background image

Frid Ingulstad

KOCIA MAMA

Saga część 20.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kristiania, grudzień 1907 roku

Elise   zatrzymała   się   gwałtownie,   patrząc   na   Pedera   z   przerażeniem. 

Zrobiło   jej   się   słabo,   mroczki   zatańczyły   jej   przed   oczami   i   z   trudem 
wydobyła z siebie:

- Co się stało?
- Emanuel leży na podłodze i wygląda, jakby nie żył. Jęknęła, po czym 

chwyciła brata za rękę i pędem ruszyli w górę Maridalsveien.

- Upadł? - zapytała po drodze zdyszana.
- Nie wiem. Nakarmił Jensine, a potem pojechał na wózku do siebie - 

odparł   Peder,   któremu   też   brakowało   tchu.   -   Kristian   był   na   górze   z 
maluchami, a ja razem z Evertem sprzątaliśmy w kuchni. Zobaczyliśmy 
go, jak leży bez ruchu, gdy skierowaliśmy się na schody.

Poczuła, jak żelazna obręcz zaciska się jej na sercu. To kara! Emanuel 

wysłał   ją   do  Andersengärden,   by   przekazała   Torkildowi   wiadomość   o 
małej Jorund, a jej chodziło jedynie o to, by spotkać się z Johanem.

Najpierw  Torkild wygłosił jej kazanie,  a teraz jeszcze to ją spotyka! 

Wciąż dźwięczały jej w uszach słowa Torkilda: „Krew się we mnie burzy, 
gdy widzę, że nadużywasz zaufania Emanuela i go oszukujesz".

Zawstydziła się pod wpływem oskarżeń Torkilda, który nie zamierzał 

przyjąć do wiadomości, że „zginie, kto się sprzeniewierzy miłości".

Zaraz   jednak   wstyd   ustąpił   rozgniewaniu.   A   dlaczego   Torkild   nie 

przemówił   do   sumienia   Emanuelowi,   kiedy   ten   przeprowadził   się   do 
dworu Ringstad razem ze swoją kochanką? Czy tylko kobiety obwinia się 
o popełnione grzechy? Mężczyźni mogą robić, co im się żywnie podoba, 
nie   przejmując   się   słowami   z   Modlitwy   Pańskiej   „I   nie   wódź   nas   na 
pokuszenie"? Emanuel także podjął pewną decyzję, oświadczając się jej i 
ją poślubiając, nie tylko ona złożyła przysięgę małżeńską przed Bogiem w 
obecności pastora.

- Myślisz, że on nie żyje, Elise? - zapytał Peder łamiącym się głosem.
- Nie wiem. Może tylko stracił przytomność. Już mu się to wcześniej 

zdarzało,   pamiętasz?   Powinieneś   włożyć   kurtkę   i   czapkę   -   dodała 
zdyszana.   -   Kto   w   taki   mróz   chodzi   zbyt   lekko   ubrany,   naraża   swoje 
zdrowie.

- Nie miałem czasu. Pomyślałem tylko, że jeśli on umarł, musimy od 

razu coś zrobić. Wołałem Kristiana, ale chyba nie słyszał, bo zagłuszał 
mnie płacz Jensine.

- Zaraz będziemy w domu - wysapała Elise, z trudem łapiąc oddech. - 

background image

Wyślę   Kristiana   na   posterunek   policji.   To   znaczy...   do   sąsiadów,   żeby 
zadzwonili do szpitala.

- Myślisz, że on nie żyje, ale nie chcesz, żebym się rozpłakał.
- Nie martwmy się na zapas, Peder.
- Byłem na niego zły! - Głos mu się znów załamał. - Ale przecież wiem, 

że jest miły. - Ostatnie słowa zagłuszył szloch.

- Ja też się na niego złościłam, Peder.
- Dlatego poszłaś się spotkać z Johanem? Drgnęła.
- Poszłam powiedzieć Torkildowi o Jorund, a nie po to, by spotkać się z 

Johanem.

- Nie widziałaś się z nim?
- Nie. Spotkałam Torkilda przed czynszówką i powiedziałam, że panna 

Johannessen   postanowiła   zaopiekować   się   Jorund,   o   czym   sama 
zawiadomi sierociniec.

Zwolniła kroku, nie mogąc złapać oddechu.
- A dlaczego nie porozmawiałaś z Johanem? Przecież on za parę dni 

wyjeżdża, sam o tym mówił.

- Uznałam, że nie mogę zbyt długo przebywać poza domem. Jest późno. 

Powinieneś już od dawna być w łóżku.

Peder otworzył furtkę i przepuścił siostrę przodem, mówiąc:
- Uważam, że powinnaś z nim porozmawiać. Bo jeśli Emanuel nie żyje, 

dobrze byłoby zatroszczyć się o to, by mieć w domu innego mężczyznę.

- Cii, Peder, no coś ty! - Elise odwróciła się i rozejrzała niespokojnie w 

ciemnościach. - Przecież nie wiadomo, czy Emanuel nie żyje. Poza tym 
Johan musi wracać do Paryża. Nie wolno ci mówić takich rzeczy! - dodała 
surowo i pośpieszyła w stronę kuchennych drzwi.

Kristian z Evertem przybiegli do kuchni, gdy tylko ich usłyszeli.
-   Wydaje   mi   się,   że   oddycha,   ale   nie   jestem   pewien   -   oświadczył 

Kristian wyraźnie poruszony. Chwycił Elise za ramię i pociągnął za sobą. 
Evert i Peder podążyli za nimi.

Emanuel   leżał   obok   wózka.   Zapewne   próbował   sam   położyć   się   do 

łóżka, ale stracił równowagę i upadł. Był blady i nie dawał znaku życia. 
Elise   ostrożnie   przyłożyła   dłoń   do   tętnicy   szyjnej.   Dopiero   po   chwili 
wyczuła słaby puls.

- Żyje! - wyszeptała.
- Tak? - Peder uklęknął i przyłożył ucho do klatki piersiowej Emanuela. 

-   Masz   rację.  Wydawało   mi   się,   że   serce   przestało   mu   bić,   ale   potem 
zaczęło od nowa.

Kristian stał nieruchomo.

background image

- Mam biec po doktora? - zapytał.
- Tak, biegnij, Kristian! I powiedz, że to pilne. Kristian zniknął.
- Tylko włóż czapkę! - zawołał za nim Peder. - Bo ja sobie odmroziłem 

uszy.

- Cii - rozległ się przerażony głos Everta. - Nie hałasuj tak, bo znów mu 

się zatrzyma serce.

Peder spojrzał na niego obrażony.
- Nie sądzę, by miał umrzeć od tego, że troszczę się o mojego brata. 

Elise mówiła, że nie wolno narażać swojego zdrowia, wychodząc na mróz 
bez odpowiedniego ubrania. Elise podniosła się, oznajmiając:

- Myślę, że nie będziemy go przenosić. Lepiej niech leży tak, jak go 

znaleźliście. Nie wygląda na to, by się uderzył. Idźcie na górę, chłopcy, i 
kładźcie   się   spać.   Musicie   być   wyspani,   bo   jutro   czeka   was   praca   w 
sklepie przez cały dzień.

- Mamy iść spać? - Peder popatrzył na nią z niedowierzaniem. - Jak 

możesz   w   ogóle   myśleć,   że   zasnę,   gdy   Emanuel   leży   na   ziemi 
nieprzytomny i nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze kiedyś się odezwie? - 
Oczy chłopca napełniły się łzami. - Nie pamiętasz, że dostałem od niego 
diabolo? Zabrał nas też do Tivoli. A teraz, kiedy dał mi pracę u siebie w 
sklepie, nie będę musiał czyścić wychodków.

Elise poczuła dławienie w gardle.
-   Masz   rację,   Peder.   Jeśli   nie   chcecie   się   jeszcze   kłaść   spać,   to   nie 

musicie. Idź do kuchni i dorzuć do pieca drewna, a ja ugotuję ci polewkę. 
Przemarzłeś do szpiku kości.

Już chciała odejść, gdy zauważyła, że Emanuel poruszył się nieznacznie.
- Emanuelu! Słyszysz mnie? - Pośpiesznie pochyliła się nad nim.
Pomrugał,   ale   zaraz   powieki   opadły   mu   ciężko.   Wydał   z   siebie 

zduszony, cichy jęk i zauważyła, że usiłuje pokręcić głową.

- Emanuelu - próbowała ponownie nawiązać z nim kontakt. - Spadłeś z 

wózka i straciłeś przytomność. Zaraz przyjdzie doktor.

Znów   pomrugał,   obrócił   głowę   i   popatrzył   na   Elise   nieprzytomnym 

wzrokiem. Powtórzyła mu jeszcze raz to samo i odniosła wrażenie, że tym 
razem ją zrozumiał.

- Coś cię boli? Mam ci pomóc wstać?
Pokręcił głową powoli. Nie wiedziała, czy to znaczy, że nic go nie boli, 

czy też że nie chce, by mu pomagała wstać. Zresztą może lepiej, żeby go 
nie przenosić, póki nie przyjdzie doktor.

W drzwiach stanął Peder.
-   Już   się   porządnie   rozpaliło,   Elise   -   oznajmił.   -   Sami   ugotujemy   z 

background image

Evertem polewkę.

- Dobrze, Peder. Emanuel dochodzi do siebie, wolałabym go teraz nie 

zostawiać.

- Odzyskał przytomność? - Peder błyskawicznie podszedł bliżej. - Jak 

on wygląda? Rozumie, co do niego mówisz?

- Tak sądzę. Ale zapewne trochę potrwa, zanim głowa znów zacznie mu 

pracować normalnie.

Peder posłał jej zdziwione spojrzenie.
- Jak to, to głowa pracuje?
-  Tak.   Gdyby   nie   pracowała,   nie   mógłbyś   ani   czytać,   ani   pisać,   ani 

ugotować polewki.

-   To   głowa   Emanuela   chyba   się   na   chwilę   zdrzemnęła,   inaczej   nie 

upadłby na podłogę.

- Właśnie. Dlatego musimy go budzić powoli, żeby się nie przeraził, że 

mu się głowa zdrzemnęła, jak to powiedziałeś.

- Myślę, że on jednak nie umrze. W tej sytuacji nic nie szkodzi, że Johan 

jedzie do tego Paryża, prawda?

Elise posłała Emanuelowi przerażone spojrzenie. Oby tylko nie dotarło 

do niego, co powiedział Peder, pomyślała.

Doktor przybył zadziwiająco szybko.
- Witam, pani Ringstad. Co za przykra sprawa. Nieszczęścia jedno po 

drugim spadają na panią. Pewnie się pani znów przeraziła.

-   Nie   wiem,   czy   zasłabł  na   skutek   choroby,  czy   też   się   nadwerężył, 

przemieszczając się z wózka na łóżko o własnych siłach.

-   Powinna   pani   być   przy   nim,   ilekroć   siada   lub   schodzi   z   wózka. 

Chłopcy nie mają dość siły, by mu pomóc. - W głosie doktora usłyszała 
nutę krytyki.

Kristian żachnął się i spojrzał na Elise:
- Nic nie powiedział, że potrzebuje pomocy. Gdyby wspomniał o tym 

choć słowem, natychmiast zszedłbym na dół.

Elise popatrzyła na brata ciepło.
- Wiem o tym, Kristianie. Sądzę, że Emanuel zasłabł wskutek choroby, a 

nie dlatego, że upadł. Nie mogłeś temu zapobiec.

- A gdzie pani była, pani Ringstad? Czyżby wychodziła pani z domu w 

porze, gdy dzieci kładą się spać?

Zmusiła się, by nie dać się ponieść nerwom.
- Tak, wyszłam, bo Emanuel mnie prosił, bym się udała do Torkilda 

Abrahamsena i zawiadomiła go, iż pozwoliłam sekretarce majstra zabrać 
do domu małą sierotę. Dziewczynka uciekła z sierocińca i obawialiśmy 

background image

się, że szuka jej policja.

Doktor   prychnął,   najwyraźniej   usposobiony   tego   dnia   niezbyt 

przyjaźnie.

- Naprawdę sądzi pani, że policja traci czas na szukanie dziewczynki, 

która uciekła z sierocińca? Niech pani pozostawi innym rozwiązywanie 
cudzych   problemów,   pani   Ringstad.   Wydaje   mi   się,   że   ma   pani   dość 
własnych.

- Właśnie dlatego chciałam zawiadomić Armię Zbawienia.
Doktor nie odpowiedział. Ostatnio, gdy do niego poszła z wizytą, był 

taki miły, co go tak odmieniło? Może słyszał plotki? Może ktoś ją widział 
z Johanem?

Nigdzie   plotki   nie   rozchodzą   się   tak   szybko   jak   nad   rzeką   Aker, 

pomyślała, wzdychając ciężko.

Doktor   zbadał   dokładnie   Emanuela,   po   czym   poprosił   Elise,   by   mu 

pomogła położyć pacjenta na łóżku. Kristian też musiał się włączyć. Nie 
miała pojęcia, że Emanuel jest taki ciężki.

- Oprócz tego, że nabił sobie guza na głowie, nie zauważyłem żadnych 

innych obrażeń, których by się mógł nabawić przy upadku. Wydaje mi się, 
że ma pani rację, pani Ringstad. Mąż zapewne źle się poczuł i dlatego 
spadł z wózka, a nie odwrotnie. Od tej pory nie wolno go spuszczać z oczu 
ani na chwilę. Powinien mieć stałą opiekę.

Popatrzyła na niego przerażona.
- Przecież ja muszę chodzić do kantoru! Z czego będziemy żyć? Doktor 

wzruszył ramionami.

- W takim razie trzeba go umieścić w szpitalu. Co prawda lekarze nie 

mogą mu wiele pomóc, ale tam przynajmniej ktoś będzie nad nim czuwał. 
Należy się trzy korony, dziękuję.

Elise   pośpiesznie   skierowała   się   do   kuchni   i   zdjęła   z   półki   puszkę. 

Czyżby   tak   mało   w   niej   zostało?   Z   ciężkim   westchnieniem   wyjęła 
pieniądze i wróciwszy do salonu, zapłaciła doktorowi.

-   Proszę   mi   powiedzieć   -   odezwał   się   doktor   głosem   nieco 

przyjaźniejszym, gdy przytrzymała mu  płaszcz, by mógł się wygodniej 
ubrać. - Czy to prawda, że rodzice pana Ringstada są dobrze sytuowani?

Nie   odpowiedziała,   tymczasem   od   strony   łóżka   doleciał   stanowczy, 

pomimo wyczerpania, głos Emanuela:

- Poradzę sobie sam, dziękuję.
Doktor zerknął na niego, wkładając na głowę kapelusz, i zapytał:
- Czyżby między nimi były jakieś nieporozumienia? Elise pośpiesznie 

pokręciła głową.

background image

- Mój mąż jest bardzo ambitny i honorowy i woli radzić sobie sam.
- No cóż, duma jest godna pochwały, jednak należy ją odłożyć na bok, 

gdy chodzi o zdrowie, a nawet życie.

Wypowiedziawszy te słowa, doktor skinął głową na pożegnanie, sięgnął 

po laseczkę i torbę lekarską, i wyszedł. Elise podeszła do łóżka i wyjaśniła 
mężowi:

- Na szczęście lekarz nie stwierdził nic złego. Emanuel uśmiechnął się z 

goryczą.

- Nic poza tym, że zasłabłem i nie mogę zostawać bez opieki.
- Jutro posiedzi z tobą w domu któryś z chłopców. Porozmawiam z panią 

Jonsen. Może zgodzi się tu przychodzić, jeśli jej zapłacę trochę więcej.

- Pani Jonsen? - jęknął bezbarwnym głosem. - Ta kobieta miałaby się tu 

kręcić przez cały dzień? Na Boga, Elise, chyba rozumiesz, że to ostatnie, 
czego bym sobie życzył.

Myślała intensywnie, ale nic innego jej nie przychodziło do głowy.
- Nie mogę zrezygnować z pracy w kantorze. Nie wiem, ile możesz 

zarobić   w   sklepie,   ale   wątpliwe,   by   starczyło   na   nasze   utrzymanie.  A 
zatrudnienie sprzedawcy zapewne pochłonie większość zysku.

- Porozmawiam z Paulem Georgem.
- A co on poradzi?
-   Jestem   zmęczony,   Elise.   -   Emanuel   przymknął   oczy.   -   Chyba 

zapomniałaś, że dopiero co leżałem półżywy na podłodze.

- Przepraszam. Przynieść ci coś?
- Filiżankę kawy, bądź tak miła. Z dużą ilością mleka i cukru. Chłopcy 

stali w drzwiach do kuchni i obserwowali ich zatrwożonym wzrokiem.

- Idźcie już na górę, chłopcy, i połóżcie się spać! Jutro musicie wstać 

wcześnie.

- Ja mogę zostać jutro w domu - odezwał się niechętnie Peder, choć 

Elise wiedziała, że wolałby stać za ladą.

- Nie, ja zostanę - pośpiesznie wszedł mu w słowo Evert. - Peder o wiele 

lepiej radzi sobie z zagadywaniem klientów niż ja.

Następnego ranka Elise z ciężkim sercem szła w górę Maridalsveien, 

ciągnąc na sankach Hugo. Czy Evert zdoła pomóc Emanuelowi, jeśli ten 
znów   zasłabnie?   Gdzie   powinien   pójść   szukać   pomocy?   Pani   Jonsen 
Emanuel nie znosi, a pozostali sąsiedzi są w pracy. Do doktora daleko i 
niemal tak samo długa droga prowadzi do ludzi, którzy mają telefon.

Znów się ochłodziło, termometr wskazywał minus osiemnaście stopni. 

W  „Svaerta"  było   napisane,   że   trzaskający   mróz   utrudnia   w  znacznym 
stopniu ruch statków w Kristianiafjorden. Śnieg spadł późno tej jesieni, 

background image

trzy, cztery tygodnie później niż zwykle. Wszystko wskazywało na to, że 
nadchodząca   zima   nie   będzie   zwyczajna,   spodziewano   się   znacznie 
większych   niż   zazwyczaj   opadów   śniegu   i   ostrzejszych   mrozów.   Elise 
zatrzęsła się z zimna. Mróz szczypał ją w nos i w policzki, skostniały jej 
dłonie,   straciła   czucie   w   palcach   u   nóg.   Żeby   tylko   Hugo   usiedział 
spokojnie   na   sankach!   Pożałowała,   że   nie   owinęła   go   dodatkowo 
wełnianym kocem.

Minęła sklep Magdy na rogu i już miała skierować się w dół Sagveien, 

gdy nagle na zakręcie mignął jej jakiś cień. Właściwie szybciej poczuła, 
niż zobaczyła wyraźnie, że to Johan...

Zwolniła nieco, a on powoli zbliżył się do niej.
- Dzień dobry, Elise.
- Dzień dobry, Johan.
- Słyszałem, że szłaś do nas wczoraj wieczorem, ale Torkild odesłał cię z 

powrotem do domu.

- No, nie do końca tak było - uśmiechnęła się zawstydzona. - Przyszłam 

porozmawiać z Torkildem o małej dziewczynce, sierocie. - Pośpiesznie 
opowiedziała Johanowi o Jorund i dodała na zakończenie: - Torkild mi nie 
uwierzył. Sądził, że przyszłam się spotkać z tobą.

- A nie? - zapytał z powagą.
Ociągała się przez chwilę, wreszcie wyznała: , - Nie będę nalegać, jeśli 

zmieniłeś zdanie i podjąłeś inną decyzję.

- Inną decyzję? Jak możesz tak mówić?
-   Nie   przyszedłeś.   Sądziłam,   że   po   rozmowie   z   Emanuelem,   gdy 

zobaczyłeś, w jakim jest stanie, rozmyśliłeś się.

-   Najdroższa   Elise,   nie   sądziłaś   chyba,   że   to   możliwe?   Chyba   nie 

wierzysz, by miłość, która dojrzewała we mnie przez ponad dwadzieścia 
lat, mogła zniknąć w ciągu jednego dnia?

-   Nie,   ale...   Pomyślałam,   że   może   ogarnęło   cię   współczucie   dla 

Emanuela.

- Owszem, współczuję mu, ale to nie zmienia moich uczuć do ciebie. 

Nasza miłość nie ma z nim nic wspólnego. Szkoda go, spotkał go ciężki 
los. Wiem, co to znaczy być zdanym na kogoś, długie lata choroby Anny 
nauczyły mnie wiele na ten temat. Jednak nie jest twoją ani moją winą, że 
on zachorował.

Przemarznięty Hugo popłakiwał, więc Johan dodał pośpiesznie:
-   Byłem   zajęty   pracą,   moje   szkice   i   modele   zostały   przyjęte   z 

zachwytem - dodał. - Majster Paulsen umówił kilka kolejnych spotkań, na 
których musiałem być obecny.

background image

Elise podniosła synka z sanek i przytuliła mocno do siebie, rozcierając 

mu plecki. Mróz szczypał w policzki, a z ust wydobywała się para.

- Kiedy jedziesz? - zapytała, słysząc, jak nieszczęśliwie zabrzmiał jej 

głos.

- Pojutrze, pierwszego stycznia.
- Możemy chyba pisać do siebie?
- Nie spotkasz się już ze mną przed moim wyjazdem?
-   Nie   wiem,   czy   mi   się   uda.   Emanuel   miał   kolejny   atak   i   doktor 

powiedział, że musi być pod stałą opieką. Ani na chwilę nie powinien 
zostawać sam.

Johan pokręcił głową.
- Jak ty sobie z tym poradzisz?
- Dziś został z nim Evert, a kiedy zaczną się znowu zajęcia w szkole, 

będę musiała zorganizować to jakoś inaczej.

- Musisz powiadomić jego rodziców.
- Emanuel nie chce. Duma mu na to nie pozwala. Mówi, że sam sobie 

poradzi.

-   Nie   pojmuję   takiej   postawy.   Przecież   to   tylko   odbija   się   na   tobie. 

Napisz do nich mimo wszystko, Elise. Wyjaśnij im, jaka jest sytuacja, i 
powiedz,   że   potrzebna   ci   pomoc.   Emanuel   jest   przecież   ich   jedynym 
synem. Na pewno nie chcieliby, aby pozostawał w domu sam na całe dnie, 
gdy już parę razy zasłabł.

Przyznała mu rację i dodała:
- Muszę się śpieszyć, ale jeśli masz czas zajrzeć do domu majstra w 

porze przerwy obiadowej, to możemy o tym porozmawiać.

- Przyjdę.
Spóźniła się pięć minut do kantoru, zostawiwszy uprzednio Hugo pod 

opieką Hildy. Ku jej zdumieniu panna Johannessen nie zdążyła jeszcze 
przyjść.

Samson spojrzał na nią znad sterty papierów i wyszeptał:
- „Potwór" zachorował. Majster jest w złym humorze.
W tym samym momencie otworzyły się drzwi i pojawił się w nich pan 

Paulsen.

-   Może   pani  zajrzeć   do   mnie   na   chwilę,   pani   Ringstad?   Pośpiesznie 

zdjęła   chustę   i   skierowała   się   do   gabinetu   przełożonego.   Ręce   i   twarz 
miała czerwone od mrozu..

- Nie nosi pani rękawic?
- Owszem, noszę, muszę sobie jednak sprawić cieplejsze.
- Nie pojmuję, powinno być panią stać na kupno płaszcza i kapelusza, 

background image

pani Ringstad. Nie wypada, by moja kancelistka wyglądała jak robotnica.

Poczuła rumieniec na twarzy i spuściła zawstydzona wzrok.
-   Postaram   się   znaleźć   czas   na   kupno   odpowiedniego   stroju,   panie 

Paulsen.

- Panna Johannessen zachorowała i wiele wskazuje na to, że przez jakiś 

czas pozostanie nieobecna. Nigdy się to wcześniej nie zdarzało, nie mam 
więc   pojęcia,   jak   sobie   bez   niej   poradzę.   I   to   jeszcze   w   porze,   gdy 
zaczynamy sporządzać bilans roczny! W związku z tym musi pani przejąć 
część jej obowiązków, pani Ringstad. Jeśli będzie trzeba, zostanie pani po 
godzinach, oczywiście za dodatkowym wynagrodzeniem.

Elise nie miała odwagi się sprzeciwić. Nie mogła ryzykować, że majster 

zatrudni kogoś nowego.

-   Najpierw   podyktuję   pani  kilka   pism  i  zobaczymy,  ile   nam  się   uda 

zrobić.   Sądzę   jednak,   że   dziś   nie   będzie   czasu   na   przerwę   obiadową. 
Zatroszczę się, by przyniesiono pani coś do jedzenia.

Widocznie   los   tak   chce,   myślała,   wracając   do   swojego   biurka. 

Najwyraźniej Johanowi i mnie nie jest pisane być razem.

Samson zerknął znad swojej pracy. Chyba poznał po jej minie, że coś 

jest nie tak, bo wstał i podszedłszy do niej, zapytał:

- Coś się stało?
Opowiedziała   mu   szybko   o   wszystkim,   zarówno   o   małej   Jorund,   o 

upadku Emanuela, jak i o beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znalazła. Nie 
wspomniała jedynie o tym, że umówiła się z Johanem. Samson nie miał 
pojęcia o jej skrywanej miłości i nie zamierzała go w to wtajemniczać. 
Wystarczyło, że wiedział o książce.

Wysłuchał jej w skupieniu i odezwał się po chwili namysłu:
- To znaczy, że panna Johannessen wcale nie jest chora. Pewnie po raz 

pierwszy   w   życiu   pozwoliła   sobie   na   takie   wagary.   Oboje   wiemy, 
dlaczego.  Wreszcie   ma   się   kim  zająć.   Po   paru   dniach   znudzi  jej   się   z 
pewnością   siedzenie   w   domu.  Tym   bardziej,   że   jest   obdarzona   bardzo 
silnym poczuciem obowiązku. Pytanie, jak wytrzymasz do jej powrotu - 
zastanawiał   się,   rozważając   na   głos:   -   Mogę   przejąć   część   twojej 
dodatkowej   pracy,   ale   nie   wszystko,   co   zleci   ci   majster.   Oprócz   tego 
mógłbym odebrać twojego syna i odprowadzić go do domu, o ile twoim 
zdaniem nie będzie się przed tym wzbraniał, no i zrobić po drodze zakupy, 
żebyś już nie traciła na to czasu. Zdawało jej się, że się przesłyszała.

-   Naprawdę   może   pan,   przepraszam,   mógłbyś   zaprowadzić   Hugo   do 

domu?

- Oczywiście. Bardzo lubię dzieci. U mnie w domu nikt na mnie nie 

background image

czeka, z chęcią więc wyświadczę ci tę przysługę.

-   Dobry   z   ciebie   człowiek,   Sams...,   przepraszam,   Sigvart.   Nie   wiem 

tylko, czy mogę przyjąć taką pomoc, choć nie mam pojęcia, jak inaczej 
zdołałabym zaprowadzić Hugo do domu.

- No to załatwione. Mogę pójść z tobą w porze przerwy obiadowej, żeby 

poznać małego Hugo.

-   Pan   Paulsen   zapowiedział,   że   będę   musiała   pracować   także   w 

przerwie. Ma mi tu przynieść coś do jedzenia.

- Chyba możesz się wymknąć na pięć minut?
- Nie sądzę.
- W takim razie powiem mu, jaką masz trudną sytuację, i przekonam, że 

nie mogę zabrać Hugo, zanim dziecko mnie nie pozna.

Obrócił  się   i  skierował  stanowcze   kroki  w  stronę   drzwi  do   gabinetu 

majstra.

- Nie, nie rób tego! Zostawię kartkę, że wyskoczyłam dosłownie na parę 

minut.

Kilka   godzin   później   przechodziła   przez   most   zrezygnowana.  To   się 

Johan zawiedzie! Może nawet będzie jej czynił wymówki, że nie umiała 
grzecznie zrezygnować z propozycji Sigvarta.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Zauważyła   Johana   w   oknie   na   ganku,   zanim   jeszcze   przeszła   w 

towarzystwie   Sigvarta   przez   most.   Pewnie   był   przekonany,   że   Sigvart 
pójdzie dalej. Może Hilda wyszła załatwić jakąś sprawę, żeby mogli pobyć 
razem sami.

- Widzę, że siostrę odwiedził Johan Thoresen - rzuciła lekko i naturalnie. 

- To nasz stary sąsiad. Zamierza zostać rzeźbiarzem i studiuje w Paryżu. 
Przyjechał do rodziny na święta.

- Macie takich eleganckich znajomych?
Nagle Elise się przypomniało, że Sigvart widział Johana tamtego dnia w 

kantorze. Nie była pewna, czy go rozpozna, wolała więc wyjaśnić:

-   Był   u   majstra   Paulsena   zaraz   po   świętach,   żeby   mu   pokazać   parę 

szkiców.

Sigvart zaśmiał się.
- Mówisz o tym mężczyźnie, którego nazwałem „łazęgą"?
- Tak, o tym samym - uśmiechnęła się Elise. - Udawałam, że go nie 

znam, żeby panna Johannessen nie posądziła mnie o to, że maczałam w 
tym palce.

- Czyżby i on smalił cholewki do twojej siostry?
-   Nie,   raczej   wątpię   -   odparła,   siląc   się   na   śmiech.   -   Wszyscy   z 

Andersengarden są dobrymi przyjaciółmi i pomagamy sobie nawzajem, na 
ile to możliwe. Zarówno pani Evertsen, jak i pani Thoresen były także 
zaproszone na mój ślub.

- Czy mogłabyś mi go przedstawić? Nie znam żadnego rzeźbiarza.
Kiedy weszli do środka, uchwyciła zdziwione spojrzenie Johana, ale o 

nic   nie   zapytał.   Pośpiesznie   opowiedziała,   co   się   stało,   i  wyjaśniła,   że 
Sigvart Samson obiecał jej pomóc i zaprowadzić Hugo do domu.

Mężczyźni przywitali się uprzejmie.
-   Zupełnie   niepotrzebnie   pana   fatygowałaś.   Wybieram   się   akurat   do 

Sagene, więc przy okazji mogę odprowadzić Hugo.

background image

Johan pogłaskał Hugo po miedzianych lokach, chłopiec zaś uchwycił się 

jego nogawki spodni, spoglądając na Samsona podejrzliwie.

-   Jak   dobrze   -   odparła   z   wyraźną   ulgą   Elise,   a   obróciwszy   się   do 

Samsona,   dodała:   -   Może   kiedy   indziej   zechcesz   mi   wyświadczyć   tę 
przysługę? Johan wyjeżdża pojutrze.

Sigvart pokiwał głową, siadł w kucki i podjął próbę zdobycia zaufania u 

chłopca.

- Witaj, mały! Będę mógł cię kiedyś zawieźć na saneczkach do domu?
Hugo pokręcił głową.
- To twój pociąg tam stoi? Mogę na niego popatrzeć?
- To mój! - ożywił się nagle Hugo i podbiegł z zapałem za palenisko, by 

sięgnąć po schowaną w kącie zabawkę. Sigvart poszedł za nim.

Elise spojrzała na Johana, a on, uchwyciwszy jej wzrok, uśmiechnął się, 

jakby chciał jej dodać otuchy.

- Przykro mi z powodu choroby sekretarki majstra, zwłaszcza że spadło 

na ciebie tyle dodatkowej pracy.

-   Oboje   z   Sigvartem   Samsonem   uważamy,   że   ona   tylko   symuluje 

chorobę. Zaopiekowała się ostatnio małą dziewczynką, sierotą.

Johan popatrzył na nią zdumiony.
- Nie wiedziałem, że to taka miłosierna osoba.
- Jest samotna. Zaproponowałam, by wzięła do siebie jakieś dziecko. 

Przedwczoraj w drodze do domu spotkałam Jenny razem z koleżanką z 
klasy, która uciekła z sierocińca. Jenny zamierzała spytać panią Tollefsen, 
czy   koleżanka   nie   mogłaby   u   nich   zostać,   ale   jeszcze   tego   samego 
wieczoru dziewczynka zjawiła się u nas.

-   A   więc   to   tak.   Teraz   wszystko   rozumiem.   Anna   opowiadała,   że 

rozmawiałaś   z   Torkildem.   Sierociniec   został   powiadomiony   o   losie 
dziewczynki,   ale   oni   jeszcze   nawet   nie   zgłosili   zaginięcia   dziecka   na 
policji, przekonani, że dziewczynka sama wróci. Zapewne wiele razy już 
próbowała ucieczki.

- A więc wcale się nie martwili? - rozgniewała się Eli-se. - Dziecko 

zaginęło w taki mróz, a oni nawet nie próbowali jej szukać? Przecież ta 
mała by zamarzła tamtej nocy, gdybym jej nie wzięła pod swój dach!

-   Pewnie   liczą   na   to,   że   są   na   świecie   ludzie   twojego   pokroju   - 

uśmiechnął się ciepło Johan.

Obróciła się i skierowała ku drzwiom.
- Muszę koniecznie pędem wracać do kantoru. Majster zapowiedział, że 

mam   pracować   także   w   przerwie   obiadowej.   Coś   mi   przyniosą   do 
zjedzenia.

background image

Sigvart Samson siedział na podłodze i z zapałem bawiąc się kolejką, 

tylko kiwnął ręką w jej kierunku.

- Odprowadzę cię do furtki. Dziś jest niebezpiecznie ślisko - oświadczył 

Johan,   a   gdy   tylko   zamknął   za   sobą   drzwi,   odezwał   się   cicho:   - 
Odprowadzę Hugo do domu, a potem wrócę tu i będę cię wyglądał, Elise. 
Nawet jeślibym miał sterczeć przed fabryką cały wieczór.

- Wcale nie wybierałeś się do Sagene? Wymyśliłeś to na poczekaniu?
Uśmiechnął się.
- Przecież nie mogłem pozwolić na to, by twojego synka odprowadzał 

jakiś obcy człowiek. Ale dobrze, że pan Samson przyszedł. Poznają się 
trochę z Hugo, zanim ewentualnie będzie ci potrzebna jego pomoc. Chyba 
nie muszę mieć powodów do zazdrości? - zapytał i posłał jej rozbawione 
spojrzenie, jakby się z nią drażnił.

Roześmiała   się,   ale   zaraz   spoważniała.   Rozejrzawszy   się   wokół, 

wyszeptała:

- On lubi mężczyzn. Odkryłam to przypadkiem, on zaś domyślił się, kto 

stoi   za   pseudonimem   Elias   Aas.   Umówiliśmy   się,   że   nie   zdradzimy 
nawzajem swoich tajemnic. Tobie mówię tylko dlatego, że wiem, iż mogę 
na tobie polegać.

Johan musnął jej policzek.
-   Oczywiście,   że   możesz,   ale   nie   ukrywam,   że   mi   ulżyło.   Byłbym 

niespokojny, gdybyś dzieliła kantor z jakimś kochliwym wielbicielem.

- Nie zapominaj, że jestem mężatką i matką dwojga dzieci. Wielu sądzi, 

że również matką Pedera, Everta i Kristiana.

-   Myślisz,   że   to   przeszkadza   mężczyźnie   zakochać   się   w  tobie?   Nie 

mogła powstrzymać się od śmiechu.

- Owszem, tego jestem dość pewna.
- Mimo że stoisz naprzeciw jednego z nich?
Poczuła gorąco przenikające jej ciało i nabrała głębokiego oddechu.
- Kocham cię, Elise.
- A ja kocham ciebie, Johanie.
-  Biegnij  szybko  do  kantoru,  spotkamy   się  wieczorem,   gdy   będziesz 

wracać do domu. Wyjaśnię Emanuelowi, co się stało.

Było już po ósmej, gdy wreszcie mogła zakończyć dzień pracy. Majster i 

Sigvart dawno już opuścili kantor.

Zobaczyła go, gdy tylko wyszła na dwór. Stał schowany w kącie przy 

przędzalni,   zapewne   zdążył   posinieć   z   zimna   od   długiego   czekania   na 
mrozie. Zauważywszy ją, wyszedł jej pośpiesznie na spotkanie.

Popatrzyła na niego zatroskana.

background image

- Mam nadzieję, że nie stałeś tu zbyt długo?
- Tylko dwie godziny - odparł wesołym głosem.
- Wiesz, że temperatura spadła do minus dwudziestu stopni?
- Tak, widziałem na termometrze. Czuję się jednak, jakby było minus 

trzydzieści - zaśmiał się.

- Możesz się przeziębić.
- Nic mi nie grozi, bo przez cały czas rozgrzewała mnie nadzieja, jak 

zawsze gdy się czeka na coś dobrego.

Rozejrzał się dokoła. Na placu przy fabryce nie było widać żywej duszy, 

światła w hali pogasły, bo nikt dziś nie pracował po godzinach.

-   Od   pół   godziny   nie   widziałem   tu   nikogo.   Chyba   skończyłaś   jako 

ostatnia.

- No, jest jeszcze Otto, nocny stróż, ale on zazwyczaj obchodzi teren 

dopiero późnym wieczorem.

- Nie ma co się nim przejmować - oznajmił, chwyciwszy ją za rękę. - 

Wątpię też, czy kogoś spotkamy po drodze. W taki mróz nikt nie wychodzi 
z domu bez potrzeby.

Ruszyli szybkim krokiem przez plac fabryczny.
- Jak ci poszło z Hugo i co powiedział Emanuel?
-   Z   Hugo   jesteśmy   najlepszymi   przyjaciółmi.   Nie   sądziłaś   chyba,   że 

będzie   się   wzbraniał,   by   pójść   ze   mną?   Przypuszczam,   że   bez   słowa 
protestu towarzyszyłby mi do samego Paryża.

Zaśmiała się.
- Nie wątpię. Wkrótce staniesz się jego bohaterem i będzie patrzył w 

ciebie jak w obraz, tak samo jak Peder.

- Sądziłem, że Peder zaakceptował Emanuela.
- Jest mu go żal. Wiesz przecież, jaki jest wrażliwy. Ma takie dobre 

serce. Kiedy Emanuel leżał wczoraj nieprzytomny, Peder płakał i strasznie 
mu było przykro, że się na niego złościł. Równocześnie dopytywał się, 
czybyś mógł się wprowadzić do nas, jeśli z Emanuelem coś się stanie.

Johan nic nie powiedział, domyśliła się jednak, że te słowa zrobiły na 

nim duże wrażenie.

- Jak zareagował Emanuel, gdy przyprowadziłeś Hugo?
- Rozzłościł się i wymyślał majstrowi od bezwzględnych, pozbawionych 

serca kapitalistów.

- Jak on się czuł?
- Nie zauważyłem specjalnej różnicy w porównaniu do ostatniego razu, 

gdy go widziałem. Domyślam się jednak, że musi być ci ciężko. Nie wiesz 
przecież, kiedy znów się powtórzy taki atak.

background image

- Rzeczywiście, to całkiem beznadziejne.
-   Chcesz,   żebym   zadzwonił   do   rodziców   Emanuela?   Mogę   się 

przedstawić   jako   przyjaciel   rodziny.   Jutro   zamierzam   wstąpić   do   biura 
Armii Zbawienia w Sagene, mógłbym poprosić, by użyczyli mi telefonu.

Elise zwlekała z odpowiedzią, wyjaśniła jednak:
- Emanuel mówi, że sam sobie poradzi, ale doktor uważa, że w tym 

przypadku należałoby raczej zapomnieć o ambicjach.

- Jak myślisz, dlaczego tak się wzbrania?
- Ja to odbieram jako dziecinną przekorę. Skoro rodzice nie chcieli nam 

pomóc   wcześniej,   to   teraz   wszystko   mu   jedno.   Poza   tym   nie   zdołał 
wybaczyć swojej matce, mimo że, jak to się mówi, stara się robić dobrą 
minę do złej gry. Kiedy pani Ring-stad usłyszała tę druzgoczącą krytykę 
mojej książki, zaniosła się płaczem i oznajmiła, że przynieśliśmy wstyd 
rodzinie, zmieniła jednak całkowicie zdanie, usłyszawszy opinię na temat 
powieści zamieszczoną w „Socjaldemokracie".

-   Ale   przecież   przez   jego   urażoną   ambicję   i   zranione   uczucia   ty 

najbardziej cierpisz. Jak on może na to pozwolić? Jutro zadzwonię do jego 
rodziców, Elise. Nie przedstawię się z imienia i nazwiska, więc Emanuel 
się nie dowie, że to ja ich zawiadomiłem.

-   Chyba   masz   rację   -   kiwnęła   głową   w   ciemnościach.   -   Zadzwoń! 

Wkrótce zaczyna się szkoła, chłopcy nie dadzą rady stać całymi dniami za 
ladą. Dotrą do sklepu dopiero po południu, i to też nie codziennie. Kristian 
i Evert mają przecież inną pracę, a Peder powinien przeznaczyć więcej 
czasu na lekcje.

Przez chwilę szli w milczeniu.
- Jak myślisz, kiedy znów przyjedziesz do domu? - zapytała nieśmiało, 

obawiając się odpowiedzi.

- Nie wiem. To zależy, ile będę miał pracy i czy będzie mnie stać na 

podróż.

Zamilkła, czując, jak przenika ją smutek na samą myśl, że nie zobaczy 

go tak długo.

- Nie martwmy się na zapas, Elise - próbował ją pocieszyć i uścisnął jej 

dłoń. - Przecież nieoczekiwanie może się zdarzyć coś, co sprawi, że znów 
się spotkamy. Będziesz zabiegana, by podołać wszystkim obowiązkom, a 
mnie   czeka   sporo   pracy   w  związku   ze   studiami.  Tęsknota   nie   sprawia 
wyłącznie bólu. Dobrze jest mieć kogoś, o kim się marzy i za kim tęskni. 
Pomyśl tylko, jakiej pustki doświadczalibyśmy bez tego.

Pokiwała głową. Przez długą chwilę szli w milczeniu.
- Doktor był jakiś dziwny, gdy nas wczoraj odwiedził - podjęła inny 

background image

temat. - Ostatnio zachowywał się wobec mnie uprzejmie i miło, wczoraj 
jednak miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Może do jego uszu dotarły 
jakieś plotki. Niewykluczone, że ktoś widział nas, gdy szliśmy, trzymając 
się za ręce. Tu nad rzeką plotki rozchodzą się błyskawicznie.

- Może to nawet lepiej, że wyjeżdżam. Pamiętasz, jesienią też o tym 

rozmawialiśmy.   Gdybym   tu   został   i   zamieszkał   na   stałe,   prędzej   czy 
później ktoś by nas zauważył. To, że robotnice zmieniają narzeczonych jak 
rękawiczki,   nikogo   specjalnie   nie   dziwi,   ale   dla   nas   ludzie   nie   byliby 
równie wyrozumiali. Jesteś mężatką, na dodatek żoną byłego oficera Armii 
Zbawienia, a mnie pamiętają wciąż, że siedziałem w więzieniu, krytykują 
za to, że się rozwodzę i na dodatek wybrałem całkiem inny niż wszyscy 
zawód.   Według   nich   powinniśmy   pozostać   przy   tym,   co   robiliśmy 
wcześniej, ty powinnaś nadal pracować jako prządka, a ja jako robotnik w 
tkalni płótna żaglowego. Wtedy nie wyróżnialibyśmy się i nikt by na nas 
nie zwracał uwagi.

- Mało komu z naszego środowiska udało się dojść tak wysoko.
-   Myślę,   że   pomimo   biedy   i   nędzy   niewielu   chce   się   stąd   wyrwać. 

Słyszałem o pewnej parze, która się stąd wyprowadziła, ale oboje bardzo 
tęsknili za poczuciem wspólnoty, za świadomością, że są częścią większej 
całości. Że należą do pewnej grupy. Gdy jest się takim jak inni, ma się 
takie same  radości i smutki,  dzieli się  ten sam los, człowiek  czuje się 
bezpieczny.

- Ty też się czujesz związany z tym miejscem, czyż nie?
-   To   prawda.   Gdziekolwiek   jestem,   mam   w   pamięci   rzekę,   błonia, 

Sandakerveien   i   Beierbrua.   Są   częścią   mnie,   nawet   te   szare   i   smutne 
czynszówki z odrapanymi tynkami, wychodkami na podwórzu i smrodem 
na   klatce   schodowej.   -   Zaśmiał   się   cicho.   -  To   jest   nasz   świat,   Elise. 
Wyrzucam   z   pamięci   smutne   zdarzenia   i   pamiętam   jedynie   ulicznych 
śpiewaków,   ołowiane   żołnierzyki   ustawiane   na   klapach   od   śmietników, 
zjeżdżanie na sankach ze stromych górek przy Myralokkene, kąpiele w 
rzece   letnią   porą.   Nie  zamieniłbym  się   nawet  na   te   ładne   domy   i  wy-
pielęgnowane ogródki przy Josefinegate czy Oscarsgate.

- Teraz to przesadzasz - przerwała mu ze śmiechem. - Gdybyś miał taką 

okazję, wątpię, czybyś odmówił.

- Oczywiście, że nie. Mam jednak na myśli wspomnienia z dzieciństwa. 

Ich   bym   za   nic   w   świecie   nie   zamienił.   Wątpię,   czy   dzieciaki   z   tych 
bogatych domów po drugiej stronie rzeki mają weselsze dzieciństwo niż 
to, które było naszym udziałem. Dzieciakom nie przeszkadza, że marzną i 
ściska ich w dołku z głodu, jeśli przeżywają coś fascynującego. A nam nie 

background image

brakowało ciekawych przeżyć. Pamiętasz, jak się baliśmy Szmaciarza? A 
mimo to zaczepialiśmy go i drażniliśmy, by za nami gonił. Wciąż jeszcze 
czuję   mrowienie   w   żołądku,   gdy   o   tym   myślę.   Raz   kiedy   podniosłem 
wieko kubła na śmieci wczesnym rankiem, zauważyłem go, jak spał w 
środku. Wyskoczył niczym diabeł z pudełka i rzucił się za mną w pogoń. 
Zbiegłem   do   piwnicy,   on   też.   Na   całe   szczęście   w   pralni   była   mama. 
Gdyby nie ona, to pewnie by mnie sprał na kwaśne jabłko - roześmiał się. - 
A   pamiętasz,   jak   jeździliśmy   na   przypinanych   łyżwach   na   tych 
zamarzniętych   sadzawkach   eksportera   lodu,   pana   Nord?   Zresztą   cała 
dolina Iladalen była wymarzonym terenem zabaw. Niewiele dzieciaków 
ma tyle szczęścia, by  mieszkać w pobliżu takiego eldorado. - Objął ją 
ramieniem i przyciągnął do siebie. - Mieliśmy szczęście, Elise. Pamiętasz, 
jak w Wigilię mama wysyłała nas z koszykiem jedzenia dla ubogich? A 
przecież się nam nie przelewało! Ale tak tu już było. Dzieliliśmy się tym, 
co mieliśmy, bo zawsze znalazł się ktoś, komu było jeszcze ciężej.

Elise uśmiechnęła się.
- Prawie o tym zapomniałam. Kiedyś szliśmy z koszem, trzymając go 

między   sobą,   na   Ostgardsgate   do   pewnej   rodziny,   w   której   ojciec 
chorował,   matkę   właśnie   zwolniono   z   pracy,   a   na   utrzymaniu   mieli 
jedenaścioro   głodnych   dzieci.  Twoja   mama   obeszła   całą   czynszówkę   i 
zebrała od każdego po trochu. Pamiętam, że na samej górze leżało kilka 
kawałków świątecznego ciasta, które dostaliśmy z misji. Oboje mieliśmy 
na nie straszny apetyt. Raz zatrzymaliśmy się po drodze i popatrzyliśmy 
po sobie. Wiedzieliśmy, że nikt się nie dowie, jeśli weźmiemy sobie kawa-
łek. Ale udało nam się oprzeć pokusie.

- W te święta też nam się udało.
Domyśliła się od razu, o co mu chodzi, i zarumieniła się.
- Tak, tym razem także oparliśmy się pokusie, choć całkiem innej.
- Było równie trudno.
- Żałujesz?
- Czego? Że zdołałem się oprzeć? Nie, Elise. Nie czułbym się najlepiej, 

odjeżdżając stąd z obawą, że wpędziłem cię w kłopoty.

Objął ją i pocałował. Stali w ciemnościach z dala od latarni gazowych i 

bladego światła parafinowych świec sączącego się przez okna. Nie słychać 
było skrzypienia zmarzniętego śniegu pod stopami obcych przechodniów. 
Wydawało   się,   że   są   na   świecie   zupełnie   sami,   otuleni   jedynie 
roziskrzonym zimowym mrokiem.

- Poczekam na ciebie, Elise. Nawet jeśli będą musiały minąć kolejne 

zimy i wiosny.

background image

Łzy   paliły   ją   pod   powiekami,   walczyła,   by   się   nie   rozpłakać   przy 

Johanie,   który   był   taki   dzielny   i   potrafił   się   cieszyć   pogodnymi 
wspomnieniami i każdym kolejnym dniem.

- Pisz do mnie, Johan!
-  Tego   możesz   być   pewna.   Już   ułożyłem  w   głowie   pierwszy   list   do 

ciebie.

- A co w nim napiszesz? - Uśmiechnęła się przez łzy.
- Że jesteś najcudowniejszą dziewczyną na całym świecie i że będę cię 

kochał, póki mi życia starczy - szepnął jej do ucha i znów pocałował.

Po  chwili ruszyli dalej  w  milczeniu,   ciasno  objęci,  otuleni mrokiem. 

Nawet gdyby ktoś szedł, nie zwróciłby uwagi na nich, chroniąc się przed 
przenikliwym   mrozem.   Poza   tym   większość   przechodniów   oświecała 
sobie drogę lampką, więc dostrzegali ich z daleka.

Okna mijanych domów były zasłonięte zasłonami albo oklejone starymi 

gazetami, by nie ciągnęło przez szpary.

- Mam wrażenie, że jesteśmy jedynymi ludźmi w całym Sagene.
- W każdym razie dla nas teraz nikt inny nie istnieje - westchnął.
- Jak myślisz, zobaczymy się jutro? - zapytała.
-   Mam   nadzieję.   Słyszałem,   że  Anna   i   Torkild   zaprosili   na   wieczór 

kogoś z Armii: Uznali za rzecz najbardziej oczywistą, że ja też zostanę w 
domu, skoro to ostatni dzień starego roku. A ty pewnie znów skończysz 
późno pracę, jeśli sekretarka majstra Paulsena nie pojawi się w kantorze.

- Pewnie tak.
-   Ale   chyba   majster   nie   zażąda,   byś   pracowała   w   sylwestra   po 

godzinach?

- Wcale by mnie to nie zdziwiło.
- Wymyślę coś, by się wymknąć, Elise. Przyjdę po ciebie o szóstej, a 

jeśli nie wyjdziesz punktualnie z kantoru, poczekam, póki nie skończysz.

- A jeśli Torkild domyśli się, dokąd wychodzisz?
- To co? Nie on decyduje o moim życiu.
- Wygłosił mi prawdziwe kazanie.
- Mnie także. Tak mu nakazywało sumienie.
- Sądzisz, że w gruncie rzeczy nas rozumie?
-   Nie   wiem.   Jest   przyjacielem   Emanuela   i   człowiekiem   głęboko 

wierzącym. Nie może się więc pogodzić z tym, co robimy.

- Jestem ciekawa, czy gdyby chodziło o niego i Annę...
- Pomyślałem sobie dokładnie o tym samym. Niełatwo znaleźć ludzi, 

którzy tak bardzo się kochają. Sądzę jednak, że walczyłby z tym uczuciem 
i poświęciłby własne szczęście, gdyby stało w sprzeczności z jego wiarą.

background image

- Musi być bardzo silny.
- My oboje też jesteśmy silni, Elise. Tak samo jak on odróżniamy dobro 

od zła, ale jednocześnie czujemy się odpowiedzialni za siebie i za naszą 
miłość.

- Pamiętam cytat z jednej z książek, które czytaliśmy w szkole. Wydaje 

mi się, że pochodzi ze sztuki któregoś z naszych wielkich dramaturgów, 
może   Henryka   Ibsena?   Brzmi   następująco:   „Przepadnie,   kto 
sprzeniewierzy się miłości".

- Wydaje mi się, że masz rację. Miłość jest najważniejsza. Gdy dotarli 

do Arendalsgaten, zatrzymała się.

- Najlepiej będzie, jeśli już zawrócisz. Emanuel często siedzi w oknie i 

wypatruje mnie.

Przyciągnął ją do siebie i pocałował długo i intensywnie.
- Zrobię, co będę mógł, by wymknąć się jutro do ciebie. Gdyby mi się 

jednak nie udało, to wiesz, z jakiego powodu.

