nie można mieć mu za złe, że się irytuje. Można się tylko dziwić, że tak długo 

znosił jej impertynencje. 

- Dzieci zostawiono w koszyku pod pana mieszkaniem. Znalazłam także ten list. 

Mitch wziął z jej rąk kopertę, wyciągnął list i szybko  go przeczytał. Potem oddał go 

jej z powrotem. 

- Pani sprowadziła się tu w zeszłym tygodniu, tak? - zapytał. 

- Tak. 

- A więc mieszka pani w tym domu zaledwie o tydzień krócej niż ja. 

- Jak to? 

- Ano tak. W mieszkaniu, które teraz zajmuję, mieszkał przedtem jakiś Sonny Sanford. 

Ciągle ktoś go tu szuka. 

- Ach, tak - wyszeptała Britt. 

-  Sonny  Sanford  jest  zwykłym  kryminalistą,  a  ja  nie  mam  z  nim  nic  wspólnego  - 

tłumaczył jej Mitch. Wyjął z portfela swoje prawo jazdy i podał je sąsiadce, żeby sprawdziła 

jego  tożsamość.  -  Ostatnio  sporo  o  nim  pisali  w  gazetach.  Jest  podejrzany  o  dokonanie 

morderstwa. Pewnie coś pani o tym słyszała? 

-  Nie,  nie  słyszałam  -  pokręciła  głową  Britt.  -  Nie  zwracam  uwagi  na  tego  rodzaju 

background image

wiadomości. 

- To zrozumiałe - Mitch uśmiechnął się bardziej do siebie niż do niej. Jakże mógłby 

przypuszczać,  że  taką  dystyngowaną  damę  zainteresują  okrucieństwa  tego  świata.  Ona  na 

pewno czyta w gazetach tylko artykuły poświęcone gospodarce i felietony redakcyjne. 

No  cóż,  pomyślał  z  ulgą,  dobrze  chociaż,  że  całe  to  nieporozumienie  jednak  się 

wyjaśniło.  Jak  się  pospieszę,  to  zdążę  jeszcze  na  pierwszą  część  występu  mojej  najcudow-

niejszej Chenille. 

- No, to chyba nareszcie wiemy, co się stało - powiedział Mitch ze zwykłą dla niego 

radością w głosie. - Nie mam absolutnie nic wspólnego z tymi dziećmi. 

-  Ja...  Bardzo  pana  przepraszam  -  wyjąkała  okropnie  zawstydzona  Britt.  -  Po  prostu 

nie chciałam, żeby dzieciom stała się jakaś krzywda. 

- Nic nie szkodzi - uśmiechnął się do niej Mitch. Pomyślał nawet, że może jednak uda 

mu  się  zaprzyjaźnić  z  dziwaczną,  ale  niewątpliwie  sympatyczną  sąsiadką.  -  To  było 

interesujące  doświadczenie.  Przynajmniej  w  pewnym  sensie.  Ale  teraz,  niestety,  muszę  już 

iść. Mam randkę. 

Britt zastanawiała się nad czymś przez chwilę. 

- Nie chce pan zabrać tych dzieci? - zapytała, wychodząc za gościem z sypialni. 

-  Chyba  nie  powinno  się  zabierać  dzieci  na  randki.  -  Mitch  wciąż  jeszcze  się 

uśmiechał, ale jedno spojrzenie na minę sąsiadki sprawiło, że poczuł się nieswojo. - No cóż, 

to przecież nie są moje dzieci. 

- To już ustaliliśmy - zgodziła się Britt. - Niemniej jednak ja z tymi dziećmi także nie 

mam nic wspólnego. 

- Ale to pani je znalazła - bronił się Mitch, chociaż w jego głowie zakiełkowało bardzo 

złe przeczucie. Jeszcze raz spróbował zażartować. - Kto je znalazł, do tego należą. 

- Ta reguła nie sprawdza się, jeśli chodzi o dzieci. O ile wiem, nie da się ich schować 

do szafy. Dzieci wymagają stałej, troskliwej opieki. 

- Wobec tego, co pani proponuje? - zapytał, rozejrzawszy się przedtem dookoła, jakby 

spodziewał  się,  że  ściany  mieszkania  sąsiadki  dadzą  mu  odpowiedź  na  to  pytanie.  -  Może 

zawiadomimy policję? 

- To ostatnia rzecz, jaką moglibyśmy zrobić. - Britt wydawała się wręcz przerażona tą 

perspektywą.  -  Policjanci  nie  potrafią  się  zajmować  niemowlętami.  Zresztą  mają  mnóstwo 

innych zadań. 

-  Ale  istnieją  chyba  jakieś  instytucje,  powołane  do  interwencji  w  podobnych 

przypadkach? Coś w rodzaju dziecięcego biura rzeczy znalezionych? 

background image

- Dzwoniłam już do opieki społecznej - Britt spojrzała na zegarek. - Mój Boże, która 

godzina? O tej porze wszystkie biura są już zamknięte, a to znaczy, że dziś nikt się ze mną nie 

skontaktuje.  Do  jutra  musimy  się  zajmować  tymi  niemowlętami.  Chyba  że  zjawi  się  Sonny 

albo Janine. 

- Do jutra? O nie! Tylko nie to! - Mitch zbladł. Cofał się, jakby zobaczył upiora. - To 

niemożliwe! Zresztą, co to znaczy: „my”? 

- Pan i ja. - Britt na krok go nie odstępowała. Nie miała zamiaru go wypuścić. - Chyba 

nie sądzi pan, że zostawię pana samego z dwójką niemowląt. 

- No, nie... Ja... Miałem nadzieję, że może pani sama zajmie się nimi... W końcu jest 

pani kobietą, a kobiety umieją opiekować dziećmi. 

-  Bardzo  mi  przykro,  ale  nie  będzie  to  takie  łatwe.  Chociaż  jestem  kobietą,  zupełnie 

nie umiem zajmować się dziećmi. 

- Ja też nie - jęknął kompletnie załamany Mitchell. 

Popatrzyli na siebie, łącząc się we wspólnym żalu, ale coraz głośniejsze popiskiwanie 

niemowląt przerwało im chwile bolesnej zadumy. 

- Co im się stało? - zapytał Mitch. 

- Nie mam pojęcia. Trzeba sprawdzić. 

Weszli do sypialni i pochylili się nad koszykiem. Niemowlęta skopały okrywający je 

kocyk i zniecierpliwione kręciły na wszystkie strony główkami. 

- Zaraz zaczną płakać - powiedziała Britt, wyjmując z koszyka jedno z dzieci. 

Przecież  widzę,  że  zaraz  będą  ryczeć,  pomyślał  Mitch,  przyglądając  się 

pozostawionemu  w  koszyku  maleństwu.  Płacząca  kobieta  to  coś  okropnego,  a  płaczące 

dziecko... Nie, tylko nie to. 

- Nienawidzę słuchać płaczu - powiedział. 

-  Raczej  nie  przywykł  pan  do  płaczu  -  poprawiła  go  Britt,  wręczając  mu  dziecko, 

zanim zdążył choćby pomyśleć o ucieczce. - Teraz trzeba się będzie do niego przyzwyczaić. 

Mitch ostrożnie usiadł na łóżku. Trzymał dziecko w taki sposób, jakby to była bomba, 

która  lada  chwila  może  wybuchnąć.  Zupełnie  nie  wiedział,  jaki  zły  duch  wrobił  go  w  tę 

koszmarną sytuację. Jeszcze godzinę temu był szczęśliwym mężczyzną, wybierającym się na 

randkę z cudowną kobietą. Do głowy mu nie przyszło, że zamiast spędzić wieczór z Chenille, 

będzie  piastował  małą,  zupełnie  nie  znaną  sobie  istotkę,  z  którą  w  żaden  sposób  nie  da  się 

porozmawiać.  Zresztą  w  życiowych  planach  Mitchella  w  ogóle  nie  było  takiego  punktu  jak 

opieka nad dziećmi. Nie miał do tego żadnego przygotowania i uważał, że nie jest to zajęcie 

dla niego. Z nadzieją popatrzył na sąsiadkę, ale ona właśnie otulała kocykiem drugie dziecko. 

background image

Dziecko. Co to właściwie jest? pomyślał Mitch. Czy tylko miniaturowy człowiek, czy 

też  groźna  istota,  która  wysysa  z  dorosłego  wszystkie  życiowe  soki?  Żałuję,  że  dotąd  nie 

zwracałem  uwagi  na  dzieci.  Teraz  przydałoby  mi  się  choć  trochę  doświadczenia.  O 

niemowlętach wiem mniej więcej tyle, co o potworze z Loch Ness. 

Niemowlę dostało czkawki. Mitch przerażony popatrzył na swoją sąsiadkę. 

- Co się dzieje? - zapytał. 

Britt  była  tak  samo  bezradna  jak  on.  Ona  równie  nie  miała  żadnego  doświadczenia, 

jeśli chodzi o opiekę na dziećmi. Od sąsiada różniła się tylko tym, że nie panikowała. A ten 

jedynie potrafił jęczeć... 

- One mają imiona - powiedziała, wyjmując z koszyka drugie dziecko. - Ta ma na imię 

Danni. Imię drugiej jest wyhaftowane na kołnierzyku kaftanika. 

- O mój Boże, to dziewczynki - westchnął, odczytawszy na kołnierzyku imię Donna. 

Każda  nowa  informacja  o  tych  dzieciach  niosła  ze  sobą  zapowiedź  nowej  tragedii.  -  Na 

pewno nie będę ich przewijał. 

- Bez przesady. - Britt o mało nie wybuchnęła śmiechem na widok przerażonej miny 

sąsiada.  -  Jesteśmy  dorośli.  Na  pewno  potrafimy  sobie  z  tym  poradzić.  Na  początek  propo-

nuję, żebyśmy zaczęli sobie mówić po imieniu. Jestem Britt. 

- To na pewno możemy. Na imię mam Mitch - odparł, ale wcale nie przestał się bać. 

Britt  popatrzyła  na  przerażonego  sąsiada  i  nagle  wybuchnęła  śmiechem.  Nie  umiała 

się powstrzymać. Nigdy w życiu nie widziała tak bezradnego mężczyzny. Był taki przystojny, 

wesoły i gotów podbić świat, a nie potrafił sobie poradzić z maleńkim dzieckiem. Bardzo to 

było śmieszne. 

-  Cieszę  się,  że  dobrze  się  bawisz  -  powiedział z  gniewem.  -  To  dziecko  tymczasem 

czegoś ode mnie chce, a ja zupełnie nie wiem, czego. 

-  Popatrz.  -  Britt  dotknęła  palcem  tłuściutkiego  policzka  i  dziecko  natychmiast 

odwróciło główkę w stronę palca. 

- Ona jest głodna. 

- Głodna! A czym się je karmi? 

- Janine zostawiła w koszyku cztery butelki z mieszanką - powiedziała Britt, tuląc do 

siebie Danni. - Niestety, małe wszystko już wypiły. Muszę iść do sklepu... 

- Ja pójdę - zaofiarował się Mitch. - Bardzo chętnie pójdę do sklepu i kupię, co tylko 

każesz. 

Britt spojrzała na niego z powątpiewaniem. Wcale nie wierzyła, że sąsiad wróci. 

-  Wiem,  wiem  -  powiedział  Mitch,  jakby  czytał  w  jej  myślach.  -  Rzeczywiście,  z 

background image

początku chciałem przede wszystkim stąd uciec.  Teraz już rozumiem, że tak naprawdę to te 

dzieci są bardziej moim aniżeli twoim kłopotem. Bardzo ci zresztą dziękuję za pomoc. 

-  Naprawdę?  -  Britt  szczerze  się  zdumiała.  Sądziła,  że  każdy  playboy  jest  egoistą, 

który nie potrafi myśleć o niczym innym, jak tylko o sobie. 

-  Naprawdę.  -  Wstał  i  włożył  bardzo  niezadowoloną  dziewczynkę  z  powrotem  do 

koszyka. - Pójdę do sklepu i zaraz wrócę. Słowo honoru, że wrócę. 

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po wyjściu z domu, było znalezienie budki telefonicznej. 

- Chciałbym rozmawiać z Chenille - poprosił, kiedy w klubie podniesiono słuchawkę. 

-  Gdzie  jesteś,  kochanie?  -  Chenille  jakby  czekała  przy  telefonie.  -  Zaraz  zaczynam 

występ. 

-  Zdarzyło  się  coś  ważnego  -  powiedział  zrozpaczony  Mitch.  Serce  mu  się  krajało, 

kiedy słyszał rozgoryczenie w głosie Chenille. Tak bardzo pragnął być przy niej, przytulić ją, 

dodać otuchy... - Uwierz mi. Gdybym tylko mógł, na pewno byłbym przy tobie. 

-  Och,  to  straszne  -  jęknęła  Chenille.  -  Może  zdążysz  chociaż  na  ostatnią  część 

występu? Już zaplanowałam dla nas cały wieczór. Przyjedź, kochanie, proszę. Obiecaj mi, że 

przyjedziesz. 

-

 

Spróbuję, Chenille. Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy. 

Z  ciężkim  westchnieniem  odwiesił  słuchawkę.  Przeklinał  los,  który  sprawił,  że  tego 

dnia ktoś musiał podrzucić pod jego drzwi koszyk z dziećmi. Dlaczego właśnie dzisiaj? Mitch 

nie miał zbyt wiele czasu na roztkliwianie się nad sobą. Musiał jak najszybciej zrobić zakupy 

i przynieść je do domu. Wyjął z kieszeni kartkę, którą dała mu Britt. 

- Mleko dla dzieci w butelkach - przeczytał. - Pieluchy jednorazowe. Jak najmniejsze. 

Książka o pielęgnacji niemowląt. Jakakolwiek. 

Mitch  zabrał  ze  sobą  butelkę,  którą  zostawiła  w  koszyku  Janine,  dzięki  czemu  nie 

musiał się zastanawiać nad wyborem właściwego rodzaju mleka. Trochę gorzej poszło mu z 

pieluchami.  Nie  wiedział,  do  której  grupy  pieluchowej  zakwalifikować  Donnę  i  Danni: 

noworodków, niemowląt czy dzieci, które uczą się chodzić. Na wszelki wypadek kupił cztery 

rodzaje pieluch. Niełatwo było zmieścić tyle pakunków do jednego wózka. 

Najwięcej  kłopotów  przysporzył  mu  wybór  książki.  Bardzo  długo  przeglądał 

wszystko, co stało na stojakach, ale o pielęgnacji niemowląt ani w ogóle o dzieciach nie było 

niczego.  W  tej  sytuacji  wrzucił  do  wózka  bardzo  elegancko  wydaną  książkę  o  sportowych 

samochodach. 

Rozejrzał się jeszcze po półkach i dodał do zakupów chrupki, sos cebulowy i wielkie 

pudełko ciasteczek. Uznał, że to najlepsze jedzenie, jeśli człowiek ma w perspektywie długie 

background image

nocne czuwanie. 

-  O  rany!  -  wykrzyknęła  kasjerka  na  widok  ogromnego  zapasu  pieluch  w  różnych 

rozmiarach. - Ma pan dużo dzieci. 

- Stanowczo za dużo - uśmiechnął się smutno. - Doprowadzą mnie do ruiny. 

Czuł  się  bardzo  głupio,  kiedy  obładowany  pieluchami  wchodził  do  windy  w  swoim 

eleganckim  domu,  do  którego  nie  przyjmowano  osób  z  dziećmi.  Jak  na  złość  w  holu  i  w 

windzie,  a  potem  na  korytarzu  spotkał  mnóstwo  ludzi.  Ich  zdziwione  i  pełne  współczucia 

spojrzenia sprawiły, że poczuł się niemal męczennikiem. Ale kiedy Britt otworzyła mu drzwi, 

współczucie  dla  samego  siebie  minęło  mu  jak  ręką  odjął.  Jego  elegancka  sąsiadka 

przedstawiała  sobą  obraz  nędzy  i  rozpaczy.  Opanowanie  i  pewność  siebie  gdzieś  zniknęły. 

Mitchell  miał  przed  sobą  całkiem  inną  kobietę  niż  ta,  która  zaledwie  dwie  godziny  temu 

zaprosiła go do swego mieszkania. Dziewczyna miała obłęd w oczach, potargane włosy, była 

boso i bez żakietu. Bluzka wysunęła się ze spódnicy, brakowało w niej guzika, a klamra paska 

przekręciła  się  na  prawą  stronę.  Jednym  słowem,  doskonała  Britt  przestała  być  chodzącą 

doskonałością. 

-  Dzięki  Bogu,  że  wróciłeś  -  jęknęła.  -  Nie  mogę  sobie  z  nimi  poradzie.  Wchodź 

szybko. One chyba już głośniej nie potrafią krzyczeć. 

Dochodzący z sypialni płacz był najlepszym potwierdzeniem jej słów. 

-  Popatrz  tylko  -  Britt  chwyciła  Mitcha  za  rękę  i  pociągnęła  za  sobą  do  sypialni.  - 

Nosiłam je i kołysałam po kolei. Raz jedną, raz drugą. Ale to nie pomaga. 

Istotnie, obie dziewczynki płakały tak strasznie, że aż buzie im poczerwieniały. Mitch 

nigdy w życiu niczego podobnego nie widział i nie słyszał. Bardzo się przestraszył. 

- Czy... Czy naprawdę nic im nie jest? - zapytał, chwytając na ręce pierwsze z brzegu 

niemowlę. Britt wzięła drugie. - Zachowują się tak, jakby coś je bolało. Może są chore? Może 

powinniśmy wezwać pogotowie? 

- Nie, raczej nie. - Britt już się uspokoiła. Pojawienie się Mitchella wyraźnie dodało jej 

otuchy. - Wydaje mi się, że są wściekle głodne. Przyniosłeś mleko? 

-  Oczywiście.  -  Mitch  wyjął  z  torby  cztery  opakowania  wypełnionych  mlekiem 

buteleczek. - Ale chyba trzeba to najpierw podgrzać. 

- Podgrzeję je w kuchence mikrofalowej - powiedziała Britt. - Zajmij się przez chwilę 

dziećmi. 

- Ja? - Mitch był kompletnie przerażony. - Co mam zrobić? 

-  Noś  je  na  rękach.  Najpierw  jedną,  a  potem  drugą.  Po  kolei.  Ja  tak  robiłam,  kiedy 

poszedłeś po zakupy. 

background image

Mitch popatrzył na nią i zrobiło mu się żal sąsiadki. Wyglądała okropnie, ale znacznie 

sympatyczniej  niż  wtedy,  kiedy  z  okularami  na  nosie,  z  notesem  na  kolanach  prowadziła 

przesłuchanie. Zachciało mu się pogłaskać ją po zmierzwionych włosach, poprawić bluzkę i 

po prostu pocałować. 

-  Dobrze,  podgrzej  to  mleko  -  powiedział,  przekrzykując  płacz  niemowląt.  -  Jakoś 

sobie z nimi poradzę. 

Nawet  gdyby  nie  chciał,  musiał  to  zrobić.  Maleństwa  nie  miały  zamiaru  czekać  i 

najwyraźniej żądały, żeby ktoś się nimi zajął. Szczególnie Donna. Krzyczała tak głośno, że jej 

buzia zrobiła się purpurowa. Sięgnął do koszyka, chcąc ją wziąć na ręce, i wtedy okazało się, 

że nie jest to wcale łatwe. Kiedy poprzednio trzymał ją na rękach, dziewczynka przytuliła się 

do niego i popiskiwała cicho. Teraz prężyła się i kopała z taką siłą, że Mitch ledwo mógł ją 

utrzymać. 

- Hej - powiedział, próbując ułożyć ją sobie na ramieniu. - Uspokój się, maleńka. 

Dziewczynka  nie  zwracała  najmniejszej  uwagi  na  jego  wysiłki.  Mitch  nie  miał 

pojęcia, skąd taki maluch bierze siłę, żeby jednocześnie wrzeszczeć i kopać. Aż się spocił. 

To naprawdę ciężka praca, pomyślał. Nigdy w życiu z nikim tak się nie mocowałem. 

Kto by to pomyślał. Takie małe, a takie silne. I krzykliwe. Gdyby tylko udało mi się jakoś je 

uspokoić...  Nie  wiedziałem,  że  mowa  to  taka  strasznie  ważna  rzecz.  Gdyby  ta  mała  mogła 

mówić, dowiedziałbym się, co jej dolega. Zrobiłbym wszystko, żeby tylko przestała płakać. 

- Już jestem. - Britt podała Mitchellowi butelkę z mlekiem i wyjęła z koszyka Danni. - 

Sprawdź temperaturę. Tak jak ja. 

Britt wylała kropelkę mleka na wewnętrzną stronę nadgarstka, aby się przekonać, czy 

mleko nie jest zbyt gorące. 

-  Skąd  wiesz,  że  tak  się  robi?  -  zapytał  Mitch,  sprawdzając  temperaturę  mleka  z 

drugiej butelki. Przekonawszy się, że jest właściwa, podał smoczek niemowlęciu. 

- Nie mam pojęcia. Pewnie widziałam to w telewizji. Może w jakimś filmie? - Usiadła 

na łóżku z dzieckiem na ręku i delikatnie dotknęła smoczkiem maleńkiego policzka. - Masz, 

kochanie. Pora na jedzonko. 

W  pokoju  momentalnie  zapadła  cisza.  Głośne  wrzaski  zastąpiło  błogie  sapanie 

ssących mleko maluchów. Mitch i Britt spojrzeli na siebie. Oboje roześmiali się głośno. 

- Po prostu były głodne - powiedział Mitch, westchnąwszy z ulgą. - Wiesz co, ja też 

wypróbuję  tę  metodę.  Kiedy  poczuję  głód,  będę  wrzeszczał  tak  długo,  aż  ktoś  przyjdzie  i 

wreszcie mnie nakarmi. Chyba już powinienem zacząć. Która godzina? 

- Późna. Możemy zamówić pizzę. 

background image

- Kupiłem ciastka, chipsy i sos cebulowy. - Poszukał wzrokiem torby z zakupami, ale 

na podłodze sypialni nie było widać niczego poza paczkami pieluch. 

- Powiedziałam, że zamówimy pizzę. 

- Czyżbyś miała bzika na punkcie zdrowej żywności? - zaśmiał się Mitch. 

Britt  uśmiechnęła  się  do  trzymanego  w  ramionach  maleństwa.  Jeszcze  przed  chwilą 

była bliska obłędu, a teraz czuła się taka odprężona, niemal szczęśliwa. 

A więc tak to jest, kiedy się ma dziecko, pomyślała. Nigdy przedtem się nad tym nie 

zastanawiałam.  Nawet  w  najdalszych  planach  nie  przewidywałam  miejsca  dla  dzieci. 

Marzyłam  wyłącznie  o  karierze  zawodowej.  Kiedy  moje  koleżanki  bawiły  się  lalkami,  ja 

wszędzie  nosiłam  ze  sobą  wypchaną  aktówkę.  Do  dzisiaj  stawiam  pracę  na  pierwszym 

miejscu.  Dopiero  teraz,  kiedy  poczułam  w  ramionach  to  maleństwo,  zrozumiałam,  jak 

cudowna może być taka miłość. 

Wyprostowała  się,  przywołując  się  do  porządku.  Wiedziała,  że  nie  powinna  się 

poddawać  urokowi  tego  fałszywego  macierzyństwa,  skoro  prawdziwe  nie  było  jej 

przeznaczone. Spojrzała na towarzyszącego jej mężczyznę. 

Mitch  wpatrywał  się  w  dziecko,  które  karmił,  z  tak  głupią  miną,  że  Britt  o  mało  nie 

wybuchnęła śmiechem. 

Zabawne, pomyślała, zupełnie zmieniłam o nim zdanie. Najpierw, kiedy myślałam, że 

to  on  jest  Sonnym,  najzwyczajniej  w  świecie  nim  pogardzałam.  Zresztą  słusznie. 

Wykorzystujący  kobiety  okrutnik  bez  serca,  którego  nie  obchodzą  konsekwencje  własnego 

postępowania, na nic innego nie zasługuje. Potem okazało się, że on ma na imię Mitch i że 

wcale nie jest taki najgorszy. Chociaż jest playboyem. To akurat widać na pierwszy rzut oka. 

Na  pewno  miał  wiele  kobiet.  Nie  ma  żadnych  zahamowań  i  jest  taki  swobodny.  Zresztą 

widziałam go z kilkoma dziewczynami. A przecież mieszkam tu dopiero tydzień. W każdym 

razie sądziłam, że mam do czynienia z myślącym wyłącznie o sobie egoistą. Tymczasem on 

nie  uciekł,  chociaż  miał  możliwość,  i  nawet  za  bardzo  nie  marudzi.  Uroczo  wygląda  z  tym 

maleństwem. 

Britt  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  ona  sama  nie  ma  zbyt  łatwego  charakteru. 

Zawsze starała się zachować dystans pomiędzy sobą a innymi ludźmi. Taka oryginalna forma 

samoobrony.  Nie  chciała  się  do  nikogo  przywiązywać.  Na  szczęście  Mitch  nie  był 

człowiekiem, który się łatwo przywiązuje, więc z jego strony nic jej grozić nie mogło. On ma 

swoje sprawy i nie może się już doczekać, kiedy wreszcie będzie mógł do nich wrócić. 

No  cóż,  będzie  musiał  trochę  poczekać,  westchnęła.  Jeden  wyrwany  z  życia  wieczór 

raczej nie zrujnuje mu życia. Może nawet czegoś się ten playboy nauczy. Ja już się nauczyłam 

background image

wielu  rzeczy  i  wciąż  się  uczę,  chociaż  akurat  te  umiejętności  nigdy  mi  się  w  życiu  nie 

przydadzą. 

Kiedy Mitchell wyszedł po zakupy, Britt myślała tylko o tym, czy on w ogóle wróci. 

Im  głośniej  krzyczały  dzieci,  tym  bardziej  wątpiła  w  powrót  sąsiada.  Niejeden  raz  w  życiu 

spotkał ją zawód ze strony ludzi, którym ufała, więc i tym razem nie spodziewała się niczego 

dobrego. Tym bardziej że Mitch bardzo długo nie wracał. 

Dlatego właśnie była taka zrozpaczona, kiedy otworzyła mu drzwi, a potem tak bardzo 

się ucieszyła, że dotrzymał słowa. 

Jednak  wrócił,  myślała.  Miło  byłoby  uwierzyć,  że  można  na  nim  polegać,  chociaż 

chyba jeszcze za wcześnie na takie nadzieje. To oczywiste, że stąd ucieknie, jak tylko mu na 

to pozwolę. Ale dopóki jest tutaj, nie będę o nim źle myśleć. Cieszę się, że ze mną został. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

 

- Widzisz? - wyszeptała Britt. - Obydwie zasnęły. 

- Co teraz zrobimy? - Mitch nie śmiał się poruszyć. 

- Nie mam pojęcia. Za nic nie chciałabym ich obudzić. 

-  Ja  też  nie  -  westchnął  Mitch.  -  Już  wiem,  jaka  jest  pierwsza  zasada  pielęgnacji 

niemowląt: sen jest dobry, a przebudzenie złe. 

-  Co  ty  za  bzdury  wygadujesz.  Dziecko  nie  może  bez  przerwy  spać.  Kiedy  nie  śpi, 

uczy  się  świata  i  kontaktuje  się  z  otoczeniem.  Trochę  zmienię  tę  twoją  pierwszą  zasadę. 

Umówmy się, że sen jest dobry, przebudzenie jeszcze lepsze, a marudzenie i płacz to coś, co 

w tym wieku ma prawo się zdarzyć. 

-  Niech  i  tak  będzie.  -  Popatrzył  na  nią  szczerze  rozbawiony.  -  Nie  wiem,  dlaczego 

kobiety zawsze muszą mieć ostatnie słowo. 

- Nieprawda. Kobiety z nikim nie walczą ani nie współzawodniczą z każdym w każdej 

dziedzinie, tak jak to zwykle robią mężczyźni. 

- Chcesz się założyć? - Mitch zaśmiał się cicho. - Chyba nigdy w życiu nie widziałaś, 

jak dziewczyny grają w koszykówkę. 

- No cóż - jego śmiech  był tak zaraźliwy, że Britt nie mogła już dłużej zachowywać 

powagi wyjątki tylko potwierdzają regułę. 

- Racja - zgodził się chętnie. - Noga mi ścierpła. Muszę położyć to maleństwo. 

Powoli  i  bardzo  ostrożnie  podniósł  się  z  łóżka.  Delikatnie,  niemal  wstrzymując 

oddech,  ułożył  Donnę  w  koszyku.  Mała  otworzyła  buzię,  ale  oczka  pozostały  zamknięte. 

Wtedy Mitch wziął z rąk Britt uśpioną Danni i ułożył ją obok siostry. Ale on jest delikatny, 

pomyślała Britt. Trochę niezdarny, ale bardzo czuły. Daje się lubić. Nawet już go polubiłam. 

Mitch  wyprostował  się  i  spojrzał  na  zegarek.  Britt  natychmiast  domyśliła  się,  że 

zapewne  nie  zrezygnował  z  tej  swojej  randki.  Wszystkie  przyjazne  uczucia  wobec  sąsiada 

natychmiast gdzieś się ulotniły. 

- Zamów pizzę, dobrze? - poprosiła jak gdyby nigdy nic, po czym wyszła z sypialni. - 

Ja przez ten czas posegreguję zakupy. 

- Tak... oczywiście. - Mitch raz jeszcze zerknął na zegarek. Pomyślał o Chenille, która 

w  tej  chwili  na  pewno  ma  przerwę  między  występami.  Wyobraził  ją  sobie  siedzącą  w 

garderobie, ubraną w przezroczystą zieloną suknię ozdobioną czerwonym kwiatem hibiskusa, 

i doszedł do wniosku, że gdyby się pospieszył... 

background image

-  Lubię  pizzę  z  pieczarkami  i  z  kiełbasą  -  Britt  z  premedytacją  wyrwała  go  z 

zamyślenia - ale możesz zamówić to, na co ty masz ochotę. 

- Dobrze, niech będzie pizza z kiełbasą i z pieczarkami - Mitch uśmiechnął się do niej. 

Podszedł do telefonu i wykręcił numer pizzerii. Przestał się spieszyć. Zrozumiał, że jeszcze co 

najmniej godzinę będzie tu musiał odsiedzieć. Za to potem... 

- Zaczekaj na mnie, Chenille - mruknął, odkładając słuchawkę. 

Na  szczęście  Britt  nie  mogła  go  usłyszeć.  Była  zajęta  chowaniem  do  kuchennych 

szafek  butelek  z  mlekiem,  chipsów  i  jednego,  ale  za  to  niezbyt  apetycznie  wyglądającego 

pojemnika z sosem cebulowym. 

-  Nie  dożyjesz  pięćdziesiątki  -  powiedziała  na  widok  wchodzącego  do  kuchni 

Mitchella. 

- Tak sądzisz? - Wcale się nie zdziwił. 

- Jeśli codziennie jadasz te świństwa - Britt znacząco postukała palcem w pojemnik z 

sosem cebulowym - to, krótko mówiąc, rujnujesz sobie zdrowie. 

- Rozumiem. A nie mówiłem, że masz bzika na punkcie zdrowej żywności? 

- Nie mam żadnego bzika. Jestem najnormalniejszą na świecie kobietą, tylko że wiem, 

co jeść, żeby dostarczyć organizmowi wszystkich potrzebnych mu do życia składników. 

-  Ja  też  się  właściwie  odżywiam.  -  Chwycił  pudełko  z  ciastkami,  które  Britt  właśnie 

zamierzała  schować  do  szafki.  -  Przecież  widzisz,  że  kupiłem  sos  cebulowy.  Ciastka  są 

cięższe  od  chipsów  i  sos  cebulowy  przywróci  równowagę  pomiędzy  tymi  dwoma 

składnikami. 

-  Nie  będziesz  jadł  tego  przed  kolacją.  -  Zabrała  mu  ciastka,  zanim  zdążył  otworzyć 

pudełko. - Zamulisz sobie żołądek. 

- Tak jest, mamo. - Mitch uśmiechnął się do niej. - Muszę sobie zostawić miejsce na 

pożywną i bardzo zdrową pizzę. 

-  Wiem,  że  pizza  nie  jest  najzdrowszym  jedzeniem  na  świecie  -  przyznała  trochę 

zmieszana  Britt.  -  Czytałam  jednak  w  jakimś  piśmie,  że  spośród  wszystkich  szybkich  dań, 

jakie  wymyślono,  właśnie  pizza  jest  najzdrowsza.  Zresztą  o  tej  porze  nie  mamy  zbyt 

wielkiego wyboru. 

- Nie przejmuj się. Bardzo lubię pizzę. 

Chwilę później dostarczono gorącą pizzę z ogromną ilością sera i sosu pomidorowego. 

Britt  i  Mitch  usiedli  przy  kuchennym  stole,  każde  z  porcją  pizzy  na  talerzu  i  szklanką 

zimnego mleka w ręku. 

Mitch  zastanawiał  się  nad  rym,  jakim  cudem  mieszkanie,  niemal  identyczne  jak  to, 

background image

które  on  sam  zajmował,  może  być  takie  inne.  Wszystkie  drewniane  części  wystroju  lśniły, 

jakby je przed chwilą wypolerowano. Szklany posąg odbijał światło, a ścianę ozdabiał obraz 

przedstawiający lilie wodne. W mieszkaniu Mitcha niepodzielnie panował bałagan. Kiedy się 

do niego weszło, widziało się przede wszystkim mnóstwo poduszek i leżące wszędzie sterty 

książek. Z porównania obu mieszkań wyszło, że oboje z Britt stanowią zupełnie nie pasującą 

do siebie parę. 

-  Powiedz  mi  -  poprosił,  sięgając  po  drugą  porcję  pizzy  -  dlaczego  płacz  jest  taki 

okropny? 

- Nie rozumiem. Dlaczego okropny? - doskonale rozumiała, że chodzi mu o dzieci i o 

ten przejmujący krzyk, który dopiero co wspólnym wysiłkiem zdołali stłumić. Zapytała tylko 

po to, żeby zmusić playboya do myślenia. 

-  No  wiesz,  trudno  to  określić...  Kiedy  dzieci  płaczą,  to  człowiek  czuje,  że  musi 

natychmiast coś zrobić, żeby one przestały wrzeszczeć. 

-  Myślę,  że  krzyk  dziecka  budzi  w  nas  instynkt  opiekuńczy.  Płacz  wywołuje  w  nas 

taką  reakcję,  że  musimy  natychmiast  podejść  do  dziecka  i  zaspokoić  jego  potrzebę.  W 

każdym razie nie możemy przejść obok niego obojętnie. 

Mitchowi spodobało się, że sąsiadka poważnie potraktowała jego pytanie. Pomyślała i 

nawet spróbowała znaleźć logiczną odpowiedź. Kobiety, które znał, były zupełnie inne. 

-  Ktoś  powinien  znaleźć  sposób  na  to,  żeby  dzieci  nie  płakały  -  stwierdził.  -  Nie 

uważasz, że byłaby to wspaniała rzecz? Dziecko, które nigdy nie płacze. 

- Dzieci muszą płakać - powiedziała stanowczo Britt. - Krzyk rozwija płuca. 

-  A  skąd  ty  o  tym  wiesz?  -  zapytał  Mitch  trochę  urażony,  że  jego  wspaniały  pomysł 

przyjęto bez entuzjazmu. 

- Sama nie wiem. Pewnie gdzieś o tym słyszałam. 

- Może kiedy sama byłaś dzieckiem? 

-  Możliwe.  -  Britt  wyraźnie  posmutniała  i  prędko  zmieniła  temat.  -  Chcesz  jeszcze 

kawałek pizzy? Zobacz, ile zostało. A może dolać ci mleka? 

Mitch z radością skorzystał z propozycji. Był głodny jak wilk. 

- Zadziwiasz mnie - powiedziała Britt. 

- A to dlaczego? 

-  Dość  łatwo  wkomponowałeś  się  w  tę  dziwną  sytuację.  A  przecież  miałeś  mord  w 

oczach, kiedy ci powiedziałam, że musisz tu zostać i zająć się dziećmi. 

-  Wciąż  jeszcze  mam  ochotę  kogoś  zamordować.  -  Mitch  uśmiechnął  się  do  niej 

krzywo. - Nie widać tego po mnie? Moja męska ambicja domaga się krwi, ale nie zwracam na 

background image

nią uwagi. 

-  Bardzo  dobrze  robisz.  -  Britt  odwróciła  się  do  niego  plecami.  Nie  chciała,  żeby 

widział,  jak  bardzo  ją  rozśmieszył.  -  Możliwe  nawet,  że  tym  maluchom  uda  się  swoim 

krzykiem zniszczyć w tobie wszelką męską ambicję. 

- Jak myślisz, kiedy one się urodziły? Nie znalazłaś w koszyku żadnej informacji na 

ten temat? 

-  Nie  i  naprawdę  nie  mam  o  tym  zielonego  pojęcia.  Zupełnie  nie  znam  się  na 

dzieciach. Nie są to już noworodki, ale wieku pudełka z proszkiem do prania też jeszcze nie 

osiągnęły. 

- Wiek pudełka z proszkiem do prania? A co to za określenie? 

- No wiesz, chodzi mi o te zdjęcia, które się umieszcza na pudełkach z proszkiem do 

prania. Te, na których są takie śliczne, pyzate bobasy. Tamte maluchy mają pewnie około pół 

roku.  Donna  i  Danni  są  młodsze.  A,  właśnie  -  przypomniała  sobie.  -  Nie  kupiłeś  żadnej 

książki o dzieciach? 

- Nie. Nie udało mi się znaleźć niczego na ten temat. 

-  Ale  jakąś  książkę  przyniosłeś  -  powiedziała  z  przekąsem.  -  Pewnie  nie  wiesz,  że 

zajmowanie  się  samochodami  wyścigowymi  niewiele  ma  wspólnego  z  opieką  nad  praw-

dziwymi, żywymi niemowlętami. 

- Dzieci czy samochody - co za różnica? Jedne i drugie wymagają troskliwej opieki i 

mnóstwa pieniędzy. 

-  Wobec  tego  na  pewno  poproszę  cię  o  pomoc,  kiedy  będę  musiała  wymienić 

bliźniaczkom  olej.  -  Britt  westchnęła.  -  Naprawdę  powinniśmy  zdobyć  jakąś  książkę  o 

dzieciach.  Żadne  z  nas  nie  wie,  jak  z  nimi  postępować.  Chyba  jest  w  tym  mieście  chociaż 

jedna całodobowa księgarnia? Już wiem - ucieszyła się.  - Tu niedaleko jest apteka. Podjadę 

tam i zobaczę, może coś mają. 

- Chyba nie powinnaś wychodzić z domu sama w środku nocy - zastanawiał się Mitch. 

- Pewnie, że nie - odrzekła szorstko. Ale poprzednio ty wychodziłeś, więc teraz kolej 

na mnie. 

Mitch patrzył, jak idzie do łazienki uczesać włosy i poprawić ubranie. Sąsiadka coraz 

bardziej  mu  się  podobała.  Nie  zgrywała  się  ani  nie  flirtowała  jak  większość  znanych  mu 

kobiet. Była szczera i bezpośrednia. Ktoś w rodzaju dobrego kumpla. 

- No to cześć. Lecę - zawołała Britt, wychodząc z mieszkania. 

Mitch pomachał jej ręką, ale zaraz wrócił do swoich rozważań. Od lat zastanawiał się 

nad  tym,  czy  możliwa  jest  przyjaźń  pomiędzy  mężczyzną  i  kobietą.  Nigdy  nie  miał  okazji 

background image

wypróbować  takiego  układu.  Zazwyczaj  kobiety,  z  którymi  się  zaprzyjaźniał,  dość  szybko 

zostawały jego kochankami. Najwyraźniej tylko takie były mu przeznaczone. 

Tym  razem  będzie  inaczej,  obiecywał  sobie.  Britt  zupełnie  nie  jest  w  moim  typie. 

Gdyby nie zwykły przypadek, gdyby nie te podrzucone dzieci, nigdy nie zamienilibyśmy ze 

sobą nawet dwóch zdań. Idealne warunki do nawiązywania przyjaźni. Może tym razem mi się 

uda? 

