background image

 

Heather MacAllister 

 

Miłosne Manewry 

 
 

background image

Rozdział 1 

 
Organy  grały  cicho,  a  powietrze  przesycał  słodki  zapach  gardenii.  Promienie 

słońca  przenikały  przez  szyby.  Czerwiec  w  Galveston  był  jak  zwykle  piękny. 
Druhny  stały  już  w  przedsionku  kościoła,  a  goście  cicho  rozmawiali.  Panowała 
uroczysta atmosfera wyczekiwania. 

Pager pana młodego zabrzęczał natrętnie raz, a potem drugi. 
–  A  niech to!  –  Carter  Belden  z irytacją wdusił przycisk  i  w tej  samej  chwili 

uświadomił  sobie,  że  obok  stoi  z  poważną  miną  pastor  Royer,  mający  za  chwilę 
powieść go do ołtarza. – Przepraszam bardzo – zreflektował się. 

Brwi pastora ściągnęły się z dezaprobatą. 
– Może lepiej... wyłączyć pager na czas ceremonii? 
– Tak, naturalnie – mruknął Carter, ale kiedy zerknął na odczyt, drgnął. – To z 

mojego biura. Muszę zadzwonić – rzucił niecierpliwie. 

– Panie Belden! 
– Mój drużba jeszcze się nie pojawił. Może to właśnie wiadomość od niego  – 

powiedział do osłupiałego pastora. 

Pastor Royer odsunął rękaw swej szaty i spojrzał na zegarek. 
– Jeśli się nie pospieszy, nie zdąży na ceremonię! 
– W każdym razie mamy jeszcze parę minut, prawda? 
–  Tak,  ale...  –  zająknął  się  pastor,  lecz  Carter  już  go  nie  słuchał.  Wielkimi 

krokami  ruszył  w  stronę  kościelnej  kancelarii.  Duchowny  pognał  za  nim, 
powiewając połami sutanny. 

– Co mam powiedzieć narzeczonej? 
Carter zatrzymał się na moment z ręką na klamce. 
– Proszę powiedzieć Dee Ann, że telefon dotyczy moich interesów. Zrozumie. 
Dee Ann mogła zrozumieć, ale sam Carter – nie. Znał poświęcenie i lojalność 

współpracowników,  ale  nawet  on  nie  spodziewał  się,  że  wyciągną  go  sprzed 
ołtarza, aby omawiać sprawy firmy. 

Musiało  zdarzyć  się  coś  nadzwyczajnego,  choć  z  drugiej  strony  dzwonili 

przecież dzisiaj do niego od rana cztery razy, niepotrzebnie zawracając mu głowę. 
Domyślał się, że nie byli zachwyceni jego ślubem z córką konkurenta, ale, do licha 
ciężkiego, to jeszcze nie powód, żeby bezczelnie spóźniali się na uroczystość. 

A  już  na  pewno  powinien  tu  być  Saunders  –  prawnik,  przyjaciel  i  drużba 

Cartera w jednej osobie. 

background image

Gdzie się ten facet podziewa? 
Prawdopodobnie namawia Nikki Morrison, by zechciała się tu zjawić. 
Odruchowo  zwolniwszy  kroku,  Carter  przywołał  w  myśli  obraz  szczupłej 

kobiety,  wiecznie  w  ruchu,  z  zielonymi  oczami  i  piegami,  dobrze  widocznymi, 
choćby nie wiem jak starannie tuszowała je pudrem. 

.  Ach,  Nikki...  –  uśmiechnął  się  do  własnych  myśli.  W  gruncie  rzeczy  nie 

zdziwiłby się, gdyby nie przyszła, choć wiadomość o ślubie szefa przyjęła w swój 
zwykły, chłodny i profesjonalny sposób. 

Podszedł do stojącego na biurku w kancelarii telefonu i szybko wystukał numer. 

Czekał,  wsłuchując  się  w  dochodzący  z  głębi  budynku  dźwięk  organów.  Jeszcze 
nie grały marsza weselnego. 

– Carter? 
To był głos Nikki, napięty i zdyszany. Poczuł, że kołnierzyk nagle stał się za 

ciasny. 

– Do diabła, co tam się dzieje, Nikki? Gdzie jest Saunders? 
– Czy jesteśmy spóźnieni? 
Carter ze świstem wypuścił powietrze przez zęby. 
– Za trzy minuty mam stanąć przy ołtarzu. Gdzie on się, do cholery, podziewa? 

– Zaklął i rozejrzał się natychmiast, czy nikt nie słyszy. Tylko jakiś święty z obrazu 
patrzył  na  niego  z  dezaprobatą.  Na  wszelki  wypadek  odwrócił  się  do  niego 
plecami. 

– Carter? – odezwał się inny głos. 
– Saunders?! Dlaczego cię tu jeszcze nie ma, draniu? 
– Jesteśmy w samochodzie. – W głosie przyjaciela dało się wyczuć znużenie. – 

Nie zaczynaj bez nas. 

Dobrze, że przynajmniej jego drużba nie miał wypadku. Jeszcze nie... 
– Lepiej, żebyś się nie spóźnił na mój ślub! – warknął Carter. 
– Nie! 
– Zgodny chór zaskoczył go. 
– Czy Julian i Bob jadą z wami? 
– Tak. – Z daleka dotarł do niego głos Nikki. 
– Zauważyłem w kościele żonę Boba i dzieciaki. O co tu chodzi? 
– Carter, czekaj na nas. Musisz najpierw dowiedzieć się, co wykryliśmy. 
– Czy coś na temat przejęcia... 
– Cicho! Rozmawiamy przez komórkę. 
Carter  zacisnął  wargi.  Łatwość  podsłuchiwania  rozmów  z  telefonu 

background image

komórkowego  była  powszechnie  znana.  Nie  powinien  zapominać,  że  nie  można 
poruszać takich tematów. 

– Czekaj, aż się zjawimy – powtórzyła Nikki. – Zrozum, muszę porozmawiać z 

tobą, zanim ożenisz się z Dee Ann. 

–  Posłuchaj  jej  –  wtrącił  Saunders.  –  Nie  rób  nic,  dopóki  się  nie  dowiesz,  co 

mamy do powiedzenia. 

–  Nic  z  tego  nie  rozumiem.  –  Carter  drgnął,  słysząc  niecierpliwe  pukanie  w 

szybę.  Odwrócił  się  i  zobaczył,  że  pastor  Royer  z  panną  Hicks,  pełniącą  rolę 
mistrza ceremonii, dają mu niespokojne znaki. 

Wzruszył ramionami i wskazał na telefon. Panna Hicks otworzyła drzwi. 
– Panie Belden, mamy już opóźnienie. 
– Moment – szepnął w słuchawkę i z wymuszonym uśmiechem zwrócił się do 

zdenerwowanej  kobiety:  –  Proszę  powiedzieć  wszystkim,  że  zapłacę  im 
dodatkowo. 

– Tu nie chodzi o pieniądze, panie Belden, tylko o czas. 
Kąciki  ust  mężczyzny  opadły  w  cynicznym  uśmieszku.  Z  doświadczenia 

wiedział, że tak naprawdę zawsze chodziło o pieniądze. 

–  Niech  kamerzysta  zrobi  jeszcze  kilka  ujęć  szczęśliwej  narzeczonej.  – 

Wiedział,  że  Dee  Ann  bardzo  lubi  pozować.  –  Przydadzą  się  do  rodzinnego 
albumu. 

– Na razie filmuje gości na galerii – odęła się panna Hicks. 
Carter spróbował innego uśmiechu. 
– Mój drużba się spóźnia – wyjaśnił przepraszającym tonem. 
–  Po  pańskim  ślubie  mamy  jeszcze  w  planie  dwa  –  poinformował  go  sucho 

pastor. – Przecież to czerwiec – dodał znacząco. 

– Przez pana opóźnią się tamte uroczystości – wtórowała mu z naganą w głosie 

panna Hicks. 

Carter mógłby zaproponować gościom innych par rekompensatę finansową, ale 

wiedział, że w ten sposób nic nie zyska. 

– Nikki, naprawdę nie można już dłużej przeciągać – rzucił w słuchawkę. 
– Powiedz im, żeby zaczęli bez ciebie – doradziła. 
– Jesteśmy zaledwie o parę ulic od kościoła. 
–  Odkładam  teraz  słuchawkę  i  wyłączam  pager.  Macie  dziesięć  minut  i  ani 

sekundy  więcej.  Jeszcze  dziesięć  minut,  dobrze?  –  zwrócił  się  przymilnie  do 
pastora  i  jego  asystentki.  Oboje  zerknęli  nerwowo  na  zegarki.  Sam  zaczynał  już 
mieć dosyć. Przecież to w końcu jego ślub! 

background image

Wepchnąwszy  ręce  w  kieszenie  szarego  ślubnego  garnituru,  Carter  wielkimi 

krokami  ruszył  do  poczekalni  dla  kawalerów.  Był  pewien,  że  Dee  Ann  będzie 
wściekła, choć nie pokaże tego po sobie. Ta zimna teksańska piękność rozumiała 
doskonale, na czym ma polegać związek z zamożnym i wpływowym mężczyzną, i 
jaka rola jej przypada. Tak ją wychowano: na wzorową małżonkę przemysłowego 
rekina,  która  nigdy  nie  pyta  o  interesy  męża.  Nie  znaczy  to,  że  nie  oczekiwała 
żadnej rekompensaty za swoją wyrozumiałość i tolerancję. 

Jednak  przyszły  małżonek  zbytnio  się  tym  nie  przejmował.  Bawiło  go 

obserwowanie,  jak  Dee  Ann  próbuje  nim  manipulować,  i  pozwalał  jej  na  małe 
zwycięstwa. 

Poślubienie  Dee  Ann  uznał  za  jeden  ze  swoich  najlepszych  pomysłów.  Była 

materiałem na znakomitą żonę, a tego właśnie potrzebował – tradycyjnego układu, 
gdzie  kobieta  rządzi domowym  ogniskiem,  a  mężczyzna  zajmuje  się  zarabianiem 
pieniędzy.  I  choć  entuzjastycznie  odnosił  się  do  walki  o  prawa  kobiet,  musiał 
przyznać, że nie nadawałby się na męża kobiety wyzwolonej. 

Już raz tego próbował i mocno się sparzył. Kiedy dwoje partnerów koncentruje 

się na swoich karierach, oboje zapominają o małżeństwie. 

Carter nie miał zamiaru znów popełnić tego błędu. Dee Ann nie ukrywała, że 

uważa małżeństwo i działalność charytatywną u jego boku za karierę. Carter cenił 
ją za szczerość. Wiedział również, że nie będzie musiała pracować, jak wiele kobiet 
obecnie, gdyż jego dochody wystarczą. Znając ją, uznał, że będzie się znakomicie 
czuła, zasiadając w radach różnych dobroczynnych organizacji, korzystając z jego 
pieniędzy  dla  wsparcia  swoich  chwalebnych  przedsięwzięć.  Będzie  to  znakomita 
harmonia oczekiwań i potrzeb. 

Tak, mają szansę na świetne ułożenie sobie życia. 
Oczywiście pod warunkiem, że Saunders i reszta wreszcie się pojawią... 
Carter  stanął  przy  oknie  i  nerwowo  wyglądał,  starając  się  nie  patrzeć  na 

zegarek.  Po  raz  kolejny  poprawił  krawat  i  mankiety,  a  potem  poklepał  się  po 
kieszeni,  wyczuwając  kształt ślubnej  obrączki.  Na  całe  szczęście uznał,  że lepiej, 
jeśli  on będzie  miał ją  przy  sobie. Jak  się  okazało, na  Saundersa nie  można  było 
liczyć. 

–  Carter?  Jesteś  tam?  –  Zadyszany  i  czerwony  na  twarzy  drużba  zajrzał  do 

pokoju. 

–  No,  macie  szczęście.  –  Carter  pokręcił  głową,  tłumiąc  głośne  westchnienie 

ulgi. Za Saundersem do pokoju wkroczyli Julian, Bob – i Nikki. 

Nieoczekiwanie  dla samego  siebie, bardzo  ucieszył  się  na  jej  widok.  Pomimo 

background image

rozpadu ich burzliwego związku pozostali dobrymi przyjaciółmi. Nikki była jedyną 
kobietą, z którą się przyjaźnił. Widocznie zależało mu na jej obecności na ślubie, 
na jej akceptacji bardziej, niż sądził. 

–  Ależ  się  przez  was  denerwowałem.  –  Carter  bez  cienia  pretensji  poklepał 

Saundersa po ramieniu. Mniejsza o to, co było, teraz już wszystko pójdzie dobrze. 

– Musimy porozmawiać – nalegała Nikki. 
– Jasne, jak tylko ceremonia się skończy, urwę się i dołączę do was w holu  – 

zapewnił Carter, popychając drużbę do drzwi. 

– Musimy porozmawiać teraz – stwierdziła stanowczo Nikki, a Saunders zaparł 

się i nie chciał zrobić kroku. 

Carter obejrzał się  zaskoczony  i  zobaczył,  że  pozostali  mieli  równie  poważne 

miny. Nikki podeszła do niego, wymachując teczką z papierami. 

– Julian, pilnuj drzwi – nakazała, rozkładając je na klęczniku, który podsunął jej 

usłużnie Saunders. 

– Co jest grane? – Dobry humor Cartera prysł. 
– Chodzi o transakcje giełdowe – poinformowała go Nikki. 
– O, nie, dosyć już na dzisiaj – warknął z irytacją. Przez całe rano suszyli mu 

głowę tymi teoriami na temat przejęcia akcji. 

– Posłuchaj – Bob, jego główny księgowy, poprawił okulary na nosie i popukał 

palcem w kartkę z kolumnami cyfr – to jest wykres aktywności Belden Industries 
na  giełdzie  w  ciągu  ostatnich  dwóch  miesięcy  w  porównaniu  z  analogicznym 
okresem zeszłego roku. 

Carter pobieżnie obejrzał wyniki. 
– No i co z tego? – Wzruszył ramionami, patrząc na ich poważne twarze. Chyba 

nie  oczekiwali,  że  zacznie  się  teraz  wgłębiać  w  wykresy!  –  W  każdym  razie  nie 
widzę tu niczego, co miałoby opóźnić mój ślub. 

– Tu są kupujący, a tu sprzedający – kontynuował niewzruszenie Bob. 
Carter milczał. 
–  Twój  przyszły  teść  zakupił  duży  pakiet.  –  Nikki  wskazała  mu  wyniki 

Karrenbrock Ventures. 

– I co z tego? Uważam to za dowód zaufania. 
Nikki wymieniła spojrzenia z Saundersem. 
– Zgodnie z umową przedślubną obiecałeś przekazać Dee Ann dziesięć procent 

swoich  udziałów  w  Belden  Industries,  jeśli  ślub  zostanie  zawarty  –  przypomniał 
Saunders. 

Carter doskonale pamiętał, jak Saunders i Nikki wybrzydzali na tę umowę. 

background image

– Wiedzieliście o tym od dawna – stwierdził. 
Nikki chwyciła arkusze Bobu. 
–  Te  dziesięć  procent  dodane  do  udziałów  Karrenbrock  uprawnia  ich  do 

zasiadania w radzie nadzorczej. 

– Przekażę akcje imiennie Dee Ann, więc pozostaną w rodzinie. 
W oczach Nikki dostrzegł rozczarowanie i poczuł wyrzuty sumienia. Wiedział, 

że postąpił niedelikatnie, podkreślając nową pozycję Dee Ann, ale przecież oni, do 
licha, rujnowali mu ślubną ceremonię! 

Saunders odchrząknął z powagą. 
– Ten pakiet może być uznany za osobistą własność twojej żony, z którą będzie 

mogła zrobić co zechce. 

– I nic nie powstrzyma jej przed sprzedaniem udziałów tatusiowi – odezwał się 

Julian  spod  drzwi.  –  A  jeśli  tatuś  wpadnie  na  pomysł,  by  wyegzekwować  swoje 
prawa, Karrenbrock może poważnie zagrozić pozycji Belden Industries. 

– To się nie stanie – orzekł pewnym głosem Carter. 
– Albo inaczej: tatuś mógłby jej odstąpić swoje udziały – dorzuciła Nikki. 
O tym nie pomyślał. 
– W porządku, załóżmy, że właśnie to zrobi – powiedział lekko. – Taki ślubny 

prezent. Wówczas próbowałbym odkupić część akcji Belden. 

Nie wyglądali na przekonanych. Westchnął i rozłożył ręce. 
– Słuchajcie – zaczął, zmuszając się do swobodnego uśmiechu, który dziwnie 

wyglądał  w  zderzeniu  z  ich  iście  pogrzebowymi  minami.  –  Dee  Ann  nie  jest 
zainteresowana  biznesem.  Nie  jest  podobna  do  ciebie.  –  Popatrzył  znacząco  na 
Nikki. 

Nikki z pogardą uniosła podbródek. 
– Tak mi też mówiono. 
Jej spojrzenie powiedziało Carterowi, że nie była tak pozytywnie nastawiona do 

jego małżeństwa, jak przypuszczał. 

–  Okay,  rozumiem,  że  macie  uzasadnione  obawy  –  stwierdził.  Wyraz  ulgi 

przemknął  po  zatroskanych  twarzach.  –  W  takim  razie  pozwólcie,  że  szybko 
wezmę ten ślub i zaraz sobie to przedyskutujemy. 

– Wtedy będzie za późno! – W głosie Saundersa zabrzmiała panika. 
Carter, ignorując go kompletnie, pogrzebał w stercie różnych pudełek na starej 

sofie, wyciągnął opakowanie z kwiatem do butonierki i wyjął go. Kwiat był jeszcze 
świeży. 

–  Masz  –  wręczył  roślinę  Bobowi,  odpiął  swój  własny  i  rzucił  go  Nikki.  – 

background image

Przypnij go Saundersowi, dobrze? 

– Ale. . chyba nie możesz pozwolić sobie na ślub z nią po tym, co usłyszałeś? – 

wyjąkała. 

–  Nie  przesadzajcie  –  zbagatelizował,  z  trudem  układając  sobie  w  butonierce 

świeży bukiecik. Powinien robić to Saunders albo jeszcze lepiej – Nikki. 

– Jest coś jeszcze, o czym powinieneś wiedzieć – dodała Nikki z nutą desperacji 

w głosie. 

Jej  ton  napełnił  Cartera  dumą.  Ich  troska  o  firmę  wykraczała  daleko  poza 

zwykłe  zaangażowanie  urzędników.  Uważali  ją  również  za  swoją.  Dobra,  dobra, 
upomniał  się  nagle,  a  jednak  firma  jest  moja  i  czas  przerwać  tę  nonsensowną 
dyskusję. 

– Później, moja droga – rzucił niecierpliwie. 
– Nie! – Nikki uwiesiła się u jego ramienia, Saunders chwycił go za drugie. 
– Hej, pognieciecie mi garnitur! 
– Carter, słuchaj. – Bob wyciągnął inne wykazy.  – Lacefield Foods należą do 

Karrenbrock  Ventures.  Dwa  tygodnie  temu  Lacefield  kupiły  akcje  Belden 
Industries. 

To dopiero przykuło uwagę Cartera. 
– Pokażcie. – Wziął do ręki plik kartek i przejrzał go uważnie, po czym oddał z 

westchnieniem. – Nie tak dużo, żeby się martwić. 

– Owszem, w tym jednym przypadku – przyznał Bob. – Ale podejrzewam, że 

jeszcze niejedna firma z tego wykazu może się okazać przybudówką Karrenbrock 
Ventures. 

– A w takiej sytuacji nie należałoby się wyzbywać dziesięciu procent udziałów 

– dokończył Julian. 

Carter  przyjrzał  się  uważnie  twarzom  swoich  zaufanych  urzędników  i 

przyjaciół zarazem. Julianowi, swojemu zastępcy, wyrafinowanemu znawcy kobiet 
i sztuki. Bobowi, łysiejącemu księgowemu, zawsze niespokojnemu Saundersowi i 
Nikki... 

Stała sztywno, zaciskając palce na teczce. Było w wyrazie jej twarzy coś więcej 

niż  zwykła  troska  o przedsiębiorstwo.  Na  nią  Carter patrzył  najdłużej,  poruszony 
spojrzeniem i kryjącą się w nim... czyżby paniką? Nie, to nie miało sensu. Zupełnie 
jakby pragnęła, by odwołał ślub za wszelką cenę. 

Smętny  uśmiech  zagościł  na  chwilę  na  jego  wargach.  Nasz  czas  był  i  minął, 

dziecinko. Gdyby byli sami, powiedziałby to głośno. Zamiast tego zwrócił się do 
pozostałych: 

background image

– Jednym słowem chcecie, żebym odwołał swój ślub tylko z tego powodu, że 

jakaś kompania kupiła mało znaczący pakiet akcji? 

Spojrzeli po sobie, po czym odezwała się Nikki: 
– Nie odwołał, tylko przełożył, dopóki nie sprawdzimy, ile dokładnie udziałów 

kontroluje Karrenbrock i przez jakie firmy. 

– Chyba żartujecie... 
Stanowczo pokręciła głową. 
–  Dam  sobie  rękę  uciąć,  że  jej  ojciec  zrobi  ruch  w  poniedziałek,  kiedy  ty 

będziesz odbywał podróż poślubną. 

– Absurd – powiedział Carter, patrząc na ich miny, które mówiły coś zupełnie 

przeciwnego. 

– Pomyśl, każdy by tak zrobił na jego miejscu. Idealny moment! 
–  Ale  nie  człowiek,  który  będzie  moim  teściem  –  oburzył  się  Carter.  Nikki 

najwyraźniej udało się przekonać innych do swojej paranoidalnej oceny sytuacji. – 
To nie ma sensu. Dlaczego miałby mi to robić? 

Julian wzruszył ramionami. 
– Być może dlatego, że nadarza się dobra okazja. 
–  Zgoda,  stary  Karrenbrock  jest  bezwzględny,  ale  przecież  nie  będzie 

podstępnie pogrążał męża  córki  –  nie  dowierzał  Carter.  –  Dee  Ann  nigdy  by  mu 
tego nie wybaczyła. 

– Ona też pewnie macza w tym palce – powiedziała zjadliwie Nikki. 
Carter miał ochotę podrzeć w strzępki ich wykazy. Zamiast tego zacisnął palce 

na krawędzi klęcznika. 

– Macie pretensje, że daję jej dziesięć procent, tak? 
– Nawet jeśli nie dasz, też się odsłonisz – odparowała Nikki. 
–  Radziłem,  żebyś  nie  sprzedawał  akcji  dla  sfinansowania  tego  projektu 

poszukiwań ropy – włączył się Bob. Zabrzmiało to właściwie jak „a nie mówiłem”. 

–  A  ja  scedowałam  twoje  udziały  na  Cartera,  własne  też  –  pokiwała  głową 

Nikki. 

–  Może  ona  za  mało  próbowała  cię...  –  zaczął  Bob,  ale  Carter  uciszył  go 

spojrzeniem. 

–  Nadchodzi  pastor!  –  zdążył  ostrzec  Julian,  a  już  wielebny  Royer  wpadł  jak 

burza do pokoju. 

– Pan Belden... i drużba? 
– Jestem! – Saunders wystąpił naprzód, mnąc w ręku nieszczęsny bukiecik. 
– Saunders! – syknęła Nikki. 

background image

– Chodźmy. – Carter ujął swojego drużbę za łokieć. 
–  Carter!  –  wrzasnęła  tak  głośno,  że  wszyscy  zamarli.  Pobladła,  a  piegi 

wystąpiły  na  jej  twarzy  wyraźnie  jak  płatki  cynamonu  w  porannym  capuccino 
Cartera. Nie akceptowała jego małżeństwa z Dee Ann. Serce zabiło mu żywiej. 

– Da nam ojciec jeszcze kilka minut? – zapytał pastora. 
–  Młody  człowieku  –  wielebny  Royer  głęboko  nabrał  powietrza  –  panna 

Karrenbrock czeka w przedsionku kościoła z druhnami. Organista już przynajmniej 
piąty raz gra „Niebiańskie pastwiska”, świece się wypalają, a biedna panna Hicks 
usiłuje ratować tort. Dlatego chciałbym uprzejmie pana prosić, żeby pan był łaskaw 
odłożyć interesy na później. 

Carter przygryzł wargi. 
–  A  może  byście  tak  zaczęli  beze  mnie?  –  zaproponował.  Usłyszał  zduszony 

dźwięk, dobiegający od strony Nikki, ale nie śmiał na nią spojrzeć. 

– Będę się za ciebie modlił, synu. – Pastor pobożnie złożył ręce, wycofując się 

z pokoju. 

– Widzisz, co zrobiłaś? – Carter napadł na Nikki, kiedy tylko pastor zniknął za 

drzwiami. – Przez ciebie obraziłem osobę duchowną! 

– Nikki – wtrącił Saunders – powiedz tylko... 
Uniosła rękę, prosząc o ciszę. 
– Jeśli... jeśli zatem jesteś zdecydowany na to małżeństwo... 
– Jestem. 
– Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaproponować ci toast – oznajmiła. 
Julian wręczył butelkę szampana, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Korek, 

który już musiał wystrzelić, wetknięto z powrotem. 

– Powariowaliście wszyscy. – Carter zamrugał ze zdumienia. 
Saunders pospiesznie wetknął im w ręce papierowe kubki. 
– Chyba nie myślicie, że będę całował moją narzeczoną, zionąc alkoholem!  – 

zirytował się Carter. Nikt nie patrzył mu w oczy. – Poza tym to jakaś podróbka, a 
nie prawdziwy szampan – skrzywił się. 

– Nikki nie chciała narazić... Au! – jęknął Julian, łapiąc się za kostkę. 
–  Przepraszam.  –  Nikki,  potrząsnąwszy  lekko  butelką,  rozlała  szampana  do 

kubków. Wszystkim po trochu – z wyjątkiem Cartera, którego kubek napełniła aż 
po brzegi. 

– Aa, więc taki jest wasz nowy plan?  – powiedział znacząco, unosząc w górę 

kubeczek. – Upić mnie, żebym nie mógł dojść do ołtarza, co? 

–  Milczeli,  wpatrując  się  każde  w  swój  kubek.  Przejrzałem  was,  pomyślał  z 

background image

satysfakcją i wyzywająco uniósł swoje naczynie w toaście. 

–  Za  Dee  Ann  Karrenbrock,  która  pokaże,  jak  się  myliliście  –  oznajmił, 

wypijając  swoją  porcję  jednym  haustem.  Pseudoszampan  smakował  doprawdy 
paskudnie.  Nie  mógł  uwierzyć,  że  Julian  zdolny  był  kupić  tak  mamy  gatunek. 
Czyżby ten człowiek, jeden z jego najbliższych przyjaciół, uważał, że Dee Ann nie 
zasługuje na lepszy toast? 

Zaledwie  Carter  opuścił  kubek,  dostrzegł,  że  nikt  z  nim  nie  wypił,  i 

zaczerwienił się z gniewu. 

– Nie wzniesiesz toastu za moje szczęście, N-Nikki? – zapytał napastliwie. 
W gardle czuł dziwną suchość, od której sztywniał mu język. Ohydny sikacz. 

Wzdrygnął  się,  ale  podstawił  swój  kubek  Nikki,  która  tak  kurczowo  ściskała 
butelkę, że zbielały jej kłykcie. 

– Nalej jeszcze – zażądał. 
Znów napełniła kubek po brzegi. Nikt nie odezwał się słowem. 
– Czekam na toast – zaznaczył z naciskiem. 
–  Obyś  znalazł  szczęście  wbrew  sobie  –  powiedziała,  śledząc,  jak  wychyla 

następną porcję do dna. 

Tym  razem  alkohol  niespodziewanie  mocno  uderzył  mu  do  głowy.  Musiał 

uchwycić  się  krawędzi  klęcznika,  gdyż  cały  pokój  zawirował  mu  przed  oczami. 
Cholerne świństwo! 

– Carter? 
Widział  dwie  Nikki.  Przymknął  oczy.  Miał  już  dosyć  jednej,  a  co  dopiero 

dwóch. 

–  Gorąco  –  próbował  rozluźnić  krawat,  ale  nie  pozwoliła  na  to  szpilka  z 

perłową główką. 

– Może usiądziesz? – Saunders troskliwie ujął go za ramię. 
Wyrwał mu się ze złością. 
–  Zostaw,  bo pogniotę  spodnie.  –  Och,  fatalnie,  jęknął  w  duchu.  Suchy  język 

zdawał się rosnąć w ustach. Jak będzie teraz wygłaszał przysięgę? Musi poćwiczyć, 
może się uda. 

– Ja, Cahter, biorę cieebie Dee Jaann za... za żo... 
– Co on mówi? 
– Ciicho. 
Woda,  potrzebuje  wody.  Zimnej  wody,  żeby  ugasić  to  cholerne  pragnienie  i 

ochłodzić  rozpaloną  twarz.  Odstąpił  krok  do  tyłu,  bo  pokój  wywinął  mu  nagle 
powolne salto przed oczami. 

background image

– Upiłem się? 
Dee Ann będzie wściekła. 
– Nie, niemożliwe – wymamrotał, trzeźwiejąc na moment. – To były tylko dwa 

jednorazowe kubki szampana. 

– Carter, lepiej usiądź. – Saunders ujął go pod ramię i poprowadził gdzieś. 
–  Nie!  –  Znów  przymknął  powieki,  żeby  nie  widzieć  tańczącego  mu  przed 

oczami  pokoju,  i  próbował  ustawić  równo  stopy.  Musi  przecież  zjawić  się  przed 
ołtarzem i poślubić Dee Ann... 

– Carter! Carter... Caaarteerrr! 
Dźwięk  dochodził  zewsząd.  Zrobił  krok  i  podłoga  umknęła  mu  spod  nóg. 

Spazmatycznie  chwytając  powietrze,  opadł  ciężko  na  kolano,  a  potem  padł 
bezwładnie  na  posadzkę.  Przeraził  się,  że  zgniótł  kwiat  w  butonierce,  więc 
ostatkiem sił przekręcił się na plecy. Otworzył oczy. Cztery twarze wpatrywały się 
w niego z niepokojem. I z poczuciem winy. 

A on jeden leżał na podłodze. 
Zanim  twarze  zaczęły  odpływać  w  mrok,  nagle,  w  przebłysku  przytomności, 

zrozumiał wszystko. 

– T-ten szampan... Domieszaliście mi czegoś – wyjąkał. Próbował unieść rękę, 

ale była za ciężka. 

Chłodna  dłoń  dotknęła  jego  czoła.  Pole  widzenia  wypełniły  wielkie  zielone 

oczy. 

– Zaufaj mi – dobiegło do niego z ogromnej odległości. 
Świat znów zawirował. Ostatnim wysiłkiem woli Carter krzyknął w ogarniającą 

go ciemność: 

– Wyleeam was! Wszy... kich wyleeam! 
 

background image

Rozdział 2 

 
–  Wylewa  nas?  Dobrze  słyszałem?  –  Saunders  cisnął  na  podłogę  resztki 

bukieciku. 

– Ja słyszałam to samo – przytaknęła Nikki, kucając przy leżącym. 
–  O,  nie  –  jęknął  główny  księgowy  Bob.  –  Spłacam  kredyt  hipoteczny  i  nie 

mogę teraz stracić pracy! 

Julian uspokajająco poklepał go po ramieniu. 
– Carter jest pijany. Nie podejmuje się takich decyzji po pijanemu. 
– Przecież dobrze wiesz, że nie jest – żachnął się Bob. 
– Ależ skąd. – Julian, nie zdejmując ręki z ramienia Boba, popychał go w stronę 

drzwi. 

Bob wybałuszył na niego oczy. 
– Ale... 
–  Bob!  –  Stanowczy  ton  Nikki  sprawił,  że  zamilkł.  Ruchem  głowy  dała  znać 

Julianowi. Otworzył drzwi. – Czy zaobserwowałeś coś niezwykłego, zanim Carter 
wypił szampana, Bob? – zapytał oszołomionego księgowego. 

– Nie, ale... 
– My też nie – uspokoił go Julian. Razem wyszli z pokoju. 
– Przypomnij mi, żebym nigdy nie wymagała od Boba decyzji na najwyższym 

szczeblu – powiedziała cicho Nikki. 

– Oni jeszcze wrócą, prawda? – Saunders zaczął nerwowo oddychać. 
– Co, ciebie też wzięło? – Nikki popatrzyła na niego z niepokojem. 
Saunders pozbył się resztek kwiatu w butonierce. 
– Dlaczego mu tego po prostu nie powiedziałaś? 
Nikki  zerknęła  na  Cartera  i  w  zamyśleniu  odgarnęła  mu  z  czoła  kosmyk 

brązowych włosów. Oczy miał przymknięte, ale wiedziała, że mają ten sam piękny 
orzechowy odcień. Uważała taką kombinację za wyjątkowo atrakcyjną. 

– Nikki? – Niedoszły drużba przykucnął obok niej. 
– Nie uwierzyłby mi – westchnęła. 
– Uwierzyłby, gdybym cię krył. 
– Już teraz mnie kryjesz – odparła smętnie. – Zresztą wolałam, żeby nikt inny 

nie wiedział. 

– Czy... czy chcesz powiedzieć, że nie wiedział o tym nawet Julian? – wyjąkał. 
Przytaknęła w milczeniu. 

background image

– Jak w takim razie wciągnęłaś go w całą sprawę? 
– Juliana  trzeba było  tylko  odpowiednio podejść.  Przypuszczałam,  że  spotyka 

się z Dee Ann, więc przedstawiłam ją Carterowi. Oczywiście natychmiast rzuciła 
Juliana, bo zwęszyła lepszą partię. 

–  Teraz  rozumiem,  dlaczego  tak  łatwo  kupił  naszą  teorię  o  przejęciu 

kontrolnego pakietu akcji – stwierdził Saunders. 

Nikki chwyciła go za rękę. 
– Wszystko będzie dobrze. Carter oczywiście dostanie szału, ale jestem pewna, 

że jeśli się dobrze pogrzebie i tak okaże się, że Karrenbrock planuje przejęcie. 

– Jak myślisz, kiedy on dojdzie do siebie? – zapytał z obawą Saunders. 
– Nie mam pojęcia. – Nikki uważnie popatrzyła na Cartera. – Przecież to były 

twoje proszki na sen. 

Saunders złapał się za głowę. Kosmyk włosów osunął się, odsłaniając łysinę. 
– On nas poda do sądu! – wykrzyknął. 
– Przeciwnie, da nam premię. 
– Wyleje mnie! Już nigdy nie zechce mnie na drużbę! – rozpaczał Saunders. 
Nikki z irytacją wzruszyła ramionami. 
–  Czy  naprawdę  myślisz,  że  Carter  po  tym  wszystkim  ożeni  się  z  Dee  Ann? 

Nawet kiedy... kiedy wszystko się wyjaśni? – W ogóle nie chciała rozważać takiej 
możliwości. Według niej ten małżeński układ nie miał już szans. Kiedyś, może w 
następnej dekadzie, Carter podziękuje im wszystkim za to, co dla niego zrobili. 

Pochyliła się nad nim, rozluźniła kołnierzyk koszuli i poszukała pulsu na szyi. 

Był powolny, ale równy i mocny, tak samo jak oddech. Niedługo powinno nastąpić 
przebudzenie. 

Rozległo  się  ciche  puknięcie  w  drzwi,  po  czym  pojawił się Julian  z  wózkiem 

inwalidzkim. 

– Ani śladu wielebnego pastora – szepnął z miną spiskowca, rozglądając się po 

korytarzu. 

– A gdzie jest Bob? – Nikki zręcznie chwyciła koc, który jej rzucił. 
– W samochodzie. 
– Chyba nie ma zamiaru jechać, co? 
– Wątpię. Kazał sobie dać szampana. – Julian łapał oddech. 
– O, właśnie. – Nikki zerwała się i szybko zebrała kubki oraz butelkę. Resztki 

trunku wylała do kwietnika. – Ciekawe, czy to uśpi kwiatki – zaśmiała się. 

– One są sztuczne – zauważył Saunders. 
–  Panowie,  może  wzięlibyście  się  wreszcie  do  roboty?  –  Nikki  przymknęła 

background image

oczy, licząc do trzech. Stanowczo nie byli zgraną szajką.  – Trzeba posadzić tego 
faceta w wózku. 

Bezwładne ciało było tak ciężkie, że musiała im pomóc. 
–  Julian,  zobacz,  czy  jest  jakieś  boczne  wyjście  –  poleciła,  otulając  Cartera 

pledem  tak,  że  zakrywał  go  aż  po  czubki  butów.  Na  głowie  udrapowała  mu 
apaszkę, starając się przysłonić twarz. 

– No, jak? – Odstąpiła krok do tyłu, patrząc na swoje dzieło. 
Saunders  nie  wyglądał  na  zachwyconego.  Jednak  było  już  za  późno,  by  się 

wycofać. Wrócił Julian z zadowoloną miną. 

– Jest tylne wyjście, ale potem będziemy musieli objechać budynek wkoło. 
–  Lepiej  tak  niż  wyjeżdżać  głównym  wejściem,  nie  uważacie?  Jedziemy, 

panowie. 

Gumowe koła wózka poskrzypywały w ciszy korytarza. Byli już blisko wyjścia, 

kiedy  odezwały  się  organy.  Majestatyczne  dźwięki  wypełniły  budynek.  Nikki 
nerwowo wciągnęła oddech. 

– To fanfary! – szepnęła z przerażeniem. – Początek marsza weselnego. 
– Cholera, pospieszmy się. – Głos Saundersa drżał. Najwyraźniej puszczały mu 

nerwy. 

–  Nie  podoba  mi  się  to  granie.  Teraz  już  na  pewno  zaczną  go  szukać  – 

stwierdził Julian, manewrując wózkiem w załomkach korytarza. – Musisz tam iść, 
Nikki. 

– Co takiego? – przeraził się Saunders. Julian zmusił go, by przyspieszył kroku. 
Nikki popędziła z powrotem. W oddali zobaczyła pastora, spieszącego w stronę 

szklanych drzwi w końcu korytarza. 

Dobrze. Może powstrzyma organistę. Czekała kilka chwil, oddychając szybko. 

Muzyka  nie  ucichła,  więc  Nikki  ruszyła  do  przodu,  śladem  pastora.  Zza  drzwi 
padał  strumień  światła.  Wstrzymując  oddech,  otworzyła  je  powoli,  modląc  się  w 
duchu, by nie prowadziły do sanktuarium. 

Z pomieszczenia nie dochodził żaden dźwięk. Ośmielona, wkroczyła do środka. 

Zaskoczyła ją brzoskwiniowo-błękitna tonacja pomieszczenia, w którym królowało 
duże, obramowane światłami lustro. W powietrzu wisiała woń perfum i lakieru do 
włosów. Wokół walały się plastykowe torby na suknie, opakowania po kwiatach i 
inne  pozostałości,  świadczące,  że  znalazła  się  w  pokoju  dla  panny  młodej.  Był 
pusty. 

– O Boże – wyszeptała. – Musieli zacząć bez niego! 
W  pośpiechu  wybiegła  na  korytarz  i  szarpnięciem  otworzyła  drzwi 

background image

naprzeciwko.  Nagle  znalazła  się  w  kościelnym  przedsionku,  skąd  właśnie  ruszał 
orszak, z pierwszą druhną i panną młodą, niepewnie uwieszoną u ramienia ojca. 

Dee Ann, królewska, lodowata piękność, prezentowała się wspaniale w sukni z 

satyny, podkreślającej jej smukłą sylwetkę. Na wysoko upiętych, jasnych włosach 
tkwił misterny wianek. Z tyłu ciągnął się imponujący tren. 

Nikki  zrobiło  się  niemal  przykro.  Dee  Ann  najwyraźniej  uznała,  że  dźwięk 

muzyki ściągnie Cartera do ołtarza. Musiała natychmiast rozwiać te złudzenia. Ale 
jak?  Przez  jeden  krótki  moment  pomyślała,  że  wykrzyczy  im  prawdę  –  ale 
wiedziała, że i tak nikt by jej nie uwierzył. 

Sama z trudem mogła w nią uwierzyć. 
Drobna,  ubrana  na  czarno  kobieta  nerwowo  poprawiała  tren  panny  młodej. 

Zapewne  była  mistrzynią  ceremonii.  Nikki  podeszła  bliżej,  dając  jej  znaki,  ale 
została zignorowana. 

–  Muszę  z  panią  porozmawiać!  –  syknęła  zniecierpliwiona.  Teraz  dopiero 

kobieta w czerni odwróciła się do niej gwałtownie. 

– Cicho! Zaczęliśmy filmować. 
Organista uderzył w wyższe tony i pierwsza druhna uścisnęła Dee Ann, dodając 

jej otuchy. Orszak ruszył ku ołtarzowi. 

To było straszne. Czy oni nie zauważyli, że nie ma Cartera? 
– Musicie ją zatrzymać! – Nikki szarpnęła kobietę za łokieć. 
– Nie mogę zrobić czegoś takiego! 
Zdesperowana  Nikki  ruszyła  w  stronę  Dee  Ann,  ale  dama  w  czerni 

powstrzymała ją z niespodziewaną siłą. 