Pocałował ją raz jeszcze, po czym oderwał się z trudem i zawrócił.
Odprowadziła   wzrokiem   jego   postać   majaczącą   w   słabym   świetle 

latarni, ale wnet pochłonął go mrok. Oślepiły ją łzy. Coś jej mówiło, że 
widziała go po raz ostatni na bardzo długo.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kiedy otworzyła drzwi do kuchni, usłyszała okropny hałas.
Rozejrzała   się   wokół   przerażona   po   zadymionym   pomieszczeniu.   W 

nozdrzach   poczuła   swąd  przypalonego  mleka.   Peder  trzymał  na  rękach 
płaczącego rozdzierająco Hugo, a w drugim kącie siedział Evert z Jensine, 
która   płakała   chyba   jeszcze   głośniej.   Kristian   na   kolanach   wycierał   z 
podłogi białą kałużę.

- Co się stało? Dlaczego dzieci nie są jeszcze w łóżkach? - zapytała, 

spoglądając na braci.

- Hugo spadł ze schodów, a Jensine się oparzyła - odezwał się ponurym 

głosem Peder.

- Co ty mówisz? - Elise podbiegła do Jensine i zobaczyła, że prawa 

background image

rączka   córeczki  jest  purpurowa.   Szyoko   sięgnęła   po   słoik   z   maścią   na 
poparzenia   i   kilka   czystych   szmatek.   Posmarowała   rączkę   Jensine   i 
poprosiła   Kristiana,   by   owinął   ranę   płóciennymi   szmatkami.   Sama 
tymczasem pośpieszyła do Hugo. - Czemu on tak strasznie płacze? Czyżby 
coś sobie złamał?

- Nie wiem. Spadł głową w dół i nabił sobie na czole wielkiego guza. 

Niosłem go po schodach, żeby położyć do łóżka, ale on kopał i się zapierał 
i gdy już byliśmy na górze, spadł i zwalił się w dół.

Elise wzięła synka na ręce i przytuliła mocno, głaszcząc pocieszająco po 

głowie.

- Dobrze, już dobrze, kochanie. Już nie boli. Powoli płacz w kuchni 

ucichł.

- Myślę, że Hugo był niespokojny, bo nie odebrałam go od Hildy tak jak 

zwykle.

-   Tak,   przyprowadził   go   Johan   i   rozmawiał   z   Emanuelem.   Emanuel 

strasznie   się   rozzłościł   na   majstra   i   wyzywał   go   od   cholernych 
fabrykantów.

-   Od   kapitalistów   -   poprawił   go   Kristian.   -   I   nie   mówił   wcale 

„cholernych".

- To chyba jedno i to samo - Peder posłał mu poirytowane spojrzenie.
Elise wzięła Jensine na drugą rękę i skierowała się w stronę drzwi do 

salonu. Wydało jej się dziwne, że Emanuel nie pojawił się w kuchni, skoro 
w całym domu słychać było płacz.

Siedział na wózku przy oknie i wpatrywał się w mrok. Nie odwrócił się, 

mimo że z pewnością słyszał, że wchodzi. Rzucił tylko:

- Strasznie późno wracasz.
-   Zachorowała   panna   Johannessen   i   majster  zażądał,   bym  została   po 

godzinach.

- Tak powiedział Johan. Rozumiem, że przysłałaś go tu z Hugo.
-   Zaofiarował   swą   pomoc.   Najpierw   chciał   mi   pomóc   Sam-son,   ale 

Hugo się go bał, bo widział go po raz pierwszy. Johan zaś powiedział, że 
ma   jakąś   sprawę   do   załatwienia   w   Sagene,   więc   po   drodze   może 
odprowadzić Hugo. Pojutrze wraca do Paryża, a jeśli panna Johannessen 
nie wyzdrowieje, będę musiała przyjąć pomoc Samsona.

-   Wiedziałaś,   że   Johan   będzie   u   Hildy?   Nie   odpowiedziała   na   jego 

pytanie wprost.

-   Właściwie   majster   mi   nie   pozwolił   wychodzić   z   kantoru   w   porze 

przerwy   obiadowej,   ale   wymknęłam   się   na   chwilę,   by   Hugo   poznał 
Samsona. Nie mogłam pozwolić na to, by przyszedł później po niego ktoś 

background image

całkiem mu obcy.

- A co słychać u Hildy?
Elise poczuła, że się czerwieni. Z Hildą zdążyła zamienić ledwie parę 

słów o poranku. Odpowiedziała jednak pośpiesznie:

- Dziękuję, wszystko dobrze. Masz pozdrowienia. Bardzo się zmartwiła, 

gdy się dowiedziała, że wczoraj zasłabłeś.

- Naprawdę? - odwrócił się do niej. - Johan twierdził, że widział się z nią 

przelotnie, bo wychodziła, żeby załatwić jakieś sprawy, i wróciła, gdy już 
zbierał   się   z   Hugo   do   wyjścia.  Twoja   siostra   zawsze   wychodzi,   kiedy 
przychodzisz do niej zjeść obiad? Elise poczuła, że palą ją policzki.

- Nie, oczywiście, że nie. Z pewnością wykorzystała okazję, że zjawił 

się Johan. Trudno jej cokolwiek załatwić, gdy jest sama z dziećmi. Olafa 
prawie nigdy nie ma w domu, a nie chce wyprowadzać chłopców na taki 
mróz.

Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu, po czym stwierdził:
- Johan, zdaje się, liczył na to, że przyjdziesz.
- Z pewnością. Przecież zazwyczaj o tej porze jestem u Hildy. Nie miał 

pojęcia,   że   spadło   na   mnie   tyle   dodatkowych   obowiązków   w   pracy. 
Pewnie miał nadzieję, że jak przyjdę, przypilnuję dzieci i będzie mógł 
sobie pójść.

Emanuel nie odezwał się. Wpatrywał się w nią w milczeniu.
- Mógłbyś spojrzeć na rączkę Jensine? Oparzyła się gorącym mlekiem.
Posadziła Hugo na podłodze, a Jensine zaniosła do Emanuela. Zdjęła 

szmatki, którymi Kristian obwiązał rączkę. Emanuel popatrzył uważnie na 
poparzenie i rzekł:

-   Chyba   najlepiej   pomaga   zimna   woda.   -   Posadził   sobie   Jensine   na 

kolanach i dodał: - Nie wygląda tak źle. Myślę, że mała płacze nie z bólu, 
ale dlatego że się przestraszyła. Przynieś, proszę, miskę z zimną wodą!

Elise   ucieszyła   się,   że   skierowała   jego   myśli   na   inne   tory,   i   szybko 

wyszła.

-   Słyszałem  płacz   -  wyjaśnił   Emanuel   tonem  usprawiedliwienia,   gdy 

wróciła z powrotem. - Sądziłem jednak, że to zwykłe hałasy i że chłopcy 
dadzą sobie radę.

Nie odezwała się. Rzadko kiedy Jensine i Hugo uderzali w taki płacz, na 

dodatek równocześnie.

- A jak było w kantorze? Zdołałaś zrobić wszystko, co należało?
- Czekają nas ciężkie dni, jeśli panna Johannessen nie wróci do pracy. 

Zwykle to ona pomaga przy sporządzaniu bilansu rocznego.

- W takim razie majster powinien zatrudnić kogoś dodatkowo - odezwał 

background image

się poirytowany. - Nie może oczekiwać, że sama wszystkiemu podołasz. 
Nie wie, jaką masz sytuację w domu?

- Podejrzewamy z Sigvartem, że panna Johannessen nie przychodzi do 

pracy ze względu na małą Jorund.

- Sigvart? A kto to taki?
Ze złością stwierdziła, że znów się oblewa rumieńcem.
- Pan Samson. Chciał, żebyśmy przeszli na ty.
- Tak? To dziwne. Przecież nie znacie się zbyt długo.
- A jakie to ma znaczenie - wzruszyła ramionami.
-   Uważasz,   że   panna   Johannessen   symuluje   chorobę,   żeby   spędzać 

więcej czasu z tą małą?

- Nie wiem na pewno, ale wcale by mnie to nie zdziwiło. A może miała 

ochotę   odpocząć   parę   dni   od   majstra?   Bardzo   ją   zabolało,   gdy   się 
dowiedziała, że on odwiedza Hildę.

- Czy z powodu jej zawodu miłosnego i dziecka, które sobie wzięła na 

wychowanie, masz sobie żyły wypruwać w pracy, a my tu musimy radzić 
sobie sami bez ciebie?!

Popatrzyła   na   niego   w   milczeniu.   Nie   przywykła,   by   był   taki 

naburmuszony.

-   Miałeś   dziś   ciężki   dzień?   -   zapytała.   Zacisnął   tylko   usta   i   nic   nie 

odpowiedział.

- Potrzebujesz kogoś, kto by się tobą zaopiekował, Emanuelu. Chłopcy 

są za mali, a poza tym za parę dni zaczyna się szkoła.

-   Sam   sobie   poradzę   -   rzucił   krótko,   odpychającym   głosem.   Jensine 

przestała głośno płakać i trzymała spokojnie rączkę w zimnej wodzie. Po 
policzkach jednak nadal spływały jej łzy i pochlipywała raz po raz.

- Pójdę na górę i najpierw położę Hugo, a potem zejdę po Jensine. - 

Skierowała   się   w   stronę   kuchennych   drzwi   i   zawołała:   -   Chłopcy,   do 
łóżek! Późno już!

Posłuchali jej od razu, a gdy weszła do kuchni, zauważyła, że sprzątnęli 

ze stołu, wytarli mleko z podłogi i nanieśli wody i drewna. Powinna ich 
pochwalić,   ale   była   tak   śmiertelnie   zmęczona,   że   słowa   jej   utknęły   w 
gardle.

Kiedy   wróciła   po   Jensine,   zauważyła,   że   Emanuel   uśmiecha   się   do 

córeczki.   Jensine   odwzajemniła   mu   się   uśmiechem,   mimo   że   policzki 
nadal   miała   mokre   od   łez.   Był  to   taki   piękny   widok.   Emanuel   kochał 
córeczkę, mimo że rzadko to okazywał. Elise dziwiło, że mężowi trudniej 
okazywać uczucia niż większości mężczyzn, wśród których dorastała.

Wreszcie w domu zapanowała cisza. Mogłaby teraz siąść do pisania, 

background image

była jednak zbyt zmęczona. Poza tym zrobiło się już bardzo późno, a ona 
musiała nazajutrz wcześnie wstać.

Pomogła Emanuelowi położyć się do łóżka i zapytała:
- Jak sobie radziliście dziś z Evertem?
- Niewiele go widziałem.
- Jak to? Dlaczego? - Popatrzyła na niego zdumiona.
- Powiedział, że ma dużo do roboty. Najpierw odprowadził Jensine do 

pani Jonsen i dość długo u niej siedział. Potem urzędował w kuchni, a w 
końcu poszedł na piętro. Zdaje się, że zamiatał podłogi. Kiedy skończył, 
zasiadł do swoich podręczników. Oznajmił, że zamierza zostać doktorem. - 
Emanuel uśmiechnął się pobłażliwie.

- Co za pilny chłopiec! Jestem z niego dumna - wzruszyła się Elise i 

dodała z westchnieniem: - Ale nie będzie mu lekko. Czy zdoła zdać maturę 
i pójść na studia, jeśli nie będziemy mu w stanie pomóc finansowo?

- „Zostań szewcu przy swoim kopycie", mówi stare przysłowie. Evert 

przyszedł na świat w biedzie i ciemnocie i zapewne tak skończy.

Elise posłała Emanuelowi przerażone spojrzenie.
- Jak możesz tak mówić? Evert jest bardzo zdolny i może zajść daleko!
- Lepiej spójrz, Elise, prawdzie w oczy. Nie miałem nic złego na myśli, 

po prostu jestem realistą. Komuś uzdolnionemu rzadko udaje się odłożyć 
pieniądze na studia. Tacy ludzie, chcąc się uczyć, pracują od świtu do 
późnego wieczora. Evert nie jest silny, popatrz na jego drobne ciało. Poza 
tym wciąż się przeziębią. Wątpliwe, by zdrowie pozwoliło mu na to, by 
pracować dzień i noc, równocześnie studiując.

Zdawała   sobie   z   tego   sprawę,   jednak   nie   zamierzała   przyznać 

Emanuelowi racji.

- Jestem pewna, że jakoś sobie poradzi. Gdy tylko będę miała trochę 

więcej   czasu,   dokończę   pisać   książkę   dla   dzieci,   którą   zaczęłam.   Jeśli 
dobrze   się   sprzeda,   odłożę   pieniądze   na   wykształcenie   dla   Kristiana   i 
Everta.

- Chyba masz wiele innych wydatków.
- Czy jest coś ważniejszego niż przyszłość dzieci? - Jej głos brzmiał 

teraz ostro. - Może stolik, przy którym można palić fajkę? A może wino 
agrestowe albo tytoń?

Zauważyła, że jej słowa bardzo go zraniły, ale coś nie pozwalało jej 

przerwać tej rozmowy.

- Mogę napisać jeszcze wiele książek! Może któregoś pięknego dnia 

stanę   się   sławna,   a   wówczas  zatroszczę   się   o   to,   by   cała   piątka   miała 
możliwość   przystąpienia   do   egzaminu   maturalnego   i   osiągnęła   coś   w 

background image

życiu.   Nie   będą   musieli   stać   przy   maszynie   w   hali   fabrycznej   po 
dwanaście  godzin dziennie  albo za ladą  sklepu i sprzedawać chochle i 
kubki   do   kawy!   Wszystkie   zarobione   pieniądze,   które   mi   zostaną   po 
opłaceniu codziennych wydatków, przeznaczę dla dzieci!

Następnie   opróżniła   nocnik   do   wiadra   i   rozeźlona   szybkim   krokiem 

wyszła na dwór, by wylać zawartość wiadra.

Na schodach kuchennych uderzyła w nią fala chłodu.
Czemu   jestem   dla   niego   taka   niedobra?   -   pomyślała   bliska   płaczu. 

Dlaczego żałuję mu tych niewielu radości, jakie mu pozostały?

Dręczona poczuciem winy, wróciła do sypialni.
- Przepraszam - powiedziała. - Wcale tak nie myślę. Nie wiem, co we 

mnie wstąpiło, chyba jestem przemęczona.

Pokiwał tylko głową.
- Napiszę list do majstra i zabierzesz go jutro ze sobą, Elise. Tak być 

dalej nie może. Zdmuchnij świece i kładź się już.

Wchodząc   po   schodach   na   piętro,   uświadomiła   sobie   wreszcie,   o   co 

właściwie jej chodziło. Emanuel irytował ją, bo przez niego nie mogła być 
z Johanem.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kiedy następnego dnia weszła do kantoru, z ulgą stwierdziła, że panna 

Johannessen siedzi na swoim miejscu.

- Witam, pani Ringstad! Przykro mi, że miała pani wczoraj tyle pracy. 

Nie czułam się całkiem dobrze, ale na szczęście dziś jest ze mną dużo 
lepiej.

- Jak miło usłyszeć, panno Johannessen. A co z Jorund?
- Och, wszystko układa się wspaniale - odparła, a oczy jej zalśniły. - 

Dziś Jorund poszła odwiedzić Jenny, a wieczorem obiecałam jej poczytać 
na głos. Zaczęłyśmy od Uczynków biblijnych w świetle starych zapisków.

Dość trudna lektura jak dla ośmiolatki, pomyślała Elise, ale nie wyraziła 

na głos swojej opinii.

- Tak się cieszę, panno Johannessen, że zdecydowała się pani zająć tym 

dzieckiem. Pomyśleć, że ta biedna dziewczynka miała szczęście trafić do 
dobrego domu, pod skrzydła tak troskliwej opiekunki!

Panna   Johannessen   zarumieniła   się,   a   radość   wprost   z   niej 

promieniowała.

-   Niestety,   muszę   dziś   wyjść   do   domu   nieco   wcześniej.   Ech...   Mój 

szwagier   jest   lekarzem   i   upominał   mnie,   bym   zachowała   ostrożność, 
inaczej   znów   zachoruję.   Wyjaśniłam   panu   Paulsenowi   sytuację,   a   on 
wyraził przekonanie, że pani dzisiaj także mnie zastąpi. Zrezygnujemy z 
przerwy obiadowej, dobrze? Przyniosę pani filiżankę kawy i kilka ciastek.

Elise   poczuła   przykry   zawód.   Była   pewna,   że   Johan,   w   nadziei   na 

spotkanie z nią, wstąpi do Hildy. Wyjeżdża przecież nazajutrz wcześnie 
rano.

Odłożyła na biurko list skierowany do majstra. Uznała, że nie musi go 

dostarczyć,   skoro   panna   Johannessen   wróciła   do   pracy.   Emanuel   nie 

background image

pozwolił jej przeczytać, ale przeczuwała, że list został sformułowany w 
ostrym tonie. Obawiała się, że przyniósłby  więcej szkody  niż pożytku. 
Zresztą   mało   prawdopodobne,   by   majster   przejął   się   zażaleniem   męża 
swojej kancelistki, pewnie tylko by go to zirytowało.

Pracowała tak szybko, jak potrafiła, w nadziei, że zdoła uporać się z 

większością spraw, ale gdy zaczęła się przerwa obiadowa, wiedziała już, 
że to na nic. Miała do wyboru albo pracować podczas przerwy obiadowej, 
albo zostać w kantorze do wieczora. Johan przyrzekł czekać na nią po 
skończonym dniu pracy, uznała więc, że lepiej posiedzieć teraz pilnie nad 
papierami, by móc się potem z nim spotkać.

Kiedy   panna   Johannessen   zniknęła   w   gabinecie   majstra,   Sigvart 

podszedł pośpiesznie do biurka Elise i zagadnął cicho:

-   Byłem   wczoraj   wieczorem   w   Związku   Literatów   i   podsłuchałem 

dyskusję   na   temat   twojej   książki.   Podobno   świetnie   się   sprzedaje,   ale 
pewnie   ostateczne   wyniki   sprzedaży   poznasz   dopiero   przy   wypłacie 
honorarium.

- Co mówili? - chciała wiedzieć, wpatrując się w niego z napięciem.
- Kilku dyskutantów nastawionych raczej krytycznie uważało, że ludzie 

kupują książkę nie dla jej walorów literackich, ale dlatego, że są ciekawi 
tego,   co   się   naprawdę   dzieje   na   Lakkegata   i   w   Vaterlandzie.   Kilku 
wyraziło   opinię,   że   książka   powinna   zostać   zakazana,   co   inni   z   kolei 
oprotestowali, twierdząc, że nie ma nic nieprzyzwoitego w sposobie, w 
jaki autor omawia problemy, i że należy przypuszczać, iż książka zawiera 
więcej   prawdy,   niż   większość   z   nas   dopuszcza   do   świadomości.   Nie 
odniosłem wrażenia, by literaci uważali przedstawione losy bohaterów za 
wymyślone,   przeciwnie,   zwracali   uwagę,   że   Elias   Aas   powinien   być 
ostrożny, opisując romans przełożonego z młodą prządką. Bo jeśli jakiś 
dyrektor albo majster poczuje się dotknięty, może wytoczyć mu proces 
sądowy, twierdził jeden z rozmówców. Choć z drugiej strony uważa to za 
mało   prawdopodobne,   bo   oznaczałoby   to   publiczne   przyznanie   się   do 
winy. Sam nie miałem odwagi się odezwać, ale uważnie nastawiałem uszu.

Usłyszawszy kroki w gabinecie majstra, Samson pośpiesznie wrócił do 

swojego biurka.

Elise pracowała bez przerwy od ósmej do godziny szóstej. Pisząc na 

maszynie, przegryzała ciastka, które przyniosła jej panna Johannessen. Ze 
zmęczenia kręciło jej się w głowie.

Opuściwszy kantor, rozejrzała się wokół, ale nie spotkała nikogo. Johan 

mówił, że przyjdzie po nią o szóstej. Na pewno czeka w domu u Hildy!

A   może   sądził,   że   dziś   Sigvart   przyjdzie   po   Hugo?   Nie   wiedział 

background image

przecież, że panna Johannessen pojawiła się w pracy.

Mógł też uznać, że dziś też pracuję po godzinach, zastanawiała się.
„Jeśli nie przyjdę, to wiesz dlaczego", uprzedzał ją poprzedniego dnia. 

Być może Torkild piętrzył jakieś trudności. Elise wolała o tym nie myśleć.

Robotnice   z   fabryki   także   skończyły   pracę   i   cała   kolumna   szaro 

odzianych postaci przechodziła pośpiesznie przez most. Było ślisko, stan 
drewnianego   mostu   pozostawiał   wiele   do   życzenia,   poręcz   ledwie   się 
trzymała. Nagle jedna z dziewcząt, idąca przed Elise, poślizgnęła się i 
upadła niebezpiecznie blisko krawędzi mostu. W dole huczał wodospad, 
masy   wody   opadały   pomiędzy   potężnymi   bryłami   lodu.   Pośpiesznie 
chwyciła dziewczynę i pomogła jej wstać.

- Uważaj trochę! - zawołała, a jej głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzała, 

jakby złością chciała pokryć strach.

Dziewczyna   wyrwała   się   i   odburknęła,   siłą   powstrzymując   się   od 

płaczu:

- A co cię to obchodzi, wstrętna babo!
Elise   ponownie   chwyciła   ją   za   ramię,   szczupłe   niczym   u   dziecka. 

Niewysoka dziewczyna poddała się jej woli i poszła za nią.

Dopiero   gdy   bezpiecznie   przeszły   przez   most,   Elise   odważyła   się 

zatrzymać.   Nie   widziała   dokładnie   twarzy   dziewczyny,   ale   z   jej 
zachowania wyczuwała, że coś jest nie tak.

- Mogę ci w czymś pomóc?
- Puść mnie!
- Czy coś się stało?
- A co cię to obchodzi?!
Mijały  je robotnice, ale żadna nie zatrzymała się, by zapytać, co się 

dzieje. Dość miały własnych kłopotów.

- Ile masz lat?
- Nie twoja sprawa, chyba już powiedziałam! Nic ci do mnie! Wiem, 

kim jesteś, nie służysz w Armii Zbawienia.

- Nie, ale znam tam wielu.
- Oni i tak nic nie mogą pomóc.
- Przeciwnie, robią bardzo wiele.
Nadeszły   dwie   starsze   robotnice.   Jedna   popchnęła   dziewczynę   i 

przecisnąwszy się, złorzeczyła:

-   Tarasujecie   drogę!   Inni   też   chcą   tędy   przejść   do   domu! 

Wykorzystawszy zamieszanie, dziewczyna ruszyła pędem

przed   siebie   i   wnet   zniknęła   na   podejściu   do   Sandakerveien.   Elise, 

przygnębiona, otworzyła furtkę. Hilda była z dziećmi sama.

background image

- Co jesteś taka smutna? - zapytała.
-   Zdenerwowałam   się.   Ledwie   chwyciłam   jedną   z   robotnic,   która 

poślizgnęła się na moście i omal nie runęła do rzeki, boję się jednak, że to 
się może powtórzyć.

- Rozmawiałam o tym z Paulsenem. Powiedziałam mu, że musi nakazać, 

by umocowano na moście solidne poręcze, bo inaczej znów dojdzie do 
nieszczęścia.

- Obawiam się, że w tym przypadku na nic się zda lepsza poręcz. Ta 

dziewczyna wydawała się kompletnie zrozpaczona.

Hilda skierowała na nią przerażony wzrok.
- Jak to? Ona upadła specjalnie?
- Może nie, ale też nie próbowała się w żaden sposób bronić.
- Rozmawiałaś z nią?
- Próbowałam, ale mi się wyrwała i uciekła.
- Na pewno spodziewa się dziecka i nie wie, kto jest jego ojcem.
-   Była   taka   młoda.   Chyba   poniżej   granicy   wieku,   od   której   można 

pracować w fabryce.

Hilda westchnęła.
-   Wciąż   dzieją   się   takie   rzeczy,   Elise.   Nie   możesz   uratować   całego 

świata.

- Ale mogę pomóc niektórym. To lepsze niż nic nie robić.
- Napisz o tym! Wczoraj Paulsen rozmawiał z kimś, kto skontaktował 

się z tą Islandką, która pomaga ulicznicom z Vaterlandu, Olafią jakoś tam.

- Olafią Johannsdottir - podpowiedziała jej Elise zaintrygowana. - I co 

mówił?

-   Mam   wrażenie,   że   książka   Eliasa   Aas   powoli   zaczyna   na   niego 

oddziaływać - zaśmiała się. - Zależało mu, by się dowiedzieć, co Islandka 
sądzi na temat sytuacji tych nieszczęśników, jak ogólnie nazywa dotknięte 
chorobami dziewczyny zarabiające na ulicy, pijaczków i nędzarzy. Kiedyś 
gdy o niej mówił, tylko prychał pogardliwie, teraz natomiast był bardzo 
zamyślony.

- To brzmi obiecująco. A co ona takiego powiedziała?
- Tych ludzi przygniata okropny ciężar nędzy, tak się podobno wyraziła.
Elise pokiwała głową.
- Słyszałam o niej wiele. To musi być wyjątkowa osoba.
- Powiedziała też, że w szkole nauczyła się jedynie siedzieć grzecznie w 

ławce,   straciła   jednak   zarówno  piękny   charakter  pisma,   jak   i  dziecięcą 
naiwność.

-   Słyszałam,   że   jako   pierwsza   kobieta   na   Islandii   zdała   egzamin 

background image

maturalny.   Do   Kristianii   przybyła,   ponieważ   otrzymała   powołanie   od 
Boga, by pracować wśród biedaków i ulicznic.

Elise zaczęła ubierać Hugo, nie przerywając rozmowy.
-   Naprawdę   odniosłaś   wrażenie,   że   ta   historia   zrobiła   wrażenie   na 

Paulsenie?

Hilda przytaknęła.
- Mruczał coś pod nosem, że być może Elias Aas wcale nie jest takim 

mącicielem, za jakiego go brał. A czemu właściwie nie przyszłaś dziś w 
przerwie obiadowej?

-   Pracowałam,   żeby   nie   zostawać   do   późnego   wieczora.   Panna 

Johannessen na szczęście stawiła się dziś w kantorze, ale musiała wyjść 
wcześniej, gdyż doktor nakazał jej, by się oszczędzała. - Elise wykrzywiła 
pogardliwie usta. - Nic jej nie jest, chciała po prostu wrócić wcześniej do 
domu, żeby poczytać Jorund.

- Nie cieszy cię to? Przecież to oznacza, że poważnie i odpowiedzialnie 

podchodzi do opieki nad dzieckiem.

- Oczywiście, że się cieszę, że Jorund tak dobrze trafiła, ale teraz akurat 

jest   mi   tak   ciężko,   że   jestem   zmuszona   myśleć   przede   wszystkim   o 
własnych dzieciach.

- Dlaczego Johan dziś nie przyszedł? Czyż nie wyjeżdża już jutro?
- Mówił, że postara się przyjść, ale go nie widziałam. Może Torkild 

wymyślił coś, by go trzymać ode mnie z daleka.

- Przecież jemu nic do tego - zdenerwowała się Hilda.
- Zdaje mi się, że on to traktuje jako swój chrześcijański obowiązek - 

odparła Elise, wkładając Hugo czapeczkę. - Strasznie jestem ciekawa, co z 
tą młodą robotnicą...

- Przestań się o nią zamartwiać, Elise. Może się pomyliłaś. Jest ciemno, 

a poza tym po skończonej zmianie wszyscy tłoczą się na moście.

Elise westchnęła.
- Jestem niemal pewna, że ta dziewczyna była za młoda, by ją zatrudnić 

w fabryce.

- Jeśli komuś o tym powiesz, to Paulsen będzie miał kłopoty, a to odbije 

się na mnie.

- Przecież to nie majster zatrudnia ludzi, tylko nadzorca.
- Ale on zwali winę na Paulsena, a wówczas Paulsen będzie szukał tego, 

kto o tym doniósł.

Elise wzięła synka na ręce i skierowała się w stronę drzwi.
- Jeszcze raz ci dziękuję za pomoc. Muszę się śpieszyć do domu. - W tej 

samej   chwili   przypomniało   jej   się,   że   to   ostatni   dzień   starego   roku,   i 

background image

odwróciwszy się, zapytała: - Spędzisz sama dzisiejszy wieczór?

- Nie, przyjdzie Paułsen. Obiecał przynieść coś dobrego do jedzenia i do 

picia.

- O, to miło. Najlepsze życzenia noworoczne, Hildo. I stokrotne dzięki 

za wszelką pomoc, jakiej mi udzieliłaś w minionym roku. Mam nadzieję, 
że w tysiąc dziewięćset ósmym będą nas omijać wszelkie troski.

Hilda roześmiała się.
- O, ja nie jestem taka skromna jak ty. Życzę sobie i tobie nie tylko 

spokoju w nadchodzącym roku, ale także przeżycia czegoś niezwykłego.

- Na przykład tego, że majster ci się oświadczy. Hilda pokiwała głową i 

dodała:

- No, a ty i Johan wreszcie będziecie razem.
- Daj spokój! Przecież wiesz, że jestem mężatką, a Johan też ma żonę.
- Złożył pozew o rozwód.
Elise popatrzyła na nią zdziwiona.
- Opowiadał ci o tym?
- Tak, ma nadzieję, że uda się mu to załatwić, skoro Agnes odeszła od 

niego i na dodatek wyemigrowała do Ameryki razem z dzieckiem.

Elise otworzyła drzwi. Lodowaty podmuch uderzył ją w twarz, tak że z 

trudem złapała oddech. Hugo zaś uderzył w płacz.

- Zamykaj szybko za sobą! - Hilda rzuciła się do drzwi i chwyciła za 

klamkę. - Wypuszczasz całe ciepło!

Elise nie miała serca posadzić zapłakanego Hugo od razu na sankach. 

Musiała go najpierw trochę uspokoić.

Na pogrążonych w ciemnościach ulicach było pusto i cicho. Latarnia 

gazowa   na   placu   przed   fabryką   zgasła.   Elise   jeszcze   nigdy   nie   czuła 
takiego   strachu,   przechodząc   przez   most.   W   kompletnym   mroku   nie 
widziała   nierówności   i   kolein   na   oblodzonych   deskach   i   nie   mogła 
odpędzić   od   siebie   obrazu   młodej   robotnicy,   która   poślizgnąwszy   się, 
upadła i o mało nie zsunęła się pod barierką w odmęty rzeki. Nikt by mnie 
nie zauważył, gdybym się teraz przewróciła, ani nie zdążyłby mi przyjść z 
pomocą. Wpaść do rzeki równałoby się śmierci. Przyciskając synka mocno 
do piersi, modliła się głośno:

- Dobry Boże, spraw, byśmy cali i zdrowi przeszli na drugą stronę.
Wreszcie dotarła na drugi brzeg. Hugo się uspokoił, więc owinęła go 

jeszcze szczelniej wełnianym kocem i posadziła na sankach.

- Nie, nie chcę! - próbował protestować, ale surowo mu wyjaśniła:
- Nie dam rady nieść cię na rękach przez całą drogę, Hugo. Ale jak już 

dojdziemy do domu, ugotuję ci coś dobrego, może nawet gorące kakao?

background image

Na   Sagveien   i   Maridalsveien   panowały   takie   same   ciemności   jak 

poprzedniego dnia. W ostry mróz ludzie woleli nie wychodzić z domów i 
uszczelniali   okna,   czym   się   dało,   od   gazet   po   stare   szmaty.   Usłyszała 
turkot nadjeżdżającego wozu, mignął jej skulony woźnica, który zarzucił 
na ramiona wełnianą derkę. Biedak, zamarznie na śmierć, jeśli tak posiedzi 
na koźle przez cały wieczór! - pomyślała, czując przenikający ją do szpiku 
kości chłód. Naciągnęła mocniej chustę, by osłonić twarz przed mrozem. 
Zatrzymała się, bo Hugo znów się rozpłakał, a gdy zasłoniła mu twarz 
szalem,   uderzył   w   jeszcze   większy   krzyk.   Nie   miała   innego   wyjścia, 
musiała wziąć go na ręce. Synek wtulił się w nią i choć był ciężki, obojgu 
zrobiło się cieplej.

Ogarnęło ją z wolna jakieś zniechęcenie. Dookoła w tysiącach domów w 

Kristianii ludzie zasiedli wokół stołów, by świętować nadejście nowego 
roku.   Niektórzy   w   uroczystym   nastroju   zgromadzili   się   przy   choince 
rozbłyskującej zapalonymi świeczkami, by czuwać do północy. W domach 
po drugiej stronie rzeki dzieci odwiedzał skrzat, pozostawiając prezenty, 
których nie zdążył rozdać w Wigilię.

Ciekawe, co słychać na Hammergaten? Czy zagości tam dziś uroczysty 

nastrój i radość?

Nagle   naszło   ją   wrażenie,   że   wraz   z   Hugo   są   na   świecie   jedynymi 

ludźmi, którzy wędrują w ten mroźny, zimowy wieczór. Przypomniała jej 
się baśń o dziewczynce z zapałkami i pomyślała sobie, że to małe dziecko 
musiało   marznąć   jeszcze   bardziej   niż   ona   i   Hugo.   Też   był   wówczas 
wieczór, padał śnieg i panowało przeraźliwe zimno.

Mimo że Hugo niewiele z tego rozumiał, Elise zaczęła mu opowiadać 

historię małej dziewczynki, która wędrowała w mroźny wieczór boso i z 
gołą głową. Za duże buty spadły jej z nóg, gdy przebiegała przez ulicę tuż 
przed nadjeżdżającymi z turkotem wozami. Głodna i zmarznięta, usiadła w 
kąciku   pomiędzy   dwoma   domami   i   podciągnęła   pod   brodę   posiniałe   z 
zimna nogi. Bała się wrócić do domu, bo nie udało jej się sprzedać ani 
jednej zapałki. Uległa pokusie i zaczęła zapalać jedną zapałkę po drugiej. 
Patrząc na płomyk, wyobraziła sobie, że siedzi w domu pod najpiękniejszą 
choinką, w salonie wypełnionym cudnymi zapachami. Tysiące świec paliło 
się na gałązkach świerku. Nagle uświadomiła sobie, że to gwiazdy. Jedna z 
nich spadała. „Ktoś umiera", rzekła mała dziewczynka, bo babcia nauczyła 
ją, że kiedy spada gwiazda, do nieba wędruje dusza. „Babciu! Weź mnie ze 
sobą!"   -   zawołała.   A   następnego   ranka   ludzie   odnaleźli   martwą 
dziewczynkę, na której twarzy błąkał się uśmiech. Zamarzła ostatniego 
wieczora starego roku.

background image

Elise   się   rozpłakała,   kiedy   po   raz   pierwszy   przeczytała   tę   baśń. 

Wydawała jej się taka smutna, a zarazem cudowna. Teraz jednak, gdy jej 
ciało przenikał dotkliwy chłód, gdy nie czuła palców u nóg i u rąk, nie 
dostrzegała w niej nic pięknego, choć baśń pomogła jej i Hugo na chwilę 
oderwać myśli od zimna, gdy tak przedzierali się wśród śniegu i lodu do 
domu.

Od czasu do czasu zdawało jej się, że słyszy za sobą tupot stóp. Ale 

ilekroć się odwracała, nie dostrzegała nikogo. Skoro do tej pory Johan się 
nie pojawił, to znaczy, że już go nie zobaczy. Może to i lepiej? Poczuła 
dławienie w gardle, pod powiekami zapiekły łzy.

W końcu, ledwie  powłócząc  nogami,  dotarła  do domu. Bolały  ją ra-

miona, bo przez całą drogę dźwigała Hugo. Palce całkiem jej zdrętwiały i 
ledwie utrzymywała sznurek od sanek. Wiele wysiłku kosztowało ją, by 
się nie przewrócić, Hugo zaś dygotał jak w gorączce.

Z   trudem   otworzyła   drzwi   do   kuchni.   Było   pusto,   ale   powitało   ją 

przyjemne ciepło. Posadziła Hugo na podłodze, a sama osunęła się ciężko 
na kuchenny stołek. Hugo nie przestawał trząść się, nie miała jednak póki 
co siły, by się nim zająć. Wpierw musiała odzyskać czucie w zmarzniętych 
na kość członkach.

Otworzyły się drzwi do salonu i ukazał się w nich Kristian.
- Ale długo cię nie było.
Pokiwała tylko głową, bo nie miała sił się nawet odezwać. Domyślił się 

chyba, jak bardzo jest zmęczona, bo pośpiesznie zajął się Hugo i pomógł 
mu zdjąć grube ubrania.

- Czekamy na ciebie z Emanuelem. Powiedział, że będziemy świętować 

nadejście nowego roku, ale nie wiem, w jaki sposób.

Elise zerknęła w stronę pieca, ale nie zauważyła na nim garnka z kaszą.
- Może pani Jonsen przyniosła nam jakieś ciastka?
- Chyba nie. To ja odbierałem dziś od niej Jensine. Zmusiła się, by wstać 

i podejść do pieca i ogrzać palce nad ogniem.

- Jak wam poszło w sklepie?
- Nieszczególnie. W taki dzień jak dziś ludzie kupują głównie jedzenie.
- Zdążyłeś kupić mleko, kaszę i chleb? Nie wiesz czasem, czy zostało 

nam jeszcze trochę kakao?

- Kupiłem wszystko, o co mnie prosił Emanuel. Wziąłem te pieniądze z 

puszki. Ostatnie.

Posłała mu przerażone spojrzenie.
- Nic nie zostało? - Nie, ale poczekaj tylko, jak wejdziesz do salonu - 

dodał z tajemniczą miną.

background image

Poczuła,   że   przenika   ją   radość.   Czyżby   coś   wymyślili?   Może   mimo 

wszystko będą świętować?

Zaintrygowana,   otworzyła   drzwi   i   stanęła   w   progu   oniemiała.   Przed 

łóżkiem Emanuela stał podłużny stół nakryty białym obrusem, a na nim 
głębokie talerze i na samym środku waza, którą po raz pierwszy widziała 
na oczy.

Peder i Evert stali pod oknem i wprost rozsadzała ich ciekawość. Jensine 

siedziała na łóżku, a Emanuel w wózku przy końcu stołu.

- Witaj, Elise! Co cię tak zdziwiło? - uśmiechnął się, a zwróciwszy się 

do   Pedera   i   Everta,   rzekł:   -   Teraz   możecie   przynieść   stołki   z   kuchni, 
chłopcy.

- Skąd wziąłeś ten stół i wazę? - zapytała.
- Odwiedził mnie Paul Georg. Zupa  jèst  gorąca - dodał. - Jeśli masz 

ochotę   przebrać   się   odświętnie,   zanim   siądziemy   do   stołu,   to   zrób   to, 
proszę.

Chyba zauważył jej zmieszanie, bo swoją niedzielną suknię nosiła teraz 

na co dzień do kantoru.

- Możesz włożyć tę niebieską od Signe, jeśli chcesz. Dla mnie to bez 

znaczenia.

Widząc pełne oczekiwania twarze dzieci, nie miała serca sprawić im 

zawodu, mimo że najchętniej usiadłaby przy piecu, by rozgrzać obolałe 
stopy.

Suknia wisiała w szafie. Uszyta z cienkiej wełenki, była tak elegancka, 

że Elise aż się bała ją wkładać. Z trudem zdjęła czarną sukienkę biurową, 
skostniałymi palcami z wysiłkiem rozpięła guziki.

Ostrożnie   włożyła   przez   głowę   niebieską   suknię   i   podeszła   do 

niewielkiego lustra na komodzie. Rozpuściła włosy i wyszczotkowała je. 
Niech choć raz zobaczą, że nie jest ubogą, spracowaną robotnicą ani szarą 
myszą   biurową,   a   kiedyś   za   młodu   na   jej   widok   chłopcy   gwizdali   z 
uznaniem.

Odetchnęła głęboko. Myślisz tak, jakbyś miała ponad pięćdziesiąt lat, 

upomniała się w duchu ze złością, upinając włosy w luźny węzeł na karku 
i pozostawiając miękkie kosmyki opadające na uszy.

Gdy   pojawiła   się   w   salonie,   zauważyła,   że   zarówno   Emanuel,   jak   i 

chłopcy rozszerzyli oczy ze zdumienia.

Pierwszy jak zwykle odzyskał mowę Peder.
- Wyglądasz jak królowa!
- Królowa nie jest taka piękna - sprzeciwił się Evert. - Ma ciemne włosy 

i jest taka chuda, że można by ją złamać w pasie.

background image

- A poza tym na pewno nie jest taka miła - dorzucił Peder. Elise nie 

mogła powstrzymać się od śmiechu.

- Dobrze, że królowa tego nie słyszy, bo chybaby się poczuła dotknięta.
- Zgadzam się z Pederem - odezwał się z uśmiechem Emanuel. - Elise 

wygląda jak królowa.

Kristian   był   zajęty   nalewaniem   zupy   do   głębokich   talerzy.   On   jako 

jedyny nic nie powiedział, ledwie na nią spojrzał. Domyśliła się jednak, że 
czuje   się   zakłopotany   i   nie   bardzo   wie,   jak   ma   się   odnosić   do   tej 
odświętnej Elise.

Zupa   z   ziemniakami,   kawałkami   mięsa   i   mnóstwem   apetycznych 

warzyw   była   wyjątkowo   smaczna.   Elise   poczuła   wnet,   jak   przyjemne 
ciepło rozgrzewa ją od środka.

Posłała Emanuelowi zdumione spojrzenie.
- Schwencke przyniósł także zupę?
- Nie, przyszedł tu Asbjorn z życzeniami noworocznymi. Miał ze sobą 

garnek z zupą. Zdaje się, że ugotowały ją wspólnie twoja mama i pani 
Muus.

- Naprawdę? - Elise podniosła zdziwiony wzrok.
- A co w tym dziwnego? - wtrącił znowu Peder. - Przecież to twoja 

mama!

Twoja mama... Czyżby Peder zapomniał, że to także jego mama?
- Gdy skończymy jeść, przeczytam wam na głos pewną historię, którą 

znalazłem w ostatnim numerze „Husmoderen".

W   głosie   Emanuela   słychać   było   ożywienie.   Wydawał   się   być   w 

doskonałym humorze. Gdzieś zniknął ponury nastrój z poprzedniego dnia.

Peder popatrzył na niego z nadzieją i zapytał:
- Czy to jakaś baśń?
- W pewnym sensie. Nosi tytuł Szczęśliwego nowego roku. Wydaje mi 

się, że doskonale pasuje na dzisiejszy wieczór.

Elise nakarmiła Jensine, a Kristian pomógł Hugo. Gdy wszyscy byli już 

najedzeni, Peder i Evert posprzątali ze stołu i usiedli na podłodze u stóp 
Emanuela. Ta chwila wydała im się bardzo uroczysta, bo nie codziennie 
ktoś im czytał na głos.

Emanuel sięgnął po gazetkę i donośnym głosem zaczął:
- Było to w wieczór sylwestrowy. Cała rodzina właśnie wstała od stołu i 

usiadła przy rozświetlonej choince, by czekać na nadejście nowego roku.

Peder przerwał mu.
-   Czemu   nie   mówisz   po   norwesku?   Emanuel   zmarszczył   czoło   i 

wyjaśnił:

background image

- Jeśli uważnie się wsłuchasz, język szwedzki będzie dla ciebie równie 

zrozumiały co norweski. - A potem podjął czytanie: - Babcia staruszka 
poczuła się zmęczona i posmutniała. Wieczór sylwestrowy jest wyjątkowy, 
rozmyślała. To jakby podsumowanie całego roku. Odczuła pragnienie, by 
posiedzieć w samotności.

-   Podsumowanie?   Co   to   znaczy?   -   dopytywał   się   Peder.   Emanuel 

westchnął i odłożył gazetkę na kolana.

- Sprawozdanie. Babcia uważa, że powinna zastanowić się nad tym, co 

dobrego bądź złego uczyniła w minionym roku.

- Po co opowiadasz o Szwedach? Przecież byłeś żołnierzem i miałeś do 

nich strzelać.

Elise   zauważyła,   że   Emanuel   poczerwieniał,   więc   wtrąciła   się 

pośpiesznie.

- Ucisz się, Peder, i nie przeszkadzaj! Pozwól Emanuelowi czytać w 

spokoju. Zapytasz później, jak skończy.

Emanuel wziął znów do ręki gazetkę i podjął czytanie:
- Babcia stała przez chwilę przy oknie. Na dworze było mroźno, ale 

pogodnie. Gwiazdy lśniły na niebie, biały śnieg okrywał ziemię niczym 
puchowa pierzyna. Było cicho i spokojnie. Udzielił jej się podobny nastrój 
i wyszeptała w duchu: „Niech będzie błogosławiony Bóg na wysokości, a 
na ziemi pokój ludziom dobrej woli". Po czym położyła się spać.

Peder ziewnął głośno, a Evert kręcił się niespokojnie. Zapewne liczyli 

na bardziej ekscytującą lekturę.

Kristian   przysłuchiwał   się   uważnie,   a   Emanuel   swym   monotonnym 

głosem czytał dalej o szwedzkiej babci i o tym, co jej się przyśniło w 
wieczór sylwestrowy.

-   Miała   dziwny   sen.   Śniło   jej   się,   że   wszyscy   ludzie   na   ziemi 

zgromadzili się na nocnym czuwaniu, oczekując przyjścia nowego roku. 
Przemówił do nich jakiś mężczyzna i poprosił, by nie tylko życzyli sobie 
szczęśliwego   nowego   roku,   ale   by   uczynili   dla   siebie   nawzajem   coś 
dobrego. Wszyscy przyrzekli, że się postarają. Nauczyciel obiecał okazać 
więcej cierpliwości dzieciom i dostrzec ich różne osobowości. Ojcowie i 
matki przypominali swoim dzieciom, by były w szkole grzeczne. Doktor 
zobowiązał się nie brać większej zapłaty od pacjentów niż taka, na którą 
ich stać. Dziedzic miał wyremontować domy pracujących dla niego ludzi, 
zaopiekować   się   ludźmi   starymi  i  chorymi   i   nie   traktować   ich   z   góry. 
Właściciel fabryki zamierzał skrócić czas pracy robotników, ubezpieczyć 
ich od wypadków i wypłacać emeryturę tym, którzy się zestarzeli. Ro-
botnicy   ze   swej   strony   zobowiązali   się   uczciwie   pracować   i   pogłębiać 

background image

swoją wiedzę. Kupiec przyrzekł nie oszukiwać swoich klientów, a majster 
na budowie miał pamiętać o tym, że w domach, które stawia, będą kiedyś 
mieszkać   ludzie.   Pisarze   obiecali,   że   zamiast   kiepskich,   pozbawionych 
nadziei książek będą pisać tylko takie, które pomogą ludziom i przyniosą 
im radość. Minął rok i w następny wieczór sylwestrowy znów wszyscy 
ludzie spotkali się w tym samym miejscu na nocnym czuwaniu.

Babcię   oślepił   blask   promieniejących   ludzkich   twarzy.  Wokół   głowy 

mężczyzny, który  w ubiegłym roku przemawiał do wszystkich, płonęła 
świetlista aureola. W tym momencie babcię obudził dźwięk dzwonów...

Gdy Emanuel przeczytał te słowa, za oknami coś zadzwoniło. Przerwał 

gwałtownie   i   wszyscy   odwrócili   głowy.   Poczuli   się   nieswojo.   Że   też 
dzwonienie rozległo się w tym samym momencie, gdy Emanuel czytał o 
kościelnych dzwonach!

- Co to było? - odezwał się Peder wyraźnie przestraszony.
Elise wstała i podeszła do okna. W mdłym świetle latarni zobaczyła 

jedynie tańczące na wietrze płatki śniegu. Poza tym całą okolicę otulał 
mrok. Tylko wysoko na niebie połyskiwały pojedyncze gwiazdy.

- Nikogo nie widzę.
Wszyscy popatrzyli na siebie. Peder i Evert wydawali się zalęknieni, ale 

Kristian rzucił ze spokojem:

- To na pewno jakieś dzieciaki się zabawiają.
-   Pingelen   -   odezwał   się   nabuzowany   Peder.   Zerwał   się   z   podłogi   i 

pobiegł do kuchni. Pozostali, z wyjątkiem Emanuela, podążyli za nim.

Elise zauważyła, że Peder rzucił się do drzwi z zamiarem szarpnięcia 

klamką, ale nagle się rozmyślił.

- A może to ktoś inny?
- Duch - odpowiedział bez wahania Kristian. Peder prychnął.
- Przecież duchy nie istnieją. A już na pewno nie noszą dzwonków.
- Zdmuchnij płomyk lampy, to popatrzymy przez okno - zaproponował z 

ożywieniem Evert.

Kristian   posłuchał   Everta   i   wszyscy   razem   stłoczyli   się   przy   oknie. 

Nagle z ust chłopców wydobył się chóralny jęk. Na dworze w śniegu i w 
trzaskającym   mrozie   zauważyli   poruszające   się   światełko.   Z   komórki 
wyszła ciemna postać i uniosła w górę rękę, w której trzymała świecę, 
oświecając dokładniej siebie. Był to świąteczny skrzat z długą brodą, w 
szarym, połatanym płaszczu i spiczastej czapce. Trzymał długi kostur i 
wypełniony kosz. Skrzat poruszał się powoli, jakby ciężko mu było iść, a 
potem skierował się wprost w stronę kuchennych drzwi. Gdy podszedł 
bliżej, zauważyli, że do sznura, którym był przepasany, miał przywieszony 

background image

dzwonek

- Skrzat... - Peder pierwszy  odzyskał głos. Wyglądając przez okno z 

niedowierzaniem, zapytał niepewnie: - Myślisz, że on jest groźny, Elise?

Poczuła, że serce mocniej jej bije. Czy to czasem nie Johan? Któż inny 

wyszedłby na taki mróz, by sprawić chłopcom radość?

- Nikt z was nie ma odwagi otworzyć? Może on chciałby się trochę 

ogrzać w cieple?

Peder popatrzył zrazu na Everta, a potem na Kristiana i rzekł:
- Ty otwórz, Kristian! Bo nami to on się pewnie nie przejmie. Elise 

poznała, że w tym momencie Kristian też się zawahał.

Nigdy jeszcze nie odwiedził ich żaden skrzat, a w baśniach niektóre 

bywały bardzo złośliwe.

- Jeśli żaden z was nie ma odwagi, to ja otworzę - oświadczyła.
Peder odwrócił głowę i posłał jej zatrwożone spojrzenie.
- A może byśmy poprosili Emanuela? Jest mężczyzną, no i służył w 

Armii Zbawienia. - Wyjrzawszy znów przez okno, zawołał zatrwożony: - 
Nie widzę go! Co się z nim stało?

Wszyscy   przycisnęli   nosy   do   szyby,   ale   skrzat   jakby   się   zapadł   pod 

ziemię.

- Myślę, że nam się tylko przywidziało - odezwał się Evert zawiedziony.
- Przecież nie mogło się nam przewidzieć wszystkim równocześnie, to 

niemożliwe - powątpiewał Peder. - Pewnie się przestraszył, jak zobaczył, 
że nas jest tak dużo. No i Elise w tej pięknej, niebieskiej sukni! Może 
pomyślał, że to królowa?

- Myślisz, że skrzat się boi królowej! - zaśmiał się Kristian.
Elise uchyliła drzwi. Na schodach stał kosz pełen smakołyków, a w dali, 

pod jabłonką, mignęła jej postać, która pomachała do niej, nim zniknęła za 
komórką.

- Chodźcie, chłopcy, zobaczcie! - Wzięła kosz i wniosła go do środka. - 

Skrzat zostawił wszystkie smakołyki, takie miał ze sobą.

Chłopcy rzucili się do niej.
- Zanieście kosz Emanuelowi, a ja wyjdę i rozejrzę się za skrzatem. 

Trzeba mu podziękować za to wszystko, co nam przyniósł.

Peder ociągał się przez chwilę, rozdarty pomiędzy troskę o nią a chęć 

pokazania   Emanuelowi   kosza.   Jednak   pokusa,   by   sięgnąć   po   łakocie, 
okazała się silniejsza.

Elise   włożyła   wysokie   buty,   narzuciła   na   ramiona   szal   i   wyszła 

pośpiesznie.

Znalazła Johana za komórką.

background image

- Nie mogłem wyjechać bez pożegnania - powiedział i objął ją mocno. 

Po czym odkleił brodę i pocałował Elise. - Szczęśliwego nowego roku, 
kochana!