Bardzo bym chciał mieć dziewczynę - kumpla, myślał. Moglibyśmy chodzić razem na 

śniadania, rozmawiać o życiu w ogóle i może nawet o chłopakach i dziewczynach, z którymi 

poprzedniego  wieczoru  umówiliśmy  się  na  randkę.  Może  by  mi  czasem  coś  doradziła.  A  ja 

mógłbym jej powiedzieć, że nie podoba mi się ten przygłup, z którym zaczęła się spotykać. 

Poszlibyśmy razem do kina, a potem na kolację do Keecko. 

Do swojej ulubionej restauracji Mitch nigdy nie zapraszał kobiet, z którymi sypiał. Nie 

było tam zbyt elegancko, a kociaki lubią śnieżnobiałe obrusy i nastrojowe światło świec. W 

Keecko niczego takiego nie było. Nie zabiera się panienek do takiego lokalu. Ale kumpel to 

zupełnie co innego. 

Wstał  od  stołu  i  chciał  już  wyjść  z  kuchni,  kiedy  nagle  coś  mu  przyszło  do  głowy. 

Popatrzył na stojące na stole talerze, szklanki, na pusty karton po mleku... 

-  Przecież  sam  mogę  tu  posprzątać  -  powiedział  do  siebie,  jakby  oznajmiał  światu 

niecodzienne odkrycie. 

Posprzątał  ze  stołu,  pozmywał  i  poczuł  się  tak,  jakby  nad  głową  zaświeciła  mu 

aureola.  Potem  poszedł  do  sypialni  i  przyglądał  się  śpiącym  dzieciom.  Wyglądały  jak  dwa 

aniołki.  Maleńkie  paluszki,  delikatne  włoski,  prześliczne  rzęsy  i  półotwarte  usteczka 

wzbudziły w nim dziwne, nie znane dotąd uczucia. 

-  Chyba  mamy  to  zakodowane  w  genach  -  szepnął.  -  Po  prostu  musimy  kochać 

niemowlęta. Przynajmniej wtedy, kiedy śpią. 

Dopiero  teraz  mógł  spokojnie  rozejrzeć  się  po  sypialni.  Tak  tu  czysto,  pomyślał. 

Wszystko  ma  swoje  miejsce  i  wygląda  tak,  jakby  nigdy  tego  pokoju  nie  opuszczało.  Aż 

miałoby  się  ochotę  coś  w  tym  pudełeczku  zepsuć.  Mógłbym,  na  przykład,  poprzewracać 

wszystko w szufladach i Britt niczego by nie znalazła. Ale by się złościła. Żebym się nie bał, 

że obudzi dzieci, na pewno bym to zrobił. Bardzo bym chciał zobaczyć jej minę. 

Roześmiał się, kiedy zdał sobie sprawę z głupoty własnego pomysłu. 

-  Wszystko  przez  te  maluchy  -  mruknął,  wychodząc  z  sypialni.  -  Znów  mi  się 

zachciewa dziecięcych figli. 

Usiadł  na  kanapie  w  salonie.  Telefon  miał  tu  pod  ręką.  Wiedział,  że  powinien 

background image

zadzwonić  do  Chenille,  nie  wiedział  tylko,  co  takiego  mógłby  jej  powiedzieć.  Dawno 

skończyła  występy  w  klubie  i  zapewne  spała  teraz  spokojnie  we  własnym  mieszkaniu.  A 

może wciąż na niego czekała? W takim razie... Mitch spojrzał na zegarek. Od biedy można by 

jeszcze uratować choć część wieczoru, pomyślał. 

Nakręcił  domowy  numer  Chenille.  Nikt  nie  odpowiadał.  Mitch  pomyślał,  że 

dziewczyna pewnie z kim innym poszła na kolację. Odłożył słuchawkę. Właściwie nawet nie 

miał do niej o to żalu. W końcu nie musiała czekać na niego w nieskończoność. Na wszelki 

wypadek jednak raz jeszcze zadzwonił do klubu. 

-  Tak,  Chenille  jeszcze  tu  jest  -  powiedział  mu  szef  klubu.  -  Zasnęła  w  swojej 

garderobie. Nie miałem sumienia jej budzić, ale jeśli chcesz... 

-  Nie,  nie  -  przerwał  mu  Mitch.  -  Niech  sobie  śpi. Jak  się  obudzi,  to  powiedz  jej, że 

dzwoniłem. Dobrze? 

Odłożył słuchawkę, ale tym razem zaklął cicho. Moja Chenille, zupełnie sama, usnęła 

w garderobie, a ja tu siedzę i pilnuję czyichś dzieci, pomyślał. 

Usłyszał, jak otwierają się drzwi, a chwilę później do pokoju weszła Britt. 

-  Masz  -  rzuciła  mu  książkę.  Usiadła  na  kanapie  z  inną  książką  w  rękach.  -  Ty 

przejrzyj tamtą, a ja spróbuję się czegoś dowiedzieć z tej. 

- „Od butelki do pierwszych kroków. Wszystko  o niemowlęciu” - przeczytał Mitch i 

niemiłosiernie  się  skrzywił.  -  Nie  można  by  tego  nazwać  po  prostu  instrukcją  obsługi 

malucha? 

-  Dzieci  to  nie  samochody.  Nie  wystarczy  wlewać  im  benzynę  i  sprawdzać  olej  co 

tysiąc kilometrów. Są znacznie trudniejsze w obsłudze - przypomniała mu Britt. 

Spojrzała na niego, a kiedy ich oczy się spotkały, szybko odwróciła wzrok. Sama nie 

wiedziała, że tak się ucieszy, zastawszy  go w swoim mieszkaniu. Bardzo się wstydziła. Tak 

źle potraktowała Mitcha, że po prostu nie śmiała mu spojrzeć w oczy. 

-  O,  tak,  masz  rację.  -  Mitch  przesłał  jej  najpiękniejszy  ze  swoich  uśmiechów.  -  Ale 

teraz śpią, więc może... 

- Chciałbyś się stąd wreszcie wydostać,  co? - zapytała. Nie przypuszczała, że sprawi 

jej to przykrość. Sprawiło. 

-  No,  nie...  Ja  tylko...  -  poczuł  się  podle.  W  końcu  to  przecież  ona  robiła  mu 

uprzejmość, zajmując się podrzuconymi pod jego drzwi dziećmi, a nie odwrotnie. 

-  Nigdzie  nie  pójdziesz.  -  Britt  zerwała  się  z  miejsca,  a  jemu  wydało  się,  że  tylko 

resztka zdrowego  rozsądku powstrzymuje ją przed zatarasowaniem sobą  drzwi. - Zostaniesz 

tutaj. 

background image

Britt czuła, że nie może wypuścić sąsiada ze swego domu. Wyobrażała sobie, że jeśli 

on  stąd  wyjdzie,  to  stanie  się  coś  strasznego.  Trzęsła  się  cała,  ale  zdołała  zachować  pozory 

opanowania i obojętności. 

- Zaraz wrócę. Obiecuję - prosił Mitch, zdziwiony jej gwałtowną reakcją. Oczywiście 

nie  musiał  wychodzić.  Jednak  nie  byłby  sobą,  gdyby  nie  spróbował  się  wymknąć.  -  Nie 

będzie mnie najwyżej przez godzinę. 

- Nie odwołałeś jeszcze tej randki? 

- No... 

- Przykro mi. Niestety, nie możesz iść - powiedziała stanowczo. 

Wiedziała,  że  się  wygłupia,  poruszając  temat  dziewczyny,  z  którą  Mitch  był  tego 

wieczoru  umówiony.  Ona  nie  miała  nic  wspólnego  z  Janine,  z  jej  dziećmi  i  z  całą  tą 

niecodzienną sytuacją. Britt absolutnie nie powinna się nią interesować. 

-  Ale  maluchy  przecież  śpią  -  upierał  się  Mitch,  chociaż  dawno  już  zrezygnował  ze 

spotkania z Chenille i nie miał najmniejszej ochoty nigdzie wychodzić. 

-  Teraz  śpią,  ale  nie  wyobrażasz  sobie  chyba,  że  prześpią  tak  całą  noc?  Niemowlęta 

budzą się co kilka godzin. Niezależnie od tego, czy jest noc, czy dzień - oświadczyła Britt i 

sama się zdziwiła, skąd czerpie taką rozległą wiedzę. 

Mitch z powrotem usiadł na kanapie. Kpiąco uśmiechnął się do sąsiadki. Miał ochotę 

trochę z niej pożartować. 

- Jedna godzina - jęknął. - Jedna krótka godzina przecież nie zrobi ci różnicy. 

Britt,  oczywiście,  nie  przeczuła  podstępu.  Przestraszyła  się  nie  na  żarty.  Doskonale 

wiedziała,  że  jeśli  Mitch  naprawdę  zechce,  to  wyjdzie  stąd  i  ona  nie  będzie  mogła  temu  w 

żaden sposób zaradzić. Postanowiła jednak jasno i wyraźnie dać mu do zrozumienia, co o tym 

myśli. 

-  No  cóż,  wiem,  że  nie  mam  prawa  cię  zatrzymywać.  -  Popatrzyła  na  niego  z 

wyższością. - Oczywiście, możesz iść. Tylko że musisz po drodze wstąpić do sklepu i kupić 

sobie nosidełko. Bez dziecka, przynajmniej jednego, na pewno cię stąd nie wypuszczę. 

- Nie mogę zabrać na randkę niemowlęcia. - Mitch głośno się roześmiał. 

-  Może  by  ci  się  nawet  opłaciło.  W  twojej  młodej  przyjaciółce  mógłby  się  obudzić 

instynkt macierzyński - powiedziała i dopiero wtedy zauważyła, że Mitch się śmieje. 

Czyżby  to  miało  znaczyć,  że  nigdzie  się  nie  wybiera?  pomyślała  Britt.  Chyba 

rzeczywiście. Ale ze mnie idiotka. Tak się dałam nabrać! 

-  Instynkt  macierzyński  -  powtórzył  Mitch,  zaśmiewając  się  do  łez.  Wyobraził  sobie 

Chenille,  kołyszącą  jedno  z  niemowląt  Janine.  -  Instynkt  macierzyński  to  cecha,  którą 

background image

najbardziej lubię u swoich dziewczyn. 

- Przykro mi, że zostałeś zmuszony do zmiany planów - powiedziała Britt, nie patrząc 

na niego. Wstydziła się, ale przestała się bać samotności z dwójką maleńkich dzieci. - Czy... 

Czy mógłbyś mi opowiedzieć coś o tej dziewczynie, z którą miałeś się spotkać? Tak, pytam 

ze zwykłej ciekawości - tłumaczyła, żałując, że w porę nie ugryzła się w język. 

-  Nazywa  się  Chenille  Savoy.  -  Mitch  nie  zauważył  w  jej  pytaniu  niczego 

niestosownego. - Jest piosenkarką. 

-  Chenille  Savoy?  -  Britt  jakby  usiłowała  coś  sobie  przypomnieć.  -  Już  gdzieś 

słyszałam to nazwisko. 

- Śpiewa w klubie Cartiera - podpowiedział jej Mitch. - Jest bardzo popularna. Mogłaś 

widzieć jej występ w telewizji. 

-  Nie,  nie.  Już  sobie  przypomniałam.  To  na  pewno  ona.  Kiedy  poproszono  ją,  żeby 

odcisnęła swoją dłoń w cemencie na Ulicy Gwiazd w Ala Moana Center, ona zaproponowała 

im odcisk swojej piersi. Nie pomyliłam się, prawda? 

- To był taki chwyt reklamowy - tłumaczył swoją przyjaciółkę Mitch, trochę się przy 

tym czerwieniąc. - Zresztą to nie Chenille go wymyśliła. Jej agent namówił ją do tego. 

-  Rozumiem.  -  Britt  ucieszyła  się,  widząc,  że  sąsiad  poczuł  się  niezręcznie.  Dzięki 

temu ona nabrała większej pewności siebie. 

Ta cała Chenille Savoy wygląda zupełnie jak lalka, myślała Britt. Piękna lalka, gotowa 

w  mgnieniu  oka  się  rozebrać.  Czy  to  możliwe,  żeby  mężczyźni  tylko  tego  oczekiwali  od 

kobiety?  Wydawałoby  się,  że  taki  facet  jak  Mitch  powinien  potrzebować  czegoś  więcej.  Na 

przykład odrobiny rozumu albo jakiejś osobowości... 

- Czy zawsze spotykasz się z tego rodzaju kobietami? - zapytała. - Lubisz takie puste 

w środku, śliczne laleczki? 

- Daj spokój. Chodzę z różnymi dziewczynami. 

-  Ciekawe.  Teraz  Britt  celowo  drażniła  się  z  sąsiadem.  -  Bardzo  bym  chciała  je 

zobaczyć. Te wszystkie namiętne i seksowne dziewczyny bez zahamowań. 

-  Przesadzasz.  -  Mitch  roześmiał  się  głośno.  -  Czasami  spotykam  się  także  z  bardzo 

eleganckimi kobietami z klasą. 

- Mogę się założyć, że wiem, jakich dziewczyn nie lubisz. - Pewność siebie Britt brała 

się stąd, że kilka razy widziała odwiedzające sąsiednie mieszkanie panienki. 

- No, ciekaw jestem. 

- Nie lubisz skromnych, prostych i całkiem zwyczajnych kobiet. 

-  Ty  nie  jesteś  ani  skromna,  ani  prosta,  ani  tym  bardziej  zwyczajna  -  roześmiał  się 

background image

Mitch. 

- Przecież nie twierdzę, że ja taka jestem. Zresztą nie mam zamiaru umawiać się z tobą 

na  randki,  to  po  pierwsze.  A  po  drugie,  nie  umówiłbyś  się  ani  ze  mną,  ani  z  żadną  kobietą 

mojego pokroju. 

- Skąd ta pewność? - zapytał Mitch, chociaż w myślach przyznał jej rację. Zdziwiła go 

nawet trafność jej obserwacji, chociaż nie miał zamiaru mówić tego głośno. 

- Po prostu wiem. Nie jestem w twoim typie. 

- Czyżby? - Mitch odchylił głowę na oparcie fotela. Zmrużył oczy jak kot i przyglądał 

się sąsiadce. 

Ciekawe,  pomyślał,  skąd  ona  to  może  wiedzieć.  Rzeczywiście,  nigdy  nie  zawracam 

sobie  głowy  mądrymi  i  eleganckimi  kobietami.  Zawsze  mam  wrażenie,  że  zaglądają  mi  w 

duszę i sprawdzają, czy wszystko tam dobrze działa. Britt trafiła w sedno. 

-  Przejrzałaś  mnie  na  wylot  -  przyznał.  -  A  właściwie,  to  czym  ty  się  zajmujesz?  - 

Dopiero  teraz  przypomniał  sobie,  że  zgodnie  z  panującymi  w  tej  kamienicy  obyczajami, 

zupełnie nic nie wie o swojej sąsiadce. 

- Pracuje w Muzeum Historii Naturalnej w Waikiki. Zajmuję się historią Polinezji, ze 

szczególnym uwzględnieniem Wysp Hawajskich. 

-  Ach,  tak  -  ucieszył  się  Mitch.  Uznał,  że  zajęcie  Britt  doskonale  pasuje  do  jej 

zachowania i wyglądu zewnętrznego. - A co jest w tobie takiego, czego, twoim zdaniem, nie 

lubię? 

-  Jestem  inteligentna,  radzę  sobie  w  życiu  i  potrafię  samodzielnie  myśleć  -  odparła 

prawie bez zastanowienia. 

Mitcha  po  prostu  zatkało.  Wcale  nie  to  mnie  odpycha  od  takich  kobiet  jak  ona, 

pomyślał przerażony. Skądże. Po prostu jedne kobiety mnie pociągają, a inne nie i nie ma w 

tym nic złego. Każdemu wolno mieć swoje upodobania. 

-  A  więc  uważasz,  że  te  kobiety,  z  którymi  się  spotykam,  wymagają  opieki  i  kogoś, 

kto będzie za nie myślał. 

- Tak. I to ty zazwyczaj jesteś ich mózgiem. 

- Tu cię mam - uśmiechnął się zadowolony, że w końcu uda mu się ją przygwoździć. - 

Uważasz  więc,  że  jeśli  kobieta  jest  piękna  i  pociągająca,  to  na  pewno  nie  ma  ani  odrobiny 

rozumu. 

-  Niczego  takiego  nie  powiedziałam  -  broniła  się  Britt.  -  Uważam  tylko,  że  jeśli 

zachowują  się  jak  idiotki,  to  ich  mózgi,  które  kiedyś  były  całkiem  normalne,  uległy  atrofii. 

Słyszałeś pewnie o tym, że organ nie używany zanika. 

background image

- Rażąca niesprawiedliwość! - zawołał Mitch. 

- Wobec kogo? Chenille? 

- Wobec niej i wszystkich innych pięknych kobiet, które chodzą po świecie. 

- Jeśli się mylę, to one jakoś tę moją krzywdzącą opinię przeżyją - żachnęła się Britt. - 

Poza tym zastanawiam się, co te wszystkie piękne kobiety widzą w tobie. 

- Nie wiesz? Jestem wspaniałym facetem. - Mitch bez trudu opisał samego siebie. 

- Trzeba przyznać, że jesteś przystojny - mówiła z namysłem Britt, taksując przy tym 

sąsiada przesadnie uważnym spojrzeniem. - I sprawiasz wrażenie inteligentnego mężczyzny. 

- Niestety, nie jestem inteligentny. - Mitch zrobił smutną minę. - Gdybym był, nigdy 

nie dałbym się wplątać w podobną sytuację. 

- A więc uważasz, że zostałeś w coś wplątany? - rozzłościła się Britt. - Wobec tego, co 

ja mam powiedzieć? 

-  A  niech  to!  Wplątałaś  się  w  to  tak  samo  jak  ja,  chociaż  w  ogóle  nie  masz  z  tymi 

dziećmi nic wspólnego. Wpakowałaś się w to z własnej i nieprzymuszonej woli. 

-  To  prawda.  -  Britt  ucieszyła  się,  że  Mitch  zdaje  sobie  sprawę  z  jej  poświęcenia.  - 

Właściwie nic mnie to nie powinno obchodzić. Tylko nie wiem, co ty byś wtedy zrobił. 

- Zadzwoniłbym na policję - odrzekł bez wahania. 

- Nie! - zawołała przerażona Britt. - Nie wolno ci tego robić! Pod żadnym pozorem. 

-  Dlaczego  tak  bardzo  się  boisz  policji?  -  zapytał  Mitch.  Już  wcześniej  zauważył 

dziwną reakcję sąsiadki na wzmiankę o policji, ale dopiero teraz odważył się ją o to zapytać. 

- Obiecaj mi, że nie zawieziesz tych dzieci na komisariat. Bardzo cię proszę. Nie mogę 

sobie nawet wyobrazić, że ktoś mógłby zostawić takie maleństwa na łasce policjantów. 

Mitch  nadal  nie  rozumiał,  o  co  jej  chodzi.  Reagowała  tak  gwałtownie,  jakby  broniła 

samej  siebie  przed  najgorszym  na  świecie  losem.  Nie  zdołał  jednak  ustalić  prawdziwej 

przyczyny dziwnego zachowania sąsiadki, bo Britt szybko zmieniła temat. 

-  Zabierzmy  się  lepiej  do  tych  książek  -  zaproponowała.  -  Trzeba  choćby  przejrzeć 

kilka pierwszych rozdziałów, żeby mieć pojęcie, z czym właściwie mamy do czynienia. 

Przez  pewien  czas  oboje  w  milczeniu  czytali  książki.  Mitch  pobieżnie  przejrzał 

rozdział,  opisujący  rozwój  dzieci  w  ciągu  pierwszych  sześciu  miesięcy  życia,  po  czym 

spojrzał  na  zaczytaną  Britt.  W  okularach  na  nosie,  z  podwiniętymi  pod  siebie  nogami, 

wyglądała zachwycająco. 

Nie, ona wcale nie jest w moim typie, upewniał samego siebie. Zresztą tak jest lepiej. 

Przecież ma zostać moim kumplem, a nie narzeczoną. 

Podniósł do oczu książkę. Udawał, że czyta, chociaż tak naprawdę bacznie przyglądał 

background image

się sąsiadce. Nie wiedział, że istnieją na świecie takie kobiety: rozsądne i samodzielne istoty o 

złotym sercu. 

Ciekawe, jaki będzie mężczyzna jej życia? pomyślał Mitch. Na pewno wykształcony i 

inteligentny.  Jakiś  inżynier  albo  archeolog.  W  każdym  razie  totalny  pracoholik.  Ona  sama 

pewnie  też  nie  może  żyć  bez  pracy.  W  każdym  razie  na  taką  wygląda.  No  cóż,  trzeba  to 

będzie zmienić. Kiedy zostaniemy kumplami, nauczę ją, jak czerpać radość z życia. 

- Mitchell. - Tak? 

- Wydaje mi się, że przysypiasz. 

-  Nie,  wcale  nie  -  oburzył  się  Mitch.  Dopiero  po  chwili  zorientował  się,  że  czytana 

przez niego książka z niewiadomych przyczyn znalazła się na podłodze. Podniósł ją szybko • 

i  obdarzył  sąsiadkę  rozbrajającym  uśmiechem.  -  Ja  tylko  odpoczywam,  proszę  pani. 

Przyrzekam, że to się już więcej nie powtórzy. 

- Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa - odrzekła Britt, udając surowość. 

Uśmiechnęła się do niego tak serdecznie, że coś się w Mitchellu poruszyło. Właściwie 

nie stało się nic ważnego. Wydało mu się tylko, że jej uśmiech miał mu coś miłego przekazać. 

Raz  jeszcze  uważnie  spojrzał  na  Britt,  jakby  pragnął  odgadnąć  przesłanie,  którego  w 

pierwszej chwili nie udało mu się zrozumieć. 

- Czy coś się stało? - zapytała zaniepokojona. 

- Nie, nic takiego - uspokoił ją, ale zagubionego wrażenia nie zdołał już odnaleźć. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

Minęło  następne  pół  godziny  ciszy  i  skupienia  nad  książką  o  pielęgnacji  niemowląt. 

Mitch wreszcie odważył się ją zamknąć. I tak by zasnął, gdyby spróbował przeczytać choćby 

jeszcze  jedno  zdanie.  Zresztą  nie  znalazł  w  tym  poradniku  niczego,  co  choć  częściowo 

odbiegałoby  od  ogólnie  znanych  prawd.  Doszedł  do  wniosku,  że  w  wychowaniu  dzieci 

najważniejszy jest zdrowy rozsądek opiekuna. 

- Moim zdaniem, to wszystko jest zupełnie proste - oświadczył. 

- Być może - zgodziła się Britt. - Mamy tylko problem z łóżeczkami. 

- Z jakimi znów łóżeczkami? 

- Dzieci powinny spać w łóżeczkach. - Popatrzyła na niego przez szkła okularów. 

- Jest trzecia w nocy - Mitch wyraźnie się przestraszył. - Nie sądzę, żeby o tej porze 

otwarty był jakiś sklep z meblami dla dzieci. 

- Przecież wiem. To jasne, że nie da się w tej chwili kupić żadnego łóżeczka, ale może 

udałoby się je zrobić. 

-  Zrobić?  -  jęknął  Mitch.  Już  widział  oczami  wyobraźni,  jak  z  młotkiem  w  ręku 

zabiera się do zbijania desek. - Chyba nie w tej chwili? 

Britt nie odpowiedziała, ale tym razem było mu to obojętne. Nie zamierzał w samym 

środku nocy bawić się w stolarza i nikt nie mógł zmienić jego postanowienia w tej kwestii. 

-  Zresztą  chyba  nie  zaryzykujesz  obudzenia  dzieci  tylko  po  to,  żeby  włożyć  je  do 

łóżeczka - tłumaczył z żelazną, jak mu się zdawało, logiką. - Małe śpią i wolałbym, żeby nikt 

ich nie niepokoił. 

Za wcześnie się ucieszył, bo właśnie usłyszeli popiskiwanie dzieci. Mitch jęknął, za to 

Britt zerwała się z kanapy, jak gdyby zdarzyło się coś, na co od dawna czekała. 

- Bierz się do dzieła - powiedziała rozkazującym tonem. - Zmienimy pieluchy, damy 

dzieciom mleko, a zaraz potem powinny zasnąć. 

- Czy koniecznie musimy zmieniać pieluchy? - skrzywił się Mitch. 

- Obawiam się, że robimy to zbyt rzadko. Niemowlętom trzeba zmieniać pieluchy co 

dwie godziny. 

-  A  może  ja  je  nakarmię,  a  ty  zmienisz  pieluchy  -  zaproponował  Mitch,  usiłując  za 

wszelką cenę uniknąć niemiłego zajęcia. 

- Ciekawe, jak ty to sobie wyobrażasz. 

- Mam dwie ręce. Jakoś sobie poradzę. 

background image

- Nie wygłupiaj się. - Generał Britt była już gotowa do natarcia. - Pokażę ci, jak to się 

robi. W książce bardzo dokładnie to opisali. 

Rzeczywiście,  gładko  jej  poszło.  Zresztą  Mitch  także  prędko  pojął,  na  czym  polega 

zmiana pieluchy. 

Dzieci  właśnie  obudziły  się  na  dobre.  Gaworzyły  i  popiskiwały,  ale  wcale  nie  miały 

ochoty płakać. Wręcz przeciwnie, wyraźnie chciały się bawić. 

-  Spójrz,  mamusiu  -  mruknął  Mitch,  zaglądając  w  ciemne,  wpatrzone  w  niego  oczka 

Donny. - Zaczynamy się porozumiewać. 

-  Porozum  się  także  z  tą  drugą,  a  ja  pójdę  zagrzać  mleko  -  zaproponowała  mu  Britt, 

kładąc Danni obok siostry. 

Obie maleńkie dziewczynki jak urzeczone wpatrywały się w Mitcha. Mitch głaskał je 

po  brzuszkach,  a  potem  zaśpiewał  jedną  z  tych  bezsensownych  piosenek  dla  dzieci,  którą, 

zupełnie  nie  wiadomo  dlaczego,  nagle  sobie  przypomniał.  Donna  uśmiechnęła  się  do  niego, 

za to Danni zmarszczyła nosek, jakby coś bardzo ją zmartwiło. 

- Hej, Danni, uśmiechnij się do mnie - szepnął Mitch. - No, maleńka. Zaśpiewam wam 

piosenkę. 

Śpiewał  głupiutkie  piosenki,  zwracając  się  po  kolei  to  do  jednej,  to  do  drugiej 

dziewczynki, a po chwili obie już się do niego uśmiechały. Mitch poczuł dziwny ucisk koło 

serca.  Jakby  ktoś  włożył  mu  do  środka  mały  balonik  i  teraz  ten  balonik  z  całych  sił 

nadmuchał.  Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  uśmiech  niemowląt,  słuchających  jego  piosenek,  tak 

bardzo go uszczęśliwił. Trochę się nawet przestraszył ogarniającej go fali czułości. 

- Co to za piosenka? - zapytała Britt, która właśnie przyniosła dwie butelki z pysznym, 

ciepłym mlekiem. 

- Nie mam pojęcia. - Mitch z ociąganiem odsunął się od leżących w koszyku dzieci. - 

Nie wiem nawet, skąd ją pamiętam. Może mama mi ją śpiewała, kiedy byłem mały. 

- Może - powiedziała  Britt. Uśmiech w jednej  chwili zniknął z jej twarzy. - Masz tu 

butelkę. Nie zapomnij sprawdzić temperatury. 

Zrobił, co mu kazała, i usiadł na łóżku. Tym razem on karmił Danni. 

-  Czy  wiesz,  co  to  znaczy?  -  zapytał,  kiedy  wreszcie  przemyślał  przedziwne 

wydarzenia  ostatnich  kilku  minut.  -  Przed  chwilą  zmieniliśmy  dziewczynkom  pieluchy,  a 

teraz  wlewamy  w  nie  sporą  ilość  płynu.  Z  tego  wynika,  że  pieluchy  niedługo  znów  się 

zamoczą. 

- Taka jest kolejność zdarzeń. Śmieszne, co? 

- Śmieszne? - skrzywił się Mitch. - Moim zdaniem to prawie tragedia. 

background image

Danni,  którą  trzymał  na  rękach,  piła  wprawdzie  swoje  mleko,  ale  ani  na  chwilę  nie 

spuszczała  oczu  z  Mitchella.  Leżąca  na  ramieniu  Britt  Donna  także  odwracała  główkę  za 

każdym razem, kiedy tylko Mitch się odezwał. 

- Wielkie nieba! - wykrzyknęła szczerze zdziwiona Britt. - Co w tobie jest, że nawet 

takie małe dziewczynki za tobą przepadają? 

-  Mnie  dziwi  zupełnie  co  innego  -  Mitch  udał  obrażonego.  -  Dlaczego  ty  nie 

zauważasz moich zalet. Przecież są oczywiste. 

- Ja? - Britt trochę się przestraszyła, ale szybko zorientowała się, że sąsiad żartował. - 

Widocznie jestem odporna na twój urok. Na szczęście. 

Dobrze, że niczego nie zauważył, pomyślała. Chociaż powinien, bo przecie ślepy nie 

jest. On mi się naprawdę bardzo podoba. Coraz bardziej. 

- Po prostu nie znasz się na mężczyznach - stwierdził. Oczy mu się kleiły. Karmienie 

niemowląt jego także usypiało. - A może nie masz poczucia humoru. Dobrze, że przynajmniej 

te maleństwa potrafią w pełni ocenić bogactwo mojej duszy. 

-  Być  może  małe  dziewczynki  uwielbiają  zgrywusów,  ale  dużym  samo  poczucie 

humoru raczej nie wystarcza. 

- Ach, więc jednak zauważyłaś, że je mam - Mitch uśmiechnął się do Britt. 

-  Oczywiście,  że  to  zauważyłam.  -  Wpatrywała  się  w  buźkę  Danni,  żeby  tylko  nie 

spojrzeć na Mitcha. - Widzę zjawisko, ale nie potrafię go wyjaśnić. 

- No to ja ci powiem, co takiego widzą we mnie dorosłe kobiety. Na pewno lubią, jak 

je całuję. 

-  Co  lubią?  - zapytała  Britt  absolutnie  pewna,  że  źle  usłyszała.  Była  przecież  bardzo 

śpiąca. 

- Jak je całuję - powtórzył Mitch. - Nigdy nie mają dosyć. 

- Też mi powód do dumy. Wiesz, co ci napiszą na nagrobku? „Nie zdziałał wiele, ale 

za to wspaniale całował”. 

Mitch  roześmiał  się  głośno,  a  Danni  wypuściła  z  buzi  smoczek,  żeby  mu  się  lepiej 

przyjrzeć. 

-  Naprawdę  nie  wiem,  co  cię  tak  ekscytuje  w  tym  całowaniu.  -  Britt  położyła  sobie 

dziecko na ramieniu i poklepywała je po pleckach, żeby się małej odbiło. 

- Skąd masz wiedzieć, jeśli nawet tego nie popróbowałaś? 

- Czego nie spróbowałam? 

- Mojego całowania. Może sprawdzimy, czy uda mi się zmienić twoje zdanie. 

- Nie. - Britt zaczerwieniła się jak piwonia. 

background image

- Ile ty właściwie masz lat? - zapytał. - Dwadzieścia pięć? 

Britt nie odpowiedziała. Ucieszyła się tylko, że zdaniem Mitcha tak młodo wygląda. 

- W każdym razie powinnaś już mieć za sobą co najmniej dziesięć lat doświadczeń w 

tej dziedzinie. Mam pomysł. Pocałuję cię i sama sprawdzisz, czy mam rację,  czy też jej nie 

mam. 

-  Nie  mam  żadnego  doświadczenia  w  tej  dziedzinie  -  oświadczyła  Britt,  której  ta 

głupia  rozmowa dawno już przestała się podobać. - Całowanie nigdy  nie  należało do moich 

ulubionych zajęć. Mówiąc prościej, właściwie z nikim się dotąd nie całowałam. 

-  To  chyba  niemożliwe.  -  Mitch  popatrzył  na  nią  ze  zdziwieniem.  -  Trudno  w  to 

uwierzyć. 

Britt natychmiast pożałowała niepotrzebnej szczerości. Sama nie wiedziała, dlaczego 

właściwie  powiedziała  mu  o  tym.  Rzadko  rozmawiała  na  takie  tematy.  Nawet  z  kobietami. 

Zaczęła  przypuszczać,  że  ten  cały  Mitch  ma  w  sobie  coś,  co  zmusza  ludzi  do  zwierzeń. 

Dlatego  Britt  postanowiła  bardziej  uważać  i  nie  dać  z  siebie  wyciągnąć  niczego,  czego  nie 

powinna mu mówić. 

- Nie przepadam za tego rodzaju rozrywkami. Nie wiem, co może być interesującego 

we  włóczeniu  się  po  knajpach  z  jakimś  nudnym  idiotą,  który  myśli  tylko  o  tym,  żeby 

zaciągnąć kobietę do łóżka. Ja w każdym razie znam ciekawsze zajęcia. 

-  Czekaj,  czekaj.  Z  tego,  co  mówisz,  wynika,  że  nigdy  dotąd  nie  związałaś  się  na 

dłużej z żadnym mężczyzną. Dobrze zrozumiałem? 

- Dobrze. - Britt nie miała zamiaru wstydzić się tego, że jej przyzwyczajenia znacznie 

odbiegają od ogólnie akceptowanych zasad postępowania. 

- Jak to możliwe? - Mitch zastanawiał się nad czymś tak intensywnie, że aż pojawiły 

mu  się  zmarszczki  na  czole.  -  Jesteś  atrakcyjna,  więc  faceci  na  pewno  szaleją  za  tobą...  Już 

wiem! Pewnie dlatego, że trzymasz ich od siebie na dystans. 

- No i co z tego? Nie wolno? 

- Wolno, oczywiście, że wolno. - Mitch był już poważnie zaniepokojony. Nie chciał, 

żeby  taka  atrakcyjna  i  mądra  dziewczyna  zmarnowała  sobie  życie.  -  Nie  zamykaj  się  przed 

światem, nie chowaj się. Spróbuj żyć pełnią życia, bo... 

- Bo co? - przerwała mu. - Bo będę tego żałować? 

- No... tak. 

- Dajże spokój - żachnęła się. - Wszystkie znane mi nieszczęśliwe kobiety to te, które 

za wcześnie zaczęły żyć pełnią życia i mając dwadzieścia jeden lat męczą się z dwójką dzieci 

i z mężem, którego znieść nie mogą. To ma być szczęście? W porównaniu z takim szczęściem 

background image

moje życie to nieustająca ekstaza. 

Mitch  stracił  pewność  siebie.  Dopiero  teraz  dotarło  do  niego,  że  Britt  ma  absolutną 

rację.  On sam znał wiele kobiet i mężczyzn, znajdujących się  w podobnej sytuacji.  Ich losy 

potwierdzały  teorię,  że  zbyt  wcześnie  rozpoczęte  życie  seksualne  może  całkowicie 

zmarnować człowieka. 

Ciekawe,  co  ona  jeszcze  wie  na  ten  temat?  zastanawiał  się  Mitch,  przyglądając  się 

sąsiadce.  Wygląda  na  to,  że  znalazła  niezłe  uzasadnienie  dla  swojej  postawy  życiowej.  Nie 

wydaje  mi  się,  żeby  warto  było  z  nią  dyskutować  o  zmianie  tej  postawy.  W  końcu  jeszcze 

sam bym się musiał w to zaangażować, a wcale nie mam na to ochoty. Moja wolność jest dla 

mnie  ważniejsza  niż  wszystkie  baby  świata.  O,  kurczę!  Przecież  ona  przed  chwilą  prawie 

dosłownie to samo powiedziała. 

-  Nie  mogę  już  patrzeć  na  ten  koszyk  -  powiedziała  nagle  Britt,  która  miała  głowę 

zaprzątniętą  zupełnie  czym  innym  niż  bezużyteczne  romanse.  -  Wiesz  co?  Ułożymy  dziew-

czynki w szufladach. 

-  Oszalałaś?  -  przeraził  się  Mitch  i  mocno  przytulił  do  siebie  Danni,  jakby  małej 

groziło wielkie niebezpieczeństwo. 

-  Nie  bój  się,  głuptasie,  nie  zamknę  ich  przecież  w  tych  szufladach  -  roześmiała  się 

Britt. - Wyjmiemy szuflady z komody i zrobimy z nich prowizoryczne łóżeczka. 

Znowu  te  łóżka,  pomyślał  Mitch.  Jak  się  ta  Britt  do  czegoś  przypnie,  to  zamęczy 

człowieka.  Istna  pirania.  Dobrze  chociaż,  że  nie  kazała  mi  się  bawić  w  stolarza  w  samym 

środku nocy. 

Britt  nie  miała  zamiaru  czekać  na  niczyją  zgodę.  Ułożyła  Donnę  obok  Mitcha  na 

łóżku,  po  czym  pobiegła  do  komódki.  Wyciągnęła  szufladę  i  wyrzuciła  jej  zawartość  na 

podłogę. Nawet nie zauważyła, że rozsypała po pokoju bieliznę. A nawet jeśli zauważyła, to 

niewiele ją to obeszło. 

- Tak, ta będzie dobra. - Britt przesunęła dłonią po wnętrzu szuflady, sprawdzając, czy 

aby nie ma tam żadnych zadziorów. - Obłożę boki ręcznikami, a na spód też się coś znajdzie. 

Nie  może  to  być  zbyt  miękkie,  żeby  dziewczynki  się  nie  podusiły,  kiedy  odwrócą  się  na 

brzuszek. 

Zawartość  drugiej  szuflady  wkrótce  także  znalazła  się  na  podłodze.  Britt  zaczęła 

grzebać  w  szafie  w  poszukiwaniu  czegoś,  co  nadawałoby  się  do  wymoszczenia  łóżeczek. 

Mitchowi sąsiadka z każdą chwilą coraz bardziej się podobała. Nie prosiła go o pomoc, tylko 

sama realizowała własny pomysł i robiła to tak, aby efekt końcowy był jak najlepszy. 

Nie ma wątpliwości, byłby z niej wspaniały kumpel, pomyślał Mitch. 

background image

Po kilku minutach zwykłe szuflady przekształciły się w całkiem przytulne niemowlęce 

łóżeczka. Britt ustawiła je na podłodze, jedno obok drugiego, po czym ułożyła w nich dzieci. 

-  W  książce  o  niemowlętach  było  napisane,  że  najlepiej  położyć  je  na  plecach  - 

powiedział Mitch. 

- Dlaczego na plecach? - zdziwiła się Britt. - Na pewno niczego nie pomyliłeś? 

- Na pewno. Napisali tam, że wprawdzie dotychczas radzono młodym matkom kłaść 

dzieci na brzuszkach, ale najnowsze badania wykazały, że nie jest to zbyt bezpieczne. 

- Ciekawa jestem, co wykażą badania w przyszłym roku. Teraz już sama nie wiem, jak 

mam położyć te dzieci. - Britt była bliska rozpaczy. 

- Proponuję kompromis. - Mitch był pewny siebie, jak każdy mężczyzna. - Położymy 

je  na  boku.  Tylko  musimy  je  przykryć  tak,  żeby  kocyk  nie  znajdował  się  zbyt  blisko  buzi 

dziecka. Wtedy nic złego im się nie stanie. 

-  Dobrze.  -  Britt  ułożyła  maleństwa  według  wskazówek  Mitcha,  a  kiedy  to  zrobiła, 

uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. 

Maluchom  łóżeczka  najwyraźniej  się  spodobały,  bo  obie  dziewczynki  gaworzyły 

radośnie, jakby jedna drugiej opowiadała, jak wygodnie się jej teraz leży. Mitch i  Britt stali 

obok  siebie,  patrząc  na  usypiające  maluchy.  Bardzo  byli  z  siebie  zadowoleni.  Mitch  chciał 

położyć  dłoń  na  ramieniu  swojego  nowego  kumpla  -  dziewczyny,  ale  ona  odskoczyła  od 

niego jak oparzona. 

- Przepraszam - powiedział cicho. 

Britt nawet na niego nie spojrzała, tylko zabrała  się do sprzątania zużytych pieluch i 

innych pozostałości po karmieniu niemowląt. 