– Przecież nie ma pana młodego! – wyszeptała ze zgrozą Nikki. 
– Kim ty jesteś? Jego dawną dziewczyną? 
Dawną dziewczyną... a czy w ogóle kiedykolwiek nią była? 
– Ja... on jest chory. 
– Co to znaczy: chory? 
– Nagle poczuł się źle... chyba atak wyrostka. 
Palce kobiety wpiły się w ramię Nikki, a jej twarz stężała. 
– Proszę powiedzieć Dee Ann, żeby się nie martwiła. 
  – Nikki strząsnęła z ramienia chude palce. – Zabieramy go do lekarza. Ale... – 

wymownie wskazała na kroczący orszak. 

Kobieta już jej nie słuchała. Wybiegła przez drzwi zakrystii. 
Nikki  wolała  nie  wiedzieć,  co  się  dalej  działo.  Potykając  się  w  pośpiechu  na 

marmurowych stopniach kościoła, w kilku susach dopadła jednej z trzech limuzyn, 

background image

zaparkowanych przy krawężniku. 

–  Zdążyłaś  ich  powstrzymać?  –  zapytał  Julian,  otwierając  przed  nią  drzwi. 

Spazmatycznie łapiąc oddech, skinęła głową. 

–  Ale  numer  –  sapnął  Saunders, podtrzymując  ciągle  jeszcze  bezwładne  ciało 

Cartera. 

–  Ale numer?  Tylko  tyle  masz  do  powiedzenia?  – Bobowi  głos  załamał  się  z 

oburzenia. – Po tym... po tym, jak... – nie dokończył. Rozpaczliwie wcisnął głowę 
w ramiona. 

Julian  wsunął  się  za  kierownicę  i  wrzucił  bieg.  Nikki  usiadła  obok  niego  i 

uspokajająco położyła mu rękę na ramieniu. 

– Czy Bob ma teraz coś przeciwko? – zapytała ściszonym głosem. 
Julian wzruszył ramionami, zrobił tragiczną minę i wymownie wzniósł oczy do 

nieba. 

Bob jęknął udręczonym głosem. 
W  tym  momencie  Nikki  podjęła  decyzję,  mając  nadzieję,  że  nie  będzie  jej 

żałować. 

– Bob, a może tak byś został i wrócił do domu z żoną i dziećmi. Przynajmniej 

nam opowiesz, co się dalej działo. 

– Och, dzięki. – W głosie Boba brzmiała tak niekłamana ulga, że pożałowała, iż 

w ogóle wciągała go w sprawę. Ale tylko on był w stanie przedstawić Carterowi 
odpowiednie  argumenty.  Trudno,  musiała  przejąć  odpowiedzialność  za  wszystko, 
nawet  gdyby  miała  się  posunąć  do  kłamstwa  w  obronie  innych.  Trzeba  mieć 
nadzieję,  że  Carter  zachowa  się  rozsądnie,  gdy  się  ocknie,  myślała, patrząc  to na 
zgarbionego, spieszącego ku kościołowi księgowego, to na twarz śpiącego Cartera. 
Kiedy  tylko  Bob  zniknął  za  drzwiami,  zatrzaskując  je  za  sobą  z  hukiem,  Julian 
ruszył. Nikki z ulgą opadła na oparcie. 

–  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  mogą  być  trudności  –  odezwał  się  Saunders 

zatroskanym tonem. 

– Dlaczego? 
– Złamaliśmy prawo. Nikki przygryzła wargi. 
– W jakim sensie? 
– Można uznać, że dokonaliśmy porwania. 
– Nonsens. Poczuł się źle i wieziemy go do lekarza. 
– Podanie tego świństwa jako szampana było prawdziwą zbrodnią  – wtrącił z 

naganą Julian. 

Saunders rozłożył ręce w geście mającym wyrażać bezradność. 

background image

– Nie mieliście kłopotów? – spytała. 
–  Nie.  –  Julian  skręcił  w  prawo,  na  bulwar.  –  Powiedzieliśmy  kierowcom  z 

tamtych wozów, że mamy starszą panią, która zasnęła i chrapie. 

Starsza pani... Nikki uśmiechnęła się. 
– A jak tobie poszło? – zagadnął Saunders, już spokojniejszym tonem. 
Nie  odpowiedziała  od  razu.  Spoglądała  przez  okno,  nie  widząc  ani  bujnych 

palm  rosnących  wzdłuż  chodnika,  ani  pieczołowicie  odrestaurowanych 
wiktoriańskich domów, a tylko Dee Ann, kroczącą w stronę ołtarza. 

– Jak... jak daleko... ? 
Wiedziała, o co chce zapytać Saunders. 
–  Już  zaczęła  iść  do  ołtarza,  kiedy  wreszcie  zmusiłam  mistrzynię  ceremonii, 

żeby  mnie posłuchała. A kiedy tylko zobaczyłam, że do kobiety wreszcie dotarło 
to, co usiłowałam jej wyjaśnić, uciekłam. 

– A co jej powiedziałaś? 
– Że Carter nagle zachorował. Chyba wspomniałam coś o ataku wyrostka. 
– Wyrostka? – odezwali się chórem. Nikki wzruszyła ramionami. 
– To jedyna nagła choroba, jaka przyszła mi do głowy. 
–  Słusznie,  dzięki  temu  Dee  Ann  zachowa  twarz  skomentował  z  aprobatą 

Julian. 

Zapadło milczenie. Wóz pędził przez Seawall Boulevard. Jaskrawe południowe 

słońce  lśniło  na  ciemnych  falach  Zatoki  Meksykańskiej.  Na  horyzoncie  sterczały 
wieże  wiertnicze,  a  nad  plażą  krążyły  mewy,  wypatrując  jadalnych  resztek  w 
śmieciach. 

Wbrew  własnej  woli  Nikki  przypomniała  sobie,  ileż  to  razy  jeździła  tędy  z 

Carterem, zawsze w tym samym kierunku: na ich jacht, „Pszczółkę”. 

Najszczęśliwsze  chwile  ich  krótkiego  w  sumie  związku  spędzili  właśnie  tam. 

Zostawiali  za  sobą  Belden  Industries,  często  w  okamgnieniu.  Carter  potrafił 
zaglądać do jej pokoju z miną, na widok której natychmiast wyłączała komputer, 
chwytała torebkę i pędziła, by spotkać się z nim w windzie. 

Na  „Pszczółce”  nie  było  telefonu,  komputera  ani  faksu.  Mieli  do  dyspozycji 

tylko radio i przenośny telewizor, ale rzadko je włączali. Życie na łodzi było proste 
i leniwe. 

Zostawali we dwoje i tylko to się liczyło. 
Czule zerknęła na śpiącego mężczyznę, wspartego o ramię Saundersa. 
Carter  szedł  przez  życie  od  sukcesu  do  sukcesu  i  nigdy  nie  było  mu  dosyć. 

Kiedy tylko osiągnął jeden cel, już wytyczał sobie następny, jeszcze ambitniejszy. 

background image

A  Nikki  stanęła  u  jego  boku.  Była  zafascynowana  nim,  jego  absolutnym 

poświęceniem dla przedsiębiorstwa, które stworzył. Dopiero później zrozumiała, że 
ten  kult  był  przesadny.  Po  pewnym  czasie  zalety,  które  przyciągnęły  ją  do  niego, 
zaczęły odpychać. 

Carter się nie zmienił. Ona – tak. 
Chociaż...  Teraz  chyba  jednak  się  zmienił.  Był  czas,  że  nie  zawahałby  się 

odwołać własnego ślubu z powodów błahszych niż te, które mu dziś przedstawili. 
Belden Industries było dla niego wszystkim i bez niego nie mogłoby istnieć. 

Carter Belden nie potrafiłby pracować dla nikogo – ani dla mężczyzny, ani dla 

kobiety.  Gdyby  Victor  Karrenbrock  zgarnął  kontrolny  pakiet  akcji,  Carter 
wycofałby się, ale to oznaczałoby dla niego utratę sensu życia. 

– Którędy teraz? – Głos Juliana wyrwał Nikki z zamyślenia. 
– Nad Zatokę Delfinów. 
Wjechali  na  zapyloną  boczną  drogę,  wzdłuż  której  rząd  plażowych  domków 

znaczyły  zardzewiałe  skrzynki  pocztowe.  Nazwy  ulic  wyryto  w  szarym, 
wytrawionym słońcem drewnie. Wszystko wyglądało tak samo jak zawsze. 

Nawet  w  klimatyzowanym  wnętrzu  samochodu  zrobiło  się  gorąco.  Nie  byli 

ubrani  odpowiednio  na  plażę.  Nikki  marzyła,  by  wejść  już  na  jacht  i  założyć 
kostium kąpielowy. 

Im  bliżej  plaży,  tym  droga  stawała  się  węższa  i  bardziej  piaszczysta.  Grupka 

dzieci  z  kolorowymi  plażowymi  ręcznikami  przystanęła,  gapiąc  się  na  czarną 
limuzynę, dziwnie wyglądającą w tym miejscu. 

– Skręć w prawo – nakazała Nikki. 
Ciężki wóz zarzucił na pokrytym warstwą piasku zakręcie, ale Julian wyrównał 

jednym  ruchem  kierownicy.  Nikki  odetchnęła  z  ulgą,  kiedy  dostrzegła  smukłą 
sylwetkę  „Pszczółki”,  kołyszącą  się  na  wodzie  prywatnego  porciku,  który 
wynajmowali od właściciela domku, nie zainteresowanego pływaniem. 

Julian  podjechał  tak  blisko  pomostu,  jak  tylko  było  to  możliwe  i  wyłączył 

silnik.  Kiedy  klimatyzacja  przestała działać,  wnętrze  wozu  momentalnie nagrzało 
się jak puszka. 

– I co teraz? – zapytał Saunders, widząc, że Nikki nie wysiada. 
–  Nie  wiem  –  odpowiedziała  w  nagłym  poczuciu  bezradności.  Dopiero  teraz 

uświadomiła sobie, że jest późny czerwiec i do tego sobota, słowem, szczyt sezonu. 

Jak mogła o tym nie pomyśleć? Jakim cudem liczyła, że w tej wypoczynkowej 

okolicy, pełnej odprężonych, mających dużo czasu ludzi, nie zwróci niczyjej uwagi 
zajeżdżająca  na  plażę  czarna  limuzyna  i  dwaj  faceci  w  eleganckich  garniturach 

background image

taszczący trzeciego na łódź? 

– Nikki? 
– Cicho, myślę. 
Czekali, a krople potu występowały im na czoła. Cholera, czy zawsze ona musi 

podejmować wszystkie decyzje? 

–  Dobra  –  powiedziała  wreszcie,  patrząc  na  ciekawskich  plażowiczów, 

zerkających ku nim. – Moja kochana babcia ze starego kraju przyjechała zobaczyć 
Amerykę. – Mówiąc to poprawiła chustę na głowie Cartera. 

– Racja, już raz sprzedaliśmy taką bajeczkę  – ucieszył się Saunders.  – Julian, 

otwórz bagażnik. 

Kiedy  Nikki  uchyliła  drzwiczki,  do  wnętrza  wozu  wdarła  się  fala  upału. 

Eleganckie  czarne  pantofle  zapadły  się  w  rozgrzany  piasek.  Wyciągnęła  z 
bagażnika wózek inwalidzki i klnąc pod nosem, usiłowała go rozłożyć, pocąc się w 
eleganckim  ciemnym  kostiumie.  Pożałowała  teraz,  że  go  założyła,  choć  według 
niej  pasował  doskonale  do  sytuacji.  W  sumie  wszyscy  wyglądali  niczym 
gangsterzy z kiepskiej komedii kryminalnej. 

Wreszcie  uporała  się  z  wózkiem,  ale  koła  zapadły  się  w  piachu,  choć  jeszcze 

nikt  na  nim  nie  usiadł.  Z  trudem  podepchnęła  go  ku  otwartym  drzwiczkom 
limuzyny.  Saunders  szarpał  się  z  kocem.  Twarz  Cartera  była  już  czerwona  z 
gorąca, a kosmyki na czole zlepił pot. 

– To beznadziejne – stwierdził zniechęcony Julian. 
– Jak możemy go posadzić na wózek, kiedy wszyscy się gapią? 
– A nie możemy go wyciągnąć bez wózka? 
–  Nie  zapominajcie,  że  to  ma  być  ukochana  babcia  –  trzeźwo  przypomniał 

Saunders. – Nie możemy jej taszczyć jak paczki. 

Nikki podtoczyła wózek do otwartych drzwiczek samochodu, najbliżej jak tylko 

mogła. 

– Stanę od tej strony i zasłonię, a wy go posadzicie – rozkazała. 
Starali się jak mogli. Sapiąc szarpnęli bezwładne ciało i przerzucili je na wózek. 

Koła natychmiast ugrzęzły w piachu. Wszyscy troje spojrzeli po sobie. 

Julian westchnął i otarł pot z czoła. 
Saunders zatopił nerwowo wzrok w zamglonej dali. 
  – Dlaczego to się zdarza właśnie mnie?  – powiedział zdegustowany.  – Kiedy 

mam  wreszcie  życie,  o  jakim  marzyłem,  i  pracę,  która  daje  mi  satysfakcję  pod 
każdym względem – to ja, skończony idiota, usypiam swojego szefa i porywam go! 
A  potem  zostawiam  go  na  rozpalonym  piachu,  żeby  się  podpiekł  jak  prosię  na 

background image

pikniku! 

Carter  poruszył  głową,  dając  pierwszy  znak  życia.  Trzy  zduszone  okrzyki 

uleciały z porywem wilgotnej bryzy. 

–  Jesteśmy  skończeni  –  ponuro  obwieścił  Saunders,  ciężko  opierając  się  o 

samochód. 

–  Och,  nie  histeryzuj.  –  Nikki  energicznie  szarpnęła  rączkami  wózka.  – 

Sprężmy się, we troje damy radę popchnąć to świństwo. 

Kiedy  wózek  potoczył  się  wreszcie  po  drewnianym  pomoście,  Carter  zaczął 

pojękiwać. Nikki zdawało się, że za chwilę usłyszy wycie policyjnych syren. 

Odetchnęła  z  ulgą,  kiedy  dotarli  do  burty  „Pszczółki”  i  uniósłszy  bezwładne 

ciało, zsunęli je do kokpitu, a potem do kabiny. Julian zawrócił do samochodu po 
resztę rzeczy. 

Nikki  weszła  do  sterówki.  Zapuściła  silnik  i  sprawdziła,  czy  działa  radio. 

Wszystko było w porządku. Po tym, co musieli przeżyć, żeglowanie to była pestka 
– zwłaszcza dla „Pszczółki”. 

–  Nikki?  –  Saunders  wetknął  głowę  do  kabiny.  –  Zaraz  będzie  trzeba  mu 

powiedzieć. 

Sama o tym wiedziała. 
– Zostaw go mnie. Wy dbajcie o stronę prawną. 
–  W  porządku.  Jako  prawnik  radzę  ci,  żebyś  nie  wypływała  na  wody 

międzynarodowe. 

– Wypłynę tylko na tyle daleko, by Carterowi nie przyszło do głowy wyskoczyć 

za burtę i wracać wpław. 

Saunders rzucił jej surowe spojrzenie, zupełnie jak gdyby byli na sali sądowej. 

Nie lubiła takich spojrzeń. 

–  Nie  wiadomo,  czy  Karrenbrock  nie  wezwie policji  –  ostrzegł. –  Nie  wiemy 

też,  czy  nie  wydamy  się  podejrzani  któremuś  z  plażowiczów.  Każdy  normalnie 
myślący człowiek uznałby nas za podejrzanych. 

Kroki Juliana zadudniły na pokładzie. 
– Załadowałem wszystko w luki. Możesz wypływać. 
– A papiery? 
–  Mam  tu  –  pokazał  skórzaną  teczkę.  –  Jedziemy,  może  czegoś  się 

dogrzebiemy. A ty urabiaj Cartera. 

Nikki wzdrygnęła się mimo woli. 
–  Wiem.  –  Saunders  pocieszająco  poklepał  ją  po  ramieniu.  –  Nie  martw  się. 

Zamelduj się przez radio. Będziemy czekać. 

background image

Skinęła  głową.  Czuła  się  nieswojo,  wiedząc,  że  zaraz  odejdą.  Obaj  zdjęli 

marynarki. Sama również ściągnęła żakiet z przepoconej jedwabnej bluzki. 

Przed wyjściem zajrzeli do Cartera. Znów zapadł w ciężki sen. 
–  Wygląda  na  to,  że  jeszcze  sobie  pośpi  –  ocenił  Julian.  –  Będziesz  mogła 

spokojnie wyjść w morze. No, na nas czas. Pomyślnych wiatrów! 

Patrzyła  tęsknie,  jak  obaj  z  Saundersem  wychodzą  na  keję,  z  marynarkami 

zarzuconymi  na  ramiona.  Odcumowali,  odepchnęli  jacht  na  wodę  i  pomachali 
Nikki na pożegnanie. 

Nikki pomachała im również i zapuściła silnik. 
„Pszczółka” wypłynęła z przystani i skierowała dziób w morze. Po raz pierwszy 

od trzech lat, siedmiu miesięcy i dwudziestu dwóch dni Nikki była sam na sam z 
Carterem Beldenem. Ze swoim mężem. 

 

background image

Rozdział 3 

 
Najszczęśliwsze chwile swego życia Carter spędził na pokładzie „Pszczółki” z 

Nikki.  Już  kiedy  wsiadali  do  samochodu  i  kierowali  się  na  południe,  czuł,  że 
zostawia  za  sobą  wszystkie  problemy  związane  z  prowadzeniem  firmy.  Głęboko 
wdychał  rześkie,  słone  powietrze,  dzięki  któremu  lepiej  się  czuł  i  jaśniej  myślał. 
Gdy  ciepły  piasek  pieścił  bose  stopy,  serce  i  ciśnienie  krwi  uspokajały  się.  Stres 
zdawał  się  wyparowywać  w  ostrych  promieniach  słońca,  zostawiając  tylko  błogą 
senność. 

Kiedy  tylko  dziób  jachtu  zaczynał  pruć  fale,  układał  się  do  drzemki, 

zostawiając Nikki u steru. Fale Zatoki Meksykańskiej kołysały go do głębokiego, 
uzdrawiającego  snu.  Spokojnie  powierzał  swój  los  wprawnemu  sternikowi.  Ufał 
Nikki  tak,  jak  nie  ufał  nikomu.  Dzielił  z  nią  życie  i  myśli.  Kiedy  tylko  jej 
potrzebował,  zawsze  była  przy  nim.  Zawsze  i  bez  pytania  gotowa  wesprzeć  go  i 
zrobić co trzeba. 

Ach, Nikki... Już sama  myśl o niej zdolna była wypełnić pustkę jego życia, z 

której  dotychczas  nie  zdawał  sobie  sprawy.  Nie  pamiętał  nawet,  co  było  przed 
Nikki. 

Głęboko  wciągnął  powietrze,  z  upodobaniem  wdychając  charakterystyczny, 

nieco stęchły zapaszek kajuty „Pszczółki”. Nikki, choć starała się dbać o porządek 
na łodzi, nigdy nie miała czasu, by wywietrzyć jak należy  materace. Kiedy tylko 
wypłynęli w morze, zapominali o całym świecie. Na wspomnienie tych szalonych 
chwil Carter westchnął, wtulając głowę w poduszkę. 

Zastanawiał się, gdzie jest Nikki, ale nie chciało mu się wstawać z koi, żeby to 

sprawdzić. Chyba nie w kambuzie, bo nie czuł zapachu przyrządzanego jedzenia. 
Wyobraził  ją  sobie  –  ubraną  w  szorty  z  obciętych  dżinsów  i  stanik  od kostiumu. 
Opalona  skóra,  szczodrze  usiana  piegami,  miała  zawsze  ten  sam  brzoskwiniowy, 
piękny odcień. 

Zachwycała go jej zdolność do natychmiastowego przeistaczania się z partnerki 

w  interesach  w  boginię  domowego  ogniska.  Na  łodzi  nigdy  nie  brakowało 
żywności.  Kiedyś  zapytał  Nikki,  jakim  cudem,  przy  tak  niespodziewanych 
wyjazdach,  zawsze  ma  w  zapasie  świeżą  sałatę,  steki  i  jego  ulubione  mleko  do 
kawy.  Odparła,  że  trzyma  odpowiednie  produkty  w  lodówce  w  firmie  i  ciągle  je 
wymienia. 

Był zachwycony i głęboko jej wdzięczny. Tyle razy miał jej o tym powiedzieć, 

background image

ale  zapominał.  Musi  wreszcie  nagrać  na  dyktafonie,  że  ma  to  zrobić.  Pomacał 
wokół  siebie.  Gdzie  ten  cholerny  dyktafon?  Ręce  miał  jak  z  drewna  i  z  trudem 
zmuszał je do ruchów. 

Ukołysany przez monotonny poszum silnika, znów zamknął oczy. Pojawiły się 

dziwne  sny.  Nikki  nie  wyglądała  już  w  nich  jak  Nikki.  Kasztanowe  włosy 
przybrały  odcień  złotoblond.  Oczy,  zielone  jak  oceaniczna  głębia,  stały  się 
niebieskie. I jakimś cudem wreszcie pozbyła się piegów. 

Lubił  te  piegi.  Kilka  razy  usiłował  je  policzyć,  ale  zawsze  coś  mu 

przeszkadzało.  Teraz  też  byłoby  miło,  gdyby  Nikki  trochę  mu  poprzeszkadzała. 
Bardzo miło. 

Czekał, a sen biegł dalej, mieniąc się odcieniami bieli. Zafalował tren ślubnej 

sukni Nikki. Dobrze, ale Nikki nigdy nie miała na sobie tradycyjnej ślubnej sukni. 

Kwiaty. Przecież głównie zdobiła ją wiązanka. Z białych róż. 
Carter uśmiechnął się, a za chwilę zmarszczył brwi. Pamiętał, że z różami było 

coś nie w porządku, tylko nie pamiętał co. 

We śnie próbował spytać o to niewyraźne postacie, snujące się wokół, ale nikt 

nie mógł mu nic powiedzieć. Z tego wszystkiego rozbolała go głowa – a może od 
hałasu. Nie pamiętał, by ta łódź była aż tak pełna różnych odgłosów. Zwłaszcza to 
dudnienie... A może to łomotało jego własne serce? 

Musi  leżeć  spokojnie,  wtedy  wszystko  ucichnie.  Szybko  jednak  stwierdził,  że 

nie da się leżeć spokojnie. Jego nieruchome ciało kołysało się w górę i w dół, bez 
końca, uparcie. 

Zdenerwowany, usiłował przełknąć ślinę, ale gardło wyschło na wiór. Pomyślał 

o  łyku  wody,  ale  wtedy  zaczął  buntować  się  żołądek.  Zaraz,  co  to  za  objawy? 
Choroba morska?! Do licha, Carter Belden nigdy nie cierpiał na chorobę morską. 

Musi coś z tym zrobić. Usiłował wyobrazić sobie stek, soczysty, prosto z grilla, 

przypieczony na brzegach, krwisty w środku... och, tylko nie to! Żołądek podszedł 
mu  do  gardła.  Był  w  rozpaczy.  On,  stary  żeglarz,  kompromitował  się  jak 
nowicjusz. Może brak treningu? Od jak dawna nie był z Nikki na „Pszczółce”? Od 
tygodni, miesięcy, lat? 

Od lat. Ta świadomość napełniła go wielkim smutkiem. Coś kazało mu trzymać 

się z dala od tej łodzi. Dobrze, ale dlaczego w takim razie jest na pokładzie? Zmusił 
się,  by  otworzyć  oczy,  ale  zamknął  je  natychmiast,  gdy  zobaczył  paskudny 
żółto-czarno-biały  wzorek  obić,  który  wybrała  Nikki.  Tak,  jest  na  pokładzie 
„Pszczółki”. 

Niestety, w ogóle nie pamiętał, jak się tu znalazł. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, 

background image

było... 

– Nikki! – ryknął i natychmiast pożałował, bo w czaszce poczuł eksplozję bólu. 
– Carter? – Głos Nikki rozległ się gdzieś z góry. 
– Znikaj i daj mi umrzeć w spokoju – jęknął. 
– Trzymaj. 
Poczuł, że wciska mu w rękę szklankę. 
– Czy muszę coś połknąć? – przeraził się. 
– Tylko aspirynę. 
– Nie ma mowy. 
– Carter, ból głowy jest normalny w takim przypadku. Aspiryna pomaga. 
–  Normalny?  Przecież  poczęstowaliście  mnie  jakimś  świństwem...  a  może 

dosypałaś mi czegoś na sen?! 

– Przyznaję, dosypałam. 
– Trucie ludzi nie jest sprawą normalną. Więc ból głowy po czymś takim też 

nie może być zwyczajny. 

– Twoja logika jest, jak zwykle, druzgocąca – przyznała radośnie. 
– A widzisz? – ryknął, natychmiast łapiąc się za obolałą głowę. 
– Carter, weź aspirynę. 
Posłusznie usiłował usiąść, czepiając się ściany. Drżącą ręką, rozlewając płyn, 

wypił rozpuszczoną aspirynę. Miał wrażenie, że buzuje mu w żołądku. Gwałtowne 
ruchy łodzi doprowadzały go do mdłości. 

– Co jest, sztorm? – burknął ze złością. 
– Nie, morze jest spokojne – odpowiedziała Nikki tym denerwująco cierpliwym 

tonem, jaki przyjmują osoby mające często do czynienia z cudzymi humorami. 

Zdecydował się otworzyć oczy. Kabina zawirowała, ale Carter zdążył się skupić 

na  obcisłych  szortach  Nikki.  W  następnej  chwili  jednak  głowa  opadła  mu 
bezwładnie do tyłu. 

Nikki  uklękła,  zdjęła  mu  krawat  i  odpięła  kołnierzyk  koszuli.  Trudziła  się  z 

następnym guzikiem, kiedy nagle mężczyzna unieruchomił jej ręce swoimi dłońmi. 
Zamarła i uniosła ku niemu wzrok. Poraziła go moc tego zielonego spojrzenia. Puls 
załomotał w uszach, bo obudziła w nim uczucia, które już dawno uznał za wygasłe; 
pragnienia, których nie miał prawa odczuwać. 

–  Zaraz  wrócę  –  szepnęła,  zręcznie  wysuwając  się  z  uścisku.  Zniknęła  w 

drzwiach, by za chwilę powrócić z parującym kubkiem w ręku. 

– Wypij  jeszcze to. Potrzebujesz dużo płynów  – powiedziała, wtykając  mu w 

ręce ciepłe naczynie. Posłusznie uniósł je do ust, wiedząc, że i tak wreszcie zmusi 

background image

go do wypicia. 

– Boże, co to jest? – wzdrygnął się. 
–  Dietetyczny  rosołek  z  kury  –  odpowiedziała  poufnym  szeptem,  jakby 

zdradzała wielką tajemnicę. – Dobrze ci zrobi. 

Spiorunował ją spojrzeniem. 
–  Uśpiłaś  mnie  podstępnie,  a  teraz  nagle  martwisz  się  o  moje  zdrowie  – 

prychnął. 

Zacisnęła usta w cienką, zaciętą linię. Nie lubił tej miny. 
– Sam jesteś sobie winien. Skąd miałam wiedzieć, że będziesz wlewać w siebie 

szampana na moment przed pójściem do ołtarza? 

–  Zostałem  sprowokowany,  wmanewrowany  w  to  picie  –  zaprotestował, 

pociągając  łyk  rosołu.  Niemiły  smak  zaczął  ustępować  z  ust.  –  Słuchaj  – 
powiedział niepewnie – nie bardzo pamiętam, co się działo. Czy ja jestem żonaty? 

Nikki popatrzyła na niego z ukosa. 
– To trochę skomplikowane, ale w sumie – tak. Jesteś jak najbardziej żonaty. 
– Niech to szlag. – Carter wysiorbał resztki bulionu. – Nie pamiętam ceremonii, 

ale  pamiętam,  że  mnie  ścięło.  Powiedz  mi  lepiej,  czy  narozrabiałem?  Może 
obraziłem teścia albo teściową? 

Nikki  wzięła  od  Cartera  filiżankę,  unikając  jego  wzroku.  To  był  bardzo  zły 

znak. 

–  Jeśli  jestem  żonaty,  co  w  takim  razie  tu  robię?  Gdzie  jest  Dee  Ann?  Na 

pokładzie? 

– Nie. 
– Jeszcze w kościele? 
– Wątpię. 
Próbował  przypomnieć  sobie  Dee  Ann  w  ślubnej  sukni,  ale  nie  mógł.  Coraz 

gorzej. 

– Co jej zrobiłaś? 
– Ależ nic – oburzyła się. 
Usiadł  prosto,  założył  ramiona  na  piersi  i  skupił  wzrok,  aż  podwójne  obrazy 

zlały się w jeden. 

– Dobrze, Nikki, mów, o co chodzi. 
Odpowiedziała mu smutnym, zmartwionym spojrzeniem. Przymknął oczy. 
– Teraz już możesz powiedzieć mi wszystko. 
– Powiem, kiedy będziesz gotowy – zapowiedziała wstając. 
Błyskawicznie wyciągnął rękę. Zdołał złapać ją za nogę. 

background image

– Już jestem gotowy. Mów. 
– Ale ja nie jestem. – Wyrwała mu się. – Poczekaj, zaraz wrócę i przyniosę ci 

klina. 

Klina...  Wcale  nie  miał  ochoty  stawać  na  nogi.  Czekając  na  jej  powrót,  zdjął 

skarpetki  i  z  ulgą  rozpiął  do  końca  koszulę.  Kiedy  znów  pojawiła  się  w  kabinie, 
właśnie mocował się ze spinkami. 

– Już dobrze? – zapytała z troską. 
Zamiast  odpowiedzi  cisnął  spinki  na  półkę.  Jedna  trafiła,  druga  nie.  Nikki,  o 

dziwo, nie podniosła jej. 

–  Wolisz  obejrzeć  papiery  tutaj  czy  w  jadalni?  –  odezwała  się  rzeczowym 

tonem. 

– Tutaj – odparł, podwijając rękawy i nie spuszczając z niej wzroku. Podziwiał, 

jak  znakomicie  udawało  się  jej  wejść  znowu  w  rolę  kobiety  biznesu,  tu,  na 
spacerowym jachcie. 

Nikki przysiadła na krawędzi koi i rozłożyła na kolanach niebieską teczkę. 
– To są te same papiery, które pokazywał mi Bob w kościele, tak? 
– Tak, ale wtedy je zlekceważyłeś. 
–  Teraz  widzę,  że  popełniłem  błąd  taktyczny.  Niedostrzegalny  uśmiech 

przemknął po jej wargach, kiedy wskazała na kolumnę nazwisk. 

– To jest lista głównych udziałowców Belden Industries. Teraz masz trzydzieści 

osiem procent akcji, co czyni cię głównym udziałowcem, ale... 

– Posłuchaj, Nikki, mam dosyć tych wszystkich „ale” i „dlaczego”. Lepiej od 

razu przejdź do rzeczy. 

– Dobrze, skoro sobie życzysz. – Spojrzała na niego poważnie. – Grozi ci utrata 

kontroli nad własną firmą. 

–  Niemożliwe  –  zaprzeczył,  ale  poczuł  w  żołądku  skurcz  niepokoju.  Nikki 

wymownym gestem wskazała na niebieską teczkę. 

– Nie wierzę ci – powiedział uparcie. 
– Wiem, że nie wierzysz  – skrzywiła się z irytacją. – I dlatego właśnie jesteś 

tutaj, zamiast spędzać miesiąc miodowy z Miss Teksasu! – wypaliła. 

– Miss? Mężatek nie dopuszczają do konkursu. 
– No... niezupełnie. 
Nie wiedział, co ma o tym wszystkim sądzić. Im słabiej protestował przeciwko 

temu,  co  sugerowała,  tym  bardziej  Nikki  była  opanowana  –  w  tym  chłodnym, 
rzeczowym stylu kobiety interesu, nad którym tak usilnie pracowała od czasu ich 
separacji. 

background image

Nie  znosił  tej  zimnej  fasady,  ale  rozumiał  racje  Nikki.  Przecież  napięte  po 

rozwodzie stosunki między  nimi stopniowo ocieplały się i normalniały. Ale tylko 
do czasu ogłoszenia oficjalnych zaręczyn z Dee Ann Karrenbrock. Wówczas Nikki 
znów się usztywniła. Zresztą nie ona jedna krytykowała pomysł jego małżeństwa z 
córką Victora Karrenbrocka. Nikt z jego pracowników nie lubił Dee Ann, ale czy w 
takich decyzjach musiał się liczyć z ich zdaniem? 

– Nikki, wiem, że nie lubisz Dee Ann, więc może przestańmy o niej rozmawiać 

– zaproponował pojednawczo. 

– Bardzo chętnie. 
Carter uśmiechnął się lekko. 
– A teraz – oświadczył, naśladując jej ton – chcę wiedzieć, jaki jest prawdziwy 

związek między tym – wskazał niebieską teczkę – a utratą Belden Industries. 

–  Aktualnie  –  podkreśliła  to  słowo  –  dysponujesz  trzydziestoma  ośmioma 

procentami udziałów w Belden. 

– Aktualnie chcę odkupić ich więcej – odparł z naciskiem. 
–  Na  razie  bez  powodzenia.  Ja  mam  sześć  procent,  a  Julian,  Saunders  i  kilka 

innych osób razem – pięć. To daje czterdzieści dwa procent. 

–  Wiem,  Bob  rozpaczał  nad  tym  w  zeszłym  tygodniu.  Przesada.  Owszem, 

jeszcze  nie  mam  całkowitej  kontroli,  ale  w  końcu  niewiele  mi  brakuje  do 
pięćdziesięciu, nie? 

–  Niewiele,  pod  warunkiem,  że  wszyscy  będą  głosowali  po  twojej  myśli  – 

zauważyła trzeźwo. 

Carter drgnął nerwowo. 
– Co chcesz... 
– Spokojnie – przerwała – jeszcze nie doszło do buntu w szeregach. 
–  W  takim  razie  w  czym  problem?  –  Zaczął  już  wyraźnie  mieć  dosyć  tej 

rozmowy. Wszystko to już słyszał. 

– Przed ślubem miałeś... 
– Miałem? 
–  Carter,  do  cholery,  czy  możesz  się  wreszcie  zamknąć  i  posłuchać,  co  chcę 

powiedzieć? – wrzasnęła. 

Jego głowa natychmiast zareagowała na krzyk. 
– Okay – wyszeptał zbolałym głosem. – Słucham. 
–  Postanowiłeś przekazać dziesięć  procent  udziałów  Dee  Ann. Po tej  operacji 

miałbyś już tylko dwadzieścia osiem procent. 

Już wcześniej nie podobały mu się te szacunki, ale wolał teraz nie mówić o tym 

background image

głośno.  Dlatego  też  próbował  skupować  akcje,  żeby  zrównoważyć  przekazanie 
żonie dziesięciu procent. 

–  Ale  nadal,  jak  twierdzisz,  mogę  liczyć  na  czterdzieści  dwa  procent  w  razie 

głosowania. – Nadrabiał miną. 

–  Poza  tym  jestem  założycielem  i  głównym  udziałowcem  spółki,  a  to  też  nie 

pozostaje bez znaczenia. Ludzie nie będą głosować przeciwko mnie. 

–  Rany  boskie,  czy  ty  jesteś  skończonym  idiotą?  –  Nikki  zaczęła  wściekle 

przerzucać papiery. Wreszcie wyszarpnęła jeden z pliku i podetknęła mu pod nos. 

– Proszę bardzo, popatrz. Tu jest ewidencja naszych prób kupienia akcji według 

aktualnych kursów. 

Carter  zerknął  od  niechcenia,  ale  po  chwili  wpatrzył  się  uważnie  w  kolumny 

cyfr.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  jak  wiele  ofert  wystosował  dział  Nikki.  Powinny 
być warte więcej. 

–  Jest  zupełnie  tak,  jak  gdyby  ktoś  wiedział,  kiedy  będzie  dostępna  oferta,  i 

sprzątnął nam ją sprzed nosa – orzekł i nie spuszczając oczu z wykazu, wyciągnął 
rękę po następny papier, który mu podsuwała. 

I  tam  znalazł  informację,  jakiej  potrzebował.  Dziwnym  trafem  Nikki  zawsze 

wiedziała,  w  jaki  sposób  mu  pomóc,  często  nawet  wcześniej,  niż  sam  zdał  sobie 
sprawę,  co  powinien  zrobić.  Już  dawno  należało  skoncentrować  się  na  tym,  co 
ciągle usiłowała mu wyjaśnić – zamiast uparcie twierdzić, że ona się myli, a on jak 
zwykle ma rację. 

– Kupującymi są wyłącznie inne spółki – zauważył, marszcząc brwi. 
–  Do  czwartku  zdołaliśmy  tylko  odkryć  związek  pomiędzy  Lacefield  Foods  i 

Karrenbrock Ventures. W piątek sprawdzaliśmy innych. 

Carter nadal z troską przeglądał dane. 
–  Mając  trzy  procent  z  Lacefield  oraz  dziesięć  Dee  Ann,  Karrenbrock 

kontroluje  dwadzieścia  siedem  procent.  Czyli  prawie  tyle  co  ty  –  podsumowała 
Nikki, patrząc mu w oczy. 

–  Chcesz powiedzieć,  że  moja  żona  może  się  połączyć  z  ojcem,  by  głosować 

przeciwko mnie? 

– Albo przeciwnie, głosować z tobą przeciwko tatusiowi. 
Dotychczas  nie  przyszło  mu  to  do  głowy.  Wiedział,  że  nie  ma  przewagi,  ale 

liczył, że zdoła wzmocnić swój pakiet. W głębi duszy czuł rosnącą panikę. Nagle 
uświadomił  sobie,  że  Belden  Industries  po  raz  pierwszy  od  czasu  swojego 
założenia znalazła się w tak ryzykownej sytuacji. Kartka papieru zadrżała w jego 
rękach i upadła na podłogę. 

background image

Popadanie w panikę jest reakcją na poczucie utraty kontroli, powiedział sobie w 

duchu.  A  on,  Carter,  zawsze  panował  nad  sobą  i  swoimi  sprawami.  Głęboko 
wciągnął oddech, mobilizując się do działania. Nie kończące się przygotowania do 
ślubu również osłabiły jego odporność, ale teraz już wszystko będzie dobrze. 

– Oczywiście Saunders, Julian i ja przyłączymy się do ciebie, co zagwarantuje 

ci  trzydzieści  dziewięć  procent  bez  udziałów  Dee  Ann  –  zapewniła  go  Nikki.  – 
Dręczy nas jednak obawa, że Karrenbrock przez podstawione firmy mógł przejąć 
więcej udziałów w Belden, niż się spodziewamy. 

– Obawiacie się, ale nie jesteście pewni. 
– Potrzebujemy jeszcze trochę czasu, by to sprawdzić. 
Carter  patrzył,  jak  Nikki  z  powrotem  układa  papiery  w  teczce,  zamykają,  po 

czym  otwiera  następną.  Spróbował  zdystansować  się  na  moment,  by  właściwie 
ocenić  całą  sytuację  i  motywy  zaangażowanych  w  nią  osób.  Ile  z  tego,  co 
powiedziała mu Nikki, wynikało ze szczerej troski o dobro firmy, a ile ze zwykłej 
zazdrości? 

Nie  mógł  tak  po  prostu  uwierzyć,  że  jego  przyszły  teść  zagrozi  jego  spółce. 

Więcej sensu tkwiło w przypuszczeniu, że będzie chciał ją umocnić dla dobra córki 
i oczekiwanych wnuków. 

– Dlaczego powinienem się martwić, że odstąpiłem część udziałów własnemu 

teściowi? – zapytał zaczepnie. 

– Czemu nie miałbym liczyć na jego wsparcie? 
–  Dziwne,  Carter,  że  muszę  ci  tłumaczyć  takie  rzeczy  –  odparła  Nikki 

znużonym  tonem.  –  Victor  Karrenbrock  jest  potentatem  w  kilku  dziedzinach  i 
bardzo nie lubi konkurencji. Ostatnio wszedłeś mu w drogę, zahaczając o przemysł 
naftowy, który jest jednym z jego głównych źródeł dochodu. Ta działka jest wąska 
i obstawiona. Stary musi szybko pozbywać się każdego rywala. 

– Cóż, biznes to biznes – westchnął sentencjonalnie Carter. 
–  Święte  słowa  –  przytaknęła  Nikki,  grzebiąc  w  następnej  teczce.  –  Dlatego 

właśnie  podejrzewamy,  że  szykował  podstępne  przejęcie,  kiedy  ty  będziesz  w 
podróży poślubnej. 

– I postanowiliście sami zadbać, żebym nigdzie nie wyjechał? Ładnie, nie ma 

co! 

–  Doszliśmy  do  wniosku,  że  tak  będzie  najlepiej  –  powiedziała  z  pełnym 

satysfakcji uśmieszkiem, który natychmiast go zirytował. 

–  Posunęliście  się  za  daleko!  –  wybuchnął,  gwałtownym  ruchem  ręki 

wytrącając Nikki papiery. Kartki zasłały podłogę kabiny. – Podejrzewaliście? Tak 

background image

sobie  myśleliście?  Wydawało  się  wam  prawdopodobne?  –  wykrzykiwał  coraz 
głośniej,  choć  głowa  rezonowała  pulsującym  bólem.  –  Z  powodu  jakiegoś 
wyssanego z palca wymysłu zepsuliście mi ślub! 