ROZDZIAŁ PIĄTY

Gdy wracała, chłopcy stali na schodach kuchennych i wyglądali za nią. 

Zapewne skrzat zaintrygował ich jednak bardziej niż zawartość kosza.

- Znalazłaś go? - zapytał zalęknionym głosem Peder.
- Widziałam tylko, jak znika za płotem sąsiadów, i zawołałam do niego: 

„Dziękuję!"

- Bał się iść ulicą?
- Skrzaty chodzą swoimi ścieżkami. Szybko, do środka! Peder odwrócił 

się do Kristiana ze słowami:

- Widzisz, to nie żaden wymysł! Skrzaty  naprawdę istnieją! - Potem 

zwrócił   się   ponownie   do   Elise,   pociągnął   ją   za   ramię   i   wykrzykiwał 
podekscytowany:   -   Chodź,   Elise!   Zobacz,   kosz   jest   pełen!   Jest   w   nim 
lukrecja   i   bakalie,   śliwki   suszone   i   orzechy,   marcepan   i   ludziki   z 
czekolady. A na dodatek jeszcze ołówki i kartki. Dla ciebie paczka kawy, a 
dla Emanuela cygaro.

Emanuel   siedział   w   wózku   milczący.   Spojrzał   na   nią   uważnie,   gdy 

weszła do salonu, ale nie pochwyciła jego wzroku.

Na podłodze na środku salonu stał kosz rozpakowany do połowy.
- Tyle smakołyków! - zawołała, wznosząc oczy ku niebu. - Skąd skrzat 

wziął pieniądze, by nas tak szczodrze obdarować?

- Też się nad tym zastanawiam - odezwał się cicho Emanuel.

background image

Domyślił się, kto to był, przemknęło jej przez głowę, ale zamiast się 

martwić, że Emanuel zdemaskował Johana, przejęła się bardziej tym, jak 
Johan zdołał uciułać tyle pieniędzy.

Może pomogli mu Anna i Torkild? A może udało mu się sprzedać jakieś 

prace podczas pobytu w domu?

Znalazła cygaro, o którym wspomniał Peder, i podała Emanuelowi.
-  To   dla   ciebie.   Nie   zapalisz?  W  wieczór   sylwestrowy   można   sobie 

pozwolić na odrobinę przyjemności.

Pokręcił głową.
- Nie, dziękuję, wolę mojego skręta.
Peder podszedł do niego pośpiesznie z czekoladowym ludzikiem.
- Weź lepiej to, Emanuelu. To prawdziwa czekolada.
- Nie, dziękuję. Najadłem się zupą.
- Nie chcesz? - Peder popatrzył na niego oczami okrągłymi jak guziki.
Emanuel zmarszczył czoło poirytowany.
- Nie słyszysz? Chyba powiedziałem wyraźnie „dziękuję"? Peder posłał 

Elise bezradne spojrzenie i rzekł:

- Myślę, że on nie jest całkiem zdrowy.
Elise zaczęła zbierać talerze i zagadnęła Emanuela:
- Trzeba będzie oddać stół Paulowi Georgowi.
- Nie, dostaliśmy go. Przyda się, skoro musieliśmy usunąć ten okrągły. 

Ten nie zajmuje dużo miejsca. Potrzebny mi stół przy łóżku.

Zdjęła obrus.
- Ale to stół z mahoniowego drewna! Pewnie kosztował majątek.
- Dostaliśmy go w prezencie, chyba mówię. Zrozumiała, że nie ma sensu 

dłużej o tym rozmawiać, ale nie

przestała   się   dziwić.   Przypomniały   jej   się   słowa   Mimmi   Tynaes   i 

poczuła,   jak   paraliżuje   ją   strach.   Niemożliwe,   by   zwykły   sklepikarz 
zarabiał   tyle,   by   móc   dawać   w   prezencie   stół   z   mahoniu,   sprowadzać 
Emanuelowi towary do sklepu i opłacać mu czynsz. Czy nie ryzykują tego, 
że w ich drzwiach pojawi się nagle policja?

Usiłowała   odpędzić   tę   myśl.   Chłopcy   byli   ożywieni   i   radośni,   a   to 

przecież ostatni dzień roku. Pozwoliła im najeść się do syta, zabrała do 
kuchni Hugo i Jensine, by umyć dzieci przed snem. Dzisiejszego wieczoru 
postanowiła zwolnić chłopców z ich codziennych obowiązków.

Kiedy   dzieci   zasnęły   w   łóżku,   podeszła   do   niewielkiego   okienka   na 

pięterku i wyjrzała na dwór. Wzeszedł księżyc, a mroźne niebo usiane było 
gwiazdami niczym konfetti.

- Szczęśliwej podróży, Johanie - wyszeptała. - Dziękuję, że podarowałeś 

background image

dzieciom tak wspaniałe wspomnienia. Ten sylwestrowy wieczór na pewno 
zachowają w pamięci na zawsze. - Westchnęła ciężko i dodała: - Obiecaj, 
że wrócisz...

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Zbliżała się pora przerwy obiadowej.
Zamiast   iść   na   obiad   do   Hildy,   Elise   zamierzała   pobiec   do   domu. 

Emanuel wprawdzie upierał się, że sam sobie poradzi, ale wydawał jej się 
dziwnie blady i osłabiony, kiedy rankiem opuszczała dom. Nie podobało 
jej się to.

Paul Georg znalazł im tymczasowo sprzedawcę, który miał stać za ladą, 

w czasie gdy chłopcy są w szkole, a potem, aż do powrotu Kristiana i 
Everta,   miał   go   zastąpić   Peder.   Ustalili,   że   sprzedawca   otworzy   sklep 
dopiero   po   jedenastej,   ale   za  to   sklep   będzie   otwarty   aż  do   dziewiątej 
wieczorem. Jak chłopcy zdążą odrobić lekcje, nie miała pojęcia. Sytuacja 
była beznadziejna. Elise zastanawiała się, czy nie zrezygnować z pracy w 
kantorze i nie stanąć za ladą, kiedy jednak w końcu udało jej się wydusić z 
Emanuela, ile zarobili od momentu otwarcia sklepu, zrozumiała, że byłoby 
to   czyste   szaleństwo.   Niewiele   ostatnio   pisała,   bo   co   wieczór   coś   jej 
stawało   na   przeszkodzie,   by   zasiąść   nad   książką.   Rozważała,   czy   nie 
odwiedzić   oficyny   Grondahl   &   Son   i   poprosić   o   wypłacenie   części 
honorarium. Otrzymała jednak już zaliczkę i obawiała się, że taką prośbą 
mogłaby tylko zirytować wydawców.

Sigvart zerknął w jej stronę i zapytał:
- Mogę w czymś pomóc? Popatrzyła na niego zdumiona.
- Czemu pytasz?
- Bo wyglądasz na zmęczoną i zmartwioną.
-   Rzeczywiście   jestem   zmęczona   i   martwię   się   -   odparła   znużonym 

głosem. - Byłbyś tak miły i poszedł powiadomić moją siostrę, że muszę w 

background image

przerwie obiadowej pobiec do domu? Zapomniałam jej o tym powiedzieć, 
gdy rankiem odprowadziłam do niej Hugo.

Poderwał się z krzesła.
- Mogę nawet popilnować dzieci, jeśli zechce coś w tym czasie załatwić.
Mimowolnie uśmiechnęła się, rozbawiona jego zapałem.
- Prawdziwy z ciebie skarb, Sigvart!
Poprzedniego dnia Elise otrzymała od pani Jonsen płaszcz i kapelusz. 

Siostra   sąsiadki   zachorowała   nagle   w   pierwszy   dzień   świąt   Bożego 
Narodzenia na zapalenie płuc i choroba ją szybko pokonała. Pani Jonsen 
jako jej jedyna krewna odziedziczyła po niej skromny dobytek. Płaszcz był 
staromodny i mało twarzowy, ale uszyty z porządnej wełny, grzał bardziej 
niż szal. Kapelusz także miał niemodny fason i pasowałby raczej jakiejś 
starszej pani, ale Elise nie stać było na grymasy. Teraz przynajmniej maj-
ster przestanie mnie krytykować, że ubieram się jak robotnica, pomyślała, 
wydymając usta, choć wyglądam niczym rówieśnica pani Evertsen albo 
pani Albertsen,

Wyszedłszy   z   kantoru,   ujrzała   zatrzymującą   się   na   ulicy   dorożkę. 

Chciała ją wyminąć, ale usłyszała, że ktoś ją woła po imieniu. Stanęła 
gwałtownie i ku swemu zaskoczeniu zobaczyła, że to ojciec Emanuela.

-   Pan   Ringstad?   -   zapytała,   nie   kryjąc   zdziwienia.   Podszedł   do   niej 

pośpiesznie i spytał:

- Nie dotarła do was wiadomość?
- Jaka wiadomość?
- Że przyjedziemy dziś po Emanuela. Spojrzała na niego przerażona.
- Jak to po Emanuela?
-   Zadzwonił   do   nas   ktoś   z  Armii   Zbawienia   i   powiadomił,   że   stan 

Emanuela uległ pogorszeniu i nasz syn wymaga stałej opieki. Razem z 
Marie uzgodniliśmy, że zabierzemy go na jakiś czas do domu i zobaczymy, 
jak to się dalej ułoży. Zadzwoniłem do Oscara, ale go nie zastałem, bo 
wyszedł z żoną do teatru. Wykręciłem więc numer podany mi przez tego 
mężczyznę z Armii Zbawienia, a oni obiecali was powiadomić.

- Nikt u nas nie był. Popatrzył zdezorientowany.
- Ale czy to prawda, że stan Emanuela się ostatnio pogorszył?
- Owszem, prawda. Przed Nowym Rokiem musiałam wzywać doktora, 

bo chłopcy znaleźli go nieprzytomnego na podłodze. Nie wiemy, co się 
właściwie stało, ale najpewniej stracił przytomność i spadł z wózka. Teraz 
już doszedł do siebie, ja jednak nie mogę się pozbyć niepokoju. Przecież 
taki atak może się powtórzyć.

Teść wyraźnie się zmartwił.

background image

- Chyba nie zostaje na całe dnie sam bez opieki?
- Owszem - pokiwała głową. - Upiera się, że sobie poradzi. Zresztą nie 

znamy nikogo, kto mógłby przy nim posiedzieć. Biegnę teraz na chwilę do 
niego, bo mam przerwę obiadową.

- To siadaj, proszę, razem ze mną do dorożki. Porozmawiamy po drodze. 

Zabrałem jednego z naszych parobków, żeby mi pomógł wnieść Emanuela 
na wózku do pociągu. Spakujemy rzeczy Emanuela i dorożkarz zawiezie 
nas na dworzec Ostbane.

Pokręciła głową zrezygnowana. Zdawała sobie sprawę, że dla Emanuela 

jest to najlepsze rozwiązanie, obawiała się jednak, jak sobie poradzi bez 
niego. Bo choć przykuty do wózka wymagał opieki, to jednak dobrze było 
mieć   w   domu   osobę   dorosłą,   kogoś,   z   kim   by   mogła   wieczorem 
porozmawiać, podzielić się drobnymi troskami i radościami i zapytać o 
radę. Jensine i Hugo uspokajali się, gdy ich zostawiała przy nim w salonie. 
I choć niewiele by zdziałał, gdyby coś się stało, jego obecność dawała jej 
poczucie   bezpieczeństwa.   No   a   co   ze   sklepem   przy   Maridalsveien? 
Chłopcy nie są dostatecznie duzi, by go samodzielnie poprowadzić, a ona 
sama nie ma pojęcia o handlu. Ze swojej pensji w wysokości trzydziestu 
pięciu koron miesięcznie nie da jednak rady pokryć wszystkich wydatków 
na jedzenie, ubrania i czynsz. Co tu robić, na Boga?

- Nie jesteś chyba temu przeciwna?  - zapytał pan Ringstad, siadając 

obok niej i obrzucając ją zatroskanym spojrzeniem.

- Smutno mi, ale rozumiem, że tak jak teraz dłużej być nie może. Nie 

mogę zrezygnować z posady w kantorze, bo zapewnia nam utrzymanie. 
Zyski   z   handlu   są   jak   dotąd   mizerne,   a   teraz   jeszcze   pan   Schwencke 
znalazł Emanuelowi nowego sprzedawcę, który ma obsługiwać w sklepie 
od jedenastej aż do momentu, gdy Peder wróci ze szkoły. Obawiam się, że 
koszty przewyższą wpływy.

Teść pokręcił głową z dezaprobatą.
- Nie, tak nie może być. Zabierzemy go do dworu. I miejmy nadzieję, że 

dobre odżywianie, właściwa pielęgnacja i odpoczynek poprawią jego stan 
zdrowia. Może będzie mógł do was wrócić, gdy tylko zrobi się trochę 
cieplej.

- Oby tak się stało.
- A jak twoje pisanie? Dostałaś honorarium za książkę?
- Jeszcze nie. Chyba zazwyczaj honorarium wypłacane jest autorowi rok 

po wydaniu książki, ale nie wiem dokładnie, w jakim terminie.

- Nie napisałaś nic więcej od tamtej pory, gdy się widzieliśmy ostatnio?
Pokręciła głową.

background image

- Niezbyt wiele. Tak trudno mi znaleźć na to czas. Wieczorami muszę 

ułożyć   do   snu   dzieci   i   wykonać   domowe   obowiązki.   Zwykle   maluchy 
usypiali   starsi   chłopcy,   ale   teraz   stoją   za   ladą.   Powinni   po   południu 
odrabiać lekcje, a wracają do domu dopiero kwadrans po dziewiątej.

Posłał jej przerażone spojrzenie i stwierdził:
- Tak dalej być nie może, Elise!
- Wiem, ale co mam zrobić?
-   Dlaczego   nas   nie   zawiadomiliście?   Kiedy   odwiedziliśmy   was   w 

święta, odnieśliśmy wrażenie, że ma się ku lepszemu.

- Emanuelowi nie pozwala na to duma. Chce sam sobie radzić.
Teść zacisnął usta, a na jego twarzy pojawiła się gorycz.
- Chyba wiem, dlaczego - wymamrotał w końcu.
Elise była ciekawa, jak Emanuel przyjmie propozycję ojca. Możliwe, że 

odczuje   ulgę,   choć   równie   dobrze   może   się   sprzeciwić.   Ku   swemu 
zdumieniu Elise zastała w kuchni Pedera.

- Wróciłeś już ze szkoły?
- Nauczyciel powiedział, że jestem chory, ale mnie się zdaje, że to nic 

poważnego.

W   głosie   brata   pobrzmiewał   lęk.   Zasłyszane   opowieści   o   cholerze, 

tyfusie,   odrze   i   suchotach   obudziły   w   nim   strach   przed   wszelkimi 
chorobami.

Przyłożyła   mu   dłoń   do   czoła   i   przeraziła   się,   że   jest   taki   gorący. 

Zauważyła też, że oczy mu błyszczą i trzęsie się jak w gorączce.

-  Idź  na  górę  i kładź   się   do  łóżka.  Przyjdę  do  ciebie,  gdy  tylko  się 

rozmówię z Emanuelem. Pan Ringstad chce go zabrać na wieś do dworu i 
zająć się nim przez jakiś czas. Gdy się ociepli, na pewno wróci do nas z 
powrotem.

- Emanuel wyjedzie? - Peder przeraził się. - Jak ja sobie sam poradzę z 

całym sklepem?

Uśmiechnęła się i przygładziła mu niesforną grzywkę.
-   Nie   martwmy   się   na   zapas.   Znasz   to   powiedzenie:   „Nie   mogę 

przeszkodzić czarnym ptakom fruwać nad mą głową, ale nie wolno mi 
pozwolić,   aby   zbudowały   mi   gniazdo   we   włosach"?   To   znaczy,   że 
zmartwienia   nas   nie   omijają,   ale   trzeba   je   odpędzić,   by   nie   przejęły 
kontroli nad naszymi myślami.

Peder   spojrzał   na   nią   i   uśmiechnął   się,   po   czym   pomachał   rękami, 

udając, że odpędza gromadę trzepoczących skrzydłami ptaków.

- A kysz! Uciekajcie stąd! - zawołał, ale nagle jakby całkiem opadł z sił i 

powłócząc nogami, skierował się na schody.

background image

Elise   patrzyła   na   niego   zatroskana.   Łatwiej   mówić   o   przepędzeniu 

czarnych ptaków niż to uczynić.

Emanuel razem z ojcem przeprowadzali w salonie poważną rozmowę. 

Gdy Elise do nich zajrzała, Emanuel spojrzał na nią pytającym wzrokiem i 
zwrócił się ze słowami:

- Co o tym sądzisz, Elise?
Po tonie głosu poznała, że ma ochotę pojechać z ojcem do
Ringstad, ale dręczą go wątpliwości, czy ze względu na nią powinien to 

uczynić.

- Sądzę, że powinieneś przyjąć propozycję ojca. W domu u rodziców nie 

będziesz sam i w każdej chwili, gdybyś się poczuł gorzej, ktoś ci pomoże. 
Samodzielnie   możesz   się   przemieszczać   na   wózku   w   przestronnych 
pomieszczeniach, więc poczujesz się mniej odizolowany niż tutaj, poza 
tym będziesz jadał zdrowo i pożywnie, wyśpisz się w spokoju, a rodzice 
zapewnią ci właściwą opiekę.

- No tak, ale co z tobą? Jak ty sobie tu sama poradzisz?
-   Wkrótce   dostanę   honorarium   za   książkę,   a   pensja   w   wysokości 

trzydziestu pięciu koron miesięcznie to więcej, niż zarabiają prządki w 
fabryce. Ba, niewielu kancelistów czy kance-listek otrzymuje taką gażę. 
Hilda zadba o posiłek dla chłopców, gdy wrócą ze szkoły, pani Jonsen 
zaopiekuje się Jensine, a Hugo jest przecież w domu majstra. Mogę liczyć 
na większą pomoc niż większość pracujących matek.

Emanuelowi   najwyraźniej   ulżyło,   ale   jego   ojciec   zmarszczył   czoło 

zamyślony.

- Jaki czynsz płacicie? - zapytał.
- Cztery i pół korony tygodniowo.
-  To   ponad   połowa   twojej   pensji.  A  co   z   jedzeniem   i   ubraniem   dla 

sześciorga osób? Skąd na to weźmiesz? Zwłaszcza że chłopcy są w wieku, 
kiedy rosną intensywnie i mają w związku z tym większe potrzeby.

Emanuel zaprotestował.
- Zapominasz o moim sklepie, tato. Paul Georg Schwencke znalazł mi 

sprzedawcę. Jeśli tylko klienci popłacą zaległe rachunki, jestem pewien, że 
wyjdziemy na swoje.

Pan Ringstad popatrzył z powątpiewaniem.
- Ale temu sprzedawcy trzeba będzie zapłacić pensję.
- Nie mam siły  się teraz tym martwić - odparł Emanuel i ponownie 

zwrócił się do Elise: - Chodzi tylko o to, czy poradzisz sobie beze mnie 
parę tygodni.

- Damy sobie radę. Chłopcy chętnie włączają się do pornocy - odparła, 

background image

przemilczając, że Peder ma wysoką gorączkę. W tej chwili Emanuel miał 
dość własnych zmartwień.

-   No   cóż,   w   takim   razie   spakuj   moje   rzeczy,   tak   byśmy   zdążyli   na 

popołudniowy pociąg.

Pobiegła   na   górę   do   sypialni   i  zaczęła   pakować   dużą   walizkę,   którą 

Emanuel   przywiózł   ze   sobą   z   domu.  Tysiące   myśli   tłoczyło   jej   się   w 
głowie, ale nie umiała się skupić na żadnej z nich. Teraz najważniejszy był 
Emanuel, pozostałymi sprawami zajmie się później.

Zanim zeszła na dół z walizką, zajrzała do Pedera. Twarz miał rozpaloną 

i słychać było jego krótki urywany oddech. Zdawało jej się, że zasnął. Już 
miała się wymknąć, gdy usłyszała słaby głos dochodzący spod połatanej 
kołdry.

- Powiedz Emanuelowi, że go kocham. Ścisnęło ją w gardle.
- Powiem, Peder. Śpij teraz!
Może   dobrze,   że   Johan   pojechał   do   Paryża,   pomyślała,   schodząc   po 

schodach. Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.

Wózek   i   walizka   zostały   przymocowane   z   tyłu   dorożki,   a   Emanuela 

umieszczono w środku. Parobek siadł na koźle obok dorożkarza i jego 
pomocnika. Pan Ringstad miał już wsiadać, gdy nagle odwrócił się, jakby 
mu się o czymś przypomniało. Wyjął z kieszeni kopertę i podał Elise, 
mówiąc:

- Mogę cię prosić o przysługę, Elise? Chciałem powiadomić Oscara, ale 

rankiem nie udało mi się do niego dodzwonić.

Elise westchnęła w duchu. Kiedy zdoła pobiec na wzgórze Aker, skoro 

Peder leży w gorączce, a sama musi wracać do kantoru?

Zmusiła się jednak do uśmiechu i zapewniła:
-   Oczywiście,   że   przekażę.   Pozdrowienia   dla   żony   i   szczęśliwej 

podróży!

- Dziękuję ci, moja droga. Kup dla wszystkich dzieci czekoladę ode 

mnie. Napiszę, jak nam się układa.

Gdy   tylko   dorożkarz   popuścił   cugli,   dorożka   ruszyła.   Elise   machała, 

póki nie zniknęli na zakręcie w Maridalsveien, po czym drżąc z zimna, 
pośpiesznie wróciła do domu.

Spojrzawszy   na   zegar,   przestraszyła   się,   że   jest  już   tak   późno.   Żeby 

zdążyć do kantoru, będzie musiała biec całą drogę, ale zajrzy jeszcze do 
Pedera i powie mu, że wychodzi.

Chłopiec spał. Oddychał ciężko, a kiedy zatroskana przyłożyła mu dłoń 

do czoła, stwierdziła, że jest rozpalony. Na krześle przy łóżku zostawiła 
mu kartkę, że wychodzi, i pośpiesznie zeszła na dół.

background image

Sięgnęła   po   kopertę   od   teścia   i   zamierzała   ją   włożyć   do   kieszeni   w 

nadziei, że zdąży ją doręczyć zaraz po pracy, zanim odbierze Hugo, lecz 
nagle zauważyła, że koperta zaadresowana jest do niej, a nie do Oscara 
Carlsena.

Dziwne. Czyżby ojciec Emanuela się pomylił?
A może postąpił z rozmysłem i ze względu na Emanuela udawał, że to 

wiadomość dla Carlsena? Zwlekała przez chwilę, nie wiedząc, co robić.

Nie   wolno   otwierać   cudzej   korespondencji.  Teść   wyraźnie   prosił,   by 

przekazała   list   Oscarowi,   ale   przecież   na   kopercie   widnieje   jej   imię   i 
nazwisko.   Przypomniało   jej   się,   jak   kiedyś   dawno   temu   pan   Ringstad 
przysłał jej pieniądze w tajemnicy przed wszystkimi.

Pokręciła głową. Wtedy była inna sytuacja. Pani Ringstad odmówiła im 

pomocy,   ponieważ   nie   zaakceptowała   decyzji   syna   w   sprawie   ożenku. 
Może  ojciec  Emanuela  napisał na  kopercie  jej imię,  by  nie  zapomnieć 
poprosić jej o przekazanie listu? Na pewno.

Już miała schować kopertę, ale rozmyśliła się. Postanowiła sprawdzić, o 

co chodzi,  a jeśli się  okaże, że się  myli,  włoży  list do nowej koperty. 
Ostrożnie otworzyła kopertę i zrobiła wielkie oczy. W środku znajdował 
się plik banknotów oraz złożona kartka papieru. Z ociąganiem rozłożyła ją 
i przeczytała:

Kochana Elise!
Staram się to załatwić dyskretnie, żeby nie urazić dumy Emanuela.
Nie dasz rady utrzymać się za trzydzieści pięć koron miesięcznie! Nie 

dowierzam też zbytnio w interesy prowadzone przez Emanuela, bo nigdy 
nie miał zdolności w tym kierunku. Będę Ci więc przysyłał raz na miesiąc 
jakąś kwotę, i módlmy się, by Emanuel wyzdrowiał. Proszę, nie traktuj 
tego jak jałmużny. Hugo i Jensine są naszymi wnukami i czujemy się za 
nich odpowiedzialni. Chętnie pomógłbym Ci bardziej, ale sama wiesz, jak 
jest...

Pozdrawiam serdecznie Teść
Ze wzruszenia ścisnęło ją w gardle i z trudem przełknęła ślinę. Żeby 

wiedział, jak bardzo potrzebuje tych pieniędzy! Przeliczyła w napięciu. 
Całe   dwieście   koron!   A   do   tego   obiecuje   przysyłać   jakąś   kwotę   co 
miesiąc!

Zaraz   jednak   poczuła   wyrzuty   sumienia.   Czy   teść   zachowałby   się 

podobnie, gdyby wiedział, że za plecami Emanuela spotkała się w święta z 
Johanem?

Schowała   pieniądze   w   cukierniczce   i   zamknęła   głęboko   w   czarnym 

bufecie, z gorącym postanowieniem, że nie wyda na siebie nawet korony. 

background image

Wszystko przeznaczy dla dzieci. I to postanowienie trochę ją uspokoiło. 
Ubrała się pośpiesznie, włożyła kapelusz i wybiegła z domu.

Kierując się w stronę Maridalsveien, nie przestawała myśleć o Pederze. 

Rzadko kiedy tak źle wyglądał, czyżby to nie było zwykłe przeziębienie? 
A  jeśli   okaże   się,   że   to   coś   poważniejszego?   Może   powinna   poprosić 
Emanuela, by wstrzymał się z wyjazdem, póki Peder nie wyzdrowieje?

Im dłużej się zastanawiała, tym większe ogarniało ją zmartwienie. W 

końcu   zdjął   ją   taki   strach,   że   aż   poczuła   mdłości.   Uznała,   że   musi 
opowiedzieć majstrowi, co się stało. Może pozwoli jej wyjść wcześniej do 
domu.

W drzwiach czekał już na nią Samson.
-   Elise,   wydaje   mi   się,   że   powinnaś   zajrzeć   do   swojej   siostry. 

Zachorowała i nie jest w stanie zająć się dziećmi.

Elise popatrzyła na niego.
- Hilda zachorowała? Rano nic po niej nie zauważyłam.
- Nie chciała ciebie martwić i myślała, że jej przejdzie, a tymczasem jej 

się pogorszyło. Panuje silna grypa, choruje wielu moich znajomych.

- Ale już się skończyła przerwa obiadowa, nie mogę tak sobie wyjść!
- Wyjaśnię wszystko majstrowi, a panna Johannessen skończyła już na 

dzisiaj.

- Jak to skończyła? - Elise spojrzała na wiszący na ścianie zegar.
- Źle się poczuła - rzekł i mrugnął porozumiewawczo, najwyraźniej nie 

wierząc w usprawiedliwienia panny Johannessen.

Elise pokręciła głową zrezygnowana.
- Chyba dziś wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Najpierw ojciec 

Emanuela zabrał go na wieś. Peder wrócił ze szkoły z wysoką gorączką, a 
teraz się dowiaduję, że zachorowała Hilda. Co ja zrobię, na Boga?

Zaraz jednak przypomniała sobie, że wzbogaciła się o dwieście koron, i 

pomyślała, że z tym fatum nie do końca ma rację.

-   Przejmę   od   ciebie   tyle   pracy,   ile   zdołam.   A   jeśli   będzie   trzeba, 

zaproponuję panu Paulsenowi, że zostanę po godzinach. Odbierz Hugo i 
wracaj do domu!

Zmarszczyła czoło z powątpiewaniem, ale nie widząc innego wyjścia, 

postanowiła mu zaufać. Pośpiesznie zeszła po schodach i skierowała się w 
stronę mostu.

Zanim weszła do domu nad rzeką, usłyszała dolatujący ze środka płacz 

chłopców, a gdy otworzyła drzwi, zobaczyła, że obaj siedzą na podłodze w 
kuchni i płaczą wniebogłosy. Hildy nie było w pobliżu.

Hugo, ujrzawszy ją, wstał i z wyciągniętymi rączkami przy-dreptał do 

background image

niej. Isac po chwili uczynił to samo.

Ukucnęła i wzięła ich obu na ręce.
- Czemu płaczecie? Coś was boli? - dopytywała się.
- Hilda śpi - pochlipywał Isac, który od jakiegoś czasu zwracał się do 

mamy po imieniu.

Elise   zaniepokoiła   się.   Z   Hildą   musiało   być   naprawdę   źle,   skoro 

położyła  się  spać,  pozostawiając dwoje  małych  dzieci bez  opieki,  przy 
stojącej na stole zapalonej lampie naftowej i trzaskającym w piecu ogniu. 
Puściła dzieci i pośpiesznie skierowała się do sypialni.

W pomieszczeniu było ciemno, ale w smudze światła z kuchni Elise 

dostrzegła wystający spod pierzyny czubek głowy Hildy.

- Hilda?
Nie usłyszała odpowiedzi.
Z rosnącym niepokojem podeszła do niej na palcach.
- Źle się czujesz, Hildo?
Rozległ się żałosny jęk. Elise dotknęła czoła siostry, które było równie 

rozpalone jak czoło Pedera. Przy takiej wysokiej gorączce Hilda zapewne 
nie wiedziała, co się wokół niej dzieje.

Co mam robić, na Boga? Przeraziła się. Nie mogę odejść, skoro siostra 

nie jest w stanie zająć się Isakiem. Na poddaszu jest ciemno, więc Olafa 
pewnie nie ma u siebie. W domu leży całkiem sam ciężko chory Peder. 
Kristian i Evert pobiegli zaraz po szkole do pracy, a stamtąd mieli iść 
prosto do sklepu.

Nie   widziała   innej  rady   jak  zabrać   Isaca   ze  sobą   do   domu.   Skręciła 

płomień lampy naftowej, dołożyła kilka drew do pieca, a potem nalała 
wody do kubka i postawiła na stoliku przy łóżku. Obok zostawiła kartkę z 
wiadomością dla siostry.

Ubrawszy ciepło malców, posadziła ich na sankach. Przeszła przez most 

i wstąpiła na moment do kantoru, żeby opowiedzieć Samsonowi, co się 
stało.

- Możesz przekazać to majstrowi? - poprosiła zasapana.
- On już wyszedł.
- To nie może być prawda! - Pokręciła głową zrezygnowana.
- Spokojnie, Elise. Pójdę do niego i powiem mu, że Hilda zachorowała. 

Myślę, że zatroszczy się o to, by nie zostawić jej samej. Pośpiesz się i 
wracaj do domu, żeby się zająć młodszym bratem. To teraz najważniejsze.

Podziękowała mu, skinęła głową na pożegnanie i pośpiesznie wyszła. 

Hugo i Isac marudzili zmarznięci, mimo że ich ciepło otuliła.

Pełna   lęku   o   Pedera   chwyciła   za   sznurek   i   ciągnąc   sanki,   ruszyła 

background image

szybkim krokiem. Zrobiło się już niemal całkiem ciemno, w powietrzu 
wirowały płatki śniegu.

- Nie mogę przeszkodzić czarnym ptakom fruwać nad moją głową, ale 

nie powinnam im pozwolić zbudować gniazda w moich włosach - szeptała 
z uporem do siebie, zaciskając mocno zęby.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Gdy wróciła do domu, w oknach było ciemno. Biedny Peder, sam w 

wychłodzonym, mrocznym mieszkaniu. Że też Emanuel musiał wyjechać 
właśnie dziś, kiedy go naprawdę potrzebowała!

Zostawiła Isaca i Hugo w kuchni w ciepłych ubraniach, zapaliła tylko 

lampę na stole i pognała na górę.

Otwierając   ostrożnie   drzwi   do   pokoju   brata,   wstrzymała   oddech,   po 

czym cicho podeszła do łóżka.

- Peder? Śpisz?
Rozległ się dziwny chrapliwy szept.

background image

Położyła mu rękę na czole i stwierdziła, że wciąż jest rozpalony.
- Boli cię coś?
Nie usłyszała odpowiedzi.
- Już wróciłam do domu. Zaraz przyniosę ci coś do picia. Zostawiła 

otwarte drzwi na korytarz i zbiegła po schodach na dół. Na jej widok Isac i 
Hugo znów zaczęli popłakiwać. Biedaki, obaj strasznie przemarzli.

- Bądźcie teraz grzeczni i poczekajcie chwilę. Zaraz was przebiorę i 

ugotuję coś do jedzenia. Muszę tylko najpierw rozpalić w piecu.

Na szczęście miała wystarczająco suchych szczap, więc wnet zapłonął 

wesoło ogień. Sięgnęła po kankę z mlekiem, nalała do garnka i postawiła 
na   piecu.   Mając   w   bufecie   dwieście   koron,   stać   ich,   żeby   się   napić 
prawdziwego kakao. A może dzieci są głodne? Kto wie, czy Hilda była w 
stanie przygotować im coś do jedzenia?

Elise zdjęła chłopcom czapki, rękawice i kurtki, całe białe od śniegu. 

Obu   dała   w   rękę   kromkę   chleba,   a   sama   pośpieszyła   na   górę   zanieść 
Pederowi kubek gorącego mleka i zapaloną świecę.

Kiedy go zobaczyła w oświetlonym wnętrzu, ścisnął ją strach. Chłopiec 

dygotał w  gorączce  i nawet nie   próbował otworzyć oczu,  mimo   że  na 
pewno słyszał, że weszła.

- Peder? Przyniosłam ci gorące mleko. Postaraj się wypić trochę, to ci 

pomoże.

Otworzył usta, jakby chciał się odezwać, ale ze spierzchniętych ust nie 

wydobyło się ani jedno słowo.

-   Ugotuję   też   kakao,   a   jak   wróci   Kristian,   poproszę,   by   pobiegł   do 

sklepu.   Pan   Ringstad   zostawił   mi   trochę   pieniędzy   na   czekoladę   dla 
każdego z was.

Peder pokręcił tylko lekko głową.
Musi być ciężko chory, skoro nie reaguje na słowo „czekolada"! Strach 

dławił ją w gardle, z trudem łapała oddech. Ostrożnie przygładziła mu 
grzywkę i poklepała po policzku.

-   Wnet   poczujesz   się   lepiej,   Peder.   To   nic   groźnego.   Hilda   też 

zachorowała, coś krąży w powietrzu. Za dwa, trzy dni na pewno wrócisz 
do zdrowia.

Tym   razem   zamrugał   oczami.   Elise   była   pewna,   że   strach   przed 

groźnymi chorobami zakaźnymi tylko pogarsza jego stan.

- Jeśli do jutra nie będzie ci lepiej, sprowadzę doktora, żeby zapisał ci 

jakieś  lekarstwa.   Nie   martw   się,   że   to   dużo   kosztuje,   ojciec   Emanuela 
zostawił nam pieniądze, rozumiesz?

Zdawało  jej  się,  że  na jego  twarzy   przemknął lekki  uśmiech,  ale  do 

background image

końca nie była tego pewna.

W tej samej chwili usłyszała na dole wrzask i przypomniało jej się, że 

wstawiła mleko. Przerażona wybiegła z pokoju i rzuciła się po stromych 
schodach w dół.

Odetchnęła z ulgą, gdy się okazało, że nie chodzi o mleko. Chłopcy 

najwyraźniej się o coś poróżnili i musiała ich rozdzielić. Odstawiła garnek 
z mlekiem na bok i zakryła ogień fajerkami.

Gdy   usłyszała   kroki   za   oknem,   a   w   drzwiach   ukazał   się   Kristian, 

poczuła wielką ulgę. Brat otrzepał buty ze śniegu i obrzucił ją zdziwionym 
spojrzeniem.

- Już jesteś w domu?
Szybko wyjaśniła mu wszystko, co się wydarzyło.
-   Pojechał   do   swoich   rodziców?   -  W  głosie   Kristiana   pobrzmiewało 

niedowierzanie.   Ściągając   z   siebie   wierzchnie   okrycie,   zapytał 
zdruzgotany: - Jak ty sobie poradzisz sama ze wszystkim?

Sięgnęła po cukier i czarną puszkę z kakao Freia, po czym rozmieszała 

ciemny proszek z odrobiną mleka w osobnym garnku.

-   Ostatnio   i  tak   Emanuel  niewiele   mógł   mi   pomóc,   Kristian.  A  jeśli 

chodzi o sklep i wpływy stamtąd, to nie musisz się martwić. Dostałam 
dwieście koron od pana Ringstada.

- Dwieście koron? - Kwota wyraźnie go poraziła. - Dlaczego dał ci tak 

dużo?

- Ponieważ domyślił się, że będzie nam ciężko. Prosił, bym kupiła wam 

czekoladę.   Chyba   chciał   was   w   ten   sposób   pocieszyć   po   wyjeździe 
Emanuela. Peder jest chory, myślałam więc, że może ty byś mógł zrobić 
zakupy, zanim pobiegniesz zmienić w sklepie pana Liena. Zdaje się, że ma 
tam zostać aż do twojego przyjścia, prawda?

Kristian pokiwał głową.
- Skończyłem wcześniej, bo wozak źle się czuł.
- On też? To znaczy, że panuje jakaś epidemia. Nie wiesz, kiedy Evert 

skończy swoją pracę?

- Nie widziałem go.
- Ciekawe, jak sobie radzi ten nowy sprzedawca. Jeśli nie sprzeda zbyt 

wiele towaru, to chyba będziemy musieli zamknąć ten cały interes.

Spojrzał na nią przerażony.
- Nie wolno ci tego zrobić, Elise! Jak myślisz, co na to powie Emanuel? 

Po powrocie do domu nie miałby żadnego zajęcia, a wówczas na pewno 
rozchoruje się jeszcze bardziej.

Nabrała powietrza w płuca i westchnęła ciężko.

background image

- Nie martwmy się na zapas, Kristian. Ale dziś musisz zamknąć sklep 

wcześniej. Być może będzie trzeba sprowadzić doktora.

- Doktora? - zdziwił się, a w jego oczach przemknęło przerażenie. - Coś 

ci dolega?

- Nie mnie, lecz Pederowi. To nie jest zwykłe przeziębienie. Cały jest 

rozpalony   i  nie   ma   sił  otworzyć   oczu.  Nie   zareagował  nawet,   gdy   mu 
wspomniałam o czekoladzie.

Kristian popatrzył na nią z powagą.
- Myślisz, że to suchoty? Pokręciła głową.
-   Nie,   suchoty   nie   zaczynają   się   tak   gwałtownie.   Przeważnie   chory 

kaszle przez jakiś czas i pluje krwią.

- A może to dyfteryt albo tyfus?
- Boję się nawet zgadywać, ale będzie lepiej, jeśli Evert prześpi się dziś 

w   twoim   pokoju.   Właściwie   w   naszej   sytuacji   to   nadmierny   zbytek 
posiadać   trzy   sypialnie,   mimo   że   twoja   jest  maleńka   niczym  komórka. 
Kiedy   Peder   wyzdrowieje,   wynajmiemy   pokój   Everta   i   Pedera,   a   wy 
będziecie spać we trójkę w jednym łóżku tak jak i inne dzieciaki.

W tej samej chwili otworzyły się kuchenne drzwi i do środka wszedł 

Evert. Chłopcy zazwyczaj wpadali na chwilę do domu przed pójściem do 
sklepu. Zdziwił się podobnie jak Kristian, ujrzawszy Elise, więc jemu też 
wyjaśniła pokrótce, co się stało.

- Dużo dzieciaków ze szkoły zachorowało. Pazur siedział ze zwieszoną 

głową i w ogóle  nie słyszał, co nauczyciel do niego  mówi. Też został 
odesłany do domu.

-   O   tej   porze   roku   ludzie   częściej   chorują.   Przeziębiają   się   w   takie 

mrozy. Hilda też ma wysoką gorączkę, dlatego przyprowadziłam tu Isaca - 
odpowiedziała, po czym zwróciła się do Kristiana: - Przed wyjściem napij 
się kakao, a ja ci w tym czasie napiszę, co masz kupić.

Spojrzał na nią zdziwiony.
-   A   nie   powinienem   najpierw   odebrać   Jensine?   Westchnęła 

zrezygnowana.

- Ja już całkiem gonię w piętkę! Na śmierć zapomniałam o Jensine!
Posadziła Hugo i Isaca na stołkach przy stole i postawiła przed nimi 

napełnione do połowy kubki z ostudzonym kakao.

Następnie   wypisała   w   pośpiechu   listę   zakupów   dla   Kristiana   i 

posmarowała kanapki.

Kristian wypił szybko kakao, włożył kurtkę i zniknął. W chwilę później 

pojawił się z Jensine na ręku. Zapewne szedł szybkim krokiem.

- Pozdrowienia od pani Jonsen - oznajmił od progu. - Włoży tylko na 

background image

siebie płaszcz i zaraz tu przyjdzie.

Elise odwróciła się do niego zdziwiona.
- Przyjdzie tu? Dlaczego?
- Chce z tobą porozmawiać. Opowiedziałem jej o Emanuelu i o Pederze, 

a ona strasznie się zdenerwowała. Załamała ręce i powtarzała w kółko: 
„Biedna Elise! Czy nie ma końca tych wszystkich nieszczęść, które na nią 
spadają?"

- Uff! Nie jest aż tak źle. Wielu ludzi ma znacznie większe kłopoty. Ale 

dobrze, że przyjdzie. Może zechce przypilnować dzieci, a ja w tym czasie 
pójdę   sprowadzić   doktora.   Zapytaj   tego   sprzedawcę,   czy   nie   mógłby 
zaczynać pracy nieco wcześniej, Kristian. Wyjaśnij mu, jaka jest sytuacja. 
Powiedz mu, że Peder zachorował, a ja potrzebuję twojej pomocy w domu.

Evert spojrzał na nią urażony.
- A ja nie mógłbym ci pomóc?
Poklepała go po policzku i zapewniła chłopca:
- Oczywiście, że twojej pomocy też potrzebuję, Evert. Nie mam pojęcia, 

co bym bez was zrobiła.

Zdjęła Jensine wełniany sweterek i czapeczkę. Córeczka miała mokro i 

trzeba ją było przewinąć. Gdy ją rozebrała i dotknęła nóżek, poczuła, że są 
lodowate. Mała pokasływała i oczka jej błyszczały.

Też się chyba przeziębiła, przeraziła się Elise, odnosząc wrażenie, że 

piętrzą się wokół niej kłopoty.

Usłyszeli kroki, po czym ktoś, głośno tupiąc, otrzepał śnieg z butów. 

Rozległo   się   pukanie  i  weszła   pani  Jonsen,   zamykając  szybko  za   sobą 
drzwi, by nie wpuszczać do środka chłodu.

- O mój Jezu, jak zimno! W „Svaerta" czytałam, że już od wielu lat nie 

było   takich   siarczystych   mrozów   w   okresie   po   świętach   Bożego 
Narodzenia. - Rozejrzała się wokół i dodała: - Pomyśląłam sobie, że może 
ci się przyda moja pomoc, Elise. Widziałam, jak pan Ringstad odjeżdżał 
dorożką.   Myślałam,   że   znów   zabierają   go   do   szpitala,   ale   Kristian   mi 
powiedział, że wyjechał do swoich rodziców. Jak ty sobie poradzisz ze 
wszystkim,   Elise?   A  na   dodatek   jeszcze   zachorował   Peder.   Tak,   tak, 
zawsze powtarzam, że największy ciężar to nie ten, który możesz uradzić 
w rękach.

- Oj prawda, prawda - przytaknęła Elise. - Proszę się rozebrać i napić z 

nami kakao. Nic lepiej nie rozgrzewa.

- Stać cię na to, Elise?
- Tak - odparła krótko. - Nie zerknęłaby pani na dzieci, gdy pójdę na 

górę do Pedera? Kristian i Evert muszą się śpieszyć do sklepu.

background image

-  A  jak   myślisz,   po   co   tu   przyszłam?   Powiedziałam   już,   że   chcę   ci 

pomóc. Jutro mogę tu być przez cały dzień. Zamiast u siebie w domu 
równie dobrze mogę przypilnować małej tutaj, a przy okazji będę miała na 
oku wszystkie dzieci.

Elise poczuła, jak zalewa ją fala ciepła.
-   Prawdziwy   anioł   z   pani,   pani   Jonsen.   Nie   wiem,   jak   mam   pani 

dziękować.

Sąsiadka machnęła tylko ręką.
- E tam, słyszał kto takie bzdury! Ludzie powinni sobie pomagać. Co ja 

mam innego do roboty? Jestem co prawda stara, ale głowę i ręce mam, 
dzięki Bogu, zdrowe.

Elise położyła kanapkę na blaszanym talerzyku, wzięła kubek z kakao i 

poszła na górę.

Pedera   przestało   trząść,   za   to   teraz   spocony   rzucał   się   na   łóżku 

półprzytomny,   skopując   z   siebie   kołdrę.   Nawet   nie   tknął   mleka,   które 
postawiła mu wcześniej.

Elise odstawiła jedzenie i picie, po czym siadła na krześle ustawionym 

przy łóżku brata i osuszyła brzegiem fartucha wilgotne skronie chorego.

- Coś cię boli, Peder? Nic nie odpowiedział.
Rozpięła   mu   ostrożnie   piżamę,   by   sprawdzić,   czy   nie   ma   jakiejś 

wysypki na ciele, ale w słabym świetle świecy nie widziała dokładnie.

- Chyba sprowadzę doktora - powiedziała z udawanym spokojem. - Nie 

dlatego,   bym   myślała,   że   to   coś   poważnego,   ale   mamy   teraz   dość 
pieniędzy, więc możemy sobie na to pozwolić.

Nie miała pojęcia, czy Peder ją słyszy, wydawało jej się jednak, że lepiej 

go przygotować na wizytę doktora. Mógłby się przestraszyć, gdyby nagle 
zobaczył go przy swoim łóżku.

Kiedy   godzinę   później   wróciła   do   domu   w   towarzystwie   doktora, 

Kristian zdążył zrobić zakupy, a pani Jonsen położyła troje najmłodszych 
dzieci spać. Chłopcy leżeli w nogach dużego łóżka w sypialni, a Jensine na 
poduszce. Odkąd Emanuel zaczął sypiać na dole w salonie, Elise kładła 
Hugo   i   Jensine   na   noc   do   swojego   łóżka.   Spali   spokojniej   niż   na 
zsuniętych   fotelach   z   wikliny.   Dziecinnego   łóżeczka   obiecanego   przez 
Carlsena nie zobaczyli nigdy na oczy. Pewnie Oscar zapomniał, a oni nie 
mieli ochoty się upominać.

Jak   się   będę   kładła,   przesunę   tylko   trochę   Jensine.   Chłopcy   leżą   z 

drugiej strony, więc się zmieścimy, pomyślała.

Doktor był milszy niż poprzednio. Zawsze płaciła mu od razu za wizytę, 

a nie wszyscy tak robili. Poza tym darzył Emanuela, a dzięki temu i Elise, 

background image

większym szacunkiem niż innych mieszkańców dzielnicy nad Aker. Może 
jednak   nie   doszły   go   żadne   plotki   o   mnie   i   o   Johanie,   pocieszała   się. 
Pewnie ostatnio był po prostu w gorszym humorze.

Zbadał Pedera, po czym z poważną miną zszedł na dół. Kristian i Evert 

zdążyli już wyjść do sklepu, a pani Jonsen wróciła do siebie.

-   Nie   wiem,   co   powiedzieć,   pani   Ringstad.   Na   razie   niewiele   mogę 

zrobić,   trzeba   zdać   się   na   czas   i   obserwować   rozwój   choroby.   Teraz 
wszystko zależy od tego, czy pani brat ma silny organizm. Jedni poddają 
się chorobie, a inni w zaskakujący sposób potrafią ją zwalczyć, jakkolwiek 
beznadziejnie by to z początku wyglądało. Chodzi pani do kościoła, pani 
Ringstad?

Zdawało jej się, że braknie jej tchu.
- A więc jego stan jest aż taki ciężki? - z trudem wydobyła z siebie.
- Na to wygląda. Nie mogę stwierdzić na pewno, co mu dolega, zanim 

pojawi się wysypka. Gorączka jest jednak bardzo wysoka i martwi mnie 
to, że z chorym nie można nawiązać kontaktu. Wrócę jutro, jeśli będzie 
pani pasowało mnie przyjąć.

Domyśliła się, co miały znaczyć te słowa. „O ile stać ją będzie, żeby 

zapłacić za wizytę". Pokiwała tylko głową i wymamrotała:

- Tak.
Przyjąwszy   zapłatę,   doktor   włożył   kapelusz   i   płaszcz   i   jeszcze   raz 

zwrócił się do niej:

- Proszę pamiętać, że to może być zaraźliwe. Nie należy pozwalać, by 

inni   pili   z   tego   samego   kubka   co   chory   albo   używali   tych   samych 
sztućców bez uprzedniego wygotowania.

Elise wpatrywała się w doktora bez słowa. W głowie miała plątaninę 

myśli. Nie była pewna, czy opłukała kubek Pedera, nim sięgnął po niego 
ktoś inny. Chyba jednak Kristian i Evert zdążyli wyjść, nim zniosła go na 
dół.

Kiedy za doktorem zamknęły się drzwi, osunęła się na kuchenny stołek. 

Złożyła ręce i oparłszy się głową o ścianę, błagała: „Dobry Boże, ojcze, 
któryś   jest   w   niebie,   zachowaj   Pedera   przy   życiu!   Nigdy   nie   uczynił 
nikomu   nic   złego,   zawsze   był   miły   i   posłuszny.   On   nie   zasługuje   na 
śmierć.   Wiem,   że   ja   sama   nie   postępowałam   ostatnio   jak   dobra 
chrześcijanka. Rzadko chodzę do kościoła i nie czynię dostatecznie dużo 
dla   tych,   którzy   mają   ciężej   ode   mnie.   Mimo   to   zanoszę   modlitwę   do 
ciebie, Panie. Spraw, by Peder wyzdrowiał! Jeśli już, ukarz lepiej mnie za 
moje grzechy, ale nie pozwól, by cierpiały dzieci. Amen".

Pod powiekami piekły ją łzy, usiłowała je powstrzymać, ale nie zdołała. 

background image

Oparła głowę o blat stołu i wybuchnęła płaczem.

Gwałtownie się poderwała, bo w drzwiach ujrzała obcego mężczyznę. 

Nie słyszała pukania ani odgłosu otwieranych drzwi.

Mężczyzna zdjął czapkę i miął ją zakłopotany w dłoniach, spoglądając 

na Elise niepewnym wzrokiem. Może coś powiedział, wyjaśnił, kim jest, 
ale ona, pogrążona w rozpaczy, nic nie słyszała,

Wytarła oczy brzegiem fartucha i wstała zawstydzona.
- Przepraszam, nie słyszałam pukania.
- To ja proszę o wybaczenie. Nie powinienem wchodzić, zanim mi ktoś 

nie otworzy drzwi. Nazywam się Ludvig Johannes Lien i to ja zostałem 
zatrudniony jako sprzedawca w sklepie pani męża. Bo jak się domyślam, 
rozmawiam z panią Ringstad, prawda?

Skinęła głową i wyczyściwszy nos, spojrzała na niego przestraszona.
- Czy Kristian i Evert nie przyszli do sklepu?
- Ależ tak. Nie z tego powodu panią nachodzę. Opuścił wzrok, nagle 

wyraźnie zakłopotany.

Był to przystojny młody mężczyzna około trzydziestki o regularnych 

rysach twarzy, z ciemną brodą i przygładzonymi ciemnymi włosami. Miał 
na sobie długi płaszcz z szorstkiej wełny i samodziałowe spodnie, ale choć 
nie   nosił   kapelusza   i   fraka,   z   jego   postaci   biła   jakaś   szlachetność. 
Zaciekawiło   ją,   jak   Schwenckemu   udało   się   go   nakłonić   do   pracy   w 
sklepie   i   czemu   taki   mężczyzna   chciał   zostać   sprzedawcą.   Przecież   na 
pewno mógłby znaleźć lepiej płatną posadę.

Czekała, co powie, ale on zamilkł. Uznała więc, że musi się odezwać.
- Ma pan jakieś wątpliwości, panie Lien? - zapytała. Odchrząknął.
- Nie wiem, czy to odpowiednia chwila...
Zrozumiała. Sprzedawca widział, jak płacze, i obawiał się, że przyszedł 

nie w porę.