Miałem rację, pomyślał Mitch. Ona nawet dotknąć się nie pozwala. Ciekawe, co aż tak 

złego spotkało ją w życiu. 

Chciał  jej  pomóc  w  sprzątaniu,  ale  zanim  jeszcze  zdążył  się  do  tego  zabrać,  jego 

uwagę  odwróciła  walająca  się  po  podłodze  bielizna,  którą  Britt  tak  ochoczo  wyrzuciła  z 

szuflad.  Mitchowi  rzadko  zdarzało  się  oglądać  tak  bardzo  podniecające  drobiazgi. 

Podniecające nie z powodu oryginalnego kroju, ale z powodu swej delikatności i elegancji. Te 

małe skrawki ozdobionego koronkami materiału przywodziły na myśl poranną mgłę i krople 

rosy na misternie splecionej pajęczynie. 

W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że taka błyskotliwa kobieta sukcesu może nosić 

tak romantyczną bieliznę, pomyślał. 

- Coś cudownego - mruknął pod nosem. 

-  Co  takiego?  -  Britt  spojrzała  na  niego,  chcąc  się  przekonać,  co  go  tak  zachwyciło. 

background image

Kiedy  okazało  się,  że  jej  własna  bielizna  zrobiła  na  sąsiedzie  takie  wrażenie,  dziewczyna 

pośpiesznie wepchnęła ją do innej szuflady. - Nie ma tu nic do podziwiania. To tylko zwykłe 

koronki - ofuknęła go chwilę potem. 

- Zwykłe czy nie, ale dużo mi o tobie powiedziały. 

-  Wydaje  ci  się,  że  odkryłeś  prawdę,  którą  skrzętnie  ukrywam  przed  światem?  - 

zapytała  z  odrobinę  przesadzoną  kpiną  w  głosie.  -  Niestety,  niczego  nie  ukrywam.  Jestem 

dokładnie taka, jak widzisz, i musisz mi uwierzyć na słowo. - Zatrzasnęła szufladę, jakby w 

ten sposób dawała do zrozumienia, że i szuflada, i temat zostały definitywnie zamknięte. 

-  No,  nie  wiem  -  nie  ustępował  Mitch.  Uznał,  że  nie  zaszkodzi  troszkę  się  z  nią 

podroczyć.  -  Nie  byłbym  tego  całkiem  pewien.  Moim  zdaniem  pod  tą  skromną  garsonką, 

którą nosisz na co dzień do pracy, kryje się ciało namiętnej kobiety. 

-  A  skąd  ty  wiesz,  w  czym  chodzę  do  pracy?  -  zapytała  z  gniewem.  Nie  chciała,  a 

może i nie umiała skomentować jego głupiej uwagi o namiętności. 

- Przecież widziałem. 

- Psychoanaliza na odległość - mruknęła. 

Britt wyłączyła górne światło i oboje z Mitchem na paluszkach wyszli z sypialni. Ale 

ledwo zamknęli za sobą drzwi, maleństwa znów zaczęły popłakiwać. 

- One wcale nie mają zamiaru spać - stwierdził Mitch. 

- Na to wygląda. Czy wejdziemy, żeby je uspokoić, czy najpierw pozwolimy im trochę 

popłakać? Jak uważasz? 

- Ty mnie o to pytasz? 

Przez  chwilę  stali  pod  drzwiami,  nasłuchując  coraz  bardziej  rozpaczliwego  płaczu 

niemowląt. Żadne z nich nie wiedziało, jak należy w tej sytuacji postąpić. 

- Nie mogę tego wytrzymać - Britt pierwsza się załamała. - Wchodzę. 

Mitch westchnął, ale posłusznie podążył za nią. 

Dwa małe łobuziaki tak się wierciły w swoich nowych łóżeczkach, aż skopały kocyki. 

Nietrudno  było  poznać,  że  najwyraźniej  w  świecie  nie  życzą  sobie,  żeby  pozostawiano  je 

same w ciemnym pokoju, kiedy im się jeszcze nie chce spać. 

- No, świetnie - Mitch pochylił się nad dziewczynkami. - Dostałyście nowe łóżeczka, 

ale nie macie ochoty spać. 

- Nie możemy ich tak zostawić - Britt wzięła Danni na ręce. 

Mitchowi  ten  pomysł  niezbyt  się  spodobał.  W  jego  książce  było  napisane,  że  o  tej 

porze  nie  należy  nosić  dzieci  na  rękach,  chyba  że  są  chore.  Poza  tym  sam  był  już  okropnie 

zmęczony i marzył o kilku choćby godzinach snu. 

background image

- Co robimy? - zapytał. 

- Chyba powinniśmy je trochę ponosić. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. 

Wobec  tak  zdecydowanej  postawy  sąsiadki  Mitchowi  nie  pozostało  nic  innego,  jak 

tylko  wziąć  na  ręce  Donnę.  Oboje  z  Britt  spacerowali  tam  i  z  powrotem  po  przestronnej 

sypialni,  kołysali  maleństwa  i  szeptali  im  coś  do  uszka.  Dziewczynki  uspokoiły  się 

wprawdzie, ale oczki wciąż miały szeroko otwarte. 

- Powiedz mi - poprosił Mitch po kwadransie tej morderczej wędrówki - czy rodzice w 

ogóle sypiają? 

- Z tego, co słyszałam, to nie sypiają. 

Mitch jęknął. Zrobił to tak zabawnie, że Britt zachciało się śmiać. 

- Nie martw się - pocieszyła go - powinny zaraz usnąć. - Jeszcze parę minut. 

-  Nie  mogę  zrozumieć,  jak  do  tego  doszło  -  odezwał  się  Mitch  po  kolejnych  kilku 

minutach. 

- Do czego? 

-  Jak  to  możliwe,  żeby  matka  zostawiła  dwójkę  niemowląt  na  korytarzu  jakiejś 

kamienicy? 

-  Myślę,  że  była  wykończona  i  zrozpaczona  -  odrzekła  Britt.  Sama  zastanawiała  się 

nad tym od chwili, w której znalazła dzieci pod drzwiami mieszkania swego sąsiada. 

Albo  naćpana,  pomyślał  Mitch,  ale  nie  powiedział  tego  głośno.  Nie  chciał  straszyć 

Britt. Przynajmniej jeszcze nie teraz. 

-  Nie  sądzisz,  że  ona  powinna  wrócić,  żeby  sprawdzić,  co  się  stało  z  dziećmi?  - 

zapytał. 

- Nie pomyślałam o tym - zatroskała się Britt. - Jeśli Janine rzeczywiście wróciła, to 

szukała dzieci nie w tym mieszkaniu, co trzeba. 

- Na pewno zadzwoniłaby do ciebie. 

- Może tak, a może nie. Wiesz co, włożę w twoje drzwi kartkę. - Britt zatrzymała się 

przy  biurku.  Położyła  sobie  niemowlę  na  ramieniu  i  przytrzymując  je  jedną  ręką,  drugą 

szukała papieru i długopisu. 

-  Niezły  pomysł.  Tylko  nie  pisz,  gdzie  ich  szukać.  Napisz  może  tak:  „Informacje  na 

temat bliźniaczek w mieszkaniu numer...” 

- Dobrze - Britt napisała to, co jej podyktował, i wybiegła z pokoju. 

W kilka chwil była z powrotem. Promienna, najwyraźniej bardzo zadowolona z siebie. 

- Załatwione - powiedziała. - Teraz czuję się znacznie lepiej. 

Skłamała. Wcale lepiej się nie poczuła. Nawet przeciwnie. Tajemnicza Janine z każdą 

background image

godziną stawała się dla niej coraz mniej realna, za to jej dzieci jak najbardziej prawdziwe i z 

każdą chwilą coraz ważniejsze. 

-  Wiesz  co  -  powiedziała  do  Mitcha,  który  półprzytomny  ze  zmęczenia  krążył  po 

pokoju  z  maleństwem  na  rękach  -  spróbuj  może  usiąść  w  tym  bujanym  fotelu,  który  stoi  w 

salonie. 

Mitch skorzystał z pomocy fotela, ale Donnie wcale się ten pomysł nie podobał. Nie 

chciała, żeby ją kołysano. Chciała się bawić. Tak długo wierciła się i popiskiwała, aż wreszcie 

Mitch  włożył  ją  z  powrotem  do  łóżeczka  i  dotykając  palcem  brzuszka  maleństwa,  zaczął 

wyśpiewywać  swoje  bezsensowne  piosenki.  Dopiero  wtedy  maluch  się  uśmiechnął  i  po 

swojemu zagaworzył do Mitcha. 

- Posłuchaj - zawołał Mitch. - Ona też próbuje śpiewać. 

Zademonstrował  Britt  umiejętności  swojej  podopiecznej,  która  ucieszona,  gaworzyła 

w takt jego piosenki. 

- Czy to nie wspaniałe? - zawołał podekscytowany. 

-  Obie  są  wspaniałe  -  przyznała  Britt,  zadziwiona  widokiem  playboya,  którego  tak 

bardzo zachwycają dzieci. 

Znów zaczęła spacerować po pokoju. Była tak zmęczona, jakby przewędrowała już ze 

dwadzieścia kilometrów, a wtulona w jej ramię Danni ani myślała o spaniu. Britt postanowiła 

nie  marnować  czasu.  Przerzuciła  sobie  małą  przez  ramię  i  zagadując  do  niej  przyjaźnie, 

poszła  do  kuchni  nastawić  wodę  na  herbatę.  Danni  przyglądała  się  wszystkiemu  z  takim 

natężeniem,  że  aż  na  małym  czółku  pojawiły  się  zmarszczki.  Britt  była  zachwycona. 

Obecność  maleństwa,  jego  ciekawość  świata  sprawiały  jej  trudną  do  wyobrażenia 

przyjemność. 

-  Słodka  dziecina  -  szepnęła,  całując  małą  główkę.  Wróciły  do  salonu.  Mitch  znów 

siedział  w  fotelu  z  Donną  na  kolanach.  Tym  razem  oboje  spali.  Jest  taki  ładny,  pomyślała 

Britt. Nic dziwnego, że trudno mu się oprzeć. Tak ślicznie wygląda z dzieckiem na kolanach. 

I wciąż mocno trzyma Donnę, chociaż sam już śpi. 

Dopiero  teraz  Britt  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  Danni  także  od  paru  minut  nie 

gaworzy. Britt ułożyła śpiące maleństwo w prowizorycznym łóżeczku i wróciła do salonu po 

Donnę. Niestety, musiała obudzić Mitcha, bo tak mocno trzymał małą  w objęciach, że  Britt 

nie mogła jej odebrać piastunowi. 

- Mitch - dotknęła jego ramienia. - Obudź się, Mitch. 

- Co? Co się stało? - mrugał oczami, zupełnie zdezorientowany. 

- Donna już śpi. Daj mi ją i sam też idź do łóżka. 

background image

- Dobrze. - Przecierał zaspane oczy. 

Co za ulga, westchnęła Britt, sięgając po Donnę. Obie śpią, więc może i nam uda się 

trochę pospać. Mitch powinien chyba pójść do domu. W końcu nie mieszka zbyt daleko. Jeśli 

będzie potrzebny, w każdej chwili mogę go obudzić. 

-  Idź spać - powtórzyła,  patrząc czule na Mitcha. Gdyby był całkiem przytomny, nie 

ośmieliłaby się tak na niego spojrzeć. - Idź do domu. Teraz już sama sobie poradzę z dziećmi. 

Ostrożnie wzięła Donnę na ręce i ułożyła ją w łóżeczku. 

-  Śpijcie,  moje  skarby  -  wyszeptała,  otuliwszy  maleństwa  kocykami.  -  Pośpijcie 

chociaż parę godzin. Bardzo was proszę. 

Wstała, odwróciła się i dopiero teraz stwierdziła, że Mitch dosłownie potraktował jej 

propozycję. Kazała mu wprawdzie iść do łóżka, ale myślała oczywiście o jego łóżku, a nie o 

swoim. Tymczasem on się rozłożył w jej sypialni, na jej własnej pościeli. 

- Niedokładnie mnie zrozumiałeś - mruknęła. 

Już miała wyciągnąć rękę i znów go obudzić, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. 

A  cóż  to  w  końcu  za  różnica?  pomyślała.  Ten  biedak  jest  taki  zmęczony.  Śpi  jak 

kamień. Zresztą przez cały wieczór zachowywał się bez zarzutu. Zrezygnował nawet z randki. 

Naprawdę  nic  mi  się  nie  stanie,  jeśli  go  u  siebie  przenocuję.  Może  jeszcze  tylko  chwilę 

posiedzę na wypadek, gdyby maleństwa się obudziły. 

Britt  zdjęła  śpiącemu  mężczyźnie  buty  i  okryła  go  kocem.  Po  raz  kolejny  tego 

wieczoru stwierdziła, że ma wyjątkowo przystojnego sąsiada. 

A  ja  jestem  wyjątkowo  zmęczoną  kobietą,  pomyślała.  Oczy  mnie  pieką.  Naprawdę 

muszę  się  położyć.  Chyba  prześpię  się  na  kanapie.  Chociaż  właściwie...  Nie  będę  się 

wygłupiać. Mitch śpi, a łóżko jest szerokie. Zdejmę bluzkę i spódnicę, a potem wsunę się pod 

kołdrę. Nawet go nie dotknę. 

Britt  zgasiła  światło,  rozebrała  się  i  wyjęła  z  włosów  spinki.  Oczy  same  jej  się 

zamykały. Już zasypiała, kiedy usłyszała głos Mitcha. Drgnęła jak oparzona. 

- Dobranoc - powiedział i zabrzmiało to tak, jakby był pijany. 

- Dobranoc - wyszeptała, przyciskając dłonie do piersi, bo jej serce nagle zabiło zbyt 

mocno. 

Spanie w jednym łóżku z mężczyzną nie było niczym zdrożnym, ale leżenie w jednym 

łóżku z mężczyzną, który nie spał, to zupełnie co innego. 

Na szczęście Mitch miał własne problemy. On także czuł się nieswojo. Kładąc się do 

łóżka  z  kobietą,  rzadko  kiedy  myślał  o  spaniu.  Tym  bardziej  kiedy  ta  kobieta  była  młoda  i 

atrakcyjna. Tym razem jednak nie chciał powtarzać utartych schematów. Miał przecież wobec 

background image

Britt pewne plany. 

Nie  zostaniemy  kochankami,  tylko  kumplami,  pomyślał  sobie.  To  już  postanowione. 

Ciekawe tylko, jak się ta nasza przyjaźń ułoży. Trzeba będzie ustalić jakieś reguły. 

- Britt - zaczął, chociaż ledwo mógł mówić. - Jakie filmy najbardziej lubisz? 

-  Nie  chodzę  do  kina  -  odrzekła,  przerażona  perspektywą  rozmowy  towarzyskiej  w 

niecodziennych w końcu warunkach. 

- Jak to, nie chodzisz do kina? - Mitch tak się zdziwił, że aż uniósł się na łokciu. 

- Wolę czytać książki. Są ciekawsze. 

Książki? pomyślał rozczarowany Mitch. Przecież nie będę czytał książek z kumplem. 

-  A  lubisz  jadać  śniadania  na  mieście?  -  chwycił  się  kolejnego,  wymyślonego  przez 

siebie  punktu  scenariusza  koleżeńskiej  przyjaźni.  -  Ja  na  przykład  bardzo  lubię  omlety  na 

maśle. 

- Nie jadam śniadań - Britt już straciła cierpliwość. Co za głupota, żeby nie spać, kiedy 

ma się przed sobą zaledwie kilka godzin spokoju. 

- Nie jadasz śniadań? - zdziwił się Mitch. - I ty mnie pouczasz o zasadach zdrowego 

odżywiania się! 

-  Nigdy  nie  mówiłam,  że  się  właściwie  odżywiam  -  mruknęła  Britt.  -  To  ty  tak 

twierdziłeś. 

- No to co lubisz robić? - zapytał Mitch i ziewnął. 

- Lubię czytać i pracować. 

Czytać i pracować! Wielkie nieba, pomyślał Mitch, wpatrując się w sufit. Ani jednego, 

ani drugiego nie będziemy mogli robić wspólnie. No cóż, muszę ją nauczyć, na czym polega 

urok życia. 

- Zabiorę cię na plażę - mruknął. - Co? 

- Na plażę - powtórzył. - Nauczę cię pływania na desce. 

- Za żadne skarby świata! 

-  Owszem,  zrobię  to.  Zresztą  sama  się  przekonasz  -  westchnął  Mitch  i  już  po  chwili 

jego równy oddech świadczył o tym, że gorliwy opiekun niemowląt wreszcie zasnął. 

Za to Britt szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w ciemność. Nie miała pojęcia, 

o co Mitchowi chodziło i po co wypytywał ją o te wszystkie głupoty. 

Mitch w niczym nie przypomina żadnego z mężczyzn, których dotychczas poznałam. 

Wprawdzie nie znałam ich wielu, ale zawsze... Gdybym miała wybierać, jego nie wybrałabym 

na pewno. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Chyba powinnam zapamiętać tę chwilę na resztę 

życia. Pewnie nieprędko będę miała okazję leżeć w łóżku z takim przystojnym mężczyzną. O 

background image

ile w ogóle... No bo i po co mi to? Mężczyzna potrzebny jest kobiecie wyłącznie do założenia 

rodziny. A ja nie chcę żadnej rodziny, żadnych dzieci i żadnych mężczyzn. Mam swoją pracę, 

swoje życie i naprawdę niczego więcej mi do szczęścia nie brakuje. 

Z  dna  podświadomości  wypełzły  nagle  nie  chciane  i  skrzętnie  zazwyczaj  ukrywane 

wspomnienia awantur, krzyków i strachu. Britt zamknęła oczy, jakby w ten sposób mogła się 

od nich odgrodzić. Za nic na świecie nie chciałaby jeszcze raz przez to wszystko przechodzić. 

Nie mogła o tym nawet myśleć. Jej obecne życie było doskonałe, dokładnie takie, jakie sobie 

wymarzyła, a o przeszłości należało jak najprędzej zapomnieć. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

Mitch  obudził  się  z  twarzą  wtuloną  we  włosy  Britt.  Były  długie,  puszyste  i  pięknie 

pachniały. Przeciągnął się i... zupełnie zapomniał o swoim planie zdobycia nowego kumpla. 

Britt także już nie spała. Jak zwykle po przebudzeniu spojrzała na zegar i był to jedyny 

ruch, jaki uczyniła. Wprawdzie była do Mitcha odwrócona plecami, ale i tak wiedziała, że on 

nie śpi. Dopiero po chwili poczuła, jak dotknął jej włosów. 

- Co ty wyprawiasz? - wyszeptała. 

- Wdycham zapach twoich włosów - przyznał się Mitch bez chwili wahania. 

O mój Boże, przeraziła się Britt. To gorsze, niż myślałam. Jeszcze chwila i zacznę się 

śmiać. 

- Po co to robisz? - zapytała, usiłując zachować powagę. 

-  Bo  one  tak  ślicznie  pachną.  Tak  egzotycznie.  Jakby  drzewem  sandałowym  albo 

kadzidłem... 

- Masz halucynacje. - Opanowanie śmiechu z każdą chwilą wydawało się coraz mniej 

możliwe. 

- Jeśli to choroba psychiczna, to nie waż się mnie leczyć - mruknął Mitch, nawijając 

pasmo jej włosów na swój palec. 

Czy  ja  oszalałam?  przeraziła  się  Britt  i  rozbawienie  w  jednej  chwili  ją  opuściło. 

Wiedziała, że powinna jakoś przerwać tę głupią sytuację, odsunąć jego rękę albo powiedzieć 

coś  nieprzyjemnego.  Problem  jednak  tkwił  w  tym,  że  nawet  oddychanie  sprawiało  jej 

trudność, a co dopiero mówienie. 

Mitchell uniósł się na łokciu i z góry przyglądał się dziewczynie. Nie mógł oderwać 

od niej oczu. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że ta kobieta miała zostać jego kumplem i 

absolutnie nikim więcej. Uznał, że najwyższy czas powściągnąć te uczucia, które lada chwila 

do czegoś więcej mogłyby go doprowadzić. Wymagało to wprawdzie nadludzkiego wysiłku, 

ale w końcu czego się nie robi w imię przyjaźni. 

- Dzieci jeszcze śpią - powiedział Mitch, jak gdyby  nigdy nic, i wreszcie zostawił w 

spokoju włosy Brittanny. - Mieliśmy dużo szczęścia. 

Britt odetchnęła z ulgą. Naprawdę miała szczęście. Była wdzięczna Mitchowi za to, że 

nie  pozwolił  sobie  na  komplikowanie  i  tak  już  niełatwej  sytuacji.  Może  zresztą  w  cichości 

ducha  troszeczkę  żałowała,  ale  za  nic  na  świecie  nawet  przed  sobą  by  się  do  tego  nie 

przyznała. 

background image

- W ogóle ich nie słychać - potwierdziła. Podciągnęła kołdrę pod brodę i odwróciła się 

tak,  żeby  móc  patrzeć  na  Mitcha.  Wmówiła  sobie,  że  dzięki  temu  uwolni  się  od  czaru,  jaki 

rzuciło na nią dotknięcie jego dłoni. 

- Śpią już parę godzin - zauważył Mitch. 

- Dokładnie trzy. Żaden rekord. 

- Mnie się wydaje, że spałem całe wieki. Wczoraj byłem już całkiem wykończony. - 

Przeciągnął się. - Bardzo ci jestem wdzięczny, że pozwoliłaś mi tu zostać. 

- To ja ci dziękuję. Nie wiem, jak bym sobie bez ciebie poradziła. 

Mitch  czuł  się  trochę  niezręcznie.  Właściwie  nie  bardzo  wiedział,  jak  powinien  się 

zachować. Zazwyczaj kiedy rano budził się w łóżku z kobietą, myślał tylko o tym, żeby jak 

najszybciej uciec, sprawiając przy rym jak najmniej przykrości i sobie, i partnerce. Unikanie 

słów, które dziewczyna chciałaby usłyszeć, i gestów, których od niego oczekiwała, stało się 

dla  Mitchella  tak  nieznośne,  że  przez  kilka  ostatnich  lat  najzwyczajniej  w  świecie  nie 

dopuszczał  do  podobnych  sytuacji.  Chenille  Savoy  miała  być  tą  kobietą,  która  przełamie 

dotychczasowego pecha, prześladującego związki Mitcha z płcią piękną. Tymczasem nie miał 

nawet pewności, czy po wczorajszym wieczorze Chenille w ogóle zechce się jeszcze do niego 

odezwać. Mitch w głębi serca szczerze w to wątpił. Takie sławne i oblegane przez wielbicieli 

kobiety niełatwo wybaczają. Uważają się za pępek świata i nie mają litości dla ludzi, którzy 

uznają inną hierarchię wartości. 

- Właściwie to było nawet zabawnie - odezwała się Britt. 

- Zabawnie to raczej nie, ale na pewno interesująco. 

-  W  każdym  razie  chyba  się  już  skończyło.  -  Britt  usiłowała  pokryć  zaniepokojenie 

udaną obojętnością. 

-  Dlaczego  tak  mówisz?  -  Mitch  sam  nie  wiedział,  po  co  się  z  nią  spiera,  zamiast 

skorzystać z okazji i jak najszybciej się wynieść. 

-  Przecież  ta  sytuacja  nie  może  trwać  wiecznie.  Trzeba  w  końcu  coś  zrobić  z  tymi 

dziećmi. 

- Chyba masz rację. - Mitch popatrzył na ustawione obok siebie szuflady ze śpiącymi 

w nich maluchami. - Ale musisz przyznać, że one są strasznie fajne. 

Britt  skinęła  głową.  Uważała,  że  dziewczynki  są  cudowne,  ale  tym  bardziej  zależało 

jej na tym, żeby znaleźć im prawdziwy dom. Spojrzała na Mitcha i zamarła z wrażenia. Minę 

miał taką, jakby żałował, że będzie się musiał rozstać z bliźniaczkami. 

- Jak myślisz - zapytał - czy Janine przyjdzie dzisiaj po dzieci? 

- Nie mam pojęcia, co może zrobić Janine - obruszyła się Britt. Nawet nie próbowała 

background image

wyrazić  słowami  tego,  co  myślała  o  matce,  która  w  tak  nieodpowiedzialny  sposób  porzuca 

swoje dzieci. 

-  Co  zrobimy,  jeśli  nie  uda  nam  się  odszukać  Janine  ani  Sonny'ego?  Moim  zdaniem 

powinniśmy przekazać dziewczynki opiece społecznej do czasu, kiedy znajdą się ich rodzice. 

Myślisz, że opiekunowie społeczni pracują w soboty? 

-  Na  pewno  jest  coś  w  rodzaju  pogotowia  -  potwierdziła  obojętnie  Britt,  chociaż 

zrobiło jej się zimno na myśl o oddaniu niemowląt w obce ręce. 

Zapadła  cisza.  Każde  z  nich  osobno  zastanawiało  się  nad  problemem,  który  czym 

prędzej należało rozwiązać. Jeszcze kilka godzin temu Mitch z największą radością pozbyłby 

się kłopotu. Teraz jednak, nie wiadomo właściwie dlaczego, miał na to coraz mniejszą ochotę. 

Oczywiście,  że  chciał,  aby  dzieci  znalazły  rodziców,  pod  warunkiem  jednak,  że  ci  rodzice 

zapewnią im właściwą opiekę. 

- Wiesz, chyba coś wymyśliłem - odezwał się po chwili. - Mówiłem ci już, że pracuję 

w  biurze  prokuratora  okręgowego.  Dzięki  temu  mam  dostęp  do  informacji  policyjnych. 

Mógłbym pojechać do biura i sprawdzić, co się dzieje z Sonnym. Może przy okazji udałoby 

mi się także dowiedzieć czegoś o Janine. Co o tym sądzisz? 

-  Wspaniały  pomysł  -  rozpromieniła  się  Britt,  uszczęśliwiona,  że  ktoś  podejmuje  się 

zdjąć z jej barków przerastający siły ciężar. - Myślisz, że uda ci się ich znaleźć? 

-  Jeśli  policja  coś  o  nich  wie,  to  ja  też  się  tego  dowiem  -  zapewnił  ją  Mitch.  Nie 

rozumiał, dlaczego tak bardzo go  cieszy sprawianie przyjemności tej dziewczynie. Jeden jej 

uśmiech  wystarczył,  żeby  poczuł  się  jak  bohater.  -  Obiecuję  ci,  że  zajrzę  nawet  w  mysie 

dziury. 

-  Świetnie!  -  ucieszyła  się  Britt,  ale  nawet  nie  spojrzała  na  sąsiada.  Obawiała  się,  że 

znów  się  zaczną  do  siebie  uśmiechać,  co  tym  razem  może  doprowadzić  do  zupełnie 

nieprzewidzianej sytuacji. Zresztą należało wreszcie wstać z łóżka i doprowadzić się do stanu 

używalności. Do łazienki było dość daleko. Za daleko w każdym razie, żeby tam iść w samej 

bieliźnie. 

- Powinnam wziąć prysznic - zaczęła dyplomatycznie Britt. - Obok kuchni jest druga 

łazienka, więc jeśli masz ochotę... 

-  Może  zapomniałaś,  ale  mam  własną  łazienkę.  Pójdę  do  siebie.  Muszę  się  przecież 

przebrać i w ogóle... 

- Dobrze, tylko... - Britt nie dokończyła zdania, ale za to uśmiechnęła się do Mitcha. 

- Co tylko? 

- Chciałam powiedzieć, żebyś unikał sąsiadów. Wolałabym, żeby nikt nie widział, jak 

background image

wychodzisz ode mnie w tym stanie i o tej porze. Dopiero potem przypomniałam sobie, że ani 

ja, ani ty nie znamy naszych sąsiadów, wobec czego nie musimy się nimi przejmować. 

-  Słusznie.  -  Mitch  wstał  z  łóżka  i  przeciągnął  się  tak  mocno,  że  aż  kości  mu 

zatrzeszczały. - Pani reputacja nie została narażona na szwank, milady. 

- Pańska także nie, milordzie. 

-  Zaraz  wracam  -  zapewnił  Mitch.  Spojrzał  raz  jeszcze  na  śpiące  niemowlęta  i 

sprężystym  krokiem  wyszedł  z  sypialni.  Był  już  w  przedpokoju,  kiedy  nagle  rozległo  się 

szaleńcze łomotanie do drzwi. 

- Britt! - wrzeszczał stojący za drzwiami gość. - Jesteś tam? Otwórz! 

Mitch w mgnieniu oka znalazł się z powrotem w sypialni. 

-  To  na  pewno  Gary,  mój  szef  z  muzeum  -  powiedziała  Britt  zdziwiona  i  trochę 

przestraszona. - Czego on tu szuka? 

- Mam otworzyć? - zapytał Mitch. 

-  Otwórz  -  odrzekła  po chwili  zastanowienia.  -  I  powiedz  mu,  żeby  zaczekał.  Muszę 

się najpierw umyć i ubrać. 

Mitch otworzył drzwi w chwili, w której Gary właśnie miał w nie uderzyć. Szczupły 

rudzielec w okularach, ubrany w najmodniejszy w tym sezonie strój sportowy, omal nie upadł 

na dywan. 

- Gdzie ona jest? - wrzasnął, gdy tylko udało mu się odzyskać równowagę. 

- Uspokój się, chłopie. 

- Czy mogę zapytać, co pan tutaj robi? - Gary patrzył z przerażeniem na niekompletnie 

ubranego Mitchella. 

- Nie możesz - odrzekł wojowniczo Mitch. Wprawdzie zamierzał tylko otworzyć temu 

facetowi drzwi i pójść do swojego domu, ale teraz zmienił plany. 

- Nie mów mi tylko, że... że... - Gary był wstrząśnięty. 

-  Że  spędziłem  tu  noc?  -  podpowiedział  mu  Mitch.  Irytowanie  rudego  okularnika 

sprawiało mu trudną do opisania przyjemność. - No cóż, tak się, niestety, złożyło. Przykro mi 

tylko, że ode mnie musisz się tego dowiadywać. 

- Ale dlaczego? - Gary chwycił się za serce. Wyglądał jak człowiek, którego za chwilę 

trafi szlag. - Jakim cudem? 

Mitch wiedział, że te pytania nie są skierowane do niego. Raczej do przeznaczenia. A 

może  tylko  do  Britt?  W każdym  razie  Gary  zachowywał  się  jak  typowy  bohater  kiepskiego 

melodramatu. 

-  Uspokój  się,  chłopie.  -  Mitch  poklepał  go  po  ramieniu.  -  Napijesz  się  soku?  Albo 

background image

może kawy? 

- Nie. - Gary rozpaczliwie rozglądał się po pokoju. - Muszę natychmiast zobaczyć się 

z Brittanny. 

- Niestety, jest w tej chwili zajęta. Za to ja jestem wolny i mogę ci poświęcić trochę 

czasu. Siadaj, człowieku... 

- Dlaczego nie pozwalasz mi jej zobaczyć? - przerwał mu Gary, patrząc na Mitcha z 

takim obrzydzeniem, jakby miał przed sobą jadowitego węża. - Gdzie ona jest? Co robi? 

- Kąpie się. 

- To ty tak twierdzisz - Gary kręcił głową na prawo i lewo, jak gdyby miał nadzieję, że 

uda mu się zobaczyć ukrytą w jakimś kącie Britt. - Jak ona mogła? - mruczał pod nosem. 

Mitch uznał, że w tej sytuacji lepiej będzie jednak odesłać Gary'ego do domu. 

- Posłuchaj, Gary - zaczął, delikatnie popychając rudzielca w stronę drzwi. - Skoro nie 

chcesz zaczekać... No, cóż, bardzo mi przykro, że musisz tak szybko nas opuścić. Powiedz mi 

tylko, po co przyszedłeś, a ja na pewno przekażę tę wiadomość Britt. 

- A skąd wiesz, jak mam na imię? - Gary nie dał się nigdzie wyprowadzić. Oparł się o 

ścianę,  dając  do  zrozumienia,  że  nie  zamierza  się  ruszyć  z  miejsca  co  najmniej  do  końca 

świata.  Albo  przynajmniej  do  pojawienia  się  Britt.  -  Nie  przypominam  sobie,  żebyśmy  byli 

sobie przedstawieni. 

- Jestem Mitch Caine. Jeśli nie masz nic przeciwko temu... 

- Czy ona ci coś o mnie mówiła? - zapytał Gary z nadzieją w głosie. 

- Tak - przyznał niechętnie Mitch. - Powiedziała mi, że jesteś jej szefem. 

-  A  widzisz?  -  ucieszył  się  Gary.  Natychmiast  się  opanował,  chociaż  widać  było,  że 

nie przyszło mu to łatwo. 

-  Nie  powinieneś  robić  sobie  wielkich  nadziei  -  powiedział  z  wyższością.  -  Musisz 

wiedzieć, że ona przeżywa teraz trudne chwile. 

- Ach tak - Mitch udał zdziwienie. 

- Tak, tak. - Gary znów stracił pewność siebie - Mieliśmy wczoraj drobną sprzeczkę. 

Ona zawsze bardzo się przejmuje takimi sprawami. Musi odreagować. 

- Na pewno masz rację - powiedział Mitch z wyraźną kpiną w głosie. 

-  Ona  nigdy  nawet  by  nie  spojrzała  na  takiego  faceta  jak  ty,  gdyby  się  nie 

zdenerwowała. Ale nie przejmuj się, bądź mężczyzną. 

To  jakiś  głupek,  pomyślał  Mitch.  Jest  zupełnie  nie  do  zniesienia,  aż  korci,  żeby  mu 

dać po nosie. 

-  Przykro  mi,  stary,  nie  mogę  się  z  tobą  zgodzić  -  odezwał  się  Mitch.  -  Britt  i  ja 

background image

spędziliśmy  ze  sobą  całą  długą  noc.  Bardzo  się  do  siebie  zbliżyliśmy.  Rozumiesz  mnie, 

prawda? 

-  Nie  wierzę  w  ani  jedno  twoje  słowo  -  zawołał  Gary,  chociaż  wyraz  jego  twarzy 

świadczył o tym, że jest dokładnie przeciwnie. 

- A powinieneś. - Tym razem Mitch uśmiechnął się z wyższością. 

Gary  przyglądał  mu  się  przez  chwilę,  po  czym  znów  nerwowo  rozejrzał  się  po 

mieszkaniu. 

-  Powiedz,  draniu,  co  jej  zrobiłeś  -  wysyczał  i  ruszył  do  sypialni.  -  Gdzie  ona  jest? 

Britt! Gdzie jesteś? Britt! 

- Mówiłem ci, że poszła do łazienki - przypomniał mu Mitch. 

Gary  nie  miał  zamiaru  go  słuchać.  Jak  burza  wpadł  do  sypialni,  przebiegł  obok 

śpiących w szufladach dzieci, ale nawet ich nie zauważył, po czym zaczął walić pięściami w 

drzwi łazienki. 

- Wpuść mnie, Britt! - wrzeszczał. - Co on ci zrobił? 

- To ty, Gary? - zdziwiła się Britt. 

Niestety, nawet nie pomyślała o tym, żeby zamknąć drzwi łazienki na klucz. Mitchowi 

bardzo  pochlebiało  zaufanie,  jakim  go  obdarzyła,  ale  Gary,  niestety,  nie  znał  się  na  takich 

subtelnościach.  Chwycił  za  klamkę  i  drzwi,  ku  jego  zdumieniu,  natychmiast  ustąpiły.  Mitch 

chciał go chwycić za ramię, ale nie zdążył. 

Britt  natychmiast  się  zorientowała,  że  ktoś  wszedł  do  łazienki.  Przez  zaparowaną 

szybę  kabiny  prysznicowej  udało  jej  się  dostrzec  sylwetkę  mężczyzny.  Dziewczyna  z 

niedowierzaniem przecierała zalane wodą oczy. 

To  niemożliwe,  myślała  przerażona.  Nikt  nie  wdziera  się  do  cudzej  łazienki  bez 

powodu.  Nie  ma  takiego  prawa,  które  zezwalałoby  szefowi  na  wchodzenie  pod  prysznic 

razem z podwładnym. Zwłaszcza kiedy przełożony jest mężczyzną, a pracownik kobietą. Czy 

ja  śnię?  Może  jeszcze  się  nie  obudziłam?  Nie,  to  nie  sen.  Nawet  jeśli  źle  widzę,  ten  głos 

poznałabym nawet w piekle. 

- Britt! - krzyczał Gary. - Britt, powiedz mi, że ty nic... Musisz mi powiedzieć, że ten 

mężczyzna nic dla ciebie nie znaczy. 

- Gary? - Britt wciąż jeszcze nie mogła uwierzyć, że wszystko to dzieje się naprawdę. 

Mimo to otuliła się ręcznikiem, chociaż woda z prysznica wciąż lała się na nią i na puszysty 

kąpielowy ręcznik. - Co ty tutaj robisz? 

-  Muszę  z  tobą  natychmiast  porozmawiać  -  oświadczył  Gary,  jakby  zupełnie  nie 

rozumiał,  że  ani  pora,  ani  miejsce,  ani  tym  bardziej  nastrój  Britt  żadnym  rozmowom  nie 

background image

sprzyjają. 

- Wynoś się! - krzyknęła Britt. - Natychmiast się stąd wynoś! 

-  Muszę  się  dowiedzieć,  co  tu  się  wydarzyło  -  upierał  się  Gary,  próbując  iść  w 

kierunku, z którego dochodził głos dziewczyny. Nawet nie przyszło mu do głowy, że mógłby 

zdjąć zaparowane i zupełnie w tym stanie nieprzydatne okulary. - Britt? Gdzie jesteś? 

- Natychmiast się wynoś z mojej łazienki. - Britt wielkim wysiłkiem woli opanowała 

histeryczny  wrzask.  Wbrew  zdrowemu  rozsądkowi  pomyślała,  że  może  Mitch  jeszcze  nie 

wyszedł, że może jednak przyjdzie jej z pomocą i wyrzuci tego natarczywego błazna. - Mitch! 

-  zawołała  zrozpaczona.  -  Mitch,  wyrzuć  go  stąd!  Mitch?  Czy  to  ty?  -  zapytała  na  widok 

wyłaniającej się z mgły drugiej sylwetki. 

- Już jestem - odezwał się Mitch. - Nie przejmuj się, Britt. Zaraz go stąd wyprowadzę. 

- Pośpiesz się - zawołała, z całych sił przyciskając do siebie ciężki od wody ręcznik. 

- Nigdzie nie pójdę - upierał się Gary. Musisz mi najpierw wszystko wyjaśnić. 

- Przykro mi, Gary. - Mitch chwycił rudzielca za ramię i wyciągnął go z łazienki. - Nie 

masz tu czego szukać. 

- Dobrze, już dobrze - mruczał Gary, który najwyraźniej dopiero teraz zrozumiał, jak 

niedopuszczalne  popełnił  wykroczenie.  -  Nie  myśl  sobie,  że  wyjdę  z  tego  mieszkania.  Nie 

ruszę się stąd, dopóki Britt ze mną nie porozmawia. Należą mi się chyba jakieś wyjaśnienia. 

-  Nic  ci  się  nie  należy  -  zawołała  zła  jak  osa  Britt.  -  Masz  się  stąd  wynieść. 

Natychmiast. 

Usłyszała stuknięcie zamykanych drzwi i westchnęła z ulgą. Wreszcie mogła zdjąć z 

siebie nasiąknięty wodą jak gąbka ręcznik. Omal nie umarła, kiedy usłyszała głos Mitcha. 

- Na twoim miejscu kazałbym mu... 

- Mitch! - wrzasnęła Britt, tym razem bliska załamania. - Dlaczego nie wyszedłeś? 

- Wyprowadziłem Gary'ego. - Słuchając Mitcha, można by było pomyśleć, że ma się 

do czynienia z chodzącą niewinnością. 

Gary znów walił pięściami w drzwi łazienki. Tym razem jednak Mitch przezornie je 

zablokował. 

-  Czy  ty  zawsze  kąpiesz  się  w  ręczniku?  -  zapytał  Mitch,  jakby  naprawdę  go  to 

dziwiło. 