Nikki popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. 
– Potrzebujemy czasu, żeby... 
–  Zawróć  tę  łódź  i  zawieź  mnie  do  żony!  –  ryknął,  łapiąc  się  za  skronie.  W 

odpowiedzi usłyszał ciche, ale bardzo stanowcze: Nie. 

– Co to znaczy „nie”? Rozkazuję ci zawracać do portu! 
Zaśmiała się. 
–  Jakim  prawem  mi  rozkazujesz?  „Pszczółka”  należy  teraz  do  mnie,  więc  na 

pokładzie rządzę ja. 

Takiej Nikki nie znał. Przecież nadal pracowała dla niego... 
– W takim razie jako twój szef nakazuję ci odwieźć mnie na brzeg – powiedział 

służbowym tonem. 

– Nie pracuję już dla ciebie, Belden – oświadczyła. – Przecież mnie wylałeś. A 

właściwie  – dodała w zamyśleniu  – wylałeś nas wszystkich. W tej sytuacji lepiej 
nie licz na jedenaście procent naszego wsparcia. 

Pulsujący ból w skroniach stał się nie do zniesienia. Gdyby nie to, już dawno 

wyplątałby się z tej idiotycznej sytuacji. 

– Odwołuję zwolnienia. A teraz mnie odwieź. 
– To nie byłoby mądre, wierz mi – powiedziała, nerwowo splatając palce. 
– Okay. – Niespodziewanie złość wyparowała. – Trudno, stało się, Nikki, i nie 

ma  co  załamywać  rąk.  Teraz  muszę  się  martwić,  jak  to  załatwić  z  Dee  Ann,  bo 
inaczej będzie głosować przeciwko mnie. 

– Carter... – Po raz pierwszy na twarzy Nikki pojawił się ślad zakłopotania.  – 

Ona będzie miała tylko tyle akcji, ile sobie sama kupi. Ślub się nie odbył. 

– Ale przecież powiedziałaś... – urwał i zerknął na swoją lewą dłoń. Na palcu 

nie dostrzegł ślubnej obrączki. Popatrzył na Nikki z otwartymi ustami. 

Zagryzła wargi. 
– Nie ożeniłeś się z Dee Ann. Jesteś moim mężem. 
 

background image

Rozdział 4 

 
– To ma być żart? 
Nikki z powagą pokręciła głową. 
Ręka  Cartera  bezwładnie  opadła  na  posłanie,  a  jego  twarz  przybrała  po  kolei 

wszystkie kolory: szary, zielony, karmazynowy i biały. 

Najbardziej zmartwił ją szary, niezdrowy odcień. Nie miała pojęcia, jak długo 

jeszcze i w jaki sposób będą oddziaływały na jego organizm pigułki Saundersa. 

– Saunders też tak uważa? Znów przytaknęła. 
– Niemożliwe, przecież widziałem papiery. 
–  Nie  te,  co  trzeba.  Nasz  rozwód  jest  jeszcze  w  toku  –  wyznała  w  końcu, 

zbierając  się  w  sobie,  by  odeprzeć  lawinę  pełnych  oburzenia  pytań  i  wyrzutów. 
Tymczasem Carter popatrzył na nią przez chwilę, a potem zamknął oczy i osunął 
się na poduszkę. 

Pięknie, nie ma co. Zemdlał na samą myśl, że ciągle jeszcze jest jej mężem. 
Powinna  się  domyślić,  że  będzie  zaskoczony,  ba,  nawet  zaszokowany  –  ale 

miała nadzieję, że Carter odetchnie z ulgą na wieść, że nie wziął ślubu z Dee Ann. 

Przynajmniej mógłby się starać ukryć swoje rozczarowanie, uznała w duchu. W 

końcu, skoro nadal była jego żoną, powinien dbać o jej uczucia, czyż nie? 

A tymczasem wyglądał, jakby los go niepomiernie skrzywdził. Podrapała go w 

bosą stopę. 

– Zostaw mnie – wzdrygnął się. 
– Dobrze – powiedziała, patrząc, jak kolory wracają na jego pobladłe policzki. 

–  Jeśli  zechcesz  porozmawiać,  będę  w  sterówce.  –  Wyszła,  zostawiając  papiery 
walające się na podłodze. 

I czego się spodziewałaś, idiotko? – strofowała się, zasiadając w fotelu sternika. 

Sprawdziła,  czy  autopilot  nie  zboczył  z  kursu,  i  powiodła  wzrokiem  po  linii 
horyzontu.  Za  pół  godziny  zarzuci  kotwicę.  Taka  odległość  od  brzegu  powinna 
zniechęcić  Cartera  do  powrotu  wpław.  To  smutne,  że  konieczne  były  aż  takie 
środki.  Stanowczo  nie  doceniła  przeciwnika  –  złotowłosej  Dee  Ann  z  jej 
uwodzicielskimi sztuczkami. 

Mylnie  założyła,  że  dla  Cartera  nadal  najważniejsze  jest  Belden  Industries  i 

wystarczy tylko, by wskazała mu zagrożenie, a zareaguje natychmiast. 

Tymczasem  niebezpieczne  było  nie  tylko  małżeństwo  z  Dee  Ann,  ale  i  sama 

Dee  Ann.  Zdołała  odseparować  Cartera  od  jego  wiernego  stada,  jak  wprawny 

background image

owczarek  oddziela  barana,  gdy  owce  się  kocą.  W  jakiś  sposób  udało  się  jej 
przekonać Cartera, że związek z nią umocni Belden Industries. Musiała wyczuć to, 
co  Nikki  wiedziała  dzięki  bolesnym  doświadczeniom  –  że  można  manipulować 
Carterem wyłącznie poprzez odwołanie się do korzyści firmy. 

Poza tym można go było jedynie uśpić. 
Źle  się  stało,  że  musieli  sięgnąć  po  tak  drastyczne  środki.  Dawny  Carter 

przerwałby ceremonię na jedno ich słowo. 

Czyżby... czyżby naprawdę kochał Dee Ann? 
Nikki  poczuła  ukłucie  żalu  i  zazdrości,  ale  zaraz  je  stłumiła.  Carter  nie  był 

zdolny kochać kogokolwiek poza sobą samym. 

Kiedy uznała, że jest już dość daleko od brzegu, zmierzyła głębokość i spuściła 

kotwicę.  Wprawnie  operując  obrotami  śruby,  ustawiła  jacht  i  oceniwszy,  że 
kotwica  wbiła  się  w  dno,  poluzowała  nieco  linę,  a  potem  zamocowała  ją  na 
pokładzie.  Wreszcie  wyłączyła  silnik  i  ustawiła  zegar  na  godzinę  kontaktu 
radiowego z lądem. 

Teraz pozostało już tylko czekać, aż Carter z krzykiem wybiegnie na pokład i 

zacznie się kolejna szarpiąca nerwy rozgrywka. 

Zamyśliła  się,  patrząc  w  bezmiar  oceanu.  Ożyły  wspomnienia  niezliczonych 

rejsów,  jakie  odbyli  razem.  Ile  razy  przygotowywała  kolację,  a  potem  budziła 
Cartera  z  głębokiego  snu.  Budzenie  kończyło  się  zawsze  tak  samo  i  w  końcu 
nauczyła  się,  żeby  nie  rzucać  od  razu  steków  na  grill.  Inaczej  stygły,  gdyż 
obydwoje musieli zaspokoić najpierw inny głód. 

Kiedy  wreszcie  zaczynali  kolację,  niebo  było  już  usiane  gwiazdami.  Carter 

otwierał  na  pokładzie  butelkę  wina,  a  Nikki  rzucała  steki  na  miniaturowy  grill 
umieszczony  w  piecyku  w  kambuzie.  Potem  wracał  po  sałatki,  a  ona  niosła  na 
talerzach parujące steki, apetycznie przypieczone na wierzchu i krwiste w środku, 
takie jakie lubił. 

Tam,  pod  sklepieniem  gwiazd,  jedli  i  pili,  prowadząc  leniwe  rozmowy, 

przyglądając  się  światłom  przepływających  statków  i  podziwiając  platformy 
wiertnicze, wyrastające z głębin oceanu jak rozjarzone świąteczne choinki. 

W  takich  chwilach  ten  mężczyzna  istniał  tylko  dla  niej  i  należał  do  niej. 

Żadnych telefonów, żadnych umówionych spotkań, żadnej papierkowej roboty. Po 
prostu piękne, beztroskie życie. 

A  jednak  go  straciła.  Tylko  czy  kiedykolwiek  miałam  go  naprawdę?  – 

pomyślała w przypływie gorzkiej refleksji. 

Wstała  i  ostrożnie  zajrzała  do  kajuty.  Carter  leżał  na  plecach,  z  bezwładnie 

background image

rozrzuconymi rękami, a jego pierś unosiła się i opadała w równym rytmie. Rozpięta 
biała  koszula  odsłaniała  brązową  skórę.  Nikki  nagle  zapragnęła  poczuć  ją  pod 
palcami, zanurzyć palce w złote kędziorki. 

Tak  bardzo  chciała  go  dotknąć  i  wiedziała,  że  to  może  ostatnia  okazja. 

Pochyliła się nad śpiącym mężczyzną i czule odgarnęła mu włosy z czoła. Nawet 
ten prosty gest sprawił, że serce zabiło jej żywiej. 

Skórę  miał  ciepłą,  ale  już  nie  gorącą.  Nie  drgnął  pod  jej  dotknięciem,  więc 

powiodła  opuszkami  palców  wzdłuż  linii  jego  szczęki  i  w  dół  szyi.  Carter  miał 
piękne  ciało  –  silne,  muskularne,  lecz  nie  kościste,  bez  przesadnie  węźlastych 
mięśni – takie, jakie uwiecznili starożytni rzeźbiarze. Kiedyś powiedziała mu, jak 
bardzo lubi na nie patrzeć, ale nie potraktował tej pochwały serio, więc udała, że 
żartowała. 

Wcale nie żartowała. To było zauroczenie. Skrzywiła się i cofnęła rękę, zła na 

siebie. Jak można pieścić nieświadomego mężczyznę? I to mężczyznę, który jej nie 
chce. Żałosne. 

To  wreszcie  dało  jej  impuls,  by  wrócić  do  sterówki.  Zaledwie  tam  weszła, 

radiostacja  odezwała  się  skrzeczącym,  niecierpliwym  głosem  Saundersa.  Nikki 
chwyciła mikrofon. 

– Tu „Pszczółka” WZB 6195. Co tam u ciebie, Saunders? 
–  Nikki!  –  Po  okrzyku  nastąpiła  cisza.  Wyobrażała  sobie,  jak  Saunders  łapie 

oddech. – Już zacząłem się martwić. 

– A co, pomyślałeś, że wyrzucił mnie za burtę? – powiedziała z humorem. 
– Tak. 
– Spokojnie, kolego. On jeszcze śpi. 
– A... 
Domyśliła  się,  że  Saunders  chce  zapytać,  czy  Carter  wie,  że  nadal  jest  jej 

mężem.  Julian  musiał  być  w  pobliżu,  gdyż  słyszała,  jak  wymieniają  po  cichu 
uwagi. 

– Poinformowałam go, tak jak radziłeś – wyjaśniła. 
  – Chce podyskutować o tym później. A jakie reakcje po waszej stronie? 
Włączył się Julian. 
– Karrenbrockowie podtrzymują wersję o ataku wyrostka. Dee Ann ponoć ma 

czuwać w szpitalu u wezgłowia narzeczonego. 

– To bardzo się jej chwali, ale czy powiedzieliście przynajmniej, gdzie jest ten 

szpital? 

– Nie. Nie mogliśmy jej znaleźć. 

background image

Nikki wcale nie była zdziwiona. Kobieta, która została porzucona, nie powinna 

się z tym afiszować i narażać na współczucie innych. 

– Ale przecież musieliście coś komuś powiedzieć? – nalegała, mając nadzieję, 

że domyśla się, o co chodzi. 

– Niezupełnie – bąknął Julian. 
Nikki  nie  była  zachwycona.  Plan,  układany  w  pośpiechu,  był  wyraźnie  nie 

dopracowany w szczegółach. 

–  Co  mam  przez  to  rozumieć?  Przecież  Dee  Ann  i  jej  bliscy  musieli  się 

straszliwie zdenerwować. 

– Nie na tyle, by odwołać przyjęcie. 
– Dee Ann też na nim była? 
– Nie, ale pozostali goście – tak. 
– Chyba żartujesz. – Nikki obejrzała się za siebie, by sprawdzić, czy Carter nie 

słucha,  ale  nie  zobaczyła  nikogo.  –  Bawili  się,  wiedząc,  że  pan  młody  jest  w 
szpitalu? 

– Dlaczego nie? Przecież przyjęcie był zapłacone. Miało się zmarnować? 
–  Ale...  –  Nikki  nie bardzo  wiedziała,  jak  należało  postąpić  w  takiej  sytuacji, 

lecz czuła, że na pewno nie tak. 

– Bob opowiedział nam, że wyżerka była wspaniała, a szampan prawdziwy. 
– Bob był na przyjęciu? Ależ ten facet musi mieć nerwy! 
Rozległy się trzaski, a potem z szumu wypłynął urażony tenor Boba. 
– .. . tak jak ja musiała żywić rodzinę? Co będą jedli, jeśli wylecę z roboty? Ona 

nie zdaje sobie sprawy... 

Najwidoczniej  zapomniał  zamknąć  mikrofon  i  przejść  na  odbiór.  Dopóki 

trzymał  wciśnięty  guzik,  nie  mogła  odpowiedzieć  i  musiała  wysłuchiwać  jego 
komentarzy.  Znów  zatrzeszczało,  a  potem  zapadła  cisza.  Nikki,  uśmiechając  się, 
wcisnęła guzik. 

– Bob, nie martw się, Carter odwołał nasze zwolnienia. 
Dosłyszała w tle okrzyk, w którym brzmiała ulga. 
– Czy myślisz, że będziemy mogli pokazać się u ciebie jutro? 
–  Mam  nadzieję,  że  tak.  –  Tęskniła  za  towarzystwem.  –  Zaraz  podam  wam 

współrzędne. – Posłużyła się specjalnym kodem, który ustalili na wypadek, gdyby 
podsłuchiwała  konkurencja,  a  zwłaszcza  Karrenbrock,  usiłujący  ustalić  miejsce 
pobytu niedoszłego zięcia. 

– Okay, przyjąłem – oznajmił Saunders. – Przywieźć ci coś? 
Nikki myślała przez chwilę, wpatrując się w falujący horyzont. 

background image

– Owszem, parę ładnych steków i główkę sałaty. 
 
Najpierw poczuł woń jedzenia. Potem otworzył oczy i próbował uporządkować 

rzeczywistość. Wszystko wskazywało na to, że nadal jest na pokładzie „Pszczółki”. 
Uniósł lewą rękę i podsunął ją sobie pod oczy. Koszmar trwał  – nie było na niej 
ślubnej obrączki. 

Zebrał siew sobie i usiadł. Ból głowy już prawie przeszedł, ale nadal źle znosił 

kołysanie. Musieli stać na kotwicy. 

Przede  wszystkim  Carter  był  głodny.  Nic  dziwnego,  przecież było  już  prawie 

wpół  do  ósmej,  jak  wskazywał  kapitański  zegar  na  ścianie.  Przeczesał  palcami 
włosy,  a  potem  wstał  ostrożnie,  niepewny,  czy  nie  zawiodą  go  nogi.  Chwilę  stał 
nieruchomo, zanim zdecydował się na pierwszy krok. 

Opłukał  twarz  w  łazience  i  wiedziony  niezawodnym  węchem,  ruszył  w 

kierunku  kambuza.  Nikki  znalazł  w  aneksie  jadalnym.  Ciepły  blask  małego 
telewizorka oświetlał stół z jej samotnym talerzem. 

– Co to za breja? – zagadnął Carter zamiast powitania. 
Nikki musnęła go chłodnym spojrzeniem zielonych oczu i przełknęła kęs. 
– Kolacja, nie widzisz? – burknęła, odwracając wzrok do ekranu. 
– Wygląda paskudnie. 
– Jeśli jesteś naprawdę głodny, nie powinieneś wydziwiać – ucięła. 
– Słusznie, nie będę wydziwiać. Jestem cholernie głodny – oznajmił, sadowiąc 

się naprzeciwko niej. 

–  W  takim  razie  wybierz  coś  sobie.  –  Widelcem  wskazała  mu  półeczkę  nad 

głową. 

Rozejrzał się, ale nie dostrzegł drugiego talerza. 
– O czym ty mówisz? 
–  O  kolacji,  oczywiście.  Powinieneś  mieć  do  wyboru  indyka,  stek  salisbury, 

gulasz wołowy w słodko-kwaśnym... 

– Ja chcę prawdziwego jedzenia! – obruszył się, kiedy zobaczył, że Nikki ma na 

myśli pudełka, które początkowo wziął za książki. 

– Wzruszyła ramionami. 
–  Gotowe  dania.  Najnowsza  technologia.  Nie  trzeba  rozmrażać,  wystarczy 

włożyć na kilka minut do kuchenki mikrofalowej i gotowe. 

– Właśnie to jesz? – wzdrygnął się. Przytaknęła ochoczo. – Wolałbym jednak 

coś świeżego – zaznaczył z naciskiem i krzyżując ramiona, patrzył wyczekująco. 

Tymczasem  Nikki,  zamiast  jak  zwykle  zerwać  się,  by  mu  coś  upichcić, 

background image

spokojnie odcięła kęs steku salisbury i podsunęła mu na widelcu. 

– Masz, spróbuj – zachęciła. – A jeśli chcesz czegoś świeżego, sam sobie zrób – 

uśmiechnęła się, widząc jego minę. 

– Chyba żartujesz. 
– Wcale nie. – Widząc, że nie bierze mięsa, zjadła je sama. – Wyruszaliśmy w 

ogromnym  pośpiechu,  więc  zdążyłam  chwycić  tylko parę  rzeczy  z  lodówki.  Jeśli 
się uprzesz, możesz usmażyć sobie jajka, ale wtedy nie będzie nic na śniadanie. • 

Carter zabębnił palcami w plastykowy wierzch stolika. 
– Niech będą jajka – powiedział ugodowo. 
Propozycja nie zrobiła najmniejszego wrażenia na Nikki. Siedziała naprzeciwko 

niego, systematycznie pochłaniając swoje nieapetyczne danie. 

– Nikki, jestem głodny – zakomunikował dobitnie. 
–  W  kambuzie  wszystko  jest  w  tym  samym  miejscu  –  poinformowała  go, 

pociągając łyk czegoś w rodzaju lemoniady. – No, tak, przecież rzadko tu bywałeś 
– powiedziała ze współczuciem. 

Wreszcie dotarło do niego, że jest zła i nic mu nie ugotuje. Ciekawe, przecież to 

on powinien być wściekły! 

Trudno,  jakoś  da  sobie  radę.  Niechętnie  wstał  i  zaczął  zaznajamiać  się  z  tym 

cudem techniki, jakim był jachtowy kambuz. Otwierał nawet schowki i szufladki, 
znajdując  tam  wiele  dziwnych  rzeczy,  o  których  istnieniu  nie  miał  zielonego 
pojęcia. 

Fakt,  właściwie  dotychczas  nie  zdołał  zapoznać  się  z  kambuzem.  Na  jachcie 

bywał  po  to,  by  odpocząć  i  „naładować  baterie”,  tak  by  podołać  giełdowym 
rozgrywkom  i  zarobić  pieniądze  –  na  przykład  na  utrzymanie  tak  luksusowego 
jachtu jak „Pszczółka”. 

Znalazł małą patelnię i z namysłem obracając ją w ręku, usiłował rozszyfrować 

zasadę  działania  jachtowego  piecyka.  Później  otworzył  małą  lodówkę  i  długo 
patrzył na rząd jajek – tak długo, że Nikki zwróciła mu uwagę, by nie wypuszczał 
chłodnego powietrza. Z trzaskiem zamknął drzwiczki i odstawił patelnię. 

Nikki wstała i ruszyła do wyjścia. 
– Jeśli będziesz chciał porozmawiać o interesach, znajdziesz mnie na pokładzie 

– rzuciła. 

– Hej, poczekaj, mówiłaś coś o gulaszu... 
Skinęła  głową,  podeszła  do  półki  i  szybko  przejrzała  opakowania,  ustawione 

pionowo jak książki – gdzie udawały strawę dla ducha. Wyciągnęła jedno i rzuciła 
Carterowi. 

background image

Po  dziesięciu  minutach  miał  już  na  talerzu  parujący  gulasz.  Nie  rozumiał, 

czemu  Nikki  uważała,  że  gotowanie  to  taka  filozofia.  Wystarczyło  przecież 
otworzyć, podgrzać – i gotowe. Usiadł na składanym krześle na pokładzie i zaczął 
jeść,  mimo  woli  rozkoszując  się  zachodem  słońca.  Z  przodu  czerniała  sylwetka 
Nikki,  siedzącej  z  nogami  opartymi  o  reling.  Danie  okazało  się  całkiem  niezłe, 
prawdopodobnie  dlatego,  że  był  wściekle  głodny.  Na  razie  nie  myślał,  nasycał 
głód.  Dopiero  kiedy  poczuł  przyjemne  ciepło  w  brzuchu,  stwierdził,  że  trzeba 
uporać się z problemami. 

– Nikki? 
– Co? Gotów do rozmów? 
–  Biznes  może  poczekać  –  stwierdził,  odstawiając  talerz  i  odwracając  się  ku 

niej. – Powiedz mi, czemu nadal jesteśmy małżeństwem? 

Dobrze pamiętał, że jeździła do Meksyku. Oboje chcieli, żeby sprawę załatwić 

jak najszybciej i jak najdyskretniej. 

–  Dobrze  –  wstała  i  przeniosła  swoje  krzesło,  by  usiąść  naprzeciwko  niego. 

Zapowiadało  się  na  dłuższe  wyjaśnienia.  –  Kiedy  Saunders  układał  twoją 
przedślubną  umowę  z  Dee  Ann,  poprosił  mnie  o  kopię  naszego  orzeczenia 
rozwodowego, by wpisać odpowiednią datę – zaczęła, zakładając ręce na piersi. – 
Musieliśmy wyliczyć dokładną wartość twoich akcji. 

– I? 
– Nie mogłam znaleźć tych papierów. 
–  Saunders  miał  dostęp  do  mojego  osobistego  archiwum.  Musiała  tam  gdzieś 

być kopia. 

– Ty jej też nie miałeś – powiedziała, nie odwracając głowy. 
–  Coś  jednak  było  –  upierał  się.  Owszem,  nie  czytał  dokładnie  tamtego 

dokumentu, bo prawie cały napisany był po hiszpańsku. 

–  Tak,  tak,  wiem  –  westchnęła  Nikki.  –  Mówisz  o  kopii  listu  prawnika  z 

Meksyku,  poświadczonego  przez  meksykański  urząd.  Oboje  to  mamy.  I 
prawdopodobnie w Meksyku jesteśmy rozwiedzeni. Niestety, facet nie potwierdził 
niczego w Stanach. 

– I co z tego? Przecież nie  musisz zawiadamiać każdego kraju na świecie, że 

jesteś rozwódką, nie? 

– Zgoda, ale braliśmy ślub w Stanach Zjednoczonych i tu żyjemy – a dopóki do 

władz nie dotrze informacja, że jesteśmy rozwiedzeni, nasze małżeństwo będzie dla 
nich ważne – tłumaczyła cierpliwie. 

To było tak upiornie proste. 

background image

– O Boże... 
– Właśnie. – Nikki przymknęła oczy. – No, już, szalej. Czekam. 
Carter  popatrzył  w  zachodzące  słońce.  Fale  klaskały  o  burty.  Ciszę  wieczoru 

rozrywały ostre krzyki mew goniących za rybami. Mulista woda zatoki przybrała 
złocisty odcień. Dlaczego, kiedy jemu zawalił się świat, wszystko jest tak spokojne 
i malownicze? 

– Od jak dawna to wiesz? – Postanowił wziąć się w garść. 
– Od trzech tygodni. 
– I milczałaś? 
– Saunders sądził, że zdoła wszystko wyjaśnić przed waszym ślubem, ale, jak 

widzisz, nie udało mu się. 

–  Cholera,  za  to,  co  mu  płacę,  mógłby  przynajmniej  zwrócić  uwagę  na  taki 

drobiazg  jak  brak  orzeczenia  o  rozwodzie!  –  wybuchnął  Carter.  Będzie  musiał 
porozmawiać z Saundersem. 

– Carter, zrozum. – Nikki wyciągnęła rękę i łagodnie – dotknęła jego ramienia. 

– Saunders bardzo to przeżył. Nie musisz mu nic mówić, i tak się tym gryzie. 

– A jednak spróbuję. 
Zerwał się na równe nogi, strząsając jej rękę i podszedłszy do relingu, chwycił 

zbielałymi palcami poręcz. 

–  Dlaczego  nie  powiedziałaś  mi  tego  wczoraj?  Albo  chociaż  dziś  rano?  – 

ryknął, waląc pięścią, aż zadźwięczały stalowe liny. – Po co to w ogóle zrobiłaś? – 
Odwrócił się ku niej z wściekłością. 

–  Sprawy  się  skomplikowały  –  zaczęła,  patrząc  na  niego  niepewnie.  – 

Zaproszenia  zostały  wysłane,  data  wyznaczona.  Ja  i  Saunders  pomyśleliśmy,  że 
jeśli stanie się najgorsze i nasz dokument rozwodowy nie zostanie przedstawiony 
na  czas,  powiemy  ci  po  prostu,  o  co  chodzi,  a  ty  i  Dee  Ann  przystąpicie  do 
ceremonii. W końcu to tylko ślub kościelny. Później moglibyście iść do ratusza i 
dokonać  ostatecznych  formalności.  Byłoby  o  czym  opowiadać  wnukom  – 
uśmiechnęła się smętnie. 

Wcale nie było mu do śmiechu. Może Dee Ann by się to podobało. Dee Ann! 

Rany boskie, jak się z tego wytłumaczy? 

–  Wtedy  jednak  Bob  wykrył,  ile  akcji  wykupił  twój  przyszły  teść  – 

kontynuowała nerwowo – a to, w połączeniu z jego inną działalnością, sprawiło, że 
nabraliśmy podejrzeń. 

–  I  zaczęliście  się  o  mnie  troszczyć,  jak  zwykle  –  dokończył  z  przekąsem.  – 

Jednak pozostaje faktem, że Belden Industries nazywa się Belden Industries, a nie 

background image

Saunders Industries albo jeszcze inaczej. To powinna być moja decyzja, Nikki. 

Wyprostowała się, zaciskając zęby. 
–  Byłeś  za  bardzo  ogłupiony  całą  tą  przedślubną  zabawą,  żeby  podejmować 

jakiekolwiek sensowne decyzje! – wypaliła. 

Nie odpowiedział jej tak, jakby chciał, wyłącznie ze względu na starą przyjaźń. 
–  Myślę,  że  wasz  pierwotny  plan,  byśmy  spokojnie  przystąpili  do  ślubu 

kościelnego,  a  potem,  kiedy  będzie  komplet  dokumentów,  wzięli  ślub  urzędowy, 
był całkiem dobry. 

Nikki pokręciła głową. 
–  Nie.  Saunders  powiedział,  że  twoja  umowa  przedślubna  mogła  być 

interpretowana tak, że scedujesz na Dee Ann dziesięć procent udziałów nawet bez 
cywilnego ślubu. Dlatego musieliśmy być pewni, że ceremonia się nie odbędzie. 

Gniew Cartera doszedł do zenitu. 
– Sugerujesz, że ona chce mnie poślubić dla moich akcji? – syknął wściekle. 
– Nie... – Nikki wyraźnie chciała coś dodać, ale ugryzła się w język.  – Tak – 

oświadczyła następnie z mocą. – Dokładnie to właśnie chciałam powiedzieć. 

To był absurd, szaleństwo, bzdura. Oznajmił Nikki, co o tym myśli. 
–  Nie  sądzę  –  odparła  po  zastanowieniu.  –  Widziałeś  wykazy.  Ktoś  złośliwie 

chce przejąć twoje wpływy. Uważamy, że tym kimś jest Victor Karrenbrock. 

–  I  uważacie,  że  człowiek,  który  w  jednym  tygodniu  oddaje  mi  rękę  swojej 

córki, w następnym przejmie kontrolę nad moją spółką? 

Milczała wymownie. Carter zaczął nerwowo krążyć po pokładzie. 
–  Spróbuj  na  chwilę  zapomnieć,  że  on  jest  ojcem  Dee  Ann  –  zaproponowała 

Nikki. – To rekin w interesach, gotów zniszczyć każdego  – a ty jesteś odsłonięty. 
Ma  swoje  sposoby  i  nie  zawaha  się  ich  użyć.  Wiedział,  że  w  czasie  miodowego 
miesiąca  oderwiesz  się  od  spraw  swojej  firmy.  Zresztą  nie  musi  to  być  on  sam, 
może kogoś podstawić. 

– Twoim zdaniem zrobiłby coś takiego własnej córce? 
–  Interes  jest  interesem  –  stwierdziła  filozoficznie.  –  Poza  tym  jej  by  się  nic 

złego nie stało. 

Carter chwycił się ostatniej deski ratunku. 
– Nie masz konkretnych dowodów. 
–  Jeszcze  nie  mam,  ale  Bob,  Saunders  i  Julian  ślęczą  teraz  nad  swoimi 

laptopami w domku plażowym i szukają. Jutro rano powinni się tu stawić, żeby ci 
je pokazać. 

Już  chciał  protestować,  ale  powstrzymał  się.  Bob,  Saunders,  Julian  i  Nikki 

background image

współpracowali z nim od lat. Ba, przecież jest nadal jej mężem.  Wiedział, że nie 
wszczęliby alarmu z byle powodu. 

On  sam  zaś  reagował  zwykle  szybciej  na  sygnały  niebezpieczeństwa. 

Rzeczywiście,  ciągnące  się  przygotowania  do  ślubu  musiały  przytępić  jego 
czujność. Przestał trzymać rękę na pulsie. Odwołał wiele zebrań z pracownikami, 
przełożył  niejeden  ważny  obiad  służbowy.  Ale  oni  czuwali.  Przypomniał  sobie 
pełną  niepokoju  twarz  Nikki,  kiedy  przerwał  jej  sprawozdanie,  bo  dzwoniła  Dee 
Ann. 

Wiedziony  impulsem  zbliżył  się do  niej,  jeszcze  niepewny,  czy  ma  ją  udusić, 

czy pocałować. 

–  Nikki,  a  co  będzie,  jeśli  się  mylicie?  –  zapytał  zgnębiony.  –  Jak  ja  wtedy 

spojrzę w oczy Dee Ann? Przecież jaja porzuciłem! 

Nikki sprawiała wrażenie, jakby połknęła coś bardzo gorzkiego. 
– Zadbaliśmy o to. Powiedzieliśmy wszystkim, że nagle zachorowałeś. 
– Na co? Może zatrułem się jedzeniem? 
– Szkoda, że mi to nie przyszło do głowy. Nie, powiedziałam, że miałeś atak 

wyrostka. 

–  Wyrostka?  –  Carter  zesztywniał  nagle.  –  Powiedziałaś  Dee  Ann,  że  to 

wyrostek? 

–  Nie  jej,  tylko  mistrzyni  ceremonii.  Julian  mówił,  że  tę  wersję  przekazano 

gościom – wyjaśniła zdumiona Nikki. 

Gniew  Cartera  powrócił  ze  zdwojoną  siłą.  Postąpił  krok  naprzód  i  zaczął 

rozpinać spodnie. Nikki cofnęła się, przerażona. Chciała coś powiedzieć, ale słowa 
uwięzły  jej  w  gardle  na  widok  zaciętej  twarzy  mężczyzny.  Zbliżył  się  jeszcze  o 
krok. 

– Co robisz? – wyszeptała. Przez chwilę czuła niemal obezwładniający lęk, jak 

dziecko na widok rozsierdzonego ojca. 

Jednym gwałtownym ruchem Carter opuścił spodnie i podniósł w górę koszulę. 
– Widzisz to? 
 

background image

Rozdział 5 

 
– Niestety, nie wiedziałam o tym – przyznała pokornie Nikki, wpatrując się w 

bliznę  po  operacji  wyrostka,  demonstrowaną  jej  przez  Cartera.  –  Jak  rozumiem, 
narzeczona ją widziała? – zapytała zbolałym tonem. 

Carter spiorunował ją wzrokiem i poprawił spodnie. 
–  Czy  będziesz  mi  teraz  wmawiać,  że  cały  ten  plan  nie  był  wyrafinowaną 

zemstą? – wycedził. 

Ostry  głos  smagnął  ją  jak  biczem,  a  posądzenie  zabolało.  Jak  mógł  w  ogóle 

pomyśleć,  że  byłaby  zdolna  zrobić  coś  takiego.  Ona,  która  poświęciła  kawał 
swojego życia Carterowi Beldenowi i Belden Industries! 

Najwyższy  czas  zacząć  żyć  samodzielnie.  Bez  Cartera.  Powtarzając  to  w 

myślach, zdołała opanować się na tyle, by wykrztusić: 

–  Spróbuj  pomyśleć  obiektywnie,  Carter.  Gdybym  tak  jak  uważasz,  pragnęła 

tylko  zemsty,  opowiedziałabym  wszystko  Dee  Ann,  a  nie  tobie.  I  może  się 
rozczarujesz, ale w ciągu ostatnich kilku lat miałam  ważniejsze sprawy na głowie 
niż  studiowanie  różnych  detali  twojego  ciała.  Zresztą,  nie  bardzo  było  co 
zapamiętać – zakończyła bezlitośnie. 

Carterowi najzwyczajniej w świecie odjęło mowę. Po chwili, zaciskając pasek 

spodni, odwrócił się i ciężkim krokiem zszedł pod pokład. 

Nikki  wiedziała,  że  po  takim  ciosie  poniżej  pasa  powinna  mieć  wyrzuty 

sumienia – a tymczasem czuła się całkiem dobrze. 

 
Rano  ogarnęło  ją  jednak  poczucie  winy,  dlatego  na  znak  pokoju  zrobiła 

Carterowi śniadanie. W końcu był jej mężem i szefem i trudno było udawać, że się 
go  nie  widzi  na  dwunastometrowej  łodzi.  Długo  marudził  w  łazience,  ale  Nikki 
miała nadzieję, że smakowity zapach jajek i bułeczek odgrzewanych w kuchence 
mikrofalowej zwabi go wreszcie do jadalni. Brakowało tylko bekonu. Westchnęła i 
zaczęła  rozbijać  jajka.  Carter  lubił  takie  w  sam  raz  i  musiała  uważać,  żeby  nie 
przesmażyć. Nagle poczuła za sobą jego obecność. 

–  O,  przyszedłeś  w  samą  porę,  żeby...  –  Obejrzała  się  i  drgnęła.  Wyglądał 

niebezpiecznie – z zarostem i nagą piersią, odziany tylko w szorty, niedbale oparty 
o  framugę.  –  ...  żeby  zjeść  śniadanie  –  dokończyła  pospiesznie.  Obrzucił  ją 
spojrzeniem. 

– Och, naprawdę nie musisz się dla mnie trudzić. Sam potrafię sobie usmażyć 

background image

jajka. – W jego głosie brzmiały uraz i sarkazm. 

– Po co, skoro już są usmażone. Ja zwykle jadam bułkę i owoce. 
–  W  takim  razie  dziękuję,  i  wybacz  strój,  a  właściwie  brak  stroju.  Znalazłem 

tylko to. 

– Zganiła się w myśli. Nikt z nich nie pomyślał o odpowiednim na łódź ubraniu 

dla Cartera. 

– Przepraszam – bąknęła, stawiając przed nim talerz. – Nalać ci kawy? 
– Tak, proszę. 
Chciwie pociągnął łyk i skrzywił się. 
– Co to, bezkofeinowa? 
– Nie, tylko dodałam mleka skondensowanego. 
– Nie masz śmietanki? 
Ze skruchą pokręciła głową. Carter westchnął i zabrał się do jedzenia. 
Nie  ma  co,  obiecujący  początek  dnia,  pomyślała  z  przekąsem.  Jeśli  Carter 

będzie dalej w takim nastroju, nigdy go nie przekona. 

–  Zorganizowałam  na  dzisiaj  spotkanie  –  przypomniała.  –  Z  Saundersem, 

Julianem i Bobem. 

Carter poderwał głowę znad talerza. 
– I uważasz, że miałbym ich przyjąć w takim stanie? 
– Możesz się ogolić. 
– Czym? Maszynką, którą golisz nogi? Dziękuję! 
– A czy masz jakieś inne wyjście? Jesteś bezsilny, mój drogi, boja tu rozkazuję. 
– A niech cię! 
–  I  nie  wyobrażaj  sobie,  że  mógłbyś  zawładnąć  łodzią.  Natychmiast 

zawiadomię straż przybrzeżną, że została skradziona. 

– A ja złożę zeznanie, że zostałem porwany wbrew swojej woli. 
Przez  chwilę  mierzyli  się  gniewnym  wzrokiem,  a  potem,  jak  na  komendę, 

wstali zza stołu. Dobrze znali zasadę, że przy trudnych negocjacjach nie należało 
pozwalać, by przeciwnik górował. Na całe szczęście, to ona rządziła na tej łodzi i 
mogła dyktować warunki. 

–  Mam  propozycję  –  powiedziała  pojednawczo.  –  Obiecaj,  że  wysłuchasz 

spokojnie  wszystkiego,  co  mamy  do  powiedzenia,  a  potem,  jeśli  nadal  będziesz 
chciał wrócić na brzeg, natychmiast cię odwiozę. Umowa stoi? 

– Stoi – zgodził się natychmiast. Nie na darmo był biznesmenem z krwi i kości. 
–  Bardzo  się  cieszę.  W  takim  razie,  w  kabinie  dla  gości  znajdziesz  torbę  z 

przyborami  toaletowymi.  Powinna  tam  być  maszynka  do golenia,  szczoteczka do 

background image

zębów i inne drobiazgi. Potem możesz albo przebrać się w swój ślubny strój, albo 
pożyczę ci którąś ze swoich bawełnianych koszulek. 

– Tę z rybkami? Spiorunowała go spojrzeniem. 
– Dobrze, wszystko lepsze niż te gacie – prychnął. 
– Ahoj, kapitanie! Prosimy o pozwolenie wejścia na pokład! 
Chyba nigdy Nikki tak nie ucieszył charakterystyczny, przeciągający spółgłoski 

głos Juliana. 

– Z przyjemnością udzielam pozwolenia! – odkrzyknęła. 
Chociaż Carter nie pojawił się na deku, by powitać delegację z firmy, atmosfera 

i tak była gęsta – jak nie przymierzając miód. Nikki przez całe rano siedziała przy 
stole  nawigacyjnym,  siłą  powstrzymując  się  od  zebrania  papierów,  rozrzuconych 
wczoraj w złości przez Cartera na podłodze sterówki. Skoro rozrzucił, niech je sam 
pozbiera. Wreszcie przestała być jego niewolnicą. 

Zabawne, ale wcale nie czuła tego jarzma do momentu zaręczyn Cartera z Dee 

Ann. A właściwie już na kilka tygodni wcześniej zaczęła nienawidzić tej roli. Ona, 
dbająca  o  jego  interesy  aż  do  najmniejszego  szczegółu,  poczuła  się 
wykorzystywana.  A  niechęć  zaczęła  zatruwać  ich  tak  starannie  wypracowane 
relacje. 

Pomogła  Julianowi  przycumować  motorówkę  do  burty  „Pszczółki”.  Zanim 

wysiedli, podali na pokład turystyczną lodówkę z zapasami, o które prosiła. 

Julian,  w  białych  szortach  i  trykotowej  koszulce,  prezentował  klasyczną 

sportową  elegancję.  Saunders  również  założył  szorty,  choć  byłoby  lepiej,  gdyby 
raczej ukrywał nogi pod długimi spodniami. Natomiast Bob przebił ich wszystkich. 
Wyglądał  olśniewająco  w  białym  admiralskim  mundurze  ze  złotymi 
szamerowaniami.  Chciałoby  się  go  widzieć  na  mostku  okrętu  flagowego.  Nikki 
musiała  go  podtrzymać,  kiedy  wchodził  po  drabince,  gdyż  lśniący  i  oczywiście 
biały but o skórzanej podeszwie obsunął mu się na śliskim metalowym szczeblu. 

– Będziemy rozmawiać w salonie? – zagadnął Saunders. 
– Ehm... tak. 
– Zaniosę lodówkę do kambuza i zaraz do was dołączę. Chodź, Bob – poklepał 

księgowego po epolecie – oprowadzę cię po tej ślicznej łódeczce. 

Nikki zerknęła porozumiewawczo na Juliana, mocującego obijacze. 
– Czy on nie może chociaż zdjąć czapki? – szepnęła. 
– Nie, bo mówi, że chroni go przed udarem słonecznym. 
–  Carter  jest  w  paskudnym  nastroju  –  ostrzegła  –  więc  pewnie  będzie  was 

paskudnie traktował. 

background image

– Bob nie da się wyprowadzić z równowagi, a ja z Saundersem będziemy się 

starali łagodzić sytuację. Aha, przywiozłem parę ubrań – dodał, wręczając jej torbę. 

– Cudowny jesteś! – ucieszyła się. 
– Nikki? Powiedz, czy naprawdę wszystko w porządku? – zapytał. 
– Ależ tak – zapewniła żywo, jakby chciała przekonać samą siebie. 
– Na pewno? 
Wzruszył  ją  ton  rzeczowej  troski  w  jego  głosie.  Przytaknęła  z  uśmiechem. 