-   Nie   jest   tak   źle,   jak   pan   się   być   może   obawia.   Zachorował   mój 

najmłodszy brat i bardzo się o niego martwię. Był tu doktor i jutro też 
przyjdzie. Pewnie wszystko będzie dobrze, tylko że dziś spadło na moje 
barki   zbyt   wiele   kłopotów.   Stan   zdrowia   mojego   męża   pogorszył   się 
ostatnio i dziś zabrał go jego ojciec. Zostałam sama z pięciorgiem dzieci, a 
właściwie   w   chwili   obecnej   z   sześciorgiem,   bo   moja   siostra   też 
zachorowała. Ale niektórzy mają dziesięcioro, a nawet dwanaścioro dzieci 
i nie narzekają.

Zdawało jej się, że mężczyzna poczuł-pewną ulgę, nadal jednak miął w 

dłoniach   czapkę   i   sprawiał   wrażenie,   jakby   się   wzbraniał   przed 
powiedzeniem tego, z czym przychodzi. Postanowiła zapytać go wprost.

background image

- Czy coś jest nie tak ze sprzedażą?
Posłał jej przerażone spojrzenie, po czym gwałtownie pokręcił głową.
- Nie, nie, absolutnie. Przeciwnie, całkiem dobrze. Chodzi tylko o to... 

ech... pan Paul Georg Schwencke przysłał mi wczoraj skrzynki z-towarem, 
a dostawcy upominają się o zapłatę w gotówce.

Zmarszczyła czoło.
- Czy mój mąż zamówił ten towar?
- Nie wiem. Nie miałem pojęcia o niczym, gdy pojawili się dostawcy. 

Zdziwiłem się nawet, bo magazyn jest pełen.

- Może to jakaś pomyłka? Może pan Schwencke zamówił ten towar dla 

siebie?

Pokręcił głową.
- Nie, poinformowano mnie wyraźnie, że towar jest przeznaczony do 

tego sklepu i należy za niego zapłacić do jutra wieczór. A ja nie zdołam 
tyle utargować w ciągu jednego dnia.

Wstrzymała oddech, po czym zapytała:
- O jaką sumę chodzi?
Popatrzył na nią nieszczęśliwym spojrzeniem.
- Sto pięćdziesiąt koron, pani Ringstad.
Spadło to na nią jak grom z jasnego nieba. Kristian na jej prośbę zrobił 

zakupy za dziesięć koron. Czuła się bogata i sądziła, że może sobie na to 
pozwolić, a poza tym zdawało jej się, że podniesie ją to na duchu. Jeśli 
będzie   musiała   zapłacić   za   towar,   z   pieniędzy   otrzymanych   od   pana 
Ringstada zostanie tylko czterdzieści koron.

- Ale czy nie można by powiedzieć, że póki co mamy dość towaru?
- Nie, jeśli towar został zamówiony.
- A kto złożył zamówienie, mój mąż czy pan Schwencke?
- Chyba razem o tym postanowili, kiedy pan Schwencke był niedawno u 

pani męża.

- W takim razie pewnie nie mam wyjścia - westchnęła. Ciężkim krokiem 

skierowała się do salonu, otworzyła czarny bufet i sięgnęła po pieniądze.

Zauważyła, że pan Lien zrobił wielkie oczy. Zapewne z takimi oporami 

jej   o   wszystkim   mówił,   bo   sądził,   że   nie   będzie   miała   możliwości 
zapłacenia. Uznała więc, że musi się wytłumaczyć.

- To niemal wszystko, co mam. Przypadkowo dziś właśnie dostałam te 

pieniądze od teścia. Były przeznaczone na całkiem inny cel.

Pokiwał głową zakłopotany.
-   Bardzo   mi   przykro,   pani   Ringstad.   Od   razu   pokwituję.   A   kiedy 

spotkam pana Schwencke, wyjaśnię mu sytuację i spytam, czy nie mógłby 

background image

przejąć części towaru. Nie sądzę bowiem, by udało nam się to wszystko 
sprzedać. W każdym razie nie tak szybko.

Podpisał i odwrócił się do wyjścia.
Elise ociągała się przez chwilę, pamiętając słowa Kristiana, ale czuła, że 

musi to powiedzieć.

- Panie Lien? Odwrócił się.
-   Nie   jestem   pewna,   czy   zdołamy   utrzymać   sklep.   Kristian   i   Evert 

pracują, jeden u wozaka, a drugi pomaga woźnemu w szkole, a przecież 
muszą też mieć czas na odrabianie lekcji. Ja sama mam posadę w kantorze. 
Mogłabym oczywiście nakłonić chłopców, by porzucili tamte zajęcia, ale 
niełatwo dzieciom znaleźć pracę. Boję się, że zostaną na lodzie, jeśli sklep 
trzeba będzie zamknąć. A nam są potrzebne pieniądze.

Pokiwał głową na znak, że rozumie, ale zauważyła, że się zmartwił. 

Dziwne,   chyba   nie   tak   trudno   o   posadę   dla   młodego,   przystojnego 
mężczyzny. Wydawał się zarówno wykształcony, jak i uprzejmy  i miał 
ładny charakter pisma. Kristian opowiadał też, że jest energiczny i potrafi 
obsługiwać   klientów.   Chyba   nie   muszę   się   martwić   także   o   niego, 
pomyślała.

Kristian i Evert wrócili do domu dopiero koło wpół do dziesiątej.
- Tak być nie może! - oświadczyła Elise, słysząc, jak ostro zabrzmiał jej 

głos. - Możecie mi powiedzieć, kiedy odrobicie lekcje?

Popatrzyli na nią z poczuciem winy. Evert jednak zdobył się na odwagę i 

rzekł:

- Nie będzie tak źle, Elise. Niektórzy nigdy nie odrabiają lekcji, a po 

świętach pięciu uczniów przestało w ogóle chodzić do szkoły. Ich rodzice 
powiedzieli, że szkoda czasu na szkołę, dzieci muszą zarabiać.

-   I   ty   to   mówisz,   Evert?   Ty,   który   chcesz   zostać   doktorem?   Na   to 

Kristian podniósł głowę i popatrzył na siostrę odważnym spojrzeniem, w 
którym czaiła się złość.

- Przecież Evert nie jest temu winien, że musimy pracować w sklepie.
Elise skuliła się w sobie i łagodniejszym tonem przyznała:
- To prawda, Kristian. Nie jesteście winni temu, że Emanuel postanowił 

założyć sklep. Nie jest też waszą winą, że zachorował. Idźcie już spać! 
Jutro spróbujemy znaleźć jakieś wyjście. Pani Jonsen zadeklarowała się, 
że przyjdzie tu przed południem.

Kiedy Elise już nanosiła drewna i wody oraz zgasiła lampę naftową w 

kuchni,   weszła   po   cichu   do   Pedera.  Trzymając   świecę   w   jednej   ręce   i 
kubek z osłodzoną wodą w drugiej, ze ściśniętym gardłem popatrzyła na 
rozpalonego brata. Nie zareagował wcale na jej przyjście, do tej pory nie 

background image

tknął też nawet kakao.

Ostrożnie   odstawiła   świecę,   pochyliła   się   nad   chłopcem   i   między 

spierzchnięte   wargi   wsunęła   mu   łyżeczkę   z   wodą.   Połknął   płyn. 
Powtórzyła to parę razy.

Bała się zostawić go samego na noc. Przyniosła sobie poduszkę i dwa 

koce i położyła się na podłodze obok łóżka. Było twardo i niewygodnie, 
ale wiedziała, że i tak nie zaśnie. Przemarznięta, z lodowatymi stopami 
złożyła dłonie i pomodliła się raz jeszcze.

ROZDZIAŁ ÓSMY

background image

To była długa noc. Peder rzucał się na łóżku i majaczył przez sen, a ona 

za   każdym   razem   zrywała   się   na   równe   nogi.   Potem   leżała   długo   i 
wsłuchiwała się w jego oddech, a gdy już zapadała w drzemkę, znów jęk 
albo gwałtowny ruch wytrącał ją ze snu.

Kiedy   o   świcie   usłyszała   syreny   fabryczne,   czuła   się   okropnie:   była 

połamana   i   przemarznięta.   Otulona   kocem   zeszła   po   cichu   na   dół   i 
rozpaliła w piecu, a potem szybko się ubrała. Zdążyła nastawić czajnik z 
kawą, gdy rozległ się płacz Jensine. Córeczka pewnie się przestraszyła, 
gdy nie zobaczyła obok siebie tak jak zwykle mamy.

Na dworze panował mrok. Z zapaloną świecą weszła pośpiesznie po 

schodach. Hugo i Isac też się obudzili i obaj popłakiwali. Poprzedniego 
wieczora   poszli   spać   później   niż   zwykle,   mogliby   więc   pospać 
przynajmniej jeszcze z godzinę. Wzięła na ręce Jensine i weszła do pokoju 
obok, by poprosić Kristiana i Everta o zaopiekowanie się Hugo i Isakiem. 
Bardzo   nie   lubiła,   gdy   maluchy   chciały   schodzić   same   po   stromych 
schodach.   Hugo   radził   sobie   co   prawda,   schodząc   tyłem,   ale   Isac   nie 
przywykł do schodów.

Kiedy maluchy były już ubrane, Hugo i Isac dostali po kromce chleba, a 

Kristian karmił Jensine kaszką, rozległo się pukanie do drzwi i weszła pani 
Jonsen.

-   Brr!   Mróz   szczypie   w   nos!   -   zawołała   zdyszana.   -  Pewnie   jest   ze 

dwadzieścia stopni. Dobrze, że nie będziesz musiała dziś wieźć na sankach 
Hugo.   Dorzucę   do   pieca   jeszcze   trochę   drewna,   żeby   było   przyjemnie 
ciepło. A potem zamoczę ręcznik w gorącej wodzie, wykręcę i przyłożę do 
szyby, żeby odtajała.

Uśmiechnęła się zadowolona, powiesiła kapelusz i płaszcz na gwoździu 

i usiadła na wolnym stołku.

- Był doktor?
- Tak, był wczoraj. Jest pani pewna, pani Jonsen, że poradzi sobie z 

Pederem i wszystkimi dziećmi? Martwię się, żeby się pani nie zaraziła. W 
pani wieku to niedobrze.

- E tam! - prychnęła pogardliwie pani Jonsen. - A co tu się bać o taką 

staruchę!  Mój czas  nadejdzie,  czy   się  zarażę,  czy  nie.  Nie  nam o  tym 
decydować. Tam w górze jest wszystko postanowione. On rządzi naszym 
życiem - wskazała palcem w górę.

Evert, śledząc wzrokiem jej rękę, zapytał zdziwiony:
- Ma pani na myśli Pedera?
Pani Jonsen roześmiała się, odsłaniając braki w przednim uzębieniu.

background image

- Nie, nie sądzę, żeby Peder miał tu dużo do powiedzenia. Chodzi o 

kogoś potężniejszego.

- Chodzi o Boga - wyjaśnił Kristian, stukając Everta łokciem.
-   Przecież   wiem   -   kiwnął   głową   Evert   trochę   zawstydzony.   Elise 

spojrzała na zegar z kukułką i zorientowała się, że ma

mało czasu.
- Zajrzę jeszcze tylko do Pedera i lecę. Pamiętajcie, chłopcy, żeby sobie 

posmarować kanapki do szkoły.

Gdy po cichu podeszła do łóżka brata, ku swej radości zauważyła, że 

Peder pomrugał, odwrócił do niej twarz i otworzył oczy.

- Jestem tutaj czy już u taty? - zapytał. Uśmiechnęła się.
- Nie wygłupiaj się! Oczywiście, że jesteś tutaj.
Podeszła bliżej i dotknęła dłonią czoła, stwierdzając, że nie jest już takie 

gorące jak poprzedniego dnia.

- Dobrze, że już z tobą lepiej, Peder. Przyszła pani Jonsen i zajmie się 

dziećmi tu, w domu. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, wystarczy, że ją 
zawołasz.

- Strasznie chce mi się pić.
-   Przyniosę   ci   soku   porzeczkowego,   zostało   jeszcze   trochę   tego,   co 

dostaliśmy od mamy na Boże Narodzenie. Potem jednak muszę, niestety, 
biec do pracy. Pani Jonsen przygotuje ci coś do jedzenia.

- Nie jestem głodny. Chce mi się tylko pić - rzekł, głowa opadła mu z 

powrotem   na   poduszkę   i   zamknął   oczy.   Mimo   wszystko   Elise   była 
szczęśliwa, że udało jej się z nim porozmawiać przed wyjściem.

Elise zdziwiła się, że panny Johannessen jeszcze nie ma w kantorze, 

mimo   że   sama   spóźniła   się   trzy   minuty.   Nie   spotkała   też   Sigvarta. 
Dręczyły   ją   wyrzuty   sumienia,   że   nie   zdążyła   wstąpić   przed   pracą   do 
Hildy, miała jednak nadzieję, że majster o nią zadbał i wyjaśnił, gdzie jest 
Isac.

Zdążyła usiąść przy biurku, gdy wpadł zdyszany Sigvart.
- Dzień dobry, Elise. Jak dobrze cię widzieć na nogach. Grypa powaliła 

pół miasta. Zdaje się, że tego roku jest szczególnie ostra.

- Dzień dobry, Sigvart. Nie wiesz, co z panną Johannessen? Pokręcił 

głową, zdjął kapelusz i płaszcz i skierował się do swojego biurka.

- Jesteś pewna, że nie ma jej u pana Paulsena?
- Nie widzę jej płaszcza.
- To może zaspała.
- Nigdy jej się to wcześniej nie zdarzało.
-  A  może   też   zachorowała   na   grypę?   Ona   albo   ta   mała,   którą   się 

background image

zaopiekowała.

Elise pokiwała głową.
- Udało ci się przekazać wiadomość panu Paulsenowi?
- Tak, byłem u niego w domu na wzgórzu i opowiedziałem, co się stało. 

Obiecał   wysłać   jedną   ze   swoich   służących   do   twojej   siostry,   by 
sprawdziła, co z nią. - Uśmiechnął się żartobliwie i dodał po cichu: - Nie 
zdobył się na to, by mi się przyznać, że sam tam pójdzie, ale mogę się 
założyć, że miał taki zamiar.

- Mam nadzieję, bo jeszcze nigdy nie widziałam Hildy w takim ciężkim 

stanie. Dzieci bawiły się same w kuchni, a na stole stała lampa naftowa z 
odkręconym mocno płomieniem. Gdyby któryś z malców wdrapał się na 
stołek, mógłby jej dosięgnąć.

- A co z twoim najmłodszym bratem?
- Chyba już mu trochę lepiej, ale w nocy przeżyłam straszne chwile. Tak 

się   o   niego   bałam!   Majaczył   i   w   ogóle   nie   reagował,   gdy   do   niego 
mówiłam. A gorący  był jak piec. Przyszła dziś do mnie sąsiadka, pani 
Jonsen, i opiekuje się całą czwórką.

- Cii. Idzie pan Paulsen!
Usłyszeli, jak majster tupie i otrzepuje śnieg z butów. Gdy otworzył 

drzwi, do środka wdarł się chłodny powiew.

- Dzień dobry, panie Sigvarcie Samson! Dzień dobry, pani Ringstad - 

przywitał   się   i   skierował   się   w   stronę   gabinetu.   -   Mam   nadzieję,   że 
jesteście   państwo   pełni   zapału   do   pracy,   bo   panna   Johannessen   dziś, 
niestety,   nie   przyjdzie.   Jej   mała   podopieczna   zachorowała   na   grypę. 
Biedna   panna   Johannessen!   Nie   jest   przyzwyczajona   do   opieki   nad 
chorym dzieckiem. Mam tylko nadzieję, że się nie zarazi i nie zachoruje. 
Dzisiejszej nocy spała podobno tylko parę godzin. - Zwróciwszy się do 
Elise, dodał: - Zajrzała dziś pani do swojej siostry, pani Ringstad? Byłem... 
to   znaczy   wysłałem   wczoraj   wieczorem   do   niej   moją   służącą,   by 
przekazała wiadomość, jaką przyniósł mi pan Samson.

-   Niestety   nie   zdążyłam,   panie   Paulsen.   Miałam   tyle   do   załatwienia 

przed   pracą.   Mój   najmłodszy   brat   zachorował,   sąsiadka   przyszła 
przypilnować dzieci. Isac, synek mojej siostry, spał u nas dziś w nocy. Nie 
mam odwagi odprowadzić go do Hildy, gdy jest taka chora.

W oczach majstra zauważyła przerażenie.
-   Chyba   nie   pozwala   mu   pani   przebywać   razem   ze   swoim   chorym 

bratem?

-   Ależ   nie!   Nie   był   w   pomieszczeniu,   gdzie   leży   Peder.   Spał   z 

najmłodszymi.

background image

Paulsen odetchnął z ulgą.
-   To   dobrze.   Grypa   tu   w   okolicy   zbiera   szczególnie   obfite   żniwo. 

Wychudzeni, niedożywieni biedacy są bardziej narażeni na choroby.

Gdy   zniknął   w   swoim   gabinecie,   Elise   i   Sigvart   wymienili   po-

rozumiewawcze spojrzenia. Sigvart, wyraźnie wzburzony, rzucił:

- I kto to mówi!
Elise pokręciła tylko z dezaprobatą głową.
- Wydawało mi się, że miał na myśli Hildę, ale ja nie zaliczyłabym jej 

do biedaków.

Sigvart uśmiechnął się.
- Sądzisz, że niebawem zabrzmią weselne dzwony?
- Trudno mi to sobie wyobrazić. Jak by wytłumaczył w swoich kręgach, 

że   wybrał   na   żonę   jedną   z   robotnic,   która   skończyła   ledwie   szkołę 
powszechną? Na dodatek ta różnica wieku!

- Musiałby się przyznać, że jest ojcem chłopca.
- Nawet gdyby to uczynił, nikt by nie zrozumiał, czemu bie-. rze sobie ją 

na żonę. Nie po raz pierwszy mężczyzna z wyższych

sfer ma dziecko ze służącą, ale to nie powód, by się zaraz z nią żenić.
- Czytałaś wczoraj „Morgenbladet"?
- Nie - odparła, patrząc na niego z napięciem, bo po jego minie poznała, 

że chodzi o jej książkę.

- Ktoś odważył się zasugerować, że realia z książki Podcięte skrzydła 

odpowiadają rzeczywistości.

Elise słuchała zaciekawiona.
- I co? Spotkał się z jakąś reakcją?
- Na razie za wcześnie, by o tym mówić, ale jestem ciekaw, czy ktoś się 

odważy go poprzeć. Nie spodziewałbym się natomiast, by miało się to 
skończyć procesem, z czego możesz się tylko cieszyć. Konserwatyści wolą 
milczeć. Sądzą, że sprawa popadnie szybciej w zapomnienie, jeśli nie będą 
jej komentować.

-   Wtedy   by   się   okazało,   że   nie   osiągnęłam   niczego   poza   tym,   że 

zarobiłam   na   książce   trochę   koron.   Dla   mnie   i   rodziny   to   jest   jakaś 
korzyść, ale dla innych niewielka.

-   Chyba   nie   zamierzasz   się   tak   szybko   poddawać?   Udowodniłaś,   że 

potrafisz pisać, a taki talent zobowiązuje.

Uśmiechnęła się smutno.
- A jak sądzisz, kiedy ja ma znaleźć czas na pisanie?
- Mogę ci pomóc. Mam mnóstwo czasu! Powiedz tylko, co mógłbym 

zrobić?

background image

Zaśmiała się cicho.
-   Na   przykład   możesz   przyjść   wieczorem   i   ułożyć   maluchy   do   snu, 

ugotować   polewkę,   wyprać   pieluchy,   pomóc   Pederowi   przy   lekcjach, 
narąbać drewna, pocerować skarpety i wyszorować podłogi.

W tej samej chwili usłyszeli odgłos kroków majstra po drugiej stronie 

ściany, więc zamilkli gwałtownie.

Nie odezwali się do siebie aż do przerwy obiadowej.
- Idź do siostry, a ja przepiszę listy, nad którymi ślęczysz. Podniosła 

wzrok.

- Nie mogę pozwolić na to, żebyś wykonywał za mnie pracę!
- Dlaczego nie? Możesz mi udzielić choć jednej rozsądnej odpowiedzi, 

czemu nie chcesz się na to zgodzić?

- Bo tobie też potrzebna jest przerwa na zjedzenie obiadu.
- Wziąłem ze sobą drugie śniadanie.
Roześmiała się i dała za wygraną. Szybko włożyła płaszcz i kapelusz i 

popchnęła ciężkie drzwi, które otworzyły się z trudem, bo napierał na nie 
wiatr z północy.

Hilda   wciąż   miała   wysoką   gorączkę,   ale   nie   spała.   Na   krześle   obok 

łóżka stała taca z kubkiem kawy, talerzyk z kanapką, dzbanuszek na mleko 
i butelka owinięta ciepłą pończochą, by kawa w środku nie wystygła.

Elise usiadła na brzegu łóżka i zapytała:
- Lepiej się dziś czujesz?
- Cała jestem obolała i na przemian marznę i się pocę. Co z Isakiem?
- Mam nadzieję, że się nie przeraziłaś, gdy się zorientowałaś, że go nie 

ma?

- Przeczytałam twoją kartkę. Dziękuję.
-   Dziś   wszystkie   dzieci   są   pod   opieką   pani   Jonsen.   Peder   też 

zachorował, ale on leży na piętrze z dala od Isaca.

- Pewnie złapało go to samo co mnie. Paulsen mówił, że grypa powaliła 

połowę mieszkańców Sagene - rzekła z wyraźnym wysiłkiem.

- Odważył się tu wejść?
- Przecież nie jestem trędowata. - Hilda zamknęła oczy i zapytała: - 

Czekasz na list od Johana?

- Przecież dopiero co wyjechał - uśmiechnęła się Elise.
-   Ale   na   pewno   napisze   tak   szybko,   jak   będzie   mógł.   Taki   był 

nieszczęśliwy, że musiał się z tobą rozstać.

Elise pokręciła głową z uśmiechem.
- Zdaje się, Hildo, że już jesteś zdrowsza. Nie poddajesz się. - Zaraz 

jednak   spoważniała   i   dodała:   -   Pomyślałam   sobie,   że   być   może   Peder 

background image

zachorował dlatego, że za plecami Emanuela spotykałam się z Johanem.

Hilda otworzyła oczy.
- Uważasz, że Bóg cię ukarał? To najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek 

słyszałam! A jaka kara spotkała Emanuela? Wolno mi spytać? - rzuciła 
pogardliwie.

- Wiesz, jaka.
Hilda pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Kto ci tak namieszał w głowie? Pastor był u ciebie z wizytą?
- A ty nigdy nie myślisz, że za grzechy czeka nas kara?
- Nigdy! Jeśli Bóg istnieje, to myślę, że nie żałuje mi Paulsena ani tobie 

Johana.

Hilda zamilkła. Wydawała się wyczerpana, ale myślała jasno.
-   Czy   w   Piśmie   nie   jest   napisane,   że   Jezus   bronił   kobiet   upadłych? 

Chyba   więc   ubolewa   nad   wszelką   niesprawiedliwością   i   raduje   się   za 
każdym razem, gdy ktoś z nas tu, nad rzeką, przeżywa chwile szczęścia. 
Bo inaczej po co by nas obdarzył zmysłami?

Elise nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.
- Czasami chciałabym myśleć tak jak ty, Hildo. Może bym ci w czymś 

pomogła, póki tu jestem?

- Opróżnij nocnik - odparła siostra, siląc się na uśmiech. - 1 weź sobie w 

kuchni coś do jedzenia.

Na chwilę zapadło między nimi milczenie, przerwane zaraz przez Hildę.
- Wracaj jak najszybciej do kantoru, to może pozwolą ci wyjść nieco 

wcześniej.   Nie   bardzo   mi   się   podoba,   że   pani   Jonsen   ma   pod   opieką 
wszystkie maluchy.

Opadła na poduszkę i zamknęła oczy, rozmowa najwyraźniej bardzo ją 

osłabiła. Policzki oblał ognisty rumieniec, oddychała z trudem.

- Och, chyba cię za bardzo zmęczyłam - odezwała się Elise i wstała. - 

Zajrzę   do   ciebie   przed   powrotem   do   domu   -   dodała,   kierując   się   ku 
drzwiom.

- Nie musisz. Przyjdzie Paulsen.
Gdy Elise wróciła do kantoru, Sigvart pracował w najlepsze. Pod jej 

nieobecność chyba nie wstawał od maszyny do pisania.

- Nic nie jadłeś?
-   Nie   byłem   głodny.   Opowiedziałem   panu   Paulsenowi,   jaką   masz 

obecnie trudną sytuację. Pozwolił ci pójść do domu, pod warunkiem że 
wykonam twoją pracę.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Jak to? Mogę iść od razu?

background image

Pokiwał głową i ze śmiechem odpowiedział:
- Śpiesz się, zanim się rozmyślę.
Gdy otworzyła kuchenne drzwi na Hammergaten, ucieszyła się, że udało 

jej się zwolnić z pracy wcześniej. Jensine płakała wniebogłosy, Isac i Hugo 
bili się o drewnianego konika, w kuchni panował nieład i unosił się swąd 
przypalonego mleka.

Pani Jonsen wydawała się nerwowa i bezradna, a gdy zobaczyła Elise w 

drzwiach, odetchnęła z ulgą:

- Dzięki Bogu już jesteś, Elise! Powinnaś karać te swoje dzieciaki, żeby 

się słuchały. Gdybym to ja była matką tych dwóch tam, sprałabym ich na 
kwaśne jabłko.

Elise   zamarła.   Bić   dwulatków?   Przecież   są   jeszcze   zbyt   mali,   by 

rozróżniać, co jest dobre, a co złe.

- Biedna pani Jonsen! Coś mi się zdaje, że za wiele spadło dziś na pani 

barki.   Na   szczęście   zwolniłam   się   wcześniej   dzięki   temu,   że   inny 
kancelista zgodził się wykonać za mnie część pracy. Jak się czuje Peder?

- Był u niego doktor. Stwierdził, że wyzdrowieje.
Elise' popatrzyła na nią z przerażeniem. Wprawdzie sama odczuwała 

wielki   strach,   ale   nie   sądziła,   że   doktor   też   jest   tak   poważnie 
zaniepokojony   stanem   Pedera,   że   zajrzy   specjalnie   do   niego   przed 
południem.

- Już był? - zapytała zdziwiona. - Nie miałaś pewnie czym zapłacić?
- Poszłam szybko po pieniądze do domu. Zażyczył sobie trzech koron za 

to, że zajrzał dzieciakowi do gardła i chwilę z nim porozmawiał. Gdybym 
ja brała zapłatę za rozmowę z ludźmi, już dawno byłabym bogata.

- Zaraz pani oddam te pieniądze.
Weszła pośpiesznie do salonu i sięgnęła po cukierniczkę.
- Stokrotne dzięki za pomoc, pani Jonsen! Sądzę, że jutro Hilda będzie 

już na tyle zdrowa, że da radę zaopiekować się chłopcami, a Peder może 
leżeć sam.

Wcale nie była tego pewna, uznała jednak, że nie może wymagać od 

leciwej pani Jonsen zbyt wiele. Wyglądała na bardzo zmęczoną.

- Jesteś pewna, Elise? Dobrze, ale zajrzę na chwilę do Pedera i przyniosę 

mu   ciepłej   kawy   i   coś   do   przegryzienia.   -   Włożyła   na   głowę   duży 
kapelusz, ubrała się w płaszcz i wyszła.

Elise wzięła na ręce Jensine i po zapachu poznała, że musi córeczkę 

przewinąć. Nic dziwnego, że tak płakała. Hugo i Isac dostali po kromce 
chleba i wnet w kuchni zapanował spokój.

Peder wciąż miał wysoką gorączkę, ale nie spał.

background image

- Chyba będzie najlepiej, jak pani Jonsen już sobie pójdzie, Elise. Głowa 

mi pęka od jej gadania. Przez cały czas tylko marudziła i zmuszała mnie, 
bym zjadł całą polewkę.

Elise uśmiechnęła się i pogłaskała go po policzku.
- Robiła to w dobrej wierze. Nie denerwuj się, przecież to staruszka! 

Przyniosę ci soku z porzeczek, przy gorączce smakuje najlepiej.

Najmłodsi   już   dawno   byli   w   łóżku,   a   Kristian   i   Evert   pracowali   w 

sklepie,   gdy   nagle   rozległo   się   pukanie   do   drzwi.   Otworzyła   i   ze 
zdumieniem stwierdziła, że to Sigvart.

-   Sigvart?   Co   za   niespodzianka!   Myślałam,   że   nie   wiesz,   w   którym 

domu mieszkam.

Sigvart roześmiał się.
-   Hammergaten   jest   niedługa   i   nawet   gdybym   nie   znał   dokładnego 

adresu, wystarczyłoby zapukać do pierwszych lepszych drzwi i zapytać 
sąsiadów o ciebie. Przychodzę, bo obiecałem ci pomóc.

Nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
- No nie! Jesteś jedyny w swoim rodzaju! - rzuciła wesoło i zaprosiła go 

do środka.

Spoważniał nagle i pokiwał głową.
-   Owszem,   a   ty   jesteś   jedną   z   niewielu   osób,   które   mają   tego 

świadomość.

Zawstydziła się.
- Nie to miałam na myśli. Nie spotkałam po prostu jeszcze nigdy kogoś 

tak chętnego do pomocy.

- Mężczyzny, który oferuje swą pomoc przy dzieciach i... Co tam jeszcze 

chciałaś, żebym zrobił? Pocerował skarpety i uprał pieluszki?

Znów   się   roześmiała   i   całkiem   zapomniała   o   zmęczeniu.   Boże,   jak 

przyjemnie było znów się pośmiać!

- Dostaniesz filiżankę kawy. Musisz się rozgrzać, bo nos i uszy masz 

czerwone od mrozu.

- Gorzej jest z palcami u nóg, ale oszczędzę ci tego widoku. Mam dziurę 

w skarpecie.

Znów się zaśmiała.
- Jak już się trochę rozgrzejesz, będziesz mógł ją zdjąć, to ci poceruję.
-   Zdaje   się,   że   to   ja   miałem   ci   pomóc.   Od   czego   mam   zacząć? 

Wyszorować schody czy narąbać drewna?

Popatrzyła na niego w milczeniu i zapytała:
- Mówisz poważnie?
- Oczywiście. Po to przyszedłem.

background image

-   W   takim   razie   bardzo   bym   się   ucieszyła,   gdybyś   mi   pomógł   z 

drewnem.   Kristian   trochę   narąbał,   ale   on   w   ciągu   dnia   ma   tyle   zajęć: 
szkoła, praca u wozaka i w sklepie Emanuela.

- W takim razie napijmy się kawy, a potem zajmę się drewnem.
Zdjął kapelusz i płaszcz.
- Może mi pożyczysz jakąś starą kurtkę i czapkę? Nastawiła czajnik na 

piecu, wyjęła z komody w sypialni stare

rzeczy Emanuela i zanim zeszła na dół, zajrzała do pokoju Pedera.
-  Męski głos,  który   być  może  usłyszysz  z  dołu,   należy  do  Sig-varta 

Samsona, mojego kolegi z kantoru. Przyszedł mi pomóc narąbać drewna.

Peder uniósł się na łokciach.
- Pomóc ci? Dlaczego?
- Ponieważ to dobry człowiek i rozumie, że jest mi teraz dość ciężko. 

Zaraz przyniosę ci coś do jedzenia, Peder. Tym razem daruję ci polewkę.

Sigvart pozostał przez cały wieczór. Kiedy już narąbał drewna, poszedł 

do studni po wodę, a ponieważ woda zamarzła, musiał najpierw zbić lód.

Elise   pożyczyła   mu   skarpety   Emanuela,   a   jego   własne   pocerowała   i 

powiesiła nad piecem, by były ciepłe, jak je będzie wkładał. W chwili gdy 
usiadł   na   stołku   w   kuchni   i   zmieniał   skarpety,   rozległo   się   pukanie   i 
nieoczekiwanie   w   drzwiach   pojawiła   się   pani   Jonsen.   Popatrzyła 
przerażona na obcego, Elise wyjaśniła więc pośpiesznie, kto to jest.

- To mój kolega. Pracujemy razem w kantorze. Kiedy się dowiedział, że 

zostałam z dziećmi sama, Peder zachorował, a Hildę też złożyła grypa, 
zaofiarował się, że narąbie mi drewna.

Pani Jonsen zmierzyła Samsona od stóp do głów, przyjrzała się jego 

rozgrzanej twarzy i bosym stopom, po czym zwróciła się do Elise:

-   Tak   mi   się   zdawało,   że   słyszę   tu   jakiegoś   mężczyznę,   dlatego 

pomyślałam sobie, że najlepiej będzie, jeśli zajrzę.

- Nic mi nie grozi, pani Jonsen - uśmiechnęła się Elise. - Poza tym 

chłopcy mnie pilnują, sama pani wie.

- Jesteś pewna, że nie muszę tu zostać przez chwilę? - zapytała nie do 

końca przekonana sąsiadka.

- Stokrotne dzięki, pani Jonsen, ale pani pomogła mi dzisiaj już więcej, 

niż śmiałabym prosić. Lada moment wrócą do domu Kristian i Evert.

- To ja może posiedzę i poczekam, aż przyjdą. W dzisiejszych czasach 

nic nie wiadomo...

Elise posłała Sigvartowi rozbawione spojrzenie, po czym sięgnęła po 

kubek i rzekła:

- W takim razie niech pani siada i przy okazji napije się gorącej kawy. 

background image

Co prawda to już kolejne parzenie, ale pani jest przyzwyczajona do słabej 
kawy.

Pani Jonsen rozsiadła się i skrzyżowawszy ręce na piersi, wbiła wzrok w 

Sigvarta. Przypominała strażnika więziennego gotowego w każdej chwili 
interweniować.

Sigvart ze spokojem włożył skarpety i oznajmił:
- No dobrze, narąbałem drewna i przyniosłem wody, co mogę jeszcze 

zrobić? Może bym odgarnął śnieg przy bramie?

- Bardzo dziękuję, panie Samson. Jak to dobrze mieć dobrych sąsiadów i 

miłych kolegów.

Włożył więc buty, kapelusz i płaszcz, po czym stanął przy drzwiach i 

rzekł:

- Do widzenia, pani Jonsen. Miło było panią poznać. Pani Ringstad nie 

może się nachwalić swojej miłej sąsiadki.

Pani Jonsen zarumieniła się i złagodniała, ale wciąż przyglądała mu się 

podejrzliwie. Skinęła głową na pożegnanie, a gdy tylko Samson wyszedł, 
odwróciła się do Elise gwałtownie i ostrzegła:

-   Uważaj,   Elise!  To   niebezpieczny   człowiek!   Udaje   jaśnie   pana,   ale 

poznałam po jego oczach, że ma złe zamiary!

- Bzdura! Znam Sigvarta Samsona od dawna i jeszcze się nie zdarzyło, 

by był dla mnie niemiły. Dziś nawet zastąpił mnie w pracy, żebym mogła 
wyjść   wcześniej   do   domu,   a   wczoraj   poszedł   do   majstra   przekazać 
wiadomość   o   chorobie   Hildy.   Jest   kawalerem   i   mieszka   sam...   -   nie 
dokończyła, bo pani Jonsen przerwała jej.

- Nic nie rozumiesz? On właśnie po to tu przyszedł. Poluje na kobiety, a 

teraz   się   dowiedział,   że   pan   Ringstad   wyjechał.   Nie   wpuszczaj   go   do 
środka! Nie masz pojęcia, jacy oni są, Elise, ale ja widziałam już w swoim 
życiu to i owo. Mężczyźni mają w głowie tylko jedno, a ten drań tak łatwo 
się nie podda, mogę poprzysiąc! Jak mogłaś mu pozwolić siedzieć tutaj z 
bosymi nogami? I to jeszcze, kiedy byłaś z nim całkiem sama?

Elise miała ochotę się roześmiać, ale uświadomiła sobie, że podejrzenia 

pani Jonsen mogą tylko sprowadzić na nią kłopoty-

- To ja zaproponowałam, że poceruję mu skarpety, a on w tym czasie 

narąbie mi drewna i nanosi wody. Zapewniam panią, pani Jonsen, że pan 
Samson nie ma złych zamiarów. Jest po prostu miły, tak samo jak pani. 
Nie ma żony ani własnych dzieci, którymi by się mógł opiekować, i może 
dokucza   mu   trochę   samotność.   Dlatego   chciał   mi   pomóc,   kiedy   się 
dowiedział o moich kłopotach.

Pani Jonsen tylko prychnęła.

background image

- Phi, pomóc! Akurat! O nie, mnie on nie oszuka! Ale ty, Elise, jesteś 

młoda i naiwna. Nie wiesz, jaki jest ten świat. Posiedzę tu, póki nie wróci 
Kristian i Evert. Nie wyjdę stąd teraz, kiedy ten fircyk czai się gdzieś w 
pobliżu.

Elise zrozumiała, że przekonywanie sąsiadki nie ma sensu. Pozwoliła jej 

więc zostać na straży, sama zaś zabrała się do prania pieluszek.

Tymczasem wreszcie wrócili chłopcy. Wyglądali na bardzo zmęczonych.
Elise popatrzyła na nich zatroskana i pomyślała: Nie mogę pozwolić, by 

tyle pracowali. Muszę znaleźć jakieś inne wyjście. A na głos powiedziała:

- Posmarowałam dla was kanapki. Zjedzcie, a potem szybko do spania.
Kristian posłał jej ponure spojrzenie.
- Nie zacząłem jeszcze odrabiać rachunków, a mamy dużo zadane.
- Trudno.   Napiszę   ci  usprawiedliwienie.   Nie  chcę,   żebyś  i  ty   mi   się 

rozchorował. Wyślę też list do Emanuela i wyjaśnię mu, że nie zdołamy 
utrzymać sklepu. Niech go przejmie Paul Georg Schwencke.

Kristian nic nie powiedział, ale poznała po jego minie, że się z nią nie 

zgadza.

Jest lojalny wobec Emanuela, pomyślała. Wie, jak ciężko mu się będzie 

z tym pogodzić.

W głębi serca przyznawała Kristianowi rację. Była pewna, że Emanuel 

poczuje się dotknięty decyzją o pozbyciu się sklepu. Wprawdzie ani jego 
ojciec, ani ona nie wierzyli w powodzenie tego interesu, Emanuel uczepił 
się jednak nadziei, że mu się uda. Gdy zrozumie, że nie ma pracy, do 
której musiałby wracać, może całkiem stracić ochotę do życia i motywację 
do wyzdrowienia.

Pani Jonsen wkroczyła do salonu, by wyjrzeć przez okno. Elise stanęła 

w   drzwiach,   oparła   się   o   futrynę   i   skrzyżowawszy   ręce   na   piersi, 
popatrzyła na sąsiadkę.

- I co, widzi go pani?   
-   Nie,   chyba   na   dziś   zrezygnował   -   pokręciła   głową   pani   Jonsen   i 

odwróciła się ze słowami: - No, to ja idę do łóżka. Przyjdę jutro o ósmej.

- Nie musi pani, pani Jonsen. Peder czuje się już lepiej, a ja wezmę 

Hugo i Isaca do Hildy. Jeśli zaopiekuje się pani Jensine, tak jak zwykle, 
będę bardzo wdzięczna.

Spodziewała   się,   że   sąsiadka   zacznie   protestować,   ale   ku   swemu 

zdumieniu zauważyła na jej twarzy ulgę.

- Tak myślisz, Elise? Właściwie to rzeczywiście wolałabym być u siebie. 

Trochę... no, trochę nieprzyjemnie siedzieć w tym domu, gdy gdzieś w 
pobliżu czai się ten mężczyzna. Pederowi to on nic nie zrobi. On zagraża 

background image

tylko kobietom.

Elise   zmusiła   się,   by   nie   wybuchnąć   śmiechem.   Gdyby   pani   Jonsen 

znała prawdę! Powinna może jej współczuć, bo strach to nic przyjemnego, 
ale sytuacja była nazbyt komiczna.

- Dobranoc, pani Jonsen. Kristian przyniesie Jensine jutro rano. Bardzo 

dziękuję za dzisiejszą pomoc!

- Och, nie ma o czym mówić. Najważniejsze, że przypilnowałam cię 

teraz, wieczorem.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Na szczęście Peder czuł się znacznie lepiej następnego ranka, podobnie 

jak Hilda.

Majster   opowiedział,   że   bardzo   dużo   ludzi   nad   rzeką   ciężko 

zachorowało. Grypa zebrała też śmiertelne żniwo, głównie wśród dzieci i 
staruszków   mieszkających   w   nędznych   izbach,   w   których   wiało   przez 
nieszczelne ściany i okna. Wychudzeni i słabi, nie mieli siły się bronić 
przed chorobą.

Elise pomyślała sobie, że wraz z najbliższymi należy mimo wszystko do 

grona   szczęśliwców.   Chociaż   niezbyt   pożywnie,   to   jednak   najadali   się 
zwykle   do   syta,   nie   brakowało   im   też   do   tej   pory   opału,   by   ogrzać 
porządnie   przynajmniej   jedno   pomieszczenie.   Hildzie   powodziło   się 
jeszcze lepiej. Cóż, nie każdy mógł być na utrzymaniu majstra.

Sigvart wydawał się bardzo rozbawiony, kiedy się spotkali następnego 

dnia.

- No, Elise? Ilu jeszcze adoratorów odwiedziło cię wczoraj wieczorem?
Uśmiechnęła się.
- Biedna pani Jonsen. Ulżyło jej wyraźnie, że nie musiała dziś przyjść 

pilnować u mnie dzieci, obawiała się bowiem, że mógłbyś się znienacka 
pojawić.

-  Czyżby  sądziła,  że  dybię  także  na  jej  osobę?  -  zdziwił się,  udając 

przerażonego.

Wybuchnęła śmiechem, ale zaraz spoważniała.
- Jedyne, co mnie martwi, to podejrzliwe spojrzenie, jakim nas obrzuciła 

po wejściu do środka. Była oburzona, że przebywając sam na sam z obcym 
mężczyzną, pozwoliłam mu siedzieć boso.

Sigvart westchnął.
-   Po   raz   pierwszy   ktoś   mnie   oskarżył   o   próbę   uwiedzenia   kobiety. 

Właściwie to całkiem miłe uczucie. Oddala ode mnie podejrzenie o coś, co 

background image

w   oczach   ludzi   jest   o   wiele   groźniejsze.   Takie   przynajmniej   pokutują 
przesądy.

Posłała mu pełne współczucia spojrzenie.
Hilda nie leżała już w łóżku, kiedy Elise zajrzała do niej w przerwie 

obiadowej.   Jedna   ze   służących   majstra   przyniosła   w   bańce   zupę   i 
ugotowane na twardo i pokrojone w połówki jajka faszerowane żółtkiem 
zmieszanym z masłem.

Zjadły razem z dziećmi. Smakowało wybornie.
-  Jesteś  pewna,  że  dasz   radę  zaopiekować  się  Isakiem  i Hugo  przez 

resztę dnia? - zagadnęła Elise siostrę.

- A jeśli nie, to co zrobisz? Zabierzesz Hugo ze sobą do kantoru?
- To by dopiero było! - zaśmiała się Elise i odparła: - Nie, ale mogłabym 

zawieźć chłopców szybko do domu i poprosić panią Jonsen, by się nimi 
zaopiekowała. Wczoraj, miała pod opieką całą trójkę, no i Pedera.

- Chyba już nie mam gorączki - uspokoiła ją Hilda. - Leżę sobie na sofie 

w saloniku, a Hugo i Isac bawią się przy mnie. Przychodzi służąca od 
Paulsena  i co jakiś czas podkłada do pieca, robi nam jedzenie  i sadza 
chłopców na nocnik.

- Zupełnie jakbyś miała pomoc domową - uśmiechnęła się Elise.
-   Paulsen   zaproponował   mi   dziewczynę   do   pomocy.   Elise   otworzyła 

szeroko usta ze zdziwienia.

- Chyba nie mówisz poważnie?
- A cóż w tym dziwnego? - odparła Hilda poirytowanym głosem. - W co 

drugim   domu   w   Kristianii   trzymają   służbę,   tylko   tu,   nad   rzeką,   jest 
inaczej.

- Co ludzie powiedzą? I tak zachodzą w głowę, skąd bierzesz pieniądze 

na życie.

- Większość i tak domyśla się prawdy. W każdym razie tu, w okolicy.
- Że tutejsi mieszkańcy posyłają ci zazdrosne spojrzenia, to jeszcze nie 

jest takie niebezpieczne. Gorzej, jeśli prawdy domyśla się ci z drugiego 
brzegu rzeki.

W oczach Hildy pojawił się błysk dawnej przekory.
- A niech sobie gadają! Mnie to nie obchodzi.
Kiedy tego samego wieczoru Elise skręciła w Hammergaten, zauważyła 

pod gazową latarnią jakąś kobietę, która najwyraźniej rozglądała się za 
kimś. Spostrzegłszy Elise, podeszła do niej pośpiesznie.

Dopiero wtedy Elise ją rozpoznała. To była Signe! Czego ona tutaj chce? 

- przeraziła się. Oby tylko nie zaczęła się awanturować! I bez tego mam 
już dość kłopotów.

background image

- Czyżbyś wiozła na sankach Sebastiana? - zagadnęła Signe ożywionym 

głosem, nawet się nie witając.

- Nie, to Hugo. Twarz Signe stężała.
- A gdzie Sebastian? - zapytała ostro.
- W domu, u pani rodziców.
-   U   moich   rodziców?   -   powtórzyła,   oczy   jej   pociemniały,   a   na 

policzkach pojawiły się czerwone plamy. Dysząc, zapytała z wściekłością: 
- Jak on śmiał?

- Proszę wejść do środka, panno Stangerud. Sąsiedzi podeszli do okien i 

nam się przyglądają.

- A co mnie to obchodzi?
Elise   nie   odpowiedziała,   pociągnęła   sanki   przez   furtkę   do   ogrodu   i 

obeszła   węgieł   budynku.   Hugo   zasnął   opatulony   wełnianym   kocem,   a 
główka opadła mu bezwładnie. Wniosła śpiące dziecko do środka. Już na 
ulicy zauważyła, że w salonie świeci się lampa, co ją nieco zdziwiło. Teraz 
stwierdziła,   że   świeci   się   także   w   kuchni,   a   na   dodatek   powitało   ją 
przyjemne ciepło. Czyżby Peder miał tyle sił, by napalić? Wniosła Hugo 
do salonu i położyła go na łóżku.

Signe wparowała za nią. Jej gwałtowne ruchy i wściekłość malująca się 

na twarzy pozwalały się domyślać, w jakim jest nastroju.

- A więc Emanuelowi nie chciało się zająć własnym synem i wysłał go 

do   moich   rodziców,   mimo   że   wyrazili   się   jasno,   iż   są   zbyt   starzy,   by 
wychowywać dziecko! W życiu nie słyszałam czegoś podobnego! Co z 
was za ludzie? Jesteście kompletnie pozbawieni serca? Wstydu nie macie? 
Elementarnego   poczucia   odpowiedzialności?   Biedny   Sebastian,   co   on 
musiał przeżyć, własny ojciec wyrzucił go z domu, wywiózł i umieścił u 
dwojga   starych   ludzi,   którzy   ledwie   są   w  stanie   zadbać   o   porządek   w 
swoim domu!

Usłyszawszy to, Elise odwróciła się na pięcie, spojrzała Signe prosto w 

oczy   i   ogarnęła   ją   taka   wściekłość,   że   miała   wrażenie,   że   coś   eks-
plodowało w jej głowie. Dość tego! Starczy tych uprzejmości!

- I ty mówisz o odpowiedzialności? - wywaliła jej prosto z mostu. - Ty, 

która przyszłaś tu i zostawiłaś swoje dziecko jak jakąś paczkę? Ty, która 
opuściłaś malca, nie zapytawszy nas nawet, czy mamy możliwość się nim 
zająć? Wyjechałaś, nie zastanawiając się nad tym, co czuje małe dziecko, 
straciwszy matkę. Myślisz, że dwulatek jest w stanie zrozumieć, że jego 
mama kiedyś wróci? Co czuł mały Sebastian, kiedy zapłakanego cisnęłaś 
go   Emanuelowi   na   ręce,   wykrzykując   z   wściekłością   i   zatrzaskując   z 
hukiem   drzwi?   Jak   myślisz,   co   przeżył,   zostając   nagle   sam   w   obcym 

background image

domu, wśród obcych dzieci, w obcym łóżku? Co z ciebie za człowiek, 
skoro porzucasz swoje jedyne dziecko, bo chcesz się kochać w spokoju z 
nowym mężczyzną? Emanuela też zbałamuciłaś i zaciągnęłaś do łóżka, nie 
zważając na to, że jest żonaty. Jesteś najbardziej pozbawionym skrupułów 
człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam na swej drodze! Nie masz 
sumienia,   nie   dręczy   cię   poczucie   winy,   nie   jesteś   w   stanie   żywić   do 
nikogo żadnych uczuć - myślisz tylko o sobie! Gardzę takimi jak ty! Jesteś 
nędznym śmieciem, potworem i... - Zabrakło jej słów. Stała więc tylko, 
drżąc ze złości i nie spuszczając wzroku z Signe.

Signe pobladła. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie 

przeszło jej przez gardło ani jedno słowo. Opadła ciężko na łóżko obok 
Hugo i wyglądała na kompletnie zdezorientowaną.

Jej własna burzliwa tyrada poraziła Elise. Nie miała w zwyczaju tracić 

panowania nad sobą, zwłaszcza wobec obcych. Poczuła się nieswojo, choć 
wszystko, co powiedziała, było prawdą.

Wyszła powiesić na wieszaku płaszcz i kapelusz, pozostawiając Signe 

samą. Uznała, że tej rozpieszczonej i lekkomyślnej dziewusze dobrze zrobi 
chwila zastanowienia.

Dziwne, że jest napalone zarówno w piecu w salonie, jak i w kuchni, 

pomyślała znowu.

Już   zamierzała   pośpiesznie   wejść   na   górę,   gdy   na   szczycie   schodów 

ujrzała postać w za dużej piżamie spoglądającą na nią z niedowierzaniem i 
przerażeniem w oczach.

Wbiegła na górę i przytuliła mocno brata.
- Nie bój się, Peder - wyszeptała. - Rozzłościłam się tylko na Signe.
Wtulony w jej szyję, pokiwał głową i wyszeptał:
- A ja już myślałem, że wkradli się do nas jacyś obcy ludzie, i okropnie 

się przestraszyłem.

Dotknęła dłonią jego czoła i stwierdziła:
- Chyba już nie masz gorączki. Idź się ubierz i zejdź potem na dół, a ja 

tymczasem rozmówię się poważnie z Signe. A dlaczego napaliłeś w piecu 
w salonie?

- Był tu Ludvig.
- Ludvig? - popatrzyła na niego, nie rozumiejąc w pierwszej chwili, o 

kogo mu chodzi.

- No, sprzedawca.
- Sprzedawca? A, pan Lien?
- Prosił, by mówić do niego Ludvig. Poczuła lekki niepokój.
- A czego on tu chciał przed południem?

background image

- Kristian i Evert wspomnieli mu, że jestem chory i leżę sam w domu 

przez cały dzień. Przyniósł mi sok, jabłko i rodzynki.

I jeszcze dwa ciastka. Powiedział też, że niedobrze, gdy w domu jest za 

zimno, i rozpalił w piecu.

Pokręciła głową, nic z tego nie pojmując.
- Później o tym porozmawiamy, Peder. Ubierz się szybko!
Signe   wstała   i   zwróciła   się   do   Elise   zduszonym   głosem,   z   oczami 

pełnymi łez:

- Bardzo mnie dotknęły pani słowa, pani Ringstad.
- Być może nie wyraziłam się delikatnie, ale tak właśnie odebrałam pani 

zachowanie. Było mi żal Sebastiana.

Signe wybuchnęła płaczem.
-   Emanuel   jest   jego   ojcem.   Czy   nie   powinien   poczuwać   się   też   do 

odpowiedzialności?

- Owszem, dlatego zajęliśmy się chłopcem najlepiej, jak potrafiliśmy. 

Proszę   nie   zapominać,   że   to   pani   sobie   nie   życzyła,   by   Emanuel   miał 
cokolwiek   wspólnego   z   dzieckiem.   Dlatego   też   pani   rodzice   zabrali 
wnuka.