-  Zawsze  wkładam  coś  na  siebie,  kiedy  zbyt  wiele  osób  towarzyszy  mi  podczas 

kąpieli.  -  Britt  sama  już  nie  wiedziała,  czy  ma  się  śmiać,  czy  płakać.  -  Dzisiaj  w  mojej 

łazience zrobiło się tłoczno jak na dworcu kolejowym. 

- Zauważyłem. Nie należało wpuszczać Gary'ego. 

background image

- Nie ja go wpuściłam, tylko ty. 

-  Gdybym  wiedział,  że  się  nie  zamknęłaś,  nawet  do  drzwi  łazienki  by  nie  doszedł.  - 

Mitchowi udało się zachować powagę, chociaż kosztowało go to wiele trudu. - Nie dziwi cię 

chyba, że wszedłem za nim. Ktoś przecież musiał dopilnować, żeby mu  jakieś głupstwo nie 

strzeliło do głowy. 

- Teraz boję się tylko o to, żeby tobie nie strzeliło do głowy jakieś głupstwo. 

-  Nie  przejmuj  się  -  zapewnił  ją  Mitch  ze  stoickim  spokojem,  który  umarłego 

doprowadziłby do furii. - On nic nie widział, bo miał zupełnie zaparowane okulary. 

- Dzięki, od razu mi ulżyło - zakpiła Britt. - Został mi jeszcze tylko jeden problem. Ty. 

-  Ja?  -  zdziwił  się  Mitch,  ale  niezbyt  szczerze.  -  Mną  się  nie  musisz  przejmować. 

Jesteśmy przecie kumplami. Zresztą naprawdę nie masz się czego wstydzić. 

- A ty skąd wiesz? - zapytała podejrzliwie. 

- Kto, ja? No wiesz... Ja nie noszę okularów, a oczy tak łatwo nie zaparowują. 

- Co to ma znaczyć? - Britt mocno trzymała owinięty wokół ciała ręcznik. 

- Widziałem cię bez tego ręcznika i muszę stwierdzić, że jesteś wspaniale zbudowana - 

odrzekł rzeczowo, bez żadnego zakłopotania. 

- Posłuchaj, Mitch. - Britt obawiała się, że za chwilę zemdleje. - Jeśli natychmiast się 

nie wyniesiesz, to będę wrzeszczeć tak długo, aż wszyscy sąsiedzi się tu zbiegną. 

- Już idę, idę. Skoro tak ci na tym zależy... 

Tym  razem  Britt  nie  uwierzyła  jego  słowom.  Wysunęła  głowę  z  kabiny  i  dokładnie 

rozejrzała  się  po  łazience,  czy  Mitch  aby  na  pewno  wyszedł.  Dopiero  potem  zdjęła  z  siebie 

kompletnie przemoczony ręcznik i wybuchnęła głośnym, histerycznym śmiechem. 

Minęło  dziesięć  minut,  zanim  Britt  uspokoiła  się  na  tyle,  że  mogła  wreszcie  wyjść 

spod prysznica i stawić czoło czekającym na nią mężczyznom. 

- Jesteś wreszcie - jęknął Gary. 

- Cześć - powiedział Mitch z miną niewiniątka. 

Britt popatrzyła na nich groźnie, jak wychowawca na wyjątkowo niegrzeczne dzieci. 

-  Żebyście  się  nie  ważyli  tego  więcej  robić  -  powiedziała,  nie  czyniąc  najmniejszej 

różnicy  pomiędzy  Mitchem  i  Garym.  -  Obaj  złamaliście  wszelkie  zasady  dobrego  wy-

chowania. 

- Przepraszam - powiedział ponuro Gary. - Tak bardzo się o ciebie martwiłem. 

Mitch  milczał.  Próbował  zrobić  skruszoną  minę,  ale  nie  bardzo  mu  się  to  udawało. 

Britt spojrzała na niego kątem oka. Gdyby nie odwróciła wzroku, z pewnością musiałaby się 

roześmiać. Dlatego też wolała skupić uwagę na Garym. 

background image

- Po co tu w ogóle przyszedłeś? - zapytała niezbyt uprzejmie. - Czy wydarzyło się coś, 

co nie mogło poczekać do poniedziałku? 

- Ja... Musiałem przyjść, żeby sprawdzić, czy nic złego ci się nie stało. 

- A co mi się miało stać? - zdziwiła się Britt. 

-  Nie  wiedziałem,  co  tu  się  dzieje  -  denerwował  się  Gary.  -  Nigdy  dotąd  nie 

przyjmowałaś w domu obcych mężczyzn. 

- Ja nie jestem obcy - wtrącił się Mitch. - Może nie całkiem jeszcze oswojony, ale na 

pewno nie obcy. 

-  Bardzo  się  przestraszyłem  -  Gary  nie  zwrócił  na  jego  słowa  najmniejszej  uwagi.  - 

Pomyślałem sobie, że ktoś chce cię porwać i nie możesz mi o tym powiedzieć przez telefon, 

bo stoi za tobą z pistoletem. 

- Ciekawy pomysł - mruknął Mitch. 

-  Przyjechałeś,  żeby  mnie  uratować?  -  zdziwiła  się  Britt.  Nigdy  nie  podejrzewała 

swego szefa o tak wybujałą wyobraźnię. 

-  Ja  też  cię  uratowałem  -  przypomniał  Mitch,  któremu  nagle  przestała  się  podobać 

rozmowa Britt z Garym. - I w ogóle zawsze mogę cię ratować. Kiedy tylko zechcesz. 

- Bardzo mi na tobie zależy, Britt - powiedział Gary. Ostrożnie wziął dziewczynę za 

rękę  i  popatrzył  jej  prosto  w  oczy.  -  Nie  domyślałaś  się  tego?  Jeśli  nie  chcesz  być  sama,  to 

naprawdę  nie  musisz  szukać  oparcia  w  tego  rodzaju  mężczyznach  -  pogardliwie  spojrzał  na 

Mitchella. - Pamiętaj, że ja zawsze będę przy tobie. 

- Och, Gary - Britt tak się wzruszyła, że zabrakło jej słów. 

Mitch  w  milczeniu  obserwował  tę  czułą  scenę.  Chciał  coś  powiedzieć,  nie  bardzo 

jednak wiedział, co. Jedynie propozycją małżeństwa mógłby przebić Gary'ego, ale tak daleko 

nie  chciał  się  posuwać.  Nawet  jeśli  to  posunięcie  miałoby  natychmiast  zmieść  Gary'ego  z 

powierzchni ziemi. 

Britt promieniała. Z mokrymi włosami, w brzoskwiniowym szlafroku i bez makijażu 

na  twarzy  wyglądała  prześlicznie.  Mitch  uznał,  że  jego  sąsiadka  jest  najpiękniejszą  ze 

wszystkich kobiet, z jakimi kiedykolwiek miał do czynienia. Zapragnął wziąć ją w ramiona, 

mocno do siebie przytulić... Gary nie był mu do tego wcale potrzebny. 

Zapomniałeś,  durniu,  że  ona  ma  być  twoim  kumplem,  a  nie  kolejną  kochanką? 

pomyślał Mitch. Dobrze, ale Gary i tak musi się stąd wynieść.  Żeby  Britt mogła się ubrać i 

przestała mnie kusić. 

Mitch denerwował się coraz bardziej. Wkurzało go, że ci dwoje do siebie szepczą, że 

trzymają się za ręce i patrzą sobie w oczy. Musiał natychmiast coś zrobić. Cokolwiek, byleby 

background image

tylko zakończyć tę niemożliwą do zniesienia sytuację. Gotów był nawet pobić tego rudzielca. 

Uważał, że Gary musi się jak najszybciej stąd wynieść, bo nie ma prawa do Britt ani do jej 

czułych spojrzeń, ani w ogóle do niczego. Mitch, jak zwykle, tak i tym razem miał szczęście. 

Niemowlęta wreszcie się obudziły i oczywiście zaczęły popłakiwać. 

- Co to tak piszczy? - zapytał Gary, który nie miał pojęcia o ich istnieniu. 

- Dzieci - odrzekła Britt. - Już się obudziły. 

- Dzieci? - Gary dopiero teraz zauważył ułożone w szufladach maluchy. - Jakie dzieci? 

Nie mówiłaś mi, że masz dzieci. 

- Uspokój się, Gary. To zupełnie nie tak, jak myślisz - powiedziała Britt. Wzięła Danni 

na  ręce  i  znacząco  popatrzyła  na  Mitcha,  jak  gdyby  chciała  mu  powiedzieć,  że  ma  się 

zamknąć i potwierdzić  wszystko,  co ona powie. - Przyjaciele prosili nas, żebyśmy się przez 

weekend zajęli ich dziećmi. 

- Jacy  przyjaciele? Znam ich? - zapytał  Gary,  w osłupieniu przyglądając się Donnie. 

Zupełnie zapomniał o Mitchu i o swojej niechęci do niego. 

- Na pewno ich nie znasz. - Britt oddała Mitchowi trzymane na rękach maleństwo, po 

czym schyliła się po Donnę. - Czyż one nie są urocze? 

- Daj potrzymać. - Gary z wielką wprawą wziął dziecko z rąk Britt. - Masz rację, są 

śliczne. Kto mógł zostawić takiego ślicznego dzidziusia - gruchał do maleństwa. 

Britt była kompletnie zaskoczona. Nie miała pojęcia, że Gary potrafi się obchodzić z 

dziećmi.  A  swoją  drogą,  bardzo  to  zabawne,  pomyślała.  Wydawałoby  się,  że  doskonale 

znamy  ludzi,  z  którymi  pracujemy,  tymczasem  oni  poza  godzinami  urzędowania  mogą  być 

zupełnie inni. 

- Widzę, że umiesz postępować z dziećmi - zauważyła Britt. 

- No pewnie. Moja siostra ma ich sześcioro. Najmłodsze właśnie skończyło pół roku. 

Bardzo często ją odwiedzam. 

- Naprawdę? - ucieszyła się Britt. - Wspaniale. Może byś nam powiedział... jak ci się 

podobają te dzieci? 

- Są śliczne. Ile mają? 

- Zgadnij - Britt zrobiła tajemniczą minę. 

- No, nie wiem - certował się Gary. - Moim zdaniem... ze dwa miesiące. 

-  Doskonale.  One  rzeczywiście  mają  dwa  miesiące.  -  Britt  uśmiechnęła  się 

porozumiewawczo do Mitcha. - Dokładnie dwa miesiące. 

Potem zaczęła wypytywać Gary'ego o wszystko, co tylko przyszło jej do głowy, a co 

dotyczyło opieki nad małymi dziećmi. 

background image

Mitchowi nie bardzo się to podobało, ale w końcu uznał, że rozmowa o dzieciach nie 

zagraża Britt żadnymi poważnymi konsekwencjami, i dyplomatycznie wycofał się do swego 

domu.  Kąpiel,  sprzątanie,  ubieranie  i  odsłuchanie  nagranych  na  automatyczną  sekretarkę 

rozmów  zajęło  mu  niecałe  pół  godziny.  Kiedy  wrócił  do  mieszkania  sąsiadki,  zastał  Britt  i 

Gary'ego siedzących na kanapie, każde z dzieckiem na rękach. Byli tak pochłonięci rozmową, 

że prawie nie zauważyli nadejścia Mitchella. 

- Daliście im jeść? - zapytał Mitch, który poczuł się jak niepotrzebny, wyrzucony na 

śmietnik sprzęt domowy. 

-  Jeszcze  nie  -  odrzekła  Britt.  -  Czekałam  na  ciebie.  Potrzymaj  Danni,  a  ja  pójdę 

zagrzać mleko. 

Położyła  niemowlę  na  kolanach  Mitcha.  Natychmiast  poprawił  mu  się  humor.  Teraz 

mógł wreszcie bez złości rozmawiać ze swoim rywalem. Bez złości, ale nie bez złośliwości. 

- A więc to ty jesteś szefem Britt - zaczął Mitch i zabrzmiało to jak wyzwanie. 

- Tak, jestem jej szefem - odrzekł Gary, robiąc przy tym taką minę, jakby rozmowa z 

Mitchem sprawiała mu niewyobrażalną przykrość. 

- A wolno spytać, jak ona sobie radzi? 

-  Doskonale,  oczywiście,  chociaż  zupełnie  nie  rozumiem,  dlaczego  miałoby  cię  to 

obchodzić. 

- Obchodzi mnie, obchodzi. Przecież dobrze wiem, że ona jest najlepsza. Założę się, 

że  tak  naprawdę  sama  musi  podołać  wielu  obowiązkom.  Chyba  już  najwyższy  czas,  żeby 

dostała awans. Idę o zakład, że mogłaby robić to, co ty robisz, używając zaledwie znikomej 

części swych umiejętności. Pewnie nigdy nie przyszło ci to do głowy, co? Czy Britt wreszcie 

złożyła to podanie o przeniesienie jej na twoje stanowisko? 

Gary  poczerwieniał,  ale  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Na  jego  szczęście  w  pokoju 

pojawiła się Britt. Musiała słyszeć ostatnie zdanie Mitcha, bo od progu ostro go skarciła. 

- Dosyć tego, Mitch.  -  Ujrzawszy zbolałą minę  Gary'ego, pospieszyła  go uspokoić. - 

Nie przejmuj się. Mitch wygaduje bzdury. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby starać się 

o twoją posadę. 

- Jeszcze nie. - Mitch nie rezygnował. - Ale teraz, kiedy poddałem jej pomysł... 

-  Mitch  -  Britt  ostro  przywołała  sąsiada  do  porządku.  -  Wiesz,  Gary,  chyba  lepiej 

będzie, jak już sobie pójdziesz. Obawiam się, że Mitch nie przestanie się nad tobą znęcać. 

-  Nie  mam  ochoty  zostawiać  cię  z  tym  typem  -  powiedział  Gary,  rzucając  Mitchowi 

nienawistne spojrzenie. 

- Nie martw się. Dam sobie radę - pocieszyła go Britt, biorąc z rąk Gary'ego dziecko. - 

background image

On jest całkiem nieszkodliwy. 

-  Zadzwonię  do  ciebie  później  -  powiedział  Gary,  niezupełnie  przekonany.  -  Ale 

pamiętaj  -  zatrzymał  się  jeszcze  na  chwilę  w  przedpokoju  -  gdybyś  mnie  potrzebowała, 

zawsze możesz na mnie liczyć. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. 

- Do widzenia, Gary. - Britt musiała go niemal wypchnąć za drzwi. 

-  Zajmijmy  się  wreszcie  dziećmi  -  uprzedziła  wszelkie  komentarze  Mitcha.  Jak  na 

jeden dzień, miała już stanowczo za dużo atrakcji. 

Usiedli  obok  siebie  na  kanapie  i  zabrali  się  do  karmienia  zniecierpliwionych 

niemowląt.  Mitch  miał  wreszcie  trochę  czasu,  żeby  zastanowić  się  nad  swoim 

niewytłumaczalnym  zachowaniem.  Sam  nie  wiedział,  dlaczego  postąpił  tak,  jakby  miał  do 

sąsiadki jakieś prawa. W życiu kierował się dewizą „żyj i pozwól żyć innym”, ale kiedy tylko 

zobaczył  uśmiechającą  się  do  Gary'ego  Britt,  zapomniał  o  swojej  dewizie  i  w  ogóle  o 

wszystkim. 

Wcale  mi  się  to  nie  podoba,  pomyślał  Mitch.  Wszystko  przez  tego  głupka  Gary'ego. 

Ledwo  przyszedł,  już  nas  ściągnął  na  ziemię,  zerwał  tę  cieniutką  nić  porozumienia,  która 

dopiero  co  zaczęła  się  pomiędzy  nami  tworzyć.  Kim  my  w  końcu  jesteśmy?  Dwojgiem 

obcych ludzi, którzy zrządzeniem losu przez jedną noc opiekowali się porzuconymi dziećmi. 

Tylko tyle. Nasz czas się kończy. Już wkrótce nie będzie nas, tylko znów ja i ona. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

Mitch patrzył na leżącą na jego ramieniu Danni. Po raz pierwszy w życiu zastanowił 

się, jak by to było, gdyby miał własne dzieci. 

- Czy chcesz mieć dzieci? - zapytał. 

- Nie chcę - odrzekła Britt bez chwili wahania. 

-  Dlaczego?  -  Mitch  spodziewał  się  zupełnie  innej  odpowiedzi.  Zaskoczyło  go,  że 

ładna i mądra kobieta nie planuje założenia rodziny. 

- To całkiem proste. Nie chcę wychodzić za mąż i nie chcę mieć dzieci. 

- A skąd wiesz, że się nie zakochasz? - mruknął bardziej do siebie niż do niej. - Jeśli 

spotkasz odpowiedniego mężczyznę i jeśli wszystko ułoży się tak, jak powinno... 

- A ty? - przerwała mu Britt. Wolała nie mówić ani o swoich planach, ani tym bardziej 

o uczuciach. - Nie zauważyłam, żebyś nade wszystko na świecie pragnął założenia rodziny. 

- Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi. Przecież bardzo się staram. 

-  O,  tak.  Pewnie  dlatego  rzadko  nocujesz  w  domu.  Mitch  wcale  nie  uważał  się  za 

winnego.  Chciał  się  tylko  zabawić,  tak  jak  wszyscy.  Zresztą  w  każdej  chwili  mógł  zmienić 

swój tryb życia i założyć normalną rodzinę. 

-  Na  razie  próbuję  się  zorientować,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi.  Któregoś  dnia 

wreszcie spotkam właściwą dziewczynę i wtedy się ustatkuję. 

-  Rozumiem  -  westchnęła  Britt.  -  Teraz  testujesz  różne  modele  sportowych 

samochodów,  a  któregoś  dnia  staniesz  się  normalnym  i  bardzo  szczęśliwym  właścicielem 

solidnego kombi. 

- Nie podoba mi się to porównanie - skrzywił się Mitch. 

-  No  cóż,  przekonamy  się,  czy  nie  miałam  racji.  -  Britt  uśmiechnęła  się  do  niego  z 

wyższością. 

- Może wobec tego powiedziałabyś mi, z jakim samochodem porównałabyś siebie? - 

zapytał naburmuszony. 

-  Mnie  możesz  porównać  jedynie  do  furgonetki.  Solidne  auto,  na  którym  można 

polegać i o którym wiadomo, że do niektórych manewrów po prostu się nie nadaje. 

Wstała i z dzieckiem w ramionach poszła do sypialni. Mitch uśmiechnął się, po czym 

podążył za Britt. Przyglądał się, jak ostrożnie układa dzieci w prowizorycznych łóżeczkach. 

Kiedy  zabrała  się  do  ścielenia  łóżka,  Mitch  spróbował  jej  pomóc.  Bardzo  ją  to 

zaskoczyło  i  trochę  zbiło  z  tropu.  Nie  wiadomo  dlaczego  wydawało  jej  się,  że  wspólne 

background image

ścielenie  łóżka  to  czynność  bardzo  intymna,  zarezerwowana  wyłącznie  dla  bliskich  sobie 

ludzi.  Na  domiar  złego  Mitchell  coraz  bardziej  jej  się  podobał.  Odświeżony,  w  koszuli  z 

krótkimi  rękawami,  odsłaniającej  muskularne  ramiona,  prezentował  się  nader  atrakcyjnie. 

Britt pospiesznie spuściła wzrok. Nie chciała i nie mogła sobie pozwolić na podobne myśli. 

- A więc to Gary jest twoim przełożonym - odezwał się Mitch. 

Temat  Gary'ego  wisiał  w  powietrzu,  odkąd  tylko  za  rudzielcem  zamknęły  się  drzwi, 

dlatego Mitch uznał, że najlepiej będzie omówić go od razu i definitywnie zapomnieć o tym 

człowieku. 

- Tak. Popraw teraz koc. 

- Jak blisko ze sobą współpracujecie? - zapytał, wykonawszy jej polecenie. 

-  Nie  rozumiem.  -  Britt  zajęta  była  strzepywaniem  poduszek  i  pewnie  dlatego 

niedokładnie słuchała pytań sąsiada. - A, chodzi ci o Gary'ego? Już ponad pięć lat. Dlaczego 

pytasz? 

- Nie pytałem, jak długo ze sobą pracujecie, tylko jak jesteście sobie bliscy? - Mitch 

stanął tuż obok dziewczyny. 

- Po co chcesz to wiedzieć? - zapytała, nie dając po sobie poznać, jak bardzo ją bawi ta 

sytuacja. Nieczęsto zdarzało jej się wodzić za nos prawdziwego playboya. 

-  Po  nic  -  odrzekł  z  niewinną  miną,  chociaż  wiedział,  że  za  późno  na  wykręty.  - 

Usiłuję tylko podtrzymać rozmowę. To wszystko. 

- Wobec tego nie będziesz mi chyba miał za złe, jeśli uznam twoje pytanie za niebyłe? 

Britt chciała odejść, ale Mitch chwycił ją za rękę i odwrócił twarzą do siebie. 

- Nie zgrywaj się, Britt. Powiedz mi, kim jest dla ciebie ten cały Gary. 

Cóż  go  to  może  obchodzić?  pomyślała  Britt,  wpatrując  się  w  rozgorączkowane  oczy 

sąsiada. Mój Boże, to dla niego jest naprawdę ważne. Ale po co ja się denerwuję? Dlaczego 

serce tak mocno bije, jakby chciało mi wyskoczyć z piersi? 

-  Gary  jest  moim  przełożonym  -  powiedziała  cicho.  -  W  pewnym  sensie  jest  także 

przyjacielem. To wszystko. 

Mitch  właśnie  takiej  odpowiedzi  się  spodziewał,  a  jednak  poczuł  się  tak,  jakby 

wstąpiły w niego nowe siły, jakby na nowo zachciało mu się żyć. 

- Zostaniesz moim kumplem? - zapytał prawie szeptem. 

Stali  tuż  obok  siebie,  patrząc  sobie  prosto  w  oczy.  Myśli  Britt  wirowały  w 

oszałamiającym  tempie.  Świadomość  zupełnie  się  wyłączyła,  pozostawiając  dziewczynę 

bezbronną, niezdolną do wzniesienia muru, który dotychczas tak skutecznie chronił ją przed 

bliskością innych ludzi. 

background image

Nie  wiedziała,  jak  to  się  stało,  że  jej  dłoń  musnęła  policzek  Mitcha.  Usta  same  się 

rozchyliły  i  po  chwili  poczuła  jego  wargi  na  swoich.  Zarzuciła  Mitchowi  ręce  na  szyję  i 

przywarła do niego  całym ciałem, jakby był tratwą ratunkową, która  cudem znalazła się tuż 

przy  niej  na  pełnym  morzu.  Britt  zdawało  się,  że  ten  pocałunek,  właściwie  pierwszy 

pocałunek, jakiego w życiu doświadczyła, wyjaśni jej, po co ludzie się całują, dlaczego się do 

siebie tulą, zakochują, a potem kochają i dlaczego popełniają te wszystkie szaleństwa, które 

nazywane  są  miłością.  Wiedziała,  że  za  moment  wszystko  to  stanie  się  jasne  i  zupełnie 

zrozumiałe. Wystarczy,  żeby Mitch jeszcze przez chwilę potrzymał ją w ramionach, jeszcze 

przez chwilę tulił ją do siebie, jeszcze przez moment całował... 

Dzieci  znów  płakały.  Minęło  trochę  czasu,  zanim  ten  dźwięk  przedarł  się  przez 

otaczającą  Britt  mgłę  i  zanim  zrozumiała,  co  on  znaczy.  Dzieci  płakały,  więc  należało  się 

nimi zająć. Czyli że trzeba przerwać pocałunek, trzeba się oderwać od Mitcha... 

Odsunęli się od siebie, chociaż żadne z nich nie miało na to ochoty. 

- Co ty wyprawiasz, idioto - mruknął do siebie Mitch. - Miało być zupełnie inaczej. 

Britt w pierwszej chwili przestraszyła się, że on do niej mówi, dopiero potem pojęła, 

że  sobie  samemu  daje  burę.  Nie  wiedziała,  dlaczego.  Na  szczęście  nie  miała  czasu  na 

rozważania. Dzieci płakały coraz głośniej. 

Mitch obserwował, jak Britt podchodzi do niemowląt, jak nachyla się nad łóżeczkiem 

i  bierze  Danni  na  ręce.  Przeklinał  w  duchu  swój  brak  opanowania.  Wiedział,  że  jeśli  nie 

weźmie się w garść, to zdobędzie wprawdzie kolejną kochankę, ale za to straci przyjaciółkę. 

Britt  nie  była  podobna  do  tych  wszystkich  kobiet,  z  jakimi  Mitch  się  zazwyczaj 

zadawał. Odkąd pamiętał, zawsze kłębił się wokół niego tłum wielbicielek. Już w przedszkolu 

dziewczynki  okrzyknęły  go  najfajniejszym  chłopcem  w  grupie.  W  annałach  szkoły 

podstawowej  zapisał  się  jako  największy  flirciarz,  a  w  szkole  średniej  cały  wolny  czas 

wypełniały  mu  randki.  Na  studiach  było  tak  samo.  Dziewczyny  krążyły  wokół  niego  jak 

motyle. Piękne dziewczyny, namiętne, takie, które pełnymi garściami czerpały radość życia, a 

wszystkie  podobne  do  siebie  jak  krople  wody.  Żadna  z  tych  znajomości  nie  trwała  długo. 

Najważniejsza  była  pogoń,  poszukiwanie  kolejnej  nowości,  zdobyczy...  Raz  zdobytą 

dziewczynę  musiała  zastąpić  następna,  jeszcze  nie  zdobyta.  Mógł  mieć  je  wszystkie.  W 

dowolnej chwili i w dowolnej liczbie. 

Britt w niczym nie przypominała tamtych dziewcząt. Może dlatego Mitch tak bardzo 

chciał się z nią zaprzyjaźnić i za żadne skarby świata nie chciał jej stracić. Z doświadczenia 

wiedział,  że  najprostszym  sposobem  na  to,  żeby  stracić  kobietę,  jest  nawiązanie  z  nią 

romansu. Dlatego tym razem tak gwałtownie bronił się przed romansem. 

background image

-  Czy  mogłabyś  się  sama  zająć  dziećmi?  -  zapytał.  -  Chciałbym  jeszcze  przed 

południem pójść na posterunek. Mam kolegę na porannej zmianie. Byłoby mi łatwiej czegoś 

się  dowiedzieć.  Na  drugiej  zmianie  jest  paru  facetów,  którzy  chyba  się  zmówili,  żeby  mi 

uprzykrzyć życie. 

-  Dobrze,  idź.  -  Britt  miała  ochotę  zostać  sama,  więc  propozycja  Mitcha  bardzo  jej 

odpowiadała. - Im szybciej coś ustalisz, tym lepiej dla nas wszystkich. 

Britt patrzyła za odchodzącym mężczyzną. Lubiła Mitcha. Nawet bardzo go lubiła, a 

kiedy ją całował... 

Mój Boże, nigdy w życiu czegoś podobnego nie czułam, westchnęła. Nie wiedziałam 

nawet, że coś takiego w ogóle jest możliwe. Oczywiście, w książkach i w filmach o miłości 

bez przerwy się mówi o porażających uczuciach, o płomiennej pasji i innych temu podobnych 

bzdurach. Myślałam, że to takie fantastyczne wymysły, coś w rodzaju bajek o dobrej wróżce 

czy  złym  smoku,  które  wymyślono  dla  rozrywki  i  które  niewiele  mają  wspólnego  z 

rzeczywistością. Teraz już nie jestem tego taka pewna. Żebym sobie tylko nie napytała biedy. 

Przecież  wiem,  że  to  wszystko  nie  może  trwać  wiecznie.  On  tu  jest  tylko  ze  względu  na 

dzieci. Kiedy oddamy te maleństwa matce, Mitch także zniknie z mojego życia. Będę go co 

najwyżej  spotykać  w  windzie  albo  na  korytarzu.  Jeśli  nie  chcę  się  narazić  na  śmieszność, 

natychmiast muszę się wziąć w garść. 

-  Nie  wolno  brać  poważnie  niczego,  co  ten  człowiek  mówi  czy  robi  -  powiedziała 

stanowczo. 

 

Mitch dość szybko odzyskał równowagę. Szedł ulicą, pogwizdując radośnie. Wszędzie 

dookoła  było  pełno  dzieci.  Nigdy  dotąd  nie  zauważał  dzieci.  Stanowiły  tło  wydarzeń  jak 

domy lub drzewa, a teraz wybiły się z tego tła, stając się wyrazistymi postaciami pierwszego 

planu. 

- Cześć, Sally - powiedział do sympatycznej blondynki w komisariacie. 

- Cześć, Mitch. Jak leci? 

- Jak zwykle, Sal. Wciąż szukam tej swojej wymarzonej dziewczyny o złotym sercu. 

Powoli już tracę nadzieję. 

-  Daj  mi  znać,  jak  zdecydujesz  się  na  zwyczajną  dziewczynę  z  krwi  i  kości.  -  Sally 

mrugnęła do niego porozumiewawczo. 

- Kto ma dziś dyżur? - zapytał ją Mitch. - Jerry czy Craig? 

- Obaj są w terenie. 

-  Dobrze  się  składa.  -  Mitch  rozejrzał  się,  jakby  chciał  sprawdzić,  czy  nikt  ich  nie 

background image

podsłuchuje.  -  Nie  będziesz  chyba  miała  nic  przeciwko  temu,  żebym  posiedział  trochę  przy 

komputerze Jerry'ego. Muszę zdobyć kilka ważnych informacji. 

- No, nie wiem. - Śliczna twarz Sally trochę się zachmurzyła. 

-  Daj  spokój,  Sal.  Znamy  się  nie  od  dzisiaj.  Dobrze  wiesz,  że  nie zrobię  niczego,  co 

mogłoby komukolwiek  napytać biedy. Jerry zresztą zawsze pozwala mi  zaglądać do swoich 

danych. Zapomniałaś? 

- Dobrze - Sally skinęła głową. - Ale się pospiesz. Jeśli kapitan Texiera cię tu nakryje, 

to przysięgnę, że nie widziałam, jak wchodziłeś. 

- Załatwione. - Pocałował ją w policzek. - Dzięki, Sal. Uratowałaś mi życie. 

Dossier Sonny'ego było długie i sensacyjne jak dobry kryminał. Po raz pierwszy dostał 

się do więzienia, kiedy miał szesnaście lat, a potem zamykano go już regularnie. Tym razem 

poszukiwano  go  za  morderstwo  z  premedytacją.  Wydano  nawet  nakaz  aresztowania.  Jego 

ostatni adres był tym, pod którym mieszkał teraz Mitch. 

-  Fantastycznie  -  mruczał  Mitch,  czytając  wyświetlające  się  na  ekranie  komputera 

dane.  -  Mam  szczęście,  że  żaden  narwaniec  dotąd  nie  przyszedł  mnie  aresztować.  Przez 

pomyłkę, oczywiście. 

Pośród rozlicznych narzeczonych Sonny'ego znalazło się także imię Janine. Niestety, 

bez nazwiska. Mitch doszedł do wniosku, że chodzi zapewne o tę Janine, która urodziła Danni 

i  Donnę,  a  potem  podrzuciła  je  pod  drzwi  jego  mieszkania.  Janine  także  nie  była  święta, 

chociaż  jej  przestępstwa  nie  umywały  się  nawet  do  tych,  które  popełnił  Sonny.  Mając 

piętnaście  lat,  porzuciła  szkołę.  Kilka  razy  trafiła  do  więzienia  za  drobne  kradzieże,  a 

wreszcie  za  udział  we  włamaniu.  Niezbyt  sympatyczna  postać,  ale  od  ponad  roku  była 

zupełnie czysta. 

- Pewnie ciąża i dzieci zbytnio ją absorbowały - mruknął do siebie Mitch. 

Nie  znalazł  żadnego  adresu.  Policyjne  kartoteki  nie  zawierały  także  wzmianki  o 

jakichkolwiek krewnych Sonny'ego czy tej jego Janine. Zupełnie nie było się o co zaczepić. 

- Kupa śmieci - westchnął żałośnie Mitch. 

Wyłączył  komputer,  uporządkował  biurko  Jeny'ego,  a  potem  pożegnał  się  z  Sally  i 

wyszedł na ulicę. Jechał do domu z ciężkim sercem. Nie znalazł niczego, co mogłoby jemu i 

Britt choć trochę ułatwić decyzję. 

 

-  Jednym  słowem,  Sonny  nie  jest  odpowiednim  opiekunem  dla  tych  niemowląt  - 

podsumowała  Britt  sprawozdanie  Mitcha  z  przeprowadzonych  poszukiwań.  -  Nawet  gdyby 

się tu zjawił, nie możemy oddać mu dzieci. 

background image

-  Sonny  to  zwykły  łobuz,  ale  na  razie  jest  tylko  podejrzanym,  a  nie  skazanym  - 

przypomniał jej Mitch. A ponieważ to on jest biologicznym ojcem... 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  powierzyłbyś  opiekę  nad  Donną  i  Danni  takiej  kreaturze?  - 

przerwała mu Britt. - Jak mogłeś tak w ogóle pomyśleć? 

- Posłuchaj mnie, Britt. - Mitch uznał, że należy wreszcie stawić czoło rzeczywistości. 

-  Jeśli  Sonny  zgłosi  się  po  dziewczynki,  to  opieka  społeczna  z  całą  pewnością  mu  je  wyda. 

Sonny  jest  ich  ojcem  i  ma  pełne  prawo  wychowywać  swoje  dzieci.  Chyba  że  zdołasz 

udowodnić, iż stanowiłby dla tych maluchów zagrożenie. 

-  Nie  mamy  dowodów  na  potwierdzenie  jego  ojcostwa.  Oprócz  listu  Janine, 

oczywiście. A sam się przekonałeś, jakie z niej ziółko - Britt nie chciała dać za wygraną. 

-  Doskonale  cię  rozumiem.  Ja  też  nie  bardzo  mogę  sobie  wyobrazić,  jak  Sonny  i 

Janine  wychowaliby  te  biedactwa.  Ale  przecież  przestępcy  także  miewają  dzieci  i  nic  na  to 

nie poradzimy. Moim zdaniem powinniśmy zadzwonić do opieki społecznej. Powiedzą nam, 

gdzie mamy zawieźć dzieci i... 

- Nie - przerwała mu Britt. - Nie będziemy do nikogo dzwonić. 

-  Bądź  rozsądna,  Britt.  Zrozum,  że  nic  innego  zrobić  nie  możemy.  Te  dzieci  nie  są 

nasze. Musimy zawiadomić władze o ich istnieniu. Obiecuję ci, że dotrę do samego dyrektora. 

Na  pewno  mnie  wysłucha.  Opowiem  mu  o  Janine  i  o  Sonnym  wszystko,  co  sam  wiem. 

Opieka społeczna będzie mogła wystąpić z oficjalnym wnioskiem do policji o udostępnienie 

tych danych. Na tej podstawie powinni uznać, że biologiczni rodzice nie mogą zajmować się 

dziećmi i skierować bliźniaczki do jakiejś rodziny  zastępczej. Danni i Donna mogą trafić  w 

bardzo dobre ręce. 

- Nie! - krzyknęła Britt. - Nie, i jeszcze raz nie! Nie dopuszczę do tego. 

- O co ci chodzi, Britt? - Mitch był kompletnie zaskoczony i trochę przestraszony. 

-  Nie  oddam  tych  dzieci  obcym  ludziom  -  powiedziała  stanowczo,  patrząc  prosto  w 

szeroko otwarte ze zdziwienia oczy Mitcha. - Bardzo cię proszę, spróbuj mnie zrozumieć. Nie 

zrobię tego. Nie mogę. 

Britt drżała, trzęsła się cała. Mitch odruchowo przytulił ją do siebie. Był to najlepszy 

ze  znanych  mu  sposobów  kojenia  kobiecego  bólu.  Nie  wiedział,  co  tak  bardzo  przeraziło 

dziewczynę, ale chciał jej jakoś pomóc. 

- Uspokój się, Britt - prosił. - Nie martw się. Coś wymyślimy. 

Zaczął  ją  całować  we  włosy,  w  czoło  i  przez  cały  czas  mruczał  jakieś  zupełnie 

bezsensowne  słowa  pocieszenia.  Przypadkiem  dotknął  jej  piersi,  miękkiej  i  nie  osłoniętej 

niczym  poza  cienkim  jedwabiem  brzoskwiniowego  szlafroka.  Nie  cofnął  ręki,  Britt  zaś  nie 

background image

tylko się nie odsunęła, ale jakby mocniej jeszcze do niego przywarła. 

W  tej  chwili  Mitch  już  nie  myślał  o  przyjaźni.  W  ogóle  o  niczym  nie  myślał. 

Pożądanie  ogarnęło  go  bez  reszty.  Zapragnął  tej  dziewczyny  tak  mocno,  jak  chyba  nigdy  w 

życiu nie pragnął nikogo ani niczego. Całował ją bez opamiętania, a ona, zamiast się bronić, 

odwzajemniała  jego  pocałunki.  Po  chwili  leżeli  na  kanapie,  a  dłonie  Mitcha  bezwstydnie 

wsunęły się pod szlafrok i dotykały nagiego l ciała dziewczyny. Britt zamknęła oczy. Dziwne 

uczucie,  które  ją  ogarnęło,  w  błyskawicznym  tempie  przerodziło  się  w  niemożliwą  do 

opanowania  żądzę.  Nie  mogła  się  nadziwić,  że  ona,  tak  zwykle  odporna  na  dręczące 

zwykłych ludzi pokusy, czuje pożądanie i że gotowa jest się oddać bez reszty prawie obcemu 

mężczyźnie.  Nade  wszystko  jednak  chciała  wymazać  z  pamięci  koszmarne  wspomnienia, 

które wypłynęły na powierzchnię na sam dźwięk słów „rodzina zastępcza”. 

- Pospiesz się - wyszeptała, zaciskając z całej siły powieki. - Zrób to szybko. 

Minęło  kilka  chwil,  zanim  jej  słowa  w  pełni  dotarły  do  świadomości  Mitcha.  Kiedy 

jednak zrozumiał ich znaczenie, kiedy zobaczył leżącą bez ruchu, z zaciśniętymi powiekami 

dziewczynę, która najwyraźniej naprawdę go pragnęła, natychmiast ochłonął. Odsunął się od 

Britt i wstał z kanapy, chociaż obie te czynności wymagały od niego nadludzkiego wysiłku. 

- O mój Boże - wyszeptał. - Ty przecież jesteś dziewicą. 

Britt otworzyła oczy i w tej samej niemal chwili po jej policzkach popłynęły łzy. 

-  Idź  sobie  -  wydusiła,  wtulając  zapłakaną  twarz  w  oparcie  kanapy.  -  Idź  sobie 

wreszcie. 

Mitch  nie  miał  najmniejszego  zamiaru  odchodzić.  Uklęknął  przed  nią,  wziął 

dziewczynę w ramiona i z całych sił ją do siebie przytulił. 

- Przepraszam, Britt. Zupełnie nie wiem, co się ze mną stało. Byłaś taka smutna, a ja 

chciałem  cię  pocieszyć...  Powiedz  mi,  co  ci  jest  -  prosił,  głaszcząc  ją  po  głowie  jak 

zrozpaczone dziecko. - Czy mogę ci w czymś pomóc? 

-  To  ja  cię  przepraszam.  -  Britt  udało  się  zmusić  do  uśmiechu.  -  Za  krótko  spałam  i 

jestem trochę rozbita. Dzięki ci, już mi lepiej. Jesteś prawdziwym przyjacielem, Mitch. 

O, tak, pomyślał Mitch, zawstydzony ironią tego stwierdzenia. Na poczciwego Mitcha 

zawsze można liczyć. Parę razy w życiu zachowałem się jak idiota, ale tym razem przebiłem 

samego siebie. Nie wiem, jak sobie teraz spojrzę w oczy. 

Domyślał się, że Britt usiłuje się z czymś uporać, że rzuciła się w jego ramiona tylko 

po to, żeby o tym czymś zapomnieć. Mitch nie miał pojęcia, co to mogło być, a dziewczyna 

najwyraźniej nie chciała o tym mówić. Na domiar złego jest dziewicą, a ja o mały włos bym 

się z nią kochał, myślał zły na cały świat, a przede wszystkim na siebie. Zachowałem się jak 

background image

zwierzę. 