Julian był  prawdziwym  przyjacielem.  Oceniając  kobiecym  okiem  jego  przystojną 
postać,  mimochodem  zastanawiała  się,  dlaczego  nie  pociąga  jej  choćby  w 
niewielkim stopniu. 

– Powiedz lepiej, czy znaleźliście więcej firm powiązanych z Karrenbrockiem? 

– zagadnęła z ciekawością. 

– Niestety tak. Chodź – otoczył ją ramieniem – admirał Bob opowie ci o tym 

szczegółowo. 

Bob  czekał  w  pełnej  gotowości  na  środku  salonu.  Nikki  pomyślała,  że 

koniecznie powinien się zrelaksować, zanim zjawi się Carter. 

– Bob, może napijesz się czegoś? Mrożonej herbaty? Lemoniady? Kawy? Nie? 

W takim razie może szkockiej z lodem? 

–  Nie,  dziękuję.  –  W  innej  sytuacji  męczeńska  mina  Boba  mogłaby  ją 

rozśmieszyć. 

Saunders, który uważnie przeglądał zawartość małego barku, dokonał wreszcie 

wyboru i ze szklaneczką w ręku usadowił się na sofie. 

– Usiądź tu, Bob – zachęcił. 
Księgowy,  zerknąwszy  na  Juliana,  który  z  rękami  założonymi  do  tyłu 

przyglądał  się  książkom  i  gotowym  daniom  na  półkach,  sztywno  przysiadł  obok 
Saundersa. Cały czas kurczowo ściskał teczkę. 

– A ja się napiję lemoniady – oznajmił Julian. 
Nikki przygotowała napoje i przysiadła na fotelu. Przez dłuższy czas w saloniku 

słychać  było  tylko  szum  fal  uderzających  o  burty  i  grzechot  kostek  lodu  w 
szklankach. 

A  potem  wkroczył  Carter.  Na  chwilę  zatrzymał  się  w  progu,  ogarniając 

wzrokiem  niewielkie  pomieszczenie.  Czujna  Nikki  dostrzegła  moment  wahania, 
zanim z trzaskiem położył na stoliku niebieską teczkę – co oznaczało, że zebranie 
zostaje otwarte. 

– Och, Nikki, jaka gustowna koszulka – szepnął Julian. 
Saunders  głośno  przełknął  ślinę.  Tymczasem  Carter  patrzył  na  Boba.  Obaj 

background image

mężczyźni znieruchomieli. 

Tylko spokojnie, Carter, błagała w myśli Nikki. 
Bosonogi  Carter  w  fikuśnej  koszulce  i  jego  księgowy  w  admiralskiej  gali 

tworzyli  interesujący  kontrast.  Nawet  jednak  nie  wtajemniczony  obserwator  nie 
miałby  wątpliwości, kto tu nadaje ton. Torba z ubraniem, którą przywiózł Julian, 
leżała wciśnięta w kąt. 

– Dzień dobry – pozdrowił ich Carter. 
Bob w odpowiedzi zasalutował, podnosząc się z miejsca. 
–  Spocznij,  marynarzu  –  zakomenderował  jego  szef  i  otworzył  teczkę.  – 

Wreszcie miałem okazję dokładnie przejrzeć dane, które uznaliście za tak ważne – 
oświadczył,  szeleszcząc  pomiętymi  papierami.  –  Nikki  powiedziała  mi,  że  ciągle 
sprawdzacie firmy obracające ostatnio akcjami. Mogę prosić o raport? 

– Wal, admirale. – Julian zrobił gest w kierunku Boba. 
Bob zaczerwienił się i położył swoją teczkę na stoliku. Nikki z zadowoleniem 

zobaczyła, że nie usiadł, podobnie jak Julian. Uprzedzali w ten sposób stary chwyt 
Cartera, polegający na patrzeniu na przeciwnika z góry. Mało tego, Bob w butach i 
czapce  okazał  się  wyższy  od  szefa,  co  wyraźnie  go  deprymowało.  Pomimo  to 
dzielnie zabrał się do raportu. 

–  Poza  Lacefield  Foods  z  ich  trzema  procentami  odkryliśmy,  że  Medlock 

Chemical z Ohio i podlegające im Lucas Properties mają razem cztery procent. A 
macierzystą kompanią Medlock są Karrenbrock Ventures. 

Twarz Cartera była nieruchoma, lecz Nikki wiedziała, że liczy. 
–  Ponadto  w  ciągu  ostatnich  trzech  miesięcy  –  kontynuował  Bob,  ośmielony 

brakiem  reakcji  –  Karrenbrock  wykupił  SKS  Manufacturing,  a  ci  mieli  dwa 
procent. 

Zbadaliśmy  też...  a  właściwie  Julian,  że  Galit  Industries  sprzedała  swój  dział 

wydobycia ropy naftowej i zmieniła nazwę na Wright Equipment Corporation. 

Wszystkie spojrzenia skierowały się na Juliana. Wzruszył ramionami. 
– Byłem na ich bożonarodzeniowym przyjęciu. 
–  Wobec  tego  Wright,  choć  nie  pojawił  się  na  ostatniej  liście  udziałowców, 

posiada... 

– Wiem, nasze akcje – przerwał Carter. – Parę lat temu dałem Galitowi trochę 

w rozliczeniu za urządzenia. Ile teraz ma Wright? 

– Trzy procent – poinformował Bob. 
Carter ze świstem wciągnął powietrze. 
–  Przypomnij  mi,  żebym  zadzwonił  do  nowego  dyrektora  wykonawczego 

background image

Wright Equipment Corporation. 

Bob momentalnie stracił spokój i rozejrzał się nerwowo. Saunders natychmiast 

przejął pałeczkę. 

–  Wright  to  najnowsza  strefa  wpływów  Karrenbrock  Ventures.  Atrament 

jeszcze nie wysechł na ich nowym porozumieniu. 

„Pszczółka” zakołysała się gwałtownie. Carter chwycił się stołu i ciężko opadł 

na  ławę.  Nikki  wiedziała,  .  że  raport  Boba  poruszył  go  głęboko.  Sama  nie 
spodziewała się, że będzie aż tak źle. 

Bob wziął się w garść i ciągnął dalej: 
– John Karrenbrock, syn Victora, ma własne cztery procent. 
–  Skąd  to  wiecie?  –  ryknął  Carter  tak,  że  biedny  Bob  z  wrażenia  upuścił 

papiery, a pot wystąpił mu na czoło. 

– Spokojnie, on się wścieka tylko na siebie samego – zapewniła Nikki, podając 

zebrane z podłogi papiery. 

Bob uśmiechnął się blado. 
– Jeszcze nie zostałem zwolniony? 
–  Jeśli  tak  się  stanie,  zadbamy,  żebyś  dostał  najwyższą  odprawę  w  całych 

Stanach – zapewnili go chórem. 

–  John  Karrenbrock  robi  interesy  jako  JK  Interests  –  wyjaśnił  Saunders, 

spokojnie patrząc na zaciśnięte pięści Cartera. – Jak dotąd, te interesy nie przybrały 
jakiejś konkretnej formy. 

– To po prostu zasłona dymna dla Karrenbrocka, pozwalająca mu kontrolować 

więcej udziałów – wtrąciła Nikki. 

Carter obrzucił ich ciężkim spojrzeniem. 
– Czy to już wszystko? – zapytał Boba. 
– Na razie tak. 
– Podsumujcie mi to teraz – polecił. 
Bob już otwierał usta, ale Nikki wyrwała mu arkusz. Z powodów, których nie 

potrafiła sprecyzować, wolała sama oznajmić hiobowe wieści. 

–  Według  stanu  na  dzisiaj  Karrenbrock  osobiście  lub  poprzez  rodzinę  i  różne 

spółki kontroluje trzydzieści procent w stosunku do twoich czterdziestu dziewięciu. 
Ożeń się z Dee Ann, a spadniesz do trzydziestu dziewięciu. 

Carter  spojrzał  na  nią,  a  w  głębi  jego  brązowych  oczu  błysnęły  nieokreślone 

emocje. 

Julian  włączył  się  do  kółka  otaczającego  mały  stolik.  Tym  razem  Carter 

siedział, a reszta stała, otaczając go kręgiem. Julian oparł się ciężko pięściami na 

background image

stoliku i pochylił do przodu, bezczelnie parodiując ulubioną pozycję Cartera przy 
rokowaniach. 

– I zgadnij, kto będzie tu rządził? – zapytał ironicznym tonem. – Twoja żona i 

jej dziesięć procent. 

Spojrzenie  Cartera  pomknęło  ku  Nikki,  ale  ona  zachowała  kamienny  wyraz 

twarzy. Tymczasem Julian był bezlitosny. 

–  Już  to  widzę...  Kotku,  kup  mi  te  rysie  u  Neimana  albo  będę  głosować  z 

tatusiem  –  zagruchał  słodkim  głosem.  –  Carter,  pomyśl  tylko,  przecież  przed 
każdym głosowaniem będziesz musiał tańczyć tak, jak ona ci zagra. Nie ośmielisz 
się odmówić jej czegokolwiek. Wreszcie doprowadzą do tego, że wypuścisz z rąk 
Belden i... 

–  Julian!  –  Nikki  przerwała  mu  gwałtownie,  zaniepokojona  ceglastymi 

wypiekami na policzkach Cartera. – On jeszcze nie wziął ślubu z Dee Ann. Może 
zechce teraz renegocjować umowę przedślubną. 

–  Nikki  –  Carter  przemówił  spokojnie,  a  jego  twarz  wróciła  do  normalnego 

wyglądu – doceniam twoje zaangażowanie, ale pozwolisz, że sam będę odpowiadał 
za swoje postępowanie. – Wstał, jakby chcąc podkreślić znaczenie tych słów. 

–  Pomimo  tak  druzgocących  dowodów  nie  zamierzam  obarczać  winą  mojego 

przyszłego teścia – oświadczył. 

– Coo? 
– Carter... 
– Jak możesz... 
Przemówili  wszyscy  naraz,  jak  grecki  chór  wieszczący  tragedię.  Boba  tak 

poniosło, że zerwał z głowy czapkę i cisnął ją na podłogę, a potem zaczął szamotać 
się z guzikami munduru. 

–  Uspokójcie  się.  –  Carter  rozłożył  szeroko  ręce.  Nadal  uważam,  że 

Karrenbrock chce nam dać udziały w prezencie ślubnym. Z drugiej strony, już wam 
mówiłem, że będę próbował zwiększyć swoje udziały i... 

Saunders zaklął i odwrócił się do barku. 
– W ogóle nie sądzę, by Dee Ann orientowała się choć trochę w interesach ojca. 

Jej takie rzeczy nie obchodzą. 

Nikki próbowała przypomnieć sobie Dee Ann, ale pamięć podsunęła jej jedynie 

niewyraźny obraz blondynki w ślubnej sukni, trzymającej się ramienia ojca. 

– Carter, ty żałosny naiwniaku, przecież ona z premedytacją posłużyła się mną, 

żeby dotrzeć do ciebie. 

  –  Julian  stanął  naprzeciwko  Cartera  z  ręką  w  kieszeni, nerwowo  obracając  w 

background image

drugiej dłoni szklankę z grzechoczącą resztką lodu.  – To jasne, że wszystko było 
ukartowane.  Krążyła  wokół  mnie,  aż  dałem  się  omotać,  ale  gdy  tylko 
przedstawiono  jej  ciebie,  zaraz  wysłała  mnie,  żebym  przyniósł  szampana.  Kiedy 
wróciłem, już jej nie zobaczyłem. Kręciłem się jak idiota z dwoma kieliszkami w 
rękach, aż ktoś się wreszcie zlitował i wyjaśnił, że wyszła z przyjęcia z tobą. 

Nikki znała tę historię. Tym litościwym „kimś” była ona sama. Wypiła z nim 

tego szampana i współczuła mu. 

Carter  postąpił  krok  naprzód  i  stanął  z  rękami  opartymi  na  biodrach,  mocno 

wpierając stopy w podłogę. Wydał się jej teraz większy i potężniejszy, przypominał 
dzikie, zjeżone zwierzę, broniące swego terytorium. 

–  Dee  Ann  to  wspaniała  kobieta  –  powiedział  zimno  do  Juliana.  –  Kiedy  już 

mnie poznała, nie okazałeś się na tyle męski, by utrzymać ją przy sobie. 

Teraz się zacznie, pomyślała z trwogą Nikki. 
Ale  Julian  umiał  zachować  klasę,  nawet  w  gniewie.  Spojrzenie  jego  szarych 

oczu  powędrowało  ku  Nikki,  zapewniając,  że  wszystko  będzie  w  porządku,  a 
potem,  nabierając  twardości  lodu,  wróciło  do  Cartera.  Powoli  odstawił  swoją 
szklankę na stół, odwrócił się i bez słowa wyszedł na pokład. 

Nikki  czuła,  że  pięści  same  się  jej  zaciskają.  Nieszczęsny  Bob  był  po  prostu 

uosobieniem  przerażenia.  Bladość  jego  twarzy  dorównała  niemal  bieli  jego 
munduru,  a  usta  ułożyły  mu  się  w  osłupiałe  „o”.  Saunders  powoli  wysączył 
swojego drinka do dna. 

– Czy była tego warta, Carter? 
Carter Belden nie odpowiedział. 
– Biorę kurs na Galveston – oznajmiła Nikki, najbardziej lodowato-zjadliwym 

tonem, na jaki ją było stać. 

Niech się żeni z Dee Ann i da im spokój. Stanowczo miała już dosyć. 
Wyszła  na  pokład.  Julian,  oparty  o  reling,  patrzył  na  fale.  Zamiast  iść  do 

sterówki, stanęła przy nim. 

– Dee Ann jest idiotką – powiedziała. Julian nagrodził ją smętnym uśmiechem. 
– Dlaczego tak sądzisz? 
– Bo jesteś nie lada kąskiem. 
–  Naprawdę?  –  Odwrócił  się  ku  niej.  –  Dlaczego  w  takim  razie  ty  się  nie 

skusiłaś? 

– Bo... – No właśnie, dlaczego? Dlaczego nie Julian? Przecież jest przystojny, 

elegancki i błyskotliwy, a w wielu trudnych sytuacjach dowiódł swojej mądrości i 
uczciwości.  W  szarych  oczach,  wpatrujących  się  w  nią,  pojawił  się  ciepły  błysk 

background image

czegoś więcej niż sympatii. 

Julian był równie dobrym biznesmenem jak Carter. Carter preferował styl byka 

– atakował, zwyciężając siłą i impetem. Julian był o wiele bardziej wyrafinowany, 
ale mimo to skuteczny. W każdym razie nie chciałaby być jego przeciwnikiem. Na 
szczęście zawsze był przyjacielem. 

Nikki  wręcz  desperacko  chciałaby  poczuć  coś  do  tego  mężczyzny.  Lubiła 

Juliana. Usiłowała wyobrazić sobie dotyk jego wyrazistych warg, jego ciała... 

Niestety, nie czuła absolutnie nic poza szacunkiem i przyjaźnią. 
Szare  oczy  spoważniały  i  znów  pojawił  się  w  nich  gorzki  wyraz.  Julian  ze 

smutnym uśmiechem powiódł opuszkiem szczupłego palca po jej policzku. 

– Bo kochasz Cartera – dokończył. 
Och, co by dała, żeby móc zaprzeczyć! 
Julian cofnął rękę, odwrócił się i znów zapatrzył w morze. 
– W porządku, Nikki. Zapomnij o tym. 
Nie  było  już  nic  do  powiedzenia.  Zgnębiona  Nikki  powlokła  się  do  sterówki. 

Jak mogła się łudzić, że udało się jej ukryć przed wszystkimi uczucie do Cartera? 

Po niedługiej chwili na pokładzie pojawił się Bob. Ponieważ nie było Cartera 

ani Saundersa, domyśliła się, że rozmawiają o sprawie rozwodu. 

Przygotowywała się właśnie do podniesienia kotwicy, kiedy obaj wyszli. Carter 

podszedł do Juliana. 

–  Julian  –  zaczął,  kładąc  rękę  na  ramieniu  przyjaciela  –  mieliśmy  ciężką 

sytuację i jeśli powiedziałem w złości coś, co cię obraziło, przepraszam. 

Cały  Carter,  pomyślała.  Pełen  dobrych  chęci,  ale  kompletnie  bez  wyczucia. 

Zawsze zbyt późno zdawał sobie sprawę, że zrobił coś, za co trzeba przepraszać. 

Smutne... Po tylu latach powinien przestać grać z nimi z pozycji siły. Najmniej 

dotyczyło to Boba, gdyż nie należał do ich ścisłego kółka – ale przecież ich trójka 
to chyba więcej niż tylko współpracownicy? Zawsze im to powtarzał, gdy trzeba 
było  spędzać  dnie  i  noce  nad  jakimś  projektem.  Nikki  odpowiadała  za  finanse, 
Saunders za stronę prawną, a Julian brał na siebie ciężar negocjacji. 

– Wciągam kotwicę! – wrzasnęła, kierując się do sterówki, by ustawić łódź. 
–  Nikki,  czekaj  –  powstrzymał  ją  gestem  Carter.  –  Postanowiłem,  że 

pokotwiczymy  tu  jeszcze  przez  parę  dni.  Zobaczymy,  co  się  będzie  działo  na 
giełdzie w poniedziałek i wtorek, a potem, jeśli będzie trzeba, opracujemy plan. 

– Nikki domyśliła się, że Saunders potrzebuje jeszcze czasu, by uporać się ze 

sprawą  rozwodu,  i  Carter  posłużył  się  giełdą  jako  pretekstem,  by  przedłużyć 
bezpieczne schronienie na łodzi. 

background image

–  A  co  do  Dee  Ann  –  ciągnął,  starannie  unikając  wzroku  Juliana  –  to 

oczywiście  wie,  że  nie  mogłem  mieć  ataku  wyrostka.  Nikki,  doradź  mi  jako 
kobieta, jak najlepiej wytłumaczyć jej moje zniknięcie sprzed ołtarza. 

– Śmiercią – powiedziała, patrząc mu w oczy. 
– Słusznie – przytaknął z aprobatą. – A czyją? 
– Twoją. 
Popatrzyli na siebie. Saunders odchrząknął. 
–  Może  perforacja  nie  wykrytego  wrzodu,  wywołana  nagłym  zatruciem 

pokarmowym – podsunął fachowo. – Z początku myśleliśmy, że to wyrostek... i tak 
dalej. 

– A jeśli ukochana zechce go odwiedzić w szpitalu? – zapytał Julian. 
–  Nie,  Belden  nie  zniesie  myśli,  że  mogłaby  go  widzieć  w  takim  stanie  – 

improwizował  Saunders.  –  Zresztą  pozwoliłem  sobie  zawczasu  posłać  jej  wielki 
bukiet róż z odpowiednim przęsła... 

–  Róże?  –  ryknął  dziko  Carter.  –  Rany  boskie,  durniu,  przecież  ona  jest 

uczulona na róże! – Dosłownie trząsł się z wściekłości. 

Bob też się trząsł. Najbardziej zdziwiła Nikki reakcja Juliana. Nie pojmowała, 

jak można być jednocześnie zadowolonym i wstrząśniętym – ale taką właśnie miał 
minę. Główny winowajca wyjąkał tylko „och”. 

Carter spiorunował ich wzrokiem i odwróciwszy się, zniknął pod pokładem. Z 

dołu dobiegły tylko głuche przekleństwa. 

– No, robota skończona, czas odpływać – orzekł Julian, zacierając ręce i łapiąc 

za linę. 

– I co, głupio ci, Saunders? – zagadnęła. 
– Nie ma sprawy, zadzwonię do Dee Ann i powiem jej, że to był mój pomysł. 
– Ale wtedy będziesz musiał wytłumaczyć, gdzie jest Carter i dlaczego sam się 

z nią nie skontaktuje. 

–  Fakt,  chyba  pogorszyłbym  tylko  sytuację.  Choć  swoją  drogą,  nic  już  chyba 

nie jest w stanie jej pogorszyć. 

– Saunders, wskakuj! – zawołał Julian. Obaj z Bobem założyli już kapoki. 
– Kontakt dziś o osiemnastej, pamiętaj  – przypomniał Julian, sadowiąc się za 

kołem sterowym. – I nie daj się! 

–  Tchórze!  –  krzyknęła,  gdy  odbijali  od  burty  „Pszczółki”.  –  Zostawiacie 

bezbronną kobietę sam na sam z Carterem! 

–  Tylko  ty  możesz  sobie  z  nim  poradzić,  Nikki!  –  odkrzyknął  Julian  z 

uśmiechem. 

background image

 

background image

Rozdział 6 

 
Nikki roześmiała się pomimo złego humoru i zasalutowała im. Długo patrzyła, 

jak motorówka pruje fale. 

Róże... Co za pech, że Dee Ann była uczulona na róże. Zastanawiała się, czy 

Julian  wiedział  o  tym  wcześniej.  Bardzo  prawdopodobne.  Uśmiechnęła  się 
złośliwie,  ale  za  chwilę  zmarszczyła  brwi.  Brak  skrupułów  wymagał  jednak 
treningu. 

– Odpłynęli? 
– Tak. – Nie zauważyła, kiedy stanął obok niej. Przez chwilę razem wpatrywali 

się w ciemny punkt na horyzoncie. 

Nikki zerknęła na Cartera. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kto siłą powstrzymuje 

atak wściekłości. Chyba nadszedł czas przeprosin. Postarała się, by zabrzmiało to 
jak najbardziej formalnie. 

– Carter, bardzo nam przykro za tę niezręczność z różami. Wyszedł z tego głupi 

dowcip  –  zająknęła  się  przy  ostatnim  słowie,  bo  wargi  jej  drżały  od  skrywanego 
śmiechu. Może pomyśli, że zbiera się jej na płacz. 

Carter nie dał się jednak zwieść. 
– Jeśli w ogóle będę miał jeszcze okazję porozmawiać z Dee Ann, co właściwie 

mógłbym jej powiedzieć? 

– Może po prostu prawdę? – Nikki niewinnie zatrzepotała rzęsami. 
Carter westchnął i mocniej oparł się o poręcz. 
–  Chyba  nie  –  stwierdził  i  wychylił  się,  by  spojrzeć  na  białą,  lśniącą  burtę 

omywaną falami. 

Nikki  obserwowała,  jak  ogląda  „Pszczółkę”  od  dziobu  do  rufy,  z  wyraźnym 

zadowoleniem  dostrzegając  świeżą  farbę  i  wyczyszczone  do  połysku  mosiężne 
okucia. 

– Ciągle jest piękna – uśmiechnął się. 
Nikki  z  trudem  udało  się  ukryć  przyjemność,  jaką  sprawiły  jej  te  słowa.  Dla 

niepoznaki zaczęła polerować rękawem nie istniejącą plamkę na lśniącej poręczy. 

– Dwunastometrowa motorówka to chyba za dużo dla jednej drobnej kobiety – 

zauważył. – Czy nigdy nie chciałaś jej sprzedać? 

–  Nie  było  chętnych.  –  Nikki  wzruszyła  ramionami.  –  Zresztą  z  tą  łódką 

związanych jest wiele wspomnień. 

– A więc tym bardziej powinnaś ją sprzedać. 

background image

Zacisnęła wargi. Najwyraźniej Carter dawno już wyzbył się cieplejszych uczuć 

do niej. 

– To nie były złe wspomnienia. 
–  Jednym  słowem,  utrzymujesz  kosztowną  pamiątkę  naszego...  –  Zrobił 

niewyraźny gest. 

–  Naszego  małżeństwa?  –  poddała.  –  Tak,  tak,  Carter.  Było  coś  takiego,  bez 

względu na to, czy ci się to podoba, czy nie. Albo raczej nadal jest. 

– Jedna z moich najmniej udanych fuzji – stwierdził z cynicznym humorem. 
– Nikki nie miała ochoty do śmiechu. Fuzja. Umowa w interesach. Tylko tyle. 

W ten sposób myślał o ich małżeństwie. Mogła sobie wyobrazić, jak podsumowuje 
kolumnę  za  i  przeciw,  przychodów  i  rozchodów,  szacowanych  kosztów  i 
ostatecznych zysków. Dla niego była tylko jedną pozycją w wykazie. 

Kiedy  patrzyła  na  „Pszczółkę”,  zawsze  myślała  o  małżeństwie  z  Carterem. 

Mosiądz okuć nie lśni sam z siebie ani pokład nie pozostaje nieskazitelnie biały bez 
szorowania. W każdy weekend przyjeżdżała na przystań i robiła co trzeba, by łódź 
była zawsze gotowa do rejsu. Wymagało to pracy. Równie wiele wysiłku wkładała 
w małżeństwo. Carter wolał jego radosną, beztroską stronę. Zresztą sama mu na to 
pozwalała, robiąc wszystko za niego. Aż wreszcie nadszedł dzień, gdy poczuła, że 
ma kompletnie dosyć. 

–  Słuchaj  –  ożywił  się  –  skoro  nadal  jesteśmy  połączeni  tym  szacownym 

węzłem, to należy mi się połowa „Pszczółki”, czyż nie? Teraz łódź musiała zyskać 
na wartości. Mogę wziąć lepszą cenę za swoją połowę. 

Natychmiast pożałował tej uwagi. 
–  Pamiętaj,  że  nadal  posiadam  dziesięć  procent  akcji  Belden  Industries,  co 

pomniejsza twój majątek – przypomniała chłodno. 

Uśmiech natychmiast zniknął mu z twarzy. 
– O czym ty mówisz? 
– Oddałam ci cztery procent w zamian za twój udział w łódce, nie pamiętasz? 

Belden Industries też zyskały na wartości. Teraz będzie cię więcej kosztowało, jeśli 
zechcesz mnie wykupić. 

– To wcale nie jest śmieszne, Nikki. 
– I nie miało być. 
Carter  popatrzył  na  nią  tak,  jakby  widział  ją  po  raz  pierwszy  w  życiu.  I  w 

jakimś sensie tak właśnie było. Wcześniej była dla niego tylko kompetentną, pełną 
energii Nikki, jaką znał z pracy. Tę radosną życiową sprawność wniosła również w 
ich małżeństwo. 

background image

A potem popełnili błędy. Oboje. 
–  Czy  kochasz  Dee  Ann?  –  zapytała  impulsywnie.  Nozdrza  Cartera  zadrgały 

niebezpiecznie. 

– Nie mam zamiaru dyskutować o moich uczuciach do Dee Ann, zwłaszcza z 

tobą. 

Ten pokaz arogancji nie zrobił na niej wrażenia. 
–  W  takim  razie  idę  do  sterówki  posłuchać  prognozy  pogody.  Czuj  się  jak  w 

domu  –  rzuciła  zjadliwie  i  okręciwszy  się  na  pięcie,  odeszła  bez  jednego 
spojrzenia. 

 
Carterowi  niespodziewanie  zachciało  się  łowić  ryby.  Jeśli  dobrze  pamiętał, 

wędki  powinien  znaleźć  w  schowku  dziobowym.  W  ciasnym  pomieszczeniu 
znajdowały  się  dwie  dodatkowe  koje  do  spania,  zwykle  przeznaczane  dla  dzieci. 
Zgarbiony,  zaczął  wyciągać  ekwipunek.  Nie  tylko  był  na  miejscu,  ale  –  ku  jego 
zdumieniu  –  w  świetnym  stanie,  zupełnie  jak  gdyby  wczoraj  osobiście  go  tam 
włożył. 

Czy Nikki sama dbała o „Pszczółkę”? 
Nagle wyobraził ją sobie z kimś innym – z potężnie zbudowanym, wyższym od 

niego  facetem,  opalonym,  demonstrującym  w  uśmiechu  olśniewający  garnitur 
białych zębów. Palce Cartera mimowolnie zacisnęły się na wędzisku. 

Naturalnie,  mógł  być  ktoś  inny,  może  nawet  niejeden  ktoś.  Trudno  się 

spodziewać, żeby przez ponad trzy lata od ich rozstania żyła jak zakonnica. Nikki 
była  nadal  atrakcyjna,  choć  już  nie  tak  młoda.  Można  raczej  powiedzieć,  że 
interesująca i inteligentna. A poza tym miała tę cudowną łódź. 

Mężczyźni lubili łodzie i kobiety, które umiały nimi sterować. 
Czy teraz spotyka się z kimś? 
Znalazł  pudło  z  haczykami.  Kiedy  je  wyciągał,  na  podłogę  upadł  kawałek 

wymiętego materiału, który wetknięto tam, by pudło nie obijało się o burtę. Kiedy 
go  podniósł  i  rozprostował,  z  radością  rozpoznał  swój  stary  rybacki  kapelusik  w 
kolorze khaki. 

–  Hej,  weteranie,  zupełnie  o  tobie  zapomniałem  –  mruknął  i  z  satysfakcją 

włożył na głowę nakrycie, które bardziej pasowałoby do stracha na wróble. Nikki 
nie znosiła tego kapelusza. I bardzo dobrze! 

Skompletowawszy  sprzęt,  skierował  się  do  jadalni.  Tam  wyciągnął  z  półki 

pudełeczko  ze  stekiem  salisbury.  Sam  był  ciekaw,  jaka  ryba  da  się  złapać  na  to 
paskudztwo. Miał nadzieję, że duża. 

background image

Wreszcie wyszedł na pokład, usadowił się na mostku i zaczął rozkładać sprzęt. 

Zobaczył,  że  Nikki  opuszcza  sterówkę  i  schodzi  pod  pokład.  Widać  przy  ładnej 
pogodzie zdecydowała się polegać na autopilocie. 

Carter zmontował wędkę, wyjął nóż, odkroił pokaźny kawałek steku, po czym 

nabił  go  na  hak  i  spuścił  przynętę  w  wodę.  Na  wszelki  wypadek  ustawił  jeszcze 
drugą wędkę. Teraz pozostało mu tylko zasiąść na rozkładanym krzesełku, wcisnąć 
kapelusz na oczy i czuwać. Momentalnie poczuł się zrelaksowany, tak jak dawniej, 
w  leniwe  niedzielne  przedpołudnia  na  „Pszczółce”.  Zupełnie  jakby  kawałek 
układanki trafił na swoje miejsce. 

Popełnił błąd, pozwalając Nikki na wykupienie swojej połowy łodzi. Powinien 

raczej wykupić jej połowę. Zresztą w teorii nadal mógł to zrobić. Utrzymanie takiej 
łajby  musiało  być  uciążliwe  i  kosztowne.  Nikki  powinna  być  zadowolona,  że  jej 
ukochana „Pszczółka” trafi we właściwe ręce. 

Tak, to dobry pomysł. Oparł wygodnie nogi o reling i napawał się spokojem. Za 

dużo  było  ostatnio  szumu  z  tym  ślubem.  Zaledwie  zdążył  się  oświadczyć,  już 
machina przygotowań ruszyła pełną parą, wciągając go w swoje tryby. Doszło do 
tego, że jego opinia o ślubnym serwisie była równie ważna jak negocjacje cen stali. 
Chwilami miał wrażenie, że zwariuje. 

Teraz te sprawy stały mu się nagle dziwnie obojętne. Zastanawiał się, czy Dee 

Ann czuje to samo. Nie miał złudzeń, dlaczego chciała za niego wyjść – pragnęła 
żyć  w  pewnym  stylu  i  na  poziomie,  który  on,  Carter  Belden,  był  w  stanie  jej 
zapewnić. Ciekawe, czy zastanawiała się kiedykolwiek, jakie są jego racje? Czy też 
sądziła po prostu, że to jej uroda rzuciła go na kolana? 

Nie miał zamiaru się z nią kontaktować, dopóki nie wyjaśni się sprawa rozwodu 

z Nikki. Skupił się na łowieniu. Sprawdził wędki i znów rozsiadł się na krześle, ale 
smakowity  zapach,  który  przyniósł  wiatr,  zaczął  go  coraz  bardziej  rozpraszać. 
Odruchowo  rozejrzał  się  za  inną  łodzią,  ale  na  horyzoncie  czerniały  tylko 
platformy  wiertnicze.  Wciągnął  powietrze.  Tuż  pod  nim  znajdował  się  wylot 
wentylacji z kambuza, co oznaczało, że działa tam Nikki. 

Steki.  Zawsze  smażyła  steki,  kiedy  byli  głodni  po  kochaniu  się.  Ach,  seks  z 

Nikki... – uśmiechnął się błogo na samo wspomnienie. 

Żeglarskie  spodenki  stały  się  nagle  za  ciasne.  Zmienił  pozycję,  ale  nic  nie 

pomogło. Pech chciał, że były z nierozciągliwego płótna. 

– Carter? – Głowa Nikki wyłoniła sie zza krawędzi dachu. 
Błyskawicznie opuścił stopy na pokład, a kapelusz umieścił na podołku. 
– Złapałeś coś? – Wspięła się ku niemu po drabince, przynosząc ze sobą woń 

background image

steku, wspanialszą niż najlepsze perfumy. 

– Nie – wykrztusił z trudem. 
Najlepsze  ze  wszystkiego  miała  nogi  –  lekko  opalone  i  tak  długie,  że  trzeba 

było  wytrwale  wędrować  spojrzeniem  ku  postrzępionym  brzegom  szortów.  Efekt 
był zaskakujący u osoby zaledwie średniego wzrostu. 

– Julian przywiózł zapasy. Jeśli jesteś skłonny zawrzeć pokój, możesz zjeść ze 

mną lunch. 

– Czyżbyśmy byli w stanie wojny? 
– Zachowujesz się, jakbyś tak uważał. 
– W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin praktycznie przekonałaś mnie, 

że wydałem wojnę każdemu. 

– Radzę, żebyś szybko dokonał wyboru. Niezdecydowani przegrywają, zawsze 

to powtarzasz – powiedziała. 

Nie spuszczał wzroku z jej nóg. Aż za dobrze pamiętał, jak mocno obejmowała 

nimi jego biodra. Zdradziecki kapelusz drgnął. 

– Masz rację, rozejm to wspaniały pomysł  – przyznał, wiercąc się na krześle. 

Odpowiedziała  uśmiechem  promiennym  jak  słońce  nad  Zatoką  Meksykańską. 
Carter poczuł, że w jego cieple mięknie jak wosk. 

– A więc gotów do lunchu? – spytała nieco prowokującym tonem. 
– Steki? – zapytał, choć doskonale wiedział, co przygotowała. Chciał odwrócić 

jej uwagę od nieszczęsnego kapelusza. 

– Owszem. Zrumienione po wierzchu, krwiste w środku. 
– Takie jak lubię – rozmarzył się. 
–  Jasne.  Jeszcze  pamiętam.  –  Popatrzyła  mu  w  oczy,  a  potem  powoli 

powędrowała  spojrzeniem  w  dół,  docierając  do  kapelusza.  Kurczowo  ścisnął 
spotniałymi palcami rondo. 

Pierś Nikki uniosła się i opadła gwałtownie. W tym momencie jedna z wędek 

zadrgała i wygięła się. 

– Chyba złapałeś swój lunch – zaśmiała się. 
– Nie – zaprzeczył aż nazbyt skwapliwie. – Najwyżej kolację. 
Kręcenie kołowrotkiem i jednoczesne przytrzymywanie kapelusza było nie lada 

zadaniem. W rezultacie musiał darować życie rybie. 

– Może następnym razem ci się poszczęści.  – Nikki zawróciła do kambuza.  – 

Idziesz? 

– Dobrze, za chwilę – wyszeptał z męczeńską miną. Fakt, że Nikki nadal tak go 

podniecała,  wywarł  na  nim  kolosalne  wrażenie.  W  pracy  z  powodzeniem 

background image

utrzymywali przyjacielskie stosunki. Julian wprawdzie wątpił, czy to jest możliwe, 
ale Julian zawsze był niedowiarkiem. 

– Tak czy inaczej, nie było nic platonicznego w spojrzeniu, jakim przed chwilą 

obdarzyła  go  Nikki.  To  pewnie  duch  „Pszczółki”  sprawił,  że  zachciało  im  się 
dawnych  szaleństw.  I  Nikki  się  zmieniła.  Tu  nie  była  rzetelną,  oficjalną, 
kompetentną pracownicą w eleganckim kostiumie. Tu nosiła obcisłe szorty i kuse 
koszulki. Swobodniejsza, bardziej świadoma swojej kobiecości, niezależna. 

Carter odczekał jeszcze chwilę, wsadził kapelusz na głowę i zszedł do jadalni. 

Nikki uznała, że jest za gorąco, by jeść na pokładzie. W ciasnym przejściu otarła 
się  o  niego,  niosąc  misę  sałaty  na  stół.  Ten  dotyk  był  równie  nęcący  jak  widok 
skwierczącego  steku  na  talerzu.  Szybko  wcisnął  się  za  stół,  gdyż  zdradzieckie 
spodenki znów zaczęły go cisnąć. 

– Chcesz wina? 
– Nie, jest wcześnie i za gorąco. – Dopiero teraz zdjął kapelusz i położył obok 

siebie. 

– Słusznie. – Usadowiła się naprzeciwko. – A ja mam jeszcze dzisiaj robotę. Po 

południu muszę uszczelnić iluminator w salonie, za długo już z tym zwlekałam  – 
poinformowała, z zapałem zabierając się do jedzenia. 

Był  jej  wdzięczny  za  to  miłe,  niezobowiązujące  paplanie.  Ochoczo  podjął 

temat. 

– Pamiętam, że już kiedyś go uszczelniałaś. 
– Właśnie, i. to jest dziwne. Może woda zbiera się gdzie indziej. Trzeba będzie 

wreszcie tam zajrzeć i zbadać, co się dzieje. 

Zamilkli  w  końcu,  delektując  się  stekiem.  Carter  zastanawiał  się,  co  myśli 

Nikki.  Wydawała  się  całkowicie  pochłonięta  jedzeniem.  Dopiero  kiedy  zjadła 
wszystko  i  starannie  wytarła  talerz  chlebem,  odchyliła  się  na  oparcie  i  uniosła 
wzrok. 

– Ciekawa jestem, co z naszym rozwodem? – zagadnęła niespodziewanie. 
Carter z westchnieniem odłożył widelec. 
– Saundersowi nie udało się dotychczas odszukać twojego prawnika. Szkoda, że 

musiałaś  akurat  wybrać  faceta  o  nazwisku  Garcia.  W  Meksyku  jest  ich  tylu,  ilu 
Smithów w Stanach. 

– Saunders go dla mnie wyszukał. 
Ciekawe, tego mu Saunders nie powiedział. 
– Niestety, ten Garcia przepadł jak kamień w wodę. Saunders kontaktował się z 

różnymi  prawnikami  w  Meksyku,  ale  nie  trafił  na  najmniejszy  ślad  naszych 

background image

rozwodowych  papierów.  Minęły  już  trzy  lata,  a  na  dokumentach,  które  mamy, 
nazwisko sędziego jest niewyraźne. 

– W takim razie trzeba znaleźć innego sędziego, żeby poświadczył rozwód. W 

końcu papiery mogą zaginąć. 

– To właśnie robi Saunders – przytaknął. 
– Ile jeszcze trzeba będzie czekać? 
– Nie  mam pojęcia. – Wyglądało na to, że Nikki niecierpliwi się bardziej niż 

on.  Ubodło  go  to.  –  A  swoją  drogą  doceniam,  że  zdołaliście  z  Saundersem 
zatrzymać to dla siebie. 

–  Nie  było  to  łatwe,  bo  z  chęcią  zasięgnęłabym  rady  Juliana  –  przyznała.  – 

Paskudnie go potraktowałeś – powiedziała z wyrzutem. 

Carter  miał  poczucie  winy,  ale  nie  zamierzał  się  do  tego  przyznawać.  Był 

zaskoczony, bo dotychczas Nikki nie krytykowała go tak otwarcie. 

– Przecież przeprosiłem – burknął. 
–  Nieprawda  –  odparowała.  –  Zrobiłeś  to  tylko  dlatego,  że  tak  było  ci 

wygodnie. 

– Mówisz jako moja żona czy jako pracownik? 
– Jako Nikki! – zareagowała ostro. 
Zaskoczyła go zupełnie. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że dotychczas myślał 

o niej albo jako o żonie, albo jako o swojej współpracownicy, o kimś, kto raz pełnił 
tę, raz inną rolę. Nawet nie wiedział, co Nikki naprawdę myśli. I dotąd, w gruncie 
rzeczy, mało go to obchodziło. 

Nagle okazało się, że siedzi przed nim nieznajoma kobieta. 
 

background image

Rozdział 7 

 
– Co się stało? – Nikki momentalnie dostrzegła dziwny wyraz twarzy Cartera. 

Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że cierpi na chorobę morską. 

–  Ee...  miałaś  rację  co  do  Juliana  –  wydusił  z  siebie.  –  Złość  mnie  poniosła. 

Wiedziałem, że wcześniej widywał się z Dee Ann, ale nie wspomniała mi, że był aż 
tak  zaangażowany.  Julian  spotykał  się  z  wieloma  kobietami.  Nie  przyszło  mi  do 
głowy, że ta sprawa z Dee Ann tak go zaboli. 

–  Musisz  to  wszystko  powiedzieć  Julianowi.  Nie  możesz  dopuścić,  by  wasze 

stosunki  się  popsuły.  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  jakim  skarbem  jest  Julian  dla 
twojej firmy? 