Signe wydała z siebie jęk, a w jej oczach znów pojawiła się złość.
- Matka i ojciec przyjechali po Sebastiana? I wy im na to pozwoliliście?
- Było nam bardzo ciężko się z nim rozstawać, ale Emanuel zachorował, 

a ja pracuję w kantorze od ósmej rano do szóstej wieczorem. Musiałam 
poprosić  moją  siostrę,  by   oprócz Hugo zaopiekowała  się  w  ciągu  dnia 
także Sebastianem. Wiedziałam, że na dłużej to nie jest możliwe, i ulżyło 
mi, gdy przyjechali pani rodzice. Ale nie przeczę, że ciężko nam było go 
oddawać.

- Aha, więc Emanuel uciekł w chorobę? - odezwała się Signe szyderczo. 

- Może lepiej powiedzieć wprost, że stchórzył! Zawsze zachowuje się tak 
samo, gdy pojawiają się trudności.

Elise spojrzała jej w oczy ze spokojem.
- Emanuel cierpi na poważną chorobę. Jest sparaliżowany i porusza się 

na wózku. Po świętach jego stan się znacznie pogorszył i teraz wymaga 
stałej opieki. Jego rodzice zabrali go do siebie do Ringstad na jakiś czas.

Zauważyła, że Signe się przeraziła.
- Umrze? - zapytała.
- Wierzę głęboko, że nie, choć lekarze nie dają nadziei, że całkiem wróci 

do zdrowia.

- Podobno przygotowywana jest ustawa, na mocy której nieślubne dzieci 

będą miały prawo dziedziczyć po swoim ojcu. A to oznacza, że Sebastian 

background image

odziedziczy   połowę   dworu   Ringstad!   -   wykrzyknęła   triumfalnie.   Zaraz 
jednak się zamyśliła i dodała: - Mam nadzieję, że Emanuel nie umrze, 
zanim ustawa nabierze mocy urzędowej.

Elise   wprost   oniemiała   z   pogardy.   Jak   Emanuel   mógł   ulec   urokowi 

kogoś takiego? - zastanawiała się.

Signe tymczasem skierowała się w stronę drzwi ze słowami:
- Skoro tak, to nic tu po mnie! - A spojrzawszy na Elise wrogo, dodała: - 

Nigdy nie zapomnę, co mi powiedziałaś.

Elise zmusiła się, by nie dać się znów ponieść emocjom, i odrzekła:
- Mnie też chyba będzie trudno zapomnieć to, co ty powiedziałaś.
Dopiero   gdy   zatrzasnęły   się   drzwi,   Elise   zauważyła   stojącego   na 

schodach Pedera.

- Chodź, Peder! Signe już poszła i wątpię, czy się tu jeszcze kiedyś 

pojawi.

-   Mówiła   coś   o   Sebastianie   i   o   dworze   Ringstad.   On   się   tam 

przeprowadzi?

- Nie, nie sądzę. Mama Emanuela i Signe są skłócone.
- To czemu ona o tym mówiła?
- Chyba coś źle zrozumiałeś. Wspomniała tylko, że Emanuel jest także 

ojcem Sebastiana, a to znaczy, że Sebastian, gdy dorośnie, też będzie mógł 
odwiedzać dwór.

- Myślisz, że zostanie stajennym?
Elise uśmiechnęła się i pocałowała go.
- Sądzę, że pan Ringstad bardzo cię lubi i będzie wolał przyjąć ciebie na 

pomocnika. O ile nie zmienisz swoich planów, gdy dorośniesz. Bo chyba 
ostatnio wspominałeś, że wolałbyś zostać kupcem.

- Tak mi się zdawało w święta, ale teraz to już nie wiem. Posłała mu 

uważne spojrzenie i zapytała:

- Pewnie słyszałeś, jak mówiłam, że będziemy musieli się wycofać z 

prowadzenia sklepu?

Spuścił wzrok i pokiwał głową.
-   Ludvig   jest   lepszym   sprzedawcą   ode   mnie.   Udało   mu   się   nawet 

namówić   Szczura,   żeby   kupił   porcelanową   filiżankę,   mimo   że   on   pije 
tylko z butelki.

- Nawet jeśli teraz będziemy musieli zrezygnować ze sklepu, to wcale 

nie znaczy, że nie mógłbyś w przyszłości zostać sprzedawcą! Ale niełatwo 
prowadzić   sklep   i   równocześnie   chodzić   do   szkoły,   a   wszyscy   muszą 
ukończyć szkołę powszechną.

Peder podniósł wzrok:

background image

-  To   nieprawda.   Dużo   moich   kolegów   przestało   chodzić   do   szkoły   i 

pracują przez cały dzień.

- Wiem, i bardzo mi ich szkoda. Wszyscy powinni się uczyć, by móc do 

czegoś dojść. Wiadomości szkolne bardzo ci się w życiu przydadzą.

- W to nie wierzę. Zapomniałem już, czego się uczyłem w ubiegłym 

roku, a za rok zapomnę to wszystko, czego się teraz uczę.

- Pamiętasz więcej, niż ci się zdaje. Skąd będziesz wiedział, czy wydają 

ci dobrze resztę w sklepie, jeśli nie będziesz umiał liczyć?

Popatrzył na nią zaintrygowany.
- Nie sądzisz chyba, że Magda oszukuje?
- Nie, nie sądzę, ale łatwo się pomylić w rachunkach. A poza tym musisz 

wiedzieć,   ile   możesz   wydać   na   jedzenie,   gdy   odejmiesz   pieniądze   na 
czynsz, węgiel i drewno, naftę i inne potrzebne rzeczy.

- Przecież ty już obliczyłaś. Roześmiała się.
- Dziwaku. Chyba nie będziesz mieszkał ze mną do końca życia?
Popatrzył na nią ze łzami w oczach.
- Kiedy się zestarzejesz i umrzesz, to ja też nie będę chciał dłużej żyć!
- Peder, no coś ty! Przecież się na pewno ożenisz i będziesz miał dzieci, 

zamieszkasz we własnym mieszkaniu.

Pokręcił głową z powagą.
- Chyba nie. Żadna dziewczyna w szkole mnie nie lubi.
-   Na   pewno   lubi,   tylko   że   jeszcze   tego   nie   zauważyłeś.   Dzieci 

zachowują się inaczej niż dorośli. Gdy dorośniesz, zwrócisz na to uwagę. 
Ale teraz opowiedz mi coś więcej o panu Lien. Naprawdę przyszedł tu 
tylko po to, żeby ci przynieść sok i ciastka?

- I jeszcze rodzynki i jabłko.
- Chciał porozmawiać ze mną o czymś? Peder pokręcił głową.
- Nie, wiedział, że jesteś w kantorze.
- Dziwne - rzekła, marszcząc czoło, ale dodała pośpiesznie: - Kristian 

dziś wróci późno, więc pójdę po Jensine. A ty obudź Hugo, bo potem nie 
będzie chciał spać w nocy.

Pani Jonsen powitała ją w drzwiach bardzo zdenerwowana.
- Elise, on znów tu był! Mówiłam! Tak się bałam o Pedera, ale nie 

miałam odwagi tam zajrzeć. Liczyłam tylko na to, że ten mężczyzna sobie 
pójdzie, gdy zobaczy, że w domu nie ma żadnej kobiety. No i poszedł, 
dzięki Bogu!

- Dziś to nie był Samson, pani Jonsen, lecz nasz sprzedawca pan Lien.
Pani Jonsen popatrzyła na nią podejrzliwie.
- Po co przyszedł, skoro wiedział, że ty jesteś w kantorze?

background image

- Zaprzyjaźnił się z Pederem. Przyniósł mu jabłko i ciastka, bo wiedział, 

że jest chory i leży sam w domu.

- I ty w to wierzysz? - popatrzyła podejrzliwie pani Jonsen, nie dając za 

wygraną.

Elise roześmiała się zrezygnowana.
-   Rozumiem   pani   ostrożność,   pani   Jonsen.   Nie   można   jednak 

podejrzewać wszystkich mężczyzn, że to gwałciciele. - Wzięła Jensine na 
ręce i dodała: - Serdecznie dziękuję za pomoc. Mam nadzieję, że kiedyś 
się   pani   odwdzięczę.   Kiedy   będę   bogata   i   sławna,   o   pani   pierwszej 
pomyślę.

Pani Jonsen roześmiała się.
- To chyba będzie w raju, Elise.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Tydzień   później   pan   Lien   znów   się   pojawił   na   Hammergaten.   Peder 

wyzdrowiał i wrócił do szkoły i nauki. Elise pozwoliła mu pracować w 
sklepie  parę  godzin  popołudniami.  O  tej porze  i  tak  nie  było  w  domu 
nikogo,   kto   by   mógł   mu   pomóc   przy   lekcjach,   a   Peder   potrzebował 
pomocy.

Kristianowi i Evertowi Elise przykazała, by zamykali sklep o godzinę 

wcześniej,   ale   zastanawiała   się,   czy   całkiem   nie   zdjąć   z   nich   tego 

background image

obowiązku.

Peder właśnie wrócił do domu, a za ladą został Kristian i Evert.
Na widok pana Lien Elise zmartwiła się, obawiając się, że przyszedł 

znów po pieniądze.

- Proszę do środka, panie Lien.
Ukłonił się, zdjął z głowy czapkę i otrzepał buty ze śniegu.
- Nie zabiorę pani dużo czasu, pani Ringstad.
-   Bardzo   jestem   ciekawa,   jak   idzie   sprzedaż   i   czy   pan   Schwencke 

zgodził się zabrać część towaru.

Nie odpowiedział, stał w milczeniu z czapką w dłoni.
- Przemarzł pan, zapraszam na ciepłą polewkę, jeśli miałby pan ochotę.
- Bardzo dziękuję, chętnie. Nie pamiętam takiej mroźnej zimy!
- Wiele osób tak mówi. Słyszał pan, że dużo ludzi zmarło na grypę?
Pokiwał głową.
- Biedakom nad rzeką trudno obronić się przed chorobą. Tak się cieszę, 

że   Peder   wyzdrowiał!   -   Nagle   zreflektował   się   i   dodał   pośpiesznie:   - 
Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie zaliczam państwa do biedaków.

Uśmiechnęła się i podała mu stołek.
- Tak, w porównaniu z innymi jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji.
Zdjął kurtkę, odłożył ją na sąsiednim taborecie i usiadłszy, odchrząknął.
- Zbyt mało wiedziałem na temat waszej rodziny, gdy podjąłem pracę w 

sklepie,   pani   Ringstad.   Ja...   ech...   Pan   Ringstad   mówił,   że   pochodzi   z 
okazałego dworu w okolicach Eidsvoll. Sądziłem więc, że ten sklep to 
tylko taka fanaberia, zajęcie dla zabicia czasu. Albo rodzaj eksperymentu, 
by sprawdzić, jakie możliwości handlu kryją się w tym rejonie miasta.

Nalała polewkę do talerza i słuchała w milczeniu.
- Dopiero po świętach Bożego Narodzenia zrozumiałem, że dla pana 

Ringstada to jedyne źródło dochodów. Sądząc po skąpych zyskach, nie 
mam pojęcia, jak sobie dajecie radę.

- Pracuję w kantorze przędzalni Graaha.
- Słyszałem, ale nawet kancelistka nie zarabia tyle, by utrzymać całą 

rodzinę.

Uznała, że to nie jego sprawa, i pominęła to milczeniem.
- Pieniądze, które otrzymałem... - odchrząknął i poczerwieniał. - Nie 

było takiego pośpiechu. Poza tym pan Schwencke przejął część towaru.

Spojrzała na niego zaskoczona.
- Naprawdę? To dobra wiadomość. Po wyjeździe męża nie widziałam się 

ani razu z panem Schwencke.

Sięgnął dłonią do kieszonki kamizelki.

background image

- Proszę, to sto pięćdziesiąt koron - rzekł i podał jej kopertę.
- Ale przecież pan Schwencke nie wziął chyba całego towaru?
-   Prawie   cały   -   odparł,   kręcąc   się   niespokojnie.   -  Przepraszam,   pani 

Ringstad,   powinienem   przyjść   wcześniej,   ale   nie   miałem   sposobności. 
Kiedy   tu   raz   zaszedłem,   Peder   leżał   akurat   chory,   a   nie   chciałem   go 
obarczać odpowiedzialnością za taką dużą sumę pieniędzy.

Zastanowiło ją nieco to, co powiedział. Przecież musiał wiedzieć, że 

przedpołudniami jest w kantorze. A może sądził, że z powodu choroby 
Pedera została w domu?

Ogarnęła   ją   radość.  To   niezwykłe,   jak   w   jednej   chwili   wszystko   się 

może   zmienić!   Mrok   ustępuje   światłu!   Peder   i   Hilda   wyzdrowieli, 
odzyskała pieniądze. Prawdziwy cud.

Pan Lien zjadł polewkę z apetytem, mimo że już trzeci raz odgrzewana 

nie smakowała pewnie najlepiej. Najważniejsze jednak, że była gorąca.

-   Pracował   pan   już   wcześniej   w   sklepie,   panie   Lien?   -   zapytała   z 

zainteresowaniem, odłożywszy uprzednio pieniądze do bufetu w salonie.

Pokręcił głową i ku jej zdumieniu zarumienił się.
-   Ja...   Chciałem   po   prostu   spróbować   czegoś   nowego.   To   znaczy.   .. 

Chciałem na jakiś czas się usunąć - dokończył bezradnie.

Czyżby siedział w więzieniu w Akershus? A może w wyniku zaniedbań 

utracił posadę? Wypowiadał się starannie, tak samo jak mama nauczyła 
mówić ją i Hildę w nadziei, że zapewni im lepszą przyszłość. Wydawał się 
poza tym jakiś taki wymuskany. Pomyślała tak przy pierwszym spotkaniu i 
teraz też odniosła podobne wrażenie.

- Widzę, że jest pani zdziwiona, pani Ringstad. Zdałem maturę w szkole 

katedralnej i pracowałem przez rok w ministerstwie handlu, ale... stało się 
coś... co sprawiło, że znalazłem się w trudnej sytuacji.

Czekała.   Skoro   już   powiedział   tak   dużo,   mógł   równie   dobrze 

opowiedzieć resztę. Nie pozwoli chłopcom pracować z kimś, kto dopuścił 
się być może jakiegoś przestępstwa.

Czytając chyba w jej myślach, dodał z przerażeniem w oczach:
- Nie jest tak, jak pani myśli. Nie dopuściłem się niczego złego, po 

prostu   popadłem   w   konflikt   z   moimi   rodzicami   i   nie   chciałem   dłużej 
mieszkać z nimi pod jednym dachem.

Uśmiechnęła się.
- Nie wygląda mi pan na przestępcę, panie Lien. Nie wierzę, że mógłby 

pan sprzeniewierzyć się prawu.

Wyraźnie mu ulżyło.
- Bardzo dziękuję. Dobry z pani człowiek, pani Ringstad. Byłem tego 

background image

pewien, zanim jeszcze panią poznałem. Chłopcy nie byliby tacy grzeczni, 
gdyby nie kochający dom i zdrowe wychowanie. Przykro mi, że jest pani 
teraz tak ciężko. Pięcioro dzieci i sparaliżowany mąż to ciężki los.

- O, ludzie dźwigają znacznie cięższe brzemię, panie Lien. Znam małą 

dziewczynkę, która dorastała w rodzinie z dwanaściorgiem rodzeństwa, 
ojciec był pijakiem, a mama obłożnie chora. Mieli dwie izby, z tym że 
jedną wynajmowali, i kuchnię. Pytałam kiedyś, jak oni tam śpią i czy dla 
wszystkich starcza miejsca. Troje dzieci spało w jednym łóżku z chorą 
matką,   trzech   chłopców   w   łóżku   z   pijanym   ojcem,   najmłodsi   spali   w 
szufladach komody, a reszta na podłodze. W porównaniu z nimi my tu 
mamy jak w raju.

Pan Lien był wyraźnie wstrząśnięty.
- To prawda?
- Nie kłamię - uśmiechnęła się.
Zapadła cisza. Gość najadł się, ale nie śpieszył się do wyjścia.
Wreszcie powiedział to, co mu najwyraźniej cały czas leżało na sercu:
- Jeśli utrzymanie sklepu zaczyna pani ciążyć... To znaczy... chłopcy 

powinni   właściwie   w   tym   czasie   odrabiać   lekcje   i...   Pomyślałem,   że 
mógłbym przejąć to wszystko, tak by nie musiała pani o tym myśleć.

Zdziwiła się.
- Ma pan taką możliwość, panie Lien?
- Tak, nie mam innego zajęcia, stać mnie na odkupienie towaru od pani i 

opłacenie czynszu.

Jego słowa wprawiły ją w osłupienie. Skąd młody człowiek może mieć 

tyle pieniędzy? Emanuel mimo wszystko otrzymał sporą pożyczkę od pana 
Schwencke.

- Oczywiście nic pani nie odbiorę, pani Ringstad - dodał pośpiesznie. - 

Zależy   mi   jedynie,   by   pani   pomóc.   Do   tej   pory   wpływy   były   bardzo 
niepewne, chłopcy przypuszczalnie zarobiliby więcej w innej pracy. Ale 
jeśli z czasem sklep zacznie lepiej prosperować, będziemy mogli na nowo 
podjąć współpracę. Pokręciła głową oniemiała.

- Nie wiem, co panu odpowiedzieć. Obawiam się, że mój mąż będzie 

bardzo nieszczęśliwy, jeśli po powrocie okaże się, że nie ma już sklepu. Z 
drugiej   strony   nie   wiadomo,   czy   wyzdrowieje   na   tyle,   by   mógł   znów 
pracować. Muszę przyznać, że myślałam o tym, by pozbyć się sklepu, ale 
Kristian prosił, bym się wstrzymała ze względu na Emanuela.

Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Domyślałem się tego i bardzo to szanuję. Ale proszę rozważyć moją 

propozycję,   pani   Ringstad.   Nie   mam   najmniejszej   ochoty   wywierać 

background image

nacisku, to pani decyzja. Jak już wspomniałem, chcę, by pani wiedziała o 
takiej możliwości.

W tej samej chwili rozległo się pukanie i do kuchni wszedł Sigvart.
Elise   mimowolnie   pomyślała   z   rozbawieniem   o   pani   Jonsen.   Jeśli 

sąsiadka stoi przy oknie i obserwuje okolicę, z pewnością nie uszło jej 
uwagi, że dwóch mężczyzn otworzyło furtkę i przekroczyło próg domu 
Elise.

- Witaj, Sigvart. Dziś także przyszedłeś narąbać mi drewna? Prawdziwy 

z ciebie anioł! Wejdź, poznaj naszego sprzedawcę, pana Ludviga Liena. 
Siedzimy właśnie i dyskutujemy na temat interesów mojego męża.

Mężczyźni przywitali się uprzejmie.
- Siadaj i zjedz coś gorącego! Zmarzłeś na kość.
Znów nastawiła polewkę na ogień i podgrzała, wyjęła głęboki talerz i 

łyżkę.

- Mam pewne wątpliwości, czy powinnam przekazać sklep panu Lien na 

czas nieobecności Emanuela. To bardzo wspaniałomyślna oferta, a ja od 
dawna zamartwiam się tym, że chłopcy pracują ponad siły.

Sigvart pokiwał głową z ożywieniem.
-   Powinnaś   przyjąć   tę   propozycję,   Elise.   Praca   zarobkowa   dzieci   po 

szkole   jest   dla   nich   dużym   obciążeniem,   a   twoi   chłopcy   są   obciążeni 
podwójnie. A przecież muszą jeszcze odrabiać lekcje.

Pan Lien zwrócił się do niego.
- Nie do wiary, że pani Ringstad ma już takie duże dzieci. Wygląda 

bardzo młodo.

Elise roześmiała się rozbawiona.
-   Najstarsi   chłopcy   nie   są   moimi   synami,   lecz   braćmi.   Ludvig   Lien 

poczerwieniał zawstydzony.

- Powinienem się domyślić. Przecież słyszałem, że chłopcy zwracają się 

do pani po imieniu.

-   To   bez   znaczenia.   Właściwie   sama   zapominam,   że   nie   jestem   ich 

matką, bo opiekuję się nimi już od kilku lat. Odkąd mama zachorowała na 
suchoty, a ojciec zszedł na złą drogę i w końcu utonął w rzece, przejęłam 
nad nimi odpowiedzialność.

Ludvig Lien był wstrząśnięty.
- Pani matka też umarła?
-   Nie,   miała   dużo   szczęścia.   Umieszczono   ją   w   sanatorium   i 

wyzdrowiała. Teraz mieszka w Kjelsas razem ze swym drugim mężem i 
jego małą córeczką.

- Ale... Dlaczego? - urwał.

background image

- Po powrocie z sanatorium była bardzo słaba i nie miała sił zająć się 

Kristianem i Pederem. Evert nie jest z nami spokrewniony, wzięliśmy go 
do siebie, kiedy zmarła jego leciwa opiekunka. Wcześniej był pod opieką 
pijaka,   który   trzymał  go   tylko   po   to,   by   wyłudzić   zapomogę   z   gminy. 
Matka chłopca zmarła, a ojca nie zna.

- To wspaniałe z pani strony. Pokręciła głową.
-   Nic   podobnego!   Evert   jest   przyjacielem   Pedera,   znałam   go, 

wiedziałam, że to dobre i grzeczne dziecko. To bardzo łebski chłopak.

-   Tak,   zauważyłem.   Mówi,   że   chce   zostać   doktorem,   żeby   pomóc 

wszystkim chorym na suchoty.

Uśmiechnęła się i westchnęła.
- Gdyby tylko było mnie na to stać, wsparłabym jego kształcenie, ale nie 

wiem, czy to będzie możliwe. Są tacy, którzy łączą studia z pracą, ale 
zdaje mi się, że, niestety, Evert nie dałby rady.

Sigvart przysłuchiwał się w milczeniu ich rozmowie i nagle się wtrącił:
- Jeśli przejmie pan sklep, panie Lien, zamierza pan go poprowadzić 

sam?

Ludvig Lien pokręcił się niespokojnie.
-   Póki   co   zaproponowałem   takie   rozwiązanie,   żeby   pomóc   pani 

Ringstad,   ale   jeśli   naprawdę   zechce   mi   przekazać   ten   interes, 
pomyślałbym o rozszerzeniu działalności. Może wynająłbym resztę domu, 
sprowadził inne towary i pozyskał dodatkowy krąg klientów.

- Prowadził pan już podobną działalność? - zapytał ożywiony Sigvart.
Ludvig Lien spuścił wzrok.
-   Nie...  To   znaczy..   Mój   ojciec   prowadzi   sklep   i   sporo   się   od   niego 

nauczyłem. We wcześniejszych latach często stałem za ladą.

- Pewnie myślał pan o zatrudnieniu kogoś do pomocy? Sam przecież 

pan sobie ze wszystkim nie poradzi.

Ludvig Lien pokręcił głową i zwrócił się do Elise:
- Mam nadzieję, że nie uraziłem pani, przedstawiając swoją propozycję. 

Ostateczna   decyzja   jednak   i   tak   należeć   będzie   do   pani   męża.  To   pan 
Ringstad otworzył ten sklep i on musi postanowić, czy zechce go nadal 
prowadzić, czy się go pozbyć.

Elise przytaknęła.
- Muszę się najpierw dowiedzieć, jak on się czuje. Po jego wyjeździe 

otrzymałam   tylko   jeden   krótki   list.   O   sklepie   nie   wspomniał   nawet 
słowem.

Sigvart znów się wtrącił.
- A dlaczego nie chce pan pracować w sklepie ojca, panie Lien?

background image

Elise   zerknęła   na   Sigvarta.   Chyba   nie   uchodzi   tak   się   dopytywać   i 

drążyć prywatne sprawy człowieka, którego dopiero co się poznało? Czy 
Sigvart nie widzi, że pan Lien jest bardzo zakłopotany?

-   Stosunki   między   mną   i   ojcem   nie   układają   się   najlepiej.   Jesteśmy 

bardzo różni.

Elise zrobiło się go żal, więc próbowała skierować rozmowę na inne 

tory.

-   Interesujące,   co   nam   przyniesie   ten   tysiąc   dziewięćset   ósmy   rok. 

Przeglądałam ostatni numer „Husmoderen" któregoś wieczoru przed snem 
i zastanowiło mnie, ile różnych ważnych zdarzeń miało miejsce w tysiąc 
dziewięćset siódmym roku. Pomyślcie tylko, zmarło tylu sławnych ludzi, 
zarówno król Oskar, jak i Edvard Grieg, a zaraz na początku roku Agathe 
Backer Grondahl. W ogóle w ostatnich latach odeszły wielkie osobowości, 
że wspomnę Henryka Ibsena. Zastanawiam się, czy pozostały nam jeszcze 
jakieś   wyjątkowe   postaci,   czy   może   wszyscy   wielcy   urodzili   się   na 
początku albo w połowie ubiegłego stulecia. Czy to nie dziwne, że tylu 
wybitnych żyło dokładnie w tym właśnie czasie?

Zarówno Sigvart, jak i Ludvig Lien posłali jej zdumione spojrzenia.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem - uśmiechnął się Sigvart. - Ale 

mnie   się   zdaje,   że   w   każdym   stuleciu   pojawia   się   tyle   samo 
utalentowanych ludzi. - A zwróciwszy się do Ludviga Liena, zapytał: - A 
gdzie pan mieszka, panie Lien?

Ludvig Lien z wyraźną niechęcią odnosił się do zadawanych mu przez 

Sigvarta pytań.

- Mieszkam w pensjonacie - odparł krótko.
- Ale to chyba okropnie drogo?
- Płacę siedemdziesiąt koron miesięcznie.
- Siedemdziesiąt koron? - zrobiła wielkie oczy Elise.
- Jeśli słyszeliście państwo o jakimś tańszym lokum, byłbym wdzięczny 

za informację. Wiem, że jest dom dla młodych kobiet przedsiębiorców na 
Kirkegaten,   tuż   naprzeciwko   Norges   Bank,   ale   nie   słyszałem   o 
odpowiedniku dla mężczyzn.

- A cóż to za dom? - Sigvart był wyraźnie zainteresowany, może sam 

zamierzał przeprowadzić się do pensjonatu, tylko nie pozwalały mu na to 
zarobki w kantorze u Graaha.

- Rodzaj pensjonatu dla pań. Dwuosobowy pokój kosztuje czterdzieści 

koron miesięcznie, a jednoosobowy pięćdziesiąt. W budynku jest światło 
elektryczne,   winda,   telefon,   łazienka   i   umywalki   z   bieżącą   wodą   w 
korytarzach.  Ponadto  mieszkańcom w przypadku choroby   zapewnia  się 

background image

opiekę   i   darmową   wizytę   lekarską.   Rano   podawana   jest   im   do   łóżka 
owsianka,   a   na   posiłki   zbierają   się   w   przestronnej   jadalni.   Jest   się 
zobowiązanym jedynie do tego, by ścielić łóżko i wycierać kurze w swoim 
pokoju.

Sigvart uśmiechnął się drwiąco:
- Czyżby miał pan przyjaciółkę w tym pensjonacie, skoro jest pan tak 

dokładnie zorientowany?

Elise zauważyła, że Ludvig Lien oblał się rumieńcem, ale uśmiechnął 

się i mruknął w odpowiedzi, że nie jest to wykluczone. Dało jej to trochę 
do myślenia, zapytała więc:

- A jeśli się pan ożeni, panie Lien, zechce pan nadal prowadzić sklep na 

Maridalsveien?

Jeszcze bardziej poczerwieniał.
- Ja... Nie planuję ożenku, pani Ringstad. To znaczy... nie w najbliższym 

czasie.

-   Przestraszyłam   się   już,   że   pan   nas   znienacka   zostawi.   A   takich 

sprzedawców jak pan niełatwo znaleźć - uśmiechnęła się Elise.

Ludvig Lien wstał i oznajmił:
-   No   to   na   mnie   już   czas.   Serdecznie   dziękuję   za   polewkę,   pani 

Ringstad. Bardzo pani szczodra.

Odprowadziła  go  do drzwi,  ale  szybko zamknęła,  chroniąc  się  przed 

mrozem.

Sigvart zamyślił się na chwilę, po czym spojrzał na nią i zapytał:
- Skąd wzięliście tego typka?
- Poznaliśmy go przez Paula Georga Schwencke, przyjaciela Emanuela. 

Tego, który załatwił Emanuelowi lokal na Maridalsveien i pożyczył mu 
pieniądze zarówno na towar, jak i czynsz.

- Kiedy musicie zwrócić pożyczkę?
- Nie wiem. Emanuel nie lubi o tym rozmawiać.
Sigvart znów się zamyślił głęboko, po czym odsunął talerz i wnet, nie 

zważając na trzaskający mróz, rąbał w najlepsze drewno. I

Następnego   dnia   zaspali.   Chłopcy   wybiegli   w   pośpiechu,   bojąc   się 

spóźnić   do   szkoły,   Elise   więc   sama   musiała   zanieść   Jensine   do   pani 
Jonsen.

Sąsiadka była wyraźnie zagniewana i zapytała surowo:
- A co to ma znaczyć, Elise? Wczoraj dwaj mężczyźni weszli do ciebie 

kuchennymi drzwiami. Czym ty się zajmujesz?

Zirytowało ją to i najchętniej odpowiedziałaby, że nic sąsiadce do tego, 

ale wiedziała, że w ten sposób tylko by ją utwierdziła w podejrzeniach.

background image

- No cóż, jeden z mężczyzn to sprzedawca, który chciał omówić ze mną 

zamówienie na towary i porozmawiać na temat zysków w sklepie, a drugi 
to   urzędnik,   którego   pani   przedstawiłam.   Przyszedł   mi   pomóc.   Obaj 
panowie   poznali   się   u   mnie   i   okazało   się,   że   mają   wspólne 
zainteresowania.

- Zdaje się, że wspólnie interesują się tobą.
- Pani Jonsen, co też pani opowiada? Sądziłam, że zna mnie pani na tyle, 

by wiedzieć, że gdyby tak było, nie wpuściłabym ich do środka.

Pani Jonsen spuściła wzrok, nagle straciwszy pewność siebie.
- Tak myślałam, ale ludzie opowiadają różne głupoty. Elise wzmogła 

czujność.

- A co takiego mówią ludzie? Pani Jonsen wzruszyła ramionami.
- E tam, wszystko jedno.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Kiedy wieczorem Elise weszła do domu majstra, żeby odebrać Hugo, na 

stole w kuchni czekał na nią list z zagranicznymi znaczkami. Serce zabiło 
jej   mocniej.   Ożywiona   rozdarła   kopertę,   a   Hilda   przyglądała   się   jej   w 
napięciu.

Najukochańsza Elise!
Trudno było mi wrócić do samotności, mając świadomość dzielącej nas 

odległości. Przez pierwsze dni było mi tak ciężko, że rozważałem, czy nie 
zrezygnować i nie wrócić do domu. Myśl, że mógłbym zamieszkać u Anny 
i   Torkilda   i   móc   spotykać   Cię   codziennie,   sprawiała,   że   żałowałem 
podjętej   decyzji.   Wszystko   inne   wydawało   mi   się   bez   znaczenia   w 
porównaniu   z   możliwością   bycia   przy   Tobie,   patrzenia   na   Ciebie, 
rozmawiania z Tobą. Jeden z moich przyjaciół ze studiów powiedział, że 
jego największym pragnieniem jest spotkać dziewczynę, którą pokocha. 
Wystarczy   mu   wówczas   trzymać   ją   za   rękę,   a   będzie   szczęśliwy. 
Pomyślałem wtedy, ile ja mam szczęścia. Oczywiście marzyłoby mi się, by 
przeżyć   coś  więcej,   trzymać   Cię   w   ramionach,   całować   i   stopić   się   w 
miłosnym   uścisku,   ale   wiem,   że   potrafię   stłumić   tę   tęsknotę. 
Najważniejsze, że mnie kochasz tak samo mocno jak ja Ciebie, że jesteś 
moja tak jak ja Twój na wieki.

Teraz znów ostro zabrałem się do pracy i zauważyłem, że mi to pomaga. 

Ciężka   praca   to   najlepsze   lekarstwo   na   ponure   myśli.   Staram   się   nie 
pogrążać w marzeniach za dnia. Dopiero gdy się kładę. Mój nauczyciel 
chwali moje prace i przyjął już zamówienie od bogatego Francuza. Jak Ci 
pewnie wspominałem, majster Paulsen pomógł mi sprzedać dwa projekty, 
kiedy byłem w domu, a pewna osobistość z Kristianii zamówiła rzeźbę na 
nagrobek. Mam więc tyle pracy, że trudno mi będzie uporać się z tym 
wszystkim.

Martwię się równocześnie, jak Ty sobie poradzisz. Uważam, że to bez 

sensu, iż rodzice Emanuela nie włączają się z pomocą. Zadzwoniłem do 
Twojego teścia i opowiedziałem, że stan Emanuela jest coraz cięższy i 
mam nadzieję, że to poskutkuje. Najlepiej, gdyby wzięli go do siebie do 

background image

domu,   i   nie   mówię   tak   dlatego,   że   nie   podoba   mi   się,   iż   jest   Twoim 
mężem. Wiem, że jesteś silna, masz w sobie moc, która pomaga Ci stawić 
czoło problemom, no i nade wszystko trzyma Cię miłość dzieci. Nie wiem, 
czy jakakolwiek matka i siostra jest tak wzruszająco troskliwa i wspaniało-
myślna jak Ty. Kiedy dorosną, zrozumieją, ile mieli szczęścia.

Teraz pracuję nad rzeźbą Madonny z Dzieciątkiem. Twarz Madonny jest 

dziwnie   podobna   do   twarzy   pewnej   młodej   matki   znad   rzeki  Aker   w 
Kristianii.

Napisz do mnie, Elise! Parę słów od Ciebie znaczy dla mnie wszystko.
Twój Johan
Poczuła,   że   oczy   ma   pełne   łez,   pośpiesznie   więc   otarła   je   rękawem 

płaszcza.

- Miły list? - zapytała Hilda, przyglądając się jej w napięciu. Skinęła 

głową.

- Odpiszę dziś wieczorem, gdy położę dzieci spać.
- Czemu nie napisałaś do niego wcześniej? Elise westchnęła.
-   Chyba   nie   pojmujesz,   ile   wszystkiego   spadło   na   mnie   w   ostatnim 

czasie. Poza tym muszę napisać do Emanuela. Przysłał mi krótki liścik, 
dopytując się, jak sobie radzimy. Jego ojciec też prosił, by pisać, co u nas.

- Kochana, obowiązkowa Elise.
- To ironia?
- Tak, trochę. Na twoim miejscu miałabym w nosie wszystkich innych i 

cały wieczór przeznaczyłabym na napisanie płomiennego listu miłosnego 
do mężczyzny, którego kocham.

Elise opadła ciężko na stołek. Powinna wracać jak najszybciej do domu, 

ale poczuła potrzebę, by porozmawiać z siostrą.

- Sigvart Samson pomagał mi przez dwa ostatnie wieczory. Na-rąbał 

drewna,   skruszył   warstwę   lodu   w   studni   i   nanosił   wody.   Wczoraj 
wieczorem   pojawił   się   też   nasz   sprzedawca,   Ludvig   Lien.   Jest   gotów 
przejąć sklep, ale obawiam się, jak na to zareaguje Emanuel.

- Chyba nie wierzysz, że Emanuel wyzdrowieje na tyle, by samodzielnie 

prowadzić sklep? Od samego początku uważałam, że to kiepski pomysł. 
Emanuel   nie   nadaje   się   na   kupca,   chyba   sama   to   widzisz.   Poza   tym 
powinnaś wiedzieć, że istnieje coś takiego jak ustawa o pracy, zawierająca 
paragraf o dopuszczalnym czasie pracy dla dzieci. Sądzisz, że Kristian i 
Peder jej nie podlegają?

Elise pokiwała głową z głębokim poczuciem winy.
- Napiszę do Emanuela, że tak dłużej być nie może. I albo Ludvig Lien 

przejmie sklep pod szyldem Emanuela, albo odkupi go od niego! - Po 

background image

chwili dodała z uśmiechem: - Panią Jonsen zżera ciekawość i zrobiła się 
strasznie   podejrzliwa,   gdy   zobaczyła,   że   odwiedzają   mnie   młodzi 
mężczyźni.

Hilda zmarszczyła czoło.
- Uważaj, Elise. Nie ma nic gorszego niż takie plotkary.
- Pomyślałam sobie to samo, ale na szczęście pani Jonsen nie ma tak 

wielu znajomych.

- Wystarczy, że wspomni o tym komuś w mleczarni, i w jednej chwili 

plotka się rozniesie w całym Sagene. A jeśli jeszcze ktoś sobie przypomni, 
że widział cię z Johanem na Maridalsveien, a trudno mi sobie wyobrazić, 
że   szliście   w   odstępie   dwóch   metrów   od   siebie,   nieszczęście   gotowe. 
Gdybyś   się   kiedyś   starała   o   rozwód,   takie   plotki   mogłyby   ci   bardzo 
zaszkodzić, na przykład prawo do dzieci sąd przyznałby Emanuelowi.

Elise posłała jej przerażony wzrok, po czym wstała i sięgnęła po ciepłe 

ubranka Hugo, mówiąc:

- Chodź, synku, wracamy do domu.
Tego   samego   wieczora   napisała   długi   list   do   Johana.   Opisała   mu 

wszystko, co się wydarzyło: szczodrość teścia, pomoc Sigyarta i ofertę 
Ludviga Liena. Napisała też o chorobie Pedera, o tym, jak bardzo się o 
niego bała, ale że już wyzdrowiał i życie toczy się jak dawniej.

Twoja miłość, Johanie, i uczucia, jakie żywię do Ciebie, dają mi siły, by 

wszystkiemu podołać. Byłam bardzo zrozpaczona, kiedy wyjechałeś, ale 
oboje   wiemy,   że   byłoby   trudno   ciągnąć   to,   co   zdarzyło   się   w   święta. 
Zawsze   pozostanę   Ci   wdzięczna   za   niespodziankę,   którą   zrobiłeś 
chłopcom w wieczór sylwestrowy. Oni też nigdy tego nie zapomną. Peder 
opowiedział   całej   klasie   o   skrzacie,   który   przyszedł   z   koszem   pełnym 
smakołyków. Niektórzy sądzili, że jak zwykle poniosła go bujna fantazja, 
ale inni słuchali go z zazdrością. Podejrzewam, że za rok za płotem na 
Hammergaten 16 czekać będzie cała gromada chłopaków!

Wszystkiego dobrego, najukochańszy Twoja Elise
Gdy włożyła list do koperty i go zaadresowała, zabrała się do napisania 

listu   do   Emanuela.   Przychodziło   jej   to   z   trudem.   Dręczyły   ją   wyrzuty 
sumienia, że nie żywi do niego cieplejszych uczuć, ale wiedziała, że nie 
potrafi oszukiwać. List był więc smutny i codzienny. Emanuel powinien 
raczej otrzymać list, który by go podniósł na duchu. Starała się, jak mogła, 
ale zauważyła, że słowa brzmią nieprawdziwie. Wspomniała delikatnie o 
propozycji   Lud-viga   Liena,   podkreślając,   że   sprzedawca   stara   się 
wyciągnąć pomocną dłoń, nie wspomniała jednak, jak bardzo mu na tym 
zależy. Ciekawe, jak Emanuel zareaguje, zastanawiała się.

background image

Zaledwie w tydzień później przyszła odpowiedź. Nie od Emanuela, ale 

od jego ojca.

Kochana Elise!
Mam dla Ciebie, niestety, złe wiadomości. Stan Emanuela nie polepszył 

się, raczej przeciwnie. Wydaje mi się, że najbardziej dokuczają mu ponure 
myśli. Twój list przeczytał obojętnie, przynajmniej na pozór. W ogóle nie 
zareagował   na   propozycję   sprzedawcy   dotyczącą   przejęcia   interesu. 
Radziłbym  Ci   nie   zmieniać   dotychczasowej   umowy   z   panem   Lien,   na 
wypadek gdyby do wiosny Emanuel wyzdrowiał. Ale możesz na przykład 
zaproponować, by sprzedawca przejął prowadzenie sklepu (tak by chłopcy 
nie musieli stać za ladą w czasie roku szkolnego) za wypracowane przez 
niego zyski, które nie są chyba zbyt duże. Rozliczenia z panem Schwencke 
przełóżmy raczej na inny termin. Porozmawiam z moim adwokatem, by Ci 
zaoszczędzić jeszcze i tego zmartwienia. Nie martw się o pieniądze! Jak 
już mówiłem, co miesiąc będę Ci wysyłać pewną sumę. Spróbuj raczej 
znaleźć czas, by znów zacząć pisać. Bo w tej dziedzinie masz największy 
talent.

Czy   byłoby   możliwe,   żebyście   którejś   niedzieli   przyjechali   nas   tu 

odwiedzić?   Opłacę   bilety   na   pociąg.   Może   pomogłoby   to   Emanuelowi 
otrząsnąć się z przygnębienia. Warto w każdym razie spróbować.

Serdecznie pozdrawiam Teść
Odłożyła list na kolana. Dlaczego Emanuel jest taki przygnębiony? Czy 

to   następstwo   choroby,   czy   raczej   źle   znosi   mieszkanie   pod   jednym 
dachem z rodzicami?

Ale   czy   można   się   dziwić,   że   posmutniał,   skoro   nie   może   już   się 

swobodnie poruszać? Pewnie obawia się przyszłości, nie wiedząc, co mu 
właściwie dolega. Z tego, co mówili lekarze, to albo wyzdrowieje, albo 
choroba przykuje go do łóżka i nie będzie się mógł w ogóle ruszać. To 
ostatnie brzmiało jak wyrok.

Chłopcy będą zachwyceni, gdy się dowiedzą o wyjeździe do Ringstad. 

Ona   sama   zaś   czuła   się   dziwnie   rozdarta.   Wszystko   w   jej   życiu   się 
wywróciło do góry nogami. Emanuel jest jej mężem, a ona tymczasem ma 
wyrzuty sumienia wobec Johana, gdy jest dla męża miła. A kiedy w święta 
wymknęła się potajemnie na spotkanie z Johanem, miała wyrzuty sumienia 
wobec Emanuela.

Obu przyrzekła „kochać, póki ich śmierć nie rozdzieli". Emanuelowi 

przed   Bogiem,   pastorem   i   najbliższą   rodziną,   a.   Johanowi   ustami, 
spojrzeniem  i sercem.  Myślała  b tych wszystkich  nowożeńcach,  którzy 
składali identyczną przysięgę, wcale nie traktując jej poważnie. Zwłaszcza 

background image

o tych, którzy zawierają związek pod przymusem ze względu na honor 
rodziny, władzę i majątek. Czy ta obietnica, którą przed laty złożyli sobie 
nawzajem z Johanem na miękkim mchu na leśnej polanie, biorąc niebo na 
świadka - jest równie ważna?

W domu panowała cisza. Dzieci spały. Powinna dawno już się położyć 

do   łóżka,   czuła   się   jednak   dziwnie   rześka.   Po   raz   pierwszy   od   dawna 
sięgnęła   po   swoje   przybory   do   pisania   i   zaczęła   pisać   nowy   rozdział 
książki o Pederze.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Dzień przed wyjazdem do Ringstad nieoczekiwanie się ociepliło.
Ciągnąc   za   sobą   sanki   w   dół   Maridalsveien,   Elise   podniosła   głowę. 

Spojrzawszy   na   niebo,   westchnęła   z   ulgą.   O   poranku   było   już   jaśniej, 
może te okropne mrozy już nie powrócą tej zimy? Nie miała odwagi nawet 

background image

o tym marzyć.

Gdy odprowadziła Hugo i pośpiesznie dotarła do kantoru, Sigvart był 

już na swoim miejscu.

-   Przyszedł   list   do   ciebie,   Elise!   -   oznajmił   podekscytowany, 

zapominając o „dzień dobry".

- Do mnie? Tutaj?
- Z oficyny Grondahl & Son. Może przysłali honorarium? Sądząc po 

jego reakcji, można by przypuszczać, że to on się spodziewa honorarium, 
pomyślała i uśmiechnęła się.

- Dziwne, że napisali tutaj.
- Może zapomniałaś podać swojego adresu?
Elise   siadła   przy   biurku   i   od   razu   otworzyła   kopertę.   Sigvart 

niecierpliwie śledził jej ruchy.

Pani   Elise   Ringstad,   Przędzalnia   Nedre   Voien,   Beierbrua   Z   radością 

zawiadamiamy,   że   sprzedaż   książki   „Podcięte   skrzydła"   przeszła   nasze 
najśmielsze oczekiwania. W związku z tym chcielibyśmy przedstawić Pani 
pewną propozycję.  Czy   znalazłaby  Pani czas,  by  w najbliższym  czasie 
złożyć krótką wizytę w naszym biurze?

Łączę wyrazy szacunku Benedict Guldberg
Podniosła wzrok.
- Nie przysłali honorarium, ale zaprosili mnie do wydawnictwa. Piszą, 

że sprzedaż przeszła ich oczekiwania.

Sigvart zaklaskał w dłonie, poderwał się z miejsca i podbiegł do niej.
- Brawo, Elise! Wiedziałem, że sobie poradzisz. Gratulacje! - Dowiedz 

się,   czy   nie   mogłabyś   pójść   tam   jeszcze   dzisiaj.   Może   zaproponują   ci 
wyższą   stawkę,   niż   początkowo   zamierzali?  A  może   książka   zostanie 
przetłumaczona i wydana za granicą?

Elise zaśmiała się.
- Daj spokój! Przecież rzeka Aker płynie tylko w Norwegii.
- W innych krajach także rozwija się przemysł, nawet jeśli fabryki nie 

stoją nad rzeką przepływającą przez stolicę.

- Będę musiała pójść w czasie przerwy obiadowej. Nie śmiem prosić 

majstra, by mnie zwolnił.

- Ale idź koniecznie dzisiaj! Taki jestem ciekawy!
Czuła, że i jej serce bije z podniecenia. „Chcielibyśmy przedstawić Pani 

pewną propozycję"... Jaką propozycję, na Boga? Zakręciło jej się w głowie 
z wrażenia. Najpierw te dwieście koron od teścia i obietnica przysyłania 
comiesięcznej kwoty, a teraz być może wypłata honorarium. Kto wie, czy 
Sigvart   nie   ma   racji?   Może   dzięki   udanej   sprzedaży   w   wydawnictwie 

background image

uznali, że należy podnieść jej należny procent? Jeśli nadal wszystko się 
będzie tak układać, być może uda jej się pomóc Evertowi i Kristianowi 
zdobyć wykształcenie. Ta myśl przyprawiła ją o radosne drżenie.

Kilka godzin później zapukała do masywnych drzwi gabinetu redaktora.
Na jej widok poderwał się i wyszedł jej na spotkanie.
- Pani Ringstad? Jak miło, że mogła pani od razu przyjść. Proszę, niech 

pani siada!

Usiadła   na   brzegu   krzesła,   zadowolona,   że   ma   na   sobie   płaszcz   i 

kapelusz, ale nieco zawstydzona ich staromodnym fasonem.

- A więc, jak wspomniałem w liście, sprzedaż przeszła nasze najśmielsze 

oczekiwania.   Być   może   podyktowane   to   jest   ciekawością   czytelników, 
jako że podjęła pani całkiem nowy temat, ale przypuszczam, że chodzi o 
coś więcej. Jeśli mam być całkiem szczery, to sądzę, że powoli w naszym 
społeczeństwie budzi się sumienie. Z pewnością potrwa to dziesięciolecia, 
nim nastąpią istotne zmiany, ale nie mam wątpliwości, że nadchodzą nowe 
czasy.   Niemożliwe,   by   utrzymały   się   tak   drastyczne   różnice   pomiędzy 
poszczególnymi   warstwami   społecznymi.   Wkład   robotników   jest 
niedoceniany.   Przecież   to   dzięki   ich   pracowitym   dłoniom   w   wielkich 
fabrykach napływają pieniądze, za które budowane są kolejne fabryki. Bez 
robotników nie byłoby tkalni, przędzalni, zakładów papierniczych i fabryk 
gwoździ.   Ludzie   wnet   muszą   zrozumieć,   że   jesteśmy   zależni   od 
robotników.   -   Przemawiał   z   zapałem,   Elise   zaś   przysłuchiwała   się   w 
milczeniu, czując, jak budzi się w niej radość. Nie spodziewała się, że 
redaktor ma takie zdecydowane poglądy. Kto mógłby przypuszczać? - Ale 
trzeba kuć żelazo póki gorące, by te zmiany nastąpiły jak najszybciej - 
podjął wydawca. - Ci, którzy ciągną krociowe zyski z fabryk, nie zechcą 
dobrowolnie oddać władzy i podzielić się zyskami. Tacy już są ludzie. 
Potrzebna jest jeszcze rewolucja, a w każdym razie strajki. - Zamilkł i 
zamyślił się, a potem znów skierował na nią swój wzrok. - Jest przysłowie, 
że kropla drąży skałę. Pani książka Podcięte skrzydła może się okazać taką 
kroplą, która przemieni się w strumień, a potem w wielką rzekę, która 
zmieni krajobraz.

Czuła, jak palą ją policzki, i zastanawiała się, czy redaktor naprawdę tak 

sądzi.

- I właśnie o tym chciałbym z panią porozmawiać, pani Ringstad. Potrafi 

pani pisać. Zna pani środowisko i ludzi. Obserwuje pani z bliska tragiczne 
losy. Jest pani kobietą i dlatego może pani dotrzeć niejako do samego 
sedna,   pokazać   losy   kobiet   z   ich   punktu   widzenia,   zrozumieć   ich   tok 
myślenia, ich poglądy, wczuć się w ich życie zupełnie w inny sposób niż 

background image

osoba z zewnątrz. Dlatego musi pani pisać więcej! Rozumie pani, co mam 
na myśli? - Utkwił w niej swój świdrujący wzrok i dodał z naciskiem: -Jest 
pani stworzona do czegoś innego niż ślęczenie nad dokumentami w kanto-
rze przędzalni Nedre Voien. Szkoda, by traciła pani czas na pisanie listów 
urzędowych   i   sporządzanie   rocznych   bilansów.   Powinna   pani   raczej 
przeznaczyć go na pisanie książek! Książek, które otworzą ludziom oczy, 
które   sprawią,   iż   zostanie   dostrzeżony   konkretny   człowiek.   Może   pani 
zapoznać   czytelników   z   robotnicami,   napisać,   o   czym   myślą,   tak   by 
czytelnik zrozumiał, co to znaczy żyć w znoju i biedzie. Dopiero wówczas 
będą mogły nastąpić zmiany. Nie potrafimy identyfikować się z innymi, 
póki słyszymy jedynie o nich jako o dużej grupie. Zacierają się wówczas 
kontury,   zatraca   się   zdolność   współodczuwania,   łatwo   się   wówczas 
dystansować. Zupełnie tak samo jest, gdy słyszymy o biednych dzieciach 
w Afryce z krajów położonych daleko od nas. Wydaje się nam, że to nas 
nie dotyczy. Dopiero gdy z tekstu wyłania się konkretna osoba i ożywa w 
świadomości   czytelnika,   nagle   zaczyna   on   współczuć   i   nabiera 
przekonania, że coś należy z tym zrobić. Że nie można tolerować takiego 
modelu społeczeństwa.

Elise otworzyła usta, by przerwać redaktorowi. Wprawdzie jego słowa 

brzmiały   rozsądnie,   zapewne   jednak   nie   miał   pojęcia,   że   ona   ma   na 
utrzymaniu rodzinę.

Uśmiechnął się.
- Poznaję, o czym pani myśli. Musi pani pracować, by zarobić na życie. 

Jesteśmy   tego   w   pełni   świadomi.   Przez   wspólnych   znajomych 
dowiedziałem się, że pani mąż poważnie zachorował i rodzina utrzymuje 
się z pani pensji. Nie kryję, iż trudno mi pojąć, jak to możliwe. Zatroszczę 
się o to, by jak najszybciej wypłacono pieniądze, jakie się pani od nas 
należą. Ale nie tylko z tego powodu prosiłem, by pani przyszła. Chcę, by 
pani zrezygnowała z pracy u majstra Paulsena i poświęciła cały swój czas 
na pisanie.