- Posłuchaj, Britt. Co do dzieci... 

-  Musisz  mi  w  tym  pomóc,  Mitch.  Bardzo  cię  proszę.  Nie  oddam  dziewczynek 

nikomu, dopóki nie dowiem się dokładnie, jakie będą ich dalsze losy. Przetrzymamy je tutaj 

do poniedziałku. Może do tej pory uda nam się coś sensownego wymyślić. W końcu to tylko 

półtora dnia i dwie noce. Jakoś wytrzymamy. 

- Do poniedziałku? - Mitch wcale nie miał na to ochoty. Uważał, że należy przekazać 

niemowlęta pod opiekę jakiejś rządowej instytucji, która będzie wiedziała, jak się postępuje w 

takich przypadkach. - Zrozum, Britt, to porzucone dzieci. 

- Wcale nie - zaprzeczyła stanowczo. - Janine zostawiła dzieci ich ojcu, który miał się 

nimi zaopiekować. A ponieważ on nic nie wie o tym, że Donna i Danni na niego tu czekają, 

dotychczas się nie zjawił. Takie są fakty. A jeśli Janine byłaby naszą znajomą? Wtedy można 

by uznać, że opiekujemy się jej dziećmi, dopóki ona nie wróci. Naprawdę nie musimy nikogo 

zawiadamiać o tym, że zajmujemy się dziećmi naszych znajomych. 

- A jak myślisz, kiedy ci nasi znajomi wrócą? 

- Nie wiem, Mitch. Jednego tylko jestem pewna. Janine może i nie jest aniołem, ale na 

pewno kocha swoje dzieci. Nie wierzę w to, że po nie nie przyjdzie. Na pewno wróci, żeby 

sprawdzić, co się z nimi stało, a wtedy... 

- Co zrobimy, kiedy ona tu przyjdzie? Będziemy musieli oddać dziewczynki matce. 

- Zastanowimy się nad tym, kiedy już będzie się nad czym zastanawiać - stwierdziła 

filozoficznie Britt. - Na razie musimy zaczekać. Do poniedziałku. Tylko do poniedziałku. 

- Dobrze - westchnął Mitch. - Niech i tak będzie. Zaczekamy do poniedziałku. 

- Dziękuję - szepnęła Britt i pocałowała go w policzek. Zerwała się z kanapy radosna, 

rozpromieniona,  jakby  nagle  wstąpiło  w  nią  nowe  życie.  -  Okropny  tu  bałagan.  Muszę 

odkurzyć pokój. Czy mógłbyś przez ten czas zająć się bliźniaczkami? 

Jest  zupełnie  inna  niż  ta  kobieta,  którą  tu  wczoraj  poznałem,  pomyślał  Mitch. 

Perfekcjonistką  pozostała  nadal,  ale  oprócz  tego  ujawniła  mnóstwo  innych  zalet.  Ma  swoje 

lęki i pragnienia, a przede wszystkim żelazną wolę. Niech Bóg ma w opiece człowieka, który 

stanie jej na drodze. Zostanie rozjechany na placek. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

-  Jeśli  dziewczynki  mają  zostać  tu  do  poniedziałku,  to  musimy  zrobić  zakupy.  - 

Rozpromieniona  Britt  zabrała  się  do  sporządzania  listy  rzeczy  niezbędnych  do  pielęgnacji 

niemowląt. 

- Jakie zakupy? - zapytał trochę zdezorientowany Mitch. 

-  Przede  wszystkim  mleko  i  pieluchy.  -  Od  razu  zapisała  te  dwie  pozycje  na  kartce 

papieru. - Potrzebujemy też coś do ubrania. 

- Po co ubrania? Przecież one nie są nagie. 

- Dzieci nie mogą bez końca mieć na sobie tych samych piżamek. Musimy im kupić 

kaftaniki, śpiochy... Aha, i dwa foteliki, żeby nie musiały ciągle tylko leżeć. No i przydałyby 

się jeszcze rozkładane krzesełka ze stolikiem. 

- To będzie prawdziwa wyprawa. Musimy iść razem i zabrać ze sobą dzieci. 

-  Nie  możemy.  Nie  wolno  przewozić  dzieci  samochodem  bez  specjalnych  fotelików. 

To niebezpieczne, a poza tym można zarobić mandat. 

- Wobec tego jedno z nas musi zostać w domu, a drugie pojedzie po zakupy. 

Żadne z nich nie miało wątpliwości co do tego, kto zostanie, a kto pojedzie. Mitchowi 

jednak  nie  bardzo  się  uśmiechało  co  najmniej  dwugodzinne  samotne  zabawianie  dwójki 

niemowląt. 

- Wiesz, mam pomysł - ucieszył się. - Wynajmiemy opiekunkę do dzieci. 

- O, nie - zaprotestowała Britt. - Z nikim obcym ich nie zostawię. 

Britt  najwyraźniej  nie  zauważyła  bezsensowności  wypowiedzianego  przed  chwilą 

zdania. W końcu i Mitch, i Britt byli dla tych maluchów zupełnie obcymi ludźmi. Nawet dla 

siebie  nawzajem  byli  obcy.  Britt  jednak  nie  dała  się  przekonać.  Pod  żadnym  pozorem  nie 

chciała wpuścić do domu nikogo, kto mógłby się zaopiekować dziećmi. 

-  Nie  myślałem  wcale  o  obcych  ludziach  -  tłumaczył  jej  Mitch.  -  Mój  siostrzeniec, 

Jimmy, w tym roku zaczął studia na uniwersytecie. Dzwonił do mnie jakiś tydzień temu, a ja 

wciąż nie mam czasu, żeby się z nim spotkać. Mógłby przyjść razem ze swoją dziewczyną... 

- Opieka nad dziećmi to nie to samo, co spotkanie towarzyskie. - Britt nie podzielała 

jego entuzjazmu. 

- Wiem, wiem, ale Jimmy to wspaniały chłopak. Sama się przekonasz. 

- A co on wie o niemowlętach? 

- Zupełnie nic - uśmiechnął się do niej rozbrajająco. - Czyli dokładnie tyle samo, co ja 

background image

i ty. 

Britt wciąż nie była przekonana. Rozumiała oczywiście, że w jej postępowaniu nie ma 

za grosz sensu. Niestety, instynkt macierzyński bez reszty nią zawładnął. Oddałaby życie za 

te  dwie  malutkie  dziewczynki  i  trudno  ją  było  przekonać,  że  jakiś  siostrzeniec  i  jego 

dziewczyna potrafią zaopiekować się niemowlętami. Odetchnęła dopiero wtedy, kiedy Jimmy 

wszedł do jej mieszkania. Był  wyższy niż Mitchell, ale tak samo przystojny i sympatyczny. 

Bardzo jej się spodobało, że traktowali się obaj po koleżeńsku. 

-  Mama  z  tatą  pojechali  w  podróż  poślubną  do  Australii  -  zakomunikował  Jimmy, 

kiedy już wyściskał się z wujem. 

- Zaraz, zaraz, coś mi się tu nie zgadza - Mitch zmarszczył czoło. - Przecież pobrali się 

dwa lata temu. 

-  No  właśnie.  To  ich  trzecia  podróż  poślubna.  Ken  mówi,  że  muszą  nadrobić  te 

wszystkie lata, które przeżyli bez siebie. 

- A to ci heca - roześmiał się Mitch. - Nie wiedziałem, że Ken tak dobrze się zna na 

kobietach. A ty co? Ciągle mówisz do niego po imieniu? 

-  Tylko  wtedy,  kiedy  opowiadam  o  nim  innym.  Kiedy  z  nim  rozmawiam,  mówię 

„tato”. 

- Matka Jimmy'ego jest  moją starszą siostrą -  wyjaśnił Mitch sąsiadce. - Nasz ojciec 

umarł,  kiedy  byliśmy  mali,  a  kiedy  skończyłem  trzynaście  lat  -  umarła  matka.  Na  dobrą 

sprawę to Shawnee wszystkich nas wychowywała. 

- A ilu was było? - zapytała Britt. 

- Trzech chłopaków: Moki, to znaczy Mack, Kam i ja. 

- Ty jesteś najmłodszy? 

- Tak. Wieczny dzidziuś. 

-  Do  dzisiaj  mu  to  zostało  -  zażartował  Jimmy.  -  Mama  zawsze  mówiła,  że  jest 

rozpuszczony jak dziadowski bicz. 

-  A  ty  jesteś  jej  jedynym  synem,  Jimbo  -  odciął  się  Mitch.  -  Myślisz,  że  ci  to  nie 

zaszkodziło? 

- Pewnie też jestem rozpieszczony - zgodził się Jimmy. - Zresztą nie tylko mama, lecz 

i cała rodzina koło mnie skakała. Mama i tata starają się dla mnie o rodzeństwo, ale na razie... 

- Nic mi o tym nie mówili - zdziwił się Mitch. - Nie sądziłem, że jeszcze chcą mieć 

dzieci. 

- Taylor znowu jest w ciąży - odezwał się Jimmy. 

- Taylor jest żoną Macka, mojego najstarszego brata - wyjaśnił Mitch. - W sumie będą 

background image

już mieli troje dzieci. 

- Taylor przysięga, że tym razem to naprawdę ostatnie. 

- A jak Maćkowi idą interesy? Ciekaw jestem, czy kupił tę wspaniałą cesnę, którą mu 

pokazywałem? 

-  Nie  kupił.  Była  dla  niego  za  mała  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Ale  interesy  idą  mu 

świetnie. Jeszcze parę lat, a jego lotnisko zacznie graniczyć z lotniskiem w Hilo. 

-  Zawsze  wiedziałem,  że  z  Macka  będą  ludzie  -  powiedział  Mitch  z  nie  ukrywaną 

satysfakcją. 

- A wiesz, w zeszłym tygodniu widziałem się z wujem Kamem - pochwalił się Jimmy. 

- Zabrał mnie na obiad i namawiał, żebym, tak jak on, został prawnikiem. Potem cały wieczór 

narzekał na swoje ciężkie życie, w którym nie ma miejsca na nic oprócz pracy. 

- O, tak, to cały Kam - roześmiał się Mitch. - Klasyczny przykład pracoholika. 

- To na szczęście wyjątek w naszej rodzinie. Mama mówi, że wujek Reggie chyba już 

zupełnie oszalał. Wyobraź sobie tylko! On naprawdę wierzy w to, że zakochał się w syrenie. 

-  Byłem  pewien,  że  już  mu  przeszło  -  zmartwił  się  Mitch.  -  Przecież  Shawnee  w 

zeszłym  roku  załatwiła  mu  pracę  przy  produkcji  jakiegoś  filmu,  który  kręcono  na  Wielkiej 

Wyspie. 

-  Załatwiła  -  potwierdził  Jimmy.  -  Tyle  że  szybko  go  stamtąd  wylali.  Nic  nie  robił, 

tylko  siedział  na  Hamakua  Point  i  gapił  się  na  ocean.  Wuj  Reggie  przysięga  na  wszystkie 

świętości, że kiedyś przypłynęła do niego syrena. Obiecała, że wróci, więc on teraz musi na 

nią czekać. Siedzi i wpatruje się w wodę, żeby tej syreny przypadkiem nie przegapić. 

- O mój Boże - zmartwił się Mitchell. - Czy ktoś był z nim u psychiatry? 

-  Żartujesz  chyba.  Mamie  ledwo  udaje  się  namówić  go  do  jedzenia.  Nie  ma  mowy, 

żeby się dokądkolwiek ruszył. Wiesz, jaki jest wujek Reggie. 

-  Reggie  jest  naszym  kuzynem  -  powiedział  Mitchell  do  przysłuchującej  się  ich 

rozmowie  Britt.  A  dokładniej  mówiąc,  moim  ciotecznym  bratem.  Zawsze  miał  jakieś 

zwariowane  pomysły.  Może  przypadkiem  oglądałaś  w  telewizji  taki  film o  życiu  oceanu  na 

Hamakua Point? Wyświetlali go w zeszłym roku. Dużo tam mówiono o syrenach. 

- Ja też pracowałem przy nakręcaniu tego filmu - pochwalił się Jimmy. - Zresztą cała 

rodzina się w to zaangażowała. Świetnie się bawiliśmy. Nikt z nas nie przypuszczał, że tak się 

to skończy. Biedny wujek. 

Britt  siedziała  na  kanapie  i  przysłuchiwała  się  rozmowie  o  codziennych  sprawach 

klanu  Caine'ów.  Jednak  gdyby  ktoś  przyjrzał  się  jej  uważniej,  niechybnie  dostrzegłby 

zaciśnięte aż do bólu pięści. Opowieści o sprawach rodzinnych zawsze ją denerwowały. Teraz 

background image

także.  Z  jednej  strony  bardzo  jej  się  podobała  ta  rozmowa  o  wzlotach  i  upadkach  ludzi, 

których ci dwaj mężczyźni bez wątpienia bardzo kochali, z drugiej strony jednak nie chciała 

zupełnie nic na ten temat wiedzieć. W duchu irytowała się na Jimmy'ego i Mitcha, pragnąc, 

aby jak najszybciej wyczerpali drażliwy dla niej temat. Na szczęście doczekała się. 

-  Moja  dziewczyna  zaraz  tu  będzie  -  powiedział  w  końcu  Jimmy.  -  Ona  się  zna  na 

dzieciach. Kiedyś bardzo często opiekowała się różnymi maluchami. 

- To świetnie - ucieszyła się Britt. 

Dziewczyna  Jimmy'ego  nawet  w  najmniejszym  stopniu  nie  odpowiadała 

wyobrażeniom Britt o tym, jak może wyglądać narzeczona przystojnego młodego człowieka. 

Spodziewała  się  zobaczyć  jakąś  długowłosą  piękność  w  rodzaju  tych,  którymi  otaczał  się 

Mitch,  tyle  że  w  młodszej  wersji.  Tymczasem  stojąca  w  progu  osóbka  była  drobna,  miała 

inteligentną twarz i krótko obcięte włosy. Była ubrana w luźny kombinezon, a na jej twarzy 

nie znalazłby się nawet ślad po makijażu. 

-  Przepraszam  za  moje  ubranie  -  powiedziała  od  progu.  -  Jadę  prosto  z  lotniska. 

Dzisiaj przyprowadzili nowego apache'a i musiałam go oblecieć. Nie miałam czasu, żeby się 

przebrać. 

-  Lani  jest  pilotem  -  wyjaśnił  Jimmy.  -  Zawsze  podczas  wakacji  pracuje  u  wuja 

Macka. To ten, który ma na Wielkiej Wyspie wypożyczalnię samolotów. 

-  Ach,  tak  -  powiedziała  Britt  z  nadzieją,  że  to  już  naprawdę  ostatnia  z  rodzinnych 

opowieści. 

Lani okazała się wyjątkowo pojętną uczennicą. W kilka minut wiedziała już wszystko 

o  niemowlętach.  A  mimo  to  Britt  trudno  było  zostawić  dzieci  pod  opieką  tych  dwojga 

młodych ludzi. Kilka  razy  wracała z przedpokoju, dając młodzieży wciąż nowe wskazówki, 

aż wreszcie Mitch musiał ją wziąć pod ramię i dosłownie na siłę wyprowadzić z mieszkania. I 

tak mruczała coś pod nosem, a potem przez całą drogę siedziała smutna i zadumana. Dopiero 

w  sklepie  humor  jej  się  poprawił.  Poczuła  się  tak,  jakby  prosto  z  ulicy  trafiła  do  krainy 

czarów. Wszystko ją zachwycało i wszystko pragnęła kupić. 

-  Zobacz,  jakie  śliczne  sukieneczki!  -  wołała,  pokazując  palcem  wywieszone  na 

stojaku sukienki we wszystkich kolorach tęczy. 

- Po co bliźniaczkom sukienki? - Na Mitchu ten widok nie zrobił żadnego wrażenia. - 

Przecież te dzieci nawet siedzieć nie potrafią. 

- Buty! - Britt już była przy następnym stoisku. - Zobacz, jakie cudowne. Koniecznie 

musimy je kupić. Dwie pary. 

-  Zapomniałaś,  że  Donna  i  Danni  jeszcze  długo  nie  będą  chodzić?  -  Mitch  spojrzał 

background image

uważnie na swoją sąsiadkę, jakby próbował dostrzec na jej twarzy pierwsze objawy choroby 

umysłowej. 

Britt tylko wzruszyła ramionami. Odwróciła się na pięcie i... znów się rozpromieniła. 

-  Śpiworki  dla  dzieci!  Popatrz  tylko!  Jeden  jest  żółty,  a  drugi  pomarańczowy.  I  do 

każdego jest plecaczek. Można je złożyć i trzymać w plecaku. 

- Nie uważasz, że one są trochę za małe na śpiwory i plecaki? - wybrzydzał Mitchell. - 

Zaczekaj z tym, aż dorosną do pierwszych trampek. 

Britt już go nie słuchała. Nawet on nie mógł zepsuć jej tak doskonałej zabawy. 

- O, zobacz! Tam są takie śliczne poduszeczki z wyhaftowanymi kaczuszkami! 

-  W  mojej  książce  było  napisane,  że  dzieci  nie  powinny  spać  na  poduszkach  przed 

ukończeniem pierwszego roku życia. 

-  Och,  Mitch,  dlaczego  ty  zawsze  wszystko  musisz  popsuć?  -  jęknęła  Britt,  ale 

uśmiech nawet na moment nie opuścił jej twarzy. 

Protekcjonalnym  gestem  poklepała  sąsiada  po  ramieniu  i  ruszyła  przed  siebie.  Mitch 

nie  miał  innego  wyjścia,  jak  tylko  iść  za  nią.  Mógł  jedynie  mruczeć  coś  pod  nosem,  ale 

cichutko,  żeby  Britt  go  nie  usłyszała.  Po  chwili  jednak  i  jemu  coś  wpadło  w  oko.  Ponury 

nastrój prysnął jak bańka mydlana. 

-  Hej,  popatrz  na  te  małe  rowerki.  -  Podbiegł  do  stoiska  z  przeznaczonym  dla  dzieci 

sprzętem sportowym. Wziął do ręki piłkę i zaczął ją podrzucać do góry. 

-  Teraz  także  dziewczynki  grają  w  piłkę  nożną,  co?  -  zapytał  z  nadzieją.  -  A  zobacz 

tam! Miniaturowe wyścigówki. W sam raz dla Donny i Danni. Doskonały sprzęt. 

- Nie wygłupiaj się, Mitch - westchnęła Britt, spoglądając tęsknie na sukieneczki. - To 

wszystko  jeszcze  kilka  lat  musi  na  nie  poczekać.  Ale  zobacz,  tam  są  skarpeteczki.  I  takie 

maleńkie butki z prawdziwej skóry! 

Ponad  godzinę  oglądali  i  podziwiali  wszystko,  co  przemysł'  końca  dwudziestego 

wieku miał do zaoferowania dzieciom i ich rodzicom. Kiedy wreszcie wybrali to, co uznali za 

absolutnie konieczne, Mitch zapłacił za to kartą kredytową. 

- Oddam ci połowę kwoty - upierała się Britt. - Musisz się zgodzić. 

-  Te  dzieci  zostawiono  pod  moimi  drzwiami,  prawda?  -  Mitch  tym  razem  także  się 

uparł. - Ty już i tak zrobiłaś znacznie więcej, niż do ciebie należało. Nie ma o czym mówić. 

Britt  było  bardzo  głupio,  bo  to  ona  włożyła  do  wózka  większość  rzeczy,  za  które 

Mitch  zapłacił.  W  końcu  jednak  uznała,  że  skoro  to  dla  niego  takie  ważne,  pozwoli  mu 

zapłacić za kupione dla dziewczynek rzeczy. 

-  Nowy  maluch?  -  zapytał  z  uśmiechem  kasjer.  -  Szczęściarz  z  niego.  Rodzice  nie 

background image

muszą oszczędzać. 

- W tym wypadku to mama jest rozrzutna - Mitch dumnie wypiął pierś i  uśmiechnął 

się  do  Britt.  -  Ja  tylko  ją  tu  przywiozłem.  Wie  pan,  jakie  są  kobiety?  -  mrugnął  porozu-

miewawczo do kasjera. - Tylko by wydawały i wydawały. 

- Nie uwierzyłby pan, ile potrafią wydać kobiety - zwierzył się kasjer konspiracyjnym 

szeptem. - Włosy stają dęba. Kupią każdy bubel, jeśli się go odpowiednio zareklamuje. 

-  I  niech  się  pan  modli,  żeby  tak  zostało  -  wtrąciła  Britt.  -  Straci  pan  pracę  w  tym 

samym dniu, w którym my przestaniemy kupować. 

Kasjera zamurowało, za to Mitchell roześmiał się głośno. 

-  Nie  zna  się  pani  na  żartach,  milady?  -  szepnął  jej  do  ucha,  kiedy  obładowani 

zakupami wychodzili ze sklepu. 

-  Owszem,  znam  się  na  żartach  -  odrzekła  Britt,  patrząc  na  niego  z  wyższością  -  ale 

obrażać się nie pozwolę. 

- Nie miałem pojęcia, że jesteś wojującą feministką - zakpił Mitch. - Co chwila czegoś 

nowego się o tobie dowiaduję. 

- To, że nie daję sobie jeździć po głowie, nie oznacza jeszcze, że jestem feministką - 

odgryzła  się  Britt.  -  I  nie  myśl,  że  zapomniałam,  kto  zaczął  tę  głupią  rozmowę.  Biedny 

człowiek dał ci się podpuścić. No cóż... - westchnęła. W końcu czego można się spodziewać 

po mężczyźnie, który traktuje kobiety jak lalki. 

-  Czy  ty  o  mnie  mówisz?  -  Mitch  był  tak  zaszokowany,  że  aż  musiał  przystanąć.  W 

jednej chwili stracił humor. 

- Jesteś jedynym znanym mi playboyem - odrzekła, patrząc mu prosto w oczy. 

- Czy naprawdę tak uważasz? - zapytał z niedowierzaniem. 

Britt  już  miała  na  końcu  języka  celną  ripostę,  ale  kiedy  spojrzała  na  Mitcha,  straciła 

ochotę na kłótnię. Dotarło do niej wreszcie, że już i tak sprawiła mu przykrość. 

-  Nie,  Mitch  -  zapewniła  go  i  w  tej  samej  chwili  zrozumiała,  że  tak  właśnie  jest 

naprawdę,  że  już  dawno  przestała  uważać  go  za  playboya.  Uśmiechnęła  się  do  niego 

serdecznie. - Nie zna się pan na żartach, milordzie? 

-  Pewnie,  że  się  znam  -  Mitch  także  się  uśmiechnął.  -  Teraz  musimy  tylko  znaleźć 

nasz samochód. 

 

Britt  i  Mitch  obładowani  paczkami,  roześmiani  i  w  doskonałych  humorach  dotarli 

wreszcie do domu. Ale kiedy weszli do środka, wspaniały nastrój natychmiast ich opuścił. 

- Mitch. - Britt rzuciła na podłogę trzymane w rękach paczki. - Tu nikogo nie ma. 

background image

- Skąd wiesz? - zapytała Mitch. - Przecież nawet nie zajrzałaś do sypialni. 

-  Tu  nikogo  nie  ma  -  powtórzyła  Britt.  -  Czuję  to.  Pewnie  Janine  wróciła.  Albo 

Sonny... 

Schwyciła Mitchella za ramię, jakby w nim szukała oparcia, a jemu nagle zrobiło się 

ciemno  przed  oczami.  Zostawił  Britt  w  przedpokoju,  a  sam  pobiegł  do  sypialni.  Tak  jak  się 

spodziewał, dzieci nie było i po opiekunach także wszelki ślad zaginął. 

- No tak, dzieci tu nie ma - powiedział Mitch. - Ale gdzie, u diabła, podziali się Jimmy 

i Lani? 

-  I  co  my  teraz  zrobimy?  -  zapytała  Britt  łamiącym  się  głosem.  -  Może  powinniśmy 

zadzwonić na policję? 

- Nie przesadzaj. Oni na pewno są gdzieś niedaleko. 

- Nie możemy tego tak zostawić! - krzyknęła Britt. 

- Musimy coś zrobić. Może mógłbyś zadzwonić do tego swojego przyjaciela. 

Oczywiście,  że  mógł,  chociaż  nie  bardzo  wiedział,  co  mianowicie  miałby  mu 

powiedzieć.  W  każdym  razie  musiał  chociaż  spróbować.  Miał  swoje  własne  przypuszczenia 

co do losu, jaki mógł spotkać bliźniaczki. Dzięki pracy w biurze prokuratora okręgowego znał 

wiele  różnych  możliwych  sytuacji,  ale  żadnym  z  tych  domysłów  za  nic  w  świecie  nie 

podzieliłby się z Britt. Jedno nie ulegało wątpliwości: musiał coś zrobić. 

-  Zadzwonię  do  Jerry'ego  -  powiedział,  podchodząc  do  telefonu,  ale  zanim  zdążył 

podnieść słuchawkę, ktoś wszedł do mieszkania. 

- Cześć. - Jimmy uśmiechał się promiennie, a jedno z maleństw wtulało buźkę w jego 

ramię. - Już wróciliście? 

Blada jak płótno Britt ruszyła na spotkanie  Lani. Dosłownie wyrwała jej z rąk drugą 

dziewczynkę i z całych sił przytuliła malucha do siebie. 

- Gdzie byliście? - zapytał Mitch wyjątkowo nieprzyjemnym tonem. 

- Zabraliśmy dzieci na spacer - tłumaczył Jimmy. - Byliśmy tu, na dziedzińcu. 

-  Dzieci  potrzebują  witaminy  D  -  przypomniała  zebranym  Lani.  -  Spójrzcie  tylko, 

jakie mają rumieńce. Odrobina ruchu na świeżym powietrzu na pewno im nie zaszkodzi. 

-  Spokojnie.  -  Mitch  objął  Britt  ramieniem.  Czuł,  że  jeszcze  chwila,  a  dziewczyna 

wybuchnie, odreaguje śmiertelne przerażenie, które ogarnęło ją na widok pustego mieszkania. 

- Nie denerwuj się. Oni są młodzi. Nie wiedzieli... 

-  Mogliście  nam  chociaż  zostawić  kartkę  -  powiedział  głośno,  z  trudem  hamując 

gniew. - Baliśmy się, że porwano i was, i maleństwa. 

-  A  kto  miałby  nas  porwać?  -  zdziwił  się  Jimmy.  -  Przepraszam.  Naprawdę  nie 

background image

przypuszczaliśmy, że tak szybko wrócicie. 

Britt szarpnęła się, ale Mitch ją przytrzymał. 

-  Oni  nie  mają  pojęcia,  czyje  to  dzieci  -  przypomniał  jej.  -  Skąd  mieli  wiedzieć  o 

istnieniu Janine i Sonny'ego? 

Britt skinęła głową. Wiedziała, że Mitch ma rację, i dlatego całą energię włożyła w to, 

żeby nad sobą zapanować. 

To  było  ostrzeżenie,  pomyślała.  Nie  powinnam  się  aż  tak  bardzo  przejmować.  Nie 

wolno mi się przywiązywać do tych dzieci, bo przecież będę je musiała oddać. Tyle razy już 

przez to przechodziłam, a wciąż jeszcze nie nabrałam rozumu. Zupełnie nie wiem, co się ze 

mną dzieje. 

Cokolwiek  to  było,  Britt  nie  potrafiła  od  razu  z  tym  skończyć.  Musiała  najpierw 

przytulić obie dziewczynki, zanim naprawdę się uspokoiła. 

- Bardzo wam dziękuję za pomoc. - Zmusiła się nawet do uśmiechu. 

Dopiero  po  wyjściu  Lani  i  Jimmy'ego  Mitch  podbiegł  do  trzymającej  niemowlęta  w 

objęciach Britt i mocno przytulił do siebie całą trójkę. 

- Bogu dzięki, że nic wam się nie stało - mówił  do dzieci, ale patrzył prosto w oczy 

Britt. - Bogu niech będą dzięki. 

Britt  spuściła  wzrok.  Nie  spodziewała  się,  że  Mitch  przeżył  zniknięcie  dziewczynek 

tak  samo  jak  ona.  Poczuła  wdzięczność  i  głęboki  związek  z  tym  obcym  człowiekiem.  Coś 

podobnego  nie  przytrafiało  jej  się  zbyt  często.  A  kiedy  Mitch  w  końcu  się  od  niej  odsunął, 

ogarnął  ją  żal  i  natychmiast  zatęskniła  za  poczuciem  bezpieczeństwa,  którego  przed  chwilą 

doświadczała w jego ramionach. 

Mitch  tymczasem  zabrał  się  do  rozpakowywanie  toreb  i  paczek,  które  przynieśli  ze 

sklepu. 

-  Dostałyście  nowe  ubranka,  panienki  -  powiedział,  pokazując  maluchom  stroje.  - 

Podobno  dziewczynki  lubią  ciuszki,  więc  powinnyście  się  ucieszyć.  A  teraz  coś  naprawdę 

wspaniałego  -  mówił  dalej,  wyciągając  z  pudełka  metalowe  części  bujanego  leżaczka  dla 

niemowląt, obok którego Britt po prostu nie umiała przejść obojętnie. - Zobaczcie, jakie ładne 

leżaczki. Jeszcze chwila, a będziecie się mogły bujać aż do wieczora. 

Britt  wreszcie  się  roześmiała.  Po  kolei  podniosła  do  góry  obie  dziewczynki,  żeby 

mogły  popatrzeć  na  Mitcha.  Potem  położyła  maleństwa  na  podłodze  i  zabrała  się  do  roz-

pakowywania pozostałych paczek. 

-  Tu  macie  miękkie  klocki  do  zabawy  -  powiedziała.  -  Mam  nadzieję,  że  się  wam 

spodobają. 

background image

Klocki,  owszem,  podobały  się  maluchom,  ale  nie  tak  bardzo  jak  grzechotki.  Britt 

wkrótce  się  przekonała,  jak  wielką  frajdę  sprawia  niemowlętom  poruszanie  wydającymi 

dźwięki przedmiotami. Bawiła się z dziećmi, podczas gdy Mitch montował foteliki, a potem 

zawieszał zabawki nad łóżeczkami bliźniaczek. 

-  Bardzo  za  nami  tęskniłyście?  -  szeptała  Britt  do  małych  uszek,  tuląc  do  siebie 

dziewczynki. 

Mitch  przyglądał  się  tej  scenie  i  miał  już  na  końcu  języka  jakieś  ostrzeżenie,  ale  w 

ostatniej chwili zrezygnował. Widział, że sąsiadka trochę za bardzo przywiązała się do swych 

podopiecznych.  Zdziwił  się  tylko,  kiedy  uświadomił  sobie,  że  on  także  zdążył  już  polubić 

bliźniaczki. 

- Gotowe - powiedział, podchodząc do szczęśliwej gromadki. - Macie wszystko, czego 

niemowlętom potrzeba do szczęścia. I proszę mi więcej nie płakać. Zresztą, nie będziecie już 

miały na to czasu. Tyle różnych zabawek jest dookoła. 

Britt  i  Mitchell  bawili  się  z  dziećmi,  dopóki  nie  spostrzegli,  że  maluchom  kleją  się 

powieki. Potem je nakarmili i uśpione dziewczynki powędrowały do łóżeczek. Dopiero teraz 

opiekunowie mogli usiąść przy filiżance dobrej herbaty. 

- Bardzo sympatyczny jest ten twój siostrzeniec - powiedziała Britt. 

-  Reszta  mojej  rodziny  jest  równie  sympatyczna  -  oświadczył  Mitch.  -  Koniecznie 

musisz  ich  wszystkich  poznać.  Od  czasu  do  czasu  na  Wielkiej  Wyspie  odbywają  się  zloty 

klanu Caine'ów. Zabiorę cię tam ze sobą. 

Britt  nie  bardzo  wiedziała,  jak  ma  pokierować  rozmową.  Zazwyczaj  w  tym  właśnie 

miejscu zmieniała temat. Nie lubiła opowiadań o rodzinie ani o dzieciństwie znajomych osób. 

Wzbudzały wspomnienia zbyt bolesne, żeby chciało się je w ogóle wywoływać. Tym razem 

jednak,  po  raz  pierwszy  od  bardzo  dawna,  chciała  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  jakiejś 

rodzinie. 

- Powiedz mi, jak to jest, kiedy się jest dzieckiem i ma się dookoła tylu serdecznych, 

kochających cię ludzi? - zapytała. 

-  Jak  to  jest?  -  powtórzył  Mitch.  Nawet  się  nie  domyślał,  ile  kosztowało  ją  zadanie 

tego  prostego  pytania.  -  Trudno  o  tym  opowiedzieć.  Mnie  się  wydawało,  że  moje życie  jest 

całkiem  zwyczajne.  Często  się  kłóciliśmy,  mieliśmy  złe  i  dobre  dni,  ale  zawsze  kochaliśmy 

się i szanowaliśmy nawzajem. Miłość i szacunek to chyba najważniejsze, co człowiek dostaje 

od rodziny. 

- Ach, tak - westchnęła Britt. Takie to było zwyczajne. Zbyt zwyczajne i zbyt proste, 

żeby mogło być prawdziwe. - Mówiłeś chyba, że wcześnie straciliście rodziców. 

background image

-  Właściwie  prawie  ich  nie  pamiętam.  Na  dobrą  sprawę,  to  Shawnee  wszystkich  nas 

wychowała.  Biedna  Shawnee,  zawsze  miała  pełne  ręce  roboty  -  Mitch  uśmiechnął  się  do 

swoich  wspomnień.  -  Na  przykład  Mack,  najstarszy  z  braci,  ciągle  miał  jakieś  kłopoty. 

Niejeden raz była u nas policja. 

- Poczekaj, przecież to ten, który wynajmuje samoloty. Dobrze pamiętam? 

-  Ten  sam.  W  końcu  stał  się  porządnym  człowiekiem.  Ale  miał  taki  okres  w  życiu, 

kiedy sądziliśmy, że już nic z niego nie będzie. Wszyscy uważali go za chuligana. Następny 

w  kolejności  jest  Kam  -  opowiadał  Mitch.  -  On  już  jako  dziecko  był  tak  poważny,  że 

właściwie zawsze dobrze się zachowywał. Nikt nigdy nie miał z nim żadnych kłopotów. Za to 

ja...  -  uśmiechnął  się  tak  promiennie,  że  wszystko  wokół  pojaśniało.  -  Wszyscy  mnie 

uwielbiali. 

- Jednego tylko nie rozumiem - powiedziała Britt, wpatrując się w fusy na dnie swojej 

filiżanki. Nie chciała się znów do niego uśmiechnąć. I tak robiła to zbyt często. - Masz takie 

miłe wspomnienia z dzieciństwa. Dlaczego do tej pory sam nie założyłeś rodziny? 

- Jestem jeszcze młody. Mam na to mnóstwo czasu. 

- Ile masz lat? 

- Trzydzieści dwa. 

- A ile lat ma twoja narzeczona? - zapytała Britt, chociaż doskonale wiedziała, że to 

zbyt osobiste pytanie, żeby je zadawać obcemu mężczyźnie. 

- Hej, stosujesz niedozwolone chwyty - Mitch udał obrażonego. 

-  To  znaczy,  że  jest  zbyt  młoda,  żeby  mówić  ojej  wieku  -  komicznie  naburmuszona 

mina Mitchella rozśmieszyła ją do łez. 

-  Nie  o  to  chodzi  -  skrzywił  się  Mitch.  -  Od  bardzo  dawna  nie  miałem  żadnej 

narzeczonej. Przynajmniej w potocznym tego słowa znaczeniu. 

-  Nie?  -  Britt  patrzyła  na  obejmujące  filiżankę  szczupłe  palce  swego  sąsiada.  -  To 

znaczy, że... że nie masz teraz nikogo? 

Britt zaniepokoiła się. Zadane pytanie sprawiło, że serce w jej piersi zupełnie oszalało. 

Popatrzyła na Mitchella  w nadziei, że on niczego nie zauważył. Niestety, przyglądał jej się, 

jakby czytał w myślach dziewczyny. Zarumieniła się, a on się do niej uśmiechnął. 

-  No  właśnie.  Teraz  jestem  zupełnie  sam  -  powiedział,  odsuwając  od  siebie 

wspomnienia o Chenille. - Jestem wolnym człowiekiem. 

- Typowym playboyem - powiedziała, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć. 

- Już ci mówiłem, że nie jestem playboyem - spochmurniał. 

-  No  to  kim  jesteś?  -  zapytała  Britt,  trochę  przestraszona,  że  znów  zrobiła  mu 

background image

przykrość. - Ciekawa jestem, jak byś sam siebie określił. 

Kim jestem? Mitch powtórzył w myślach pytanie sąsiadki. Już dawno się nad tym nie 

zastanawiałem. Kiedyś bez wahania bym jej odpowiedział, ale teraz... Chyba za dużo pracuję, 

za często flirtuję i za długo krążę po świecie bez sensu i bez zastanowienia się nad własnym 

życiem, nad tym, co właściwie chciałbym z nim zrobić. Czy to znaczy, że jestem playboyem? 

To bzdura! Chociaż Britt tak właśnie uważa. 

-  No,  powiedz  mi,  kim  jesteś  -  powtórzyła  Britt,  wpatrując  się  w  twarz  sąsiada.  -  I 

czego oczekujesz od życia? 

- Spełnienia - odparł bez namysłu. 

- To synonim słowa „przyjemność” - powiedziała z przekąsem. 

- Nie rozumiem, dlaczego przyjemność ma być czymś złym - obruszył się Mitch. - Nie 

powinnaś potępiać czegoś, czego nawet nie spróbowałaś. 

- Och, daj spokój - Britt machnęła ręką, jakby ten znany już argument nie miał dla niej 

żadnego znaczenia. 

-  To  ty  daj  spokój.  -  Mitch  pochylił  się  nad  stołem  i  zajrzał  głęboko  w  oczy  Britt.  - 

Dam  sobie  głowę  uciąć,  że  ty  nigdy  nie  zaznałaś  ani  prawdziwej  radości,  ani  prawdziwej 

przyjemności. 

-  To  nieprawda  -  zawołała,  czerwieniąc  się  jak  piwonia.  -  Doskonale  wiem,  co  to 

przyjemność, nie mówiąc już o radości. 

- Udowodnij to - tym razem Mitch postanowił przyprzeć ją do muru. - Opowiedz mi o 

czymś, co robisz tylko dla przyjemności. 

- Ja... No, na przykład teraz. Opieka nad tymi dziećmi daje mi mnóstwo przyjemności. 

-  Dobrze  wiesz,  że  nie  o  to  mi  chodziło.  -  Mitch  miał  minę zwycięzcy.  -  Domyślam 

się,  że  nie  zaznałaś  w  życiu  zbyt  wiele  radości,  Britt  Lee.  -  Mitch  podszedł  do  zlewu,  przy 

którym  Britt  płukała  filiżanki.  -  A  jeśli  nawet  zaznałaś,  to  w  twojej  pamięci  nie  ma  po  tym 

śladu. 

- Przyjemność nie jest w życiu najważniejsza - powiedziała cicho. 

-  Proszę  cię.  -  Pogłaskał  ją  po  policzku.  Podaj  mi  tylko  jeden  przykład  czegoś,  co 

sprawia ci radość. 

- Lody z bitą śmietaną. - Britt bardzo się ucieszyła, że udało jej się w końcu pomyśleć 

o czymś przyjemnym. 

- Nie chodzi mi o jedzenie - Mitch głośno się roześmiał. - Naprawdę nie możesz nic 

innego wymyślić? 

-  No...  nie  wiem.  Gdybyś  mi  dokładnie  powiedział,  o  co  ci  chodzi,  być  może 

background image

mogłabym podać jakiś konkretny przykład. 

- Oczywiście, że ci powiem. - Jego zmysłowy szept poruszył serce Britt. - Chodzi mi 

na przykład o spacer w  deszczu, o pływanie przy  świetle księżyca, o słuchanie  grającego  w 

gałęziach  drzew  wiatru.  O  to,  co  czujesz,  kiedy  wyciągasz  rękę  i  trafiasz  na  ciepłą  dłoń 

przyjaciela, a także o powolny taniec przy cudownej muzyce. 