– Jest za to odpowiednio wynagradzany – stwierdził sucho. 
– Carter – nozdrza Nikki zadrgały – nie wiem, czy dostrzegłeś, że Julian należy 

do ludzi, którzy chcą od życia czegoś więcej niż tylko forsy i stanowisk. Mógłby z 
powodzeniem prowadzić swoją własną firmę albo – przejść do kogoś innego. Miał 
niejedną ofertę. A jednak tego nie zrobił. 

– Nie wiedziałem. – Carter zamrugał, zaskoczony. 
–  Tak,  tak,  ofiarowywano  mu  wyższe  stanowiska  i  zarobki  –  wyjaśniła  z 

satysfakcją. 

– Nigdy mi o tym nie mówił. 
– I nigdy tego nie zrobi. – Nikki westchnęła i oparła łokcie na stole. – Carter, 

zrozum,  jesteś  dobrym,  dynamicznym  szefem  i  ludzie  uwielbiają  pracować  dla 
ciebie. Bardzo wiele wymagasz od nich, ale i od siebie, a kiedy ci się uda jakieś 
wielkie  przedsięwzięcie,  promieniejesz  szczęściem  i  bratasz  się  z  każdym,  od 
portiera do zastępców.  W ten sposób każdy z nas ma poczucie, że jest dla ciebie 
niezwykle ważny, nawet niezbędny. 

– Bo tak jest naprawdę – wyznał z rozbrajającą szczerością. 
Ta  szczerość  była  jedną  z  jego  wielkich  zalet.  Miał  ich  jeszcze  więcej,  ale 

wszystkie starannie ukryte. Tylko ci, którzy dobrze go znali, zdawali sobie z nich 
sprawę, tak jak i z jego słabości. 

–  Nasza  czwórka  tworzy  fantastycznie  zgrany  zespół.  –  Prawie  jak  rodzina, 

dodała w myślach. – Julianowi brakowałoby tego, gdyby poszedł gdzie indziej. 

– Skąd wiesz? 
– Bo znam Juliana. A ty nie? 
– Widocznie nie. – Zamyślił się ponuro, bębniąc widelcem po pustym talerzu. 

background image

– Biedny Carter – użaliła się. – Nie przejmuj się tak bardzo. Lepiej weźmy się 

do  roboty.  –  Energicznie  wstała  od  stołu.  –  Spróbuję  załatać  ten  przeciek,  a  ty 
mógłbyś pozmywać. 

– Wątpiła, czy biedak w ogóle potrafi zmyć naczynia. Trudno, niech spróbuje. 

Otworzyła drzwi do komory silnika i zeszła po drabince do ciasnego wnętrza. W 
skrzyni  z  narzędziami  znalazła  wyciskarkę  i  wsadziła  do  niej  ładunek 
uszczelniającego kitu. Lubiła prace na jachcie. Podczas weekendów na „Pszczółce” 
mogła  rozważyć  spokojnie  wiele  spraw.  Tamta  podróż  do  Meksyku  była 
nieprzemyślana i pospieszna – teraz widziała to jasno. W sumie nie miała poczucia, 
że  jej  związek  z  Carterem  naprawdę  się  skończył.  Nie  było  nawet  ostatecznej 
awantury i sceny rozstania. Dobro firmy wymagało, aby błyskawicznie przerzucili 
się na stosunki służbowe. Rozstali się, gdyż Nikki żądała od Cartera więcej, niż był 
w stanie jej dać. Wówczas wycofał się. Za szybko i za daleko. 

Mieli  więc  oboje  nie  rozwiązane  sprawy.  Ona  nie  mogła  uwierzyć,  że  jej 

małżeństwo jest skończone. 

A  co  właściwie  pociągało  go  w  Dee  Ann?  –  myślała,  uważnie  oglądając 

spojenia zęzy i ścian w świetle lampy. Co takiego innego, nowego mogła mu dać ta 
kobieta? Odruchowo ścisnęła szprycę, aż z czubka wypłynęła kropla uszczelniacza. 

Nie,  nie  odpuści  mu  tego  małżeństwa,  dopóki  nie  przekona  się,  co  właściwie 

było w nim złego. I musi się tego dowiedzieć, zanim wrócą na brzeg. 

 
Carter klnąc wspiął się na mostek. Jak można jeść na zwykłych talerzach, skoro 

istnieją  jednorazowe!  Zmagając  się  ze  zmywaniem,  zmarnował  cenny  czas 
wędkowania. 

Ryby zdążyły ściągnąć przynętę z obu haczyków. 
Cóż,  przynajmniej  przekonał  się,  że  stek  salisbury  im  smakuje.  Założył  nowe 

kawałki i wcisnąwszy na głowę nieodłączny kapelusz, rozsiadł się na krzesełku. W 
zasadzie powinien przejrzeć papiery, które zostawił mu Bob, ale zupełnie nie miał 
na to ochoty. 

Kątem oka uchwycił ruch na jachcie. Zgrabna postać w żeglarskiej czapeczce 

kręciła  się  przy  rufie.  To  Nikki  szukała  przecieku,  zaglądając  w  szpary  i 
przesuwając  się  ku  przodowi.  Jak  mogła  pracować  w  taki  upał?  –  myślał, 
obserwując,  jak  Szpachlówką  wydłubuje  stary  kit  spod  ram  okienek  w  salonie. 
Miała  teraz  na  sobie  rozciągniętą  roboczą  koszulkę,  narzuconą  na  skąpy, 
dwuczęściowy  kostium.  Kiedy  się  pochylała,  widać  było  zgrabną  pupę.  A 
pochylała się często, gdyż w szale naprawiania zdecydowała się na odkręcanie ram 

background image

okiennych. 

Carter nerwowo przełknął ślinę. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Nadal nie 

miała  żadnych  problemów  z  tuszą.  Nie  uszedł  jego  uwagi  płaski  brzuch  i 
wyrobione mięśnie ramion. Widać było, że musi być częstym gościem na siłowni. 
W  przeciwieństwie  do  niego.  Obiecał  sobie  w  duchu,  że  wreszcie  zacznie 
odwiedzać regularnie salę ćwiczeń, którą urządził w firmie. 

Nikki  chyba  się  na  niego  uwzięła.  Odkręciwszy  ramę,  zdjęła  czapeczkę  i 

wrzuciła do niej śrubki. Wpatrzył się w jej opalony kark, ale już po chwili poczuł, 
że  gardło  wyschło  mu  na  wiór.  Nikki  sięgnęła  po  wyciskarkę  i  pochylona, 
odwrócona do niego tyłem, zaczęła starannie uszczelniać okno. 

Carter  męczeńsko  zacisnął  powieki.  Absolutnie  nie  powinien  myśleć  o  tej 

kobiecie  w  tak  erotyczny  sposób  –  a  jednak  nie  mógł  przestać.  Wyzywał  się  w 
duchu od najgorszych. Przecież był zaręczony z inną. Z Dee Ann. Jako antidotum 
na  obraz,  który  nadal  miał  przed  oczami,  choć  zamknął  oczy,  usiłował  sobie 
wyobrazić Dee Ann na pokładzie „Pszczółki”. 

Na próżno.  Nie mógł przywołać w pamięci jej piersi, nóg, a nawet, o zgrozo, 

twarzy. 

Tymczasem  Nikki  kucała,  wstawała,  wyginała  się  i  sięgała,  co  chwila 

odsłaniając  nowe,  fascynujące  obszary  swego  ciała  w  różnych  pozycjach.  Musiał 
przyznać,  że  ten  pokaz  był  bardzo  seksy.  Dla  każdego  mężczyzny,  nawet 
zaręczonego, tak jak on. Obiektywnie należało stwierdzić, że Nikki była piekielnie 
ponętna. Ale tylko obiektywnie stwierdzić. 

Właśnie  stanęła  i  przechylając  głowę,  oceniała  swoje  dzieło.  Jednocześnie 

palcem jednej ręki, wsuniętym pod gumkę, poprawiła majtki kostiumu. 

Carter wciągnął powietrze i opierając stopy o reling, przechylił się na krzesełku 

tak, że balansowało na dwóch nogach. 

Spektakl  trwał  dalej.  Nikki  przygotowała  wyciskarkę,  stanęła  na  palcach  i 

sięgnęła  wyżej,  by  uszczelnić  krawędź  dachu  kabiny.  W  tym  momencie  zapięcie 
stanika strzeliło i otworzyło się. Carter podskoczył z wrażenia, krzesełko wysunęło 
się spod niego i z łomotem rymnął na mostek. 

– Hej, co się stało? – krzyknęła, odwracając się ku niemu. 
–  To  przeklęte  krzesło  się  złożyło  –  bąknął,  gramoląc  się  niezdarnie  i 

rozcierając plecy. 

– Trzeba się było na nim nie bujać – ofuknęła go. – Mogłeś uszkodzić farbę. 
–  Kiedy  się  znów  usadowił,  stanik  był  już  zapięty,  a  Nikki  przyśrubowywała 

uszczelnioną ramę i zabierała się do następnego okna. Teraz była prawie dokładnie 

background image

pod nim i mógł podziwiać ocieniony dołek pomiędzy piersiami. Wolał jednak nie 
patrzeć. Wiedział już, czym to grozi. 

Nie był tak podniecony od czasów, gdy liczył sobie osiemnaście wiosen. I co 

miał, do cholery, zrobić? 

 
Ciągle się jej przyglądał. Widać nadal uważał ją za atrakcyjną. 
Uśmiechając  się  do  siebie  skrycie,  Nikki  odkręciła  ramę  okna.  Była  zupełnie 

szczelna, ale znajdowała się niemal dokładnie pod mostkiem, na którym królował 
Carter. 

Przerwała na chwilę, by poprawić kostium. Właściwie nie lubiła go i nie nosiła 

od paru lat, ale dziś wcisnęła się w niego ze względów wyłącznie sentymentalnych. 

Ocierając  pot  z  czoła,  zaatakowała  mocno  wkręcone  śruby.  Było  piekielnie 

gorąco  i  normalnie  wyznaczyłaby  sobie  taką  robotę  na  wczesny  ranek  albo  na 
późne popołudnie. Jednak Carter uparcie tkwił na pokładzie, a ona chciała być w 
pobliżu niego. 

Nagle usłyszała plusk i zobaczyła, jak Carter zrywa się z krzesła i chwyta jedną 

z wędek, która natychmiast wygięła się w łuk. Musiało się złapać coś sporego. 

Teraz miała okazję otwarcie popatrzeć na Cartera, który w skupieniu walczył z 

rybą,  aż  napinały  się  mięśnie  ramion.  Był  mocnym,  solidnie  zbudowanym 
mężczyzną.  Z  przyjemnością  patrzyła,  jak  pracują  wyrobione  muskuły.  Ciągle 
jeszcze  pamiętała,  jak  kobieco  i  bezpiecznie  czuła  się  w  uścisku  tych  ramion. 
Kropla  potu  spłynęła  rowkiem  pomiędzy  jej  piersiami,  a  jednocześnie  Nikki 
wzdrygnęła się. W tym upale było jej zarazem gorąco i zimno. 

–  Mam  ją!  –  Carter  z  okrzykiem  triumfu  poderwał  z  wody  dziko  wijącą  się 

rybę. 

Nikki osłoniła oczy ręką, przyglądając się zdobyczy. 
– Omal mi się nie urwała, ale ze mną nie tak łatwo. 
Popatrz,  co  za  okaz!  –  cieszył  się  Carter,  wciskając  głębiej  na  głowę 

niemożliwie sfatygowany kapelusz. – Musi mieć z sześć kilo! 

Przesada, pewnie trzy albo cztery. 
– Świetnie, właśnie złapałeś kolację – pochwaliła. Z rozbawieniem patrzyła na 

jego  pełną  satysfakcji  minę.  Oto  mężczyzna  –  łowca,  i  kobieta,  którą  żywi. 
Podstawowa komórka społeczna od czasów prehistorycznych. 

– Masz pod ręką patelnię, tłuszcz i mąkę? 
– Raczej nie. – Nikki popatrzyła na śrubokręt, trzymany w brudnej dłoni. 
– W takim razie rybka poczeka – oznajmił i bez ostrzeżenia podał jej wędkę z 

background image

rzucającą się rybą, a sam sięgnął po wiadro do zmywania pokładu. 

–  Fuj!  –  W  pierwszym  odruchu  Nikki  gwałtownie  odsunęła  od  siebie  śliskie 

ciało. Bynajmniej nie miała ochoty na kontakt ze swoim posiłkiem, kiedy ten był 
jeszcze żywy. Musiała się przemóc, żeby przytrzymać rybę. 

Tymczasem Carter spuścił wiadro na linie za burtę, nabrał wody, przejął swoją 

zdobycz  i  zaczął  zdejmować  ją  z  haczyka.  W  tym  momencie  ryba  cisnęła  się  w 
ostatnim, rozpaczliwym zrywie, wyrwała i zaczęła tłuc po pokładzie. 

–  Łap!  –  wrzasnął.  Rzucili  się  na  zbiega  jednocześnie  i  jednocześnie  chybili. 

Ryba  w  podskokach  przesuwała  się  w  stronę  burty.  Nikki,  zamiast  ją  łapać, 
przykucnęła i zaczęła się śmiać. 

– To nasza kolacja! – zaprotestował Carter, nie dając za wygraną. W ostatniej 

chwili  złapał  rybę,  cisnął  ją do kubła,  a potem  wytarł  ręce  w koszulkę, którą  mu 
pożyczyła. 

– Hej, przestań! To moja ulubiona koszulka. Nie chcę, żeby śmierdziała rybą. 
– W co w takim razie mam wytrzeć ręce? – zapytał z podstępnym błyskiem w 

oku. – Może w ciebie, kotku, co? – Ruszył ku niej z wyciągniętymi ramionami. 

– Nie! – Uskoczyła do tyłu, ale potknęła się i z rozpędu siadła na pojemnik z 

tratwą ratunkową. Carter nieodwołalnie odciął jej drogę ucieczki. 

– Zaraz cię dotknę i będziesz cała w łuskach – groził. 
Zapiszczała,  kuląc się  z udanym  przestrachem,  ale  Carter  już pochwycił  ją za 

ramiona i przyciągnął do siebie. 

–  Zaraz  zrobię  z  ciebie  syrenę  –  mruknął  gardłowo,  przeciągając  śliskimi 

palcami od jej warg ku rowkowi między piersiami. 

Nikki  drżała  jak  z  zimna,  choć  powiew  gorącego  wiatru  zmarszczył  wody 

zatoki. Nad ich głowami ze skwirem zanurkowała mewa. 

Napięcie,  które  wisiało  między  nimi,  narastało.  Ich  spojrzenia  zderzyły  się  z 

sobą w jednym momencie. 

Przez nieskończenie długą chwilę patrzyli na siebie, a Nikki miała wrażenie, że 

w  rozpalonym  powietrzu  zabrakło  już  tlenu.  Wreszcie  Carter  przesunął  wzrok  w 
dół, ku jej ustom. Odruchowo rozchyliła wargi. Czekała. 

Kiedy ich wargi się zetknęły, Carter zadrżał, a potem otoczył ją ramionami. 
Nareszcie...  Od  rozstania  z  nim  nie  miała  kochanków.  Nie  pożądała  innych 

mężczyzn.  I  teraz,  kiedy  ją  objął,  wiedziała,  że  nie  mogłaby  pokochać  nikogo 
innego. 

Zsunął dłonie, przez chwilę obejmując ją w pasie, a potem z radością ogarnął 

nimi kształtną pupę, przyciągając ją do siebie. 

background image

Chciał jej, czuła to. A ona chciała jego. Zrzuciła mu kapelusz z głowy i chciwie 

zanurzyła palce we włosach, a potem przylgnęła do niego całym ciałem, poddając 
się erotycznemu rytmowi fal kołyszących „Pszczółkę”. 

Pocałunek Cartera, pierwszy od ponad trzech lat, okazał się znajomy, a jednak 

inny.  Niestety,  uświadomiła  sobie,  sama  nie  miała  kochanków,  za  to  Carter  na 
pewno nie czekał do ślubu, by lepiej poznać Dee Ann. 

Ogarnęła  ją  fala  wściekłej  zazdrości.  Zacisnęła  palce  na  włosach  Cartera,  aż 

syknął  z  bólu,  i dziko  wpiła  się  w  jego  usta,  by  wybić  mu  z  głowy  pamięć  o  tej 
kobiecie. 

Stłumiony  jęk  odebrała  całym  ciałem,  jako  erotyczne  wibracje.  Nareszcie 

poczuła satysfakcję. 

Carter  był  jej,  tylko  jej.  Teraz,  spokojna  o  swoją  władzę  nad  nim,  mogła 

nagrodzić go delikatną pieszczotą. Napawała się swoją siłą i sama wyznaczała jej 
moc.  Już  nie  jako  pracownica  Cartera  ani  jego  żona,  tylko  wolna  kobieta,  jaką 
chciała być. 

A ta wolna kobieta miała zachciankę, by ukąsić Cartera Beldena w wargę. 
–  Nikki!  –  szarpnął  się  gwałtownie.  W  jego  oczach  dostrzegła  rozkoszne 

zaskoczenie. 

– O, tak, Nikki – potwierdziła, zarzucając mu ramiona na szyję i przyciągając 

go do siebie. Na próżno. Już stała na palcach, a on jeszcze cofał głowę. 

– Nikki – powtórzył, ale już innym tonem. Poczuła jego dłonie, zaciskające się 

na  przegubach.  –  Nikki  –  powiedział  jeszcze  raz,  bardziej  stanowczo.  Teraz 
wreszcie pojęła i opuściła ramiona. 

Mężczyzna  powiódł  językiem  po  wargach,  jakby  chciał  ocalić  smak  jej 

pocałunku. Dłużej zatrzymał się przy lekko zaczerwienionej dolnej wardze. 

– Nikki... – tym razem westchnął. 
Jeszcze  chciała  przylgnąć  do  niego,  ale  zamarła,  widząc  stanowczy  ruch  jego 

głowy. 

– Nie... nie możemy. 
– Ależ możemy! A nawet musimy, i to nie raz – zaprotestowała. 
– Pamiętam – szepnął, przymykając oczy. 
– Carter, przecież my... 
Powstrzymał ją gestem, kładąc palec na jej wargach. 
–  To  nie  byłoby  w  porządku.  Może  i  jesteśmy  małżeństwem,  ale  jestem 

zaręczony z inną. 

Nikki, teraz już na serio wściekła, odstąpiła krok do tyłu. 

background image

– Przecież nie kochasz Dee Ann! – wypaliła. 
– Miłość nie była wymieniona w moim przedślubnym kontrakcie. 
To wyznanie wcale nie przyniosło jej satysfakcji. 
– Ale mam zobowiązania wobec tej kobiety – ciągnął. 
– Masz je również wobec mnie! 
– Miałem, Nikki – podkreślił z naciskiem. 
–  Tak,  rozumiem  –  szepnęła  bezsilnie  i  cofnąwszy  się,  niepewnym  gestem 

odgarnęła kosmyk z czoła. – W takim razie mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy z 
Dee Ann Karrenbrock. 

 

background image

Rozdział 8 

 
Po  raz  pierwszy  w  życiu  Carter  nie  mógł  się  skoncentrować  na  Belden 

Industries. Nikki  w  milczeniu  przekazała  mu  torbę  z  rzeczami, a  potem  zostawiła 
go samego. 

Czuł się rozbity. Nie przewidział, że nagle zacznie tak pragnąć Nikki. Czyżby 

dawne emocje nie wygasły i teraz rozpaliły się na nowo? 

Nawet  w  czasie  małżeństwa  nie  czuł tak  palącej namiętności.  Zawsze potrafił 

kontrolować swoje pragnienia. 

Ale  dlaczego  Nikki?  Dlaczego  nie  Dee  Ann?  Przecież  z  Dee  Ann  miałby 

równie satysfakcjonujący związek jak z Nikki – z tą jedną różnicą, że tym razem 
żona  nie  pracowałaby  dla  niego  przez  całe  dnie.  Na  szczęście!  Podejrzewał,  że 
właśnie  to  przyczyniło  się  do  rozpadu  ich  związku.  Ciągły  kontakt  w  domu  i  w 
pracy nie jest dobry dla małżeństwa. 

I jeszcze dzieci. Dee Ann powiedziała, że chce dwoje. Zgodził się. Uważał, że 

dojrzał  już  do  dzieci.  Przecież  po  to  w  końcu  mężczyźni  żenią  się  z  kobietami. 
Dzieci  potrzebują  ojca  i  jego  nazwiska.  Kobieta  potrzebuje  prawnego 
zagwarantowania swojej pozycji i zaspokojenia potrzeb. Carter rozumiał te zasady i 
gotów był się im podporządkować. 

Tymczasem Nikki burzyła ustalony porządek, łamała zasady. I zachęcała go, by 

łamał je razem z nią. 

Zerknął  na  kapitański  zegar  na  ścianie  kabiny  i  skrzywił  się.  Zbliżała  się 

osiemnasta – czas na kontakt radiowy. Z  westchnieniem zagłębił się w papierach, 
próbując się mimo wszystko skoncentrować. 

Teraz, po dokładniejszej analizie, dostrzegał już wyraźny trend w transakcjach 

akcjami jego firmy. Przy tym komuś musiało bardzo zależeć, by ów trend ukryć – i 
tylko przenikliwości Nikki i pozostałych przyjaciół zawdzięczał, że sprawa w porę 
wyszła  na  jaw.  Dziwne  wydało  im  się  bowiem,  czemu  Lacefield  Foods  jest 
zainteresowana  spółką,  która  dostarcza  tylko  duże  elementy  wyposażenia.  W 
Belden  Industries  nie  produkowano  małych  kontenerów,  a  właśnie  takich 
poszukiwano.  Karrenbrock  musiał  uznać,  że  nikt  nie  zwróci  uwagi  na  taki 
drobiazg. 

Było jeszcze coś, do czego Carter niechętnie przyznawał się przed samym sobą: 

Dee Ann i jej mamusia do tego stopnia zawracały mu głowę detalami ślubu, że jego 
czujność znacznie osłabła. 

background image

Czyżby robiły to z premedytacją? 
Przez  moment  rozważał  i  tę  możliwość.  Czy  Dee  Ann  naprawdę  dałaby  się 

wciągnąć  w  taką  intrygę?  Co  by  zyskała,  podkopując  interesy  swego  przyszłego 
męża?  Zresztą  nie  wykazywała  dotąd  najmniejszego  zainteresowania  tym,  co  się 
dzieje  w  Belden  Industries.  Pragnęła  życia  na  określonym  poziomie  i  Carter  był 
gotów jej to zapewnić. W zamian liczył, że stworzy mu dom i zadba o obowiązki 
towarzyskie. 

Nie. Ambicje, by mieć znaczący głos w radzie nadzorczej, były zupełnie nie w 

stylu  Dee  Ann.  Zresztą,  gdyby  utracił  kontrolę  nad  swoim  przedsiębiorstwem, 
powstałoby ryzyko, że przepadnie cały majątek i będzie musiał zaczynać wszystko 
od  nowa  –  a  tego  chyba  sobie  nie  życzyła.  A  swoją  drogą,  powinien  powiedzieć 
Julianowi –  albo, nie, Saundersowi, żeby  skontaktował  się  z  Dee  Ann i  przekazał 
jej wiadomość. Powie jej, że stan spraw w Belden Industries wymaga teraz pełnej 
gotowości.  Będzie  nadal  wściekła,  ale  przecież  jest  córką  biznesmena  i  wreszcie 
zrozumie. 

Usatysfakcjonowany,  zebrał  papiery  i  postanowił  wziąć  się  do  czyszczenia 

ryby. 

–  Carter,  ryba  uciekła!  –  Zdyszana  Nikki  pojawiła  się  w  drzwiach  kambuza. 

Kiedy zobaczyła, co robi jej eksmąż, aż otworzyła usta ze zdumienia.  – Czyścisz 
rybę?! 

– Zgadza się. – Zerknął na nią szelmowsko. – Zamierzam ją również usmażyć. 

A  ściśle  mówiąc,  mam  zamiar  przyrządzić  całą  kolację,  od  a  do  zet.  –  Otworzył 
drzwi małej lodówki, wyciągnął butelkę białego wina i odkorkował je. 

–  Skąd  to  wziąłeś?  –  zdziwiła  się,  widząc  nalepkę.  Jeszcze  nie  pili  trunku  tej 

klasy na pokładzie „Pszczółki”. 

–  Znalazłem  dwie  butelki  w  torbie  z  ubraniem,  którą  przywiózł  Julian  – 

wyjaśnił nalewając. – Musiał myszkować w moim barku. 

– Julian zna się na winach. 
– Nie tylko on – uśmiechnął się. – A teraz usiądź sobie na pokładzie i zrelaksuj 

się. Zaraz przyniosę ci kolację. 

Nikki powoli sączyła trunek, rozkoszując się jego chłodną cierpkością. To był 

ten  wspaniały,  ale  i  zdradliwy  gatunek  wina,  który  lekko  się  piło,  za  to  ciężko 
potem było wstać. 

– Gotowanie nigdy nie było twoją mocną stroną stwierdziła. 
Carter wpatrywał się w rybę. 
– I nadal nie jest, ale mam nadzieję, że po paru kieliszkach tego wina będziesz 

background image

mniej wymagająca. 

Nikki zaśmiała się. 
–  Skoczę tylko na  chwilę do  sterówki,  a  potem  wrócę tu,  żeby  popatrzeć,  jak 

sobie radzisz. 

– Chcesz poczuć nade mną przewagę? 
– Ależ skąd! Po prostu przed chwilą zrobiłam odkrycie: mężczyzna w kuchni 

wygląda  bardzo  seksy  –  wyjaśniła  z  szelmowskim  uśmiechem  i  nie  czekając  na 
jego ripostę, poszła do sterówki. 

Co  za  nowość...  Carter  gotował  dla  niej.  Nigdy  nie  robił  tego  w  czasie  ich 

małżeństwa. Czyżby to wpływ Dee Ann? 

Odpędziła od siebie tę myśl. Włączyła radio i nastawiła częstotliwość, na której 

podawano  prognozę  pogody.  Od  ostatniego  połączenia  z  Saundersem  nie  miała 
jeszcze czasu sprawdzić przyrządów. 

Saunders,  Julian  i  Bob  wynajęli  domek  plażowy  niedaleko  przystani  Nikki. 

Tam spędzali całe godziny, dzwoniąc do akcjonariuszy i sprawdzając, co się działo 
na giełdzie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Na razie, jak donosili, nie wykryli 
niczego  nowego,  poza  sygnałem,  że  ktoś  kontaktował  się  wcześniej  z  głównymi 
udziałowcami. 

Nikki przedyskutowała z Carterem możliwe strategie postępowania, ale nie byli 

w stanie ustalić niczego konkretnego przed poniedziałkową sesją giełdy. 

Przeżyła niemiłą chwilę, kiedy Carter podyktował Saundersowi wiadomość dla 

Dee Ann, która wyraźnie świadczyła o jego lojalności. 

Przeciągnęła się w fotelu i wpatrując się w zachodzące słońce, pociągnęła łyk 

wina. Żadnych sztormów, żadnych huraganów. Stali spokojnie na kotwicy i mieli 
solidne zapasy żywności. 

I byli sami. 
Wymarzona sceneria do romansu... 
 
Carter  napełnił  kieliszek,  po  czym  odlał  trochę  na  patelnię,  by  uszlachetnić 

smażące  się  filety.  Zaskwierczały.  Przestraszył  się,  że  ogień  jest  za  duży  i 
przykręcił go pospiesznie. 

–  Wspaniale  pachną  –  odezwał  się  miękki  głos  za  jego  plecami.  To  Nikki 

przyszła, by odstawić pusty kieliszek. 

Zadowolony, wziął łopatkę i przewrócił filety na drugą stronę. Przylgnęły tylko 

odrobinę i na szczęście się nie rozleciały. 

–  Jeszcze  chwila,  zaraz  będziemy  jeść  –  obiecał  i  wyjąwszy  wino  z  lodówki, 

background image

ponownie nalał Nikki i sobie. 

Poszukał jej wzrokiem, by wręczyć kieliszek – i zamarł. 
Nikki  stała  u  wejścia  z  rękami  założonymi  na  piersi,  a  cała  jej  sylwetka  była 

podświetlona  złotym  blaskiem  zachodu.  Mógł  wyraźnie  dostrzec  zarysy  jej 
szczupłego  ciała  pod  koszulką.  Delikatnym,  kobiecym  gestem  zgarnęła  włosy  z 
karku. Dopiero teraz zauważył, że je skróciła. Właściwie wolał kobiety o długich 
włosach – ale w ten szalony weekend łamał wszelkie reguły i przyzwyczajenia. 

Jeszcze  raz  odgarnęła  włosy  i  skrzywiła  się,  bo  kosmyk  zaplątał  się  w  złoty 

łańcuszek  na  szyi.  Nagły  błysk  jego  ogniwek  ożywił  Cartera.  Niewiele  myśląc, 
odstawił  kieliszek  i  w  dwóch  susach  stanął  przy  Nikki.  O  patelni  zapomniał 
zupełnie. 

– Poczekaj, pomogę ci. 
Zaskoczona odwróciła głowę, ale posłusznie pochyliła kark, poddając się jego 

palcom. Skórę miała gładką i miękką. Zapragnął jej posmakować. Pochylił głowę... 

– Ryba! – Nikki z krzykiem wpadła do kambuza, pełnego dymu i swądu. Carter 

zawahał  się,  ale  chwycił  ze  stołu  swoje  wino  i  ruszył  za  nią.  Zdążyła  już  zdjąć 
patelnię i wyjść z nią na pokład. 

– Może wyrzucić to do morza? – zaproponował z rezygnacją. 
– Ach nie, nie jest aż tak źle – pocieszyła go. – Zeskrobiemy spaleniznę i będzie 

można jeść. 

Wrócili  na  dół,  a  po  chwili  Nikki  mościła  sobie  na  pokładzie  wygodne 

siedzisko z poduszek. Rozsiadła się w nim jak turecka nałożnica, pociągając nową 
porcję wina małymi łykami i czekając, aż Carter podsunie jej jedzenie pod nos. 

On  tymczasem  kręcił  się  bezradnie  z  patelnią  w  ręku,  więc  zlitowała  się  w 

końcu  i  wzięła  ją.  Uwolniony  od  brzemienia,  wrócił  do  kambuza  i  zaczął 
myszkować we wszystkich szafkach w poszukiwaniu tacy. Na czym  Nikki nosiła 
dania na pokład? Z rozpaczą pomyślał, że czeka tam na niego, trzymając patelnię z 
przypaloną rybą. 

Uspokój  się,  idioto,  to  nie  krach  na  giełdzie,  nakazał  sobie,  robiąc  głęboki 

wdech. Myśl! 

Powpychał widelce do kieszeni, jedną ręką ryzykownie chwycił talerze i stojącą 

na nich miskę z sałatą, a drugą wino i koszyczek z chlebem. 

Nikki  ustawiała  krzesła  przy  relingu.  Skośne  promienie  słońca  znów 

przeświecały przez jej koszulkę, podkreślając kontury ciała. Gorzko pożałował, że 
nie może zasłonić się zbawczym kapeluszem. Cudem udało mu się ustawić dania i 
usiąść na krześle. 

background image

– Poczekaj, wszystko ci podam – zaproponował skwapliwie, usilnie starając się 

odzyskać kontrolę nad sobą. 

Usadowiła  się  na  krześle  i  czekała,  obserwując  wyrozumiale  jego  kelnerskie 

wyczyny. 

Ryba była dobra, sałatka też. Wino wydawało się po prostu nektarem bogów, 

który sprawiał, że świat tonął w cudownej złotej poświacie. 

– Jakie masz plany na jutro? – zagadnęła Nikki. 
– Hmm? 
– Chcesz zakupić więcej akcji Belden? – poddała z uśmiechem. 
– Nie mam ochoty rozmawiać o interesach – uciął. Nikki już się nie uśmiechała. 
– Co takiego? 
– To, co słyszałaś. Kiedy jem kolację z piękną kobietą, chcę rozmawiać tylko o 

niej. 

– Z jaką kobietą? 
– No przecież z tobą, Nikki – zniecierpliwił się. Nie rozumiał, czemu jest taka 

zdumiona. 

–  Rozmawiać  o  mnie?  –  dociekała  podejrzliwie.  Niedowierzanie,  jakie 

zabrzmiało  w  jej  głosie,  zraniło  jego  dumę.  Nie  mógł  sobie  po  prostu  z  nią 
poflirtować? 

Widocznie nie mógł. Przecież nigdy ze sobą nie flirtowali. Nie pozwalały na to 

rozbudzone  namiętności.  Burza  zmysłów  zaczęła  się,  kiedy  po  kilkunastu 
wyczerpujących  godzinach  wspólnej  pracy  nad  prezentacją  firmy  brali  udział  w 
przyjęciu w hotelu Galvez. 

Kiedy oferta firmy została zaakceptowana, rozległy się oklaski i zaczęto sobie 

ściskać ręce, obejmować się i całować. Zwłaszcza całować. 

A potem był szampan w salonie gościnnym Belden Industries. I jeszcze więcej 

pocałunków. Pod koniec Carter zajmował się już tylko całowaniem jednej osoby – 
Nikki. Była taka bystra, mądra i pełna entuzjazmu. 

Jeszcze tej nocy poszli do łóżka i nie wychodzili z niego przez trzy dni. A w 

dwa tygodnie później wzięli ślub. – Carter? O czym myślisz? 

–  O  tym,  kiedy  się  pierwszy  raz  kochaliśmy.  I  o  naszym  ślubie  –  wyznał 

szczerzej, niż zamierzał, i znów ją zaskoczył. 

Przez chwilę trwało wymowne milczenie. 
–  Pamiętam,  jak  wyglądałeś  ...  –  zaczęła  mówić  urywanym  głosem.  Jej  oczy 

pociemniały.  –  Ja  miałam  na  sobie  biały  sarong,  a  na  szyi  girlandę  –  szepnęła 
rozmarzona. 

background image

– Wyglądałaś jak zjawisko... – westchnął. 
Nikki rzuciła mu spojrzenie z pozoru tylko rozbawione. 
– Widzę, że te wspomnienia wprawiają cię w ponury nastrój. 
– Nie ponury, tylko nostalgiczny. 
– I to mówi człowiek, który zawsze twierdził, że kto ogląda się za siebie, ten nie 

dostrzeże  problemów,  aż  w  nie  wdepnie.  –  Wyprostowała  się  i  uniosła  dłoń 
naśladując gest Cartera. 

– I tak się w nie pakuję, bez względu na to, czy się oglądam, czy nie. 
– Hmm... – Nikki nie spuszczała z niego zamyślonego wzroku. 
– Coś nie tak, Nikki? 
Mogła  odpowiedzieć  na  różne  sposoby,  ale  czuła,  że  chodziło  mu  o  ich 

małżeństwo. 

– Nie sądzę, żebyśmy tak naprawdę byli małżeństwem – powiedziała wolno. 
–  Wobec  tego  równie  uprawnione  jest  stwierdzenie,  że  tak  naprawdę  się  nie 

rozwiedliśmy. 

Objęła palcami kieliszek. 
– Przywykłeś do działania, Carter. Boisz się zastoju, więc szybko podejmujesz 

decyzje i nie oglądasz się za siebie. Ale pewne sprawy potrzebują czasu, by dojrzeć 
i rozwinąć się. – Wzniosła w górę kieliszek i popatrzyła na opalizujący płyn. – Na 
przykład wino. I głębokie związki. 

– Przecież znaliśmy się na długo wcześniej – zaprotestował. 
– Naprawdę uważasz, że się znaliśmy? 
Dobre pytanie, pomyślał. 
– No, przynajmniej do tego weekendu tak uważałem – przyznał. 
Nikki potrząsnęła głową. 
–  Nie,  znałeś  tylko  cząstkę  mnie.  Właściwie  sama  się  do  tego  przyczyniłam. 

Pokazywałam ci tylko to, co chciałam. 

– Czyżbyś miała swoją ciemną stronę? 
– Nie ciemną, po prostu inną. – Uniosła brwi. – A może nawet wiele stron. 
– Dlaczego więc je ukrywałaś? 
– Bo myślałam, że nie będą cię interesować – odparła, wzruszając ramionami. 
– A więc byłaś wyrachowana. Grałaś przede mną jakąś rolę. 
– Może... A może nie. 
Carterowi  coraz  bardziej  nie  podobał  się  obrót,  jaki  przyjmowała  rozmowa  – 

choć sam ją zaczął. Nie miał najmniejszej ochoty rozważać, jakie błędy popełnili, a 
zwłaszcza jakie błędy on popełnił. Było, minęło, kropka. 

background image

– Pomyśl o naszym ślubie – zaproponowała. 
Carter wcale nie miał ochoty na takie wspomnienia. 
–  Na  plaży  o  zachodzie  słońca  –  ciągnęła  Nikki.  –  Białe  kwiaty,  pochodnie, 

naokoło nas rodzina... 

– Jak to, przecież ja nie mam rodziny  – przerwał. – Wychowywali mnie obcy 

ludzie. 

– Ale ja mam. Poznałeś moich rodziców na ślubie, pamiętasz? 
–  Oczywiście  –  potwierdził,  nie  patrząc  jej  w  oczy.  Tak  naprawdę  nawet  nie 

pamiętał ich twarzy. 

–  Cudem  udało  im  się  tam  zjawić.  Bilet  na  samolot  musiał  ich  zrujnować. 

Siostra w ogóle nie przyjechała. Było jej strasznie przykro. 

– Boże, nawet nie pamiętał, że miała siostrę! 
– Dlaczego wtedy nic nie powiedziałaś? Przecież mogliśmy opóźnić ślub o parę 

tygodni i jakoś inaczej zorganizować ich przyjazd. 

Nikki ze smutkiem pokręciła głową. 
– Bałam się, że jak będziesz musiał czekać, to zmienisz zdanie i już się ze mną 

nie ożenisz. 

– Ach, Nikki. – Carter ze wstydem musiał przyznać, że kiedy już się raz na coś 

zdecydował,  nie  znosił  tracić  czasu.  Upił  łyk  wina  i  długo  go  smakował,  w 
zamyśleniu patrząc na ostatnie promienie słońca. Zachodziło równie pięknie, kiedy 
brał ślub z Nikki. Spojrzał na nią. Siedziała przechylona i wpatrywała się w niego 
milcząco. 

A potem wyciągnęła rękę i leciutko musnęła palcami jego policzek i szczękę. 
– O, tak, popełniłam błędy – powiedziała, smutno kiwając głową. 
Carter przytrzymał delikatną dłoń w swojej i ucałował jej wnętrze. 
– Różnisz się ode mnie tym, że to zauważasz. Szybko zmieniła temat. 
– Lepiej zmyję naczynia. 
– Proponuję spółkę – roześmiał się, chwytając patelnię. Chwilę się droczyli, a 

potem zgodnie zeszli do kambuza. Później naturalną koleją rzeczy przenieśli się do 
salonu.  Tam  Nikki  ułożyła  się  na  kanapce,  a  Carter  przysiadł  w  przeciwległym 
kącie, na innej. 

Była  dobrym  słuchaczem  i  nagle  poczuł,  że  ma  ochotę  opowiedzieć  jej 

mnóstwo rzeczy, z których nigdy nikomu się nie zwierzał. I mówił – o dzieciństwie 
spędzanym  w  zastępczych  rodzinach.  Dzieciństwie  smutnym,  bo  choć  nigdy  nie 
znęcano się nad nim, nie wytrzymywał z jedną rodziną dłużej niż rok czy półtora. 

– Pewnie dlatego lubisz wszystko robić tak szybko – zauważyła. – Boisz się, że 

background image

zaraz mogą się zmienić układy. 

– Możliwe. A jakie było twoje dzieciństwo? 
Nikki opisała je jako typowo amerykańskie, z paradami w Dniu Niepodległości, 

obozami skautowymi, szkołą, a potem uczelnią. 

Myślała,  że  jest  typowe,  a  tymczasem  dla  Cartera  było  czymś  egzotycznym. 

Chłonął  jej  opowieść  i  jednocześnie  zastanawiał  się,  czemu  wcześniej  tak  nie 
rozmawiali. Co jeszcze stracił z ich związku? 

Obserwował,  jak  Nikki  podkreśla  zdania  żywą  gestykulacją.  Kiedy  poruszała 

głową, połyskiwały kolczyki. Nie malowała ust, ale jej wargi miały naturalny kolor 
wnętrza muszli. Im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej zaczynał pragnąć Nikki, 
a im mocniej jej pożądał, tym większy żar płonął w jej oczach. 

Rozmawiając,  dokończyli  butelkę  wina  i  gadali  dalej.  Zrobiło  się  późno,  ale 

żadne  nie  myślało  o  śnie.  Carter  nie  przyjmował  do  wiadomości,  że  ten  wieczór 
mógłby się skończyć. 

Jak mógł pozwolić odejść tej fascynującej kobiecie? 
I dlaczego nie zauważył wcześniej, że jest tak wspaniała? 
Wreszcie Nikki podniosła się z kanapki, przeciągnęła się rozkosznie i ziewnęła. 

Z żalem pomyślał, że zaraz zostawi go i pójdzie spać. 

– Słuchaj, a może... może zagralibyśmy w karty? 
Nigdy nie graliśmy razem, prawda, Nikki? 
– Nie – zawahała się, ale podeszła do szafki i pogrzebawszy w niej, wyciągnęła 

pudełko  z  kartami.  Carter  odetchnął  z  ulgą.  –  Zagrasz  w  kierki?  –  zapytała, 
sadowiąc się przy stoliku. 