Usiłowała coś wtrącić, ale on powstrzymał ją ruchem dłoni.
- Jesteśmy gotowi zapłacić pani tyle samo, ile zarabia pani w kantorze 

przędzalni, a wliczając w to dodatkowo solidne honorarium, pani sytuacja 
finansowa się poprawi. Nie czynimy tego z pobudek charytatywnych, ale 
dlatego, że dostrzegamy, iż jest pani dla nas cenna. Rozumiem, że pani 
lubi pisać i chciałaby mieć na to więcej czasu, ale trudna sytuacja pani to 
uniemożliwia.

Skinęła głową, całkowicie zbita z tropu. Nie była pewna, czy dobrze 

zrozumiała. Czy to możliwe, że wydawnictwo jest gotowe jej płacić za to, 

background image

że będzie siedziała w domu i pisała? A jeśli temu nie podoła? Jeśli na 
przykład następna książka okaże się słaba i nikt jej nie zechce kupić? W 
jaki sposób zdoła zwrócić pieniądze, które wydawnictwo jej przekazało? A 
jak zareaguje majster Paulsen, gdy mu powie, że rezygnuje z pracy?

- Nie musi pani odpowiadać od razu, pani Ringstad. Proszę pójść do 

domu   i zastanowić   się  nad  tą   propozycją.  Zapewniam,   że  nie  wszyscy 
autorzy otrzymują podobne! Proszę potraktować to jako dowód zaufania i 
wyraz naszej wiary, że zajdzie pani daleko.

Nagle poczuła, jak dławi ją w gardle, zamrugała powiekami, ale nie 

zdołała   powstrzymać   łez   napływających   jej   do   oczu.   Zawstydziła   się. 
Pośpiesznie   sięgnęła   po   chusteczkę,   ale   łzy   potoczyły   się   jej   po 
policzkach.

- Przepraszam - wykrztusiła.
Nie miała odwagi spojrzeć na wydawcę, ale po jego głosie poznała, że 

się uśmiecha.

-   Traktuję   to   jako   dobry   znak,   pani   Ringstad.   Ucieszyła   się   pani, 

prawda?

- Po prostu trudno mi zapanować nad wzruszeniem! - Pokiwała głową, 

nie podnosząc wzroku.

- Czy to znaczy, że jest pani gotowa zastanowić się nad możliwością 

porzucenia pracy w kantorze i podjęciem pisania?

Znów pokiwała głową, ale zaraz dodała:
- Pod warunkiem, że nie sprawię tym kłopotu panu Paulsenowi. Panna 

Johannessen ostatnio często jest nieobecna.

- Wątpię, by majstrowi było trudno pozyskać nową kancelistkę, pani 

Ringstad. Zresztą mogę osobiście porozmawiać z panem Paulsenem. Im 
szybciej pani będzie mogła zakończyć pracę w kantorze, tym lepiej.

Dopiero w tym momencie Elise uświadomiła sobie, że majster mógłby 

się dowiedzieć, że to ona kryje się pod pseudonimem Elias Aas, i odezwała 
się zatrwożona:

- A jeśli on się domyśli, że to ja napisałam Podcięte skrzydła.
Benedict Guldberg uśmiechnął się.
- Proszę się nie obawiać. Będę ważył słowa. Mogę udawać, że napisała 

pani dla nas książkę dla dzieci, która nas wprost zachwyciła, i dlatego 
poprosiliśmy  panią  o  podjęcie  tematu  dorastania  dzieci  w  Kristianii na 
wschodnim   brzegu   rzeki.   Jestem   dobrym   aktorem   -   dodał   z   figlarnym 
błyskiem w oku. - A jeśli wspomni Podcięte skrzydła, zaprzeczę, jakoby 
pani   była   autorką.   Obowiązuje   panią   dwutygodniowy   okres 
wypowiedzenia?

background image

- Nic mi nie wiadomo o żadnym okresie wypowiedzenia.
- W takim razie pewnie panią wcale nie obowiązuje. Czy ma pani coś 

przeciwko temu, bym w najbliższych dniach przeprowadził rozmowę z 
panem Paulsenen?

Ociągała się chwilę, w końcu rzekła:
- Mam nadzieję, że przyjmie to z wyrozumiałością i nie rozgniewa się 

na mnie.

- Już ja o to zadbam. Myślę, że powinien raczej czuć dumę. Zanim pani 

wyjdzie, wręczę pani zaliczkę. - Wyciągnął z szuflady biurka kopertę. - 
Poza tym pomyślałem sobie, że powinna pani dostać od nas papier do 
pisania - dodał, wręczając jej wraz z kopertą paczkę papieru. Następnie 
wstał z krzesła, dając do zrozumienia, że uważa rozmowę za skończoną.

Na trzęsących się nogach skierowała się ku drzwiom.
- Czuję się oszołomiona - wyznała. Zaśmiał się.
-   Nic   dziwnego.   Weszła   tu   pani   jako   kancelistka,   a   wychodzi   jako 

pisarka.  I to  już nie  anonimowa. Od teraz  będzie  się  pani podpisywać 
własnym   nazwiskiem,   które,   jestem   tego   całkiem   pewien,   już   wkrótce 
stanie się powszechnie znane.

Tyle różnych myśli kłębiło jej się w głowie, gdy wracała przez miasto w 

stronę Beierbrua. Odtąd już nie będzie zrywać Hugo o poranku i ciągnąć 
go nawet w największy  mróz do Hildy. Biedak nie będzie już siedział 
zmarznięty i zmęczony na sankach, pokonując drogę do domu po zmroku. 
Chłopcy nie będą już wracać do pustego, zimnego domu, a może nawet 
przestaną pracować po szkole. Zdawało jej się, że śni.

Choć  równocześnie   ogarnął ją  lekki smutek,   że  skończą  się  wspólne 

posiłki u siostry w porze przerwy obiadowej, a Hugo straci towarzysza 
codziennych zabaw. Nie wiadomo, jak Hilda zareaguje na to, że Elise ani 
młodsi bracia nie potrzebują już jej pomocy. Może odczuje ulgę, ale kto 
wie, czy nie będzie jej smutno?

Ponadto   Elise   zrobiło   się   żal   miłej   atmosfery   w   kantorze,   straty 

towarzystwa   dorosłych   ludzi   i   okazji   wysłuchiwania   trafnych   replik 
Sigvarta. Czeka ją samotne, ciche życie, w odosobnieniu za zamkniętymi 
drzwiami. Na dodatek nie wychodząc do pracy, nie będzie miała śmiałości 
poprosić pani Jonsen, żeby opiekowała się przedpołudniami Jensine. Jak 
jednak znajdzie spokój na pisanie przy rocznym dziecku, które wchodzi w 
każdy kąt?

No i wreszcie, co nie mniej ważne, jak zareaguje na to Emanuel? Coś jej 

mówiło, że nie spodoba mu się, że to ona tyle zarabia. Może będzie się bał, 
że podpisując książki własnym imieniem i nazwiskiem, odsłoni rodzinne 

background image

sekrety?

Na razie jednak największe obawy budziła w niej rozmowa z majstrem. 

Bo chociaż pan Guldberg twierdził, że nie powinna się przejmować jego 
reakcją,   ona   wcale   nie   była   tego   pewna.   Gdy   pan   Paulsen   usłyszy,   że 
zaczęła pisać, na pewno mimowolnie pomyśli o Podciętych skrzydłach. 
Wprawdzie Hilda wspomniała, że powoli przekonuje się do treści książki, 
ale co innego, gdy się dowie, że to Elise jest jej autorką. Kto wie, czy 
znów nie wróci do sprawy śmierci Mathilde, domyślając się, że ma jakiś 
związek z nim i z jego fabryką.

Zaraz jednak znów ogarnęła ją radość, że całymi dniami będzie mogła 

pisać, nie zamartwiając się o pieniądze na utrzymanie! Wydawało jej się to 
wprost zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

Johan na pewno się ucieszy z tego powodu, pomyślała i postanowiła: 

Muszę mu o wszystkim napisać w liście. Od razu dziś wieczorem!

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Czuła  nerwowy   niepokój,  gdy   powóz  skręcił  w aleję  prowadzącą  do 

dworu Ringstad.

Tak   jak   poprzednio   przyjechał   po   nich   na   stację   woźnica  An-dreas. 

Wydawało jej się, że od tamtej pory minęły wieki.

Zastanawiała się, jak Emanuel przyjmie nowiny i jak bardzo pogorszył 

się jego stan zdrowia.

Chłopcy   paplali   jeden   przez   drugiego,   szalejąc   z   radości,   że   zostali 

zabrani na wycieczkę za miasto. W pociągu siedzieli cicho i patrzyli przez 
okno   albo   przyglądali   się   z   zaciekawieniem   innym   pasażerom,   aż   ich 
musiała   upomnieć   szeptem.   Hugo   i   Jensine   jechali   pociągiem   po   raz 
pierwszy, do tej pory najdalej byli w Kjelsas. Oboje bardzo przeżywali 
podróż. Hugo siedział grzecznie na kolanach Kristiana, a Jensine tuliła się 
przestraszona do mamy, ilekroć lokomotywa wydawała głośny gwizd.

Jak tutaj pięknie! Drzewa okryte śniegiem, białe pola i okazały budynek 

mieszkalny w zimowej szacie. Nic dziwnego, że Emanuel źle się czuje w 
tym ich „domku dla lalek" z maleńkim ogródkiem i salonem, w którym 
mieści się zaledwie jego łóżko, bufet, stolik na fajki i wózek inwalidzki. 

background image

Zupełnie inaczej niż oni, którzy dorastali w niedostatku.

Gdy tylko powóz stanął przed głównym wejściem, Elise zauważyła pana 

Ringstada wychodzącego przez drzwi. Pośpieszył jej na spotkanie, wziął 
na   ręce   Jensine,   a   ona   tymczasem   pomogła   wysiąść   Hugo.   Chłopcy 
zgrabnie zeskoczyli i w jednej chwili byli na ziemi.

-   Jak   miło   was   znów   widzieć!   Tak   się   ucieszyliśmy,   gdy   przyszedł 

telegram zawiadamiający o waszym przyjeździe.

Pani   Ringstad   pokazała   się   w   uchylonych   drzwiach   i   przywitała   się 

uroczyście, podając każdemu chłopcu rękę, oni zaś ukłonili się nisko. Na 
szczęście wszyscy pamiętali o tym, by najpierw zdjąć czapkę.

Elise zauważyła, że pan Ringstad zwleka z wejściem do środka.
- Mam nikłą nadzieję, że kiedy was zobaczy, poczuje się lepiej - rzekł, a 

w jego oczach dostrzegła smutek i powagę. - Był tu doktor, ale nie potrafi 
stwierdzić, co mu dolega.

- Doktor w szpitalu Ulleval też nie umiał postawić diagnozy. Twierdził, 

że   kilka   chorób   daje   podobne   symptomy,   jakie   rozpoznał   u   Emanuela. 
„Czas pokaże, co to za choroba", powiedział.

W przestronnym holu zdjęli wierzchnie ubrania, po czym zaproszono 

ich do wielkiej kuchni. W palenisku trzaskał wesoło ogień, a na nakrytym 
białym obrusem stole stały porcelanowe talerze.

Emanuel siedział w wózku przy jednym z okien. Zaprowadziła Hugo do 

niego, tymczasem pani Ringstad wzięła na ręce Jensine.

- Witaj, Emanuelu - powitała go Elise i pocałowała. - Cieszymy się, że 

mogliśmy tu przyjechać i was odwiedzić.

Uśmiechnął się smutno.
- Odwiedzić nas? Brzmi tak, jakbym miał tu zamieszkać na dobre.
Był   blady   i   źle   wyglądał.   Policzki   się   mu   zapadły,   jakby   od   świąt 

znacznie stracił na wadze. A przecież co jak co, ale odżywiano go tu na 
pewno dobrze.

- Witaj, Hugo! - uśmiechnął się do malca Emanuel, gdy Elise posadziła 

mu synka na kolanach. Na szczęście Hugo nie protestował, choć obawiała 
się, że zawstydzony, będzie się wzbraniał.

- Jak ty się czujesz, Emanuelu?
- Dobrze. Mama mnie rozpieszcza, a Olga stara się, jak może, by mnie 

podtuczyć.

Pani Ringstad podeszła z Jensine na rękach.
- Zobacz, jaka ona śliczna, Emanuelu. Zupełnie jakbym widziała ciebie 

w dzieciństwie. Ten sam kolor oczu, identyczne, regularne rysy twarzy. 
Wyrośnie na prawdziwą piękność i z pewnością dostanie, kogo zechce. 

background image

Trzeba   jej   pilnować,   żeby   się   nie   zakochała   w   parobku   -   dodała   ze 
śmiechem. - Wystarczy już tych nieszczęśliwych małżeństw!

Elise   udawała,   jakby   nigdy   nic,   choć   bardzo   dotknęły   ją   słowa 

teściowej.

Podeszli   chłopcy   i   przywitali   się   z   Emanuelem.   Byli   zawstydzeni   i 

nieporadni, najwyraźniej w otoczeniu, do którego nie przywykli, nie czuli 
się   najlepiej.   Odwiedzili  Ringstad   tylko   raz,  ale   to   było  latem.   Biegali 
wówczas po podwórzu i zaglądali do budynków gospodarskich, wcześniej 
zjadłszy coś w pośpiechu.

Ale Peder nie zapomniał o bułeczkach. Pani Ringstad, widząc, jak zerka 

tęsknie w stronę stołu, zapytała łagodnym głosem:

- Jesteś głodny, Peder? Olga napiekła bułeczek, ale najpierw musicie 

zjeść porządny posiłek.

Wzięła   Jensine   i   Hugo   do   stołu   i   posadziła   dzieci   w   wysokich 

krzesełkach. Elise chciała pójść za nią, ale Emanuel ją powstrzymał.

- Cieszę się, że przyjechaliście, Elise. Dziękuję! - W jego głosie wyczuła 

nowe, obce brzmienie.

- A jakżeby inaczej? To my raczej powinniśmy podziękować, że twój 

ojciec   zechciał   zapłacić   za   bilety   dla   nas   wszystkich.   Gdybyś   widział 
chłopców, gdy się dowiedzieli! Skakali pod sufit.

Uśmiechnął się, ale oczy pozostały smutne. Nie pamiętała, by kiedyś 

widziała u niego  takie bezradne  spojrzenie.  Popchnęła wózek w stronę 
stołu.

- To prawdziwe mięso? - zapytał Peder.
Przykazała mu surowo, by się nie odzywał niepytany, ale najwyraźniej 

zapomniał już o wszystkich jej upomnieniach. Pani Ringstad roześmiała 
się.

- Oczywiście, że prawdziwe. Nie zapominaj, że jesteś w gospodarstwie, 

Peder.

- To koń czy wieprz?
Zarówno pan, jak i pani Ringstad roześmieli się.
- Nie sądzisz chyba, że poczęstowałbym cię mięsem jednego z moich 

pięknych koni, Peder? Ty, który chcesz zostać stajennym, nie jadasz chyba 
koniny?

-   Nie,   właśnie   dlatego   pytam.   Gdyby   to   było   mięso   z   Bruna   czy   z 

Gwiazdy, uznałbym pana za kanibala.

Pan Ringstad wybuchnął gromkim śmiechem i aż trzymał się za brzuch.
- Nie znam nikogo, kto by opowiadał tyle zabawnych rzeczy co ty, Peder 

-   rzekł   w   końcu   i   zwrócił   się   do   Elise:   -   Musisz   to   spisywać,   Elise. 

background image

Człowiekowi się zdaje, że zapamięta wszystkie powiedzonka dzieci, ale 
niestety potem większość z nich ulatuje z naszej pamięci.

-   Pan   się   śmieje   -   oznajmił   nagle   zachwycony   Hugo   swoim   jasnym 

głosikiem. - Pan ma duży brzuch.

Chłopcy zasłonili usta dłońmi, by nie parsknąć śmiechem za głośno, ale 

pan Ringstad też był rozbawiony.

- Jak Hugo już ładnie mówi - odezwała się zaskoczona pani Ringstad. - 

W święta jeszcze nie wypowiadał się tak składnie.

Elise pomyślała w duchu, że po prostu nie dopuszczono go do głosu, ale 

rzekła tylko:

-   Rzeczywiście   zrobił   ostatnio   duże   postępy.   Nie   potrafi   jedynie 

wymówić   „r",   ale   mówi   całymi   zdaniami   i   zaskakująco   dużo   rozumie. 
Kiedyś chodziłam w kółko po kuchni, szukając poduszeczki do igieł, gdy 
nagle powiedział: „Może jest w salonie?"

Pani Ringstad klasnęła w dłonie.
- Naprawdę? Popatrz no, dwulatek! Elise zaśmiała się.
- Tak, a innego dnia, gdy nie mogłam zapalić lampy naftowej, odezwał 

się ostrożnie: „A może poprosisz jakiegoś pana?"

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- O tym właśnie mówię - rzucił jowialnie pan Ringstad. - Ten malec 

wyrośnie na wielkiego człowieka! Tak samo jak wy wszyscy, chłopcy! - 
dodał   pośpiesznie,   patrząc   z   uśmiechem   po   ich   twarzach.   -  Ale   teraz 
szybko jedzcie, żebyśmy mogli pójść do stajni.

Po posiłku pani Ringstad zaofiarowała się, że razem z Olgą zajmie się 

najmłodszymi.   Emanuel   poprosił   Elise,   by   przewiozła   jego   wózek   do 
starej   izby,   jak   nazywano   pomalowane   na   niebiesko   najstarsze 
pomieszczenie   w   budynku,   zbudowane   w   osiemnastym   wieku.   Elise 
zapamiętała je ze swojego pierwszego pobytu we dworze. Izba zrobiła na 
niej   wielkie   wrażenie,   zwłaszcza   szafa   pomalowana   przez   wiejskiego 
artystę i długi stół zrobiony przez pradziadka pana Ringstada. „Drewniane 
kufry są jeszcze starsze niż izba", opowiadała wówczas pani Ringstad.

W wysokim czarnym piecu buzował ogień, w izbie było więc ciepło i 

przyjemnie. Szyby w oknach podzielonych szprosami pomalował mróz, 
ale w oknach od wewnątrz nigdy nie tworzył się lód.

-   No,   to   teraz   opowiadaj,   jak   wam  idzie   -  odezwał  się   bezbarwnym 

głosem Emanuel. Wskazał ręką na rzeźbione krzesło z haftowaną tapicerką 
ozdobione ornamentami w kształcie smoków, zapraszając, by usiadła.

-   Teraz   już   dobrze.   Martwiłam   się   o   Pedera,   gdy   leżał   z   wysoką 

gorączką, ale jak na grypę dość szybko mu minęło. Chłopcy stoją za ladą 

background image

co wieczór, ale gdy wracają do domu, są bardzo zmęczeni i brakuje im 
czasu na odrabianie lekcji. Zastanawiałam się, czy nie poprosić Ludviga 
Liena, by pracował dłużej.

Emanuel westchnął ciężko i spuścił wzrok.
- Chyba najlepiej byłoby się pozbyć tego sklepu, Elise. Poczuła ulgę, że 

propozycja wyszła od niego. Nie mogło się zdarzyć lepiej.

- A może Ludvig Lien sam poprowadziłby sklep do twojego powrotu?
Pokiwał głową, nie patrząc na nią.
- Dobrze, póki co możemy tak ustalić.
Coś w wyrazie jego twarzy wyostrzyło jej czujność.
- Czy coś się stało, Emanuelu? To znaczy... coś, o czym nie wiem?
Pokręcił głową.
- Nic poza tym, że mam dużo czasu na rozmyślanie.
- O co ci chodzi? Znów westchnął.
- Mówiłem ci to wiele razy, kiedy leżałaś nieprzytomna w szpitalu, nie 

jestem jednak pewien, czy potem powtarzałem to wystarczająco często. - 
Podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy. - Wstyd mi za to, że tak się 
wobec   ciebie   zachowałem,   Elise.   Nie   rozumiem,   jak   zdołałaś   mi 
wybaczyć. Nie zasłużyłem na to.

- Ależ kochany, tę sprawę już dawno uważam za zakończoną!
- Może ty, ale nie ja. Zmarnowałem szansę, jaką dał mi los. Zdeptałem 

różę podarowaną przez Boga. I choć ta zdołała się podnieść, czuję, że coś 
w niej zostało zniszczone na zawsze. Ta część zwrócona w moją stronę.

Zamilkł.
- Nie rozumiem, co masz na myśli.
- Zabiłem w tobie miłość, Elise. Twój szacunek i oddanie. Nie wobec 

innych,   ale   wobec   mnie.   Zanim   się   pobraliśmy,   patrzyłaś   na   mnie   z 
podziwem   jak   na   człowieka   z   charakterem,   szlachetnego   idealistę. 
Szanowałaś mnie za pracę w Armii Zbawienia. Potem zorientowałaś się, 
że się pomyliłaś. Tak, byłem idealistą i uczyniłem wiele dobrego, służąc w 
Armii, ale nie zdołałem się oprzeć pokusom. Nie dość, że cię zdradziłem, 
to okazałem się tchórzem, idąc po linii najmniejszego oporu. Musiałem cię 
strasznie rozczarować!

- Nie rozumiem, dlaczego do tego wracasz? To przeszłość. Wiesz, że ci 

wybaczyłam. Zaopiekowałam się twoim synem, Sebastianem, i gdyby to 
tylko   było   możliwe,   zatrzymałabym  go.   Nie  byłam  o  niego   zazdrosna. 
Zrozumiałam, że było ci o wiele trudniej, niż to sobie uświadamiałam. 
Kiedy   wyjechałeś   po   świętach,   przekonałam   się   po   raz   kolejny,   jaka 
wiedźma z tej Signe. Znalazłeś się pod wpływem dwóch zdecydowanych 

background image

kobiet, Signe i twojej mamy, i nie miałeś w sobie dość siły, by podjąć 
walkę. Mogę potępiać tę słabość, ale w głębi serca wiem, że nic na to nie 
poradzisz.   Nie   wybieramy   charakteru   i   usposobienia,   rodzimy   się   z 
określonymi   przymiotami.   Szczęściarzami   są   ci   silni   z   natury,   słabych 
zaliczyć trzeba do pechowców, a nie uznawać, że są z gruntu źli. Nie winię 
cię już za nic, wiem, że żałujesz. Kiedy leżałam nieprzytomna w szpitalu, 
słyszałam, co mówiłeś. Wiem, jak bardzo cierpiałeś z powodu swojego 
postępku.

- Dziękuję - wyszeptał chrapliwie.
Popatrzyła na niego uważnie i zauważyła, że oczy mu się zaszkliły.
- Opowiedz mi, jak sobie ze wszystkim radzisz - dodał pośpiesznie. - 

Zaoszczędziłem trochę koron, to je weźmiesz ze sobą. Jeśli pozwolimy 
Ludvigowi Lien przejąć sklep, będzie musiał mnie spłacić, a nie wiem 
jednak, czy ma taką możliwość. Nic o nim nie wiem, odniosłem jedynie 
wrażenie, że pochodzi z dobrego domu.

-   Jego   ojciec   jest   kupcem,   ale   poróżnili   się   ze   sobą.   Mieszka   w 

pensjonacie, za który płaci siedemdziesiąt koron miesięcznie. Wydaje mi 
się, że posiada własne środki.

Spojrzał na nią zdumiony.
- Skąd to wszystko wiesz?
- Był u mnie, żeby porozmawiać o towarze dostarczonym przez Paula 

Georga Schwencke. Dał mi do zrozumienia, że gotów byłby przejąć sklep, 
jeśli zechcesz się go pozbyć. Jeśli nie, może go poprowadzić, póki nie 
wrócisz.

Na twarzy Emanuela pojawiło się udręczenie.
-   Pożyczyłem   pieniądze   od   Paula   Georga,   wiesz.   Chyba   niewiele 

sprzedaliśmy,  a  jeśli zechcę  przekazać   sklep  Ludvigowi Lien,   najpierw 
muszę spłacić dług.

Poczuła, że czas wyjawić mu wielką nowinę.
- Muszę ci coś powiedzieć... - Spojrzała na niego z uśmiechem, modląc 

się w duchu, by zechciał odnieść się przychylnie. - Wczoraj zaproszono 
mnie na rozmowę w oficynie Grondahl & Son.

W   jego   oczach   pojawiło   się   zaciekawienie.   Ich   sytuacja   finansowa 

zapewne martwiła go bardziej, niż się domyślała.

- Dostałaś honorarium?
- Tak. Właściwie nie powinnam go jeszcze otrzymać, ale wypłacono mi 

kolejną zaliczkę. Sto pięć koron, równowartość trzymiesięcznej pensji w 
kantorze!  -  Zauważyła,   że   się   ucieszył.   - Ale   to   jeszcze   nie   wszystko. 
Złożono mi pewną propozycję. Patrzył na nią zaintrygowany.

background image

- Czyżby chcieli ci dać kolejną zaliczkę na książkę o Pederze? Mimo że 

już wypłacili ci dwadzieścia koron?

Pokręciła głową.
- Nie, dostałam propozycję, o jakiej bym nawet nie śmiała marzyć. W 

wydawnictwie chcą, żebym zrezygnowała z posady w kantorze u majstra i 
poświęciła   się   pisaniu.   Otrzymywać   będę   wypłatę   identyczną   jak 
kancelistka u Graaha.

Emanuel aż rozszerzył oczy ze zdumienia.
- Co ich skłoniło do złożenia takiej propozycji?
- Twierdzą, że mam talent i tracę tylko czas, zajmując się sporządzaniem 

rocznych  bilansów  i  pisaniem listów  urzędowych.  Wydawca  uważa,  że 
ludzie   powoli   budzą   się   z   letargu   i   dostrzegają   niesprawiedliwe 
traktowanie   robotników.   Podobno   mogę   pomóc   czytelnikom   zrozumieć 
dolę robotnic, jeśli zainteresuję ich losami pojedynczych ludzi i obudzę w 
nich współczucie.

Emanuelowi zupełnie odjęło mowę. Czyżby doznał wstrząsu, że jego 

żona naprawdę zostanie pisarką? Poraziło go, że zarabia więcej od niego, i 
obudziło to w nim zazdrość? Może teraz, gdy jest przykuty do wózka, 
jeszcze   trudniej   mu   się   z   tym  pogodzić?   Może   nie   powinna   o   niczym 
mówić, póki mu się nie poprawi?

Nagle poczuła uścisk jego dłoni.
- Jestem z ciebie dumny, Elise. Przyznaję, że cię nie doceniałem. Nie 

miałem   pojęcia,   że   jesteś   tak   utalentowana,   iż   wydawnictwo   gotowe 
będzie podjąć takie ryzyko.

Ciekawe, czy mówi szczerze - zastanawiała się. A może usiłuje ukryć to, 

co naprawdę myśli?

- Dowiedziałam się o tym dopiero wczoraj. Co będzie jednak, jeśli mi 

się nie uda sprostać ich oczekiwaniom? Będę musiała im oddać pieniądze?

Pokręcił z uśmiechem głową.
- Nie, nie mogą tego żądać. Postawili na ciebie i podjęli ryzyko. Jeśli się 

nie uda, to oni poniosą odpowiedzialność. Pod warunkiem, oczywiście, że 
dołożysz   wszelkich   starań.   Moim   zdaniem   oni   doskonale   wiedzą,   jaka 
jesteś obowiązkowa i odpowiedzialna. Są pewni, że nie nadużyjesz ich 
zaufania.

- Nie, oczywiście, że będę się bardzo starać! Martwię się jedynie, czy 

zdołam się skupić na pisaniu, mając przez cały czas koło siebie Hugo i 
Jensine. Miejmy nadzieję, że się uda. Trochę też się denerwuję, czy mnie 
nie przytłoczą te nadzieje związane z moją osobą. A jeśli nie będę w stanie 
nic   napisać?  W  wydawnictwie   tyle   się   po   mnie   spodziewają.   Podobno 

background image

sprzedaż Podciętych skrzydeł przeszła wszelkie oczekiwania.

Emanuel pochylił się nad nią i rzekł:
-   Pozwól,   niech   wyrażę   swoje   uznanie   i   cię   wycałuję.   Objęła   go   za 

szyję,   ale   gdy   jego   wargi   szukały   jej   ust,   nie   zdołała   się   przełamać. 
Nerwowo zapytała:

- Nie sądzisz, że twoja mama się dziwi, gdzie zniknęliśmy na tak długo?
Poznała   po   jego   spojrzeniu,   że   go   uraziła,   pocałowała   go   więc 

pośpiesznie   w   policzek,   modląc   się   w   duchu:   Dobry   Boże,   pomóż   mi 
obudzić w sobie jakieś żywsze uczucia do niego. Nie chcę mu sprawiać 
przykrości.

Pchając wózek, skierowała się do kuchni.
Co on właściwie powiedział? Zdeptał różę podarowaną mu przez Boga, 

ale   ta   się   podniosła.   Jedynie   ta   jej   część   zwrócona   do   niego   uległa 
zniszczeniu

bezpowrotnie. Ma rację. Porównanie do róży wydało jej się wprawdzie 

przesadzone, ale to prawda, że nie potrafi ożywić w sobie na nowo uczuć, 
którymi go obdarzała, zanim ją tak boleśnie zranił.

Przykro mi, Emanuelu, pomyślała szczerze.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Mama   Emanuela   znalazła   jakieś   stare   zabawki   i   posadziła   Jensine   i 

Hugo   na   podłodze,   by   się   bawili,   sama   zaś   siedziała   na   krześle   i 
obserwowała ich z uśmiechem w oczach,

- Mamo, pogratuluj Elise! - odezwał się Emanuel niezupełnie radosnym 

głosem, ale mimo wszystko radośniejszym niż przy powitaniu.

Pani Ringstad odwróciła się do nich zdziwiona.
- A czegóż to mam pogratulować?
Elise dostrzegła, jak omiotła ją spojrzeniem. Może sądziła, że znów jest 

w ciąży?

- W wydawnictwie zaproponowano Elise finansowe wsparcie, tak by 

mogła zrezygnować z posady w kantorze i poświęcić się pisaniu.

Teściowa zmarszczyła czoło, nic z tego nie rozumiejąc.
- A po co to jej?
- Nie rozumiesz, że to zaszczyt? To znaczy, że dostrzeżono jej talent.
- Ale przecież nie da się żyć z pisania książek! Przynajmniej kobiecie.
-   Nie   śledzisz,   mamo,   zmian   dokonujących   się   na   naszych   oczach. 

Pomyśl na przykład o Amelie Skram.

Pani Ringstad tylko prychnęła.
-   Przecież   ona   wywodzi   się   z   bogatej   rodziny.   Zresztą,   pisze   o   tak 

wstydliwych   sprawach...   -  Skierowała   swój   wzrok   na   Elise   i  dodała:  - 
Mam nadzieję, że nie zamierzasz pójść jej śladem? To by mnie zabiło.

- Zamierzam opisywać życie robotników nad Aker.
- Ale przecież w tym środowisku tyle jest patologii, słyszałam o tym. 

Chyba nie myślisz pisać o tych robotnicach, które rodzą nieślubne dzieci?

- Jeszcze nie zadecydowałam, o kim będę pisać, najważniejsze dla mnie 

jest to, żeby opisać robotniczy znój, fatalne warunki mieszkaniowe i złą 
sytuację ekonomiczną.

- A kto by chciał o czymś takim czytać?
- Znam przynajmniej jedną osobę, która powinna to przeczytać - nie 

wytrzymał i wtrącił się Emanuel.

Matka poczerwieniała, a w jej oczach pojawiły się groźne iskry. Elise 

próbowała ją ułagodzić, zapewniając:

- Na pewno nie napiszę niczego, za co będziesz się musiała wstydzić, 

teściowo.   Najpierw   planuję   książkę   dla   dzieci   o   chłopcu,   który   nie 
zastanawia się, nim coś powie, i dlatego wygaduje najdziwniejsze rzeczy.

- O Pederze? - Pani Ringstad złagodniała. Elise skinęła głową.
-   Nazwę   go   jednak   inaczej.   Nikt   nie   będzie   wiedział,   że   opisałam 

background image

mojego najmłodszego brata.

Pani Ringstad wstała i oznajmiła:
- Jeśli zostaniecie tu przez chwilę, to ja pójdę na piętro. Gdy tylko się 

oddaliła, Emanuel westchnął z rezygnacją.

- Teraz pewnie już się domyślasz, jak mi tu jest.
- Chyba nie aż tak źle?
- Owszem. Przed chwilą zmusiła się do opanowania, ale po waszym 

wyjeździe   nasłucham   się.   Uczyni   wszystko,   co   w   jej   mocy,   żebym   ci 
zabronił pisać. Śmiertelnie się boi, że ktoś mógłby odkryć, co się kryje za 
tą piękną fasadą. A gdyby jeszcze ktoś z sąsiadów dowiedział się, że jej 
synowa pisze powieści! Co za wstyd! W jej świadomości wszystkie pisarki 
przekazują niemoralne idee i propagują wolnomyślicielstwo.

Elise nie odezwała się. Niełatwo będzie pisać o życiu nad Aker, nie 

wspominając   o   alkoholizmie   i   niemoralności.   Jedno   i   drugie   jest 
następstwem nędzy i beznadziei.

-   Wspomniałaś   coś   o   Signe.   Stwierdziłaś,   że   po   raz   kolejny   się 

przekonałaś, jaka z niej wiedźma. Coś o niej słyszałaś?

- Przyszła zabrać Sebastiana. Popatrzył na nią głęboko wstrząśnięty.
- Nie wiedziała, że jest u jej rodziców? Pokręciła głową.
- Nie, i nie ucieszyła się bynajmniej, gdy o tym usłyszała. Zarzuciła 

nam, że jesteśmy bez serca i brakuje nam poczucia odpowiedzialności.

- Ona tak powiedziała? - zapytał zdenerwowany, ciężko dysząc.
-   Straciłam   panowanie   nad   sobą.   Wracałam   właśnie   z   kantoru   do 

wyziębionego   domu,   zmęczona,   przemarznięta   i   głodna.   Z   niechęcią 
myślałam o tym, że najpierw muszę napalić w piecu. Tymczasem patrzę, 
że to ona stoi przy furtce.

- Od razu sobie poszła?
- Nie, ale dość szybko. To znaczy najpierw weszła do środka, ciskając na 

mnie   gromy,   a   kiedy   ja   też   jej   powiedziałam   do   słuchu,   wybuchnęła 
płaczem. Na sam koniec oznajmiła, że nigdy mi nie zapomni wszystkich 
tych okropności, jakie ode mnie usłyszała, a ja jej na to odparłam, że ze 
wzajemnością.

Nie   mogła   mu   powiedzieć,   co   Signe   wykrzykiwała   na   temat   praw 

nieślubnych   dzieci   do   dziedziczenia   ani   że   nie   kryła   nadziei,   iż   nowe 
przepisy wejdą w życie, zanim umrze Emanuel...

Pokręcił głową.
- Co to za matka, która wyjeżdża od swojego dziecka na tak długo i 

nawet nie sprawdzi, jak ono się czuje ani gdzie przebywa?

- Była przekonana, że jest u nas. Westchnął ciężko.

background image

- Potrafisz zrozumieć, co ja w niej widziałem?
- Nie, sama zadaję sobie to samo pytanie. Zakochanie jest jak choroba, a 

może raczej należałoby je określić jako napad szaleństwa?

Pani Ringstad pojawiła się przebrana w inną suknię, włosy miała upięte 

wysoko, bardziej twarzowo. Wydawała się pogodna i w dobrym humorze. 
Trudno było uwierzyć, by zaraz po ich wyjeździe miała znów się zmienić 
w gradową chmurę, ale zdaje się, że potrafiła doskonale udawać. Emanuel 
znał swoją matkę i jej reakcje.

- Elise, czy obiło ci się o uszy nazwisko kobiety Anne Brannfjell?
- Tak. To była najbardziej znana w Kristianii znachorka. Pamiętam, że 

pani Betzy Carlsen wspominała o niej, kiedy byłam z pierwszą wizytą u 
państwa przyjaciół. Później słyszałam o niej jeszcze wiele razy.

Pani Ringstad spojrzała na nią przestraszona.
- Mówisz „była". Czyżby umarła? A ja zamierzałam cię poprosić, żebyś 

się   do   niej   udała   i   opowiedziała   o   chorobie   Emanuela.  Wierzyłam,   że 
znajdzie jakąś radę.

Emanuel usiłował zaprotestować, ale matka mu przerwała.
- Wiem, że ludzie się wstydzą chodzić do znachorki. Słyszałam, że do 

bogatych   domów   często   sprowadza   się   ją   w   zamkniętym   powozie   po 
zmroku, żeby nikt jej nie zauważył. Ale ja się nie dziwię. Gdy nie ma 
innego wyjścia, to, na Boga, warto spróbować.

Elise przytaknęła.
- Anne Brannfjell pomogła bardzo wielu ludziom, ale niestety umarła 

przed   kilkoma   laty   w   wieku,   zdaje   się,   prawie   dziewięćdziesięciu   lat. 
Wiele o niej wtedy mówiono. Mieszkała na parceli Ekeberglien wysoko w 
Ekeberg,   ale   przyjmowała   na   Gravergaten   na   Starym   Mieście.   W   tym 
samym miejscu przyjmują teraz inne znachorki, które kontynuują dzieło 
Anne Brannfjell. Posługują się jej metodą polegającą na ustaleniu wzrostu 
i   odmierzaniu   odległości   pomiędzy   czubkami   palców.   Następnie   nić   o 
ustalonej długości zawiązują wokół chorej części ciała i odmawiają po 
cichu  zaklęcia.  Na  koniec  nić ta  jest  zniszczona  w bardzo specyficzny 
sposób. Często po takim zabiegu chory odzyskuje zdrowie.

- Ależ to zwykłe zabobony! - zawołał Emanuel, dochodząc do głosu, 

czym znów zdenerwował matkę.

-   Anne   Brannfjell   pomogła   wielu   ludziom,   a   metoda   odmierzania 

stosowana jest łącznie z zaleceniami lekarskimi.

- Jaki sens ma wysyłanie Elise do tych czarownic, skoro to nie ona jest 

chora?

-  Pomyślałam,   że   mogłaby   się   tam  najpierw   czegoś  dowiedzieć.   Nie 

background image

wątpię w skuteczność Anne Brannfjell i mam nadzieję, że kobiety, które 
kontynuują jej dzieło, posługują się tymi samymi metodami. Elise opowie 
im, jak zaczęła się twoja choroba, i bardzo możliwe, że będą wiedziały na 
jej   temat   więcej   niż   lekarze.   Jeśli   uznają,   że   mogą   cię   wyleczyć, 
zawieziemy cię tam.

Emanuel pokręcił gwałtownie głową.
- Nie ma mowy. Nie pojadę do żadnych znachorek!
- A może postawią ci pijawki? To nie ma nic wspólnego z zabobonami. 

Nie dalej jak wczoraj widziałam w gazecie „Kristiania Adressebog" trzy 
różne   ogłoszenia   zielarek,   które   stosują   też   zabiegi   upuszczania   krwi. 
Jedna przyjmuje na Industrigaten, druga na Hospitalsgaten, a trzecia na 
Svingen   8.   Stawianie   pijawek   jest   akceptowane   także   w   środowisku 
lekarskim. Wszyscy wiedzą, że zakażona krew to najczęstsza przyczyna 
chorób.

Elise przytaknęła.
-   Zgadzam  się   z   twoją   mamą,   Emanuelu.   Skoro   lekarze   nie   potrafią 

stwierdzić, co ci dolega, musisz szukać rady także gdzie indziej. To na 
pewno nie zaszkodzi. W każdym razie warto spróbować. Wiem, że Anne 
Brannfjell uratowała wiele dzieci, które chorowały na krzywicę, nazywaną 
często   angielską   chorobą.   Słyszałam   też   o   pewnym   mężczyźnie,   który 
poważnie zaniemógł, ale lekarze nie potrafili stwierdzić, co mu dolega. W 
końcu zdecydował się odwiedzić Annę Brannfjell, która dała mu miksturę 
o dość okropnym smaku, a po paru godzinach wyszedł z niego tasiemiec.

Emanuel nic nie mówił, ale poznawała po jego minie, że odnosi się do 

tego pomysłu bardzo sceptycznie.

- A pomyśl o Matce Saether - ciągnęła z ożywieniem jego matka. - Pisali 

o niej zarówno Henryk Ibsen, jak i Marcus Thrane. To ona przygarnęła 
Ibsena pod swój dach w Pipervika, kiedy przybył do stolicy, mieszkało też 
u niej wielu czołowych działaczy ruchu Thrane i pozwalała im urządzać u 
siebie zebrania. Elise przysłuchiwała się z zainteresowaniem.

- A czym ona się zajmowała?
- Była żoną woźnego z Instytutu Anatomii i nauczyła się sztuki leczenia 

od medyków. Na początku była zwykłą gospodynią, trzymała w oborze 
dwadzieścia krów. Kiedy w kraju przebywał Karl Johan, to Matka Sćether 
dostarczała mleko i masło do pałacu królewskiego. Znana była bowiem 
powszechnie   z   tego,   że   bardzo   przestrzega   czystości.   -   Pani   Ringstad 
uśmiechnęła   się.   -   Henrik   Wergeland   napisał   o   niej   nawet   wiersz,   ale 
pamiętam   tylko   kawałek:   „Wychylam   nektar   z   prymulki,   z   gatunku 
aurikel,   na   cześć   starej   Matki  Saether  i  mocy   jej  fiołków".   Ona   miała 

background image

mnóstwo przepisów na różne mikstury spisanych po łacinie. Zachowałam 
na przykład jej przepis na maść na reumatyzm, ale nigdy sama jej nie 
sporządziłam.

- Nazywamy to medycyną ludową - dodała Elise. - Czytałam gdzieś, że 

postawiono   kiedyś   Matkę   Saether   przed   sądem   za   leczenie   bez 
wymaganych kwalifikacji medycznych. Została jednak uniewinniona, gdy 
na   świadków   zgłosiło   się   stu   czterdziestu   wyleczonych   przez   nią 
pacjentów,   z   czego   stu   dwudziestu   czterem   pomogła   za   darmo,   a 
niektórym   jeszcze   wetknęła   pieniądze.   Pozwolono   jej   dalej   pomagać 
ludziom. Jeśli chodzi zaś o Anne Brannfjell i jej następczynie, to podobno 
na Gravergaten mieści się teraz niewielki ośrodek, do którego przychodzą 
też inne kobiety, które pomagają zająć się pacjentami przybyłymi z daleka. 
- Elise popatrzyła na Emanuela i dodała: - Co mi szkodzi porozmawiać z 
nimi?

- A jak znajdziesz na to czas?
- Przecież dopiero co ci mówiłam, że rezygnuję z posady w kantorze.
- A więc zdecydowałaś się? Skinęła głową.
- W każdym razie zamierzam spróbować. Jeśli mi się nie powiedzie, 

pozostaje tylko nadzieja, że majster Paulsen przyjmie mnie z powrotem.

- Na to nie licz. Będzie przecież musiał zatrudnić kogoś innego, gdy 

tylko   odejdziesz.   Poza   tym   spodziewam   się,   że   nie   wywoła   to   jego 
zachwytu. Przyjął cię do kantoru, żeby pomóc nam w trudnej sytuacji i 
tylko dlatego, że jesteś siostrą Hildy.

Poczuła się dotknięta, ale nie okazała tego, bo w słowach Emanuela 

kryło się wiele racji. W głębi serca jednak chciała wierzyć, że majster dał 
jej tę posadę, ponieważ zorientował się, że jest mądra, szybka i łatwo się 
uczy.

- Zgadzam się z Emanuelem - dodała pośpiesznie teściowa. - Dobrze się 

zastanów,   Elise!   Takie   posady   nie   trafiają   się   często.   Ryzykujesz,   że 
zostaniesz bez pracy.

Do holu wbiegli z hałasem chłopcy, zaraz też pojawili się w kuchni, by 

opowiedzieć   o   wszystkich   zwierzętach,   które   widzieli.   Na   tym   więc 
zakończyła się rozmowa na temat jej pisania.

Pożegnanie z Emanuelem okazało się bardzo przykre. Serce jej pękało, 

gdy   widziała   jego   udręczone   spojrzenie.   Co   było   powodem   tej   udręki, 
choroba czy bolesne odkrycie, że żona go już nie kocha? Lubiła go jak 
brata, ale on zdaje się wyczuwał, że w ich związku brakuje prawdziwego 
uczucia. Może dostrzegał to za każdym razem, gdy wracała do domu po 
spotkaniu z Johanem? Tak jej się coś zdawało.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Pan Paulsen otworzył usta ze zdumienia.
- Chce pani zrezygnować z posady? To ja pani dałem taką szansę, a pani 

ją marnuje?

Elise   oblała   się   zimnym   potem.   -   Sądziłam,   że   redaktor   Guldberg 

rozmawiał z panem o tym?

- Tak, telefonował do mnie i opowiadał jakieś bzdury, że ma pani zacząć 

pisać książki dla dzieci. W życiu nie słyszałem podobnych głupot! Nie 
zarobi   się   na   utrzymanie,   pisząc   książeczki   dla   dzieci   sprzedawane   za 
grosze,   pani   Ringstad!   Niewielu   autorkom   się   powiodło,   pisarstwo   to 
raczej zajęcie dla mężczyzn. Nie pojmuję, kto pani nawkładał do głowy 
takich bzdur! Czy jest pani świadoma tego, że miesięcznie zarabia pani o 
pięć koron więcej niż inni kanceliści? Pani synka pilnuje w tym czasie Hil-

background image

da, wasi bracia codziennie dostają u niej posiłek, a pani pracuje o dwie 
godziny krócej niż za czasów, gdy była prządką. Na miłość boską, z czego 
pani jest niezadowolona?

Popatrzył   na   nią   z   wyrzutem   przez   monokl,   a   jego   spojrzenie 

pociemniało.

- Ależ nie chodzi wcale o to, że jestem niezadowolona, panie Paulsen. 

Propozycja oficyny Grondahl & Son bardzo mnie zaskoczyła. Ja... Tak dla 
zabawy wysłałam im parę stron książki dla dzieci, sądząc, że nie dostanę 
od nich żadnej odpowiedzi. Ku memu wielkiemu zdumieniu wydawcom 
bardzo się to spodobało i uważają, że świetnie piszę. Zaproponowali mi 
trzydzieści pięć koron miesięcznie za to, bym siedziała w domu i zajęła się 
pisaniem. A to oznacza, że nie będę musiała oddawać dzieci pod opiekę, a 
chłopcy będą wracać do ogrzanego domu i czekać na nich będzie gorący 
obiad.   Skończy   się   wyrywanie   Hugo   ze   snu   i   wychodzenie   z   nim   w 
ciemne,   mroźne   poranki.   Niemal   codziennie   mi   płakał   po   drodze, 
zwłaszcza ostatnio, w te straszne mrozy. Majster machnął niedbale ręką.

- Nie jest jedyny, inne dzieci też tak mają. Nie rozumiem jedynie, jak 

pani może napisać książkę, skoro ukończyła pani tylko szkołę powszechną 
i nie ma pani żadnego wykształcenia! No i co też pani może wiedzieć o 
tym, co ludzi interesuje. Na pewno nie ma pani nawet czasu czytać gazet. 
Skąd   ma   pani   wiedzieć   o   losie   mieszczańskich   dzieci   i   ich 
zainteresowaniach?   Nie   spotyka   pani   żadnych   innych   dzieci   poza   tymi 
wychowującymi   się   w   gromadzie   dzieciakami   robotników.   Biedakami, 
którzy często nawet nie chodzą do szkoły powszechnej, bo rodzice im nie 
pozwalają.   Co   ich   obchodzą   bajki?   Zresztą   którego   robotnika   stać,   by 
kupić książkę? Żadnego!

Elise zmusiła się, by nie wybuchnąć.
- Nie zamierzałam pisać dla robotników, panie Paulsen, dobrze wiem, że 

nie mają pieniędzy  na zakup książek. Chcę kierować swoje książki do 
wszystkich, których na nie stać i których interesuje literatura. Opowiedzieć 
krótkie,   zabawne   historyjki,   posługując   się   słowami   i   wyrażeniami 
zasłyszanymi   od   dzieci.   Niezależnie   od   tego,   czy   mieszkają   one   w 
ciasnych   jednoizbowych   mieszkaniach   w   Sagene,   czy   w 
pięciopokojowych na Majorstua, sądzę, że myślą podobnie i wypowiadają 
wiele zbieżnych spostrzeżeń. Wystarczy wsłuchać się w to, co mówią. A 
mają one własne przemyślenia i najróżniejsze wyobrażenia na przykład o 
życiu tu, na ziemi, albo o tym, co nas czeka potem. Słyszą, co mówią 
dorośli, i na tej podstawie wypowiadają własne poglądy niemal na każdy 
temat.

background image

Majster nie wydawał się być tym zainteresowany.
- Jak zdoła pani pisać, gdy dwoje najmłodszych będzie hałasować? A co 

będzie z Isakiem, gdy straci codzienny kontakt z innymi dziećmi?

-   Jakoś   postaram   się   skupić   nad   pracą,   nawet   przy   Hugo   i   Jensine. 

Zgadzam się z panem, też mi smutno, że Hugo i Isac nie będą się już na co 
dzień spotykać. Ale może Hilda odwiedzi mnie, gdy zrobi się cieplej, i 
wtedy będą się mogli pobawić u nas w ogródku za domem?

Pan Paulsen pokręci! głową zrezygnowany.
- A jak pani sobie wyobraża, jak ja sobie tu bez pani poradzę? Sądzi 

pani, że wystarczy zawołać, a zaraz przybiegnie zza rogu jakaś zdolna 
kancelistka   gotowa   przejąć   pani   pracę?   Zamieszczenie   ogłoszenia   w 
gazecie  zajmie  trochę  czasu, a potem jeszcze czytanie tych wszystkich 
podań   i   wybieranie,   kto   spośród   kandydatów   nadaje   się   najbardziej. 
Szybką i zdolną maszynistkę też niełatwo znaleźć. Może w ogóle mi się to 
nie uda?

Elise myślała intensywnie, zastanawiając się, czy zna kogoś, kto by się 

nadawał. Kogoś, komu się marzy posada w kantorze, ale na swe podania 
zawsze otrzymuje odpowiedzi odmowne.

Nie, nie znała nikogo takiego. Większość jej znajomych podobnie jak 

ona ukończyło jedynie szkołę powszechną i pracowało w fabryce. Mało 
kto się uczył równie dobrze, a niektórzy nawet nie zdołali skończyć szkoły.

- Doprawdy  postawiła mnie pani w trudnej sytuacji, pani Ringstad - 

rzekł, wstając z fotela i przechadzając się po gabinecie w tę i z powrotem. 
- Panna Johannessen była zawsze bardzo obowiązkowa i sumienna, ale 
odkąd   wcisnęła   jej   pani   tę   sierotę,   całkiem   się   zmieniła.  A  teraz   pani 
przychodzi   i   oznajmia,   że   chce   się   zwolnić!   Uważam,   że   to 
niewdzięczność i egoizm z pani strony. Dobrze pani wie, ile tu w kantorze 
jest   pracy!   Jak   pani   zdaniem   pan   Samson   ma   sobie   z   tym   wszystkim 
poradzić?

Elise była bliska płaczu. Tyle miała wątpliwości, gdy w wydawnictwie 

przedłożono   jej   tę   propozycję,   a   teraz   kiedy   majster   usiłował   jej   to 
wyperswadować,   ogarnęła   ją   rozpacz,   że   przejdzie   jej   koło   nosa   taka 
szansa.

-   Popytam   wszystkich   znajomych,   panie   Paulsen.  W  mojej   klasie   w 

szkole w Sagene było bardzo dużo zdolnych dziewcząt. Może któraś z 
nich ukończyła kurs księgowości lub maszynopisania. - Dobrze wiedziała, 
że to mało prawdopodobne, ale musiała jakoś ułagodzić majstra. - Poza 
tym   wiele   ludzi   jest   obecnie   bez   pracy   -   dodała.   -   Czytałam   w 
„Husmoderen", że tyle jest chętnych na posady kancełistek i ekspedientek, 

background image

że   w   wielu   miejscach   spowodowało   to   drastyczne   obniżenie   pensji. 
Niektóre dostają zaledwie pięć koron miesięcznie za cały etat, mimo że 
mają   ukończone   gimnazja   handlowe   i   złożone   egzaminy.   A   jedna 
kancelistka   podobno   musi   pracować   do   dziesiątej   wieczorem.   Majster 
powstrzymał ją ruchem dłoni.