- Nigdy nic podobnego nie robiłam - przyznała ze smutkiem Britt. 

- Jeden zero dla mnie - Mitch uśmiechnął się do niej. 

-  To  naprawdę  nie  ma  znaczenia.  -  Za  wszelką  cenę  chciała  przekonać  Mitcha,  że 

mówi prawdę. - Przyjemności wcale nie są mi potrzebne do szczęścia. 

-  Każdy  potrzebuje  przyjemności  -  zaprotestował  Mitch.  -  Przynajmniej  od  czasu  do 

czasu. A może przypomnisz sobie, co ci sprawiało radość w dzieciństwie? 

- Nie. - Britt odwróciła się od niego i wyszła z kuchni. Nie miała ochoty rozmawiać o 

swoim dzieciństwie. Z nikim. 

-  No  to  powiedz  mi,  co  robiłaś,  kiedy  byłaś  w  szkole.  -  Mitch  nie  ustępował.  -  Na 

przykład, kiedy miałaś szesnaście lat? Co ci wtedy sprawiało przyjemność? 

- Nic. 

Czy on naprawdę nie potrafi tego zrozumieć? myślała pogrążona w rozpaczy Britt. W 

moim  dzieciństwie  i  w  młodości  nie  było  miejsca  na  przyjemności.  Nawet  na  radość. 

Musiałam walczyć o przetrwanie. 

-  Założę  się,  że  najbardziej  na  świecie  lubiłaś  przesiadywać  z  koleżankami  u 

McDonalda. 

- Nigdy - pokręciła głową. 

- No to może godzinami gadałaś z przyjaciółką przez telefon? 

- Też nie. 

- Całowałaś się z chłopakami na tylnym siedzeniu samochodu? 

- Przecież wiesz. - Spojrzała na niego rozżalona, że znów poruszył krępujący ją temat. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  nigdy  nie  całowałaś  się  z  chłopakami?  -  zapytał 

zaniepokojony. Nie przyznawała się do niczego, co zazwyczaj robią przeciętne amerykańskie 

nastolatki.  A  może  skłamała?  Może  spędziła  dzieciństwo  w  jakimś  egzotycznym  kraju  bez 

barów McDonalda i telefonów, a nie na Hawajach. 

- Pewnie, że nie - odrzekła, dumnie unosząc głowę. Wiedziała, co Mitch o niej myśli, 

ale  zupełnie  o  to  nie  dbała.  -  Mówiłam  ci  przecież,  że  nigdy  nic  takiego  nie  robiłam. 

Zapomniałeś? 

Usiadła  na  kanapie,  rozłożyła  gazetę  i  udawała,  że  bardzo  ją  zainteresował  artykuł  o 

background image

złożach gazu w Europie Wschodniej. Mitch usiadł obok niej. Ale daleko, żeby jej broń Boże 

nie dotknąć. 

-  Nigdy  się  nie  całowałaś  -  powtarzał,  jakby  usiłował  zrozumieć  wypowiedziane  w 

obcym  języku  zdanie.  -  Czy  ty  w  ogóle  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  ile  straciłaś?  To 

najprzyjemniejsza rzecz, jaką człowiek może robić, kiedy ma szesnaście lat. 

- Ty po prostu nie umiesz sobie wyobrazić życia bez seksu - zaatakowała go Britt. 

-  Źle  mnie  zrozumiałaś.  Całowanie  ma  wprawdzie  związek  z  hormonami,  z 

dojrzewaniem  seksualnym  i  w  ogóle  z  seksem,  ale  nie  ma  w  nim  absolutnie  nic  złego.  Jest 

zupełnie nieszkodliwe i nie grozi żadnymi konsekwencjami. Kiedy ja miałem szesnaście lat, 

umiałem już długo i namiętnie całować. Całymi godzinami potrafiłem całować dziewczynę i 

nie posunąć się dalej niż... 

- Naprawdę nic mnie to nie obchodzi - przerwała mu pospiesznie. - Nie mam ochoty 

słuchać opowiadań o twojej przeszłości. 

- Takie opowieści zabrałyby nam masę czasu - zażartował Mitch. - Mimo to uważam, 

że  przynajmniej  raz  w  życiu  powinnaś  przeżyć  to,  co  robią  prawie  wszystkie  amerykańskie 

nastolatki. Wiesz co? Pokażę ci, jak to się robi. Chcę, żebyś wiedziała, co straciłaś. 

- Nie! - zawołała autentycznie przerażona. 

- Nie bój się - Mitch śmiał się cichutko. - Na pewno nie zaproponuję ci tego, co nam 

się dziś rano przydarzyło. 

- O, tak. W to akurat nie musisz wątpić. - Britt schowała się za gazetą i czytała artykuł 

o złożach gazu, które mniej ją obchodziły niż zeszłoroczny śnieg. 

-  Zepsujesz  sobie  oczy  -  Mitch  delikatnie  odsunął  gazetę  i  spojrzał  w  oczy 

dziewczyny.  -  No,  chodź.  Zajmie  nam  to  nie  więcej  niż  kilka  minut.  Przysięgam,  że  te 

pieszczoty nie skończą się w łóżku. 

Britt  była  czerwona  jak  piwonia.  Nie  znalazła  w  sobie  dość  siły,  żeby  mu  odmówić. 

Całe jej ciało wypełniło się słodkim oczekiwaniem. Powoli odwróciła się do Mitcha. 

- Mitch... - zaczęła bez większej nadziei na częściowy chociaż sukces. 

- Cicho - szepnął, patrząc jej głęboko w oczy. - Nic nie mów, dopóki nie skończę. 

Ma takie błękitne oczy jak niebo na Hawajach, pomyślała Britt. I taką ciemną, gładką 

skórę. Patrzyła, jak twarz Mitcha zbliża się do jej twarzy. Najpierw poczuła na wargach jego 

chłodne usta. Musnęły ją delikatnie, jak morska bryza. Raz, drugi, trzeci... Britt westchnęła i 

rozchyliła usta, a kiedy Mitch przywarł do nich wargami, mocno zacisnęła powieki. Płynęła w 

powietrzu,  unoszona  ciepłem  jego  ciała,  zapachem  jego  włosów  i  podniecającym  dotykiem 

całujących  ją  warg.  To  było  jak  fantastyczny  taniec,  jak  przejażdżka  balonem  albo  spływ 

background image

tratwą  po  wzburzonej  rzece.  Przysunęła  się  do  niego,  chciała  wtulić  się  w  jego  muskularne 

ciało, ale Mitch odsunął się od niej. 

-  Ale  ty  jesteś  namiętna  -  wyszeptał.  -  Nie  wolno  się  dotykać  poniżej  szyi. 

Zapomniałaś? Mamy się tylko całować. 

Britt  nie  zapomniała.  Westchnęła,  niezbyt  zadowolona  z  obowiązujących  w  tej  grze 

reguł. Musiała się jednak poddać władzy Mitcha. 

- Och - jęknęła Britt, kiedy Mitch wreszcie się od niej odsunął. 

-  Podobało  ci  się?  -  zapytał,  uśmiechając  się  do  niej.  Bardzo  powoli  wracał  do 

rzeczywistości. - Czy to było przyjemne? 

- Bardzo przyjemne - przyznała Britt, wpatrując się w niego rozmarzonymi oczami. - 

Naprawdę przyjemne. 

Mitch nagle spoważniał. Odgarnął opadający na czoło dziewczyny kosmyk włosów. 

- Bardzo się cieszę - powiedział cicho. - Mnie też było dobrze. 

Wstał i wyszedł z pokoju. Britt chciała się zerwać, pobiec za nim, zatrzymać go... Na 

szczęście w porę się opamiętała. Nie wygłupiła się, ale ciepło, którym napełnił ją pocałunek 

Mitcha, bardzo szybko się ulotniło. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

 

Wieczorem Britt usmażyła befsztyki z frytkami, a potem oboje z Mitchem bawili się z 

dziećmi,  karmili je  i  przewijali.  O  północy,  kiedy  Donna  i  Danni  zasnęły  na  dobre,  byli  tak 

wyczerpani, że dosłownie na nic nie mieli siły. Jak gradowa chmura zawisło nad nimi pytanie 

o to, kto gdzie będzie spał tej nocy. 

- Chyba pójdę do siebie - zaproponował Mitch. 

- Nie - zaprotestowała trochę zbyt pospiesznie Britt. - Nie wychodź. Mogłabym... To 

znaczy moglibyśmy... 

- Nie możemy spać razem, tak jak wczoraj. 

- Dlaczego? - zapytała z niewinną miną. 

-  Bo  nie.  -  Mitch  głośno  się  roześmiał.  -  Po  prostu  byłoby  to  dla  nas  zbyt 

niebezpieczne. 

On pewnie znów ma  rację, pomyślała.  Teraz już nic nie jest takie samo jak wczoraj. 

Osiągnęliśmy  nowy  stopień  porozumienia,  a  spanie  w  jednym  łóżku  mogłoby  wszystko 

zepsuć. 

A  jednak  chciała  go  mieć  blisko  siebie.  Potrzebowała  jego  siły  i  zupełnie  nie 

wiedziała, co zrobi, jeśli zostanie tu przez noc sama. 

- Mogę się przespać na kanapie - zaproponowała. - A ty możesz zająć moje łóżko. 

Wstała, zaczęła wyciągać koce, poduszki i układać je na kanapie. 

-  Za  nic  na  świecie  nie  zabiorę  ci  łóżka  -  zaprotestował  Mitch.  -  To  ja  będę  spał  na 

kanapie, a ty w swoim łóżku. I proszę ze mną nie dyskutować. 

Wspólnie rozłożyli pościel na kanapie i wreszcie oboje mogli się położyć. 

- Dobranoc - powiedziała Britt. Odwróciła się na pięcie, chcąc wyjść do sypialni. 

- Dobranoc - odrzekł Mitch. Podszedł do dziewczyny i bardzo delikatnie pocałował ją 

w usta. 

To  był  tylko  przyjacielski  pocałunek,  tłumaczył  sobie  potem,  kiedy  już  leżał  sam  w 

ciemnym  pokoju.  Nie  wolno  mi  się  w  nic  angażować.  Więcej  luzu,  bracie,  bo  inaczej 

wszystko przepadnie. 

Właściwie  sam  nie  bardzo  wiedział,  co  mianowicie  miałoby  mu  przepaść.  Zresztą 

wolał  się  nad  tym  zbytnio  nie  zastanawiać.  Myślał  o  Britt  i  o  tym,  jak  przyjemnie  się  ją 

całowało. Z początku się broniła, przypomniał sobie, ale kiedy się wreszcie poddała, a potem 

nawet  zapomniała,  okazało  się,  że  ta  dziewczyna  kryje  w  sobie  niewyczerpane  pokłady 

background image

namiętności.  Pokazałem  jej,  jak  można  się  całować,  a  ona  od  razu  chciała  więcej.  Kiedyś 

będzie z niej wspaniała żona. Szczęśliwy facet, którego wybierze. Był absolutnie pewien, że 

Britt jego nie weźmie nawet pod uwagę. 

 

Bliźniaczki  obudziły  się  o  czwartej.  Tych  kilka  godzin  snu  wystarczyło,  żeby  Britt  i 

Mitch  poczuli  się  jak  nowo  narodzeni.  Nakarmili  dzieci  i  sami  także  wypili  po  szklance 

mleka, po czym prędko wrócili do łóżek. Obudziło ich dopiero szczebiotanie niemowląt. Ale 

wtedy była już ósma. 

- Wciąż się czegoś uczymy - powiedział Mitch, który jak doświadczony ojciec szybko 

i sprawnie zmieniał Donnie pieluchę. - Teraz dopiero przekonałem się, że jeśli człowiek ma 

małe dzieci, to całe swoje życie musi dostosować do ich potrzeb. 

- Dlatego właśnie matki takich maluchów nie mogą pracować. Niemowlęta potrzebują 

matki. 

-  Ojca  też  -  przypomniał  jej  Mitch.  -  No  to  jak,  dziewczyny?  Macie  ochotę  na 

śniadanko? - Tryumfalnie podniósł do  góry dwie butelki z ciepłym mlekiem. - Szef kuchni, 

Mitchell Caine, poleca najwspanialsze na świecie mleko. Proszę usiąść i przygotować się do 

jedzenia. 

Mitch  się  wygłupiał,  a  Britt  pokładała  się  ze  śmiechu.  A  potem  usiedli,  każde  z 

niemowlęciem na ręku, i wtedy dziewczynie zrobiło się smutno. 

Został  nam  tylko  jeden  dzień,  pomyślała.  Jutro  ktoś  zabierze  dziewczynki,  a  my 

będziemy musieli wrócić do swoich codziennych zajęć. I tak miałam dużo szczęścia. Prawie 

trzy dni szczęścia. 

Spojrzała  na  Mitcha,  a  on  się  do  niej  uśmiechnął.  Serce  podeszło  Britt  do  gardła,  na 

policzki  wypłynął  rumieniec.  Pochyliła  się  nad  dzieckiem  w  nadziei,  że  Mitch  nie  zdążył 

dostrzec  jej  niecodziennej  reakcji.  Nie  mogła  przestać  o  nim  myśleć.  Był  przecież  częścią 

wydarzeń  kilkudziesięciu  ostatnich  godzin.  Częścią  tak  istotną,  że  nie  mogła  myśleć  o 

dzieciach,  nie  myśląc  jednocześnie  o  Mitchu.  Dzięki  niemu  opieka  nad  dwójką  niemowląt 

stała się nie tylko możliwa, ale także bardzo przyjemna. A nawet więcej... 

Czy  ja  się  aby  nie  zakochałam?  Britt  po  raz  pierwszy  w  życiu  postawiła  sobie  to 

zasadnicze  pytanie.  Nigdy  o  żadnym  mężczyźnie  nie  myślałam  tak,  jak  myślę  o  Mitchu. 

Nigdy  do  nikogo  nie  czułam  tego,  co  do  niego  czuję.  Nigdy  nie  pragnęłam,  żeby  mnie 

całowano czy dotykano. Ale czy tak właśnie wygląda miłość? Zresztą to w końcu i tak nie ma 

żadnego znaczenia, Britt próbowała odzyskać utracony rozsądek. Mitch wkrótce stąd zniknie. 

Oboje dobrze o tym wiemy. Dlatego wszystko to, co do niego czuję, powinno pozostać moją 

background image

tajemnicą.  Nie  znam  nic  bardziej  obrzydliwego  niż  chora  z  miłości  kobieta,  marząca  o 

mężczyźnie,  który  nawet  przez  chwilę  się  nią  nie  interesował.  Nie  mogę  sobie  pozwolić  na 

takie mazgajstwo. 

Danni  wypiła  mleczko  i  uśmiechnęła  się  do  Britt.  Dziewczyna  odpowiedziała 

maleństwu czułym uśmiechem, potem położyła sobie dziecko na ramieniu i delikatnie klepała 

je w plecki, aż wreszcie małej się odbiło. 

Britt  głośno  się  roześmiała.  Położyła  dziewczynkę  na  rozłożonym  w  salonie  kocu, 

pobiegła do sypialni i przyniosła stamtąd kupione poprzedniego dnia ubranka. 

- Co robisz? - zapytał Mitch, kładąc Donnę na kocu obok siostry. 

- Przebiorę je w sukienki - odrzekła rozpromieniona Britt. - Żółta dla Danni, a różowa 

dla Donny. Panienki idą do szkółki niedzielnej. 

- Oszalałaś? 

-  Nie  denerwuj  się.  Nigdzie  ich  nie  zabieram.  Zrobimy  sobie  szkółkę  niedzielną  w 

domu. Kilka piosenek, króciutka modlitwa i na tym koniec. - Britt z dumą patrzyła na ślicznie 

ubrane  dziewczynki.  -  Chciałam  tylko  wykorzystać  okazję  włożenia  im  najlepszych 

niedzielnych sukienek - tłumaczyła się. 

- Dobrze, że chociaż udało mi się wyperswadować ci kupno bucików - mruknął Mitch. 

Był prawie tak samo wzruszony jak Britt, tylko nie chciał się do tego przyznać. 

-  Niestety.  Gdyby  nie  brak  butów,  małe  wyglądałyby  jak  z  obrazka.  Na  szczęście 

mamy chociaż skarpetki. 

-  Dobre  i  skarpetki.  Szczególnie  kiedy  człowiekowi  nawet  nie  śniło  się  jeszcze  o 

chodzeniu - roześmiał się Mitch. 

- Czy mógłbyś mi podać aparat? - poprosiła Britt. - Położyłam go na stole w jadalni. 

Podciągnęła  dziewczynkom  skarpetki,  poprawiła  falbanki  przy  sukienkach  i  kiedy 

Mitch  wrócił  z  aparatem,  panienki  były  gotowe  do  zdjęcia.  Oboje  fotografowali  się  z 

bliźniaczkami,  aż  dzieciom  w  końcu  znudziła  się  ta  zabawa  i  zaczęły  marudzić.  Wtedy 

przewinęli je, uśpili i ułożyli w łóżeczkach. 

-  To  wspaniale,  że  obie  natychmiast  zasypiają  -  szepnęła  Britt,  patrząc  na  śpiące 

maleństwa. - Byłoby cudownie, gdyby udawało się to za każdym razem. 

Humor wyraźnie jej się popsuł, kiedy weszła do salonu i ujrzała panujący tam bałagan. 

Jej nieskazitelnie czyste, uporządkowane dotąd mieszkanie przedstawiało teraz obraz nędzy i 

rozpaczy. Wszędzie poniewierały się butelki, kocyki, grzechotki i różnego rodzaju śmiecie. 

- Ależ tu śmietnik - westchnęła Britt. - Zaraz to wszystko posprzątam. 

-  Nie  posprzątasz.  -  Mitch  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Kto  ma  dzieci,  ten  ma  bałagan. 

background image

Musisz  się  do  tego  przyzwyczaić,  moja  droga.  Teraz  trochę  odpocznij.  Powinnaś  nabrać  sił 

przed  następną  turą  zajmowania  się  tymi  ślicznymi  aniołkami.  Usiądź  sobie  wygodnie, 

rozluźnij się i na chwilę przestań myśleć o głupstwach. 

-  Niech  i  tak  będzie  -  zgodziła  się  Britt.  Bez  oporu  dała  się  posadzić  na  kanapie.  A 

kiedy  Mitch  usiadł  obok  niej  i  położył  rękę  na  oparciu  kanapy  tak,  że  palcami  dotykał 

ramienia dziewczyny, poczuła się po prostu wspaniale. 

-  Britt  -  odezwał  się  Mitch.  -  Właśnie  do  mnie  dotarło,  że  zmusiłaś  mnie,  abym  ci 

opowiedział o swoim dzieciństwie, a sama ani słowem nie wspomniałaś o swoim. 

-  Rzadko  rozmawiam  z  kimkolwiek  na  ten  temat  -  wyjąkała  Britt.  Natychmiast 

pożałowała,  że  nie  zabrała  się  jednak  do  sprzątania.  -  Wiesz,  naprawdę  muszę  zlikwidować 

ten bałagan. Poza tym nie jedliśmy jeszcze śniadania. 

Mitch  nie  od  parady  przez  wiele  lat  pracował  jako  detektyw.  Doskonale  potrafił 

poznać,  kiedy  delikwent  próbuje  coś  przed  nim  ukryć.  Od  niechcenia  objął  dziewczynę 

ramieniem, aby w razie potrzeby móc ją przytrzymać na miejscu. 

- Śniadanie może poczekać - powiedział. - Musimy chwilę odpocząć po szaleństwach 

z maluchami. Nie zaszkodziłoby też trochę ze sobą porozmawiać. Co ty na to? 

Britt bez przekonania skinęła głową. Jak ognia bała się tego, co miało teraz nastąpić. 

-  No  dobrze,  zacznijmy  od  początku  -  zaproponował  Mitch.  -  Najpierw  powiedz  mi, 

gdzie się urodziłaś. 

-  Tutaj.  W  Honolulu  -  mruknęła  jak  dziecko,  które  niechętnie  przyznaje  się  do 

popełnionego przewinienia. 

- Kiedy? 

- Mniej więcej dwadzieścia osiem lat temu. - Tym razem mówiła trochę głośniej. 

- Więc jesteś starsza, niż przypuszczałem. 

- Ale i tak młodsza od ciebie. - Wreszcie na niego popatrzyła.  Zdobyła się nawet na 

coś w rodzaju uśmiechu. 

- Jak ma na imię twoja mama? - wypytywał Mitch. 

- Su... Su... Suzanne - wyjąkała Britt, przeklinając się w duchu za brak opanowania. 

Mitch wziął ją za rękę, jakby w ten sposób chciał dodać dziewczynie odwagi, pomóc 

jej  przebrnąć  przez  trudną  rozmowę,  która  miała  szansę  rozładować  tłumione  całymi  latami 

frustracje. 

- A tata? 

- Tom. 

- Masz rodzeństwo? 

background image

- Nie. 

- Gdzie mieszkają twoi rodzice? 

- Nie żyją. 

Te słowa uderzyły Mitcha jak celnie wymierzony policzek. Omal nie jęknął. Nie miał 

pojęcia, że Britt jest sierotą. Pożałował, że zaczął tę rozmowę, i rozważał nawet, czy nie lepiej 

byłoby  się  wycofać.  Szybko  zrezygnował  z  tego  pomysłu.  Instynkt  podpowiedział  mu,  że 

Britt wreszcie komuś powinna się zwierzyć. 

- Przykro mi - powiedział. - Kiedy zmarli? 

Britt  nie  mogła  wydusić  z  siebie  ani  słowa.  Zupełnie  tak,  jakby  jakaś  wielka  kula 

utkwiła  jej  w  gardle.  Doskonale  zdawała  sobie  sprawę  z  bezsensowności  swoich  reakcji.  W 

końcu  od  śmierci  rodziców  minęło  bardzo  wiele  lat  i  wspomnienie  tego  wydarzenia  nie 

powinno  sprawiać  jej  takiego  bólu,  jakby  stało  się  to  dopiero  wczoraj.  Nie  chciała  w  ogóle 

myśleć o wydarzeniach sprzed lat, a tym bardziej opowiadać o nich obcym ludziom. Patrzenie 

w przeszłość było dla niej czymś takim jak zaglądanie do jaskini. Czuło się zimny, piwniczny 

powiew,  było  strasznie  ciemno  i  nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie  odważyłby  się  wejść  do 

środka. 

- Byłam  wtedy mała. -  Udało jej się wreszcie wydusić z siebie kilka słów. - Miałam 

pięć lat. 

-  Pięć  lat!  -  Mitchowi  dreszcz  przeszedł  po  plecach.  Wyobraził  sobie  małą 

dziewczynkę,  zupełnie  samą  na  świecie,  przerażoną,  zrozpaczoną  i  opuszczoną.  Przytulił 

Britt, jakby ciepłem swego ciała chciał ogrzać tamto samotne dziecko. 

- Tak mi przykro - wyszeptał. Pochylił się i pocałował dziewczynę w czoło. 

Britt z całych sił zacisnęła powieki. Nie chciała płakać. Nie, nie uronię ani jednej łzy, 

postanowiła. Jestem już za stara na takie wygłupy. Muszę się zachowywać jak dorosła osoba. 

Postępowanie Mitcha było tak naturalne, że dziewczynie trudno było się oprzeć uczuciu, jakie 

rodziła  w  niej  bliskość  tego  mężczyzny.  Pragnęła  przytulić  się  do  niego,  pozwolić,  żeby  ją 

pocieszył, żeby ją całował. To pragnienie także musiała od siebie odsunąć. Tak samo jak ból 

przeżytej przed laty tragedii. 

-  Mam  strasznie  dużo  roboty  -  mruknęła,  wstając  z  kanapy.  -  Przygotuję  śniadanie. 

Nawet nie wiem, co mam w lodówce. 

- Mam dla ciebie propozycję - Mitch poszedł za nią do kuchni. - Ja zrobię śniadanie, a 

ty przez ten czas posprzątasz pokój. Zgoda? 

Britt  chętnie  przystała  na  ten  podział  obowiązków.  Kilka  minut  później  pokój  był 

wysprzątany,  jakby  nigdy  nie  przebywały  tam  żadne  dzieci,  a  Britt  i  Mitch  zasiedli  nad 

background image

talerzem  gorących  naleśników  z  dżemem.  Były  puszyste  i  bardzo  smaczne.  Mitch  ani  na 

chwilę  nie  przestawał  żartować,  więc  zanim  dziewczynki  się  obudziły,  oboje  znów  byli  w 

bardzo dobrych humorach. 

- Cześć, ślicznotki - powitał niemowlęta Mitch. - Jak wam się spało? 

Wyjął  z  łóżeczka  Danni  i  podał  ją  Britt,  sam  zaś  zajął  się  Donną.  Maleństwa 

uśmiechały  się  na  sam  dźwięk  jego  głosu.  Britt  nie  mogła  się  nadziwić,  dlaczego  obie 

dziewczynki  tak  bardzo  go  lubią.  Kiedy  ona  brała  je  na  ręce,  dzieci  tuliły  się  do  niej  i 

natychmiast się uspokajały, ale kiedy widziały Mitcha, śmiały się radośnie. 

- To twoja woda kolońska tak na nie działa - zażartowała Britt. - Albo wysyłasz jakieś 

tajemnicze fale, których ja nie odbieram. 

-  Ani  woda  kolońska,  ani  fale,  tylko  moja  bogata  osobowość.  Jestem  wspaniałym 

facetem. Przyjmij to wreszcie do wiadomości, dziewczyno. 

Położyli dzieci na kocu, wśród rozłożonych zabawek, i przyglądali się, jak maleństwa 

wyciągają po nie rączki. 

- Nie sądzisz, że one są teraz bardziej aktywne, niż były w piątek? - zapytała Britt. - 

Zobacz, jak się rozglądają. Na początku tego nie robiły. 

Mitch  zgodził  się  z  nią  i  zachował  dla  siebie  wszystkie  wątpliwości.  Poważnie  się 

obawiał,  że  dzieci  Janine  mogły  być  narażone  na  działanie  narkotyków.  Z  tego  też  powodu 

należało Donnę i Danni jak najprędzej poddać badaniom. 

Poszedł do swojego mieszkania. Musiał się przebrać. Chciał też przesłuchać nagrane 

na sekretarkę rozmowy. Światełko w automacie migało, co znaczyło, że podczas nieobecności 

Mitcha ktoś do niego dzwonił. Przewinął taśmę i włączył odtwarzanie. Najpierw dzwonił jego 

przyjaciel,  Nick.  Miał  pretensje,  że  Mitch  znów nawalił  i  nie  przyszedł  na  umówioną  partię 

tenisa.  Potem  odezwała  się  Chenille.  Słodziutkim  głosem  małej  dziewczynki  pytała,  kiedy 

Mitch wreszcie do niej zadzwoni. Na końcu nagrał się Jerry z policji. 

- Cześć, Caine. Pomyślałem, że może chciałbyś wpaść do mnie na chwilę. Mam nowe 

informacje  o  tym  śmieciu,  którego  danych  szukałeś  w  moim  komputerze.  Zajrzyj  do  mnie, 

jeśli  jeszcze  cię  ten  facet  obchodzi.  Mam  dyżur  w  niedzielę.  Widzisz,  pieniądze  z  twoich 

podatków nie idą na marne. 

Ten  śmieć,  o  którym  mówił  Jerry,  nie  mógł  być  nikim  innym,  jak  tylko  Sonnym. 

Mitch  spojrzał  na  zegarek.  Dochodziła  dwunasta.  Gdyby  się  pospieszył,  mógłby  zdążyć  na 

komisariat  jeszcze  przed  przerwą  obiadową.  Wypadł  z  domu  jak  bomba.  Zajrzał  jeszcze  do 

Britt, żeby powiedzieć jej, dokąd i dlaczego natychmiast musi wyjść. 

-  Odezwała  się  moja  wtyczka  w  policji  -  powiedział,  jak  gdyby  nie  stało  się  nic 

background image

ważnego. - Ma dla mnie nowe wiadomości. Zajrzę tam i sprawdzę, czy do czegoś nam się one 

przydadzą. 

- Znaleźli Janine? 

- Nie wiem. Muszę tam pojechać, żeby się czegoś dowiedzieć. Wrócę tak szybko, jak 

się da. - Pogłaskał Britt po policzku. - Do zobaczenia. 

Britt z bijącym sercem wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknął Mitchell. Czuła, że 

coś  ważnego  się  zdarzyło.  Miała  nadzieję,  że  nie  stało  się  nic złego,  chociaż  doświadczenie 

życiowe  podpowiadało  jej,  że  należy  się  spodziewać  najgorszego.  Spojrzała  na  dzieci  i 

natychmiast  znów  się  uśmiechnęła.  To  było  silniejsze  od  niej.  Dwie  maleńkie  dziewczynki 

wywoływały  w  Britt  uczucia,  o  które  ona  sama  nigdy  siebie  nie  podejrzewała.  Usiadła  na 

podłodze. Po kolei pokazywała maleństwom grzechotkę i obserwowała, jak reagują na widok 

zabawki.  Donna  była  pogodna  i  chętna  do  zabawy.  Natychmiast  wyciągała  rączki  po 

grzechotkę.  Danni  wykazywała  więcej  rozwagi.  Musiała  się  najpierw  przyjrzeć  zabawce, 

zanim zdecydowała, czy warto po nią sięgnąć. 

- Jesteście takie milutkie. Obydwie - wdzięczyła się do nich Britt. - Strasznie żałuję, że 

nie możemy być razem. 

Przeraziła się wypowiedzianych głośno słów. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, 

że  od  dawna  myśli  o  zatrzymaniu  niemowląt.  Bardzo  pragnęła  z  nimi  zostać,  chociaż 

wiedziała, że to niemożliwe. Dzieci miały przecież rodziców. Nie mogła zrozumieć, jak to się 

stało,  że  w  ogóle  dopuściła  do  siebie  taką  szaloną  myśl.  Zupełnie  nieświadomie  stworzyła 

sobie w marzeniach rodzinny dom. 

Może jednak uda mi się nie stracić z dziewczynkami kontaktu, myślała. Kiedy Janine 

wróci i zobaczy, jak dobrze opiekowałam się jej dziećmi to... To co? Odda swoje dzieci obcej 

osobie? Daj sobie spokój, Britt. Bądź realistką. Nikt tak po prostu nie oddaje własnych dzieci 

w obce ręce. Nie, oczywiście, że nie. Ale mogłabym pomagać Janine. Finansowo i w ogóle. 

Zaprzyjaźniłybyśmy się i może nawet mogłybyśmy zamieszkać razem. Chociaż na jakiś czas. 

Dopóki  ona  nie  stanęłaby  mocno  na  nogach.  Może,  może,  może...  Morze  jest  szerokie  i 

głębokie. Najlepiej od razu skończyć z tymi głupimi spekulacjami, wziąć się w garść i wrócić 

do rzeczywistości. 

Na  pewno  wszystko  dobrze  się  ułoży,  zapewniała  samą  siebie  Britt.  Kiedy  zjawi  się 

Janine, trzeba będzie jej oddać dzieci. I zachować się jak dorosła osoba. Nie będzie to wcale 

łatwe,  ale  w  końcu  nic  w  życiu  łatwo  nie  przychodzi.  Nie  ma  się  co  nad  sobą  rozczulać. 

Zostało mi jeszcze trochę czasu, żeby nacieszyć się maluchami. 

Nie zdążyła się nimi nacieszyć, bo w tej chwili ktoś zadzwonił do drzwi i Britt musiała 

background image

oderwać się od dzieci, aby wpuścić gościa. 

- Cześć, Britt - przywitał się Gary, rozglądając się podejrzliwie po mieszkaniu. - Gdzie 

jest ten typ? 

- Nie ma go. - Określenie „ten typ” wcale się Britt nie spodobało, nie chciała jednak 

wdawać się w niepotrzebne dyskusje. - Możesz wejść. 

- To doskonale ucieszył się Gary i już bez obaw wszedł do środka. - Miałem nadzieję, 

że zastanę cię samą. Musimy porozmawiać. 

- Słucham cię - Britt nie była ciekawa jego rewelacji. 

-  Musimy  poważnie  porozmawiać.  -  Gary  wciąż  się  rozglądał,  jakby  nie  do  końca 

wierzył  słowom  Britt.  Usiadł  na  kanapie  dopiero  wtedy,  kiedy  na  dobre  upewnił  się,  że 

Mitcha  nie  ma  w  jej  mieszkaniu.  -  Posłuchaj  mnie,  kochanie.  To  nie  jest  odpowiedni  dla 

ciebie  mężczyzna.  Omotał  cię  jak  jałówkę  na  rodeo.  Zupełnie  nie  wiesz,  co  robisz. 

Całkowicie cię zauroczył. 

- Nikt mnie nie zauroczył - odrzekła Britt, siadając na podłodze obok niemowląt. 

-  Ależ  tak.  Widać  to  gołym  okiem.  Jesteś  w  niego  zapatrzona  jak  lunatyczka  w 

księżyc. 

- Nie jestem. 

- Chcesz powiedzieć, że się mylę. 

- Daj spokój, Gary. - Britt w końcu się roześmiała. - Naprawdę nie musisz się o mnie 

martwić. Doskonale sama sobie poradzę. 

- A więc przyznajesz, że straciłaś dla niego głowę? 

- Tego nie powiedziałam. Chociaż to miło z twojej strony, że tak się o mnie martwisz. 

- Jest jeszcze jeden problem. Dlaczego te dzieci wciąż jeszcze są u ciebie? Gdzie się 

podziali ich rodzice? Musisz się nimi opiekować do jutra? Dobrze zrozumiałem? 

-  Tak.  -  Britt  nie  miała  zamiaru  wtajemniczać  go  w  sprawy  bliźniaczek.  - 

Prawdopodobnie jutro zostaną zabrane. 

Gary  zrobił  taką  minę,  jakby  chciał  powiedzieć,  że  uważa  Britt  za  osobę  niespełna 

rozumu. Nic jednak nie powiedział, tylko usiadł na dywanie i podniósł do góry Danni. Chwilę 

z nią rozmawiał, a potem przytulił maleństwo do siebie. 

-  Takie  małe  dzieci  bardzo  prędko  przywiązują  się  do  opiekunów  -  powiedział.  - 

Mogło się nawet zdarzyć, że już uważają cię za swoją matkę. 

-  Tak  myślisz?  -  zapytała  Britt  z  udaną  obojętnością,  chociaż  serce  o  mały  włos  nie 

wyskoczyło jej z piersi. 

-  Niemowlęta  potrzebują  miłości.  Trzeba  je  jak  najczęściej  przytulać  -  mówił  Gary, 

background image

kołysząc Danni i uśmiechając się do niej. 

- Skąd ty to wszystko wiesz? - zapytała Britt. 

-  Wychowałem  się  w  wielodzietnej  rodzinie.  Mama  bez  przerwy  rodziła  dzieci. 

Zresztą moja siostra robi dokładnie to samo. Co roku... - Gary uśmiechnął się smutno. - Nie 

każdemu  o  tym  mówię,  ale  miałem  zamiar  studiować  pedagogikę.  Chciałem  pracować  z 

dziećmi. Potem mi to przeszło, ale i tak na studiach dorabiałem sobie, opiekując się dziećmi 

w domu małego dziecka. 

- Założę się, że znakomicie sobie radziłeś - roześmiała się Britt. 

-  Nie  najgorzej.  -  Gary  położył  Danni  z  powrotem  na  kocu.  -  Britt,  ja  mówiłem 

poważnie. Temu twojemu sąsiadowi źle z oczu patrzy. Nie można mu ufać. 

- Gary... 

-  Nie  przerywaj,  tylko  słuchaj,  co  mam  ci  do  powiedzenia.  Moim  obowiązkiem  jest 

ostrzec cię przed nim. Znam ten typ mężczyzn. Wierz mi. 

On ma, oczywiście, rację, pomyślała Britt i uśmiechnęła się do swoich myśli. Przecież 

sama widzę, że Mitch nie jest mężczyzną, który mógłby poważnie o mnie myśleć. Nie mam 

co do tego złudzeń. 

- Chyba jednak trochę przesadzasz - powiedziała. 

- Nie chciałbym, żeby spotkał cię zawód. A gdybyś zdecydowała się wyjść za niego za 

mąż... 

- Ja nie wyjdę za mąż. Za nikogo - ucięła Britt. 

- Za mnie też nie? - zapytał Gary, patrząc jej prosto w oczy. 

- Za ciebie? 

- Mówię poważnie, Britt. Wiesz chyba, jak bardzo cię szanuję. Nie mogę pozwolić na 

to, żebyś wpadła w tarapaty. Zrobię wszystko, żeby do tego nie dopuścić. 

Słodki  facet,  pomyślała  z  przekąsem  Britt.  Proponuje  mi  małżeństwo  z  litości.  To 

niebywałe. Wyśmiałabym go, gdyby nie traktował siebie i swojej propozycji z taką śmiertelną 

powagą. 

Britt zastanawiała się nad jakąś rozsądną odpowiedzią. Musiała odrzucić nonsensowną 

propozycję  Gary'ego,  ale  chciała  to  zrobić  delikatnie,  żeby  go  nie  zranić.  Zanim  jednak 

zdołała cokolwiek wymyślić, Gary ją pocałował. Nigdy wcześniej nawet nie próbował czegoś 

podobnego  i  Britt  zupełnie  się  tego  po  nim  nie  spodziewała.  Bez  wątpienia  włożył  w  ten 

pocałunek dużo serca, a mimo to czegoś w nim brakowało. 

Przynajmniej  jedno  jest  dla  mnie  jasne,  pomyślała  Britt,  czekając  z  rosnącym 

zniecierpliwieniem  na  zakończenie  tego  niezbyt  miłego  doświadczenia.  To,  co  odczuwam 

background image

będąc z Mitchem, nie jest tylko zwykłym pociągiem seksualnym. To Mitch, jego osobowość i 

sposób bycia sprawiają, że drżę i pragnę, żeby zawsze był blisko mnie. 

Gary wreszcie zrozumiał, że nic nie wskóra. Odsunął się od Britt, a ona uśmiechnęła 

się i poklepała go po ramieniu. 

- Idź już lepiej, Gary - powiedziała. 

-  Dobrze,  pójdę.  -  Gary  z  ociąganiem  podniósł  się  z  podłogi.  -  Ale  pamiętaj,  mała, 

uważaj  na  to,  co  robisz.  I  wiedz,  że  zawsze  możesz  na  mnie  liczyć.  Gdybyś  czegoś 

potrzebowała, po prostu zadzwoń. 

- Dzięki, Gary. 

- Wystarczy, że zadzwonisz... 

- Do widzenia. 

Britt  zamknęła  drzwi  za  Garym  i  natychmiast  wróciła  do  dzieci.  Zbliżała  się  pora 

karmienia. Jeśli Mitch zaraz nie wróci, będę sobie musiała sama z tym poradzić, pomyślała. 

Podgrzanie dwóch butelek mleka to fraszka, ale nakarmienie i przewinięcie dwójki niemowląt 

w tym samym czasie może się okazać trudnym zadaniem. 

W tej chwili czuła się tak, jak gdyby zdolna była podołać każdemu wyzwaniu. 

 

Mitch wszedł do mieszkania powoli, rozglądając się, jakby znalazł się w tym miejscu 

po  raz  pierwszy  w  życiu.  Słyszał  krzątającą  się  w  sąsiednim  pokoju  Britt,  ale  zamiast  jej 

pomóc, usiadł na kanapie i czekał. Nie trwało to długo. Chwilę później Britt jak burza wpadła 

do pokoju. 

- Och, już wróciłeś? - zdziwiła się. - Nie słyszałam, kiedy wszedłeś. 

- Nie chciałem ci przeszkadzać. - Mitch uśmiechnął się do niej. 

- Dowiedziałeś się czegoś o Sonnym i Janine? - zapytała jak gdyby nigdy nic, chociaż 

natychmiast zauważyła, że Mitch jest dziwnie ponury. - Mam nadzieję, że żadne z nich nigdy 

się  tu  nie  pojawi.  Nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  ile  radości  dają  mi  te  dzieci.  Nie  wiem,  czy 

byłabym w stanie oddać je komukolwiek. 