– Nie umiem. 
– Może w takim razie w remika? 
Jego  dzieciństwo  było  bardziej  ubogie,  niż  myślał.  Nikki  wyjęła  jedną  talię  i 

przetasowała. 

– Może pokerka? – zachęciła, mrugając szelmowsko. O, to była gra, którą znał, 

i to w różnych wariantach. 

– Tylko w jakiego? 
Nikki  położyła  karty  przed  sobą  na  stole  i  popatrzyła  na  niego,  podparłszy 

głowę rękami. 

– Ja kto w jakiego? W rozbieranego! 
 

background image

Rozdział 9 

 
– Co takiego? 
– Rozbierany poker. – Uśmiech Nikki był niemal lubieżny. 
W  rzeczywistości  nigdy  przedtem  nie  grała  w  takiego  pokera.  Warto  było  go 

zaproponować,  by  móc  ujrzeć  speszoną  minę  Cartera.  Trudno,  sam  ją 
sprowokował.  Po  co  dosłownie  pożerał  ją  wzrokiem,  zwłaszcza  przez  ostatnią 
godzinę? Chyba nie myślał, że zachowa się jak mniszka. 

–  Słuchaj,  może  jednak  zagramy  na  pieniądze?  –  Nerwowo  zakręcił  się  w 

miejscu.  –  Albo  chociaż  na  punkty.  Czekaj,  wezmę  zapałki.  –  Zerwał  się 
skwapliwie i zaczął przeszukiwać szuflady. 

–  Chodź  tu,  Carter,  i  siadaj.  –  Nikki  kiwała  na  niego  palcem.  Im  bardziej 

protestował, tym czuła się śmielsza. 

– To naprawdę nie jest dobry pomysł – westchnął, ale usiadł posłusznie. 
–  A  ja  myślę,  że  wspaniały  –  oznajmiła  radośnie,  tasując  karty.  Opór 

mężczyzny i wizja rozgrywki pociągały ją jak zakazany owoc. Zerknęła na Cartera 
spod opuszczonych rzęs. Miał tęskną, pożądliwą minę. Czy kiedykolwiek widziała 
go  takim?  Nie,  bo  zawsze  dostawał  to,  czego  chciał,  zanim  jeszcze  zdążył  tego 
zapragnąć. 

Tym  razem  poczeka.  Drżała  z  podniecenia.  Och,  jak  miło  być  kobietą 

wyrachowaną  i  rozpustną!  Nie  miała  pojęcia,  że  coś  podobnego  tkwiło  w  jej 
osobowości. Po prostu rwała się do rozgrywki. 

– Przełóż – powiedziała do Cartera. 
Przełożył. 
– Naprawdę umiesz grać w pokera? – upewnił się jeszcze. 
– Jasne. No, może nie mam wielkiej wprawy – poprawiła się. 
– W takim razie możesz przegrać. – Nozdrza zaczęły mu drgać. 
– Zależy, jaką masz definicję przegranej – rzuciła beztrosko i zaczęła rozdawać 

karty. – Proponuję, żebyśmy zagrali najprostszy wariant – rozdanie, wymiana kart, 
jedno otwiera, drugie zagrywa, wykładamy i okazuje się, kto daje fanta. 

 
Po co się na to zgadzałem? Pot wystąpił Carterowi na czoło. Ciągle jeszcze się 

łudził, że Nikki żartuje. 

–  Może  ty  jesteś  lepszym  graczem,  ale  ja  mam  na  sobie  więcej  ubrania.  To 

wyrównuje nasze szanse, prawda? – zauważyła, układając karty w ręku. 

background image

Carter nie mógł zebrać myśli. Bał się spojrzeć w swoje karty. Nikki poruszyła 

się na kanapce. 

– Napijmy się jeszcze wina, zanim zaczniemy – zaproponowała. 
Niezła myśl, olśniło go nagle. Niech pije, aż padnie pod stół, i problem będzie z 

głowy. Ale wcześniej musi zobaczyć ją nagą... 

Boże, co się z nim dzieje! Przecież miał być lojalny wobec tamtej... jak jej tam? 

Gwałtownie zerwał się od stołu. 

–  Zaraz  otworzę  butelkę  –  powiedział  i  jednym  skokiem  znalazł  się  przy 

lodówce. Nalał szczodrze sobie i Nikki. 

– Wznoszę toast – oznajmił, podając jej kieliszek. 
– Za co? 
– Za... – odchrząknął – za przyjaźń. 
– Za przyjaźń – odpowiedziała jak echo Nikki. Wypili duszkiem. 
Wreszcie Carter odważył się spojrzeć w karty. 
– Naprawdę je tasowałaś? – mruknął. Miał trójkę dziesiątek, waleta i dwójkę. 

Postanowił wymienić dwie ostatnie karty, ale nie liczył na szczęście. Nikki czekała. 
To było podejrzane. Pomyślał, że trzeba szykować zegarek. 

–  No,  wykładamy.  Przegrany  decyduje,  jaki  daje  fant  –  powiedziała 

niecierpliwie. Miała dwie pary. 

Carter ze wspaniale udawaną niechętną miną wyłożył karetę, którą udało mu się 

skompletować. 

– Grasz dalej? – upewnił się. 
–  Jasne!  –  odpowiedziała  z  entuzjazmem,  odpinając  kolczyk  i  rzucając  go  na 

stół. 

Carter zgarnął fant ku sobie. Teraz jego rozdanie. Nikki patrzyła wyczekująco, 

skubiąc  koniuszek  ucha.  Nie  przypuszczał,  że  widok  ucha  może  być  tak 
podniecający. 

Spojrzeli  w  karty.  Nie  lubił  takiego  układu.  Król  pik,  dama  pik,  walet  karo, 

dziesiątka trefl i dwójka karo. Mógł wyjść z tego strit, ale równie dobrze i ful. A ful 
jest silniejszy... 

Próbował  odczytać  coś  z  twarzy  Nikki,  ale  była  pokerowo  nieprzenikniona. 

Znów nic nie wymieniała. To go już zaczęło denerwować. Wreszcie dobrał swoje 
karty i pchnął kolczyk na środek stołu. 

– Duży strit – ogłosił. 
– Dwie pary – powiedziała, zagryzając dolną wargę. 
– Zwariowałaś? – ofuknął ją. – Chyba wiesz, ile to jest warte? 

background image

– Fakt, sama  jestem  sobie winna  – przyznała pokornie i pozbyła się drugiego 

kolczyka. 

Grali  dalej.  Wkrótce  Carter  miał  w  swojej  kolekcji  łańcuszek  na  szyję  i 

espadrila. Nigdy tak mu się nie szczęściło w kartach  – choć w gruncie rzeczy nie 
był pewien, czy ma nazywać to szczęściem. 

A  jednak  ręce  mu  się  trzęsły,  kiedy  po  raz  kolejny  rozdawał  karty.  Dla 

uspokojenia  pociągał  wina.  Nikki  też  sobie  nie  żałowała.  W  pewnym  momencie 
popatrzyli  na  siebie  znad  kieliszków.  Miała  jasne,  wszystkowiedzące  spojrzenie. 
Wcale nie była pijana i musiała dokładnie wiedzieć, co robi. 

Dlaczego jej na to pozwalał? 
Bohatersko  postanowił,  że  zostawi  wszystko  w  rękach  losu  i  nie  będzie  nic 

dobierał. 

Los dał mu fula. 
Los dał Nikki trójkę. 
Carter  dorzucił  drugi  but  do  swoich  zdobyczy.  Bez  obawy  dokończył  wino. 

Czuł  się  ożywiony,  serce  mu  waliło,  a  myśli  w  pośpiechu  przelatywały  przez 
głowę.  Między  udami  narastało  bolesne  napięcie.  Złoty  łańcuszek  na  szyi  był 
jedyną biżuterią, jaka pozostała Nikki. 

Palce Nikki pieszczotliwie objęły kieliszek. Patrzył zafascynowany, jak powoli 

upiła łyk, a potem zwilżyła językiem wargi. Teraz było jej rozdanie. 

 
Nikki  czuła  gorąco  parzące  przez  skórę.  Jej  ciało  reagowało  tak,  jak  gdyby 

mężczyzna jej dotknął. 

Powietrze było wprost naładowane napięciem. Lekki nastrój, w jakim zaczynała 

grę, stał się nagle poważny. 

Miała  wrażenie,  że  wszystkie  odgłosy  zostały  nagle  zwielokrotnione  –  jej 

oddech,  oddech  Cartera,  plaskanie  kart  o  stolik,  łomot  jej  serca.  Gardło  miała 
suche, więc wypiła łyk wina, mimo napięcia delektując się jego smakiem. 

W  ciszy  rozdawała  karty.  Kiedy  skończyła,  uniosła  wzrok  i  napotkała 

hipnotyzujące spojrzenie Cartera. 

Pragnął  jej,  ale  to  już  jej  nie  wystarczało.  Musiała  sprawić,  by  się  do  tego 

przyznał.  Przewidywała,  że  nie  będzie  to  łatwe.  Znając  Cartera,  wiedziała,  że 
traktuje grę jako test samokontroli – test, który dotąd zawsze zdawał celująco. 

Tym bardziej choć jeden raz powinien oblać. 
Tłumiąc  oddech,  rozłożyła  karty  w  ręku  i  od  razu  dostrzegła,  że  ma  fula. 

Poczuła ukłucie rozczarowania. Musiałaby mieć dużo szczęścia, żeby przegrać. 

background image

Carter zaledwie musnął wzrokiem karty i czekał, patrząc na nią zrezygnowany. 
Niki wyłożyła fula. 
Carter wyłożył karetę. 
Los znów mu sprzyjał. 
Nikki dotknęła złotego łańcuszka na szyi, ale uznała, że drugi raz okazja może 

się nie nadarzyć i skorzystała z możliwości wyboru fantów. 

Powoli wstała, skrzyżowała ramiona i uchwyciła dół koszulki, a potem jednym 

płynnym, obliczonym na efekt ruchem ściągnęła ją przez głowę. 

– Należy do pana – oznajmiła, powiewając nią przed nosem Cartera. 
Ten nawet nie drgnął. Po prostu zamarł. 
Nikki wypuściła z palców lekki ciuszek, który upadł mu na kolana. Teraz stała 

przed nim, pozwalając się dokładnie obejrzeć. Wiedziała, że jest co oglądać. 

– Nigdy nie nosiłaś takiej bielizny – powiedział dziwnym głosem. 
Miał  rację,  nie  nosiła.  Jednak  zaręczyny  z  ubierającą  się  w  najdroższe  ciuchy 

Dee  Ann  Karrenbrock  stały  się  dotkliwym  ciosem  w  kobiecą  ambicję  Nikki.  W 
odruchu  szaleństwa  puściła  się  w  rajd  po  najlepszych  butikach  i  zastąpiła  swoje 
poczciwe bawełny bielizną tak luksusową, że aż niefunkcjonalną. 

Dopiero kiedy ochłonęła, uświadomiła sobie, że i tak nikt nie będzie jej w tym 

oglądał.  Szybko  wyperswadowała  sobie,  że  nie  w  tym  rzecz.  Po  prostu  odczuła 
nagłą  potrzebę  utwierdzenia  się,  że  jest  atrakcyjną,  zmysłową  kobietą,  choćby 
nawet Carter tego nie zauważał. 

Ale  już  pracowała  nad  tym.  Wciągnęła  głęboko  powietrze,  aż  jej  piersi 

zafalowały pod stanikiem z brzoskwiniowej koronki, który był bezczelnie, obłędnie 
i rozkosznie drogi. Sądząc z pożądania, jakim płonęły orzechowe oczy Cartera, był 
absolutnie wart swojej ceny. 

Nikki, uspokojona, rozparła się malowniczo na kanapce z kieliszkiem w ręku. 

Napawała się świadomością, że mężczyzna śledzi każdy jej ruch. 

– Rozdajesz – powiedziała, podciągając nogi i siadając po turecku. 
Carter  w  milczeniu  zgarnął  karty,  potasował  je  sprawnie  i  rozdał.  Za  każdym 

razem, kiedy karta uderzała o stół, oddech Nikki przyspieszał. Strumień powietrza 
z wentylatora chłodził jej rozpaloną skórę. 

Jak on może to wytrzymać? A może nie pragnie jej tak szaleńczo jak ona jego? 
Zmuszając  się  do  powolnych,  obojętnych  ruchów,  niedbale  zgarnęła  karty. 

Zerkając na Cartera, próbowała odczytać jego minę, zanim zajrzała, co sama ma w 
ręku.  Nie  dowiedziała  się  jednak  niczego  poza  tym,  że  nadal  jest  mistrzem 
samokontroli  i  trzyma  się  w  garści.  No,  może  w  trochę  drżącej  garści... 

background image

Uśmiechnęła  się,  kiedy  sięgnął  po  wino.  Na  razie  trzymała  karty  nisko,  by  mógł 
bez  przeszkód  podziwiać  jej  piersi  pod  brzoskwiniową  koronką,  która  odsłaniała 
akurat tyle, by wzmagać pożądanie i obiecywać spełnienie. 

A potem obejrzała swoje karty. Miała karetę króli i przeczuwała klęskę. Carter 

musiałby mieć pokera. Wyłożyła karty, usiłując ukryć rozczarowanie. 

Carter  miał  tylko  strita.  Nikki  poczuła,  że  stanik  ją  ciśnie.  Oczekiwanie  i 

powolne rozbieranie się sprawiło, że miała jak nigdy zmysłową świadomość swego 
ciała. Teraz chciało się wyzwolić z wszelkich więzów ubrania. 

Palce mężczyzny  musnęły koszulkę i Nikki z rezygnacją pomyślała, że będzie 

zapewne musiała ją nałożyć. 

A jednak odsunął ją tylko, chwycił jeden z kolczyków i podał jej. 
Pytająco uniosła brew. 
– Twoje nagie ucho jest nieprzyzwoite – powiedział zmysłowym głosem. 
Z uśmiechem przypięła kolczyk. Gra stawała się coraz bardziej interesująca. 
Już dawno zapadły ciemności, ale oni trwali, pochyleni nad stołem w ciepłym 

kręgu  światła  lampki.  Nikki  znów  miała  fula  i  ponuro  myślała,  że  odzyska  drugi 
kolczyk. 

–  Kareta  z  asów  –  oznajmił  tymczasem  Carter.  Odetchnęła  i  zaczęła  od 

niechcenia bawić się złotym łańcuszkiem, tak że dziwnym trafem co chwila zsuwał 
się do rowka między piersiami. 

Carter  odchylił  się  na  oparcie  i  śledził  złote  lśnienia  spod  ciężkich, 

przymkniętych powiek. Wstrzymał oddech, kiedy rozchyliła łokcie i sięgnęła na tył 
szyi,  ku  zapięciu  łańcuszka,  i  odruchowo  wypuścił  powietrze,  kiedy 
znieruchomiała, a potem przeciągnęła się jak leniwa kocica. 

Jego  oczy  rozszerzyły  się,  gdy  zobaczył,  że  Nikki  wstaje.  Teraz  jej  palce 

zsunęły się niżej i zaczęły igrać od niechcenia ze sznureczkami u spodenek. 

Oddech mężczyzny stał się urywany i głośny. 
Nikki  postąpiła  krok  ku  Carterowi,  potem  drugi,  aż  wreszcie  zdecydowanym 

gestem szarpnęła zapięcie stanika z przodu. 

Ręce  Cartera,  które  trzymał  ciasno  u  boków,  zacisnęły  się  w  pięści.  Stanik 

rozchylił  się  lekko  w  rękach  Nikki,  ale  ciągle  go  przytrzymywała,  patrząc  na 
partnera wyzywająco. 

Podejrzanie napięte spodenki i rozchylone wargi Cartera powiedziały jej, że ma 

całkowitą władzę nad tym mężczyzną. Po raz pierwszy czuła, że jego uwaga skupia 
się wyłącznie na niej, jakby świat wokół nie istniał. A zwłaszcza Belden Industries 
i Dee Ann Karrenbrock. 

background image

Uczciła  swoje  zwycięstwo,  nagle  opuszczając  ramiona  i  pozwalając 

koronkowym  ramiączkom  powoli  obsunąć  się  do  łokci.  Było  to  mistrzowskie 
posunięcie,  bo  miseczki  nadal  tkwiły  na  piersiach.  Tak  wyczekiwała  reakcji 
Cartera, że zdumiał ją własny dreszcz podniecenia, przeszywający ciało. 

Carter  nigdy  nie  patrzył  na  nią  tak  jak  teraz  –  jak  kochanek  najbardziej 

spragniony  miłości.  A  Nikki  nigdy  przedtem  nie  zdobyłaby  się,  by  tak  go  kusić, 
demonstrując swoją zmysłowość. 

Ich spojrzenia spotkały się i dostrzegła w jego oczach wyzwanie. Czy myśli, że 

ona się nie ośmieli? 

Triumfalnie uniosła podbródek i otworzywszy stanik tak, jakby otwierała serce, 

odsłoniła piersi... 

Carter wciągnął powietrze przez rozchylone wargi. 
– Wyglądasz jak pogańska bogini – powiedział ochrypłym głosem. 
–  Poczekaj,  jeszcze  nie  widziałeś  mojej  świątyni  –  mruknęła  i  cisnąwszy 

niedbałym  ruchem  stanik  na  stos  rzeczy,  usiadła  przy  stole  gotowa  do  dalszej 
rozgrywki. 

– Ja... nie pamiętam, czyje teraz rozdanie – wykrztusił Carter. 
– Moje – stwierdziła pogańska bogini. 
Ucieszyło go to, bo bał się, że karty rozsypią mu się w rękach. Zawsze wiedział, 

że  Nikki  jest  atrakcyjna,  ale  była  jednak  ogromna  różnica  pomiędzy  kobietą 
atrakcyjną  a  tą  zmysłową  pięknością,  która  siedziała  naprzeciwko,  żonglując 
kartami jak stary szuler. 

Gdzie  zdążyła  nabyć  takiej  piekielnej  pewności  siebie?  –  zastanawiał  się, 

dręczony  zazdrością.  Wiedziała,  jak  go  podniecić  do  nieznośnego  pożądania, 
wobec  którego  na  nic  nie  zdała  się  jego  słynna  samokontrola.  Gra  stała  się 
pojedynkiem woli i był coraz mniej pewien wygranej. 

Nikki rozdawała energicznie. Złote lśnienie łańcuszka przyciągnęło jego uwagę. 

Najchętniej omotałby ją całą złotymi łańcuchami, pod warunkiem, że będzie naga. 

Przez dłuższy czas grali o kolczyk ze zmiennym szczęściem, aż wreszcie Carter 

nieodwołalnie odegrał go od Nikki. A potem w kolejnej rozgrywce rozłożył przed 
nią na stole pokera. 

Nikki wstała. Miał ochotę wziąć ją w ramiona i ponieść do kabiny sypialnej, ale 

powstrzymał go wyraz determinacji w jej oczach. Chciała od niego czegoś więcej 
niż tylko nostalgicznego powrotu do wspólnego łóżka. 

Nie  miał  pojęcia,  o  co  mogło  chodzić,  ale  gotów  był  dać  jej  wszystko,  czego 

oczekiwała. Wszystko, byle rozładować to nieznośne napięcie. 

background image

Jej  palce  szybkimi  ruchami  rozplątywały  sznureczki  ze  złotymi  końcami. 

Jednym  szarpnięciem  rozluźniła  troczki  i  białe  spodenki  opadły  na  ziemię, 
odsłaniając satynowe, skąpe figi. 

Carterowi  wyrwał  się  z  gardła  dziki,  niekontrolowany  pomruk.  Przyjęła  go  z 

satysfakcją.  Ruchem  zawodowej  striptizerki  wystąpiła  ze  spodenek,  zaczepiła  je 
palcami nogi i podsunęła pod nos wygrywającemu. 

Carter odrzucił spodenki na stół, a potem ujął jej łydkę w dłonie i przytrzymał, 

gdy usiłowała cofnąć nogę. Zachwiała się, tracąc równowagę, i opadła na kanapkę. 

Pocałował  wewnętrzny  łuk  jej  stopy,  miło  zaskoczony  podnieconym 

westchnieniem  Nikki.  Potem  zaczął  sunąć  wzdłuż  łydki,  składając  pocałunek  za 
pocałunkiem, dokąd tylko mógł sięgnąć. Kiedy dotarł po kolano, wychylił się do 
przodu i przyciągnął ją mocniej. Szarpnęła się i spojrzała na niego czujnie. 

– Powiedz, że mnie chcesz – zażądała. 
– Chcecie. 
– Na pewno? 
– Chcę cię – powtórzył dobitniej. 
– Spróbuj jeszcze raz. Teraz dopiero zrozumiał. 
– Chcę ciebie. Tylko ciebie, Nikki. 
– O, tak. 
Już  była  w  jego  ramionach  i  już  całowała  go  z  dziką  namiętnością.  Zanurzył 

palce  jednej  ręki  w  jej  włosy,  a  drugą  wsunął  pod  pośladki.  Zdecydowanym 
ruchem  uniósł  Nikki  i  posadził  ją  sobie  na  kolanach,  przyciągnąwszy  tak,  że  nie 
miała już wątpliwości co do jego zamiarów. 

Krew  szumiała  mu  w  uszach,  aż  wydawało  się,  że  zaraz  eksploduje.  Serce 

łomotało, a kiedy całował wygiętą w łuk szyję Nikki, poczuł, jak tętno pulsuje jej 
tak samo gwałtownie. 

– Nikki... musimy... 
Jęknęła  gardłowo  i  odwróciła  się,  by  drżącą  ręką  poradzić  sobie  z  suwakiem 

jego szortów. 

Zakrztusił się z wrażenia, a Nikki zachichotała. 
I  właśnie  wtedy  odezwał  się  sygnał  wywoławczy  radionadajnika,  który  Nikki 

przyniosła ze sobą wcześniej do kabiny. 

–  Poczekaj,  dokończysz  później.  –  Poklepała  go  po  ramieniu  i  sięgnęła  do 

pokrętła. 

– Carter? – zachrypiał szumiący zakłóceniami głośnik. 
–  To  chyba  Julian  –  szepnęła  i  przylgnęła  do  niego  znów.  Miękki  dotyk  jej 

background image

piersi sprawił, że gotów był na nowo zapomnieć o całym świecie. 

Naglący trzask spowodował, że wyprostowała się i zaklęła pod nosem. 
– Niiikkii.... – zatrzeszczało. 
Wdusiła przycisk i warknęła do mikrofonu: 
– Co jest? 
–  Obudziłem  cię?  –  zdziwił  się  Julian.  –  Dopiero  dziesiąta.  Myślałem,  że 

jeszcze nie śpisz. . 

– Dobrze, mów, co się dzieje – westchnęła. 
– Jest tam Carter? 
Carter odruchowo zapiął szorty. Nikki pełnym rezygnacji gestem wręczyła mu 

mikrofon. 

– Jestem, Julian. 
– Przykro, że muszę cię niepokoić – Carter przysiągłby, że Julianowi wcale nie 

jest  przykro  –  ale  Saunders  właśnie  wrócił  z  biura.  Dziś  po  południu  posłaniec 
doręczył paczkę od Dee Ann. 

– Bomba? 
– Nie tyka. 
– Otworzyliście ją? 
–  Saunders  ostrzegł  mnie,  że  prawo  federalne  zabrania  otwierania  poczty 

przeznaczonej dla innej osoby. 

– Daj mi spokój z Squndersem – burknął Carter. 
–  Zapamiętam  ci  to,  Carter  –  włączył  się  Saunders.  –  Czy  mamy  twoje 

pozwolenie na otwarcie przesyłki? 

Wyraźnie myśleli, że ta cholerna paczka jest ważna. 
– Okay, otwierajcie. 
W  eterze  zapadła  cisza.  Carter  nie  patrzył  na  Nikki.  Spojrzał  dopiero,  kiedy 

usłyszał szelest. Ubierała się. Czuł się jak idiota. 

– Carter? – Saunders był już przy mikrofonie. Wiesz, to jest chyba pierścionek 

zaręczynowy. 

Poczuł niemal  namacalnie,  jak  ogromny  ciężar  spada  mu  z  serca.  Tym  razem 

śmiało spojrzał na Nikki i zobaczył, że ma na sobie jego koszulę. 

– Tylko że... – ciągnął z wahaniem Saunders – diament został wyjęty. Przykro 

mi. 

Uznał, że jeśli może się wreszcie uwolnić z tego bagienka, nie będzie to cena 

zbyt wygórowana. 

– Napisała coś? 

background image

– Tak, jest kartka. 
– Czytaj. 
– Na pewno? – Saunders wyraźnie czuł się bardzo niezręcznie. 
– Czytaj! 
Cisza. Co tam było aż tak strasznego? Czyżby Dee Ann posunęła się do gróźb? 

Teraz rozległ się głos Juliana. 

–  Oto  wiadomość:  „Carter,  zamiast  wnosić  oskarżenie  o  niedotrzymanie 

obietnicy małżeństwa, zatrzymuję diament jako gwarancję dostatniej przyszłości”. 

–  Boże,  żeby  tylko  nie  wniosła  tego  do  sądu,  bo  go  zniszczy  –  w  tle  słychać 

było lament Saundersa. 

– Dziwne, że ta „dostatnia przyszłość” jest napisana dużymi literami. Nie wiesz 

czasem dlaczego? – dopytywał się Julian. 

Carter  napotkał  spojrzenie  Nikki.  Wzruszyła  ramionami  i  odwróciła  się  od 

niego. 

– Nie odchodź, Nikki. 
– Jestem zmęczona. 
– Jeszcze parę minut temu nie byłaś. 
– Właśnie dlatego, że to było parę minut temu. 
– Chodź do mnie. 
Zawahała  się,  ale  zbliżyła  się  z  ociąganiem.  Kiedy  tylko  znalazła  się  w  jego 

zasięgu, błyskawicznie zdarł z niej koszulę. 

– No, tak już lepiej. Lubię złoto na twojej skórze. 
–  Carter?  Jak  myślisz,  o  co  jej  chodziło  z  tą  przyszłością?  –  denerwował  się 

Julian. 

Carter jedną ręką przyciągnął Nikki do siebie, a drugą ujął mikrofon. 
– Nie wiem. I nie mam zamiaru dzisiaj się nad tym zastanawiać – oznajmił. 
– Ale musimy coś wiedzieć na jutro – zaprotestował Julian. 
– Najlepiej będzie, jeśli pójdziecie teraz grzecznie do łóżek – doradził, wodząc 

opuszkami palców po gładkiej kobiecej skórze. – Ja w każdym razie tak zrobię. 

 

background image

Rozdział 10 

 
Wygrała.  Naprawdę  wygrała.  Jeszcze  nie  mogła  w  to  uwierzyć,  ale  Carter 

zdecydowanym ruchem wyłączył radio. 

–  Widzisz?  Czasami  wyłączniki  mogą  się  przydać  –  powiedział,  biorąc  ją  w 

ramiona i pochylając ku niej głowę. 

  – Teraz przychodzę do ciebie jako mężczyzna wolny. 
Zanim zaczął całować, Nikki zapytała: 
– Naprawdę nie interesuje cię, co Dee Ann miała na myśli? 
–  Nie.  –  Jednym  ruchem  uniósł  ją  do  góry.  –  I  ciebie  też  zaraz  przestanie  to 

interesować. 

Rzeczywiście,  zdążyła  zapomnieć  o  wszystkim,  gdy  niósł  ją  do  kajuty 

sypialnej.  Tam  położył  ją  na  łóżku  i  obsypał  pocałunkami,  nie  szczędząc  ich 
zwłaszcza płatkom uszu. 

– Masz cholernie seksowne uszy – szepnął. – Teraz to widzę, bo ścięłaś włosy. 
Po  chwili  poczuła  ciepło  jego  dłoni,  przesuwającej  się  po  udzie,  ku 

koronkowemu brzegowi majteczek. 

– Czy nie są za ciasne? 
– O, tak, bardzo – zamruczała. 
– W takim razie uwolnię cię – oznajmił i natychmiast zaczął je ściągać. 
– A twoje? Nie jest ci niewygodnie? – nie pozostała dłużna. 
– O, tak, tak. 
Oparła  się  na  łokciu  i  z  rozbawieniem  patrzyła,  jak  szarpie  się  z  opornym 

suwakiem szortów. Ale już po chwili stanął przed nią, dumny i męski. Otworzyła 
ramiona i rzuci} się w nie, by całować – najpierw usta, potem uszy, wreszcie jego 
wargi  zsunęły  się  ku  napiętym  sutkom.  Z  początku  całował  czule  i  delikatnie, 
potem mocniej, natarczywiej, czym doprowadził ją do szaleństwa. 

– Carter – wymówiła to imię głosem nabrzmiałym od pożądania i tęsknoty, nie 

spełnionych od dawna, a rozbudzonych tego wieczoru. Z głębokim westchnieniem 
objęła mężczyznę nogami. 

– Chodź! 
Carter ani na chwilę nie przestał patrzeć jej prosto w oczy. 
Nikki  dostrzegła  w  jego  spojrzeniu  wszystko,  czego  oczekiwała  –  pragnienie, 

oddanie, siłę, pasję i coś jeszcze... lęk. Lęk?! 

–  Co  się  stało?  –  Zdziwiła  się,  że  tak  szybko  był  w  stanie  przejść  od 

background image

zmysłowego podniecenia do niepokoju. 

– Ja... my... ty nie... – jąkał się bezradnie. 
Najwyraźniej był zdenerwowany jeszcze bardziej niż ona. Nikki wysunęła się z 

jego ramion. 

– Niczego nie założyłem – wydukał wreszcie. 
– Wiem. – Wbiła mu paznokcie w pośladki. 
– A ty się zabezpieczyłaś? – nalegał. Dawno jej tak nie zirytował. 
– Jasne, że nie – warknęła. Co się z nim, u licha, działo? 
– Apteczka jest w kambuzie, jak zwykle? – upewnił się, ocierając pot z czoła. 
–  Tak.  Źle  się  czujesz?  –  Wyglądał  kiepsko,  zupełnie  jakby  za  chwilę  miał 

dostać  zawału.  Chyba  dostarczyła  mu  ostatnio  za  dużo  atrakcji.  Poszła  za  nim,  a 
gdy zajrzała do kambuza, zobaczyła, jak niecierpliwie otwiera apteczkę i wyrzuca 
jej zawartość na stolik. 

– Skompletowałem ten zestaw na różne okoliczności – wyjaśnił, widząc, że mu 

się przygląda. 

– A jakie są teraz okoliczności? 
– Seksualne! – wykrzyknął, triumfalnie unosząc w palcach mały pakiecik. 
– Teraz będzie w porządku? 
–  Dopiero  za  chwilę  –  mruknął,  obejmując  ją  i  popychając  niecierpliwie  ku 

kabinie. Nikki rzuciła się na łóżko. W chwilę później dołączył do niej. 

– No, na czym to skończyliśmy? – zapytał z łobuzerskim uśmiechem. 
– Jeśli dobrze pamiętam, to na tym. – Znów oplotła go nogami. 
– Słusznie, proszę pani. A zatem do dzieła! 
Oboje  jak  na  komendę  wciągnęli  głęboko  powietrze.  A  potem  zapomnieli  o 

całym świecie. 

Byli zbyt niecierpliwi i spragnieni, by wytrwać długo w pieszczotach. Po chwili 

Nikki  zsunęła  ręce  po  plecach  Cartera.  Nie  spodziewała  się  po  nim  aż  takiej 
gwałtowności,  ale sama  odpowiedziała  równie  wybuchowo.  Carter pieszczotliwie 
zburzył jej włosy. 

–  Chciałem  tego  za  wszelką  cenę.  I  marzyłem,  że  ty  będziesz  pragnąć  mnie 

równie szaleńczo – powiedział gardłowym szeptem. 

Nikki, rozkosznie wyczerpana, przeciągnęła się i ziewnęła mimowolnie. 
– I udało ci się doskonale. 
 
Carter leniwie przewrócił się na bok. 
– Nikki? Która godzina? 

background image

– Czas na miłość. 
– Aa... ja nie... co robisz? 
– Co za interesujący obszar! 
– Ejże, kotku, mam łaskotki! 
– Mmm... A tutaj też? 
–  Posłuchaj,  maleńka,  doceniam  twoje.  ,  i  zapał...  ale  chyba  nic  już  z  tego... 

Nikki! 

– Mmm... 
starania. 
–  Już  dzień  –  powiedziała  Nikki,  oślepiona  ostrym  blaskiem  słońca.  Nie 

potrafiła jednak ocenić, która może być godzina. 

– Wiem. – Głos Cartera brzmiał beztrosko. 
Leżała na plecach. Carter obok, w tej samej pozycji. Żadne z nich nie drgnęło. 
– Jesteś głodny? 
– O, tak, ale pożądam jedzenia. 
– Tylko jedzenia... 
– Nie można żyć samą miłością. 
–  W  każdym  razie  próbowaliśmy  –  zachichotała,  a  potem  przeciągnęła  się  i 

syknęła boleśnie. – Czuję każdy mięsień. 

Roześmiali się i objęli, szczęśliwi. 
– Carter? 
– Ciicho. Chce mi się spać. 
– Ale jest poniedziałek rano! A może nawet południe. 
– I co z tego? 
Musiała  mu  wszystko  przypomnieć,  choć  najchętniej  o  niczym  by  nie 

wspominała. 

– Akcje. Belden Industries. Przejęcie. Julian, Saunders, Bob. 
– Bob jest w porządku. Wyrabia się. 
– Jeśli się z nimi nie skontaktujemy, podpłyną do nas i nakryją nas w łóżku. 
– Znajdziemy jakieś prześcieradło. 
– Carter! – Nikki usiadła wyprostowana i szarpnęła go za ramię. 
– Okay, okay – burknął i podniósł się. – Gdzie jest mój zegarek? 
–  Pewnie  na  stoliku  w  jadalni  –  odparła  Nikki,  z  obawą  zerkając  na  zegar 

kapitański. – Rany boskie, już kwadrans po dziesiątej! 

Giełda  działała  od  dobrych  paru  godzin.  Julian  i  Saunders  musieli  być  na 

pełnych obrotach. Nikki wstrzymała oddech, gdyż przez chwilę zdawało jej się, że 

background image

słyszy odgłos silnika ich łodzi. 

Carter  ją  znienawidzi,  jeśli  straci  Belden  Industries  na  rzecz  klanu 

Karrenbrocków. Boże, co jej wpadło do głowy z tą rozbieranką? 

– Powiadasz, że jest kwadrans po dziesiątej? – upewnił się. Zerknęła na niego z 

obawą, oczekując najgorszego. 

– W takim razie czas na kawę. – Przeciągnął się leniwie i wstał. – Zrobię, nie 

trudź się – dodał z uśmiechem. 

Nikki  ogarnęła  fala  ciepłego  wzruszenia,  niosąca  odprężenie  napiętemu  ciału. 

Nigdy przedtem Carter nie mówił do niej w ten sposób. Nigdy. Nikki nie zdawała 
sobie sprawy, że może jeszcze bardziej się w nim zakochać, ale taka była prawda, 
cudowna prawda, którą się delektowała. 

– Spokojnie, Saunders, nie krzycz tak. – Carter odruchowo ściszył radio. Nikki 

wyszła  do  sterówki.  Po  chwili  wyłoniła  się  stamtąd,  niosąc  talerz  jajecznicy  z 
pomidorami, który postawiła przed nim. 

– Aż tak źle? – zapytała z troską, przysiadając się do niego. 
Carter łakomie przełknął pierwszy kęs i popił kawą. 
–  Nie  mogą  kupić  żadnych  akcji.  Karrenbrock  przestał  się  ukrywać  i  złożył 

otwartą ofertę. Julian nie może się opędzić przed dziennikarzami. 

– Przykro mi, Carter. 
– Nie przejmuj się. – Z uśmiechem przyciągnął ją do siebie. 
– Co masz zamiar teraz zrobić? 
– Jak to co? – Popatrzył na nią łobuzersko. – Zjeść jajka, dopić kawę, a potem 

popatrzeć na fale i zastanowić się spokojnie nad sytuacją. 

– Mogłabym zastanowić się z tobą? 
–  Jasne,  potrzebny  mi  ktoś  zdolny  do  trzeźwych  sądów.  Saunders  daje  się 

ponosić  nerwom.  –  Carter  nadział  na  widelec  ćwiartkę  pomidora.  –  Wolałbym 
porozmawiać z Julianem. 

Nikki pokręciła gałką regulując głośność. 
– ... i co mamy robić? – napłynęło z eteru. 
– Saunders, chcemy porozmawiać z Julianem – powiedziała z naciskiem. 
– To niemożliwe. Ciągle rozsnuwa zasłonę dymną przed dziennikarzami. 
– A co z Bobem? – wtrącił Carter. – Może on jest zdolny do myślenia? 
–  Wątpię.  –  Nikki  pokręciła  głową.  –  Jest  zbyt  nerwowy,  w  trudnej  sytuacji 

traci głowę. 

–  Niedobrze.  –  Carter  zdecydowanym  ruchem  przejął  od  niej  mikrofon.  – 

Saunders, słuchaj, podsumuj wszystkie udziały, którymi mogę dysponować, i podaj 

background image

mi tę magiczną liczbę, dobra? 

–  Tak  jest,  szefie,  już  się  za  to  zabieramy.  –  W  głosie  Saundersa  wyraźnie 

brzmiała ulga. 

Carter uśmiechnął się i z apetytem dokończył jajecznicę. 
– Ty już wiesz, ilu udziałów potrzebujesz, prawda? Nie musisz czekać na dane 

Saundersa – domyśliła się Nikki. 

– Kilka setek. Najważniejsze, że facet ma coś konkretnego do roboty. 
–  W  porządku.  –  Wstała  od  stołu.  –  Zmyję  naczynia,  a  potem  podniesiemy 

kotwicę. 

Carter spoważniał i przytrzymał jej rękę. 
– Poczekaj chwilę. Ciekaw jestem, co o tym wszystkim myślisz. Teraz wiemy 

już na pewno, że Karrenbrock chce przejąć moją spółkę. Pierwsze ruchy wykonał, 
zanim  jeszcze  poślubiłem  jego  córkę,  którą  podobno  bardzo  kocha.  Dlaczego  to 
robił, narażając jej szczęście? Nikki wzruszyła ramionami. 

–  Najpierw  twierdziłeś,  że  chciał  jej  dać  twoją  firmę  w  prezencie  ślubnym. 

Teraz oczywiście żąda krwi i zrobi wszystko, żeby cię pogrążyć. 

Carter zapatrzył się w horyzont, bezwiednie bębniąc palcami w kubek z kawą. 
–  Zmieniłem  zdanie  co  do  prezentu  ślubnego.  Teraz  martwię  się  tylko,  żeby 

utrzymać  pakiet  kontrolny.  Swoją  drogą,  jeśli  Karrenbrock  chciał  sprawdzić,  czy 
mam kontrolę nad firmą, już dawno mógł to zrobić swoimi sposobami. Nie musiał 
wykupywać moich akcji. 

– Może chciał zapewnić sobie głos w radzie nadzorczej Belden? – podsunęła. – 

W końcu miałeś zostać członkiem rodziny, a on myślał o przyszłości, może nawet 
o wnukach. Zawsze zwykł trzymać rękę na pulsie. 

–  Uhm.  Z  tym  że  jest  różnica  pomiędzy  zasiadaniem  w  radzie  a 

przewodniczeniem jej. Dopiero to dałoby mu pełną kontrolę. Tylko po co? – Carter 
znów zapatrzył się w fale. – Przecież ten facet ma własną, wielką korporację. Po co 
miałby jeszcze tracić czas na angażowanie się w interesy mojej grupy? 

– Mogłaby to za niego robić Dee Ann. 
Carter z rozmachem odstawił żółty kubek i odwrócił się do Nikki. 
–  Dee  Ann  należy  do  kobiet,  które  pragną  jedynie,  by  mężczyzna 

zagwarantował im już w kontrakcie ślubnym dostatnią przyszłość. I gotów byłem 
to zrobić, rozumiesz? Wiem, co o tym sądzisz, ale nie wszystkie kobiety są takie 
jak ty. 

Nikki  już  otworzyła  usta,  żeby  odpowiedzieć,  ale  nagle  je  zamknęła.  W  tym 

samym  momencie  Carter uderzył  się  w  czoło,  jakby  przyszła mu  do  głowy  jakaś 

background image

myśl. 

– Dostatnia Przyszłość! – wykrzyknęli razem. 
Carter natychmiast złapał mikrofon i włączył wywołanie. 
– Czy też myślisz, że Dostatnia Przyszłość może być nazwą firmy? – zapytała 

Nikki. 

Przytaknął. Widział błysk podniecenia w jej oczach i wiedział, że sam wygląda 

podobnie. Znów, tak jak dawniej, poczuł głęboką więź z tą kobietą. 

– Julian? Saunders? Bob? Zgłoście się! – nawoływał niecierpliwie. 
–  Jestem,  stary  –  odezwał  się  Julian.  –  To  nieładnie  zostawiać  swoich 

współpracowników  na  pastwę  drapieżników,  a  samemu  wylegiwać  się  na 
pokładzie. 