-   Nie   mam   siły   tego   wszystkiego   wysłuchiwać.   Proszę   mi   znaleźć 

zdolną kancelistkę, pani Ringstad, a wówczas jakoś pogodzę się z pani 
odejściem.   Tylko   żeby   pani   nie   przyszła   za   dwa   tygodnie,   żałując,   że 
zrezygnowała z posady! Jeśli już podejmie pani tak bezsensowną decyzję, 
musi się pani liczyć z konsekwencjami.

To powiedziawszy, dał ręką znak, że uważa rozmowę za zakończoną.
Hilda dowiedziała się o szczodrej propozycji wydawnictwa w sobotę po 

południu, gdy Elise przyszła po Hugo. Aż przyklasnęła wówczas w dłonie 
z zachwytu.

-   Elise!   Jak   to   wspaniale!   Nie   będziesz   musiała   codziennie   zabierać 

Hugo na taki mróz!

Ale   kiedy   w   poniedziałkowy   poranek   Elise   przyprowadziła   do   niej 

synka   przed   pracą,   Hilda,   przemyślawszy   dokładnie   przez   niedzielę 
wszystko, nie wykazywała już takiego entuzjazmu i zapytała:

- Co będzie z Isakiem? Z kim się teraz będzie bawić?
- A co ci się stało? - zdziwiła się Hilda, patrząc na siostrę, która wróciła 

z kantoru. - Wyglądasz zupełnie, jakbyś sprzedała masło i nie dostała za 
nie zapłaty.

- Majster bardzo się zdenerwował. Zażądał, żebym znalazła mu nową 

kancelistkę.

- Na mnie  nie licz! Nie ma  mowy, żebym usiedziała na stołku przy 

biurku przez cały dzień.

- Nie jestem wcale pewna, czy on w ogóle by chciał cię widzieć w 

swoim kantorze. O ile pamiętam, nie należałaś w szkole do prymusów. Na 
lekcjach   norweskiego   nie   wysilałaś   się   zbytnio,   a   i   za   rachunkami   nie 
przepadałaś.

Hilda posłała jej obrażone spojrzenie.
- To znajdź sobie kogoś z wykształceniem, tylko że to będzie trudne po 

tej   stronie   rzeki.  Ale   możesz   zapytać   tę   rozpieszczoną   jędzę,   Karolinę 
Carlsen.   Dobrze   by   jej   zrobiło,   gdyby   musiała   sama   zarobić   na 
utrzymanie!

Elise zatkało, ale zaraz zawołała roześmiana:
- Hilda, jesteś geniuszem! Powiem panu Carlsenowi o wolnej posadzie, 

przedstawię, jaka to ciekawa praca, nie będę szczędzić pochwał majstrowi 

background image

i zachwycać się nad miłą atmosferą w kantorze i wspomnę o możliwości 
awansu na sekretarkę. Obiło mi się o uszy, że Karolinę wróciła do domu, 
ale rodzice mają dość jej ciągłych fochów i niezadowolenia.

Hilda jakby się nad czymś zastanawiała.
- Ale co zrobi Paulsen, gdy się zorientuje, że trafiła mu się w kantorze 

taka jędza?

- Może uda mu się ją utemperować. Zresztą ona z pewnością nie będzie 

miała   odwagi   zadzierać   nosa   i   zachowywać   się   niestosownie   w   jego 
obecności. Czy mogłabyś dziś popilnować Hugo nieco dłużej? Poszłabym 
zaraz po pracy na wzgórze.

Hilda pokiwała głową, ale nie omieszkała dodać:
- Idź, ale myślę, że ona za nic w świecie się na to nie zgodzi.
- Też tak mi się zdaje. Chyba że ojciec ją do tego zmusi.
Kilka   godzin   później,   gdy   Elise   stanęła   przed   piękną   kutą   bramą, 

opuściła ją odwaga. Pomyślała, że Hilda ma rację. Karolinę na pewno się 
nie zgodzi.

Na szczęście pan Carlsen był w domu sam. Zdziwił się na jej widok, ale 

powitał   ją   przyjaźnie.   Wyjaśnił,   że   Karolinę   z   matką   są   na   zebraniu 
jakiegoś stowarzyszenia.

- Jak miło panią widzieć, pani Ringstad. Proszę do środka, niech pani 

siada.   Dużo   o   was  myślałem   ostatnio.   Mój   przyjaciel   Hugo   mówił   mi 
przez telefon, że z Emanuelem jest źle.

Siadła   w   fotelu   obitym   zielonym   pluszem,   w   którym   już   kiedyś 

siedziała, i pokiwała głową.

- Niestety, to prawda. Miałam nadzieję, że jego stan się poprawi, gdy 

będzie   miał   dobrą   opiekę,   odpowiednie   pożywienie   i   ciepło   w   domu. 
Byłam   wczoraj   u   niego   z   dziećmi   i   przeraziłam   się,   że   tak   wychudł. 
Naprawdę źle wygląda.

- Lekarze nie potrafią stwierdzić, co mu dolega?
-   Niestety.   W   szpitalu   Ulleval   nie   umieli   postawić   jednoznacznej 

diagnozy. Powiedzieli, że jeśli dopisze mu szczęście, to całkiem wróci do 
zdrowia, nie mają jednak jasności, co to za choroba.

- Próbowaliście szukać rady u znachorek na Gravergaten? Posłała mu 

zaskoczone spojrzenie, nie spodziewając się, że z jego ust usłyszy podobną 
zachętę.

-   Moja   teściowa   zaproponowała   to   samo.   Zamierzam   wybrać   się   na 

Stare   Miasto   i   porozmawiać   ze   znachorkami.   Jeśli   uznają,   że   warto 
spróbować, postaram się namówić Emanuela, by je odwiedził.

- Oczywiście, że trzeba próbować. Ostatecznie nawet jeśli nie pomogą, 

background image

to z pewnością nie zaszkodzą. Moja żona słyszała o wielu osobach, które 
odzyskały zdrowie dzięki Anne Brannfjell. - Zapalił cygaro i popatrzył na 
nią. - Jak pani sobie radzi sama, pani Ringstad? Chyba nie jest pani łatwo z 
pięciorgiem dzieci i dodatkowo posadą w kantorze.

-   Mam   dobrą   siostrę   i   miłą   sąsiadkę.   Jedna   pilnuje   Hugo,   a   druga 

Jensine. Chłopcy bardzo dużo pomagają.

-   Słyszałem   od   Marie   i   Hugo,   że   Emanuel   otworzył   sklep?   Mam 

nadzieję, że nie zakupił zbyt wielu towarów, nim wyjechał.

-   Jego   dobry   znajomy   postarał  się   o   lokal   i  towary,   a   także   udzielił 

nieoprocentowanej pożyczki. Póki co zatrudniliśmy sprzedawcę.

Pan Carlsen zmarszczył czoło.
- To chyba niezbyt opłacalne. Nie możecie pozbyć się tego interesu?
Dyplomatycznie nie odpowiedziała i zmieniła temat:
- A co u panny Karolinę? Jest z nią już lepiej? Słyszałam, że nie całkiem 

jeszcze wyzdrowiała.

Pan Carlsen nie potrafił ukryć poirytowania.
- Mojej córce nic nie dolega. Jest jedynie rozpieszczona i leniwa, za to 

ma duże wymagania. Wystarczy, że kiwnie palcem, a moja żona spełnia 
każdą jej najmniejszą zachciankę, a to nikogo nie czyni szczęśliwym.

- Może byłaby bardziej zadowolona, gdyby miała jakąś pracę?
- Nie ma pani pojęcia, ileż razy to powtarzałem. Ludvig Holber napisał, 

że lenistwo to diabelska pożywka, Sokrates zaś wyraził to nieco inaczej: 
Próżniakiem jest nie tylko ten, kto nic nie robi, ale też ten, kto mógłby 
robić więcej. Mówiłem to Karolinę, ale ona nie zadała sobie nawet trudu, 
by czegoś poszukać, a zapiera się, że ani myśli pracować u kogoś z moich 
licznych   znajomych.   To   rezolutna   dziewczyna   i   jeśli   chce,   potrafi 
wykonywać sprawnie to, co jej się zleci.

-   Niebawem   zwolni   się   posada   kancelistki   w   kantorze   u   majstra 

Paulsena.   Nie   jest   wykluczone,   że   taka   osoba   może   w   przyszłości 
awansować na sekretarkę, jeśli pan Paulsen będzie z niej zadowolony.

Oscar Carlsen uniósł brew.
-   Co   pani   powie?  Ale   pewnie   dużo   osób   się   stara   o   tę   posadę?   W 

obecnych czasach ciężko o pracę w kantorze.

- Pan Paulsen nie ma czasu zamieszczać ogłoszenia. Tak przynajmniej 

mówi. Prosił mnie, bym poszukała mu jak najszybciej zdolnej pracownicy. 
Od   razu   pomyślałam   sobie   o   Karolinę   i   postanowiłam,   że   ją   najpierw 
zapytam, zanim pójdę z tym do innych. Państwo zawsze byliście dla nas 
bardzo   mili   i   pomocni,   nie   wspominając   o   łóżku   i   meblach,   które 
dostaliśmy.

background image

Oscar Carlsen uśmiechnął się.
- No cóż, akurat Karolinę nie zawsze zachowywała się wobec pani, jak 

należy, pani Ringstad.

Odwzajemniła uśmiech.
- E, to tylko był przejaw zazdrości. Jestem pewna, że już dawno jej to 

przeszło.

Pan Carlsen zamyślił się.
- Z kim miałaby pracować?
- Z bardzo uroczym młodym mężczyzną o nazwisku Sigvart Samson.
- Żonaty?
Pokręciła się niespokojnie, nie wiedząc, czy ta informacja zniechęci go, 

czy uczyni posadę atrakcyjniejszą.

- Nie. Nie jest żonaty ani nawet zaręczony. To bardzo kulturalny, miły i 

pomocny młody człowiek.

- Hm, brzmi interesująco. A gaża?
- Trzydzieści pięć koron miesięcznie.
- Aż tyle? - posłał jej zdziwione spojrzenie. - To więcej, niż ja płacę 

moim kancelistkom.

- Pan Paulsen jest bardzo szczodry - odparła, ale zreflektowawszy się, że 

zabrzmiało   to   niefortunnie,   dodała   speszona:   -   Nie   zamierzałam   pana 
urazić, panie Carlsen.

Roześmiał się.
-   Nie   odebrałem   tego   w   taki   sposób,   pani   Ringstad   -   ponownie   się 

roześmiał i zamyślił na chwilę. - Jak szybko należy dać odpowiedź? A czy 
w ogóle wspomniała pani, że zamierza porozmawiać o tym z moją córką?

- Nie. Otrzymałam polecenie, żeby jak najszybciej znaleźć kancelistkę, 

nie   miałam   jednak   sposobności,   by   to   przedyskutować   z   panem 
Paulsenem.

- Jeśli Karolinę przyjmie tę propozycję, będzie pracowała z panią w 

jednym pomieszczeniu?

Spodziewała się takiego pytania. Karolinę z pewnością nie przyjęłaby 

posady, gdyby musiała spotykać się na co dzień ze swoją wcześniejszą 
rywalką.

-   Nie,   ja   odchodzę.   Otrzymałam   bardzo   kuszącą   propozycję   z   innej 

firmy.   Płaca   jest  wprawdzie   taka  sama,   za  to   będę   mogła   pracować  w 
domu. Postanowiłam ją przyjąć ze względu na dzieci.

-   Rozumiem.   A   więc   Karolinę   miałaby   objąć   posadę   po   pani? 

Przytaknęła i dodała tonem zachęty:

- To ciekawa i zróżnicowana praca. W kantorze panuje miła atmosfera 

background image

i...

Nie dokończyła, bo pan Carlsen przerwał jej ruchem dłoni.
- Nie musi pani więcej mówić. Majster Paulsen bardzo panią chwalił. 

Zdecydował się panią zatrudnić, mimo że nie posiada pani wykształcenia, 
bo   wiedział,   że   jest   pani   zdolna,   szybka,   ładnie   się   wypowiada   i   ma 
nienaganne maniery. Jestem pewien, że jest zawiedziony pani odejściem, 
ale   rozumiem,   że   chce   być   pani   w   domu   z   dziećmi.  Wszystkie   matki 
powinny być przy dzieciach.

Na szczęście nie dopytywał się, skąd otrzymała propozycję. Wyciągnął 

zegarek z kieszonki kamizelki i rzekł:

- Za chwilę żona z córką powinny wrócić, ale niestety nie mam czasu 

czekać. Wybieram się na spotkanie w męskim gronie.

Wstała więc pośpiesznie z fotela i poprosiła:
- Czy byłby pan tak miły, panie Carlsen, i dał mi znać, niezależnie od 

tego, jaka będzie odpowiedź Karolinę?

- Proszę pozdrowić ode mnie pana Paulsena i przekazać mu, że moja 

córka przyjmuje propozycję.

Popatrzyła na niego zaskoczona.
- Ale jeśli...
- Żadne „jeśli". Karolinę zrobi to, co jej każę. Nie zamierzam nadal 

utrzymywać   niewdzięcznej   córki,   która   ma   wyłącznie   wymagania.   Kto 
zechce poślubić osobę, która myśli tylko o sobie? Jeśli nie przyjmie tej 
posady, zostanie starą panną!

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Słońce  zaświeciło  w okna salonu. Elise  podniosła  wzrok znad kartki 

papieru   i   oślepiona   słonecznym   blaskiem   wsłuchała   się   w   rytmiczne 
kapanie z dachu i dolatujący gdzieś z pobliża śpiew sikorki. Zima minęła, 
nadchodzi wiosna!

Westchnęła z zadowoleniem. Pomyśleć tylko. Siedzi sobie we własnym 

salonie i pisze, za co jej płacą. Nie ma chyba na świecie szczęśliwszej 
osoby!

Przed   chwilą   przybiegła   na   Hammergaten   Jenny.   Jej   klasa   została 

zwolniona z lekcji, ponieważ zachorowała nauczycielka. Ubrała Jensine i 
Hugo i zabrała dzieci na dwór. Przed oknem kuchennym zbudowała im 
domek   ze   śniegu.   Jensine   siedzi   na   saneczkach   i   przygląda   się 
zaciekawiona, a Hugo odgarnia śnieg drewnianą szuflą.

Elise   odłożyła   ołówek   i   zapatrzyła   się   w   okno.   Drzewa   i   krzewy 

połyskiwały w wiosennym słońcu i rzucały długie cienie na biały śnieg.

Już nie miała żadnych wątpliwości, że wybrała właściwie, chociaż przez 

pierwsze   dwa   dni   przeżywała   prawdziwy   koszmar.   Nie   była   w   stanie 
napisać   ani   jednego   zdania,   z   którego   by   była   zadowolona.   Wciąż 
zaczynała od nowa, po czym wszystko wycierała gumką. Paraliżowała ją 
świadomość, że wydawnictwo płaci za to, że ona siedzi w domu. Uważała, 
że w związku z tym nie może napisać byle czego. Mimo że sam pomysł 
uważała za niezły, wciąż coś jej się nie podobało.

Z pomocą przyszły jej słowa, których nauczyła się w szkole, ale nie 

pamiętała już, który z mędrców czy pisarzy je wypowiedział: „Odważyć 
się to stracić na chwilę korzenie. Nie odważyć się to stracić siebie".

Pomogło. Zrozumiała, że musi odważyć się  sobie zaufać.  Przelać na 

papier to, co czuje, i tak to pozostawić.

Gdy w końcu pękła ta barierą, słowa wylały się z niej jak wezbrany 

potok.   Zapisywała   kolejne   strony.   Pierwszy   rozdział   opowiadał   o   pani 
Thoresen, matce Johana. Często myślała o tym, jakie miała ciężkie życie. 
Żona marynarza, o którym wszelki słuch zaginął, sama musiała wykarmić 
i wychować dwoje dzieci. Co prawda byli tacy, którzy mieli na utrzymaniu 
całą gromadkę, ale córka pani Thoresen leżała sparaliżowana w łóżku i 
zostawała całkiem sama, gdy jej mama szła na cały dzień do fabryki. Jak 

background image

ciężko   było   pani   Thoresen,   Elise   zrozumiała   w   pełni,   obserwując 
bezradność   Emanuela,   który   przecież   mógł   się   poruszać   na   wózku 
inwalidzkim po pomieszczeniach na dole. Oczywiście jeszcze cięższy los 
dotknął Annę, ale o tym zamierzała napisać w innym opowiadaniu.

Jenny obiecała przypilnować maluchy, póki nie wrócą do domu chłopcy. 

Peder,   Evert   oraz   Kristian   przestali   pracować   w   sklepie.   Evert 
zrezygnował też z pomagania woźnemu, a za tydzień Kristian też już nie 
będzie dorabiał u wozaka. Wszyscy trzej cały swój wolny czas poświęcą 
na naukę i zabawę, ale obiecali Elise, że gdy będzie tego potrzebowała, 
zajmą się dziećmi.

Kiedy Jenny wróci z dziećmi do domu, ona wybierze się na spacer i 

odwiedzi starych  znajomych.  Nie dla  zabicia  czasu, ale  żeby   poszukać 
tematów do książki, nad którą pracuje. Książkę dla dzieci póki co odłożyła 
na   bok.   Wydawnictwo   życzyło   sobie,   żeby   opisała   środowisko   i 
pojedynczych ludzi mieszkających nad rzeką. Największym wyzwaniem 
było teraz dla niej wniknięcie w postaci, które opisywała, i wyrażenie ich 
uczuć oraz myśli. Wydawało jej się, że w ten sposób czytelników bardziej 
pochłonie opisywana przez nią fabuła.

Uprzątnęła ze stołu i odłożyła na bok kartki. Postanowiła dokończyć 

zupę. Wywar z kości miała już ugotowany, wystarczy wrzucić marchew. 
Nie muszą już żywić się polewką, suchym chlebem i słabą kawą. Stać ich 
na pożywne jedzenie, choć bez zbytku.

Elise   miała   zamiar   odwiedzić   najpierw   Berntine   i   Juliusa,   którzy 

mieszkali   w   „Łączniku",   maleńkim   domku   pomiędzy   składem   węgla   i 
drewna   a   czynszówką   Reutera   na   Sandakerveien,   niedaleko   domu 
akuszerki   Lagerty.   Parter   zajmował   sklepikarz   Jensen,   a   Berntine   z 
Juliusem   wynajmowali   poddasze.   Elise   nie   była   u   nich   od   wielu   lat   i 
często dokuczały jej z tego powodu wyrzuty sumienia, bo zarówno ona, 
jak i cała jej rodzina wiele im zawdzięczała. Słyszała, że Berntine wciąż 
tak   jak   kiedyś   pomaga   innym,   choć   oboje   z   mężem   mocno   się   już 
postarzeli i zniedołężnieli.

Powinna się też wybrać do znachorek na Gravergaten, ale z niechęcią 

myślała o dalekiej wyprawie na Stare Miasto. Kiedy była tam w ubiegłym 
tygodniu, nikt nie miał czasu z nią porozmawiać. Poproszono, by przyszła 
kiedy indziej. Może jutro w końcu tam pójdzie.

Zawołała Jenny i Hugo, sama zaś wniosła Jensine do domu.
- Zaopiekujesz się nimi, Jenny, bo chciałabym pójść na Sandakerveien?
Dziewczynka przytaknęła ożywiona.
- Idź spokojnie! Przypilnuję dzieci. Zaraz ściągnę z nich mokre ubranka.

background image

- Czy  dasz  radę  sama  nakarmić  je zupą?   Jenny   posłała  jej  obrażone 

spojrzenie.

- Myślisz, że nie potrafię nakarmić dzieci? Opiekowałam się wiele razy 

maluchami Kala Hagbarta, a one są młodsze od tej dwójki.

Elise uśmiechnęła się.
- Jestem pewna, Jenny, że jesteś bardzo dobrą opiekunką. Zapłacę ci 

oczywiście za twoją pracę. Zjedz też koniecznie zupę. Pamiętaj, masz się 
najeść do syta!

Jenny uśmiechnęła się.
- Moja mama powinna to widzieć. Cieszyłaby się.
- Może widzi, Jenny.
- Jak to? - Jenny zrobiła wielkie oczy.
- Nikt nie wie, co się z nami dzieje po śmierci. Może mama widzi cię i 

nad tobą czuwa?

-   W   takim   razie   wolałabym,   żeby   nie   widziała   wszystkiego.   Elise 

mimowolnie się roześmiała.

- Chyba nie masz nic na sumieniu, Jenny?
Dziewczynka zarumieniła się i spuściła wzrok. Może się zakochała? - 

zastanawiała się Elise, gdy ubrana w płaszcz i kapelusz szła ulicą skąpaną 
w wiosennym słońcu. Dzieciaki nad rzeką szybko dorastają.

Przyjemnie było tak iść spacerkiem w dół ulicy. Nie musiała się nigdzie 

śpieszyć, by zdążyć na określoną godzinę. Słońce przygrzewało w twarz, 
w powietrzu czuło się wiosnę. Elise patrzyła teraz na wszystko inaczej. 
Zwracała   uwagę   na   ludzi   wokół   siebie,   przyglądała   się,   jak   chodzą, 
obserwowała   poorane   zmarszczkami   twarze   starców,   zauważała   liche 
ubrania ubogich dzieciaków i przysłuchiwała się ich rozmowom, uważnie 
wyłapując   charakterystyczne   powiedzonka.   Słuchała   upominania 
zmęczonej matki, dostrzegała radość w oczach młodej dziewczyny, która 
wychodząc   na   dwór,   cieszyła   się   z   pogodnego   dnia.   Wszystko   to 
zamierzała   umieścić   w   swojej   książce,   odtworzyć   na   kartach   powieści 
codzienność.   Mężczyznę   z   ciężkim   wózkiem,   przygarbionego   i 
utykającego na jedną nogę, wracającą z torbą z targu starą kobietę, która 
brodząc w śnieżnej brei, ubłociła brzeg spódnicy.

Po   drodze   Elise   wstąpiła   do   piekarni   i  kupiła   ciastka   dla   Berntine   i 

Juliusa.

Przed   składem   węgla   i   drewna   panował   ożywiony   ruch.   Brama   w 

wysokim   drewnianym   ogrodzeniu   otwarta   była   na   oścież,   odsłaniając 
widok   na   podwórze,   na   którym   stała   drewniana   szopa,   a   obok   leżało 
ułożone na stosach drewno.

background image

„Łącznik",   wciśnięty   pomiędzy   dwa   większe   domy,   pochylony   i 

przekrzywiony, wyglądał tak, jakby potrzebował podpory dwóch sąsiadów. 
Okna znajdowały się nisko, niemal tuż przy chodniku. Elise pamiętała, że 
w głębi podwórza stoi przybudówka, w której mieszkają Arnold Nicolai i 
Kai Rudolf, dwaj starzy sklepikarze handlujący na dole w „Łączniku".

Otworzyła drzwi do korytarza, których nigdy nie zamykano na klucz. 

Schody   prowadzące   na   poddasze   były   zniszczone   i   śmierdziało   kocimi 
sikami.   Zapewne   Berntine   dawno   już   nie   szorowała   stopni,   pomyślała 
Elise, wchodząc na górę.

- Kto tam? - doleciał głos z poddasza.
- To tylko ja, Elise Lovlien. - Uznała, że lepiej będzie przedstawić się 

panieńskim nazwiskiem, bo inaczej Berntine nie domyśliłaby się, kim jest 
gość.

- O, to ty, Elise? Dawno cię nie widziałam.
Berntine   siedziała   na   stołku   przy   małym   piecu   na   drewno 

umieszczonym na środku pomieszczenia przy kominie. Mieścił się na nim 
jeden żeliwny gar. Czarna rura od pieca ginęła w murze. Na poddaszu było 
tylko to jedno pomieszczenie. W jednym narożniku stało krótkie łóżko, a 
w drugim mały chwiejny stolik z dwoma stołkami. Małe okienko obłożone 
było   moczonymi   w   gorącej   wodzie   ścierkami,   by   nie   dopuścić   do 
zamarzania szyb, ścierki te zabierały jednak sporo światła. Na zniszczonej 
podłodze   leżał   dywanik   utkany   ze   szmat   i   zakończony   frędzlami.   W 
półmroku trudno było rozróżnić jego barwy.

- To naprawdę ty, Elise? Wiele słyszałam o tobie, ale nie sądziłam, że cię 

jeszcze kiedyś zobaczę. Dawniej, gdy twój ojciec zataczał się na ulicy, a 
mama zaczęła pluć krwią, przybiegałaś tu często, pamiętasz?

Elise podała jej ciastka w papierowej torebce i odpowiedziała:
- Pamiętam, jaka byłaś dla nas dobra, Berntine. Wiele razy myślałam o 

tym, że powinnam cię odwiedzić, ale wciąż miałam tyle pracy!

-   Przecież   dobrze   wiem.   Zaopiekowałaś   się   jak   matka   pozostałym 

rodzeństwem, mimo że sama byłaś jeszcze dziewczęciem. To dla mnie te 
wszystkie ciastka? Chyba postradałaś rozum!

- A gdzie Julius? Chyba nie... Berntine pokręciła głową.
- Jeszcze tli się w nim życie, choć bardzo osłabł. Zwlókł się na dół po 

schodach, żeby podyskutować z Kalem. Całymi dniami tak rozprawiają! 
Ledwie znajdują czas, by coś zjeść.

Elise uśmiechnęła się, przysunęła sobie stołek i usiadła.
- A co ich tak zajmuje? - zapytała.
- Nie co, lecz kto! Gunnar Knudsen, Generał, jak go nazywają. Uważają, 

background image

że   wkrótce   zostanie   premierem.   Brał   udział   w   pracach   komisji 
robotniczych   i   głośno   namawiał   polityków,   żeby   na   własne   oczy 
przekonali  się,  w jakich warunkach  ludzie  pracują w fabrykach i jakie 
nękają ich choroby. Razem z jeszcze jednym, nie pamiętam jego nazwiska, 
chcą wprowadzić takie prawo, które by chroniło najsłabszych.

Elise pokiwała głową.
- Mam nadzieję, że te ustawy  przejdą. Całkiem możliwe, że Gunnar 

Knudsen zostanie w tym roku premierem. Nie jestem jednak na bieżąco, 
bo   nie   czytam   codziennie   gazet.   A   jak   wam   się   wiedzie,   Berntine? 
Zdołałaś wybaczyć pani Karlsen, która była dla ciebie taka niedobra?

Berntine wzruszyła ramionami.
- Ona umarła, ale wciąż słyszę hałasy na strychu, gdzie zwykle zrzucała 

ze sznurka na brudną podłogę moje pranie.

- Myślisz, że ona straszy?
Berntine pokiwała głową z przekonaniem.
- Julius też ją słyszał. Nie napijesz się kawy? - Podniosła się z trudem i 

sięgnęła po dwa kubki. - Właśnie zamierzałam sobie nalać. - Przysunęła 
stołek i postawiła go pośrodku. Wyjęła dwa spodeczki, nalała do jednego 
odrobinę kawy i rozpuściła kostkę cukru, po czym wychyliła z głośnym 
siorbaniem. - Chcesz też kostkę cukru?

Elise rozmyślała o tym wszystkim, co Berntine przeżyła w swoim życiu. 

Jej jedyne dziecko, Bjorge Arnold, razem z innymi łobuziakami bujał się 
na   linie   przywiązanej   do   drzewa,   tuż   nad   wodospadem.   Któregoś   dnia 
spadł w dół, zniknął pod lodem i już się nie wydostał na powierzchnię. To 
zdarzenie   wywołało   ogromny   szok   u   wszystkich   mieszkańców   ulicy. 
Czuli, że życie już nigdy nie będzie tu takie samo. A po paru tygodniach 
najmłodsze dziecko z rodziny Nilsenów wypadło przez okno na drugim 
piętrze i roztrzaskało sobie głowę. Elise przypomniało się, jak Berntine 
ubolewała,   czemu   nie   zostało   mu   to   oszczędzone,   na   co   pastor 
wytłumaczył jej, że na człowieka nigdy nie spada więcej, niż jest w stanie 
udźwignąć.

- Nadal przydarzają ci się takie dziwne historie, Berntine? - zapytała. - 

Pamiętam,   jak   mi   opowiadałaś,   że   kiedyś   w   fabryce   nagle   zaczęłaś 
dygotać jak w gorączce, a później się okazało, że dokładnie o tej samej 
porze umarła twoja siostra.

Berntine potwierdziła i dodała:
-  Wiesz   dobrze,   Elise,   że   nie   jestem  taka   jak   inni.   Powinnaś   tu   być 

ostatnio, jak przyszedł doktor.

- Do ciebie?

background image

- Nie - zaprzeczyła. - Razem z Juliusem siedzieliśmy któregoś wieczora 

i   piliśmy   kawę.   Nagle   usłyszeliśmy   kogoś   na   schodach,   a   gdy 
otworzyliśmy   drzwi,   zobaczyliśmy   mężczyznę   z   torbą   lekarską   i   tym 
wszystkim,   co   ma   przy   sobie   doktor.   „Wzywano   mnie",   powiedział. 
Odparłam, że nam nic nie dolega, a poza tym nawet nie mamy telefonu. 
On jednak się uparł. Wtedy pomyślałam, że może coś się stało z Kalem. 
Jakiś czas nie domagał, był blady, źle wyglądał. Poczłapałam po schodach 
na podwórze i zapukałam do niego. Widziałam, że jest zapalona lampa, ale 
ponieważ nikt nie otwierał, weszłam do środka. Możesz sobie wyobrazić, 
jak się przeraziłam. Arnold Nicolai próbował się zabić, podcinając nożem 
żyły. Strasznie krwawił, ale tliło się w nim jeszcze życie. Opatrzyłam go. 
Potem   strasznie   żałował.   Tamtego   doktora   jednak   nigdy   więcej   tu   nie 
widzieliśmy.

Elise wpatrywała się w nią zdumiona:
- Przecież tu w okolicy leczy tylko nasz stary doktor.
- Właśnie. Bo to nie był taki zwyczajny doktor, rozumiesz, Elise. To sam 

Wszechmocny   stanął   w   drzwiach.   Kto   inny   mógłby   to   być?   I   czemu 
zniknął niczym rosa w słoneczny poranek? Gdyby się jednak nie pojawił, 
Arnold Nicolai leżałby już w ziemi.

Elise poczuła, jak przenika ją dreszcz.
- Opowiedz mi coś jeszcze, Berntine - poprosiła. - Miałaś takie ciężkie 

dzieciństwo, byłaś na łasce gminy, a mimo to przez całe życie wspierałaś 
innych. Skąd czerpiesz siły?

- Po co ci to wiedzieć, Elise? Przecież ze mnie taki sam człowiek jak z 

innych.

-   Ależ   nie.   Pamiętam,   że   zawsze   pomagałaś   staruszkom,   tu   w 

sąsiedztwie, jak i w innych czynszówkach. Dawałaś im jedzenie, mimo że 
sama miałaś niewiele, a kiedy nasz ojciec się stoczył, przychodziłaś do 
nas, żeby pomóc mamie, bo bałaś się, że mógłby jej coś zrobić.

Przytaknęła.
- Twojej mamie nie było lekko, Elise. Musisz jej wybaczyć, że teraz tak 

się   zamknęła   w   sobie.   Wiem   o   wszystkim,   rozumiesz?   Zawsze 
troszczyłam się o ludzi. Nigdy nie zapomnę oczu twoich i Hildy, kiedy 
wasz ojciec walił w drzwi i roztrzaskał siekierą stołek. Przez to tanie wino 
całkiem oszalał. Nazywają to delirium. Spróbuj mu wybaczyć. Człowiek, 
który   nie   umie   wybaczyć,   szkodzi   tylko   sobie.   Zżera   go   od   środka 
choroba, jak ja to mówię.

-   Wybaczyłam   mu,   Berntine.   Mamie   także,   chociaż   nigdy   nie 

zrozumiem, że miała serce opuścić Pedera i Kristiana.

background image

-  Ty   im   zastąpiłaś   matkę,   a   to   najlepsze,   co   mogło   się   im   zdarzyć. 

Zrozum, ludzie stają się tacy a nie inni z jakiegoś powodu. Twojego ojca 
bito i prześladowano, bo był Cyganem. W dzieciństwie umieszczono go u 
obcych ludzi, którzy traktowali go bardzo źle. A potem zaciągnął się na 
statek i pewnie zapomniał po części, przez co przeszedł. Jednak gdy podjął 
pracę   w   fabryce,   wspomnienia   powróciły.   Dlatego   zaczął   pić.   A   to 
niebezpieczne, bo alkohol mąci człowiekowi rozum.

Elise   poruszyła   się   niespokojnie.   Nie   miała   pojęcia,   że   Berntine   tak 

dobrze zna przeszłość ojca.

- Wiesz coś jeszcze o rodzinie taty, Berntine? Pokiwała głową.
- Wiem prawie wszystko, ale myślę, że twoja mama nie chciałaby, bym 

ci o tym opowiedziała.

- Ale ja tak bardzo bym chciała wiedzieć! Przecież chodzi o dziadka 

mojej   córeczki.   Mama   wspominała   niewiele,   a   tata   nigdy   o   sobie   nie 
opowiadał. Peder i Kristian boją się, że ktoś się dowie o tym, że w ich 
żyłach płynie cygańska krew, ale ja nigdy nie słyszałam żadnych plotek o 
tym ani się nie spotkałam z żadnymi podejrzeniami.

- Miejmy nadzieję, że tego unikniesz, Elise. Na pewno wiesz, że policja 

może   zamknąć   w   więzieniu   Cyganów,   jeśli   nie   mają   stałego   miejsca 
zamieszkania. Jacob Walnum powiedział, że kto żyje jak pasożyt, będzie 
ukarany.   Dlatego   otworzyli   kolonię   dla   cygańskich   dzieci.   Nie   możesz 
pozwolić na to, by wysłali tam Pedera albo Kristiana! Nikt ci nie powie, 
gdzie   są   dzieci,   a   nawet  jeśli  się   dowiesz,   nie   pozwolą   ci  ich   stamtąd 
zabrać! Straciłabyś ich na zawsze!

Na schodach rozległy się ciężkie kroki.
- Wraca Julius. Pewnie chce się zdrzemnąć. Chyba najlepiej, jak już 

pójdziesz,   Elise.   Ale   proszę,   zajrzyj   jeszcze   któregoś   dnia.   Tak   się 
ucieszyłam na twój widok!

Przyjdę i przyniosę ze sobą więcej jedzenia, postanowiła w duchu Elise, 

odstawiając stołek na miejsce. Może uda mi się wyciągnąć z Berntine coś 
o ojcu.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Zamyślona schodziła po stromych schodach, a gdy wyszła na słońce, 

stanęła   na   chwilę   niezdecydowana.   Co   takiego   wie   Berntine?   Może 
powinnam napisać do wuja Kristiana do Ameryki i jego zapytać?

W  drodze   powrotnej   postanowiła   odwiedzić   Hildę,   mimo   że  musiała 

nadłożyć   kawałek.   Ufała   Jenny   i   nie   bała   się   zostawiać   jej   samej   z 
dziećmi.

Zdawało jej się, że tak dawno nie była już w domu nad rzeką, choć 

naprawdę   minęły   dopiero   dwa   tygodnie.   Brakowało   jej   przerw 
obiadowych, które spędzała w towarzystwie siostry, ale obawiała się, że 
Hildzie jest jeszcze trudniej. Elise mimo wszystko miała zajęcie, pisała, a 
potem chłopcy wracali do domu jeden po drugim. Hilda miała tylko Isaca. 
Peder, Kristian i Evert wpadali do niej raz po raz, ale nie codziennie jak 
kiedyś.

Wodospad   Hjula   huczał   głośniej   niż   zwykle.   Wyglądało   niezwykle 

background image

malowniczo,   gdy   opadające   masy   wody   omijały   łukiem   zakłady 
papiernicze Glada.

Elise zobaczyła z daleka, jak słońce migocze w szybkach okien domu 

majstra,   a   potem   zwróciła   uwagę   na   przechodzącą   przez   most   parę   z 
dziecięcym   wózkiem.   Kółka   grzęzły   w   śniegu   i   mężczyzna   musiał 
pomagać pchać wózek.

Nagle odkryła, że to Ansgar i Helenę Mathiesen! Skręciła szybko do 

furtki,   udając,   że   ich   nie   zauważyła,   ale   za   plecami   usłyszała   wołanie 
Helenę. Niechętnie odwróciła głowę.

- Witam, pani Ringstad! Niech pani przyjdzie i zobaczy nasze cudo!
Przyśpieszyli   i   podeszli   do   niej.   Helenę   opuściła   budkę   w   wózku   i 

odchyliła lekko kołderkę, by pokazać dziecko.

Elise nie  chciała być nieuprzejma  i zerknęła  na śpiące  maleństwo  w 

jasnoniebieskiej czapeczce. Na skroniach wystawały takie same rude Joki 
jak u Hugo.

To przyrodni brat Hugo! - pomyślała Elise, czując, że robi jej się słabo. 

Mimo   że  starała   się   wymazać   z  pamięci  wydarzenia   z  przeszłości,   nie 
zaprzeczy oczywistemu faktowi, że Hugo ma brata.

-   Czyż   nie   jest   śliczny?   -   szczebiotała   Helenę.  Wyglądało   na   to,   że 

przestały   ją   dręczyć   ponure   wątpliwości   dotyczące  Ansgara,   z   których 
zwierzała się kiedyś Elise. Teraz jest szczęśliwą matką i rozpiera ją duma z 
potomka.

Elise   pokiwała   głową   i  wymamrotała   słowa   pochwały,  bo   co   innego 

mogła zrobić.

- Przepraszam, ale idę właśnie do siostry - wyjaśniła, odwracając się. - 

Nie mam dziś czasu, do widzenia!

- Ależ droga pani Ringstad. Chyba aż tak bardzo się pani nie śpieszy? 

Doszły   nas  pogłoski,   że   zrezygnowała   pani   z   posady   w  kantorze   pana 
Paulsena. Tacy jesteśmy ciekawi, czym się teraz pani zajmuje.

- Jestem w domu - odparła krótko, nie odwracając głowy.
-   Jak   miło,   w   takim   razie   odwiedzimy   panią   któregoś   dnia.   Elise 

udawała,   że   nie   dosłyszała,   i   pośpiesznie   zeszła   po   schodkach.   Z 
łomocącym sercem skręciła za węgieł domu.

Gdy otworzyła drzwi, zauważyła w salonie Hildę i Isaca. Olaf stał na 

środku i grał na skrzypcach Wiosnę Griega.

W jednej chwili Elise opuścił gniew. Zatrzymawszy się przy wejściu, 

wsłuchała się w muzykę. Przeniknęły ją czyste, klarowne tony i doznała 
takiego samego radosnego upojenia jak wówczas, gdy wyszła na wiosenne 
słońce.

background image

Olaf na jej widok uśmiechnął się przelotnie, ale nie przerwał gry. Ona 

zaś stała nieruchomo, póki nie wybrzmiały ostatnie tony.

Skończył i odłożył skrzypce.
- Och, nie! Pograj jeszcze - popatrzyła na niego błagalnie. - Tak rzadko 

mam okazję posłuchać muzyki, a Griega wprost uwielbiam.

- Innym razem - odparł z uśmiechem Olaf. - Hilda obiecała mi kawę, 

nim wyjdę.

Teraz   dopiero   Elise   zauważyła   stół   nakryty   białym   obrusem   i 

porcelanowe filiżanki. Na półmisku leżały posmarowane kromki białego 
chleba polane syropem.

Hilda wstała z sofy.
- Rozbierz się, Elise, i wejdź do środka. Starczy dla nas wszystkich.
Elise odłożyła płaszcz i kapelusz w kuchni i usiadła przy  wspólnym 

stole.

- Co u ciebie słychać, Olaf? Dawno cię nie widziałam.
-   Wszystko   dobrze.   Gdzie   mi   będzie   lepiej   niż   u   Hildy   -   dodał, 

wskazując nakryty stół.

Przypomniało jej się to, co słyszała o jego dziadku, który zdefraudował 

pieniądze i potem wszyscy sąsiedzi szydzili z nich i patrzyli z góry. To 
musiało być bardzo przykre.

- Nadal grasz w Teatrze Narodowym? Przytaknął.
- No i ma dziewczynę - dodała Hilda filuternie. Olaf zarumienił się, ale 

Hildy to nie powstrzymało.

-   Powiedziałam,   że   jeśli   chce,   może   ją   przyprowadzić   do   siebie   na 

poddasze.   Nie   jestem   taką   wredną   gospodynią,   co   zabrania   lokatorowi 
pokochać się z przyjaciółką.

Olaf   spurpurowiał,   a   Elise   posłała   Hildzie   zrezygnowane   spojrzenie. 

Czy siostra nie widzi, w jaką konsternację wpędza chłopaka?

Pośpiesznie zjadł kanapkę i napił się kawy.
-   Pięknie   grasz,   Olafie   -  odezwała   się   Elise,   starając   się   rozładować 

kłopotliwą   sytuację.   -  Nigdy   nie   zapomnę,   jak   kiedyś  grałeś  w  środku 
nocy, a  Peder  stał z  nosem  przyklejonym  do szyby   i  wpatrywał się  w 
ciemność przekonany, że to wodnik.

Roześmiał się i odparł:
-   Coś   mi   się   zdaje,   że   on   wciąż   tak   myśli.   Gdy   zapytałem  go   o   to 

pewnego   dnia,   udawał,   że   wcale   nie   wierzy   w   istnienie   wodnika. 
Wyjrzałem  jednak   za   nim  przez   okno,   gdy   wyszedł,   i  zauważyłem,   że 
długo spoglądał w stronę wodospadu. Niestety, muszę już iść. Pozdrów 
ode mnie chłopców! - dodał, wstając z miejsca.

background image

Gdy   zamknęły   się   za   nim   drzwi,   Hilda   odwróciła   się   do   niej   z 

pretensjami:

- Wreszcie się do mnie wybrałaś! Już się martwiłam, czy czasem nie 

zachorowałaś.

- A czy ty nie mogłabyś się równie dobrze przejść do mnie? Masz więcej 

czasu. A ja muszę pisać.

Hilda wzdrygnęła się.
- Wychodzić na tę pluchę i prosto w mroźne opary unoszące się nad 

rzeką?

Elise roześmiała się.
- Nie przesadzaj. Jak jest odwilż, to nie ma oparów. A poza tym już 

widać pierwsze oznaki wiosny. Nie zauważyłaś, jaki dziś piękny dzień? 
Kapie z dachów, śpiewają sikorki, przygrzewa słonko.

- Nie wyglądałaś zbyt radośnie, gdy weszłaś z dworu. Ale zdaje się, że 

koncert Olafa poprawił ci humor.

Elise westchnęła.
-   Rzeczywiście.   Spotkałam   tu   w   pobliżu  Ansgara   i   Helenę.   Szli   z 

wózkiem.

- Tak? I co, nie cieszysz się, że się ożenił? Przynajmniej przestał się 

ślinić na twój widok.

- Jego żona nalegała, bym obejrzała sobie „ich maleńkie cudo". Dziecko 

jest podobne do Hugo.

-   Poczęstuj   się   jeszcze   jedną   kanapką   i   przestań   się   martwić.   Nie 

potrzebujesz   niczego   tłumaczyć   Hugo.   Jest   mały.   I   tak   nic   z   tego   nie 
zrozumie. A ty po prostu trzymaj się od nich z daleka.

- Żegnając się, Helenę zapowiedziała, że mnie kiedyś odwiedzą.
- Nie mogłaś powiedzieć, że nie masz czasu przyjmować gości?
- Nie chciałam im nic mówić o tym, że piszę, wspomniałam jedynie, że 

jestem w domu. Słyszeli już, że zrezygnowałam z posady w kantorze. Nie 
pojmuję,   skąd   się   dowiedzieli.   Tu,   w   okolicy,   plotki   rozchodzą   się 
szybciej, niż opadają wody wodospadu.

-   Nie   zapominaj,   że   Helenę   Fryksten   jest   siostrzenicą   pani   Muus, 

gospodyni mamy i Asbjorna. A mamie chyba opowiedziałaś, że już nie 
pracujesz w kantorze, prawda?

-  Owszem.  Chłopcy   byli u  niej  w  ubiegłą   niedzielę.   Prosiłam,   by   ją 

powiadomili.

- No, to już wiesz, skąd dowiedzieli się Ansgar i Helenę. A mama jak to 

przyjęła?

- Nie spodobało jej się. Zresztą z góry wiedziałam, że tak będzie.

background image

- Nie rozumie pewnie, że można się utrzymać z pisania książek.
-   Być   może,   choć   sądzę   raczej,   że   się   obawia,   iż   okryję   wstydem 

rodzinę, pisząc coś nieodpowiedniego. Całkiem jak moja teściowa.

Elise   wzięła   na   kolana   Isaca,   który   podszedł   do   niej,   i   zagadnęła 

chłopca:

- Witaj, Isac!
Popatrzył na nią uważnie i zapytał: - A gdzie Hugo?
- W domu razem z Jensine i z Jenny. Chcesz pójść ze mną i się z nim 

zobaczyć?

Isac pokiwał głową. Zsunął się z kolan i chciał od razu się ubierać.
- Tęskni za Hugo - wyjaśniła Hilda. - Przez pierwsze dni nie chciał ani 

jeść, ani się bawić. Siedział tylko i marudził.

- Może umówmy się, że raz w tygodniu albo ty nas odwiedzisz, albo my 

przyjdziemy do wąs.

Hilda pokiwała głową, ale bez większego entuzjazmu.
-   Nie   pojmuję,   dlaczego   wciąż   ślęczysz   nad   tym   pisaniem.   Chyba 

napisanie książki nie zajmuje aż tyle czasu?

-   Spróbuj,   to   się   przekonasz   -   roześmiała   się   Elise.   -   Lepiej   jednak 

opowiedz mi, jak Karolinę sobie radzi w kantorze. Majster coś ci mówił? 
Taka jestem ciekawa.

-   Nie   uwierzysz.   Pierwszego   dnia   przyszła   naburmuszona.   Nie   ma 

wątpliwości, że podjęła pracę przymuszona przez ojca. Ale ta dziewczyna 
nie jest głupia, szybko się uczy, mówi Paul-sen. Sytuację uratował urok 
osobisty   Samsona,   któremu   Karolinę   szybko   uległa.   Podobno   jest 
zachwycona swoim kolegą z kantoru. Kto wie, może będzie z nich para?

- Ale on... Hilda zaśmiała się.
- To nie przeszkadza mu się ożenić. Tacy jak on mają nawet dzieci.
Elise spojrzała na siostrę z niedowierzaniem.
- A skąd ty możesz wiedzieć takie rzeczy.
-   Obserwuję,   co   się   wokół   dzieje,   rozmawiam   z   ludźmi   w   sklepie, 

odwiedzam koleżanki. Ty też powinnaś, skoro zamierzasz pisać o ludziach.

-  Właśnie   dlatego   wybrałam   się   dziś   na   spacer.   Byłam   u   Berntine   i 

Juliusa.

Hilda posłała jej zaskoczone spojrzenie.
- Żyją jeszcze? Mnie się zdawało, że już dawno ich pochowano.
-   Nie,   mieszkają   nadal   w   „Łączniku"   na   poddaszu.   Julius   nawet   z 

ożywieniem śledzi rozwój ruchu robotniczego, natomiast Berntine wciąż 
doznaje niezwykłych zjawisk.

Opowiedziała Hildzie o doktorze, który nieoczekiwanie pojawił się u 

background image

staruszków   w   drzwiach,   i   o  Arnoldzie   Nicolai,   który   usiłował   odebrać 
sobie życie.

Hilda wzdrygnęła się.
- Uważam, że to straszne, zwłaszcza że ona tego nie wymyśla. Jej się to 

naprawdę przydarza. Pamiętasz, jak kiedyś zaczęła się trząść jak galareta, 
a   potem   się   okazało,   że   w   tej   samej   chwili   umarła   jej   siostra,   która 
przedtem wcale nie chorowała?

Elise przytaknęła.
-  A  wtedy   gdy   Bjorge  Arnold   wpadł   do   wodospadu,   słyszała   go   na 

schodach.  Wołał   ją,   więc   pobiegła   sprawdzić,   o   co   mu   chodzi,   ale   na 
schodach nikogo nie było. Potem uświadomiła sobie, że to się zdarzyło 
dokładnie o tej samej porze, gdy jej syn się utopił.

Hilda znów się wzdrygnęła.
-   Lepiej   porozmawiajmy   o   czymś   przyjemniejszym.   Johan   pisał   do 

ciebie ostatnio?

Elise pokręciła głową.
- Na pewno ma dużo pracy. Hilda zmarszczyła czoło
-   Dziwne.  Wyjeżdżał  stąd   taki   nieszczęśliwy.  Sądziłam,   że   będzie   ci 

przysyłał   listy   co   drugi   dzień.   Ufa   mi   i   wie,   że   nie   wygadam   się 
Emanuelowi.

- Oczywiście, że ci ufa.
- A ty do niego piszesz?
- Odpowiedziałam mu na list, no i czekam, aż do mnie znów napisze.
- Chyba możesz do niego napisać, mimo że to jego kolej. A jeśli jest 

chory?   Albo   nie   ma   pieniędzy   na   znaczki?   Na   pewno   wszystkie 
oszczędności wydał na ten kosz ze smakołykami, który podarował wam w 
wieczór sylwestrowy.

Elise   poczuła,   jak   tlący   się   w   niej   niepokój   przemienia   się   w 

obezwładniający strach. Usiłowała przekonać samą siebie, że Johan nie 
pisze z jakiegoś błahego powodu. Ale może rzeczywiście nie stać go na 
drogie znaczki? Nie zdziwiłaby się. Właściwie jednak uprzedzał, że czeka 
go mnóstwo pracy. Mimo wszystko dziwne, że się nie odzywa.

Hilda chyba się zorientowała, że wywołała u Elise niepokój, pośpiesznie 

więc dodała:

- Nie myśl o tym, Elise. On cię strasznie kocha. Jestem pewna, że nie 

ogląda się za innymi kobietami. A co u Emanuela? Kontaktowałaś się z 
nim?

- Nie, też nie. W zeszłym tygodniu wybrałam się do tych znachorek na 

Starym Mieście, ale nie miały czasu ze mną porozmawiać.

background image

- Mówisz o tych, które podjęły działalność po śmierci Anne Brannfjell?
- Tak. Przyjmują chorych na Gravergaten, tuż przy Ekeberg.
-   Wiem   o   tym.   Pamiętam   tę   znachorkę,   która   posiadała   też   dar 

jasnowidzenia. Zanim jeszcze sytuacja ze Szwedami uległa pogorszeniu i 
dochodziło do coraz to nowych napięć, przewidziała, jak się to wszystko 
potoczy. Wiele przepowiedzianych przez nią wydarzeń naprawdę miało 
miejsce. Ale oczywiście każdy się wstydził i ukrywał, że szuka rady u 
„czarownicy".   Nawet   robotnicy,   mimo   że   pomagała   najwięcej   właśnie 
najbiedniejszym.   Ale   ci   z   drugiego   brzegu   Aker   też   korzystali   z   jej 
pomocy. Wprowadzali ją kuchennym wejściem, by nikt nie zauważył.

Elise pokiwała głową i zmieniła temat:
- Jak ci się układa z Paulsenem? Hilda uśmiechnęła się tajemniczo.
-   Chyba   powinnaś   się   przygotować   na   wielkie   wydarzenie.   Elise 

popatrzyła na nią przerażona.

- Chyba nie spodziewasz się znów dziecka?
- To też - pokiwała głową Hilda.
- Có właściwie masz na myśli?
- Zgadnij!
- Zamierzacie się pobrać?
-   Owszem   -   potwierdziła   Hilda.   -   Gdy   tylko   się   rozwiodę.   Ale 

przyrzeknij, że na razie nikomu o tym nie powiesz!

- Pewnie, że nie - obiecała, patrząc na siostrę zaskoczona. - Naprawdę 

zostaniesz panią w bogatej willi, Hildo?

- Tak, w końcu - odparła Hilda rozpromieniona.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Następnego   dnia   pogoda   nieoczekiwanie   się   zmieniła   i   znów 

zapanowała   zima.   W   powietrzu   wirowały   płatki   śniegu,   a   temperatura 
spadła do minus ośmiu stopni.

Jenny miała wolne w szkole i przybiegła do Elise, wyrażając wielką 

ochotę, by także tego dnia zaopiekować się Hugo i Jensine.

Elise   chętnie   by   przełożyła   wyjście   do   znachorek,   ale   czas   gonił. 