Mitch  z  rosnącym  zdziwieniem  przyglądał  się  sąsiadce.  Była  radosna  i  promieniała 

szczęściem jak nigdy dotąd. Wyglądała przepięknie, tak pięknie, że aż trudno mu było na nią 

patrzeć. 

- Powiedz mi, co cię tak bardzo ucieszyło - poprosił, biorąc ją za rękę. 

-  Te  dwa  małe  łobuziaki  -  Britt  uśmiechnęła  się  do  niego.  -  Są  po  prostu  cudowne. 

Wiesz, Gary wpadł tu na chwilę. 

- Po co? - najeżył się Mitch. - Chciał cię porwać? 

background image

- Nie przesadzaj! Po co miałby to robić? 

- Bo on cię pożąda. Nie zauważyłaś tego, kobieto? 

- Nie wygłupiaj się. 

- A ty nie udawaj naiwnej. 

- Jesteś rozdrażniony - stwierdziła Britt. - To wcale do ciebie niepodobne. 

- Skąd możesz wiedzieć, co jest do mnie podobne, a co nie? Czy ty w ogóle cokolwiek 

o mnie wiesz, Britt? 

- Co się stało, Mitch? 

- Sonny i Janine... - popatrzył na nią ponuro. - Oboje nie żyją. 

- Coś ty powiedział? 

- Powiedziałem, że oboje nie żyją. Jakoś się w końcu znaleźli. Uciekali przed policją. 

Samochód rozbił się o barierę mostu. Zginęli na miejscu. 

- Zginęli - powtórzyła jak echo Britt. 

- Zginęli - potwierdził Mitch. - I ten fakt wszystko zmienia. 

-  Donna  i  Danni  zostały  sierotami  -  chlipała  Britt.  Łzy  jak  groch  spływały  jej  po 

policzkach. - Moje biedne, kochane maleństwa. 

- Policja poszukuje rodzin Sonny'ego i Janine - powiedział Mitch podejrzanie grubym 

głosem. - Skontaktuję się z Jerrym. Sprawdzę, czy kogoś znaleźli. Jutro rano musimy zawieźć 

dziewczynki na posterunek. 

- Co ty powiedziałeś? 

- Musimy zawieźć Donnę i Danni na posterunek. W tej chwili trwają poszukiwania ich 

najbliższych krewnych. 

- Chyba im nie powiedziałeś?... - Britt chwyciła Mitcha za ramię. 

-  Nie  bój  się.  Nikomu  nic  nie  mówiłem,  chociaż  to  i  tak  nie  ma  żadnego  znaczenia. 

Rano musimy zawieźć dzieci na policję. Czy tego chcemy, czy nie. 

-  Tak,  tak  oczywiście  -  potwierdziła  Britt,  chociaż  od  razu  było  widać,  że  myśli  o 

czymś zupełnie innym. 

-  Britt.  -  Mitch  zmusił  ją,  żeby  na  niego  spojrzała.  -  Posłuchaj  mnie,  Britt...  Oni  na 

pewno kogoś znajdą. Jakiegoś wujka albo ciotkę, albo chociaż dziadków. Będziemy musieli 

oddać im dzieci. 

- Rozumiem. Przecież nie jestem idiotką. 

Istotnie, nie miała żadnych problemów z głową,  za to serce przysparzało  jej nie lada 

kłopotów. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

Mitch wrócił do domu nad ranem. Znów był na posterunku. Właściwie nie spodziewał 

się zastać Britt. Przypuszczał, że zabrała dzieci i gdzieś z nimi uciekła, chociaż, oczywiście, 

nie  byłoby  to  najmądrzejsze  posuniecie.  Doszedł  do  wniosku,  że  to  chyba  on  oszalał,  skoro 

przychodzą mu do głowy takie głupie pomysły. 

Stanął  koło  łóżka  i  obserwował  śpiącą  dziewczynę.  Oddychała  równo,  spokojnie, 

jakby nie dręczyły jej żadne obawy i lęki. Nie chciał jej budzić. Wyszedł z sypialni i położył 

się  na  kanapie,  ale  nie  mógł  zasnąć.  Myślał  o  swoim  ojcu  i  o  tamtym  koszmarnym  dniu,  w 

którym powiedziano mu, że tata nie żyje. Potem przypomniał sobie jeszcze inny dzień, pięć 

lat później, kiedy to samo powiedziano mu o matce. Na samą myśl o tym jeszcze dziś robiło 

mu  się  smutno.  Mimo  że  był  już  całkiem  dorosły,  wciąż  nie  opuszczało  go  tamto  dziecięce 

przekonanie,  że  los  obszedł  się  z  nim  wyjątkowo  niesprawiedliwie.  Chociaż,  mówiąc 

uczciwie,  Mitch  i  tak  miał  szczęście.  Stracił  rodziców,  ale  pozostała  mu  duża,  kochająca 

rodzina. Siostra, dwóch braci, mnóstwo wujków, ciotek i kuzynów. Wszyscy starali się o to, 

żeby życie osieroconych dzieci nie stało się tragedią. 

Ja  jednak  znałem  i  mamę,  i  tatę,  myślał.  A  te  dwa  maleństwa  nie  mają  nikogo.  Co 

zapamiętają  z  dzieciństwa?  Co  najwyżej  kilka  paskudnych  historii  o  swoich  rodzicach, 

których nigdy nie powinny usłyszeć. Ale to życie bywa okrutne. 

Życie  niewątpliwie  było  okrutne,  a  na  domiar  złego  sen  także  nie  chciał  przyjść.  W 

końcu jednak Mitch zasnął, bo kiedy znów otworzył oczy, był już ranek. 

- No i co? - zapytała Britt. - Znaleźli się jacyś krewni dziewczynek? 

-  Dzień  dobry.  -  Mitch  przetarł  zaspane  oczy.  Bardzo  się  zdziwił,  kiedy  Britt  go 

pocałowała. Była spokojna i pewna siebie, jakby zupełnie odmieniona. 

- Wezmę sobie dzisiaj wolny dzień - powiedział. - Jedno z nas musi zawieźć dzieci... 

- Już to zrobiłam - przerwała mu Britt. - Jeszcze wieczorem zadzwoniłam do Gary'ego. 

Mitch skinął głową. Coś mu się tu wydawało podejrzane, nie potrafił tylko ustalić, co 

to takiego. 

- No to jak, znaleźli jakichś krewnych, czy nie znaleźli? - powtórzyła pytanie. 

- Nie znaleźli. Jerry jeszcze dzisiaj będzie prowadził poszukiwania, chociaż wygląda 

na to, że ani Sonny, ani Janine nie mieli nikogo oprócz siebie i bliźniaczek. Policji udało się 

odnaleźć jakichś ich przyjaciół, ale oni także nie słyszeli o żadnej rodzinie. Sądzę nawet, że 

nikt nie wie o istnieniu Donny i Danni. 

background image

- Ciekawe - mruknęła Britt. - Bardzo ciekawe. 

- Powiedz mi, Britt - Mitch usiadł na kanapie - co ty kombinujesz? 

- Kto, ja? - Britt wyglądała jak chodząca niewinność. - Nic nie kombinuję. Zrobić ci 

śniadanie? 

Mitch  nie  miał  ochoty  na  śniadanie.  Za  to  brała  go  coraz  większa  ochota  na  Britt. 

Pomysł z kobietą - przyjacielem spalił na panewce. Nie dało się tego dłużej ukrywać. Każdy 

gest  Britt  działał  na  niego  jak  jawne  zaproszenie.  To,  jak  chodziła,  jak  wyglądała,  jak  była 

ubrana... Dosłownie wszystko go podniecało. O mało nie oszalał. Poszedł za dziewczyną do 

kuchni. 

Odsunął  ją  od  stołu,  przy  którym  robiła  kanapki,  przytulił  do  siebie  i  bardzo  mocno 

pocałował.  Britt  jakby  tylko  na  to  czekała.  Stanęła  na  palcach,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i 

także go pocałowała. Tulili się do siebie. Oboje już wiedzieli, że chcą dokładnie tego samego. 

Mitch z trudem oderwał się od dziewczyny. Potrząsał głową, jakby ten sposób ułatwiał 

mu osiągnięcie jasności umysłu. 

-  Mitch?  -  Britt  wydawała  się  nieporuszona,  podczas  kiedy  on  dosłownie  płonął. 

Właściwie trudno byłoby odgadnąć, które z nich nie ma doświadczenia w dziedzinie seksu, a 

które jest wytrawnym kochankiem. 

-  Muszę  już  iść,  Britt  -  wydusił  z  siebie  w  końcu  Mitch.  -  Nie  wiem,  czy  mnie 

rozumiesz. Muszę stąd natychmiast wyjść, bo się uduszę. 

- Czy to ja cię duszę? - spróbowała się uśmiechnąć. 

- Wiesz dobrze, o co mi chodzi. - Mitch odwrócił się na pięcie i wybiegł z mieszkania 

sąsiadki. 

Patrzyła  za  nim.  Musnęła  palcami  wargi,  jakby  chciała  zatrzymać  ciepło  jego 

pocałunków.  O,  tak,  pomyślała,  to  jest  dokładnie  to,  o  co  kobietom  chodzi.  Gary  nawet  do 

pięt Mitchowi nie dorasta. 

Wróciła do przygotowywania kanapek, ale tajemniczy uśmiech nie znikał z jej twarzy. 

Nagle pojęła, że jest na świecie mnóstwo rzeczy, na które ona wreszcie nabrała ochoty. Ale 

czy to grzech? 

- Trzeba kuć żelazo, póki gorące - powiedziała do siebie Britt. 

 

Mitch przyszedł po południu. Policji nie udało się odnaleźć żadnej rodziny bliźniaczek 

i nic nie wskazywało na to, że jacyś krewni dziewczynek w ogóle istnieją. 

-  A  więc  Donna  i  Danni  nie  mają  nikogo  bliskiego  -  podsumowała  Britt,  jakby  tego 

właśnie się spodziewała. 

background image

- Nie mają. Trafią do domu dziecka. Są takie śliczne, więc pewnie ktoś je zaadoptuje. 

- Nie pójdą do domu dziecka - oświadczyła stanowczo. 

-  Britt,  bądź  rozsądna  -  powiedział  Mitch,  chociaż  reakcja  dziewczyny  wcale  go  nie 

zdziwiła. 

- Jestem rozsądna. - Britt była spokojna i zupełnie opanowana. - I oświadczam ci, że o 

żadnym  domu  dziecka  nie  może  być  mowy.  Bardzo  ci  dziękuję  za  wszystko,  co  dla  mnie 

zrobiłeś, ale nie potrzebuję już twojej pomocy. 

- Co ty wygadujesz, dziewczyno? Oszalałaś? 

-  I  wczoraj,  i  dzisiaj  zupełnie  nieźle  radziłam  sobie  bez  ciebie.  Chyba  już  nabrałam 

wprawy.  Od  tej  chwili  sama  zajmę  się  bliźniaczkami,  a  ty  możesz  wracać  do  swojego 

normalnego życia. Jesteś wolny. 

- O czym ty mówisz? - Mitch chwycił ją za ramiona i potrząsnął gwałtownie. 

-  O  niczym,  co  mogłoby  cię  zainteresować.  -  Britt  wolała  patrzeć  w  ścianę  niż  w 

błękitne oczy Mitcha. - Idź już. Bardzo cię proszę. 

- Nigdzie nie pójdę - oświadczył. - Powiedz mi wreszcie, co ty chcesz zrobić. 

- Naprawdę o nic nie musisz się martwić. - Britt wyrwała się z jego uścisku. - Sama 

się wszystkim zajmę, a ty wracaj do siebie i zadzwoń do swojej dziewczyny. Wreszcie masz 

wolny wieczór. Możesz umówić się z nią na randkę... 

- Nie, Britt. - Mitch schwycił ją za rękę. - Musisz mi powiedzieć. Zapomniałaś, czego 

dokonaliśmy? Ile nas to kosztowało? Nie zostawię cię teraz samej. Musisz mi powiedzieć, co 

zamierzasz zrobić. 

- Co ci mam powiedzieć? - udawała niewiniątko. 

- Powiedz mi, co chcesz zrobić z dziećmi. 

- Nic specjalnego. Chcę się nimi zaopiekować i... 

- I co? 

-  Jeszcze  nie  wiem.  W  każdym  razie  na  pewno  nie  oddam  ich  do  domu  dziecka. 

Później się zastanowię, jak to załatwić. 

- Czy nie możemy razem się nad tym zastanowić? - zapytał cicho Mitch. 

- Nie możemy - odrzekła Britt, hamując łzy. 

- Dlaczego? 

-  Ponieważ  wiem,  że  nie  pochwalasz  tego,  co  chcę  zrobić.  Chcesz  się  pozbyć  tych 

dzieci, oddać je do domu dziecka, ludziom, którzy ich nie pokochają, którzy po prostu biorą 

pieniądze  za  pracę  i  tę  pracę  wykonują.  Zresztą  nie  zawsze  sumiennie.  Ci  ludzie  z  domu 

dziecka oddadzą moje dziewczynki każdemu, kto się po nie zgłosi. Nawet nie sprawdzą, czy 

background image

nie trafią pod opiekę sadysty. Nie skażę ich na taki los. Nigdy! 

- Musisz. Nie masz wyboru. 

-  Owszem,  mam.  Zaadoptuję  Donnę  i  Danni  -  oświadczyła  Britt.  Oczy  jej  płonęły, 

jakby miała wysoką gorączkę. 

- To niemożliwe - Mitch nie mógł uwierzyć własnym uszom. 

- A niby dlaczego? 

- Ty... Ty przecież nic nie wiesz o dzieciach. Wychowanie dziecka to nie tylko zmiana 

pieluszek i podawanie butelki. Czy pomyślałaś, że skazujesz się na osiemnaście lat wyrzeczeń 

i poświęcenia? Długie lata ciężkiej pracy, bólu i strachu? Przecież nie jesteś na to wszystko 

przygotowana. 

-  Nie  mówisz  mi  nic  nowego  -  powiedziała  cichutko  Britt.  -  Ja  już  to  wszystko 

przemyślałam. 

- A co z twoją pracą? - Mitch chwycił się ostatniej deski ratunku. - Oszalejesz w domu 

z dwójką małych dzieci. To są marzenia, Britt. Piękne marzenia, ale zupełnie nierealne. 

- Niech szlag trafi moją pracę - odrzekła stanowczo. - Muszę to zrobić i zrobię. 

- Ty naprawdę zwariowałaś! - Mitch był przerażony. - To niemożliwe! 

-  Możliwe.  -  Britt  spojrzała  na  niego  z  góry,  wzięła  go  pod  rękę  i  wyprowadziła  do 

przedpokoju. 

- Straciłaś poczucie rzeczywistości - tłumaczył, nie zauważywszy nawet, że Britt chce 

go  wyrzucić  ze  swojego  mieszkania.  -  Jesteś  niezamężna,  masz  ciekawą  pracę  i  szansę  na 

awans.  Nie  możesz  ni  z  tego,  ni  z  owego  zrujnować  sobie  życia.  Nie  po  to  tyle  lat 

studiowałaś, nie po to pracowałaś tak ciężko, żeby teraz zostać kurą domową. Zobaczysz, że 

ci się to nie uda. 

- Idź już. - Britt otworzyła drzwi i wypchnęła go na korytarz. - Idź sobie, bardzo cię 

proszę. 

- Zobaczysz, że tego pożałujesz. 

- No to pożałuję. Nie oddam tych dzieci na zmarnowanie i już! 

- Britt... 

Nie  zdążył  dokończyć,  bo  dziewczyna  po  prostu  zamknęła  mu  drzwi  przed  nosem. 

Mitch  wciąż  stał  tuż  za  progiem,  jakby  nie  wierzył  w  prawdziwość  tego,  co  wydarzyło  się 

przed  chwilą.  Uważał  swoją  sąsiadkę  za  osobę  rozsądną,  dlatego  też  nie  potrafił  zrozumieć, 

jak  to  się  stało,  że  tym  razem  nie  dotarł  do  niej  żaden  z  jego  jak  najbardziej  racjonalnych 

argumentów.  Zapukał  do  drzwi,  ale  Britt  mu  nie  otworzyła.  Zadzwonił.  Także  się  nie 

odezwała. Zrezygnowany wrócił do siebie. Najpierw porozbijał sobie pięści o ściany, a kiedy 

background image

się zmęczył, zagłębił się w fotelu i pogrążył w najczarniejszych myślach. 

Co  mam  teraz  zrobić?  zastanawiał  się  gorączkowo.  Może  powinienem  zawiadomić 

policję o istnieniu tych dzieci? Nie, na pewno nie powinienem. No to może opiekę społeczną? 

Też nie. A zatem kogo? 

Mam  się  pozwolić  wyrzucić  za  drzwi  i  udać,  że  nigdy  nie  przeżyłem  tych  trzech 

zwariowanych dni? Nie ma mowy! 

Dopiero  teraz  przypomniał  sobie,  że  ma  klucze  od  mieszkania  Britt.  To  on  otwierał 

drzwi,  kiedy  w  sobotę  wracali  z  zakupów,  a  potem  odruchowo  wsunął  klucz  do  swojej 

kieszeni  i  zapomniał  go  oddać  sąsiadce.  Cichutko  jak  złodziej  podkradł  się  pod  drzwi 

mieszkania Brittanny, włożył klucz do zamka i bardzo ostrożnie go przekręcił. Bezszelestnie 

wszedł do środka. 

- Zabieram dzieci - oświadczył takim tonem, jakby mówił o połamanym krześle. 

- Nie zabierzesz. 

- Owszem, zrobię to. - Mitch skierował się do sypialni. 

Britt rzuciła się na niego jak lwica, gotowa własnym ciałem bronić intruzowi dostępu 

do swoich małych. 

Mitch  przytulił  ją  do  siebie.  Tłumaczył,  że  powinna  się  uspokoić,  że  tak  na  pewno 

będzie lepiej i dla niej, i dla dzieci. Britt się rozpłakała. Przywarła do Mitcha całym ciałem, 

wtuliła twarz w jego opiekuńcze ramię i wypłakiwała tłumiony przez lata ból nieszczęśliwego 

dzieciństwa.  Mitch  pocieszał  ją,  jak  umiał,  głaskał  po  głowie,  całował  po  włosach, 

scałowywał z policzków gorące łzy. Nawet nie pomyślał, że mogłoby dojść do czegoś więcej, 

ale  widocznie  los  uwziął  się  na  niego.  Chwilę  później  Mitch  i  Britt  znaleźli  się  na  kanapie. 

Dziewczyna  przestała  płakać,  chociaż  oddychała  szybko,  jak  po  długim  biegu.  Była  taka 

ciepła i pachnąca, a Mitch bardzo jej pragnął. 

-  Britt?  -  zapytał  tylko,  bo  nie  potrafił  inaczej  sformułować  tego,  czego  chciał  się 

dowiedzieć. 

-  Tak  -  wyszeptała  Britt.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  z  całych  sił  się  do  niego 

przytuliła. Tym razem to ona pocałowała Mitcha. 

Obiecał sobie, że nie będzie się spieszył, że odpowiednio przygotuje Britt do mającego 

nastąpić zbliżenia, ale był zbyt spragniony, zbyt długo tłumił w sobie pożądanie, żeby udało 

mu się teraz nad sobą zapanować. Britt zresztą nie potrzebowała dodatkowej zachęty. Przez 

wiele  lat  nie  dopuszczana  do  głosu  kobiecość  dała  o  sobie  znać  w  sposób  niezwykle 

gwałtowny. Britt zbyt długo czekała, żeby jeszcze choć o chwilę odsuwać moment zbliżenia. 

Przez lata wmawiała sobie, że nie chce i nie potrzebuje w swoim życiu seksu. Była to prawda, 

background image

ale  tylko  do  czasu,  kiedy  zjawił  się  mężczyzna,  którego  dotyk  wprawiał  ją  w  ekstazę.  Britt 

zapragnęła połączyć się z tym mężczyzną natychmiast, dać mu szczęście i pozwolić sobie na 

przyjemność, której do tej pory jak najsurowiej sobie odmawiała. 

-  Nie  zrobiłem  ci  krzywdy?  -  zapytał  Mitch,  kiedy  Britt  ochłonęła  trochę  po 

szaleństwach kilku ostatnich minut. 

- Nie, skądże! - Oddychała ciężko, zmęczona, ale niewymownie szczęśliwa. 

Dopiero  teraz  z  całą  mocą  uświadomiła  sobie,  że  kocha  tego  mężczyznę,  którego 

jeszcze niedawno uważała za playboya i o którym prawie nic nie wiedziała. A przecież nigdy 

dotąd nikogo nie kochała tak jak jego. Przytuliła się do Mitcha, głaskała go, całowała i było to 

jeszcze  wspanialsze  niż  to,  co  oboje  przed  chwilą  przeżyli.  Kochała  go  za  jego  urodę,  za 

delikatność  i  poczucie  humoru.  Kochała  jego  ciało,  jego  imię,  a  nawet  ubranie.  Kochała 

Mitchella Caine'a pierwszą dziewczęcą miłością i ostatnią miłością dojrzałej kobiety. 

- Dziękuję ci, Britt. - Mitch przytulił do ust palce dziewczyny. - Dziękuję ci za to, że 

mnie wybrałaś. 

Uśmiechnęła  się  do  niego.  Tylko  ona  wiedziała,  że  wybrała  jego  i  tylko  jego,  że  po 

nim, że poza nim, nikogo w jej życiu nie będzie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

-  Pomogę  ci  -  powiedział  Mitch.  Oboje  już  ubrani  siedzieli  na  kanapie  i  popijali 

herbatę. - Ale pod warunkiem, że przeprowadzimy całą sprawę tak, jak ja uznam za stosowne. 

Rozumiem,  że  chcesz  zaadoptować  bliźniaczki,  chciałbym  cię  jednak  prosić,  żebyś  jeszcze 

raz wszystko rozważyła. Spokojnie i bez emocji. 

Mitch, kochanie, myślała Britt. Ty nic nie wiesz, o niczym nie masz pojęcia i pewnie 

dlatego mnie nie rozumiesz. 

-  Powiedziałem,  że  ci  pomogę,  i  nie  mam  zamiaru  zmuszać  cię  do  zmiany  decyzji  - 

zapewnił Mitch na widok dziwnego wyrazu twarzy dziewczyny. - Musisz tylko zrozumieć, że 

nie  dasz  sobie  rady  sama.  Nie  możesz  zabrać  Donny  i  Danni  i  zaszyć  się  z  nimi  w  jakiejś 

mysiej  dziurze.  Wiem,  że  taki  właśnie  miałaś  plan.  Zapomnij  o  tym.  Załatwimy  wszystko 

zgodnie z prawem. 

Britt milczała, ale jej zawstydzona mina świadczyła, że Mitch odgadł jej zamiary. 

- Nie da się żyć w ukryciu, Britt. Zawsze znajdzie się jakiś życzliwy, który połapie się, 

że coś nie jest w porządku, i doniesie o tym, gdzie trzeba. Zresztą nie wierzę, że chciałabyś 

odmówić  dziewczynkom  prawa  do  poznania  prawdy  o  ich  rodzicach.  Musimy  zawiadomić 

władze o tym, że Donna i Danni są u nas. Im szybciej to zrobimy, tym lepiej. Zastanawiałaś 

się, co będzie, jeśli policja odkryje istnienie dzieci i postanowi ci je odebrać? Naprawdę nie 

wolno nam do tego dopuścić. 

Britt  powoli  skinęła  głową.  Najwyraźniej  nie  tylko  zrozumiała  argumentację  Mitcha, 

ale co więcej, jego słowa skłoniły upartą dziewczynę do zmiany planów. 

- Niestety,  gdybyś chciała załatwić  adopcję normalną drogą, na pewno nic by z tego 

nie  wyszło.  Nie  istnieje  żaden  powód,  dla  którego  mieliby  oddać  dzieci  tobie,  a  nie  jakiejś 

rodzinie, która od lat czeka na podobną okazję. 

-  Jest  powód  -  zaprotestowała  Britt.  -  Niewiele  osób  chce  zaadoptować  bliźniaczki, 

dlatego Donna i Danni mogłyby trafić do domu dziecka. 

Britt  wbiła  wzrok  w  blat  stołu  i  mocno  objęła  dłońmi  filiżankę  z  herbatą,  jakby  ta 

filiżanka była kołem ratunkowym, którego za nic w świecie nie można puścić, jeśli chce się 

przeżyć.  Wiedziała,  że teraz  właśnie  powinna  opowiedzieć  Mitchowi  o  swoim  dzieciństwie. 

Nigdy dotąd nikomu tego nie mówiła i dlatego nie było jej łatwo się zdecydować. 

Mitch  ze  zdziwieniem  przyglądał  się  dziewczynie.  Nie  wiedział,  dlaczego  tak 

gwałtownie  reaguje  na  wszystko,  co  dotyczyło  śpiących  teraz  spokojnie  dwóch  malutkich 

background image

dziewczynek. Rozumiał, że pokochała maleństwa, nie rozumiał tylko, dlaczego tak się uparła, 

żeby je adoptować. 

- No to postanowione - powiedział. - Razem weźmiemy byka za rogi.  Zaczniemy od 

tego, że zadzwonimy do Kama. To mój starszy brat. Jest najlepszym prawnikiem w tej części 

świata.  Nie  zajmuje  się  adopcjami,  ale  ma  kolegów,  którzy  to  robią,  więc  na  pewno  kogoś 

nam  poleci.  Zresztą  on  zawsze  wie,  do  których  drzwi  zapukać,  żeby  załatwić  najtrudniejszą 

nawet sprawę. Nie mogę zagwarantować sukcesu, ale Kam na pewno zrobi wszystko, co w tej 

sprawie jest do zrobienia - uśmiechnął się do swoich myśli. - O ile dobrze go znam, to wmówi 

urzędnikom, że jesteś zaginioną w dzieciństwie siostrą Janine. Kam ma zupełnie wyjątkowy 

dar przekonywania. Naprawdę jest znakomity. 

Po  policzkach  Britt  płynęły  łzy.  Chciała  coś  Mitchowi  powiedzieć,  ale  zupełnie  nie 

mogła wydobyć z siebie głosu. 

-  Nie  denerwuj  się  -  próbował  ją  uspokoić.  -  Jeszcze  nic  się  nie  stało.  Powiedziałem 

tylko, że zrobimy wszystko, co w tej sytuacji można zrobić. Na razie nic jeszcze nie zostało 

postanowione. 

-  Wiem,  Mitch,  ale...  -  Britt  mocno  się  do  niego  przytuliła.  Płakała  jak  dziecko.  Nie 

umiała  słowami  wyrazić  wdzięczności  za  to,  że  postanowił  jej  pomóc.  Po  raz  pierwszy  od 

bardzo dawna nie musiała sama rozwiązywać piętrzących się przed nią problemów. 

- Britt - powiedział Mitch. - Powinienem chyba wiedzieć, co się z tobą dzieje. Może 

mogłabyś mi wytłumaczyć, dlaczego tak irracjonalnie się zachowujesz? 

- To wszystko dlatego, że zbyt dobrze wiem, jak żyją sieroty - chlipnęła Britt. - Ja... Ja 

sama przez to przeszłam. 

- Po śmierci rodziców, tak? 

- Tak. Zostaliśmy zupełnie sami. My też, tak jak Donna i Danni, nie mieliśmy żadnych 

krewnych. Trafiliśmy do domu dziecka. Miałam wtedy pięć lat, a mój brat osiem. 

- Twój brat? - zdziwił się Mitch. - A mówiłaś, że nie masz rodzeństwa. 

-  Teraz  nie  mam,  ale  kiedyś  miałam.  -  Wytarła  serwetką  zapłakaną  twarz.  -  Bardzo 

szybko  został  adoptowany.  Jakieś  małżeństwo  zabrało  go  do  Oregonu.  Nigdy  więcej  o  nim 

nie słyszałam. 

- A ty? - zapytał Mitch z kamienną twarzą. Nie miał ochoty pokazywać dziewczynie, 

jak ogromne wrażenie wywarło na nim jej wyznanie. 

-  Mnie  nikt  nie  chciał  -  Britt  uśmiechnęła  się  smutno.  -  Byłam  chuda  jak  szkielet  i 

zawsze miałam poobijane kolana. 

-  Założę  się,  że  byłaś  bardzo  ładna.  -  Mitch  musiał  powiedzieć  coś,  co  choć  trochę 

background image

rozładowałoby jego złość i przerażający smutek. 

- Raczej nie. Nie mam żadnych zdjęć z tamtego okresu, więc nie wiem, jak naprawdę 

wyglądałam. 

- Ale znaleźli ci chyba w końcu jakąś rodzinę zastępczą? 

- O tak, znaleźli - Britt gorzko się zaśmiała. - Nawet trzy. W ciągu jednego roku. Sam 

widzisz, że nie mogłam być uroczym dzieckiem, skoro nikt mnie nie chciał. 

-  Mój  Boże,  Britt,  nawet  tak  nie  mów  -  jęknął  Mitch.  -  To  przecież  nie  była  twoja 

wina. 

Brittanny  znów  zadrżała,  ale  tym  razem  postanowiła,  że  się  nie  rozpłacze.  Mitch 

mocno  tulił  ją  do  siebie,  jakby  miał  nadzieję,  że  jego  uścisk  obroni  Britt  przed  tym,  co 

spotkało ją w dzieciństwie, a przynajmniej przed raniącymi wspomnieniami. 

- Co się stało potem, po pierwszym roku z trzema rodzinami? 

-  Umieszczono  mnie  w  doskonałej  rodzinie  zastępczej.  Oprócz  mnie  było  tam  już 

dziewięć sierot. Ja byłam dziesiąta. 

- Jak długo z nimi mieszkałaś? 

- Około trzech lat. - Britt zagryzła wargi. - Karmili nas tam, ubierali i zupełnie nieźle 

wychowywali. Każde z dzieci miało swoje obowiązki. 

- To... - Mitch nie był pewien, czy powinien powiedzieć to, o czym pomyślał. - To, o 

czym opowiadasz, bardzo przypomina powieści Dickensa. 

- No właśnie. Byliśmy wszyscy bardzo zadbani. Mieliśmy czyste paznokcie, staliśmy 

w  szeregu  i  uśmiechaliśmy  się  do  pracownika  opieki  społecznej,  który  co  miesiąc  nas 

odwiedzał.  Tamci  ludzie  naprawdę  dokładali  wszelkich  starań,  żeby  niczego  nam  nie 

brakowało. 

- Tylko miłości wam nie dali. 

-  Jesteś  taki  inteligentny,  Mitch  -  pochwaliła  go  Britt  zdziwiona  i  zachwycona  jego 

zdolnością do przejmowania się problemami innych ludzi. - Jak na to wpadłeś? 

- Sama mi to podpowiedziałaś. Opowiadaj dalej. Co się zdarzyło potem? 

- Nasza zastępcza matka, nazywaliśmy ją Mamą Clay, bardzo ciężko zachorowała. Do 

dziś nie wiem, co to była za choroba. Nikt nam tego nie powiedział. W każdym razie tamto 

małżeństwo  nie  mogło  się  dłużej  nami  opiekować.  Wszystkie  dzieci  zostały  umieszczone  w 

innych  domach.  -  Britt  dokładnie  oglądała  swoje  dłonie.  -  Właśnie  wtedy  zaczął  się  mój 

koszmar. 

- Opowiedz mi o tym - poprosił Mitch. 

- Oddano mnie rodzinie, która miała dwoje własnych dzieci. Chłopców. Byli starsi ode 

background image

mnie. Takie dwa byczki... 

- Czy bardzo ci dokuczali? - zapytał Mitch, z trudem trzymając nerwy na wodzy. 

Bardzo.  Nie  chcę  nawet  o  tym  myśleć.  Może  kiedyś  ci  opowiem,  ale  na  pewno  nie 

teraz. 

- A co na to ich rodzice? Tolerowali te wybryki? - Nie, skądże. Nawet bili, kiedy na 

czymś ich przyłapali. Chłopcy płakali i przysięgali, że już więcej nie będą mi dokuczać. Nie 

mijał dzień, jak wynajdowali nowy sposób na dręczenie mnie. 

Mitch  mocno  zacisnął  powieki.  Miał  ogromną  ochotę  zerwać  się  z  kanapy,  znaleźć 

tych dwóch łobuzów i dać im nauczkę za wszystko, czego się dopuścili w dzieciństwie. 

- A czy przybrani rodzice byli dla ciebie dobrzy? 

- Przynajmniej tak im się wydawało. Byli bardzo surowi. 

- Chyba ciebie nie bili? 

- Nie - Britt pokręciła głową. - Opieka społeczna nie akceptowałaby tego rodzaju kary. 

Nigdy nikt nawet palcem mnie nie dotknął. Tyle że w tamtej rodzinie panował permanentny 

chaos.  Nikt  nie  mówił  normalnie.  Wszyscy  na  wszystkich  krzyczeli.  Rzucali  w  siebie 

talerzami, wyzywali się od najgorszych. Nigdy nie było wiadomo, czy za chwilę nie zacznie 

się kolejna awantura. Czasami budziłam się w środku nocy i słuchałam, jak Norman, ojciec 

rodziny, goni swoją żonę po całym domu, wrzeszczy i rzuca w nią czym popadnie. Chowałam 

się  wtedy  pod  kołdrę,  zamykałam  oczy  i  śpiewałam,  żeby  zagłuszyć  to,  co  działo  się  na 

zewnątrz. Cały dom się trząsł i nie było sposobu, żeby uciec od tych awantur. 

Mitch z całych sił tulił do siebie drżącą jak osika dziewczynę. Nie wiedział, co mógłby 

zrobić, żeby zatrzeć w jej pamięci te potworne wspomnienia. 

-  Kiedy  źle  się  zachowywałam  -  ciągnęła  Britt  -  zamykali  mnie  w  garderobie.  Tam 

było ciemno i okropnie się bałam. Płakałam, dopóki nie zasnęłam. Wtedy chłopcy wymyślali 

coś, żeby mnie obudzić i jeszcze bardziej nastraszyć. Kiedyś wpuścili mi do szafy pająka. O 

mało nie umarłam ze strachu. 

-  Tak  mi  przykro,  Britt.  -  Mitch  obsypał  dziewczynę  tysiącem  pocałunków.  -  Tak 

bardzo mi cię żal. 

- Nigdy przedtem nikomu o tym nie opowiadałam. Nawet bym nie potrafiła. A tobie 

powiedziałam i jakoś to przeżyłam - uśmiechnęła się do niego. - Zresztą z tobą wszystko jest 

nie tylko możliwe, ale i łatwe. 

- Powiedz mi jeszcze, jak długo mieszkałaś w tym okropnym miejscu. 

- Sześć lat. Dopiero kiedy skończyłam piętnaście lat, odważyłam się opowiedzieć pani 

z  opieki  społecznej  o  tym,  co  uznałam  za  możliwe  do  opowiedzenia.  -  Britt  wreszcie  się 

background image

uśmiechnęła.  -  Ta  kobieta  nazywała  się  Kathy  Johnson.  Była  absolutnie  cudowna.  Od 

pewnego  czasu  podejrzewała,  że  w  mojej  zastępczej  rodzinie  nie  dzieje  się  najlepiej.  Tak 

długo  mnie  wypytywała,  że  wreszcie  się  jej  zwierzyłam.  Jeszcze  tego  samego  dnia  mnie 

stamtąd zabrała. Zamieszkałam z nią i gdyby nie ona, na pewno nawet bym nie pomyślała o 

studiach. Do dziś bardzo się przyjaźnimy. 

-  Bogu  niech  będą  dzięki,  że  stworzył  Kathy  Johnson  -  westchnął  Mitch.  -  Za  dużo 

wycierpiałaś i stanowczo za długo to trwało. 

- Czy teraz mnie rozumiesz? - zapytała Britt, patrząc Mitchowi prosto w oczy. - Czy 

zrozumiałeś wreszcie, dlaczego nie mogę się zgodzić na to, żeby Donna i Danni skorzystały z 

dobrodziejstw tego systemu, który zapewnił mi w dzieciństwie opiekę? 

-  To,  co  się  tobie  zdarzyło,  było  koszmarnym  zbiegiem  okoliczności.  Ale  przecież 

tysiące  innych  dzieci  trafia  do  wspaniałych,  normalnych  rodzin.  Nie  wszystkie  przechodzą 

przez takie piekło, w którym ty żyłaś. 

-  Nie  chcę  ryzykować  -  Britt  energicznie  pokręciła  głową.  -  Kiedy  znalazłam  te 

maleństwa  pod  twoimi  drzwiami,  byłam  zdecydowana  oddać  je  do  domu  dziecka,  gdyby 

Sonny okazał się złym człowiekiem. Teraz na pewno tego nie zrobię. Sprzedam duszę diabłu, 

żeby zatrzymać Donnę i Danni przy sobie. 

Donna  i  Danni  od  trzech  dni  nie  miały  rodziców,  ale  zupełnie  tego  nie  zauważyły. 

Otaczano je troskliwą opieką, jaką powinno mieć każde dziecko. 

Britt  kładła  dziewczynki  do  łóżeczek,  podczas  gdy  Mitch  rozmawiał  w  kuchni  ze 

swoim starszym bratem, Kamem. 

-  Oczywiście,  że  nie  byli  zachwyceni,  ale  sądzę,  że  udało  mi  się  pchnąć  sprawę  we 

właściwym  kierunku  -  opowiadał  Kam  o  swoich  dokonaniach.  -  A  swoją  drogą  ciekaw 

jestem, w jaki sposób wpakowałeś się w tę awanturę, braciszku. Jedno dziecko jeszcze bym 

zaakceptował, ale bliźniaki... 

- One są naprawdę wspaniałe. 

-  Widzę,  że  bardzo  się  tym  wszystkim  przejmujesz.  To  z  powodu  tej  kobiety.  Mam 

rację? - Pokręcił głową. - Życie sobie marnujesz przez kobiety. Zresztą, zawsze tak było. 

Mitch zupełnie nie reagował. Rozmowa z bratem na temat kobiet była jak gra, której 

reguły  i  wynik  wszyscy  gracze  dobrze  znają  i  dlatego  nikt  się  naprawdę  nie  emocjonuje  jej 

przebiegiem. 

- Ty tego nie zrozumiesz - odparł Mitch, jak zawsze w tej grze. - Nie masz serca, nic 

nie  wiesz  o  miłości  i  nigdy  nie  zależało  ci  na  żadnej  kobiecie  tak  bardzo,  żeby  zmienić  dla 

niej kolor noszonych koszul. Nie mówiąc już o sposobie bycia. 

background image

Kam odwrócił się do okna. Jego twarz pokerzysty nie zdradzała żadnych uczuć. Mitch 

nic  nie  wiedział  o  Elaine.  Kam  nie  miał  zwyczaju  wypłakiwać  swoich  żalów  na  cudzym 

ramieniu.  Nawet  gdyby  to  ramię  miało  należeć  do  kogoś  z  najbliższej  rodziny.  Zresztą 

wspominanie Elaine i tak nie miałoby sensu. Elaine zginęła, a wraz z jej śmiercią skończył się 

najważniejszy etap życia Kama. Po co rozdrapywać bolesne rany? 

-  W  każdym  razie  zrobię,  co  tylko  będę  mógł  -  zapewnił  brata  Kam.  -  Znam 

wszystkich sędziów w tym mieście, więc istnieją duże szanse, że uda mi się coś załatwić. Jest 

jednak pewna trudność i obawiam się, że z tego powodu możemy nawet przegrać sprawę. 

- Jaka trudność? 

- Bliźniaczki - westchnął Kam. - A Britt jest panną. Widzisz, gdyby chodziło o jedno 

dziecko,  jakoś  dałbym  sobie  z  tym  radę,  ale  dwoje...  Bardzo  trudno  będzie  przekonać 

sędziego, że ona sama poradzi sobie z dwójką dzieci. 

- A więc radzisz, żeby... 

- Powinna wyjść za mąż. 

Mitch zaklął brzydko. 

-  Rozumiem  przez  to,  że  małżeństwa  nie  planowałeś?  -  Kam  uśmiechnął  się  z 

przekąsem. 