– Tak bardzo źle? 
– Kosztownie. 
Carter zaklął pod nosem. 
– Zwiększyłem ofertę wykupu na pięć dolców od akcji. 
– Pięć dolców! – Carter złapał się za głowę. 
–  Nie  możemy  pozwolić,  żeby  Karrenbrock  sprzątnął  nam  jakiekolwiek  akcje 

sprzed nosa. 

Carter nerwowo pocierał sobie palcami skronie. Nikki trąciła go w łokieć. 
– Ach, właśnie – przypomniał sobie. – Julian, poszukaj firmy zwanej Dostatnia 

Przyszłość. Zobacz, jaką mają ofertę, a Bob niech sprawdzi, co robią na rynku. 

Julian mruczał coś, najwidoczniej stukając w komputer, aż wreszcie oświadczył 

z nutką podziwu w głosie: 

  –  Zwracam  honor,  Carter.  Nie  straciłeś  nosa.  Mam  tę  firmę  i  jest  cholernie 

podejrzana. 

Popatrzyli na siebie w milczeniu, a potem Carter zaczął ją całować. 
Nikki  była  zaskoczona,  ale  oddała  pocałunek.  Przypomniała  sobie  podobne 

momenty. Carter kochał wyzwania. I tak się właśnie zaczynało  – całował ją, gdy 
rozpierało  go  podniecenie  grą  w  interesach.  Niestety,  te  porywy  uczucia  trwały 
krótko, i dawno przestała już się łudzić, że oznaczają coś trwalszego. 

Zapomniała  o  zebranych  talerzach.  Wysunęły  się  z  jej  rąk  i  rozsypały  po 

pokładzie. Na szczęście były plastykowe. Carter przerwał pocałunek i uprzejmie je 
pozbierał. 

– Teraz, kiedy sprawa się wyjaśniła, możemy porozmawiać o nas. – Spojrzał na 

nią wymownie i przyciągnął do siebie. 

Serce Nikki zadrżało, ale wewnętrzny głos ostrzegał ją, że nie ma na co liczyć, 

background image

bo i tak za chwilę Belden Industries znów znajdzie się na pierwszym miejscu. No, 
uśmiechnęła się do siebie, może z wyjątkiem ostatniej nocy, kiedy to niewątpliwie 
ona była, choć raz, ważniejsza niż firma. 

Później  podzielili  się  rolami.  Nikki  przygotowała  łódź,  a  Carter  konferował 

przez  radio  w  sterówce.  Ponieważ  wścibscy  dziennikarze  nie  zdołali  na  razie 
dotrzeć do domku plażowego, który stał się sztabem całej akcji, Julian uważał, że 
Nikki  i  Carter  powinni  przypłynąć  jak  najszybciej  na  naradę  w  sprawie 
ostatecznych decyzji. 

Nikki  zjawiła  się  z  ostatnią  butelką  lemoniady  dla  Cartera,  w  samą  porę,  by 

wysłuchać najświeższego komunikatu Saundersa. 

–  Spółka  Dostatnia  Przyszłość  weszła  na  giełdę  w  zeszłym  tygodniu.  Już 

wypuściła akcje – oznajmił z przejęciem. 

– Ciekawe czyje – mruknęła do siebie Nikki. 
–  Cicho!  –  syknął  Carter,  w  pośpiechu  notując  coś  na  kartce.  Odezwał  się 

Julian. 

– Podano tylko nazwisko prezesa, żadnych innych. Nie zgadniecie kto to. 
– Victor Karrenbrock – powiedział Carter. 
– Błąd. 
– W takim razie kto? – Carter wyprostował się i nerwowo zabębnił palcami po 

stole. – No, kto, mów! 

– Dee Ann Karrenbrock. 
Nikki  jeszcze  nigdy  nie  widziała  Cartera  w  stanie  takiego  kompletnego 

osłupienia. Teraz miała okazję. Najwyraźniej w ogóle nie przyszło mu do głowy, że 
narzeczona  mogłaby  prowadzić  wobec  niego  podwójną  grę.  Stanowczo  był  zbyt 
łatwowierny, zwłaszcza w stosunku do kobiet. Nie potrafił spojrzeć głębiej, wyjść 
poza to, co oczywiste, co zewnętrzne. To stwierdzenie odnosiło się także do niej. 
Na  Julianie  również  sienie  poznał.  Myśląc  o  tym  wszystkim,  Nikki  doznała 
olśnienia. Carter ufał ludziom ze swojego otoczenia, gdyż sam ich nie oszukiwał i 
zawsze  był  sobą.  W  interesach  obowiązują  zupełnie  inne  reguły  gry.  Carter  był 
stanowczo zbyt prostolinijny. Znów skupiła się na rozmowie. 

–  Kupuje  twoje  akcje  całymi  pakietami  –  informował  Julian.  –  Dostatnia 

Przyszłość już przebiła twoją pięciodolarową ofertę. 

– Zwiększ jeszcze o pięć. Nikki zaczęła się niepokoić. 
– Hej, Carter, jako twój doradca finansowy muszę... 
– Zdobędę pieniądze. 
Ciekawe skąd, pomyślała Nikki i wyciągnęła rękę po mikrofon. Carter będzie 

background image

potrzebował funduszy i musi mu to załatwić. 

– Julian, daj mi Boba. Chcę z nim pogadać. 
– Problem w tym, że nie wiemy, gdzie jest. Oboje wymienili spojrzenia. 
– Jesteście tam sami? 
– Na to wygląda. 
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo zmęczony głos miał Julian. 
– Carter, nie mogę tu sterczeć bezczynnie. Oni mnie potrzebują. 
– W porządku. Zaraz podnosimy kotwicę. 
 
Zanim  zacumowali  „Pszczółkę”  w  porcie,  Victor  Karrenbrock  zdążył  już 

przerzucić  większość  swoich  udziałów  w  Belden  Industries  do  Dostatniej 
Przyszłości. 

Nikki była zaskoczona, że Carter nie zszedł z łodzi, dopóki nie zrobili pełnego 

klaru na pokładzie. Spodziewała się, że zeskoczy, zanim jeszcze dobiją, i puści się 
pędem  do  zaimprowizowanej  kwatery  głównej.  Ten  „nowy”  Carter  zadziwiał  ją 
coraz bardziej. 

Słońce  niemiłosiernie  paliło  im  plecy;  gdy  obładowani  teczkami,  papierami  i 

sprzętem  z  łodzi  szli  w  kierunku  domku.  Jak  większość  nadbrzeżnych  budowli, 
wzniesiono go na palach. Carter wszedł bez pukania. 

Julian rozmawiał przez telefon. Oczy miał przymknięte, a nogi oparte o biurko. 

Nosił  to  samo  ubranie  co  na  pokładzie  „Pszczółki”,  teraz  wymięte  i  nieświeże. 
Julian  nie  ogolony  przy  pracy  –  to  było  nie  do  pomyślenia!  Nikki  nawet  czasami 
zastanawiała  się,  czy  w  ogóle  rośnie  mu  zarost.  Saunders,  zatykając  ucho, 
rozmawiał przez drugi telefon. Jemu również przydałoby się golenie. Jeśli jednak 
cień zarostu nadawał gładkiej zwykle twarzy Juliana interesujący, nieco tajemniczy 
wyraz, Saunders wyglądał po prostu niechlujnie. 

– Uszy do góry, chłopcy – powiedział od progu Carter. – Przybyły posiłki. 
Żaden nawet nie odwrócił głowy. Dopiero po chwili Julian odłożył słuchawkę. 
– Gratulacje – powiedział do swego szefa. – Masz najbardziej gorącą ofertę na 

Wall Street. 

– Ile z tego jest moje? 
– O osiemset akcji więcej niż miałeś dziś rano. 
– Tylko tyle? – Carter zaczął krążyć jak zwierzę w klatce. – Zaoferuj jeszcze o 

trzy dolary więcej. 

–  Carter!  –  Nikki  sięgnęła  po  słuchawkę.  Musiała  koniecznie  porozmawiać  z 

Bobem, żeby zdobyć pieniądze. 

background image

– Za późno. – Julian przetarł zmęczone oczy. – Sam już dawałem o pięć więcej. 
– Julian! – syknęła. 
– Nikki, już niewiele zostało do wykupienia – pocieszył ją. 
Carter usiadł na sofie tak gwałtownie, że nieszczęsny mebel zatrzeszczał. 
–  W  porządku  –  powiedział  cicho.  –  Jeśli  będę  musiał,  sprzedam  swoje 

mieszkanie. – Jego opalona cera przybrała teraz odcień popiołu. 

Nikki pytająco spojrzała na Juliana. Zrozumiał momentalnie. 
– Niestety, nie widzę nikogo, kto miałby dosyć forsy, by przebić Karrenbrocka 

w naszym imieniu – oznajmił z posępną miną. 

– Bob jest w biurze? – zapytała, sięgając po telefon. 
– Bob się nie pokazał. Nie wiemy, gdzie jest. 
– Dziwne – odezwał się z sofy Carter.  – W takiej sytuacji ja na jego miejscu 

tkwiłbym tu ofiarnie razem z wami. 

– Może jest chory – zasugerowała. 
– Zbyt chory, żeby zadzwonić i zawiadomić o tym? Coś tu jest nie tak. – Carter 

zmarszczył brwi. 

–  Carter,  czy  nie  masz  teraz  większych  problemów?  –  spytał  z 

niezadowoleniem Julian. 

– Niech to szlag! 
Wszyscy spojrzeli na Saundersa, który z trzaskiem odłożył telefon na biurko. 
–  Właśnie  ktoś  mi  sprzątnął  sprzed  nosa  osiemnaście  setek  udziałów. 

Osiemnaście  setek!  –  jęknął.  –  Tak  duży  pakiet  ma  jeszcze  tylko  jakiś  Robert 
Smith.  Macie  pojęcie,  ilu  Robertów  Smithów  jest  na  obszarze  od  Galveston  do 
Houston? 

Odpowiedziała mu ponura cisza. 
– Powiedz, jak bardzo jest źle? – zapytał spokojnie Carter. 
– Nie da się ukryć, że Karrenbrock posiada teraz większą część twojej spółki. 

Nadal  jednak  twoje  udziały  plus  nasze,  plus  udziały  pracowników  zapewniają  ci 
kontrolę. Nie masz jednak pięćdziesięciu procent. 

– Ile mają pracownicy? 
– Mniej niż jeden procent – odparła Nikki. To była jej specjalność. 
Carter wstał z kanapy i wyprostował się na całą wysokość. 
– Saunders, staraj się dalej kupować, co się da. Za każdą cenę. I znajdź Roberta 

Smitha.  Ty,  Julian,  obdzwonisz  razem  ze  mną  wszystkich  pracowników,  którzy 
mają  akcje  Belden.  Musimy  zyskać  pewność,  że  będą  głosować  za  mną  albo 
zgodzą się odprzedać mi akcje. Nikki, ty wykombinuj fundusze. 

background image

Po kilku godzinach Saunders z zapuchniętymi z niewyspania oczami zwalił się 

na tapczan w drugim pokoju, a Julian zasnął na siedząco, na kanapie, z telefonem w 
ręku. 

Nikki  i  Carter  pracowali  jeszcze  długo  w  nocy.  Carter  sam  dzwonił  do 

pracowników. Niestety, połowa z nich już wyzbyła się akcji. Cena oferowana przez 
Dostatnią Przyszłość okazała się nie do pogardzenia. 

– A ja, dureń, myślałem, że lojalność nie jest na sprzedaż – westchnął Carter, 

najwyraźniej uznając posunięcia swoich urzędników za zdradę. 

–  Daj  spokój,  nie  bądź  niesprawiedliwy.  –  Nikki  potarła  obolały  kark.  – 

Przecież nie mieli pojęcia, o co tu naprawdę chodzi. Nie przyszło im do głowy, że 
odsprzedając  akcje,  postępują  nielojalnie.  Pojawiła  się  okazja  do  zysku,  więc 
skorzystali  z  niej.  Sam  byś  tak  zrobił.  Czy  nie  byli  zdziwieni,  kiedy  czyniłeś  im 
wyrzuty? 

– Byli – przytaknął, zrezygnowany. 
Nikki  wstała,  podeszła  do  niego  i  troskliwie  zaczęła  masować  mu  kark  i 

ramiona. 

– Odpręż się. I tak już dzisiaj nic nie da się zrobić. Wracajmy na „Pszczółkę”. 

Musimy się przespać. 

– Ze sobą czy w łóżku? 
Nikki pochyliła się i pieszczotliwie ugryzła go w ucho. 
– I to, i to, szefie. 
 

background image

Rozdział 11 

 
Wczesnym  rankiem  Carter  i  Nikki  szli  ramię  w  ramię  ku  domkowi  na  plaży. 

Nikki chłonęła odgłosy oceanu – skwir mew, łoskot fal i poszum porannej bryzy w 
trawach.  Nagle  zakłócił  je  nierówny  warkot  silnika.  Jakiś  samochód  skręcił  w 
drogę  dojazdową.  Opony  zachrzęściły  na  pokrytej  tłuczonymi  muszlami 
nawierzchni. 

– Ktoś z firmy? – Przysłoniła oczy dłonią, ale nie była pewna. 
– Może dziennikarze – ostrzegł Carter, chwytając ją za rękę. 
Patrzyli  z  daleka,  jak  z  wozu  wysiadł  Bob.  Wydawał  się  dziwnie  nieswój. 

Zawahał  się  na  chwilę  przed  drzwiami,  a  potem  wyprostował  z  determinacją  i 
wszedł. Był ubrany jak do biura. Biedny Bob, nigdy nie miał wyczucia, pomyślała 
Nikki. 

Kiedy  nadeszła  z  Carterem,  w  środku  rozbrzmiewały  podniesione  głosy. 

Saunders wymyślał Julianowi, który udawał spokój, stojąc z ręką w kieszeni. 

–  Witaj,  Bob.  –  Carter  z  uśmiechem  wyciągnął  rękę  do  księgowego.  Bob 

odpowiedział  słabym  uściskiem  spoconej  dłoni.  –  Piłeś  już  kawę?  Boja  nie. 
Wiedziała, że Carter chce rozładować napięcie. 

–  Nie,  dziękuję  –  wykrztusił  Bob,  a  potem  odchrząknął.  Kiedy  znów 

przemówił, w jego głosie brzmiał bardziej zdecydowany ton. – Przyjechałem tylko, 
by  wręczyć  ci  to  –  obcym  mu,  zamaszystym  gestem  wyciągnął  w  stronę  Cartera 
kopertę. 

Carter nie dotknął jej. 
–  Tak  naprawdę  wcale  nie  chcesz,  żebym  to  przyjął.  Może  najpierw 

porozmawiajmy? – zaproponował. 

–  Nie  ma  o  czym  rozmawiać  –  upierał  się  Bob,  ignorując  podsunięte  mu 

krzesło. 

Nikki zerknęła zdumiona na Juliana. 
– Rezygnacja – szepnął z ponurą miną. 
Bob rezygnuje? On, który jeszcze niedawno tak trząsł się o swoją posadę i byt 

rodziny? Przysunęła się bliżej, by nie uronić ani słowa z rozmowy. 

–  Bob,  nie  chcę,  żebyś  podejmował  decyzję,  której  będziesz  potem  żałować. 

Przyznaję, sytuacja jest teraz bardzo napięta, ale wiesz doskonale, że to się zdarza 
od  czasu  do  czasu.  –  Carter  wyraźnie  starał  się  uspokoić  zbuntowanego 
księgowego. – Bardzo cenię twoje doświadczenie i pracę. 

background image

– Dotychczas nawet mnie nie zauważałeś. 
To  nie  fair,  pomyślała  Nikki.  Carter  wiedział  bardzo  dużo  o  swoich 

współpracownikach. Przyjął niesprawiedliwy zarzut ze zdumiewającym spokojem. 
Próbował nawet uspokajająco poklepać Boba po ramieniu. 

Księgowy uchylił się gwałtownie. 
^ Może zabierzesz to – Carter nie zrażony wskazał na kopertę – i przemyślisz 

jeszcze raz całą sprawę do piątku? 

Bob przecząco pokręcił głową z wyraźnym uporem i rzucił kopertę na biurko. 
– Przyjąłem już inną propozycję pracy. 
– Ustnie? – Saunders nigdy nie zapominał, że jest prawnikiem. 
– To już moja sprawa – odparował ze zdumiewającą arogancją Bob. 
–  A  moją  sprawą  jest  dowiedzieć  się,  dlaczego  tak  źle  się  czułeś  w  Belden 

Industries – oświadczył Carter. – Czy inni pracownicy też są niezadowoleni? 

– Niezadowoleni? A jak  można być zadowolonym, kiedy się jest zmuszonym 

do  uczestnictwa  w  porwaniu,  kiedy  trzeba  pracować  na  morzu  i  w  najbardziej 
zwariowanych  porach?  –  Bob  zdenerwował  się  na  dobre.  Podbródek  drżał  mu, 
kiedy mówił. – Pracowałem dla Belden przez czternaście lat. Wierzyłem w twoje 
silne  kierownictwo  i  zdolność  do  podejmowania  najkorzystniejszych  finansowo 
decyzji. Dlatego każdego miesiąca za część wypłaty kupowałem twoje akcje. 

– Akcje? – zakrzyknęli chórem. 
– Ile teraz masz? – Pierwszy nie wytrzymał Saunders. 
– Pięćset czterdzieści trzy udziały – oznajmił z dumą Bob. 
W ciszy, jaka zapadła, dał się słyszeć sceniczny szept Juliana: 
– Robert Smith. 
–  Jesteśmy  gotowi  je  odkupić  z  premią  pięciu  dolarów  za  udział  – 

zaproponował Carter. 

– Bob roześmiał mu się w nos. Nikki zmartwiała. Niewielu ludzi ośmielało się 

zrobić coś takiego. Carter zacisnął pięści, ale natychmiast się opanował. 

– Podaj swoją cenę. 
Bob wzruszył ramionami i zawrócił do drzwi. 
–  Właśnie  sprzedaję  moje  akcje  Dostatniej  Przyszłości,  po  sto  dwadzieścia 

dolarów za udział – oznajmił na odchodnym. 

Carter tylko mrugnął. Nikki była zdumiona jego opanowaniem. 
–  Twoją  rezygnację  przyjmuję  natychmiast.  A  teraz  znikaj  –  powiedział 

chłodno. 

Na jego byłym księgowym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Mało tego, 

background image

wbił jeszcze ostatni gwóźdź do trumny. 

– Proszę, żebyś odsyłał moją pocztę do Karrenbrock Ventures – powiedział ze 

zjadliwą uprzejmością. – Chyba znasz adres. 

Carter  postąpił  krok  do  przodu.  Nikki  uwiesiła  się  u  jego  ramienia.  Bob 

pospiesznie zatrzasnął za sobą drzwi. W chwilę później zarzęził sfatygowany silnik 
jego wozu. 

–  Rany  boskie  –  szepnął  Saunders  –  przecież  to  dziewięćdziesiąt  dolarów 

więcej, niż kiedykolwiek dawaliśmy! 

Nikki  dopadła  najbliższego  laptopa  i  zaczęła  stukać  w  klawisze.  Czy 

uwzględniła udziały Roberta Smitha w sumie udziałów pracowniczych? 

–  Teraz  facet  będzie  mógł  sobie  sprawić  nowy  samochód  –  skomentował 

cierpko Julian, zerkając  przez  okno.  Carter  stał obok niego  w  milczeniu, patrząc, 
jak Bob znika w oddali. 

Nikki  sprawdzała  trzy  razy,  ale  rezultat,  niestety,  był  zawsze  ten  sam:  Carter 

Belden  wraz  z  przyjaciółmi  i  zwolennikami  kontrolował  czterdzieści  dziewięć 
koma osiem procent akcji swojego przedsiębiorstwa – ale nie pięćdziesiąt. 

– No i jesteśmy załatwieni – podsumował Julian. 
–  Wiecie,  od  początku  mi  się  wydawało,  że  Bobowi  źle  patrzy  z  oczu  – 

stwierdził Saunders ze swojego kąta. 

 
Pismo  Victora  Karrenbrocka,  które  przekazano  z  biura  Cartera,  do  reszty 

wytrąciło ich z równowagi. 

– Przydałoby się dobre wino – powiedział Julian, przeglądając skromne zapasy. 
–  Myślisz,  że  nas  na  nie  stać?  –  burknął  Saunders.  Znalazł  gdzieś  torebkę 

cukierków ślazowych i teraz ssał jeden za drugim, tępym wzrokiem spoglądając na 
milczący telefon. 

Carter zabrał komputer Nikki i zaszył się na „Pszczółce”. Wyczuła, że woli być 

sam.  Pozostało  jej  tylko  czuwać  i  po  raz  kolejny  katować  się  odczytywaniem 
fatalnego  listu  Karrenbrocka:  „Ponieważ  ponad  pięćdziesiąt  procent  akcji  Belden 
Industries jest w posiadaniu bądź pod kontrolą Karrenbrock Ventures i Dostatniej 
Przyszłości, niniejszym Victor Karrenbrock w imieniu Karrenbrock Ventures oraz 
Dee  Ann  Karrenbrock  w  imieniu  Dostatniej  Przyszłości  wnoszą  o  zwołanie  rady 
nadzorczej Belden Industries na piątek, drugiego lipca, o godzinie dziesiątej rano, 
w celu statutowego wyboru nowego przewodniczącego”. 

Zadzwonił telefon. Odebrał Saunders. 
– Przykro mi, ale możemy zaoferować tylko siedemnaście dwadzieścia pięć za 

background image

udział – powiedział do słuchawki, robiąc przy tym wściekłą minę. – Nie, oferta jest 
ostateczna. Przyjmuje pan? – Po chwili z westchnieniem rozłączył się. 

Znów zapadła dłuższa cisza, przerwana odgłosem kroków na werandzie. 
–  Saunders,  zamawiałeś  pizzę?  –  zapytała  Nikki,  usiłując  dojrzeć  coś  przez 

okno. 

– Coś ty. 
–  W  takim  razie  muszę  go  odprawić  –  stwierdziła.  –  Przykro  mi,  ale  chyba 

pomyliłeś adresy – powiedziała do młodego człowieka ze stertą pudełek. 

– Nie, nie pomylił – odezwał się głos z tyłu. Carter odebrał pizze i wszedł do 

środka. Pogrzebał w kieszeni i zapłacił chłopakowi, a potem rozłożył smakowicie 
pachnące pudełka na stole w kuchni. 

– Podano kolację! – zawołał wesoło. 
–  To  fajnie,  bo  chyba  znalazłem  wino!  –  odkrzyknął  Julian,  myszkujący  po 

szafkach. 

–  Cudownie.  –  Carter  zdążył  już  zdjąć  z  suszarki  szklanki  i  naszykować 

korkociąg. – Chciałbym wznieść toast – oznajmił, kiedy tylko usiedli za stołem. – 
Za pożytki z autostrady informacyjnej. Odbyłem po niej Całkiem owocną podróż. 

O czym on mówi, do licha, zastanawiali się. 
– Mam plan – wyjaśnił z uśmiechem, obserwując ich zaskoczone miny. 
 
Plan,  jak  większość  projektów  Cartera,  zakładał  harówkę  bez  przerwy  na  sen 

czy  odpoczynek.  W  południe  następnego  dnia,  po  ciężko  przepracowanej  nocy, 
Nikki poczuła, że musi się choć na moment położyć. W przeciwnym razie zaśnie 
na siedząco. 

Przez cały ten czas sprawdzali wszystkie dostępne dane na temat Karrenbrock 

Ventures, szukając słabych punktów czy czegokolwiek, co można by wykorzystać 
na zbliżającym się piątkowym zebraniu rady nadzorczej. 

Nikki  zasnęła  ukołysana  dochodzącym  z  rogu  pokoju  pochrapywaniem 

Saundersa. Tymczasem Julian i Carter, z tym samym wyrazem uporu i zaciętości 
na twarzach, zajadle stukali w klawisze swoich komputerów. 

W środę Carter kazał zainstalować jeszcze dwie linie telefoniczne, w tym jedną 

z faksem. 

Nikki zamieniła się w sekretarkę. Kobiecy głos budził większe zaufanie i ludzie 

byli bardziej skłonni udzielać informacji. 

Po  pięciogodzinnej  dawce  snu  obudzili  się,  nieprzytomnie  łypiąc  na  sterty 

teczek, wydruków i zwoje faksów. Ocknęli się, dopiero kiedy usłyszeli pukanie do 

background image

drzwi. To chłopiec z pizzerii dorabiał sobie jako dostawca i goniec. W zamian za 
kosz pełen zakupów przyjął torbę z brudnymi rzeczami do pralni. 

Nikki  weszła  do  kuchni  i  jęknęła  na  widok  pobojowiska  brudnych  szklanek, 

talerzy i opakowań po gotowych daniach. Od kilku dni tkwili w domku przy plaży i 
nie posunęli się naprzód. 

– Cholera, tu musi być odpowiedź. – Carter ze złością przerzucał wydruki. 
–  Ogłaszam  przerwę  na  śniadanie  –  oznajmiła  Nikki,  zgarniając  brudne 

naczynia z kuchennego blatu. 

– Szkoda czasu na... – zaczął Carter, ale zgasiła go – tak groźnym spojrzeniem, 

że tylko uśmiechnął się pokornie. – Tak jest, szanowna pani. 

Wygoniła  ich  na  poranną  kąpiel,  a  kiedy  wrócili,  mokrzy  i  zapiaszczeni, 

wszystko już było gotowe. Pochłaniali z apetytem grzanki i boczek, popijając kawą 
– tym razem bezkofeinową. Potem zaś z nowymi siłami rzucili się do pracy. 

Jeszcze  raz  sprawdzali  wszystkie  informacje  o  jawnych  i  skrywanych 

posiadłościach Karrenbrocka. W rezultacie na podłodze wyrosły dwadzieścia trzy 
stosy papierów. Julian przechodząc trącił jeden z nich, a ten zaczął się rozsypywać. 
Nikki rzuciła się na ratunek. 

– Niewiele tu materiałów – zauważyła, patrząc na mały stosik. 
– Fakt – stwierdził Carter. – A propos, co to za firma? 
– KK Koffee Shoppe. Nie wiadomo nawet, kiedy ją przejął. 
– A gdzie to jest? – zainteresował się z kolei Julian. 
– Rocky Falls, Teksas. – Nikki zmarszczyła brwi. – Płaci podatki, ale od 1973 

roku przynosi straty. 

Wszyscy troje popatrzyli na siebie. 
– Julian – odezwał się Carter, ale Julian już wyciągał kluczyki z kieszeni. 
– Wrócę wieczorem – rzucił, wybiegając w pośpiechu. 
–  I  co,  Nikki,  jak  się  czujesz  jako  właścicielka  pralni,  drogerii  i  kafejki?  – 

zapytał Saunders, kiedy usiedli na pokładzie stojącej na cumach „Pszczółki”. 

– Nie wspominając już o miłym starym domu na granicy miasteczka? – dodał z 

uśmiechem Carter, otaczając jej plecy ramieniem. 

– Fantastycznie. 
By  ukryć  sens  transakcji,  legalnym  nabywcą  nieruchomości  w  Rocky  Falls 

została  Nikki  Morrison.  Jej  małżeństwo  z  Carterem  nadal  trwało,  więc  w  myśl 
prawa teksańskiego w rzeczywistości właścicielami byli oboje. 

Saunders,  który  nie  na  darmo  mienił  się  najlepszym  i  osobistym  prawnikiem 

Cartera, w rekordowym czasie przygotował umowy. 

background image

–  No  dobrze,  a  jeśli  to  nie  wypali?  –  Nikki  była  zaniepokojona  wariackim 

tempem załatwiania tak ważnej sprawy. 

–  Ponieważ  zarówno  ty,  jak  i  Carter  sfinansowaliście  zakup  z  osobistych 

funduszy, własność w Rocky Falls nie jest częścią Belden Industries. Karrenbrock 
nie  może  tego  kontrolować,  więc  macie  szansę  zostać  prawdziwymi  potentatami 
biznesu w tej sennej dziurze. 

Nikki była zbyt przejęta, by się śmiać. 
– A teraz toast – zaproponował Julian. – Za sentymenty. 
– Za sentymenty – odpowiedziała jak echo cała trójka. 
Pili szampana, patrząc w daleki horyzont. 
 
Nikki  i  obaj  panowie,  ożywieni  nową  nadzieją,  śmiało  wkroczyli  na  naradę 

zarządu zwołaną przez Victora Karrenbrocka. Zagranie wydawało się ryzykowne, 
ale Carter był pewien, że odniesie zwycięstwo – i zaraził swą wiarą pozostałych. 

Nikki nie  pamiętała, kiedy  ostatnio  czuła się tak  szczęśliwa.  Parę  lat  temu,  w 

początkach  znajomości  z  Carterem,  tylko  jej  się  zdawało,  że  poznaje  prawdziwe 
szczęście. 

Poprzedniego  dnia  wieczorem,  po  toaście,  Carter  swobodnym  tonem 

poinformował pozostałych, że będą we dwoje z Nikki spać na „Pszczółce”. Słowo 
„spać” zabrzmiało w jego ustach bardzo niejednoznacznie. 

Nikki, uśmiechając się skrycie, zasiadła przy stole konferencyjnym na miejscu, 

które zwykle zajmował Carter. Uprawniało ją do tego nie tylko ważne stanowisko 
w firmie, ale i świeżo zyskana pozycja głównego udziałowca. 

Carter zrezygnował tym razem z efektownego wejścia, będącego demonstracją 

siły, na rzecz uścisku ręki z przybyłymi na posiedzenie i troskliwego pytania, czy 
wszyscy mają wodę i kawę. 

Karrenbrockowie  spóźniali  się,  jakby  chcieli  pokazać,  że  ich  czas  jest 

cenniejszy niż wszystkich pozostałych. Carter nie dał jednak nic po sobie poznać. 
Powoli zasiadł u szczytu stołu konferencyjnego. Julian i Saunders, stosując się do 
niemego polecenia, również zajęli miejsca. Nikki usiadła, gdy tylko przyszła, chcąc 
podkreślić, że jest członkiem rady, a nie urzędniczką czy sekretarką. Na razie się 
nudziła.  Rozglądając  się  dyskretnie  wokół,  zsunęła  pantofel  i  palcami  stopy 
zmysłowo musnęła łydkę Cartera. Była odprężona i szczęśliwa. Uśmiechnęła się do 
siebie. W tym momencie otworzyły się drzwi i na progu stanęła wysoka blondynka. 
Za  nią  wszedł  siwowłosy  mężczyzna  z  ciemnymi  brwiami.  Nikki  jednym  rzutem 
oka oceniła wygląd przeciwniczki i wpadła w panikę. 

background image

Strój Dee Ann – świetnie skrojony niebieski kostium – był doskonale dobrany 

na  tę  okazję,  tak  samo  sposób  bycia  tej  nieodrodnej  latorośli  rodu  Karrenbrock. 
Emanowała  z  niej  spokojna,  wyważona  pewność  siebie.  Nikki  nie  była  w  stanie 
dostrzec  najmniejszego  zmieszania  czy  wahania  na  widok  Cartera,  którego 
niedoszła oblubienica zobaczyła po raz pierwszy od czasu pamiętnych wydarzeń w 
kościele. 

Ojciec i córka, podobnie jak przedtem Carter, obeszli pokój, witając się po kolei 

z każdym z uczestników posiedzenia, po czym usiedli w drugim końcu stołu. Dee 
Ann dzierżyła swoją aktówkę jak prawdziwa kobieta interesu. Stanowiło to kolejny 
powód do niepokoju dla Nikki. 

Zerknęła  na  Cartera.  Był  poważny  i  skupiony,  ale  nie  sprawiał  wrażenia 

przejętego. Uważaj! – usiłowała ostrzec go w myśli. Popatrz, jak jest ubrana! Och, 
jacy tępi i mało spostrzegawczy bywają mężczyźni! 

Strój Dee Ann był bowiem klasycznym strojem kobiety interesu, a nie kreacją, 

którą  wytworna  dama  dobiera  sobie  na  lunch.  I  co  gorsza,  choć  bardzo  drogi, 
wyglądał  na  już  noszony.  Krawędzie  skórzanej  aktówki  również  były  lekko 
wytarte.  Nie  tylko  każdy  szczegół  wyglądu,  ale  i  opanowanie  Dee  Ann 
Karrenbrock  świadczyły,  że  doskonale  wie,  jak  się  zachowywać  w  takich 
sytuacjach, że nie jest to dla niej nowe doświadczenie. Biedny Carter uwierzył, że 
taka  kobieta  będzie  spędzała  czas  na  rautach  dobroczynnych  i  nigdy  nie 
zainteresuje się jego spółką! 

–  Dziękuję  wszystkim  obecnym  za  przyjście  –  zagaił  Victor.  –  A  zwłaszcza 

tobie,  Carter.  Obawialiśmy  się,  że  stan  zdrowia  ci  na  to  nie  pozwoli.  Niestety, 
pewne sprawy nie mogą czekać. 

– Och, dziękuję za troskę, ale już czuję się świetnie. 
– W takim razie przejdźmy do interesów – powiedział Karrenbrock, sięgając po 

papiery, które wręczyła mu Dee Ann. Przejrzał je szybko, a potem skinął głową i 
podał sekretarce, by puściła je w obieg wokół stołu. 

Odczekał  chwilę  i  kontynuował:  –  Mają  państwo  przed  sobą  dane 

potwierdzające  moje  prawo  do  żądania  kontroli  nad  Belden  Industries.  Moje 
osobiste udziały wynoszą dwadzieścia procent. Pozostałe trzydzieści jeden procent 
należy do Dostatniej Przyszłości – korporacji, na której czele stoi moja córka, Dee 
Ann.  Wnioskujemy  zatem  o  wybór  nowego  przewodniczącego  rady  –  zakończył 
efektownie Karrenbrock, siadając i splatając dłonie. 

Nikki  szybko  przejrzała  doręczoną  jej  teczkę,  ale  nie  znalazła  tam  niczego,  o 

czym by nie wiedziała. 

background image

–  Carter  Belden  ma  ponad  trzydzieści  osiem  procent,  co  nadal  czyni  go 

największym udziałowcem – stwierdziła. – W takiej sytuacji nie widzę powodu do 
wyborów. 

– Jestem przygotowany na transfer na rzecz córki, co pozwoli jej skupić w ręku 

większość  akcji.  –  Victor  podniósł  głos.  –  Niniejszym  ogłaszam  nominację  Dee 
Ann Karrenbrock na prezesa Belden Industries. 

Wokół stołu rozległ się szmer. Pierwszy otrząsnął się Julian. 
–  Zanim  zagłosujemy  na  temat  kandydatury  tej  pięknej  damy  –  powiedział 

uwodzicielsko – czy moglibyśmy poznać jej kwalifikacje? W końcu to nie kto inny 
jak  Carter  Belden  stworzył  tę  spółkę  i  doprowadził  ją  do  świetności,  a  zatem 
powinien mieć godnego następcę... 

przepraszam, następczynię. 
Dee Ann ze zrozumieniem skinęła głową. 
–  Ależ  naturalnie.  Ukończyłam  Wydział  Zarządzania  na  Uniwersytecie 

Teksańskim. 

Dyplom z zarządzania? Nikki była oszołomiona. Tymczasem Dee Ann zaczęła 

monotonnie  recytować  listę  swoich  osiągnięć  i  referencji,  uzyskanych  w  ciągu 
ośmiu lat, gdy przechodziła na coraz bardziej odpowiedzialne stanowiska w firmie 
Karrenbrocka seniora. Wszyscy byli oszołomieni, nawet Julian, nie mówiąc już o 
Saundersie i Carterze. 

– Trzy lata temu wycofałam się z interesów, by poświęcić się innym celom  – 

zakończyła. 

–  Dee  Ann  –  przerwał  ciszę  Carter  –  dlaczego  mi  o  tym  wszystkim  nie 

powiedziałaś? 

– A czy pytałeś? – Spojrzenie niebieskich oczu było jasne, a zarazem lodowato 

zimne. 

– Dziecko, załatw to wreszcie, bo parkiet czeka – zniecierpliwił się Victor. 
– Nie sądzę, by ktoś wątpił w wynik głosowania – odezwał się Carter, obracając 

niedbale w palcach złote pióro. – Zresztą nie jestem zainteresowany zarządzaniem 
Belden Industries w czyimś imieniu. 

–  Mam  jednak  nadzieję,  że  zmienisz  zdanie,  i  będę  mogła  na  ciebie  liczyć  – 

powiedziała  słodko  Dee  Ann.  –  I  na  was  wszystkich.  –  Omiotła  spojrzeniem 
zebranych. 

  –  Mam  doradcę  prawnego  –  skinęła  głową  w  kierunku  Saundersa  –  a  nasz 

nowy  nabytek,  Robert  Smith,  przejmie  twoje  obowiązki  –  oznajmiła,  skinąwszy 
głową w stronę Nikki. 

background image

Nikki zacisnęła szczęki. Na szczęście zdążyła już oswoić się z własną niechęcią 

do Dee Ann. 

– Julian – stalowe spojrzenie złagodniało – bardzo by mi zależało, żebyś został. 
Julian pokręcił głową i zerknął na swego szefa. 
– Jestem już partnerem Cartera w nowym interesie – odparł. 
Spojrzenie Dee Ann natychmiast pobiegło w kierunku Nikki. Z przyjemnością 

podjęła wyzwanie. 

–  Nabyłam  niedawno  tereny  w  Rocky  Falls  i  mam  zamiar  tam  inwestować  – 

poinformowała. 

–  Trochę  daleko  od  twojej  strefy  wpływów,  co,  Carter?  –  zauważył  złośliwie 

Victor. 

–  Jestem  otwarty  na  nowe  wyzwania  –  odparł  pogodnie  Carter.  –  Sądzę,  że 

inwestowanie  w  małych  miasteczkach  i  pobudzanie  lokalnych  społeczności  ma 
dużą przyszłość. 

Victor i jego córka wymienili spojrzenia. 
– Gdzie są te twoje tereny? 
–  Chyba  przy  Main  Street,  prawda,  Nikki?  Przytaknęła  i  wyciągnęła 

odpowiednie dokumenty. 

–  Interesowały  mnie  tylko  tereny,  ale  okazało  się,  że  już  parę  osób  prowadzi 

tam małe interesy – rzuciła. – Oczywiście trzeba będzie się ich pozbyć. 

– Jakie interesy? – Ironiczny uśmiech Karrenbrocka nagle zgasł. 
Nikki z roztargnieniem zerknęła w papiery. Było zrozumiałe, że nie zapamiętała 

tak mało istotnych szczegółów. 

–  Zaraz,  zaraz  –  mruczała.  –  O,  mam.  Drogeria,  pralnia  i  kafejka  z  taką 

śmieszną nazwą, KK Koffee Shoppe. 

– Niech cię szlag, Belden! – Victor rąbnął pięścią w stół. 
– Mają lokal babci? – Dee Ann drgnęła, jakby ją coś ukąsiło. Już nie wyglądała 

na pewną siebie, żelazną damę. – Jakim cudem? Kiedy to przejęli? 

Ojciec  z  córką  nachylili  się  ku  sobie  i  zaczęli  szeptać.  Mężczyzna  siedzący 

obok Juliana odchrząknął i powiedział niecierpliwie: 

– Jestem gotów do głosowania. Zaraz musimy wyjechać z żoną z miasta i... 
– Głosowanie musi poczekać – warknął do niego Karrenbrock, ale opanował się 

i mówił dalej, uważniej dobierając słowa: – Twoje mieszkanie, Belden, należy do 
majątku  spółki.  Tak  się składa,  że  Dee  Ann szuka  wygodnego  lokum,  więc  bądź 
łaskaw opuścić je do jutra, do piątej. 

– Nie ma sprawy, trzeba tylko zawiadomić pocztę – odparł zgodnie Carter. – I 

background image

będę  musiał  powiedzieć  lokatorowi,  który  aktualnie  tam  mieszka,  że  musi  się 
wyprowadzić wcześniej, niż było planowane. 

– Zawiadomię pocztę – zgodziła się usłużnie Dee Ann. 
–  Wielkie  dzięki!  –  rozpromienił  się  Carter.  –  Zapisz  mój  nowy  adres:  8 

Magnolia  Road,  Rocky  Falls,  Teksas.  Tylko  nie  pamiętam,  jaki  jest  kod...  ale  ty 
powinnaś wiedzieć. 

Ojciec i córka zamarli i jak na komendę popatrzyli na siebie. Otwierali usta i 

wybałuszali oczy, zupełnie jak ryby, które Nikki z Carterem łowili na „Pszczółce”. 

– Kłamiesz – wykrztusił wreszcie Victor. 
– Sprawdź, jeśli chcesz. 
– Potrzebuję kwadransa przerwy. 
– Ależ oczywiście. – Carter był uosobieniem uprzejmości. 
–  Wokół  stołu  natychmiast  wybuchł  gwar.  Julian  wstał  i  przytomnie  zaprosił 

wszystkich na lunch do sali obok. Victor Karrenbrock zgarnął papiery i wypadł jak 
burza.  Córka  ruszyła  za  nim,  jednak  bardziej  dostojnym  krokiem.  Dopiero  teraz 
Nikki odetchnęła głęboko. 

– Uff, jestem trochę za stary na takie stresy. – Saunders rozluźnił krawat. 
Nikki  z  Carterem  przeszli  do  barku.  Tam,  wśród  szmeru  głosów,  mogli 

spokojnie porozmawiać. 