Wydawało jej się, że nie należy z tym zwlekać. Skoro Anne Brannfjell i jej 
następczynie pomogły tylu ludziom, może znajdą też jakieś lekarstwo na 
chorobę Emanuela.

Nie   skręciła   w   Maridalsveien,   lecz   minęła   browar   Ringnes   i   ruszyła 

dalej   w   dół   Thordvald   Meyers   gate,   obok   Birkelunden,   kościoła 
Metodystów i w dół do browaru Schous.

Przechodząc przez Brugata, miała się na baczności. Minęła Kutorget, 

gdzie   handlowano   bydłem.   Tego   dnia   akurat   nie   było   widać   żadnych 
zwierząt. Raz po raz przetoczył się jedynie jakiś wóz, przeszły kobiety 
wracające z targu i trzęsąc się z zimna, przebiegli licho odziani chłopcy 
sprzedający gazety. Na Lakkegata o tej porze dnia także było cicho i dość 
pusto, to miejsce ożywało dopiero po zmroku.

W   tej   okolicy   zamieszkała   biedota,   ci,   których   nie   było   stać   na 

zbudowanie   domu   w   granicach   miasta,   wtedy   gdy   przeniesiono   je   z 
podnóża   Ekeberg   w   stronę   twierdzy  Akershus.   Dlatego   to   miejsce   od 
zawsze   kojarzyło   się   z   nędzą,   klitkami   do   wynajęcia   na   poddaszu, 
knajpami   i   burdelami.   Ale   to   właśnie   tutaj   zatrzymywali   się   chłopi 
przyjeżdżający do miasta na targ, co zapewniało tutejszym mieszkańcom 
stały   zarobek.   Podobno   wielu   sklepikarzy   dorobiło   się   sporej   fortuny, 
handlując w tej okolicy. Może to tu raczej powinien otworzyć swój sklep 
Emanuel?   Tylko   że   tu   nie   brakowało   też   nieuczciwych   handlarzy, 
prowadzących jakieś lewe interesy. Niebezpiecznie byłoby wdepnąć w coś 
takiego.

Do Starego Miasta było dość daleko i Elise strasznie zmarzła po drodze. 

Pożałowała,   że   nie   zdecydowała   się   poczekać   na   cieplejszy   dzień,   bo 
spacer sprawiłby jej więcej radości.

Wreszcie dotarła do Gravergaten. Nietrudno było trafić do domu, gdzie 

background image

przyjmowały   znachorki,   bo   w   pobliżu   stało   wiele   powozów,   a   w   jego 
kierunku zmierzali na piechotę biedacy. Dziś także Elise nie była jedyną 
osobą, która przyszła po radę. Ciekawe tylko, czy któraś ze znachorek 
znajdzie tym razem czas, by z nią porozmawiać?

W   drzwiach   powitała   ją   starsza   kobieta.   Elise   przedstawiła   się   i 

wyjaśniła,   że   była   już   raz   w   ubiegłym   tygodniu,   a   wówczas   od   razu 
skierowana została do niewielkiego pokoju w korytarzu na prawo.

Kobieta wskazała na chwiejny stołek, sama siadła przy małym stoliku i 

poprosiła, by Elise powiedziała, o co chodzi.

Elise   opisała   chorobę   Emanuela,   starając   się   nie   pominąć   żadnego 

szczegółu. Opowiedziała, jak po raz pierwszy zakręciło mu się w głowie i 
że potem powtórzyło się to parę razy. Wreszcie wspomniała o tym, jak go 
znalazła nieprzytomnego przed furtką i zawiozła do szpitala. Dokładnie 
przytoczyła słowa lekarzy.

Starsza pani słuchała jej uważnie, a potem zapytała nagle:
- Czy stracił ostrość widzenia na jedno oko? Elise posłała jej zdziwione 

spojrzenie.

- Tak, ale to minęło.
Kobieta pokiwała głową zamyślona i mówiła dalej:
- Pewnie był przygnębiony, okresami zdarzało mu się zapominać i stracił 

sprawność innych części ciała, nie tylko nóg?

Elise starała się udzielać wyczerpujących odpowiedzi. Wysiliła pamięć, 

by przypomnieć sobie, co się wydarzyło, zanim Emanuel doznał paraliżu. 
Byli w odwiedzinach u Paula Georga Schwencke. Napił się wówczas wina 
agrestowego, a jej się zdawało, że się upił.

Kobieta słuchała w milczeniu i przyglądała jej się uważnie. Gdy Elise 

skończyła, powiedziała z namysłem:

-   Obawiam   się,   że   nie   potrafię   mu   pomóc.   Tej   choroby   nie   da   się 

wyleczyć. U niektórych rozwija się szybko, inni żyją z nią nawet dziesięć, 
dwadzieścia lat. Niektórzy tracą czucie zarówno w nogach, jak i w rękach i 
stają się całkowicie bezradni. Inni nie mają takich widocznych objawów, 
ale narzekają na zawroty głowy i mdłości. Można by przypuszczać, że z 
nimi choroba obchodzi się dość łagodnie, ale wielu z nich twierdzi, że 
woleliby   już   siedzieć   na   wózku   niż   cierpieć   na   ukrytą   chorobę,   bo 
otoczenie im nie dowierza, że są chorzy. Zwłaszcza pracodawcy.

- Czy gdybym tu przywiozła męża, można by ustalić, w jakim stopniu ta 

choroba go zaatakowała?

Kobieta pokręciła głową.
- Nie, to wie tylko Bóg. Czas pokaże, jak bardzo go dotknęła choroba i 

background image

jak szybko będzie postępować.

Elise wstała powoli, porażona tą odpowiedzią.
- Ile się należy? - zapytała.
- Nic. Przecież nie badałam chorego ani nie dałam mu żadnych leków.
W drodze powrotnej do domu Elise dygotała z zimna. Wiosenne słońce 

z poprzedniego dnia wydawało jej się mglistym wspomnieniem. Jak ma 
powiedzieć Emanuelowi to, co usłyszała od znachorki z Gravergaten? Z 
pewnością pozna po niej, jeśli skłamie. Poza tym jego matka na pewno się 
uprze, by go tu przywieźć.

Starała się odsunąć na bok ponure myśli, ale nie odstępowały jej przez 

całą drogę do domu. Zmuszała się, by skierować je na inne tory.

Nie do wiary, że Hilda mogłaby wyjść za mąż za majstra i zostać panią 

domu w jego pięknej willi. Szczerze mówiąc, nigdy by jej nie przyszło do 
głowy, że to kiedyś nastąpi. Może nie doceniła pana Paulsena. Sądziła, że 
brak mu odwagi, by  ujawnić romans z pomocnicą z przędzalni. To by 
dopiero  była sensacja! Ludzie  nie mówiliby  o niczym innym, zarówno 
wymieniając ploteczki w salonach przy kawie, jak i w dużych kuchniach, 
gdzie zbierają się na posiłki służące, nianie i kucharki. Miała nadzieję, że 
majster   znajdzie   w   sobie   dość   siły,   by   stawić   czoło   krytyce.   Po   kilku 
miesiącach   plotki   ucichną   i   ludzie   znajdą   sobie   inny   obiekt   zain-
teresowania, choć na pewno nigdy do końca nie zapomną. Wątpliwe też, 
czy   Hilda   zostanie   przyjęta   z   otwartymi   ramionami   w   eleganckim 
towarzystwie. Na szczęście siostra jest śmiała i ma cięty  język, trudno 
więc   krytykować   ją   otwarcie.   Najgorsze   będą   chyba   te   lekceważące 
spojrzenia i potępienie za to, że urodziła dziecko przed zamążpójściem, a 
do tego jeszcze jest rozwódką. Wątpliwe, czy pan Paulsen ujawni, że jest 
ojcem Isaca.

Elise   dotarła   do   Bentsegaten   i   do   domu   pozostał   jej   jeszcze   tylko 

kawałek, gdy zauważyła małą dziewczynkę przyciśniętą do ściany domu 
naprzeciwko, rozglądającą się wokół bezradnie. Ubrana była biednie, w 
liche jak na tę porę roku ubranie, z gołą głową mimo mrozu. Nierzadko 
widywała   tu   biegające   samopas   ubogie   dzieciaki,   ale   ta   mała 
zaintrygowała Elise. Mimowolnie zwolniła kroku, po czym przeszła na 
drugą stronę ulicy i zatrzymała się przed dziewczynką.

- Dzień dobry, dziecino. Mogę ci jakoś pomóc? Dziewczynka popatrzyła 

na nią nieufnie, najwyraźniej obawiając się odezwać.

- Nie zmarzłaś? Nie powinnaś chodzić z gołą głową w taki mróz.
Dziewczynka nadal milczała, ale nie uciekła.
- Zdaje mi się, że jesteś bardzo smutna. Czy ktoś cię skrzywdził?

background image

Wreszcie dziewczynka odważyła się otworzyć buzię.
- Szukam Jorund.
- Jorund? - zdziwiła się Elise, ale nagle coś ją tknęło. - Mówisz o Jorund 

z sierocińca?

Mała przytaknęła.
- A dlaczego chcesz ją znaleźć? Wysłał cię ktoś po nią? Dziewczynka 

zaprzeczyła gwałtownie, kręcąc głową.

- Nie, sama jej szukam. Elise westchnęła głośno.
- Ty też uciekłaś?
Nie odpowiedziała, zagryzła wargi i spuściła wzrok.
- Chodź ze mną, opowiesz mi o wszystkim. Nie możesz tu tak stać, bo 

zmarzniesz na kość.

Dziewczynka ociągała się przez chwilę, ale poszła za nią. Gdy ruszyły, 

Elise zauważyła, że mała ma skrzywione plecy i lekko utyka.

- A skąd ci przyszło do głowy, by jej szukać tu, w Sagene?
- Powiedzieli mi, że jedna miła pani z Sagene pomogła Jorund znaleźć 

nową mamę.

- Ale Sagene jest duże, skąd wiedziałaś, gdzie dokładnie przyjść?
- Nie wiedziałam, ale pomodliłam się do Boga. I spytałam jednego pana, 

czy zna taką panią, która ma pięcioro dzieci i męża z chorymi nogami.

- Ktoś ci o niej opowiedział?
- Podsłuchiwałam pod drzwiami.
Elise uśmiechnęła się i wyjaśniła dziewczynce, że to ona jest właśnie tą 

panią. Mała spojrzała na nią oczami wielkimi jak guziki.

Kto   by   mógł   wziąć   do   siebie   małą   dziewczynkę   z   sierocińca, 

zastanawiała się intensywnie. Gdyby nie przypadek, że panna Johannessen 
pragnęła się kimś zaopiekować, nie udałoby się znaleźć domu dla Jorund. 
Elise   nie   znała   więcej   samotnych   kobiet.   Do   robotnic   nie   ma   się   co 
zwracać.   Większość   z   nich   ma   dość   własnych   dzieci,   by   przygarnąć 
jeszcze jedno. A mieszkańcy drugiego brzegu Aker są zbyt zajęci sobą, by 
ich interesował los ubogich dzieci.

Dziewczynka trzęsła się z zimna, a jej maleńka rączka była lodowata. 

Elise odpędziła na bok zmartwienie, uznając, że teraz najważniejsze jest 
zadbać o to, by mała się rozgrzała i coś zjadła.

Jenny,   Hugo   i   Jensine   siedzieli   na   podłodze   w   salonie   i   bawili   się 

zabawkami, którymi w dzieciństwie bawił się też Emanuel.

Usłyszawszy   trzask   otwieranych   drzwi,   Jenny   podniosła   wzrok   i 

obrzuciła obcą dziewczynkę pełnym ciekawości spojrzeniem.

- Wymęczyły cię maluchy, Jenny? Pokręciła głową i odpowiedziała:

background image

- Jensine zrobiła w majtki, ale Hugo załatwił się na nocnik. Teraz oboje 

mają chyba sucho.

-   Dzielna   jesteś!   A   przecież   nie   miałaś   młodszego   rodzeństwa. 

Spotkałam po drodze tę dziewczynkę. Szuka Jorund.

Jenny wstała i spojrzała na nie zdziwiona.
- Jorund z mojej klasy?
- Tak. Jest z tego samego sierocińca.
- Dlaczego szuka jej tutaj?
- Pytała, gdzie mieszka pani, która ma pięcioro dzieci i sparaliżowanego 

męża.

- Pomodliłam się do Boga - wtrąciła mała cicho. - I on mnie wysłuchał.
Jenny ożywiła się.
- W takim razie wiem, kim jesteś. Masz na imię Olaug? Dziewczynka 

przytaknęła, Jenny zaś spojrzała na Elise i wyjaśniła:

- Jorund mi o niej opowiadała. Powiedziała, że Olaug zapłacze się na 

śmierć, kiedy się dowie o jej ucieczce.

Elise odwróciła się i poszła do kuchni przyrządzić gorące kakao.
Nie   mogę   pozwolić,   by   czarne   ptaki   uwiły   mi   gniazdo   we   włosach, 

upomniała siebie w duchu, ciężko wzdychając.

Gdy   mleko   się   zagotowało,   w   uszach   zadźwięczały   jej   znów   słowa 

Emanuela: „Nie możemy się zaopiekować wszystkimi potrzebującymi!"

Nie,   pomyślała,   ale   nie   mogę   też   odesłać   z   kwitkiem   dziecka,   które 

wierzy, że Bóg mu wskazał drogę do mnie.

Jenny   pomogła   Elise   wyciągnąć   balię   i   odłożone   ubrania,   z   których 

chłopcy   już   wyrośli.   Napaliła   porządnie   w   piecu,   Elise   zaś   naniosła 
dodatkowo drewna i nastawiła kocioł z wodą. Przyniosła też sfatygowane 
ręczniki.   Mała   Olaug   zanurzyła   się   w   ciepłej   kąpieli,   jej   buzia   wnet 
nabrała rumieńców, a oczy blasku. Jenny ukucnęła przy balii i umyła plecy 
dziewczynce, na której ustach pojawił się lekki uśmiech.

Elise obserwowała z boku wychudzone dziecko, które najwyraźniej nie 

było   całkiem   zdrowe.   Plecy   miało   skrzywione,   zdeformowaną   głowę   i 
zepsute zęby. Czyżby mała chorowała na krzywicę?

Hugo   przyszedł   do   kuchni  sprawdzić,   co   się   dzieje.   Stanął  z   boku   i 

przyglądał się obcej dziewczynce w balii.

- Hugo też chce się kąpać.
-   Nie   teraz,   Hugo.   Ty   się   wykąpiesz   jutro   razem   z   Jensine.   Jenny 

popatrzyła na nią zdziwiona.

- Stać cię na to, Elise?
Po raz kolejny zastanowiło ją, ile już razy słyszała to pytanie. Przecież 

background image

nie żyje rozrzutnie, a kiedy raz po raz pozwalała sobie na coś ekstra, to 
tylko dlatego, że wydaje jej się, iż tak należy.

Olaug zdążyła włożyć ubranie, z którego Peder dawno już wyrósł, gdy 

do domu wpadli z hałasem chłopcy.

Zatrzymali się gwałtownie w drzwiach.
- Zamykajcie szybko, bo ciepło ucieka!
Posłuchali   jej,   ale   stali   nadal   przy   drzwiach,   wpatrując   się   w   małą 

Olaug, która niewątpliwie wyglądała dziwacznie w za dużych ubraniach. 
Oczy dziewczynki napełniły się nagle łzami, podbiegła do Elise i ukryła 
twarzyczkę w jej fartuchu.

Elise   pośpiesznie   wyjaśniła   chłopcom,   kim   jest   ich   gość,   pewna,   że 

dobre serce Pedera stopnieje, gdy usłyszy historię dziewczynki, a Kristian 
i Evert po chwili zastanowienia pójdą jego śladem.

Jenny sięgnęła po swoje wierzchnie ubranie i oznajmiła:
- Chyba już muszę wracać do domu. Nie powiedziałam pani Tollefsen, 

że mnie tak długo nie będzie.

Elise pośpiesznie skierowała się do puszki, w której od ostatniego razu 

przybyło dziesięcioorówek. Wręczyła dziewczynce pięć monet.

Jenny popatrzyła z niedowierzaniem na błyszczące monety i już chciała 

coś powiedzieć, ale Elise ją wyprzedziła:

- Proszę, nie pytaj, czy mnie na to stać. Uczciwie zarobiłaś te pieniądze. 

Nie wiem, jak bym sobie bez ciebie poradziła. I wczoraj, i dzisiaj.

-   Dziś   też   ugotowałaś   gorące   kakao?   -   Peder   zerknął   do   garnka   i 

oblizując się, paplał: - Odmroziłem sobie palec u nogi i pół ucha. A już 
myślałem, że zima minęła.

Elise uśmiechnęła się.
- Ja też tak myślałam, ale pocieszmy się, że dni są coraz dłuższe, a 

wiosna jest już tuż-tuż.

- Ta laleczka będzie spać w moim łóżku? - zapytał z nadzieja
Elise od razu domyśliła się, czemu pyta. Roześmiała się i posłała Olaug 

wesołe spojrzenie.

- Co ty na to, Olaug, byśmy cię nazywali „Laleczką"? Peder chętnie 

użyczy ci swojego łóżka, wiesz? Bo on tak naprawdę woli spać w innym.

Mrugnęła do Pedera, a na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmiech.
Źle   spała   tej   nocy.   Peder   rozpychał   się   przez   sen   i   mimo   że   łóżko 

należało   do   dość   szerokich,   razem   z   maluchami   było   im   ciasno.   Elise 
rozmyślała   o   spotkaniu   na   Gravergaten.   Postanowiła   zataić   przed 
Emanuelem i panią Ringstad, że ponownie odwiedziła znachorki. Powie 
tylko, co jest zgodne z prawdą, że nie miały czasu z nią porozmawiać, bo 

background image

przybyło   wyjątkowo   dużo   pacjentów.   Zapewne   będą   oczekiwać,   że 
spróbuje   ponownie,   ale   w   ten   sposób   zyska   trochę   czasu   do   namysłu. 
Tymczasem nadejdzie wiosna wraz ze słońcem i ciepłem, a Emanuel może 
spojrzy na świat z większą nadzieją i optymizmem. Zresztą on nie przepa-
dał za znachorkami i w gruncie rzeczy był przeciwny, by Elise szukała u 
nich rady.

Mała Olaug zasnęła od razu. W obcym łóżku, w domu, którego nigdy 

wcześniej nie odwiedziła, u ludzi, których nigdy wcześniej nie widziała na 
oczy. Zadziwiające, jak im zaufała!

Biedne   dziecko.   Sierota,   bez   rodzeństwa   i   rodziny,   umieszczona   w 

sierocińcu, w którym czuje się źle, zrozpaczona po stracie Jorund.

Jorund była pewnie dla niej jak starsza siostra. Może ją pocieszała, gdy 

płakała, i stawała w jej obronie, gdy dorośli z jakiegoś powodu ją karali. A 
sądząc po siniakach na chudym ciele, zdarzało się to dość często.

Muszę znów wybrać się do Anny i Torkilda, postanowiła w duchu. Teraz 

mam przynajmniej pretekst, by ich odwiedzić. Po wyjeździe Johana nie 
mogła  się  na to  zdobyć.  Świadomość,  że Torkild  ją  potępia,  bardzo  ją 
przygnębiała. Ale teraz ma ważną sprawę.

Może oni wiedzą coś o Johanie?  Zwykł pisać od czasu do czasu do 

Anny.   Obojętnie,   w   jakiej   byłby   biedzie,   do   siostry   na   pewno   by   się 
odezwał.

Przyczyna jego milczenia jest zapewne prozaiczna. Elise nie sądziła, by 

uraziła   go   w   jakiś   sposób   swoim   listem.   Nie,   musi   być   inny   powód. 
Usiłowała sobie dokładnie przypomnieć, co mu napisała, ale minęło już 
parę   tygodni   i   nie   pamiętała   wszystkiego   dokładnie.   Na   pewno   jednak 
zdała   mu   relację   z   tego,   co   się   wydarzyło   w  ostatnim  czasie:  choroba 
Pedera, propozycja Ludviga Lien przejęcia sklepu, pomoc Sigvarta. Na 
końcu napisała Johanowi, że jego miłość i jej uczucie do niego dają jej 
siły, by wszystkiemu podołać. Nie kryła jednak także, że ciężko byłoby jej 
ukryć to, co się zdarzyło między nimi podczas świąt, gdyby nadal tu był.

Johan   pracuje   od   świtu   do   późnego   wieczora.   „Ciężka   praca   jest 

najlepszym lekarstwem na smutne myśli", pisał w swoim liście i zakończył 
słowami:   „Pisz   do   mnie,   Elise!  Kilka   słów   od   ciebie   znaczy   dla   mnie 
wiele".

Zdrętwiała,   leżąc   niewygodnie,   i   najchętniej   zmieniłaby   pozycję,   ale 

bała się, że obudzi Pedera albo maluchy. Smutne myśli wywoływały w niej 
niepokój.   Kręciła   się   nerwowo,   czując,   jakby   po   jej   rękach   i   nogach 
wędrowały mrówki.

A może Johan się rozmyślił i uznał, że to mimo wszystko nie ma sensu? 

background image

Zrozumiał, jak jej ciężko, że nie ma sumienia opuścić Emanuela. Może 
rozmawiał z kimś w Paryżu o chorobie Emanuela, tam na pewno wiedzą 
więcej   niż   w   Norwegii,   i   dowiedział   się,   że   jej   mąż   może   żyć 
sparaliżowany przez wiele lat. Nie zdziwiłaby się, gdyby uznał, że to dla 
nich beznadziejna sytuacja. Ona jest związana, on wolny, na dłuższą metę 
nic   by   z   tego   nie   wyszło.   Johan   ma   prawo   przeżyć   radość   posiadania 
dzieci i rodziny tak samo jak każdy inny człowiek. Domyślała się, że mał-
żeństwo z Agnes nie pozostawiło mu wielu miłych wspomnień.

Przewróciła się na drugi bok. Ścisnęło ją w gardle.
Zaraz jednak ostro się upomniała: „Pomyśl, ile dostałaś od losu! Możesz 

siedzieć   w   domu   i   pisać   całymi   dniami!   I   masz   więcej   pieniędzy   niż 
kiedykolwiek. Mieszkasz w przestronnym domu, jest ci tu dobrze i ciepło. 
Najadasz się do syta i masz pięcioro zdrowych dzieci!"

Sześcioro, przypomniała sobie znużona, powoli zapadając w sen.

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Następnego dnia przyszedł list od teścia, a w kopercie sto koron!
Będzie otrzymywać tyle co miesiąc? Jeśli tak, to jest bogata! Z tych 

dwustu, które pan Ringstad jej wręczył w dniu, gdy zabierał Emanuela, nie 
wydała więcej niż pięćdziesiąt, a trzydziestu koron zaoszczędzonych przez 
Emanuela nawet nie tknęła. Wprawdzie odzyskała sto pięćdziesiąt koron, 
które   wcześniej   przekazać   musiała   Ludvigowi   za   towar,   ale   nie   miała 
odwagi ich ruszyć, zanim nie nabierze całkowitej pewności, że nie pojawią 
się kolejne nieprzewidziane wydatki w sklepie. Teraz jednak będzie mogła 
kupić skarpety i kurtki dla chłopców, ubranka dla Hugo i Jensine, a także 
coś pożywniejszego na chleb i na obiady, oraz więcej kawy i kakao. Była 
oszołomiona. Od tamtej pory, gdy dawno temu teść przysłał jej trzysta 
koron,   nie   dysponowała   taką   dużą   sumą   pieniędzy.   Wtedy   miała   tyle 

background image

wydatków, że kupka pieniędzy dość szybko stopniała, teraz jednak będzie 
mogła zrobić jakąś niespodziankę chłopcom, gdy wrócą do domu.

Mała Olaug przyglądała jej się, stojąc cichutko z boku. Pomogła ubrać 

Hugo, gdy Elise ubierała Jensine, i zjadła razem z nimi śniadanie. Chłopcy 
już   dawno   pobiegli   do   szkoły.   Elise   zamierzała   wybrać   się   do 
Andersengarden razem z całą trójką. Pani Jonsen nie czuła się tego dnia 
dobrze i nie mogła zaopiekować się dziećmi.

Olaug, wymyta, uczesana i czysto ubrana, wyglądała teraz porządniej. 

Dziewczynka zdawała się nie przejmować tym, że ma na sobie chłopięce 
ubrania, które na dodatek są na nią za duże. Pewnie nie przywykła do 
lepszych. Elise jednak pragnęła z całego serca, by zamiast spodenek po 
Pederze mogła włożyć małej sukienkę. Spodenki zamiast do kolan sięgały 
jej prawie do kostek. Jeśli zobaczą ją jacyś chłopcy, na pewno ją wyśmieją. 
Ale trudno, musi zabrać Olaug ze sobą. Jest za mała, by zaopiekować się 
Hugo i Jen-sine, a samej w domu nie chciała jej zostawiać.

Na dworze panował równie silny chłód jak poprzedniego dnia. Przez 

noc napadało dużo śniegu, a chłopcy rano nie zdążyli odśnieżyć ścieżki do 
furtki. Elise brnęła więc razem z dziećmi w głębokim śniegu, który sypał 
im się do butów.

Kiedy wyszli na ulicę, posadziła całą trójkę na sankach.
Ciężko je było ciągnąć po Arendalsgaten, dopiero kiedy Elise minęła 

most   Bentsebrua   i   dotarła   do   Sandakerveien,   poszło   już   łatwiej. 
Wprawdzie   nie   zdążyły   tędy   przejechać   jeszcze   zaprzęgi   z   pługami 
odśnieżającymi,   ale   ulica   była   wydeptana   przez   rzeszę   robotników 
zmierzających o poranku do fabryki.

Elise   szła   z   pochyloną   głową,   chroniąc   twarz   przed   przenikliwym 

chłodem. Zdążyła minąć zakłady Myren, gdy omal nie zderzyła się z jakąś 
starszą kobietą. Podniosła wzrok, by przeprosić, i ku swemu zdziwieniu 
zorientowała się, że to pani Evertsen.

- Pani Evertsen?! - zawołała radośnie. - Jak miło! Tak dawno już pani 

nie widziałam!

Pani Evertsen przywitała się z nią chłodno.
- Rzeczywiście, dawno już nie odwiedzałaś starej sąsiadki. Myślę sobie, 

że pewnie na Hammergaten zadajesz się z lepszymi.

- Tyle miałam na głowie! Pewnie pani słyszała, że Emanuel zachorował. 

Sama muszę o wszystko zadbać i utrzymać rodzinę.

-  Ale   chorym   mężem   nie   musiałaś   się   długo   zajmować,   Elise.   Jego 

bogaci rodzice, jak słyszałam, zabrali go ze sobą do dworu.

Elise   westchnęła   w   duchu.   Powinna   wiedzieć,   że   całe   Sagene 

background image

oczywiście wie już o wszystkim.

-   No   a   ostatnio  Abrahamsen   mówił,   że   zrezygnowałaś   z   posady   w 

kantorze. Czym się zajęłaś, skoro cię na to było stać, Elise?

- Właśnie idę do Anny i Torkilda, by im o wszystkim opowiedzieć Nie 

sądziłam jednak, że płotki dotarły tam przede mną - rzuciła cierpko, licząc 
na to, że pani Evertsen bez trudu się domyśli, jakie jest jej zdanie na temat 
kwitnącego w okolicy plotkarstwa.

- Chyba nie sądziłaś, że ludzie się nie dowiedzą, czym się teraz trudnisz? 

Byłaś przecież kiedyś jedną z nas!

-   Nadal   się   czuję   jedną   z   was,   pani   Evertsen.   Chyba   nikomu   nie 

przeszkadza, że się przeprowadziłam na Hammergaten?

- To zależy - odparła pani Evertsen, posyłając jej podejrzliwe spojrzenie.
- Co pani ma na myśli? Uważa pani, że za dobrze mi się powodzi?
-   Nie   wiem,   dlaczego   rzuciłaś   pracę,   i   nie   rozumiem,   jak   możesz 

siedzieć w domu i mimo to mieć pieniądze na płaszcz i sanki dla dzieci.

- Kapelusz i płaszcz dostałam od miłej sąsiadki, pani Jonsen. Zostały po 

siostrze, która umarła w święta. Sanki zaś podarował nam Asbjorn, mąż 
mojej mamy.

- Powinnaś być ostrożniejsza, Elise. To wprawdzie nie moja sprawa, ale 

skoro już tak rozmawiamy w cztery oczy, uważam, że muszę cię ostrzec. 
Słyszałam, że zaczęłaś przyjmować mężczyzn. Nigdy bym cię o to nie 
posądzała.   Zrozumiałabym,   gdyby   chodziło   tylko   o   Johana,   ale   tych 
dwóch innych! A taka była z ciebie porządna dziewczyna!

Elise aż poczerwieniała ze zdenerwowania.
- No nie, tego bym się po pani nie spodziewała, pani Evertsen. Chyba 

pani nie wierzy w takie plotki?! Wiem, do czego pani pije, bo pani Jonsen, 
choć bardzo miła, jest też bardzo podejrzliwa. No cóż, na starość ludzie tu, 
nad rzeką, mają do tego prawo. Jeden z mężczyzn, którzy mnie odwiedzili, 
to   sprzedawca   ze   sklepu   Emanuela.   Przyszedł   po   pieniądze   na   towar 
zamówiony   przez   mojego   męża,   a   ten   drugi  to   kancelista   z   przędzalni 
Graaha, który pomógł mi narąbać drewna i nanosić wody tego dnia, kiedy 
się na mnie zwaliło tyle kłopotów. Dobrze pani wie, że nie uganiam się za 
mężczyznami, wie to pani, odkąd mnie zna.

Pani Evertsen jednak nie dała się tak łatwo przekonać.
- A czy w święta nie szłaś w towarzystwie mężczyzny, gdy twój mąż 

siedział przykuty do wózka?

- Spotkałam Johana i odprowadził mnie do domu któregoś dnia, gdy 

wracałam   z   pracy,   ale   ani   pani,   ani   nikomu   innemu   nic   do   tego.   Nie 
zrobiłam nic złego. Uważam, że to bardzo nieładnie z pani strony roznosić 

background image

takie plotki. Zwłaszcza że pani wie lepiej niż inni, jak się zmieniło moje 
życie od czasu choroby mamy, gdy cały swój czas musiałam poświęcić 
Pederowi, Kristianowi i Evertowi. A co wydarzyło się potem, zapewne też 
pani doskonale pamięta, o ile panią znam. Proszę bardzo, niech mnie pani 
teraz potępia, jeśli chce mi zrobić przykrość. Nie sądziłam, że mamy jakieś 
niewyjaśnione sprawy.

Powiedziawszy te słowa, pociągnęła mocno za sznurek przywiązany do 

sanek i oddaliła się pośpiesznie.

Nie zdążyła ochłonąć ze wzburzenia, dotarłszy do Andersengarden. Że 

też   ludzie   nie   zajmą   się   czymś   pożyteczniejszym,   zamiast   obgadywać 
innych za plecami i roznosić złośliwe plotki.

Zdjęła   dzieci   z   sanek,   wzięła   Jensine   na   ręce,   a   dwojgu   pozostałym 

pozwoliła iść za sobą po schodach i dopiero wtedy powoli się uspokoiła. 
Za   każdym   razem,   gdy   czuła   znajomy   zapach   na   klatce   schodowej, 
powracały   z   niezwykłą   siłą   wspomnienia   i   nachodził   ją   lekki   smutek. 
Dlaczego,   Johan?   -   myślała   z   żalem.   Dlaczego   tak   się   wszystko 
skomplikowało?

Nie   była   pewna,   czy   zastanie   kogoś   w   domu,   poczuła   więc   ulgę, 

usłyszawszy   szuranie   krzesła   o   podłogę   w   kuchni.   Przemarzła, 
zatrzymując się na rozmowę z panią Evertsen, a dzieci też zmarzły, siedząc 
bez ruchu na sankach.

- Elise? - Anna wstała ze stołka i utykając, wyszła jej na spotkanie. - Co 

za niespodzianka! I zabrałaś ze sobą dzieci! Ale zaraz, kim jest to trzecie?

Elise uśmiechnęła się. Wyglądało na to, że Anna jest w domu sama, i 

bardzo   ją   to   ucieszyło.   Choć   właściwie   liczyła   na   pomoc   Torkilda   w 
sprawie Olaug, chciała jednak dowiedzieć się przy okazji, czy Anna wie, 
co się dzieje z Johanem. Przy Torkildzie nie miałaby śmiałości zapytać.

- Ma na imię Olaug i zdaje się, że uciekła z sierocińca. Szukała Jorund, 

tej poprzedniej dziewczynki, która trafiła do mnie.

Anna popatrzyła na Olaug ze współczuciem w swych pięknych oczach.
- Witaj, Olaug, jak miło, że przyszłaś mnie odwiedzić.
Na   twarzy   małej   dziewczynki   pojawił   się   niepewny   uśmiech.  Anna 

zerknęła na Elise i zapytała cicho:

- Ma chyba krzywicę?
- Pomyślałam to samo.
-   Rozbierzcie   się   i   siadajcie   do   stołu.   Zaraz   czymś   was   poczęstuję. 

Torkild kupił wczoraj chrupiący chleb w piekarni w Sagene. Zamierzałam 
zaprosić na kawę panią Evertsen, ale mogę to przełożyć na inny dzień.

Elise zaczęła rozbierać dzieci, czując, jak znów ogarnia ją gniew.

background image

- Proszę, nie zapraszaj jej, gdy ja tu jestem. Spotkałam ją po drodze, 

zarzuciła mi, że przyjmuję za pieniądze obcych mężczyzn.

Anna spojrzała na nią z niedowierzaniem i zmarszczyła czoło.
- No coś ty? To niemożliwe.
- Owszem, i wcale nie żartowała. Zdaje się, że to pani Jonsen rozpuściła 

plotki.   Widziała,   jak   mnie   odwiedził   sprzedawca   Emanuela   i   Sigvart 
Samson,   kolega   z   kantoru.   Wyjaśniłam   jej,   po   co   przyszli,   ale   to 
najwyraźniej nic nie pomogło.

Anna uśmiechnęła się.
- Przecież obie, pani Jonsen i pani Evertsen, dobrze cię znają. Wiedzą, 

że nie jesteś latawicą.

- Ktoś mnie też widział w święta razem z Johanem. Obawialiśmy się 

tego, ale było tak ciemno i zimno, gdy odprowadzał mnie z fabryki do 
domu, że uznaliśmy za mało prawdopodobne, iż na kogoś się natkniemy.

Anna popatrzyła na nią łagodnie.
- Nie potępiam was, Elise. Znasz moje zdanie. Z całego serca życzyłam 

Johanowi, by przeżył coś miłego podczas pobytu w domu.

- Wiem, Anno, ale nie wszyscy tak to widzą. Anna pokręciła głową ze 

smutkiem.

- Nie, nawet Torkild. Próbowałam z nim o tym porozmawiać, ale wiesz, 

jest   taki   pobożny!   Jego   zdaniem   niemoralne   jest   kochać   innego 
mężczyznę, gdy się przyrzekło wierność mężowi.

- Przyrzekałam wierność Johanowi, zanim jeszcze spotkałam Emanuela. 

Emanuel wiedział, że przyjmuję jego oświadczyny wyłącznie z powodu 
sytuacji, w jakiej się znalazłam.

- W oczach Torkilda to nieistotne. Przed Bogiem w obecności pastora 

przysięgałaś   Emanuelowi   kochać   go   i   szanować,   póki   śmierć   was   nie 
rozdzieli. Wiem, że starasz się być dobrą żoną dla Emanuela, pomimo 
tego, co ci uczynił. Wiem także, że w największej tajemnicy spotykałaś się 
z Johanem, gdy przyjechał do domu na święta. Znam jednak was oboje i 
wiem, że nie uczyniliście nic niestosownego.

Elise   poczuła,   że   się   rumieni,   więc   pośpiesznie   pochyliła   się   nad 

Jensine,   by   zdjąć   z   niej   gruby   sweterek.  Te   spotkania   wszak   nie   były 
całkiem niewinne.

- Miałaś od niego ostatnio jakieś wieści? - zagadnęła po chwili. Anna 

pokręciła   głową,   stawiając   na   stole   półmisek   z   kuszącymi   kromkami 
słodkiego chleba.

- Nie, i wydaje mi się to dziwne. Zwykle pisze do mnie regularnie i 

odpowiada na każdy mój list, ale teraz już dawno się nie odzywał.

background image

- Do mnie też nie.
- Niemożliwe! - Anna posłała jej przerażone spojrzenie.
- Właśnie dlatego przyszłam z tobą porozmawiać. Choć równocześnie 

muszę znaleźć dom dla małej Olaug. Nie mogę nawet znieść myśli o tym, 
bym miała ją odesłać z powrotem do sierocińca, wiedząc, jak tam traktują 
dzieciaki.

-   Rozumiem   cię.   Dzieci   są   tam   zaniedbywane   i   nie   mają   właściwej 

opieki. Właśnie czytałam artykuł opublikowany przez pewnego profesora 
medycyny   na   temat   krzywicy,   nazywanej   też   rachitis   albo   angielską 
chorobą. Twierdzi on, że to choroba pokrewna z suchotami i powoduje 
zmiany w układzie kostnym. Ponieważ chorują na nią głównie dzieci w 
wieku od pół roku do dwóch łat, nie zadawano sobie zbyt wiele trudu, by 
znaleźć przyczyny tej choroby i ustalić sposób leczenia. Ale choroba może 
wystąpić także u starszych dzieci. Podobno utworzono dla nich specjalny 
oddział   w   szpitalu   Rikshospitalet,   ale   trafiają   tam   wyłącznie   dzieci   z 
dobrze sytuowanych rodzin. Takich, które mogą zapłacić za leczenie.

- Ale czy w ogóle jest na to jakieś lekarstwo?
- Z tego, co wiem, lekarze są dość bezradni. Niektórzy próbują metody 

odmierzania,   inni   zalecają   dzieciom  kąpiele   w   wodzie   z   ołowiem   albo 
nakazują   picie   wody   z   żelazem.   Pamiętasz,   uczyliśmy   się   w   szkole   o 
odczyniających   uroki   babkach,   u   których   ludzie   szukali   pomocy. 
„Zaklinam przed zdradą i przed krzywicą, a zaklęcia te niech cię chronią". 
Torkild twierdzi, że to zabobony, ale czego mają się uchwycić ludzie w 
nieszczęściu.   W   tym   artykule   przeczytałam,   że   ponad   sześćset   osób 
dotkniętych tą chorobą wywodzi się ze środowisk robotniczych, a tylko 
dwadzieścia cztery z lepiej sytuowanych rodzin.

- To znaczy, że  winy  tej  choroby  należy  szukać  w naszym sposobie 

życia. Może wywołuje ją niedożywienie, chłód i niedogrzanie w okresie 
zimowym, a może nadmierna ciasnota?

-  A  może   odżywiamy   się   niewłaściwie   -   dodała  Anna.   -   Kasza   na 

wodzie,   polewka   czy   suchy   chleb   nie   dostarczają   organizmowi 
niezbędnych składników pokarmowych. Na drugim  brzegu  rzeki  ludzie 
jadają   zdrowiej.   -   Podała   półmisek   i   zachęciła:   -  Poczęstuj   się   jeszcze 
jedną kanapką, Elise. Widzisz, że mam dosyć.

Obie zerknęły znów w stronę Olaug. Hugo łaskotał ją, a ona chichotała. 

Chyba nie słuchała ich rozmowy, zresztą pewnie i tak niewiele by z tego 
zrozumiała. Nie zdawała sobie raczej sprawy z tego, że coś jej dolega, 
choć pewnie wyśmiewano się z jej kalectwa.

Anna spojrzała na Elise i powiedziała:

background image

- Torkild zaraz przyjdzie. Chcesz, żeby ją zabrał do ośrodka pomocy?
Elise zwlekała z odpowiedzią.
-   Właściwie   najpierw   bym   chciała   z   nim   chwilę   porozmawiać, 

dowiedzieć się, co robią w takich przypadkach.

- Przecież wiesz! Elise, widzę po tobie, że nie masz ochoty jej oddawać. 

To samo było z Jorund.

- Nie o to chodzi. Po prostu tak bardzo bym chciała znaleźć dla niej 

rodziców.  A  przynajmniej   mamę.   Wiem,   że  Armia   Zbawienia   robi,   co 
może, ale nie udałoby im się znaleźć dla Jorund takiej opiekunki jak panna 
Johannessen. Tymczasem to rozwiązanie okazało się szczęśliwe dla nich 
obu.

Anna uśmiechnęła się.
- Ty to jesteś taka „kocia mama", co to zbiera z ulicy wszystkie dzieci, 

których   jej   żal.   Uważaj,   żeby   w   końcu   nie   zabrakło   dla   ciebie   samej 
miejsca do spania.

Elise odwzajemniła uśmiech i dodała:
- I czasu na pisanie.
- Wreszcie! Nie mogłam się doczekać, kiedy o tym powiesz. A więc 

zrezygnowałaś z posady w kantorze, by się poświęcić pisaniu książek?

- Kto ci o tym opowiedział?
- Torkild był u Hildy. Nie chciała mu z początku nic powiedzieć, ale gdy 

zauważył, że nie ma u niej Hugo, przestraszył się, że coś się stało.

- Nie ma czego ukrywać. Zresztą lepiej, żeby się ludzie dowiedzieli, 

czym się zajmuję. Gorsze są te wszystkie domysły, czego dowodem jest 
pani Evertsen.

Roześmiały się obie, a Anna tylko pokręciła głową:
- Ona naprawdę sądziła, że utrzymujesz się, przyjmując mężczyzn?
- Na to wygląda.
Anna nagle spoważniała i zapytała:
- Domyślasz się, co z Johanem? Zwykle pisywał tak regularnie.
- Mam tylko nadzieję, że nie zachorował.
- Nie, napisałby, nawet gdyby był chory.
- A może nie stać go na znaczki? Anna uśmiechnęła się.
-   Nie   mówił   ci,   że   sprzedał   kolejne   prace?   Zaczyna   mu   się   dobrze 

powodzić. Zobaczysz, że wróci do domu jako człowiek ustawiony.

- Zastanawiałam się, skąd wziął pieniądze na te wszystkie smakołyki, 

które przyniósł w koszu skrzat w wieczór sylwestrowy. Pewnie słyszałaś, 
co on wymyślił?

-   Tak,   i   bardzo   się   wzruszyłam,   bo   to   dowodzi,   że   szczerze   kocha 

background image

wszystkie twoje dzieci. - Zaśmiała się. - Popatrz, ja też traktuję chłopców 
jak twoich synów.

-   Nasz   sprzedawca,   Ludvig   Lien,   też   tak   myślał.   Zaczęłam  się   więc 

nawet zastanawiać, czy naprawdę wyglądam tak poważnie.

- Wyglądasz na starszą, niż jesteś w rzeczywistości, ale to dlatego, że 

spoczywa   na   twoich   barkach   taka   odpowiedzialność.   Jesteś   o   wiele 
dojrzalsza niż inne osoby w twoim wieku.

Zamilkły na chwilę, popijając ze smakiem gorącą kawę.
- A może list się gdzieś zawieruszył? To się zdarza.
- Miejmy nadzieję. Ale trochę dziwne, że równocześnie do nas obu.
- Bo co innego mogło się stać? - Anna wzruszyła ramionami, ale nagle 

jej twarz rozpromieniła się. - A może on jest w drodze do domu?

- Do domu? Ale przecież dopiero były święta. Chyba nie zarabia tyle, by 

móc sobie pozwolić znów na tak kosztowną podróż?

- A może profesor go wezwał, żeby wykonał jakieś zamówienie? Jest 

taki zdolny. Rzeźbi od niedawna, ale jestem pewna, że profesor musiałby 
długo szukać kogoś równie utalentowanego-

- Najważniejsze, że wierzysz wswojego brata, Anno - uśmiechnęła się 

Elise i dodała z westchnieniem: - Bardzo bym go chciała zobaczyć, choć 
zdaję sobie sprawę, że przysporzyłoby mi to wielu problemów.

- Myślę, że to jest wyjaśnienie, Elise. Mam dziwne przeczucie, że się nie 

mylę. Na pewno chce nam zrobić niespodziankę! Pamiętasz, on zawsze 
uwielbiał nas czymś zaskakiwać. Ot, choćby ten wieczór sylwestrowy.

Elise poczuła przypływ radości. Kto wie, czy Anna nie ma racji. Znała 

swojego   brata   zapewne   lepiej   niż   ktokolwiek.   Nie   powiedziałaby   tego, 
gdyby sama głęboko w to nie wierzyła.

Nie   karmiłaby   jej   fałszywymi   nadziejami,   narażając   na   późniejsze 

rozczarowanie.

Na schodach rozległy się ciężkie kroki i po chwili w drzwiach stanął 

Torkild.

Posłał im zdumione spojrzenie.
- Mamy gości? Jak miło, Elise! Doprawdy długo się nie widzieliśmy. - 

Podszedł i przywitał się z nią serdecznie. - O, przyprowadziłaś też dzieci.

Anna uśmiechnęła się.
- Nie zauważyłeś, że jest o jedno więcej? Torkild rozejrzał się.
- Rzeczywiście, tej małej nie widziałem wcześniej.
- Wiesz, że Elise ma dobre serce. To nic nowego. Znów szuka jakiejś 

samotnej kobiety, która pragnie córeczki.

Elise uznała, że musi wyjaśnić całą sytuację.

background image

-   Wydaje   mi   się,   że   mała   uciekła   z   sierocińca.   Szukała   Jorund,   tej 

poprzedniej uciekinierki. Nie mam serca jej odesłać, ale gdybyś był tak 
miły i zawiadomił ich także tym razem, byłabym ci bardzo wdzięczna.

Torkild pokiwał głową.
- Porozmawiam z samarytankami i zapytam, co się da zrobić.
Elise zaniepokoiła się.
-   Może   zostać   u   mnie   parę   dni,   zanim   nie   znajdziemy   kogoś 

odpowiedniego.

Anna przyszła jej z pomocą.
- Elise wolałaby, żeby mała nie trafiła do rodziny, w której i tak jest już 

dużo dzieci.

Torkild westchnął głęboko.
- Gdybyś wiedziała, ile dzieci jest w podobnej sytuacji! Wracam właśnie 

z   przytułku   Enerhaugen.   Codziennie   szuka   tam   schronienia   prawie 
osiemdziesiąt   dzieci.   Podobnie   jest   w   przytułku   na   Starym   Mieście. 
Sytuacja dzieci jest tam nie lepsza niż w sierocińcu, skąd ta mała uciekła, a 
kto wie, czy nie gorsza.

Elise podjęła decyzję.
- W takim razie zabieram ją z powrotem do domu i miejmy nadzieję, że 

uda mi się znaleźć dla niej mamę.

Torkild popatrzył na nią łagodnym i wyrozumiałym spojrzeniem.
-   Nie   możesz   uratować   całego   świata,   Elise.   Niektórzy   muszą   się 

zadowolić lichą strawą i dachem nad głową.

Elise wstała.
- Dziękuję za kawę, Anno. Miło mi było z tobą porozmawiać. - Po czym 

zwróciła się do dzieci: - Musimy wracać do domu. Ubierz się, Olaug, a ja 
pomogę Jensine i Hugo.

-   Ja   mogę   pomóc   Hugo   włożyć   ubranka   -   zaproponowała   ochoczo 

Olaug.

Anna uśmiechnęła się.
- Widzisz, jaka ci się trafiła pomocnica, Elise. Przyda ci się. Dziękuję, że 

przyszłaś, i odwiedzaj mnie, proszę, częściej niż w ostatnim czasie.

Elise nie wróciła prosto do domu. Ciągnąc sanki, skierowała się aż na 

Mollergata i wstąpiła do sklepu z używaną odzieżą. Tam kupiła wełnianą 
sukienkę, grube pończochy, kurtkę, czapkę i buciki dla Olaug i od razu ją 
w to ubrała.

Nigdy nie zapomni wyrazu twarzy dziewczynki, kiedy stanęła przed nią 

w   „nowych"   ubrankach.   Mała   uśmiechnęła   się   szeroko,   odsłaniając 
drobne, popsute zęby. Oczy jej promieniały. 

background image

- Teraz jestem księżniczką z bajki!
-   Tak,   Olaug,   jesteś   księżniczką.   Musimy   tylko   poszukać   dla   ciebie 

królowej.   .

Zmęczeni i zziębnięci wrócili do domu, ale na szczęście w kuchni nie 

wychłodziło się całkiem, a w piecu tlił się żar. Wystarczyło wrzucić parę 
drew i wnet zapłonął wesoło ogień.

Elise usadowiła maluchy razem z Olaug na podłodze w kuchni, by się 

pobawiły   razem,   sama   zaś   opatuliła   się   w   koc   i   usiadłszy   w   salonie, 
zabrała się do pisania.

Szło jej całkiem dobrze. Napisała o Berntine, która znaczną część życia 

poświęciła   innym   i   która   miała   tę   dziwną   zdolność   widzenia   bądź 
przeczuwania   różnych   zdarzeń.   Gdy   odchodziła   jej   siostra,   Berntine 
dostała   nagle   w   fabryce   strasznego   dygotu.   Innym   razem   szorowała 
podłogę, gdy nagle zrobiło jej się słabo i mdło i musiała na moment usiąść. 
Później okazało się, że w tej samej chwili umarł jej brat.

Elise   zdążyła   na   paru   stronach   opisać   ubogie   poddasze   w   starym 

drewnianym domku na Sandakerveien i scharakteryzować ze szczegółami 
wygląd   Berntine,   gdy   usłyszała,   jak   do   kuchni   z   głośnym   tupaniem 
wpadają   chłopcy.   Postanowiła   więc   dokończyć   wieczorem,   gdy   położy 
dzieci spać.

Tego wieczoru także zasnęła późno. Było jej przyjemnie i ciepło, gdy 

Peder się do niej przytulił. Zanim zasnął, wymamrotał jeszcze:

-   Uważam,   że   powinnaś   pozwolić   jej   u   nas   zostać,   Elise.   Leżała   i 

rozmyślała, zarówno o sytuacji Olaug, jak i o milczeniu

Johana.   Słodkie   oczekiwanie   przeniknęło   jej   ciało.   Gdyby   tak  Anna 

miała rację, pomyślała. Gdyby Johan nagle stanął w drzwiach.

Obudziła   się   gwałtownie.   Przez   okno   na   poddaszu   sączyło   się   blade 

światło świtu. Peder siedział na łóżku i rozglądał się przerażony.

- Co się stało? - zapytała, przecierając oczy, i podniosła się zaspana.
- Gdzie jest Hugo?
- Hugo? - rozejrzała się, w jednej chwili rozbudzona, i zerwała się z 

łóżka.

Nie było go ani u Olaug, ani u Everta. Ani nawet u Kristiana! Uff! 

Pewnie zszedł boso w cienkiej piżamie po schodach. Że też się znów nie 
posłuchał! Przecież dobrze wie, że nie wolno mu schodzić samemu po 
stromych schodach.

Pośpiesznie zbiegła na dół, nie tracąc czasu na to, by zarzucić coś na 

ramiona.   Okna   w   salonie   były   nieszczelne   i   od   środka   utworzyła   się 
warstwa lodu.

background image

- Hugo? Gdzie jesteś?! - zawołała.
Słyszała, że przybiegł za nią równie przestraszony Peder.
- Hugo! - krzyknął surowo.
Jensine   rozpłakała   się,   ale   trudno,   musi   chwilę   poczekać.   Olaug   na 

pewno też się obudziła i nie ma pojęcia, co to za hałasy.

W   kuchni   także   nie   zauważyli   Hugo.   Elise   stała   zdezorientowana. 

Czyżby gdzieś się schował?

- Hugo! - krzyknęła zniecierpliwionym głosem, bo powoli ogarniał ją 

gniew. Trzęsła się z zimna, stąpając po lodowatej podłodze. - Hugo! - 
zawołała raz jeszcze. - Wychodź natychmiast! To nie jest zabawne. Zimno 
mi.

Cisza.
Za jej plecami stali Peder, Kristian i Evert. Na schodach rozległy się 

kroki Olaug, a na piętrze nie cichł płacz Jensine.

- Drzwi nie są porządnie zamknięte - odezwał się nagle żałośnie Peder.
Rzuciła się i otworzyła je, a wówczas ujrzała na ośnieżonych schodach 

ślady maleńkich stóp, które prowadziły dalej do węgła domu.