-  Przecież  sam  wiesz.  -  Mitch  patrzył  na  brata  zbolałym  wzrokiem.  -  Jeszcze  nie 

dojrzałem  do  małżeństwa.  Kiedyś  może  tak,  ale  na  pewno  nie  teraz.  Britt  to  wspaniała 

kobieta. Bardzo ją lubię, szanuję i w ogóle, ale nie mogę się z nią ożenić. 

- A czy ktoś cię o to prosił? 

Mitch i Kam odwrócili się jak na komendę. W drzwiach kuchni stała Britt. 

- Powiedz mi, ale szczerze - zwróciła się do Kama. - Jakie mam szanse? 

- Niewielkie jako panna - odrzekł bez wahania Kam. - Gdybyś była mężatką, dałbym 

ci dziewięćdziesiąt procent szansy na adopcję bliźniaczek. 

- Dobrze. - Britt z westchnieniem pokiwała głową. - Wobec tego wyjdę za mąż. 

-  Masz  na  myśli  konkretną  osobę?  -  zapytał  Kam,  spoglądając  to  na  Britt,  to  na 

Mitcha. - Im szybciej się zdecydujesz, tym lepiej. 

-  Mam  kilka  możliwości  -  odrzekła,  patrząc  na  Mitcha.  -  Nie  jesteś  jedynym 

mężczyzną, jakiego znam. Nie jesteś nawet jedynym, który się mną zainteresował. 

- Przecież wiem - bronił się Mitch. - Ale nie możesz wyjść za mąż tylko po to, żeby 

zatrzymać bliźniaczki. 

- Owszem, mogę. I zrobię to. 

Mitch  chciał  coś  powiedzieć,  ale  w  porę  ugryzł  się  w  język.  Spojrzał  na  brata  i 

background image

oniemiał. Kam się z niego śmiał. 

- O co ci chodzi? - zapytał zły jak osa Mitch. - Co cię tak rozśmieszyło? 

-  Nic.  Absolutnie  nic.  -  Kam  wstał  i  podszedł  do  Britt.  -  Muszę  już  iść.  Chciałbym 

jeszcze wpaść dzisiaj do sądu. Zadzwonię do ciebie, jak tylko czegoś się dowiem. 

- Bardzo ci dziękuję za pomoc - pożegnała go Britt. - Nie potrafię wyrazić, jak bardzo 

jestem ci wdzięczna. 

Mitch  nawet  się  nie  poruszył.  Milczał  jak  zaklęty  i  wpatrywał  się  w  blat  stołu,  przy 

którym  siedział.  Za  to  myśli  w  jego  głowie  kłębiły  się  jak  szalone.  Niestety,  były  tak 

chaotyczne, że niczego nie wymyślił. 

 

Britt robiła ostatnie przygotowania do przyjęcia, które tego wieczoru miało się odbyć 

w jej salonie. Mitch siedział na kanapie ponury jak gradowa chmura. Właściwie od wtorkowej 

rozmowy z Kamem ani na chwilę się nie rozpogodził. 

Lani i Jimmy też byli zaproszeni. Podczas przyjęcia mieli się opiekować dziećmi, na 

razie jednak pomagali rozstawiać naczynia, tace z kanapkami i napoje. 

Mitch spojrzał na zegarek. Do przybycia zaproszonych mężczyzn pozostało zaledwie 

pół godziny. 

-  Co  za  koszmarny  pomysł  -  mruknął.  -  Kto  słyszał,  żeby  w  taki  sposób  wybierać 

sobie męża. 

-  Nie  musiałeś  tu  przychodzić  -  powiedziała  Britt.    -  Właściwie  wcale  sobie  nie 

przypominam, żebym cię zapraszała. 

-  Dzieci  jeszcze  nie  są  twoje.  Mam  do  nich  co  najmniej  takie  samo  prawo  jak  ty  i 

muszę dopilnować, żebyś nie popełniła żadnego głupstwa. 

-  Możesz  być  pewien,  że  żadnego  głupstwa  nie  popełnię.  Wiesz,  że  muszę  wyjść  za 

mąż.  Tylko  podczas  przyjęcia  mogę  przyjrzeć  się  wszystkim  kandydatom  i  stworzyć  im 

jednakowe  szanse.  Chcę  mieć  pewność,  że  dobrze  wybrałam,  żebym  potem  nie  musiała 

żałować. 

-  Zupełnie  tego  nie  rozumiem  -  poskarżył  się  Mitch.  Sprawiasz  wrażenie  osoby 

trzeźwo  myślącej  i  zawsze  twierdzisz,  że  lubisz sama  o  wszystkim  decydować.  Tymczasem 

chcesz  pozwolić  jakiemuś  facetowi,  żeby  miał  wpływ  na  twoje  życie  i  wszystko  w  nim 

zmienił. I żebyś ty chociaż tego faceta kochała... Nie wiem, dlaczego nie zgadzasz się na mój 

pomysł. Jest naprawdę rewelacyjny. 

-  I  ty  to  nazywasz  dobrym  pomysłem?  Chyba  nie  wierzysz  w  to,  że  ktoś  da  się 

namówić na udawanie mojego męża? 

background image

- Ale oczywiście, że wierzę. Zapłaciłabyś temu człowiekowi, a on nie miałby prawa w 

nic  się  mieszać  ani  tym  bardziej  o  niczym  decydować.  Aktor,  który  ma  grać  rolę  męża.  To 

wszystko. 

- Ty naprawdę niczego nie rozumiesz. Muszę mieć prawdziwego męża. - Spojrzała na 

Mitcha,  ale  zaraz  odwróciła  wzrok.  Jego  błękitne  oczy  zawsze  ją  hipnotyzowały,  a  tego 

wieczoru  nie  mogła  pozwolić  sobie  na  żadne  oczarowanie.  -  Samo  nazwisko  na  formularzu 

mi nie wystarczy. Muszę wychować dwie malutkie dziewczynki i potrzebuję kogoś, kto mi w 

tym pomoże. A dzieci muszą mieć ojca. 

-  Ale  przecież  ja  zawsze  będę  w  pobliżu.  Po  drugiej  stronie  korytarza  -  tłumaczył 

Mitch, wściekły, że Britt nie dostrzega logiki jego argumentacji. 

-  O,  tak.  Oczywiście.  Będziesz  po  drugiej  stronie  korytarza,  dopóki  nie  znikniesz, 

goniąc  za  jakąś  nową  spódniczką  -  kpiła  z  niego  Britt.  -  I  nie  mów  mi  znowu,  że  nie  jesteś 

playboyem. Przecież doskonale wiem, kim jesteś, i wiem też, że bardzo ci na tych dzieciach 

zależy. Niestety, jestem realistką. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Nie słyszałeś 

o tym? 

Podeszła  do  niego  bardzo  blisko.  W  powiewnej  brzoskwiniowej  sukience  wyglądała 

naprawdę szałowo. 

-  Bo  widzisz,  mój  drogi,  w  małżeństwie  najważniejsze  jest  poświęcenie.  To  właśnie 

ono  nadaje  dobrym  chęciom  moc  i  sens.  Donna  i  Danni  potrzebują  ojca.  Opiekuna  na  całe 

życie, a nie miłego wujka w sąsiednim mieszkaniu. Zresztą niedługo się stąd wyprowadzamy. 

Musimy mieć dom z ogrodem. 

-  Dom  z  ogrodem  -  mruczał  Mitch.  Podszedł  do  barku  i  nalał  sobie  do  szklanki 

potężną porcję burbona. 

- Żeby tylko Britt tego nie zauważyła - ostrzegła go Lani. - To jedna z rzeczy, za które 

kandydaci  na  tatusia  dostają  punkty  karne.  Alkohol  jest  bez  ograniczeń.  Jednak  każdy,  kto 

wypije więcej niż jedną szklankę wina, zostanie skreślony z listy. 

- Świetnie - ucieszył się Mitch. - Nie chcę, żeby Donna i Danni miały ojca pijaka. W 

tej sprawie absolutnie zgadzam się z Britt. 

Lani  spojrzała  na  niego  z  głębokim  współczuciem,  a  Mitch  pomyślał  sobie,  że  to 

całkiem  ładna  dziewczyna.  Jeśli  oczywiście  zada  sobie  trochę  trudu,  żeby  o  siebie  zadbać. 

Tego wieczoru zostawiła w domu rozciągnięte podkoszulki i czapkę baseballową. Zastąpiła je 

żółta sukienka mini bez rękawów.  Lani w niczym nie przypominała chłopaka i Mitchowi ta 

odmiana bardzo się spodobała. 

- Pewnie znaczy to tyle, że jestem przeciwnikiem rozumnych kobiet  - powiedział do 

background image

siebie. Nie miał czasu rozwinąć tej odkrywczej myśli, bo właśnie zjawili się pierwsi goście. 

Mitch  musiał  uważnie  obserwować  wchodzących.  Sam,  z  własnej  woli,  podjął  się  tego 

trudnego obowiązku. 

- Skąd wzięłaś tylu idiotów? - zapytał szeptem przechodzącą obok niego Britt. 

- Rzeczywiście sporo ich tutaj - uśmiechnęła się do niego. - Właściwie to zaprosiłam 

pięciu.  Tylko  takich,  którzy  w  ciągu  ostatniego  roku  przynajmniej  raz  zaprosili  mnie  na 

kolację. Pozostali zwietrzyli pismo nosem i sami się wprosili. Nie miałam pojęcia, że aż tylu 

mężczyzn się mną interesuje. 

Mężczyźni  kręcili  się  wokół  Britt  jak  natrętne  muchy.  Nazbierało  się  ich  ze 

dwudziestu.  Oczywiście,  najgorszy  ze  wszystkich  był  Gary,  absolutnie  przekonany,  że  bez 

najmniejszego trudu wygra ten konkurs. 

-  Nie  mam  tu  konkurenta  -  powiedział  do  Mitcha,  dumny  jak  paw.  -  Wiem,  że  Britt 

mnie wybrała. Już tydzień temu się jej oświadczyłem, ale ona, oczywiście, musiała urządzić 

to spotkanie, żeby nikt jej nie posądził o podjęcie nie przemyślanej decyzji. 

- Wybacz, ale nie mogę się z tobą zgodzie - zaoponował Adam Arnett, członek klubu 

smakoszy, do którego Britt należała. - Mam oko na tę ślicznotkę od czasu, kiedy miesiąc temu 

piliśmy nasze pierwsze beaujolais. Co za uroda, ile wdzięku... - westchnął rozmarzony. - Ona 

idealnie pasuje do mojego nowego domu letniskowego. Będzie ozdobą dorocznych przyjęć. 

-  A  dzieci?  -  zapytał  Mitch.  -  Czy  dla  nich  też  znalazłeś  jakieś  miejsce  na  swoim 

ślicznym obrazku? 

-  Dzieci?  -  Adam  trochę  się  nachmurzył.  -  Ach,  te  dwie  dziewczynki,  o  których  mi 

opowiadała? Wyobraź sobie, jak bajecznie będą wyglądały ubrane w identyczne sukieneczki 

z białej koronki... 

W  tej  chwili,  jak  na  zawołanie,  Jimmy  i  Lani  wnieśli  do  pokoju  bliźniaczki.  Krążyli 

między gośćmi z dziećmi na rękach. Mieli bacznie obserwować, jak dziewczynki reagują na 

poszczególnych  gości  i  przydzielać  punkty  przyszłym  tatusiom  za  dobry  kontakt  z 

maluchami. 

- Britt to wymyśliła - wyjaśniła Mitchowi Lani. - Chce w ten sposób sprawdzić, który 

z nich naprawdę lubi dzieci. Sam widzisz, jak ona bardzo się stara. 

Mitch tylko się skrzywił i pokazał Lani Boba Lloyda, księgowego z muzeum, któremu 

z kieszeni koszuli wystawała paczka papierosów. 

-  Popatrz,  Lani.  On  pali.  Natychmiast  musisz  go  skreślić  z  listy.  Nie  pozwolę,  żeby 

ktoś narażał Donnę i Danni na wdychanie tytoniowego dymu. 

- Oczywiście. Zaraz powiem o tym Britt - obiecała mu Lani. 

background image

-  Sama  zauważyłam  -  odezwała  się  Britt,  która  już  od  kilku  chwil  stała  za  plecami 

Mitcha. - Ale mam teraz większe zmartwienie. Stanowczo za dużo pijesz, mój drogi. 

-  Mnie  wolno  pić  -  obruszył  się  Mitch.  -  Zapomniałaś,  że  nie  biorę  udziału  w 

konkursie? 

-  Nawet  gdybyś  się  zgłosił,  i  tak  znalazłbyś  się  na  ostatnim  miejscu  -  ofuknęła  go 

Britt. 

- Niemożliwe! - Mitch spojrzał prosto w ciemne oczy dziewczyny. - Jakoś nie mogę w 

to uwierzyć. 

Britt  nie  wytrzymała  długo  jego  spojrzenia.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  udała  między 

gości. Rozdawała uśmiechy na lewo i prawo, a patrzący na to Mitch z trudem tłumił w sobie 

gniew. 

Dzieci wkrótce wróciły  do łóżeczek, ale przyjęcie wcale się nie skończyło. Mitch co 

pewien  czas  na  nowo  napełniał  sobie  szklankę  i  coraz  mocniej  kręciło  mu  się  w  głowie.  W 

pokoju  było  zbyt  wielu  mężczyzn  usiłujących  zrobić  jak  najlepsze  wrażenie  na  gospodyni. 

Jedynie  Gary,  który  od  ,początku  uznał  się  za  zwycięzcę,  nie  musiał  się  starać  o  względy 

Britt.  Z  zapałem  omawiał  z  Lani  projekty  poszerzenia  muzeum  o  ekspozycję  poświęconą 

historii  lotnictwa.  Znalazł  w  dziewczynie  wdzięcznego  słuchacza,  szczególnie  że  Lani 

właśnie pokłóciła się z Jimmym. 

Mitch  zresztą  obserwował  z  boku,  jak  doszło  do  tej  kłótni.  Widział,  jak  Jimmy  co 

chwila popełniał kardynalne błędy, które doprowadzały Lani do furii. Wiedział, że wszystko 

to doprowadzi do awantury, a jednocześnie miał świadomość, że on postąpiłby dokładnie tak 

samo jak Jimmy i dokładnie to samo by mówił. Doszło do tego, że wiedział, co Jimmy powie, 

zanim  chłopak  zdążył  choćby  otworzyć  usta.  Miał  wrażenie,  że  ogląda  przedstawienie, 

powstały  przed  wiekami  dramat,  który  ludzie  muszą  odgrywać  bez  względu  na  to,  czy  tego 

chcą, czy nie. 

Czy ja i Britt także odgrywamy  swoje role? pomyślał zaniepokojony Mitch. A może 

już czas zerwać z ustanowionymi przez siły wyższe zasadami i zacząć myśleć samodzielnie? 

Nie mam pojęcia. Chyba czas na następnego drinka. 

Właściwie wiedział, że za dużo wypił. Nie był przecież pijakiem, nawet niespecjalnie 

lubił alkohol. Tym razem jednak nadarzyła się szczególna okazja. Oto kobieta, którą kochał, 

chciała sobie wybrać kogoś innego na męża. 

Dobry Boże! Mitch nie mógł uwierzyć, że mógł coś takiego pomyśleć. Nie czas teraz 

na  głupie  rozważania.  Muszę  dopilnować,  żeby  Britt  dokonała  właściwego  wyboru.  Żebym 

tylko wiedział, co w tej sytuacji jest właściwe. 

background image

Patrzył  na  roześmianą  Brittanny  rozmawiającą  z  obcymi  mężczyznami.  Miał  ochotę 

wyprowadzić ją stąd i ukryć w bezpiecznej przystani swoich ramion. 

-  Chwycić  lianę,  krzyknąć  na  cały  głos  i  wynieść  się  z  tej  dżungli  do  wszystkich 

diabłów - powiedział na głos. 

- Nikt cię nie zatrzymuje - odezwał się stojący obok niego mężczyzna. 

Mitch  odwrócił  się  do  potężnego  kulturysty,  którego  Britt  poznała  w  swoim  klubie 

sportowym. Bez trudu sklasyfikował gościa jako kupę mięśni z pustką pod sufitem. 

-  No  już,  spadaj.  Im  szybciej  się  wszyscy  stąd  wyniesiecie,  tym  prędzej  pokażę  tej 

miłej  panience,  co  mam  jej  do  zaproponowania  -  chełpił  się  atleta.  -  Moje  zalety  łatwiej 

docenić, kiedy nie ma widowni. Rozumiesz, bracie? 

Mitch  zaklął  cicho  i  odwrócił  się  do  niego  plecami,  ale  kulturysta  najwyraźniej  miał 

ochotę sobie pogadać. 

- Od dawna mam na nią oko. Dotąd trzymała mnie na dystans, ale widzę, że wreszcie 

nabrała rozumu. Zresztą one wszystkie chcą tego samego. Rozumiesz, bracie? Najpierw stroją 

fochy,  ale  jak  się  im  pokaże,  o  co  chodzi,  to  zaraz  proszą  o  jeszcze.  Oj,  bracie,  jak  bym  ją 

przycisnął do ściany, wsadził rękę pod bluzkę, to zaraz byś usłyszał, jak jęczy. Mówię ci... 

Gdyby  Mitch  nie  pił  tak  dużo,  znacznie  wcześniej  by  go  uderzył.  Ponieważ  jednak 

trochę  sobie  podchmielił,  uznał,  że  musi  się  najpierw  uspokoić,  zanim  wkroczy  do  akcji. 

Tylko dlatego osiłkowi udało się wyrzucić z siebie tyle błota, zanim dosięgła go pięść Mitcha. 

Kulturysta był wysoki i padając narobił okropnego hałasu. Tym bardziej że przewrócił stolik 

do  kawy,  na  którym  stał  pusty  talerz,  kilka  szklanek  i  miseczka  z  orzechami.  Kiedy  na 

miejscu zdarzenia pojawiła się Britt, osiłek wciąż jeszcze siedział na podłodze wśród resztek 

zastawy i rozbitego szkła. Mitch stał nad nim, gotów w razie potrzeby dołożyć delikwentowi. 

- Co się stało? - zapytała Britt bardzo nieprzyjemnym tonem. 

- Przykro mi, Britt - powiedział Mitch, chociaż wcale mu nie było przykro. - Wiem, że 

nie uznajesz przemocy, ale jeśli natychmiast nie wygonisz stąd tych wszystkich głupków, to 

ja to zrobię. Wyrzucę jednego po drugim. 

Britt w mgnieniu oka oceniła sytuację. Jak zwykle, zrobiła to trafnie. Odwróciła się na 

pięcie  i  w  kilka  minut  pozbyła  się  towarzystwa  tak  skutecznie,  że  nawet  Jimmy  i  Lani 

wylądowali za drzwiami. 

Mitch stał nieporuszony tam, gdzie go zostawiła. Na szeroko rozstawionych nogach, z 

zaciśniętymi pięściami, wciąż gotów do walki z niewidzialnym tym razem wrogiem. 

- Kogo teraz pobijesz? - zapytała Britt, podchodząc do niego. - Mnie? No proszę, nie 

krępuj się. Przecież to na mnie jesteś wściekły. 

background image

- Wcale nie jestem wściekły,  Britt -  gniew Mitcha stopniał jak kostka lodu. - Ja... Ja 

tylko... - nie potrafił głośno powiedzieć tego, co go od dawna gnębiło. 

- Co: ty? - Pocałowała jego zaciśniętą pięść. 

- Przestań - poprosił cicho. - Nie rób tego, Britt. 

-  Nie  bój  się.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego,  a  potem  rozluźniła  mu  krawat.  -  Lepiej 

chodź ze mną. 

Zaprowadziła  go  do  sypialni.  Dzieci  spały  smacznie  w  swych  prowizorycznych 

łóżeczkach. Mitch sądził, że przyszli tu po to, żeby na nie popatrzeć, ale Britt posadziła go na 

łóżku. 

- Połóż się - powiedziała. 

Mitchowi okropnie kręciło się w głowie. 

Wystarczyło, że Britt lekko go popchnęła i już leżał jak kłoda. 

- Zamknij oczy i prześpij się trochę - poleciła. 

Zamknął  oczy.  Czuł,  że  Britt  zdejmuje  mu  buty  i  skarpetki.  Rozluźnił  mięśnie, 

odprężył  się  zupełnie,  odpłynął.  Zaraz  zasnę,  pomyślał.  I  wtedy  Britt  zaczęła  rozpinać  mu 

koszulę.  Mitch  w  jednej  chwili  oprzytomniał.  Britt  rozpięła  mu  pasek  od  spodni  i  Mitch 

natychmiast otworzył oczy. 

- Kochanie - westchnął. Nie wierzył, że to wszystko dzieje się naprawdę. Pomyślał, że 

umarł i znalazł się w raju. 

- Cii - położyła palec na ustach. - Nic nie mów, tylko śpij. 

Ale  Mitch  wcale  nie  miał  zamiaru  spać.  Obserwował,  jak  Britt  rozpina  mu  spodnie, 

zdejmuje je i głaszcze go przy tym tak, jakby nie mogła się oprzeć pokusie. 

- Dlaczego nie śpisz? - zapytała, chociaż leżący w samych slipkach Mitch nie potrafił 

ukryć odpowiedzi na to pytanie. 

- Nie mogę jednocześnie spać i kochać się z tobą. - Przyciągnął dziewczynę do siebie. 

- Myślałam, że kiedy mężczyzna pije... - Britt była szczerze zdziwiona. 

- Chyba żartujesz - roześmiał się Mitch. - To, co przed chwilą zrobiłaś, umarłego by 

obudziło,  nie  mówiąc  o  lekko  podchmielonym  mężczyźnie.  -  Drżącymi  z  niecierpliwości 

rękami zaczął ją rozbierać. Całował ją po twarzy, włosach, rękach... 

-  Jeśli  chcesz,  żebym  przestał,  to  mi  powiedz  -  wyszeptał.  -  Ale  pospiesz  się,  bo  za 

chwilę przestanę nad sobą panować. 

- Już jest za późno - westchnęła Britt. - Och, Mitch, przytul mnie mocno. 

Kochali  się  długo  i  do  utraty  tchu.  Potem  jeszcze  raz  i  jeszcze.  Było  to  przeżycie 

najwspanialsze, zupełnie niepowtarzalne i trudno osiągalne dla zwykłych śmiertelników. Nic 

background image

podobnego  nigdy  się  im  przedtem  nie  przytrafiło.  Tylko  Britt  i  Mitchowi  dane  było 

doświadczyć  takiego  szczęścia,  tylko  oni  potrafili  je  zrozumieć,  chociaż  żadne  z  nich  nie 

umiałoby opowiedzieć o nim słowami. 

Tulili się potem do siebie, śmiali się i żartowali, a wreszcie Britt wysunęła się z jego 

objęć.  Mitch  patrzył  na  jej  piękne  ciało,  kiedy  przechodziła  przez  pokój.  Był  absolutnie 

pewien,  że  udało  mu  się  zmienić  jej  decyzję,  udowodnić  jej,  że  nie  potrafi  się  bez  niego 

obejść. 

- Teraz chyba zgodzisz się rozważyć mój pomysł wynajęcia kogoś, kto będzie twoim 

mężem  tylko  formalnie  -  powiedział.  -  A  przez  ten  czas  zastanowimy  się,  jak  to  wszystko 

rozegrać. 

-  Ja  już  się  zastanowiłam  -  oświadczyła  Britt,  otwierając  drzwi  łazienki.  -  Wyjdę  za 

mąż za Gary'ego. Jest jedynym, który nadaje się na ojca Donny i Danni. 

Zamknęła się w łazience, a Mitch został w łóżku sam, zupełnie zaskoczony i prawie 

zdruzgotany. 

 

Cały następny tydzień upłynął pod znakiem przygotowań do ślubu. Gary był częstym 

gościem w mieszkaniu Britt. Traktował sąsiada narzeczonej z wyższością i Mitch kilka razy 

miał  ogromną  ochotę  zrzucić  rudzielca  ze  schodów.  Nie  mógł  zrozumieć,  jak  to  w  ogóle 

możliwe, że Britt zdecydowała się go poślubić. Był tak zły, że nie należało mu wchodzić w 

drogę. 

Lani  przychodziła  prawie  co  wieczór.  Opiekowała  się  dziećmi,  podczas  gdy  Britt  i 

Gary  wychodzili  razem  do  kina  albo  do  restauracji,  albo  tam,  gdzie  zazwyczaj  chodzą 

wszyscy narzeczeni. 

Mitch  wziął  tydzień  urlopu.  Chciał  jak  najwięcej  czasu  poświęcić  dzieciom. 

Niezależnie od tego, co rozpowiadał na prawo i lewo, nie miał zamiaru rezygnować z widoku 

uśmiechniętych  buziaków  Donny  i  Danni.  I  żaden  głupi  ślub  nie  mógł  zmienić  jego 

postanowienia. To Mitch zabrał dziewczynki do lekarza. Obawiał się, że może trzeba będzie 

delikatnie  przekazać  Britt  jakieś  złe  wieści  na  temat  stanu  ich  zdrowia.  Na  szczęście  jego 

obawy  okazały  się  nieuzasadnione.  Badanie  wykazało,  że  oba  maleństwa  są  zdrowe  i 

rozwijają  się  prawidłowo.  Lekarz  zapewnił,  że  u  żadnej  z  dziewczynek  nie  stwierdził  ani 

śladu uzależnienia i że matka przez całą ciążę nie brała narkotyków. 

Britt  wystąpiła  o  półroczny  urlop  bezpłatny,  na  co  Gary  oczywiście  zgodził  się  bez 

wahania.  Mitch  nie  potrafił  zrozumieć,  dlaczego  jego  sąsiadka  jest  taka  promienna  i 

szczęśliwa, jakby przeżywała największą miłość w życiu. 

background image

-  Obiecaj  mi  -  poprosił  ją  Mitch  -  że  zadzwonisz  do  mnie,  jeśli  potrzebna  ci  będzie 

jakakolwiek pomoc. Dobrze? Zawsze możesz na mnie liczyć. Choćby w środku nocy i nawet 

po ślubie z tym całym Garym. 

- To zupełnie niemożliwe - Britt pokręciła głową. Przecież będę miała opiekuna. 

- Ty tak, ale nie dziewczynki. 

- One także. Mam nadzieję. 

-  A  właśnie  -  Mitch  skrzywił  się  niemiłosiernie.  -  Zapomniałem  zapytać,  gdzie 

spędzicie miesiąc miodowy. 

-  Nie  mamy  na  to  czasu.  Zaraz  po  ślubie  wracamy  do  domu.  Ktoś  się  przecież  musi 

zająć dziećmi. 

- Nie zaplanowaliście nawet jednej upojnej nocy? - zapytał z nadzieją w głosie. 

- A co? Chciałbyś się w tym czasie opiekować dziećmi? 

Mitch  wiedział,  że  to  była  złośliwość.  Britt  postanowiła  go  zadręczyć.  Nie  rozumiał 

tylko, po co to robi. 

-  Już  wiem  -  wpadł  na  doskonały  pomysł.  -  Wy  zostaniecie  tutaj,  a  ja  zajmę  się 

bliźniaczkami.  Zamieszkam  z  wami  jako  niańka.  Zrobię  sobie  posłanie  w  kąciku  waszej 

sypialni. 

- A dlaczego nie miałbyś spać pomiędzy nami w łóżku? - roześmiała się Britt. 

-  To  jest  to!  -  ucieszył  się  Mitch.  -  Nie  wiem,  dlaczego  sam  na  ten  pomysł  nie 

wpadłem. Powiedz mi - poprosił - dlaczego kochałaś się ze mną, skoro postanowiłaś wyjść za 

mąż za Gary'ego? 

- Przecież tego chciałeś - odrzekła bez namysłu Britt. 

-  Ja  tego  chciałem?  Ja?  -  zaperzył  się  Mitch.  -  Ty  mnie  uwiodłaś.  Już  zdążyłaś 

zapomnieć? 

Britt tylko uśmiechnęła się tajemniczo. Mitch nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Nie 

mógł usiedzieć na miejscu. Serce mu krwawiło, gdy tylko wyobraził sobie, jak Gary dotyka 

Britt, jak ją pieści, całuje, jak się z nią kocha. 

Ona  nigdy  nie  będzie  należała  do  Gary'ego,  pomyślał.  Ona  jest  moja  i  tylko  moja. 

Żaden ślub tego nie zmieni. 

 

-  Pojedź  na  tydzień  do  domu  -  poradził  bratu  Kam.  -  Zniknij  stąd  na  jakiś  czas. 

Shawnee się tobą zaopiekuje. Będzie ci gotować twoje ulubione potrawy i w ogóle trochę cię 

porozpieszcza. Wrócisz jak nowo narodzony. 

- Nie pojadę do domu - protestował Mitch. - Jestem już dorosły i nie mogę przy byle 

background image

okazji uciekać pod skrzydła Shawnee. 

- No to się ożeń z Britt - zaproponował mu Kam. 

- Przecież zaręczyła się z Garym. 

- Zaręczyła się, bo on ją poprosił o rękę. A ty co? Oświadczyłeś się jej? 

- Nie, skądże. 

- No, widzisz. 

Mitch był zdruzgotany. Nawet jego własny brat stał po stronie przeciwnika. 

Wymyślił sobie, że umówi się z Chenille na randkę, na którą z winy Donny i Danni 

dotąd  nie  miał  czasu.  Omal  nie  skończyło  się  to  katastrofą.  Mitcha  interesowały  wyłącznie 

takie tematy, które miały związek z niemowlętami. Chenille natomiast chciała jak najszybciej 

znaleźć  się  z  Mitchem  w  łóżku.  W  żaden  sposób  nie  mogli  się  dogadać,  bo  Mitch  po  raz 

pierwszy w życiu nie miał ochoty na seks. Wykręcił się fatalnym samopoczuciem i spiesznie 

wrócił do domu. W samą porę, żeby zdążyć na wieczorną kąpiel bliźniaczek. 

Nie  jestem  już  tym  samym  Mitchellem  Caine'em,  którego  wszyscy  znali,  pomyślał, 

tylko kimś zupełnie innym. 

W  nocy  obudził  go  płacz  dziecka.  Tak  długo  dobijał  się  do  mieszkania  Britt,  aż 

wreszcie mu otworzyła, zaspana i półprzytomna. 

- Która płacze? - zapytał Mitch. - Co jej się stało? 

- Nic się nie stało. Nikt nie płacze. Danni i Donna śpią i ty też wracaj do łóżka. 

Mitch  wyszedł  dopiero  wtedy,  kiedy  na  własne  oczy  przekonał  się,  że  obie 

dziewczynki śpią i zupełnie nic im nie dolega. 

Następnej  nocy  znów  śniły  mu  się  dzieci.  Krzyczały,  śmiały  się,  płakały,  pływały  i 

bawiły się. A potem przyśniła mu się Britt, tuląca do siebie niemowlęta. Dzieci stały się jego 

obsesją.  Kiedy  szedł  ulicą,  tylko  na  dzieci  zwracał  uwagę.  Z  zazdrością  patrzył  na  ojców  z 

dziećmi na ręku. Uważał to za niesprawiedliwość losu. To okropne, że inni mają dzieci, a on 

ich nie ma. 

Nie  chcę,  żeby  Britt  została  żoną  Gary'ego,  myślał  zrozpaczony.  Muszę  jej  w  tym 

przeszkodzić. Koniecznie powinienem coś wymyślić. 

 

W noc poprzedzającą ślub Mitch wcale nie mógł spać. Do rana chodził po mieszkaniu, 

a kiedy nastał świt, zapukał do drzwi mieszkania Britt. 

- Czego chcesz? - zapytała półprzytomna. 

- Muszę z tobą porozmawiać - oświadczył stanowczo. 

- O tej porze? 

background image

- To naprawdę bardzo ważna sprawa. 

Britt  tylko  spojrzała  na  Mitcha  i  od  razu  zauważyła  zmianę,  jaka  w  nim  zaszła. 

Postanowiła dać sąsiadowi ostatnią szansę. Wpuściła go do mieszkania. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  ma  tu  Gary'ego  -  Mitch  rozglądał  się  po  pokoju,  chociaż 

doskonale wiedział, że Gary śpi u siebie. 

- Oczywiście, że go tu nie ma. Wchodź i siadaj. 

Poszła  przodem,  pozwalając  Mitchowi  podziwiać  wspaniały  widok.  Długie,  czarne 

włosy  dziewczyny  spływały  na  srebrzystą  nocną  koszulę,  a  bose  stopy  jakby  unosiły  ją  nad 

ziemią. Mitch miał ochotę przygarnąć ją do siebie. Pohamował się ostatnim wysiłkiem woli. 

Usiedli  obok  siebie  na  kanapie,  ale  zanim  Mitch  zdążył  otworzyć  usta,  zadzwonił 

telefon. 

- Kto to może być? O tej porze? - zdziwiła się Britt. 

Podniosła słuchawkę. 

-  Co  takiego?  -  powiedziała  wyraźnie  zaskoczona  Britt.  -  Ach,  tak?  No,  cóż,  trudno. 

Mnie też jest bardzo przykro, ale może rzeczywiście tak będzie lepiej. Tak. Tak. Powodzenia. 

Odłożyła słuchawkę. 

- Aż trudno to sobie wyobrazić - powiedziała i głośno się roześmiała. 

- Złe wieści? - zapytał Mitch. 

- Raczej dziwne. 

- Powiesz mi, co się stało? 

-  Może  potem.  -  Usiadła  obok  niego  na  kanapie.  -  Chciałeś  ze  mną  o  czymś 

porozmawiać. 

-  Chodzi  mi  o  twoje  małżeństwo  z  Garym  -  powiedział,  usiłując  skupić  uwagę  na 

twarzy dziewczyny, a nie na tym, co znajdowało się niżej. - Uważam, że nie ma ono sensu. 

- Dlaczego tak sądzisz? 

-  Po  prostu  nie  mogę  sobie  tego  wyobrazić  -  powiedział  i  jęknął  w  duchu,  bo  jego 

wzrok padł na dekolt nocnej koszuli Britt. Jedyne, co naprawdę mogłoby go teraz uratować, 

to bardzo zimny prysznic. Musiał się, niestety przez chwilę bez tego obejść. - Nie mogę sobie 

wyobrazić Gary'ego z dziećmi. Nie chcę, żeby robił cokolwiek dla Donny i Danni. 

- Wiem - powiedziała Britt bardzo cicho. 

- I nie chcę także, żeby robił cokolwiek dla ciebie. 

- O tym także wiem. 

- I nie chcę, żeby cię dotykał. - Mitch dotknął piersi dziewczyny. - Nie chcę, żeby cię 

całował...  -  Dotknął  wargami  jej  ust.  -  Chodź  do  mnie  -  poprosił  i,  nie  czekając  na 

background image

przyzwolenie, mocno ją do siebie przytulił. 

Kochali się na kanapie, pieścili i całowali, oddając się długo hamowanej namiętności. 

A  kiedy  już  było  po  wszystkim  i  Mitch  mógł  wreszcie  przytomnie  spojrzeć  na  swoją 

ukochaną, zobaczył, że Britt płacze. 

- Zrobiłem ci krzywdę? - zapytał przerażony. 

- Nie - wyszeptała. - Obawiam się tylko, że już z żadnym mężczyzną nie będzie mi tak 

dobrze jak z tobą. 

Mitch  był  w  siódmym  niebie.  Znów  ją  pocałował,  a  potem  znowu  się  kochali.  Tym 

razem także jak szaleńcy. 

-  Powinniśmy  chyba  przestać  -  Mitch  pierwszy  się  opamiętał.  -  Przecież  dziś 

wychodzisz za mąż za tego rudzielca. 

- Przynajmniej to zostało zaplanowane - odrzekła Britt, wkładając z powrotem nocną 

koszulę. 

- Ale pamiętaj, żebyś mu nie pozwalała się dotykać - przypomniał jej Mitch. 

- Jeśli zostanę jego żoną, to będzie miał prawo mnie dotykać. 

-  Przecież  wiem.  -  Mitch  szybko  włożył  spodnie  i  usiadł  obok  Britt  na  kanapie.  -  I 

właśnie dlatego nie możesz zostać jego żoną. 

- Ale... 

-  Posłuchaj,  mam  genialny  pomysł.  Zabierzemy  dziewczynki  i  uciekniemy  stąd. 

Pojedziemy  do  Japonii,  na  Filipiny  albo  na  Malaje.  Tam  jest  mnóstwo  malutkich  wysepek. 

Znajdziemy sobie taką, na której nikt nie mieszka, i zaczniemy całkiem nowe życie. 

- Będziemy wolną rodziną Caine'ów? - Britt udała, że ją ten pomysł zainteresował. 

- No właśnie. Widzę, że rozumiesz, o co mi chodzi. 

- Byłoby prawie tak, jak gdybyśmy się pobrali. 

-  Tak,  ale...  -  Mitch  spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Dopiero  po  chwili  coś  do  niego 

dotarło. Chmury się rozstąpiły, ukazując słońce. 

Zrozumiał,  że  może  poślubić  Britt,  że  nie  dzieli  ich  żadna  przeszkoda,  bo  Britt, 

właśnie Britt jest tą kobietą, którą on, Mitchell Caine, pokochał. 

- Kocham cię, Britt! zawołał dumny ze swego odkrycia. - Kocham! 

- Przecież wiem. Ja też ciebie kocham. 

- Britt! Przecież możemy się pobrać! - Mitch wciąż odkrywał nowe, cudowne światy. 

- Oczywiście, że możemy. 

- O mój Boże! Dlaczego dopiero teraz na to wpadłem? 

-  Tego  nie  wiem.  Zresztą  nic  mnie  to  nie  obchodzi.  Najważniejsze,  że  w  końcu  to 

background image

wymyśliłeś. 

- Wymyśliłem! Oboje będziemy się opiekować bliźniaczkami. I będziemy razem. Ty i 

ja.  I  zupełnie  nie  musimy  się  przejmować  Garym.  Posłuchaj!  Zadzwonimy  do  niego  i 

powiemy, żeby poszedł do diabła. Zaraz to zrobię. 

- Nie.  - Britt schwyciła  go za  rękę, bo już się zerwał i chciał biec do telefonu. - Nie 

musisz  do  niego  dzwonić.  To  Gary  dzwonił  przed  chwilą.  Chciał  mi  powiedzieć,  że  się  ze 

mną nie ożeni. 

- Niemożliwe! Stchórzył? - ucieszył się Mitch. 

- Nie stchórzył - Britt uśmiechnęła się do niego. - Zakochał się w Lani. Powiedział, że 

przegadali całą noc. Rozmawiali o tej nowej wystawie lotniczej. 

- Zakochał się w Lani? A co na to Jimmy? 

- Z tego, co wiem, to on i Lani rozstali się kilka dni temu. 

-  Nic  mnie  to  nie  obchodzi.  -  Mitch  wzruszył  ramionami.    Bo  i  rzeczywiście  nie 

obchodziły  go  miłosne  sprawy  innych  ludzi.  Przed  chwilą  podjął  najważniejszą  decyzję  w 

swoim życiu i tylko to miało dla niego znaczenie. - Żenię się! Żenię się z tobą! 

Britt miała łzy  w oczach. W końcu wszystko dobrze się ułożyło. Po wielu smutnych 

latach wreszcie odnalazła szczęście, o jakim nigdy nawet nie marzyła. 

- Będzie ci ze mną lepiej niż z Garym - obiecał Mitch. - Daję ci słowo honoru. 

- Wiem o tym. Teraz mogę ci powiedzieć, że tak naprawdę wcale nie miałam zamiaru 

wychodzić za mąż za Gary'ego. 

- Ciekawe. A mnie się wydawało, że dziś miał się odbyć wasz ślub. 

-  To  był  tylko  taki  podstęp,  kochanie.  Chciałam,  żebyś  się  wreszcie  obudził  i 

zrozumiał, co naprawdę czujesz. Od początku wiedziałam, że będziemy razem. Ja, ty i dziew-

czynki. 

- Ja i ty - powtórzył Mitch. - Razem z dziewczynkami. Wszyscy czworo będziemy żyli 

długo i szczęśliwie. Przysięgam. 

Mocno  przytulił  do  siebie  Britt,  a  zaraz  potem  usłyszeli  popiskiwanie  zgłodniałych 

niemowląt. Zaczął się kolejny, szczęśliwy, chociaż nie całkiem spokojny dzień.