– I co o tym wszystkim myślisz? 
– Stary dzwoni pewnie teraz do mamusi. 
– Nie wyeksmitowałbyś jej przecież z domu, prawda? 
– Po pierwsze, to jest nasz dom, a po drugie, grubo za niego przepłaciłem. Poza 

tym ma syna, który o nią dba – powiedział, uśmiechając się ironicznie. 

Nikki westchnęła. 
– Mam nadzieję, że to wszystko zagra i że nie pójdę siedzieć za długi. 
Jeśli  nie  zagra,  będzie  musiała  się  zapożyczyć,  żeby  zapłacić  postojowe  za 

„Pszczółkę” i czynsz za mieszkanie. Albo po prostu przeprowadzi się na łódkę. 

– Odpręż się, wszystko będzie dobrze – powiedział ciepło Carter, sięgając przez 

stół i ściskając jej dłonie. 

Nie minęło wiele czasu, a pojawił się Victor Karrenbrock. 
– Chcę pomówić z tobą na osobności – zwrócił się do Cartera. 
Julian zaprowadził gości na lunch, za to pojawił się rozpromieniony Saunders, a 

za nim Dee Ann, również w dobrym humorze. 

– Saunders, dobrze, że jesteś – ucieszył się Carter. 
  – Victor, mogę z tobą porozmawiać osobiście, ale to nie znaczy, że sam, tylko 

background image

z  moim  doradcą  prawnym  albo  panią  Morrison  jako  właścicielką  spornej 
nieruchomości. 

Nikki wypięła pierś, próbując wyglądać jak poważna posiadaczka. 
– Jesteś pierwszą żona Cartera, czy tak? – zagadnęła ją Dee Ann. 
– Zgadza się. 
–  W  takim  razie  gratuluję.  Ciekawa  jestem,  jak  udało  ci  się  go  zaciągnąć  do 

ołtarza. 

– Po prostu nie było ołtarza. Zaprowadziłam go na plażę i tam wzięliśmy ślub. 
– A, teraz rozumiem, gdzie tkwił mój błąd. 
–  Dee  Ann,  nie  poniżaj  się  –  skarcił  ją  ojciec.  –  Chyba  cię  nie  doceniłem, 

Belden. Jesteś jeszcze bardziej bezwzględny niż ja. Chcesz pozbawić starą kobietę 
dorobku  jej  życia.  Katrina  Karrenbrock  prowadziła  swoją  kafejkę  przez 
pięćdziesiąt lat. KK Koffee Shoppe to wręcz symbol Rocky Falls. 

– Ale ten symbol od lat nie przynosi dochodu. 
– I co z tego!  – Victor ledwo trzymał nerwy na wodzy.  – Ona tym  żyje, tam 

czuje się potrzebna, może sobie pogadać z przyjaciółmi. A ty jej chcesz to zabrać! 

Carter sprawiał wrażenie, jakby starannie rozważał jego słowa. 
– Czyżbyś miał zamiar złożyć ofertę? 
– Podaj cenę. 
–  Nie.  –  Głos  Dee  Ann  zadźwięczał  twardo.  –  Babcia  robi  się  coraz  bardziej 

niedołężna i za parę lat nie będzie – już w stanie prowadzić tej kafejki. Lepiej niech 
się jej w porę pozbędzie. 

– Przecież nie chodzi tylko o mamę. – Victor odwrócił się do niej gwałtownie. – 

Nie  słyszałaś?  On  ma  też  pralnię  Louise  i  drogerię.  A  przecież  niedawno  zaczął 
tam pracować chłopak Tony’ego. Wszystko przepadnie. 

– Babcia sprzedała mu to z własnej nieprzymuszonej woli. 
– Oszukali ją. 
Dee Ann fuknęła wściekle i podsunęła mu dokument pod nos. 
– Za taką cenę? Byłaby kompletną sklerozą, gdyby nie sprzedała. 
– Jak śmiesz mówić tak o babci! 
– Tato – Dee Ann pochyliła się ku niemu – pomyśl o naszym celu. 
– Nie ma sensu – wzruszył ramionami. – Nie udało ci się wyjść za tego faceta, 

więc musimy sobie poszukać innej firmy. No więc, jaka jest twoja cena?  – znów 
zwrócił się do Cartera. 

–  Jestem  gotów  zbyć  własność  w  Rocky  Falls  za  ekwiwalentną  sumę  akcji 

Belden. Oczywiście po aktualnym kursie. 

background image

– Proszę. – Saunders błyskawicznie podsunął Victorowi stosowny dokument do 

podpisu.  Karrenbrock  nie  patrząc,  pchnął  papiery  w  stronę  córki,  ale  Dee  Ann 
potrząsnęła głową. 

–  Nie  jestem  zainteresowana  inwestowaniem  w  Rocky  Falls  –  powiedziała 

spokojnie, patrząc na ojca. 

Szybko odwrócił wzrok. 
– Porozmawiajmy o liczbach, drodzy państwo – zaproponował Carter. 
Niestety, liczby nie okazały się łaskawe dla Victora Karrenbrocka. Notowania 

spadły do poziomu, przy jakim zaczynał zagrywkę z przejęciem Belden Industries. 
Dwadzieścia  procent  jego  własnych  udziałów  nie  wystarczyło.  Potrzebne  były 
zasoby Dee Ann. 

– Dee Ann, kochanie, tu chodzi o twoją babcię – powiedział prosząco. 
–  Babcia  ma  teraz  wystarczająco  dużo  pieniędzy,  by  spokojnie  spędzić  resztę 

życia bez pracy. 

– Ale jaki sens będzie miało życie bez przyjaciół i domu? 
– Sama wybrała. 
– Córeczko... 
– Chcesz koniecznie, żebym zapłaciła za jej omyłkę? 
–  Zgódź  się,  a  wynagrodzę  ci  to  –  błagał  z  nadzieją.  Dee  Ann  bezlitośnie 

pokręciła głową. 

– Nie sądzę, by to było możliwe. 
 

background image

Rozdział 12 

 
–  Chyba  już  zapomniałeś,  jak  Carter  mnie  upokorzył!  Zostawił  mnie  przed 

ołtarzem,  wobec  wszystkich  przyjaciół  i  znajomych.  Co  za  obraza  rodziny!  – 
wykrzykiwała Dee Ann do ojca, już nie hamując złości. 

– Próbowałaś podstępnie przejąć moją spółkę! – zaprotestował Carter. 
– Wcale nie musiałabym tego robić, gdybyś nią lepiej zarządzał! – odparowała. 
Cios był świetnie wymierzony. Nikki aż za dobrze wiedziała, jak bardzo Carter 

obwinia siebie za wszystkie niepowodzenia. 

–  Uważam  –  powiedział,  starannie  dobierając  słowa  –  że  w  całej  tej  aferze 

wykazałem jednak więcej szacunku dla twoich uczuć niż ty dla mnie. 

– Taak? Ty nie musiałeś przyjmować nie kończących się wyrazów ubolewania i 

kondolencji. I nie musiałeś pocieszać rozpaczającej mamusi. 

– Nagła choroba pana młodego to ogromny kłopot, ale nie skandal – zauważył. 
– Nie byłeś chory. 
– Był, naprawdę – przyszła mu w sukurs Nikki. Dee Ann obrzuciła ją chłodnym 

spojrzeniem. 

– Przecież doskonale wiem, że to nie mógł być wyrostek! 
Nikki wolała nie myśleć, skąd ta pewność. 
– Był podenerwowany i przedawkowaliśmy środek na uspokojenie. 
– Dee Ann, przecież już raz przeprosiłem. – W głosie Cartera irytacja mieszała 

się ze współczuciem. – Przepraszam jeszcze raz, ale więcej nie będę. 

– Córeczko – przemówił pojednawczo Victor – szkoda czasu, ten oszust nie jest 

ciebie wart. 

Jednak oczy jego córki płonęły podejrzanym ogniem. 
– On nie oszukał babci. Po prostu zaoferował jej sumę dwa razy wyższą, niż był 

wart ten interes – i dobrze o tym wiesz. 

– Nie zdawała sobie sprawy, że ma zamiar zrównać z ziemią jej dorobek. 
– Jeśli tak kochała tę knajpę, nie powinna jej w ogóle sprzedawać. 
Słabością Victora Karrenbrocka okazała się, o dziwo, zbytnia uczuciowość. W 

najmniejszym  jednak  stopniu  nie  przejęła  jej  córka.  I  oto  ten  twardy  człowiek, 
który potrafił bezwzględnie usuwać ze swej drogi konkurencję, dosłownie miękł w 
oczach, kiedy chodziło o jego rodzinę. 

– Dam ci wszystko, czego chcesz – wyszeptał błagalnie. 
– Wszystko? – zapytała ostro jego córka. 

background image

– Tak jak powiedziałem – potwierdził ledwie słyszalnym głosem. 
– Ku zaskoczeniu Nikki Dee Ann łaskawie skinęła głową. 
– W porządku. Ile udziałów potrzebujesz? – zwróciła się do Nikki. 
To  będzie  sporo  kosztować  starego,  pomyślała  Nikki,  dokonując  szybkiej 

kalkulacji. Do sali zajrzał Julian, pytając, co dalej. 

–  Chyba  nie  będzie  niespodzianką,  jeśli  powiem,  że  wycofuję  swoją 

kandydaturę – stwierdziła Dee Ann. 

– W takim razie poinformuję wszystkich, że zebranie się skończyło. 
Po kilku minutach Saunders miał już gotowe papiery. 
– Chwileczkę – Dee Ann przestudiowała je uważnie  – jako nabywca wpisany 

jest Carter Belden, a jako właściciel – Nikki Morrison. 

–  Po  prostu  chciałem  ominąć  niepotrzebne  formalności  prawne  –  wyjaśnił 

Saunders, chichocząc nerwowo. – Wszystko jest w porządku, zapewniam. 

– Ona była tylko figurantką, tak? Saunders przytaknął. 
– Teraz odsprzeda swoje udziały Carterowi. 
Nikki nie była zachwycona rolą pionka w tej grze. Uważne spojrzenie Dee Ann 

wytrąciło ją z równowagi. 

–  Ile  akcji  Belden  posiadasz?  –  zapytała  córka  Victora,  oglądając  starannie 

umalowane paznokcie. 

– Sześć procent – odparła szczerze Nikki, wiedząc, że tamta i tak musiała mieć 

dostęp do informacji. 

– Mogłaś negocjować więcej. 
– Mogłam, ale część sprzedałam, żeby nabyć jacht. 
– To musiał być nie byle jaki jacht. 
– Owszem – potwierdziła Nikki, z uśmiechem zerkając na Cartera. 
– Dobrze. – Dee Ann pogładziła podbródek. – Sześć procent, plus dwadzieścia 

od  mojego  ojca,  plus...  –  jej  palce  sprawnie  wciskały  klawisze  kalkulatora  –  ... 
moje  dwanaście  –  dodała,  mierząc  spojrzeniem  Karrenbrocka  –  i  będziesz  miała 
trzydzieści osiem procent akcji Belden. Pięknie ci się zwróciła inwestycja. Ładny 
kawałek udziałów, nie sądzisz, Carter? – zapytała z uśmiechem. 

– Owszem – potwierdził nieufnie. 
Był  w  tym  jakiś  ukryty  przekaz,  ale  Nikki  na  razie  nie  potrafiła  go 

rozszyfrować. 

– A ty masz około trzydziestu ośmiu procent, tak? – upewniła się Dee Ann. 
– Coś koło tego. 
–  W  takim  razie,  Nikki,  dorzucę  ci  jeszcze  kilka  udziałów  –  powiedziała  z 

background image

uśmiechem córka Karrenbrocka. 

– To nie jest konieczne. – Saunders niespokojnie zakręcił się w miejscu. 
– Co ty wyprawiasz? – W Victorze odezwał się znów biznesmen. 
–  Spokojnie,  tato.  – Dee  Ann złożyła  na dokumentach  zamaszysty  podpis, po 

czym podsunęła je Nikki. 

Podpisała  równie  szybko.  Uczucie  ulgi  było  tak  nagłe,  że  w  jednej  chwili 

spociły się jej dłonie. 

–  No,  Carter,  teraz  twoja  była  żona  ma  pakiet  kontrolny  –  zauważyła  z 

satysfakcją  Dee  Ann.  –  Nikki,  mam  nadzieję,  że  dokonasz  właściwego  wyboru  i 
dobrze wykorzystasz taką okazję. 

–  Och,  nie  omieszkam.  –  Nie  było  sensu  uświadamiać  Dee  Ann,  że  nadal  są 

małżeństwem.  Może  teraz  wreszcie  ta  straszna  baba  da  im  spokój.  Zaszurały 
krzesła. Wszyscy wstali. 

– Dee Ann, powiedz mi jeszcze, dlaczego tak ważne było dla ciebie przejęcie 

mojej firmy? – nie wytrzymał Carter. 

– Ponieważ chciałam mieć dzieci i czas potrzebny do ich wychowania. Kiedy 

kobieta  ma  małe  dzieci  i  ograniczone  pole  manewru,  szybko  przestaje  być 
niezależna.  Widziałam,  jak  rozsypywały  się  małżeństwa  moich  przyjaciół  i  jak 
potem  walczyli,  żeby  przejąć  dzieci.  Gdybym  razem  z  ojcem  kontrolowała twoją 
spółkę, nigdy byś mnie nie opuścił. A dzieci dziedziczyłyby udziały. 

To  było  wprost  przeraźliwie  logiczne.  Nikki  wzdrygnęła  się,  bo  aż  za  dobrze 

rozumiała tę wyrachowaną kobietę. 

Carter skinął głową, ale wątpiła, czy on rozumiał. 
– Mam nadzieję, że znajdziesz swoje szczęście – powiedział, wyciągając rękę 

do niedoszłej małżonki. 

– Będę się starała. – Dee Ann oddała uścisk. 
Kiedy tylko drzwi zamknęły się za Karrenbrockami, Carter wyskoczył zza stołu 

i porwał Nikki w ramiona. 

– Udało się! 
Cieszyli  się  jak  dzieci  i  dopiero  po  dłuższej  chwili  zauważyli,  że  Saunders 

milczy. 

–  Hej,  Saunders,  musimy  to  uczcić!  –  Carter  z  rozmachem  poklepał  go  po 

plecach. 

Saunders uśmiechnął się krzywo. 
–  Macie  podwójną  okazję  –  powiedział,  machając  im  przed  oczami  grubą 

kopertą. – Wczoraj nadeszły wasze papiery rozwodowe. 

background image

Rozwód... 
Nikki  zacisnęła  dłonie  na  oparciu  najbliższego  krzesła.  W  czasie  ostatnich, 

szalonych  dni  zapomniała  o  tym  kompletnie.  Carter  stał,  odwrócony  do  niej 
plecami. Dałaby wszystko, żeby wiedzieć, co myśli. Patrzyła, jak powoli sięga po 
kopertę i rozerwawszy ją, wyciąga plik dokumentów. 

Tymczasem  oczekiwała,  że  dramatycznym  ruchem  wyrwie  kopertę  z  rąk 

zaskoczonego  prawnika  i  nie  otwierając,  podrze  ją  na  kawałki.  A  potem,  jak  w 
klasycznej scenie melodramatu, pochwyci ją, Nikki, w ramiona i pocałuje, unosząc 
w szalonym tańcu pośród fruwających jak płatki śniegu papierów. 

– Dla ciebie też mam komplet, Nikki. – Saunders wręczył jej bliźniaczy zestaw. 

Równie powoli jak Carter sięgnęła po kopertę i rozerwała pieczęć. 

– Te dokumenty noszą środową datę – odezwał się wreszcie Carter. 
– Nadeszły wczoraj rano. 
– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – warknął Belden. 
– Bo dopiero teraz wyciągnąłem je od sekretarki. Ciesz się, że nie zdążyła ich 

otworzyć. 

– Jasne. – Carter w zamyśleniu przeciągnął ręką po włosach. – Może w takim 

razie dokończymy tamtą sprawę. 

Tylko  tyle?  Ani  słowa  na  temat  rozwodu?  Dziwne.  Wydawał  o  wiele  mniej 

zaskoczony nadejściem papierów niż ona. Może to oznacza, że... 

– Proszę, Nikki. – Saunders podsunął jej pióro. 
Przysięgłaby,  że  obaj  mężczyźni  wstrzymali  oddechy,  gdy  pochylała  się  nad 

dokumentami  transferu.  Czyżby  myśleli,  że  nie  będzie  chciała  podpisać?  Zaczęła 
uważnie  przeglądać  kartkę  po  kartce.  Nigdy,  absolutnie  nigdy  nie  podpisywała 
niczego w ciemno. 

– To tylko prosty transfer  – powiedział Saunders z pozorną niedbałością, pod 

którą kryło się napięcie. 

Coraz  mniej  jej  się  to  podobało.  Liczba  udziałów,  które  miałyby  podlegać 

przekazaniu, była zastanawiająco wysoka. 

–  Czekajcie,  przecież  to  oznacza  przekazanie  Carterowi...  wszystkich  moich 

akcji. 

– Przecież taki był układ, nie? 
Powiedział to trochę za szybko. Co tu było grane? 
– Ale miałam sześć procent, zanim zaczęła się cała ta sprawa. One nie powinny 

podlegać umowie. 

Saunders głośno odetchnął. 

background image

–  Ops,  musiałem  się  pomylić.  –  Z  przepraszającym  uśmiechem  wyjął  Nikki 

papiery  z  rąk  i  naniósł  poprawkę.  –  Tak  to  jest,  kiedy  człowiek  się  spieszy  – 
bąknął. 

Nikki popatrzyła to na jednego, to na drugiego, a potem odłożyła pióro. 
–  Dlaczego  włączyłeś  całe  trzydzieści  dwa  procent,  Saunders?  Zgodnie  z 

komunalnym  prawem  własności  Carter  i  tak  jest  już  właścicielem  połowy 
nieruchomości. 

Saunders odchrząknął. 
– Ehm... w momencie transakcji komunalne prawo własności, że tak powiem... 

nie miało zastosowania. 

–  Nie  rozumiem?  –  Nikki  spojrzała  na  Cartera,  ale  zbladł  tylko  i  nic  nie 

odpowiedział.  Nie  patrzył  jej  w  oczy.  Wreszcie  zaczęła  rozumieć  i  ogarnęło  ją 
obrzydzenie. 

–  Formalnie  rozwód  był  potwierdzony,  zanim  jeszcze  zakupiła  Rocky  Falls. 

Dee  Ann  rzeczywiście  scedowała  kontrolny  pakiet  akcji  na  byłą  żonę  Cartera 
Beldena.  A  teraz  Carter  bał  się,  że  nie  odzyska  swojej  spółki.  Tylko  tyle  znaczył 
dla niego ich rozwód! Nikki była tak wściekła, że czerwona mgiełka przesłoniła jej 
wzrok. 

Cholerne  Belden  Industries  było  dla  niego  wszystkim.  Było  i  będzie,  a  ona, 

naiwna,  powinna  o  tym  wiedzieć.  Ale  dobrze,  niech  sobie  ma  tę  głupią  firmę. 
Sięgnęła  po  pióro  i  mrugając,  by  powstrzymać  łzy,  zamaszyście  zaczęła 
podpisywać. Jednak po „N” zatrzymała się nagle. 

Tak naprawdę Carter niczego przed nią nie ukrywał, najwyżej trocheja zwodził. 

Przecież oboje wiedzieli, że Nikki nie wyłamie się z umowy. Nagle zabrzmiały jej 
w  myśli  słowa  Dee  Ann:  „Mam  nadzieję,  że  dobrze  wykorzystasz  taką  okazję”. 
Potem  pomyślała  o  sześciu  procentach,  które  Saunders  „niechcący”  zapomniał 
wyłączyć z umowy. Zazwyczaj nie robił takich błędów. 

Już się zdecydowała. Spokojnie zamknęła pióro, a potem zebrała papiery i na 

oczach osłupiałych mężczyzn rozdarła je na pół. 

– Co robisz? – wrzasnął Saunders. 
– Nikki! – Carter przyskoczył do niej, ale było za późno. 
– Jesteście obrzydliwi! – prychnęła. – Podli! 
– Nikki, bądźże rozsądna – prosił Carter. 
– Jestem rozsądna – warknęła. – Jestem rozsądną kobietą, która nie podpisze na 

siebie wyroku. Pomyśl tylko, gdybym weszła w spółkę z Dee Ann, mogłybyśmy z 
łatwością kontrolować połowę akcji. Ona miała dobry pomysł. A ja okazałam się 

background image

nieprawdopodobnie głupia! 

– Nikki, co mam zrobić, żebyśmy doszli do porozumienia? – poprosił błagalnie 

Carter. 

– Daj mi spokój! – Chwyciła ze stołu torebkę i ruszyła do drzwi. W progu omal 

nie zderzyła się z Julianem. 

– Szampana? – zaproponował radośnie, nieświadom powagi sytuacji. 
– A tak, dziękuję. – Bezceremonialnie porwała butelkę z tacy i zabrała ze sobą. 
 
Wybór. Jestem kobietą, która ma szansę wyboru... 
Nikki powtarzała to sobie, siedząc na pokładzie i popijając szampana wprost z 

butelki.  Julian  byłby  przerażony,  gdyby  ją  tak  zobaczył.  Ale  nie  dbała  o  to.  Nie 
dbała ani o jednego, ani o drugiego. O nic. 

Chwyciła  się  relingu  i  przyłożywszy  ciężką  butelkę  do  ust,  odchyliła  głowę. 

Pociągnęła łyk i zaśmiała się gardłowo. 

Morrison Industries, cha, cha! 
Naturalnie  Carter  i  ten  podstępny  Saunders  z  mety  dostaną  wymówienia. 

Zdrajca Bob już odszedł. Zostanie tylko Julian. 

Hmm,  Julian.  Znów  pociągnęła  łyk  i  usiłowała  sobie  wyobrazić  jego  twarz. 

Miła, przystojna twarz. Może powinna mieć z nim mały romans. Taki przyjemny, 
niekłopotliwy romansik. 

Ale faceci lubią trzymać się razem. Cholerna męska solidarność! Julian pewnie 

poszedłby za Carterem. I co? Powinna może zadzwonić do Dee Ann. Tak, Dee Ann 
jest w porządku. Polubiła tę babę. Razem mogłyby pozbyć się z firmy wszystkich 
chłopów. Dopiero wtedy by się rozkręciła! 

Popołudniowe  słońce  paliło,  a  szampan  robił  się  ciepły.  Nikki  popatrzyła  na 

łódź. Kocha tę łajbę, choć zawsze będzie przypominała jej Cartera. Trzymała ją i 
pucowała  przez  trzy  lata  w  nadziei,  że  znów  popłynie  w  morze  z  Carterem.  I  co 
teraz  ze  starą  „Pszczółką”?  Sprzedać  ją?  Ale  co  będzie  robić  w  weekendy?  W 
takim razie trzeba ją przechrzcie, i to już! Niech wpłynie nią w nowe życie z nową 
nazwą! Nikki chwyciła butelkę, założyła buty i zeszła z pokładu na nabrzeże. 

Przed dziobem przystanęła w dostojnej pozie i uniosła butelkę. 
–  Płyń  po  morzach  i  oceanach.  Chrzczę  cię  „Wybór”  –  powiedziała  z 

namaszczeniem, ciskając szampanem o burtę. Lecz butelka, zamiast się rozprysnąć, 
odbiła  się  od  burty  i  uderzyła  ją  w  ramię,  oblewając  resztką  zawartości.  Musiała 
być z twardego plastyku. 

– Nie mogę patrzeć, jak marnuje się dobry szampan – odezwał się męski głos 

background image

zza jej pleców. 

Wiedziała,  że  wcześniej  czy  później  Carter  będzie  jej  tu  szukał.  Miała  tylko 

nadzieję, że później. 

Zignorowała go i wylała ostatnie krople na dziób. 
– No – stwierdziła z satysfakcją. – Teraz łódka oficjalnie nazywa się „Wybór”. 
– Skąd ten pomysł? – zdziwił się. 
–  To  już  moja  sprawa.  –  Nikki  postawiła  stopę  na  pokładzie.  –  Mam  zamiar 

również ją przemalować. Marzy mi się pastelowy, kwiatowy szlaczek. Może nawet 
róż. I w ogóle pogodne kobiece akcenty, wiesz. 

– Chyba wiem. Może od razu przemalujesz ją całą na różowo? 
–  Zachowywał  się  wyjątkowo  bezczelnie  jak  na  kogoś  w  jego  położeniu. 

Odwróciła się do niego ze złością. 

–  Chyba  nie  muszę  ci  przypominać,  że  należy  mnie  zapytać  o  pozwolenie 

wejścia na pokład. 

–  Nikki,  przecież  wiesz,  że  musimy  porozmawiać  –  wycedził,  najwyraźniej 

tracąc cierpliwość. 

– Ja nic nie muszę, mój drogi.  – Wycelowała mu palec w pierś.  – Mów, jeśli 

chcesz, ale nie obiecuję ci, że będę słuchać. 

– Przecież nie jesteśmy sobie obojętni i... 
– Ha! Daleko ci było do tych sentymentów jeszcze godzinę temu, kiedy razem z 

Saundersem chcieliście mnie oszukać! – Opadła na fotelik i przymknęła oczy. 

– Nie oszukaliśmy cię. Przecież za twoją zgodą posłużyliśmy się tylko twoim 

nazwiskiem,  żeby  Karrenbrock  nie  odkrył,  kto  naprawdę  stoi  za  sprawą  Rocky 
Falls. 

– O, nie tylko. Posłużyliście się również moimi pieniędzmi. 
– Będę musiał ci je zwrócić. 
– Tego punktu zabrakło w dokumentach transferu – przypomniała zjadliwie. 
– Masz rację – westchnął – a powinien być. Chyba nie wątpisz, że ci je oddam? 
– Tak jak ty nie wątpiłeś, że podaruję ci swoje akcje? 
Nikki poczuła na rozpalonej skórze przesuwający się cień, kiedy Carter usiadł 

na krzesełku obok. 

– S faszerowałem sprawę jak ostatni idiota – przyznał po chwili niechętnie. 
– Aha. 
– W takim razie, czego konkretnie chcesz, Nikki? 
– Łzy napłynęły jej do oczu. Przymknęła powieki. 
– Szczerze mówiąc, teraz sama już nie wiem. Dawniej wiedziałam dokładnie. 

background image

– Ja też kiedyś wiedziałem. Czy posmarowałaś się czymś? 
– Nie. Chcę mieć piękną, złotą opaleniznę. 
– Przypalisz się. 
– A co cię to obchodzi? 
– Obchodzi, bo nie chcę, żebyś za trzydzieści lat wyglądała jak pomarszczona 

śliwka. 

– Wątpię, czy będziemy się jeszcze znali. 
– Chciałbym, żeby tak było. 
–  Och,  proszę,  nie  traktuj  mnie  tak.  –  Wyprostowała  się  i  spiorunowała  go 

wzrokiem. – Oboje wiemy, że się boisz, czy przepiszę te udziały na ciebie. 

– A uwierzyłabyś mi, gdybym powiedział, że nie dbam o udziały? 
– Nie. 
–  Wcale  ci  się  nie  dziwię,  że  nie  wierzysz,  ale  to  prawda.  Tydzień,  który 

spędziliśmy razem tu, na „Pszczółce”, nauczył mnie... 

– Stop. – Zrobiła stanowczy znak ręką. – Nic już nie przyjmuję do wiadomości. 

Daj  mi  tylko  te  papiery.  Podpiszę  ci  je.  Wiem,  że  przyniosłeś  ze  sobą  nowe 
egzemplarze. 

Carter pochwycił jej dłoń i przycisnął do ust. 
– Wyjdziesz za mnie? 
Wyrwała rękę gwałtownym gestem. 
– Dosyć, powiedziałam! Daj te papiery, a potem znikaj z pokładu i w ogóle z 

mojego życia. 

– Nie. Kocham cię, Nikki. 
– Kiedyś oddałabym wszystko, żeby usłyszeć te słowa – westchnęła gorzko. – 

Ten czas już minął. 

–  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  cię  kocham,  dopóki  nie  wybiegłaś  z  sali 

narad. 

– Zabierając ze sobą twoje akcje! 
– Tak! – Zerwał się z krzesła i zaczął chodzić po pokładzie wielkimi krokami. – 

Potem  myślałem  tylko  o  tym,  jak  cię  skrzywdziłem.  Zrobiłem  to  niechcący, 
rozumiesz? 

– Czyżby? – szydziła. 
–  Naprawdę!  –  Przystanął  naprzeciwko  niej  i  oparł  się  o  reling.  –  Byłem  tak 

zdenerwowany tym rozwodem, że zupełnie zapomniałem o akcjach. 

– Ja też – przyznała niechętnie. 
– Wiem, że nie chciałabyś tego usłyszeć, ale muszę przyznać, że właściwie cię 

background image

nie kochałem, kiedy byliśmy małżeństwem. 

Nikki na moment straciła oddech. 
– Tylko myślałem, że cię kocham; tak przynajmniej sobie wyobrażałem. Kiedy 

jednak raj małżeński przestał być wygodny, co zrobiłem? 

– Wysłałeś mnie do Meksyku. 
–  Właśnie.  Rzuciliśmy  się  w  małżeństwo  i  wyrwaliśmy  się  z  niego, nie  dając 

mu czasu, by dojrzało. 

Nikki musiała mu przyznać rację. Sama miała podobne przemyślenia. 
–  Nigdy  nie  potrafiłam  się  przestawić  z  Nikki  biurowej  w  Nikki  domową  – 

powiedziała w zamyśleniu. Nigdy nie rozmawialiśmy o przyszłości, nie robiliśmy 
planów, nie ustanawialiśmy sobie wspólnych celów. Nie znałeś mnie, bo bałam się 
przed  tobą  odsłonić.  Ożeniłeś  się  z  moją  oficjalną  wersją  i  taką  usiłowałam 
utrzymać za wszelką cenę. 

– A kiedy próbowałaś coś zmienić, nie byłem tym zainteresowany – dodał jak 

echo. – Wybacz, Nikki, nie miałem wówczas pojęcia, czym naprawdę powinno być 
małżeństwo. Co najwyżej próbowałem cię uchronić przed biurowymi plotkami. 

–  Uhm.  –  Nikki  skuliła  się  na  foteliku,  obejmując  rękami  kolana.  Była 

oszołomiona jego szczerością. 

–  W  tamtym  cudownym  tygodniu  pokazałaś  mi,  co  straciłem.  I  mówię  ci 

zupełnie  poważnie  –  teraz  jestem  gotów  pracować  nad  naszym  związkiem. 
Przyznaję, miałem nadzieję, że ułożę sobie życie z Dee Ann, ale popełniłem wobec 
niej te same błędy co wobec ciebie. Nie brałem pod uwagę miłości. 

– A teraz nagle zacząłeś brać. – Nikki nadal czuła się urażona. 
–  Właśnie  tak!  –  Szybko  przysunął  sobie  krzesło  i  znów  usiadł  przy  niej. 

Powiew bryzy rozwichrzył mu włosy. – Kiedy zobaczyłem te papiery rozwodowe, 
myślałem tylko o tobie – mówił gorączkowo. – Byłem przerażony. Teraz nie boję 
się tego przyznać. Nie wiedziałem, co ci powiedzieć. Nie wiedziałem, jakich słów 
ode mnie oczekujesz, a poza tym nie chciałem zaczynać rozmowy przy Saundersie. 
Dlatego próbowałem przepchnąć sprawę transferu, żebyśmy mogli jak najszybciej 
stamtąd wyjść. 

Skończył,  bo  zabrakło  mu  oddechu.  Wyglądał  tak  bezradnie  i  niepewnie,  że 

Nikki poczuła satysfakcję. Skoro się oświadcza, trzeba go trzymać w niepewności. 
To mu tylko dobrze zrobi. 

– Przejrzyj to. – Wyciągnął plik papierów, które trzymał złożone we czworo w 

kieszeni szortów. 

Nikki wzięła je i wygładziła na stoliku. Spodziewała się zobaczyć duplikat tych, 

background image

które wcześniej podarła. Tymczasem musiała dwa razy przeczytać wstępny akapit, 
nim dotarło do niej prawdziwe znaczenie słów. 

– To jest umowa przedślubna! 
Carter z powagą skinął głową. 
–  Pozwala  ci  zatrzymać  twoje  udziały  w  Belden  Industries  jako  osobną 

własność. Zawsze będą twoje, Nikki. 

– Ale teraz dysponuję pakietem kontrolnym – przypomniała. 
– Wiem. I nie dbam o to. Chcę tylko ciebie, a nie potrafię w inny sposób tego 

udowodnić. 

Powoli zaczynała mu wierzyć. A może po prostu był szalony? 
– A co będzie, jeśli się pokłócimy i sprzedam wszystko Dee Ann? 
Carter wstał, górując nad nią. 
– W takim razie sprzedaj je od razu i będziemy mieli tę sprawę raz na zawsze z 

głowy  –  powiedział  lekkim  tonem.  –  Widzisz?  –  ciągnął  z  uśmiechem  –  Belden 
Industries już nie jest najważniejszą rzeczą w moim życiu. 

Teraz jesteś nią ty. 
Pochylił się i pocałował ją z hamowaną namiętnością, przypominając jej o tym, 

co zawsze było między nimi ważne. 

Nikki  przymknęła  oczy,  poddając  się  jego  wargom.  Potrzebowała  takiego 

przypomnienia. 

– Teraz wracam do biura. Będziesz miała czas, żeby jeszcze raz przemyśleć to 

wszystko. Nie tracę nadziei i nie zamierzam z ciebie zrezygnować. 

Oszołomiona, przytaknęła. Carter pocałował ją jeszcze raz i odszedł. Zapewne 

pomyślał, że i te papiery podrze. Tak, musiał blefować. 

W takim razie wytnie mu numer. Podpisze ten przedślubny układ tylko po to, 

żeby  zobaczyć,  jaką  zrobi  minę.  Wtedy  będzie  już  wiedziała  na  pewno,  jakie  są 
jego prawdziwe uczucia. 

– Carter, poczekaj! – Zerwała się i pobiegła za nim. – Nie mam pióra. 
– Podpiszesz? Wyjdziesz za mnie?  – Ogromna ulga i nadzieja rozjaśniły jego 

twarz. Nerwowo zaczął szukać po kieszeniach. – Czekaj, zaraz znajdę – mruczał. – 
O, jest! 

Ręka Nikki drżała, gdy brała od niego pióro. Nerwy? Z powodu Cartera? 
– Jesteś pewien, że chcesz się ze mną ożenić? – zapytała. 
– Niczego nie byłem tak pewien w swoim życiu  – odparł, patrząc jej w oczy. 

Wzrok miał jasny, otwarty. Tym razem niczego nie udawał. 

Nikki rozpostarła papiery na złożonej tratwie ratunkowej i szybko nagryzmoliła 

background image

swoje imię i nazwisko. 

Twarz  Cartera  dosłownie  promieniała  radością.  Tak  jak  sobie  to  wcześniej 

wymarzyła, porwał ją w ramiona i uniósł w górę, aż straciła oddech. 

– Obiecuję, że nie będziesz tego żałować, Nikki. 
– Carter, ty mnie naprawdę kochasz – wyszeptała w zadziwieniu. 
–  Tak,  naprawdę  cię  kocham  –  potwierdził,  okraszając  swoje  stwierdzenie 

pocałunkiem. – Mam tylko jedno pytanie. 

– Pytaj, o co tylko chcesz. – W tej chwili Nikki zrobiłaby dla niego wszystko. 
Carter przyciągnął ją do relingu. 
– Naprawdę chcesz zmienić jej nazwę? 
– A co, nie podoba ci się „Wybór”? 
–  Nie.  –  Carter  mocno  otoczył  jej  talię  ramieniem.  –  Ponieważ  nasza  stara 

„Pszczółka”  powiezie  nas  wkrótce  w  długą  podróż  poślubną. I  nie będzie  innego 
wyboru. 

 

background image

EPILOG   

 
Słodkie  tony  harfy  mieszały  się  szumem  fal.  Powietrze  przesycały  wonie 

kwiatów  i  morza.  Złote  promienie  gorącego  sierpniowego  słońca  Galveston 
przesiewały się jak mgiełka przez ścianki plażowego namiotu. W tle rozbrzmiewał 
szmer rozmów zaproszonych gości. 

Nagle odezwał się pager pana młodego. 
Carter  Belden,  stojący  przy  jednym  z  uginających  się  od  potraw  stołów, 

wyłączył brzęczyk i sięgnął po telefon komórkowy. 

– Moglibyście się pospieszyć – sarknął Saunders. – Mam już piach w butach. 
–  W  takim  razie  je  zdejmij  –  beztrosko  poradził  mu  Carter,  nie  przerywając 

wystukiwania  numeru.  –  Julian?  –  powiedział  do  mikrofonu.  –  Nikki  już  prawie 
gotowa. 

– Ja też – odparł Julian. 
–  I  co,  nie  będziesz  stał  za  mną,  na  dobrą  wróżbę?  –  zapytał  Carter,  choć 

wiedział, jaka będzie odpowiedź. 

–  Nie  ma  mowy  –  zachichotał  Julian.  –  Jak  długo  się  da,  będę  się  trzymał  z 

daleka od ołtarza. 

– Któregoś dnia zmienisz zdanie i mam nadzieję, że będę świadkiem tej chwili. 
– Najpierw ożeń się ty – rzucił Julian, zanim się wyłączył. 
Carter z uśmiechem popatrzył w stronę pawilonu plażowego, gdzie Nikki i jej 

siostra przebierały się, a potem wrócił do namiotu. Jeszcze jeden, spóźniony gość 
wślizgnął się do wnętrza. Zamarł, gdy zobaczył, kto nim jest. 

– Dee Ann! 
–  Witaj,  Carter  –  pozdrowiła  go  wylewnie.  Obcasy  pantofli  grzęzły  jej  w 

piachu.  Ze śmiechem  oparła  mu  się  na  ramieniu, by  je  zdjąć  i  ruszyć  dalej  boso. 
Carter  zerknął  ponad  jej  ramieniem  na  Saundersa.  Obaj  mężczyźni  wymienili 
spojrzenia. 

– No, już lepiej. – Dee Ann wyprostowała się i popatrzyła z rozbawieniem na 

ich miny. – Spokojnie, chłopcy, Nikki mnie tu zaprosiła. 

– Wiem o tym – burknął niechętnie Carter, choć nie była to prawda. 
–  Nie,  nie  wiedziałeś  –  zaprzeczyła  pogodnie.  –  Nikki  uważała,  że  ukręcimy 

głowę plotkom, jeśli pojawię się na twoim ślubie. 

– Albo wywołacie nowe. – Saunders był sceptyczny. 
– O, widzę, że jednak się zdecydowałaś – rozległ się z tyłu głos Juliana. 

background image

–  Czy  tylko  ja  nie  wiedziałem,  że  Dee  Ann  jest  zaproszona?  –  zapytał  z 

rozżaleniem Carter. 

– Ja też nie, naprawdę! – zapewnił Saunders z kwaśną miną. 
–  Spokojnie  –  zakomenderował  Julian,  podając  ramię  Dee  Ann.  –  Nikki 

pamiętała  o  twoim  uczuleniu  i  dopilnowała,  żeby  w  bukietach  nie  było  róż  – 
zaznaczył, prowadząc ją na drugą stronę namiotu. 

– Ach, te kobiety – westchnął Carter do Saundersa. 
Nie słysząc odpowiedzi, podążył za jego zachwyconym spojrzeniem. Zobaczył 

Nikki i jej siostrę, zbliżające się po białym, rozłożonym na piasku chodniku. 

Postanowili  odtworzyć  we  wszystkich  szczegółach  ich  pierwszą  ślubną 

ceremonię. Z tą tylko różnicą, że tym razem była obecna cała rodzina Nikki. 

Panna  młoda  była  ubrana  w  biały  sarong,  udrapowany  tak,  by  odsłaniał 

ramiona.  Oprócz  tego  zdobiły  ją  wyłącznie  kwiaty  wpięte  we  włosy,  zwisające  z 
szyi girlandą, i te najpiękniejsze, w wiązance, którą trzymała w ręku. Siostra miała 
podobny sarong, w odcieniu brzoskwini, przetykany złotą nicią. 

Carter  i  Julian  wystąpili  w  białych  tunikach  i  spodniach.  Tylko  Saunders  nie 

chciał  zrezygnować  z  garnituru  i  lakierków.  Carter  serdecznie  mu  współczuł  i 
podejrzewał, że zrzuci je, zanim dojdzie do grupowego zdjęcia. 

A potem zapomniał o butach swego prawnika i o całym świecie, bo Nikki szła 

ku niemu z promiennym uśmiechem. 

Serce uderzyło mu mocno, jak oceaniczna fala rozbijająca się o brzeg. 
– Dziękuję – wyszeptał, stając u jej boku i ujmując ją pod ramię z miną pełną 

szczęścia i zachwytu. 

– Za co dziękujesz? – zapytała miękko. – Za to, że nie uciekłam sprzed ołtarza? 
Carter ujął jej dłoń – na której palcu miała za chwilę zabłysnąć złota obrączka. 
–  Za  to,  że  dałaś  mi  drugą  szansę.  –  Musnął  ustami  jej  dłoń.  –  Tym  razem 

wszystko będzie dobrze. 

Stojący przed nimi pastor odchrząknął dyskretnie. 
– Jesteście gotowi? Czy możemy zaczynać ceremonię? 
– Tak – odpowiedzieli jednym głosem.